background image

BENTE PEDERSEN 

DZIEDZICTWO 

background image

Przesunął ręką po miękkiej, wysłużonej skórze. Była starsza niż on sam. Nosiło ją tak 

wiele osób. Trzymał ją w rękach jedyny człowiek, który wiedział. 

Pusta, stara sakwa mieściła w sobie tajemnicę, która mogła odmienić jego życie. 

Odmienić jego samego. 

Można  by  pomyśleć,  że  ten  worek  to  twoja  ukochana  -  rzuciła  nieco  cierpko  Ida. 

Potrząsnęła głową, aż jej włosy związane w gruby koński ogon podskoczyły i opadły ciężko 

na  plecy.  -  Założę  się,  że  żadnej  dziewczyny  nie  gładziłeś  tak,  jak  gładzisz  tę  starą  skórę, 

braciszku. 

Knut nawet nie spojrzał na siostrę. Ida wchodziła w nieznośny wiek. Uważała za swój 

obowiązek mieszać się do wszystkiego, myślała pewnie, że tu rządzi - ponieważ przypadkiem 

była  dziewczyną  i  wykonywała  większość  domowych  prac.  Jak  gdyby  to  był  jakiś  wyczyn! 

Kobiety zawsze zajmowały się domem, odkąd tylko Knut pamiętał - i jeszcze wcześniej. On i 

Reijo nie mogą przecież, do diabła, brać się do babskiej roboty! 

-  Każdy  ma  swoje  pragnienia  -  mówiła  dalej  słodkim  głosem  młodsza  siostra.  - 

Uważasz, że możesz się stać kimś lepszym niż inni, Knut? I to bez większego wysiłku? Wybij 

to  sobie  z  głowy.  Ludziom  takim  jak  my  kieszenie  nie  napełniają  się  same  z  siebie.  Nasze 

chaty nie zmienią się w pałace, gdy tylko na chwilę zamkniemy oczy i znowu je otworzymy. 

- Jak wrócę, dostaniesz ode mnie odrobinę karmelu - odparł. - Może złagodzi trochę 

twoją uszczypliwość. 

Maja  wywróciła  oczami.  Wymieniła  spojrzenia  z  Reijo,  który  tylko  słabo  się 

uśmiechnął. 

- Czy wy zawsze musicie się droczyć? - spytała. 

Ida  i  Knut  popatrzyli  na  siostrę.  Maja  nie  miała  więcej  niż  dziewiętnaście  lat,  ale 

ostatnie dwa lata bardzo ją odmieniły. Nigdy nie była roześmianym, wesołym dziewczątkiem, 

ale i tak zdumiewająco szybko dorosła. 

Atak z zewnątrz sprawił, że młodsze rodzeństwo zjednoczyło swe siły. 

- Droczyć? My? 

Ida usiadła obok Knuta w przytulnym cieple bijącym od pieca. 

- Chyba zbyt długo mieszkasz sama, Maju, skoro nie odróżniasz kłótni od zwyczajnej 

rozmowy. Czy musisz zamykać się przed światem w tych swoich czterech ścianach?  Lepiej 

by ci było tutaj. 

background image

- To mój dom - odpowiedziała Maja po prostu. - Mój. Nie wolno mi go zaniedbywać. 

Simon może wrócić lada dzień. 

Ida spuściła wzrok. 

Minął  już  ponad  rok,  odkąd  Maja  otrzymała  wieści  od  Simona,  odkąd  ktokolwiek  o 

nim słyszał. Mąż Mai przebywał w więzieniu daleko na południu kraju. 

Wesoły,  żywy,  uroczy  Simon  -  o  błyszczących  niebieskich  oczach  i  uśmiechu,  który 

mógłby  konkurować  z  blaskiem  słonecznego  dnia.  Simon,  który  cieszył  się  takim 

powodzeniem  u  dziewcząt.  Simon,  który  zamierzał  się  oświadczyć  Elise,  lecz  nie  potrafił 

zrezygnować z Mai. I sprawy się skomplikowały, jak mówiono we wsi. 

Być może musiał przekazać list w tajemnicy. Koperta była pognieciona i nosiła ślady 

wielu palców, kiedy dotarła tu nad fiord na północy. 

List był zwięzły - Simon nie pisał go sam. Nie opanował tej sztuki. Jego słowa zostały 

skreślone na papierze cudzą ręką. 

Donosił, że ma się dobrze, lecz nikt z bliskich w to nie wierzył. Jest silny, więc jakoś 

sobie  radzi,  czytali  dalej  w  liście.  Ciężka  praca,  mało  jedzenia,  lecz  to  przecież  nie  jest  mu 

obce. 

Co  do  jedzenia,  zgoda.  Ida  jednak  nie  była  równie  pewna,  czy  Simon  rzeczywiście 

przywykł do ciężkiej pracy. Zawsze starał się unikać większego wysiłku. 

Na  koniec  informował,  że  niektórym  udawało  się  wyjść  wcześniej  -  za  dobre 

sprawowanie. 

Maja wierzyła w to. Ida sama nie wiedziała, co o tym myśleć. 

- Tato znalazł złoto - upierał się Knut, nie wypuszczając z rąk cennego worka, który 

kiedyś należał do Kallego. - Tato znalazł złoto i tu naszkicował mapę. Jeżeli on je znalazł, to 

innym też może się udać. 

- Twoja matka próbowała - rzekł łagodnie Reijo. Powtarzał to już wiele razy. Więcej, 

niż był w stanie zliczyć. - A ona dobrze znała okolicę. Znała płaskowyż lepiej niż większość 

osób,  które  w  życiu  spotkałem.  Poza,  rzecz  jasna,  Lapończykami.  Była  przy  Kallem,  kiedy 

rysował  tę  mapę,  i  rozmawiała  z  nim  o  skarbie.  Później  przysięgała,  że  odnalazła  owo 

miejsce, lecz niczego tam nie było. Długo szukała, ale w niewielu zakamarkach mogłoby się 

kryć  złoto.  Jeżeli  w  ogóle  istniało.  Twoja  matka  nie  znalazła  skarbu,  Knut.  Być  może  ktoś 

inny trafił w to miejsce wcześniej. Być może Kalle nie pamiętał zbyt dokładnie. Przecież już 

chorował. Wkrótce potem zmarł. Być może wcale nie było tam większego złoża. Być może 

się pomylił, wyolbrzymił wszystko. Zabrał ze sobą trochę złota. Może nic więcej nie zostało... 

- Wierzysz w to? Czy sami na to wpadliście, ty i mama? 

background image

-  Twoja  matka  rzeczywiście  tak  pomyślała  -  Reijo  mówił  spokojnie,  lecz  mocno 

zacisnął pięści na kolanach. - Sądzę, że miała rację. Zdecydowaliśmy się nie taić przed tobą 

niczego,  o  czym  Kalle  nam  powiedział.  Ponieważ  jesteś  jego  synem.  Mogliśmy  milczeć. 

Ona... twoja matka początkowo chciała tak postąpić. Mówiła o zimnym żółtym świetle, które 

dla  niej  oznaczało  coś  złego.  Wierzyła,  że  podobnie  jest  ze  złotem.  Wierzyła,  że  złoto 

sprowadza nieszczęście. 

Knut zacisnął zęby. Kiedy Reijo był młody, też snuł takie same marzenia jak on, ale 

teraz się zestarzał. Nie pociągała go już przygoda. Pewnie już niczego dla siebie nie pragnął. 

Wolał unikać wszystkiego, co sprawiało ból. 

Knut zauważył, że Reijo nie wymawiał jej imienia. Nigdy go nie wymieniał. 

Już dawno żaden z nich nie uwalniał muzyki, która mieszkała w tym krótkim słowie - 

dawno nikt nie pozwalał, by prześliznęła się pomiędzy wargami. 

Ta kobieta - której towarzyszyła drżąca cisza - była jego matką. Nikt jej nie nazywał 

jej imieniem - Raija... 

Czy człowiek zaczyna umierać, znikać naprawdę, kiedy przestaje się wymieniać jego 

imię? 

-  Sądzę,  że  coś  tam  jednak  jest  -  rzekł  Knut.  Przegonił  w  myśli  wspomnienie. 

Wspomnienie  o  kobiecie,  która  go  urodziła,  lecz  która  teraz  stała  się  tylko  przebłyskiem 

pamięci. Nie pamiętał jej. Nie pamiętał nic oprócz oczu... I nie chciał o niej myśleć. 

-  Wierzę,  że  taty  złoto  istnieje.  Nie  wierzę,  żeby  to  wszystko  zmyślił.  Wierzę,  że  je 

znalazł. Wierzę, że ono nadal tam jest. 

-  Nie  pozwolę,  żebyś  opuścił  dom  i  wyruszył  na  poszukiwanie  skarbu  -  powiedział 

Reijo stanowczo. - Nadal ja tu decyduję. Jesteś zbyt młody na tego rodzaju zabawy. 

- Wkrótce będę miał tyle lat co tata, kiedy je znalazł. 

-  Twój  ojciec...  Kalle  nie  był  takim  dzieciakiem  jak  ty,  Knut.  Ty  tylko  siedziałeś  w 

domu... 

- ... przez całe życie? - Knut wywrócił oczami. - To świadczy, że masz kiepską pamięć 

albo zaczynasz się starzeć. Chyba żadne inne dzieci, z wyjątkiem lapońskich, nie tułały się po 

ś

wiecie tyle co my. 

-  Najpierw  dorośnij  -  poprosił  Reijo.  -  Dorośnij,  Knut.  Spójrz  na  to  jak  dorosły 

człowiek.  Wtedy  będziesz  mógł  iść,  dokąd  zechcesz,  jeśli  o  mnie  chodzi.  Ale  teraz  nie 

pozwolę, by taki młokos jak ty ruszył ku czemuś, co mu się wydaje wielką przygodą. Na tym 

ś

wiecie  nikt  nikogo  nie  rozpieszcza,  Knut.  Musi  ci  najpierw  stwardnieć  skóra  na  dłoniach  i 

pojawić coś więcej niż puch nad górną wargą. Masz dopiero siedemnaście lat. 

background image

- Wkrótce skończę osiemnaście. 

- I wtedy będziesz już całkiem dorosły i doświadczony - dodała Ida trochę kąśliwie. 

Błyskawicznie poderwała się z ławy, unikając o włos kuksańca od brata. 

- Ono należy do mnie! 

Knut nie poddawał się. Wiele o tym rozmyślał. Marzył o złocie od chwili, kiedy mu o 

nim opowiedziano. 

W ciągu ostatnich lat owo marzenie stało się pewnego rodzaju obsesją. 

- To mój ojciec je znalazł. Jestem jego synem. To jakby dziedzictwo... 

- Twoje dziedzictwo po ojcu, tak... 

Reijo  powiedział  to  z  bólem,  którego  Knut  nie  rozumiał.  Zaczynał  zdawać  sobie 

sprawę,  że  istnieją  zagadki,  które  tylko  wiek  i  doświadczenie  pomogą  rozwiązać.  Trudno 

przychodziło pogodzić się z tą prawdą. 

Miał siedemnaście lat - wkrótce skończy osiemnaście, a nie mógł w pełni korzystać z 

ż

ycia. 

Reijo  mu  tego  zabraniał.  Reijo,  który  sam  godzinami  potrafił  opowiadać  o  swej 

przeszłości - o swym dorosłym życiu, które rozpoczął chyba jako piętnastolatek. 

Dorośli tak potwornie szybko zapominają! 

- Na wiosnę skończę osiemnaście lat i... Inni w tym wieku są już żonaci. Wtedy udam 

się  w  drogę.  Tej  zimy  możesz  mnie  jeszcze  zatrzymać,  Reijo.  Ale  kiedy  nadejdzie  wiosna, 

wyruszę. Wyruszę wraz z nią na północ. Śladami taty. Myślę, że mama nie szukała dość do-

brze. Kobiety nie znają się na takich sprawach... 

Reijo wzruszył ramionami: 

-  To  twoje  życie.  Ja  w  swoim  popełniłem  wystarczająco  wiele  głupstw,  żeby 

wyciągnąć z nich naukę. Ale młodzi chcą mieć prawo do własnych błędów. Wiosną nie będę 

cię  zatrzymywał.  Jednak  nie  puszczę  cię  na  północ  w  środku  zimy.  Nie  chcę  pewnego  dnia 

usłyszeć,  że  zamarzłeś  gdzieś  na  odludziu.  A  na  pewno  tak  by  się  stało.  Niech  próba 

odnalezienia złota Kallego będzie dla ciebie próbą męskości. 

Po udzieleniu tego pozwolenia na przyszłość Reijo więcej do sprawy nie wracał. 

A  Knut  wolał  mu  nie  przypominać.  Z  dorosłymi  nigdy  nic  nie  wiadomo  -  może  się 

zdarzyć, że Reijo cofnie swą zgodę, jeśli Knut będzie mu się naprzykrzał. 

Być może Reijo zapomniał. 

Knut  natomiast  strzegł  swego  marzenia  równie  gorliwie,  jak  zazdrośnik  strzeże  swej 

ukochanej. 

background image

Na pozór zachowywał się całkiem zwyczajnie - z tym jednym wyjątkiem, że starał się 

nie  wchodzić  Reijo  w  drogę.  Kilka  razy,  kiedy  ktoś  zwrócił  uwagę  na  tę  jego  przemianę, 

jasnowłosy syn Kallego Elvejorda gwizdał po męsku i odpowiadał coraz grubszym głosem, że 

chyba zaczyna dorastać. Wtedy dawano mu spokój. 

Może w myślach tkwiła jakaś magia. 

Chłopak zmienił się w ciągu ostatniego lata i jesieni. Ten chudy i niezgrabny dzieciak 

nabrał trochę ciała. 

Nie  był  wysoki;  zarówno  Raija,  jak  i  Kalle  należeli  do  raczej  niskich  i  takie 

dziedzictwo  nie  pozwalało  na  niespodzianki.  Knut  jednak  wydawał  się  bardziej  męski  i 

silniejszy  niż  ojciec  -  rozrósł  się  w  ramionach,  nabrał  mięśni.  Jego  nogi  były  muskularne, 

skóra na dłoniach stwardniała. 

Kalle wyglądał mizernie i niemal kobieco, zwłaszcza kiedy choroba wysysała z niego 

siły.  Knut  był  podobny  do  ojca,  ale  w  miarę,  jak  zbliżała  się  zima,  Reijo  dostrzegał  w  nim 

coraz więcej cech Mattiego. 

Jego uśmiech nie był tym ostrożnym drgnieniem w kącikach ust Kallego, usta Knuta 

wyginały  się  w  zuchwałym  uśmiechu  wujka.  A  kiedy  w  oczach  Knuta  pojawiał  się  błysk 

złości lub radości, wtedy chłopak wyglądał bardziej jak Alatalo niż jak Elvejord z wioski nad 

fiordem.  Reijo  nie  lubił  tego  przyznawać.  To  pociągało  za  sobą  wiele  innych  czających  się 

myśli,  którymi  wolałby  nie  zaprzątać  sobie  głowy.  Ale  czas  był  właśnie  taki  nieubłagany. 

Mówił prawdę - nigdy się nie wahał, nigdy nie kłamał z litości. 

Maja opuściła gniazdo. 

Reijo nadal patrzył na nią jak na dziecko. Nie chciał się pogodzić z faktem, że umie 

sobie radzić sama, Simon czy nie Simon. 

Nadal go potrzebowała - starego i zgarbionego ojczyma. 

Elise  również  odfrunęła.  Rozpostarła  skrzydła  w  chwili,  kiedy  najmniej  się  tego 

spodziewał.  Nauczyła  się  sztuki  latania  bez  jego  pomocy.  Pozwoliła,  by  pióra  wypełniło 

powietrze i by uniosły ją na południe. 

Młodzi,  Elise  i  Matti,  przesłali  wiadomość,  że  osiedlili  się  w  miejscu,  gdzie  stał 

rodzinny  dom  Raiji  i  Mattiego,  na  ziemi,  którą  Erkki  Alatalo  oczyścił  z  kamieni  własnymi 

rękami. 

Lecz ton listu nie był radosny - Reijo potrafił czytać między wierszami. 

Lata  spędzone  z  Raiją  i  Mikkalem  odcisnęły  swój  ślad  również  na  Mattim.  Zrodziła 

się  w  nim  tęsknota  za  nowymi  miejscami.  Tęsknota  za  coraz  to  innymi  krajobrazami 

otwierającymi się przed oczami. 

background image

Reijo znał to uczucie. Znal je aż nazbyt dobrze... 

A Knut stał się mężczyzną. 

On także tęsknił. Nie w taki sam sposób jak Reijo i Matti, chciał jednak poznać smak 

ż

ycia wędrowców. 

Reijo inaczej wyobrażał sobie przyszłość syna Kallego i Raiji. 

Jednak czas nie kłamie. 

Knut  zmienił  się  w  dorosłego  człowieka.  Wkrótce  zostanie  w  domu  tylko  jedno 

dziecko. Ida. Dziewczyna skończy niebawem szesnaście lat. W jej wieku Raija była matką. 

Zbliżała  się  chwila,  kiedy  Reijo  pozostanie  sam  w  izbie  wypełnionej  ciszą.  Bał  się 

tego. Bał się, że będzie musiał spojrzeć w oczy czemuś, co inni nazywają przyszłością - a co 

on sam nazywał niewiadomą. 

Przyjdzie czas, kiedy będzie musiał przyszłości spojrzeć w oczy i powiedzieć samemu 

sobie, co zostało z jego życia. 

Reijo miał nadzieję, że pomysł Knuta to tylko młodzieńczy kaprys. Miał nadzieję, że, 

doroślejąc,  zapomni  o  tym,  wykreśli  jako  nonsens.  Reijo  miał  nadzieję  -  ale  nie  wierzył,  że 

tak się stanie... 

Rok  mijał  zgodnie  ze  swym  niezachwianym,  niezmiennym  rytmem.  Po  kilku 

gwałtownych miesiącach lata w objęciach wspaniałomyślnego słońca, po tym jak wioska nad 

fiordem  wyraźnie  zazieleniła  się  i  wybujała  w  oczach,  przyszła  jesień  i  upomniała  się  o 

zapłatę za ową rozrzutność. 

Zimny  wiatr  smagał  skórę,  uderzał  w  zaparowane  szyby,  przypominając,  że 

prawdziwy wierzyciel zieje mrozem. 

Zima jednak ciągle wstrzymywała oddech. 

Nastała jesień. 

Jarmark. 

Knut skończył osiemnaście lat, kiedy kupcy zaczynali zwijać swe stragany. Wkroczył 

w dorosłe życie. 

Mijał tydzień od zakończenia jarmarku. 

Wioska  sprawiała  wrażenie  niezwykle  opustoszałej  po  tym,  jak  kupcy  z  wszelkich 

możliwych  stron  spakowali  się  i  wyjechali.  Nie  była  już  punktem  centralnym  północnej 

Skandynawii. 

Nad  odnogą  fiordu  została  niewielka  garstka  ludzi.  Wyraźnie  sprawiali  wrażenie,  że 

Pan się od nich odwrócił. 

background image

Wschodni wiatr - od lądu - nabrał powietrza i wydął policzki, żeby swym lodowatym 

podmuchem przywitać zmierzających w głąb kraju, ku traktom o obco brzmiących nazwach. 

Ku Suomi, która w samym swym języku miała muzykę i taniec. 

W tym roku na czas jarmarku również przypłynął „Sankt Nikołaj”. Niewiele można by 

wyliczyć takich lat, żeby nie pojawił się tu jakiś statek z Rosji, nie noszący imienia patrona 

ż

eglarzy. 

Jednakże i tym razem nie był to ten właściwy. 

Dwanaście lat. 

Nawet Reijo musiał się z tym pogodzić. Musiał to zrozumieć. 

Nie wróciła. 

Nigdy się nie dowiedzą, co się z nią stało. 

Knut nie pamiętał już, kiedy ktoś ostatnio o niej mówił. Sam myślał o niej czasami. 

Myśl nie sprawiała już bólu, gniew nieco osłabł. 

Bywały  chwile,  kiedy  cieszył  się,  że  jest  jej  synem.  Choć  nigdy  nie  było  łatwo  być 

dzieckiem Raiji. 

Nawet  po  tylu  latach,  nawet  teraz,  kiedy  nie  potrafił  przypomnieć  sobie  rysów  jej 

twarzy, głęboko w piersi czuł bolesne kłucie na myśl, że ona nie przyjedzie. 

Również w tym roku. Ani w przyszłym... 

Większy  ból  sprawiał  widok  zmęczonych,  smutnych  oczu  Reijo,  które  zmatowiały, 

zamiast iskrzyć zielenią. 

Knut  nie  był  w  stanie  rozmawiać  o  matce  z  Reijo.  Kiedy  był  jeszcze  dzieckiem, 

pogawędki  z  ojczymem  sprawiały  mu  prawdziwą  przyjemność.  Teraz  wydawały  się 

niemożliwe. 

Rozmawiał o niej z Mają. 

A  Maja  nie  zapomniała  i  nie  wybaczyła  tak  jak  on.  Maja  nigdy  nie  pogodziła  się  ze 

swymi rodzicami. 

Częściowo  zaakceptowała  Mikkala  jako  ojca.  Przede  wszystkim  dlatego,  że  dał  jej 

Ailo za brata. 

W swym sercu jednak nie znalazła wybaczenia  ani zrozumienia dla kobiety, która ją 

urodziła. 

- Nie mam matki - mówiła z goryczą. Na tym urywała każdą rozmowę. - Dla mnie jest 

Raiją. Obcą kobietą. W moim życiu nie ma dla niej miejsca, tak jak ona nigdy nie znalazła w 

swoim życiu miejsca dla nas. 

Maja była nieugięta. 

background image

Knut zaś niezadowolony. 

Niezadowolony z tego, że jest Knutem, synem Karla Elvejorda, synem Raiji, Knutem 

z przylądka... 

Chłopcem,  którego  ludzie  oceniali  według  tego,  kim  są  jego  rodzice.  Zawsze  będzie 

na straconej pozycji w wiosce, która wydała na świat jego ojca. 

I miał jedno marzenie. 

Do wiosny zostały jeszcze całe wieki. 

Ida należała do osób, które potrafiły przeczuwać różne rzeczy. Które ogarniał dziwny 

niepokój,  zanim  inni  zaczynali  cokolwiek  podejrzewać.  Przewidywała  to,  co  zaledwie 

zrodziło się w cudzej myśli. Wyczuwała zmianę atmosfery. 

Jeżeli dotyczyło to bliskich jej osób, doznawała tego na tyle wcześnie, że zdążyła się 

zdziwić - a być może przeboleć. 

Coś się działo z Knutem. 

Ida wpatrywała się w drewnianą ścianę. Zwarte i solidne belki odgradzały ją od całego 

zewnętrznego świata. Była zupełnie sama w maleńkiej izdebce, należącej tylko do niej. 

To o Maję powinna się martwić. O Maję mieszkającą samotnie w domu nad rzeką. 

Ale Maja była niezależna. 

Coś się działo z Knutem. 

W głębi duszy Ida wiedziała, czego się obawia - znała odpowiedź. 

Zaskrzypiały  drzwi  do  jej  pokoju.  Słabo  jęknęły.  Szybko  usiadła  na  posłaniu. 

Rozpoznała zarys sylwetki Knuta na jaśniejszym tle, zanim zamknął za sobą drzwi. 

- Mogę wejść? 

Ida uśmiechnęła się w ciemności. To pytanie typowe dla Knuta. 

- Już wszedłeś. Nie możesz spać? Podciągnęła kolana do piersi i potarła o nie brodą. 

Objęła nogi i skrzyżowała na nich ręce. 

Usiadł na końcu łóżka. Nie rzucił się na nie, jak to robił, kiedy był dzieckiem. 

Knut  nie  był  już  małym  chłopcem.  Wszyscy  to  zauważyli.  Tej  jesieni  stał  się 

mężczyzną. 

-  Przyszedłeś  spytać  swą  mądrą  siostrzyczkę  o  radę?  -  rzuciła  zaczepnie,  trochę 

niepewna, jak zachować się wobec tego nowego Knuta. 

- Żeby się pożegnać. 

- Co? - Ida niemal krzyknęła. Brat natychmiast ją uciszył. - Odchodzisz?! 

-  Nie  tak  głośno,  siostrzyczko!  Nie  musisz  budzić  Reijo.  Nie  o  to  przyszedłem  cię 

prosić. 

background image

Ida chwyciła go za ramię. Jakby chciała go w ten sposób zatrzymać. 

Miał na sobie skórzane spodnie. Gruby sweter, który Maja dla niego zrobiła. 

Ida zrozumiała, że Knut nie żartuje. Nie wyszykowałby się tak, gdyby nie wybierał się 

w długą drogę. 

- Obiecałeś Reijo, że poczekasz do wiosny! - powiedziała z troską i wyrzutem. 

- Reijo prosił mnie, żebym poczekał. Niczego nie obiecywałem. 

Knut  nie  mógł  mówić.  Gardło  miał  ściśnięte,  kiedy  tak  siedział  obok  siostry,  czując 

już przedsmak tęsknoty za domem. Wiele o tym rozmyślał. Starannie zaplanował ten moment. 

Dokładnie wiedział, co powie - i po co wyrusza w tę podróż. 

Jednak słowa ułożone w myśli nie zawsze równie łatwo ześlizgiwały się z języka. 

Nie tak to sobie wyobrażał. 

Sądził, że łatwiej będzie zerwać. Że więzów łączących go z domem jest niewiele. 

Często złościł się na Idę, czasami wolałby się jej pozbyć. 

Teraz  uświadomił  sobie,  że  bardzo  ją  kocha.  Nie  mógłby  odjechać  od  niej  bez 

pożegnania. 

Ida  była  bliska  płaczu.  Przełykała  dzielnie  ślinę  i  zagryzła  wargę,  udało  jej  się 

zachować suche oczy i policzki. 

- Wkrótce nadejdzie zima - bez przekonania próbowała odwieść Knuta od powziętego 

zamiaru, pewna, że dokładnie to przemyślał, pewna, że dobrze zdaje sobie sprawę z tego, co 

robi. - Zamarzniesz na śmierć. Wystarczy mi już, że mama zniknęła. Nie chcę, żeby i mój brat 

przepadł! 

Uścisnął  ją  mocno.  Jej  drobne  dłonie  zacisnęły  się  na  jego  szyi.  Nierozerwalnie  ich 

połączyły. 

-  Nic  mi  nie  grozi,  maleńka  Ido.  Rozmawiałem  z  kimś,  kto  wyrusza  na  północ. 

Okazało  się,  że  jeszcze  nie  wszyscy  kupcy  wyjechali.  Kilka  rodzin  z  okolic  Alty  musiało 

zostać,  bo  ktoś zachorował.  Wyruszają  jutro  rano.  Mogę  jechać  z  nimi. To  właśnie  w  Alcie 

wszystko się zaczyna, Ido. Tato został tam pochowany. Chcę zobaczyć jego grób. I wiem, że 

znajdę  złoto.  Wrócę  z  nim,  siostrzyczko.  A  wtedy  koniec  z  życiem  w  drewnianej  chacie. 

Zostaniesz bogatą panną. Czyżbyś tego nie pragnęła? 

-  Zabłądzisz...  Z  czego  będziesz  żył?  Raptownie  wypuścił  ją  z  objęć.  W  jego  głosie 

brzmiało zakłopotanie, kiedy odpowiedział: 

-  Musiałem  pożyczyć  trochę  pieniędzy  od  Reijo.  Tych,  które  trzyma  w  skrzyni  pod 

łóżkiem.  Rzadko  do  niej  zagląda,  więc  przez  jakiś  czas  niczego  nie  zauważy.  Wszystko 

zwrócę. To tylko pożyczka, Ido... 

background image

Ale jednak nie zapytał. 

Idzie  się  to  nie  podobało.  Reijo  będzie  zły.  Oszczędzał,  żeby  mieć  z  czego  zapłacić 

dziesięcinę i podatek, kiedy poborcy zapukają do drzwi. Nieszczęśnik, który w takiej chwili 

nie jest w stanie wyłożyć pieniędzy na stół, może spodziewać się kłopotów. 

A kraść nie wolno - nawet jeśli nazywa się to pożyczką. 

-  Będę  pracował  -  mówił  dalej  Knut.  -  Nie  jestem  słaby.  Mogę  podjąć  się  każdej 

męskiej  roboty.  Jakoś  na  siebie  zarobię.  Trochę  zaoszczędzę,  a  jak  tylko  nadejdzie  wiosna, 

zacznę szukać. Zabieram ze sobą sakwę taty. Znam na pamięć jego szkic. Wiem, że znajdę to 

miejsce. 

Mówił z takim przekonaniem, że Ida oszczędziła sobie trudu i nie sprzeciwiała się. 

- Czy naprawdę tak myślisz? - spytała z powagą. - Naprawdę w to wierzysz? 

- Tak. 

- Czy w żaden sposób nie zdołam cię powstrzymać? Knut potrząsnął głową. 

-  Obiecaj,  że  jeśli  tylko  będziesz  miał  możliwość,  prześlesz  mi  wiadomość,  żebym 

wiedziała,  że  żyjesz.  Przez  kogoś,  kto  będzie  się  wybierał  na  wiosenny  jarmark,  przez 

wędrujących Lapończyków... Wszystko jedno przez kogo. Obiecaj mi to! 

Knut obiecał. Troska siostry go wzruszyła. 

- W takim razie ruszaj w drogę. Będę o tobie myśleć. I będę tęsknić. 

Objęli się w milczeniu. Zdawali sobie sprawę, że nie zobaczą się długo, bardzo długo. 

Potem Knut wypuścił Idę z ramion i cicho przeszedł przez pokój. Przez chwilę stał w 

otwartych  drzwiach.  Czarny  cień  o  szerokich  ramionach,  nieco  przydługich  włosach  i 

prostych nogach w skórzanych spodniach. 

-  Do  zobaczenia,  Ido  -  powiedział  cicho  i  zamknął  drzwi.  Jęknęły  słabo.  Ruszył  w 

drogę. 

background image

Darniowa chata nie należała do nikogo, a jednocześnie należała do wszystkich. 

Do  nikogo  poza  tym,  kto  akurat  z  niej  korzystał.  Tak  mówiono  Knutowi  i  tak 

rzeczywiście było. 

Mieszkał tu już ponad tydzień i przez cały ten czas nie widział żywej duszy. 

W  głębi  serca  Knut  wiedział,  że  Reijo  miał  rację.  To  nie  lata,  których  ci  przybywa, 

decydują o tym, że jesteś coś wart. Że jesteś mężczyzną. 

To coś znacznie więcej. 

Knutowi wydawało się, że widział już tak wiele, że przeżył tak wiele, że znosił już tak 

wiele - że był w podróży przez całe swoje życie. Takiego dzieciństwa, jakie przypadło mu w 

udziale, nikomu by nie życzył. 

Jednak na swoje szczęście nie pamiętał szczegółów tamtego okresu. 

Pamięć  jest  dziwna.  Wraz  z  upływem  czasu  potrafi  rozmazać  najmocniej  kreślone 

linie, wygładzić ostre kanty, które mogłyby kaleczyć.  To forma ochrony  tkwiąca  w każdym 

człowieku, obrona przed tym, co zbyt trudno byłoby nieść, z czym zbyt trudno byłoby na co 

dzień żyć. 

Knut nigdy wcześniej o tym nie myślał. Nie musiał o tym myśleć. 

Nie pamiętał, jak ciężkie bywały podróże, nie pamiętał zimowych burz, które omal nie 

wykradły  mu  życia.  Jednak  wyruszyłby  na  tę  wyprawę  -  zrobiłby  to  samo,  nawet  gdyby 

pamiętał. Co prawda z innym nastawieniem. 

Już teraz musiał zmienić wiele zamysłów. „Do Alty było jeszcze daleko. 

Wystarczająco  blisko,  by  dotrzeć  tam  na  nartach  w  ciągu  paru  dni  -  jeżeli  dopisze 

pogoda, a wierzchnia, stwardniała warstwa śniegu utrzyma dorosłego człowieka. 

I wystarczająco daleko, by z tym poczekać. 

To także część dziedzictwa, które Knut otrzymał: strach przed byciem obcym. 

W  czasie  podróży  na  północ  stanowił  część  grupy,  ale  nie  czuł  się  jej  członkiem. 

Krewnych i sąsiadów z otwartej północnej krainy łączyły więzy tak silne, że nie był w stanie 

się do nich zbliżyć. 

Nie rozumieli do końca jego żądzy przygód, którą pielęgnował jak rzadki kwiat. Oni 

sami  nigdy  nie  doznawali  niczego  podobnego.  Podróż  na  wielki  jarmark  była  dla  nich 

koniecznością. Częścią ich pracy. Nie zawsze przyjemną. 

background image

Oczywiście bawili się i żartowali, kiedy dotarli na miejsce, ale w drodze czekało ich 

wiele znoju. Krwawego znoju. 

W dodatku to, co mieli do sprzedania, kryło w sobie niezliczenie dużo godzin ciężkiej 

pracy. 

Taki  szczeniak,  który  aż  rwie  się,  żeby  się  o  tym  przekonać,  ma  widać  za  dobrze  w 

ż

yciu. Co do tego nie było dwóch zdań. 

Ż

ycie  w  Finnmarku  nie  jest  bajką,  wiedzą  to  ci,  którzy  spędzili  w  tej  krainie  całe 

ż

ycie. 

Ci, którzy pochowali w tej ziemi swoich rodziców i dziadków, nie znają prostych dróg 

prowadzących do osiągnięcia wielkiego celu, i bardzo wątpliwe, czy przybysze, którzy ledwo 

odrośli od ziemi, potrafią je znaleźć. 

Chyba  że  to  ludzie  o  złocistych  włosach,  a  dawno  nie  spotkali  nikogo,  kto  by  się  z 

takimi urodził. 

Wiele lat temu krążyły pogłoski o pewnym jasnowłosym człowieku, który przybył do 

Alty  z  ciężkimi,  błyszczącymi  kamieniami.  To  jeden  z  wątków  wplatanych  w  historie  o 

Krwawym  Olem,  jego  uroczej  żonie  Laponce  i  o  nieznajomym,  którego  znaleziono  z  pode-

rżniętym gardłem. 

Takimi krwawymi opowieściami ludzie uprzyjemniali sobie czas, siedząc wieczorami 

przy ogniu. 

To  było  dawno  temu.  Sporo  zostało  zapewne  zmyślone.  Dopowiedziane  naprędce 

przez kogoś, kto miał ku temu zdolności. 

Ale  nawet  jeżeli  Knut  marzył  o  złocie,  jeżeli  szukał  przygody,  to  nie  wyjawił  nic 

towarzyszom podróży. A oni nie opowiedzieli mu historii o Krwawym Olem. 

Nie można tak po prostu dopuścić obcych do czegoś, co uznaje się za swoje. 

Zostawili go przy darniowej chacie kilka dni drogi od ich własnego świata. 

Nie prosili go, by poszedł z nimi. 

Do Alty nie było daleko. A przecież powiedział, że właśnie tam zmierza. 

Knut żywił się tym, co znalazł w sidłach. Nie zapomniał sztuki z dzieciństwa. Pardw i 

zajęcy  było  na  płaskowyżu  w  bród  -  i  chociaż  lisy  i  orły  często  wcześniej  zdążyły  wykraść 

zdobycz - starczyło jedzenia, by przeżyć. Knut musiał jednak przyznać, że jego jadłospis stał 

się trochę jednostajny. 

Jemu, który zwykł jadać ryby przynajmniej dwa razy dziennie, wydawało się dziwne 

przez cały tydzień nie czuć w ustach ich smaku. 

background image

Wprost  ślinka  mu  ciekła  na  myśl  o  świeżo  ugotowanym  dorszu  albo  o  małej  siei, 

dopiero co złowionej, która rzuca się jeszcze po włożeniu do garnka. Razem z ikrą i wątróbką 

stanowiła pańskie danie, którego nawet król mógłby pozazdrościć. 

Knut tęsknił za morzem i słoną wodą. 

Tęsknił za dawną codziennością - za wszystkimi drobiazgami, o których wcześniej nie 

myślał. 

Za  mewami,  które  swym  ostrym  krzykiem  zbyt  wcześnie  ściągały  go  rankiem  z 

posłania, za mozolną pracą przy wiązaniu sieci, by ich oka odpowiadały wielkości łowionych 

ryb, za tymi przeklętymi haczykami, które tak często kaleczyły palce. Tęsknił za rozpalaniem 

w  piecu,  za  ostrym  dymem  bijącym  w  twarz  i  za  zimnymi  deskami  podłogi  pod  bosymi 

stopami.  Za  Idą,  która  nie  dawała  sobie  rady  ze  wstążkami  w  warkoczach  i  zawsze  musiała 

prosić o pomoc starszego brata z jego dużymi i niezgrabnymi palcami... 

On,  dorosły  mężczyzna  -  który  pod  osłoną  nocy  chyłkiem  wymknął  się  z  domu  w 

poszukiwaniu przygód - czuł tak silną tęsknotę za bliskimi, że ściskało mu się serce... 

Nie  wolno  mu  myśleć  o  tych,  których  zostawił!  Wróci  do  nich,  ale  dopiero  kiedy 

osiągnie swój cel. Jak to określił Reijo? 

To będzie próba męskości. 

Musiał wyjść. Poczuć wiatr wiejący w oczy, tak że łzy same popłyną, i to nie dlatego, 

ż

e płacze. 

Szybko  narzucił  na  siebie  futrzaną  kurtkę,  którą  przywiózł  Ailo,  kiedy  ostatnio 

odwiedził  Lyngen. Dobrze nacisnął na uszy czapkę z lisa - zrobiła mu ją Maja. Tak, siostra 

miała zręczne ręce. 

Założył  narty,  wsuwając  czubki  kumagów  w  pętle  z  plecionych  gałązek.  Niemal  ze 

złością, mocno odpychał się długimi kijkami, sunąc po śnieżnej skorupie, na której  w ciągu 

nocy pojawiła się cienka warstwa świeżego śniegu. Nie sypało mocno. 

Sidła  opróżnił  poprzedniego  dnia.  Pewnie  niczego  teraz  w  nich  nie  ma,  ale  nie 

zaszkodzi sprawdzić. Dobra i taka wymówka. Nie przyzna się przecież, że wybiegł na mróz, 

ż

eby uciec od uczuć, których się wstydził. 

Knut wydawał się brązową plamą na zimowym płaskowyżu. Żeglował po nim jak po 

morzu. Narty były jego łodzią, on sam kapitanem i żaglem, wszystkim naraz. 

Myśl  ta  podziałała  tak  odprężająco,  że  Knut  musiał  się  roześmiać  w  głos  ku 

jaśniejącemu dniu. Nie był zatem jakimś dzieciakiem wysłanym w świat, który nie był jego 

ś

wiatem!  Nie  był  obcym  przybyszem,  który  boi  się  wyjść  na  spotkanie  nieznanego  z 

podniesionym czołem! 

background image

Był Knutem Elvejordem - przybył, żeby odebrać spadek po ojcu. I nie czuł strachu. 

Podążanie od jednych sideł do drugich wydawało się zabawą. Śmiganiem w zawody z 

prószącym  śniegiem,  który  ledwie  trochę  chłodził  twarz.  Knut  dawał  z  siebie  wszystko, 

zwiększył  prędkość  i  w  jednej  chwili  pokochał  tę  krainę,  chociaż  brakowało  jej  morza,  na 

które mógłby patrzeć, czuć jego zapach i nad którym czułby się jak w domu. 

Przedostatnie  sidła  leżały  puste,  wepchnięte  gdzieś  pod  śnieg  przy  stosie  kamieni. 

Knut pomyślał, że być może ptak szukał tu schronienia. Pośród tego krajobrazu niewiele jest 

miejsc nadających się na kryjówkę. 

Teren  był  płaski,  otwarty  i  rozległy.  Nie  miał  w  sobie  nic,  co  mogłoby  wiązać  - 

człowieka czy myśli. 

Lub wiatr. 

Obok stosu utworzyła się śnieżna zaspa - pewnie z kamieni zsunęła się lawina. Knut 

musiał  zdjąć  narty,  żeby  poszukać  sideł,  i  wpadł  w  nią  po  pas.  Stos  wydał  się  Knutowi 

dziwnie nagi, tak jakby coś się po nim stoczyło, a śnieg padający w nocy nie zdołał zasypać 

ś

ladów. 

Do diabła, że też dokładnie nie pamięta, gdzie umieścił te przeklęte sidła! 

Spod śniegu wystawały jakieś zarośla, ale to było wczoraj. Dziś zostały ukryte przed 

ludzkim wzrokiem. 

Knut szukał na chybił trafił, grzebał w śniegu po łokcie w różnych miejscach... 

Natknął się na coś, co było twardsze niż gałązki krzewów, miało pełniejszą formę, ale 

było bardziej miękkie niż kamień. 

Czyżby lis złapał się w sidła? 

Zaczął  pośpiesznie  odgarniać  śnieg.  Na  szczęście  to  tylko  lekki  puch,  nie  mokry  i 

ciężki, jaki zwykle bywa świeży śnieg. 

Knut  przeraził  się,  kiedy  jego  rękawiczki  dosięgły  tego,  co  kryło  się  pod  spodem, 

kiedy odsłoniły wystarczająco wiele, by zrozumieć, co leży tuż obok sideł. 

To nie lis, o, nie... 

Drżąc, odgarnął białą pokrywę. Musiał wiele razy przełknąć ślinę. 

- O dobry Boże - mruknął do siebie. - Dlaczego musiałem znaleźć właśnie to? 

Chciał  uciec,  nie  chciał  patrzeć,  nie  chciał  wiedzieć  -  tylko  rzucić  się  do  nart  i 

czmychnąć  stąd  czym  prędzej.  Pragnął  zniknąć  i  pozwolić,  by  zaspa  zachowała  swą 

tajemnicę. 

Nie przyszedłby już nigdy więcej sprawdzać tych sideł... 

background image

Nie  można  uciec  od  odpowiedzialności,  zadźwięczało  mu  w  głębi  duszy.  Pięć  słów, 

również stanowiących część dziedzictwa, którego wolałby nie posiadać. 

Odkrył ciało. Było ubrane w odzież ze skóry. Na jednej stopie tkwiła połowa narty. 

Zsunął  ją,  nie  zastanawiając  się  nad  tym,  co  robi.  Skórzany  kaftan  ześliznął  się  przy 

tym na bok, odsłaniając brzeg spódnicy. 

Kobieta? 

Knut widywał już wcześniej zmarłych. 

Dławienie  w  gardle  groziło  uduszeniem,  kiedy  odwracał  ciało  ku  sobie.  Ujrzał 

potwornie  bladą  twarz  w  zbyt  dużej  skórzanej  czapie.  Tak,  to  kobieta.  Właściwie  jeszcze 

dziewczyna. 

Ż

eby umrzeć tak młodo... 

Wątpił, by była starsza od niego. Pomyślał, że była raczej w wieku Idy. 

Była... 

Wpatrywał się w dziewczynę. Czemu jej nie poznał, kiedy jeszcze oddychała i śmiała 

się? Zastanawiał się, jaką tajemnicę z sobą zabrała. 

Jej  usta  były  lekko  rozchylone.  Chwycił  ją  mocniej  za  ramiona.  Wpatrywał  się  w 

ś

miertelnie bladą twarz, sztywne wargi, które nabrały barwy niebieskiej... 

Zamrugał, choć nawet na to nie miał odwagi. A jeśli coś drgnie w jej twarzy akurat w 

tym ułamku sekundy, kiedy przymknie powieki? 

Nie, na pewno jest martwa. Oczywiście, że jest martwa. Sam wykopał ją spod śnieżnej 

zaspy. To jasne, że nie żyje. 

Odrobina wątpliwości sprawiła, że serce zaczęło mu walić jak młotem. 

Drżał, kiedy zsuwał rękawiczkę. Cały czas podtrzymywał dziewczynę za ramiona. 

Ułożył dłoń tuż przy jej na wpół otwartych ustach. Dygotał na całym ciele i ręka mu 

się trzęsła. 

Czyżby poczuł oddech? 

Wrażenie czegoś na nagiej skórze... jakby muśnięcie owada w locie. 

Knut nie słyszał nic poza biciem własnego serca. Puk - puk - puk... Pulsowało mu w 

uszach. 

To naturalnie jego własna wyobraźnia płatała mu figla. Wystarczająco często słyszał o 

typowej w rodzinie Alatalo fantazji, którą hojnie został obdarzony. 

Stał  pośrodku  płaskowyżu,  trzymając  w  ramionach  zwłoki  dziewczyny.  To  nie  do 

pomyślenia, żeby było inaczej... 

Pojawiło się znowu. 

background image

Tak  słabo,  że  ledwie  to  poczuł.  Coś  jakby  ciepło  u  nasady  serdecznego  palca  przez 

krótkie mgnienie oka. 

Zmarli nie oddychają. 

Poczekał; wrażenie pojawiło się jeszcze trzykrotnie. Nie miał odwagi w to uwierzyć. 

Tak wiele razy powtarzano mu, że zmyśla. 

Tacy marzyciele jak on nie mieli łatwego życia w stronach, z których pochodził, a tu, 

gdzie zawędrował, sytuacja wcale nie przedstawiała się lepiej. 

W  końcu  upewnił  się  co  do  jednego:  w  ciele,  które  znalazł,  tliło  się  życie.  Ledwie, 

ledwie - oddechy następowały po sobie tak wolno, że między jednym a drugim zdążył zliczyć 

chyba do stu. 

Ale dziewczyna żyła. 

Choć chciała umrzeć tu, z dala od ludzi. Co do tego Knut miał pewność. 

Do  chaty  było  daleko.  Nic  jednak  na  to  nie  poradzi,  musi  tę  małą  tam  przenieść.  W 

ciepłe miejsce, musi ją rozgrzać. 

Wypuścił z objęć nieprzytomną dziewczynę. Zdjął sakwę z ramienia i przewiązał ją na 

piersi. Nie było to wygodne, ale teraz o tym nie myślał. 

Musiał  najpierw  założyć  narty,  zanim  odważy  się  podnieść  ciało  dziewczyny.  Miał 

nadzieję, że nie upadnie - trudno byłoby znowu stanąć na nogach w tym śniegu, głębokim na 

wysokość człowieka. 

Niemal  wieczność  zabrało  mu  podciągnięcie  do  góry  sztywnego,  ubranego  w  futro 

ciała dziewczyny. Zgrzał się przy tym i spocił, a cały zamiar wydał mu się nierealny. 

Przybycie w to miejsce zajęło mu połowę widnego dnia, a wyruszał z wiatrem, pełen 

zapału.  Wprawdzie  nie  musiał  już  nadkładać  drogi,  by  zaglądać  do  wszystkich  sideł,  ale 

mimo to od miejsca, do którego musiał dotrzeć, dzieliła go nieskończoność. 

- Jesteś cholernym szczęściarzem, Knucie Elvejord - mruknął przez zaciśnięte zęby i 

głęboko  zaczerpnął  powietrze  w  płuca.  -  Oczywiście  zawsze  muszą  ci  się  przydarzać  takie 

rzeczy. Jakieś przekleństwo wisi nad twoją rodziną, ciągle na naszej drodze muszą pojawiać 

się  jacyś  nieudacznicy,  a  my  przez  to  diabelne  poczucie  obowiązku  musimy  im  pomagać. 

Masz  dla  siebie  cały  płaskowyż,  a  wpadasz  prosto  na  to  ciało!  I  w  dodatku  okazuje  się,  że 

jeszcze nie całkiem uszło z niego życie. O Boże... 

Spojrzał w niebo. Na północy na horyzoncie widniało pasmo mroźnej czerwieni, lecz 

wyraźnie już ciemniało. 

-  Nie  potrafię  ratować  życia  -  rzekł,  zwracając  się  w  górę  ku  niebiosom. 

Zrezygnowany,  zrozpaczony.  -  To  mama  ma  coś  niezwykłego  w  swoich  rękach,  Boże.  Nie 

background image

odziedziczyłem  tej  zdolności.  Moje  ręce  nadają  się  tylko  do  łowienia  ryb  w  wodach  fiordu, 

potrafią  zdobywać  pożywienie...  i  znajdować  bogactwa.  Nie  posiadam  zdolności 

wskrzeszania zmarłych. Dlaczego wybrałeś właśnie mnie, żebym ją znalazł? Dlaczego mnie, 

Boże? 

Lecz niebo pozostało równie milczące jak przedtem. 

Knut przełknął ślinę i złapał dziewczynę w miejscu, gdzie, jak sądził, miała talię. Nie 

była ani duża, ani ciężka, lecz jej sztywne ciało trudno było utrzymać. 

Zachwiał  się  i  omal  nie  upadł,  kiedy  przerzucił  je  sobie  przez  ramię.  Udało  mu  się 

jednak zachować równowagę. Poczuł ból w udach, tak mocno napiął mięśnie, ale utrzymał się 

na nogach. 

-  Oczywiście  -  powiedział  do  siebie  półgłosem.  Słysząc  brzmienie  własnego  głosu, 

poczuł  się  trochę  raźniej.  -  Teraz  pozostała  już  tylko  reszta,  Knut.  Jesteś  mężczyzną, 

prawdziwym mężczyzną, więc powinieneś sobie z tym poradzić! 

Pierwsze  kroki  uczynił  niepewnie  i  ostrożnie.  Musiał  się  nauczyć  odpowiednio 

rozkładać własny ciężar jako przeciwwagę dla brzemienia, które dźwigał na ramieniu. Szedł 

trochę przekrzywiony, co dotkliwie odczuwał w plecach i biodrach. 

Ale gdyby tego nie wytrzymał, dziewczyna straciłaby wszelkie szanse na przeżycie. 

Przywykł  do  znoszenia  trudów.  Oddalał  się  z  fatalnego  miejsca  z  każdym 

pojedynczym  odepchnięciem  kijka  -  tak  jakby  brał  na  siebie  jakąś  karę,  której  nie  mógł 

uniknąć. 

Na szczęście teren był płaski, na szczęście nie zaskakiwał żadnymi niespodziewanymi 

pochyłościami,  które  Knut  musiałby  pokonywać,  a  jedynie  czasami  trafiały  się  łagodne 

wzniesienia,  właściwie  nie  zasługujące  nawet  na  to  miano.  Knut  starał  się  utrzymywać 

odpowiednią  postawę,  prawidłowo  odpychać  się  kijkami,  żeby  niepotrzebnie  się  nie 

zatrzymywać. Czul duży opór powietrza, ponieważ tworzył z dziewczyną sporą, nieforemną 

bryłę. Z drugiej strony zyskał większe obciążenie nart, sunął więc odrobinę szybciej. Dopóki 

zlodowaciała skorupa śniegu utrzyma ich oboje. 

Zgrzał się. Czuł, jak spływa z niego pot, piecze w oczy, nie miał jednak wolnej ręki, 

by go wytrzeć. Musi piec. 

Na  szczęście  nie  mógł  obejrzeć  się  za  siebie;  takie  ruchy  oznaczały  zbyt  wielkie 

ryzyko.  Dzięki  temu  nie  mógł  się  przekonać,  jak  wolno  rośnie  odległość  od  miejsca,  skąd 

wyruszyli. 

Musiał  patrzeć  tylko  przed  siebie,  wyznaczać  sobie  kolejne  cele...  do  tego  małego 

zaokrąglenia, które pewnie jest zasypanym kamieniem, potem do tej gałązki - zagajnika, jak 

background image

mógł się domyślać z tego, co wystawało pośród bezkresnej bieli - następnie do miejsca, gdzie 

biegł poprzedni ślad. Musiał skracać drogę, ścinać ją, kierować się prosto tam, gdzie przedtem 

zbaczał, by zastawić sidła w pobliżu tropów zwierząt i ptaków. 

Wybierał  kolejny  punkt  krajobrazu,  do  którego  będzie  dążył,  wreszcie  dojdzie  -  a 

potem wyznaczy nowy cel... 

W  końcu  zobaczy  darniową  chatę:  ciemna  i  niekształtna  będzie  jakby  jaśniała  w 

mroku. 

Będzie  czarno  niczym  w  studni,  kiedy  dotrą  na  miejsce.  Knut  zdawał  sobie  z  tego 

sprawę.  Wiedział  o  tym  i  zagryzł  zęby.  Poczuł  smak  krwi.  Przełknął  ją,  to  samo  uczynił  z 

gęstą śliną. Przełykaj, tylko przełykaj! 

Ramię, na którym niósł dziewczynę, bolało, lecz nie miał odwagi się zatrzymać. Nie 

wiedział, czy zdołałby posuwać się dalej, gdyby choć na chwilę przystanął. 

Nie wiedział, czy by mu się udało przełożyć ciężar na drugie ramię. 

Dopóki szedł, mógł jakoś to wytrzymać. Przyzwyczaił się do bólu, zapomniał o nim. 

Zapomniał o tym, że kiedykolwiek czuł inaczej. 

Szumiało mu w uszach, oślepiały go pot i łzy, spływające po policzkach i zamarzające 

w sopelki lodu na brodzie. 

Szedł  dalej  -  pod  wiatr,  który  nie  wiał  już  w  plecy,  jak  przyjaciel  wyciągający 

pomocną dłoń. 

Musiał  samotnie  zmagać  się  z  siłami  natury  i  Bóg  jeden  wie,  jakimi  jeszcze 

przeciwnościami. 

Knut nie był pewien, czy dziewczyna wciąż żyje. Nie mógł tego sprawdzić. Wszystko, 

co mógł dla niej zrobić, to iść dalej, tylko iść, narta za nartą, krok za krokiem. 

Z  zapadnięciem  zmroku  Knut  starał  się  wyczuwać  swój  poprzedni  ślad  i  ślepo  nim 

podążał. 

Nikt  oprócz  niego  tędy  nie  chodził.  Dopóki  wiatr  nie  zamiecie  jego  szlaków,  mógł 

zaufać niepewnym zimowym ścieżkom, które sam wytyczył. 

Nastała  noc.  Zrobiło  się  tak  zimno,  że  na  horyzoncie  pojawiła  się  zorza  polarna  i 

oświetliła prawie już zasypane ślady nart pozostawione przez Knuta w ciągu dnia. 

Największym  jego  pragnieniem  było  poddać  się.  Najprościej  byłoby  rzucić  się  w 

miękki  śnieg,  poleżeć  -  zapomnieć  o  rwaniu  w  każdym  ścięgnie,  zapomnieć  o  bólu  głowy, 

który groził jej rozsadzeniem przy najmniejszym dodatkowym wysiłku. 

Najprościej  byłoby  pozwolić  dziewczynie  upaść.  Zostawić  ją  tak  po  prostu  -  i  nie 

oglądać się za siebie, kiedy będzie odchodził. O wiele łatwiej byłoby zrzucić ten ciężar. 

background image

Pokusa pojawiała się nieskończenie wiele razy. Już niemal się poddał. Nasuwały mu 

się tysiące wymówek, które mogły służyć jako usprawiedliwienie - przynajmniej w obecnym 

stanie umysłu. 

Nie potrafił. 

Nie miał zwyczaju wybierać najprostszych rozwiązań. To uratowało jego sumienie od 

dożywotniej udręki. 

Zmagał się dalej. 

Nigdy  potem  nie  był  w  stanie  wyjaśnić,  jak  udało  mu  się  pokonać  ostatni  odcinek 

drogi. 

Nie pamiętał szczegółów tego fragmentu płaskowyżu, który przemierzył w nocy. 

Ś

lady przed darniową chatą świadczyły o tym, że upadł tuż przy wejściu. Narty leżały 

tam,  gdzie  je  zostawił.  Najwidoczniej  wciągnął  dziewczynę  do  środka,  nie  mając  pewności, 

czy jeszcze żyje. 

Kiedy doszedł do siebie, poczuł, że jest mu zimno. Pewnie zasnął - a może nie. Miał 

wrażenie,  jakby  wyszedł  z  pustki,  z  której  nie  wolno  zachowywać  żadnych  wspomnień.  Z 

pustki, która nie dawała możliwości odpoczynku. 

Bolały go wszystkie członki. Żeby dźwignąć się na kolana, z największym wysiłkiem 

musiał  przełamać  opór  ciała.  Wszystko  w  nim  krzyczało  przeciw  najmniejszemu  ruchowi. 

Chciał tylko leżeć i odpoczywać, odpoczywać, póki nie poczuje czegoś innego niż potworne 

zmęczenie. 

Trzęsąc  się  z  zimna,  zaczął  zabijać  ręce.  Nadal  miał  na  sobie  całe  ubranie. 

Przypomniał sobie, że wyszedł po to, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. 

Odnalazł wzrokiem otuloną futrem postać leżącą na podłodze. 

Drzwi nie były dokładnie zamknięte. Coś tkwiło w szczelinie, przez którą wdzierał się 

strumień mroźnego powietrza. 

Knut podczołgał się do wejścia i wypchnął nartę, która zawadzała. Domknął drzwi, ale 

nie zrobiło się o wiele cieplej. Za to zrobiło się ciemniej. 

Pokonanie  tej  krótkiej  drogi  wydawało  się  istną  torturą.  Knut  oparł  się  o  ścianę  i 

zacisnął oczy, żeby wytrzymać ból. 

Musiał  rozniecić  ogień  w  palenisku.  Musiał  się  postarać  choć  o  trochę  światła,  żeby 

zobaczyć, z kim - albo z czym - dzieli pomieszczenie. Z żywym człowiekiem czy z trupem. 

Skostniałe,  spuchnięte  palce  długo  mocowały  się  z  krzesiwem,  zanim  zaiskrzyło. 

Wkrótce cienkie patyczki, których używał na rozpałkę, zajęły się płomieniem. 

background image

Wydawało się, że upłynęły całe wieki, zanim ogień palił się na tyle spokojnie, by Knut 

odważył się spuścić z niego wzrok. Chłopak musiał stoczyć ze sobą walkę, żeby zebrać się na 

odwagę i podczołgać do dziewczyny. 

W  nikłym  i  chybotliwym  świetle  z  paleniska  wyglądała  bardziej  jak  martwa  niż  jak 

ż

ywa. 

Knut przyłożył dłonie do jej policzków. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jakie to 

uczucie dotykać zwłok. 

Przysunął  palce  blisko  do  ust  dziewczyny.  Wstrzymał  oddech,  nie  miał  odwagi  się 

poruszyć,  chociaż  siedział  w  niewygodnej  pozycji.  Jedna  noga  całkiem  mu  zdrętwiała,  nie 

czuł w niej nawet mrowienia. 

Chciał już dać za wygraną, kiedy odniósł wrażenie, że czubki dwóch jego palców są 

lekko wilgotne. Cofnął je, przyłożył do własnego suchego policzka. 

Więc jednak... 

Jeszcze oddychała. 

Ż

yła. 

Bóg jeden wie, jak to się stało, ale naprawdę jeszcze żyła. 

-  Musisz  jej  potrzebować  -  rzekł  cicho  ze  wzrokiem  zwróconym  w  górę  ku 

dymnikowi. 

Była taka zimna. 

Myśli  popłynęły  niby  wezbrane  wody  na  wiosnę.  Knut  orientował  się  co  nieco,  jak 

postępować w przypadku odmrożeń. Dowiedział się trochę od Reijo. Trochę od Ailo. Trochę 

sam się nauczył. 

Musiał  dziewczynę  jak  najprędzej  rozgrzać.  Jej  brak  przytomności  śmiertelnie  go 

przerażał.  To  niemożliwe,  żeby  żyła,  a  jednocześnie  prawie  nie  oddychała.  Była  tak 

przemarznięta, tak wychłodzona... 

Jak przeżyła pod śniegiem? 

Musiała przecież jakoś oddychać, pewnie w zaspie powstała wolna przestrzeń przy jej 

twarzy.  Może  to  za  sprawą  sztywnego  brzegu  zbyt  dużej  czapki,  który  trochę  wystawał? 

Niewykluczone, że w jakiś sposób się do tego przyczynił... 

Knut myślał i myślał, mocując się z rozpinaniem futrzanego płaszcza dziewczyny. 

Jej  ubranie  zesztywniało  od  mrozu.  Trzeba  je  zdjąć,  a  dziewczynę  owinąć  skórami  i 

ułożyć przy palenisku. Dobrze rozpalić. Mieć nadzieję. 

On,  Knut  Elvejord,  nigdy  wcześniej  nie  rozbierał  dziewcząt.  A  już  nigdy  się  nie 

spodziewał, że po raz pierwszy zrobi to w podobnych okolicznościach. 

background image

Nie  było  w  tym  nic  romantycznego.  Nic  zmysłowego.  Knut  nawet  nie  próbował 

zgadywać, jak leżące przed nim ciało wygląda pod warstwami ubrania. 

Jedyne uczucia, jakie go przepełniały, to strach - i determinacja. 

Zorientował się, że dziewczyna nie była córką zwykłego biedaka. 

Pod  płaszczem  miała  grubą  kurtkę  i  wełnianą  spódnicę  przyozdobioną  wplecionymi 

różnokolorowymi wstążkami - ubodzy ludzie nigdy by nie pomyśleli o wydawaniu pieniędzy 

na coś takiego. 

Knut niewiele wiedział o materiałach, jednak przypuszczał, że ten musiał być droższy 

niż samodział prostych ludzi. 

A kiedy pod kurtką zobaczył bluzkę z haftem, nabrał pewności, że dziewczyna, którą 

znalazł, pochodziła z zamożnego domu. 

Jej ubranie nie nosiło najmniejszych śladów cerowania. W pończochach, które musiał 

ś

ciągnąć,  gdyż  były  zbyt  sztywne  od  mrozu,  żeby  je  zrolować,  nikt  nie  łapał  oczek.  Na  jej 

bieliźnie nie było nawet najmniejszych łat. Wszystko sprawiało wrażenie nowego i drogiego. 

Ten, kto tak wyposażył swoją córkę, z pewnością nie miał długu u sklepikarza. 

Dotykanie  nieznajomej  nie  sprawiało  Knutowi  trudu  ani  go  nie  krępowało.  Stan,  w 

jakim  się  znajdowała,  nie  pozwalał  mu  traktować  jej  jak  kobiety.  Była  tylko  potrzebującym 

pomocy człowiekiem. Widok jej bladego, nagiego ciała nie budził w Knucie żadnych innych 

uczuć poza współczuciem. 

Musiał  podnieść  dziewczynę  i  przenieść  ją  bliżej  skór,  które  zwinął  przy  jednej  ze 

ś

cian.  Nie  potrafił  jej  po  prostu  przeciągnąć.  Teraz  stała  się  dla  niego  czymś  więcej  niż 

bezwładną bryłą, którą targał przez pół płaskowyżu. 

Oddychała powoli. Ledwie zauważalnie. Knut obawiał się, że wszystkie jego wysiłki 

pójdą na marne. 

- Nie wiem, co zrobię, jeżeli pozwolisz jej umrzeć - zagroził w stronę otworu w dachu. 

Tu w samotności łatwiej przychodziło mu rozmawiać z wszechwładnym Bogiem. 

Owinął  dziewczynę  skórami.  Postarał  się,  żeby  nie  wystawało  spod  nich  nic  oprócz 

twarzy.  Przysunął  ją  jak  najbliżej  paleniska.  Nie  za  blisko  jednak,  by  skóry  się  nie  zajęły. 

Byłoby to bardziej niebezpieczne niż chłód. 

Dołożył jeszcze więcej drewna do ognia. 

Wtedy  dopiero  znalazł  czas  dla  siebie.  Czas,  by  zdjąć  grubą  futrzaną  kurtkę,  która 

przeszkadzała  swobodnie  się  poruszać,  czas,  by  rozsznurować  nasiąknięte  wodą  kumagi. 

Zmarzły mu stopy, ale na szczęście nie groziły im odmrożenia dzięki turzycy, którą włożył w 

buty. 

background image

Drżał  i  trząsł  się  z  zimna,  kiedy  ściągał  mokre  ubranie  i  wyjmował  drugie  -  jedyne 

suche, na zmianę. 

Następnie odszukał zapas kawy, której ciągle ubywało, i nastawił wodę w czajniku. 

Był zmęczony, ale nie mógł sobie pozwolić na sen. 

- Zrobiłem, co mogłem - rzekł, zwracając się ku górze. - Reszta zależy od Ciebie. 

background image

Knut czuwał przy dziewczynie przez prawie dwa dni. Jadł mniej niż w najchudszych 

czasach w swoim życiu, ale nie był głodny. 

Pozostało mu tylko czekać. 

Musiał wychodzić po drewno na opał, kiedy  się  kończyło, ale wtedy  czuł się niemal 

chory. 

Mogła się przecież obudzić. 

Jednak kiedy wrócił, leżała jak przedtem. 

Blada.  Z  widocznymi  odmrożeniami  na  policzkach,  z  pęcherzami  na  zsiniałych  z 

zimna ustach. 

Niektóre  z  pęcherzy  zaczynały  pękać  i  sączyła  się  z  nich  wydzielina.  Knutowi 

wydawało się to okropne, lecz przezwyciężał odrazę i wycierał twarz dziewczyny jej halką. 

Ma  więcej  halek.  Nie  będzie  jej  brakować  tej  jednej.  Jeżeli  w  ogóle  będzie  jeszcze 

jakiejś potrzebować. 

W  ciągu  tych  dwóch  dni  jej  oddech  stał  się  szybszy,  lecz  wiele  mu  brakowało  do 

normalnego. I ciągle się nie budziła z tego okropnego snu. Prawie się nie poruszała. Czasem 

tylko lekko drgnął w jej twarzy jakiś mięsień. 

Nadal bardziej przypominała martwą niż żywą istotę. 

Knut  zastanawiał  się,  jak  wyglądała.  Jak  wyglądała  przedtem.  Domyślał  się,  że  była 

bardzo młoda - miała szczupłą sylwetkę, niezupełnie jeszcze dojrzałą. Dwie jego siostry już 

dorosły, znał się więc na tym. 

Jej  włosy  były  jasne.  Ich  kolor  przywodził  na  myśl  coś  pomiędzy  światłem  księżyca 

odbijającym się w ciemnych jesiennych wodach a złocistym, dojrzałym zbożem. 

Więcej w nich chyba srebrzystego odcienia, chociaż trudno to stwierdzić teraz, kiedy 

są tak potargane i splątane. 

Były w każdym razie długie. Dziewczyna wybrała się jednak z domu, nie splatając ich 

w  warkocz  ani  nie  wiążąc  w  kok.  To  dziwne.  Dziewczęta  w  jej  wieku  rzadko  chodzą  z 

rozpuszczonymi włosami. 

Knuta dziwiło w nieznajomej wiele rzeczy. Pomyślał, że z pewnością ktoś jej szuka. 

Nie  uświadamiał  sobie  do  końca,  co  to  może  dla  niego  oznaczać,  ale  trochę  się 

zaniepokoił. 

Przestraszył. 

background image

Była  wczesna  noc  drugiej  doby,  kiedy  dziewczyna  otworzyła  oczy.  Wargi,  duże, 

spuchnięte od mrozu i zupełnie bezkształtne, poruszyły się. 

- Czy ja umarłam? - dał się słyszeć słaby głos. - Dobry Boże, spraw, bym nie żyła! 

Knut nie zdążył odpowiedzieć, że nie jest aniołem, gdyż jej powieki ponownie ciężko 

opadły i stracił z nią kontakt. 

Po chwili zorientował się, że dziewczyna śpi. Nie był to jednak już ten sam letarg, w 

którym  trwała  od  chwili,  kiedy  ją  znalazł.  Głębiej  oddychała.  I  twarz  nabrała  trochę  życia. 

Knut pochylił swą jasną głowę i splótł ręce w modlitwie. 

Już nie wyzywał Pana. Od tej pory postanowił okazywać Mu więcej szacunku. 

Owej  nocy  rozszalała  się  gwałtowna  burza.  Knut  obawiał  się  przez  moment,  że 

zniszczy  chatę. Jednak stopniowo się uspokajał. Uświadomił sobie, że darniowa chata nadal 

będzie  stała  tak  jak  stoi,  by  dawać  schronienie  innym  wędrowcom,  kiedy  on  sam  już  ją 

opuści. 

Dziewczynę  obudziły  chyba  podmuchy  wiatru.  Knut  pomyślał,  gorzko  się 

uśmiechając,  że  tylko  umarły  nie  usłyszałby  szalejących  dookoła  sił  natury.  Mimo  to 

zaskoczył  go  jej  głos.  Upłynęło  tak  wiele  czasu,  nie  siedział  już  ze  wzrokiem  nieruchomo 

utkwionym w dziewczynę. Czuwał, lecz myślami błądził daleko. Wiedział, że zauważy, jeżeli 

coś się stanie. 

- Czy ja... żyję? 

Knut  przysunął  się  bliżej.  Starał  się  sprawiać  wrażenie  człowieka  niegroźnego  i 

godnego zaufania. Starał się jej nie przestraszyć. 

- Żyjesz, bądź o to spokojna! - odezwał się. 

Zamknęła oczy. Wcale na niego nie spojrzała. Zastanawiał się, czy dziewczyna czuje 

ból.  Pęcherze,  które  miała  na  dłoniach,  stopach  i  na  twarzy,  musiały  dokuczać  i  piec.  Nie 

wiadomo jednak, czy już to czuła, czy jeszcze nie. 

- Kim jesteś? Jak...? Jak mnie znalazłeś? Jej głos był tylko drżącym szeptem. Trudno 

po nim domyślić się wieku. Knut nadal oceniał ją na jakieś dwanaście - dziewiętnaście lat. 

- Sprawdzałem sidła - odparł, starając się wydać dużo sympatyczniejszym, niż był w 

istocie.  -  Jestem...  myśliwym.  Mieszkam  tutaj.  Mam  na  imię  Knut.  Znalazłem  cię  przy 

sidłach. 

-  Nie  jesteś  stąd  -  wykrztusiła.  Po  raz  pierwszy  spotkały  się  ich  spojrzenia.  W  jej 

oczach dojrzał rozpacz i błaganie. 

Knut nie wiedział, czy to typowe dla wszystkich ludzi, którzy wymknęli się śmierci. 

background image

-  Jestem  tu  obcy  -  rzeki.  Jego  życie  nie  stanowiło  żadnej  tajemnicy.  Mógł  o  nim 

opowiedzieć każdemu. 

-  Nie  pozwól,  by  mnie  znaleźli!  -  poprosiła.  Knut  zauważył,  jak  niebieskie  oczy 

dziewczyny zrobiły się ogromne ze strachu. 

Takie oczy musiały mieć piękną oprawę, przemknęło mu przez myśl. Na pewno była 

ładna. Być może będzie taka znowu. Trudno powiedzieć. Niektóre blizny pewnie pozostaną, 

ale opuchlizna zejdzie... Twarz dziewczyny, jaką teraz widział, nie była jej prawdziwą twarzą. 

-  Nie  zabieraj  mnie  ze  sobą!  Nie  widziałeś  mnie,  gdyby  ktoś  pytał!  Nie  pozwól,  by 

dowiedzieli się, gdzie jestem! 

Nie wyznała, czego się bała tak bardzo, że wyszła w zimową noc na pustkowie, żeby 

przed  tym  uciec.  Lecz  wzrokiem  błagała  go  o  spełnienie  prośby,  dopóki  powieki  na  powrót 

nie opadły ciężko, pozwalając jej usnąć. 

Potrzebowała odpoczynku, potrzebowała tego każda komórka jej ciała. 

Spała niespokojnie. 

Knut zdawał sobie sprawę, że dziewczyna wkrótce poczuje głód, ale obawiał się, że jej 

ż

ołądek odmówi przyjęcia czegoś cięższego. 

Ugotował  rosół  na  kościach  i  kawałkach  mięsa  pardwy.  Nie  było  to  może  nic 

nadzwyczajnego i nie miało jakiegoś szczególnego smaku, ale można się było posilić. 

Ten cienki bulion miał stanowić dla dziewczyny pierwszy krok ku życiu. Knut wmusi 

go w nią, zaraz jak się obudzi. 

Groźby nie były potrzebne. Gdy tylko otworzyła oczy, wypiła posłusznie kilka łyków 

letniej  zupy.  Popękane  wargi  zapewne  bardzo  ją  przy  tym  bolały,  ale  się  nie  skarżyła.  Nie 

skarżyła się również, kiedy jej żołądek odmówił przyjęcia strawy. 

Knut zagryzł zęby. Musiał znowu wykorzystać halkę jako szmatę. Po chwili chciał dać 

dziewczynie  jeszcze  trochę  wywaru,  ale  wzbraniała  się.  Jej  oczy  zwilgotniały  i  słabo 

pokręciła głową. 

Knutowi  to  wystarczyło.  Nie  odznaczał  się  szczególną  cierpliwością,  ale  w  tym 

przypadku musiał poczekać. 

Odrobina  rosołu,  którą  dziewczyna  wypiła,  to  dopiero  początek.  Knut  uznał,  że  tak 

musi być. Wkrótce będzie mogła wypić jeszcze trochę. Za kilka dni być może już coś zje. 

To i tak więcej, niż się spodziewał, odgrzebując spod śnieżnej zaspy na wpół żywego 

człowieka. 

Przespała całą dobę. Kiedy na krótko się budziła, Knut poił ją wywarem łyk po łyku. 

background image

Nie  tylko  za  pierwszym  razem  większość  zwróciła.  Chłopak  jednak  tak  łatwo  nie 

rezygnował. Życie warte jest odrobiny wysiłku. 

Burza trwała nadal. 

Knut  wiedział,  co  to  oznacza  -  nikt  w  taką  pogodę  nie  wyruszy  na  poszukiwanie 

dziewczyny. Jej bliscy pomyślą, iż pewnie nie żyje. Nikt nie przeżyłby takiej burzy jak ta pod 

gołym niebem. W każdym razie nie taka dziewczyna, lekko ubrana mimo futra, i z pewnością 

zupełnie nieprzygotowana, by poradzić sobie w surowych warunkach na pustkowiu. 

W domu na pewno dobrze o nią dbano. 

Knut  zdawał  sobie  również  sprawę,  że  ludzie  mieszkający  w  tych  stronach  muszą 

wiedzieć o ziemiance. 

Prędzej czy później ktoś tu przyjdzie. 

Nie był pewien, czy tego chce. 

Chciał  jednak,  żeby  dziewczyna  wyzdrowiała.  A  wtedy  będzie  musiała  wrócić  tam, 

skąd przyszła. 

Do tego, od czego uciekła... 

I czego śmiertelnie się bała. 

Knut  miał  inny  cel.  Nie  mógł  ciągnąć  za  sobą  dziewczyny.  A  tym  bardziej  takiej 

dziewczyny,  która  pewnie  sprowadzi  na  niego  same  kłopoty.  Ludzie  jej  stanu  zawsze 

oznaczali kłopoty dla takich jak on. 

Tyle wiedział. 

Poza tym uważał, że jest winien ojcu podjęcie próby odnalezienia skarbu, który Kalle 

odkrył. Traktował to jako jeden ze sposobów oddania ojcu czci. 

Jeden  ze  sposobów  dochowania  wierności  dzieciństwu,  przeszłości,  która  zresztą 

przywodziła na myśl wiele przykrych wspomnień. 

Ciągle  jeszcze  miał  dość  czasu,  żeby  zacząć  poszukiwania.  Nie  śpieszyło  mu  się, 

dziewczyna  w  żaden  sposób  go  więc  nie  zatrzymywała.  Mógł  spokojnie  się  nią  opiekować. 

Dać jej ten czas, którego potrzebowała, żeby wyzdrowieć. 

Potem  będzie  zmuszony  odprowadzić  ją  do  domu.  Prawdopodobnie  do  Alty.  Nie 

powiedziała, skąd pochodzi, ale się domyślał. Bogaci nie mieszkają na odludziu. 

I jeszcze coś... 

Knut nie lubił o tym myśleć, ale myśl sama się nasuwała. Niejeden raz. 

Może jeśli przyprowadzi dziewczynę, będzie mógł się spodziewać jakichś korzyści... 

background image

Usiadła  piątego  dnia.  Potrafiła  już  sama  utrzymać  drewnianą  miskę  z  rosołem.  Knut 

wrzucił  do  niego  małe  kawałeczki  zeskrobanego  z  kości  mięsa,  zauważył,  że  je  przełknęła. 

Wkrótce będzie mogła zjeść coś konkretnego. 

Jednak dłuższe siedzenie wyczerpywało ją. Chciała pewnie pokazać, że jest silna, ale 

zachwiała się niebezpiecznie, kiedy odstawiała miskę na podłogę. Zdążyła się położyć, zanim 

Knut ją o to poprosił. 

Pęcherze  na  twarzy  dziewczyny  zaczynały  właśnie  zasychać.  Tworzyły  żółtawe 

strupy, z których nadal sączyła się ropa. Brzydka opuchlizna powoli schodziła. Twarz jakby 

kurczyła  się,  przybierała  bardziej  naturalne  kształty.  Knut  próbował  już  rozpoznawać  rysy 

nieznajomej. Nadal jednak było jej daleko do piękności. 

Na  dworze  zaczynało  się  wypogadzać.  Chłopak  wyszedł  po  śnieg  na  wodę.  Cieszył 

się, że opróżnił sidła w dniu, w którym znalazł dziewczynę. Cieszył się, że zatroszczył się o 

opał, kiedy leżała nieprzytomna. 

Mogło ułożyć się o wiele gorzej. 

-  Powinnam  teraz  być  martwa  -  powiedziała,  kiedy  wrócił.  Jej  głos  okazał  się 

mocniejszy, niż się spodziewał. 

Knut czuł na sobie jej wzrok. Mógłby dostrzec w nim oskarżenie. Ale nie tylko. 

-  Płaskowyż  jest  ogromny  -  rzekł  powoli,  odchrząknąwszy.  Od  dłuższego  czasu  nie 

używał swego głosu, nie licząc krótkich rozmów z samym sobą. - Mogłem po prostu przejść 

obok.  Właściwie  nie  zamierzałem  tego  dnia  wychodzić.  Chciałem  tylko  odetchnąć  świeżym 

powietrzem. Przypadkiem zajrzałem do sideł. Znalazłem cię w miejscu, gdzie miałaś pozostać 

na  zawsze.  To  chyba  świadczy  o  tym,  że  gdzieś  jesteś  potrzebna.  Że  twoje  życie  ma  jakiś 

sens. 

Twarz dziewczyny drgnęła. Knut zauważył, że sprawił jej ból. 

-  Mówisz  jak  ojciec  -  rzuciła  z  goryczą.  Głos  nieznajomej  również  brzmiał  ochryple 

po wielu dniach milczenia. 

Knut zwrócił uwagę na słowo: „ojciec”. Tak właśnie dzieci w rodzinach z wyższych 

sfer nazywały swych ojców. 

Tam, skąd pochodził, mówiło się „tato”. 

-  Nie  pamiętam,  jak  masz  na  imię...  -  ściągnęła  brwi,  nieco  ciemniejsze  niż  włosy, 

jasnobrązowe. 

- Knut - powiedział. - Mam na imię Knut. A ty? Zwlekała tak długo z odpowiedzią, że 

się domyślił, iż wolałaby się nie przyznawać. 

- Anna - wykrztusiła wreszcie. 

background image

Niechętnie.  Knut  wywnioskował  z  tego,  że  powiedziała  prawdę.  Byłoby  o  wiele 

prościej i bezpieczniej wymyślić jakiekolwiek inne imię, lecz nie potrafiła kłamać. 

-  Ile  masz  lat?  -  wyrwało  mu  się.  Tak  wiele  się  nad  tym  zastanawiał.  Musiał  to 

wiedzieć. 

- Czy to ważne? - spytała zmęczona. - Mam sto lat. Co najmniej. Gdybym umarła, nie 

miałoby to żadnego znaczenia. Ktoś, kto odnalazłby moje kości, stwierdziłby tylko, że byłam 

człowiekiem. Nie potrafiłby powiedzieć, czy byłam młoda, czy stara. 

-  Ale  jednak  żyjesz.  Chciałbym  wiedzieć,  w  jakim  jesteś  wieku.  To  ma  dla  mnie 

znaczenie, próbuję cię zrozumieć. 

- Nie możesz mnie zrozumieć - odparła. Jej glos zabrzmiał jakoś smutno, niemal jak 

szloch. - Jesteś mężczyzną. Nigdy nie zrozumiesz. 

Knut  uśmiechnął  się.  Przeciągnął  brudną  ręką  po  szczęce.  Nie  mógł  się  pochwalić 

szczególnie  gęstym  zarostem,  ale  teraz  naprawdę  zachrzęściło  pod  dłonią.  Już  od  wielu  dni 

nie używał brzytwy. 

-  Nie  bądź  tego  taka  pewna  -  powiedział.  -  Mam  trzy  siostry.  Jestem  jedynym 

chłopcem  w  rodzinie.  Nawet  się  nie  domyślasz,  jak  dobrze  znam  dziewczyny,  choć  nie 

potrafię chyba czuć tak jak one. 

- Jesteś najmłodszy? - spytała z zainteresowaniem. 

-  Nie,  mam  jeszcze  młodszą  siostrę,  Idę.  Skończyła  szesnaście  lat.  Maja,  starsza  ode 

mnie  o  rok,  dziewiętnaście.  Elise...  musi  teraz  mieć  dwadzieścia  trzy.  Wyszła  za  mąż  i 

wyjechała. Maja też jest mężatką, ale częściej bywa u nas w domu niż u siebie. Jej mąż... nie 

ma go. 

Dziewczętom takim jak Anna nie mówi się, że szwagier siedzi w więzieniu. 

-  Ja  jestem  najmłodsza  -  odezwała  się.  -  Mam  trzech  braci  i  cztery  siostry.  Prawie 

wszyscy mają swoje rodziny. Oprócz najstarszego brata. Studiuje. 

Jeszcze jeden dowód na to, że nie jest taka jak on. 

Ż

adna ze znanych Knutowi osób nie chodziła do szkoły. „Studiowanie” było słowem, 

którego dotąd nie słyszał. Musiał poszukać w myślach, żeby zrozumieć, co ono oznacza. 

Drobiazg, który sprawia, że biedak czuje się tak beznadziejnie upokorzony. 

Musi znaleźć złoto. Musi się stać kimś, na kogo nikt nie będzie patrzył z góry - kimś, 

kto  być  może  nie  będzie  mógł  szastać  wymyślnymi  słowami,  lecz  kto  mimo  to  będzie 

zasługiwał na szacunek. 

Kto, do diabła, zaszedł na tyle wysoko w takiej dziurze jak Alta, by wpaść na pomysł - 

a także znaleźć na to środki - wysłania swego syna na studia? 

background image

Kim, u licha, jest ta dziewczyna? 

- Mam tyle lat, co twoja siostra - odparła, dając mu wiele możliwości do wyboru. 

-  Szesnaście?  Skinęła  głową.  Co  zmusiło  szesnastoletnią  dziewczynę  do  ucieczki  na 

płaskowyż z zamiarem popełnienia samobójstwa? Ida nigdy w życiu nie wpadłaby na coś tak 

głupiego.  Lecz  Ida  ma  o  wiele  więcej  zdrowego  rozsądku.  W  porównaniu  z  nią  Anna  była 

jeszcze dzieckiem. 

-  Dlaczego,  do  diabła,  zrobiłaś  coś  tak  bzdurnego?  Musiał  tak  powiedzieć.  Nie  znał 

bardziej uprzejmych słów, które by wyraziły to, co czuł. 

Jego  wybuch  rozśmieszył  ją.  Śmiała  się  niemal  histerycznie  i  Knut  przeraził  się,  że 

dziewczyna zaraz straci zmysły. Tylko tego brakowało! 

- Ojciec by tak nie nazwał mojego postępku! - wykrztusiła wreszcie. 

Otarła łzy, które pociekły jej ze śmiechu. Knut nie rozumiał. 

-  Do  diabła  z  twoim  ojcem!  -  rzucił.  -  Masz  mi  powiedzieć,  dlaczego  leżałaś  tam, 

gdzie  cię  znalazłem.  Przeniosłem  cię  na  plecach  przez  większy  szmat  płaskowyżu,  niż 

kiedykolwiek w życiu widziałaś. Jeszcze do tej pory wszystko mnie boli. Wiele razy mogłem 

cię zostawić. Tak byłoby mi łatwiej. Zrobiło się ciemno i zimno, ale dźwigałem cię. Na Boga, 

uratowałem ci życie. I czy podoba ci się to, czy nie, mam prawo wiedzieć! 

Był zły. Naprawdę zły.  Nigdy nie myślał, że będzie narażał życie dla rozpieszczonej 

panienki  z  dobrego  domu.  Nigdy  nawet  nie  wyobrażał  sobie,  że  weźmie  na  siebie 

odpowiedzialność  za  dziewczynę  zaledwie  kilka  lat  młodszą.  Nie  był  żadnym  litościwym 

aniołem  stróżem.  Był  Knutem  z  Lyngen.  A  nawet  gdyby  był  aniołem,  na  jego  skrzydłach 

dałoby się dostrzec wiele czarnych plam. Wyglądałyby bardziej żałośnie niż skrzydła sroki w 

deszczowy dzień. 

- Chciałam umrzeć. 

- Tyle udało mi się już zrozumieć. Głos Knuta brzmiał gniewnie. Tak też czuł. Czuł, 

ż

e jest bardziej rozjuszony niż stary byk ojca Simona. 

- Jakie ty mogłaś mieć powody do niezadowolenia? - spytał surowo. - Nie wyglądasz 

wcale  na  kogoś,  komu  czegokolwiek  by  brakowało.  Na  twoich  rzeczach  nie  znalazłem  ani 

jednej łaty. Ani na wierzchu, ani pod spodem. 

Zaczerwieniła się, kiedy nazwał to, o czym wiedziała, lecz o czym nie miała odwagi 

nawet pomyśleć. Rozebrał ją. 

- Nie musisz się wstydzić - rzucił. - Widziałem już przedtem nagie dziewczęta. 

Nie  mówił  prawdy,  ale  nie  przejmował  się  tym,  że  okłamuje  Annę.  Niech  sobie  nie 

myśli, że jest lepsza niż on, ponieważ jest córką bogacza. 

background image

Odwróciła  twarz  i  Knut  natychmiast  pożałował  tego,  co  powiedział.  Było  jednak  za 

późno, by cofnąć ostre słowa. Nie zdobył się też na to, by przyznać się do kłamstwa. Nic jej 

do  tego,  ile  miał  lub  ilu  nie  miał  dziewcząt.  Nic  nie  szkodzi,  jeśli  sobie  pomyśli,  że  jest 

bardziej dorosły i doświadczony, niż był w istocie. 

- Na pewno... 

Jej  głos  brzmiał  tak  cienko  i  żałośnie,  że  Knut,  którego  i  tak  już  gryzło  sumienie, 

poczuł się jeszcze gorzej. 

- Przepraszam! - Na tyle mógł sobie pozwolić. - Nie jestem na ciebie zły. Byłem tak 

bardzo  zmęczony.  Bałem  się  o  ciebie.  Myślałem,  że  się  nie  obudzisz.  Trochę  tęskniłem  za 

domem...  To  pomaga,  gdy  się  mówi  o  swoich  uczuciach  -  ciągnął,  kiedy  cisza  trwała  już 

długo, a Anna najwyraźniej nie zamierzała nic powiedzieć. 

Reijo zawsze to powtarzał: że rozmowa pomaga. Sam jednak nie postępował według 

tej  zasady.  Milczał,  zatopiony  we  własnych  myślach.  Być  może  rozmawiał  z  Mają.  Zawsze 

była mu najbliższa ze wszystkich dzieci. Nawet Ida nie zdobyła tyle zaufania Reijo, co Maja... 

Lecz  najbliżsi znajdowali  się  daleko.  Knut  nie  mógł  na  nich  liczyć.  Był  sam  -  i  sam 

powinien  jakoś  nakłonić  dziewczynę  do  zwierzeń,  do  rozmowy  o  tym,  co  popchnęło  ją  do 

samobójstwa. 

-  Uważasz,  że  wtedy  mniej  boli?  Być  może.  -  Wydawało  się,  że  Anna  w  to  wątpi. 

Nadal  unikała  jego  wzroku.  -  Ale  to  niczego  nie  zmieni.  Tylko  śmierć  mogłaby  cokolwiek 

zmienić. Mogłaby mi pomóc. 

- Czy powinienem był cię zostawić? Nie odpowiedziała. 

-  Czy  powinienem  był  nagarnąć  na  ciebie  więcej  śniegu,  nie  sprawdzać,  czy  żyjesz? 

Czy powinienem o tobie zapomnieć? Pozwolić ci zamarznąć na śmierć pod tą przeklętą kupą 

kamieni? 

- Nie wiem. 

- Nie chcesz żyć? 

- To nie o to chodzi. Nie o chęci. Jej słowa wypełniało tyle rezygnacji i goryczy, że 

Knut poczuł ból w piersi. 

-  Masz  szesnaście  lat  i  całe  życie  przed  sobą.  Czy  nie  powinnaś  być  szczęśliwa? 

Założyłbym się o własną duszę, że twój ojciec posiada więcej pieniędzy niż ci, których znam, 

razem  wzięci.  Możesz  dostać  wszystko,  czego  chcesz.  Jakie  ty,  do  diabła,  możesz  mieć 

powody do narzekań? Co w twoim życiu może być takie straszne? 

-  Nie  osądzaj  mnie  zbyt  pochopnie  -  mruknęła.  -  Nic  o  mnie  nie  wiesz.  To 

niesprawiedliwe, że wydajesz wyrok, wiedząc tak niewiele. 

background image

-  Pewnie  nawet  byś  się  do  mnie  nie  odezwała,  gdybym  cię  do  tego  nie  nakłonił!  - 

westchnął. 

Odwróciła  się  na  bok,  żeby  go  widzieć.  Przykuła  go  spojrzeniem  swych  niebieskich 

oczu, młodszych niż jego własne - i głębszych niż morze, niż prastare morze. 

- Nigdy nie robiłam tego, co chciałam. Zawsze zachowywałam się jak dobra córeczka. 

Byłam  skromna,  posłuszna,  pilna,  pokorna,  pobożna,  miła,  milczałam  w  towarzystwie,  jak 

przystoi  kobietom.  Słuchałam  ojca  we  wszystkim,  szanowałam  rodziców,  nigdy  nie 

kłamałam,  nigdy  nie  wzięłam  niczego,  co  nie  należało  do  mnie,  miałam  czyste  myśli  i 

sądziłam,  że  wszystko,  co  mi  mówią,  to  prawda.  Byłam  takim  dzieckiem,  jakiego  pragnęli. 

Nie miałam wielkich wymagań, nie prosiłam o nic... aż do niedawna... 

Musiała przełknąć łzy, by móc mówić dalej. Knut poczuł, jak zaschło mu w ustach. 

- Zamierzali mnie wysłać z domu. Postanowili wydać za mąż. Nie za kogoś, kogo bym 

znała. Nie za kogoś z Finnmarku. Za nikogo z północy. Mężczyzna, którego dla mnie wybrali, 

nie mieszka w Norwegii. Chcą mnie wydać za jakiegoś gburowatego starucha z Danii. To syn 

jednego z ojca kolegów ze studiów i tylko dlatego jest dla rodziców porządnym, uczciwym, 

bogobojnym  człowiekiem,  na  którym  można  polegać  i  któremu  można  powierzyć  swoje 

najmłodsze dziecko. Ale on ma ponad czterdzieści lat. Mógłby być moim ojcem. W dodatku 

nie znam duńskiego. I nie mam ochoty go poznać. Mój przyszły mąż należy do arystokracji i 

z  tego  powodu  muszę  się  uczyć  mnóstwa  różnych  rzeczy  o  tym,  jak  powinnam  się  za-

chowywać. A ja nie chcę, nie chcę, nie chcę... 

-  Z  Elise  było  podobnie...  -  rzekł  Knut  ochrypłym  głosem.  -  O  jej  rękę  też  się  starał 

pewien stary rozpustnik... 

Ale Kristoffer nie był arystokratą z Danii... 

- Wszystko dobrze się skończyło - mówił dalej, uświadamiając sobie, że obu sytuacji 

nie da się porównać. 

Mimo  to  chciał  Annie  jakoś  pokazać,  że  jest  w  stanie  zrozumieć  jej  problem.  Sam 

przed sobą przyznawał jednak, że przekracza to jego możliwości. 

- Reijo... tato pozwolił Elise wyjść za tego, którego kochała - zakończył zakłopotany. 

Nie był pewien, czy jest sens o tym mówić. 

-  Mój  ojciec  nie  cofnie  danego  słowa  -  oznajmiła  Anna.  Stanowczość  tego 

stwierdzenia przekonała również Knuta. - Ja nie mogę się sprzeciwić. 

- Jesteś córką pastora, prawda? Niebieskie światełka obróciły się ku niemu. 

- Jak odgadłeś? Knut skrzywił się. 

background image

- To nie było takie trudne, Anno. Teraz wszystko jasne, pomyślał i niemal pożałował, 

ż

e nie pozwolił jej umrzeć na płaskowyżu. 

O Boże, nieźle narozrabiałeś, Knucie Elvejord! 

background image

- Nie chcę wracać do domu! 

Powtarzała to uparcie. W tym względzie była nieugięta. Niezależnie od tego, co mówił 

Knut, Anna trwała przy swoim. 

- Wszyscy myślą, że umarłam - mówiła dalej. - Na pewno przestali mnie szukać. 

- Tak sądzisz? 

Knut nie wierzył w to. Poruszą niebo i ziemię, żeby odnaleźć córkę pastora. Żywą lub 

martwą. 

-  Na  pewno  myślą,  że  nie  żyjesz  -  rzekł  powoli.  -  Ale  będą  cię  szukać,  dopóki  nie 

znajdą. Nie oszukuj samej siebie. Jesteśmy zaledwie o parę dni drogi od Alty. 

W jej oczach pojawił się strach. 

- Czy nie mogłabym z tobą zostać? - spytała cicho. Knut westchnął ledwie słyszalnie. 

Coraz bardziej przekonywał się o tym, jak bardzo starano się ją w domu chronić. Jak niewiele 

wiedziała o prawdziwym życiu. O życiu zwykłych ludzi. 

Minęły  trzy  dni  od  czasu,  kiedy  burza  dała  za  wygraną,  a  dziewięć,  od  kiedy  Anna 

znalazła się pod opieką Knuta. 

Jak nastroszone pisklę potrząsała głową przy ogniu. Przebrała się w swoje rzeczy, ale 

nadal  nie  przypominała  wytwornej  panienki,  jaką  była.  Nie  pod  tym  dachem.  Różnice 

pochodzenia obojga jakby  się rozmyły, lecz Knut nigdy nie pozwalał sobie na to, by o nich 

zapomnieć. 

Dyskutowali  o  tym,  lecz  zwykle  kończyli  wymianę  słów  podniesionym  tonem  i 

pozostawali każde po swojej stronie przepaści. 

Anna nie chciała wracać do domu. 

On zaś musiał ją tam odprowadzić. 

-  Czy  naprawdę  nie  mogłabym,  Knut?  -  powtarzała  cienkim  głosem.  -  Czy  nie 

mogłabym  z  tobą  zostać?  Wyzdrowieję.  Nie  będę  ci  przeszkadzała.  Obiecuję.  Nie  sprawię 

kłopotu. Potrafię całkiem dużo. Szyć... w każdym razie haftować. Mogę prowadzić dom... 

Umilkła, kiedy na nią spojrzał. 

- Czy ty nic nie rozumiesz? - spytał całkiem zrezygnowany. - Czy ty zupełnie nic nie 

rozumiesz,  dziewczyno?  Czy  myślisz,  że  potrzeba  mi  kogoś  takiego  jak  ty?  Z  twoją 

umiejętnością  haftowania  i  prowadzenia  domu?  Jeśli  będę  szukał  kobiety,  to  wybiorę  taką, 

która zna się na bardziej przydatnych rzeczach. Hafty nie na wiele mi się przydadzą, Anno. 

background image

- Nie to miałam na myśli. - Rozzłościła się, ale i zaczerwieniła ze wstydu. - Nie chcę 

zostać twoją... twoją... 

-  ...  żoną  -  dokończył  Knut  zmęczony.  -  Widzisz  sama,  Anno,  że  to  bez  sensu.  Nie 

mogę  cię  ze  sobą  zabrać.  Znajdą  nas.  A  wtedy  będą  się  zastanawiać,  dlaczego  chłopski  syn 

wędruje z córką pastora. Zobaczysz, że trafię za to do więzienia. 

-  Bzdury  -  odparła.  -  W  tym  kraju  istnieje  prawo  i  sąd.  Knut  uśmiechnął  się 

wyczerpany. 

- Tak, dla takich jak ty, moja droga. Ale nie dla takich jak ja. Nas łatwo jest wtrącić do 

więzienia pod byle pretekstem. 

- Możemy uciec daleko stąd... Nie muszą nas znaleźć... 

O Boże, o czym ona marzy! 

Powstrzymał  Annę  od  wyszukiwania  kolejnych  argumentów.  Zmęczyły  go  jej 

fantazje.  Cudze  marzenia  najmniej  mu  były  potrzebne.  Nie  chciał  żyć  według  cudzych 

wyobrażeń. 

- Nie mogę wyjechać daleko stąd - oświadczył. - Muszę zostać tutaj. Później na pewno 

wyjadę. Ale nie teraz. Nie wcześniej niż przed nastaniem lata. 

- Myśliwym chyba wszystko jedno, gdzie polują, chodzi im tylko o przestrzeń? 

Dziewczyna myśli piekielnie logicznie! 

- Mnie nie jest wszystko jedno - rzucił krótko. 

- Jesteś trochę zbyt tajemniczy - odezwała się Anna zamyślona. 

Popatrzyła  na  niego  badawczo.  Właściwie  do  tej  pory  jeszcze  mu  się  dokładnie  nie 

przyjrzała. 

- Czy zrobiłeś coś złego? - spytała. - Czy jesteś poszukiwany? 

- A czy wtedy mieszkałbym tu, kilka dni drogi od Alty? 

- Nie, to się nie zgadza. Ale nie jesteś też prawdziwym myśliwym. Jesteś za młody... 

zbyt... 

Anna nie znalazła odpowiedniego słowa. Nie przyszło jej do głowy, że Knut jest zbyt 

niedoświadczony. W jej oczach był dorosły. 

Przemknęła  jej  przez  myśl  na  wpół  zapomniana  legenda  związana  z  tymi  stronami. 

Zaczęła mówić bez zastanowienia: 

- Szukasz skarbu Kwena, prawda? Jesteś poszukiwaczem przygód, który wierzy w te 

plotki  o złocie.  Ale  go  nie  znajdziesz.  To  istne  bzdury.  Już  wielu  marzycieli  tu  szukało,  ale 

złota nie ma. Nie ma skarbu Kwena. To tylko legenda. Bajka. 

background image

Zamilkła,  zdumiona  jego  reakcją.  Zbladł,  a  jego  twarz  ściągnęła  się.  Jakby  ją  ktoś 

wyciosał  z  kamienia.  Tylko  oczy  pozostały  żywe,  ciskały  ku  niej  błyskawice.  Miał  ładne, 

brązowe  oczy.  Najbardziej  brązowe  z  tych,  jakie  kiedykolwiek  widziała,  choć  być  może  z 

powodu oszczędnego światła w ziemiance sprawiały takie wrażenie. 

Pewnie to tylko złudzenie. 

- Tak, może szukam skarbu - syknął przez zaciśnięte zęby. - Może jednak różnię się 

od tych wszystkich marzycieli. Może właśnie ja go znajdę... 

- Nie ma żadnego skarbu - powtórzyła bez przekonania. 

Determinacja Knuta przeraziła Annę. 

Czy  zachowywał  się  tak  dlatego,  że  był  biedny?  Czy  marzenie  o  niezmierzonych 

bogactwach  przywiodło  go  tutaj,  ponieważ  tak  mało  posiadał?  Czy  dlatego,  gdy  mówił  o 

złocie, wydał się jej szaleńcem? 

Nie  wiedziała.  Nie  mogła  wiedzieć.  Zawsze  wszystko  miała.  Nigdy  jej  niczego  nie 

brakowało. 

- To prawda, nie ma żadnego skarbu Kwena - rzekł Knut, akcentując ostatnie słowo. 

Anna go nie przejrzała. Jeszcze nie. 

- Takie rzeczy opowiada się dzieciom - powiedziała. 

- Nasłuchałam się kiedyś tych bajek. Od opiekunki... 

- Ja jestem tylko synem rybaka - odezwał się Knut. 

-  Nieuczonym  biedakiem,  który  wierzy  w  bajki.  W  złości  narzucił  na  siebie  kurtkę. 

Złapał sakwę i ruszył do wyjścia, nie patrząc na dziewczynę. 

- Dokąd idziesz? 

Nie odpowiedział. Zatrzasnął za sobą drzwi chaty. 

Nienawidził  Anny.  Nienawidził  tej  sztucznej  dziewczyny  z  jej  pokorą  i  fałszywym 

wychowaniem. Nienawidził jej za drwinę w głosie. Nienawidził za słowa, które były bardziej 

uczone  niż  te,  które  sam  znał.  Nienawidził  za  sposób,  w  jaki  mówiła  -  jedynie  z  lekką 

naleciałością  północnego  dialektu.  Nienawidził  jej  i  nie  był  w  stanie  oddychać  tym  samym 

powietrzem co ona... 

Założył narty, nie oglądając się za siebie. Od drzwi darniowej chaty doszedł go  głos 

Anny, odważyła się więc wyjść za nim. Nieźle jak na jej wysokość! 

- Nie wolno ci jechać do Alty! Nie wolno ci im powiedzieć, gdzie jestem! 

Knuta opanowała taka złość, że nie zamierzał się litować. Chciał być niedobry. Miał 

przeogromną  ochotę  ją  zranić.  Zranić  ją  jeszcze  bardziej,  niż  ona  go  zraniła  -  nieumyślnie, 

ponieważ nie mogła przecież wiedzieć... 

background image

Uśmiechnął się, ukazując zęby. Jej strach sprawił mu przyjemność. 

Nagi, nieudawany strach. 

Długo mógłby go wykorzystywać... 

- Nie pytam cię o pozwolenie, córko pastora. Słyszysz? Jestem wolny i mogę robić, co 

chcę. 

Nie  miał  zamiaru  jechać  do  Alty.  Ale  niech  tak  myśli.  Może  dzięki  temu  stanie  się 

mniej zarozumiała. Nie lubił, kiedy dzieciaki się z niego wyśmiewały. 

- Drogi Knucie, nie pozwól, by się dowiedzieli, gdzie jestem! Proszę cię! Błagam! 

Jej  prośby  smakowały  jak  cukier.  Nie  odpowiedział.  Odepchnął  się  tylko  kijkami  i 

pomknął przed siebie. Nie wiedział, czy będzie tak stała, aż zniknie jej z oczu. Napawał się 

poczuciem zwycięstwa. 

Wiedział, że Anna się bała. 

Władza oszałamiała go. 

Złość  jednak  szybko  minęła.  Kiedy  zostawił  za  sobą  cztery  -  pięć  pierwszych 

zasypanych śniegiem sideł, nie czuł już nienawiści. We wszystkie sidła złapały się ptaki. To 

oznaczało  jedzenie,  które  właśnie  im  się  skończyło.  Ale  Anna  o  tym  nie  wiedziała.  Nie 

powiedział jej. 

Zaczął się zastanawiać i uznał, że niesłusznie miał do niej pretensje. 

Nie  wiedziała,  że  go  rani.  Sprawiła  jednak,  że  jego  marzenie  nie  było  już  takie 

wzniosłe. Że wszystko, dla czego żył, stało się śmieszne i dziecinne. Nie wierzyła, że fantazja 

może  zmienić  się  w  rzeczywistość.  Była  jakby  ponad  tego  typu  sprawami,  a  przez  to  Knut 

poczuł się gorszym niż ona człowiekiem. 

„Skarb Kwena”. 

Knut  wykrzyczał  do  siebie  te  słowa,  sunąc  na  nartach  po  śnieżnych  zaspach  i 

skrzypiącej, stwardniałej skorupie. 

Przestraszył  stadko  pardw  w  oddali:  poderwały  się  gwałtownie  i  spłoszone  szukały 

bezpieczniejszych miejsc. 

Skarb  Kwena...  Omal  się  nie  zdradził.  Już  miał  powiedzieć,  że  to  nie  jest  skarb 

Kwena.  Ponieważ  Karl  Kristiansen  Elvejord,  nigdy  nie  był  Kwenem.  Kalle  był  norweskim 

chłopem znad fiordu, nie gorszym od innych. Jasnowłosym i niebieskookim i do tego nigdy 

nie nauczył się porządnie mówić w języku swojej żony. 

Nie, na Boga, to żaden skarb Kwena! 

Wszystko  się  w  Knucie  gotowało.  Dała  o  sobie  znać  cała  gorycz,  która  wzbierała  w 

nim w ziemiance. Wszystko, co zwracało się przeciw Annie i za co przypisywał jej winę. 

background image

Stopniowo jednak zaczął się uspokajać. Tłumaczył sobie, że była tylko zbyt troskliwie 

wychowywanym dzieckiem. Powtarzała tylko to, co mówili jej inni. Ci, w kręgu których się 

obracała, nie mieli nic dobrego do powiedzenia o pospólstwie. Nie wiedziała, jak to jest być 

Knutem Elvejordem, posiadającym tylko jedno marzenie, które dodawało mu skrzydeł. Mógł 

przecież  spotkać  gorsze  córki  bogaczy  niż  ona.  Anna,  jak  mu  się  zdawało,  przynajmniej 

potrafi myśleć. 

Knut  przypomniał  sobie,  jak  bardzo  Elise  się  bała,  kiedy  Kristoffer  starał  się  o  jej 

względy. 

Kristoffer zajmował co prawda pozycję o jeden szczebel wyższą niż oni, ale mieszkał 

nad tym samym fiordem. 

Wszyscy zgodnie uważali, że Elise, ich urocza, młoda, łagodna Elise, była zbyt dobra 

dla  tego  starego  dziada.  Że  byłoby  zbrodnią  kazać  jej  poświęcić  swą  młodość  i  życie  dla 

małżeństwa z nim. 

Być może Anna była piękna. Knut nadal tego nie wiedział. Miała ładne oczy, ale nic 

więcej  nie  da  się  powiedzieć,  dopóki  nie  zacznie  wracać  do  swego  dawnego  wyglądu.  Nie 

wiadomo, ile to może potrwać. Nie wiadomo, czy zdąży to zobaczyć. 

Była bardzo młoda. 

Nie  kazano  jej  wyjść  za  kogoś  mieszkającego  o  ćwierć  mili  dalej.  Lecz  zamierzano 

wysłać do obcego kraju, do człowieka o wiele od niej starszego, o którym nic nie wiedziała. 

Miała  mieszkać  w  obcym  domu  -  z  pewnością  w  jakimś  pałacu  lub  przynajmniej  bogatym 

dworze,  miała  go  prowadzić...  Wokół  otaczaliby  ją  obcy  ludzie.  Mówiący  w  obcym  języku. 

Przyjaciele męża, dwa razy starsi od niej. 

To  oznaczałoby  nie  tylko  kres  młodości,  która  jeszcze  na  dobre  się  nie  zaczęła,  ale 

koniec życia. 

Nigdy  nie  pozwolono  by  jej  być  tą  Anną,  którą  była  w  głębi  duszy.  Tą,  którą  Knut 

trochę poznał w ciągu tych kilku dni. 

Zauważył, że dziewczyna stara się ukryć swe prawdziwe ja. Że z pewnością robi to na 

co dzień, więc prawie nie zdaje sobie z tego sprawy. 

Jak łatwo udało się jej uciec. Zniknąć jak ślady nart na świeżym śniegu. 

Knut zatrzymał się gwałtownie. 

Najbardziej  oddalone  sidła  mogą  poczekać.  Zdobył  trochę  pożywienia,  więc  przez 

parę  dni  dadzą  sobie  radę.  Wyglądało  na  to,  że  jednostajność  jadłospisu  jeszcze  Annie  nie 

dokuczała. 

background image

Nie  warto  zbytnio  straszyć  dziewczyny.  Trudno  powiedzieć,  co  może  jej  wpaść  do 

głowy, jeżeli uwierzy, że naprawdę wybrał się do Alty z zamiarem zdradzenia jej kryjówki. 

Ż

eby ją wydać. 

Nadal była słaba. Potrzebowała czasu, żeby dojść do siebie. 

Choć nie miał innego wyboru, jak odprowadzić ją do domu, nie musiał się śpieszyć. 

Mógł odwlec to jeszcze o kilka dni. 

Anna zdała sobie sprawę, że toczyli między sobą pewnego rodzaju walkę. Zrozumiała, 

ż

e przyczyną jest przepaść, jaka ich dzieli z powodu różnicy pochodzenia. 

Ponieważ sama cierpiała, była w stanie zrozumieć rozterki Knuta. 

Ale nie pojmowała jego złości. 

Ona  się  nie  złościła,  jedynie  smuciła.  Taki  wybuch  złości  przerażał  ją.  Był  czymś 

nieznanym i niebezpiecznym. 

Ojciec  się  nie  złościł.  Nie  w  ten  sposób.  Złość  ojca  była  inna,  wielka  i  głęboka,  i 

wiązała się z groźbami i karami. Ojca złość ściśle wiązała się z rozczarowaniem. 

W Knucie wzbierał gniew - czego nawet nie zauważyła - wybuchł i zniknął. 

Anna nie wiedziała, jak się zachować. 

Czy liczył na to, że sobie pójdzie? Że jeszcze raz spróbuje szukać śmierci? 

Nie  miała  odwagi.  Poprzednim  razem  było  łatwo.  Płakała  na  łóżku.  Płakała  i 

wyobrażała sobie, jak wychodzi na mróz i zamarza na śmierć. 

Ż

e  potem  ją  znajdują  -  bladą  i  zimną,  a  skruszony,  pogrążony  w  smutku  i  dręczony 

wyrzutami sumienia ojciec wygłasza piękną mowę nad grobem córki. Wszystko to ujrzała w 

wyobraźni.  Widziała  swój  grób  porośnięty  polnymi  kwiatami.  Ludzie  zatrzymywaliby  się 

przy nim, czytaliby jej nazwisko i daty na zwykłym drewnianym krzyżu, pociągaliby nosami i 

mówili, że tak młodo umarła. 

Zdawało się to takie piękne, że Anna jeszcze bardziej się rozpłakała. I nabrała odwagi, 

ż

eby zrobić to naprawdę. To, na co nie zdobyła się wcześniej. 

Oczywiście, postąpiła głupio. 

Teraz wiedziała już lepiej. Drugi raz by tego nie uczyniła. 

Jazda  na  nartach  nocą  okazała  się  czymś  zupełnie  innym  niż  krótkie  wycieczki  z 

matką  w  ciągu  dnia.  Dopiero  po  jakimś  czasie  Anna  zorientowała  się,  że  jest  zbyt  lekko 

ubrana. Poczuła się głodna. Było jej zimno, kiedy się zatrzymywała, choć przecież i tak miała 

umrzeć. 

background image

Nie  dostrzegała  sprzeczności  między  tymi  dwiema  myślami.  Szła  tylko  przed  siebie, 

nie mając pojęcia, gdzie się znajduje. Szła i szła, i szła. Odpoczywała trochę i szła dalej. Nie 

pamiętała, jak długo. Ostatnie chwile spowijał zbawienny mrok. 

A potem obudziła się u Knuta. 

Między  tymi  momentami  widziała  cudowne  światło,  którego  jednak  nie  potrafiła 

dokładnie  opisać.  Coś  czuła,  coś  przeżyła,  ale  było  to  na  tyle  pozbawione  konturów,  że  nie 

dałoby się opisać słowami. 

Nie wyszłaby ponownie na mróz. 

W swej niewiedzy sądziła, że tak po prostu zamarznie na śmierć - łatwo i szybko. 

Nie  miała  pojęcia,  co  mróz  może  zrobić  z  twarzą.  Zanim  nie  przeciągnęła  dłonią  po 

skórze i nie dotknęła strupów, nie poczuła, że nawet kształt jest zmieniony. Knut spokojnie, 

lecz  stanowczo  odciągnął  jej  dłonie.  Patrzył  na  nią  ze  smutkiem,  ale  zapewnił,  że  niedługo 

będzie wyglądała jak kiedyś. Nabawiła się odmrożeń. Mogło być gorzej. Wydobrzeje. 

Anna nie miała co do tego pewności. 

Uważała,  że  jest  całkiem  ładna.  Nie  uderzająco  piękna.  Ojciec  był  krępy  i  gruby,  a 

matka zbyt niepozorna, by córka mogła wyróżniać się niezwykłą urodą. 

Ale była ładna. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  oczy  są  jedyne  w  swoim  rodzaju.  Jeden  z  braci 

powiedział, że ma fiołkowe oczy. 

Knut na pewno nawet nie wie, co to są fiołki. 

Minie sporo czasu, zanim znowu odzyska dawną urodę. 

Zresztą to nie ma już żadnego znaczenia. Skoro musi wyjść za mąż za Duńczyka, to na 

złość chciałaby być jak najbrzydsza. 

O,  nie,  tego  również  by  nie  chciała.  Pragnęłaby  wyglądać  jak  zwykle.  Mieć  tę  samą 

twarz,  którą  tak  często  oglądała  w  swoim  pokoju  w  lustrze.  Ojciec  mówił,  że  to 

niebezpieczne,  gdyż  w  ten  sposób  uczyła  się  próżności  i  traktowania  własnego  wyglądu  jak 

bożka, dla którego się żyje. 

To nieprawda. Nie było tak, ale ojciec nie mógł zrozumieć. Chciała jedynie być sobą. 

Teraz. 

Zanim wróci Knut. 

A on nie chce mieć z nią nic wspólnego. 

Uff, wszystko stało się zbyt trudne, zbyt skomplikowane. 

Nic  nie  poradzi  na  to,  że  czuje  się  głupia  i  zagubiona.  Jest  razem  z  Knutem  i  do  tej 

pory  nie  narzekała.  Nawet  jeśli  chłopak  jest  tylko  brudnym  Kwenem  bez  wykształcenia, 

background image

niezbyt  pobożnym  i  gruboskórnym,  a  na  dodatek  nieodpowiedzialnym  poszukiwaczem 

przygód. 

Mimo to dawno nie było jej tak... dobrze. 

Czuła  ból  w  całym  ciele.  Dokuczały  bolesne  pęcherze,  z  których  ciekła  żółta  i 

zielonkawa wydzielina. Wolała nie myśleć, że taką ją widział. 

Anna czekała. Płakała. 

Była przekonana, że Knut pojechał do Alty. Był na nią taki wściekły. 

Wkrótce  przyjdą  i  ją  zabiorą.  A  potem  zamkną  w  jej  pokoju  i  posadzą  nad  Biblią, 

otwartą w odpowiednim miejscu. Ojciec ją zgani. Spojrzy z wyrzutem i spyta, jakiego złego 

ducha tym razem posłuchała. 

A matka będzie łkała gdzieś w kącie. 

Wyślą do Danii... 

Anna zasnęła. 

Obudził  ją  odgłos  nart.  Odgłos  nart  na  śniegu,  skręcających,  zanim  zatrzymały  się 

przed chatą. 

Dziewczyna  usiadła.  Nasłuchiwała  całym  ciałem,  nie  tylko  uszami.  Jedna  para  nart. 

Nie słychać innych. 

Tylko Knut... 

Czyżby mimo wszystko nie pojechał do Alty? 

Serce waliło mocno w piersi. Oby był sam. Wybaczy mu wszystko, oby tylko był sam. 

Knut  był  sam.  W  dodatku  z  nosem  spuszczonym  na  kwintę  i  pełen  wyrzutów 

sumienia. Obiecał sobie, że nie będzie dla niej surowy. 

Powinien zachować się jak dojrzały mężczyzna. 

Anna  nie  odezwała  się,  kiedy  wkroczył  do  środka.  Poświęcił  trochę  zbyt  dużo  czasu 

na  strzepanie  z  siebie  śniegu.  Zamknął  starannie  drzwi  i  spojrzał  na  nią  ukradkiem,  zanim 

odważył się popatrzeć jej w oczy. 

Bała się. 

Ale  miała  na  tyle  rozumu,  żeby  jako  tako  podtrzymać  ogień  w  palenisku.  To 

przemawiało na jej korzyść.  Gdyby pomieszkała wśród prostych ludzi przez kilka miesięcy, 

pozbyłaby się manier wydelikaconej panienki. Nabrałaby kolorów i znalazła dość powodów, 

by prosto trzymać głowę. 

Chłopak wiedział jednak, że w najbliższym czasie powinien zaprowadzić ją tam, gdzie 

jest jej dom. 

background image

- Sprawdziłem sidła - rzekł krótko i zdjął dork, od wracając się plecami. Drogocenna 

sakwa leżała u jego stóp. Traktował ją jak zwykły worek, tak jak chciał ojciec. W ten sposób 

mapa była bezpieczna. 

Anna westchnęła, tym westchnieniem mogłaby zmusić kamień do płaczu. Odetchnęła 

z ulgą. 

- Kończyło się nam jedzenie - dodał, a jego głos zabrzmiał bardziej ostro, niż by na to 

pozwalały dopiero co podjęte postanowienia. 

- Nie widziałeś... nikogo? - Nie. 

- Za parę dni pojedziesz jednak do Alty, prawda? - spytała. Przełknęła z trudem ślinę i 

wysunęła brodę, starając się wyglądać dorośle. - Nie dostaniesz żadnej zapłaty, nie licz na to. 

Ojciec  nie  jest  taki.  Wpuści  cię  głównym  wejściem,  ponieważ  mnie  przyprowadzisz,  ale 

poprosi cię, byś wyszedł kuchennymi drzwiami. 

Knut  wzruszył  ramionami.  Przykucnął  przed  paleniskiem,  tak  jak  uczyniłby  to  Ailo. 

Chciałby,  żeby  Ailo  tu  był.  Albo  Simon.  Trudno  w  jednej  chwili  stać  się  dorosłym  i 

podejmować ważne decyzje. 

-  Płaskowyż  nie  jest  dla  ciebie  -  rzekł,  rozcierając  dłonie  nad  ogniem.  -  Jesteś  zbyt 

delikatna, Anno. I nie mówię tego po to, żeby ci dokuczyć. 

- Ale nie jestem wystarczająco delikatna, by zostać duńską szlachcianką - odezwała się 

cicho. 

Być może miała rację. Knut spojrzał na nią z ukosa. Nie przeszkadzały mu strupy na 

jej  twarzy,  czego  tak  bardzo  się  obawiała.  Wyglądała  gorzej,  kiedy  ją  znalazł.  Wszystko 

zmieniało się na lepsze. 

Dziewczęta zawsze martwią się swoim wyglądem. 

Jej oczy jakby przykuwały jego spojrzenie. Te ciemnoniebieskie szlachetne kamienie 

na  ciągle  dość  oszpeconej  twarzy  zaklinały  go.  Wymuszały  na  nim  obietnice,  zanim  zdążył 

otworzyć usta. 

- Obiecaj, że mnie uprzedzisz, kiedy zdecydujesz się wyruszyć... 

-  Zabiorę  cię  ze  sobą  -  odpowiedział  krótko.  -  Jeśli  wybiorę  się  do  Alty,  młoda 

panienko,  pojedziesz  ze  mną!  Nie  zostawię  cię  samej  w  tej  chacie,  wyruszając  w  dłuższą 

drogę.  Nie  jestem  całkiem  nieodpowiedzialny.  Nie  wiadomo,  kto  mógłby  się  tu  przybłąkać. 

Lepiej nie mówić, co by się wtedy z tobą stało, Anno. 

- Myślałam, że pojechałeś właśnie do Alty. Knut położył się na skórach. Skrzywił się. 

Nadszedł zatem czas poważnych wyznań. 

background image

- Chciałem, żebyś tak myślała. Chciałem, żebyś się bała. Upokorzyłaś mnie, sprawiłaś, 

ż

e poczułem się jak łajno. To bolało. Chciałem, żebyś podobnie cierpiała. 

Anna  pochyliła  głowę,  nieszczęśliwa.  Nie  przywykła  do  rozmów  z  ludźmi  jego 

pokroju. Całkiem nie przywykła do rozmów o uczuciach. W domu się o tym nie rozmawiało. 

- Nie chciałam ci sprawić bólu - powiedziała zmieszana. Pokorna. 

Knuta przeszył dreszcz. Nie znał jej takiej. Nie chciał, żeby taka była. 

-  Knut,  wybacz  mi,  proszę.  Ale  ja  tak  niewiele  wiem...  Tym  razem  słowa  płynęły 

prosto z serca. Zwróciła ku niemu zrozpaczoną twarz: 

-  Na  pewno  jestem  samolubna.  Na  pewno  jestem  próżna.  Nie  przejmuję  się  innymi 

ludźmi, tak jak powinnam. Ale znam tak niewielu. Nie wolno mi utrzymywać kontaktów, z 

kim tylko zechcę. Jesteś dla mnie taki... nowy. Obcy. Nie uważam, że jesteś... łajnem. 

Z  trudem  zdobyła  się  na  wymówienie  tego  słowa.  Widząc  to,  Knut  musiał  się 

uśmiechnąć. 

Pomyślał o Idzie, która była dokładnie w wieku Anny... O Idzie, która klęła, aż sypały 

się skry. Błyskawica mogłaby jej pozazdrościć. 

-  Jesteś  dziwna,  Anno  -  rzekł  z  uśmiechem.  -  Myślę,  że  oboje  zawiniliśmy  w  tym 

samym  stopniu.  To  stawia  nas  na  mniej  więcej  równej  pozycji,  co  ty  na  to?  Czy  nie  po-

winniśmy przekreślić tego, co było? Zapomnieć o tym? Skinęła bez słowa. 

- Chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi - mówił dalej Knut. - Dobrze jest mieć się 

do kogo odezwać. A rozmawiać w każdym razie potrafisz. 

Anna najwyraźniej walczyła ze sobą, pragnąc coś powiedzieć. Nie bardzo rozumiał, co 

ją powstrzymuje. 

- Jak długo będziesz potrzebował towarzystwa? - spytała. Znowu była pokorną Anną. - 

Jak  długo  mam  być  dla  ciebie  rozrywką,  zabawiać  cię?  Czy  nie  rozumiesz,  że  teraz  ty 

traktujesz mnie jak... łajno? 

-  O  Boże,  daj  mi  cierpliwość,  spraw,  bym  wyrażał  się  jaśniej!  -  zawołał  Knut  w 

bezsilności. - Nie to miałem na myśli. Ciągle uważam, że byłoby szaleństwem wyciągać cię 

na  mróz.  Twoje  rany  jeszcze  się  nie  zagoiły.  Nie  chciałbym,  żeby  zostały  ci  blizny,  żebym 

musiał się czuć winny, gdybyś przypadkiem została oszpecona na całe życie. Nigdzie się stąd 

nie  ruszymy,  dopóki  nie  wydobrzejesz.  Myślałem,  że  dość  jasno  dałem to  do zrozumienia... 

Naprawdę chciałbym, żebyśmy zostali przyjaciółmi, Anno - dokończył łagodniejszym tonem. 

- Zapomnijmy o tym, co było - zgodziła się. Zdawała sobie jednak sprawę, że będzie 

pamiętać. 

background image

Czegoś  takiego  nie  wymazuje  się  z  pamięci.  Jednak  Knut  pokazał  również  tyle 

dobrych stron, że miały one wkrótce przesłonić ciemne plamy. 

Anna  łudziła  się,  że  upłynie  jeszcze  wiele  czasu,  zanim  strupy  odpadną,  a  pęcherze 

całkiem obeschną. Nic na to nie poradzi, że tak długo przykro będzie na nią patrzeć. 

Już dawno nie było jej tak... dobrze. 

background image

Knut naprawdę się starał. Wiele razy jakby słyszał głos upominającej go Idy, tak jak to 

ona  potrafiła.  A  wtedy  starał  się  postępować  wyjątkowo  delikatnie.  Coś,  na  co  Ida 

pokręciłaby tylko nosem, dla Anny było trudne do zniesienia. 

To  dziwne,  że  można  w  takim  stopniu  mieć  wzgląd  na  drugiego  człowieka.  Knut 

spostrzegł, że do tej pory myślał przeważnie o sobie, we wszystkim, co robił i mówił, brał pod 

uwagę własne korzyści. 

Teraz spojrzał na siebie w inny sposób. 

Mimo  wszystko  nie  był  w  stanie  wysiedzieć  cały  dzień  razem  z  Anną  w  ciasnej 

ziemiance. 

Nawet  kiedy  był  sam,  z  trudem  znosił  takie  zamknięcie  w  pomieszczeniu,  a  tym 

bardziej  z  drugim  człowiekiem  -  z  dziewczyną,  w  dodatku  z  dziewczyną  tak  do  niego 

niepodobną jak Anna. Było to zupełnie niemożliwe. 

Knut musiał odbywać swoje codzienne wyprawy po drewno, wodę, żywność... 

Zastawił więcej sideł i każdego dnia do kilku zaglądał. Choć nie mówił o tym Annie, 

szukał również innych śladów. 

Ś

ladów ludzi. 

Do tej pory nie znalazł żadnych. Darniowa chata znajdowała się z dala od najbardziej 

uczęszczanych dróg. 

Ludzie,  z  którymi  szedł  na  północ,  opowiadali,  że  zawsze  tam  stała.  Kiedyś  została 

zniszczona  przez  wichurę,  lecz  zaraz  ją  odbudowano.  Innym  razem  się  spaliła,  ale  niedługo 

potem ktoś zadał sobie trud, by wznieść ją na nowo w tym samym miejscu. 

Knut  lubił  o  tym  myśleć.  Lubił  myśleć  o  tym,  że  chata  gościła  wielu  innych  jemu 

podobnych ludzi. Ale był pewien, że po raz pierwszy pod tym zadymionym dachem znalazł 

schronienie ktoś taki jak Anna. 

Do  wiosny  ciągle  jeszcze  pozostawało  sporo  czasu.  Knut  denerwował  się.  Nie 

planował, że zabawi tak długo w jednym miejscu. Aha miała być jego punktem wyjścia. Tak 

w  każdym  razie  postanowił,  siedząc  w  domu  nad  fiordem  Lyngen,  gdzie  pokryte  śniegiem 

góry niczym solidne ściany otaczały jego świat. 

Teraz nic nie ograniczało mu widoku, lecz nie zaszedł daleko. 

background image

Mapę  naszkicowaną  przez  ojca  należało  czytać  w  Alcie  jako  punkcie  odniesienia. 

Knut doszedł do tego wniosku, wpatrując się miesiącami w ledwie widoczne brązowe kreski 

na skórze. 

Niektóre  z  linii  nigdy  nie  były  częścią  mapy  -  powstały  w  wyniku  używania 

skórzanego worka do celów, do jakich został zrobiony. 

To już tyle lat. 

Knut nigdy przedtem tu nie był. Nie znał tej krainy. 

Wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Wiedział o tym. Ale uparcie dążył do celu. 

Jedyne, czego pragnął, to urzeczywistnić marzenia. 

Pocieszał  się  myślą,  że  jego  tato  odnalazł  skarb,  będąc  tu  po  raz  pierwszy.  Przed 

Kallem, synem rybaka z wioski nad fiordem, odkryła swe bogactwa nie znana mu wcześniej 

kraina. 

Zdarzyło się tak kiedyś - mogło się zdarzyć znowu. 

Tego  popołudnia  niebo  okrywał  płaszcz  mrozu.  Właściwie  to  już  wieczór,  poprawił 

Knut w myślach. Na moment zatrzymał się i podziwiał grę barw na horyzoncie. Czerwone i 

ż

ółte, podobne do ognia, który jednak zamiast płomieni miał lodowe języki. Rozhulały się bez 

opamiętania ponad pokrytym śniegiem płaskowyżem, tak że trudno było stwierdzić, gdzie jest 

niebo, a gdzie ziemia. 

Knut  poprawił  swój  ładunek.  Dziś  nazbierał  drewna  na  opał.  W  większości  drobne 

gałązki. Zaszedł nawet na tyle daleko, że znalazł miejsce przypominające zasypany śniegiem 

brzozowy  zagajnik.  Odkopał  śnieg  na  taką  głębokość,  że  ledwie  wystawała  mu  głowa,  i 

wyciął  trochę  grubszego  drewna.  Dwa  drzewka  zachował  w  całości.  Długo  szukał  czegoś 

takiego. Miał świadomość, że Anna nie dojdzie do miasta o własnych siłach, a zaniesienie jej 

na plecach graniczyłoby z nadludzkim wysiłkiem. 

Wprawdzie  była  niewysoka  i  szczupła,  ale  Knut  też  nie  należał  do  olbrzymów.  Z 

trudem przydźwigał ją do darniowej chaty, a zawdzięczał to bardziej sile woli niż sile mięśni. 

Z  tych  grubych  jak  ramię  tyczek  mógłby  zrobić  coś  w  rodzaju  sanek  -  proste  pułki. 

Knut Elvejord z pewnością lepiej sobie poradzi jako zwierzę pociągowe niż jako juczny koń, 

pomyślał. 

Wyprawa  po  drewno  zabrała  mu  więcej  czasu  niż  zazwyczaj.  Zdawał  sobie  z  tego 

sprawę. 

W  głębi  ducha  jednak  rozpierała  go  duma.  Rozwiązał  pewien  problem.  Jeszcze  tego 

samego wieczoru zabierze się do robienia sań. 

background image

Na długo wcześniej, zanim z łagodnego zbocza zszedł ku ziemiance, którą z krzywym 

uśmiechem nazywał swoim domem, zorientował się, że coś jest nie w porządku. Lecz dopiero 

kiedy  stanął  blisko  i  nie  poczuł  charakterystycznego  zapachu,  który  powinien  uderzyć  go  w 

nos, zrozumiał, co jest nie tak Z chaty nie unosił się dym. 

Do  diabła!  Czyżby  Annie  nie  starczyło  rozsądku,  żeby  podtrzymywać  ogień  w 

palenisku? Po chwili Knuta uderzyła jeszcze gorsza myśl: A może trafili tu jacyś ludzie? Czy 

ją znaleźli? 

A  może  zbłądzili  włóczędzy?  Nie  należeli  oni  do  najlepszych  dzieci  bożych  i  nie 

powstrzymałyby  ich  żadne  skrupuły  przed  wykorzystaniem  takiej  młodziutkiej  dziewczyny 

jak Anna... 

Knut  możliwie  najszybciej  wyskoczył  z  nart.  Ruszył  do  środka  z  wiązką  drewna  na 

plecach i naturalnie utknął w drzwiach. Musiał najpierw zrzucić z siebie bagaż, zanim mógł 

wejść. 

Była tam. 

Siedziała  owinięta  we  wszystkie  skóry,  jakie  mieli.  Również  w  te  służące  jako 

chodniki. Knut znalazł je, kiedy się tu wprowadził, wyglądały na brudne i zniszczone. 

Chłopak  odetchnął,  zanim  podszedł  bliżej.  Stanął  nad  Anną  niczym  sędzia.  Wznosił 

się  niemal  do  samego  dymnika  w  dachu  -  takim  go  widziała.  Sam  Knut  nie  zdawał  sobie  z 

tego sprawy. 

Właściwie nie wiedział, co mówi. Nie zastanowił się dobrze. 

-  Co  ty,  do  diabła,  wyprawiasz?  Jeśli  znowu  chcesz  odebrać  sobie  życie,  mogłabyś 

przynajmniej wyjść na dwór. Wystarczy mrozu, żeby wycisnąć ducha z ciebie i jeszcze kilku 

innych  za  jednym  zamachem.  Albo  mogłabyś  otworzyć  drzwi,  wtedy  nie  musiałabyś  nawet 

wychodzić! 

Spuściła głowę i rozpłakała się. Szlochała jak dziecko. 

Wściekły,  odwrócił  się  od  niej.  Był  na  nią  tak  zły,  że  mógłby  udusić  ją  własnymi, 

trzęsącymi się rękami. Musiał zacisnąć pięści, żeby się opanować. 

Przeklęta,  przeklęta,  przeklęta,  durna  smarkula!  Wychuchana  panieneczka!  Niech 

czart  porwie  wszystkie  te  zmanierowane,  obrzydliwe,  beznadziejnie  głupie  bachory  jej 

pokroju! 

Uklęknął  przed  paleniskiem,  połamał  ze  złością  suche  gałązki,  ułożył  je  starannie  w 

stosik, żeby rozpalić ogień. Rozrzucił ponownie, bo musiał jakoś rozładować wściekłość. 

background image

Przeklinał  pod  nosem  w  mowie  Raiji  i  wujka  Mattiego,  która  zdawała  się  mieć 

niezwykłą siłę w momentach, gdy brakowało mu słów. Której ta rozpieszczona paniusia nie 

rozumiała i z której nie mogła się wyśmiewać. 

Zbudował  z  gałązek  piramidkę,  znalazł  krzesiwo  przy  palenisku,  tam  gdzie  je 

poprzednio zostawił. Musiał uderzyć w nie parę razy, zanim pojawiły się iskry. 

Mały  płomyk  działał  uspokajająco.  Pochłaniał  suche  patyczki  i  rósł.  -  Knut  dołożył 

większe gałązki, rozniecił ogień na nowo. 

Dobry Boże, jakże go przestraszyła! 

- Nie udało mi się rozpalić. - Głos dziewczyny był cienki i drżący. - Nie udało mi się 

rozpalić,  Knut.  Naprawdę.  Nie  potrafiłam.  Nie  pamiętałam,  jak  to  robiłeś.  Naprawdę 

próbowałam, ale mi się nie udało... 

Nie był w stanie się odwrócić. Nie był w stanie na nią patrzeć. Siedział nieporuszony 

przed paleniskiem. Ściągnął tylko czapkę. 

Anna płakała. 

-  Jestem  chyba  nie  do  zniesienia.  Nic  nie  potrafię.  Ale  próbowałam.  Próbowałam. 

Wydawało się to takie proste, kiedy ty to robiłeś. Nie sądziłam, że to coś trudnego. Tylko na 

trochę  się  zdrzemnęłam,  wtedy  ogień  zgasł.  Myślałam,  że  jest  tam  jeszcze  odrobina  żaru, 

dmuchałam i dmuchałam, ale tylko do reszty go zgasiłam... 

Płakała coraz gwałtowniej, tłumaczyła się coraz bardziej nieporadnie. 

Knut słuchał, nie odezwał się ani słowem. Tylko słuchał - i był zły na samego siebie. 

Nie pomyślał o tym. 

Do  dzisiaj  tylko  on  rozpalał  ogień.  Tylko  on  posługiwał  się  krzesiwem.  Po  prostu  o 

tym nie pomyślał. 

Zawsze wychodził na krócej... Wystarczyło, że czuwała i dokładała drewna. 

Codziennie  zostawiał  krzesiwo.  Zostawiał  i  przypominał,  żeby  go  użyła,  jeśli  ogień 

zgaśnie. A ona kiwała potakująco głową, ale nic nie mówiła. 

Nie  przyszło  mu  na  myśl,  żeby  ją  zapytać,  czy  umie  się  posługiwać  krzesiwem. 

Wszyscy, których znał, potrafili. 

Uczyli się tego jako dzieci. 

Nie spytał jej, czy potrafi rozpalić ognisko. 

Zakładał, że potrafi. 

Teraz zrozumiał, że przypisywał jej umiejętności ze świata, który znał. 

Jednak Anna to nie Ida, Maja czy Elise. 

background image

Anna nigdy nie musiała wstawać wcześnie rano i rozpalać w niechętnym, krztuszącym 

się  piecu  kuchennym  -  nigdy  nie  czuła  nocnego  chłodu  pod  bosymi  stopami  lub  radości  z 

powodu gorąca buchającego z otwartych drzwiczek pieca. 

To byłem udziałem służby. 

Nie wpajano jej tego rodzaju umiejętności. Za dziewczęta z tej sfery co Anna zawsze 

inni wykonywali większość prac. Anna powinna umieć haftować, prowadzić dom, mówić w 

inny sposób do służby, a w inny do osób równych sobie. 

Na tym polegało jej wychowanie. Knut nie pomyślał o tym. 

Ś

więty Boże, jakże była nieszczęśliwa! 

Jej płacz rozdzierał mu serce. Niepotrzebnie się na nią tak rozzłościł. Nie zamierzała 

go przestraszyć, jak na początku sądził. 

Wszelkimi  siłami  powstrzymywał  się,  by  nie  podejść  do  niej  i  nie  pocieszyć  jej,  tak 

jakby pocieszył Idę lub Maję. 

Nigdy w życiu nie zdobędzie się na to, by ją przytulić i pogładzić po głowie! Nie ma 

mowy! 

Potrzebowała ramienia, na którym mogłaby się wypłakać, ale nie zamierzał podać jej 

w tym celu swojego. Zbyt duża dzieliła ich przepaść. 

Ale mógł wyjść kilka kroków naprzeciw. Nie kosztowało go to wiele. 

- Nie jestem na ciebie zły - rzekł skruszony. - Wystraszyłem się. A nie lubię się bać. 

Czy możesz, do diabła, przestać płakać? Nie znoszę mażących się dziewczyn! 

Jego  słowa  nie  powstrzymały  strumienia  łez.  Knut  właściwie  nawet  nie  wierzył,  że 

poskutkują. Boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie potrafi rozmawiać z dziewczętami. 

Brakowało mu tej łatwości, którą tak hojnie został obdarzony Simon. 

Poza tym zwykłe dziewczęta to jedno, a te pokroju Anny to coś całkiem innego. 

-  Nienawidzisz  mnie  -  stwierdziła.  -  Nawet  nie  musisz  tego  mówić.  Uważasz,  że 

jestem zupełnie bezużyteczna. I nienawidzisz mnie! 

Była bliska prawdy, mówiąc, że uważa ją za nieprzydatną, ale jej nie nienawidził. 

-  Nie  masz  racji.  Dołożył  więcej  drewna.  Słuchał  płaczu.  Nie  miał  wcale  ochoty  się 

odwrócić i spojrzeć na Annę. Płaczące dziewczyny sprawiały, że czuł się niezręcznie, że się 

bał. Miał świadomość, że jest bezradny. 

Płacz  to  broń,  której  on  jako  mężczyzna  nie  mógł  użyć,  i  dlatego  tracił  grunt  pod 

nogami. Nie wiedział też, co mógłby mu przeciwstawić. 

- I tak moje zdanie nie ma znaczenia. - Jego słowa zabrzmiały gorzko, ale nie dbał o 

to.  -  Kim  jestem?  Obszarpanym,  brudnym  tułaczem,  który  brzydko  pachnie.  Czy  moja 

background image

nienawiść lub... przyjaźń mogłaby coś znaczyć? Czy mogłaby coś znaczyć dla kogoś takiego 

jak  ty,  Anno?  Będziesz  mieszkać  we  wspaniałym  domu,  ja  natomiast  marzę  o  drewnianej 

chacie.  Mylisz  się,  mówiąc,  że  cię  nienawidzę,  ale  nawet  jeśliby  tak  było,  nikomu  nie 

sprawiłoby to żadnej różnicy. Moja nienawiść nic by ci nie zaszkodziła. 

Nie odpowiedziała. Długo płakała. 

Wkrótce  w  chacie  znowu  zrobiło  się  ciepło.  Wystarczająco  ciepło,  żeby  Knut  mógł 

zdjąć z siebie dork i podwinąć rękawy koszuli. 

Anna siedziała nieruchomo. 

Jej  twarz  zaczynała  się  goić.  W  ciągu  ostatnich  dni  zeszła  brzydka  opuchlizna,  a  po 

pęcherzach zostały tylko plamy na skórze. 

Teraz płacz i łzy znowu oszpeciły tę nową i niewątpliwie ładniejszą twarz. 

Knut westchnął i zdjął z dziewczyny brudne skóry podłogowe. 

- Może lepiej, żebyś nie zabierała do domu pluskiew - powiedział, siląc się na dowcip. 

Nie roześmiała się. Nawet się nie uśmiechnęła. 

Knut  posprzątał  trochę  w  ziemiance.  Anna  siedziała  skulona  i  zapłakana,  na  wskroś 

nieszczęśliwa i załamana, w tych swoich zbyt wytwornych rzeczach - i chociaż była nie mniej 

brudna niż on, chociaż także pachniała nieprzyjemnie, widać było, kim jest. Możną panienką. 

Podążała za nim wzrokiem, jak pies wodzi oczami za swoim panem. 

Knutowi to się nie podobało. Nie zasłużył na takie uwielbienie. Ani na to, żeby go się 

bała. 

- Do diabła! - zaatakował bez ostrzeżenia. - Nie patrz tak na mnie. Nie jestem Panem 

Bogiem. Nie mogę skazać cię na wieczne potępienie, nie gniewam się już. Nie kocham cię do 

utraty  tchu,  ale  cię  nie  nienawidzę.  Czy  to  ci  wystarczy,  czy  mam  uklęknąć  przed  tobą  i 

złożyć ręce w pokornej modlitwie? 

- Nie musisz się wygłupiać. 

- Więc jednak się do mnie odzywasz - westchnął. - Wkrótce będziesz na tyle zdrowa, 

ż

eby  ruszyć  w  drogę  do  Alty.  Nie  będziemy  dłużej  skazani  na  swoje  towarzystwo.  Czy  nie 

moglibyśmy przynajmniej przez ten krótki czas być bardziej... 

- ... cywilizowani? - podpowiedziała z lekkim uśmiechem, który jednak zaraz zniknął, 

kiedy  zorientowała  się,  że  jej  nie  zrozumiał.  -  Zachowywać  się  jak  ludzie  -  poprawiła  się. 

Poczuła się równie zmęczona jak Knut. 

Skinął głową. 

- Tu przy palenisku jest cieplej. - Wyciągnął ku niej dłoń. 

background image

Przyjęła ją. Pozwoliła, by pomógł jej usiąść na skórach przy ogniu. Przytrzymała jego 

rękę  jak  mogła  najdłużej.  Samo  dotykanie  drugiego  człowieka  graniczyło  z  obcowaniem  ze 

ś

więtością. 

Nie, to bluźniercza myśl. 

Bóg usłyszał ją, ale ojciec - nie, ojciec nigdy się o tym nie dowie. Za tę myśl jej nie 

ukarze. 

- Długo nie wracałeś - rzuciła krótko. Te trzy słowa uświadomiły Knutowi, że się bała. 

Czyżby i ona odrobinę niepokoiła się o niego? 

- Znalazłem drewno na sanie dla ciebie - odparł. Nie patrzył na Annę. - Nie możesz iść 

pieszo. Nawet gdybyśmy odszukali twoje narty, to i tak jedna jest złamana. Nie pozwolę, byś 

szła taki kawał drogi. To nie na twoje siły. 

Miał wiele powodów i wydawały się dość wiarygodne. Annie zrobiło się ciepło wokół 

serca  -  zrozumiała,  że  chłopak  się  o  nią  troszczy.  Troska  wynika  z  dobroci.  Już  dawno  nie 

czuła, by ktoś darzył ją taką dobrocią. 

Mogliby  zawrzeć  prawdziwą  przyjaźń,  gdyby  mieli  czas.  Jednak  czasu  zostało  zbyt 

mało. 

-  Musisz  uważać,  którędy  chodzisz  -  rzekła  Anna  lekko  drżącym  głosem.  -  Ludzie 

mówią, że w tutejszych stronach krąży potępiony duch. Szuka ponoć kobiety, którą kochał i 

zdradził.  I  jakby  tego  jeszcze  było  mało,  niektórzy  twierdzą,  że  na  własne  oczy  widzieli 

Krwawego  Ole,  jak  tuła  się  po  okolicy,  szukając  tej,  którą  poślubił,  lecz  która  była  już 

mężatką. 

- Nie wierzę w bajki - mruknął Knut. Poczuł, jak zahuczało mu w głowie. 

„Krwawy Ole”... 

Tylko  jeden  człowiek  w  Finnmarku  mógł  nosić  ten  przydomek.  Tylko  jeden  był  na 

tyle okrutny. Knut znał kobietę, którą tropił potępieniec. 

-  Będzie  chyba  musiał  długo  szukać  -  mruknął.  Nie  odpowiedział  na  pytanie,  które 

kryło się w oczach Anny. - Opowiedz - poprosił. - Choć nie wierzę w bajki, bardzo lubię ich 

słuchać. Kim był Krwawy Ole? To wygląda na historię, która może mi się spodobać... 

- Mówisz tak, jakbyś go już znał. Anna spojrzała na Knuta badawczo, ale zachowywał 

się  całkiem  zwyczajnie.  Chyba  jest  przewrażliwiona  i  zbytnio  przesadza.  Przypisała  to  w 

końcu jego poczuciu humoru - nie wiedziała, z czego się śmieją ludzie tacy jak on. Wiedziała 

tak niewiele... 

- Nie miałem przyjemności go poznać - odparł. - No, opowiadaj! 

background image

- Krwawy Ole żył w czasach, zanim się urodziłam - zaczęła. - Ciebie też chyba jeszcze 

nie  było  na  świecie.  Przez  krótki  okres  sprawował  urząd  wójta  w  Alcie.  Przedtem  był 

najbardziej zaufanym człowiekiem poprzedniego wójta. Poborcą podatkowym i człowiekiem 

do  wszystkiego.  Wiele  krążyło  plotek  na  jego  temat.  Był  surowym  i  zimnym  człowiekiem, 

diabłem w ludzkiej skórze. Jego przydomek miał zatem swoje uzasadnienie. 

- A więc on żył naprawdę? - wtrącił Knut. Uważał, że powinien o coś zapytać. 

Przytaknęła energicznie. 

-  Ojciec  pamięta  go.  Wtedy  był  już  pastorem.  Mówi,  że  ta  kreatura  zawsze 

przyprawiała  go  o  dreszcze,  że  wiedział,  iż  to  diabeł  w  ludzkiej  skórze,  a  to,  co  się  potem 

zdarzyło, nie było dla ojca zaskoczeniem... 

Zaczerpnęła powietrza, zanim zaczęła mówić dalej. 

Pochwały na temat wiedzy ojca o ludziach brzmiały jak wyuczone. 

-  Został  wybrany  na  wójta  z  pominięciem  wszelkich  obowiązujących  przepisów. 

Obiecano to staremu wójtowi na łożu śmierci. Ole przeprowadził się do domu tamtego razem 

ze swoją lapońską żoną. Była drobna i piękna, a włosy miała kruczoczarne. Mówią, że była 

córką noaidy, wiesz, takiego czarownika... 

Knut skinął głową. Jego twarz zastygła w bezruchu. 

- Jak miała na imię? 

-  Nazywała  się  Raija.  Pięknie,  prawda?  Nikt  nie  wiedział  o  ich  związku  zbyt  wiele. 

Prawie nie utrzymywali kontaktów towarzyskich. Ludzie zastanawiali się nad tym, skąd Ole 

wziął  swą  żonę.  Wszyscy  mówili,  że  ją  porwał.  On  taki  był.  Brał  to,  co  chciał.  W  każdym 

razie byli małżeństwem. Mój ojciec udzielał im ślubu, myślał, że wszystko jest w porządku. 

Wójt  to  człowiek  władzy,  trzeba  więc  polegać  na  jego  słowie.  Pewnego  wieczoru,  na  balu 

kostiumowym  zorganizowanym  przez  Olego,  pojawił  się  jakiś  nieznajomy.  Ludzie  widzieli, 

jak żona wójta rozmawiała z obcym w ogrodzie. Widzieli, jak się obejmowali. Krwawy Ole 

także był tego świadkiem. Wtedy bardzo pobił Raiję. Bił ją i wymyślał jej, a potem wrócił do 

swego towarzystwa, jak gdyby nic się nie stało. Kiedy przyjęcie się skończyło, Raija zniknęła, 

a przed wejściem dla służby znaleziono nieznajomego z poderżniętym gardłem. 

-  To  okrutna  historia  -  rzekł  Knut  Zaschło  mu  w  ustach.  Słyszał  już  przedtem  jej 

fragmenty. 

- To jeszcze nie koniec. Krwawy Ole szukał swej żony. Był pewien, że ona to zrobiła. 

Ze  zabiła  tego  mężczyznę.  W  mieście  wszyscy  byli  przekonani,  że  morderstwa  dokonał  on 

sam, z zazdrości, ale nikt nie odważył się tego otwarcie powiedzieć. Krążyło też wiele historii 

o piwnicy w domu wójta. Ale Raija wróciła. Razem z pewnym Finem, który twierdził, że jest 

background image

jej  mężem.  Mieli  na  to  dokument.  Tak  więc  małżeństwo  z  wójtem  okazało  się  nieważne. 

Ojciec  widział  te  papiery  na  własne  oczy.  Sędzia  też  je  oglądał  i  mówił  jeszcze,  że  ów  Fin 

miał  złoto.  To  sędzia  pomógł  im  uciec,  zanim  Krwawy  Ole  ich  dostał...  Jednak  mąż  Raiji 

wkrótce  potem  umarł.  Został  pochowany  w  Alcie.  Ktoś  nadal  pielęgnuje  jego  grób.  Raija 

natomiast  wyjechała  z  innym  mężczyzną.  Żeby  zabrać  pozostałe  złoto.  Ojciec  uważa,  że  je 

znalazła.  Spotkał  ją  ponownie.  Wtedy  udzielił  jej  ślubu  z  tym  człowiekiem,  z  którym 

wyjechała  z  Alty.  Miała  otworzyć  sklep.  Ojciec  mówi,  że  była  piekielną  kobietą...  Anna 

zamilkła. 

-  Najgorsze  jest  to,  że  wydaje  mi  się,  iż  w  głębi  duszy  ojciec  trochę  ją  podziwia.  W 

jego głosie brzmi nie tylko pogarda, kiedy o niej opowiada. 

- Co się stało z Olem? Z Krwawym Olem? - spytał Knut, chociaż wiedział, że utopił 

się w grocie niedaleko osady rybackiej, gdzie Raija prowadziła sklep. 

- Zniknął. Wiele świadczyło przeciw niemu w sprawie o to morderstwo dokonane na 

nieznajomym. Ludzie nie mogli przecież się zgodzić, żeby wójtem był człowiek podejrzany o 

zabójstwo,  prawda?  Zaproponowano  mu  rezygnację  i  tak  uczynił.  Nie  wrócił  już  do  Alty. 

Ludzie mówią, że nie żyje. I że można go czasem zobaczyć w tych okolicach. On nadal szuka 

Raiji. Chce się na niej zemścić. To przez nią stracił wszystko, co miał. 

- Czy ta historia nie mówi nic więcej o złocie? Dziewczyna potrząsnęła głową. 

- Według tej opowieści nie ma już żadnego skarbu. Plotka głosi, że Raija zabrała skarb 

po swoim mężu. Nic nie zostało dla innych poszukiwaczy przygód. Mówią jednak, że to było 

gdzieś tutaj. Dlatego wielu szuka w tych okolicach... i żaden z nich nic nie znalazł. 

Knut uśmiechnął się nieznacznie. 

-  Ja  jestem  inny  niż  większość  z  nich.  Zobaczysz,  Anno,  że  to  ja  znajdę  skarb.  Nie 

sądzę, żeby Raija coś znalazła. Myślę, że Kalle był jedynym, który dotykał złota. 

- Skąd znasz jego imię? Knut pożałował, że w porę nie ugryzł się w język. 

- Słyszałem również inne opowieści - odparł niespeszony. 

Ale  wiedział,  że  mu  nie  uwierzyła.  Niezupełnie.  Zaczynała  go  traktować  jak 

romantycznego i tajemniczego bohatera. 

Nigdy  nie  chciał,  by  tak  się  stało.  Musi  ją  jak  najszybciej  odprowadzić  do  domu 

pastora. 

background image

Nazwanie Anny i Knuta serdecznymi przyjaciółmi byłoby z pewnością przesadą. Ale 

coś  ich  do  siebie  zbliżyło  po  tym  wieczorze,  kiedy  opowiedziała  mu  legendę  o  Krwawym 

Olem. Dzięki tej dziwnej historii Anna miała mały udział w życiu Knuta. 

Nie wiedziała o tym. 

Nie  zdradził  jej  imienia  swojej  matki.  Nie  przyznał  się,  że  jest  synem  „Kwena” 

pochowanego w Alcie. Nie dodał ani słowa więcej do tego, co już wiedziała. Nie było takiej 

potrzeby. Ich drogi wkrótce miały się rozejść. Wystarczyło, że się wzajemnie tolerowali. Do 

pewnego stopnia nawet się polubili. 

Poznali się lepiej i stali się innymi ludźmi. 

Knut  zrozumiał,  że  nie  wszystko  w  życiu  bogatych  jest  takie  wspaniałe,  jak  mu  się 

wydawało.  Zdał  sobie  sprawę,  że  oni  również  mogą  cierpieć.  Pieniądze,  władza  i  pozycja 

same w sobie nie dają szczęścia i zadowolenia. Przekonał się, że bogaci nie zawsze patrzą z 

góry na innych. Anna nieraz mówiła przykre rzeczy, raniła go, ale nie robiła tego ze złej woli. 

Powtarzała to, co słyszała wiele razy - myślała i postępowała tak, jak została wychowana. 

Na początku wydawała  mu się rozpieszczoną panienką. Później widział w niej coraz 

więcej ze zwykłego człowieka. 

Anna  natomiast  zrozumiała,  że  nawet  prości  ludzie  mogą  mieć  coś  do  powiedzenia. 

Knut nie był głupi. Nie ukończył wprawdzie szkół i nie zdobył wykształcenia, ale mogła bez 

przeszkód  się  z  nim  porozumieć.  Rozumiał  ją,  chociaż  nie  zawsze  rozumiał  słowa,  których 

używała. Był wartościowym człowiekiem, chociaż nie mył się codziennie - byłoby to trudne 

w środku zimy w nieszczelnej ziemiance. 

Dziewczyna  zdała  sobie  sprawę,  że  wiele  zachowań  prostych  ludzi  było 

podyktowanych praktycznymi powodami, czego należący do jej klasy nie rozumieli. Ona też. 

Pojęła,  że  można  polubić  kogoś  mimo  różnicy  pochodzenia.  Tak  bardzo  polubić,  że 

zapomina się o wszystkim, co dzieli. 

Jej  ideałem  mężczyzny  był  rycerz  na  koniu.  Na  białym  koniu,  w  błyszczącej  zbroi, 

zawsze  gotów  bronić  swojej  damy,  zawsze  gotów  iść  dla  niej  na  śmierć,  chronić  ją  przed 

wszelkimi niebezpieczeństwami. Zawsze elegancki, nawet bez swego wojennego rynsztunku - 

i szarmancko zabiegający o względy wybranki. 

background image

Na tyle pozwalała sobie w myślach o mężczyznach. Nie liczyła na to, że spotka kogoś 

takiego  w  Finnmarku.  Nigdy  nie  wyobrażała  sobie  swej  przyszłości  w  tej  krainie,  która 

prawie nie miała lata. 

Zawsze myślała, że wyjdzie za młodego mężczyznę, i uważała za oczywiste, że będzie 

go kochała - choć nie wiedziała jeszcze, co to znaczy - i że sama będzie kochana. 

Powinien  mieć  przynajmniej  twarz  rycerza.  A  zbroja  i  biały  koń  to  już  sprawa 

drugorzędna. 

W Danii nie czekał na nią młody  rycerz, lecz dojrzały mężczyzna. Stary  mężczyzna. 

Mężczyzna z tytułem. Knut miał w sobie więcej z rycerza niż jej przyszły  mąż. Była o tym 

przeświadczona, chociaż nigdy nie spotkała hrabiego. 

Anna  niewiele  wiedziała  o  stosunkach  między  kobietami  i  mężczyznami.  Knut 

sprawił,  że  czuła  się  głupia.  Powiedział,  że  miał  wiele  dziewcząt.  Świadoma  tego,  Anna 

starała mu się lepiej przyjrzeć. 

Pod brudem i rzadką brodą widziała twarz, którą wielu uznałoby za pociągającą. Nie 

wyglądał  na  bardzo  męskiego  i  szorstkiego,  raczej  na  delikatnego.  Jemu  by  się  to  nie 

podobało. Nie miała pewności. Mężczyźni myślą chyba inaczej niż dziewczęta. 

Niebieskie oczy, często szukające schronienia za grzywką, były wyraziste. Gęste brwi, 

przypominające skrzydła ptaka w locie. 

Niepokoiło ją coś w okolicach jego ust, nie mogła na nie patrzeć, gdy się pojawiało, 

nie za długo. Ale ładnie się uśmiechał - zwróciła na to uwagę. 

Poza tym właściwie nie różnił się od innych mężczyzn w jego wieku. 

Anna  nigdy  nie  pozwalała  sobie  na  dokładne  przyglądanie  się  męskiemu  lub 

chłopięcemu  ciału.  Uczono  ją,  że  to  jej  nie  przystoi,  mogłoby  przywołać  nieczyste  myśli. 

Tylko  nieprzyzwoite  kobiety  snuły  wyobrażenia  o  męskich  ciałach,  o  związkach  z 

mężczyznami, tylko nieprzyzwoite kobiety pozwalały dać się ponieść temu, co ojciec nazywał 

z pogardą „cielesnymi żądzami”. 

Gdyby  Anna  chciała  porozmawiać  z  matką  lub  ojcem  o  tym,  co  ją  nurtowało, 

uznaliby, że zbłądziła na złą drogę. Że stała się rozwiązła, grzeszna... 

Czuła się taka samotna. Samotna ze swoimi myślami. 

Ze służbą się nie rozmawia. Nie o tym, co drzemie na dnie duszy. 

Knut nie był służącym... 

Wydawało się, że są ze sobą zżyci... 

Ale on był mężczyzną. Anna nie wiedziała, czy może rozmawiać z mężczyzną o tym, 

co nie daje jej spokoju. 

background image

Knut  był  ponury.  Zachowywał  się  tak  od  czasu,  kiedy  padły  decydujące  słowa.  Te, 

które brutalnie przesądziły o jej dalszym losie. 

-  Jeżeli  pogoda  się  utrzyma,  jutro  wyruszamy.  Nie  dojdziemy  wprawdzie  w  ciągu 

jednego dnia, ale nie ma potrzeby dłużej tego przeciągać. 

Zrobił  coś  w  rodzaju  sań.  Zręcznie  ociosał  nierówne  brzozowe  pnie,  tak  że 

przypominały  płozy.  Giętkimi  gałązkami  wierzby  przymocował  je  do  krótszych  i  cieńszych 

gałęzi, które utworzyły dno. Wyścielił je skórami. 

Anna  nigdy  nie  potrafiłaby  skonstruować  czegoś  takiego.  Knut  potrafił.  I  określał  to 

prostymi słowami - mówił „zrobić” i „urządzić”... 

Dziewczyna poczuła się trochę nieswojo. 

Tak łatwo było o nim myśleć z pogardą. Robiła to wiele razy. Tak łatwo przychodziło 

jej krytykować go za to, że jest niekulturalny, nieuczony, niechlujny... za cechy zaczynające 

się na „nie”... 

Jednak za każdym razem, kiedy przekonywała się, że potrafi zrobić coś użytecznego, 

wypełniało ją zdumienie połączone z szacunkiem. Posiadał tyle umiejętności, które były mu 

potrzebne i które okazały się przydatne również dla niej. To, co ona umiała, w jego świecie 

okazało się bezwartościowe. 

Przykro to przyznać. 

Na początku czuła się ważniejsza i lepsza od niego. 

Teraz nie była pewna, które z nich ma więcej powodów do dumy. 

- Na pewno uda ci się sprzedać skóry w Alcie... 

Knut  wzruszył  ramionami.  Spakował  niektóre  z  futer.  Też  o  tym  myślał.  Musiał  coś 

sprzedać.  Bardziej  potrzebował  pieniędzy,  niż  Anna  podejrzewała.  To,  co  „pożyczył”  od 

Reijo, zanim wyruszył w drogę, w większości już wydał. A trzeba jeszcze zrobić zapasy przed 

rozpoczęciem poszukiwań. 

Aha była być może odpowiedzią... 

Gdyby ojciec Anny sprawował inną godność, Knut mógłby ze spokojnym sumieniem 

wspomnieć o zapłacie w postaci brzęczących monet za przyprowadzenie córki do domu. 

Ale  z  pastorem  trudniej  jest  rozmawiać  o  pieniądzach.  Ludzie  tacy  jak  on  chętnie 

wskazują na inne i bardziej niepewne formy nagrody. 

Będzie  się  chyba  musiał  rozejrzeć,  czy  ktoś  nie  potrzebuje  parobka.  Nie  bal  się 

ciężkiej pracy. Może też spotka w mieście kogoś, kto wybiera się na południe. 

Przypomniał sobie o Idzie i obietnicy, że przekaże jej wiadomość. 

background image

- Boję się - jęknęła Anna. Knut spojrzał na nią, wyrwany z zadumy. Od  kiedy twarz 

Anny  zaczęła  przybierać  normalny  wygląd,  coraz  trudniej  przychodziło  mu  patrzeć  jej  w 

oczy.  Coraz  bardziej  uświadamiał  sobie,  że  Anna  jest  dziewczyną.  Łatwiej  mu  było,  kiedy 

brzydko  wyglądała.  I  jeszcze  ta  jej  bezradność.  Może  inna  świadomie  wykorzystałaby  swój 

cienki,  nieco  dziecinny  głos,  wiedząc,  że  budzi  u  mężczyzny  instynkt  opiekuńczy.  Że  przy 

niej czuje się dorosły i silny. Anna nie robiła tego rozmyślnie. 

Naprawdę się bała. 

- Podróży? Potrząsnęła głową. 

-  Powrotu  do  domu?  Ostrożnie  skinęła.  Jak  gdyby  się  obawiała,  że  ktoś  ją  zobaczy. 

Ktoś  oprócz  niego.  Z  pewnością  widział  to  Jumala  -  Pan  Bóg  -  ale  Knut  nie  rozumiał  jej 

strachu. 

- Chyba cię nie zbiją? Nie stosują przemocy, prawda? Mówiła o jakichś karach, ale nie 

wyjaśniła dokładnie, na czym polegają. Wtedy Knut nie przejmował się zbytnio jej kłopotami 

i nie zadał sobie trudu, żeby zapytać. 

- Niezbyt często - odparła. Ukryła twarz w dłoniach. Widział tylko jej delikatne, jasne 

włosy. Złapał się na tym, że zaczął się zastanawiać, jak by wyglądały zaraz po umyciu, kiedy 

wysuszy je słońce i kiedy będą pachniały lasem i trawą, i latem... chociaż pewnie włosy córki 

pastora nigdy tak nie pachną. 

- Musiałabym zrobić coś naprawdę złego, żeby mnie zbili - mówiła dalej bezbarwnie. 

Ciągle ukrywała twarz. Wyglądało, jakby się wstydziła. 

- W takim razie nie będziesz często bita - rzekł Knut. - Nie potrafiłabyś zrobić czegoś 

złego, Anno. Nie wierzę w to. 

Na krótko uniosła głowę, spojrzała na niego. Knut wystraszył się, że popełnił błąd. Jej 

wzrok mówił mu, że jest jeszcze wiele rzeczy, o których nie wie. 

- Jak mogą cię ukarać? 

Wydawało  się,  że  rozważała  różne  możliwości,  zanim  odpowiedziała  tym  samym 

martwym głosem. Tak jakby to właściwie dotyczyło kogoś innego. 

- Zamkną mnie w pokoju... Biblia i wymówki. A ja obiecam, że się poprawię, stanę się 

dobrym i pobożnym człowiekiem. Potem wezmą się surowiej za mnie i moje wychowanie, a 

wtedy  będę  już  wystarczająco  dobrze  ułożona,  żeby  wysłać  mnie  za  granicę.  Czyż  to  nie 

brzmi  jak  szczęśliwe  zakończenie,  Knut?  Powinieneś  wiedzieć.  Tak  bardzo  przecież  lubisz 

bajki - rzuciła z ironią. 

-  A  jak  ty  chcesz,  żeby  się  to  skończyło?  -  spytał  poważnie.  Nie  pozwolił  się 

sprowokować. 

background image

Nie chciała mówić. I tak wiedział o niej zbyt wiele. Nikt nie zbliżył się do niej do tego 

stopnia. To ją przerażało. 

-  Sama  też  musisz  chyba  czegoś  chcieć?  Moje  siostry  snuły  więcej  marzeń,  niż 

kiedykolwiek pojawiło się w mojej głowie. Rzadko spełniało się to, co sobie wymyśliły, ale 

miały  jakiś  cel.  I  zmieniały  swe  marzenia.  To  nie  jest  zabronione,  prawda?  Można  układać 

sobie różne historie i zmieniać je, jeśli się chce, w zależności od tego, czego się pragnie. A ty 

czego byś chciała, Anno? 

- Żeby mi było dobrze - odparła. - Myślę, że musi gdzieś istnieć taki ktoś, kto będzie 

mógł mnie znieść. Komu będę potrzebna. Kto mnie zrozumie i nie będzie się ze mnie śmiał. 

Kto nie będzie uważał, że jestem głupia i bezmyślna, kto odważy się mnie przytulić. Ktoś, kto 

się mną zaopiekuje. Będzie silny. Będzie... mnie kochał... 

Ostatnie słowa wyszeptała. Jej policzki mocno się zarumieniły. 

Knut  odchrząknął.  Czuł  się  trochę  zakłopotany,  ale  też  silny.  Doświadczony. 

Dziewczyny są wszędzie jednakowe. Mimo wszystko. Niezależnie od pochodzenia. 

Ida mogłaby marzyć o tym samym - nie dokładnie tak samo i nie z taką pokorą, ale jej 

słowa brzmiałyby podobnie. 

-  To  nie  jest  głupie  marzenie  -  powiedział  i  sam  usłyszał,  jak  niezręcznie  to 

zabrzmiało.  -  Ono  może  się  ziścić.  Nawet  jeżeli  będziesz  musiała  wyjechać  do  Danii.  Być 

może twój przyszły mąż jest dokładnie taki, o jakim marzysz... 

Wybuchnęła po raz pierwszy, od kiedy przyniósł ją pod ten dach: 

- To niemożliwe! Nie chcę jakiegoś starca! Chcę wyjść za... 

Przygasła równie szybko jak ogień, na który chluśnięto wodą. 

- Młodego człowieka - dokończył Knut sucho. - To nie jest powód do wstydu. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  marnie  ją  pocieszył  oraz  że  zaprzeczył  temu,  co  wcześniej 

powiedział. Nic nie mógł na to poradzić. 

-  Większość  osób  marzy  o  kimś  w  swoim  wieku.  To  naturalne.  Czasami  pierwszą 

miłością darzy się kogoś starszego, ale nie zawsze tak musi być... - Nagle uderzyła go pewna 

myśl:  -  Czy  jest  ktoś,  kto  ci  się  bardzo  podoba?  Ktoś,  kogo  wolałabyś  od  tego,  którego  ci 

wybrano? 

Jasna grzywka Knuta poruszyła się z boku na bok. Przyszła mu do głowy nowa myśl, 

która dobrze tłumaczyła niedojrzałość Anny. W jego świecie ktoś, kto skończył szesnaście lat, 

był prawie dorosły. W każdym razie jeśli chodzi o dziewczęta. Wiedział też, że nawet w bo-

gatych rodzinach córki wydawano za mąż dość wcześnie. Ale w rodzinie pastora sprawa się 

miała chyba inaczej. 

background image

Pozycja  ojca  stwarzała  barierę,  którą  nieliczni  tylko  odważyliby  się  przekroczyć  na 

tym odludziu, jakim mimo wszystko był Finnmark. 

Z przekonaniem w głosie spytał: 

-  Nie  wiesz,  jak  to  jest,  prawda?  Nigdy  tego  nie  czułaś,  nigdy  nie  byłaś  w  nikim 

zakochana? A jeśli nawet ktoś ciebie pokochał, to nic o tym nie wiesz? 

Nie uzyskał odpowiedzi. 

Zdał sobie sprawę, że ta młodziutka dziewczyna miała wkrótce zostać wysłana prosto 

w paszczę lwa. Z Alty - która, choć jemu wydawała się wspaniałym miastem, dla innych była 

zapewne miejscem zsyłki - do Danii, do jakiegoś arystokraty. 

Nawet w Lyngen krążyły pogłoski o tym, co się dzieje na dworze w Kopenhadze. O 

występnym  życiu  i  wszelkiej  rozpuście.  Niejeden  myśliwy  przywoził  ze  sobą  do  domu 

soczyste historie. Słyszał je od kogoś, kto z kolei usłyszał od kogoś innego... 

Właśnie takie rzeczy opowiadano o Danii. Knut i jego koledzy zaśmiewali się do łez, 

ale nie kryli, że te pikantne historyjki także ich podniecały. 

Anna nie miała o tym wszystkim pojęcia. 

Zaczął się o nią bać. 

Wyciągnął  rękę  i  uniósł  ku  górze  twarz  Anny,  podkładając  jej  palec  pod  brodę. 

Dziewczyna  spuściła  wzrok.  Oczy  nadal  miała  zaczerwienione,  lecz  już  nie  płakała.  Rzęsy 

przypominały rozłożone wachlarze. 

- Nie wiesz zbyt wiele o chłopakach, prawda, Anno? 

Najbardziej zaskoczyło ją to, że w jego głosie nie wyczuła drwiny. Raczej łagodność. 

Tylko łagodność. Odrobinę wesołości, ale nie dlatego, żeby miał zamiar się z niej śmiać lub 

sobie żartować. W jego głosie brzmiała łagodność, życzliwość i sympatia. 

Potrząsnęła  głową.  Ciągle  czuła  jego  palec  podtrzymujący  ją  pod  brodę.  Chciałaby, 

ż

eby go cofnął, chciałaby, żeby go nadal trzymał... 

- Nigdy nie miałam chłopaka. Nawet przyjaciela - wyszeptała wreszcie. 

Odważyła  się  na  niego  spojrzeć.  Nie  wprost  w  oczy,  żeby  wyznanie  nie  wydało  się 

zbyt osobiste. 

- Nigdy nie byłam taka jak inne dziewczęta. 

- Byłaś zbyt niedostępna - rzekł cicho. - Czy właśnie to wszyscy ci mówili? 

Anna skinęła głową. To dziwne, ale Knut zdawał się ją rozumieć. Tego się po nim nie 

spodziewała. 

- Jesteś małym, obcym ptakiem, Anno - powiedział. Jego głos brzmiał nieco ochryple. 

Anna  podniosła  wzrok  i  spojrzała  mu  w  twarz.  Jego  oczy  pociemniały,  jakby  posmutniały. 

background image

Odniosła wrażenie, że kryje się w nich coś więcej niż tylko zrozumienie. Coś głębszego. Co i 

dla niego miało jakieś znaczenie. Chodziło nie tylko o nią. 

- Obce ptaki zawsze muszą wiele znieść - rzekł. Ujął jej policzki w obie dłonie. Anna 

zaczerwieniła się. Taki dotyk to coś nowego. 

Nowego, przerażającego i niebezpiecznego - ale również przyjemnego. 

- Nawet jeśli są córkami pastora, prawda? 

Uśmiechnęła się zmęczona. 

- Tak. 

Knut  zrezygnowany  potrząsnął  głową.  Mógłby  zanurkować  aż  na  dno  tych  oczu. 

Przesunął pośpiesznie dłońmi po policzkach dziewczyny. Pogładził ją niezręcznie po włosach 

- zastanawiał się, czy jej rodzice kiedykolwiek to robili. Nikt w jej rodzinie pewnie nie tracił 

czasu  na  takie  pieszczoty.  Anna  wydawała  się  bardzo  spragniona  bliskości  drugiego 

człowieka. 

W  jednej  chwili  Knut  uświadomił  sobie,  jak  łatwo  wytłumaczyć  zachowanie  tej 

dziewczyny.  Nikt  jej  nie  powiedział,  że  jest  wiele  warta,  nigdy  nie  pozwolono  jej  polubić 

siebie. Pewnie zabroniono by jej również lubić innych. 

Mógłby ją objąć, ale nie miał odwagi. Raptem po prostu zabrakło mu odwagi. 

Nie bał się o siebie, ale o to, że mógłby jej wyrządzić krzywdę nie do naprawienia. 

- Czy nigdy dla nikogo nie czułaś odrobiny dobroci? - spytał i poczuł się głupio. 

Anna  siedziała  obok  niego,  obejmując  rękoma  podciągnięte  nogi.  Skulona, 

przypominała niedużą piłkę. Zamykała się przed światem. Jeden policzek oparła na kolanie. 

-  Otaczali  mnie  sami  Kwenowie,  Lapończycy  i  ludzie z  niższych  warstw  -  odparła  z 

goryczą. - Nie zwracałam na nich uwagi. Inni byli starzy. Albo zbyt młodzi. 

- Ale przecież miałaś oczy otwarte. Musiałaś czasem zwrócić na kogoś uwagę. - Knut 

nie  poddawał  się.  -  Czy  nigdy  nie  trafił  się  taki  chłopak,  do  którego  coś  poczułaś?  Który... 

sprawił,  że  twoje  serce  mocniej  zabiło,  że  się  zaczerwieniłaś,  że  zaschło  ci  w  ustach,  że 

spociły ci się ręce, ciało wydawało się ociężałe... 

Panie Boże, jak tu rozmawiać o takich sprawach z dziewczyną, która twierdzi, że nie 

ma pojęcia, o co chodzi? 

Wydawało  się,  że  Anna  się  zastanawia.  Potraktowała  jego  słowa  poważnie.  A  może 

chciała mu odpowiedzieć, bo zwykła robić to, o co ją proszono? 

Knut nie był w stanie uwierzyć, że Annie ani razu w jej szesnastoletnim życiu nikt nie 

wydał się pociągający. 

On sam był wiele razy zakochany, a siostry twierdziły, że i tak późno zaczął... 

background image

Przez pewien czas cierpiał nawet straszliwe męki z powodu Elise - długo nie dawała 

mu spokoju myśl, że przecież Elise nie jest jego siostrą. 

-  Czy  nigdy  nie  czułaś  jakby  ssania  w  żołądku  na  widok  kogoś  obcego?  A  może  na 

widok kogoś, kogo znałaś, a komu nigdy wcześniej dokładnie się nie przyjrzałaś? 

- Znam tak niewiele osób... Zamilkła. Na policzki wystąpił jej silny rumieniec, płonął 

przez kilka sekund, potem przełknęła ślinę. Knut skinął zachęcająco. 

- Nieważne... - mruknęła zakłopotana. Wykręcała palce, zaczęła czyścić paznokieć. 

Knut  nie  miał  wątpliwości,  że  jej  paznokcie  były  bez  skazy,  kiedy  uciekała  z  domu. 

Ale surowe warunki na pustkowiu raczej im nie służyły. Dziewczyna obgryzła je prawie do 

samej skóry. 

- Wszystko jest ważne - zapewnił. - Możesz mówić spokojnie. Już dawno przestałem 

się czerwienić. 

O Annie nie dało się tego powiedzieć. 

- Może ja powinienem się pierwszy zwierzyć? - spytał. Liczył, że może to ją ośmieli. 

Mógłby wyciągnąć na światło dzienne kilka ze swoich nieudanych miłosnych historii. W jego 

ż

yciu takich było najwięcej. Ale nie rozpaczał z tego powodu. Osiemnaście lat to niewiele jak 

na mężczyznę. Reijo wkrótce skończy czterdzieści, a o ile Knut wiedział, nadal sporo kobiet 

wodziło za nim wzrokiem. 

Lecz  Reijo  związał  się  z  cieniem,  z  marzeniem,  ze  wspomnieniem  kobiety,  której 

nawet nie kochał. 

-  Nie!  -  Anna  powstrzymała  Knuta.  -  Nie  chcę  słuchać  o  tobie!  Z  pewnością  masz 

wiele do opowiadania, ale nie chcę tego słuchać... 

Uspokoiła się. 

-  Myślę,  że  nie  jestem  jak  te  dziewczęta,  które  znasz.  Długo  myślałam  o  kimś  - 

przyznała.  W  jej  oczach  pojawiło  się  rozmarzenie.  -  Ale  to  naprawdę  się  nie  liczy.  On  był 

taki... inny. Bardzo się wyróżniał, przyjemnie było na nim zawiesić wzrok... 

- Młody? 

Lekko  skinęła  głową,  a  na  jej  ustach  pojawił  się  słaby  uśmiech.  Wyglądała  całkiem 

ładnie, kiedy się uśmiechała. W każdym razie ładniej niż ta Anna, do której Knut zdążył się 

przyzwyczaić. Tak bardzo się zmieniła. Z czegoś, co przypominało maszkarę, przeobraziła się 

w dziewczynę o zgrabnej sylwetce i ładnej twarzy - ładnej, choć nie budzącej zachwytu. 

- Dlaczego on się nie liczy? 

-  Był  Finem,  Finem  z  Laponii!  -  Spojrzała  na  Knuta.  Zobaczyła  w  jego  oczach 

wesołość, miała ochotę rzucić się na niego ze złością, ale po chwili zrozumiała, dlaczego się 

background image

uśmiecha,  i  opanowała  się.  -  Co  roku  przeganiali  tędy  reny.  Kiedyś  rozbili  obozowisko  tuż 

obok  plebanii.  Ojciec  powiedział,  że  chcieli  nas  sprowokować,  zdenerwować.  Rozdrażnić. 

Wmawiał to sobie. Ja nie sądzę, żeby zrobili to z tego powodu. Ten chłopak nie był starszy 

ode mnie. Było jednak coś w jego uśmiechu... uff, ale jestem głupia, prawda? 

-  Bardzo  -  potwierdził  Knut  poważnie.  Przełknęła  ślinę.  Nie  wiedziała,  co  on  tak 

naprawdę myśli. Nie wiedziała, czy powinna mówić dalej, ale nie była też w stanie przestać. 

Knut wywołał lawinę, wyjawiała mu myśli, które do tej pory ukrywała nawet przed sobą. 

-  Nie  podobało  mi  się  to.  Zawsze  się  do  mnie  uśmiechał.  Zawsze  pojawiał  się  w 

pobliżu. I wiedział, kiedy na niego patrzyłam. Wtedy patrzył też na mnie i uśmiechał się... tak 

znacząco. Jak byśmy dzielili jakąś tajemnicę. Tak jakby znał moje myśli. 

- Często go widywałaś? Anna skinęła głową. 

-  Czułam  się  głupio.  Naprawdę  głupio.  Stroiłam  się  dla  jakiegoś  zapluskwionego 

Lapończyka. Udawałam. Wynajdywałam różne sprawy do załatwienia, by móc usłyszeć jego 

głos. Wtedy pragnęłam rozumieć ten jego głupi język, żeby wiedzieć, co mówi... 

-  Lapoński  wcale  nie  jest  głupi  -  zauważył  Knut.  -  I  Lapończycy  wcale  nie  są 

zapluskwieni. 

- Skąd o tym wiesz? Tym razem uśmiechnął się. 

-  Mieszkałem  razem  z  Lapończykami.  Prowadziłem  wędrowne  życie.  Większość 

czasu  spędzałem  w  podróży.  -  Zastanowił  się,  powiedział  coś,  co  tylko  w  połowie  było 

prawdą,  nie  chciał  zdradzać  za  wiele.  -  Moja  matka  wychowała  się  w  lapońskiej  rodzinie, 

kiedy umarli jej rodzice. 

Anna odetchnęła. 

- Dla mnie oni są dziwni. Trochę się ich boję. Nie wiem jak żyją, co myślą, co jedzą. 

Ubierają się inaczej niż my... Tak bardzo się od nas różnią. Ale on był przystojny, ten chłopak 

ze stadem renów. Chociaż dawał do zrozumienia, że wie, iż przychodzę go zobaczyć, chociaż 

sobie ze mnie żartował, to mimo wszystko mi się podobał. 

- Czy to jedyny chłopak, który zrobił na tobie wrażenie? 

Popatrzyła na niego. 

- Taak - odparła. Jej oczy były szeroko otwarte i duże. - A miało być ich więcej? 

Knut roześmiał się. 

-  Chciałbym  móc  cię  zabrać  ze  sobą  do  domu,  żebyś  poznała  Idę.  Żeby  mogła  cię 

wyciągnąć na tańce na leśnej polanie, żebyście mogły wieczorami, leżąc w łóżkach, szeptać 

do  późnej  nocy,  podczas  gdy  chłopcy  ze  wsi  skradaliby  się  wzdłuż  ścian  domu  i  pukali  do 

background image

okien.  Powinnaś  doświadczyć  prawdziwych  nocnych  odwiedzin,  Anno.  Przeżyć  kilka 

prawdziwych przygód, które zwykle przytrafiają się młodym dziewczętom... 

-  Ale  ja  muszę  jechać  do  Danii  -  rzekła  bezbarwnym  głosem.  -  Czy  naprawdę  nie 

mógłbyś mnie ze sobą zabrać? - spytała. - Do miejsca, które nazywasz domem? 

Długo patrzyli sobie w oczy. Po chwili Knut potrząsnął głową. Anna spuściła wzrok. 

- Wiem, że nie możesz - powiedziała cicho. - Ale musiałam spytać. 

-  Chciałbym,  żeby  było  inaczej  -  stwierdził.  Naprawdę  tak  myślał.  -  Czuję  się 

tchórzem - wyznał z ciężkim sercem. - Nie podoba mi się to, że rodzice każą ci wyjechać tak 

daleko.  Nie  podoba  mi  się  myśl  o  tym,  co  się  stanie  z  twoim  życiem,  Anno.  Ale  nie  mam 

odwagi  przeciwstawić  się  ludziom,  takim  jak  twój  ojciec.  Jestem  tylko  Knutem  E...  jestem 

tylko  zwykłym  awanturnikiem.  Tak  łatwo  mogę  przepaść  gdzieś  bez  śladu.  I  tak  niewielu 

będzie za mną tęsknić. Ty jesteś więcej warta. Tak, Anno, jestem tchórzem. 

- Rozumiem - rzekła ulegle. - Rozumiem, Knut. Widział, że istotnie tak jest. 

- Jutro czeka nas ciężki dzień - westchnął. - Dasz radę? 

- Tak - odparła. - Nie jestem aż tak delikatna i krucha, jak sądzisz. 

Knut ukazał zęby, próbując się uśmiechnąć. Miała takie bogate słownictwo. Domyślał 

się,  że  przez  wzgląd  na  niego  powstrzymuje  się  przed  używaniem  niektórych  słów,  i  wtedy 

czuł  się  bezsilny.  Anna  wiedziała,  że  Knut  nie  wszystkie  wyrazy  rozumie,  ale  dla  niej  były 

takie  zwyczajne,  że  z  trudem  znajdowała  prostsze,  które  by  i  on  znał.  W  domu  kazano  jej 

zapamiętywać  wszystkie  wyszukane,  górnolotne  wyrażenia.  Musiała  unikać  pospolitych 

określeń.  Powtarzano  jej,  że  jeżeli  zna  jakieś  trudne  słowo,  powinna  starać  się  go  użyć.  To 

ś

wiadczyło  o  starannym  wykształceniu,  a  ona,  która  miała  zostać  duńską  damą,  musiała  się 

pokazać z jak najlepszej strony. 

Knuta  zaś  ogarniała  pasja,  gdy  mówiła  w  sposób  dla  niego  niezrozumiały.  W  takich 

właśnie chwilach przekonywał się, jak wiele ich dzieli. Wtedy pragnął jej udowodnić, że i on 

to i owo potrafi. Że są sprawy, które opanował lepiej niż ona. 

Nie  odrywał  od  Anny  wzroku.  Nagle  przyszło  mu  coś  do  głowy.  Odebrał  to  jako 

wrażenie,  a  nie  myśl.  Gdyby  ów  pomysł  zrodził  się  jako  myśl,  odsunąłby  go  od  siebie. 

Rozsądek by podpowiedział, że to nie ma sensu. 

Dziewczyna spostrzegła, że Knut jakoś się zmienił, że w wyrazie jego twarzy pojawiło 

się coś, czego wcześniej nie zauważyła. Zaniepokoiła się. Jeden kącik jego ust podciągnął się 

ku  górze.  Odrobinę.  Czoło  się  zmarszczyło.  Oczy  jakby  prosiły  o  litość.  Stał  się  małym 

chłopcem. Niepewnym i zdecydowanym jednocześnie. 

background image

Podjął decyzję. Dla niego nie będzie to miało większego znaczenia, a dla niej może to 

jedyna szansa. Kiedy  Anna wróci do domu, postarają się pilnować jej jeszcze staranniej niż 

przedtem. A w Danii też nie będzie lepiej. 

Położył  dłoń  na  ramieniu  Anny.  Nie  musiał  jej  nawet  przytrzymać  -  była  tak 

przerażona, że nawet nie drgnęła. 

Dotknął ustami jej ust. Rozsunął jej wargi językiem, wcisnął go między zęby, znalazł 

jej język i lekko po nim przesunął. 

Chciała się cofnąć, ale jedną ręką objął ją wpół, drugą otoczył ramiona. Trzymał ją tak 

mocno, że udaremnił ucieczkę. 

Wtedy poczuł jej ręce na swym karku. Z ust dziewczyny wydobyło się westchnienie, 

odwzajemniła pocałunek, zapłonęła równie gorąco jak on... 

Czuł  łoskot  w  głowie,  szumiało  mu  w  uszach,  miał  wrażenie,  jakby  go  wciągał  wir 

wodny, coraz szybciej i szybciej... 

Po chwili opanował się. Wypuścił Annę z objęć, jakby się oparzył, cofnął się i schylił 

nisko głowę. Chciałby się zapaść głęboko pod zamarzniętą ziemię. 

Wtedy uświadomił sobie, że Anna musi czuć o wiele większy wstyd... 

Z trudem podniósł wzrok. Zasłoniła twarz rękoma. Ramiona jej drżały, ale nie płakała. 

Knut  zmusił  się,  by  jej  dotknąć.  Chwycił  jej  dłoń  i  odciągnął  od  twarzy,  uścisnął  i 

przytrzymał. 

-  To  moja  wina  -  przyznał  z  bólem  w  głosie.  -  Tylko  moja.  Wybacz  mi,  Anno. 

Wykorzystałem twoje zaufanie, twoją słabość, a to nie było z mojej strony uczciwe. Trudno. 

Nie ty pierwsza zarzuciłaś ręce na szyję mężczyźnie, który dla ciebie nic nie znaczy. Wiem, 

dlaczego, moja droga. Nie musisz się tego wstydzić. To ja powinienem prosić o wybaczenie. 

Anna przełknęła ślinę. Zwilżyła językiem wargi. Cofnęła dłoń. 

- Nie ma czego wybaczać - powiedziała. - Zapomnijmy o tym. Jutro wyruszamy. 

Knut skinął głową. 

Już tak dobrze się rozumieli. A on wszystko zepsuł bezmyślnym pocałunkiem. 

background image

Pogoda  utrzymała  się.  Knut  pomieścił  cały  swój  dobytek  w  sakwie  przerzuconej  na 

plecy.  Wyjątek  stanowiło  tych  kilka  skór,  którymi  otulił  Annę  siedzącą  w  prowizorycznych 

saniach. Zaprzągł się do nich niczym zwierzę pociągowe, świetnie sobie z tym poradził. 

Ciągnięcie lekkich sań po dobrze zamarzniętym śniegu też nie będzie trudne. 

Nie znał tych okolic, a i Anna nigdy nie zbłądziła tak daleko od domu. Oboje jednak 

mieli  jako  takie  pojęcie,  w  którą  stronę  się  udać,  a  z  pomocą  zdrowego  rozsądku  i  po 

naradzeniu się ruszyli w dobrym kierunku. 

Dowody  na  to  pojawiły  się  już  pierwszego  popołudnia.  Odnaleźli  na  wpół  zasypany 

ś

lad renów i sań. Później ujrzeli inne ślady łączące się z tym, którym szli. 

Wtedy Knut upewnił się, że są na właściwej drodze. 

Niewiele  rozmawiali.  Knut  szedł  coraz  szybciej.  Od  czasu  do  czasu  kazał  Annie 

wysiadać  z  sań  i  trochę  rozruszać  nogi.  Nie  dlatego,  żeby  się  męczył,  ale  dla  dobra 

dziewczyny. Siedzenie w bezruchu mogło się dla niej okazać niebezpieczne. 

Ktoś,  kto  już  raz  nabawił  się  odmrożeń,  był  w  dwójnasób  narażony  na  ponowne 

odmrożenia. A one pojawiały się niepostrzeżenie. 

Knut postawił sobie za punkt honoru dowieźć Annę zdrową. 

Nie  mieli  wiele  żywności,  skóry  także  nie  stanowiły  wystarczającej  ochrony  przed 

nocnym mrozem. 

Knut  zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  dlatego  starał  się  pokonać  jak  największą  część 

drogi  w  ciągu  dnia.  Nie  zatrzymywał  się  zbyt  często  na  posiłek.  Zrobił  wprawdzie  kilka 

przerw, ale bardzo krótkich. I chociaż po długim marszu jego ramiona wołały o odpoczynek, 

a uda niemiłosiernie bolały, nie przestawał iść. 

Zacisnął zęby. Szedł. Powtarzał sobie, że to kaszka z mlekiem w porównaniu z tym, 

kiedy przez pół płaskowyżu niósł Annę na plecach. 

Lecz  gwiazdy  coraz  gęściej  pokrywające  niebo  stanowiły  wymowny  sygnał,  że  czas 

się  zatrzymać  na  nocleg.  W  ciemności  rozległ  się  głos  lisa  -  i  odpowiedź  innego  z  całkiem 

przeciwnej strony. Odgłosy nocy, z których tylko ludzie żyjący na łonie natury mogli czerpać 

radość. Inni nie po to tu byli, żeby się w nie wsłuchiwać. Nie słyszeli ich - albo nie potrafili 

rozpoznawać. 

Knut  miał  dobry  wzrok.  Zobaczył  drzewa  dużo  wcześniej  niż  Anna.  Nie  tworzyły 

jakiegoś wielkiego zagajnika, ale dawały osłonę przed wiatrem i materiał na ognisko. 

background image

Knut zboczył z utartego śladu w bardziej puszysty śnieg i poprowadził narty pomiędzy 

brzózkami i niskimi wierzbami. 

Znalazł  trochę  wolnej  przestrzeni.  Tam  zdjął  narty;  zapadł  się  w  śnieg  do  pół  uda. 

Roześmiał się i zawołał, by Anna nie wysiadała z sań. Sam w końcu jakoś się wydostał. 

-  Pójdę  poszukać  opału  -  powiedział,  wyjmując  nóż  -  i  czegoś  na  zbudowanie 

podszytych wiatrem ścian. Nie bój się, tutaj jest dość bezpiecznie. Nic ci nie grozi. 

- Ale przed chwilą słyszałam jakieś zwierzę - szepnęła Anna trochę zaniepokojona. 

-  To  lis.  Wyruszył  na  polowanie,  ale  nie  na  ciebie  ani  na  mnie.  Jeśli  go  pierwszy 

zobaczę, to on znajdzie się w opałach. 

Anna  nie  odezwała  się  więcej.  Knut  pomyślał,  że  dziewczyna  jednak  się  boi. 

Ciemność jest dla większości ludzi zbyt przytłaczająca. Może kryć wszystko. Nie kończy się 

przy  twojej  głowie,  ogarnia  jakby  również  twoje  myśli  Być  może  dlatego  wydaje  się  tak 

niebezpieczna.  W  ciemności  wszystko  jest  możliwe.  Mrok  niczego  nie  obnaża,  choć  wiele 

wie. Ukrywa też wszystko, co doskonałe. 

Knut łamał i ciął gałęzie w gęstych zaroślach. Chciałby, żeby tu rosły drzewa iglaste. 

Ich  gałęzie  stanowiłyby  lepszą  osłonę.  Lecz  tu  sterczały  tylko  nagie  konary,  które  jakby 

wyciągały ku niebu kościste palce. 

Zbudował  coś  w  rodzaju  szałasu  między  kilkoma  niskimi  krzewami,  tworząc 

nieszczelne  półkole  dla  ochrony  przed  nocnymi  podmuchami  wiatru.  O  ile  znał  tę  krainę, 

wiatr  mógł  zmienić  w  nocy  kierunek,  lecz  prowizoryczne  ściany  powinny  ich  i  przed  tym 

osłonić. 

Wplótł w największe otwory sztywne od mrozu gałązki, wzmocnił ściany śniegiem. 

Odgarnął  warstwę  śniegu,  tworząc  okrągły  placyk  przed  zbudowanym  szałasem. 

Dobrze go wydeptał. Sanie muszą przecież stanąć na pewnym gruncie. 

Gdyby  istniała  taka  możliwość,  Knut  wygrzebałby  w  śniegu  jamę.  Trzeba  jednak 

zadowolić się tym, co jest. 

Zbudował niewielkie palenisko, zgromadził w pobliżu zapas drewna, żeby nie musiał 

już wychodzić poza wydeptany teren. 

Następnie  wciągnął  na  placyk  Annę  w  saniach.  Przysunął  ją  jak  najbliżej  ściany 

szałasu.  Zastanowił  się,  czy  nie  dałoby  się  zrobić  jakiegoś  zadaszenia.  Jeżeli  zacznie  padać 

ś

nieg, zmokną i zmarzną. 

Niebo jednak było czyste. Nic nie zapowiadało opadów. 

- Jesteś bardzo zaradny. Knut nie czuł się szczególnie zaradny. 

background image

-  Trzeba  jakoś  przeżyć  -  odparł  krótko.  Krzątał  się  przy  ognisku.  Znalazł  krzesiwo 

dobrze  zapakowane  w  sakwie.  Musiał  się  trochę  namęczyć,  zanim  skrzesał  iskry. 

Przypomniał sobie, jak nieszczęśliwa była Anna, kiedy nie potrafiła rozpalić ognia. Wiedział, 

ż

e już zawsze będzie o tym myślał, trzymając w rękach krzesiwo. 

- W saniach musi się znaleźć miejsce dla nas obojga - rzekł z pewnym zakłopotaniem. 

-  Mam  nadzieję,  że  się  od  razu  nie  złamią  -  dodał  ze  śmiechem,  który  nie  zabrzmiał  zbyt 

szczerze. - Musimy dzielić się ciepłem - wyjaśnił. - Usiąść blisko siebie i razem owinąć się 

skórami. To nie powinno być takie straszne. 

Przysiadł się do dziewczyny, uniósł trochę jedną ze skór i wsunął pod nią nogi. Teraz 

zrobiło się cieplej. Chociaż Knut przez cały wieczór pozostawał w ruchu, zmarzł, bo noc była 

bardzo zimna. 

- Trudno byłoby uwieść kogoś w taki mróz - rzucił z uśmiechem. 

Anna  zachichotała.  To  rozładowało  trochę  napięcie,  jakie  się  między  nimi  ostatnio 

wytworzyło. Wszystko przez ten nieszczęsny pocałunek. 

Anna pozwoliła Knutowi się przysunąć. Pozwoliła mu się objąć ramieniem. Oparł się 

o ścianę z gałęzi i krzewów, poczuł, jak nieznacznie się wygięły, jak wśliznęło się między nie 

trochę  mrozu,  ale  powiedział  sobie,  że  nic  im  już  nie  zaszkodzi.  Nie  po  to  przecież  tak  się 

męczył  -  przywrócił  dziewczynę  do  życia  i  na  powrót  postawił  na  nogi  -  żeby  teraz  mieli 

zamarznąć. 

-  Jeżeli  zamarzniemy  dziś  w  nocy  -  rzekł  wesoło  -  całą  gmina  pomyśli,  że  ze  mną 

uciekłaś. Z jakimś obszarpanym nieznajomym, który nawet nie potrafi się dobrze ogolić. 

-  Może  i  o  tym  ułożą  jakąś  historię  -  mruknęła  między  zesztywniałymi  z  zimna, 

spękanymi wargami. 

Bolały,  gdy  coś  mówiła,  ale  jeszcze  gorzej  było  w  ogóle  nimi  nie  poruszać.  To 

okropne uczucie odrętwienia i utraty kontroli budziło w niej panikę. 

Dobrze mieć blisko siebie cieple ciało Knuta. A właściwie futro, które nosił. Chociaż 

nie tak je nazywał. Mówił „dork”. 

Anna  wiedziała,  że  to  normalne  słowo  wśród  Lapończyków  i  Kwenów.  Ojciec  by 

zbladł, gdyby usłyszał je w jej ustach. 

Przyjemnie  było  słuchać  gawędzenia  Knuta.  Chciała  móc  go  słuchać  bez  przerwy. 

Ż

eby  tylko  mówił,  nawet  jeśli  to  nic  takiego  ważnego.  Uspokajała  się  wtedy,  chociaż  nie 

wszystkie  słowa  wyraźnie  słyszała.  Sam  dźwięk  głosu  działał  kojąco  na  jej  napięte  nerwy. 

Niebo było takie czyste. Bardziej iskrząco granatowe niż czarne. To coś nowego. Patrzyła na 

background image

nie  przymrużonymi  oczami.  Wyglądając  przez  okno  swego  pokoju,  z  małymi  szybkami  i 

pięknymi zasłonami, zawsze wyobrażała sobie nocne niebo jako czarne. Jak jezioro bez dna. 

Teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  ani  jezioro,  ani  niebo  nigdy  nie  mogą  być  czarne. 

Gwiazdy  niczym  małe  ogniska  migotały  na  ciemnoniebieskiej  powierzchni,  która  nie  była 

zwykłą powierzchnią, która była... Anna zastanowiła się. Lepiej tego nie wiedzieć. To znisz-

czyłoby cały urok. 

- Być może ta gwiazda nad nami to odbicie naszego ogniska - odezwała się. 

Czekała, że Knut zacznie się z niej śmiać, ale tego nie zrobił. Tylko mocniej ją objął i 

podążył wzrokiem w stronę, w którą ona patrzyła, i znalazł gwiazdę, o której mówiła. 

-  A  wszystkie  inne  gwiazdy  są  odbiciem  ognisk  rozpalonych  przez  tysiące  innych 

ludzi. Tych, którzy tak jak my spędzają dzisiejszą noc pod gołym niebem... 

-  To  niemożliwe,  by  na  płaskowyżu  zapłonęło  dziś  tyle  ognisk  -  westchnęła  Anna 

rzeczowo, trochę rozczarowana, bo jej wizja rozprysła się w kawałki. 

-  Kto  mówi  o  płaskowyżu?  -  spytał  Knut.  Jego  nos  niemalże  trącił  policzek 

dziewczyny. W oczach chłopaka rozbłysło coś, co mogło przypominać jaśniejącą gwiazdę. 

-  Niebo  jest  takie  rozległe,  Anno,  że  może  się  w  nim  odbijać  o  wiele  więcej  niż 

płaskowyż.  Cała  przestrzeń,  która  rozpościera  się  poza  nim.  Góry  i  doliny  na  zachodzie, 

wioski  nad  fiordami,  wysepki...  Obszary  położone  daleko  na  południu,  Anno.  Finlandia, 

Szwecja.  Ogromne  królestwo  na  wschodzie,  Rosja...  Droga  Anno,  gwiazdy  mogą  równie 

dobrze  odbijać  wszystkie  ogniska  rozpalone  dzisiejszej  nocy.  Uważam,  że  to  piękna  myśl. 

Zawsze będę ją przywoływał w gwiaździste noce. 

-  Jeżeli  przeżyjemy  dzisiejszą  -  zauważyła.  -  Sam  mówiłeś,  że  być  może  nie 

doczekamy jutra. 

Knut  zaśmiał  się  cicho.  Podstępny  mróz  skradał  się  bezszelestnie  z  każdej  strony. 

Chłopak czuł, jak lekko szczypie w policzki, gryzie w nosie. To zapowiedź tego, co ich czeka. 

- Powiedziałem tak przede wszystkim po to, żebyś usiadła bliżej - odparł żartobliwie. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  na  to  trochę  za  późno,  ale  starał  się  odbudować  dobrą 

atmosferę.  Chciał  rozmawiać  z  Anną,  jak  zwykle  rozmawiają  ze  sobą  młodzi  ludzie.  Nie 

powiedział tego głośno, ale chciał, żeby zobaczyła, jak to jest - z ufnością wspólnie śmiać się 

i przekomarzać z kimś mniej więcej w tym samym wieku. 

Chciał,  by  Anna  miała  przyjaciółki,  ale  nie  mógł  jej  ofiarować  nikogo  poza  samym 

sobą. Musiało jej to wystarczyć. 

Ogień  trzaskał  u  ich  stóp.  Trochę  już  się  osunął  w  śnieg,  w  ciągu  nocy  wedrze  się 

jeszcze  głębiej.  Knut  musi  zrobić  wszystko,  żeby  nie  zasnąć  zbyt  wcześnie.  Musi  utrzymać 

background image

ogień,  dopóki  starczy  drewna.  Ognisko  dawało  trochę  ciepła  i  odstraszało  dzikie  zwierzęta, 

których Anna tak się bała. 

Knut nie sądził, by w pobliżu krążyły wilki. W tym roku zima nie była na tyle sroga. 

Ludzie, z którymi przybył tu na północ, mówili, że co prawda na płaskowyżu żyją wilki, ale 

nie każdego roku watahy zbaczają ze swych szlaków. 

Niedźwiedzi w środku zimy nie trzeba się obawiać. Miał nadzieję, że Anna o tym wie, 

takich rzeczy uczono chyba również w domu pastora. 

Najgorszym wrogiem był mróz. 

- Co zamierzasz zrobić? - spytała jakby od niechcenia. - Jeżeli znajdziesz skarb? 

Uznała, że Knut naprawdę go szuka. Że nie żartował. 

- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem. 

- Nie wiem. Niczego takiego mi nie brakowało. Niczego, co można kupić. 

- Kupię dom - odparł. - Ziemię. Kupię ziemię dla siebie i na posag dla moich sióstr. 

Nagromadzę dla nich mnóstwo sukien i strojów, i wszystkiego, czego nie mamy. Kupię łódź 

dla Reijo... dla mojego... taty. I pola. Żółtozłote pola ciężkie od ziarna. Zwierzęta tak tłuste, że 

aż się będą błyszczeć. Będę miał wielkie gospodarstwo. 

-  A  wtedy  usiądziesz  na  wygodnym  krześle  i  będziesz  patrzył  na  te  złociste  pola,  na 

łodzie kołyszące się na falach. Z pewnością będzie więcej tych łodzi... „ 

- Usiądę? - podchwycił Knut. - Nie, na pewno nie będę mógł spokojnie siedzieć. Na 

pewno będę robił mnóstwo rzeczy, chociaż nie będę musiał. Po prostu lubię zawsze coś robić. 

Ale  lubię  też  uczucie,  jakie  daje  posiadanie  pieniędzy.  Myślę,  że  chodzi  o  poczucie 

bezpieczeństwa. 

- Władzę? 

- To też - przyznał. Ale nie powtórzył tego słowa. Nie lubił go. 

-  Sądzę,  że  najchętniej  podwinąłbyś  rękawy  i  orał  ziemię  -  odezwała  się  Anna, 

rozmarzona.  -  Potrafię  sobie  wyobrazić  ciebie  takiego.  Pole  bez  końca  i  ty  za  pługiem. 

Spocony,  z  włosami  opadającymi  na  czoło.  Ale  dopóki  będzie  wiał  orzeźwiający  wiatr,  nie 

poddasz się. Dzień przechodzi w wieczór, ale ty nadal orzesz. Orzesz całą noc aż do wschodu 

słońca... i z nocy wyłaniasz się, idąc za pługiem. 

- Raczej przed - stwierdził Knut. - Nie ma takiego konia, który  wytrzymałby  równie 

morderczą pracę, moja Anno. To tylko marzenie. 

- Ale podoba mi się - odparła. - Pasuje do ciebie. Taki jesteś. Uparty. Właśnie uparty. 

A  jeśli  nie  ma  takiego  konia  na  świecie,  który  by  to  wytrzymał,  to  w  takim  razie  jesteś 

bardziej  uparty  niż  wszystkie  konie  świata.  Knut  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  usłyszał  tylu 

background image

komplementów.  Nie  tego  rodzaju.  Wolałby  raczej  od  dziewczyny  usłyszeć  coś  zupełnie 

innego, ale mimo to jej słowa sprawiły mu swoistą przyjemność. 

- Dziękuję - rzekł zdławionym głosem. - Dawno nikt nie powiedział mi czegoś równie 

miłego. 

Już miał na końcu języka słowo „niezwykłego”, ale w porę się powstrzymał. 

Anna  sprawiała  wrażenie,  jakby  nie  usłyszała.  Wpatrywała  się  w  gwiaździste  niebo, 

znalazła  gwiazdę,  która  wydawała  się  świecić  właśnie  dla  niej,  tylko  dla  niej.  To  jej  blask 

Knut ujrzał w oczach dziewczyny. 

- I jak już będziesz miał to duże gospodarstwo - mówiła dalej - i falujące wokół łany 

zbóż,  wtedy  będziesz  potrzebował  żony.  Kiedy  już  zostaniesz  królem  w  tym  swoim 

królestwie, zapragniesz królowej. Czy masz już swoją księżniczkę, Knut? Czy ktoś gdzieś na 

ciebie czeka? 

- Nie. 

Anna  odwróciła  ku  niemu  twarz.  Przyglądała  mu  się  badawczo  w  świetle  ogniska  i 

gwiazd. 

Jego twarz stała się znowu nieprzenikniona. Zawsze tak się działo, kiedy Anna spytała 

o  coś  z  jego  przeszłości.  A  kiedy  sam  o  sobie  opowiadał,  zawsze  ważył  każde  słowo. 

Smakował je, zanim wypowiedział, tak jakby się bał, że zdradzi za wiele. 

- Na pewno znajdziesz kogoś dla siebie - powiedziała. - Możesz przecież wybierać! 

- Ponieważ jestem mężczyzną? 

- Nie, ponieważ ty... 

Nie dokończyła, uciekła wzrokiem. To zbyt niebezpieczne, pozwolić sobie na zbytnią 

poufałość. Knut wcześniej to zrozumiał i pilnował swego języka. Powinna postąpić tak samo. 

Chłopak nie nakłaniał jej do mówienia. Zobaczył, że omal się nie wygadała, i chociaż 

chętnie by się dowiedział, co przed nim ukryła, nie nalegał. 

- Wywodzę się z ubogich ludzi, Anno. Nie mamy takiej wolności wyboru, jak myślisz. 

Nie  zawsze.  Niektórzy  są  tak  biedni,  że  muszą  się  zdecydować  na  samotność.  W  ogóle  nie 

zakładają rodziny. To jest chyba najtrudniejsza decyzja. Ze mną nie jest na szczęście tak źle. 

Będę w stanie zdobyć chleb nie tylko dla siebie. Kiedy nadejdzie ten dzień. Na razie nie ma 

takiej  potrzeby.  Nie  spotkałem  jeszcze  dziewczyny,  którą  bym  na  tyle  polubił.  Nawet  nie 

starałem się szukać. To nic pilnego. Poszukam później, najpierw przygoda. 

Anna  słuchała,  nie  odzywając  się.  A  więc  on  nikogo  nie  ma.  Nie  ma  kogoś,  kogo 

wolałby obejmować w tę gwiaździstą noc. Nie, co za głupie myśli. Nie grzeszne - tylko głupie 

background image

i niedojrzałe. Dobrze, że Knut ich nie zna. A ona omal nie powiedziała, że on, taki przystojny, 

na pewno kogoś ma! 

-  Spróbuj  zasnąć,  Anno  -  rzekł  łagodnym  głosem  i  mocniej  ją  do  siebie  przytulił. 

Oparła się na jego piersi. - Jutro też czeka nas długi dzień. Tak samo wyczerpujący. Zostało 

nam niewiele żywności, musimy więc dotrzeć na miejsce. 

-  A  ty?  -  spytała,  zdumiona  ciepłem  jego  ciała.  Gdyby  leżała  całkiem  spokojnie, 

mogłaby usłyszeć bicie jego serca - ciche, bardzo ciche... 

- Przypilnuję ognia. Ale odpoczywam również wtedy, gdy nie śpię. Powiedz mi, jeżeli 

zaczniesz marznąć. 

Anna  skinęła  głową.  Zamknęła  oczy,  lecz  próbowała  jak  najdłużej  bronić  się  przed 

zaśnięciem. Starała się zwracać uwagę na każdy zapach, dźwięk, ruch. Musiała to dokładnie 

zapamiętać.  Musiała  zapamiętać  to  wszystko  na  przyszłość,  tak  żeby  mogła  wyjmować 

wspomnienia, tak jak matka wyjmuje srebra i czyści je, aż stają się czyste i błyszczące. 

To wspomnienie stanie się jej srebrem. 

Zasnęła. 

-  Boże,  spraw,  by  do  rana  się  nie  ochłodziło  -  mruknął  Knut,  trzymając  śpiącą 

dziewczynę  w  ramionach.  -  Powinienem  zaprowadzić  ją  tam,  gdzie  jest  jej  miejsce.  Może 

wyrządzę jej w ten sposób krzywdę, ale nie mogę postąpić inaczej. Nie wystarczy chcieć. A 

potem o niej zapomnę. Z Twoją pomocą, Boże. Muszę o niej zapomnieć, żebym mógł znowu 

ż

yć. 

Okazało  się,  że  noc  spędzili  bliżej  miasta,  niż  im  się  wydawało.  Przed  południem 

ujrzeli przed sobą skupisko domów. 

Aha. 

Knut  odniósł  wrażenie,  jakby  jakaś  dłoń  ścisnęła  go  za  serce.  Poczuł  się  taki  mały. 

Anna  skuliła  się  na  saniach.  Stała  się  na  powrót  zalęknioną  dziewczynką,  której  ośmielenie 

zabrało mu tyle czasu. 

- Dalej ty musisz prowadzić - odezwał się na pozór beztrosko. 

Niby lekko wypowiadał słowa, a jego głos brzmiał wesoło. Ale w głębi duszy czuł coś 

wręcz  przeciwnego.  Jej  dłoń  w  rękawiczce  drżała,  kiedy  wskazała  jeden  z  zamożnych 

domów. Nawet z daleka wyglądał imponująco i wspaniale. 

- A gdzie mieszkają inni ważni w mieście? - spytał Knut. - Wójt? 

Pokazała. 

A  więc  nie  tak  daleko.  Knut  poczuł  ssanie  w  żołądku  na  widok  białego  domu,  w 

którym jego matka spędziła swoje najbardziej nieszczęśliwe dni. 

background image

To tu Reijo omal nie stracił życia. Tutaj Raija kupiła jego życie w zamian za własną 

wolność. 

Knut nigdy przedtem nie widział tego domu. Ale w myślach często tu podróżował. 

- Cmentarz jest chyba gdzieś przy domu parafialnym? W pobliżu kościoła? 

Anna  skinęła  w  milczeniu.  Głos  odmówił  jej  posłuszeństwa.  Ograniczała  się  do 

wskazywania miejsc, o które chłopak pytał. 

Knut przełknął ślinę. 

Tu leży Kalle. Wreszcie, wreszcie znalazł się dostatecznie blisko. Wreszcie ujrzy grób 

swego ojca. 

- Teraz powinienem chyba odprowadzić cię do domu? 

Nie  patrzył  na  nią,  kiedy  ruszali  w  ostatni  etap  wspólnej  podróży.  Nie  chciał,  żeby 

widziała,  jak  źle  się  czuje.  Nie  chciał,  żeby  zrozumiała,  że  zdradził  zarówno  ją,  jak  i  coś  w 

sobie samym. 

Okazało  się,  że  właściwie  wszystko  przebiegło  tak,  jak  przewidziała  Anna.  Choć 

przedstawiła to z przesadną ironią. 

Trzymając swą drobną dłoń w jego dużej i silnej, pociągnęła Knuta w stronę plebanii. 

Najpierw w górę po schodach, a potem do głównego wejścia. Weszła, nie tracąc nawet czasu 

na strzepanie z siebie śniegu, Knutowi również na to nie pozwoliła. 

Chłopak zauważył zakłopotany, że na pokrytej pięknym dywanem podłodze zostawili 

kałuże wody. 

Anna poprowadziła go do salonu, w którym było więcej mebli niż w całym ich domu 

nad morzem. Knut, wspominając tamten okres, uważał, że wtedy byli bogaci, że posiadali tak 

wiele, dużo więcej niż potrzebowali. 

Anna zatrzymała się przed ciężkim biurkiem. Siedzący przy nim mężczyzna pasował 

do  mebla.  Był  ciężki  i  krępy.  Ale  jego  twarz  była  szczupła,  a  oczy  zmęczone.  Pod  nimi 

widniały worki. Miał jasną karnację, jak Anna. Wzrokiem wprost przygwoździł młodych do 

desek podłogi. 

Gdzieś z boku Knut usłyszał westchnienie kobiety. Ale nawet gdyby bardzo chciał, nie 

mógł  się  odwrócić  i  spojrzeć  w  tamtą  stronę.  Nie  pozwalały  mu  na  to  wpatrzone  w  niego 

oczy. 

- A więc ty żyjesz? - zabrzmiał mocny głos. 

Usta  człowieka  za  biurkiem  poruszyły  się.  Sam  prawie  nie  drgnął.  Ręce,  jakby  z 

kamienia, spoczywały na blacie, ramiona były wyprostowane. Wyglądało, jakby gotował się 

do skoku. 

background image

Czyżby  ojciec  nie  ucieszył  się,  widząc,  że  jego  córka  żyje?  Czy  po  z  górą  dwóch 

tygodniach  niepewności  nie  należało  się  po  nim  spodziewać  jakichś  uczuć;  radości, 

przebaczenia?  Knut  nie  wyczuł  w  powietrzu  niczego  podobnego.  Anna  ściskała  go  mocno, 

mocno za rękę. Odwzajemnił uścisk, by dodać jej odwagi, ale sam nie czul się najpewniej. 

- A kim ty jesteś? Ostre spojrzenie skierowało się prosto na Knuta. 

- Znalazłem ją na płaskowyżu - odparł Knut, zły na siebie, że drżał mu głos. - Na wpół 

zamarzniętą... 

-  Dlaczego  przychodzisz  dopiero  teraz?  To  przesłuchanie.  On  jest  oskarżonym,  a 

mężczyzna przed nim to sędzia. 

-  Z  powodu  burzy  -  wyjaśnił.  -  Jeszcze  bardziej  by  się  wyziębiła.  Nie  mogłem 

ryzykować i narażać jej na większe odmrożenia. Lub być może na śmierć. Znajdowaliśmy się 

bardzo daleko od miasta. Byłem z nią sam. Nie mogłem wysłać wiadomości. 

- Hm. 

Anna wypuściła dłoń Knuta, zanim oczy ojca nie sięgnęły tak daleko. 

- I teraz pewnie spodziewasz się sowitej zapłaty? Knut potrząsnął głową. 

-  Wcale  nie  -  odparł  szybko.  -  Każdy  na  moim  miejscu  zrobiłby  to  samo.  Życie  to 

ż

ycie. Nie potrzebuję zapłaty. Wystarczy, że widzę ją zdrową L. że wróciła do domu. 

Anna przesłała mu niezmiernie smutne spojrzenie. Knut popatrzył na czubki własnych 

kumagów.  Pewnie  nie  tak  wiele  par  kumagów  wstępowało  na  te  deski.  Ta  myśl  trochę  go 

uspokoiła. 

- W takim razie... - zagrzmiał dostojny głos - w takim razie możesz odejść. Jesteśmy ci 

wdzięczni,  że  przyprowadziłeś  Annę  do  domu.  Nasz  Pan  weźmie  to  pod  uwagę  i  kiedy 

nadejdzie czas, otrzymasz to, na co zasłużyłeś. Możesz wyjść kuchennymi drzwiami. 

Knut  ukrył  uśmiech.  Anna  nie  pomyliła  się.  Spojrzał  na  dziewczynę  -  chciałby  ją 

objąć, uścisnąć rękę, ale nie mógł jej nawet dotknąć. 

Nie pod surowym wzrokiem ojca. Z jego twarzy biło potępienie. 

Knut  martwił  się  o  Annę,  lecz  nie  był  w  stanie  nic  więcej  dla  niej  zrobić.  Był  tylko 

biednym  poszukiwaczem  przygód.  Nie  na  tyle  ważną  osobą,  by  wyjść  głównymi  drzwiami. 

Pastorowi nie podobałaby się żadna forma zażyłości między córką a kimś takim jak on. 

Szybkim, ostrożnym uśmiechem próbował przynajmniej dać Annie do zrozumienia, że 

będzie  o  niej  myślał.  Że  nie  jest  zupełnie  sama.  Ze  ma  w  nim  przyjaciela.  Choć  nie  był 

pewien, czy jest to dla niej cokolwiek warte. 

Kiedy przechodził przez kuchnię, usłyszał głos pastora: 

background image

-  Moje  dziecko,  sprowadziłaś  na  nas  taki  wstyd.  Musisz  wiele  przemyśleć.  A  potem 

pomodlisz się o przebaczenie. O odpuszczenie winy. 

Knut musiał nabrać w płuca dużo zimnego powietrza i kilka razy odetchnąć, by na tyle 

się uspokoić, żeby móc założyć narty. 

- Nie mogłem jej ze sobą zabrać - powiedział, zwracając się ku górze. Znowu zaczął 

rozmawiać z Bogiem. 

background image

Skierował  się  do  tej  części  miasta,  gdzie  domy  były  nie  odmalowane,  szare  i 

zniszczone  przez  wiatr,  słońce,  deszcz,  śnieg  i  mróz.  Gdzie  izby  miały  małe  i  nieliczne 

okienka  albo  zupełnie  były  ich  pozbawione.  Nie  wszyscy  mogli  sobie  pozwolić  na  okna  ze 

szklanymi szybami. Wielu musiało się zadowolić niewielkimi otworami w ścianie, które o tej 

porze roku zamykano na stałe. 

Knut  zamierzał  iść  na  cmentarz,  ale  uznał,  że  nie  powinien  odwiedzać  ojca  w  stanie 

tak silnego wzburzenia. 

Chciał okazać Kallemu szacunek. 

Tu w tych chatach z drewnianych bali spodziewał się spotkać ludzi, których serca biły 

podobnie jak jego własne. 

Nie mylił się. 

Ujrzał dwóch mężczyzn rąbiących grube brzozowe pieńki. Pozdrowił ich po fińsku: 

- Paiva. 

Przerwali  robotę.  Spojrzeli  na  obcego.  Rzadko  ktoś  tu  się  zjawiał  o  tej  porze  roku. 

Dawno  nie  docierali  do  Alty  nowi  przybysze  z  Finlandii.  Pogłoski  o  nieprzychylnym 

namiestniku rozchodziły się szybko i daleko. Finowie wiedzieli, że nie są w mieście dobrze 

widziani. 

- Przybywasz z domu? - zdziwili się. - Z Suomi? Knut potrząsnął głową: 

- Jykea - odparł. - Z Lyngen. 

- Sam? Skinął głową. 

- Nie radzimy ci się tu zatrzymywać - powiedział jeden z nich i zażył tabaki. - Tu nie 

jest dobrze być Finem. Mówią, że lepsze warunki panują dalej na północ, na wybrzeża Tam 

nie ma tak wielu osiedleńców z naszych stron. I do tego są ryby. My posiadamy tylko ziemię. 

Uprawiamy  ją  tak,  jak  zawsze  to  robiliśmy.  Zbieramy  dobre  plony.  Ale  tutejsi  mówią,  że 

robimy to ich kosztem. Za wszelką cenę chcą nam przeszkodzić. 

- Słyszałem o tym. Był tu mój wuj - wtrącił Knut. - Nazywa się Matti Alatalo - dodał, 

zanim zdążyli zapytać. - Wędrował razem z Aleksanterim Kilpi. 

Mężczyźni wymienili spojrzenia i uśmiechnęli się. 

- Tak, pamiętamy ich. Jednak lepiej będzie, jeśli nie zaczniesz wokół rozpowiadać, że 

jesteś krewnym Mattiego. Zdążył się niektórym... narazić. Za bardzo lubił dziewczęta. Jak się 

nazywasz, chłopcze? 

background image

-  Knut  Elvejord  -  wyciągnął  do  nich  dłoń.  Finowie  również  podali  swoje  imiona. 

Hannu i Jussi. 

- Mówisz po fińsku, ale masz norweskie nazwisko. Jak jedno z drugim pogodzić? 

- Moja matka jest Finką, a ojciec był Norwegiem - rzekł krótko. 

Miał nadzieję, że nie przyczepią się do jego nazwiska. Nie powinien był go podawać. 

Ale  się  nie  zastanowił.  Miał  nadzieję,  że  nie  każdy  w  Alcie  wiązał  nazwisko  Elvejord  ze 

skarbem Kwena. Musi jednak zachować więcej ostrożności. 

-  Za  to  imię  Knut  dobrze  nam  się  kojarzy  -  odezwał  się  Hannu.  -  Może  słyszałeś  o 

kimś,  kogo  nazywają  Knutem  -  Kwenem?  Zwykle,  kiedy  ktoś  nazywa  mnie  Kwenem, 

doprowadza mnie do szału, ale dzięki Knutowi to określenie stało się powodem do chluby. 

- Słyszałem, że udał się do samego króla, do Kopenhagi? 

Przytaknęli - najwyraźniej dumni ze swego rodaka, który pieszo dotarł do Danii, aby 

opowiedzieć  królowi,  jakiej  niesprawiedliwości  doświadczają  od  królewskiego  namiestnika 

Finowie  mieszkający  w  Alcie.  Knut  -  Kwen  mimo  wszystko  wierzył  w  dobrą  wolę  króla. 

Sądził, że po prostu jeden z urzędników okazał się zgniłym jajem, a sam król nie ponosi winy 

za to, że je tu podłożono. Królestwo jest przecież ogromne. Władca nie może wiedzieć, co się 

dzieje w każdym zakątku jego włości. 

Knut  -  Kwen  postanowił  opowiedzieć  królowi  o  sytuacji  Finów  w  jego  mieście  na 

północy kraju. Ufał, że król wyciągnie konsekwencje wobec namiestnika. 

-  Knut  przysłał  wiadomość  z  Kopenhagi.  Nie  rozmawiał  jeszcze  z  królem,  ale  jest 

dobrej myśli. I nie zamierza wrócić do domu, zanim nie wyłoży swojej sprawy. A król już się 

postara, żeby namiestnik został ukarany. Nie wolno tak postępować z ludźmi. 

Knut  Elvejord  także  chciał  w  to  wierzyć.  Chciał  dzielić  tę  nadzieję,  której  mimo 

wszystko nie tracili. Ich poczucie więzi, siłę i ufność w człowieka. Knut - Kwen musiał być 

pewien  swoich  racji.  W  przeciwnym  wypadku  nie  wybrałby  się  pieszo  do  królewskiego 

miasta. 

Ale  Knut  Elvejord  był  synem  Raiji.  Wiedział  z  doświadczenia,  do  jakiego 

okrucieństwa zdolni są ludzie posiadający władzę. 

Gospodarze  spytali,  czy  wejdzie  do  środka.  Nie  jest  tam  może zbyt  przestronnie,  ale 

zawsze  znajdzie  się  miejsce  dla  gościa.  Dla  jednego  ze  swoich.  Pewnie  coś  by  przekąsił. 

Wędrowanie po płaskowyżu zimą to nie żarty. 

Poprowadzili  go  do  izby,  ciekawi  nowin,  gotowi  przyjąć  do  swego  towarzystwa. 

Szczęśliwi, że spotkali człowieka, którego będą mogli nazwać swoim przyjacielem. 

background image

Knut  został  z  nimi.  Z  Hannu  i  Jussim  z  Kemijarvi  -  wioski  leżącej  w  głębi  kraju  na 

południu Finlandii. 

Byli  braćmi.  Po  śmierci  ojca  zabrakło  dla  nich  ziemi  do  podziału.  Najstarszy  brat 

dostał  wszystko  -  ów  niewielki  spłachetek  pola,  który  mieli.  Niezbyt  urodzajny,  ale 

wystarczający, by wyżywić jego samego, niezbyt wymagającą żonę i dzieci, którymi Bóg ich 

pobłogosławił. 

Knut słyszał już identyczne opowieści. Nie tylko śmierć głodowa popychała Finów na 

północ. W domu też znajdowali sól do chleba, ale plotki głosiły, że na północy, w Ruiji, jest 

wszystkiego  dużo  więcej  -  w  tej  nadmorskiej  krainie,  skalistej  i  górzystej,  otoczonej  ka-

pryśnym morzem. 

Ruija stała się ich marzeniem. Ufali, że tu szybko się wzbogacą. 

Nie  wszystkim  się  to  udawało.  Zbyt  wielu  nadal  pozostawało  biedakami.  Biedakami 

bez żadnych praw. Nawet takich, jakie im przysługiwały w Suomi. 

Przybywali do kraju, w którym ludzie sprawujący władzę nie rozumieli ich mowy. Nie 

chcieli  jej  rozumieć.  Nie  chcieli  się  jej  uczyć.  Przybysze  stawali  się  konkurentami  dla  tych, 

którzy już mieszkali na wybieranych przez Finów terenach. 

Wielu osiedleńcom dobrze się powodziło. Stawali się częścią Ruiji. Wielu zdobywało 

przyjaciół  wśród  rdzennej  ludności.  Wielu  jednak  czuło  się  obco  ze  swymi  trudnymi  do 

wymówienia nazwiskami. 

W  Alcie  mówiono,  że  Finowie  -  ci  przeklęci  Kwenowie  -  niszczą  lasy.  Wypalają  je, 

ż

eby zdobyć nowe ziemie pod uprawę. A ziemia jest tam wyjątkowo dobra. Ci sami przeklęci 

Kwenowie zbierają wysokie plony. 

Na  początku  dobrze  ich  przyjmowano.  Cieszono  się,  że  ktoś  chce  mieszkać  na 

północy,  na  tym  zapomnianym  przez  Boga  cyplu,  w  dolinach  niebieskich,  bogatych  w  ryby 

fiordów.  Cieszono  się,  że  ktoś  zamieszka  tam  na  stałe,  że  ktoś  inny,  oprócz  nomadów, 

Lapończyków, zaludni te rejony. 

Z  radością  witano  osiedleńców,  od  których  będzie  można  pobierać  podatki  i  opłaty. 

Przybysze  przejęli  ziemię  na  własność  i  dobrze  się  nią  zaopiekowali.  Lepiej  niż  wielu 

Norwegów. 

Ziemia okazała się żyzna. Płaskowyż i lasy pełne dzikiej zwierzyny to prawdziwy raj 

dla myśliwego. Dla kogoś, kto zna się na wędkowaniu, rzeka Alta jest istnym marzeniem. A 

fiord  prowadzący  do  morza  prowadzi  również  do  wielkiego  półmiska  -  który  zawsze  tam 

pozostanie, gdy wszystko inne zawiedzie. 

To dobra kraina. 

background image

Sytuacja  zaczęła  zmieniać  się  powoli.  Nie  nagle  -  wtedy  by  zdążyli  zaprotestować. 

Szło o to, żeby niczego nie zauważyli i nie zaczęli łączyć się w grupy w obronie swych praw. 

Zarządzenie wydał człowiek na samym szczycie. 

Ale biedacy i tak nie zacisnęliby pięści. Przywykli stać z czapką w dłoni, zginać kark 

przed władcą, przed wszystkimi znajdującymi się wyżej w hierarchii. Boją się utracić to, co 

dotąd  zyskali.  Nie  wolno  im  już  stosować  wypalania.  Mają  uprawiać  pola  tak,  jak  to  robią 

Norwegowie. To jedyny akceptowany sposób. 

Nie wolno im korzystać z bogactwa lasów. Ani z nieużytków. Wspólna własność nie 

jest dla nich ani dla ich zwierząt, tylko dla Norwegów. Są wyłączeni ze wspólnoty. Nie mają 

ż

adnych praw. Zostali ich pozbawieni. 

Nie wolno im łowić w rzece. Rzeka jest dla tych, którzy byli tu pierwsi. Nie dla nich. 

Metody  połowów  stosowane  przez  Kwenów  są  zbyt  dobre.  Zdobywają  więcej  ryb  niż  inni. 

Ludzie  boją  się,  że  przybysze  spustoszą  rzekę.  Tak  jakby  chcieli  ją  zniszczyć,  tę  rzekę,  od 

której sami także są zależni. 

Ale namiestnik jest nieubłagany. 

Rzeka nie jest dla Kwenów. Jeżeli chcą łowić, niech wracają tam, skąd przyszli. Nikt 

ich  nie  zapraszał  do  Norwegii.  Jeżeli  chcą  zostać,  muszą  się  stosować  do  zasad,  jakie  ich 

obowiązują. 

Społeczeństwu  nie  są  potrzebni  obcy,  mówiący  innym  językiem,  mający  odmienną 

kulturę. 

Społeczeństwo musi utrzymywać przybyszów na odległość ręki. Oni mogą okazać się 

niebezpieczni. 

Kwenowie  zawsze  prowadzili  wymianę  handlową  ze  swoimi  rodakami  -  z  drobnymi 

kupcami,  którzy  przybywali  znad  Zatoki  Botnickiej.  Sprzedawali  swoje  towary  i  kupowali 

skóry, ryby i inne dobra, których tu na północy jest w bród. 

Owa wymiana z kupcami z okolic Tornea dla wielu stanowiła jedyne dostępne źródło 

zaopatrzenia. Spółka handlowa, posiadająca monopol na handel z Finnmarkiem, rzadko była 

w stanie zdobyć potrzebne produkty. A nawet jeśli jej się to udało, to i tak nie starczało dla 

wszystkich. 

Kupcy z Tornea nie mieli stałych cen. Ludzie nie musieli zaciągać u nich długu. 

Namiestnik zabronił Kwenom z Alty handlu z kupcami z Tornea. 

Namiestnik Kjeldsen to człowiek, który ma w Alcie największą władzę. 

Nastała wiosna. Knut łowił ryby z braćmi Kemijarvi. Potrafił robić to dobrze. Bądź co 

bądź  był  synem  rybaka.  Uważał,  że  powinien  włączyć  się  do  utrzymania  domu  na  równi  z 

background image

gospodarzami. Hannu i Jussi wiedzieli już, że ma zamiar wyjechać, jak tylko śniegi stopnieją. 

Powiedział  im  o  tym,  choć  nie  podał  powodu.  Ani  słowem  nie  wspomniał  o  skarbie,  złocie 

czy też o legendzie z tym związanej. 

Oni też nigdy nie pytali. 

O Knucie - Kwenie do Kwenów z Alty jak dotąd nie dotarły żadne nowe wieści. 

Jego żona i dzieci żyły z tego, co ofiarowali im sąsiedzi. Ludzie z miasta otoczyli ich 

opieką.  I  chociaż  lensman  zabrał  cały  majątek  Knuta  Olssona,  biednej  kobiecie  i  jej  synom 

nie działa się krzywda. 

Namiestnik  uznał, że  ma  prawo  zająć  własność  biedaka,  skoro  ten  uciekł  za  granicę. 

Tego typu obywateli nie życzono sobie w tym kraju. 

Knut Elvejord wiedział o tym. Pomstował, że tak jest - on także był na wpół Kwenem 

mimo swego norweskiego nazwiska. Jego pozycja nie była wcale lepsza. 

Annę  widział  kilka  razy  w  kościele.  Niezbyt  pilnie  uczestniczył  w  nabożeństwie. 

Prawdę mówiąc, chodził tam, żeby zobaczyć dziewczynę. 

W mieście dużo o niej mówiono - o córce pastora, która wróciła po dwóch tygodniach 

spędzonych na płaskowyżu. Spekulowano wiele na ten temat, lecz pastor nie należał do ludzi, 

którzy  publicznie  odsłaniali  swoje  życie  prywatne.  Ktoś  słyszał,  że  dziewczyna  znalazła 

zalotnika, inni opowiadali, że została uprowadzona przez lapońskiego noaidę, który nie darzył 

sympatią  pastora  i  nie  podobało  mu  się,  że  chrześcijaństwo  zostało  narzucone  wszystkim 

mieszkańcom północy. 

Jak wróciła do domu - albo dlaczego - tego ludzie nie wiedzieli. 

Anna była blada i milcząca i rzadko widywano ją samą. Pastor i jego żona nie pisnęli 

słowa. A Knut, który znał całą sprawę, również trzymał język za zębami. 

Hannu po pewnym czasie zaczął się gościowi dokładnie przyglądać i zastanawiać, czy 

przybył do miasta zupełnie sam. 

Knut zapewnił go, że był samiuteńki - oraz że czysty przypadek zrządził, iż pojawił się 

w Alcie w tym samym czasie. 

Wcale nie skłamał. Anna była przypadkiem. 

Córka  pastora  oczywiście  siedziała  w  kościele  na  przedzie.  Knut  Elvejord  pokornie 

zajmował miejsce z tyłu. Starał się jednak tak stanąć, żeby widzieć dziewczynę z boku. 

Nie podobała mu się zmiana, która w niej zaszła. Anna pochylała głowę, nie podnosiła 

wzroku, a włosy miała tak ciasno splecione, że  przedziałek na środku tworzył rozgniewaną, 

prostą, białą kreskę pod czarną, cienką chustką. 

background image

Na jej twarzy nie zostały blizny. Knutowi udało się to dostrzec. Na rękach również nie 

zauważył pozostałości po odmrożeniach. Chociaż jeszcze kilka tygodni temu Anna miała na 

nich brzydkie pęcherze, to jednak dłonie, które składała tak mocno w fałdach spódnicy, że aż 

bielały jej kostki, nie nosiły żadnych śladów po mroźnej nocy spędzonej pod śniegiem. 

Knut cieszył się z tego. 

Próbował przykuć spojrzenie dziewczyny, kiedy wychodziła, ona jednak nie podnosiła 

wzroku. Nawet gdyby wiedziała, że Knut tam jest, nie dałaby tego po sobie poznać. 

Na dziedzińcu kościoła zbierały się w grupach najważniejsze osobistości miasta, stając 

z dala od pospólstwa. 

Knut  nie  miał  żadnej  możliwości,  żeby  porozmawiać  z  Anną.  Musiał  trwać  w 

niepewności, czy nadal zamierzają wysłać ją do Danii. Co się z nią działo od powrotu... 

Mieszkali w tym samym mieście, ale w dwóch różnych światach. 

Już  dawno  powinien  ją  wykreślić  ze  swego  życia.  Nie  opłacało  się  wszak  być  tak 

beznadziejnie sentymentalnym. 

Knut zaczął przygotowania do drogi. Zgromadził wystarczająco dużo pieniędzy, żeby 

kupić sobie rzeczy potrzebne na początek. Trochę jedzenia. Jakiś sprzęt. Nie za wiele i tylko 

całkiem zwyczajny, żeby nikt się nie dziwił. Starał się w ten sposób zachować ostrożność. 

Wiosenny wieczór ciągle jeszcze spowijał mrok, kiedy Knut umyty i uczesany szedł w 

stronę  kościoła  i  cmentarza.  Robił  to  tak  wiele  razy,  że  nikomu  nie  wydawało  się  to  już 

dziwne. 

Mówił, że tam jest tak cicho. Że to dobre miejsce do rozmyślań. Że między grobami 

panuje niezwykły spokój. 

Nikt nie wiedział, że tu spoczywa jego ojciec. 

Zdarzyło  się,  że  Knut  znalazł  na  grobie  Kallego  bukiet  drobnych  kwiatków.  Sam 

nigdy nie przynosił kwiatów. Oczywiście trochę oczyścił grób z chwastów, ale pozwalał, by 

darń stanowiła jedyną ozdobę. Tacie podobałaby się taka prostota. Był prostym człowiekiem. 

Anna opowiadała jednak, że ktoś nadal opiekuje się tym grobem, dzięki legendzie. A 

więc z krążących opowieści wynikało również coś dobrego. 

Zawsze czuł się dziwnie, stojąc przy skromnym krzyżu. Wyryte na nim nazwisko tak 

bardzo wyblakło, że można je było odczytać tylko za pomocą opuszków palców. Knut bardzo 

długo  szukał,  zanim  odnalazł  właściwy  grób.  Na  cmentarzu  zawsze  był  sam.  Starał  się 

przychodzić tu o takiej porze, kiedy nikomu innemu nie wpadłoby do głowy. Wczesnym ran-

kiem. Bardzo późnym wieczorem, tak jak teraz. 

background image

Chciał  być  sam  -  szukał  właśnie  takiego  spokoju,  takiej  ciszy,  które  pozwalały  mu 

odnosić  wrażenie,  że  jest  blisko  ojca,  że  za  każdym  razem,  kiedy  przychodzi,  otrzymuje 

okruchy tajemnicy. 

Knut  nie  słyszał  kroków.  Mech  stłumił  ich  odgłos.  Ktoś  zbliżał  się  cicho,  lekko 

stąpając; nie chciał mu przeszkadzać. 

Nie widział jej, zanim nie stanęła tuż obok. Wydawała się przestraszona. 

- Miałam nadzieję, że przyjdziesz dziś wieczorem - odezwała się cicho i tak szybko, że 

trochę jej się język plątał. Knut zauważył to. 

Musiał przełknąć ślinę. Dobry Boże, co ma zrobić z rękami? W jednej chwili stały się 

dwa razy większe niż zwykle. Schował je do kieszeni spodni i spojrzał na dziewczynę spod 

oka. 

- Nie masz ani jednej blizny - rzekł lekko. - Bardzo mnie to cieszy. 

Na  moment  podniosła  wzrok.  Napotkała  jego  spojrzenie  i  szybko  popatrzyła  w  inną 

stronę. 

- Więc to ty kładziesz kwiaty na jego grobie. 

Knut zwrócił uwagę na bukiet, który ściskała w rękach. Małe żółte macoszki, które nie 

były może zbyt dorodne, ale ładnie wyglądały na jałowej ziemi. 

Anna lekko skinęła głową. 

-  Myślę,  że  powinien  je  dostawać.  Spośród  postaci  z  opowieści  to  jego  darzyłam 

największą sympatią. Rycerze i książęta, owszem, są bez zarzutu, ale jego też lubiłam. 

Schyliła się zręcznie i położyła przed krzyżem bukiecik przedwiosennych kwiatów. 

- Widywałam cię tutaj - powiedziała. - Często. Mogę patrzeć na to miejsce z mojego 

okna. Zakaz wychodzenia z pokoju nie wydaje mi się już taki straszny. 

Rozejrzała się na boki. Bała się, że ktoś ją zauważy. 

- Nie jest ci ciężko? - spytał. 

- Jakoś daję sobie radę. 

- Musisz jechać do Danii? 

Skinęła. 

Knut jęknął z rozpaczy. Zacisnął pięści w kieszeniach spodni. Miał ochotę bić, bić na 

oślep, żeby dać upust swojej złości. 

-  Kiedy?  -  spytał  grubym  głosem.  Nie  patrzył  na  nią.  Nie  był  w  stanie.  Wiedział, że 

zbladła, że na jej twarzy pojawiła się rozpacz. Wystraszył się, że zobaczy jego łzy. 

-  Jesienią.  Późną  jesienią  -  odparła.  -  Zostało  jeszcze  trochę  czasu  na  strach.  Trochę 

czasu na więcej łez. 

background image

Albo żeby oswoić się z tą myślą. Chyba się rozchoruję, próbując się z tym oswoić. 

- Nie mów tak! 

- A ty? Wyjeżdżasz niedługo szukać swego skarbu? 

- Tak. Wkrótce. 

-  Karl  Kristiansen  Elvejord  -  przeczytała  Anna.  -  Był  taki  młody.  Nikt  nie  powinien 

umierać, nie pozostawiając po sobie innych śladów poza grobem i krzyżem. 

Knut odchrząknął. 

-  Pozostawił  po  sobie  więcej  -  rzekł  drżącym  głosem.  -  Był  moim  ojcem,  Anno. 

Nazywam się Knut Elvejord. Jestem jego synem. 

Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. 

- A więc to tak - powiedziała. Wierzyła mu bez zastrzeżeń. - Po raz pierwszy stałam 

się  niemal  częścią  jakiejś  przygody...  W  takim  razie  ona,  kobieta,  która  była  żoną  wójta, 

musiała być twoją matką? 

- Raija? - Knut uśmiechnął się nieznacznie. Z odrobiną goryczy. - Tak, jestem synem 

Raiji.  Lecz ty z pewnością usłyszałaś o skarbie dużo wcześniej niż ja. Nie chcieli mi o nim 

powiedzieć.  Byłem  prawie  dorosły,  kiedy  się  dowiedziałem.  Długo  czekałem  na  to,  by  móc 

zacząć szukać spuścizny po ojcu. 

- A więc ona nic nie znalazła? Knut pokręcił głową. 

-  Raija,  moja  matka,  była  pewna,  że  skarbu  wcale  nie  ma.  Że  tato  zabrał  z  sobą 

wszystko,  co  znalazł,  a  resztę  wymyślił.  Przez  całe  swoje  życie  marzył  o  znalezieniu  złota. 

Uważała, że jego opowieść o wielkim skarbie to tylko dalszy ciąg tego marzenia. 

Anna patrzyła na Knuta roziskrzonymi oczami. 

- Mam nadzieję, że się nie mylisz, Knut. Mam nadzieję, że znajdziesz złoto! Życzę ci 

tego. Życzę ci jak najlepiej! 

- Czy twój ojciec wie, że tu jesteś? 

Knut spojrzał ponad głową Anny w stronę budynku plebanii, który wznosił się biały i 

wytworny. 

- Oszalałeś? 

- Może cię zobaczyć... 

- Nie teraz. On i matka są u namiestnika. Obiecałam solennie, że nie będę wychodzić z 

pokoju. Modliłam się do Boga, żebyś przyszedł dziś wieczorem. Bardzo chciałam się z tobą 

zobaczyć. Nie wolno mi z nikim rozmawiać. To jest nie do wytrzymania... 

Mówiła  z  taką  desperacją,  że  Knut  się  wystraszył.  Co  oni,  do  licha,  zrobili  z  tą 

dziewczyną? 

background image

- Nie możemy tu stać  -  szepnął i rozejrzał się wokół. - Jeżeli nawet twoi rodzice cię 

teraz  nie  zobaczą,  to  ktoś  inny  może  przechodzić  w  pobliżu.  Wolałbym,  żeby  nie  widziano 

nas razem. Nie chciałbym, żeby ktokolwiek o tobie źle mówił. A wierz mi, nie zyskasz dobrej 

sławy, rozmawiając z Kwenem, Anno. 

-  Nie  dbam  o  to.  -  Spojrzała  w  stronę  ogrodu.  -  Tam  jest  zacisznie,  usłyszę,  kiedy 

rodzice  wrócą.  Poza  tym  nikt  tam  nie  zajrzy.  Możesz  ze  mną  chwilę  porozmawiać?  To  dla 

mnie bardzo ważne... 

Knut skinął głową. Zaschło mu w gardle. 

Ogród przy plebanii? 

No, no, mógłby teraz o  sobie powiedzieć, że jest odważny. Niewielu miało śmiałość 

spotykać się z córkami pastorów w przykościelnym ogrodzie. 

Na szczęście dla obojga wieczorami nadal panował zmrok. 

Znaleźli  spokojne  miejsce  pomiędzy  stuletnimi,  ogromnymi  drzewami.  Pomiędzy 

sosnami,  rzucającymi  ciężkie,  ciemne  cienie  -  i  brzozami,  które  zaczynały  wypuszczać 

pączki. 

Knut oparł się o pień, założył ręce na piersi. Anna złamała jedną z cienkich gałązek, 

oderwała ją, nie patrząc na niego. 

- Tęskniłem za tobą - odezwał się, kiedy cisza między nimi stała się tak uciążliwa, że 

aż dźwięczało w uszach. - Dobrze mi z tobą. Kiedyś nazywałem cię w myślach wychuchaną 

paniusią. A teraz przez całą resztę zimy tęskniłem do tej „paniusi”. 

Nieśmiało  spojrzała  w  górę  spod  długich  rzęs  i  uśmiechnęła  się.  W  obu  policzkach 

pojawiły  się  dołeczki.  Knut  nie  domyślał  się  ich  istnienia.  Teraz  zauważył,  że  są  niezwykle 

piękne. 

- Ja nazywałam cię nieukiem i prostakiem. Ale ja także za tobą tęskniłam. 

Włosy miała splecione w taki sam ciasny warkocz, jaki zwykle nosiła do kościoła. Jej 

twarz  była  drobna  i  okrągła.  Nos  charakterystyczny,  odrobinę  zadarty.  Brwi  wydawały  się 

niemal równie jasne jak włosy, ale rzęsy wyraźnie ciemniały, podobnie jak ciemnoniebieskie 

oczy. Miała ładne oczy. Knut zauważył to już w ziemiance. 

Zachowała  tę  samą  zgrabną  figurę.  Knutowi  zapłonęły  policzki,  kiedy  sobie 

przypomniał jej ciało, teraz ukryte pod surową, czarną suknią. Jak dotykał nagiej skóry... 

Poczuł  potworne  dławienie  w  gardle.  Przełykanie  śliny  nie  pomagało.  Nie  pomagało 

ani trochę. 

-  Zamieszkałem  niedaleko  u  pewnych  Finów  -  rzekł.  Starał  się  mówić  całkiem 

naturalnie, ale przychodziło mu to z trudem, gdy patrzył na Annę. 

background image

- Tak myślałam. 

-  Chciałbym...  -  zaczął.  Ale  zamilkł.  Nie  mógł  tego  powiedzieć  ani  nie  chciał.  Nie 

wiedział, dlaczego coś takiego w ogóle przyszło mu do głowy. 

- Co? - spytała. 

Knut  milczał.  Oparł  się  całym  ciężarem  o  pień  brzozy.  O  Boże,  jak  dobrze  czuć,  że 

istnieje coś tak namacalnego, realnego. To pozwala wrócić do rzeczywistości. 

- Knut... - odezwała się nagle. Ciężko odetchnęła kilka razy, po czym znowu nabrała 

powietrza i powtórzyła jego imię: - Knut... Jeżeli cię o coś poproszę, to czy obiecasz, że nie 

będziesz  się  ze  mnie  śmiał?  Że  nie  będziesz  ze  mnie  drwił  albo  mówił,  że  jestem  głupia? 

Nawet jeżeli mi odmówisz, to czy nie będziesz ze mnie drwił? 

Wzruszył się - i przestraszył. Co takiego miałby dla niej zrobić? I dlaczego lęka się go 

o to prosić? Ona, która ma wszystko... 

- Nigdy nawet by mi przez myśl nie przeszło, żeby z ciebie drwić, Anno - zapewnił. - 

Za bardzo cię lubię. 

-  Czy  wystarczająco  mnie  lubisz,  żeby...  Odwróciła  się  nagle  i  zacisnęła  dłonie  na 

własnych ramionach. 

-  Nie  -  mruknęła  sama  do  siebie.  -  Nie  mogę  o  to  prosić.  Nie  ciebie.  Nawet  ciebie. 

Absolutnie nie ciebie, Knut. 

-  Możesz.  Odsunął  się  od  bezpiecznego  pnia  brzozy  i  odważył  się  wejść  w  to,  co 

nieznane. Wszedł przez uchylone drzwi, które Anna dla niego zostawiła otwarte. 

Położył  obie  ręce  na  jej  ramionach.  Po  raz  pierwszy  zauważył,  jaka  jest  drobna. 

Pewnie dlatego, że pochodziła ze sfery o całe niebo wyższej od jego własnej, wydawała mu 

się we wspomnieniach inna, taka wielka. Ale w rzeczywistości była drobna, bardzo drobna. 

-  Możesz  prosić  mnie  o  cokolwiek  -  rzekł.  -  Po  prostu  spytaj,  Anno!  Czy 

wystarczająco cię lubię, żeby co? 

-  Żeby  mnie  pocałować...  Knut  nie  wierzył,  że  dobrze  ją  zrozumiał.  Nie miał  jednak 

odwagi poprosić, by powtórzyła. To, co już powiedziała, musiało ją i tak wiele kosztować. 

Nieskończenie wolno odwrócił ją ku sobie. Pogładził po włosach. 

O Boże, jak pragnął rozpleść ten ścisły warkocz! Tak do niej nie pasował... 

Anna  przełknęła  kilka  razy  ślinę,  a  spojrzenie,  jakie  odważyła  się  mu  przesłać, 

wyrażało wstyd i strach. 

Strach, że jej odmówi. 

Serce Knuta wypełniło się ogromną czułością. 

background image

Musiał  jednak  zachować  dystans.  Nie  miał  odwagi  zniszczyć  niewidzialnego  muru, 

jaki ich dzielił. 

Delikatnie,  z  miłością  pieścił  policzki  dziewczyny.  Tak  dziwnie  było  dotykać  jej 

miękkiej skóry, jeśli się wiedziało, że całkiem niedawno szpeciły ją pęcherze i strupy. 

- Myślisz, że to ma sens? - spytał cicho. - Poprzednio niezbyt się udało... 

W jej twarzy pojawił się upór. Podniosła głowę. Wysunęła brodę. Dobry Boże, rzekł 

w duchu, chyba ją zraniłem. Pomyślała pewnie, że nie chcę, że zamierzam się w jakiś sposób 

wykręcić. 

A przecież chciał. 

Przełknął  ślinę,  po  czym  położył  jedną  rękę  na  karku  Anny,  a  drugą  niżej,  na  jej 

plecach. Dziewczyna zamknęła oczy, rozchyliła wargi. 

Wreszcie  znalazł  w  tym  sens.  Sam  odpowiedział  sobie  na  pytanie,  które  zadał  przed 

chwilą. 

Pocałował ją. 

Miał sucho w ustach. Krew zakipiała w nim jak  morze w czasie sztormu, jak ławica 

ryb  uwięziona  w  odnodze  fiordu.  Był  oszołomiony,  zdezorientowany,  zaskoczony 

gwałtownością  jej  odpowiedzi.  Ręce  dziewczyny  zacisnęły  się  na  jego  karku,  palce  targały 

włosy  -  tylko  to  w  niewielkim  stopniu  przywoływało  go  do  rozsądku  i  sprowadzało  do 

rzeczywistości. 

Wyrwał  się,  kiedy  się  zorientował,  że  jego  dłonie  zaczynają  wędrować  samowolnie, 

tak jakby nie były już podporządkowane jego woli. 

Podniecony  i  zdyszany,  zacisnął  palce  na  pniu  brzozy,  o  który  się  oparł.  Mógłby 

złamać to drzewo gołymi rękami. 

-  To  nie  było  zbyt  rozsądne,  Anno  -  rzucił.  Nie  odpowiedziała.  Knut  usłyszał  jakiś 

dźwięk dochodzący od strony bramy. 

Szybko odsunął się od drzewa i ponownie objął dziewczynę. 

Zostało tak mało czasu. 

Jego usta wyciskały szybkie, suche pocałunki na całej twarzy Anny, obsypywały nimi 

jej czerwone, miękkie wargi, które uśmiechały się najładniej na świecie. 

-  O  Boże,  Anno,  koniecznie  muszę  cię  znowu  zobaczyć.  Nie  możesz  mi  tego 

odmówić. Nie po tym, co się stało. Muszę cię znowu zobaczyć. 

Odpowiedziała pocałunkami, trzymała go niemal równie kurczowo, jak on ją. 

- Nie chcę ci tego odmawiać - szepnęła. - Nie chcę. 

Nie mogę. Proszę cię, nie wyjeżdżaj tak od razu. Planowałeś wyruszyć jutro, prawda? 

background image

Knut przytaknął. Nie miał odwagi jej dłużej obejmować. Pastor i jego żona nie mogli 

ich co prawda zobaczyć, ale lepiej by było, żeby zastali Annę w jej pokoju, a nie w ogrodzie, 

w dodatku z rozpalonymi policzkami i błyszczącymi oczami. 

- Postaraj się wymknąć jutro - błagał. - Jutro wieczorem, Anno. Będę na ciebie czekał 

przy  kościele.  Z  tyłu.  Żeby  nikt  mnie  nie  widział  od  strony  miasta.  Nie  spodziewałem  się 

tego.  O  Boże,  naprawdę  nie.  Nawet  mi  to  nie  przemknęło  przez  myśl.  Nie  mogę  cię  teraz 

stracić, Anno. 

Przytuliła na krótko swój policzek do jego policzka. 

- Ja też nie chcę cię stracić, Knut. Postaram się przyjść. 

background image

Knut szedł niczym we śnie. Nie wiedział zresztą, czy powinien to nazwać koszmarem. 

Chyba  jednak  snem.  Ale  to,  że  czuł  się  tak  mały,  tak  bezsilny  wobec  losu  i  jego  kaprysów, 

sprawiało, że wszystko nabierało cech koszmaru. 

Zatrzymał  się  na  cmentarzu.  Przy  grobie  ojca.  To  całkiem  szalony  pomysł,  ale  musi 

mieć te kwiaty, które przyniosła Anna. 

- Nie kradnę ich tobie, tato - rzekł cicho. - Po prostu potrzebuję ich bardziej niż ty. 

Knut mocno ściskał w garści maleńkie żółte kwiatki. To ona je zrywała. 

Ciemność  była  prawie  granatowa.  Cień  zlewał  się  w  jedno  z  przedmiotami,  które 

próbował naśladować. 

Anna powiedziała, że ze swojego pokoju może zobaczyć cmentarz. 

Mrużąc oczy,  chłopak starał się zgadnąć, które to jej okno. Dobrze byłoby wiedzieć. 

W  większości  okien  na  pierwszym  piętrze  migotało  światło  lampy.  Chciał  wierzyć,  że 

dziewczyna go widzi, chociaż on nie może jej zobaczyć. 

-  Czy  to  tak  było  z  mamą?  -  spytał,  choć  wiedział, że  nie  otrzyma  odpowiedzi.  -  To 

uczucie  trawi  mnie  od  środka.  A  przed  chwilą  w  ogóle  nie  zdawałem  sobie  sprawy  z  jego 

istnienia. To stało się tak gwałtownie i szybko. Buchnęło płomieniem jak suche drewno. Nie 

poznaję samego siebie, tato. Do tej pory najważniejsze było zdobycie złota, które znalazłeś. 

Teraz  ona  stała  się  ważniejsza  nawet  od  tego.  Chociaż  wcale  nie  jest  dla  mnie  stworzona. 

Nigdy, nigdy nie była przeznaczona dla Knuta Elvejorda. 

Ciężko stawiał kroki, kiedy wracał do domu, do fińskiej dzielnicy Alty. Do tej, która 

dla Anny była gorszą częścią miasta. 

Anna  jest  ważniejsza  niż  złoto,  uświadomił  sobie  w  drodze  do  zszarzałych 

drewnianych chat. I właśnie dlatego, że jest ważniejsza od skarbu, trzeba go znaleźć. 

Anna  przywykła  do  tego  wszystkiego,  co  można  zdobyć  za  pieniądze.  Należała  do 

osób, które zwykli ludzie pozdrawiali po nazwisku lub nawet z użyciem tytułu. 

Jeżeli ta dziewczyna ma stać się częścią jego życia, to musi zaofiarować jej coś więcej 

niż  tylko  zniszczony  skórzany  worek  i  marzenie,  które  wielu  przed  nim  próbowało  już 

urzeczywistnić. 

Nie wolno mu o niej myśleć, jeżeli nie może jej niczego ofiarować. Dwie puste ręce i 

miłość  to  za  mało.  Nie  ma  prawa  od  niej  wymagać,  by  porzuciła  wszystko,  do  czego 

przywykła, i wybrała biedę i niepewność jutra. 

background image

Knut dotarł do chaty Hannu i Jussiego, ale odczuwał zbyt silny niepokój, żeby wejść 

do środka. 

Jak mógłby zasnąć dzisiejszej nocy? Nie będzie w stanie. Spokój nie przychodził wraz 

z chwilą rozstania. 

Usiadł  przy  stosie  drewna  na  opał,  którego  jeszcze  nie  zdążyli  do  końca  ułożyć.  Jak 

mogło mu się przytrafić coś takiego? 

Tak jak wszyscy inni chłopcy zaczepiał jedną dziewczynę po drugiej. Flirtował jak i 

oni  -  grał  twardego  i  zimnego,  choć  bał  się,  że  może  zostać  odtrącony.  Udawał,  że  się  nie 

przejmuje; nazywał dziewczęta tak i owak. Jeżeli go nie chcą, to trudno. 

Wiodło mu się raz dobrze, raz źle - tak jak wszystkim innym. 

Bywały chwile, że chciał umierać dla którejś z dziewczyn, a potem nie rozumiał, jak 

w ogóle mógł tak myśleć. 

Teraz przekonał się, że wszystko to było błahe. 

A  uczucie  do  Anny  -  niebezpieczne  jak  lawina  kamieni  na  rodzinnym  cyplu  nad 

fiordem.  Nie  widział  żadnych  szans,  żeby  przed  nim  uciec.  I  naprawdę  nie  był  pewien,  czy 

uda mu się przeżyć. 

Nawet puls wybijał jej imię: Anna - Anna - Anna... 

I  bez  tego  mu  było  trudno.  Nie  potrzebował  dodatkowego  kłopotu.  W  ogóle  nie 

potrzebował dziewczyny. A w każdym razie nie tak nieosiągalnej jak Anna. Ale musi w tym 

tkwić chyba jakiś sens, skoro ją znalazł na płaskowyżu i cudem uratował od śmierci. 

Nie pamiętał, kto to powiedział - na pewno Reijo albo Ailo... Zresztą to bez znaczenia. 

Jednak zapamiętał dokładnie słowa: „Odpowiadasz za życie, które uratujesz”. 

Przypomniał  sobie,  jak  stał  nad  potrzaskiem,  w  którym  znaleźli  rannego  lisa.  Chyba 

razem  z  Reijo.  Reijo  był  wściekły,  że  ktoś  tak  okaleczył  zwierzę,  przysporzył  mu 

niepotrzebnych  cierpień.  Uwolnili  lisa,  a  niebezpieczną  pułapkę  wyrzucili  do  morza.  Potem 

usztywnili zranioną nogę biednego zwierzęcia. Jednak nie udało się go uratować. Lis zdechł 

tej samej nocy, bo zbyt długo uwięziony był w potrzasku. 

W każdym razie próbowali... 

Słowa brzmiały mu w uszach wyraźnie. Knut zastanawiał się, czy można by je odnieść 

również do ludzi. Pewnie skoro powiedział je Reijo, dotyczyły wszystkiego, co żyje. 

Czy powinien wziąć na siebie odpowiedzialność za Annę? 

Umarłaby, gdyby nie on... 

Knut  miał  ochotę  spakować  wszystko,  co  posiadał,  i  w  jednej  chwili  wyruszyć  w 

drogę.  Zacząć  szukać  tam,  gdzie  nikt  inny  przed  nim  nie  szukał.  Znaleźć.  Zwyciężyć...  Ale 

background image

prosił  Annę  o  spotkanie  jutro  wieczorem.  Nie  mógł  jej  zawieść.  Ryzykowała  wiele  samą 

próbą opuszczenia swojego pokoju. 

Zrozumiał, że postawił sobie nie lada zadanie do wykonania. 

Zanim nadejdzie jesień, musi stać się człowiekiem, na którego nawet pastor spojrzy z 

uznaniem. 

Anna  nie  pojedzie  do  Danii.  Jeżeli  on,  Knut,  okaże  się  mężczyzną  i  zdoła  temu 

zapobiec. 

Wstał i z ciężkim sercem powlókł się do chaty. Rano zaś oznajmił Hannu i Jussiemu, 

ż

e  to  ostatni  dzień  przed  rozstaniem.  Nie  rozumieli  zupełnie  tej  nagłej  decyzji.  Skoro  tak 

długo czekał, to jeden lub dwa dni zwłoki chyba nie grają roli. 

Odparł,  że  ma  pewną  pilną  sprawę  do  załatwienia.  Zapakowali  mu  trochę  suszonego 

mięsa  i  mąki.  A  Hannu  szepnął  w  zaufaniu,  że  nie  musi  kupować  blaszanej  misy,  gdyż  ma 

jedną w drwalni - więc jeśli Knut będzie tamtędy przechodził, może ją sobie zabrać. 

- Przyda ci się chyba do tego, co masz załatwić? - rzucił z błyskiem w oku. 

Knut oniemiał. 

Czyżby wszyscy o tym wiedzieli? 

Hannu wzruszył ramionami: 

-  Kiedy  przybywa  w  te  strony  taki  młody  człowiek,  jak  ty...  Zostaje  tu  bez  jakiegoś 

określonego  powodu.  I  nagle  w  ciągu  jednego  dnia  decyduje  się  wyruszyć...  Tak,  wtedy 

chodzi  albo  o  dziewczynę,  albo  też  usłyszał  o  skarbie.  Nie  wygląda  na  to,  byś  tu  spotkał 

dziewczynę, zatem pozostaje tylko złoto. 

Knut uśmiechnął się. A więc nie posądzali go o nic więcej. 

- Nie zaszkodzi chyba spróbować, prawda? Nikt nie znajdzie, jeżeli sam nie poszuka. 

A namiestnik nie zdążył chyba zabronić Kwenom poszukiwania złota? 

-  Jeszcze  nie.  Tylko  jeżeli  coś  znajdziesz,  chłopcze,  nie  mów  o  tym  zbyt  wielu 

ludziom. Nie ufaj nikomu. I w żadnym wypadku nie rozpowiadaj obcym, ile masz i gdzie. Co 

nieco  możesz  wyjawić.  Pogłoskom  nie  da  się  zapobiec.  Są  jak  pożary  wywołane  piorunem. 

Ale jeśli uchyli się rąbka tajemnicy, powie tylko trochę, wszyscy będą zadowoleni. 

-  Myślałem,  że  jesteś  uczciwszy.  -  Knut  roześmiał  się.  -  Dzięki  ci,  stary,  dobry 

człowieku.  Zapamiętam  twoje  rady,  choć  mało  prawdopodobne,  by  okazały  się  przydatne. 

Jedynym moim łupem będą pewnie tylko skóry i ryby... tam w górach nie spotkam chyba na-

miestnika Kjeldsena, co? 

-  Ostrożność  nie  zawadzi.  Ma  on  swoich  pomocników,  którzy  sięgają  daleko.  Przed 

tym człowiekiem należy się dobrze pilnować. Biada temu, kto zadrze z nim lub pastorem! 

background image

Knut skrzywił się. Dobrze, że Hannu nie wie wszystkiego. 

- Będę o was pamiętał, upajając się bogactwem - roześmiał się i ruszył w drogę. 

Zamierzał dotrzymać obietnicy danej Annie, ale potem nie wróci tu ani na chwilę. 

Czuł,  jakby  siedział  na  rozżarzonych  węglach,  gdy  oparty  plecami  o  mury  kościoła 

czekał na Annę. Nerwowo skubał kruche źdźbła trawy. 

Nikt  nie  mógł  go  tu  zobaczyć,  poza  samym  Bogiem  -  a  jego  Knut  się  nie  obawiał  - 

albo pastorem, jeżeli akurat będzie się krzątał wokół plebanii. Tego człowieka bał się o wiele 

bardziej. 

Wieczór był długi. Nie ustalili konkretnej godziny. Knut zjawił się dużo za wcześnie 

w obawie, że Anna przyjdzie, a jego jeszcze nie będzie. Żaden nieszczęśliwy przypadek nie 

przeszkodzi im w spotkaniu. 

Musi ją zobaczyć! 

Drżał. Prawie nie jadł przez cały dzień. Jedzenie mu nie smakowało. Zdenerwowanie 

docierało  do  samych  koniuszków  palców.  Czuł  ów  niepokój  każdym  włóknem  ciała.  Z 

trudem mu przychodziło trwać tak w bezruchu, ale nie miał odwagi spacerować w obawie, że 

zostanie zauważony. Nie potrafił kłamać - jeżeli ktoś go spyta wprost, dlaczego kręci się koło 

kościoła, skończy się na tym, że wyzna prawdę. 

Knut  czekał  do  chwili,  gdy  zaczęto  gasić  lampy  na  plebanii.  Wtedy  właściwie  się 

poddał. Siedział jednak, nadal - wolał znajdować się blisko Anny, niż wracać po ciemku przez 

las  do  stodoły  Hannu,  gdzie  zostawił  wszystkie  rzeczy.  Bezradność  obezwładniała  go.  Roz-

czarowanie paraliżowało myśli i ciało. 

Wtem coś cicho zaszeleściło w zaroślach i z mroku wyłoniła się drobna postać otulona 

dużym czarnym szalem. Dziewczyna nie miała prawie odwagi wyjść z krzaków. 

-  Długo  już  tu  jesteś?  -  spytała  zdyszanym  głosem.  -  Musiałam  poczekać,  aż  się 

położą. Matka zawsze przed pójściem spać do mnie zagląda... 

Knut  zerwał  się  na  nogi  i  błyskawicznie  znalazł  się  przy  Annie,  zanim  zdołała 

dokończyć. Objął ją - jego ramiona były wyłącznie po to, żeby ją obejmować. 

- To nic, że przyszłaś tak późno - szepnął tuż przy jej włosach głosem pełnym miłości. 

- Zupełnie nic się nie stało. Najważniejsze, że przyszłaś. Tylko to ma znaczenie. 

Pocałował  jej  czoło.  Czuł  ciepły  oddech  dziewczyny  na  swej  szyi.  Przyjemne 

łaskotanie. 

Stali mocno przytuleni do siebie, mając wrażenie, że stanowią jedną całość. Serca biły 

im szybko z emocji i... ze strachu, że ktoś ich zauważy, że zobaczy ich razem. 

background image

Obejmując  się,  robili  coś  niedozwolonego.  Zdawali  sobie  z  tego  sprawę,  ale  choć 

wiele ryzykowali i bali się, nie potrafili opanować tej potrzeby bliskości. 

-  Prawie  nie  spałem  w  nocy  -  szepnął  Knut  Annie  do  ucha.  -  Nic  dziś  nie  jadłem. 

Tylko  myślałem  o  tobie.  Nie  rozumiem,  co  się  ze  mną  dzieje.  Jestem  chory  i  zdrowy 

jednocześnie i pragnę, żeby tak było dalej. 

Anna roześmiała się cicho. Zdobyła się na to, mimo że paraliżował ją strach. 

-  A  ja  przez  cały  dzień  miałam  zaczerwienione  policzki  i  byłam  dziwnie  rozpalona. 

Matka  myślała,  że  mam  gorączkę.  Odchodziła  od  zmysłów.  Mówiła,  że  to  na  pewno  skutki 

„tego strasznego przejścia” w zimie. 

-  Częściowo  ma  rację  -  zauważył  Knut  z  uśmiechem.  Zamknął  oczy,  przez  kilka 

sekund było mu naprawdę dobrze. 

-  Dzisiaj  ruszam  w  drogę.  Spadło  to  na  nią  tak  nagle.  Znieruchomiała  w  jego 

ramionach. 

Knut  otworzył  oczy  i  nieznacznie  odsunął  od  siebie  dziewczynę.  Popatrzył  na  nią 

smutno. Zamrugała, by powstrzymać napływające łzy. 

- Myślałam... - zaczęła i zagryzła wargę. 

- Myślałaś, że to zmieni moje marzenia - dokończył za nią Knut. 

Dziewczyna przytaknęła. 

- Tak też się stało. Uniósł do góry jej brodę. Spojrzał prosto w oczy. 

-  Musisz  mi  uwierzyć.  Wszystko  się  zmieniło.  Ale  nie  mogę  zrezygnować  z 

poszukiwania  złota.  Teraz  bardziej  mi  jest  potrzebne  niż  kiedykolwiek.  Nie  mam  czasu  do 

stracenia, Anno. Robię to nie tylko dla siebie. Ale i dla ciebie. Stałaś się częścią bajki, Anno. 

Jesteś  w  niej  księżniczką.  Jesteś  tą,  którą  chcę  uczynić  królową.  Ale  bez  skarbu  nie  mogę 

zostać królem. 

- Nie muszę być królową. Knut pogładził ciasno spleciony warkocz. 

- Dla mnie nigdy nie będziesz nikim innym. Już jesteś księżniczką. Nie  powinienem 

był  cię  nawet  tknąć.  Ale  to  naprawię.  Niedługo  będzie  mnie  stać  na  to,  żeby  ci  ofiarować 

wszystko, do czego przywykłaś. Uda mi się, a wtedy nic nas nie rozdzieli. 

- Ale dopiero zaczęliśmy odkrywać to, co piękne! 

-  Przykro  mi,  Anno.  Nie  mogę  jednak  postąpić  inaczej.  Tak  zostałem  stworzony.  Z 

nadmiernie  rozwiniętym  staromodnym  poczuciem  honoru.  Nikt  i  nic  nie  jest  w  stanie  tego 

zmienić. Nawet ty. 

-  Nie  możemy  się  tak  po  prostu  teraz  rozstać!  -  zaprotestowała.  Broniła  się,  jak 

potrafiła. - Nie przeżyję tego, Knut. To mnie zabije. Nie będzie cię całymi tygodniami. Nawet 

background image

raz na jakiś czas nie zobaczymy się choćby przez chwilę. Nie zniosę tego. Nie może tak być... 

poznałam cię, przekonałam się, ile dla mnie znaczysz, a teraz mam pozwolić, byś zniknął w 

pogoni za... tęczą. 

- Muszę iść. 

-  Zamierzasz  wyruszyć  dziś  w  nocy?  -  spytała.  -  Chyba  nie  myślisz  zaczynać 

poszukiwań  po  ciemku?  Nawet  ty  nie  masz  oczu  jak  sowa  lub  kot.  Ciągle  mieszkasz  u 

Kwenów? 

- Już nie - odparł. - Naprawdę zamierzałem wyruszyć w nocy. Ciemność nie stanowi 

dla mnie przeszkody. Być może jestem spokrewniony z sową. W dalekiej linii. Albo z kotem. 

Całkiem nieźle widzę w ciemności. 

Dziewczyna zaczerpnęła powietrza. Nie zastanowiła się dobrze, nim spytała: 

-  Czy  mógłbyś  odłożyć  to  do  świtu?  Zostać  ze  mną  jeszcze  trochę?  Czy  możesz 

poświęcić mi tych kilka godzin, zanim mnie opuścisz? 

Knut  chciał  zapewnić,  że  wcale  jej  nie  opuszcza,  ale  te  słowa  nie  przeszły  mu  przez 

usta. 

- Dasz mi tę noc? - spytała zdecydowanie. Wydawało się, że mówi poważnie. 

-  Czy  zdajesz  sobie  sprawę  z  tego,  o  co  mnie  prosisz?  -  spytał  z  niedowierzaniem.  - 

Nie  sądzę,  bym  poprzestał  na  trzymaniu  cię  za  rękę,  moja  mała.  A  nie  chciałbym  zrobić 

niczego niewłaściwego. Nie wiesz chyba nawet, o czym mówię, prawda? 

- Niezupełnie - przyznała szczerze. - Ale chcę być razem z tobą. Nie wierzę, byś mógł 

mnie skrzywdzić. 

Mam do ciebie zaufanie. Chcę wykorzystać każdą chwilę, jaką jeszcze mamy... 

- Jednak nie możemy tu zostać - szepnął. - To zbyt niebezpieczne. 

- W takim razie gdzie? - spytała. Stodoła Hannu... 

-  To  kawałek  drogi  stąd.  Ale  odprowadzę  cię  z  powrotem.  Czy  odważysz  się 

zaryzykować? Nie boisz się, że ktoś może zauważyć, że nie śpisz w swoim pokoju? 

Anna spojrzała Knutowi prosto w twarz swoimi dużymi ciemnoniebieskimi oczami. 

- Nie mam odwagi tego nie zrobić. Może to nasza ostatnia szansa, by być razem, Knut. 

Nie  czuli  się  zbyt  pewnie,  przemykając  brzegiem  lasu  w  górę  doliny  Alty.  Knut  nie 

pamiętał,  ile  czasu  zabrało  mu  dotarcie  do  miasta.  Jego  myśli  krążyły  wtedy  zupełnie  gdzie 

indziej. 

Ś

ciskali się za ręce. Tylko dzięki temu zachowali jeszcze odwagę. 

Gdyby ktoś ich tak zobaczył... 

Nie ośmielili się dokończyć myśli. 

background image

Stodoła Hannu przypominała raczej skromną darniową chatę; chociaż właściciel użył 

na jej budowę trochę drewnianych kloców, ściany zrobione były głównie z darni. 

- Jest niewiele lepsza niż poprzedni dom, który dzieliliśmy - rzekł Knut, uśmiechając 

się krzywo, kiedy otworzył drzwi i wpuścił dziewczynę przodem. 

Anna  rozejrzała  się  dokoła.  Pod  jedną  ze  ścian  piętrzyły  się  stosy  zeszłorocznego 

siana. Tak, ostatnie lato było urodzajne. Dało ludziom wiele obfitości, a i zwierzętom niczego 

nie poskąpiło. 

Finowie  zwykle  suszyli  siano  na  żerdziach  rozstawionych  na  łąkach  -  późnym 

wieczorem,  kiedy  skąpe  światło  potrafiło  oszukać  niejedną  duszę,  wyglądało  to  jak  grupa 

trolli w drodze na przyjęcie. Norwegowie zaś wieszali siano na drabiniastych stojakach. 

- Hannu i Jussi nie hodują już wszystkich zwierząt, dla których przygotowali ten zapas 

- wyjaśnił Knut. Rozrzucił trochę siana na podłodze, przykrył nim nagromadzony przez wiele 

lat  brud.  -  Musieli  zabić  kilka  sztuk.  Nie  stać  ich  było  na  utrzymanie  całego  inwentarza. 

Rozporządzenia  namiestnika  stawiają  w  trudnej  sytuacji  wielu  Kwenów  z  okolic  Alty  -  w 

głosie Knuta brzmiała gorycz. 

Anna odwróciła wzrok. Tak niewiele wiedziała ó życiu. Nie pomyślała o tym. 

Knut pożałował zaraz swych słów. Podszedł do Anny, objął ją od tyłu, przyłożył swój 

policzek do jej skroni. 

-  Przepraszam,  nie  chciałem  być  niemiły.  Wiem,  że  nic  na  to  nie  poradzisz,  droga 

Anno. To nie twoja wina, że urodziłaś się w zamożnej rodzinie. Czasem nie potrafię jednak 

opanować  swej  wściekłości  na  namiestnika.  Na  samą  myśl  o  nim  zaciskam  pięści...  Boże, 

mam nadzieję, że Knut Olsson wkrótce powróci! Ale i on nie jest w stanie czynić cudów. Jest 

tylko człowiekiem. Kwenem. 

- Knut - Kwen? - zdumiała się. - Ten przestępca, który uciekł za granicę? 

-  Jest  uczciwym  człowiekiem  -  wyjaśnił  Knut,  dumny,  że  nosi  to  samo  imię  co 

człowiek,  którego  nigdy  nie  spotkał,  ale  który  zdążył  już  stać  się  dla  niego  bohaterem.  -  A 

wiesz,  dlaczego  namiestnik  nazywa  go  przestępcą?  Knut  udał  się  pieszo  do  króla,  do 

Kopenhagi, żeby  opowiedzieć o niesprawiedliwości, która spotyka Kwenów w dolinie Alty. 

Namiestnik boi się, że Knutowi się uda, i drży o własną skórę. Dlatego ściga Knuta - Kwena 

jako przestępcę. 

- Nie wiedziałam o tym. 

- Jak mogłaś wiedzieć? W twoim świecie mówi się tylko część prawdy. 

- Zostaję z tobą! - Odwróciła się gwałtownie. 

background image

Drobnymi  dłońmi  chwyciła  miękką  skórę  jego  kurtki.  Jeszcze  jednej  rzeczy,  którą 

Knut  dostał  od  Ailo.  Nic  nie  okazywało  się  tak  przydatne  w  życiu  pod  gołym  niebem  jak 

ubrania Lapończyków. 

-  Nie  wracam,  Knut.  Nie  chcę.  Chcę  być  tylko  z  tobą.  Możemy  uciec  razem  dziś  w 

nocy. 

Łagodnie  pokręcił  głową.  Usiadł  i  pociągnął  Annę  za  sobą  na  miękkie  siano.  Ciepłą 

ręką trzymał jej drobną dłoń. 

- Tym razem twemu ojcu nie będzie trudno zgadnąć, że nie uciekłaś sama. Znajdą nas. 

Knut  Olsson  już  dostatecznie  wyprowadził  namiestnika  z  równowagi.  Jak  myślisz,  co  się 

stanie  z  innym  Knutem,  innym  Kwenem,  który  uprowadził...  i  uwiódł  najmłodszą  córkę 

pastora? 

- Ale ja nie chcę wracać do domu. - Spojrzała na niego nieszczęśliwa. - Wszystko tam 

jest takie fałszywe. Sam powiedziałeś, że mówi się tylko pól prawdy. Chcesz mnie skazać na 

takie życie? Jesienią wyślą mnie do Danii. Myślałam, że coś zamierzasz z tym zrobić, Knut... 

Nie wierzyłam, że pozwolisz, by tak się stało! 

Anna rozpłakała się na jego piersi. 

-  Nie  pojedziesz  do  Danii  -  zapewnił.  -  Nie  pojedziesz  do  Danii,  moje  dziecko.  Nie 

pozwolę na to, słyszysz? Nie zrobią tego. Myślałem, że mnie zrozumiałaś, moja Anno... Nie 

mogę  wejść  kuchennymi  drzwiami  i  poprosić  o  twoją  rękę.  Muszę  się  stać  kimś,  kogo 

wpuszczą  głównym  wejściem.  Nie  pozwolę,  by  wydali  cię  za  mąż  za  jakiegoś  okropnego 

arystokratę, który w zamkowych korytarzach ściska inne kobiety. Nie pozwolę nikomu się z 

tobą ożenić... 

- Naprawdę? - spytała żałośnie. 

Knut skinął głową. Z czułością scałował łzy z długich, ciemnych rzęs, tych miękkich 

jak jedwab wachlarzy, które osłaniały jej cudowne oczy. 

- Nikt nie będzie obejmował cię w ten sposób, moja maleńka - rzekł z przekonaniem. - 

Tylko ja. 

Pocałował ją. 

-  Wrócę  przed  jesienią  -  zapewnił,  czując,  jak  puls  wraca  do  normalnego  rytmu.  - 

Wrócę wystarczająco wcześnie, by nie zdążyli cię wysłać za granicę. Wrócę tak odmieniony, 

ż

e nie będą mogli odmówić mi twojej ręki, Anno. Będę taki bogaty, że jeśli zechcę, kupię całą 

Altę. I chociaż nie jestem cudnej urody, będę chyba stanowił odpowiednią partię dla ciebie? 

- Teraz też ci niczego nie brakuje. Nie chcę nikogo innego. 

background image

Knut położył się na plecach. Podparł głowę na ręku. Nie mógł się napatrzeć na Annę. 

Była ładna - nie uderzająco piękna, ale dla niego ładna. Nie martwił się tym, co o niej myślą 

inni. Dla niego była elfem, boginią, księżniczką, kwiatem... 

Wszystkim, co piękne na świecie. 

Anna  uśmiechała  się  do  niego.  Uśmiechała  się  tak,  że  nawet  pierwsze  promienie 

słońca po wielomiesięcznej zimowej ciemności jej nie dorównywały. Powoli wyciągnęła dłoń 

i  dotknęła  jego  twarzy.  Knut  nie  protestował.  Nie  uczynił  nic,  tylko  na  nią  patrzył,  rozko-

szował się jej dotykiem... 

Nikogo przedtem tak nie dotykała. Tym bardziej żadnego mężczyzny. W jej rodzinie 

nikt nikogo nie dotykał. 

To  dziwne  -  czuć  jego  skórę  pod  opuszkami  palców.  Dziwne  i  jednocześnie 

przyjemne. Starała się  go takim zapamiętać. Późnymi wieczorami zamknie oczy i naprawdę 

poczuje ten dotyk - mimo że Knut będzie o wiele mil od niej. 

Powinna go poznać, tak jak nikt inny go nie znał. Z tym postanowieniem pochyliła się 

nad  nim.  Ciężki  warkocz  opadł  jej  przez  ramię  i  połaskotał  Knuta  po  policzku.  Chłopak 

uśmiechnął się do niej. 

Tym razem to ona go pocałowała. Delikatnie rozdzieliła jego wargi językiem. 

Pocałowała go niepewnie, miękko, czule i ostrożnie. 

Całkiem  opadł  na  kłujące  siano.  Poczuł  nagłą  potrzebę,  by  wypełnić  Anną  ramiona. 

Zamknął je za jej plecami, przyciągnął jej ciało do swego, przekręcił się razem z nią, znalazł 

się ponad nią. 

Z uśmiechem spojrzał w dół na twarz dziewczyny. Kochaną i drogą drobną twarz. 

Policzki  jej  płonęły,  wargi  nieznacznie  się  rozchyliły.  Wyglądały  jak  płatki  kwiatu, 

który po ulewnym deszczu zaczyna się otwierać ku pierwszym ciepłym promieniom słońca. 

-  Jesteś  cudowna  -  rzekł  Knut  z  przekonaniem.  Nawet  się  nie  starała  zaprzeczyć  - 

wiedziała, że on naprawdę tak myśli. 

W uśmiechu jeden kącik jego ust uniósł się do góry: 

- Nigdy nie wierzyłem, że kiedykolwiek będę mógł ci to powiedzieć. A już najmniej 

wtedy, kiedy leżałaś nieprzytomna i wychłodzona w mojej ziemiance, ze spuchniętą twarzą i 

odmrożeniami. Potem albo powarkiwałaś na mnie, albo zachowywałaś się jak kopnięty pies. 

Nie  wiem,  co  było  gorsze.  Tylko  oczy  były  twoje,  choć  spod  opuchlizny  wyzierały  tylko 

szparki. Nawet w marzeniach nie wyobrażałem sobie, że jesteś taka ładna. Przez myśl mi nie 

przeszło,  że  tak  bardzo  zapragnę  mocno  cię  do  siebie  przytulić  i  nigdy  nie  puścić.  Gdybym 

wiedział... 

background image

- To co? 

- Gdybym wiedział, zrobiłbym to już wtedy. Nie zmarnowałbym tyle czasu. 

-  Byłam  taka  brzydka.  Knut  muskał  wargami  policzek  Anny.  Nie  były  to  właściwie 

pocałunki,  ale  czułe  pieszczoty.  Gdyby  się  przyjrzał  dokładnie,  zobaczyłby  na  jej  skórze 

jaśniejsze plamy. Tylko nieznacznie się różniące... wiedział, że w tym miejscu były pęcherze 

wielkości szylinga. 

- Potrzebowaliśmy czasu, żeby to zauważyć - stwierdził z powagą. Dorósł tej zimy. W 

domu by go nie poznali. - Potrzebowaliśmy czasu, żeby się nawzajem poznać. Tobie też nie 

bardzo  się  podobał  ten  szorstki,  brudny  poszukiwacz  przygód,  Anno.  Uważałaś  mnie  za 

obszarpanego Kwena. 

Musiała się uśmiechnąć, ale w jej oczach nadal widniał smutek. 

-  Szybko  cię  polubiłam  -  przyznała.  -  Ale  ty  nadal  zachowywałeś  się  wobec  mnie 

gorzej, niż na to zasługiwałam, przez ciebie czułam ciągły niepokój. Nie wiedziałam, skąd się 

to brało. Nie miałam pojęcia, dlaczego, Knut. To było okropne. 

-  Czy  teraz  też  jestem  okropny?  -  spytał  poważnie.  Z  równą  powagą  potrząsnęła 

głową. 

Mocniej  zacisnął  wokół  niej  ręce.  Przełknął  ślinę.  Usiłował  odegnać  poczucie  winy, 

ale  zawładnęło  nim  i  ciążyło  jak  kamień.  Knut  zamknął  oczy.  Nazwał  się  w  myślach 

niegodziwcem, ale to nie pomagało. 

-  Tak  niewiele  wiem  -  wyznała  Anna  żałośnie.  W  jej  oczach  pojawił  się  cień 

niepewności. Nie strachu, lecz niepewności. Nie była pewna, czego może się spodziewać. 

- Ja wiem niewiele więcej - mruknął tuż przy jej szyi. - Wiem niewiele więcej, Anno. 

Całe  to  moje  gadanie  o  doświadczeniu...  -  Podniósł  głowę  i  spojrzał  na  nią.  -  ...  to  tylko 

przechwałki.  Nigdy  nie  miałem  dziewczyny.  Najwyżej  skradłem  kilka  pocałunków.  Nigdy 

przedtem tego z nikim nie robiłem... 

Anna  parsknęła  śmiechem,  a  w  jej  oczach  pojawiła  się  szczera  radość.  Mocno 

pociągnęła  Knuta  ku  sobie.  Na  jego  policzki  spłynął  deszcz  pocałunków.  Teraz  nie  musiała 

zastanawiać się, czy porównuje ją z innymi, obawiać się, że robi coś źle. 

Nie miał jej z kim porównywać. 

Byli tylko ona i on. 

Knut rozplótł Annie warkocz. Nigdy nie widział jej włosów spływających swobodnie 

na  plecy.  Nie  mógł  brać  pod  uwagę  okresu  spędzonego  razem  w  ziemiance,  wtedy  włosy 

dziewczyny  były  potargane  i  brudne.  Teraz  utworzyły  jasne  rozlewisko.  O  barwie  nie  do 

końca srebrzystej jak księżyc, niezupełnie złocistej jak zboże - lecz pośredniej między jedną a 

background image

drugą. Nie przypominały niczego, co znal. Cudownie było poczuć, jak jej loki prześlizgują się 

między palcami. 

Nie był już tym grzesznym Knutem, jakim czul się do tej pory. To Anna sprawiła, że 

wszystko wydało mu się cudowne. 

-  Czy  mężczyźni  lubią  słuchać,  jacy  są  przystojni?  -  wyszeptała  pomiędzy  coraz 

gorętszymi pocałunkami. 

- Ja na pewno to lubię - mruknął. Usta całowały zagłębienie u nasady jej szyi. Palce 

podążyły po omacku do guzików tuż pod sztywnym, surowym kołnierzykiem sukni. 

- Jesteś... piękny - szepnęła. - Tak bardzo podoba mi się twoje czoło, lubię twoje oczy. 

Twoje  usta...  nigdy  nie  widziałam  takich  ust  jak  twoje.  Łagodne  i  surowe  jednocześnie. 

Podoba  mi  się  twój  nos.  Policzki.  Jesteś  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego  w  życiu 

widziałam. 

- Kocham cię - szepnął przy jej policzku. - Kocham cię. Czy to brzmi głupio? 

Anna powstrzymała zdradzieckie łzy i lekko potrząsnęła głową. 

- Ja też cię kocham. 

Zobowiązujące słowa. Myślała, że nigdy ich nie wypowie. 

Knut nie spuszczał z niej wzroku, kiedy rozpinał stanik sukni. Anna nie protestowała. 

To  było  nieuchronne.  Postanowione  z  góry.  Pragnęła  za  wszelką  cenę,  żeby  nic  tego  nie 

przerwało. 

Knut  obudził  w  niej  coś,  czego  istnienia  nigdy  wcześniej  nie  podejrzewała.  Coś,  co 

zawierało w sobie wszystko, co w życiu najpiękniejsze, a co przez wszystkie lata usiłowano 

przed nią ukryć. To było takie wspaniałe, że nie mogło być grzechem, jak kazano jej wierzyć. 

Było tylko cudowne. Cudowne jak ukwiecona łąka latem. 

Anna usiadła, żeby chłopak mógł zsunąć z jej ramion suknię. Zdjęła trzewiki zapinane 

na guziki, następnie pozwoliła Knutowi ściągnąć z siebie spódnicę. 

Nawet się nie zaczerwieniła, kiedy drżącymi, niewprawnymi rękami zdejmował z niej 

bieliznę. 

Potem  zdarł  własne  ubranie.  Uczynił  to  z  szybkością  huraganu  i  stanął  przed  nią 

równie nagi. 

Anna zarumieniła się. 

Nigdy przedtem nie widziała mężczyzny bez ubrania. Podejrzewała tylko, że musi się 

jakoś różnić od kobiety. Ale dokładnie nie wiedziała, jak jest zbudowany. 

background image

Knut spostrzegł onieśmielenie Anny i ostrożnie położył się koło niej. To na pewno dla 

dziewczyny  szok.  Sam  czuł  tak  silny  strach,  że  musiał  wstrzymać  oddech.  Wszystko  mógł 

teraz niechcący popsuć, a przecież chciał, żeby przeżyła coś pięknego. 

Objął  Annę  i  lekko  pocałował  -  całował  jej  ramiona,  nieśmiało  przyłożył  usta  do 

twardych piersi. 

Nie  miała  jeszcze  odwagi  odwzajemnić  pieszczot,  ale  jego  pocałunki  sprawiały  jej 

przyjemność.  Nie  odtrąciła  go.  Zareagowała,  dała  się  porwać  -  chciała  przyjąć  to,  co  tak 

hojnie  ofiarował.  Nie  odważyła  się  jednak  na  nic  więcej,  gładziła  tylko  z  zachwytem  jego 

szerokie  ramiona  i  ostrożnie  dotykała  silnego  torsu.  Nie  śmiała  nawet  zerknąć  w  dół  jego 

ciała... 

Nieśmiałość Anny wzruszyła Knuta, wypełniła serce ogromną czułością. 

Obdarzał  ją  czułymi  pieszczotami.  Uczył  się  dotykiem  jej  ciała.  Czynił  to  jak 

najdelikatniej, zdawało mu się, że śni. Uważał, by nie ścisnąć jej zbyt mocno, nie zostawić na 

skórze sińców, nie przestraszyć - ale starał się robić wszystko, by ją rozbudzić. 

Poruszała się pod nim jak fala. Jak płomień parzyła jego dłonie. Otworzyła się przed 

nim jak kwiat, jego pieszczoty obudziły drzemiącą w niej kobietę. 

Gotów  był  się  wycofać,  gdyby  dziewczyna  go  nie  chciała,  lecz  ona  przyjęła  go  w 

sposób daleki od niechęci. 

Jej  usta  błagały  o  więcej.  Rozkosz  i  namiętność  odmieniły  jej  twarz.  Nie  znał  tej 

kobiety z ogniem w oczach, ale pragnął ją posiąść. 

Wbiła  koniuszki  palców  w  jego  ramiona,  kiedy  poruszył  się  w  stronę  nieznanej 

miękkości.  Jej  twarz  była  równie  napięta  jak  jego  własna.  Zagryzła  dolną  wargę  do  krwi, 

kiedy w nią wszedł, ale uśmiechała się i miękko pod nim poruszała. Instynktownie wiedziała, 

co  robić.  Łzy  na  rzęsach  wyglądały  jak  perły.  Knut  przyłożył  usta  do  jej  ust,  osunął  się  i 

zacisnął ręce na szczupłych ramionach Anny. 

Całując ją, zorientował się, że nie jest w stanie nad sobą zapanować. Czuł, że Anna za 

nim nie nadążała. Lecz jej ręce zaciskały się tak mocno wokół niego, że nie potrafił zwolnić 

rytmu.  Dotarł  do  punktu  kulminacyjnego,  po  czym  wyczerpany  i  spocony  osunął  się  w  jej 

ramiona. 

Pocałował ją delikatnie w szyję. 

Mężczyźni całkiem się mylili, kiedy opowiadali o sypianiu z dziewczętami. 

Nic o tym nie wiedzieli. 

On teraz już wie. 

Anna pogładziła go po włosach. Trochę krwawiła, ale nie zwracała na to uwagi. 

background image

- Bolało? - spytał niemal z żalem. Skinęła głową. 

-  Przez  chwilę,  ale  to  było...  prawie...  prawie  straciłam  świadomość...  -  Zagryzła 

wargę. - To było cudowne. 

- Dziewczęta potrzebują więcej czasu - powiedział. Tyle w każdym razie wiedział. Od 

Simona. - Jestem tylko niedoświadczonym uczniakiem - dodał ze śmiechem. - Uczniacy nie 

są zbyt dobrymi kochankami. 

Zaczerwieniła  się  na  dźwięk  tego  słowa.  Spuściła  nieśmiało  wzrok.  Jej  serce 

wypełniała miłość. 

-  Możesz  zostać  jeszcze  trochę?  -  spytał.  Akurat  w  tej  chwili  nie  dbał  o  to,  czy 

przyjdzie pastor i znajdzie ich razem. 

- A chcesz? Skinął głową. 

-  Nie  mam  zamiaru  cię  porzucić  dlatego,  że  cię  miałem.  Nie  jestem  tego  typu 

mężczyzną. Kocham cię, Anno. Potrzebuję wspomnień o tobie. Potrzebuję ciebie. 

-  Ja  także  ciebie  potrzebuję,  Knut.  Przyciągnęła  swój  wielki  szal  i  okryła  nim  ich 

oboje. 

- Zostanę tutaj, aż zacznie świtać. Dłużej nie mam odwagi. 

Knut przytulił ją do siebie. 

Po raz pierwszy w życiu czuł się naprawdę szczęśliwy. 

background image

10 

Szarzało,  kiedy  Knut  pomógł  Annie  spleść  jej  długie  włosy  w  ciasny  warkocz,  jaki 

nosiła na co dzień. Chłopak był zmęczony - i rozradowany. 

Nigdy wcześniej nie rozmawiał tak szczerze z żadnym człowiekiem. Nigdy przedtem 

nie  otwierał  się  przed  nikim  do  tego  stopnia.  Wątpił,  żeby  Reijo  znał  go  równie  dobrze  jak 

Anna w tej chwili. A spędzili razem tylko tę jedną noc - i dwa tygodnie w nędznej ziemiance, 

kiedy właściwie woleli się do siebie nie odzywać. 

Wczesnym rankiem, zanim wyszli ze stodoły, Anna doprowadziła do porządku strój i 

włosy. Nawet jedno źdźbło nie mogło jej zdradzić. 

Ręka w rękę biegli truchcikiem z powrotem do miasta. Knut dźwigał na ramieniu cały 

swój dobytek. Wyruszył w podróż swego życia. 

Zatrzymali się na skraju lasu za plebanią. Biały budynek stał niemy i spokojny. Okna - 

oczy miał nadal zamknięte, zaciągnięte zasłony. 

Anna rzuciła się Knutowi w ramiona, mocno objęła go w pasie, ukryła twarz na jego 

piersi. 

- Nie zapomnisz o mnie? Knut pogładził ją po włosach, miękko pocałował. 

-  Wiesz,  że  nie  zapomnę.  Mogą  upłynąć  całe  tygodnie,  może  nawet  miesiące.  Ale 

wrócę. Jeśli nie wytrzymam, wrócę wcześniej. Jakoś dam ci znać, moja Anno. Nigdy cię nie 

opuszczę.  Nie  na  zawsze.  Cały  czas  będę  o  tobie  myślał.  I  nie  pozwolę,  by  cię  wysłano  do 

Danii.  Nie  myśl  o  tym  więcej.  Udawaj  po  prostu  przed  rodzicami,  że  się  z  nimi  zgadzasz. 

Myśl o tym, że będziemy razem. Wkrótce. 

- A jeżeli nie znajdziesz złota? 

-  O  to  też  się  nie  martw.  -  Knut  spojrzał  ponad  jej  ramieniem.  Na  jej  dom.  Pałac.  - 

Jeżeli  go  nie  znajdę,  i  tak  wrócę  na  czas.  Wtedy  będziesz  się  musiała  zadowolić  takim 

obszarpańcem jak ja. W najgorszym wypadku uciekniemy razem. 

Uniosła ku niemu twarz. 

- Jeśli będę z tobą, reszta nie ma znaczenia, Knut. Myślałam, że o tym wiesz. Kocham 

cię. 

Uśmiechnął się. 

- I ja ciebie kocham, najdroższa. Przytulił ją do siebie. 

-  Musisz  już  wracać  do  domu.  Popatrzę,  jak  odchodzisz.  Nie  wolno  ci  płakać,  moja 

Anno. Uczyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem w Finnmarku. 

background image

Pocałował  ją.  Po  raz  ostatni.  Potem  pośpiesznie  przesunął  dłonią  po  jej  policzku.  I 

pobiegła. Lekko. Jej jasny warkocz tańczył na czarnym szalu narzuconym na plecy. 

Zanim  znikła  Knutowi  z  oczu,  na  moment  się  obejrzała  i  pomachała  mu  dłonią  na 

pożegnanie. 

I już jej nie było. 

Chłopak odwrócił się i odszedł. 

Knut zaczął poszukiwania, przyjmując darniową chatę za punkt wyjścia. Nadawała się 

do tego równie dobrze jak jakikolwiek inny obiekt. 

Poza tym - jeżeli w opowieściach kryło się coś z prawdy - trafiła tu Raija. I Kalle. 

Darniowa  chata  została  być  może  zaznaczona  na  skraju  mapy  naszkicowanej  na 

worku. 

Kiedy  Knut  do  niej  dotarł,  była  zajęta.  Przez  trzech  mężczyzn,  trochę  starszych  od 

niego  samego,  będących  w  drodze,  jak  on  sam,  i  korzystających  z  chaty  jako  ze  swego 

tymczasowego domu. Knut nie pytał, kim są i dokąd idą - oni także o tym nie mówili. Sam 

nie opowiadał wiele o sobie. 

Nie pochodzili w każdym razie z Alty. Rozmawiali o połowach dalej na północy i z 

ich słów chłopak wywnioskował, że ich światem jest morze, a nie płaskowyż. 

Knut  powiedział  nieznajomym,  że  zamierza  polować.  Chce  zdobyć  skóry,  które 

jesienią będzie mógł sprzedać na wielkim jarmarku. 

Mężczyźni  przyznali,  że  wpadli  na  tę  samą  myśl,  ale  tym,  co  najlepiej  umieją,  są 

jednak  połowy.  Sądzili,  że  znajdą  ku  temu  warunki  w  dolinie  Alty.  Ale  się  rozczarowali  - 

dwóch z nich było Finami. Uśmiechali się, kiedy mówili, że właśnie dla Finów atmosfera w 

Alcie nie jest zbyt przychylna. Knut wspomniał, że spędził tam pół zimy. I że tyle wystarczy. 

Namiestnik Kjeldsen nie zyskał w nim gorącego zwolennika. 

- Latem ludzie często kierują się do Lyngen - zauważył Knut ostrożnie. 

Też o tym myśleli. Znajdowali się w połowie drogi. Spytali, czy zna tamte strony. 

Knut zastanowił się. Nie chciał się przyznawać, że tam się urodził. 

-  Mam  tam  siostrę  -  rzekł  w  końcu.  Nie  umiał  kłamać,  ale  mówił  przecież  prawdę, 

choć niecałą. 

- Lyngen nie jest chyba takim najgorszym miejscem - stwierdził jeden z mężczyzn. - 

No i blisko stamtąd do domu, jeżeli nam się nie spodoba. 

Miał  ten  sam  błysk  w  oku,  co  Aleksanteri  -  beztroski  niebieski  ptak,  który  zawsze 

jakoś sobie da radę. 

background image

Knut zwrócił na to uwagę. Kiedyś marzył, by być takim jak on lekkoduchem. Ale to 

było  dawno  temu,  wtedy  kiedy  Santeri  i  Matti  przemierzali  tereny  północy,  łamiąc 

dziewczęce serca i żyjąc z dnia na dzień. 

Knut  myślał,  że  to  jest  dopiero  życie.  Że  tylko  całkowita  wolność  jest  prawdziwą 

wolnością - że tylko jako taka może oznaczać szczęście. 

Ale się mylił. 

Dorósł  na  tyle,  że  zrozumiał,  iż  niebieskie  ptaki  także  za  czymś  tęsknią.  Wolność 

odgradza ich od tego, co mają wszyscy inni. Jednak mimo to nie są już w stanie zmienić stylu 

ż

ycia. 

Knuta przeszedł dreszcz. Teraz dla niego szczęście oznaczało coś innego. Jego życie 

będzie inne. 

-  Możemy  pozdrowić  od  ciebie  twoją  siostrę,  jeżeli  przypadkiem  zatrzymamy  się  w 

Lyngen. 

Knut uśmiechnął się. W życiu tych ludzi było chyba wiele przypadków. 

- Bardzo bym się cieszył, gdyby się tak złożyło. Dziewczyna mieszka w głębi fiordu, 

po wschodniej stronie. W Skibotn. Tam gdzie co roku odbywa się wielki jarmark. To miejsce 

jest jakby bramą do Finlandii. 

Skinęli głowami, jarmarki w Skibotn dobrze znano na północy. Nawet jeśli ktoś tam 

nigdy nie dotarł, to w każdym razie o nich słyszał. 

-  Moja  siostra  ma  na  imię  Ida  -  mówił  dalej  Knut.  -  Ida  Kesaniemi.  Ludzie  ją  tam 

znają. To najładniejsza dziewczyna w całym Lyngen - mówiąc to, puścił oko. - Rude włosy i 

zielone oczy... Powiedzcie jej, że spotkaliście jej brata w dolinie Alty. Przekażcie, że jeszcze 

ż

yję.  Że  dobrze  mi  się  wiedzie.  Że  nadal  mam  sakwę  i  marzenie.  I  że  poznałem  pewną 

dziewczynę, która mi się spodobała. Która jest prawie tak ładna jak ona i ma tyle samo lat... 

Uśmiechnęli się. 

- Dobra wiadomość. Myślisz, że wszystko zapamiętamy? 

Knut wzruszył ramionami. 

-  Kesaniemi?  Fin?  -  zdziwili  się.  -  Nikt  by  tego  o  tobie  nie  pomyślał.  Mówisz  tak 

dobrze po norwesku. Nie wyglądasz na Fina. 

- Drugie pokolenie - odparł Knut. Nie skłamał, choć nie sprostował, że nie nazywa się 

Kesaniemi. - Urodziłem się w Lyngen - dodał. - Jestem na wpół Norwegiem. 

Mężczyźni  opuścili  chatę  następnego  dnia  o  świcie.  Knut  został.  Tłumaczył,  że  to 

niezła baza dla myśliwego, takiego jak on. 

Dobrze, że dotrzymał obietnicy. Wreszcie przesłał Idzie wiadomość, dał znak życia. 

background image

Pozostało jeszcze dotrzymać obietnicy złożonej Annie. 

Knut wiele razy wywracał na drugą stronę sakwę odziedziczoną po ojcu. Przy skąpym 

ś

wietle studiował dokładnie ledwie widoczne brązowe linie, aż piekły go oczy. 

Teraz  wymyślił  nowy  sposób:  starał  się  zawsze  sobie  coś  przy  tym  wyobrażać, 

siedział pośrodku tych nierównych kresek. Znajdował się w krainie, którą naszkicował Kalle - 

dla  niego.  Teraz  znał  już  krajobraz  wokół  darniowej  chaty.  Poznał  ukształtowanie  terenu, 

koryto  głównej  rzeki  i  mniejsze  dopływy.  Rozróżniał  osobliwości  okolicy,  o  których  Kalle 

także musiał co nieco wiedzieć, rysując swój szkic. Swój testament dla syna. 

Jednak wcale nie uwzględnił na mapie najbardziej rzucających się w oczy fragmentów 

krajobrazu. 

Knut dopiero niedawno to zauważył. Ojciec okazał się na tyle ostrożny, że pominął to, 

co  oczywiste.  Zaznaczył  jednak  wystarczająco  wiele  elementów,  by  synowi  udało  się 

bezbłędnie trafić. 

Knut zapragnął nagle znaleźć się blisko matki i z nią porozmawiać. Raija twierdziła, 

ż

e odnalazła to miejsce. Szukała, lecz, jak mówiła, na złoto nie natrafiła. 

Gdyby choć tylko wskazała kierunek, już to by mu pomogło. 

Na  podstawie  opowiadań  Reijo  o  podróży  na  wybrzeże  wykluczył  niektóre  z 

możliwości. Knut wiedział o wyspie, na której przebywał ojciec, wiedział z całą pewnością, 

która to. Wyliczył sobie, którędy Kalle musiał iść od wybrzeża w głąb lądu. W tej ziemiance 

pewnie się zatrzymał. Rejon poszukiwań się zawężał... 

Knut znał szkic tak dobrze, że miał go cały czas przed oczami. Podejmował w ciągu 

dnia niedalekie wyprawy, przemierzył ten skrawek Norwegii wzdłuż i wszerz, znał go lepiej 

niż góry  w rodzinnym  Lyngen. W myślach dorysowywał linie na mapie tam, gdzie Kalle je 

ominął, żeby nie naprowadzić nieproszonych osób na ślad marzenia swego życia. 

Kalle Elvejord pozostawił ten skarb dla Raiji i syna. 

Raija  nigdy  nie  pragnęła  go  zdobyć.  Knut  zaś  marzył  tylko  o  tym.  Złoto  było 

przeznaczone właśnie dla niego. Teraz to marzenie z lat chłopięcych stało się czymś więcej - 

kluczem, który mógł otworzyć przed nim wszystkie drzwi. 

Dni  mijały  zbyt  szybko.  Późna  wiosna  zmieniła  się  w  lato.  Knut  opuścił  darniową 

chatę. Wydawało mu się, że dobrze wie, dokąd powinien się udać. Nie miał czasu na długie 

zastanawianie się. Lepiej, żeby nawet się pomylił i zaczynał od nowa. Dla Anny, dla spokoju 

własnej duszy nie mógł sobie pozwolić na siedzenie z założonymi rękami. 

Przybycie w to miejsce zajęło mu cztery dni, a po drodze nie odpoczywał zbyt wiele. 

background image

Kiedy  Knut  stanął  nad  spokojną  rzeką,  nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że  dotarł  we 

właściwe  miejsce.  Wszystko  zgadzało  się  ze  szkicem.  Nawet  ten  ostry  łuk,  który  można  by 

wziąć za zakole rzeki, lecz którym Kalle zaznaczył niewielki wodospad. Knut zrozumiał ten 

wybieg od razu. Ojciec próbował wyprowadzić w pole nie powołanych poszukiwaczy skarbu. 

Rosnące  wokół  krzewy  dawały  osłonę  przed  najsilniejszymi  podmuchami  wiatru. 

Wzdłuż  wrzosowiska  ciągnęło  się  niewysokie  wzniesienie  zakończone  nieregularnym 

stromym zboczem, jakby ukłonem ku rzece. Odpowiedni teren do polowań, stwierdził Knut, 

rozejrzawszy się po okolicy. 

Ś

wietnie,  że  to  miejsce  trudno  dostępne,  pomyślał.  Większość  podróżujących  wolała 

pewnie  ominąć  skałę  i  raczej  wybrać  drogę  okrężną,  którą  po  pewnym  czasie  można  było 

dotrzeć do koryta rzeki. 

W  dodatku  krajobraz  wokół  był  tak  urozmaicony,  że  nie  każdy  zadałby  sobie  trud, 

ż

eby spojrzeć właśnie w tę stronę, gdzie - jak sądził Knut - należało szukać złota. 

Knut  przypuszczał,  że  Kalle  szukał  samotności.  Należał  do  ludzi,  którzy  niezbyt 

dobrze czuli się w większej grupie. W pewnym sensie był przez całe swoje życie samotnikiem 

- nawet w przyjaźni pozostawiał cząstkę własnej duszy tylko dla siebie. Knut wiedział o tym 

od Reijo, a Reijo i Raija chyba najlepiej znali Kallego Elvejorda. 

W części mapy odzwierciedlającej to miejsce linie wydawały się najwyraźniejsze. W 

ten  sposób  tato  dawał  do  zrozumienia,  gdzie  należy  szukać.  Tylko  bardzo  uważny  człowiek 

mógł zwrócić na to uwagę. 

-  Nie  chciał,  żebym  to  ja  znalazł  złoto  -  mówił Reijo.  -  Kalle  wiedział,  że  kochałem 

wtedy Raiję, i nie chciał, żebym dał jej to, czego on sam jej dać nie zdążył.  Znalazł skarb i 

niedługo potem umarł. Sądzę, że bardzo nad tym cierpiał, choć Raija temu zaprzecza. Myślę, 

ż

e po prostu nie potrafiła tego dostrzec, mimo iż na swój sposób kochała Kallego. 

To możliwe. Knut nie mógł się z tym nie zgodzić. Właściwie nigdy nie poznał dobrze 

ż

adnego ze swoich rodziców. To Reijo stanowił dla niego punkt oparcia. Reijo, który był tatą 

- i prawie w takim samym stopniu mamą. 

Knut odnosił wrażenie, że dzięki zniszczonej sakwie i marzeniom o złocie, o którym 

marzył również Kalle, bardzo się zbliżył do ojca. Do ojca, który odszedł, zanim Knut zaczął 

rozumieć, co znaczy tęsknota. 

Istotne  znaczenie  odegrał  w  tym  także  grób  w  Alcie.  To  jedyne  miejsce,  gdzie 

widniało wyryte nazwisko Kallego Elvejorda, podczas gdy ciało już przemieniło się w proch. 

To obce miasto, w którym Kalle nigdy nie postawił swojej nogi, stało się miejscem postoju 

dla syna. 

background image

Chłopak  uznał,  że  tu,  nad  rzeką,  dokąd  przywiódł  go  rysunek  na  mapie,  tacie  na 

pewno  musiało  się  podobać  -  wydawało  się  jakby  stworzone  dla  Kallego  Elvejorda.  Jeżeli 

również tutaj znajduje się skarb, to musi istnieć jakaś siła wyższa, która wszystkim kieruje. 

Knut  poświęcił  pierwszy  dzień  na  zbudowanie  u  stóp  skały  prostej  chaty  darniowej. 

Siedząc przy wejściu, mógł obserwować grę barw w wodzie, spadającej z występu skalnego. 

Pod  wpływem  piękna  doznawał  niezwykłego  wrażenia  -  lubił  to  uczucie.  Lubił 

obserwować wszystko, co piękne, lubił nazywać to swoim przez chwilę, choć nikt nie może 

posiąść  na  własność  wodospadu  ginącego  w  otchłani.  Lubił  piękne  widoki.  Zastanawiał  się, 

czy z Anną jest podobnie. Być może nie myślała o tym wiele. 

Miała wokół siebie tyle wspaniałych rzeczy. Stanowiły część jej codzienności. 

Dla  kogoś,  kto  się  wychowywał  w  darniowych  i  drewnianych  chatach,  piękno  ma 

zupełnie inną wartość. 

Zapragnął porozmawiać o tym z Anną. Kiedyś, kiedy będą już razem. 

Mieli jeszcze sobie tyle do powiedzenia. Knut nadal nie wiedział o niej wszystkiego. 

Wiedział,  jak  jej  oczy  zmieniają  kolor  w  zależności  od  humoru,  wiedział,  jak  potrafią 

rozbłysnąć  z  miłości.  Wiedział,  jakie  to  przyjemne,  kiedy  zarzuca  mu  ręce  na  szyję,  jakie 

ś

liczne dołeczki tworzą się na jej policzkach, kiedy się do niego uśmiecha... poznał głębię jej 

namiętności.  Wiedział,  jak  dobrze  drobne  ciało  Anny  pasowało  do  jego  ciała,  pamiętał  jej 

skórę  pod  swoimi  dłońmi.  Kochał  ją,  ale  nadal  istniało  między  nimi  tyle  tajemnic  -  nie 

dlatego, żeby któreś z nich tego chciało, ale dlatego, że dzieliło ich tak wiele. 

Knut  wspiął  się  na  skałę.  Była  stroma  i  śliska,  z  trudem  udało  mu  się  znaleźć 

zaczepienie  dla  palców  i  czubków  butów.  Nie  dawał  jednak  za  wygraną.  Wysiłek  fizyczny 

pozwalał mu choć na chwilę zapomnieć o dręczących uczuciach. 

Tęsknił. Trudno było tego uniknąć, ale nie mógł pozwolić, by tęsknota przesłoniła mu 

cel, w jakim tu przybył. Nie mógł marnować czasu na powrót do Alty. 

Nikt nie powinien się dowiedzieć o nich dwojgu. Nie wolno mu niepotrzebnie narażać 

Anny. I tak żyła pod silną presją. 

Stanąwszy na szczycie skały, Knut wciągnął w płuca czysty, ostry zapach wieczora Na 

chwilę pomogło, chciałby się czuć równie lekko, kiedy się znajdzie na dole. 

U  stóp  skały  wielkie  kamienne  bloki  tworzyły  osypisko.  Knut  zastanawiał  się,  czy 

może  owe  kamienie  noszą  nazwę  związaną  z  Rosjanami,  tak  jak  w  Lyngen  wiele  miejsc 

otrzymało nazwę od Rosjan lub Czudów. Krążyło też mnóstwo historii o bandach zbójów ze 

wschodu, siejących zniszczenie, mordujących i okradających bezbronnych mieszkańców znad 

fiordów. 

background image

Wyobraźnię  Knuta  najbardziej  pobudzały  opowieści  o  Czudach,  w  których  umierali 

oni w kałużach krwi u północnych wybrzeży Norwegii. 

Sagi  opowiadane  w  rodzinnych  stronach  najczęściej  kończyły  się  na  dwa  sposoby. 

Czudowie przybywali przez góry nad fiord, kradli łodzie i przepływali do wiosek po drugiej 

stronie. Tam zaś mieszkańcy gromadzili się wśród skał, wabili bandytów do siebie, po czym 

zrzucali na nich lawinę kamieni. 

Albo  tak:  Do  wioski  od  strony  morza  przybywają  Rosjanie,  a  miejscowa  ludność 

wsiada  do  łodzi,  łącząc  się  przeciwko  wrogowi.  Wszyscy  napastnicy  zostają  zabici,  a  po 

jakimś czasie morze wyrzuca na ląd pięćdziesiąt rękawiczek - wszystkie z lewej ręki. 

Knut  uśmiechnął  się  do  siebie,  spoglądając  w  dół.  Stąd  pewnie  posłano  kamienną 

lawinę za napastnikami. Albo może sami ją spowodowali. Istniała też inna wersja tej krwawej 

historii.  Występował  w  niej  bohater,  Lapończyk,  najczęściej  starzec  albo  młody  chłopak. 

Podejmował się on wskazać rabusiom drogę do kościoła, domu weselnego lub do wioski. W 

drodze zawsze łapała ich burza i przewodnik musiał zapalać pochodnię. Tuż przed przepaścią 

jednak  wyrzucał  ją  i  sam  uskakiwał  w  bok,  a  bandyci  z  kraju  na  wschodzie  spadali  w  dół  i 

ginęli. 

Być może to osypisko w dole pogrzebało wielu Czudów? 

Być może więzi całe mnóstwo potępionych dusz? 

Knut powinien chyba odczuć lęk. 

Ale on nie bał się już upiorów. Uważał, że martwi Czudowie nie mogą mu nic zrobić. 

Zejście ze skały tą samą drogą, którą się wspiął, okazało się niemożliwe. Knut musiał 

pójść naokoło. Nie szkodzi. To też sposób na poznanie terenu. Poza tym czas zastawić sidła. 

Zostało już niewiele prowiantu, a nie warto wybierać się do Alty po zakupy. 

Nie  powinien  w  ogóle  tam  wracać,  zanim  nie  będzie  mógł  wywiązać  się  z  obietnicy 

danej Annie. 

Resztę wieczoru zajęło mu rozmieszczenie sideł. Kiedy słońce powiedziało mu, że noc 

już blisko, wyciął sobie wędkę z młodej wierzby. Miał trochę sznurka i haczyki, a przynęty 

pod darnią znajdzie pewnie pod dostatkiem. 

Ryby  nie  brały.  Wesoło  skakały  w  niewielkim  rozlewisku  u  dołu  wodospadu,  lecz 

ż

adna nie dała się skusić na smakowity kąsek, którym Knut wymachiwał przed ich pyskami. 

Z  potrawą  rybną  trzeba  będzie  poczekać,  stwierdził.  Podejrzewał,  że  zostanie  tutaj  długo. 

Trafią  się  inne  okazje.  Zamiast  na  próżno  próbować  swych  sił  jako  wędkarz,  poszukał 

kamienia  wielkości  dłoni  i  zabrał  się  za  wyklepywanie  blaszanej  misy,  którą  otrzymał  od 

Hannu. 

background image

Zajęło  mu  to  dużo  czasu,  zdążył  też  kilka  razy  boleśnie  trafić  w  kciuk,  ale  w  końcu 

udało mu się zrobić naczynie płaskie jak patelnia. 

Knut nigdy nie uczył się przepłukiwania rzecznego piasku. Jednak zawsze wiedział, że 

w taki sposób szuka się złota. Bajki z dzieciństwa nabrały odcienia rzeczywistości. 

Chociaż zaczęło się już lato, słońce nie ogrzało jeszcze porządnie położonej daleko na 

północy  ziemi,  jakby  wciąż  rozpościerały  się  nad  nią  cienie  stalowobłękitnego  płaszcza 

mrozu. 

Knut zadrżał z zimna, kiedy wszedł do wody. Zmusił się, by wytrzymać w niej chwilę 

- wystarczająco długą, żeby się przyzwyczaić. Na szczęście nie był jakimś piecuchem. 

Było mu nadal zimno, ale nie czuł już bólu. 

Podwinął do łokci rękawy koszuli, ugiął kolana i zagarnął misą rzecznego żwiru... 

Połowa  uciekła  z  prądem.  Żwir,  który  pozostał,  był  grubszy  od  kciuka.  Zgrzytał 

drwiąco o blachę. 

Knut  rzucił  brzydkie  słowo,  tak  jakby  to  zrobił  Reijo,  i  pozwolił,  by  kamienie 

zazgrzytały  jeszcze  raz.  Zacisnął  zęby,  wymamrotał  pod  nosem  jakieś  zaklęcia  i  wszystko 

powtórzył. Tym razem udało mu się zatrzymać cały piasek w misie. Szybko zorientował się, 

ż

e nabrał go za dużo. Kiedy zgarnął wierzchnią warstwę żwiru, na dnie misy znowu pozostały 

tylko najcięższe kamienie. Były niewątpliwie szare jak większość kamieni tu w Norwegii. 

Spróbował znowu... 

I znowu. I znowu... I znowu... 

Robił wszystkie błędy po kolei. Popełniał je wiele razy, chociaż przysiągłby, że się już 

nauczył. 

W  końcu  wydawało  mu  się,  że  upadnie,  jeśli  postąpi  jeszcze  jeden  krok  w  dół  z 

prądem rzeki. Nogi nie chciały już dźwigać ciężaru ciała. Prawie ich nie czuł. 

Chwiejnie wyszedł z wody, padł bez sił na brzegu, starając się nie zgubić misy, którą z 

takim wysiłkiem uformował. 

Stopy  i  nogi  były  zupełnie  białe.  Knut  poruszył  palcami  stóp,  ale  nic  nie  poczuł. 

Przeraził się. Zrozumiał, że ogarnięty zapałem, mocno przesadził. 

Rozcierał  skórę  -  wiedział,  że  robi  źle,  że  powinien  tylko  ogrzać  zdrętwiałe  części 

ciała, ale nie starczyło mu cierpliwości. 

Poczuł rwanie w palcach stóp. Ból był tak silny, że wyciskał z oczu łzy, ale świadczył 

przynajmniej  o  tym,  że  odrętwienie  ustępuje.  W  takim  razie  z  całą  resztą  nóg  również 

powinno  być  dobrze.  Knut  miał  na  tyle  rozsądku,  że  zdjął  mokre  spodnie.  Wysuszy  je  w 

chacie przy palenisku. Sam też się ogrzeje. Starał się uśmiechnąć, ale zdołał tylko wykrzywić 

background image

twarz.  Nie  znalazł  złota  podczas  tej  pierwszej  nieporadnej  próby.  Nie  był  też  pewien,  czy 

opanował już technikę przepłukiwania żwiru. Przemknęło mu przez myśl, że czeka go jeszcze 

wiele takich prób, po których znów ogarnie go poczucie bezsensu i zwątpienie. 

Jedno  było  bezsporne  -  porządnie  się  wychłodził.  Tylko  gorąca  tęsknota  mogłaby 

obudzić w nim chęć do życia. Podczołgał się do chaty, czuł w nogach jakby miliony szpilek. 

Zaczynały na powrót żyć. 

Kiedy otulił się jak mógł najdokładniej w jedyną skórę, jaką tu ze sobą przyniósł, zdał 

sobie sprawę, że to dopiero początek. Przed nim jeszcze wiele takich późnych wieczorów jak 

ten.  Wiele  cierpienia.  Jednak  wola  kontynuowania  poszukiwań  zawsze  przewyższy  kuszące 

pragnienie, żeby o wszystkim zapomnieć, żeby nazwać to tylko przygodą i niczym więcej. 

Knut wierzył, że skarb istnieje. Być może tutaj. A może nie. Wierzył, że uda mu się go 

znaleźć. 

A potem Anna stanie się częścią jego życia. Nie robił tego tylko dla siebie. 

Robił to także dla Anny. 

background image

11 

- Nie rozumiem, czego tam szukasz, po co codziennie wychodzisz z domu - zwróciła 

się matka ostrym głosem do Anny przy kolacji. 

Odmówili  modlitwę,  właśnie  zaczęli  jeść.  Anna  straciła  ochotę  do  jedzenia.  Zawsze 

tak się działo, kiedy matka mówiła do niej tym tonem. 

- Dziewczyna w twoim wieku i z twoim pochodzeniem nie powinna ganiać jak jakaś 

dziewka służąca. 

-  W  służących  nie  ma  nic  złego.  -  Anna  odważnie  spojrzała  matce  w  oczy.  Rodzice 

nawet nie zauważyli, że ich córka ostatnio tak bardzo się zmieniła. - Czy Chrystus sam nie był 

sługą swoich uczniów? 

- Ten mały kurzy móżdżek nie widzi w tym żadnej różnicy -  wtrącił się  ojciec. - To 

bluźnierstwo porównywać siebie do Chrystusa, Anno. Myślałem, że choć tyle udało nam się 

wbić do tej twojej ciasnej głowy. 

-  Nie  wiem,  gdzie  popełniliśmy  błąd  w  jej  wychowaniu  -  westchnęła  matka  bliska 

płaczu.  -  Powinnaś  już  haftować  poszewki  i  prześcieradła.  Skończyłaś  zaledwie  serwetki, 

Anno,  i  to  niedbale.  Zawsze  tak  ładnie  haftowałaś!  Hrabia  Jegerholm  pomyśli,  że  my  tu  na 

północy jesteśmy jakimiś barbarzyńcami, kiedy zademonstrujesz swoje maniery. 

-  Wydawało  mi  się,  że  hrabiego  stać  na  własne  prześcieradła,  poszewki  i  serwetki  - 

stwierdziła Anna półgłosem. 

-  Anno!  -  upomniała  ją  matka.  -  Każda  dziewczyna  z  wyższych  sfer  wnosi  w 

małżeństwo swoją skrzynię z wyprawą. W ten sposób pokazuje, jakie zdobyła umiejętności. 

Nie chcesz chyba, by hrabia miał o tobie złe mniemanie? 

- Wicehrabia - poprawiła Anna. Wiedziała, że nie wolno jej powiedzieć więcej, ale nie 

mogła się powstrzymać. - On jest tylko wicehrabią, nosi tytuł, który nic nie znaczy. 

Matce  nie  podobała  się  ta  uwaga.  Wyobrażała  sobie,  że  jej  córka  wyjdzie  za  mąż za 

prawdziwego hrabiego. Nie była też całkiem pewna, jaka jest różnica między jednym tytułem 

a drugim. Nie sądziła również, że Anna o tym wie. 

Lecz  Anna  ciągle  ją  zaskakiwała.  Matka  nie  potrafiła  powiedzieć,  czy  zawsze  w 

równym stopniu ją to cieszyło. To niedobrze, gdy dziewczęta za dużo wiedzą. To niekobiece. 

Anna zawsze przecież była taka miła, ale tej wiosny zrobiła się krnąbrna. 

Wszystko zaczęło się od tej nieszczęsnej ucieczki. Wtedy pojawiły się problemy. 

Matka zadawała sobie pytanie, czy na skutek mrozu nie ucierpiał także umysł Anny. 

background image

Nie  miała  odwagi  podzielić  się  swoimi  wątpliwościami  z  mężem.  Dobrze,  że  do 

jesieni już niedaleko. Wtedy odpowiedzialność za Annę będzie można przerzucić na hrabiego 

- hrabiego Jegerholma. On mimo wszystko jest hrabią. Niezależnie od tego, co mówi Anna. 

- Jeżeli nie potrafisz wyrażać się należycie o swoim przyszłym mężu, możesz odejść 

od stołu. 

Głos ojca zabrzmiał groźnie jak anielska trąba w dniu sądu ostatecznego. Anna znała 

to nazbyt dobrze. 

Szybko zebrała spódnice, złożyła ręce w podziękowaniu i wyszła. 

Nie okazała zdenerwowania, z podniesioną głową spokojnie zamknęła za sobą drzwi i 

równie spokojnie weszła po schodach na poddasze. 

Dopiero w swoim pokoju dała upust uczuciom. Oparła się ciężko o drzwi, próbowała 

walczyć ze sobą, z płaczem, rozpaczą i strachem, ale nie całkiem jej się to udało. 

Zmęczona  zdjęła  suknię  i  w  samej  bieliźnie  rzuciła  się  na  łóżko.  Poduszka  stłumiła 

szloch. Rodzice nie powinni się dowiedzieć, jak bardzo córkę unieszczęśliwiali. Jak bardzo jej 

ź

le. 

Wicehrabia  niech  zostanie  sobie  tam,  gdzie  jest  -  razem  ze  wszystkimi 

prześcieradłami, z monogramem lub bez! 

Anna czuła zbyt silny niepokój, żeby usiedzieć ze skromnie spuszczonym wzrokiem i 

ledwie widocznym ściegiem wyszywać kunsztowne litery. 

Cierpiała  niezmiernie  z  tęsknoty  za  Knutem.  Bywało,  że  budziła  się  w  nocy  z  jego 

imieniem na ustach. Miała nadzieję, że nie wykrzyczała go na głos, ale bała się, że niebawem 

do tego dojdzie. Obudzi rodziców imieniem jakiegoś... nędznego Kwena. 

Nie mówiąc o wstrząsie, którego by doznali,  gdyby się dowiedzieli, jakie marzenia i 

tęsknoty  kryje  ich  córka  za  nienaganną  fasadą.  Pod  sztywnymi  bluzkami  i  surowymi, 

czarnymi spódnicami pulsowała krew bardziej gorąca, niż sobie można wyobrazić. 

Noc  w  ramionach  Knuta  w  na  wpół  zrujnowanej  stodole  uświadomiła  Annie  wiele. 

To, co kiedyś nazywała okropnym, brudnym i grzesznym, nabrało całkiem innego znaczenia. 

Nie  bała  się  już  pożądania.  Miała  nawet  odwagę  nazywać  je  po  imieniu,  choć  tylko 

przed sobą. 

W myślach pożądała ukochanego, a jej ciało wyzbyło się zahamowań. 

Dotykała go, wspominając niezwykły sen sprzed kilku nocy. 

Ś

niło jej się, że stoi po pas w złotym pyle. Czuła zimny metal na skórze, czuła ciężar i 

chłód, widziała blask złota - zimny, lecz niebezpiecznie kuszący. Miała świadomość, że Knut 

nie musi już dłużej szukać. Ona posiadła skarb. Ona znalazła go dla niego. 

background image

We śnie spojrzała w dół swego ciała, zobaczyła, że jest naga, że jest całkiem rozebrana 

i bezbronna pośrodku tego bogactwa. 

Powoli podniosła głowę - pewna, że ktoś ją obserwuje. Wystraszyła się, ponieważ nie 

mogła  nikogo  zobaczyć.  Wokół  było  zielono:  zielony  las  liściasty,  zielona  polana  w 

różnobarwnych kwiatach, wzniesienie i góry, które również były zielone od pokrywającego je 

mchu i porostów, ozdobione wrzosem, kwitnącym z czystej przekory. 

Bała się tych ukrytych przed nią oczu, a jednocześnie ją to podniecało. Czuła, jak jej 

piersi  nabrzmiewają,  jak  oddech  staje  się  przyśpieszony.  Chciała  dotknąć  swych  piersi, 

poczuć ich ciężar, ale nie mogła podnieść rąk. Nie próbowała się zasłonić - świadomość, że 

ś

ledzi ją czyjś wzrok,  rozgrzewała ją.  I nagle zobaczyła  go, jak wychodzi z gęstych zarośli. 

Był ubrany tak samo jak w dniu, kiedy widziała go po raz ostatni, w skórzany strój, jaki noszą 

Lapończycy. Szedł, poruszając się płynnie i miękko. Zbliżył się do niej, ale nie była pewna, 

czy  blask  w  jego  oczach  pojawił  się  na  jej  widok,  czy  na  widok  złota,  w  którym  utknęła. 

Mimo to pożądała go, bezwstydnie go pragnęła. Gdyby mogła, wybiegłaby mu na spotkanie, 

oddała całą siebie, błagała, by jej dotykał, żeby pieścił ją tak, aż zapłonie każdy skrawek jej 

ciała... 

Ale  zimny  metal  studził  rozpaloną  skórę,  ukrywał  nabrzmiewające  pożądanie, 

sprawiał, że czuła się ospała i ociężała. 

Chłopak  potknął  się  o  złoto,  kiedy  znalazł  się  przy  niej.  Upadł  w  nie  -  jego  ręce 

wyciągnęły  się  po  cenny  kruszec,  nie  do  niej.  Ważył  złoto  w  garściach.  Uśmiechał  się. 

Roześmiał się w głos. Anna nie miała pewności, czy ją widzi. Chciała go zawołać, sprawić, 

by  na  nią  spojrzał,  by  zrozumiał,  jak  bardzo  go  potrzebuje,  ale  z  jej  warg  nie  wydobył  się 

ż

aden dźwięk. 

Wtedy  on  podniósł  wzrok.  Zobaczył  ją.  Przesunął  językiem  po  ustach,  trochę  mało 

wyrazistych, lecz cudownych ustach... 

Zaczął  odgarniać  złoto,  rozgrzebywał  je  silnymi  dłońmi.  Odkopywał  ją  gołymi 

rękami. Odkrywał ją kawałek po kawałku. Całe jej gorące i wilgotne ciało pokrywał złoty pył. 

Skóra  jakby  parowała  od  silnego  pożądania.  Poczuła  ten  zapach  i  to  pobudziło  ją  jeszcze 

bardziej.  Pewnie  on  również  rozpoznał  tę  woń.  Czuła  się  cudownie  swobodna,  jak  dzikie, 

dumne zwierzę. 

Pożądliwie przesuwał w górę ręce od szczupłej talii ku piersiom, zacisnął palce wokół 

twardych  brodawek,  pieścił  je,  potem  muskał  wargami,  ją  całą,  doprowadzał  do  szaleństwa, 

aż wreszcie pochwycili wspólny rytm. 

background image

Zobaczyła, jak się rozbiera, dojrzała jego męskość, imponująco gotową. Chciała objąć 

ją dłonią, dotknąć, ale on sięgnął ustami między jej uda. Całował ją bez skrępowania, pieścił 

wargami  i  palcami  i  wyprowadził  na  rozszalałe  morze  namiętności.  Potem  przesunął  się  w 

górę  wzdłuż  jej  pokrytego  złotym  pyłem  ciała,  rozdzielił  jej  uda  kolanem  i  wszedł  w  nią 

jednym ruchem, który zdawał się wiecznością. 

Anna obudziła się - wypełniały ją tęsknoty, które zaspokoiła we śnie. Na jawie ciągle 

czuła, że jest rozpalona, rozpalona i pełna tłumionego pragnienia. 

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, zaczęła się pieścić dłońmi, tak jak by to robił 

Knut.  Z  zamkniętymi  oczami  dotykała  piersi  w  taki  sposób,  jakby  ich  dotykały  jego  ręce, 

potem,  przesuwając  palce  w  dół,  znalazła  miejsce,  w  którym  wydawała  się  być  zamknięta 

cała owa gorączka. 

Było wilgotne - ciało zareagowało na wspomnienie snu, przygotowało się na przyjęcie 

mężczyzny  z  marzeń,  jednak  on  nie  mógł  jej  dotknąć.  Nie  była  w  stanie cofnąć  ręki,  zanim 

pieszczotami nie doprowadziła się do stanu, do którego on by ją doprowadził. 

To, co zrobiła, było grzechem, który ojciec potępiał najsurowiej. Tego się nie robi. To 

brudne i  grzeszne. Poza tym kobiety nie potrzebują takiego zaspokojenia. Kobiety nie czują 

pożądania. Nie damy. Kobiety lekkich obyczajów może nie są wolne od podobnych pragnień, 

ale  nic  w  tym  dziwnego  -  to  kara  za  ich  sposób  prowadzenia  się.  Prawdziwe  kobiety  nie 

odczuwają  zadowolenia  we  współżyciu  z  mężczyzną.  Pożądanie  jest  właściwe  tylko 

mężczyznom, wszystkim o tym wiadomo. 

Anna wierzyła słowom ojca. 

Jednak to, co czuła do Knuta, wydawało się tak wspaniałe, że nie mogło być złe ani 

grzeszne.  Ani  to,  co  robiła  z  własnym  ciałem,  kiedy  tęsknota  stawała  się  zbyt  silna. 

Przynosiło takie odprężenie, dawało taką przyjemność... 

Nie mogłaby żyć z jakimś hrabią lub księciem albo markizem. Nikt inny nie będzie jej 

dotykał. Na samą myśl o tym czuła tak silną odrazę, że robiło się jej niedobrze. 

Tylko Knut. Nikt inny oprócz niego. Niezależnie od tego, czy znajdzie złoto, czy nie. 

Obiecał, że wróci na pewno, i wierzyła, że dotrzyma słowa. 

Codziennie  pracowała  w  ogrodzie.  Pielęgnowała  drzewa  i  rośliny.  W  ten  sposób 

znajdowała wymówkę, by wyjść z domu, by sprawdzić, czy wrócił Knut. 

Poszedłby  najpierw  na  cmentarz,  odwiedził  grób  ojca.  Ponieważ  to  dla  niego  było 

ważne, ponieważ wiedział, że wtedy mogłaby go zobaczyć i dowiedzieć się o jego powrocie. 

Minęło  zaledwie  dziesięć  tygodni.  Nie  mogła  spodziewać  się  cudu.  Tam  daleko,  za  hory-

background image

zontem, rozciągał się nieskończony płaskowyż. Znalezienie właściwego miejsca może zabrać 

wiele czasu, może nawet całe życie. 

O  ile  Knut  ma  rację,  o  ile  skarb  naprawdę  istnieje...  Każdy  dzień  bez  niego  to 

koszmar. Anna wiedziała jednak, że minione tygodnie to bardzo krótki okres. 

Knut  wróci.  Wtedy  wszystko  się  zmieni.  On  tęskni  na  pewno  równie  silnie  jak  ona. 

Nie wolno jej myśleć inaczej! 

Anna  płakała  w  białe  poduszki.  A  kiedy  potem  patrzyła  w  lustro,  którym  ojciec  tak 

bardzo pogardzał, jej twarz była czerwona i mokra od łez. 

Niektórym  płacz  dodawał  uroku.  Twarz  Anny  stawała  się  jednak  brzydka  i 

zapuchnięta.  Dziewczyna  zastanawiała  się,  co  Knut  w  niej  dostrzegł.  Chwilami  nabierała 

przekonania, że tylko się zabawił jej kosztem. Że stała się tylko przypadkowym epizodem w 

jego  życiu.  Pikantnym  epizodem,  o  którym  będzie  mógł  później  opowiadać  w  wesołym 

towarzystwie - o tym, jak uwiódł brzydką córkę pastora... 

Brzydką, łaknącą mężczyzny córkę pastora... 

Co za idiotyzmy! To absurd. 

Anna zdawała sobie sprawę, że nie wolno jej dopuszczać do siebie takich myśli. Nie 

miała powodów, by nie wierzyć Knutowi, ale brakowało jej oparcia. Tak się bała. Czuła się 

taka samotna. 

Zawsze była samotna. Znała już to uczucie. Samotna i... jak to Knut powiedział? Coś 

o „obcym ptaku”... Takim właśnie obcym ptakiem była przez całe życie. 

Lecz  teraz  samotność  bardziej  doskwierała  niż  kiedykolwiek  przedtem.  Sprawiała 

dotkliwszy  ból.  Dzięki  Knutowi  Anna  po  raz  pierwszy  doświadczyła  bliskości  z  drugim 

człowiekiem - a kiedy zniknął, wszystko stało się podwójnie puste. 

Obiecał wprawdzie, że wróci, ale teraz, pozbawiona jego ramion, w których mogłaby 

się ukryć, czuła się bardziej bezbronna. 

Dzięki  Knutowi  uwierzyła,  że  również  jej  może się  przydarzyć  to,  w  czego  istnienie 

wątpiła. Miłość tak głęboka, że przerastająca zdolność ludzkiego pojmowania. 

Kochała Knuta aż do bólu. Całym swoim sercem i duszą - ze wszystkich sił, z wiarą i 

radością. 

Jednak bez niego życie traciło blask. Bywały momenty, kiedy Anna czuła się nic nie 

warta. Kiedy dopadały ją myśli, że chłopak kłamał gładko i z rozmysłem. 

Bywały chwile, że wolałaby umrzeć, niż zobaczyć go znowu, przekonać się, że miłość 

- którą, jak jej się zdawało, widziała w jego oczach - zniknęła, usłyszeć, że wcale nie jest tak, 

jak sobie wyobrażała. 

background image

I  doszła  do  wniosku,  że  nawet  gdyby  tak  się  naprawdę  stało  -  gdyby  wróciwszy 

przyznał,  że  już  jej  nie  kocha  -  powinna  dziękować  losowi  za  przeżyte  wspólnie  chwile. 

Lepsze  to,  niż  gdyby  nigdy  nie  poczuła  ognia  we  krwi.  Wolała  cierpienie  niż  życie  bez 

ś

wiadomości, czym jest prawdziwa miłość. 

Łzy trochę pomagały, chociaż brzydko potem wyglądała. Dziewczyna schowała lustro 

pod materac. Ojciec nie będzie tam szukał. I chociaż matka na pewno je znajdzie, nie zrobi z 

tego powodu awantury. Zapewne sama była nie mniej próżna. 

Zimna woda zlikwiduje czerwone plamy na twarzy. Anna wklepywała kojącą wodę w 

policzki,  aż  poczuła  ulgę.  Następnie  wciągnęła  suknię  przez  głowę,  zapięła  ją,  rozpuściła 

włosy, przeczesała je i ponownie zaplotła warkocz, ciaśniej niż przedtem. Będzie bolało przez 

resztę dnia, ale za to pozwoli zapomnieć o innym bólu, który nie odstępował ani na chwilę. 

Haftowanie? 

Ze  złością  złapała  lniany  obrus,  nad  którym  męczyła  się  już  tak  długo,  że  poszarzał. 

Nosił ślady plam po spoconych rękach. 

Jej rękach. 

O  Boże,  jak  znienawidziła  ten  obrus.  Stał  się  symbolem  tego  wszystkiego,  czego  od 

niej oczekiwano, kogo chciano z niej uczynić. Stał się tarczą herbową jakiegoś tam hrabiego, 

którego już teraz nie znosiła. 

Kroki  ojca  na  schodach.  Ciężkie.  Jak  uderzenia  dzwonów,  których  bicie  powinno 

niejako przywoływać: „chodź - chodź - chodź”, zachęcać ludzi do przyjścia do kościoła. Lecz 

Anna w tym brzmieniu, któremu towarzyszył głęboki głos ojca, słyszała zawsze coś całkiem 

innego. Dla niej dzwony wołały: „sąd - sąd - sąd”... 

Błyskawicznie usiadła na posłaniu. Wiedziała, że ojciec zwróci na to uwagę. Na to, że 

łóżko  nie  jest  porządnie  zaścielone.  Chwyciła  igłę  w  palce,  pośpiesznie  wykonała  kilka 

ś

ciegów. Sama widziała, że nie wyszły dobrze, ale ojciec i tak nie potrafi tego ocenić. Robótki 

to jedna z tych dziedzin, co do których nie mógł wydawać sądów. 

Drzwi  otworzyły  się  powoli.  Stanął  ogromny  na  środku  pokoju.  Wypełnił  sobą  całe 

wnętrze, pomyślała Anna. 

- Mam nadzieję, że żałujesz swojego zachowania i czujesz skruchę - rzekł, wbijając w 

córkę  surowy  wzrok.  -  Twoja  matka  jest  przez  ciebie  głęboko  nieszczęśliwa,  bardzo  się  na 

tobie  zawiodłem,  Anno.  Nie  poznaję  cię.  Zapowiadałaś  się  na  posłuszną  i  cnotliwą  młodą 

damę, ale ostatnio coś w ciebie wstąpiło. Nie rozumiemy, co się stało. Będziemy się za ciebie 

modlić. Mam nadzieję, że ty uczynisz to samo. Mam nadzieję, że się opamiętasz. Nie możesz 

nam  przynieść  wstydu,  kiedy  pojedziesz  do  Danii.  Tam  będą  cię  otaczać  ludzie  prawdziwie 

background image

wykształceni.  Tutaj  na  północy  panują  obyczaje  może  zbyt  dzikie  i  dalekie  od 

cywilizowanych.  Jednak  czuję,  że  właśnie  tu  zostałem  powołany,  że  jestem  tutaj  naprawdę 

potrzebny.  Być  może  nie  zawsze  postępowałem  właściwie.  Być  może  to  kara  za  moje 

grzechy. 

Anna przełknęła ślinę i haftowała dalej tak pilnie, jakby od tego zależało jej życie. Nie 

mogła wprost zatrzymać igły na obrusie. 

Kara dla niego? O, nie, zna ojca i wie, do czego zmierza, kiedy zaczyna mówić w ten 

sposób. Za wszelką cenę stara się wzbudzić poczucie winy, ale w niej. 

Tym razem mu się nie uda. Anna milczała. 

- Nie przysparzaj nam więcej trosk, moje dziecko! Złożył ręce. Jego słowa zabrzmiały 

jak modlitwa. 

Wiedziała, że ojciec chce właściwie wymusić na niej obietnicę. Ale nigdy jej o to nie 

poprosi - nie wprost. 

Nadal milczała. 

Na długo zapadła cisza. 

-  Nie  masz  nic  do  powiedzenia?  Nie  podniosła  nawet  wzroku.  Po  raz  pierwszy 

sprzeciwiała mu się tak świadomie, z rozmysłem, konsekwentnie. 

-  Stałaś  się  aż  tak  harda?  -  usłyszała  ostre  słowa.  -  Jeszcze  to?  Jesteś  niedbała, 

nieporządna,  niesłowna,  używasz  niestosownych  wyrazów,  odzywasz  się  nie  pytana.  Gdzie 

twoja pokora? Gdzie twoja łagodność? Przerażasz mnie, dziecko! Zastanów się nad sobą. Mo-

ż

e  nie  zhardziałaś  do  końca  i  nie  jest  jeszcze  za późno.  Może  jest  dla  ciebie  jakaś  nadzieja. 

Upadnę na kolana przed moim Bogiem i będę się modlił. Za córkę, którą straciłem. Żebyś na 

powrót stała się pokorna i posłuszna. 

Patrzył  na  Annę  przez  dłuższą  chwilę,  po  czym  wyszedł.  Dziewczyna  wytrzymała 

jego spojrzenie. 

W jednej chwili zdała sobie sprawę, że pragnie wyzwolić się spod władzy rodziców. 

To  smutne,  ale  będzie  musiała  tak  zrobić.  Gdyby  nie  Knut,  czułaby  się  z  nimi  związana  do 

końca życia. Teraz stanie się niezależnym człowiekiem. 

Palce nadal prowadziły igłę. Jeszcze długo po tym, jak ojciec zamknął za sobą drzwi - 

z taką samą godnością jak zawsze, oczywiście. 

Jeśli chodzi o ojca, nigdy niczego nie robił połowicznie. Był konsekwentny po czubki 

palców. Przykro pomyśleć, ale to najlepsze, co mogła o nim powiedzieć. 

background image

Serce biło jej mocno, czuła strach. Wiedziała jednak, że już nigdy nie będzie się bała 

tak bardzo jak do tej pory. Być może ojciec wyczuwał to - zdał sobie sprawę, że traci władzę, 

i sam poczuł się niepewnie. 

Anna  nie  chciała  się  nad  tym  zastanawiać.  Odłożyła  robótkę  i  zarzuciła  szal  na 

ramiona.  Musiała  odetchnąć  świeżym  powietrzem.  Szybko  i  cicho  zbiegła  po  schodach, 

przemknęła  przez  kuchnię  obok  kucharki,  która  udała,  że  nic  nie  zauważyła,  i  wypadła  na 

dwór  tylnymi  drzwiami.  Wejściem  dla  służby.  Rodzice  powiedzieliby  pewnie,  że  to  nie 

przystoi córce pastora, ale nie dbała o to. O wiele lepiej rozumiała się z Knutem niż z nimi. A 

Knut bez mrugnięcia okiem wyszedł tylnymi drzwiami. 

Anna  minęła  ogród  przy  plebanii  i  wyszła  na  łąkę.  Zaczęła  zrywać  kwiaty.  Późnym 

latem  kwitły  prawie  wszystkie.  Stokrotki,  niemal  równie  dumne  jak  jej  ojciec,  dzwonki  na 

swoich chudych łodyżkach, jaskry, które skradły słońcu złocistożółty blask i jaśniały na zielo-

nej  łące,  zamiast  wypełniać  niebo.  Kwitł  też  biały  krwawnik,  który  potrafił  lekko  się 

czerwienić, wpadając w róż, koniczyna i jaskrawo czerwona wierzbówka... 

Anna  zbierała  wszystkie.  Ułożyła  je  w  piękny  bukiet,  pełen  radosnych  kolorów  lata. 

Związała łodyżki słomą. Nogi same poniosły ją wzdłuż ścieżek, którymi tak często chodziła. 

Zawsze zatrzymywała się przy tym samym grobie. 

Przed prostym, zniszczonym od niepogody krzyżem, na którym trudno było odczytać 

nazwisko. 

Lubiła ugiąć tu kolana,  uklęknąć na miękkim mchu i prowadzić w myśli rozmowy z 

człowiekiem, który był ojcem Knuta. 

Przyszła  tu  z  kwiatami  ze  względu  na  Knuta,  ze  względu  na  tego  człowieka  -  dla 

siebie samej. 

Nie potrzebowała zresztą żadnego powodu... 

Tym  razem  ojciec  podążył  za  nią.  Mech  tłumił  jego  kroki,  tak  że  nie  słyszała  go, 

dopóki nie stanął tuż obok. 

- Czcisz jakiegoś obcego zmarłego - jego głos był pełen wyrzutu - a swojej matki nie 

umiesz... 

Anna  podniosła  na  niego  wzrok.  Łatwiej  było  powstrzymać  się  od  kąśliwych 

odpowiedzi tu poza domem, pod otwartym niebem. 

-  Skąd  to  przywiązanie  do  obcego  człowieka?  Widywałem,  że  często  przynosisz  tu 

kwiaty. Ten człowiek zmarł, zanim ty się urodziłaś. 

- Był tu obcy - odparła Anna. - Pomyślałam, że to smutne, iż nikt o nim nie pamięta. 

Nie chciałabym umrzeć, wiedząc, że nikt nie pochyli się nad moim grobem. 

background image

-  Brednie  -  stwierdził.  -  Pamiętam  go.  Był  nikim.  Zwykły  cherlak.  Chorował,  to 

prawda, ale też nie miał charakteru. Nie rozumiem, dlaczego ludzie wiążą z nim tę historię o 

złocie.  Nie  byłby  w  stanie  znaleźć  skarbu,  nawet  gdyby  go  tam  zaprowadzono.  Był  słaby  i 

chwiejny jak wierzbowa gałązka na wiosnę. 

Anna  nie  odezwała  się.  Przełknęła  ślinę.  Ojciec  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  wyraził 

swój sąd wobec człowieka, który w pewnym sensie stał się jej bardzo bliski. 

- Za to jego żona mimo wszystko o wiele bardziej zasługiwała na uwagę - mówił dalej 

ojciec. 

W  jego  wzroku  pojawiło  się  coś,  czego  Anna  do  tej  pory  nie  widziała.  Co  prawda 

tylko na mgnienie oka, ale jednak dostrzegła to. A brzmienie głosu wyrażało podziw. 

- Nie była damą, broń Boże. Raczej wręcz przeciwnie. Nie była nienaganną kobietą... 

w  tym  sensie,  ale  miała  charakter  i  wiedziała,  czego  chce.  Nawet  sędzia  nie  potrafił  jej 

omamić. Dostawała zawsze to, czego chciała, za każdym razem... wspaniała Raija. 

Cechy, które ojciec potępiał i którymi gardził, jeśli odznaczały się nimi inne kobiety, 

urastały niemal do rangi cnót w przypadku Raiji. 

Anna zapragnęła ją poznać. To, że wywarła takie wrażenie na ojcu, świadczyło, że nie 

była zwyczajną kobietą. 

- Jeśli miałabyś położyć kwiaty na czyimś grobie, to raczej jej się należą - rzekł ojciec. 

- Chociaż Raija chyba nie umarła. Kobiety takie jak ona wydają się zdolne przeżyć wszystko. 

Jeden Bóg raczy wiedzieć dlaczego. Może żeby mogły odpokutować za grzechy. 

Anna  nie  znała  odpowiedzi.  Patrzyła,  jak  ojciec  znika  w  drzwiach  kościoła.  Sama 

pozostała na klęczkach przy grobie. 

- Nie wierzę, żebyś był taki słaby, jak mówi ojciec - rzuciła w stronę krzyża. - Myślę, 

ż

e  byłeś  więcej  wart,  bo  znam  twojego  syna.  A  on  jest  najlepszym  człowiekiem,  jakiego 

spotkałam. Wydaje mi się, że nie jest zbytnio podobny do matki. Przynajmniej sądząc po tym, 

co usłyszałam. Musi być raczej podobny do ciebie. Modlę się, żeby znalazł to, co dla niego 

zostawiłeś. Nie dlatego, że sama potrzebuję luksusu. Ale dlatego, że to dla niego takie ważne. 

Myślę, że to ma coś wspólnego z poczuciem godności. Nie wiem. Nigdy nie żyłam w takich 

warunkach jak wy. Jak Knut. Chcę tylko, żeby  Knut był szczęśliwy. Pragnę, by był tu przy 

mnie. Potrzebuję go. 

Grób nie mógł jej odpowiedzieć. Anna nie była aż tak naiwna, by tego nie rozumieć. 

Jednak znajdowała tu spokój, którego nigdzie indziej nie zaznała. 

Zastanawiała  się,  czy  Knut  przychodził  tu  z  tego  samego  powodu.  Nigdy  o  tym  nie 

rozmawiali. 

background image

Annie  brakowało  kogoś,  z  kim  mogłaby  się  podzielić  własnymi  myślami.  Zanim 

spotkała Knuta, nie przyszłoby jej to nawet do głowy. 

Teraz bardzo potrzebowała takiej rozmowy, dzięki niej stawała się coraz silniejsza. A 

ponieważ  nie  mogła  porozmawiać  z  Knutem,  przychodziła  tutaj.  Prochy  spoczywające 

głęboko  pod  czarną  ziemią  nie  mogły  nikomu  powtórzyć  jej  słów.  Jej  tajemnice  były  tu 

bezpieczne. Ale w gruncie rzeczy jednak wciąż pozostawała samotna. Zwierzenia przynosiły 

tylko nieznaczną ulgę. 

- Czas tak szybko mija - rzekła cicho. Tak cicho, że jej słowa zabrzmiały jak szept. To, 

co  teraz  miała  powiedzieć,  należało  wyznać  szeptem,  mimo  że  zwracała  się  do  zmarłego.  - 

Knut  musi  wrócić.  Nie  może  mnie  zawieść.  Musi  przyjść,  choćby  obdarty  i  bez  grosza  w 

kieszeni. Kocham go mimo wszystko. I potrzebuję, by był przy mnie. 

Na chwilę skrzyżowała ręce na łonie. 

-  Noszę  w  sobie  nasze  dziecko  -  szepnęła,  starając  się  powstrzymać  łzy.  -  Noszę  w 

sobie twojego wnuka, Karlu Kristiansenie Elvejord. 

background image

12 

Lato miało się ku końcowi. Knuta często ogarniało przygnębienie. Chłopak tak dawno 

z nikim nie rozmawiał, że ledwie pamiętał, jak to jest. Musiał prowadzić rozmowy z samym 

sobą ze strachu, że gardło całkiem mu zardzewieje. 

Niedługo  po  tym,  jak  się  zatrzymał  nad  rzeką,  w  pobliżu  przechodziło  kilku 

mężczyzn.  Zdążył  na  szczęście  ukryć  blaszaną  misę.  Uwierzyli,  kiedy  powiedział,  że  jest 

myśliwym. Miał już wtedy trochę skór rozwieszonych do suszenia. 

Od tamtego czasu znacznie ich przybyło. Knut polował. Nie mógł bez reszty oddać się 

poszukiwaniom.  Polowanie  było  źródłem  jego  utrzymania.  Być  może  trafią  się  jacyś  kupcy 

znad  Zatoki  Botnickiej,  którzy  zechcą  kupić  skóry.  Mógłby  pojechać  na  najbliższy  jarmark. 

Jednak nie z powrotem do Skibotn... 

Zamierzał  pozostać  wiernym  swojemu  marzeniu  tak  długo,  jak  to  możliwe.  Dopóki 

starczy mu nadziei. 

Poza polowaniem i szukaniem złota wynajdował sobie inne zajęcia, które trzymały go 

przy życiu. Łowił ryby. Z mężczyznami, których spotkał, wymienił się na sól i solił ryby. Nie 

musiał tego robić. Ryb było pod dostatkiem. 

Czasami ogarniała go wściekłość, musiał ją jakoś rozładować. 

Wtedy  szedł  i  szedł,  wędrował  godzinami  wzdłuż  odnogi  rzecznej.  Starał  się  nie 

myśleć,  nie  rozglądać  wokół.  Zdawało  mu  się,  jakby  żył  w  próżni,  a  jedynym  sposobem 

wyrwania się z niej było odsunięcie się od wszystkiego, co stało się znajome i bliskie. 

Ryby  i  skóry  to  jego  zabezpieczenie.  Musiał  mieć  coś  w  zanadrzu.  Nawet  jeśli  jego 

marzenie się nie spełni, nie przyjdzie po Annę z pustymi rękoma. Błogosławieństwa pastora 

pewnie nie dostaną, ale ofiaruje jej coś więcej niż dwie puste ręce. 

Boże,  jak  do  niej  tęsknił!  Kiedy  zamykał  oczy,  widział  ją  tak  wyraźnie,  że  chciał 

wyciągnąć ramiona i ją objąć. 

Czuł się teraz tysiąc razy bardziej samotny niż przedtem. 

W  marzeniach  wiele  razy  przychodził  na  plebanię.  Służąca,  która  mu  otwierała, 

mierzyła  go  wzrokiem  od  stóp  do  głów  -  kamizelka  z  brokatu,  dewizka  od  zegarka  z 

ciężkiego  metalu,  nienaganny  garnitur  i  wysokie  skórzane  buty  oraz  kapelusz,  którego  nie 

zdejmował przed służbą, przekonywały ją, że należy go wpuścić do środka. Mimo że pastor 

nie został uprzedzony o wizycie. 

background image

Anna  bladła,  kiedy  wchodził  do  salonu,  tego  samego,  do  którego  kiedyś  ją 

przyprowadził. Pastor stał za tym samym wielkim biurkiem. 

Ale  usiadł,  kiedy  Knut  Elvejord  wyłożył  swoją  sprawę:  bez  zbędnych  ceremonii 

poprosił o rękę Anny. I rzucił kilka skórzanych worków czystego złota, żeby udowodnić, że 

jest  w  stanie  zapewnić  Annie  odpowiednie  warunki  życia  nie  gorzej  niż  jakiś  podstarzały 

arystokrata za granicą. 

Marzenia kończyły się zawsze tak samo: pastor - co prawda z pewnym ociąganiem - 

udzielał zgody... 

Knut zdawał sobie sprawę, że rzeczywistość może okazać się bardziej gorzka. Coraz 

częściej myślał o tym, że on i Anna będą zmuszeni uciec. Tak czy owak. 

Ż

ałował, że nie uczynili tego już wiosną. Powinien był pozwolić dziewczynie pójść ze 

sobą. Być może zmarnowali mnóstwo czasu, który mogli spędzić razem. 

Samotność i dotkliwa tęsknota były chyba gorsze niż bieda. Knut doszedł do wniosku, 

ż

e wolałby żyć z Anną w biedzie, niż ją stracić. Nie mógł jednak skazać dziewczyny na taki 

los, nie pytając jej o zdanie. 

Kochał  ją  tak  bardzo,  że  pozwoliłby  jej  odejść,  gdyby  tak  było  dla  niej  lepiej. 

Przedtem sądził, że nie można do tego stopnia kochać drugiego człowieka. 

Nadal  przepłukiwał  żwir.  Całymi  dniami  stał  w  lodowatej  wodzie  i  przepłukiwał 

piasek.  Obracał  go  na  misie.  Stopniowo  doszedł  do  wprawy.  Teraz  śmiał  się  z  pierwszych 

nieporadnych prób. Opanowanie tej sztuki zabrało mu całe tygodnie. Mógł tylko polegać na 

sobie i uczyć się na własnych błędach. 

Nawet  teraz  nie  był  pewien,  czy  wszystko  robi  dobrze.  Bywało,  że  się  zastanawiał, 

czego w ogóle szuka. 

Nigdy  nie  widział  złota.  Całą  swą  wiedzę  czerpał  z  tego,  co  usłyszał  od  innych.  Z 

opowieści Reijo. Z opisów Reijo, jakie to wrażenie poczuć w rękach złoto znalezione przez 

Kallego. O ciężarze, chłodzie - o błogości, jaka ogarniała człowieka, kiedy trzymał kruszec w 

palcach. 

Miało złoty kolor. Musiało błyszczeć. 

Reijo powiedział, że ze złotem jest jak z miłością. „Wiesz, co masz, kiedy to masz”. 

Knut  rozumiał  już,  co  to  miłość,  choć  jeszcze  całkiem  niedawno  miał  o  niej  dość 

mgliste pojęcie. Ufał też, że się zorientuje, że znalazł złoto, kiedy się na nie natknie. 

Pragnął, by się okazało, że Kalle zdążył wydobyć całe złoto i gdzieś je ukryć. Wtedy 

sam  łatwiej  by  sobie  poradził.  Ale  ojciec  wyraźnie  dał  do  zrozumienia,  że  skarb  czeka  na 

tego, kto bardzo pragnie go zdobyć. Kto zechce zadać sobie trochę trudu. 

background image

Tak,  Knut  nieźle  się  natrudził.  I  co?  Nadal  był  tak  samo  biedny.  Gdyby  pot  kapał 

złotem, chłopak już dawno mógłby powrócić do Alty. 

Ale  widać  nie  miało  pójść  tak  łatwo.  Zdarzało  się,  że  przeklinał  ojca,  iż  ten  nie 

wytłumaczył Raiji, gdzie dokładnie znajduje się złoto. Zdarzało się też, że podejrzewał matkę, 

iż dobrze znała owo miejsce, ale zachowała je w tajemnicy. 

Ś

wiadomie zamierzała pozbawić syna spadku po ojcu. Chociaż sama nie wzięła złota, 

chciała  i  Knutowi  uniemożliwić  zdobycie  skarbu.  Ponieważ  ubzdurała  sobie,  że  złoto 

przynosi nieszczęście. 

Tak jakby bogactwo mogło sprowadzać nieszczęście! Nonsens! 

Sama nie mogła służyć za przykład, że w biedzie człowiek jest w stanie zaznać więcej 

szczęścia. 

Po  długich  chwilach  spędzonych  w  samotności  Knuta  przepełniała  gorycz. 

Niewiarygodne, co zwątpienie może uczynić z ludzką duszą. 

Każdy  następny  dzień  był  taki  sam  jak  poprzedni.  Knut  wstawał  razem  z  ptakami. 

Łykał  coś  w  pośpiechu  i  ruszał  ponawiać  próby  w  nowym  miejscu.  Uważał,  że  przeczesał 

chyba  każdy  fragment  rzeki  w  tym  punkcie,  który  Kalle  wyraźniej  zaznaczył.  Przejrzał  na 

swej  blaszanej  misie  każde  ziarenko  z  dna,  lecz  znalazł  tylko  zwykły,  szary  piach. 

Poszukiwania straciły smak wielkiej przygody. 

Potem  zmieniał  mokre  ubranie,  rozwieszał  je  w  słońcu  lub  rozkładał  w  chacie  przy 

palenisku,  a  następnie  wyruszał  sprawdzić  sidła.  Kiedy  wracał,  robił  sobie  coś  do  jedzenia. 

Jadł w spokoju i skupieniu. Czegoś się jednak  w domu nauczył. Właśnie w takich chwilach 

napływały myśli, których najchętniej by do siebie nie dopuszczał. 

Codziennie odganiał je wraz z rozpoczęciem kolejnej próby. Zanim oporządził złapane 

ptactwo i ryby - i przed zanurzeniem w strumieniu blaszanej misy. 

Dopiero  kiedy  niebo  na  zachodzie  się  czerwieniło,  zaczynał  myśleć  o  spoczynku. 

Celowo  z  tym  zwlekał.  Nigdy  się  nie  kładł,  dopóki  nie  czuł  się  tak  bardzo  zmęczony,  że 

zasypiał,  zanim  jeszcze  porządnie  ułożył  się  na  posłaniu.  Dzięki  temu  nie  nachodziły  go 

wieczorem dręczące myśli. Jednak sny miał chaotyczne i pełne bólu. 

Rzadko kiedy udawało mu się porządnie wypocząć. 

Czuł się wyczerpany. Policzki mu się zapadły, wokół ust pojawiły się bruzdy, a wokół 

oczu zmarszczki, które zwykle trudno dojrzeć na twarzach osiemnastolatków. 

Knut jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. Powierzchnia wody nie zdradzała takich 

szczegółów. A nie miał innego zwierciadła. 

Lato mijało zbyt szybko. 

background image

Knut nie liczył dni. Ale zauważył upływ czasu, kiedy wieczory stały się chłodniejsze, 

a wrzosowisko pokryło się czerwonym płaszczem. 

Drzewa pożółkły. Gubiły liście. 

Woda  w  rzece  torturowała  go  codziennie,  ale  tak  do  tego  przywykł,  że  się  tym  nie 

przejmował. 

W głowie dźwięczały mu ciągle te same słowa: 

„Późną jesienią... późną jesienią”. 

Czy  późna jesień to okres, kiedy drzewa  całkiem już tracą liście, czy raczej moment 

pojawienia się pierwszego śniegu? 

Wątpliwości nie dawały mu spokoju. O każdej godzinie dnia rozważał za i przeciw. 

Mógłby już wyruszyć do Alty. Boże, jak bardzo tego pragnął! Nikt inny, tylko on sam 

podejmował  decyzje.  Niechby  go  pastor  wyrzucił  z  domu,  lecz  on  i  tak  zabrałby  Annę. 

Mogliby razem tu wrócić. I szukać dalej. Płaskowyż jest ogromny. Wątpliwe, czy ktoś by ich 

znalazł... 

A gdyby tak zostać jeszcze jeden dzień? Ten dzień może odmieni całe jego życie. Jeśli 

jeszcze  trochę  poczeka,  to  może  pójdzie  po  Annę  jako  bogacz.  Mógłby  wtedy  naprawdę 

rzucić pastorowi na stół worki wypełnione złotem. 

Nadal istniała taka szansa... 

Droga do Alty zabierze mu jakiś tydzień. Może mniej, miał do kogo się śpieszyć. Nie 

musi robić wielu przystanków. Zaryzykuje i jeszcze trochę poczeka. 

Ogarnęło  go jakby oszołomienie. Gorączka, której nie był w stanie nazwać słowami, 

nad  którą  nie  mógł  zapanować.  Zawładnęła  nim  bez  reszty,  całą  jego  wolą.  Jeszcze  tylko 

jeden dzień. 

Tylko jeden. 

Jeszcze jeden jedyny dzień... 

Liście  opadły.  Drzewa  zrzuciły  letni  strój,  a  potem  nawet  jesienny  płaszcz.  Nagie 

oczekiwały tegoco musiało nadejść. 

Knut wmawiał sobie, że do późnej jesieni wciąż zostało jeszcze trochę czasu. Pójdzie 

do Alty. Dotrzyma obietnicy. Nienawidził myśli o tym, że zjawi się z pustymi rękami, równie 

biedny  i  zaniedbany,  jak  gdy  odchodził,  równie  obcy  w  świecie  Anny.  Być  może  jeszcze 

bardziej obcy. Gdyby wrócił teraz, straciłby nawet marzenie. 

Płaskowyż przybrał kolor rdzawoczerwony. Prawie brązowy. 

background image

Natura  wstrzymała  oddech.  Wieczorami  coraz  wcześniej  robiło  się  ciemno.  Wtedy 

pojawiały  się  cienie.  W  jeden  z  takich  wieczorów  Knut  wspiął  się  na  skałę.  Uciekał  od 

wszystkiego. Najbardziej pragnął uciec przed sobą samym. 

Zastanawiał się, jak czul się tutaj ojciec. Zaczynał wątpić: to chyba nie to miejsce. Nie 

ma żadnego skarbu. Tato był chory i miał przywidzenia. 

Ale Kalle Elvejord znalazł przecież złoto. Nawet Reijo to potwierdził. Co on takiego 

powiedział? 

Jak to brzmiało, słowo po słowie? 

Knut usiadł na skraju występu skalnego i próbował sobie przypomnieć. 

„To  jest  jak  oszołomienie,  Knut.  Silniejsze  niż  może  ci  dać  jakikolwiek  trunek. 

Niemal równie silne, jak kochanie się z kobietą,  którą ubóstwiasz. Zimne. Ciężkie.  Lśniące. 

Sam blask... Raija nazywała to żółtym światłem. Nie potrafię tego lepiej opisać. Stałem tak z 

tym zimnym, ciężkim kamieniem w dłoni i byłbym w stanie dopuścić się morderstwa, żeby je 

zachować. Takie to uczucie - przez chwilę...” 

Knut wciągnął wieczorne powietrze. Szumiało mu w uszach, lecz to nie wiatr. 

Ogarnęła go dziwna jasność. 

Powinien był słuchać słów Reijo. Powinien był słuchać. Powinien był pomyśleć. 

„Kamień”, powiedział Reijo. Kamień - a nie piasek. 

Wystarczająco duży, by rozsyłał blask, by trzymać go w dłoni, by mocno zacisnąć na 

nim palce. 

Knut zaczynał nabierać pewności, że zarówno Raija, jak i Reijo kłamali, twierdząc, że 

niczego nie znaleźli. Raija szukała złota. Reijo przyznał, że i on szukał. 

Oboje  mieli  przecież  szkic,  według  którego  mogli  się  kierować.  Oboje  wiedzieli  o 

darniowej chacie, o szlakach, które przemierzał Kalle. 

Oboje mówili, że nic tu nie ma. 

-  Boże  -  westchnął  Knut  ku  ciemnemu,  nieprzystępnemu  niebu.  -  Boże,  jakże  byłem 

bezmyślny. Zaraz zapadnie noc. Zabrałeś mi światło, nie mogę tego sprawdzić wcześniej niż 

jutro rano. Dlaczego mi to robisz? Czy aniołowie zazdroszczą Annie i mnie? Moglibyśmy już 

być razem. Czy to sposób, żeby nas wypróbować? 

Knut wpatrywał się w dół na osypisko. Widział tylko ciemność i jeszcze ciemniejsze 

cienie  rzucane  przez  kamienne  bloki.  Tak  dobrze  je  znal.  Patrzył  na  nie  tak  wiele  razy,  nie 

widząc ich. Rozwiązanie musiało znajdować się tam w głębi. Jeżeli istniała jakaś odpowiedź, 

jeżeli krył się tu jakiś skarb, to właśnie tam. 

background image

Kto mógłby lepiej strzec niezmierzonego skarbu niż właśnie potępione dusze zbójców 

ze wschodu? 

Jeśli Czudowie zginęli pod tym osypiskiem, to właśnie dla niego pilnowali bogactw. 

Knutowi wydało się to śmieszne. Siedział na szczycie brązowoczarnej  góry w zimną 

jesienną noc i śmiał się, a jego śmiech niósł się echem daleko nad płaskowyżem. 

Noc  pokryła  ziemię  cienką  warstwą  szronu.  Przy  każdym  oddechu  Knut  wypuszczał 

nosem  białe  obłoczki  pary.  Nad  ranem  trząsł  się  z  zimna.  Starał  się  dobrze  zapamiętać  ten 

dzień, zwracał uwagę na każdy drobiazg. Opowie o tym Annie. Może to właśnie początek ich 

nowego życia? 

Na południowym wschodzie zamajaczyło coś czerwonego. Słońce. Nie wolno mu tego 

zapomnieć. Warto zapamiętać ryby wyskakujące niemal na brzeg rozlewiska. Zwrócił uwagę 

na kruki przelatujące obok. Słuchał ich skrzekliwego krakania - i pomyślał o matce. Nigdy nie 

zrozumie, jak ktoś mógł nazwać kobietę, którą kochał, tak brzydkim określeniem: Mały Kruk. 

Mikkal tak mówił do Raiji. 

Knut nie widział nic pięknego w tym czarnym padlinożercy. 

Wszedł między kamienne bloki. Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? 

Nie  miał  pojęcia.  Chyba  po  prostu  nie  przyszło  mu  to  do  głowy.  Życie  jest  pełne 

przypadków. Traf chciał, że nie przeszukał skał. 

Po jakimś czasie znalazł jamę. 

Dopiero  kiedy  już  zamierzał  zrezygnować  na  dobre,  uderzyła  go  regularność,  z  jaką 

ułożone były niektóre kamienne bloki. 

Gdyby  dwa  lub  trzy  leżały  w  jednej  linii,  można  by  to  uznać  za  przypadek.  Grzbiet 

wydawał  się  dość  prosty.  Ale  żeby  po  pięć  -  sześć  kamieni  układało  się  w  kilka  równych 

rzędów... 

Musiał się o to postarać ktoś jeszcze, nie tylko sama natura. 

Knut  poczuł  silne  uderzenia  serca,  kiedy  przetaczał  pierwsze  bloki.  Okazały  się 

lżejsze, niż myślał. Na tyle lekkie, że nawet kobieta mogłaby je przesunąć... 

Za  nimi  ukazał  się  otwór,  który  wyglądał  jak  zagłębienie  w  skale.  Ktoś  mógłby  tak 

pomyśleć, ktoś, kto nie sprawdził dokładniej. 

Knut upadł na kolana, nie mając pojęcia, że tak samo klęczał również Kalle Elvejord 

dokładnie w tym samym miejscu prawie dwadzieścia lat temu. 

Następnie  wczołgał  się  do  środka.  Starał  się  nie  wyobrażać  sobie  Bóg  wie  czego, 

chociaż wszystko w nim szalało z radości. 

Był pewny zwycięstwa, w głębi duszy nie miał już żadnych wątpliwości. 

background image

Anno, Anno, powinnaś to zobaczyć! Powinnaś być tu razem ze mną i przeżyć to, co 

ja! Nigdy nie zdołam ci opowiedzieć, jakie to uczucie. 

Otwór  rozszerzał  się  -  przeszedł  w  jamę,  w  której  Knut  mógł  swobodnie  usiąść, 

wprawdzie  musiał  odrobinę  pochylać  głowę,  ale  za  to  swobodnie  wyciągał  ramiona.  Mógł 

wymachiwać rękoma, nie dotykając skalnych ścian. 

Ciemna  pieczara.  Pieczara  w  litej  skale.  Pieczara  o  ścianach,  na  których  lśniły 

błyszczące pasy. 

Knut przyzwyczaił wzrok do ciemności.  Zobaczył jaśniejsze smugi.  Nie  wiedział, że 

ojciec starał się ten lśniący kruszec przesłonić ziemią i żwirem. Na wypadek gdyby ktoś obcy 

trafił do jaskini. 

Już dawno temu wilgoć zlikwidowała ów kamuflaż. 

Knut  ujrzał  pasy  na  skalnej  ścianie.  Wtedy  zdał  sobie  sprawę,  że  Reijo  miał  rację: 

rozpoznał to, kiedy to zobaczył. 

Udało się. Odnalazł swoje dziedzictwo. Swoją przyszłość. 

Zerwał  ze  wszystkimi  dotychczasowymi  przyzwyczajeniami.  W  pośpiechu  zjadł 

solidny posiłek i dopiero wtedy pobiegł z powrotem do jaskini. 

Kiedy wyruszając na poszukiwania przygotowywał sprzęt, nie przypuszczał, że będzie 

się  musiał  wspinać  po  nagich  skałach.  Sądził,  że  jedyną  niezbędną  rzeczą  będzie  misa  do 

płukania piasku. 

Wszystkie  te  godziny,  dni,  tygodnie  pracy  bez  wytchnienia  po  kolana  w  lodowatej 

wodzie, okazały się stracone nadaremnie. Męczył się tak, marzł i cierpiał, ponieważ sądził, że 

to jedyny sposób. 

A skarb przez cały ten czas leżał tuż przed jego nosem. Tuż za chatą. Nie zadał sobie 

trudu, by dokładnie zbadać okolicę. Wszystko przez błąd, który sam popełnił. 

Knut  nie  miał  kilofa.  Jedynie  niewielki  toporek,  który  bez  żalu  poświęcił,  żeby 

wydobyć złoto ze skalnej ściany. 

Wzruszył się, kiedy zauważył, że w miejscu, gdzie ze wszystkich sił uderzył, istnieją 

jeszcze ślady pozostawione przez innego człowieka. To na pewno tato wyrąbywał tu skałę - 

dokładnie tak jak on. 

Dopiero w tej chwili Knut uświadomił sobie, jak wiele łączy go z ojcem. Pracował bez 

wytchnienia,  aż  w  końcu  ze  zmęczenia  nie  mógł  utrzymać  trzonka.  Ostrze  toporka  bardzo 

ucierpiało,  lecz  chłopak  pocieszał  się  myślą,  że  będzie  mógł  sobie  kupić  sto  innych.  Jeżeli 

zechce. 

background image

Wyrąbał już sporo kamieni różnej wielkości - od odłamków nie większych od ziaren 

ż

wiru do bryłek wielkości pięści. Będzie miał co dźwigać w drodze do Alty, lecz Anna jest 

tego warta. 

Serce mu rosło. Spojrzał w czyste, gwiaździste niebo i zadał sobie pytanie, czy Kalle 

Elvejord może teraz zobaczyć z góry swego syna. 

Knut chciał, żeby tak było. 

Napełnił worek. 

Sakwa  była  jedynym  przedmiotem,  który  łączył  go  z  ojcem.  To  wszystko,  co 

odziedziczył. Pustą sakwę - sakwę nie zawierającą nic oprócz marzeń. 

Knut uległ ich magii i podjął wyzwanie, dał się porwać przygodzie. 

Pomyślał,  że  Kalle  byłby  szczęśliwy,  gdyby  razem  z  synem  mógł  przeżyć  tę  chwilę. 

Sakwa,  która  tak  długo  nosiła  tylko  marzenia,  wypełniła  się  po  brzegi  rzeczywistym 

bogactwem.  Skarbem,  o  jakim  Knut  nawet  nie  miał  odwagi  śnić.  A  przecież  nie  zabrał 

wszystkiego.  W  jamie  zostało  jeszcze  sporo  złota,  a  on  jako  jedyny  wiedział,  gdzie  szukać. 

Teraz nie istniały już rzeczy niemożliwe. Dla człowieka tak bogatego jak on nie istniały żadne 

granice. 

Nagle świat stanął przed nim otworem. Chłopak zdał sobie z tego sprawę. Teraz jest 

kimś  więcej  niż  zwykłym  synem  rybaka.  Syn  Kallego  i  Raiji  będzie  człowiekiem,  którego 

ludzie  zapamiętają.  Kiedy  odejdzie,  zostanie  po  nim  coś  więcej  niż  tylko  nazwisko  na 

drewnianym krzyżu. 

- Idę po Annę, tato - zwierzył się ojcu, patrząc w niebo. - Idę po córkę pastora z Alty i 

ożenię się z nią. Tego się po swoim synu nie spodziewałeś, prawda? 

Tej nocy Knut spał z głową wspartą na sakwie. Było mu niewygodnie i prześladowały 

go  jakieś  senne  mary,  zbyt  jednak  zamazane,  by  je  rozpoznać.  Ale  się  nie  przebudził.  Nie 

wcześniej niż przed nastaniem poranka. 

Tego Poranka. 

Zjadł,  spakował  niezbędne  rzeczy.  Dodatkową  zmianę  ubrania  można  zostawić. 

Garnki.  Większość  jedzenia.  Knut  nauczył  się  nie  wyrzucać  tego,  co  jeszcze  może  się 

przydać. Wszystko schował w jaskini. I tknięty przeczuciem postąpił tak samo, jak przed laty 

uczynił  jego  ojciec:  zamaskował  smugi  na  skalnej  ścianie.  Zamazał  je  popiołem  z  ogniska. 

Posmarował mokrą ziemią i piaskiem. Zakrył, żeby nikt niepowołany nie odkrył jego skarbu. 

Potem  wyczołgał  się  z  jamy  i  na  powrót  przysunął  kamienne  bloki.  Zastanawiał  się, 

kto zrobił to przed nim. Nie sądził, żeby Kalle był do tego zdolny. 

Bardziej prawdopodobne, że to sprawka Raiji. 

background image

Knut  zmienił  nieco  układ  kamieni.  Ustawił  je  w  sposób  bardziej  przypadkowy, 

bardziej naturalny. 

Widok równych rzędów  zbyt łatwo nasuwał myśl, na którą on sam wpadł dzisiejszej 

nocy... 

To  jego  skarb.  Nikt  nie  może  mu  go  odebrać.  Prawnie  mu  się  należy.  Nie  zamierzał 

jednak  kupować  tej  ziemi.  Gdyby  tak  uczynił,  inni  odgadliby  prawdę.  Z  pewnością  by  go 

okradli. 

Opróżni  jaskinię  z  tego,  co  się  da,  potajemnie.  Zabierze  skarb  i  dobrze  ukryje. 

Posłucha  rady  Hannu:  przyzna  się,  że  znalazł  trochę  złota  w  rzece.  Będzie  żył  zgodnie  z 

prawem.  Zatrzyma  się  w  jednym  miejscu  wystarczająco  długo,  by  go  zapamiętali.  A  potem 

razem  z  Anną  wyjadą  gdzieś  i  osiądą  tam,  gdzie  nikt  ich  nie  zna.  Tam  gdzie  od  początku 

dadzą  się  poznać  jako  ludzie  bogaci.  Dopiero  tam  zaczną  prawdziwe  życie.  Zamieszkają  w 

pięknym domu. W pałacu. Z Anną, dziećmi... 

Z rodziną, której właściwie Knut nigdy nie miał. Zwykłą rodziną, bez podniesionych 

głosów i kłótni. 

Zniszczył chatę. 

Pusta  ziemianka  może  przyciągać  ludzi  niezależnie  od  tego,  jak  daleko  od 

uczęszczanych dróg się znajduje. Bez żalu zrównał ją z ziemią. Dała mu dach nad głową. To 

wszystko. Nie wiązały go z nią żadne uczucia. 

Zniszczył  miejsce  na  ognisko,  ułożone  w  krąg  kamienie  wrzucił  do  rzeki.  Popiół 

wdeptał w ziemię, pokrył żwirem i darnią. 

Natura postara się o to, żeby lepiej zamazać wszystkie ślady. On tylko trochę pomógł. 

Wspiął  się  na  skałę,  żeby  pozostawić  jak  najmniej  odcisków  stóp.  Trudno  jest 

zostawić ślad na kamieniu. 

Poza tym stąd szybciej trafi na ścieżki prowadzące do ludzi. 

Czeka go długa droga. Ciężar niesiony na plecach dodatkowo ją utrudni. 

Nastała późna jesień. 

Nie miał czasu do stracenia. 

background image

13 

Zima przyszła wcześnie tego roku. Ledwie zaczął się październik, a śnieg już leżał i na 

wodzie  pojawiła  się  cienka  warstwa  lodu.  Wiał  bezlitosny  wiatr  z  północy,  niosąc  ze  sobą 

mroźny oddech z bieguna. 

Zła  pogoda  zaskoczyła  Knuta,  zanim  dotarł  do  miasta.  Pożałował,  że  zostawił  w 

jaskini ubranie na zmianę. Musiał iść równym krokiem, żeby pot na jego ciele nie zamarzał i 

go nie wyziębił. 

Ś

nieg  utrudniał  marsz.  Kumagi  nasiąknęły  wilgocią.  Na  szczęście  Knut  wymościł  je 

turzycą.  Sucha  trawa  chroniła  bose  stopy  przed  wilgocią,  utrzymywała  ciepło  i  zapobiegała 

odmrożeniom. 

Myśl  o  Annie  dodawała  mu  sił,  inaczej  dawno  by  już  upadł  z  wyczerpania.  Pogoda 

złagodniała,  jakby  bogowie  byli  po  jego  stronie.  Uciszyło  się  na  tyle,  że  Knut  w  ciemności 

mógł dostrzec światła Alty. 

Wpatrywał  się  w  jaśniejące  punkciki  i  uparcie  podążał  w  ich  stronę.  Zatrzymał  się 

przy  plebanii.  W  pierwszym  odruchu  zamierzał  wejść,  ale  się  cofnął.  Budynek  był 

oświetlony,  tak  jak  Knut  to  widywał  wiele  razy  przedtem.  Okno  Anny  pozostało  jednak 

tajemnicze  i  ciemne.  Jak  zamknięte  oko.  W  stronę  wspaniałej  posiadłości  pastora  zmierzało 

wiele osób. Knut zauważył to, lecz uznał, że to nic szczególnego. 

Anna... 

Była tam - tak blisko. Nagle tak blisko po nieskończenie długim czasie rozłąki. 

I  nie  był  w  stanie  jej  dosięgnąć.  Nie  mógł  tak  stać  i  wpatrywać  się  w  ciemne  okno. 

Dziewczyna nie dojrzy go w ciemności. Nie mógł się z nią skontaktować. Nie teraz. Musiał 

się z tym pogodzić. 

Nadal  pozostawał  wyłączony  z  tego  świata,  który  trzymał  Annę  z  dala  od  takich  jak 

on. Zamierzał to zmienić, ale potrzebował więcej czasu niż tych kilka godzin, które pozostały 

do końca dnia. 

Niedaleko  znajdował  się  świat,  który  chętnie  otworzy  przed  nim  drzwi,  świat,  gdzie 

zaszczytem było być Finem. Gdzie choć słowo „Kwen” brzmiało obraźliwie, oznaczało to, co 

zwyczajne. 

Knut powlókł się do fińskiej części Alty. Odnalazł chatę Hannu i Jussiego i zapukał do 

drzwi. 

background image

Zapamiętał  tylko  słabe  światło  lampy  na  stole  oraz  Hannu  i  Jussiego  siedzących  po 

obu stronach. 

- Witamy z powrotem! - zawołał Jussi. - Myśleliśmy, że cię już więcej nie zobaczymy. 

Knut  usiłował  usiąść,  ale  nie  był  w  stanie.  Zakręciło  mu  się  w  głowie.  Gospodarze 

położyli go w kuchni na rozkładanym łóżku. 

- Jak dobrze - odezwał się zmęczony. - Przebyłem daleką drogę. 

- I masz ciężki bagaż - stwierdził Hannu, patrząc znacząco na sakwę. - Udało ci się? 

Knut skinął głową. 

- Postąpiłeś zgodnie z moją radą? 

- Może. 

Hannu uśmiechnął się, a jego zarośnięta twarz wydała się sympatyczna. 

-  To  mi  się  podoba.  Uczysz  się,  chłopcze!  Całkiem  słusznie.  Nawet  nam  nie 

powinieneś ufać! 

- Obiecałem, że o was nie zapomnę, prawda? Dotrzymuję obietnic. 

- Nami nie musisz się przejmować. Knut jednak zauważył, że ci dwaj rośli mężczyźni 

wzruszyli się, że o nich pamiętał. 

- Co zamierzasz teraz zrobić? 

- Ożenić się - rzekł Knut stanowczo. 

- O, nie wiedzieliśmy, że jest jakaś dziewczyna - poskarżyli się oburzeni. - Trzymałeś 

to przed nami w tajemnicy? 

Uśmiechnął się. Pomyślał o Annie. 

- Jest jeszcze wiele rzeczy, których o mnie nie wiecie, chłopaki. Ale tyle mogę wam 

powiedzieć: jeszcze wielu w Alcie zaskoczę. 

Hannu spojrzał znacząco i tajemniczo. 

- Powiedzmy, że jest w tobie coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka. 

Podali  mu  kolację.  Cienką  zupę  z  kaszą  jęczmienną  i  kawałkami  ryby.  Knut 

delektował  się  nią  niczym  iście  pańską  potrawą.  Na  płaskowyżu  żywił  się  głównie  dzikim 

ptactwem,  drobną  zwierzyną  i  rybami,  ale  czegoś  takiego  dawno  nie  miał  w  ustach.  Zupa 

podziałała  zbawiennie.  Chłopak  czuł,  jak  wracają  mu  siły,  zdołał  usiąść.  Kiedy  podali  mu 

kubek kawy, odniósł wrażenie, jakby się znalazł w siódmym niebie. 

Nie chciał spać. Zbyt długo był sam, zbyt długą odbył drogę, by po prostu spokojnie 

teraz zasnąć. 

-  Jak  ci  się  udało  znaleźć  to,  czego  tak  wielu  szukało?  -  zdziwił  się  Jussi.  -  Wielu 

próbowało przez całe życie. Tobie wystarczyło jedno lato. 

background image

-  Być  może  wiedziałem  więcej  niż  inni...  -  odparł  Knut.  -  Może  było  mi  to 

przeznaczone. 

Popatrzyli  na  niego  pytająco.  Czekali  na  wyjaśnienia.  Powiedział  już  zbyt  wiele,  by 

resztę zachować w tajemnicy. 

- Opowieści o skarbie są po części prawdziwe - rzekł z wahaniem. - Grób człowieka, 

który go znalazł, znajduje się tu w Alcie. 

Skinęli głowami. Wiedzieli o tym. 

-  Był  moim  ojcem.  Chłopak  mógł  to  teraz  wyznać  z  dumą.  Przekonał  się,  że  Kalle 

Elvejord był kimś więcej niż niepoprawnym marzycielem. 

- Twoim ojcem, mówisz? Hannu ściągnął usta i gwizdnął cicho. 

- To trochę wyjaśnia. Ale przecież on umarł bardzo młodo. Zdążył zostać ojcem? 

- Wiek nie ma tu żadnego znaczenia - stwierdził Jussi, wzruszając ramionami. 

Nagle ujrzeli Knuta w zupełnie innym świetle. Hannu zamyślił się: 

- Czy wielu ludzi o tym wie? Opowiadałeś o tym komuś? 

- Jak to? - Knut spojrzał na niego. Pomyślał o Annie. 

-  Nic,  tylko  na  grobie,  o  którym  mówisz,  często  widywałem  kwiaty.  A  któregoś 

wieczoru zobaczyłem, kto je przynosi. 

Knut uśmiechnął się słabo. Dał do zrozumienia, że domysły Hannu są słuszne. Poznali 

jego tajemnicę, choć nie rzekł ani słowa. Zdali sobie sprawę, jak ogromna jest jego tęsknota. 

- Tak - odparł. - Jest ktoś, kto o tym wie. 

Jussi  otworzył  usta,  żeby  coś  powiedzieć.  Był  blady.  Hannu  potrząsnął  lekko  głową. 

„Nie teraz”, ostrzegał wzrokiem. Jussi odwrócił twarz. 

-  Czy  Knut  -  Kwen  wrócił  do  domu?  -  spytał  Knut.  -  Czy  dla  naszych  nastały  może 

lepsze czasy? 

Hannu pokręcił głową. 

-  Nie  dotarły  do  nas  żadne  wieści  o  Knucie  Olssonie.  Możliwe,  że  nie  żyje.  Ale  do 

Kopenhagi jest pięćset mil. Nie przejdziesz takiej drogi w jeden dzień, chłopie. Nawet Knut - 

Kwen potrzebuje czasu. Musimy wierzyć, że wróci. Jest nam tu potrzebny. Tacy ludzie jak on 

nie  rosną  na  drzewach.  Jemu  podobni  stają  się  przywódcami.  Bez  niego  jesteśmy  jak  stado 

bez pasterza. Mamy jeszcze odrobinę nadziei. Lecz nikt z nas nie posiada jego odwagi. Musi 

wrócić, inaczej w dolinie Alty niedługo nie pozostanie już ani jeden Kwen. 

Nastała noc. A potem ranek. 

Knut  umył  się  i  założył  czyste  ubranie.  Przyjemnie  było  się  odświeżyć.  Przed 

wyprawą po złoto zostawił trochę rzeczy u braci z Kemijarvi. Pilnowali ich, pewni, że wróci. 

background image

Zgolił  brodę,  którą  wyhodował  w  ciągu  paru  miesięcy  pobytu  na  odludziu.  Mrużąc 

oczy,  przyjrzał  się  sobie  w  lustrze  Jussiego.  Wyglądał  rzeczywiście  inaczej.  Nie  potrafił 

wskazać palcem, co się zmieniło. Ale nie był dokładnie tym samym Knutem, który wyruszył 

wiosną  na  poszukiwanie  skarbu.  Kiedy  się  wyszykował,  poczuł  niepokój.  Prawie  nie  był  w 

stanie przełknąć jedzenia, które Finowie postawili przed nim na stole. 

Miał tyle do załatwienia... Musiał iść do sklepu. Potrzebował ubrania. Zamierzał kupić 

materiał i poszukać krawca. 

Anna... 

Wtedy to Hannu zdecydowanie posadził go na krześle, a sam usiadł naprzeciw, mocno 

opierając  łokcie  na  stole.  Przedramiona  wyrosły  ku  twarzy  niczym  dwa  wielkie  pnie  drzew. 

Oczy wydawały się smutne. 

- Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, Knut - rzekł. - Jest coś, o czym ci wczoraj nie 

powiedzieliśmy.  Uważaliśmy,  że  przede  wszystkim  powinieneś  się  porządnie  wyspać, 

chłopcze. Po tak długiej wędrówce. - Przełknął ślinę. - Czy ona wiele dla ciebie znaczy? Ta 

dziewczyna, która kładła kwiaty na grobie twego ojca? 

-  Tak.  Knut  nie  rozumiał,  do  czego  Hannu  zmierza.  Jussi  stał  przy  drzwiach, 

odwrócony plecami. Zacisnął palce na framudze. 

Coś tu się nie zgadzało. Musiało wydarzyć się coś bardzo złego. 

- Nigdy nam o tym nie opowiadałeś, ale to ty znalazłeś ją tej zimy, prawda? To ty ją tu 

przyprowadziłeś? 

Knut skinął głową. 

- Co się stało z Anną? - spytał. Jego głos brzmiał ochryple. 

- Szukamy jej już ponad tydzień, Knut. Wszyscy w mieście.  Znowu zniknęła. Statek 

na południe musiał odpłynąć bez niej. Miała wyjechać do Danii. Wiedziałeś chyba o tym? 

Przytaknął. 

-  Przez  ponad  tydzień?  -  spytał.  Późną  jesienią.  Powiedziała:  późną  jesienią...  Knut 

ukrył twarz w dłoniach. Dławił go tak silny płacz, że nie mógł go powstrzymać. Więc jednak 

zwlekał zbyt długo. Został zbyt długo. Był pewny, że wróci w porę, by dotrzymać obietnicy. 

A tymczasem zawiódł Annę. Wreszcie podniósł wzrok. Oczy miał pełne łez. 

- Spadł już śnieg, wyraźnie widać na nim ślady - wykrztusił. - Nie powinno chyba być 

kłopotu z jej odnalezieniem. Jest tylko kobietą, dziewczyną, nie mogła zajść daleko. 

- Kiedy zniknęła, nie było jeszcze śniegu. Spadł następnej nocy. Od tygodnia trzyma 

mróz - wyjaśnił Hanna. 

- Gdzie jej szukano? 

background image

-  Wszędzie.  Sprawdzono  nawet  dno  w  pobliskich  wodach,  zanim  ściął  je  lód.  Pastor 

nadal płaci każdemu ochotnikowi, gotowemu wziąć udział w poszukiwaniach. 

Knut  gwałtownie  poderwał  się  z  miejsca.  Nawet  nie  otarł  łez.  Sklepikarz  może 

poczekać. Ściągnął z siebie czyste ubranie. Włożył na powrót skórzane. Znalazł dork i czapkę 

ze skóry. 

- Powierzam wam moją sakwę - rzekł. - Ufam wam. 

- To na nic, Knut. - Głos Hannu brzmiał po ojcowsku łagodnie. - Była lekko ubrana. 

Mówią, że miała na sobie tylko koszulę nocną i płaszcz. Nie chciała, by ją uratowano. 

-  Znajdę  ją  -  wycedził  Knut  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Na  pewno  mi  się  uda.  Lecz 

najpierw porozmawiam z pastorem. 

- Bądź ostrożny! Hannu najchętniej poszedłby razem z Knutem. 

Chłopak  był  taki  porywczy.  Taki  gwałtowny  i  nierozważny.  Dziewczyna  pewnie  już 

nie żyje. Nie było sensu wierzyć, że jest inaczej. 

- Pastor ma wielką władzę. Jest w dobrych stosunkach z namiestnikiem. Może wsadzić 

cię do aresztu, jeżeli zechce. 

Knut uśmiechnął się w taki sposób, że obydwu braciom ciarki przeszły po plecach. 

-  Nie  boję  się  pastora  -  powiedział.  -  Ani  namiestnika.  Teraz  boję  się  tylko  jednego. 

Ś

mierci. Nie mojej. Jestem tak niewiele wart... 

W  rzeczywistości  wypadki  nigdy  nie  toczą  się  tak  jak  w  marzeniach.  Knut  istotnie 

wszedł  do  domu  pastora  głównym  wejściem.  Jednak  nie  jako  bogacz,  lecz  jako  biedny 

chłopak, Kwen, syn rybaka, Knut. 

Wtargnął  bez  pukania.  Nie  zdejmując  czapki,  ruszył  prosto  do  salonu  pastora.  Nie 

pozwolił się zatrzymać. 

Pastor  zmarszczył  brwi  i  zdziwił  się  trochę,  napotykając  płomienny  wzrok 

młodzieńca, który zjawił się przed nim tak nagle. 

Nie rozpoznał go. 

Knut zrozumiał to w jednej chwili, gdy usłyszał słowa pastora: 

-  Przypuszczam,  że  przyszedłeś  zgłosić  się  na  ochotnika,  by  wziąć  udział  w 

poszukiwaniach mojej córki? Płacę za dobę. Tego, kto ją odnajdzie, wynagrodzę dodatkowo. 

Knut  uśmiechnął  się  zimno.  Jego  oczy  zwęziły  się.  Mężczyzna,  który  przed  nim 

siedział, wyglądał na zmęczonego i przygnębionego. Miał podkrążone oczy. 

- Chcę wiedzieć, gdzie jej szukaliście. Chcę wiedzieć, kiedy zniknęła. 

-  Lensman  wie  o  wszystkim.  Porozmawiaj  z  nim.  Pastor  odwrócił  się  do  Knuta 

plecami. Ten jednak się nie poruszył. 

background image

- Powinienem raczej sądzić, że wiesz lepiej od lensmana, kiedy zniknęła. I dlaczego?! 

Głos  Knuta  brzmiał  jak  trzask  bicza.  Chłopak  nawet  nie  mrugnął,  zwracając  się  do 

pastora na „ty”. 

- Jakim prawem przychodzisz tu i zamęczasz mnie pytaniami? - spytał pastor. - Kim ty 

jesteś? Co sobie wyobrażasz? Zapłacę ci za szukanie. Idź szukać albo nie. Ale nie pozwolę, 

byś tu przychodził i mówił do mnie w ten sposób. Moja córka zaginęła. Modlę się do Boga, 

ż

eby się znalazła cała i zdrowa. Nie życzę sobie rozmawiać z tobą dłużej. Możesz odejść. 

Knut  przyglądał  się  uważnie  pastorowi.  Wiele  słów  cisnęło  się  w  kolejce  na  końcu 

języka. Powstrzymał je. Na razie. 

Jeszcze tu wróci. Pokaże pastorowi, na co go stać. 

Wróci tu, a wtedy nie będzie milczał. 

Knut wyszedł. Wyszedł drzwiami dla ważnych gości. 

Wstąpił jeszcze do lensmana. Dowiedział się więcej niż na plebanii. 

- Dziewczyna uciekła w niedzielę w nocy. Tego dnia właśnie przybił do brzegu statek, 

który  miał  odpłynąć  na  południe.  Chyba  chciano  ją  wydać  za  mąż  za  granicą.  Nie  wiem 

dokładnie. Słyszałem tylko, co mówiła służba. Rodzice zauważyli zniknięcie córki dopiero w 

poniedziałek rano. Nie spała w swoim łóżku. Jednak wychodząc z domu, nie miała na sobie 

nic więcej poza nocną bielizną. 

Pokręcił głową. 

-  Myślę,  że  poszukiwania  nie  na  wiele  się  zdadzą.  Ale  pastor  wierzy  w  cuda.  Jest 

niejako do tego zobowiązany. Cha, cha... 

Knut nie roześmiał się. 

Następnie  lensman  opowiedział,  gdzie  dotychczas  szukano  Anny.  Które  zbiorniki 

wodne sprawdzono. 

-  Osobiście  przypuszczam,  że  znaleźlibyśmy  dziewczynę,  gdybyśmy  sprawdzili  dno 

fiordu, ale do tej pory pastor się temu sprzeciwiał. Jednak połowa miasta sądzi, że rzuciła się 

do fiordu. 

- Dlaczego? Urzędnik skrzywił się. 

-  Uważam,  że  niedobrze  jest  mierzyć  zbyt  wysoko.  Powinni  pozwolić  córce  wybrać 

samej. Zmuszanie do małżeństwa nie prowadzi do niczego dobrego. Są tacy, którzy mówią, 

ż

e ona już kogoś wybrała. 

Lensman nie rozumiał, dlaczego chłopak tak przenikliwie na niego patrzy. Ale nigdy 

nie rozumiał tych, którzy swe życie spędzali w drodze. 

background image

- Zarówno kucharka, jak i służąca na plebanii przysięgają, że dziewczynie przydarzyło 

się  nieszczęście.  Że  spodziewała  się  dziecka.  A  córce  pastora  to  nie  przystoi,  wiesz...  Z 

rozpaczy rzuciła się do fiordu, chłopcze. Ale idź i szukaj. Większość ochotników udaje się na 

poszukiwania i kręci się po okolicy przez kilka dni. Pastor dobrze płaci i nie pyta, gdzie byłeś 

i co robiłeś. Myślę, że najbardziej obawia się tego, że ktoś znajdzie ją martwą... 

Knut nie słuchał. 

Jakimś sposobem dostał się do szopy Hannu. Nie był w stanie przypomnieć sobie, jak 

się tam znalazł. 

Kiedy oprzytomniał, płakał pomiędzy belami siana, tam gdzie się z nią kochał. 

Uwiódł ją. 

Spodziewała się dziecka. 

Gryzł kostki do krwi, żeby nie wykrzyczeć swego cierpienia. Bił pięścią w ścianę, aż 

dudniło. 

Wyszeptał z szacunkiem jej imię. 

Nie był wart wiązać jej butów. Nawet ziemia, po której stąpała, była więcej warta niż 

on. A on ośmielił się zniszczyć Annie życie. 

Przez coś tak podłego jak pożądanie zniszczył jej życie. 

Knut wypłakał wszystkie łzy. 

Czuł wokół siebie ogromną pustkę, której istnienia nawet nie podejrzewał. 

Tak  często  myślał  o  Annie  w  ciągu  tego  lata.  Dlaczego  nie  rzucił  wszystkiego  i  nie 

wrócił do miasta? Dlaczego pozwolił, by żądza bogactwa przytłumiła tęsknotę za Anną? 

Dlaczego, dlaczego...? 

Jednak nie żałował tego, co zaszło między nimi na tym posłaniu z siana. 

Jeśli  nawet  skutki  owej  nocy  popchnęłyby  Annę  do  czegoś,  czego  nie  miał  odwagi 

nazwać słowami, nie był w stanie niczego żałować. To jego najpiękniejsze wspomnienie. 

Nigdy nie był tak szczęśliwy jak tamtej nocy. Nawet wtedy, kiedy znalazł złoto. Teraz 

to zrozumiał. 

Noc  z  Anną  w  ramionach,  kiedy  dziewczyna  leżała  przytulona  do  niego,  ufna  i 

oddana, nie mogła się mierzyć z niczym innym, co dotąd przeżył. 

Anna także była szczęśliwa. 

Błagała go, żeby ją zabrał ze sobą. 

On zaś zostawił ją zupełnie samą - tylko ze swą obietnicą. Obietnicą, że wróci, zanim 

będzie za późno. Obietnicą, że nie będzie musiała jechać do Danii. Że nie wyjdzie za nikogo 

innego poza nim. Miał się pojawić przed nadejściem późnej jesieni. 

background image

Anna doszła pewnie do wniosku, że ją okłamał. 

Z bólem to przyznał. 

Knut wyobrażał sobie, jak musiała być nieszczęśliwa. Jak bardzo samotna. 

Pewnie  pomyślała,  że  świadomie  ją  oszukał.  A  potrzebowała  go  bardziej,  niż 

ktokolwiek go kiedyś potrzebował. 

Miała urodzić dziecko... 

Panie Boże, dokąd ona poszła? Dokąd mogła pójść? 

Była noc. Ciemno. Anna nie była ciepło ubrana. 

Musiała marznąć. 

Fiord? 

Nie, Knut nie sądził, by rzuciła się do fiordu. 

Złożył ręce w żarliwej modlitwie. 

Przemierzał  powoli  okolicę.  Starał  się  myśleć  tak  jak  Anna.  Nie  sądził,  by  mu  się 

udało. Niezależnie od tego, jak bardzo ją kochał, nie mógł wiedzieć, co kryło się w jej głowie. 

Ogarnęła go rozpacz, podobna do tej, która wypełniła dziewczynę tamtej nocy. 

Zwątpienie - podstępna świadomość, że i tak wszystko na nic. 

Pastor zabronił sprawdzać dno fiordu. 

Knut  jednak  odważył  się  przez  mgnienie  oka  pomyśleć,  że  Anna  wybrała  takie 

rozwiązanie. 

-  Być  może  nie  żyjesz,  Anno.  Jeżeli  tak,  to  nic  dla  mnie  nie  ma  sensu.  Nic  nie  ma 

znaczenia  dla  Knuta  Elvejorda.  Nie  liczy  się  to,  że  mógłby  kupić  całą  Altę  wraz  z 

otaczającym  ją  lasem.  Ty  byłaś  najważniejsza  w  moim  życiu.  Ty,  Anno.  Nie  złoto.  Nie 

rozumiałem tego do tej pory. Miałem ciebie. Miałem twoją miłość i prosiłem cię tylko, żebyś 

czekała.  Moja  najdroższa.  Prosiłem,  byś  czekała,  i  czekałaś.  Miałem  więcej,  niż 

przypuszczałem, i tylko ty o tym wiedziałaś... 

Knut  szukał  tak  długo,  aż  wreszcie  nie  był  w  stanie  zrobić  ani  kroku  więcej. 

Przystanął,  oparł  się  na  kijku,  płakał.  Czuł,  jak  ciepłe  łzy  mieszają  się  z  płatkami  śniegu, 

topniejącymi na policzkach niczym zimne pocałunki. 

Boże, jak puste wydało się nagle życie! Jakie wszystko stało się bezsensowne! 

Zawrócił i ruszył z powrotem do miasta. Chciał porozmawiać z pastorem. Poprosić go 

o zezwolenie na przeszukanie dna fiordu. 

Nawet jeśli Anna nie żyje, trzeba ją znaleźć. 

background image

Obrał  drogę  na  skróty,  prowadzącą  poniżej  szopy  Hannu.  Zamierzał  przeciąć  rzekę, 

nie zastanawiał się, czy lód wytrzyma czy nie. Zaryzykował, wszak tak niewiele trzymało go 

przy życiu. Tak niewiele, co miało prawdziwą wartość. 

Knut zapomniał o niewielkim rozlewisku w zakolu rzecznym nieopodal stodoły. 

Lód okazał się na tyle gruby, że wytrzymał jego ciężar. Woda szybko w tym miejscu 

zamarzała, ponieważ było płytko. 

Wiatr  wymiótł  do  czysta  lodową  taflę.  Wypolerował  ją  do  połysku.  Narty  Knuta 

skręciły z wiatrem. Nie mógł ich prowadzić. Kierowały się jakby własną wolą. 

Być może los tak chciał. 

Pod  gładką  taflą  zamajaczył  tylko  cień.  Tuż  przy  brzegu.  Tuż  obok  miejsca,  gdzie 

rzeka wyginała się łagodnie w kunsztowny łuk niczym we własnoręczny podpis natury. 

Jaśniejsze miejsce pośrodku niebieskoczarnej powierzchni. 

Plama  zaczęła  rosnąć  przed  oczami  Knuta.  Coś  go  ku  niej  przyciągało.  Coś  go 

popychało, nie był w stanie się zatrzymać. 

Aż  stanął  tuż  ponad  plamą.  Wiedział,  że  nikt  już  nie  będzie  musiał  przeszukiwać 

fiordu. 

Upadł  na  kolana,  nie  zdejmując  nart.  Kijek  wyśliznął  mu  się  z  dłoni.  Chłopak  zdjął 

rękawiczki,  przyłożył  ręce  do  twardej,  gładkiej  powierzchni  -  jak  gdyby  ich  ciepło  mogło 

stopić lód i pomóc się dostać bliżej. Tak jak gdyby ciągle jeszcze mógł uratować Annie życie 

własnym ciepłem. 

Płakał i nic nie widział przez łzy. Aż piekły oczy, bolało gardło. 

Położył  się  na  lodzie  nad  zastygłą  postacią,  uświadamiając  sobie,  że  stracił  Annę. 

Stracił  jedyną  osobę,  która  cokolwiek  dla  niego  znaczyła.  Jedyną,  która  była  ważniejsza  od 

niego samego. 

Zrozumiał to jednak zbyt późno. 

Zmarzł, szczękał zębami, ale nie mógł teraz od niej odejść. 

Trafił tu. Znalazł ją. Jeszcze raz miał ją odprowadzić do domu. Tyle przynajmniej był 

jej winien. 

Lód był gruby co najmniej na szerokość jego dłoni. Pod spodem płynęła woda. Włosy 

dziewczyny poruszały się, wyglądały w wodzie jak połyskujące nici. Koszula nocna również 

lekko falowała. 

Knut  zaatakował  lód  kijkami  i  nartami.  Kopał,  skakał,  wygrzebywał  kamienie  z 

brzegu i rzucał nimi w gładkie lustro natury. 

background image

Powoli,  powoli  przebijał  się  przez  twardą,  grubą  warstwę.  Wreszcie  całkiem  się 

przebił. Otwór nie był większy niż zaciśnięta pięść, ale chłopak się nie poddawał. 

Teraz było łatwiej, mógł uderzać w krawędzie i kruszyć je kamieniem. 

Z  otworu  tryskała  lodowata  woda  i  przemoczyła  Knuta  do  suchej  nitki.  Przesiąknęła 

przez skórzane spodnie, groziła przykuciem go do zamarzniętej tafli, ale się nie przejmował. 

Ledwie to zauważał. 

Woda  przeciekła  przez  rękawiczki.  Stracił  już  prawie  czucie  w  rękach,  ale  dopóki 

mógł utrzymać kamień, nie miał zamiaru się poddawać. 

Klęczał  tuż  przy  głowie  dziewczyny.  Gdyby  zaczął  unosić  ją  prąd,  Knut  zdołałby  ją 

pochwycić.  Zatrzymać. Z mozołem powiększy!  przerębel na tyle, że sam mógłby się w nim 

zmieścić. Znów kuł brzegi. Jeszcze trochę. Jeszcze tylko trochę... 

Położył  się  obok  Anny,  wsunął  obie  ręce  pod  lód,  dobrze  zaparł  się  łokciami. 

Przełknął ciężko, zacisnął powieki i pociągnął. 

Poczuł opór, zobaczył, że skrawek koszuli nocnej uwiązł w lodzie. Przymarzł. A więc 

to ją trzymało, nie pozwoliło popłynąć z prądem. 

Knut pociągnął jeszcze raz, rozerwał materiał. Zaskoczył go nagły ciężar. 

Trzymając Annę pod ręce, zdołał podźwignąć się z kolan. Potem chwycił dziewczynę 

w  talii  i  próbował  wyciągnąć  z  tego  zimnego  grobu,  który  sobie  wybrała.  Musiał  się 

pośpieszyć, gdyż pod ciężarem obojga lód zaczął się niebezpiecznie uginać. Nadludzkim wy-

siłkiem uniósł ukochaną ku górze i przepełznął na pewny grunt. 

Już nie płakał. 

Ostrożnie ułożył Annę na śniegu przy brzegu rzeki. Po tygodniu spędzonym w wodzie 

jej ciało nabrzmiało. Nie przedstawiało pięknego widoku. Knut jednak zmusił się, by na nią 

spojrzeć. 

Pamiętał, jaka była wtedy, pod dotykiem jego pieszczot. 

Ich  miłość  stała  się  po  części  przyczyną  jej  śmierci.  Anna  wybrała  śmierć  jako 

ostateczne wyjście. Ponieważ on dał się omamić złotemu szczęściu. 

Jego miłość okazała się śmiertelną trucizną. 

Knut  ostrożnie  położył  ręce  na  brzuchu  dziewczyny.  Klucha  w  gardle  groziła 

uduszeniem. 

To  prawda.  Anna  nosiła  jego  dziecko.  Tej  jesiennej  nocy  zgasło  więcej  niż  jedno 

ż

ycie. 

Knut pochylił głowę. Czyżby Raija była bardziej przewidująca, niż ktokolwiek z nich 

podejrzewał? 

background image

Czyżby  to  przeczuwała?  Zawsze  uważała,  że  złoto  Kallego  sprowadzi  ze  sobą 

nieszczęście. 

Czy Anna umarła dlatego, że dal się zaślepić złotemu blaskowi? 

background image

14 

Na plebanii ciągle paliło się światło, kiedy Knut szedł w jej stronę, dźwigając ciężkie 

brzemię.  Tym  razem  także  nie  zapukał  do  drzwi.  Sam  wyglądał  jak  topielec,  kiedy 

przemierzał  pokryte  dywanami  podłogi.  Znalazł  pastora  z  żoną  przy  kominku  w  jednym  z 

salonów. 

Stanął przy wejściu. Pchnął drzwi nogą. 

Pastorowa  poderwała  się  z  krzykiem.  Zachwiała  się.  Knut  na  zawsze  zachowa  w 

pamięci  tę  białą  twarz  otoczoną  siwymi  włosami  -  i  tę  czarną  suknię,  która  sprawiała 

wrażenie, że nie było pod nią ciała. 

Nawet  pastor  oniemiał.  Cofnął  się,  kiedy  Knut  podszedł  bliżej.  Odsunął  się  na  bok, 

uczynił niezgrabny ruch ręką, dając chłopakowi znak, żeby położył ciało Anny na sofie. 

Knut zatrzymał się. Stał z dziewczyną w ramionach. Za nic nie chciał jej wypuścić. 

- Przychodzę z twoją córką, pastorze - wykrztusił. Był siny z zimna. Kapało z niego, 

kiedy lód topił się w ciepłym pokoju. - Przychodzę z nią po raz drugi. Gdybym wiedział, że 

tak się stanie, nie przyprowadzałbym jej tutaj za pierwszym razem. 

Pastor  przyjrzał  mu  się  bliżej.  Było  coś  w  tym  chłopaku,  co  przywodziło  na  myśl 

przeszłość  i  teraźniejszość.  Kim  jest  ten  młodzieniec  w  lapońskim  stroju,  który  ośmiela  się 

mówić do niego w ten sposób? Skąd ten dziwny blask w jego brązowych oczach? Gdzie wi-

dział te oczy wcześniej? 

- To on - odezwała się pani domu. - To on znalazł ją tej zimy. Poznajesz? 

Złapała męża za ramię, przywarła do niego, lecz szorstko ją odsunął. 

Pastor rzeczywiście sobie przypomniał. Lecz widział w tym chłopcu coś jeszcze. Coś, 

co znał już wcześniej. Coś, co powinien pamiętać... 

- Tak, to ja - rzekł Knut. 

Spojrzał na twarz Anny, która przypominała groteskową maskę. Następnie delikatnie 

położył  dziewczynę  na  sofie.  Poprawił  ostrożnie  jej  koszulę  nocną,  by  ładnie  się  układała, 

odgarnął Annie lok z czoła, pogłaskał czule palcem po policzku. 

Pastor zamierzał go zganić, ale się na to nie zdobył. Coś go powstrzymało. Odwrócił 

się  do  biurka.  Pogrzebał  w  szufladach  i  wyciągnął  sakiewkę,  którą  trochę  przesadnie 

pobrzękiwał. 

- Ostatnio byłeś tu jakieś trzy - cztery dni temu? - spytał, nie patrząc na chłopaka. 

Knut nadal stał przy sofie. Dotykał ramienia Anny. Nie mógł się z nią rozstać. 

background image

- To powinno wystarczyć. 

Pastor  starannie  ułożył  na  stole  stos  monet.  Próbował  się  uśmiechnąć  uprzedzająco 

grzecznie. Jeszcze nie całkiem do niego dotarło, że w miejscu, w którym dopiero co siedział, 

leżą zwłoki jego najmłodszej córki. 

Knut potrząsnął głową. 

-  Nie  chcę  twoich  pieniędzy,  pastorze!  -  rzekł  niespodziewanie  stanowczo.  -  Możesz 

sobie zostawić swoje srebrniki! 

Spojrzeli  na  niego  zaskoczeni.  Pastorowa  osunęła  się  na  najbliższe  krzesło  i  łkała 

półgłosem. 

Knut nie odrywał wzroku od pastora. Nie uciekł spojrzeniem. 

-  Chciałbym,  żebyś  spytał  samego  siebie,  dlaczego  Anna  to  zrobiła  -  odezwał  się.  - 

Chciałbym, żebyś spojrzał w głąb swej duszy i spytał, czy jesteś bez winy. Czy można było 

uniknąć tej śmierci. 

-  Jak  śmiesz?  -  syknął  pastor  przez  wąskie  usta.  -  Jak  śmiesz  tutaj  przychodzić  i 

cokolwiek  sugerować?  Weź  swoje  pieniądze.  Zabierz  swoją  zapłatę.  Jeśli  jej  nie  chcesz, 

zostaw, niech leży. Ale wyjdź stąd! 

Knut był spokojny. Złość nic już nie pomoże. 

-  Nie  musisz  tego  powtarzać,  pastorze  -  odparł.  -  Pójdę.  Nie  potrzebuję  twoich 

pieniędzy. Szkoda, że wcześniej nie rozumiałem, że pieniądze znaczą tak niewiele. Być może 

Anna by jeszcze żyła. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? - spytał pastor, opanowując się. - Kim jesteś? 

Knut  ściągnął  czapkę.  Nie  przez  szacunek  dla  człowieka,  który  stał  przed  nim,  lecz 

dlatego, że zrobiło mu się za gorąco przy piecu. 

- Znałeś moją matkę - rzekł ze smutnym, nikłym uśmiechem. - Nie pasowała do was, 

bogatych, w Alcie. Ożenił się z nią wójt. Ludzie nazywali go Krwawym Ole... 

-  Raija?  -  przerwał  pastor  z  niedowierzaniem.  -  Jesteś  synem  Raiji?  Oczywiście...  te 

oczy...  Powinienem  to  zauważyć.  Ale  to  działo  się  tak  dawno  temu.  Już  prawie  o  niej 

zapomniałem. Jej syn, tak... Syn... 

Zmarszczył  brwi.  W  jednej  chwili  przypomniał  sobie,  że  Anna  przynosiła  kwiaty  na 

grób nieznajomego. Czyżby jego córka miała w tym jednak jakiś powód? 

- Syn Kallego Elvejorda - dokończył Knut. - Wróciłem. Musiałem coś zabrać. Coś, co 

do  mnie  należało.  Spadek  po  ojcu.  Znalazłem  coś  innego...  i  dziś  żałuję,  że  się  tym  nie 

zadowoliłem. Ale chciałem mieć wszystko naraz. 

- Spojrzał na dziewczynę. - Teraz straciłem wszystko. 

background image

- Anna miała wyjechać do Danii. Knut napotkał spojrzenie pastorowej. 

- Właśnie - rzekł. - Może nie powinniście mieć wobec niej tak wielkich planów. Czy 

nie widzieliście, jak ją unieszczęśliwiacie? Nie wiedzieliście, jak bardzo się tego bała? 

- Anna była posłuszną córką - rzucił ostro pastor. 

- Chcieliśmy tylko jej dobra. Miała zostać hrabiną... 

- Nie pytaliście jej, dlaczego uciekła za pierwszym razem? 

Milczeli. 

-  Anna  była  tak  zalękniona,  że  minęło  kilka  dni,  zanim  odważyła  się  ze  mną 

porozmawiać - powiedział Knut ze smutkiem w głosie. - Była najbardziej godną pożałowania 

istotą, jaką spotkałem w swym życiu. I już wtedy błagała mnie, żebym jej nie odprowadzał do 

domu.  Nie  znała  mnie,  ale  wolała  raczej  podróżować  z  obszarpanym  awanturnikiem,  niż 

wrócić tutaj. 

- Kłamiesz! Knut mówił dalej. Nie pozwolił, by pastor przerwał mu oskarżeniami. 

-  Żałuję,  że  jej  nie  posłuchałem.  Ale  sądziłem,  że  w  domu  będzie  jej  najlepiej. 

Sądziłem,  że  dziewczyna  z  jej  sfery  będzie  nieszczęśliwa  bez  tego  wszystkiego,  do  czego 

przywykła.  Byłem  głupi.  Nawet  przez  moment  nie  pomyślałem  o  tym  wszystkim,  czego  jej 

brakowało. 

- Annie nigdy niczego nie brakowało. 

Knut spojrzał na żonę pastora. Zrobiło mu się smutno. 

-  Nie?  Nie  brakowało  jej  zrozumienia?  Kogoś,  kto  naprawdę  by  się  o  nią  troszczył? 

Kogoś, kto by ją cenił za to, kim jest? Kto by ją kochał, a nie ganił przez cały czas... Kogoś, 

kto  by  dostrzegł,  jaką  jest  kruchą  istotą?  Czy  Anna  miała  kiedykolwiek  kogoś  na  tyle 

bliskiego? 

Pastor demonstracyjnie odwrócił się do Kmita plecami. 

-  Nie  podoba  mi  się  sposób,  w  jaki  mówisz  o  mojej  córce!  Spędziłeś  z  nią  zaledwie 

kilka tygodni. Nie myśl, że udało ci się ją poznać. Nie myśl, że pokazała ci swe prawdziwe ja! 

-  A  czy  wam  pokazała  kiedyś  swą  prawdziwą  twarz?  Kiedy  na  tyle  dorosła,  że 

potrafiła już ukrywać uczucia... Myślę, że jej nie znaliście. 

- Jeszcze chwila, a każę cię wyrzucić i zamknąć w areszcie! 

Knut podniósł dłoń w obronnym geście. 

- Wyjdę. I nigdy nie wrócę. Ale nie pozwolę, byście uniknęli odpowiedzialności przed 

samymi  sobą.  Wy  także  ponosicie  winę  za  to,  co  się  stało.  Uciekła  w  przeddzień  wyjazdu. 

Czy was to nie zastanowiło? 

background image

Pastorowa  umknęła  wzrokiem  przed  przenikliwym  spojrzeniem  brązowych  oczu 

Knuta. 

- Plotki! 

- Anna nie chciała wyjeżdżać do Danii. Nie chciała za męża tego człowieka, którego 

jej wybraliście, nie pytając o zdanie. Wolała raczej umrzeć. 

- A więc ty, na wpół Kwen, twierdzisz, że tak dobrze poznałeś moją córkę? 

W  głosie  pastora  brzmiała  ostra  drwina.  Knut  nie  pozwolił  wyprowadzić  się  z 

równowagi i nadal stał wyprostowany przed rodzicami Anny. 

Choć wcale nie musiał, wziął na siebie część winy za jej śmierć. 

-  Nie  jesteście  jedynymi  zabójcami  -  rzekł  poważnie.  Nabrał  powietrza.  Ciężko  mu 

było to przyznać: - To również moja wina. 

Dwie pary oczu spojrzały na niego. 

- Miałem coś do załatwienia. Dlatego wyjechałem z Alty. Zabrało mi to więcej czasu, 

niż się spodziewałem. Sądziłem, że zdążę tu wrócić, zanim będzie za późno. Późną jesienią... 

Ale tak dokładnie nie wiedziałem, co to znaczy „późna jesień”... 

-  Jaki  to  ma  związek  z  Anną,  moją  córką?  W  brązowych  oczach,  które  tak  bardzo 

przypominały oczy Raiji Alatalo, kryło się cierpienie. 

- Anna by żyła, gdybym wrócił wcześniej - odparł Knut zdecydowanie. - Jak często z 

nią  rozmawialiście?  -  spytał.  -  Czy  przyglądaliście  się  jej  dokładnie?  Czy  nic  nie 

zauważyliście? Nic nie zrozumieliście? Jak można być tak ślepym? 

Pastorowa otworzyła usta. Nie patrzyła na męża. Splatała białe palce. 

-  Anna...  spodziewała  się  dziecka  -  wykrztusiła.  Knut  napotkał  pełen  niedowierzania 

wzrok pastora. 

- Tak, Anna spodziewała się mojego dziecka - przyznał ze smutkiem. - Miałem po nią 

wrócić przed jesienią. Przed jej wyjazdem. Ale wy pierwsi ją zawiedliście. Zamierzaliście ją 

skazać na nieszczęśliwe życie. 

Dotknął ciała Anny jeszcze raz. Uśmiechnął się słabo. I ruszył do wyjścia. 

W  drzwiach  się  odwrócił.  Pastor  ciągle  jeszcze  nie  mógł  się  otrząsnąć  z  szoku. 

Wyglądało, jakby szukał słów. Pastorowa nie spuszczała Knuta z oczu. 

- Anna kochała mnie - rzekł smutno Knut. - Naprawdę mnie kochała. Chociaż byłem 

tylko  nędznym,  prostym  pół  -  Kwenem.  I  ja  kochałem  ją  bardziej  niż  własne  życie.  To 

również moja wina, że nie żyje. Żałuję, że tak się stało. Powinienem był ją raczej zabrać ze 

sobą, do życia w biedzie i niepewności. 

background image

Knut  opuścił  plebanię.  Po  raz  ostatni.  Również  i  tym  razem  wyszedł  głównym 

wyjściem. 

Hannu i Jussi czekali na Knuta w swojej ubogiej izbie. Poważnie się o niego martwili. 

Wiedzieli,  że  chłopak  nie  zadowoli  się  niczym  pośrednim.  Chciał  mieć  wszystko  albo  nic. 

Bali się. 

- Chwała Bogu! - zawołał Hannu, kiedy Knut dowlókł się do nich na wpół żywy. 

Po  drodze  wstąpił  do  sklepu.  Obudził  sklepikarza  i  bardziej  groźbą  niż  prośbą 

nakłonił, by biedak sprzedał mu wódki na kredyt. 

- Nie wiem, czy Bóg miał z tym coś wspólnego - wybełkotał Knut. 

Pozwolił przyjaciołom ściągnąć z siebie mokre ubranie. 

Ale butelki, w której pozostało jeszcze kilka cennych kropli, dobrze pilnował. 

Jussi rzucił w jego stronę wełniany pled, który grzał lepiej niż spirytus. 

-  Znalazłeś  ją?  Knut  przytaknął  i  przyłożył  butelkę  do  ust.  Napił  się,  nie  częstując 

gospodarzy. 

-  Nic  ci  to  nie  pomoże  -  stwierdził  Hannu,  zerkając  na  butelkę.  -  Stać  cię  teraz  na 

więcej takich, ale mam nadzieję, że nie dasz się skusić. 

- Przynajmniej już tak nie boli - odparł Knut. - Dzięki temu ból jest mniej dotkliwy. 

Cały  czas  chodzę  jakby  w  chmurach.  Już  tak  nie  boli.  Ona  nie  żyje.  -  Wypił  do  dna.  - 

Zaniosłem ją do pastora. Powiedziałem mu, żeby zatrzymał te swoje cholerne pieniądze. Nie 

pamiętam,  czy  przeklinałem.  Opowiedziałem  mu  wszystko,  jak  było.  Że  zamierzałem  się  z 

nią ożenić. Że oni też ją zabili. Ze nosiła moje dziecko... - Rozpłakał się. 

Jussi uratował butelkę przed rozbiciem o podłogę. 

Pomógł Knutowi się przebrać. Chłopak wypił gorącą kawę, którą mu podali, żeby  w 

następnej sekundzie spytać, czy nie mają w domu czegoś mocniejszego. 

- Nie dla ciebie - rzekł Hannu surowo. - Nie daj się temu zniszczyć, Knut. 

-  Nie  zostało  tak  wiele  do  niszczenia  -  odparł  chłopak  zrezygnowany.  Przekładał 

kubek z jednej ręki do drugiej. Wzrok miał niespokojny. - Wszystko wam zostawię - dodał z 

grymasem. - Pomyślcie tylko, jacy będziecie bogaci! 

Nawet się nie uśmiechnęli. 

-  Czy  podobałby  się  jej  ten  mężczyzna,  jakim  możesz  się  wkrótce  stać?  -  spytał 

Hannu. - Nie znałem jej. Widywałem ją tylko z daleka. Ale nie wyglądała na taką. 

-  Kochała  mnie  -  jęknął  Knut.  -  Anna  mnie  kochała.  Nie  mogę  znieść  myśli,  że  nie 

ż

yje.  Rozumiecie  to?  Nie  mogę  znieść  tej  myśli.  Nie  mogę  znieść  tego,  że  będę  musiał  żyć 

bez niej. Nic nas już nie czeka, bo ona nie żyje. Kochałem ją. Nadal ją kocham. Widziałem jej 

background image

martwe  ciało,  ale  nie  przestałem  jej  kochać.  Gdzieś  w  głębi  mej  duszy  istnieje  nadal  żywa. 

Coś we mnie nadal wierzy, że wszystkie marzenia, jakie snułem, się spełnią. Nie dopuszczam 

do  siebie  myśli,  że  jej  nie  ma.  Nosiła  w  sobie  życie.  O  tym  też  nie  chcę  myśleć.  To  tak 

potwornie boli. Rozdziera mnie na strzępy. Spłodziliśmy dziecko, Anna i ja, lecz ono nigdy 

się  nie  narodzi.  Nienawidzę  siebie  za  to,  co  jej  zrobiłem.  Wolałbym  jej  nigdy  nie  dotknąć. 

Ż

ałuję,  że  uczucia  zwyciężyły.  Wolałbym  jej  nigdy  nie  posiąść.  Żałuję,  że  nie  wróciłem 

wcześniej...  Nic  nam  się  nie  udało.  Nienawidzę  siebie  za  to,  co  sobie  o  mnie  pomyślała  tej 

nocy,  kiedy  popełniła  samobójstwo.  Musiała  przestać  we  mnie  wierzyć.  Musiała  dojść  do 

wniosku, że ją oszukałem. Że tylko się zabawiłem jej kosztem. Że nigdy nie traktowałem jej 

poważnie.  Tylko  w  takim  przypadku  mogłaby  się  zdecydować  na  tak  desperacki  krok. 

Nienawidzę siebie... a wy prosicie mnie, bym nie pił? Nie mogę ze sobą wytrzymać. Jestem 

taki podły, że już nawet nie ma znaczenia, czy piję, czy nie. Nie znoszę siebie. Po prostu nie 

znoszę tego Knuta Elvejorda. 

Hannu westchnął. Skinął lekko na Jussiego, który poszperał w jednej z szaf. Przyniósł 

antałek i wyciągnął korek. 

-  Możesz  pić  do  nieprzytomności  -  rzekł  Hannu.  -  Ale  tylko  tu  w  domu.  Zresztą 

musisz do jutra wytrzeźwieć, byś był w stanie pójść na pogrzeb. Tyle jesteś jej winien. 

Pastor  sam  wygłosił  mowę  nad  trumną  córki.  Nigdy  nikt  nie  wygłosił  takiej  mowy 

pożegnalnej. Całe miasto zgromadziło się w kościele. Takie pogrzeby jak ten nie zdarzają się 

często. Na temat śmierci Anny krążyło tyle plotek, że wkrótce każdy będzie mógł przedstawić 

własną wersję wydarzeń. 

Knut  także  przyszedł.  Usiadł  w  ostatniej  ławce.  Nie  odrywał  wzroku  od  trumny. 

Nigdy  przedtem  nie  widział  tak  pięknej  trumny  -  te,  które  znał,  sporządzono  z  nie 

heblowanych desek. Nigdy nie widział nawet takiej, która byłaby pomalowana. 

Jednak Anna zasługiwała na to, co najlepsze. 

Knut słyszał, jak ojciec wspominał ją jako córkę, którą każdy chciałby mieć. Sławił jej 

cnoty, aż cała parafia płakała. 

Knut czuł, jak i jemu do oczu cisną się łzy. 

Sam wygłosiłby zupełnie inną mowę. Nad inną Anną. 

Ale to nie miało już znaczenia. 

Wynieśli  ją  ludzie  należący  do  elity  społecznej  Alty.  Knut  poczuł  ukłucie  w  sercu. 

Szedł na końcu konduktu - on, który przez kilka krótkich chwil był jej najbliższy. 

Ś

ciskał  w  rękach  kapelusz.  Hannu  kupił  mu  trochę  ubrania.  Zachowując  ostrożność, 

przyjaciel  wyłożył  kilka  własnych  monet  w  zamian  za  część  metalu  z  sakwy.  Knut  nie 

background image

powinien płacić złotem, zanim nie wyjedzie z miasta. Nie tylko ulubieńcy Boga tu zaglądali, a 

Knut był sam. Bez trudu mógł się stać ofiarą drani liczących na łatwy łup. 

Stał daleko i patrzył, jak opuszczają trumnę w bladą, zmarzniętą ziemię. 

Drżały mu szczęki, tak mocno zagryzł zęby. W rękach ściskał rondo kapelusza. Czul, 

jak pocą mu się dłonie. Czuł, że zaraz popłyną mu łzy, a myślał, że już wszystkie wypłakał. 

W samym środku psalmu zdał sobie sprawę, że dłużej nie wytrzyma. Nie oglądając się 

za siebie, szybko wyszedł z cmentarza. Kiedy minął kościół, zaczął biec. 

Niewielu  go  widziało.  A  w  każdym  razie  mało  kto  rozumiał  jego  zachowanie.  Lecz 

pastor  dostrzegł  młodego  człowieka,  który  ze  spuszczoną  głową  wyszedł  z  tłumu  czarno 

ubranych postaci. 

Zwrócił  na  niego  uwagę  jeszcze  w  kościele.  Widział,  że  nie  odrywa  wzroku  od 

trumny. 

Chłopak  miał  w  sobie  wiele  z  matki.  Pastor  zastanowił  się,  jakie  przekleństwo  ciąży 

nad tą rodziną: najwyraźniej szczęście nie było im przeznaczone. 

Nie mógł nawet nienawidzić tego młodzieńca, stwierdził z przerażeniem. 

Knut niewiele miał rzeczy do pakowania. Kiedy wrócili Hannu i Jussi, siedział gotowy 

do drogi. 

- Czekałem na was - wyjaśnił. - Trochę wam zostawiłem w szafie, w której chowacie 

spirytus. 

Hannu sprawdził. Knut zostawił ostatni antałek. Samogon jednak zniknął. 

- Już nie potrzebuję tego lekarstwa - rzekł chłopak z powagą. - Muszę chyba nauczyć 

się żyć z bólem w sercu. Czy to miałeś na myśli, Hannu? To mi chciałeś przekazać? 

Hannu skinął głową. 

- Dokąd się wybierasz? Knut wzruszył ramionami. 

- Nie wiem. Prędzej czy później do domu. A przedtem? Gdzie mnie oczy poniosą. To 

już nie ma znaczenia. 

Objął ich serdecznie. Podziękował za wszystko, co dla niego zrobili. Za to, że mógł się 

stać jednym z nich. 

- Zawsze byłeś jednym z nas - powiedział Hannu. - Nie musiałeś się nim stawać. 

Knut nie poszedł drogą obok kościoła. Nie chciał tam wracać. 

background image

15 

Minął  prawie  rok,  odkąd  wyruszył  z  domu  z  pustą  sakwą  i  odrobiną  pieniędzy, 

których ciężar bardziej czuł na sumieniu niż w kieszeni. 

Teraz posiadał dużo więcej. Spłacenie Reijo nie sprawi mu kłopotu. 

Wyprawa po złoto była jego próbą męskości. Knut sądził, że mu się powiodła. Ale nie 

był pewien, czy była warta ceny, jaką zapłacił. 

Nie  chciał  wracać  do  domu.  Nawet  nie  mógł.  To,  co  niósł  w  sakwie,  mu  nie 

wystarczało. 

Z  Anną u boku zadowoliłby się nawet mniejszą  częścią skarbu. Teraz wypełniała  go 

gorycz. 

Skała  skrywała  więcej.  Oby  tylko  pamiętał,  gdzie  szukać.  Do  wiosny  powinien 

wydobyć resztę. 

Spadek po ojcu. 

Określenie to nabrało nieprzyjemnego zabarwienia. Jednak Knut zamierzał sięgnąć po 

wszystko. To jedyne, co mu pozostało. 

Na  północny  wschód  od  Karasjok,  w  miejscu,  co  do  którego  uczeni  ciągle  nie  byli 

zgodni, gdzie przebiegają granice, osiedliła się stara kobieta z trzema córkami. 

Szwedka.  Przybyła  tu  z  mężem  dawno,  dawno  temu.  Teraz  nie  było  przy  niej 

mężczyzny,  a  cztery  kobiety  mieszkały  samotnie  na  odludziu.  Samotnie  pokonywały 

wszystkie wyzwania, które niosło z sobą życie w takim miejscu. 

Knut  dotarł  tam  na  nartach.  Dostał  na  jedną  noc  ławę  do  spania.  Następnego  ranka 

oznajmił,  że  mógłby  zostać  trochę  dłużej.  Mógłby  pomóc  przy  cięższych  pracach.  Widział 

wyraźnie, że w obejściu potrzebny jest mężczyzna. Gospodarstwo wyglądało na zapuszczone 

i podupadłe. 

Kobieta miała dwie krowy i konia. Knut zastanawiał się, jakim cudem udawało jej się 

wy  karmić  zwierzęta,  bo  w  stodole  było  niewiele  paszy  i  nie  wyglądało  na  to,  żeby 

karczowała drzewa pod nowe pastwiska. 

Zachodził w głowę, z czego żyły, pomijając to, że łowiły ryby i zastawiały sidła. 

Zrozumiał,  kiedy  uświadomił  sobie,  że  mieszkały  t  u  ż  przy  jednym  z  najbardziej 

uczęszczanych  szlaków,  biegnących  przez  płaskowyż.  Tędy  wędrowali  ludzie.  Nie  żeby 

codziennie ktoś obok przechodził. Mogły minąć tygodnie, zanim ktokolwiek się pojawił, ale 

wiadomo było, że jakiś człowiek zawsze trafi w pobliże chaty. 

background image

Knut  dostał  kąt  w  stodole.  Po  kilku  tygodniach  pracy  mógł  przyznać,  że  jest 

zadowolony. 

Córki nie były wcale brzydkie. Nosiły imiona Sara, Sanna i Lea. Ich wieku mógł się 

co najwyżej domyślać - to najlepiej strzeżona tajemnica kobiet. Ale zakładał, że mogą mieć 

od dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat. Zresztą zbytnio nie zaprzątał sobie tym głowy. 

Widział,  że  są  kobietami  z  krwi  i  kości.  Że  są  dobrze  zbudowane,  że  spojrzenie 

niebieskich oczu nieustannie krąży wokół niego. 

Kiedyś podsłuchał rozmowę między Sanną i Leą. Układały wtedy serwetki. 

-  Cieszę  się,  że  mama  ma  z  niego  pożytek  -  mówiła  Sanna.  -  Chłopak  jest  niczego 

sobie. Mogłabym z nim zgrzeszyć niejeden raz. 

Lea zgodziła się z siostrą: 

- Przez tydzień bez przerwy. Co najmniej. Musimy się wokół niego zakręcić. Na razie 

nas  nie  zauważa,  ale  jest  tylko  mężczyzną.  Zobaczysz,  jak  się  postaramy,  nabrzmieje  mu  w 

spodniach. Może spróbujemy wszystkie naraz? 

- Ee, to dla tych, którzy wpadają na krótko. Mama dobrze się wyraża o tym parobku. 

- W dodatku biedak nie ma nic wartościowego... nic poza majątkiem z przodu spodni. 

- Lea prychnęła. - W zamian możemy utoczyć mu trochę soków, co? 

- Podoba ci się? 

-  Mmm.  Tak  bardzo,  że  się  z  nim  rozprawię,  zanim  tu  nadciągną  powracający  z 

jarmarku  w  Lyngen.  Nie  wolno  nam  przepuścić  takiej  okazji,  a  on  nie  może  się  o  niczym 

dowiedzieć i powinien do tego czasu zniknąć. Mama poczęstuje go pewnie trefną zupą, jeżeli 

chłopak zostanie tu zbyt długo. 

Znowu śmiech. 

Knutowi przeszedł dreszcz po plecach. 

W jednej chwili zrozumiał, że te kobiety zajmują się sprawami, które bynajmniej nie 

są zgodne z prawem. 

Sprzedawanie  siebie  to  jedno  -  ta  myśl  odstręczała  Knuta,  ale  była  jeszcze  do 

przyjęcia. Gorsze wydawało mu się co innego. Okradanie podróżnych. A rozmowa o zupie... 

Być może wchodzi tu w grę coś poważniejszego niż kradzież. 

Knut miał ochotę natychmiast się spakować i wyjechać, ale też dręczyła go ciekawość. 

Został ostrzeżony. 

Był  przygotowany.  Przewrotna  chęć  przekonania  się,  czym  się  zajmują  dziewczyny, 

zmusiła  go,  by  pozostał.  Nie  była  wolna  od  czarnego  humoru.  Te  kobiety  miały  nosa  do 

cennych rzeczy, wiedziały, kogo opłaca się oszukać. Posiadały tę sztukę w małym palcu. To 

background image

ich zawód. Ale jego nie przejrzały. A był chyba najbogatszym człowiekiem, jakiego zaprosiły 

pod  swój  dach.  I  tego  nie  zauważyły.  Widziały  tylko  biednego  młodzieńca,  Knuta.  Trochę 

naiwnego chłopaka, który wiecznie wędrował i czegoś szukał. 

Nie wiedziały, że jego zniszczona sakwa zawierała majątek większy, niż mogły sobie 

wymarzyć, prowadząc takie życie i tę szczególną formę handlu. 

Już  wcześniej  zwrócił  uwagę  na  ich  rzeczy.  Miały  więcej,  niż  potrzebowały.  Nawet 

szkatułkę z kosztownościami. Tu na płaskowyżu nikt nie używał drogich ozdób. 

Kradły i sprzedawały. 

Nie musiały wycinać drzew pod pastwiska. Wyglądało na to, że interes kwitł. 

Najwyraźniej Lea wyciągnęła najdłuższą słomkę. Albo to jej najbardziej się podobał. 

W każdym razie ona zjawiła się pierwsza. 

Pod  wieczór  po  skończonej  pracy  Knut  poszedł  do  siebie.  Na  sianie  na  górze  w 

stodole było zimno. Na dole stał piec, lecz matka wyraźnie zażyczyła sobie, żeby w nim nie 

palić. Bała się pożaru.  Knut pomyślał, że raczej bała się, żeby nie zużył  zbyt  wiele drewna, 

ale  on  dobrze  grał  swą  rolę.  Bez  protestu  marzł  wieczorem  i  nocą.  Bywało,  że  budził  się 

skostniały z zimna. 

Lea  rozpuściła  swój  jasnobrązowy  warkocz.  Włosy,  proste  i  już  pozbawione  blasku, 

opadły  trochę  poniżej  ramion.  Ładnie  się  ubrała.  Włożyła  dość  przyzwoitą  bluzkę,  lecz  w 

stodole rozpięła dwa guziki przy szyi. 

Udawała, że czyni to bezwiednie, lecz Knut nie dał się zwieść. Wyglądał może młodo, 

ale na swoje dziewiętnaście lat czuł się stary i doświadczony. 

Spod  narzuconego  na  ramiona  szala  wyjęła  butelkę  i  zamachała  nią  Knutowi  przed 

nosem. 

- Niespodzianka - uśmiechnęła się. Knut zastanowił się, czy to ostatnia rzecz, jaka go 

w życiu zaskoczy. Ale postanowił zaryzykować, mając nadzieję, że Lea nie posunęłaby się do 

morderstwa. 

-  Można  powiedzieć,  że  tak.  Usiadła  na  brzegu  jego  posłania.  Nie  wydawała  się  ani 

trochę speszona. A kiedy odkorkowała butelkę i przytknęła ją najpierw do swoich ust, zanim 

podała jemu, upewnił się, że nie jest to początek końca. 

- Damy mają pierwszeństwo - rzekł z uśmiechem, po czym sam pociągnął spory łyk. 

Trunek okazał się bardziej ostry i mocny, niż Knut się spodziewał. Przyprawiony czymś, co 

wydawało  mu  się  znajome,  ale  nie  pamiętał,  co  to  takiego.  Zadzwonił  zębami  o  butelkę, 

zanim wziął jeszcze jeden haust. Sporo czasu upłynęło od pijaństwa u Hannu. 

- Czym sobie na to zasłużyłem? - zdziwił się. 

background image

- Niczym - odparła i mrugnęła szelmowsko. - Jeszcze niczym. 

Położyła  szal  za  sobą  i  rozpięła  pozostałe  guziki.  Przez  cały  czas  nie  spuszczała  z 

Khuta  wzroku.  Lekko  się  uśmiechała.  Każdym  gestem  starała  się  wzbudzić  w  chłopaku 

pożądanie. 

Knut nie odrywał od niej oczu. Pił. 

Ś

ciągnęła  bluzkę.  Zaczęła  wolno  rozwiązywać  koszulę.  Chłód  w  pomieszczeniu 

przyprawiał ją o gęsią skórkę. Knut odłożył butelkę, ale znowu usiadł z założonymi rękami. 

Lea  zsunęła  chodaki.  Upadły  ciężko  na  podłogę.  Rozchylona  koszula  ukazała  pełne  piersi, 

które  chyba  zaczynały  tracić  swój  kształt.  Dziewczyna  wyzywająco  podciągnęła  spódnicę  i 

odsłoniła nogi. Miała ładne nogi. Bardzo szczupłe uda. Usiadła na posłaniu, podkurczyła nogi 

- pokazała, że pod spódnicę nic na siebie nie włożyła. Uśmiechnęła się zmysłowo. Lubiła się 

pokazywać. Lubiła wzbudzać pożądanie. 

Przesunęła czubkiem języka po wargach. 

- Nie mów tylko, że cię boli głowa - szepnęła ochryple. 

Knut uśmiechnął się. 

Do diabła, sama się prosi. Mógłby przejść obok niej obojętnie. Normalnie nawet by się 

za nią nie obejrzał. Była za stara. Zupełnie nie w jego typie. 

Ale nie miał nikogo od... 

Dużo czasu minęło, odkąd był z kobietą. 

Wyciągnął  leniwie  dłoń  i  położył  ją  na  piersi  Lei.  Pieścił  ją,  obserwując  przez  cały 

czas, jak dziewczyna się podnieca. Starał się wyczuć, co robi dobrze, a co jej się nie podoba. 

Miał  ochotę  na  kobietę.  Niekoniecznie  na  nią.  Właściwie  każda  byłaby  teraz  dobra. 

Tylko jego męskość ożyła. Serce pozostało martwe. 

Dziewczynie  wyraźnie  sprawiało  przyjemność,  że  wzbudzała  w  nim  pożądanie. 

Podobało jej się, kiedy jego pieszczoty stały się bardziej intensywne, podobało jej się, kiedy 

dotykał jej w sposób zbyt wulgarny, by ośmieliła się poprosić o jeszcze. Knut wiedział, czego 

chciała, i dał jej to. 

Była  gotowa, kiedy  rozpinał spodnie. Dosiadła Knuta okrakiem niczym dzika bestia. 

Drapała i wyła, doprowadzając go do zenitu, bardziej przypominającego burzę niż rozkosz. 

Lecz najwyraźniej była zadowolona. Nie wyszła, dopóki nie wziął jej jeszcze dwa razy 

na swym wąskim posłaniu. Potem, kiedy został znowu sam, wydawało mu się, że w stodole 

jest potwornie gorąco. 

background image

W  tym  tygodniu  codziennie  miał  podobne  odwiedziny.  Następnego  dnia  przyszła 

Sanna. Sara w kolejne dwa. Przez dwa wieczory bawił się z Leą i Sanną - oba przeciągnęły 

się do późnej nocy. 

Knut  czuł  się  zmęczony.  Uznał,  że  najwyższy  czas  ruszyć  w  drogę.  Najwyższy  czas 

wymknąć się z objęć tych dziwnych kobiet. Odszedł bez pożegnania, nie prosząc o zapłatę za 

pracę. 

Niech  sobie  myślą,  co  chcą.  Być  może  uważały,  że  został  wystarczająco  sowicie 

wynagrodzony. 

Ż

adnej z nich nie udałoby się go zatrzymać. 

Knut  ruszył  dalej  na  wschód.  Zboczył  nieco  na  północ.  Podążył  utartym  szlakiem. 

Odnajdował na wpół zasypane ziemianki, które dawały mu schronienie na noc. Ruszał dalej o 

brzasku. 

Najciemniejsza  część  zimy  była  jeszcze  przed  nim.  Nie  miał  wytyczonego  celu. 

Stanowił tylko mały punkt na bezkresnym płaskowyżu, rzucony na pastwę kapryśnej natury. 

Nie bał się. 

Przez  dwie  noce  słyszał  wycie  wilków.  Jedną  z  nich  spędził  przy  ognisku.  Siedział, 

oplótłszy się ramionami. Wspominał noc, kiedy obejmował Annę. 

Niebo  było  równie  gwiaździste  jak  wtedy.  Przypomniał  sobie,  jak  Anna  mówiła,  że 

gwiazdy to odbicie wszystkich ognisk na ziemi. 

Teraz sam pomyślał, że gwiazdy są okienkami do dusz, które odeszły do Boga. Przez 

te swoje okienka mogą spoglądać w dół na tych, których lubiły za życia. 

Popatrzył  w  niebo.  Usiłował  odgadnąć,  która  gwiazda  należy  do  Anny,  lecz  nie 

potrafił. 

Czwartego  dnia  dogoniły  go  pędzące  reny.  Zwykle  ludzie  zatrzymują  się,  gdy 

spotykają  na  tym  pustkowiu  inne  żywe  dusze.  Knut  wsparł  się  na  kijku.  Powożący 

zaprzęgiem  zatrzymali  zwierzęta.  Okazało  się,  że  to  sami  mężczyźni.  Knut  domyślił  się,  że 

wracają z jarmarku w Lyngen. Z jarmarku w Skibotn. 

Nic więcej nie zdążył pomyśleć, ponieważ został niemal uniesiony przez jakąś okrytą 

futrami postać. Pochwyciły go silne ręce i potrząsnęły z radości. 

- Knut! Spośród wszystkich ludzi właśnie ciebie omal bym nie przejechał! Tutaj! 

Wesoły  głos wydał się  Knutowi znajomy. Po chwili twarz mężczyzny wyłoniła się z 

cienia grubej futrzanej czapy i Knut zobaczył Ailo. 

Objęli  się  nawzajem.  Śmiejąc  się,  rozmawiali  szybko  i  chaotycznie  we  wszystkich 

trzech językach, które opanowali w różnym stopniu. 

background image

Ailo wciągnął Knuta w swoje pułki. Pewnie udał mu się handel. 

-  To  naprawdę  niezwykły  przypadek  -  rzekł  Ailo,  nie  mogąc  wyjść  ze  zdumienia.  - 

Dokąd idziesz, przyjacielu? Dokąd zmierzasz? 

- Wszędzie. I donikąd. 

- Włóczysz się po płaskowyżu? Tutaj? Bez celu? - Ailo zmarszczył ciemne brwi. 

Przypominał  Knutowi  Mikkala.  Był  podobny  do  ojca.  Wprost  do  złudzenia.  Tylko 

oczy miał swoje: jasne, błyszczące, badawcze. Knut nigdy nie widział Siggi, matki Ailo. Nie 

wiedział, że te oczy chłopak odziedziczył po niej. 

- Coś mi się wydaje, że nie wszystko jest jak powinno. Czy ci się nie powiodło? 

Knut skrzywił się. 

-  Pewnie  nie  po  to  się  urodziłem,  żeby  mi  się  powodziło.  Grzechy  ojców  -  rzekł  z 

krzywym uśmiechem. - I matek - dodał z odcieniem goryczy. 

-  Zostaniesz  z  nami  -  zadecydował  Ailo.  -  Nie  traćmy  więcej  czasu.  Chcielibyśmy 

przed  wieczorem  dotrzeć  do  siidy,  to  znaczy  do  lapońskiej  wioski.  Mamy  tam  znajomych. 

Jedzenie i dach nad głową. Zostań z nami, Knut. Przyjmą cię jak swojego, skoro przyjedziesz 

ze mną. Jesteś moim bratem. 

Szybkimi,  wprawnymi  ruchami  Ailo  przymocował  narty  Knuta  do  sań.  Gwizdnął 

przeciągle,  kiedy  podnosił  sakwę,  żeby  włożyć  ją  do  swych  pułk.  Spojrzenie,  które  przesłał 

przybranemu bratu, było pełne podziwu. 

-  Ida  mówiła  o  twoich  marzeniach  -  powiedział  cicho.  -  Nie  przypuszczałem,  że  tak 

dobrze ci pójdzie. 

- To długa historia - rzekł Knut zmęczony. Wcisnął się do sań Ailo. 

- Długie historie są nieodłączne przy obozowych ogniskach - rzucił Ailo. Wskoczył do 

sań przed Knuta. 

Płaskowyż drgnął. Ruszyli w drogę. Knut czuł radość. Chyba w głębi duszy wierzył, 

ż

e zdarzy się coś podobnego. To jedyne, co mogło go uratować. 

Może  mimo  wszystko  będzie  jeszcze  tu  potrzebny,  skoro  tak  wiele  dobrych  sił 

najwyraźniej stanęło po jego stronie. 

Był późny wieczór, kiedy dotarli do siidy. 

Przyjęto  ich  z  otwartymi  ramionami.  W  krótkim  czasie  przygotowano  dla  gości 

posiłek,  odstąpiono  jurtę  na  nocleg  -  Knut  i  Ailo  nawet  nie  zauważyli,  dokąd  udali  się  jej 

właściciele. 

Przez cały czas przychodził ktoś, żeby porozmawiać, pozdrowić ich, spytać o nowiny, 

opowiedzieć, co się ostatnio wydarzyło. 

background image

Knut dawno nie czuł się tak dobrze. 

Obawiał się, że będzie traktowany jak obcy, którego trzyma się na dystans. Ale tak się 

nie  stało.  Przywitano  go  uśmiechem  i  z  tą  samą  serdecznością,  jaką  otoczono  Ailo  i  jego 

towarzyszy z zaprzęgu. Zaakceptowano go, ponieważ Ailo ręczył za niego i nazywał swoim 

bratem.  Niektórzy  z  mieszkańców  wioski  znali  Raiję.  Inni  wspominali  ją,  chociaż  jej  nie 

znali. Knut zorientował się, że i ją lubili. Po raz pierwszy odniósł wrażenie, że dobrze jest być 

synem Raiji. 

Na niebie jaśniała zorza polarna. Ailo i Knut stali obok siebie pod tańczącym światłem 

i  przyglądali  mu  się  w  milczeniu.  Knutowi  zorza  polarna  zawsze  wydawała  się  trochę 

straszna.  Pamiętał,  jak  dorośli  ostrzegali,  że  zorzy  polarnej  nie  wolno  drażnić.  To  niebez-

pieczne pokazywać palcem na zorzę - mogłaby rzucić jeden płomyk i oparzyć czubek palca. 

Mogła też wysuwać swe giętkie ramię i porywać dzieci... 

Krążyło o niej tak wiele historii... 

Dopiero późną nocą wrócili do namiotu. Połączyli skóry na środku przy palenisku. 

Kiedy ułożyli się na spoczynek, Ailo spytał: 

- Wiedziałeś, że Raija kochała zorzę polarną? 

Knut  podniósł  wzrok.  Potrząsnął  głową.  Ailo  zawsze  robił  się  jakiś  dziwny,  kiedy 

mówił o Raiji. Była rodzoną matką Knuta, lecz to Ailo znał ją najlepiej ze wszystkich dzieci. 

Ailo  uśmiechnął  się  słabo.  Przypomniał  sobie  kobietę,  która  była  kimś  więcej  niż 

matką.  Która  sprawiała,  że  ojciec  stawał  się  weselszy  i  młodszy.  Dzięki  której  Mikkal  był 

szczęśliwy. 

-  Raija  nazywała  zorzę  polarną  mostem.  Mówiła,  że  łączy  ludzi,  którzy  się  kochają. 

Sądzę,  że  ona  i  tato  wierzyli,  iż  ten  most  rozpościera  się  tylko  między  nimi.  -  Ailo 

spoważniał.  -  Zawsze,  kiedy  widzę  zorzę  polarną,  myślę  o  Raiji.  Chciałbym,  żeby  to  była 

prawda.  Że  to  pewnego  rodzaju  most.  Chciałbym,  żeby  Raija  wiedziała,  że  ją  lubię.  Nadal. 

Mimo wszystko. Kto wie... 

- Ciągle nie daje znaku życia. Ailo skinął głową: 

- Martwią się o ciebie w domu. Reijo miota się między myślą, że jakoś sobie radzisz, a 

rozpaczą, że może nie ma już nadziei. 

Knut westchnął. 

- Reijo zapomniał, że niedawno sam był młody.  Nie pamięta przygód, które przeżył. 

Nie pozwala komuś innemu... 

- Znalazłeś to? - Ailo przeskakiwał z tematu na temat. - Wieści, które przesłałeś, Idzie 

wydały się tak niezrozumiałe, że jeszcze bardziej zaczęła się martwić. Poza tym przyszło jej 

background image

do  głowy,  że  mężczyźni,  którzy  je  przekazali,  pewnie  cię  zabili.  Obszarpani,  odrażający  i 

podejrzani, to tylko niektóre określenia, jakich użyła. 

- Powinieneś jej wytłumaczyć, że nie tak łatwo na pustkowiu znaleźć posłańca. - Knut 

musiał się uśmiechnąć. - Jak im się wiedzie? Idzie? Mai? Reijo? 

Ailo  rozciągnął  się  wygodnie  na  skórze.  Bawił  się  nożem  i  kawałkiem  drewna. 

Opowiadając, wbijał czubek noża w drewno. 

-  Ida owija sobie zalotników wokół małego palca, ale nie chce żadnego z nich. Albo 

znowu  chce  wszystkich.  Gdyby  mogła  w  jednym  połączyć  wybrane  cechy  z  każdego... 

Reijo...  -  Ailo  zamilkł.  -  Reijo  nie  zestarzał  się.  To  nie  to.  Ale  nie  jest  taki  jak  kiedyś.  Być 

może  dorosłem  i  łatwiej  mi  przejrzeć  innych  na  wskroś.  Ale  uważam,  że  wygląda  na 

zmęczonego. Ida twierdzi, że nawet Maja nie wie, co się z nim dzieje. Reijo już nawet z nią 

nie rozmawia. 

- A Maja? Ailo zacisnął powieki. Nóż zatrzymał się, po czym z dużą siłą wbił się w 

drewno. 

- U Mai nie najlepiej. Och, gdybym jeszcze raz spotkał tego drania, za którego wyszła. 

Myślę, że dostał zbyt łagodną karę. Gdyby nie ten łajdak, Maja nadal byłaby młoda i wesoła. 

Teraz staje się babą. Babą bez męża, bez dzieci, bez czegokolwiek. Nie wiem, czy ma jeszcze 

jakieś marzenia. Czasami myślę, że nie. Myślę też, że takiego życia jak jej nie można przeżyć 

bez  marzeń.  W  swym  cierpieniu  przypomina  Reijo.  Również  ona  nie  dzieli  się  z  nikim 

swoimi  myślami.  Szkoda,  że  Matti  i  Elise  wyjechali  do  Finlandii.  Elise  potrafiłaby  jakoś 

przebić się przez ten pancerz Mai. Jest mi bardzo droga, ale, do diabła, mnie też do siebie nie 

dopuszcza. Przypomina zjawę. A jest właściwie ładną dziewczyną. 

Knut  poczuł  ukłucie  w  sercu.  Zapragnął  znaleźć  się  teraz  razem  z  najbliższymi,  ale 

zdawał  sobie  sprawę,  że  to  i  tak  niczego  by  nie  zmieniło.  Nikt  w  rodzinie  nie  stałby  się 

szczęśliwszy, gdyby Knut Elvejord wrócił teraz do domu. 

- Ida mówiła o jakiejś dziewczynie, podobno przekazałeś jej taką wiadomość. Co się 

stało? Zdradziła cię? 

Knut zagryzł zęby.  Zacisnął pięści, czując, jak znowu ogarnia  go niemoc. Ale chciał 

porozmawiać  o  Annie.  Chciał  opowiedzieć  Ailo,  jaka  była.  O  chwilach,  które  wspólnie 

spędzili. 

- Umarła - rzekł cicho. 

Ailo słuchał, nie zadając żadnych pytań. Nie przerywając. Jak prawdziwy przyjaciel. 

background image

Dobrze było o tym mówić. Knut sądził, że będzie trudniej. Nie rozmawiał na ten temat 

nawet  z  Hannu  i  Jussim.  Sami  się  dowiedzieli,  znali  część  tej  historii  z  plotek,  trochę  się 

domyślali i tyle rozumieli, że nie musiał wszystkiego ubierać w słowa. 

Synowi  Mikkala  musiał  opowiedzieć  wszystko.  Musiał  opisać  Annę,  dokładnie,  tak 

jak ją pamiętał. Jak odrzucała głowę, kiedy się śmiała, jak przesuwała palcem wskazującym 

po górnej wardze, kiedy się martwiła lub zamyślała, jaka była delikatna, jaka młoda... 

I jak łamano jej wolę. Jak próbowała się z tego wyzwolić. 

I o własnych błędnych wyobrażeniach, że jest silniejsza, niż była w istocie. 

-  Uczepiłem  się  myśli,  że  była  rówieśnicą  Idy  -  rzekł  Knut,  wzdychając.  Czuł  się 

winny. - Kiedy patrzyłem na nią i nie rozumiałem ani trochę, starałem się ujrzeć przed sobą 

Idę. Wyobrażałem sobie, jak ona by to przyjęła. Zapomniałem, że są tak różne. Zapomniałem, 

ż

e Ida to dziewczyna z charakterem. Że wychowała się w rodzinie, gdzie nikt nie jest całkiem 

zwyczajny. Zapomniałem, że Ida jest dorosła od dawna. A w każdym razie rozsądna... Anna 

taka nie była. Nigdy nie musiała za nic odpowiadać. Nie umiała zmierzyć się z przeszkodami 

lub  z  kłopotami.  Uważała,  że  nie  jest  w  stanie  im  sprostać.  Zawsze  mówiono  jej,  jaka  jest 

niemądra.  A  kiedy  wybrano  jej  męża,  przekonywano,  że  powinna  się  cieszyć,  iż  znalazł  się 

ktoś,  kto  się  nią  zajmie.  Nigdy  nie  powinienem  był  jej  tak  zostawić.  Nigdy  sobie  tego  nie 

wybaczę. Ale sądziłem, że jakoś potrafi się obronić. Wierzyłem, że wrócę na czas... 

Pochylił głowę i mocno splótł dłonie. Zacisnął je i uderzał nimi w rozpaczy o kolana. 

- Nawet nie przyszło ci do głowy, że może być w ciąży - rzekł Ailo łagodnie. - Ja też 

bym  o  tym  nie  pomyślał.  Mężczyźni  są  być  może  bezmyślni.  Nam  się  to  po  prostu  nie 

zdarza... 

Knut  nie  odpowiedział.  Dobrze,  że  Ailo  rozumiał.  Rozumiał  i  nie  trzeba  mu  było 

dokładnie tego tłumaczyć. 

- Nie potrafię się z tym pogodzić - rzekł cicho. - Myślę o niej przez cały czas. Wiem, 

ż

e już nie wróci. Śmierć to jedyne, co mogło nas rozdzielić. Każdą inną przeszkodę mógłbym 

pokonać. A tak, nie mogłem nic zrobić. To jakieś przekleństwo. Ponieważ mama nie była w 

pełni szczęśliwa, ponieważ nigdy nie mogła mieć tego, co kochała, dlatego ja także tego nie 

dostanę. Do diabła, to nie moja wina, że Kalle jest moim ojcem! Że nie  kochała  go, tak jak 

kochała Mikkala... 

Ailo schował nóż do pochwy. 

- To nieprawda - rzekł. - Nie istnieją takie przekleństwa. To by było niesprawiedliwe. 

Nie możemy wybierać sobie rodziców, czy tak? Anna nie żyje. Ty żyjesz. Jest ci potwornie 

ź

le. Być może to minie. Być może nie. Co masz zamiar robić? 

background image

- Nie wiem - odparł Knut. 

- Nie myślisz wiele o przyszłości, prawda? Knut wzruszył obojętnie ramionami. 

- Nie bardzo. Nie o własnej przyszłości. Ale zamierzam wydobyć resztę złota. Dla Idy 

i Mai... 

- Rozpamiętujesz tylko to, co było? - spytał Ailo. - Jak było? Zastanawiasz się, co by 

było, gdyby...? 

Knut przytaknął. Nie rozumiał dokładnie, do czego Ailo zmierza. 

-  A  co  z  dniem  dzisiejszym?  -  spytał  Ailo  prowokująco.  -  Dokąd  zaszedłeś?  Co 

widziałeś po drodze? Jak tam było? 

- Biało - odparł Knut. - Chciałem tylko iść. Mieć spokój. 

- Zamierzałeś gdzieś dojść? Knut potrząsnął głową. 

- Tylko uspokoić myśli? - drążył Ailo. Knut milczał. 

- To wyniszczające - westchnął Ailo. - Pomyśl, ile ty masz lat? Dziewiętnaście? Być 

może będziesz czuł ten ból do końca życia. Trudno powiedzieć. Czy chcesz się tak zadręczać 

do śmierci? 

- Nie wiem, czy zostało mi jeszcze aż tak wiele czasu do końca życia - odrzekł Knut 

szczerze. - Nie potrafię zaakceptować tej pustki. Nic mi nie pozostało, rozumiesz, Ailo? Nic 

na świecie. 

- A co z tymi, którzy czekają w domu? 

-  No  tak.  Ale  oni  nie  zastąpią  mi  Anny.  Kochałeś  chyba  kiedyś?  To  nie  to  samo,  co 

rodzina. 

- Nie mogę wiele powiedzieć o mojej rodzinie -  rzucił Ailo z goryczą. -  Jestem sam 

jak palec. Być może dlatego tak mi dobrze z twoją. 

- To również twoja rodzina - stwierdził Knut. 

Nie pomyślał o tym, że Ailo nie ma rodziny. Nikogo poza dziadkiem i wujami. Ailo 

zawsze sam sobie radził. Knut podziwiał go, choć chłopak był tylko o rok starszy. 

- Czyżby? - zastanowił się Ailo. Uśmiechnął się jakby nieobecny myślami. Jego twarz 

była  bardziej  pociągła  niż  kiedyś  twarz  Mikkala.  Knut  spostrzegł  to  w  tej  chwili.  Lecz  nos 

Ailo miał taki sam. Usta. Uśmiechał się tak samo. Unosił brwi w ten sam sposób. Różnił się 

od  ojca  tylko  kolorem  oczu  i  włosów  -  Mikkal  miał  czarne  włosy,  Ailo  raczej 

ciemnobrązowe. 

- Mam krewnych - mówił dalej Ailo. - Ale to coś całkiem innego. Nawet Maja jest dla 

mnie teraz jak dalsza krewna. A przecież to najbliższa mi osoba. Przyrodnia siostra. Siostra. 

Właściwie  bez  różnicy.  Ale  ostatnio  stała  się  dla  mnie  równie  obca  jak  ci,  w  których  nie 

background image

płynie  ta  sama  krew.  Wydaje  mi  się,  że  znam  Idę  o  wiele  lepiej  niż  Maję.  Z  Idą  można 

porozmawiać. 

-  Chciałbym  spotkać  takiego,  który  potrafiłby  milczeć  w  towarzystwie  Idy  - 

uśmiechnął się Knut. 

Młodsza siostra znalazła szczególne miejsce w jego sercu. Teraz, kiedy nie było Anny, 

najbardziej na świecie martwił się o Idę. Naturalnie w inny sposób. Ale kochał ją. 

- A jak ty żyjesz? - spytał Knut. - Tyle rozmawialiśmy o mnie. Czym się zajmujesz? 

-  Renami  -  rzekł  Ailo,  odrzucając  w  tył  głowę.  Opaloną  dłonią  odgarnął  grzywkę. 

Sekundę  potem  opadła  z  powrotem  na  czoło.  -  Reny,  odpowiedzialność  i  praca.  Dużo  jest 

roboty,  nawet  w  zimie.  Nie  powinienem  wyjeżdżać  tak  daleko.  To  niemądry  pomysł.  Dużo 

bliżej  też  odbywają  się  jarmarki.  Ale  chyba  musiałem  wybrać  się  do  Lyngen.  Musiałem 

znowu zobaczyć rodzinę. 

- Znaleźć drobną, ciepłą żonkę? 

- Ja? - Ailo wskazał na siebie i roześmiał się cicho. W jego oczach pojawił się błysk. - 

Skoro uważasz, że ciąży na tobie przekleństwo, chłopie, to chyba ja powinienem myśleć tak 

samo.  Nie  zapominaj,  że  moglibyśmy  być  rodzonymi  braćmi.  To  mój  ojciec  i  twoja  matka 

kochali się bezgranicznie. 

- Czy zawsze żenicie się tak młodo? 

-  Ja  uchodzę  już  chyba  za  dość  starego  -  stwierdził  Ailo.  -  Jeśli  patrzeć  na  to  od  tej 

strony, lepiej jest nie mieć rodziców. Nikt mnie nie namawia do ożenku, nie czyni wyrzutów. 

Nie  spotkałem  jeszcze  takiej,  z  którą  chciałbym  się  ożenić.  Takiej,  z  którą  chciałbym  być. 

Przez całe życie. Dla mnie to potwornie długi czas. Nie chciałbym w swojej jurcie jakiegoś 

chichoczącego,  paplającego  dziewczątka.  Kobieta  powinna  być  pracowita,  a  jednocześnie 

chciałbym w niej znaleźć przyjaciela. I naturalnie powinna mieć w sobie coś, co by mnie przy 

niej trzymało. 

Knut nie mógł powstrzymać uśmiechu: 

-  Chyba  zostaniesz  starym  kawalerem,  Ailo.  Nie  znajdziesz  takiej  kobiety  w 

Finnmarku. Myślę, że temu gatunkowi grozi wyginięcie. Czy nie możesz się zadowolić czymś 

skromniejszym? 

Ailo potrząsnął głową. Wydawało się, że powędrował myślami gdzieś daleko. 

- Miałeś taką matkę, prawda? Tato ją znalazł. Dlaczego mnie nie miałoby się udać? 

- ... albo nie udać. Miała dobre i złe strony, Ailo. Myślę, że tyle jest opinii o... mamie, 

ile ludzi, którzy ją znali. 

- Mówisz tak, jakbyś uważał, że nie żyje. 

background image

- Czy wszystko na to nie wskazuje? Ailo skinął głową. 

- Chciałbyś, żeby nie żyła? Knut zaczerpnął powietrza. 

- Tak - rzekł po dłuższej chwili. - Tak, wydaje mi się, że bym chciał. Łatwiej byłoby 

znieść taką świadomość. Nie lubię tego uczucia, które mnie ogarnia, kiedy pomyślę sobie, że 

po prostu poszła swoją drogą. Nie chcę uwierzyć w to, że mogłaby nas opuścić. Jesteśmy jej 

dziećmi... 

Wpatrywał  się  w  żar  paleniska.  Powinni  dołożyć  drew,  lecz  żaden  z  nich  nie  chciał 

niszczyć tej szczególnej atmosfery, jaka zapanowała w jurcie. Już nieraz rozmawiali ze sobą, 

ale nigdy tak jak dziś. Teraz czuli się naprawdę jak bracia. 

-  Właściwie  mój  żal  trochę  złagodniał,  kiedy  mieszkałem  z  Reijo.  Jego  zdanie  na 

temat Raiji stało się moim. Reijo kocha ją, nie stawiając żadnych warunków. Czasami myślę, 

ż

e jego stosunek do mamy jest wprost absurdalny. I nie sądzę, żeby była dla niego tym, kim 

kiedykolwiek była dla twojego lub mojego taty. Uważam, że w gruncie rzeczy Reijo traktuje 

ją jak przyjaciela. A przez to wszystko jest jeszcze bardziej bez sensu. Widziałem, jak życie 

go  omija,  ponieważ  ciągle  na  nią  czeka.  Jeżeli  nawet  Raija  wróci,  nigdy  nie  będą  praw-

dziwym małżeństwem... Ale Reijo nie potrafi myśleć o niej źle. Maja za to wprost przeciwnie. 

Ja tkwiłem między nimi i stopniowo zaczynałem czuć jak Reijo. Że różne rzeczy nie były... 

mamy błędami. Że tylko działy się wokół niej... Ale po śmierci Anny trudno mi patrzeć na to 

w ten sposób. Przedtem nie miałem pojęcia, jak silna może być myśl o własnym dziecku. Co 

z  tobą  robi.  Tak  bardzo pokochałem  dziecko,  które  nie  zdążyło  się  narodzić.  Którego  nigdy 

nie  będę  trzymał  w  ramionach.  Wiedziałem  tylko,  że  stanowiło  zalążek  czegoś,  co  byłoby 

także  częścią  mnie  samego.  Nie  rozumiem,  jak  ktoś...  jak  matka  może  zapomnieć,  że  ma 

dzieci. Jako mężczyzna nie byłbym do tego zdolny. Wyobrażam sobie, że kobieta odczuwa to 

jeszcze  silniej.  Nosi  je  w  swym  brzuchu,  rodzi  je.  Nie  rozumiem,  jak  można  coś  takiego 

wykreślić ze świadomości. 

- Mniej bolesna byłaby myśl, że nie żyje? Knut skinął głową. 

-  To  brzmi  okropnie.  Jest  przecież  moją  matką.  Ale  chciałbym  tego.  I  chciałbym 

pewnego  dnia  poznać  prawdę.  Nie  sądzę,  aby  ktokolwiek  z  nas  nadal  mógł  być  normalnym 

człowiekiem, gdybyśmy się nie dowiedzieli, co się stało. 

- Ida mówiła prawie to samo - rzekł Ailo. - O Reijo. 

-  Ida często widzi rzeczy  bardzo wyraźnie - przyznał Knut. - Już tak dawno dorosła. 

Prawie nie pamiętam jej jako dziecka... 

-  Jest  bardzo  podobna  do  Raiji.  Jej  rude  włosy  każą  ci  myśleć,  że  Ida  jest  po  prostu 

sobą, ale gdy przestajesz zwracać na nie uwagę, wtedy do złudzenia przypomina Raiję. 

background image

-  W  każdym  razie  nie  jest  taka  jak  kobieta,  której  szukasz.  -  Knut  położył  się  i 

naciągnął  na  siebie  skórę.  -  Jest  najbardziej  kapryśną  istotą,  jaką  znam.  Strasznie  będzie 

terroryzować biedaka, któremu na jego nieszczęście powie „tak”. 

- Ida to jakby siostra - rzucił ostro Ailo. - Mówię o niej wyłącznie jako brat. Pójdziesz 

z nami dalej? - spytał po chwili. 

Usiadł i znowu zaczął bawić się nożem. 

- Chyba tak. 

-  Będę  potrzebował  dodatkowych  rąk  do  pracy,  kiedy  dotrzemy  na  wybrzeże.  Czeka 

nas  wiele  roboty.  Nie  będziesz miał  czasu  na  myślenie  w  ciągu  dnia,  a  wieczorem  będziesz 

tak zmęczony, że zaśniesz, zanim przyłożysz głowę do poduszki. 

- To dla mnie idealne rozwiązanie. 

- I nikt tam nie marzy o złocie, twoje skarby będą więc bezpieczne. 

Knut zamknął oczy. 

-  Złoto  mnie  już  nie  obchodzi,  Ailp.  Mogę  ci  dać  połowę,  jeżeli  chcesz.  Wiosną 

chętnie wezmę cię ze sobą, by wydobyć resztę. Sporo tam jeszcze zostało. Naprawdę sporo. 

Skała  jest  wysadzana  złotem.  Nazywam  je  moim  dziedzictwem.  Nie  uważasz,  że  to  brzmi 

wspaniale? 

- Nie chcę złota - odparł Ailo. - Nie potrzebuję go. Mam wszystko, czego mi trzeba. 

Nie  mogę  przecież  kupić  promieni  słońca,  dobrej  pogody,  obfitych  połowów,  zdrowia 

renów...  Tego,  co  ma  dla  mnie  jakieś  znaczenie,  nie  da  się  zdobyć  środkami,  które  można 

uzyskać dzięki twemu złotemu metalowi. 

- Być może zmienisz zdanie, kiedy staniesz w jego blasku - rzekł Knut. - Wierz mi, na 

jego  widok  z  człowiekiem  dzieją  się  dziwne  rzeczy.  Nie  mam  odwagi  otworzyć  sakwy  i 

zajrzeć  pod  warstwę  ubrania,  którą  jest  przykryte.  Nie  mam  odwagi  pomyśleć,  co  by  się  ze 

mną stało. Powinienem był pokazać złoto Annie. Teraz nie mam nawet ochoty go oglądać. 

- Zima spędzona wśród nas na wybrzeżu dobrze ci zrobi. 

- Uratowałeś mi życie. - Knut wyrzekł te słowa po dłuższym milczeniu. - Wybrałem 

tułaczkę. Wiedziałem, że w końcu jacyś ludzie trafią na mój ślad. Ale nie mogłem wiedzieć 

kiedy.  Właśnie  zdecydowałem  się  wyznaczyć  własny  kurs,  postanowiłem  iść  tak  długo, 

dopóki starczy mi sił. Wtedy się pojawiliście. To dzięki tobie żyję. 

- Możesz mi podziękować, kiedy uznasz, że jest za co - rzucił Ailo. 

Nadal  celował  w  swoje  drewienko.  Było  podobne  do  jednej  z  pierwszych  zabawek, 

jakie pamiętał - do ptaszka z rozłożonymi skrzydłami. 

Archangielsk, zima 1746 roku

 

background image

Stała  przed  stromym  uskokiem,  który  wydawał  się  sięgać  aż  do  nieba.  Skała  była 

wilgotna  i  zimna  -  i  nad  całym  tym  miejscem  wisiało  coś  złego.  Mogło  jej  wyrządzić 

krzywdę. Mogło skrzywdzić każdego, kto dotknął skały, kto zapuścił się zbyt daleko. 

Wiedziała,  że  powinna  kogoś  chronić.  Tu  było  niebezpiecznie,  niebezpiecznie... 

Rozejrzała  się  dokoła.  Uznała,  że  musi  jakoś  to  zasłonić.  Musi  ukryć  całe  miejsce.  Musi 

schować całą tę przeklętą skałę. 

Gołymi rękami chwytała kamienne bloki. Podnosiła je, przesuwała, z wysiłku oblewał 

ją pot, pozdzierała skórę dłoni, poczuła w ustach smak krwi. 

I tak niewiele zdziałała. 

Jakkolwiek by się starała, zło wydawało się jeszcze bardziej wyraźne. 

Z  czarnej  czeluści  promieniowało  światło.  Światło,  które  mogło  oczarować, 

obezwładnić, opętać... Które mogło rozpalić pożądanie, niebezpieczne i szalone... 

Czuła niechęć, chciała je zakryć, pragnęła schować. 

Ś

wiatło  było  niebezpieczne  dla  jej  syna.  Nie  powinien  stanąć  w  blasku 

promieniejącym ze skały. 

- Skarbie najdroższy, obudź się! Nie płacz, kochana! To sen. To tylko sen, moja Raiju! 

Obudź się! 

Łagodny, spokojny głos Jewgienija gasił blask nieprzyjemnego światła. Nadal drżała, 

kiedy otworzyła oczy. Całe ciało było mokre od potu i zimne, choć leżała pod kocami. 

Raija  wysunęła  się  spod  nich  w  objęcia  męża.  Pieścił  ją  czule  silnym  ramieniem, 

delikatnymi  palcami,  ustami,  szepczącymi  uspokajające  słowa,  scałowywał  zimny  pot  z  jej 

czoła. 

- Niezależnie od tego, co to było, moja maleńka Raiju, powinnaś o tym zapomnieć! - 

szeptał. 

Bardziej obawiał się dręczących ją koszmarów niż ona sama. Pewnego dnia mogłyby 

przed nią odsłonić czasy, które tak starannie ukrywał. Pewnego dnia mogłyby pewnie odkryć 

kłamstwo,  w  którym  i  z  którym  żył.  Kłamstwo,  które  stało  się  jego  krzyżem,  ale  na  które  i 

dziś by się zdecydował dla spędzonych razem lat. 

Spokój  jego  sumienia  nie  miał  żadnej  wartości  w  porównaniu  ze  szczęściem,  które 

dzielili. 

Raija była szczęśliwa. Była z nim szczęśliwsza, niż mogłaby być w Norwegii. 

- Widziałam jakieś światło, Jewgienij - szepnęła tuż przy jego ciepłej szyi. - Złociste 

ś

wiatło,  które  jest  niebezpieczne  dla  Michaiła.  Musiałam  go  przed  nim  ochronić.  Ale  nie 

byłam w stanie... - Zamilkła. Patrzyła przed siebie. - Jednocześnie czułam, że znajdował się 

background image

poza  niebezpieczeństwem.  Światło  zagrażało  mojemu  dziecku,  ale  w  jakiś  dziwny  sposób 

Michaił znajdował się poza nim... 

Jewgienij przełknął. 

- To tylko sen... 

- Sny zawsze o czymś mówią - stwierdziła. - W snach jest jakieś przesłanie, Jewgienij. 

Nie rozumiem, co ten oznacza, ale się przestraszyłam. 

Jewgienij także się bał. Raija pokazała już wiele razy, że ma w sobie jakąś siłę, której 

większość  ludzi  nie  posiada.  Między  nią  a  niektórymi  osobami  istniały  niewidoczne 

powiązania. 

Sen był być może jakimś przesłaniem. 

Kiedyś  pewnie  nadejdzie  ten  dzień,  kiedy  Raija  przypomni  sobie,  że  ma  więcej  niż 

jedno dziecko, że Michaił nie jest jej jedynym synem. 

-  Mogę  ci  przekazać  milsze  przesłanie  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Kocham  cię,  Raiju 

Bykowa. Jak ci się to podoba? 

Pozwoliła  mu  się  oderwać  od  nieprzyjemnych  myśli.  Dała  się  skusić  i  przestała  się 

martwić  snem,  który  ją  tak  bardzo  przeraził.  Chciała  zapomnieć  o  złocistym  świetle.  Sen 

wydawał się jednak bardziej wyrazisty od pozostałych. Tak jakby naprawdę to przeżyła... 

Wolała mimo wszystko  szukać pociechy na szerokiej piersi Jewgienija.  Uśmiechnęła 

się do męża i wyznała szczerze: 

- Ja też cię kocham, Jewgieniju Byków. 

background image

POSŁOWIE 

Knut  Olsson,  Knut  -  Kwen  z  Alty,  dostał  się  do  króla  w  Kopenhadze  i  odbył  z  nim 

rozmowę. 

Rolnik, który przybył do Ruiji do Alty na początku wielkiej wojny północnej, uzyskał 

audiencję u najważniejszego człowieka w państwie duńsko - norweskim. 

Na swój prosty sposób opowiedział mu o życiu pod kręgiem polarnym. Ze jeśli chodzi 

o warunki naturalne, to nie jest najgorzej. Że jest dość zwierzyny, ryb i ziemi do uprawy. 

Opowiedział  o  namiestniku  Kjeldsenie,  który  urzęduje  we  wspaniałej  posiadłości, 

gdzie mieszka ze swą młodą metresą. O tym, jak wykorzystuje lud. Najwyższy przedstawiciel 

króla na północy nie dba odpowiednio o swój urząd - Knut - Kwen nie potrafił tego wyrazić w 

inny sposób. 

Wyznał,  że  nie  sądzi,  by  wolą  króla  było  podporządkowanie  własnych  poddanych 

takiemu człowiekowi. 

Po  to  przeszedł  pięćset  mil,  żeby  szukać  sprawiedliwości  dla  tych,  którzy  ciężko 

pracują, prosić o stworzenie im w dolinie Alty warunków godnego życia. 

Być może duńskiemu królowi ten człowiek z ludu zaimponował swoją odwagą i wolą 

zwycięstwa. 

Obiecał  Knutowi  Olssonowi,  że  w  Finnmarku  nastaną  lepsze  czasy.  W  najdalej  na 

północ wysuniętym punkcie królestwa potrzebni są tacy mężczyźni jak ów niezłomny Fin. To 

właśnie takich płatników podatków królowi potrzeba. Kazał wysłać list przez Knuta - Kwena. 

I  Knut  Olsson  przebył  z  powrotem  pięćset  mil  do  Alty.  Wrócił  wiosną.  W  Kwenów 

mieszkających  w  Alcie  wstąpiła  nadzieja.  Dwa  tygodnie  później  namiestnik  wydał  nakaz 

aresztowania Knuta. 

Dla mieszkańców podległych mu dzielnic nastały złe czasy. 

Nadeszła  zima  Roku  Pańskiego  1747.  Knut  Olsson  opuścił  areszt.  Zaczął 

przygotowywać swoją sprawę, która w lecie przyszłego roku miała trafić na ting. 

Równie wyprostowany jak świerki w lasach wokół Tornea - miasta, w którym urodził 

się  Knut  -  Kwen  -  stanął  przed  sędzią  na  tingu  w  Talviku.  Przeklął  znienawidzonego 

namiestnika, używając takich słów, że ci, którym Knut był drogi, obawiali się o jego życie i 

bezpieczeństwo. Cały Finnmark obiegła wieść o jego mowie. Samą rozprawę uważano niemal 

za cud. 

W 1748 roku nie zapadł żaden wyrok. Sędziowie odroczyli sprawę. 

background image

A namiestnik Kjeldsen miał jeszcze więcej powodów, by darzyć niechęcią Kwenów i 

ich przywódcę Knuta Olssona. 

Dopiero w 1750 roku sprawa została wznowiona. 

Namiestnika Kjeldsena zawieszono w obowiązkach. Otrzymał surową naganę za swe 

postępowanie w stosunku do nowo przybyłych Kwenów. 

Następnie  odwieziono  go  statkiem  do  królewskiej  Kopenhagi.  Wtedy  po  raz  ostatni 

widziano go w Alcie. 

Nastał rok 1751. Kwenowie otrzymali słowo króla Fredrika V, że odtąd będą w Ruiji 

mile widziani.