background image

BENTE PEDERSEN 

W CIENIU TROSK 

background image

Stał zwrócony plecami do północnego wiatru. Czuł, jak zimne podmuchy przenikają 

przez ubranie, przez wszystkie warstwy, aż do skóry. Wracał jako szyper na własnym statku 

rybackim. Wprawdzie nabył go na spółkę z Larsem, jednak wszyscy wiedzieli, że to Sedolf 

wyłożył gotówkę. Ale w dokumentach widniało nazwisko Larsa jako współwłaściciela. 

Przypłynęli  z  Lofotów  z  przychylnym  wiatrem.  Na  połowach  pogoda  również  im 

sprzyjała. Można powiedzieć, że w rym roku wyprawa się udała. Co prawda nie wszystkim 

rybakom w jednakowym stopniu. Nie wszyscy wrócili z tak małym długiem jak Sedolf. Nie 

wszyscy zatem mogli liczyć na to, że czeka ich beztroski koniec zimy. 

Sedolf  stał  na  północnym  wietrze,  ale  nie  było  mu  zimno.  Tam  na  zachodzie,  na 

morzu,  często  marzli.  Marzli,  żeglując  ku  wyspom,  marzli,  żeglując  z  powrotem.  Spędzili 

poza domem długie miesiące. Ale to należało do codzienności mężczyzn, praca wykradała ich 

rodzinom. Wiedzieli, że to konieczność. 

Sedolf cieszył się, że wreszcie ujrzy dom. Na samą myśl poczuł ciepło na policzkach, 

które potem zaczęło rozchodzić się po całym ciele aż po czubki palców. 

Chata  Reijo,  zbudowana  z  drewnianych,  pociągniętych  smołą  bali,  stała  na  cyplu 

niewzruszenie - mieściła w sobie wszystko, do czego Sedolf tęsknił przez wszystkie te dni i 

tygodnie, które powoli łączyły się w miesiące. 

Sedolf,  niczym  mały  chłopiec,  zaczął  machać  w  stronę  cypla.  Machał  energicznie 

wyciągniętym ramieniem, choć nie mógł wiedzieć, czy go widzą. Ale wyobrażał sobie, że już 

go  zauważyli.  Pomyślał,  że  na  pewno  Ida  go  dostrzegła,  i  od  razu  zrobiło  mu  się  błogo  na 

sercu. 

Ida... 

Ida, która ogrzewała go w mroźne noce, gdy ściany baraku nie dotrzymywały swych 

obietnic. Ida, dzięki której dni mijały, ponieważ musiał do niej wrócić. Ida, o której pamięć 

nie pozwalała mu brać innych dziewcząt w ramiona. Oczywiście spotykał tam kobiety, które 

sprzedawały  cząstkę  siebie  i  trochę  swego  ciepła  -  musiały,  jeżeli  chciały  jeść.  Jednak  nie 

mógłby niczego u nich szukać. Ida zbyt wyraźnie stała mu przed oczami. Samo wspomnienie 

o  niej  wystarczyło,  by  go  rozgrzewać  przez  długie  miesiące  rozłąki.  Teraz  jednak  tęsknota 

urosła do krzyku. Teraz znajdował się tak blisko. Chciałby ją przytulić, mocno objąć. Poczuć, 

jak jej ramiona zaciskają się wokół niego. 

background image

To  wszystko,  czego  pragnął  w  tej  chwili.  Wiedział  jednak,  że  upłynie  jeszcze  wiele 

godzin,  zanim  będzie  miał  Idę  tylko  dla  siebie.  Nie  wystarczy  dotknąć  stopami  rodzinnych 

skał, by uciec od obowiązków. Był teraz szyprem. Ciążyła na nim odpowiedzialność. 

Najpierw statek. Ryby. Towar. 

Potem Ida. Maluchy. I Ida. 

Nagle życie wydało się takie proste, jak powinno być. Bez zmartwień. Bez głodu. Bez 

strachu. Przepełnione spokojem, ponieważ znowu jest w domu. Tam gdzie jego miejsce. Przy 

Idzie. 

Wzięli  się  do  roboty,  wszyscy  mężczyźni,  którzy  w  to  lutowe  popołudnie  poczuli 

bijące  ku  nim  rodzinne  ciepło.  W  wielu  przemarzniętych  ciałach  ukrytych  pod  kilkoma 

warstwami  wełnianej  odzieży,  utkanej  i  zrobionej  na  drutach  przez  kobiety  czekające  w 

domu, żyła tęsknota. 

Jednak to nie tęsknotę za ciepłem izby lub za miękkością ramion pielęgnowali, kiedy 

kil łodzi zaskrobał o dno. Co innego zaprzątało ich myśli. 

Sedolf ujrzał postać schodzącą w dół od strony cypla. To nie Ida. Jej się zresztą nie 

spodziewał;  miał  tylko  nadzieję,  że  wyjdzie  mu  na  spotkanie.  Rozpoznał  Reijo  idącego 

lekkim krokiem, sprężyście - nadal poruszał się jak młody chłopak, chociaż przekroczył już 

czterdziestkę. Każdy powinien tak się trzymać, przebiegło Sedolfowi przez myśl. 

Dziwne, że Ida nie wyszła przynajmniej na podwórze, jak to sobie wyobrażał: oto stoi 

drżąca  na  wietrze  i  macha  ku  niemu  na  znak,  że  jej  również  go  brakowało,  że  za  nim 

tęskniła...  jej  rude  włosy  są  niczym  pochodnia,  niczym  płomień  wieńczący  ubraną  na 

niebiesko postać. 

Słona  woda  przesiąknęła  przez  sfilcowane  rękawice  lofockie,  zrobione  na  drutach  z 

białej  wełny,  która  teraz  niczym  nie  przypominała  dawnej  białości.  Sedolf  starał  się 

zapanować nad myślami. On, który jest szyprem statku rybackiego, nie może stać bezczynnie 

i marzyć o żonie. Na każdego z rybaków przecież ktoś czekał, każdy z nich do kogoś tęsknił. 

Nie wszystkie kobiety da się porównać z Idą, ale to nie znaczy, że uczucia innych mężczyzn 

są mniej intensywne, a ich tęsknota nie tak gorąca. 

Nie spoglądał już w stronę cypla. Załoga nie powinna o nim gadać, że jest zależny od 

swojej baby. Zresztą i tak sypano mnóstwem żartów na ten temat - że szyper dopiero co się 

ożenił, a mimo to wypłynął na połów. Niemal prosto ze ślubnego łoża, śmiali się. 

Pewnie trochę mu też zazdrościli. Sedolf nie wyobrażał sobie, że mogło być inaczej. 

Tak  czy  owak  niewiele  było  kobiet  takich  jak  Ida  -  ani  wokół  rodzimego  fiordu,  ani  na 

zachodzie, na Lofotach. 

background image

- No to wróciliście do domu? - rozległ się głos Reijo. 

Sedolf spojrzał w górę znad beczek - przywieźli solone ryby, mnóstwo solonych ryb. 

Już  sam  dźwięk znajomego  głosu,  w  którym  brzmiał  szum  fińskich  świerków,  oznaczał,  że 

naprawdę wrócili do siebie. Dawał poczucie przynależności do tych stron. 

- Do domu, właśnie - Sedolf uśmiechnął się i po męsku splunął daleko na pianę fal, 

uderzających o brzeg. Teraz będzie chyba musiał zarzucić zwyczaj żucia tabaki. Miał niejasne 

przeczucie, że Idzie się to nie spodoba. - Wiatr nam sprzyjał, ojcze. Wydawało się, jak gdyby 

zamierzał nas wprost wepchnąć na kraniec fiordu. 

Reijo zerknął na ładunek. 

- Udany połów, jak widzę. 

Rybacy  pokiwali  głowami  zadowoleni.  Poza  Sedolfem  i  Larsem  było  ich  jeszcze 

trzech:  Kristoffer,  Marius  i  Edvart.  Ci  ostatni  wyruszyli  z  inną,  starszą  załogą,  ale  kiedy 

Sedolf i Lars kupili własny statek, przyłączyli się do nich. Starzy trzymali się nadal razem, 

przepowiadając młokosom, że nie poradzą sobie sami na lofockim morzu. Ale młodzi jakby 

na przekór wrócili z nie gorszym połowem niż tamci. 

- Całkiem niezły - przyznał Edvart, chłopak o pogodnym usposobieniu. - Na przyszły 

rok kupię sobie łódź... 

- A co u Idy? - niecierpliwie przerwał mu Sedolf, zwracając się do Reijo. 

Jego słowa wywołały ogólny śmiech. 

- Chłop zachowywał się jak chory - wyjaśnił jeden z towarzyszy Sedolfa. - Nie chodził 

na  zabawy,  nie  interesowały  go  kobiety.  Nikt  nigdy  nie  prowadził  się  tam  w  barakach  tak 

cnotliwie. Ciągle jeszcze o nim gadają. O Sedolfie będą krążyć legendy... 

Reijo uśmiechnął się pod nosem, po czym zabrał się do przenoszenia beczek. Znał te 

docinki.  Wiedział,  że  rybacy  musieli  żartować,  żeby  jakoś  znieść  ciężką  pracę,  chłód,  być 

może  niepowodzenia,  tygodnie  spędzone  w  barakach...  Wiedział  też  co  nieco  o  kobietach, 

które zwykle towarzyszyły sezonowym połowom. 

- Wiele się tu wydarzyło - rzekł Reijo zniżonym głosem, kiedy znalazł się w pobliżu 

Sedolfa. 

Na  te  słowa  chłopak  zamarł  ze  strachu.  Sposób,  w  jaki  teść  je  wymówił,  mógł 

sugerować najgorsze. Nie zdążył jednak zapytać, gdyż Reijo zaraz go uspokoił. 

-  Nie  stało  się  nic  złego  -  powiedział.  -  Dzieci  były  chore.  Ida  również.  Ale 

wyzdrowieli... Są trochę osłabieni gorączką... 

Reijo  nie  chciał  mówić  wszystkiego.  Nie  wspomniał  również  o  Patriku.  Wolał  nie 

robić tego przy innych. Niewiele osób znało prawdę. 

background image

- Czy Ida wyjdzie do nas? Reijo i o tym musiał Sedolf owi powiedzieć. 

- Ida nie mieszka już na cyplu. 

-  Do  diabła!  -  Sedolf  podniósł  wzrok.  Wcześniej  nie  przerywał  swoich  zajęć, 

rozmawiając  z  Reijo,  dopiero  teraz  znieruchomiał.  Napotkał  spojrzenie  bardziej  zielone  od 

morskiej  wody.  Twarz  Reijo  wydawała  się  niewzruszona,  spokojna,  pełna  cichego 

doświadczenia. Z jego oczu można było wyczytać, że nic już nie jest w stanie go zaskoczyć, 

ponieważ tyle już widział, tyle słyszał i być może nie martwił się, co go spotka. 

- Chyba nie podarowałeś Idzie jakiegoś domu pod moją nieobecność, żebym nie mógł 

jej  zabronić  przyjęcia  takiego  prezentu?  Obiecałem  przecież,  że  postaram  się  dla  nas  o 

odpowiedni dom. Nie potrzebujemy takich gestów... - Zawahał się i dodał łagodniejszym to-

nem: - Reijo, ja wiem, że chcesz jak najlepiej, ale nie możesz Idy ciągle rozpieszczać. Jest już 

dorosła, nie powinna oczekiwać, że będziesz spełniał każde jej najmniejsze życzenie... 

Reijo uśmiechnął się szczerze. Klepnął przyjaźnie Sedolfa w plecy. 

- Jesteś zmęczony, Sedolf. A ja nie jestem aż tak kochającym ojcem, by dogadzać we 

wszystkim  mojej  rozpieszczonej  córce.  Sądzę,  że  sam  mnie  w  tym  z  powodzeniem 

wyręczysz.  -  Nabrał  powietrza.  -  Knut  i  Anjo  wyjechali.  Knut  chciał,  żebyście  ty  i  Ida 

zamieszkali  w  ich  domu.  Wolał  to,  niż  sprzedać  posiadłość  Emilowi.  Ida  nie  miała  nic 

przeciwko  temu,  by  zostać  gospodynią.  Chyba  sprawiło  jej  ogromną  przyjemność  móc 

sprzątnąć Emilowi sprzed nosa coś, co uznał już niemal za swoje... 

Sedolfowi cisnęło się na język tysiące pytań. Reijo miał rację, z pewnością wydarzyło 

się  tu  wiele,  odkąd  wyruszył  na  Lofoty.  Zorientował  się  też,  że  teść  nie  powiedział  mu 

wszystkiego. 

- A więc mieszkasz teraz sam na cyplu? Pewnie trudno się do tego przyzwyczaić... 

Reijo wyraźnie się zaczerwienił. Przez moment Sedolf odniósł wrażenie, że się myli, 

tacy  dojrzali  mężczyźni  się  nie  czerwienią.  Ale  kiedy  Reijo  odwrócił  się  tyłem,  z  dłońmi 

głęboko zatopionymi w kieszeniach spodni, chłopak zrozumiał, że mu się nie zdawało. 

- Czy zdarzyło się jeszcze coś, o czym nie wiem? - spytał nieco rozbawiony, jakby coś 

podejrzewał. - Nie mów mi tylko, że w tak krótkim czasie znalazłeś sobie towarzyszkę? Cóż 

to za piękny kwiat przystroił twój dom na cyplu? 

-  Hm,  o  tej  porze  roku  nie  kwitnie  wiele  kwiatów  -  odparł  wymijająco  Reijo.  - 

Przeważnie te malowane na szybach... 

- A jak się nazywa twój? - drążył Sedolf, nie zamierzając wcale się poddać. - Czy to 

jeden z tych, które znam? 

Reijo musiał przytaknąć. 

background image

- Helena - przyznał się w końcu. Uśmiechnął się, jednak jego wzrok świadczył o tym, 

ż

e  nie  żartuje.  Chłopcy  z  załogi  gwizdnęli  przeciągle  i  znacząco.  W  ich  twarzach  dało  się 

odczytać cień zazdrości i podziw. Reijo naprawdę im zaimponował. Osiągnął już taki wiek, 

ż

e  mógłby  być  ich  ojcem.  A  jednak  znalazł  sobie  żonę,  którą  niejeden  z  nich,  młodych, 

mógłby sobie wymarzyć. 

- Ale chyba... nie zdążyłeś się z nią ożenić? - wyjąkał Sedolf, który jeszcze nie zdołał 

ochłonąć  ze  zdumienia.  Jednocześnie  zrozumiał  kolejny  powód,  dla  którego  Ida  się 

wyprowadziła. Nie chciała zapewne ojca krępować. 

- Jeszcze nie - odparł Reijo z uśmiechem. - Jeszcze nie... 

Dziwnie ujrzeć go w nowej roli, pomyślał Sedolf, choć zdawał sobie sprawę, że Reijo 

nie  przestał  zupełnie  rozglądać  się  za  kobietami.  Ale  mężczyźni  w  jego  wieku...  tak,  nie 

potrafili już posyłać spojrzeń pełnych zachwytu. W ich wzroku można było raczej odnaleźć 

troski  i  zmartwienia.  Mieli  tuzin  dzieciaków  i  babę,  którą  w  miarę  upływu  lat  coraz  gorzej 

traktowali. 

Ale  ojciec  Idy  nigdy  nie  był  całkiem  zwyczajnym  mężczyzną.  Był  pierwszym 

dojrzałym  człowiekiem,  jakiego  Sedolf  w  życiu  widział,  tak  otwarcie  okazującym,  że  jest 

zakochany. 

- Wyobrażam sobie, jak o tobie we wsi gadają - zauważył Sedolf zaczepnie. 

Coś  musiał  przecież  powiedzieć,  poza  rym  nadal  traktował  Reijo  bardziej  jak 

przyjaciela niż jak teścia. Dzieląca ich różnica wieku jakby nie miała znaczenia. Wciąż trudno 

było mu uwierzyć, że ten człowiek naprawdę jest ojcem Idy. 

Reijo roześmiał się pod nosem. Sedolf pomyślał, że pewnie bawi go, iż ludzie o nim 

plotkują.  Pewnie  po  trosze  uważał  to  za  powód  do  dumy  -  wszak  on,  mężczyzna  po 

czterdziestce, znalazł żonę młodszą niż jego najmłodsza córka. 

-  Czy  ja  kiedykolwiek  obawiałem  się  ludzkiego  gadania?  -  rzucił,  wzruszając 

ramionami. 

Sedolf miał odmienne zdanie, ale przezornie milczał. Skoro Reijo wolał zapomnieć, to 

lepiej nie roztrząsać tego, co minęło. 

Jeżeli któraś ze znanych Sedolfowi osób w pełni zasługiwała na szczęście, to był nią 

właśnie Reijo. 

- Wolno mi będzie chyba trochę pomóc przy  rozładunku? - spytał Reijo, zmieniając 

temat. - Jeśli pozwolisz, by taki starzec jak ja dla ciebie pracował... 

Teraz Sedolf musiał się uśmiechnąć. 

background image

-  No,  ojcze,  pozwolimy  ci  trochę  poćwiczyć,  byś  zachował  dobrą  formę  i  stanął  na 

wysokości zadania, kiedy znajdziesz się sam na sam z Heleną... 

Rybacy ryknęli takim śmiechem, że byliby chyba w stanie zawrócić północny wiatr... 

Ryby  i  sprzęt  należało  przenieść  na  ląd.  Mężczyźni  przemokli  i  przemarzli,  ale 

właściwie nie czuli już zimna. Musieli to znosić, taki był ich los. 

Stopniowo  na  brzegu  pojawiało  się  coraz  więcej  ludzi.  Zauważyli  przypływający 

statek i zastanawiali się, czy to może wrócił ktoś z ich bliskich. Chcieli też usłyszeć nowiny 

tegorocznego sezonu, dowiedzieć się czegoś o znajomych... 

W pobliżu statku zapanowało ożywienie. Przybywało coraz więcej pomocnych dłoni. 

Wielu mieszkańców wioski zjawiło się z końmi i saniami. 

W końcu zostało ich tylko dwóch. Rei jo i Sedolf. 

Ryby  zanieśli  pod  wiatę.  W  najbliższych  dniach  mieli  rozwiesić  część  do  suszenia, 

część zamierzali zostawić w beczkach. Czekało ich sporo roboty. 

Teraz jednak Sedolf chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. 

-  Musisz  zmienić  ubranie  -  oznajmił  Reijo.  -  Wiesz,  Ida  nawet  się  nie  domyśla,  że 

wróciliście.  A  do  domu  masz  jeszcze  kawał  drogi  pod  górę.  Zaprzęgnę  konia,  to  od  razu 

zabierzemy twój towar. Ida zostawiła u nas dla ciebie rzeczy na zmianę, właśnie dlatego... 

To chyba przesądziło sprawę. Poza tym Sedolf uznał, że rzeczywiście przydałoby się 

przebrać i trochę ogrzać. 

- Przekąsiłbym też coś ciepłego - rzekł. - Jeżeli Helena nauczyła się gotować... 

- Hm, w każdym razie się stara - odparł Reijo. - Ale nadal to ja lepiej sobie radzę z 

garnkami. 

Poczłapali pod górę. Mężczyźni należący do dwóch różnych pokoleń, a jednak sobie 

równi mimo dzielącej ich różnicy wieku. Darzyli się wzajemnym szacunkiem, co stanowiło 

najsolidniejszy fundament ich przyjaźni. 

Helena  zerkała  na  Sedolfa  nieśmiało,  za  to  jego  spojrzenia  nie  należały  chyba  do 

najskromniejszych. Nic nie było w stanie go zmienić - nawet odpowiedzialność i obowiązki 

nie poskromiły jego chłopięcej natury. 

-  Wiele  się  zmieniło  na  cyplu  -  rzekł  z  uśmiechem,  jednak  nie  klepnął  Heleny  w 

pośladek, tak jak postąpiłby wobec każdej innej dziewczyny. - Na lepsze - dodał, puszczając 

oczko. 

Helena odwróciła wzrok i zaczerwieniła się. 

To  właśnie  ta  jej  nieśmiałość  poruszyła  w  Sedolfie  najczulszą  strunę.  Niewiele 

tutejszych dziewcząt tak się zachowywało. 

background image

Helena wywodziła się z innego świata. Przywykła do rzeczy, których Sedolf nawet nie 

był  w  stanie  sobie  wyobrazić.  Wzruszające  i  niezwykłe  wydawało  się  widzieć  ją  w  tych 

zniszczonych  ścianach  drewnianej  chaty.  Ją,  która  wychowała  się  w  o  wiele  większych 

pokojach. 

Ale  kiedy  Reijo  objął  ją  ramieniem,  Sedolf  zrozumiał,  że  miejsce  Heleny  jest  tutaj. 

Wystarczyło spojrzeć na nich oboje, by się przekonać, że łączy ich silne przywiązanie. Czyste 

uczucie. Piękne. Cudowne. 

W  przeciwieństwie  do  innych  Sedolf  ani  trochę  nie  martwił  się  o  Helenę,  chociaż 

byłoby  to  całkiem  naturalne.  Wydawać  by  się  mogło,  że  jest  zbyt  krucha  dla  tego 

jasnowłosego, krzepkiego, doświadczonego mężczyzny, o silnych dłoniach i widocznych na 

twarzy cieniach pozostawionych przez zmartwienia. 

Ale Sedolf nie o nią się lękał. 

Martwił się o Reijo. Nie wolno pozwolić, by Reijo znowu cierpiał. Ojciec Idy składał 

w ręce tego dziewczęcia całą swoją duszę. Powierzał jej swoje życie. 

Sedolf ufał  Bogu, że Reijo nigdy nie pożałuje swej decyzji.  Że już nigdy  za sprawą 

kobiety  nie  zazna  trosk.  Że  Helena  go  nie  zrani,  nie  zdradzi.  Reijo  zasłużył  na  to,  by  być 

kochanym, zasłużył na  całe ciepło, jakie może mu dać kobieta. Tak długo pozostawał sam. 

Tęsknił  za  czymś  więcej  niż  tylko  za  ciałem,  do  którego  mógłby  się  przytulić.  Helenie  nie 

wolno nigdy, przenigdy zdradzić Reijo! 

Sedolf nie mógłby się nikomu zwierzyć ze swych obaw. Nie dał po sobie poznać, że 

dręczą  go  wątpliwości.  Zachował  uśmiech  i  dobry  humor,  zachował  błysk  w  oku.  Helena 

zaprowadziła go do izby, która kiedyś należała do niego i  Idy. Uczyniła  to z naturalnością, 

która go ucieszyła, bo świadczyła o tym, że Helena stała się panią na cyplu. Sedolf pewien 

był, że ta dziewczyna z wyższych sfer pragnie nauczyć się wszystkiego, czego wymaga się od 

prostych mieszkanek domów nad fiordem. Z pewnością uświadomiła sobie to, o czym Sedolf 

pomyślał: że Reijo powinien dostać najwspanialszą z kobiet. Zrozumiał, że Helena naprawdę 

kocha ojca Idy. 

Sedolf ściągnął z siebie mokre rzeczy, drżąc z zimna. Ujrzał łóżko, w którym dawno 

nikt  nie  spał,  i  przypomniał  sobie  radosne  chwile  spędzone  pod  okryciem  skór.  Założył 

ś

wieże, czyste ubranie. Przedtem jednak musiał poczuć jego zapach, przykładając do twarzy. 

Ten zapach również kojarzył się z domem. W dodatku rzeczy prała Ida. 

Ida... 

Znowu  ogarnęła  go  tęsknota.  Inaczej  wyobrażał  sobie  swój  powrót.  Nie  takie  snuł 

marzenia.  To  właśnie  ta  izba  była  dla  niego  domem,  to  do  niej  uciekał  w  marzeniach,  gdy 

background image

przyszło mu mieszkać w obskurnym baraka Ida, choć przecież wiedział, jak jest nieobliczal-

na, znowu go zaskoczyła. Na pewno nie miała żadnych skrupułów. Jej wszystko wydawało 

się łatwe, ale też nigdy nie musiała się przed nikim korzyć. Nigdy nie pracowała jako służąca. 

Uważała, że ojciec jest jedyną osobą, z którą się musi liczyć. A takiego mężczyznę jak Reijo 

nietrudno darzyć szacunkiem. 

Nie, Ida na pewno się nie wahała, kiedy brat zaproponował jej swój dom. 

Sedolf zapragnął porozmawiać z Idą. Chciał usłyszeć z jej ust, dlaczego Knut i Anjo 

wyjechali. Chciał usłyszeć tę historię od niej, widzianą jej oczyma. Nie wątpił też, że Reijo 

również mu to wkrótce wyjaśni. 

Zanim  się  pożegnał,  powiedział  Helenie,  że  cieszy  go  jej  związek  z  Reijo.  Nie 

przyszło  mu  to  wcale  łatwo.  Rzadko  zdobywał  się  na  taką  szczerość,  tylko  Idzie  udało  się 

dotrzeć  do  świata  jego  uczuć.  Jak  większość  tutejszych  mężczyzn  nie  dopuszczał  do  niego 

innych. 

Wydało mu się, że ujrzał rodzaj pytania w dużych, szarych oczach. Rodzaj błagania, 

ż

eby  nie  osądzał  tego,  co  działo  się  w  tych  czterech  ścianach,  które  również  ona  nazywała 

swoimi. Tak jakby Sedolf rościł sobie prawo osądzania innych! 

Kiedy  Reijo  wyszedł,  żeby  zaprzęgnąć  konia  do  sań,  Sedolf  pochwycił  spojrzenie 

Heleny. Wymagało to nie lada zdolności* ponieważ dziewczyna doskonale opanowała sztukę 

uciekania wzrokiem, być może wcześnie zaczęła się tego uczyć. 

-  To  dobrze  dla  niego,  że  ma  ciebie  -  rzekł,  nerwowo  szukając  w  pamięci  bardziej 

górnolotnych  sformułowań.  Przecież  w  swoim  czasie  zyskał  sławę  chłopaka,  który,  gdy 

zaistniała  taka  potrzeba,  potrafił  niejednego  przegadać.  -  Zbyt  długo  był  sam  -  dodał.  On, 

uwodziciel nad uwodziciele, poczuł zażenowanie, wypowiadając następne słowa: - Cieszę się, 

ż

e wybrał właśnie ciebie... 

- Kocham go - odparła Helena z przekonaniem. Sedolf zrozumiał, że trudno byłoby się 

z nią spierać. Jeżeli dojdzie kiedyś do sprzeczki między nią a Reijo, a w każdym związku to 

się  zdarza,  Reijo  będzie  miał  w  żonie  trudnego  przeciwnika.  -  Kocham  go  takim,  jaki  jest. 

Zatem to dobrze nie tylko dla niego, ale i dla mnie, Sedolf. Po raz pierwszy w życiu jest mi 

naprawdę dobrze. 

Tym razem nie uciekła wzrokiem. 

Przez  moment  Sedolf  pomyślał,  ilu  rzeczy  Helena  musiała  się  wyrzec.  Nie  zdołał 

zresztą wyobrazić sobie wszystkiego, gdyż nigdy nie zaglądał do pięknych salonów. Nie do 

końca też potrafił pojąć, czemu nie czuła się tam dobrze. Szczęście to inna sprawa. Mógłby ją 

zrozumieć, gdyby powiedziała, że nie była szczęśliwa... 

background image

Ale Helena ciągle stanowiła dla niego zagadkę. 

-  Cieszę  się  -  powtórzył  i  czmychnął.  Do  Reijo,  do  sań,  do  północnego  wiatru.  Do 

prawdziwego  wysiłku  przy  załadunku,  do  mroźnego  lutowego  dnia  z  górami  w  długich  do 

ziemi śnieżnych płaszczach, z różowym niebem na południowym wschodzie, na którego tle 

wyraźnie  rysowały  się  kontury  gór  pozbawionych  ciemnych  cieni.  W  zimowym  świetle 

wszystko nabierało ostrych zarysów, światło było równie bezlitosne, jak bezlitosne były wiatr 

i pogoda. 

I urzekająco piękne. 

Sedolf  patrzył  na  krajobraz  wkoło  jakby  po  raz  pierwszy  w  życiu.  Zaczął  zauważać 

piękno szczegółów dopiero wtedy, kiedy w jego życiu pojawiła się Ida. Nigdy wcześniej nie 

zadawał  sobie  trudu,  by  wniknąć  w  tę  całość,  jaką  stanowił  pejzaż,  dostrzec  te  wszystkie 

drobiazgi, które dodawały mu uroku. Nauczył się tak patrzeć, widząc, jak Ida zachwyca się 

niebem - na północy jasnoniebieskim, a na południu iskrząco czerwonym. 

Teraz często patrzył jej oczyma, a Ida zawsze umiała dostrzegać to, co piękne. 

W drodze do domu Reijo powiedział więcej niż w dole na brzegu. O zawiści tych, po 

których  się  jej  najmniej  spodziewali.  O  poborcach  podatkowych  i  ich  bezwzględności.  O 

Emilu. O Patriku, który pojawił się i zniknął, prawie nie pozostawiając po sobie śladu, lecz 

który umiał ratować życie. O decyzji Knuta, który zrozumiał, że ludzie znad fiordu zawsze 

będą go uważnie obserwowali. Wyjeżdżając do Finlandii, stał się dla nich kimś innym. To, że 

wrócił jako człowiek zamożny, z żoną o kilkanaście lat starszą od siebie, odsunęło go trochę 

od  społeczności,  w  której  przyszedł  na  świat  jako  syn  Karla  Elvejorda.  O  Karlu  ludzie 

stopniowo zapominali, zachowując w pamięci tylko to, że matką Knuta była Raija, obcy ptak, 

który zniknął za górami odgradzającymi ich od świata. 

Knut  zdawał  sobie  sprawę,  że  ludzie  będą  mieli  oczy  i  uszy  otwarte  i  nigdy  nie 

przestaną  go  podejrzewać,  że  posiada  ukryte  złoto  -  jeśli  nie  na  dnie  skrzyni,  to  w  jakimś 

innym  miejscu.  Nie  czekało  go  tu  spokojne  i  błogie  życie,  jakiego  pragnął  dla  siebie  i  dla 

Anjo. 

Anjo spotkało już wiele cierpienia, nie zasłużyła na więcej. 

- Ida również ma prawo do tego domu - mówił Reijo, kiedy zbliżali się do zabudowań. 

Sedolf poczuł ucisk w żołądku. - W każdym razie do tego miejsca. Tu stał przecież dom Raiji. 

Przez pewien czas i mój. Oczywiście Knutowi najbardziej się należał. Ale teraz nikt nie ma 

do niego większego prawa niż Ida. 

Sedolf zdawał sobie z tego sprawę, ale nie potrafił wyzbyć się swej dumy, idiotycznej 

męskiej dumy. Zawsze marzył o domu, który zdobędzie dla swojej rodziny własnymi rękami. 

background image

Kiedy  marzł  na  morzu,  kiedy  wszystko  wydawało  się  trudne,  a  praca  stawała  się  jednym 

wielkim bólem, ta myśl dodawała mu sił. 

Znosił  wszystko  dla  Idy  i  dzieci.  Dla  wspólnej  przyszłości.  Dla  tego  domu,  który 

zamierzał dla nich zdobyć. 

A teraz cały wysiłek okazał się niepotrzebny. Sedolf czuł się tak, jakby otrzymał cios 

w  żołądek.  Ale  zagryzł  zęby,  aż  zazgrzytały.  Wiedział,  że  nie  wolno  mu  czynić  Idzie 

wyrzutów za to, że przystała na propozycję Knuta. Wiedział, że nigdy nie może pokazać jej 

swego bólu. Że nie powinien dopuścić, by zrozumiała, jak bardzo go upokorzyła swą decyzją. 

Zdał sobie sprawę, że Ida tak postanowiła, ponieważ miała do tego prawo. Ponieważ kochała 

jego i kochała ojca. 

Miłość Reijo i Heleny nigdy nie mogłaby w pełni rozkwitnąć, gdyby Ida pozostała z 

dziećmi  na  cyplu  i  wszyscy  ciągle  deptali  sobie  wzajemnie  po  piętach.  Sedolf  rozumiał. 

Przełknął ból i rozczarowanie. 

Powinien  się  cieszyć,  że  wreszcie  jest  we  własnym  domu.  Dziękować  losowi,  że 

otrzymał  najlepsze  gospodarstwo  we  wsi.  Zwierzęta,  zabudowania,  najżyźniejszą  ziemię  i 

łąki... 

Powinien być wdzięczny. 

Sam  również  nie  przybył  z  Lofotów  z  pustymi  rękami,  choć  teraz  wydawało  się  to 

niewiele w porównaniu z tym, co otrzymał. On i jego załoga nieźle się postarali. Lepiej niż 

starsi rybacy. 

Ich  sukces  budził  niechęć  wśród  weteranów  łowisk,  którzy  zresztą  sami  pozwolili 

młodym przejść na inny pokład. Teraz domagano się ukarania Sedolfa i  tych, którzy z nim 

odeszli,  za  zerwanie  kontraktu.  Żądano  zadośćuczynienia  za  straty  wynikłe  z  poszukiwania 

nowej załogi. Pewnie jednak nic nie uda się wskórać. Rybacy, których starsi zabrali na pokład 

w Malangen, okazali się równie zdolni jak Sedolf i jego towarzysze. I dopiero później, kiedy 

ludzie pytali, komu lepiej się powiodło, starsi zaczęli narzekać. 

Nie, Sedolf bynajmniej nie przybył z pustymi rękami. Lecz mimo to czuł się ubogi. 

Nie  powinien  jednak  mieć  do  Idy  żalu,  ponieważ  pokochał  ją  również  za  jej 

niezależność i umiejętność zawsze bycia sobą. 

Na pewno zobaczyła ich, jak się zbliżają. Choć Reijo nierzadko przyjeżdżał saniami, 

to  jednak  Ida  chyba  dostrzegała  różnicę  między  szczupłą  sylwetką  Heleny  a  silną  postacią 

Sedolfa. 

Stała  na  schodach  dokładnie  tak,  jak  Sedolf  widywał  ją  w  swoich  marzeniach,  z  tą 

jednak różnicą, że w wyobraźni umieszczał ją na wzgórzu cypla. 

background image

Stała  twarzą  do  wiatru,  który  odgarniał  jej  rude  włosy  do  tyłu  -  wyglądały  jak 

płomienie  za  jej  plecami.  Nie  zdążyła  założyć  kurtki,  drżała  od  chłodu  pod  wełnianym 

szalem,  który  narzuciła  na  ramiona.  Ręce  skrzyżowała  na  piersi,  spódnica  zamieniła  się  w 

granatowy żagiel wypełniony wiatrem. 

Sedolf nie mógł wprost usiedzieć. W biegu wyskoczył z sań, upadł. Cały był biały od 

ś

niegu, jednak nie miał czasu, żeby się zatrzymać i otrzepać. Słyszał za sobą gromki śmiech 

Rei jo, kiedy biegł w stronę domu, ku schodom, ku niej. 

Ida również nie mogła ustać w miejscu. Przytrzymywała jedną ręką szal, podczas gdy 

nogi same niosły ją ku mężowi. Kiedy Reijo zatrzymał konia tuż za nimi, już dłuższą chwilę 

stali, obejmując się nawzajem na środku ścieżki. 

Ida wreszcie się odezwała, ale nie były to słowa, które Sedolf spodziewał się usłyszeć. 

- Dzięki Bogu, że znowu jesteś w domu. Dzięki Bogu, Sedolf! 

Wtedy zaczął się zastanawiać, czy Reijo nie zataił przed nim jakichś złych wieści albo 

ż

e może zdarzyło się coś, o czym nawet Reijo nie wie. 

Nieznacznie  odsunął  Idę  od  siebie,  zobaczył,  że  zmarzła.  Jednak  nie  ujrzał  w  jej 

twarzy niczego, co powinno go przejąć lękiem. Mimo to przeraził się. 

- Dobrze cię widzieć, aniele - uśmiechnął się. Tak jak należało, szeroko, serdecznie i 

ciepło, tak jak powinien przywitać swą żonę po wielomiesięcznej rozłące. 

Po raz pierwszy przed nią udawał. I czynił to świadomie, z rozmysłem. Dobrze było ją 

znowu zobaczyć. Jednak w głębi duszy nie czuł się tak radosny, jakby wskazywał na to jego 

uśmiech. Bał się. 

- Chodźmy do środka, zanim dzieci przewrócą dom do góry nogami - rzekł i niemal 

pociągnął Idę za sobą. 

Młodzi weszli do domu, a Reijo został na zewnątrz, żeby rozładować sanie. 

Sedolf  zupełnie  zapomniał  strzepnąć  z  siebie  śnieg  i  teraz  zostawił  na  drewnianej 

podłodze kałuże wody. Deski lśniły czystością, wyszorowane do białości, prawie tak samo jak 

w czasach, kiedy gospodynią była tu Anjo. 

Dwa  maleńkie  trolle  ciągnęły  się  za  włosy  przy  skrzyni  na  drewno.  Stały  na 

chwiejnych nóżkach, żaden z nich nie zamierzał ustąpić. Sedolf ujrzał dwie czarne czuprynki 

i wczepione w nie pulchne piąstki, usłyszał też wrzask, który groził wywierceniem dziury w 

dachu. 

- Witaj w domu, Sedolf - mruknął pod nosem z grobową miną. Następnie rozdzielił 

małych  siłaczy  i  ostrożnie  podniósł  do  góry,  każdego  na  innym  ręku,  w  bezpiecznej 

odległości od siebie. 

background image

Dzieci  długo  mu  się  przyglądały  ciemnymi  oczami.  Otworzyły  usta  ze  zdumienia, 

zapominając  o  krzyku.  Sedolf  zobaczył  białe  ząbki,  które  przebiły  różowe  dziąsła  w  kilku 

nowych miejscach. 

Zakłuło go w sercu, że ominęło go tak wiele. Poczuł ogromną miłość do tych dwojga. 

Choć zawsze Raija i Mikkal byli mu bardzo drodzy, teraz to uczucie wypełniło go bez reszty. 

Nie mówił o tym głośno, przytulił tylko bliźnięta trochę mocniej, ale nie za mocno. Ostrożnie 

pogłaskał  palcem  najpierw  jeden,  potem  drugi  okrągły  policzek.  Uśmiechnął  się  w  taki 

sposób,  że  w  dziecięcych  umysłach  obudziło  się  niejasne  wspomnienie,  pozwalające 

przypuszczać, że jest kimś znajomym - choć trudno byłoby po tak długim czasie dokładnie 

określić, kim. 

- To tylko ja - zapewnił głosem, który również okazał się znajomy, choć już bardzo 

długo nie wypełniał izby. - To tylko ja wróciłem do was, najdroższych mi na świecie. 

Ucałował  maluchy,  a  kiedy  z  powrotem  postawił  je  na  ziemi,  zapomniały,  że  się 

kłóciły. Teraz Sedolf stał się najważniejszy w tym pokoju, w całym życiu. Maleńkie stopki 

podążyły za nim. Gdy usiadł na ławie przy kuchennym stole, Mikkal i Raija znaleźli się tuż 

obok,  domagając  się,  by  wziął  je  na  kolana  i  poświęcił  im  całą  uwagę.  Drobne  rączki 

chwyciły mocno tam, gdzie znalazły oparcie. 

- Witaj w domu, Sedolf - odezwała się Ida czule, zdejmując mu czapkę. 

Oczy dziewczyny uśmiechały się. Usta także. Jej głos brzmiał ciepło. Dotyk był taki 

łagodny. 

Otoczenie wydawało się trochę obce. Ale nie to było najważniejsze. 

Wrócił do domu. 

background image

Trwająca wiele tygodni i miesięcy rozłąka była bólem. Bólem, do którego kobiety nad 

fiordem już przywykły. Takie było życie. Godzono się z tym. Mężczyźni przez większą część 

roku  musieli  przebywać  poza  domem.  Nie  znali  innego  rozwiązania.  Ból  stał  się  zatem 

częścią codzienności. Nikt się jednak nie skarżył. 

Ida jeszcze się nie przyzwyczaiła do długich rozstań, Reijo przeważnie nie opuszczał 

cypla  na  dłużej.  Dopiero  kiedy  Sedolf  pojawił  się  w  jej  życiu,  ów  ból  stał  się  częścią  jej 

ś

wiata. 

Ponowne spotkanie dwojga osób to jakby poznawanie siebie nawzajem od nowa. Niby 

się znają, a jednak czują, że są dla siebie kimś nowym. Jakby przemierzali znajomą okolicę 

pierwszy  raz  od  bardzo  dawna.  Jakby  zakochali  się  na  nowo.  To  piękne  i  nie  -  ?  zwykłe 

przeżycie.  Poruszają  się  ostrożnie  jak  po  omacku,  do  końca  nie  wiedząc,  jak  zareaguje  to 

drugie. Myśląc jedynie o tym drugim, na moment nieomal zupełnie zapominają o sobie... 

Ida  i  Sedolf  siedzieli  sami.  Dzieci  położyli  spać.  Napalili  w  dużej  izbie  -  Sedolf 

pamiętał ją z czasów, kiedy należała do Anjo. Stały tu te same meble. To ten sam pokój, a 

mimo  to  wyglądał  zupełnie  inaczej.  Ida  nadała  mu  całkiem  nowy  charakter.  Poprzesuwała 

szafy, krzesła, ustawiła je po swojemu. Stał się pokojem Idy. Dobrze, że jest teraz ich domem. 

Ida  opowiadała  to  samo,  co  Sedolfowi  już  przekazał  Rei  jo,  ale  zupełnie  innymi 

słowami, z większym ładunkiem emocji. W jej głosie był smutek, cierpienie, śmiech, troska, 

złość - te wszystkie uczucia, które w sobie nosiła przez czas rozłąki. 

-  Nie  w  taki  sposób  mieliśmy  zdobyć  własny  dom  -  rzekła  wreszcie,  zaczesując 

palcami grzywkę do tyłu. Robiła to bezwiednie, zawsze bawiła się swoimi włosami, kiedy się 

nad  czymś  zastanawiała,  kiedy  poważniała,  kiedy  skupiała  na  czymś  całą  uwagę.  -  Ale 

bardziej nam się należy  niż Emilowi. Niż komukolwiek innemu. Kiedy doszłam do takiego 

wniosku, wybór nie wydawał się już taki trudny. Ty uczyniłbyś to samo. 

Sedolf  wiedział,  że  miała  rację.  Postanowił,  że  Ida  nigdy  się  nie  dowie  o  goryczy, 

która go wypełniła. 

- Chciałbym spotkać tego młodzieńca - rzekł, zmieniając temat. Zobaczył, jak bardzo 

pociemniało spojrzenie Idy. Wyraźnie posmutniała na wspomnienie o nieznajomym chłopcu. 

A  więc  martwiło  ją  zniknięcie  Patrika.  Nikt  nie  powinien  odchodzić,  jeśli  ktoś  po  nim  nie 

płacze.  Sedolf  uświadomił  sobie,  że  to  najgorszego  rodzaju  samotność:  umrzeć,  nie  pozo-

stawiając nikogo, kto by tęsknił. - Jestem mu winien • podziękowanie za tak wiele - dodał. 

background image

Ida skinęła głową jakby nieobecna. Ale patrzyła Sedolfowi w oczy, kiedy wyznała: 

- Patrik się we mnie zakochał, Sedolf. Nie chciałam, żeby tak się stało. Był zaledwie 

chłopcem. 

Ż

yć  z  Idą  znaczyło  zrozumieć,  że  inni  mężczyźni  też  potrafią  dostrzec  jej  urodę,  że 

niejednego oczaruje jej promienny uśmiech. Sedolf zdał sobie z tego sprawę na długo, zanim 

się  pobrali.  Uświadomił  sobie,  że  będzie  musiał  z  tym  żyć.  Nie  mógł  pozwolić,  by  z  tego 

powodu zrodziło się między nimi uczucie wrogości. Ida nie robiła przecież nic, co oddalałoby 

ich od siebie. Należeli do siebie jak para wioseł jednej łódki. Nie inaczej. 

- Ja chyba powinienem najlepiej rozumieć, dlaczego - odparł cicho i ujął jej dłonie w 

swoje. - Niełatwo jest decydować o tym, kogo  obdarzyć miłością, prawda,  Ida? Uczucia są 

jak motyle. Tak samo lekkie. Unoszą się z wiatrem i lądują na innym kwiecie, niż zamierzały. 

Wiem, że nigdy go nie zachęcałaś, mój aniele. I wiem, że dałaś mu do zrozumienia, że nie 

może spodziewać się wzajemności, że ofiarowałaś mu tylko przyjaźń. 

Zacisnęła palce na jego dłoni. 

-  Zbyt  dobrze  mnie  rozumiesz,  Sedolf.  Po  chwili  znalazła  się  w  jego  ramionach. 

Siedzieli  objęci  na  sofie,  która  zawsze  stanowiła  dumę  Anjo  i  z  powodu  której  sąsiedzi 

przychodzili  nawet  z  daleka,  by  obejrzeć  mebel  i  go  wypróbować.  W  piecu  trzaskało 

przyjemnie brzozowe drewno. Wokół panowało ciepło i także w nich wszystko było ciepłem. 

- Rozumiem cię? - spytał z uśmiechem, całując Idę czule. Całymi tygodniami tęsknił 

do tych ust. - Mówisz, że cię rozumiem? Nigdy  cię w pełni nie zrozumiem, nawet gdybym 

miał  żyć  sto  lat  i  dzielić  je  z  tobą.  Nie  zrozumiem  nawet  gdybym  miał  żyć  u  twego  boku 

kolejne  sto  lat.  Ale  kocham  cię.  I  jestem  prawie  pewien,  że  i  ty  mnie  kochasz.  To  chyba 

starczy, prawda? 

Ida pokiwała głową. Sedolf miał tak cudownie jasny pogląd na to, co w życiu ważne. 

Nie  zastanawiał  się  nad  sprawami,  które  uważał  za  nieistotne.  Ida  kochała  tę  jego 

prostoduszność, ale sama była inna. Według niej życie przypominało tkany materiał, w któ-

rym przeplatało się wiele rodzajów nitek, tworzących grubsze sploty. Sedolfowi zaś kojarzyło 

się  raczej  z  liną  o  dwóch  końcach,  którą  łatwo  można  wyprostować.  Z  materiałem  jest 

inaczej... 

Oboje wydawali się tak różni, jednak wszystko prowadziło ich ku sobie. 

-  Oczywiście  masz  rację  -  mruknęła  tuż  przy  jego  szorstkim  policzku.  -  Naturalnie 

masz  rację.  Kocham  cię.  Zawsze  będę  cię  kochała.  Człowiek,  który  mógłby  nas  rozdzielić, 

jeszcze się nie narodził... 

background image

Podniosła ku niemu twarz, czekała na pocałunek. Musnął wargami jej usta. Przebiegło 

mu  przez  głowę,  że  Ida  źle  się  wyraziła.  Człowiek,  który  mógłby  ich  rozdzielić,  już  się 

narodził. Ale nie żyje. 

- A czy nie było tam w osadzie takiej damy, do której uśmiechałeś się szerzej niż do 

innych? - spytała zaczepnie, zarzuciwszy mu ramiona na szyję. 

Sedolf potarł czołem o czoło żony, spojrzał jej głęboko w oczy. 

- Jak w ogóle możesz o to pytać? - zdumiał się. Lecz błysk w jego brązowych oczach 

powiedział  jej,  że  zrozumiał  żart.  Sporo  w  nim  jeszcze  zostało  z  dawnego  Sedolfa.  -  Któż 

miałby to być? Widać, że nigdy nie byłaś na połowach, kochanie. W pobliżu baraków nie ma 

dam. Nazywamy je zupełnie inaczej... 

Ida na chwilę przymknęła oczy. Wstrzymała oddech, czuła, że musi coś powiedzieć, 

dotknęli tematu, na który miała własne zdanie. 

-  •  Powinniście  spróbować  ich  życia  -  odezwała  się  wreszcie.  -  Wy,  mężczyźni, 

którym  tak  łatwo  przychodzi  zniesławianie  kobiet.  Powinniście  spróbować,  przekonać  się, 

jakie  posiadamy  możliwości  wyboru.  Nie  wszystkie  z  nas  mogą  żyć  tak  cnotliwie,  jak  by 

sobie tego życzyli najpobożniejsi chrześcijanie. Nie wszystkie na to stać. Nie wszystkie mogą 

zachowywać się jak damy. Nie każda też może zostać żoną rybaka. Niektóre muszą pracować 

jako dziwki, by wyżywić siebie i najbliższych. Chyba tak właśnie je nazywacie... 

Nie  dał  się  sprowokować.  Wytłumaczył  sobie,  że  nie  przeciw  niemu  Ida  kieruje  ten 

atak. 

-  Tak,  to  jedno  z  określeń  -  odpowiedział  spokojnie.  -  Dobrze,  że  znalazły  w  tobie 

takiego zagorzałego obrońcę, Ida. - Nagle uśmiechnął się szeroko. - Zastanawiam się jednak, 

czy równie ciepło byś się o nich wyrażała, gdybym rzeczywiście sprowadził sobie jedną lub 

kilka. 

- Tylko spróbuj, Sedolfie Bakken! - ostrzegła. Sedolf wiedział, że nigdy tego nie zrobi. 

Była tego warta, ta impulsywna istota, którą pojął za żonę. 

Roześmiał się i objął Idę, a potem powoli położył się na sofie, pociągając ją za sobą. 

Uśmiechał  się  przy  tym  wyzywająco,  ale  wiedział,  że  Ida  nie  należy  do  kobiet,  które  nie 

podejmują wyzwań! Potrafiła mu dorównać, podążyć za nim tak daleko, jak daleko odważy 

się  z  nią  pójść.  Rozpięła  mu  pod  szyją  koszulę,  wsunęła  pod  nią  dłonie  i  palcami 

wskazującymi  gładziła  pierś  Sedolfa,  jak  tylko  mogła  sięgnąć.  Później  złożyła  ręce  i 

przylgnęła  do  nich  policzkiem.  Napotkała  wzrokiem  spojrzenie  brązowych  oczu  męża. 

Dobrze było tak leżeć. Dobrze znaleźć taki spokój. Tak wielki spokój. 

- Jak to się stało, że Reijo związał się z Heleną? - spytał Sedolf. 

background image

Położył  ręce  pod  głową,  obserwował  Idę,  cieszył  się  jej  bliskością,  lecz  rękom  dał 

odpocząć. Przydadzą się później. Trzymanie ich teraz z dala od upragnionego ciała spotęguje 

potem przyjemność. 

-  Wcale  się  tego  nie  spodziewałam  -  przyznała  Ida.  -  Ale  to  dobrze  dla  taty,  że  są 

razem. 

-  Chyba  nie  on  uczynił  pierwszy  krok  -  zastanawiał  się  Sedolf.  -  Musiała  to  zrobić 

Helena. Tato wolałby zabrać to uczucie do grobu, niż się do niego przyznać. 

-  Helena  jest  dziwna  -  stwierdziła  Ida  w  zamyśleniu.  Zdmuchnęła  kosmyk  włosów, 

który łaskotał ją w nos. - Jest młodsza ode mnie. Czasami sprawia wrażenie dziecka. Pewnie 

dlatego, że nie umie tego, co zwykle potrafią dorosłe kobiety. Ale przecież nie można wiele 

od  niej  wymagać,  kto  ją  miał  uczyć...  Tylko  że  ja  o  tym  ciągle  zapominam,  taka  jestem 

roztrzepana. Innym znów razem wydaje mi się starsza od Reijo... Uważam, że jeszcze wiele 

przed nami ukrywa. Wiele przemilczała. Sądzę, że nawet tacie nie powiedziała wszystkiego. 

Zapanowała cisza. 

- Reijo mówi, że się z nią ożeni - powiedział Sedolf. Ida skinęła głową. 

-  Tato  rzeczywiście  o  tym  poważnie  myśli.  Na  swój  sposób  oznajmia  nam,  że  nie 

zamierza dłużej żyć mrzonkami. Nadzieją, że mama wróci. Głosi światu, że Raija nie żyje. I 

ż

e Helena nie jest mu obojętna. Że ją kocha... 

- Czy może się z nią ożenić? 

- Mama zniknęła na tyle lat. Nie ma jej prawie tak długo, jak ja żyję - odrzekła  Ida 

trochę poirytowana, że Sedolf mógł zadać tak niemądre pytanie. Nagle zrozumiała, co miał na 

myśli.  -  Helena...  -  dodała  zamyślona.  -  Musieli  przecież  o  tym  pomyśleć.  Ja  też  często  jej 

powtarzałam, że powinna uznać, iż Curt nie żyje. Mało prawdopodobne, że będzie jej szukał. 

Na pewno w głębi duszy się cieszy, że się jej pozbył... 

- Może ona ma jakieś papiery? - spytał cicho Sedolf. 

Nie zamierzał dodawać dziegciu do beczki miodu, ale ogarnęły go wątpliwości. Miał 

do tego prawo, stal się przecież członkiem rodziny. Przekonał się też, że nigdy niczego nie 

należy uznawać za pewne. Już nieraz widział, jak szczęście zamienia się w smutek. 

- Tak nie wolno! - Ida ponownie uniosła się na łokciach. - Nie powinieneś snuć takich 

czarnych myśli, Sedolf! Tego nauczyłeś się na Lofotach? Sądziłam, że wszyscy mężczyźni na 

połowach albo stroją sobie żarty, albo świntuszą. Nawet nie dopuszczam takiej możliwości, 

ż

e tacie mogłoby się coś nie udać, ponieważ on naprawdę kocha Helenę. Ta dziewczyna nie 

jest  dla  niego  lekarstwem  na  tęsknotę.  Ona  nie  jest  tylko  jakąś  tam  kobietą,  z  którą  się 

background image

związał, bo zbyt długo był sam. Jest dla niego wszystkim. A Helena... po prostu go ubóstwia. 

Nic nie powinno im stanąć na drodze. Nie może! 

- A co z nami? - spytał Sedolf z uśmiechem w kącikach ust. - Czy na naszej drodze 

piętrzą się jakieś przeszkody? 

Uśmiechnęła się. Zastanowiła się, czy zauważył, że coś przed nim przemilczała. Albo 

powiedziała nie wszystko. 

Poborcy podatkowi za bardzo im się dali we znaki, by o nich w ogóle nie mówić. Ale 

jedno  wspomnienie  Ida  zachowała  tylko  dla  siebie:  niezwykle  spotkanie  z  jednym  z  nich. 

Sedolf nie wiedział, że Sture Moen zajrzał prosto w jej duszę. Nie wiedział też, że usta tego 

człowieka dotknęły jej ust. Nie wiedział, że przy tym mężczyźnie, którego nawet nie znała, 

poczuła się całkiem bezsilna. 

Nie wiedział i nie powinien wiedzieć, że pewnej mroźnej nocy pod zorzą polarną dała 

się oczarować nieznajomemu - obcemu, którego w dodatku powinna nienawidzić. Tej nocy 

jej  rozsądek  widocznie  podążył  ścieżkami  zorzy  polarnej...  Uwielbienie,  jakim  darzył  ją 

Patrik, to coś zupełnie innego: za to Sedolf nie będzie jej czynił wyrzutów. 

- Przeszkody? - spytała powoli. Nie mogła zgadnąć, o co mu chodzi. Zaniepokoiła się. 

-  Czy  jest  coś,  o  co  moglibyśmy  się  potknąć  w  drodze  do  sypialni?  A  może 

powinniśmy zostać tutaj? - rzucił żartobliwie, gdy tymczasem Ida spodziewała się surowego 

wyroku. 

Wybuchnęła  śmiechem.  Uścisnęła  Sedolfa  tak  mocno,  że  nie  mógł  złapać  tchu. 

Ucałowała  w  oba  policzki.  Poczuła,  że  schudł.  Pomyślała,  że  musi  to  naprawić.  Powinna 

zadbać, by najadał się do syta! 

Czuli  ciepło.  Tylko  ciepło.  I  bliskość.  Nic  nie  istniało  poza  nimi.  Sedolf  podjął 

decyzję, nie uzgadniając jej z Idą. 

- Zostajemy tutaj, Ida. Nie ruszamy się stąd. Splótł dłonie za jej plecami. Śmiejąc się, 

ugryzł ją lekko w koniuszek nosa, zaraz potem pocałował, a następnie obsypał pocałunkami 

całą twarz Idy. 

Nie  było  czasu  na  wyswobodzenie  się  z  ubrania.  Tygodnie  rozłąki  zrodziły  drżący 

niepokój rąk. Tygodnie wypełnione tylko marzeniami podwoiły tęsknotę. Zmagali się każde z 

własnymi  rzeczami,  odchylali  je  tam,  gdzie  trzeba.  Odnaleźli  siebie,  zatopili  w  sobie 

nawzajem.  Objęci  ramionami  i  nogami  ugasili  cielesne  pragnienia.  Jednak  pozostał  w  nich 

dużo  silniejszy  głód  -  potrzeba  dzielenia  się  myślami,  przeżyciami,  wrażeniami.  Potrzeba 

opowiedzenia wszystkiego, przez co przeszli, każde z osobna, kiedy przebywali tak daleko od 

siebie,  oni,  którzy  powinni  razem  budować  coś,  co  ludzie  nazywają  przyszłością...  Sedolf 

background image

przywiózł  kawę.  W  domu  niewiele  jej  już  zostało  -  po  świętach  Bożego  Narodzenia  ludzie 

znad fiordu musieli zacisnąć pasa. W szarych izbach chat przytulonych do górskich zboczy i 

skal,  zbudowanych  na  łagodnych  stokach  schodzących  nad  brzeg  lub  w  wąskich  kotlinach, 

nikt  nie  opływał  w  dostatek.  Zadowalano  się  tym,  co  posiadano.  Nikt  nie  marzył  też,  by 

posiadać  więcej.  Takie  fantazje  rodziły  tylko  tęsknoty,  dalekie  od  codzienności  i 

rzeczywistości. 

Ida zrobiła kawę. Z kuchni niósł się przyjemny zapach. Drzwi do izby stały otwarte. 

Inaczej było na co dzień; na ogrzanie zimą tylu pomieszczeń potrzeba dużo drewna lub torfu. 

Oznaczało  to  więcej  pracy  dla  tego,  kto  musiał  chodzić  do  lasu  po  opał.  To  chyba  jedyna 

niedogodność wynikająca z przeprowadzki z ciasnej chaty na cyplu do dużego domu o wielu 

pokojach. Teraz palili tym, co zgromadził Knut. 

Siedzieli z kubkami kawy w dłoniach. Czuli, jak napój szczodrze rozdaje swe ciepło. 

Jak przyjemnie rozgrzewa ręce. 

- Już zapomniałem, jakie to cudowne - rzekł Sedolf. 

- Kawa? - spytała Ida. Sedolf zaprzeczył ruchem głowy. W jego wzroku nie dostrzegła 

nawet śladu żartu. W głosie również nie. 

- Życie z tobą - odparł. - Chociaż tam na morzu wydawało się nam, że upłynęło całe 

ż

ycie, w  gruncie rzeczy  minęło tak niewiele  czasu. Niewiele,  a ja zapomniałem, jaka jesteś 

dobra. Wiem, że taka jesteś, ale nie potrafię zachować we wspomnieniach tego wspaniałego 

odczucia... 

Wdychał  zapach  kawy.  Prawie  nie  pił.  Ciągle  potrząsał  głową  ze  zdumienia. 

Zastanawiał się, czy to z nim jest coś nie w porządku. 

Jeżeli ktoś jest tak szczęśliwy, to czy nie nosi tego w sobie przez cały czas? Czy nie 

potrafi przywołać w pamięci każdej cudownej chwili? 

- Nigdy przecież nie jest tak samo - zauważyła Ida rozbawiona. 

Poczochrała  Sedolfa  po  włosach,  tak  pełna  miłości,  że  obawiała  się,  iż  serce  jej 

pęknie. Tak pełna czułości, że graniczyło to z bólem. 

Ale ból nie może chyba sprawiać przyjemności? 

-  Czy  ty  też  czujesz  podobnie?  -  zdumiał  się.  Spojrzała  na  niego  z  ukosa.  Na 

policzkach  miała  rumieńce.  Mógłby  tworzyć  pieśni  na  cześć  tej  twarzy.  Na  cześć  Idy.  Jej 

całej. 

- Być może - odparła. - Myślisz, że twoje uczucia są zupełnie wyjątkowe? 

Sedolf skinął głową. 

background image

Ida  nie  mogła  się  oprzeć  spojrzeniu  brązowych  oczu,  pełnemu  nieugiętej  pewności. 

Lekko pocałowała męża w policzek. 

- Nazywają to miłością, Sedolf. To jedna z najbardziej rozpowszechnionych chorób, o 

jakich słyszałam. 

W takich chwilach jak ta oboje jakby poznawali się na nowo. 

- Przypuszczam, że Rei jo nie pojedzie po raz drugi do Finlandii - odezwał się Sedolf. 

Zarówno on sam, jak i Ida doskonale rozumieli wagę tych z pozoru przypadkowych słów. Od 

tej podróży mogło zależeć ich dalsze wspólne życie. 

- Nie, jeśli Helena nie zechce - przyznała Ida. 

- Knut obiecał, że cię tam zabierze, prawda? - spytał. 

Przytaknęła. 

- Czy wciąż pragniesz tam jechać? - chciał wiedzieć. Wielkie dłonie zacisnęły się na 

kubku, mięśnie napięły się aż do łokci, ramiona skuliły się. 

Sedolf  przełknął.  Bał  się.  Ale  jednocześnie  wypełniła  go  wspaniałomyślność  -  to 

szlachetne uczucie, do którego wreszcie dorósł. Wspaniałomyślność i zaufanie. 

-  Czy  nadal  pragniesz  poznać  odpowiedź?  Skinęła  głową  i  popatrzyła  mu  prosto  w 

oczy. 

- Chcę pojechać do Finlandii. Chcę porozmawiać z Mają, zobaczyć grób Ailo. Chcę 

się dowiedzieć prawdy. 

-  Zabiorę  cię  tam  -  obiecał  Sedolf.  -  Niezależnie  od  tego,  co  z  tego  wyniknie,  Ida. 

Masz do tego prawo. Nie żądasz wiele. Może nie jutro, ale na pewno cię tam zabiorę. 

Ida wiedziała, że Sedolf dotrzyma obietnicy. Należał do ludzi, którzy nie łamią danego 

słowa. 

background image

Wioska zatętniła życiem, kiedy powrócił z Lofotów również drugi statek. Przypłynęli 

nim  starsi  rybacy,  ci,  którzy  początkowo  bardzo  krytycznie  przyglądali  się  młodym. 

Naturalnie  nadal  ostrzyli  sobie  zęby  na  tych  przedwcześnie  usamodzielnionych  młokosów, 

choć  najgorsza  złość  już  im  trochę  przeszła.  Tak  jak  Sedolf  i  jego  chłopcy,  oni  również 

większość złowionych ryb sprzedali po drodze do domu, bo w tym roku nie zapowiadało się, 

by jakiś frachtowiec wybierał się do Bergen. 

Mimo  że  większość  rybaków  na  Lofotach  nadal  używała  wyłącznie  prostej  liny  z 

hakiem  na  końcu,  połów  się  udał.  Wiele  od  tego  zależało,  nie  łowiono  bowiem  tylko  na 

własne  potrzeby.  Gdyby  tak  było,  można  by  równie  dobrze  tkwić  we  własnym  fiordzie  i 

nigdzie się nie ruszać. Łowiono również na sprzedaż i wymianę. 

Sedolf i jego chłopcy wypłynęli po starszych, tyle byli im winni. Mężczyźni  rzucali 

pod ich adresem złośliwe uwagi, ale dało się je znieść. Zresztą w ten sposób młodzi mogli się 

też czegoś nauczyć. 

-  A  więc  udało  się  wam  jakoś  przemknąć?  -  zauważył  któryś  z  weteranów.  - 

Niedozwolonym sprzętem lepiej się łowi, o ile mi wiadomo. 

- Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem - odparował Lars, powołując się 

na Biblię. - Widziałem wyraźnie na waszym statku linę całą obwieszoną hakami... 

Ś

miech świadczył o tym, że nie minął się z prawdą. 

- Taka lina jest dość niegroźna - odparł któryś ze starszych. Nowo przybyli wyciągali 

ż

aglowiec na ląd, załoga Sedolfa również w tym pomagała. Uważała to za swój obowiązek. 

Zresztą podanie pomocnej dłoni sąsiadowi było przyjętym zwyczajem. Ten, kto się od tego 

uchylał, nie mógł spodziewać się wsparcia w potrzebie. Nikt nie może liczyć tylko na siebie - 

co  do  tego  zgadzali  się  wszyscy  w  wiosce  nad  fiordem.  -  Nie  jestem  wcale  pewien,  czy 

naczelnik dostrzegłby różnicę, gdyby sam zaczął sprawdzać - dodał. 

Rozległ się śmiech. 

- Obie załogi używały liny z niedozwolonymi hakami - zauważył ktoś inny. - Gorzej, 

kiedy w grę wchodzi włók. Naczelnik bez trudu by się zorientował, że łamaliście prawo. 

Sedolf uśmiechnął się. 

-  Bodo  leży  dość  daleko  od  Lofotów.  Chyba  nie  muszę  się  obawiać,  że  spotkam 

naczelnika na połowach? 

background image

Członkowie jego załogi zgadzali się z nim w zupełności. To prawda, że jako rybak był 

tylko niedoświadczonym gołowąsem, ale potrafił zmyślnie odpowiadać na docinki, a to cenili 

wysoko. 

I chociaż na samą myśl o naczelniku ogarnął ich strach, zaraz pomyśleli, że to tylko 

urzędowa  figura,  za  którą  robotę  wykonywali  inni.  W  tym  roku  zadbał  jednak  o  zdobycie 

popularności  wśród  rybaków  na  całym  wybrzeżu,  gdyż  wyraźnie  zabronił  używania  na 

Lofotach innego sprzętu niż lina z jednym hakiem na końcu do połowów głębinowych. 

Linę z wieloma hakami znano od lat. Za jej pomocą łowiono więcej niż na tę z jednym 

hakiem. Na niektórych fiordach zaczął się już pojawiać włók, sieć w kształcie stożkowatego 

wora  wleczona  po  dnie  za  statkiem.  Jednak  żadnego  z  tych  sprzętów  prawo  nie  zezwalało 

stosować na największych łowiskach. 

-  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  to  prawdziwym  powodem  zakazów  jest  obawa,  żebyśmy 

przypadkiem za dużo nie złowili - stwierdził Marius. 

- Że niby ogołocimy morze? - uśmiechnął się jeden ze starszych. 

Młodzi, którzy spędzili pierwszy sezon na morzu z dala od domu dużo wcześniej, niż 

ktokolwiek by się tego spodziewał, zawtórowali gromkim śmiechem. 

- Zupełnie jakby można było ogołocić morze za pomocą liny z hakami i włóka! Nawet 

naczelnik nie jest chyba aż tak głupi, by w to wierzyć! 

-  Jednak  może  mu  przyjść  do  głowy,  że  za  dużo  zarobimy  -  zauważył  Sedolf.  -  Że 

dzięki  tym  pieniądzom nabędziemy  odwagi.  Że  zdołamy  pozbyć  się  długów.  Że  zaczniemy 

mówić głośno o tym, co nas gnębi. Co wy na to? 

- Niech myśli sobie, co chce! 

Nie przestawali jednak zastanawiać się nad rozporządzeniem wysokiego urzędnika. W 

końcu uznali, że i on prowadzi handel rybami, że leży w jego interesie, żeby ceny na ryby nie 

spadły. 

Do  Bergen  nie  powinno  zatem  trafić  zbyt  wiele  towaru.  Ludzie  pływający  dla 

naczelnika  z  pewnością  nie  stosowali  wyłącznie  dozwolonego  sprzętu,  ale  ktoś,  kto  dba  o 

własną przyszłość, zwłaszcza jeśli jest nieuczonym biedakiem z darniowej chaty, nie powi-

nien  tego  dostrzegać.  Tak  wiele  można  stracić:  kredyt  i  jedzenie,  łódź  i  gospodarstwo,  i 

zarobek. Rybak z wybrzeża był co prawda mocny w gębie, ale nauczył się także, że czasami 

lepiej ugiąć kark, zgarnąć czapkę z głowy i przyjąć to, co wielcy panowie postanowią. 

- Czy nie chowacie do nas urazy z powodu naszego odejścia? - spytał Sedolf wprost. - 

Krąży  tyle  różnych  plotek  -  dodał.  -  Nie  mieliśmy  okazji  porozmawiać,  zanim  opuściliśmy 

pokład. 

background image

-  Trzeba  przecież  dać  młodym  szansę  -  odparł  szyper  żaglowca  z  pięcioma 

przedziałami wiosłowymi. - Postąpilibyśmy chyba tak samo jak wy, gdybyśmy byli młodzi i 

gdyby nadarzyła się możliwość. Łatwo jest kogoś osądzać, prawda? Myślę, że w tak niedużej 

wiosce jak nasza nie powinna panować niezgoda. 

Nie  wyraził  się  całkiem  jasno,  ale  zaakceptował  decyzję  młodych.  I  uczynił  to  w 

obecności wielu mieszkańców wioski, którzy zgromadzili się tłumnie, witając powracających. 

- Wybieracie się wkrótce do Finnmarku? - spytał któryś ze starszych. 

Sedolf czuł, że zebrani na brzegu patrzą na niego. 

- Oczywiście - odpowiedział  Lars. Sedolf nie był tego taki pewien. Nagle spadło na 

niego wiele obowiązków w nowym domu. Mówił nawet o sobie, że został gospodarzem. Lars 

nieźle się bawił jego kosztem, on i jego trzej towarzysze przezywali Sedolfa „chłopem”. 

Gdyby  mieli  popłynąć  do  Finnmarku,  musieliby  wkrótce  zacząć  przygotowania  do 

kolejnej długiej wyprawy, z której wróciliby dopiero w pełni lata. 

Z  drugiej  jednak  strony  posiadanie  statku  wiązało  się  z  odpowiedzialnością.  Załoga 

liczyła  na  Sedolfa,  los  tych  chłopców  zależał  od  jego  decyzji.  Nie  każdy  otrzymał 

gospodarstwo w prezencie. Sedolf zdawał sobie sprawę, że musi porozmawiać z Idą. 

Nie będzie łatwo, dopiero wrócił do domu. Ida potrzebowała go. 

Ale przecież wiedziała, na co się decyduje, kiedy za niego wychodziła. Została żoną 

rybaka. 

- Chyba jednak popłynę - rzekł z ciężkim sercem. - My też mamy coś do załatwienia 

w Finnmarku. 

Wstawał  nowy  dzień.  Niebo  na  wschodzie  różowiło  się  jaskrawo,  a  nieco  wyżej 

wydawało się zupełnie bezbarwne. 

Sedolf  ładował  na  sanie  beczki  z  solonymi  rybami,  większość  zdobyczy  zamierzał 

rozwiesić na żerdziach Reijo. Znajdzie się tam wiele miejsca. Pomyślał, że to dziwne samemu 

decydować o rybach, jak je przechować, ile przeznaczyć na sprzedaż. Nigdy przedtem tego 

nie robił. Tak wiele się zmieniło, odkąd Ida wkroczyła w jego życie. 

Właśnie  niósł  kolejną  beczkę,  kiedy  obok  niego  pojawił  się  jakiś  człowiek.  Sedolf 

ujrzał tylko zarys sylwetki, nie zwrócił na nią szczególnej uwagi - przychodziło tu tak wiele 

różnych osób, żeby zamienić słowo. Rzucił coś na powitanie, nie podnosząc wzroku. 

- Wróciliście do domu - usłyszał i rozpoznał głos Emila. 

Sedolf  spojrzał  w  górę  przez  moment, zanim  umieścił  beczkę  na  samym  końcu  sań. 

Długo  ją  mocował,  pragnąc  zyskać  na  czasie.  Nie  wiedział,  jak  się zachować.  Kiedyś  Emil 

był jego najlepszym przyjacielem. Ale rozdzieliło ich więcej spraw, nie tylko Ida. 

background image

- Tak, wróciliśmy - odpowiedział. Nadal nie patrzył na Emila. Myślał o jego udziale w 

tym, co spotkało Knuta. Taki postępek nie stanowi powodu do chluby, czegoś podobnego nie 

wybacza się łatwo. 

Emilem kierowała zazdrość, a oprócz tego żądza zysku. Postąpił niegodziwie. 

- Jak słyszałem, nie przybyliście z pustymi rękami - ciągnął Emil jak gdyby nigdy nic, 

tak jakby ze wszystkiego się rozliczył albo uważał, że nic się nie stało. 

Sedolf nie wierzył własnym uszom. Nie pojmował, jak Emilowi nie wstyd. 

- Nie, nie przybyliśmy z pustymi rękami - potwierdził. - Wcale byśmy nie wypływali, 

gdybyśmy mieli wrócić z niczym. 

Dopiero teraz zmusił się, by spojrzeć na Emila. To był on, wyglądał tak jak zawsze. 

Być może pojawiło się coś nowego w jego wzroku. Nie, to nie zło, aż tak bardzo nikt się nie 

zmienia. Emil doznał w życiu trochę rozczarowań, a z ludźmi różnie bywa. Niektórzy potrafią 

stać wyprostowani nawet przy przeciwnym wietrze. Inni łatwo się gną. 

-  Po  powrocie  również  zastałem  więcej,  niż  zostawiłem  -  rzekł  Sedolf  pewnym 

głosem. Nie spuszczał z Emila wzroku. - Może chcesz na ten temat porozmawiać? 

Emil podniósł rękę w rękawiczce i poprawił czapkę. Wiele go kosztowało, by spojrzeć 

Sedolf owi w oczy. 

- Przypuszczam, że wiesz już o moim udziale w tej sprawie - rzekł. 

Sedolf nie mógł uczynić nic innego, jak tylko skinąć głową. 

-  Nie  przypuszczałem,  że  sprawy  przyjmą  taki  obrót  -  ciągnął  dalej  Emil.  Bez 

nadmiernej pewności siebie i bez dumy, ale też nie prosząc o wybaczenie. Nie powiedział, że 

ż

ałuje. 

- Kierowałeś się tylko pragnieniem zemsty? - spytał Sedolf. 

Usiadł na brzegu sań, dłonie oparł na kolanach. Rękawiczki zrobione niedawno przez 

Idę na drutach zaczynały szarzeć. 

Emil pokręcił głową. 

-  Czasem  człowiek  ulega  pokusie  -  rzekł  wreszcie,  patrząc  daleko  na  morze.  - 

Posiadaliście tak wiele. I ten kawałek ziemi przylegający do mojej. Jakby do siebie należały. 

Dostała  ci  się  Ida.  Niewiele  mogłem  na  to  poradzić.  W  głębi  duszy  zawsze  pragnąłem,  by 

była szczęśliwa. I kochałem ją chyba inaczej niż ty. Spośród wszystkich kobiet ona najwięcej 

dla mnie znaczy. Niezależnie od tego, co potem zrobiłem... - Zamilkł. - Znalazłem sposób, by 

pozbyć się Knuta. Nie chciałem, żeby trafił do więzienia. Wiedziałem, że tam nie trafi... 

Sedolf skrzywił się. 

background image

-  Wiedziałeś?  -  zdumiał  się.  -  Tak  czy  inaczej  nie  wolno  ci  donosić.  My  też 

ryzykowaliśmy  na  Lofotach.  Łowiliśmy  trochę  niezgodnie  z  prawem...  -  Uśmiechnął  się.  - 

Ufam, że nie pobiegniesz z tym zaraz do naczelnika. W imię dawnej przyjaźni... 

- To zabolało - rzekł Emil cicho. - To zabolało, Sedolf... 

-  Chciałem,  żeby  zabolało!  -  Sedolf  uderzył  pięścią  w  najbliżej  stojącą  beczkę,  ale 

mimo to wcale nie poczuł się lepiej. - Jak mogłeś być pewien, że Knut nie trafi do więzienia? 

Gdyby  znaleziono  u  niego  duże  ilości  złota,  zarzucono  by  mu,  że  nie  zapłacił  podatku.  To 

poważne wykroczenie, wydaje mi się. W każdym razie tak nam mówią... 

- Powiem ci dlaczego, choć to i tak niczego nie zmieni - rzucił Emil. - Nie mogę tego 

udowodnić, ale ci, którzy szukali złota u Knuta, nie zostali wysłani przez wójta. Przyjechali 

od  naczelnika,  wójt  nie  miał  z  tym  nic  wspólnego.  Wszystko,  co  od  nas  pobierają  ludzie 

naczelnika, trafia do jego kieszeni, nie do skarbu państwa... 

Sedolf zaczynał rozumieć, choć zależności między rządzącymi wydawały mu się dość 

zawikłane. Poza tym na urzędnikach spoczywało tak wiele zadań, że zwykły biedak mógłby 

dostać zawrotu głowy, gdyby starał się je wszystkie poznać. 

A więc do wioski przyjechali wysłańcy samego naczelnika. 

Nic  dziwnego,  że  żadnego  z  nich  nie  widziano  nigdy  wcześniej  nad  fiordem.  Ludzi 

wójta zwykle rozpoznawano. 

Nic  też  dziwnego,  że  ci,  których  przysłał  naczelnik,  nie  zjawili  się  o  typowej  porze 

poboru podatków. 

Woleli się nie spotkać z właściwymi poborcami. 

Kraj  został  podzielony  na  cztery  główne  okręgi  administracyjne,  pokrywające  się  z 

biskupstwami.  Okręgi  z  kolei  podzielono  na  osiem  podokręgów.  Ziemie  na  północy, 

podlegające głównemu okręgowi administracyjnemu z siedzibą w Trondheim, dzieliły się na 

dwa podokręgi. Jeden podlegał naczelnikowi w Bodo w Nordland, a drugi urzędującemu w 

Vardohus. 

Podokręg  Nordland  rozciągał  się  daleko  aż  do  fiordu  Kvaenangen.  Pozostała  część 

północnej Norwegii, Ruiji, podlegała naczelnikowi urzędującemu w Vardohus. 

Ludzie nad fiordem Lyngen wiedzieli, że ich naczelnik ma swoją siedzibę w Bodo i że 

to bardzo daleko. 

W  ich  przekonaniu  ów  urzędnik  posiadał  nieograniczoną  władzę.  Nie  bez  powodu 

ż

artowali sobie: „Niech i sam król tu przybywa, nie jest przecież naczelnikiem!”. 

Ale  rzeczywistość  nie  przedstawiała  się  dokładnie  tak,  jak  ją  postrzegano  z  progów 

chat nad fiordami Ruiji. 

background image

Naczelnik  stanowił  ogniwo  łączące  króla  w  Kopenhadze  i  stołeczne  władze  z 

władzami  podokręgu  i  niższymi  urzędnikami  -  urzędnikami  cywilnymi.  Nie  miał  władzy 

wojskowej,  w  ogóle  nie  miał  wcale  tak  wiele  do  powiedzenia  w  sprawach  dotyczących 

sprawowania rządów w obrębie podokręgów. 

Nie odpowiadał też za finanse, cło, grzywny, opłaty i podatki. 

Wydatki  podokręgu,  dokładnie  zarachowane  w  księgach,  pokrywano  z  kasy 

państwowej. 

Faktem  jednak  było,  że  urzędujący  naczelnicy  bogacili  się  kosztem  mieszkańców. 

Nikogo nie dziwiło, że prowadzili podwójną rachunkowość. Wielu naczelników podokręgów 

odkryło, że także ich urzędnicy popełniają nadużycia w trosce o własną kieszeń. 

- A więc ze swoim donosem nie zwróciłeś się do wójta? 

Sedolf przyglądał się długo Emilowi. Zatem Emil starannie to sobie obmyślił. Całkiem 

sprytnie! Sedolf wiedział, że on sam nigdy nie wpadłby na coś takiego. 

- Każdy z urzędników ustala swoją cenę za przysługę - rzekł Emil. - Rzecz w tym, by 

znaleźć dostatecznie zachłannego. Wyznaczyć stawkę. Znaleźć przynętę. I zaryzykować. 

A więc chodziło tylko o pieniądze. Knut rzeczywiście nie wylądowałby w więzieniu. 

Ale mógł stracić wszystko. 

- Jak mogłeś to zrobić? - spytał Sedolf. 

- Ja także chciałem coś mieć. Obaj wiedzieli, że to niecała prawda, ale Emil nie czuł 

się na siłach, by wyjawić wszystkie motywy, które nim kierowały. 

- Nie jestem dumny z tego, co zrobiłem - dodał. - Najadłem się dosyć wstydu. Ale nie 

mógłbym,  patrząc  ci  w  oczy,  przyrzec,  że  nie  uczyniłbym  tego  ponownie,  gdybym  miał 

możliwość jeszcze raz przeżyć te chwile... 

Sedolf pokręcił głową. Zupełnie nie mógł zrozumieć Emila. Nie pojmował tak silnej 

potrzeby  posiadania.  Sedolfowi  nigdy  nie  obiecywano,  że  cokolwiek  stanie  się  jego 

własnością, nie dziedziczył gospodarstwa rolnego... Oczywiście uważał, że to wspaniale coś 

posiadać i marzył o tym... 

Ale istniało tyle ważniejszych rzeczy. 

- Nie spodziewaj się, że w jednej chwili ci wybaczę - rzekł Sedolf. - Nie wiem, czy 

potrafię. Ida jest głęboko rozczarowana... 

Emil skrzywił się. 

- Nazywaj rzeczy po imieniu, Sedolf.  Ida jest na mnie wściekła.  I ma do tego pełne 

prawo. Mimo że sama dobrze na tym wyszła... 

- Nie w ten sposób Ida chciała zdobyć własny dom! Emil wzruszył ramionami. 

background image

- Pogodzimy się? - zaproponował. 

Sedolf skinął głową. Nie w jego naturze było nosić w sobie urazę do ludzi. Życie jest 

na to zbyt krótkie. Prawda, że i jego Emil rozczarował. I że nigdy już nie będzie między nimi 

jak przedtem. Ale nie potrafił nienawidzić. Nie potrafił się na nikogo boczyć. 

Poza tym czuł, że Emil jest samotny. 

- Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej - odparł. - Ale wybacz, nie wpadnę z 

wizytą, nawet jeśli będę w pobliżu... 

Emil  również  zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  niepożądanym  gościem  w  domu  Idy.  Na 

tyle starczyło mu rozumu. Uśmiechnął się smutno w odpowiedzi, lekko drżały mu kąciki ust, 

ale zdawał się tego nie zauważać. Nie starał się też tego ukryć. 

- Do zobaczenia - rzekł na pożegnanie. Ruszył w swoją stronę. Szedł wyprostowany. 

Nie ugiął karku w żalu i wstydzie. Gotów był ponieść odpowiedzialność za to, co uczynił. 

Reijo zobaczył Sedolfa przed swoim domem i oczywiście przyszedł pomóc. Wyglądał 

jednak na zmęczonego. Miał ciemne kręgi pod oczami. Był blady. 

-  Coś  się  stało?  -  spytał  Sedolf.  Nie  zwykł  widywać  ojca  Idy  w  tym  stanie.  Reijo 

zawsze wydawał się silny. 

Przez  ułamek  sekundy  przemknęło  Sedolfowi  przez  głowę,  że  być  może  trudno  mu 

dotrzymać  kroku  tak  młodej  kobiecie  jak  Helena...  Lecz  w  jednej  chwili  przegonił  tę  myśl, 

uznał ją za niegodną i brzydką. Jak gdyby nie życzył Reijo tego szczęścia, które pojawiło się 

tak późno w jego życiu. 

- Helena źle spała - wyjaśnił Reijo. - Dręczyły ją koszmary. Wiele przeszła, wiesz... 

Nie  dokończył.  Zarówno  on,  jak  i  Sedolf  raczej  domyślali  się,  niż  wiedzieli  coś 

pewnego o przeszłości Heleny. 

-  Pamiętajcie  o  nas,  gdybyście  czegoś  potrzebowali  -  rzekł  Sedolf,  choć  czuł  się 

bezradny. 

Reijo  skinął  głową,  ale  Sedolf  uświadomił  sobie,  że  teść  nie  poprosiłby  o  pomoc, 

nawet gdyby jej potrzebował. Reijo uważał, że musi sobie radzić sam. Nawet z problemami 

Heleny. 

W  ten  zimowy  dzień,  tak  jakby  mroźne  powietrze  odkryło  przed  nim  całą  prawdę, 

Sedolf ujrzał niezwykle wyraźnie, że Reijo wziął na siebie również kłopoty Heleny. Przecież 

bólem też należy się dzielić. 

Chłopak  wspiął  się  na  żerdzie  do  suszenia  ryb  i  spojrzał  na  świat  z  góry.  Starał  się 

rozweselić  towarzyszącego  mu  Reijo,  prowokował  teścia  do  żartów  i  śmiechu,  ale  żeby  go 

background image

rozbawić,  musiał  mocno  ubarwiać  opowieści  o  życiu  w  barakach.  Powietrze  przesiąknęło 

solą, Sedolf znowu poczuł cierpki smak w ustach. Zachciało mu się pić. 

Beczki zostały opróżnione. 

Dzień nabrał niebieskiego odcienia. 

Obaj  mieli  ręce  po  łokcie  w  soli,  przemokli  i  zmarzli.  Przyjemnie  było  wejść  do 

przytulnej  izby,  gdzie  w  piecu  żywo  buzował  ogień.  Krzątała  się  tu  Helena,  może  niezbyt 

pewnie,  ale  z  wielkim  zapałem  i  wytrwałością.  Sedolf  zauważył,  że  dziewczyna  obdarzona 

jest zdolnością stwarzania miłego nastroju i życzliwej atmosfery. Pewnie nawet nie zdawała 

sobie z tego sprawy, biedactwo. Napotykała tak wiele trudności, którym nie mogła sprostać, 

choć  bardzo  się  starała.  Spadło  na  nią  tyle  obowiązków,  których  nigdy  się  nie  uczyła 

wykonywać. Nic dziwnego, że mogła się czuć niepotrzebna. 

- Widziałem, że rozmawiałeś z Emilem - zauważył Reijo. - Nie wierzyłem, że odważy 

się zbliżyć do kogoś z naszej rodziny... 

- Emil ma wady - rzekł Sedolf i choć nie zamierzał brać Emila w obronę, dodał, sam 

zdumiony własnymi słowami: - Ale posiada też trochę zalet. Czy się komu chce je dostrzegać, 

czy nie... 

Reijo długo się nie odzywał. 

- Nie było cię tutaj, kiedy tamci niemal rozebrali dom na części - rzekł wreszcie. 

- Ludzie wójta? - spytał Sedolf. 

- Poborcy podatkowi. Z poważnymi pieczęciami na dokumentach. Z zezwoleniami od 

tego to a tego z tytułem przed nazwiskiem... 

-  Ludzie  wójta?  -  powtórzył  Sedolf  pytanie.  -  Znaliście  ich?  Czy  pojawili  się  tu 

pierwszy raz? 

Reijo zorientował się, że Sedolf pyta nie bez powodu. 

- Co takiego ci Emil powiedział? - rzucił ostrym tonem. 

- Nic, co by cokolwiek zmieniało - odparł Sedolf z goryczą. - Ale nieco wyjaśnił. Ci 

ludzie nie przybyli od wójta, lecz od naczelnika. Nikt, kto by mógł się upomnieć o podatek 

dla państwa, nie wie, że Knut ma złoto.... 

-  A  więc  tak  łatwo  w  tym  kraju  można  kraść  -  westchnął  Reijo.  -  Tak  łatwo,  gdy 

używa się tytułu, za którym można się schować! 

Oczywiście  jako  pokrzywdzeni  mogli  się  zwrócić  do  najważniejszego  człowieka  w 

okręgu.  Ale  nic  by  na  tym  nie  skorzystali.  Ich  słowa,  słowa  zwykłych  ludzi,  nic  by  nie 

znaczyły wobec słów wysokiego urzędnika. A myśleli, że wójt maczał w tym palce i to on 

wezwał posiłki z góry. Że ludzie władzy stoją ramię przy ramieniu. 

background image

Zwykłemu człowiekowi tak łatwo jest cokolwiek wmówić. Tak wielu rzeczy nie wie. 

Tak wielu rzeczy, o których ci na górze nie chcą, by się dowiedział. 

Oczywiście,  że  Knut  mógł  się  zwrócić  do  najważniejszego  człowieka  w  głównym 

okręgu. Oczywiście mógł się domagać sprawiedliwości. Mógł nazwać poborców złodziejami 

i kłamcami. 

Ale stał za tym najważniejszy człowiek w ich podokręgu. 

Już w punkcie wyjścia pokrzywdzeni znajdowali się na przegranej pozycji. 

Reijo miał rację. Tak łatwo jest kraść, gdy się ma tytuł, za którym można się schować. 

-  Czy  przypadkiem  Emil  sobie  tego  nie  wymyślił?  -  spytał  Reijo,  choć  uwierzył 

słowom Sedolfa. 

- Kłamstwo na nic by się Emilowi nie zdało - zauważył Sedolf. - Nie próbował też w 

ten sposób usprawiedliwiać swego udziału w tej sprawie. Raczej przeciwnie. 

Sedolf  nie  powiedział  wprost,  że  Emil  zaproponował  zgodę,  ale  Reijo  się  tego 

domyślił. 

- I ty mówisz, że on ma jakieś zalety? - spytał Reijo, kręcąc z niedowierzaniem głową. 

- Nawet Ida jest do niego bardziej wrogo nastawiona. 

-  Nienawiść  niczemu  nie  służy.  Rodzi  tyle  bólu.  A  Emil  był  przecież  moim 

najlepszym przyjacielem. 

- Był, tak... 

Sedolf uznał, że nikt chyba nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego tak szybko przyjął 

wyciągniętą na zgodę rękę Emila. Trudno jednak jest tak po prostu wykreślić kogoś ze swego 

ż

ycia, kogoś, kto stanowił jego część, jak tylko sięgnąć pamięcią. Ludzie, których polubisz w 

dzieciństwie, w pewnym sensie będą ci drodzy przez całe życie. 

Emil  zaproponował  pojednanie.  Dał  znak,  że  jest  mu  to  potrzebne.  Usiłował 

powiedzieć,  że  pragnie  odzyskać  zaufanie.  Chociaż  dał  również  do  zrozumienia,  że  Sedolf 

jest ostatnią osobą, u której spodziewa się je znaleźć. To wiele Sedolfowi mówiło. 

Postanowił, że musi więcej rozmawiać z Emilem, musi się do niego bardziej zbliżyć. 

Choć Idzie by się to nie spodobało. 

background image

Ida  dziwnie  się  zamyśliła,  kiedy  Sedolf  opowiedział  jej  o  spotkaniu  z  Emilem. 

Spodziewał się, że rozzłości się na niego za to, że w ogóle z Emilem rozmawiał. Ale Ida nie 

wybuchnęła gniewem, tylko jakby zamknęła się w sobie. 

- A więc wójt nic o całej sprawie nie wiedział? - upewniła się. Ujrzała przed oczami 

twarz  o  ostrych  rysach,  twarz  człowieka,  o  którym  Sedolfowi  nie  wspomniała.  Teraz 

nadarzyła się ku temu okazja. Teraz pojawiła się sposobność, by ujawnić również tę prawdę. 

Jednak  Ida nie uczyniła  tego. Milczała. Nie potrafiła nazwać tego, co zaszło między 

nią a nieznajomym, ale podejrzewała, że to coś więcej, coś głębszego, czego nawet Emil nie 

zauważył lub czego nie podejrzewał. Na pewno... 

Gdzieś w piersi ją zabolało, poczuła jakby wielką pustkę. Nie będzie przecież płakać z 

powodu człowieka, którego naprawdę nie znała. Na tyle już dorosła. Ale czuła ból po utracie 

owej bliskości i zaufania. Silny ból. Powstałej pustki nie da się niczym zapełnić. 

Tamta pamiętna noc znajdowała się poza czasem. Wydawała się tylko mgnieniem oka, 

które  nie  istniało  w  zwykłej  rzeczywistości,  pewnego  rodzaju  marzeniem,  którego 

doświadczyła. 

Nie znajdowała słów na określenie tego, co wtedy zaszło. Nie chciała znaleźć. Jeżeli 

to,  co  mówi  Sedolf,  jest  prawdą,  po  prostu  zapomni.  Naprawdę  chciała  wierzyć;,  że  to  się 

nigdy nie zdarzyło. Że nie było owej mroźnej nocy pod niebem, które stało w płomieniach. 

Chciałaby  na  zawsze  zapomnieć,  że  tu  był.  Albo  lepiej  -  on  był,  niezaprzeczalnie  -  ale 

mogłaby  zapomnieć,  że  człowiek  o  nazwisku  Sture  Moen  istnieje.  Mogłaby  zapomnieć,  że 

podobał  jej  się  ten  mężczyzna  z  surową,  niewzruszoną  twarzą.  Zachowałaby  go  w  pamięci 

tylko  jako  oprawcę,  który  zrywał  podłogi  i  deski  ścian  tego  domu.  Widziałaby  go  takim, 

jakim  widzą  go  inni.  Nigdy  inaczej.  Zapomniałaby  o  jego  cieple,  człowieczeństwie,  które 

odkryła w czerwonym świetle zmieniającym noc w niebiesko - różowy dzień. 

Wydawał jej się lepszy  niż Emil. Teraz różnice się zatarły. Człowiek jest taki mały. 

Każdy pewnie ma swoją cenę. 

Nie mogła tak po prostu zakładać, że każdy w coś mocno wierzy - w Boga, w dobro, 

w człowieka. Nie mogła zakładać, że wszyscy myślą o innych, nie tylko o sobie. 

To dziecinne. 

Ida  zadrżała,  chociaż  w  izbie  panowało  ciepło.  Zrobiło  jej  się  nieprzyjemnie,  kiedy 

ujrzała to w ten sposób. Tak łatwo przychodziło jej wierzyć w ludzką szlachetność, w to, że 

background image

wszyscy pragną dobra innych, mimo że często otrzymywała dowody na to, że świat nie jest 

taki. Ani ludzie. 

-  Uważam,  że  powinienem  więcej  rozmawiać  z  Emilem  -  odezwał  się  Sedolf 

stanowczo. Ida odniosła wrażenie, że nie jest pewien, czy podziela jego przekonanie, ale nie 

miała żadnych zastrzeżeń. - Żałuję, że nie możemy odwrócić tego, co się stało. 

Siedział obok, ale jego słowa dochodziły jakby z innej rzeczywistości. Nie, nie wolno 

jej oddawać się marzeniom! 

Zdarzało się jej to wcześniej, ale teraz Sedolf był jej życiem, jej szczęściem. To jego 

kochała. Zorza płonąca na niebie w nocy, której nie było, nie powinna przesłonić tej prawdy. 

Ida  usiłowała  wyrwać  się  z  zamyślenia,  zejść  z  obłoków.  Wrócić  do  domu,  do 

codzienności, do Sedolfa. 

Spytała  go  o  decyzję  w  sprawie,  nad  którą  się  ostatnio  zastanawiał,  lecz  o  której 

jeszcze nie wspominał. O podróż do Finnmarku. Czy zamierza w nią wyruszyć? 

-  A  jak  ty  uważasz?  -  spytał.  Szukał  odpowiedzi  w  jej  ciemnych  oczach,  ale  jej  nie 

znalazł. 

- To twoje życie - rzekła Ida zdecydowanie. - Twoja praca. Nikt nie pyta swojej żony, 

czy powinien wyruszyć na połów! 

Musiał ją mocno uścisnąć, poczuć zapach jej włosów, ukryć w nich policzek, wykraść 

pocałunek... 

- Nikt nie ma takiej żony jak moja - rzekł w odpowiedzi, śmiejąc się. - Myślałem, że 

zachowam się sprytnie, jeśli spytam... 

Zawtórowała  mu  śmiechem.  Na  powrót  stała  się  jego  wesołą  Idą.  Tę  zamyśloną  i 

daleką odgoniła precz. Sedolf poczuł w sercu ulgę. 

Ida wzięła się za robótkę. U jej stóp zaraz pojawiły się maluchy. Kłębek wydawał się 

taki  ciekawy  -  umocowana  na  długiej  nitce  piłka,  którą  można  się  pobawić,  toczyć  albo 

pociągać.  Ida  pozwalała  im  to  sprawdzić.  Sama  tymczasem  zręcznie  poruszała  palcami, 

robiąc  tylko  krótkie  przerwy,  by  niepostrzeżenie  uwolnić  wełnę  z  ruchliwych  dziecięcych 

rączek. 

- Twoja decyzja dotyczy nie tylko nas - zwróciła się do Sedolfa. Mówiła to z ciężkim 

sercem, ponieważ zdawała sobie sprawę, że znowu na kilka miesięcy straci męża. 

- Byłoby o wiele prościej, gdyby dotyczyła tylko nas - westchnął. 

Usiadł  na  podłodze  razem  z  dziećmi.  Naturalnie  miał  ważniejsze  sprawy  do 

załatwienia.  Czekała  na  niego  robota  poza  domem.  Ale  momenty  spędzone  z  dziećmi 

zawierały w sobie okruchy złota. Przeżywał je każdym nerwem, pielęgnował w pamięci. Wie-

background image

dział, że decyzja już zapadła. Że rozmowa na temat wyjazdu to tylko udawanie. Wiedział, że 

Ida również jest tego świadoma. A to były chwile, którymi miał żyć przez długie mroźne dni. 

Chwile spędzone z tymi, których najbardziej kochał, utrwalały się w formie jasnych obrazów, 

wystarczyło tylko zamknąć oczy i przywołać je w pamięci. 

Ida  musiała  uśmiechnąć  się  do  Sedolfa.  Wyrósł  na  prawdziwego  mężczyznę,  ten 

chłopak o wesołych oczach, zawsze skory do żartów, o uśmiechu kryjącym się w kącikach ust 

nawet w najpoważniejszych sytuacjach. 

Nigdy jednak nie wyzbył się tej odrobiny niepokoju, która sprawiała, że wyglądał jak 

chłopiec. 

-  Gdyby  chodziło  tylko  o  ciebie,  Sedolf,  nie  potrzebowałbyś  tak  dużego  statku. 

Mógłbyś  wyruszać  na  połów  od  czasu  do  czasu.  Kiedy  przyszłaby  ci  na  to  ochota.  A  w 

przerwach między wyprawami na morze mógłbyś nabrać ochoty na tysiąc innych rzeczy... 

W jego wzroku pojawiła się owa niezwykła czułość. Sedolf dawał Idzie w ten sposób 

do zrozumienia, że nikt nie zna go lepiej niż ona. Że zna go na wskroś. Niewiele zakamarków 

duszy udało mu się przed nią ukryć. 

-  Może  zbyt  dużo  pracuję  -  przyznał.  -  Mam  to  we  krwi.  Ale  chętnie  zostałbym  na 

miejscu, tutaj z tobą. Pomógł ci dźwigać największe ciężary... 

-  Wszystkie  kobiety  nad  fiordem  dźwigają  ciężary  przez  część  roku  -  odparła  Ida 

rzeczowo. - Dlaczego ze mną miałoby być inaczej? 

-  Ponieważ  ty  to  ty  -  odparł.  Spojrzał  na  nią,  a  w  jego  oczach  pojawiły  się 

jednocześnie ból i radość. - Ponieważ ty to ty,  Ida. Jesteś moim aniołem. Moją królową. A 

królowe nie powinny pracować w oborze, wypływać na fiord albo nosić wody... 

- Królowe siedzą w Kopenhadze. Na swoich pupach, całkiem wygodnie - rzekła Ida 

sucho,  lecz  z  uśmiechem.  -  Twoja  królowa  wyhodowałaby  sobie  tylko  szeroki  zad  od 

spokojnego siedzenia. Jedwabne poduszki nie całkiem do niej pasują, Sedolf... Królu Sedolfie 

- dodała z błyskiem w oku. Skoro ona była królową, to niech i do niego będzie jej wolno się 

zwracać jako do króla. - Ta królowa lubi zapach gnoju, lubi wiosłować, a bez wody się nie 

obejdziemy.  Do  strumienia  nie  jest  tak  daleko.  A  ponieważ  jestem  aniołem,  to  przecież 

potrafię łatać... 

- Tylko się ze mną drażnisz - westchnął. - Staram się powiedzieć ci coś pięknego, a ty 

sobie żartujesz... 

Odłożyła na chwilę robótkę. Pogładziła go po policzku. 

- Nie drażnię się - rzekła cicho. - Ale nie potrafię też chyba ci podziękować. Chowam 

wszystkie te twoje piękne słowa, Sedolf. Dobrze jest je znaleźć, kiedy ciebie tu nie ma. I tak 

background image

bardzo cię kocham, tak wdzięczna jestem ci za to, że i ty mnie kochasz... poza tym nie czuję 

się jak królowa ani też jak anioł. Jestem tylko Idą... 

- Moją Idą - dodał i wziął ją za rękę. Ucałował czule. 

Wyznał  jej  w  ten  sposób  swoją  miłość  -  bez  wielkich  słów,  ale  wystarczająco 

wzniosie,  by  nie  mógł  wytrzymać  jej  spojrzenia.  Pochwycił  Mikkala  i  maleńką  Raiję  i 

zawirował  po  pokoju,  trzymając  pod  każdą  pachą  piszczącego  malucha.  Tańczył  wkoło, 

wypełniając pokój światłem i radosnym śmiechem. 

Przepędził chmury, nie zdając sobie z tego sprawy. Tylko Ida to dostrzegła. 

Na sekundę zamknęła oczy, a kiedy na powrót je otworzyła, żadnych chmur już nie 

było. 

Wypełnili  dzień  codziennymi  obowiązkami,  tak  jak  czyniła  to  większość  ludzi. 

Urządzili sobie powitalną kolację, do której zasiedli wszyscy razem, dwoje dorosłych i dwoje 

dzieci. Ida i Sedolf cieszyli się, patrząc na bliźniaki. Za każdym razem, kiedy kęsy jedzenia 

trafiały  tam,  gdzie  trzeba,  wymieniali  spojrzenia  i  uśmiechy,  a  kiedy  spadały  na  podłogę, 

ś

miali  się.  Przeżywali  wspólnie  piękne  chwile,  których  nie  musieli  za  wszelką  cenę 

zapamiętywać,  chłonąć  z  wytężoną  uwagą,  by  później  opowiedzieć  drugiemu,  jak  było,  bo 

gdyby  jednemu  z  nich  zdarzyło  się  zapomnieć  coś  z  dzisiejszego  wieczoru,  drugie  mogło 

uzupełnić brakujący fragment. Łączyło ich poczucie przynależności i wspólnoty. Piękna więź. 

Silna jak najgrubsza lina, miękka jak lśniąca jedwabna wstążka. 

Całkiem zwyczajny dzień przed całkiem zwyczajną nocą. A potem Sedolf wyjedzie na 

północ. 

Tkwiło  to  między  nimi  nie  wypowiedziane,  ale  oboje  zdawali  sobie  z  tego  sprawę. 

Oboje wiedzieli, że rozłąka stanie się częścią ich życia. Z czasem stanie się nawykiem, jedyną 

znaną  rzeczywistością.  Odpowiedzialność  za  gospodarstwo  i  za  dom  spadnie  w  większej 

części na Idę. Być może będzie trudno, ale Ida nie należała do kobiet, które cofają się przed 

wyzwaniami. Nie czyniła Sedolfowi wyrzutów, nie wyjeżdżał przecież dla przyjemności. Ona 

też  pragnęła  gdzieś  się  wybrać,  zobaczyć  coś  nowego,  ale  nie  zazdrościła  mężowi.  Nie 

widział wiele więcej niż morze i łódź, i baraki, a nie za tym tęskniła. Chciała tylko zobaczyć... 

- Widziałaś już więcej niż niejedna kobieta - zwykł mawiać Sedolf, kiedy wyjawiała 

mu swoje marzenie. 

I  chyba  właśnie  to  potęgowało  jej  tęsknotę,  to,  że  przekonała  się,  iż  gdzie  indziej 

istnieją  ludzie  i  toczy  się  inne  życie.  Być  może  rodzą  się  inne  myśli.  To  pobudzało  jej 

ciekawość, a wtedy marzyła o tym, by jak ptak mogła rozwinąć skrzydła i wzbić się w powie-

trze, odfrunąć daleko stąd... 

background image

Sedolf chciał wyruszyć w podróż nie tyle, żeby zobaczyć coś nowego, ale z powodu 

owego wrodzonego niepokoju, który nie pozwalał mu na dłużej zapuścić korzeni. Być może 

miał to już we krwi. Wracając do domu postanawiał, że się zmieni, ale za każdym razem od 

nowa zaczynał czuć mrowienie w nogach. 

Dręczyły  go  wyrzuty  sumienia,  ponieważ  pod  jego  nieobecność  zbyt  wiele 

obowiązków spadało na Idę, ale i to nie wystarczyło, by go powstrzymać. Wiedział, że gdy 

tylko ktoś wspomni przy nim o Finnmarku, zaraz znajdzie się tam myślami. 

Za to kiedy był w domu, wykonywał wszystkie cięższe prace. Nosił wodę, zajmował 

się oborą, schodził do piwnicy, jeśli czegoś stamtąd potrzebowali. Ścinał w lesie drewno na 

opał. Wynosił nawet pranie. Jednak go nie rozwieszał. Wychowanie brało górę nad dobrymi 

chęciami. Babska robota to babska robota! 

Nastał  późny  wieczór.  Sedolf  właśnie  wrócił  z  obory.  Bliźnięta,  które  zdążyły  już 

odkryć,  że  można  baraszkować  dłużej,  niż  zwykle  pozwalają  im  na  to  dorośli,  i  że  wtedy 

naprawdę  jest  najprzyjemniej,  już  spały.  Zrobiło  się  tak  późno,  że  Sedolf  i  Ida  również 

myśleli  już  o  spoczynku.  Wiązali  z  tym  nadzieje  i  oczekiwania.  Cudownie  jest  znowu  być 

razem. Być razem na wszystkie możliwe sposoby. 

Siedzieli w kuchni. Mimo że w nowym domu było wiele pokoi, młodym nie udało się 

do  końca  zerwać  z  przyzwyczajeniami.  W  chacie  na  cyplu  mieli  tylko  jedną  izbę,  w  której 

toczyło się codzienne życie. Wiele tutejszych rodzin posiadało jedno pomieszczenie, w nim 

spędzała dzień i noc cała, często liczna rodzina, nierzadko składająca się z kilku pokoleń. 

Mieszkańcy  niewielkich  skromnych  izdebek  marzyli  o  większych  domach,  gdy 

tymczasem Ida i Sedolf często celowo zamykali drzwi do pokoju. Udawali, że go tam nie ma, 

znajdowali wzajemną bliskość w pomieszczeniu, w którym czuli się najlepiej. W kuchni. 

W pewnej chwili wyraźnie usłyszeli pukanie. Sedolf spojrzał na Idę zdziwiony. 

- Reijo? - zgadywał, ale odrzucił tę możliwość. - Ma przecież pełne ręce roboty... 

Oniemiał,  kiedy  zobaczył  gościa,  ale  pozwolił  mu  wejść.  Ufał,  że  Ida  zdoła  się 

opanować. 

Emil zatrzymał się na środku kuchni. Patrzył na Idę. Wiedział, że go przeklinała, że 

nie życzyła sobie widzieć go we własnym domu. 

Bąknął nieśmiało „dobry wieczór”. 

Ida nie odpowiedziała. 

- Wiele przemawiało za tym, żeby tu nie przychodzić - zaczął. Nie zwrócił uwagi na 

to, że Sedolf zamknął za nim drzwi, po czym przeszedł obok niego i stanął blisko Idy. Żeby 

background image

nie  pomyślała,  że  obaj  to  zaplanowali.  -  Nie  pozwól,  by  nasza  dawna  przyjaźń  odeszła  w 

niepamięć, Ida... 

- Czego chcesz? - spytała. - Nie mamy już o czym mówić. Sam powiedziałeś, że nie 

ż

ałujesz  tego,  co  uczyniłeś  Knutowi  i  Anjo.  To  tak,  jakbyś  uderzył  mnie  w  twarz.  Kiedyś 

lubiłam cię, Emil. Byłeś mi drogi. 

-  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie  -  rzekł  ciężko.  Stał  z  czapką  w  dłoniach  jak  w 

obecności  pastora.  Ida  ledwie  to  zauważyła.  -  Żal  nic  tu  nie  pomoże.  Teraz  inaczej  na  to 

patrzę. Zrozumiałem, że potrzebuję przyjaciół... 

- Masz na myśli mnie? - rzuciła niemal pogardliwie. - W takim razie musisz się obyć 

bez przyjaciół, drogi Emilu! 

-  W  każdym  razie  Sedolf  a  -  rzekł.  Wydawał  się  niemal  pokorny,  ten  mężczyzna 

posiadający ziemię i las, który w oczach wielu uchodził za bogatego. 

-  Sedolf  jest  dorosły  i  sam  o  sobie  decyduje  -  odparła  chłodno.  -  Sądziłam,  że 

załatwicie swoje sprawy w ten sposób, że nie będziesz musiał tu przychodzić. Jeżeli Sedolf 

będzie się chciał z tobą zobaczyć, proszę bardzo. Nie będę go zatrzymywać. Nikt nie może 

nikogo  zatrzymać  siłą.  Nie  zamierzam  też  nakłaniać  Sedolfa,  by  dzielił  moje  zdanie.  Nie 

byłby  teraz  tym,  kim  jest,  gdyby  kierował  się  moimi  przekonaniami.  Czy  kogokolwiek 

innego. 

Emil westchnął. 

- Chcę zawrzeć pokój - wykrztusił. 

Ida pozostała nieugięta. Dla tego człowieka nie znała litości. Mogła okazać zwyczajną 

uprzejmość,  ale  nie  chciała  oglądać  go  w  tych  pokojach,  w  których  sam  zrywał  deski. 

Pragnęła poruszać się po swym własnym domu bez obawy, że się na niego natknie. 

- Powinieneś był o tym wcześniej pomyśleć - rzekła słodko. - O spokoju sumienia i o 

tym, że być może ty także będziesz potrzebował przyjaciół. Ale zaślepiła cię chyba nadmierna 

chciwość... 

-  Ida - wtrącił się Sedolf. Chwycił ją za ramiona i niemal przyparł do krzesła. - Nie 

zwykliśmy kopać leżącego i tego, kto przychodzi na kolanach... 

- Nie, my nie - zgodziła się, czyniąc wyraźną aluzję do spóźnionego gościa. 

Nie zaproponowała mu, by usiadł. Wyjdzie równie głodny i spragniony, jak przyszedł. 

W tym domu nie może spodziewać się gościnności. 

- Jutro rano wyruszam w drogę - rzucił Emil ponad głową Idy, zwracając się tylko do 

Sedolf  a.  -  W  pobliżu  zabudowań  grasuje  ryś.  Kilka  razy  dotarł  prawie  do  mojej  zagrody. 

Założyłem w górach sidła z przynętą. Muszę do nich zajrzeć. Pójdziesz ze mną? 

background image

Sedolfa aż zaświerzbiały ręce. Ida domyśliła się, co czuje. Perspektywa wyprawy na 

polowanie oznaczała nową, ekscytującą przygodę. Dziewczyna wiedziała, że Sedolf tęsknił za 

lasem i górami. Sam chyba też rozmyślał o takiej wyprawie, o zastawieniu sideł na pardwy i 

zające, być może o zdobyciu kilku lisich skór. Dobrze nadawały się na czapki. 

Emil również o tym wiedział. Lepszej przynęty nie mógł zarzucić. Ryś to prawdziwe 

wyzwanie dla mężczyzny. 

- Wcześnie? Emil skinął głową. 

- Zaraz po porannym dojeniu. Muszę się najpierw z tym uporać. 

Sedolf zaczerpnął powietrza. 

- Dobrze - zdecydował. - Przyjdę po ciebie. 

Emil  skinął  głową,  rzucił  krótkie  spojrzenie  na  Idę.  Nie,  nie  ma  tu  już  po  co 

przychodzić.  Głęboko  nacisnął  czapkę  i  wyszedł,  życząc  obojgu  dobrej  nocy.  Starannie 

zamknął za sobą drzwi. 

- Ależ on ma tupet! - oburzyła się Ida. - Że też zdobył się na odwagę? Niech mi tylko 

nie  wmawia,  że  bał  się  tu  przyjść!  Bardziej  prawdopodobne,  że  chciał  zobaczyć  tylko,  jak 

zareaguję! 

Sedolf pogładził ją po włosach. 

- Jesteś trochę zbyt nieprzejednana - rzekł cicho. - To jedyna twoja wada, jaką dotąd 

zauważyłem... 

Ida  objęła  go  w  pasie,  przytuliła  twarz  do  jego  brzucha.  Pachniał  pracą.  Oborą  i 

morzem, solą i ciepłem. Sobą. 

Była  bliska  płaczu.  Sedolf  czuł  to  całkiem  wyraźnie,  czuł,  jak  napięła  wszystkie 

mięśnie, żeby się powstrzymać, drżała. Wreszcie zdołała się uspokoić. 

-  Chcesz,  żebym  przymknęła  oczy,  wybaczyła  i  zapomniała?  -  spytała  wtulona  w 

koszulę męża. 

Dłońmi  gładził  jej  włosy.  Potem  rozluźnił  twardy  węzeł  na  karku.  Rozczesywał 

palcami loki, wyjmował szpilki. 

- Jesteś dorosła, Ida - rzekł łagodnie, jak czynił to w chwilach, kiedy był smutny. Użył 

jej  własnych  słów,  których  użyła,  zwracając  się  do  Emila.  -  I  niezależnie  od  tego,  co  bym 

powiedział,  to  wiem  aż  nazbyt  dobrze,  że  zachowasz  własną  wolę.  Potrafisz  być  bardziej 

uparta  niż  południowo  -  zachodni  wiatr  pod  koniec  zimy.  Trzeba  o  wiele  więcej  niż  moje 

prośby, byś zmieniła zdanie, moja Ido... 

background image

-  A  więc  chciałeś,  żebym...?  -  wybuchnęła.  Podniosła  twarz  i  spojrzała  na  Sedolfa. 

Zobaczyła  zmęczony,  trochę  smutny  uśmiech  na  jego  ustach.  Dostrzegła,  że  z  brązowych 

oczu zniknęła wesołość. 

-  Cóż  -  rzekł  wreszcie  -  to  nie  mojemu  bratu  wyrządził  krzywdę.  Nie  mam  prawa 

zabierać głosu. Nawet tego nie widziałem... 

Ida potrząsnęła głową. 

-  Na  szczęście  tego  nie  widziałeś  -  stwierdziła.  Sama  bez  trudu  przywoływała  w 

pamięci  obrazy.  Wizyta  Emila  na  powrót  sprowadziła  upiory.  Tym  bardziej  więc  miała 

powód,  by  nie  podać  mu  ręki  na  zgodę.  -  Przytul  mnie,  Sedolf  -  szepnęła,  choć  właśnie  ją 

trzymał  w  ramionach.  Pragnęła  jednak,  by  znalazł  się  bliżej,  pragnęła  czuć  uderzenia  jego 

serca, jego policzek przy swoim. 

Usiadł obok i objął ją tak mocno, jak prosiła. Oparł policzek o jej czoło. 

- Nie powinien był tu przychodzić - rzekł Sedolf po chwili. - Powiedziałem mu, że to 

nie najlepszy pomysł. Wiedział o tym. Ale zdecydował inaczej... 

- Nigdy bym cię nie posądzała, że mógłbyś go zaprosić - odezwała się cicho. 

-  Przez  niego  znowu  się  smucisz.  A  ja  chciałbym,  żebyś  była  wesoła,  mój  aniele. 

Mamy dla siebie tak mało czasu. Nikt nie powinien nam go psuć. 

Ida nie odpowiedziała, nie było potrzeby. Emil zdołał już zniszczyć tę chwilę. Oboje 

zastanawiali  się,  czy  właśnie  taki  miał  zamiar.  Czy  wszystkie  te  złote  słowa  o  przyjaźni 

stanowiły tylko zasłonę? 

Snuli różne domysły i podejrzenia w stosunku do Emila, ale sam ponosił za to winę. 

Sam  przyczynił  się  do  tego,  że  opuścili  go  przyjaciele.  Mimo  że  wielu  znajomych  razem  z 

nim wystąpiło przeciw Knutowi, później wszyscy stopniowo zaczęli się odsuwać. Emil stracił 

na tym chyba tyle samo, co Knut. Jeżeli nie zapłacił złotem i majątkiem, to w każdym razie 

stracił  szacunek  wśród  ludzi,  a  to  może  być  równie  trudne  do  zniesienia  jak  utrata  dóbr 

materialnych. 

- Śpiąca? - spytał Sedolf. 

Ida  wyśliznęła  się  z  jego  ramion  i  potrząsnęła  głową.  Z  rękoma  skrzyżowanymi  na 

piersi podeszła do okna. Intymny nastrój, jaki panował tu jeszcze przed chwilą, zniknął. Nie 

chodziło o to, że Ida miała o coś żal do Sedolfa. 

Potrzebowała samotności. 

Sedolf poczuł, że jego ramiona stały się nagle dziwnie ciężkie, kiedy dostrzegł, że jego 

pogodną i wesołą Idę ogarnęła melancholia. Dopadły ją ciemne myśli, które ściskały czoło jak 

background image

ż

elazna obręcz. Nie wiedział, co jest ich powodem. Wiedział jednak, że w takich chwilach nie 

potrzebowała ani jego, ani nikogo innego. Pragnęła tylko spokoju. 

Nie  chciał,  by  melancholia  ogarnęła  Idę  właśnie  teraz.  Dopiero  co  wrócił  do  domu, 

jego  ciało  tęskniło  do  niej.  Czuł  rodzaj  oszołomienia,  które  rosło,  w  miarę  jak  zbliżał  się 

wieczór, noc... I wtedy przyszedł Emil... 

Przeklęty  Emil!  pomyślał,  choć  wiedział,  że  na  nic  się  nie  zda  przypisywanie 

komukolwiek winy. 

- Położę się - oznajmił. Nie miał odwagi dotknąć Idy. Stała przy oknie wyprostowana 

niczym młoda brzoza. Wpatrzona gdzieś daleko nie widziała nic. Albo wszystko. 

Skinęła głową. Słyszała, co powiedział. 

- Muszę wcześnie wstać - dodał nie bez goryczy. Pożałował, że zgodził się wyruszyć z 

Emilem, choć kusił go taki wypad w góry. - Jeśli nie chcesz, to nie pójdę - zreflektował się 

nagle. Miał nikłą nadzieję, że wpadła w ten niedobry nastrój tylko z powodu owej planowanej 

wyprawy na rysia. - Powiem Emilowi, że nie mogę... 

Wtedy na niego spojrzała. Jej oczy pociemniały, stały się niezgłębione, wydawały się 

niemal czarne. Pokręciła głową. 

- Idź z nim. Nie myśl, że to dlatego, że zamierzacie zrobić coś razem. To coś we mnie, 

Sedolf. We mnie samej. 

Przez jej bladą jak śnieg twarz przebiegł uśmiech szybki niczym drgnienie. 

Sedolf  chciał  ogrzać  Idę  przy  swej  piersi,  ale  nie  miał  odwagi.  Nie  miał  odwagi 

wtargnąć w owe ciemne zakamarki jej duszy. Zresztą nawet by go tam nie wpuściła... 

Sam wśliznął się pod pierzynę. Była zimna i chociaż stopniowo się ogrzewała, jeszcze 

długo drżał z zimna. Ów chłód brał się też z duszy, tak jak dziwna posępność Idy. Tylko że 

Ida nie potrafiła wytłumaczyć swego stanu, on zaś wiedział, dlaczego marznie - zdawał sobie 

sprawę, że się boi. 

Ida oparła czoło o zimną szybę. Przez kilka sekund czuła ulgę, po chwili jednak szyba 

ogrzała się od gorącego czoła. W pobliżu ust utworzyły się plamy pary. 

Na zewnątrz panowała gwiaździsta noc. Nad górami zawisł księżyc. Sierp kaleczący 

nocne niebo, które zakrwawiło gwiazdy. 

Dlaczego we wszystkich obrazach, które widziała Ida, pojawiał się ból? 

To  przede  wszystkim  duma  nie  pozwoliła  jej  rozmawiać  z  Emilem.  Właściwie  nie 

czuła  nienawiści,  tylko  gorycz.  Nie  chciała  zrozumieć,  co  nim  kierowało,  ale  teraz  w  głębi 

duszy było jej go żal. 

background image

Już  opłacił  swoją  winę.  Ze  zdumieniem  obserwował  to,  czego  się  nie  spodziewał. 

Chyba nie przypuszczał, że ktokolwiek odwróci się do niego plecami. Tyle przecież posiadał. 

Pewnie zapomniał, że różnice majątkowe mogą stwarzać dystans, między bogatym a biednym 

może powstać wysoki mur. 

Kiedy  Emil  był  chłopcem,  fakt,  że  jego  rodzice  byli  zamożni,  nie  miał  większego 

znaczenia. Ale kiedy sam przejął gospodarstwo, wzniósł się o szczebel wyżej. A nikt nie lubi, 

gdy  patrzy  się  na  niego  z  góry.  Ten,  kto  się  wspina,  musi  mieć  dość  rozumu,  by  czasem 

schodzić też na dół, do tych, co tam zostali. 

Emil  o  tym  zapomniał.  I  dlatego  Ida  mu  współczuła.  Ale  to  jeszcze  mało,  by  mu 

wybaczyć... 

Jeśli ktoś ją rozczarował, pamiętała to bardzo długo. 

Sedolf z pewnością miał rację, mówiąc, że sama na tym traci. Nazwał to gniewem, ale 

ona uważała, że to raczej rozczarowanie. Kochała ludzi, bez obawy otwierała się przed nimi, 

nigdy nie pomyślałaby o nich nic złego. Sądziła, że patrząc w ich twarze, patrząc im w oczy, 

pozna,  czy  są  szlachetni.  Czy  są  warci,  by  serdecznie  przygarnąć  ich  do  serca.  Sądziła,  że 

kilka  słów  wypowiedzianych  w  zaufaniu  pozwoli  jej  ujrzeć  prawdziwy  obraz  człowieka, 

którego ma przed sobą. Sądziła... a tymczasem popełniała potworny błąd. Przyjmowała maski 

za prawdziwe oblicza. 

To nie gniew. To rozczarowanie. 

I nie z powodu Emila... 

Znów przycisnęła do szyby czoło, potem policzek. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  wystarczy  zamknąć  oczy,  by  cienie  zniknęły.  Gdyby 

rozejrzała się dokoła, zaraz zaczęłyby wyłazić z kątów. 

Nie z powodu Emila czuła największe rozczarowanie, ale o tym nie może powiedzieć 

Sedolfowi. 

background image

Ida  nie  obudziła  się,  kiedy  Sedolf  wychodził,  on  zaś  spal,  kiedy  się  kładła.  Ale 

dotrzymał obietnicy danej Emilowi. Ida zrozumiała, jakie to dla niego ważne. 

Sedolf  spotkał  Emila  przed  oborą.  Młody  gospodarz  sprawił  sobie  broń  myśliwską. 

Sedolf  obejrzał  ją  z  podziwem,  ale  nie  mógł  oprzeć  się  wrażeniu,  że  sztucer  stanowi  część 

zapłaty za donos na Knuta. 

- Sądziłem, że się rozmyślisz - rzekł Emil, patrząc z ukosa. Siedział pewny siebie na 

schodach  obory.  Dokładnie  zasznurował  wysokie  buty,  mocno  nacisnął  czapkę  na  czoło. 

Sakwa leżała obok. 

Sedolf wzruszył ramionami. Nie przyznał się, że niewiele brakowało, by się wycofał. 

Nie chciał dawać Emilowi powodu do satysfakcji. 

- Potrafi być surowa, jeżeli chce - dodał Emil. Sedolf i na to nic nie odpowiedział. Nie 

przyszedł tu rozmawiać o Idzie, zresztą Emil nie ciągnął dalej tego tematu. 

- Znalazłeś jakiś ślad? - spytał Sedolf, kiedy ruszyli w stronę lasu, ku górom. 

Emil przytaknął. 

-  Przy  najdalej  wysuniętej  części  ogrodzenia.  Złodziejaszek  nie znajduje  chyba  dość 

jedzenia w lesie, dużo śniegu spadło w tym roku. Sądzę, że i zajęcy jest mało. Nie widziałem 

ich zbyt wiele. Ani ich śladów. Pardw też jak na lekarstwo. Sidła prawie puste. A to, co się 

złapie,  pada  łupem  rysia.  Większość  ludzi  po  tej  stronie  strumienia  straciła  przez  tego  kota 

schwytaną zdobycz. Tak więc nie tylko ja go ścigam. 

- Ma piękne futro - zauważył Sedolf, uśmiechając się krzywo. 

Pomyślał,  jak  to  przyjemnie  wciągać  głęboko  w  płuca  czyste,  mroźne  powietrze. 

Odciskać  zimie  ślady  nart,  przemykać  między  sosnami,  poczuć  na  twarzy  osypujący  się  z 

gałęzi  śnieg,  tak  lodowaty,  że  niemal  parzył,  i  tak  ulotny,  jak  pieszczota  natury.  Po  chwili 

zostawała po nim tylko woda. 

Las  wciąż  spowijał  mrok,  drzewa  rzucały  długie  cienie.  Śnieg  przypominał 

pokruszony  lód,  zmrożony  po  odwilży.  Zbity  w  grudki  chrzęścił  pod  nartami.  Dobrze  się 

ś

lizgały - Sedolf nasmarował je dziegciem przed wyruszeniem na Lofoty. Mało ich używał tej 

zimy. Zostawiały nadal ciemne smugi. 

Dobrze było znowu rozruszać ciało. Stawiać kijek ukosem do śladu nart, odpychać się 

i sunąć naprzód prawie bez wysiłku. Płynąć po ziemi, tak jak potrafił pływać po morzu. 

background image

Emil  biegł  przodem,  podążał  starym  śladem.  Sam  najlepiej  wiedział,  gdzie  zastawił 

sidła. Utrzymywał takie tempo, że nie mogli rozmawiać. 

Sedolfowi to odpowiadało. Wystarczyło mu wdychanie rześkiego zapachu zimowego 

lasu,  tak  odmiennego  od  zapachu  morza,  tak  świeżego,  pełnego  tajemnic  z  lat  dzieciństwa, 

którego  już  dokładnie  nie  pamiętał,  tak  znajomego.  Sedolf  odbierał  wrażenia  każdym 

skrawkiem odkrytej skóry, w którą mróz z upodobaniem wbijał zęby. Chłopak zaczynał doce-

niać to wszystko, co miał na co dzień wokół siebie, ale czego niemal nie zauważał. 

Zaszli całkiem wysoko, kiedy Emil wreszcie się zatrzymał. Las sosnowy przeszedł w 

rzadszy  liściasty.  Rosły  tu  w  pełnej  harmonii  brzozy,  wierzby  i  olchy.  Niektóre  proste,  o 

pniach grubych jak udo Sedolf a, pewnie postawiły sobie za cel dosięgnąć nieba, inne tkwiły 

w  ziemi  powykręcane  w  swych  wczesnych  dziecięcych  latach  przez  kapryśne  wiatry.  Owo 

bogactwo  natury  syciło  oczy.  Wystarczająco  długo  Sedolf  oglądał  tylko  skały,  kamienie  i 

morze. 

Znajdowali się na długim, łagodnym stoku, prowadzącym od stóp góry. Karłowaty las 

z uporem czepiał się jałowego skalistego podłoża. Z biegiem czasu wytworzył warstwę gleby 

również dla wrzosów i mchów, które teraz spoczywały pod białym puchem. Sedolf przywołał 

w  wyobraźni  obraz  gór  w  lecie.  Znał  tutaj  chyba  każde  wzniesienie,  każde  drzewo.  Jako 

dziecko biegał tu niczym owca na letnim wypasie. Odpoczywał na mchu, kładł się na brzuchu 

i  pil  wodę  z  szemrzącego  strumyka,  który  teraz  spał  gdzieś  pod  śniegiem.  Wspinał  się  na 

drzewa,  strugał  u  stóp  góry  fujarki  -  ich  wysokie  tony  wzbijały  się  ku  niebu,  nigdy  nie 

docierając do wioski. Może to i dobrze. 

Emil znalazł sidła. Przynęta została do połowy zjedzona. Ale to nie ryś ją naruszył. W 

pułapce leżał lis - patrzył przed siebie szklistymi martwymi oczyma. Emil wyciągnął zwierzę 

z sideł i włożył je do worka. 

Wyprostowując się, rzucił szybkie spojrzenie na osadę. Ku jaśniejącemu niebu unosiły 

się wąskie smużki dymu. Ludzie uporali się z pracą w oborach, i z nastaniem nowego dnia 

rozpalili w piecach, by przegonić chłód ze swych domów. 

Rozwidniło się na tyle, że można było sobie nawzajem zajrzeć w oczy. 

Emil  spoglądał  w  górę  ku  największej  stromiźnie  -  zbocze  tworzyło  występ  i  dalej 

wznosiło  się  niemal  pionowo.  Ale  przy  odrobinie  wysiłku  można  by  wspiąć  się  na  szczyt, 

nawet w zimie. Chyba że ktoś cierpi na lęk wysokości lub ma za słabe ręce i nogi. 

- Zastawiłeś więcej sideł? - spytał Sedolf. Mógłby śmiało zgadywać, gdzie przyjaciel 

prawdopodobnie je umieścił. 

background image

-  Jeszcze  osiem  -  odpowiedział  Emil.  -  Ale  tych  bliżej  wioski  nie  ma  nawet  sensu 

sprawdzać. Chyba że w  powrotnej drodze. Tuż przed waszym powrotem  z Lofotów nastała 

odwilż.  Śnieg  częściowo  stopniał  i  odsłonił  miejscami  ziemię.  To  mogło  zwabić  ptaki,  tak 

więc ryś prawdopodobnie zdobył nieco pożywienia i nie zapędzał się w pobliże zabudowań. 

A  zatem  powinniśmy  przede  wszystkim  sprawdzić  pułapki  zastawione  wysoko  w  górach. 

Zgadzasz się ze mną? 

Sedolf skinął głową. 

- Dużo ich tu jest? 

- Cztery. Emil wskazał na rozpadlinę po prawej stronie. 

-  Jedną  zastawiłem  tu  na  skałach,  tuż  przed  szczeliną.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby 

niedaleko  ryś  miał  legowisko,  bo  znalazłem  w  pobliżu  całkiem  sporo  śladów.  Drugą 

umieściłem jeszcze wyżej, a dwie pozostałe też wysoko, ale bardziej na lewo. 

Sedolf ocenił miejsca wybrane przez Emila i z uznaniem pokiwał głową. Emil znał się 

na rzeczy. 

-  Poza  moimi  są  jeszcze  inne  pułapki  -  dodał  Emil.  -  Jak  mówiłem,  cała  wieś  ściga 

tego łobuza. 

- Jesteście pewni, że to samiec? Emil przytaknął. 

-  Wskazuje  na  to  sposób  znakowania  terenu.  Poczekaj  tylko,  jak  zobaczysz  tropy. 

Łapy  ma  tak  wielkie  jak  pięści  mężczyzny.  Ponieważ  niedawno  była  odwilż,  stare  ślady  są 

większe. Ale powinniśmy też znaleźć nowe. Wystarczy tylko poszukać. 

- To piękne zwierzę - rzekł Sedolf trochę smutno, kiedy pięli się w górę. Zrobiło się 

tak  stromo,  że  nie  mogli  już  posuwać  się  płynnie,  jednak  nie  zdecydowali  się  zdjąć  nart. 

Woleli to, niż brnąć po pas w mokrym białym puchu. - Szkoda go zabijać. Ryś ma w sobie 

pewnego rodzaju dostojeństwo. 

-  Nie  jest  taki  dostojny,  kiedy  skrada  się  do  naszych  obór  -  rzekł  Emil  sucho.  -  Nie 

jesteś dostatecznie długo gospodarzem, by odczuć to na własnej skórze. Nie wiesz, jakie to 

okropne  znaleźć  rozszarpaną  owcę.  Nasze  zwierzęta  nie  mają  żadnych  szans  przy  tym 

sprytnym i wyrachowanym myśliwym. Nie można być tak litościwym, mój drogi Sedolfie. 

Sedolf nie potrafił wytłumaczyć, że nie o litość tu chodzi. Nazywał to respektem. Czuł 

ten respekt również w stosunku do dzikich zwierząt, które wyrządzały wiele szkód. Naprawdę 

uważał, że ryś jest pięknym zwierzęciem. 

- Może i masz rację, Emilu - przyznał. - Co ja mogę o tym wiedzieć? Polowałem tylko 

na Lofotach. I nawet gdyby dorsz na haczyku mógł krzyczeć, nie darowałbym... 

background image

Emil się roześmiał. Na moment odnaleźli dawny wspólny ton, coś między pleceniem 

głupstw a powagą. 

Tuż przed rozpadliną skalną śnieg wydawał się bardziej ubity. Tworzył duże połacie 

szreni, ponad którą wystawały spore kamienne bloki. Szaroczarne z zielonymi plamami mchu 

były niczym baczni zwiadowcy wiosny, która już się zbliżała, choć niezmiernie wolno. 

Wysunęli stopy ze skórzanych wiązań nart, unieśli deski i ustawili je w zaspie. Obok 

wepchnęli kijki. 

Emil dobrze pilnował broni. Ruszyli w stronę szczeliny. 

Przynęta z sideł zniknęła. 

- Tu również zostawiłem zająca - oznajmił Emil, choć trudno byłoby to stwierdzić na 

podstawie żałosnych resztek. Widoczne wokół ślady świadczyły o tym, że tym razem to nie 

sprawka lisa, lecz najprawdopodobniej zwierzęcia, którego szukali. Na śniegu odcisnęły się 

potężne łapy kota. 

- Za słabe sidła - uznał Sedolf. - Musi być bardzo silny. Ale trochę krwawił... 

Emil skinął głową. 

-  Tak,  to  nie  jest  krew  przynęty  -  przyznał,  patrząc  na  brunatnoczerwone  plamy  na 

ś

niegu. Nie było ich wiele, ale za to wyraźne. - Zając był martwy. I zamrożony na kamień. 

Następnie  sprawdził,  co  pozostało  z  pułapki.  Sporządził  wymyślny  mechanizm  z 

ż

erdzi, znacznie większy i solidniejszy od tego, w który chłopcy zwykle łapią gronostaje. 

Dlaczego ryś się nie złapał? 

Prawdopodobnie albo zmyślna pułapka nie zadziałała tak jak powinna, albo też bestia, 

którą tropili, jest silniejsza i sprytniejsza, niż sądzili. 

Zobaczyli, że ślady rysia prowadzą wyżej. W rejony, gdzie najtrudniej się dostać. 

Emil  i  Sedolf  wymienili  spojrzenia.  Podjęcie  decyzji  zabrało  im  kilka  sekund. 

Przywiodła ich tutaj drżąca ciekawość z lat chłopięcych. Teraz wszystko działo się naprawdę, 

lecz  jednocześnie  wydawało  się  zabawą.  Niebezpieczną  zabawą,  ale  pokusa  okazała  się 

silniejsza niż jakiekolwiek rozsądne  argumenty.  W duszach tych dorosłych mężczyzn nadal 

pozostało wiele z chłopców. 

Nie  zamienili  ani  słowa.  Żaden  nie  ponosił  odpowiedzialności  za  podjęcie  decyzji, 

podjęli  ją  obaj.  Musieli,  po  prostu  musieli  pójść  kluczącym  śladem.  Niezależnie  od  tego, 

dokąd prowadził, musieli nim podążyć. 

Na początku ruszyli lekkim truchtem. Ogarnęło ich takie podniecenie, że zapomnieli o 

ostrożności.  Ale  wkrótce  się  opamiętali;  lodowate  powietrze,  które  jak  igły  kłuło  płuca, 

background image

ostudziło nieco ich zapał. Zwolnili, zatrzymali się i przyjrzeli śladom. Przykucnęli, ich głowy 

znalazły się blisko siebie. W tym momencie zapomnieli już o wszelkich wzajemnych urazach. 

Teren stał się tak stromy, że posuwali się jeszcze wolniej. Szli pod górę, powoli, krok 

za krokiem. Emil wspinał się pierwszy. Starannie wybierał miejsca, w których mógł znaleźć 

oparcie dla dłoni. Ostrożnie stawiał stopy. 

Sedolf miał prostsze zadanie, nie musiał się zastanawiać nad wyborem trasy. Ale nie 

uchylał się od udzielania rad Emilowi, których ten posłuchał w kilku przypadkach. 

- Potrafisz zrozumieć, jakim cudem ten zwierzak tu wszedł? - jęknął Sedolf za plecami 

Emila. 

-  Cztery  łapy  i  pazury,  którymi  mocno  się  wczepia,  dają  mu  nad  nami  przewagę  - 

odparł Emil. 

Ryś posiadał jeszcze jedną umiejętność - doskonale skakał. Ani Emil, ani Sedolf nie 

zaryzykowaliby skoku, skoro poniżej znajdowała się naga skała, czarna i błyszcząca, niczym 

skorupką pokryta teraz połyskliwą cieniutką warstwą lodu. 

Oni mogli tylko wspinać się z mozołem. Być może zbytnio ryzykowali, ale uważali, 

ż

e  są  dostatecznie  ostrożni.  Czuli,  jak  krew  pulsowała  w  koniuszkach  palców.  Bolały  ich 

łydki i uda. Czuli jednocześnie przyjemność i ból. Natężali wszystkie zmysły. Uświadamiali 

sobie niejasno, że może się nie udać. 

Przemieszczając  ostrożnie  ręce  i  nogi  posuwali  się  dalej  ku  szerokiej  skalnej  półce. 

Latem dojście w to miejsce wydawało się igraszką, o tej porze roku okazało się wyczynem. 

Ś

wiadomi celu powoli zmierzali naprzód. Dotarli tuż pod półkę, zdołali wciągnąć się 

na nią na rękach. 

Przystanęli zdyszani. Musieli chwilę odpocząć przed dalszą drogą. 

Półka  była  szeroka.  Mógł  się  na  niej  położyć  w  poprzek  mężczyzna  słusznego 

wzrostu, a mimo to nogi nie wystawałyby mu poza krawędź. 

Po zagłębieniu w śniegu poznali, że odpoczywał tu ryś. Z tego miejsca roztaczał się 

rozległy widok na wioskę. 

Na  wschodzie  różowiło  się  niebo,  iskrząco  białe  grzbiety  gór  odcinały  się  na  tle 

nieboskłonu.  Nieco  dalej  w  dole  wyłaniał  się  las,  szarozielony,  jakby  okopcony.  Tylko  z 

bliska wydawał się zielony. Światło poranka potrafiło oszukać wzrok. 

- A więc dotarliśmy - rzekł Emil z triumfem. - Nie było tak trudno, prawda, stary? 

Sedolf uśmiechnął się i  otarł czoło gołą dłonią.  Rękawiczki mu przemokły, wolał je 

zdjąć. Nie czuł zimna. 

background image

- Ryś musi być gdzieś tu w pobliżu - zauważył. Powyżej dostrzegł inną półkę. Węższą 

niż  ta,  na  której  stali,  jednak  leżał  na  niej  stos  kamieni,  zasłaniający  widok.  Za  nim  mogła 

znajdować się niewielka jama... 

Emil pomyślał o tym samym. Wymienili spojrzenia. 

- Mam przecież broń - rzekł Emil z pewnością siebie w głosie. 

-  A  ja  nóż.  Porządny  nóż  -  dodał  Sedolf.  Jednak  w  głębi  duszy  nie  czul  się  tak 

bezpieczny, jak starał się po sobie pokazać. Wolałby, żeby ryś złapał się w jedną z pułapek 

Emila, niż by go mieli wytropić. Wiedział bowiem, że zwierzę było ranne, a więc agresywne. 

W dodatku tu, w górze, ten dziki kot miał nad nimi przewagę... 

- Boisz się? - spytał Emil. Oczy mu błyszczały, ale to pewnie dlatego, że trochę wiało. 

I z powodu chłodu. 

-  Raczej  jestem  ostrożny  -  sprostował  Sedolf  z  uśmiechem.  Żaden  z  nich  nie 

przyznałby się do strachu, choć teraz czuli go obaj. 

- Ostrożność nie zawadzi - zgodził się Emil. - Uważasz, że powinniśmy się odważyć 

wejść wyżej? 

-  Cóż...  -  Sedolf  zwlekał  z  odpowiedzią.  Napotkał  wzrok  Emila  i  już  wiedział,  co 

powiedzieć.  Podobnie  jak  w  chłopięcych  latach  żaden  z  nich  nie  mógł  okazać  się  gorszy.  - 

Skoro wdrapaliśmy się aż tutaj, szkoda, by cały wysiłek poszedł na marne. 

Emil uśmiechnął się: 

- Wreszcie mówisz jak dawniej. Jeżeli ryś nie jest ranny, to w szczelinie go nie ma. 

Natychmiast by czmychnął gdzieś w bok... 

Sedolf spojrzał na Emila i potrząsnął głową. 

-  Mylisz  się  -  rzekł  krótko.  Podszedł  do  krawędzi,  wychylił  się  i  zerknął  na  półkę 

wystającą niemal wprost nad ich głowami. Wskazał palcem. - Z tej półki nie ucieknie żadne 

zwierzę, dopóki tu stoimy. To jedyna droga. 

- Nie jestem taki pewien - odrzekł Emil, ale bez przekonania. - Zresztą nie możemy 

stąd zobaczyć wszystkiego - dodał. 

Sedolf upierał się przy swoim. 

-  Mimo  to  możliwe,  że  zwierzę  nie  może  stamtąd  uciec,  dopóki  tu  stoimy.  Jego 

kryjówka dla nas może być pułapką. Jeżeli w ogóle tam jest jakaś kryjówka... 

- Za dużo tego gadania - rzucił niemal zirytowany Emil. - Jeżeli nie pójdziemy wyżej, 

niczego się nie dowiemy. 

Sedolf cofnął się od krawędzi. 

background image

- Nie próbowałem odwieść cię od zamiaru pójścia w górę - odparł ostro Sedolf. Niech 

Emil sobie nie myśli, że on jest tchórzem! 

-  Będziemy  uważać  -  rzekł  Emil.  Wydawał  się  taki  zdecydowany,  jakby  musiał  coś 

udowodnić. - Będziemy bardzo ostrożni. Ale nie trzęsiemy portkami, co? 

Sedolf  przytaknął,  choć  wiedział,  że  teraz  zachowują  się  jak  nieodpowiedzialni 

smarkacze. 

-  Pójdę  pierwszy  -  zdecydował.  -  Teraz  moja  kolej.  Emil  naturalnie  zaprotestował. 

Przecież to on posiadał broń. 

Sedolf prychnął: 

- I tak nie będziesz strzelał, wisząc nad krawędzią! 

Przejął przewodnictwo. Natychmiast poczuł się lepiej. Przemknęło mu przez głowę, że 

nigdy nie przyzna się do tego Idzie. Jak wiele razy wcześniej z pewnością by powiedziała, że 

mężczyźni nigdy nie wyrastają z wieku chłopięcego. Nie miał ochoty tego słuchać. 

Ale zachował się po szczeniacku... 

Drugi odcinek pokonywali o wiele szybciej. Mimo że byli przemoknięci i bolały ich 

koniuszki palców, szło im dużo lepiej. Droga okazała się łatwiejsza, skała nie była tak gładka, 

znajdujące się na niej niewielkie półki, występy i kamienie mogły służyć za stopnie. 

Sedolf nie mógł zobaczyć Emila, ale słyszał chrzęst kamieni, kiedy tamten stawiał na 

nich stopę i piął się do góry. 

- To zabawa - zawołał Emil, a w jego głosie brzmiał wesoły śmiech. 

To prawda. 

Sedolf  bez  trudu  wybierał  trasę,  którą  powinni  iść.  Zupełnie  jakby  skała  sama 

wskazywała mu drogę. 

Wspinaczka rzeczywiście wydawała się zabawą. 

Tak było, dopóki Sedolf nie usłyszał krzyku, a potem uderzenia kamieni o kamienie. 

Nie mógł odwrócić się od razu, musiał wspiąć się trochę wyżej, znaleźć lepsze oparcie 

dla stóp, zanim spojrzał w stronę lasu i przepaści. 

Krzyk zamilkł. Emila z tyłu nie było. Sedolf przytrzymał się mocniej, stanął pewniej. 

Mógł się nieznacznie wychylić. 

Zobaczył ślady na półce, na której odpoczywali. 

Emil  nie  zdołał  się  jej  złapać,  chociaż  próbował,  o  czym  świadczyły  zagłębienia  w 

ś

niegu. Spadł na gładką skałę w dole. 

To stało się tak łatwo. 

background image

Sedolfowi  przemknęło  przez  głowę,  że  Emil  nie  zachował  należytej  uwagi. 

Wystarczyło  kilka  sekund.  Potraktował  to  zbyt  lekko,  jak  zabawę,  i  stracił  oparcie.  Tutaj, 

gdzie wydawało się to prawie niemożliwe. Tu, gdzie nawet dziecko bez trudu by przeszło. 

Gdyby Emil szedł pierwszy... 

Gdyby... 

Sedolf musiał zejść. 

Zerknął w dół. Nie mógł dojrzeć Emila. Zasłaniała mu widok wystająca niżej półka. 

Jednak dobrze zdawał sobie sprawę, co znajdzie u stóp skały. Na samą myśl poczuł potworny 

ucisk w żołądku, a z czoła spływały mu krople potu, wpadając do oczu. A może płakał... 

Zapomniał  o  rysiu.  Musiał  zejść  na  dół  jak  najszybciej  i  jednocześnie  możliwie 

najostrożniej. Nie mógł sobie pozwolić na chwilę nieuwagi. 

Sedolf  przełknął,  na  chwilę  przymknął  oczy.  Oparł  czoło  o  skałę,  pozwolił,  by  jej 

chłód i wilgoć je trochę ostudziła. 

Nie wolno mu stracić głowy, bo teraz wszystko zależy od niego. Musi znaleźć Emila. 

Zaczerpnął powietrza i nie patrząc w dół, zaczął mozolnie zsuwać się po skale. 

Wokół panowała absolutna cisza. 

background image

Zejście  ze  skały  wymagało  od  Sedolfa  niemal  nadludzkiego  wysiłku.  Otarł  twarz  o 

kamienie, krwawił trochę na czole, ale ledwie zwrócił na to uwagę. Kilku drobnych draśnięć 

nie  da  się  uniknąć,  poza  tym  wydawały  się  bez  znaczenia.  Rękawiczki  zdjął.  I  tak  były 

całkiem mokre, poza tym gołymi rękoma pewniej chwytał się występów. Sakwa na plecach 

ciążyła, ale jej nie zrzucił. Przy każdym oddechu bolało go w płucach. 

Walczył z ogarniającym go zwątpieniem, starał się zagłuszyć krzyk przyjaciela, który 

ciągle rozbrzmiewał mu w uszach. 

Ostatni odcinek pokonał, zeskakując w śnieg pokryty warstwą lodu. 

Zetknięcie  z  ziemią  odebrało  Sedolfowi  dech  w  piersiach.  Zdążył  ugiąć  kolana  tuż 

przed upadkiem, ale mimo to dotkliwie odczuł jego skutki. 

Zamroczyło  go  na  moment.  Jedno  ramię  sakwy  się  zerwało  -  bez  zastanowienia 

odrzucił ją na bok. Przeczołgał się po śnieżnej skorupie, czuł, jak się pod nim topi, jak wilgoć 

przenika  przez  spodnie na  kolanach.  Zgrabiały  mu  dłonie. Wreszcie  zdołał  wstać.  Nogi  mu 

drżały, w łydkach nadal odczuwał ból. 

Chwiejnie  ruszył  przed  siebie.  Przedzierał  się  przez  gęsty,  sięgający  mu  do  pasa 

wierzbowy zagajnik. Minie jeszcze sporo czasu, zanim krzewy wypuszczą pąki. 

Sedolf łukiem ominął skałę, by nie wpaść w szczelinę lub nie wywołać lawiny. 

Wreszcie  zobaczył  Emila  i  podziękował  losowi,  że  chłopak  nie  spadł  na  kamienne 

osypisko. Niestety wiatr omiótł ziemię ze śniegu i teraz zdawała się niemal naga. Pokrywała 

ją warstwa wrzosów, ale rzadkie kępy nie mogły złagodzić skutków upadku. 

Sedolf ukląkł obok przyjaciela. 

Emil  miał  zamknięte  oczy  i  otwarte  usta.  Sedolfowi  wydało  się,  że  zamarł  na  nich 

krzyk.  Ta  myśl  przepełniła  go  grozą.  Opuchniętymi,  obtartymi  opuszkami  palców  dotykał 

szyi Emila. Znalazł miejsce, gdzie powinien bić puls, jednak w palcach brakowało mu czucia. 

Pochylił się niżej, starał się dostrzec pulsowanie gołym okiem. Bez powodzenia. Przytrzymał 

dłoń nad ustami Emila, ale nie wyczuł oddechu. 

Zauważył  krew  na  głowie  przyjaciela,  ale  miał  nadzieję,  że  czaszka  nie  została 

uszkodzona. Przeszedł go dreszcz, przez głowę przebiegały mu ponure myśli. 

Emil  upadł  na  prawy  bok,  tułów  przygniatał  mu  jedno  ramię.  Sedolf  bał  się,  że 

ruszając  go  może  mu  jeszcze  bardziej  zaszkodzić,  ale  też  nie  mógł  Emila  tak  zostawić. 

Uświadomił sobie, że jeżeli ryś jest w pobliżu, zwietrzy zapach krwi i może się tu pojawić. 

background image

Znowu te okropne myśli... 

Ramię wyglądało na złamane. Również prawa noga wydawała się uszkodzona. 

Sedolf pomyślał, że Emil mógł doznać jakichś obrażeń wewnętrznych, ale dopóki leży 

nieruchomo, nie będzie kaszlał krwią... 

Zdjął kurtkę i otulił nią leżącego. Wyjął zza pasa nóż i zabrał się do budowy czegoś w 

rodzaju sań, używając do tego gałązek oraz nart Emila. 

Ręce potwornie mu drżały, oddychał nerwowo, urywanie. Lał się z niego zimny pot, 

mimo że przemarzł do szpiku kości. 

Nie  miał  pojęcia,  ile  czasu  zabrało  mu  zbudowanie  odpowiednio  szerokich  sań,  by 

zmieściło  się  na  nich  ciało  Emila.  Odnosił  wrażenie,  że  powinno  się  już  zacząć  lato,  kiedy 

ostrożnie  uniósł  przyjaciela  i  położył  na  saniach,  a  następnie  mocno  go  przywiązał 

rzemieniami wyciągniętymi z obu sakw - dobrze, że Emil miał swoją na plecach, bo osłoniła 

je nieco w chwili upadku. 

Broń została na śniegu. Sedolf w ogóle o niej nie pomyślał. 

Przepchnął  sanie  do  miejsca,  gdzie  stały  jego  narty.  Wsunął  stopy  w  wiązania  i 

przymocował  sanie  mocno  do  pasa  za  pomocą  sznura  splecionego  z  wierzbowych  witek  - 

powinien przez jakiś czas wytrzymać; kiedy się przetrze, trzeba będzie zrobić nowy. 

Sedolf  zmarzł  na  kość.  Swoją  czapkę  podłożył  pod  głowę  Emila,  kurtką  go  okrył. 

Został tylko w grubym wełnianym swetrze naciągniętym na koszulę i teraz wiatr przeszywał 

go na wskroś. W dodatku zapomniał rękawiczek. 

To wszystko jednak nie miało w tej chwili znaczenia. 

Najkrótsza  droga  do  wsi  prowadziła  prosto  w  dół.  Jeśli  minie  ten  zagajnik,  będzie 

musiał  pokonać  już  tylko  niski  las,  tam  gdzie  młode  drzewa  przebiły  się  przez  warstwę 

popiołu po wielkim pożarze. To spory kawał drogi, w dodatku wyboistej i stromej. Niech się 

dzieje co chce, Emil musi jak najszybciej znaleźć się w domu. 

Sedolf  wbił  kijek  w  śnieg  tuż  obok.  Trzymał  go  tak,  co  pozwoliło  mu  zachować 

właściwy kierunek, mimo że ciężkie sanie sunęły po twardym podłożu z dużą prędkością. 

Kilka  razy  omal  się  nie  przewrócił.  Nagle  pojawiały  się  na  drodze  pieńki,  kępy 

wrzosów, kamienie i powalone wiatrem nieduże drzewa, ale jakimś cudem zdołał je ominąć. 

Wolał nie myśleć o tym, że Emilem mocno trzęsie. Taka szaleńcza jazda mogła mu 

zaszkodzić.  Co  gorsza,  Emil  bardzo  długo  przebywał  na  mrozie.  Może  też  umrzeć  z 

wychłodzenia. 

Jeżeli jeszcze nie umarł. 

Całkiem możliwe, że Sedolf pędził na łeb na szyję przez las, ciągnąc za sobą zwłoki. 

background image

Starał się nie dopuszczać do siebie takiej myśli. 

Całą swą uwagę skupił na wyborze drogi. Uznał, że nie ma po co jechać z Emilem do 

jego gospodarstwa. Nikt tam na niego nie czekał. Postanowił zawieźć go do swojego domu. 

Ufał, że Ida wykaże dość rozsądku i opanowania wtedy, gdy on sam z przerażenia nie będzie 

zdolny do działania... 

W końcu Sedolf zostawił za sobą wszystkie wzniesienia i teraz musiał po prostu iść. 

Nie miał odwagi spojrzeć za siebie. Wiedział, że Emil wciąż spoczywa na prowizorycznych 

saniach, poznawał to po ciężarze. Nie miał jednak pojęcia, w jakim jest stanie po upadku i 

karkołomnym zjeździe w dół przez występy i kamienie. 

Wyobraźnia  podsuwała  Sedolfowi  obraz  mężczyzny  w  czarnym  płaszczu  z  kosą  w 

ręku, siedzącego okrakiem na nogach przyjaciela. W jednej chwili sanie wydały mu się dwa 

razy cięższe. 

Wykrzesał  z  siebie  resztki  siły.  Przemierzał  pokryte  śniegiem  mokradło,  miał  już 

niedaleko. Wiedział, gdzie jest. 

Znalazłszy się przed domem, zmierzał ku drzwiom, waląc kijkiem w ścianę. Ida musi 

to  usłyszeć!  Sam  nie  zdoła  wnieść  Emila  do  środka.  Ledwie  starczyło  mu  sił,  by  wysunąć 

stopy z wiązań nart. 

-  Co  u  licha...?!  Poskutkowało.  Ida  szybko  wyszła  na  schody,  ale  zaraz  stanęła  jak 

wryta. Słowa zamarły jej na ustach, kiedy zobaczyła mężczyznę na saniach. 

-  Co  się  stało?  -  wykrztusiła  w  końcu,  zbiegając  drobnymi  kroczkami  ze  schodów. 

Upadla  na  kolana  obok  Emila  i  patrzyła  to  na  niego,  to  na  Sedolfa.  -  Co  się  stało?  - 

powtórzyła, mocując się z rzemieniami, które krępowały Emila. 

Sedolf podał jej nóż. 

-  Musisz  je  rozciąć  -  rzekł  bezbarwnie.  -  Zawiązałem  najmocniejsze  węzły,  jakie 

znam. 

Zrobiła, jak jej poradził. Zobaczyła krew na twarzy Emila. Jego prawe ramię zwisało 

bezwładnie. 

- Spadł ze skały - wyjaśnił Sedolf. Sanie nadal miał przywiązane do pasa. Ida bez sło-

wa przecięła wierzbowe witki. 

-  Musisz  mi  pomóc  -  rzekła.  Chwilę  trwało,  zanim  dotarło  do  niego  znaczenie  słów 

ż

ony.  Czuł,  że  traci  przytomność.  -  Nie  możesz  mnie  tak  zostawić,  Sedolf!  -  powiedziała 

niemal surowo. - Sama nie wniosę go do domu. Musisz mi pomóc! 

Skinął  głową,  przynajmniej  tak  mu  się  wydawało.  Widział  Idę  jak  przez  mgłę. 

Chwyciła  Emila  pod  ramiona,  podparła  go.  Sedolfowi  kazała  chwycić  za  stopy,  tam  gdzie 

background image

najlżej,  jednak  on  ciągle  odnosił  wrażenie,  że  na  nogach  Emila  siedzi  mężczyzna  z  kosą,  i 

mimo pomocy Idy czuł, że dźwiga ogromny ciężar. 

Wnieśli  Emila  do  środka,  do  izby,  i  położyli  na  solidnej  sofie.  Sedolf  ledwie  puścił 

nogi przyjaciela, zachwiał się i osunął na ścianę. 

- Jak to się mogło stać? - dosłyszał pytanie Idy, ale jej nie widział. Nie był w stanie 

otworzyć  oczu,  kręciło  mu  się  w  głowie.  -  Dzieci  są  w  kuchni.  -  Głos  Idy  stał  się  bardziej 

odległy. Po chwili jakby powrócił, żeby znowu się oddalić. - Musisz zamknąć drzwi wejścio-

we, Sedolf! A potem idź do kuchni i przypilnuj dzieci! 

Usłuchał. Zamknął drzwi, choć przyszło mu to z trudem. Następnie usiadł w miejscu, 

gdzie, jak mu się wydawało, stała skrzynia na drewno. Trafił na sam brzeg. Czuł, jak dociera 

do niego ciepło od pieca, ogrzewa jedną stronę ciała. Usłyszał tupot drobnych stopek. Poczuł 

cztery rączki chwytające go za spodnie poniżej kolan. Jego uszu dobiegł ożywiony, niewyraź-

ny szczebiot. Zrozumiał, że dzieci chcą na kolana. 

Bał  się,  że  zaraz  straci  przytomność,  że  dzieci  się  poparzą.  Zdołał  się  przesunąć  na 

przeciwległy  brzeg  skrzyni,  bliżej  pieca.  Pomógł  bliźniętom  wdrapać  się  do  góry  i  jakimś 

cudem posadził je obok  siebie. Udało mu się też wytłumaczyć maluchom, że nie mogą mu 

usiąść na kolanach, ponieważ jest przemoczony.  I że mają być  grzeczne.  Potem oparł się o 

ś

cianę, tylko tyle zapamiętał. 

Ida powstrzymywała łzy cisnące się do oczu, przełknęła dławiący ją płacz. Zaciskała 

zęby, by nie krzyczeć w głos, by opanować panikę. 

Starała się nie myśleć o ogromnej odpowiedzialności, która na nią spadła, bo wtedy 

sparaliżuje ją strach. 

Zdejmowała z Emila ubranie. Nie było to łatwe, ponieważ przemokło i zesztywniało 

na  mrozie.  Na  szczęście  nasiąknęło  tylko  wodą  z  topniejącego  śniegu,  a  nie  krwią,  czego 

obawiała się najbardziej. 

Poczuła,  jak  popłynęły  jej  łzy,  zamrugała  energicznie,  okrywając  Emila  skórami. 

Powinna  mu  odstąpić  własną  pierzynę.  O  Boże,  dlaczego  wczoraj  wieczorem  tak  go 

potraktowała? 

Być może chłopak umrze, zanim zdąży się z nim pojednać... 

Teraz jeszcze żył. 

Ida wyczuła lekkie pulsowanie żyły w zgięciu łokcia. Twarz Emila wydawała się taka 

spokojna, jakby wcale nie czuł bólu. 

Ale żył. 

Z jego ust wydobywał się słaby oddech. 

background image

Przebiegło  jej  przez  głowę,  że  powinien  tu  być  tato.  Czuła  się  bezsilna,  nie  została 

wszak  obdarzona  tą  mocą,  którą  posiadała  choćby  Maja.  Jest  tylko  Idą.  Jakże  sobie  sama 

poradzi? 

Musi... 

Zaszeleściły  spódnice,  kiedy  szybko  przeszła  do  kuchni.  Potrzebowała  wody,  by 

obmyć rannego z krwi. 

Sedolf  siedział  na  skrzyni  na  drewno  bezwładny  niczym  worek  mąki.  Bliźniaki  jak 

dwie lampy łojowe tkwiły obok niego. 

- Mikkal pilnuje Sedolfa - wyjaśnił maluch z powagą. Ida odgarnęła z czoła kosmyk 

włosów. 

- Wspaniale, mój zuchu - odparła. 

- Jaija tez - dodała córeczka z podobną stanowczością. 

-  Świetnie  -  pochwaliła  ją  Ida,  wyjmując  cynową  misę.  Napełniła  naczynie  zimną 

wodą. Fartuch posłuży jako ścierka. - Pilnujcie Sedolfa. Niedługo pewnie się obudzi. 

Musiała wierzyć, że dzieci nie zainteresują się piecem albo kołowrotkiem. 

Teraz  najbardziej  była  potrzebna  Emilowi.  Rany  na  twarzy  już  nie  krwawiły,  choć 

prawa jej strona została mocno otarta. Trzeba nałożyć opatrunek. Ida przypomniała sobie, że 

ma gdzieś starą bluzkę, która by się do tego nadała. 

Ramię  Emila  wyglądało  na  złamane.  Noga  również.  Ida  zauważyła,  że  są  dziwnie 

zniekształcone. 

Co się robi w przypadku złamania? 

Kijek do nart, przebiegło jej przez myśl. Wyszła, by go przynieść. Po kilku próbach 

złamała go na kolanie. Pomyślała ze złością, że pewnie zostaną sińce. 

Wywróciła do góry nogami zawartość kufra z ubraniami, zanim znalazła bluzkę, którą 

mogła wykorzystać na bandaże. Wybrała też jedną z koszul Sedolfa. Rwała odzież na pasy 

bez  zastanowienia.  Z  wielkim  trudem  przymocowała  opatrunek  do  policzka  Emila,  musiała 

przewiązać bandaże wokół czoła i brody. 

Część materiału przeznaczyła na usztywnienie złamań. Nie miała pojęcia, czy dobrze 

to robi, wiedziała tylko, że ramię i noga powinny zostać unieruchomione. 

Gdyby Ailo tu był! pomyślała. Ailo tyle potrafił... 

Ailo nie żyje... 

W  końcu  jako  tako  Idzie  udało  się  opatrzyć  Emila.  Wydawało  jej  się,  że  uczyniła 

wszystko, co mogła. Umyła go i obandażowała rany. Postarała się dobrze unieruchomić nogę 

background image

i ramię. Otuliła go dokładnie wełnianymi pledami i swoją pierzyną. Więcej nie była w stanie 

zrobić. 

Zabrała misę do kuchni. Dzieci nadal siedziały na skrzyni. To cud, nawet nie pisnęły. 

Wyglądały jak dwa aniołki o okrągłych policzkach, nikt by nie podejrzewał, że potrafią się 

chwilami zachowywać jak dzikie kociaki. 

Ida opróżniła i opłukała misę. 

Potem zaczęła rozsznurowywać Sedolfowi buty. 

On także bardzo przemókł, obok skrzyni na drewno utworzyły się na podłodze mokre 

plamy. 

Obudził się, kiedy Ida zaczęła ściągać z niego ubranie. 

Był blady, jego oczy pociemniały, przepełnione smutkiem. Objął mocno żonę wokół 

talii, przytulił twarz do jej brzucha. Drżał. 

Ida łagodnie przesunęła ręką po jego brązowych włosach, zwykle takich miękkich, a 

teraz sztywnych od potu. 

- Emil żyje - odezwała się. Powstrzymała się, by nie dodać „ledwie”. 

Sedolf odetchnął głęboko z ulgą. 

- Zimno mi - rzekł. - Tak mi zimno, że cały się trzęsę. Ida długo stała przytulona do 

męża, poczuła, że i jej ubranie przemokło. 

- Musisz się przebrać - powiedziała wreszcie. - Musisz założyć suche rzeczy, Sedolf. I 

sprowadzić  tatę...  i  jeszcze  jakąś  kobietę  z  wioski,  która  już  kiedyś  pielęgnowała  chorych. 

Mogłam coś zrobić źle. Nie mam żadnego doświadczenia... 

- Naprawdę żyje? Ida przytaknęła, patrząc mu w twarz. Była blada i przerażona, ale jej 

oczy nie kłamały. 

-  Ledwie  -  dodała.  Nie  zdołała  się  powstrzymać.  Sedolf  westchnął.  Zamknął  oczy, 

zacisnął powieki i jeszcze mocniej przytulił się do Idy. 

- Mikkal pilnował Sedolfa - oznajmił piskliwy głosik gdzieś przy jego uchu. 

Ida  musiała  się  uśmiechnąć  mimo  całego  nieszczęścia.  Odsunęła  się  od  Sedolfa  i 

pogłaskała synka po ciemnej główce. 

-  Byłeś  bardzo  dzielny  -  rzekła  poważnie.  -  Ty  także  -  zwróciła  się  do  córki  i 

przesunęła palcem wskazującym po jej krągłym policzku. Pomyślała, że Raija wygląda trochę 

blado. Uznała jednak, że to chyba z powodu oświetlenia. 

- Jaija tez pilnowała Sedolf a - potwierdziła dziewczynka, która podobnie jak Mikkal 

łaknęła pochwał przybranego ojca. 

background image

To  on  wpadł  na  pomysł,  by  zwracały  się  do  niego  po  imieniu.  Naturalnie  cudownie 

było słyszeć, jak nazywały go tatą, ale rany w sercu Idy jeszcze do końca się nie zabliźniły. 

Nie zabliźnią się, dopóki istnieje jakakolwiek niepewność co do losów Ailo. Zresztą Sedolf 

nie chciał, by myślały, że jest ich prawdziwym tatą. Powinny dowiedzieć się o Ailo, jak tylko 

dostatecznie podrosną. Nie wolno tego przed nimi zataić. Ailo na to nie zasłużył. 

Sedolf  podziękował  maluchom  szczodrymi  pieszczotami.  Ucałował  ich  małe  czółka. 

Potem  przekonał  bliźniaki,  że  musi  się  przebrać.  Jednak  kazały  mu  przedtem  obiecać,  że 

później powozi je trochę na kolanie. 

Kiedy  zmienił  ubranie  i  trochę  się  rozgrzał,  znowu  zaczął  szykować  się  do  drogi. 

Zanim  wyruszył,  przystanął  jeszcze  na  dłuższą  chwilę  przy  sofie,  na  której  leżał  Emil.  W 

końcu Ida niemal wypchnęła go za drzwi. 

- Pośpiesz się! Boję się wziąć na siebie całą odpowiedzialność za jego życie, Sedolf! 

Jeżeli on umrze, wszyscy powiedzą, że to moja wina! 

Sedolf spojrzał w jej nieszczęśliwe oczy i powiedział: 

-  Albo  moja,  droga  Ido...  Dręczyła  go  ta  świadomość.  Poza  tym  naprawdę  czuł  się 

winny.  To  oczywiście  idiotyczne,  ale  odnosił  wrażenie,  że  on  również  popełnił  błąd. 

Możliwe,  że  Emil  wspinał  się  lepiej  od  niego.  Powinien  był  pozwolić,  by  Emil  szedł 

pierwszy. Wtedy runęliby obaj, jeżeli tak miało być. Czuł się dość podle, że jemu nic się nie 

stało, gdy tymczasem przyjaciela spotkał taki los. Drugi powód, dla którego się zadręczał, nie 

wydawał się już tak szlachetny. Każdy wiedział o nieporozumieniach między nim a Emilem. 

Sedolf  już  teraz  potrafił  sobie  wyobrazić,  jak  ludzie  zaczną  gadać.  Nikt  przecież  nie  mógł 

wiedzieć,  że  już  prawie  się  pogodzili.  Wielu  zacznie  się  zastanawiać,  dlaczego  razem  wy-

ruszyli na polowanie. Dlaczego to Emil spadł, a nie on. 

Sedolf zdecydował się powiadomić o wypadku możliwie najwięcej osób. Ucieszył się, 

kiedy spotkał Larsa z kilkoma starszymi rybakami. Zatrzymał konia. 

Na pewno zauważyli, że Sedolf jest potwornie blady. Zrozumieli, że wydarzyło się coś 

strasznego, inaczej nie pędziłby tak na złamanie karku. 

- Czy twoja matka jest w domu, Lars? Lars uznał, że to dziwne pytanie, ale odparł, że 

pewnie jest. Nie była z tych, które kręciły się tu i tam w taki zimowy dzień jak dziś. 

- Wracaj do domu i przywieź ją do nas - poprosił Sedolf z powagą na twarzy. -  Ida 

potrzebuje pomocy. Wybraliśmy się z Emilem w góry, żeby zajrzeć do jego pułapek na rysia. 

Emil spadł ze skały i nieźle się potłukł. Nie wiem, czy z tego wyjdzie. Twoja matka potrafi 

obchodzić się z chorymi. Na pewno będzie mogła Idzie coś doradzić. 

background image

Patrzyli na niego jak porażeni. Nie wierzyli własnym uszom. Musieli jednak uznać, że 

chociaż Sedolf znany był ze skłonności do żartów, nie naigrywałby się z takiej tragedii. 

- Spadł ze skały? - dopytywali się. Musieli wiedzieć, jak to się stało. 

Sedolf  opowiedział  im  pokrótce  o  wszystkim.  Wiele  par  oczu  zwróciło  się  w  stronę 

gór, szukając skały. Mężczyźni zdawali sobie sprawę, że w górach zimą nie ma żartów. 

-  To  szalony  pomysł  -  rzekł  jeden  ze  starszych  i  splunął  daleko  brązową  śliną.  - 

Wybrać  się  zimową  porą  na  wspinaczkę  po  nagich  skałach.  Uważam,  że  do  reszty 

postradaliście rozumy! Młokosy! - Pokręcił głową. 

- Wydawało się całkiem niegroźnie, poza tym Emil nie pierwszy raz wybrał się w góry 

- odparł Sedolf. - No, muszę jechać po Reijo. On zwykle potrafi znaleźć dobrą radę... 

Stali i patrzyli za nim, dopóki nie zniknął między sosnami. Na śniegu, późną zimą nad 

strumieniem,  zostało  zasiane  ziarno  niepewności,  podobnie  jak  we  wszystkich  innych 

miejscach, gdzie ludzie usłyszeli o wypadku. 

-  Czego  ci  dwaj  tam  szukali...  razem?  -  zdziwił  się  któryś.  Ale  nikt  nie  umiał  mu 

odpowiedzieć. 

- Dziwne, że Emil mógł tak gruchnąć... 

background image

Dom wypełnił się ludźmi. Każdy, kto wchodził lub wychodził, wpuszczał przy okazji 

trochę chłodu. W tej ludzkiej ciekawości było coś odrażającego. 

Ida się bała. Fredrikke, matka Larsa, twierdziła, że Emil umrze. Powiedziała wprost, 

ż

e nawet tak duża liczba ciekawskich mu nie zaszkodzi. Lepiej żeby przyszli i zobaczyli go 

teraz,  niż  gdyby  mieli  snuć  domysły,  kiedy  już  zaśnie  na  wieki.  Jeśli  za  dużo  będą  gadać, 

sprawa może znaleźć swój finał u wójta. Rzekła to, utkwiwszy wzrok w Sedolfie. I dodała: 

„Albo  jeszcze  wyżej”.  Nie  miała  na  myśli  Boga  czy  diabła,  ale  tego,  który  urzęduje  w 

Bodoglrd. 

Idzie  zdawało  się,  że  Sedolf  już  tysiąc  razy  opowiadał  o  tym,  jak  tropili  z  Emilem 

rysia  i  -  chociaż  teraz  przyznał,  że  to  było  nierozsądne  -  jak  wpadli  na  pomysł,  żeby  się 

wspiąć na skałę. 

Wszyscy  słuchali  w  skupieniu.  Ale  kilku  gości  nie  powstrzymało  się  od  wymiany 

spojrzeń, zanim Sedolf skończył. Spojrzeń, które świadczyły o tym, że i tak myślą swoje. 

Kiedy przybył Reijo, ciekawskich nie zostało już wielu. Nie było go w domu, kiedy 

Sedolf  przyjechał  na  cypel.  Wypłynął  na  fiord,  ale  Helena  obiecała,  że  oboje  przyjadą,  jak 

tylko Reijo wróci. 

Sedolf jeszcze raz zdał relację z tego, co się stało. 

Ida nie mogła już słuchać. Wstała. Wymówiła się tym, że musi położyć dzieci spać. 

Zabrała  ze  sobą  Helenę.  Obie  kobiety  poszły  na  górę  do  pokoju  dziecinnego  i  zajęły  się 

rozbieraniem bliźniąt. Przez otwarte drzwi wyraźnie docierały tu wszystkie dźwięki. Ani Ida, 

ani Helena nie uciekały od słów, a jedynie od widoku twarzy opowiadającego i słuchaczy. 

- Fredrikke mówi, że Emil nie przeżyje nocy - odezwała się Ida. - Mam nadzieję, że 

ż

aden z tych wścibskich plotkarzy nie będzie tu czekał na jego śmierć... 

-  Reijo  na  pewno  przekona  ich,  by  wyszli  -  zapewniła  Helena.  -  My  zostaniemy  - 

dodała, wsadzając Mikkala pod koc. Chłopcu udało się ją złapać za rękę i nakłonić, by usiadła 

na brzegu posłania. - Chyba że nas wyrzucisz... 

Ida potrząsnęła głową. 

- Jakże bym mogła  was  wyprosić? Przeciwnie, wolałabym, żeby ktoś z  nami był tej 

nocy. Ty i tato musicie zostać. 

Zamilkła. Długo siedziała bez słowa. Potem ucałowała w policzki oba swoje aniołki i 

razem z Heleną wymknęły się z izby, zamykając drzwi. Zwykle Ida tego nie robiła, ale teraz 

background image

dom  wypełniało  mnóstwo  nowych  dźwięków.  Nie  chciała,  żeby  obudziły  dzieci  i  je 

przestraszyły. Nie wiedziała, co gotuje im ta noc. 

Obie kobiety usiadły na najwyższym stopniu schodów. Wokół nich panował półmrok, 

który był jak balsam dla zmęczonych oczu i ciężkich myśli. 

- Wszyscy myślą, że to Sedolf popchnął Emila - zaczęła Ida. Nosiła to w sobie, odkąd 

zjawili się pierwsi sąsiedzi, żeby popatrzeć i posłuchać. Początkowo nie mogła uwierzyć, że 

ktokolwiek może Sedolfa o to posądzać. Teraz musiała. Ujrzała to w zbyt wielu twarzach. 

- Tylko na początku - starała się pocieszyć ją Helena. Objęła Idę ramieniem, uścisnęła. 

W jednej chwili stała się dla niej podporą, ona, która zwykle sama potrzebowała wsparcia. - 

Zobaczysz, kiedy się opamiętają, nikt o Sedolfie już tak nie pomyśli. A kiedy Emil się obudzi, 

sam opowie, co się wydarzyło... 

Ida  spojrzała  na  Helenę  zrezygnowana.  W  tej  dorosłej  i  jednocześnie  dziecinnej 

twarzy dostrzegła szczerość. Zrozumiała, że dziewczyna nie mówi tego tylko po to, żeby ją 

pocieszyć. 

Zarzuciła Helenie ręce na szyję i wypłakała się na jej ramieniu. 

- Jeżeli Emil się obudzi - wykrztusiła, łkając. - Nie kiedy się obudzi, kochana Heleno, 

ale jeżeli się obudzi... 

Nagle usłyszały glos Reijo: 

- W imię Boga, dlaczego nie powiecie tego wprost? Domyślamy się, co wam się roi w 

głowach! Domyślamy się, nad czym się zastanawiacie! Czy nikt nie ma odwagi spytać o to 

głośno? 

Ida  wyprostowała  się  i  wytarła  oczy.  Cicho  pociągała  nosem,  ale  się  uśmiechnęła. 

Tylko  tato  się  na  to  zdobył.  Tylko  tato  stanął  przed  ludźmi  z  podniesionym  czołem. 

Wstrząsnął nimi. 

Na dole zapanowała cisza. Ida i Helena wstrzymały oddech, chciały słyszeć najcichszy 

szept dochodzący z pokoju tuż pod nimi. 

Wtedy odezwał się Sedolf: 

- Nie zepchnąłem Emila. Szedł za mną i w pewnym momencie spadł. 

Reijo  ubrał  w  słowa  te  oskarżenia,  których  nikt  z  obecnych  nie  odważył  się 

wypowiedzieć. 

- Ale miałbyś ku temu powody... 

Rozległ się krótki, pozbawiony radości śmiech Sedolfa. 

- Może na to wygląda. Ale ja nie czuję do Emila żalu. Nie jesteśmy już tak bliskimi 

przyjaciółmi jak kiedyś, ale nie jesteśmy też wrogami. Nie usprawiedliwiam tego, co uczynił 

background image

Knutowi,  ale  nie  mogę  go  za  to  nienawidzić.  Emil  jest  dla  mnie  kimś  więcej  niż  zwykłym 

kolegą. Nie potrafię tak po prostu pozwolić mu odejść z mego życia. Może obcym trudno jest 

to  zrozumieć,  ale  dla  mnie  Emil  jest  kimś  w  rodzaju  brata.  Zawsze  będzie  mnie  coś  z  nim 

łączyło, niezależnie od tego, co uczyni on lub ja... 

- Nie popchnąłeś go? - spytał Reijo. Żądał potwierdzenia, że Sedolf jest niewinny. 

Ida  i  Helena  nie  usłyszały  odpowiedzi.  Sedolf  pewnie  tylko  potrząsnął  głową. 

Niewiele mógł przeciwstawić takim oskarżeniom jak to. Nic poza prawdą. A znali ją tylko on 

i Emil. 

Ida zacisnęła dłonie aż do bólu. Cicho, poruszając wargami, modliła się o życie Emila. 

Wyglądało na to, że wystąpienie Reijo otrzeźwiło wiele osób. Nie było już czego się 

domyślać ani o czym szeptać w sekrecie, skoro padły słowa. 

Po  chwili  drzwi  na  dole  zaczęły  się  otwierać  i  zamykać.  Przyszło  jeszcze  kilku 

nowych gości. Ida i Helena słyszały, jak Fredrikke udziela Reijo rad: co powinni robić, jeżeli 

Emil  odzyska  przytomność,  czym  uśmierzać  ból.  „Żeby  mógł  zasnąć  w  pokoju”,  jak  się 

wyraziła.  Usłyszały  też,  jak  obiecała,  że  Lars  zajmie  się  oborą  Emila,  niech  się  o  to  nie 

martwią. Chłopakowi dobrze zrobi odrobina odpowiedzialności. 

Ida i Helena nie ośmieliły się zejść na dół, zanim całkiem nie ucichło. Nawet wtedy 

jeszcze chwilę posiedziały na schodach ramię przy ramieniu, z dłońmi złożonymi w fałdach 

spódnic.  Helena  z  blond  włosami  splecionymi  w  ciasny  warkocz.  Ida  ze  swymi  rudymi  w 

dzikim tańcu wokół ładnej, bladej twarzy. 

U  dołu  schodów  pojawił  się  Sedolf.  Miał  zmęczoną  twarz  i  rezygnację  w  oczach. 

Usiadł na jednym z najniższych stopni. Grzywkę odgarnął do tyłu. Ukazał nieco za wysokie 

czoło, w jego rodzinie wszyscy takie mieli. 

Spojrzał na dziewczęta. Nawet nie próbował się uśmiechnąć. 

- I co o tym myślicie? Sądzicie, że mi uwierzyli? Wkrótce nazwą mnie mordercą... 

Ida wstała. Zeszła do niego kilka stopni w dół, przykucnęła, położyła mu na ramieniu 

drobną, ale silną dłoń. 

-  Emil  powinien  by  umrzeć,  żeby  mogli  cię  nazwać  mordercą  -  rzekła,  akcentując 

każde  słowo.  -  A  Emil  nie  umrze!  I  będzie  mógł  opowiedzieć  wszystkim,  jak  to  się  stało. 

Wtedy  ci, którzy nie wierzyli twoim słowom, będą musieli się wstydzić. Przynajmniej tyle. 

Bo wydaje mi się, że nie przyjdą prosić o wybaczenie... 

Poszła  dalej,  szeleszcząc  spódnicą;  każdy  gest  i  sposób  chodzenia  świadczył  o  jej 

zdecydowaniu. 

Sedolf również się podniósł. Podał dłoń Helenie i pomógł jej wstać. 

background image

- Każdy król powinien mieć żonę taką jak Ida - powiedział z uśmiechem. - Wtedy nie 

trzeba by toczyć wojen, królowe umiałyby rozwikłać każdą trudną sytuację. Rozwiązywałyby 

problemy, głosząc pogardę dla rozlewu krwi. Moja Ida naprawdę powinna być królową... 

Helena popatrzyła na Sedolfa w milczeniu. Rozumiała znaczenie jego słów i cieszyła 

się w imieniu Idy. 

Sama  nigdy  nie  potrafiła  zachowywać  się  spontanicznie,  w  każdym  razie  nie  w 

stosunku do mężczyzn. Teraz jednak wsunęła rękę pod ramię Sedolfa. Napotkała jego wzrok. 

- Każda kobieta, która jak Ida ma męża tak kochającego, jest królową. 

Poprowadziła Sedolfa za sobą do nagrzanej kuchni. 

Rei  jo  przywiózł  torebki  z  suszonymi  ziołami.  Czegoś  się  przecież  nauczył, 

spędziwszy  kawał  życia  z  kobietami,  które  ludzie  chętnie  piętnowali  jako  czarownice. 

Obawiał się jednak, że jego wiedza okaże się niewystarczająca. 

Ida  klęczała  przy  sofie.  Ręce  splotła  tak  mocno,  że  aż  zbielały  jej  kostki  dłoni. 

Wpatrywała się w Emila, a w jej oczach pojawił się ciemny płomień - zdecydowanie, złość, 

zwątpienie... Usta tworzyły cienką, bladą kreskę. 

Sedolf podszedł do żony. Stanowczo położył ręce na jej ramionach, przyciągnął ją ku 

sobie, przytulił, ukołysał. Potrzebował pociechy tak jak i ona. Sam czuł się równie załamany. 

-  Nie  ulegaj  zwątpieniu,  maleńka!  -  poprosił  cichym,  ochrypłym  głosem.  Pocałował 

Idę  w  skroń  pulsującą  strachem.  -  To  nic  nie  pomoże,  Ida.  Ani  łzy,  ani  modlitwy.  Musimy 

zatroszczyć  się  o  niego  najlepiej,  jak  potrafimy.  Nic  więcej  nie  możemy  uczynić.  Lecz  nie 

wolno nam tracić nadziei. 

Ida  potrząsnęła  głową.  Łagodnie,  ale  zdecydowanie  odsunęła  Sedolfa  od  siebie. 

Przyciągnęła  do  sofy  jedno  z  najwygodniejszych  krzeseł.  Skuliła  się  w  nim,  wyglądała  jak 

nieduża  piłka.  Na  jej  twarzy  malowała  się  rozpacz.  Położyła  dłoń  na  drugiej,  zaciśniętej  w 

pięść.  Patrzyła  na  Emila,  cała  reszta  świata  przestała  dla  niej  istnieć.  Nic  nie  słyszała,  być 

może również nic nie widziała. Z całej duszy pragnęła, żeby Emil wyzdrowiał. Pomyślała o 

Mai,  o  Ailo,  o  matce,  której  nie  znała...  Chciała,  by  wszyscy  razem  mogli  wstawić  się  za 

Emilem, by tchnęli w niego życie. 

Zdumiało  ją  jedno.  Uświadomiła  sobie  bowiem,  że  nie  pragnęła  tego  wyłącznie  ze 

względu na siebie i Sedolfa. 

Naturalnie dobrze by było uwolnić się od na poły skrywanych podejrzeń, które zawsze 

prześladowałyby Sedolfa. Ale myślała o czymś więcej. Nie chciała śmierci Emila również ze 

względu  na  niego  samego.  Zostały  pola,  które  powinien  zaorać.  Drzewa,  które  powinien 

background image

ś

ciąć. Dom, do którego pewnego dnia powinien przyprowadzić żonę i który powinien się wy-

pełnić dziecięcym śmiechem. 

Dlatego... 

Emil znajdował się bliżej śmierci niż życia. Ida nie była na tyle naiwna, by tego nie 

rozumieć. Wiedziała, z której skały spadł. Wiedziała, że musiałaby mocno odchylić głowę do 

tyłu, by zobaczyć występ, o którym mówił Sedolf. Wiedziała, jaka to była wysokość. 

Ale pragnęła, by chłopak przeżył. Przecież jego życie jeszcze na dobre się nie zaczęło! 

Na most zorzy polarnej, prowadzący do świata zmarłych, nie powinni być wpuszczani 

ci, którzy nie rozpoczęli prawdziwego życia. 

Nic  się  nie  wydarzyło.  Emil  oddychał  słabo  i  nadal  leżał  niczym  martwy.  Ida 

pomyślała, że powinien jęczeć z bólu i krwawić, a nie wyglądać jak odlany z wosku. 

Nogi  jej  zdrętwiały.  Czuła  w  nich  mrowienie,  kiedy  je  rozprostowała.  Sedolf  stal 

oparty  o  framugę  drzwi.  Potrząsnął  głową,  patrząc  na  Idę.  Helena  przycupnęła  na  poręczy 

krzesła, na którym siedział Reijo. Wydawała się zagubiona. 

- Nie jestem mamą - westchnęła Ida zmęczona. - Ani Mają. Żadną z nich. Tylko Idą. 

Ale nie mogę sobie pozwolić na rezygnację. Muszę wierzyć, że potrafię  przenosić góry. W 

przeciwnym  razie  powinnam  już  zacząć  szyć  dla  Emila  śmiertelną  koszulę.  -  Przesuwała 

wzrokiem  z  jednej  zakłopotanej  twarzy  na  drugą.  Przypomniała  sobie  o  materiale, 

przechowywanym w skrzyni. - Zresztą nie mam nawet takiego materiału, z którego można by 

uszyć  koszulę  do  trumny.  Jeżeli  Emil  umrze,  będzie  pierwszym  w  tych  stronach,  który 

zostanie pochowany w szacie z żółtego atłasu! 

Nie  zdołała  powstrzymać  śmiechu,  choć  jednocześnie  z  oczu  trysnęły  jej  łzy. 

Wyobraźnia  podsunęła  jej  widok  Emila  leżącego  w  takim  stroju  na  łożu  śmierci.  I  ludzi  z 

wioski... Dopiero wtedy mieliby o czym gadać! 

Sedolf  usiadł  zaskoczony,  Helena  wyglądała  na  wstrząśniętą.  Nie  żartuje  się  ze 

ś

mierci. Tylko na ustach Reijo igrał słaby uśmiech. 

- Zatem Emil nie może umrzeć - rzekł wesoło ojciec - skoro masz tylko żółty atłas, 

Iduniu. 

Ida przestała się śmiać. Spojrzała w zielone oczy. Zobaczyła, że zrozumiał. Pojął, że 

jej  zachowanie  nie  ma  nic  wspólnego  z  brakiem  szacunku,  raczej  z  próbą  przezwyciężenia 

bólu,  który  trawi  od  środka.  Spokojny  wzrok  Reijo  powiedział  jej,  że  tato  doświadczył  już 

podobnego uczucia, którego teraz ona doznała. Wiedział, jak to jest. Otrząsnął się z tego. I nie 

zwariował. 

- Nie ma sensu, żeby umierał! - powtórzyła z przekonaniem. 

background image

Całą noc czuwała przy  Emilu. Chcieli ją zastąpić, ale ani drgnęła. Nawet Sedolf nie 

ruszył jej z krzesła. Używał wszelkich sposobów, ale nie dała się przekonać. 

- Ty też nie spałeś - odparła i trudno było odmówić jej słuszności. - Choć wróciłeś z 

tej nieszczęsnej wyprawy śmiertelnie zmęczony. Bardziej potrzebujesz odpoczynku niż ja. 

Sedolf znał jeszcze inne sposoby przekonywania niż te, których użył. Miał więcej siły 

niż Ida i zamierzał to wykorzystać. 

Jednak zauważył ostrzegawcze spojrzenie Reijo i lekki, prawie niedostrzegalny  ruch 

głową.  Oczy  teścia  były  bardziej  zielone  niż  zwykle  i  przejrzyste  jak  barwione  szkło.  Jego 

usta układały się w „nie”. 

Sedolf opuścił ręce. Dotknął włosów Idy opadających na ramiona. 

Nie  odezwał  się,  nie  powiedział  nawet  „dobranoc”.  Ida  wiedziała,  czego  chce.  Nie 

znajdował już nic, co mógłby jej przeciwstawić. Wyszedł z pokoju. 

Reijo podążył za nim, poklepał przyjaźnie po plecach. 

- Nie obrażaj się za to! Ona już taka jest. Powinieneś dawno to zauważyć. Jej matka 

była dokładnie taka sama. To kobiety z żelaza, których nie można nagiąć. 

Sedolf westchnął. Do tej pory potrafiła być ustępliwa, dawała mu do zrozumienia, że 

mogą dzielić wszystko. 

- To moja wina - rzekł smutno. - Moja wina, a nie jej. Nie podoba mi się, że Ida za to 

płaci. 

- Takie już są - westchnął Reijo. Popatrzył w ogień i dołożył drew. Nikt inny o tym nie 

pomyślał. A noc, która ich czeka, będzie równie zimna i długa jak ta, która minęła. - Takie już 

są, te kobiety jak Raija. Jak Maja. Jak Ida. Nie traktują swego poświęcenia jako ofiary. Nam 

jest trudno to przyjąć... Nam, dla których się poświęcają. Ale to część ich natury. To się chyba 

nazywa wspaniałomyślność. Albo miłość. Nie wiem... 

Reijo pokręcił głową. 

- Z jedną z nich się ożeniłem. Druga była dla mnie jak córka. Trzecia jest moją córką. 

Są do siebie podobne, wszystkie trzy. Ale żadnej z nich do końca nie rozumiem. Nigdy też mi 

się  to  chyba  nie  uda.  Po  prostu  akceptuję  je  takimi,  jakie  są.  Ich  wielkie  serce.  Ich  wielką, 

ofiarną miłość, która sprawia, że czasami wstyd mi, że jestem mężczyzną. Że jestem o wiele 

słabszy niż którakolwiek z nich... 

- Chyba usłyszymy, jak Emil się obudzi... - Sedolf mocno wcisnął dłonie w kieszenie 

spodni. Między jego oczami pojawiła się zmarszczka, wzrok miał rozbiegany. 

- Powinieneś odpocząć, zamiast się martwić - poradził mu Reijo. - Przynajmniej co do 

tego miała rację ta moja uparta córka. Skoro ją tak źle wychowałem, to także ja powinienem 

background image

czuwać dziś w nocy. Posiedzę tu. Stąd jest piękny widok na strumień. Może zobaczę lisa na 

nocnym spacerze. Może zająca. Wiele różnych rzeczy dzieje się nocną porą... 

Sedolf pokręcił głową. Chyba nie tylko po Raiji Ida odziedziczyła ową niezależność, 

sposób reagowania odbiegający od zachowania typowego dla większości ludzi. Reijo również 

nie był dokładnie taki jak inni. 

Sedolf  uczynił,  jak  mu  poradzili.  Po  chwili  usłyszał  skrzypienie  na  schodach,  ciche 

jęknięcie drzwi do sąsiedniej izby i lekkie kroki. Zatem Reijo namówił również Helenę, by 

poszła spać... 

Ida  narzuciła  na  ramiona  wełniany  koc.  Z  szarobiałego  kłębka  wystawała  tylko 

potargana  rudowłosa  głowa.  Mimo  że  Reijo  ciągle  dokładał  drew,  Idzie  było  zimno.  Tato 

przykręcił  lampy.  Oszczędzał  olej,  chociaż  nie  musiał.  Został  mu  ten  nawyk  z  dawnych 

czasów.  Kręcił  się  między  kuchnią  a  pokojem.  Nie  chciał  córce  przeszkadzać,  nie  mówił 

wiele. Wyglądało na to, że znalazł sobie coś do roboty na dworze. Ida nie zastanawiała się, 

czym się zajął, nie martwiła się o ojca. 

Wiedziała, że ją rozumiał. 

Bolały ją trochę oczy, jakby z tyłu, w głębi głowy. Pulsowało w skroniach. Ręce miała 

zimne, stopy również. Mimo że nie odznaczała się wysokim wzrostem, trudno jej było otulić 

kocem całe nogi. 

Starała  się  nie  odrywać  wzroku  od  Emila.  W  każdej  chwili  mógł  zdarzyć  się  cud. 

Musiała  zachować  nadzieję.  Poruszył  wargami,  trwało  to  ułamek  sekundy.  Był  to  raczej 

odruch niż próba powiedzenia czegoś. Nieznacznie drgnęły również powieki rannego, to stało 

się naprawdę. Wcale sobie tego nie wymyśliła ani jej się nie przyśniło. 

Już otworzyła usta, żeby zawołać tatę, ale się powstrzymała. Uprzytomniła sobie, że 

ten sygnał był bardzo ulotny. Że niczego nie zmienił. Emil nie otworzył oczu i nie usiadł na 

sofie. Wtedy dopiero miałaby powód do radości. 

Dziwnie wydawało się tak czuwać przy Emilu. Nigdy nie przypuszczała, że znajdzie 

się  w  podobnej  sytuacji.  To  jemu  przecież  przytrzasnęła  palce  oknem  w  czasach,  kiedy 

chłopcy z jej powodu wydeptywali ścieżkę na cypel. 

Nie przypuszczała, że los jeszcze kiedyś skrzyżuje ich drogi. 

Ludzie  gadali,  że  odrzuciła  najlepszą  partię  nad  całym  fiordem.  Wyszła  za  mąż  za 

Lapończyka zamiast za chłopaka z rodzinnych stron, który posiadał gospodarstwo i ziemię i 

który tak ją ubóstwiał. 

A  kiedy  znów  była  wolna,  kiedy  pojawiła  się  możliwość  naprawienia  błędu,  wtedy 

wybrała równie niemądrze. Tak patrzyli na to we wsi. 

background image

Wyszła  za  lekkoducha  bez  żadnych  środków  do  życia.  Za  gładkiego  w  obejściu 

uwodziciela,  który  sprawdził  sienniki  we  wszystkich  dziewczęcych  łóżkach  wzdłuż  fiordu. 

Znowu  odrzuciła  tego,  który  nigdy  nie  przestał  jej  adorować.  Ona,  która  właściwie  nie 

zasłużyła na jego uczucie. 

Ida  wiedziała,  że  sprawiła  Emilowi  wiele  przykrości,  jednak  nigdy  nie  składała  mu 

obietnic,  których  by  nie  mogła  dotrzymać.  Natomiast  on  bardzo  ją  zranił,  choć  również 

nazywał się przyjacielem. 

Sedolf  chyba  miał  rację.  Największą  rzeczą  jest  wybaczyć.  Zawsze  jednak 

powstrzymywała  ją  przed  tym  jej  duma.  Ta,  którą  pewnie  odziedziczyły  wszystkie  dzieci 

Raiji. Ta duma charakterystyczna dla rodu Alatalo! 

Właśnie dlatego to ona powinna czuwać przy Emilu i cierpieć razem z nim. 

To również jakiś sposób zadośćuczynienia. 

Musiała przysnąć, bo kiedy usłyszała głos Emila, wydawało się jej, że śni. 

- Umieram - jęknął. - Umieram... Ida otworzyła oczy; przy sofie stal Rei jo. Czuwał 

razem  z  nią  w  pokoju,  o  czym  nie  wiedziała.  Teraz  przytrzymywał  Emila,  przyciskając 

obiema rękami jego ramiona. 

- Nie możesz wstawać - przekonywał chłopaka. - Musisz leżeć, Emil! Słyszysz mnie? 

Rozumiesz, co mówię? 

Emil tylko jęknął, ale położył się. Ida przetarła oczy. Nadal niezupełnie rozumiała, co 

się dzieje. Wełniany pled opadł na podłogę. 

- Jak boli... 

To był głos Emila, ale ból zmienił go niemal nie do poznania. 

Kiedy  ranny  otworzył oczy, wydawały się bardzo ciemne, jakby źrenice  rozszerzyły 

się aż do białek. Mięśnie twarzy drgały. Spływał z niej pot. 

-  Ida?  -  szepnął  z  niedowierzaniem.  Znowu  chciał  się  podnieść,  ale  obezwładnił  go 

ból. Ida przyjaźnie, lecz stanowczo położyła mu dłoń na piersi. 

-  Przeklęty  ryś!  -  jęknął.  -  Chce  mi  się  pić...  Reijo  wyszedł.  Ida  siedziała  na  brzegu 

krzesła i chłodnymi rękoma ocierała Emilowi pot z czoła. Nadal było jej zimno. 

- Co... ja tutaj... robię...? 

-  Sedolf  cię  przyniósł  -  odparła.  -  Potrzebujesz  opieki.  Nie  mogliśmy  cię  przecież 

zostawić samego w twoim domu. Kto by się tobą zajął? 

Zakasłał słabo. Widać było, że cierpi. Ida wstrzymała oddech, spodziewała się ujrzeć 

krew.  Bała  się,  że  Emil  doznał  poważnych  obrażeń  wewnętrznych,  ale  kaszel  okazał  się 

suchy. 

background image

- Trafiłem pod twój dach... - szepnął chłopak ochryple. - Ale w pewnym sensie... 

Ida  musiała  spuścić  wzrok.  Policzki  jej  zapłonęły.  W  swoim  czasie  powiedziała  za 

dużo, teraz żałowała wielu słów... 

- Jesteś mile widzianym gościem pod moim dachem, Emil - odezwała się cicho. Miała 

nadzieję, że mimo to ją usłyszał. Duma nakazywała jej to wyznać, zanim ojciec wróci z wodą. 

- Masz swoje wady. Ja na pewno także. Nigdy nie będę mogła całkiem ci wybaczyć krzywdy, 

jaką wyrządziłeś Knutowi, ale chciałabym ci dać szansę jako przyjacielowi. 

Zakasłał i lekko skinął głową. 

- A Sedolf? - spytał z trudem. - Czy jemu nic się nie stało? 

Potrząsnęła głową. 

- Co ze mną? 

- Masz złamaną rękę - wyjaśniła Ida. - Nogę też. Wydaje nam się, że biodro jest całe. 

Otarłeś twarz i uderzyłeś głową o skałę. Nie wiemy, czy dolega ci coś jeszcze... 

Reijo wrócił z wodą i uniósłszy Emila, napoił go. 

- Czy boli cię, kiedy pijesz? - spytał. Emil lekko pokręcił głową i z powrotem opadł na 

sofę. Starał się mieć oczy otwarte. 

-  Plecy  -  szepnął.  -  Potwornie  bolą  mnie  plecy!  Idę  zmroziło.  Chyba  nie  uszkodził 

kręgosłupa! Powrotną drogę odbył po kamieniach i występach. 

Do tego jeszcze sam upadek... 

-  W  prawym  boku...  Boli,  pulsuje...  A  zwierzęta?  Ida  musiała  popatrzeć  na  niego 

uważnie, zanim zrozumiała, o czym mówi. Uświadomiła sobie, że Emil ma na myśli swoją 

trzodę. 

- Lars się nimi zajął - uspokoiła go. - Nie martw się. Powinieneś tylko odpoczywać i 

nabierać sił. 

Wzrok, który ku niej skierował, prosił o prawdę. 

- Mdli mnie - powiedział. Używał niewielu słów, Ida zauważyła, że mówienie sprawia 

mu ból. - Moja głowa... jakby tkwił w niej topór. 

- Nie widzę nic takiego - odparła. Zaczynała przejmować sposób bycia Sedolfa. Tak 

jak on uznała, że można żartować nawet w najczarniejszych chwilach. Zaczerpnęła powietrza. 

- Cała wioska myśli, że umrzesz. Musisz ludziom pokazać, że jesteś z twardego materiału. 

- Czy to... ten sam dzień? 

- Noc - odparł Reijo. - To dobry znak, że dochodzisz do siebie tak szybko. 

Emil zamknął oczy. 

- Przeklęty ryś! - powiedział znowu. - Czy upadłem na... kamienie? 

background image

-  Tuż  obok  -  wyjaśniła  Ida.  Sedolf  opowiadał  o  tym  tyle  razy,  że  odnosiła  niemal 

wrażenie,  jakby  sama  była  świadkiem  wypadku.  -  Nie  była  ci  pisana  wędrówka  na  tamten 

ś

wiat, musisz się więc wykazać całą wolą życia, jaką posiadasz. 

- Spróbuj zasnąć, jeśli możesz - odezwał się Reijo. - Przygotuję ci wywar z ziół, który 

może trochę złagodzi ból. Chcesz? 

- Daj mi choćby truciznę - wykrztusił Emil z trudem - jeżeli to pomoże... 

Reijo  wyszedł  do  kuchni  i  wrócił  tak  szybko,  że  Ida  domyśliła  się,  że  przygotował 

zioła już wcześniej. Emil wypił kubek parującego napoju. 

- Boli mnie gardło - wyszeptał. - Kiedy przełykam... 

-  Nic  więcej?  Zaprzeczył.  Zamknął  oczy.  Widzieli,  że  nie  śpi  miał  zbyt  napięte 

mięśnie twarzy. Powoli jednak się odprężał, w końcu i jego oddech się wyrównał. 

Reijo  przytulił  Idę.  Oparła  mu  głowę  na  ramieniu  jak  w  czasach,  kiedy  była  małą 

dziewczynką. 

- Będzie dobrze - odezwał się Reijo. - Długo w to wątpiłem, ale teraz wierzę, że będzie 

dobrze. 

Ida skinęła głową. 

Ojciec pogładził ją po włosach. Układał starannie pojedyncze kosmyki, tak jak zwykł 

to robić wiele, wiele lat temu. 

- Zimno mi - rzekła Ida. - Tu jest tak zimno... 

Reijo mocniej ją przytulił. Wydawał się spokojny, kiedy powiedział: 

- Jest tak ciepło jak w saunie w sobotni wieczór, Ida. Napaliłem w izbie i w kuchni. 

Nie słyszysz, jak trzaskają płomienie? Przyniosłem więcej drewna... 

-  Ale  mnie  jest  zimno...  -  powtórzyła  cienkim  głosem.  Przestraszyła  się,  choć  nie 

zdawała sobie sprawy, czego się obawia. - Zimno mi, tato... A przecież nie jestem chora... 

-  Rozgrzejesz  się...  To  przejdzie.  To  zwykle  przechodzi  -  zapewnił.  Mówił  jak  do 

dziecka. 

- Co przechodzi? - spytała Ida. Napotkała spojrzenie ojca i odczytała odpowiedź. Nie 

chciała wierzyć. 

- Nie pytaj - uprzedził ją i w jednej chwili poczuł się bardzo zmęczony. - Nie pytaj, 

droga Ido. Po prostu pogódź się z tym. Jesteś córką Raiji. To wszystko. 

background image

Nastał  marzec.  Dni  wydłużyły  się  i  ukazały  jasną  twarz.  Góry  zażółciły  się  w 

miejscach, gdzie śnieg odbijał słoneczne promienie. Niebo nabrało barwy bardziej niebieskiej, 

nasyconej  słońcem.  Nic  jednak  nie  zdradzało  nadejścia  prawdziwej  wiosny.  Krajobraz  wy-

glądał  równie  zimowo  jak  w  czasie  poprzednich  miesięcy,  wydawał  się  tylko  bardziej 

wypełniony światłem. 

Za to w domach pojawiło się sporo oznak nowej pory roku. Za świeżo pociągniętymi 

smołą  ścianami  z  drewnianych  bali  i  w  mrocznych  ziemiankach  kobiety  uwijały  się  jak  w 

ukropie. Mężczyźni znowu mieli opuścić wieś. Znowu trzeba przygotować ubrania i zapasy 

ż

ywności na kilka kolejnych miesięcy. Niemało wody przelało się między kobiecymi dłońmi. 

Niemało włóczki przeistoczyło w rękawiczki, załatało dziury z czasów połowów na Lofotach. 

Przy  piecach,  w  których  piekł  się  chleb  i  chrupkie  pieczywo,  popłynęło  niemało  potu.  W 

wielu  domach  na  pewno  oszczędzano  na  jedzeniu,  żeby  mężczyzna  mógł  zabrać  na  północ 

mięso. Potrzebował pożywnego posiłku podczas ciężkiej pracy na morzu. Kiedy w domach 

zostawały tylko kobiety i dzieci, nad fiordem jadło się najczęściej ryby i kaszę. Urozmaicanie 

tego jadłospisu uznano by za marnotrawstwo, a to w Ruiji było nie do pomyślenia. 

Emil  nadal  przebywał  u  Idy  i  Sedolfa.  Już  nie  leżał  na  sofie  w  paradnej  izbie,  po  z 

górą tygodniu gospodarze przenieśli go na drzwiach wyjętych z zawiasów do jednej z pustych 

bocznych izb na dole, które aż wołały o gości. Uznali, że będzie najlepiej, jeśli umieszczą go 

w pobliżu tego miejsca, w którym spędzali większą część dnia. Na dole łatwiej też było na-

grzać. W ciągu dnia nie palili na górze. 

Twarz Emila zaczynała się goić. Rana pokryła się cieniutką warstwą skóry. Pojawiały 

się na niej głębokie bruzdy, kiedy się uśmiechał. 

Nadal  bolały  go  plecy,  ale  już  siadał  na  łóżku.  W  najgorszym  stanie  była  noga. 

Wyglądało na to, że została złamana w dwóch miejscach, ale Fredrikke i Reijo usztywnili ją 

na  nowo.  Sądzili,  że  teraz  powinna  się  dobrze  zrosnąć.  Ręka  również.  Stosowanie  się  do 

wszystkich  zaleceń  wymagało  od  Emila  ogromnej  cierpliwości,  ale  chłopak  dzielnie  znosił 

cierpienie i przymusową bezczynność. 

W wiosce zapomniano, że Sedolf jakoby dopuścił się próby zabójstwa. Kiedy ludzie 

dowiedzieli się, że Emil przeżył, zaczęli go odwiedzać, kierowani podłą ciekawością. 

Wzrokiem prosili Emila, by  potwierdził ich domysły, lecz jego opowieść pokrywała 

się z tym, co usłyszeli od Sedolfa. 

background image

Tak  więc  wieś  zapomniała.  Wydawało  się,  że  Sedolf  również  zapomniał.  Pamiętała 

tylko Ida. 

Sedolf nie mógł sobie znaleźć miejsca. Zamiast wyruszyć na połów, musiał zostać w 

domu. Nieustannie chodził na brzeg, by poczuć zapach słonej wody, by się przekonać, jakie 

postępy poczynili inni w przygotowaniach do kolejnej podróży. 

To  jasne,  że  nie  mógł  z  nimi  wypłynąć.  Ida  nie  podołałaby  wszystkim  obowiązkom 

związanym  z  opieką  nad  dwójką  małych  dzieci,  chorym  Emilem,  utrzymaniem  domu...  i 

obrządkiem w dwóch oborach. Sedolf musiał zostać i pomóc w gospodarstwie. 

- Można by pomyśleć, że przebywanie ze mną w domu to jakaś kara - drażniła się z 

nim  Ida.  -  Masz  minę  jak  odrzucony  zalotnik,  Sedolf.  Możesz  oczywiście  jechać.  Tato  na 

pewno zajmie się oborą Emila. Damy sobie radę. Nie zostaję sama. 

Oznaczało  to  uchylenie  drzwi.  Sedolf  musiał  przyznać  przed  samym  sobą,  że  to 

kusząca  możliwość.  Wiedział,  że  Ida  nie  sprzeciwia  się  jego  planom.  Nie  powiedziała,  że 

sobie jakoś poradzi, tylko dlatego, że chciała zrobić mu przyjemność. Zwykle mówiła to, co 

naprawdę myślała, w każdym razie w danej chwili. 

Pokusa okazała się wielka. 

Dlatego  Sedolf  zwlekał  z  decyzją,  aż  zrobiło  się  już  za  późno  na  przygotowania. 

Dopiero wtedy ogarnął go spokój. 

Nie mógł wyjechać. 

I chociaż zawsze ufał Idzie, to jednak nie był całkiem pewien, czy chciałby ją zostawić 

w towarzystwie Emila, kiedy on sam będzie daleko. 

- Obejdziemy się bez tego - rzekł buńczucznie do Idy, kiedy inni już wyruszyli. 

Tego dnia udało mu się trzymać z dala od plaży. Spotkał się z rybakami poprzedniego 

wieczoru, a gdy wrócił do domu, czul się chory. 

Przede  wszystkim  dlatego,  że  pożegnanie  nie  odbyło  się  na  sucho.  Ale  również 

dlatego, że niepokój tkwił jak zadra w jego sercu. 

-  Powinieneś  zamieszkać  na  statku!  -  stwierdziła  Ida.  Sedolf  zaglądał  głęboko  do 

kubka z kawą. Bolała go głowa, dokuczał żołądek. Ale sam sprowadził na siebie te cierpienia, 

zatem nie oczekiwał współczucia. 

Ida uporała się z pracą w oborze i przyniosła wody, zanim obudziła Sedolfa. Czuł z 

tego  powodu  wyrzuty  sumienia.  Zabronił  jej  obrządzania  obory  Emila.  I  tak  dość  się 

napracowała. 

background image

Idę  rozbawiło  jego  zachowanie,  poczochrała  go  po  włosach.  Roześmiała  się,  kiedy 

złapał ją wpół, przytrzymał blisko i spojrzał na nią przekrwionymi oczyma. Był nie ogolony i 

nadal można było wyczuć, co pił poprzedniego wieczoru. 

- Czy mówiłem ci już kiedyś, jak dobrą jesteś kobietą? - spytał. 

Skinęła głową roześmiana. 

- Tak, już ci się zdarzyło. 

- Jesteś hiva - powiedział. 

Hyva - poprawiła. - Hyva, Sedolf. To po fińsku. Znaczy „dobra”... 

Chciał potrząsnąć głową, ale zaraz go zabolała. Nawet dźwięczny śmiech Idy był jak 

drobne kamyki obijające się o zwoje mózgu. 

- Nie, jesteś hiva. Ale to też znaczy „dobra”... Uścisnął ją jeszcze mocniej. 

-  Poza  tym,  mój  aniele,  jesteś  piękna.  Strasznie,  okropnie,  niewiarygodnie  piękna. 

Muszę przecierać oczy, kiedy się rano budzę i widzę ciebie. Po prostu nie wierzę, że można 

tak wyglądać... 

- Nie przesadzaj, Sedolf! 

- Nie przesadzam - zapewnił. - Nigdy nie byłem bardziej poważny. A oprócz tego że 

jesteś dobra i ładna, to jeszcze dzielna. Zdolna. I mila. Serdeczna i miła... 

- Masz zaraz wymienić jakąś moją wadę - powiedziała i ucałowała go lekko w czoło. 

Delikatnie  gładziła  mu  palcami  skronie,  jej  dłonie  nadal  były  zimne.  -  Mogę  się  stać 

zarozumiała, a chyba nie o to ci chodziło? 

- Nigdy ci to nie grozi - rzekł Sedolf i spojrzał jej w twarz. - Naprawdę nie wierzę, że 

mogłabyś  się  stać  zarozumiała.  -  W  jego  ciemnych  oczach  pojawił  się  błysk.  -  Oczywiście 

masz  swoje  wady,  moja  piękna.  Chyba  nie  wygrałem  z  tobą  jeszcze  ani  jednego  słownego 

pojedynku. I jesteś bardzo pamiętliwa, zwłaszcza gdy cię spotka jakaś niesprawiedliwość. Nie 

jest ci znana taka cnota jak cierpliwość. No i jeszcze jesteś taka dumna... 

-  Sama  o  to  prosiłam,  to  mam...  -  Objęła  go  za  szyję,  bawiła  się  włosami  na  jego 

karku. - Myślę, że trzeba cię ostrzyc - rzekła jakby nieobecna. - Ale może nie przed pójściem 

do obory. 

- A co z pocałunkiem... przed pójściem do obory? - kusił. Udało mu się wykraść jeden 

całus. Ida cofnęła się szybko i zmarszczyła nos. 

- Cuchniesz jak gorzelnia, mój drogi. Jeżeli Lars i inni wlali w siebie tyle samo, nie są 

chyba dziś w stanie żeglować. 

- Popłyną - zapewnił. - O to możesz być spokojna! - rzucił w progu i poszedł do obory 

przyjaciela. 

background image

Ida zaś przygotowała posiłek dla Emila. 

Z  depczącymi  po  piętach  Mikkalem  i  maleńką  Raiją  weszła  do  pokoiku  Emila, 

uprzednio pukając. Na swój sposób okazała gościowi szacunek. Dała mu do zrozumienia, że 

ten pokój należy do niego tak długo, dopóki będzie w nim mieszkał. 

Emil nie spał - jak zwykle, kiedy Ida do niego przychodziła. Reijo codziennie robił mu 

okłady z ziół. Dawał mu też do picia wywar z leczniczych roślin, żeby rana szybciej się goiła 

i by uśmierzyć ból. Jednak nic nie mogło do końca usunąć cierpienia. 

- Sedolf pewnie chciałby popłynąć? - spytał, kiedy Ida rozsuwała zasłony. 

- Oczywiście. Ale i tu w domu jakoś przeżyje. Powiedziałam mu, że może jechać. Sam 

podjął decyzję. 

Pomogła  Emilowi  usiąść.  Zobaczyła,  jak  przez  jego  twarz  przebiegł  cień.  Emil  nie 

lubił być tak bardzo od niej zależny i w ogóle od jakiejkolwiek kobiety. Nigdy nie wyraził 

tego słowami, ale Ida potrafiła odczytywać podobne sygnały. 

Postawiła przed nim na pościeli miskę z kaszą. Emil chwycił łyżkę lewą ręką. Nadal 

posługiwał się nią trochę niezgrabnie, ale za każdym razem lepiej sobie radził. Od pierwszego 

dnia nie chciał, żeby go karmiono. Przy zupie potrzebował pomocy i dlatego Ida nawet kiedy 

na obiad robiła zupę, często dla Emila gotowała coś innego. 

- Żaden mężczyzna nie powinien odjeżdżać od ciebie - rzekł. 

- On nie chce odjeżdżać ode mnie, Emil - odparła. - Pragnie jedynie podróżować ku 

czemuś innemu. 

Nie rozumiał różnicy. Gdyby on był Sedolfem, nigdy by nie odjechał od Idy. 

- Ty też nie mówisz o niczym innym, jak tylko  o tym, że chcesz wrócić do domu - 

uśmiechnęła się Ida. - To też oznacza, że chcesz mnie opuścić... 

- To co innego - mruknął. Miał rację. Ale ponieważ obróciła to w żart, niech wszystko 

pozostanie jak było.  Zresztą nie mogłaby przebywać z Emilem pod jednym dachem,  gdyby 

stało się inaczej, gdyby zbyt jawnie zaczął jej okazywać swe uczucia. 

Rozległo się pukanie do drzwi. Ida od razu odczuła ulgę. Mogła zostawić Emila. Nie 

lubiła,  kiedy  ogarniał  go  taki  nastrój.  Przebywanie  w  tym  domu  nie  wpływało  na  niego 

dobrze, coraz częściej oddawał się marzeniom, które snuł jako chłopiec. Przecież już pogodził 

się  z  tym,  że  nigdy  jej  nie  dostanie,  ale  teraz  na  nowo  zaczynał  wierzyć,  że  była  mu 

przeznaczona. 

Ida zostawiła dzieci w pokoiku Emila. Zastanawiała się, kto to może pukać. Zwykle 

goście pukali i zaraz potem wchodzili, nie czekając, aż otworzy. 

background image

Było  ich  dwóch.  Jacyś  obcy,  ubrani  w  futrzane  kurtki.  Wyjaśnili,  że  przybywają  z 

daleka. Idzie przebiegło przez myśl, że musieli odpocząć gdzieś w głębi fiordu, w którymś z 

bogatszych gospodarstw, a potem drogą morską przypłynęli aż tutaj. I że nie przybywają w 

dobrych zamiarach. 

Ida spojrzała na przybyszów jak na intruzów. 

- Poszukujemy Sedolfa Bakkena - rzekł jeden z nich. - Mamy podstawy przypuszczać, 

ż

e tutaj mieszka. 

- Zgadza się - odparła Ida, czując, jak po całym jej ciele rozchodzi się chłód. 

Zauważyła, że mężczyźni mierzą ją wzrokiem, dostrzegła w ich oczach błysk uznania. 

Następnie zajrzeli ponad jej ramieniem do kuchni. W głąb mrocznego mieszkania, żeby być 

może wypatrzyć Sedolfa. 

Czyżby ktoś zbyt głośno rozprawiał o wypadku Emila w górach? Czy z tego powodu 

tu przybyli? Czy zamierzali zabrać Sedolfa i przesłuchać go w tej sprawie? 

Czy Emil...? 

Nie,  niemożliwe.  Ona  i  Sedolf  wiedzieli  przecież  o  większości  ostatnich  poczynań 

Emila. To niemożliwe, żeby posłał po tych ludzi. 

-  A  kim  wy  jesteście?  -  spytała  śmiało  i  wyprostowana  zasłoniła  ciałem  wejście. 

Skrzyżowała ręce na piersi i nawet nie czuła zimna, wciskającego się do środka. 

Twarz  jednego  z  mężczyzn  drgnęła,  przebiegło  przez  nią  coś  na  kształt  uśmiechu. 

Zdjął rękawiczkę i zaczął szperać w kieszeni futrzanej kurtki. Wyjął jakiś dokument z lakową 

pieczęcią  i  z  podpisem,  którego  Ida  nie  mogła  odczytać.  Dokument  napisany  łamanym 

językiem duńskim stwierdzał, że mężczyźni pozostawali w służbie wójta. 

Zwykli ludzie nie mieli chyba dostępu do tego rodzaju pieczęci. Ida zrozumiała, z kim 

ma do czynienia. Zresztą to dało się wyczuć na odległość. 

-  Ludzie  wójta?  -  Spojrzała  na  nich  z  ukosa.  Zrobiła  wielkie  oczy,  udała,  że  nie 

rozumie.  Jeżeli  kiedyś  się  dowie,  kto  doniósł  o  wypadku  Emila,  to  nie  wie,  co  mu  zrobi! 

Wtedy i ją będą musieli zabrać, ci ludzie wójta! pomyślała ze złością. 

Wyglądali  na  odrobinę  zaskoczonych.  Nie  spodziewali  się  chyba,  że  jakaś  baba  w 

najdalszym zakątku fiordu potrafi czytać, chociaż jej dom wydawał się dość okazały. 

- Przecież to nie czas płacenia podatków - powiedziała głosem bardziej niewinnym niż 

pierwszy zimowy śnieg. 

- Nie przybywamy po podatki - rzekł jeden z mężczyzn opryskliwie. Zniecierpliwiony 

był tym, że tak długo stoją na progu, nie wyłożywszy swojej sprawy. Lecz Ida wciąż broniła 

im wstępu do środka. 

background image

- Poszukujemy Sedolfa Bakkena. Czy to twój mąż? Skinęła głową. 

- Sedolf nie zrobił chyba nic złego? 

- Słyszeliśmy, że kupił statek... Ida przytaknęła. 

- A czy to jest zabronione? 

- Tak, jeżeli statek jest kradziony. Poza tym wiemy, że posługiwał się niedozwolonym 

sprzętem w czasie połowów na Lofotach tej zimy. 

- Sedolf? - Ida powiedziała to z takim niedowierzaniem, że dali się prawie przekonać, 

iż trafili pod zły adres. 

- Mamy na to świadków... Ida pokręciła głową. Nawet się nie zająknęła, mówiąc: 

- Nie wierzę. Zresztą przyjechaliście za późno. Sedolf popłynął dziś do Finnmarku. Na 

tym statku, który, jak twierdzicie, jest kradziony. Musicie jechać za nim. Albo poczekać, aż 

wróci. 

Popatrzyli na nią z niedowierzaniem. 

- Chcemy wejść do środka i sprawdzić. Ida ruszyła do kuchni i pozwoliła, by poszli za 

nią. 

Pozwoliła im chodzić od pokoju do pokoju. 

Zatrzymali się w bocznej izbie, gdzie leżał Emil. 

- Kim on jest? Czy to Sedolf Bakken? 

-  Przykro  mi  -  odparł  Emil.  Przedstawił  się.  Wydawał  się  zaskoczony  wizytą 

nieoczekiwanych gości. - Kto to? - spytał. 

-  Ludzie  wójta.  Szukają  Sedolfa.  Mówiłam  im,  że  się  spóźnili.  Powinni byli  przyjść 

wczoraj, zanim Sedolf wyruszył do Finnmarku. 

Emil  tylko  nieznacznie  uniósł  kącik  ust.  Ida  zorientowała  się,  że  on  również 

zastanawia się, po co tu przyszli. 

-  Twierdzą,  że  Sedolf  łowił  w  niedozwolony  sposób.  I  że  statek,  który  kupił,  jest 

kradziony. 

Z oczu Emila zniknął cień strachu. Pewnie także pomyślał, że Sedolf jest poszukiwany 

z powodu wypadku w górach. 

-  Możecie  spytać  we  wsi,  jeżeli  nam  nie  wierzycie  -  rzekł.  -  Ale  wszystkie  łodzie 

miały odpłynąć dzisiaj. 

Mężczyźni słyszeli o tym, ale mimo to sądzili, że Sedolf został. 

Ida  przeraziła  się.  Ludzie  wójta  musieli  uzyskać  informacje  od  kogoś,  kogo  dobrze 

znali.  Kto  pił  razem  z  Sedolfem  poprzedniego  wieczoru.  Być  może  to  nie  przypadek,  że 

background image

Sedolf  wrócił  do  domu  tak  pijany.  Ktoś  być  może  postarał  się  o  to,  żeby  nalewać  właśnie 

jemu. 

Ale dlaczego? 

Ida rozumiałaby, gdyby niespodziewana wizyta dotyczyła wypadku Emila. 

Ale to...? 

Zupełnie bez sensu. 

Czuła się bezradna. Spociły jej się ręce. Jeżeli ci ludzie zostaną tu zbyt długo, Sedolf 

wróci do domu. A wtedy wyjdzie na jaw, że ona i Emil skłamali. 

- A co ty tu robisz? - spytali nagle Emila. - Z jakiegoż to powodu dorosły mężczyzna 

leży o tej porze w łóżku? 

Ida odkryła kołdrę i pokazała mężczyznom łupki. 

-  Jeśli  ktoś  złamał  rękę  i  nogę,  to  chyba  wystarczający  powód  -  odparła  głosem 

bardziej ostrym, niż zamierzała. 

- Nie mam żony - rzekł Emil. - Sam bym sobie nie poradził. Dobrze jest mieć takich 

przyjaciół jak Ida i Sedolf. 

Wydawało się, że przyjęli to wyjaśnienie. Widocznie orientowali się mniej więcej, jak 

wygląda mężczyzna, którego szukają. To uświadomiło Idzie, że skarga na Sedolfa wpłynęła 

do wójta nie tylko w formie donosu na papierze. 

Zrobił to ktoś, kto im źle życzył. 

Mężczyźni  wymienili  między  sobą  jakieś  uwagi  i  poszli.  Udali  się  do  wsi,  żeby 

posłuchać, co mówią ludzie. 

Kiedy  życzyli  Idzie  i  Emilowi,  aby  ich  wyjaśnienia  okazały  się  prawdziwe,  w  ich 

słowach brzmiała groźba.... 

-  Musisz  spakować  najpotrzebniejsze  rzeczy  -  odezwał  się  cicho  Emil  po  dłuższej 

chwili. - Nie więcej niż zdoła unieść. Wygląda na to, że Sedolf mimo wszystko dotrze w tym 

roku do Finnmarku... 

Ida pakowała rzeczy, kipiąc ze złości. Nie płakała, łzy nic by tu nie pomogły. 

Nie mogła pobiec do domu Emila, by ostrzec Sedolfa - nie zostawi przecież dzieci z 

chorym. 

Czekała. 

Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi, kiedy Sedolf znowu zjawił się w kuchni. Zdjął 

kurtkę  i  wtedy  zobaczył  przy  piecu  spakowany  worek  i  broń  Emila,  którą  przynieśli  z  gór 

mężczyźni z wioski. Emil powiedział, że Sedolf może ją ze sobą zabrać. 

background image

Ida  wolałaby,  żeby  mąż  nie  brał  broni.  Wolałaby  wierzyć,  że  będzie  zbyteczna,  ale 

zachowała się bardziej powściągliwie niż zwykle. 

-  Co  to  jest?  -  Sedolf  wskazał  na  pakunek.  -  Tylko  mi  nie  mów,  że  Emil  zamierza 

znów wybrać się na rysia. 

Przytrzymała się mocno blatu stołu i potrząsnęła głową. Czuła, że słowa uwięzły jej w 

gardle. 

- Coś się stało, prawda? 

Podszedł do Idy i objął ją. Ona także go objęła i pomyślała, że nie chce, by odjechał. 

Zamiast tego musiała mu wytłumaczyć, że powinien natychmiast wyruszyć. 

- Płyniesz do Finnmarku, Sedolf. Odsunął ją nieznacznie od siebie. Nic nie rozumiał. 

- Wszyscy odpłynęli, Ida. Jest już za późno. Tej wiosny zostaję z tobą i z dziećmi. 

Miękko położyła mu palec wskazujący na ustach., zmuszając do milczenia. 

- Musisz zaraz wyruszyć, Sedolf. Szukało ciebie dwóch ludzi wójta. Cii! Nic nie mów! 

Powiedzieli,  że  kupiłeś  kradziony  statek.  Twierdzili  też,  że  wiedzą  o  tym,  iż  łowiłeś  na 

Lofotach niedozwolonym sprzętem. 

- Przyszli z tego powodu? Ida skinęła głową. Sedolf nie mógł uwierzyć. 

-  Oni  nie  żartowali.  Musisz  wyjechać.  Poproś  tatę,  żeby  pomógł  ci  dogonić  tych, 

którzy dziś odpłynęli. Ci dwaj nie mogą cię tu zastać, kiedy wrócą. Do lata może zapomną. 

-  Nie  pytali  o  nikogo  innego?  O  Larsa?  O  Kristoffera?  Mariusa?  Edvarta?  Tylko  o 

mnie? 

- Tylko o ciebie - potwierdziła Ida. - Wyglądało na to, że wiedzą, iż tamci odpłynęli. I 

ż

e spodziewali się zastać cię w domu... 

Sedolf  zamyślił  się.  W  jego  oczach  pojawił  się  niepokój,  który  ranił  Idę.  Cierpiała, 

kiedy Sedolf cierpiał. 

- Powiedzieliśmy im, że też popłynąłeś. Od razu uwierzyli, że Emil to nie ty. Pewnie 

wiedzą, jak wyglądasz... Wrócą tu. Musisz wyjechać, słyszysz! Jedź na cypel, tato na pewno 

da ci więcej rzeczy. Może ma trochę jedzenia w zapasie, żeby ci dać na drogę... 

Sedolf pogładził Idę po włosach, przytulił i czule pocałował. 

Potem z powrotem naciągnął kurtkę. Uśmiechnął się krzywo. 

-  Muszę  jechać,  masz  rację.  Ale  nie  na  cypel.  Przedostanę  się  przez  góry  do 

Manndalen.  Nie  ma  sensu  szukać  pomocy  na  cyplu.  Skoro  tyle  o  mnie  wiedzą,  to  pewnie 

dotarło  też  do  nich,  gdzie  mieszka  mój  teść.  Poza  tym  Reijo  nigdy  nie  zdoła  dogonić 

rybaków, którzy wyruszyli dziś wczesnym rankiem. Ale z fiordu Ki również odpływają statki. 

Przy odrobinie szczęścia zabiorę się jednym z nich i dołączę do Larsa i innych. 

background image

Sedolf  wstąpił  jeszcze  do  Emila.  Potem  uścisnął  Raiję  i  Mikkala.  Ten  dorosły 

mężczyzna prawie płakał, kiedy całował dzieci na pożegnanie. 

Potem znowu objął Idę. Wreszcie zarzucił worek na plecy, a broń na ramię. Nie zdążył 

nawet zjeść. Zabrał tylko torbę do połowy wypełnioną żywnością. Większą część mięsa, które 

posiadali, chleba i trochę masła, na które jeszcze znalazło się miejsce. Nie powinien za dużo 

dźwigać. Przeprawa przez góry na północ to nie niedzielna wycieczka. 

- Odnoszę wrażenie, jakbym wiecznie się z tobą żegnał - szepnął przy włosach Idy. 

-  Lepiej  tak,  niż  trafić  przed  oblicze  wójta  -  rzekła  zdecydowanie.  -  Wtedy  też 

musiałbyś się pożegnać, może na dłużej. 

- A jak oni nigdy nie zrezygnują z poszukiwań? 

- Muszą zrezygnować! - Powiedziała to takim tonem, jakby było w jej mocy odwrócić 

ciążące na mężu oskarżenia. 

-  Wszystko  będzie  dobrze  -  zapewnił  Sedolf.  Długo  ją  całował.  -  Muszę  już  iść, 

Iduniu,  mój  aniele.  Kocham  cię.  Kocham  maleńką  Raiję  i  Mikkala.  Będę  o  was  myślał  w 

każdej wolnej chwili tam na północy. 

- My też będziemy o tobie myśleć - zapewniła. Wspięła się na palce i skradła jeszcze 

jeden pocałunek, jeszcze odrobinę bliskości. Czeka ich mroźna zima, zanim roztopi ją wiosna. 

Wiele zimnych nocy w  pustym łóżku. A tak się przyzwyczaiła do silnych ramion męża, do 

tego,  że  mogła  dotknąć  jego  ciała,  ciepłego  i  dającego  poczucie  bezpieczeństwa,  gdy  tylko 

wyciągnęła rękę w ciemności. Teraz będzie sypiać sama. - My też będziemy o tobie myśleć, 

najdroższy. Kocham cię. 

Trzymała jego ręce w swoich najdłużej jak mogła. 

- I uczynię wszystko, co w mojej mocy, żeby ten koszmar się skończył. Kiedy wrócisz 

do domu, nikt ci już nie będzie miał nic do zarzucenia! 

Uśmiechnął się do niej: 

- Chcesz powiedzieć, że jesteś córką Raiji Alatalo? Wierzę ci, kochana.  Ale nie  rób 

niczego, czego ja bym nie zrobił. 

Potrząsnęła głową. 

Patrzyła, jak odchodzi. 

Pomyślała, że musi zapytać ojca, czy ma papier. Zamierzała napisać list. I wysłać go 

na południe do Bodogard, nawet gdyby miało ją to kosztować życie. 

Naczelnik pełnił ważniejszy urząd niż wójt. Jego władza sięgała daleko. Nieznajomy 

obiecał jej pomoc, gdyby jej kiedykolwiek potrzebowała. Powiedział to ot, tak sobie, ale Ida 

zamierzała trzymać go za słowo. Tyle był jej winien za kłamstwa. 

background image

Zamierzała napisać do Sture Moena. 

background image

Ludzie  wójta  trafili  oczywiście  na  cypel  do  Reijo.  Wyszli  dopiero,  gdy  gospodarz 

osiodłał  konia,  dając  do  zrozumienia,  że  pora  kończyć  wizytę.  Kiedy  się  oddalili,  Reijo 

pognał wzdłuż wydeptanych ścieżek znad morza przez równinę w stronę lasu nad strumień. 

- Co się u was dzieje? - spytał, obejmując Idę. Jego kurtka i policzki nadal były zimne. 

- Przyciągacie przedstawicieli władzy niczym cukier muchy! Jakiego występku dopuścił się 

Sedolf?  Szukali  go  u  mnie,  ale  nie  wyjaśnili  dlaczego.  Ostrzegli  tylko,  że  każdemu,  kto  go 

ukrywa, grozi kara. We wsi mówili, że Sedolf nie wyruszył na połowy, ty natomiast podobno 

twierdziłaś, że wypłynął ze wszystkimi. Powiedziałem im, że przecież ty wiesz najlepiej. Co, 

u diabła, się tu dzieje? 

Ida usiadła na skrzyni na drewno i opowiedziała ojcu wszystko. 

- Komu mogłoby zależeć na tym, żeby Sedolf trafił do aresztu? - zastanawiał się Reijo. 

Był  równie  zaskoczony  jak  Ida.  -  Chyba  że  jest  coś,  o  czym  mi  nie  powiedziałaś  -  dodał, 

uważnie przyglądając się córce. 

- Na przykład co? Wzruszył ramionami. Westchnął. 

- Jesteś zbyt ładna - rzekł wreszcie. - Dlatego przychodzą mi do głowy głupie myśli. 

Jesteś zbyt do niej podobna z wyglądu. Pod innym względem również. Czasami wydaje mi 

się,  że  trochę  za  bardzo  ją  przypominasz.  Ale  wiem,  że  to  nieprawda.  Wybacz  mi,  Ida! 

Wybacz mi, że w ogóle mogę o tobie tak myśleć! Wiem, że to głupie... 

-  Kocham  Sedolfa  -  zapewniła  Ida.  Zaczerwieniła  się,  bo  odgadła,  do  czego  Reijo 

zmierzał. - Jestem zbyt prostolinijna - dodała. - W moim sercu jest miejsce tylko dla jednego, 

zrozum, tato. Nie jestem drugą mamą, chociaż może ją przypominam... 

-  Wiem  o  tym  -  przyznał.  -  Wiem  o  tym,  Ido.  Potem  rozmawiali  o  podziale 

obowiązków,  które  spadły  na  Idę.  Reijo  obiecał,  że  zaopiekuje  się  inwentarzem  Emila. 

Powiedział, że czasem nie ma czym zająć rąk i że ze wszystkim sobie poradzi. Ida była ojcu 

wdzięczna. Wiedziała, że gdyby zaszła taka konieczność, zdołałaby zadbać o wszystko sama. 

Ale nie można przecież aż tak się zapracowywać. 

Ludzie wójta wrócili po jakimś czasie. Cień życzliwości, jaki jej poprzednio okazali, 

zniknął. Doszli zatem do wniosku, że kłamała. 

- Słyszeliśmy, że twój mąż wcale nie miał zamiaru płynąć na połowy - rzucił jeden z 

nich. 

background image

Tym  razem  weszli  do  środka  bez  pukania,  nie  oczyściwszy  butów  ze  śniegu. 

Zachowywali się butnie. Zamierzali zastraszyć Idę, by wycisnąć z niej prawdę. 

- Sedolf rzeczywiście nie zamierzał popłynąć - przyznała Ida. Ledwie raczyła na nich 

spojrzeć. Znowu bardziej ją rozzłościli, niż przestraszyli. Przykucnęła i wzięła na ręce Raiję i 

Mikkala. Posadziła po jednym dziecku na każdym biodrze, jej wzrok miotał błyskawice. - Ale 

w ostatniej chwili zmienił zdanie. Dziś w nocy prawie nie zmrużyłam oka, bo musiałam pa-

kować rzeczy, które chciał zabrać w drogę. Mężczyźni szybko zmieniają zdanie, zwłaszcza 

kiedy spędzą kilka godzin w dobrym towarzystwie. Stracili nieco pewności siebie. 

- Musimy przeszukać dom. Ida wzruszyła ramionami. 

-  Wszystko  mi  jedno.  Bylebyście  nie  zrobili  bałaganu.  I  tak  mam  dość  roboty,  żeby 

jeszcze po was sprzątać. 

Chyba nie uszłoby jej to na sucho, gdyby nie trzymała dzieci na rękach. Wyglądała z 

nimi jak Madonna na obrazie. Poza tym w drzwiach do pokoju stał Reijo. 

- Szukajcie w całym domu! - rzuciła. - Sprawdźcie każdy kąt. Nie pomińcie komórki i 

obory.  Nie  zapomnijcie  o  piwnicy.  Tato  pokaże  wam  drogę.  Sprawdzaliście  już  w  jego 

szopie? Może Sedolf tam się ukrywa? 

- Czy twój mąż naprawdę popłynął do Finnmarku? Ida nawet nie mrugnęła. 

- Nie mam w zwyczaju przysięgać - rzekła. Sedolf by się uśmiał, gdyby ją słyszał. - 

Ale  gdyby  było  inaczej,  przysięgłabym,  że  popłynął.  Nie  spodziewam  się  go  ujrzeć  przed 

nastaniem lata. 

Być może jej uwierzyli, ale przecież odpowiadali przed kimś wyżej postawionym. 

Skończyło się na tym, że przeszukali cały dom, pokój po pokoju. Niczego jednak nie 

ruszali, zamykali za sobą drzwi. Do obory czy komórki nie próbowali nawet zaglądać. Ale nie 

pozwolili, by Ida poczuła się zbyt bezpieczna. Na pożegnanie rzucili: 

- Jeszcze tu przyjdziemy. Twój mąż musi przecież kiedyś wrócić. To tylko odroczenie. 

Reijo  zmarszczył  brwi.  Wziął  dzieci  od  córki,  był  silniejszy.  Na  szczęście  nie 

rozumiały, co się wkoło dzieje. Ale obcy buszujący po całym domu nie stwarzali bynajmniej 

poczucia bezpieczeństwa. 

-  Nie  rozumiem  tego  -  odezwał  się  Reijo.  Wpatrywał  się  w  zamknięte  drzwi,  za 

którymi zniknęli. - Naprawdę nie rozumiem. 

- Uważam, że wyrazili się całkiem jasno - rzekła Ida zmęczona. 

-  Zwykle  zatrzymują  coś  w  zastaw.  W  tym  domu  sporo  jest  przedmiotów,  które 

mogliby w tym celu zabrać. 

- Chcą pewnie odebrać statek - uznała Ida. 

background image

-  Albo  zależy  im  na  zatrzymaniu  Sedolfa  -  zgadywał  Reijo.  -  Sprawa  sięga  głębiej. 

Czuję, że coś tu śmierdzi. 

Ida skinęła głową. Ona też to podejrzewała. 

- Potrzebny mi papier - przypomniała sobie. - Zwykle masz trochę u siebie, pisujesz 

czasami do Mai. Wiesz, chcę napisać list w sprawie Sedolfa. Muszę uzyskać pewność, że ci 

dranie nie wrócą latem. Ale nie sądzę, by jeszcze tu przyszli. 

Reijo nie rozumiał Idy. 

-  Nie  rób  niczego,  czego  byś  miała  później  żałować  -  ostrzegł.  -  Nie  rób  niczego  w 

złości. Wójt nie jest człowiekiem, z którym się  można układać. Bywa, że najlepiej trzymać 

język za zębami, gdy ma się do czynienia z władzą. - Roześmiał się krótko. - Pomyśleć, że ja 

to mówię! 

- W jaki sposób najlepiej wysłać list na południe? 

- Frachtowcem. Przez pastora. Przez wędrowców... Reijo nie pytał, do kogo Ida chce 

napisać, a ona nie pisnęła o tym ani słowem. Pewne tajemnice wolała zachować dla siebie. 

Reijo pogodził się z tym. Ufał, że Ida nie uczyni nic nierozsądnego, choć czasami, w 

miarę jak dorastała, przypominała Raiję. 

Gdyby  Ida  znalazła  papier  listowy  w  domu,  list  brzmiałby  całkiem  inaczej  niż  ten, 

który w końcu napisała. W pierwszym porywie złości słowa same cisnęły się do głowy. Kiedy 

nastała noc, kiedy w domu zapadła cisza - większa niż zwykle, ponieważ Sedolf wyjechał - 

trudno  było  znaleźć  właściwe  sformułowania.  Ida  zaczęła  niemal  wątpić,  że  pisanie 

cokolwiek pomoże... 

Ale obiecał. 

Siedziała  przy  kuchennym  stole,  na  którym  stała  lampa  olejowa  i  kałamarz.  Obok 

leżało pióro Reijo, należące kiedyś do szarej mewy, i dwie drogocenne kartki papieru od taty. 

Postarał  się  o  kilka  na  jakimś  jarmarku.  Albo  zamówił,  kiedy  odpływał  frachtowiec  do 

Bergen. Tam papier nie należał do rzadkości jak tutaj. 

Ida dostała też lak do zapieczętowania listu. Miała wszystko. 

W  piecu  dogasał  ogień.  Nogi  od  krzesła  zaszurały  o  podłogę,  kiedy  Ida  wstała. 

Dołożyła trzy szczapy. Dziś wieczorem nie mogła marnować więcej. Musi się położyć, zanim 

ogień je strawi. Trzeba zostawić trochę na rozpałkę jutro rano. 

Wróciła do stołu. 

Noc nie była czarna, raczej granatowa, rozświetlona gwiazdami. Jedna z tych zimnych 

nocy,  które  zwykle  pojawiają  się  wtedy,  kiedy  ludzie  zaczynają  już  myśleć,  że  nadchodzi 

background image

wiosna. Niebieskie ogniska świeciły jasno, niczym lampy  rozwieszone  po całym sklepieniu 

nieba. 

List... 

Biały  papier  uśmiechał  się  do  Idy;  zobaczyła  na  nim  twarz  Sture  Olavsona  Moena. 

Zobaczyła, jak spogląda z tej kartki, którą tak bardzo obawiała się zapełnić słowami, i śmieje 

się z niej. 

Jednocześnie  nie  potrafiła  uwierzyć,  że  mógłby  rzeczywiście  tak  się  zachować.  Że 

będzie się z niej śmiał. 

Był taki szczery. 

Albo się taki wydawał. To różnica, Ida zdawała sobie z tego sprawę. 

Może Sedolf właśnie zszedł z gór? pomyślała. Dotarł do ludzi? 

To  długa  i  uciążliwa  droga,  zwłaszcza  o  tej  porze  roku.  Oby  tylko  jeszcze  nie 

wszystkie statki wyruszyły do Finnmarku z fiordu KI! 

Kto do tego stopnia źle życzy Sedolfowi, że uknuł przeciw niemu taką intrygę? 

Ida  odsunęła  od  siebie  natrętne  myśli.  To  nic  nie  pomoże,  pomóc  może  list.  Jeżeli 

odpowiednio  go  sformułuje,  jeżeli  go  wyśle.  Zamierzała  poprosić  pastora  o  pomoc.  Nikt  w 

rodzinie nie był aż takim grzesznikiem, żeby pastor odmówił. 

Odważnie zanurzyła pióro w kałamarzu. Zobaczyła, jak nasiąka atramentem. Poczuła, 

ż

e  jej  ręka  lekko  drży.  Zagryzła  zęby  i  nakazała  sobie  spokój.  Sture  nie  może  poznać,  jak 

bardzo  się  denerwuje.  Pamiętał  chyba,  jak  prosto  trzymała  głowę,  taki  obraz  powinien  za-

chować również po przeczytaniu listu. 

„Pan  Sture  Olavson  Moen”...  Napisała  to  najpiękniejszymi  literami,  jakie  zdołała 

wykaligrafować.  Pewnie  pomyśli,  że  kogoś  poprosiła  o  napisanie  tych  słów.  Niech  sobie 

myśli  co  chce.  Ida  nie  zamierzała  się  nad  tym  zastanawiać.  Ręka  stopniowo  poruszała  się 

coraz pewniej. 

„... w służbie naczelnika, Bodegard”. Nie znała innego adresu ani innego tytułu. Nie 

mogła go przecież nazwać poborcą podatkowym, skoro nie miał prawa pobierać podatków. 

„Ja,  Ida  Bakken,  córka  Reijo,  z  Lyngen,  zwracam  się  z  prośbą,  której  nie  mogę 

przedłożyć  nikomu  innemu.  Nie  znam  nikogo,  kto  mógłby  mi  pomóc.  Noszę  jeszcze  w 

pamięci  Twoją  obietnicę,  którą,  mam  nadzieję,  także  pamiętasz.  Mój  mąż,  Sedolf  Bakken, 

który  teraz  przebywa  na  połowach  w  Finnmarku,  został  tej  zimy  oskarżony  o  kupno 

kradzionego  statku  oraz  o  używanie  na  Lofotach  niedozwolonego  sprzętu.  Ludzie  wójta 

przeszukali  mój  dom.  Nie  zabrali  niczego,  ale  zagrozili,  że  jeszcze  przyjdą,  kiedy  Sedolf 

wróci z połowów do domu. Jestem przekonana, że to fałszywe oskarżenie. Ale niewiele mogę 

background image

przeciwstawić wójtowi. Dlatego zwracam się do Ciebie, który możesz przekonać człowieka 

posiadającego  większą  władzę  niż  wójt,  i  błagam,  byś  użył  wszelkich  swoich  wpływów  i 

pomógł  unieważnić  to  fałszywe  oskarżenie  przeciw  mojemu  mężowi.  Nigdy  nie  mogłabym 

przedstawić Ci większej i ważniejszej prośby. Proszę Cię, byś uczynił wszystko, co w Twojej 

mocy. Dla mnie i mojej przyszłości jest to sprawa największej wagi”. 

Ida  zaczerpnęła  powietrza  i  popatrzyła  na  swe  dzieło.  Słowa  pochylały  się  może  za 

bardzo  -  sama  nie  miała  w  zwyczaju  nisko  pochylać  głowy  -  ale  tak  ładniej  wyglądały. 

Pojawiło się też trochę niewielkich plamek atramentu, ale po niewprawnej ręce nie można się 

spodziewać niczego więcej. 

Dopisała „Z poważaniem” i złożyła podpis. Na samym dole postawiła datę: „czwarty 

marca tysiąc siedemset pięćdziesiątego roku”. 

Zakorkowała  kałamarz.  Wytarła  dokładnie  czubek  pióra.  Przyciskała  je  trochę  za 

mocno,  więc  się  nieco  zużyło.  Ale  Reijo  znajdzie  nowe,  kiedy  tylko  zechce  -  mew  nad 

fiordem nie brakowało. 

Ida  rozprostowała  nogi,  czekając,  aż  atrament  wyschnie.  Musiała  uzbroić  się  w 

cierpliwość, nie miała bowiem piasku do posypywania. 

Oczy piekły, powieki wydawały się ciężkie. Ida wiedziała jednak, że mimo to będzie 

miała trudności z zaśnięciem. W bocznej izbie czekało na nią łóżko - szerokie i zimne. Zbyt 

szerokie na jej drobne ciało. 

Mieściło w sobie dużo samotności, w którą mogła się wtulić. 

Wreszcie atrament na tyle wysechł, że Ida mogła złożyć sztywną kartkę. 

Znowu musiała odkorkować kałamarz, zapomniała zaadresować listu. Pisała ten adres 

już raz, więc teraz poszło jej całkiem gładko. 

Rozgrzała  laskę  laku  w  żarze  paleniska.  Kiedy  pismo  już  wyschło,  starannie  je 

zapieczętowała. Nikt niepowołany nie powinien poznać jego treści. 

Gotowy list i przybory do pisania położyła głęboko na najwyższej półce kredensu w 

paradnej izbie. Nikt inny poza nią tu nie zajrzy nawet przez przypadek. Zabrzęczał pęk kluczy 

u paska, kiedy wyciągnęła się, żeby wsunąć list jak najdalej w głąb szafy, tak żeby i jej samej 

trudno było go sięgnąć. 

Poczuła  ulgę,  że  uporała  się  z  pisaniem,  ale  to  dopiero  połowa  planu.  W  porze 

jarmarku  trzeba  list  wysłać;  na  nic  się  nie  przyda,  dopóki  będzie  leżał  na  najwyższej  półce 

kredensu. 

A potem przesyłka musi jeszcze przebyć  wiele  gór, zanim odnajdzie tego, kto - być 

może - zechce Idzie pomóc. To przecież dla niego drobnostka. A dla niej wszystko. 

background image

Chociaż  może  nie  powinna  wierzyć  słowom,  wypowiedzianym  w  noc  rozjaśnioną 

zorzą  polarną.  Nie  wiedziała,  czy  wypada  jej  powoływać  się  na  obietnice  złożone  w  tak 

magicznej chwili, ale w końcu uznała, że nie pozostało jej nic innego. 

Położyła się spać, ale nie mogła zasnąć. Po tej nocy nastąpiły kolejne, równie trudne. 

Nie minęło dużo czasu od tych wspaniałych chwil, kiedy całe jej ciało tajało pod wpływem 

ciepła ciała Sedolfa i pozostawało rozgrzane aż do wczesnych godzin poranka. Przyzwyczaiła 

się do obecności męża, zaczęła ten stan traktować jako coś trwałego. 

Teraz  ciągle  się  budziła,  szukając  rękoma  po  omacku.  Pociła  się  ze  strachu,  zanim 

przypomniała sobie, dlaczego jest sama. 

Dni po nieprzespanych nocach były męczące. Nagle spadło na nią wiele obowiązków. 

Znosiła to tym trudniej, że liczyła na to, iż wiosnę będzie witać razem z Sedolfem. 

Była  na  tyle  dumna,  że  trzymała  głowę  wyżej  niż  wszystkie  inne  kobiety.  Potrafiła 

przywołać najbardziej wyzywający błysk w oku, najbardziej wojowniczy uśmiech. 

Ale  w  głębi  ducha  zachowała  wrażliwość  i  delikatność.  Dręczył  ją  niepokój,  bo  nie 

dostała żadnych wieści od Sedolfa. Nie wiedziała, czy przeszedł przez góry, a jeśli tak, to czy 

ktoś  zabrał  go  na  pokład.  Nie  wiedziała,  czy  Sedolf  zdołał  odnaleźć  swoją  załogę.  Nie 

wiedziała absolutnie nic. 

W miarę jak dni stawały się coraz jaśniejsze, Ida coraz bardziej bladła. Jej skóra stała 

się  niemal  przezroczysta,  poza  tym  wyraźnie  schudła.  Straciła  apetyt,  ale  nie  traciła  ducha. 

Zawsze znajdowała sobie jakąś robotę, bo gdy tylko usiadła bezczynnie, zaraz pojawiały się 

złe myśli. Właśnie ich starała się za wszelką cenę unikać. 

Nadszedł czas jarmarku, długo przez Idę oczekiwany. 

Głęboko  w  kredensie  na  najwyższej  półce  leżał  list  do  Sturego.  Starannie 

zapieczętowany, z nazwiskiem i adresem wypisanymi najpiękniejszymi literami. 

Któregoś  dnia  Ida  poprosiła  Helenę,  by  została  z  dziećmi.  Emilowi  trzeba  było  co 

prawda  pomagać  przy  jedzeniu,  przy  myciu  i  w  jeszcze  innych,  bardziej  intymnych 

sytuacjach,  ale  Ida  postarała  się,  by  pod  jej  nieobecność  Helena  nie  musiała  sobie  tym 

zaprzątać głowy. 

- Porozmawiaj z nim, jeśli znajdziesz wolną chwilę - zwróciła się do Heleny. - Emil z 

trudem  znosi  kręcące  się  w  pobliżu  dzieciaki,  ale  lubi  towarzystwo.  Wtedy  i  dzieci  jakoś 

toleruje. Będzie mu miło porozmawiać z kimś innym niż ze mną. 

-  Podtrzymywanie  rozmowy  to  coś,  co  potrafię  -  rzekła  Helena  z  goryczą,  choć  na 

ogół  starała  się  zachować  pogodę.  -  Panienki  z  dobrych  domów  powinny  znać  sztukę 

konwersacji. 

background image

- Wszystko jedno jak to nazwiesz, byle tylko rozmowa się kleiła - rzuciła w pośpiechu 

Ida. Nie miała czasu na dyskusję, musiała załatwić na jarmarku ważną sprawę. - Jesteś pewna, 

ż

e pastor jest na placu? - spytała chyba po raz dwunasty. 

Helena skinęła głową z anielską cierpliwością. 

-  Reijo  nie  rozmawiałby  z  pastorem,  gdyby  go  tam  nie  spotkał  -  uspokoiła  Idę.  -  A 

czego ty, na Boga, od niego chcesz? 

- Mam swoje małe tajemnice, tak jak ty masz swoje - uśmiechnęła się Ida, pośpiesznie 

uścisnęła Helenę i pewnym krokiem ruszyła ścieżką prowadzącą nad morze. 

Kiedy  pastor  przybywał  na  jarmark,  zwykle  zatrzymywał  się  u  jednego  z  kupców  z 

wybrzeża. 

Ida czuła się bardzo niepewnie, kiedy stanęła przed okazałym składem - był to skład z 

zapleczem, w którym można spać i gotować, a nawet podejmować samego pastora. Odnosiła 

wrażenie, że list, który wsunęła pod bluzkę na piersi, parzy skórę. Pomyślała, że nie będzie 

czasu na jego szukanie, kiedy stanie twarzą w twarz z duchownym, i zgrabiałymi z zimna pal-

cami wydobyła pismo spod ubrania. Ukrywając je w fałdach spódnicy, wkroczyła do środka. 

Najbardziej ożywiony handel najwidoczniej się już skończył albo też na chwilę osłabł 

przed ponownym szczytem. Kilka osób, które znajdowało się pod dachem, odwróciło się w 

stronę Idy, mierząc ją wzrokiem. 

Ida skinęła ku tym, które znała. Podeszła wyprostowana do właściciela i spytała, czy 

mogłaby porozmawiać z pastorem. Znowu zmierzono ją wzrokiem od stóp do głów. Ktoś ze 

starszych szepnął coś półgłosem do kupca, prawdopodobnie wstawił się za Idą. Niejednemu 

bowiem  na  widok  Idy  nasunęły  się  zapewne  wątpliwości,  jakiego  rodzaju  jest  kobietą.  Jej 

rude włosy nie spodobały się kupcowi. 

Teraz jednak pozwolił jej wejść do najświętszego miejsca. 

Pastor siedział z książką w ręku. Ida poczuła zazdrość. 

Tak  bardzo  pragnęła  czytać!  Ale  to  nie  dla  biednych,  tylko  wielcy  bogacze 

dostępowali tego szczęścia. Inni mogli się cieszyć, jeśli choć raz w życiu zobaczyli książkę. 

Dziewczyna aż drżała z niecierpliwości, żeby spytać, czy mogłaby dotknąć kartek, ale 

się powstrzymała. To nie wypada, nie chciała przynieść wstydu Reijo. Gdyby ktoś wytknął jej 

jakiś błąd, uderzyłoby to w ojca, niezależnie od tego, czy ona sama jest mężatką, czy nie. 

Pastor  podniósł  wzrok  i  spojrzał  na  Idę,  mrużąc  oczy.  Pewnie  ją  rozpoznał.  Nie 

należała  do  kobiet,  które  się  zapomina,  poza  tym  jej  nietuzinkowe  zachowanie  i  niezwykły 

kolor włosów musiały utkwić w pamięci również jemu. W końcu udzielał jej ślubu. Dwa razy. 

- Widziałem cię już kiedyś - odezwał się. - Wiem, kim jesteś. Niech no pomyślę! 

background image

Ida przystanęła i ukłoniła się, lecz pastor nawet tego nie zauważył. Czekała, aż sobie 

ją przypomni. 

- Wyszłaś za mąż za Lapończyka - rzekł zamyślony. - A potem za młodego chłopaka z 

tych stron? 

Skinęła głową. 

- I jesteś córką tego jasnowłosego Fina! Znowu skinęła. 

- Ida, córka Reijo - powiedziała bardziej pokorna niż kiedykolwiek. 

-  O!  -  Pastorowi  najwyraźniej  poprawił  się  humor,  kiedy  udało  mu  się  wreszcie 

połączyć fakty. - W jakiej sprawie przychodzisz, córko? 

- Potrzebuję pomocy pastora w przesłaniu listu - odparła. 

- W przesłaniu listu? - spytał unosząc brwi. - Potrafisz pisać? 

Ida skinęła głową. 

Wydął usta. Ida pomyślała, że pewnie należał do tych mężczyzn, którzy uważają, że 

kobieta powinna tylko gotować i rodzić dzieci. 

Pośpiesznie wysunęła list, odwróciła go zaadresowaną stroną do góry. 

Pastor przeczytał i ponownie zmarszczył brwi.  Nie podobały mu się chyba pieczęci, 

którymi opatrzyła pismo. 

-  Jesteś  mężatką  -  rzekł  ojcowskim  tonem.  -  To  list  do  mężczyzny.  Na  wysokim 

stanowisku,  jak  widzę,  ale  tak  czy  owak  do  mężczyzny.  Czy  wolno  mi  spytać  o  charakter 

listu? 

Ida  nie  do  końca  rozumiała  pytanie,  ale  przypuszczała,  że  pastor  chce  wiedzieć, 

dlaczego napisała do Sture Moena. 

- Mój mąż został oskarżony o to, że używał do połowów niedozwolonego sprzętu. I o 

posiadanie kradzionego statku. Ale ja wiem, że to fałszywe oskarżenia. Proszę w tym liście o 

pomoc. Znam tego człowieka i proszę go o ratowanie mojego męża. 

Pastor  przyglądał  się  Idzie  uważnie.  Usłyszał  pewnie  drżenie  jej  głosu.  Nikt  nie 

potrafiłby chyba tak dobrze udawać. Zresztą pieczęcie można zerwać i sprawdzić treść listu. 

- Dlaczego twój mąż sam nie napisał? - spytał pastor. 

- Przebywa na połowach w Finnmarku - odparła, nawet się nie zająknęła. - Nic nie wie 

o oskarżeniach. A jeśli uda się je wycofać, chciałabym, by się o tym nigdy nie dowiedział. 

-  To  godne  pochwały,  że  żona  broni  w  ten  sposób  swego  męża  -  rzekł  pastor  z 

uznaniem. - Ale nie powinna kłamać lub czegokolwiek przed nim taić. Niezależnie od tego, 

jak się sprawa potoczy, chcę, by powiedziała o tym swemu mężowi. Jak tylko wróci do domu 

z połowów. Zgoda? 

background image

Ida skinęła głową. 

- Postaram się, by ten list dotarł do adresata - obiecał. - Zanim minie miesiąc. 

-  Nie  wiem,  jak  mam  dziękować  -  szepnęła  Ida  z  ulgą.  Spodziewała  się,  że  będzie 

dużo trudniej. 

- Poprzez oddanie swojemu mężowi - odparł łagodnie. - Trwanie w wierze w Pana. W 

ten sposób możesz dziękować. 

- Tak uczynię - obiecała ze spuszczonym wzrokiem. 

Przyjął to być może jako wyraz skromności i pokornej wiary. 

Ida  zaś  po  prostu  uznała,  że  trudno  patrzeć  pastorowi  w  oczy  i  jednocześnie  mówić 

jedno, a myśleć co innego. 

Pośpiesznie  wyszła  z  pomieszczenia.  Zwróciła  twarz  w  stronę  wiatru,  wciągnęła 

morskie powietrze. Czuła, że się uda. 

Nie tyle dzięki Panu, ale raczej dzięki ludziom. Musiała wierzyć, że ta bolesna sprawa 

zostanie załatwiona. 

Teraz mogła wracać do domu i cieszyć się razem z Heleną. 

background image

10 

- Jeszcze możesz się wycofać - rzekł Reijo cicho. Nastał późny wieczór, żadne z nich 

nie miało jednak chęci iść spać. Coś się skończyło, a zaczęło coś zupełnie nowego, zarówno 

dla niego, jak i dla niej. - Jeżeli żałujesz, jest jeszcze czas, żeby się wycofać... 

Helena potrząsnęła głową, patrząc na Reijo. Oto mężczyzna, którego kochała. Wiele 

starań włożyła w to, by go zdobyć. 

Ława  kuchenna  była  duża.  Wystarczająco  duża,  by  zmieścili  się  oboje.  Reijo 

przykręcił lampę na stole, tak że rzucała tylko nikłe światło. 

Powinni już iść spać. Czekał ich jutro długi dzień, oczekiwany, pełen nowych przeżyć. 

Oboje przyglądali się sobie nawzajem, patrzyli też w morze przeszłości, które każde z nich 

posiadało dla siebie i w którym to drugie nigdy się nie pojawiło. Musieli dokonać pewnego 

rodzaju rozrachunku. Każde innego, ponieważ lata, które minęły, także były dla nich różne. 

Ale nie mogli też siedzieć w samotności. Nie mogli stawić czoła wszystkiemu, co się zdarzyło 

w przeszłości, nie trzymając się za ręce. 

- To nie żal - rzekła Helena. Jej jasne oczy odnalazły oczy Reijo. - A może jednak? - 

spytała. 

Reijo pokręcił głową. 

- Chcesz się wycofać? - chciała wiedzieć. Znowu potrząsnął głową. 

Ich  palce  splotły  się.  Szczupłe  palce  Heleny  przywarły  do  jego  spracowanych, 

opalonych. Duża dłoń przy drobnej. 

Razem. 

- Ale myślisz o niej? - dopytywała się Helena. - O Raiji? 

Przytaknął. Zacisnął palce na jej palcach. Zacisnął zęby. Jego twarz stała się czujna i 

pojawił się w niej smutek. Przełknął ślinę. 

- Trudno to wytłumaczyć, Heleno. Całe życie czułem, że jestem tak blisko niej, choć 

kiedy  spojrzę  wstecz,  widzę,  że  niewiele  dni  dzieliliśmy  ze  sobą.  Kochałem  ją,  jednak 

tamtego uczucia nie da się porównać z tym, co czuję do ciebie, Heleno. To nie to samo. 

Helena  chyba  zdawała  sobie  z  tego  sprawę,  ale  myśl  o  kobiecie,  którą  wszyscy 

traktowali niemal jak nieziemską istotę, niekiedy budziła w niej zazdrość. Walczyła z tym, nie 

mogła przecież wierzyć, że Reijo i jego przeszłość staną się wyłącznie jej własnością. On nie 

prosił już, by mówiła o swoim życiu. Dla niego liczyło się od chwili, kiedy stało się częścią 

jego życia. Nie nalegał, by odsłoniła przed nim to, co wolała zachować dla siebie. 

background image

Dlatego czuła się podle, kiedy dręczyły ją wątpliwości, kiedy pragnęła dowiedzieć się 

czegoś  więcej:  kim  była  dla  niego  Raija,  kim  jest  teraz.  Helena  przeczuwała  bowiem,  że 

przyjdzie jej żyć również z cieniem Raiji. 

Rei jo chyba zawsze będzie w sobie nosił pamięć o tej kobiecie niezależnie od upływu 

czasu  i  niezależnie  od  tego,  co  się  stanie.  Nawet  ona,  Helena,  nie  zdoła  zatrzeć  jego 

wspomnień. 

-  Chciałbym,  żeby  mogła  tego  doświadczyć  -  rzekł  Reijo  w  zamyśleniu.  - 

Prawdziwego  szczęścia,  Heleno!  -  Jego  ciepły  uśmiech  sprawił,  że  odgoniła  wątpliwości.  - 

Prawdziwego  szczęścia,  tak  jak  ja  to  teraz  czuję.  Ale  Raiji  właśnie  tego  los  poskąpił,  nie 

licząc krótkiego okresu spędzonego z ukochanym Mikkalem. To wydaje się niesprawiedliwe, 

ponieważ ona zasłużyła na szczęście tak jak ja. 

- Nie możemy decydować o takich sprawach - powiedziała Helena z przekonaniem. - 

Jej życie ułożyło się tak jak powinno. Podobnie i twoje. I moje... 

Reijo spojrzał na Helenę w milczeniu. O Boże, jaka ona piękna! Jaka młoda! 

Któż  zdoła  przekonać  młodych,  że  nie  zawsze  mają  rację?  Pouczenia,  nawet  jeżeli 

padają z ust drogiej osoby, nie są przyjemne. Tak więc Reijo rozważnie milczał. Nie chciał, 

by Helena poczuła się jeszcze bardziej niepewnie. Zastanowił się przez chwilę, co tu robi z 

tak młodą kobietą. W dodatku wywodzącą się ze sfery o niebo wyższej niż jego własna. 

-  Wszyscy  będą  zachodzić  w  głowę,  co  ty  we  mnie  widzisz  -  uśmiechnął  się  i 

delikatnie pogłaskał narzeczoną po twarzy. - Sam czasem też zadaję sobie to pytanie. 

Ujęła  jego  dłoń  i  przytrzymała  przy  swym  policzku.  Odniosła  wrażenie,  że  jest  w 

niebie.  Życie  skąpiło  jej  czułości,  a  właśnie  czułości  pragnęła  najbardziej.  Uświadomiła  to 

sobie dopiero wówczas, gdy spotkała Reijo. Stało się tak, bo Reijo szczodrze rozdawał piesz-

czoty. Rozdawał też pochwały głosem pełnym ciepła. I po prostu milczał, jeżeli nie miał do 

powiedzenia nic dobrego. Helena była przekonana, że niewielu jest mężczyzn takich jak on, a 

spotykała  różnych  ludzi.  Zbyt  wielu  z  nich  odznaczało  się  najbardziej  nienagannymi 

manierami, jakie tylko można sobie wyobrazić, ale ta zewnętrzna warstwa ogłady szybko się 

kruszyła. 

Reijo nie przybierał pozy. Był sobą, nigdy nie udawał. To rzadko spotykana zaleta. 

Helena czuła, że Reijo jest jedynym mężczyzną, jakiego pragnęła. 

-  Myślę,  że  ludzie  stopniowo  zaczęli  pojmować,  że  jesteś  kimś  wyjątkowym,  Reijo 

Kesaniemi - uśmiechnęła się. - Nawet ja to zauważyłam! 

-  Ale  pastor  coś  podejrzewał  -  przypomniał  jej  Reijo  i  Helena  mimo  woli  się 

zaczerwieniła. 

background image

Zdarzyło  się  to  jakiś  czas  temu,  kiedy  poszli  razem  dać  na  zapowiedzi.  Proboszcz 

uznał, że Reijo zamierza wydać za mąż kolejną córkę. 

Helena  nigdy  do  końca  tego  pastorowi  nie  wybaczyła,  Reijo  potraktował  słowa 

duchownego z dużo większym poczuciem humoru. 

Lecz pomyłka proboszcza do tego stopnia wzburzyła Helenę że bez wahania skłamała, 

mówiąc o swej przeszłości. Powiedziała, że przyjechała do Norwegii z mężem, ale on zginął 

po drodze. Utonął w rzece, a ona sama jakimś cudem dotarła do wioski. 

Wtedy Reijo podchwycił wątek i opisał, w jakim ją znaleźli stanie. Dalszy ciąg historii 

zrelacjonował, nie odbiegając daleko od prawdy. 

Helena podała nazwisko po mężu. Panieńskie zachowała w tajemnicy. 

Reijo miał łatwiejsze zadanie. Wszyscy nad fiordem znali jego życie. Kiedy nie mieli 

o czym mówić, całe lata rozprawiali o zaginięciu Raiji. Również pastor o tym słyszał. Reijo 

wyjaśnił,  że  jakiś  czas  temu  kapitan  rosyjskiego  statku,  którym  uciekła  żona,  przekazał  mu 

wiadomość, że zmarła w kraju na wschodzie. 

Ani  Helena,  ani  Reijo  nie  mogli  przedstawić  żadnych  dokumentów,  ale  mimo  to 

otrzymali zgodę na ślub. 

Ceremonia miała się odbyć jutro. 

-  Po  raz  pierwszy  otrzymam  nazwisko,  które  wiele  dla  mnie  znaczy  -  odezwała  się 

Helena. Przytuliła się do Reijo. Musiała poczuć, że nie jest sama. 

Jej słowa sprawiły Reijo niezwykłą radość, ale w głębi duszy mimo wszystko się bał. 

Teraz  dziewczyna  wydawała  się  zadowolona  i  było  jej  dobrze.  Teraz  wyznała  mu 

miłość. Tak, nie widział powodu, by w to nie wierzyć. 

Teraz  twierdziła,  że  nigdy  nie  było  jej  tak  dobrze,  jak  tu  nad  fiordem  w  jego 

drewnianej chacie. 

Teraz. 

Ale  czekało  ich  jeszcze  wiele  chwil,  dni,  lat.  On  się  zestarzeje.  Pewnego  dnia  nie 

będzie już tym samym mężczyzną, za którego wychodziła za mąż. 

Pojawią się kolejne zmarszczki. Zmieni się jego ciało. Stanie się starcem, podczas gdy 

ona nadal pozostanie młoda. Rozkwitnie jako kobieta. 

Reijo  nie  chciał  się  dzielić  z  Heleną  tymi  myślami.  Raniłyby  ją,  ponieważ  z 

młodzieńczą siłą wierzyła w to, że nic się między nimi nie zmieni mimo upływu lat. Nie była 

w  stanie  wyobrazić  sobie  wszystkich  zagrożeń,  które  mogła  nieść  przyszłość,  a  które  Reijo 

przeczuwał.  Kochała  go  jak  własne  życie,  a  może  bardziej.  Wydawało  się  jej  nie  do 

background image

pomyślenia,  że  mogłaby  go  przestać  kochać,  kiedy  jego  ciało  stanie  się  słabsze,  zwiotczeje 

skóra, przerzedzą się włosy, być może posiwieją, zaczną wypadać zęby... 

Nawet  jej  do  głowy  nie  przyszło,  że  na  starość  mogą  pojawić  się  choroby,  które 

przykują go do łóżka, że będzie bardziej pacjentem niż mężem. 

Helena nie była w stanie wyobrazić sobie tego, z czym Reijo się liczył. Więc jej tym 

nie zamęczał. 

Pragnął jej. Doznał niemal szoku, kiedy to sobie uświadomił, kiedy spojrzał prawdzie 

w oczy i odrzucił wszystkie skrupuły, ponieważ naprawdę pragnął tej kobiety. Pragnął dzielić 

z nią swe dni niezależnie od tego, ile by ich to kosztowało. 

Wiedział, że może być trudno. Ale był również pewien, że zanim tak się stanie, mają 

przed sobą wiele dobrych lat. 

Dla  tych  dobrych  lat  chciał  tego  związku.  Helena  miała  mu  tak  wiele  do 

zaofiarowania. Okazał się też na tyle nieskromny, by przyznać przed sobą, że i on może jej 

wiele dać. 

A  kiedy  przyjdzie  ten  czas,  kiedy  stanie  się  dla  niej  ciężarem,  starczy  mu  może 

odwagi, by odejść. Tak, by ostatnie lata swego życia Helena mogła spędzić z człowiekiem, 

który będzie jej wart. 

Może... 

Reijo  nie  chciał  o  tym  myśleć.  Tak  czy  owak  to  jego  ostatnia  noc  jako  wdowca. 

Ostatnia noc spędzona... w grzechu. 

Pastor  spojrzał  na  to  przez  palce,  on,  który  zwykle  w  takich  sprawach  był  bardzo 

skrupulatny. 

Ogień w palenisku zaczynał gasnąć. Ciemność na zewnątrz wydawała się przyjazna. 

Reijo  wstał.  Jak  co  wieczór  musiał  popatrzeć  na  morze.  Nad  fiordem  panował  spokój. 

Ż

adnych obcych statków... 

Kiedyś, w przeszłości, która wydawała się tak odległa, że sam z trudem wierzył w jej 

prawdziwość,  wypatrywał  rosyjskich  szkunerów.  Być  może  podświadomie  nadal  czuł  taką 

potrzebę. Wolał wierzyć, że nie to jest powodem jego niezrozumiałej tęsknoty. Po prostu stało 

się  tylko  przyzwyczajeniem.  Czymś,  od  czego  ludziom  w  jego  wieku  niełatwo  jest  się 

uwolnić. 

Na placu targowym nadal paliły się lampy. Nie słysząc dźwięków, Reijo potrafił sobie 

wyobrazić śmiechy, ożywienie, gwar. Znalazł jeszcze inne określenie, które by pasowało do 

atmosfery jarmarków - opilstwo. Zawsze znalazł się ktoś, kto nie potrafił zachować umiaru. 

Kto sądził, że zniesie wszystko, co pomieści żołądek. 

background image

Nie  zaciągnął  zasłon,  żeby  nie  prowokować  ludzi  we  wsi.  Zasłonięte  okna  w 

przeddzień ślubu stanowiłyby powód do docinków. 

Jakby ta noc tak bardzo różniła się od poprzednich. 

Reijo podał Helenie rękę. Ogarnęło go błogie szczęście, kiedy zamknął tę drobną dłoń 

w swojej. Kiedy zacisnął na niej palce, poczuł, że i Helena mocno go trzyma. Zgasił lampę. 

Stali cicho w ciemności, starając się przyzwyczaić oczy. Początkowo wszystko wydawało się 

czarnymi  cieniami,  później  pojawiło  się  więcej  szarych  odcieni.  Oczy  i  zęby  pobłyskiwały 

bielą.  Przyciągnęli  się  bliżej  nawzajem.  Roześmiali  cicho.  Nie  wystarczyły  im  splecione 

palce. Musieli się objąć. 

Pocałowali się przy zniszczonym stole. Tym samym, który stał tu od czasów Anttiego 

Kesaniemi.  Syn  Anttiego  przytulał  ów  kwiat,  wywodzący  się  z  fińsko  -  szwedzkiej 

arystokracji, całował dziewczynę wśród tych ścian z drzew, które Antti zrąbał daleko stąd w 

wąskiej  dolinie  Skibotn  i  sam  zwiózł  konno  aż  tutaj.  Znaczny  to  ładunek.  Wycisnął  wiele 

potu. Wiele wysiłku kosztowało wzniesienie tej chaty, która wydawała się iście królewska w 

porównaniu  z  ziemiankami,  nadal  dość  często  spotykanymi  nad  fiordem.  Ale  dla  Heleny, 

która przybyła ze świata porcelany i koronek, była prostą drewnianą chatą. 

Mimo wszystko Helena pozwalała, by całował ją syn Anttiego Kesaniemi. Mężczyzna 

dorównujący wiekiem jej ojcu. 

Bo taka jest miłość. Wygląd zewnętrzny nie zawsze jest w stanie wyznaczać granice. 

- Ostatnia noc w grzechu? - spytał Reijo, opierając czoło na czole Heleny. 

Roześmiała  się.  Obejmowała  go  mocno  za  szyję.  Dostrzegła  jedynie  błysk  tego 

spojrzenia,  które  obudziło  w  niej  coś  już  za  pierwszym  razem,  kiedy  popatrzyła  w  zielone 

oczy. 

- To nie tak spędza się noc przedślubną - odparła. - Powinnam chyba przenocować u 

Idy. Tak by się godziło. 

- Nie wystarczy, że byłaś cnotliwa, kiedy pierwszy raz wychodziłaś za mąż? - spytał. 

-  A  ty?  -  odpowiedziała  pytaniem.  Przywarła  do  niego.  Nie  przypadkiem,  raczej 

ś

wiadomie, pełna pragnienia. - jak to było z tobą, kiedy żeniłeś się po raz pierwszy? 

Reijo  przytulił  Helenę  trochę  mocniej.  Spojrzał  ponad  jej  ramieniem  przez  okno.  W 

stronę  fiordu,  tam  gdzie  widział,  jak  „Sankt  Nikołaj”  znika  z  Raiją  na  pokładzie  pół  życia 

temu. Pamiętał wszystko bardzo wyraźnie. 

-  To  stało  się  tak  nagle  -  rzekł.  -  W  pewnej  chwili  wyrzekliśmy  słowa,  w  następnej 

mogłem  już  się  nazwać  żonatym  mężczyzną.  Ale  i  wtedy  żyłem  w  grzechu.  Nigdy  nie 

potrafiłem się utrzymać na wąskiej ścieżce cnoty. Najczęściej błądziłem po jej obrzeżach. 

background image

- W takim razie myślę, że powinniśmy pobłądzić po tych manowcach również dziś w 

nocy, mój Reijo - powiedziała i pociągnęła go za sobą do bocznej izby. 

- Muszę dołożyć trochę szczap do pieca - rzekł, ale go nie puściła. Zamknęła drzwi, 

stanęła przy nich i żądała, by ją objął. Żądała pieszczot. Żądała jego bliskości. 

- Wolę, żebyś ty mnie rozgrzał jutro rano - rzuciła beztrosko. Wsunęła mu ręce pod 

ubranie.  Przeciągnęła  koszulę  przez  ramiona,  nie  czekając,  aż  wszystkie  guziki  zostaną 

odpięte. Rozluźniła pasek spodni, zanim uwolnił się od opornej koszuli. 

-  Miej  trochę  cierpliwości  dla  starego  człowieka!  -  poprosił  ze  śmiechem.  -  Jeszcze 

daleko do rana, najdroższa Heleno. Nie musisz mnie pożerać. Bo nic ze mnie nie zostanie i z 

kim pójdziesz do ślubu? 

Odpowiedziała mu zaczepnym śmiechem. 

- Muszę się przecież przekonać,  czy ten mężczyzna, któremu mam jutro powiedzieć 

„tak”, do czegoś się nadaje. Jeżeli nie wytrzyma dzisiejszej nocy, to poważnie się obawiam, 

ż

e będę musiała odpowiedzieć „nie”, kiedy pastor zacznie zadawać trudne pytania... 

-  Czy  do  czegoś  się  nadaję?  -  zdumiał  się  Reijo.  Wyczuł  odrobinę  powagi  w 

ż

artobliwym pytaniu. 

To  go  rozjuszyło.  Drżąc  z  zimna,  zerwał  z  siebie  ubranie.  Potem  zajął  się  rzeczami 

Heleny z tym samym żarem i niecierpliwością. 

Marznąc, pragnęli wśliznąć się sobie nawzajem pod skórę. Udało im się obudzić ogień 

szaleństwa. Udało im się wykrzesać iskry w miejscach, gdzie się dotykali. 

Wkrótce  skóra  już  nie  kurczyła  się  z  zimna.  Jeżeli  dostawali  gęsiej  skórki,  to  z 

rozkoszy. 

Pieszczoty  nie  trwały  długo,  gdy  Helena  szeptem  poprosiła,  by  nie  zwlekał.  Nawet 

zimne  drzwi  za  jej  plecami  wydawały  się  jak  rozżarzone.  Być  może  rozgrzała  je  swym 

płonącym ciałem. Musiała trochę się wspiąć na palce, by jej dosięgnął. Na moment odgięła 

się  do  tylu,  czując,  że  za  bardzo  się  śpieszy.  Po  chwili  osunęła  się  na  niego,  żeby  ją 

podtrzymał.  Przyjemnie  było  poczuć  twarde  mięśnie  jego  przedramion  pod  pośladkami, 

zacisnąć uda na jego wąskich biodrach. Piła z jego ust, splotła ręce na jego karku. 

Tkwiła  między  nim,  tak  żywym  i  gorącym,  a  drzwiami,  zimnymi,  ale  też  nie 

martwymi.  Drzewo  również  nadal  żyło.  Łagodne  pieszczoty  Reijo  w  samym  środku  aktu. 

Wargi  przesuwające  się  wzdłuż  linii  twarzy,  muskające  szyję  niczym  powiew  wiatru  w 

czerwcowy dzień. Wargi całujące lekko - jak dotyk piórka - ramiona, zaokrąglenia piersi... 

Nie miała dużej swobody  ruchu,  ale trzymając  Reijo za szyję,  gładziła  palcami jego 

drgające, lekko poruszające się mięśnie pleców. 

background image

Kochała go. Kochała całą duszą. Przyjmowała wszystko, co miał do ofiarowania. 

Rozgrzani, spoceni, drżący z zimna wczołgali się pod pierzynę.  Zgodzili się przyjąć 

jedną  od  Idy.  Helena  zawsze  z  niechęcią  patrzyła  na  skóry.  Nie  bez  racji  twierdziła,  że  są 

najlepszym siedliskiem dla wszelkiego rodzaju robactwa. A choć puchowa pierzyna to luksus, 

do którego Reijo nie odważyłby się przyznać nikomu, to i on nie skarżył się na taką odmianę. 

Zbyt wielu ludzi ledwie zdołało uzbierać wełnianki bagiennej na poduszkę. Gdyby im 

Reijo powiedział, że przykrywa się do spania taką ilością puchu, brzmiałoby to jak drwina. 

- Czy sprostałem zadaniu? - spytał z uśmiechem. 

Helena  leżała  obok  z  głową  na  jego  ramieniu,  gdzieś  w  zgięciu  łokcia.  Czuła  się 

jeszcze  zbyt  rozgrzana,  by,  jak  zamierzała,  przytulić  się  do  ukochanego  przed  nastaniem 

ś

witu. 

Spocone ciała najlepiej stygną w pewnej odległości od siebie. 

- Całkiem nieźle - odparła zdyszana. - Miejmy nadzieję, że po ślubie nie będziesz się 

mniej starał... 

- Przyprawisz mnie o podagrę i siwe włosy - rzekł półgłosem, tłumiąc śmiech. - Czuję 

się  przy  tobie  znowu  jak  młody  chłopak.  Przez  ciebie  staję  się  nieodpowiedzialny  jak 

osiemnastolatek, Heleno! 

Delikatną  dłonią  przesunęła  w  górę  wzdłuż  jego  ramienia.  Palcem  wskazującym  i 

ś

rodkowym  wędrowała  powoli  przez  ramię,  do  policzka.  Złapała  go  za  włosy  i  lekko 

pociągnęła. 

- To dobrze, że przeze mnie zachowujesz się niepoważnie - rzekła. - Chcę tego. I chcę 

także, byś był moim Reijo. Tym, który nie ma osiemnastu lat... 

W tej chwili Reijo musiał przytulić Helenę do piersi i pocałować - nie namiętnie, lecz 

czule, z miłością. 

Nie  mogła  powiedzieć  nic  piękniejszego.  Zbyt  często  łapał  się  na  rozmyślaniach  o 

tym, że może nie sprostać jej oczekiwaniom. 

A  ona  bez  zastanowienia  powiedziała,  że  ceni  tego  mężczyznę,  który  żyje  dwa  razy 

dłużej niż ona, że nie pragnie, by Reijo był młodszy... 

Powiedziała, że kocha go właśnie takiego. 

Reijo. 

Który wkrótce skończy czterdzieści dwa lata. 

Ona, Helena, która jeszcze nie miała dziewiętnastu. 

- Kocham cię - rzekł z namaszczeniem. Nawet ślubnej obietnicy nie można by złożyć 

z  większą  miłością  od  tej,  którą  Reijo  zawarł  w  tym  wyznaniu.  Jutro  wypowie  słowa 

background image

przysięgi.  Powtórzy  je  przed  pastorem,  który  otrzymał  władzę  przekazywania  Bożego 

błogosławieństwa. Lecz nie będą znaczyły ani trochę więcej. 

Jeżeli istniała taka chwila, kiedy pojął Helenę za żonę, stało się to właśnie teraz. 

Krótka  ceremonia  w  obecności  człowieka  w  czerni  z  władzą  od  Boga  będzie  tylko 

zewnętrznym potwierdzeniem tego, o czym oboje wiedzieli. 

Zostali już połączeni. 

Helena przytuliła się do Reijo. Ułożyła na najlepszej poduszce, o jakiej marzy każda 

kobieta:  na  piersi  kochanego  mężczyzny.  Słysząc  jego  bijące  serce,  gdzieś  głęboko  pod 

swoim uchem, starała się, by uderzenia połączyły się z jej własnym rytmem. 

Jej  serce  nie  zaczęło  jednak  bić  identycznie.  Ludzie  nie  powinni  próbować  do  tego 

stopnia  się  upodobnić.  To  niebezpieczne,  oznaczałoby  bowiem  podporządkowanie  się 

drugiemu, samounicestwienie. 

A to nigdy nie prowadzi do czyjegokolwiek szczęścia. 

Helena wreszcie to zrozumiała. 

Dorosła. 

- Ja także cię kocham, Reijo - szepnęła. Nie była pewna, czy ją usłyszał. 

Jego  puls  bił  tak  spokojnie.  Oddechy  wydawały  się  bardzo  ciche  i  powolne. 

Podejrzewała, że już zasnął. Nie odważyła się odwrócić, żeby to sprawdzić. Nie chciała  go 

budzić. 

To  była  ostatnia  myśl,  jaka  jej  przyszła  go  głowy  przed  nastaniem  ranka,  zanim 

obudził ją brzask. 

Reijo  już  od  dawna  był  na  nogach.  Rozpalił  pod  kuchnią,  ogrzał  izbę  dla  Heleny. 

Wiedziała, że będzie dobrym mężem. 

Za pierwszym razem, kiedy Helena stała na ślubnym kobiercu, ceremonia odbyła się 

zgodnie z wszelkimi tradycjami. Wyglądała wtedy jak niewinny kwiat. Wszyscy przyszli ją 

podziwiać. Była młoda i głupia. Jak lalka, która sądziła, że świętuje wielkie zwycięstwo. 

Ś

lepa - pozwoliła się zaślepić mężczyźnie, za którego wychodziła za mąż. 

Uparta i zarozumiała. Rozpieszczona. 

Ten  dzień  wydawał  się  cudowny  z  całym  swym  przepychem.  Wszystkiego  było  w 

bród, jak kazał obyczaj. 

Teraz  Helena  najlepiej  pamiętała  swą  irytację  z  powodu  zachowania  drobnych 

chłopów i dzierżawców, którzy z szeroko otwartymi z ciekawości oczami i ustami pchali się, 

by  zobaczyć  parę  młodą,  być  świadkami  tego  niezwykłego  przedstawienia,  w  którym  sami 

nigdy nie wezmą udziału. 

background image

Uważała,  że  to  kładło  cień  na  jej  wspaniałym  święcie.  Najważniejszym  dniu  w  jej 

ż

yciu,  jak  myślała  w  swym  zadufaniu.  Nie  powinien  go  mącić  widok  brudnych  twarzy  z 

wytrzeszczonymi oczami i rozdziawionymi ustami. 

Jakże wiele zmieniło się od tamtej pory! Jakże sama się zmieniła! 

Teraz czuła się szczęśliwa, widząc wokół siebie twarze zwykłych ludzi. Nawet ten czy 

ów  podpity  mężczyzna  oparty  o  ścianę  nie  budził  w  niej  niechęci.  Rozpierała  ją  duma,  do 

licha,  wielka  duma,  że  właśnie  ona  wychodzi  za  mąż  za  tego  fascynującego  mężczyznę, 

stojącego obok! 

Włożyli  nowe  ubrania.  Nie  były  przystrojone  kwiatami  czy  skrojone  według 

najnowszej mody na kontynencie, ale kto by o to dbał tu nad fiordem Lyngen w ów wietrzny 

marcowy dzień 1750 roku? 

Przepełniała  ich  miłość,  zaufanie,  życzliwość  i  wzajemny  szacunek.  Chcieli  dzielić 

codzienność niezależnie od tego, co przyniesie: radość czy smutek. 

Nie mieli powodu, dla którego musieliby unikać wzajemnie swych spojrzeń. 

Dopiero  kiedy  stanęli  przed  pastorem,  ramię  przy  ramieniu,  nie  dotykając  się 

nawzajem, spuścili wzrok. 

Uznano ich mężem i żoną i nic na świecie nie mogło ich teraz rozdzielić. 

W  gospodzie  w  Bergen  siedział  potężny  mężczyzna.  Bezbłędną  niemczyzną 

rozprawiał z jednym z kupców o interesach. 

Rozmowa dotyczyła przewozu ładunku do Francji. 

W  końcu  doszli  do  porozumienia.  To  część  rytuału,  podczas  którego  wypijano 

niejeden kielich jałowcówki. 

Potężny mężczyzna, choć sprawiał wrażenie nieokrzesanego, z pewnością posiadł też 

znajomość  manier  obowiązujących  w  wyższych  sferach.  To  dawało  mu  siłę,  a  tylko 

najsilniejsi mogli zostać zwycięzcami. On zaś był urodzonym zwycięzcą. 

Miał  wyblakłe  oczy,  które  rzadko  się  uśmiechały.  Usta  układały  się  w  uśmiech,  ale 

nigdy na tyle ciepły, by roztopić chłód spojrzenia. 

Jego włosy przypominały kolorem pierwszy śnieg. 

Zawsze  nosił  nóż.  Nikt  nie  wątpił,  że  potrafiłby  się  nim  posłużyć,  choć  nikt  tego 

jeszcze nie sprawdził. 

Pozbawił przeszłość życia. Nigdy nie sięgał myślą wstecz. Nigdy nie pozwalał sobie 

na wspomnienia o ciepłej, drobnej kobiecie o imieniu Helena. 

Nazywał się Gurt Hallencrantz. 

background image

11 

Ida cieszyła się, że gości u siebie Emila, mimo że oznaczało to dodatkowe obowiązki. 

Był  jedyną  dorosłą  osobą,  z  którą  mogła  w  każdej  chwili  porozmawiać.  Przyjemnie  było 

pogawędzić podczas wiosennych wieczorów, wspólnie oczekując nadejścia lata. 

Co  prawda  Emil  nie  mógł  zapełnić  ogromnej  pustki,  która  powstała  po  wyjeździe 

Sedolfa, ale to dzięki niemu dni mijały trochę szybciej. 

Poza  tym  Emil  coraz  częściej  zdobywał  się  na  szczerość.  Znowu  przypominał 

dawnego przyjaciela. 

Pod  koniec  kwietnia  mógł  już  siedzieć.  Nogę  nadal  miał  w  łupkach.  Wciąż  musiała 

być  usztywniona,  jak  stwierdziła  Fredrikke.  Kobieta  znała  się  na  tych  sprawach,  więc  Ida 

słuchała jej zaleceń. Złamane ramię także nie było jeszcze sprawne. Emil musiał je trzymać 

na  chustce  przewieszonej  przez  szyję,  surowo  mu  zakazano  posługiwania  się  chorą  ręką. 

Zresztą o tym nie mogło być nawet mowy, ponieważ ręka nadal bolała. Emil nie był w stanie 

poruszać  nią  jak  kiedyś.  Ale  kiedy  Ida  nie  widziała,  ćwiczył  mięśnie,  zaciskając  dłoń  z 

gładkim, niedużym kamykiem, który Mikkal przyniósł niedawno po pierwszych roztopach. 

Wieczory  w  kwietniu  wydawały  się  bardziej  szare.  Zimo  -  wiosna,  czy  jak  ją  tam 

nazwać,  powinna  wkrótce  całkiem  ustąpić.  Siły  ciemności  czołgały  się  jeszcze  w  ukryciu, 

zanim tu na północy zwyciężą jasne noce. 

Emil lubił tę chwilę, kiedy Ida kładła dzieci. Dźwięk dziecinnych głosów i niewyraźne 

słowa. Spokojny głos Idy. Kiedy nuciła cicho kołysanki, których nie znał. Fińskie kołysanki. 

Domyślał się, że Reijo jej je śpiewał. 

Potem zapadała cisza. 

Następnie  rozlegały  się  lekkie  kroki  Idy.  Dźwięk  uchylanych  drzwi.  Emil  lubił 

wieczory. Lubił dzielić je z Idą. Ale powinny być takie jak teraz - szare. 

Bardziej z powodu nastroju, jaki dawało słabe światło dochodzące z zewnątrz, niż z 

powodu oszczędności oleju. 

Niewiele dałoby się porównać do tych  wiosennych wieczorów niosących przesłanie, 

ż

e lato nie tylko jest odległym wspomnieniem, lecz że powtarza się co roku. 

Ida  podgrzała  kawę.  Po  jarmarku  uzupełniono  zapasy.  Nie  brakowało  tych 

aromatycznych ziaren, ale też ich nie marnowano. 

background image

Ida  zachowywała  się  niespokojnie.  Emil,  który  źle  sypiał,  zauważył  to  bez  trudu. 

Słyszał  ją  w  nocy.  Sypialnia  Idy  znajdowała  się  tuż  nad  jego  łóżkiem.  Słyszał,  jak  Ida  się 

przekręca, jak wstaje, jak cicho chodzi po pokoju. 

- Pewnie przypłyną w maju - rzekł. 

Zobaczył,  że  skinęła  głową  zmartwiona.  Miał  nadzieję,  że  do  powrotu  Sedolfa 

odzyska siły i wróci do domu. Wolałby nie słuchać nocą odgłosów z sypialni małżeńskiej. 

Zdawał sobie sprawę, że zażyłość, jaka się wytworzyła między nim a  Idą, zniknie z 

chwilą powrotu Sedolfa. Teraz wtajemniczała go w więcej spraw, niż wypadało, nawet jako 

przyjaciela. 

- Ą jeśli wójt akurat w tym czasie przyśle swoich ludzi? - westchnęła. - Wyobrażam 

sobie, jak stoją i czekają na brzegu.  Zabierają statek w zastaw, a potem przeszukują go, by 

sprawdzić, czy nie znajdą tam zabronionego sprzętu... 

- Sedolf posiada go na spółkę z Larsem - rzekł Emil. On też dużo nad tym rozmyślał. 

Doszedł do wniosku, że niewiele osób skorzystałoby na złożeniu donosu na Sedolfa. - Jeśli 

odbiorą im sprzęt, straci nie tylko Sedolf. Coś tu nie gra. 

- Właśnie - przytaknęła Ida. 

Obgryzała  nerwowo  paznokcie.  Uświadomiła  sobie,  że  nie  może  się  jeszcze 

spodziewać odpowiedzi na swój list. Nie wiedziała nawet, czy doszedł. Nie mogła być pewna, 

czy został doręczony. Pastora nie pytano, czy dotrzymał złożonej obietnicy. 

-  Możesz  przynajmniej  wierzyć,  że  Sedolf  dotarł  na  miejsce  -  stwierdził  Emil.  - 

Pewnie nie miał jak nas o tym zawiadomić. 

Ida nie odpowiedziała. Tego wieczoru jej myśli krążyły nieustannie wokół listu. Być 

może nie odniesie żadnego skutku. Nie nadejdzie żadna odpowiedź... 

- Do kogo się zwróciłeś? - spytała nagle, pochwyciwszy spojrzenie Emila. Całkowicie 

go zaskoczyła. Widziała, jak krew nabiegła mu do policzków. - Wtedy, gdy nasłałeś na Knuta 

tych drani? 

-  Myślałem,  że  to  odeszło  już  w  przeszłość  -  rzekł  smutno.  -  Nie  że  o  tym 

zapomniałaś,  ale  że  nie  będziemy  do  tego  wracać.  Ze  na  zawsze  ta  sprawa  zostanie 

pogrzebana... 

- Tak się też stało - uspokoiła go  Ida, ale chciała uzyskać odpowiedź. -  Nie dlatego 

pytam. Nie potrzebuję dodatkowych wyjaśnień. Nie chcę zaglądać w głąb twej duszy, Emil. 

Ciekawi mnie tylko, do kogo się wtedy zwróciłeś. Do samego naczelnika? 

Wreszcie skinął głową. Nie rozumiał jednak, do czego zmierza, dlaczego wyciąga te 

sprawy z mroku. 

background image

Cieszył  się,  że  wieczór  jest  szary,  że  nie  przyjdzie  jej  łatwo  odczytać  wyrazu  jego 

twarzy. Sam też nie był w stanie przeniknąć jej zamysłów. 

- Pamiętasz ich? - spytała. - Tych, którzy wtedy przyszli? 

Ba, czy pamięta? 

Emil uśmiechnął się zmęczony. 

- Oczywiście, że pamiętam, Ida. A dlaczego? 

-  Napisałam  do  jednego  z  tych  poborców  o  kłopotach  Sedolfa.  Może  głupio 

postąpiłam... 

-  Na  Boga!  -  zawołał.  -  Prosiłaś  naczelnika  z  Bodo  o  pomoc  w  tej  sprawie?  To 

przecież on zabronił używania włóka na Lofotach! A sprawą Sedolfa zajmował się wójt. To 

nie leży w gestii naczelnika, Ida... 

- Myślisz, że wszystko tylko pogorszyłam? - spytała. 

Nie  chciała  w  to  wierzyć,  jednak  wątpliwości  nachodziły  ją  wiele  razy,  odkąd 

przekazała list pastorowi. Emil skinął głową. 

- Nie napisałam do samego naczelnika - przypomniała. - Lecz do jednego z jego ludzi. 

Nie wiadomo, czy pójdzie z tym prosto do swego zwierzchnika... 

- Wierzysz w to? - Emil pokręci! głową. - Do którego z nich? - spytał. Przypomniał 

sobie ich twarze i od razu zgadł: - Do tego wysokiego blondyna o charakterystycznym głosie? 

Ida przytaknęła. 

Emil już wtedy zauważył, że ten mężczyzna zbyt uważnie przygląda się Idzie, kiedy 

wydaje  mu  się,  że  nikt  tego  nie  widzi.  Stanął  też  w  obronie  Idy,  gdy  ten  drugi  zwrócił  się 

przeciwko niej... 

Czy Sedolf wiedział o nim? 

Emil zdawał sobie sprawę, że nie wolno mu zadać Idzie tego pytania. Ale wolno mu 

mieć wątpliwości. 

- Nie mogłaś wiedzieć, kim on jest... Uciekła wzrokiem. Nie podejrzewała nawet, jak 

bardzo  jej  twarz  ją  zdradzała.  W  jednej  chwili  Emil  ucieszył  się,  że  nie  dostał  jej  za  żonę. 

Dręczyłaby  go  zazdrość.  Nawet  teraz,  kiedy  wcale  nie  miał  prawa  do  takich  uczuć,  doznał 

ukłucia  zazdrości.  Zazdrościł  bardziej  temu  obcemu  człowiekowi  niż  Sedolfowi,  który  Idę 

poślubił. 

- Rozmawiałam z nim. Później. Nie sprecyzowała kiedy. A Emil nie pytał. 

- Pracował w służbie naczelnika - mówiła dalej Ida w zamyśleniu. - Okazało się, że 

nie  był  bez  serca  ani  bezmyślny  czy  brutalny.  Było  w  nim  coś  ludzkiego.  Wierzę,  że  mi 

pomoże. Że zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby mi pomóc... 

background image

- To tylko jeden z jego ludzi. Podrzędny funkcjonariusz - rzekł lekceważąco Emil. Nie 

chciał, by Ida dobrze myślała o tym obcym, by traktowała go jak półboga. On sam postąpił 

ź

le,  ale  ów  człowiek  wcale  nie  był  lepszy.  Pochodził  z  innej  części  kraju.  Ida  tymczasem 

uczyniła z niego niemal wysłannika Boga. Dlaczego on, Emil, zawsze blednie w cieniu tej czy 

innej wspaniałości? To bolało. - Co takiego miałby uczynić? 

Ida nie wiedziała. Zaczynała po trochu wątpić, że cokolwiek da się dla Sedolfa zrobić. 

Ż

ałowała, że powiedziała o liście Emilowi. 

- Mam nadzieję, że nikomu o tym nie piśniesz - odezwała się. W jej głosie brzmiała 

nuta prośby, choć się starała, by tego nie dosłyszał. 

- Niby komu? - spytał. 

Ida wzruszyła ramionami. 

- Nie chcę, by to się rozeszło po wsi - odparła tylko. 

- A Sedolfowi? - Po prostu nie mógł się powstrzymać, by o to nie spytać. 

Wyraz  zakłopotania  na  twarzy  Idy  potwierdził  jego  podejrzenia,  zaraz  jednak  się 

zreflektowała. 

- Oczywiście powiem o tym Sedolfowi. Nie mamy przed sobą tajemnic. 

Czyżby? pomyślał Emil w chwilę potem. Czyżby, Ida? 

Poszła do łóżka ze swymi nadziejami i marzeniami. 

Emil nie domyślał się ich treści. Aż do tego wieczoru nie mógł sobie nawet wyobrazić 

Idy bez Sedolfa, Idy szczęśliwej u boku innego mężczyzny albo tęskniącej za kimś innym. 

Pogodził  się  z  tym,  że  jest  nieosiągalna,  bo  był  przekonany,  ze  tworzą  z  Sedolfem 

doskonałą parę. 

Teraz to się zmieniło, choć nie do końca, to byłaby przesada. 

Ida prawdopodobnie sama nie zdawała sobie z tego sprawy, jak łatwo ją przejrzeć. Nie 

mogła  widzieć  wyrazu  zagubienia  na  własnej  twarzy,  kiedy  wspomniała  o  obcym.  O 

człowieku, którego Sedolf nie znał. 

Gdyby Emil jej źle życzył, mógłby to przeciw niej wykorzystać, nie wątpił w to. Ale 

tajemnica Idy spoczywała u niego bezpieczna. Będzie jej strzegł lepiej niż swych własnych, 

pomyślał. 

Nie mógł się jednak nadziwić, co takiego miał w sobie ten obcesowy mężczyzna, że aż 

poruszył Idę? 

Nikt mniej nie przypominał Ailo czy Sedolfa niż właśnie ten obcy. 

background image

Naturalnie wykazywał pewne ludzkie cechy, ale żeby kryło się w nim coś, co łagodna, 

pełna ciepła, wrażliwa  Ida mogłaby uznać za pociągające, to Emilowi wydawało się nie do 

pojęcia. 

Kobiety zawsze pozostaną dla niego zagadką. 

W  końcu  zasnął.  Śniły  mu  się  tłumy  obcych  mężczyzn,  mężczyzn  bez  twarzy, 

mężczyzn z twarzą. Wszyscy szukali Idy. Chciał ich zatrzymać, lecz był przykuty do łóżka. 

Nie mógł wstać. Chciał zawołać Sedolfa, ostrzec go, że któryś z nich odbierze mu Idę. 

Ale Sedolf patrzył na to wszystko z uśmiechem. Śmiejąc się, potrząsnął głową i rzekł, 

ż

e ufa Idzie. Wcale się nie bał, że ją straci... 

Emil zapadł w głęboki sen. 

Obudziła go panująca w domu cisza. Zawsze budziła go właśnie cisza, a także słabe 

ś

wiatło przezierające przez szpary między zasłonami. No i ból - ból w ramieniu i nodze, który 

najbardziej dokuczał o tak wczesnej porze, kiedy w izbie panował chłód. 

Emil wiedział jednak, że zaraz usłyszy znajome dźwięki. Szczebiot bliźniaków, który 

prędzej  czy  później  przejdzie  w  niecierpliwy  krzyk.  Potem  rozlegną  się  uderzenia  rączek  o 

ś

cianę. 

Zwykle po chwili dało się słyszeć skrzypienie desek podłogi nad jego głową. Słyszał, 

jak Ida wstaje. Potem robiło się cicho. - Ida zdejmowała koszulę nocną i ubierała się. Stojąc 

na jednej nodze wciągała pończochę. Emil słyszał, kiedy przenosiła ciężar ciała z jednej nogi 

na drugą. 

Następnie  rozlegały  się  kroki  Idy,  cichy  skrzyp  na  wpół  uchylonych  drzwi,  które 

otwierała  na  oścież.  Chór  radosnych  głosów  dzieci,  kiedy  do  nich  wchodziła.  Jej  łagodny 

głos. 

Wszystko  nabierało  dźwięków,  kiedy  Ida  wstawała.  W  pewnym  sensie  ożywał  cały 

dom. 

Emil  leżał  z  przymkniętymi  oczami.  Rozkoszował  się  panującym  spokojem  i  ciszą 

poranka. Wiedział, że minie dużo czasu, zanim uszy znowu odpoczną. Mimo wszystko czuł 

również  radość  na  myśl,  że  Ida  zaraz  wstanie,  żeby  zacząć  dzień,  żeby  rozjaśnić  go 

ś

miechem. 

Będzie mu tego brakowało, kiedy wyzdrowieje na tyle, by wrócić do własnego domu. 

Wszystkiego innego też, oczywiście. Ale najbardziej poranków. 

Mógłby sobie znaleźć żonę i mieć dzieci. Z czasem tak się stanie. Takie gospodarstwo 

jak jego zapewne zrównoważy to, że nie jest już taki zwinny jak kiedyś. Z czasem tęsknota za 

Idą zblednie. 

background image

Również w jego domu, który teraz wypełnia wielka cisza, nastaną poranki wypełnione 

dźwiękami życia rodzinnego. 

Ale  to  nie  będzie  to  samo.  Emil  nie  znał  nikogo,  kto  tak  dobrze  potrafił  rozpalać 

ś

wiatło w ciemności jak Ida. 

Tylko ona jedna. 

Zaskrzypiało  nad  nim.  Stopy  na  zimnych  deskach.  Cisza,  kiedy  zdejmuje  koszulę 

nocną... 

Ida trzęsła się z zimna. Spieszyła się z zakładaniem pończoch. Zachwiała się, stojąc na 

jednej nodze. Wyglądała jak błotny ptak w podmuchach wichru. Szybko wciągnęła bluzkę i 

spódnicę.  Tego  dnia,  który  nadal  należało  nazwać  późnozimowym,  musiała  na  wierzch 

zarzucić kurtkę. Na nią szal. 

Czy  zdąży  rozpalić  w  piecu,  zanim  dzieci  się  obudzą?  Lepiej  do  nich  zajrzeć  przed 

zejściem na dół. 

Ten  moment  zawsze  będzie  ją  prześladował.  Później  przez  wiele  miesięcy  mogła 

zamknąć  oczy  i  jakby  znowu  stanąć  w  uchylonych  drzwiach.  Przeżyć  to  ponownie 

wszystkimi zmysłami. 

Ida spojrzała - i zrozumiała. 

Zrozumiała od pierwszej sekundy. 

Nie miała nawet cienia wątpliwości. Nawet przez ułamek litościwej sekundy. 

Po prostu zmroziło ją. Zamarła. Poczuła dławienie w gardle. 

Spokojnie przeszła przez pokój. 

Widok  mógłby  wydawać  się  niemal  wzruszający,  gdyby  zapomnieć  o  przerażeniu. 

Mikkal  siedział  cichutko,  tak  jakby  dotarło  do  jego  maleńkiej,  ciemnowłosej  główki,  że  z 

małą Raiją stało się coś niedobrego. 

Może  to  wyczuwał.  Byli  przecież  bliźniętami.  Ciągle  przebywali  razem.  Być  może 

istniały między nimi więzi, których Ida nie potrafiła lub nie była w stanie pojąć. 

-  Jaija  -  powiedział  chłopczyk  z  oczyma  utkwionymi  w  Idę.  Poklepywał  siostrę  po 

głowie.  Głaskał  ją,  jakby  chciał  pocieszyć.  A  ona  leżała  tak  cicho,  cichutko.  Z  twarzą 

zwróconą ku górze i z otwartymi ustami. 

Oczy miała zamknięte. Długie, gęste, czarne rzęsy wydawały się jeszcze ciemniejsze 

na bladych policzkach. 

Wargi  powinny  być  czerwone,  a  były  również  blade,  aż  sine.  Drobne  rączki  leżały 

nieruchomo mocno zaciśnięte. Znajome, kochane, kochane rysy... 

background image

I maleńka, pulchna dłoń Mikkala, gładząca siostrę po policzkach, po włosach. Ciepły, 

drobny policzek, przytulający się do zimnego... 

Zalegająca dookoła cisza brzmiała jak krzyk w uszach Idy. Cisza jakby zaciskała się 

wokół niej, napinała, groziła wyciśnięciem ostatniego tchu... 

Wszystko  wyryło  się  w  jej  pamięci  jak  w  kamieniu.  Później  mogła  przywołać 

wspomnienia i spostrzegać rzeczy, na które nie zwróciła uwagi, kiedy znalazła się w środku 

wydarzeń. 

Ida  upadła  na  kolana,  podniosła  Mikkala  z  łóżka  i  postawiła  obok,  a  potem  o  nim 

prawie zapomniała. 

Objęła  ciałko  malutkiej  Raiji.  Wiedziała,  że  będzie  zimne.  Wiedziała,  że  będzie 

zesztywniałe... 

Wzięła  na  ręce.  Zaciążyło  w  ramionach.  Koc  pomógł  utrzymać  w  nim  ciepło.  Być 

może również Mikkal. 

Z  tego,  co  było  życiem,  pozostał  tylko  ciężar.  Zniknął  czysty  śmiech.  Zgasł  blask 

oczu, które tak wyraźnie zdradzały pokrewieństwo. Usta nie miały już nigdy formować słów, 

które zdawały się je całkiem wypełniać i stawały się tak duże, że niemożliwe do wymówienia. 

Ida  klęczała  przy  posłaniu,  coraz  mocniej  przyciskając  dziecko  do  piersi.  Całowała 

policzki,  tak  jakby  mogła  w  ten  sposób  na  powrót  przywołać  na  nie  rumieńce.  Kołysała 

córeczkę. Przyłapała się na tym, że nuci kołysankę, którą śpiewała dzieciom co wieczór. 

Obok Mikkal szarpał ją za rękaw kurtki. Zmarzł, stojąc boso na podłodze. 

W izbie zapanowała pustka. 

Ida  ułożyła  dziecko  delikatnie  na  poduszce.  Jej  dziecko.  Jej  córeczkę.  Jej  cudowną, 

drogą córeczkę. Kochaną, śliczną Raiję. 

Nakryła ją aż pod brodę. 

Ale nic już nie mogło sprawić, by wyglądała jak żywa. 

Również Mikkal domyślał się, że coś jest nie tak. Trząsł się z zimna. 

Ida  przygarnęła  go  do  siebie.  Poczuła,  jak  bije  jego  serce,  i  ogarnęła  ją  ogromna 

wdzięczność. 

Niema wdzięczność wyzwoliła falę smutku. Ale ani jednej łzy. 

Ida poruszała się w pustce. Naturalnie otaczały ją ściany i sufit, stąpała po podłodze, 

jednak nie czuła ich obecności. Wiedziała, że są, ale znajdowała się poza nimi. Wydawały się 

nierzeczywiste, w pełni nierzeczywiste. 

Trzeba  było  ubrać  Mikkala.  Znalazła  jego  rzeczy.  Wciągnęła  na  chłopca.  Zrobiła  to 

mniej delikatnie niż zwykle, ale się nie skarżył. 

background image

Czy takie małe dzieci mogą być do tego stopnia wyrozumiałe? 

Odezwał się do niej. Odpowiedziała, ale nie słyszała słów, jakie padły. 

Zaglądała  do  dzieci,  zanim  się  położyła.  Cichutko  weszła  do  pokoiku,  stanęła  przy 

szerokim łóżku, które bez trudu mieściło bliźnięta. Miało tak wysokie krawędzie, że żadne z 

nich nie mogło spaść we śnie, nawet bardzo niespokojnym. 

Pogładziła oboje po główkach. Musiała dotknąć okrągłych policzków. 

Niebo było gwiaździste. Blada, odległa zorza polarna rozjaśniała niebo na wschodzie. 

Wkradała  się  przez  szpary  w  zasłonach,  dając  dość  światła,  by  Ida  mogła  zobaczyć  twarze 

dzieci. 

Na ich widok ogarnęła ją błogość, wielkie szczęście. A serce wypełniła miłość. 

Czy  to  może  okazać  się  niebezpieczne?  Czy  nie  wolno  tak  bardzo  kochać?  Nawet 

własnych dzieci? 

Oboje oddychali spokojnie. Wyglądali jak dwa aniołki. Raija uśmiechnęła się, kiedy 

Ida pogłaskała ją po policzku i ostrożnie pocałowała. Z ust dziewczynki wydobyło się lekkie 

westchnienie. Ale spała dalej. 

Wyglądała zupełnie tak jak teraz, stwierdziła Ida. 

Ale  ta  lub  inna  chwila  między  momentem,  kiedy  wymknęła  się  wieczorem  z 

dziecinnego  pokoju,  zostawiając  uchylone  drzwi,  i  przeszła  do  swojego  po  drugiej  stronie 

korytarza, a tym, kiedy weszła tu nad ranem, była dla malutkiej Raiji ostatnią. 

Nigdy się nie dowie, która. 

Ida  wzięła  Mikkala  i  uczyniła  krok  w  pustkę.  Musiała  obejrzeć  się  za  siebie,  kiedy 

wychodziła z pokoju. Czuła, jak serce jej wypełnia jednocześnie ból i miłość, rozsadzając jej 

piersi. 

Raija była takim ślicznym dzieckiem! 

Ida zamknęła drzwi. Wszystko w niej krzyczało, bo zostawiła Raiję samą. 

Ale musiała rozpalić w piecu. 

Mikkal musi dostać jeść. 

Trzeba zająć się Emilem... 

A wszystko wydawało się nieskończoną pustką. Większą, niż jakakolwiek, na której 

skraju do tej pory się znalazła. I tylko ból w tej nieopisanej pustce, w tej nierzeczywistości. 

Mikkal się nie odzywał. Dobry, grzeczny chłopczyk! Ida pocałowała go, przemawiała 

łagodnie, ale ból niczym cierń tkwił również w jej głosie. 

Mikkal się nie śmiał. 

background image

Podejrzewał,  że  coś  się  stało,  bo  Raija  nie  wstała.  Została  sama  w  łóżku  nakryta 

kocem pod brodę. 

- Jaija chola - rzekł, rozumując na swój dziecinny sposób. 

- Raija śpi - usłyszała Ida własny głos. Dla Mikkala śmierć to tylko słowo. - Raija śpi, 

długo, długo, długo... 

Chłopczyk nie spuszczał z matki swych ciemnych oczu. 

- Jest jej dobrze - dodała. W każdym razie musiała starać się w to wierzyć. 

W przeciwnym razie straciłaby już całą nadzieję na wyjście z pustki. 

Czy przyszła do ciebie, Ailo? przebiegło jej przez myśl. Mikkal trzymał się matki. Stał 

wiernie obok niej, kiedy usiłowała wzniecić pierwsze iskry między pasami brzozowej kory. 

Musiała rozpalić w piecu. Musiała ogrzać dom. 

Dzięki Bogu, że tak wiele musiała zrobić! 

Czy jedno z naszych dzieci jest z tobą, Ailo? Dlaczego czuję tak bezgraniczną pustkę, 

skoro ona poszła do ciebie? To nie powinno mi sprawiać takiego bólu. Przecież będzie kogoś 

miała przy sobie. Kogoś, kto kocha ją tak samo mocno jak ja. 

Raija jest twoim dzieckiem, Ailo. Naszym. Czy jesteś tam, żeby się nią zająć? 

Wszystko zdawało się pustką. 

Ogień lizał drewno. Mikkal chodził za Idą krok w krok, uczepiwszy się fałd spódnicy. 

Zwykle ją to irytowało. 

Ale  dzisiejszy  dzień  nie  jest  zwykły.  Jest  krzyczącą  pustką.  Znosiła  wszystko, 

ponieważ poruszała się w próżni. 

Emil  zmrużył  oczy,  kiedy  ją  zobaczył.  Rozsunęła  zasłony.  Jej  ręce  wykonywały  te 

same czynności jak co dzień każdego ranka. W tej samej kolejności. W tym samym tempie. 

W ten sam sposób. 

- Czy stało się coś złego? - spytał. 

Ida  zatrzymała  się.  Popatrzyła  na  niego  jakby  pytająco.  Złego?  Słowo  to  przeszyło 

warstwę puszystej waty, która ją spowijała. 

Złego? 

- Mała Raija nie żyje - odparła. Wzięła do ręki ubranie Emila. Chciała mu pomóc się 

ubrać. 

Emil  zdrową  ręką  złapał  mocno  nadgarstek  Idy.  Niemal  zmusił  ją,  by  usiadła  na 

brzegu łóżka. 

- Popatrz na mnie, Ida! 

background image

Usłuchała.  Popatrzyła  jak  na  szkło,  na  wskroś  niego.  Unosiła  się  w  próżni,  chociaż 

usiłował się tam wedrzeć. Nikt nie zdołałby tego dokonać. Próżnia była jej. Tylko jej... 

- Nie żyje? - spytał. Ida skinęła głową. 

- Nie żyje. Śpi. Jest taka ładna. Ale nie żyje. Zwolnił uścisk. Widać dostrzegł na ręku 

Idy sine plamy. Nie mógł wejść po schodach, żeby sprawdzić to, o czym mu powiedziała. Nie 

mógł nawet wyjść z łóżka na własnych nogach. 

Nigdy nie czuł się do tego stopnia bezsilny! 

- Przecież nawet nie była chora! 

Ida  tylko  potrząsnęła  głową.  Nie  znajdowała  żadnego  wytłumaczenia.  Absolutnie 

ż

adnego. Dziecko, które ledwie zaczęło żyć, nie powinno tak odchodzić. Nie powinno się go 

pozbawiać pełni życia. 

- Ubierz mnie! - zażądał Emil. Musiał przybrać surowy ton głosu, ponieważ wydawało 

się, że Ida inaczej nie dosłyszy. Pomogła mu. Podparła go, by mógł dotrzeć do kuchni. Robiła 

wszystko jak co dzień każdego dnia. 

Emil zagryzł zęby. Stanął na zdrowej nodze, zdrową ręką oparł się o blat stołu. Udało 

mu  się  pochwycić  wzrok  Idy,  ale  nie  wiedział,  czy  uda  mu  się  odsunąć  tę  woalkę,  którą 

spuściła przed oczami, woalkę ukrywającą cierpienie. 

- Musisz zaprzęgnąć konia do sań, Ida. Przyprowadzić przed dom. 

Nieobecnym wzrokiem spojrzała na Emila. Ale nie zadawała pytań. 

- Reijo musi tu przyjechać - dodał. - Mogę usiąść w saniach. Tyle przynajmniej mogę. 

Mogę poprowadzić konia jedną ręką. Na cypel wiedzie prosta droga. 

Ida  nie  protestowała.  Gdyby  nie  odrętwienie,  które  ją  ogarnęło,  miałaby  wiele 

zastrzeżeń.  Teraz  posłusznie  robiła  to,  o  co  ją  prosił.  Ale  ponieważ  nie  zdążył  jej  zawołać, 

zanim wyszła, nie włożyła na siebie nic cieplejszego. Wydawało się, że nie czuła zimna. 

Wróciła  bez  słowa.  Przyniosła  dwie  derki,  wyszła  z  nimi.  Potem  pomogła  Emilowi 

założyć  ciepłe  buty.  Otuliła  go  grubym  futrem  Sedolfa.  Naciągnęła  mu  na  głowę  Sedolfa 

czapkę, a na ręce Sedolfa rękawiczki. 

Emil  czuł,  że  taka  wyprawa  nie  pomoże  mu  szybciej  wrócić  do  zdrowia.  Ale  miał 

wobec Idy dług do spłacenia. 

Wyprowadziła  go  i  pomogła  zejść  ze  schodów.  Poczuł,  że  wstępuje  w  niego  życie. 

Powietrze  poranka  na  twarzy  było  jak  pocałunek.  Emil  nie  pamiętał  już,  jak  to  cudownie 

wciągnąć w płuca świeże powietrze. Ale też dawno nie miał ku temu okazji. 

Wyglądał  blado,  kiedy  wreszcie  znalazł  się  w  saniach,  lecz  czuł,  że  znów  jest 

mężczyzną. 

background image

- Wejdź do domu! - poprosił. Wiedział, że niepotrzebnie. Ida ubrała Mikkala i razem z 

nim poszła do obory. 

Emil  uzmysłowił  sobie,  że  musi  sprowadzić  tu  Reijo,  zanim  Ida  odzyska  poczucie 

rzeczywistości i zrozumie! 

Usiadł między skórami, czekało go wielkie zadanie. 

Dlaczego właśnie ona? spytał, kierując się ku siłom potężniejszym od niego. 

Dlaczego to musiało spotkać Idę? 

Jednak nie uzyskał odpowiedzi. 

background image

12 

Rzadko się zdarzało, by Reijo rozumiał tak niewiele jak w chwili, kiedy Emil pojawił 

się w saniach na podwórzu przed chatą na cyplu. Koń ociekał potem, a sam Emil był bardzo 

blady i z trudem łapał oddech. Ale nie tracił czasu i nie czekał, aż mu pomogą wysiąść. 

Reijo  zrozumiał  ten  pośpiech,  kiedy  Emil  wyjaśnił  mu  powód  swej  wizyty. 

Wiadomość  zmroziła  serce  Reijo.  Helena  usiadła  w  saniach  obok  Emila,  pomogła  mu 

powozić. Razem pojechali do Idy. Reijo pognał konno. 

Ida  krzątała  się  w  oborze.  To  tam  Reijo  ją  znalazł.  Chłopczyk  bawił  się  na  kupce 

siana, a ona dawała zwierzętom jeść. Lampa wisiała na haku u belki. Rzucała wystarczająco 

dużo światła, by Reijo dostrzegł, jak bardzo Ida pobladła. 

Podszedł do córki i objął ją. Przytulił tak, jak w czasach, gdy była mała. Przytulił tak, 

jak  ją  przytulał  i  koił  rozdzierający  serce  płacz,  kiedy  była  niewiele  starsza  od  Mikkala. 

Przytulił ją, ponieważ była jego dzieckiem. I nic na świecie nie mogło tego zmienić. 

Przytulił ją, ponieważ ją rozumiał. 

-  Ona  nie  żyje  -  odezwała  się  Ida.  Choć  głos  miała  nie  zmieniony,  brzmiał  dziwnie 

obco. - Nawet nie była chora... 

To absurdalne. Ale się stało. Reijo wypuścił  Idę  z objęć. Podniósł do góry  Mikkala, 

czuł, że teraz to dziecko będzie dla nich cenniejsze niż cokolwiek innego. 

Ida  zagryzła  dolną  wargę.  Ojciec  przyjrzał  się  jej  twarzy  i  zobaczył,  że  nie  płakała. 

Zobaczył, że płacz zastygł gdzieś w środku. Ujrzał przerażający spokój. 

O Boże, jakże ona przypomina Raiję! 

Reijo położył rękę na ramieniu córki. Poczuł, że noga, którą złamał przed laty, dawała 

o sobie znać, gdy stał zbyt długo. 

- Chodźmy do domu, Ida. 

Uczyniła to, o co ją prosił. Wydawało się, że jest zadowolona, że nie musi myśleć, że 

nie musi sama podejmować decyzji. 

Ale Reijo widział, że się zmaga, że wszystko w niej jest walką. Straciła dziecko. W 

absurdalny sposób, nagle i niespodziewanie. 

Oczywiście wszystko w niej nie chciało się z tym pogodzić. Mogłaby skinąć głową i 

przyznać, że o tym wie. Mogłaby o tym mówić, ale mury w niej broniły dostępu do prawdy. 

Reijo wiedział o tym. Wiele wiedział o smutku. 

Najpierw pojawia się pustka. 

background image

Następnie ból, by ugodzić niczym nóż. 

Potem trzeba przez to przejść. Na drugą stronę.  Wrócić do życia. A życie nigdy nie 

będzie  już  takie  jak  kiedyś.  Nie  można  niczego  cofnąć.  Nie  można  przywrócić  ludzkiego 

istnienia. 

Stracili maleńką Raiję. 

Odtąd życie będzie się toczyć bez niej. 

To przekraczało możliwości zrozumienia - nawet dla niego, który stał trochę bardziej 

z  boku  niż  Ida.  Nawet  dla  niego,  który  żyje  dłużej  niż  ona  i  już  wcześniej  zaznał  sporo 

cierpienia i trosk, poznał ich różne oblicza. 

Ś

wiadomość tego, co się stało, sprawiała tyle bólu, że nie sposób go ukoić słowami. 

Dlatego  nie  mógł  powiedzieć  córce,  że  to,  co  teraz  czuje,  kiedyś  minie.  Nie  mógł  jej 

powiedzieć, że życie toczy się dalej. I tak by mu nie uwierzyła. 

To nie byłaby nawet pociecha. 

Musi  to  sama  przeżyć.  Musi  sama  przez  to  przejść.  Przez  wszystkie  sale.  Nic  nie 

pomoże,  że  będzie  jej  wskazywał  właściwe  drzwi.  Ida  sama  musi  je  znaleźć.  Dopiero  po 

przejściu tego domu, który Reijo nazywał smutkiem, ból i tęsknota, i troska staną się częścią 

jej samej. 

Nie  chodzi  o  to,  żeby  się  od  nich  uwolnić,  lecz  o  to,  by  się  nauczyć  z  nimi  żyć. 

Uczynić z nich również coś wartościowego. 

Takich słów nie mówi się matce, która właśnie straciła dziecko. 

Emil wyglądał, jakby wyszedł z sauny. Lał się z niego zimny pot. Nawet kiedy Helena 

pomogła  mu  zdjąć  kurtkę,  najprawdziwszy  dork,  nadal  się  pocił.  Widać  ta  podróż  mu  nie 

posłużyła. 

-  Chyba  ciągle  bardzo  ją  lubisz  -  stwierdziła  Helena  na  swój  łagodny  sposób.  - 

Dokonałeś czegoś naprawdę niezwykłego... 

Skrzywił  się,  próbując  się  uśmiechnąć.  Nie  chciał,  by  ułożono  go  w  bocznej  izbie. 

Helena pomogła mu usiąść na kuchennej ławie. 

- To nic takiego - odparł. - Ida potrzebuje teraz opieki najbliższych. 

Wszedł Reijo, trzymając na jednej ręce chłopczyka, a drugą obejmując Idę. 

- Powinieneś się przebrać - rzuciła Ida w stronę Emila. 

Widocznie  nie  zauważyła  nawet  obecności  Heleny.  Ostrzegawcze  spojrzenie  Reijo 

powstrzymało Helenę przed objęciem Idy, co właśnie zamierzała zrobić. 

- Jeszcze chwilę - odpowiedział Emil. - Pozwól mi najpierw złapać oddech. 

- Czy macie w domu spirytus? - spytał Reijo. Ida wzruszyła ramionami. 

background image

- Sedolf na pewno coś tam ma. Nie wiem gdzie. Jeśli cokolwiek zostało po ostatniej 

popijawie... 

Zdjęła  wierzchnie  okrycie  z  Mikkala.  Zabrzęczała  garnkami.  Wyjęła  kaszę,  wodę  i 

mąkę. 

- Jeszcze biedak nic nie jadł - wyjaśniła. Reijo pozwolił, by postawiła garnek na piecu. 

Potem  chwycił  ją  za  ręce.  Były  lodowate.  Nie  pamiętał,  czy  założyła  rękawiczki,  kiedy 

wychodziła z obory. Prawdopodobnie nie. Chyba w ogóle nie myślała teraz o sobie. 

- Helena przypilnuje kaszki - rzekł. - Pokaż mi Raiję, Ida! 

Ich spojrzenia na długo się spotkały. Ida walczyła z mgłą, która ją otaczała. Walczyła 

z cieniami, które przede wszystkim przed nią chciały ukryć prawdę. Chociaż ona wiedziała. 

Wiedziała, że maleńka Raija nie śpi po prostu spokojnie na poddaszu. 

Skinęła  głową.  Pozwoliła  ojcu,  by  wziął  ją  za  rękę,  kiedy  szli  na  górę  po  schodach, 

otworzyła przed nim drzwi. Nie puściła jego dłoni. Musiała czuć, że jest tuż obok. Że nie jest 

sama. 

W pokoju dziecinnym panował półmrok. Ida nie odsunęła zasłon. Cienie były ciemne i 

miękkie. 

Maleńkie  otwarte  usta.  Nigdy  już  nie  wydobędą  się  z  nich  słowa.  Już  nigdy  nie 

usłyszy, jak ten cienki głos mówi „mama”. 

Już nigdy nie osuszy łez na tych okrągłych policzkach. Nigdy nie będzie rozczesywać 

niesfornych czarnych włosków. 

Reijo puścił rękę córki. Przykucnął przed łóżkiem. 

Również on z trudem powstrzymywał się od płaczu. Kilka łez stoczyło się cicho po 

jego policzkach. Palcem wskazującym ostrożnie pogładził twarz dziecka. Zatrzymał dłoń na 

chwilę  ponad  otwartymi  ustami.  Nie  wyczuł  oddechu.  Wiedział,  że  nie  może  się  tego 

spodziewać, ale musiał sprawdzić, żeby samemu się z tym pogodzić. 

Dziewczynka nie wyglądała na martwą. Wydawało się, że śpi. Tak jakby już zawsze 

miała spać. 

- Nie mogła cierpieć - odezwał się cicho. - Wygląda tak spokojnie. Po prostu się stało. 

-  Mikkal  by  się  obudził,  gdyby  cierpiała  -  wykrztusiła  Ida.  -  Słyszałabym. 

Przyszłabym tu... 

Reijo wstał. Przytulił córkę. Sam tego potrzebował. 

- To by niczego nie zmieniło, moja Iduniu. Nie udusiła się pierzyną. Nie walczyła. Po 

prostu zasnęła głębokim snem. Patrik uratował ją od śmierci. Być może nie zawsze trzeba tak 

czynić. Może nie miała żyć dłużej, a tylko zalśnić na krótką chwilę niczym promyk słońca. 

background image

Nie widzimy w tym żadnego sensu, kochana Ido, ale musi jakiś istnieć. Musisz wierzyć, że 

jest  jej  dobrze  tam,  gdzie  teraz  przebywa.  Była  małym  aniołkiem.  Teraz  stała  się  może 

prawdziwym... 

-  Całkiem  poważnie  tak  myślisz,  tato?  -  spytała  Ida.  Popatrzyła  na  niego  z 

niedowierzaniem. Przyglądała się ojcu badawczo, jak zwykła to robić jako mała dziewczynka, 

ż

eby się przekonać, czy nie żartuje, czy naprawdę myśli to, co mówi. - Wierzysz w to? 

Reijo nigdy nie był w stanie kłamać tym oczom. Nie lubił okłamywać najbliższych. 

- Nie wiem - odparł, ciężko wzdychając. - Nic nie wiem, Ida. Wiem tyle, co i ty. Ale 

istnieją takie marzenia, które sprawiają, że wszystko staje się łatwiejsze do zniesienia. Trochę 

piękniejsze. Później, kiedy nabiera się dystansu, można z nich zrezygnować. Ale teraz wiara 

może zmniejszyć cierpienie, uśmierzyć... 

- Nie próbuję udawać przed sobą, że Raija nie umarła... 

Ida uklęknęła przy łóżku. Wzięła w palce jedną z malutkich dłoni - była zaciśnięta, ale 

Ida  wiedziała,  że  nie  musi  to  oznaczać  walki.  Raija  często  zamykała  w  ten  sposób  dłonie, 

kiedy spała. 

- Wiem dobrze, że nie żyje, tato. Wiem to całą sobą. Ale nie mogę płakać. Nie mogę 

uronić  ani  jednej  łzy.  Czuję  tylko  pustkę.  Ból.  Wiem,  że  Raija  nie  roześmieje  się  do  mnie 

jutro rano. Nigdy nie usłyszę, jak tupie nóżkami po podłodze. Nie podskoczy, tak jak tylko 

ona potrafiła. A mimo to czekam, aż usłyszę znajome dźwięki, i będę wiedziała, że to ona. 

Traktowałam oboje jak jedno. Wydaje mi się, jakby była tam teraz na dole i czekała na swą 

kaszkę. Chociaż widzę ją tutaj. Chociaż wiem, że nie żyje... 

-  Smutek  ma  wiele  twarzy  -  odezwał  się  Reijo.  -  Żadna  z  nich  nie  jest  bardziej 

prawdziwa od drugiej... 

Ida  pozostawiła  te  słowa  bez  odpowiedzi.  Brzmiały  przekonująco,  ale  ona  nie  czuła 

smutku. Jedynie pustkę. I nie była w stanie o niej mówić. Nie była w stanie powiedzieć o tym 

ojcu. Może pomyśleć, że jest chora... 

- Ona nie może tak leżeć - zauważył Reijo. - Wiesz o tym? 

Ida  przytaknęła.  Wiedziała.  Ale  nic  przy  tym  nie  czuła.  Nie  wyobrażała  sobie,  co 

będzie, jeśli mała tu zostanie. 

- Trzeba ją umyć. Przebrać. Zrobię jej ładną trumnę... 

Ostatnie słowo Reijo wymówił tak ostrożnie, jak potrafił. Ale Ida nawet nie drgnęła. 

Jej twarz przez cały czas była blada i nieporuszona. Tak jakby odrętwiała i nie mogła wyrażać 

uczuć. Albo się na nie zamknęła. 

background image

- Ona nie może leżeć  w domu,  Ida...  Ida znowu przytaknęła, tym razem powoli. Na 

krótko zamknęła oczy, ale to niczego nie zmieniło. Znajdowała się pośrodku wydarzeń. I poza 

nimi. 

-  Popłynę  na  drugą  stronę  fiordu,  musimy  ją  pochować,  Ida.  Ziemia  nie  jest  już  tak 

twarda i powinno się udać wykopać grób. Nie potrzeba wielkiego dołu. W razie czego sam go 

wykopię... 

- Będzie taka samotna - odezwała się Idą cicho. - Taka samotna, tato! 

- Ona nie żyje, Ida! 

Ida skinęła głową. Popatrzyła na to dziecko, które nadal kochała. Kochała aż do bólu 

Dziewczynka miała w sobie tak wiele z Ailo, z jego rysów twarzy. Z twarzy Mikkala, mówił 

tato. Ale także Ailo. Ze była wiernym odbiciem Mikkala, ojca Ailo. Ale ona zawsze widziała 

w córce Ailo. I być może dlatego jeszcze bardziej ją za to kochała. Może darzyła ją odrobinę 

większym  uczuciem  niż  synka.  Chociaż...  miłości  nie  można  mierzyć.  Małego  też  przecież 

kochała. Całym sercem. Mogłaby dla niego oddać życie, tak zresztą jak i dla malutkiej Raiji... 

Raija nie żyje... 

- Umyję ją - powiedziała. Czuła, że jest silna mimo bólu. - Umyję ją i ubiorę. Zrób jej 

trumnę, tato. Ale postaraj się, żeby była piękna. Raija powinna mieć piękne łóżeczko... 

- Trumnę - rzekł Reijo. - Ona nie śpi. Umarła. Ida pokiwała głową. 

- Jest taka śliczna, tato. Jest taka śliczna, mały aniołek. A może przebywa w krainie 

Saivo razem z Ailo... 

Reijo wyprowadził Idę z pokoju. 

- Czy jesteś pewna, że powinnaś to zrobić całkiem sama? - spytał ostrożnie. Nie miał 

odwagi wyznać, jak bardzo się o nią martwi. - Helena może ci pomóc... 

- To moje dziecko, tato. Tylko moje. To ja powinnam się tym zająć. Jestem jej matką. 

Reijo nie czuł się najlepiej. 

Ida była tak okrutnie samotna za każdym razem, kiedy grunt usuwał się jej spod nóg. 

Sama musiała się zmagać z trudnościami. 

Sedolfa i teraz przy niej nie było. Ale to nie jego wina. Nikt nie mógł przewidzieć, że 

tak  się  stanie.  To  niesprawiedliwe,  ale  smutek  i  radość  nie  zostały  widocznie  dokładnie 

rozdzielone, by móc je potem racjonować z jak największą sprawiedliwością. 

Ż

ycie nie jest takie. 

Udało się namówić Idę, żeby coś zjadła. Sama o tym zapomniała. To nie takie ważne. 

W próżni nie trzeba pożywienia. 

background image

Następnie Ida nagrzała wody i zaniosła ją na poddasze. Usłyszeli, jak przekręca klucz 

w drzwiach dziecinnego pokoju. 

-  Nie  jest  z  tych,  które  rozpaczają  i  płaczą  -  rzekł  ciężko  Reijo.  -  Wtedy  byłoby  jej 

chyba łatwiej. 

-  Wydaje  się  taka  samotna!  -  westchnęła  Helena  zrezygnowana.  -  Chciałabym  jej 

powiedzieć, że mogę to dzielić razem z nią, ale brak mi odwagi. Nie jestem w stanie wydobyć 

słowa, kiedy ją widzę. Trudno mi się do niej zbliżyć... jakby wyrosły jej kolce... 

- Jest silna - stwierdził Emil zamyślony. - Nie sądziłem, że tak to przyjmie... w taki 

sposób.  Myślałem,  że  będzie  krzyczeć.  Wyrzuci  z  siebie  ból  wraz  ze  złością.  Albo  jakoś 

inaczej. Zawsze taka była: bezpośrednia, wybuchowa, niepohamowana... 

- Ida bardzo silnie wszystko odczuwa - rzekł cicho Reijo. - Śmierć małej Raiji to dla 

niej zbyt wiele. Jej reakcja to obrona, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach. Ida należy do 

tych, którzy długo noszą wszystko w sobie. Zarówno szczęście, jak i smutek. Przeżywa całą 

duszą... 

Reijo pomyślał o swojej Raiji. Tak wiele przechodzi dalej z rodziców na dziecko. Tak 

wiele dziedziczy się po przodkach... 

W całym ciele odczuwał niepokój. Musiał wyjść. Trzeba zrobić trumnę. 

Łóżko... 

Zastanawiał się, jaką ta mała byłaby kobietą. Jakie cechy ludzi, których znał i kochał, 

przekazałaby dalej. 

Zostało  tylko  jedno.  Tylko  jedno  może  przekazać  dziedzictwo  po  tych  dwojgu  -  po 

Raiji i Mikkalu. Tylko mały Mikkal. 

Reijo się nie śpieszył. Nie czuł zimna w komórce, dopóki się czymś zajmował. Bardzo 

się starał. Znano go z tego, że miał zręczne ręce, w każdym razie do stolarki. 

Jego  wnuczka  nie  może  spocząć  w  ziemi  w  prostej,  naprędce  skleconej  trumnie. 

Targało nim wiele z tych uczuć, z którymi zmagała się Ida. Trochę więc pewnie odziedziczyła 

po nim. 

Dokładnie mierzył. Oheblował deski. Starannie wygładził. 

Jaka  maleńka  trumna.  Jak  skrzynka  do  przechowywania  lnianego  płótna. 

Odpowiednio  ku  temu  ładna.  Wystarczająco  ładna,  że  gdyby  wystawić  ją  na  pokaz,  nie 

przyniosłaby wstydu stolarzowi. 

Kiedy uznał, że skończył, musiał przesunąć dłonią po bokach i wieku. 

Nawet wewnątrz nie znalazł drzazg. Drzazgi nie mogą wbijać się w ciało dziecka..'. 

O Boże, co za myśli! Spocznie tu martwe ciało! 

background image

Jednak troska, jaką otaczał małą Raiję, wcale nie stała się mniejsza, mimo że sobie to 

uświadomił... 

Opanował się. Wyszedł z komórki, zabierając ze sobą trumnę. Jednak zostawił ją na 

schodach, nie chciał, żeby kłuła Idę w oczy. 

Na twarzy Heleny wyraźnie malowało się zmartwienie. 

- Nadal jest tam na górze - szepnęła. - Nie odpowiedziała mi nawet, kiedy zapukałam. 

Słyszałam ją, ale mi nie odpowiedziała! 

Reijo  pocałował  żonę  w  czoło,  pogładził  szybko  i  czule  po  włosach.  To  dla  Heleny 

nowe doświadczenie. Wymagało wiedzy o ludziach, której nie posiadała. 

Kiedy stanął za zamkniętymi na klucz drzwiami do dziecinnego pokoju, pomyślał, że 

to dobrze, iż Raija nie musi przez to przechodzić. Istnieje zatem w tym wszystkim jakiś sens. 

Niezależnie od tego, czego doświadczyła, tego jej los oszczędził. 

Jej dziecko. Jej córka. I zmartwienie większe, niż można pojąć. 

-  Ida  -  odezwał  się  cicho.  Nie  zapukał.  Nawet  nie  próbował  nacisnąć  klamki.  -  Już 

skończyłem. A ty? 

Cisza  zdawała  się  niemal  namacalna  niczym  ściana.  Bardziej  nieprzenikniona  niż 

zamknięte drzwi. 

- Zrobiłem dla niej ładną trumnę. Najładniejszą, jaką umiałem. Czy może już w niej 

spocząć? 

- Przynieś ją! - rozległ się głos Idy, ostrzejszy niż kiedykolwiek. 

Reijo zszedł na dół i napotkał pytające twarze. Pachniało rybą. A więc Helena zrobiła 

coś do jedzenia. Musieli się starać, by dzień nie różnił się zbytnio od innych. Ze względu na 

Mikkala,  który  na  pewno  rozumiał,  że  coś  się  stało.  Który  pewnie  rozumiał,  że  ma  to  coś 

wspólnego  z  siostrą.  Ale  któremu  zostało  oszczędzone  zachowanie  tego  w  pamięci,  kiedy 

będzie dorastał. 

Malutka Raija będzie dla niego tylko imieniem. Być może odległym wspomnieniem, 

gdzieś na dnie serca... 

Trumna  wydawała  się  ciężka.  Nie  dlatego,  żeby  sporo  ważyła.  Była  lekka.  Ale 

przypominała o ostateczności. 

Ida otworzyła. Drzwi były otwarte na oścież, kiedy Reijo dotarł na górę. Siedziała na 

brzegu łóżka. Zapaliła lampę. Miska z wodą stała na niskiej komodzie pod oknem. Rozsunięte 

zasłony wpuszczały ostatnie światło dnia. 

Na  kołdrze  leżała  mała  Raija.  Ponieważ  w  pokoju  panował  półmrok,  Reijo  doznał 

wrażenia,  że  dziewczynka  nadal  żyje.  Gdyby  przyjrzał  się  dokładniej,  zobaczyłby,  że 

background image

twarzyczka zastygła i jest martwa. Ale z pewnej odległości, spowita miękkim cieniem, ma-

lutka Raija wyglądała na śpiącą. 

Ida ubrała ją w aksamitną sukienkę, uszytą przez Helenę. Niebieską jak nocne niebo, 

lśniącą i żywą. Uzgodniły, że Helena przyszyje biały kołnierzyk i białą taśmę jako pasek w 

talii. Ida zrobiła do tego pończoszki z najcieńszej białej wełny, żeby pasowały. 

To przesada, uważali wszyscy, którzy to widzieli. Kto to słyszał, żeby wydawać tyle 

pieniędzy na niemowlę? Ubierać je jak dorosłą! 

Ale Ida tak chciała. A Helena cieszyła się na czekającą ją pracę. Uszyła też podobne 

ubranko dla Mikkala. Bez paska, z nieco innym kołnierzykiem. Tak żeby strój chłopca trochę 

się różnił. 

Maluchy  wyglądały  w  tych  ubrankach  jak  pańskie  dzieci.  Reijo  nie znajdował  na  to 

innych  słów.  Helena  potwierdziła  jego  zdanie.  Uszyła  stroje  nie  tylko  z  wyobraźni, 

przypomniała sobie fasony z czasów, kiedy uczyła się kroju w rodzinnym domu. 

Teraz Ida ubrała córkę w tę sukienkę. Założyła cienkie pończoszki. Ładnie uczesała jej 

włosy. Zawiązała na główce białą, lśniącą wstążeczkę. 

Reijo zobaczył, że na ciemnoniebieskim tle sukienki coś błyszczy niczym prawdziwa 

gwiazda. 

Kiedy się pochylił, ujrzał klejnot Idy. Najdroższy, jaki posiadała. Złotego ptaszka od 

Ailo. 

- Nie ma sensu grzebać z dzieckiem kosztowności - zauważył ostrożnie. 

- Ailo był jej ojcem - odparła Ida stanowczo. - Na pewno coś by jej dał, ale nie miał ku 

temu  możliwości.  Znam  ptaki,  rzeźbione  przez  Ailo.  Dla  mnie  są  równie  piękne  we 

wspomnieniach. Malutka Raija będzie taka samotna. Powinna mieć przynajmniej tego ptaszka 

od  Ailo.  Dla  ochrony.  To  również  jej  spadek.  Mimo  że  być  może  nie  będzie  jej  tam  zbyt 

potrzebny... 

Ida urwała. Spojrzała na ojca. 

-  Chcę,  żeby  go  miała  -  dokończyła  zdecydowanie.  Reijo  wiedział,  że  nie  powinien 

próbować podważać jej decyzji. 

-  To  piękna  myśl  -  rzekł  cicho.  Podniósł  trumnę,  pokazał  Idzie,  zobaczył,  jak  się 

skuliła.  Ale  przesunęła  ręką  po  deskach,  tak  jak  przed  chwilą  sam  uczynił.  Potem  skinęła 

głową. 

-  Jest  dobra  -  powiedziała.  Wyłożyła  trumnę  prześcieradłem.  Ułożyła  je  tak  ładnie, 

jakby  ścieliła  łóżko  dla  księżniczki.  Zadbała  o  lekkie  podwyższenie  pod  głową.  Brzegi  po 

bokach podciągnęła do góry, jakby mościła gniazdo. 

background image

Następnie podniosła dziecko. Uczyniła to z takim nabożeństwem, jakby wykonywała 

ś

więty rytuał. Opadła na kolana z małą na rękach. Ułożyła ją ostrożnie na posłaniu, które dla 

niej  przygotowała  z  wielką  starannością  i  miłością.  Rozłożyła  nad  nią  lnianą  poszewkę  z 

haftem na jednej stronie, tak by haft znalazł się na górze. Wstała ze złożonymi rękami. 

-  Nie  zniosę  tego,  jeśli  ktoś  zechce  podwiązać  jej  brodę  -  rzekła.  Słowa  brzmiały 

niewyraźnie.  -  I  żadnych  monet,  tato.  Żadnych  monet  na  oczy.  To  takie  obrzydliwe.  Moja 

Raija nie wróci do świata żywych, by kogokolwiek tu prześladować. Moja Raija nie uosabiała 

niczego, co by było złe... 

Reijo  zgadzał  się  z  córką.  Nawet  on  nie  zdobył  się  na  postąpienie  zgodnie  ze 

zwyczajem. 

Uznał, że nie jest to konieczne. Dziewczynka była za mała, żeby szerzyć zło za życia - 

po śmierci nie miała go w sobie ani trochę więcej. 

Nikt nie musi się jej obawiać. Poza tym Reijo uważał, że zmarłych w ogóle nie należy 

się bać. 

-  Możesz  ją  już  znieść  na  dół  -  odezwała  się  Ida.  -  Niech  ją  zobaczą,  jeśli  chcą.  Ja 

wezmę wieko. 

Zeszli  do  kuchni.  Reijo  postawił  otwartą  trumnę  na  ławie  w  świetle  lampy, 

roztaczającej blask ponad ślicznym snem dziewczynki. 

Helena płakała. 

Emil  podźwignął  się  po  drugiej  stronie  stołu.  Uczynił  to  z  wysiłkiem,  oparł  się  o 

krawędź blatu. Jego twarz była poważna, ściągnięta. 

Ida wzięła na ręce Mikkala. Był zmęczony i zagubiony. Małymi rączkami objął matkę 

za  szyję.  Przez  cały  dzień  musiał  trzymać  się  od  niej  z  dala.  Nic  nie  pomogło,  że  Helena 

poświęciła  mu  bez  reszty  całą  swą  uwagę.  Nikt  nie  był  taki  jak  mama.  Ale  i  ona,  i  siostra 

gdzieś zniknęły. I zrobiło się tak strasznie cicho. Wszystko wydawało się dziwne. 

Ida  stała  nad  otwartą  trumną  ze  swym  drugim  dzieckiem  na  ręku.  Przyjemnie  było 

czuć jego ciepło. Jego ciężar. Jego oddech na swym policzku. Ciepły, żywy oddech na skórze. 

Słyszała jego serce. Czuła, jak bije. Kochała go, kochała aż do bólu. 

- Jaija? - spytał. Niepewnie. - W ksynce... 

Ida skinęła głową. Musiała pogłaskać synka po włosach. Musiała ucałować jego skroń 

w miejscu, gdzie bił puls, który mówił o tym, że żyje. 

-  Raija  będzie  tu  spać  -  wyjaśniła.  -  Zasnęła  tak  głęboko,  że  poszła  do  Saivo.  Tam 

wszystko jest dobre. Tam wszystko jest piękne, mój synku. Poszła do swojego taty. I twojego 

background image

też. On czuł się tam bardzo samotny, ale teraz ma przy sobie Raiję. Ty jesteś ze mną, moje 

dziecko, a Raija z nim. 

Chłopczyk popatrzył na matkę szeroko otwartymi oczyma. Tak jakby chciał odczytać 

prawdę w jej twarzy. Sprawdzić, czy nie kłamie. 

-  Tam  jest  bardzo,  bardzo  daleko  i  tylko  wtedy  można  tam  trafić,  kiedy  się  umiera. 

Tak jak to się stało z naszą Raiją. Ona nie może oddychać. Nie może rozmawiać ze mną ani z 

tobą. Nie może z tobą pobiegać. Ale może pójść do Saivo, gdzie zawsze jest zielono i ładnie, i 

gdzie zawsze jest lato. Tam jej tato może ją objąć i z nią rozmawiać, i patrzeć, jak biega... 

Głos  Idy  załamał  się.  Ukryła  twarz  we  włosach  Mikkala.  Na  swój  dziecięcy  sposób 

starał się ją pocieszyć. Gładził rączkami jej policzki, tak jak ona często dodawała mu otuchy. 

Uśmiechnął  się  do  niej,  spodziewając  się,  że  już  samo  to  ją  rozweseli.  Odezwał  się 

cienkim głosikiem: 

- Mama, nie płac! 

I wtedy Ida uśmiechnęła się dzielnie do niego. Czuła, że zaczyna wychodzić z próżni. 

- Zostaniemy tylko my, Mikkal - powiedziała. - Nigdy nie będzie już z nami Raiji. Ale 

będziemy o niej pamiętać, prawda? 

Skinął  główką.  Może  dlatego,  że  tego  od  niego  oczekiwano.  Nie  mógł  bowiem 

zrozumieć tej bajki, którą mu mama opowiedziała. Ale usłyszy ją jeszcze wiele razy. Nauczy 

się jej na pamięć - i jakby będzie w niej czuł obecność siostry. 

Po latach nie zdoła przywołać w pamięci twarzy Raiji, ale będzie ją widział w Saivo, 

jak biega na swych malutkich nóżkach, ponieważ mama ułożyła o niej tę historię. 

- Jaija ładna - powiedział. Dopiero wtedy Reijo zamknął wieko trumny. 

Reijo i Helena zostali na noc.  Następnego ranka Reijo postawił żagiel i  popłynął na 

drugą stronę fiordu. 

Ida posprzątała dziecinny pokój. 

Mikkal  spał  u  niej.  Czuwała  przy  nim  i  nasłuchiwała  jego  oddechów.  Nie  była  w 

stanie zasnąć. Kiedy zapadł w głęboki sen i jego oddechy stały się powolniejsze, usiadła na 

łóżku - musiała gryźć kostki dłoni, by nie krzyczeć w głos. Cały czas obawiała się, że przerwa 

między oddechami stanie się wiecznością. Czekała, że już nie nabierze powietrza... 

W  końcu  zasnęła  z  wyczerpania.  Śniły  jej  się  dzieci.  Ailo  i  Sedolf,  Maja  i  Knut,  i 

Elise.  Tato.  Matka,  której  nie  pamiętała.  Nawet  ojciec  Ailo,  Mikkal.  Nie  mogła  pamiętać 

twarzy Raiji i Mikkala, ale kiedy się obudziła, była pewna, że wie, jak wyglądali. 

background image

Reijo wrócił o zmroku. Za dwa tygodnie będą mogli pochować dziecko. Ida wysłała 

Reijo  i  Helenę  do  domu.  Przekonała  ich,  że  nie  będą  jej  potrzebni.  Dodała,  że  jeżeli 

zamieszka tu jeszcze jedna gospodyni, będą sobie tylko deptać po piętach. 

Zrobiła  duże  pranie.  Wyprała  pościel  dzieci,  w  której  spały  ostatniej  nocy  w  życiu 

małej Raiji. Nie była w stanie wyrzucić ani spalić bielizny. I nigdy nie uwierzy, że jej dziecko 

w  chwili  śmierci  splamiło  te  rzeczy.  Ida  nie  bala  się  śmierci.  Stopniowo  to  sobie 

uświadamiała. Najbardziej bała się utraty kogoś, kogo kochała. I być tym, kto zostaje. 

Pozwoliła  Mikkalowi  nadal  spać  w  części  łóżka  należącej  do  Sedolfa.  Chciała  mieć 

synka przy sobie. Musiała wiedzieć, że jest blisko. Musiała wiedzieć, że żyje. 

W orszaku żałobnym małej Raiji szło ich dwoje: Ida i Reijo. Był maj, ziemia odtajała, 

zrobiła się miękka i grząska na łokieć w głąb. Dalej też nie była na tyle zmarznięta, by nie 

można wykopać grobu wystarczająco głębokiego na tak niedużą trumnę. 

Przewieźli ją na drugi brzeg fiordu dziś rano. 

Pod niebieskim niebem. Pod słońcem, które robiło co mogło, by ich ogrzać. Chmury 

odpłynęły. Wiatr wiał umiarkowanie, pomógł obojgu przeprawić się przez fiord. 

Szli razem - Ida z ojcem. Oboje w czerni. Oboje o bladych twarzach i oczach, które 

dawno  nie  płakały.  Stanęli  blisko  obok  siebie,  dotykając  się  ramionami.  Bielały  kostki 

złożonych dłoni. 

Opuszczono  trumnę.  Rzucono  na  nią  ziemię.  Stali  tak  długo,  aż  całkiem  nie  została 

zakryta, aż nad grobem nie usypano wysokiej do kolan mogiły. 

Uścisnęli dłoń pastorowi. 

Potem Reijo objął Idę opiekuńczo. Chciał ją stąd zabrać. Nie pozostało im nic więcej. 

Już  po  wszystkim.  Mała  Raija  już  dawno  dotarła  na  miejsce.  Teraz  tylko  ciało  znalazło 

spoczynek. 

Wtedy  pastor  zatrzymał  ich  gestem  dłoni.  Wyjął  złożoną  podłużnie  kartkę  papieru, 

którą wsunął w ręce Idy. Zacisnął na niej jej palce. 

Zapieczętowany list. 

Ida dostrzegła urywki własnego nazwiska, nakreślonego pismem równie stanowczym 

jak jego autor. 

Oczy pastora wypełniało współczucie. 

-  Jest  mi  ogromnie  przykro  -  rzekł.  Nic  więcej.  -  Może  chwila  nie  jest  ku  temu 

odpowiednia, ale żywię nadzieję, że list przyniesie ci to, na co czekałaś, Ido córko Reijo. A 

jeśli nie pomoże... - przerwał. Ale dokończył, kiedy Ida podniosła na niego wzrok. - Jeśli się 

background image

okaże, że nie udało się rozwiązać tej sprawy, możesz się zwrócić do mnie. Uczynię wszystko, 

by ci pomóc. 

- Dziękuję - odparła Ida. Nie odmówiła. Wzięła ojca pod rękę i pociągnęła za sobą. 

- Co to za list? - spytał Reijo. 

- Może Sedolf będzie mógł bezpiecznie wrócić do domu - odpowiedziała. - Spotykają 

nas same troski... 

Pożeglowali przez fiord z wiatrem od morza. Nad ich głowami roztaczało się tak samo 

czyste niebo. 

Ida  schowała  list  na  piersi.  Nie  otworzyła  go.  Tego  dnia  nawet  on  wydawał  się 

nieistotny. 

background image

13 

Zrobiło się późno, kiedy Ida przełamała pieczęć i rozłożyła gruby, sztywny papier. 

Emil wodził za nią oczyma, nie spał. Niepokoił się o nią bardziej, niż ośmieliłby się 

przyznać  nawet  przed  Rei  jo.  W  pewnym  sensie  dziękował  losowi  za  ten  upadek  ze  skały. 

Gdyby  szczęśliwym  trafem  nie  złamał  ręki  i  nogi,  Ida  siedziałaby  teraz  w  domu  sama  z 

Mikkalem. 

To nie byłoby dla niej dobre. 

Oderwał od niej wzrok. Spojrzał przez okno. Kilka tygodni temu o tej porze panował 

mrok.  Teraz  przez  gałęzie  drzew,  które  zaczynały  się  zielenić,  przedzierało  się  przyjemne 

ś

wiatło. 

Gdyby  nie  ostatnia  wyprawa  saniami  na  cypel,  Emil  musiałby  już  może  myśleć  o 

rychłym powrocie do domu. Ale coś się stało z jego nogą. Porządnie spuchła. Minął ponad 

tydzień, zanim wróciła do normalnych rozmiarów. Jednak nadal bolała. 

Trudno, nie mógł przecież postąpić inaczej. 

Emil  zamknął  oczy.  Nie  był  w  stanie  patrzeć  na  Idę,  kiedy  czytała  list.  Nie  był  w 

stanie domyślać się, co oznacza wyraz jej twarzy, patrzeć, jak zareaguje. 

Nie wiedział, co myśleć o tym, że nieznajomy rzeczywiście jej odpisał. 

To by znaczyło, że w powietrzu drży coś o wiele więcej, niż Ida opowiedziała. 

Nie  wszystkie  kobiety  znad  północnych  fiordów  na  tak  długo  pozostają  w  pamięci 

ludzi posiadających władzę i uprawnienia. Nie wobec wszystkich dochowują obietnic. 

Ale Ida to Ida... 

List został tak sformułowany, jak się Ida spodziewała. Ani słowa o upojnych chwilach 

czy czerwonej jak wino zorzy polarnej. Ale dziewczyna odgadła, że o tym myślał, że i on tego 

nie zapomniał. 

Mógł bez trudu zbagatelizować jej prośbę. Mógł po prostu udać, że nie dostał jej listu. 

Przesyłki  tak  łatwo  ginęły  po  drodze.  Zwłaszcza  gdy  musiały  pokonać  odległość  taką,  jaką 

przebyła jej prośba. I jego odpowiedź. 

List był poprawny  w tonie. Autor aż do końca trzymał się określonych form. Pismo 

równe,  bez  zawijasów,  ale  mimo  to  ładne  i  porządne.  Trochę  szerokie,  może  jego  ręka  nie 

potrafiła pisać miękko i lekko... 

Ida przeczytała raz. Poznała słowa. Ale musiała zacząć od nowa. Przeczytać jeszcze 

raz. Dobrze zrozumieć. 

background image

„Ido  córko  Reijo,  nie  zapomniałem  o  Tobie.  Twój  list  tylko  ożywił  wspomnienia. 

Złożoną obietnicę także pamiętam. Nie składam ich tak wiele, bym mógł o nich zapomnieć. 

Już tego samego dnia, w którym otrzymałem Twoją prośbę, zwróciłem się do wójta w Twoich 

stronach.  Ośmielam  się  obiecać,  że  sprawa  przeciwko  Twojemu  mężowi,  Sedolfowi 

Bakkenowi,  zostanie  zamknięta.  Pochwalam  Twoją  pełną  oddania  wierność  małżonkowi. 

Taka  troskliwa  żona  przydałaby  się  każdemu  mężczyźnie.  Jeżeli  kiedykolwiek  w  życiu 

będziesz  jeszcze  potrzebowała  mojej  pomocy,  uczynię,  co  tylko  będę  mógł.  Z  mojej  strony 

obietnica jest ciągle aktualna. 

Jak  tylko  nadarzy  się  możliwość,  zwrócę  Wam  coś,  co  do  Was  należy.  Przesyłka 

wymaga  jednak  znalezienia  zaufanych  posłańców,  zatem  może  to  jeszcze  potrwać.  Przykro 

mi z powodu kłopotów, które na Was sprowadziłem, ale to było konieczne. Zrozumiesz, gdy 

tylko otrzymasz moją przesyłkę. Wyślę ją na Twoje nazwisko - ufam, że zadbasz, by trafiła 

we właściwe ręce. 

Pozdrawiam najserdeczniej Ciebie i Twoją rodzinę. 

Sture Olavson Moen. 

Naczelnik”. 

Ogarnęło  ją  niejasne  przeczucie.  Niedowierzanie.  Odniosła  wrażenie,  że  widzi  tylko 

jakieś wzory - aż tak bardzo list wydawał niedorzeczny. 

Kłopoty, które na nich sprowadził? Konieczne? 

Jeżeli  odgadła,  co  chciał  przekazać,  teraz  rozumiała  tego  człowieka  jeszcze  mniej. 

Dlaczego miałoby być konieczne zniszczenie czyjejś opinii i spokoju? 

Zmuszenie go do ucieczki z kraju? 

Gdyby przydarzyło się to komuś słabszemu niż Knut, mogłoby się skończyć o wiele 

tragiczniej. 

Konieczne? 

Nie wystarczy przykładnie wszystko odesłać. Ponieśli znacznie wyższe koszty. 

A więc czuł się zobowiązany dotrzymać danej obietnicy. Dla niego owa spłata będzie 

trwać całe życie. 

Zażegnał jednak zagrożenie, które wisiało nad Sedolfem. I nie zapomniał o niej. 

Ida  nie  była  w  stanie  czuć  wdzięczności.  Nawet  gdyby  całe  niebo  z  zorzą  polarną 

zwaliło się jej na głowę z powodu tego mężczyzny, nic by nie czuła. 

Wobec niego ani wobec kogokolwiek innego. 

Wszystko w niej umarło. Pragnęła tylko, żeby Sedolf wrócił do domu. Nikt poza nią 

nie potrafił martwić się tak bardzo o Raiję, jak właśnie Sedolf. Nie była pewna, czy uda jej się 

background image

dojść do siebie przed jego powrotem. Nie miała odwagi wyrzucić z siebie tego, co zamarzło i 

stwardniało  na  kamień.  Nie  była  pewna,  czy  udałoby  się  jej  przez  to  przejść  jeszcze  raz. 

Lepiej zamknąć uczucia gdzieś głęboko w sercu aż do powrotu Sedolfa. Wtedy będą mogli 

zmagać  się  z  tym  razem.  Uczynić  z  tego  wspólny  ból,  nawet  jeśli  zostanie  podwojony. 

Łatwiej  będzie  sobie  z  tym  poradzić  wspólnie  z  Sedolfem.  Wszystko  jest  łatwiejsze  z 

Sedolfem. 

- Dobre wieści? - spytał Emil. 

Ida  poderwała  się.  Całkiem  o  nim  zapomniała.  Zagłębianie  się  w  sobie  jest  groźne. 

Wiedziała o tym, musiała dołożyć starań, by wrócić do rzeczywistości. Nie powinna szukać 

ucieczki w czymś, co nie istnieje! Mimo że wszystko wokół wydaje się smutne i trudne, nie 

powinna tracić kontaktu z ziemią pod stopami. 

Nie znikać w chmurach, gdzie wszystko jest łagodne i niegroźne i nic nie doskwiera! 

Powrót stamtąd może okazać się trudny... 

W końcu życie może się wydać bez sensu - to chyba najbardziej niebezpieczne. 

-  Sedolf  nie  musi  się  już  niczego  obawiać  -  odparła.  Usłyszała,  jak  bezbarwnie 

zabrzmiał jej głos. Nie potrafiła nic uczynić, by nadać mu więcej życia. 

-  Musi  mieć  wpływowych  przyjaciół  -  stwierdził  Emil.  Skinął  w  stronę  listu,  który 

nadal leżał rozłożony na stole przed Idą. 

Jej uśmiech pojawił się tylko na mgnienie. Pojawił się i zniknął. Emil uznał, że dobrze 

się stało, gdyż to najsmutniejszy uśmiech, jaki w życiu widział. 

-  Sam  jest  wpływowym  człowiekiem,  Emilu.  Ten  naczelnik,  do  którego  ty  się 

zwracałeś, już stracił swój stołek. Autor listu został jego następcą. 

Emil nie znajdował słów. 

I ten człowiek odpowiedział na list Idy! Drobnej Idy z drewnianej chaty na cyplu! 

- Ale jak to się, do diabła, stało, że został naczelnikiem? - spytał Emil. Ściągnął brwi. 

Dziewczyna  wzruszyła  ramionami.  Starannie  złożyła  arkusz,  sama  nie  wiedząc, 

dlaczego. 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparła.  -  Nic  o  tym  nie  pisze.  Może  dzięki  wpływowym 

przyjaciołom? 

Nie musi mówić wszystkiego Emilowi. Nie może tego od niej wymagać. 

-  Pomogę  ci  się  położyć  -  zaproponowała.  Nie  spytała,  czy  nie  uważa,  że  jest  za 

wcześnie. 

Nie  protestował.  Widział,  że  to  niemożliwe.  Ida  wydawała  się  niedostępna,  całkiem 

pogrążona w smutku. 

background image

Nie  zasnął  od  razu.  Noc  była  zbyt  jasna,  nawet  zasłony  jej  nie  powstrzymały  przed 

wejściem do środka. Czuł ból, ale nie wspomniał o tym Idzie. Nie wiedziała o jego cierpieniu. 

Było nieistotne w porównaniu z tym, przez co przeszła. Z tym, co jeszcze przed nią. 

Słyszał ją na  górze. Jak przekręca się w łóżku, starając się tłumić dźwięki, żeby nie 

obudzić Mikkala. Słyszał, że upłynęło dużo czasu, zanim i ją ogarnął sen. 

Emil złożył ręce w modlitwie. 

Czuł się dziwnie. Nieczęsto się modlił. Nie pamiętał, kiedy robił to ostatnio. Trudno 

było znaleźć słowa. „Ojcze Nasz” z dziecięcych nauk tkwiło w głowie jak wykute, ale to, co 

poznał później, jakoś się rozmyło. Nie uklęknął z własnego powodu. Nie zamierzał się modlić 

za siebie. Właściwie nie miał pewności, czy to w ogóle pomoże. 

Ale nie zaszkodzi spróbować. Chodzi przecież o nią. O Idę. 

Sedolf i jego załoga wrócili pod koniec maja. Większość drzew wypuściła już liście - 

małe zielone listki, które nadały wzgórzom barwę lata. Śnieg stopniał. Jeszcze gdzieniegdzie 

w  zacienionych  miejscach  trzymały  się  mocno  brudnoszare  zaspy,  lodowymi  pazurami 

wczepione w wiecznie zielone wrzosy. 

Zeszłoroczna żółta trawa trwała uparcie, nie pozwalając przebić się świeżej, soczyście 

zielonej. Ale i w tej żółci istniał jakiś urok - niosła przesłanie, że lato w swej weselnej sukni 

jest już niedaleko. 

Tak jak poprzednim razem Reijo wypłynął rybakom na spotkanie. Z daleka rozpoznał 

ich  statek.  Ciekawiło  go,  czy  Sedolf  do  nich  dołączył.  Nie  mógł  przecież  być  tego  pewien, 

ponieważ z północy nie dotarły żadne wieści. Nie było przez kogo wysłać listu. Posłaniec nie 

dotarłby wcześniej niż sami rybacy. 

Wróciło ich tylu, ilu wypłynęło. 

Ale  przecież  Sedolf  stał  tam  teraz  razem  z  nimi.  Wyprostowany  i  zarośnięty.  Z 

odrobiną mrozu z wybrzeża Finnmarku w spojrzeniu. 

Reijo szybko się zorientował, kogo brakuje. Natychmiast brakujące części układanki 

znalazły się na swoim miejscu. 

Gdy tylko nadarzyła się możliwość, odciągnął Sedolfa na stronę. Musiał porozmawiać 

z nim w cztery oczy. 

- Chyba nie czekają na mnie poborcy podatkowi? - spytał chłopak surowym głosem. - 

Już  myślałem,  że  wyjdą  po  mnie  aż  tutaj.  Wezmą  statek  w  zastaw  i  sprawdzą  każdy 

zakamarek w poszukiwaniu włóka... 

- Ida ci wszystko wyjaśni - odrzekł w pośpiechu Reijo. - Widzę, że ich znalazłeś? 

Sedolf skinął, uśmiechając się znacząco. 

background image

- A jakże, znalazłem i wszystko zrozumiałem - odparł. W jego głosie nadal brzmiała 

surowość.  Reijo  nie  bardzo  się  to  podobało.  To  nie  ten  sam  Sedolf.  -  Czy  zawsze  od 

najlepszych przyjaciół człowiek dostaje coś takiego? - mówił dalej Sedolf. - Pewnie dlatego, 

ż

e  to  zawsze  oni  najwięcej  korzystają.  Za  niewielką  łapówkę  mógłby  zdobyć  statek  na 

własność. 

Reijo  zrozumiał. Jak  tylko  się  zorientował,  że  na  pokładzie  brakuje  Larsa,  wszystko 

stało  się  jasne  w  mgnieniu  oka.  Uznał,  że  chyba  jego  umysł  nie  funkcjonował  jak  należy, 

skoro nie wpadł na to wcześniej. 

Ale często dobrze myślimy o tych, których znamy. Łatwo się zapomina, że każdy ma 

złe strony, że każdy w chwili słabości jest w stanie ranić. 

- Lars zamieszka na jakiś czas w Finnmarku - kontynuował Sedolf. - Znalazł sobie tam 

kobietę.  To  nie  wymówka.  Ale  nie  wróciłby  z  nami  nawet,  gdyby  jej  nie  spotkał.  Niech  to 

pozostanie  tajemnicą.  Nie  ma  sensu,  żeby  we  wsi  zaczęli  gadać.  To  przecież  nie  wina 

Fredrikke, a ona by najbardziej ucierpiała. 

Sedolf spojrzał na Reijo. Zauważy} uznanie w zielonych oczach, w których odbijało 

morze. Dobrze wiedzieć, że Reijo pochwala jego postępowanie. Przedyskutował swą decyzję 

z innymi rybakami. Tamci uważali, że potraktował Larsa zbyt łagodnie, że nawet przyjaciel 

nie  powinien  ujść  bezkarnie.  I  Sedolf  zapragnął  zemsty.  Przez  chwilę.  Zapragnął,  by  Larsa 

zapiekło, ponieważ porządnie napsuł mu nerwów, a jednocześnie rozczarował. 

Ale  w  końcu  rozsądek  zwyciężył.  Gdyby  Sedolf  uległ  żądzy  zemsty,  okazałby  się 

niewiele lepszy od Larsa. 

Łaska bardziej popłaca. 

- Czy tutaj wszystko dobrze się układa? - spytał. - Czy Emil wraca do zdrowia? - Reijo 

przełknął. Milczał wystarczająco długo, by Sedolf się domyślił, że stało się coś złego. - O co 

chodzi? 

Stał na szeroko rozstawionych nogach, z rękoma na biodrach. Wytarł w ubranie słoną 

wodę, był brudny i zarośnięty. I bał się. 

- Nie mogę pozwolić ci pójść do domu, zanim ci tego nie powiem - westchnął Reijo. - 

Tutaj nie wszystko dobrze się układa... Mała Raija umarła ponad miesiąc temu. 

-  Umarła?!  Reijo  skinął głową.  Sedolfowi  opadły  ręce.  Surowość  i  chłód  zniknęły  z 

jego twarzy. 

Sedolf drżał, choć powietrze było łagodne. Drżał, lecz zdołał powstrzymać krzyk. 

- Dziecko nie może tak po prostu umrzeć - rzekł opanowanym głosem, który jednak 

przepełniało więcej uczucia, niż to okazywała Ida w ciągu minionych dni. - Chorowała? 

background image

- Nie.  Zasnęła.  Nie obudziła się więcej. Zastąpię cię przy statku, Sedolf. Możesz od 

nas wziąć konia. Jedź do Idy. Niech ona ci to opowie... 

Sedolf  przełknął  kilka  razy.  Nie  mógł  patrzeć  na  rybaków,  którzy  stali  oniemiali, 

przysłuchując  się  słowom  Reijo.  Teraz  zwrócili  spojrzenia  na  Sedolfa.  Podziwiali  jego 

spokój. Podziwiali go za siłę. Że nie uronił jednej łzy... 

-  Aha,  Sedolf...  -  Reijo  zatrzymał  go,  kiedy  już  biegł  na  cypel  po  konia,  by  czym 

prędzej  znaleźć  się  w  domu.  -  Ida  jest  nieczuła  jak  kamień.  Zaopiekuj  się  nią.  Spraw,  by 

znowu zaczęła czuć. Nikomu z nas do tej pory się to nie udało. Tylko ty jesteś w stanie tego 

dokonać. Nam brakuje odwagi. Bo nikt z nas nie potrafił jej pocieszyć... 

Sedolf milczał, ale Reijo wiedział, że Ida nigdy nie dozna przy nim krzywdy. Zawsze 

będzie dla niego najważniejsza. 

Przyjechał  z  głośnym  tętentem  końskich  kopyt.  Odnalazł  żonę  z  Mikkalem  nad 

strumieniem. Trzęsąc się z zimna, płukała pranie. 

Na  widok  Sedolfa  omal  nie  straciła  paru  prześcieradeł.  Sedolf  wskoczył  po  uda  do 

wody, by je ratować. 

Mikkal zanosił się od śmiechu. 

Sedolf musiał wziąć małego na ręce. Przyglądał mu się długo i z powagą, chciał się 

przekonać, czy chłopczyk poznaje go mimo zarostu i brudu. 

Nie było wątpliwości, że Mikkal go poznał. Małe główki mogą pomieścić tak wiele, 

większość z nich pamięta ofiarowaną im miłość. I osoby, które ją ofiarowały. 

- Słyszałeś? - spytała Ida. 

Sedolf potwierdził. Ból uczynił coś z jej spojrzeniem, z jej głosem. Chłopak przekonał 

się, że Reijo miał rację, że nie przesadził, mówiąc że Ida zmieniła się w kamień. 

-  Nie  cierpiała  -  rzekła  cicho.  To  jedyna  pociecha,  która  jej  została.  -  Nie  mogła 

cierpieć. Na jej twarzy malował się spokój. Była taka śliczna, Sedolf... 

Dokończyła  szeptem,  który  przeszedł  w  ciszę.  Sedolf  zmarzł.  Woda  w  strumieniu 

chyba jeszcze nie słyszała najnowszych wiadomości, że zbliża się lato. Objął Idę ramieniem. 

Przytulił do siebie. 

- Jest wiele spraw, o których powinniśmy porozmawiać, moja najdroższa Ido. Ale nie 

tutaj. 

W drodze do domu rzekł niby mimochodem: 

- To Lars nasłał na mnie wójta... 

-  Ta  sprawa  również  umarła  -  odparła  Ida,  jakby  nie  zrozumiała,  co  powiedział.  W 

każdym  razie  nie  wydawała  się  szczególnie  zaskoczona.  -  Napisałam  list,  Sedolf.  O  tym 

background image

również ci opowiem, później. Powinieneś przeczytać odpowiedź, którą otrzymałam.  Ale tej 

sprawy tak czy owak już nie ma... 

Sedolf  spojrzał  na  Idę.  Przypomniał  sobie,  że  o  tym  rozmawiali,  ale  nie  pamiętał 

dokładnie tej rozmowy. Słów, które wymienili. Stały się takie wyblakłe, na wpół zapomniane, 

ponieważ nigdy nie przykładał do nich wagi. 

Ale kiedy wspomniała o liście, przypomniał sobie. Przeraził się. 

Jakim cudem jego Idzie udało się wywrzeć taki wpływ na obcego człowieka? 

Niepokoiło go to, ale o nic nie pytał. 

Najboleśniejsza była strata Raiji. 

Ida nie chciała mówić. Nie o dziecku. Pozwoliła, by ją objął, by mocno przytulił. Ale 

zaraz wyśliznęła się z uścisku. Wymówiła się, że czeka ją wiele obowiązków. Że ma dużo do 

zrobienia. Że nie może tego zostawić. 

I wymknęła się do wielkiego prania, do rzeczy ciągle leżących nad strumieniem, które 

trzeba wypłukać. 

Sedolf został z Mikkalem na ręku. Malec za nic nie chciał go puścić. Wplatał paluszki 

w jego włosy. 

Sedolf oparł policzek o policzek dziecka. Ida zamknęła w duszy drzwi, które ukryły 

ból. To naturalne, że ponowne ich otworzenie zajmie dużo czasu. 

-  Musisz  jej  pomóc  na  powrót  stać  się  sobą!  -  usłyszał  głos  Emila.  Brzmiała  w  nim 

prośba. Sedolf zorientował się, że Emil nadal czuje słabość do Idy. - Cholernie przykro jest 

widzieć ją taką - mówił dalej Emil. - Nie płakała od czasu, kiedy to się stało. Zachowuje się 

jak chodzący słup soli. 

Przywołał obraz z Biblii na opisanie sytuacji, która go przerażała. 

- Cholernie przykro jest również stracić dziecko - odparł Sedolf. Sam czuł to w sercu. 

Dławiło  go  w  gardle,  piekło  pod  powiekami.  -  Ida  nie  jest  z  tych,  które  całemu  światu 

pokazują, że cierpią - dodał szybko. Nie chciał, by Emil odebrał jego słowa jako atak. To nie 

wina Emila, że nie ma dzieci. Ściśle biorąc, sam też ich nie miał. 

Ale dzieci Idy traktował jak własne. Chociaż ich prawdziwym ojcem był Ailo. Jednak 

sam stał się dla nich jedynym ojcem, jakiego znały. 

-  Po  prostu  zasnęła?  -  spytał.  Nie  zdobył  się,  by  spojrzeć  na  Emila.  Żelazna  obręcz 

ś

ciskała mu serce. Nie było go tutaj w tej trudnej chwili. Może to nie jego wina, ale go tu nie 

było. 

Nigdy go nie było, kiedy Ida go potrzebowała... 

background image

- Cicho i spokojnie - potwierdził Emil. - To trochę pomaga, gdy się na to tak spojrzy. 

Może mała nawet tego nie poczuła. Wyglądała w trumnie jak aniołek... 

Sedolf  tak  głęboko  wciągnął  powietrze,  że  Emil  resztę  zachował  dla  siebie.  Sedolf 

mocno uścisnął Mikkala, postawił go na ziemi i poszedł na górę do sypialni. Wyjął z kufra 

wełniane spodnie, suche i czyste. 

Nie odważył się otworzyć drzwi do dziecinnego pokoju. Ale długo przed nimi stał. 

Klamka by go tam wpuściła, ale nie mógł jej sam nacisnąć. 

Dopiero  kilka  chwil  był  w  domu,  przepełniony  świadomością  o  śmierci  Raiji,  a  już 

odnosił wrażenie, że ściany zaciskają się wokół niego. Jak zatem musiała się czuć Ida? 

Nie był w stanie zostać tu i tkwić bezczynnie do wieczora. Nie mógł. Statek czekał na 

brzegu.  Zostało  jeszcze  wiele  do  zrobienia,  zanim  będą  mogli  powiedzieć,  że  zakończyli 

wiosenne połowy. 

I  jeszcze  ta  sprawa  z  listem.  Zasiała  w  nim  niepokój.  Ponownie  przepełniła  go 

goryczą. 

Wtedy też go tu nie było. Nie mógł potwierdzić przed całym światem, że Ida jest jego 

ż

oną,  a  nie  jakąś  tam  kobietą,  na  której  wszyscy  mogą  zatrzymywać  spojrzenia  i  o  której 

mogą śnić słodkie sny. Wdzięczność Sedolfa mieszała się z rosnącą dokuczliwą goryczą. 

Powoli zszedł na dół. 

-  Ten  mężczyzna,  Emil...  -  zwrócił  się  do  przyjaciela.  Być  może  straci  w  oczach 

tamtego,  ale  nie  dbał  o  to.  -  Ten  człowiek,  który  przyjechał  wtedy  od  naczelnika.  Ten,  co 

złupił Knuta. Jaki on był? Widziałeś go. Co zaszło między nim a Idą? 

Emil przyglądał się przez chwilę Sedolfowi. A więc Ida zniekształciła trochę prawdę. 

Przed  mężem  najwyraźniej  również.  Powiedziała  mu,  ale  nie  wszystko.  Może  to  miało 

ogromne znaczenie. Albo żadnego. 

Emil  mógł  stanąć  tylko  po  jednej  stronie.  Wybrał  stronę  Idy.  Nie  mógł  postąpić 

inaczej. 

- Czasem mężczyźni i kobiety zawierają przyjaźń - rzekł cicho. Mówił powoli, ważąc 

słowa. - Ty i ja nie mamy może tak wielu przyjaciół wśród kobiet. Patrzymy na nie inaczej. 

Ale Ida nie jest całkiem taka jak ty i ja, prawda? 

Sedolf potrząsnął głową. 

-  Idę  łatwo  jest  pokochać  -  myślał  Emil  na  glos.  Powiedział  to,  nad  czym  się 

zastanawiał w bezsenne noce. - Łatwo ją polubić. Ona potrafi zaglądać ludziom w dusze. My 

ledwie zwracamy uwagę na to, jak wyglądają. Ale ona dostrzega więcej. Sądzę, że tak stało 

się z tym mężczyzną. Być może go oczarowała... ale szczerze mówiąc, nie należał do typu, 

background image

który  traci  głowę  na  widok  pierwszej  ładnej  twarzy,  którą  zobaczy.  Był  surowy,  lecz 

sprawiedliwy. Bóg jeden wie, jak się Idzie udało z nim porozmawiać. Widziałem tylko, jak 

obronił Idę przed tym drugim, kiedy im ubliżała. Być może podziwiał ją za tę odwagę. Nie 

wiem. 

- Ale zauważyłeś, że coś między nimi jest? - spytał Sedolf ostro. 

- Mylisz się - odparł Emil. - Nigdy by mi to nie przyszło do głowy. Dopiero Ida mi o 

tym wspomniała. Kiedy pisała list, zwracając się z prośbą w twojej sprawie. Nie zdziwiłbym 

się bardziej, gdyby się przyznała, że z samym diabłem mówią sobie po imieniu! 

To w pewnym sensie była pociecha. 

- Ida nie robi nic złego - rzekł Sedolf sam do siebie. - Nie byłaby zdolna do zdrady... 

Ale  myślami  powędrował  ku  pewnemu  zuchwalcowi,  który  uwiódł  ją  daleko  na 

północy kraju, kiedy jeszcze należała do Ailo... 

-  Ida  nie  zrobiłaby  czegoś  takiego  -  Emil  wydawał  się  bardziej  przekonany.  -  Jeżeli 

wątpisz w jej oddanie, to jesteś większym idiotą, niż za jakiego cię miałem, Sedolfie Bakken! 

Sedolfowi znacznie ulżyło. 

Emil  miał  rację.  Oczywiście,  że  Emil  miał  rację!  Opowiedział  mu  o  historii  ze 

statkiem. O Larsie. O połowach. 

-  Ida  nie  zdradzi  cię  nawet,  gdy  uczynią  to  twoi  dwaj  najlepsi  przyjaciele.  -  Emil 

nazwał  słowami  obawy  Sedolfa,  który  pomyślał,  że  nieprędko  obdarzy  teraz  kogoś 

zaufaniem. 

To straszne, że właśnie Emil musiał mu przypomnieć o wierności Idy. Sam powinien 

ją wystarczająco dobrze znać. 

Powinien ją na tyle dobrze znać, by wierzyć, że jest jedyną osobą, która go nigdy nie 

zdradzi. 

- Mam jeszcze trochę roboty... 

- Nie zostawiaj teraz Idy samej! 

- To nie to! - usprawiedliwił się Sedolf. - Jestem jedynym szyprem po odejściu Larsa. 

To mój statek. Za niego też jestem odpowiedzialny. 

Emil tylko się uśmiechnął. 

- Ten poborca jest teraz naczelnikiem, Sedolf - rzekł sucho. 

Sedolf  stanął  jak  wryty.  Nie  całkiem  zrozumiał.  Wiadomość  po  prostu  do  niego  nie 

dotarła. 

- Porozmawiam z nią, zanim zejdę na brzeg. Ale muszę... 

background image

- Ida ma przecież w co włożyć ręce - zauważył Emil nieco uszczypliwie. - Ucieka w 

robotę, Sedolf. Musisz także to zdjąć z jej barków. Musisz odnaleźć dawną Idę! 

Sedolf  skinął  głową.  Czuł,  że  czeka  go  beznadziejne  zadanie.  Ale  kochał  Idę  ponad 

wszystko. 

Musiał ją nakłonić, by razem z nim dzieliła smutek. Później. 

background image

14 

Wspólnie położyli Mikkala spać. Razem przysiedli każde na swoim brzegu posłania i 

poczekali, aż zaśnie. Spokojnie i bezpiecznie pośrodku tego morza, którym było ich łóżko. 

Ida zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami pokoju po drugiej stronie korytarza. 

W pęku kluczy zawieszonych na biodrze znalazła ten właściwy. Otworzyła. Puściła Sedolfa 

przodem. Powoli podążyła za nim. Zamknęła drzwi. 

Nie  zaglądała  tu  od  czasu,  kiedy  wysprzątała  i  zamknęła  na  klucz.  Rzeczy  Mikkala 

przeniosła do swojej sypialni. 

Teraz z pewną ulgą usiadła na brzegu łóżka, w którym zasnęła Raija. 

Sedolf osunął się ciężko tuż obok. Wziął Idę za jedną z dłoni, które bezradnie opuściła 

na  kolana.  Uścisnął.  Nie  po  to,  żeby  dodać  jej  sił.  W  równym  stopniu  dlatego,  że  sam 

potrzebował bliskości. Jej siły. 

- Opowiedz mi o tym - poprosił cicho. - Opowiedz mi dokładnie, jak to było. 

Ida  zaczęła  mówić  zniżonym  głosem.  Początkowo  bezbarwnie,  jakby  wypuszczała 

zamarznięte słowa, które tylko czekały na tę okazję. Jak gdyby po to zostały przechowane. 

Sedolf  zobaczył  wszystko  oczami  Idy,  ponieważ  posiadała  niezwykły  dar 

opowiadania. Mówiła o tym, co inni pewnie by pominęli, uznając za nieważne. 

Tak jakby coś mogło być nieważne w momencie, gdy umiera dziecko! 

Opowiadała  w  taki  sposób,  że  widział,  słyszał,  czuł  dotyk  i  zapach.  Że  odnosił 

wrażenie, jakby sam gładził martwe dziecko po jedwabistych policzkach. 

Uczestniczył w czymś, co powinien był przeżyć. Co powinien był dzielić z nią, kiedy 

to się stało. Znalazł się pośrodku zdarzeń - zaprowadził go tam jej głos. Zdarzeń, które miały 

miejsce kilka tygodni temu w tym pokoju. 

Czuł  dławienie  w  gardle,  kiedy  opowiadała,  jak  ładnie  ubrała  malutką.  Kiedy 

opowiadała o trumnie, którą zrobił Reijo. O przeprawie przez fiord, tylko we dwoje z ojcem. 

O tym, jak maleńka trumna została przysypana mokrą wiosenną ziemią... 

Powinien  był  tam  się  znaleźć.  Powinien  był  tam  stać  obok  niej.  Powinien  ponieść 

część brzemienia, które spadło na jej ramiona. Nie powinna zostać sama w takiej chwili! 

- A ty, Ida... Opowiedz mi, jak ty się czułaś... 

Wtedy,  drżąc,  zaczerpnęła  powietrza.  Z  jej  ust  nie  wydobyło  się  jednak  ani  jedno 

słowo. Objęła go, przytuliła policzek do jego ramienia i tylko potrząsnęła głową. 

background image

- Nie mogę pogodzić się z myślą, że zostałaś z tym sama - szepnął Sedolf tuż przy jej 

czole. - Czuję się, jakbym cię zdradził. Chociaż nikt nie mógł wiedzieć, że tak się stanie... 

- Ona też była sama - odezwała się Ida. - Nie było mnie przy niej... 

-  Była  przecież  razem  z  Mikkalem  -  rzekł.  Wiedział,  że  to  żadna  pociecha.  Idę  też 

dręczyły wyrzuty sumienia. 

Jak  i  jego.  -  To  nie  jest  niczyja  wina  -  szepnął.  Poczuł,  jak  łzy  popłynęły  mu  po 

policzkach. Ciepłe i mokre. 

Nie potrafił ich powstrzymać. Ani też nie chciał. Nie miał powodu udawać przed Idą. 

Nie  miał  czego  przed  nią  ukrywać.  Znała  jego  słabości  równie  dobrze  jak  mocne  strony. 

Nigdy  nie  pogardzałaby  płaczącym  mężczyzną.  Raczej  gardziłaby  tym,  który  nigdy  się  nie 

popłakał. 

To on ukrył twarz w jej piersi. Poczuł, jak jej chłodne ręce gładzą go po policzkach, 

po  włosach,  po  plecach.  Jak  szepcze  cicho  słowa,  którymi  przemawiała  do  dzieci.  Krótkie, 

dobre słowa po fińsku. 

Nagle jej głos stał się grubszy. Jej ciałem zaczęło wstrząsać łkanie niemal w takt jego 

płaczu. 

Uniosła jego twarz. Oczy, których spojrzenie napotkał, wypełniały łzy. Policzek, który 

przywarł do jego policzka, był równie mokry. 

Mocno się objęli. Szlochali na ramieniu drugiego. Płakali bez słów. 

Poczuli  się  bardzo  zmęczeni.  Taki  płacz  wyczerpuje,  wypłakanie  najgłębszego  bólu 

kosztuje wiele sił. 

Popatrzyli na siebie nawzajem. Mieli czerwone plamy na policzkach, zaczerwienione 

oczy i biegnące w dół mokre strużki. 

Sedolf pocałował Idę w oba policzki. Potem lekko musnął jej usta. 

- Kocham cię, Ida - rzekł. Czuł to całym sercem. Stracił tak dużo, ale jednocześnie był 

niezmiernie wdzięczny, że nadal należeli do siebie. Że nadal mogli dzielić chwile takie jak ta. 

Trudniej  jest  dzielić  płacz  niż  śmiech.  Dzielenie  radości  wymaga  niewiele.  Ale  ból 

sięga dna tego, co wspólne. 

-  Nigdy  o  niej  nie  zapomnimy.  Zawsze  będzie  żyła  w  naszych  sercach.  I  nigdy  nie 

możemy dopuścić myśli, że żyła na próżno. Nikt nie żyje na próżno... Zdążyła nas napełnić 

radością  więcej  razy,  niż  potrafię  zliczyć,  chociaż  żyła  tak  krótko.  Zdążyła  zdobyć  miłość. 

Zdążyła pokochać. Zdążyła nauczyć się biegać na swych maleńkich nóżkach... Była wesołym 

dzieckiem... Nie żyła na próżno, nasza Raija. Była malutka, ale całkiem odmienna od innych. 

background image

Będziemy  o  tym  pamiętać.  Reijo  i  Helena  będą  o  niej  pamiętać.  Knut  i  Anjo.  Emil.  Wiele 

osób ją zapamięta, moja najdroższa Ido. Nie żyła na próżno... 

Ida spojrzała na Sedolfa. Prosto w oczy. 

- Ale zupełnie bez sensu było to, że musiała umrzeć! Nie potrafił nic odpowiedzieć. 

Myślał dokładnie tak samo. Sam nie umiał pogodzić się z tym, co się stało. Z tym, że istnieje 

jakiś  sens  i  zamysł  w  czymś  tak  niesprawiedliwym,  jak  pozbawienie  życia  malutkiego 

dziecka. Właśnie to Ida nazywała bezsensownym. 

- Bałam się płakać w samotności - przyznała. Przytuliła twarz do jego piersi, splotła 

palce z jego palcami. - Nie byłam w stanie. Nie mogłam. Wokół mnie panowała tak ogromna 

pustka.  Myślałam,  że  to  się  nie  wydarzyło.  Nawet  kiedy  ją  pochowaliśmy,  czułam,  że  to 

nieprawda. Że Raija po prostu przebywa w innym miejscu. Że później wróci... Wierzyłam w 

to, Sedolf! To ja znalazłam ją martwą, ale wierzyłam, że wróci... 

Pocałował ją lekko w czoło. Czuł, że jeszcze jest spięta. Zamknięta w sobie jak mocno 

zaciśnięta pięść. Teraz powoli się rozluźniała. Ale wciąż panowała nad sobą. Nie wyrzuciła z 

siebie wszystkiego od razu. Nie pozwoliła, by wylało się całym strumieniem... 

- Myślę, że teraz pogodzę się z tym, że ona nie wróci - rzekła nieoczekiwanie. - Ale 

nie jestem pewna, czy zrozumiem, że umarła, Sedolf. To niepojęte. Za trudne. Wydałam ją na 

ś

wiat. Urodziłam. I nie mogłam nic zrobić, by ją tu zatrzymać... przy życiu. Po prostu zabrano 

mi ją z rąk... 

- Nie posiadamy naszych dzieci na własność - odezwał się Sedolf. Nie wiedział, skąd 

u niego ta mądrość. Nie pamiętał, by o tym wcześniej myślał. - Są jakby tylko pożyczone. 

- Jesteś jedynym, który potrafi mnie zrozumieć, Sedolf - rzekła Ida z przekonaniem. - 

Kochałeś  ją  tak  samo  mocno  jak  ja.  Nikt  inny  nie  jest  w  stanie  pojąć,  co  czuję.  Przez  co 

przechodzę. To przecież nie ich dziecko. Raija była nasza... 

Sedolfowi ścisnęło się gardło. 

To coś więcej niż wyznanie zaufania. Więcej niż wyznanie miłości. Zawsze czuł, że 

wiele go łączy z jej dziećmi, chociaż ich nie spłodził i chociaż widział, że Ida bardziej traktuje 

je jak dzieci Ailo niż jego. 

To naturalne, oczywiste. Ailo był ich ojcem. 

Teraz  powiedziała  to,  co  sam  czuł.  Nie  żeby  go  pocieszyć,  ale  ponieważ  i  ona  tak 

uważała. 

Kochał  ją.  Czuł,  że  miłość  wypełnia  mu  piersi,  jakby  w  każdej  chwili  miała  je 

rozsadzić. A jednocześnie głowę miał ciężką od smutku. 

background image

- Nie musisz niczego przede mną skrywać - rzekł zdławionym głosem, nachylając ku 

niej twarz. - Zawsze będziemy razem, Iduniu. Nawet w trudnych chwilach. 

Prawie  zapomnieli  o  Emilu,  kiedy  tak  siedzieli  blisko  siebie,  starając  się  znaleźć 

wyjście z pustki. Ale wyjdą cierpieniu na spotkanie ręka w rękę. Nie dadzą mu się pokonać. 

Wydawało się niezmierzone, gdy się z nim zetknęli. Ale musi istnieć jakaś droga, która przez 

nie prowadzi. Jakaś droga, która prowadzi na drugą stronę. 

Kiedy  przypomnieli  sobie  o  Emilu  i  wyszli  z  dziecinnego  pokoju,  zauważyli,  że  na 

dole w kuchni panuje cisza. Ława była pusta. Drzwi do pokoju Emila zamknięte. 

Sedolf zajrzał do środka. 

Emil leżał ubrany. Uśmiechał się blado. 

- Najwyższy czas, bym zaczął się uczyć sobie radzić - rzekł. 

To była ciężka próba, ale Sedolf nie musi o tym wiedzieć. 

- Zapomnieliśmy... - Sedolf przeczesał ręką włosy. Sterczały teraz do góry. 

-  Nie  zawracajcie  sobie  mną  głowy!  -  W  głosie  Emila  nie  brzmiał  nawet  cień  żalu. 

Chłopak  nie  spodziewał  się  z  ich  strony  zainteresowania.  Nie  chciał  zawadzać.  Pragnął,  by 

mieli trochę czasu dla siebie. 

Potrzebowali tego. 

Przede wszystkim Ida. 

Czuł, że jest dla nich ciężarem. Pozostawał gdzieś w cieniu. Niczym świadek, który 

nie ma prawa się odezwać. 

Nie chciał nim być. Piątym kołem u wozu... 

- Nie możesz spać przez to wszystko... Emil uśmiechnął się. Odkrył koc. 

-  Jeśli  później  się  położę,  nie  będę  potrzebował  pomocy  wcześnie  rano  -  rzekł 

znacząco, puszczając oczko. 

Sedolf udał, że nie dosłyszał. Pomógł Emilowi się przebrać. Znalazł czas, by zapytać, 

jak się czuje. 

- Hm - zaczął Emil. - Jeżeli uda mi się znów chodzić, sprawy przyjmą całkiem nowy 

obrót. Będę musiał znaleźć sobie tak silną żonę, by mogła pracować jak koń... 

Obaj uśmiechnęli się. 

- Płakałem - rzekł Sedolf, kiedy wstał i zaciągał zasłony. - Nie wiem, kiedy ostatnio 

płakałem... 

Emil  uśmiechnął  się  smutno.  Nie  wiedział,  czy  odważyłby  się  przyznać  do  czegoś 

takiego  drugiemu  mężczyźnie.  Ida  odmieniła  Sedolfa.  Ale  Sedolf  zawsze  chował  w  sobie 

okruchy tej wrażliwości. 

background image

O ile wiedział, sam też nie był od nich wolny. 

-  A  ona?  -  spytał.  Nie  miał  pojęcia,  jak  zareagować.  Jakich  słów  Sedolf  się  po  nim 

spodziewa. Dlaczego w ogóle mu o tym mówi. 

Sedolf skinął głową. 

-  To  było  takie  bolesne,  że  nie  jestem  w  stanie  ci  tego  opisać.  To  taki  ból,  że 

dosłownie rozdziera mnie od wewnątrz. Raija była też moim dzieckiem! 

Emil nie zdobył się na uwagę, że, ściśle biorąc, to nieprawda. Zaczynał dostrzegać to, 

czego  kiedyś  nie  mógł  zrozumieć.  Przypomniał  sobie  lata,  kiedy  jeszcze  mógł  zdobyć  Idę. 

Gdyby wtedy potrafił przyznać, że jej dzieci nie są obcymi dziećmi... 

Zrozumiał, czym ją od siebie odsunął. Sedolf okazał się dużo mądrzejszy. 

Pokochał jej dzieci jak swoje. Zawsze miał wielkie serce. 

Emil powiedział mu to: 

- Zawsze byłeś wrażliwy. Potrafiłeś to okazać. Masz wielkie serce, Sedolf. 

Sedolf jednak zaprzeczył, kręcąc głową. 

-  To  nie  takie  proste,  Emil.  To  się  nazywa  miłością.  Nie  potrafiłbym  pokochać 

każdego  smarkacza.  Kocham  Mikkala  i  kocham  Raiję.  Ponieważ  są  takimi,  a  nie  innymi 

małymi ludźmi. Ponieważ są moje! 

Tego Emil nie był w stanie zrozumieć. Westchnął. 

- Idź do niej - rzekł. - Ida bardziej niż ja potrzebuje rozmowy. W gruncie rzeczy Ty 

dobrze mi z moimi myślami... 

Sedolf zamknął za sobą drzwi, zamknął Emila z jego myślami. 

Ida napaliła w izbie paradnej. Zrobiło się cieplej. 

Trzymała  przed  sobą  list.  Rozłożyła  go.  Sedolf  uświadomił  sobie,  że  nie  czyta 

nadzwyczaj dobrze. Nie tak dobrze jak Ida. 

Kiedy zatem podała mu kartkę, powstrzymał ją gestem ręki. 

- Opowiedz mi o tym! - poprosił. - Nie muszę znać całej treści słowo po słowie. To list 

do ciebie, skarbie. Nie do mnie. Chcę wiedzieć tylko to, o czym sama mi chcesz powiedzieć. 

Nie więcej. 

Zakłuło  go  trochę  w  piersi,  ale  czasem  dobrze  jest  nie  wiedzieć  wszystkiego.  Nie 

widzieć słów, które skreślił obcy mężczyzna, myśląc o jego Idzie. 

Naczelnik! 

Niech tam będzie i królem, jeżeli chce. Ponieważ tu w domu nad strumieniem to on 

jest królem. A  Ida jest jego żoną. Jego królową. Żaden naczelnik na świecie nie może tego 

zmienić. 

background image

Ida  opowiadała  półgłosem,  szczerze.  Siedziała  na  krześle  z  podkurczonymi  nogami. 

Przypominała  kłębek.  Spódnica  zwisała  dużo  poniżej  stóp.  Ida  zacisnęła  ramiona  wokół 

kolan.  Na  policzkach  nadal  miała  czerwone  plamy.  Opłukała  twarz  zimną  wodą,  ale  nie 

zdołała usunąć wszystkich śladów płaczu. 

Tak jakby to miało jakieś znaczenie! pomyślał Sedolf. Kochał ją niezależnie od tego, 

jak wyglądała. 

Opowiedziała o spotkaniu z człowiekiem, którego wcale nie znała. Ze wyszła na brzeg 

w zimową noc. Spotkała go. Zupełnie przypadkiem. Nie umówiła się. Niczego nie planowała. 

Po prostu się stało. 

I Sedolf uwierzył jej. 

Ida nie mogłaby kłamać mu prosto w oczy. Nie z takim wyrazem twarzy, z pewnego 

rodzaju  bólem  w  oczach.  Nie  dobierała  słów,  wyrzucała  je  z  siebie.  Czasami  ważyła,  ale 

niczego nie ukrywała. 

- Wydawało się, jakbym była z nim duchowo spokrewniona - wyjaśniła, zacinając się. 

Sedolf niewiele z tego rozumiał. 

- Podobał ci się ten mężczyzna? - spytał ochrypłym głosem. Ale mógłby jej tę słabość 

wybaczyć. - Ja może dałbym się rozpalić innej - przyznał, by jej ułatwić. - Gdyby pozwoliły 

na to czas i miejsce - dodał. 

Ale okazało się, że to nic w tym  rodzaju.  Ida uparcie potrząsała  głową.  Dziwnie się 

zamyśliła. 

- Pocałował mnie - wyznała. 

Sedolf  znieruchomiał.  Musiał  zamknąć  oczy.  Ujrzał  tę  scenę  w  wyobraźni  i  z  całej 

duszy znienawidził nieznajomego mężczyznę. Znienawidził tak bardzo, że aż zacisnął pięści. 

Pozwolił  myślom  płynąć.  Ujrzał  siebie  w  innym  miejscu.  Gdyby  spotkał  kogoś 

takiego jak Ida... gdyby nadarzyła się możliwość... gdyby nie była wolna... gdyby była piękna 

noc... 

Nie, nie różnili się tak bardzo. Nie wydawał się bardziej rycerski. 

Właściwie postąpił kiedyś podobnie. I o wiele mniej szlachetnie. 

Nie była to nawet noc. Zdawał sobie sprawę z tego, co robi, lecz pokusa okazała się 

zbyt duża... 

Kim jest, że potępia innego tylko dlatego, że tamten uległ tej samej pokusie? 

Całe szczęście, że stało się to w mroźną noc polarną! Nawet taki ktoś jak naczelnik nie 

powinien mu przyprawiać rogów! 

background image

- Było w tym także coś cielesnego. Jednocześnie - dodała Ida niechętnie. Oparła brodę 

na  kolanach.  Wpatrywała  się  w  to,  co  już  minęło.  Co  się  stało,  kiedy  nie  było  przy  niej 

Sedolfa, kiedy nie mógł zaspokoić jej pragnień. - Ale nie myślałam o nim jak o mężczyźnie. 

Raczej  jak  o  człowieku.  Sądzę,  że  wiedział  o  tym  już  wtedy.  Że  między  nami  nie  istniał 

zwykły cielesny pociąg. 

- Pewnie dlatego cię pocałował - rzucił Sedolf. Przełknął gorycz. Nie powinien był jej 

pytać, jak to było. 

Boże, przecież jest zazdrosny! 

Nigdy  wcześniej  nie  pojawił  się  nikt,  kto  wyzwałby  go  na  prawdziwą  walkę  o  Idę. 

Zawsze czuł się zwycięzcą w glorii. Inni nigdy się do niego nie umywali, nawet gdyby był 

nędznym  obszarpańcem,  pozostałby  tym,  którego  wybrała.  Nawet  Emil  nie  skusił  jej  tym 

swoim gospodarstwem. Tylko Ailo był przed nim. A zmarli nie wchodzą w rachubę. 

Ale jakiś obcy, który posiada teraz większą władzę niż sam diabeł... 

Tak, to coś całkiem innego... 

- Nie mówię tego, żebyś się ze mną drażnił, Sedolf! - odparowała. - A ile dziewcząt ty 

miałeś?  Więcej  niż  mam  palców  u  obu  rąk.  Czy  powinnam  być  o  nie  zazdrosna?  Nie 

posiedliśmy  siebie  na  własność.  Zdecydowaliśmy  się  być  ze  sobą,  ponieważ  się  kochamy. 

Ponieważ tak jest dla nas najlepiej... 

Skinął głową zawstydzony. Usiadł u jej stóp, oparł policzek o jej łydkę. 

- Wybacz mi! - poprosił. - Ale to sprawiło mi ból. Żyłem na Lofotach jak mnich. Nie 

miałem  najmniejszej  ochoty  na  te  kobiety,  które  bynajmniej  ode  mnie  nie  stroniły.  Dlatego 

zapiekło trochę, gdy wyobraziłem sobie, jak całuje cię inny. Chociaż zobaczyłem to tylko w 

myślach. Chociaż twierdzisz, że nie myślisz o nim jak o mężczyźnie. Przecież o nim myślisz. 

- Niewiele - zapewniła. - Tylko to takie niezwykłe spotkać kogoś, kto w głębi duszy 

jest bardzo do mnie podobny. Kto mnie rozumiał, choć nawet mnie nie znal... 

- I który wykorzystał twojego brata, by zepchnąć ze stanowiska starego naczelnika i 

samemu zająć jego miejsce - dokończył Sedolf.  Nie darzył podziwem tego człowieka. - Co 

prawda  uratował  mnie  od  więzienia  -  dodał.  -  Jestem  mu  dozgonnie  za  to  wdzięczny.  Ale 

należało  mi  się,  szczerze  mówiąc.  Po  tym,  jak  uwiódł  mi  żonę,  przynajmniej  tyle  był  mi 

winien... 

Ida potargała Sedolfa po włosach. 

-  Jesteście  do  siebie  tacy  podobni,  wy  mężczyźni.  Wszyscy.  No,  prawie  wszyscy. 

Wydaje ci się, że mnie posiadasz, Sedolf. Ale pozostanę ptakiem, mimo że wybrałam życie z 

tobą jako żona. Pozostanę dzikim ptakiem... 

background image

Nie  opowiadała  mu  więcej  o  Sturem,  ponieważ  Sedolf  i  tak  wszystkiego  by  nie 

zrozumiał. Sedolf zawsze będzie na to patrzył przez tę swoją zasłonę zazdrości, która sprawia, 

ż

e tamto przeżycie przestaje być piękne. 

A przecież było. 

- Obiecujesz, że nie będziesz na mnie zły? Obiecał. 

- I nigdy nie wykorzystasz tego przeciw mnie? 

- Jeżeli obiecasz, że już nigdy mi o nim nie wspomnisz. 

Pogodzili się. 

Zostali na sofie, aż szczapy drewna w piecu zmieniły się w kupkę żaru. 

Ich  sylwetki  wydawały  się  w  tym  słabym  czerwonym  świetle  jak  wykute  w  miedzi. 

Zachowywali się cicho. Kochali w spokoju. W całkowitym spokoju. Potem ubrali się i razem 

poszli po schodach na górę. 

Położyli się po obu stronach dziecka, ich syna. Ich jedynego dziecka. 

Zasnęli mocno do niego przytuleni, splatając ręce ponad jego maleńkim ciałem. 

Przepełnieni ciepłem dla siebie. Przepełnieni bólem, ponieważ mieli o jedno dziecko 

za mało. 

background image

15 

Nadeszło lato, również w tym roku. Łagodnie się wśliznęło z początkiem lipca. Mimo 

ż

e na nie czekano, okazało się niespodziewanym gościem. Nagle drzewa się zazieleniły. W 

jednej  chwili  wszystko  wokół  wybujało.  Łąki  zabarwiły  się  na  żółto  od  tysięcy  jaskrów. 

Krwawniki  wystawiały  swe  białe  główki  między  tymi  zakorzenionymi  słoneczkami.  Na 

wzgórzach iskrzyły się jaskrawo różowe kwiaty wierzbówki kiprzycy. Stokrotki kołysały się 

dostojne na wietrze, a dzwonki chwiały rytmicznie i dzwoniły cicho w katedrze natury. 

Nastało lato. Niebo przybrało tak nasyconą barwę niebieską, że sprawiało złudzenie, iż 

można  by  go  dotknąć  jak  sufitu.  Odbijało  się  w  fiordzie  -  czasami  o  poranku  i  wieczorem 

czerwieniło  się  zawstydzone.  Użyczało  nieco  tego  przepychu  kolorów  zwierciadłu  morza. 

Ponieważ fiord to tylko przezroczysta woda, musi zatem pożyczać sobie urody od otoczenia. 

Góry znowu zabarwiły się na zielono. A w miejscu, gdzie przebiegała granica lasów, 

powoli stawały się niebieskie. Nie tak jak niebo łagodnie błękitne, lecz zimnoniebieskie jak 

kamień. 

W zacienionych zagłębieniach skal nadal leżał dziesięcioletni śnieg. Przeżyje również 

to lato. Również tego roku obroni się przed długim ramieniem słońca. Ale owe białe plamy w 

każdym  razie  nie  będą  już  rosły.  Może  się  zmniejszą,  jeżeli  słonecznych  dni  będzie 

wystarczająco dużo. 

Tu i tam biegły brązowe pasy. Oznaki lata. 

Nagłe  ocieplenie  powodowało  wiele  lawin.  Śnieg  obsuwał  się  wysoko,  wysoko  w 

górze i po drodze w dół stromego zbocza porywał z sobą kamienie, luźne skały i z trudem 

odbudowaną warstwę gleby. Tworzył puste pasy w krajobrazie. Ale lato dopiero się zaczęło. 

Natura  była  swym  własnym  lekarzem.  Opatrzy  rany.  Sprawi,  że  się  zagoją.  Tam  gdzie  to 

tylko  było  możliwe,  życie  się  nie  poddawało.  Natura  wydawała  się  jak  ludzie,  których 

otaczała. Niewymagająca. Uparta. Dumna. 

Ida  wyszła  z  próżni.  Przeszła  w  pewnym  sensie  przez  ból.  Nie  dokonała  tego  sama. 

Przyznała, że samej nigdy by się jej nie udało. Utknęłaby zapewne w grzęzawisku goryczy. 

Bez  Sedolfa  stałaby  się  ponurą  kobietą  o  surowych  liniach  w  kącikach  ust. 

Przedwcześnie postarzałą. 

Sedolf  sprawił,  że  znowu  zaczęła  się  śmiać.  Że  znowu  potrafiła  dostrzegać  piękno 

wokół siebie. Tak jak kiedyś. Ale tego wczesnego lata potrzebowała pomocy, by na powrót 

opanować tę sztukę. 

background image

W  domu  należało  zrobić  wiosenne  porządki.  Ida  prała  i  sprzątała.  Nosiła  wodę, 

podgrzewała. Szorowała mydłem i piaskiem. 

Wypłukiwała  cienie  ze  wszystkich  kątów  i  zakamarków.  W  każdym  pomieszczeniu 

pachniało świeżością. Pachniało latem. 

I życiem. 

Nie mogła powiedzieć, że zrozumiała, dlaczego mała Raija musiała odejść. Nadal tego 

nie mogła pojąć. Nigdy tego nie zrozumie. Ale pogodziła się z tym, że tak się stało. Pogodziła 

się z tym, że jej dziecko nie żyje. Odważyła się przyznać przed sobą i Sedolfem, że nie jest 

pewna, czy małą Raiję cokolwiek jeszcze czeka. Potem. Po życiu. 

Coś innego niż czarna pustka. Albo zupełnie nic. Nawet nie pustka. 

To cudowne wyobrażać sobie Saivo i córeczkę razem z Ailo bardzo szczęśliwych. Ale 

Ida  nie  była  pewna,  czy  potrafi  w  to  wierzyć.  Podobnie  jak  w  raj  chrześcijan.  Oba  światy 

wydawały się jednakowo odległe. 

To pociecha, tak... 

I w równym stopniu ucieczka. 

Ida  wiedziała,  w  jakiej  ziemi  spoczywa  jej  dziecko.  A  kiedy  nauczyła  się  to 

akceptować, uznała za mimo wszystko godny koniec. 

W domu panowała cisza. Teraz Ida odważyła się nazwać ten stan spokojem. Długo nie 

znosiła  zostawać  sama.  Zawsze  ktoś  musiał  znajdować  się  w  pobliżu,  by  nie  czuła 

ogarniającego ją strachu. Teraz przezwyciężyła ten lęk. 

Sedolf  zabrał  Mikkala  do  Emila,  który  wrócił  do  domu  tydzień  temu.  Chodził.  Ze 

sztywną nogą, ale mógł poruszać się o własnych siłach. Ramię na tyle wydobrzało, że był w 

stanie się oporządzić. 

Ida sprzątała u niego raz w tygodniu. Przyjął jej pomoc bardzo niechętnie. Za każdym 

razem, kiedy przychodziła, powtarzał jej, że dłużej tak nie może trwać. Wtedy żartowała, że 

ma nadzieję, iż naprawdę nie będzie takiej potrzeby. Że już nie może się doczekać, aż Emil 

się ożeni, a żona nie okaże się tak leniwa, żeby sąsiedzi musieli u niego sprzątać. 

Ś

miali  się  razem,  ale  w  śmiechu  Emila  brzmiała  nuta  smutku.  Idę  dręczyły  wtedy 

wyrzuty sumienia... 

Mimo  wszystko  to  dobrze,  że  chłopak  już  u  nich  nie  mieszka.  Nie  dlatego,  żeby  jej 

miało to przeszkadzać, ale nie mogła patrzeć, jak odżywają jego dawne uczucia. Przywodziły 

na myśl drzemiącego niedźwiedzia, który długo śpi zimowym snem, ale budzi się, gdy robi 

się cieplej... 

To przykre być kochanym, gdy nie można dać niczego w zamian. 

background image

Sedolf pomagał Emilowi w oborze. Zawsze lubił sobie znaleźć coś do roboty. Takiej 

niespokojnej duszy nie  wystarczy zajęć w domu. Musiał odwiedzać Reijo i pomagać mu w 

tym i owym. Musiał zaglądać do Emila - pamiętał o przyjaciołach, którzy potrzebowali jego 

pomocy. 

Wszyscy wiedzieli, że Sedolf nie odmawia. Że pracuje, na ile tylko starczy mu sił. Nie 

oszczędza się. Lubi otaczać się ludźmi. I rzeczywiście nie brakowało mu towarzystwa. Był z 

natury otwarty. Wypełniał pokoje głosami i postaciami. W ten sposób również ułatwiał sobie i 

Idzie przejście przez smutek. 

Pewnie, zdarzało się, że w domu czekało wiele rzeczy do zrobienia, ponieważ Sedolf 

nie odmawiał innym, ale w jego przypadku patrzono na to przez palce. 

Wnosił z sobą tyle światła i radości. Błędem byłoby usiłować go zmienić. 

Sedolf  z  Emilem  rozmawiali  niedawno  o  tym,  by  połączyć  łąki.  Zlikwidować 

ogrodzenia między nimi. 

Idzie wydawało się to słuszne. Uważała, że i tak wkoło jest zbyt wiele ogrodzeń. 

Miała  wiele  roboty,  ale  zostawiła  ją.  Dzień  wydawał  się  zbyt  piękny.  Wróciły 

wspomnienia z lat młodości, które nie były wcale tak odległe. 

Zdjęła pończochy, podwinęła rękawy  cienkiej bluzki i rozpuściła włosy,  które luźno 

opadły na plecy. 

Boże, czuła się taka wolna! 

Wypełnił ją śmiech. Musiała wyjść! Musiała zatańczyć na soczyście zielonej murawie. 

Wybiegła. Zostawiła drzwi otwarte i zatańczyła w wysokiej do kostek trawie. Czuła, 

jak kłuje w podeszwy stóp, ale to niegroźny ból. Tak dobrze znała swoje stopy, że wiedziała, 

iż ucieszą się, gdy wreszcie wydostaną się z zimowego więzienia. 

W  końcu  rzuciła  się  wyczerpana  na  ziemię  z  ramionami  wyciągniętymi  na  boki. 

Leżała  tak,  jak  upadła.  Spódnica  podwinęła  się  -  łydki  również  mogły  skosztować 

słonecznych promieni. Zamknęła oczy i rozkoszowała się słońcem. 

Jest lato. 

Wreszcie poczuła, że ciepło, promienie słońca, lato dotarły także do jej serca. 

Ż

ycie. 

-  Paniom  na  majątku  to  dobrze  -  rozległ  się  z  góry  głos  Heleny,  śpiewnie  miękki  z 

fińskim brzmieniem norweskich słów. Odrobinę ochrypły, jak zawsze. Jakby trochę męski. 

Dziewczyna usiadła obok Idy. Z ogromnej sylwetki górującej na tle błękitnego nieba 

przeistoczyła się w drobną i miłą Helenę. 

background image

Ida westchnęła i także usiadła. Pozwoliła wiatrowi targać swe włosy. Sprawiało jej to 

wielką przyjemność. 

- W lecie powinno być dobrze - odparła. - Teraz czuję, że znowu potrafię się cieszyć. 

Helena  pogładziła  ją  przelotnie  po  policzku.  Taka  przyjacielska  pieszczota 

rozgrzewała równie dobrze jak słońce. 

- Reijo dostał list - rzekła Helena i wyjęła z kieszeni spódnicy przesyłkę. - Przyszedł 

dzisiaj. Przyniósł go pewien człowiek zmierzający na północ w poszukiwaniu złota. 

Uśmiechnęła się. Miała dołeczki i ślicznie wyglądała. Ida ciągle nie mogła uwierzyć, 

ż

e to dziewczę zostało jej macochą. Helena chyba nigdy nią nie będzie. Raczej przyjaciółką 

od serca, niemal siostrą. 

- Reijo chciał, żebyś jak najszybciej to przeczytała... 

Ida rozłożyła kartkę. Rozpoznała pismo brata. Knut dość niechętnie uczył się czytać i 

pisać. I nigdy nie lubił przelewania słów na papier. Ida wyobraziła sobie Anjo, jak stoi nad 

nim z biczem i groźbą zmusza go, by dał bliskim znać, że żyje. Musiała się uśmiechnąć na 

samą myśl. 

„Kochani moi!” pisał Knut. Uściskał ich wszystkich naraz, żeby nie musiał pisać do 

każdego z osobna. Tak, Ida znała go trochę... 

„Piszę tych kilka słów, żeby Was powiadomić, że dobrze nam się układa. Przybyliśmy 

do domu Mai. Z prawdziwą gościnnością pozwoliła nam u siebie zamieszkać, ale zamierzamy 

postarać się wkrótce o własny kąt gdzieś na stałym lądzie. Droga na południe trwała dłużej 

niż  planowaliśmy,  ale  nie  cierpieliśmy  biedy.  Ujrzeliśmy  tu  większy  przepych  niż  sobie 

wyobrażaliśmy.  Mai  naprawdę  się  poszczęściło.  Chciałbym,  żeby  Ida  się  dowiedziała,  że 

rozmawiałem z Mają. Powiedziała mi dokładnie to samo, co przekazała Reijo. Myślę, że tylko 

Ida zdoła wydusić z niej coś więcej. Anjo nie jest pewna, ale ja czuję, że Maja coś ukrywa. Jej 

synek to mały łobuziak. Okrągły jak kulka i strasznie rozpieszczony i wychuchany. To samo 

zaczyna grozić naszemu Karlowi. Maja ma nadzieję, że jej mąż wcześniej wróci z Niemiec. 

Może  już  w  tym  roku.  Zajmuje  się  polityką,  a  to  za  trudne  na  moją  głowę.  U  nas 

wszystko dobrze”. 

Potem następowały pozdrowienia. 

Ida złożyła list. Oddała go Helenie. 

- Knut zawsze chodził z klapkami na oczach - stwierdziła. - Ja zużyłabym cały papier, 

który znalazłabym u Mai, żeby opisać, jak tam jest. A Knut ledwie parę razy umoczył pióro i 

już gotowe... 

background image

- Wiemy w każdym razie, że dojechali na miejsce i mają się dobrze. Jeżeli chcesz się 

dowiedzieć, jak jest w Hailuoto, to mogę ci opowiedzieć. 

Ida potrząsnęła głową. 

- Nie chcę marzyć o czymś więcej niż to - odparła i wyrzuciła ramiona, jakby chciała 

ogarnąć  tę  ziemię,  która  należała  do  niej.  -  Pragnę  cieszyć  się  tym,  co  mam.  Kiedyś  sobie 

obejrzę posiadłość Mai. Pewnego dnia z nią porozmawiam. A wtedy nic się przede mną nie 

ukryje! 

Oczy Idy wyrażały zdecydowanie, które jednak szybko zniknęło. 

Tego dnia chciała się tylko cieszyć. 

Na  ustach  Heleny  również  malował  się  uśmiech.  Coś  przepełniało  jej  serce,  coś,  o 

czym po prostu musiała powiedzieć. 

- Mogę się z tobą podzielić pewną radosną nowiną? - spytała. 

- Naturalnie. Co to takiego? 

- Będę miała dziecko. 

Ida  spojrzała  na  Helenę  z  szeroko  otwartymi  oczami  i  na  wpół  otwartymi  ustami. 

Ujrzała prawdziwie szczęśliwą twarz Heleny i blask oczu, a w ich głębi ledwie dostrzegalny 

strach. 

Ida zarzuciła dziewczynie ręce na szyję i obie to śmiały się, to płakały na przemian. 

Uścisnęły się, paplały coś bez ładu i składu, cały czas serdecznie się obejmując. 

Potem otarły łzy. 

- Bałam się, że to potępisz... Ida pokręciła głową. Na jej twarzy widniały tylko ciepło i 

miłość. 

- Jak w ogóle mogłaś tak pomyśleć? Niemądra! To piękne, Helena. Piękne. Będziesz 

matką... 

- Reijo jest przecież twoim ojcem - zauważyła Helena. - Urodzę ci brata lub siostrę... 

Ida prychnęła na samą myśl. 

- Dla mnie to żadna niespodzianka, że ze sobą sypiacie - rzekła z błyskiem w oku. - 

Jestem już wystarczająco dorosła, by wiedzieć, jak to bywa z kochającymi się ludźmi. I by 

wiedzieć,  że  czasem  z  tego  biorą  się  dzieci.  Reijo  jest  cudownym  tatą.  Będzie  dosłownie 

wyskakiwał  z  butów  dla  tego  dziecka.  Zasługuje  na  szczęście.  I  ty  na  nie  zasługujesz.  Nie 

znam nikogo, komu bardziej by się należało niż wam. 

Musiała jeszcze raz serdecznie i spontanicznie uścisnąć Helenę. 

- Chyba że tobie - rzekła Helena cicho. Napotkała spojrzenie Idy. Ida powoli skinęła 

głową. 

background image

- Chciałabym - przyznała zamyślona. - Bardzo bym chciała. Chciałabym mieć dziecko 

z  Sedolfem.  Nie  żeby  zastąpiło  małą  Raiję.  To  nie  byłoby  słuszne.  Żadne  z  dzieci  nie 

powinno  przychodzić  na  świat  jako  wynagrodzenie  czegoś  innego.  Ale  chciałabym  mieć 

dziecko z Sedolfem, ponieważ on także jest wspaniałym tatą. Ponieważ... tak, ponieważ takie 

pragnienie jest chyba naturalne, kiedy się kogoś tak bardzo kocha. Myślę, że jestem już na to 

gotowa. Urodzić dziecko, nie myśląc przez cały czas o zmarłej córeczce. Niezależnie od tego, 

czy  urodzę  jeszcze  jedno,  zawsze  będzie  mi  jej  brakowało.  Zawsze  będę  miała  o  jedno  za 

mało... 

Zamilkła na długo. Wpadła na pewną myśl, przemilczała ją, lecz po chwili spytała: 

- Wzięłabyś jakieś rzeczy po Mikkalu i Raiji, z których wyrośli? Możesz zabrać tylko 

te po Mikkalu, jeśli obawiasz się brać cokolwiek po zmarłym dziecku... 

Helena popatrzyła na Idę. 

- Chętnie skorzystam z tego, czego już nie potrzebujesz. Również z rzeczy po małej 

Raiji. Była taka ładna, jakże mogłabym nie chcieć nic po niej. Jeżeli możesz mi je pożyczyć... 

Całkiem możliwe, że za jakiś czas i tobie się przydadzą... 

- Wtedy chętnie je odbiorę - uznała Ida. - Przypuszczam, że nie zdążę cię wyprzedzić. 

Kiedy zostanę starszą siostrą? 

- W grudniu - odpowiedziała Helena. - Najprawdopodobniej... 

- W moje urodziny! - poprosiła Ida. Roześmiała się: - Zawsze byłam młodszą siostrą. I 

ż

eby  nagle  w  moim  wieku  zostać  starszą  siostrą!  Muszę  trochę  podokuczać  memu  staremu 

ojcu... 

Wstała i pomogła Helenie się podnieść. 

- W twoim stanie musisz być bardzo ostrożna - upomniała ją. 

Obie  parsknęły  śmiechem.  Obejmując  się  nawzajem,  poszły  w  stronę  domu.  Ida 

zaprowadziła Helenę na górę do dziecinnego pokoju. 

Wchodzenie tu już nie sprawiało przykrości, ale Ida kładła Mikkala spać w izbie po tej 

samej  stronie  korytarza  co  jej  sypialnia,  do  której  prowadziły  stamtąd  drzwi.  Zwykle 

zostawiała je uchylone. 

Nadal pozostał w niej pewien lęk. 

Wiedziała, że nie ponosi winy za śmierć córki. 

Ale nie chciała, by Mikkal spał zbyt daleko. 

Przeglądały  razem  z  Heleną  dziecięce  rzeczy.  To  jedyne,  na  co  się  do  tej  pory  nie 

zdobyła. 

background image

Myślała  o  posortowaniu  ubranek.  Schowaniu.  Ale  nie  potrafiła.  Nie  sama.  Nie 

uważała też, by mogła poprosić o to Sedolfa. 

Jemu również to nie przyszło do głowy - nie o takich sprawach mężczyźni myślą w 

pierwszej kolejności. 

Dobrze było zrobić to razem z Heleną. Dobrze uwolnić smutne myśli. 

Dzieliły razem wspomnienia. Chwile radości z pierwszego roku życia Mikkala i małej 

Raiji. 

Wspominanie nie okazało się przykre. Raczej piękne. 

Sedolf znalazł obie kilka godzin później na podłodze w dziecinnym pokoju. Siedziały 

niczym  dwie  małe  dziewczynki  pochylone  głowami  ku  sobie.  Przed  nimi  stał  kosz  pełen 

dziecięcych  rzeczy.  Komoda  pod  oknem  ziała  pustymi  szufladami.  Ida  i  Helena  miały 

ożywione twarze, błyszczące oczy, w pokoju znowu rozbrzmiewał śmiech. 

Mikkal  mocno  uczepił  się  ramienia  Sedolfa.  Już  prawie  spał.  Świetnie  się  bawił  u 

Emila. Ścigał się z jagniętami. Miał rumieńce na policzkach i bardziej tęsknił do poobiedniej 

drzemki niż do czegokolwiek innego. 

Sedolf położył chłopca do łóżka i okrył go. Ida podążała za nim wzrokiem, lecz nie 

protestowała.  Zrozumiała,  że  w  dziecinnym  pokoju  nie  ma  nic  groźnego,  nic  śmiertelnego. 

Łóżko też było tylko łóżkiem. 

Wszystkie cienie zostały przepędzone. 

Dorośli wymknęli się po cichu, zostawili drzwi otwarte. Ostrożnie zeszli po schodach. 

Ida  tymczasem  przekazała  Sedolfowi  wielką  nowinę.  Pewnie  sam  się  tego  domyślił,  kiedy 

zobaczył  kosz  z  ubrankami.  Poczochrał  Helenę  po  włosach  -  dobrotliwie,  trochę  się  z  nią 

drażniąc. Wystarczyło, by się zaczerwieniła. Ida wsunęła mu rękę pod ramię. 

- Co ty na to, byśmy poszli w jej ślady? - spytała. - Zapełnili cały dom! 

Roześmiał się. Nie posiadał się ze szczęścia. Czuł, że bardzo ją kocha. 

-  Najchętniej  od  razu  -  odparł  poważnie.  -  Ale  wprawilibyśmy  tym  Helenę  w 

zakłopotanie... 

Ida, śmiejąc się, klepnęła go w policzek. Otrzymała w odpowiedzi pocałunek. W jej 

sercu panowało lato. 

Pod  koniec  lata  Ida  otrzymała  przesyłkę  od  naczelnika  z  Bodogard.  Skrzynka 

zawierała  wszystko,  co  zabrano  Knutowi.  Wszystko,  co  zmusiło  go  do  opuszczenia  ziemi  i 

gospodarstwa. 

Ida  zostawiła  ją  przed  schodami  do  domu.  Tylko  ją  otworzyła  i  na  powrót  opuściła 

ręcznie wyciosane wieko. 

background image

Nikomu nie wspomniała o paczce. 

Zbyt wiele gorzkich myśli wiązało się z zawartością. Z tym, co się stało. 

W końcu zabrała skrzynkę do ojca na cypel. Sama pokierowała konnym wozem, ale 

Sedolf musiał jej pomóc załadować ten ciężar. 

- Zrobisz z tym, co uważasz - rzekł. - To przecież nie jest nasze. 

Ida  także  nie  potrafiła  uznać  przesyłki  za  swoją  własność.  Nie  zdobyła  się  na  to. 

Wystarczająco mocno stąpała po ziemi, by zdawać też sobie sprawę, że nie podejmie podróży 

do Finlandii z takim balastem. 

Reijo  wypełnił  otwór  w  ścianie  sauny.  Uczynił  to  nie  proszony.  Następnie  porąbał 

skrzynkę na drzazgi i spalił w piecu. 

Idę  ogarnęło  uczucie  ulgi.  Objęła  ojca.  Była  mu  wdzięczna,  że  tak  trudny  problem 

rozwiązał w taki prosty sposób. 

- Może się kiedyś przyda - rzekł beztrosko. - A jeżeli nie, to niech sobie po prostu tam 

leży. Nie potrzebuje jeść. 

- Gdyby wszyscy mieli twoje nastawienie do życia! - westchnęła Ida. - Jak ci się udało 

to osiągnąć? 

- Musiałem, moje dziecko - odparł. - Po prostu musiałem. Życie staje się takim, jakim 

je uczynimy. Nie wiedziałaś o tym, Iduniu? 

Nie miała pojęcia. Ale zaczynała rozumieć, że tato miał rację. 

Zawsze miał rację. 

background image

EPILOG 

Późne lato pachniało już jesienią. Nie ochłodziło się jednak jeszcze tak bardzo, by nie 

można wykopać grobu. Dzień czerwienił się nad horyzontem - na tyle daleko można sięgnąć 

okiem w tej ogromnej krainie. 

Kobieta  wpatrywała  się  w  wykopany  dół.  Wystarczająco  głęboki  dla  mężczyzny, 

którego  kochała  i  z  którym  czuła  się  szczęśliwa.  Wystarczająco  głęboki,  by  mógł  w  nim 

spocząć. 

Zbudują  mu  nagrobek.  Postawią  przy  głowie  krzyż,  co  nagle  wydało  jej  się  takie 

dziwne. 

Jutro go pochowają. 

Wiódł dobre życie. Nikt nie otrzymał obietnicy wieczności. Ale chciałaby go jeszcze 

na trochę zatrzymać. 

Postawny mężczyzna odłożył łopatę. Podszedł do kobiety i objął ją. Niemal utonęła w 

jego przyjaznym uścisku. Zabrał ją stamtąd. 

- Nie powinnaś tu stać, Raiju - rzekł cicho. - Czy Toni nie udało się zatrzymać cię w 

domu? Czy  ciągle muszę wam to samo powtarzać, tobie i tej mojej babie? Poradzę sobie z 

grobem.  Byliśmy  przyjaciółmi.  A  ty  powinnaś  dbać  o  siebie.  Gdzie  jest  Michaił?  W  takiej 

chwili wypadałoby, by syn był z matką... 

- Pozwoliłam mu wybrać się do miasta -  rzekła  Raija zmęczona. - Do portu. To nie 

jego wina, że tak zakochał się w morzu. Ty i Jewgienij ponosicie za to winę, a nie Michaił. 

Zresztą  dla  niego  będzie  gorzej,  jeśli  będzie  się  teraz  trzymał  mojej  spódnicy,  Oleg.  Niech 

spędza czas tam, gdzie się czuje najlepiej... 

Oleg opuścił ręce. Przyglądał się Raiji przez chwilę. Zbliżała się do czterdziestki, ale 

nie  wyglądała  na  tyle.  Zachowała  sylwetkę  młodej  dziewczyny.  Nadal  była  niebezpiecznie 

piękna jak wtedy, kiedy weszła na pokład „Sankt Nikołaja”, który zawinął do jednego z fior-

dów na zachodzie. Wokół jej oczu i ust pojawiły się zmarszczki, ale blask ciemnobrązowych 

oczu pozostał ten sam, podobnie jak urok, który roztaczała wokół. 

Nie spała od kilku nocy. Od chwili gdy przywieźli do domu ciało Jewgienija. Płakała. 

Płakała i złościła się na ludzi i Boga. 

Oleg i Tonią towarzyszyli jej przez cały czas. Wiele razy prosiła ich, by się pakowali i 

wracali do siebie. Zaraz potem zaklinała, by zostali. 

background image

- Jesteś bardzo niezależna, Raiju - rzekł. - Ale teraz idź do domu. Musisz się przespać. 

Jewgienijowi nie podobałoby się, gdyby zobaczył, że o siebie nie dbasz. Mimo że on nie żyje, 

przed tobą nadal życie stoi otworem. 

Nie odpowiedziała. Popatrzyła tylko smutno na Olega, a potem odwróciła się i ruszyła 

w stronę domu. Kolorowy szal zsunął jej się z głowy. Czarne kosmyki włosów powiewały na 

wietrze. Olegowi przywiodły na myśl ptasie skrzydła. 

Poczuł w piersi ogromny ciężar. Raija będzie tak bardzo samotna. 

Jewgienij był dla niej oparciem. Opoką, na której wznosiło się całe jej życie. 

Michaił kochał morze. 

Oleg przyznał to z odrobiną wyrzutów sumienia. 

To  naturalnie  również  jego  wina.  I  Jewgienija.  Jewgienij  zostawił  synowi  w  spadku 

miłość do morza. Pragnął, by tak się stało. Ale chyba nie pomyślał o tym, że z powodu tej 

miłości Raija zostanie sama. 

Jewgienij  zamierzał  się  wycofać.  Marzył  o  spokojnej  starości,  którą  spędzą  razem  z 

Raiją nad szeroką Dwiną. Nigdy nie wyobrażał sobie, że tego nie doczeka. 

Raija będzie bardzo samotna. 

Noc  była  zimna,  jak  to  bywa  tu,  na  północy,  nawet  latem.  Raija  nie  mogła  zasnąć. 

Czuła,  że  upadnie  z  wyczerpania.  Wiedziała,  że  musi  być  silna.  Musi  stanąć  silna  i 

wyprostowana, by oddać Jewgienijowi cześć. Był dobrym człowiekiem. Uczynił ją szczęśli-

wą. Nigdy nie przypuszczali, że tak szybko odejdzie. 

Zarzuciła  szal  na  ramiona.  Piec  w  rogu  nadal  ogrzewał  pokój,  ale  niewiele  mógł 

zdziałać wobec chłodu, który pochodził od środka. 

Przeszła cicho przez izbę. Nie chciała, by ktokolwiek usłyszał, że nie śpi. Nie chciała, 

by Oleg i Tonią przyszli do niej i nakłaniali, żeby się położyła. 

Mieli dobre intencje, ale to jej smutek. 

Daleko na zachodzie ujrzała jakiś blask. Ogarniało ją rosnące zdumienie. O tej porze 

roku zwykle nie pojawia się zorza polarna... 

Jednak  wzrok  uparcie  powędrował  na  zachód.  Musiała  patrzeć  w  tę  stronę.  Jakby 

ś

wiatło ją przyciągało. 

Wszystko wokół zniknęło. 

Ostatnie, co pamiętała, to ów blask na zachodzie. 

Kiedy  się  obudziła,  świtało.  Świat  dookoła  był  jasny.  Pośpiesznie  wstała.  Bolało  ją 

całe ciało, ale nikt nie może się dowiedzieć, że spała na podłodze. 

Dzisiaj Jewgienij zostanie pochowany. 

background image

Raija zatrzymała się w pół gestu. Zamknęła oczy, lecz obraz nie znikał. 

A  więc  zorza  polarna  jej  się  nie  przyśniła!  Jej  pojawienie  się  miało  jakiś  sens. 

Wypełniło pustkę. 

Przełknęła ślinę i weszła w ten nowy dzień, by zmierzyć się z nim, tak jak zrobiłaby to 

Raija Bykowa. 

Ale  kiedy  później  odwróciła  się  plecami  do  grobu,  obejmując  swego  niemal 

szesnastoletniego syna, wiedziała, że nie będzie mogła dłużej pozostać Raiją Bykowa. Raija 

Bykowa została pogrzebana jak ten człowiek, z którym wiodła wspólne życie. 

Kobieta, która odchodziła od mogiły, była Raiją Alatalo. 

Noc i zorza polarna odkryły zasłonę. Odsłoniły prawdę.