background image
background image

H I S T O R Y C Z N E  B I T W Y 

PIOTR DERDEJ 

KORONOWO 1410 

Dom Wydawniczy Bellona 

Warszawa 

background image

Dom Wydawniczy Bellona prowadzi sprzedaż wysyłkową swoich 
książek za zaliczeniem pocztowym z 20-procentowym rabatem 

od ceny detalicznej. 

Nasz adres: 
Dom Wydawniczy Bellona 
ul. Grzybowska 77 
00-844 Warszawa 
Dział Wysyłki tel.: (22) 45 70 306, 652 27 01 

fax (22) 620 42 71 

Internet: www.bellona.pl 

www.ksiegarnia.bellona.pl 
e-mail: biuro ©bellona.pl 

Opracowanie graficzne serii: Jerzy Kępkiewicz 

Ilustracja na okładce: Paweł Głodek 
Redaktor: Kazimierz Cap 
Redaktor prowadzący: Kornelia Kompanowska 
Korektor: Agnieszka Galas 

© Copyright by Piotr Derdej, Warszawa 2004 
© Copyright by Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2004 

Druk i oprawa:  W D G Drukarnia w Gdyni Sp. z

 o.o. 

ul. Św. Piotra

 12, 81-347 Gdynia 

tel.

 (58) 660-73-10, tel./fax (58) 621-68-51 

ISBN 83-11-09951-0 

background image

WSTĘP 

Na temat tzw. wielkiej wojny Królestwa Polskiego i Wiel­
kiego Księstwa Litewskiego z Krzyżakami (1409-1411 r.), 
napisano już w naszej historiografii bardzo wiele

1

. Wszyscy 

badacze (z nielicznymi wyjątkami — jak np. Stefan M. 
Kuczyński, Gerard Labuda, Marian Biskup lub publicysta 
historyczny Paweł Jasienica)

2

 koncentrowali się głównie na 

pierwszej fazie tej wojny (sierpień 1409-lipiec 1410 r.), 
zakończonej wielkim zwycięstwem zjednoczonych sił polsko-
-litewskich wraz ze sprzymierzeńcami nad wielką armią 
krzyżacką na polach Grunwaldu, co miało miejsce 15 lipca 

1410 roku. W naszych opracowaniach historycznych (zarów­

no tych, które powstały przed drugą wojną światową, jak 
i tych, które napisano w czasach powojennych) na ogół pisze 

' Pełny wykaz źródeł i opracowań, z których korzystałem przy pisaniu 

tejże monografii, podaję w przypisach oraz w bibliografii na końcu 
niniejszej książki. 

2

 Na ten temat patrz między innymi: Stefan M.  K u c z y ń s k i , Wielka 

wojna z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411, Warszawa 1966; 
Marian  B i s k u p i Gerard  L a b u d a , Dzieje Zakonu Krzyżackiego 
w Prusach. Gospodarka — społeczeństwo — państwo — ideologia, 
Gdańsk 1988; Historia Pomorza, t. I, Do roku 1466, praca zbiorowa pod 
red. Gerarda Labudy, Poznań 1969 oraz Paweł  J a s i e n i c a , Polska 

Jagiellonów, Warszawa 1990. 

background image

się bardzo obszernie o genezie konfliktu polsko-litewskiego 
z państwem zakonnym w Prusach (od niefortunnego dla 
Polski sprowadzenia Krzyżaków do Prus w roku 1226 przez 
księcia mazowieckiego Konrada począwszy). Następnie prze­
chodzi się do bezpośrednich przyczyn wybuchu tzw. wielkiej 
wojny Polski i Litwy z państwem krzyżackim w roku 1409 
i opisuje przebieg kampanii jesiennej 1409 roku oraz kampanii 
letniej 1410 roku aż do polsko-litewskiego zwycięstwa pod 
Grunwaldem. Potem z reguły mowa jest o tryumfalnym 
pochodzie zjednoczonych wojsk króla polskiego Władysława 
Jagiełły i wielkiego księcia litewskiego Witolda przez ziemie 
pruskie, pod mury stolicy państwa krzyżackiego — Malborka, 
w czasie którego wojska polsko-litewskie opanowały niemal 
bez walki prawie całe terytorium państwa krzyżackiego 

w Prusach (z wyjątkiem samego Malborka, Świecia i Człu­
chowa, w których zdołały się utrzymać załogi krzyżackie). 
Później już tylko pobieżnie wspomina się o niefortunnym dla 
Polaków i Litwinów oblężeniu Malborka (lipiec-wrzesień 

1410 r.), a następnie o odwrocie wielkiej armii polsko-

-litewskiej z granic państwa zakonnego (wrzesień 1410 r.) 
i zaraz — najczęściej w sposób równie pobieżny — przechodzi 
się do postanowień pierwszego pokoju toruńskiego (zawartego 
w lutym 1411 r.). Zasadniczo w polskich opracowaniach 
historycznych pomija się zupełnym lub prawie zupełnym 
milczeniem wydarzenia, które miały miejsce pomiędzy bitwą 
pod Grunwaldem a pierwszym pokojem toruńskim. Do takich 
właśnie, prawie zupełnie zapomnianych wydarzeń tej wojny, 
należy niewątpliwie druga co do wielkości i znaczenia bitwa 
pod Koronowem (a dokładniej na polach pod pobliską wsią 
Łącko lub raczej Łasko)

3

, stoczona 10 października 1410 

3

 Wieś, na polach której odbyła się ta bitwa, nosi obecnie nazwę Łasko 

Wielkie lub Wilcze (co do tego, gdzie dokładnie doszło do samej bitwy, 
nie ma dziś zgodności wśród historyków). Jakkolwiek by nie było, pole 
bitwy jest oddalone od obecnych granic miasta Koronowa o ok.
 11 km na 
północny zachód i leży gdzieś pomiędzy wyżej wymienionymi wsiami). 

background image
background image

Bitwa pod Koronowem nie doczekała się również tak 

wspaniałych opisów literackich jak bitwa pod Grunwal­
dem. Istnieje tylko jeden opis literacki tej batalii, zawarty 
w Nowelach Henryka Sienkiewicza

8

, również w całości 

wzięty z Długosza, lecz nieco przerobiony i ubarwiony 
literacko mistrzowskim piórem autora Krzyżaków. Bitwy 
tej nie opiewano w pieśniach ani poematach i żaden 
— jak dotychczas — reżyser filmowy nie zdecydował 
się przenieść jej na ekrany kin. Nie istnieje też, o ile 
piszącemu te słowa wiadomo, żaden obraz przedstawia­

jący bitwę pod Koronowem ani jakikolwiek jej plan. 

Z tego wszystkiego wynika niezbicie, iż wiktoria grun­
waldzka z 15 lipca 1410 roku zaćmiła niemal zupełnie, 
w umysłach następnych pokoleń Polaków aż po dzień 
dzisiejszy, późniejszą od niej zaledwie o 3 miesiące, lecz 
równie świetną wiktorię koronowską z 10 października 

1410 roku. Powstrzymała ona przecież groźną kontrofen­

sywę krzyżacką w głąb Wielkopolski i Kujaw. Odwet, 
gdyby nie został w porę zatrzymany i udaremniony pod 
Koronowem, mógłby zniweczyć — dla strony polsko-
litewskiej — militarne i polityczne owoce zwycięstwa 
grunwaldzkiego

9

. W tym miejscu należy zaznaczyć, że 

współcześni opisywanym tutaj wydarzeniom, od których 
czerpał swoje informacje Jan Długosz, zgodnie uważali, że 
„[...] chociaż wspomniane zwycięstwo pod Koronowem 
było w istocie mniejsze niż pod Grunwaldem, to jednak, 

jeśli się weźmie pod uwagę niebezpieczeństwo, zapał 

i wytrwałość w walce, zwycięstwo walczących tutaj należy 

8

 Patrz: Henryk  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, 

[w:] tegoż autora: Nowele, t. III, Warszawa 1978, s. 54-59. 

9

 Na ten temat patrz: Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. 

cit., s.  3 5 - 5 2 oraz S. M.  K u c z y ń s k i , Pogranicze kujawsko-pomorskie 
w Wielkiej Wojnie z Zakonem, op. cit.,
 s. 72. Piszący te słowa również 
poruszy ten temat znacznie obszerniej w jednym z następnych rozdziałów 
niniejszej książki. 

background image

stawiać wyżej od grunwaldzkiego"

1 0

. Bitwa pod Korono­

wem jest interesująca także dlatego, iż była jedną z ostat­
nich, stoczonych ściśle według średniowiecznych reguł 
wojennych, gdzie rycerz potykał się z rycerzem, a obie 
strony przestrzegały w najdrobniejszych szczegółach zasad 
honorowego kodeksu rycerskiego, czego już po Koronowie 
na polach bitewnych całej Europy nigdy nie oglądano. 
Działo się tak, gdyż — jak o tym pisze Długosz: „Rzadko 
za naszych czasów pamiętano tak sławną bitwę nawet 
między chrześcijanami i barbarzyńcami, w której by z taką 
dzielnością i taką wytrwałością walczący po obydwu 
stronach zabiegali o zwycięstwo"

1 1

Dziś w małym i sennym, lecz jakże uroczo położonym 

wśród malowniczych morenowych, polodowcowych wzgórz 
i jezior Pojezierza Krajeńskiego, nad wodami rzeki Brdy 
i Zalewu Koronowskiego, miasteczku Koronowo o wielkiej 
historii sprzed niemal 600 lat (w roku 2010 minie akurat 
okrągła, sześćsetna rocznica bitwy) przypominają tylko 
dwa pomniki. Pierwszy w centrum miasta, w miejscu, 
z którego — zgodnie z miejscową tradycją — owego 
pamiętnego poranka wyruszyło rycerstwo polskie na bój 
z najezdniczą, krzyżacką armią Kuchmeistra (wzniesiony 
w 550 rocznicę bitwy w roku 1961)

1 2

. Drugi, nazywany 

przez miejscową ludność „grunwaldzkim" (wzniesiony 
w roku 1986)

1 3

, który stoi w widocznym miejscu, opodal 

miasta, przy ruchliwej szosie Bydgoszcz-Koszalin (Koro­
nowo leży ok. 30 km na północ od Bydgoszczy). Nie tylko 
informuje on przejezdnych turystów, zdążających tamtędy 
nad Bałtyk lub w Bory Tucholskie, o miejscu wielkiego 

10

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 265. O tym również szerzej 

w jednym z następnych rozdziałów tej książki. 

" Tamże. 

12

 Janusz U m i ń s k i, 7 dni w Koronowie i nad Jeziorem Koronowskim. 

Przewodnik turystyczny. Warszawa 1989, s. 21. 

13

 Tamże. 

background image

14

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 263 i 266. Patrz także: J. 

U m i ń s k i , 7 dni w Koronowie..., op. cit., s.  2 1 - 2 3 oraz praca zbiorowa 
pt. Koronowo. Zarys dziejów miasta,
 Poznań 1968. 

zwycięstwa oręża polskiego, ale i zaprasza do odwiedzenia 
miasta. W samym mieście znajduje się jeszcze jeden, 
niemy świadek bitwy: jest to stary, pocysterski klasztor 
z końca XIII w., na terenie którego, zgodnie z opisem 
Długosza, obozowało rycerstwo polskie przed bitwą i na 
terenie którego — jak chce tego Jan Długosz oraz 
miejscowa tradycja — pochowano później część poległych 
w tej bitwie

1 4

Bitwa pod Koronowem wymaga zatem — zdaniem 

piszącego te słowa — odkurzenia, przypomnienia i przy­
wrócenia godnego jej miejsca w naszej historiografii oraz, 
co równie ważne, w świadomości historycznej współczes­
nych Polaków, bo zaiste wiktorią koronowską warto się 
szczycić na równi z jej grunwaldzką poprzedniczką. 

Jestem to winien również przemiłym członkom Towa­

rzystwa Miłośników Ziemi Koronowskiej, którzy podczas 
ostatniego mego pobytu w Koronowie zainspirowali mnie 
do wydobycia wiktorii koronowskiej z mroków zapomnienia 

i do napisania tejże monografii. 

Na ile podołałem temu zadaniu, niechaj ocenią Czy­

telnicy. 

Autor 

Warszawa, 22 lutego 2002 roku 

background image

PO GRUNWALDZIE 

W pamiętnym dniu 15 lipca 1410 roku na polach pomiędzy 
wsiami Grunwald, Stębark i Łodwigowo rozegrała się 

jedna z największych bitew średniowiecznej Europy, w któ­

rej koalicja wojsk polskich, litewskich, ruskich, czeskich, 
mołdawskich, wołoskich i tatarskich, dowodzona przez 
króla polskiego Władysława Jagiełłę oraz wielkiego księcia 
litewskiego Aleksandra-Witolda, zadała druzgocącą klęskę 
armii Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu 
Niemieckiego w Jerozolimie (zwanego potocznie Krzyża­
kami lub zakonem niemieckim) i krzyżackim najemnikom 
z całej Europy Środkowej i Zachodniej (wśród których byli 
również licznie reprezentowani Ślązacy i Pomorzanie), 
dowodzonym osobiście przez wielkiego mistrza zakonu 
Ulryka von Jungingena

1

. W bitwie grunwaldzkiej polegli 

niemal wszyscy dostojnicy zakonni z wielkim mistrzem na 

1

 Opisywanie przyczyn i pierwszej fazy tzw. wielkiej wojny z Krzyża­

kami w latach 1409-1410 oraz samego przebiegu bitwy pod Grunwaldem 
świadomie w tej monografii pomijam, gdyż zagadnienia te zostały już 
wielokrotnie, bardzo obszernie opisane w różnych opracowaniach histo­
rycznych, że wymienię tu tylko pomnikowe dzieło S. M.  K u c z y ń ­
s k i e g o pt. Wielka wojna z Zakonem...,
 Warszawa 1966, op. cit., a także 

jedno z najnowszych opracowań na ten temat autorstwa Andrzeja 

N a d o l s k i e g o pt. Grunwald 1410, Warszawa 1999. 

background image

10 

czele, a reszta dostała się do polskiej lub litewskiej niewoli. 
Pod Grunwaldem w ciągu zaledwie kilku godzin przestała 
istnieć nie tylko militarna potęga zakonu niemieckiego 
(dotychczas bezkarnie terroryzująca wszystkich sąsiadów 
Prus z Polską i Wielkim Księstwem Litewskim na czele), 
ale i de facto prawie cały aparat administracyjny państwa 
zakonnego w Prusach. Państwo krzyżackie, pozbawione 
głowy w postaci wielkiego mistrza oraz mózgu w postaci 
większości starszyzny i urzędników zakonnych, leżało, 
sparaliżowane tak wielką i niespodziewaną klęską, u stóp 
zwycięskich wodzów polsko-litewskiej koalicji — Jagiełły 
i Witolda

2

Droga na stolicę państwa zakonnego w Prusach, Mal­

bork, główny cel strategiczny połączonych armii Jagiełły 
i Witolda w całej kampanii letniej 1410 roku

3

, stała dla 

zwycięskich wojsk koalicji polsko-litewskiej otworem. 
Należało jednakże działać szybko, gdyż nie wszyscy 
dostojnicy zakonni zostali zabici lub wzięci do niewoli pod 
Grunwaldem. W bitwie tej nie uczestniczył komtur Świecia, 
Henryk von Plauen, który ze swoimi oddziałami pozostał, 
z rozkazu wielkiego mistrza, na Pomorzu Gdańskim (dla 
zabezpieczenia tych terenów przed spodziewanym przez 
dowództwo krzyżackie atakiem polskim z okolic Bydgosz­
czy)

4

. Nie brał w niej też udziału wójt Nowej Marchii 

(części państwa krzyżackiego na ziemiach między Pomo-

2

 Na temat rozmiaru strat krzyżackich, poniesionych w bitwie pod 

Grunwaldem, patrz: S. M. K u c z y ń s k i. Wielka wojna z Zakonem..., op. 
cii,
 s.  4 0 8 ^ t 0 9 oraz A. N ad o 1 s k i, Grunwald 1410, op. cit., s. 130-133. 

3

 Na temat polsko-litewskiego planu wojny z Krzyżakami patrz: S. M. 

K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 285-299 oraz A. 
N a d o 1 s k i, Grunwald 1410, op. cit.,
 s. 37-39. 

4

 Na ten temat patrz szerzej: M.  B i s k u p , Pogranicze kujawsko-

-pomorskie w Wielkiej Wojnie z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411, 
[w:] Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 28-29; S. M.  K u c z y ń s k i , 
Wielka wojna z Zakonem..., op. cit.,
 s. 330-331 oraz A.  N a d o l s k i , 
Grunwald 1410, op. cit.,
 s. 84 i 89. 

background image

11 

rzem Zachodnim a Wielkopolską), Michał Küchmeister 
von Sternberg. Na dwa dni przed bitwą pod Grunwaldem 
(13 lipca) rozbił on wydzielone oddziały wielkopolskie, 
które, pod dowództwem wojewody kaliskiego i zarazem 
starosty nakielskiego Macieja z Wąsoszy, na przełomie 
czerwca i lipca, nagłym wypadem z okolic Nakła i ziemi 
krajeńskiej zaatakowały i mocno spustoszyły pograniczne 
tereny Nowej Marchii, a także zachodnią część krzyżackiego 
Pomorza

5

. Po odniesieniu tego lokalnego zwycięstwa nad 

polską grupą dywersyjną, również na rozkaz wielkiego 
mistrza, nie połączył się z nim, ale bez zwłoki wycofał się 
do Nowej Marchii, ażeby tam zorganizować nowe oddziały 
zakonne z najemników niemieckich. Miały one w planowa­
nej przez główny sztab zakonny późniejszej fazie wojny 
przyjść z odsieczą armii Ulryka von Jungingena, najeżdżając 
od północnego zachodu Wielkopolskę i Kujawy

6

. Prócz 

potencjalnego zagrożenia ze strony wciąż jeszcze nie 
rozbitych i nie zdemoralizowanych oddziałów krzyżackich 
Henryka von Plauena z Pomorza Gdańskiego oraz Michała 
Kiichmeistra z Nowej Marchii, Jagiełło z Witoldem musieli 
brać pod uwagę także świeże siły krzyżackie w Inflantach, 
dowodzone przez marszałka inflanckiego Berna von Hevel-
manna. Dotychczas nie brały one udziału w wojnie, ale 
w każdej chwili mogły przyjść z odsieczą swoim konfratrom 
w Prusach, chociażby przez nagły najazd na chwilowo 
prawie bezbronne Litwę i Żmudź

7

, ażeby odciągnąć litewską 

5

 Na ten temat patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 218; M. 

B i s k u p , Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie z Zakonem..., 

op. cit., s. 29; S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., 
s. 333-334, 340-341 i  4 2 9 ^ 3 0 oraz A. N a d o 1 s k i, Grunwald 1410, op. 
cit.,
 s. 90. 

6

 Por. M. B i s k u p, Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie 

z Zakonem..., op. cit., s.  2 7 - 2 9 ; S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 
z Zakonem..., op. cit.,
 s.  2 9 9 - 3 1 0 oraz A.  N a d o l s k i , Grunwald 1410, 
op. cit.,
 s. 88-90. 

7

 Por. S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 332. 

background image

12 

armię Witolda z pruskiego teatru wojny

8

. Wszystkie powy­

żej wymienione przesłanki musiały skłaniać króla i wiel­
kiego księcia do podjęcia jedynej, możliwej w tych warun­
kach, decyzji: czym prędzej iść na chwilowo pozbawiony 
obrony Malbork, ażeby w pełni wykorzystać porażający 
efekt wiktorii grunwaldzkiej i zająć krzyżacką stolicę, 
zanim zdołają oni otrząsnąć się po tak wielkiej klęsce. Jeśli 
którakolwiek z wyżej wymienionych jednostek krzyżackich, 
a zwłaszcza zlokalizowana najbliżej stolicy grupa pomorska 
von Plauena, zdołałaby dotrzeć do opustoszałego Malborka, 
opanować panikę i zorganizować skuteczną obronę warow­
nej stolicy zakonu niemieckiego, zdobycie miasta byłoby 
o wiele trudniejsze, jeśli wręcz nie niemożliwe. 

Tak bez wątpienia postąpiłby na miejscu Jagiełły i Witol­

da każdy wódz, w pełni świadom strategicznego oraz 
politycznego celu prowadzonej przez siebie wojny. Opatrz­
ność czy też  — j a k wolą niewierzący — szczęście zdawały 
się sprzyjać koalicji jagiellońskiej. Oto w państwie krzyżac­
kim na wieść o klęsce zakonu pod Grunwaldem, która 
rozniosła się lotem błyskawicy, uaktywniła się wewnętrzna 
opozycja, znana jako Towarzystwo Jaszczurcze, składająca 
się z wybitnych przedstawicieli pruskiego duchowieństwa, 
rycerstwa oraz mieszczaństwa (czyli stanów pruskich). Do 
żywego dopiekło im 200-letnie panowanie zakonu niemiec­
kiego w Prusach i na Pomorzu Gdańskim, a coraz bardziej 
realna była wizja poprawy sytuacji. Krzyżacy nie byli 
bynajmniej łaskawymi panami dla swoich, nawet niemiec­
kich, poddanych. Pruska i pomorska ludność miała już 
serdecznie dość krzyżackiej polityki gospodarczej, a zwłasz­
cza fiskalnej, przejawiającej się głównie w nadmiernym 
obciążaniu poddanych wielkiego mistrza podatkami na cele 

wojen, jakie zakon niemiecki niemal ustawicznie toczył 
z sąsiadami

9

. Toteż trudno się dziwić, iż stany pruskie, 

8

 Na ten temat patrz: S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., 

op. cit., s. 299-310 i 326-328. 

background image

13 

udręczone twardymi rządami krzyżackimi, z nadzieją spog­
lądały ku Polsce i Litwie, widząc w przyłączeniu ziem 
państwa zakonnego do państw jagiellońskich ratunek dla 
siebie oraz szansę na poprawę bytu. Po Grunwaldzie 
w całym państwie zakonnym wybuchło żywiołowe powstanie 
pruskiej szlachty i mieszczan przeciwko krzyżackiemu 
panowaniu. Powstańcy spod znaku Towarzystwa Jaszczur-
czego w ciągu zaledwie kilku tygodni opanowali prawie 
wszystkie miasta i zamki pruskie, wypędzając z nich 
nieliczne załogi krzyżackie, śmiertelnie do tego przerażone 
takim, zupełnie dla nich niespodziewanym, rozwojem wypad­
ków po śmierci wielkiego mistrza i prawie całej starszyzny 
zakonnej w bitwie pod Grunwaldem. Krzyżacy zdołali 
z najwyższym trudem utrzymać się jedynie w samym 
Malborku, Człuchowie, Świeciu, Radzyniu Chełmińskim, 
Gdańsku, Brandenburgu, Ragnecie, Bałdze i Kłajpedzie. 
Reszta zamków i miast pruskich, które zostały w ciągu 
lipca i sierpnia opanowane przez powstańców z Towarzystwa 
Jaszczurczego, na wyścigi poddawała się zwierzchnictwu 

zwycięskiego króla polskiego

1 0

9

 Obszerne informacje na temat stosunku ludności państwa krzyżackiego 

w Prusach (stanów pruskich) do panów pruskich, czyli Krzyżaków, 
a także na temat dziejów Towarzystwa Jaszczurczego i doniosłej roli, jaką 
odegrało ono w pogrunwaldzkiej fazie wielkiej wojny (od połowy lipca 

1410 r. począwszy) można znaleźć w następujących opracowaniach: 

Zakon Krzyżacki a społeczeństwo państwa w Prusach, zbiór studiów pod 
redakcją Zenona Huberta  N o w a k a , Toruń 1995, s. 9-81 oraz 103-110; 
A.  C z a c h a r o w s k i , Opozycja rycerstwa ziemi chełmińskiej w dobie 

Grunwaldu, [w:] W krągu stanowych i kulturowych przeobrażeń Europy 
Północnej w XIV-XVIII w.,
 Toruń 1988, s.  7 7 - 9 6 ; M.  B a r t k o w i a k , 
Towarzystwo Jaszczurcze w latach 1397-1437,
 Toruń 1948, s. 22 
i następne; M.  B i s k u p i G.  L a b u d a , Dzieje Zakonu Krzyżackiego 
w Prusach..., op. cit.,
 s. 316-341 oraz 367-368. 

10

 Z więcej niż szczupłych materiałów źródłowych na ten temat patrz: 

Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 4 6 - 2 5 2 oraz Kronika konfliktu 

Władysława króla polskiego z Krzyżakami w roku Pańskim 1410, 

z łacińskiego rękopisu Biblioteki Kórnickiej, wydanego w Poznaniu 

background image

14 

Znakomity badacz wielkiej wojny z Krzyżakami 

(1409-1411) i autor najpełniejszego, jak do tej pory, 
opracowania na ten temat, prof. Stefan M. Kuczyński, 
ocenia, że: „[...] chociaż wszystko odbyło się po myśli 
króla, powstała sytuacja, której nie przewidywała żadna ze 
stron walczących: oto w bitwie na polach Łodwigowa, 
Stębarku i Grunwaldu armia krzyżacka została nie tylko 
rozbita, ale i zniesiona prawie doszczętnie, przy czym 
poległ w. mistrz i cała niemal starszyzna Zakonu, dzięki 
czemu, formalnie biorąc, strona polsko-litewska nie miała 
z kim pertraktować o pokój!
 Nie było legalnej władzy, 
która byłaby upoważniona do reprezentowania państwa 
zakonnego. [...] W takim stanie rzeczy król i jego doradcy, 
decydując się na dalszy marsz w stronę Malborka, musieli 
brać pod uwagę już dwie możliwości: pierwszą [...] tzn. 
zawarcie pokoju z jakimiś czynnikami, które będą upraw­
nione do reprezentowania państwa krzyżackiego — na co, 

jak się wydaje, mniej liczono, oraz drugą, o której przed 

bitwą zapewne nie myślano, ale która, niewątpliwie, w danej 
sytuacji wysuwała się na plan pierwszy: opanowanie całości 
lub przynajmniej znacznej części ziem pomorsko-pruskich 
i przyłączenie ich do Polski i Litwy. [...] W otoczeniu 
Jagiełły musiano sobie dobrze zdawać sprawę z nastrojów 
wśród poddanych Zakonu i król wiedział, co czyni, zwal­
niając szlachtę chełmińską, pruską, czy mieszczan miast 
krzyżackich. Krzyżacy stanowili znienawidzoną warstwę 
rządzącą, obcą pochodzeniem, pasożytniczą, utrzymującą 
się przy władzy jedynie drogą ucisku, nie związaną z lud-

w roku 1911 przez Zygmunta Celichowskiego, na język polski przełożyli 
Jolanta Danka i Andrzej Nadolski, Olsztyn 1987, s. 15-16. Natomiast 
z bardzo licznych opracowań na ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń ­
s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit.,
 s.  4 3 5 ^ 3 6 oraz 452^-57; A. 
N a d o l s k i , Grunwald 1410, op. cit.,
 s. 135-136; P.  J a s i e n i c a , 
Polska Jagiellonów, op. cit.,
 s. 119-120 i Feliks  K o n e c z n y , Dzieje 
Polski za Jagiellonów,
 Komorów 1997, s. 79-80. 

background image

15 

nością ani wspólnym interesem, ani wspólną ideologią, ani 
narodowością, ani kulturą. Nagły brak warstwy uciskającej 
i ośrodka dyspozycyjnego, po wstrząsie pierwszej chwili, 
mógł wywołać — i, jak się okazało, wywołał — dążenia 
wolnościowe wśród poddanych krzyżackich. Zajęcie w ta­
kich okolicznościach stolicy i zlikwidowanie resztek oporu 
musiało doprowadzić do chętnego włączenia się stanów 
pruskich, tj. szlachty, miast i, niewątpliwie, duchowieństwa, 
w skład państwa jagiellońskiego. [...] Należało więc nie 
tylko powziąć decyzję, ale i jak najszybciej ją zrealizować. 
Trzeba było zająć  M a l b o r k " " . 

Tyle S. M. Kuczyński. Ów znakomity badacz dziejów 

wielkiej wojny z Krzyżakami w latach 1409-1411 uważa 
zatem, podobnie jak piszący te słowa, iż wielkie zwycięs­
two, jakim niewątpliwie był Grunwald, zostałoby po­
zbawione wszelkiego, militarnego oraz, co ważniejsze, 
politycznego sensu, gdyby koalicja jagiellońska nie dążyła 
do możliwie jak najszybszego opanowania stolicy roz­
gromionego przeciwnika — Malborka. Dlaczegóż jednak, 
nieomal nazajutrz po grunwaldzkim zwycięstwie, zaczynają 
się w obozie polsko-litewsko-ruskim dziać dziwne rzeczy, 
których polscy — i nie tylko polscy — historycy, od Jana 
Długosza poczynając, a na dziejopisach nam współczesnych 
kończąc, pomimo wielu mniej lub bardziej prawdopodob­
nych hipotez, po dziś dzień nijak nie potrafią logicznie 
wyjaśnić? 

Oto bowiem uskrzydlone świeżym zwycięstwem wojska 

Jagiełły i Witolda, które przed Grunwaldem posuwały 

się naprzód średnio 40-50 km dziennie i których — co 
warto tu jeszcze raz z całą mocą przypomnieć — celem 
głównym całej kampanii był właśnie Malbork, teraz, 
tj. po 15 lipca, zaczęły się raptem posuwać do przodu 
z iście „zawrotną" szybkością — według wiarygodnych 

" S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 423-424. 

background image

16 

obliczeń prof. Kuczyńskiego — najwyżej 15 km dziennie 
(!)

1 2

. Na dodatek koalicyjna armia Jagiełły i Witolda 

w sposób niewytłumaczalny mitrężyła czas, zatrzymując się 
po drodze — bez żadnej, wyraźnej potrzeby — pod każdym 
niemal zamkiem lub miastem krzyżackim, które były 
podówczas już prawie wszystkie opanowane przez powstań­
ców z Towarzystwa Jaszczurczego. Wszystkie one witały 
wojska koalicji jagiellońskiej jako wyzwolicieli spod tyranii 
panów zakonnych, składając hołd wiernopoddańczy Jagielle 

jako swojemu prawowitemu monarsze. Nie trzeba było 

zatem zbytnio marnotrawić cennego czasu dla odbierania 
hołdów poszczególnych ziem, zamków i miast pruskich, 
które i tak uznały już Jagiełłę za swego króla, lecz należało 
maszerować na stolicę nieprzyjaciela, jak najszybciej się da, 
ażeby niedobitki krzyżackie nie zyskały czasu potrzebnego 
do opanowania paniki, skupienia rozproszonych sił i zorga­
nizowania oporu. Jagiełło, który — od początku kampanii 

letniej 1410 roku aż do bitwy pod Grunwaldem włącznie 

— dał się poznać jako znakomity strateg i taktyk, potrafił 

przecież zgrać działania ogromnej (jak na przełom wieków 
XIV i XV), wielonarodowej armii koalicyjnej, zaskoczyć 
silnego w polu i mocno ufortyfikowanego przeciwnika 
błyskawicznym — jak na tamte czasy — wtargnięciem 
w głąb jego terytorium, a następnie zadać mu druzgocącą 
klęskę w polu (wykorzystując wschodnie — tj. tatarsko-
ruskie zasady taktyczne). Raptem zaś — po rozbiciu trzonu 
sił krzyżackich — dopuścił się tak skandalicznego, z punktu 
widzenia celu strategicznego całej kampanii, spowolnienia 
marszu na Malbork. Jest w tym postępowaniu króla Jagiełły 
coś niewytłumaczalnego, coś, co z jednej strony zdaje się 
niemal całkowicie stawiać pod znakiem zapytania jego 
uznany geniusz polityczny i wojskowy, z drugiej zaś zdaje 
się sugerować, że król Polski, Władysław Jagiełło, oraz jego 

12

 Tamże, s. 430. 

background image

17 

stryjeczny brat, wielki książę litewski, Aleksander-Witold, 
po Grunwaldzie — z niewiadomych przyczyn — zaczęli 
umyślnie spowalniać marsz na Malbork, ażeby dać Krzy­
żakom czas niezbędny na zebranie sił. Tylko dlaczego?! 

Inny badacz opisywanego przez nas okresu dziejów 

Polski i Litwy, znakomity publicysta historyczny Paweł 
Jasienica (właściwe nazwisko: Lech Beynar), poświęcił 
temu zagadnieniu sporo uwagi w swojej Polsce Jagiel­
lonów

 i w rozważaniach na ten temat doszedł do na­

stępujących wniosków: 

„16 lipca odnaleziono na pobojowisku zwłoki Ulryka 

von Jungingen. Jagiełło zachował się wobec nich w sposób 
kulturalny. Kazał je obmyć, okryć purpurą, włożyć na 
czterokonny wóz i wraz z ciałami innych dostojników, 
a więc arcykomtura i wielkiego marszałka, odesłać do 
Malborka. 

Uprzedził je biskup Jan Kropidło, który przebywał pod 

Tczewem. Otrzymał wiadomość o wyniku starcia i natych­

miast popędził do Malborka. Stanął tam 17 lipca i niezwłocz­
nie pchnął do króla gońca z zawiadomieniem o strasznej 
panice w stolicy Zakonu, gdzie nikt nie myślał o obronie. 

Ale 18 lipca nadciągnął z wojskiem komtur ze Świecia, 

Henryk von Plauen, ten sam, który w roku poprzednim 
wpadł na krótko w ręce polskie pod Bydgoszczą, a pod 
Grunwaldem nie był. Nazajutrz — 19 lipca — powitał 
w zamku zwłoki Ulryka von Jungingen i kazał je pogrzebać 
w kaplicy Św. Anny. 

Karawan wielkiego mistrza Krzyżaków wygrał wyścig 

z historią Polski. Konna armia królewska zjawiła się pod 
Malborkiem w sześć dni po nim, 25 lipca. Henryk von Plauen 
zdążył tymczasem wziąć wszystko w żelazną garść, zebrał 
żywność, powiększył załogę, ściągnął z Gdańska marynarzy, 
spalił miasto i zrobiwszy wszystko, co leżało w jego mocy, 
czekał oblężenia. 

2 — Koronowo 1410 

background image

18 

Z Grunwaldu do Malborka jest około stu kilometrów. Po 

bitwie część rady wojennej żądała spiesznego pochodu lub 
przynajmniej wydzielenia pewnej liczby chorągwi i rzucenia 
ich naprzód. Argumentowano, że skoro król «główny zamek 
opanuje, w chwili gdy świeży przestrach i zgroza włada 
umysłami Krzyżaków, wnet i inne poddadzą się zamki 
i wojna skończy się spokojnie, bez walki». Przeważyło 

zdanie króla i większości rady, postanowiono biwakować 
opodal pobojowiska przez trzy dni. Ale decyzję o tym 
postoju podano wojsku do wiadomości już w nocy z 15 na 

16 lipca, czyli zaraz po bitwie, i — jak się zdaje wynikać 

z opisu Długosza — przed zebraniem rady wojennej. 
Uczynił to «z rozkazu króla woźny królewski Boguta», 
a wspomnianą uchwałę większości rady powzięto «potem». 

Jagiełło nie dotrzymał jednak zapowiedzianego terminu, 

ruszył w pochód 17 lipca i szedł pod Malbork dni... dziewięć. 
A więc w przeciągu doby wojsko przebywało mniej więcej 
tyleż drogi, co 15 lipca rano, kiedy ciągnęło pod Grunwald. 
Na początku tegorocznej kampanii ta sama armia dokonywała 
trzydziesto- i czterdziestokilometrowych przemarszów. Po­
przedniej jesieni król potrzebował sześciu etapów, by dotrzeć 
z okolic Łęczycy pod Bydgoszcz (sto pięćdziesiąt kilometrów 
w linii powietrznej). Było to w ostatnich dniach września. 
Nienaruszone wojsko krzyżackie czyhało w pobliżu, zmusza­

jąc do ostrożności, która siłą rzeczy opóźnia pochód. Tym 

razem maszerowało się w lipcu, po rozgromieniu wroga. 

A przecież do pośpiechu winna była skłaniać nie sama 

tylko sprawa wojny z Krzyżakami. Jagiełło wiedział, że od 
południa lada chwila może Polsce grozić uderzenie Zyg­
munta Luksemburczyka. 

Stało się absolutnie wszystko, czego było potrzeba, by dać 

Zakonowi ochłonąć i choć jako tako pozbierać się do kupy [...]. 

Wojsko królewskie na pewno było zdolne poruszać się 

z szybkością karawanu. Gdyby przybyło pod Malbork 
razem z nim, a więc nazajutrz po Henryku von Plauen, 

background image

19 

sytuacja wyglądałaby znacznie lepiej. Komtur ze Świecia 
odznaczał się szatańską zawziętością i miewał przebłyski 
geniuszu, ale cudów robić nie umiał. [...] Na przezwycię­
żenie paniki i zorganizowanie obrony potrzebował czasu. 
Otrzymał cały tydzień"

1 3

Przepraszam Czytelników za ten, nieco przydługi cytat 

z Polski Jagiellonów P. Jasienicy, ale jest on w tym 
miejscu naszych rozważań niezbędny dla pełnego zro­
zumienia całej, nie bójmy się tych określeń, niezrozumiało-
ści oraz niedorzeczności działań Jagiełły i Witolda zaraz po 
odniesieniu wielkiego zwycięstwa pod Grunwaldem. 

Mamy zatem następującą sytuację: przodem jedzie kara­

wan ze zwłokami wielkiego mistrza oraz innych, najwyż­
szych dostojników zakonnych, poległych w bitwie pod 
Grunwaldem. Wozy wyruszyły z pobojowiska najpraw­
dopodobniej późnym popołudniem, lub może nawet wie­
czorem, 16 lipca. Odnalezienie i rozpoznanie zwłok star­
szyzny krzyżackiej, wydanie przez króla odpowiednich 
dyspozycji, co do odesłania ich Krzyżakom do Malborka, 
a następnie przygotowanie do transportu, załadowanie zwłok 
na karawany i ostateczne wyruszenie w drogę konduktu 
pogrzebowego najwyższych dostojników zakonu i państwa 
krzyżackiego musiało z pewnością zająć większą część 
dnia. Kondukt pogrzebowy, rzecz jasna, nie pędzi co koń 
wyskoczy (tym bardziej że ciężkie, czterokonne wozy nie 
mogły poruszać się szybko, zwłaszcza gdy wiozły trumny 
ze zwłokami ludzkimi), lecz posuwa się naprzód powoli, 

jak na majestat śmierci przystało. Wiemy zresztą z wiary­

godnych przekazów w kronice Długosza oraz w kronikach 
krzyżackich, iż ów kondukt pogrzebowy zatrzymywał się 
kilkakrotnie w różnych kościołach i zamkach krzyżackich 
(najprawdopodobniej na nocne modły i czuwania przy 

13

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 111-115. 

background image

20 

zwłokach dostojników zakonu, gdyż trudno sobie wyobrazić, 
ażeby kondukt pogrzebowy podróżował w tamtych czasach 
nocą). Po trzech dniach podróży (19 lipca) dotarł do 
Malborka. Za tym konduktem pogrzebowym posuwa się, 
także w kierunku Malborka, armia polsko-litewska dowo­
dzona przez Jagiełłę i Witolda. Ciągnie, z niewiadomych po 
dziś dzień powodów, w iście ślimaczym tempie, gdyż staje 
pod murami krzyżackiej stolicy dopiero 25 lipca, a zatem 
w 6 dni po kondukcie pogrzebowym (!). Co było przyczyną 
tak powolnego marszu wojsk koalicji jagiellońskiej? 

Prof. S. M. Kuczyński, który jest zdania, iż wojska 

polsko-litewskie nie były w stanie zająć Malborka „przez 
zaskoczenie rajdem kawaleryjskim zaraz po bitwie"

1 4

 i daje 

po temu liczne powody

1 5

, również — na zakończenie 

swoich rozważań na ten temat — stwierdza, co następuje: 

„Wszystko wyżej powiedziane usprawiedliwia dowództwo 

polsko-litewskie przed zarzutem nieroztropności czy nie­
dbalstwa, o ile chodzi o rzekomą możliwość zdobycia 
Malborka przez zaskoczenie rajdem kawaleryjskim zaraz po 
bitwie. Nie wyjaśnia natomiast, dlaczego armia królewska 
stanęła pod murami stolicy krzyżackiej dopiero 25 lipca, tzn. 
dlaczego do przebycia odległości ponad 120 km potrzebowała 
aż 8 dni, co daje przeciętną szybkość marszu około 15 km 
dziennie. Wobec zdobywania się przed Grunwaldem na 
marsze dzienne wynoszące 42 km oraz wobec konieczności 
pośpiechu w dojściu do Malborka — tempo posuwania się 

armii polsko-litewskiej wymaga, istotnie, komentarza. 

Otóż nie ulega wątpliwości, że z obozu pod Grunwaldem 

wojska królewskie wyszły wcześniej, niżby tego sobie 
życzyły i niż początkowo było zapowiedziane, gdyż w jeden 
dzień po bitwie. Stąd odpoczywano, leczono się, do-

14

 Patrz: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 

430. 

15

 Tamże, s.  4 2 4 - 4 3 1 . 

background image

21 

prowadzano do porządku dopiero w marszu. To był, 
niewątpliwie, jeden powód wolnego posuwania się armii. 
Drugim musiało być zajmowanie zamków krzyżackich po 
drodze i pustoszenie kraju, co utrudniało również szybszy 
pochód i wprowadzało rozluźnienie porządku, tym bardziej 
że wojsko nie obawiało się już zniesionej armii w. mistrza. 

Wszelako powolny marsz głównego trzonu armii i tabo­

rów nie usprawiedliwia, naszym zdaniem, dowództwa 
polsko-litewskiego, że nie wysłało chociażby części jazdy, 
która szybciej stanęłaby pod Malborkiem od reszty wojska 
i w dużej mierze utrudniłaby Henrykowi von Plauen 
ściągnięcie dodatkowych sił i zapasów żywności do stolicy. 
Długosz wspomina, iż projekt taki istniał, ale że «mógł się 
wydawać mniej przezorny», tzn. że obawiano się dzielić 
armię, wciąż widocznie obawiając się możliwości istnienia 

nowych sił krzyżackich. Było to przezorne, ale ta przezor­
ność spowodowała, iż obrońcy Malborka mieli czas na 
wzmożenie swych szeregów i zapasów, a tym samym 
przyczyniła się do późniejszego niepowodzenia. Dlatego 
musimy uznać ją za poważny błąd. Musimy wytłumaczyć 
genezę tego błędu zajęciem się przez króla i radę przede 
wszystkim nawałem spraw politycznych [...] co odbiło się 
ujemnie na sprawach wojskowych, lecz tłumaczenie to nie 

jest usprawiedliwieniem"

1 6

Tyle prof. S. M. Kuczyński. Zwróćmy uwagę, iż jego 

bez wątpienia krytyczna ocena zbytniej powolności marszu 
wojsk koalicji jagiellońskiej na Malbork po grunwaldzkiej 
wiktorii w zasadzie pokrywa się z o wiele bardziej 
emocjonalnym i bezkompromisowym zdaniem na ten temat 
Pawła Jasienicy. Obaj badacze nie mają najmniejszych 
wątpliwości co do tego, że to właśnie zbytnie marudzenie 
w marszu na Malbork odebrało Jagielle i Witoldowi realną 

16

 Tamże, s. 430-431. 

background image

22 

szansę starcia pruskiej gałęzi Zakonu Szpitala Najświętszej 
Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie raz na 
zawsze z powierzchni ziemi, a tym samym definitywnego 
pozbycia się groźnego wroga na północnych rubieżach 
Polski i Litwy. Kuczyński jest jednakowoż nieco bardziej 
niż Jasienica umiarkowany w formułowaniu jakichkolwiek 
sądów na temat jakości dowodzenia króla Jagiełły i wiel­
kiego księcia Witolda po zwycięstwie pod Grunwaldem 

i dlatego stara się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie 
tej paradoksalnej sytuacji. Usiłuje mianowicie usprawied­
liwić powolny marsz wojsk polsko-litewskich na stolicę 
państwa krzyżackiego rzekomym krańcowym wyczerpa­
niem rycerstwa oraz żołnierzy po niezwykle ciężkiej bitwie 
pod Grunwaldem. To tłumaczenie nie wytrzymuje jednakże 
celnej i zarazem rzeczowej krytyki zawartej na kartach 
Polski Jagiellonów

 Pawła Jasienicy, który tak oto komentuje 

przytoczoną powyżej wypowiedź prof. Kuczyńskiego: 

„Bardzo dziwne, że nasza historiografia częstokroć zbywa 

ogólnikami to, co się działo bezpośrednio po Grunwaldzie. 
Czyta się, że Polacy zmarnowali owoce zwycięstwa, nie 
potrafili go wyzyskać, okazali się niezdolni i tak dalej [...]. 

Pewien wpływ na charakter ocen wywarło może to, iż 

większość piszących o Grunwaldzie i Malborku historyków 
sama nigdy w żadnym wojsku nie służyła. W przeciwnym 
razie autorzy musieliby zwrócić uwagę na wzorową karność, 
panującą w wojsku królewskim, które w niczym nie 
przypominało późniejszego pospolitego ruszenia. Rozkazy 
były ściśle wykonywane. Natychmiast po zdobyciu obozu 
krzyżackiego Jagiełło kazał porozbijać znajdujące się tam 
beczki i «płynęło wino strumieniami na trupy poległych», 
a żołnierzom do upajania się pozostało samo zwycięstwo. 
Jeńców potraktował Władysław [Jagiełło — przyp. aut.] 
wspaniałomyślnie, zwolnił ich na słowo. Rycerstwo pod­
porządkowało się tej decyzji, która nie mogła mu być miła. 

background image

23 

[...] A sama zmiana postanowienia o trzydniowym postoju? 

Rada wojenna uchwaliła obozować do 19 lipca, król kazał 
ruszyć 17 i usłuchano go. 

Po stwierdzeniu faktu wielkiej karności przychodzi kolej 

na inną kwestię. Jeśli armia zachowuje się w określony 
sposób, maszeruje wolno, nie wysyłając wprzód oddziałów 
wydzielonych, to należy zadać oczywiste dla każdego 
wojskowego pytanie: czego chce dowódca tejże armii, 

jakie są jego zamiary? 

Zmęczenie żołnierzy, jako argument mający wyjaśnić 

spóźnienie się pod Malbork, nie nadaje się do poważnego 
traktowania. Liczyć by się mogło tylko zmęczenie lub brak 
koni. Zresztą po zakończeniu bitwy były jeszcze po stronie 
polskiej świeże odwody"

1 7

Trudno w tym miejscu nie zgodzić się z oceną Pawła 

Jasienicy. To prawda, że zwycięstwo grunwaldzkie zostało 
wywalczone przez wojska polsko-litewskie ciężko i krwawo. 
Ale z wysokością strat w ludziach po stronie koalicji 

jagiellońskiej oraz z rzekomym zmęczeniem wojska po 

bitwie grunwaldzkiej zbytnio nie przesadzajmy. Oto, co 
pisze na ten temat inny badacz tych czasów, Andrzej 
Nadolski, w swej znakomitej monografii pt. Grunwald 1410: 

„Każde zwycięstwo opłaca się własnymi stratami. Niektórzy 

kronikarze zachodni, sprzyjający Krzyżakom, wypisywali 
niesłychane fantazje na temat nieprzeliczonych kroci «Sarace-
nów» poległych w walce z rzekomymi obrońcami chrześcijań­
stwa. Dobrze poinformowany Długosz stwierdza natomiast, 
nie bez zdziwienia, że na Polach Grunwaldu padło po polskiej 
stronie zaledwie dwunastu znaczniejszych rycerzy, nie licząc 
oczywiście odpowiednio liczniejszych, ale w sumie też nie 
nazbyt licznych wojowników skromniejszego pochodzenia. 

17

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 114. 

background image

24 

Wiadomościom tym można by nie dowierzać, gdyby nie 
potwierdzały ich inne, bardzo pewne źródła informacji. Oto 
w listach królewskich rozesłanych wprost z pobojowiska 
mówi się wyraźnie, że zwycięstwo odniesiono «przy 
znikomych stratach własnych»,
 że z Polaków polegli 
w bitwie «bardzo nieliczni spośród ludu pospolitego, 
a nikt spośród osób dostojniejszych»

1 8

. Faktem jest, że ze 

zmagań grunwaldzkich wyszli bez szwanku wszyscy, bez 
wyjątku, wybitniejsi polscy dowódcy i rycerze, znani 
przecież imiennie dzięki relacjom Długosza. 

Ograniczony rozmiar strat w polskich szeregach znajduje też 

uzasadnienie w samym przebiegu bitwy. Przez dłuższy czas 
toczyła się ona w postaci typowych zmagań kawaleryjskich, 
0 szybko zmieniającym się przebiegu, często dramatycznych, ale 
nie przynoszących wielkiego rozlewu krwi. Sytuacja uległa 
zmianie dopiero po załamaniu [się] wyczerpanych wojsk 
Zakonu, w czasie szturmu obozu i na długiej trasie pościgu, ale 
wtedy skrwawili się nie zwycięscy Polacy, lecz Krzyżacy, 
zgodnie ze znaną i sprawdzoną zasadą według której najcięższe 
straty ponosi armia ulegająca panice i zmuszona do ucieczki. 

Z tego właśnie powodu należy się liczyć z poważnym 

uszczerbkiem w szeregach litewskich. Trudno ocenić, czy 
słusznie twierdzi się, że w kampanii 1410 [roku] Witold 
utracił aż połowę swego kontyngentu. Może wlicza się tu 
również straty poniesione pod murami Malborka, gdzie 
sprzymierzonych zdziesiątkowały zwykłe w tym czasie 
1 w takich okolicznościach epidemiczne choroby. Jakkol­
wiek było, wolno sądzić, że przekonanie o wysokiej ofierze 
krwi złożonej na Polach Grunwaldu głęboko wrosło w świa­
domość Litwinów i stało się z jednej strony źródłem żalów 
do polskich sprzymierzeńców i do samego króla (Litwina!) 
za rzekomo niedostateczne rozmiary udzielonej w potrzebie 
pomocy, z drugiej zaś źródłem bolesnego kompleksu, 

18

 Patrz: Monumenta Poloniae Histórica, t. 2, Kraków 1913-1946, 

s. 866 i 868. 

background image

25 

żywego aż do naszych czasów i usilnie kompensowanego 
przez podkreślanie zasług, jakie w zmaganiach z potęgą 
krzyżacką ponieśli lub mieli ponieść wojownicy z ziem 
Wielkiego Księstwa z Witoldem na czele"

1 9

Jak wielkie były w rzeczywistości straty oraz wyczerpanie 

wojsk polsko-litewskich po grunwaldzkim zwycięstwie, 
ustalić dziś dokładnie niepodobna. Według Długosza i Nadol-
skiego

2 0

 nie były one jednak aż tak wielkie, ażeby uniemożli­

wiało to szybki marsz, przynajmniej wydzielonej grupy 
rycerstwa i knechtów, na krzyżacką stolicę. Wielkie zwycięs­
two o przełomowym znaczeniu z reguły uskrzydla zwycięzcę 
i dodaje mu sił do szybkiego zakończenia wojny, zmęczenie 
wojska nie może być więc dostatecznym wytłumaczeniem dla 
dziwnej opieszałości i wręcz beztroski króla w marszu na 
stolicę wroga. Wojna z Krzyżakami wciąż przecież jeszcze 
trwała. Wróg był, co prawda, ciężko pobity, lecz ciągle 

jeszcze nie ostatecznie i przez to wciąż potencjalnie groźny. 

Droga połączonych armii koalicji jagiellońskiej z pól 

grunwaldzkich na Malbork wiodła przez Olsztynek, Olsztyn, 
Morąg, Pasłęk i Dzierzgoń. Ten powolny marsz w euforii 
świeżego zwycięstwa miał się wkrótce okazać pierwszym 
krokiem do zaprzepaszczenia owoców grunwaldzkiej wik­
torii przez stronę polsko-litewską, a w szczególności przez 
samego króla Jagiełłę. 

Dopiero 25 lipca 1410 roku, a zatem w dziewięć dni po 

wyruszeniu z grunwaldzkiego pobojowiska (!), połączone 
oddziały wojsk jagiellońskich dotarły pod mury krzyżackiej 
stolicy — Malborka. Zawsze dobrze poinformowany Jan 
Długosz opisuje to w sposób następujący: 

" A. Na  d o l s k i , Grunwald 1410, op. cit., s. 134-135. 

20

 Na ten temat patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 4 2 - 2 4 3 oraz 

A. N a d o 1 s k i, Grunwald 1410, op. cit., s. 134-135. Na ten temat patrz 
również: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., 
s. 408^109 i 430. 

background image

26 

„W piątek 25 lipca, w dzień św. Jakuba Apostoła, król 

polski Władysław [Jagiełło] wysławszy przodem kilka 
chorągwi i rycerzy, by zajęli dogodne miejsca i odparli 
wszelkie zasadzki i niebezpieczeństwa, najpierw rozbija obóz 
nad jeziorem Dąbrówka, a następnie przybywa szczęśliwie do 
Malborka i natychmiast ze wszystkich stron oblega zamek. Po 
umieszczeniu wojska polskiego od wyższej części zamku ku 
wschodowi i południowi, wojsko litewskie ustawił od dolnej 
części, a ponadto swoje wojska z Podola i Rusi postawił 
w specjalnie [wybranym] miejscu od południa. Przez cały ten 
dzień zdarzały się drobne potyczki między rycerzami królew­
skimi a nieprzyjacielskimi o spalone już miasto Malbork, 
którego wrogowie z trudem bronili przed wtargnięciem do 

niego rycerzy polskich. Nie było bowiem rzeczą trudną 
szybko zdobyć miasto, które nie miało naturalnego zabezpie­
czenia, a wskutek rozproszenia się jego mieszkańców było 
całkowicie opustoszałe"

2 1

25 lipca 1410 roku rozpoczęło się zatem polsko-litewskie 

oblężenie Malborka. Te dziewięć dni, dzielące wymarsz 
wojsk Jagiełły i Witolda z pobojowiska pod Grunwaldem do 
przybycia pod Malbork i rozpoczęcia oblężenia, dały jednakże 
Krzyżakom bezcenny czas, niezbędny na opanowanie pogrun-
waldzkiego szoku oraz na przynajmniej pobieżne przygoto­
wanie fortecy nad Nogatem do obrony. Nie wiadomo, jakie 
przesłanki kierowały postępowaniem króla Jagiełły i wielkiego 
księcia Witolda po zwycięstwie 15 lipca. Wiadomo jednak 
ponad wszelką wątpliwość, iż zbyt powolny — jak na 
ówczesne możliwości połączonych armii polskiej i litewsko-
ruskiej — marsz na Malbork wytrącił stronie jagiellońskiej 

z ręki zupełnie realną, w połowie lipca 1410 roku, szansę 
zdobycia stolicy najgroźniejszego z wrogów Polski i Litwy. 
Zaskoczenie było istotnym czynnikiem, a posiadanie tegoż 

21

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 249. 

background image

27 

atutu dawało możliwość pozbycia się krzyżackiego zagro­
żenia z północy raz na zawsze. Jagiełło i Witold, walczący 
od wielu lat, ze zmiennym szczęściem, z Tatarami na 
południowym wschodzie, Moskwą na północnym wschodzie 
oraz borykający się ze stałym zagrożeniem ze strony wo­

jowniczego i nieobliczalnego w swoich działaniach króla 

Węgier i wikariusza Cesarstwa Rzymskiego Narodu Nie­
mieckiego w jednej osobie, Zygmunta Luksemburskiego, 
nie mogli nie brać pod uwagę takiej szansy zakończenia 
wojny z Krzyżakami i — na zdrowy rozum — powinni 
byli z niej skorzystać. Tym bardziej że definitywna likwidacja 
państwa zakonnego w Prusach dawałaby Polsce oraz Litwie 
wielorakie korzyści polityczne i gospodarcze z szerokim 
dostępem do Morza Bałtyckiego i umocnieniem unii obu 
państw na czele. Czyżby Jagiełło i Witold, oszołomieni 
grunwaldzkim zwycięstwem, przedwcześnie uznali, że do­
bicie Krzyżaków w ich własnym gnieździe to już tylko 
czysta formalność i dlatego woleli powoli zajmować kraj 
i odbierać hołdy mieszkańców Prus, miast co prędzej ma­
szerować pod mury Malborka?! Bardzo wiele poszlak, które 

możemy wydedukować z nader szczupłych i lakonicznych 
wzmianek w zakończeniu Kroniki konfliktu... oraz ze znacznie 
obszerniejszych, choć o wiele późniejszych, sugestii u Dłu­
gosza, zdaje się tę teorię potwierdzać. Wiele razy w historii 
ludzkości bywało bowiem tak, że niezbyt rozważny wódz 
i polityk, któremu udało się odnieść decydujące zwycięstwo 
nad wrogiem, jak gdyby tracił z oczu główny cel wojny, 

jakim jest zawsze trwałe zniszczenie przeciwnika. To zawsze 

doprowadzało w końcu do sytuacji, że pobity, lecz nie 
dobity wróg, powoli odzyskiwał siły i prędzej czy później 
przechodził do kontrofensywy, krok po kroku odzyskując 
utracone terytoria i ostatecznie to on zadawał ostateczną 
klęskę swojemu niedawnemu pogromcy

2 2

. Niewykorzystanie 

22

 Przypomnijmy sobie w tym miejscu chociażby karygodną nierozwagę 

Hannibala po decydującym pogromie Rzymian w bitwie pod Kannami (w 

background image

28 

dogodnej okazji na wojnie oraz w polityce zawsze się bowiem 
mści na tym, kto jej mądrze i w porę nie wykorzysta. Niezbyt 
dobrze, niestety, to wszystko świadczy o jagiellońskiej kon­
cepcji prowadzenia wojny z Krzyżakami po grunwaldzkim 
tryumfie militarnym. A główna odpowiedzialność za te, aż 
nazbyt jaskrawe zaniedbania i błędy militarne spada — w na­
szej ocenie — bez wątpienia na samego naczelnego wodza 
— króla Jagiełłę. Ogromny sukces militarny na Polach 
Grunwaldu najprawdopodobniej zbytnio mu uderzył do gło­
wy, skutecznie uniemożliwiając trzeźwą ocenę sytuacji mili­
tarnej i politycznej w następnej, tj. pogrunwaldzkiej, fazie tej 
wojny z teutońskim zakonem rycerskim w Prusach. 

25 lipca 1410 roku jednakże nic jeszcze nie było 

przesądzone na niekorzyść strony polsko-litewskiej. Kraj 
wroga prawie w całości leżał u stóp zwycięzców spod 
Grunwaldu. Krzyżacki zamek w Malborku był ówcześnie, 
co prawda, jedną.z najpotężniejszych twierdz Europy, ale 
broniła go zaledwie garstka naprędce zebranej przez kom-
tura świeckiego Henryka von Plauena załogi. Zapewne nikt 
z niej, z samym wodzem na czele, nie był podówczas 
przekonany o realnych szansach utrzymania się w opus­
toszałej i pozbawionej zapasów warowni dłużej niż kilka 
dni — no, może tygodni. Krzyżacy bowiem nigdy dotych­
czas, w najgorszych przypuszczeniach, nie byli w stanie 
sobie wyobrazić, że jakikolwiek przeciwnik zdoła kiedykol­
wiek zagrozić ich stolicy i dlatego dotychczas nie przygo-

216 r. p.n.e.), kiedy to ten wybitny wódz kartagiński nieoczekiwanie (i 
również z niewiadomych dla dziejopisów po dziś dzień powodów) 
zrezygnował z szybkiego marszu na zszokowany tak druzgocącą klęską 
i zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek obrony Rzym, woląc zamiast tego 
zajmować kolonie greckie na południu Italii. Rzymianie tymczasem 
zdołali powoli opanować poklęskowy defetyzm, zebrać nowe siły i przejść 
do powolnego, lecz skutecznego odzyskiwania utraconych wcześniej 
pozycji. Tak wielką nierozwagę Hannibal przypłacił sromotną klęską, 
z ręki tak niedawno jeszcze rozgromionego przezeń Rzymu, która miała 
miejsce w bitwie pod Zamą, już na ziemi kartagińskiej. 

background image

29 

towywali go do żadnej długotrwałej obrony, bo po prostu 
nie widzieli w tym sensu

2 3

. Wszystko zatem zależało, jak 

mogło się wówczas wydawać, już tylko od skuteczności 
prac oblężniczych i kilku lub najwyżej kilkunastu szturmów 
ze strony oblegających zamek w Malborku, przeważających 
nad krzyżackimi obrońcami pod każdym względem, od­
działów polsko-litewskich, dowodzonych przez dwu geniu­
szy wojny — Jagiełłę i Witolda. — Historia wielkiej wojny 
polsko-krzyżackiej w pamiętnym roku 1410 miała się 

jednakowoż, już wkrótce, potoczyć zupełnie inaczej... 

2 3

 Więcej szczegółowych informacji na temat stanu przygotowania 

zamku malborskiego do obrony przed ewentualnym polsko-litewskim 
zagrożeniem latem 1410 roku znajdą Czytelnicy w następnym rozdziale 
tej książki. 

background image

POD MURAMI MALBORKA 

Jak podaje Długosz: „Zwycięstwo króla polskiego Włady­
sława [Jagiełły — przyp. aut.] w pierwszej chwili wydawało 
się [w Malborku — przyp. aut.] rzeczą do tego stopnia 

nieprawdopodobną, że pierwszego doniesienia o klęsce 
krzyżackiej wysłuchano nie jako próżnej, ale niemal 
nierozsądnej plotki. Kiedy potem przychodzili jeden za 
drugim [krzyżaccy niedobitkowie spod Grunwaldu — przyp. 
aut.]

 i wszyscy twierdzili to samo, w końcu uwierzono. 

Wszyscy [Krzyżacy — przyp. aut.] popadli w smutek 
i przygnębienie i wszelkie swe zamysły i plany skierowali 
na opuszczenie zamku Malborka i podjęcie ucieczki, dokąd 
komu los zdarzy. I gdyby król polski Władysław po 
odniesionym zwycięstwie [pod Grunwaldem — przyp. 
aut.]

 szybko przybył do Malborka, jak mu to niektórzy 

rozsądnie i bardzo szczerze doradzali, bez żadnych strat 
i niebezpieczeństw dla siebie i swoich [wojsk — przyp. 
aut.]

 byłby zajął zamek w pierwszym dniu po przybyciu 

albo przez poddanie się zaniku, albo przez jego zdobycie. 
Krzyżacy bowiem, duchowni, świeccy i inni, którzy strzegli 
zamku Malborka, rozbiegli się jak obłąkani po domach, 
salach i izbach i wiele dni i nocy spędzili na lamentach, 

background image

31 

smutkach i skargach. Ponieważ wszyscy drżeli ze strachu 
i myśleli o ucieczce, zamek byłby się poddał, gdyby ktoś 
usiłował wziąć go z rąk wystraszonych obrońców"

1

Tak mniej więcej przedstawiała się sytuacja w Malborku 

w pierwszych dniach po otrzymaniu wiadomości o strasz­
liwym pogromie wojsk krzyżackich pod Grunwaldem oraz 
o śmierci wielkiego mistrza Ulryka von Jungingena i prawie 
całej starszyzny zakonu w tej batalii. Długosz ma zatem 
zupełną słuszność, gdy twierdzi, że gdyby Jagiełło i Witold 
nie zwlekali tak bardzo z marszem na krzyżacką stolicę, 
Malbork niechybnie sam poddałby się. Hiobowa wieść 
o zagładzie większości sił zakonnych w bitwie pod Grun­
waldem musiała podziałać na morale szczuplutkiej załogi 
krzyżackiej, pozostawionej przez wielkiego mistrza kilka 
tygodni wcześniej na straży stołecznego zamku i miasta, 
paraliżując jej zdolność do jakichkolwiek przygotowań 
obronnych. W tym miejscu zresztą należy zadać sobie 

jedno, zasadnicze dla naszych dalszych rozważań, pytanie: 

czy Krzyżacy w ogóle przewidywali, przed porażką pod 
Grunwaldem, że kiedykolwiek będą zmuszeni do obrony 
Malborka?
 Odpowiedź na tak postawione pytanie może 
być tylko jedna — oczywiście NIE. Działo się tak między 

innymi dlatego, iż państwo zakonne w Prusach miało 
dotychczas (tj. mniej więcej od końca XIII w.) niekwes­
tionowaną pozycję pierwszego mocarstwa w północno-
-wschodniej części Europy. Potężna i wzorowo zorganizo­
wana armia krzyżacka (wspierana wydatnie przez liczne 
rzesze krzyżowców-ochotników z Europy Zachodniej) nie 
poniosła dotąd żadnej, poważniejszej klęski na własnym 
terytorium. Ponadto granic państwa zakonnego w Prusach 
strzegł, jak dotychczas bardzo skutecznie, podwójny pas 
potężnych zamków nadgranicznych oraz doskonale ufor­
tyfikowanych miast obsadzonych silnymi załogami. Które 

1

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 244. 

background image

32 

zatem z mocarstw, stojąc u szczytu potęgi, przewiduje 
s w ą własną klęskę, na własnym terytorium, na tyle 
w i e l k ą żeby jego stolica była zagrożona przez wroga 
w ciągu zaledwie kilku dni lub nawet tygodni od 
momentu rozpoczęcia działań wojennych? Żadne. 

Malbork, położony nad jednym z kilku ramion delty 

wiślanej — Nogatem, był w początkach XV wieku jedną 
z najpotężniejszych twierdz w Europie. System forteczny 
Malborka składał się z tzw. Zamku Wysokiego, Zamku 
Średniego, Zamku Niskiego (czyli przedzamcza) oraz miasta 
z jego murami obronnymi, połączonych ze sobą w jeden 
silny węzeł obronny

2

. Jednakże nie oznacza to bynajmniej, 

że była to warownia niemożliwa do zdobycia. Kiedy 
Jagiełło z Witoldem planowali w początkach grudnia 1409 
roku, w Brześciu nad Bugiem, wspólną, generalną operację 
zaczepną przeciwko państwu zakonnemu w Prusach latem 
następnego roku, zgodnie uznali, że głównym celem tej 
kampanii musi być zniszczenie głównych sił krzyżackich, 
a następnie szybkie opanowanie stolicy wroga — Malborka, 
co bez wątpienia dałoby możliwość pozbycia się krzyżaków 
z Prus

3

. Nie może zatem ulegać najmniejszej wątpliwości, 

że w czerwcu roku 1410 połączone wojska koalicji jagiel­
lońskiej przekroczyły granicę państwa krzyżackiego i bynaj­
mniej nie po to, ażeby stoczyć i wygrać jedną czy drugą 
bitwę, ale przede wszystkim po to, aby iść prosto na 
gniazdo wroga — Malbork, a jego ziemie przyłączyć do 
Polski i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Z powyższego 
niedwuznacznie wynika, iż Jagiełło i Witold — planując 
kampanię letnią 1410 roku i decydując się na działania 
zaczepne przeciwko Prusom — musieli zakładać koniecz-

2

 Na temat historii oraz systemu fortyfikacyjnego zamku i miasta 

Malborka dużo więcej informacji znajdą Czytelnicy w opracowaniu 
Bohdana  G u e r ą u i n a , Zamek w Malborku,
 Warszawa 1974. 

3

 Na ten temat patrz szerzej: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 198-199 

oraz  S . M . K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 276-288. 

background image

33 

ność zdobycia Malborka, bez czego cały plan działań 
wojennych przeciwko zakonowi byłby po prostu bez sensu. 
Armia polsko-litewska, która w lipcu 1410 roku maszero­
wała na Malbork, a następnie obiegła krzyżacką stolicę, 
musiała być zatem doskonale przygotowana do oblegania 
i zdobywania tego rodzaju twierdz. Jagiełło z Witoldem 
nigdy nie zdecydowaliby się na podjęcie ryzyka tak wielkiej 
wyprawy przeciwko państwu krzyżackiemu w Prusach, 
gdyby nie byli pewni, iż wzięcie warowni tak potężnej jak 
Malbork, jest możliwe dla ich wojsk. Prof. S. M. Kuczyński 
pisze o tym w sposób następujący: 

„Definicje strategii i jej celów, niezależnie od tego, czy 

wypowiedziane zostały w stuleciu XIX czy XX, są podobne. 
Wszystkie kładą nacisk na dwa najbardziej zasadnicze 
momenty: na kierunek uderzenia oraz na planowe przy­
gotowanie
 tego uderzenia w sposób zapewniający najwięk­
szą skuteczność

4

Nie ulega wątpliwości, że ani jeden z uczestników 

narady w Brześciu [nad Bugiem] nie znał teorii sztuki 
wojennej, wszelako praktyczna wiedza wojskowa i wybitny 
talent wojenny Jagiełły i jego współpracowników sprawiły, 
że plan strategiczny kampanii 1410 roku wytrzymuje 
krytykę nawet wiedzy nowoczesnej. Ustalono bowiem 
w Brześciu, że kierunkiem uderzenia, który umożliwi 
uzyskanie jak najpomyślniejszych wyników — ma być 
kierunek na Malbork,
 stolicę Zakonu. Wybrano więc nie 
odbieranie takich czy innych terytoriów, lecz marsz zjed­
noczonych wojsk w serce kraju nieprzyjacielskiego, co 
było właśnie wyjątkowym zjawiskiem w dziejach sztuki 
wojennej w Europie zachodniej, a jednocześnie dawało 
stronie polsko-litewskiej przewagę i możliwości licznych 
korzyści wojennych. Uderzenie to, po pierwsze, oddawało 

4

 Na ten temat patrz chociażby: J.  W y s o c k i , Kurs sztuki wojennej, 

cz. I, Paryż 1842, s.  4 0 - 4 1 . 

3 — Koronowo 1410 

background image

34 

inicjatywę w ręce Jagiełły, a Krzyżaków w obronie stolicy 
zmuszało, czego można było się spodziewać niemal ze 
stuprocentową pewnością, do podporządkowania się tej 
inicjatywie. Po drugie — wprowadzało element zaskocze­
nia. Krzyżacy aż do chwili wejścia armii polsko-rusko-
-litewskiej do Prus takiej decyzji dowództwa polskiego nie 
oczekiwali

5

. Po trzecie — akcja bojowa przenosiła się na 

teren nieprzyjacielski, co ochraniało kraje własne (przede 
wszystkim Wielkopolskę, Litwę i Mazowsze) od spustoszeń 
krzyżackich, których rozmiary znano dobrze w Polsce od 
czasów wojen za Łokietka, a na Litwie pamiętano co 
najmniej od Gedymina, jeśli nie od Mendoga. Po czwarte 
— zmuszało to nieprzyjaciela, aby skupił swe siły do 
obrony stolicy w bitwie przed Malborkiem. Takiej bitwy 

pragnął właśnie Jagiełło ufając przewadze zjednoczonej 
armii i swym talentom wojennym. Trudne do pomyślenia 
było, aby Krzyżacy dopuścili do oblężenia stolicy nie 
spróbowawszy zmierzyć się z nieprzyjacielem. Trafnie 
bowiem zauważono, że «przy wybitnie centralistycznym 
ustroju krzyżackiego państwa zamknięcie w stolicy armii 
zakonnej i jej odcięcie przez oblegającego oznaczało 
wywołanie zupełnego rozprzężenia wszelkich więzów 
w reszcie kraju i wydanie go w ręce zwycięzcy»

6

Po piąte — skupienie niemal wszystkich krzyżackich sił 

w obronie Malborka uniemożliwiało Zakonowi zorganizowanie 

jakiejś poważniejszej akcji wojennej przeciw Litwie i Polsce"

7

Skoro zatem, jak wynika z powyżej przytoczonej analizy 

prof. Kuczyńskiego, to właśnie Malbork — gniazdo krzy­
żackie — miał być głównym celem wielkiej ofensywy 
połączonych sił polsko-litewsko-ruskich na Prusy latem 

5

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 205-206. 

6

 Cyt. za O.  L a s k o w s k i , Odrębność staropolskiej sztuki wojennej, 

Warszawa 1935, s. 73. 

7

 S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 287-288. 

background image

35 

1410 roku, oznacza to, po pierwsze: że armia jagiellońska, 

maszerująca po bitwie pod Grunwaldem na Malbork, była 
w pełni przygotowana do oblegania i zdobywania wszyst­
kich zamków krzyżackich (ze stołecznym Malborkiem na 
czele); a po drugie: że Malbork nie był wcale, w roku 

1410, twierdzą nie do zdobycia

8

. Malbork (choć był 

niewątpliwie silnie ufortyfikowany) w roku 1410 nie 
posiadał jeszcze większości potężnych fortyfikacji, które 
możemy oglądać dzisiaj, gdyż ogromna ich większość 
została zbudowana przez Krzyżaków dopiero w latach 

1413-1420, a zatem już po tzw. wielkiej wojnie z Polską 

i Wielkim Księstwem Litewskim w latach 1409-1411, 
którą tu opisujemy

9

. Trudno zatem nie przyznać racji 

Janowi Długoszowi, który w przytoczonym na początku 
tegoż rozdziału fragmencie swojej kroniki szczerze ubolewa, 
że przez zbytnią i niezrozumiałą opieszałość Jagiełło 
i Witold utracili niepowtarzalną okazję wzięcia Malborka 
z marszu, na fali pogrunwaldzkiego szoku i paniki wśród 
resztek zakonu krzyżackiego w Prusach, bo taka okazja 

w połowie lipca 1410 roku rzeczywiście istniała. 

Istotnie, gdyby wojsko polsko-litewskie dotarło pod mury 

Malborka w trzy lub cztery, albo nawet pięć dni po bitwie 
pod Grunwaldem, co — jak wykazaliśmy w poprzednim 
rozdziale — było możliwe, stolica krzyżackich Prus nie­
chybnie wpadłaby w ręce króla Jagiełły bez walki lub, co 

8

 Z informacji zawartych w opracowaniu Bohdana  G u e r ą u i n a , 

Zamek w Malborku, op. cit., s. 14-16, wynika, iż potężne umocnienia 
Zamku Średniego, Zamku Niskiego (przedzamcza) oraz miasta Malborka, 
które zachowały się do dnia dzisiejszego (i na podstawie których 
współcześni historycy oceniają, że Malbork był — dla wojsk polsko-
-litewskich w roku 1410 — fortecą nie do zdobycia), zostały wzniesione 
w większości dopiero po roku 1413 (!), a zatem już po oblężeniu 
Malborka przez połączone armie Jagiełły i Witolda w roku 1410, gdy dla 
Krzyżaków stało się jasne, że ich stolica, dotychczas bezpieczna, może 
być poważnie zagrożona przez Polaków i Litwinów w razie wojny. 

9

 Tamże, s. 16. 

background image

36 

najwyżej, po krótkim oblężeniu, co oznaczałoby bez 
wątpienia koniec państwa krzyżackiego w Prusach. Niestety, 
pierwszy zdołał dotrzeć do Malborka komtur ze Świecia 
Henryk von Plauen ze swoimi ludźmi. Stanął on w Malbor­
ku 18 lipca (a zatem już w trzy dni po bitwie pod 
Grunwaldem!) i od razu intensywnie przystąpił do przygo­
towywania zamku do obrony. Jak to się jednakże stało, iż 
komtur z dalekiego, pomorskiego Świecia, które jest 
oddalone od Malborka o ponad 100 km, zdołał przybyć do 
krzyżackiej stolicy, razem ze swoimi oddziałami, już 

trzeciego dnia po grunwaldzkim pogromie? Prof. S. M. 
Kuczyński poświęcił temu zagadnieniu obszerną analizę 
i doszedł do następujących wniosków: 

„W tym miejscu jednak wyłania się jedna jeszcze 

wątpliwość, związana z akcją komtura świeckiego. Odleg­
łość z Malborka do Świecia, którego komtur miał strzec 
z polecenia w. mistrza Ulryka, wynosi w linii prostej ponad 

80 km, drogami zaś około 115 km lewym brzegiem, 
a około 100 km prawym brzegiem Wisły. Dlaczego zatem 
zdążył do Malborka von Plauen? 

Kuj ot przypuszcza, że Henryk von Plauen przebył drogę 

«z pośpiechem... prawdopodobnie od zaniku do zamku 
biorąc świeże konie»

1 0

. Otóż wykluczone to nie jest. 

Wiadomość o porażce armii krzyżackiej i śmierci w. 
mistrza dotarła, niewątpliwie, do zamku w Świeciu już 16 

lipca, skoro dnia tego zdołała dotrzeć i do Subkowa pod 
Tczewem [gdzie przebywał podówczas biskup włocławski 
Jan Kropidło — ten sam, który jako pierwszy, na wieść 
o klęsce wojsk krzyżackich pod Grunwaldem, dotarł do 
Malborka. Następnie natychmiast powiadomił króla Jagiełłę, 

że stolica krzyżacka jest chwilowo pozbawiona obrony 

— przyp. aut.

11

],

 a więc znacznie dalej. Henryk von Plauen 

10

 Patrz: S. K u j o t, Rok 1410 Wojna, „Roczniki Towarzystwa Nauko­

wego w Toruniu" XVII, Toruń 1910, s. 201. 

background image

37 

mógł jej od razu uwierzyć, mógł powziąć decyzję jazdy do 
Malborka i jeszcze na noc wyruszyć — zwłaszcza gdyby 

jechał sam, bez wojska. Tylko że jechałby nie konno, lecz 

drogą wodną — Wisłą

1 2

. Wszystko to jest możliwe, nie 

stojące w sprzeczności z logiką albo z prawami fizycznymi, 
tylko — mało prawdopodobne. Jeżeli bowiem nie uwierzono 
pierwszemu zwiastunowi klęski w Malborku, to dlaczego 
od razu miał uwierzyć nie bezpośrednim świadkom Henryk 
von Plauen? Malbork uzyskał potwierdzenie od dalszych, 
przybywających z pola bitwy, więc długo wątpić nie mógł, 
do Świecia natomiast w dniu 16 lipca zbiegowie nie 
przybywali, ponieważ mieli po drodze wiele innych zam­
ków, w których mogli się schronić, a przede wszystkim 
uciekali głównie na północ, nie na zachód. O ile wszakże 
przyjęlibyśmy nawet, że późniejszy obrońca Malborka 
uzyskał niezbite potwierdzenie o pogromie wojsk Zakonu, 
to przecież pierwszego dnia nikt jeszcze nie wiedział, że 
poległa cała starszyzna krzyżacka, że Malbork pozostał bez 
wojska, że należy, wbrew zleceniu Ulryka von Jungingen, 
pozostawić pogranicze pomorskie bez opieki i udać się do 

stolicy. Każdy rozsądny komtur — a trudno odmówić von 
Plauenowi rozsądku — wysłałby natychmiast gońca do 
Malborka i czekał na jego powrót. Musiałby wszak brać 
pod uwagę możliwość ataku polskiego na zamki pomorskie 
i obowiązek czuwania nad powierzoną sobie twierdzą 
przynajmniej do odebrania dokładniejszych wiadomości 
lub instrukcyj. Tymczasem, o ile byśmy ślepo trzymali się 
dawniejszej interpretacji źródeł, musielibyśmy przyjąć, że 
rozsądny, energiczny, trzeźwy Henryk von Plauen (a cechy 
te wykazał wyraźnie w roku 1410 i latach dalszych), pod 

" Patrz: P.  J a s i e n i c a , Polska Jagiellonów, op. cit., s. 111. 

12

 Prof. S. M. Kuczyński, jest zdania, że była to jedna z najszybszych 

dróg, jaką komtur von Plauen mógł dotrzeć ze Świecia do Malborka 
— por. S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit.,
 przypis 
nr 5 na s. 426. 

background image

38 

wpływem pierwszych, nie sprawdzonych wiadomości, po­
rzucił powierzoną sobie placówkę, że jakimś cudem prze­
czuł śmierć wszystkich, którzy mogli objąć dowództwo 
w stolicy i że w półtorej doby, wraz ze swym wojskiem, 
przebył około 100 km, co w czasach armii rycerskich było 
rzeczą w ogóle nie do pomyślenia. 

Sądzimy, że trudno jest uwierzyć w to wszystko. Natomiast 

wydaje się nam o wiele prawdopodobniejsze, że już w chwili, 
gdy toczyła się bitwa pod Grunwaldem, Henryk von Plauen 
z wszystkimi lub większą częścią swych dość znacznych sił 
znajdował się na prawym brzegu Wisły i, stosownie do 
otrzymanych poleceń w. mistrza Ulryka, zdążał do połączenia 
się z główną armią Zakonu, względnie przebywał kędyś 
pomiędzy Sztumem a Morągiem, aby stanowić rezerwę 
obronną Malborka od strony południowo-wschodniej. 

Obecność komtura świeckiego na terytorium pruskim 

bez zgody w. mistrza jest wykluczona, ponieważ równałaby 
się porzuceniu powierzonej placówki pomorskiej i złamaniu 
dyscypliny zakonnej. Tym bardziej, że w. mistrz, który 
starał się być ostrożny w poczynaniach wobec armii polsko-
-litewskiej, mógł a) bądź zdecydować się na wzmożenie 
swych sił przed oczekiwaną bitwą i polecić von Plauenowi 
połączyć się z armią główną, licząc, że połączenie to 
nastąpi jeszcze przed walką z królem, b) bądź użyć von 
Plauena jako rezerwy i osłony na wypadek przegrania 
bitwy i cofania się wojsk w. mistrza w stronę Malborka. 

Nie posiadamy bezpośredniego potwierdzenia naszych 

domysłów, ale dwa fakty zdają się pośrednio przemawiać 
za ich słusznością. Pierwszy — to niewytłumaczalne inaczej 
przybycie już 18 lipca do Malborka oddziałów von Plauena, 
co przestałoby być czymś nadzwyczajnym, gdyby się 
przyjęło, że już 16 lipca stały one jakie 60-70 km od 
stolicy na prawym brzegu Wisły i poczęły się cofać 
natychmiast po stwierdzeniu klęski armii Zakonu; drugi 
— to zachowanie Jagiełły po bitwie, w nocy z 15 

background image

39 

na 16 lipca. Sześćdziesięcioletni król był zbyt doświadczonym 
wodzem, aby nie zdawał sobie sprawy, że po całkowitym 
rozbiciu armii w. mistrza, po śmierci Ulryka von Jungingen, 
po zdobyciu obozu krzyżackiego i po wielogodzinnej uciecz­
ce niedobitki wojsk zakonnych nie mogą tej nocy zagrażać 
nikomu, a zwłaszcza silnej armii królewskiej, przed którą 
musiały czuć zrozumiały lęk. A jednak Długosz, dobrze co do 
wydarzeń tych godzin informowany przez Oleśnickiego, pisze 
wyraźnie: «Regi Ula nocte excubias in observationibus 
agenti
 — królowi nocy tej czuwającemu na strazy»

1 3

, co 

nie może oznaczać jedynie bezsennego spędzania godzin 
nocnych. Wyżej wspomnieliśmy, że król mógł potrzebować 
samotności dla odpoczynku i rozmyślań, ale do tego nie 
potrzebował pełnić straży. Wydaje nam się, że król mający 
doskonałe, zazwyczaj, informacje wiedział o jakichś samo­
dzielnych oddziałach krzyżackich, nie połączonych z wojska­
mi w. mistrza, a znajdujących się niezbyt daleko. 

Oddziały te mogły zbliżyć się w ciągu dnia i nocą 

zaatakować zwycięską, lecz znużoną i zdezorganizowaną 
przez bitwę i pościg armię królewską. Aczkolwiek praw­
dopodobieństwo takiego ataku było więcej niż małe, jednak 
tłumaczyło w pewnej mierze czuwanie Jagiełły. 

Przyjmujemy więc, że Henryk von Plauen znalazł się 

w Malborku tak szybko dlatego, że w chwili klęski Zakonu 
przebywał nie w Świeciu, lecz w okolicach górnej Drwęcy, 
co było tym prawdopodobniej sze, że 13 lipca Maciej 
z Wąsoszy, wojewoda kaliski i starosta nakielski, który 
zbrojno wtargnął na Pomorze krzyżackie, poniósł klęskę 
w spotkaniu z Michałem Küchmeistrem, wójtem Nowej 
Marchii, i «sam pierwszy z pola umknął, wojsko pozostałe 
bez wodza poszło w rozsypke»

1 4

. Porażka Polaków od­

ciążała w pewnej mierze siły krzyżackie, czuwające na 
pograniczu polsko-pomorskim i umożliwiała na pewien 

13

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 240. 

14

 Patrz: tamże, s. 218. 

background image

40 

czas przerzut części wojsk zakonnych z pogranicza na 
teren głównej walki, nad Drwęcą. Ponadto zwraca uwagę, 
że bronił Pomorza wójt Nowej Marchii, a nie komturzy 
człuchowski, tucholski i świecki, którzy przede wszystkim 
mieli zleconą opiekę nad terenami pomorskimi. Komtur 
człuchowski, Arnold von Baden, oraz «Pfleger» tucholski, 
Henryk von Schwelborn — na czele swych chorągwi brali 
udział w bitwie pod Grunwaldem

1 5

. Mamy więc dowód, że 

w. mistrz zdecydował się ściągnąć osłonowe siły z Pomorza. 
Dlatego sądzimy, że najpóźniej po rozbiciu Macieja z Wą­
soszy wezwany został i komtur Świecia, który w bitwie nie 
wziął udziału, ale zdążał już ku połączeniu się z w. 
mistrzem"

1 6

Komtur świecki, Henryk von Plauen, zaraz po przybyciu 

do Malborka, przede wszystkim w mig zorientował się, iż 
zakon niemiecki w Prusach pozostaje, po grunwaldzkim 
pogromie, bez rządu i naczelnego dowództwa, a jego stolica 
— bez obrony. Na dodatek okazało się, że jedynymi siłami, 
zdolnymi bronić Malborka, są oddziały, które przyprowadził 
ze sobą (gdyż reszta albo leżała trupem na grunwaldzkim 
pobojowisku, albo jęczała w polsko-litewskiej niewoli, albo 
uległa rozproszeniu i totalnej demoralizacji). Jedyny, ocalały 

niemal cudem z grunwaldzkiego pogromu, wyższy urzędnik 
zakonny, wielki szpitalnik Werner von Tettingen, załamał 
się nerwowo i uciekł aż do Elbląga, więc o tym, iż 
przywróci on dyscyplinę w pozostałych jeszcze tu i ówdzie 
w Prusach oddziałach krzyżackich, marzyć co nie było. 
Komtur von Plauen był zatem zdany jedynie na własne, nie 
tak wielkie znowu, siły i własną zaradność, gdyż od nikogo 
— przynajmniej w najbliższych miesiącach — nie mógł 
spodziewać się żadnej pomocy. A czasu na opanowanie 
pogrunwaldzkiej paniki oraz na należyte przygotowanie 

15

 Patrz: tamże, s. 225-226. 

16

  S . M . K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. ci'/., s. 426-430. 

background image

41 

Malborka do długotrwałej obrony też nie miał zbyt wiele. 
Jagiełło i Witold mogli zjawić się u bram Malborka z całą 
swą potęgą lada dzień. Wozy z ciałami wielkiego mistrza 
i innych dostojników krzyżackich, poległych pod Grunwal­
dem, dotarły do pruskiej stolicy już 19 lipca. Henryk von 
Plauen powitał je uroczyście u bram Malborka, a następnie 
pogrzebał je z rycerskimi honorami w zamkowej kaplicy św. 
Anny. Bez wątpienia doskonale zdawał sobie sprawę, że 
wojsko królewskie i wielkoksiążęce, złożone w dużym 
stopniu z konnicy, jest w stanie posuwać się naprzód 
znacznie szybciej niż karawan z zakonną starszyzną. Jeśliby 

na przykład Jagiełło z Witoldem rzucili naprzód lekkie hufce 
litewskie, smoleńskie i tatarskie, zdolne do długich marszów, 
nieprzyjaciel mógłby stanąć u bram krzyżackiej metropolii 
nawet już tego samego dnia (tj. 19 lipca) lub najwyżej dzień 
później. Oddziały te mogłyby prowizorycznie zablokować 
miasto i zamek, uniemożliwiając lub przynajmniej znacznie 
utrudniając krzyżackiej załodze właściwe przygotowanie 
malborskiej fortecy do długotrwałej i uporczywej obrony. 
Ściągnięcie z zewnątrz — tj. z głębi Prus — zapasów 
żywności, więcej ludzi zbrojnych, zdatnych do obrony itp. 
również nie byłoby możliwe. Tymczasem w najbliższych 
dniach niechybnie nadciągnęłyby główne siły koalicji 

jagiellońskiej, a wtedy rozpoczęłoby się prawdziwe ob­

lężenie. Wobec druzgocącej przewagi nieprzyjaciela nawet 
tak potężna warownia jak Malbork nie mogłaby się 
utrzymać dłużej niż kilka dni lub — co najwyżej — kilka 
tygodni. Potem krzyżacka załoga — chcąc tego, czy też 
nie chcąc — musiałaby skapitulować przed Jagiełłą 
i Witoldem. A to nieodwołalnie oznaczać by musiało 
definitywny koniec panowania Krzyżaków w Prusach i na 
Pomorzu Gdańskim. Komtur świecki, Henryk von Plauen, 
był jednakże, na nieszczęście dla Jagiełły i Witolda, 
człowiekiem energicznym, a nawet — co można bez 
przesady powiedzieć — ryzykantem. Postanowił, wbrew 

background image

42 

wszystkiemu i wszystkim, ratować — na ile to tylko 
byłoby w tamtych warunkach możliwe — sam Malbork 
oraz panowanie krzyżackie w Prusach przed polsko-
-litewską inwazją. 

Pierwsze, co bez wątpienia należało uczynić w tych 

warunkach, w jakich znalazło się państwo krzyżackie 
w Prusach po bitwie pod Grunwaldem, było przywrócenie 
dyscypliny w zakonie przez powołanie nowych jego władz 

— chociażby o charakterze tymczasowym. Henryk von 

Plauen doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w bitwie 
grunwaldzkiej polegli praktycznie wszyscy wysocy do­
stojnicy, którzy mogliby albo sami objąć przywództwo 
nad państwem krzyżackim, albo dokonać zgodnego z za­
konnym prawem wyboru nowego wielkiego mistrza na 
miejsce poległego pod Grunwaldem Ulryka von Jungin-
gena. Pośpiesznie zwołał więc wszystkich, przebywających 
ówcześnie w Malborku, rycerzy zakonnych i nakazał im, 
ażeby go wybrali tymczasowym namiestnikiem zakonu 

w Prusach, aż do momentu zakończenia wojny i wybrania 
nowego wielkiego mistrza Krzyżaków

1 7

. Komtur von 

Plauen postąpił w ten sposób, gdyż konstytucje zakonu 
krzyżackiego nie przewidywały dotychczas takiej sytuacji, 

jaka powstała po klęsce grunwaldzkiej — nie było komu 

dokonać legalnego wyboru wielkiego mistrza po nagłej 
śmierci jego poprzednika

1 8

. Uznanie von Plauena przez 

konfratrów tymczasowym namiestnikiem zakonu w Pru­
sach dało mu poczucie legalności wszelkich jego działań, 
mających na celu dobro zakonu, a poza tym pozwoliło 

— przynajmniej prowizorycznie — przywrócić dyscyplinę 

w zakonie — jeśli nie w całych Prusach, to przynajmniej 
w samym Malborku i najbliższych okolicach. Krzyżacy 
tym samym zdołali otrząsnąć się z pierwszego, paraliżu­

jącego szoku. Mieli nowego, choć tymczasowego, wodza 

11

 Por.: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 438. 

18

 Tamże. 

background image

43 

i energicznie zaczęli sposobić się do obrony Malborka. 
Tymczasem nieprzyjaciel (tj. Jagiełło), nie wiadomo 
dlaczego, nie nadciągał pod krzyżacką stolicę, lecz maru­
dził po drodze. Henryk von Plauen zdołał tym samym 
wygrać (politycznie) pierwsze starcie z koalicją jagielloń­
ską, gdyż udało mu się żelazną ręką opanować strach oraz 
przywrócić upadłą po bitwie pod Grunwaldem dyscyplinę 
w stolicy państwa zakonnego w Prusach. 

Drugim, co do ważności, krokiem komtura von Plauena 

było w tych dniach pośpieszne przygotowanie malborskiej 
warowni do czekającego ją niechybnie, w najbliższym 
czasie wielkiego polsko-litewskiego oblężenia. W tym 
celu tymczasowy namiestnik krzyżacki w Prusach natych­
miast rozpoczął wielką akcję błyskawicznego, jak na 
tamte czasy, ściągania do Malborka ludzi zbrojnych, 
którzy tu i ówdzie jeszcze nie przeszli pod sztandary 
Jagiełły i Witolda oraz Związku Jaszczurczego i wciąż 

jeszcze, mimo powszechnego w społeczeństwie pruskim 

odchodzenia spod kurateli zakonu, dochowywali w dal­
szym ciągu wierności panom zakonnym. Prof. Kuczyński 
tak o tym pisze: 

„Polecił [Henryk von Plauen —• przyp. aut.] zebrać 

wszystką żywność i napoje do spichlerzy państwowych 
i, skąd się dało, także bydło i nagromadzone zapasy 
nabiału z miasta i okolicy, i dostarczyć na zamek. 
Postarał się też ściągnąć, ile się tylko dało, ludzi do 
obrony. Według księgi wydatków Zakonu, przybyło do 
Malborka, przed nadejściem armii polsko-litewskiej, 1350 
kopijników i 77 strzelców, którzy — zdaniem dotych­
czasowych badaczy — byli resztką zaciężników krzyżac­
kich spod Grunwaldu. Prócz nich posiadał ludzi, których 
przyprowadził z sobą, tzn. zaciąg swego stryjecznego 
brata, także Henryka von Plauen, nadto uzyskał wśród, 
bezrobotnych zapewne, marynarzy gdańskich paruset 

background image

44 

ludzi «ze swoimi pancerzami i toporami wojennymi, które 
się bardzo przydaly»

1 9

. Ogółem zamek miał, według 

kronikarza [krzyżackiego — przyp. aut.], co najmniej 
«4000 ludzi dobrze uzbrojonej załogi»

2 0

. Jeżeli kronikarz 

krzyżacki był przy tym obliczeniu nieścisły, to mylił się 
bardzo nieznacznie, gdyż wymienione przez inne źródła 
dane pozwalają określić liczebność załogi Malborka na 
2000 do 2500 zbrojnych, nie licząc pachołków i obsługi 
rzemieślniczej. Większej ilości, nawet gdyby być mogła, 
zamykać za murami nie należało ze względu na trudności 
wyżywienia. Była to zresztą siła bardzo znaczna i rów­

nająca się dwu lub trzykrotnie większej liczbie zbrojnych 
w polu otwartym. Żywności było mniej niż zazwyczaj, ale 
na parę tygodni mogło wystarczyć z pewnością. Sytuacja 
Krzyżaków nie była więc wcale beznadziejna. Istniały 
wszak jeszcze siły Zakonu w Inflantach, musiały przyjść 
z pomocą balleje zachodnie i Deutschmeister [tj. samo­
dzielne okręgi zakonu krzyżackiego w Niderlandach, 
Francji, Szwajcarii i północnej Italii oraz krajowy mistrz 
niemiecki — przyp. aut.]. Wszystko zależało od umiejętno­
ści przeciwników [tj. polsko-litewskich wojsk Jagiełły 
i Witolda — przyp. aut.], czy potrafią odciąć Malbork od 
pomocy z zewnątrz i czy znajdą dość sił i umiejętności, by 
dostatecznie szybko złamać jego opór"

2 1

Wszystko to prawda. Jednakże Polacy i Litwini pod 

wodzą króla Jagiełły i wielkiego księcia Witolda po 
pierwsze mieli przygniatającą wręcz przewagę liczebną 
nad krzyżacką załogą Malborka, a po drugie nieraz już, 
podczas tej wojny, dowiedli, że potrafią skutecznie oblegać 
i brać szturmem krzyżackie fortece. Jesienią 1409 roku 

19

 Johann von P o s s i 1 g e, (Fortsetzung), wyd. E. Strehlke, Scriptores 

Rerum Prussicarum, Bd 3, Leipzig 1866, s. 320. 

20

 Tamże. 

21

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 438-439. 

background image

45 

oddziały polskie odbiły z rąk krzyżackich Bydgoszcz

2 2

, a na 

krótko przed bitwą pod Grunwaldem wojska polsko-litewskie 
w ciągu krótkiego czasu zdobyły szturmem silnie umocnione 
i zaciekle bronione przez Krzyżaków Dąbrówno

2 3

. Celem 

letniej wyprawy na Prusy w roku 1410 był niewątpliwie 
Malbork, a zatem wojska koalicji jagiellońskiej z pewnością 
były bardzo dobrze przygotowane do jego blokady. Siły 
krzyżackie w Inflantach, co prawda, istniały i teoretycznie 
mogłyby przyjść na pomoc swoim zakonnym konfratrom, 
oblężonym przez Polaków, Litwinów i Rusinów w Malborku, 
tak samo jak stawiającym jeszcze tu i ówdzie słaby opór 
załogom krzyżackim niektórych zamków pruskich i pomors­
kich, lecz praktycznie było to mało prawdopodobne. Państwo 
krzyżackie w Inflantach było bowiem podówczas również 
zagrożone przez rezerwowe wojska litewskie i ruskie. 
Wprawdzie głównym ich zadaniem było strzeżenie północnej 
granicy Wielkiego Księstwa Litewskiego przed ewentualnoś­
cią dywersyjnego najazdu ze strony inflanckiej gałęzi zakonu, 

jednakże zawsze, gdyby zaszła taka potrzeba, mogły wkro­

czyć zbrojnie do Inflant, uniemożliwiając tym samym 
tamtejszym Krzyżakom udzielenie jakiejkolwiek pomocy ich 
pruskim kompanom. To samo można było podówczas sądzić 
0 oddziałach krzyżackich w Nowej Marchii. Tym bardziej że 

skuteczne przyjście z pomocą Malborkowi, Pomorzu i Pru­
som wymagałoby uprzedniego przebicia się wojsk zakonnych 
przez Litwę i Żmudź (z Inflant) lub przez Wielkopolskę 
1 Kujawy (z Nowej Marchii). A wiadomo było, że Polacy 
i Litwini broniliby tych terenów z największą zaciętością i na 
pewno nie przepuściliby odsieczy krzyżackiej do Prus bez 
doszczętnego wytracenia jej po drodze w rozlicznych zasadz-

2 2

 Na ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cit., s. 135-147 oraz A.  N a d o l s k i , Grunwald 1410, 
op. cit.,
 s. 23-24. 

23

 Patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. 

cit., s. 360-361 oraz A.  N a d o l s k i , Grunwald 1410, op. cit., s. 83-96. 

background image

46 

kach, bitwach i potyczkach. Droga do Prus przez Pomorze 
Zachodnie również nie była, dla Krzyżaków z Nowej 
Marchii, otwarta ani bezpieczna, ponieważ ówczesny książę 
słupski, Bogusław VIII, był sojusznikiem Jagiełły. I chociaż 
formalnie cały czas był w tej wojnie neutralny, wiadomo 
było, że nie przepuści przez terytorium swojego księstwa 
wojsk krzyżackich bez walki

2 4

. Droga morska z Inflant lub 

ze Szczecina do Gdańska, Królewca lub Kłajpedy też nie 
mogła być brana poważnie pod uwagę przez Krzyżaków, 
gdyż była dla nich zbyt niebezpieczna, ponieważ wymienione 
miasta albo już uznały zwierzchnictwo Jagiełły i Witolda, 
albo też mniej lub bardziej otwarcie im sprzyjały. Poza tym 
ówczesnymi okrętami nie dało się przerzucać dużych ilości 
ludzi, koni oraz zaopatrzenia, a to tylko mogłoby stanowić 
0 powodzeniu jakiejkolwiek operacji desantowej na większą 
skalę — nie mówiąc już o burzach morskich, katastrofach 
1 tym podobnych zagrożeniach dla ówczesnej floty. Z kolei 
krzyżacki mistrz krajowy w Niemczech (Deutschmeister) 
oraz krzyżackie balleje w Europie Zachodniej nie były 
w stanie skutecznie pomóc Krzyżakom w Prusach z na­
stępujących powodów: 

— Krzyżacy w Niemczech oraz w Europie Zachodniej 

byli zbyt oddaleni od Prus, ażeby mogli przyjść swym 
konfratrom z Malborka ze skuteczną pomocą w możli­
wie niedługim czasie. 

— W Europie Zachodniej minęła już wówczas moda na 

wyprawy krzyżowe. Rycerstwo zachodnioeuropejskie, 
nawet niemieckie, nie ma już — w większości 
przypadków — najmniejszej ochoty walczyć i ginąć 
gdzieś na antypodach świata chrześcijańskiego (tj. 

2 4

 Na temat postawy poszczególnych książąt zachodniopomorskich 

wobec konfliktu unii jagiellońskiej z Krzyżakami w latach 1409-1411 
dużo więcej szczegółowych informacji znajdzie Czytelnik w opracowaniu 
zbiorowym pt. Historia Pomorza,
 t. I, Do roku 1466, pod red. Gerarda 
Labudy, Poznań 1969. 

background image

47 

w Prusach) w obronie anachronicznego i w gruncie 
rzeczy śmiesznego w swej przestarzałej ideologii 
bractwa niemieckich mnichów-rycerzy, a tym bardziej 
ratować ich hybrydalne państewko, rodem z zamierz­
chłej epoki wypraw krzyżowych, podczas gdy tu 
— w Europie Zachodniej —- toczy się właśnie od 
kilkudziesięciu lat wielka wojna między Francją 
a Anglią o prawo do korony francuskiej (nazwana 
później przez historyków wojną stuletnią, trwającą 
od 1346 do 1429 roku). A zaangażowani są w nią 
przecież — bezpośrednio lub pośrednio — prawie 
wszyscy władcy europejscy z cesarzem rzymskim 
narodu niemieckiego na czele

2 5

. A zatem każdy 

rycerz francuski, angielski czy nawet niemiecki woli 
raczej służyć własnemu królowi na polach bitew we 
Francji. Oczywiste jest, iż tam dużo łatwiej było 
o łupy i o rycerską sławę. Perspektywa awanturowania 
się jako „krzyżowiec" gdzieś na odległym terenie, 
gdzie i o bogate łupy dużo trudniej, i nagła śmierć 
o wiele bardziej pewna niż rycerska sława nie pocią­
gała zachodniego rycerza

2 6

. Oczywiste zatem było, 

że w tej sytuacji politycznej Europa Zachodnia, 
prawie na pewno, pozostanie głucha na krzyżackie 
błagania o ratunek. 

Szczupła załoga krzyżacka pod dowództwem Henryka 

von Plauena, zamknięta w malborskiej warowni bez wy­
starczającej na długie oblężenie ilości żywności i me­
dykamentów, była praktycznie pozbawiona zaplecza oraz 

25

 Na temat wojny stuletniej i jej reperkusji międzynarodowych w skali 

ogólnoeuropejskiej patrz szerzej: Edward  P o l k o w s k i , Crecy-Orlean 

1346-1429, Warszawa 1986. 

2 6

 Na temat raczej negatywnego stosunku większości rycerstwa euro­

pejskiego do idei wypraw krzyżowych oraz do Krzyżaków i ich kolonial­
nego państwa nad Bałtykiem na początku XV wieku patrz szerzej: A. 
N a d o 1 s k i, Grunwald 1410, op. cit.,
 s. 41-44. 

background image

48 

jakiejkolwiek nadziei na rychłą pomoc z zewnątrz. Jej 

sytuacja nie przedstawiała się zatem w połowie lipca 1410 
roku wcale aż tak różowo, jakby się to mogło wydawać 
prof. Kuczyńskiemu. Tymczasowy, a właściwie samo-
zwańczy namiestnik zakonu Henryk von Plauen i jego 
najbliższe otoczenie musieli sobie doskonale zdawać spra­
wę z niezaprzeczalnego faktu, że Malbork stał się dla 
niedobitków Krzyżaków ostatnim punktem oporu. Wie­
dzieli także, iż przyjdzie im bronić go do upadłego i że jest 
to pułapka, z której — w razie konieczności kapitulacji (a 
ta wydawała się prędzej lub później raczej nieuchronna) 
— nie będzie już wyjścia. Wydaje się zatem, iż komtur ze 

Świecia zrobił w tych lipcowych dniach 1410 roku absolut­
nie wszystko, co było w jego mocy, ażeby możliwie jak 
najlepiej przygotować krzyżacką stolicę do obrony przed 
polsko-litewską nawałą. Najprawdopodobniej jednak sam 
w realną możliwość dłuższego utrzymania się za murami 
warowni nad Nogatem, wobec całkowitej niemal zagłady 
panowania zakonnego w Prusach, nie bardzo wierzył. 
Chodziło mu zapewne już tylko o to, żeby niedobitki 
krzyżackie spod Grunwaldu, które schroniły się za murami 
Malborka, nie sprzedały swej skóry zbyt tanio Jagielle 
i Witoldowi. Jawili się oni jako przyszli, zdaje się nie­
uchronni, panowie pokrzyżackich Prus. Krzyżakom w Mal­
borku pozostawało już tylko biernie czekać oblężenia, 

a następnie bronić się do upadłego i... oczekiwać cudu, 
który by odmienił ich beznadziejne położenie, jednakże 
bez realnych przesłanek, że takowy kiedykolwiek nastąpi. 

Tymczasem do Malborka zbliżały się oddziały koalicji 

jagiellońskiej. Szły naprzód bardzo powoli, często zatrzymując 

się i obozując po drodze. Król Jagiełło zachowywał się tak, 

jakby już faktycznie całą wojnę z Krzyżakami wygrał. Po 

drodze przyjmował hołdy wiernopoddańcze ludności państwa 
krzyżackiego, witającej Polaków, Litwinów i Rusinów jako 
swoich wybawców, ich naczelnego wodza zaś — króla 

background image

49 

Jagiełłę — jako swego króla. Jagiełło i Witold wyraźnie nie 
śpieszyli się pod mury krzyżackiej stolicy. Najprawdopodob­

niej traktowali zdobycie Malborka li tylko jako czystą 
formalność, licząc zapewne na to, że stolica sama się podda 
na widok nadciągających oddziałów polsko-litewskich. Przypa­
dki takie zachodziły w wielu innych mijanych po drodze 
miastach i zamkach pruskich, które poddawały się obu 
władcom bez walki, a następnie dobrowolnie uznawały 
królewskie zwierzchnictwo. Nie przypuszczali, że niezbyt 
liczna i nienajlepiej zaopatrzona z żywność krzyżacka załoga 
Malborka będzie zdolna do jakiejkolwiek, a zwłaszcza tak 
zaciekłej, jak się to okaże, obrony. Szok, jakim był dla panów 
zakonnych świeży pogrom pod Grunwaldem — zdaniem obu 
wodzów armii polsko-litewskiej — kompletnie przeraził 
i sparaliżował przeciwnika. Niestety Jagiełło i Witold srodze 
pomylili się w swoich, nazbyt optymistycznych ocenach 
sytuacji, ale o tym mieli się boleśnie przekonać dopiero pod 
murami miasta. 

Fortuna i historia mają to do siebie, że nigdy nie wybaczają 

błędów popełnianych przez ludzi wybitnych w momentach 
przełomowych, a takim była bez wątpienia bitwa pod 
Grunwaldem. Oto Jagiełło w śmiertelnych zapasach powalił 
na ziemię najgroźniejszego z przeciwników Polski i Litwy. 
Odniósł wspaniałe, zda się rozstrzygające, zwycięstwo i... 
natychmiast po nim jakby spoczął na laurach, nie umiejąc 
dobić wroga, czyli błyskawicznie zająć jego stolicę. Upojony 
ponad wszelką miarę świetną grunwaldzką wiktorią wiel­
kodusznie albo raczej lekkomyślnie dał swoim przeciw­
nikom aż 9 bezcennych dni na ochłonięcie i pozbieranie się 
po klęsce. Komtur Henryk von Plauen wykorzystał ten 
strategiczny arcybłąd królewski po mistrzowsku — dla 
przywrócenia żelazną ręką karności w zakonie i możliwie 

jak najlepszego przygotowania Malborka do obrony. Nie 

zmarnował bezcennego czasu, który ofiarował mu, nazbyt 
dufny w swą potęgę militarną po Grunwaldzie, Jagiełło. 

4 — Koronowo 1410 

background image

50 

I dlatego to właśnie nie Jagiełło z Witoldem, a Henryk von 
Plauen miał wygrać prawdziwie decydującą bitwę tej wojny 

— bitwę o Malbork. 

„We czwartek 24 lipca, w wigilię św. Jakuba Apostoła 

— pisze Długosz — król polski Władysław [Jagiełło 
— P

r

zyP- aut.],

 wyjechawszy z zamku Dzierzgonia po 

przekazaniu pełnej władzy nad nim marszałkowi Zbi­
gniewowi z Brzezia, rozbił obóz w środku drogi między 
Malborkiem a Dzierzgoniem, w okolicy wsi i jeziora Stary 
Targ. Dwu zaś rycerzom, którzy tu przybyli z zamku 
Malborka, i wysłannikom Henryka von Plauen, którzy 
zamierzali w większej liczbie przybyć do króla z prośbą 
0 zapewnienie bezpieczeństwa, król odpowiedział, że jeżeli 
Bóg pozwoli, przybędzie do Malborka jutro i że wszelkim 
posłom zapewni bezpieczeństwo. Tego dnia na rozkaz 
komtura Henryka von Plauen spalono miasto Malbork, by 
w razie zdobycia nie stało się osłoną i twierdzą dla króla 

polskiego i jego ludzi, i by przypadkiem z niego nie 
oblegano natarczywie (zamku) Malborka. 

W piątek 25 lipca, w dzień św. Jakuba Apostoła, król 

polski Władysław wysławszy przodem kilka chorągwi ryce­
rzy, by zajęli dogodne miejsca i odparli wszelkie zasadzki 
1 niebezpieczeństwa, najpierw rozbija obóz nad jeziorem 
Dąbrówka, a następnie przybywa szczęśliwie do Malborka 
i natychmiast ze wszystkich stron oblega zamek. Po umiesz­
czeniu wojska polskiego od wyższej części zamku [Długoszo­
wi chodzi tu najprawdopodobniej o tzw. Zamek Wysoki 
—P

r

?yp-

 au(

-]

 ku wschodowi i południowi, wojsko litewskie 

ustawił od dolnej części [tj., według wszelkiego prawdopodo-
bieństwa, od strony tzw. Zamku Średniego i Niskiego 
— przyp. aut.],

 a ponadto swoje wojska z Podola i Rusi 

postawił w specjalnie (wybranym) miejscu od południa [tj. 
najpewniej od strony Nogatu — przyp. aut.]. Przez cały ten 
dzień zdarzały się drobne potyczki między rycerzami królew-

background image

51 

skimi a nieprzyjacielskimi o spalone już miasto Malbork, 
którego wrogowie z trudem bronili przed wtargnięciem do 
niego rycerzy polskich. Nie było bowiem rzeczą trudną 
szybko zdobyć miasto, które nie miało naturalnego zabez­
pieczenia, a wskutek rozproszenia się jego mieszkańców 
było całkiem opustoszałe. 

W sobotę, nazajutrz po Św. Jakubie Apostole, 26 lipca, 

kiedy z kolei pełniły straż wojska królewskie, w dwu 
chorągwiach, mianowicie chorągwi większej i chorągwi 
z Oleśnicy, w godzinach wieczornych doszło do walki, 
ponieważ wojsko królewskie usiłowało wedrzeć się do 

miasta Malborka, a wrogowie z wielką odwagą nie do­
puszczali do ich wtargnięcia. Ponieważ wobec ogromnej 
przewagi liczebnej Polaków padła w niej znaczna liczba 
wrogów, (ci ostatni) musieli schronić się do zamku 
i ustąpić z miasta Malborka, które było w ich posiadaniu. 
Pierwszy wtargnął do miasta rycerz Jakub Kobylański herbu 
Grzymała, drugi Dobiesław z Oleśnicy herbu Dębno, a za 
nimi poszli inni. Wspomniani dwaj rycerze Jakub i Dobies­
ław nie uznali za właściwe zaprzestać walki, ale natychmiast 
po zdobyciu miasta z wyciągniętymi kopiami, z potężnym 
krzykiem popędzili aż do kościoła w pobliże murów, 
zamierzając zdobyć zamek. Gdyby im były przyszły z po­
mocą z równą odwagą wojska królewskie, można by było 
w tym momencie zdobyć zamek Malbork, stał bowiem 
otworem dostęp do niego przez wielki, jeszcze nie zakryty 
wyłom, przez który żołnierze mogli się wedrzeć. Kiedy 
wszyscy wrogowie, którzy strzegli zamku, ze strachu 
i nadmiernego smutku poddając się przygnębieniu tak, jakby 

już zamek został zdobyty, rozbiegli się po warowniejszych 

i bezpieczniejszych miejscach. Polacy zmarnowali wówczas 
drugą sposobność rozsądnego pokierowania sprawą i zdoby­
cia zamku Malborka, gdy los Krzyżaków tak się układał. 

Pod wieczór wrogowie palą własny most na rzece 

Wiśle znajdujący się od strony Tczewa w obawie, by 

background image

52 

rycerze polscy nie urządzili z niego ataku na zamek. To 
przyniosło wojsku króla wielką korzyść. Zaopatrujący 
bowiem w paszę ludzie z obozu króla po przepłynięciu 
rzeki Wisły udali się bezpiecznie na cały dzień na Żuławy. 
Wspomniany wielki wyłom, który stwarzał wyraźne nie­
bezpieczeństwo dostania się do zamku, wrogowie przez 
całą następną noc zabezpieczają dokładnie i zamykają 
ogromnymi belkami dębowymi. Ale i król polski Włady­
sław, nakazawszy tej samej nocy wciągnąć ciężkie bom-
bardy do kościoła miejskiego, bez przerwy bije z nich 
w zamek. Umieszczono inne bombardy w wojsku litew­
skim, jedne obok przedmurza, drugie u przyczółka spalo­
nego mostu po drugiej stronie Wisły i z nich wszystkich 
bito z całych sił w zamek z czterech stron. Namiot 
królewski z kaplicą i jadalnią umieszczono na wyniosłym 

wzgórzu nad Wisłą. Król mógł z niego oglądać całe 
wojsko i zamek. A król polski Władysław prowadził to 
oblężenie bez przerwy przez całe dwa miesiące"

2 7

Tak rozpoczęło się — według opisu polskiego kronika­

rza Jana Długosza — dwumiesięczne, wielkie oblężenie 
Malborka. Zauważmy w tym miejscu, jak wiele razy 
w opisie Długoszowym (zarówno tym, który cytowaliśmy 
obszernie w kilku miejscach powyżej, jak i w tych jego 
fragmentach, które będą jeszcze cytowane w dalszych 
partiach tej monografii) powtarza się niekłamany, wielki 
żal naszego dziejopisa, iż król Jagiełło, którego niejedno­
krotnie na kartach swego dzieła sławi i podziwia jako 
wielkiego monarchę — wodza i polityka, przez swą 
niezrozumiałą nieporadność, beztroskę i opieszałość po 
grunwaldzkim zwycięstwie stracił jedyną i niepowtarzalną 
w dotychczasowych dziejach zmagań polsko-krzyżackich 

szansę zdobycia Malborka łatwo i bez wielkich strat 

• 

27

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 249-250. 

background image

53 

w ludziach. To właśnie zdbycie tej twierdzy przez połą­
czone wojska polsko-litewskie latem 1410 roku — zda­
niem Długosza — zamknęłoby zapewne raz na zawsze 
historię rozbójniczego zakonu niemieckiego nad Bał­
tykiem. Przywróciłoby także Polsce i Litwie swobodny 
i szeroki dostęp do tegoż morza oraz jeszcze bardziej 
scementowało unię jagiellońską. Samemu zaś Jagielle 
zapewniłoby to zwycięstwo wielki, międzynarodowy, 
polityczny prestiż już za życia, a także wiekopomną, 
pośmiertną sławę jednego z największych władców na 
tronach krakowskim i wileńskim, który przywrócił Polsce 
Pomorze z Gdańskiem i Elblągiem, a Litwie ofiarował 
resztę Prus z Królewcem i Kłajpedą (po niemiecku zwaną 
Memel). Ileż to razy w swej kronice kanonik krakowski 
biada, że kto lekkomyślnie odrzuca szansę ostatecznego 

pokonania wroga, którą łaskawie zsyła mu sama opatrz­
ność, płaci za to ostateczną plajtą swych wielkich zamie­
rzeń i faktyczną klęską. Tak właśnie ksiądz Jan Długosz 
ocenia postępowanie króla Jagiełły po Grunwaldzie i pod­
czas oblężenia zamku malborskiego latem i wczesną 

jesienią 1410 roku. Naszym zdaniem Długosz zasługuje 

w tym miejscu na pełną wiarę współczesnego badacza, 
gdyż jego opinie są poparte własną obserwacją i refleksją, 
ile trudu musiały jeszcze potem kosztować Polaków 
i Litwinów kolejne, ciężkie wojny z pruskimi Krzyżakami. 
Świadczą o tym wojny toczone jeszcze za panowania 
Władysława Jagiełły, a następnie jego syna i następcy 

— Kazimierza Jagiellończyka. Długosz, pisząc cytowane 

powyżej przez nas słowa o zmarnowaniu przez króla 
Jagiełłę historycznej szansy zdobycia Malborka w roku 

1410, doskonale bowiem pamiętał, ile wysiłku i strat 

ludzkich kosztowała Polskę i Wielkie Księstwo Litewskie 
wojna trzynastoletnia z państwem zakonnym w Prusach. 

Toczono ją ze zmiennym szczęściem w latach 1454-1466, 

w wyniku której Pomorze z Gdańskiem i Toruniem, 

background image

54 

Malbork i Elbląg oraz ziemie biskupstwa warmińskiego 
z Olsztynem i Lidzbarkiem Warmińskim zostały ostatecznie 
przyłączone do Królestwa Polskiego. Wojnę tę nasz wybitny 
dziejopis obserwował już na własne oczy. Wielkiej wojny 

z zakonem w latach 1409-1411 ksiądz kanonik krakowski 
osobiście nie pamiętał (urodził się bowiem dopiero w roku 

1415), lecz jego informacje są ze wszech miar wiarygodne, 

pochodzą bowiem od jego ojca i stryja oraz od kardynała 
Zbigniewa Oleśnickiego — bezpośrednich uczestników 
bitwy pod Grunwaldem oraz oblężenia Malborka w roku 

1410. Jeżeli zatem Długosz pisze, że latem roku 1410, 

zaraz po bitwie pod Grunwaldem, nasze wojska mogły 
z łatwością zająć Malbork, to bez wątpienia należy mu 
wierzyć. Tylko niezrozumiałe zachowanie króla po grun­
waldzkim zwycięstwie oraz już pod murami stolicy państwa 
zakonnego w Prusach bezpowrotnie tę wielką, historyczną 
szansę zmarnowały i utraciły. Zupełne zwycięstwo nad 

Krzyżakami było latem roku 1410 niemalże przesądzone. 
Zabrakło tylko po stronie polsko-litewskiej zdecydowania 
i determinacji, ażeby zdobyciem gniazda śmiertelnego 
wroga przypieczętować to wielkie dzieło, tak świetnie 
rozpoczęte w Brześciu nad Bugiem, potem pod Czerwiń­
skiem nad Wisłą, a następnie na polach Grunwaldu. 

Zdanie Długosza, na temat realnych możliwości zdoby­

cia Malborka latem 1410 roku, podziela również Paweł 
Jasienica, który na kartach swej Polski Jagiellonów pisze, 
co następuje: 

„Karawan wielkiego mistrza Krzyżaków wygrał wyścig 

z historią Polski. Konna armia królewska zjawiła się pod 
Malborkiem w sześć dni po nim, 25 lipca. Henryk von 
Plauen zdążył tymczasem wziąć wszystko w żelazną garść, 
zebrał żywność, powiększył załogę, ściągnął z Gdańska 
marynarzy, spalił miasto i zrobiwszy wszystko, co leżało 
w jego mocy, czekał oblężenia. [...] 

background image

55 

25 lipca, zaraz po przybyciu pod Malbork, dwaj rycerze 

polscy, Jakub z Kobylan i Dobiesław z Oleśnicy, uderzyli 
ze swymi pocztami do szturmu i wdarli się w wyłom od 
strony Nogatu. Nie padł rozkaz wsparcia ich, okazja 
zdobycia podzamcza została zmarnowana. Całe oblężenie 
prowadzone było w sposób zadziwiająco miękki, jakże 
odległy od zaciętości pokazanej w roku poprzednim pod 
Bydgoszczą. Wtedy błyskawicznie przeprowadzono poważ­
ne roboty ziemne —• teraz nie nakazano ani jednego 
porządnego szturmu, pozostawiono Plauenowi możność 
znoszenia się ze światem zewnętrznym, nawet przesyłania 

pieniędzy na najem zaciężnych. Armia gnuśniała, opływając 
w żywność i inne dostatki, prawdziwe działania bojowe 
prowadziły czasem tylko chorągwie polskie i ruskie. [...] 

Wojsko królewskie na pewno było zdolne poruszać się 

z szybkością karawanu. Gdyby przybyło pod Malbork 
razem z nim, a więc nazajutrz po Henryku von Plauen, 
sytuacja wyglądałaby znacznie lepiej. Komtur ze Świecia 
odznaczał się szatańską zawziętością i miewał przebłyski 
geniuszu, ale cudów robić nie umiał. Nie zdążył na przykład 
załatać wspomnianego wyłomu w murze podzamcza, a mia­
sto Malbork spalił w ostatniej chwili. Na przezwyciężenie 
paniki i zorganizowanie obrony potrzebował czasu. Otrzy­
mał cały tydzień"

2 8

Zupełnie inaczej ocenia oblężenie krzyżackiej stolicy 

w roku 1410 prof. S. M. Kuczyński, który — wbrew opiniom 
Długosza oraz idących tropem jego myśli współczesnych 
historyków (takich jak np. cytowany powyżej Paweł Jasieni­
ca) — jest zdania, iż zdobycie malborskiej warowni latem 

1410 roku było ówcześnie zadaniem ponad siły dla wielkiej 

armii polsko-litewsko-ruskiej. A na potwierdzenie swojej tezy 
profesor Kuczyński przytacza takie oto argumenty: 

28

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 113-115. 

background image

56 

„Zamek malborski był twierdzą potężną, składającą się 

z trzech części: z przedzamcza, zamku środkowego i zamku 
wysokiego. Budowany był podobnie do innych twierdz 
krzyżackich, na wzór twierdz Bliskiego Wschodu, lecz 
różnił się wielkością i dużo potężniejszymi murami. W zwy­
kłych zamkach zakonu pierwszy mur z basztami opasywał 

[...] podzamcze, gdzie umieszczano spichrze, stajnie, pra­

cownie rzemieślnicze. Drugi mur z dalszymi basztami, 
wyższymi zazwyczaj od poprzedniego, tworzył zamek [...]. 
To był właściwy rycerski «klasztor» — konwent. W gmachu 
zamku bracia mieli swe mieszkania: wspólną jadalnię, 
wspólną sypialnię, pokój komtura, pokój komtura zam­
kowego, kaplicę, kapitularz, skarbiec, spiżarnię i inne. 

W Malborku właściwy zamek, zwany tu [...] — Wysoki 

Zamek, oddzielono od dziedzińca przedzamcza głęboką 
fosą, a za czasów Winrycha von Kniprode (t 1382), 
pomiędzy Wysokim Zamkiem i podzamczem wybudowano 
Środkowy Zamek [...], rezydencję wielkich mistrzów, 
otoczony również murem z fosą. 

Całość stanowiła twierdzę, której niepodobna było zdobyć 

środkami techniki wojennej początku XV wieku, dopóki 
obrońcy mieli wolę i siłę sprzeciwu, tzn. dopóki nie 
załamali się psychicznie lub fizycznie przez upadek wiary 
w celowość obrony, głód lub wybuch zarazy, względnie 
dopóki nie uzyskano sukcesu drogą przekupstwa i zdrady. 

Armia polsko-litewska nie posiadała szans do zdobycia 

twierdzy malborskiej szturmem. Według wszelkiego praw­
dopodobieństwa, jak już wspominaliśmy, pierwotny plan 
Jagiełły brał pod uwagę dotarcie do Malborka i zawarcie 
pokoju, a nie zdobywanie stolicy. Wojska królewskie, 
składające się przeważnie z pospolitego ruszenia, nie były 
zdolne ani do wytrwałych szturmów, ani do wielomiesięcz­
nego stania i zmuszenia oblężonych głodem do kapitulacji. 
Na to potrzeba było mieć wojska zaciężne, a tych król miał 
zbyt mało. Co gorsza, nie posiadał także większych sum 

background image

57 

potrzebnych na zaciąg nowych chorągwi. Zgubny przywilej 
koszycki Ludwika Węgierskiego wytrącił już pierwszym 

jego następcom na tronie polskim oręż z ręki. Wszak 

w roku 1403 na wykup Ziemi Dobrzyńskiej Jagiełło był 
zmuszony prosić szlachtę o podatek. W tej chwili było to 
samo. Stojąc u progu całkowitego zwycięstwa król musiał 
się liczyć z niemożnością przeciągania wojny. Być może 
dlatego wywierał taki nacisk na poszczególne miasta i zamki 
pruskie, by mu się dobrowolnie poddawały, że zdawał 
sobie sprawę ze swej bezsilności na wypadek oporu, 
którego pokonanie wymagało nie tylko siły, lecz i czasu. 

Malbork można było zdobyć raczej załamaniem psychicz­

nym oblężonych niż innymi sposobami, chociaż nie należało 
zapominać o żadnym z nich. O ile wolno sądzić, dowództwo 
polsko-litewskie nie zaniedbało też ani jednego, z wyjątkiem 
przekupstwa załogi, co zresztą również brano pod rozwagę. 

Miasto Malbork z rozkazu Plauena zostało całe spalone, 

z wyjątkiem ratusza i kościoła św. Wawrzyńca. Pozostało 

jednak obszerne podzamcze i obydwa zamki, i one to 

powinny były ulec, o ile sukces króla miał być zupełny. 

Chorągwie polskie i litewsko-ruskie od razu uderzyły na 

oddziały krzyżackie, przebywające jeszcze koło spalonego 
miasta. Początkowo były to «lekkie harce», które Krzyżacy 
odpierali, chociaż z trudnością, następnego jednak dnia, 26 
lipca, wojska Zakonu zostały zmuszone do odwrotu i schro­
nienia się za mury zamkowe. Przy tej okazji rycerze 
wielkiej chorągwi królewskiej i chorągwi Oleśnickich, pod 
wodzą Jakuba z Kobylan i Dobka z Oleśnicy, przebiegłszy 
przez spalone miasto, «podniósłszy kopije, z wielkim 
krzykiem uderzyli na zamek i aż do kościoła i murów 
zamkowych dotarli». Według Długosza, przy energiczniej­
szym poparciu innych chorągwi można było zdobyć i sam 
zamek, ponieważ w tym dniu «otwierał wstęp szturmującym 
szeroki, a jeszcze nie zakryty wyłom» w murze, przez 
który «wedrzeć się mogli». A nadto, jakoby «wszyscy 

background image

58 

rycerze przeznaczeni do obrony zamku pouciekali byli 
w miejsce warowniejsze i bezpieczniejsze». Oczywiste, że 
nasz dziejopis myli tu mury podzamcza z murami zamku, 
do którego właśnie schronili się spłoszeni atakiem obrońcy. 
Trudno wszakże zaprzeczyć, że opanowanie podzamcza 
ułatwiłoby w dużej mierze dalsze szturmy, chociaż nie 
przesądziłoby sprawy zdobycia obu zamków. Artyleria 
krzyżacka i strzelcy mogliby wymieść śmiałków z dziedziń­
ca pomiędzy murami, o ile ci ostatni nie potrafiliby 

skorzystać z osłony zabudowań gospodarczych podzamcza. 
Również trudno przypuścić, aby ów wyłom w murze był 
wielki oraz istotnie łatwy do przebycia, ponieważ w takim 
razie zainteresowaliby się nim nie tylko poszczególni 
rycerze ale i dowództwo. W każdym razie incydent z murem 
dowodzi, że w Malborku nie wszystko było gotowe i, być 
może, liczono, że król da się pertraktacjami zatrzymać po 
drodze. Świadczyłoby o takich przypuszczeniach i spalenie 
mostu przez Nogat dopiero wieczorem 26 lipca w obawie, 

«aby po nim Polacy na zamek nie uderzyli». Spalenie to, 
zdaniem Długosza, szkody wojskom Jagiełły nie przyniosło, 
przeciwnie, «wielce było pożądane, spyżownicy bowiem 
królewscy mogli codziennie przeprawiać się za Wisłę i na 

Żuławy bezpiecznie wybiegać po żywność». 

Noc z 26 na 27 lipca przyniosła, oprócz spalenia 

mostu przez Krzyżaków, także pierwsze działania ob-
lężnicze ze strony polskiej. Krzyżacy, obawiając się 
wspomnianego wyżej wyłomu, «przez całą noc pracując 
usiłowali go potężnymi kłodami zawalić i obwarować». 
Aby im to utrudnić, Jagiełło «tej nocy kazał był działa 
większe wprowadzić do kościoła miejskiego* i polecił 
strzelać z nich do murów i zamku. 

Informacja ta jest szczególnie cenna dla dwu powodów. 

Przede wszystkim świadczy o sprawności taborów królews­
kich, skoro już pierwszej nocy ciężka artyleria mogła zająć 
stanowiska i zacząć ostrzeliwać twierdzę malborską. Po drugie, 

background image

59 

Długosz, zapomniawszy raz o przyjętym przez siebie schema­
cie «świątobliwego» króla, bez oburzenia podaje, że artyleria 
królewska strzelała z kościoła, co chyba nie było szczególną 
oznaką pobożności, lecz zupełnie racjonalistycznym wykorzys­
taniem murów świątyni jako osłony. 

Armaty oblegających umieszczone zostały ze wszystkich 

stron. «Były inne działa porozstawiane między wojskiem 
litewskim, inne poprzed murami, inne na wstępie spalonego 
mostu po drugiej stronie...» I tak «z czterech stron bito 
i szturmowano z całej siły». 

Armia polsko-litewska sporo dział wiozła z sobą, sporo 

musiała zdobyć pod Grunwaldem. Jednak cięższą artylerię 
otrzymał król z miast krzyżackich. Kronika Posilgego infor­
muje — mając, rzecz prosta, całe oblężenie, a nie pierwszy 

jego dzień na myśli — że «miasta Elbląg i Toruń dowiozły 

armii króla wszelkich potrzebnych rzeczy, żywności, napojów, 
broni i prochu, dział i czego tylko potrzebował; także i inne 
miasta». Toruniowi i Elblągowi najłatwiej było przesłać 
ciężkie działa, gdyż mogły dokonać tego drogą wodną. 

Armaty te wyrządziły pewne szkody w budynkach zamku, 

ale nie rozstrzygnęły o losach twierdzy. Przeciw murom, 
może pomogłaby wielka kolubryna krzyżacka z roku 1409, 
o jej losach wszakże w roku 1410 źródła milczą, ani jedna 
więc ze stron nie miała jej, pewnie, w użyciu"

2 9

Trudno w tym miejscu zgodzić się z wywodami profesora 

Kuczyńskiego na temat rzekomej niemożności zdobycia 
Malborka przez wojska Jagiełły. W przewodniku po zamku 
w Malborku pióra Bohdana Guerąuina znajdujemy bowiem 
informacje o tym, że potężne umocnienia w fortecy nad 
Nogatem powstały w większej części dopiero po roku 1417, 
a zatem wtedy, kiedy niebezpieczeństwo polsko-litewskie dla 
stolicy państwa zakonnego w Prusach stało się aż nadto 

29

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 445^t49. 

background image

60 

wyraźne. Nie ma żadnych dowodów, jakoby umocnienia 
podobne do znanych nam dzisiaj istniały już w roku 1410. 
Najlepszym dowodem, że tak nie było, jest informacja 
zawarta zarówno u Długosza, jak i w kronikach krzyżackich, 
o spaleniu w ostatniej chwili przed nadejściem wroga miasta 
Malborka. Gdyby miasto nadawało się do obrony, to by go 
przecież nie spalono. Drugim dowodem na to, że rację mają 
w tym wypadku raczej Jan Długosz i Paweł Jasienica, jest 
fakt, że Krzyżacy już po pierwszych utarczkach z wojskiem 
królewskim umknęli z miasta i podzamcza do lepiej ufortyfi­
kowanego Zamku Średniego i Wysokiego. Wszystko to 
dowodzi słabości załogi krzyżackiej Malborka i jej słabego 
przygotowania do obrony. Jeżeli dwóch rycerzy z pocztami 
zdołało wywołać panikę wśród obrońców podzamcza, to cóż 
dopiero mogłoby się wydarzyć, gdyby sztab królewski w porę 
przysłał im posiłki i zdołał opanować przynajmniej Zamek 
Niski. Trzecim dowodem na nielogiczność wywodów Ku­
czyńskiego jest natychmiastowe ściągnięcie pod mury Malbo­
rka ciężkich dział oblężniczych, których Jagiełło i Witold 

przyprowadzili ze sobą co najmniej kilka. Armia, która nie 
zamierza zdobywać twierdz przeciwnika, na ogół nie zabiera 
ze sobą ciężkiej artylerii. Wszystko wskazuje na to, że stolica 
krzyżackich Prus była możliwa do zdobycia i że zamierzano 

ją zdobyć. Kolejnym dowodem na prawdziwość naszych 

przypuszczeń zdaje się być znamienne wydarzenie, które 
miało miejsce pod murami Malborka w czasie jego oblężenia: 

„Król polski Władysław — pisze Długosz — przyjąwszy 

poddające się zamki i miasta pruskie, rozdziela zarząd nad 
nimi między swoich rycerzy. Zamek Brodnicę powierza 
wojewodzie sandomierskiemu Mikołajowi z Michałowa. 
Kiedy ten, po przyjęciu go w posiadanie, znalazł w zamku 
wiele rzeczy ze złota i srebra, wspaniałe książki, (a wśród 
nich) przede wszystkim 5 części «Zwierciadła» Wincentego, 
również piękne obrazy w złotych i srebrnych ramach, 

background image

61 

ornaty, krzyże i ozdoby oraz wiele innych klejnotów, 
przekazał wszystko wiernie królowi. Król część tych 
klejnotów i skarbów, (a) przede wszystkim «Zwierciadło» 
Wincentego dał katedrze krakowskiej, znaczniejsze jednak 
skarby i klejnoty przydzielił katedrze wileńskiej i kościołom 
parafialnym na Litwie. Zamek Koprzywno, inaczej Engels-
berg, powierza Dobiesławowi z Oleśnicy, a zamek i miasto 
Tczew Piotrowi Wąglowi. Zamek Grabin Wojciechowi 
Malskiemu, a miasto Gdańsk kasztelanowi kaliskiemu 
Januszowi z Tuliszowa. Zamek i miasto Gniew kasztelanowi 
kamieńskiemu Pawłowi z Wszeradowa, miasto Toruń 
kasztelanowi nakielskiemu Wincentemu z Granowa, a kiedy 

ten zmarł  — j a k wielu twierdziło — otruty, na jego miejsce 
(postawił) marszałka Królestwa Polskiego Zbigniewa 
z Brzezia. Zamek Unisław, Chełmno, gdzie przechowywano 
głowę św. Barbary, której król polski Władysław mimo 
różnego rodzaju nacisków nie pozwolił stąd zabrać, oraz 
miasto i zamek Grudziądz dał kasztelanowi poznańskiemu 
Mościszy ze Stęszewa. Zamek Golub Niemście ze Szczyt­
nik, zamki Ostródę i Nidzicę nadał księciu mazowieckiemu 
Januszowi, a zamki Działdowo i Szczytno księciu mazo­
wieckiemu Siemowitowi. Zamki Kurzętnik i Bratjan Janowi 
Kretkowskiemu, a zamek Kowale podkanclerzemu Króles­
twa Polskiego Mikołajowi. Miasto Świecie samo — zamek 
był bowiem w rękach wrogów — Dobiesławowi Puchale, 
a zamki i miasta Bytów i Czarne księciu słupskiemu 
Bogusławowi, który przybywszy w czasie oblężenia zamku 
Malborka do Jego Królewskiej Mości w oficjalnym doku­
mencie oświadczył, że będzie zawsze służył królowi 

i Koronie Polskiej i będzie im spieszył z pomocą ze swymi 
rycerzami, mieszczanami i wszelkimi poddanymi. Na jego 
prośby i za jego poręczeniem król polski Władysław 
pozwolił uwolnić wziętego do niewoli jego rodzonego 
wnuka, księcia szczecińskiego Kazimierza. Zamek i miasto 
Lidzbark powierza Piotrowi Chełmskiemu i jego braciom, 

background image

62 

a zamki Królewiec i Pasłęk z miastami wielkiemu księciu 
litewskiemu Aleksandrowi. Staw rybny za Elblągiem z mnó­
stwem ryb Janowi Tumigrale, a zamek Rogoźno Czechowi 
Hińczy. Zamek i miasto Tucholę Januszowi Brzozogło-
wemu, a zamek Sztum Andrzejowi Brochockiemu. 

Wszystkie miasta i zamki ziemi pruskiej, pomorskiej, 

michałowskiej i chełmińskiej poddały się władzy króla 
Władysława prócz zamków: Malborka, Radzynia, Gdańska, 
Świecia, Człuchowa, Brandenburga, Bałgi, Ragnety i Kłaj­
pedy, czyli Memla. Wojska królewkie zaś oblegały zamek 
Radzyń. Zamek gdański król zdobył. Miasto uwolniło się 
od oblężenia dzięki zawartemu z królem układowi, w któ­
rym zastrzeżono, że po zdobyciu zamku Malborka należy 

(Gdańsk) natychmiast poddać królowi"

3 0

Zaiste, tak nie zachowuje się ktoś, kto zamierza tylko 

zawrzeć korzystny dla siebie pokój pod murami stolicy 
wroga, lecz ten, kto czuje się już faktycznym władcą podbitych 
przez siebie terytoriów. Jagiełło miał pełne prawo czuć się już 
faktycznym królem Prus, ponieważ, jak pisze Długosz: 

„Kiedy zamek w Malborku został oblężony, szlachta 

i rycerze ziemi pruskiej, chełmińskiej i pomorskiej oraz 
wszyscy mieszczanie wszystkich niemal miast znajdujących 
się we wspomnianych ziemiach, a zwłaszcza znaczniej­
szych, a mianowicie: Gdańska, Elbląga, Torunia, Chełmna, 
Królewca, Świecia, Gniewu, Tczewa, Nowego, Brodnicy 
i Brandenburga, oraz czterej biskupi: warmiński Jan, 
chełmiński Arnold, pomezański Henryk i sambijski Jan 
przybyli osobiście do króla polskiego Władysława i poddali 
mu siebie i całe swoje (mienie), mianowicie zamki i miasta, 
złożywszy osobiście przysięgi na wierność i pełne hołdu 
posłuszeństwo. Szlachta jednak i mieszczanie tak wspo-

30

 Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 5 1 - 2 5 2 . 

background image

63 

mnianych ziem, jak miast, którzy w czasie bitwy dostali się 
do niewoli króla, przed złożeniem przysięgi na wierność 
uzyskali prośbami uwolnienie ich z niewoli, w przekonaniu, 
że im nie wolno składać hołdowniczej przysięgi, dopóki są 
uważani za jeńców. A król polski Władysław na prośby 
rycerzy i mieszczan zatwierdził dawne prawa i wolności 
i do starych dodał nowe. A wśród wszystkich obywateli 
pruskich wierność mieszczan elbąskich i ich oddanie wobec 
króla były szczególnie widoczne. Oni to, kiedy komtur 
elbląski Werner Tettingen uciekł z pola bitwy, wyrzuciwszy 
go z zamku elbląskiego, w którym się schronił, oddali 
królowi polskiemu Władysławowi wraz z miastem zamek 
elbląski nie ograbiony z żadnego mienia ani żywności. 

Król Władysław nadał go w dzierżawę wojewodzie krakow­
skiemu Janowi z Tarnowa. Wspomniany wojewoda przyją-
wszy go w posiadanie, kiedy znalazł tam wiele cennych 
rzeczy, odesłał z niego 100 złotych i srebrnych naczyń 
królowi polskiemu Władysławowi"

3 1

Jak ciężkie musiało być położenie załogi krzyżackiej, 

zamkniętej za murami zamku malborskiego, świadczy 
ponadto fakt, iż Henryk -von Plauen, wyraźnie wątpiąc 
w realną możliwość długiego utrzymania się, zaproponował 
Jagielle i Witoldowi, niedługo po rozpoczęciu oblężenia, 
oddanie Polsce i Litwie wszystkich ziem, miast i zamków 
pruskich oraz pomorskich, które zrzuciły krzyżackie jarzmo 
i poddały się królowi polskiemu. Jedynym warunkiem, jaki 
stawiał dowództwu polsko-litewskiemu w tych wstępnych 
rokowaniach pokojowych samozwańczy, tymczasowy na­
miestnik zakonu krzyżackiego w Prusach, komtur ze 
Świecia, miało być natychmiastowe odstąpienie króla 
i wielkiego księcia od oblegania stolicy zakonu — Malbor­
ka. Długosz opisuje te rozmowy następująco: 

31

 Tamże, s. 250. 

background image

64 

„Po upływie całego miesiąca lipca, w czasie którego król 

polski zajęty był tylko obleganiem zamku Malborka, tenże 
król i jego wojsko, ciesząc się na każdym miejscu we 
wszelkich poczynaniach pełnym, niezmiennym i słusznym 
powodzeniem, obiecywał sobie z każdym dniem jeszcze 
pomyślniejsze osiągnięcia. A na początku sierpnia komtur 
Henryk von Plauen, przez posłów wysłanych w tym celu 
z prośbą, uzyskał zezwolenie na udanie się z zamku 
Malborka do króla polskiego Władysława na rozmowę. 
Henryk von Plauen w towarzystwie rodzonego brata, 
człowieka świeckiego, kilku Czechów i Ślązaków przybył 
osobiście na spotkanie króla i jego książąt, i panów, które 
odbyło się koło murów. Gdy mu kazano powiedzieć, 
z czym przychodzi i czego żąda, przemawia w następujący 

sposób: «Najpotezniejszy i Najjaśniejszy Królu! Przy­
chodzimy — powiada — poskromieni, ponieważ w krwawej 
bitwie i najdotkliwszej klęsce pokonałeś i rozbiłeś niedawno 
naszą armię i wojska nasze i naszego Zakonu. Poskromieni 
również niepowodzeniem, na które  — j a k wiadomo — skut­
kiem naszych rozbojów pozwoliły moce niebieskie i pod­
ziemne, kiedy mistrz pruski Ulryk i jego komturowie 
w szaleńczej decyzji odrzucili ofiarowany przez Ciebie na 
słusznych warunkach pokój i straszyli Cię wyniosłymi 
słowami i mieczami bez pochew. Przychodzimy w przeko­
naniu, że jesteś łagodnym i pragnącym pokoju zwycięzcą, 
z gorącą prośbą, by od Twej łaskawości uzyskać nadzieję, 
pomoc i zmiłowanie. Ja zatem, bo jest to mój szczególniej­
szy obowiązek, jako że zastępuję mistrza, Twój w żadnych 
warunkach niezwyciężony Majestat błagam i zaklinam [...]. 
Niech Twój Najjaśniejszy Majestat złagodziwszy swój 
chmurny gniew raczy [...] odwrócić od nas i naszego 
Zakonu bicz zemsty i nie dąży do zniszczenia na zawsze 
naszego Zakonu, skoro wystarczająco poskromiłeś naszą 

wyniosłość i pychę. Jesteśmy teraz i będziemy w przyszłości 
zadowoleni, jeżeli Twoja łaskawość dopuści nasze prośby 

background image

65 

do łaski wysłuchania. Złożymy oświadczenie, że my i nasz 
Zakon otrzymaliśmy od Twego Majestatu wieczyste dob­
rodziejstwo, jeżeli Twój Najjaśniejszy Majestat po przyjęciu 
ziemi pomorskiej, chełmińskiej i michałowskiej oraz ich 
zamków i miast, które prawnie należą do Ciała Twego 
Królestwa Polskiego, stanowią jego własność, a z powodu 
których często wszczynano wojnę między Królestwem 
a Zakonem, pozostawi Zakonowi ziemie pruskie napadane 
przez barbarzyńców, co kosztowało wiele krwi i wasz 
polski naród, i inne narody katolickie, ażeby Zakon 

Krzyżacki stworzony do walki w obronie chrześcijan przed 
poganami, nie został całkowicie usunięty z ziem pruskich». 

Kiedy to poselstwo i prośbę Henryka von Plauen przed­

stawiono większemu gronu doradców, różne były opinie 
książąt i panów, ponieważ istniało przekonanie, że posel­
stwo wysuwa więcej budzących nieufności propozycji niż 
aktów uległości. Wobec pomyślnego stanu rzeczy doradcy 
odmawiali dobrej rady, nie biorąc pod uwagę, że powodze­
nie trwa krótko, że koleje losów są zmienne i że los po 
prostu nigdy nikomu nie pobłaża. Propozycja posłów 
podobała się doradcom mniej niż królowi. Doradcy bowiem 
byli przekonani, że zamek Malbork nie zniesie długiego 
oblężenia, a Zakon Krzyżacki, jeżeli mu się zostawi ziemię 
pruską, przy nadarzającej się sposobności, rzuci się kiedyś, 
by zdobyć ziemie, których się zrzeka. Polakami kierowała 
przekora i wrodzona ludzkiemu charakterowi chęć posia­
dania więcej od tego, co im ofiarowano. Także król 
Władysław przekonany, że będzie go spotykało jedno za 
drugim powodzenie, ogarnięty nadzieją większych zysków, 
stracił nawet to, co mu zaproponowano. Bo wielkie powo­
dzenie oślepia umysły ludzkie. Król Władysław dając się 
unieść nieopanowanej pysze zwycięzcy, pysze, której 
źródłem było tak wielkie powodzenie i zwycięstwo od­
niesione pod Grunwaldem, wyraził zgodę na danie dum-
niejszej odpowiedzi, niż przystało zwycięskiemu królowi. 

5 — Koronowo 1410 

background image

66 

Postanowiono zatem dać następującą odpowiedź Hen­

rykowi von Plauen. Odpowiedź tę na rozkaz króla ogłasza 
marszałek Królestwa Polskiego Zbigniew z Brzezia: 
«Komturze Henryku, gdybyś był w dobrej wierze przybył 
z prośbą o pokój, nie wyznaczyłbyś naszemu królowi tego, 
co prawem boskim i ludzkim stanowiło zawsze własność 

jego i jego Królestwa i co — jak wiadomo — było nią 

zawsze i ty dałeś mu to tytułem zgodnego z prawem 
poddania się. Byłoby zapewne rzeczą właściwą, żebyś mu 
zaproponował poddanie się innych zamków, które od­
mawiają uległości, a przede wszystkim zamku Malborka, 
ponieważ — jak wiesz — i te zamki, które się poddały, 
i te, które nie chcą się poddać, są nagrodą zwycięzcy. Król 
nie ma zatem za co ci dziękować. Ale jeżeli ustąpisz 
z zamku malborskiego, król ci podziękuje za jego od­
stąpienie, a nadto po poddaniu się zamku malborskiego nie 
odmówi dania Zakonowi Krzyżackiemu odpowiedniego 
zaopatrzenia, podobnego do tego, jakie ma na ziemiach 
niemieckich*. 

Na to komtur Henryk: «Czy to jest zatem ostateczna 

wola króla i czy nie mamy spodziewać się jakiejś większej 
życzliwości?* Kiedy zaś marszałek Zbigniew powiedział, 
że decyzja, którą ogłasza, jest ostateczna i że jeśli chce 
pokoju, to winien przedstawić korzystniejsze warunki, 
komtur dodał: «Ufalem — powiada — że król dobrowolnie 
przyjmie bardzo słuszną propozycję zawartą w mej prośbie 
i że się zmiłuje nad dotkniętym klęską. Ale ja wierząc 
głęboko, że poselstwem, ukorzeniem się i obecną propozy­
cją odpokutowałem wszelki gniew niebieski, który się 
wobec nas srożył z powodu zerwania przymierza, pod 
żadnym warunkiem nie opuszczę zamku malborskiego, 
ale ufny w pomoc wszechmogącego Boga i opiekę 
NMPanny będę usiłował w miarę sił go bronić i gdyby 
nawet przyszło znieść najgorsze, nie pozwolę, by nasz 
Zakon tak łatwo został zniszczony*. Po zakończeniu 

background image

67 

spotkania król udał się do namiotu, a Henryk do zamku 
Malborka"

3 2

Wszystko, co powyżej opisuje Długosz, zdaniem autora 

niniejszego opracowania, jak najdobitniej świadczy o tym, 
iż krzyżackie niedobitki, zamknięte za murami zamku 
malborskiego, wcale nie czuły się tak pewnie i nie były 
w stanie wytrzymać długiego oblężenia. Sprawa krzyżacka 
w Prusach na pewno nie stała aż tak dobrze, jakby tego 
chciał prof. S. M. Kuczyński, skoro już mniej więcej 
w tydzień po rozpoczęciu oblężenia komtur Henryk von 
Plauen zdecydował się na podjęcie bezpośrednich rozmów 
z królem Jagiełłą. Ktoś, kto czułby się bezpiecznie za 
murami swojej stolicy, z pewnością nie proponowałby 
przeciwnikowi oddania połowy terytorium swego państwa 
w zamian za natychmiastowy pokój i zachowanie pano­
wania krzyżackiego przynajmniej w północno-wschodniej 
części Prus. Ktoś tak przebiegły i jednocześnie tak pyszny 

jak Henryk von Plauen na pewno nie poniżyłby się tak 

bardzo, ażeby osobiście i przy tak wielu świadkach 
uniżenie prosić króla polskiego o pokój i łaskę ocalenia 
resztek władztwa zakonnego nad Nogatem, Łyną, Pregołą 
i dolnym Niemnem. Nawet gdyby założyć, że samozwań-
czy namiestnik zakonu krzyżackiego w Prusach chciał 
tylko przez udawane rokowania z królem Jagiełłą zyskać 
na czasie, ażeby doczekać się odsieczy z Inflant lub 
z Nowej Marchii, to raczej targowałby się zaciekle 
z Polakami i Litwinami o każdy zamek i miasto w Prusach 
i na Pomorzu, a nie od razu oddawał Polsce całe Pomorze 
Gdańskie. Tym bardziej iż na początku sierpnia 1410 roku 
Krzyżacy oblężeni w zamku malborskim nie mieli naj­
mniejszego kontaktu ze światem zewnętrznym i żadną 
miarą nie mogli przewidzieć, czy jakakolwiek odsiecz dla 

32

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 252-254. 

background image

68 

nich w ogóle nadejdzie i — co najważniejsze — kiedy. 
Zdaniem piszącego te słowa, spotkanie von Plauena 
z Jagiełłą pod murami zamku malborskiego było raczej 
próbą wynegocjowania w miarę ówczesnych możliwości 
korzystnego dla Krzyżaków pokoju, który dawałby ryce­
rzom niemieckim możliwość dalszej egzystencji w ra­
mach okrojonej państwowości pruskiej. Henryk von 
Plauen oddawał Polakom i Litwinom to, co było teryto­
rium spornym i przyczyną tej wojny (Pomorze, ziemie 
chełmińską i michałowską w przypadku Polski oraz 
Ż m u d ź w przypadku Litwy), a w zamian za to uniżenie 
prosił króla Jagiełłę o pozostawienie zakonowi reszty 
ziem pruskich z Malborkiem. Było to niewątpliwie 
najbardziej dogodne dla pruskiej gałęzi Zakonu Szpitala 
Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jero­
zolimie, w zaistniałej po klęsce grunwaldzkiej sytuacji, 
rozwiązanie. Krzyżacy bowiem oddawali Polsce i Litwie 
tylko ziemie sporne, których i tak nie zdołaliby utrzymać, 
zachowując jednocześnie władzę w pozostałej, północnej 
i wschodniej części Prus ze stołecznym Malborkiem oraz 
Elblągiem i Królewcem. Dawało to panom zakonnym 

jedyną, w ówczesnych warunkach, realną możliwość 

przetrwania w okrojonej, co prawda, bardzo znacznie 
części państwa zakonnego w Prusach, szybkiego zawarcia 
pokoju z Polską i Litwą, co dawałoby im czas niezbędny 
do odbudowy własnej państwowości, administracji, 
a przede wszystkim sił zbrojnych, ażeby kiedyś —• w dal­

szej przyszłości i przy bardziej sprzyjającej zakonowi 
koniunkturze międzynarodowej — odzyskać silą to, co 
dziś się zwycięskiemu nieprzyjacielowi z konieczności 
oddaje w zamian za łaskę ocalenia spod karzącego, 
królewskiego i wielkoksiążęcego miecza. Komtur von 
Plauen postępował przy tym bardzo przebiegle, ponieważ, 

już na samym wstępie rokowań z Polakami i Litwinami, 

głośno i publicznie uderzając w ton rzekomej pokory 

background image

69 

i skruchy przed zwycięskim królem Jagiełłą oraz jego 
otoczeniem oraz proponując przeciwnikom korzystne dla 
nich warunki pokoju, zyskiwał sobie uznanie zarówno 
w szeregach nieprzyjaciół, jak i wśród niezależnych 
obserwatorów z Europy Zachodniej, przebywających 
podówczas w polsko-litewskim obozie, jako ten spośród 
panów pruskich, który zrozumiawszy wszystkie błędy 
w dotychczasowej awanturniczej i zaborczej polityce 
państwa krzyżackiego wobec sąsiadów, korzy się, prze­
prasza i uniżenie prosi króla polskiego i wielkiego 
księcia litewskiego oraz wszystkich ich lenników i sojusz­

ników, którzy biorą udział w tej wojnie, o natychmias­
towy pokój w zamian za poniechanie oblężenia Malborka 
i pozostawienie Krzyżakom pruskiej części ich nadbał­
tyckiego państwa. Pozostaje pytanie, czy von Plauen, 
podejmując owe rokowania pokojowe z Jagiełłą i Witol­
dem na początku sierpnia 1410 roku, istotnie chciał 
pokoju? Prof. S. M. Kuczyński twierdzi, że nie. Jego 
zdaniem: „Gdyby von Plauen okazał skłonność do od­
stąpienia czegoś więcej poza Żmudzią i ziemią dobrzyń­
ską, wolno sądzić, że doszłoby do porozumienia i pokój 
zostałby zawarty. Widocznie jednak komtur świecki 
liczył na pomoc z zachodu i miał pewność, że Malbork 
kilka tygodni jeszcze wytrzyma, gdyż nie tylko nie 
zgodził się na żądania polskie, ale nawet przerwał 
rokowania. Na bezwarunkową kapitulację, jakiej miano, 
według Długosza, wymagać od von Plauena, miał czas 
zawsze. Dlatego też nie sądzimy, aby strona polsko-
litewska, której chodziło o zawarcie pokoju, po to godziła 
się na rozmowę z namiestnikiem, by stawiać go w sytuacji 
bez wyjścia. Propozycja oddania Malborka za ogólnie 
wspomnianą «wdzięczność krolewska» i «opatrzenie» 
Zakonu na podobieństwo opatrzenia w Niemczech — nie 
mogła być dla von Plauena zachętą, bo niczego nie 
tracił, jeżeli tej propozycji nie przyjmował. Ze względu 

background image

70 

na opinię międzynarodową i papiestwo król nie mógł 
«nie opatrzyc» Zakonu na wypadek całkowitego zwy­
cięstwa"

3 3

Jagiełło nie skorzystał z „pokojowej" oferty tymczasowego 

namiestnika zakonu i nie odstąpił od oblężenia, ale również 
nie uczynił praktycznie nic, ażeby szybko zdobyć krzyżacką 
stolicę. W efekcie tego braku zdecydowania królewskiego, 
oblężenie Malborka, zamiast zakończyć się szybkim i spekta­
kularnym zwycięstwem, zaczęło się przeciągać w nieskończo­
ność. Oblężenie Malborka nie było oblężeniem sensu stricto. 
Przypominało ono raczej blokadę, i to niezbyt szczelną, 
obliczona bardziej na dobrowolne poddanie się nieprzyjaciela, 
aniżeli wzięcie fortecy szturmem lub głodem. Henryk von 
Plauen zachował mimo teoretycznej polsko-litewskiej bloka­
dy możliwość kontaktowania się ze światem, a nawet 
organizowania pomocy dla oblężonego Malborka

3 4

. Tymcza­

sem w sierpniu od strony Królewca i Kłajpedy nadeszły słabe 
siły Krzyżaków inflanckich dowodzone przez marszałka 
Berna von Hevelmanna, liczące według Długosza zaledwie 
około 500 ludzi. Ksiądz kanonik krakowski opisuje i komen­
tuje te wydarzenia w sposób następujący: 

33

 S. M. K u c z y ń s ki, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 450. 

34

 Por. Polska Jana Długosza, op. cit., s. 255. Na ten temat patrz 

również znacznie szerzej: S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., 
op. cit.,
 s.  4 6 8 - 4 6 9 . Prof. Kuczyński nie szczędzi przy tym bardzo 
krytycznych uwag pod adresem dowództwa polsko-litewskiego, które nie 
dopilnowało, ażeby oblężony zamek w Malborku został całkowicie 
odcięty od wszelkich kontaktów ze światem zewnętrznym. Między innymi 
to właśnie niepojęte zaniedbanie spowodowało, iż von Plauen, który 
początkowo skłaniał się do pokoju z Jagiełłą, wobec nieudolności i braku 
zdecydowania przeciwnika, a także pod wpływem krzepiących wieści 
z Inflant, Nowej Marchii i Rzeszy, przestał myśleć o jakiejkolwiek 
ugodzie z koalicją jagiellońską. Wina za taki stan rzeczy spada — zdaniem 
prof. Kuczyńskiego — przede wszystkim na samego króla Władysława 
Jagiełłę jako naczelnego wodza wojsk antykrzyżackiej koalicji. 

background image

71 

„Mistrz inflancki Herman z Windkinszeng

3 5

 chcąc potajem­

nie przyjść z pomocą zamkowi Malborkowi, o którym 
wiedział, że znajduje się w nader trudnej sytuacji, przybywa 
do ziem pruskich z 500 zbrojnymi i pragnąc się ukryć, rozbił 
obóz daleko, w pobliżu miasta Królewca. Król Władysław, 
dowiedziawszy się od zwiadowców o jego wkroczeniu, wysyła 
wielkiego księcia litewskiego Aleksandra z 12 chorągwiami 
rycerzy polskich, by podjął z nim walkę. Ten spotkawszy go 
w okolicy rzeki Pasłęki, za Pasłękiem, zamierzał go zaatako­
wać następnego dnia. Ale mistrz inflancki Herman (uznawszy) 
zgodnie z uprzednio powziętym zamiarem, że sprawę Zakonu 
należy załatwić raczej podstępnymi zabiegami niż orężem, 
domaga się rozmowy z księciem Aleksandrem. Uzyskawszy 

ją przybywa osobiście do jego obozu i rozmawia z nim 
I H itajemnie, bez żadnych świadków. Próbuje układów i wspa­

niałymi obietnicami i propozycjami wyrzeczenia się i nieubie-
gania się nigdy o ziemie żmudzką i sudawską, z powodu 
których doszło do walki, wabi go życzliwością Zakonu. 
A z uwagi na to, że Aleksander pragnie bardziej zjednoczenia 
ojczystej Litwy niż Polski, ze względu na księcia Aleksandra 
odesławszy swoje inflanckie wojsko do zamków Bałgi i Bran­
denburga, po uzyskaniu jego poparcia, z 50 tylko konnymi 
prowadzony przez księcia Aleksandra, podążył do obozu 
królewskiego do Malborka, by potajemnie wypełnić to, co 
przyrzekł księciu Aleksandrowi. Kiedy tam przybył, dzięki 
usilnym zabiegom tegoż wielkiego księcia Aleksandra, prze­
kupionego tajemnymi obietnicami, uzyskał zezwolenie na 
wejście do zamku Malborka, by rzekomo zgodnie z życzeniem 
króla nakłaniać do jego poddania się i do przymierza. 

3 5

 Jest to ewidentna pomyłka Jana Długosza, gdyż ówczesny mistrz 

krajowy zakonu krzyżackiego w Inflantach nazywał się nie Herman von 
Windkinszeng, lecz Konrad von Vietinghoff (1404-1413) i z powodu 
choroby nie mógł osobiście dowodzić oddziałami inflanckimi, idącymi na 
odsiecz Prusom i Malborkowi. Dlatego też dowództwo nad nimi objął 
w jego zastępstwie marszałek krajowy Inflant Bern von Hevelmann. 

background image

72 

Zabawiwszy tam kilka dni na naradach z Henrykiem von 

Plauen nad odzyskaniem zamków, utraconych miast i ziem 
oraz nad tajnym układem zawartym z księciem litewskim 
Aleksandrem, odjeżdża. Od tego zaś momentu wspomniany 
komtur Henryk von Plauen, pokrzepiony na duchu, nabraw­
szy wielkiej odwagi, którą go natchnął wspomniany mistrz 
inflancki Herman, zaczął być uparty, bezczelny i zuchwały 
i już więcej nie wspominał o pokoju. Natomiast gdy chodzi 
0 układy pokojowe zawarte z nim w imieniu króla, to żadną 
miarą nie można go było nakłonić do przestrzegania tych 
warunków, o których przyjęcie pokornie prosił i które król był 
gotowy przyjąć, doszedłszy za późno do przekonania, jakiego 
dobra byłby się wyrzekł. Zdał sobie sprawę, że życzliwość 
księcia Aleksandra wcale nie uległa zmianie i że jest on 
kompletnie przeciwny dalszemu obleganiu zamku i nie sądzi, 
by ofiarowane Królestwu Polskiemu ziemie przyniosły 
korzyść Litwie. Spotkała nadto króla i Królestwo Polskie 
nowa porażka. Kiedy wspomniany mistrz inflancki Herman 
opuszczał zamek Malbork, za wiedzą króla, który na to łatwo 

przystał, wyszedł również pleban Gdańska, Krzyżak z Za­
konu, starzec w podeszłym wieku, rzekomo, by uniknąć 
przykrości oblężenia. A jego odejście, (które było) nader 
niebezpieczne, miało przynieść sprawom króla wiele szkody. 
Przez tego bowiem plebana, ponieważ innej drogi nie 
uważano za pewną, Henryk von Plauen przesłał 30 tysięcy 
florenów do rozdzielenia między komturów Gdańska, Człu-
chowa i Świecia. Ci wreszcie, zgodnie z jego poleceniem 
1 pouczeniem, sprowadzili za to złoto niemały oddział 
najemnych żołnierzy z Czech, Węgier, Śląska i Niemiec. Stąd 
każdy rozsądnie myślący może powziąć wniosek, jak niebez­
pieczną jest rzeczą pozwalać na wchodzenie do miast 

i wychodzenie z nich w czasie oblężenia"

3 6

36

 Polska Jana Długosza, op. cif., s. 254-255 . Na ten temat patrz także 

znacznie szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. 
cit.,
 s. 468-47 3 oraz 472-480 . 

background image

73 

Wszystko, co zostało powyżej opisane przez Długosza, 

zakrawa wręcz na jakąś ponurą farsę. Najpierw prowadzone 
od końca lipca dużym nakładem sił i środków oblężenie 
zamku malborskiego toczyło się wyjątkowo tępo i niemrawo, 
co doprawdy musi zastanawiać, gdy weźmiemy pod uwagę 
kunszt oblężniczy wojska polskiego z jesieni roku 1409 
podczas odbijania z rąk nieprzyjaciela Bydgoszczy lub 
wzięcie szturmem Dąbrówna na krótko przed bitwą pod 
Grunwaldem. Jagiełło z Witoldem zachowywali się pod 
murami Malborka dziwnie. Chwilami odnosi się wrażenie, 

jak gdyby król polski i wielki książę litewski celowo 

opóźniali marsz na Malbork, a następnie równie celowo 
robili wszystko, co tylko możliwe, ażeby zamku malbors­
kiego nie zdobyć. Piszący te słowa zdaje sobie w pełni 
sprawę z paradoksalności tego twierdzenia, ale trudno się 
oprzeć wrażeniu, że cała kampania letnia roku 1410 dzieli 
się bardzo wyraźnie na dwie fazy: tę sprzed bitwy pod 
Grunwaldem — szybką, genialnie zaplanowaną, błyskotliwie 
rozegraną i zwycięską oraz tę po Grunwaldzie — dziwnie 
ślamazarną i niekonsekwentną, jak gdyby Jagielle oraz 
Witoldowi zależało na tym, ażeby niedobitkom krzyżackim 
dać wystarczająco dużo czasu na pozbieranie sił po klęsce. 
Zauważmy, jak dziwnie ślamazarnie prowadzone było ob­
lężenie zamku malborskiego (zupełnie jak gdyby Jagiełło 
z Witoldem wcale nie chcieli go zdobyć i jakby obydwaj po 
cichu umożliwiali von Plauenowi kontakty ze światem 
i doczekanie pomocy z zewnątrz). Zauważmy też, jak 
bardzo Jagiełło i Witold byli, podczas oblężenia Malborka, 
otwarci na wszelkie rozmowy z wysokimi przedstawicielami 
zakonu krzyżackiego (zarówno z von Plauenem, jak i z von 
Hevelmannem). Kiedy w końcu przybyła do północno-
wschodnich Prus śmiesznie słaba odsiecz Krzyżaków inflan­
ckich (licząca — według relacji Długosza — zaledwie 500 
zbrojnych), wysłany przeciwko nim Witold z silnymi od­
działami litewsko-polskimi, zamiast pobić nieprzyjaciela, 

background image

74 

wdał się z nim w niezrozumiałe negocjacje i wskutek tego 
przepuścił kilkuosobową delegację Inflantczyków do Mal­
borka, co uczynił bez wątpienia za wiedzą i zgodą Jagiełły. 
Posunięcie to, choć rzekomo miało na celu przekonanie 
załogi Malborka, aby się poddała, wywarło skutek odwrotny, 
ponieważ Henryk von Plauen i jego otoczenie, którzy 
wcześniej byli gotowi paktować z królem na temat oddania 
Polsce i Litwie dużych połaci ziem zakonnych w zamian za 
odstąpienie od Malborka, teraz usztywnili swoją postawę, 
decydując bronić się do końca. Oblężenie Malborka miało 
tylko ten skutek, że oddziały litewskie i tatarskie niemiłosier­
nie złupiły przez ten czas terytoria Żuław, Pomorza i połu­
dniowych Prus. Ucierpiała na tym jedynie miejscowa ludność 
cywilna, której niejednokrotnie musiały bronić oddziały 
polskie, wysłane w tym celu przez króla Jagiełłę na karne 
ekspedycje przeciwko tatarskim sojusznikom, swobodnie 
grasującym po wsiach i miastach państwa zakonnego

3 7

. Tak 

samo niezrozumiałe jest wypuszczenie z zamku malbors-
kiego, razem z inflancką delegacją pod przewodnictwem 
samego Bema von Hevelmanna, pewnego starego księdza 
z Gdańska, a w rzeczywistości tajnego krzyżackiego emisa­
riusza, który legalnie opuścił oblężoną przez Polaków 
i Litwinów twierdzę, wyposażony przez von Plauena w sporą 
sumę pieniędzy, z zadaniem zorganizowania za nie zbrojnej 
pomocy dla krzyżackich Prus za granicą, w Europie Zachod­
niej, oraz podsycenia gasnącego oporu w zamkach krzyżac-
kich na Pomorzu (tj. w Gdańsku, Świeciu i Człuchowie), 
których załogi wciąż jeszcze nie poddały się wojskom 
królewskim i wielkoksiążęcym. Król Jagiełło, który uchodził 
wśród współczesnych sobie za człowieka o wyjątkowej 
przebiegłości, z zadziwiającą, wręcz dziecinną niefrasob­
liwością łaskawie zezwolił na wypuszczenie owego starego 
plebana z oblężonego Malborka i nawet nie polecił swoim 

37

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 443 444 

oraz 470-472. 

background image

75 

żołnierzom, ażeby przed odjazdem z polsko-litew­
skiego obozu dokładnie zrewidowali jego bagaże, co na­
kazywała elementarna ostrożność. Niepojęte! W tym samym 
czasie, tenże sam król Jagiełło hojną ręką rozdaje pod 
murami oblężonego, ale jeszcze nie zdobytego zamku 
malborskiego zdobyte ziemie, miasta i zamki pomorskie 
i pruskie swoim polskim i litewskim dostojnikom i rycerzom 
oraz przyjmuje hołdy miejscowego społeczeństwa, jak gdyby 

już wygrał wojnę i był już faktycznym, przez wszystkich 

uznanym i jedynym władcą Pomorza i Prus. Jestże w tym 

jakikolwiek sens?! Wygląda wręcz na to, że Jagiełło z Witol­

dem do tego stopnia upoili się grunwaldzkim zwycięstwem, 
iż zatracili po nim trzeźwą ocenę sytuacji. Miał zatem nieco 
racji Długosz, gdy pisał na ten temat następująco: 

„Panowało zaś przekonanie, że pełna uległości i pokory 

propozycja komtura Henryka przyniosła stronie krzyżackiej 
wielkie korzyści. Usunęła lub zmniejszyła wszelkie pozo­
stałości gniewu nieba na Krzyżaków za zerwanie przymie­
rza. A sprawie królewskiej zaszkodziła pycha. Wspomniana 
odpowiedź była nauką, że jest rzeczą nierozważną dla 
każdego dać się ponieść pysze, jak długo niepewny jest los 
zwycięzcy i zwyciężonego i zanim nie zakończy się wojna. 
Od owego dnia Zakon zaczął osiągać pomyślniejsze wyniki, 
podczas gdy powodzenie króla i jego wojsk wyraźnie się 
zachwiało. [...] Lecz nie tylko wtedy, ale i potem spotykały 
króla w bardzo wielu poczynaniach niepowodzenia w po­
równaniu i zestawieniu z początkowym okresem, kiedy to 
uśmiechnęło się do niego wielkie szczęście"

3 8

Wbrew temu, co piszą niektórzy dwudziestowieczni 

badacze wielkiej wojny z Krzyżakami (między innymi 
profesorowie S. M. Kuczyński i F. Koneczny

3 9

, sytuacja 

38

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 254. 

39

 Por. F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, op. cit., s. 80-82. 

background image

76 

połączonych wojsk koalicji jagiellońskiej, które oblegały 
zamek malborski od połowy lipca do połowy września 

1410 roku, nie była wcale zła, a oblężenie Malborka można 

było prowadzić o wiele dłużej, aż do jego nieuniknionej 
kapitulacji. Oto jak to opisuje i ocenia Długosz: 

„Miano zaś wielką, niemal nieprawdopodobną obfitość 

wszelkiej żywności, jakiej nie mógł nikt mieć nawet we 
własnym domu. Nie odczuwano żadnego absolutnie braku. 
Konie niemal z całego wojska sprowadzone na wyspę 
Żuławy pasły się jak dzikie zwierzęta w zbożu, we wsiach, 
które opuścili mieszkańcy. Pilnujący ich żołnierze wchodzili 
do domów zbiegłych wieśniaków, a ponieważ mieli wszyst­

ko gotowe i to w dużej ilości, gdy chodzi o wszelką 
żywność, nie tylko leczyli i wzmacniali siły fizyczne, ale 
nadto wywożąc zboże na rynki sąsiednich miast, przywozili 

jeszcze do domów wiele pieniędzy, zakupiwszy dla siebie 

najpierw odzież. W wielu wsiach Prus i Pomorza znaj­
dowano również wiele zboża ukrytego w podziemnych 
schowkach, z powodu częstych wojen starannie przez 
wieśniaków przygotowanych i wyposażonych. Nie inaczej 
powodziło się wojsku polskiemu przy obleganiu zamku 
malborskiego jak na własnej ziemi i we własnych domach, 
ponieważ miało ogromną obfitość wszelkiej żywności 
i innych rzeczy, a w całej ziemi pruskiej panował pokój"

4 0

Tak minęły lipiec i sierpień. Tymczasem z Węgier, Czech 

i Rzeszy Niemieckiej zaczęły dobiegać coraz bardziej 
niepokojące sygnały o tym iż król węgierski Zygmunt 
Luksemburczyk, który nie tak dawno został cesarzem 
niemieckim, powziął myśl o uderzeniu na Polskę od południa 
dla ratowania państwa zakonnego w Prusach

4 1

. Wobec takich 

40

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 254. 

4 1

 Na ten temat patrz znacznie szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka 

wojna z Zakonem..., op. cit, s. 459-467. Aczkolwiek, zdaniem profesora 

background image

77 

informacji i wobec konieczności przeciągnięcia oblężenia 
Malborka do późnej jesieni Jagiełło 19 września podjął 
decyzję o zwinięciu oblężenia stolicy zakonu i odwrocie 
z Prus. Trudno dziś ustalić, co było głównym powodem tej 
decyzji de facto przekreślającej grunwaldzkie zwycięstwo. 
Długosz tak opisuje okoliczności tego posunięcia: 

„Zbliżała się uroczystość narodzin pani naszej NMPanny, 

przypadająca w poniedziałek, i wielki książę Aleksander 
wysuwał różne podstępne powody, dla których mógł wrócić 
ze swoim wojskiem litewskim na Litwę, poniechawszy 
oblężenia zamku malborskiego. Twierdził, że jego wojsko 
z delikatnego jedzenia, do którego nie było przyzwyczajone, 
cierpi na biegunkę i że jeżeli natychmiast nie odejdzie, 
popadnie w cięższą jeszcze chorobę. Choć to było prawdą, to 

jednak przy dobrej woli, można było łatwymi zabiegami 

położyć kres tej chorobie. Król polski Władysław usiłował 
różnymi zabiegami i obietnicami odciągnąć go od tego planu, 
w końcu jednak widząc, że jego sympatia uległa zmianie i że 

jest nieszczery, zgodził się na jego odejście z całym 

wojskiem. Aleksander po uzyskaniu zezwolenia króla we 

Kuczyńskiego, realna groźba jakiegoś wielkiego najazdu na południowe 
ziemie Królestwa Polskiego od strony Węgier, Czech i Śląska lub Rzeszy 
Niemieckiej była — wobec ówczesnej, bardzo skomplikowanej sytuacji 
w Europie Zachodniej i Środkowej (zagrożenie tureckie dla Węgier 
i wojna stuletnia na Zachodzie) oraz pogłębiającego się rozłamu w łonie 
Kościoła katolickiego (tzw. wielkiej schizmy zachodniej lub schizmy 
papieskiej), była mało prawdopodobna (do ewentualnej krucjaty przeciwko 
Polsce i Litwie mógłby bowiem wezwać rycerstwo zachodnioeuropej­
skie tylko papież, a papieży w tym czasie było aż trzech i wszyscy oni 
byli ze sobą skłóceni tak bardzo, że każdy z nich natychmiast sabotował 
wszelkie apele i postanowienia któregokolwiek z kolegów na tronie 
Piotrowym). Na temat tzw. wielkiej schizmy zachodniej lub schizmy 
papieskiej, jaka rozdzierała Kościół łaciński na przełomie wieków XIV 
i XV, oraz jej dalekosiężnych skutków politycznych dla całej ówczesnej 
Europy — patrz szerzej: T.  M a n t e u f f e l , Historia Średniowiecza, 
Warszawa 1990, s. 279 oraz  3 1 3 - 3 1 8 . 

background image

78 

czwartek w oktawie narodzin NMPanny zwinął obóz i od­
stąpił od oblegania Malborka. Nie odważył się jednak iść 
bez eskorty wojsk królewskich, żeby go nie zaatakowało 
wojsko inflanckie i inni Krzyżacy lub ich wojska najemne. 
Dlatego król polski Władysław przydziela mu 6 chorągwi 
swoich polskich wojsk, które przeprowadziwszy go do 
granic Litwy, wróciły cało na postoje w miejscu oblężenia. 

Niedługo potem odeszli również ze swoimi wojskami 

książęta mazowieccy: Siemowit, Janusz i Siemowit Młod­
szy. Król jednak z pozostałymi wojskami swego królestwa, 
które — jak wiadomo — zmniejszały się wskutek odejścia 
książąt Litwy i Mazowsza, kontynuował oblężenie. Ponie­
waż Krzyżacy, pragnący przeszkodzić obleganiu zamku 
Malborka i jego zdobyciu, które musiałoby nastąpić lada 
dzień, gdyby trwano nadal przy oblężeniu, zrobili nadzieję 
księciu Aleksandrowi Witoldowi na przywrócenie Żmudzi, 
0 którą z wielką chciwością zabiegał i nie wzdragał się 
przed doprowadzeniem tego do skutku, Witold, dawszy się 
wciągnąć tą przynętą, zmienia całkowicie plany i po­
stanowienia poniechać oblężenia i wojny i wrócić w domo­

we pielesze. Zaczął się też obawiać o swój los, żeby go 
w razie zdobycia przez króla na drodze pokojowej całych 
Prus, nie usunięto z księstwa litewskiego. 

Tymczasem broniący zamku Malborka najemni rycerze 

czescy widząc, że obleganie przedłuża się, ogarnięci trwogą 
zaczęli za pośrednictwem rycerza królewskiego Jaśka 
Sokoła, Czecha, zdecydowane rozmowy z królem polskim 
Władysławem na temat wydania mu zamku Malborka. I już 
między królem a zdrajcami doszło do umowy, że tej nocy, 
kiedy na nich przypadnie pełnienie straży, otworzą bramy 
1 wpuszczą wojsko królewskie do zamku, a jako nagrodę 
za zdradę otrzymują po przeprowadzeniu planu 40 tysięcy 
florenów i będą mieli zapewnioną całkowitą bezkarność. 
Gdy jednak przedstawiono tę sprawę do oceny tajnej rady, 
doradcy króla uznali za rzecz niegodziwą i haniebną 

background image

79 

przejmowanie zamków wrogów bezprawnie, podstępnie, 
dzięki zdradzie i za pieniądze, skoro mają broń, którą mogą 

je zdobywać bez narażania na hańbę siebie i kogokolwiek 

innego. Ustały zatem rozmowy, których tematem były targi 
związane ze zdobyciem zamku Malborka, targi, które 
— jak czytamy — uprawiali nawet prawi rycerze. 

Wskutek fałszywej plotki rozeszła się w całym obozie 

królewskim wiadomość, że król węgierski Zygmunt z potęż­
nymi wojskami wkroczył na ziemie Królestwa Polskiego 
niszcząc wszystko grabieżami i pożarami. Od tej chwili 
wojsko polskie zaczęło tracić odwagę i myśleć o powrocie. 
Nie brak było wielu panów, którzy ustawicznie i natarczywie 
doradzali powrót. Wstrząśnięci głęboko tą nową wieścią 
rycerze i mieszczanie pruscy z wielką gorliwością i miłością, 
którą pałali do króla polskiego Władysława, udają się 
osobiście do króla i spotykają się z nim. Nakłaniają Jego 
Najjaśniejszy Majestat, by pod żadnym warunkiem nie 
zaprzestał oblężenia zamku Malborka, ponieważ przez 
kontynuowanie tego oblężenia i zdobycie zamku, czego 
należy się spodziewać lada dzień, uzyska dopiero owoce 
swego zwycięstwa. A jeżeli poniecha jego oblężenia, straci je, 
ponieważ wszystkie zamki i miasta, które uznały jego władzę, 
wrócą do rąk Krzyżaków i Zakonu. Kiedy zaś król stwierdził, 
że brak mu pieniędzy, z powodu czego ma bardzo wiele 
kłopotów z zaciężnymi rycerzami i że dla zdobycia pieniędzy 
pragnie wrócić do Polski, otrzymał — jak wiadomo — od 
rycerzy miast pruskich zbawienną radę, ażeby na wszystkie 
miasta pruskie nałożył daninę, a będzie miał wystarczającą 
ilość pieniędzy nie tylko na opłacanie wojsk najemnych, ale 
i na dalsze prowadzenie wojny i kontynuowanie oblężenia. 

Król jednak wolał wstrzymać się od nakładania daniny, żeby 
na początku swego panowania nie zrazić przypadkiem miast 

pruskich, których wierność i oddanie były jeszcze chwiejne, 
by nie łamać ich praw i by nie spowodować ich oderwania 
się. Ale podsunięto mu również inną, równie słuszną radę, 

background image

80 

żeby zamki i miasta w ziemi pruskiej, chełmińskiej i pomors­
kiej, które poddano Jego Najjaśniejszemu Majestatowi, 
zapisał rycerzom najemnym za dług, z powodu którego dano 
im je w zastaw, pod warunkiem jednak, że rycerze najemni 
oświadczą, iż dobrowolnie przyjmują tę propozycję i że on 
sam będzie nadal trwał mimo to przy obleganiu miasta 
Malborka. Ale nawet tej tak bardzo korzystnej rady król nie 
uznał za wartą przyjęcia w obawie, by rycerze najemni nie 
stali się ciężarem dla mieszczan i wieśniaków pruskich, by nie 
grabili ich majątków albo żeby przekupieni nie zaczęli 
spiskować z wrogami w sprawie wydania miast i zamków. 

Skoro zatem król polski Władysław zabiegał o nieobciąża-

nie obcych, musiał potem on sam i jego ludzie ponieść 
większe wydatki. Ze wszystkich zaś doradców królewskich 
nikt bardziej uporczywie i żarliwie oraz bardziej stanowczo 
niż podkanclerzy Królestwa Polskiego Mikołaj rozmaitymi 
sposobami nie nakłaniał i nie dowodził, że należy kontynuo­
wać obleganie zamku Malborka dotąd, aż się go zdobędzie 
albo doprowadzi do poddania się, wykazując, że w razie 
przerwania oblężenia natychmiast czeka króla i Królestwo 
wiele ciężkich i bolesnych nieszczęść i napadów. I nie 
poprzestając na zwykłej radzie i namawianiu, mieszał łzy 

i westchnienia z namowami. Ze wszystkich zaś panów nikt 
goręcej i gorliwiej nie doradzał przerwania oblężenia niż 
kasztelan wojnicki Andrzej z Tęczyna. Przeciągnął też 
większość rycerzy i szlachty na swoją stronę zaślepiony 
miłością do córki podskarbiego Królestwa Polskiego Dymitra, 
Anny z Kraśnika, w której był niezwykle zakochany. 

Król polski Władysław pod wpływem częstych, natar­

czywych i bardzo dla niego nieprzyjemnych napomnień 
swoich najemnych rycerzy, ulegając nadto namowom i nacis­
kowi niektórych swoich panów, zamierza odstąpić od ob­
lężenia, mimo że nie zdobył zamku Malborka. I chociaż 
nakazał zachować ten tajny plan w ścisłej tajemnicy, to 

jednak wieść o nim rozeszła się natychmiast wśród wojska 

background image

81 

i napełniła oblężonych wielką radością. W najbliższy zatem 
piątek przed dniem św. Mateusza, 19 września, nie odciąg­
nięty zupełnie korzystną i zbawienia radą rycerzy i mieszczan 
pruskich, poniechawszy oblężenia, podpala obóz i odchodzi 
w połowie drogi do sławy, wracając do ojczyzny z opinią 
raczej pokonanego niż zwycięzcy. Wróżył mu to nieszczęś­

liwy wypadek, który mu się przydarzył w momencie jego 
odwrotu. Kiedy bowiem przyprowadzono królowi jego 
cisawego konia, na którym siedział w czasie wielkiej bitwy, 
ten rżał głośno bijąc kopytami. Gdy król wkładał już nogę 
w strzemię, [koń — przyp. red.] nagle padł martwy. Jego 
nieszczęsny koniec wróżył, że odstąpienie króla od oblężenia 
zamku Malborka zapowiada koniec radosnego powodzenia, 
którym się król do tej pory cieszył. 

Było, zaiste, rzeczą pewną, a nawet bardzo pewną, że 

zamek Malbork w ciągu zaledwie jednego miesiąca dostanie 
się w ręce króla, ponieważ oblężeni wskutek braku żywno­
ści, którą przygotowali w tym celu przez wiele lat, musieli 

jeść gotowaną pszenicę. Zatruci tym pożywieniem ludzie 

dostawali biegunki. Wywołało to groźną epidemię, od 
której umierało codziennie bardzo wielu ludzi. Nie mogąc 
zatem wytrzymać tak zgubnej zarazy, jeden po drugim 
udają się do komtura Henryka von Plauena i po przed­
stawieniu swojej udręki oświadczają, że nie będą dalej 
znosić trudów oblężenia, ale opuszczą zamek z powodu 
grożącego im niebezpieczeństwa śmierci, która ich powoli 
wyniszcza. Przerażony tym oświadczeniem komtur Henryk 
rozdziela między oblężonych kilka tysięcy florenów najusil-
niej ich błagając, by wytrzymali oblężenie tylko przez 15 
dni, i twierdząc, że mu doniesiono jako rzecz pewną, iż 
król polski lada dzień ustąpi od oblężenia. Ułagodzeni 
zarówno prośbą, jak i zapłatą, godzą się wytrzymać 
oblężenie przez 15 dni pod tym jednak warunkiem, by po 

ich upływie pozostała w ich rękach możność poddania 
zamku królowi polskiemu. 

6 — Koronowo 1410 

background image

82 

A król polski Władysław ulegając gorliwym odradzaniom 

swoich najwierniejszych przyjaciół, którzy z tym odradza­
niem mieszali westchnienia i łzy, odszedł przed upływem 
owych 15 dni i przez tak łatwe i wobec tego godne 
ubolewania odejście rzucił cień na swój wieczny tytuł do 
sławy zwycięzcy. Wtedy to po raz pierwszy stało się jasne, że 
król nie umie po pokonaniu wrogów korzystać ze zwycięstwa 
i z sytuacji. To bowiem wycofanie się sprowadziło wiele 
strasznych i szkodliwych wojen. Za głównego sprawcę tego 
odejścia uchodził kasztelan wojnicki Andrzej z Tęczy na. 
Ponieważ cieszył się on niemałym poważaniem wśród 
rycerzy i ludu, podsunąwszy podstępnie, jakoby wojska 
węgierskie paliły i pustoszyły ziemię krakowską i sandomiers­
ką, łatwo zachęcił do odejścia wielu spośród rycerzy 
pragnących zobaczyć z powrotem żony, domy i dzieci. 
Również inni doradcy polscy, a szczególnie ci, których — jak 
mówiono — nakłonił do tego pieniędzmi i obietnicami książę 

Aleksander Witold, usilnie zabiegali, by król jak najszybciej 
poniechał oblegania zaniku Malborka. I tak, jak to nieraz 
bywa, dobro publiczne poniosło szkodę z powodu interesów 
prywatnych, ponieważ król polski Władysław z powodu swej 
słabości w działaniu i myśleniu, we wszystkim, zarówno 
w sprawach wojennych, jak pokojowych, nie kierował się 
swoim zdaniem, ale zdaniem innych"

4 2

Armia koalicji jagiellońskiej odchodziła spod murów zamku 

malborskiego teoretycznie zwycięska, lecz praktycznie poko­
nana, ponieważ nie udało jej się zrealizować podstawowego 
celu kampanii letniej roku 1410, jakim — wbrew mniemaniom 

42

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 256-258. Na temat okoliczności 

odejścia wojsk polsko-litewskich spod Malborka patrz również znacznie 
obszerniej S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit.,
 s. 
4 8 1 - 4 8 4 oraz F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, op. cit.,
 s. 
8 1 - 8 2 . Ten temat zostanie również omówiony szerzej w następnym 
rozdziale tej książki. 

background image

83 

niektórych współczesnych historyków, opierających swe przy­
puszczenia na nie wiadomo jakich przesłankach — nie było 
bynajmniej stoczenie jednej, nawet rozstrzygającej bitwy, 
a następnie zawarcie pokoju z zakonem za cenę zwrotu 
Polsce li tylko ziemi dobrzyńskiej, a Litwie jedynie Żmudzi, 
lecz zdobycie krzyżackiej stolicy i usunięcie zakonnych 
rycerzy-rozbójników siłą z Pomorza i Prus raz na zawsze. 
Inaczej nie miałoby najmniejszego sensu rozdawanie świeżo 
zdobytych ziem i zamków krzyżackich pomiędzy panów 
i rycerzy polskich i litewskich oraz przyjmowanie hołdów 
wiernopoddańczych miejscowej ludności i nadawanie licznych 
przywilejów biskupstwom i miastom pomorskim i pruskim, 
co czynił król Jagiełło w obozie pod murami oblężonego 
Malborka. Plan wojny z Krzyżakami z lutego 1410 roku, 
powzięty przez króla Władysława w czasie zjazdu z wielkim 
księciem Witoldem w Brześciu nad Bugiem, był błyskotliwy 

i genialny w swej realizacji aż do Grunwaldu włącznie. Po 
Grunwaldzie zabrakło mu, niestety, równie błyskotliwego 
i genialnego wykończenia w postaci wzięcia Malborka. Warto 
w tym miejscu przytoczyć niezwykle celną opinię prof. 
Kuczyńskiego na ten temat: 

„W ogóle daje się zauważyć, że od chwili oblężenia 

Malborka powoli obydwie strony walczące zmieniają rolę. 
Przed Grunwaldem Krzyżacy byli stroną wyczekującą 
i dostosowującą się do posunięć przeciwnika, wyzbytą 
inicjatywy, a armia polsko-litewska stroną pełną wiary 
w zwycięstwo, zdążającą ku jasno określonemu celowi, nie 
zrażającą się przeszkodami, ani nawet wypowiedzeniem 
wojny przez Zygmunta Luksemburczyka. 

Po Grunwaldzie, a zwłaszcza już pod Malborkiem, 

dowództwo polsko-litewskie straciło inicjatywę. 

Jego wahania, decyzje i całe postępowanie sprawiają 

wrażenie niepewności, wyczekiwania i chęci raczej dostoso­
wania się do wypadków niż do podjęcia nowej próby 

background image

84 

postawienia wszystkiego na [jedną — przyp. red.] kartę. 
Wytknięta przez Długosza nadmierna przezorność zaczyna 
być czynnikiem rozstrzygającym. Ta przezorność sprawia, że 
królowi odradzono rzucenie części jazdy pod Malbork jeszcze 

16 lipca i że armia polsko-litewska szła po bitwie na Malbork 

nie drogą bliższą przez Frygnowo-Ostródę, ale znacznie 
dalszą, gdyż przez Mielno-Olsztynek. Czy było to przesadnie 
ostrożne trzymanie się planu obejścia źródeł Drwęcy, przyję­
tego przed bitwą, czy celowe zboczenie na ziemie biskupa 
warmińskiego dla zachęcenia go do szybszego złożenia królowi 
hołdu, odgadnąć trudno. W każdym razie przedłużało to 
drogę do Malborka o 23 km, czyli o jeden dzień marszu

4 3

Podobnie niezrozumiałe posunięcia dają się stwierdzić pod 
Malborkiem. Sprzeczne poglądy na sytuację i brak wy­
tkniętego, jasnego planu wprowadziły rozłam w otoczeniu 
królewskim, które już nie podporządkowywało się tak karnie 
królowi, jak czyniło to w obliczu grozy krzyżackiej przed 
Grunwaldem. Możnowładcy polscy i litewscy przestawszy 
bać się Krzyżaków myśleli raczej o swych prywatnych 
i partykularnych interesach niż o całości zagadnienia. Przeciw­
nie zachowywali się Krzyżacy. Teraz oni poczęli działać 
według jasnego, zdecydowanego planu: obrony, a potem 
odzyskania utraconych ziem i teraz oni nie czekali na 
posunięcia królewskie, lecz brali inicjatywę w swoje ręce"

4 4

Trudno się z powyższymi wywodami prof. Kuczyńskiego 

nie zgodzić. 19 września 1410 roku, gdy rycerstwo polskie 
z królem Władysławem Jagiełłą na czele odchodziło spod 
niezdobytych przez siebie murów zamku malborskiego, nad 

43

 Według ustaleń i obliczeń prof. Kuczyńskiego, oddziały koalicji 

jagiellońskiej musiały czy to z Ostródy, czy też z Morąga iść na Malbork 

przez miejscowość Małdyty. Tak się składa, że droga z Frygowa przez 
Ostródę do Małdyt liczy sobie tylko 54 km, natomiast z Mielna przez 
Olsztynek i Morąg — aż 77 km. 

44

 S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 469-470. 

background image

85 

którym wciąż tryumfalnie powiewała biała chorągiew z czar­
nym krzyżem Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny 
Domu Niemieckiego w Jerozolimie, jakby na urągowisko 
Polakom i ich królowi oraz Litwinom i ich wielkiemu księciu, 
stało się jasne, że Jagiełło z Witoldem definitywnie, przez 
swoją opieszałość, przegrali wielką wojnę z zakonem krzyżac­
kim. Ponad dwa miesiące oblężenia zamku w Malborku przez 
połączone sity koalicji jagiellońskiej, od 25 lipca do 19 
września, okazały się czasem nieudolności i gnuśności strony 
polsko-litewskiej, która — upoiwszy się przedwcześnie jedną 
wygraną batalią — praktycznie spoczęła na laurach i lekko­
myślnie wypuściła z rąk definitywne zwycięstwo, które było 

już w zasięgu ręki. Jedynym i prawdziwym zwycięzcą 

w decydującej bitwie tej wojny (bo na pewno nie był nią 
Grunwald), bitwie o Malbork, okazał się samozwańczy, 
tymczasowy namiestnik zakonu krzyżackiego w Prusach, 
komtur świecki Henryk von Plauen, który przywrócił dyscyp­
linę w zakonie, umocnił krzyżacką stolicę na ile mógł, 
a następnie — wraz ze szczupłą, improwizowaną na po­
czekaniu załogą — zdołał przetrwać polsko-litewskie ob­
lężenie, a na dodatek jeszcze udało mu się wykorzystać 
wszystkie błędy i zaniedbania przeciwnika dla zorganizowania 
odsieczy dla niedobitków krzyżackich w Prusach. To właśnie 
Henryk von Plauen okazał się w tej wojnie lwem i lisem 
zarazem — prawdziwym mężem opatrznościowym i zbawcą 
pruskiej gałęzi zakonu krzyżackiego. Odchodzący spod Mal­
borka Jagiełło zapewne nie zdawał sobie sprawy, jak szybko 
los przestanie mu sprzyjać i jak szybko, z własnej winy, utraci 
wszystkie owoce grunwaldzkiej wiktorii. Tymczasem Henryk 
von Plauen powoli, ale konsekwentnie zbierał siły do kontr­
ofensywy, ażeby odzyskać wszystko to, co zakon utracił na 
rzecz Polski, Litwy, Mazowsza i Pomorza Słupskiego w ciągu 
lipca i sierpnia oraz możliwie jak najdotkliwiej dla przeciw­
ników pomścić grunwaldzką klęskę. 

background image

TRYUMFALNY ODWRÓT Z PRUS 

Kiedy jeszcze przed powzięciem ostatecznej decyzji o zwi­
nięciu oblężenia Malborka możnowładcy polscy i litewscy 
naradzali się z królem Jagiełłą i wielkim księciem Witol­
dem, czy nadal trwać pod murami krzyżackiej stolicy aż do 
ostatecznej jej kapitulacji, czy też czasowo wycofać się 
z ziem pruskich (pozostawiwszy oczywiście załogi w zdo­
bytych już zamkach i miastach), ażeby powstrzymawszy 
ewentualne niebezpieczeństwo ze strony Węgier, Czech 
lub Rzeszy Niemieckiej i uzupełniwszy siły oraz zapasy 
przez zimę, ażeby z wiosną, z nowymi, wypoczętymi 
oddziałami powrócić pod mury Malborka i dokończyć 
dzieła wyzwolenia Prus spod krzyżackiej okupacji, wszystko 

zdawało się przemawiać za słusznością tego drugiego 
rozwiązania. Prawie całe terytorium państwa zakonnego 
w Prusach znajdowało się pod kontrolą wojsk Jagiełły 
i Witolda. W prawie wszystkich krzyżackich zamkach 
i miastach stacjonowały polskie lub litewskie załogi, 
a miejscowa ludność, od biskupów począwszy, poprzez 
szlachtę, a na mieszczanach i chłopstwie skończywszy, 
uznawała króla polskiego za swego jedynego pana i władcę. 
Co się zaś tyczy krzyżackiej załogi zamku malborskiego 
oraz nielicznych oddziałów zakonnych trzymających się 

background image

87 

jeszcze w okolicach Królewca i Bałgi, wspieranych przez 

równie nieliczne posiłki z Inflant, to polsko-litewskie 
dowództwo z królem Władysławem Jagiełłą na czele 
najprawdopodobniej sądziło, iż sroga lekcja grunwaldzka 
odebrała im jakąkolwiek chęć i możliwość do prowadzenia 
działań wojennych na co najmniej kilka miesięcy. W naj­
bliższym otoczeniu króla Jagiełły i wielkiego księcia 
Witolda dość powszechnie w tym czasie uważano, iż 
świeżo pokonani, zdemoralizowani ogromem grunwaldzkiej 
klęski, osłabieni i rozproszeni Krzyżacy w Prusach nie 
będą w stanie pozbierać się mniej więcej aż do przyszłej 
wiosny. Sądzono również, iż do tego czasu Krzyżacy 
pruscy nie zdołają zorganizować dla siebie żadnej znaczącej 
pomocy militarnej z zewnątrz. Postanowiono zatem pozo­
stawić na razie zamek malborski w spokoju, zwinąć 
oblężenie i wracać do domu, pozostawiwszy tylko załogi 
w zdobytych zamkach i zhołdowanych miastach, a zdobycie 

Malborka i ostateczne opanowanie reszty ziem zakonnych 
w Prusach odłożyć do przyszłej wiosny i lata

1

. Jeżeli 

wierzyć relacji Długosza na ten temat, zwolennicy czaso­
wego wycofania się spod murów zamku malborskiego, 
a także z granic państwa krzyżackiego, w ogóle wyraźnie 
przeważali w radzie królewskiej. Zwolennikami zwinięcia 
oblężenia Malborka i niezwłocznego odwrotu z Prus byli 

1

 W czasach, które opisujemy, było na ogół przyjęte, że działania 

wojenne prowadzono tylko od późnej wiosny do wczesnej jesieni (tj. 
mniej więcej od połowy kwietnia do połowy września). Było to podyk­
towane przede wszystkim koniecznością utrzymania i wyżywienia dużej 
ilości ludzi i koni w warunkach polowych, co w lecie było o wiele 
bardziej możliwe niż przy jesiennych szarugach, zimowych śniegach 
i mrozach oraz przedwiosennych roztopach. Zima był to na ogół czas 
zawierania rozejmów, kiedy to strony wojujące wracały do domów, ażeby 
lizać rany, uzupełniać zapasy i szykować się do nowej fazy rozprawy 
orężnej, gdy tylko ziemia obeschnie po wiosennych roztopach i nowa 
trawa się zazieleni. Król Władysław Jagiełło postępował zatem podobnie 

jak większość wodzów tamtej epoki. 

background image

88 

przede wszystkim wielki książę litewski Witold oraz obaj 
książęta mazowieccy — Janusz czersko-warszawski i Sie-
mowit płocki, którzy odeszli ze swoimi wojskami do domu 

jeszcze zanim zdecydował się to uczynić sam król z głów­

nymi siłami polskimi

2

. Jagiełło — według relacji Długosza 

— dość długo zastanawiał się, czy śladem Witolda, Janusza 

i Siemowita odejść do Polski, na leża zimowe, czy też 
nadal oblegać Malbork. W końcu jednak w okolicznościach, 
które znamy z relacji Długosza, król postanowił odstąpić 
od oblężenia

3

Zauważmy, iż Długosz kilkakrotnie w swojej relacji 

podkreśla, iż król Władysław Jagiełło podjął decyzję o wy­
cofaniu się spod Malborka i opuszczeniu terytorium państwa 
krzyżackiego pod wpływem ustawicznych nacisków ze strony 
członków swojej rady przybocznej. Zadecydowała o tym 
zapewne przede wszystkim postawa rycerstwa małopolskiego, 
które zaczęło się obawiać o los swoich majątków za­
grożonych rzekomą agresją węgierską (o czym bardzo 
wyolbrzymione plotki rozsiewali po obozie polskim pod 
murami Malborka liczni, tajni agenci krzyżaccy

4

). Do 

nalegania na szybki odwrót dołączyli się rychło najemni 
kondotierzy (byli to przede wszystkim Czesi i Niemcy) 
coraz natarczywiej domagający się od króla wypłacenia 
zaległego żołdu, a także Litwini i Mazowszanie, pragnący 
powrócić do domów przed jesiennymi słotami i zimą. 
Litwini obawiali się ponadto możliwości nagłego ataku na 
swoje północne ziemie ze strony Krzyżaków inflanckich, 
których słabe forpoczty pod marszałkiem krajowym von 
Hevelmannem pojawiły się już przecież w północno-wscho-

2

 Por. Polska Jana Długosza, op. cit., s. 255-257. Patrz również szerzej 

na ten temat: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..,, op. cit., 
s. 480-484. 

3

 Patrz cytat na s. 80-82. 

4

 Por. F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, op. cit., s. 81. 

background image

89 

dniej części Prus. Na dodatek sam król Jagiełło, posiadający 
na ogół bardzo dobry wywiad w krajach przylegających do 
swego królestwa, raz po raz odbierał od swoich infor­
matorów w Budzie, Pradze, na Śląsku i Pomorzu Zachodnim 
oraz w samych Niemczech coraz to bardziej alarmujące 
wieści o jakiejś tajnej misji emisariuszy krzyżackich 
w Czechach, na Węgrzech i w Rzeszy. Była w nich mowa 
o spiesznym zaciągu nowych wojsk pod sztandarami 
zakonu, które już niedługo (tj. w końcu września lub na 
początku października) miałyby zaatakować ziemie polskie 
z kilku stron jednocześnie. Wobec takich informacji — choć 
przyznajmy, że nie do końca potwierdzonych — dalsze, 

jałowe trwanie pod niezdobytymi dotąd murami głównej 

fortecy nieprzyjaciela, zdawało się być posunięciem bez­
sensownym, a w dalszej perspektywie nawet samobójczym, 
które mogłoby w ostatecznym rozrachunku kosztować 
stronę polsko-litewską sromotną przegraną — utratę wszys­
tkich owoców grunwaldzkiego zwycięstwa w jesiennym 
błocie i w odcięciu od krajowego zaplecza, wobec nad­
ciągających z zachodu nowych sił nieprzyjaciela

5

. Co 

prawda, nie brakowało w otoczeniu królewskim również 
głosów przeciwnych odwrotowi wojsk polskich i litewskich 
z Prus, ale należały one do wyraźnej mniejszości. Tego 
zdania byli przede wszystkim przedstawiciele miast pomor­
skich i pruskich, którzy obawiali się (nie bez racji, jak 
miało się okazać już za kilka tygodni), iż odejście armii 
królewskiej spod Malborka i w ogóle z granic państwa 
krzyżackiego spowoduje niechybnie prawie natychmiastowe 
przejście panów zakonnych do kontrofensywy wszystkimi 
siłami. Wydarzenia te opisuje Długosz

6

5

 Por. S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., 

s.  4 8 0 - 4 8 4 oraz F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, op. cit., 
s.  8 0 - 8 2 . 

6

 Patrz cytat s. 80-82. 

background image

90 

Z przytoczoną przez nas opinią Długosza polemizuje 

profesor S. M. Kuczyński, który tak ocenia przyczyny 
podjęcia ostatecznej decyzji o odwrocie połączonych 
wojsk unii jagiellońskiej spod Malborka oraz z granic 
krzyżackich Prus: 

„Zdawano sobie bowiem sprawę, że odejście spod 

Malborka i wyzwolenie von Plauena skomplikuje sytuację 
i utrudni zakończenie wojny. Z drugiej strony zarówno 
pospolite ruszenie, jak i zaciężnicy coraz mniej chętnie 
brali udział w oblężeniu. Pospolite ruszenie chciało do 
domu. Nie przyzwyczajone do tak długich wypraw, ode­
rwane od gospodarki w ciągu przeszło trzech miesięcy, nie 
rozumiejąc, jakie konsekwencje może pociągnąć za sobą 
przerwanie oblężenia, ulegało łatwo podszeptom niektórych 
możnowładców pragnących powrotu, albo celowo roz­
siewanym pogłoskom «jakoby Zygmunt król węgierski 
z potężnym wojskiem najechał granice Polski i pustoszył ją 
łupiestwy i pozogami». 

Jeszcze gorsze nastroje panowały wśród nie opłaconych 

najemników, a ich «ustawiczne, groźne i niebezpieczne 
upominanie się o żołd» mogło zakończyć się albo samowol­
nym odejściem, albo porozumieniem się z tymi, którzy 
dysponowali odpowiednimi środkami, tzn. z Krzyżakami, 
a w każdym razie przyczyniało się niewątpliwie do upadku 
dyscypliny i do osłabienia akcji oblężniczej, która i tak 
ograniczała się do ostrzału artyleryjskiego i wyczekiwania 
na poddanie się oblężonych. Z ostrzałem artyleryjskim też 
nie było, jak można sądzić, wszystko w porządku, gdyż 
wielotygodniowe zużycie musiało wyczerpać posiadane 
zasoby prochu i pocisków, czego dowodem jest, że gdy 
armia polska zaopatrywała zamek w Sztumie, król działa 
i pociski sprowadzał z Kwidzynia, co oznaczało, że wojska 
wracające spod Malborka nie miały już własnych zapasów 
amunicji. 

background image

91 

Niewątpliwie brano pod uwagę w otoczeniu królewskim 

i argumenty przytoczone przez nas wyżej: opinię Zachodu, 
nadchodzącą zimę, możność przygotowania się do nowej 
kampanii w kraju i możliwość interwencji Zygmunta. 
Przeważyć wreszcie musiała świadomość, że stanie pod 
Malborkiem jest nie tylko bezcelowe, lecz że może spowo­
dować przegraną na innych odcinkach granic i że sytuacja 
z każdym dniem nie polepsza się, lecz pogarsza. Sądzono 
zresztą niewątpliwie, że Krzyżacy zbyt wiele utracili 
zamków i ludzi, aby zbyt szybko mogli się dźwignąć, oraz 
że ich dawni poddani we własnym interesie będą wiernie 
stali po stronie polskiej. 

Należy przypuszczać nadto, że zwolennicy wycofania 

się stanowili przytłaczającą większość, a o pozostaniu pod 
Malborkiem, poza mieszkańcami Prus, mówiły tylko nielicz­
ne jednostki, toteż oblężenie trwało tak długo jedynie ze 
względu na wolę królewską. Gdyby było inaczej, jak 
usiłuje z perspektywy pół wieku wmówić swym czytel­
nikom Długosz, gdyby większość panów i wojska, a nie 
tylko wierny Jagielle i patrzący w przyszłość dalej od innych 
Mikołaj Trąba chciała pozostać pod murami Malborka dłużej 
i «póty go oblegać i dobywać, póki by do poddania się nie był 
zmuszony», wówczas bez narad, wahań i kłopotów większość 
wojsk zostałaby i oblegałaby stolicę Zakonu, a król powierzy­
wszy dowództwo któremuś z książąt lub panów, sam udałby 
się z powrotem do kraju, zdobywałby środki i szykował nowe 
wojska do dalszej kampanii. 

Tymczasem źródła nie wykazują, aby ktokolwiek, poza 

królem i podkanclerzym, spośród tzw. czynników mia­
rodajnych, okazywał wolę wytrwania. Witold pragnął 
wrócić na Litwę i dla odnowienia swych zmniejszonych 
do połowy i chorujących na biegunkę wojsk i dla osłony 
granic litewskich przed szykowanym uderzeniem inflan­
ckim; bez oporu wrócili na Mazowsze książęta mazo­
wieccy; panowie polscy z Andrzejem Tęczyńskim na 

background image

92 

czele «usilnie i zarliwie» przemawiali za powrotem do 
kraju. Za nimi szło «wielu rycerzy i szlachty». Oblężenie 
trwało, gdyż trwał pod Malborkiem nieugięty król, ob­
lężenie skończyło się, gdy królowi zdołano wykazać 
konieczność odwrotu i gdy definitywnie ustalono, że 

Krzyżacy nie chcą pójść na ustępstwa. O żadnej «zdradzie» 
Witolda, jak chce Długosz, nie ma więc mowy, ponieważ 
dowództwo polsko-litewskie wszystkie ważniejsze posu­
nięcia miało uzgodnione. Dowodem tej zupełnej zgody są 
i pismo Witoldowe, wystawione przez kancelarię litewską 
w miesiącach jesiennych tegoż roku

7

, i chorągwie polskie, 

które z rozkazu króla osłaniały odwrót wojsk Witoldowych 
z Prus w stronę Litwy

8

. Gdyby Witold odchodził bez 

wiedzy i woli Jagiełły, z pewnością nie towarzyszyłaby mu 
osłona polska. 

W wycofaniu się armii polsko-litewskiej spod Malborka 

na uwagę zasługuje jeszcze data. Jak pamiętamy, rozejm 
Witolda i landmistrza [inflanckiego —przyp. aut.} ustalony 
został na 2 tygodnie, do 22 września, a tymczasem oblężenia 
nie dotrzymano nawet do tego dnia, jak to z żalem 
zauważono w literaturze

9

Wydaje się jednak, że należy stanąć w obronie dowódz­

twa polsko-litewskiego. Skoro zdecydowano się na odwrót, 
to słusznie dokonano go podczas tych dni, gdy wojska 
przeciwnika (poza niewielką załogą Malborka) zobowiązały 
się nie atakować armii królewskiej. Ale to, jak się wydaje, 
nie było jedynym powodem wcześniejszego wycofania się 
Polaków i Litwinów. Należy brać pod uwagę i datę 29 
września, kiedy to miała przyjść pomoc z Zachodu dla 
uciśnionego Zakonu. Król świadomie wolał wrócić przed 

7

 Patrz: Codex epistolaris Vitoldi, wyd. A. Prochaska, Cracoviae 

(Kraków) 1882 (Monumento, aevi histórica), nr 459, s. 214. 

8

 Por. Polska Jana Długosza, op. cit., s. 256. 

9

 Por. L.  K o l a n k o w s k i , Dzieje Wielkiego Ksiąstwa Litewskiego za 

Jagiellonów, t. I, Warszawa 1930, s. 106. 

background image

93 

tym dniem do Polski dla dwu powodów: po pierwsze, aby 
doszło do wiadomości zagranicy, że Krzyżakom nie grozi 

już zagłada, po drugie, by na wypadek ataku Zygmunta, 

Wacława lub Josta (Luksemburczyków — przyp. aut.] 
stanąć osobiście na czele obrony. 

Dlatego sądzimy, że odwrót wojsk polsko-litewskich 

spod stolicy krzyżackiej był dotychczas oceniany niezupeł­
nie właściwie. Prawdą jest, że był posunięciem niekorzyst­
nym, które przyniosło utratę zajętych terytoriów Zakonu, 
ale nie był katastrofą ani klęską. Król nie miał wyboru. 
Z trzech ustalonych przez nas wyżej możliwości: pokoju, 
zdobycia Malborka lub odwrotu, dwóch pierwszych w tym 
czasie Jagiełło osiągnąć nie mógł. Pozostawało mu: albo 
racjonalnie przyjąć trzecią, albo — odrzuciwszy tę ostatnią 
— trwać dalej pod obleganą twierdzą aż do chwili buntu 
nie opłaconych zaciężnych, dezercji pospolitego ruszenia 

lub nadejścia wojsk odsieczy krzyżackiej i zimy. Wówczas 
niewątpliwie nastąpiłaby katastrofa. 

Należy uznać, że przecież nie każde cofanie się jest 

przegraną. Jagiełło stracił opanowane terytorium, ale wojnę 
wygrał. Nie wiadomo, czy pozostając w wymienionych 
warunkach, nie utraciłby nie tylko terytoriów zakonnych, 
lecz i zwycięstwa"

1 0

Profesor Kuczyński w powyższym fragmencie ze swej 

książki poświęconej całości działań militarnych i poli­
tycznych tej wojny przywołuje bardzo mocne argumenty 
natury strategicznej, aprowizacyjnej oraz politycznej, które 
na pierwszy rzut oka zdają się potwierdzać słuszność 
decyzji króla Jagiełły o odwrocie spod Malborka. Przecież 
sytuacja w Prusach zdawała się być, w połowie września 

1410 roku, stabilna i opanowana. Przytłaczająca większość 

obywateli państwa krzyżackiego z biskupami, szlachtą 

10

 S. M. Ku c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cii, s.  4 8 1 - 4 8 4 . 

background image

94 

i mieszczaństwem uznała po bitwie pod Grunwaldem 
Jagiełłę za swojego jedynego i prawowitego monarchę. 
Król obsadził swoimi załogami wszystkie zamki i miasta 
pruskie, które dostały się w jego ręce latem tego roku, 
a ponadto podzielił opanowane ziemie byłego państwa 
zakonnego pomiędzy Królestwo Polskie i Wielkie Księst­
wo Litewskie, wyznaczając wojewodów, kasztelanów i sta­
rostów oraz oddając je na stałe w posiadanie swoim 
wielmożom i rycerstwu. Miejscowa ludność nie miała nic 
przeciwko temu, a nawet entuzjastycznie przyjęła polsko-
litewską zwierzchność, usuwając siłą (częstokroć na włas­
ną rękę, jeszcze przed wkroczeniem w swoje bramy 
oddziałów polsko-litewskich) resztki znienawidzonej ad­
ministracji krzyżackiej. Wszystko zdawało się przemawiać 
za tym, że wojna z Krzyżakami na odcinku prusko-
pomorskim została w tym roku wygrana. Nieliczne załogi 
krzyżackie zdołały się, co prawda utrzymać w Malborku, 

Królewcu, Bałdze, Ragnecie, Kłajpedzie, Człuchowie, 
Świeciu, Radzyniu Chełmińskim i zamku gdańskim; praw­
dą jest również, że przybyła im na odsiecz grupa około 500 
rycerzy zakonnych z Inflant, ale Jagiełło i Witold oraz ich 
doradcy byli najprawdopodobniej w większości zdania, iż 
są to siły zbyt małe i słabe, zbyt rozproszone i prze­
trzebione oraz zbyt porażone nie tak znowu odległą 
w czasie klęską grunwaldzką, ażeby były w stanie poważ­
niej zagrozić panowaniu polsko-litewskiemu w Prusach, 
przynajmniej do późnej wiosny lub lata 1411 roku. Przy­
pomnijmy w tym miejscu raz jeszcze, że w średniowieczu 
działań wojennych na większą skalę późną jesienią, zimą 
i wczesną wiosną, gdy aura nie sprzyjała dłuższemu 
przebywaniu wojska w warunkach polowych, na ogół nie 
prowadzono, przerywając je najczęściej kilkumiesięcznymi 
rozejmami i wracając do domów na leża zimowe. Jagiełło 
najprawdopodobniej zamierzał postąpić w tym przypadku 
tak samo. Liczył zapewne, że i Krzyżacy, tak bardzo 

background image

95 

wykrwawieni i poszczerbieni w kampanii letniej 1410 
roku, będą mieli dość jakichkolwiek działań wojennych 
w tym roku i poczekają z tym do wiosny roku następnego, 
wykorzystując raczej nadchodzące jesień, zimę i przed­
wiośnie na jakie takie zaleczenie pogrunwaldzkich ran. 
Niestety, król Jagiełło i jego rada przyboczna popełnili 
w tym momencie najfatalniejszy błąd militarny oraz poli­
tyczny w tej wojnie, gdyż nie docenili przeciwnika, co 
prawda, pobitego i mocno wykrwawionego pod Grunwal­
dem, ale wciąż jeszcze groźnego, zasobnego we wszelkie 
środki i zdolnego zadać koalicji jagiellońskiej cios jeśli nie 
śmiertelny, to przynajmniej bardzo dotkliwy. Król i jego 
doradcy mieli się o tym boleśnie przekonać już w niecały 
miesiąc po odejściu spod murów twierdzy malborskiej. Na 
razie jednak nic nie zapowiadało bliskiego i nagłego 
odwrócenia losów tej wojny. Jagiełło 19 września 1410 
roku odchodził spod Malborka jako niekwestionowany 
tryumfator. Prof. Kuczyński opisuje to w sposób na­
stępujący: 

„Pierwsze, przed 18 września odeszły wojska Witolda, 

eskortowane pewien czas dla bezpieczeństwa przez 6 chorą­
gwi polskich". Po Witoldzie pociągnęli ku swoim księst­
wom obydwaj książęta mazowieccy

1 2

. Wreszcie 19 września 

rozpoczęła odwrót armia polska. Odchodziła w porządku, 
spokojnie, obciążona «wszelkiego rodzaju zdobyczą», tak 

jak powinno było wyglądać średniowieczne wojsko po 

zwycięstwie. Krzyżacy malborscy nie ośmielili się prze­
szkodzić odejściu napadem, albo zaatakować chorągwi 
idących w straży tylnej. 

Nie była to w żadnym razie ucieczka. Król jeszcze 16 

września, gdy wyruszały, zapewne, już pierwsze tabory 
polskie, wysłał list do biskupa pomezańskiego, zapewniając 

" Polska Jana Długosza, op. cit., s. 256. 

12

 Tamże. 

background image

96 

go, że na pobojowisku grunwaldzkim zamierza założyć 
klasztor reguły św. Brygidy. Ponieważ pobojowisko leżało 
na terytorium Zakonu, można słusznie wyciągnąć wniosek 
z tego, jak i z listu Witolda do szlachty wschodniopruskiej, 
że ani Polacy, ani Litwini powrotu na zimę do swych 
krajów nie uważali za rezygnację z ziem zdobytych
 lub 
za koniec działań wojennych"

1 3

Potwierdza to również Długoszowa relacja na temat 

pobytu króla Jagiełły razem ze swoimi oddziałami w Kwi-
dzyniu i Sztumie, jeszcze w dniu odejścia spod Malborka 
(tj. 19 września 1410 roku) i o podjęciu go przez biskupa 
pomezańskiego: 

„Król polski Władysław, rezygnując z oblężenia zamku 

Malborka z oddziałem objuczonym wszelkiego rodzaju 
zdobyczą, przybył tego dnia do Kwidzynia. W czasie 
przemarszu wstępuje do zamku Sztumu, wysłuchawszy 
tam mszy, nadaje go w dzierżawę rycerzowi Andrzejowi 
Brochockiemu, zostawiając mu do pomocy niektórych 
swoich dworzan, wojowników, a mianowicie Hankona 
Chełmskiego, Kazimierza z Tuchowie, Jana Gołego, Pakos­
ława Bystrzanowskiego, Piotra Cebrowskiego, Bieniasza 
Goworzyńskiego, Bartosza z Trembowli i innych. Ci po 
wycofaniu się króla z Prus zawziętymi potyczkami, najaz­
dami i dotkliwymi szkodami dawali się tak bardzo we 
znaki znajdującym się w Malborku Krzyżakom, że jednego 
dnia zabrali im nawet 10 tysięcy florenów przywiezionych 
celem wypłacenia wojskom najemnym, urządziwszy wielką 
rzeź wśród konwojentów. 

Kiedy król przybywa do Kwidzynia, biskup tej miejscowo­

ści Henryk

1 4

 pomezański wyszedłszy procesjonalnie z kanoni-

13

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. c/f., s. 484-485. 

1 4

 Jest to oczywisty błąd Długosza. Ówczesnym biskupem Pomezanii 

był bowiem nie żaden Henryk, lecz Jan Rymań, zwany Monch. 

background image

97 

kami i klerem królowi naprzeciw, przyjmuje go z należytą 
czcią. A gdy król wszedł do katedry, pokazał mu celę 
i mieszkanie pewnej nader pobożnej niewiasty, Doroty, 
która prowadząc bardzo samotny i surowy tryb życia, 
słynęła wieloma cudami, jeszcze jednak nie była kanonizo­
w a n a " . Nadawszy biskupowi, klerowi i miastu wolności, 
0 które prosili, wyjeżdżając następnego dnia z Kwidzynia 
zamknął miasto i nie pozwolił swoim wojskom wkroczyć 
do niego w obawie, by nie grabiono i nie znieważono 
biskupa i mieszczan. Przybywszy w końcu do obozu roz­
bitego o pół mili od miasta spędził w nim dwa dni 
1 w następną sobotę przesłał do Sztumu dla jego wsparcia 
wiele wozów wyładowanych żywnością. A wspomniany 
obóz znajdował się poza miastem, nad jeziorem Gardzieje"

1 6

Powyższy urywek z kroniki Długosza wyraźnie wskazuje, 

iż odwrót wojsk polskich spod Malborka nie był bynajmniej 
pośpiesznym wycofywaniem się pokonanej armii, lecz raczej 
chwilowym przegrupowaniem dla zregenerowania nadwąt­
lonych długim oblężeniem stolicy wroga sił, ażeby z wiosną 
następnego roku powrócić do — po większej części już 
opanowanych przez siebie — Prus i ostatecznie dobić 
w Malborku i Królewcu resztki śmiertelnie osłabionego zakonu 
niemieckiego. Dlatego to właśnie wojska polskie odchodziły 
z terytorium państwa krzyżackiego niespiesznie i z paradą, 

15

 Długoszowi chodzi tu o Dorotę z Mątew (zm. w roku 1394), 

mistyczkę i eremitkę słynącą cudami, która ostatni rok swego życia 
spędziła zamurowana na własne życzenie w swojej celi położonej tuż 
obok katedry w Kwidzyniu. Już za życia powszechnie była uważana za 
świętą; po śmierci dzieje jej żywota opisał jej spowiednik, dziekan 
kapituły, Jan z Kwidzynia. Podjęto też starania o jej kanonizację. Proces 
kanonizacyjny sługi bożej Doroty z Mątew został jednak na kilkaset lat 
przerwany po sekularyzacji Prus krzyżackich w 1525 r. Dopiero w roku 

1999 papież Jan Paweł II odświeżył jej kult, zaliczając Dorotę z Mątew 

w poczet błogosławionych Kościoła rzymskokatolickiego. 

16

 Polska Jana Długosza, op. cit, s. 259. 

7 — Koronowo 1410 

background image

98 

często się po drodze zatrzymując i obozując nawet po kilka 
dni (zwłaszcza w okolicach co bardziej znaczących miast 
pruskich), a sam król Jagiełło chętnie odwiedzał w czasie 
postoju miejscowych mieszczan i dostojników kościelnych, 
rozdając im nadzwyczaj hojną ręką wszystkie przywileje, 
0 które go prosili, ażeby tym dobitniej zaznaczyć i ugruntować 
panowanie jagiellońskie w byłym — jak się podówczas 
mogło wydawać — państwie krzyżackim. Potwierdza to prof. 
Kuczyński, gdy opisując spotkanie króla z biskupem pomezań­
skim w Kwidzyniu, na koniec stwierdza, co następuje: 

„Zachowanie zarówno biskupa, jak i Jagiełły było 

znamienne i dowodziło, że król czuł się gospodarzem 
kraju, a biskup za gospodarza go uznawał. Przemarsz 
wojsk królewskich nie wyglądał na wymuszone cofanie 
się i ucieczkę. Wódz armii naciskanej przez nieprzyjacie­
la nie ma zazwyczaj czasu na oglądanie celek po zmar­
łych, pobożnych niewiastach, na wydawanie przywilejów 
1 na troskanie się o zachowanie swych żołnierzy. Oczywi­
ście, że wobec niepewnej sytuacji politycznej Jagiełło 
starał się o utrzymanie życzliwego nastroju dla Polski 
wśród mieszkańców Prus. Jeżeli jednak odchodzący 
z ziem zakonnych król obdarzył miasta i duchowieństwo 
przywilejami, to nie mogło to niczego innego oznaczać 
prócz uznawania się za prawego posiadacza zdobytych 
terytoriów, a nie za rezygnującego z chwilowej okupacji 

władcę innego państwa. 

Pozostawianie bowiem załóg obronnych w zdobytych 

zamkach krzyżackich, jak w Elblągu i tylu innych, opa­
trywanie w broń i żywność tych załóg, jak w Sztumie, było 
wyrazem nie tylko oporu militarnego, ale również świadec­
twem, że król pragnie zachować swoje władztwo na 
opanowanych ziemiach. 

Nowego dowodu, potwierdzającego raz jeszcze nasze 

domysły, dostarczył zresztą sam Jagiełło zdobywając 

background image

99 

ostatni punkt oporu krzyżackiego w ziemi chełmińskiej, 
zamek Radzyń"

1 7

Radzyń Chełmiński był jedną z najsilniejszych twierdz 

krzyżackich na południowych rubieżach państwa zakon­
nego. Zamek ten posiadał dogodne do obrony położenie, 
mocne mury, silną i nie zdemoralizowaną załogę i sporo 
zapasów, które pozwalały na przetrzymanie długiego, nawet 
kilkumiesięcznego oblężenia. Oddziały polskie oblegały go 
bezskutecznie od lipca, pomimo że miasto Radzyń Cheł­
miński już dawno poddało się królowi polskiemu. Długosz 
tak opisuje oblężenie i zdobycie tej krzyżackiej fortecy: 

„W niedzielę 21 września, w dzień św. Mateusza, król 

ruszywszy spod Kwidzynia przybywa rano pod zamek 
Radzyń, który oblegały wojska królewskie od czasu wielkiej 
bitwy [pod Grunwaldem — przyp. aut.] aż do owego dnia, 
mimo że miasto dochowało wierności i posłuszeństwa 
królowi. Urządziwszy postój w odległości ćwierć mili od 
zamku nad jeziorem Melno król zastanawia się, czy 
powinien przerwać jego obleganie, czy też usiłować go 
zdobyć. Po namyśle powzięto postanowienie, że król 
absolutnie nie będzie się porywał na zdobywanie zamku 
— był bowiem bardzo silny i dzięki położeniu, i dzięki 
warownym murom, miał nadto znakomitych obrońców 
— następnego dnia jednak uda atak, a może przejętych 
strachem oblężonych da się jakoś nakłonić do poddania się. 
Wezwawszy zatem na rozmowę najznakomitszych spośród 
(obrońców) Radzynia usiłował ich zwabić, by poddali mu 
zamek bez przelewu krwi. Kiedy ci sprzeciwili się jego 
żądaniu, odłożył na jutro zaatakowanie ich siłami zbrojnymi. 

Ten plan nie tyle w zamyśle był chytrzejszy, ile w rezul­

tacie okazał się szczęśliwszy. Kiedy się bowiem w wojsku 

17

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s.  4 8 5 - 4 8 6 . 

background image

100 

rozeszła wieść, że król nazajutrz urządza atak, ledwie 
skończyło się śniadanie, a bez rozkazu króla własnowolnie 
poprowadziła rycerzy do walki i do napaści na zamek 
Radzyń. Wojsko bowiem bez żadnych napomnień bardzo 
ochoczo ruszyło naprzód. Z największą gwałtownością 
zaczęto też ze wszystkich stron atakować zamek. I chociaż 
Krzyżacy i reszta oblężonych przez 5 a nawet więcej godzin 
stawiali ostro opór, rażeni jednak przez atakujących bardzo 
gwałtownie rycerzy polskich mnóstwem pocisków i strzał 
wypuszczanych raz po raz, tak że nikt nie miał odwagi 
wysunąć nawet palca, straciwszy ducha zostali zmuszeni i do 
zaniechania obrony, i do ustąpienia z zamku. Już bowiem 
rycerz Dobiesław z Oleśnicy z rycerzami swojej chorągwi 
rozbił bramę niższego zamku i osłaniając tarczą rycerza, który 
tego dokonał, ugodzony [został — pnyp. red.] z mniejszej 
bombardy, czyli z rusznicy pociskiem, który przedziurawił 
tarczę. Już potem do górnego zamku wdarł się pierwszy 
rycerz Piotr Chełmski, a za nim kasztelan wiślicki Florian 

z Korytnicy i inni za nim postępujący i zmusił do ucieczki 
wicekomtura zamku, człowieka odważnego, który na począt­
ku walki zabiegał mu drogę na otaczającym zamek murze. 
Już łowczy sandomierski Piotr z Oleśnicy dostał się z innymi 
rycerzami na przedmurze zamku i ranny w jedną nogę 
osłaniał się tylko tarczą, by go z góry nie ugodzono. Oblężeni 
przeto, udręczeni tyloma nieszczęściami, rzuciwszy broń 
poddają zamek królowi, żeby w razie dostania się w ręce 
szalejących żołnierzy, nie musieli wycierpieć najgorszych 
rzeczy. Król, wkroczywszy do zamku w godzinach wieczor­
nych, darował życie wszystkim oblężonym i wziętym do 
niewoli, między którymi znajdowało się 15 starych Krzyża­
ków w podeszłym wieku, wziął ich jednak do niewoli. 

Stwierdziwszy nadto, że zamek jest pełen znacznych skarbów, 
klejnotów i cennych przedmiotów oraz pełen żywności, 
skarby i cenne rzeczy rozdzielił między rycerzy, a zapasy 
żywności zostawił zamkowi. 

background image

101 

Król polski Władysław [...] dał w dzierżawę zamek 

Radzyń Czechowi Jaśkowi Sokołowi, rycerzowi wypróbo­
wanej wierności i odwagi. Pozostała z nim w tymże zamku 
znaczna liczba Polaków i Czechów, między innymi Czech 
Żiżka, z biegiem czasu sławny dowódca wojsk w Czechach, 
wsławiony częstymi zwycięstwami

1 8

, oraz Angelus i bardzo 

wielu innych"

1 9

Zamek w Radzyniu Chełmińskim, jedna z najpotężniej­

szych fortec zakonnych na południowych rubieżach państwa 
krzyżackiego w Prusach, stanowił de facto ostatnią prze­
szkodę dla zupełnego opanowania ziemi chełmińskiej przez 
Polaków. Król Jagiełło, który tak naprawdę (wbrew temu, 
co usiłuje nam wmówić Jan Długosz) musiał osobiście 
wydać rozkaz wzięcia zamku szturmem, gdyż jakakolwiek 
samowolna akcja rycerstwa polskiego jest tu nie do pomyś­
lenia, mógł mieć słuszne powody do satysfakcji. Oto 
prawie całe państwo śmiertelnego wroga leżało u jego stóp. 
Po miastach i zamkach krzyżackich stały jego załogi, 
a miejscowa ludność oraz duchowieństwo uroczyście uznały 
w nim swego jedynego i prawowitego władcę. Wobec tego 
król Władysław Jagiełło — syt dotychczasowych zwycięstw, 
hołdów i tryumfów — uznał zapewne, że wojna z Krzyża­
kami w tym roku jest skończona i że najwyższy już czas 
wracać do Polski, ażeby rozpuścić wojsko na leża zimowe

2 0

Nasuwa się w tym miejscu tylko jedno, zasadnicze pytanie, 
a mianowicie: Radzyń Chełmiński został wzięty szturmem 

18

 Jan Żiżka z Troćnowa (zm. w 1424 r.), był zaciężnym rycerzem 

czeskim, uczestnikiem wojny polsko-krzyżackiej w latach 1409-1411, 
a następnie zasłynął w całej Europie jako niezwyciężony wódz czeskich 
taborytów (radykalnego odłamu ruchu husyckiego), wielokrotny zwycięzca 
w bitwach z niemieckimi wojskami cesarskimi oraz z posiłkującymi je 
zachodnioeuropejskimi krzyżowcami podczas wojen husyckich. 

Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 5 9 - 2 6 0 . 

20

 Por. S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., 

s. 486-487. 

background image

102 

przez wojska polskie, niejako z marszu, w zaledwie 
5 godzin. Polacy oblegali go sami, bez pomocy Litwinów, 
Mazowszan i Tatarów, którą mieli zapewnioną jeszcze 
niedawno pod murami Malborka, i dali radę go zdobyć, 
pomimo że krzyżacka załoga Radzynia była liczna, bitna, 
bardzo dobrze zaopatrzona w broń, amunicję i żywność 
oraz stawiała oblegającym zacięty, a nawet rozpaczliwy 
opór. A stało się to, co warto w tym miejscu przypomnieć, 

zaledwie na trzeci dzień po odejściu spod murów nie­
zdobytego przez ponad 2 miesiące dziwnie ślamazarnego 
i nieudolnego oblężenia zamku malborskiego. Dlaczegóż 
zatem to, co było możliwe 21 września 1410 roku pod 
murami Radzynia Chełmińskiego (tj. wielogodzinny, zaciek­
ły szturm oddziałów polskich na mury krzyżackiej warowni, 
zakończony jej zdobyciem i kapitulacją resztek przerażonej 
załogi zakonnej), jakoś — z powodów po dziś dzień 
historykom niewiadomych — nie było możliwe od 25 lipca 
do 19 września tegoż roku, kiedy to pod Malborkiem 
(o wiele gorzej niż Radzyń przygotowanym do obrony 
i bronionym przez szczuplejszą, kombinowaną niemalże 
w ostatniej chwili przed oblężeniem, załogę) stała niemal 
bezczynnie cała potęga połączonych wojsk polsko-litew­

skich?!!! Dlaczego ten sam król Jagiełło, który 15 lipca 
rozgromił Krzyżaków w bitwie grunwaldzkiej, a 21 wrześ­
nia potrafił z marszu wziąć szturmem silną prawie tak jak 
Malbork fortecę w Radzyniu Chełmińskim, nie potrafił 
w ten sam sposób zdobyć samego Malborka?!!! — Niepo­

jęte. — Paweł Jasienica komentuje to następująco: „25 

lipca, zaraz po przybyciu pod Malbork, dwaj rycerze 
polscy, Jakub z Kobylan i Dobiesław z Oleśnicy, uderzyli 
ze swymi pocztami do szturmu i wdarli się w wyłom od 
strony Nogatu. Nie padł rozkaz wsparcia ich, okazja 
zdobycia podzamcza została zmarnowana. Całe oblężenie 
prowadzone było w sposób zadziwiająco miękki, jakże 
odległy od zaciętości pokazanej w roku poprzednim pod 

background image

103 

Bydgoszczą. Wtedy błyskawicznie przeprowadzono poważ­
ne roboty ziemne — teraz nie nakazano ani jednego 
porządnego szturmu, pozostawiono von Plauenowi możność 
znoszenia się ze światem zewnętrznym, nawet przesyłania 
pieniędzy na najem zaciężnych. Armia gnuśniała, opływając 
w żywność i inne dostatki, prawdziwe działania bojowe 
prowadziły czasem tylko chorągwie polskie i ruskie [...]"

2 1

A nieco dalej nasz znakomity historyk dodaje: „Ksiądz 
Mikołaj Trąba, jedyny oprócz Jagiełły i Witolda uczestnik 
narady w Brześciu, gdzie ułożono plan kampanii, zaklinał 
na wszystkie świętości, by oblężenia [Malborka — przyp. 
aut.]

 nie zwijać, płakał rzewnymi łzami. W trzy dni później 

Polacy jednym szturmem wzięli zamek w Radzyniu [...]. 
Wojna wcale sił polskich nie zużyła. One nie zostały 
użyte, jak należało"

2 2

Zaiste, trudno się w tym miejscu z Pawłem Jasienicą nie 

zgodzić. Tym bardziej iż nieco dalej pisze on następujące, 
bardzo gorzkie, zwłaszcza dla samego króla Jagiełły, słowa: 

„Pomiędzy 15 lipca a 19 września 1410 roku zostały [...] 

bezpowrotnie zaprzepaszczone nie wszystkie bynajmniej, 
lecz szczytowe możliwości stworzone przez ten układ [tj. 
przez unię Polski z Litwą — przyp. aut.]. Polska, po­
zbawiona krzyżackiego frontu i wydatnie rozszerzona, 
utworzyłaby potężną i zupełnie bezpieczną bazę wspólnego 
państwa. Tak się jednak nie stało, ów front został wprawdzie 
osłabiony, lecz przetrwał, co w przyszłości rozstrzygnęło. 

Trudno nie wspomnieć o tym, co wtedy przeciekło 

Polsce między palcami. Poprzestaje się zazwyczaj na 
wzmiankach o dostępie do morza i zlikwidowaniu głównego 
wroga, zapominając, że chodziło także o spadek po nim. 
Zaraz po Grunwaldzie zaczęły się Koronie poddawać 
i przyłączać do niej miasta, zamki i biskupstwa pruskie. 

21

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 113-114. 

22

 Tamże, s. 116. 

background image

104 

Zakon zdołał utrzymać tylko Królewiec, Bałgę, Branden­
burg i Ragnetę, czyli północno-wschodni kąt kraju. Gdańsk 

i Elbląg przodowały w tym prawdziwym wyścigu o tytuły 
miast królewskich. Kronikarz krzyżacki pisał ze zrozumiałą 
goryczą: «O tak wielkiej niewierności i o tak szybkiej 
zmianie nie słyszano nigdy i w żadnym kraju, bo kraj 
poddał się królowi w ciągu jednego miesiaca».
 Utrzyma­
nie tej zdobyczy, która sama z radością szła w polskie ręce, 
ogromnie wzmocniłoby państwo, pomnożyło w nim żywioł 
miejski. A szlachta w tym czasie jeszcze się nie odgrodziła 
od reszty stanów, dobrze znała karność państwową, nie 
posiadała późniejszych przywilejów i sama zajmowała się 
handlem. Zdobycie Prus, ich licznych i dobrze rozwiniętych 
miast musiałoby pomyślnie wpłynąć na równowagę społecz­
ną Polski. Przyłączenie Pomorza, Malborka i Warmii, które 
nastąpiło w kilkadziesiąt lat potem, odbyło się w okolicz­
nościach zupełnie zmienionych, kiedy ziemiaństwo wzięło 

już górę w Koronie"

2 3

Na razie jednak nic nie wskazywało na rychłą odmianę 

sytuacji na świeżo opanowanych i zhołdowanych terytoriach 
prusko-pomorskich. Wobec tego, król Jagiełło razem z cało­
ścią oddziałów polskich, które przy nim pozostały, wyruszył 

23 lub 24 września z Radzynia Chełmińskiego w stronę 
przedwojennej granicy swego królestwa. 

„Król wyruszywszy spod Radzynia — pisze Długosz 

— przybył pod zamek Rogoźno, a stąd we środę do 

Golubia, gdzie po zjedzeniu śniadania na zamku przekracza 
rzekę Drwęcę i wkraczając do ziemi dobrzyńskiej roz­
puszcza swoje wojsko i odsyła każdego do jego ziemi. 
A po tym dniu nocą przybył w pobliże Ciechocina, 
a we czwartek przed uroczystością Przeniesienia Św. 

Tamże, s. 119. 

background image

105 

Stanisława doszedł do miejscowości Przypust, by mostem 
pontonowym, który spuszczano tu z Płocka, przeprawić się 
przez Wisłę. Zatrzymał się zaś w Przypuście 5 dni, 
ponieważ w ciągu tych dni z powodu jakiegoś tajemnego 
fatum z trudem udało się złożyć i umocnić most, który 
niegdyś w czasie marszu króla do Prus ustawiono w pół 
dnia. Król też nie bez krążenia i wielkiego wysiłku 
przeprawił się ze swoimi przez Wisłę tak, że również 
w tym wydarzeniu widziano jako rzecz pewną, iż los 
zmienił swoją przychylność w stosunku do króla. Wtedy 
też rozeszło się do różnych miejscowości, do swoich 
domów wojsko polskie objuczone złotem, srebrem i innymi 
cennymi przedmiotami, które każdy rycerz z ogromną 
radością niósł do swego gniazda"

2 4

O bardzo dobrym samopoczuciu króla Władysława 

Jagiełły oraz jego najbliższego otoczenia w ostatnich dniach 

września 1410 roku (świeżo po wycofaniu większości sił 
z Prus) świadczy jak najdobitniej wizyta króla w Toruniu, 
która miała miejsce 28 września. Mieszkańcy Torunia 
zgotowali wtedy królowi polskiemu wspaniałe przyjęcie, 
które tak opisuje Jan Długosz: 

„W sobotę, w dzień Przeniesienia św. Stanisława, król 

wyruszywszy z Przypustu przybył do Raciąża, a w niedzielę, 
w uroczystość św. Wacława, przybył na statkach z małym 
orszakiem do Torunia. Kiedy wysiadał ze statku, przyjął 
go, mimo że pleban toruński był Krzyżakiem, cały kler 
i lud uroczystą procesją wszystkich kościołów, śpiewając: 
«Twoja jest potęga, Twoje jest Królestwo, Panie» i wpro­
wadził go do kościoła parafialnego św. Jana. Król wy­
słuchawszy uroczystej, śpiewanej mszy, udał się do zamku 
toruńskiego, by spożyć jeden tylko posiłek. Kiedy tam 

24

 Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 6 0 - 2 6 1 . 

background image

106 

przybył do Jego Najjaśniejszego Majestatu starosta królew­
ski Radzynia Jaśko Sokół, zginął w smutnych okolicznoś­
ciach. Na uczcie u jednego z mieszczan toruńskich otruty 
szczupakiem rozchorował się ciężko. Odwieziony na rozkaz 
króla do Brześcia [Kujawskiego — fzyp- aut.] umiera 
i tam zostaje pochowany. Ze wszystkich zaś Czechów 

walczących pod rozkazami króla, nikt inny nie był królowi 
milszy od niego z powodu niezwykłych zalet, jakie go 
cechowały: wierności i odwagi. Wynagradzając jego służbę 
król sprawował nawet ojcowską opiekę nad jego dwoma 
synami Mikołajem i Jarosławem. [...] Powierzywszy zamek 
Radzyń w zarząd rycerzy Dobiesława Puchały i Wojciecha 
Malskiego [...]. Wieczorem odpłynął na statkach z Torunia 
do zamku Nieszawy"

2 5

Rzecz dziwna i ze wszech miar godna uwagi historyka: 

król Jagiełło w ostatnich dniach września 1410 roku 
zachowuje się tak, jak gdyby już ostatecznie wygrał wojnę 
z Krzyżakami. Tryumfalnym pochodom, wjazdom do 
zhołdowanych miast pruskich, rozdawaniu najrozmaitszych 
przywilejów miejscowej ludności, uroczystym mszom, 
procesjom, paradom i ucztom nie ma końca. Król beztrosko 
rozpuszcza swoje wojsko do domów. A przecież wojna 

jeszcze trwa i jest daleka od szczęśliwego dla Polaków 

i Litwinów zakończenia. Krzyżacy właśnie przechodzą do 
kontrofensywy na wszystkich frontach (o czym szerzej 
w następnym rozdziale). Czyżby zatem ów geniusz wodzo-
wski spod Grunwaldu i Radzynia, król Jagiełło, postradał 
w tym czasie rozum?!!! 

Tamże, s. 261. 

background image

KONTROFENSYWA KRZYŻACKA 

I BITWA POD KORONOWEM 

W czasie gdy król Władysław Jagiełło tryumfalnie od­
chodził ze swoim wojskiem z granic państwa krzyżackiego, 
a następnie bezrozumnie rozpuścił rycerstwo do domów 
i upajał się zwycięstwem, Krzyżacy malborscy Henryka 
von Plauena i inflancko-królewieccy Berna von Hevelmanna 
przystąpili do zdecydowanej kontrofensywy. Miał zatem 
rację prof. Feliks Koneczny, gdy pisał w swoich Dziejach 
Polski za Jagiellonów,

 iż: „Henryk von Plauen wyzyskał 

dobrze czas stracony przez Jagiełłę pod Malborgiem"

1

Zauważmy, że dokąd wojska Jagiełły i Witolda pozostawały 
w Prusach, słabe siły krzyżackie nie ośmielały się podej­

mować jakichkolwiek działań zaczepnych przeciwko nim. 
Rozpoczęły je dopiero wtedy, gdy wojska litewskie, mazo­
wieckie i na końcu polskie zwinęły oblężenie zamku 
malborskiego i odeszły na leża zimowe do domu. Najwięk­
szym zaś błędem polskiego króla — skwapliwie wykorzys­
tanym przez stronę krzyżacką — było, zdaniem piszącego 
te słowa, lekkomyślne dopuszczenie delegacji inflanckiej 
z samym von Hevelmannem na czele do oblężonego 
Malborka (co, jak pamiętamy, miało miejsce w połowie 

' F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, op. cit., s. 81. 

background image

108 

września). Wtedy to najprawdopodobniej von Hevelmann 
i von Plauen wspólnie opracowali plan generalnego kontr-
uderzenia zaraz po spodziewanym lada dzień wycofaniu się 
głównych sił polsko-litewsko-mazowieckich z terytorium 
państwa zakonnego. Nie wiemy na sto procent, co ustalili 
podówczas obaj krzyżaccy wodzowie w Malborku, ale 
możemy ów plan z dużą dozą prawdopodobieństwa od­
tworzyć na podstawie późniejszego przebiegu działań 

wojennych. 

1. Krzyżacy, którym udało się przetrwać w Prusach (a 

zatem von Plauen w Malborku i von Hevelmann w Królew­
cu) mieli cierpliwie czekać aż nieprzyjaciel opuści Prusy 
przed zimą, zwodząc Polaków i Litwinów rzekomymi 
układami pokojowymi, a następnie znienacka uderzyć na 
pozostawione w miastach i zamkach pruskich załogi polskie, 

litewskie i mazowieckie, ażeby przed nadejściem jesiennych 
szarug i zimy odzyskać, co tylko się da. Przy tym 
przekupstwem, podstępem, prośbą lub groźbą użycia siły 
zmusić jak największą liczbę obywateli Prus, ażeby odstąpili 
króla polskiego i posłusznie wrócili pod panowanie zakon­
nych panów pruskich (chodziło tu zwłaszcza o najpotęż­
niejsze miasta pruskie, które poddały się Jagielle — Gdańsk, 
Elbląg i Toruń). 

2. Krzyżacy z Inflant mieli w tym samym czasie zaata­

kować północne rubieże Litwy ze Żmudzią, aby związać 
tam wojska wielkiego księcia Witolda i uniemożliwić im 
tym samym skuteczne przyjście z pomocą załogom zamków 
i miast w Prusach lub głównym siłom polskim. 

3. W tym samym czasie Krzyżacy z Nowej Marchii, 

pod wodzą Michała Kiichmeistra, wzmocnieni najem­
nikami z Niemiec, Czech, Śląska i Węgier mieli nie­
spodziewanym uderzeniem z zachodu odzyskać z rąk 
polskich zamki i miasta położone na zachodnich rubieżach 
pruskiej części państwa zakonnego (tj. Lębork, Bytów, 
Chojnice i Tucholę), a następnie, błyskawicznie wedrzeć 

background image

109 

się w granice Królestwa Polskiego, na Kujawy i do 
Wielkopolski, ażeby zmusić główne siły króla Jagiełły do 
obrony własnego terytorium. 

4. Po wykonaniu powyżej przedstawionych zadań, von 

Plauen, von Hevelmann i Küchmeister mieli najpraw­
dopodobniej zamiar połączyć swe siły i posuwać się na 
południe, po obu stronach Wisły, w stronę Płocka i War­
szawy, gdy w tym samym czasie ich konfratrzy z Inflant 
mieli maszerować na Wilno. 

5. Krzyżacy liczyli również na to, iż sowicie opłaceni 

przez nich królowie Czech i Węgier z dynastii Luksembur­
gów, w tym samym mniej więcej czasie, zaatakują Polskę 
od południa i zagrożą stołecznemu Krakowowi, całej 
Małopolsce, Rusi Czerwonej, Wołyniowi i Podolu. 

To wszystko, zdaniem krzyżackich strategów, powinno 

skutecznie rozerwać siły koalicji jagiellońskiej na kilka 
frontów naraz i tym samym zmusić króla Jagiełłę i wiel­
kiego księcia Witolda do prędkiego zawarcia pokoju 
z Krzyżakami oraz ich ewentualnymi czeskimi i węgier­
skimi sojusznikami, ale już z pozycji pokonanego i słab­
szego. A to nieuchronnie oznaczać by musiało wygranie 
wojny przez zakon niemiecki, znaczne osłabienie Polski 
i Litwy, ocalenie terytorialnego status quo państwa krzyżac­
kiego nad Bałtykiem. A nawet — być może — znaczne 
poszerzenie jego granic kosztem obu pokonanych państw 
unii jagiellońskiej

2

Z takim rozmachem zaplanowana kontrofensywa krzy­

żacka wymagała oczywiście starannego przygotowania, 
zwłaszcza gdy idzie o zaciągnięcie świeżego rekruta 

2

 Na ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cit., s. 479-480, 482-48 3 oraz 488-496. Na ten temat 
patrz również: Historia Pomorza,
 t. I, Do roku 1466, op. cit., s.  6 9 5 - 6 9 6 ; 
Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit.,
 s.  5 0 - 5 2 ; a także S. 
M.  K u c z y ń s k i , Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie 
z Zakonem, op. cit.,
 s. 73-74. 

background image

110 

w Niemczech, Czechach i na Śląsku oraz na Węgrzech. 
Henryk von Plauen zatem: „[...] pragnąc pomścić prze­
graną bitwę [pod Grunwaldem — przyp. aut.] i odzyskać 
ziemię pruską, wysławszy posłów do króla czeskiego 
Wacława, sprzedał temuż Wacławowi za 115 tysięcy 
florenów z prawem wykupu Chomutov, znaczne dobra 
Zakonu w Królestwie Czeskim, które po dziś dzień nie 
zostały wykupione, a które przynosiły 4 tysiące florenów 
dochodu. Zaciągnąwszy za te pieniądze najemne wojsko, 
wszczął na nowo wojnę. Nadto od mieszczan gdańskich, 
zamierzających poddać się jego władzy, pożyczył dalsze 

100 tysięcy florenów, których mu łatwo użyczono"

3

. To 

samo czynili agenci von Plauena na Węgrzech i w Rzeszy 
Niemieckiej, werbując pod krzyżackie sztandary możliwie 

jak najwięcej błędnego rycerstwa, szukającego sławy 

i łatwego łupu po całej Europie, oraz najemnych żołnierzy, 
sprzedających za złoto swe umiejętności bojowe temu, 
kto im w danej chwili lepiej zapłacił. Oddziały złożone 
z gości i najemników zakonu kierowano — w ciągu 
sierpnia i września — do Nowej Marchii, skąd miało 
wkrótce wyjść główne uderzenie przeciwko Polsce. Tylko 
zadziwiającej ignorancji króla Jagiełły i wielkiego księcia 
Witolda mogli zawdzięczać Krzyżacy, zamknięci za 
murami zamku malborskiego przez ponad 2 miesiące jak 
myszy w pułapce, że ów bardzo ryzykowny plan w ogóle 
doszedł do skutku. Wystarczyłoby przecież, żeby Jagiełło 
po prostu otoczył zamek malborski ścisłym kordonem 
swoich wojsk i uniemożliwił tym samym von Plauenowi 

jakiekolwiek kontakty ze światem zewnętrznym, co było 
jak najzupełniej możliwe. To, iż Jagiełło z Witoldem 

z podziwu godną lekkomyślnością pozwalali na prawie 
swobodne wychodzenie i wchodzenie różnych, podej­
rzanych ludzi (jak np. marszałek inflancki Bern von 

3

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 259. 

background image

111 

Hevelmann ze świtą) z i do „oblężonego" Malborka, 
miało się rychło obrócić przeciwko nim. Oto bowiem już 
24 września 1410 roku (a zatem zaledwie w 5 dni po 
zwinięciu przez Jagiełłę oblężenia zamku malborskiego, 
gdy król przebywał jeszcze w Golubiu i dopiero prze­
prawiał się przez graniczną Drwęcę do Polski!) utajeni 
stronnicy von Plauena wśród szlachty pruskiej, dowodzeni 
przez niejakiego Piotra ze Sławkowa, przystąpili do 
działania, zajmując podstępem zamek w Działdowie

4

Fakt ten posłużył niejako za sygnał dla oddziałów krzyżac­
kich z Malborka i Królewca, że należy przystąpić do jak 
najszybszego odbijania utraconych w lipcu i sierpniu 
zamków i miast, zanim król polski, wielki książę litewski 
oraz obaj książęta mazowieccy zdołają zorganizować 

jakąkolwiek skuteczną odsiecz dla swoich załóg pozo­

stawionych w miastach i zamkach pruskich i pomorskich. 

„Po Działdowie — pisze prof. Kuczyński — proces 

odzyskiwania zamków przez Krzyżaków począł narastać 

jak lawina. Marszałek inflancki obiegł i w krótkim czasie 

zdobył Elbląg. Obrońcy polscy przewidując, iż nie będą 
mogli doczekać się odsieczy, poddali się Krzyżakom po 
uzyskaniu zapewnienia, że odejdą do swoich. Jednakże 
«panowie zakonni» nie dotrzymali słowa. Po otwarciu 
bram zamku część Polaków wymordowali, resztę zakuli 
w kajdany i wtrącili do ciężkiego więzienia. O żyjących 
upominał się u w. mistrza w styczniu 1411 r. Witold. Nie 
wykluczone, że działo się to z wiedzą, a może z rozkazu 
Henryka von Plauen. 

Po Elblągu przyszła kolej na Przezmark, Pasłęk, Sztum, 

Morąg, Ostródę, Bratian, Sobowidz, Tczew, Gniew, Gru­
dziądz, Pokrzywno, Golub, Kowalewo, Popowo, Bierzgłowo, 
Nidzicę, Tucholę i inne. 

4

 Por. S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 488. 

background image

112 

W rękach polskich pozostały jedynie zamki: w Toruniu, 

Radzyniu, Brodnicy i Nieszawie

5

. Nie zgadzały się także 

na wpuszczenie Krzyżaków w obręb swych murów dwa 
bogate i ludne miasta: Stary Toruń i Gdańsk. Powoływały 
się na przysięgę złożoną królowi polskiemu i wyraźnie 
pragnęły poczekać z decyzją na koniec wojny. Ponieważ 
wypadki różnie jeszcze mogły się ułożyć, Henryk von 
Plauen nie chciał drażnić potężnych gmin miejskich, 
dysponujących zasobami finansowymi i siłami zbrojnych i, 
nie zdradzając swego mściwego gniewu, pertraktował 
z nimi, zgadzając się na zawarcie z opornymi miastami 
odrębnego zawieszenia broni, aż do podpisania pokoju 
z Polską. Na karę czas miał przyjść potem. Na razie oba 
miasta uznały się za neutralne, co nie przeszkadzało 
Toruniowi porozumiewać się z królem i Witoldem. 

Nowy Toruń już od połowy października, zapewne, 

znajdował się pod panowaniem krzyżackim, ale główny 
ośrodek miejski, stare miasto, było neutralne i niezawisłe 
aż do 1 lutego 1411 r. Zamek toruński oblegali Krzyżacy 
bezskutecznie od 12 października. 

Zastanawiając się nad powodem tak szybkiego opanowa­

nia przez Krzyżaków zamków pruskich i pomorskich, 
należy przypuszczać, że znaczna ich część zdobyta została 
nie na skutek działań wojennych, lecz przez zdradę i pod­
stęp. Nie ulega wątpliwości, że załoga Działdowa została 
zaskoczona przez Piotra ze Sławkowa, ponieważ do jego 
zamachu szlachta pruska tych okolic, jeżeli występowała 
czynnie, to jedynie po stronie polskiej; zapewne więc Piotr 
i jego towarzysze zostali wpuszczeni na zamek jako 

5

 Według informacji podanej przez S. M. Kuczyńskiego, akt zawieszenia 

broni między Polską i Litwą a Zakonem Szpitala Najświętszej Marii 
Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie, podpisany 9 grudnia 1410 r., 
zawiera wzmiankę, że załoga polska zdołała utrzymać się ponadto także 
w Bytowie. Na ten temat patrz: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 
z Zakonem..., op. cit.,
 przypis 23 4 na stronie 489. 

background image

113 

przyjaciele i sojusznicy. Być może pozorowali nawet swój 
przyjazd chęcią udzielenia pomocy i wzmocnienia załogi 
działdowskiej. [...] Inne zamki, zdobywane przez Krzyża­
ków siłą, ulegały łatwo

6

 dla dwu powodów: po pierwsze, 

o ile można sądzić, miały nieliczne załogi

7

, które nie były 

przygotowane na tak nagły atak i zwątpiły w możliwość 
obrony i odsieczy. Po drugie — zamki były źle zaopatrzone 
w żywność i środki obronne. Już Ulryk von Jungingen 
pościągał ze wszystkich prawie zamków działa i zapasy 
żywności, co przyczyniło się niewątpliwie później do 
łatwiejszego ich zajmowania przez wojska królewskie. 
Załogi polskie stanu tego nie poprawiły na lepsze, przede 

wszystkim dlatego, że nie spodziewały się, iż może dojść 
do oblegania ich przez Krzyżaków (cały kraj przyjął wszak 
zwierzchnictwo królewskie, Malbork lada dzień miał być 
zdobyty!), oraz ponieważ sądziły, iż zamek jest tylko 
punktem oparcia dla czuwania nad lojalnością okolicy. 
Następnie, o ile gdziekolwiek był dobry sprzęt wojenny, to 
bez wątpienia przesyłano go królowi. Pamiętamy wszak 
0 działach i zapasach, które pod Malbork przybyły z Elbląga 
1 Torunia. Wpłynęło to wyraźnie na stan obronny Elbląga, 
który bronił się później bardzo krótko. Z wyjątkiem 

6

 Zwróćmy uwagę, iż Krzyżacy zdołali odzyskać prawie wszystkie 

swoje zamki i miasta, z wyjątkiem kilku (wymienionych powyżej), 
między 24 września a 11 października 1410 r., a zatem zaledwie w 17 
dni od zwinięcia przez króla Jagiełłę oblężenia zaniku malborskiego 
i nakazania przezeń wojskom polskim powrotu do domu (!). Był to bez 
wątpienia szok i kompromitacja dla strony polsko-litewskiej, która jeszcze 
niecały miesiąc wcześniej zdawała się tryumfować w tej wojnie, a szcze­
gólnie dla niefortunnego wodza naczelnego wojsk koalicji jagiellońskiej 
— Jagiełły, który tak lekkomyślnie zmarnował owoce grunwaldzkiego 
zwycięstwa i w efekcie tego utracił prawie wszystko, co już uprzednio 
zdobył latem tegoż roku na Krzyżakach. 

7

 Według szacunków prof. Kuczyńskiego, załogi te nie mogły być 

liczne, ponieważ w przeciętnym zamku krzyżackim było miejsce zaledwie 
dla 12 braci-rycerzy, 6 księży kapelanów i 12 giermków lub półbraci 
zakonnych-żołnierzy. 

8 — Koronowo 1410 

background image

114 

Radzynia wszystkie te zamki, które dotrwały w rękach 
polskich do zawieszenia broni, obroniły się dlatego, że 
leżały nad Wisłą lub przy pograniczu, a więc mogły być 
zaopatrzone z zewnątrz. Inne, mające kilkunastu lub kilku­
dziesięciu ludzi załogi, odcięte od pomocy z kraju, po­
zbawione sprzętu obronnego i żywności, prędzej czy później 
musiały ulec. [...] Niezależnie wszelako od powodów i spo­
sobów było niezaprzeczoną rzeczywistością, że Krzyżacy 
odzyskali niemal całe swoje dawne terytorium. Komtur 
z Ragnety, Helferich von Drahe, oczyścił od przeciwników 
Warmię i Ostródzkie, landmarszałek inflancki i komtur 
Bałgi — Pomezanię i ziemię chełmińską, na której Krzyżacy 
poczęli wnet stosować represje wobec jaszczurkowców, 
zmuszając ich, na skutek tego, do ucieczki na terytorium 
polskie. Od strony zachodniej ruszył Michał Kiichmeister 
von Sternberg, wójt Nowej Marchii, posiłkujący się ochot­

niczymi «goscmi» i zaciężnikami z Czech, Śląska lub 
Niemiec, zwerbowanymi dzięki staraniom Jerzego von 
Wirsberg. Równocześnie musiały mieć miejsce jakieś walki 
na Litwie z Inflantami, ponieważ Witold w liście do w. 
mistrza z dn. 18 stycznia 1411 r. dawał wyraz swego gniewu 
na Inflantczyków za «nieshiszne zerwanie rozejmu»

8

a nadto z innego listu dowiadujemy się, że w Inflantach 
miano jeńców litewskich

9

. Okazuje się, że Witold miał rację 

śpiesząc się z obozu pod Malborkiem do kraju  [ . , . ] . 

Dla strony polsko-litewskiej, a zwłaszcza dla samego 

króla Władysława Jagiełły, tak szybka odmiana sytuacji na 
wszystkich frontach wojny z krzyżakami była bez wątpienia 
ogromnym zaskoczeniem i szokiem. Oto nieprzyjaciel, 
wzmocniony nowymi siłami, nacierał gwałtownie i z dnia 

8

 Patrz: Codex epistolaris Vitoldi, wyd. A. Prochaska, Cracoviae 

(Kraków) 1882 (Monumenta aevi histórica), nr 464, s. 216. 

9

 Tamże, nr 467, s. 217. 

10

  S . M . K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cii., s. 488-492. 

background image

115 

na dzień odzyskiwał straty w Prusach. Lada dzień połączone 
oddziały von Plauena i von Hevelmanna mogły przekroczyć 
granicę polską i poważnie zagrozić na przykład ziemi 
dobrzyńskiej. Ludność Prus, do niedawna lojalna wobec 
króla, teraz nagle zaczęła masowo, szczerze lub tylko ze 
strachu przed spodziewanymi represjami, przechodzić na 
stronę krzyżacką. Od zachodu nadciągały oddziały KUchmeis-
tra i lada moment mogły zagrozić Kujawom lub Wielkopols­
ce. Krzyżacy z Inflant zaatakowali Litwę i chwilowo związali 
tam większość sił Witoldowych. Tymczasem Jagiełło został 
bez wojska, bo sam je niedawno rozpuścił do domu. W tych 

warunkach nie mogą nas dziwić gorzkie słowa, jakimi 
anonimowy autor Kroniki konfliktu Władysława króla polskie­

go z Krzyżakami w roku Pańskim 1410

 kończy swe dziełko: 

„[...] cała ziemia Prus i Pomorza [...] zgodnie z prawem, 
przyrzekła królowi zachować statecznie wieczną wierność, 
którą następnie łamiąc, tak duchowni, jak świeccy panowie, 
obywatele i wszyscy (mieszkańcy) ze wszech ziem Prus 
i Pomorza, nie dbając o swój honor i niepomni na własne 
zbawienie, haniebnie i bez jakiejkolwiek przyczyny zbezcześ­
cili i złamali, odstępując bez powodu od posłuszeństwa 
samemu królowi i swojej Polskiej Koronie"

1 1

Z powyższego tekstu jednoznacznie wynika, iż tak nagłą 

zmianę w dotychczasowej postawie mieszkańców Prus 
i Pomorza odczytano w ówczesnej Polsce jako perfidną 
i niczym nie uzasadnioną zdradę króla i ojczyzny, którym 

jeszcze nie tak dawno, pod murami oblężonego Malborka, 

uroczyście przysięgali na wierność po wieczne czasy. Z taką, 

jednoznacznie negatywną oceną postawy obywateli byłego 

państwa krzyżackiego w Prusach nie zgadza się jednak 
większość badaczy współczesnych, w tym Paweł Jasienica, 
który tak pisze na ten temat w swojej Polsce Jagiellonów: 

'' Kronika konfliktu Władysława króla polskiego z Krzyżakami w roku 

Pańskim 1410, op. cit., s. 16. 

background image

116 

„Nie można się dziwić postępowaniu stanów pruskich 

ani ich potępiać. One doskonale znały Krzyżaków, a teraz 
znów patrzyły na wściekłą energię, z jaką von Plauen 
i marszałek inflancki zabrali się do odzyskiwania strat. Von 
Hevelmann nie był już taki układny jak podczas rozmów 
z Witoldem. Zdobył Elbląg i wbrew układowi mordował, 
zakuwał w kajdany i więził wziętych do niewoli Polaków. 
Postarajmy się ponadto ocenić, jak straszliwy zawód spotkał 
Stany pruskie, które zaufały Polsce, poddały się jej królowi 
i same rozbrajały załogi zakonne. Ich przedstawiciele, 
zarówno rycerstwo, jak mieszczanie, daremnie błagali 
Jagiełłę, by nie odchodził spod Malborka. 

Gdańsk ostatecznie skapitulował przed Krzyżakami i za­

przestał oporu dopiero w kwietniu 1411 roku, w dwa przeszło 
miesiące po zawarciu pokoju pomiędzy Polską a Zakonem. 
Burmistrze miasta, Arnold Hecht i Konrad Letzkau, którzy 
osobiście składali Jagielle hołd pod Malborkiem, wezwani na 
zamek komtura już stamtąd żywi nie wyszli. Wraz z nimi 
zginął rajca miejski, B. Gross. Komtur wydał ich ciała, które 
spoczęły w gdańskim kościele Najświętszej Marii Panny"

1 2

W najbliższym otoczeniu króla zapanowała trwoga. 

Nieprzyjaciel nadciągał, trzeba było więc natychmiast 
zorganizować skuteczną obronę północnej i północno-
-zachodniej granicy Królestwa Polskiego. W tej sytuacji 
król Jagiełło oraz jego doradcy postanowili zorganizować 
naprędce, chociażby prowizoryczną, obronę granicy z po­
spolitego ruszenia rycerstwa dobrzyńskiego, kujawskiego 
oraz wielkopolskiego oraz z tych szczupłych sił, które 

jeszcze pozostawały przy osobie monarchy, dla powstrzy­

mania spodziewanego niebawem ataku nieprzyjaciela na 
ziemie polskie. Postanowiono także zaopatrywać, o ile 
będzie to możliwe, te spośród zamków pruskich, które 

12

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 120. 

background image

117 

pozostały w polskich rękach, ażeby broniły się jak najdłużej 
i tym samym wiązały sobą możliwie jak największe siły 
wroga. O odzyskaniu strat w Prusach i na Pomorzu nie 
było, na razie, nawet co marzyć. Jakakolwiek polska akcja 
zaczepna bowiem mogła być możliwa dopiero po nadejściu 
posiłków z Wielkiego Księstwa Litewskiego, a tego, 
niestety, nie można było się spodziewać zbyt prędko 

(przynajmniej dokąd Krzyżacy inflanccy wiązali główne 
siły Witolda na północnych rubieżach Litwy)

1 3

. Jak trudna 

musiała być sytuacja Polaków na przełomie września 
i października 1410 roku, niech zaświadczy poniższy cytat 
z kroniki Jana Długosza: 

„Kiedy [...] król Władysław przebywał w Nieszawie, 

otrzymał wiadomość, że zamek Tuchola, którym zarządzał 
Janusz Brzozogłowy, został otoczony, a mieszczanie poddali 
miasto Krzyżakom, wreszcie, że wrogowie, jeśli im się nie 
stawi oporu, zaczną wkrótce szerzyć straszliwe spustoszenie 
i pożary w Królestwie Polskim. Król słusznie poruszony tą 
wiadomością, prośbą i upominkami nakłonił (do pozostania 
przy nim) wielu spośród swego dworu, którzy domagali się 
zwolnienia. Jednak ze wszystkich dworzan i królewskich 
rycerzy można było doliczyć się ledwie sto lub niewiele 
więcej kopii. Dołączywszy do nich (rycerzy z) kilku 
powiatów wielkopolskich król posyła ich, celem obrony 
Królestwa, do miast Koronowa, które było słabe z powodu 
położenia i lichych murów. Chociaż nie byli oni zbyt 
dobrze wyposażeni w zbroje, konie, żywność i odzież 
— zbroje bowiem nadżarła rdza, konie głód, środki do 
życia zbyt długa służba żołnierska z dala od domu, a ubrania 
skwar i deszcz — strzegli jednak wspomnianej wyżej 
miejscowości jak najlepiej zabezpieczonej twierdzy, pełniąc 
tam żołnierską straż. Powiększyli też wojsko królewskie: 

1 3

 Na ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cit., s. 487-495. 

background image

118 

wojewoda poznański Sędziwój z Ostroroga, który zdając 
sobie sprawę z trudnego położenia Królestwa przybył 
z własną chorągwią, i kasztelan poznański Dobrogost 
z Szamotuł, który przysłał również swoje wojsko. 

W sobotę, w dzień św. Franciszka [tj. 4 października 

— p/zyp. aut.], król polski Władysław opuszcza Nieszawę 
i przybywszy do Inowrocławia, zatrzymuje się tam na stałe ze 

swym dworem. Chcąc zaś zapewnić obronę ziem swego 
Królestwa, wysłał pewnych rycerzy do Brodnicy, innych do 
Brześcia [Kujawskiego — przyp. aut.], innych do Nakla, 

jeszcze innych do Rypina, rozdzieliwszy między nich rycerzy 

pochodzących z ziemi kujawskiej i dobrzyń­
skiej. Zamierzał nadal trzymać załogi i straże przeciw wrogom, 
mimo że pozostała z nim w Inowrocławiu mała garstka 
Polaków i Czechów. Kiedy tam przebywał, doniesiono mu, 
że zamki Ostróda, Nidzica i Działdowo, które król powierzył 
książętom mazowieckim, z powodu małej liczby obrońców 

zostały zagarnięte przez Krzyżaków. A dwaj rycerze z załogi 
Koronowa, Stanisław Charbinowski z rodu Sulimów i Mikołaj 
Synowiec z Kociny z rodu Starych Koni, którzy obawiali się 
śmierci, ponieważ w pobliżu znajdowało się mnóstwo wrogów, 
uciekli i przybyli do króla do Inowrocławia. Celem usprawied­
liwienia swej ucieczki dowodzili, że załogi wrogów są bardzo 
wielkie, a ich małe i że jeśli nie zostaną przeniesione, 
narażone będą na poważne niebezpieczeństwo

14

. Doprowadzili 

1 4

 Długosz oczywiście w tym miejscu myli się zasadniczo, bo przecież 

gdyby obaj rycerze istotnie byli dezerterami, to na pewno nie uciekaliby 
do króla, aby szerzyć panikę i defetyzm, lecz do domu lub nawet za 
granicę, aby ustrzec się słusznego gniewu królewskiego, jaki niechybnie 
spadłby na nich za samowolne opuszczenie placówki powierzonej ich 
pieczy. Wszystko, z ich zachowaniem w Inowrocławiu na czele, wskazuje, 
że byli oni po prostu kurierami wysłanymi przez dowództwo załogi 
Koronowa z informacjami o ruchach i sile zbliżającego się nieprzyjaciela. 
Z ich raportu musiało jednoznacznie wynikać, że sytuacja w Koronowie 
nie przedstawia się dobrze i jeżeli król na czas nie dośle posiłków, 
położone w ważnym punkcie strategicznym, ale słabo ufortyfikowane 

background image

119 

do tego, że król zaniepokoił się i głęboko zatroskał o bez­
pieczeństwo swoich ludzi, posmutniał i raz po raz ronił łzy. 
Nie uważał bowiem za rzecz bezpieczną wycofywanie ich 
z Koronowa, ponieważ obawiał się wdarcia się wrogów dalej 
w głąb swego Królestwa, a nie było żadnych wojsk, którymi 
by mógł powiększyć ich małą liczbę, ponieważ wszyscy 
odeszli do domów. Wtedy też stało się rzeczą jasną, na jakie 
trudności i przykrości naraził król samego siebie i swoje 

Królestwo, przerywając za wcześnie obleganie zamku mal-
borskiego i jak zepchnął w cień zdobytą zwycięstwem 
[grunwaldzkim — przyp. aut.] sławę własną i swojego ludu 
i można było w pełni poznać, jakim dobrem była wytrwałość, 
którą doradzał podkanclerzy Królestwa Polskiego Mikołaj 

[Trąba — przyp. aut.] i jakie nieszczęście ściągnęło zaniecha­

nie oblężenia, które spowodował kasztelan wojnicki Andrzej 
z Tęczyna"

1 5

Sytuacja na pograniczu kujawsko-pomorskim w począt­

kach października 1410 roku istotnie wydawała się być 
bardzo poważna. Z Nowej Marchii spiesznie nadciągały 
świeże oddziały Kuchmeistra, wsparte posiłkami z Niemiec, 
Czech, Śląska i Węgier, liczące (według obliczeń prof. 
Kuczyńskiego) ok. 4000 zbrojnych

1 6

. Już zdążyły opanować 

miasto i oblec zamek w Tucholi. Jednakże to bynajmniej 
nie Tuchola i nie Pomorze były ich głównym celem 
strategicznym, ale Bydgoszcz, skąd było już bardzo blisko 
na Kujawy, do Wielkopolski oraz do... Inowrocławia, gdzie 

miasteczko może dostać się w ręce wroga. Jagiełło zaś popadł w panikę 
i nawet płakał, gdyż nie miał już przy sobie żadnych oddziałów, które 
mógłby posłać na wzmocnienie Koronowa. Na ten temat patrz szerzej: S. 
M.  K u c z y ń s k i , Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie 
z Zakonem, op. cit.,
 s.  7 9 - 8 0 ; a także Władysław  S e m k o w i c z , 
Nieznana zapiska o bitwie pod Koronowem,
 [w:] „Kwartalnik Historyczny", 
t. XXIV, 1910, s. 528-529. 

15

 Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 6 1 - 2 6 2 . 

16

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 494-495. 

background image

120 

od 4 października kwaterował sam król Władysław Jagiełło 
ze swoim sztabem!

1 7

 Cóż to byłby za problem dla ludzi 

Kiichmeistra, po spodziewanym wzięciu z marszu Korono­
wa i Bydgoszczy, zrobić sobie maleńki rajdzik kawaleryjski 
do pobliskiego Inowrocławia po głowę tego poganina, 
krzywdziciela Zakonu Szpitala NMPanny Domu Niemiec­
kiego w Jerozolimie i naczelnego herszta wszystkich, 
polskich, litewskich, ruskich, mazowieckich i tatarskich 
saracenów — Jagiełły?

1 8

 Tym bardziej iż tenże Jagiełło 

chwilowo mógł wystawić przeciwko siłom Kiichmeistra 
zaledwie jakieś 7000 przeważnie kombinowanego w ostat­
niej chwili wojska, które na dodatek było rozrzucone na 
dużej przestrzeni, po wszystkich pogranicznych zamkach 
i miasteczkach od Mazowsza aż po Wielkopolskę

1 9

, w sa­

mym Koronowie zaś, przeciwko któremu kierował się 
obecnie główny impet krzyżacki, było zaledwie ok. 2000 
zbrojnych — a i to w najpomyślniejszym wypadku

2 0

Gdyby zaś doszło do planowanego współdziałania wojsk 
zakonnych Kiichmeistra (ok. 4000 ludzi)

2 1

, von Plauena 

17

 Tamże, s. 487 i 493-496. Na ten temat patrz również: S. M. 

K u c z y ń s k i , Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie z Za­

konem, op. cit., s. 72. Por. także: Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Korono­

wem..., op. cit., s. 50-52. 

18

 Obie strony konfliktu (tj. i Jagiełło i Krzyżacy) dysponowały dobrym 

wywiadem i były na ogół dość dobrze poinformowane o miejscach 
stacjonowania sił oraz sztabów przeciwnika. Liczne tego przykłady 
podaje w tak często i obszernie cytowanej tu książce Wielka wojna 
z Zakonem Krzyżackim w latach ¡409-1411
 prof. S. M. Kuczyński. Nie 
możemy zatem wykluczyć, że Kiichmeister dokładnie wiedział, gdzie 
w danym momencie znajduje się król Jagiełło ze sztabem i zamierzał 
zaatakować również Inowrocław, ażeby przy sposobności zabić lub 
zagarnąć do niewoli naczelnego wodza wojsk nieprzyjacielskich wraz 
z całym otoczeniem, co dla państw koalicji jagiellońskiej oznaczałoby 

natychmiastową klęskę. 

19

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s.  4 9 2 ^ 9 4 . 

20

 Tamże, s. 493. 

21

 Tamże, s. 494. 

background image

121 

(ok. 3000 ludzi)

2 2

 i von Hevelmanna (ok. 1500 ludzi)

2 3

 po obu 

stronach Wisły, Polska rychło musiałaby przegrać tę wojnę

2 4

Niech nas zatem zbytnio nie dziwi, że niedawny zwycięzca spod 
Grunwaldu, tryumfator spod Malborka i zdobywca Radzynia 
Chełmińskiego, przed którym jeszcze dwa miesiące temu 
korzyły się stany pruskie uznając w nim swego jedynego króla 
i pana, teraz, w Inowrocławiu, płakał, gdy usłyszał alarmujące 
wieści o zbliżaniu się przeważających sił nieprzyjaciela do 
Koronowa. Płakał, bo był bezsilny, bo własne wojsko lekkomyś­
lnie rozpuścił kilkanaście dni wcześniej do domów, bo tak 
szybkiej, zdecydowanej i gwałtownej kontrofensywy nieprzyja­
ciela nie przewidział, gdy jako tryumfator odchodził jeszcze 
niecały miesiąc temu spod murów niezdobytego przez własną 
głupotę i bezsensowne kunktatorstwo Malborka, zostawiając 

w nim żywego, jadowitego węża — Henryka von Plauena. 
Wydawało mu się wtedy zapewne, że oto przegrał wojnę, utracił 
wszystko i dni jego, jako króla polskiego, są policzone. Jednakże 
rychło pod Koronowem stał się cud, który odsunął od Polski 
widmo klęski i — co być może — uratował życie samemu 
królowi Władysławowi Jagielle. 

Miasteczko Koronowo leży na pograniczu Kujaw, 

Wielkopolski i Pomorza, w ziemi zwanej Krajną, jako że 
była to przez długie wieki najdalej na północny zachód 
wysunięta część Królestwa Polskiego. W czasach, które 
tu opisujemy, Koronowo było maleńką mieściną, naj­
prawdopodobniej nie posiadającą nawet solidnych murów 
obronnych, lecz tylko wał ziemny z palisadą

2 5

. Miastecz-

22

 Tamże. 

23

 Tamże. 

24

 S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 

494-496. Tegoż autora: Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie 
z Zakonem, op. cit.,
 s. 72. 

25

 Por. Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 60. Na 

ten temat patrz również: W. P o s a d z y, Koronowo, [w:] Studia z historii 
budowy miast polskich,
 Prace Instytutu Urbanistyki i Architektury, VI, 
2/17, 1957, s. 15-35. 

background image

122 

ko to położone było w zakolu Brdy, w miejscu, gdzie 
rzeka ta zbliża się do wysokiej, zachodniej krawędzi 
swojej doliny. W odległości ok. 300 metrów na południe 
od miasta, po drugiej stronie Brdy, znajdował się muro­
wany klasztor i kościół ojców cystersów, w którym to 
właśnie, zapewne z racji jego solidności i zdatności do 

obrony, zakwaterowało się polskie rycerstwo, któremu 
przewodzili trzej wybitni rycerze królewscy, doświad­
czeni weterani licznych kampanii wojennych: Sędziwój 
z Ostroroga (wojewoda poznański), Maciej z Łabiszyna 

(wojewoda brzeski) i Piotr Niedźwiedzki (marszałek 
nadworny Królestwa Polskiego)

2 6

. Po stronie zachodniej, 

za Brdą, znajdowała się wyniosła, górująca nad mias­
teczkiem Góra Łokietka (103 m n.p.m.), a opodal 
klasztoru Góra Św. Jana (93 m n.p.m.). Miasteczko 
Koronowo położone było zatem w kotlinie między tymi 
dwoma wzgórzami morenowymi. Od strony wschodniej, 
a częściowo także północnej i południowej przylegał do 

Koronowa zwarty kompleks lasów. Natomiast w kierunku 
zachodnim, skąd nadciągały krzyżackie zastępy Kiich-
meistra, teren był płaski i otwarty, lecz za to bardzo 
podmokły i przez to wybitnie trudny do sforsowania dla 
ciężkiej jazdy krzyżackiej. Dalej leżał pas większych 

jezior, w pobliżu których znajdowały się dwie wioski: 

Wielkie i Małe Łasko (dziś Wilcze), między którymi 
miała niebawem rozegrać się decydująca w tej fazie 
wojny polsko-krzyżackiej batalia, nazwana później koro-

nowską. Koronowo było, co prawda niewielką mieściną, 

26

 S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. c/r., s. 496. 

Tegoż autora: Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie z Za­
konem, op. cit.,
 s. 78-79. Patrz także: Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod 
Koronowem..., op. cit.,
 s.  5 8 - 5 9 . Spis co znaczniejszych rycerzy polskich 

będących w załodze Koronowa i biorących udział w bitwie z wojskami 
Kiichmeistra 10 X 1410 roku zamieszcza również w swym dziele Jan 
Długosz. Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit.,
 s. 266-267. 

background image

123 

ale jego znaczenie strategiczne było ogromne. Tędy 
bowiem wiodła jedyna droga z Tucholi do Bydgoszczy 
oraz do Nakła nad Notecią. Krzyżacy zatem, chcąc 
szybko i bez przeszkód  m a s z e r o w a ć w głąb ziem 
polskich, musieli najpierw zdobyć Koronowo, gdyż 
po prostu nie było go jak ominąć. Dodajmy ponadto, 
że właśnie w Koronowie znajdowały się podówczas 
dwa, jedyne w całej okolicy, mosty na Brdzie

2 7

. Utrata 

K o r o n o w a oznaczałaby zatem, dla strony polskiej, 
wywalone wrota do Kujaw i Wielkopolski i stąd mo­
żemy zrozumieć, dlaczego król Jagiełło tak bardzo 
troszczył się o jego utrzymanie i niemal do ostatniej 
chwili wzmacniał, czym tylko mógł, jego szczupłą 
załogę, ażeby zdołała wytrzymać spodziewany lada 
dzień atak przeważających sił wroga. 

Oddajmy w tym miejscu ponownie głos Janowi Dłu­

goszowi: 

„Krzyżacy, którzy obiegli zamek Tucholę, dowiedzia­

wszy się, że wojsko królewskie przybyło w małej liczbie 

jako załoga Koronowa, nadto słabego i nie umocnionego 

żadnymi warownymi murami miasta, zgromadziwszy 
silne i liczne wojsko ze wszystkich najemnych rycerzy, 
między którymi znajdował się jako główny ich dowódca 
wójt Nowej Marchii Michał Klichmeister i wielu rycerzy 
z dworu króla Węgier Zygmunta, którzy pod naciskiem 
(swego) króla przybyli dość licznie na pomoc Krzyżakom, 
wystarczająco przez nich opłacani, ruszyli zbrojnie do 
ataku na nich, tj. Polaków, a widząc mnóstwo własnych 
wojsk i garstkę wrogów, spodziewali się pewnego łupu 
i zwycięstwa. 

W piątek zatem, w dzień św. Gereona [tj. 10 października 

— P

r

zyP- aut.],

 wojsko królewskie dowiedziawszy się, że 

27

 Z. S p i e ra 1 s k i, Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 60-61. 

background image

124 

wróg w wielkiej masie maszeruje przeciw niemu, wysyła 
podkomorzego sieradzkiego Tomasza Szeligę z domu 
Różyców i Mikołaja Dembickiego z rodu Gryfów, żeby 
zobaczyli, jak wielka jest liczba wrogów. Ci nierozsądnie 
posunąwszy się dalej niż należało utknęli w jakimś bagnie 
i zostali ujęci przez wrogów, którzy szli w ślad za nimi. 
Wrogowie natychmiast poddali ich dokładnemu przesłu­
chaniu, jakie i jak wielkie jest wojsko królewskie w Koro­
nowie. Ci podstępnie skłamali, że wojska tam są w nieła­
dzie, nie wyćwiczone i nie doświadczone i że gdyby ktoś 
odważył się je zaatakować, bez trudu musi je pokonać. 

Wrogowie przekonani, że (przesłuchani) powiedzieli 

prawdę, czym prędzej udają się w kierunku Koronowa. 
Kiedy podeszli tam blisko, wszyscy zsiedli z koni, by 
pieszo wedrzeć się do miasta. A rycerze królewscy, 
zauważywszy nadchodzących wrogów, zostawiają posiłek, 
który zaczęli spożywać, i wszyscy w zamieszaniu chronią 
się do klasztoru, znajdującego się u stóp wzgórza [tj. Góry 
św. Jana — przyp. aut.] nad rzeką Brdą. Włożywszy także 
błyskawicznie na siebie zbroje, przez tajemne i nieznane 

wrogom przejście, zwartym szykiem postępują naprzód, by 
podjąć walkę. Wrogowie, przerażeni ich widokiem, wsiad­
łszy jak najszybciej ponownie na koń, wycofują się w moż­
liwie największym pośpiechu, zanim ich Polacy nie zagarną, 
rozciągając wycofywanie się na całą milę i stosując ten 
zręczny podstęp po to, żeby wojskom królewskim przeby­
wającym w dużej odległości od Koronowa, piechota z mias­
ta nie mogła w razie walki udzielić pomocy"

2 8

Z powyższej relacji Długosza niedwuznacznie wynika, 

że w wyprawie na Koronowo brała udział tylko jazda 
krzyżacka pod wodzą samego Klichmeistra, bowiem pie­
chota i artyleria pozostały przy obleganiu zamku tuchols-

28

 Polska Jana Długosza, op. cit., s.  2 6 2 - 2 6 3 . 

background image

125 

kiego

2 9

, którego nadal dzielnie broniła załoga polska pod 

dowództwem nieugiętego Janusza Brzozo-
głowego w oczekiwaniu na królewską odsiecz. Staje się 
zatem jasne, dlaczego strona krzyżacka nie użyła w bitwie 
pod Koronowem ani piechoty, ani armat i katapult, które 
niewątpliwie były w jej posiadaniu. Wyprawa na Koronowo, 
miał być to bowiem — w zamyśle Michała Ktichmeistra 
— jedynie nagły i szybki rajd kawaleryjski dużej masy 
rycerstwa w celu łatwego zdobycia i spustoszenia nie 
ufortyfikowanej jak trzeba i bronionej byle jakimi, im­
prowizowanymi niemalże ad hoc, słabymi liczebnie siłami 
pospolitego ruszenia chłopskiego polskiej nadgranicznej 

mieściny. Wójt Nowej Marchii, który na ogół dysponował 
dobrymi informacjami o sile przeciwnika, tym razem 
uderzył na ślepo, dufny w liczbę i siłę bojową swoich 
oddziałów i... pomylił się sromotnie w swoich rachubach 
na łatwe zwycięstwo i łupy. 

Odwołajmy się na chwilę w tym miejscu, co z pewnością 

nieco zdziwi Czytelników, do literackiej wizji bitwy pod 
Koronowem autorstwa Henryka Sienkiewicza, ażeby nieco 
lepiej zrozumieć psychologiczne motywy, jakie — co nie 

jest wykluczone — kierowały Klichmeistrem przy podej­

mowaniu zuchwałej decyzji wypadu na Koronowo, a potem 
nagłego odwrotu spod tegoż miasteczka. Sienkiewicz widzi 
rzecz całą następująco: 

„Liczne posiłki ciągnące w pomoc Krzyżakom od króla 

węgierskiego Zygmunta i z dalszych ziem niemieckich 
nie zdążyły na walną rozprawę pod Grunwaldem. Ale 
właśnie dzięki temu zakon, mimo niesłychanego pogromu, 
zdołał jeszcze zebrać wcale poważne siły do rozpaczliwej 
obrony przeciw zwycięskim Polakom. Nauczony jednak 

2 9

 Potwierdzają to przypuszczenie S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cit., s. 496 oraz Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Korono­
wem..., op. cit.,
 s.  6 1 . 

background image

126 

doświadczeniem, nie chciał stawić wszystkiego na jedną 
kartę w wielkiej bitwie z rycerstwem polskim. Biegły 
niemiecki wódz, znany z okrucieństw Michał Kochmeister, 
wójt Nowej Marchii, wolał zaprawiać do wojny przybyłych 
gości przy oblężeniu zamków i zameczków polskich nie 
opatrzonych dostateczną załogą lub podnosić ich ducha 

w małych utarczkach, zwłaszcza w takich, w których nie 
brały udziału chorągwie rycerskie, jeno złożone z miesz­
czan i wieśniaków mieszane drużyny, które w owych 
czasach nazywano «tańszym ludem». 

A czynił to przezorny Kochmeister nie dlatego, aby nie 

marzył o wielkiej bitwie, ale rozumiał, że bitwa ta musi być 
zwycięską, gdyż inaczej, gdyby nowa próba nową tylko 
klęskę miała sprowadzić, upadnie całkiem duch w rycerskich 
gościach i zbudzi się w nich żądza rychłego powrotu do 
domowych pieleszy. Owóż podczas oblężenia Tucholi doszły 
do obozu krzyżackiego wieści, że w Koronowie stoją jakoweś 
zaciągi królewskie, wśród których nie masz pogromców spod 
Grunwaldu, tylko właśnie «lud tańszy», przeważnie pieszy, 
niezbyt liczny i niezbyt z wojną obyty. 

Uśmiechnęło się Kochmeistrowi łatwe zwycięstwo, więc 

zostawiwszy niewielki zastęp pod Tucholą, aby utrzymać 
na wodzy tamtejszą załogę, ruszył z całą siłą pod Koronowo. 
Szli z nim słynni w świecie zapaśnicy z cesarskiego dworu, 
szli Niemcy ze Śląska, szli Sasi, Bawarowie, Turyngowie, 
Frankowie i Szwaby, nie licząc gości z dalszych jeszcze 
krajów — rycerstwo świetne, od stóp do głów w stalowe 
i srebrzyste zbroje zakute, żądne boju i sławy, śmiercią 
gardzące. Wszystko zdawało się sprzyjać wyprawie. Przed­
nie straże niemieckie pochwyciły na grząskich błotach 
dwóch szlachty, którzy potwierdzili, że nie ma pod Koro­
nowem walnych hufców królewskich i tym większą napeł­
nili Kochmeistra wiarą w zwycięstwo. 

Krzyżacy, rozumiejąc, że brańcy prawdę przed nimi 

zeznali, przyśpieszyli pochód i rankiem w październiku, 

background image

127 

w dzień świętego Gereona, 1410 r. stanęli pod miastem, 
a przypuszczając, że im wśród jego ulic walczyć przyjdzie, 
pozsiadali z koni i zostawiwszy je pachołkom, gotowali się 
pieszo uderzyć na nieprzyjaciół. 

Lecz nie całkiem zdołali zaskoczyć Polaków, którzy 

lubo nierychło spostrzegli wojska zakonne, mieli wszelako 
dość czasu, by skoczyć hurmem do klasztoru, w pobliżu 
nad rzeką Brdą położonego, tam przywdziać zbroje, siąść 
na koń i sprawić szyki bojowe. 

Ujrzawszy to Krzyżacy poniechali zdobycia miasta i co 

prędzej wrócili do koni — tak, że po krótkim czasie stanęły 
naprzeciw siebie dwa potężne, żelazne zastępy. 

Hufce niemieckie płonęły żądzą boju, lecz w okrutnym 

Kochmeistrze upadło serce na widok polskich chorągwi, 
zmiarkował bowiem zbyt późno, że pojmani na błotach 
szlachcice zwiedli go chytrze, że nie mieszaną drużynę 
ma przed sobą, ale straszliwe «przedchorągiewne» rycer­
stwo spod Grunwaldu. Poznał ich z dala po olbrzymich 
koniach, po zbrojach, po znakach na tarczach, po rodo­
wych «zawołaniach», które rozlegały się jak grzmoty 
wśród szyków — i zadrżał. Nie o własne życie mu 

chodziło, gdyż serce kipiało mu dziką odwagą, ale 
zadrżał na myśl, co się stanie, jeśli nowa klęska przy­
gniecie zakon i jeśli ci świeżo przybyli «goście» z Za­
chodu, którzy nie zaznali jeszcze siły polskiego ramienia, 
rozniosą wieść po świecie, że oprzeć się jej niepodobna... 
Posiłki przestaną wówczas napływać z Niemiec, a z za­
konu wyciekną resztki krwi. 

I przerażony tą myślą Kochmeister, lubo wojska jego 

przewyższały liczbą polskie zastępy, postanowił bitwy nie 
przyjmować. 

Więc po chwili trąby niemieckie dały znak do odwrotu, 

wojska zaś, zastawiwszy się od Polaków wozami, poczęły 
się cofać pośpiesznie. 

background image

128 

A Polaków ogarnęło zdumienie: «Jakoż jest?», mówili 

między sobą: «Sami k'nam przyszli, a teraz tyły podają? 

Zaprawdę jest w tym jakowyś podryw, który udaremnim 

następując na nich bez zwłoki». 

Tak mówiąc ruszyli naprzód i rozpoczął się pościg, który 

wkrótce okazał się zgubnym dla Krzyżaków"

3 0

Trzeba przyznać, że Henryk Sienkiewicz w powyższym 

opisie motywów, jakie — jego zdaniem — kierowały 
Kuchmeistrem, gdy wyprawiał się na czele swoich wojsk 
pod Koronowo, a następnie, kiedy podjął nagłą decyzję 
o odwrocie spod Koronowa na widok polskiego rycerstwa 
gotowego do boju, aczkolwiek nie był profesjonalnym 
historykiem, lecz literatem, okazał się bardzo wnikliwym 
czytelnikiem Długosza. Spróbujmy zatem odtworzyć prze­
bieg wypadków przed stoczeniem samej bitwy pod Ko­
ronowem: 

Kiichmeister od końca września 1410 roku bezskutecznie 

oblegał zamek w Tucholi, którego z uporem bronił Janusz 
Brzozogłowy. Oblężenie przeciągało się, tymczasem i sami 

Krzyżacy, i znakomici goście zakonu, którzy przybyli 
nierzadko z dalekich stron, ażeby bić „bezbożnych" Pola­
ków i ich króla — „poganina", nudzili się i poczęli 
domagać się od swego wodza jakiegoś bardziej spek­
takularnego sukcesu militarnego, który mógłby im przynieść 
błyskotliwą sławę rycerską i łatwe łupy. Sam Kiichmeister 
też nie lubił bezczynnie gnuśnieć pod murami obleganych 
twierdz, a ponieważ sam był z natury typem bardziej 
rycerza-rozbójnika niż pobożnego zakonnika, przeto nie 
dał się długo na małą, łupieżczą rajzę na pobliskie ziemie 
polskie, Krajne i Kujawy, namawiać. Tym bardziej iż ze 
świeżych doniesień swego wywiadu wiedział doskonale, że 
ten, najwyraźniej oszalały od nadmiaru niedawnych suk-

30

 H.  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, op. cit, 

s. 54-56. 

background image

129 

cesów w Prusach, stary, litewski lis Jagiełło tym razem 
przemędrkował i bezrozumnie, kilka dni temu odesłał 
swoje rycerstwo do domów na leża zimowe. A zatem 

— jak mniemał krzyżacki wódz — polskiego pogranicza 

chwilowo nie ma komu porządnie strzec i bronić, bo przy 
królu zapewne wcale lub prawie wcale pełnowartościowego 
wojska, mogącego mierzyć się z jego świetnymi i licznymi 
hufcami, nie zostało. 

Oto szpiedzy donieśli mu, że w niedalekim, nie 

ufortyfikowanym jakby należało, miasteczku Koronowie 
zbierają się jakieś zbrojne kupy ciurów, mieszczan, 
chłopów i okolicznej szlachty, byle jak uzbrojone i do 
wojaczki raczej nienawykłe. Kiichmeistrowi i jego wojsku 
było tylko w to graj. Mała, zwycięska wycieczka na 
słabego przeciwnika powinna znacznie podnieść morale 
armii zakonnej, a zwłaszcza rycerzy zaciężnych, dla 
których wojna była przede wszystkim przygodą i szansą 
do zdobycia łupów. A przy okazji wójt Nowej Marchii 
spodziewał się zapewne, że jak zdobędzie z zaskoczenia 
Koronowo i rozgromi stacjonujące tam polskie oddziały, 
to pewnie zaraz podda mu się z wrażenia także i załoga 
tucholskiego zamku. A wtedy droga na Bydgoszcz oraz 
na Inowrocław, gdzie — jak mu donosili wywiadowcy 
— od kilku dni przebywał sam król Jagiełło ze sztabem 
— stanie dla jego wojsk otworem. Zebrał zatem wszyst­
kich, co znaczniejszych, swoich rycerzy i ruszył szybkim 
marszem pod Koronowo, pozostawiając w Tucholi całą 
piechotę i artylerię, które miały blokować broniącą się 
wciąż jeszcze polską załogę tamtejszego zamku, ażeby 
przypadkiem nie próbowała robić jakiejś dywersji na 
tyłach armii zakonnej. Szczęście wojenne zdawało się 
mu sprzyjać. Wieczorem 9 października, czy też wczes­
nym rankiem dnia następnego przednie straże wojsk 

Kuchmeistra pochwyciły na bagnach dwóch rycerzy 
z załogi Koronowa. Ci, wzięci na spytki (a może nawet 

9 —  K o r o n o w o 1410 

background image

130 

na tortury?), potwierdzili informacje krzyżackiego wy­
wiadu, że załoga koronowska jest mało wartą pod 
względem wojskowym zbieraniną przypadkowych ludzi. 
Michał Ktichmeister, umocniony w swoim przekonaniu, 
powziął zatem decyzję niezwłocznego ataku na Korono­
wo, ażeby zaskoczyć przeciwnika. 

Jednakże, gdy rano, w piątek, 10 października 1410 

roku

3 1

 wojska krzyżackie stanęły opodal Koronowa, spot­

kała je bardzo przykra niespodzianka, którą tak oto opisuje 
w swojej pracy Zdzisław Spieralski: 

„Długosz powiada, że Krzyżacy bez zwłoki ruszyli pod 

Koronowo, zachęceni zeznaniami jeńców polskich. Gdy 

już byli blisko, pozsiadali wszyscy z koni, chcąc pieszo 

dostać się do miasta [...]. To posunięcie Ktichmeistra 
dobrze świadczy o znajomości terenu. Krzyżacy wiedzieli 
więc, że przede wszystkim będą musieli zdobyć most na 

Brdzie, do którego prowadziła droga z Buszkowa i Nowego 
Dworu. Właśnie tą drogą posuwała się armia krzyżacka. 
Należało oczekiwać, że most będzie przez Polaków bronio­
ny. Jedynie więc walka spieszonego rycerstwa dawała 
szanse powodzenia. Decydując się na ten krok, Krzyżacy 

już za Nowym Dworem pozsiadali z koni i zeszli z drogi 

w prawo, wspinając się na Górę Łokietka. Tutaj rozciągnął 
się przed nimi widok, który stanowił dla nich prawdziwą 
niespodziankę, będąc zaprzeczeniem tego obrazu, jaki 
wynieśli z zapewnień Szeligi i Dębickiego. Widok ten 
stanowiło uszykowane w gotowości bojowej rycerstwo 
polskie i posiłkująca je piechota. 

Rycerstwo królewskie — jak powiada Długosz — zaalar­

mowane zbliżaniem się nieprzyjaciela, przerwało śniadanie 
i pobiegło do klasztoru, położonego u stóp góry nad Brdą 

[...], gdzie zwarło się w szyku bojowym [...]. Obraz, który 

31

 Na temat dokładnej daty dziennej bitwy pod Koronowem patrz: 

Polska Jana Długosza, op. cit., s. 280. 

background image

131 

Krzyżacy ujrzeli z górującej nad całą okolicą Góry Łokietka, 
przedstawiał się prawdopodobnie następująco: w mieście 
piechota (wśród niej chłopi) i obsadzony przez nią most; pod 
klasztorem, na prawym brzegu Brdy, u stóp Góry św. Jana, 
uszykowane do walki konne rycerstwo polskie. Krzyżacy 
zrozumieli, że sytuacja jest właściwie beznadziejna. O zapla­
nowanym natarciu na most nie mogło już być mowy, gdyż 
atakujący most Krzyżacy zostaliby sami zaatakowani przez 

jazdę polską. Natarcie spieszonych Krzyżaków na jazdę 

polską nie miało szans powodzenia. Krzyżacy musieliby 
w tym celu biec z Góry Łokietka i zostaliby niechybnie 
wzięci w dwa ognie, gdyż piechota polska mogła przejść 
mostem na prawy brzeg Brdy. Kuchmeister widząc bezsenso­
wność jakiegokolwiek natarcia zarządził odwrót"

3 2

Długosz, Sienkiewicz i Spieralski są zgodni co do tego, 

że krzyżacki wódz spodziewał się zastać w Koronowie 
zbieraninę chłopstwa i ciurów, w czym utwierdzili go dwaj 
polscy jeńcy, a trafił na gotowe do boju polskie rycerstwo 
i piechotę. Stąd zapewne jego nagła decyzja o zaniechaniu 
ataku na miasteczko i szybkim odwrocie w celu uniknięcia 
bitwy w bardzo niekorzystnych dla wojsk krzyżackich 
warunkach. Kuchmeister, gdy zobaczył, że bitwa, do której 
dążył, z dużą pewnością może zakończyć się klęską dla 

jego wojsk (wśród których, co warto w tym miejscu 

przypomnieć, przeważali rycerscy goście zakonu z Europy 
Zachodniej), nakazał natychmiastowy odwrót. Po stokroć 
bowiem wolał niesławną rejteradę niż beznadziejną rzeź 
własnych ludzi, a zwłaszcza znakomitych rycerzy cudzo­
ziemskich, za których bezpieczeństwo, życie i zdrowie był, 

jako wódz wyprawy, szczególnie odpowiedzialny z powo­

dów politycznych oraz prestiżowych. Znamienitym przy-
byszom z krajów niemieckich, Śląska, Czech i Węgier nie 

32

 Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s.  6 2 - 6 3 . 

background image

132 

mogło się bowiem przydarzyć na tej antypolskiej krucja­
cie nic złego, jeżeli zakon miał oczekiwać rychłego 
przybycia większej liczby ochotników do walki z Polakami 
i Litwinami. Dlatego też krzyżacki wódz zamierzał albo 
szybko oderwać się od nieprzyjaciela i wycofać się spod 
Koronowa bez podejmowania walki z Polakami, albo 
— jeżeliby ci ruszyli za nim w pościg — odciągnąć 
ich możliwie daleko od miasta i posiłkującej ich piechoty, 
a następnie wydać im bitwę w miejscu dla siebie do­
godnym i rozgromić rycerstwo polskie, które — jak 
z pewnością zdążył zauważyć — było znacznie mniej 
liczne od jego hufców

3 3

W czasie tegoż odwrotu spotkała jednak Krzyżaków 

i cudzoziemskich gości zakonu druga przykra niespodzianka 
ze strony polskich obrońców Koronowa. Oto, co na ten 
temat pisze Jan Długosz: 

„Jednak w czasie tego wycofywania się łucznicy z woj­

ska królewskiego rażą ich bez przerwy strzałami, atakują 
i ranią, a wdzierając się raz po raz między wojsko 
wrogów, wielu z nich kładą pokotem. Jeżeli zaś w którymś 
momencie wrogowie odwrócą się, by podjąć walkę z łu­
cznikami, łucznicy wycofują się między oddziały swoich 
wojsk i osłaniani przez nie po udaremnieniu ataku na 
nowo zaczepiają wrogów. Tego rodzaju wstępne walki 
toczyły się na długości całej mili

3 4

 między wojskami 

króla i wrogów"

3 5

Henryk Sienkiewicz, opierając się na powyższej relacji 

Długosza, opisuje ów krzyżacki odwrót i polski pościg 
następująco: 

33

 Por. S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 

496-497 oraz Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 63-65. 

3 4

 Ówczesna mila liczyła ok. 10 km. 

35

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 263. 

background image

133 

„Tak mówiąc ruszyli [Polacy — przyp. aut.] naprzód 

i rozpoczął się pościg, który wkrótce okazał się zgubnym 
dla Krzyżaków. Nie mieli już oni owych przesławnych, na 
wagę niemal złota opłacanych łuczników angielskich, którzy 
legli prawie wszyscy pod Grunwaldem. Natomiast w wojsku 
królewskim był cały oddział Mazowszan puszczańskich od 
dziecka do łuku przywykłych. Ci wysuwając się naprzód 
razili konie pod rycerstwem i samych rycerzy; gdy chciano 
na nich uderzyć, cofali się szybko, a na ich miejsce 
występowała gotowa do boju konnica. Lecz wówczas 
Kochmeister znów nakazywał odwrót i zgubny dla Niem­
ców pościg rozpoczynał się w dalszym ciągu"

3 6

Natomiast Zdzisław Spieralski, analizując z naukowego 

punktu widzenia ów krzyżacki odwrót i polski pościg, pisze: 

„Długosz powiada, że widok Polaków gotowych do 

walki przeraził tak dalece Krzyżaków, iż powsiadali 
na konie i rzucili się do ucieczki. Rycerstwo polskie 
rzuciło się za nimi w pościg, przy czym nie mogło 

już korzystać z pomocy pozostawionej w mieście piechoty 

[...]. Jest to samo przez się zrozumiałe, ale informacja 

Długosza potwierdza obecność piechoty w mieście i jej 
brak w samej bitwie. 

Być może decyzja pościgu powzięta została przez 

Polaków z  p e w n y m opóźnieniem i dlatego uciekającym 
w kierunku Buszkowa Krzyżakom udało się przedostać 
za [...] łańcuch jezior. Ale nawet w wypadku powzięcia 
natychmiastowego pościgu, zmuszenie Krzyżaków do 
przyjęcia bitwy jeszcze przed łańcuchem jezior było, 
zdaje się, niemożliwe. Jazda polska, zanim znalazła się 
na otwartej przestrzeni, musiała zatoczyć znaczny łuk 
u stóp Góry św. Jana i Góry Łokietka, a następnie 

36

 H.  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, op. cit., 

s. 56. 

background image

134 

przebyć wąski odcinek drogi Koronowo-Nowy Dwór, 
biegnący między Górą Łokietka a stokiem północnych 
wzgórz.  T y m c z a s e m Krzyżacy, którzy dosiedli koni 
u północno-zachodniego jej stoku, znajdowali się już 
w pełnym galopie. 

Malowniczy opis pościgu, który wyszedł spod pióra 

Długosza [...] pozwala jedynie na stwierdzenie, że do 
przodu wysunęli się konni łucznicy wchodzący w skład 
pocztów rycerskich. Oni to zasypywali strzałami uciekają­
cych Krzyżaków, kładąc wielu z nich trupem [...]. Kilka­
krotnie Krzyżacy zatrzymywali się, by stawić czoło 
prześladującym ich łucznikom, ale ci wycofywali się 

wówczas do tyłu, kryjąc się za plecami kopijników, a gdy 
Krzyżacy ponownie zawracali konie do ucieczki, wysuwali 
się znów do przodu i razili ich strzałami [...]. Ścigano tak 
Krzyżaków przez całą milę [...] aż w pobliże wsi Łask 

[czyżby Z. Spieralskiemu chodziło tu o wzmiankowaną 

wcześniej wieś Łącko Wielkie? — przyp. aut.], stanowią­
cej własność koronowskiego klasztoru [...]. Tu Krzyżacy 
zatrzymali się, postanawiając stawić czoło ścigającym ich 
Polakom"

3 7

W tym miejscu nasuwa się pytanie: kim byli owi konni 

łucznicy królewscy tak skutecznie ścigający i nękający 
cofającą się spod Koronowa krzyżacką armię Kuchmei-

stra? Długosz nie daje na to jednoznacznej odpowiedzi. 
Sienkiewicz w swojej literackiej wizji bitwy pod Koronowem 
sugeruje, iż był to wydzielony oddział „Mazowszan pusz­
czańskich od dziecka do łuku przywykłych"

3 8

. Zdzisław 

Spieralski uważa zaś, że tymi konnymi łucznikami byli po 
prostu pocztowi z otoczenia polskich rycerzy

3 9

. Natomiast 

37

 Z. S p i e r a 1 s k i, Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 63-65. 

38

 H.  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, op. cit., 

s. 56. 

39

 Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 64. 

background image

135 

prof. S. M. Kuczyński, po dokładnym przeanalizowaniu 
opisanej przez Długosza taktyki owych tajemniczych konnych 
łuczników królewskich, doszedł do zaskakującego wniosku, 
iż z dużym prawdopodobieństwem mogli to być... wojownicy 
tatarscy z nadwornych oddziałów króla Jagiełły (!), wysłani 
przez niego razem z rycerstwem polskim dla wzmocnienia 
obrony Koronowa

4

". Na poparcie swojej tezy prof. Kuczyński 

pisze, co następuje: 

„Przytoczony [przez Długosza — przyp. aut.] opis jest 

tak typowy dla taktyki mongolskiej, że nie może ulegać 
wątpliwości, iż owi «łucznicy» musieli być nadwornym 
oddziałem Tatarów litewskich względnie chorągwią tatar-
sko-litewską. Konni bowiem strzelcy polscy czy zachodni 
nie umieli prowadzić walki łuczniczej w kawaleryjskim 
galopie, lecz jedynie w pozycjach obronnych na polu 
bitwy. Owo zasypywanie strzałami, doskakiwanie do prze­
ciwnika, a potem wycofywanie się za ciężką jazdę własną 
było charakterystyczne dla taktyki lekkiej kawalerii mon­
golskiej. 

Udział wojsk tego typu, chociażby w nader niewielkiej 

ilości, w oddziałach królewskich tłumaczy nam ustawiczne 
skargi krzyżackie na Zachodzie, że Jagiełło i Witold łączą 
się z Tatarami, a również wyjaśnia, dlaczego Krzyżacy, 
mimo co najmniej dwukrotnej przewagi [...], nie zdołali 
uderzyć znienacka na podążających za nimi Polaków"

4 1

4 0

 Na temat ewentualności udziału jakiejś, niemożliwej dziś do jedno­

znacznego zidentyfikowania, formacji tatarskiej w bitwie pod Koronowem 
patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Pogranicze kujawsko-pomorskie 
w Wielkiej Wojnie z Zakonem, op. cit.,
 s. 74-78. Z tym poglądem prof. 
Kuczyńskiego zdecydowanie nie zgadza się Z. Spieralski, który jest 
zdania, że udział Tatarów w bitwie pod Koronowem nie był możliwy, 
gdyż Tatarzy służyli pod rozkazami Witolda i razem z nim odeszli spod 
Malborka na Litwę, a poza tym, gdyby jacyś Tatarzy byli pod Koronowem, 
to Długosz z pewnością by ten fakt odnotował. Patrz: Z.  S p i e r a l s k i , 
Bitwa pod Koronowem..., op. cit.,
 s.  5 7 - 5 8 oraz 64. 

background image

136 

Ponieważ sprawa ewentualnego udziału Tatarów w bitwie 

pod Koronowem nie jest możliwa do udowodnienia, autor 
tej książki nie chce opowiadać się jednoznacznie ani po 
stronie prof. Kuczyńskiego (za), ani też po stronie Z. 
Spieralskiego (przeciw). Uważa jednak, iż powyższa teza 
prof. Kuczyńskiego jest oparta na zbyt mocnych i logicz­
nych przesłankach, ażeby można było przypuszczalny udział 
Tatarów w bitwie koronowskiej z miejsca odrzucić. Zresztą 

sam Z. Spieralski w innym miejscu swego opracowania 
pisze, iż: „Odtworzenie przebiegu bitwy koronowskiej jest 
zadaniem bardzo trudnym, gdyż dysponujemy szczególnie 
ubogim materiałem źródłowym. Ogranicza się on właściwie 
do relacji Długosza, bogatej w anegdotyczny opis wydarzeń, 
ale skąpej w istotne informacje. Relację tę uzupełnia kilka 
przypadkowych wiadomości z innych źródeł oraz studium 
terenu bitwy, przy którym bardzo cenną pomoc stanowi 
praca W. Posadzego o samym Koronowie

4 2

. Zrekonstruo­

wany obraz bitwy jest więc niepełny i w wielu szczegółach 
wybitnie hipotetyczny"

4 3

. Nie można zatem potwierdzić 

udziału jakiegoś oddziału tatarskiego w bitwie pod Koro­
nowem, ale i nie można temu ze stuprocentową pewnością 
zaprzeczyć. Pozostawmy więc tę sprawę bez jednoznacz­
nego rozstrzygnięcia. 

Kolejną sprawą, którą wypada w tym miejscu wyjaśnić, 

jest kontrowersyjna hipoteza prof. Kuczyńskiego na temat 

rzekomej, zawczasu przygotowanej zasadzki, w jaką prze­
biegły Kiichmeister usiłował podobno wciągnąć ścigające 

jego oddziały rycerstwo polskie z załogi koronowskiej. 

„Krzyżacy — pisze prof. S. M. Kuczyński — cofali się 

przeszło milę i Długosz sądził, że czynili to dlatego, by 
rycerstwo polskie konne nie mogło otrzymać pomocy od 

41

  S . M . K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 497. 

4 2

 Patrz: W. Po  s a d z y , Koronowo, op. cit., s. 15-35. 

43

 Z. S p i e ra 1 s k i, Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 59-60. 

background image

137 

swej piechoty, która została w Koronowie i jeździe nadążyć 
nie mogła

4 4

. Nie dostrzega jednak, że Krzyżacy użyli tego 

samego sposobu, jakim posługiwali się nie raz dowódcy 
wojsk królewskich, którzy zwabiali przeciwników udając 
gwałtowny odwrót i prowadząc ich do miejsca dogodnie 
dla siebie obranego z góry, gdzie na przybyszów czekały 
siły przeważające. Oczywiście prócz zwabienia uzyskiwali 

jednocześnie i tę korzyść, o której pisze Długosz, co 

świadczy, że lekcja jagiellońska dana pod Grunwaldem nie 
poszła w las. Wśród braci zakonnych musiano pamiętać 
0 zaciętości chłopskiej piechoty, którą król Jagiełło zamykał 
pierścień dookoła wojsk krzyżackich na polu «wielkiej 
bitwy» i wołano uniknąć niebezpiecznego współdziałania 
obu rodzajów broni. [...] Na wzgórzu «w pobliżu wsi 
Łącka, należącej do klasztoru koronowskiego», stały już 
oczekujące oddziały krzyżackie «w zupełnej gotowości do 
boju, tusząc, że tak korzystne stanowisko ułatwi im 
zwycięstwo*. Rzekomo uciekający oddział miał podprowa­
dzić ścigających Polaków pod uderzenie ciężkiej jazdy 
Kiichmeistra, która przeważając liczbowo, gotowością 
1 zaskoczeniem miała wszelkie szanse zwycięstwa. 

Jednakże lekka jazda królewska musiała dostrzec za­

sadzkę i rycerstwo polskie ominęło «dogodne miejsce* 
nieprzyjaciela. Polacy zboczyli i stanęli z innej strony 
wzgórza"

4 5

W tym miejscu musimy stanowczo nie zgodzić się 

z powyżej przedstawioną hipotezą prof. Kuczyńskiego. 
A to z następujących powodów: 

— Po pierwsze dlatego, iż w Długoszowym opisie 

bitwy pod Koronowem próżno by szukać jakiejkolwiek 
wzmianki o tym, jakoby Kiichmeister zamierzał wciągnąć 
rycerstwo polskie w jakąś pułapkę. A przecież my, 

44

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 263. 

45

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 496-498. 

background image

138 

historycy, doskonale wiemy, że ksiądz Jan Długosz był 
zbyt rzetelnym kronikarzem, ażeby mógł pominąć tak 
istotną dla przebiegu bitwy koronowskiej informację. 
Zacytowany przez profesora Kuczyńskiego na potwier­
dzenie powyższej jego tezy fragment Długoszowej kroniki 
brzmi w całości następująco: „Aż kiedy nieprzyjaciel 
uprzykrzył sobie ciągłą ucieczkę, zająwszy wzgórze, nad 
inne w tej okolicy więcej wyniesione, w pobliżu wsi Łasko 
należącej do klasztoru koronowskiego, oczekiwali na 
nadejście królewskiego wojska w zupełnej gotowości do 
boju, tusząc, że tak korzystne stanowisko ułatwi im 
zwycięstwo. Ale rycerstwo królewskie, nie chcąc razem 
z nieprzyjacielem i dogodnym mu miejscem zbytniego 

podejmować trudu, zboczyło z prostej i na nieprzyjaciela 
prowadzącej drogi, a wbiegło na mniej stromą i przystęp­
niejszą część wzgórza"

4 6

. Konia z rzędem temu, kto 

dostrzeże w tym fragmencie relacji naszego kronikarza 
chociażby najdrobniejszą wzmiankę o jakiejś zasadzce na 
polskie wojsko z Koronowa, z góry zaplanowanej i za­

wczasu przygotowanej przez Ktichmeistra. Natomiast 
najwyraźniej jest tu mowa o tym, że dowództwo krzyżac­
kie, nie mogąc oderwać się od bardzo dotkliwie nękającego 
go podczas pościgu przeciwnika (tj. Polaków i przypusz­
czalnie Tatarów), postanowiło ostatecznie stawić mu czoła 
w walnej bitwie i w tym celu rozwinęło szyki swoich wojsk 
na mocnej pozycji obronnej (tj. na wysokim, niedostępnym 
wzgórzu), które dawało oddziałom krzyżackim dużą 
nadzieję na wygraną z powodu znacznej przewagi liczebnej 
nad Polakami i niedostępności tego miejsca. Polacy jednak, 
najwyraźniej lepiej niż Krzyżacy obeznani z topografią 
najbliższych okolic Koronowa, dobrze wiedzieli, że to 
wzgórze, na którym nieprzyjaciel uszykował się do bitwy, 

jest niedostępne tylko z jednej strony. Obeszli je zatem 

46

 Patrz: Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 86 oraz 

Polska Jana Długosza, op. cit., s. 263. 

background image

139 

i rozwinęli swe szyki w miejscu bardziej dla nich dogod­
nym, czym po raz kolejny tego dnia zaskoczyli Kuchmeis-
tra i jego rycerzy

4 7

— Po drugie dlatego, że jeśliby powyższe przypusz­

czenie prof. Kuczyńskiego o rzekomej zasadzce krzyżackiej 
na Polaków było prawdą, to należałoby przyjąć, że Kuchmeis-
ter musiał zawczasu wiedzieć o tym, iż w Koronowie jest 
znaczny liczebnie oddział rycerstwa polskiego i w tym celu 
wyprawił pod miasteczko tylko silny podjazd, którego 
zadaniem miałoby być jedynie wywabienie udawaną ucieczką 
nieprzyjacielskiej jazdy z miasta (ażeby nie mogła otrzymać 

skutecznego wsparcia od własnej piechoty) i podprowadzenie 

jej tym chytrym manewrem pod miażdżące uderzenie 

przeważających, własnych sił głównych, czekających bitwy 
na z góry upatrzonych, a dogodnych dla siebie pozycjach. 
Zgoda. Tylko że uważna lektura relacji Długosza o wstępnej 
fazie bitwy pod Koronowem jak najdobitniej zaprzecza 
powyżej przedstawionym spekulacjom prof. S. M. Kuczyńs­
kiego. Wynika z niej natomiast coś wręcz przeciwnego, 
a mianowicie: że Kuchmeister nie miał pojęcia o tym, iż 
w Koronowie napotka rycerstwo królewskie gotowe do boju, 
a nie  — j a k mniemał — przypadkową zbieraninę pospolita-
ków do wojny niezbyt nawykłych, których łatwo będzie 
rozbić. Utwierdzili go dodatkowo w tym błędnym przekona­
niu dwaj polscy jeńcy, pojmani niedługo przed bitwą na 
bagnach w okolicach Koronowa, którzy przysięgali podczas 
przesłuchania, że w miasteczku nie ma poważniejszych sił 
i że łatwo je pokonać. Dlatego to zarządził gwałtowny 
odwrót, natychmiast rezygnując z zamierzonego ataku na 

miasteczko, gdy tylko przekonał się naocznie, z kim przyjdzie 
mu się naprawdę w tej walce zmierzyć. A potem przyjął 
bitwę tylko dlatego, bo stało się jasne, że jego wojska nie 
zdołają ujść cało polskiej lub też, co równie prawdopodobne, 

47

 Por. Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 65. 

background image

140 

polsko-tatarskiej pogoni, która natychmiast ruszyła w ślad 
za nimi i już podczas pościgu zadała Krzyżakom oraz 
ich cudzoziemskim gościom dotkliwe straty w ludziach 
i koniach, w czym największa zasługa królewskich (ta­
tarskich?) lekkokonnych łuczników, którzy ustawicznie 
nękali cofającego się w pośpiechu wroga swymi bły­

skawicznymi atakami. 

Z powyższej analizy tekstu Długoszowego wynika zatem 

niedwuznacznie, iż to nie Kiichmeister usiłował wciągnąć 
Polaków w zawczasu zastawioną na nich zasadzkę (jak to 
sugeruje prof. Kuczyński), ale że to właśnie obecność 
polskiego wojska w rzekomo prawie bezbronnym Korono­
wie była dla krzyżackiego wodza przerażającą niespodzian­
ką, która zniweczyła jego genialny plan wzięcia polskiej 
mieściny przez zaskoczenie. Piszącemu te słowa wydaje 
się, że najbardziej bliski prawdy o motywach, jakie skłoniły 
krzyżackiego wójta Nowej Marchii do zaniechania bez­
skutecznego odwrotu swoich hufców i przyjęcia walnej 
bitwy z idącym tuż za nimi rycerstwem polskim, w naj­
dogodniejszym do tego miejscu, jest — paradoksalnie 
— nie profesjonalny historyk, prof. S. M. Kuczyński, który 
pisząc o rzekomej zasadzce krzyżackiej na rycerstwo polskie 
0 milę od Koronowa zbytnio  — j a k się wydaje — popuścił 
wodze swojej fantazji, ale literat, Henryk Sienkiewicz, 
który okazał się, w tym miejscu, bardziej wnikliwym 

1 wiernym faktom czytelnikiem oraz interpretatorem kroni­
karskiej relacji Długosza. 

„Aż wreszcie — pisze w swej noweli o bitwie pod 

Koronowem Sienkiewicz — opadli swego wodza co naj­
przedniejsi rycerze niemieccy i poczęli mu gorzkimi słowy 
przyganiać, że hańbi ich i gubi i że nie po to z dalekich 
krajów przybyli, aby przed Polakami uciekać, jeno dlatego, 
by w równym boju się z nimi potykać i sławę, choćby za 
cenę życia, pozyskać. 

background image

141 

Więc Kochmeister widząc, że na nic dalsza ucieczka i że 

łucznicy królewscy bez bitwy mu wojsko wytracą, zatrzymał 
się we wsi Łącko i stanąwszy na wysokim wzgórzu 
postanowił stawić czoło Polakom. Lecz owi, widząc przed 
sobą stromą wyniosłość, a pewni już, że im się nieprzyjaciel 
nie wymknie, obeszli ją dookoła i zajechawszy od strony 
najmniej pochyłej, poczęli z wielką radością ustawiać się 
do walnej rozprawy"

4 8

Powyższą, literacką wizję Henryka Sienkiewicza po­

twierdza w sposób jednoznaczny Zdzisław Spieralski, gdy 
w swoim opracowaniu naukowym na temat bitwy pod 
Koronowem pisze, co następuje: 

„Ścigano tak Krzyżaków przez całą milę, aż w pobliże 

wsi Łask, stanowiącej własność koronowskiego klasztoru. 
Tutaj Krzyżacy zatrzymali się, postanawiając stawić czoło 
ścigającym ich Polakom. W tym celu stanęli w szyku 
bojowym na jednym ze wzgórz, górującym nad pozostałymi, 
pokładając nadzieję zwycięstwa w jego korzystnym poło­
żeniu. [...] Z relacji Długosza wynika, że zajmowane przez 
Krzyżaków wzgórze było z jednej strony strome i niedo­
stępne. Dlatego rycerstwo polskie zboczyło z prostej drogi 
wiodącej na owe wzgórze i zajechawszy na nie z boku, 
rozwinęło się naprzeciwko nieprzyjaciela"

4 9

Zarówno u Długosza, jak i u Sienkiewicza, a także 

u Spieralskiego nie ma ani słowa o rzekomej zasadzce 
krzyżackiej na rycerstwo polskie w odległości mili (tj. ok. 

10 km) od Koronowa, jest za to wyraźnie mowa o polskim 

lub polsko-tatarskim pościgu za cofającym się w pośpiechu 
wrogiem i o tym, że wódz armii zakonnej, Kiichmeister, 

48

 H.  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, op. cit., 

s. 56. 

49

 Z. S p i e r a 1 s k i, Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s.  6 4 - 6 5 . 

background image

142 

zdecydował się na przyjęcie bitwy dopiero wtedy, gdy 
zrozumiał, że oderwanie się od nieprzyjaciela nie jest dla 

jego ciężkozbrojnej konnicy możliwe. Być może uczynił to 

także  — j a k to sugeruje w swej noweli Sienkiewicz — pod 
naciskiem najznaczniejszych rycerzy cudzoziemskich ze 
swojej armii, którzy domagali się od swego wodza wydania 
wrogom honorowej bitwy, zanim Polacy i Tatarzy wytracą 
ich do nogi w tym coraz bardziej chaotycznym i niegodnym 
czci europejskiego, chrześcijańskiego rycerstwa odwrocie, 
który lada chwila — ich zdaniem — mógł zakończyć się 
sromotną klęską dla Krzyżaków. Wójt Nowej Marchii 

wybrał więc naprędce miejsce wyniosłe i niedostępne, 
które dawało mu realną szansę rozwinięcia swoich wojsk 
i stoczenia walnej bitwy ze ścigającym go nieprzyjacielem. 
Liczył zapewne na przewagę liczebną swoich wojsk nad 
przeciwnikiem. Jednakże Polacy, z pewnością znacznie 
lepiej niż Krzyżacy orientujący się w topografii okolicznego 
terenu, ominęli tę wyniosłość, zaszli nieprzyjaciela od 
strony mniej dla niego dogodnej i tam dopiero uszykowali 
się do bitwy. Nie była to zatem żadna, zawczasu przygoto­
wana, krzyżacka zasadzka na Polaków, ale raczej bitwa 
obronna, obliczona na zniszczenie ścigającego i dotkliwie 
nękającego rycerzy zakonnych przeciwnika. A więc powy­
żej przedstawiona teoria prof. S. M. Kuczyńskiego jest 
błędna, gdyż nie znajduje potwierdzenia w faktach opisa­
nych przez Długosza, który jako jedyny dziejopis przed­

stawił przebieg bitwy pod Koronowem. 

Pozostaje nam jeszcze, zanim przejdziemy do omawiania 

i analizy przebiegu właściwej bitwy pod Koronowem, 
ustalić, gdzie mniej więcej się ona odbyła. Nie jest to 
bynajmniej łatwe. Długosz podaje, iż Polacy gonili wojska 
krzyżackie na przestrzeni mili od Koronowa, zanim doszło 
do właściwego starcia obu konnych armii

5 0

. W czasach 

Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 263. 

background image

143 

Długosza (XV w.) miła była to odległość mniej więcej 10 
kilometrów. Nic zatem dziwnego, iż pozostawiona w mias­
teczku Koronowie polska piechota nie mogła przyjść na 
czas ze skuteczną pomocą własnej jeździe rycerskiej, która 
zapędziła się aż na taką odległość za odstępującym w naj­
większym pośpiechu wrogiem. Krzyżacy musieli wycofy­
wać się tam, skąd przyszli, tj. w kierunku Tucholi, a więc 
na północny zachód od Koronowa. Zdzisław Spieralski, po 
dokładnym porównaniu informacji podanych przez Długo­
sza ze współczesnymi mapami oraz ukształtowaniem terenu 
do 20 km na północ i północny zachód od Koronowa, 
znalazł wzgórze lub grupę wzgórz, które zdają się od­
powiadać szczegółom opisanym przez naszego kronikarza

5 1

Wieś, na polach której odbyła się właściwa bitwa pod 
Koronowem, nosi obecnie — zdaniem Z. Spieralskiego 
— nazwę Łasko Wielkie lub Wilcze (co do tego, gdzie 
dokładnie doszło do samej bitwy, nie ma dziś zgodności 
wśród historyków, ponieważ nigdy nie prowadzono tam 
poważniejszych badań archeologicznych)

5 2

. Jakkolwiek by 

nie było, pole bitwy jest oddalone od obecnych granic 
miasta Koronowa o ok. 11 km na północny zachód i leży 
gdzieś pomiędzy wyżej wymienionymi wsiami. 

Wyjaśniwszy już wszystkie kwestie dyskusyjne, doty­

czące tego, co wydarzyło się tuż przed bitwą pod Korono­
wem, przejdźmy teraz do opisu i analizy samej bitwy. 
Oddajmy zatem ponownie głos Janowi Długoszowi: 

„W jednym i drugim wojsku były oddziały, które 

wydawały się nie do pogardzenia, zarówno jeśli idzie 
o liczbę i pochodzenie ludzi, jak i o praktykę w rzemiośle 

5 1

 Na ten temat patrz szerzej: Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Korono­

wem..., op. cit., s. 65. 

52

 Tamże. Na ten temat patrz również: S. M. K u c z y ń s k i. Pogranicze 

kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie z Zakonem, op. cit., s. 72 oraz 
8 0 - 8 1 . 

background image

144 

wojennym i te z największą odwagą podejmowały walkę. 
Zanim jednak doszło do starcia, rycerz króla węgierskiego 
Zygmunta, Ślązak Konrad Nyempcz wystąpił przed szeregi 
wzywając z własnej inicjatywy do pojedynku. Pokonany, 
zrzucony z konia i stratowany przez rycerza polskiego Jana 
Szczyckiego herbu Doliwa, który podjął się tego zadania, 
wskazał, jak potoczy się los obydwu wojsk. 

Potem szyki ścierają się z potężnym okrzykiem wznie­

sionym przez jedną i drugą stronę. Obydwie wytrwale 
wytrzymują atak i walczą bardzo dzielnie. Jedno i drugie 
wojsko walczyło przez jakiś czas z jednakową odwagą 
i zawziętością godną Marsa. Przez pewien czas wynik 
zmagań był niepewny, ponieważ poziom walki wyrównywał 
po obydwu stronach rodzaj wojska, które dorównywało sobie 
uzbrojeniem, prawością i doświadczeniem. Każdy bowiem 
atakując przeciwnika ze swego stanowiska walczył bez 
wytchnienia. Wśród najzawziętszej zatem walki między 
obydwoma wojskami, kiedy żadna strona nie ustępowała, ani 
się nie wycofywała, ogromnym wysiłkiem i bojem obydwie 
strony tak się zmęczyły, że nastąpiło jakby zgodne z umową 
przerwanie zmagań. Jedno i drugie wojsko ogłasza zatem, 
by przez jakiś czas przestrzegano zawieszenia broni. 
Ponieważ obydwa wojska wyraziły na nie zgodę, rycerze 

rozchodzą się, a wytarłszy pot oddychają w czasie przerwy 
i wspominają niektóre czyny i posunięcia wojskowe, jakby 
poruszeni zażyłymi stosunkami i chęcią rozmowy.
 Po 
odpoczynku i pewnej przerwie, odwoławszy zawieszenie 
broni, wojska porywają się na nowo do walki, ciągle z tą 
samą jak przedtem odwagą po obydwu stronach. Wielu też 
ludzi tu i tam pada lub dostaje się do niewoli. A kiedy 

jednych i drugich ogarnęło zmęczenie, a los nie wskazywał 
jeszcze, komu zapewni przewagę, obydwa wojska ogłosiły 

ponowne zawieszenie broni. 

Kiedy wyrażono na nie zgodę i wojska rozeszły się, 

najdzielniejsi wojownicy, korzystając z ponownego wy-

background image

145 

poczynku, ocierają z potu siebie i konie, opatrują rany, 
odpoczywają, rozmawiają, wymieniają jeńców, nawza­

j e m oddają zagarnięte przez jednych i drugich konie, 

dla których rozpoznania można było podejść do wojska 
wrogów. Posyłają sobie nawzajem wino dla ugaszenia 
pragnienia i usuwają z placu boju ludzi zrzuconych 
w walce z koni, cierpiących z powodu ran i nie mogących 
się podnieść, żeby ich nie deptano, tak, że nieświadom 
rzeczy mógł być przekonany, że to nie są wrogie, ale 
związane największą przyjaźnią oddziały"

5 3

Specjalnie pozwoliłem sobie podkreślić te ustępy w re­

lacji Długosza, które mówią o dwóch rozejmach podczas 
trwania bitwy pod Koronowem i o kurtuazji, zachowywanej 
przez obie walczące strony, wobec przeciwnika. S. M. 
Kuczyński oraz Z. Spieralski twierdzą, że było tak dlatego, 
iż rycerstwo po obu stronach przestrzegało zachodnio­
europejskiego, rycerskiego kodeksu honorowego i toczyło 
tę bitwę również na sposób zachodni, na poły turniejowy, 
gdzie stawali w szranki równi sobie zarówno w męstwie 
i bojowych umiejętnościach, jak i w obyczajach rycerskich 
przeciwnicy, którzy podziwiali i szanowali się nawzajem, 
choć — chwilowo — walczyli pod przeciwnymi sobie 
sztandarami

5 4

. Wynikało to zapewne z faktu, że w armii 

krzyżackiej, dowodzonej przez Michała Kuchmeistra, prze­
ważali nie rycerze zakonni, lecz właśnie rycerscy goście 
zakonu rodem z Europy Zachodniej, którzy — w przeci­
wieństwie do zakonnych rycerzy-rozbójników z Prus, Nowej 
Marchii i Inflant — wciąż jeszcze zachowywali prastare 
obyczaje rycerskie, nakazujące szacunek wobec przeciw­
nika, który walczy uczciwie

5 5

. Wypada jednakże w tym 

Polska Jana Długosza, op. cit., s. 263-264 . — Wszystkie podkreślenia 

w tekście pochodzą od autora. 

54

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 498 oraz 

Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 65-66. 

10 — Koronowo 1410 

background image

146 

miejscu podkreślić ze szczególną mocą, iż to, co wydarzyło 
się w przerwach między kolejnymi trzema starciami 
bitwy pod Koronowem (tj. dwa rozejmy, podczas trwania 
których strony walczące bratały się ze sobą, podziwiały 
męstwo przeciwników, a nawet świadczyły sobie na­

wzajem rozmaite, kurtuazyjne usługi oraz pomoc), rzadko 
znajduje porównanie nawet z najbardziej kurtuazyjnym 
zachowaniem rycerzy na średniowiecznych polach bitew 
Europy Zachodniej. 

Fenomen rozejmów w bitwie koronowskiej zafascynował 

nie tylko Jana Długosza. Kilkaset lat po nim Henryk 
Sienkiewicz pisał o tych, prawdziwie unikalnych w po­
wszechnej historii wojen i bitew, wydarzeniach z nie­
kłamanym podziwem: 

„Rozgorzała bitwa tak zapalczywa, jakiej nie pamiętano 

od początku wielkiej wojny. [...] Parły na się wzajem dwie 
ławy tak uporczywie, że w końcu uczynił się ścisk strasz­
liwy. W tym ścisku pomieszały się konie, tarcze, zbroje. Tu 
i ówdzie nie dość było miejsca na rozmach miecza lub 
toporu, więc chwytano się za ramiona, wbijano sobie 
w piersi i w gardła krótkie mizerykordie

5 6

, bito się ziarnkami 

i rękojeściami mieczów. Tysiące zaległy już pole; ochrypłe 
gardła zamilkły — lecz bój trwał ciągle, straszny jak 
płomień, ponury jak śmierć. 

Aż wreszcie zabrakło oddechu w piersiach ludziom 

i koniom. Bitwa poczęła mdleć, albowiem omdlały ręce 
i zdrętwiały ramiona. «Wówczas stało się — mówi kroni­
karz

5 7

 — że jakby za wzajemną zgodą przerwano bój i oba 

wojska wykrzyknęły, aby chwilowy uczynić rozejm». Jakoż 
za znakiem trąb rozjechały się wrogie zastępy na parę 

5 5

 Tamże. 

56

 Mizerykordia (z łac. miłosierdzie) był to krótki sztylet, który służył 

średniowiecznym rycerzom do dobijania pokonanych lub rannych wrogów. 

5 7

 Sienkiewicz oczywiście ma tu na myśli Długosza. 

background image

147 

stajań, każdy ku swoim wozom. Tam rycerze zsiadłszy 
z koni pozdejmowali potrzaskane zbroje i nastała chwila 
spoczynku. 

Lecz wkrótce całe ich gromady pośpieszyły z obu stron 

na pobojowisko, aby oglądać własne czyny i nieść ratunek 
swoim rannym.  T a m zbliżywszy się Niemcy i Polacy 
poczęli przypatrywać się sobie wzajem, potem podziwiać 
się, potem podchodzić jeszcze bliżej, aż nareszcie z jednej 
i z drugiej strony wyciągnęły się ku sobie, prawie mimo 
woli, drżące jeszcze z wysiłku prawice. 

— Cześć Niemce, waszemu męstwu! — huknęli polscy 

rycerze. 

— Cześć wam! — odpowiedzieli Niemcy. — Lwie 

serca biją wam w piersiach i nie znajdziecie równych 
w chrześcijaństwie. 

— Naleźliśmy równych, potykając się z wami. 
— Chwała wam! 
— Chwała i wam! 
Tak wysławiwszy się z obu stron, poczęli szukać rannych, 

zbierać ich, cucić i oddawać przyjaciołom i krewnym. 
A gdy pachołkowie odwieźli rannych i omdlałych do dwu 
obozowisk, rycerze pozostali jeszcze, by dalej świadczyć 
sobie usługi — i nuż poznawać się: «Tyś walczył ze mną!» 

— «Ja z tobą»..., nuż ściskać się, obwiązywać co lżejsze 
rany, ocierać jedni drugim pot i kurzawę. Posłano po konie 

zdobyczne, by oddać je sobie wzajemnie, a potem po jadło 
i wino. «Rzekłbyś — mówi kronikarz — dwa bratnie 
wojska się zeszły, które łączy przyjaźń i miłość...» 

Aż trąby przerwały nagle biesiadę dając znać, że rozejm 

skończony. Rycerze wymienili ostatnie uściski, po czym 
rozbiegli się ku wozom. Tam, gdy giermkowie podociągali 
im rzemienie na zbrojach i pozamykali im głowy w hełmy 
stalowe, siedli znów na koń i ruszyli do nowej bitwy. 
Bój rozgorzał tym razem jeszcze straszliwiej, albowiem 
każda strona usiłowała dowieść, że godna jest pochwał 

background image

148 

przeciwników. I trwała mordercza rzeź, póki znów nie 
zabrakło piersiom oddechu, ramionom siły, a po rzezi 
nastąpił drugi wypoczynek — i nowa schadzka na pobojo­
wisku, nowe okrzyki na cześć wzajemną, nowy ratunek 
i nowe dowody przyjaźni"

5 8

Nawet jeżeli założymy, iż Długosz, a za nim Sienkiewicz 

nieco przesadzają, gdy opisują dowody wzajemnej kurtuazji 
i rycerskości obu stron walczących ze sobą w bitwie pod 
Koronowem, to i tak mamy tu do czynienia z czymś tak 
niezwykłym, nawet na średniowiecznych polach bitewnych, 
że stało się to godne specjalnego odnotowania w dziele 
naszego kronikarza. Potwierdzają tę niezwykłość sytuacji 
w bitwie pod Koronowem również współcześni badacze

5 9

Nigdy już bowiem po Koronowie nie oglądano podobnej 
rycerskości na polach bitewnych Europy, a podobne do 
koronowskich rozejmów bitewnych, spontaniczne bratanie 
się ze sobą żołnierzy wrogich armii dane było oglądać 
zdumionym obserwatorom dopiero w XX w., na frontach 
pierwszej wojny światowej. 

Powróćmy jednak do relacji Długosza o ostatniej fazie 

bitwy koronowskiej: 

„Poniechawszy potem wypoczynku i przerwy, po raz 

trzeci podejmują walkę najdzielniej. Nie pamiętano innej 
zawziętszej bitwy dwu bardzo dobrych wojsk, w których 
— jak wiadomo — zgromadzili się biegli w rzemiośle 
wojennym weterani i z największym nakładem sił i starań 
zabiegali o zwycięstwo, dopóki nie zostali ranni lub nie 
dostali się do niewoli. Aż do trzeciego starcia był niepewny 
wynik walki obydwu wojsk, a bitwa przebiegała jednakowo 

58

 H.  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, op. cit, 

s. 57-58. 

59

 Patrz: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit, s. 

498 oraz Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 65-66. 

background image

149 

dla jednej i drugiej strony. Ale tymczasem rycerz królewski 
Jan Naszan z Ostrowiec z rodu Toporczyków zrzuca 
z konia chorążego z pierwszego szeregu wrogów i zdobyw­
szy chorągiew wroga zwija ją i przymocowuje do swego 

siodła. Zaraz też wojsko polskie zaczęło zyskiwać przewagę, 
a wojsko wrogów ogarnięte strachem po stracie chorągwi 
zaczęło słabnąć. Tedy rycerstwo polskie, zaatakowawszy 
ostrzej przerażonych i myślących o ucieczce wrogów, 
napiera na nich w krwawej walce, a kiedy poszczególne 
oddziały wrogów przeszły do odwrotu, za łaską Boga 
pokonuje całe wojsko nieprzyjacielskie dzięki temu, że 
strach bierze górę nad wstydem. A zdobywszy pełne 
zwycięstwo i kładąc pokotem wrogów wybiło ich, wzięło 
do niewoli lub zmusiło do ucieczki. Wróg bowiem cofnął 
się, a następnie, kiedy Polacy ostrzej natarli, zwrócił się do 
ucieczki. [...] Zwycięzcy ścigali też uciekających, ile im sił 
starczyło do ścigania i dłoni do zabijania. Wiadomo, że 
rzadko zdarzała się bitwa, która nabrałaby rozgłosu dzięki 
nader odważnym czynom, które zadecydowały o zgubie 
wrogów. Gdybyż można było rozciągnąć dzień na dłużej! 
Ale nadchodząca noc osłoniła uciekających, aby ich wszyst­
kich nie wzięto do niewoli. Rozbito, zmuszono do ucieczki 
i wycięto wrogów i tak wszędzie po polach znajdują się 
groby, a ludzie opiewają zwycięstwo. 

Wśród biegłych w sztuce wojennej ta bitwa i zwycięstwo 

odniesione z powodu wytrwałej i zawziętej walki z jednej 
i z drugiej strony uchodziło za znaczniejsze, sławniejsze 
i wspanialsze od wielkiej bitwy, stoczonej w tym roku 
w dzień Rozesłania Apostołów pod Grunwaldem. Walka 
bowiem była zawzięta, jeśli się weźmie pod uwagę 
liczbę walczących — tak uparcie bowiem jedno i drugie 
wojsko dążyło do zwycięstwa, jedni i drudzy byli je­
dnakowo gotowi umrzeć i spotkać śmierć raczej w czasie 
walki, niż podczas ucieczki. I słusznie. Obydwa bowiem 
wojska miały najświetniejszych rycerzy, wyćwiczonych 

background image

150 

w ustawicznych walkach, wytrwałych i odważnych. W ka­
żdej innej bitwie trudno było znaleźć takich, którzy by im 
dorównywali podobnym męstwem i by wszyscy do końca 
byli zapaleni do walki. Obydwa wojska miały po jednej 
tylko chorągwi. Wojsko królewskie miało jako chorągiew 
wyszyty na białej chuście podwójny krzyż ciemnoczer­
wony. Nosił ją rycerz Piotr z Rytra herbu Topór. Wojsko 
krzyżackie miało w herbie białe i czerwone pola, które 
stykały się ze sobą wzdłuż przekątnej

6 0

. Nosił chorągiew 

Henryk, z pochodzenia Francuz, schwytany w czasie 
ucieczki. [...] Rzadko za naszych czasów pamiętano tak 
sławną bitwę nawet między chrześcijanami i barbarzyń­
cami, w której by z taką dzielnością i taką wytrwałością 

walczący po obydwu stronach zabiegali o zwycięstwo. 
I chociaż wspomniane zwycięstwo pod Koronowem było 
w istocie mniejsze niż pod Grunwaldem, to jednak, jeśli się 
weźmie pod uwagę niebezpieczeństwo, zapał i wytrwałość 
w walce, zwycięstwo walczących tutaj należy stawiać 
wyżej od grunwaldzkiego"

6 1

Długosz, pisząc te słowa, ma bez wątpienia rację. Można 

nawet śmiało powiedzieć, że w piątek, 10 października 

1410 roku, na polach o milę od miasteczka Koronowo stał 

się prawdziwy cud. Można tak powiedzieć, ponieważ o ile 
na polach Grunwaldu wojska polsko-litewskie przeważały 
liczebnie nad armią wielkiego mistrza, o tyle na polach 
opodal Koronowa to Krzyżacy mieli co najmniej dwukrotną 
przewagę nad rycerstwem polskim, które walczyło bez 
wsparcia piechoty i artylerii, a mimo wszystko bitwa 

6 0

 Na temat kształtu, rozmiarów i barw chorągwi krzyżackiej, zdobytej 

przez rycerstwo polskie w bitwie pod Koronowem patrz szerzej: Polska 

Jana Długosza, op. cif., s. 280; Jan  D ł u g o s z , Banderia Prutenorum 
(Chorągwie Prusaków),
 wyd. K. Górski, Warszawa 1958, s.  2 4 6 - 2 4 8 oraz 
Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op.
 cif., s. 90-91. 

61

 Polska Jana Długosza, op. cif., s. 264-265. 

background image

151 

koronowska zakończyła się świetnym zwycięstwem Pola­
ków i sromotnym pogromem wojsk zakonnych

6 2

. Do 

polskiej niewoli dostało się wielu znakomitych jeńców, 
w tym sam wódz armii krzyżackiej, wójt Nowej Marchii 
Michał Küchmeister von Sternberg, rycerz i dworzanin 
króla węgierskiego Zygmunta Konrad Nyempcz, Konrad 
Elkinger, joannita Konrad z Truklszesz i wielu innych, 
znakomitych rycerzy śląskich, czeskich, węgierskich i nie­

mieckich, których wymienia w swoim dziele Długosz

6 3

Dokładna ilość poległych po obu stronach nie jest dziś 
możliwa do ustalenia

6 4

, ale jaka by ona w rzeczywistości 

nie była, zwycięstwo polskie było druzgocące, a kolejna 

— i ostatnia już w tej wojnie — wielka ofensywa 

krzyżacka na ziemie polskie została udaremniona

6 5

. Krzy­

żacy z Nowej Marchii i posiłkujący ich krzyżowcy 
z Europy Zachodniej zostali starci przez dużo mniejszą 
ilość rycerzy polskich w proch i pył. To była dla 
zakonu krzyżackiego kompromitacja. Nic dziwnego, że 
Długosz pisze o sytuacji, jaka wytworzyła się po bitwie 
pod Koronowem, następujące słowa: 

62

 Patrz: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cii., 

s. 499. 

Polska Jana Długosza, op. cit., s. 265. 

6 4

 Z.  S p i e r a l s k i w Bitwie pod Koronowem..., op. cit., s. 66-67 oraz 

7 6 - 7 7 szacuje, że jeżeli armia krzyżacka liczyła w bitwie pod Koronowem 
od 3500 do 4000 rycerzy, a z tego Polacy wzięli do niewoli około 300 

jeńców, to większość z rycerzy zakonnych i krzyżowców z Europy 

Zachodniej musiała lec na polu bitwy. Nie należy tu jednakże dawać 
wiary grubo przesadzonej relacji Długosza, jakoby w bitwie pod Korono­
wem zginęło aż 8000 rycerzy niemieckich. Patrz: Polska Jana Długosza, 
op. cit.,
 s. 264. Z. Spieralski oblicza, że w starciu pod Koronowem mogło 
zginąć co najwyżej 800 rycerzy niemieckich, a najwyżej 300 z nich 
dostało się do polskiej niewoli. Strat polskich w tej bitwie dziś ustalić 
niepodobna, ponieważ Długosz nic o nich nie pisze, a i źródła niepolskie 
(tj. krzyżackie, niemieckie, czeskie i węgierskie) milczą na ten temat. 

65

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s.  4 9 8 - 4 9 9 

oraz Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 67. 

background image

152 

„Ta bitwa starła w końcu i przytłumiła pychę Krzyżaków, 

ponieważ wśród ich własnych rycerzy i mieszczan podnosiły 
się przeciw nim szemrania, że prowadzą niegodziwą wojnę 
wbrew zawartemu układowi i że nie będą się cieszyć żadną 
pomyślnością, jeżeli nie zwrócą Królestwu Polskiemu ziem 
i majątków, które zabrali. Wielkość i rozgłos tego zwycięs­
twa można najlepiej ocenić po tym, że po wspomnianej 
bitwie Krzyżacy i ich dowódcy przez wiele lat nie odważyli 
się nigdy podjąć otwartej walki z Polakami lub wszcząć 
wojny, poprzestając jedynie na drobnych utarczkach"

6 6

Faktem jest, że od czasu wielkiej wojny Krzyżacy 

wyraźnie unikali jakichkolwiek działań ofensywnych na 
większą skalę przeciwko Polsce i Litwie, a zwłaszcza 
walnych bitew w polu

6 7

. Od tej pory w zasadzie ograniczali 

się już tylko do coraz bardziej rozpaczliwej obrony włas­
nego terytorium w oparciu o warowne zamki i miasta, co 
najwyżej, coraz rzadziej, pustosząc niewielkimi siłami 
polskie lub litewskie pogranicze. Krwawe lekcje grunwal­
dzka i koronowska podziałały na zakonnych panów pruskich 
paraliżująco i uświadomiły im jak najdobitniej konieczność 
rezygnacji na bardzo długo lub nawet na zawsze z agresyw­
nego sposobu układania stosunków z sąsiadami. 

Powyżej przytoczony opis bitwy koronowskiej autorstwa 

Długosza, aczkolwiek bardzo dramatyczny i plastyczny, 
wymaga jednakże profesjonalnego, historycznego uzupeł­
nienia, tj. próby rekonstrukcji, bez której obraz tej batalii 
byłby bez wątpienia niepełny. Współczesny historyk Zdzi­
sław Spieralski, wielokrotnie tu przywoływany, w ten 
sposób rekonstruuje i ocenia bitwę pod Koronowem oraz 

jej doniosłe znaczenie w tej wojnie: 

66

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 267. 

67

 Jedynym wyjątkiem, potwierdzającym tę regutę, była bitwa pod 

Chojnicami (stoczona 18 IX 1454 r.), w której Krzyżacy pokonali wojska 
polskie, dowodzone przez króla Kazimierza Jagiellończyka. 

background image

153 

„O przebiegu samej bitwy Długosz dostarczył nam 

niewiele informacji. Relacja jego zawiera wprawdzie 
sporo szczegółów, ale są to szczegóły o charakterze 
anegdotycznym, a więc nie takie, których potrzebuje 
historyk, aby móc odtworzyć przebieg bitwy. Jednakże 

jest to jedyne źródło dla bitwy koronowskiej i na nim 

musimy oprzeć swoje rozważania, z konieczności ogól­
nikowe i hipotetyczne. 

W przeciwieństwie do bitwy pod Grunwaldem bitwa 

koronowska nie reprezentuje żadnego nowatorstwa, nie 
stanowi zapowiedzi nowych form sztuki wojennej. Jest to 
typowa bitwa średniowieczna, na którą składa się suma 
indywidualnych pojedynków rycerskich, a obie armie 
walczą w szyku zwanym w płot (en haye). Poszczególni 
rycerze stawali obok siebie na podobieństwo kołków 
w płocie, w odstępach równych mniej więcej długości 
kopii. Tak uformowana linia rycerzy, za którymi znajdowali 
się ich giermkowie, zbliżała się stępa lub truchtem do 
analogicznie uszykowanej i postępującej naprzód linii 
przeciwnika. Nie wszyscy rycerze przeważającej liczebnie 
strony — a pod Koronowem byli to Krzyżacy — znaleźli 
od razu partnera do stoczenia rycerskiego pojedynku. 
Niejeden musiał czekać do chwili, aż ciężko zraniony lub 
poległy towarzysz pozwolił mu zastąpić go w starciu ze 
zwycięskim przeciwnikiem. Tak zapewne wyglądało opi­
sywane przez Długosza starcie pod Koronowem, w którym 
obie strony przestrzegały zwyczajów turniejowych. Tylko 
w tym wypadku staje się zrozumiałe dwukrotne przerwanie 
walki dla uzgodnionego odpoczynku, w czasie którego 
zbierano rannych, uprzątano trupy, wymieniano jeńców 
i konie, częstowano się nawzajem winem. Być może 
obecność w armii Kuchmeistra wielu rycerzy z terenów 
Rzeszy Niemieckiej, gdzie przywiązanie do zwyczajów 
rycerskich było silniejsze niż w wojsku zakonnym, zadecy­
dowała o takim właśnie charakterze bitwy koronowskiej. 

background image

154 

Obraz bitwy zmienił się radykalnie, gdy rycerz polski, 

Jan Naszan z Ostrowic, zwalił z konia nieprzyjacielskiego 
chorążego i zawładnął chorągwią krzyżacką. Fakt ten 
załamał morale przeciwnika, który zabrał się do pośpiesznej 
ucieczki. Wówczas Polacy rzucili się w pościg. Teraz nie 

było już mowy o rycerskich pojedynkach. Do głosu doszli 
przede wszystkim konni łucznicy i lżej zbrojni jeźdźcy 

[czyżby znowu Tatarzy? — przyp. aut

6S

).

 Zapewne w tym 

pościgu poległo najwięcej żołnierzy z armii Klichmeistra. 

[...] Decydujące znaczenie posiadał [...] fakt, że pod 
Koronowem rozbita została jedna z trzech armii krzyżac­

kich, co pociągnęło za sobą załamanie całego planu 
ofensywnego Zakonu.
 Strona polska zdołała uchwycić 
w swe ręce inicjatywę i utrzymać ją aż do 9 XII, kiedy to 
zawarto w Nieszawie rozejm. Do rokowań pokojowych, 
zakończonych traktatem w Toruniu 1 II 1411 r., przy­
stępowała Polska jako istotny w tej wojnie zwycięzca. 
W świetle owych wydarzeń znaczenie bitwy koronowskiej 

występuje tym wyraźniej"

6 9

Kolejnym ciosem dla krzyżackiej buty były wydarzenia, 

które nastąpiły zaraz po bitwie pod Koronowem. Rycerstwo 
polskie, po uroczystym pochowaniu swoich i krzyżackich 
poległych w klasztorze cystersów w Koronowie, ruszyło 
tryumfalnie do Bydgoszczy, gdzie rycerze polscy przez 
trzy dni świętowali tak wielkie zwycięstwo, dzieląc pomię­

dzy siebie jeńców i łupy, a następnie ruszyli do Inowroc­
ławia, ażeby przedstawić królowi znakomitych jeńców

7 0

Król Jagiełło, powiadomiony przez rycerza Zaklikę z Korz-

68

 Por. S. M. K u c z y ń s k i, Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej 

Wojnie z Zakonem, op. cif., s. 76. 

6 9

 Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 65-67. Na ten 

temat patrz również: S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. 
cit.,
 s. 498^199. 

70

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 265-267. 

background image

155 

kwi o odniesionym zwycięstwie, obdarzył zwiastuna dobrej 
nowiny wysoką nagrodą i nie posiadał się z radości

7 1

Wielkie niebezpieczeństwo dla Polski oraz dla jego osoby, 
którego tak bardzo się obawiał w ostatnich dniach, zostało 
bowiem, prawie cudem, ostatecznie zażegnane. Nie dziwota 
zatem, że król wyprawił w Inowrocławiu wspaniałe przy­

jęcie zarówno dla swoich rycerzy — zwycięzców i zbawców 

ojczyzny, jak i dla pokonanych wrogów z Europy Zachod­
niej, których podjął na swoim dworze nie jako jeńców, ale 

jako miłych gości. Oto jak opisuje to Długosz: 

„Potem we środę, w dzień św. Jadwigi [tj. 15 paździer­

nika — przyp. aut.], wojsko przybyło do króla do Inowroc­
ławia z mnóstwem koni i wozów. Za nim, jak za starożyt­
nymi bohaterami, posuwał się wielki zastęp jeńców, którzy 

jechali na sześćdziesięciu wozach przysłanych w tym celu 

przez króla, na koniach lub szli pieszo. A król Władysław, 
nakazawszy przygotować dla jeńców wspaniałą ucztę 
i opatrzyć starannie ich rany, wyznaczył pewnych rycerzy 
do usługiwania siedzącym przy stole jeńcom. Wreszcie do 
wszystkich swoich rannych żołnierzy król tej nocy osobiście, 
przy świetle świec przyszedł do miejsc, gdzie kwaterowali, 
żeby ich odwiedzić. Nikogo nie pominął, by go nie 
zaopatrzył w lekarstwa i nie podniósł na duchu słowami, 
tak że można było sądzić, że to człowiek prywatny, nie 
król i że jak człowiek prywatny nie zaniedbuje niczego, by 
pozyskać popularność. A wszystkich swoich rycerzy za ich 
dzielne czyny, jakimi się odznaczyli we wspomnianej 
walce, obdzielił z wielką hojnością królewskimi darami. 

Nadto tego samego dnia po skończonej uczcie król 

polski Władysław w długim przemówieniu w obecności 

jeńców dowodził, jak wielką, rzucającą się w oczy sprawied­

liwością i słusznością odznaczają się jego pretensje, a jaką 

71

 Tamże. 

background image

156 

niegodziwością i niesprawiedliwością są przepełnione spra­
wy krzyżackie. Kiedy im potem zarzucił, że nie postąpili 
słusznie, że chwycili za broń w niesłusznej sprawie, 
otrzymał od jeńców odpowiedź, że gdyby mieli możność 
poznania niegodziwości Zakonu i słuszności sprawy króla, 
nigdy by się byli nie przyłączyli do tej nieszczęsnej wojny 
i nie chwycili za broń przeciw królowi w obronie Zakonu. 

W czwartek, nazajutrz po św. Jadwidze [16 października 

— P

r

zyp- aut.],

 po spisaniu imion, stanowisk i godności 

jeńców król polski Władysław [...] kierując się zbożną 

łagodnością, odesłał wszystkich jeńców z wyjątkiem tylko 

wójta Nowej Marchii Michała Kuchmeistra, którego przesłał 
w więzach do zamku Chęcin"

7 2

Król Jagiełło, nie na darmo zwany był przez swoich 

wrogów, Krzyżaków, „chytrym Litwinem". Jego praw­
dziwie rycerski gest wobec zagranicznych jeńców w Ino­
wrocławiu był w istocie przemyślną grą polityczną dla 
pozyskania opinii dworów europejskich przeciw Malbor­
kowi i antyjagiellońskiej propagandzie zakonnych panów 
pruskich. Przywołajmy tu wyjątkowo celną opinię prof. 

Kuczyńskiego na ten temat: 

„Ten rycerski gest wobec uwięzionych był zapewne 

głęboko przemyślaną polityką. Król zamierzył jeńców użyć 
do propagandy słuszności swej sprawy i świadomie starał się 
ich pozyskać. Jednakże z tego pełnego kurtuazji obejścia biło 
i zadowolenie z przebiegu wypadków, gdyż łatwiej jest 
okazywać łaskę jako zwycięzca, niż zabiegać o względy 
czyjeś  — j a k o pokonany. Prócz tego znakomitym porówna­
niem obyczajów i kultury było zachowanie się tego rzekomo 

«półdzikiego» Litwina [...] oraz stosunek Polaków do jeńców 

7 2

 Tamże, s. 266. Na ten temat patrz również: S. M.  K u c z y ń s k i , 

Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s.  4 9 9 - 5 0 0 oraz Z.  S p i e r a l s k i , 

Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 67 oraz 88-89. 

background image

157 

zakonnych, a zachowanie się przedstawicieli «cywilizacji» 
zachodniej: «poboznych» mnichów krzyżackich wobec jeń­
ców polskich czy litewskich, których niejednokrotnie mor­
dowano i wtrącano do lochów, zapewniwszy im uprzednio 
uroczyście, jak w Elblągu, wolny odmarsz do kraju. 

Po skończonej wieczerzy, tegoż dnia jeszcze, król 

rozmawiał długo z jeńcami wojennymi i tłumaczył im 
słuszność sprawy Polski i Litwy, a wykazywał niesłuszność 
stanowiska krzyżackiego. Musiał znaleźć zrozumienie, bo 
gdy zarzucił w końcu gościom zakonnym, «że w tak złej 
sprawie pomagali Krzyzakom», na to jeńcy odpowiedzieli 
mu, «że gdyby znali byli te niesprawiedliwe postępki 
Zakonu, a słuszność sprawy królewskiej, nigdy by nie 
podnieśli byli oręża do prowadzenia tak bezbożnej wojny». 

Następnego dnia, 16 października, gdy dokonano spisu 

jeńców, król wypuścił wszystkich na wolność, z wyjątkiem 

wójta Nowej Marchii, którego odesłał do zamku chę­
cińskiego. 

Postępowanie królewskie wywarło wielkie wrażenie 

na jeńcach. Rozeszły się po świecie życzliwe dla króla 
opinie, a nadto coraz więcej osób w otoczeniu Henryka 
von Plauen zaczęło mówić o konieczności zawarcia 
pokoju z Polską. Goście Zakonu jęli wykazywać coraz 
mniej chęci do walki, co wreszcie wywarło wpływ 
i na decyzję władz krzyżackich"

7 3

Podsumowując nasze rozważania musimy stwierdzić, że 

bitwa pod Koronowem ugruntowała polsko-litewską prze­
wagę militarną nad Krzyżakami, uzyskaną po bitwie pod 
Grunwaldem. Wielka, jesienna kontrofensywa krzyżacka 
z Nowej Marchii na Kujawy i Wielkopolskę, która w zamyś­
le przywódców zakonu z Henrykiem von Plauenem na 
czele, miała odmienić losy wielkiej wojny i rzucić chwilowo 

73

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 500-501. 

background image

158 

prawie bezbronną Polskę na kolana, niemal cudem za­
łamała się na polach o milę od Koronowa. Dokonali 
tego cudu najznakomitsi rycerze polscy, których imiona 
z dumą wymienia w swojej kronice Jan Długosz

7 4

a których szczęśliwy król Jagiełło szczodrze za to wielkie 
zwycięstwo wynagrodził

7 5

Jedynym sukcesem jesiennej ofensywy wojsk Kuchmei-

stra na Polskę stało się odzyskanie zamku tucholskiego 
z rąk polskiej załogi, kiedy to ta część armii krzyżackiej, 
która nie poszła na Koronowo, zdołała nazajutrz po klęsce 
swoich konfratrów (tj. 11 października) podstępnie wmówić 
Januszowi Brzozogłowemu i całej polskiej załodze zamku 
tucholskiego, że pod Koronowem armia zakonna rozgromiła 
wojsko polskie, a zatem nie ma co spodziewać się odsieczy. 
Na dowód swoich słów Krzyżacy pokazali z daleka polskim 
obrońcom zamku rzekomych polskich jeńców z Koronowa. 
Polski komendant i jego ludzie dali się temu zwieść 
i zwątpiwszy w sens dalszej obrony, skapitulowali. Krzy­
żacy tym razem byli wyjątkowo łagodni i ugodowi wobec 
kapitulujących wrogów — pozwolili im mianowicie odejść 
wolno i w pełnym uzbrojeniu do kraju. Dopiero gdy 
niedługo później obrońcy Tucholi przybyli do Inowrocławia 

i tam nareszcie dowiedzieli się, kto kogo naprawdę roz­
gromił w bitwie pod Koronowem, wpadli w przerażenie, 
rozpaczali i było im wstyd, że tak łatwo dali się podejść 
nieprzyjacielowi i oddali twierdzę, którą mogli z łatwością 
utrzymać w swoich rękach i doczekać pewnej po wiktorii 
koronowskiej odsieczy

7 6

. Sam Janusz Brzozogłowy, jak to 

opisuje Długosz: „[...] kiedy się dowiedział, że wojsko 
królewskie odniosło wspaniałe zwycięstwo nad wrogami 
i że wrogowie podstępnie go podeszli, wybuchnąwszy 

74

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 266-267. 

7 5

 Tamże, s. 266. Na ten temat patrz również: S. M.  K u c z y ń s k i , 

Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 501 . 

76

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 267-268. 

background image

159 

płaczem, rwąc rękoma gwałtownie włosy z głowy, za­
wstydzony bolał ciężko, że jako mąż skądinąd doświad­
czony w wojnach i znający się na rzemiośle rycerskim dał 
się podejść ohydnym podstępem i w krzywdzący sposób 
pozbawić się podstępnie najsilniejszego grodu, on, którego 
los, w całym jego wcześniejszym i późniejszym życiu nie 
naraził nigdy na tak ohydne i haniebne potknięcie, los, 
który mu przynosił bardzo wiele pomyślności"

7 7

. Utrata 

zamku tucholskiego, aczkolwiek bolesna, nie była jednakże 
dla Polaków aż tak wielką porażką, jaką dla strony 
krzyżackiej bez wątpienia była klęska i kompromitacja 
w bitwie pod Koronowem

7 8

. W tej jednej z ostatnich, 

prawdziwie rycerskich bitew europejskiego średniowiecza, 
0 połowę słabsze liczebnie od Krzyżaków hufce polskie 
rozgromiły w puch silniejszego wroga, uniemożliwiając 
mu rozwinięcie na większą skalę działań ofensywnych 
przeciwko Polsce. A łaskawe przyjęcie i prawdziwie 
rycerskie potraktowanie cudzoziemskich jeńców przez króla 
Władysława Jagiełłę w Inowrocławiu oraz przekonanie ich 
do słuszności sprawy polskiej w tej wojnie, a potem 
puszczenie ich wolno, ostatecznie podkopało autorytet 
zakonu krzyżackiego na większości dworów europejskich. 
Od tej pory osamotnieni wodzowie krzyżaccy, Henryk von 
Plauen i posiłkujący go Bern von Hevelmann, mogli liczyć 

już tylko na własne, bardzo szczupłe i z upływem czasu 

coraz bardziej jeszcze topniejące i rozprzęgające się siły 
zbrojne w Prusach i w Inflantach, podczas gdy w tym 
samym czasie król polski Władysław Jagiełło, wraz ze 
wszystkimi swoimi sojusznikami na Litwie, Rusi i Mazow­
szu, po chwilowym zaskoczeniu i załamaniu, ochłonął 
1 energicznie zbierał siły do generalnego kontruderzenia

7 9

77

 Tamże, s. 268. 

78

 Por. Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem..., op. cit., s. 67. 

7 9

 Ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cit., s. 506-508. 

background image

KU PIERWSZEMU POKOJOWI TORUŃSKIEMU 

Od polskiego zwycięstwa pod Koronowem przebieg wojny 
z Krzyżakami przybrał znów kierunek korzystny dla strony 
polsko-litewskiej. Krzyżacy pruscy razem z posiłkami 
inflanckimi i z wydatną pomocą części wiernych sobie 
obywateli Prus zdołali, co prawda, w ostatnich dniach 
września i pierwszych dniach października 1410 roku 
zaskoczyć załogi polsko-litewskie i odzyskać (podstępem 
lub siłą) większość swoich dawnych zamków i miast, które 
po Grunwaldzie uznały nad sobą zwierzchność króla 
polskiego. Jednakże okres krzyżackich sukcesów był wyjąt­
kowo krótki — trwał tylko od 24 września (podstępne 
opanowanie przez pruskich stronników Krzyżaków zamku 
w Działdowie) do 10 października (bitwa pod Koronowem), 
czyli 16 dni, lub ewentualnie do 11 października (kiedy to 

Krzyżacy podstępem i oszustwem wymusili na polskiej 
załodze kapitulację zamku w Tucholi), czyli 17 dni. 
Dodajmy, że cały impet krzyżackiej kontrofensywy załamał 
się ostatecznie właśnie w bitwie pod Koronowem i był to 
faktyczny kres możliwości ofensywnych zakonu niemiec­
kiego przeciwko Polsce i Litwie. Zakon nie miał już po 
prostu kim walczyć. Pieniędzy na nowe zaciągi w skarbie 
krzyżackim brakło. A poza tym z dnia na dzień stawało się 

background image

161 

jasne, że po krwawej lekcji koronowskiej i szczwanym 

polskim zabiegu propagandowym wobec cudzoziemskich 

jeńców w Inowrocławiu na jakąkolwiek pomoc militarną czy 

dyplomatyczną z krajów Europy Zachodniej dla zakonu 
krzyżackiego nad Bałtykiem realnie nie ma co liczyć. Król 
węgierski Zygmunt Luksemburczyk, co prawda, wciąż 

jeszcze oficjalnie popierał zakon w wojnie z koalicją 
jagiellońską, ale były to — jak dotychczas — tylko słowa 

i puste gesty, nie zaś drugi front w Karpatach, na co 
najbardziej liczył Malbork. Poza tym wiecznie chciwy na 
krzyżackie złoto król Zygmunt bynajmniej nie wspierał 
zakonu za darmo. Zresztą po pogromie pod Koronowem, 
gdzie zginęła lub dostała się do niewoli większość znakomi­
tych rycerzy z dworu Luksemburczyka, było bardziej niż 
wątpliwe, czy zechce on nadal czynnie angażować się 
w przegranej już na pewno wojnie konających Krzyżaków 
z potęgą polsko-litewską. Wszystkie te względy skłaniały 
otoczenie von Plauena i von Hevelmanna do coraz usilniej-
szego nakłaniania swoich wodzów do jak najszybszego 
zakończenia wojny i rozpoczęcia rokowań pokojowych 
z Jagiełłą, Witoldem i ich sojusznikami. Dla wielu z dostojni­

ków krzyżackich było bowiem jasne, że sztaby króla 
polskiego i wielkiego księcia litewskiego gromadzą nowe siły 
i planują wspólne kontruderzenie na Prusy jeszcze tej zimy. 
A nieliczne, wykrwawione w długiej wojnie, zdemoralizowa­
ne wielkimi klęskami w bitwach grunwaldzkiej i koronow­
skiej oraz pozbawione pomocy z zewnątrz wojska zakonne 
z pewnością nie zdołają powstrzymać polsko-litewskiej 
inwazji i obronić Malborka po raz drugi w tak krótkim czasie. 

Krzyżacy prowadzili jeszcze, co prawda, działania wojen­

ne przeciwko Polsce i Litwie przez cały październik 
i listopad 1410 roku, ale były to już tylko bardzo ograni­
czone posunięcia, jak np. oblężenia tych zamków na 
terytorium Prus i Pomorza, w których broniły się jeszcze 
załogi polskie (tj. Radzynia Chełmińskiego, Brodnicy 

11 — Koronowo 1410 

background image

162 

i Torunia) lub dywersyjne wypady małymi oddziałami 
w celu pustoszenia polskiego pogranicza'. Dyscyplina 
w armii krzyżackiej rozprzęgała się gwałtownie. Mnożyły 
się dezercje, odmowy wykonywania rozkazów i mniej lub 
bardziej otwarte bunty przeciwko panom zakonnym

2

. Wkrót­

ce doszło do tego, iż jak na ten temat pisze prof. Kuczyński: 
„Według bowiem źródeł pruskich Zakon nie mógł liczyć 
ani na rycerzy-gości, ani na najemników, ani na własnych 
poddanych"

3

Na dodatek Polacy zadali wojskom krzyżackim dwie 

nowe, ciężkie klęski: pod Tucholą (5 listopada)

4

 oraz pod 

Golubiem (28 listopada)

5

, a niszczące zagony polskie 

niemal bezkarnie pustoszyły pogranicze krzyżackie, wzbu­
dzając trwogę

6

. Tymczasem w okolicach Nieszawy groma­

dziły się już nowe, liczne i silne oddziały polskie i litewskie, 
które szykowały się lada dzień ponownie wkroczyć do Pius

7

W tych warunkach wybrany oficjalnie 9 listopada 1410 

roku nowym wielkim mistrzem krzyżackim dotychczasowy, 
samozwańczy przywódca zakonu w Prusach Henryk von 
Plauen musiał rad nie rad układać się z królem polskim 
o rozejm, który ostatecznie zawarto 9 grudnia 1410 roku. 
Rozejm ów pozostawiał w ręku polskim wszystkie zamki 
pomorskie i pruskie, które zdołały się obronić przed 
wojskami krzyżackimi, a zatem Toruń, Radzyń Chełmiński, 
Brodnicę, Bytów i samą Nieszawę. Załogi tych zamków 

1

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 501-510. 

2

 Tamże, s. 502-504. 

3

 Tamże, s. 502. 

4

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 268-269. Patrz również: S. M. 

K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 501. 

5

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 274—275. S. M.  K u c z y ń s k i , 

Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 501 . 

6

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 274. S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka 

wojna z Zakonem..., op. cit., s. 506-507. 

7

 Na ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

Z Zakonem..., op. cit., s. 506-508. 

background image

163 

miały pełne prawo swobodnie poruszać się po całym 
terytorium państwa zakonnego, zaopatrywać w żywność, 
Krzyżacy zaś zobowiązywali się nie podejmować żadnych 
kroków nieprzyjacielskich ani oblężniczych przeciwko nim 
ani przeciwko polskim ziemiom, miastom i zamkom pograni­
cznym. Rozejm miał obowiązywać przez 4 tygodnie, począw­
szy od 14 grudnia 1410 roku aż do 11 stycznia 1411 roku. 
A treść tegoż układu rozejmowego wyraźnie wskazywała na 
to, iż strona polsko-litewska zawierała go z pozycji faktyczne­
go zwycięzcy. Krzyżacy, pomimo chwilowych sukcesów 
militarnych w Prusach i na Pomorzu wczesną jesienią 1410 
roku, ostatecznie udaremnionych przez Polaków w bitwie 
koronowskiej, byli już zimą 1410/1411 roku politycznymi 
i finansowymi bankrutami, odciętymi od jakiejkolwiek 
pomocy z zewnątrz, którzy bezdyskusyjnie przegrali wielką 
wojnę z koalicją jagiellońską

8

. Jednakże sukces Polski i Litwy 

w tej wojnie nie był pełny, bo nieprzyjaciel, chociaż bez 
wątpienia mocno wykrwawiony i poważnie osłabiony, utrzy­
mał w swoim ręku większość terytorium prusko-pomorskiego 
i wrogiem polski bynajmniej być nie przestał. Okazało się to 
najdobitniej nieomal już nazajutrz po zawarciu rozejmu 
w Nieszawie, gdy król Jagiełło spotkał się osobiście z nowym 
wielkim mistrzem zakonu niemieckiego Henrykiem von 
Plauenem w nadgranicznym polskim zamku Raciąż, a miało 
to miejsce — według ustaleń prof. Kuczyńskiego — między 

10 a 13 grudnia 1410 roku

9

. Oddajmy w tym miejscu głos 

Pawłowi Jasienicy oraz Janowi Długoszowi: 

„Von Plauen — pisze w swej Polsce Jagiellonów Paweł 

Jasienica — mógł już sobie pozwolić na szczerość". Oto 

jego słowa w wersji Długosza: 

„Zdarzały ci, Miłościwy Królu, nieba i sam los 

przychylny po trzykroć najszczęśliwszą porę, w której 
mogłeś zamek malborski z łatwością zdobyć i kraje 

8

 Tamże, s.  5 0 8 - 5 0 9 . 

9

 Tamże, s.  5 1 0 - 5 1 1 . 

background image

164 

zakonu krzyżackiego na zawsze opanować, ale nie 
umiałeś ze sposobności korzystać. Najpierw, kiedy po­
przednika mego, Ulryka, i wszystkie jego wojska poko­
nałeś i zniosłeś prawie do szczętu, bo gdybyś był zaraz 

nazajutrz kilka tylko chorągwi posłał pod zamek mal-
borski, byłby ci się poddał niezawodnie, małą bowiem 
i nader słabą miał załogę. Drugi raz po wzięciu miasta 
Malborka, gdybyś był niebawem uderzył na zamek, 
albowiem przez wyłom pomiędzy Wisłą a zamkiem 
zrobiony, którego w trwodze i zamieszaniu naprawić 
nie pośpieszyliśmy, mogło wojsko twoje wedrzeć się do 
zamku. A trzeci raz (...) gdybyś tylko do dni piętnastu 
przedłużył oblężenie, tak bowiem byliśmy ściśnieni 

niedostatkiem i głodem, że na wszystek lud strzegący 
zamku mieliśmy już tylko dwa barany i trzy połetki 
słoniny. Zabrakło przy tym chleba i z tej przyczyny 
panować poczęła biegunka. Zgoła nie mogliśmy już 
dłużej wytrzymać oblężenia, gdybyś ty przy nim chciał 
wytrwać'"". 

Odpowiedź Jagiełły była o wiele krótsza: „Nic nie 

może się stać bez woli Boga, który wszystkim opatrznie 
rządzi"

1 1

„Jeśli król miał rację — pisze dalej Jasienica — musimy 

przyjąć, że Opatrzność była z unii bardzo niezadowolona. 
Pomiędzy 15 lipca a 19 września 1410 roku zostały 

bowiem bezpowrotnie zaprzepaszczone nie wszystkie bynaj­
mniej, lecz szczytowe możliwości stworzone przez ten 
układ. Polska, pozbawiona krzyżackiego frontu i wydatnie 
rozszerzona, utworzyłaby potężną i zupełnie bezpieczną 
bazę wspólnego państwa. Tak się nie stało, ów front został 
wprawdzie osłabiony, lecz przetrwał, co w przyszłości 
rozstrzygnęło"

1 2

10

 Patrz: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 275-276. 

11

 Tamże, s. 276. 

12

 P.  J a s i e n i c a , Polska Jagiellonów, op. cit., s. 118-119. 

background image

165 

Nawet jeżeli, jak zakłada prof. Kuczyński, powyżej 

cytowana przez Jasienicę relacja Długosza o spotkaniu 
Jagiełły z von Plauenem nie jest dokładna i powyższej 
rozmowy między królem a wielkim mistrzem na zjeździe 
w Raciążu w ogóle nie było

1 3

, to i tak bezdyskusyjnym 

faktem jest, że Krzyżacy w Prusach i na Pomorzu, dzięki 
przedstawionym w tej książce rozlicznym błędom militar­

nym oraz politycznym polskiego monarchy, przetrwali 
najgorszy dla siebie okres po Grunwaldzie oraz podczas 

oblężenia Malborka i nadal byli groźnym przeciwnikiem 
dla Polski i Litwy. Król polski musiał sobie doskonale 
zdawać z tego sprawę i dlatego zapewne postawił Krzyża­
kowi twarde warunki, na jakich obie strony mogłyby 
zawrzeć trwały pokój. Oczywiście von Plauen je odrzucił, 

bo — pomimo katastrofalnej sytuacji swego zakonu, armii 
i państwa — nie zamierzał z niczego na rzecz Polski ani 
Litwy rezygnować ani tym bardziej na ciężkich dla siebie 
warunkach lub nawet zgoła bezwarunkowo kapitulować 
i wciąż liczył na odmianę losu. Rozmowy w Raciążu 
zakończyły się zatem fiaskiem i obie strony rozjechały się 
bez osiągnięcia jakiegokolwiek porozumienia'

4

Nie wszystko jednakże było jeszcze dla strony polsko-

-litewskiej w tej wojnie definitywnie zaprzepaszczone. 
Rozejm nieszawski z 9 grudnia 1410 roku było to 
bowiem tylko chwilowe zawieszenie broni, które jeszcze 
o przynależności Prus i Pomorza do którejkolwiek ze 
stron konfliktu wcale ostatecznie nie przesądzało. Wojna 
między unią jagiellońską a zakonem krzyżackim trwała 
bowiem nadal i wszystko zdawało się wskazywać na 
to, że kiedy ów rozejm się skończy i działania wojenne 
zostaną wznowione, zakon krzyżacki w Prusach czeka 
szybka, niechybna i już ostateczna klęska, po której 
całe terytorium państwa krzyżackiego nad Bałtykiem 

S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 511. 

14

 Tamże, s. 510-512. 

background image

166 

znajdzie się ostatecznie i nieodwołalnie pod panowaniem 
króla polskiego oraz wielkiego księcia litewskiego. Krzy­
żacy, pomimo kilkakrotnie ponawianych w tym czasie, 
rozpaczliwych apeli o pomoc do wszystkich dworów 
chrześcijańskiej Europy, nie uzyskali albowiem od nich 
absolutnie nic. Nowo wybrany cesarz Jost Luksemburczyk 
(brat równocześnie wybranego drugim cesarzem Zygmun­
ta, króla Węgier), wszyscy trzej ówcześnie urzędujący 
i wiecznie skłóceni ze sobą papieże

1 5

, a także królowie 

i książęta europejscy dali aż nadto wyraźnie do zro­
zumienia posłom krzyżackim, że los odległego, egzotycz­
nego i anachronicznego państewka zakonnego nad Bał­
tykiem jest im najzupełniej obojętny. Krzyżaccy emisariu­
sze nie uzyskali od nich ani jednego rycerza lub najemnego 
żołnierza, ani grosza i ani słowa o możliwości jakiejkol­
wiek akcji dyplomatycznej w obronie zakonu

1 6

. Co prawda, 

na rozkaz starego sojusznika Krzyżaków króla Zygmunta 
Luksemburskiego, stosunkowo nieliczne siły węgierskie, 
dowodzone przez wojewodę siedmiogrodzkiego Scibora ze 
Ściborzyc, dokonały (w grudniu 1410 roku lub w styczniu 

1411 roku) niewielkiego wypadu dywersyjnego zza Karpat 

na ziemię sądecką, ale niewiele tam zwojowawszy musiały 
spiesznie uchodzić do domu przed pogonią miejscowego, 
polskiego rycerstwa, któremu przewodził Jan ze Szczeko­
cin. Rycerze polscy dognali i zmasakrowali węgierskich 
najeźdźców pod Bardyowem, już na terytorium Węgier, 
czyniąc im tym samym krwawą poprawkę z masakry pod 
Koronowem, a następnie zaczęli sami najeżdżać i pusto­
szyć ogniem i mieczem północne pogranicze Węgier. Tak 
oto król węgierski i świeżo wybrany współcesarz w jednej 
osobie, Zygmunt Luksemburczyk, miał — tylko skutkiem 
swojej głupoty politycznej — już trzy fronty naraz do 

15

 Na ten temat patrz szerzej: F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za 

Jagiellonów, op. cit., s. 88-90. 

16

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 511-515. 

background image

167 

obrony: z Turkami na Bałkanach, z Wenecjanami w Dal­
macji i z Polakami w Karpatach i na Słowacji, a do tego 

jeszcze w najbliższej perspektywie trudną walkę dyp­

lomatyczną i — być może — także militarną z własnym 
bratem, dotychczasowym władcą Moraw, o tron cesarski 
w Niemczech. Nie dziwota zatem, że jak najprędzej 
wycofał się z czynnego wspomagania Krzyżaków przeciw­
ko Jagielle, mając dość własnych problemów, choć nadal 
po cichu zachęcał von Plauena do trwania w oporze 
i kontynuowania wojny z Polską i Litwą, gdyż to było mu, 
chwilowo, na rękę'

7

. Krzyżacy zatem zostali osamotnieni, 

bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz, naprzeciw potęż­
niejących z dnia na dzień wojsk Jagiełły i Witolda. W tych 
warunkach, jak ocenia prof. Kuczyński: „Otoczenie w. 
mistrza było dalszej wojnie przeciwne. Zawarcie pokoju 
doradzał również, przybyły już po zawarciu zawieszenia 
broni, mistrz inflancki, Konrad von Vietinghoff, o pokoju 
mówił wciąż mistrz niemiecki, Konrad von Egloffstein, 
i cała starszyzna Zakonu. Z opinią komturów Henryk von 
Plauen mógł się nie liczyć, choć w przyszłości kosztowało 
go to utratę wielkiego mistrzostwa

1 8

, ale rada obu mi­

strzów wyrażała opinię Zachodu, była głosem tych, którzy 
w pierwszym rzędzie troszczyli się o dobro Zakonu. Ich 
trzeba więc było brać pod uwagę. [...] Wielki mistrz 
wysłuchiwał tedy rad i nalegań gości, starszyzny i rycer­
stwa, wiedział, że mu sił brak, a wojsko i poddani gotowi 
są w każdej chwili porzucić jego sprawę, lecz z uporem 
ludzi twardych i ograniczonych, którzy nie znoszą myśli, 
że kto inny niż oni sami mógłby mieć rację, wciąż jeszcze 
zwlekał"

1 9

17

 Tamże, s. 515-518. 

18

 Henryk von Plauen został obalony i uwięziony na początku roku 

1414 przez Michała Kiichmeistra. Na ten temat patrz szerzej: M. B i s k u p 

i G.  L a b u d a , Dzieje Zakonu Krzyżackiego w Prusach..., op, cit., s. 370. 

" S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 514-515. 

background image

168 

Tymczasem rozejm polsko-krzyżacki, za zgodą obu stron, 

przedłużono do 14 stycznia 1411 roku. Krzyżacy wyraźnie 
pragnęli zyskać na czasie, a Polacy połączyć swe siły 
z nadciągającą resztą wojsk litewskich pod wodzą samego 
Witolda

2 0

. Po 14 stycznia wznowiono, na bardzo krótko, 

działania wojenne. Krzyżacy znów zaczęli po staremu 

pustoszyć polskie pogranicze, lecz śmiałe kontrzagony 
polsko-litewskie na terytorium zakonne, którym przewodził 
między innymi dzielny Janusz Brzozogłowy, szukający na 
wrogu pomsty za hańbę tucholską, rychło ostudziły krzyżac­
kie zapędy wojenne i rozejm przedłużono na nowo do 22 
stycznia, a potem do 26 stycznia

2 1

. W międzyczasie toczyły 

się już wstępne rokowania pokojowe między Polakami 
i Litwinami, reprezentowanymi przez wielkiego księcia 
Witolda oraz sześciu dostojników polskich i litewskich, 
a Krzyżakami reprezentowanymi przez mistrza krajowego 
Inflant, biskupa würzburskiego oraz krewniaka wielkiego 

mistrza — również o imieniu Henryk von Plauen. Rozmowy 
obu delegacji toczyły się na jednej z wysp wiślanych 
opodal Torunia. W tym czasie wielki mistrz zakonu, 
Henryk von Plauen, przebywał wraz ze swoim najbliższym 
otoczeniem oraz wojskiem w Toruniu, król Władysław 
Jagiełło zaś rozłożył się wraz z całym swoim wojskiem 
obozem w lesie opodal Raciąża

2 2

. Obie strony były gotowe 

do natychmiastowego wznowienia działań wojennych, 
gdyby owe rokowania się nie powiodły, jednakże to stronie 
krzyżackiej o wiele bardziej zależało na szybkim pokoju 
niż Polakom i Litwinom

2 3

. Dla unii jagiellońskiej bowiem 

20

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 276-277. 

21

 Na ten temat patrz szerzej: Polska Jana Długosza, op. cit., s. 

276-277 oraz S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., 
s. 518-522. 

22

 Polska Jana Długosza, op. cit., s. 276-277; S. M.  K u c z y ń s k i , 

Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 522. 

23

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 522. 

background image

169 

dalsza wojna mogła oznaczać tylko świetne i całkowite 
zwycięstwo w najbliższym czasie (do lata 1411 roku 
Jagiełło z Witoldem najprawdopodobniej opanowaliby 
z powrotem, i to niewielkim kosztem, całe Pomorze 
Gdańskie i Prusy już na trwałe i — co najważniejsze 
— nikt by im w tym nie przeszkodził. Dla Krzyżaków 
natomiast kontynuowanie wojny mogło oznaczać wówczas 
tylko zupełną klęskę i całkowitą zagładę. Wreszcie 1 lutego 

1411 roku zawarto pokój między Polską i Litwą a Krzyża­

kami, nazwany później przez historyków pierwszym poko­

j e m toruńskim

2 4

Oddajmy w tym momencie po raz ostatni głos naszemu 

znakomitemu kronikarzowi Janowi Długoszowi, który tak 
ocenia warunki, na jakich ów pokój zawarto: 

„Po wielu naradach w sprawie wieczystego pokoju 

prowadzonych tymczasem na wyspie toruńskiej przez 
doradców obydwu ze stron, dzięki staraniom wielkiego 
księcia Aleksandra [tj. Witolda — przyp. aut] pragnącego 

jedynie bardzo gorąco zjednoczenia swego księstwa litew­

skiego i odzyskania swej ziemi Żmudzi, której go pozbawili 
Krzyżacy, zawarto i zatwierdzono na piśmie pokój na 
warunkach niesprawiedliwych i niekorzystnych dla Króles­
twa Polskiego. Treść zaś głównych warunków była na­
stępująca: żeby król polski zwrócił mistrzowi i Zakonowi 
zdobyte na ziemiach pruskich prawem wojennym zamki 
i żeby z nich ustąpił oraz zwolnił i przywrócił całkowicie 
swobodę wszystkim jeńcom mistrza i Zakonu wziętym 
w jakiejkolwiek walce. Nadto, że mistrz i Zakon wypłacą 
królowi polskiemu Władysławowi i jego królestwu w trzech 
terminach [...] 100 tysięcy kóp szerokich groszy praskich, 
gdy król Władysław mógłby żądać za samych jeńców 
milion. Również, że ziemia żmudzka ma pozostać przy 

2 4

 Na temat postanowień pierwszego pokoju toruńskiego patrz szczegó­

łowo: S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 522-528. 

12 — Koronowo 1410 

background image

170 

Wielkim Księstwie Litewskim, a po śmierci króla polskiego 
Władysława i wielkiego księcia Litwy Aleksandra (Witolda) 
ma wrócić do mistrza pruskiego i Zakonu Krzyżackiego, 

jak o tym wszystkim mówi szerzej dokument dotyczący 

zawartego wówczas wieczystego układu. 

Sądzimy, że w czasie zawierania wówczas wspomnianego 

wieczystego pokoju, ani król Polski Władysław, ani wielki 
książę Litwy Witold, ani nikt inny nie odczuł krzywdy, 

jakiej doznało wówczas Królestwo Polskie przez oderwanie 
jego ziem, kiedy mogło nastąpić ich odzyskanie. Jedynie 

wspomniane królestwo bolało, że zostaje pozbawione 
należących do niego tytułem prawa naturalnego ziem, 
których sposobność odzyskania nadarzała się w czasie 
oblężenia zamku Malborka. Król zaś polski Władysław nie 
troszczył się zupełnie o odzyskanie ziem swojego Królestwa 
Polskiego, a mianowicie Pomorza, ziemi chełmińskiej 
i michałowskiej. Zaniedbał ich odzyskania, kiedy się po 
temu nadarzyła dogodna okazja w czasie oblegania zamku 
Malborka, a w obecnym układzie pokojowym pominął to, 
uznawszy razem z wielkim księciem Litwy Aleksandrem 
za rzecz wystarczającą, jeżeli Wielkie Księstwo Litewskie 
zostanie scalone, nawet z okrojeniem Królestwa Polskiego, 
0 które przede wszystkim winien był mieć staranie. Chociaż 
doradcy polscy zdawali sobie sprawę z ogromnego okrojenia 

Królestwa Polskiego, nie mieli jednak odwagi wysuwać 
przeciw niemu sprzeciwów, by nie urazić króla i księcia. 
A zatem wskutek nie mających żadnych podstaw decyzji 
zarówno króla, jak księcia i doradców, owo wspaniałe 
1 godne pamięci zwycięstwo pod Grunwaldem nie przynios­
ło Królestwu Polskiemu żadnej korzyści, obracając się 
w niwecz i stając się przedmiotem drwin, było natomiast 
wielce pożyteczne dla Księstwa Litewskiego"

2 5

Polska Jana Długosza, op. cit., s. 277-278. 

background image

171 

Trudno w tym miejscu nie zgodzić się z opinią Długosza, 

albowiem pierwszy pokój toruński z roku 1411 przekreślał 
wszystkie owoce zwycięstw militarnych: grunwaldzkiego, 
koronowskiego, tucholskiego i golubskiego, jakie Polacy 
i Litwini odnieśli w tej wojnie nad Krzyżakami. Sytuacja 
graniczna pomiędzy Polską i Litwą a państwem zakonu 
krzyżackiego w Prusach faktycznie powracała, na mocy tegoż 
porozumienia pokojowego, do stanu z roku 1409. Zakon 
niemiecki bowiem oddawał Polsce i Litwie tylko to, co i tak 
nie było jego oraz czego i tak nie zdołałby utrzymać w swoim 
ręku (tj. ziemię dobrzyńską i Żmudź — w tym tę ostatnią 
tylko czasowo, do śmierci Jagiełły i Witolda), sam zaś 
odzyskiwał wszystko to, co stracił po Grunwaldzie

2 6

. Był to 

kolejny dowód głupoty politycznej Jagiełły i Witolda, którzy 
mając śmiertelnego wroga zwyciężonego i śmiertelnie ranne­
go u swoich stóp, nie dobyli mizerykordii, aby go dobić, lecz 
pozwolili mu przeżyć — do dziś nie bardzo wiadomo 
dlaczego. Paweł Jasienica pisze o tym następująco: 

„Można oczywiście próbować podważać poglądy Długo­

sza i wielu z zapałem to czyni. Temperament trochę 
poniósł dziejopisarza wychowanego w tradycjach bitwy, 
w której uczestniczył jego ojciec. Nikt jednak nie zaprzeczy, 
iż kronikarz dał wyraz uczuciom nurtującym społeczeństwo 
polskie w XV wieku. Na pewno nie on jeden rozpaczał 
i rwał włosy z głowy. Grunwald, a raczej cała wojna 
musiała w spadku po sobie zostawić głęboki kryzys 
zaufania, rozczarowanie i nieufność wobec kierownictwa 
politycznego. Przeczyć temu znaczyłoby uważać ówczes­
nych Polaków za ludzi z drewna lub z księżyca. Ten 
spadek przetrwał, psychika ludzka zachowuje ślad każdej 
bruzdy. [...] Korona królewska, czyli prawo prowadzenia 
polityki i rozkazywania wojsku, to była olbrzymia cena 

26

 S. M. K u c z y ń s k i, Wielka wojna z Zakonem..., op. cit., s. 525-527. 

background image

172 

zapłacona przez Polskę za unię, ważniejsza od wszelkich 
obietnic «przyłączenia». Nie można moralnie potępiać 
Jagiełły za jego litewski patriotyzm, ale trudno nie przyznać, 
że grubo przemędrkował — marnując szanse Korony 
beznadziejnie pogrążył i Litwę"

2 7

W innym miejscu, nieco dalej, oceniając całokształt 

panowania, polityki i dokonań Władysława II Jagiełły 

jako najwyższego władcy Polski i Litwy, Paweł Jasienica 

tak pisze: 

„Los sprawił, że najwybitniejszym przedstawicielem 

naszej nowej dynastii [tj. Jagiellonów — przyp. aut.] był 

jej założyciel. Władysław II przeważnie dokładnie wiedział, 

czego chce, która to właściwość zdarza się u polityków 
dosyć rzadko. Pamiętał o pouczeniu ojca [wielkiego księcia 
Olgierda — przyp. aut.], mówiącym o dwóch głównych 
wrogach Litwy [tj. o Krzyżakach na północy i północnym 

zachodzie oraz o Moskwie na wschodzie — przyp. aut.], 
i ustrzegł się dalszego pomnażania frontów, to znaczy 
komplikowania polityki zagranicznej o nowe zatargi. Jego 
następcy już tego nie potrafili. Decydując się na unię 
uratował Litwę, lecz wkrótce zaprzepaścił najlepsze moż­
liwości stworzone przez ten układ. Aczkolwiek wyda się to 
dziwne, trzeba stwierdzić, że dwóch rzeczy w pełni nie 
docenił — Krzyżaków jako wroga, a Polski jako litewskiego 
sojusznika nie tylko na «teraz», lecz także na odległą 
przyszłość. [...] Jagiełło pilnie dbał o przychylność opinii 
europejskiej i okazał się w tej mierze nie lada mistrzem

2 8

Podczas wielkiej wojny z Zakonem w niezrównany sposób 
grał rolę dobrotliwego monarchy, drżącego przed przelewem 

27

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 121-122. 

2 8

 Czego najlepszym dowodem jest łaskawe potraktowanie przez króla 

cudzoziemskich gości z armii krzyżackiej, wziętych do niewoli pod 
Koronowem, co zjednało sprawie unii jagiellońskiej sympatię całej Europy. 

background image

173 

krwi chrześcijańskiej, pragnącego tylko pokoju. Zaraz na 
początku rozesłał z Opatowa do wszystkich dworów monar­
szych [...] pismo, które doskonale uzasadniało racje strony 
polsko-litewskiej

2 9

. Godne głębokiego zastanowienia, że on 

sam — Władysław Jagiełło — nie wysnuł praktycznych 
wniosków ze słów o Krzyżakach, jakie umieścił w tym 
orędziu ktoś bardzo mądry, zatrudniony w jego własnej 
królewskiej kancelarii: 

«To tylko jedno ich życzenie, aby mogli kraje cudze 

jakimkolwiek bądź sposobem posiadać. (...) Nie ma 

wątpliwości, że kiedyś, jeśli ich Bóg opatrzny nie ukróci, 
wszystkie państwa i królestwa przed ich przemocą 
uklękną». 

Jagiełło był tym człowiekiem w naszych dziejach, który 

trzymał w ręku przyszłe losy kontynentu. Dane mu to było 
na czas bardzo krótki, od lipca do września 1410 roku. 
A nie można mówić, że brakowało wtedy zrozumienia 
wagi mających zapaść rozstrzygnięć. Niezbicie świadczą 
0 tym wywody orędzia, datowanego z Opatowa. W 1410 
roku król nie wykonał programu, który już istniał w myślach 
1 słowach jego polskich poddanych"

3 0

Trudno zanegować słuszność powyższych opinii Jana 

Długosza oraz Pawła Jasienicy, że unia jagiellońska wy­
grawszy bitwy pod Grunwaldem, Koronowem, Tucholą 
i Golubiem, politycznie przegrała „wielką wojnę" z Krzy­
żakami, bo pozwoliła im nadal istnieć w nienaruszonych 
granicach, zamiast ich po prostu zbrojnie usunąć znad 
Bałtyku. Tym bardziej iż wojny z Krzyżakami wcale się na 
„wielkiej wojnie" nie zakończyły (ostatnią wojnę z zakonem 
stoczyli Polacy w latach 1519-1521), a panowie pruscy 

2 9

 Na ten temat patrz szerzej: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cit., s. 331-338 oraz P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, 
op. cit.,
 108-109. 

30

 P. J a s i e n i c a, Polska Jagiellonów, op. cit., s. 144-145. 

background image

174 

z czarnymi krzyżami na białych płaszczach nadal byli 
groźnymi wrogami Polski i Litwy

3 1

. Odrzućmy na bok 

wszystkie, w istocie zupełnie bajeczne i nie poparte żadnymi 
konkretnymi dowodami, teorie historyków broniących linii 
politycznej Jagiełły i Witolda (jak np. prof. S. M. Kuczyńs­
kiego i wielu innych) o rzekomej niemożności zupełnego 
pokonania Krzyżaków podczas tzw. wielkiej wojny w latach 

1409-1411

3 2

 i zastanówmy się przez krótką chwilę, co 

wówczas przeciekło obu niefortunnym władcom Polski 
i Litwy przez palce: 

1) Nie ulega wątpliwości, że podbój państwa krzyżac­

kiego, a następnie podział jego terytorium pomiędzy Polskę 
a Litwę leżał w mocy Jagiełły i Witolda latem i jesienią 

1410 roku. Definitywny rozbiór państwa krzyżackiego 

zacieśniłby wzajemne więzi polsko-litewskie, co byłoby 
podówczas na rękę i Polakom, i Litwinom. Szeroki i bez­
pieczny dostęp do Bałtyku poprzez wielkie porty han-
zeatyckie w Gdańsku, Elblągu, Królewcu i Kłajpedzie oraz 
otwarcie dla polskich i litewskich kupców zbożowych 

szlaków wodnych Wisły i Niemna musiałyby w krótkim 

31

 Po pierwszym pokoju toruńskim w roku 1411 Polska i Litwa toczyły 

kolejne wojny z państwem krzyżackim w Prusach, Inflantach i Nowej 
Marchii. Jeszcze za panowania Władysława Jagiełły były to wojny 
w latach: 1414 (tzw. wojna głodowa); 1419 (tzw. wyprawa odwrotowa); 

1422 (zakończona pokojem melneńskim); 1431-1435 (zakończona trak­

tatem brzeskim, już po śmierci króla Jagiełły, który zmarł w roku 1434). 
Za panowania, jego syna Kazimierza Jagiellończyka: 1454-1466 (wojna 
trzynastoletnia, zakończona drugim pokojem toruńskim) i 1478-1479 
(tzw. wojna popia). I wreszcie za panowania syna Kazimierza Jagielloń­
czyka, króla Zygmunta I Starego, w latach 1519-1521, miała miejsce 
ostatnia wojna polsko-krzyżacka, zakończona ostatecznie sekularyzacją 
Prus zakonnych i hołdem pruskim wobec króla polskiego w roku 1525. 

Ogólnie rzecz ujmując, większość okresu panowania dynastii Jagiellonów 
w Polsce i na Litwie upłynęła pod znakiem wojen, konfliktów granicznych, 
sporów i innych kłopotów z Krzyżakami. 

3 2

 Na ten temat patrz chociażby: S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna 

z Zakonem..., op. cif., s. 528-542. 

background image

175 

czasie zaowocować ogromnym ożywieniem gospodarczym 
w tej części Europy. Monarchia Jagiellonów już na początku 
XVI w. stałaby się wskutek tego hegemonem gospodarczym 
i militarnym całej Europy, z którego zdaniem wszyscy 
musieliby się liczyć. I byłaby to hegemonia trwała. 

2) Spokój na rubieżach północno-zachodnich pozwoliłby 

Polakom i Litwinom uspokoić z kolei pogranicze wschodnie 
i południowo-wschodnie Wielkiego Księstwa Litewskiego 
przez podbój ziem moskiewskich i tatarskich, a to otwo­
rzyłoby przed państwem jagiellońskim Morze Czarne i han­
del lewantyński, a także — co najważniejsze — wielkie 
szlaki handlowe przez Wołgę, Morze Kaspijskie i Środkowy 
Wschód oraz przez południową Syberię i Kazachstan ku 
bajecznym już wówczas w Europie bogactwom Persji, Indii, 
Tybetu i Chin, które 200 lat przed Jagiełłą opisał w swym 
dziele Marco Polo. Ponieważ droga lądowa była podówczas 
0 wiele bezpieczniejsza dla kupców niż droga morska, więc 
zapewne już na początku XVI w. Kraków, Wilno, Lwów, 

Warszawa, Płock, Czersk, Nieszawa, Toruń, Poznań, 
Gdańsk, Elbląg, Malbork, Królewiec, Kłajpeda, Ryga, 
Psków, Nowogród Wielki i Kijów utrzymywałyby swoje 
faktorie handlowe w Tibilisi, Erewaniu, Baku, Bucharze, 
Samarkandzie, Szirazie, Teheranie, Bagdadzie, Bombaju, 
Delhi, Kalkucie, Lhasie, Kathmandu, Karakorum, Sijanie 
1 Pekinie, wskutek czego cała Europa musiałaby handlować 
z Orientem tylko za pośrednictwem polskich, litewskich, 
pruskich, inflanckich i ruskich kupców. Jagiellonowie nato­
miast szybko wyrośliby na najbogatszych władców Europy 
i chociażby z tego powodu wszyscy władcy Europy musieli­
by się z nimi liczyć, zabiegając chociażby o polskie 
pożyczki. Unię jagiellońską czekałaby zatem w takim 
układzie wielka przyszłość podobna do losów rozwoju 
potęgi militarnej i ekonomicznej Wenecji, Genui, Hiszpanii, 
Portugalii, Holandii lub Anglii. Nie byłoby wtedy najpraw­
dopodobniej żadnej Rosji, lecz Rzeczpospolita Jagiellońska 

background image

176 

Wielu Narodów, sięgająca swymi granicami i wpływami 
najskromniej od Odry po Wołgę lub nawet aż hen po 
Ocean Spokojny, z równorzędnymi stolicami rezydenc-

jonalnymi króla polskiego, jedynego władcy tego ogrom­

nego imperium, zapewne w Krakowie, Wilnie, Warszawie, 
Malborku, Kijowie, Moskwie, Nowogrodzie Wielkim, Bach­
czysaraju i Kazaniu nie mówiąc już o tym, że tego, kto jest 
bogaty, stać na utrzymanie silnej i licznej armii oraz floty. 
A zatem wszyscy władcy duchowni i świeccy Europy 
Zachodniej, z papieżem, Cesarzem Rzymskim Narodu Nie­
mieckiego i królem Francji na czele, oczywiście baliby się 
zadzierać z tak potężnym, bogatym i wpływowym, katolic­
kim, polsko-litewskim królem całego Wschodu z dynastii 
Jagiellonów, więc zapewne na wyścigi zabiegaliby o jego 
względy i o jak najlepsze stosunki z jego olbrzymim 
państwem. 

3) Zapewniwszy sobie zupełny spokój na północy 

i wschodzie, mogliby potężni potomkowie Jagiełły całą 
swoją uwagę skoncentrować na kierunkach zachodnim 
i południowym, opierając zachodnie granice swej wielo­
narodowej monarchii o Odrę i Nysę Łużycką (a może 

i o Łabę?!), przywracając Polsce piastowskie rubieże, 
a także — przez przyłączenie Czech, Węgier i księstw 
naddunajskich — oprzeć południową granicę swej wielo­
narodowej monarchii na linii Dunaju, co umożliwiłoby 
Polakom, Litwinom i Rusinom skuteczne przyjście z po­
mocą Cesarstwu Wschodniorzymskiemu (Bizancjum), za­
grożonemu ówcześnie przez Turków Osmańskich (wtedy 

— tj. w początkach XV w.  — j e s z c z e stosunkowo słabych), 

co z kolei otwarłoby przed dynamicznym handlem polsko-
-litewsko-ruskim także i Morze Śródziemne. A stąd już 
otwarta droga na Bliski Wschód i do Afryki Północnej oraz 
na rynki Italii, południowej Francji, Hiszpanii i Portugalii, 
dokąd nasi kupcy mogliby eksportować w dużych ilościach 
poszukiwane na Zachodzie towary ze Wschodu, zbijając na 

background image

177 

tym bajeczne wprost fortuny. A największe dochody 
czerpałby z tego, rzecz jasna, sam król polski, nakładający 
na swoich, bardzo licznych i szybko bogacących się 
— zarówno na tym dalekosiężnym, jak i na tym bardziej 
lokalnym handlu — poddanych stanu mieszczańskiego 
i (co nie jest wykluczone) być może także i szlacheckiego, 
odpowiednie podatki. 

Zamiast tego wszystkiego, co wielu spośród Czytelników 

mogłoby z pewnością uznać za mocno wybujały sen autora 
0 potędze Polski i Litwy, a co było —• zdaniem piszącego 
te słowa — realną, lecz niestety zaprzepaszczoną szansą 
unii jagiellońskiej na trwałą potęgę, a nawet hegemonię 
w Europie Środkowo-Wschodniej i (co niewykluczone), 
także przynajmniej w części Azji Centralnej, Jagiełło 
1 Witold oraz późniejsi potomkowie Jagiełły, zasiadający 
na tronach w Krakowie i Wilnie, musieli toczyć ustawiczne 
wojny z Krzyżakami, które trwały aż do początku XVI 
wieku. A pierwsza z tych nowych wojen polsko-krzyżac-
kich, nazwana później przez kronikarzy wojną głodową, 
rozpoczęła się już w roku 1414 — zaledwie w trzy lata po 
podpisaniu pierwszego pokoju toruńskiego

3 3

.1 znów Jagiełło 

z Witoldem musieli w pocie czoła i morzu krwi rycerskiej 
i żołnierskiej zdobywać wszystkie te krzyżackie zamki, 
w których 3 lata wcześniej stacjonowały ich załogi (!). Ale 
tym razem nie szło im już tak łatwo, jak latem roku 1410, 
bo Krzyżacy, nauczeni krwawym doświadczeniem spod 
Grunwaldu i Koronowa, nie wychodzili już w pole przeciw 
wojskom polsko-litewskim, lecz twardo bronili się za 
murami swoich fortec

3 4

. Pomorze, Malbork i Warmię 

zdobył na Krzyżakach dopiero wnuk Jagiełły, Kazimierz 

3 3

 Na temat tzw. wojny głodowej w roku 1414 patrz szerzej: 

M.  B i s k u p i G.  L a b u d a , Dzieje Zakonu Krzyżackiego w Prusach..., 
op.
 cif., s. 370 oraz F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, op. 
cit.,
 s. 87-88. 

34

 Tamże. 

background image

178 

Jagiellończyk w latach wojny trzynastoletniej (1454-1466). 
Natomiast reszta Prus z Królewcem i Kłajpedą — najpierw, 
do roku 1525, była krzyżacka, potem, od roku 1525 aż do 
roku 1945, była pod panowaniem niemieckim, a po drugiej 

wojnie światowej aż do dziś jest rosyjska. Jednak zawsze 
Prusy były i są jakby ropiejącym wrzodem —- zagrożeniem 
dla niepodległości Polski i Litwy. 

Po wielekroć wspomniany i cytowany tu już wyżej 

Paweł Jasienica ma chyba rację, gdy niejednokrotnie, na 
kartach swej Polski Jagiellonów, twierdzi, iż królów 
polskich z dynastii Jagiellonów — i Litwinów w ogóle 

— cechował ogromny rozmach w polityce zagranicznej, 

połączony jednak paradoksalnie z niemal zupełnym brakiem 
zdolności przewidywania skutków swoich posunięć na 
dalszy dystans. Cieszył się Gedymin, gdy pod koniec I poł. 
XIV w. wymusił na słabym kniaziu moskiewskim hołd 
lenny i haracz, nie przypuszczając, że już za panowania 

jego wnuków Moskwa, lekkomyślnie przez niego ułas­

kawiona, pokaże Litwie kły i pazury, „zbierając ziemie 
ruskie". Jagiełło rozgromił Krzyżaków pod Grunwaldem 
i był z tego dumny niczym paw, chociaż problemu 
krzyżackiego bynajmniej nie rozwiązał, a wojny Polski 
i Litwy z zakonem ciągnęły się jeszcze przez ponad sto lat. 
Cieszył się tak samo wnuk Jagiełły, Zygmunt I Stary, gdy 
w roku 1525 pokonał ostatecznie wielkiego mistrza Krzy­
żaków, ale zamiast go po prostu ściąć, a Prusy zakonne 
pomiędzy Polskę a Litwę sprawiedliwie podzielić, jakby 
nakazywała logika, zadowolił się tylko... hołdem lennym 

swego wroga i likwidacją zakonu w Prusach (!). Tymczasem 

już nieco ponad dwa stulecia później (w latach 1772, 1793 

i 1795) potomkowie Krzyżaków pruskich, zwani Prusakami, 
razem z potomkami Moskali, zwanymi Rosjanami, starli 
byłe państwo Jagiellonów, zwane od 1569 roku Rzeczpo­
spolitą Obojga Narodów, z mapy Europy na 120 lat. 
W roku 1945 Rosjanie złamali, co prawda, potęgę Niemiec, 

background image

179 

sukcesora Prus, ale w byłej, drugiej stolicy krzyżackiej, 
Królewcu — obecnie zwanej Kaliningradem — stacjonuje 
do dziś jeszcze potężna armia i flota rosyjska, która nadal 
zagraża tak Polsce, jak i Litwie (vide chociażby obecny 
problem z „eksterytorialnymi korytarzami" z Okręgu Kali­
ningradu przez Litwę. To wszystko były i są właśnie 
dalekosiężne, tragiczne skutki politycznego zmarnowania 
przez Jagiełłę i Witolda owoców militarnych wiktorii 
swych wojsk pod Grunwaldem i Koronowem. 

Mimo tego wszystkiego pamięć i legenda polskich 

zwycięstw pod Grunwaldem i pod Koronowem w pamięt­
nym roku 1410 miała i ma do dziś trwałe miejsce w świa­
domości historycznej Polaków. A małe i urocze miasteczko 
Koronowo na Pomorzu do dziś żyje pamięcią i legendą 
bitwy z 10 października 1410 roku. Choć trzeba tu otwarcie 
powiedzieć, że Koronowo ma poniekąd uzasadnioną preten­
sję do miejscowości Grunwald na Mazurach, że ta odbiera 
mu prawie cały ruch turystyczny, bo o bitwie pod Grun­
waldem wie ze szkoły i z filmu Krzyżacy każde polskie 
dziecko, a o bitwie pod Koronowem, wyraźnie przyćmionej 
przez Grunwald, mało kto, poza niektórymi historykami, 
dziś pamięta. Może ta książka to zmieni, gdyż — zdaniem 

jej autora — świetne polskie zwycięstwo pod Koronowem 

na pewno nie zasługuje na zapomnienie. 

background image

BIBLIOGRAFIA 

ŹRÓDŁA 

Codex epistolaris Vitoldi,

 wyd. A. Prochaska, Cracoviae (Kraków) 

1882 (Monumenta aevi histórica), nr 459. 

Codex epistolaris Vitoldi,

 wyd. A. Prochaska, Cracoviae (Kraków) 

1882 (Monumenta aevi histórica), nr 464. 

Jan  D ł u g o s z , Banderia Prutenorum (Chorągwie Prusaków), 

wyd. K. Górski, Warszawa 1958. 

Kronika konfliktu Władysława króla polskiego z Krzyżakami 

w roku Pańskim 1410,

 z łacińskiego rękopisu Biblioteki 

Kórnickiej, wydanego w Poznaniu w roku 1911 przez Z. 
Celichowskiego, na język polski przełożyli J. Danka i A. 
Nadolski, Olsztyn 1987. 

Monumenta Poloniae Histórica,

 t. 2, Kraków 1913-1946. 

Polska Jana Długosza,

 oprać, pod red. H. Samsonowicza, tłum. 

z jęz. łacińskiego J. Mruk, Warszawa 1984. 

Johann von  P o s s i l g e , (Fortsetzung), wyd. E. Strehlke, Scrip-

tores Rerum Prussicarum,

 Bd 3, Leipzig 1866. 

OPRACOWANIA 

M.  B a r t k o w i a k , Towarzystwo Jaszczurcze w latach 

1397-1437,

 Toruń 1948. 

M.  B i s k u p , Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej Wojnie 

z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-141

7, [w:] Z.  S p i e r a ł -

background image

181 

s k i , Bitwa pod Koronowem 10 X 1410, [w:] Bitwa pod 
Koronowem 10 X 1410. Materiały z sesji naukowej zor­

ganizowanej w Bydgoszczy w 550 rocznicą bitwy,

 Bydgoszcz 

1961. 

M. B i s k u p, Z badań nad „ Wielką Wojną" z Zakonem Krzyżac­

kim,

 „Kwartalnik Historyczny", Rocznik LXVI (1959), War­

szawa 1959. 

M.  B i s k u p i G.  L a b u d a , Dzieje Zakonu Krzyżackiego 

w Prusach. Gospodarka — społeczeństwo — państwo — ideo­
logia,

 Gdańsk 1988. 

A.  C z a c h a r o w s k i , Opozycja rycerstwa ziemi chełmińskiej 

w dobie Grunwaldu,

 [w:] W krągu stanowych i kulturowych 

przeobrażeń Europy Północnej w X1V-XVII1 w.,

 Toruń 1988. 

P.  J a s i e n i c a , Polska Jagiellonów, Warszawa 1990. 
B. G u e r q u i n, Zamek w Malborku, Warszawa 1974. 
Historia Pomorza,

 t. I, Do roku 1466, praca zbiorowa pod red. G. 

Labudy, Poznań 1969. 

L.  K o l a n k o w s k i , Dzieje Wielkiego Ksiąstwa Litewskiego za 

Jagiellonów,

 t. I, Warszawa 1930. 

F.  K o n e c z n y , Dzieje Polski za Jagiellonów, Komorów 1997. 
F.  K o n e c z n y , Polska miądzy Wschodem a Zachodem, Lublin 

1996. 

F.  K o n e c z n y , Teoria Grunwaldu, Warszawa 1999. 
Koronowo. Zarys dziejów miasta,

 praca zbiorowa, Poznań 1968. 

S. M.  K u c z y ń s k i , Wielka wojna z Zakonem Krzyżackim 

w latach 1409-1411,

 Warszawa 1966. 

S. M.  K u c z y ń s k i , Pogranicze kujawsko-pomorskie w Wielkiej 

Wojnie z Zakonem,

 „Zapiski Historyczne poświęcone historii 

Pomorza", t. XXIX, rok 1964, zeszyt 1, Toruń 1964. 

S. M.  K u c z y ń s k i , Król Jagiełło ok. 1351-1434, Warszawa 

1985. 

J.  K r z y ż n i a k o w a i J.  O c h m a ń s k i , WładysławIIJagiełło, 

Wrocław 1990. 

S. K u j o t, Rok 1410 Wojna, „Roczniki Towarzystwa Naukowego 

w Toruniu" XVII, Toruń 1910. 

O.  L a s k o w s k i , Odrębność staropolskiej sztuki wojennej. 

Warszawa 1935. 

S.  M a c k i e w i c z - C a t , Herezje i prawdy. Warszawa 1975. 

background image

182 

T.  M a n t e u f f e l , Historia Średniowiecza, Warszawa 1990. 

A.  N a d o l s k i , Grunwald 1410, Warszawa 1999. 
A.  N o w a k o w s k i , O wojskach Zakonu Szpitala Najświętszej 

Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie zwanego 
krzyżackim,

 Olsztyn 1988. 

E.  P o t k o w s k i , Crecy-Orlean 1346-1429, Warszawa 1986. 
W. Po  s a d z y , Koronowo, [w:] Studia z historii budowy 

miast polskich.

 Prace Instytutu Urbanistyki i Architektury, 

VI, 2/17, 1957. 

W.  S e m k o w i c z , Nieznana zapiska o bitwie pod Koronowem, 

„Kwartalnik Historyczny", t. XXIV, 1910. 

H.  S i e n k i e w i c z , Ongi i dziś. Bitwa pod Koronowem, [w:] 

tegoż autora: Nowele, t. III, Warszawa 1978. 

Z.  S p i e r a l s k i , Bitwa pod Koronowem 10 X 1410, [w:] 

Bitwa pod Koronowem 10 X 1410. Materiały z sesji naukowej 
zorganizowanej w Bydgoszczy w 550 rocznice, bitwy,

 Byd­

goszcz 1961. 

J.  U m i ń s k i , 7 dni w Koronowie i nad Jeziorem Koronowskim. 

Przewodnik turystyczny.

 Warszawa 1989. 

J.  W y s o c k i , Kurs sztuki wojennej, cz. I, Paryż 1842. 
Zakon Krzyżacki a społeczeństwo państwa w Prusach,

 zbiór 

studiów pod red. Z. H. Nowaka, Toruń 1995. 

background image

WYKAZ ILUSTRACJI 

Władysław Jagiełło (rys. A. Lesser). 
Wielki mistrz Ulryk von Jungingen (rys. wg Gaspara Hen-

nebergera). 

Rycerz polski z końca XIV wieku (rys. z XIX w.). 
Rycerz konny w pełnej zbroi z XV wieku. 
Orszak rycerzy krzyżackich (fresk z ok. 1390 r.). 
Rycerze — krzyżacki i polski z lat Wielkiej Wojny. 
Hełmy z XV wieku. 
Hełm tatarski spod Wystrucia (znad Pregoły), z przełomu 

XIV i XV wieku. 

Miecze z końca XV wieku. 
Kusza z XV wieku. 
Bombarda — działo z XV wieku. 
Broń piechoty chłopskiej z XV wieku. 
Tuchola, 10 X 1410 r. Szymon, zastępca komtura tucholskiego 

donosi Henrykowi von Plauenowi o klęsce wojsk Michała 
Kiichmeistera pod Koronowem. 

Opactwo cystersów w Koronowie. 

Jedno z miejsc pamięci narodowej ziemi koronowskiej. Jest to 

miejsce skąd rycerstwo polskie wyruszyło do bitwy. 

Szkic sytuacyjny Koronowa w początkach XV wieku. 

background image

SPIS TREŚCI 

Wstęp 3 
Po Grunwaldzie 9 
Pod murami Malborka 30 
Tryumfalny odwrót z Prus 86 

Kontrofensywa krzyżacka i bitwa pod Koronowem  . . . . 107 
Ku pierwszemu pokojowi toruńskiemu 160 
Bibliografia 180 
Wykaz ilustracji 183 

background image
background image
background image

Orszak rycerzy krzyżackich (fresk z ok. 1390 r.) 

Rycerze — krzyżacki i polski z lat Wielkiej Wojny 

background image

Hełmy z XV wieku 

Hełm tatarski spod Wystrucia (znad Pregoły), Miecze z końca XV 

z przełomu XIV i XV wieku wieku 

background image
background image

Broń piechoty chłopskiej z XV wieku 

Tuchola, 10 X 1410 r. Szymon, zastępca komtura tucholskiego, donosi 

Henrykowi von Plauenowi o klęsce wojsk Michała Küchmeistera pod 
Koronowem 

lju*

  n ^ w ß ^ - j , , ,  w ü t e «

 -au

 JC>" 

background image

Opactwo cystersów w Koronowie 

J e d n o z  m i e j s c  p a m i ę c i  n a r o d o w e j  z i e m i  K o r o n o w s k i e j .  J e s t  t o  m i e j s c e 

skąd rycerstwo polskie wyruszyło

  d o  b i t w y . 

background image

Szkic sytuacyjny Koronowa w początkach XV wieku 

1 — kościół i klasztor cystersów; 2 — rynek; 3 — kościół parafialny 

background image

H I S T O R Y C Z N E 
B I T W Y 

„W jednym i drugim wojsku 

byty oddziały, które wydawały 
się nie do pogardzenia, zarów­
no jeśli idzie o liczbę i pocho­
dzenie ludzi, jak i o praktykę 
w rzemiośle wojennym i te 
z największą odwagą podej­
mowały walkę. Zanim jednak 
doszło

 do starcia, rycerz króla 

węgierskiego Zygmunta,

 Ślą­

zak Konrad Nyempcz wystąpił 
przed szeregi wzywając z wła­
snej inicjatywy

 do pojedynku. 

Pokonany, zrzucony z konia 
i stratowany przez rycerza

 pol­

skiego Jana Szczyckiego her­
bu Doliwa, który podjął się te­
go zadania, wskazał, jak poto­
czy się los obydwu wojsk. 

Potem szyki ścierają się 

z potężnym okrzykiem wznie­
sionym przez jedną i drugą 
stronę. Obydwie wytrwale wy­
trzymują atak i walczą bardzo 
dzielnie. Jedno i drugie woj­
sko walczyło przez jakiś czas 
z jednakową odwagą i zawzię­
tością godną Marsa". 

Patronat medialny 

ISBN 83-11-09951-0 

http://ksiegarnia.bellona.pl/