background image
background image

C.C. MacApp

Świat bez słońca

background image

1

M

ajor  Vince  Cullow  zachował  się  prawie  niegrzecznie,  stanowczym  ruchem  odsunął  wyciągniętą

ku niemu rękę pielęgniarki.

-  Dziękuję  pani  -  mruknął.  -  Nie  jestem  jeszcze  na  tyle  ślepy,  żebym  nie  mógł  bez  pomocy  zejść

po schodach.

Ani  na  tyle  stary,  pomyślał  z  irytacją,  żeby  ładna  młoda  dziewczyna  musiała  mnie  traktować  jak

niedołężnego dziadka.

Jednakże  pokonanie  kamiennych  stopni  okazało  się  dlań  zadaniem  naprawdę  trudnym.  Uznał,  że

odrętwienie stóp może być kolejnym skutkiem działania owego wirusa pozaziemskiego.

Zeszli  na  niższe  piętro  i  skręcili  w  długi  korytarz,  przesycony  wonią  eteru,  izopropanolu  i  jakichś

innych,  bardziej  wyszukanych  medykamentów.  Wstydząc  się,  że  przed  chwilą  był  tak  szorstki  wobec
pielęgniarki, Cullow powiedział do niej:

- Myślałem, że w tym szpitalu przestrzega się bardziej rygorystycznie godzin wizyt.
-  To  generał,  proszę  pana  -  odparła  konspiracyjnym  tonem.  -  Nakazali  mi,  żebym  nie  wspominała

o tym nikomu oprócz pana.

-  Aha  -  mruknął  Cullow.  Zaczął  się  zastanawiać.  Czy  czekają  mnie  teraz  odwiedziny  innych

wysokich  rangą  wojskowych,  którzy  będą  chcieli  mi  się  przyjrzeć,  zanim  zostanę  odesłany  do  któregoś
z  położonych  na  peryferiach  szpitali,  abym  tam  wyzionął  ducha?  Domyślał  się,  że  stanowi
cenny swojego rodzaju eksponat - był pierwszym Ziemianinem, który zaraził się pozaziemską chorobą.

-  Tutaj,  proszę  pana.  -  Pielęgniarka  otworzyła  jakieś  drzwi  i  usunęła  się  na  bok,  żeby  zrobić

przejście, po czym bezszelestnie zamknęła drzwi za jego plecami.

Cullow spojrzał na mężczyznę siedzącego na krześle obok starannie zaścielonego pustego łóżka.
- Tom! - wykrzyknął. - Myślałem, że jesteś na Plutonie!
Tom Fieser wstał z krzesła, wyciągnął rękę i podszedł do Cullowa.
-  Jeszcze  niedawno  byłem  -  przyznał  -  ale  Nessanie  pomogli  mi  wrócić  na  Ziemię  na  pokładzie

jednego ze swoich statków. Drogę z Plutona na Ziemię przebyłem w ciągu zaledwie dwudziestu minut!

Vince zamrugał mimo woli. Poczuł ukłucie zazdrości.
-  A  więc  w  końcu  wpuścili  na  pokład  jakiegoś  Ziemianina  -  powiedział.  -  Dowiedziałeś  się  czegoś

ciekawego? Czy nie zamierzają…

Fieser pokręcił głową.
-  Byli  bardzo  uprzejmi,  ale  zadbali  o  to,  żebym  nie  zobaczył  niczego,  co  ma  istotne  znaczenie  -

odparł.  -  Nie  sądzę,  by  w  najbliższej  przyszłości  zechcieli  nam  zdradzić  tajemnice  napędu
nadświetlnego.  -  Przyglądał  się  Cullowowi  z  dziwnym  wyrazem  twarzy.  -  Czy  twoja  katarakta  się
pogarsza?

-  Tak.  -  Vince  przesłonił  ręką  prawe  oko  i  popatrzył  na  przyjaciela.  -  Z  trudem  cię  rozpoznaję,

a  drugie  oko  pogorszyło  się  z  20/40  na  20/60.  Ale  nie  to  doprowadza  mnie  do  szału.  Lekarze  nie  chcą
nawet rozmawiać o ewentualnej operacji!

- A twoja skóra? Pojawiło się na niej coś nowego?
Vince utkwił wzrok w twarzy Fiesera.
-  Sądziłem,  że  to  miała  być  ścisła  tajemnica  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Ale  skoro  już  wiesz.  Tak.

Czuję,  jak  skóra  uciska  moją  twarz  i  szyję.  A  poza  tym  podsłuchałem,  co  mówili  w  laboratorium
medycznym dwaj technicy. Podobno w błękitnym świetle zaczynają być widoczne pierwsze plamy.

- Z czasem staną się coraz większe i wyraźniejsze - powiedział Fieser.
Vince  uważnie  przyglądał  się  generałowi  przez  jakąś  minutę,  a  potem  powoli  podszedł  do  łóżka

i usiadł na nim.

background image

- Rozumiem - mruknął. - Twoja wizyta ma jakiś związek z moją chorobą? Czyżby zaraził się jeszcze

ktoś inny?

-  Nie  -  odparł  Fieser.  -  Nikt  spośród  ludzi  poza  tobą.  -Przeszedł  powoli  przed  siedzącym

przyjacielem.  -  A  zresztą,  Nessanie  nie  chcieli  mówić  o  niczym  innym  oprócz  twojej  kuracji.  Mój
dyżurny  lekarz  na  Plutonie  wysłuchał  doniesień  o  stanie  twojego  zdrowia,  o  gorączce  i  nudnościach,
o początkach katarakt i o tym, co dzieje się z paznokciami.

Vince  odruchowo  wyciągnął  ręce  i  zaczął  się  im  przyglądać.  Jego  paznokcie  były  nieprzezroczyste

i miały mleczno-białą barwę.

- Nessanie znają tę chorobę - ciągnął Fieser. - Wywołuje ją wirus, który atakuje większość żywych

białek. Stan twoich oczu będzie się stopniowo pogarszał, aż w końcu zupełnie oślepniesz. Twoja skóra
straci  elastyczność  i  przybierze  białą  barwę.  Jeżeli  wirus  się  zadomowi  w  czyimś  organizmie,  szuka
światła. Właśnie dlatego skupia się przede wszystkim w soczewkach oczu. Cierpisz na coś, co nie jest
zwyczajną  kataraktą,  lecz  tylko  wygląda  tak  samo.  -  Przerwał  i  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  twarz
Vince’a.  -  Jeżeli  pozwolimy  chorobie  się  rozwijać,  doprowadzi  do  twojej  śmierci.  W  ciągu  roku  twoje
organy wewnętrzne przestaną pracować. Nessanie uprzedzają, że ostatnie stadia choroby są najgorsze.

Cullow  siedział  nieruchomo  i  milczał.  Nie  usłyszał  niczego,  co  by  go  zdziwiło.  Od  dawna

to przeczuwał, był tego niemal pewien. A jednak, tak zupełnie oślepnąć.

Raptem  coś  sobie  skojarzył  i  w  nagłym  przypływie  nadziei  poderwał  się  na  nogi.  Podbiegł

do Fiesera i chwycił go za ramię.

- Powiedziałeś: „jeżeli”! - wykrzyknął. - Czy Nessanie mogą mnie wyleczyć? Czy zechcą?
Tom zwlekał dość długo z odpowiedzią.
-  Nie,  Vinsie  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Nessanie  nie  umieją  cię  wyleczyć.  Znają  jednak  kogoś,  kto

może  to  potrafi.  -Uwolnił  ramię,  podszedł  do  jedynego  okna  w  pomieszczeniu  i  przez  blisko  minutę
wpatrywał  się  we  wręcz  zbyt  starannie  utrzymane  trawniki  i  żywopłoty,  po  czym  odwrócił  się
w stronę Cullowa. - Nie wiem, jaką podejmiesz decyzję, ale gdybym się znalazł na twoim miejscu, nie
wahałbym się nawet przez ułamek sekundy. Nessanie mogą na pewien czas powstrzymać rozwój twojej
choroby. Co więcej, złożyli mi pewną propozycję. Oberwę za to, że pominąłem Najwyższe Dowództwo
i  przyszedłem  z  nią  od  razu  do  ciebie,  ale  mam  nadzieję,  że  jakoś  sobie  z  tym  poradzę.  Ta  propozycja
brzmi  następuj  ą-co:  jeżeli  się  zgodzisz  wykonać  dla  nich  pewne  zadanie,  przewiozą  cię  do  miejsca,
gdzie możesz zostać wyleczony. Obiecali, że wszystko zorganizują i pokryją wszelkie koszty.

Oszołomiony Vince wpatrywał się w Fiesera, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- To znaczy… gdzieś, uhm, gdzieś… Tam? - wyjąkał w końcu.
Tom Fieser wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Zgadza się. Tam! - Uderzył Vince’a dłonią po ramieniu. - Co za ironia, nie uważasz? Ciebie, mnie

i wszystkich pozostałych poddano tylu testom i starannie wybrano spośród tysięcy kandydatów, a teraz
się okazuje, że to właśnie ty -ponieważ jesteś chory - staniesz się pierwszym Ziemianinem, który opuści
nasz system słoneczny!

Vince poczuł, że kręci mu się w głowie. Kilka sekund się zastanawiał, czy nie jest znowu w swoim

pokoju i nie śni. Żeby to sprawdzić, złożył dłoń w pięść i trzepnął się w udo.

-  Do  diabła!  -  wykrzyknął.  -  Oczywiście,  że  się  zgadzam.  Co  to  znaczy,  iż  nie  wiesz,  jaką  podejmę

decyzję?  To  jasne,  że  zrobię  wszystko,  czego  Nessanie  ode  mnie  zażądają.  Cokolwiek.  -  Urwał  nagle,
odetchnął  głęboko  i  znów  usiadł  na  szpitalnym  łóżku.  -  No,  tak,  jeżeli  się  nad  tym  głębiej  zastanowić,
jest jednak kilka rzeczy, których byśmy dla nich nie zrobili, prawda? Jeśli się spodziewają.

Tom przerwał mu, energicznie kręcąc głową.
- Nessanie nie mają żadnych planów dotyczących naszego systemu słonecznego lub ludzkości. Mogę

się  założyć  o  całą  emeryturę.  Tak  naprawdę  nie  liczymy  się  dla  nich,  to  nie  ta  skala.  Co  więcej,

background image

zapewnili mnie, że nie zamierzają skłaniać cię do żadnych kroków, które byłyby w najmniejszym choćby
stopniu czymś nielojalnym wobec rasy ludzkiej. To, czego chcą od ciebie, nie wiąże się w ogóle z nami.
Po prostu tak się składa, że jesteśmy obdarzeni odpowiednimi fizycznymi i umysłowymi cechami, a do
tego nie zna nas nikt oprócz nich.

-  Przerwał  na  moment.  -  Przyznają,  że  interesuje  ich  także  medyczny  aspekt  całej  sprawy,  ale  nie

on jest dla nich najważniejszy. - Zaczął przechadzać się po pokoju. - Możliwe jednak, Vinsie, że nawet
jeśli odzyskasz zdrowie, nie zobaczysz już nigdy Ziemi. Nessanie oznajmili mi to wprost, bez ogródek.
Powiedzieli, że jeżeli zdobędziesz wiedzę o pewnych istotnych sprawach, może nie będą chcieli odwieźć
cię  z  powrotem  do  domu.  Może  także  przydarzyć  ci  się  coś  innego.  Nessanie  nie  ukrywali,  że  zagraża
ci  wiele  niebezpieczeństw.  -  Spojrzał  Cullowowi  prosto  w  oczy.  -  Ile  czasu  potrzebujesz,  żeby  sobie
przemyśleć to wszystko?

- Przemyśleć? - Vince wybuchnął chrapliwym śmiechem.
- Nie bądź durniem, Tomie! Kiedy mogę wystartować?

background image

2

L

eoor,  kapitan  nessańskiego  statku,  był  wysoki  jak  na  istotę  swojej  rasy;  niemal  tak  wysoki  jak

Vince,  który  miał  prawie  metr  osiemdziesiąt  wzrostu.  Trudno  jednak  byłoby  określić  jego  wiek,
ponieważ  wszyscy  Nessanie  mieli  białe  włosy.  Na  widok  tych  włosów  -  zobaczył  je  po  raz  pierwszy  -
Vince  doznał  czegoś  w  rodzaju  lekkiego  szoku.  Były  krótkie,  może  należałoby  je  właściwie  nazwać
sierścią,  i  tak  poskręcane,  że  wyglądały  jak  plecionka  albo  dzianina.  Porastały  głowę,  twarz  Leoora
i wszystkie inne odsłonięte części ciała, jakie Cullow zdołał dostrzec. Kręcone włoski wyrastały nawet
z  niewielkich  zaokrąglonych  uszu.  Te  na  twarzy,  chociaż  gęste,  sprawiały  wrażenie  niezwykle
delikatnych.  Nessanin  miał  bardzo  blade  jasnoniebieskie  oczy,  Vince’a  zaskoczyło  jednak
przede wszystkim to, że były o wiele dłuższe niż oczy ludzkie - zaczynały się tuż obok wąskiej nasady
nosa (długiego i cienkiego), a kończyły przy brzegach szerokich policzków. Usta miał małe i gdyby nie
te  policzki,  jego  twarz  sprawiałaby  wrażenie  delikatnej.  Czoło  było  chyba  wysokie,  choć  porastające
je włosy uniemożliwiały określenie, gdzie przebiega jego granica.

Nessanie nie zaliczali się do istot potężnie zbudowanych. W porównaniu z Vince’em (który, pomimo

swojej  choroby,  wciąż  jeszcze  ważył  tyle,  co  w  czasach  kiedy  studiował  w  Akademii  i  grywał
w studenckiej drużynie piłkarskiej na pozycji pomocnika) Leoor sprawiał wrażenie drobnego i wątłego.
Pod białą sierścią rysowały się jednak wyraźnie ścięgna i mięśnie, a szczupłe palce sprawiały wrażenie
silnych i chwytnych.

W sumie, kiedy już Vince przyzwyczaił się do jego widoku, wręcz polubił nessańskiego kapitana.
Leoor  miał  bezpretensjonalny  sposób  bycia;  bezpretensjonalny  był  również  jego  jednoczęściowy,

zapinany  na  błyskawiczny  zamek,  elastyczny  biały  kombinezon.  Dość  często  wykrzywiał  lekko  usta
i mrugał długimi oczami - Vince domyślił się szybko, że jest to odpowiednik ludzkiego uśmiechu. Mówił
po  ziemsku  całkiem  nieźle,  prawie  bez  obcego  akcentu,  i  tylko  ton  głosu  zdradzał,  że  nie  jest
Ziemianinem.

- Opuścimy wasz system słoneczny mniej więcej za dwie godziny - odezwał się w pewnej chwili. -

Muszę cię poprosić, żebyś do tego czasu nie odwiedzał niektórych części statku. Później będziesz mógł
chodzić, gdzie tylko zechcesz.

- Naturalnie - bąknął Vince.
Teraz,  kiedy  mógł  przestać  udawać,  że  wpatruje  się  tylko  w  Nessanina,  zaczął  się

z  zainteresowaniem  rozglądać  po  przydzielonym  pomieszczeniu.  Stały  w  nim  dwa  fotele,  łóżko,
niewielka  szafa  z  szufladami  i  małym  lustrem  i  jakiś  sprzęt  -w  tej  chwili  zamknięty  -  prawdopodobnie
magnetofon  lub  magnetowid,  a  może  i  oba  urządzenia.  Dwoje  drzwi  w  ścianie  naprzeciwko  wejścia
mogło prowadzić do niewielkiej kuchni i łazienki.

-  Uhm,  nie  wyczuwam  żadnej  różnicy  w  składzie  powietrza  -  dodał  po  chwili.  -  Nessa  musi  być

bardzo podobna do Ziemi.

Usta Leoora wykrzywiły się w lekkim uśmiechu.
- Nasze powietrze jest trochę gęściejsze niż wasze i zawiera nieco więcej tlenu - odezwała się obca

istota. - Jednakże my, którzy odwiedzamy wasz system słoneczny i cieszymy się przywilejem lądowania
na  powierzchni  waszej  planety,  przystosowaliśmy  się  do  waszego.  Regulatory  temperatury  powietrza
i  wilgotności  w  tym  pokoju  znajdziesz  w  kuchence.  Możesz  je  ustawiać  tak,  jak  chcesz.  Możesz  też
zmieniać intensywność i barwę oświetlenia.

Cullow  zdążył  już  wcześniej  zwrócić  uwagę  na  świecący  sufit.  Czul  się  teraz  trochę  niezręcznie,

przez  jakiś  czas  stal  w  milczeniu;  potem  jednak,  widząc  że  jego  gospodarz  wcale  nie  spieszy  się
z odejściem, po prostu usiadł na jednym z foteli.

- Chyba powinienem teraz poprosić cię, żebyś spoczął -zaczął niepewnie. - Ja, uhm, obawiam się, że

background image

nieprędko nauczę się waszych zwyczajów.

Leoor usiadł na drugim fotelu.
-  Sądzę,  że  niewiele  naszych  zwyczajów  wyda  ci  się  dziwnymi  -  powiedział.  -  Wasze  obyczaje,

poglądy  i  wrażenia  są  bardzo  podobne  do  naszych.  Tym  właśnie  różnicie  się  od  większości  innych  ras
zamieszkujących  tę  komórkę  galaktyki,  i  to  także  między  innymi  było  powodem,  dla  którego
postanowiliśmy nawiązać z wami kontakt.

Vince  usiłował  się  domyślić,  co  w  tym  wypadku  oznaczało  słowo:  „komórka”,  ale  nie  zapytał  o  to

Leoora.

- Tak - odezwał się w końcu. - Tom Fieser wyjaśnił mi, że nasze rasy mają ze sobą wiele wspólnego.

Powiedział  mi  też,  że  właśnie  ten  fakt  zdecydował  o  tym,  iż  postanowiliście  wynająć  mnie  do  tego…
co chcecie, bym zrobił…

Leoor dwukrotnie zamrugał, co chyba stanowiło odpowiednik potwierdzającego kiwnięcia głową
-  W  pewnym  stopniu  tak  -  powiedział.  -  Jednakże,  jeśli  chodzi  konkretnie  o  ciebie,  wzięliśmy  pod

uwagę  jeszcze  coś  innego.  Gdy  już  przedyskutowaliśmy  pomysł  wynajęcia  istoty  ludzkiej  i  podjęliśmy
decyzję,  zaczęliśmy  się  zastanawiać,  co  mogłoby  stanowić  odpowiednią  zapłatę.  Kiedy  usłyszeliśmy
o  twojej  chorobie,  doszliśmy  do  przekonania,  że  możemy  zaproponować  ci  coś,  co  będzie  miało  dla
ciebie  wielką  wartość,  a  czego  zapewnienie  nie  sprawi  nam  większych  klo-potów.  -  Małe  usta  istoty
znów  wykrzywiły  się  w  uśmiechu.  -  Jak  widzisz,  podobnie  jak  wy,  ludzie,  umiemy  i  lubimy  korzystać
z nadarzających się okazji.

Vince uśmiechnął się także. Zanim poznał Leoora, nie potrafił pojąć, jak Tom Fieser może tak bardzo

ufać Nessanom. Ten Nessanin nie sprawiał jednak wrażenia istoty fałszywej czy podstępnej.

-  Chcemy  cię  prosić,  żebyś  nam  pomógł  w  bardzo  delikatnej  sprawie  związanej  z  osobą  pewnego

przestępcy, należącego do naszej rasy… - podjął Leoor - a także istotami innych ras, które zamieszkują
tę komórkę galaktyki. Nie znają one ludzi, co w znacznym stopniu ułatwia nasze zadanie.

Leoor przerwał na chwilę. Vince, wykorzystując ten moment, zapytał:
- Przepraszam, ale co masz namyśli, mówiąc „komórka” galaktyki?
Nessanin wykonał dziwny gest przypominający pstryknięcie palcami.
-  To  problem  natury  fizycznej  -  odparł.  -  Omówimy  to  podczas  podróży.  Nie  da  się  tej  kwestii

wyjaśnić  w  prosty  sposób  od  razu,  ale  z  grubsza  chodzi  o  to,  że  wszystkie  obszary  galaktyki,  a  także
całego wszechświata są oddzielone od siebie czymś w rodzaju przegród. Komórka, w której znajdują się
słońca  wasze  i  nasze  jest,  generalnie  biorąc,  dosyć  dobrze  zbadana  i  poznana,  ale  nikt  nie  wie,  jak
przedostać  się  do  innych  komórek.  Przepraszam,  ale  nie  mogę  poświęcić  teraz  więcej  czasu
na dodatkowe wyjaśnienia.

- Oczywiście - powiedział Vince, ale ton jego głosu zdradzał, że nie został do końca przekonany.
-  Ponieważ  istoty  waszej  rasy  w  tak  małym  stopniu  różnią  się  od  nas  -  ciągnął  Leoor  -  doszliśmy

do  wniosku,  zechciej  wybaczyć  nam  to  przypuszczenie,  że  wasze  nastawienie  wobec  nas  będzie  dość
przyjazne, bardziej przyjazne niż to, jakim by było, gdyby obie rasy dzieliły większe różnice.

Vince kiwnął głową.
- To chyba rozsądne przypuszczenie - ocenił.
Leoor znów lekko się uśmiechnął.
-  Dziękuję  -  powiedział.  -  Mieliśmy  nadzieję  pozyskać  twoją  przychylność  z  jeszcze  jednego

powodu.  Wasze  Słońce  znajduje  się  w  tej  części  komórki  galaktyki,  gdzie,  i  to  już  wkrótce,  mogą  się
pojawić  istoty  pewnej  rasy  o  zaborczych  zamiarach.  Istoty  te  nie  są  człekopodobne  i  nie  dysponują
techniką bardziej zaawansowaną niż nasza, ale ich imperium jest na tyle potężne, że może się stać i dla
nas,  i  dla  was  poważnym  zagrożeniem.  Te  istoty  to  Chullwejowie.  Kiedy  się  natkną  na  wasz  system,
z pewnością zechcą go opanować, skuszeni dogodnym położeniem i zasobami rud cennych minerałów. -

background image

Leoor  jeszcze  raz  się  uśmiechnął.  -  Widzisz  więc,  majorze  Cullow,  że  usiłując  cię  zwerbować,
odwołujemy się zarówno do argumentów osobistych, jak i uczuć patriotycznych. Jeżeli zgodzisz się nam
pomóc, pomożesz jednocześnie udaremnić próbę opanowania twój ego systemu przez najeźdźców.

Spoglądając na obcą istotę, Vince poczuł, że się rumieni.
-  Doceniam  twoją  szczerość,  ale  już  wcześniej  się  zgodziłem  uczynić  wszystko,  czego  ode  mnie

zażądacie  -  powiedział.  -  Rzecz  jasna,  są  pewne  oczywiste  granice.  W  tej  chwili  interesuje  mnie
najbardziej, czy pozostanę przy życiu wystarczająco długo, by móc wywiązać się z naszej umowy. I czy
zachowam wzrok, bez tego bowiem trudno mi będzie to zrobić.

Leoor uniósł rękę i wykonał w powietrzu nieokreślony gest.
-  Gdybym  ci  mógł  dać  pełną  gwarancję  w  tej  sprawie,  uczyniłbym  to  bez  wahania.  Mogę  ci  tylko

powiedzieć,  że  na  chorobę,  którą  się  zaraziłeś,  cierpiały  także  istoty  mojej  rasy  i  udawało  się  ją
całkowicie  uleczyć.  Niestety,  nasi  lekarze  tego  nie  potrafią.  Mogą  na  pewien  czas  spowolnić  tempo  jej
rozwoju i powiedzieli mi - zastrzegając się, jak to czynią zwykle, iż nie mają co do tego stuprocentowej
pewności  -  że  twoja  przemiana  materii  właściwie  nie  różni  się  od  naszej.  Powiem  ci  więc,  co  możemy
zrobić.  Obierzemy  bardzo  nietypowy  kurs  i  przewieziemy  cię  w  pewne  miejsce,  gdzie  ktoś  będzie
umiał  dokonać  operacji  twoich  oczu  i  przywrócić  ci  zdrowie.  To  nie  przypadek,  że  w  tym  samym
miejscu  będziesz  mógł  wykonać  dla  nas  to  zadanie.  A  przynajmniej  będziesz  mógł  tam  zacząć.  -
Westchnął  zupełnie  jak  człowiek.  -  Nie  jest  to  z  pewnością  przyjemne  miejsce,  chociaż  mieszkańcy
dysponują  zaawansowaną  techniką.  Prawdę  mówiąc,  stanowi  ono  bazę  zaopatrzeniową  wszelkiego
rodzaju przestępców i banitów, a także teren, na którym agenci pewnych mocarstw prowadzą nielegalne
albo podejrzane interesy, a od czasu do czasu toczą między sobą zaciekle walki. - Znowu się uśmiechnął
po swojemu. - Tak, tak, majorze Cullow, we wszechświecie, a przynajmniej w naszej komórce galaktyki,
pełno  jest  przeróżnych  intryg  i  knowań.  Są  imperia,  rywalizacje  i  zdrady,  a  czasami  nawet  toczone
na  niewielką  skalę  wojny,  których  zasięg  staramy  się  ograniczać.  Są  także  przestępcy,  piraci  i
przemytnicy.  Są  istoty  dziwnych  ras  o  zdumiewających  obyczaj  ach  i  dysponujące  trudnymi
do zrozumienia technologiami. I właśnie w takim miejscu chcemy cię zostawić.

Przez jakiś czas Vince milczał oszołomiony.
-  Wspaniale  -  powiedział  w  końcu  nieco  kwaśnym  tonem.  -  Tajny  agent.  Jak  długo  muszę  tam

siedzieć, zanim zacznę walczyć z innymi tajnymi agentami?

Leoor znów się uśmiechnął.
-  Mamy  nadzieję,  że  do  tego  nie  dojdzie.  Nie  wkroczysz  zresztą  do  akcji,  dopóki  nie  poznasz

wszystkich  szczegółów.  Dotarcie  na  miejsce  zajmie  nam  co  najmniej  kilka  ziemskich  miesięcy,  więc
będzie  na  to  sporo  czasu.  Na  razie  przedstawię  ci  tylko  kilka  najważniejszych  faktów.  Skradziono  nam
pewien  przedmiot,  wytwór  wspanialej,  od  dawna  już  nieistniejącej  cywilizacji.  Przedmiot  ten  może
stanowić  klucz  do  osiągnięcia  zdumiewającej  wiedzy  i  ogromnej  władzy.  Porwano  także  jedną
z  najbardziej  utalentowanych  i  cenionych  nessańskich  badaczek,  specjalizującą  się  w  archeologii
okresu największej świetności tamtego imperium. Dowiedzieliśmy się, że porwania tego dokonał pewien
osobnik należący do naszej rasy, który już dawno temu został wyjęty spod prawa.

W przeszłości ten przestępca już nieraz współpracował z Chullwejami, toteż obawiamy się, że i teraz

zechce  zawrzeć  z  nimi  porozumienie.  Oczywiście,  do  spotkania  dojdzie  w  miejscu,  do  którego
podążamy.

Vince westchnął.
- A gdzie się właściwie ono znajduje? - zapytał ponurym tonem. - Czy mogę się tego dowiedzieć?
-  Cóż,  prawda  jest  taka,  że  ja  sam  tego  nie  wiem  -  odparł  Leoor.  -  To  miejsce  nosi  nazwę  Port

Shanny.  Shanna  jest  planetą  pozbawioną  słońca,  wytwarza  jednak  własne  ciepło.  Jej  usytuowanie
we  wszechświecie  stanowi  pieczołowicie  strzeżoną  tajemnicę.  Władają  nią,  choć  nie  są  jej  rodowitymi

background image

mieszkańcami,  Vredanie.  Nie  należą  oni  do  istot  człekopodobnych.  -  Nessanin  raz  jeszcze  wykrzywił
usta  w  dziwacznym  uśmiechu.  -  Poszukiwany  przez  nas  przestępca  nazywa  się  Zarpi,  a  porwana
nessańska badaczka - Akorra. Na Shannę pomoże ci się dostać inny osobnik wyjęty spod prawa, niejaki
Gon-dal. Istoty jego rasy z całą pewnością nie są człekopodobne, a zwą się Onsjanami. - Leoor umilkł
i  przez  chwilę  nie  spuszczał  swoich  długich  oczu  z  twarzy  Cullowa.  -  A  te  istoty,  które  stworzyły  ową
wspaniałą,  prastarą  cywilizację,  to  Lenia-nie  -  podjął  w  końcu.  -  Jak  ważne  znaczenie  miała
ta cywilizacja, zrozumiesz dopiero wtedy, kiedy poznasz wszystkie istotne fakty. Język Lenian, leniański,
którym  porozumiewają  się  istoty  mojej  rasy,  a  którego  i  ty  się  nauczysz,  jest  właściwie  powszechnie
używany w naszej komórce galaktyki.

Nessanin podniósł się z fotela.
-  Pozwolę  ci  teraz  odpocząć  -  powiedział.  -  Wkrótce  zjawi  się  tu  lekarz,  aby  zbadać,  na  ile  uda

mu się spowolnić rozwój twojej choroby.

background image

3

V

ince  przygotował  i  zjadł  obiad  w  niedużej  kuchni,  wrócił  do  „swego”  pomieszczenia  i  z

prawdziwym  obrzydzeniem  spojrzał  na  fotel,  w  którym  przesiedział  do  tej  pory  co  najmniej  czterysta
kilkadziesiąt  godzin.  Usiadł  ostrożnie,  mrucząc  coś  pod  nosem,  bo  jego  biodro  po  ostatnim
zastrzyku  było  wciąż  jeszcze  zupełnie  odrętwiałe.  Musiał  jednak  przyznać,  że  choroba  przestała  czynić
tak szybkie postępy, jak dotychczas.

Nauczył się już języka swoich gospodarzy (powiedzieli mu, że to czysty leniański) na tyle dobrze, że

mógł  zacząć  korzystać  z  zarejestrowanych  na  taśmach  wykładów.  Dziś  zamierzał  wysłuchać  wykładu
z archeologii. Przycisnął guzik umieszczony pod prawą poręczą fotela i urządzenie, które dotąd uważał
za  magnetowid,  wydało  cichy  stęk.  Otwarły  się  drzwiczki,  sprzęt  powoli  potoczył  się  ku  niemu
po podłodze i znieruchomiał na wprost fotela. Po sekundzie pojawił się obraz.

Z  ekranu  spoglądał  na  niego  dość  niemłody  nessański  naukowiec.  Vince  pomyślał  z  rozbawieniem,

że  wyglądem  bardzo  przypomina  typowego  ziemskiego  uczonego.  Brakowało  mu  tylko
charakterystycznej brody, której - będąc Nessaninem mieć nie mógł.

Głos dobiegający z urządzenia miał wyraźnie mentorskie brzmienie, ale wyczuwało się w nim nutkę

sztucznego humoru.

-Niektórzy  z  was  zapewne  wiedzą,  że  jestem  profesorem  i  nazywam  się  Nookore.  Wykład,  który

zamierzam wygłosić - mam nadziej ę, iż nie będzie dla was tak nudny, jak dla mnie; wygłosiłem go już
co najmniej dwieście razy - jest wykładem obowiązkowym dla studentów trzeciego semestru wszystkich
wyższych  uczelni.  Nie  musicie  jednak  sporządzać  notatek.  Możecie  skorzystać  z  wydrukowanego
streszczenia.

Profesor Nookore przerwał i przymknął długie oczy, dając w ten sposób słuchaczom do zrozumienia,

że to był żart, a potem udał, że przekłada jakieś kartki.

- Lenianie… - Na ekranie pojawiła się w zbliżeniu pomarszczona twarz naukowca. - Wszyscy znamy

to słowo od dzieciństwa, słyszeliśmy je wielokrotnie, oswoiliśmy się z nim jak z dobrym znajomym, nie
możemy  jednak  pozwolić,  żeby  to  „oswojenie”  przytępiło  naszą  świadomość  tego,  jak  ważną  rolę
w dziejach odegrały owe istoty. - Prelegent uniósł ostrzegawczym gestem wskazujący palec prawej ręki.
-Faktem jest, że żadna z obecnie istniejących rozwiniętych cywilizacji nie może się wyprzeć dziedzictwa
Lenian. Najlepszy tego dowód stanowi choćby język. Ileż tysięcy lat by upłynęło, zanim stworzylibyśmy
własną  mowę,  tak  bogatą  i  precyzyjną  jednocześnie,  jak  leniański.  Bardzo  często,  moi  drodzy,  nie
docenia się tego spadku. Język mówiony i pisany jest czymś o wiele ważniejszym niż wytwory leniański
ej techniki, które udaje się nam od czasu do czasu wykopywać!

Wykładowca  przerwał  i  przez  dłuższą  chwilę  mierzył  swych  potencjalnych  słuchaczy  surowym

spojrzeniem.

Vince  zaczął  się  nerwowo  wiercić  w  fotelu.  Z  niecierpliwością  czekał,  aż  stary  pajac  zakończy  ten

pompatyczny wstęp i przejdzie do konkretów.

Naukowiec z ekranu westchnął znacząco.
- Jakże szczodrze obdarzyli nas Lenianie, zostawiając tu i ówdzie wytwory swojej technologii! Jakże

starannie  zadbali  o  to,  żeby  ich  język  przetrwał  w  niezmienionej  postaci,  z  zachowaną  prawidłową
wymową,  jakby  kiedyś,  w  nieokreślonej  przyszłości,  zamierzali  powrócić!  Zwróćcie  także  uwagę,  jak
skrupulatnie  wybrali  owe  „prezenty  technologiczne”,  zupełniej  jakby  im  bardzo  zależało,  żebyśmy  nie
dowiedzieli  się  czegoś,  czego  się  dowiedzieć  nie  powinniśmy.  Tak,  z  całą  pewnością  był  to  w  pełni
świadomy wybór.

Wiemy, że opuścili nas w pośpiechu, ponieważ zdołaliśmy odnaleźć wiele rzeczy, których na pewno

nie  zamierzali  nam  zostawić.  Wiemy,  że  stoczyli  zacięte  bitwy  -  czyż  nie  słyszeliście  o  Prastarych

background image

Wrogach  niemal  równie  wiele,  jak  o  samych  Lenianach?  Z  pewnością  gdzieś  bardzo  głęboko
pod powierzchnią naszej planety i innych planet kryją się dotąd nieodkopane wraki.

A  jednak,  chociaż  się  tak  spieszyli,  poświęcili  dużo  czasu,  żeby  pozostały  tajemnicą  dwie  sprawy:

dokąd  odlecieli  i  jakim  sposobem  zdołali  opuścić  naszą  komórkę  galaktyki.  Chociaż  Prastarzy
Wrogowie  zniknęli  w  równie  tajemniczych  okolicznościach  jak  oni,  wydaje  się  niemal  pewne,  że
Lenianie obawiali się pościgu.

Wielu  spośród  was  widziało  zapewne  choć  jeden  ze  standardowych  odtwarzaczy  dźwięków,  jakie

Lenianie  pozostawili  w  wielu  miejscach  na  planetach  znajdujących  się  wówczas  na  bardzo  niskim
szczeblu  rozwoju.  Ponieważ  jednak  są  być  może  i  tacy,  którzy  nie  widzieli  nigdy  żadnego,  pokażę,  jak
wygląda takie urządzenie.

Profesor  Nookore  wyciągnął  rękę  i  na  ekranie  ukazał  się  niewielki  cylindryczny  przedmiot,  który

skojarzył się Vince’owi z pojemnikiem zawierającym piankę do golenia.

- Jeżeli chce się je uruchomić - ciągnął naukowiec - należy obrócić denko, o tak, a wtedy rozlega się

głos. Te odtwarzacze wykonano z takich materiałów i skonstruowano w taki sposób, że przetrwały wiele
tysiącleci mimo powodzi, trzęsień gruntu i wybuchów wulkanów, jakie zdarzają się często na większości
planet.  Za  chwilę  usłyszycie  głos  Lenianina,  który  umarł,  jak  szacujemy,  jakieś  jedenaście  tysięcy
nessańskich lat temu.

Wykładowca obrócił denko pojemnika.
Rozległ  się  dźwięczny  niski  głos,  znacznie  silniejszy  i  pewniejszy  niż  trochę  drżący  głos  profesora.

Lenianin  odczytał  tabliczkę  mnożenia  i  wymienił  kierunki  stron  świata  -zapewne  chodziło  nie  tylko
o przekazanie porcji elementarnej wiedzy, ale i o małą lekcję wymowy leniańskiego.

Nookore odłożył cylinder na bok.
-  Oczywiście,  wszyscy  wiemy,  że  Lenianie  nie  byli  rdzennymi  mieszkańcami  naszej  komórki

galaktyki. Wiele przemawia za tym, że nie byli nimi także ich wrogowie, nie znaleziono żadnych śladów,
które  wskazywałyby  na  to,  że  mieszkali  długo  w  tej  komórce.  Jak  wiecie,  Lenianie  żyli  tu  przez  wiele
pokoleń,  dostatecznie  długo,  by  móc  stworzyć  potężne  imperium.  Wiemy  przy  tym,  że  obca  im  była
tyrania i przemoc, nie dokonywali podbojów. Nauczali, handlowali i pomagali.

A  teraz  zastanówmy  się  nad  odpowiedzią  na  pytanie,  które  wielu  już  sobie  zadawało  i  zadaje:  czy

kiedykolwiek  powrócą?  Poważni  badacze  ich  cywilizacji  są  zgodni  w  opinii  -ich  odpowiedź  jest
negatywna.  Upłynęło  przecież  tyle  czasu…  Wydaj  e  się  niemal  pewne,  że  od  dawna  nie  ma  ich  w  tej
galaktyce. Zagłady ich dokonali może wrogowie, a może spowodował ją jakiś kataklizm?

Żadna  rasa  śmiertelników  nie  może  istnieć  nieskończenie  długo,  a  Lenianie  byli  przecież

śmiertelnikami,  a  nie  istotami  nadprzyrodzonymi.  Istnieje  zbyt  wiele  przesłanek,  pozwalających  żywić
pewność, że nie byli nieśmiertelni. Weźmy choćby, na przykład, sprawę mitologii. Chociaż Lenianie byli
wybitnymi  naukowcami,  wierzyli  w  mity  i  przesądy.  Najlepszym  dowodem  jest  jeden  z  odkrytych
ostatnio  fragmentów  leniańskiej  mitologii.  Czytamy  w  nim:  „Wolamia  wygrzewa  się  leniwie  pod  swoją
lampą. Kiedy lampa zostanie zgaszona, Wolamia przypasze broń i przysposobi się do walki”.

Imię  tej  legendarnej  bogini  albo  wojowniczki  wymienia  się  także,  chociaż  przelotnie,  w  innych

dokumentach. Niemniej, Nessanie…

Zirytowany Vince burknął coś pod nosem, wcisnął guzik pod poręczą fotela i przerwał wykład. Nie

znosił  siedzieć  nieruchomo  i  wysłuchiwać  jakichkolwiek  wykładów,  a  kiedy  w  dodatku  profesor
Nookore  zaczął  się  rozwodzić  nad  zawiłościami  leniańskiej  mitologii…  Wstał  i  przeklął
odrętwiałe  biodro.  Postanowił,  że  przespaceruje  się  trochę  po  pomieszczeniach  nessańskiego  statku.
Może później spróbuje posłuchać innego zarejestrowanego na taśmie wykładu.

- Komórkowa natura wszechświata.
Ten  wykładowca  był  młodszy,  mówił  beznamiętnym,  spokojnym  tonem  i  wcale  nie  starał  się

background image

rozbawić  słuchaczy.  Vince  pochylił  się  w  stronę  ekranu.  Tym  razem  zamierzał  wysłuchać  wykładu
do końca, nawet gdyby okazał się koszmarnie nudny.

-  Nie  należy  sądzić  -  ciągnął  monotonnym  głosem  prelegent  -  że  komórkowa  natura  przestworzy

wywiera jakikolwiek wpływ na zwyczajny ruch, którego prędkość j est mniej -sza od prędkości światła,
lub  na  samą  prędkość  światła.  Tak  więc  światło  nawet  najbardziej  odległych  gwiazd  naszej  galaktyki
i innych galaktyk dociera do naszego oka po linii prostej, a Droga Mleczna bez jakichkolwiek zakłóceń
wiruje powoli wokół środka ciężkości galaktyki. Komórkowa natura przestworzy uwidacznia się dopiero
wówczas, kiedy podróżujemy z prędkościami większymi niż prędkość światła.

Naukowiec przerwał na chwilę, by dostarczyć płucom nową porcję powietrza.
-  Istnieje  teoria,  zgodnie  z  którą  to  zjawisko  wiąże  się  z  nie  do  końca  wyjaśnioną  istotą

przemieszczania  się  z  jednego  punktu  przestworzy  do  innego  z  prędkościami  nadświetlnymi,  anie
z  jakimiś  właściwościami  samej  przestrzeni  kosmicznej.  Jak  chyba  wszyscy  dobrze  wiecie,
podróżowanie  z  prędkościami  nadświetlnymi  oznacza  konieczność  rozwiązywania  wyjątkowo
skomplikowanych  problemów  natury  nawigacyjnej  i  jest  techniką  powoli  i  z  wielkim  mozołem
opracowywaną  od  nowa  przez  Nessan,  a  także  przez  istoty  kilku  innych  ras.  Nie  wiemy,  czy  Lenianie
życzyli sobie, byśmy ją opanowali, czy tego nie chcieli, ale nie uczynili nic, żeby ułatwić nasze zadanie.
Nie  otrzymaliśmy  także  z  ich  strony  żadnej  zachęty  ani  pomocy,  które  ułatwiłyby  nam  odkrycie
znanej im tajemnicy podróżowania między komórkami.

Wielokrotnie  i  w  sposób  dramatyczny  uwidaczniały  się  różne  ograniczenia  związane  ze  zwykłym

przemieszczaniem się z prędkościami nadświetlnymi. Zdarzało się, że kapitanowie gwiezdnych statków,
którzy  ugrzęźli  w  nieznanym  miejscu,  próbowali  stosować  nowe,  czasami  bardzo  wymyślne  teorie
nawigacji.  Niektórzy,  dokonawszy  wielu  niezrozumiałych  zmian  kursu,  powracali  do  któregoś  z  dobrze
znanych rejonów naszej komórki galaktyki. Po niektórych natomiast wszelki świat zaginął. Możliwe, że
przydarzyła się im jakaś katastrofa w naszej komórce. Niewykluczone, że kilka statków zdołało opuścić
tę  komórkę  i  przesiało  za  pomocą  radia  lub  fal  elektromagnetycznych  innego  rodzaju  wiadomość,
która  dotrze  do  nas  po  upływie  wielu  stuleci!  Wydaje  się,  że  jedynym  sposobem,  aby  taka  wiadomość
mogła  szybko  dotrzeć  do  nas,  jest  zawrócenie  statku  do  punktu  startowego  albo  przesianie  jej
na pokładzie zdalnie sterowanej bezzałogowej kapsuły informacyjnej, która pokona tę samą trasę także
z prędkością nadświetlną, ale w przeciwnym kierunku.

Starając  się  słuchać  wykładu,  Vince  przyłapał  się  w  pewnej  chwili  na  tym,  że  zaczyna  rozmyślać

o  swojej  przyszłości.  Gdyby  podczas  pobytu  na  Shannie  odzyskał  zdrowie  na  tyle,  że  mógłby
kontynuować  powierzone  zadanie,  miał  poinformować  o  tym  Leoora,  którego  zwolniono  tymczasowo
ze służby w Wojskach Obrony Systemu Słonecznego i przydzielono do współpracy z Vince’em. Jeśliby
na  Shannie  pojawili  się  banita  Zarpi  albo  badaczka  Akorra,  miał  o  tym  także  powiadomić  Nessanina.
Nie  bardzo  jednak  wiedział,  w  jaki  sposób  prześle  taki  meldunek.  Zdalnie  sterowana  bezzałogowa
kapsuła była miniaturowym statkiem wyposażonym we własną jednostkę napędu nadświetlnego i pełen
zestaw  nawigacyjnych  komputerów.  Kapsuły,  które  Vince  kiedyś  widział,  miały  co  najmniej  metr
dwadzieścia  długości  każda.  Z  pewnością  nie  zdołałby  przemycić  żadnej  na  powierzchnię  Shanny  w
saszetce z przyborami do golenia! Postanowił, że kiedy wykład dobiegnie końca, zagadnie o to Leoora.

Nessański kapitan uśmiechnął się, to znaczy zamrugał i wykrzywił usta.
- Czekałem na to pytanie - powiedział. - Widzisz, Vinsie, od czasu do czasu udaje się nam odnaleźć

dziwne wytwory leniańskiej techniki. Znalezienie niektórych staramy się trzymać w tajemnicy.

Porośnięta  białą  sierścią  obca  istota  wstała  od  biurka  i  podeszła  do  czegoś,  co  wyglądało  jak

najzwyczajniejszy  sejf  w  ścianie.  Wyciągnęła  obie  ręce,  zaczęła  kręcić  tarczą  i  po  chwili  z  cichym
szczękiem  okrągłe  drzwi  się  otworzyły.  Leoor  wrócił  do  biurka,  niosąc  kilka  przedmiotów.  Położył
je tak, żeby Vince mógł się im przyjrzeć. Otworzył nawet szufladę biurka i wyjął sporą lupę.

background image

- Myślę, że będzie ci potrzebna - powiedział.
Vince spojrzał przez lupę na ścięty z jednej strony krążek wielkości monety dolarowej.
-Jest  to  jedna  z  odmian  leniański  ego  ogniwa  energetycznego  -  wyjaśnił  Nessanin.  -  Mamy  więcej

takich  drobiazgów.  Nazywamy  je  leniańskimi  monetami.  Zwróć  uwagę  na  cienką  krawędź  boczną
i  wyraźne  wgłębienie  pośrodku  krążka.  Gdybym  miał  drugi  taki  sam  i  przyłożył  do  tego,
zobaczyłbyś  coś  fascynującego.  Musiałbyś  obie  mocno  ścisnąć,  bo  inaczej  by  się  tak  obróciły,  że  ich
ścięte  krawędzie  ustawiłyby  się  pod  kątem  dwudziestu  stopni  jedna  względem  drugiej.  Jest
to  szczególna  odmiana  magnetyzmu;  leniańskie  monety  zachowuj  ą  takie  właściwości  nawet  wówczas,
kiedy nie są naładowane.

Leoor sięgnął po monetę i z czułością zważył ją na dłoni.
- Żeby ją aktywować, musisz zanurzyć ją w wodorze o ciśnieniu dwóch atmosfer i trzymać tam przez

kilkaset  godzin.  Dopiero  wtedy  będziesz  dysponował  potężnym  źródłem  energii,  pod  warunkiem,  że
połączysz ją z inną monetą albo nawet kilkoma naraz. Krążek został wykonany ze stopu palladu z innymi
metalami. Pochłania duże ilości wodoru, żeby w jakiś sposób przekształcić większość w czynne izotopy
-  deuter  i  tryt.  Jeżeli  przyłożysz  taką  monetę  do  drugiej  tak,  że  ścięte  krawędzie  będą  się  dokładnie
pokrywały  i  ściśniesz,  masz  wtedy  niewielki  stos  jądrowy,  całkiem  niegroźny.  Jeżeli  jednak  połączysz
i  ściśniesz  szybko  sześć  monet  -  na  przykład,  wpychając  je  w  głąb  tuby  o  odpowiednich  rozmiarach,
możesz rozerwać ten statek na atomy!

Vince mimo woli odsunął dłoń od krążka. Leoor się uśmiechnął.
- W tej chwili nie zawiera wodoru - powiedział.
Vince też się uśmiechnął, ale z zażenowaniem.
-  No  dobrze,  a  więc  jest  to  coś  w  rodzaju  nienaładowanego  akumulatora.  W  jaki  sposób  umożliwi

mi komunikowanie się z tobą, kiedy już wyląduję na Shannie?

-Nie  umożliwi  ci  tego  -  odparł  Nessanin.  -  O  komunikowaniu  się  pomówimy  za  chwilę.  Najpierw

jeszcze  kilka  słów  o  tych  monetach.  Zanim  odlecisz,  wręczę  ci  dziesięć.  Spotyka  się  je  bardzo  rzadko,
ale  nie  na  tyle  rzadko,  żeby  wystawienie  ich  na  sprzedaż  wzbudziło  na  Shannie  sensację
albo podejrzenia. Prawdę mówiąc, przez Port Shanny przepływają ogromne bogactwa albo też pozostają
tam. Spodziewamy się, że Zarpi zainteresuje się tymi monetami z pewnego innego powodu i dzięki temu
uda ci się zawrzeć z nim bliższą znajomość.

Vince wzruszył ramionami i przeniósł spojrzenie na inny, podobny do portfela przedmiot, który Leoor

także wyjął z sejfu w ścianie.

- A to, cóż to jest? - zapytał. - Paszport, czy coś w tym rodzaju?
Leoor znów się uśmiechnął.
- Zgadłeś. To paszport, identyfikator i karta kredytowa. Z pozoru. - Otworzył przedmiot. - Oto twoje

zdjęcie. Czy potrafisz przeczytać napis pod nim?

Vince spojrzał na dziwne litery i zmarszczył brwi.
-  To  po  onsjańsku,  a  nie  po  leniańsku.  Vinz…  Kul…  Lo  -odczytał  z  trudem.  -  To  moje  imię

i nazwisko, a przynajmniej coś bardzo podobnego!

-  Masz  rację.  Chcemy,  żebyś  udawał  pirata  z  pewnego  mało  znanego  rejonu  naszej  komórki

galaktyki. Będziesz porozumiewał się z nami za pośrednictwem Onsji, planety usytuowanej w odległym
zakątku  tej  komórki.  Ale  ten  przedmiot  j  est  czymś  więcej  niż  dokumentem,  to  komunikator,  o  który
zapytałeś.

- Uhm?
Nessanin uśmiechnął się i podważył paznokciem krawędź zdjęcia.
- Odrywa się, widzisz? - zapytał. - Utrzymuje je tylko słabe pole pól magnetyczne. Proszę. Oderwij

tę  fotografię  i  obróć  ją  o  dziewięćdziesiąt  stopni,  a  później  znów  ją  przyłóż,  zamknij  portfel  i  czymś

background image

go  przy  ciśnij.  Możesz  na  przykład  na  nim  usiąść.  Portfel  ma  własne  źródło  zasilania,  a  ono
prześle  wiadomość  tym  samym  nadświetlnym  szlakiem,  którym  przeleciałby  zwyczajny  statek  albo
informacyjna  kapsuła.  Odbierzemy  wiadomość  i  dowiemy  się,  co  chciałeś  nam  powiedzieć.  Jeżeli
obrócisz  zdjęcie  o  dziewięćdziesiąt  stopni  zgodnie  z  kierunkiem  ruchu  wskazówek  waszego  zegara,
będzie  to  oznaczało:  „Zdrowy  i  wolny”.  Jeżeli  je  obrócisz  w  tym  samym  kierunku  o  kolejne
dziewięćdziesiąt  stopni,  wiadomość  będzie  brzmiała:  „Zarpi  jest  tutaj”.  Trzeci  taki  sam  obrót
będzie oznaczał: „Jest tu Akorra”. Rozumiesz?

Vince kiwnął głową
-  Domyślam  się,  że  to  jeden  z  tych  okrytych  tajemnicą  wytworów  leniańskiej  techniki,  o  których

wspominałeś - powiedział. - Oznacza to, że nie będzie mi potrzebna informacyjna kapsuła.

- Nie będzie ci potrzebna, chyba że zechcesz przesłać bardziej szczegółowe informacje. Ten problem

rozwiążesz  jednak  we  własnym  zakresie,  być  może  z  pomocą  Gondala,  jeśli  będzie  on  jeszcze  wtedy
na Shannie i jeżeli znajdziesz jakiś sposób ukrycia przed nim prawdziwego sensu przesyłanej informacji.
Nie chcielibyśmy i nie możemy mu zbytnio ufać. Mimo wszystko to przecież pirat.

Vince wzruszył ramionami.
- Myślę, że nie ma sensu, bym się teraz martwił tą sprawą - powiedział. - A to co?
Sięgnął  po  przedmiot  wyglądający  jak  sześciokrotnie  większy  od  oryginału  plastikowy  model

leniańskiej monety.

-  To  jest  -  odparł  Leoor  z  ledwo  uchwytnym  napięciem  w  glosie  -  kopia  przedmiotu,  który  ukradł

nam Zarpi. Jak widzisz, ma identyczny kształt jak mała moneta, jeżeli nie liczyć tej szczeliny w ściętej
krawędzi.  Może  się  tam  zmieścić  sama  moneta.  -  Nessanin  umieścił  monetę  w  szczelinie.  -
Gdyby moneta była naładowana, zasiliłaby coś, co znajduje się wewnątrz tego przedmiotu. Niestety, nie
wiemy,  do  czego  służy  sam  przedmiot.  Jego  właściciele  nie  przejawiali  w  ogóle  chęci  do  współpracy,
a mój rząd był na tyle delikatny, że nie zarekwirował go i nie zbadał. Podejrzewamy, że to coś w rodzaju
klucza; w starych traktatach wspomina się o istnieniu takich rzeczy. Nie jest to jednak jakiś zwyczajny
klucz  do  otwierania  zwyczajnych  zamków.  Zapewne  może  otwierać  albo  zamykać  jakieś  drzwi  lub
wrota,  ale  stanowi  również  coś  w  rodzaju  programatora  leniańskiego  komputera  czy
skomputeryzowanego  mechanizmu.  Możemy  najwyżej  domyślać  się  lub  zgadywać.  Akorra  jest
znakomitym fizykiem, a zarazem specjalistką w dziedzinie wytworów leniańskiej techniki. Może właśnie
dlatego Zarpi, który ukradł ten przedmiot, porwał ją. I oczywiście cala sprawa wiąże się w jakiś sposób
z Shanną.

Urwał i spojrzał Vince’owi prosto w oczy.
-  Teraz  już  wiesz  naprawdę  wszystko  -  powiedział  poważnym  tonem.  -  Podobnie  jak  my,  możesz

wyciągać własne wnioski.

Czując  lekki  ucisk  w  żołądku,  Vince  przez  chwilę  porządkował  w  myślach  wszystko,  czego  się

dowiedział.

- Rozumiem - odezwał się w końcu. - Kiedy i gdzie mamy się spotkać z tym Gondalem?
-  Będziemy  na  miejscu  spotkania  za  jakieś  osiemdziesiąt  godzin  -  odparł  Leoor.  -  Dotarła  do  nas

jego informacyjna kapsuła. Zawiadamia, że już tam przybył. Czeka na nas.

background image

4

T

rochę poirytowany tym, że odczuwa spore napięcie, Vince wyciągnął dłonie i uścisnął obie dłonie

Leoora,  pamiętając,  że  właśnie  w  ten  sposób  witają  się  i  żegnają  Nessanie.  Podniósł  swój  e  dwa  małe
nesesery  i  ruszył  za  pilotem  do  burtowej  śluzy.  Pochylił  się,  wszedł  do  wahadłowca,  wcisnął  nesesery
pod  ławkę  i  usiadł  na  niej.  Wahadłowiec  nie  miał  ani  kubełkowych  foteli,  ani  nawet  pasów
bezpieczeństwa.  Podobnie  jak  we  wszystkich  nessańskich  gwiezdnych  statkach,  panowało  w  nim
kompensujące wszelkie zmiany przyspieszenia sztuczne ciążenie.

Światła ściemniały.
Kiedy  wahadłowiec  odłączał  się  od  burty  nessańskiego  statku,  Vince  poczuł  lekki  wstrząs.  Potem

nie działo się nic aż do chwili, kiedy przesłaniające dziobowy iluminator metalowe żaluzje rozsunęły się,
aby ukazać usiane punkcikami gwiazd przestworza.

Vince  spojrzał  na  widoczne  po  obu  stronach  głowy  pilota  nieznane  gwiazdozbiory.  Uczestnicząc

w  pierwszych  wyprawach,  jakie  zaczynały  odbywać  istoty  ludzkie  w  obrębie  własnego  systemu
słonecznego,  utrwalił  w  pamięci  obraz  kosmicznych  przestworzy.  Tych  gwiazd,  jakie  widział  teraz
za iluminatorem, z całą pewnością jednak nigdy dotąd nie oglądał. Kiedy uświadomił sobie, jak daleko
od domu się znalazł, poczuł niepokojący ucisk w żołądku.

Wydawało  się,  że  wahadłowiec  zawisł  nieruchomo  w  pustce  przestworzy.  Minęło  mniej  więcej

piętnaście  minut.  Pilot  mruknął  coś  do  mikrofonu  i  natychmiast  zabrzmiał  cichy  kurant.  Pilot  odwrócił
się  do  pasażera  i  skinieniem  głowy  pokazał  mu  coś,  co  znajdowało  się  przed  nimi.  Przeklinając  swój
kiepski wzrok, Vince spojrzał w tamtą stronę.

Z  początku  zobaczył  tylko  skupisko  świetlistych  punktów,  dopiero  po  chwili  spostrzegł,  że  tworzą

one  coś  w  rodzaju  krzyża  -  regularny  krąg,  od  którego  odchodziły  na  boki  cztery  promienie.  Ów  krzyż
szybko  stawał  się  coraz  większy,  a  zatem  wahadłowiec  zmierzał  jednak  ku  jakiemuś  celowi
(lub, oczywiście, coś zmierzało ku wahadłowcowi).

W pewnej chwili pilot włączył reflektory i na zakrzywionej plastmetalowej powierzchni dziobowego

iluminatora pojawiły się świetliste plamy. Kiedy potężny strumień światła trysnął w przestworza, Vince
zorientował się, że dziwny obiekt przed nimi to gwiezdny statek.

Wyglądał  inaczej  niż  jednokadłubowe  statki  Nessan.  Ze  środkowego  cylindrycznego  kadłuba

przypominającego  gigantyczną  puszkę  mleka  sterczały  na  boki  cztery  wąskie  ramiona.  Na  końcu
każdego  znajdował  się  o  wiele  mniejszy  kadłub.  W  pewnej  chwili  Vince  dostrzegł  pierścień
odbijających  światło  wklęśnięć,  które  biegły  po  obwodzie  płaskiego  końca  ogromnego  cylindra.
Zrozumiał, że spogląda na typowe promienniki napędu nadświetlnego. Słuchając wykładów na ten temat,
dowiedział  się,  jak  wyglądają.  Dopiero  po  chwili  zauważył,  że  w  podobne  promienniki  wyposażono
każdy z mniejszych kadłubów.

Każdy zatem był odrębnym gwiezdnym statkiem, malutkim w porównaniu z centralnie usytuowanym

gwiazdolotem, a jednak o wiele większym niż wszystko, co do tej pory zdołali skonstruować Ziemianie.

Pod  jednym  z  mniejszych  kadłubów  osadzonych  na  końcach  długich  ramion  (to  były  z  pewnością

kolumny  cumownicze)  Vince  zauważył  jeszcze  mniejszy  obiekt,  który  przypominał  niewielki
konwencjonalny gwiezdny statek. Był długi, smukły i miał opływowe kształty. Na kadłubie tu i ówdzie
widać było jakieś wypukłości i wybrzuszenia, a z jednego jego końca wystawały trzy łapy lądownicze.

Nagle,  chociaż  Vince  tego  nie  poczuł,  wahadłowiec  zaczął  wyraźnie  zmniejszać  szybkość  i  kiedy

znalazł  się  w  końcu  blisko  smukłego  statku,  sunął  już  bardzo  powoli.  Teraz  Vince  mógł  teraz  ocenić
wielkość  gwiazdolotu  -  miał  chyba  jakieś  sześćdziesiąt  metrów  długości.  Porównując  jego  wymiary
ze  środkowym  kadłubem,  doszedł  do  przekonania,  że  ogromny  cylinder  musi  mieć  co  najmniej  trzysta
metrów średnicy.

background image

W następnym momencie zauważył umieszczoną pośrodku smukłego walca klapę śluzy cumowniczej.

Sposób,  w  jaki  była  oświetlona,  wskazywał  jednoznacznie,  że  właśnie  tam  ma  się  skierować  pilot
wahadłowca.  Kilka  minut  później  rozległ  się  cichy  zgrzyt  i  metalowe  żaluzje  ponownie
przysłoniły  iluminator  dziobowy.  Kiedy  oba  statki  się  połączyły,  Vince  poczuł  lekki  wstrząs  i  usłyszał
stłumiony  syk  -  wyrównały  się  ciśnienia  powietrza.  W  końcu  klapa  śluzy  wahadłowca  zaczęła  się
otwierać.

Vince  spojrzał  w  głąb  słabo  oświetlonego  korytarza,  który  prowadził  chyba  do  samego  środka

nieznanego  statku.  Dostrzegłszy  rozbawione  spojrzenie  pilota,  uśmiechnął  się  do  niego,  po  czym  skinął
głową na znak podziękowania i pożegnania. Wyciągnął nesesery spod ławki i ruszył w stronę śluzy.

- Uważaj na ciążenie! - usłyszał nagle za plecami głos pilota.
Vince zrozumiał sens ostrzeżenia i tytułem próby popchnął do przodu jeden z neseserów. Gdy tylko

walizeczka przekroczyła granicę wahadłowca, frunęła w powietrze. Vince puścił oba bagaże i przeszedł
przez tunel cumowniczy, trzymając się przytwierdzonych do ścian metalowych uchwytów.

Kiedy znalazł się wewnątrz obcego statku, klapy obu włazów się zamknęły. Z początku pomyślał, że

jest  tu  sam,  ale  po  kilkunastu  sekundach  usłyszał  czyjś  świszczący  głos,  powoli  wymawiający
poszczególne słowa. Zrozumiał je bez trudu, bo witająca go istota mówiła płynnie po leniańsku.

- Widzę, że całkiem sprawnie się poruszasz. Powiedziano mi, że jesteś na wpół ślepy. - W następnej

chwili  rozległa  się  krótka  seria  następujących  szybko  po  sobie  głośnych  syków.  -  Obawiałem  się,  że
może jesteś slaby albo że tunel cumowniczy okaże się nieszczelny i nie zdołasz się przedostać na pokład
mojego  statku.  Nie  chciałbym  na  samym  początku  stracić  tak  cennego  ładunku.  Sss-sss-sss!  -  Głos
umilkł  na  moment.  -  Skieruj  się  do  centralnego  korytarza,  a  potem  idź  prosto.  Siedzę  w  głównej
sterowni, gdzie nastawiłem umiarkowane ciążenie.

Vince poczuł, że lekki dreszcz przebiegł mu po plecach.
- Kim jesteś? - zapytał.
Usłyszał  ponownie  krótką  serię  urywanych  syków  i  pomyślał,  że  być  może  stanowią  odpowiednik

śmiechu.

- To chyba oczywiste. Jestem Gondal - zabrzmiała odpowiedź. - Nie sądzisz chyba, że powierzyłbym

tak  delikatną  sprawę  któremuś  z  moich  podwładnych.  Każdy  z  nich  mógłby  próbować  cię  wykorzystać
jako narzędzie własnych planów.

Kiedy  Vince  przystanął  na  progu  głównej  sterowni,  zdrętwiał  z  przerażenia.  W  pierwszej  sekundzie

wydało mu się, że z pękatego korpusu co najmniej półtorametrowej średnicy wyrastają ogromne giętkie
węże.  Dopiero  po  chwili,  trzymając  się  uchwytu  w  ścianie  i  wytężywszy  oczy,  które  jakoś  musiały
poradzić sobie z brakiem ciążenia, zobaczył, że były to tylko dwie podobne do wężowych łbów głowy.
Ujrzał  także  wyrastające  z  górnej  części  cielska  cztery  macki;  każda  z  nich  kończyła  się  parą
spiczastych  palców.  Mniej  więcej  pośrodku  między  dwiema  szyjami  dostrzegli  jeszcze  jedną
giętką  mackę.  Miała  dwa  metry  długości,  ale  tylko  pięć  centymetrów  średnicy.  Wyglądała  jak
grubościenna  rura,  a  na  jej  końcu  znajdowało  się  coś  w  rodzaju  ust,  które  stykały  się  z  metalowym
pojemnikiem, przypiętym do potężnych pleców.

Z  dolnej  części  torsu  wyrastały  kolejne  cztery  macki,  te  były  grube  i  krótkie.  Każda  kończyła  się

dwoma  silnymi  i  giętkimi  palcami.  Jedna  z  nóg-macek  owinęła  się  wokół  kolumny  fotela  pilota,  dzięki
czemu  istota  nie  odrywała  się  od  siedzenia.  Pozostałe  trzy  macki  spoczywały  swobodnie  na  podłodze
w różnych miejscach.

Z każdą chwilą Vince dostrzegał nowe szczegóły.
Zielona  skóra  istoty  była  pokryta  wyraźnymi  jasnymi  i  ciemnymi  plamami,  tu  i  ówdzie  widniały

na  niej  blizny  i  szramy.  Każda  z  wężowych  głów  miała  parę  oczu,  ale  w  żadnej  nie  było  wiele  miejsca
na mózg. Zęby przypominały bardziej kły wilka niż węża.

background image

Vince  zauważył,  że  miejsce  pomiędzy  wyrastającymi  z  górnej  części  cielska  mackami  powoli

pęcznieje,  i  zdał  sobie  sprawę,  że  przez  podobną  do  rury  długą  mackę  istota  zasysa  z  cylindra  porcje
gazu.  Przyglądała  się  Cullowowi  wszystkimi  czterema  oczami.  Jedną  parę  utkwiła  w  jego  twarzy,  a
drugą  lustrowała  go  od  stóp  do  głów  i  z  powrotem.  Vince  odnosił  jednak  wrażenie,  że  główny  mózg
istoty musi znajdować się gdzieś w środkowej części ciała.

Oddechowa macka oderwała się od pojemnika z gazem, zwinęła i zwróciła usta w stronę Ziemianina.

Spomiędzy prawie zaciśniętych warg wydobyła się seria syków. Vince był już teraz całkiem pewien, że
jest  to  śmiech.  Zdał  sobie  naraz  sprawę,  że  w  sterowni  unosi  się  ledwo  wyczuwalna  woń  amoniaku.
Potem ponownie usłyszał powoli wypowiadane słowa:

-  No  cóż,  wejdź  do  środka!  Nie  pożeram  tak  cennych  ładunków,  przynajmniej  dopóki  nie  umieram

z głodu. A teraz nie umieram.

Mimo  protestu  wszystkich  zmysłów  Vince  przestąpił  jedną  nogą  próg  śluzy.  Poczuł  szarpnięcie  siły

ciążenia  równego  mniej  więcej  połowie  ziemskiego.  Postawił  na  płytach  pokładu  drugą  nogę  i  zamarł,
uparcie próbując się uwolnić od wrażenia, że to wszystko jest sennym koszmarem.

Istota zasyczała.
-  Muszę  cię  jak  najszybciej  nauczyć  latać  tym  dziwnym  statkiem  i  wrócić  na  pokład  swojego

kosmolotu.  Mogę  oddychać  twoim  powietrzem,  ale  drażni  moje  płuca,  mam  także  dość  oddychania  tą
mieszaniną  z  pojemnika,  którym,  jak  sądzę  po  zapachu,  nieumiejętnie  posługiwał  się  jeden  z  członków
mojej przeklętej załogi. Sss-sss! A zatem, jak się nazywasz?

- Uhm… Vince Cullow.
- Vinz Kul Lo - powtórzyła istota. - Niezbyt dziwacznie.
Ręka-macka  rozwinęła  się,  spiczaste  palce  nacisnęły  jakiś  przełącznik  umieszczony

na naszpikowanym przyrządami pulpicie. Z głębi statku zaczęły dobiegać pomruki i świsty.

- To włącznik głównego napędu - wyjaśniła istota.
Jej cztery nogi-macki poruszały się pewnie i płynnie. Ogromne ciało obróciło się dookoła, a potem

spoczęło  w  fotelu  pilota.  Palce  wyrastających  z  górnej  części  torsu  macek  nie  przestawały  jednak
tańczyć po kontrolnym pulpicie.

-  To  główny  włącznik  napędu  grawitacyjnego,  a  to  przełączniki  wszystkich  trzech  silników

w  płetwach.  To  prymitywny  rodzaj  napędu,  ale  umożliwia  manewrowanie  bez  obawy  wykrycia
za pomocą przyrządów elektronicznych. A przy okazji, nie masz żyroskopów, żeby zawrócić ten statek.
Ten rząd guzików i przełączników - co za piekielne rozmieszczenie! - umożliwi ci uruchamianie urządzeń
pokładowych  w  rodzaju  klimatyzatora,  klap  śluz,  generatora  sztucznego  ciążenia,  oświetlenia,  dźwigów
towarowych,  systemów  uzbrojenia  i  tak  dalej.  -  Końcówka  jednej  z  macek  powędrowała  do  innego
panelu,  pośrodku  którego  widniał  wielki  przełącznik.  -A  to  główny  włącznik  napędu  nadświetlnego,
zainstalowanego  prowizorycznie  na  twoim  statku  wiele  dni  po  jego  skonstruowaniu.  Twój  napęd
nadświetlny  jest  uszkodzony.  Stanowi  to  dobry  pretekst  -  jeden  z  kilku  -  lecisz  na  Shannę,  żeby  go
naprawić. - Wężowa głowa pochyliła się nad klawiaturą. - A to umożliwi ci posługiwanie się głównym
komputerem.  Poprzedni  właściciel  statku  dokonał  kilku  ulepszeń  i  przeróbek;  dzięki  temu  możesz
sterować pracą wszystkich urządzeń pokładowych. Twój statek nie jest mamą starą i zdezelowaną balią,
na  jaką  wygląda,  a  raczej  nie  będzie  nią,  kiedy  twój  napęd  nadświetlny  zostanie  naprawiony.  Powinno
to nastąpić, zanim chirurdzy zoperują twoje oczy.

Gondal obrócił się na fotelu pilota jak nieprawdopodobnie wielka gumowa lalka.
-  Chodź,  usiądź  obok  mnie  -  powiedział.  -  Powinieneś  jak  najszybciej  nabrać  wprawy.  Możesz

zacząć ćwiczenia od ulokowania nas za środkowym kadłubem mojego gwiazdolotu.

Służąca do oddychania długa macka rozwinęła się i usta znów przywarły do metalowego pojemnika.
Oszołomiony Vince spojrzał niepewnie na fotel drugiego pilota.

background image

- Uhm… - mruknął. - Czy mam rozumieć, że to ma być mój statek?
Jedna z wężowych głów Gondala pochyliła się na znak potwierdzenia.
- Oczywiście - powiedział. - Jakiż byłby z ciebie pirat, gdybyś nie miał własnego statku? Ten nadaje

się  wprost  idealnie.  Jest  bardzo  stary  i  pochodzi  z  tak  odległej  planety,  że  nikt  nie  będzie  w  stanie
sprawdzić z jakiej.

Vince  podszedł  powoli  do  wolnego  fotela,  usiadł  i  spojrzał  bezradnie  na  rzędy  przełączników

i wskaźników. W następnym momencie przecisnęła się obok niego macka i poczuł słabą woń amoniaku.
Spiczaste palce coś przełączyły i na kwadratowym ekranie o trzydziestocentymetrowych bokach pojawił
się niewyraźny obraz.

- Och, zupełnie zapomniałem. Twoje oczy - zreflektował się Gondal.
Spiczaste palce pokręciły czymś i obraz na ekranie szybko się rozjaśnił. Widać było teraz ogromny

środkowy kadłub z fragmentem biegnącej ukośnie i skróconej kolumny cumowniczej .

-  Chwytaki  grawitacyjne  są  wyłączone  -  oznajmił  Gondal.  -  Wykonasz  teraz  pierwszy  manewr.

Oddalisz  się  na  odległość  stu  kilkudziesięciu  metrów  od  mojego  gwiazdolotu,  włączysz  silniki
i  przyspieszysz,  a  potem  zwolnisz,  żeby  dziób  twojego  statku  prawie  stykał  się  z  rufą  głównego
kadłuba mojego gwiazdolotu. Kiedy tam dotrzesz, twój statek zostanie przechwycony przez moją załogę.

Vince  z  wysiłkiem  przełknął  ślinę.  Niech  mnie  diabli,  jeżeli  pozwolę  mu  uważać  ludzi

za  półgłówków,  pomyślał.  Starał  się  usilnie  zapamiętać  wszystko,  o  czym  przed  chwilą  mówił
mu Gondal.

Wkrótce  się  okazało,  że  system  sterowania  statku  był  w  zasadzie  bardzo  prosty  w  obsłudze.

Na  pulpicie  znajdowały  się  guziki  z  leniańskimi  symbolami  oznaczającymi  ..naprzód”  i  „do  tylu”,
a także przełączniki o dźwigniach na tyle dużych, że mógł chwytać je palcami. Parę z tych przełączników
oznaczono  zwykłymi  cyframi:  jedynką,  dwójką  i  trójką;  musiały  pozwalać  na  włączanie  i  wyłączanie
mechanizmów  łap  lądowniczych.  Usiłując  rozpaczliwie  zachować  maksymalną  jasność  umysłu,  Vince
dostrzegł w końcu symbol oznaczający „w bok”.

Odetchnął  głęboko,  odszukał  odpowiednie  przełączniki  i  bardzo  łagodnie  pchnął  w  kierunku,  który

wydal mu się właściwy. Zanim zdążyły zareagować kompensatory zmiany przyspieszenia statku, poczuł
lekkie szarpnięcie i zakołysał się na fotelu. Gondal zasyczał, najwyraźniej bardzo rozbawiony.

- Powiedziałem, sto kilkadziesiąt metrów, a nie sto kilkadziesiąt kilometrów! - zadrwił.
Czując,  że  się  rumieni  ze  wstydu,  Vince  przeprowadził  kilka  prób  i  w  końcu  opanował  w  pewnym

stopniu  sztukę  pilotażu.  Ostrożnie  manewrując,  przeprowadził  statek  za  rufę  centralnego  kadłuba
gwiazdolotu  Gondala,  po  czym  powoli  zaczął  się  ku  niej  zbliżać,  starając  się  kierować
ku  środkowi  cylindra,  między  promienniki  napędu  nadświetlnego.  Jego  puls  bil  szybko.  To  było  coś
wspaniałego!  Pomyślał,  że  kiedy  nabierze  trochę  większej  wprawy,  zdoła  wykonać  każdy,  choćby
najbardziej skomplikowany manewr!

Kiedy odległość między nimi a ogromnym kadłubem gwiazdolotu Gondala zmalała do kilku metrów,

jego statek coś nagle zatrzymało, tak raptownie, jakby zderzył się z litą ścianą. Siła inercji szarpnęła nim
do przodu. Gondal gniewnie zasyczał.

-  To  jak  zawsze  bojaźliwi  członkowie  mojej  załogi  -wyjaśnił.  -  Podsłuchiwali,  co  mówiłem,  i  zlękli

się, że możesz się wbić w rufę gwiazdolotu.

Nacisnął jakiś przełącznik i wrzasnął coś ostro do mikrofonu.
Z  głośnika  dała  się  słyszeć  równie  nieuprzejma  odpowiedź.  Mimo  to  statek  Cullowa  został

przyciągnięty tak delikatnie, że niemal bez wstrząsu zetknął się z płaszczyzną kadłuba.

Kilka  minut  później  Vince  poczuł,  że  coś  uderzyło  o  burtę  jego  statku.  Domyślił  się,  żęto

wahadłowiec,  którego  pilot  przyleciał,  żeby  zabrać  kapitana.  Onsjanin  potwierdził  jego  domysł,  wstał
z fotela i ruszył w stronę śluzy.

background image

-  Poćwicz  jeszcze,  żebyś  nabrał  wprawy  -  powiedział.  -Wszystkie  czynności  zaprogramowano

w  pamięci  głównego  komputera.  Powinieneś  tylko  postępować  ściśle  według  wskazówek.  Udamy  się
teraz  na  Shannę,  ale  okrężną  trasą.  Zanim  tam  dolecimy,  musisz  oswoić  się  z  tym  statkiem  i  rolą,
którą  masz  odgrywać.  Osobiście  uważam,  że  nie  jesteś  przekonującym  piratem  -  masz  zbyt  uczciwą
twarz.  Sss-sss-sss!  Musimy  jednak  spróbować.  Skontaktuj  się  ze  mną,  gdybyś  miał  jakieś  pytania  albo
kłopoty.

-Uhm… Dobrze.
Vince  wstał  z  fotela  drugiego  pilota,  odprowadził  Gondala  do  progu  śluzy  i  obserwował,  jak

Onsjanin, zręcznie stawiając giętkie nogi-macki, znika w półmroku długiego korytarza.

Kiedy  Vince  pozostał  sam  na  pokładzie  statku,  zaczął  myszkować  po  różnych  pomieszczeniach.

Przekonał  się  wkrótce,  że  dysponuje  wystarczającą  ilością  pożywienia.  Wyglądało  dość  dziwnie,  ale
nadawało  się  dojedzenia.  Znalazł  mięso  jakiegoś  zwierzęcia,  opakowany  w  folię  chleb
o anyżowym smaku i różne kuliste owoce, coś co przypominało kawę, kilka plastikowych pojemników
z płynem podobnym do piwa i zestaw przypraw, które musieli wcześniej przysłać Nessanie: sól, pieprz,
sproszkowaną cebulę i cukier.

Kiedy usiadł do komputera, okazało się, że rzeczywiście może się wiele nauczyć. Dowiedział się, że

Shanna  jest  planetą  trochę  większą  niż  Ziemia,  ale  obdarzoną  prawie  taką  samą  silą  ciążenia;  że
zawartość  dwutlenku  węgla  w  atmosferze  jest  tam  nieco  wyższa,  a  ponadto  występują  w  niej
różne  rzadkie  gazy.  Na  planecie  panował  znośny  klimat.  Była  rzeczywiście  pozbawiona  słońca,
ogrzewało  ją  nagromadzone  w  jej  głębi  ciepło,  co  stanowiło  źródło  różnych  dziwnych  zjawisk.
Gdzieniegdzie  woda  w  morzu  wrzała.  Niektóre  zwierzęta  same  wytwarzały  słabe  światło  (podobnie
zresztą  niektóre  rośliny),  inne  gromadziły  się  wokół  czynnych  wulkanów,  jeszcze  inne  wykazywały
zdolność  widzenia  w  absolutnym  mroku,  a  prawie  wszystkie  miały  doskonały  węch
i  słuch.  Najdziwniejsze  jednak,  że  warunki  klimatyczne  prawie  wcale  nie  odbiegały  od  tych,  jakie
panowały  na  Ziemi.  Być  może  przyczyną  powstawania  wiatrów  i  deszczów  były  różnice  temperatury
w różnych regionach Shanny, spowodowane różnicami grubości skorupy planety.

Z  opisu  vredańskich  władców  wynikało,  że  wyglądaj  ą  oni  jak  coś  pośredniego  między  istotami

człekopodobnymi  a  dużymi  psami.  W  każdym  razie  poruszali  się  w  pozycji  wyprostowanej.  Rządzili
planetą,  trzymając  się  nielicznych,  ale  konsekwentnie  przestrzeganych  reguł.  Wyjęci  spod
prawa  zbiegowie,  awanturnicy  i  banici  wszelkiej  maści  byli  mile  widziani,  pod  warunkiem,  że  mieli
czym  zapłacić  i  zachowywali  się,  jak  należy.  Na  Shannie  znajdowały  się  liczne  gospody  i  kabarety,
a  także  punkty  usług  wyspecjalizowane  w  zaspokajaniu  najróżniejszych  potrzeb.  Z  myślą  o  gościach,
którzy  nie  mogli  oddychać  shannańskim  powietrzem,  w  wielu  firmach,  sklepach  i  hotelach  utworzono
swoiste enklawy, gdzie mieli oni odpowiednie dla siebie, specyficzne warunki życia.

Istniały  także  wyspecjalizowane  warsztaty  remontowe,  w  których  można  było  naprawić  każdy

gwiezdny statek.

I banki! Nikt nie próbował nawet oszacować łącznej wartości wszystkich łupów, jakie przechowywali

w  skarbcach  i  sejfach  Shanny  piraci,  przestępcy  i  przemytnicy.  Rejestrując  tę  informację,  Gondal  nie
zdołał ukryć w glosie nutki chciwości.

Mijały dni, aż w końcu czas zaczął się Vince’owi dłużyć. Wreszcie jednak doczekał się chwili, kiedy

na ekranie ukazały się dwie wężowe głowy Onsjanina.

-  Skasuj  zawartość  wszystkich  pamięci  komputerów  -polecił  Gondal.  -  Ja  i  kilku  członków  mojej

załogi  pojawimy  się  wkrótce  na  pokładzie  twojego  statku.  Zaczekamy  tu  na  przybycie  vredańskich
inspektorów.

- Znajdujemy się zatem blisko Shanny? - zapytał Vince.
-  Jeżeli  sądzić  po  tym,  jak  długo  lecimy,  bardzo  blisko.  Musimy  jednak  trzymać  się  w  pewnej

background image

odległości od niej i zaczekać, aż uzyskamy zgodę na lądowanie. Zaraz przyjdziemy.

Towarzyszący  Gondal  owi  członkowie  załogi  niewiele  różnili  się  wyglądem  od  swój  ego  kapitana.

Byli  tylko  trochę  młodsi  i  mieli  mniej  blizn  na  mackach  i  torsie.  Każdy  z  nich  był  uzbrojony  w  dwa
pistolety:  j  eden  był  zapewne  promiennikiem,  a  drugi  umożliwiał  chyba  rażenie  jakimiś  pociskami.
Rękojeści  obu  miały  kształt  cylindra  i  były  ustawione  pod  dziwnym  kątem  względem  lufy.  Piraci
obrzucili  Cullowa  zaciekawionymi  spojrzeniami,  a  potem,  sycząc  i  pomrukując  coś  po  onsjańsku,
opuścili  sterownię  i  zajęli  stanowiska  w  różnych  miejscach  niewielkiego  statku.  Gondal  pozostał  i  od
czasu do czasu zasysał porcję gazu z pojemnika.

-No  cóż,  czy  uważasz,  że  dowiedziałeś  się  wystarczająco  dużo,  aby  wywieść  Vredan  w  pole?  -

zapytał w pewnej chwili.

Vince wzruszył ramionami.
- Nauczyłem się wszystkiego, co dla mnie zarejestrowałeś - odparł.
-Mam  nadzieję-mruknął  Gondal.  -  Sss-sss-sss!  Musisz  wiedzieć,  że  niełatwo  przechytrzyć  Vredan.

Próbowało  tego  już  wielu  innych,  zwabionych  legendarnymi  bogactwami,  jakie  podobno  kryją  się
w  skarbcach  i  sejfach  banków  Shanny.  Pozwól,  żebym  to  ja  z  nimi  porozmawiał.  Udawaj,  że  nie
znasz dobrze leniańskiego. Znasz onsjański na tyle, że możesz co jakiś czas zadawać mi pytania, jakbyś
szukał  mojej  rady.  Jeżeli  Vredanie  zechcą  posłuchać  twojej  ojczystej  mowy,  spełnij  ich  życzenie.
Nessanie  zapewniali  mnie,  że  i  tak  nikt  nie  zrozumie  ani  słowa.  I  udawaj,  że  stan  twojego  zdrowia
jest gorszy niż w rzeczywistości. To będzie wyjaśniało, dlaczego jesteś trochę otępiały. Sss-sss-sss!

Vince  mimo  woli  wyszczerzył  także  zęby  w  uśmiechu.  Gondal  był  niewątpliwie  istotą  obdarzoną

dużym zmysłem praktycznym.

Czterej  Vredanie,  którzy  weszli  na  pokład  jego  statku,  byli  znacznie  bardziej  podobni  do  istot

ludzkich,  niż  Vince  oczekiwał,  choć  ich  wygląd  zdradzał  wyraźnie,  że  ich  przodkami  były  czworonogi.
Nieobute  stopy  przypominały  trochę  łapy,  czteropalczaste,  pozbawione  kciuków  dłonie  sprawiały
wrażenie całkiem sprawnych. Mieli spore głowy z krótkimi i grubymi pyskami, pełnymi ostrych zębów,
które  świadczyły  o  tym,  że  są  istotami  mięsożernymi.  Z  obu  stron  głów  wyrastały  średniej  wielkości
sterczące  uszy.  Ciała  Vredan  były  porośnięte  gęstą,  lśniącą  brązową  sierścią;  jedynie  środkiem  pleców
biegło  pasmo  ciemniejszych  włosów.  Mieli  na  sobie  krótkie,  zapinane  na  zamek  błyskawiczny,
jednoczęściowe  kombinezony  z  jakiejś  elastycznej  tkaniny.  Wszyscy  czterej  nosili  pasy  z  kaburami,
w  których  tkwiły  jakieś  pistolety  oraz  naszyjniki,  które,  jak  domyślał  się  Vince,  były  rejestratorami  i
komunikatorami.  Wszyscy  mogli  się  porozumiewać  ze  swoim  patrolowcem  znajdującym  się  gdzieś
w pobliżu, prawdopodobnie gotowym do otwarcia ognia w każdej chwili.

Większość  krótkich  pytań  Vredanie  kierowali  pod  adresem  Gondala,  który  najwyraźniej  często

gościł  na  Shannie.  Jeden  z  nich  podszedł  do  Vince’a  i  spojrzał  mu  w  oczy,  po  czym  powiedział  coś
do pozostałych w języku pełnym urywanych dźwięków i świstów.

W  pewnym  momencie  Vince  zdecydował  się  dokonać  bardzo  ważnej  operacji.  Jak  wcześniej

mu poradzono, przekazał inspektorom wszystkie (z wyjątkiem jednej) leniańskie monety, które otrzymał
od  Leoora.  Wywołało  to  sporą  sensację.  Inspektorzy,  wyraźnie  poruszeni  (świadczył  o  tym  wyraz  ich
oczu  i  ton,  jakim  wymieniali  między  sobą  uwagi),  przekazali  informacje  o  niecodziennym  wydarzeniu
na swój statek. Wyglądało na to, że Vince jest osobą bardzo zamożną. Tak czy owak, dysponował teraz
na Shannie ogromnym saldem kredytowym.

W końcu dowódca inspektorów spojrzał na Gondala.
- Zastopuj w odległości miliona kilometrów od planety i zaczekaj na instrukcje - rozkazał.
Chwilę potem cała czwórka opuściła statek.
Gondal,  odprowadziwszy  ich  bacznym  spojrzeniem,  skierował  końcówkę  macki  oddechowej

w stronę Vince’a.

background image

-  Sss-sss-sss!  -  zachichotał.  -  Teraz  opasałeś  własnymi  mackami  tors  swoich  nieprzyjaciół.  Czy

chcesz,  czy  nie,  musisz  poddać  się  operacji  oczu  w  jednym  z  tutejszych  szpitali.  Miejscowi  specjaliści
dobrze wiedzą, jak się usuwa takie katarakty.

Vince przełknął ślinę. Wciąż nie mógł się oswoić z myślą, że będzie go operowała obca istota, uznał

jednak, że lepsze to, mimo wszystko, od całkowitej utraty wzroku.

background image

5

G

ondal  pozostawił  swój  ogromny  wielokadłubowy  gwiazdolot  na  orbicie  i  wraz  z  kilkoma

członkami  swojej  pirackiej  załogi  zaczął  się  przygotowywać  do  wylądowania  na  powierzchni  Shanny
dziwacznym statkiem, który rzekomo stanowił własność Cullowa.

Vince  był  szczęśliwy,  że  nie  musi  siedzieć  za  sterami.  Kiedy  statek  pokonał  górne  warstwy

atmosfery,  wpadł  w  obszar  straszliwej  burzy.  Podmuchy  wichury  uderzały  w  smukły  kadłub  niczym
gigantyczne  młoty  i  obracały  statek  wokół  osi;  zachodziła  nawet  obawa,  że  gwiazdolot  wpadnie
w korkociąg. Jeżeli Ziemianin miał dotąd jakiekolwiek wątpliwości, czy na pozbawionej słońca planecie
pogoda może być kapryśna, teraz przekonał się o tym na własnej skórze.

Gondal  owinął  wszystkie  cztery  nogi-macki  wokół  kilku  różnych  przedmiotów,  co  zapewniło

mu  niezbędną  stabilność.  Od  czasu  do  czasu  spoglądał  na  Cullowa  i  radośnie  posykiwał.  Zmagał  się
z  huraganem  i  w  końcu  sprowadził  statek  na  niższy  pułap.  Podmuchy  nie  były  tu  już  tak  silne,  ale
o  kadłub  zabębniły  krople  ulewnego  deszczu.  Kierując  się  ku  źródłu  sygnału  namiarowego,  raz  po  raz
niknącego w szumach i trzaskach zakłóceń, znaleźli się w końcu na wysokości tysiąca kilkuset metrów.
Dopiero wtedy Vince ujrzał w dole pierwsze światła kosmoportu.

Najjaśniejsze  skupiska  tworzyły  sześciokąt  o  średnicy  co  najmniej  trzech  kilometrów.  Wewnątrz

sześciokąta  jaśniały  porozrzucane  nieregularnie  światełka;  większość  skupiała  się  wzdłuż  boków.
Od  każdego  boku  biegły  proste  linie.  Dopiero  po  pewnym  czasie  Vince  dostrzegł  też  przylegające
do boków sześciokąta wielkie prostopadłościenne budynki, które wyglądały na hangary.

Cullow  uzmysłowił  sobie,  że  pojedyncze  świetliste  punkty  oznaczają  zaparkowane  gwiezdne  statki.

Tu  i  ówdzie  dostrzegał  już  także  ruchome  snopy  światła.  Niektóre  strzelały  z  reflektorów
zainstalowanych na kadłubach gwiazdolotów, inne były wysyłane przez pojazdy naziemne.

Uświadomił sobie, że jego puls zaczyna bić przyspieszonym rytmem. Kosmoport sprawiał wrażenie

bardzo ruchliwego!

- Te proste linie odchodzące od boków sześciokąta to bulwary - zaczął wyjaśniać Gondal. - Tam jest

właśnie  siedlisko  wszelkiego  zła  i  grzechu.  Sss-sss-sss!  Tam  również  zawiera  się  większość  legalnych
i  nielegalnych  transakcji.  Czy  widzisz  te  kopuły  przy  najjaskrawiej  oświetlonym  bulwarze?  Są
wypełnione egzotycznym powietrzem - korzystają z nich goście nie mogący oddychać tlenem. - Gondal
włączył  kamerę,  powiększył  obraz  i  skierował  obiektyw  na  masywną  kamienną  budowlę,  otoczoną
wianuszkiem  mniejszych  gmachów.  -  Spójrz  tam,  na  wschód  od  kosmoportu.  Mimo  że  Shan-na  nie
ma  słońca,  które  wschodziłoby  i  zachodziło,  nazywamy  ten  kierunek  wschodnim  z  uwagi  na  obrót
planety wokół osi - wyjaśnił. - To banki. Najokazalszy nazywa się Głównym Skarbcem. To właśnie tam
kryją się największe bogactwa, przynajmniej oficjalnie.

- Ach, tak - mruknął Vince.
Jakąś  minutę  przyglądał  się  budynkowi,  po  czym  przeniósł  spojrzenie  na  ekran  kamery

z  szerokokątnym  obiektywem.  Kosmoport  i  bulwary  zajmowały  obszar  długości  około  piętnastu
i szerokości około dwudziestu kilometrów. Z trzech stron graniczyły z nim jaśniejsze nieregularne pasy.
Vince  domyślił  się,  że  są  to  nadmorskie  plaże.  Wszystkie  były  jaskrawo  oświetlone  i  należało
przypuszczać,  że  korzystało  z  nich  wielu  gości.  No  tak,  wiedział  przecież  od  Gondala,  że  kosmoport
znajdował się na wyspie!

Czwarty  brzeg  owego  obszaru,  niegraniczący  z  plażą,  wyglądał  jak  prosta  linia  i  miał  mniej  więcej

osiemnaście  kilometrów  długości.  Wzdłuż  całego  brzegu  biegł  oświetlony  parkan.  Po  jego  drugiej
stronie  Vince  dostrzegł  tylko  kilka  pojedynczych  słabych  świateł.  Domyślił  się,  że  to  farmy,  o  których
istnieniu  poinformował  go  Gondal.  Za  farmami  wyspa  rozszerzała  się  i  ciągnęła  jakieś  trzysta
kilometrów mniej więcej równolegle do linii brzegowej kontynentu. O tym także wiedział od Onsjanina.

background image

Tymczasem  Gondal  cicho  przeklinał,  usiłując  wyłowić  spośród  szumów  i  trzasków  przekazywane

przez  radio  instrukcje.  W  końcu  zwolnił  i  korzystając  z  grawitorów,  skierował  statek  w  stronę
najciemniejszego 

zakątka 

kosmoportu. 

Odszukał 

wolne 

miejsce 

między 

zaparkowanymi

transportowcami i zręcznie wylądował. Przebierając palcami rąk-macek po pulpitach kontrolnych, zaczął
wyłączać, jeden po drugim, pokładowe systemy i podzespoły. Odgłosy pracy urządzeń statku stopniowo
cichły  i  milkły.  Vince  słyszał  już  teraz  tylko  pomruk  klimatyzatora  i  cichy  szmer  uderzających  o  płyty
kadłuba  kropel  deszczu.  Kiedy  do  wnętrza  statku  wpadło  powietrze  Shanny,  Ziemianin  poczuł  ledwo
uchwytną woń ozonu. Nie było w tym nic dziwnego; na zewnątrz wciąż jeszcze szalała gwałtowna burza.

Gondal rozwinął nogi-macki i wstał z fotela pilota.
-  Zostaniesz  teraz  przewieziony  do  szpitala  -  powiedział.  -  Moja  rola  właściwie  na  tym  się  kończy.

Muszę  jeszcze  tylko  odwieźć  ten  statek  do  warsztatu  należącego  do  pewnego  osobnika  o  nazwisku
Narret.  Kiedy  naprawi  wszystko,  co  powinien,  Vredanie  zwrócą  ci  gwiazdo!ot.  Zważywszy  na  twój
ogromny  kredyt,  nie  będziesz  potrzebował  gotówki.  -  Skierował  obie  pary  oczu  na  Cullowa  i  zaczął
lekko  kołysać  wężowymi  głowami.  -Nessanie  nie  powiedzieli  mi,  jakie  mają  plany  wobec  ciebie,  ale
myślę, że jakieś jednak mają.

Vince uśmiechnął się mimo woli.
-Ja też tak przypuszczam-powiedział. - No cóż, bardzo dziękuję. Czy jeszcze się zobaczymy?
Nie  ukrywając  rozbawienia,  onsjański  pirat  wydal  serię  urywanych  syków,  po  czym  zaczerpnął

następną porcję gazu z pojemnika.

-  A  zatem,  nawet  nie  wiesz,  czy  mają  jakieś  zadania  dla  mnie!  Nie  mają.  Ponieważ  jednak  chcę

tu  przeprowadzić  kilka  transakcji,  co  zajmie  mi  trochę  czasu,  możliwe,  że  znów  się  zobaczymy.  Rzecz
jasna, pod warunkiem, że twoja kuracja nie potrwa bardzo długo. Życzę ci powodzenia.

Tym  razem  Vince  powstrzymał  się  od  uśmiechu.  Nie  zamierzał  mu  zdradzać  jakichkolwiek

szczegółów swojej umowy z Nessanami.

- Ja także życzę ci powodzenia - odparł.
Odwrócił się i czując już większe ciążenie Shanny, ruszył w stronę zewnętrznej śluzy.
Nie  musiał  korzystać  z  klamr  ani  poręczy,  żeby  znaleźć  się  na  płycie  lądowiska.  Na  zewnątrz,

na  wysokości  otworu  włazu,  unosił  się  niewielki  pojazd,  który  wyglądał  jak  pozbawiony  kół  jeep.
Siedzieli  w  nim  dwaj  Vredanie,  kierowca  i  strażnik,  uzbrojeni  i  ubrani  podobnie  jak  ci  czterej  inni
przedstawiciele  miejscowej  władzy,  którzy  jakiś  czas  temu  wkroczyli  na  pokład  jego  statku.  Przez
chwilę w milczeniu przyglądali się Vince’owi, po czym strażnik zapytał:

- Ty jesteś Vinz Kul Lo?
Usłyszawszy  potwierdzającą  odpowiedź,  wyciągnął  zakończoną  czterema  palcami  rękę  i  pomógł

Vince’owi wejść do kabiny pojazdu.

- Polecono nam przewieźć cię do szpitala Thooda Hiwisa- oznajmił obojętnym tonem. - Chirurg już

cię oczekuje.

Podróż  na  skraj  kosmoportu  trwała  tak  krótko,  że  Vince  nawet  nie  zdążył  się  dobrze  przyjrzeć

zaparkowanym  w  pobliżu  rozmaitym  statkom.  Większość  wyglądała  jak  krótsze  lub  dłuższe  pękate
cylindry,  z  różnie  rozmieszczonymi  otworami  i  wypukłościami  kadłuba  -  niektóre  zapewne
stanowiły furty armatnie. Kilka miało własne dźwigi z wnękami, w których można je było chować, kiedy
były  niepotrzebne.  Niektóre  wyposażono  (tak  jak  jego  statek)  w  zwyczajne  poręcze  i  klamry
do schodzenia i wchodzenia.

Jedynymi  statkami,  które  nie  miały  kształtu  cylindra,  były  trzy  jednostki  podobne  do  ogromnych

hantli.  Kadłub  każdej  wyglądał  jak  dwie  dwudziestometrowej  średnicy  kule,  wsparte  na  wciąganych
łapach lądowniczych i połączone krótkim, grubym korytarzem.

Vince  nie  zauważył  ani  jednego  smukłego  statku  o  opływowym  kadłubie.  Żaden  nie  był  podobny

background image

do  tego,  którym  wylądował  na  powierzchni  Shanny.  Zaczynał  czuć  coś  w  rodzaju  zażenowania,  że
przyleciał na pokładzie tak nietypowego pojazdu.

Zobaczył  natomiast  w  ciągu  zaledwie  kilku  minut  wiele  obcych  istot  różnych  ras  -  załogi  statków.

Oszołomiło go to trochę i obudziło w nim instynktowny, pierwotny niepokój.

Niektórzy  Ziemianie  wyobrażali  sobie,  że  obce  istoty  są  ogromne  jak  góry  albo  maleńkie  jak

mrówki;  te,  które  Vince  widział,  wcale  takie  nie  były.  Największe  kojarzyły  mu  się  trochę  z  ziemskimi
niedźwiedziami  grizzli,  nie  przewyższały  jednak  wzrostem  Gondala.  Najmniejsze  dorównywały
wielkością sporym owczarkom, ale w niczym nie przypominały psów. Vince zobaczył także istotę, która
w  pierwszej  chwili  skojarzyła  mu  się  ze  strusiem.  Istota  ta  zeskoczyła  z  czerniejącego  dość  nisko  nad
płytą  lądowiska  otworu  włazu.  Miała  szczątkowe  skrzydła  ze  stawami  umożliwiającymi  zginanie  ich
w  łokciu  i  barku.  Skrzydła  kończyły  się  palcami  bardzo  przypominającymi  ludzkie,  nogi  wyglądały
jednak jak ptasie łapy.

Vredanie  pozostawili  go  przed  długim  i  niskim  drewnianym  budynkiem.  Vince  zwalczył

charakteryzującą  chyba  wszystkich  Ziemian  atawistyczną  chęć  ukrycia  się  w  najciemniejszym  kącie.
Stal  nieruchomo  minutę  czy  dwie  i  czekał,  aż  się  uspokoi,  a  jego  oddech  i  puls  powrócą  do  normy.
Uświadomił  sobie,  że  oddycha  mu  się  trudniej  niż  na  Ziemi;  przyczyną  tego  była  niewątpliwie  większa
zawartość dwutlenku węgla w shannańskiej atmosferze.

Pochylnia,  przeznaczona  zapewne  dla  pacjentów  na  wózkach  inwalidzkich,  biegła  wzdłuż

drewnianego budynku do drzwi znajdujących się na samym końcu szpitala. Vince odwrócił się i spojrzał
na  dwóch  Vredan,  którzy  siedzieli  nieruchomo  w  podobnym  do  jeepa  pojeździe  i  cały  czas
mu się przyglądali, po czym podniósł oba nesesery i przybrawszy obojętną minę, ruszył powoli w stronę
wejścia. Kiedy dotarł do drzwi, otworzyły się same.

Wszedł  do  dosyć  jaskrawo  oświetlonej  poczekalni,  wzdrygnął  się  lekko,  kiedy  drzwi  zamknęły  się

za  jego  plecami,  i  zaczął  się  rozglądać  wokoło.  Zobaczył  kilkoro  innych  drzwi;  wszystkie  były
zamknięte.  Zainstalowane  w  wielu  miejscach  na  ścianach  przyrządy  i  obiektywy  służyły  bez  wątpienia
do obserwowania przybywających pacjentów.

- Tędy, proszę - dobiegł go nagle skądś oschły, zbliżony do szeptu głos.
W następnym momencie otwarły się jakieś drzwi. Vince przełknął ślinę, przestąpił próg i znalazł się

w  korytarzu,  który  z  pewnością  ciągnął  się  wzdłuż  całego  budynku.  Po  obu  stronach  zobaczył  rzędy
innych drzwi. Któreś z nich, znajdujące się mniej więcej pośrodku korytarza, otwarły się bezszelestnie.
Vince ruszył ku nim, wszedł do raczej sporego pokoju… i zesztywniał z wrażenia.

background image

6

N

a  pierwszy  rzut  oka  stworzenie,  które  przycupnęło  obok  wąskiego  łóżka,  wyglądało  jak

monstrualnej wielkości pękaty pająk.

Vince  wzdrygnął  się  z  obrzydzenia,  ale  po  chwili  zapanował  nad  sobą.  Jestem  Ziemianinem,  więc

skojarzenie  z  pająkiem  było  naturalne,  ale  to  oczywiście  nie  jest  pająk,  pomyślał.  Istota  miała
dwanaście,  a  nie  osiem  kończyn,  a  ich  wygląd  świadczył,  że  -  podobnie  jak  kończyny  ciepłokrwistych
stworzeń  -  składały  się  z  ciała  i  krwi.  Każda  kończyła  się  nie  pazurami,  lecz  trój  palczastymi  dłońmi,
przy  czym  wszystkie  palce  miały  po  trzy  albo  cztery  człony.  Wyrastały  w  jednakowych  odległościach
jedna  od  drugiej  z  brzegów  tułowia,  który  miał  kształt  grubego  kręgu  o  średnicy  pięćdziesięciu
centymetrów,  i  wyginały  się  na  boki,  zapewne  dla  zapewnienia  lepszej  równowagi.  Gdyby  te  kończyny
się  wyprostowały,  mogłyby  mieć  długość  prawie  pól  metra.  W  tej  chwili  jednak  były  zgięte  pod  takim
kątem,  że  spód  tułowia  niemal  dotykał  podłogi.  Vince’owi  przeleciało  przez  głowę,  że
pozwalały zapewne tej istocie na błyskawiczny atak.

Ale  usta  nie  wyglądały  wcale  groźnie.  Głowa  kształtem  przypominała  łeb  owczarka  i  łączyła  się

ze  spłaszczonym  tułowiem  za  pomocą  grubej  szyi.  Para  świdrujących  czarnych  oczu  przywodziła
Vince’owi na myśl oczy wydry.

Nagle  szyja  wyciągnęła  się  tak  raptownie,  że  Vince  zadrżał  mimo  woli.  Zbliżony  do  szeptu  głos

wydobył się spomiędzy warg podobnych do warg wydry.

-  Vinsie  Kul  Lo,  czuj  się  jak  u  siebie  w  domu.  Nazywam  się  Thood  Hiwis.  Chciałem  zobaczyć  cię

jak  najszybciej,  gdyż…  -  Istota  zamrugała,  jakby  rozbawiona.  -  Muszę  zgromadzić  sprzęt  niezbędny
do  operacji,  a  nie  byłem  pewien,  jaki  kształt  ma  twoje  ciało.  Widzę  teraz,  że  wyglądasz  zupełnie  jak
Nessanie. Znasz ich może? Jesteś chyba tylko trochę grubszy niż oni.

Kończyny zaczęły się poruszać niczym żywy łańcuch i istota przemieściła się ku krańcowi pokoju.
- Proszę, rozgość się - powiedziała. - Jeżeli chcesz, usiądź na tym łóżku. Dopóki będziesz przebywał

w moim szpitalu, to będzie twój pokój.

Dopiero  teraz  Vince  uświadomił  sobie,  że  się  kuli.  Wyprostował  się,  podszedł  do  łóżka  i  usiadł.

Kiedy usłyszał głos istoty, trochę się uspokoił… ale tylko trochę.

- Ja… uhm, dziękuję - wyjąkał. - Ty jesteś właścicielem tego szpitala?
Thood Hiwis przekrzywił głowę.
- Właścicielem i głównym chirurgiem w jednej osobie - powiedział. - Chirurgia to specjalność mojej

rasy.  Jak  sam  widzisz,  predestynowała  nas  do  tego  sama  natura.  -  Jakby  na  potwierdzenie  tych  słów
Hiwis  uniósł  wysoko  kilka  odnóży.  -  Nie  martw  się,  że  ten  szpital  ma  raczej  skromne  rozmiary.  Są
tu  pielęgniarki  i  technicy,  j  est  także  kilku  chirurgów  praktykantów,  którzy  pomagają  mi  podczas
bardziej skomplikowanych operacji. Zawsze też mogę liczyć na pomoc konsultantów. Shanna szczyci się
tym, że ma znakomitych lekarzy.

Vince westchnął.
- Powiedziano mi, że jesteś doskonałym specjalistą. Czy rzeczywiście znasz prawdziwe źródło mojej

choroby i sposoby skutecznej terapii? Niewiele wiem o medycynie, ale orientuję się, że sama operacja
oczu od tej choroby mnie nie uwolni.

Thood Hiwis pokiwał głową
- To prawda - przyznał. - Wirus musi zostać unieszkodliwiony. To skomplikowany i żmudny proces,

ale  dysponujemy  tu  odpowiednimi  lekarstwami.  Kiedy  już  zlikwidujemy  wirusa,  twoje  ciało  powróci
do  normalnego  stanu.  Ale  oczy…  Nie  zdołamy  przywrócić  im  przejrzystości.  Musimy  zastąpić  je
innymi. Znasz może ich budowę?

- No cóż… trochę - bąknął Cullow.

background image

Hiwis wpatrywał się uważnie w jego twarz.
- Denerwujesz się nieco, prawda? - powiedział łagodniejszym tonem. - Możesz zaufać mojej wiedzy

i moim umiejętnościom. Badałem i operowałem oczy istot tylu ras, że nie byłbym w stanie ich wyliczyć
w ciągu paru minut. Jestem autorem licznych prac naukowych, z których korzystają chirurdzy wielu ras
znajdujących się na najwyższym szczeblu rozwoju. Zanim pojawiły się pewne problemy natury prawnej,
byłem… To zresztą nieistotne w tej chwili. Zechciej wybaczyć porównanie, ale znam się na optyce tak
dobrze, jak Gondal na rabowaniu ładowni gwiezdnych statków.

Vince  z  uczuciem  dziwnego  niepokoju  obserwował  niezwykłą  istotę.  Dopiero  teraz  zauważył,  że

ciało  Hiwisa  było  porośnięte  bardzo  delikatnym  ciemnobrązowym  meszkiem  i  że  nie  miał  on  na  sobie
nic, jeżeli nie liczyć naszyjnika, w którym mógł się kryć komunikator.

- Nie wątpię, że masz właściwe kwalifikacje - powiedział. - Chodzi o to, że po prostu…
-  Twoje  oczy  -  przerwał  mu  Hiwis.  -  Martwisz  się  o  swoje  oczy.  Ja  czułbym  się  tak  samo,  będąc

na  twoim  miejscu.  Pozostawię  cię  teraz  na  pewien  czas  samego.  Te  drzwi  prowadzą  do  łazienki.
Wkrótce  otrzymasz  posiłek;  odpowiednie  białka  i  warzywa.  Przez  kilka  następnych  godzin
będziesz mógł odpoczywać i oswajać się z otoczeniem.

Thood  uniósł,  a  potem  pochylił  głowę  -  był  to  zapewne  gest  pożegnalny  -  po  czym  odwrócił  się

i wyszedł przez drzwi, które same się za nim zamknęły.

Czując,  że  żołądek  podchodzi  mu  do  gardła,  Vince  zdjął  buty  i  wyciągnął  się  na  łóżku.  W  suficie

dostrzegł  otwory,  w  których  musiały  się  kryć  obiektywy  kamer.  Należało  sądzić,  że  znajduje  się  pod
obserwacją.

Nie  mógł  przestać  myśleć  o  czekającej  go  operacji.  O  ile  dobrze  rozumiał,  gdyby  usunięciem

katarakty  zajmowali  się  ziemscy  chirurdzy,  ścięliby  część  rogówki  i  zeszlifowali  zmatowiałą  warstwę
kryształowo przejrzystej soczewki oka, a potem uzupełniliby rogówkę. Eksperymentowano wprawdzie z
zastępowaniem  jej  elastycznym  plastikiem  albo  innymi  materiałami,  ale  te  próby  nie  zakończyły  się
powodzeniem.  Po  dokonaniu  operacji  katarakty  istoty  ludzkie,  jeśli  w  ogóle  odzyskiwały  zdolność
widzenia,  musiały  przez  resztę  życia  nosić  okulary  z  grubymi  soczewkami.  Lekarze  twierdzili,  że  takie
operacje były rutynowymi zabiegami.

A jednak ziemscy chirurdzy nie ośmielili się nawet podjąć próby operacji jego oczu.
Tak  czy  owak,  pomyślał  Vince,  przez  wiele  dni  po  tej  operacji  pacjent  nie  powinien  w  ogóle

poruszać oczami, aby mogły się zrosnąć. Jakim cudem, u diabla, człowiek może wytrzymać coś takiego,
nawet jeżeli będą go systematycznie szpikować środkami uspokajającymi?

Wzdrygnął  się,  jakby  poczuł  nagły  chłód.  Czy  potrafi  się  pogodzić  z  tym,  że  Thood  Hiwis  będzie

mu  kroił  oczy?  Cokolwiek  by  się  sądziło  o  poziomie  jego  inteligencji,  wyglądał  jak  koszmarny  pająk.
I cóż, w trakcie operacji ktoś taki - czy może coś takiego - przycupnie mu okrakiem na piersi?

Vince  zdrzemnął  się  dwa  razy  i  kilkakrotnie  skorzystał  z  natrysku.  Zauważył,  że  chociaż  w  pokoju

panuje przyjemna temperatura, trochę się poci.

Poczuł ogromną ulgę, kiedy jedna z pielęgniarek (istota człekopodobna o brązowej skórze, której nie

porastała żadna sierść) przyniosła mu kubek z mlecznobiałym płynem.

- Proszę to wypić - poleciła. - Uznaliśmy, że jesteś już gotów do operacji.
Vince  głęboko  odetchnął,  wypił  zawartość  naczynia  do  dna  i  zwrócił  je  pielęgniarce.  Płyn  miał

kwaśnawo-gorzki  smak,  jakby  domieszano  do  niego  chininy.  Zawierał  również  sporą  dawkę  alkoholu,
który poparzył przełyk Vince’a i rozgościł się miłym ciepłem w jego żołądku.

Ciemnoskóra pielęgniarka wyszła z pokoju, a Vince wyciągnął się znów na łóżku. Leżał minutę czy

dwie,  usiłując  nie  zaciskać  pięści  ani  nie  wpatrywać  się  zbyt  usilnie  w  drzwi,  przez  które  miał  wejść
Thood  Hiwis.  Potem  zaś,  jak  przypomniał  sobie  po  operacji,  zaczął  zasypiać.  Pamiętał  jednak,  że
chirurg przyszedł w towarzystwie kilku asystentów. Pod jego nadzorem rozstawili oni różne przyrządy i

background image

coś w rodzaju przerzuconego nad jego piersią pomostu. Vince domyślił się, że to właśnie na nim chirurg
miał przykucnąć do operacji.

Potem zapadł w głęboki letarg i utracił świadomość. Zanim się to stało, poczuł jeszcze, że zrobiono

coś z jego powiekami, żeby się nie zamykały. Odniósł też wrażenie, że w jakiś sposób unieruchomiono
jego  gaiki  oczne,  aby  przypadkiem  się  nie  poruszyły.  Później  nastąpiło  coś,  co  przypominało
długi koszmar; czul, że coś dzieje się z jego oczami, i chyba kręcił się i jęczał, w końcu jednak przestał
na szczęście czuć cokolwiek.

Jedzenie  okazało  się  podobne  do  tego,  jakie  jadł  w  drodze  na  Shannę.  Warzywa  miały  różny  kolor,

konsystencję i zapach, ale wszystkie zawierały mniejsze lub większe ilości skrobi. Owoce wyglądały…
no cóż, jak owoce.

Spożył  właśnie  przed  chwilą  siódmy  lub  ósmy  posiłek  od  operacji.  Po  omacku  dotarł  z  łazienki

do  łóżka,  przejechał  palcami  po  prześcieradle,  żeby  sprawdzić,  czy  pielęgniarki  je  zmieniły  (stwierdził,
że  tak),  po  czym  położył  się  na  plecach.  Zaczynał  mieć  serdecznie  dosyć  i  tego  pokoju,  i  bandaża,
który  przesłaniał  mu  oczy.  Tylko  od  czasu  do  czasu  pozwalano  mu  po  omacku  wychodzić  na  korytarz.
Spacerował tam, żeby jego mięśnie nie zwiotczały.

Uniósł  rękę  i  przyłożył  dłoń  do  bandaża.  Przekonał  się,  że  -  jak  zawsze  -  brzeg  ściśle  przylega

do  twarzy.  Bandaż  sprawiał  wrażenie  czegoś  w  rodzaju  narośli  na  skórze  głowy.  Usiłował  podważyć
go  paznokciem,  ale  tylko  upewnił  się  raz  jeszcze,  że  nie  oderwie  go  bez  skóry.  Właściwie,  prawdę
mówiąc,  ten  bandaż  ani  nie  uciskał,  ani  nie  uwierał,  ale  mimo  to  zaczynał  doprowadzać  Vince’a
do szalu.

Jeżeli  zaś  chodzi  o  poruszanie  gałkami  oczu,  to  było  coś  w  rodzaju  koszmarnego  żartu!  Ilekroć

delikatnie  przykładał  dłoń  do  bandaża,  wyczuwał  je  wyraźnie,  odnosił  jednak  wrażenie,  że  ma  dwie
twarde gumowe kulki zamiast oczu. Chwilami w ogóle nie był pewien, czy ma oczy!

No  cóż,  wcześniej  czy  później  coś  mi  powiedzą,  pomyślał  ponuro.  Thood  Hi  wis,  nienagannie

uprzejmy  jak  większość  lekarzy,  oznajmi  przepraszającym  tonem,  że  coś  poszło  nie  tak  i  że  do  końca
życia pozostanę ślepcem.

Och,  pielęgniarki  uparcie  twierdziły,  że  z  jego  oczami  nie  dzieje  się  nic  złego,  wyjaśniały,  że  nie

widzi ani nie wyczuwa światła w pokoju, ponieważ bandaż zupełnie nie przepuszcza światła; że mięśnie
jego oczu zostały na pewien czas unieruchomione, ale że nie ma w tym niczego niezwykłego. Vince po
prostu im nie wierzył. Jakiż materiał, niewiele grubszy niż skórka jabłka, zdołałby całkowicie zatrzymać
wszelkie światło?

Mimo to co pewien czas powtarzał sobie, że może jednak się myli. Przecież arkusz metalowej folii,

cieńszej  nawet  niż  bandaż,  który  przesłaniał  jego  oczy,  byłby  w  stanie  zablokować  szczelnie  światło.
Czyż  nie  wymyślono  tworzyw  o  tak  dużej  zawartości  czarnego  barwnika,  że  były  absolutnie
światłoszczelne?  No  a  mieszki  staroświeckich  aparatów  fotograficznych?  Też  miały  bardzo  cienkie
ściany.

Zaraz, zaraz, nawet gdyby ktoś znalazł się wewnątrz takiego ogromnego mieszka, powinien dostrzec

choć odrobinę światła.

Powtarzał też sobie, że może jego oczy po prostu nie są teraz tak czule, jak były. Mógłby się z tym

pogodzić,  gdyby  tylko  widział  cokolwiek,  choćby  nawet  niewyraźnie  i  wyłącznie  przy  silnym
oświetleniu…

Wściekły  na  siebie  za  to,  że  użala  się  nad  swym  losem,  wyciągnął  rękę  w  stronę  stojącego  obok

łóżka  niewielkiego  stolika,  odnalazł  kubek,  ostrożnie  podniósł  do  ust  i  wypił  całą  zawartość.  Odstawił
naczynie i odwrócił się na bok. Przez kilka minut starał się nie myśleć o niczym i wreszcie zasnął.

- Vinsie Kul Lo!
Wyrwany nagle z drzemki, obrócił się niezdarnie na plecy. Starając się otworzyć oczy, zamrugał, jak

background image

zawsze, ilekroć się budził, i w pierwszej chwili nie pamiętał o bandażu. Po chwili jednak usiadł na łóżku
tak  raptownie,  że  zakręciło  mu  się  w  głowie.  Przyłożył  palce  do  twarzy,  po  czym,  zaskoczony,  wydal
z  siebie  jakiś  pomruk.  Bandaż  zniknął,  a  jego  powieki  otwierały  się  i  zamykały,  kiedy  poruszał
odpowiednimi mięśniami!

Z  jego  gardła  wydobył  się  chrapliwy  rechot.  A  jednak  miał  rację!  Oślepł!  Chociaż  obracał  głowę

na  wszystkie  strony  i  wytężał  wzrok,  żeby  zobaczyć  choć  cokolwiek,  zewsząd  otaczała
go nieprzenikniona ciemność. Przerażony i wściekły, zeskoczył z łóżka.

W następnym momencie wydał stłumiony okrzyk.
Nagle zachłysnął się powietrzem. W pokoju zaczęło się rozwidniać!
Blask stawał się coraz intensywniejszy, a przynajmniej tak mu się wydawało. Vince kilkoma susami

przebiegł przez pokój i wyciągnął drżącą rękę w kierunku gałki drzwi, którą zaczynał chyba niewyraźnie
widzieć. Kiedy ją chwycił, poczuł, że jest okrągła, twarda i zimna. Szarpnął, ale drzwi się nie otworzyły.
Próbował  bezskutecznie  otworzyć  je  jeszcze  kilka  razy,  a  potem  obrócił  się  szybko  w  stronę  łóżka.
Widział je coraz wyraźniej, coraz lepiej.

Podbiegł do łóżka, rzucił się na posłanie i wybuchnął głośnym śmiechem. Widział! Co prawda, jego

nie nawykłe do zmiany ogniskowej oczy męczyły się i drżały, ale widział! To nic, że wszystko wydawało
się  jakby  przyciemnione.  Wiedział,  że  jego  wzrok  ulegnie  poprawie  i  rzeczywiście  z  każdą  sekundą
widział coraz lepiej! Śmiał się, aż zabrakło mu tchu, po czym omal się nie rozpłakał. Dopiero po kilku
minutach uspokoił się powoli.

I uświadomił sobie, że w pokoju było teraz zupełnie jasno.
- Kul Lo!
Obrócił głowę w kierunku głośnika interkomu.
- Tak! - wykrzyknął radośnie. - Już nie śpię, Thood! Widzę! Czy…
- Co widzisz? - przerwał chirurg.
-  No  cóż,  wszystko.  Pokój  i  drzwi,  łóżko  i  stolik,  kratkę  głośnika  interkomu,  otwory  obiektywów

kamer w suficie…

- Czy widzisz kawałek czarnej nitki w kącie pokoju obok drzwi? - zapytał Hiwis.
Vince uniósł się na łokciu i spojrzał w tamtą stronę.
- Oczywiście - powiedział.
- Opisz go, proszę.
Vince utkwił w kratce głośnika gniewne spojrzenie.
-  O  co  chodzi?  Nie  wierzycie  mi?  Na  podłodze  przy  drzwiach  leży  kawałek  czarnej  nitki.

To  wszystko.  Aha,  gdyby  ją  rozprostować,  miałaby  ze  trzydzieści  centymetrów  długości.  W  tej  chwili
tworzy  jakby  spiralę…  -  Westchnął,  jakby  doprowadzony  do  rozpaczy.  -  Albo  raczej  wygląda
jak symbol oznaczający nieskończoność.

- Czy widzisz jakieś szpary między drzwiami a framugą? - zainteresował się Hiwis.
-  Nie  -  odparł  Vince  -  ale  nie  widziałem  ich,  nawet  wtedy  gdy  światła  w  pokoju  były  zgaszone.

Drzwi  przylegają  ściśle  do  framugi,  a  na  zewnątrz  czymś  je  uszczelniono.  Dlaczego  mnie  tak
wypytujecie? Czy uważacie, że zwariowałem i tylko wydaje mi się, że coś widzę?

-  Nie,  Vinsie  Kul  Lo  -  odparł  chirurg.  -  Chodzi  jednak  o  coś,  co  stanowi  dla  mnie  zupełnie  nowe,

niesamowite  doświadczenie.  Uwierz  mi,  dołożyliśmy  wszelkich  starań,  żeby  na  korytarzu  panowała
absolutna ciemność. A poza tym, uszczelniliśmy drzwi twojego pokoju dodatkową warstwą izolacji. Kul
Lo,  przypuszczam,  że  wpadniesz  w  furię,  kiedy  wyjawię  ci  całą  prawdę.  To  dlatego  siedzisz  teraz
zamknięty  i  dlatego  pozwoliłem  ci  przypuszczać,  że  jesteś  ślepy,  kiedy  się  obudziłeś  bez  bandaża,
bo  chciałem,  żebyś  docenił  swój  wzrok,  chociaż  wzbogaciłem  twoje  oczy  o  coś,  co  chyba  ci  się  nie
spodoba.

background image

- O co, na pustkę przestworzy…
-  Pozwól  mi  skończyć,  Kul  Lo.  Uczyniłem  ci  to,  co  uczyniłem,  pod  groźbą  czegoś  o  wiele

straszniejszego  niż  zwyczajna  śmierć.  Nie  będę  udawał,  że  nie  odczuwałem  przy  tym  satysfakcji
z  możliwości  przeprowadzenia  niezwykłego  eksperymentu.  Gdybym  jednak  miał  wolny  wybór,  nigdy
bym tego nie zrobił… Kul Lo, nie wiem, jak układają się twoje stosunki z Gondalem, ale sądzę, że nie
masz  co  do  niego  żadnych  złudzeń.  Jest  piratem,  a  poza  tym  istotą  niesłychanie  sprytną,  zmyślną
i  przebiegłą.  Z  pewnością  od  dawna  snuł  pewne  plany,  a  twój  a  choroba  wydala  mu  się  czymś  tak
wspaniale  pasującym  do  tych  planów,  że  uznał  ją  za  cudowny  dar  losu,  który  musi  wykorzystać.
W  każdym  razie  zaszantażował  mnie  w  taki  sposób,  że  nie  mogłem,  nie  mogę  odrzucić  niezwykłej
propozycji,  którą  mi  złożył.  Zdobył  przy  tym  gdzieś  potrzebne  urządzenie  i  medyczną  wiedzę,  którą
uważałem  dotąd  za  fantastyczne  mrzonki.  Byłem  zupełnie  oszołomiony.  Oświadczył  mi,  że  dysponuje
gotowym  do  operacji  oczu  pacjentem  o  idealnie  odpowiedniej  przemianie  materii.  Wręczył  mi
przedmioty, w których istnienie nigdy bym nie uwierzył, gdybym ich nie zobaczył na własne oczy.

Vince wydał gniewny pomruk.
- No dobrze, bez względu na to… - zaczął.
-Zaczekaj jeszcze, Kul Lo. Chcę opowiedzieć ci o wszystkim do końca. Otrzymałeś fantastyczny dar,

ale  za  określoną,  wysoką  cenę  -  stałeś  się  w  jakimś  sensie  niewolnikiem.  Twój  wzrok  albo  w  ogóle
twoja  zdolność  widzenia  zależą  teraz  od  systematycznego  podawania  pewnego  leku,  który  może
ci  dostarczać  tylko  Gondal.  Uwierz  mi,  długo  myślałem,  starając  się  znaleźć  jakiś  sposób
pokrzyżowania  jego  planów,  ale  nie  wymyśliłem  żadnego.  Jesteś  jego  niewolnikiem,  Vinsie  Kul  Lo.
Jeżeli nie będziesz mu posłuszny, pozbawi cię tego specyfiku, a wówczas zupełnie oślepniesz.

Vince zdrętwiał. Położył się na łóżku i wlepił spojrzenie w niewielką kratkę, zza której dobiegał głos

chirurga.  Kipiała  w  nim  wściekłość,  a  jednocześnie  nie  mógł  uwierzyć,  że  to,  co  usłyszał,  jest  prawdą.
Usiadł, drżąc na całym ciele, zaczął coś mówić, ale się zakrztusił.

- Czy przypadkiem… Nie żartujesz? - wychrypiał.
-  Chciałbym,  żeby  tak  było  -  odparł  Hiwis.  -  Jestem  pewien,  że  w  tej  chwili  najchętniej  byś  mnie

zamordował. Nie mam ci tego za złe, ale przedsięwziąłem niezbędne środki ostrożności. Choć bardzo się
wstydzę tego, co zrobiłem, wciąż jeszcze pragnę żyć.

Vince  nieporadnie  ześliznął  się  z  łóżka  i  zaczął  przechadzać  się  po  pokoju.  Czyżby  to  była

rzeczywiście prawda? Znów wydał z siebie głuchy pomruk. Tak, z pewnością Gondal musiał wyczuć, że
kontakty Vince’a z Nessanami wiążą się z czymś niezwykle ważnym. Przeklęty wężogłowy pirat!

Pomału zaczął jednak odzyskiwać spokój.
-  No  dobrze  -  powiedział,  spoglądając  w  stronę  kratki.  -Naprawdę  mam  chęć  cię  zabić!  A  jeśli

chodzi o Gondala…

-  Jeżeli  zamierzasz  się  z  nim  policzyć,  jestem  całkowicie  po  twojej  stronie  i  życzę  ci  powodzenia.

Ale nie zmarnuj szansy zachowania wzroku. Kuracja musi być kontynuowana przez kilkaset godzin, a ja
już wykorzystałem pierwszą dawkę, którą dal mi Gondal. Cwaniak z niego! Jest sprytny jak diabeł i nie
boi się nikogo…

Vince zdał sobie sprawę, że ma zaciśnięte pięści, i z niej a-kim wysiłkiem rozprostował palce.
-  To  dobrze,  że  jest  taki  sprytny  -  powiedział.  -  Będę  teraz  miał  tylko  jeden  cel  w  życiu.  A  przy

okazji, jakiż to fantastyczny dar mi ofiarował?

- Właśnie z niego korzystasz, Kul Lo - odparł Hiwis. -Powiedz mi, jak intensywne j est w tej chwili,

twoim zdaniem, oświetlenie tego pokoju?

-  No  cóż,  nie  odbiega  od  normalnego  -  odparł  Cullow.  -Z  początku  niewiele  widziałem,  ale  moje

oczy chyba się przyzwyczaiły. Uważam, że są równie sprawne jak kiedyś, zanim poraził je ten wirus.

- Widzisz więc wszystko dostatecznie ostro?

background image

- Tak, od chwili gdy się obudziłem.
- Dobrze rozróżniasz wszystkie barwy?
-  Naturalnie.  Czemu  pytasz?  -  Vince  zesztywniał  nagle.  -  Och!  Muszę  przyznać,  że  o  tym  nie

pomyślałem. Słyszałem, że powinienem nosić okulary z grubymi soczewkami, ale nie mam ich przecież
na nosie. Czy… wszczepiłeś mi coś?

Thood  wydal  kilka  dźwięków  przypominających  bulgotanie,  które  z  pewnością  były  odgłosami

śmiechu.

- Istotnie, wszczepiłem właśnie to coś, co dostałem od Gondala. Cieszę się, że widzisz dostatecznie

ostro. Starałem się o to bardzo usilnie. Prawdziwy cud kryj e się wszakże w natężeniu oświetlenia. Czy
nie wydaje ci się, że pokój nie jest zbyt dobrze oświetlony?

Zniecierpliwiony Vince zaklął ostro.
- Już powiedziałem, że oświetlenie nie odbiega od normy.
Thood westchnął.
-  W  twoim  pokoju  nie  ma  w  ogóle  światła,  Kul  Lo.  To  znaczy  światła,  które  ja  albo  jakakolwiek

zwykła  istota  bylibyśmy  w  stanie  zauważyć.  Nie  zobaczyłyby  tu  żadnego  światła  nawet  żyjące
na  powierzchni  Shanny  zwierzęta.  A  przecież  ich  oczy  od  urodzenia  przyzwyczajały  się
do  ciemności.  Zadaliśmy  sobie  niemało  trudu,  żeby  wyeliminować  z  twojego  pokoju  najmniejsze  ślady
fosforescencji. 

Usunęliśmy 

także 

wszystkie 

przyrządy, 

które 

mogłyby 

przejawiać

najlżejszą  radioaktywność.  Kiedy  się  obudziłeś  przed  kilkunastoma  minutami,  w  twoim  pokoju
panowała  absolutna  ciemność.  Potem  poddaliśmy  go  działaniu  słabego  pola  elektromagnetycznego.
Widzisz teraz poświatę, ale jej źródłem jest pigment zawarty w farbie, którą pokryto powierzchnię ścian
i sufitu. Farba wydziela tak niewielkie ilości światła, że nie zdołałby go zarejestrować nawet najczulszy
przyrząd,  jakim  możemy  dysponować.  Jest  to  szczątkowa  energia,  wzbudzona  przez  pole
elektromagnetyczne.

Vince spojrzał z niesmakiem na kratkę głośnika.
- Czym mnie obdarzyliście? - zapytał w końcu. - Nie jestem wprawdzie optykiem ani fizykiem, ale

wiem,  że  aby  światło  mogły  wykryć  organy  naturalne  lub  przyrządy,  musi  ono  mieć  pewne  minimalne
natężenie.

- Czy widzisz tę poświatę, która cię otacza?
- Tak, niech to diabli, widzę tę poświatę! - wybuchnął Vince.
-  Cóż,  Vinsie  Kul  Lo,  podaję  ci  wyjaśnienie.  Zastąpiłem  soczewki  twoich  oczu  nie  zwyczajnymi

płatkami  plastiku,  ale  nieprawdopodobnie  zminiaturyzowanymi  i  skomplikowanymi  urządzeniami
dysponującymi własnymi źródłami zasilania, które się samoczynnie ładują, ilekroć spoglądasz na coś, co
jest chociażby umiarkowanie oświetlone. Wszczepiliśmy ci także system intensyfikacji wzroku. Pozwól,
że  wyjaśnię  ci  to  bliżej.  W  odcinku  czasu,  jaki  upływa  między  momentem,  kiedy  światło  dociera
do  czołowej  powierzchni  twojego  oka,  a  momentem,  kiedy  pada  na  ciecz  szklistą,  czyli
przebywa odległość mniejszą niż trzy milimetry, jest ono wzmacniane aż dwa miliony razy. Ale jedynie
wtedy,  gdy  jest  bardzo  słabe.  Silniejsze  światło  zostaje  albo  przepuszczone  bez  wzmocnienia,  albo  -
jeżeli  jest  bardzo  silne  -  częściowo  pochłonięte.  Dzięki  temu  systemowi  możesz  widzieć  bez  względu
na  to,  jak  słabe  czy  jak  silne  jest  światło.  Ilekroć  zechcesz  przechadzać  się  po  powierzchni  Shanny
z daleka od źródeł światła sztucznego, zdołasz zobaczyć wszystko w blasku gwiazd tak wyraźnie, jakby
to było oświetlone promieniami słońca ojczystej planety. - Thood przerwał na chwilę. - Rzecz jasna, nie
będziesz  widział  równocześnie  przedmiotów  bardzo  silnie  i  bardzo  słabo  oświetlonych,  gdyż
to wymagałoby zastosowania urządzenia zdolnego do reagowania na zbyt wielkie różnice intensywności
oświetlenia. - Thood westchnął. - Ileż bym dal, żeby móc się znaleźć na twoim miejscu!

-No więc, dlaczego, do diabla, się nie znalazłeś? - zapytał cierpkim tonem Cullow.

background image

- To było niemożliwe, nawet gdyby Gondal się na to zgodził - odparł Hiwis. - Nie wszystkie istoty

mają  przemianę  materii,  która  umożliwia  przyjęcie  się  takiego  urządzenia.  A  poza  tym,  Gondal
doskonale  wiedział,  czego  szuka.  Oprócz  specyfiki  zachodzących  w  twoim  organizmie  procesów
chemicznych  wziął  także  pod  uwagę  kształt  i  rozmiary  twojego  ciała,  a  nawet  temperament.  Wygląda
na to, że wy, istoty ludzkie, stanowicie doskonały materiał na piratów!

Vince roześmiał się głośno. Zabrzmiało to jak szczeknięcie.
-  Podobnie  jak  Onsjanie  -  powiedział.  -  A  przy  okazji,  jeżeli  wolno  zapytać,  do  czego,  u  diabla,

Gondal owi potrzebny niewolnik, który widzi w świetle gwiazd?

-  Oczywiście  tego  mi  nie  zdradził  -  odparł  chirurg.  -  Ale  zastanów  się,  Vinsie  Kul  Lo.  Tu,

na  Shannie,  zgromadzono  skarby,  za  które  można  by  kupić  cale  gwiezdne  systemy.  A  Shanna  jest
pogrążona  w  wiecznej  ciemności.  Do  wielu  miejsc  nie  dociera  sztuczne  światło.  Czy  rzeczywiście  nie
domyślasz się, czego Gondal może chcieć od ciebie?

background image

7

Z

anim  Vince  znów  spotkał  się  z  Gondalem,  ochłonął  trochę  i  odzyskał  panowanie  nad  sobą.

Zobaczył  go  ponownie  w  sterowni  swojego  naprawionego  statku.  Mieli  się  obaj  wyprawić  na  orbitę
Shanny,  rzekomo  po  to,  by  sprawdzić,  czy  usunięto  wszystkie  usterki.  Kiedy  wystartowali,  Gondal
starannie  przeszukał  pomieszczenia,  chcąc  się  upewnić,  że  Vredanie  nie  zainstalowali  nigdzie  urządzeń
podsłuchowych.

W końcu powrócił do sterowni i zaczerpnął głęboki haust mieszanki gazowej z pojemnika.
- Nie wyglądasz na tak rozgniewanego, jak się spodziewałem - zauważył.
Starając  się  nie  okazywać  złości,  Vince  skierował  spojrzenie  na  Onsjanina.  Zastanawiał  się,  czy

gdyby doszło między nimi do walki, zdołałby pokonać pirata gołymi pięściami.

- Jestem wściekły - powiedział. - Nie zamierzam jednak popełniać samobójstwa. - Spojrzał Gondal

owi  prosto  w  oczy  -  najpierw  w  jedną,  a  potem  w  drugą  ich  parę.  -  Zadałeś  sobie  sporo  trudu,  żeby
nakłonić mnie do współpracy. Chcę wiedzieć, dlaczego.

Zniecierpliwiony Gondal machnął górną macką.
- Przestańmy się bawić w dziecinne gierki. Thood Hiwis bywa istotą całkiem szlachetną, jeśli mu się

na  to  pozwoli.  Z  pewnością  powiedział  ci  tyle,  ile  mógł.  Jednego  aspektu  całej  sprawy  nie  rozumie,
ponieważ  nie  zna  do  końca  twojej  sytuacji.  Znalazłeś  się  tu  sam  jak  palec,  z  daleka  od  innych
istot  swojej  rasy,  nie  możesz  liczyć  na  pomoc  nawet  swoich  nessańskich  sponsorów,  co  sprawia,  że
właściwie  jestem  panem  twojego  losu.  Mogłem  wybrać  istotę  innej  rasy  i  Thood  Hiwis  dokonałby
podobnej  operacji  jej  oczu,  ale  na  pewno  rozumiesz  korzyści,  jakie  mi  daje  wybór  partnera…  jakby
to powiedzieć… najbardziej bezradnego.

Vince  umilkł  i  przez  dłuższą  chwilę  jego  umysł  pracował  niezwykle  intensywnie.  Wciąż  nie  był

pewien, czy Gondal nie podejrzewa, jaką rolę on, Vince Cullow, może odgrywać w planach Nessan.

-  Inaczej  mówiąc,  im  bardziej  jest  bezradny  twój  niewolnik,  tym  mniejsze  prawdopodobieństwo,  że

znajdzie  sposób,  aby  cię  oszukać  albo  pokrzyżować  twoje  plany  -  powiedział  w  końcu.  -  Oczywiście,
doskonale to rozumiem. Jeżeli jednak nie potrafisz nikomu ufać, żyjesz chyba w ciągłym napięciu?

- Sss-sss-sss! To prawda - przyznał Onsjanin. - Wiodę rzeczywiście bardzo niespokojne życie. Bywa

ono  czasem  pełne  niebezpieczeństw,  ale  jest  też  pełne  przygód,  rozmaitych  wrażeń,  a  często  przynosi
mi całkiem niezłe zyski. Ale skoro mowa o zyskach, nie wysłuchałeś jeszcze mojej propozycji.

-  Chyba  wiem,  o  co  ci  chodzi  -  odparł  Vince.  -  Zachowam  wzrok,  jeżeli  będę  wykonywać  bez

szemrania wszystkie twoje rozkazy.

Gondal wykonał parą górnych macek gest, który zapewne oznaczał niesmak.
- Och, daj spokój - powiedział. - Nie jestem przesadnie zachłannym głupcem, który ucieka się tylko

do kija, a zapomina o marchewce. Oto moja propozycja: jeżeli mój plan się powiedzie, otrzymasz jedną
dziesiątą  wszystkich  łupów  -rzecz  jasna,  pod  warunkiem,  że  koszty  realizacji  nie  okażą  się  zbyt
wysokie.  Myślę  jednak,  że  nawet  wtedy  uda  się  nam  osiągnąć  jakiś  kompromis.  Muszę  ci  powiedzieć,
że  jesteś  strasznie  naiwny,  Vinsie  Kul  Lo.  Nie  znasz  zupełnie  zwyczajów  panujących  wśród  piratów,
wyrzutków  i  banitów.  Ogólnie  szanowani  biznesmeni  mogą  sobie  pozwolić  na  oszukiwanie  partnerów,
ilekroć  uznają,  że  nadarza  się  odpowiednia  okazja.  My,  piraci,  kierujemy  się  surowszymi  regułami.
Zanim  zechcemy  kogoś  oszukać,  musimy  się  dobrze  zastanowić,  czy  się  to  nam  opłaci.  Przede
wszystkim,  musimy  brać  pod  uwagę  możliwość  odwetu  ze  strony  oszukanego  kompana.  Och,  bardzo
często  się  zdarza,  że  skuszeni  odpowiednio  wysokimi  łapówkami  podwładni  zdradzają  albo
sprzedają  swoich  chlebodawców.  Na  ogól  nie  uważa  się  takiego  postępowania  za  naganne,  ale  tacy
szanujący  się  piraci,  jak  ja,  dotrzymują  słowa.  Wielu  innych  kapitanów  pirackich  statków  dysponuje
wystarczająco dużą silą ognia, żeby rozpylić mój gwiazdolot na atomy, jeszcze inni zaś mają znajomości

background image

albo wiedzę, które mogłyby się okazać dla mnie nie mniej zabójcze. Nie, Vinsie Kul Lo. Szanujący się
piraci nie oszukują jedni drugich. Skoro masz grać rolę jednego z nas, musisz to dobrze zapamiętać.

Vince nie mógł się powstrzymać od uśmiechu.
-  Niepotrzebnie  starasz  się  mi  osłodzić  gorzką  pigułkę  -powiedział.  -  Wiem,  jaka  ma  być  moja

pozycja. Mam zostać jednym z tych podwładnych, o których wspomniałeś.

Wężowe  głowy  Gondala  znieruchomiały,  ale  obiema  parami  oczu  Onsjanin  wpatrywał  się  nadal

w Cullowa. W końcu zaczerpnął kolejny haust mieszanki gazów.

-  Wnioskuję  z  twoich  słów,  Vinsie  Kul  Lo,  że  nie  pojmujesz  ogromu  tego,  czym  cię  obdarzyłem  -

odezwał  się  w  końcu.  -  Wspomniałem  o  pewnym  przedsięwzięciu  i  możesz  mi  wierzyć,  że  poniosłem
spore  koszty,  przygotowując  się  do  niego.  Pieniądze  to  jednak  tylko  jedna  strona  cal  ej  sprawy.  Twoje
zmienione oczy stanowią ogromny skarb i nasz największy atut, choć wyglądają tak niewinnie! Zastanów
się.  Jeżeli  nie  liczyć  śmiesznie  nikłych  iskierek  gwiazd  albo  miejsc  rozjaśnionych  promieniami
sztucznych  źródeł  światła,  cały  wszechświat  jest  pogrążony  w  nieprzeniknionym  mroku.
Nieprzeniknionym, ale nie dla ciebie. Pomyśl tylko, jak potężnym narzędziem dysponujesz!

- A jednak, trzymasz nad moją głową grubą palkę - odparł Vince szyderczym tonem.
-  Nie  możesz  mi  mieć  za  złe,  że  staram  się  zachowywać  konieczne  środki  ostrożności  -  powiedział

Gondal,  wyraźnie  urażony.  -  Włożyłem  w  twoje  ręce  potężną  broń.  Czy  to,  że  zdaję  sobie  sprawę,  iż
możesz jej użyć przeciwko mnie, uważasz za coś nienaturalnego?

Vince uśmiechnął się kwaśno.
- Serdeczne dzięki, że zwróciłeś mi na to uwagę - odparł. - Mogę, z tego, co powiedziałeś, wyciągnąć

wniosek,  że  kiedy  przestanę  ci  być  potrzebny,  uznasz,  że  jestem  zbyt  niebezpieczny,  żebyś  mógł  mnie
pozostawić  przy  życiu.  Widzisz  więc,  że  nie  jestem  wcale  taki  naiwny,  za  jakiego  mnie  uważałeś.
No  cóż,  to  wszystko  jednak  kwestia  przyszłości.  Lepiej  porozmawiajmy  o  teraźniejszości.  Przyparłeś
mnie  do  muru.  Nie  mogę  się  nie  zgodzić  na  tę  współpracę.  A  przechodząc  do  konkretów,  na  czym
ma ona polegać?

-  Sss-sss-sss!  Pokazujesz  kły!  Aleja  kły  już  nieraz  widziałem.  Na  razie  nie  mogę  cię  zapoznać

ze wszystkimi szczegółami. Chciałbym jednak, żebyś poznał jak najlepiej Port Shanny i tyle pozostałych
rejonów  planety,  ile  zdołasz,  zanim  władze  wydadzą  ci  zakaz  opuszczania  wyspy.  Poznaj  zwyczaje
właścicieli  i  gości.  Obserwuj  wszystko,  co  tylko  ty  możesz  obserwować.  Później  zaś,  kiedy  będziemy
wiedzieć więcej - bo i ja postaram się zebrać jak najwięcej informacji -zaczniemy układać szczegółowe
plany.  -  Gondal  zaczerpnął  następny  haust  mieszaniny  gazów.  -  A  teraz,  zanim  powrócimy  na  Shannę,
powinniśmy  omówić  jeszcze  jedną  sprawę.  Jestem  pewien,  że  Nessanie  nie  przysłali  cię  tu  z  dobroci
serca. Z pewnością chcą, żebyś w zamian coś dla nich zrobił. Cokolwiek by to było, niełatwo ci będzie
samemu  wykonać  to  zadanie,  zwłaszcza  że  nie  znasz  terenu  i  nie  nawykłeś  do  używania  podstępów.
Dlaczego więc nie mielibyśmy rozszerzyć naszej współpracy także na to, co obiecałeś Nessanom? Być
może potrafiłbym udzielić ci nieocenionej pomocy.

Vince wstał i przeciągnął się leniwie, żeby rozprostować mięśnie.
- Zastanowię się nad tym - oświadczył.
Gondal westchnął.
-  Wciąż  jeszcze  mi  nie  ufasz  -  powiedział.  -  No  dobrze.  Nie  będę  cię  nakłaniał  do  wyjawienia  tej

tajemnicy. Nie mogę mieć ci za złe, że nie chcesz jej zdradzić. Bezpieczniej jednak byłoby dla nas obu,
gdybyśmy połączyli siły. No cóż, chyba powinniśmy już wracać. Czy Thood Hiwis zwrócił ci paszport,
żebyś mógł korzystać ze swojego kredytu?

Vince poklepał się po kieszeni bluzy.
- Tak - odpowiedział.
Zauważył,  że  obie  pary  oczu  Onsjanina  powędrowały  śladem  jego  dłoni.  Czyżby  kapitan  piratów

background image

zwrócił  uwagę  na  niezwykły  kształt  jego  portfela?  A  może  tylko  chciał  go  obejrzeć,  licząc  na  to,  że
pozwoli mu to dowiedzieć się czegoś nowego na temat jego właściciela?

Wylądowali.  Gondal  zszedł  z  pokładu.  Vince  odczekał,  aż  Onsjanin  zniknie  w  mroku  kosmoportu,

a  potem  starannie  pozamykał  klapy  zewnętrznych  włazów,  wyłączył  wszystkie  światła  (włącznie
z  miniaturowymi  lampkami  na  kontrolnych  pulpitach)  i  wyciągnął  portfel  z  kieszeni  bluzy.  Jego
nowe  oczy  dostrzegły,  że  przedmiot  jarzy  się  słabym  purpurowo—niebieskim  blaskiem.  Pomyślał,  że
to  z  pewnością  szczątkowa  poświata,  którą  wydziela  źródło  zasilania.  Podszedł  do  włazu  sterowni,
wyjrzał na korytarz i zwrócił głowę w kierunku rufy. Było ciemno, ale dla niego nie całkowicie ciemno.
Od strony rufy, w której pobliżu znajdował się zbiornik rozszczepialnego paliwa, dostrzegał rozproszoną
poświatę.

Zaczynał  sobie  uświadamiać,  że  Gondal  wcale  nie  przesadzał,  mówiąc  o  ogromnej  przydatności

swojego daru.

background image

8

V

ince wycofał się jeszcze głębiej w mrok między dwoma hangarami.

Żaden  z  dwóch  Onsjan,  którzy  wypożyczali  mały  wahadłowiec,  nie  był  Gondalem,  ale  Vince’a

bardzo  interesowało,  dokąd  mogą  się  wybierać  członkowie  załogi  pirackiego  gwiazdolotu.  Samego
kapitana nie widział od dobrych kilku godzin.

Obaj  Onsjanie  wcisnęli  się  do  kabiny  niewielkiego  statku  (turystycznego  modelu  z  przezroczystym

dachem  i  panoramicznymi  iluminatorami),  a  potem  zatrzasnęli  właz  i  wystartowali.  Vince  zrobił  parę
kroków  i  stanął  w  miejscu,  z  którego  mógł  się  przyglądać,  jak  startują  i  kierują  się  na  wschód.  Gdyby
nie  zmienili  kierunku  lotu,  przelecieliby  nad  farmami  i  znaleźliby  się  nad  brzegiem  wyspy  biegnącym
równolegle do brzegu kontynentu. Bez względu na to, jakie mieli zamiary, nie powinni zwrócić na siebie
uwagi  operatorów  radaru.  Lecieli  kursem,  którym  podążali  wszyscy  turyści,  pragnący  lepiej  poznać
dzikie tereny wyspy.

Vince  rozejrzał  się,  żeby  sprawdzić,  czy  nikt  go  nie  obserwuje,  a  potem  przeszedł  szybko  do  tej

samej wypożyczalni wahadłowców. Na jego widok vredański urzędnik pochylił z szacunkiem głowę.

Vince  wyciągnął  portfel.  Patrząc  nań,  czul  się  trochę  nieswój  o,  chociaż  w  dość  silnym  sztucznym

oświetleniu nie mógł widzieć słabej poświaty, jaka się zeń sączyła.

- Spędzę tu jakiś czas, żeby przyjść do siebie po przebytej operacji oczu - zaczął. - Sądzę, że mogę

wypożyczyć wahadłowiec, pokręcić się trochę nad wyspą i obejrzeć ją z lotu ptaka.

-  Tak,  proszę  pana  -  odparł  Vredanin.  Sięgnął  po  portfel,  wcisnął  kilka  klawiszy  i  zapoznał  się

z symbolami, jakie ukazały się na miniaturowym ekranie. - Naturalnie, panie Vinsie Kul Lo. Jeżeli leci
pan  sam,  powinien  panu  odpowiadać  nasz  najmniejszy  model.  Mapę  wyspy  i  wszystkie  potrzebne
informacje  zdobędzie  pan,  łącząc  się  z  centralną  bazą  danych  za  pośrednictwem  pokładowej  aparatury
wideofonicznej.  Jeżeli  w  pokładowej  bazie  danych  nie  znajdzie  pan  tego,  czego  pan  szuka,  proszę
po  prostu  zapytać  o  to  kogoś  z  Centrali  za  pośrednictwem  fonii.  Standardowa  mapa,  która  ukaże  się
na  ekranie  pokładowego  monitora,  pozwala  zapoznać  się  z  trasą  lotu,  ukazuj  e  także  oznaczone
kolorowymi  punktami  ciekawe  miejsca.  Ruchoma  niebieska  kropka  będzie  oznaczała  pański
wahadłowiec.  Jeżeli  zmieni  się  w  pomarańczową,  będzie  to  oznaczało,  że  przypadkiem  zboczył  pan
z  kursu.  Po  drugiej  stronie  wyspy  znaj  dują  się  dobrze  oświetlane  plaże  i  kąpieliska.  Są  ogrodzone
ze  wszystkich  stron  wysokim  parkanem.  Generalnie  biorąc,  może  pan  bez  obaw  latać  nad  całą  wyspą,
ale niech pan nie próbuje lądować poza odgrodzonymi obszarami, bardzo proszę, bo tam można natknąć
się  na  niebezpieczne  drapieżne  zwierzęta.  Jeżeli  miałby  pan  ochotę  łowić  ryby  w  morzu,  niech
pan  poprosi  o  zezwolenie  na  przelot  nad  wodą,  będzie  pan  mógł  wówczas  oddalić  się  od  brzegu
na odległość siedemdziesięciu kilometrów. Pogodę mamy teraz całkiem niezłą.

Vince’owi udało się nie okazać zniecierpliwienia.
-  Dziękuję  -  wtrącił  pospiesznie,  korzystając  z  pierwszej  chwili  przerwy  w  „wykładzie”.  -  Na  razie

chciałbym tylko trochę się rozejrzeć.

-  Oczywiście,  proszę  pana  -  odparł  urzędnik  i  wskazał  niewielki  wahadłowiec,  który  właśnie

kierował się w stronę miejsca startu.

Vince  wspiął  się  do  kabiny  i  zatrzasnął  właz.  Siedział  przez  chwilę  nieruchomo,  przyglądając  się

urządzeniom  sterowniczym.  Wyrzucał  sobie,  że  był  takim  głupcem.  Od  momentu,  w  którym  rozstał  się
z  Gondalem,  upłynęło  kilka  godzin  i  spędził  je  bezczynnie,  zamiast  poświęcić  na  naukę
pilotowania wahadłowca. Wkrótce przekonał się jednak, że wszystkie dźwignie i przełączniki są bardzo
starannie  opisane  i  oznaczone.  Przestawił  dźwigienkę  przełącznika  z  napisem  GŁÓWNY  GRAWITOR,
odszukał  drążek  z  zaznaczonymi  czterema  podstawowymi  kierunkami,  odnalazł  regulator  pułapu  lotu  i
starając się panować nad nerwami, wystartował. Wykonał kilka próbnych manewrów, po czym skierował

background image

się na wschód i przeleciał nad pierwszymi farmami.

Mapa,  o  której  wspominał  Vredanin,  płonęła  na  ekranie  głównego  monitora.  Była  tak  różnobarwna,

jaskrawa  i  wyraźna,  że  wyglądała  jak  prześwietlona  na  wskroś  fotografia.  Vince  trącił  drążek,
by  wyrównać  lot,  a  potem  spojrzał  na  górną  część  ekranu,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  zobaczy  gdzieś
wahadłowca z dwójką Onsjan na pokładzie.

Obserwując w blasku gwiazd teren w dole, czul się jednak bardzo nieswojo. Chociaż zainstalowane

w  jego  gałkach  ocznych  sztuczne  obiektywy  tłumiły  blask  jaśniejszych  gwiazd,  żeby  nie  oślepiał  jego
źrenic,  wiele  innych  widział  bardzo  wyraźnie.  Świeciły  tak  jaskrawo,  że  musiał  mrużyć  oczy.  Dobrze
chociaż,  że  nie  rozróżniał  niewielkich  przedmiotów  znajdujących  się  na  kursie  wiele  kilometrów
przed  dziobem  wahadłowca.  Rozglądał  się  minutę  czy  dwie  po  okolicy.  Podziwiał  piękno  usianego
miliardami świetlistych iskierek nieba, które wyglądało jak fotografia sporządzona za pomocą potężnego
teleskopu.  W  pewnej  chwili  zwrócił  uwagę  na  widoczną  po  prawej  stronie  wahadłowca  ciemną
mgławicę. Czy już kiedyś nie widział takiego kształtu? Cóż za nonsens! Oczywiście, że nie! Znajdował
się przecież wiele setek lat świetlnych od wszystkiego, co mógł dostrzec z powierzchni Ziemi.

Nagle  drgnął.  Tamten  jaskrawy  kulisty  kształt,  który  niespodziewanie  ujrzał  na  niebie  prosto

na kursie… Czyżby to był nadlatujący statek? Uśmiechnął się i odprężył, stwierdziwszy, że widzi jeden
z księżyców Shanny. Oświetlony blaskiem gwiazd, sprawiał wrażenie większego niż Księżyc, ale krążył
dalej  od  macierzystej  planety.  Vince  oderwał  oczy  od  tarczy  satelity  i  przeniósł  wzrok  na  ekran
pokładowego  radaru,  żeby  nie  doszło  do  kolizji.  Urządzenie  powinno  pełnić  między  innymi  funkcję
ostrzegawczą,  umożliwiać  uniknięcie  zderzenia,  ukazując  każdy  statek  znajdujący  się  na  tyle  blisko,
że…

Tak, to musieli być ci dwaj Onsjanie, którzy wypożyczyli wahadłowiec przed nim. Podobnie jak on,

lecieli  bardzo  powoli,  nie  chcąc  z  pewnością  wzbudzać  podejrzeń  obsługi  naziemnego  radaru,  który
musiał znajdować się gdzieś tam w dole.

Może  zresztą  wcale  nie  mieli  żadnych  ukrytych  zamiarów  i  rzeczywiście  wylecieli  po  prostu  po  to,

by  obejrzeć  wyspę  z  lotu  ptaka?  Nawet  piratów  mogło  interesować,  jak  wygląda  planeta  w  rodzaju
Shanny.

Vince nadal leciał nad farmami. Widział w dole wszystko bardzo wyraźnie: sady owocowe, szerokie,

zadbane pola uprawne, na których rosło coś, co przypominało pomidory albo trzcinę cukrową, lany zbóż
w  różnych  stadiach  dojrzewania.  Były  to  z  pewnością  tutejsze  rośliny,  którym  wystarczyło  do  życia
światło  gwiazd.  Wyglądało  na  to,  że  ma  ją  znacznie  więcej  liści  niż  ich  ziemskie  odpowiedniki.  Nie
dostrzegł  jednak  nigdzie  żadnych  farm  hodowlanych.  Widocznie  mieszkańcy  tej  planety  jadali  mięso
wyłącznie dzikich zwierząt.

W końcu zobaczył parkan odgraniczający zachodnią część od reszty wyspy. Miał co najmniej siedem

metrów  wysokości  i  został  wykonany  z  mocnego  drutu  kolczastego.  Górna  część  wyginała  się
na  zewnątrz,  a  sądząc  po  obecności  potężnych  izolatorów,  całość  z  pewnością  znaj  dowala  się  pod
wysokim  napięciem.  Wzdłuż  parkanu,  po  bezpiecznym  terenie,  biegła  niezbyt  szeroka  jezdnia  albo
droga.  Po  lewej  stronie,  w  odległości  nie  większej  niż  trzy  kilometry,  Vince  dostrzegł  grupę  budynków,
a  w  pobliżu  nich  kilka  zaparkowanych  wahadłowców  i  pojazdów  naziemnych.  To  właśnie  tam  plot
docierał do nadmorskiej plaży. W pewnej chwili Vince zauważył, że jeden z takich pojazdów skierował
się  na  biegnącą  wzdłuż  płotu  wąską  drogę  i  domyślił  się,  że  to  patrol  wyruszył  na  objazd  terenu.
Skierował spojrzenie na ekran radaru i zobaczył kilka maszyn latających, również patrolujących okolicę.

Przeleciał nad parkanem i skręcił trochę w lewo, żeby się znaleźć nad przeciwną stroną wyspy. Pilot

śledzonego wahadłowca nie wykonał podobnego manewru, ale Vince się tym nie przejmował. Nie chciał
sprawiać wrażenia, że go obserwuje.

Przelatując  nad  plażą,  dostrzegł  na  niej  dziesiątki  gości,  istoty  dwunożne  i  czworonożne,  a  także

background image

kilkunastu przedstawicieli innych ras, których wygląd był tak dziwny, że ciarki przeszły mu po plecach
na  ich  widok.  Niektórzy  łowili  ryby.  W  pewnej  chwili  Vince  zobaczył,  że  podobna  do  niedźwiedzia
istota  wyciąga  z  wody  smukłą  zdobycz  metrowej  długości.  Ryba  miała  przynajmniej  sześć  płetw,  wąsy
dłuższe i grubsze niż sum i ostre, chroniące cale ciało, kolce.

Lecąc dalej, Vince przekonał się, że inne plaże są opustoszałe. Być może większość gości obawiała

się  niebezpieczeństwa,  jakie  mogły  stwarzać  zwieszające  się  ponad  parkanem  gałęzie  wysokich  drzew,
rosnących gęsto po jego drugiej stronie.

Spojrzał na ekran pokładowego radaru. Zorientował się, że Onsjanie także skręcili. Lecieli teraz nad

plażą,  ale  znacznie  wolniej.  Czując,  że  jego  serce  zaczyna  bić  przyspieszonym  rytmem,  wzniósł  się
na  wysokość  czterdziestu  metrów.  Lecąc  zakosami  nad  falami  przy  boju,  obrał  kurs,  który  miał  mu
pozwolić znaleźć się nad Onsjanami. Wyłączył wszystkie światła, ale oczywiście nie mógł uczynić nic,
co by mu pozwoliło stać się niewidzialnym dla ich radaru.

W  końcu  odnalazł  Onsjan;  piraci  wylądowali  na  niewielkiej  i  opustoszałej  plaży  -  ostatniej  przed

ochronnym płotem - i wysiedli z kabiny.

Nie  odważył  się  zatrzymać  nad  nimi  na  dłużej  niż  kilka  sekund,  nie  chcąc  zaś  lecieć  dalej,  skręcił

w  głąb  wyspy.  Zawisnął  nieruchomo  nad  koronami  drzew,  jakby  przyglądał  się  dżungli.  Rozproszony
blask gwiazd docierał wszędzie i dzięki temu widział wszystko w dole wyraźnie jak na dłoni. W pewnej
chwili  zauważył  podobne  do  lemura  niewielkie  zwierzę  o  ogromnych  oczach,  które  przeskakiwało
z gałęzi na gałąź i co pewien czas nieruchomiało, rozglądało się i nasłuchiwało czujnie. Wszędzie roiło
się  od  różnych  ptaków;  chociaż  klapa  włazu  była  zamknięta,  Vince  słyszał  ich  piski  i  świergoty.
Wszystkie ptaki także miały wielkie oczy.

Zauważył również podobne do salamandry duże zwierzę, które nie miało w ogóle oczu. Poruszało się

bardzo  powoli,  raz  po  raz  obracając  łeb  to  w  prawo,  to  w  lewo,  kierując  się  prawdopodobnie  słuchem.
Możliwe,  że,  podobnie  jak  niektóre  ziemskie  gady,  było  wyposażone  w  czujniki  promieniowania
podczerwonego.  W  którymś  momencie  Vince  spostrzegł  z  przerażeniem,  że  stworzenie  natrafiło
na gniazdo ptaka, zmusiło wystraszonego gospodarza do odlotu i leniwie owinęło się wokół gniazda.

W  końcu  zawrócił  swój  pojazd  w  stronę  plaży.  Obaj  Onsjanie,  nie  zdjąwszy  pojemników  z  gazem

do oddychania, nurzali się niczym dziwaczne ośmiornice w przybrzeżnych falach.

I  co  teraz?  Z  pewnością  operator  naziemnego  radaru  miał  jego  wahadłowiec  na  ekranie.  Możliwe

jednak,  że  nie  widział  statku  wynajętego  przez  piratów,  gdyż  skrywały  go  wzgórza  i  gęsta  dżungla.
Prawdopodobnie  jednak  na  pokładzie  znajdował  się  nadajnik  sygnału  namiarowego,  który  pozwalał
na odnalezienie statku i jego pasażerów. Tak czy owak, operator wiedział, że Onsjanie i Vince znaj duj ą
się w tym samym miejscu, i prędzej czy później powinno to wzbudzić jego zainteresowanie.

Choć  wcale  nie  miał  ochoty,  zawrócił  swój  pojazd  i  zaczął  lecieć  powoli  w  stronę  wyspy,  wciąż

oglądając się do tylu.

A  ponieważ  miał  obecnie  niezwykły  wzrok,  zdołał  dostrzec,  że  jeden  ze  śledzonych  Onsjan  prawie

znika w głębokiej wodzie.

Sekundę  później  zauważył,  że  w  stronę  tego  pirata  kieruje  się  dziwny  przedmiot,  który  musiał

wyłonić się z jeszcze większej głębi. Był długi, cienki i czarny i wyglądał jak rurka do oddychania pod
powierzchnią  wody.  Dopiero  w  następnej  chwili  Vince  uświadomił  sobie,  że  widzi  koniec
onsjańskiej macki do oddychania!

Ryzykując, iż zostanie dostrzeżony, obrócił wahadłowiec i unieruchomił go w powietrzu. Widział, jak

sunący  powoli  ku  brzegowi  plaży  trzeci  Onsjanin  spotkał  się  z  idącym  mu  naprzeciw  członkiem  załogi
pirackiego  gwiazdolotu.  Przez  chwilę  obaj  chyba  rozmawiali,  stojąc  nieruchomo  w  głębokiej  wodzie,
potem każdy ruszył w swoją stronę.

Vince  zauważył,  że  ów  trzeci  Onsjanin,  który  wynurzył  się  z  morza,  wygina  mackę  służącą

background image

do  oddychania.  Kiedy  jej  koniec  zniknął  pod  powierzchnią  wody,  domyślił  się,  że  istota  zasysa  nową
porcję gazu z pojemnika. Gdy podjęła swój marsz ku brzegowi, Vince rozpoznał Gondala.

Coraz  bardziej  zaintrygowany,  zmniejszył  odległość  dzielącą  go  od  kapitana  piratów.  Czul,  że

w  skroniach  wali  mu  jak  młotem.  Onsjanie  sprawiali  wrażenie  nawykłych  do  przebywania  pod
powierzchnią  wody…  Oczywiście!  Musieli  być  istotami  ziemnowodnymi!  Szczerząc  zęby
w  bezgłośnym  uśmiechu,  Vince  przyglądał  się  spokojnie,  jak  Gondal  wychodzi  z  morza  i  kieruje
ku czekającemu na plaży jednemu z członków załogi.

A zatem, drugi pirat poszedł zająć miejsce kapitana w tajnej kryjówce, która musiała się mieścić pod

wodą. A może… Vince skierował wzrok ku północy. W odległości mniej więcej trzydziestu kilometrów
od  tego  miejsca  majaczył  górzysty  brzeg  kontynentu.  Czy  możliwe,  że  Onsjanie  zdołaliby  pokonać  tak
duży  dystans,  sunąc  po  dnie  albo  płynąc?  A  czy  on  sam  ośmieliłby  się  podjąć  podobną  próbę?  Jeżeli
wierzyć różnym opowieściom, w głębinach shannańskiego oceanu czyhało na nieostrożnych gości wiele
groźnych drapieżników.

Ale Gondal z pewnością nie należał do bojaźliwych.
Vince  odwrócił  głowę  i  zobaczył,  że  kapitan  i  jego  podwładny  wsiadają  do  kabiny  wypożyczonego

wahadłowca.  Widział,  jak  wystartowali  i  skierowali  się  do  kolonii.  Zastanawiał  się  przez  chwilę,  czy
vredański  urzędnik  zauważy  różnicę  w  wyglądzie  jednego  z  pasażerów,  szybko  jednak  doszedł
do  wniosku,  że  Gondal  zaplanował  wszystko  tak,  by  móc  wykorzystać  fakt,  że  w  określonym  czasie
urzędnicy się zmieniali, i zwrócić wynajęty statek nie temu samemu urzędnikowi, który go wypożyczył.
Kiedy  w  końcu  Vince  stracił  z  oczu  wahadłowiec,  przeniósł  spojrzenie  na  mapę.  Znajdował  się  prawie
na  samym  skraju  strefy,  gdzie  wolno  było  latać,  nie  ośmielił  się  więc  ruszyć  za  oddalającym  się  coraz
bardziej  od  pustej  plaży  piratem,  lecz  jeszcze  przez  jakiś  czas  uważnie  go  obserwował.  Przynajmniej
zapisał sobie w pamięci kierunek, w którym tamten zmierzał.

Nagle  dostrzegł  kątem  oka  w  dole  jakiś  ruch.  Natychmiast  skierował  wzrok  w  tamtą  stronę.

Na skraju graniczącej z plażą dżungli, ale poza ochronnym płotem, znów coś się poruszyło.

Vince  ujrzał  podobne  do  małpy  duże  szare  zwierzę.  Dopiero  po  chwili  zorientował  się,  że

to  inteligentna  dwunożna  istota  człekopodobna.  W  pewnej  chwili  dała  trzy  albo  cztery  długie  susy
i zaczęła się wspinać po pniu grubego drzewa. Kiedy dotarła na wysokość mniej więcej pięciu metrów,
znieruchomiała  i  wpatrzyła  się  w  morze.  Bez  wątpienia  usiłowała  śledzić  Onsjanina,  który  już  dawno
zniknął w dali!

Ziemianin poczuł, że jego serce bije przyspieszonym rytmem. Z tego, co słyszał, rdzenni mieszkańcy

Shanny  byli  istotami  prymitywnymi,  ale  obdarzonymi  znaczną  inteligencją.  Zgodnie  z  umową  zawartą
między  nimi  a  władającymi  planetą  Vredanami  nie  wolno  im  było  zapuszczać  się  na  teren  wyspy.
Czyżby właśnie mimo woli przyłapał jednego z nich na łamaniu tej umowy?

Obserwował,  jak  istota  wspina  się  jeszcze  wyżej.  Miała  chyba  dwa  i  pól  metra  wzrostu,  sprawiała

wrażenie silnie umięśnionej, i przypominała wyglądem ziemskiego zapaśnika wagi ciężkiej. Miała długie
i wąskie oczy, trochę podobne do oczu Nessan, ale Vince dostrzegł pewną różnicę… tak, owalne źrenice
istoty  były  pionowe,  a  nie  poziome.  Możliwe,  że  przy  silniejszym  oświetleniu  zwężały  się  jak
u  wielkiego  kota.  Twarz  znacznie  się  z  kolei  różniła  od  twarzy  ziemskiej  małpy,  szczękanie  była  tak
wydatna, choć nos sprawiał wrażenie płaskiego i szerokiego.

Z  boków  głowy  sterczała  w  górę  para  zakrzywionych  rogów.  Nie,  to  nie  były  rogi!  Vince  zauważył

w  pewnej  chwili,  że  jeden  „róg”  się  skręca.  A  zatem,  musiały  to  być  jakieś  macki!  Chwilę  później
dostrzegł  drugą  parę  macek.  Wyrastała  ze  zmierzwionej  sierści  głowy  nieco  ponad  poprzednią.
Ze sposobu, w jaki się poruszały, wywnioskował, że ta para stanowi organy słuchu, a nie dotyku.

Uświadomił  sobie  nagle,  że  oczy  istoty  nie  są  przesadnie  duże  jak  oczy  ptaków  i  podobnych

do lemurów zwierząt, którym się wcześniej przyglądał.

background image

Zerknął  w  stronę  morza,  ale  podwładny  Gondala  zniknął  już  całkowicie.  Istota,  którą  przed  chwilą

wypatrzył, zaczęła się powoli ześlizgiwać po pniu drzewa.

Naraz  Vince  dostrzegł,  że  parę  metrów  dalej  od  niej,  w  gęstym  listowiu  dżungli  poruszyło  się  coś

innego.

Przerażony,  zaczął  się  wpatrywać  w  tamto  miejsce.  Do  tubylca  podkradało  się  jakieś  drapieżne

zwierzę! Wyglądało jak ogromny kot, miało oczy wielkości pięści Cullowa, a po obu stronach paszczęki
wyrastały  długie,  sztywne  wąsy  albo  czułki.  Drapieżnik  był  co  najmniej  dwukrotnie  większy  niż  jego
ewentualna ofiara.

Vince nie umiałby powiedzieć, co skłoniło go do działania. Być może to, że dwunożna istota śledziła

członka  załogi  Gondala,  wzbudziło  jego  sympatię  do  niej.  W  każdym  razie  wyciągnął  szybko  rękę
i  wcisnął  guzik  z  napisem  REFLEKTOR  DZIOBOWY.  Natychmiast  z  zagłębienia  w  przedniej  części
wahadłowca wystrzelił snop oślepiająco jaskrawego światła. Vince chwycił drążek i skierował strumień
w dół, gdzie czaiło się drapieżne zwierzę.

Gotowa do skoku bestia uniosła instynktownie łeb w kierunku źródła światła, ale oślepiona, równie

szybko zamknęła ślepia i odskoczyła. Vince usłyszał przerażony skowyt, po czym zobaczył, że zwierzę
umyka w głąb dżungli. Poruszające się gałęzie krzewów znaczyły drogę jej panicznej ucieczki.

Spojrzał na grube drzewo, ale nie dostrzegł nigdzie dwunożnej człekopodobnej istoty.
Drżąc z podniecenia, pozwalał, żeby jego wahadłowiec nadal unosił się nieruchomo nad ochronnym

parkanem  i  dopiero  kiedy  się  upewnił,  że  nic  więcej  nie  dostrzeże  w  dole,  pchnął  dźwignię  drążka
sterowniczego i zawrócił.

Jego  umysł  pracował  na  pełnych  obrotach,  usiłował  uparcie  odgadnąć  sens  zagadkowych  poczynań

Gondala  i  jego  korsarzy.  Gdyby  nie  to,  ta  wycieczka  dookoła  wyspy  mogłaby  mu  dostarczyć
fascynujących  wrażeń.  Ponieważ  jednak  był  teraz  w  stanie  myśleć  tylko  o  jednym,  prawie  nie
zwracał  uwagi  na  skaliste  cyple  i  półwyspy  ani  na  ustronne  zatoczki  zdobiące  wschodnie  wybrzeże.
Chyba  nawet  nie  widział  licznych  stad  wyłupiastookich  morskich  ptaków,  skrzeczących  i  nurkujących
niczym dziwacznie zniekształcone ziemskie mewy. Po wylądowaniu zwrócił wypożyczony wahadłowiec i
pomaszerował skrajem lądowiska w stronę miejsca, gdzie pozostawił swój gwiezdny statek.

background image

9

G

inganibren  (dla  przyjaciół  i  znajomych  Geegee,  bo  tak  było  krócej)  kulił  się  nieruchomo

w  podobnym  do  małej  jamy  zagłębieniu,  które  wypatrzył  między  pniami  dwóch  wielkich  starych
wenniweeblowców.  Starał  się  zachowywać  absolutną  ciszę.  Drzewa,  napierając  na  siebie  wzajemnie,
walczyły o ten sam kawałek gruntu od dawien dawna, jeszcze przed narodzinami oj ca oj ca mego oj ca,
a nawet zanim na Shannie pojawili się Vredanie, pomyślał. Wszystkie formy życia, nawet drzewa, mają
obowiązek  wykorzystywać  całą  ich  moc,  żeby  zachować  miejsce,  jakie  w  swojej  wielkiej  mądrości
uznali za słuszne przydzielić im Władcy Losu.

W  jednej  dłoni  zaciskał  rękojeść  noża  o  długim,  łagodnie  zakrzywionym  i  idealnie  wypolerowanym

ostrzu  z  nierdzewnej  stali.  Nie  pamiętał  już,  co  wręczył  w  zamian  Vredaninowi,  od  którego
go  wycyganił.  Trzymał  nóż  między  biodrem  a  pniem  drzewa,  żeby  od  ostrza  nie  odbił  się  blask
żadnej  gwiazdy.  Wiedział,  że  kantabeleeny  mają  bardzo  bystre  ślepia,  domyślał  się  także,  że  drapieżna
bestia  nie  odbiegła  zbyt  daleko.  Przypuszczał,  że  oślepiona  strumieniem  światła,  jaki  niespodziewanie
wystrzelił z dziwacznej latającej skrzynki, tylko na chwilę wpadła w panikę i gdzieś się ukryła.

Geegee  był  bardzo  zły  na  siebie.  Tak  bardzo  pochłonęło  go  śledzenie  onsjańskiego  pirata,  który

nazywał  się  Gondal,  że  zapomniał,  o  przestrzeganiu  elementarnych  zasad  ostrożności,  a  co  więcej,
umykając  w  popłochu,  nie  zabrał  włóczni.  Zapewne  broń  nadal  stała,  oparta  o  pień  tokonkowca,
tam, gdzie ją zostawił, zanim zaczął wspinać się na drzewo.

Z  pewnością  nie  zachował  się,  jak  przystało  na  syna  znakomitego  wodza!  Bardzo  powoli  obrócił

jedno z podobnych do anten uszu i skierował j e w stronę dżungli. Dobiegały stamtąd normalne odgłosy
zajętych  własnymi  sprawami  ptaków  i  zwierząt,  ale  Geegee  pomyślał,  że  jednak  lepiej  będzie
jeśli  jeszcze  jakiś  czas  pozostanie  w  ukryciu,  chociaż  jedna  cząsteczka  jego  umysłu  wolała  doń,  że
powinien pospiesznie wrócić do swojego oddziału. Wszyscy musieli opuścić wyspę, zanim pojawią się
Vredanie,  których  z  całą  pewnością  zaalarmowała  pilotująca  dziwaczną  latającą  skrzynkę  obca  istota.
Dobrze  wiedział,  że  Vredanie  nie  patyczkują  się  z  pochwyconymi  na  terenie  wyspy  ipsisumoedanami.
Co  więcej,  gdyby  przyłapali  syna  wodza  Hakoora,  mogłoby  to  mieć  fatalne  konsekwencje  dla  całego
plemienia. Zwłaszcza teraz, kiedy jego plemię wymieniało szpiegowskie informacje z piratem Gondalem,
sprawy mogłyby przyjąć zdecydowanie niekorzystny obrót.

Z drugiej strony jednak, nie postąpiłby dobrze, gdyby spiesząc się zbytnio, wpadł w łapy bestii; jego

szczątki  stanowiłyby  dla  Vredan  dostateczny  dowód  przestępstwa.  Skoro  zaś  musiał  przeczekać
w  kryjówce  jeszcze  kilka  chwil,  uznał,  że  będzie  najlepiej,  jeśli  poświęci  ten  czas  na  przemyślenie
pewnych spraw.

Na  przykład,  nieznana  latająca  skrzynka.  Nie  miał  pojęcia,  że  unosiła  się  nieruchomo  niemal  nad

jego  głową,  dopóki  niespodziewanie  wystrzelony  snop  światła  nie  spłoszył  czającego  się  kantabeleena.
Z  pewnością  jednak  obca  istota,  unosząc  się  nieruchomo  bez  żadnych  świateł,  także  musiała  śledzić
onsjańskiego  pirata.  Geegee  uśmiechnął  się  z  satysfakcją.  Brał  udział  w  naprawdę  rozkosznej  grze!
Za wiedzą i zgodą swojego plemienia przyjmował zapłatę od Gondala, dla którego szpiegował na terenie
kontynentu  w  okolicy  wznoszącej  się  tam  góry,  zwanej  Płaczącą  Kobietą.  Z  własnej  inicjatywy
szpiegował jednak Gondala, licząc na to, że dowie się czegoś więcej o planach, które mógł knuć kapitan
onsjańskiego  gwiazdolotu.  Niespodziewanie  jednak  do  zabawy  przyłączyła  się  nieznana  obca  istota,
która  z  pewnością  także  szpiegowała  Gondala.  A  do  tego  wszystkiego  Vredanie  z  całą  pewnością
prowadzili sami intensywną działalność kontrwywiadowczą.

Najbardziej intrygowała Geegee obca istota. Widział ją tylko przez krótką chwilę, i to niewyraźnie,

w  świetle  reflektora  latającej  skrzynki.  Nie  była  ani  Vredaninem,  ani  istotą  żadnej  innej  znajomej  rasy.
Czyżby  sprzymierzyła  się  z  Vredanami?  Tego  nie  mógł  się  od  nikogo  dowiedzieć.  Nie  wiedział  także,

background image

czy  obca  istota  go  dostrzegła.  Jeżeli  nie,  to  dlaczego,  ryzykując,  że  ktoś  może  ją  zauważyć,  włączyła
źródło  tak  jaskrawego  sztucznego  światła?  Możliwe,  że  robiła  fotografie  i  pragnęła  lepiej  oświetlić
skradającego  się  kantabeleena.  Geegee  widywał  aparaty  fotograficzne  i  rozumiał  zasadę  ich  działania.
Naturalnie, żadnego nigdy nawet nie dotknął.

Zbyt  wiele  tych  wątpliwości!  Należało  chyba  przyjąć  wstępnie,  że  z  jakiegoś  powodu  obca  istota

powiadomiła  Vredan,  iż  widziała  na  terenie  wyspy  ipsisumoedanina  albo  inną  chodzącą  w  pozycji
wyprostowanej  dwunożną  istotę.  Geegee  poczuł,  że  w  tej  samej  chwili  poruszyła  się  cząstka  jego
umysłu odpowiedzialna za niepokój. Gdyby jego obawy okazały się uzasadnione, już wkrótce vredańscy
policjanci mogli się pojawić w pobliżu jego kryjówki.

Pozostał  w  niej  znacznie  dłużej,  niż  zamierzał.  Kantabeleen  musiałby  być  wyjątkowo  cierpliwy,

gdyby wciąż jeszcze czekał na zdobycz, która mu się wymknęła. Geegee ścisnął mocniej rękojeść noża
i  powoli  i  cicho  się  wyprostował.  Zastanawiał  się  przez  chwilę,  czy  nie  powinien  zapalić  pochodni  i
pozostawić  jej  tutaj,  żeby  odwrócić  uwagę  groźnego  drapieżnika,  uznał  jednak,  że  to  nie  najlepszy
pomysł. Światło mogliby zobaczyć Vredanie.

Czy nie powinien wrócić na miejsce w głębi wyspy, gdzie czekał nań jego oddział? Wszyscy musieli

jak najszybciej wsiąść do czółna i przeprawić się na stały ląd. Geegee tylko przez moment wahał się -
ryzykowaliby,  że  ktoś  ich  zauważy  na  powierzchni  wody,  ale  przecież  zawsze  podejmowali  to  samo
ryzyko.  Czy  jednak  nie  powinien  wrócić  po  pozostawioną  przy  drzewie  włócznię?  Ten,  kto  by  stracił
swoją włócznię bez żadnej walki, okryłby się hańbą. Najgorsze jednak było to, że broń mogliby odnaleźć
Vredanie!

Westchnął  ciężko.  Nikt  by  mu  nie  wybaczył,  gdyby  zostawił  włócznię  w  miejscu,  gdzie  każdy

mógłby  ją  zauważyć.  Musiał  zaryzykować  i  wrócić.  Wyśliznął  się  z  kryjówki  między  pniami  drzew
i  pobiegł  w  kierunku  parkanu.  Cząstka  jego  umysłu  odpowiedzialna  za  strach  zaczęła  co  prawda
intensywnie pracować, ale Geegee prychnął pogardliwie i zignorował niemęskie uczucie.

background image

10

S

pędziwszy  kilkadziesiąt  godzin  na  przyglądaniu  się  przybywającym  i  znikającym  gościom,  Vince

doszedł  do  wniosku,  że  jeśli  pragnie  odnaleźć  Zarpiego  albo  Akorrę,  nie  powinien  ograniczać  się
do obserwacji kosmoportu i lądujących w nim gwiezdnych statków - musi podjąć poszukiwania w innym
miejscu,  na  jednym  z  ruchliwych  bulwarów  z  hotelami  przeznaczonymi  specjalnie  dla  istot
człekopodobnych.  Postanowił  wynająć  pokój  w  którymś  z  nich  i  spędzić  trochę  czasu  w  rozmaitych
lokalach rozrywkowych, żeby ich obsługa i inni goście przywykli do jego widoku.

Wybrał  hotel  stojący  w  odległości  kilkuset  metrów  od  skraju  kosmoportu,  droższy  niż  większość

pozostałych, ale też bardziej komfortowy. Nie ów komfort przesądził jednak o decyzji Vince’a. Wybrał
ten  właśnie  hotel,  ponieważ  większość  jego  pomieszczeń  była  słabo  oświetlona;  znalazł
tu wiele mrocznych kątów, w których - gdyby okazało się to konieczne - mógł się ukryć i obserwować
bulwar, sam nie będąc widzianym.

Gdy  minął  czas  równy  jednemu  ziemskiemu  dniowi,  doszedł  do  wniosku,  że  widział  dotąd  tylko

niewielki  procent  istot  człekopodobnych  albo  prawie  człekopodobnych,  jakie  odwiedzały  Shannę.
Bulwar musiał być chyba przystankiem dla wszystkich przestępców i banitów z tej komórki galaktyki!

Najliczniej  reprezentowany  był  pewien  gatunek  krępych  i  brązowoskórych  istot,  które  widziane

z dużej odległości, wyglądały jak ludzie. Dopiero patrząc z bliska, nie miało się wątpliwości, że należą
do  innej  rasy.  Istoty  te  miały  podwójne  stawy  łokciowe  i  kolanowe,  a  ich  dłonie  kończyły  się  trzema
palcami.  Od  ludzi  odróżniały  je  również  szerokie  twarze,  ukryte  między  luźnymi  fałdami  skóry  małe
oczy  oraz  płaskie  nosy.  Narządy  węchu  były  właściwie  pozbawionymi  kości  i  chrząstek  naroślami,
a widoczne w nich otwory mogły się szczelnie zamykać. Vince zastanawiał się, czy przypadkiem istoty
te nie pochodzą z pustynnej planety, której powierzchnię smagają piaskowe burze.

Mówiły  po  leniańsku,  jakby  sepleniąc,  słowa  wydobywały  się  spomiędzy  cienkich  warg,  od  czasu

do  czasu  odsłaniających  wyszczerbione  zęby.  Vince  kilka  razy  nawiązał  z  nimi  swobodną  rozmowę
i dowiedział się, że istoty nie są piratami ani banitami, ale członkami załóg czterech gwiezdnych okrętów
i pochodzą z planety, która wypowiedziała posłuszeństwo jakiemuś imperium.

Podobne do niedźwiedzi grizzly istoty Vince uznał za bardzo interesujące, kiedy tylko przezwyciężył

lęk,  jaki  w  nim  budził  ich  wzrost.  Uprzytomnił  sobie,  że  widział  je  jeszcze  przed  operacją  na  płycie
kosmoportu, obok przypominających hantle gwiezdnych statków. Mówiły świetnie po leniańsku i miały
trochę  chrapliwe,  ale  melodyjne  niskie  glosy.  Miały  prymitywne  maniery  i  przejawiały  dość  dziwny
cynizm. Zaczął ich unikać dopiero wtedy, gdy się dowiedział, jakiej są rasy. To byli Chullwejowie!

Od  czasu  do  czasu  spotykał  także  pulchne  niebieskoskóre  istoty  o  rękach  podobnych  do  ludzkich,

ale zdumiewająco wydłużonych głowach. Płaskie twarze przecinały otwory ust biegnące w poprzek całej
ich  szerokości.  Istoty  te  miały  małe  okrągłe  otwory  zamiast  uszu  i  podwójne  nosy  (w  każdym
widniał  pojedynczy  szeroki  otwór  znaj  dujący  się  w  dużej  odległości  od  drugiego).  Vince  doznał
prawdziwego wstrząsu, spostrzegłszy, że gałki ich szeroko rozstawionych bursztynowych oczu mogą się
poruszać  niezależnie  od  siebie  albo  razem,  jeśli  istota  chciała  coś  oglądać  obydwoma  jednocześnie.
Pośrodku  błyszczących  głów  rosły  kępki  szorstkich  krótkich  włosów.  Włosy  rosły  także  na  karkach.
Vince  nie  potrafiłby  jednak  powiedzieć,  gdzie  się  kończyły,  bo  istoty  skrywały  niemal  cale  ciało
pod fałdzistym długim płaszczem. Niektóre nosiły coś w rodzaju monoklu lub okularów na tylko jedno
oko przytrzymywanych przez opasujące głowę elastyczne taśmy.

Istoty  należące  do  jeszcze  innego  gatunku  były  szczupłe  i  gibkie.  Miały  wiele  wdzięku,  tyle  że  ich

kolana odstawały prawie dziesięć centymetrów na boki. Ilekroć Vince je spotykał, zawsze zadawał sobie
pytanie,  jak,  u  licha,  mógł  przebiegać  na  ich  planecie  proces  ewolucji.  Istoty  miały  jasnozieloną  skórę,
były bezwłose i nieśmiałe. Na ogól trzymały się dyskretnie na uboczu, rozglądając się dookoła wielkimi

background image

wilgotnymi  oczami.  Ich  delikatne  twarze  zdradzały  różne  reakcje,  które  Vince  brał  za  rozbawienie,
niesmak, zaciekawienie i - co do tej ostatniej nie miał najmniejszej wątpliwości - zachłanność. Przyłapał
kilka,  jak  się  w  niego  natrętnie  wpatrywały,  ale  ilekroć  na  nie  spoglądał,  zawsze  kierowały  spojrzenie
w inną stronę.

Widywał  także  istoty  co  najmniej  kilkunastu  innych  gatunków,  czasami  trudno  mu  było  odróżnić

jedne od drugich. Wszystkie mówiły po leniańsku.

Vredanie świadczyli usługi całej tej rzeszy gości, regulowali wszelkie sprawy i błyskawicznie tłumili

w  zarodku  wszystkie  kłótnie  i  spory.  Byli  uprzejmi,  ale  nieugięci,  dyskretni,  ale  wszechobecni.
Gdziekolwiek  gość  się  pojawiał,  w  restauracji  czy  tawernie,  kasynie  czy  lokalu  rozrywkowym  -
w którym w rytm egzotycznej muzyki wirowały równie egzotyczne pary - wszędzie mógł się spodziewać
tego  samego:  Vredanie  bardzo  szybko  wyświetlali  jego  wizerunek  na  ekranie  monitora  i  zwracali  się
do niego po nazwisku.

Nie  mniejszy  ruch  panował  w  samym  kosmoporcie.  W  ciągu  zaledwie  trzydziestu  minut  Vince

dostrzegł  co  najmniej  kilkanaście  ogromnych  ciężarówek,  toczących  się  mozolnie  z  portowych
magazynów  do  zaparkowanych  w  różnych  miejscach  lądowiska  gwiezdnych  statków.  Każda  przewoziła
ciężki  ładunek,  do  którego  załadowania  konieczne  były  potężne  dźwigi.  Większość  przedmiotów
starannie  opakowano  i  owinięto  brezentem.  W  kilku  przypadkach,  gdy  do  załadunku  trzeba  było
posłużyć  się  grawitacyjnymi  poduszkowcami,  z  ich  towarowych  platform  zwieszały  się  zasłony
uniemożliwiające podglądanie wścibskim oczom.

Mniejsze  pojazdy  kołowe  służyły  do  transportu  lżejszych  towarów  -  worków  zboża,  opakowanych

w  plastik  wielkich  kawałów  mięsa  oraz  kartonów  puszek  z  różną  żywnością.  Wszystkie  wyglądały
bardzo  podobnie  jak  te  na  Ziemi,  jeżeli  nie  liczyć  dziwacznie  brzmiących  nazw,  wydrukowanych
albo  odręcznie  wypisanych  na  opakowaniach.  Vince  wypatrzył  także  coś,  co  wyglądało  jak  pojemniki
z  olejem  napędowym  albo  benzyną.  Prawdopodobnie  zamierzano  je  sprzedać  na  planetach  zacofanych
pod 

względem 

rozwoju 

technicznego. 

Rozpoznał 

nawet 

kilka 

rodzajów 

materiałów

rozszczepialnych,  przewożono  je  w  opancerzonych  i  odpowiednio  izolowanych  pojemnikach,  z  których
każdy  mógł  pomieścić  mniej  więcej  sześćdziesiąt  litrów.  Zawsze,  jeśli  tylko  w  pobliżu  nie  znajdowały
się silne źródła sztucznego światła, otaczała je dziwaczna purpurowo-niebieska poświata, którą on jeden
spośród wszystkich istot na powierzchni Shanny był w stanie dostrzec.

Stałem się, pomyślał w pewnym momencie, krzywiąc wargi w sarkastycznym uśmiechu, chodzącym

licznikiem Geigera. Tyle tylko, że nie tykam.

W  miarę  jak  czas  upływał,  Vince  dowiadywał  się  coraz  więcej  o  funkcjonowaniu  całej  kolonii.

W  mięso  rozmaitych  gatunków  -  asortyment  był  znacznie  bogatszy,  niż  myślał  początkowo  -
zaopatrywały  ją  grupy  vredańskich  myśliwych.  Ich  siedziba  i  przetwórnie  mięsa  mieściły  się  nieopodal
magazynów  towarów  znikających  w  ładowniach  transportowców.  Towarowe  wahadłowce,  strumieniami
wlatujące  do  przetwórni  i  wylatujące  stamtąd,  wyglądały  jak  mrówki  spieszące  do  mrowiska
i  wychodzące  stamtąd  jedna  po  drugiej.  Z  reguły  w  każdym  siedziało  czterech  vredańskich  myśliwych,
a  na  platformie  znajdowało  się  zazwyczaj  około  dziesięciu  sztuk  upolowanych  zwierząt  wielkości
ziemskich owiec.

Niektóre  wahadłowce  przystosowano  do  połowu  ryb.  W  dolnej  części  znajdowały  się  osłonięte

klapami otwory, służące zapewne do wypuszczania sieci. Polowy ryb odbywały się najwyraźniej z dala
od  wyspy,  a  polowania  na  stałym  lądzie  -  być  może  Vredanie  chcieli  zachować  na  wyspie
jak najbogatszą faunę, by goście mieli co podziwiać.

Nie  wszystkie  polowania  kończyły  się  sukcesem,  często  pojazdy  wracały  do  bazy  z  pustymi  albo

tylko częściowo zapełnionymi platformami. Bez względu jednak na wynik polowania, grupy myśliwych
powracały zawsze o ściśle określonej porze.

background image

Vince  poświęcił  także  sporo  czasu  na  obserwację  magazynów  i  składów  przywożonych  towarów.

Bardzo  szybko  się  zorientował,  że  znajdują  się  w  nich  także  lombardy,  punkty  zawierania  transakcji
handlowych  i  banki.  Najcenniejsze  przedmioty  gromadzono  w  największym  budynku  o  rozmiarach
boiska do gry w piłkę nożną. Przy dwojgu potężnych drzwiach prowadzących na główny bulwar czuwali
nieustannie  uzbrojeni  strażnicy.  Jeśli  w  budynku  były  jakieś  inne  otwory,  na  przykład  wentylacyjne,
musiały znajdować się na dachu. Vince z płyty lądowiska nie mógł ich zobaczyć.

W  ciągu  godziny,  kiedy  obserwował  gmach,  w  pobliżu  wylądowały  cztery  obce  gwiezdne  statki.

Dwa identyczne spoczęły równocześnie na płycie kosmoportu blisko siebie. Wyładowane z nich towary
przewieziono  natychmiast  do  ogromnego  banku.  Vince  przyglądał  się  całemu  procesowi  przeładunku
z  odległości  niespełna  trzydziestu  metrów.  Widział,  jak  wielkie  ciężarówki  z  łoskotem  przejeżdżają
przez otwartą na chwilę główną bramę, nie miał jednak pojęcia, jakiego rodzaju towar przywiozły.

W  ciągu  tej  godziny  co  najmniej  kilkanaście  innych  przesyłek  wwieziono  do  wielkiego  gmachu.

Na  jednej  z  ciężarówek  przyjechały  pozwijane  w  bele  futra  zwierząt  o  czarnej  sierści  upstrzonej
srebrzystymi pasmami. Inne towary umieszczono w metalowych klatkach zabezpieczonych ze wszystkich
stron  solidnymi  kłódkami.  Kiedy  wnoszono  klatki  do  banku,  coś  w  środku  dźwięcznie  szczękało.
Do budynku wnoszono także coś, co wyglądało jak naukowe instrumenty.

W  pewnej  chwili  Vince  ze  zdumieniem  uzmysłowił  sobie,  że  chociaż  do  gmachu  trafia  mnóstwo

towarów,  bardzo  niewiele  go  opuszcza  i  natychmiast  przypomniało  mu  się  to,  co  powiedział  Gondal.
Onsjanin  uważał,  że  budynek  stanowi  tylko  przykrywkę,  a  prawdziwe  skarbce  ukryto  w  jakimś  innym
miejscu na Shannie. A może cala wyspa była pusta w środku i służyła Vredanom za wielki skarbiec?

Jak  zatem  przewożono  do  owego  skarbca  albo  magazynu  wszystkie  towary?  Czyżby  istniał  gdzieś

tunel  wiodący  do  pewnego  tajemnego  miejsca?  Czy  miały  z  tym  jakiś  związek  potajemne  poczynania
Gondala  w  cieśninie?  Tunel  łączący  wyspę  z  kontynentem  musiałby  mieć  długość  co  najmniej
trzydziestu  kilometrów.  Może  więc  skarbiec  mieścił  się  gdzieś  pod  wodą  w  tej  oddzielającej  wyspę
od stałego lądu cieśninie? Nie wydawało się to zbyt prawdopodobne.

A może drogocenne towary transportowano ukradkiem z wyspy na ląd drogą morską? Wpatrując się

w ogromną budowlę, Vince nagle burknął coś pod nosem i cicho zaklął. Na własne oczy widział przecież
grupy  vredańskich  myśliwych,  które  w  regularnych  odstępach  czasu  opuszczały  wąską  wyspę,  leciały
nad ląd stały i powracały!

Odwrócił  się  i  przezwyciężywszy  instynktowną  chęć,  by  mszyć  biegiem  ku  brzegowi  kosmoportu

pomaszerował  w  tamtym  kierunku.  Przystanął  w  najgłębszym  cieniu  i  czekał  kilka  chwil,  aż  oczy
przystosują  się  do  ciemności.  Dopiero  kiedy  mógł  widzieć  wszystko  ostro  i  wyraźnie,  skierował
spojrzenie  na  strumień  wahadłowców  z  myśliwymi,  którzy  wyruszali  na  polowanie.  Przyglądał  się,  jak
pojazdy  wznoszą  się  nad  przetwórnię  mięsa  (najwyraźniej  startowały  z  dachu),  a  potem  kierują  niemal
dokładnie na północ, w stronę stałego lądu.

Czy te wahadłowce były na tyle duże, żeby się dało nimi przewozić najcięższe spośród przedmiotów,

które na jego oczach trafiły do wielkiego banku? Zapewne nie, ale czy dużo takich przedmiotów widział
dotąd?  Prawdę  mówiąc,  niewiele.  Dziewięćdziesiąt  pięć  procent  spośród  tych,  których  przywóz
obserwował, myśliwskie wahadłowce mogły przewieźć bez trudu.

Ostrożnie  wysunął  się  z  cienia  i  ruszył  w  stronę  swojego  statku.  Może  i  nie  był

to  najnowocześniejszy  ani  najładniejszy  gwiazdolot  w  kosmoporcie  Shanny,  może  też  wydawał  się
zabawny wszystkim przechodzącym obok niego obcym istotom, miał jednak pewną cenną zaletę, której
Vince dotąd nie zauważył. Był wysoki! A z jego sterowni miałby znacznie lepszy widok na okolicę.

Uparcie  starał  się  odgadnąć,  którędy  mógł  biec  tunel  łączący  wielki  bank  z  przetwórnią  mięsa.

Zanim  minęło  pól  godziny,  wpadł  na  pewien  pomysł.  Gdyby  to  on  miał  go  budować,  tunel  pobiegłby
w dół od budynku banku na skraj lądowiska. Kiedy znalazłby się na tyle daleko i głęboko, że nie dałoby

background image

się  wykryć  go  za  pomocą  zwyczajnych  urządzeń  nasłuchowych,  zmieniłby  kierunek  i  poprowadzony
lukiem  w  kierunku  przetwórni  mięsa  dotarłby  do  niej  od  tylu.  Nie  byłby  nawet  zbyt  długi.  Musiałby
co  prawda  przebiec  pod  jednym  z  bulwarów,  ale  w  pobliżu  nie  było  ani  jednego  hotelu,  stały  tu  tylko
magazyny.

No  dobrze.  Jego  teoria  miała  ręce  i  nogi.  Dokąd  to  jednak  prowadziło?  Bez  wątpienia  Gondal

doszedł  do  takich  samych  wniosków,  a  może  nawet  opracował  lepszą  teorię.  Vince  nadal  nie  wiedział,
do czego Onsjanin go potrzebuje. A tymczasem…

Jeszcze przez godzinę siedział w sterowni swojego statku, rozważając różne kwestie. Nagle obudził

się i cicho zapiszczał jeden z przyrządów, którego zadaniem było informowanie o przylotach i odlotach
innych  statków.  Odruchowo,  myśląc  o  czymś  innym,  Vince  wyciągnął  rękę  i  włączył  monitor
skierowanej w tamto miejsce kamery. Chwilę później zeskoczył z fotela i podbiegł do ekranu monitora.
Ujrzał  na  nim,  że  lądują  aż  cztery  gwiezdne  statki.  Nie  mógł  mieć  cienia  wątpliwości.  Wszystkie
zaprojektowali i zbudowali Nessanie.

background image

11

V

ince  zmienił  pozycję  ciała,  żeby  rozprostować  zgięte  nogi,  po  czym  znów  wcisnął  się  między

wspornik a kadłub swojego statku. Dotarcie tam kosztowało go sporo wysiłku, ale mógł teraz spoglądać
bezpośrednio  przez  otwór  małego  wentylatora.  Wprawdzie  kamery  statku  ukazałyby  mu  powiększony
obraz  każdego  miejsca,  na  które  by  je  skierował,  ale  w  porównaniu  z  jego  oczami  były  beznadziejnie
nieczule.

Po kilkunastu minutach obserwacji wiedział, że w mrocznych otworach włazów przybyłych statków

czają się uzbrojeni Nessanie, uważnie i w napięciu śledząc zaparkowane w pobliżu gwiezdne statki. Gdy
w  pewnej  chwili  na  płycie  lądowiska  pojawiła  się  jakaś  obca  istota  i  przechodząc  w  pobliżu  spojrzała
mimochodem  na  najbliższy  statek,  nessańscy  strażnicy  zesztywnieli.  Nagle  jeden  z  nich  powiedział  coś
do ukrytego pod kołnierzem mikrofonu. Obca istota poszła dalej i zniknęła, a ukryci w mroku strażnicy
wyraźnie się odprężyli.

W  końcu  jednak  jeden  z  nich  wychylił  głowę  i  jakby  od  niechcenia  zaczął  się  rozglądać

po  kosmoporcie.  W  pewnym  momencie  skierował  długie  oczy  na  statek  Vince’a.  Przyglądał  mu  się
przez  jakiś  czas  i  Vince  miał  wrażenie,  że  Nessanin  wpatruje  się  w  niego.  Oczywiście  było  to  tylko
złudzenie. Ukrył się za małym wentylatorem i to w tak głębokim mroku, że nikt nie mógłby go dostrzec.
Domyślił  się  jednak,  że  czujne  oczy  nessańskiego  strażnika  zlustrowały  dokładnie  cały  dziwaczny
statek.

Upłynęło  następnych  kilkanaście  minut.  Od  strony  vredańskiego  magazynu  nadleciał  mały

wahadłowiec.  Ku  rozczarowaniu  Vince’a  nie  skierował  się  w  stronę  najbliższego  nessańskiego  statku,
ale  ku  temu,  który  stał  nieco  dalej.  Ze  swojego  miejsca  Vince  nie  widział  otworu  włazu  towarowego.
Uzbroił się w cierpliwość i czekał. Minęło niespełna dziesięć minut, zanim znów dostrzegł wahadłowiec.
Przez jakiś czas biegło zanim światło reflektora, ale potem ktoś je wyłączył i zapadły ciemności. Vince
spojrzał na mały statek… i zdrętwiał.

Od lecącego powoli wahadłowca promieniowała znajoma purpuro wo-niebieska poświata!
Zamrugał.  Zastanawiał  się,  czy  zmienione  oczy  nie  płatają  mu  jakiegoś  figla.  Z  pewnością  nie

widział  poświaty,  kiedy  wahadłowiec  podlatywał  do  nessańskiego  statku.  Wniosek  był  oczywisty:
wahadłowiec zabrał z tego statku coś, co wydzielało znaczne ilości specyficznej energii.

Vince obrócił się i spojrzał w bok, przez otwór wentylatora. Obserwował, jak wahadłowiec dociera

do  ogromnego  gmachu  magazynu  i  banku  i  znika  w  mrocznym  otworze  bramy,  która  otwarła  się  przed
nim.  Odczekał  jeszcze  kilka  minut,  ale  nie  widząc  w  pobliżu  nessańskich  statków  niczego,  co  by
się poruszało, ostrożnie wyśliznął się z niewygodnej kryjówki.

Przeczołgał się do klapy małego włazu, przez który się wydostał. Wciąż jeszcze otaczała go niemal

absolutna  ciemność  przestrzeni  między  dwiema  grodziami.  Wyciągnął  z  kieszeni  otrzymany  od  Leoora
portfel. Wpatrując się weń, myślał intensywnie. Promieniująca z portfela poświata miała chyba tę samą
barwę jak ta, która otaczała niewielki wahadłowiec.

Leoor  powiedział  mu,  że  portfel  jest  odnalezionym  niedawno  wytworem  leniańskiej  cywilizacji.

Skoro Zarpiemu udało się porwać jedną z najwybitniejszych nessańskich badaczek leniańskiej techniki,
możliwe, że z jej pomocą zdołał także odkryć tę tajemnicę.

Portfel  stanowił  narzędzie  komunikacji.  Vince  przypomniał  sobie,  że  kiedy  wyzwoli  jego  niezwykłą

energię,  niemożliwą  do  wykrycia  w  zwyczajnym  paśmie  promieniowania  elektromagnetycznego,  Leoor
zdoła  go  „usłyszeć”  pomimo  ogromu  dzielącej  ich  odległości.  A  co  z  podobną,  ale  o  wiele
silniejszą  poświatą  wydobywającą  się  z  czegoś,  co  kilka  minut  wcześniej  opuściło  pokład  jednego
ze statków Zarpiego? Czyżby był to również jakiś komunikator? A może urządzenie szpiegowskie, które
miało umożliwić wykrycie tajnego skarbca Vredan?

background image

Gdy  Vince  wkładał  portfel  z  powrotem  do  kieszeni,  dłonie  lekko  mu  drżały.  Leoor  i  jego  rząd

podejrzewali, że Zarpi stara się odkryć zdumiewającą tajemnicę Lenian. Może banita chciał osiągnąć ten
sam cel co Gondal?

Oczywiście,  to  mogło  nie  być  urządzenie  szpiegowskie.  Może  Zarpi  przekazał  tylko  Vredanom

pewną  ilość  dziwnego  paliwa.  A  może  było  to  coś  w  rodzaju  bomby,  która  miałaby  zniszczyć  drzwi
do tajnego skarbca? Ale czy istniała szansa, że zawartość skarbca mogłaby ocaleć po takiej eksplozji?

Vince przeszedł do sterowni i zaprogramował kamery na rejestrowanie wszystkiego, co działoby się

wokół czterech statków Zarpiego. Potem opuścił swój gwiazdolot i wrócił do hotelu.

Zaciągnął  szczelnie  zasłony  w  oknach  sypialni,  aby  było  w  niej  jak  najciemniej,  po  czym  usiadł

na brzegu łóżka, trzymając portfel w dłoniach. Wahał się, czy powinien się nim posłużyć.

Leoor  uprzedzał  go,  aby  nie  wysyłał  wiadomości,  że  j  est  na  Shannie,  żywy  i  zdrowy,  dopóki  jego

oczy nie zagoją się całkowicie. Vince zwlekał z użyciem komunikatora, ponieważ wciąż jeszcze nie był
pewien,  czy  tak  się  stało  -  od  operacji  upłynęło  zbyt  mało  czasu.  Teraz  jednak  powinien  się
zdecydować. Czy naprawdę mógł uważać się za uzdrowionego, skoro jego wzrok zależał od dobrej woli
Gondala?  Co  się  stanie,  kiedy  odklei  fotografię,  obróci  o  dziewięćdziesiąt  stopni,  zamknie  portfel
i  usiądzie  na  nim?  Jeżeli  Nessanie  odbiorą  umówiony  sygnał,  nie  dowiedzą  się,  w  jak  trudnej  sytuacji
się znajduje. Gdyby zaś obrócił zdjęcie od razu o sto osiemdziesiąt stopni i przesiał wiadomość: „Zarpi
jest  tutaj”,  nie  informując  Nessan  o  stanie  swojego  zdrowia,  mogliby  pomyśleć,  że  wcale  nie  jest
zdrowy.

Innym  rozwiązaniem  byłoby  poproszenie  Gondala  o  pomoc  w  wysłaniu  wiadomości  tak,  by  nie

dowiedzieli  się  o  tym  Vredanie.  W  obecnej  sytuacji  należało  jednak  od  razu  wykluczyć  tę  możliwość.
Onsjanin  zapoznałby  się  z  treścią  przesyłanej  informacji  i  dowiedział  się  albo  domyślił
wszystkiego, czego Vince nie chciał mu wyjawić.

Wstał  i  zaczął  przechadzać  się  po  sypialni.  W  końcu  doszedł  do  wniosku,  że  jednak  powinien

poinformować Nessan, iż wciąż jeszcze usiłuje wykonać powierzone zadanie. Był im to winien i musiał
jakoś ich powiadomić. Nie miał jednak możliwości, by to uczynić i zarazem wspomnieć o trudnościach,
jakie stwarzał mu Gondal.

W końcu uświadomił sobie jasno swoją sytuację: był zdany wyłącznie na własne siły.
Burknął  coś  ze  złością  No  cóż,  niech  tak  będzie!  Skorzystał  z  propozycji  Nessan  i  zamierzał

wywiązać się z danej obietnicy najlepiej, jak potrafi. Mimo wszystko nie znał planów Leoora. Być może
Nessanie  otoczyli  już  Shannę  lub  szykowali  się  do  inwazji.  Powinien  więc  postępować  zgodnie  z
otrzymanymi wskazówkami.

Otworzył  portfel,  oderwał  fotografię  i  obrócił  ją  o  dziewięćdziesiąt  stopni  w  kierunku  zgodnym

z  ruchem  wskazówek  zegara,  a  potem  znów  przyłożył.  Zamknął  portfel  i  położył  na  jedynym  krześle,
jakie stało w sypialni. Czując się nieprawdopodobnie głupio, usiadł na krześle.

- Niby cholerna kura na jajkach - mruknął do siebie. Ile czasu powinien na nim siedzieć?
Odczekał pięć minut. Gdyby powinien siedzieć dłużej, Leoor powiedziałby mu o tym.
Potem  wyciągnął  i  rozłożył  portfel,  oderwał  fotografię  i  obrócił  j  ą  o  następne  dziewięćdziesiąt

stopni w tym samym kierunku. Potem przesiał wiadomość: „Zarpi jest tutaj”.

W końcu umieścił zdjęcie w pierwotnym położeniu, wsunął portfel do kieszeni i opuścił apartament.

Pomyślał,  że  powinien  pokręcić  się  po  kasynach.  Może  udałoby  mu  się  porozmawiać  z  którymś
z członków załogi statku Zarpi ego albo zobaczyć chociaż jednego z nich.

Wywiedział  się,  że  kilkunastu  Nessan  wynajęło  pokoje  w  pewnym  hotelu  stojącym  siedem  albo

osiem  budynków  bliżej  kosmoportu  niż  jego  hotel.  Już  kiedyś  odwiedził  tamtejsze  kasyno,  uznał  więc,
że Vredanie nie powinni powziąć żadnych podejrzeń, jeśli spędzi tam znowu sporo czasu.

Wszedłszy  do  dużej  sali,  dyskretnie  rozejrzał  się  wokoło,  po  czym  wmieszał  się  w  tłum  gości

background image

otaczających stół, przy którym oddawał się hazardowi j eden z porośniętych jasną sierścią Nessan. Gra
przypominała  ziemskie  kości.  Na  ściankach  sześcianików  nie  widniały  jednak  różne  liczby  kropek,
ale  leniańskie  cyfry  od  jedynki  do  piątki.  Na  szóstej  ściance  jaśniał  sporych  rozmiarów  krążek
ze srebrzystego metalu. Liczył się tylko wówczas, kiedy gracz wyrzucił dwa albo więcej takich krążków
równocześnie. Gracze rzucali trzema kośćmi, a nie dwoma. Obserwując poprzednio przebieg gry, Vince
zdał sobie sprawę, że istnieje wiele sposobów osiągnięcia pożądanego wyniku. Teraz, kiedy spędził przy
stole  więcej  czasu,  dowiedział  się,  że  wyrzucenie  dwóch  srebrzystych  krążków  upoważnia  gracza
do dodatkowego rzutu, a wyrzucenie trzech oznaczało najwyższą wygraną.

W pewnej chwili uczestniczący w grze Nessanin, który wyglądał - na ile Vince mógł się zorientować

- całkiem normalnie, uniósł w dłoni sześcianiki i potoczył je po blacie stołu. Wyrzucił dwójkę, czwórkę
i srebrzysty krążek.

-  Sześć  -  oznajmił  vredański  krupier,  zręcznie  przyciskając  odpowiedni  guzik  na  klawiaturze.  Vince

domyślił się, że oznacza to odjęcie pewnej sumy z salda kredytowego nessańskiego gracza w centralnym
banku danych.

Nessanin sposępniał.
- Ile wynosi teraz stan mojego konta? - zapytał.
Vredanin  przycisnął  inny  guzik  i  skierował  spojrzenie  na  cyfry,  które  ukazały  się  na  ekranie

monitora.

- Cztery tysiące durów, proszę pana - oznajmił beznamiętnym tonem.
Nessanin rozłożył ręce i popatrzył na kompanów.
-  Nie  mogę  sobie  pozwolić  na  stratę  chociażby  jednego  więcej  -  powiedział  ponuro.  -  Może  któryś

z was chce spróbować szczęścia?

Widząc, że porośnięte jasną sierścią istoty wahają się z decyzją, Vince przecisnął się do stołu.
-  Ja  chciałbym  -  oznajmił  stanowczym  tonem,  po  czym  pokazał  krupierowi  kartę  identyfikacyjną.  -

Czy mogę?

Vredanin  spojrzał  na  niego  i  wystukał  coś  na  klawiaturze,  żeby  uzyskać  potrzebną  informację.

Zerknął na ekran, zamrugał i z wyraźnym szacunkiem przeniósł spojrzenie znów na Vince’a.

-  Oczywiście,  panie  Kul  Lo  -  powiedział.  Zgarnął  sześcianiki  i  podał  Vince’owi  na  polakierowanej

na niebiesko długiej łopatce.

Vince  sięgnął  po  kostki  lewą  ręką,  a  prawą  rozpiął  zamek  kombinezonu.  Wyjął  z  wewnętrznej

kieszeni leniańską monetę, której nie przekazał inspektorom, i pchnął ją niedbale w stronę krupiera.

- Ile jest warta? - zapytał. - Wiedziałem to kiedyś, ale zapomniałem.
Nie  usłyszał  żadnych  okrzyków,  znajdował  się  w  gronie  istot  o  doskonałych  manierach.  Jednakże

rozległo się kilka cichych szmerów i pomruków, po czym zapadła martwa cisza.

Vredanin  wpatrywał  się  w  monetę  może  przez  sekundę,  a  potem  powoli  uniósł  głowę,  spojrzał

na Vince’a i odetchnął głęboko.

-  Stan  pańskiego  konta,  szanowny  gościu,  w  zupełności  mnie  satysfakcjonuje  -  powiedział.  -  Jeśli,

oczywiście,  nie  zamierza  pan  grać  o  bardzo  wysokie  stawki.  Dopuszczalny  limit  w  naszym  kasynie
wynosi…

Vince wzruszył ramionami.
- Zamierzam kupić nowy statek i nie chciałbym uszczuplać zbytnio mego konta - oświadczył. - Czy

mógłby  pan  dać  mi  za  tę  monetę  sztony  o  wartości,  powiedzmy,  pięćdziesięciu  tysięcy  durów,  a  resztę
należności przelać na moje konto?

Krupier znowu głęboko odetchnął.
-  Oczywiście,  panie  Kul  Lo  -  odparł.  -  Proszę  wybaczyć  moją  reakcję.  Nieczęsto  widuje  się  u  nas

takie przedmioty!

background image

Teraz  Vince  wzruszył  ramionami  w  sposób,  który,  jego  zdaniem,  powinien  dać  wszystkim  obecnym

do  zrozumienia,  że  ma  jeszcze  sporo  podobnych  monet.  Odebrał  wysoki  stos  brązowych  plastikowych
krążków, a potem potoczył kostki po blacie stołu.

Nie  znal  wszystkich  zasad  gry  i  prawdę  mówiąc,  nie  przywiązywał  do  jej  przebiegu  większej  wagi,

stracił  więc  wszystkie  sztony  raczej  szybko.  Zanim  to  jednak  nastąpiło,  wygrywał  i  przegrywał  sumy,
których  wysokość  z  pewnością  przykuwała  uwagę  wszystkich  gości.  Musiał  także  przyznać,  że  gra
pasjonuje  go  bardziej,  niż  mógłby  się  spodziewać.  Kiedy  wreszcie  przegrał  ostatnie  dury,  westchnął
i spojrzał na krupiera.

- Chyba nie jestem w tym najlepszy - oznajmił zrezygnowanym tonem.
Odwrócił się i ruszył do wyjścia. Nawet nie zerknął na żadnego Nessanina. Obawiał się, że już sam

sposób,  w  jaki  starał  się  zwrócić  na  siebie  uwagę,  wykorzystując  leniańską  monetę,  mógł  swoją
obcesowością wzbudzić ich podejrzenia.

background image

12

D

wie ziemskie noce później skontaktował się z nim Zarpi.

Vince  przebywał  wtedy  w  kasynie  hotelu,  w  którym  wynajął  apartament.  Dla  zabicia  czasu

przegrywał  i  wygrywał  niewielkie  sumy,  grając  w  kości  (była  to  oczywiście  tutejsza  wersja  tej
rozrywki). W pewnej chwili usłyszał za plecami czyjś głos.

- Bardzo przepraszam, ale jeszcze nigdy nie widziałem żadnej istoty twojej rasy. Wyglądasz zupełnie

jak my, tylko że twoje ciało prawie nie jest porośnięte sierścią.

Vince  odwrócił  się  i  przybrał  swobodną  beztroską  minę.  -  Jak  się  masz?  Jesteś  Nessaninem,

prawda?

- Tak nas nazywają - odparła obca istota. - Rzeczywiście, pochodzimy z Nessy.
Vince lekko się skłonił i pochylił głowę w powszechnie znanym geście powitania.
-  Pierwotnie  ojczyzną  istot  mojej  rasy  była  Carca,  nazywają  więc  nas  Carcanami  -  zaczął.  -  Nasza

planeta znajduje się na samym skraju komórki, jeszcze dalej niż Onsja. Znasz może trochę ten rejon?

-  Nigdy  nie  zapuszczałem  się  dalej  niż  na  Onsję  -  przyznał  tonem  ubolewania  Nessanin.  -

Przepraszam, że cię zagadnąłem w taki sposób, ale jakiś czas temu, gdy przebywałem w innym kasynie,
słyszałem,  jak  powiedziałeś,  że  chciałbyś  kupić  nowy  statek.  Nasza  grupa  ma  cztery  statki,  ale
brakuje  nam  wykwalifikowanych  pilotów  i  może  wystawimy  jeden  na  sprzedaż.  Czy  nie  zechciałbyś
odwiedzić nas i porozmawiać o tym z naszym kapitanem?

Vince pozwolił sobie spojrzeć prosto w twarz porośniętej jasną sierścią istocie.
-  No  cóż…  Prawdę  mówiąc,  jeszcze  się  nie  zdecydowałem.  Nie  przyszedłem  w  pełni  do  siebie

po  przebytej  chorobie  i  moja  rekonwalescencja  może  potrwać  jeszcze  jakiś  czas.  Sądzę  jednak,  że
moglibyśmy o tym porozmawiać. Czy jesteście oficjalnymi przedstawicielami swojego rządu?

Nessanin zamrugał, co u istot tej rasy oznaczało zazwyczaj rozbawienie.
-Nie jesteśmy oficjalnymi przedstawicielami ani naszego rządu, ani jakiegokolwiek innego - odparł. -

Nasz kapitan nazywa się Zarpi. Może o nim już kiedyś słyszałeś?

- Nie przebywam w tej części komórki zbyt długo - odparł Vince przepraszającym tonem.
Nessanin znów się uśmiechnął.
-  Możesz  być  pewien,  że  nie  jesteśmy  oszustami  ani  amatorami  -  powiedział.  -  Proponujemy

ci  kupno  statku,  który  znajduje  się  w  naszym  posiadaniu  od  dosyć  dawna.  Nabyliśmy  go  legalnie,
a poprzedni właściciel otrzymał stosowne wynagrodzenie. Więc cóż, czy zechcesz nas odwiedzić?

- To będzie dla mnie wielki zaszczyt - odparł Vince.
Nikt  oczywiście  go  nie  zachęcał  do  zwiedzania  pomieszczeń  flagowego  statku  Zarpiego,  ale  kiedy

wprowadzono  go  na  pokład,  Vince  to  i  owo  zobaczył.  Podobnie  jak  inne  jednostki,  którymi  przylecieli
Nessanie,  był  to  średniej  wielkości  frachtowiec.  Przynajmniej  tak  wyglądał  z  zewnątrz,  uszczelniony
i  gotowy  do  podróży.  Vince  odgadł,  że  klapy  większości  otworów  kryją  wyrzutnie  rakiet
i  promienników  energii,  a  także  rozrywacze.  Te  ostatnie  były  potężną  bronią  emitującą  fale  sztucznej
grawitacji, które można było dowolnie programować, zmieniać i dostosowywać, i które potrafiły szybko
rozrywać na strzępy nawet najwytrzymalsze budynki lub kadłuby gwiezdnych statków. Vince spostrzegł
także uzbrojone wahadłowce, prawdopodobnie wykorzystywane do abordaży.

Zarpi oczekiwał go w zwyczajnym, ale luksusowo umeblowanym pokoju.
Przywódca  piratów,  choć  żylasty  i  chudy,  był  najpotężniej  umięśnionym  Nessaninem,  jakiego  Vince

kiedykolwiek  widział.  Jeden  jego  policzek  przecinała  długa  blizna  (prawdopodobnie  ślad  po  dawnym
oparzeniu) unieruchamiająca go częściowo.

Zarpi sprawiał wrażenie bardzo skoncentrowanego, nie zareagował uśmiechem na powitanie gościa.
-  Przejdźmy  od  razu  do  rzeczy  -  powiedział.  -  Kilku  członków  mojej  załogi  widziało  całkiem

background image

niedawno  w  pewnym  kasynie,  że  płaciłeś  leniańską  monetą.  Jeżeli  masz  ich  więcej,  chciałbym
je  odkupić  od  ciebie  albo  zaproponować  ci  coś  w  zamian,  na  przykład  statek.  Jak  z  pewnością  wiesz,
leniańskie  monety  są  uniwersalnym  środkiem  płatności,  przyjmowane  są  absolutnie  wszędzie,  pod  tym
względem  nie  mogą  się  równać  z  nimi  żadne  inne  pieniądze  ani  przedmioty.  Nie  ukrywam,  że  bardzo
mi zależy na odkupieniu tych monet.

Vince zaczął udawać, że się waha.
-  No  cóż,  sam  nie  wiem…  -  powiedział  niepewnym  tonem.  -  W  przyszłości  mogę  sam  ich

potrzebować.  Widzisz…  Niedawno  nabawiłem  się  pewnej  choroby,  która  groziła  mi  szybką  utratą
wzroku,  a  w  dalszej  perspektywie  niechybną  śmiercią.  Ja,  uhm…  straciłem  kontakt  z  większością
moich  znaj  ornych,  a  przyleciawszy  tu,  poniekąd  także  kontakt  z  rzeczywistością.  Dopóki  się  nie
upewnię, że wyzdrowieję całkowicie - co wydaje się w tej chwili zupełnie możliwe - nie mogę budować
żadnych  planów.  Jedynym  statkiem,  jaki  mam  w  tej  chwili,  jest  ta  archaiczna  opływowa  balia  stojąca
w odległości mniej więcej siedemdziesięciu metrów od twojego gwiazdolotu. Oczywiście rozglądam się
więc za czymś innym, ale…

- Mam nadzieję, że odzyskasz w pełni zdrowie - oznajmił chłodnym tonem Zarpi. - Czy masz więcej

takich monet?

-  Zdeponowałem  kilka  w  miejscowym  banku  -  odparł  Vince.  -  Mam  ich  jeszcze  siedem,  jak  sądzę.

Nie chciałbym jednak rozstawać się ze wszystkimi.

Zarpi spojrzał Vince’owi prosto w oczy. Jego twarz nie zdradzała żadnych uczuć.
-  To  zrozumiale  -  odparł.  -  Za  pięć  takich  monet  sprzedałbym  ci  jeden  ze  swoich  statków,  w  pełni

uzbrojony  i  przygotowany  do  dalekiej  podróży.  Przekażę  także  na  twoje  konto  na  Shannie  sumę  równą
połowie  rynkowej  ceny  tego  statku.  -  Zarpi  przerwał  i  przez  chwilę,  milcząc,  patrzał  na  Vince’a.  Nagle
po  raz  pierwszy  przez  jego  twarz  przemknął  cień  uśmiechu.  -  Co  więcej,  odkupię  twój  obecny  statek
za  sumę,  którą  Vredanie  uznają  za  uczciwą.  Chyba  wymyślę  coś,  żeby  zrobić  użytek  nawet  z  tak
prymitywnie wyglądającej jednostki. Na przykład, wykorzystam ją jako przynętę albo nie rzucający się
w oczy patrolowiec, na którego pokładzie moi podwładni będą dyskretnie dokonywali zwiadu.

Vince siedział przez niemal minutę w milczeniu, marszcząc brwi.
-  Sądzę,  że  to  zupełnie  uczciwe  warunki  -  powiedział  w  końcu  i  spojrzał  na  gospodarza.  -

Zastanawiam  się  jednak…  jak  wspominałem,  straciłem  kontakty  i  nie  bardzo  się  orientuję  w  sytuacji.
Czy nie zechciałbyś, uhm, rozważyć możliwości przyjęcia mnie na wspólnika? Mógłbym, no cóż… Znam
rejony, do których nie zapuszczaj ą się nawet Onsjanie. Znajdzie się tam kilka bogatych, ale słabych pod
względem militarnym planet i imperiów. Mógłbym…

- Mam pewne zobowiązania i plany na najbliższe kilka tysięcy godzin, więc nie mogę przyjąć twojej

propozycji  -przerwał  mu  Zarpi.  -  Potem,  może…  kto  wie…  Ale  co  powiesz  na  moją  propozycję?
Zgadzasz się? Sprzedasz mi te monety?

Vince  poczuł  nagle  rozczarowanie  i  zniechęcenie.  Mógł  teraz  tylko  grać  na  zwlokę,  ale  należało

to robić bardzo ostrożnie, żeby Zarpi się nie zorientował w sytuacji.

-  Ja,  uhm…  sądzę,  że  tak  -  bąknął  niepewnie.  -  Zanim  jednak  podejmę  decyzję,  chciałbym  raz

jeszcze  odwiedzić  lekarza.  Czy  zgodzisz  się  na  kilka  godzin  zwłoki?  Tak  czy  owak,  chyba  mogę
ci  sprzedać  trzy  monety,  jeśli  dokonasz  przelewu  na  moje  konto  albo  zapłacisz  w  innej,
uzgodnionej formie.

Po raz pierwszy od początku rozmowy Zarpi okazał lekką irytację. Potem jednak wykonał uprzejmy

gest.

- To brzmi rozsądnie - powiedział. - A zatem, do zobaczenia za kilka godzin.
Kilkanaście  ziemskich  godzin  później,  kiedy  Vince  znów  odwiedził  swój  statek,  aby  sprawdzić,

co  zarejestrowały  kamery,  wyczul  ledwo  uchwytną  woń  amoniaku.  Poczuł,  że  wzbiera  w  nim  gniew,

background image

zatrzymał się więc na korytarzu kilka kroków przed drzwiami sterowni, przybrał obojętny wyraz twarzy
i dopiero wtedy wszedł do pomieszczenia.

Wszystkie  światła  były  wyłączone,  ale  dzięki  swym  nowym  oczom,  Vince  bez  trudu  dostrzegł

niedbale opartego o przegrodę Gondala.

- Jak, u diabla, się tu dostałeś? - warknął.
Onsjanin wyciągnął w kierunku Vince’ a mackę oddechową.
-  Sss-sss-sss  -  zachichotał.  -  Wygląda  na  to,  że  widzisz  w  ciemności  tak  dobrze,  jak  się

spodziewałem. Czy mogę zapalić jakieś światło?

- Ależ proszę! - odparł suchym tonem Vince. - Gość powinien się czuć na moim statku jak u siebie

w  domu.  -  Obserwował,  jak  Gondal  wyciągnął  rękę-mackę  w  kierunku  pulpitu  kontrolnej  konsolety,
kilka  chwil  szukał  po  omacku,  przycisnął  wreszcie  jakiś  guzik  i  zamrugał,  oślepiony
jaskrawym blaskiem. - No więc, po co tu przyszedłeś?

Gondal wykonał zamaszysty gest macką-ręką.
-  Przede  wszystkim  chciałem  zapytać,  jak  twoje  zdrowie  -odparł.  -  A  potem  porozmawiać  o  kilku

innych  sprawach.  Ale  najpierw  odpowiem  na  pierwsze  pytanie.  Zresztą,  sam  zapewne  się  tego
domyśliłeś.  Kiedy  jeszcze  dysponowałem  tym  statkiem,  urządziłem  wszystko  tak,  żebym  mógł  się
dostawać na jego pokład, kiedy zechcę. A teraz, proponuję, żebyś odtworzył sceny zarejestrowane przez
kamerę. Zobaczysz pewien fragment, który powinien cię zainteresować, tak jak zainteresował mnie.

Vince nie starał się nawet ukryć niezadowolenia.
-  Widzę,  że  wtykasz  nos  w  nie  swoje  sprawy  -  burknął.  -Mam  nadzieję,  że  spodobało  ci  się  to,

co obejrzałeś. Zwłaszcza widok siebie samego podkradającego się do statku.

-  Sss-sss-sss!  -  roześmiał  się  Onsjanin.  -  Podleciałem  do  niego  wahadłowcem,  żeby  nikt  mnie  nie

zobaczył. Proponuję, żebyś jednak obejrzał to nagranie.

Vince  podszedł  demonstracyjnie  powoli  do  konsolety.  Mijając  Gondala,  z  trudem  przezwyciężył

chęć, żeby go kopnąć w mackę-nogę.

- Czy pozwolisz, że zmniejszę natężenie blasku, żebym mógł lepiej widzieć? - zapytał.
-  Ależ  proszę!  -  odparł  Onsjanin.  -  Gospodarz  powinien  czuć  się  na  pokładzie  swojego  statku  jak

u siebie w domu. Sss-sss-sss.

Vince  zmniejszył  intensywność  światła,  cofnął  nagranie  i  zaczął  się  wpatrywać  w  ekran  monitora.

Ujrzał  na  nim  statki  Zarpiego,  wokół  których  początkowo  nic  się  nie  działo.  Nagle  jego  oczy  rozwarły
się szeroko.

We włazie jednego ze statków pojawili się trzej Nessanie i zaczęli się rozglądać dookoła. Wyglądało

na  to,  że  dwaj  stojący  po  bokach  pilnują  tego  trzeciego,  który  stal  pośrodku,  a  jednocześnie
go wspierają.

W następnym momencie Vince zorientował się, że stojąca w środku istota jest Nessanką.
Nie oswoił się jeszcze z wyglądem Nessan na tyle, by mieć pewność, że rozpoznał trafnie któregoś

przedstawiciela  tej  rasy.  Od  razu  jednak  się  domyślił,  że  stojącą  pośrodku  istotą  jest  Akorra.  Sądząc
po  wyglądzie,  mogła  mieć  mniej  więcej  trzydzieści  lat  w  ziemskiej  skali;  wzrost  i  smukła  budowa
ciała także odpowiadały opisowi, który pamiętał.

Nessanka  sprawiała  wrażenie  oszołomionej  i  zobojętnia-lej.  Bardzo  powoli  obracała  głowę,  żeby

omieść  spojrzeniem  płytę  lotniska.  Kilka  chwil  wszyscy  troje  stali  w  otworze  włazu,  a  potem  jeden
ze  strażników  powiedział  coś  do  drugiego.  Obaj  obrócili  niestawiającą  w  ogóle  oporu  żeńską  istotę  i
wszyscy troje zniknęli w głębi statku.

Vince,  który  dopiero  w  tej  chwili  uświadomił  sobie  znaczenie  uwagi  Gondala  na  temat  fragmentu

nagrania,  wyciągnął  rękę  i  wyłączył  monitor  kamery.  Postanowił  na  razie  nie  zwiększać  intensywności
blasku. Odwrócił się i spojrzał na Onsjanina.

background image

-  Czy  to  wszystko,  co  chciałeś  mi  pokazać?  -  zapytał  obojętnym  tonem.  -  Ta  Nessanka  w  środku,

sądząc z wyglądu, jest prawdopodobnie poważnie chora. Może sprowadzili ją tu, żeby ją wyleczyć?

-  Sss-sss-sss  -  zachichotał  kapitan  piratów.  -  Okazałeś  się  nieostrożny,  Vinsie  Kul  Lo.  Popełniłeś

błąd.  Powinieneś  dla  niepoznaki  zaprogramować  kamerę  tak,  żeby  omiatała  całą  płytę  lądowiska,
zamiast  kierować  ją  tylko  na  statki  Zarpiego.  A  poza  tym,  poinformowano  mnie  oczywiście,  że  kilka
godzin  temu  złożyłeś  wizytę  na  pokładzie  flagowego  statku  tego  banity.  Doniesiono  mi  także,  że
spieniężyłeś  ostatnią  leniańską  monetę  w  kasynie,  w  którym  obserwowało  cię  kilku  członków  jego
załogi.  Dobrze  wiem,  że  dysponujesz  wystarczająco  dużą  sumą  na  koncie  w  banku,  doszedłem  więc
do oczywistego wniosku, że celowo wyciągnąłeś tę monetę, aby dowiedział się o niej Zarpi. Mam rację?

Vince poczuł jednocześnie niepokój i wściekłość.
- Nie widziałem w pobliżu żadnej z twoich ośmiornic! -wybuchnął.
-  Ośmiornica?  -  powtórzył  uprzejmym  tonem  Gondal.  -Nie  znam  tego  słowa,  ale  w  twoich  ustach

zabrzmiało  jak  dobre  przekleństwo.  Postaram  się  je  kiedyś  wykorzystać,  musisz  mi  tylko  wyjaśnić,
co  oznacza.  Sss-sss-sss.  Jako  informatorów  i  szpiegów  zatrudniam  istoty  człekopodobne.
To elementarna zasada taktyczna. Dlaczego tak cię interesuje Zarpi?

Vince  z  posępną  miną  starał  się  gorączkowo  wymyślić  jakieś  kłamstwo,  które  brzmiałoby

wiarygodnie.

-  Czy  naprawdę  sądziłeś,  że  nie  będę  się  starał  znaleźć  czegoś,  co  pozwoliłoby  mi  uwolnić  się

od  ciebie?  -  zapytał  w  końcu.  -  Zarpi  j  est  gotów  sprzedać  mi  j  eden  ze  swoich  statków.  A  poza  tym,
miałem… mam inne plany.

Gondal westchnął.
-  Obawiam  się,  że  na  ich  realizację  nie  pozwolą  ci  moje  plany  -  powiedział.  -  Wciąż  jeszcze  jesteś

ode mnie uzależniony, bo tylko ja dysponuję lekarstwem, które pozwoli ci widzieć w przyszłości.

- To ty tak twierdzisz - warknął Vince.
- Sss. Mam nadzieję, że nie będziesz próbował sprawdzić tego na własnej skórze! Lubię cię, Vinsie

Kul  Lo,  ale  zainwestowałem  w  twoje  oczy  zbyt  dużą  sumę  i  nie  mogę  pozwolić  sobie  na  jej  utratę.
A  jeżeli  chodzi  o  Zarpiego,  postaram  się  myśleć  logicznie.  Przypuszczam,  że  istnieje  ścisły  związek
między nim a twój ą przydatnością dla nessańskiego rządu. To rozsądne przypuszczenie. Domyślam się
także, że coś im obiecałeś. Z czysto egoistycznych powodów bardzo chciałbym ci pomóc wywiązać się
z  tej  obietnicy.  Pragnę  utrzymywać  z  Nessanami  jak  najlepsze  stosunki,  dlaczego  więc  nie  miałbyś
mi zaufać i przyjąć mojej pomocy? Może ci się bardzo przydać, kto wie czy bez niej będziesz w stanie
osiągnąć  swój  cel.  Kim  jest  oszołomiona  narkotykami  Nessanka?  Jestem  pewien,  że  nie  pospolitą
ladacznicą ani towarzyszką życia któregoś z członków załogi.

Vince poczuł, że zbiera mu się na mdłości. Mimo to postanowił grać na zwlokę.
- Oszołomiona narkotykami? - powtórzył.
Zniecierpliwiony Gondal machnął niedbale macką-ręką.
-  Proszę,  nie  baw  się  ze  mną  w  takie  gierki.  Czy  muszę  wypowiadać  za  ciebie  wszystkie  słowa?

Dobrze  wiem  -  powinno  cię  to  przekonać  o  sprawności  moich  szpiegów  -  że  całkiem  niedawno  została
porwana  nessańska  badaczka.  Jej  rysopis  zgadza  się  z  wyglądem  oszołomionej  Nessanki,  którą  przed
chwilą  oglądałeś.  Badaczka  zajmowała  się  archeologią  i  była  wybitną  znawczynią  leniańskich
artefaktów. Wiem także - a wcale nie mam pewności, czy ty także to wiesz - że badaczka była również
znakomitą  fizyczką  Jeżeli  dodam  do  tego  to,  jak  gorliwie  starałeś  się  poinformować  Zarpiego,  że
dysponujesz  co  najmniej  kilkoma  leniańskimi  monetami,  wszystko  zaczyna  się  układać  w  naprawdę
ciekawą całość!

Vince siedział w milczeniu przez jakąś minutę. Był zadowolony, że panujący w sterowni półmrok nie

pozwala Gondalowi widzieć jego twarzy. W końcu westchnął.

background image

-  No  dobrze.  Okazałem  się  nieostrożny.  Rzeczywiście  obiecałem  Nessanom  coś,  co  ma  związek

z Zarpim i Akorrą. - Przerwał na moment. - Powiedziano mi także, że w pewnych okolicznościach mogę
nawet  starać  się  pozyskać  twoją  pomoc.  Naturalnie,  po  tym,  co  mi  zrobiłeś,  nie  chciałem  i  nadal  nie
chcę mieć z tobą nic wspólnego!

Gondal przemieścił ciężar ciała na inną mackę-nogę, jakby chciał rozprostować mięśnie.
-  Zaczynasz  darzyć  mnie  większym  zaufaniem,  a  w  każdym  razie,  mówisz  logiczniej.  Na  czym

właściwie miałaby polegać pomoc, o którą chciałbyś u mnie zabiegać?

Umysł Vince’a pracował teraz na najwyższych obrotach.
- No cóż… - powiedział. - Chodziło po prostu o pomoc w przesłaniu pewnej wiadomości. Nessanie

sądzili, że mógłbyś wysłać zdalnie sterowaną bezzałogową kapsułę informacyjną tak dyskretnie, aby nie
dowiedzieli się o tym Vredanie.

-  Sss-sss-sss  -  zachichotał  Onsjanin.  -  Z  pewnością  mieć  nadzieję,  podobnie  jak  ty,  że  nie  zechcę

zapoznać się z treścią informacji?

Vince  zdał  sobie  sprawę,  że  pozostał  mu  już  tylko  jeden  atut.  Onsjański  pirat  nie  wiedział,  że

on  wysłał  już  dwie  informacje.  Z  pewnością  nie  podejrzewał,  że  Vince  dysponuje  jakimś  sposobem
porozumiewania się z Nessanami.

- Obawiam się, mój wielornacki przyjacielu, że starasz się być zbyt sprytny - powiedział. - Miałem

wysłać bardzo prostą wiadomość: „Poszukiwania zakończyły się powodzeniem”. Nie było powodu, żeby
ukrywać jej treść przed tobą.

Gondal zwinął oddechową mackę, przytknął koniec do pojemnika na plecach i zastanawiając się nad

czymś,  zaczerpnął  porcję  mieszaniny  gazów.  Po  pewnym  czasie  oderwał  mackę  i  przeniósł  spojrzenie
na Vince’a.

-  Potrafię  wyobrazić  sobie  powody,  dla  których  mógłbyś  chcieć  zataić  przede  mną  treść  tej

wiadomości  -  zaczął.  -Rzecz  jasna,  że  teraz,  kiedy  znam  jej  znaczenie,  nie  musisz  tego  robić,  prawda?
Nessanie  sądzą  więc,  że  uda  im  się  pochwycić  Zarpiego  i  uwolnić  porwaną  Akorrę.  Można  wyciągnąć
z tego pewne wnioski. Albo się spodziewają, że kiedy stąd odleci, będą w stanie nadal go obserwować,
albo  też  zamierzaj  ą  otoczyć  kordonem  Shannę,  żeby  pochwycić  go,  kiedy  wystartuj  e.  A  może
tu wyląduj ą i pochwycą go jeszcze na Shannie?

Praktyczne  aspekty  nawigacji  i  właściwości  napędu  nad-świetlnego  nakładają  jednak  i  na  nich,  i  na

niego,  pewne  ograniczenia.  Nie  wątpię,  że  ci  o  tym  powiedzieli.  Zarpi  nie  może  osiągnąć  prędkości
większej  niż  prędkość  światła,  dopóki  nie  oddali  się  na  pewną  odległość  od  Shanny,  a  jeżeli  nie
będzie leciał szybciej niż światło, nie zdoła pokonać dużej odległości.

Z drugiej strony, Nessanie nie mogą się wyłonić w zasięgu radaru, aby zaczekać, aż Zarpi wystartuje.

A  poza  tym,  otoczenie  planety  byłoby  operacją  skomplikowaną  i  wymagałoby  użycia  potężnej  floty.
Przypuszczam  więc,  Vinsie  Kul  Lo,  że  miałeś  przyłączyć  się  do  Zarpiego  i  towarzysząc  mu,  pełnić
funkcję szpiega. Na tym właśnie polegało twoje zadanie.

Vince znów westchnął.
-  Jesteś  tak  szczwany  i  przebiegły,  że  naprawdę  nic  nie  zdoła  się  ukryć  przed  tobą  -  powiedział.  -

Tak,  miałem  nadzieję  przyłączyć  się  do  Zarpiego.  Jak  dotąd,  nie  okazał  zainteresowania  moją
propozycją. Lemańskie monety miały tylko posłużyć za przynętę. Możesz być naprawdę dumny z siebie.
A teraz, czy możesz i zechcesz mi pomóc? Wyślesz informacyjną kapsułę?

-  Sss-sss-sss!  -  roześmiał  się  Onsjanin.  -  Nie  mógłbym  odmówić  udziału  w  tak  rozkosznie

przewrotnej  grze,  nawet  gdybym  nie  przeczuwał  możliwości  zysku.  Nie  jestem  jednak  na  tyle  naiwny,
żeby pozwalać ci na wysyłanie wiadomości o nieznanej mi treści. Mogę wszystko zorganizować, ale ty
musisz wyjawić mi tę wiadomość i powiedzieć, dokąd chcesz ją przesłać. Rzecz jasna, ja ci nie zdradzę,
jak ją przekażę.

background image

Twarz  Vince’a  przybrała  gniewny  wyraz,  ale  to  była  tylko  gra.  W  gruncie  rzeczy  miał  powód

do  umiarkowanego  triumfu.  Udało  mu  się  wywieść  Gondala  w  pole  co  do  jednego:  Nessanie  już
wiedzieli,  że  Zarpi  jest  na  Shannie.  Możliwe,  że  zdoła  raz  jeszcze  przechytrzyć  Onsjanina  i  przesłać
nawet  za  jego  pośrednictwem  wiadomość,  której  prawdziwego  znaczenia  Gondal  nie  będzie  w  stanie
rozszyfrować.

Chirurg  Thood  Hi  wis  zalecił,  żeby  Vince  pojawiał  się  u  niego  na  kontrolę  co  sto  godzin.  Pierwsza

taka  wizyta  przebiegła  tak,  jak  można  było  tego  oczekiwać.  Wielokończynowa  istota  oznajmiła,  że  nie
znajduje  w  procesie  gojenia  się  oczu  niczego  niepokojącego  i  że  Vince  ma  wszelkie  szanse  zachować
dobry  wzrok,  jeśli  oczywiście  będzie  otrzymywał  systematycznie  lekarstwo,  które  dostarczać  mu  mógł
tylko Gondal.

Pierwszy zastrzyk powinien otrzymać jednak dopiero po upływie pięćdziesięciu albo sześćdziesięciu

godzin. Vince nie odczuwał wcale radości, myśląc o tym. Przychodziło mu już nieraz do głowy, że może
najlepiej byłoby, gdyby obezwładnił rosłego Onsjanina i zabrał mu ów lek. No tak, ale przecież z Gondal
pewnością przedsięwziął niezbędne środki ostrożności, by mu to uniemożliwić…

Do terminu następnej wizyty u Thooda Hi wisa pozostało jeszcze kilka godzin, ale Vince postanowił

wybrać  się  do  niego  trochę  wcześniej.  Domyślał  się,  że  któryś  z  podwładnych  Zarpiego  stale
go obserwuje. Podobny do ogromnego pająka chirurg powitał go bardzo uprzejmie.

-  Sądząc  po  twoim  wyglądzie,  Vinsie  Kul  Lo,  kuracja  przebiega  prawidłowo  -  powiedział.  -

Wstrzyknąłem ci dawkę hormonów, które jeszcze nie zdążyły opuścić twojego organizmu i wciąż działaj
ą.  Brak  nowych  objawów  należy  uznać  za  pomyślną  okoliczność.  Mimo  to  chciałbym  sprawdzić
twoje oczy.

Thood  nie  znalazł  w  nich  niczego  złego.  Ponownie  zachwycił  się  zdolnością  widzenia  w  ciemności,

jaką posiadł Vince, oświadczył, że mu jej zazdrości, i jeszcze raz przeprosił go za zło, j akie musiał (tak
powiedział) mu wyrządzić. Vince opuścił szpital rozczarowany i pełen bezsilnego gniewu.

Skoro  jednak  złożył  wizytę  lekarzowi  i  był  niemal  pewien,  że  Zarpi  wkrótce  się  o  tym  dowie,  nie

miał wyboru. Musiał odwiedzić jeszcze raz nessańskiego banitę.

Wpuszczono go na pokład statku Zarpiego, ale powitano bez nadmiernego entuzjazmu. Usiadł w tym

samym pokoju co poprzednio i poczuł się dość nieswojo, napotkawszy lodowate spojrzenie gospodarza.

- Wygląda na to, że jestem zupełnie zdrowy - powiedział. - Musi jednak upłynąć trochę czasu, zanim

się o tym upewnię. Obiecałem, że sprzedam ci trzy leniańskie monety. Możemy załatwić to teraz, jeżeli
nadal jesteś zainteresowany ich kupnem.

Twarz Zarpiego nie zdradzała żadnych emocji.
-  Jak  wspominałem,  przydadzą  mi  się  w  przyszłych  transakcjach,  ale  nie  tu,  na  Shannie,  gdzie  nie

ma kłopotów z wymianą walut- odparł. - Czy już je odzyskałeś?

-  Jeszcze  nie.  Nadal  znajdują  się  w  jakimś  skarbcu  -  powiedział  Vince.  -  Sądzę,  że  zostaną

mi  zwrócone  mniej  więcej  za  godzinę.  Znasz  może  Ośrodek  Kredytowy?  To  niewielki  budynek  stojący
na  lewo  od  głównego  skarbca.  Możemy  tam  teraz  pójść  obaj  albo  spotkam  się  z  tobą  w  tym
miejscu, kiedy zechcesz. Dokonamy wymiany, ale najpierw Vredanie muszą ustalić naszą tożsamość.

Na twarzy Zarpiego pojawił się lekceważący uśmieszek.
-  Wiem,  jak  się  zawiera  takie  transakcje  na  Shannie  -oznajmił.  -  Nie  widzę  jednak  powodu,  byśmy

nie  mieli  wybrać  się  tam  teraz.  Może  nie  będziemy  musieli  czekać  aż  godzinę,  jak  sugerowałeś.
Możliwe, że te monety są przechowywane całkiem blisko.

Ostatnie  zdanie  wypowiedział  tak  niedbałym  tonem,  że  zwróciło  to  uwagę  Vince’a.  W  pierwszej

chwili  Cullow  pomyślał,  że  Nessanin  usiłuje  wy  ciągnąć  z  niego  jakąś  informację  albo  chociaż  chce
poznać plotkę, którą mógł usłyszeć podczas swojego pobytu na Shannie. W następnym ułamku sekundy
błysnęła mu w głowie inna myśl. Gdyby w jakiś sposób udało mu się obudzić w Zarpim podejrzenia, że

background image

on, Vince, być może dobrze wie, gdzie się znajduje tajny skarbiec Vredan…

-  To  mało  prawdopodobne  -  powiedział.  -  Monety  mają  bardzo  dużą  wartość  i  z  pewnością  zostały

przetransportowane tam daleko, aby były zupełnie bezpieczne.

Poruszył głową, wskazując kierunek, w którym, o ile dobrze zapamiętał, znajdował się kontynent.
Zarpi nie w pełni zdołał ukryć zdumienie.
-  To  możliwe  -  powiedział.  -  Tak  czy  owak,  możemy  dokonać  tej  transakcji,  a  Vredanie  przekażą

mi te monety trochę później. Wciąż jeszcze myślisz o zakupie statku?

- W tej chwili nie - przyznał Cullow. - Istnieje pewne, choć niewielkie prawdopodobieństwo, że stan

mojego zdrowia się pogorszy. A poza tym…

Urwał i umilkł, jakby nagle zdał sobie sprawę, że powiedział za dużo.
Zarpi wyciągnął rękę, przycisnął guzik na kołnierzu i wezwał przez radio wahadłowiec. Obaj wstali

i przeszli do zewnętrznej śluzy. Zanim maszyna nadleciała, Zarpi powiedział:

-  Teraz,  kiedy  finalizujemy  transakcję,  może  będziemy  się  częściej  widywali?  -  zapytał.  -  Istoty

naszych  ras  są  bardzo  podobne,  co  zawsze  ułatwia  nawiązywanie  bliższych  stosunków.  Co  prawda,  jak
już  mówiłem,  mam  określone  plany  na  najbliższą  przyszłość,  ale  istnieje  przecież  przyszłość  bardziej
odległa.  -  Zamrugał,  co  było,  o  czym  Vince  już  wiedział,  nessańskim  odpowiednikiem  uśmiechu.  -
A przynajmniej osoby takie jak my żywią taką nadzieję, hmm?

W odpowiedzi Vince także się uśmiechnął.
- To prawda - przyznał. - A jeżeli mam przed sobą wystarczająco długą przyszłość, przypomnę sobie

kilka spraw, o których choroba kazała mi na pewien czas zapomnieć.

Przylecieli  do  Ośrodka  Kredytowego,  wysiedli  z  wahadłowca,  weszli  do  budynku  i  odszukali

vredańskiego  urzędnika,  który  miał  sfinalizować  transakcję.  Vredanin  poprosił  ich,  żeby  stanęli  przed
skanerem,  zbadał  odciski  palców,  zarejestrował  glosy  i  za  pomocą  miniaturowego  instrumentu  pobrał
niewielkie próbki krwi i skóry. Potem zgiął ciało w uprzejmym ukłonie.

- Transakcja została zawarta, panie Zarpi i panie Kul Lo - oznajmił. Spojrzał na Nessanina i jeszcze

raz się ukłonił. -Monety zostaną wkrótce dostarczone, proszę pana.

Zarpi odwrócił się do Vince’a i - jak było w zwyczaju Nessan - oburącz uścisnął jego dłoń.
- Jesteśmy teraz przyjaciółmi, a w przyszłości, kto wie, może zostaniemy partnerami - powiedział. -

Czy nie zechciałbyś spożyć w moim towarzystwie jakiegoś posiłku? Niestety, nie w ciągu najbliższych
kilku  godzin  -  dodał  szybko  przepraszającym  tonem.  -  Muszę  załatwić  pewien  niezwykle  pilny  interes.
Może trochę później. Jak mógłbym się z tobą skontaktować?

-  To  proste  -  odparł  Vince,  śmiejąc  się  w  duchu.  -  Na  pokładzie  mojego  statku  zainstalowano

nowoczesne środki łączności, możesz więc połączyć się ze mną, korzystając ze standardowego kanału.

Pożegnał  się  z  Zarpim  w  doskonałym  nastroju.  Mimo  wszystko  udało  mu  się  być  może  nawiązać

z nim bliższą znajomość, na której tak mu zależało!

Stwarzało to jednak kolejny problem. Zdradził się jakby mimo woli, że wie, gdzie znajduje się tajny

skarbiec  Vredan.  Musiał  się  teraz  dowiedzieć  albo  domyślić  czegoś  więcej,  żeby  móc  przekazać  Zarpi
emu jakąś konkretną informację.

background image

13

D

yżurującemu  w  wypożyczalni  wahadłowców  vredańskiemu  urzędnikowi  czynności  kontrolne

zajęły  tym  razem  trochę  więcej  czasu  niż  poprzednio.  Zapewne  porównywał  Vince’a  z  fotografiami
i zapoznawał się z informacjami na jego temat, które ukazały się na ekranie niewielkiego monitora.

-  A  więc  chciałby  pan  łowić  ryby,  panie  Kul  Lo?  -  zapytał  w  pewnej  chwili.  -  Dysponujemy

wahadłowcami wyposażonymi w niezbędny sprzęt. Czy potrzebuje pan przewodnika?

-Nie  -  odparł  Vince,  starając  się,  żeby  zabrzmiało  to  jak  najbardziej  beztrosko.  -  Przewodnicy

pozbawiają  wędkowanie  smaku  przygody.  W  zupełności  wystarczy  mi  mały  wahadłowiec  i  niezbędny
sprzęt wędkarski.

-  Rozumiem,  proszę  pana  -  powiedział  Vredanin.  -  W  takim  razie,  czy  mogę  zaproponować  którąś

z  otoczonych  plotami  ustronnych  zatoczek  na  wschodnim  wybrzeżu  naszej  wyspy?  Dwie  czy  trzy
powinny być w tej chwili wolne, przy-bój nie jest zbyt silny, a łowi się tam znakomicie.

Umysł Vince’a zaczął pracować szybciej.
- No cóż… Może… Widziałem jednak, jak grupa turystów łowiła całkiem duże ryby na jednej z plaż

po  stronie  cieśniny.  To  były  smukłe  ryby,  miały  kilka  par  płetw  i  wyglądały  jak  morskie  jeże.  Czy
uzyskałbym zgodę na wędkowanie po tamtej stronie?

Urzędnik wahał się tylko chwilę.
-Naturalnie,  proszę  pana.  Jeżeli  jednak  chce  pan  wędkować  po  stronie  cieśniny,  nie  powinien  pan

oddalać  się  od  brzegu.  Od  strony  otwartego  morza  mógłby  pan  łowić  ryby  na  błyszczkę  albo  zapuścić
żyłkę w głębszą wodę.

-  No  cóż,  może  właśnie  tak  zrobię  -  odparł  Vince.  -Chciałbym  jednak  najpierw  spróbować,  jak  się

łowi po stronie cieśniny. Zauważyłem, że i tam przybój nie jest zbyt silny, a wiatr dosyć slaby. Czy mogę
zacząć od tamtej strony? Gdybym postanowił łowić na błyszczkę, przelecę na wschodnią stronę wyspy
i  odszukam  jedną  z  tych  zatoczek,  o  których  pan  wspominał.  Powiadomię  wtedy  pana  o  tym  przez
radio, to chyba wystarczy, prawda?

Urzędnik się ukłonił.
-  Oczywiście,  proszę  pana  -  powiedział  i  przycisnął  guzik,  żeby  wezwać  wahadłowiec.  -  Zanim

jednak  wyląduj  e  pan  na  brzegu  po  stronie  cieśniny,  proszę  dokładnie  obejrzeć  plażę  z  lotu  ptaka
i  upewnić  się,  że  nikt  tam  nie  przebywa.  Postaramy  się  kierować  następnych  klientów  w  inne  miejsca,
żeby nikt panu nie przeszkadzał.

-  Bardzo  dziękuję.  -  Vince  zerknął  kątem  oka  na  wahadłowiec,  który  właśnie  lądował  nieopodal

wypożyczalni. -Więc mówi pan, że na pokładzie znajdę wszystko, co potrzeba?

-  Wszystko.  Włącznie  z  przynętą  i  drugim  śniadaniem.  Jest  naprawdę  smaczne  i  pożywne.

Z  informacji  wynika,  że  kiedyś  już  wypożyczał  pan  u  nas  wahadłowiec,  zapewne  więc  pamięta  pan
o zaprogramowanych mapach i pozostałych wymaganiach?

- Pamiętam.
Vince  skinął  głowę  na  znak  podziękowania  i  pożegnania,  po  czym  ruszył  w  kierunku  wahadłowca.

Wspiął się do kabiny i wystartował.

Tym razem zobaczył więcej pojazdów naziemnych. Siedzący w nich strażnicy jeździli powoli wzdłuż

płotu ochronnego i patrolowali okoliczne farmy. Vince przeciął mroczną dżunglę na ukos względem linii
graniczących  z  cieśniną  plaż  i  przeleciał  nad  nimi  na  tyle  wysoko,  że  mógł  widzieć  wszystko
w  promieniu  wielu  kilometrów.  Od  czasu  do  czasu  unieruchamiał  mały  pojazd  w  locie,  aby  stwarzać
wrażenie, że przygląda się tej czy innej plaży.

Kiedy w końcu dotarł do zatoczki, w której wypatrzył Gondala i dwóch członków jego załogi (i gdzie

spłoszył skradającego się groźnego drapieżnika, dzięki czemu zapewne ocalił życie porośniętej sierścią

background image

człekopodobnej  istocie),  ku  swemu  zaskoczeniu  zauważył  grupę  sześciu  czy  siedmiu  podobnych
do  niedźwiedzi  Chullwejów.  Wszyscy  łowili  ryby.  Vince  nawet  nie  zwolnił  i  poleciał  dalej.  No  i
co teraz? - zapytał sam siebie.

Jeśli  dobrze  zapamiętał,  następna  zatoczka  po  tej  stronie  wyspy  znaj  dowala  się  półtora  kilometra

dalej. Czy mogę rozpocząć swoją operację z tamtego miejsca? - pomyślał.

Zatoczka  była  pusta.  Vince  zawisł  nad  nią  nieruchomo  mniej  więcej  na  minutę,  aby  operatorzy

radaru pomyśleli, że się waha, ale potem powoli osiadł na piaszczystej plaży.

Zanim  wysiadł  z  kabiny,  raz  jeszcze  rzucił  okiem  na  pulpit  kontrolny.  Światełko,  które  dotąd

wskazywało,  że  maszyna  znaj  duj  e  się  w  zasięgu  radaru,  teraz  się  nie  świeciło.  Z  pewnością  drzewa
i  wzgórza  uniemożliwiały  zauważenie  wahadłowca  na  ekranie,  zapewne  jednak  na  pokładzie
zainstalowano  inne  urządzenia  umożliwiające  lokalizację  pojazdu.  Możliwe  także,  że  nawet  gdzieś
na  skraju  plaży  ukryto  czujniki,  aby  upewnić  się,  że  maszyna  pozostanie  w  miejscu,  w  którym  pilot
wylądował.

Powoli, z trudem opanowując niepokój, Vince sięgnął po wędkę, ciężarki i haczyki. Złożył wędzisko

i  odwinął  kawałek  żyłki  mniej  więcej  pięćdziesięciometrowej  długości.  Nadział  przynętę  na  haczyk
i wyskoczył z kabiny.

Gdyby  mógł  zbudować  jakąś  tratwę  albo  przynajmniej  znaleźć  jakiś  niezbyt  ciężki  pień  drzewa,

na którym dałoby się płynąć. Z całą pewnością nie zamierzał przebyć całej drogi wpław! Pomijając już
ryzyko  spotkania  z  morskimi  drapieżnikami,  od  kryjówki  Gondala  mogła  go  dzielić  naprawdę  duża
odległość.

Starając  się  mierzyć  poza  załamujące  się  fale  przyboju,  zarzucił  wędkę.  Wiedział  wprawdzie,  że

gdyby  ktoś  zainstalował  na  skraju  plaży  szpiegowskie  czujniki,  starannie  ukryłby  je  i  zamaskował,  ale
dyskretnie rozejrzał się w prawo i w lewo.

Miał  szczęście,  że  zadał  sobie  trud  udawania  wędkarza,  gdyż  kilka  minut  później  pojawił  się  mały

patrolowiec.  Leciał  w  odległości  kilkuset  metrów  od  brzegu  bardzo  nisko  nad  powierzchnią  wody
i chociaż nie miał zapalonych żadnych świateł, Vince dojrzał w kabinie czterech Vredan.

Starał  się  wyglądać  tak  niewinnie  i  beztrosko,  jakby  naprawdę  oddawał  się  wędkowaniu.  Ściągnął

żyłkę  i  zobaczył  na  haczyku  jedną  ze  smukłych  kolczastych  ryb  z  wieloma  płetwami,  zdjął  zdobycz
z  haczyka  i  umieścił  w  plastikowym  koszyku  wędkarskim.  Odciął  kawałek  sznurka  i  przywiązał
koszyk  do  metalowego  płotu  w  miejscu,  w  którym  zagłębiał  się  w  wodzie,  pchnął  koszyk  tak,  że
zanurzył się do połowy, a potem nadział na haczyk nową przynętę i znowu zarzucił wędkę.

Usiłował  zachowywać  się  naturalnie,  ale  przychodziło  mu  to  z  coraz  większym  trudem.  Vredański

patrolowiec wciąż unosił się nisko nad powierzchnią wody, czterej strażnicy przypatrywali się mu bardzo
uważnie. Z pewnością sądzili, że ich nie dostrzega, on jednak widział ich doskonale i z każdą chwilą czul
się coraz bardziej nieswojo. Domyślił się, że urzędnik, od którego wynajął wahadłowiec, powziął pewne
podejrzenia  i  powiadomił  funkcjonariuszy  miejscowych  sil  bezpieczeństwa.  Tylko  dlaczego?  Czyżby
działo się coś innego, co zaniepokoiło Vredan? Coś, co mogłoby udaremnić realizację jego planu?

Czując  przypływ  adrenaliny,  oddychał  z  coraz  większym  trudem.  Ściągnął  żyłkę,  ale  tym  razem

haczyk  był  pusty.  Nadział  kolejną  przynętę  i  ponownie  zarzucił  wędkę.  Jeżeli  zamierzali  go  tu  śledzić
tak długo jak on…

Ale  nagle  odlecieli  dalej.  Przestali  mu  się  przyglądać,  sprawiali  wrażenie  uspokojonych,  a  nawet

jakby zadowolonych.

A może po prostu udawali? Może wkrótce pojawi się tutaj kolejny patrolowiec?
Vince  nabrał  do  płuc  wielką  porcję  powietrza  i  odetchnął  głęboko.  Jeżeli  miał  przystąpić

do  realizacji  planu,  nie  mógł  zwlekać.  Pospiesznie  ściągnął  i  zwinął  żyłkę,  złożył  wędkę  i  wrzucił
wszystko do kabiny wahadłowca. Odwiązał wędkarski koszyk, cisnął do morza wciąż jeszcze żywą rybę

background image

i zaniósł koszyk z powrotem do kabiny. Wsiadł i uruchomił silnik, ale wstrzymał się ze startem minutę
lub dwie. Uważnie obserwował morze i niebo, wypatrując kolejnego patrolowca. Nie dostrzegł żadnego,
wyłączył więc wszystkie światła (z wyjątkiem umieszczonych na pulpicie kontrolnym maleńkich lampek
kontrolnych,  których,  ku  jego  zmartwieniu,  wyłączyć  się  nie  dało),  a  potem  uniósł  wahadłowiec
na niewielką wysokość i powoli skierował nad wodę.

Światełko informujące go, że znajduje się w zasięgu radaru, nadal się nie paliło. Nie było w tym nic

dziwnego;  wciąż  jeszcze  zasłaniały  go  dżungla  i  wzgórza.  Pozostawał  więc  niewidoczny  dla  operatora
radaru,  ale  przecież  ci  czterej  siedzący  w  patrolowcu  strażnicy,  którzy  dopiero  przed  chwilą  przestali
go obserwować, z pewnością mieli własny radar. Czyżby znajdowali się tak daleko, że nie widzieli go na
ekranie  pokładowego  monitora?  A  może  jego  wahadłowiec  znajdował  się  zbyt  nisko  nad  powierzchnią
wody? Zaniepokojony Vince spojrzał w stronę wschodu.

Nie  zauważył  nigdzie  patrolowca.  Pomyślał,  że  strażnicy  albo  zniknęli  za  cyplem  wyspy,  albo

naprawdę byli już zbyt daleko.

Przyspieszył,  ale  wciąż  jeszcze  starał  się  lecieć  jak  najniżej,  chociaż  czul,  że  od  czasu  do  czasu

o spód wahadłowca rozbij aj ą się fale. Leciał nad cieśniną właściwie na wyczucie. Wiedział tylko, jaką
odległość pokonał do tej pory. Pamiętał, że kiedy Gondal zmierzał w stronę wyspy, szedł raczej ukośnie,
a  nie  prostopadle  względem  linii  brzegowej.  Możliwe,  że  podążał  w  tym  samym  kierunku  cały  czas,
jeszcze  zanim  wynurzył  się  z  wody.  Wcześniej  czy  później  powinienem  zatem  przeciąć  szlak,  którym
wtedy podążał - pomyślał Vince.

Kiedy od brzegu dzieliło go kilkaset metrów, zawisnął nieruchomo i zaczął się rozglądać. W różnych

miejscach  nad  plażami  unosiło  się  kilka  wahadłowców.  Widać  było  także  kilka  innych,  lecących  niżej
albo  wyżej  nad  dżunglą,  i  jeszcze  dwa  albo  trzy  spoczywające  na  piasku.  Vince  nie  dostrzegł  jednak
niczego,  co  mogłoby  budzić  niepokój  -  jeżeli  nie  liczyć  samotnej  nieoświetlonej  i  czteromiejscowej
maszyny, która w dość dużej odległości od niego leciała powoli nad falami przy boju. Domyślił się, że
to  inny  patrolowiec.  Kręcąc  się  nerwowo  na  fotelu  pilota,  obserwował  go,  dopóki  nieoświetlony  statek
nie zniknął daleko ponad wyspą.

Powoli zaczynał się czuć jak idiota. Pamiętał tylko kierunek, w którym podążał Gondal, nie wiedział

jednak,  czy  Onsjanin  nie  zmienił  go,  zanim  wynurzył  się  z  wody.  A  poza  tym,  czego  właściwie
wypatrywał?  Mógł  tylko  przypuszczać,  że  kapitan  piratów  ukrył  niewielki  przedmiot  na  dnie  cieśniny.
Możliwe,  że  miał  tam  jakiś  sprzęt,  ale  z  pewnością  dobrze  go  zamaskował.  Vince  zdał  sobie  teraz
sprawę,  że  wyprawiając  się  na  poszukiwanie  wiatru  w  polu,  nie  tylko  utrudniał  sobie  wywiązanie  się
z  obietnicy,  ale  także  ryzykował  wolność,  a  może  nawet  życie.  Zamruczał  z  niesmakiem.
No cóż, działanie pod wpływem impulsu było zawsze j ego piętą achillesową. Widocznie mimo upływu
lat  niczego  się  nie  nauczył.  Pomyślał  jednak,  że  skoro  już  wyruszył  na  tę  głupią  wyprawę,  powinien
sprawę doprowadzić do końca.

Wyglądało na to, że głębokość cieśniny nie przekracza w żadnym miejscu dziesięciu metrów. Woda

była czysta, Vince widział dno bardzo wyraźnie. I właśnie dzięki temu odnalazł to, czego szukał.

Latając zakosami tuż nad powierzchnią wody, oddalił się od wyspy na odległość siedmiu czy ośmiu

kilometrów.  Od  czasu  do  czasu  zerkał  niespokojnie  na  południowy  zachód,  gdzie  od  ciemnego  nieba
wyraźnie  odcinała  się  luna  kolonii.  Z  pewnością  znaj  dowal  się  teraz  w  zasięgu  centralnego  radaru  -
co  zresztą  potwierdzała  lampka  płonąca  na  pulpicie  konsolety  kontrolnej  -  ale  liczył  na  to,  że  jeśli
będzie  miał  odrobinę  szczęścia,  operatorzy  radaru  nie  dostrzegą  świetlistej  plamki  jego  wahadłowca
na tle wody i majaczącego w oddali kontynentu. Pomyślał jednak, że gdyby Vredanie go nie zauważyli,
musieliby  być  naprawdę  niezdarami.  Na  wszelki  wypadek  obniżył  więc  pułap  lotu  jeszcze  o  metr  czy
dwa i jego wahadłowiec niemal spoczął na powierzchni wody.

Uwagę  Vince’a  przyciągnął  trójkątny  kształt  czegoś,  co  majaczyło  na  dnie  morza  -  gdyby  nie  ów

background image

kształt, nie dostrzegłby niczego. Czując, że jego serce zaczyna bić szybciej, zawrócił maszynę. Uważnie
omiótł spojrzeniem okolicę, by się upewnić, że nie zbliża się w jego stronę żaden vredański patrolowiec.
Kiedy się znalazł we właściwym miejscu, spojrzał w dół.

Musiał  co  prawda  wstać  z  fotela  pilota,  żeby  obejrzeć  to  dokładnie,  ale  kiedy  się  lepiej  przyjrzał,

pozbył  się  resztek  wątpliwości.  Widział  teraz  wyraźnie  przytwierdzone  jakoś  do  dna  -  być  może  wbite
w litą skalę przykrytą warstwą piasku -trzy metalowe paliki z pętlami na końcach. Z pewnością służyły
do mocowania czegoś.

Posadził  wahadłowiec  na  powierzchni  wody  i  spojrzał  w  stronę  wyspy.  Jeżeli  dobrze  zapamiętał

kierunek,  znajdował  się  pod  właściwym  kątem  względem  plaży,  na  której  szpiegował  Onsjan
i wynurzającego się Gondala.

Uznał, że trafił we właściwe miejsce. Ale co Gondal mocował do tych palików? I dlaczego w ogóle

musiał  coś  mocować?  Czyżby  ukrywał  tam  łódź  albo  mały  statek?  Raczej  nie;  tego  rodzaju  jednostkę
pływającą mogliby łatwo wypatrzyć strażnicy albo przypadkiem przepływający Vredanie. Czyżby zatem
chodziło  o  łódź  podwodną?  Jeżeli  tak,  czemu  ją  tam  cumował?  Czy  taka  łódź  nie  mogła  po  prostu
spoczywać na dnie morza?

Vince przypomniał sobie, że na Shannie zdarzały się gwałtowne sztormy.
A  zatem,  najprawdopodobniej  onsjański  pirat  zakotwiczył  tam,  dziesięć  metrów  pod  powierzchnią

wody,  jakiś  pojazd.  Gdzie  się  teraz  ów  pojazd  znajdował?  Vince  wytężył  wzrok  i  w  końcu  zauważył
na  piasku  ledwo  widoczne  ślady.  Wskazywały  na  to,  że  na  dnie  spoczywało  coś  prostokątnego
albo  podłużnego,  nie  zauważył  jednak  śladów  ciągnięcia  tego  przedmiotu  po  dnie  morza.  A  zatem,
cokolwiek to było, zostało najpierw podniesione w górę, a dopiero potem ruszyło w bok.

Wydawało  się  bardzo  prawdopodobne,  że  ktoś  tak  odważny  i  posiadający  takie  znajomości  jak

Gondal,  zdołał  przemycić  na  powierzchnię  Shanny  mały  wahadłowiec.  Możliwe  też,  że  przekupił  albo
zastraszył,  kogo  musiał,  i  zdobył  taką  maszynę  już  po  wylądowaniu  na  planecie.  Wyglądało  na  to,
że  Onsjanin  chciał  się  móc  poruszać  po  planecie  bez  zgody  i  wiedzy  Vredan.  Ów  plan  wydawał  się
ryzykowny,  ale  biorąc  pod  uwagę  fakt,  że  Gondal  dysponował  wieloma  elektronicznymi  przyrządami
i  sprzętem  kontrwywiadowczym,  można  było  uznać,  że  nie  ryzykował  bardziej  niż  on  sam,  wyruszając
na  tę  wyprawę.  Vince  spojrzał  znowu  w  kierunku  wyspy.  Wydawało  mu  się,  że  nad  plażą,  z  której
wystartował, przeleciał jeszcze jeden patrolowiec. Tak czy owak, z pewnością Centrala wiedziała już, że
stamtąd odleciał.

Obiecał,  że  powiadomi  przez  radio  operatorów  radaru,  ale  nie  przekazał  Vredanom  żadnej

wiadomości.  Do  jakiego  mogli  dojść  wniosku,  skoro  chyba  nie  widzieli  go  na  radarze?  Czy  pomyśleli,
że  zapomniał  o  swoim  przyrzeczeniu  i  przeleciał  na  drugą  stronę  wyspy  tak  nisko,  że  go  nie
zauważyli?  Być  może,  ale…  Jeśli  nawet  brali  pod  uwagę  taką  ewentualność,  musieli  szukać  także
innych,  o  wiele  bardziej  prawdopodobnych  wyjaśnień.  Z  pewnością  będzie  lepiej,  jeśli  się  wyniesie
z tego miejsca.

Może powinien wrócić na plażę i powiedzieć, jeśli zaczną zadawać mu pytania, że po prostu unosił

się kilka minut nad powierzchnią morza, bo miał nadzieję, że wypatrzy lepsze miejsce do wędkowania?
Vredanie chyba zaakceptowaliby to wyjaśnienie…

Ale  czego  właściwie  się  dowiedział  o  zamiarach  Gondala?  Z  pewnością  Onsjanin  ukrywał  w  tym

miejscu jakiś mały statek. W tej chwili kryjówka była jednak pusta, co mogło oznaczać, że…

Obrócił  głowę  i  skierował  spojrzenie  na  brzeg  kontynentu.  Kiedy  jego  oczy  przyzwyczaiły  się

do  ciemności,  wpatrzył  się  w  pewien  punkt:  wierzchołek  wysokiej,  chociaż  nie  najwyższej  góry.
Spoglądał nań dobrą minutę. Wyraźnie widział, że cały szczyt jest otoczony słabą, ale znaj orną purpuro
wo-niebieską poświatą!

Czując  ucisk  w  żołądku,  wzniósł  wahadłowiec  jakiś  metr  nad  powierzchnię  wody  i  skierował  się

background image

w  tamtą  stronę.  Nie  myślał  o  tym,  co  robi  i  ile  ryzykuje,  postępując  w  ten  sposób.  Dopiero  kiedy
od lądu dzieliły go dwa albo trzy kilometry, wzruszył ramionami.

-No cóż, mleko już i tak wykipiało - mruknął do siebie. Tak długo mówił i myślał po leniańsku, że

słowa ziemskiej mowy zabrzmiały w jego uszach dziwnie obco.

Otaczająca górski szczyt poświata z każdą minutą stawała się coraz wyraźniej sza. Może wydzielał

ją  tajemniczy  przedmiot,  który  umieścił  tam  Zarpi?  Gdyby  to  była  rzecz  wyjątkowo  cenna,  zapewne
Vredanie przetransportowaliby ją do swojego skarbca.

Vince  doszedł  jednak  do  wniosku,  że  to  niemożliwe.  Z  tak  dużej  odległości  nawet  jego  niezwykle

oczy  nie  zdołałyby  dostrzec  tak  słabej  poświaty.  A  poza  tym,  rozproszone  światło  płynęło  z  całej
powierzchni  góry.  Coś,  z  czego  promieniowało,  musiało  być  o  wiele  większe  niż  przedmiot  zabrany
z pokładu nessańskiego statku.

Wydawało się więc bardzo prawdopodobne, że tam właśnie znaj duj e się tajny skarbiec Vredan. Bez

względu na to, co wydzielało tę poświatę (Vince był pewien, że Vredanie nie zdają sobie z tego sprawy),
podobne światło nie bilo od żadnej innej góry.

Zawisnął  wahadłowcem  nieruchomo  nad  samą  powierzchnią  wody  i  przez  kilka  minut  obserwował

sąsiedztwo  góry.  Na  zachód  od  niej  ujrzał  parów,  zupełnie  jakby  znajdował  się  tam  fiord  albo  ujście
rzeki. Na ile mógł się zorientować, sąsiadujące z nim zbocze góry sprawiało wrażenie bardzo stromego.
Nie  wiedział,  co  znajduje  się  dalej,  gdyż  parów  nie  biegł  prosto,  dostrzegał  jednak  w  oddali  zarysy
innych szczytów.

No  cóż,  zapewne  właśnie  tam  powinien  skierować  swój  wahadłowiec!  Pomyślał,  że  chyba  znajdzie

miejsce,  w  którym  będzie  mógł  ukryć  go  przed  radarem  albo  oczami  Vredan.  Myśl,  że  znajdzie  się
na  nieznanym,  dzikim  kontynencie,  nie  była  zbyt  przyjemna,  ale  wierzył,  że  uda  mu  się  wymknąć
stamtąd i że zanim wróci na wyspę, wymyśli przekonującą historyjkę. Liczył na to, że Gondal znajduje
się  gdzieś  w  pobliżu  góry.  Szukanie  go  będzie  szukaniem  igły  w  stogu  siana,  ale  przecież  miał  teraz
niezwykle oczy. Gdyby go w końcu odnalazł i zaczął śledzić, może w końcu poznałby jego zamiary.

Pchnął drążek i powoli skierował wahadłowiec w stronę wydzielającej słabą poświatę góry.
Zachowując  jak  najdalej  posuniętą  ostrożność,  wylądował  pod  rozłożystymi  gałęziami  drzewa

podobnego  do  ziemskiego  dębu,  wyjątkowo  gęsto  obsypanego  liśćmi.  Czul  się  jak  samotny  żołnierz,
pozostawiony daleko poza linią frontu. Ale przecież wiedział, że jest sam sobie winien!

Nie miał żadnych wątpliwości, że gdzieś niedaleko, może nawet całkiem blisko, znajduje się ukryty

skarbiec Vredan. Wahadłowce podobne do tych, które widział w pobliżu przetwórni mięsa, pojawiały się
co  pewien  czas  nad  cieśniną,  kierowały  w  górę  fiordu  i  znikały  za  zachodnim  zboczem  góry.  Vince  nie
miał  pojęcia,  jak  daleko  jeszcze  lecą  ani  gdzie  lądują.  Nie  zamierzał  oczywiście  polecieć  śladem
któregoś  z  nich  -  plamka  jego  wahadłowca  świeciłaby  na  ekranach  ich  pokładowych  radarów  niczym
supernowa. Nie ośmielił się nawet oblecieć góry dookoła i poszukać innego miejsca, skąd miałby lepszy
widok  na  przelatujące  maszyny,  był  bowiem  przekonany,  że  Vredanie  mają  tu  wszędzie  swoje
posterunki.

Odwrócił głowę i spojrzał w stronę wyspy. W powietrzu unosiła się lekka mgła, ale mimo to widział

bijącą  od  kolonii  lunę  światła.  Dotarł  w  to  miejsce  pod  wielkim  niby-dębem,  niemal  ocierając  spodem
wahadłowca  o  korony  drzew  dżungli,  ponieważ  jakiś  kilometr  czy  dwa  przed  dziobem
dostrzegł  prześwit.  Pomiędzy  rzadko  rosnącymi  drzewami  widniały  tam  trawiaste  laty.  Dopiero  kiedy
wylądował,  uświadomił  sobie,  że  nie  zdołałby  oblecieć  góry  ani  prześliznąć  się  nad  jej  szczytem,  tak
aby nikt go nie zauważył. Kolejny przykład jego umiejętności przewidywania i planowania! Jeżeli więc
nie zamierzał zrezygnować z dalszych poszukiwań, powinien zostawić gdzieś maszynę i w dalszą drogę
ruszyć pieszo.

Siedział w kabinie jeszcze kilka minut. W pewnej chwili nad cieśniną pojawił się kolejny vredański

background image

wahadłowiec (jakieś kilometr niżej, niż Vince wylądował) i po pewnym czasie zniknął w czeluści fiordu.
Nigdzie  na  tej  wysokości  nie  było  widać  zwierząt,  z  wyjątkiem  podobnych  do  królików  stworzeń
o wielkich jak spodki oczach, które były chyba na Shannie czymś typowym. Vince zauważył jednak, że
nawet te małe zwierzęta przemykają między drzewami bardzo ostrożnie, co wskazywałoby na obecność
groźnych drapieżników.

A  on  nie  miał  żadnej  broni  z  wyjątkiem  noża,  mógł  tylko  ewentualnie  zrobić  sobie  jakąś  sam,

wykorzystując sprzęt wędkarski.

Przeklinając siebie w duchu, że wyruszył na wyprawę bez przygotowania, obrócił się na fotelu pilota

i zaczął oglądać to, czym dysponował. W końcu zdecydował się na dość grubą końcówkę wędki. Ujął ją
i zważył w dłoni; nie była tak ciężka jak kij do baseballa, ale w razie potrzeby mógł posługiwać się nią
jak włócznią.

Już  miał  otworzyć  właz  i  wyskoczyć  z  kabiny,  gdy  nagle  kątem  oka  spostrzegł,  że  coś  się  porusza

w  pobliżu.  Spojrzał  w  tamtym  kierunku  i  zobaczył  długie  stworzenie  o  czterech  krótkich  łapach.  Było
trochę  większe  niż  ziemski  jamnik,  przebiegło  przez  wolną  przestrzeń  między  drzewami,  a  potem
przycupnęło  w  niebiesko-czarnej  trawie  i  dopiero  po  jakiejś  minucie  skryło  się  za  pniem  pobliskiego
drzewa.

Vince  zastanawiał  się  jeszcze  chwilę,  ale  w  końcu  wzruszył  ramionami,  otworzył  właz  i  zeskoczył

na  dół.  Prawie  minutę  stał  nieruchomo,  rozglądając  się  i  nasłuchując.  Starał  się  zapamiętać  wygląd
otoczenia,  żeby  później  odnaleźć  wahadłowiec  (nie  miał  jednak  pojęcia,  co  zrobi,  jeżeli  już  uda
mu się powrócić). Potem, starając się stąpać najciszej jak umiał, podbiegł do pnia najbliższego drzewa.
Odczekał pewien czas i uznawszy, że chyba nic mu nie zagraża, ruszył w drogę.

Gdy  tylko  mógł,  posuwał  się  naprzód,  przebiegając  od  jednego  samotnego  drzewa  do  drugiego.

Omijał  kępy  krzewów,  przystawał  na  skraju  każdej  polany  i  omiatał  wzrokiem  otoczenie  nasłuchując
jednocześnie. W pewnej chwili usłyszał, że na gałęzi drzewa nad j ego głową coś zaskrzeczało. Reagując
instynktownie, uskoczył w bok i uniósł kawałek wędki jak maczugę, przekonał się jednak, że stworzenie
nie  wygląda  groźniej  niż  domowy  kot.  Miało  uszy  wielkości  jego  dłoni  i  wpatrywało  się  w  niego
wielkimi okrągłymi oczami, nie mrużąc ich wcale.

Zanim  przeszedł  pierwszy  kilometr,  spłoszył  co  najmniej  kilkanaście  zwierząt  podobnych

do  królików  i  dwa  krótkonogie  wyglądające  jak  jamniki.  Dostrzegł  także  pięć  czy  sześć  stworzeń
podobnych do ziemskich kotów. Każdy miał ciemnoszarą sierść z jaśniejszymi plamami, które być może
ułatwiały  im  maskowanie.  Jeżeli  nie  liczyć  samotnego  ptaka  (przeleciał  przed  nim  w  odległości
kilkunastu metrów), żaden inny okaz tutejszej fauny nie miał jaskrawego ubarwienia.

Stopniowo  zaczynał  się  czuć  coraz  pewniej.  Szedł  teraz  nieco  szybciej  wschodnim  zboczem  góry.

Co prawda, od czasu do czasu słyszał dobiegające gdzieś z dołu, od strony skraju dżungli, skrzeczenia
albo  ryki  zwierząt,  żadnego  drapieżnika  jednak  nie  zobaczył.  Zaczynał  dochodzić  do  przekonania,  że
miał szczęście i wylądował w stosunkowo bezpiecznej okolicy.

W  końcu  dostrzegł,  prawie  kilometr  w  dole,  wąski  fiord.  W  czarnej  wodzie  odbijały  się  gwiazdy.

Domyślił  się,  że  morze  wpływa  w  tym  miejscu  zapewne  wiele  kilometrów  w  głąb  lądu.  Zauważył,  że
opływa  górę  także  od  północnej  strony.  Widząc  strome  zbocza,  odgadł,  że  fiord  musi  stanowić
ujście  jakiejś  rzeki.  Naprzeciwległym  brzegu  zobaczył  szczyty  wysokich,  ale  trochę  niższych  gór.
Wystawały ponad dżunglę, tworząc coś, co wyglądało w ciemności jak wyszczerbione blanki.

Nagle w prześwicie między dwoma szczytami ujrzał kolejny wahadłowiec. W pewnej chwili z dziobu

maszyny  wystrzelił  szeroki  stożek  światła.  Vince  zamarł  i  obserwował,  jak  pilot  obniża  pułap  lotu
i  zawisa  nieruchomo  w  powietrzu  na  wysokości  jakichś  stu  metrów  nad  powierzchnią  wody,  a  potem
powoli  obraca  maszynę  w  stronę  wylotu  fiordu  i  leci  tą  samą  trasą,  którą  obierały  poprzednie.  Grupa
autentycznych  myśliwych  powracających  z  łupem,  pomyślał.  Siedział  tutaj  ukryty  w  gąszczu  krzewów

background image

mniej więcej od pól godziny i nie zauważył ani jednego wahadłowca, który leciałby w głąb fiordu albo
stamtąd  powracał.  Piloci  wszystkich  maszyn  (naliczył  ich  dotąd  dziewięć)  wcześniej  czy  później
skręcali, przelatywali nad zachodnią ścianą urwiska i znikali za nią w głębi lądu.

Zaczął  znów  przeklinać  siebie  w  duchu.  Czyżby  to  miało  oznaczać,  że  -  mimo  wszystko  -  się

pomylił? Zaszedł jednak zbyt daleko i ryzykował zbyt wiele, żeby tak szybko rezygnować.

Dopiero dwadzieścia minut później zobaczył to, czego wypatrywał.
Kolejny  wahadłowiec,  który  nadleciał  od  strony  kolonii,  nagle  zwolnił  i  zawisnął  nieruchomo,

a potem skierował się powoli na zachód w poprzek fiordu. Coraz bardziej obniżał pułap lotu. W pewnej
chwili  oświetlił  wodę  przed  dziobem,  jakby  ścigał  ławicę  ryb  albo  samotnego  morskiego  drapieżnika.
W  końcu  jednak  wylądował  na  powierzchni  wody  i  wyłączył  wszystkie  światła.  Chociaż  Vince’
a  dzieliła  od  wahadłowca  duża  odległość,  wydało  mu  się,  że  dostrzegł,  iż  jeden  z  członków  załogi
wyciągnął sprzęt do wędkowania.

Mijały  minuty.  Naraz  Vince  zobaczył,  że  mały  statek  uniósł  się  w  górę  ze  wszystkimi  członkami

załogi na pokładzie. Leciał teraz powoli, tak nisko nad powierzchnią wody, że mogłoby się wydawać, iż
płynie,  gdyż  nie  było  widać  fali  przed  dziobem  ani  kilwateru  za  rufą.  W  pewnej  chwili  statek  skręcił
jeszcze bardziej w stronę bliższego brzegu fiordu i w końcu zniknął pod nawisem stromego zbocza góry.
Cały czas nie włączał żadnych świateł.

Vince’owi  serce  waliło  jak  młotem.  Nie  można  wykluczyć,  pomyślał,  że  ci,  co  siedzieli

w wahadłowcu przylecieli tu po prostu na ryby, ale okrążę górę i sprawdzę to.

Ruszył w drogę, ale kilka chwil później natknął się na nieoczekiwaną przeszkodę. Wyglądało na to,

że na północnym zboczu góry panują korzystniejsze warunki wegetacji, gdyż drzewa i krzewy rosły tam
gęściej  niż  gdzie  indziej.  Vince  starał  się  wspiąć  jeszcze  wyżej,  ponad  górną  granicę  dżungli,  ale  i  tam
podobne do dębów drzewa rosły bardzo blisko siebie, a wolną przestrzeń między nimi wypełniały gęste
krzaki.  Vince  nie  przypuszczał,  że  powietrze  po  zwróconej  w  stronę  lądu  stronie  góry  będzie  tak
wilgotne, ale przecież nie znajdował się na Ziemi.

Ścisnął mocniej swą prowizoryczną broń i poszedł dalej.
Nagle poczuł, że na jego ramiona spadła gruba lina.
Chwycił ją palcami, ale pętla szybko się zacisnęła. Nagle ktoś szarpnął linę z całej siły. Vince upadł

i  potoczył  się  w  dół  po  stoku.  Usiłował  się  uwolnić,  ale  zderzył  się  z  pniem  drzewa  i  poczuł  dotkliwy
ból. W tej samej chwili rzuciła się na niego gromada rosłych i porośniętych szarą sierścią dwunożnych
istot. Cullow zaczął z nimi walczyć, lecz opór okazał się daremny. Były zbyt ciężkie i miały zbyt silne
ręce.

W końcu zrezygnował. Łapczywie chwytając powietrze, dygotał z wściekłości i zmęczenia. Nie mógł

nic  zrobić,  kiedy  istoty  go  krępowały  -  widać  było,  że  maj  ą  w  tym  dużą  wprawę.  Szybko  się
zorientował,  że  napastnicy  są  ipsisumoedanami.  No  tak,  zachował  się  jak  ostatni  głupiec!  Martwił  się,
czy  nie  zagraża  mu  niebezpieczeństwo  ze  strony  mięsożernych  drapieżników  i  żałował,  że  nie
ma grubszej palki, a zupełnie zapomniał, że na powierzchni Shanny żyją także inne istoty inteligentne.

Wstał,  przynaglony  niezbyt  silnymi,  ale  wymierzanymi  bardzo  stanowczo  kuksańcami.  Wciąż  nie

mógł  się  nadziwić,  że  dał  się  tak  podejść.  Nie  stawiał  już  oporu,  pozwolił,  żeby  tubylcy  sprowadzili
go po zboczu góry w stronę mrocznego i groźnego skraju dżungli.

Słyszał,  jak  przyciszonymi  glosami  rozmawiali  ze  sobą.  Posługiwali  się  dziwacznie  brzmiącym,  ale

chyba  skomplikowanym  językiem,  pełnym  długich  słów  i  oszałamiająco  różnorodnych  dźwięków.
Od czasu do czasu wymieniali uwagi z ukrytymi w gąszczu zarośli strażnikami. Zagłębili się w dżunglę,
ale  kiedy  pokonali  może  dwieście  metrów,  Vince  dostrzegł  przed  sobą  rozproszoną  poświatę.  Była
bardziej intensywna niż światło gwiazd, które z trudem przedzierało się przez gąszcz liści.

W  pewnej  chwili  jeden  z  jego  prześladowców  szturchnął  go  pod  żebro  i  obojętnie  pchnął

background image

na niewielką polanę.

Vince zrobił parę kroków, przystanął i przez długą chwilę, zafascynowany, przyglądał się jak dziecko

scenie, która rozgrywała się przed jego oczami.

Blask wydzielały cztery, podobne do kotów, małe zwierzęta, które widział po drodze, te były jednak

z  pewnością  oswojone.  Wyglądało  na  to,  że  światło  promieniuje  z  przedniej  części  uszu,  przednich  łap
i  frontu  tułowia.  Niezwykle  zwierzęta  trzymali  na  rękach  czterej  tubylcy  stojący  na  polanie  dokładnie
w  miejscach  odpowiadającym  czterem  stronom  świata.  Vince’owi  przeleciało  przez  głowę,  że  Shanna
jest planetą pozbawioną słońca i ipsisumoedanie nie mogą znać stron świata, ale po chwili przypomniał
sobie,  że  planeta  obraca  się  wokół  osi.  Nawet  tak  prymitywne  istoty  musiały  umieć  wyciągać  wnioski
z ruchu gwiazd po niebie.

Cztery  rosie  człekopodobne  istoty  głaskały  niewielkie  zwierzęta  zadziwiająco  łagodnie  i  ostrożnie,

a od czasu do czasu coś im cicho nuciły. Vince pomyślał, że lada moment zwierzęta zaczną mruczeć, nie
usłyszał jednak żadnego dźwięku.

Pozostali  ipsisumoedanie  siedzieli  półkolem,  oparci  plecami  o  pnie  drzew  porastających  skraj

polany. Ich macki-uszy skręcały się i zwijały. Vince wzdrygnął się odruchowo. Porośnięci sierścią rośli
wojownicy  wpatrywali  się  w  niego.  Siedzieli  zupełnie  nieruchomo,  jeżeli  nie  liczyć  ruchów  macek—
uszu i sporadycznego mrugania długich wąskich oczu.

Wpatrując się w nie, Vince tym razem upewnił się, że tubylcy naprawdę nie mają źrenic przeciętych

szczelinami.  W  tej  chwili  ich  oczy  były  szeroko  otwarte  i  miały  owalny  kształt.  Sposób,  w  jaki  nań
patrzyli,  świadczył  o  tym,  że  blask,  wydzielany  przez  zwierzęta,  nie  był  dla  nich
wystarczającym światłem.

W pewnej chwili jedno z czterech głaskanych stworzeń wydało dźwięk podobny do tego, jaki wydaj

e  śpiąca  ziemska  wiewiórka.  Trzymający  zwierzę  ipsisumoedanin  delikatnie  postawił  jena  ziemi,
poklepał po grzbiecie i obserwował, jak znika w ciemności dżungli. Zdumiony Vince zauważył, że w tej
samej chwili zniknęła poświata, która emanowała z przedniej części ciała zwierzęcia.

Ipsisumoedanin krzyknął coś gardłowym głosem. Z ciemności odpowiedział mu jakiś zwierzęcy głos.

Kilka  sekund  później  na  polanie  pojawiło  się  inne  podobne  do  kota  zwierzę.  Przednia  część  jego  ciała
zaczęła  wydzielać  słabą  poświatę.  Chwilę  potem  zwierzę  skoczyło  i  wylądowało  w  ramionach
wojownika.  Ten  wyjął  z  wiszącej  u  pasa  torby  kawałek  mięsa  i  podał  „kotu”,  który  natychmiast,  choć
niezbyt  łapczywie  zaczął  jeść.  Skończywszy  posiłek,  ułożył  się  w  objęciach  rosłego  wojownika,  jakby
czekając na głaskanie. Z każdą chwilą wydzielał coraz więcej światła.

A więc tubylcy oswoili zwierzęta obdarzone własnościami podobnymi do tych, jakie mają ziemskie

robaczki  świętojańskie.  Pomysł  wydawał  się  bardzo  dobry,  zwłaszcza  że  żywe  lampy  przychodziły
na zawołanie i potrafiły w razie potrzeby same zatroszczyć się o pożywienie.

Nagle jeden z tubylców odziany podobnie jak inni, tylko w przepaskę biodrową i pas, ale trzymający

w ręku włócznię o fantazyjnie rzeźbionym drzewcu odezwał się płynnie po leniańsku:

- Widziałem już ciebie, jak sądzę! Jak nazywają się istoty twojej rasy?
Vince drgnął i starając się odzyskać jasność myśli, przez dłuższą chwilę wpatrywał się w tubylca.
-  Ja…  -  zaczął  niepewnie.  -  Nazywają  nas  Carcanami,  od  nazwy  macierzystej  planety.  Jestem

gościem na tej wyspie. Dlaczego ty… dlaczego twoi podwładni pochwycili mnie i związali?

Wojownik otworzył niezbyt duże usta i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Patrząc na nie, Vince doszedł

do wniosku, że ma do czynienia z istotą wszystkożerną, a nie mięsożerną

- Jesteś gościem na tej wyspie, Carcaninie? - powtórzył ipsisumoedanin. - To zabawne stwierdzenie.

Wybacz,  jeżeli  moi  wojownicy  trochę  cię  poturbowali.  Jest  mi  naprawdę  bardzo  przykro,  zwłaszcza
dlatego, że mam wobec ciebie wielki dług wdzięczności. Całkiem niedawno ocaliłeś mi życie.

Vince  otworzył  usta  i  zaniemówił  ze  zdumienia.  Pomyślał,  że  to  jednak  brzmi  nieprawdopodobnie.

background image

Taki zbieg okoliczności? Czyżby to był senny koszmar?

- Ty… - wyjąkał w końcu. - To właśnie ciebie wtedy ocaliłem?
Macki-uszy wojownika zwinęły się i rozwinęły, co mogło oznaczać potwierdzenie.
-  Nazywam  się  Ginganibren  i  jestem  drugim  synem  wodza  Hakoora.  Ja  dowodzę  szpiegowskimi

wyprawami,  które  w  tej  części  planety  organizuje  się  głównie  przeciwko  Vredanom.  Miałem  ogromne
szczęście,  że  unosiłeś  się  nad  moją  głową,  kiedy  jak  głupiec  zapomniałem  o  elementarnych  zasadach
ostrożności. Przypuszczam jednak, że to nie był przypadek, ponieważ i ty, i ja, szpiegowaliśmy wówczas
tę samą osobę. A jeżeli się dziwisz naszemu ponownemu spotkaniu na zboczu Płaczącej Kobiety, muszę
powiedzieć, że nie ma w nim niczego niezwykłego. Spędzam tu bardzo dużo czasu.

Usiadł  i  utkwił  spojrzenie  w  Vinsie,  który  pomyślał,  że  takim  wzrokiem  mógłby  spoglądać  dobrze

wypasiony kot na nieznany rodzaj myszy.

-  Wygląda  na  to,  że  przy  dosyć  kiepskim  oświetleniu,  na  jakie  możemy  pozwolić  sobie  w  tym

miejscu, widzisz całkiem dobrze - powiedział po chwili. - A jednak twoje oczy nie są większe niż oczy
Vredan.  Co  więcej,  zdołałeś  wypatrzyć  mnie  i  kantabeleena,  chociaż  zasłaniały  nas  wówczas  liście
drzew i krzewów. A zatem, czy posiadasz niezwykły dar widzenia w ciemności?

Vince  zesztywniał  i  poczuł,  że  po  plecach  wędrują  mu  zimne  dreszcze.  Ta  prymitywna  istota  miała

umysł szalenie bystry!

-  Ja,  uhm…  rzeczywiście  dobrze  widzę  w  ciemności  -odparł.  -  A  poza  tym,  istnieją  przyrządy

umożliwiające widzenie… w świetle, które zazwyczaj jest niewidoczne.

Wojownik lekko zwinął macki-uszy.
-  Słyszałem  o  tym  -  odparł.  -  Może  ty  właśnie  takim  dysponujesz?  Zresztą,  to  nieważne.  Zaczynam

dochodzić  do  przekonania,  Carcaninie,  że  nie  jesteśmy  nieprzyjaciółmi.  Mimo  wszystko  wtedy  także
ukradkiem szpiegowałeś Gon-dala.

Ujrzawszy  zdumienie  na  twarzy  Cullowa,  porośnięta  szarą  sierścią  człekopodobna  istota

uśmiechnęła się szeroko.

-  Tak,  dobrze  go  znam  -  oznajmiła  po  chwili.  -  A  teraz  zjawiłeś  się  tu  -  powiodła  ci  się  ryzykowna

próba wyprowadzenia w pole Vredan - i szpiegujesz ich. Nie wątpię, że gdybyś zechciał, mógłbyś nam
przekazać  wiele  cennych  informacji.  Rozumiesz  chyba,  że  wprawdzie  nie  toczymy  wojny  z  Vredanami,
ale  też  nie  jesteśmy  ich  sojusznikami.  Mamy  swoje  powody,  żeby  szpiegować  także  pirata  Gondala.
Wydaje  się  nam,  że  i  ty  masz  swoje  powody,  żeby  śledzić  i  Vredan,  i  Onsjanina.  Może  jednak  warto
byłoby dokonać wymiany informacji? Czy nie sądzisz, że powinniśmy się nad tym zastanowić?

Vince  zaczynał  się  czuć  coraz  bardziej  nieswojo.  Milczał  dość  długo.  Miał  takie  wrażenie,  jakby

w  jego  żołądku  narastała  ciężka  i  niestrawna  kula.  Wiedział  doskonale,  że  nie  powinien  tubylców  ani
drażnić, ani lekceważyć. W końcu westchnął.

- Szpiegowałem Gondala z powodów czysto osobistych - wyznał. - A jeżeli chodzi o Vredan…
Ginganibren się uśmiechnął.
- Nie widzę potrzeby, żeby w tej chwili torturami wyciągać z ciebie tę informację. Myślę jednak, że

możemy się porozumieć w jednej sprawie: żaden z nas nie wyda drugiego Vredanom. A co do Gondala,
jeżeli  nie  powiesz  mu,  że  go  szpiegowałem,  ja  również  mu  nie  powiem,  że  go  śledziłeś.  Czy  zgadzasz
się, że to uczciwe postawienie sprawy?

Vince  popatrzył  przez  chwilę  na  porośniętą  sierścią  istotę.  Potem,  chyba  trochę  wbrew  sobie,  także

się uśmiechnął.

- Zgadzam się. Niechaj tak będzie - powiedział. - A jeżeli chodzi o Gondala - dodał, poważniejąc -

nie sądzę, żebym go jeszcze kiedykolwiek zobaczył.

Ginganibren uśmiechnął się, wyraźnie czymś bardzo rozbawiony.
- Stanie się, jak zechcą Władcy Losu - orzekł. - No cóż, nie możemy pozostać dłużej w tym miejscu.

background image

Rozwiążemy  cię,  Carcaninie,  ale  moi  wojownicy  będą  trzymali  broń  w  pogotowiu.  Mamy  przed  sobą
co najmniej godzinę marszu.

Vince już miał zapytać, dokąd pójdą, i powiedzieć, że pozostawił bez opieki swój wahadłowiec, ale

ugryzł się w język.

Postanowił nic nie mówić. Wahadłowiec mógł jeszcze stać się jego atutem w grze.
Obrali drogę wiodącą trochę w dól zbocza góry i zaczęli wędrować na północ. Korzystali ze szlaków

wydeptanych  przez  dzikie  zwierzęta,  a  może  nawet  samych  tubylców.  Na  ile  Vince  zdołał  się
zorientować,  w  okolicy  nie  było  raczej  groźnych  drapieżników.  Możliwe,  że  ipsisumoedanie  albo
Vredanie nie pozwalali, żeby zapuszczały się one w te rejony kontynentu.

Od czasu do czasu mijali strażników.
Droga  nie  była  łatwa.  Czasami  musieli  się  wdrapywać  po  wyszczerbionych  skalach,  czasem  znów

przedzierali się przez kaniony i parowy. Raz nawet wspinali się po pędach porastających zbocze wąwozu
dzikich  winorośli,  zwisających  z  gałęzi  i  konarów  niczym  naturalne  girlandy.  W  końcu  jednak  dotarli
do  otoczonej  ze  wszystkich  stron  gąszczem  krzewów  polany,  po  której  obrzeżach  przechadzali  się
wartownicy.  Jak  poprzednio,  Vince  ujrzał  także  kilku  wojowników  głaszczących  podobne  do  kotów
świecące zwierzęta.

Nagle zamarł, oszołomiony i przerażony.
Na  skraju  polany  spostrzegł  średniej  wielkości  wahadłowiec.  Zauważył  od  razu,  że  jest  to  model

umożliwiający  zarówno  loty  w  przestworzach,  jak  i  pływanie  pod  powierzchnią  wody.  Nieopodal
wahadłowca,  niedbale  rozciągnięta  na  zaśmieconej  liśćmi  trawie,  spoczywała  jakaś  istota.  Ogryzała  od
niechcenia  pieczoną  nogę  małego  zwierzęcia  i  od  czasu  do  czasu  sięgała  oddechową  macką
do pojemnika na plecach.

Vince rozpoznał Gondala.

background image

14

S

tarając  się  nie  okazywać  przerażenia,  podszedł  powoli  i  stanął  przed  wielornackim  Onsjaninem.

W milczeniu, wpatrywał się weń dobrą minutę.

- A więc udało ci się przekupić także tubylców - odezwał się w końcu pogardliwym tonem. - Masz

na  swoje  usługi  doprawdy  niezwykłą  zbieraninę!  Thooda  Hiwisa,  vredańskiego  funkcjonariusza,  który
załatwił ci ten wahadłowiec, szpiegów w obrębie kolonii i nawet ipsisumoedan.

Gondal niedbałym ruchem oderwał mackę oddechową od pojemnika na plecach.
- Sss-sss-sss. Zapomniałeś wymienić szpiegów, których mam pośród Nessan - powiedział. -Przyznaję

jednak,  że  nie  udało  mi  się  ich  wielu  zwerbować.  W  porównaniu  z  innymi  jestem  raczej  drobnym
przedsiębiorcą.  Niezupełnie  powiodło  mi  się  także  na  samej  Shannie.  Nie  zdołałem  przekupić  kilku
najważniejszych osób i właśnie to spędza mi sen z powiek. Tym bardziej że - jak powiadają istoty mojej
rasy -wyczuwam dziwaczny smak w tutejszych prądach.

Vince  spojrzał  na  Ginganibrena.  Barczysta  człekopodobna  istota  uważnie  mu  się  przyglądała.

Wyprężyła  słuchowe  macki  i  nawet  pochyliła  się  lekko  w  j  ego  stronę.  Na  porośniętej  sierścią  twarzy
tubylca  malowało  się  rozbawienie,  ale  także  coś  jakby  niepokój.  Vince  z  goryczą  pomyślał
o  zawartym  na  poprzedniej  polanie  przymierzu.  Obiecali  sobie,  że  żaden  nie  sprzymierzy  się  przeciw
temu  drugiemu  z  Gondalem…  Nie.  Vince  przypomniał  sobie,  że  gdy  chodziło  o  Onsjanina,  umowa
sprowadziła  się  do  jednego  tylko,  specyficznego  punktu.  Vince  uśmiechnął  się  w  duchu  z  podziwem.
Ginganibren  był  obdarzony  nieprawdopodobnie  bystrym  umysłem!  Co  więcej,  jak  z  pewnością
ipsisumoedanin 

przewidział, 

zawarcie 

umowy 

było 

koniecznością, 

sam 

układ 

nadal

obowiązywał. Vince odwrócił się znów do Gondala.

-  Czy  to  znaczy,  że  wciąż  jeszcze  nie  udało  ci  się  osiągnąć  wszystkiego,  co  zamierzałeś?  -  zapytał

kpiącym tonem. -Z pewnością istota tak uzdolniona jak ty…

Zniecierpliwiony Onsjanin machnął górną macką.
- To nieodpowiedni temat do żartów - oznajmił surowo. - Gdyby cię kiedyś przyłapano bezbronnego

na planecie, na którą właśnie napadłeś, byłbyś… Ale skoro już tu jesteśmy, lepiej nie szukajmy zwady.
Czy  nie  możemy  w  końcu  zaufać  sobie  trochę  nawzajem?  Jakim  cudem  udało  ci  się  odnaleźć  tę  górę?
Jak zdołałeś wywieść w pole Vredan i tu przylecieć?

Vince pozwolił sobie na lekki uśmieszek.
- Odczekałem, aż spojrzą w inną stronę, a później po prostu przepłynąłem cieśninę - zakpił. - A jak

ty się tu znalazłeś?

Gondal ponownie machnął macką-ręką.
- Nie wygłupiaj się - burknął. - Tracisz swój i mój czas. Domyślam się, że wynająłeś wahadłowiec

i  poleciałeś  nim  nad  jakąś  plażę,  a  potem  pokonałeś  cieśninę,  lecąc  nisko  nad  powierzchnią  wody.  Nie
wiem tylko, jak udało ci się odnaleźć tę górę.

Umysł  Vince’a  zaczął  pracować  na  zwiększonych  obrotach.  Nie  chciał  wyjawić  Gondalowi,  że

dostrzegł otaczającą górę słabą poświatę.

-  Odnalezienie  jej  nie  było  wcale  takie  trudne  -  powiedział.  -  Tylko  w  tę  stronę  lecą  ciągle

wahadłowce.  Vredanie  starają  się  stwarzać  wrażenie,  że  to  jedynie  grupki  zaopatrujących  kolonię
w  mięso  myśliwych.  Ale  jeżeli  ktoś  zada  sobie  trud  i  spróbuje  uważnie  obserwować  ten  niekończący
się sznur maszyn, zauważy, że jest ich po prostu zbyt wiele.

Gondal westchnął.
-  Musiałem  spędzić  setki  godzin  na  analizie  zarejestrowanych  obrazów  radarowych,  zanim

doszedłem do tego. Widzisz teraz, ile warte są twoje nowe oczy?

Ginganibren zachichotał. Gondal popatrzył na ipsisumoedanina i wzruszył ramionami.

background image

- Myślę, że mogę ci to wyjawić - powiedział. - Ta istota - Vinz Kul Lo, jeżeli jeszcze się sobie nie

przedstawiliście -ma parę zmodyfikowanych w bardzo specyficzny sposób oczu. To mnie zawdzięcza tę
modyfikację, choć prawdę mówiąc, nie pytałem go o zgodę. I tylko ode mnie zależy obecnie, czy będzie
nadal  widział.  Może  najlepiej  będzie,  jeżeli  teraz  powiem,  co  każdego  z  nas  interesuje
najbardziej.  Geegee  i  inni  ipsisumoedanie  chcieliby,  żeby  Vredanie  opuścili  Shannę.  Vinz  Kul  Lo  chce
zachować wzrok i może także - chociaż na razie się do tego nie przyznaje - kieruje się chciwością, która
stanowi  główny  motyw  mojego  działania.  Gdybyśmy  zdołali  dotrzeć  i  włamać  się  do  skarbca
Vredan, wszyscy osiągnęlibyśmy przynajmniej częściowo nasze cele. Czy nie powinniśmy więc zawrzeć
ugody i połączyć naszych sil i środków?

Geegee, który nadal sprawiał wrażenie rozbawionego, spojrzał na Gondala.
-  Onsjaninie  -  przypomniał  -  zawarłeś  już  porozumienie  z  moim  ojcem.  Nie  podejmiemy

beznadziejnej  walki  z  nieporównanie  lepiej  od  nas  uzbrojonymi  Vredanami,  chyba  że  będziemy  musieli
bronić  swego  życia.  Zgodziliśmy  się  być  twoimi  oczami  i  uszami  i  gwarantujemy  ci  taką  pomoc,
jakiej jesteśmy w stanie udzielić, nie narażając się na zagrożenia.

Gondal uniósł mackę-rękę.
- To rozsądna umowa. Nie widzę powodu, żeby ją zmieniać. Vinsie, teraz twoja kolej.
Ziemianin westchnął.
- Przecież to ty zadecydowałeś o wszystkich aspektach naszej umowy - odparł z wyrzutem.
Zniecierpliwiony Onsjanin podźwignął się z trawy.
-  Nadal  nie  chcesz  wyjawić  mi  tego,  co  wiesz  o  Zarpim  i  Nessanach  -  powiedział.  -  No  cóż,  niech

tak  będzie.  Możliwe,  że  narażasz  nas  wszystkich  na  niebezpieczeństwo,  ale  skoro  się  upierasz…  Nie
przyleciałbyś  jednak  na  tę  górę  i  nie  rozpoczął  poszukiwań,  gdybyś  nie  miał  jakiegoś  pomysłu
albo teorii. Gdzie, twoim zdaniem, powinniśmy zacząć szukać skarbca Vredan?

-Na  razie  moje  teorie  tak  daleko  nie  sięgają-  odparł  Vince.  -  Wiem  tylko,  że  piloci  niektórych

wahadłowców  gaszą  wszystkie  światła  i  lądują  w  fiordzie  na  powierzchni  wody.  Przez  pewien  czas
spoczywają  tam  nieruchomo,  a  potem,  bardzo  powoli,  lecą  dalej  chyba  w  głąb  fiordu,  ale  przy
samym brzegu. Przypuszczam jednak, że tobie udało się dowiedzieć o wiele więcej niż mnie, prawda?

Gondal zesztywniał lekko i syknął coś we własnym języku.
-  Prawdę  mówiąc,  nie  -  mruknął.  -  Chyba  sam  rozumiesz,  że  to  było  niemożliwe.  Nie  mogłem

posłużyć się radarem, bo zostałbym schwytany. Oblatują tę górę i lecą dalej?

- Tyle zdołałem zobaczyć, zanim pochwycili mnie twoi kosmaci partnerzy - przyznał Cullow.
Gondal  oparł  ciężar  ciała  na  wszystkich  czterech  nogach—mackach  i  zaczął  się  przechadzać

po polanie.

-  A  zatem,  nasze  poszukiwania  dopiero  się  zaczynaj  ą-odezwał  się  w  końcu.  -  Przybyłem  tu  kilka

godzin  temu  tylko  po  to,  żeby  się  spotkać  z  Geegee  i  wysłuchać  jego  raportu.  Kiedy  cię  zobaczyłem,
pomyślałem, że może się dowiedziałeś czegoś więcej. Nie mamy wiele czasu. Z pewnością Vredanie już
wiedzą  o  twoim  zniknięciu.  Szkoda,  że  mi  nie  zaufałeś.  Mógłbym  wymyślić  jakiś  sposób…  Ale  teraz
to  tylko  puste  muszle.  Przypuszczam,  że  musimy  ruszyć  pieszo  w  dalszą  drogę.  Geegee,  będziesz
naszym przewodnikiem.

Obrali  szlak  łatwiejszy  niż  poprzedni.  W  pewnej  chwili  wyszli  z  dżungli,  aby  obejść  nieprzebyty

gąszcz  drzew  i  krzewów,  potem  jednak  znów  się  w  nią  zagłębili.  Kilkakrotnie  pokonywali  wąwozy
i  obchodzili  miejsca,  w  których,  zdaniem  Geegee,  znajdowały  się  posterunki  obserwacyjne  Vredan.
Od czasu do czasu Vince dostrzegał nisko w dole fiord. Tylko raz jednak zauważył lecący w jego głąb
i  bardzo  blisko  podnóża  góry  wahadłowiec.  Powiedział  o  tym  swoim  towarzyszom  i  obserwował  małą
maszynę, dopóki nie przesłoniły jej zarośla.

Kilka minut później ujrzał na tle czarnego nieba coś, co poruszało się powoli. Zauważył, że dziwny

background image

obiekt  przesiania  kolejne  gwiazdy.  Stanął  jak  wryty.  Geegee,  który  cały  czas  uważnie  go  obserwował,
odwrócił się i mruknął coś do Gon-dala.

Vince przykucnął obok pnia najbliższego drzewa i zaczął się wpatrywać w niebo przez gąszcz liści.

Dopiero po jakimś czasie się wyprostował.

- Co to było? - zapytał cicho Gondal.
-  Wahadłowiec  -  odparł  Cullow.  -  Podobny  do  tego,  jakim  tu  przyleciałeś.  Jego  pilot  obniżał  pułap

lotu,  ale  wszystko  wskazuje,  że  przedtem  przeleciał  nad  wierzchołkiem  góry.  Może  to  naprawdę
myśliwi?

- Traktat zabrania im polować po tej stronie fiordu - wtrącił się prawie szeptem Geegee. - Musimy

się  zachowywać  jak  najciszej.  Ilekroć  przelatują  nad  górą  w  taki  sposób,  zawsze  włączają  urządzenia
nasłuchowe. Z pewnością szukają intruzów, którzy mogliby się zapuścić w te strony. - Chociaż było zbyt
ciemno, żeby mógł cokolwiek widzieć, odwrócił się w stronę Vince’a. - Jesteś pewien, że nie śledzili cię,
kiedy oddalałeś się od wyspy? - zapytał.

Vince wzruszył ramionami.
- Mogę cię zapewnić, że widzę w blasku gwiazd lepiej niż ty w świetle pochodni, jeżeli w ogóle ich

używacie.  Nie  podążało  za  mną  nic,  co  zdołałbym  zauważyć.  Od  czasu  do  czasu  namierzano  mój
wahadłowiec wiązką radaru, ale na tle kontynentu operatorzy chyba mnie nie widzieli.

Gondal  przykucnął  z  drugiej  strony  pnia  drzewa.  Pogrążony  w  zadumie,  wsparł  na  rękach-mackach

obie głowy.

- Geegee, jak daleko mamy jeszcze do tego urwiska, o którym kiedyś wspominałeś?
-  Mniej  więcej  pól  godziny  -  odparł  ipsisumoedanin.  -Sądzę  jednak,  że  nie  powinniśmy  podchodzić

do  samego  skraju  klifu.  Jeżeli  Vredanie  usłyszą  ciche  szmery,  a  ich  czujniki  wykryją  źródła  ciepła,
zapewne nie uznają tego za coś niezwykłego. Dosyć często zapuszczamy się tam na polowania, a poza
tym,  w  dżungli  nie  brakuje  dzikich  zwierząt.  Gdyby  jednak  na  szczycie  urwiska  pojawiła  się  jakaś
grupa…

Gondal zaklął po onsjańsku.
-  No  cóż,  ale  chyba  znasz  inne  miejsce,  z  którego  moglibyśmy  obserwować  przynajmniej  odcinek

fiordu? - zapytał.

-Znam  jedno,  ale  dotarcie  tam  zajmie  nam  następną  godzinę  -  odparł  Ginganibren.  -  Może  jednak

warto  tam  pójść,  jeżeli  oczy  Vinza  Kul  Lo  są  naprawdę  tak  wrażliwe,  że  zdoła  dostrzec  wszystko,
co może się znajdować na powierzchni wody. Widywaliśmy często vredańskie latające skrzynki, ale ich
załogi  po  prostu  łowiły  ryby  w  różnych  miejscach  fiordu.  Zauważyliśmy,  że  czasami  gasiły  wszystkie
światła, nigdy jednak nie pojawiało się wiele takich skrzynek równocześnie.

-  Możliwe,  że  zapuszczali  się  w  głąb  fiordu,  płynąc  pod  powierzchnią  wody  -  mruknął  Onsjanin.  -

A te kilka, które leciały nisko nad wodą, zapewne stanowiły tylko przykrywkę. No cóż…

Ruszyli ponownie w drogę. Mniej więcej dwadzieścia minut szli skrajem dżungli.
Nagle Vince’owi wydało się, że cały wszechświat zatonął w oślepiająco jasnym blasku.
Uchwycił  się  pnia  najbliższego  drzewa  i  przez  kilka  sekund  nie  był  pewien,  czy  nie  oślepi,  potem

jednak  jego  niezwykle  oczy  zaczęły  się  znów  przyzwyczajać  do  ciemności.  Dopiero  wtedy  zdał  sobie
sprawę, że światło, które tak niespodziewanie zapłonęło, nie było w rzeczywistości bardzo intensywne -
to  tylko  on  odniósł  takie  wrażenie,  później  zaś  jego  cudowne  sztuczne  soczewki  zareagowały
odpowiednio i ograniczyły czułość oczu.

W  następnej  chwili  uświadomił  sobie,  że  nagły  błysk  nawet  na  krótko  nie  oślepił  pozostałych

uczestników wyprawy, choć przykucnęli za pniami drzew i z zadartymi głowami wpatrywali się w czarne
niebo. Im ten raptowny blask musiał się wydać dosyć slaby!

Najszybciej przyszedł do siebie Ginganibren.

background image

-  Czyżby  to  miał  być  meteor?  -  zapytał.  -  Pionowo  w  dół?  To  bardzo  niezwykle.  Nie  zauważyłem

jednak żadnej smugi…

Szukając lepszej kryjówki, Gondal przemieszczał się szybko w kierunku kępy gęstych krzewów.
-  To  nie  był  meteor  -  burknął  oschle.  -  To  gwiezdny  statek,  rozpylony  silą  eksplozji  na  atomy,

zapewne gdzieś wysoko, nad górnymi warstwami atmosfery. - Obrócił obie głowy w kierunku Vince’a. -
Skończ  wreszcie  z  tajemnicami,  żółtodziobie!  Mów!  Czy  Nessanie  wspomnieli  ci  o  czymś,
co  wskazywałoby,  że  zamierzają  dokonać  inwazji  Shanny?  Vredanie  nie  mają  takiej  broni!  A  nawet
gdyby mieli, nie ośmieliliby się nią posłużyć, żeby rozszczepić statek na atomy. Obawialiby się, że taki
błysk  będzie  dostrzeżony  z  olbrzymiej  odległości  i  zdradzi  miejsce,  w  którym  znajduje  się  Shanna!
Gadaj, co wiesz!

Vince utkwił gniewne spojrzenie w Onsjaninie.
-  Nessanie  nic  takiego  mi  nie  powiedzieli.  -  Ja…  niech  to  diabli,  miałem  tylko  poinformować  ich,

kiedy  na  Shannie  pojawią  się  Zarpi  i  Akorra.  Gdyby  to  okazało  się  możliwe,  miałem  także  zostać
jednym  z  członków  załogi  Zarpi  ego.  W  tym  wszystkim  chodziło  o  jakiś  niesłychanie  cenny  przedmiot,
na  którego  odzyskaniu  Nessanom  chyba  ogromnie  zależało.  Jestem  pewien,  że  nie  przypuściliby
na  planetę  szturmu,  ryzykując,  że  ten  artefakt  może  ulec  zniszczeniu.  A  poza  tym,  nie  ryzykowaliby
życia Akorry!

Gondal nie spuszczał z niego czterech czarnych jak paciorki oczu.
-  Ach!  Artefakt!  -  powiedział  jakby  do  siebie.  -  Bez  wątpienia  leniański.  Powoli  tajemnica  zaczyna

się  wyjaśniać…  Nessanie  chcieliby  odzyskać  ten  przedmiot  i  uwolnić  swoją  badaczkę.  Powiedz  mi,
Vinsie Kul Lo, prawdopodobnie zdołałeś powiadomić Nessan, że na Shannie pojawił się Zarpi, prawda?
Czyżby  więc,  mimo  wszystko,  dali  ci  coś,  dzięki  czemu  możesz  im  przesyłać  wiadomości,  nawet  nie
mając informacyjnej kapsuły?

Vince  się  zawahał.  Nie  wiedział,  czy  powinien  ujawniać  Gondal  owi  wszystko,  co  wie.  Nagle

zobaczył na niebie kolejny błysk, tym razem jednak o wiele mniej intensywny niż poprzedni. Odgadł, że
do  kolejnej  straszliwej  eksplozji  musiało  dojść  po  przeciwnej  stronie  planety,  a  on  zobaczył  tylko  to,
co zdołało się przedostać przez warstwy atmosfery. To rzeczywiście musiała być inwazja!

-  Ja…  tak…  -  wyjąkał  w  końcu.  -  Mam  takie  urządzenie.  Posługując  się  nim,  przekazałem

Nessanom informację o pojawieniu się Zarpi ego, a kiedy zobaczyłem Akorrę, powiadomiłem ich o tym
także.  Nie  mogę  jednak  za  pomocą  tego  urządzenia  przesyłać  żadnych  bardziej  złożonych  informacji.
Właśnie dlatego…

Umilkł nagle, uniósł głowę i wpatrzył się znów przez gąszcz liści w mroczne niebo.
- Co to było? - syknął zniecierpliwiony Gondal.
-  Nie  jestem  pewien  -  odparł  Cullow.  -  Światło  gwiazd  przesłonił  nagle  jakiś  cień,  zupełnie  jakby

bardzo  nisko  prześliznął  się  wahadłowiec.  Jego  pilot  musiał  przelecieć  nad  wierzchołkiem  góry.
Przypuszczam, że to był jeden ze statków Zarpiego.

Gondal gniewnie zasyczał.
- A zatem i on zlokalizował to miejsce - powiedział. - I podobnie jak my, znajduje się w rozpaczliwej

sytuacji.  Dobrze  wie,  że  nie  ma  nic  do  stracenia.  -  Zwrócił  obie  głowy  w  kierunku  Ginganibrena.  -
Szybko! - rozkazał. - Zaprowadź nas w miejsce, skąd moglibyśmy zobaczyć chociaż część fiordu!

Wpatrując się w czarne niebo, Vince ujrzał jednak kolejne przesuwające się nisko cienie.
-  Chyba  w  tej  chwili  to  nam  nic  nie  da  -  odezwał  się  półgłosem.  -  Widzę  na  niebie  dziesiątki

przelatujących  wahadłowców!  Przypuszczam,  że  to  Vredanie  zamierzają  zabrać  ze  skarbca  wszystko,
co  zdołają,  i  przewieźć  to  w  bezpieczniejsze  miejsce.  Jak  sądzicie?  Ta  inwazja…  kimkolwiek  są  ci,
co jej… jak szybko mogą wylądować na Shannie? Ile pozostało nam czasu? Może zdążylibyśmy wrócić
na wyspę i…

background image

Urwał, ujrzawszy nagle kierującą się ku niemu mackę oddechową Gondala.
- Ty głupcze! - wybuchnął Onsjanin. - Czy sądzisz, że mógłbym zrezygnować z największego skarbu,

jaki kiedykolwiek zgromadzono, kiedy dzielą mnie może od niego tylko setki metrów? Nie mówiąc już
o leniańskim artefakcie, który, jeśli w końcu powiedziałeś prawdę, jest chyba wart więcej niż wszystkie
pozostałe skarby razem wzięte? Prawdopodobnie siły inwazyjne otoczą tę planetę szczelnym kordonem,
ale kto wie, może przy odrobinie szczęścia ja i moja załoga przedostaniemy się poza orbitę i uciekniemy
z  całym  łupem?  Jestem  pewien,  że  Vredanie  nie  zdecydują  się  tak  szybko  na  ucieczkę,  spróbują
najwyżej wysiać na orbitę kilka gwiezdnych statków, aby odwrócić uwagę wrogów. Z pewnością jednak
załadują  na  pokłady  pozostałych  tyle  najcenniejszych  skarbów,  ile  im  się  uda,  a  potem  będą  czekać
na odpowiednią chwilę. Jestem gotów się o to założyć, Vinsie Kul Lo. Być może już przetransportowali
skarby  na  gwiazdolot.  Możliwe  też,  że  pomyśleli  również  o  kilku  innych,  równie  sprytnych  sztuczkach.
Nie wątpię…

Nagle w pobliżu rozległ się donośny huk eksplozji i całe zbocze góry aż się zatrzęsło.
-  To  pokładowy  rozrywacz  -  zasyczał  rozwścieczony  Gondal.  -  Zarpi,  jesteś  idiotą!  Przyciągniesz

siły  inwazyjne  prosto  w  to  miejsce.  Niech  to  diabli!  A  j  a  siedzę  na  zboczu  tej  góry  i  nie  mogę  nic
poradzić! - Obrzucił Ginganibrena gniewnym spojrzeniem. - Czy wreszcie zaprowadzisz nas do tamtego
miejsca? - zapytał.

Ipsisumoedanin jednak nadal stal nieruchomo. Zaplótł ręce na torsie i zachowywał absolutny spokój.

Vince nie wątpił, że obdarzona tak bystrym umysłem obca istota ocenia w tej chwili niebezpieczeństwa,
układa  plany  albo  nawet  rozważa  możliwe  konsekwencje  przyszłych  akcji.  Jeżeli  nie  liczyć  lekkiego
drżenia uszu-macek, nie zwracała uwagi na Gondala.

Onsjanin  zaczął  przesuwać  swoje  ciało  w  stronę  Ginganibrena  i  w  pewnej  chwili  wyciągnął  skądś

pistolet.  Może  doszłoby  do  bezsensownej  walki  między  nimi,  gdyby  nie  Vince,  który,  wciąż  wpatrując
się przez gąszcz liści w ciemne niebo, nagle uniósł rękę, żeby ich powstrzymać.

- Słuchajcie, te statki już lądują - powiedział.
Gondal odwrócił się ku niemu jak użądlony.
- Co to za statki? - zapytał. - Potrafisz je rozpoznać?
-  Tak,  rozpoznaję  je  -  odparł  Vince  i  poczuł,  że  zbiera  mu  się  na  mdłości.  -  Mają  kształt  hantli.

To Chullwejowie.

- Jeżeli przecinają warstwy atmosfery, kierują się w stronę tej góry - powiedział naraz Geegee. - Ich

uwagę  zwrócił  błysk  tamtej  eksplozji.  Możliwe  zresztą,  że  właśnie  po  to  jej  dokonano.  Moi  partnerzy
w nieszczęściu, jest jednak jeszcze coś, o czym wam nie powiedziałem. Powiem to teraz nie dlatego, że
tak  nakazuj  e  mi  logika,  ale  ponieważ  nie  daj  e  mi  spokoju  pewne  przeczucie.  Musicie  wiedzieć,  że
ta góra jest naprawdę w środku, przynajmniej w niektórych miejscach, wydrążona. Istnieje wiele dobrze
ukrytych  prastarych  wejść,  o  których  my,  mieszkańcy  tej  planety,  wiemy  od  wielu  pokoleń,  a  z
pewnością istnieją również inne, których nie udało się odnaleźć. Nie staraliśmy się badać wnętrza góry,
ponieważ  Shanna  jest  pod  okupacją  i  ponieważ  mieliśmy  pewność,  że  Vredanie  dostają  się  tam  -  i  to
całkiem  często  -  innymi  wejściami.  Chyba  jednak  nie  wiedzą  o  tych,  które  znajdują  się  w  pobliżu
wierzchołka  góry,  i  chadzają  tylko  przejściami  biegnącymi  bardzo  głęboko,  niżej.  Pomyślcie  tylko,  moi
partnerzy!  Oto  zostaliśmy  wciągnięci  w  wielki,  wspaniały  dramat.  Czyż  więc  każdy  z  nas  nie  powinien
jak  najlepiej  odegrać  swojej  roli?  I  czy  te  role  nie  narzucają  nam  obowiązku  zbadania  jednego  z  tych
prastarych wejść? A może uważacie, że powinniśmy czekać tu jak robaki, aż spali nas broń najeźdźców
albo Vredan?

- Oczywiście, że odegramy swoje role - zasyczał gorączkowo Gondal. - Prowadź nas! Prowadź!
Kwadrans  później,  po  wspinaczce,  która  przyprawiła  wszystkich  o  zadyszkę,  Geegee  przecisnął  się

przez  gąszcz  krzaków,  powiódł  pozostałych  do  zarośniętej  trawą  sterty  odłamków  skalnych  i  zaczął

background image

pospiesznie odrzucać je na bok.

-  Przykrywają  metalową  kratę  -  powiedział.  -  Wydobywa  się  przez  nią  cieple  powietrze.  Krata,

chociaż zardzewiała, jest jednak wciąż jeszcze bardzo mocna. Gondalu, ta twoja ręczna broń…

Onsjanin  i  pozostali  wojownicy  już  od  paru  chwil  odrzucali  na  boki  skalne  bryły  wraz  z  Geegee.

Vince odwalił kilka głazów i zauważył pierwsze pręty kraty.

- Posłuchajcie, ustawiono ją pionowo, zupełnie jakby miała bronić dostępu do tunelu albo pieczary -

powiedział. -Z pewnością w środku musiało się zebrać sporo wody. Kto wie, może nawet utworzyło się
tam małe jezioro?

Geegee przerwał na moment pracę i odwrócił się do niego.
-  Wcale  nie,  przybyszu  z  obcej  planety.  Nieco  niżej  zobaczysz  wylot  sprytnego  systemu

odwadniającego. To właśnie on odprowadza wodę z wnętrza góry… A tam, widzisz? To górne zawiasy
kraty.

Vince przecisnął się między wojownikami.
- Na przestworza wszechświata, jaka stara! - zawołał. -Musimy ją wyciąć. -Pochwycił jeszcze kilka

głazowi  odrzucił  na  bok.  -  A  gdzie  zamek…  Nie,  chyba  nigdy  nie  było  tu  żadnego  zamka.  Po  prostu
przyspawano kratę po zamknięciu otworu.

Zajrzał  do  środka  i  przekonał  się,  że  wnętrze  jamy  jest  całkiem  suche.  Suche  i  puste.  W  końcu

i  Gondal  przecisnął  się  niecierpliwie  przez  grupę  ipsisumoedańskich  wojowników,  żeby  spojrzeć
na prastarą kratę.

- Kul Lo, pokaż mi najsłabsze miejsca, żebym wiedział, gdzie ciąć - polecił. - Nie chcemy przecież

zostawiać tu wyraźnych śladów.

Osłaniając oczy przed jaskrawymi iskrami, Vince stanął trochę z boku, przy Geegee.
- I tak pozostawimy oczywiste ślady - odezwał się po chwili.
Geegee zachichotał.
- Kiedy wejdziemy do środka, pozostali moi wojownicy ponownie zamaskują otwór odłamkami skał

i kamieniami i zatrą ślady, żeby wszystko wyglądało, jak poprzednio. Czy nie boisz się, Vinsie Kul Lo,
wchodzić do czarnej dziury, która prowadzi nie wiadomo dokąd?

Vince uśmiechnął się szeroko.
-  Czy  się  nie  boję?  Trzęsę  się  ze  strachu  -  powiedział  ironicznym  tonem.  -  Przeraża  mnie  inwazja

Chullwejów. W porównaniu ze spotkaniem z nimi zapuszczenie się w głąb tej jamy nie wydaje się wcale
takie straszne.

Po  kilku  następnych  minutach  Gondal  nadciął  i  osłabił  zawiasy  i  miejsca  przy  spawania  kraty.

Skończywszy te przygotowania, owinął końce rąk-macek wokół kraty, szarpnął z całej siły i stęknął.

-  Mogłem  się  tego  spodziewać  -  burknął.  -  Zaklinowała  się  na  mur.  Nic  dziwnego,  po  tylu

stuleciach…

- Rozgrzej może obrzeże kraty i zaczekaj, aż ostygnie -doradził łagodnym tonem Geegee.
Onsjanin odwrócił głowę do syna wodza i groźnie zasyczał, ale po chwili poszedł za jego radą.
W końcu krata ustąpiła z przeraźliwym trzaskiem. Vince podszedł do otworu i zajrzał w głąb czarnej

jamy.

- Chcę wam coś powiedzieć - oznajmił cicho. - Cała ta góra promieniuje światłem. Jest ono bardzo

słabe,  ale  ja  je  widzę.  Wygląda  na  to,  że  podobny  blask  wydobywa  się  z  głębi  tego  tunelu.
Przypuszczam,  że  wydziela  go  źródło  nieznanej  energii,  ukryte  gdzieś  we  wnętrzu  góry.  Chyba  lepiej
będzie, jeżeli to ja was poprowadzę.

Wydrążony  przed  wieloma  wiekami,  a  może  nawet  tysiącleciami  tunel  miał  prawie  trzy  metry

wysokości  i  mniej  więcej  dwukrotnie  mniejszą  szerokość.  Przy  samym  wejściu  był  trochę  zniszczony,
w  wielu  miejscach  sącząca  się  woda  utworzyła  stalaktyty  i  stalagmity.  Już  jednak  nieco  dalej  ściany

background image

i  sklepienie  tunelu  były  idealnie  gładkie  i  pozbawione  jakichkolwiek  nacieków.  Vince  pomyślał,  że
wnętrze wyłożono jakimś materiałem całkowicie odpornym na działanie wilgoci i pleśni.

W  odległości  dwudziestu  pięciu  metrów  od  wejścia  tunel  raptownie  skręcał  pod  kątem

dziewięćdziesięciu  stopni;  rutynowe  rozwiązanie  zapobiegające  skutkom  ewentualnej  eksplozji  ładunku
wybuchowego,  który  mógłby  tu  ktoś  wrzucić.  Po  kilkunastu  następnych  metrach  tunel  znów  skręcił,
równie  ostro,  w  przeciwną  stronę,  ale  dalej  biegi  już  prosto.  (Przez  cały  czas  z  głębi  wydobywała  się
rozproszona purpurowo—niebieska poświata). Potem zaczął opadać.

Vince  słyszał  dobiegające  zza  pleców  odgłosy  kroków  pozostałych  uczestników  wyprawy.  Kiedy

jego oczy oswoiły się z ciemnością, przekonał się, że widzi wszystko całkiem dobrze. W pewnej chwili
przystanął.

-  Uważam,  że  j  eden  z  was  powinien  położyć  dłoń  na  moim  ramieniu,  a  następny  na  jego  ramieniu

i tak dalej - powiedział. - Może wtedy będziemy mogli iść trochę szybciej.

Usłyszał  pomruki  wyrażające  skwapliwą  zgodę  -  ten  marsz  w  ciemnościach  musiał  być  bardzo

uciążliwy dla jego partnerów. Po chwili poczuł, że coś uderzyło go lekko w plecy, a potem owinęło się
wokół ramienia. Czyżby to jedna z rąk-macek Gondala? Vince stłumił uczucie obrzydzenia i szedł dalej.

Kilka  minut  później  tunel  zadrżał,  a  potem  z  oddali  napłynęły  stłumione  odgłosy  silnych  eksplozji.

Wyglądało na to, że ich źródło znajduje się dosyć głęboko. Vince skulił się odruchowo, jakby w obawie,
że sklepienie tunelu zawali się mu na głowę.

Ale Gondal, od którego płynęła ciągle ledwo uchwytna woń amoniaku, gniewnie zasyczał:
-  To  znów  ten  idiota  Zarpi!  Jeśli  się  nie  mylę,  odnalazł  używane  przez  Vredan  wejście  do  wnętrza

góry. Z pewnością teraz, walcząc zacięcie, usiłuje się wedrzeć do środka. No cóż, przedstawienie staje
się coraz ciekawsze, hmm. Proszę, my schodzimy w dół prawie nie uzbrojeni, ale wykorzystamy element
zaskoczenia,  a  Zarpi  usiłuje  dostać  się  na  scenę  od  dołu.  Między  nami  a  nim  są  uzbrojeni  Vredanie,
którzy  muszą  tu  czekać,  ze  swymi  skarbami  lub  bez  nich.  A  tymczasem  Chullwejowie,  mający
przytłaczającą  przewagę  nad  pozostałymi  bohaterami  dramatu,  może  właśnie  w  tej  chwili  lądują
na Shannie.

Vince  odwrócił  głowę  i  popatrzył  na  swoich  partnerów.  Tuż  za  Gondalem  szedł  Geegee,  a  za  nim

kroczyło jego sześciu uzbrojonych w noże i włócznie wojowników. Zaśmiał się nerwowo i ruszył znowu
naprzód.

Od  biegnącego  wciąż  w  dól  tunelu  zaczęły  odbiegać  w  obie  strony  odgałęzienia.  Niektóre

z  pewnością  musiały  być  tylko  szybami  wentylacyjnymi.  Od  czasu  do  czasu  spostrzegał  szczeliny
i  szpary  w  ścianach,  ale  tylko  raz  znaleźli  się  w  miejscu,  gdzie  trzęsienie  planety  spowodowało
zawalenie  się  sklepienia  tunelu  i  gdzie  wszyscy  musieli  się  przeciskać  pomiędzy  zwałami  głazów
i gruzu. Na odcinku następnych kilkudziesięciu metrów dno tunelu było oczywiście pokryte odłamkami
skal  i  kamieniami,  ale  nawet  tam  w  powietrzu  nie  czuło  się  wilgoci.  Vince  domyślił  się,  że  gdzieś
we wnętrzu góry musiały nadal pracować prastare skraplacze.

Z  dołu,  z  głębi  tunelu,  wciąż  jeszcze  dobiegały  stłumione  odgłosy  bitwy,  na  razie  jednak  nie  było

słychać  grzmotu  następnych  eksplozji.  Gdzieś  daleko  rozlegały  się  jednak  głuche  pomruki  wybuchów.
Zdaniem  Gondala,  oznaczały  one,  że  Chullwejowie  lamią  symboliczny  opór  sil  powietrznych  Vredan.
Vredanie  musieli  chyba  doznać  prawdziwego  szoku.  Nieznani  sprawcy  odkryli  i  zaatakowali  ich  tajny
skarbiec z dwóch stron równocześnie, a kolonia na wyspie została opanowana przez innego wroga.

Vince  martwił  się  sytuacją  na  samej  wyspie.  Nie  wiedział,  w  jakim  stanie  znajduje  się  płyta

kosmoportu.  Niepokoił  się,  że  -  podobnie  jak  setki  innych  -  jego  śmieszny  statek  mógł
zostać  uszkodzony  albo  nawet  zniszczony.  A  jeśli  coś  się  stało  z  lekarstwem  do  jego  nowych  oczu?
Gdzie Gondal mógł j e ukryć i czy na pewno znajdowało się w bezpiecznym miejscu?

Oczywiście,  pomyślał,  może  wcale  nie  muszę  się  martwić  tym,  co  się  wydarzy  w  odległej

background image

przyszłości. Być może nie pożyję już długo.

Jego  myśli  pobiegły  w  inną  stronę  i  w  końcu  doszedł  do  przekonania,  że  może  obdarzyć  Gondala

nieco większym zaufaniem.

-Zastanawia  mnie  jeszcze  coś  innego-powiedział.  -  O  ile  mi  wiadomo,  Zarpi  zamierzał  prowadzić

handel wymienny z Chullwejami. Jak można to pogodzić z tym, co się dzieje w tej chwili?

-  Sss-sss-sss!  -  roześmiał  się  Onsjanin.  -  Mnie  to  wcale  nie  dziwi.  Chullwejowie  go  przechytrzyli

i  oszukali.  A  zresztą,  nie  obchodzi  mnie,  co  się  stanie  z  jego  porośniętym  jasną  sierścią  tyłkiem.
Znacznie bardziej martwię się o własny. Widzisz, Vinsie Kul Lo, czuję się na Shannie - podobnie jak ty -
jak rozbitek, rzecz jasna, jeżeli nie liczyć kilku niewiele znaczących drobiazgów, które udało mi się tu i
ówdzie ukryć na planecie. A zresztą, w tej chwili i tak na nic mi się nie przydadzą. Czy te dobiegające
do nas przez ostatnie kilka minut z dołu odgłosy coś ci mówią?

-  Nic  oprócz  tego,  że  teraz  brzmią  tak,  jakby  Zarpi  albo  Vredanie  zabierali  z  pola  walki  trupy

poległych w boju.

-  Ja  sądzę,  że  podwładni  Zarpi  ego  już  się  z  tym  uporali  -mruknął  Gondal.  -  Z  pewnością  wszyscy

obrońcy  polegli,  może  z  wyjątkiem  kilku  grupek,  które  się  skryły  w  zakamarkach  skarbca.  Od  jakichś
dziesięciu  minut  dobiega  stamtąd  jakiś  pisk  przerywany  od  czasu  do  czasu  dziwacznymi  pomrukami,
stęknięciami  i  grzechotami.  Jeżeli  interpretuję  te  dźwięki  prawidłowo,  w  użyciu  jest  ciężki  promiennik
i  kilka  rozrywających  karabinów,  które  pozwalają  kruszyć  skały.  Domyślam  się,  że  Zarpi  usiłuj  e  się
wedrzeć do czegoś, co pragnie posiąść jeszcze mocniej niż same skarby Vredan. Przypuszczam również,
że do tej pory zdążył to już zdobyć. Naturalnie, nie może teraz tak po prostu przedrzeć się z głębin góry
z powrotem na jej powierzchnię. Już wie, że Chullwejowie wylądowali na planecie. Jak sądzisz, Kul Lo,
co  teraz  zrobi?  Nie  zapominaj,  że  od  jakiegoś  czasu  ma  w  swoich  rękach  Akorrę.  Czy  zmusił  ją
do wyjawienia tego, co ona wie o pozostawionych przez Lenian urządzeniach i przedmiotach, które mogą
znajdować się gdzieś w głębinach góry?

Onsjanin umilkł naraz i przez pewien czas słychać było tylko cichy syk jego oddechu.
- A co z tym tunelem, Vinsie Kul Lo? - zapytał po chwili. - Wydaje się, że przetrwał w pierwotnym

stanie. Czy widzisz gdzieś może jakieś leniańskie artefakty?

-  Nie  -  odparł  Vince.  -  Dlaczego  właściwie  nie  użyjesz  jakiegoś  źródła  światła?  Wystarczyłby  ten

ręczny promiennik, który masz przy sobie.

- Oczywiście. Obawiam się jednak, że wówczas ktoś mógłby wykryć jego energię. Nie ma potrzeby

tak ryzykować, dopóki ty nas prowadzisz.

-  Och,  niech  ci  będzie.  No  cóż,  nic  się  nie  zmieniło.  Wciąż  nie  widzę  żadnych  wejść  ani  otworów

oprócz  tych,  za  którymi  biegną  szyby  wentylacyjne  w  ścianach  tunelu.  A  czego  właściwie  się
spodziewasz?

-  Jak  się  zapewne  domyślasz,  ten  tunel  wydrążyli  Lenia-nie  -  powiedział  Gondal.  -  Naturalnie,  nie

posługiwali się żadnymi znanymi nam urządzeniami. Zwróć uwagę, że nawet sklepienie i ściany wyłożyli
niezwykłym materiałem, który przetrwał tyle wieków w niezmienionym stanie. Miałem cichą nadzieję, że
może  znajdziemy  ich  broń,  pozostawioną  kiedy  odlatywali  stąd  w  wielkim  pośpiechu.  A  może
nawet  gwiezdny  statek  albo  inny  pojazd?  Sss-sss-sss!  Zachowuję  się  trochę  jak  dziecko,  które  znalazło
się  w  tarapatach.  Liczę  na  jakiś  cud,  który  nas  uratuje.  Geegee,  a  może  ty  wiesz  jeszcze  coś,  czym
zechciałbyś się podzielić z nami? Zapewne twój lud zna legendy o zamierzchłych czasach, kiedy planetę
okupowały inne istoty.

-  Nie  ma  takich  legend,  Onsjaninie  -  odparł  ipsisumoedanin.  -  Są  jednak  w  różnych  miejscach

planety  ruiny  prastarych  budowli.  Nieopodal  łańcucha  wznoszących  się  w  północnej  części  tego
kontynentu  wygasłych  wulkanów  znaj  duj  e  się  instalacja,  z  której  prawie  nic  nie  zostało.  Możemy
się  tylko  domyślać,  że  z  zalegającej  na  powierzchni  magmy  wydobywano  tam  coś,  co  ty  nazywasz

background image

„rozszczepialnym  materiałem”.  Ale  od  czasów,  kiedy  go  wydobywano,  upłynęło  wiele,  wiele  tysięcy
cykli.  Dopiero  kiedy  na  powierzchni  Shanny  wylądowali  Vredanie,  nauczyliśmy  się  od  nich  mowy
Lenian i poznaliśmy trochę niektóre gałęzie wiedzy, a wśród nich archeologię. Przedtem byliśmy istotami
prymitywnymi i zacofanymi. - Geegee zachichotał. - Jeszcze bardziej niż teraz.

- Wielka szkoda - mruknął zawiedziony Gondal. - No cóż, jestem pewien, że byli tu kiedyś Lenianie,

zaczynam  się  jednak  obawiać,  że  w  tych  tunelach  niczego  ciekawego  dla  nas  nie  znajdziemy!
Pokonaliśmy do tej pory co najmniej kilka kilometrów, ale nie natknęliśmy się na nic, co zachęcałoby do
dalszej  wędrówki.  Jeżeli  wewnątrz  tej  góry  naprawdę  znajduje  się  coś  ciekawego,  do  tej  pory
powinniśmy byli…

Cichy okrzyk Vince’a przerwał mu nagle tę tyradę.
-  Może  tracisz  nadzieję  zbyt  wcześnie  -  powiedział  Cullow.  -  Widzę,  że  tunel  biegnie  teraz  przez

mniej więcej sto metrów prosto jak strzelił. Dostrzegam też inne, które odchodzą na boki. Prosto przed
nami  znajduje  się  jakaś  komnata,  a  w  niej…  są  chyba  różne  dziwne  przedmioty.  To  właśnie  stamtąd
promieniuje najbardziej intensywna poświata. Czy naprawdę niczego nie widzicie?

Zapadła absolutna cisza, jeżeli nie liczyć szmerów oddechów uczestników wyprawy.
-  Teraz,  kiedy  wiem,  gdzie  patrzeć  -  odezwał  się  w  końcu  cicho  Gondal  -  chyba  naprawdę  widzę,

a może tylko wyobrażam sobie zarysy jakichś przedmiotów.

Chwilę później rozległ się cichy stuk i syczenie, jakby Onsjanin pospiesznie zaczerpnął z pojemnika

na plecach haust mieszanki oddechowej.

-  Od  tego  momentu  zatem  zachowujemy  pełne  milczenie  -  powiedział.  -  Vinsie  Kul  Lo,  doprowadź

nas do wejścia tej sali, ale zanim tam wejdziesz, zajrzyj ostrożnie do środka.

background image

15

P

rzekonani,  że  na  razie  nie  zagraża  im  żadne  niebezpieczeństwo,  uczestnicy  wyprawy  weszli

do  komnaty  i  przystanęli  zaraz  za  progiem.  Vince  zastanawiał  się,  czyjego  partnerzy,  nie  widząc
w  ciemnościach  niemal  niczego  i  czekając,  aż  on  im  opisze  to,  co  się  tu  znajduje,  odczuli  podobny
zachwyt i lęk, jakie go ogarnęły.

W wyglądzie stojących pod jedną ścianą urządzeń nie było właściwie niczego, co mogło wywoływać

takie emocje. Vince zdał sobie po chwili sprawę, że największy podziw budzi w nim ogrom czasu, jaki
upłynął,  odkąd  to  pomieszczenie  opuścili  jego  budowniczowie.  Możliwe  też,  że  niepokój  był  reakcją
na przedmioty zupełnie mu nieznane; nie miał najmniejszego pojęcia, czym było to, na co spoglądał.

Do czego mogło służyć, na przykład, dziwaczne skupisko złączonych ściankami półprzezroczystych

sześcianów wielkości piłki do gry w koszykówkę? Było ich co najmniej sto. Tworzyły wydłużoną bryłę
o  nieregularnych  kształtach  wyglądającą  jak  olbrzymi  robak.  Wrażenie  potęgowała  klatka,  w  której
spoczywała.  Sporządzono  ją  ze  splecionych  luźno  i  krzyżujących  się  pod  różnymi  kątami  cienkich
drutów.

Jaką  funkcję  mogła  pełnić  zawieszona  poziomo  pod  samym  sklepieniem  plaska  tarcza  o  prawie

dwumetrowej  średnicy  z  rozmieszczonymi  w  nieregularnych  odstępach  otworami?  Wokół  jej  krawędzi
owijało się coś podobnego do skomplikowanej zwojnicy z grubego drutu albo rurki.

Do  czego  służyła  szara  kula  o  średnicy  trzech  metrów,  na  której  powierzchni  wyryto  w  różnych

miejscach  jakieś  linie  albo  znaki,  wspierająca  się  na  trzech  prowadnicach  tocznych,  przytwierdzonych
do  górnej  powierzchni  prostopadłościennej  konstrukcji?  A  te  dwadzieścia  kilka  usytuowanych
na końcach skręconych rurek elektrod, które kierowały się w stronę szarej kuli?

Vince  uświadomił  sobie  nagle,  że  kula  mogła  symbolizować  jakąś  planetę  w  rodzaju  Shanny,

a elektrody służyły do oświetlania różnych punktów - oczywiście, pod warunkiem, że kula mogłaby się
obracać.  Elektrody  mogły  też  napromieniowywać  kulę  nieznanym  rodzajem  energii,  a  może  służyły  i
do  odczytywania  informacji.  Wyryte  na  powierzchni  linie  zapewne  oznaczały  brzegi  mórz  lub
kontynentów…

Jeszcze bardziej tajemniczo wyglądała tablica z podłużnymi otworami, które wyglądały jak szczeliny

do  wrzucania  żetonów.  Nad  i  pod  szczelinami  widniały  dźwigienki  zwyczajnych  przełączników.
A  może…  Czyżby  otwory  służyły  do  wsuwania  leniańskich  monet?  Vince  doszedł  do  wniosku,  że
to możliwe, znajdował się jednak zbyt daleko, żeby odczytać wyrazy leniańskiego pisma widniejące pod
wszystkimi szczelinami.

Nad  otworami  i  górnymi  przełącznikami  biegły  dwa  rzędy  podobnych  do  zegarów  okrągłych

wskaźników, które w przeciwieństwie do reszty urządzeń wyglądały zupełnie swojsko. Co jednak mogły
pokazywać albo rejestrować?

W pewnej chwili Vince usłyszał pełen niepokoju syk Gondala.
- Na przestworza wszechświata, Kul Lo! - wybuchnął Onsjanin. - Opowiedz nam, co widzisz!
Ziemianin odetchnął głęboko.
- No cóż… - zaczął niepewnie.
W  tej  samej  chwili  Geegee  zachichotał,  sięgnął  do  wiszącej  na  pasie  torby  i  wyciągnął  z  niej  coś,

co  wyglądało  jak  bardzo  duża  zapałka.  Obrócił  się  i  przejechał  końcem  przedmiotu  po  ścianie.  Musiał
jednak powtórzyć zabieg, gdyż ściana okazała się zbyt gładka i śliska. Dopiero kiedy mocniej przycisnął
do niej „zapałkę”, rozbłysnął jaskrawy płomień.

-Nie przypuszczam, Gondalu, żeby światło tej pochodni zdołały zarejestrować elektroniczne czujniki,

których tak się obawiasz - powiedział.

- Sss! - ucieszył się Onsjanin. - Bardzo dobrze! Macie może ich więcej?

background image

Dwaj  ipsisumoedańscy  wojownicy  wyjęli  takie  same  pochodnie  i  także  j  e  zapalili.  Cała  grupa

ruszyła  w  głąb  sali  niby  płynąca  wyspa  światła.  W  pewnej  chwili  Gondal  przykucnął  i  zaczął  głośno
oddychać.

-  Na  niebiosa!  -  wykrzyknął.  -  To  musiała  być  kiedyś  sterownia.  To  stąd  kierowano  pracą

niewiarygodnie wielu urządzeń i przyrządów. Popatrzcie tylko na te przełączniki i wskaźniki. - Onsjanin
wziął z rąk Geegee pochodnię, a potem odwrócił się i ruszył w stronę szarej kuli. - Spójrzcie, to globus-
mapa!  -  wykrzyknął  podniecony.  -  Kto  wie,  co  na  nim  wyświetlano  i  jakie  obrazy  obserwowano  z  tego
miejsca?

W końcu Vince powiódł wszystkich ku dziwnemu skupisku sześcianów.
- Jak myślicie, do czego służyły? - zapytał.
Gondal syczał niepewnie jakąś minutę, a potem wydal nagle ciężkie westchnienie.
-  Na  przestworza!  -  wykrzyknął  -  To  może  być…  Tak,  jestem  gotów  przysiąc…  Założę  się

o  wszystko,  że  to  model  leniańskiego  imperium!  Nie  tylko  w  naszej  komórce,  ale  w  całej  galaktyce.
Z  pewnością  każdy  sześcian  -  czy  naprawdę  upadliśmy  na  głowy,  przypuszczając,  że  komórki  mają
kształt  kuli?  -  reprezentuje  jedną  komórkę.  Każdy  mógł  być  oświetlony;  może  nawet  dawało  się
oświetlać  wiele  równocześnie,  by  wskazywać  określone  miejsca,  kiedy  docierały  przesyłane  głosem
wiadomości…

-  A  dlaczego  umieszczono  ją  w  tak  delikatnej  klatce?  -zapytał  Vince.  -  Czyżby  te  druty  miały

oznaczać otaczające galaktykę pole energetyczne albo coś w tym rodzaju?

-  Hm?  Ach,  chodzi  ci  o  te  cewki  -  domyślił  się  Gondal.  -Zwróć  uwagę,  że  widzimy  trzy  zestawy,

a  każdy  jest  usytuowany  w  przestrzeni  pod  kątem  dziewięćdziesięciu  stopni  względem  pozostałych.
Przepuszczając  przez  jedną,  dwie  albo  trzy  takie  cewki  prąd  o  odpowiednim  natężeniu,  można
było  oświetlać  dowolny  róg  każdego  sześcianu.  A  może  chodziło  tylko  o  możliwość  odczytywania
z oświetlonych miejsc potrzebnych informacji? Rozejrzyj się. Czy widzisz coś, co wygląda jak broń albo
zbrojownia?

- Nie, ale widzę otwór następnego tunelu. Wychodzi z tej sali, tam, po twojej lewej stronie.
Onsjanin spojrzał w przeciwległy kraniec sali, ale panowały tam nieprzeniknione ciemności i niczego

nie zauważył.

- Chodźmy tam! - powiedział. - Zgaście jednak pochodnie. A ty, Vinsie Kul Lo, prowadź nas znowu.
Vince  wysunął  się  na  czoło  grupy.  Po  kilku  sekundach  przebywania  w  następnym  odcinku

mrocznego tunelu jego oczy ponownie przywykły do ciemności. W słabej poświacie, jaka nadal sączyła
się z głębi, znów widział wszystko ostro i wyraźnie. Także i ten tunel zakręcał na początku dwukrotnie
pod  kątem  dziewięćdziesięciu  stopni.  Zapewne  i  w  tym  wypadku  chodziło  o  ochronę  przed
podmuchami możliwych eksplozji. A potem Vince ujrzał w oddali drugą komnatę.

- Zaczekajcie - odezwał się do pozostałych. - Sam ją zbadam.
Minutę  później  stal  na  progu  owej  sali,  tak  ogromnej,  że  w  porównaniu  z  nią  poprzednia  wydawała

się  wręcz  mała.  Uświadomił  sobie,  że  drży  z  podniecenia.  Jeżeli  pierwsza  sala  mogła  być  czymś
w  rodzaju  ośrodka  łączności,  ta  z  pewnością  pełniła  funkcję  ogromnego  lądowiska!  A  pośród
wielu  innych  przedmiotów  -  był  tu  także  następny  model  leniańskiego  imperium  -  Vince  zobaczył
zapomniany, a może celowo pozostawiony gwiezdny statek.

Płonące pochodnie tworzyły oazę światła. Stojący pośrodku niej Gondal i Geegee wpatrywali się jak

urzeczeni  w  wielką,  podobną  do  klatki  konstrukcję,  z  której  różnych  punktów  kierowały  się
ku  leniańskiemu  statkowi  ogromne  elektrody.  Sam  statek,  niewyraźnie  oświetlony  migotliwym
blaskiem  pochodni,  spoczywał  w  zagłębieniu  podobnym  do  płytkiej  kołyski.  To  chyba  właśnie  tam
skupiały się kiedyś strumienie energii ze wszystkich elektrod (jeśli elektrodami były te wystające grube
pręty).

background image

Vince,  odsunąwszy  się  trochę  na  bok  w  obawie,  że  zbyt  jaskrawy  blask  może  zaszkodzić  jego

zmodyfikowanym oczom, stanął w zagłębieniu między ścianą a grubą kamienną kolumną, która wznosiła
się  do  samego  sklepienia.  W  podstawie  kolumny  zauważył  drzwi,  ale  przekonał  się,  że  są  zamknięte.
Czyżby  w  kolumnie  mógł  się  mieścić  szyb  dźwigu  albo  windy?  Taka  możliwość  zaniepokoiła  go,
głównie  dlatego,  że  z  dołu  wciąż  docierały  dziwne  odgłosy.  Zaraz  po  wejściu  do  tej  ogromnej  sali
usłyszał donośny trzask, a po nim głuchy łomot.

Pięciu  wojowników  Geegee  podeszło  cicho  do  wylotu  tunelu.  Zgasili  pochodnie  i  zajęli  miejsca

po  obu  jego  stronach.  Vince  widział,  że  rozglądali  się  po  pogrążonej  w  mroku  sali,  widział  też,  że  gdy
docierali  wzrokiem  do  miejsca,  w  którym  stal,  nie  byli  w  stanie  go  dostrzec,  i  od  razu  poczuł
się bezpieczniej.

Nagle  z  dołu  doleciał  jeszcze  jeden  trzask  i  gruba  kolumna,  o  którą  się  opierał,  wyraźnie  zadrżała.

Instynktownie  odskoczył  w  bok,  ale  w  następnej  chwili  pochylił  się,  przyłożył  do  niej  ucho  i  zaczął
nasłuchiwać.

Usłyszał  kilka  zgrzytów  i  cichy  odgłos  osypujących  się  odłamków  skal  albo  kamieni.  Być  może,

pomyślał,  w  kolumnie  naprawdę  mieści  się  szyb  windy,  a  członkowie  załóg  statków  Zarpiego,  usiłując
się  dostać  do  środka,  w  tej  chwili  wiercą  otwory  w  ścianach,  usuwają  odłamki  skal  albo
celowo  zalewają  szyb  płynnym  betonem.  Jeśliby  tak  było,  mogli  wkrótce  pojawić  się  w  tej  ogromnej
komnacie!

Vince spojrzał na Gondala. Onsjanin powoli obchodził wielką klatkę, potykając się co krok o zwoje

grubych  kabli  i  wpatrywał  się  w  spoczywający  w  niej  gwiazdolot.  Statek  składał  się  z  czterech,  nie,
z  pięciu  segmentów.  Każdy  miał  kształt  pękatego  cylindra  o  długości  trzech  i  średnicy  dziesięciu
metrów. Cylindry łączyły się płaskimi powierzchniami, a cały statek spoczywał na boku niemal zupełnie
poziomo.

Na  bliższym  końcu  statku,  który  było  widać  całkiem  wyraźnie,  znajdowały  się  przesuwane  drzwi

albo klapa włazu o wielkości i kształcie poprzecznego przekroju tunelu. Z miejsca, w którym stał, Vince
widział, że mniej więcej na wysokości jego głowy widniała w tej klapie pozioma szczelina. Nie dostrzegł
jednak żadnych klamek ani uchwytów.

Gondal  obchodził  wokoło  na  czterech  giętkich  nogach-mackach  wielką  klatkę,  trzymając  w  górze

pochodnie  i  syczał  bardzo  podniecony.  Vince  pomyślał,  że  Onsjanin  bez  trudu  zdołałby  się  przecisnąć
między prętami klatki, ale zapewne powstrzymywała go od tego przezorność.

Poza tym dostrzegł coś w rodzaju otworu wejściowego, a umieszczony obok panel sprawiał wrażenie

stanowiska kontrolnego. Na pulpicie widział tarcze wielu wskaźników i dźwigienki przełączników.

Z  pewnością  było  jednak  zbyt  ciemno,  żeby  Onsjanin  zdołał  dostrzec  pięć  innych,  ustawionych

rzędem, nieco dalej, identycznych klatek z płytkimi kołyskami. Wszystkie były jednak puste.

Vince  poczuł  się  trochę  zawstydzony,  że  kryje  się  jak  szczur  w  ciemnym  kącie,  więc  gdy  zobaczył,

że  Gondal  zmierza  w  stronę  stanowiska  kontrolnego  pierwszej  klatki,  oderwał  plecy  od  kamiennej
ściany, podszedł do Onsjanina i stanął obok niego.

-No dobrze - powiedział, wpatrując się w pradawny statek - więc uważasz, że kiedy odlatywali, ten

właśnie  pozostał.  Ale  dlaczego?  Możliwe,  że  Lenianie  zostawili  go  tu  celowo.  W  takim  razie,  klatka
i  elektrody  wciąż  jeszcze  mogą  przesiać  go  gdzie  indziej.  Przypuśćmy,  że  nasza  sytuacja  stanie  się  tak
rozpaczliwa,  iż  zdecydujemy  się  wejść  na  pokład  i  odlecieć.  Tylko  dokąd?  Jak  zamierzasz
go pilotować?

Gondal przykucnął na chwilę i chyba wsłuchiwał się w dobiegające z dołu dźwięki.
- Wydaje mi się, że jednak zdołałem odgadnąć to i owo -odezwał się w końcu. - Chodź, przyjrzyj się

temu  pulpitowi.  Zwróć  uwagę  na  podobną  do  okienka  szczelinę.  Jeżeli  pokręcisz  gałką,  pojawiają  się
w niej różne napisy. Czy nie sądzisz, że są to nazwy miejsc, do których mógł kiedyś polecieć ten statek?

background image

Starając się nie okazywać podniecenia, Vince wzruszył ramionami.
-  Jasne,  tak  to  wygląda  -  przyznał  niechętnie.  -  Przechodziłem  kilkakrotnie  obok  wyposażonych

w  podobne  panele  innych  klatek  i  w  takich  samych  szczelinach  pojawiały  się  identyczne  nazwy.  Nie
sądzę jednak, że to nazwy możliwych celów podróży. A nawet, gdyby nimi były, co mogłyby oznaczać?
Inne  miasta,  które  już  dawno  zniknęły  z  powierzchni  tej  planety?  Inne  planety  tej  komórki  galaktyki?
A  może…  nawet  inne  komórki,  może  Lenianie  mieli  odrębne  nazwy  dla  wszystkich  komórek.  Tak  czy
owak, czy naprawdę uważasz, że pokręcenie tą gałką i wybranie jakiejś nazwy mogłoby określić, dokąd
statek poleci?

-  Sss!  Dlaczego  nie?  Tym  bardziej  że  kiedy  kręcę  tą  gałką,  czuj  ę  lekki  opór,  słyszę  także

dobiegające  z  wnętrza  panelu  ciche  trzaski,  jakby  wciąż  jeszcze  działały  tam  prastare  przekaźniki.  -
Gondal obrócił obie wężowe głowy w stronę Vince’a - Nie rozumiem, dlaczego wątpisz w to, że nazwy
w tych okienkach mogą oznaczać cele podróży?

Vince zmarszczył brwi i popatrzył na Onsjanina.
-No cóż, czy nie słyszałeś takiego cytatu: „Wolamia wygrzewa się leniwie pod swoją lampą. Kiedy

lampa  zostanie  zgaszona,  Wolamia  przypasze  broń  i  przysposobi  się  do  walki”?  Czy  „Wolamia”  brzmi
tu jak nazwa jakiegokolwiek miejsca? Nie sądzę.

Gondal pokręcił niepewnie obiema głowami.
-  To  chyba  nie  jest  zbyt  przekonujący  argument.  Czy  na  twojej  planecie  nie  istnieją  słowa,  które

oznaczają  zarówno  miejsca,  jak  i  imiona  osób?  A  może  nawet  mitycznych  bohaterów?  O  ile  dobrze
pamiętam, na mojej Onsji istnieje nawet wyspa o nazwie Gondal. Niewielka, ale na tyle duża, że figuruje
prawie na wszystkich mapach.

-  No  cóż,  może  masz  rację.  Ale…  Istnieje  jeszcze  problem  energii.  Jak  myślisz,  od  jak  dawna  ten

statek spoczywa tutaj? Czy rzeczywiście przypuszczasz, że…

-Na  niebiosa!  -  przerwał  mu  zniecierpliwiony  Gondal.  -  Wiele  wykopanych  leniańskich  urządzeń

miało  prawie  nie-uszczuplone  zapasy  energii.  Do  dziś  ich  sposób  magazynowania  energii  stanowi
wyzwanie i nierozwiązywalną zagadkę dla naukowców. Ta góra - sam nam to powiedziałeś -promieniuje
słabą  poświatą,  co  oznacza,  że  gdzieś  w  jej  środku  znajduje  się  źródło  jakiejś  nieznanej  energii.
Według  mnie,  wszystko  jest  jasne.  Kiedy  Lenianie  opuszczali  Shannę,  pozostawili  jeden  w  pełni
wyposażony  i  przygotowany  do  lotu  gwiezdny  statek  dla  ewentualnych  maruderów.  Z  pewnością
zaopatrzyli go we wszystko, co potrzebne. Określili także, dokąd ma polecieć. Owi maruderzy nigdy się
tu nie zjawili. Pomyśl tylko, Vinsie Kul Lo! Czy Zarpi, porywając Akorrę i przywożąc ją na Shannę, nie
miał  przypadkiem  na  uwadze  pewnego  szczególnego  celu?  Co  kilka  sekund  z  dołu  napływają  odgłosy,
które  wprawiają  nas  w  coraz  większy  niepokój.  Sądząc  po  nich,  Zarpi  stawia  wszystko  na  jedną  kartę.
Zauważ,  że  nawet  nie  starał  się  złupić  skarbca  Vredan  i  umknąć.  Czyżby  więc  się  domyślał,  na  co
może się natknąć w tej pieczarze?

Vince westchnął ciężko.
-  No  dobrze,  zgadzam  się,  że  istnieje  taka  możliwość.  A  więc  my  go  wyprzedziliśmy  i  pierwsi

dotarliśmy  tutaj,  możemy  zatem  zabrać  ten  statek.  Ty  jesteś  piratem,  nie  ja.  Weź  ten  statek,  a  ja  bez
słowa protestu przyłączę się do ciebie. Zacznij od otwarcia włazu.

Gondal ponuro zwiesił obie głowy.
- Z tym, muszę przyznać, może być pewien problem -mruknął. - Jeżeli jednak będziemy mieli trochę

czasu, żeby obejrzeć i zbadać…

-  Jasne,  jasne  -  przerwał  mu  obcesowo  Vince.  -  Zbadajmy  wszystko,  co  konieczne.  Dobrze  widzę

w  zupełnej  ciemności,  mogę  więc  rozejrzeć  się  trochę  po  tej  sali.  Możliwe,  że  znajdę  coś  ciekawego,
na  przykład  zapomnianą  broń.  Ty  tymczasem  postaraj  się  zorientować,  jak  można  to  wszystko
uruchomić. Zgoda?

background image

-  Mówisz  całkiem  logicznie,  Vinsie  Kul  Lo  -  powiedział  Onsjanin.  -  Trochę  jednak  rozczarowuje

mnie twój pesymizm.

Vince wzruszył ramionami, odwrócił się i bez słowa odszedł. W ciągu następnych trzydziestu minut

znalazł wiele ciekawych przedmiotów, ale domyślał się przeznaczenia tylko kilku, a żaden nie wydawał
się  mu  użyteczny  w  obecnej  sytuacji.  Nagle  usłyszał  wyjątkowo  głośny  huk  i  poczuł,  że  posadzka
komnaty wyraźnie zadrżała. Gondal głośno zasyczał.

-  Są  chyba  całkiem  blisko  -  oznajmił.  -  Słyszysz  ten  chrobot?  Musieli  przedostać  się  do  szybu

windy.  -  Wyciągnął  rękę—mackę  w  stronę  Ziemianina.  -  Nie  masz  żadnej  broni,  Vinsie  Kul  Lo.  Stań
lepiej za mną!

Vince odsunął się od Onsjanina.
- Mam moje oczy - powiedział. - Ukryj się gdzieś. Z początku będą mieli zapewne tylko jedno albo

dwa źródła światła, więc spróbuję…

Gdzieś  w  dole,  ale  całkiem  blisko,  rozległ  się  dziwny  dźwięk,  jakby  skrzypnięcie  prastarych

zawiasów. Chwilę później dal się słyszeć trzask, a po nim cichy chrobot i pomruk, zupełnie jakby…

Tak, jakby w górę szybu zaczęła sunąć kabina windy!
Vince  podbiegi  do  najbliższej  masywnej  konstrukcji  -prostopadłościanu,  na  którym  wspierała  się

szara kula. Wcisnął się w kąt za nią, przykucnął i zamarł w oczekiwaniu.

Ogromna  sala  tonęła  w  ciemnościach,  ale  Vince  wyczul  nagle,  że  w  powietrzu  unosi  się  jeszcze

zapach pochodni. Niech to licho! Było już jednak za późno, żeby się tym przejmować. Jeżeli będą mieli
szczęście,  może  nikt  z  podwładnych  Zarpiego  nie  zwróci  na  to  uwagi.  A  może  nessańscy  piraci  dojdą
do wniosku, że j est to woń przegrzanych pradawnych smarów?

Rozejrzał  się  szybko  wokoło.  Nigdzie  nie  dostrzegł  żadnego  ipsisumoedanina,  ale  zobaczył

wychylającą  się  zza  jakiejś  osłony  jedną  z  wężowych  głów  Gondala;  pirat  wodził  oczami  to  w  tę,  to  w
tamtą  stronę,  usiłując  coś  dostrzec  w  mroku.  Na  widok  tego  Vince  poczuł,  że  wzbiera  w  nim  gniew
na Onsjanina. Powiódł wszystkich prosto w taką pułapkę…

Dobiegające  z  wnętrza  kamiennej  kolumny  dźwięki  ucichły  nagle.  Po  chwili  Vince  usłyszał  jakieś

dziwne  odgłosy  i  szepty.  Rozległ  się  cichy  skrzyp  i  oba  skrzydła  drzwi  zaczęły  się  rozsuwać.  Vince
usłyszał nessańskie przekleństwo, a potem inny głos - rozpoznał głos Zarpiego - uciszył ten poprzedni.

W  końcu  drzwi  windy  się  rozsunęły  i  z  kabiny  wyszedł  jakiś  Nessanin.  Trzymał  gruby  i  krótki

karabin  rozrywający.  Odszedł  na  bok  i  przywarł  plecami  do  kamiennej  kolumny,  czekając,  aż  z  kabiny
wyjdzie drugi pirat. Obaj znieruchomieli na kilka sekund i wodzili dookoła niewidzącymi oczyma.

Nagle z kabiny doleciał stłumiony głos Zarpiego. Nessanin mówił coś do mikrofonu komunikatora.
-Znajdujemy  się  na  wyższym  poziomie,  chyba  w  jakiejś  komnacie.  W  powietrzu  unosi  się  dziwna

woń,  być  może  to  zapach  maszyn,  a  może  napłynęła  ze  świeżym  powietrzem  z  góry.  Z  pewnością
ci przeklęci Chullwejowie wpuścili do tunelu ładunki zapalające. Niech kilku się rozejrzy, może uda się
wam przedostać do nas w inny sposób, ale reszta niech się nie oddala od szybu windy.

Vince drgnął. A więc kabina windy była zbyt mała, by mogło się w niej pomieścić więcej niż kilku

piratów naraz! Widział jednak w rękach nessańczyków dwa karabiny rozrywające i wiedział, jak potrafi
działać ta broń. Użyta w zamkniętej przestrzeni mogłaby…

Naraz drzwi windy otworzyły się jeszcze szerzej i z kabiny wyszła oszołomiona Akorra. Potknęła się

na progu, ale nie upadla. Tuż za nią pojawił się Zarpi. Jedną ręką przytrzymywał badaczkę za ramię, a w
drugiej ściskał jakiś pistolet.

- Nie ruszaj się - rzucił ostrym głosem.
Nessanka  usłuchała.  Znieruchomiała  i  lekko  się  chwiejąc,  wodziła  niewidzącymi  oczami

po pogrążonej w ciemności sali.

Zarpi schował pistolet do kabury i wyjął z kieszeni latarkę.

background image

- Uważajcie! - warknął do strażników.
Drzwi  za  jego  plecami  zaczęły  się  zasuwać,  co  mogłoby  oznaczać,  że  windą  nie  przyjechał  nikt

więcej.  Gdyby  tak  było  naprawdę,  czwórka  Nessan  zostałaby  na  jakiś  czas  odcięta  od  pozostałych!
Jednakże,  w  każdej  chwili  piraci  mogli  otworzyć  drzwi,  wskoczyć  do  kabiny  i  zjechać  z  powrotem
na niższy poziom.

Zarpi  zapalił  nagle  latarkę.  Jej  blask  o  mało  nie  oślepił  Vince’a;  odruchowo  odwrócił  głowę,  mimo

to  dostrzegł  kątem  oka,  że  strumień  światła  wędruje  powoli  w  górę  po  przeciwległej  ścianie  komnaty.
Po  chwili  spoczął  na  sklepieniu,  które  znajdowało  się  o  wiele  wyżej,  niż  można  by  się  spodziewać,
zatrzymał się na chwilę, po czym powędrował dalej.

Kiedy  w  końcu  padł  na  pierwszą  ogromną  klatkę,  wszyscy  trzej  nessańscy  korsarze  zamarli

z  wrażenia  z  rozdziawionymi  ustami.  Akorra  wydała  niezrozumiały  okrzyk.  Z  jej  dłoni  wypadł  krążek
o piętnastocentymetrowej średnicy i z cichym brzękiem potoczył się po posadzce.

W tej samej chwili, w świetle latarki zabłysły groty ipsisumoedańskich włóczni.
W  następnym  ułamku  sekundy  rozpętało  się  prawdziwe  piekło.  Kilka  włóczni  odbiło  się

od kamiennej kolumny, dźwięcząc przeraźliwie. Nessańscy piraci krzyknęli zaskoczeni i skierowali lufy
rozrywających  karabinów  w  stronę,  z  której  nadleciały  włócznie.  Zarpi  zaklął  po  nessańsku  i  odrzucił
zapaloną latarkę tak daleko, jak potrafił, a potem skoczył w tym samym kierunku, w którym potoczył się
upuszczony  krążek.  Latarka  zatoczyła  luk,  upadla  na  posadzkę,  ale  nie  zgasła,  potoczyła  się  po  niej,
a strumień jej światła przesunął się po fragmentach jakiejś maszynerii.

Obaj  strażnicy  padli  obok  półprzymkniętych  drzwi  windy.  Grot  włóczni  przeszył  jednemu  pierś,  ale

drugi, mamrocząc coś z wściekłości i bólu, obrócił się na bok, wsparł na łokciu, przycisnął spust broni
i  zatoczył  lufą  spory  luk.  Struga  ognia  przetoczyła  się  po  jednej  z  pustych  klatek.  Metal  zapiszczał
i  rozjarzył  się  wiśniowym  blaskiem.  Ogień  musiał  także  trafić  w  trój  wymiarową  mapę  komórek
galaktyki,  gdyż  pewna  część  konstrukcji  raptownie  zmieniła  kształt,  kilka  jej  fragmentów  spadło
na posadzkę. Z lufy pistoletu Gondala wystrzelił cienki jak ołówek strumień energii, który przeszył tors
rannego Nessanina. Pirat wrzasnął, upadł na plecy i znieruchomiał.

Vince  ruszył  w  stronę  Zarpiego,  który  -  macając  na  oślep  po  posadzce  -  usiłował  odnaleźć

upuszczony  przez  Akorrę  krążek.  Cullow  starał  się  poruszać  cicho,  Zarpi  musiał  jednak  usłyszeć  jego
kroki, gdyż obrócił się i wyciągnął broń z kabury. Vince zdał sobie sprawę, że w sali zrobiło się na tyle
jasno, iż Nessanin widzi go całkiem dobrze. Ujrzał, że pirat kieruje lufę broni w jego stronę. W ostatniej
chwili uskoczył w bok i kule wbiły się w coś za jego plecami.

Na  chwilę  ogłuszony  i  oślepiony,  rzucił  się  szczupakiem  na  leżący  krążek.  Chwycił  go  jak  piłkę

obiema dłońmi i przeto-czyi się po posadzce. Obrócił głowę i zauważył, że ipsisumoedańscy wojownicy
wyłaniają się z kryjówek. Strzygąc uszami-mackami, wszyscy starali się zachowywać jak najciszej.

Zarpi  zdążył  już  wstać  i  z  wyciągniętymi  przed  siebie  rękoma  zaczął  biec  po  omacku  w  stronę

windy.  Vince  rzucił  się,  żeby  zastąpić  mu  drogę,  ale  Nessanin  namacał  uchwyty  drzwi,  rozepchnął  je  i
przecisnął się do ciemnej kabiny.

W  następnej  chwili  w  skrzydło  zamykających  się  drzwi  trafił  cienki  strumień  energii  z  pistoletu

Gondala.  Pozostawił  ognistą  linię,  ale  było  już  za  późno.  Vince  usłyszał,  że  kabina  windy  zaczyna
zjeżdżać  na  niższy  poziom.  Ktoś  -  Vince  domyślił  się,  że  Geegee  -  podniósł  latarkę  i  skierował
strumień  światła  na  drzwi  windy.  Cullow  usiłował  rozsunąć  drzwi  na  boki,  ale  na  próżno.  Usłyszał,  że
Zarpi coś krzyczy do mikrofonu komunikatora.

Rozległ się cichy trzask i pochodnie zapłonęły znowu.
Vince odwrócił się i zobaczył, że ipsisumoedanie kierują się ku kamiennej kolumnie, aby odzyskać

włócznie. Kołysząc ostrożnie wężowymi głowami, Gondal stal obok Akorry, która oszołomiona, zastygła
na posadzce w pozycji na czworakach.

background image

Vince podszedł do Nessanki.
- Pozwól, że ci pomożemy - odezwał się po leniańsku.
Akorra zgodziła się apatycznie. Dotknąwszy jej porośniętej sierścią ręki, Vince poczuł jednocześnie

odrazę  i  dziwny,  zaskakująco  przyjemny  dreszcz.  Nessanka  stała  teraz,  dość  niepewna,  obok  niego
i  jakby  rozglądała  się  po  komnacie.  W  pewnym  momencie  jej  oczy  spoczęły  na  trójwymiarowej  mapie
i rozszerzyły się nagle.

- Komórki! - zawołała. - Mapa komórek!
Gondal szarpnął Vince’a za rękę.
- Czy go trafiliśmy? - zapytał podniecony. - Jest ranny?
Vince wzruszył ramionami.
- Może drasnęła go jakaś włócznia. Nie mam pewności, wydaje mi się jednak, że nic więcej mu się

nie stało - odparł i odwrócił się do Akorry.

Nessanka spojrzała na niego, ale nadal sprawiała wrażenie oszołomionej i jakby zdziwionej.
-Kto… co… - zaczęła.
Vince pokazał jej krążek, który upuściła.
- Postaraj się skupić, Akorro - powiedział. - Czy ta rzecz… czy to klucz do włazu tego statku?
- Statku? - Nessanka zamrugała, jakby nie rozumiejąc, o czym Vince mówi.
Gdy  Vince  delikatnie  obrócił  ją  w  stronę  pełnej  klatki,  Akorra  spojrzała  na  nią  i  jej  oczy  znów

rozszerzyły się ze zdumienia.

-A zatem… a więc jednak to prawda! Pozostawili jeden, zanim odlecieli…
Chwiejąc się, ruszyła w tamtą stronę. Vince objął ją ramieniem, żeby nie upadla. Raz jeszcze niemal

zadrżał, kiedy poczuł porośniętą sierścią skórę istoty.

W końcu wszyscy uczestnicy wyprawy zgromadzili się obok zamkniętego włazu i w napięciu zaczęli

się  wpatrywać  w  klapę.  Vince  uniósł  krążek  na  wysokość  twarzy  i  zbliżył  do  szczeliny  w  klapie.
Upewnił  się  już,  że  w  małym  otworze  krążka  tkwi  leniańska  moneta.  Zapewne  była  to  jedna  z  tych
trzech, które sprzedał Zarpiemu.

- Pasuje do otworu, prawda? - zapytał. - Czy kiedy ją tam umieszczę, klapa się otworzy?
Nessanka westchnęła ciężko.
- Tak sądzę - powiedziała. - Chyba tak, ale…
- A to jest coś w rodzaju programu - ciągnął Vince, unosząc krążek jeszcze wyżej. - Programu, który

ma umożliwić dotarcie do określonego miejsca. Mam rację?

- Ja… to nie jest takie pewne - wyjąkała Akorra.
Gondal szturchnął Cullowa w bok.
- Czas ucieka - syknął niecierpliwie.
Ziemianin bez słowa wsunął brzeg krążka do szczeliny w klapie włazu i popchnął. Dopóki krążek nie

pogrążył  się  do  połowy,  stawiał  lekki  opór,  potem  jednak,  zapewne  pochwycony  przez  jakieś  pole
siłowe, obrócił się mniej więcej o dwadzieścia stopni i zniknął w otworze. Spłaszczony brzeg, w którym
nadal tkwiła leniańska moneta, wciąż było jednak widać w szczelinie.

Minęła  sekunda,  potem  druga.  Potem  rozległ  się  cichy  brzęk  i  jęk  prastarego  urządzenia.  Klapa

włazu  zaczęła  się  otwierać.  Z  wnętrza  trysnęła  struga  światła,  które  w  pierwszym  momencie  zupełnie
oślepiło Vince’a.

Gondal zaczął tańczyć z radości.
- Sss! Wchodzimy tam! Wchodzimy! - zawołał.
Geegee, którego ciało tylko z trudem zmieściło się we włazie, wziął na ręce Akorrę i przeniósł przez

próg  śluzy.  Tuż  za  nim  wszedł  Vince,  po  nim  Gondal,  mrucząc  coś  i  sycząc,  ostatni  wkroczyli,  jeden
po drugim, wojownicy Geegee.

background image

W  środku  Vince  dostrzegł  wewnętrzny  właz.  W  tej  chwili  klapa  była  otwarta.  Vince  zrozumiał,  że

weszli do śluzy. Pomieszczenie miało wymiary nieco mniejsze niż zewnętrzna średnica segmentu statku,
a  w  przeciwległej  ścianie  znajdował  się  właz  podobny  do  tego,  który  właśnie  otworzyli.  Po  sekundzie
i ten zaczął się otwierać.

Vince  spojrzał  w  głąb  statku  i  zobaczył  identyczne  segmenty,  połączone  takimi  samymi  śluzami.

Przeszedł  do  następnego.  Podobnie  jak  w  wejściowym,  stały  w  nim  szerokie  lawy  albo  kanapy.
Wszystkie miały zaokrąglone krawędzie i sprawiały wrażenie wyścielanych czymś miękkim.

Nagle z sufitu, choć nie było w nim widać żadnych otworów głośnikowych, wydobył się niski głos.

Ów  ktoś,  kto  mówił,  trochę  się  zacinał  i  miał  dziwny  akcent,  niepodobny  do  żadnego,  jakie  Vince
kiedykolwiek słyszał.

- Proszę o uwagę. Śluza zamknie się i automatycznie uszczelni za dwie minuty, jeżeli nikt temu nie

zapobiegnie. Transfer rozpocznie się minutę po uszczelnieniu śluzy.

Gondal raptownie uniósł obie wężowe głowy i wszystkimi czterema oczami wpatrzył się w sufit.
- Głos zdaje się dobiegać nie z jednego, lecz z wielu miejsc - zauważył.
- Tu tak samo - powiedział Vince, który znajdował się teraz w sąsiednim segmencie.
Odwrócił  się  i  czując  dziwny  ciężar  w  żołądku,  w  milczeniu  obserwował,  jak  powoli  zamknęła  się

najpierw  klapa  zewnętrznego  włazu,  a  potem  wewnętrznego.  Mimo  to  włazy  między  segmentami  statku
pozostały otwarte.

Gondal nerwowo zasyczał.
-  Mam  nadzieję,  że  po  tylu  tysiącleciach  uszczelnienie  nie  zawiedzie  -  powiedział.  -  Potrafię

wyobrazić  sobie  kilka  bardziej  romantycznych  sposobów  umierania  niż  ten,  jaki  byśmy  musieli  poznać
w przeciwnym razie!

background image

16

L

enianie wszystko zaplanowali i skonstruowali zdumiewająco starannie.

Fakt ten okazał się niezwykle istotny dla Vince’a i jego partnerów. Na przykład zaraz po tym, kiedy

włazy się uszczelniły, a tajemniczy głos z sufitu oznajmił, że znaj dują się w drodze do celu - co zresztą
potwierdziły napisy w okienkach pod rozmaitymi przyrządami - Vince z przerażeniem uświadomił sobie,
że  zapomnieli  w  ogóle  o  tym,  iż  muszą  przecież  coś  jeść!  Na  niebiosa!  Gdyby  pomyślał  o  tym
choćby  trochę  wcześniej,  z  pewnością  uznałby,  że  po  tylu  stuleciach  wszelka  żywność  pozostawiona
na pokładzie leniańskiego statku musiała się stać niejadalna, jeśli w ogóle dałoby się ją rozpoznać.

Okazało się jednak, że wszystkie części statku miały zamrażarki, a w nich - zachowane w idealnym

stanie  -  rzeczy  zdatne  dojedzenia.  Każdy  segment  wyposażono  także  w  urządzenia  do  automatycznego
podawania 

rozmrażania. 

Co 

więcej, 

na 

pokładzie 

było 

wszystko, 

czego 

mogliby

potrzebować  uczestnicy  wyprawy.  Vince  znalazł  ubrania,  narzędzia,  broń  ręczną,  środki  chemiczne
i  przyrządy,  a  nawet  rozmaite  surowce.  Pomyślał,  że  Lenianie  wszystko  przewidzieli  -  nawet  to,  że
pasażerowie statku mogą nie znać celu podróży.

Akorra  wciąż  spala;  postanowił  więc  porozmawiać  na  ten  temat  z  Gondalem.  Podszedł  do  niego

i spiorunował wzrokiem obie poruszające się niespokojnie wężowe głowy.

- Musiałeś mnie zahipnotyzować - zaczął z wyrzutem.
-  Inaczej  nigdy  byś  mnie  nie  namówił  do  wejścia  na  pokład  tej…  przemyślnej  trumny.  Z  tego,

co  dotąd  znaleźliśmy  na  pokładzie,  mogę  wnioskować,  że  mieli  nią  kiedyś  lecieć  osadnicy  z  zamiarem
skolonizowania nieznanej planety. Ten statek w niczym nie przypomina międzygwiezdnego ekspresu!

Onsjanin wsparł jedną głowę na ręce-macce i w zadumie spojrzał na Ziemianina.
- Nie zamierzam się z tobą sprzeczać - powiedział. - Przypomnij sobie jednak, że mogliśmy wybrać

jeden  z  wielu  uprzednio  zaprogramowanych  celów  podróży.  Wybraliśmy  ten,  który  -  jak  nam  się
wydawało  -  obrali  odlatujący  z  Shan-ny  Lenianie.  -  Urwał  na  moment  i  najwyraźniej  myślał  o  czymś
intensywnie.  -  Wciąż  jeszcze  nie  daje  mi  to  spokoju  -  podjął  po  chwili.  -  Nadal  się  zastanawiam,  czy
to naprawdę możliwe, by sam obrót gaiki podobnej do tej, jaka znajduje się na płycie czołowej prawie
każdego  radioodbiornika,  powodował  wybranie  przez  pokładowy  komputer  jednego  spośród  wielu
ustalonych zawczasu punktów docelowych.

-  Zanim  weszliśmy  na  pokład,  wydawało  mi  się,  że  nie  masz  co  do  tego  żadnych  wątpliwości  -

wybuchnął Vince.

Gondal  zwinął  mackę  oddechową,  przytknął  koniec  do  otworu  pojemnika  na  plecach  i  zanim

odpowiedział, zaczerpnął spory haust mieszanki gazów.

- To prawda - przyznał po chwili. - Pamiętaj jednak, że nie miałem wtedy wystarczająco dużo czasu,

żeby się nad tym głębiej zastanowić. Pozostaje jeszcze sprawa tego krążka, który miała Akorra. Na jego
widok zareagowałeś, jakbyś był pewien, że to klucz pozwalający dostać się na pokład statku. Zapewne
wiedziałeś,  że  zawiera  program  z  poleceniami  dla  pokładowego  komputera.  O  ile  dobrze
pamiętam,  Akorra  to  potwierdziła,  chyba  więc  jeszcze  nie  powiedziałeś  mi  wszystkiego,  czego  się
dowiedziałeś od Nessan, Vinsie Kul Lo.

Vince  wstał  z  miękkiej  lawy  (może  była  to  kanapa)  wyraźnie  nietkniętej  zębem  czasu  i  zaczął

niespokojnie  spacerować  po  segmencie  statku.  Wciąż  jeszcze  nie  mógł  przywyknąć  do  siły  ciążenia,
mniejszej niż panowała na Ziemi.

-  Nie  powiedzieli  mi  niczego  więcej  -  oznajmił  ponuro.  -  Pozwolili  mi  tylko  wziąć  do  ręki  kopię

takiego  krążka  i  może  dlatego  domyśliłem  się,  do  czego  służy.  Uważam  jednak,  że  potrzebny  był
zarówno zaprogramowany krążek, jak i zewnętrzny selektor wyboru celu podróży.

-  To  możliwe  -  zgodził  się  Onsjanin.  -  Może  jednak  selektor  i  otwór  czytnika  pełnią  odmienne

background image

funkcje,  niż  się  nam  wydaje?  Na  wielu  innych  planetach,  gdzie  zdarzyło  mi  się  lądować,  podobne
urządzenia  służą  do  wysyłania  informacyjnych  kapsuł  albo  informowania  personelu  kosmoportów  o
zbliżaniu się gwiezdnych statków.

-  Aha  -  mruknął  z  goryczą  Cullow.  -  A  zatem,  jeżeli  kiedykolwiek  wylądujemy  na  Wolamii  -  jeżeli

to naprawdę nazwa planety, a nie osoby - możemy się spodziewać zasadzki.

- Sss-sss-sss - zachichotał Gondal. - Po tylu tysiącach lat Wolamia może znajdować się w zupełnie

innym  miejscu.  Może  się  okazać,  że  trzeba  będzie  poszukać  innej  planety,  na  której  moglibyśmy  żyć  -
bez  względu  na  to,  czy  życzliwie,  czy  wrogo  przyjęci  przez  jej  mieszkańców  -  i  próbować
tam  wylądować  bez  pomocy  komputera.  Mam  jednak  nadzieję,  że  nie  zostaniemy  do  tego  zmuszeni.
W  ciągu  ostatnich  kilku  godzin  wiele  o  tym  myślałem  i  doszedłem  do  wniosku,  że  najlepiej  byłoby,
gdybyśmy  wpadli  w  ręce  samych  Lenian.  Przykro  mi  o  tym  mówić,  Vinsie  Kul  Lo,  ale  lekarstwo
dla  twoich  oczu  -  jeśli  nie  uległo  zniszczeniu  podczas  inwazji  Chullwejów  -  wciąż  jeszcze  znajduje  się
na Shannie. Liczę na to, że uda się nam odnaleźć Lenian i że oni będą mieli to lekarstwo, które jest dla
ciebie niezbędne.

Vince usiadł znów na kanapie. Miał chęć zacisnąć pięści, ale opanował ten odruch. Zmierzył jednak

Onsjanina gniewnym spojrzeniem.

- No tak, coś fantastycznego - burknął. - Kiedy oślepnę, zostaniesz moim przewodnikiem. Po prostu

chwycę twoją mackę oddechową, a ty…

-  Nie  pogrążaj  się  tak  łapczywie  w  czarnych  myślach  -odparł  Gondal.  -  Przypuszczam,  że  w  ciągu

kilkuset  następnych  godzin  stan  twoich  oczu  nie  ulegnie  pogorszeniu,  a  nie  sądzę,  żeby  nasza  podróż
miała  potrwać  tak  długo.  Jeżeli  naprawdę  Lenianie  umieli  przemieszczać  się  między  komórkami
galaktyki,  musieli  podróżować  z  prędkościami  o  wiele,  wiele  większymi  niż  te,  jakich  osiąganie
umożliwiają  nasze  jednostki  napędu  nadświetlnego.  Jestem  zupełnie  pewien,  że  w  ciągu  kilku
najbliższych godzin…

Vince wstał i odwrócił się plecami do Onsjanina.
- No dobrze, może masz rację - powiedział. - Daj mi znać, kiedy stracisz przynajmniej część swojej

pewności.

Skierował  się  do  przedniej  śluzy  i  przeszedł  do  sąsiedniego  segmentu.  Za  sobą  usłyszał  jeszcze

syczący śmiech Gon-dala.

Gdy  Akorra  obudziła  się  w  końcu  i  odzyskała  jasność  umysłu,  okazało  się,  że  niewiele  może

powiedzieć na temat leniańskiego statku.

-  Wiemy  tylko  -  zaczęła,  popijając  ze  szklanki  sok,  ogrzany  po  tysiącach  lat  spoczywania

w leniańskiej zamrażarce - że to najmniejszy spośród trzech typów cywilnych transportowców służących
do  przewozu  żywych  istot.  Pasażerowie  podróżowali  nimi  z  komórki  do  komórki,  zapewne  w  celach
handlowych, turystycznych albo dyplomatycznych.

-  A  w  jakiej  części  leniańskiego  imperium  znajdowała  się  nasza  komórka?  -  zainteresował  się

Gondal.

Akorra spojrzała na Onsjanina swymi bladymi oczami.
-  Nie  mam  najmniejszego  pojęcia  -  wyznała  szczerze.  -Lenianie  zadali  sobie  niemało  trudu,  żeby

ukryć przed nami tę informację. Nie wiemy nawet, dokąd odlecieli.

Zniecierpliwiony Gondal wykonał zamaszysty gest górną macką.
-No  dobrze,  może  sami  dowiemy  się  czegoś  więcej.  Czy  wiesz,  jaki  jest  napęd  tego  statku?  O  ile

dobrze usłyszałem, jesteś fizyczką, prawda?

Akorra zamrugała, co u Nessan oznaczało rozbawienie.
-  Tylko  z  zamiłowania.  Wiemy,  że  ich  źródła  energii  były  niewyobrażalnie  bardziej  wydajne  niż

źródła monet, które wykorzystują energię rozszczepiania jąder atomów wodoru. Nikt nawet nie próbował

background image

dociekać  na  jakiej  zasadzie  funkcjonowały  tamte  źródła.  Wiadomo  tylko,  że  umożliwiały
wykorzystywanie - w kontrolowany sposób - najbardziej podstawowej energii materii.

- No cóż - mruknął Gondal, spoglądając z ukosa na Vince’a. - Ale z pewnością umieli podróżować

bardzo szybko, prawda?

Na twarzy Nessanki odmalowało się zdumienie.
- Oczywiście - odparła, po czym odwróciła się w stronę Vince’a. - Muszę przyznać, że jeszcze nigdy

nie  widziałam  istoty  twojej  rasy.  Czy  jesteście  bardziej  zaawansowani  pod  względem  technicznym  niż
Nessanie?

Vince spojrzał z niechęcią na Gondala.
- Nie - przyznał szczerze. - Prawdę mówiąc… Myślę, że nie ma sensu ukrywać przed wami prawdy.

Kiedy  natknęli  się  na  nas  Nessanie,  istoty  mojej  rasy  nie  umiały  skonstruować  nawet  prymitywnej
jednostki  napędu  nadświetlnego.  Nasza  planeta  znajduje  się  na  samym  skraju  obszaru
opanowanego  przez  Chullwejów,  a  Nessanie  obawiali  się…  w  każdym  razie  dlatego  między  innymi
podróżuję  teraz  z  wami  na  pokładzie  tego  statku.  Postarajcie  się  mnie  dobrze  zrozumieć.  Możliwe,  że
dla  was  jesteśmy  istotami…  hm…  prymitywnymi,  ale  potrafimy  szybko  się  uczyć.  Jest  nas  wielu
i jesteśmy zaradni, mamy także wiele cennych bogactw naturalnych.

Gondal zasyczał, wyraźnie rozbawiony.
-  Nic  dziwnego,  że  kiedy  Nessanie  przywieźli  cię  na  pokład  mojego  statku,  zachowywałeś  się  jak

żółtodziób.  No  cóż,  musisz  przyznać,  Kul  Lo,  że  wprawdzie  się  z  tobą  nie  cackałem,  ale  widziałeś
i przeżyłeś naprawdę dużo jak na prymitywną istotę.

Vince poczuł, że się czerwieni.
-  Widziałem  także  rzeczy  i  osoby,  o  których  wolałbym  jak  najszybciej  zapomnieć  -  odparł.  -

Na  jedną  z  nich  spoglądam  właśnie  w  tej  chwili.  -  Przeniósł  spojrzenie  na  Akorrę.  -Co  sądzisz  o  tej
Wolamii,  ku  której  teraz  podążamy?  Czy  to  jakiś  ośrodek  leniańskiej  cywilizacji?  A  może  wojskowa
baza albo jeszcze coś innego?

Nessanka spojrzała na niego wyraźnie zaciekawiona.
-  Nie  wiem  -  przyznała.  -  Wprawdzie  słyszałam  ten  cytat  o  Wolamii,  która  ma  przysposobić  się

do  walki,  ale  zawsze  sądziłam,  że  to  tylko  legenda.  Wiesz  chyba,  że  Lenianie  mieli  wiele  legend
i  mitów?  -  Spojrzała  na  Gondala.  -  Zdążyłeś  przeszukać  wszystkie  pomieszczenia  statku,  prawda?  -
zapytała.

- Tylko pobieżnie - odparł Onsjanin. - Wygląda na to, że w razie konieczności każdy segment może

kierować się do innego celu. Komputery i źródła energii umieszczono głęboko w przestrzeniach między
pomieszczeniami dla pasażerów a zewnętrznym kadłubem, przy czym nie ma dostępu do nich, co bardzo
dobrze świadczy o niezawodności wytworów leniańskiej techniki. Wydaje się, że w tej chwili komputery
wszystkich segmentów są połączone, a przynajmniej połączone są ich klawiatury. - Przerwał na chwilę. -
W  schowkach  w  ścianach  znajdują  się  także  kombinezony  i  części  strojów  -  podjął  po  chwili.  -  Może
zdołamy  złożyć  z  nich  coś,  czym  mógłbym  okryć  cale  ciało.  Gdyby  nasza  wyprawa  miała  się
przeciągnąć,  mógłbym  wyjść  na  zewnątrz  i  przekonać  się,  w  jaki  ego  rodzaju  nie-czasie  i  nie-
przestrzeni przebywamy. Nie sądzę jednak, żeby nasza podróż miała potrwać zbyt długo.

Okazało się, że miał rację. Kiedy minęło zaledwie kilka następnych godzin - Akorra dopiero zaczęła

się  zapoznawać  z  pomieszczeniami  leniańskiego  statku  -  z  sufitu  znów  rozległ  się  ten  sam  generowany
przez komputer monotonny głos.

-  Proszę  o  uwagę.  Wolamia  znalazła  się  w  zasięgu  naszych  czujników.  Zasobniki  energii  stacji

docelowej  są  wprawdzie  niemal  zupełnie  wyczerpane,  ale  ten  statek  zdoła  wylądować,  korzystając
z  pokładowych  źródeł  zasilania.  Nic  nie  wskazuje,  żeby  na  powierzchni  Wolamii  coś  było
zniszczone  albo  uszkodzone,  lądowanie  rozpocznie  się  więc  za  chwilę,  jeśli  tylko  nie  zostaną  wydane

background image

inne rozkazy.

Wpatrując  się  bezradnie  w  sufit,  skąd  dobiegał  głos,  Vince  usłyszał,  że  przebywający  w  sąsiednim

segmencie  Gondal  wyrzuca  z  siebie  przekleństwa.  Chociaż  klawiatury  sprawiały  wrażenie  całkiem
standardowych, na razie jednak ani on, ani Akorra nie zdołali zapoznać się z leniańskimi urządzeniami na
tyle dobrze, żeby mogli wydawać „rozkazy” pokładowemu komputerowi.

Vince  stanął  na  progu  śluzy  i  spojrzał  na  Gondala.  Onsjanin  zachęcił  go  do  wejścia  zamaszystym

gestem macki-ręki.

- Jeżeli wierzysz w jakichś bogów, Vinsie Kul Lo, lepiej się do nich pomódl - powiedział.
-Ta-a-mruknął  sceptycznie  Cullow.  -  Jeżeli  jeszcze  nade  mną  jacyś  czuwają.  Zwłaszcza  w  tym

miejscu.

Kiedy wydobywający się z sufitu głos oznajmił, że gwiezdny statek wylądował bezpiecznie w klatce

na  Wolamii,  w  segmencie  wejściowym  zapadła  głucha  cisza.  Vince,  Gondal  i  Akorra  siedzieli
w  milczeniu  i  spoglądali  na  siebie  wzajemnie.  Geegee  stal  pod  ścianą  i  szczerzył  zęby
w niepewnym uśmiechu.

Gondal odezwał się pierwszy.
-  Bez  wątpienia  zainstalowano  na  zewnątrz  czujniki,  które  powiedzą  nam,  czy  atmosfera  nadaje  się

do  oddychania.  Kto  wie,  może  zawiera  agresywne  gazy,  a  może  j  est  szkodliwa  albo  wręcz  zabójcza?
Ponieważ  nie  opanowaliśmy  dotąd  diabelskich  programów,  w  jakie  Lenianie  wyposażyli
pokładowe  komputery,  i  nic  nie  wskazuje,  że  zdołamy  je  rozgryźć  w  ciągu  najbliższych  kilku  minut,
proponuję  wykonanie  najprostszego  ze  wszystkich  możliwych  testów.  Uchylmy  na  bardzo  krótko  klapę
jakiegoś  włazu  i  zobaczmy,  co  się  stanie.  Dobrze  chociaż,  że  potrafimy  otwierać  klapy  bez  pomocy
komputera.

- Zwrócił obie wężowe głowy w stronę Vince’a. - Więc powiadasz, że nawet ty nie widzisz niczego

przez iluminatory? - zapytał.

Vince pokręcił głową
-  Nawet  gdybyśmy  się  znaleźli  w  komnacie  promieniującej  taką  samą  poświatą,  jak  ta,  którą

opuściliśmy,  pokładowe  czujniki  są  zbyt  mało  wrażliwe,  aby  zdołały  cokolwiek  zarejestrować  -
powiedział. - To znaczy, byłyby zbyt mało wrażliwe, żeby…

Onsjanin westchnął.
-  No  dobrze,  zgłaszam  się  na  ochotnika  do  przeprowadzenia  tego  testu  -  oznajmił.  -  Tylko

ja  dysponuję  pojemnikiem,  który  umożliwia  mi  oddychanie.  A  zresztą,  jeżeli  gdzieś  na  pokładzie
znajdują  się  właściwe  gazy,  i  tak  trzeba  będzie  niedługo  napełnić  go  na  nowo.  Jeżeli  chcecie,  możecie
zamknąć  za  mną  klapę  wewnętrznego  włazu.  Mam  nadzieję,  że  zmieszczę  się  w  komorze  śluzy,  wątpię
jednak, czy będę tam miał swobodę ruchów.

Vince spojrzał na pozostałych.
- Lepiej będzie, jeżeli Akorra przejdzie do sąsiedniego segmentu - powiedział. - Ja pozostanę w tym,

na wypadek, gdybyś potrzebował pomocy.

Przeniósł spojrzenie na Geegee, który zwinął organ słuchu na znak zgody.
Otworzyli klapę wewnętrznego włazu i odsunęli się na bok, żeby rosły Onsjanin mógł się przecisnąć

do  komory  śluzy.  Ani  Vince,  ani  Geegee  nie  chcieli  skorzystać  z  propozycji  kapitana  piratów
i  postanowili  pozostawić  klapę  otwartą.  Cullow  nie  mógł  się  jednak  powstrzymać  i  uśmiechnął  się
na  widok  prób  Gondala  owinięcia  się  macką  oddechową  w  taki  sposób,  żeby  koniec  stykał  się
z otworem pojemnika z mieszaniną gazów.

Przyglądał się, jak Onsjanin, nieporadnie posługując się rękami-mackami, manipuluje mechanizmami

kontrolnymi  umożliwiającymi  otwarcie  klapy  zewnętrznego  włazu.  W  pewnej  chwili  zapaliła  się
bursztynowa lampka, rozległ się cichy szczęk i w końcu klapa zaczęła się otwierać. Vince usłyszał cichy

background image

syk  uchodzącego  powietrza  i  zesztywniał  na  chwilę,  odgłos  jednak  szybko  ucichł.  Zastąpił  go  podobny
dźwięk, wydobywający się z płuc Gondala.

-  Ciśnienie  na  zewnątrz  jest  trochę  mniejsze,  ale  chyba  nie  więcej  niż  o  dziesięć  procent  -  odezwał

się Onsjanin. -Postaram się sprawdzić, jak się tu oddycha.

Rozwinął mackę oddechową i wysunął koniec przez szczelinę między klapą a kadłubem. Zaczerpnął

haust powietrza, wyciągnął ręce-macki do urządzeń kontrolnych i otworzył na oścież klapę włazu.

-  W  atmosferze  na  zewnątrz  nie  ma  niczego  aż  tak  złego,  by  tego  nie  zneutralizowała  niewielka

porcja amoniaku - powiedział, wyraźnie odprężony.

Vince  spojrzał  w  lukę  pomiędzy  potężnym  ciałem  Onsjanina  a  krawędzią  włazu  i  poczuł  naraz

cudowny smak niezwykłej ulgi.

- Teraz widzę! To… jakaś sala, podobna do tamtej na Shan-nie! - wykrzyknął. - Dostrzegam gładką

powierzchnię przeciwległej ściany. Promieniuje od niej taka sama poświata!

Vince wyruszył na zwiady. Wszedł do wielkiej komnaty, zatrzymał się w progu i stal tu przez kilka

minut. Dopiero wtedy przekonał się, że poświata nie jest tak intensywna jak ta, jaką widział na Shannie.

W  sali  panowała  absolutna  cisza,  tak  idealna,  że  instynktownie  czul  -  choć  oczywiście  mógł  się

mylić - że od tysięcy lat nikt w niej nie przebywał.

Znajdowało się tu pięć pustych klatek transferowych, identycznych jak ta, w której spoczywał teraz

gwiezdny  statek.  Vince  powiódł  spojrzeniem  po  komnacie,  ale  oprócz  klatek  nie  zauważył  niczego
niezwykłego. 

Nie 

dostrzegł 

ani 

trójwymiarowej 

mapy 

komórek 

galaktyki, 

ani 

kuli

przedstawiającej  planetę,  ani  nawet  urządzeń  z  rzędami  zegarowych  wskaźników  i  przełączników.  Nie
wypatrzył żadnego dziwacznego przedmiotu, na którego widok po jego plecach przebiegałyby nerwowe
dreszcze,  jak  na  Shannie.  Jeżeli  nie  liczyć  indywidualnych  paneli  kontrolnych,  w  które  zaopatrzono
wszystkie  klatki  transferowe,  znajdowały  się  tu  jeszcze  tylko  wielkie,  podobne  do  kabin  zbiorniki,
ustawione  starannie  pod  jedną  ze  ścian  pieczary  w  wielu  rzędach  i  przedzielone  wąskimi  przejściami.
Vince pomyślał, że zapewne służyły kiedyś jako pojemniki do przechowywania żywności, narzędzi albo
czegoś w tym rodzaju.

Z  miejsca,  w  którym  stal,  obok  panelu  kontrolnego  zajętej  klatki  dostrzegał  otwory  trzech  tuneli.

Z ich rozmieszczenia i odstępów między nimi wywnioskował, że wylot czwartego znajduje się zapewne
gdzieś za rzędami zbiorników.

Odwrócił  się  w  stronę  statku,  z  którego  włazu  wychylały  się  niecierpliwie  dwie  wężowe  głowy

Gondala.

- Jeżeli chcecie, możecie wyjść, ale nie zapomnijcie o latarkach - powiedział.
W ciągu następnych trzydziestu minut zbadali dokładnie otoczenie klatki z gwiezdnym statkiem.
Przekonali  się,  że  wykuty  w  przeciwległej  ścianie  tunel  ma  mniej  więcej  pięćdziesiąt  metrów

długości  i  prowadzi  do  znajdującej  się  na  tym  samym  poziomie  mniejszej  komnaty.  Podobnie  jak
na Shannie, i tu były dwa zakręty. Drugi tunel, ten, który - jak się Vince od razu domyślił - zaczynał się
za  rzędami  zbiorników,  miał  taką  samą  długość  i  kończył  się  w  następnej  mniejszej  sali.  Te  dwa
mniejsze  pomieszczenia  pełniły  chyba  kiedyś  funkcje  sypialni  albo  magazynów,  bo  nie  prowadziły
od  nich  inne  tunele.  W  ich  ścianach  widniały  otwory  wentylacyjnych  szybów  o  prawie
trzydziestocentymetrowych  średnicach.  Teraz  były  puste.  Kilka  niewyraźnych  smug  na  posadzce
i ścianach pozwalało się domyślać, że stały w nich kiedyś prycze albo przepierzenia.

Trzeci  tunel,  którego  otwór  znajdował  się  w  długiej  bocznej  ścianie  wielkiej  sali,  rozgałęział  się

i  kończył  wylotami  szybów  wentylacyjnych.  Dopiero  czwarty,  kiedy  już  członkowie  wyprawy  pokonali
oba  zakręty,  obudził  w  nich  nadzieję.  Wykuty  w  litej  skale  nie  obniżał  się  ani  nie  wznosił;
wiódł  poziomo.  Vince,  Geegee  i  dwaj  jego  ipsisumoedańscy  wojownicy  postanowili  zbadać  tunel
dokładniej.

background image

Vince  ruszył  pierwszy  z  zapaloną  latarką  w  prawej  dłoni.  Dopiero  jednak  kiedy  przeszedł  pól

kilometra, idący tuż za nim Geegee chrząknął.

- Z przodu napływa świeże powietrze, Vinsie Kul Lo -oznajmił. - Ty też je wyczuwasz?
- Nie, jeszcze nie - odparł Vince. - Jest cieplejsze czy chłodniejsze niż w tunelu?
- Cieplejsze - orzekł ipsisumoedanin. - Czy to może mieć jakieś znaczenie?
Vince westchnął.
-Nie  wiem.  Mogłoby,  gdyby  powietrze  było  radioaktywne.  Pozwól,  że  coś  zaproponuję.  Zgaśmy

latarki i idźmy teraz powoli i ostrożnie. Jeżeli powietrze jest skażone, zdołam to zauważyć. Jeśli ściany
zostały  napromieniowane,  dostrzegę  to  także.  Przyszło  mi  do  głowy,  że  ten  tunel  może  prowadzić  nas
do  źródła  zasilania,  mam  jednak  nadzieję,  że  się  mylę.  Wydaje  mi  się,  że  przynajmniej  jeden  tunel
powinien prowadzić na zewnątrz!

-  Ale  to  tylko  naszym  zdaniem  powinien  -  odparł  Geegee.  -  Ani  ty,  ani  ja  nie  czujemy  się  najlepiej

w  zamkniętym  pomieszczeniu.  Przypuśćmy  jednak,  że  Lenianienie  chcieli,  a  może  nie  musieli,
przebywać  na  świeżym  powietrzu,  chociaż  z  całą  pewnością  potrzebne  im  było  do  oddychania.
Może  tylko  tu  przylatywali  i  odlatywali  stąd…  -  Urwał  nagle.  -  Właśnie  przyszła  mi  do  głowy  dziwna
myśl  -  podjął  po  chwili.  -  Może  naprawdę  kierujemy  się  na  zewnątrz,  ale  temperatura  na  powierzchni
j est wyższa niż w tunelu. Kto wie, może jest nawet nieznośnie wysoka?

Vince  nic  nie  odpowiedział  i  szedł  dalej,  ale  zaczął  się  zastanawiać  się  nad  tym,  co  usłyszał.

W końcu przystanął i odwrócił głowę.

- No cóż - powiedział. - Tak czy owak poświata nie staj e się ani trochę bardziej intensywna.
- To dobrze, przyjacielu Vinsie - odparł Geegee. - Będziemy szli dalej bez żadnego światła?
Cullow zawahał się.
-  A  masz  coś  przeciwko  temu?  Ja…  Mam  szczególny  dar  widzenia  w  ciemności.  Sądzę  nawet,  że

zdołałbym dostrzec niebezpieczną bestię wcześniej, zanim ona wyczułaby nas w tym tunelu.

Geegee zachichotał.
- Masz rację - powiedział, wyraźnie rozbawiony. - Już raz mi to zresztą udowodniłeś. Prowadź.
Vince  odwrócił  się  i  ruszył  w  dalszą  drogę.  Tunel  wiódł  prosto  jak  strzelił,  a  na  jego  sklepieniu

i  ścianach  nie  było  widać  ani  jednego  zacieku  ani  choćby  najmniejszej  szczeliny.  Tu  i  ówdzie  widniały
niewielkie otwory szybów wentylacyjnych, ale zapewne i ich ściany wyłożono ochronnym materiałem.

W końcu Vince zobaczył coś, co mogłoby oznaczać kres wędrówki.
-  Niedaleko  przed  nami  tunel  zakręca  pod  kątem  dziewięćdziesięciu  stopni  -  obwieścił.  -  Uważam,

że powinniście tu zaczekać, a ja pójdę na zwiady.

Nie  czekając  na  zgodę  partnerów,  odwrócił  się  i  czując  narastające  podniecenie,  ruszył  naprzód.

Spodziewał się, że za zakrętem zobaczy kolejną salę, właściwie był tego niemal pewien, tym bardziej że
i  on  zaczął  wyczuwać  napływ  cieplejszego  powietrza.  Kiedy  pokonał  zakręt,  ujrzał  następny  krótki
odcinek tunelu. Odwrócił się szybko.

- Chodźcie! - zawołał. - Geegee, widzę przed sobą światło dnia!
Dopóki  sam  nie  zaczął  biec,  nie  uświadamiał  sobie,  że  nie  postępuje  zbyt  ostrożnie.  Nie  stało  się

jednak nic niedobrego.

Widok  naturalnego  światła  sprawił  mu  niewiarygodną  ulgę,  choć  niezwykły  wygląd  obcej  planety

budził w nim dziwny niepokój. Widziana w blasku gwiazd powierzchnia Shan-ny nie sprawiała wrażenia
strasznej ani dziwnej. Mimo wszystko, podobnie jak na Ziemi, były na niej morza, góry i gęsta dżungla.
Vince czul się tam prawie jak u siebie w domu. Tymczasem teraz, jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że
chyba nigdzie na powierzchni tej planety nie będzie się czul jak na Ziemi.

Otwór  tunelu  kończył  się  w  jaskini  wykutej,  a  może  samoistnie  powstałej  w  stromym,  choć  nie

pionowym  zboczu  sporej  góry.  Wyprażona  promieniami  słońca  skalista  powierzchnia  miała  niezwykłą

background image

zielonkawoszarą  barwę,  która  wzmacniała  dodatkowo  wrażenie  obcości,  jakie  budziło  w  Vinsie
otoczenie.  Zbocze  biegło  mniej  więcej  półtora  kilometra  w  dół.  U  podnóża  znaj  dowal  się  jasnożółty
piasek,  który  ciągnął  się  po  sam  horyzont.  W  tej  chwili  zbocze  było  zacienione,  a  długi  ukośny  cień
ciągnął  się  co  najmniej  kilka  kilometrów  po  wyprażonej  promieniami  słońca  powierzchni  planety.  Z
pewnością  nadciągał  zachód  słońca,  a  mimo  to  powietrze  było  tak  gorące,  że  Vince  zaczął  się  obficie
pocić.  Stwierdził  jednak,  że  krople  potu  bardzo  szybko  wysychają.  Poczuł  także,  że  oddychanie
upalnym,  suchym  powietrzem  szybko  wysuszyło  jego  usta  i  nozdrza.  Pomyślał,  że  podróżując
po powierzchni tej planety, wędrowcy powinni zabierać w drogę spory zapas wody!

- Ta bezkresna przestrzeń przypomina mi trochę piasek na plażach rodzinnej planety - mruknął cicho

stojący tuż za jego plecami Geegee.

Vince skinął głową.
- Tak, to piasek - powiedział. - Piasek i może sól. Kiedyś było to dno ogromnego oceanu.
Na  usianej  wzgórkami  niewysokich  wydm  powierzchni  widniały  jasnooliwkowozielonkawe  plamy,

które  wywarły  na  Vinsie  jakieś  dziwne  i  przykre  wrażenie.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  powszechnie
spotykanych  na  Ziemi  związków  żelaza,  które  zawsze  uważał  za  coś  normalnego,  nie  zastąpiły  na  tej
planecie związki innego pierwiastka, na przykład chromu.

Ze  zdumieniem  stwierdził  także,  że  prawie  nigdzie  nie  widzi  żadnej  roślinności.  Jednakże  dostrzegł

nieregularną  oliwkową  linię  biegnącą  w  głąb  pustyni  i  uznał,  że  muszą  to  być  kępy  drzew  rosnących
wzdłuż  jakiegoś  parowu.  W  pobliżu  miejsca,  w  którym  stał,  tam,  gdzie  gleba  wypełniała  wszystkie
szczeliny spękanej skały, rosły gdzieniegdzie kępki podobnej do kolców trawy. Miały tę samą barwę jak
linia drzew na pustyni.

Vince wychylił się, żeby zobaczyć początek parowu. Zapewne zaczynał się blisko samego urwiska,

mniej więcej półtora kilometra w lewo od niego, za skalnym występem. Cullow doszedł do przekonania,
że  w  dawnych  czasach  płynął  w  parowie  strumień  albo  rzeka.  To  zbocze  poznało  kiedyś  szorstkie
pieszczoty fal. Vince dostrzegł w nim otwory innych jaskiń, mniej więcej na wysokości tej, w której się
znajdował.  Wiedział  też,  że  zawsze  tam,  gdzie  są  morza,  padają  obfite  deszcze.  Co  prawda,  teraz
z  trudem  mógł  wyobrazić  sobie  deszcz  padający  tutaj,  może  jednak  niesione  z  wiatrem  wilgotne
powietrze  skraplało  się  gdzieś  w  głębi  lądu  na  zboczu  innej  góry.  Być  może  zresztą,  za  horyzontem
zachowały się przynajmniej resztki innego morza albo oceanu.

Rozmyślając o wodzie, poczuł rosnące pragnienie, sięgnął więc po manierkę, którą przezornie zabrał

z pokładu leniańskiego statku. Odkręcił korek i wypił spory łyk.

- Przypuszczam, że jeżeli kiedykolwiek okaże się to konieczne, zdołamy zejść po zboczu tej góry -

powiedział.  -  Wciąż  jednak  mamy  na  pokładzie  statku  mnóstwo  żywności.  A  zresztą,  chyba  się  nie
spodziewasz, że na tej planecie żyje wiele dzikich zwierząt?

Geegee cicho zachichotał.
- Nie, nie spodziewam się - przyznał pogodnie. - Spójrz jednak, trochę na lewo od nas, u stóp góry

widać  coś,  co  wygląda  jak  odciśnięte  w  piasku  ślady.  Czy  nie  uważasz,  że  tę  ścieżkę  mogły  wydeptać
dzikie zwierzęta?

Vince  zerknął  we  wskazanym  kierunku.  Biegnąca  w  głębokim  cieniu  ścieżyna  była  tak  niewyraźna,

że z trudem ją wypatrzył. Wyglądała jednak rzeczywiście, jakby wydeptały ją dzikie zwierzęta! Musiały
z niej często korzystać, gdyż inaczej z pewnością zasypałby ją pustynny piasek.

Poczuł,  że  po  plecach  zaczynają  mu  znowu  przebiegać  ciarki.  Ostatnio  zdarzało  się  mu  to  dosyć

często.

- Wydaj e mi się, że powinniśmy powiedzieć o tym innym - orzekł.
Geegee  odwrócił  się  i  mruknął  coś  do  jednego  ze  swych  wojowników,  a  ten  bez  słowa  zniknął

w czeluści tunelu.

background image

Vince znalazł jakieś płaskie miejsce, ciężko usiadł i oparł się wygodnie plecami o ścianę. Poświęcił

trochę czasu, żeby rozejrzeć się po jaskini, do której doprowadził ich najdłuższy tunel. Miała nie więcej
niż  sześć  metrów  długości  i  była  dosyć  wysoka,  dzięki  czemu  do  środka  mogło  przedostać  się  sporo
światła,  jednakże  otworu  tunelu  nie  mógł  dostrzec  nikt,  kto  znajdował  się  na  pustyni  lub  w  którejś
z sąsiednich jaskiń.

- Zastanawiam się, czy przypadkiem Lenianie nie mieli tu swojej kryjówki - powiedział. - Nie sądzę,

żeby schodzili po zboczu tej góry i zapuszczali się na pustynię.

Geegee skręcił jedno ucho-mackę.
-  Ja  także  tak  nie  sądzę.  Powiedz  mi  jednak,  przyjacielu  Vinsie,  jakim  cudem  mogło  stąd  zniknąć

cale morze.

Vince wzruszył ramionami.
-  Myślę,  że  po  prostu  klimat  się  ocieplił,  a  może  wodę  zużyli  Lenianie.  Być  może  od  tego  zaczęli

produkowanie energii.

Nagle zerwał się na równe nogi.
- Tam! - krzyknął. - Przeleciał jakiś ptak! Widziałeś?
Geegee zamrugał, wyraźnie zdumiony.
-  Czy  to  znaczy,  że  wcześniej  żadnego  nie  dostrzegłeś?  -zapytał.  -  A  zatem,  twoje  oczy  nie  są  tak

znakomite  w  dziennym  świetle.  W  ciągu  ostatnich  paru  minut  zauważyłem  co  najmniej  kilkanaście
ptaków.  Gnieżdżą  się  w  zagłębieniach  tamtego  występu  skalnego,  który  zasłania  początek
parowu.  Latają  bardziej  ociężale  niż  na  Shannie  -  powietrze  jest  tu  trochę  rzadsze.  Widziałem
przynajmniej  dwa,  które  trzymały  w  szponach  małe  zwierzęta.  Nurkowały  w  pobliżu  tamtego  parowu,
chwytały  zdobycz  i  wracały  do  gniazda.  Kiedy  je  zobaczyłem,  doznałem  uczucia,  że  nie  jestem  zbyt
daleko od domu.

- Ja chyba też się tak czuj ę - powiedział Vince. Nabrał do ust kolejną porcję wody, przepłukał je i

przełknął  płyn.  -  Zauważyłeś,  że  skrzydła  tych  ptaków  mają  rozpiętość  dwóch  metrów  albo  większą?  -
zapytał. - Muszą być takie długie, żeby ptaki mogły latać. A co z twoimi oczami, Geegee? Czy ten blask
cię nie oślepia?

-  Nie.  Prawdę  mówiąc,  sam  się  temu  dziwię  -  odparł  ipsisumoedanin.  -  Domyślam  się  jednak,  że

moje źrenice wyglądają w tej chwili jak wąskie szparki. Mam rację?

- Tak - potwierdził Vince.
- Mimo to nie czuję się nieswojo, przynajmniej jeszcze nie w tej chwili. Zapewne sam wiesz, że i na

Shannie  nie  panują  absolutne  ciemności,  możliwe  więc,  że  oczy  istot  mojej  rasy  przystosowały  się
do  światła.  Jakimże  jednak  skarbem  byłaby  twoja  umiejętność  widzenia  w  ciemności,  gdybyś
zamieszkał pośród nas, przyjacielu Vinsie! - Geegee umilkł na chwilę. - A jak wygląda twoja planeta? -
zapytał  w  końcu.  -  Czy  jest  równie  piękna  jak  Shanna?  Albo  jak…  Tak,  ta  Wolamia  ma  także  w  sobie
sporo  piękna.  Piękna  i  majestatu.  Nie  sądzisz?  Widać  wszystko  wyraźnie  z  tak  dużej  odległości…
Opowiedz mi o swojej planecie.

Vince poczuł nagły ucisk w gardle. Odwrócił głowę, żeby ipsisumoedanin nie widział jego twarzy.
-  Jeżeli  nie  liczyć  słońca,  nie  bardzo  różni  się  od  Shanny  -odezwał  się  w  końcu.  -  Na  powierzchni

mamy także drzewa, góry i oceany. Żyje też sporo dzikich zwierząt. W niektórych miejscach przypomina
tutejszy krajobraz. Nazywamy takie miejsca pustyniami. Piasek ma tam inny odcień, brązowawy, a nie,
jak  tu,  zielonkawy.  Ostatnio  skorupa  mojej  planety  bardzo  się  zmieniła  i  miejsca  zajmowane  kiedyś
przez oceany są obecnie suche. - Urwał i nie odzywał się przez dłuższą chwilę. - Są także inne miejsca,
w których woda pod wpływem zimna się zestala, zamarza, jak to nazywamy, na lód - podjął w końcu. -
Domyślam się, że nigdy czegoś takiego nie widziałeś.

- Nie - przyznał zafascynowany Geegee. - Jak wygląda?

background image

- Czasami jak szkło - odparł Cullow. - To znaczy, jak materiał używany przez Vredan do wypełniania

otworów  iluminatorów  wahadłowców.  Jest  jednak  bardzo  kruchy.  Czasami  też  woda  pada  z  chmur
w  postaci…  no  cóż,  czegoś  w  rodzaju  idealnie  czystego  i  białego  pierza,  choć  to  nie  jest  najlepsze
porównanie.

Geegee westchnął cicho.
- Czy słońce, jak mi opowiadano, to naprawdę gwiazda, wokół której obraca się planeta?
- Tak - przyznał Ziemianin. - Zdarzają się nawet gwiazdy z krążącymi wokół nich wieloma planetami,

przy czym każda krąży w innej odległości. Prawdę mówiąc, takich gwiazd jest całkiem sporo. Zapewne
właśnie dlatego tyle inteligentnych istot opanowało trudną sztukę międzygwiezdnych lotów.

- To coś niesamowitego - przyznał Geegee. - Powiedz mi jednak, Vinsie Kul Lo, skoro twoja planeta,

podobnie  jak  Wolamia,  także  obraca  się  wokół  słońca,  czy  twoje  niebo  ma  równie  wspaniałą  błękitną
barwę jak ta?

Vince musiał chwilę odczekać, nim odzyskał panowanie nad głosem.
- Tak. Nasze niebo jest tak samo błękitne. Jeśli nie przesłaniają go chmury, ma równie piękną barwę

jak niebo Wolamii.

Kiedy niewidoczne słońce skryło się głębiej za horyzontem na zachodzie (tak musiał teraz określić tę

stronę),  błękitne  niebo  Wolamii  przybrało  purpurową  barwę.  Cień  wyniosłej  góry  wydłużył  się  jeszcze
bardziej  i  zajął  prawie  całą  pustynię,  poza  wąskim  pasmem  wciąż  jeszcze  oślepiająco  jasnego  piasku
pod  samym  horyzontem.  Powietrze  wyraźnie  ostygło  i  gnieżdżące  się  na  zboczu  góry  ptaki  zaczęły
wyprawiać  się  na  polowanie  o  wiele  częściej  niż  poprzednio,  zupełnie  jakby  się  spieszyły,  żeby
pochwycić jak najwięcej ofiar przed zachodem słońca. Możliwe jednak, że po prostu żyjące na pustyni
małe  gryzonie  dopiero  teraz  stały  się  bardziej  aktywne.  Vince  z  radością  powitał  to  ochłodzenie.
Pomyślał,  że  zapewne  atmosfera  planety  jest  znacznie  rzadsza  niż  ziemska,  skoro  ciepło  upalnego  dnia
rozprasza się tak szybko.

Zanim  zapadła  noc,  ujrzał  tylko  jedno  sadzące  dziwnymi  susami  przez  pustynię  większe  zwierzę.

Było wielkości owczarka, ale znajdowało się tak daleko, że nie widział go wyraźnie. Miało dwie krótkie
tylne łapy i dwie dłuższe przednie - skacząc po pustyni, odbijało się wszystkimi czterema równocześnie.
Możliwe,  że  było  to  dla  niego  koniecznością,  gdyż  zginało  pośrodku  długi  tułów  podczas  każdego
skoku, ale wyglądało zarazem śmiesznie i dziwacznie. Vince nie zdołał zauważyć, czy miało uszy, ogon
albo  pysk.  Wyskoczyło  tak  niespodziewanie  spomiędzy  kęp  jasnożółtych  drzew  porastających  brzegi
płynącego  tamtędy  strumienia,  jakby  coś  je  spłoszyło.  Z  początku  skakało  brzegiem  parowu,  ale
potem znów skryło się między drzewami.

Dopiero  jakiś  kwadrans  później  Cullow  ujrzał  pierwszych  tubylców.  Na  biegnącej  u  podnóża  góry

ścieżce pojawiło się niespodziewanie sześć sunących truchtem, jedna za drugą, dwunożnych istot.

Wyglądały jak karykatury ludzi albo istot człekopodobnych, a ich twarze przywodziły namyśl maski

pawianów.  Ciała  porastała  szarobrązowa  sierść;  krótka  i  rzadka,  co  wydawało  się  naturalne
u  mieszkańców  planety  nękanej  przez  takie  upały.  Istoty  miały  długie  torsy  i  ręce,  nieprzypominające
jednak  małpich,  nogi  zaś  wręcz  niedorzecznie  krótkie.  Poruszały  się  miarowym  truchtem  i  Vince
pomyślał, że mógł to być ich normalny sposób chodzenia.

Wszyscy  tubylcy  byli  ubrani  w  sięgające  kolan  wielobarwne  fałdziste  płaszcze.  Cullow  wytężył

oczy,  żeby  zobaczyć,  dlaczego  ich  stroje  tak  dziwnie  się  wydymają.  W  końcu  doszedł  do  wniosku,  że
sporządzono je z jaskrawozielonych, białych i brązowych pasków zszytych na wysokości ramion, bioder
i  na  samym  dole.  Wszyscy  w  rękach  trzymali  krótkie  włócznie  i  nieśli  na  plecach  niewielkie  tobołki.
Geegee  dostrzegł  także,  że  mieli  noże  w  pochwach  przyczepionych  do  płaszczy  na  wysokości  bioder,
a gdy o tym powiedział Vince’owi, ten zauważył, że tubylcy nie nosili pasów.

Chociaż widział wyraźnie włócznie, nie odniósł wrażenia, że ta szóstka idących jedna za drugą istot

background image

stanowi  jakieś  zagrożenie.  Ich  ruchy  były  łagodne,  spokojne  i  nie  wyglądało  na  to,  by  zachowywały
nadmierną czujność.

- Myśliwi? - zagadnął ipsisumoedanina.
Geegee machnął uchem-macką, co u istot jego rasy było odpowiednikiem wzruszenia ramionami.
-  Być  może  -  powiedział.  -  Jeśli  tak,  to  dopiero  wyruszają  na  Iowy.  Nie  widzę  ani  jednego

upolowanego  zwierzęcia.  Czy  nie  wydaje  ci  się  jednak  dziwne,  że  oddalają  się  od  porośniętego
drzewami parowu? W najbliższej okolicy nie widzę innego miejsca, gdzie mogłoby się znajdować źródło
wody, sądzę więc, że chyba tam mieszkają. Może to jednak raczej zwiadowcy.

Odwrócił się i uśmiechnął się szeroko do Cullowa.
Ciekawe, co go tak rozbawiło, pomyślał Vince.
- Zapewne znasz się na tym lepiej niż ja, ale dlaczego właściwie tak uważasz? - zapytał.
-  No  cóż  -  odparł  Geegee.  -  Spróbuj  przesunąć  wzrok  wzdłuż  linii  drzew,  jakiś  kilometr  w  stronę

horyzontu…  mniej  więcej  do  miejsca,  z  którego  przed  chwilą  wyskoczyło  tamto  czworonogie  zwierzę.
Czy nie widzisz tam podobnej grupy?

Vince  zmrużył  oczy,  wytężył  wzrok,  powiódł  spojrzeniem  po  linii  drzew  i  udało  mu  się  wypatrzyć

jeszcze jedną grupę tubylców - tak daleko, że wydawali się zupełnie maleńcy. Mieli na sobie identyczne
płaszcze jak tamta szóstka, która zdążyła tymczasem zniknąć za występem zbocza. Zauważył jednak, że
widoczni  w  oddali  wojownicy  nie  biegną  truchtem,  ale  stoją  nieruchomo.  Było  w  ich  wyglądzie  coś,
co sprawiło, że jego puls zaczął bić szybciej.

- Czy nie odnosisz wrażenia… że wpatrują się w nas? -zapytał Geegee.
- Owszem - odparł ipsisumoedanin. - Mógłbym się nawet o to założyć. Oczywiście, nie wiemy, jak

dobry mają wzrok. Nie wiemy również, czy na zboczu góry w pobliżu naszej jaskini nie znajduje się coś
innego,  co  mogłoby  przyciągnąć  ich  uwagę.  Zachowują  się  jednak  podobnie,  jak  zachowałyby  się
wszystkie  inne  prymitywne  istoty  w  tej  sytuacji.  Myślę,  że  naprawdę  nas  wypatrzyły,  sprawiają
wrażenie zdumionych, a może nawet przerażonych.

Czując  zimny  dreszcz  przebiegający  mu  po  plecach,  Vince  zdał  sobie  naraz  sprawę,  że  jego  ręka

powędrowała w stronę przypiętego do pasa leniańskiego pistoletu energetycznego.

-  Niech  to  licho!  -  zaklął.  -  Od  tej  pory  nie  zaznam  spokoju.  Z  tej  odległości  nie  widzę,  czy  mają

włócznie jak tamta szóstka, czy nie. A ty widzisz?

- Mają - odparł Geegee. - Wydaje mi się jednak, że nie trzymają ich w sposób, który świadczyłby, że

żywią  wobec  nas  wrogie  zamiary.  Zastanawiam  się,  czy  nie  sądzą  przypadkiem,  że  jesteśmy  bogami.
Być może przetrwały jakieś legendy z okresu, kiedy przebywali tu Lenianie.

Vince zaczął rozważać taką ewentualność.
- Nie uważasz zatem, że są to zdegenerowani potomkowie Lenian? - zapytał w końcu.
- To chyba bardzo mało prawdopodobne, przyjacielu Vinsie - odrzekł Geegee. - Są niżsi i szczuplejsi

nawet od Akorry. Tymczasem sądząc po wyglądzie leniańskich statków, ich konstruktorzy byli istotami
dwunożnymi, ale wyższymi i silniej zbudowanymi.

Vince westchnął.
- To prawda - przyznał z niejaką rezygnacją i zaczął rozmyślać o swoich oczach. Zastanawiał się, czy

Lenianie  mogliby  mu  jakoś  pomóc.  -  No  cóż,  wygląda  na  to,  że  powinniśmy  się  mieć  na  baczności,
zwłaszcza w nocy.

Geegee zachichotał.
-  Założę  się,  Vinsie,  że  w  nocy  będę  widział  wszystko  lepiej  niż  oni…  rzecz  jasna,  jeżeli  tutejsze

gwiazdy nie dają mniej blasku niż na Shannie. O twoich oczach już nie mówię.

Vince wzruszył ramionami.
- Może powinniśmy pozostać tu jakiś czas i poobserwować ich - zaproponował.

background image

- Dobry pomysł.
Geegee odwrócił się do jedynego wojownika, który dotrzymywał im towarzystwa, i wydał mu kilka

poleceń  w  języku  ipsisumoedan.  Wojownik  odwrócił  się  i  zniknął  w  tunelu.  Vince  spojrzał  znów
na szóstkę tubylców stojących w oddali w pobliżu łożyska strumienia.

Przez  kilka  minut  stali  nadal,  w  tym  samym  miejscu  co  dotychczas,  potem  zaś,  rzucając  co  chwila

spojrzenia w stronę jaskini (tak się przynajmniej Cullowowi wydawało), odwrócili się i potruchtali jeden
za  drugim  jak  ci,  którzy  zniknęli  za  występem  zbocza.  Vince  doszedł  do  wniosku,  że  ponieważ  mrok
gęstniał  coraz  bardziej,  przestali  go  widzieć.  W  końcu,  posuwając  się  coraz  szybciej,  i  oni  zniknęli
za występem góry.

Jeszcze co najmniej kilkanaście minut Vince wpatrywał się niespokojnie w miejsce, w którym stracił

ich  z  oczu.  Dopiero  kiedy  się  upewnił,  że  nie  usiłują  w  ciemności  podkraść  się  do  podnóża  góry,
uspokoił  się  i  przeniósł  spojrzenie  na  niebo  i  gwiazdy.  Odniósł  wrażenie,  że  jest  ich  bardzo  mało  i
świecą bardzo słabo.

Usiadł  i  zaczął  się  zastanawiać,  czy  naprawdę  ich  blask  jest  tak  skąpy,  czy  też  może  zaczynają

zawodzić  go  już  jego  oczy.  Ale  czas  płynął,  a  gwiazdy  nie  świeciły  ani  odrobinę  jaśniej.  Kiedy  jednak
zapadła  czarna  noc  i  z  nieba  zniknęły  ostatnie  purpurowe  pasma,  zauważył  naraz,  tuż  nad  północno-
wschodnim horyzontem, słabe źródło rozproszonej poświaty.

Wytężył  wzrok  i  wpatrując  się  w  tamto  miejsce,  poczuł,  że  ciężar  w  jego  żołądku  staje  się  trudny

do  zniesienia.  Widział  teraz  plamy  światła,  ciemniejsze  miejsca  i…  Tak,  nie  mógł  już  teraz  żywić
jakichkolwiek  wątpliwości!  To  było  coś,  co  wyglądało  jak  spiralnie  zakręcone  ramiona!  Głęboko
odetchnął chłodnym już powietrzem.

- Geegee, o ile się nie mylę, spoglądam na kraniec galaktyki! - powiedział. - Czy dostrzegasz tamtą

poświatę?

- Z trudem, ale ją widzę - odparł ipsisumoedanin.
- To chyba… Nie podoba mi się ta myśl, ale uważam, że to nasza galaktyka! Jeżeli tak, pokonaliśmy

odległość, której nawet nie ośmieliłbym się oszacować!

Geegee zachichotał.
-  Rozumiem,  co  chcesz  przez  to  powiedzieć,  przyjacielu  Vinsie  -  odparł.  -  Ale  jeśli  o  mnie  chodzi,

nie  widzę  wielkiej  różnicy.  Bez  względu  na  to,  czy  odbyliśmy  podróż  z  Shanny  do  najbliższej  gwiazdy,
czy może do najdalszej, nigdy nie zdołałbym odbyć drogi powrotnej pieszo!

Vince zastanawiał się nad tym wszystkim przez chwilę, ale w końcu i on się roześmiał.
- Nie - potwierdził. - Ja także bym nie zdołał.
Odkąd wyprawili się pierwszy raz do wylotu tunelu, upłynęło co najmniej sto godzin. W tym czasie

odbyli  drogę  do  wyjścia  i  z  powrotem  tyle  razy,  że  chyba  potrafiliby  ją  przejść  z  zawiązanymi  oczami.
Obecnie  w  jaskini  zawsze  pełniło  straż  co  najmniej  dwóch  ipsisumoedańskich  wojowników,  a  Vince  i
Gondal  przeciągnęli  linię  telefoniczną  wzdłuż  tunelu,  by  można  było  utrzymywać  stałą  łączność
ze  strażnikami.  Przyjęto  regułę,  że  przebywający  w  ciągu  dnia  w  jaskini  nie  powinni  się  zbliżać  do  jej
wylotu,  by  nie  mogli  ich  dostrzec  przechodzący  przez  pustynię  tubylcy.  W  ciągu  tego  okresu
wszyscy  uczestnicy  wyprawy  mieli  jednak  możność  przynajmniej  raz  zobaczyć  na  własne  oczy,  jak
wygląda powierzchnia Wolamii.

Vince  siedział  właśnie  w  komnacie  transferowej  i  nad  czymś  się  zastanawiał.  W  pewnej  chwili

spojrzał  na  Gondala,  który  cierpliwie  badał  jakiś  skomplikowany  element  leniańskiego  urządzenia,
po czym sięgnął po słuchawkę zainstalowanego niedawno telefonu.

- Geegee? - zapytał.
- Tak, przyjacielu Vinsie? - odparł czuwający w jaskini ipsisumoedanin.
- Czy na zewnątrz jest zupełnie ciemno?

background image

- Tak mi się wydaj e. Z nieba zniknęły ostatnie purpurowe zorze.
- Czy nadal widzisz nad horyzontem tę słabą poświatę, którą uznałem za galaktykę?
- Widzę.
- To dobrze. Zaczynałem się już zastanawiać, czy może postradałem zmysły i tylko sobie ubrdałem

coś takiego. Czy znajduje się w tym samym miejscu?

- Dokładnie w tym samym, Vinsie.
Ziemianin westchnął.
- A gwiazdy? Zdołałeś się zorientować, czy tworzą gwiazdozbiory?
-  Jest  ich  tak  mało,  Vinsie,  że  wolałbym  nie  nazywać  poszczególnych  skupisk  gwiazdozbiorami.

Niektóre  pozostają  jednak  cały  czas  w  tych  samych  miejscach.  Czy  właśnie  tego  chciałeś  się
dowiedzieć?

- Tak. Dziękuję ci, Geegee.
Vince uniósł głowę i napotkał pytające spojrzenie obu par czarnych jak paciorki oczu Gondala, który

przerwał badanie urządzenia, żeby przysłuchiwać się rozmowie.

- Czegoś w tym wszystkim nie rozumiem - zaczął niepewnie. - Za każdym razem, kiedy przebywałem

nocą w tamtej jaskini, gwiazdy i spiralnie zakręcona mgławica znajdowały się w tych samych miejscach.
A jednak pozorny ruch słońca we dnie po niebie dowodzi, że Wolamia obraca się wokół osi!

W słuchawce telefonu rozległ się basowy śmiech ipsisumoedanina.
-  Może  zbyt  długo  myślałeś  o  swojej  planecie,  Vinsie,  i  o  warunkach,  które  tam  panują.  Mnie

osobiście  sytuacja  na  Wolamii  wydaje  się  dosyć  prosta.  Shanna  obraca  się  wokół  osi,  więc  pozornie
gwiazdy  także  przemieszczają  się  po  niebie.  Wolamia  natomiast  się  nie  obraca,  a  to,  co  nazywasz
słońcem,  nie  jest  gwiazdą,  wokół  której  się  kręci.  Jest,  moim  zdaniem,  bardziej  podobne  do  jednego
z księżyców Shanny, ale krąży w stosunkowo niewielkiej odległości od Wolamii.

Vince  zaczerpnął  gwałtownie  tchu,  odsunął  od  ucha  słuchawkę  i  spojrzał  na  Gondala.  Poczuł,  że

na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Po chwili zbliżył usta z powrotem do mikrofonu.

- Ja… Za chwilę się z tobą znów połączę. Wygląda jednak na to, że masz rację!
Odłożył słuchawkę i podszedł jeszcze bliżej do zdumionego Onsjanina.
-  Słońce  wirujące  wokół  planety…  -  zaczął  niepewnie.  -Czy  podróżując  po  naszej  komórce

galaktyki, natknąłeś się kiedykolwiek na… księżyc, który emitowałby światło? Intensywne światło?

Gondal machnął niedbale macką-ręką.
-  Jeżeli  nie  będziesz  nadal  się  upierał,  żeby  nazywać  źródło  światła  księżycem…  Oczywiście.

Przypominam  sobie  co  najmniej  kilkanaście  planet,  których  władcy  umieszczali  na  orbitach  źródła
światła,  aby  wspomagały  słońca.  Znam  jedną  nawet  całkiem  nieźle,  chociaż  wątpię,  czy  gdybym
na niej znów wylądował, spotkałbym się z ciepłym powitaniem. Planeta nie ma słońca, ale kwitnie dzięki
zainstalowaniu  potężnych  źródeł  światła  na  powierzchni  krążącego  najbliżej  powierzchni  księżyca.  Cóż
w tym takiego niezwykłego?

Vince  wpatrywał  się  jeszcze  jakiś  czas  w  rozmówcę,  a  potem  przeniósł  spojrzenie  na  Akorrę,  która

właśnie zeszła z pokładu leniańskiego statku.

-  Pamiętacie  tę  legendę  o  Wolamii  „wygrzewającej  się  leniwie  pod  swoją  lampą”?  -  zapytał.  -

Na  niebiosa!  Tutejsze…  hmm,  słońce  wschodzi  raz  na  trochę  więcej  niż  trzydzieści  godzin.  A  zatem,
to nie słońce, to sztuczny satelita! A tamta spiralnie skręcona mgławica to rzeczywiście nasza galaktyka!

Nessanka  podeszła  trochę  bliżej.  Na  jej  porośniętej  delikatnymi  włoskami  twarzy  malowało  się

podniecenie.

- A więc naprawdę opuściliśmy naszą komórkę galaktyki ! - wykrzyknęła. - Och, jak żałuję, że przed

odlotem z Shanny nie miałam dość czasu na zbadanie leniańskiej mapy komórek galaktyki!

- Sss-sss-sss - zachichotał Gondal. - Nie wątpię, że właśnie do tego zamierzał cię wykorzystać Zarpi.

background image

Musiał  usłyszeć  gdzieś  fragment  tej  legendy…  Sądzę  jednak,  że  tę  samą  informację  zapisano
z  pewnością  w  pamięciach  komputerów,  z  którymi  się  właśnie  zmagamy.  Gdybyśmy  tylko  zdołali
opanować zasady tej zwariowanej matematyki…

- Wciąż nie tracę nadziei, że kiedyś wrócimy na Shannę - powiedział Vince, spoglądając na Akorrę. -

Wydaje  mi  się  również,  że  pomoże  nam  w  tym  twój  zaprogramowany  krążek,  dzięki  któremu
przylecieliśmy na Wolamię. Poczyniłaś jakieś postępy?

Nessanka spojrzała na niego. Na jej delikatnej twarzy pojawiło się coś w rodzaju współczucia.
-  Prawdę  mówiąc,  niewielkie,  Vinsie  -  odparła.  -  Zrozumienie  zasady  działania  tego  krążka  także

wymaga  opanowania  podstaw  niezrozumiałej  matematyki.  Na  razie  mogę  powiedzieć  tylko,  że  krążek
rzeczywiście  zawiera  jakiś  program  i  ów  program  zapisano  także  w  pamięciach  pokładowych
komputerów. Kiedy zdołamy zrozumieć podstawy leniańskiej

matematyki, powinniśmy poradzić sobie z uruchomieniem tych programów i wydać statkowi rozkaz

powrotu.

-  No  cóż,  z  pewnością  nie  jestem  matematykiem  i  obawiam  się,  że  niewiele  wam  pomogę  -

powiedział Vince. -Pójdę teraz chyba do jaskini i raz jeszcze popatrzę na niebo.

background image

17

S

tarannie  skrywając  kipiącą  w  nim  wściekłość,  Zarpi  stal  cierpliwie  i  czekał,  co  powie  Shkzak,

dowódca floty inwazyjnej Chullwejów. Nie mógł pozwolić, żeby niegdysiejszy sprzymierzeniec domyślił
się, że w ogromnej sali stoczono niedawno zaciętą bitwę.

Shkzak  wodził  małymi  oczami  po  długich  rzędach  kontrolnych  instrumentów,  uważnie  się

przyglądając każdej bliźnie będącej skutkiem użycia rozrywającego karabinu.

-  Czyżbyś  okazał  się  na  tyle  niezdarny,  że  stoczyłeś  tu  bitwę?  -  zapytał  w  końcu.  -  Nie  potrafiłeś

zdobyć tej komnaty za pomocą hardzi ej subtelnych środków?

Zarpi zachował nieruchomą twarz, choć kosztowało go to wiele wysiłku.
-  Możliwe,  że  daleko  mi  do  twojej  chytrości  i  przewrotności  -  zaczął  półgłosem.  -  Uciekając  przed

nami, Vredanie postanowili stworzyć tu ostatni bastion oporu. Z początku negocjacje z nimi przebiegały
bardzo pomyślnie; wyglądało na to, że niczego nie podejrzewają. Kiedy jednak wpuściliśmy tu gaz, kilku
z nich chyba nie udało się nam uśpić i ci dokonali tych zniszczeń z czystej złośliwości.

Porośnięty szorstką sierścią Chullwej rozchylił usta. Może zamierzał się uśmiechnąć, ale wyglądało

to jak demonstracja groźnych kłów.

-  Rozbawiła  mnie  twój  a  uwaga  o  chytrości  i  przewrotności  -  powiedział.  -  Naprawdę  się

spodziewałeś,  że  okażemy  się  tacy  naiwni  i  damy  się  wywieść  w  pole?  Po  prostu  przedsięwziąłem
konieczne  środki  ostrożności.  A  jeżeli  chodzi  o  skarbiec  Vredan,  dotrzymam  naszej  umowy.  Możesz
zabrać  połowę  skarbów  i  nie  zawracaj  mi  głowy  drobiazgami.  Nasi  zwiadowcy  donieśli  jednak,  że
na  Shannie  znaj  dują  się  pozostawione  przez  Lenian  tajemnicze  urządzenia.  Pozwoliłem,  byś  sądził,  że
jesteśmy sojusznikami, bo chciałem, żebyś nam dopomógł w odnalezieniu tej planety.

Shkzak  odwrócił  się  i  poczłapał  w  stronę  smuklej  konstrukcji  z  półprzezroczystych  sześcianów.

Promień  karabinu  rozrywającego,  który  przeorał  ją  mniej  więcej  w  połowie  wysokości,  stopił  lub
przerwał kable i zdeformował kilka sześcianów.

-  Myślę,  że  to  nie  są  poważne  uszkodzenia-  ciągnął  Chullwej  .  -  A  cala  tajemnica  kryje  się

w  pamięciach  komputerów  współpracujących  z  tą  makietą.  Prawdopodobnie  to  tylko  mapa,  na  której
wskazywano  miejsca  albo  wyświetlano  raporty.  -  Wykonał  półobrót  i  skierował  spojrzenie  na  rząd
transferowych klatek. - Tam kryje się prawdziwy skarb! - wykrzyknął. - Tam trzeba szukać rozwiązania
zagadki  sposobu  pokonywania  międzyplanetarnych  przestworzy  przez  władców  prastarego  imperium!
Masz pewność, że Vredanie nie zdołali dociec, jakie było przeznaczenie tych klatek?

Zarpi zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Pomyślał, że nie może dać się zwieść pozornej

życzliwości Chullwej a. Wiedział, że dowódca floty wychwyci skwapliwie wszystkie niespójności.

- Jestem całkowicie pewien, że Vredanie nawet nie wiedzieli o istnieniu tej sali - odparł w końcu. -

Dopiero  kiedy  moi  podwładni  wywiercili  otwór  w  ścianie,  schroniła  się  tam  garstka  vredańskich
obrońców.  Zacząłem  ci  to  tłumaczyć,  ale…  Mój  oddział  nie  był  zbyt  liczny  i  obawiałem  się,  że
ukryci Vredanie bez trudu nas pokonają, postanowiłem więc uciec się do bardziej subtelnego sposobu.
Ale  oni  po  prostu  pojechali  windą  do  góry  -  czy  to  nie  fantastyczne,  że  wciąż  jeszcze  funkcjonowała
po tylu tysiącleciach? - i ukryli się w tej sali.

Shkzak łypnął na niego jednym okiem.
- A więc jedynie się domyślałeś, co może się w niej znajdować? - zapytał. - No cóż, chociaż, jak się

tego  spodziewałem,  próbowałeś  mnie  przechytrzyć  i  działałeś  dosyć  nieudolnie,  bo  nie  zdołałeś
zapobiec  zniszczeniu  niektórych  urządzeń,  na  szczęście  wszystko  dobrze  się  skończyło!  Chyba
wkrótce  wyślę  do  domu  statek  z  wiadomościami,  które  z  pewnością  wprawią  w  wielkie  osłupienie
moich  przełożonych  -  niech  ich  sceptyczne  wyniosłe  gęby  skamienieją  ze  zdumienia!  Dokąd  wiodą
te tunele?

background image

Zarpi  uśmiechnął  się  tak  rozbrajająco,  jak  umiał,  chcąc  ukryć  swoją  niepewność.  Po  zaskakującym

ataku  i  niewiarygodnym  odbiciu  Akorry  nie  miał  dość  czasu,  by  to  zbadać  -z  trudem  zdążył  nawet
przyjść do siebie po przeżytym wstrząsie - zanim do wnętrza góry wdarły się hordy Chullwejów.

-  Nie  mam  pojęcia  -  przyznał  szczerze.  -  Straciliśmy  godzinę  na  wpompowanie  do  tej  sali

wystarczającej ilości świeżego powietrza, żeby wypchnęło na zewnątrz resztki gazów, i obawiam się, że
w  tunelach  wciąż  jeszcze  ich  stężenie  jest  zbyt  duże,  aby  się  można  było  tam  zapuścić.
Niestety,  przydarzył  się  nam  nieszczęśliwy  wypadek  i  nie  mogliśmy  skorzystać  z  masek
przeciwgazowych…  Przypuszczam  jednak,  że  przynajmniej  jeden  tunel  powinien  prowadzić
na powierzchnię, ponieważ nie zdołaliśmy się doliczyć co najmniej kilku ciał vredańskich wojowników.
Nie  sądzę  wszakże,  żeby  wszyscy  fanatyczni  obrońcy  wydostali  się  na  powierzchnię.  Obawiam  się,  że
kilku wciąż jeszcze ukrywa się w tych tunelach.

Dowódca Chullwej ów machnął lekceważąco podobną do niedźwiedziej łapy potężną ręką.
-  Jeżeli  naprawdę  się  w  nich  kryją,  możesz  być  pewien,  że  ich  stamtąd  wykurzymy  -  powiedział.  -

A  teraz,  Zarpi,  najlepiej  będzie,  jeżeli  pozostali  przy  życiu  członkowie  twojej  załogi  zajmą  się
przenoszeniem wszystkich skarbów, które chcieliście stąd zabrać. Zamierzam uczynić z tej góry potężną
fortecę, pozakładam też w wielu miejscach silne ładunki wybuchowe i gdyby skądkolwiek pojawiło się
jakieś zagrożenie, wysadzę ją w powietrze z bezpiecznej odległości. A tymczasem nasi naukowcy zajmą
się  badaniami  tych  przyrządów.  Nie  chcę  widzieć  tu  nikogo,  kto  nie  byłby  Chullwejem…  rzecz  jasna,
z  wyjątkiem  ciebie.  Życzę  sobie,  żebyś  jeszcze  jakiś  czas  tu  pozostał.  Zechciej  powiedzieć
członkom swojej załogi, żeby nie oddalali się od kolonii.

Nessanin  miał  nadzieję,  że  jego  twarz  nie  zdradziła  frustracji  i  szalonej  wściekłości,  jakie  ogarnęły

go po tych słowach.

-  No  cóż…  miałem  większe  ambicje  -  powiedział.  -  Ale  ostatecznie  jestem  tylko  drobnym

przedsiębiorcą.  I  tak  się  cieszę,  że  ta  operacja  w  ogóle  przyniosła  mi  jakiś  zysk.  Ja…  uhm…  jeszcze
mi nie powiedziałeś, jakie ograniczenia nakładasz na pozostałych gości naszej kolonii.

Shkzak obnażył kły, jakby zrozumiał, co mógł mieć na myśli jego rozmówca.
-  Jeszcze  jakiś  czas  pozwolimy  Vredanom  wszystkim  zarządzać  -  powiedział.  -  Rzecz  jasna,

będziemy  ich  mieli  na  oku.  Kiedy  zabezpieczymy  dostatecznie  najbliższą  okolicę  Shanny,  może  się
zgodzimy  na  odlot  gości.  Nie  zamierzamy  zabijać  żadnego  pirata,  złoczyńcy  ani  przemytnika.
Prawdę mówiąc, niektórzy mogą się nam jeszcze przydać. Pozwolimy nawet Vredanom zachować resztę
skarbów, których nie zabierzesz. Nie są co prawda żadną potęgą, ale po cóż pogłębiać ich wrogość?

Tym  razem  Zarpi  zdobył  się  na  uśmiech,  w  pewnym  stopniu  nawet  szczery.  Mimo  wszystko  jego

pierwsze  starcie  z  dowódcą  potężnej  floty  inwazyjnej  nie  zakończyło  się  wcale  najgorzej.  Nie  wyjawił
niczego na temat Akorry ani zagubionego leniańskiego krążka. Gdyby go zdołał odzyskać, wciąż jeszcze
mógł  odkryć  tajemnicę  o  niewyobrażalnym  wręcz  znaczeniu.  Co  więcej,  nie  zdradził,  że  żyjący
na  powierzchni  Shanny  ipsisumoedanie  także  zdołali  jakimś  cudem  przedostać  się  do  wnętrza  góry.
Na szczęście, w ostatniej chwili zdołał zatrzeć ślady ich obecności w wielkiej grocie transferowej.

Dręczyły go teraz pytania, na które, na razie, nie potrafił odpowiedzieć. Kto jeszcze oprócz tubylców

uczestniczył w niespodziewanej bitwie? Był absolutnie pewien, że widział promień energii z lufy ręcznej
broni, jakiej nie miał żaden z j ego korsarzy. Zapamiętał również, co się stało, kiedy w grocie rozpętało
się  prawdziwe  piekło.  Zanim  odrzucona  latarka  znieruchomiała,  promień  światła  musnął  rufę  czegoś,
co wyglądało jak spoczywający nieruchomo w klatce gwiezdny statek. Co się z nim stało?

Zarpi  uznał,  że  z  czasem  może  uda  mu  się  rozwiązać  wszystkie  zagadki,  a  z  jedną  upora  się  dosyć

szybko  i  całkiem  łatwo.  Jeżeli  w  komnacie  zaatakowali  go,  korzystając  z  pomocy  tubylców,  jacyś
przybysze,  po  czym  odlecieli  na  pokładzie  leniańskiego  statku,  dowie  się,  kim  byli,  sprawdzając,  kogo
spośród znajdujących się na liście mieszkańców kolonii obecnie brakuje. W tej sytuacji ucieszył się, że

background image

Chullwejowie zarządzili kwarantannę i że on sam nie musi stąd odlecieć.

Obawiał się jednak, że zniknięcie leniańskiego statku (miał nadzieję, że Chullwejowie nie dowiedzą

się  nigdy  o  jego  istnieniu)  mogło  oznaczać  poważne  kłopoty.  Jeżeli  Akorra  odleciała  w  towarzystwie
innego pirata oraz grupy tubylców, w każdej chwili mogła powrócić na Shannę dobrowolnie albo zostać
do  tego  przez  kogoś  zmuszona.  Z  pewnością  Chullwejowie  poddaliby  j  ą  przesłuchaniu,  a  może  nawet
zniszczyliby  statek  Lenian,  zaledwie  zdążyłby  osiąść  w  transferowej  klatce.  Pomyślał,  że  chociaż
dowódca  Chullwejów  będzie  uważnie  śledził  jego  każdy  krok,  musi  wymyślić  jakiś  sposób  i  wywieść
go w pole.

Żartobliwie  zasalutował  podobnej  do  niedźwiedzia  rosłej  istocie,  odwrócił  się  i  ruszył  w  stronę

kamiennej  kolumny  z  szybem  windy.  Stojący  obok  drzwi  z  ciężkim  karabinem  w  dłoniach  chullwejski
żołnierz  obrzucił  go  pogardliwym  spojrzeniem,  ale  usunął  się  na  bok.  Zarpi  pomyślał,  że  kiedy  jego
podwładni  przeniosą  do  ładowni  zrabowane  skarby,  będzie  musiał  najpierw  coś  zjeść  i  wypić
szklaneczkę  whisky.  Dopiero  potem  położy  się,  odpocznie  i  zacznie  intensywnie  myśleć.  Wydarzenia
mogą  potoczyć  się  bardzo  szybko  i  w  sposób  zaskakujący,  ale  zamierzał  się  przygotować  najlepiej,
jak będzie potrafił, na wszystkie ewentualne warianty.

background image

18

N

iebo Wolamii nie zmieniło się wcale w ciągu kilku następnych nocy.

Wyglądało  na  to,  że  Geegee  stara  się  nie  przeszkadzać  Vince’owi  w  jego  rozmyślaniach.  Któregoś

dnia jednak zapytał cicho:

-  Czy  zechcesz  mi  coś  wyjaśnić,  przyjacielu  Vinsie?  Moi  ziomkowie  nie  dowiedzieli  się  od  Vredan

tak dużo, żebym teraz zdołał zrozumieć wszystko, co się tu dzieje.

- Naturalnie - odparł Cullow. - Co chciałbyś wiedzieć? -Na przykład to, dlaczego ogromne sztuczne

światło  obraca  się  wokół  Wolamii  -  odparł  ipsisumoedanin.  -  Orientuję  się  mniej  więcej,  dlaczego
księżyce  Shanny  krążą  powoli  wokół  mojej  planety.  Wiem,  że  siła  grawitacji  równoważy  ich  tendencję
do  oddalenia  się,  choć  nie  mogę  pojąć,  jakim  cudem  taka  równowaga  może  być  stale  zachowywana.
Sztuczny satelita Wolamii porusza się jednak o wiele szybciej. Dlaczego?

- Ponieważ krąży o wiele bliżej powierzchni planety -odparł Vince.
Geegee umilkł i kilka minut zastanawiał się nad tym, co usłyszał.
- Jeżeli przywiążę do sznurka kamień i zacznę obracać go nad głową, zdołam wykazać istnienie siły

odśrodkowej  -odezwał  się  w  końcu.  -  Jednak  im  szybciej  będę  nim  obracał,  tym  bardziej  będzie  się
starał zerwać z uwięzi. Jak to się dzieje, że satelita planety może krążyć bliżej powierzchni, poruszając
się z większą prędkością?

Vince  westchnął.  Bardzo  chciałby,  żeby  teoria  obrotów  ciał  niebieskich  dawała  się  przedstawić

w  sposób  równie  prosty,  jak  wówczas,  kiedy  pierwszy  raz  ją  usłyszał,  bez  komplikacji  związanych
z możliwością istnienia sztucznego ciążenia, liniowego ruchu macierzystej planety i tak dalej.

- No cóż… - zaczął niepewnie. - Im dalej od jakiegoś ciała niebieskiego, tym siła ciążenia staje się

coraz  słabsza.  Satelity  w  rodzaju  księżyców  Shanny,  które  krążą  w  większej  odległości  od  powierzchni
planety, są przyciągane tylko z niewielką silą. Oznacza to, że siła odśrodkowa ich ruchu obrotowego nie
musi  być  bardzo  duża.  W  rzeczywistości,  odległość  satelity  od  powierzchni  planety  zależy  od  jego
prędkości  na  orbicie  i  siły  przyciągania  macierzystej  planety.  Jeżeli  siła  przyciągania  jest  niewielka,
księżyc  może  mieć  małą  prędkość  i  krążyć  w  dużej  odległości  od  powierzchni  planety.  To  znaczy…
no  cóż,  chyba  rozumiesz  zależność  między  odległością  od  powierzchni  planety,  prędkością  krążenia
po orbicie i silą przyciągania?

Geegee cicho zachichotał.
-  Mniej  więcej,  chociaż  logiczne  rozumowanie  przyprawia  mnie  o  ból  głowy.  Czy  chcesz  przez

to  powiedzieć,  że  każdy  satelita  jest  na  zawsze  skazany  na  krążenie  po  określonej  orbicie,  zależnej
od jego prędkości i utrzymującej go na uwięzi siły przyciągania macierzystej planety?

-  No  cóż,  uhm,  niezupełnie  -  rzeki  Vince.  -  Domyślam  się,  że  tak  byłoby  naprawdę,  przynajmniej

w  teorii,  gdyby  satelita  krążył  po  idealnie  kolistej  orbicie  i  nie  istniałoby  nic,  co  spowalniałoby  jego
ruch,  przyspieszało  albo  ściągało  z  tej  orbity.  Musisz  jednak  wiedzieć,  że  większość  orbit  nie
ma  idealnie  kolistego  kształtu.  Niektóre  są  do  tego  stopnia  rozciągnięte,  że  krążące  po  nich  satelity
zapuszczają  się  bardzo  daleko  od  macierzystych  planet  i  wracają  dopiero  po  upływie  długiego  czasu.
Kiedy  zaś  znajdują  się  tak  daleko,  poruszają  się  powoli  i  są  przyciągane  tylko  z  niewielką  silą.  Może
się wówczas wydarzyć coś, co spowoduje zmianę kształtu ich orbit. Satelita może zostać przyciągnięty
przez inne ciało niebieskie albo nawet odległą gwiazdę.

Istnieją  także  inne  komplikacje.  Ilekroć  taki  satelita  znajdzie  się  blisko  powierzchni  macierzystej

planety,  może  przelecieć  przez  warstwy  gęstej  atmosfery,  które  zmniejszą  prędkość  jego  lotu.  Ja…
prawdę  mówiąc,  Geegee,  sam  chyba  nigdy  się  w  pełni  nie  przekonałem  do  tej  teorii!  Przypuśćmy,
na  przykład,  że  macierzysta  planeta  porusza  się  bardzo  szybko  po  własnej  orbicie,  która  niekoniecznie
musi być linią prostą, może nawet krążyć wokół innego ciała niebieskiego. Kiedy zatem satelita planety

background image

krążącej  po  rozciągniętej  eliptycznej  orbicie  znajduje  się  bardzo  daleko  od  tej  planety,  czemu
się  zachowuje  tak,  jakby  był  przyciągany  nie  do  miejsca,  w  którym  macierzysta  planeta  znajduje  się
w  danej  chwili,  ale  do  innego  miejsca,  w  którym  planeta  znajdzie  się  dopiero  wtedy,  gdy  satelita  się
do niej zbliży?

- Mnie o to pytasz, przyjacielu Vinsie? - zdziwił się Geegee.
Ziemianin wybuchnął śmiechem.
-  Zadaję  pytania,  których  nie  ośmieliłem  się  zadawać,  kiedy  się  tego  uczyłem  -  przyznał.  -  Och,

teoria  głosi,  że  satelita  i  macierzysta  planeta  maj  ą  wspólną  liniową  składową  prędkości,  dzięki  czemu
zachowują  się,  jakby  planeta  w  ogóle  się  nie  przemieszczała.  Podejrzewam  jednak,  że  prawda  wygląda
zupełnie inaczej. Nie ma czegoś takiego jak stabilna orbita. Niektóre orbity tylko wydają się stabilne w
ciągu odcinka czasu odpowiadającego długości życia przeciętnej istoty.

-  A  co  z  naszym  światłodajnym  satelitą?  -  zapytał  Ge-egee.  -  Wszystko  wskazuje,  że  krąży  po  tej

orbicie od bardzo dawna.

-  Masz  rację,  ale  tylko  w  porównaniu  z  długością  mojego  albo  twojego  życia  -  oznajmił  Cullow.  -

W  ciągu  tysięcy  lat  jednak  i  ta  orbita  musiała  ulec  jakiejś  zmianie.  Tak  czy  owak,  jeżeli  na  orbicie
pozostawili go Lenianie, musieli przewidzieć jakiś system korekty jej parametrów.

- To kolejna rzecz, przyjacielu Vinsie, która nie daje mi spokoju. Czy nasz satelita jest po prostu tak

długowieczny,  czy  też  może  zawiera  układy  samoczynnej  korekty?  A  może  Lenianie  wracają  od  czasu
do czasu na Wolamię, żeby dokonywać poprawek tej orbity? Nie cieszę się na myśl o tym, że cierpliwie
czekając  na  śmierć,  spędzę  resztę  życia  w  tej  jaskini.  Nie  uśmiecha  mi  się  także  powrót  na  Shannę
za  pomocą  tego  samego  środka  transportu,  którym  tu  dotarliśmy  -  zakładając,  rzecz  jasna,  że  Gondal
i  Akorra  dowiedzą  się,  jak  tego  dokonać.  Pocieszam  się  nadzieją,  że  Lenianie  nie  wymarli  i  wciąż
jeszcze pamiętają o istnieniu Wolamii. I jeszcze jedno pytanie, jeżeli mogę je zadać. Z twoich wywodów
wynika, że sztuczne słońce tej planety krąży nad najwyższymi warstwami atmosfery. Jak wysoko?

-  Hm…  -  zamyślił  się  Ziemianin.  -  To  dobre  pytanie.  Musiałbym  wiedzieć  coś  więcej,  żeby

to  obliczyć.  Sądzę  jednak,  że  krąży  po  orbicie  oddalonej  mniej  więcej  czterdzieści  kilometrów
od  powierzchni  Wolamii.  -  Urwał,  zadumał  się  i  milczał  przez  chwilę.  Jeśli,  oczywiście,  założymy,  że
jego orbity nic nie wymusza.

Geegee chrząknął.
-  To  całkiem  niedaleko  -  zauważył.  -  Może  udałoby  się  nam  skonstruować  statek,  który  wyniósłby

nas ponad atmosferę?

-  To  prawda,  że  niedaleko  -  przyznał  Vince.  -  Wyobraź  sobie  jednak  żar,  jaki  panowałby  na  tej

wysokości,  z  pewnością  byłby  trudny  do  zniesienia…  chyba  że  cale  ciepło  jest  kierowane  w  dól,
a  przeciwna  strona  sztucznego  słońca  Wo-lamii  j  est  pogrążona  w  wiecznym  mroku.  Dlaczego  cię
to interesuj e? Co by to nam dało, gdybyśmy tam polecieli?

-  Zastanawiałem  się  nad  tą  legendą,  którą  cytowałeś:  „Kiedy  lampa  zostanie  zgaszona,  Wolamia

przypasze  broń  i  przysposobi  się  do  walki”.  Nie  trzeba  mieć  szczególnie  bujnej  wyobraźni,  żeby
rozszyfrować właściwe znaczenie tych słów. Jeżeli sztuczne słońce zgaśnie, jego konstruktorzy powrócą,
żeby przekonać się, co się stało.

- Och! - Vince poczuł, że się rumieni. Dlaczego, u diabla, sam wcześniej do tego nie doszedł?
-I  jeszcze  coś  -  powiedział  Geegee.  -  Jeśli  Wolamia  jest  kulą,  satelita  krąży  wokół  niej  po  orbicie

niewiele  odbiegającej  od  okręgu,  a  znajdująca  się  w  środku  tego  okręgu  planeta  się  nie  obraca,  dwa
usytuowane  dokładnie  naprzeciwko  siebie  punkty  na  jej  powierzchni  pozostają  niemal  zupełnie
nieoświetlone!

Vince westchnął.
-  Oczywiście,  masz  rację.  Punkty  te  odpowiadają  biegunom  każdej  normalnej  planety.  Jeśli  jednak

background image

Lenianie umieścili celowo na orbicie sztucznego satelitę, aby dawał światło i ciepło Wolamii, możliwe,
że  wyposażyli  go  -  o  ile  ma  własny  napęd  -  w  mechanizm,  dzięki  któremu  jego  oś  ulega  precesji.
Oznaczałoby to istnienie pór roku. Ale nawet gdyby Wolamia miała „bieguny”, południowy i północny,
jakie to mogłoby mieć dla nas znaczenie?

-  Jeszcze  nie  umiem  sobie  tego  wyobrazić,  przyjacielu  Vinsie.  Ale  takie  rzeczy  moglibyśmy  jakoś

wykorzystać,  choćby  do  zwabienia  Lenian,  jeżeli  jeszcze  żyją.  Dopóki  tu  siedzę,  mogę  rozmyślać
o różnych sprawach, na przykład przyszło mi do głowy coś jeszcze innego.

- Co mianowicie?
-  Dotychczas  widzieliśmy  tylko  niewielki  skrawek  Wolamii.  Czy  nie  warto  by  obejrzeć  trochę

większy  obszar?  Moglibyśmy  przynajmniej  wspiąć  się  na  szczyt  tego  urwiska,  zobaczylibyśmy,  jaka
kraina nas otacza, widzielibyśmy także znacznie większy obszar tej pustyni. Może gdzieś nie tak daleko
są ruiny leniańskich budowli, a w nich znajdziemy coś, co poszerzy naszą wiedzę i okaże się pomocne…
Jeżeli uzyskam zgodę wszystkich, jutro rano zabiorę dwóch wojowników i wejdę na górę.

Vince zerwał się na równe nogi.
- Chyba potrafisz czytać w moich myślach, Geegee! -zawołał. - Moją zgodę już masz! Pójdę z tobą,

chyba że ktoś mnie zwiąże, by mi to uniemożliwić!

Poranne  słońce  Wolamii  mocno  grzało  kark  Cullowa,  chociaż  Ziemianin  nosił  naprędce  zrobiony

kapelusz  z  szerokim  rondem  i  miał  na  sobie  najbardziej  przewiewne  ubranie,  jakie  zdołał  znaleźć.
Z  wyraźnym  trudem  pokonał  ostatnie  sześć  metrów  stromego  zbocza  i  stanął  obok  Geegee  na  samej
krawędzi urwiska. Ciężko oddychając, zastanawiał się, czy oślepiający blask nie zaszkodzi jego oczom.
Na razie Gondal i Akorranie zdołali skonstruować choćby prymitywnego czujnika promieniowania.

Dwaj  ipsisumoedańscy  wojownicy  wspięli  się  także  na  szczyt  góry.  Mrużąc  oczy,  wszyscy  czterej

spoglądali na niewysoki i niemal zupełnie nagi grzbiet ciągnącego się przed nimi długiego wzgórza, które
zasłaniało  teren  znajdujący  się  za  nim.  Vince  odwrócił  się  i  spój  rżał  na  pustynię.  Linia
drzew  porastających  brzegi  parowu,  a  może  łożyska  strumienia,  wyglądała  z  tej  wysokości  jak
ciemniejsza  kreska.  Ziemianin  przeniósł  spojrzenie  na  horyzont,  nie  wypatrzył  tam  jednak  niczego
z wyjątkiem tańczących fal żaru. Żadnych chmur, żadnej mgły… tylko błękitne niebo w oddali zaczynała
jakby przesłaniać nadciągająca od południowego-wschodu burza piaskowa.

Odwrócił się do Geegee.
-  Chyba  powinniśmy  zejść  na  tamten  grzbiet,  a  potem  iść  wzdłuż  niego  i  próbować  znaleźć  źródło

wody - powiedział.

Geegee potrząsnął uchem-macką i ruszył przodem.
Dotarcie na grzbiet wzgórza zajęło im pół godziny. Vince spojrzał na zachód i poczuł falę nagłej ulgi.

Zobaczył coś, co zwiastowało obecność wody!

W  odległości  niespełna  trzydziestu  kilometrów  wyrastały  wysokie  góry.  Od  skalnego  grzbietu

dzieliła  je  dolina,  równie  plaska  i  wyprażona  słońcem  jak  pustynia.  Szczyty  gór  sprawiały  wrażenie
bardzo  starych;  Vince  widział  wyraźnie  zmiękczone  przez  erozję  ślady  rzeźby  lodowcowej.  Niektóre
zbocza porośnięte były trawą o spłowiałej oliwkowozielonej barwie.

Na  wierzchołkach  najwyższych  gór  jaśniały  oślepiająco  białe  plamy,  i  to  właśnie  na  ich  widok

poczuł  tę  ogromną  ulgę.  Szczerząc  zęby  w  radosnym  uśmiechu,  powiódł  spojrzeniem  po  twarzach
ipsisumoedan.

- Właśnie o tym ci opowiadałem - powiedział do Geegee. - To śnieg.
Geegee spoglądał nabiale plamy przez jakiś czas, po czym powiedział:
- Mówiłeś, że jest zamarznięty. Jak to możliwe, skoro z nieba leje się taki żar?
-  Z  pewnością  stopniowo  topnieje  -  przyznał  Cullow.  -Znajduje  się  jednak  tak  wysoko,  że  jeszcze

jakiś  czas  tam  pozostanie.  Możliwe,  że  spadł  kilka  miesięcy  temu.  A  zatem,  na  Wolamii  istnieją  pory

background image

roku,  a  to  oznacza,  że  oś  obrotu  naszego  sztucznego  słońca  rzeczywiście  odchyla  się  od  położenia
spoczynkowego. Czuję się teraz, jakbym się znalazł kilka tysięcy lat świetlnych bliżej domu!

Geegee zachichotał.
-  Miejmy  nadzieję,  że  tubylcy  nie  popsują  twojego  nastroju-  powiedział.  -  Czy  zauważyłeś

wydeptany szlak, który ciągnie się wzdłuż tego grzbietu?

Vince  spojrzał  w  dół  i  odruchowo  sięgnął  po  leniański  pistolet,  który  przezornie  zabrał  ze  sobą.

Szlak był zatarty, ale dość widoczny, uwagę zwracał przede wszystkim brak kamieni. Vince rozejrzał się
wokoło  i  doszedł  do  przekonania,  że  gdyby  ktoś  zobaczył  ich  na  grzbiecie  wzgórza,  musiałby
się wspinać do nich po nagich skalach.

Geegee odwrócił się i powiódł wszystkich w dół, na północny zachód.
Kiedy znaleźli się na tyle blisko, że mogli wyraźnie widzieć głęboki parów, na ich spotkanie wyszła

grupa tubylców.

Z  daleka  włócznie  były  prawie  niedostrzegalne,  z  bliska  natomiast  prezentowały  się  znakomicie.

Miały  drzewca  obite  metalem  i  metalowe  groty,  na  których  nie  dałoby  się  dostrzec  nawet  plamki  rdzy.
Oprócz  włóczni  każdy  tubylec  nosił  nóż  w  pochwie  przypiętej  na  wysokości  pasa  do  fałdzistego
płaszcza zszytego z pasków barwnego materiału.

Jeśli  nawet  zamierzali  posłużyć  się  bronią,  starannie  to  ukrywali.  Podeszli  blisko  tym  swoim  nieco

śmiesznym truchtem, jak zwykle jeden za drugim, z powagą i w milczeniu. Vince przekonał się, że jego
pierwsze  wrażenie,  jakie  odniósł,  kiedy  ich  oglądał  z  daleka,  było  trafne.  Byli  szczupli  i  mieli  szarą
skórę,  tu  i  ówdzie  porośniętą  kępkami  ciemniejszej  sierści,  a  twarze  rzeczywiście  nadawały  im  wygląd
pawianów. Ale czaszki niewiele się różniły od ludzkich, a małe oczy sprawiały wrażenie inteligentnych.
Tubylcy mieli najwyżej półtora metra wzrostu, ale byliby z pewnością wyżsi, gdyby nie krótkie nogi.

Gdy  znaleźli  się  w  odległości  dwudziestu  metrów  od  niego  i  jego  towarzyszy,  Vince  dostrzegł,  że

na  ich  twarzach  pojawiło  się  przerażenie.  Podeszli  jeszcze  parę  metrów  bliżej,  przystanęli  i  nagle,
rozejrzawszy się na boki, wszyscy rzucili włócznie na spieczony piasek.

Ich  przywódca  miał  mocno  pomarszczoną  skórę  na  twarzy  i  brakowało  mu  dużego  kawałka  ucha.

Powoli  podszedł  do  czwórki  nieznajomych  i  nisko  się  skłonił,  wyglądało  na  to,  że  odczuwa  raczej
szacunek niż strach. Po chwili odezwał się płynnie po leniańsku i Vince aż otworzył usta ze zdumienia.

-  Nazywam  się  Shontemur  i  jestem  wodzem  dwudziestu  dwudziestek  -  powiedział.  -  Czy  jesteście

Wielkimi?

Cullow stal jak skamieniały, dopóki nie uświadomił sobie z nagłym zaskoczeniem, że został uznany

za najbardziej cywilizowaną istotę w swej malej grupie. Przełknął ślinę i chrząknął, by odzyskać głos.

- Nie jesteśmy, uhm, Lenianami - odparł. - Czy właśnie tego chciałeś się dowiedzieć?
Natychmiast uświadomił sobie, że palnął głupstwo. Zaczerwienił się, ale było już za późno.
Shontemur jakby zapadł się w sobie, wyraźnie rozczarowany.
- Nie byliśmy tego pewni - oznajmił cicho. - Wielcy nie odwiedzaj ą nas od wielu tysięcy cykli pór

roku, ale kiedy j e-den z moich wojowników wypatrzył was kilka dni temu w otworze jaskini na zboczu
góry,  obudziła  się  w  nas  nadzieja…  Jesteście  jednak  na  pewno  przybyszami  z  innego  świata.  Jak
dostaliście się do tamtej jaskini? Przyszliście tunelem z głębi góry, przylecieliście własnym gwiezdnym
statkiem, czy też może sprowadzili was tu Wielcy?

Na twarzy wodza malował się strach i smutek, to drugie uczucie raczej dominowało.
Umysł Vince’a pracował teraz gorączkowo. Nie powinien ujawniać, że są tak nieliczni i bezradni.
- Przylecieliśmy tu z innej planety na pokładzie leniańskiego statku, w nadziei, że spotkamy tu jego

konstruktorów  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Nie  jesteśmy  wcale  ich  wrogami,  szukamy  ich  pomocy.  Więc
powiadasz, że nie odwiedzaj ą was od dawna?

Wyraźnie  zmartwiony  Shontemur  spoglądał  na  niego  swymi  małymi  oczami.  Vince  usłyszał  ciche

background image

pomruki pięciu innych wojowników, nie wyczul w nich jednak złości ani wrogości.

-  A  zatem,  jesteście  uchodźcami  -  wódz  tubylców  uśmiechnął  się  smutnie.  -  Czegoś  się  obawiacie

albo przed czymś uciekacie. Jest was wielu?

- Wystarczająco wielu - odparł Vince.
Tym razem Shontemur uśmiechnął się szeroko.
-  To  elastyczne  słowo  -  powiedział.  -  Bądź  pewny,  przybyszu,  że  z  naszej  strony  nie  musicie  się

niczego  obawiać.  Żyjemy  tu,  na  Wolamii,  w  pokoju  i  chcemy  nadal  tak  żyć.  To  dla  nas  wielkie
rozczarowanie, że nie jesteście Wielkimi, to znaczy Lenianami. Są wśród nas tacy, którzy obawiają się,
że Lenianie wymarli albo przebywają tak daleko, że nigdy nie powrócą. Czy ktoś was ściga?

Vince  był  zupełnie  oszołomiony.  Spojrzał  na  Geegee,  który  sprawiał  wrażenie  zaintrygowanego  tą

rozmową, i ciężko westchnął.

-  W  najbliższej  przyszłości  nie  musimy  się  raczej  obawiać  żadnego  pościgu  -  powiedział.  -  Jeżeli

jednak nie natkniemy się na Lenian, w końcu może dojść do inwazji. Jak brzmi, uhm… domyślam się, że
kiedyś Wolamia stanowiła część leniańskiego imperium?

Shontemur wykonał ledwo zauważalny ruch ręką.
-  Naturalnie  -  odparł.  -  Ale  to  jedyna  planeta,  jaką  znają  moi  podwładni.  Skąd  przybyliście?

Z najbliższego nieba czy z tamtej ogromnej wyspy gwiazd, którą widać w nocy na północnym niebie?

- Przybyliśmy z tamtej wyspy gwiazd - powiedział powoli Vince, przytłoczony uczuciem ogromnego

zawodu.  -  Czy  nie  wiecie,  dokąd  odlecieli  stąd  Lenianie?  A  może  pozostały  tu  po  nich  jakieś  miasta,
urządzenia albo inne przedmioty?

Shontemur znów wyszczerzył zęby w uśmiechu.
-  Domyślam  się,  że  wiecie  o  tych  urządzeniach  więcej  niż  my  -  powiedział.  -  Dopóki  nie

zobaczyliśmy  was  w  otworze  jaskini,  nie  wiedzieliśmy,  że  w  tej  części  Wolamii  znajduje  się  ich  stacja
transferowa,  i  teraz  musimy  włączyć  tę  wiadomość  do  zbioru  naszej  wiedzy.  Czy  uważacie  się
za właścicieli tej stacji? Czy możemy tam wejść i ją obejrzeć?

Vince powiódł spojrzeniem po twarzach swoich towarzyszy i, widząc, że się uśmiechają, zdecydował

się udzielić wymijającej odpowiedzi.

-  Nie  jestem  przywódcą  naszej  grupy,  ale  sądzę,  że  chyba  nikt  nie  będzie  się  temu  sprzeciwiał  -

odparł. - Mimo wszystko to wasza planeta. Proszę, uwierzcie mi, że nie żywimy wobec Wolamii żadnych
złych zamiarów. Pragniemy tylko się spotkać z Lenianami. - Urwał, próbując pospiesznie uporządkować
myśli. - Czy znacie całą historię leniańskiej okupacji Wolamii?

Shontemur był wyraźnie zaszokowany.
- Okupacji? Ależ… Lenianie zbudowali Wolamię, a raczej j ą przekształcili, a potem powierzyli j ą

nam  wraz  z  Zadaniem.  Pozostawili  nam  wszystko,  co  potrzebne:  mówiące  skrzynki,  żebyśmy  dbali
o  czystość  języka,  metal  do  sporządzania  włóczni  i  innych  narzędzi,  a  także  sposoby  wytwarzania
papieru i zapisy wania na nim wiedzy. Tymczasem ty, przybyszu z innej planety, mówisz o Wielkich tak,
jakby byli najeźdźcami i ciemiężycielami. Czyżbyś naprawdę wiedział o nich tak niewiele?

Vince westchnął.
-  Nie  zamierzałem  niczego  takiego  sugerować  -  powiedział.  -  Dobrze  wiemy,  że  byli  sprawiedliwi

i szlachetni. Wspomniałeś jednak coś o Zadaniu. Czy mogę zapytać, na czym polega?

Shontemur zdumiał się.
- Nawet tego nie wiesz? No cóż, jesteśmy przecież Obserwatorami.
Ziemianin poczuł, że w jego sercu znowu wzbiera nadzieja.
-  Obserwatorami?  -  powtórzył.  -  To  znaczy,  że  jesteście  tu  kimś  w  rodzaju  strażników?  A  zatem

musicie  mieć  jakiś  sposób  porozumiewania  się  z  Lenianami,  a  przynajmniej  w  jakiś  sposób  składacie
im raporty!

background image

Shontemur przypatrywał mu się przez dłuższą chwilę, zanim odpowiedział.
- Nie znamy żadnego sposobu, przybyszu z obcej planety - odparł w końcu. - Jeżeli legendy mówią

prawdę,  Wielcy  odwiedzali  nas  kiedyś  bardzo  często,  żeby  sprawdzić  to,  co  zostało  zapisane.  Doszło
jednak do wielkiej zawieruchy, o której powiedzieli moim prapraprzodkom bardzo niewiele, a potem w
ogóle przestali do nas przylatywać. Obiecali tylko, że pewnego dnia powrócą.

Vince  odwrócił  głowę,  spojrzał  na  pustynię,  nad  którą  tańczyły  fale  intensywnego  żaru,  po  czym

przeniósł wzrok na tubylca.

-1 od tamtej pory czekacie na ich powrót? - zapytał.
- A cóż innego moglibyśmy robić? - odrzekł Shontemur.
- Czekamy, obserwujemy i zapisujemy.
- Zapisujecie? Czy to znaczy, że prowadzicie notatki, czy też rejestry? Czego one dotyczą?
- Ależ wszystkiego!
- Na przestworza wszechświata! - wybuchnął Ziemianin.
-  A  więc  dysponujecie  niewiarygodnie  bogatym  zasobem  informacji.  A  może  po  jakimś  czasie

niszczycie swoje zapiski?

Shontemur sposępniał.
-  O  tym,  co  ma  być  zachowane  w  całości,  a  co  tylko  w  skrócie,  decydują  nasi  Patriarchowie  -

oznajmił. - Jeżeli ktokolwiek inny zniszczy zapiski, popełni poważne przestępstwo.

Vince westchnął ciężko.
-  Ciekaw  jestem…  -  zaczął  niepewnie.  -  Zastanawiam  się,  czy  moglibyśmy  się  zapoznać

z niektórymi rejestrami, mam na myśli te najstarsze.

- Tej kwestii nawet nie będę próbował rozważać - odparł Shontemur powściągliwym tonem, w glosie

jego  zabrzmiała  jednak  wyraźna  nuta  dezaprobaty.  -  Jestem  jedynie  wodzem  lokalnej  społeczności,
dwudziestu dwudziestek Obserwatorów, ich rodzin i kilkorga sierot.

- No cóż, kto w takim razie mógłby ją rozpatrzyć? - zapytał Cullow. - Patriarchowie? Gdzie mogę ich

znaleźć?

Shontemur uśmiechnął się słabo.
-  Nie  mógłbym  ci  tego  wyjawić,  przybyszu  z  obcej  planety,  nawet  gdybym  wiedział  -  oznajmił.  -

Kiedy się pojawiliście, z pewnością się ukryli.

Vince zapanował nad narastającą w nim irytacją.
-  Posłuchaj  -  powiedział.  -  Nie  zamierzamy  w  żadnym  wypadku  wyrządzić  im  jakiejś  krzywdy,  nie

chcemy  także  przeszkadzać  wam  w  dalszym  prowadzeniu  zapisków  i  notatek.  Po  prostu  utknęliśmy  tu,
na  Wolamii,  i  chcielibyśmy  się  stąd  wydostać  tak  szybko,  jak  to  będzie  możliwe.  Mam  nadzieję,  że
w  waszych  najstarszych  zapiskach  sporządzonych  wkrótce  po  odlocie  Lenian  znajdzie  się  coś,
co mogłoby nam w tym pomóc. Ty także na pewno chciałbyś, żebyśmy stąd odlecieli, prawda?

- Nawet bardzo, gdybyśmy tylko mogli być pewni, że nie sprowadzicie tu Złych.
-Nie  jesteśmy  źli,  do  diabla,  tylko  zagubieni!  Powiedziałeś,  że  kiedy  tu  przylecieliśmy,  wasi

Patriarchowie się ukryli. A zatem musieli jakoś się o nas dowiedzieć, prawda?

- Oczywiście. Kiedy zobaczyliśmy was po raz pierwszy, natychmiast zawiadomiłem ich o tym.
-W jaki sposób?
- Jak zawsze, przez posłańca. Nie mamy latających lodzi, jakimi posługiwali się Wielcy.
- No cóż, czy nie mógłbyś więc w ten sam sposób przesiać mojej prośby?
-  Tak,  tak  właśnie  zrobię.  Nie  wiem  jednak,  gdzie  przebywają  w  tej  chwili  Patriarchowie,  nie  mogę

ci więc powiedzieć, kiedy otrzymają twoją prośbę.

Vince westchnął.
-  Mimo  to,  bardzo  proszę,  przekaż  ją-  powiedział.  -1  pozwól,  że  zwrócę  na  coś  twoją  uwagę.

background image

Im  szybciej  stąd  odlecimy,  tym  mniejsze  prawdopodobieństwo,  że  ktoś  będzie  nas  tutaj  szukał  i  ścigał.
Najważniejsze jednak, że się nas pozbędziecie!

Shontemur posmutniał.
-  Tak  czy  owak,  obawiam  się,  że  wasze  przybycie  naruszy  w  poważnym  stopniu  spokój,  jakim  się

dotąd  cieszyliśmy.  Uczynię  jednak  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  żeby  dopomóc  wam  w  opuszczeniu
Wolamii.  Pokażę  ci  także  ostatnie  zapiski,  które  jeszcze  przechowuj  ę.  -  Wykonał  półobrót  i  spój  -rżał
na  północ.  -  Czy  zamierzaliście  zbadać  tamten  kanion?  -zapytał.  -  Jeżeli  tak,  pozwól,  że  będę  waszym
przewodnikiem.

A tymczasem, dopóki to możliwe, przynajmniej udawajmy, że jesteśmy przyjaciółmi.
Widok  kanionu  wprawił  Cullowa  w  osłupienie.  Jar  miał  co  najmniej  siedemset  metrów  głębokości

i wyglądał jak szeroka skalna rozpadlina. Usiane zębatymi skałami strome ściany opadały ku płaskiemu
dnu.  Było  ono  pokryte  glebą,  która  musiała  się  tam  gromadzić  przez  wiele  stuleci,  spoczywało  na  nim
trochę częściowo zagrzebanych w ziemi spękanych i pokruszonych głazów.

Strumień  płynący  dnem  kanionu  widziany  z  wysoka  przypominał  srebrzystą  wijącą  się  nitkę.  Tam

w  dole  rosły  bujnie  różne  rośliny  -  całe  dno  parowu  było  pokryte  spłowiałą  oliwkowozieloną  trawą.
Na brzegach strumienia, częściowo go przesłaniając, krzewiły się gęste zarośla.

W wielu miejscach nad kanionem przelatywały długoskrzydłe ptaki, prawdopodobnie takie same jak

te, które gnieździły się na zboczu góry, gdzie znajdowała się jaskinia. Vince dostrzegł także co najmniej
kilka  gatunków  mniejszych  ptaków,  było  tu  też  na  pewno  wiele  innych  gatunków,  ale  z  miejsca,
w którym stal na krawędzi kanionu, nie mógł ich wypatrzyć. Vince zaczął się zastanawiać, jakim cudem
- skoro kanion wiódł w kierunku niewidocznego kontynentu - z powierzchni planety mogło zniknąć całe
morze.

Odwrócił się do wodza tubylców.
-  Wiesz  może,  czy  Wolamia  miała  wciąż  jeszcze  głębokie  oceany,  kiedy  Lenianie  sprowadzili

tu twoich prapraprzodków? - zapytał.

Krótkonoga istota człekopodobna wykonała ten sam, co poprzednio, ledwo zauważalny ruch ręką.
-  To  zostało  zarejestrowane.  Wolamia  wyglądała  wówczas  jak  teraz.  Domyślamy  się,  że  wszystkie

żywe  istoty,  nie  wyłączając  ryb,  zwierząt  i  ptaków,  przybyły  tu  z  tej  samej  planety,  ponieważ  istniej  ą
wyraźne podobieństwa w budowie ich szkieletów.

Vince spojrzał zdumiony na Shontemura.
-  A  zatem,  znacie  podstawy  nauk  przyrodniczych,  a  przynajmniej  biologii!  -  zawołał.  -  Jak

to  możliwe…  To  znaczy,  wydaje  mi  się  dziwne,  że  wasze  kolejne  pokolenia  żyją  wciąż  tak  samo,  nie
zachodzą  u  was  żadne,  uhm…  zmiany.  Czy  wasze  społeczeństwo  się  nie  rozwija?  Nigdy  nie
odczuwaliście pragnienia, żeby zacząć żyć inaczej niż wasi prapraprzodkowie?

Shontemur uśmiechnął się.
- Dlaczego mielibyśmy chcieć coś zmieniać? - zapytał. -Jest nas tu wciąż tylu, ilu przyleciało, gdyż

tak  stanowi  nasze  prawo.  Żyjemy  w  zgodzie  ze  środowiskiem,  które  wciąż  odradza  się  na  nowo.
Trudnimy się rolnictwem, ale tylko w takim stopniu, jak jest to konieczne, żebyśmy mogli wywiązywać
się  z  naszego  Zadania.  Dbamy  o  glebę,  żeby  była  cały  czas  żyzna.  Mamy  taki  przemysł,  jaki  jest  nam
potrzebny.  Każda  dziedzina  naszej  gospodarki  jest  samowystarczalna.  Kiedy  zejdziemy  do  kanionu,
pokażę ci naszą papiernię, a także odlewnię, w której wykonujemy włócznie i inne metalowe przedmioty.
Do  wyrobu  atramentu  wykorzystujemy  wyciąg  z  pewnych  krzewów,  a  materiał  na  ubrania  -  pociągnął
za fałd płaszcza, aby pokazać wstążki wszyte w celu umożliwienia obiegu powietrza - tkamy z włókien
naturalnych. Pokażę ci także młyn.

Vince poczuł, że ogarnia go frustracja.
- A co robicie, jeżeli coś się zepsuje albo czegoś zabraknie? Na przykład, powiedziałeś, że Lenianie

background image

pozostawili wam metal. Co będzie, jeżeli zużyjecie go całkowicie?

- Mamy zapasy, które jeszcze na pewien czas nam wystarczą.
-  Ale…  no  cóż,  co  zrobicie,  kiedy  i  tamte  się  wyczerpią?  Czy  nie  powinniście  się  nauczyć,  jak

go  wytapiać  samodzielnie?  -  Vince  spostrzegł,  że  na  twarzy  rozmówcy  pojawił  się  niepokój.  -  Co  się
stanie, jeżeli w wyniku naturalnego kataklizmu wszystko tu ulegnie zniszczeniu? Jak wtedy przetrwacie?
A poza tym, czy teraz, kiedy wszystko wskazuje, że Lenianie nie powrócą, nie chcielibyście się rozwijać
jako rasa?

Shontemur sprawiał wrażenie jakby zakłopotanego.
-  Zakładamy,  że  Wielcy  powrócą,  zanim  zapasy  naszego  metalu  się  wyczerpią.  Ostatecznie,  zawsze

możemy  sporządzać  włócznie  z  drewna.  I  tak  wykorzystujemy  je  tylko  podczas  polowań  albo  w  celu
obrony przed groźnymi drapieżnikami. Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc o rozwijaniu się jako rasa.
Mamy swoje Zadanie i wiedziemy dobre życie.

Vince westchnął.
- Rozumiem. Powiedziałeś, że obserwujecie i rejestrujecie. Co zapisujecie, jeżeli nic na tej planecie

nie ulega żadnej zmianie?

Na twarzy wodza tubylców odmalowało się zaskoczenie.
- Jak to? Oczywiście, są zmiany! Zwierzęta nie zawsze chadzają tymi samymi ścieżkami, nie zawsze

też  wiodą  dokładnie  taki  sam  tryb  życia  jak  ich  przodkowie.  Ptaki  nie  zawsze  gnieżdżą  się  w  tych
samych miejscach, a ryby nie gromadzą się w tych samych stawach.

Vince zdał sobie sprawę, że wpatruje się w tubylca z rozdziawionymi ustami.
-  Czy  to  znaczy,  że…  obserwujecie  i  zapisujecie  każde  nowo  wybudowane  gniazdo?  Każde  pisklę,

które się wykluje?

- Naturalnie - odparł nieco urażony Shontemur. - Jesteśmy przecież Obserwatorami.
- No dobrze, ale co takie drobiazgi mogą obchodzić Lenian? - żachnął się Cullow.
Wódz tubylców zmarszczył gniewnie brwi. Podobnie zareagowało pięciu jego wojowników.
-  Nie  powinieneś  zadawać  takich  pytań,  przybyszu  z  obcej  planety  -  powiedział.  -  Zapisujemy

to  wszystko.  Kiedy  Wielcy  powrócą,  może  zechcą  wprowadzić  te  informacje  do  pamięci  swojego
komputera  i  wówczas  dowiedzą  się  czegoś,  co  może  mieć  dla  nich  ogromne  znaczenie.  Mamy  nasze
Zadanie, żyjemy jak należy, jesteśmy szczęśliwi!

Vince stal w milczeniu jak skamieniały. Dopiero po chwili odparł powoli i spokojnie:
-  Nie  zamierzamy  wtrącać  się  do  waszego  życia  i  próbować  zmieniać  wasze  zwyczaje  ani

profanować waszych świętości. Zechciej wybaczyć moje niestosowne pytania.

- Jesteś przybyszem z obcej planety - powiedział łagodnym tonem Shontemur. - Widzę wyraźnie, że

wyznajesz inne wartości niż my.

background image

19

Z

ejście  na  dno  kanionu  zajęło  im  całą  godzinę.  Po  przebyciu  mniej  więcej  jednej  trzeciej  drogi

Vince i trzej ipsisumoedanie mieli okazję zobaczyć, jak pracują Obserwatorzy.

W zielonkawej litej skale wykuto niezbyt głęboką niszę, na tyle jednak pojemną, żeby mogli w niej

siedzieć  ze  skrzyżowanymi  nogami  dwaj  tubylcy.  Skalny  nawis  nad  ich  głowami  chronił  obu  przed
spadającymi  kamieniami  albo  odłamkami  skal.  Wąska  ścieżka  biegła  w  pewnej  odległości  od  niszy
Obserwatorów.  Obaj,  choć  wyraźnie  zdumieni  niezwykłym  widokiem,  przyglądali  się  uważnie  dziwnej
grupie tylko przez chwilę, a potem rzucali na nią okiem jedynie od czasu do czasu.

Wyglądało na to, że obu tubylców posadzono w tym miejscu, żeby nieustannie wodzili spojrzeniem

w  górę,  w  dół  i  w  poprzek  parowu.  Ich  oczy  ciągle  się  poruszały,  z  wyjątkiem  krótkich  chwil,  kiedy
akurat  na  coś  spoglądali.  Każdy  Obserwator  trzymał  na  kolanach  podobny  do  pudelka  dziwaczny
przedmiot, sporządzony z pięknie zdobionej skóry. Przechodząc obok tubylców, Vince przekonał się, że
są  to  pojemniki  z  rolkami  papieru.  Na  górnej  płaskiej  powierzchni  pudelka,  służącej  zapewne  jako
podkładka  do  sporządzania  notatek,  znaj  dowala  się  taśma  papieru  szerokości  około  piętnastu
centymetrów. Mniej więcej co pól minuty każdy Obserwator -ale nigdy obaj równocześnie - przestawał
omiatać spojrzeniem ściany i dno parowu i bardzo szybko notował coś na papierze. Kiedy zapełnił całą
wolną  przestrzeń,  obracał  umieszczoną  z  boku  pudelka  małą  korbką,  a  wtedy  w  miejsce  zapisanego
wysuwał się nowy odcinek papieru.

Shontemur wyjaśnił, że pisaki wykonuje się z prętów wysuszonego porowatego drewna nasączonych

półpłynnym  atramentem.  Vince  zauważył  dziesięć  czy  dwanaście  takich  pisaków  wystających
z pojemnika, który musiał pełnić funkcję kałamarza.

- Jak szybko wysycha ten atrament? - zapytał.
-  W  ciągu  zaledwie  kilku  minut  -  odrzekł  tubylec.  -  Rozumiesz  chyba,  że  to  tylko  robocze  zapiski.

Pełny  opis  wszystkiego,  co  widzi,  Obserwator  musi  sporządzić  później,  kiedy  skończy  pełnić  czynną
służbę.  Dopiero  wtedy  trzeci  Obserwator,  należący  zazwyczaj,  ale  niekoniecznie,  do  tego  samego
zespołu,  zapoznaje  się  z  oboma  raportami.  Jeżeli  wykryje  jakiekolwiek  różnice  między  nimi,  odbywa
z autorami rozmowę, która musi doprowadzić do osiągnięcia kompromisu.

Vince rozejrzał się dookoła.
- Gdzie znaj dują się pozostali czterej członkowie zespołu? - zapytał.
- Niedługo ich zobaczymy - odparł Shontemur.
I  rzeczywiście,  mniej  więcej  sto  metrów  dalej,  na  skalnej  półce  Vince  zobaczył  czterech  tubylców,

którzy jednak wcale nie prowadzili obserwacji. Dwaj z nich najwyraźniej spali, a dwaj pozostali czuwali
i  prawdopodobnie  mieli  bronić  tamtych  przed  atakiem  dzikich  zwierząt,  gdyż  trzymali  włócznie  w
pogotowiu. Patrzyli ze zdumieniem na Vince’ a i trzech ipsisumoedan, z ich ust nie wydobył się jednak
żaden dźwięk i nie obudzili swoich towarzyszy.

Widząc zdziwienie w oczach Cullowa, Shontemur lekko się uśmiechnął.
-  W  czasie  czynnej  służby  każdy  członek  zespołu  prowadzi  obserwację  przez  dwie  godziny  -

oznajmił. - Dwaj inni muszą wtedy spać, żeby mogli zachować pełną czujność, kiedy nadejdzie ich pora.
Zespoły Obserwatorów zmieniają się o świcie, w południe, o zachodzie słońca i o północy.

- Chcesz przez to powiedzieć, że obserwuj ą wszystko także w nocy? - zapytał zdziwiony Ziemianin.
- Oczywiście - odparł Shontemur. - Życie nie zamiera przecież wraz z zachodem słońca.
Kilka  godzin  po  południu  Vince  i  trzej  ipsisumoedanie  podziękowali  wodzowi  tubylców,  który

odprowadził ich z powrotem na szczyt kanionu, a potem obrali najkrótszą drogę do punktu, skąd mogli
się wspiąć na urwisko. Teraz, kiedy Vince już wiedział, czego szukać, bez trudu wypatrzył co najmniej
sześć  punktów  obserwacyjnych,  zawsze  ukrytych  pod  skalnymi  nawisami  albo  wielkimi  głazami.

background image

Shontemur  oświadczył  nawet,  że  kilka  innych  posterunków  znajduje  się  w  różnych  miejscach
na urwistym zboczu góry.

Wyglądało jednak na to, że odkąd istniała tradycja, sama jaskinia była uważana za tabu.
-No  cóż,  zobaczyliśmy  przynajmniej,  jak  wygląda  okolica  -  powiedział  ponurym  głosem  Cullow.  -

Jeśli  tylko  Shontemur  i  jego  towarzysze  nie  są  znakomitymi  aktorami,  chyba  nie  musimy  się  obawiać
niczego z ich strony.

Zanim  zaczął  schodzić  w  stronę  wylotu  jaskini,  Geegee  przystanął,  jakby  chciał  się  nad  czymś

zastanowić.

- Nie sądzę, żeby w ogóle mogli żywić względem nas wrogie zamiary - powiedział. - Mimo wszystko

nie wiedzą, czy Lenianie pochwaliliby ich, gdyby rozpoczęli walkę z obcymi przybyszami takimi jak my.
Z  pewnością  nas  nie  napadną,  a  przynajmniej  nie  zrobią  tego,  dopóki  nie  uczynimy  czegoś,  co  by  im
utrudniało  wykonywanie  ich  Zadania.  Zastanawiam  się  jednak  ciągle,  przyjacielu  Vinsie,  dlaczego
Lenianie powierzyli tym tubylcom takiego rodzaju zadanie. Z pewnością nie obchodziło ich zbytnio, ile
ptaków zakłada gniazda na wiosnę każdego roku.

-No  cóż,  Lenianie  odlecieli  stąd  bardzo,  bardzo  dawno  -odparł  Vince.  -  Być  może  początkowo

naprawdę interesowali się ekosystemem tej planety. A może prapraprzodkowie Shontemuranie właściwie
zrozumieli  wydane  instrukcje?  Kto  wie,  czy  w  ogóle  wszystko  się  nie  zaczęło  od  snu  jakiegoś  wodza
tubylców.  Lenianie  mogli  sprowadzić  ich  tu  po  prostu  po  to,  by  utrzymywali  planetę  w  częściowo
cywilizowanym  stanie…  na  wszelki  wypadek,  żeby  mieli  dokąd  powrócić,  gdyby  zaistniała  taka
potrzeba. A może w grę wchodziło zwyczajne współczucie? Shontemur wspominał, że jego macierzysta
planeta przeżyła katastrofę, coś w rodzaju gwiezdnej wojny.

Geegee skręcił oba organy słuchowe na znak zgody.
-  To  możliwe  -  powiedział.  -  Tak  czy  owak,  jeżeli  Patriarchowie  pozwolą  nam  zapoznać  się

ze starymi zapisami, może dowiemy się czegoś więcej.

- Sss-sss-sss!
Kiedy  Vince  opowiedział  o  spotkaniu  z  tubylcami  i  ich  Obserwatorami,  Gondal  nie  ukrywał

rozbawienia.

-  A  więc  twierdzisz,  że  Lenianie  powierzyli  im  zadanie  liczenia  ptasich  gniazd?  No  cóż,  nie  widzę

powodu, żeby kilku z nas ich nie odwiedziło. Możliwe, że to odświeży ich pamięć.

Vince wzruszył ramionami.
-  Obawiam  się,  że  nie  będziemy  mieli  z  nich  żadnej  pociechy.  A  czy  tobie  i  Akorrze  udało  się  coś

osiągnąć? Poczyniliście jakieś postępy, jeżeli chodzi o znajomość leniańskiej matematyki?

Gondal natychmiast spoważniał.
- Na razie wiemy tylko, że to nie jest zwyczajna matematyka- powiedział. - To coś w rodzaju języka

numerycznego opartego na jakiejś podstawowej, szczególnej i dziwacznej właściwości ich komputerów.
Postanowiliśmy  zwrócić  większą  uwagę  na  same  komputery.  Oznacza  to  konieczność  powycinania
otworów  w  wewnętrznych  ścianach  statku,  którym  tu  przylecieliśmy.  Musimy  także  się  zapoznać
z bankami danych. Aha, i jeszcze jedno… Akorra poczyniła pewne postępy - wprawdzie niewielkie, ale
obiecujące  -  z  wyciąganiem  z  tamtego  klucza-krążka  pewnych  szczegółów  w  języku  zwyczajnej
matematyki.  Opracowaliśmy  nawet  prowizoryczny  plan,  żeby  nauczyć  jeden  z  leniańskich  komputerów
tłumaczenia  naszej  matematyki  na  leniańską.  Spodziewamy  się  odnaleźć  dzięki  temu  program,  który
pozwoli nam wrócić na Shannę.

Vince obrzucił go niecierpliwym spojrzeniem.
- Ile czasu to potrwa? - zapytał.
- Tego nie mogę przewidzieć - oznajmił Onsjanin. - Widzisz, problem poleganie tylko na określeniu

współrzędnych  punktu  w  naszej  galaktyce,  który  -  rzecz  jasna  -  przemieścił  się,  i  to  znacznie,  odkąd

background image

Lenianie  odlecieli  z  Shanny,  ale  także  na  określeniu  warunków  transferu  między  dwiema  leniańskimi
stacjami.  Jesteśmy  pewni,  że  to  jedyny  sposób.  Nawet  jeżeli  pominąć  czas,  jaki  zajęłaby  podróż
gwiezdnym  statkiem  o  zwyczajnym  napędzie  nadświetlnym,  mogłoby  się  okazać,  że  obie  transferowe
stacje  nie  mają  współrzędnych  przestrzennych,  które  pozostawałyby  w  jakimkolwiek  możliwym
do wykorzystania związku między sobą.

Cullow wzruszył ramionami.
-  To  całkiem  możliwe  -  burknął.  -  Sądzę,  że  lepiej  będzie,  jeżeli  Geegee  i  ja  skorzystamy  mimo

wszystko  z  pomocy  Shontemura.  Wygląda  na  to,  że  mamy  co  najmniej  takie  same  szanse  powodzenia,
jak ty i Akorra.

-  Sss!  -  zachichotał  Onsjanin.  -  Żałuję,  ale  nie  mogę  ci  obiecać  nic  więcej,  uważam  więc,  że

powinieneś koniecznie nadal utrzymywać kontakty z miejscowymi Obserwatorami.

Minęło sześć dni, nadszedł wyznaczony przez Shontemura termin ich następnego spotkania.
Vince,  Geegee  i  dwaj  ipsisumoedańscy  wojownicy  wspięli  się  znów  na  szczyt  góry.  Tym  razem

wiedzieli,  dokąd  idą,  i  obrali  dłuższą,  ale  wiodącą  mniej  stromo  drogę.  Na  wierzchołku  już  czekał
na nich Shontemur. Jak zwykle, towarzyszyło mu pięciu ziomków. Vince uniósł rękę na powitanie.

- Cześć - powiedział. - Przynosisz jakieś wieści od swoich Patriarchów?
Shontemur ukłonił się z pewną rezerwą.
-  Przynoszę,  przybyszu  z  obcej  planety  -  odparł.  -  Zastanawiali  się  nad  waszą  sytuacją.  Niedługo

pojawi  się  dwudziestu  biegaczy  z  kopiami  prastarych  zapisów,  które  mogą  okazać  się  pomocne
w rozwiązaniu twojego problemu. - Wódz tubylców urwał, jakby się zawahał. - Zdecydowali się jeszcze
na  coś,  co  oni  sami  i  ja  także  uważamy  za  rzecz  bardzo  ryzykowną.  Polecili  mi,  żebym  powiódł  cię
do  znajdującego  się  niedaleko  stąd  wejścia  tunelu,  który  zawsze  stanowił  dla  nas  tabu,  podobnie  jak
jaskinia,  w  której  ujrzeliśmy  cię  po  raz  pierwszy.  Musisz  wiedzieć,  że  kiedy  Patriarchowie
zostają  wybrani,  poznają  tajemnice  o  wiele  cenniejsze  niż  te,  które  mogę  znać  ja,  wódz  lokalnej
społeczności.  Otóż  powiedzieli  mi  oni,  że  -  jeżeli  wierzyć  prastarym  zapiskom  i  raportom  -stanowiący
tabu  tunel  wiedzie  do  miejsca,  które  miało  dla  Wielkich  ogromne  znaczenie.  Nie  wiem  jednak,  czy
znajdziesz  tam  ogromne  klatki,  podobne  do  tych,  które  oglądałem  podczas  wizyty  w  waszej  komnacie,
albo  inne  urządzenia.  Kiedyś  stałem  u  wejścia  do  tego  tunelu,  ale  zdołałem  jakoś  powściągnąć
ciekawość.

Shontemur znów urwał i przez chwilę z wyraźnym niepokojem spoglądał na Vince’a.
-  Wasze  przybycie  było  dla  nas  wielkim  Szokiem  -  podjął  po  chwili.  -  Wprawdzie  twierdzicie,  że

istnieje  niewielkie  prawdopodobieństwo,  iż  ktoś  będzie  was  ścigał,  jest  jednak  czymś  oczywistym,  że
jeżeli  może  przylecieć  tu  grupa  obcych  istot  z  innej  planety,  mogą  przybyć  także  inne,  większe  grupy,
które  wcale  nie  będą  wobec  nas  przyjaźnie  nastawione.  Nasze  obawy  są  tym  bardziej  uzasadnione,  że
być  może  naprawdę  Wielcy  nigdy  nie  powrócą.  W  takim  wypadku  chyba  nie  powinniśmy  nadal
wykonywać naszego Zadania.

Krótkonoga człekopodobna istota westchnęła.
-  Moi  przodkowie  zostali  ostrzeżeni  przed  Złymi,  z  którymi  zmagali  się  Wielcy  w  trudnych

do  wyobrażenia  światach.  Przybyszu  z  obcej  planety,  rozumiem  dylemat,  z  jakim  musieli  się  uporać
Patriarchowie.  Stanęli  przed  wyborem:  albo  odmówić  ci  pomocy,  ryzykując,  że  na  Wolamii  mogą  się
pojawić  twoi  nieprzyjaciele,  albo  odwrotnie,  udzielić  ci  wszelkiej  możliwej  pomocy,  ryzykując,  że
możesz podjąć wobec nas wrogie działania.

Wódz dwudziestu dwudziestek wykonał bezradny, ledwo zauważalny gest.
-  Byłeś  wobec  nas  na  tyle  szczery  i  uczciwy  -  jeśli  to  nie  okaże  się  sprytnym  wybiegiem  -  że

przyznałeś,  iż  jesteście  uchodźcami  -  oznajmił  z  powagą.  -  Doszliśmy  więc  do  przekonania,  że  wolimy
złożyć  naszą  przyszłość  w  wasze  ręce  niż  w  ręce  waszych  prześladowców.  Możliwe,  że

background image

postępujemy  naiwnie,  ale  wiemy  przynajmniej,  że  nie  jesteście  Złymi,  przed  którymi  przestrzegali  nas
Lenianie.

Umilkł i utkwił w Ziemianinie błagalne spojrzenie.
Głęboko wzruszony Vince przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad tym, co usłyszał.
- No cóż… - zaczął niepewnie. - Gdzie znaj duj e się wlot tunelu, o którym mówiłeś?
-Niedaleko  stąd,  w  kanionie  -  odparł  Shontemur.  -  Najpierw  jednak,  tak  postanowili  Patriarchowie,

musisz  się  zapoznać  z  prastarymi  rejestrami.  Chodź  ze  mną,  jeśli  laska.  Wkrótce  przybędą  biegacze,
a zapoznanie się z zapiskami może ci zająć bardzo dużo czasu.

„Dwieście siedemdziesiąty trzeci cykl pór roku” - brzmiał zapis. - „Odkąd ostatni raz odwiedzili nas

Wielcy,  zabrali  wszystkie  poprzednie  notatki  i  polecili  nam  rozpocząć  nowy  kalendarz,  upłynął  okres
dłuższy  niż  trzy  długości  życia.  Dlatego  też  niewierni  z  wielkim  sceptycyzmem  przyjęli  pojawienie  się
na  niebie  gwiezdnego  statku  Wielkich.  Odłączył  się  od  niego  mały  fragment,  który  wylądował
na  powierzchni  planety.  Chociaż  nie  wysiadł  zeń  żaden  Wielki,  segment  powiedział  bardzo  głośno,
co następuje: »W przestworzach toczy się wielka wojna i nasza sytuacja jest niezwykle trudna. Musimy
opuścić  niektóre  komórki  przestworzy,  a  klucz  do  kilku  stanowi  Wolamia.  Powrócimy,  gdy  tylko
będziemy mogli. Staraliśmy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby nieprzyjaciele nie natknęli się
na  Wolamię,  gdyby  jednak  i  tak  ją  odnaleźli,  poznacie  ich  dzięki  temu  opisowi.  Są  wyżsi  i  roślejsi  niż
wy, i o wiele potężniej zbudowani. Ich ciała są porośnięte ciemnobrązową gęstą sierścią, a krótkie pyski
kryją  kły  charakteryzujące  istoty  mięsożerne.  Chociaż  ich  ręce  mogą  chwytać,  wcale  nie  są  delikatne.
Mają  ostre  pazury  i  niemal  niewidoczne  pod  krzaczastymi  brwiami  małe  oczy.  Ich  uszy  są  małe
i okrągłe, i wyrastają po bokach w tylnej części głowy«…”

Oszołomiony Vince spojrzał na Geegee.
- Chullwejowie! - wykrzyknął. - To Chullwejowie! Czy ty… czy kiedykolwiek ich widziałeś?
- Istotnie, widziałem, przyjacielu Vinsie - przyznał ipsisumoedanin. - Na plażach wyspy, na którą nie

powinienem  był  się  wyprawiać.  Pamiętasz  te  gwiezdne  statki,  które  zniżały  się  nad  wierzchołkiem
Plączącej  Kobiety?  Sam  powiedziałeś,  że  lecą  nimi  Chullwejowie.  Co  to  wszystko  może  oznaczać?
Istoty te przecież z pewnością nie mogły wystąpić przeciwko Lenianom?

Vince pokręcił głową
-  Ja…  sam  nie  wiem  -  odparł  ponuro.  -  Słyszałem,  że  Chullwejowie  byli  znani  w  tej  komórce

galaktyki,  przynajmniej  od  początku  ery  międzygwiezdnych  podróży.  Nie  osiągnęli  jednak  bynajmniej
wysokiego  szczebla  i  dopiero  stosunkowo  niedawno  utworzyli  coś  w  rodzaju  imperium,  które
może stanowić większe zagrożenie.

- Możliwe, Vinsie, że stanowili potęgę w odległej przeszłości - powiedział Geegee. - Dzieje się tak

nawet  pośród  moich  ziomków.  Niektóre  plemiona  rosną  w  silę,  ale  potem  zaczynają  się  kłócić  albo
walczyć między sobą i w rezultacie tracą całą moc i znaczenie.

- No cóż, pewnie masz rację - odrzekł Cullow, po czym powrócił do lektury zapisków.
„Segment  statku  oznajmił  nam,  że  już  niedługo  nasze  słońce  na  krótko  przestanie  dawać  światło

i ciepło, ale że nie musimy się niczego obawiać. Potem wzniósł się w powietrze i połączył z gwiezdnym
statkiem Wielkich.

Kilka  godzin  później  nasze  słońce  rzeczywiście  zgasło.  Chociaż  ostrzeżono  mieszkańców  planety,

wielu  ogarnęła  panika.  Tarzali  się  w  piasku  i  lamentowali,  inni  zaś  układali  ogromne  ogniska.  Wielu
przysięgało, że statek nie należał do Wielkich, ale do istot Złych, o których wspominały dawne zapisy.

Minęły  jednak  niespełna  dwie  godziny  i  słońce  na  nowo  zajaśniało  na  naszym  niebie,  krótko

przedtem  jednak  grunt  Wolamii  w  wielu  miejscach  się  zatrząsł.  Wielu  mieszkańców  wpadło  znów
w panikę, odnotowano także liczne akty gwałtu i przemocy.

Od tamtej pory Wielcy nie przekazali żadnej innej informacji, nikt też nigdy nie widział żadnego ich

background image

gwiezdnego statku”.

Vince skończył czytać i dłuższy czas w milczeniu wpatrywał się w manuskrypt. Potem, machinalnie,

sięgnął po następny leżący na szczycie sporego stosu i w milczeniu zaczął go studiować. Nie znalazł tam
jednak niczego, co mogłoby mieć dla ni ego jakiekolwiek znaczenie.

- Musimy wracać do Akorry i Gondala - mruknął w końcu. Uniósł głowę i popatrzył na Shontemura.

- Czy moglibyście się spotkać tu z nami jutro, żeby pokazać nam wejście do tego tunelu?

- Stanie się, jak sobie życzysz, przybyszu z obcej planety - odparł przywódca lokalnej społeczności.
Gondal  przechadzał  się  niespokojnie  po  pieczarze.  Obie  wężowe  głowy  trzymał  blisko  potężnego

tułowia, małe oczy zdawały się nie widzieć niczego. W końcu jednak spojrzał na Vince’a.

-  To  mogło  być  po  prostu  przedstawienie  -  powiedział.  -Sss!  Gdyby  ktoś  chciał  przekonać

zacofanych  tubylców,  że  jest  bogiem,  czy  mógłby  znaleźć  lepszy  sposób  niż  zgaszenie  na  pewien  czas
ich słońca?

-  To  nie  ma  żadnego  sensu  -  sprzeciwił  się  zirytowany  Cullow.  -  Przede  wszystkim,  Lenianie  nigdy

nie  podejmowali  nawet  najmniejszych  prób,  by  sprawiać  wrażenie,  że  są  istotami  nadprzyrodzonymi…
czy  tu,  czy  gdziekolwiek  indziej.  Po  drugie,  gdybyś  starał  się  udawać  boga,  czy  oznajmiłbyś  swojemu
ludowi,  że  uciekasz  przed  jakimś  wrogiem?  Nie,  samotny  statek,  który  ostrzegł  tubylców  -  zwróćcie
uwagę,  że  pojawił  się  na  niebie,  a  nie  wylądował  w  tej  komnacie  -  wyłączył  na  pewien  czas  słońce
Wolamii z jakiegoś innego powodu. Kto wie, może chodziło o uzupełnienie zasobów energii, paliwa albo
czegoś  w  tym  rodzaju?  W  każdym  razie  Lenianie  zawiadomili  tubylców  wprost,  bez  ogródek,  że
nie spodziewają się szybko wrócić.

-  Czy  na  pokładzie  jednego  statku  mogłoby  się  znajdować  wystarczająco  dużo  paliwa  albo  energii

jakiegokolwiek  rodzaju,  żeby  sztuczne  słońce  świeciło  jeszcze  wiele  tysiącleci?  -  zapytał  sceptycznym
tonem Geegee.

Vince spojrzał na Akorrę. Nessanka wykonała prawie niedostrzegalny gest.
- O ile wiemy, to możliwe - przyznała. - Pomyślcie, ile energii potrzeba było, żeby przetransportować

nas…  kto  wie,  jak  daleko?  Pól  miliona  lat  świetlnych?  A  poza  tym,  dobrze  wiemy,  że  Lenianie  umieli
przechowywać fantastyczne ilości energii w bardzo małych przedmiotach.

Zniecierpliwiony Gondal machnął rękami-mackami.
-  Oboje  jesteście  beznadziejnymi  romantykami  -  powiedział.  -  Ale  niech  będzie.  Na  chwilę

przyjmijmy waszą teorię. Wiedząc, że muszą opuścić Wolamię na bardzo długo, Lenianie wysłali statek,
aby  się  upewnić,  że  ich  żałosne  słońce  zostanie  odpowiednio  zaprogramowane  i  wyposażone  w
wystarczające  zasoby  energii.  Dlaczego  jednak  pojawili  się  nad  Wolamią.  a  nie  w  transferowej
komnacie? Wiemy, że to lądowisko działało, ponieważ działa nadal.

- Może Lenianie o tym nie wiedzieli? - zasugerował Gee-gee. - Zwróćcie uwagę, że tamten gwiezdny

statek  pojawił  się  dwieście  siedemdziesiąt  trzy  lata  po  poprzedniej  wizycie.  Może  właśnie  tyle  czasu
zajęło im dostanie się na Wolamię innym sposobem albo szlakiem?

-  Dwieście  siedemdziesiąt  trzy  lata  -  powtórzył  w  zadumie  Vince.  -  Nie  zapominajcie,  że  chodzi

o lata tej planety, a przynajmniej o cykle jej pór roku. Czyżby Lenianie byli aż tak długowieczni?

Ipsisumoedanin zachichotał.
-  Z  manuskryptu,  który  czytałeś,  nie  wynika,  że  na  pokładzie  tamtego  statku  podróżowały

jakiekolwiek żywe istoty -zauważył. - Wręcz przeciwnie, zapisano w nim wyraźnie, że ani jeden Wielki
się  nie  pokazał.  Możliwe  więc,  że  to  był  zdalnie  sterowany  albo  zawczasu  zaprogramowany  gwiezdny
statek, podobnie jak krążek, którym Akorra tak szczodrze pozwoliła się nam posłużyć na Shannie.

Nessanka się uśmiechnęła, a Vince, ujrzawszy to, uniósł ręce na wysokość głowy.
- No dobrze, niech wam będzie - powiedział. - Tylko dokąd to wszystko nas prowadzi?
Gondal odłączył mackę oddechową od wylotu noszonego na plecach pojemnika.

background image

-  Sss-sss-sss!  -  roześmiał  się  głośno.  -  To  prowadzi  nas  znów  na  Wolamię.  Niecierpliwie  czekamy

na  nadejście  poranka,  żebyśmy  się  mogli  dowiedzieć,  co  się  znajduje  w  tunelu,  do  którego  obiecał  nas
zaprowadzić Shontemur.

background image

20

W

ódz  tubylców  powiódł  ich  do  oddalonej  zaledwie  o  kilkaset  metrów  od  jego  wioski  odnogi

kanionu,  której  dnem  nie  płynął  żaden  strumień.  Wlot  tunelu  nie  był  niczym  zamaskowany,  ale  osłaniał
go  skalny  nawis.  Po  drugiej  stronie  tego  węższego  jaru  Vince  ujrzał  dwóch  Obserwatorów.  Jeden
wpatrywał się w nich jak urzeczony, a drugi pisał coś gorączkowo.

Cullow zamierzał już ruszyć w głąb tunelu, ale nagle zawahał się i popatrzył na Shontemura.
-  Czy  nie  pozwoliłbyś  mi  najpierw  wejść  samemu?  -  zapytał.  -  Chciałbym  się  przekonać,  czy

zobaczę  w  środku  poświatę  podobną  do  tej,  jaką  widziałem  w  innych  tunelach.  Tylko  j  a  zdołam  j  ą
dostrzec.

Shontemur zgodził się z ponurą miną.
- Nie weźmiesz nawet pochodni?
-  Nie,  dziękuję  -  odrzekł  Cullow.  -1  tak  dam  sobie  radę.  Stał  jeszcze  przez  chwilę,  nasłuchując,

a potem zniknął w mrocznym otworze.

Tunel miał te same wymiary jak wszystkie inne tunele, które już poznał, ale początkowo wznosił się

nieco  w  górę  przez  mniej  więcej  dwadzieścia  pięć  metrów  przed  pierwszym  zakrętem  i  przez  jakiś
kilometr za nim, a potem zaczął biec poziomo.

Cullow  szedł  bardzo  ostrożnie,  obawiał  się  bowiem,  że  nawet  dyżurujący  całą  dobę  Obserwatorzy

mogli  przeoczyć  jakiegoś  wiodącego  nocny  tryb  życia  drapieżnika,  który  urządził  sobie  legowisko
w  głębi  tunelu.  Co  prawda,  nie  usłyszał  ani  nie  wyczul  niczego  podejrzanego,  ale  wciąż
zachowywał  maksymalną  czujność.  W  końcu  jego  oczy  przyzwyczaiły  się  do  ciemności  i  zaczął  znów
dobrze widzieć w znajomej poświacie sączącej się z głębi tunelu.

Czul  jednakże,  że  oczy  same  mu  się  przymykają.  Starał  się  przezwyciężyć  ten  odruch,  raz  po  raz

mrugając  powiekami,  i  próbował  przekonać  sam  siebie,  że  to  tylko  efekt  zbyt  długiego  wczorajszego
ślęczenia nad starymi manuskryptami.

W  końcu  upewniwszy  się,  że  w  dalszej  części  tunel  nadal  wiedzie  prosto  i  poziomo,  zawrócił

do  wyjścia.  Jaskrawe  światło  spowodowało  dziwne  pieczenie  w  oczach,  powieki  znów  nie  chciały  się
rozchylić i z niejakim trudem zapanował nad wzbierającym niepokojem. Co się działo z jego oczyma?

- Sss - odezwał się Onsjanin. - Mogę bez trudu trzymać kilka latarek naraz, czemu więc nie miałbym

pójść na czele grupy? - zapytał. - Shontemur może podążać za mną, za nim Vince, a potem Akorra. Ty,
Geegee, będziesz miał zaszczyt pełnić funkcję naszej tylnej straży. Sss-sss-sss. Spodziewam się jednak,
że szybko przybiegniesz do mnie, gdyby zagrażało mi jakiekolwiek niebezpieczeństwo! Ruszamy!

Vince nie zaprotestował i mała procesja minęła oba zakręty, po czym skierowała się w głąb tunelu.

Po  mniej  więcej  dziesięciu  minutach  marszu,  na  końcu  grupy  dał  się  słyszeć  basowy,  ale  cichy  głos
Geegee:

-  Mam  takie  wrażenie,  że  kierujemy  się  w  stronę  naszej  pieczary!  Czy  możliwe,  że  kiedy  ją

przeszukiwaliśmy, przeoczyliśmy jakieś wyjście?

-  Pomyślałem  o  tym  samym  -  powiedział  Vince.  -  Może  rzeczywiście  znajdował  się  w  niej  kiedyś

wylot tego tunelu, ale z niewiadomego powodu Lenianie go zablokowali? Shontemurze, czy to się zgadza
z informacjami, jakie udało się wam zgromadzić do tej pory?

-  Prawie  wszystko,  na  co  się  tu  natkniemy,  powinno  się  zgadzać  z  tymi  informacjami  -  odparł

Shontemur.

- Jeżeli będziemy tu tak stali i debatowali, nigdy się nie dowiemy, co znajduje się na drugim końcu -

powiedział zniecierpliwiony Gondal. - Ruszajmy w dalszą drogę!

Pięć  minut  później  snopy  światła  latarek  odbiły  się  od  czegoś,  co  niewyraźnie  majaczyło  w  oddali.

Gondal przystanął.

background image

-  To  chyba  kolejny  zakręt  -  powiedział  -  mający  chronić  użytkowników  tunelu  przed  skutkami

ewentualnych eksplozji, tak jak poprzednie. Myślę, że powinniśmy…

Nie kończąc zdania, odwrócił się i przebierając szybko nogami-mackami, ruszył dalej.
Kiedy wszyscy pokonali ten i następny zakręt, światło latarek wydobyło z ciemności mroczną salę.

Gondal  pierwszy  wszedł  do  niej,  odsunął  się  na  bok,  żeby  zrobić  miejsce  pozostałym  i  zaczął  omiatać
pomieszczenie snopami światła.

-  Sss!  -  powiedział.  -  Widzę  zupełnie  inne  urządzenia  niż  w  naszej  komnacie.  Nie  ma  tu  ani  jednej

klatki transferowej. Zamiast tego są ekrany, przełączniki, wskaźniki zegarowe i komputerowe klawiatury,
podobne do tych, jakie już znamy. Nic, co by… Na niebiosa! - wykrzyknął nagle, wyraźnie wzburzony. -
Akorro,  spójrz  tylko  na  te  kable,  które  znikają  w  sklepieniu  pieczary.  Wygląda  na  to,  że  mają  prawie
metr grubości! Trzy, cztery… osiem, o ile się nie pomyliłem!

Vince  także  wyszedł  z  tunelu  i  stanął  obok  pozostałych.  Sala  była  mniejsza  niż  ta,  w  której

znajdowały się klatki transferowe i sprawiała wrażenie ośrodka łączności, ale chyba nie tak dużego ani
skomplikowanego  jak  ten,  który  zapamiętał  z  Shanny.  Nigdzie  nie  widział  przedstawiającej  świat
wielkiej kuli ani zbiorowiska półprzezroczystych sześcianów. Oprócz wskaźników, ekranów i klawiatur,
znajdowały  się  tu  właściwie  tylko  gigantyczne  kable.  Wyglądały,  jakby  były  zdolne  przekazywać  moc
wyjściową  niewielkiej  gwieździe.  Vince  poczuł  się  zawiedziony,  zniechęcony  i  jakby  trochę  bardziej
zmęczony.  Domyślił  się,  że  podświadomie  niepokoi  się  stanem  swoich  oczu  bardziej,  niż  gotów  był
to przyznać przed samym sobą.

Akorra z latarką w dłoni podeszła do panelu z zegarowymi wskaźnikami.
- Coś takiego! - wykrzyknęła. - Niektóre wskazówki wciąż jeszcze pokazują jakieś wartości!
-  Prawdopodobnie  zamarły  w  tych  miejscach,  gdzie  ostatnio  się  zatrzymały  -  mruknął  Cullow

zgryźliwie.

- Nie - odparła Nessanka. - Spójrzcie! Jedna nawet trochę się porusza.
Gondal odwrócił się jak użądlony i przysunął do niej.
- Sss - powiedział, wyraźnie zaskoczony. - Masz rację. Jak myślisz, co to może oznaczać? Przepływ

energii? Shontemurze, czy wasze zapiski mówią coś o istnieniu innych podobnych urządzeń?

Wódz Obserwatorów westchnął ciężko.
-  Jeżeli  nawet  istnieją  tajne  informacje  na  temat  innych  miejsc,  nasi  Patriarchowie  nie  powierzyli

mi  tej  tajemnicy  -powiedział,  po  czym  odwrócił  się  do  Cullowa.  -  Nie  wyglądasz  na  zachwyconego  -
zauważył. - Czy to znaczy, że to miejsce cię rozczarowało?

Vince zrobił ruch głową w kierunku Akorry i Gondala.
- To oni są tu specjalistami i badaczami - powiedział. -Ja tylko wybrałem się z nimi na przejażdżkę.
Upłynęły następne dwa dni. Vince siedział w jaskini i spoglądał na pustynię - stan jego oczu jakby

się nieco poprawił. Towarzyszyła mu Akorra i dwaj ipsisumoedańscy wojownicy.

W pewnej chwili zdał sobie sprawę, że Nessanka coś do niego powiedziała.
- Słucham? - zapytał. - Bardzo przepraszam, ale akurat myślałem o czymś innym.
-  Gondal  opowiedział  mi  o  wszystkim,  co  się  tyczy  twoich  oczu  -  powtórzyła  cicho  Akorra.  -  Nie

ukrywał  także  roli,  jaką  odegrał,  żeby  nakłonić  cię  do  udziału  w  naszej  wyprawie.  Mówił,  że  dręczą
go wyrzuty sumienia. Martwi się, że zawiódł twoje zaufanie. Powiedziałam mu, że chyba już nie jesteś
na niego tak zły, jak byłeś jeszcze przed kilkoma dniami.

Vince miał chęć unieść rękę i potrzeć oczy, ale ją przezwyciężył.
-  Zły?  -  powtórzył.  -  Nie.  Już  mi  to  chyba  przeszło.  Gdyby  tego  nie  zrobił,  czułbym  się  pewnie

równie  paskudnie  albo  nawet  jeszcze  gorzej.  Myślę,  że  mimo  wszystko  warto  było.  -Wyszczerzył  zęby
w uśmiechu, ale sam czul, że ten uśmiech wyglądał raczej sztucznie.

Akorra milczała przez chwilę.

background image

-  Jesteś  jeszcze  dosyć  młody  -  odezwała  się  w  końcu.  -O  wiele  młodszy,  jak  sądzę,  niż  ja  albo

Gondal.  Może  po  prostu  podchodzisz  do  wszystkiego  zbyt  pesymistycznie?  Cieszysz  się  dobrym
zdrowiem  i  nawet  gdybyś  nie  dostał  tego  lekarstwa,  może  zachowasz  dobry  wzrok  i  będziesz
wszystko dobrze widział.

-  To  chyba  mało  prawdopodobne  -  odrzekł  Vince.  Odwrócił  głowę  i  wbił  spojrzenie  w  jakiś  punkt

na  pustyni.  Czyżby  tylko  mu  się  wydawało,  że  znajomy  krajobraz  był  w  tej  chwili  jakby  trochę
zniekształcony  i  zamazany?  -  Ale  zapomnijmy  na  chwilę  o  mnie  -  podjął  po  chwili.  -  Czy
od  czasu  naszej  ostatniej  rozmowy  ty  i  Gondal  zdołaliście  się  dowiedzieć  czegoś  więcej  o  tych
urządzeniach?

-  Prawdę  mówiąc,  niczego,  co  mogłoby  mieć  jakieś  znaczenie  -  przyznała  ponuro  nessańska

badaczka.  -  Wygląda  na  to,  że  Gondal  chyba  przestał  się  nimi  interesować.  Wydaje  mi  się,  że  zaczyna
odczuwać  przygnębienie.  Wiesz  przecież,  że  j  est  istotą  ziemnowodną,  a  tu  nie  ma  za  wiele  wody.
Mam jednak pewną teorię.

- Jaką? - zainteresował się Cullow.
- Jest niemal pewien, że te urządzenia mają jakiś związek ze sztucznym słońcem - zaczęła Akorra. -

We dnie, kiedy słońce wisi na niebie prawie dokładnie nad wierzchołkiem góry, wskazówki na tarczach
mierników  zegarowych  wychylają  się  najdalej.  Gondalowi  wydaje  się  wówczas,  że  słyszy,  jak  cicho
zamykają się albo otwierają styki ukrytych gdzieś w tych skalnych ścianach przekaźników. Chce wrócić
tu z kilkoma przyrządami, które jeszcze buduje, i sprawdzić to. Ma nadzieję, że dowie się czegoś więcej.
Wygląda na istotę bardzo przedsiębiorczą i pomysłową.

Vince uśmiechnął się smutnie.
-  Zgadza  się,  on  taki  j  est  -  powiedział.  Milczał  przez  chwilę,  zastanawiając  się  nad  czymś.  -

Pamiętasz,  jak  kilka  dni  temu  rozmawialiśmy  na  temat  ostatniej  wizyty  Lenian  na  Wolamii?  -  zapytał
w końcu. - O tym, jak na niebie pojawił się ich prawdopodobnie bezzałogowy gwiezdny statek i jak na
kilka godzin zgasło tutejsze sztuczne słońce?

- Tak, pamiętam - odrzekła Akorra.
- Dużo o tym rozmyślałem - ciągnął Vince. - Doszliśmy wtedy do wniosku, że automaty leniańskiego

statku wykorzystały ten czas na zaprogramowanie sztucznego słońca albo na przekazanie mu dodatkowej
porcji  energii.  Nie  bardzo  jednak  potrafiłem  pogodzić  z  tą  hipotezą  wstrząsy  gruntu,  które  później
nastąpiły,  chyba  że  podczas  tego  uzupełniania  energii  doszło  do  nieszczęśliwego  wypadku
spowodowanego sztucznym ciążeniem albo czymś w tym rodzaju. Wiesz chyba, że Geegee przemierzył
drugi  tunel  w  tę  i  z  powrotem  przynajmniej  kilka  razy  i  doszedł  do  przekonania,  że  mniejsza  komnata
znajduje  się  dokładnie  nad  naszą?  Jeżeli  w  tej  mniejszej  mieści  się  rzeczywiście  ośrodek  łączności,
zgromadzone  w  niej  urządzenia  są  chyba  zbyt  prymitywne,  żeby  wyjaśnić  związek,  jaki  może  istnieć
między  wstrząsami  gruntu  a  wyłączeniem  i  późniejszym  włączeniem  sztucznego  słońca  Wolamii.  Jeżeli
więc  urządzenia  umieszczono  w  niej  naprawdę,  żeby  regulować  stamtąd  funkcjonowanie  sztucznego
słońca…

Akorra wyprostowała się i utkwiła spój rżenie w j ego twarzy.
- Mów dalej - przynagliła go.
-  No  cóż…  -  podjął  niepewnie  Cullow.  -  Tych  ośmiu  grubych  kabli  z  pewnością  nie  umieszczono

tylko  po  to,  by  przewodziły  prądy  sterownicze  o  niewielkim  natężeniu.  Zaprojektowano  je  z  myślą
o  przekazywaniu  ogromnych  ilości  energii,  chociaż  wydaje  mi  się  możliwe,  że  energii  elektrycznej
natury.  Nie  zapominaj  także,  że  kiedy  tu  przylecieliśmy,  zasoby  energii  lądowiska  były  niemal
wyczerpane… do tego stopnia, że nasz statek, żeby wylądować, musiał skorzystać z własnych.

- To prawda, Vinsie - przyznała Akorra. - Co chcesz przez to powiedzieć?
-  Może  tamten  gwiezdny  statek  nie  przyleciał  tu  po  to,  żeby  uzupełnić  zasoby  energii  sztucznego

background image

słońca albo sprawdzić jego oprogramowanie. Wydaje mi się całkiem możliwe, że to był statek załogowy,
a  kapitan  potrzebował  paliwa  albo  nieznanego  rodzaju  energii.  Może  zabrał  wtedy  prawie  wszystko,
czym dysponowało sztuczne słońce, a automatyczne urządzenia na powierzchni Wolamii uzupełniły braki
z  zapasów,  które  znaj  dują  się  gdzieś  w  głębi  tej  góry.  To  mogłoby  wyjaśniać,  dlaczego  wkrótce  potem
miało miejsce tamto trzęsienie gruntu. Jeżeli ktoś nagle chce przesiać tak wielką ilość energii…

Urwał i milczał jakiś czas, jakby myślał o czymś intensywnie.
- No cóż, sam nie wiem - przyznał w końcu. - Wydaj e mi się, że powinnaś umieć szybciej rozwiązać

tę zagadkę.

Akorra natychmiast zaczęła się podnosić z podłogi.
- Ależ, tak! - wykrzyknęła. Jej głos drżał z podniecenia.
-  Tak,  naturalnie!  Przesyłanie  tak  wielkich  ilości  energii  jest  równoznaczne  z  przemieszczeniem

ogromnej masy. Vinsie, możliwe, że to pomogłoby nam znaleźć rozwiązanie innego problemu, z jakim się
borykamy!

Cullow spojrzał na nią trochę zawstydzony, że nie potrafi podzielać jej entuzjazmu.
- Tak, Vinsie - ciągnęła coraz bardziej ożywiona Akorra.
-  Zastanawialiśmy  się,  gdzie  na  tej  planecie  szukać  źródła  energii.  Nie  uciekając  się  do  pomocy

leniańskiej  matematyki,  Gondal  i  ja  zdołaliśmy  obliczyć,  że  nawet  gdybyśmy  znaleźli  w  pamięciach
komputerów  odpowiedni  program,  na  pokładzie  naszego  statku  po  prostu  nie  pozostało  dość  energii,
żeby  powrócić  nim  na  Shannę.  Wspomniałeś  jednak,  że  zasoby  energii  na  Wolamii  mogły  zostać
wyczerpane  długo  przed  naszym  lądowaniem.  Gdyby  twoje  podejrzenia  miały  okazać  się  słuszne
i  gdyby  się  okazało,  że  urządzenia  w  górnej  sali  naprawdę  mogą  przesyłać  energię  sztucznemu  słońcu,
zapewne  mogłyby  mu  ją  również  odbierać!  My  zaś  moglibyśmy  z  niej  skorzystać…  Możliwe,  że
wystarczyłoby na drogę powrotną na Shannę!

Vince  spoglądał  na  drżącą  z  podniecenia  twarz  Akorry.  Wiedział,  że  Nessanienie  wyrażają  emocji

dokładnie  tak  samo,  jak  ludzie,  ale  różnica  nie  była  na  tyle  wielka,  żeby  mógł  się  pomylić.  Zaczął  się
zastanawiać  nad  jej  słowami.  W  pierwszej  chwili  także  poczuł  podniecenie,  a  w  jego  serce
wstąpiła nowa nadzieja, ale w następnym momencie znowu sposępniał.

-  Musielibyśmy  się  liczyć  z  pewnymi  konsekwencjami,  które  zapewne  ci  się  nie  spodobają-

powiedział. - Mnie zresztą też się nie podobają.

- Tak? - zapytała Nessanka, utkwiwszy wzrok w jego twarzy.
- Wolamia - odparł krótko Cullow. - Przypuśćmy, że w j a-kiś sposób zdołalibyśmy pozbawić części

energii  sztuczne  słońce  Wolamii.  Jak  myślisz,  co  by  to  oznaczało  dla  życia  na  planecie?  Nawet
gdybyśmy, pobierając zaledwie ułamek energii, tylko częściowo zmniejszyli ilości światła i ciepła…

Na jej twarzy odbiło się zrozumienie i rozczarowanie.
- Och, rozumiem - powiedziała. - Chodzi ci o tubylców. O Shontemura i j ego…
Cullow także wstał.
-  Chodzi  mi  o  całą  Wolamię  -  powiedział.  -  O  wszystkie  formy  życia,  zarówno  rozumne,  jak  i  nie.

To  dziwne…  Jeszcze  niedawno  nic  mnie  nie  obchodziły  owady  i  małe  zwierzęta,  ale  teraz  nie
zgodziłbym  się  ich  zabić,  nawet  gdyby  od  tego  zależało,  czy  będę  dalej  żył.  Przypuszczam,  że…
jakiś  czas  żyłem  niejako  z  wyrokiem  śmierci  i  może  właśnie  to  wpłynęło  na  zmianę  mojego  punktu
widzenia.  Wiem  tylko,  że  w  żadnym  razie  nie  chciałbym  unicestwić  życia  na  Wolamii.  -  Odwrócił  się
i  spojrzał  na  Nessankę.  -  Czy  zdołałabyś  to  obliczyć?  -  zapytał.  -  Wiesz  może,  ile  energii
potrzeba,  żebyśmy  mogli  wrócić  na  Shannę  albo  do  jakiegokolwiek  innego  miejsca  w  naszej  komórce
galaktyki bez pobierania zbyt dużej ilości energii z zasobnika sztucznego słońca tej planety?

Akorra wyglądała, jakby za chwilę miała się rozpłakać.
-  Tego  nie  wiem  -  powiedziała.  -  Przede  wszystkim,  nie  wiemy,  ile  energii  jest  zmagazynowane

background image

w  zasobnikach.  Minęło  tysiące  lat  i  spora  jej  część  musiała  zostać  zużyta.  A  jeżeli  chodzi
o  przemieszczenie  na  taką  odległość  naszego  gwiezdnego  statku…  Nie,  nawet  nie  próbowałam
zgadywać…  Wydaje  mi  się  jednak,  że  masz  rację.  Gdybyśmy  to  zrobili,  zniszczylibyśmy  cale  życie
na Wolamii!

-  Może  właśnie  na  tym  polega  prawdziwe  znaczenie  tej  legendy  -  powiedział  Vince.  -  Gdybyśmy

zgasili sztuczne słońce na Wolamii - na tak długo, dopóki by wciąż istniała -zapanowałaby niekończąca
się potworna noc.

Akorra podeszła do wylotu jaskini. Przez jakiś czas spoglądała na pustynię i wciąż wydłużający się

cień góry. Potem odwróciła się w stronę tunelu.

-  Nie  mogę  tracić  tu  ani  chwili  -  oznajmiła.  -  Muszę  w  końcu  uporać  się  z  zagadkami  leniańskiej

matematyki. Może wówczas uda się nam znaleźć inne rozwiązanie.

Któregoś  dnia  w  dolnej  komnacie  pojawił  się  znów  Shontemur.  Tym  razem  towarzyszyło  mu  kilku

pisarzy, którzy mieli opisać dokładnie wszystko, co się w niej znajdowało.

Vince przyglądał się im ze współczuciem. Prymitywny papier i atrament nie mogły przecież zapobiec

nieuchronnemu  zniszczeniu  ich  planety.  Shontemur,  napotkawszy  jego  wzrok,  powiedział,  jakby  się
usprawiedliwiając:

- Musimy przekazać Patriarchom jak najwięcej danych!
Vince rozejrzał się po pieczarze. Tubylcy wciąż jeszcze
sporządzali notatki i prowizoryczne rysunki.
- Dlaczego właściwie Patriarchowie nie przyjdą tu sami, żeby wszystko zobaczyć? - zapytał.
Shontemur sprawiał wrażenie zakłopotanego i dłuższy czas zwlekał z odpowiedzią.
- To nie byłoby przezorne - odezwał się w końcu. - Tak wiele rzeczy może się tu wydarzyć…
Vince skinął głową, a potem, jakby pod wpływem nagłego impulsu, zapytał:
- Powiedz mi, z pewnością pamiętasz, jak któregoś dnia przypominałem ten cytat o „Wolamii, która

przypasze broń i przysposobi się do walki”? Czy kiedykolwiek przedtem już go słyszałeś?

-Nie słyszałem, przybyszu z obcej planety - odparł Shontemur.
-No cóż, jak ci się wydaje, co to może oznaczać? - nalegał Vince. - Czy w twoich zapiskach jest coś,

co pozwoliłoby ci zrozumieć, o co tu chodzi?

-  Nie  sądzę  -  odparł  wódz  tubylców.  -  Trochę  się  nad  tym  zastanawiałem.  Czy  to  nie  mogłoby

oznaczać, że kiedy nasze słońce kiedyś znów zgaśnie, na Wolamię powrócą Lenianie?

-  Geegee  doszedł  do  takiego  samego  wniosku  -  powiedział  Vince.  -  Rzeczywiście,  kiedyś  należało

to  może  tak  rozumieć,  pomyśl  jednak  o  tym:  na  Wolamii  znajdowała  się  komnata  z  urządzeniami,
o  których  prawie  nic  nie  wiedzieliście.  Czy  nie  wydaje  ci  się  możliwe,  że  istnieją  także  inne  podobne
komnaty? Czy w jednej albo kilku nie mogą się znajdować wojenne machiny - automaty, które gdy tylko
słońce zgaśnie, same się uruchomią?

Shontemur zamrugał i obrócił na niego małe oczy.
-  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  coś  mogłoby  wyłonić  się  spod  powierzchni  gruntu  i  stoczyć

walkę z najeźdźcami? - zapytał. - Czy machiny byłyby naprawdę zdolne do czegoś takiego?

-  Ja  tylko  głośno  myślę  -  uspokoił  go  Cullow.  -  Wydaje  mi  się  jednak,  że  to  możliwe.  A  zresztą,

wasze słońce musi być także niewiarygodnie skomplikowanym mechanizmem. Czy nie sądzisz, że gdzieś
głęboko, czekając na odpowiedni sygnał, mogą spoczywać inne, podobne machiny?

Shontemur miał teraz bardzo nieszczęśliwą minę.
-  Nie  jestem  odpowiednią  osobą,  żeby  zastanawiać  się  nad  takimi  pomysłami  -  powiedział,

rozglądając  się  po  sali.  -Jaka  szkoda,  że  Wielcy  nie  przekazali  nam  więcej  informacji…  Pozostajemy
lojalni względem nich i z pewnością nie zawiedlibyśmy ich zaufania…

-  Tak  uważacie  w  tej  chwili  -  przyznał  Vince.  -  Uwierz  mi  jednak,  że  czasami  cywilizacje  zbaczają

background image

z rozsądnego kursu.

-  Zapewne  masz  rację  -  odparł  pojednawczo  Shontemur.  -  Powiedz  mi  jednak,  przybyszu  z  obcej

planety,  dlaczego  tak  bardzo  interesuje  cię  właśnie  ten  fragment  prastarej  legendy?  Chyba  nie
wymyśliłeś sposobu wyłączenia naszego słońca?

Vince zdumiał się, a jednocześnie przytłoczyło go na moment bolesne poczucie winy. Tylko z trudem

wytrzymał spój -rżenie Shontemura.

-  Nie  -  powiedział.  -  Nie  znamy  sposobu  wyłączenia  waszego  słońca.  Zastanawialiśmy  się

wprawdzie  nad  taką  możliwością,  ale  na  rozważaniach  się  skończyło.  Rozumiesz  chyba,  że  gdybyśmy
znaleźli  tu  inne  leniańskie  urządzenia  w  rodzaju  wojennych  machin,  może  zdołalibyśmy  rozwiązać  nasz
problem i w końcu odlecielibyśmy z Wolamii. Uwierz mi też, że nie wyłączyłbym słońca, nawet gdybym
wiedział,  jak  to  zrobić.  Nie  zamierzamy  pozostawić  Wolamii  pogrążonej  w  ciemności.  Akorra  i  ja
zgodziliśmy się co do tego i spodziewam się, że pozostali członkowie grupy przyznają nam słuszność.

Mówiąc to, Vince nie zdawał sobie sprawy, że Geegee stał wystarczająco blisko, aby podsłuchać ich

rozmowę. W jakiś czas potem ipsisumoedanin podszedł do niego z poważną miną.

- Słyszałem, co obiecywałeś Shontemurowi, przyjacielu Vinsie - powiedział. - Pomyślałem, że może

cię  ucieszy,  iż  nie  pomyliłeś  się  co  do  mnie  i  moich  wojowników.  Przekazali  mi  treść  twojej  rozmowy
z Akorrą w jaskini, po czym odbyliśmy rozmowę na ten temat. Postanowiliśmy, że w żadnym wypadku
nie zamordujemy Wolamii.

Vince spojrzał na niego, myśląc w zasadzie o czymś innym.
- Wygląda na to, że jesteśmy prawie jednomyślni, prawda?
- Prawie - powiedział z naciskiem Geegee.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Vince dość ostrym tonem. - Czy sądzisz, że Gondal…
-  Gondal  wciąż  jeszcze  pozostaje  dla  mnie  zagadką-  przyznał  ipsisumoedanin.  -  Chociaż  to  pirat,

czasami sprawia wrażenie szlachetnego, czasami jednak nie powierzyłbym mu opieki nad opuszczonym
ptasim gniazdem. I jeszcze jedno, przyjacielu Vinsie. Chcę, żebyś wiedział, że on także wpadł na pomysł
wyciągnięcia energii ze słońca Wolamii. Przy jakiejś okazji oznajmił mi, że nie widzi w okolicy żadnego
innego  źródła  energii,  dzięki  której  moglibyśmy  powrócić  na  Shannę.  Uważa,  że  zdoła  tego  dokonać,
posługując  się  urządzeniami  z  górnej  komnaty.  Kiedy  to  mówił,  zapewne  żartował,  ale  nie  mam
całkowitej pewności co do tego.

Zastanawiając  się  nad  tym,  co  usłyszał,  Vince  poczuł  nagle,  że  na  nowo  wzbiera  w  nim  gniew

na Onsjanina.

- W takim razie powinniśmy zrobić coś, co da nam pewność, że nie zdoła - powiedział.
Geegee uśmiechnął się.
- Jeżeli o to chodzi, przyłączę się do ciebie, przyjacielu Vinsie - oznajmił. - Nie zapominaj jednak, że

Gondal jest podstępny i przebiegły.

- Możliwe - odparł Cullow. - Tym razem jednak możemy go uprzedzić. Chodźmy.
Odwrócił  się  i  podszedł  do  miejsca,  w  którym  Shontemur  wciąż  jeszcze  się  oddawał  jakiemuś

zajęciu.

- Chcemy ci coś poradzić - zaczął bez żadnego wstępu.
Shontemur spojrzał lękliwie najpierw na niego, a potem
na ipsisumoedanina.
- Słucham, przybyszu z obcej planety - powiedział.
-  Jestem  pewien,  że  Akorra  i  Gondal  zechcą  dokładniej  zbadać  urządzenia  znajdujące  się  w  górnej

sali. Pozwól im, ale nie na wszystko. Nie dopuść, żeby Onsjanin dotykał jakiejś klawiatury. Nie zgadzaj
się także, gdyby chciał wywiercić otwór w ścianie komnaty albo zajrzeć do środka któregoś z urządzeń.
Rozumiesz?  Powiedz  mu,  że  to  tabu;  że  zabronili  tego  Patriarchowie  lub  cokolwiek  w  tym  rodzaju.

background image

Upewnij  się,  że  będzie  trzymał  macki  przy  sobie.  I  niech  w  pobliżu  czuwa  zawsze  kilku  twoich
wojowników, żeby powstrzymać go, gdyby nie zechciał cię usłuchać.

Shontemur westchnął.
- Czy to ma coś wspólnego z naszym słońcem, przybyszu z obcej planety? - zapytał.
- Tak - odparł Cullow.
Przepełniony  emocjami,  których  nie  do  końca  rozumiał  (może  dlatego,  że  miały  coś  wspólnego

z wyrzutami sumienia), odwrócił się i powoli odszedł. W pewnej chwili spostrzegł, że obok niego kroczy
ipsisumoedanin.

- Co o tym sądzisz, Geegee? - zapytał. - Czy postąpiłem dobrze?
-Myślę,  że  tak,  przyjacielu  Vinsie-odrzekł  wojownik.  -Możliwe,  że  nie  do  końca,  ale  nie  widzę

w twoim postępowaniu niczego niewłaściwego.

background image

21

N

astępnego  dnia  Vince  siedział  sam  w  jaskini  i  spoglądał  na  pustynię.  Jego  zmodyfikowane  oczy

nie spisywały się najlepiej i coraz częściej czul teraz dziwne pieczenie i odrętwienie. Wciąż jeszcze się
zastanawiał,  czy  powinien  uważać  się  za  zdrajcę,  czy  za  bohatera,  kiedy  nagle  usłyszał
za sobą podniecony głos Akorry.

- Vinsie! Vinsie!
Błyskawicznie  zerwał  się  na  nogi,  bojąc  się,  że  Nessance  zagraża  jakieś  niebezpieczeństwo,  zanim

jednak zrobił dwa kroki, młoda badaczka pojawiła się w mrocznym otworze. Mrużyła porażone blaskiem
słońca oczy, ale sądząc po jej wyglądzie, nie przydarzyło się jej nic złego.

Vince poczuł, że wzbiera w nim gniew.
- Nie powinnaś po ciemku chodzić sama tunelem - powiedział. - Mogłaś się potknąć albo…
Akorra uśmiechnęła się, to znaczy zamrugała.
-  Och,  daj  spokój  -  powiedziała.  -  Tyle  razy  go  pokonywałam,  że  mogłabym  chodzić  nim,  nawet

śpiąc.  Udało  się,  Vinsie!  W  końcu  zdołaliśmy  rozszyfrować  tajemnicę  leniańskiej  matematyki!  Och,
wciąż  jeszcze  nie  możemy  prowadzić  obliczeń,  ale  przynajmniej  ich  komputery  chcą  teraz  nam
odpowiadać!

Vince  wpatrywał  się  w  nią,  czując  pulsowanie  krwi  w  skroniach,  stopniowo  jednak  jego  radosne

podniecenie gasło.

- O, to świetnie - powiedział. - Wspaniale. Naprawdę wspaniale! Jak się wam to udało?
Nessanka zaczerpnęła łyk świeżego powietrza.
-  Sami  byliśmy  tym  zdumieni.  Postanowiliśmy  przeprowadzić  doświadczenie  polegające

na  rozdzieleniu  trzech  komputerów  ukrytych  po  jednym  w  każdym  segmencie  leniańskiego  statku.
Wycięliśmy  w  grodziach  otwory,  żeby  dostać  się  do  przewodów,  i  kazaliśmy  każdemu  komputerowi
rozwiązywać  równania  kwadratowe  zapisane  językiem  konwencjonalnej  matematyki.  Polecenia
wy dawaliśmy jednak nie wszystkim maszynom równocześnie, najpierw jednemu, a potem kolejno dwóm
następnym.  Staraliśmy  się  ustalić  raz  na  zawsze  (to  był  pomysł  Gondala),  czy  leniańskie  komputery
umieją  porozumiewać  się  z  innymi  bez  pomocy  żadnych  przewodów.  Musieliśmy  mieć  kogoś,  kto
obsługiwałby  trzecią  klawiaturę,  i  w  tym  celu  zapoznaliśmy  Geegee  z  podstawami  konwencjonalnej
algebry, żeby umiał sobie z tym poradzić. W którymś momencie, kiedy wpisaliśmy pewne równanie, ale
nie  uzyskaliśmy  odpowiedzi,  Geegee  powiedział:  „Pozwólcie,  proszę,  że  coś  wam  zaproponuję”.
Kiedy  się  zgodziliśmy,  wpisał  równanie  o  prostych  czynnikach,  ale  odmiennych  pierwiastkach.  Czy
nadążasz za tokiem moich myśli?

- Mniej więcej.
-  No  cóż,  oznaczało  to,  że  każdemu  komputerowi  daliśmy  do  rozwiązania  równanie  o  innych

pierwiastkach. Niemal natychmiast usłyszeliśmy dobiegający z sufitu głos leniańskiego statku:

- Czego sobie życzycie?
Vince zmusił się do skoncentrowania całej uwagi na jej słowach.
-  Teoria  równań  kwadratowych?  -  zapytał.  -  Wydawało  mi  się,  że  już  dawno  próbowaliście  czegoś

o wiele bardziej skomplikowanego!

-  Próbowaliśmy,  próbowaliśmy!  -  przyznała  Akorra.  -Ale…  podejrzewam,  że  to  właśnie  Geegee

wpadł  na  pomysł  z  trzema  równaniami  o  różnych  zestawach  pierwiastków.  Musiało  to  coś  odblokować
w  samych  komputerach…  a  przy  okazji  stwierdziliśmy,  że  rzeczywiście  umieją  się  porozumiewać
między  sobą  bez  połączeń  elektrycznych.  Musimy  jeszcze  tylko…  -  Umilkła  nagle,  iskierki  ożywienia
zgasły w jej oczach. - Nie wyglądasz wcale na uradowanego…

Vince uśmiechnął się z przymusem.

background image

- Cieszę się razem z tobą - powiedział. - Chodzi tylko o to, że… niech to diabli! Bardzo się cieszę.

To coś wspaniałego!

Nie  miał  serca  przypominać  Nessance,  że  jej  odkrycie  jeszcze  nie  rozwiązuje  ich  problemu.  Nadal

nie  mieli  dostatecznej  ilości  energii  i  byli  uwięzieni  na  Wolamii.  Nie  chciał  psuć  jej  chwil  triumfu
w żadnym wypadku.

Akorra ujęła go za rękę i delikatnie pociągnęła w stronę tunelu.
- Proszę, chodź ze mną - powiedziała. - Martwimy się, że cały czas siedzisz sam w tej jaskini.
Vince roześmiał się może odrobinę zbyt szorstko i nieszczerze.
-  Nie  martw  się,  nie  rzucę  się  z  tego  urwiska  -  odparł.  -Jeszcze  jakiś  czas  nie  pozwoli  mi  na

to choćby po prostu zwykła ciekawość. Chodźmy więc, aleja poprowadzę. Chociaż poświata jest bardzo
słaba, wciąż widzę w niej wszystko całkiem nieźle.

Wyglądało  na  to,  że  Gondal  zatrudnił  Geegee  jako  pełnoetatowego  pomocnika.  Obaj  siedzieli  przy

klawiaturach  i  wydawali  komputerom  różne  polecenia.  Czasami  też  wypowiadali  na  głos  te  same
pytania,  a  otrzymywane  odpowiedzi  wpisywali  do  pamięci  innych  komputerów.  Segmenty  leniańskiego
statku wyglądały jak pajęcza sieć, z której sterczały we wszystkie strony przewody i wiązki kabli.

Kiedy Vince podszedł bliżej, Gondal powitał go zdawkowym machnięciem ręki-macki. Potem uniósł

głowę i jakby zwracając się do kogoś niewidzialnego, zapytał:

-  Jak  to  możliwe,  że  twój  gwiezdny  statek  wylądował  właśnie  w  tej  klatce,  skoro  po  upływie  tylu

tysiącleci zmianie uległo położenie w kosmosie i Wolamii, i Shanny?

Niemal natychmiast usłyszał w odpowiedzi głos statku:
- Muszę usłyszeć, jak to samo pytanie zadają na głos dwie osoby.
Machając gniewnie mackami, Gondal obrócił obie głowy do Geegee, który siedział i szczerzył zęby

w szerokim uśmiechu.

- Spełnij zachciankę tego przeklętego komputera! - rozkazał.
Geegee  powtórzył  pytanie  Onsjanina.  Zaledwie  skończył,  znów  rozległ  się  generowany  przez

komputer głos:

-  Na  powierzchni  każdej  planety  znajdują  się  znaczniki  służące  jako  cele  w  infrakontinuum.  Każdy

komputer  statku  ma  wbudowany  chronometr,  który  pozwalana  ocenę  upływu  czasu.  Ruchy  wybranych
ciał niebieskich w każdej komórce galaktyki mogą zostać wpisane do programu z bazy danych, jaka znaj
duje się w każdym ośrodku transferowym. Interesujące was dane zostały wpisane przez ośrodek Shanny.
Określenie  przybliżonego  położenia  celu  podróży  nie  wymaga  przeprowadzenia  skomplikowanych
obliczeń, a ostatecznych poprawek trajektorii dokonały automatyczne urządzenia podczas ostatniej fazy
lotu na Wolamię.

Gondal skierował obie głowy w stronę Akorry.
- Ach! - wykrzyknął. - A zatem, tamten krążek-klucz nie zawierał programu umożliwiającego przelot

z Shanny na Wolamię?

- Muszę usłyszeć, jak to samo pytanie…
Onsjanin uniósł macki wysoko nad głowy w geście rozpaczy, ale Geegee już powtarzał jego pytanie.
- Krążek zawierał program ograniczający, żebyście nie mogli polecieć na planetę inną niż Wolamia -

odparł statek. -Podobny do tego krążek mógł zawierać zgodę na lot na inną planetę albo nawet na kilka
równocześnie; mógł także nie mieć żadnych ograniczeń. W tym ostatnim przypadku umożliwiałby tylko
otwarcie włazu statku i start z powierzchni Shanny.

Gondal znów kiwnął głowami w stronę Akorry.
-  Czy  pojmujesz,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi?  -  zapytał.  -  Założę  się,  że  nie  musimy  rozumieć

do  końca  nawet  podstaw  leniańskiej  matematyki!  Program  umożliwiający  powrót  na  Shannę  opracują
same komputery, jeżeli tylko zadamy im odpowiednie pytania we właściwy sposób. Nawiasem mówiąc,

background image

wygląda  na  to,  że  rozbudziliśmy  te  idiotyczne  komputery  do  tego  stopnia,  iż  zgadzają  się  przyjmować
wypowiadane  na  głos  pytania,  bez  potrzeby  posługiwania  się  klawiaturami!  -  Uniósł  głowę  i  krzyknął
w stronę sufitu statku: - Czy to prawda?

- Muszę usłyszeć, jak…
W  końcu  jednak,  po  mozolnym  wypytywaniu  przez  Gon-dala  i  Geegee  -  i  jednej  krótkiej  przerwie,

która  nastąpiła,  kiedy  doprowadzony  do  rozpaczy  Onsjanin  zerwał  się  na  wszystkie  cztery  nogi-macki
i  zaczął  się  kręcić  w  kółko,  jakby  postradał  zmysły  -  udało  się  ustalić  kilka  rzeczy.  Okazało  się,  że
rzeczywiście  komputery  ośrodka  transferowego  Wo-lamii  mogą  przeprogramować  krążek,  żeby
umożliwił  powrót  na  Shannę.  Statek  był  zdolny  do  lotu,  ale  ani  na  nim,  ani  w  grocie  transferowej  nie
było  tak  wielkiej  ilości  energii,  jakiej  wymagało  odbycie  tej  podróży.  Komputery  oznajmiły  także,  że
ze  sztucznego  słońca  Wolamii  da  się  z  powodzeniem  ściągnąć  dostateczną  ilość  energii,  aby
uzupełnić ów niedobór.

Vince wysłuchał tej ostatniej wiadomości z ponurą miną. Najwyraźniej spełniające wszelkie życzenia

komputery  górnej  komnaty  mogły  dostarczyć  potrzebną  energię,  jeśli  tylko  poproszono  by  je  o  to
we właściwy sposób! Popatrzył na Akorrę, a potem na Geegee.

Nagle uświadomił sobie, że Gondal zadaje następne pytanie:
- Jakie znaczenie może mieć legenda o Wolamii, która przypasze broń i przysposobi się do walki?
Geegee powtórzył i to pytanie.
- Tej informacji nie ma w mojej pamięci - odparł tajemniczy głos z sufitu statku.
Gondal zrobił wściekłą minę, zastanawiał się przez chwilę, po czym zapytał:
- Czy znasz treść całego cytatu?
Tym razem jednak, chociaż ipsisumoedanin powtórzył jego słowa, odpowiedź nie padła natychmiast.

Dopiero po chwili głos powiedział coś, co wprawiło wszystkich w zdumienie:

- Członkowie waszej grupy powtarzali ją kilka razy i fakt ten został zapisany w mojej bazie danych.

Zanim jednak przylecieliście, nic na ten temat nie było mi wiadomo.

Na leniańskim statku zapadła głucha cisza. W końcu oszołomiony Gondal, wciągnąwszy dwukrotnie

do płuc porcje mieszanki z pojemnika na plecach, zapytał:

-  Czy  to  znaczy,  że  słyszysz  wszystko,  o  czym  mówi  się  w  tej  sali?  I  czy…  dysponujesz  innymi

czujnikami, pozwalającymi ci wiedzieć, co się w niej dzieje?

Geegee powtórzył pytanie poważnym tonem, ale z trudem hamował uśmiech.
-  Komputery  tego  statku  automatycznie  łączą  się  z  komputerami  każdego  ośrodka  transferowego  -

odparł  głos.  -  A  zatem  mają  dostęp  do  wszystkich  czujników  danego  ośrodka.  Jeżeli  chodzi  o  ten,
w  którym  właśnie  się  znajduję,  umieszczono  w  nim  czujniki  optyczne,  dźwiękowe,  zapachowe
i magnetyczne, a także wykrywacze masy i detektory promieniowania elektromagnetycznego. O każdym
członku waszej grupy zebrano więc wiele informacji pozwalających na skonstruowanie czegoś w rodzaju
elektronicznej  makiety.  Czujniki  rejestrowały  wszystko,  co  robiliście  i  mówiliście,  nie  tylko  w  ich
zasięgu, ale także w zasięgu czujników samego statku.

Gondal  wstał  z  wysiłkiem,  po  czym,  wymachując  nad  głową  rękami-mackami  niczym  podniecona

ośmiornica, wybiegł ze statku i zaczął krążyć po sali. W końcu kucnął.

- Sss! Dlaczego sami wcześniej na to nie wpadliśmy? -wykrzyknął.
- Na co nie wpadliśmy? - zapytał trochę rozbawiony Vince.
-  Że  znajdujemy  się  w  trzewiach  potwora!  -  wybuchnął  Onsjanin.  -  Nie,  raczej  w  jego  legowisku,

w którym może nas nieustannie obserwować.

Zwinął mackę oddechową i zassał porcję mieszanki, po czym zwrócił głowy ku sklepieniu komnaty.
-  Zabierz  nas  do  domu,  słyszysz!  -  rozkazał.  -  Zrób,  co  chcesz,  tylko  sprowadź  nas  z  powrotem

na Shannę! Aha, i zanim wylądujemy, wyrzuć stamtąd tych zapchlonych Chullwejów!

background image

Nie otrzymawszy odpowiedzi, odwrócił się w stronę Gee-gee, który stał obok otwartej klapy włazu.
-Na  co  czekasz?  -  burknął  groźnie.  -  Powtórz,  co  powiedziałem,  ty  posługujący  się  włócznią

barbarzyńco!

Geegee zachichotał.
- Odmawiam, partnerze i przyjacielu. Pociągnęłoby to za sobą zbyt wiele konsekwencji, których nie

potrafię  ocenić,  i  przynajmniej  jedną,  którą  uświadamiam  sobie  aż  za  dobrze.  Nie,  musimy  wymyślić
inny sposób niż okradanie słońca Wolamii. Proponuję, żebyśmy nadal przesłuchiwali ten komputer. Być
może, kiedy ostatnio zawitali tu Lenianie, któryś wygadał się niechcący, iż gdzieś na planecie kryją się
złoża rozszczepialnego materiału.

Vince odwrócił się i z mieszanymi uczuciami wyszedł z komnaty.
Przesiedział  blisko  godzinę  samotnie  w  jaskini,  wpatrując  się  w  pustynię.  W  pewnym  momencie

przyłączył  się  do  niego  Gondal.  Wyglądało  na  to,  że  limit  tego,  co  mogły  znieść  nerwy  onsjańskiego
pirata już się wyczerpał.

- Sss! Chyba nie powinno mnie dziwić, że czasami komputery zachowują się jak idioci - powiedział.

- Mimo to, kiedy pierwszy raz wyciągnęliśmy odpowiedź z czegoś, co - jak uświadamiam sobie dopiero
teraz - jest monstrualną siecią wywiadowczą, miałem nadzieję…

Vince spojrzał apatycznie na Onsjanina.
-  Chyba  nie  sądzisz,  że  komputery  tamtej  komnaty  zdołałyby  wskazać  drogę  na  Shannę?  -  zapytał

w końcu. - Prawda? - Cofnął się nieco, kiedy Gondal wysunął nagle obie głowy w jego stronę. - Uhm…
mam nadzieję, że już wiesz, iż wszyscy pozostali postanowili, że nie będą usiłowali ocalić życia za cenę
śmierci Wolamii.

Zniecierpliwiony Gondal zamachał wszystkimi rękami—mackami.
-  Och,  wcale  nie  to  jest  powodem  mojej  złości.  Chociaż  jestem  piratem,  ja  także  nie  poświęciłbym

całej planety dla egoistycznego celu. Nie mogę tylko znieść tego nonsensu, który tak bardzo upodobały
sobie tutejsze komputery!

Vince uśmiechnął się mimo woli.
-  Chodzi  ci  o  to,  że  nie  zgadzają  się  udzielać  odpowiedzi,  dopóki  tego  samego  pytania  nie  zadadzą

dwie  osoby?  -  zapytał.  -  Czy  nie  uważasz,  że  to  po  prostu  elementarny  środek  bezpieczeństwa,
przewidziany przez ich konstruktorów?

Gondal zassał z pojemnika na plecach następną porcję mieszanki do oddychania.
- Nie o to mi chodzi - burknął. - Najbardziej złości mnie rola, jaką w ty m wszystkim odgrywa nasz

przyjaciel  Geegee.  Ponieważ  brał  udział  w  absurdalnie  prostym  pierwszym  doświadczeniu,  które
zakończyło  się  powodzeniem,  komputer  przyzwyczaił  się  do  niego,  podobnie  jak  małe  węgorze  uznają
za  zastępczą  matkę  pierwszy  obiekt,  jaki  zobaczą.  Teraz  więc,  ilekroć  chcę  się  poradzić  tego
elektronicznego  matołka,  muszę  szukać  naszego  dzikusa,  żeby  powtarzał  każde  moje  pytanie.  Pewnego
razu poprosiłem Akorrę, żeby go zastąpiła, ale komputer zupełnie ją zignorował!

Vince wybuchnął głośnym śmiechem.
-  Cóż  w  tym  złego?  Jeżeli  będziesz  rozsądny,  Geegee  nie  odmówi  ci  swojej  pomocy.  Skoro

potrzebne jest tylko brzmienie jego głosu…

Gondal zasyczał gniewnie.
- A także masa i kształt jego ciała i chyba tylko niebiosa wiedzą, co jeszcze!
-Nawet jeżeli tak jest, nie stanowi to chyba żadnego problemu, prawda?
-  Może  i  nie.  Irytuje  mnie  jednak,  że  jestem  uzależniony  od  prymitywnej  istoty,  którą  musiano

najpierw  nauczyć  nie  tylko  elementarnych  podstaw  zwykłej  algebry,  ale  także  posługiwania  się  ręczną
bronią.  Załóżmy,  że  Akorra  i  ja  chcielibyśmy  przeprowadzić  jakieś  doświadczenie,  aby  wydobyć
coś  więcej  z  czujnie  strzeżonej  skarbnicy  wiedzy  tego  komputera.  Czy  naprawdę  za  każdym  razem

background image

musielibyśmy  poświęcać  ileś  tam  czasu,  żeby  wyjaśniać  wszystko  Geegee,  a  potem  nakłaniać  go  do
współpracy?  Sss!  -  Gondal  urwał  i  z  posępną  miną  spojrzał  na  Vince’a.  -  Wygląda  na  to,  że
te  przeklęte  komputery  mają  więcej  ograniczeń  i  zabezpieczeń  niż  informacji  zgromadzonych  w  bazach
danych! Jedno z nich, na przykład, nie zezwala im na udzielanie niektórych informacji, dopóki pytająca
osoba  nie  udowodni,  że  wie  coś  na  ten  temat.  Na  niebiosa!  Gdybyśmy  więcej  wiedzieli,  w  ogóle  nie
zadawalibyśmy żadnych pytań!

Vince westchnął.
- Czego właściwie chcecie się teraz od nich dowiedzieć? - zapytał.
- Sss! - parsknął Onsjanin. - Przede wszystkim, gdzie są ukryte zasoby energii i paliwa. Chcemy też

wiedzieć, co oznacza powiedzenie z tej legendy, że Wolamia przypasze broń i przysposobi się do walki.
Przypuszczam,  że  odpowiedź  na  to  pytanie,  Vinsie  Kul  Lo,  może  pomóc  nam  w  rozwiązaniu  naszego
problemu. Gdybyśmy zdołali, na przykład, pobudzić na nowo do życia wojenne machiny, które mogą się
kryć  głęboko  pod  powierzchnią  tej  planety,  może  znaleźlibyśmy  w  ich  zasobnikach  dostateczne  ilości
energii i paliwa, żeby odlecieć stąd i powrócić na Shannę. Kto wie, może nawet zdołalibyśmy powrócić
tam  uzbrojeni  i  rozprawilibyśmy  się  z  zawszonymi  Chullwej  ami?  -  Przerwał  na  moment.  -  Na  razie
wydobyliśmy  z  komputerów  tylko  jedną  pożyteczną  informację.  Oznajmiły  nam,  że  gdybyśmy  tylko
dysponowali odpowiednim sprzętem, istnieją środki, które pozwolą na przetransportowanie go do klatek
przygotowanych do takiego transferu. I odwrotnie, gdybyśmy bardzo tego chcieli, można byłoby wydać
statkowi rozkaz wylądowania na otwartej przestrzeni.

Zaczerpnął porcję gazu.
-Niech diabli porwą tę przeklętą mieszaninę! - wybuchnął. - Wygląda na to, że dodałem do niej zbyt

mało amoniaku… Powiedz mi, jak miewają się twoje oczy?

Vince odwrócił głowę, żeby nie patrzeć na Onsjanina.
-  Nie  najlepiej  -  odparł.  -  Bolą  mnie.  Nie  bardzo,  ale  nieustannie,  a  kiedy  nimi  szybko  poruszam,

tracę ostrość spojrzenia i jakiś czas nie mogę jej odzyskać. Ale cieszyłbym się, gdyby mogły pozostać
w takim stanie, jak są obecnie i… Posłuchaj ! Ktoś nadchodzi tunelem!

Kilka sekund później z mrocznego otworu wyłonił się Geegee w towarzystwie jednego wojownika.
Podszedł do Vince’a i Gondala, stanął przed nimi i przez chwilę patrzył na obu w milczeniu.
- Wpadłem na pewien pomysł, partnerzy i przyjaciele -oznajmił w końcu z dumą. - Najpierw jednak

pragnąłbym omówić go z Shontemurem. Mam nadzieję, że uda się nam powrócić, nim zapadnie noc.

Gondal ponuro machnął mackami. Vince przyglądał się, jak obaj ipsisumoedanie wychodzą z jaskini

i znikają.

Onsjanin wstał niezgrabnie i zaczął się nerwowo przechadzać po jaskini.
- Masz teraz najlepszy przykład tego, o czym ci mówiłem
- burknął ze złością - Co by się stało, gdybym właśnie teraz wpadł na jakiś pomysł? Żeby cokolwiek

wyciągnąć z tych komputerów, musiałbym najpierw zaczekać na jego powrót.

-  Obrócił  niepewnie  obie  wężowe  głowy  w  stronę  wylotu  tunelu,  ale  po  chwili  znów  skierował

spojrzenie na Cullowa.

- Prawdę mówiąc, nie bardzo lubię przebywać w tamtej komnacie - wyznał cicho. - Czy zamierzałeś

pozostać  jeszcze  jakiś  czas  w  jaskini?  Jeżeli  tak,  chyba  nie  będziesz  miał  nic  przeciwko  temu,  że
dotrzymam ci towarzystwa?

Vince pokręcił głową.
-  Chciałbym  zaczekać  tu,  aż  zapadnie  noc,  żeby  przekonać  się,  czy  nie  osłabła  moja  zdolność

widzenia w ciemności

- powiedział. - Nie, żeby to robiło jakąś różnicę, ale…
Gondal zwrócił ku niemu obie głowy.

background image

-  Jest  mi  naprawdę  bardzo  przykro,  Vinsie  Kul  Lo,  że  postawiłem  cię  w  tak  kłopotliwej  sytuacji.

Rozumiesz jednak, że stawka w tej grze, jak to rozumiałem, była niewiarygodnie wysoka, a ja…

Zniecierpliwiony Vince wzruszył ramionami.
-  Kiedy  cię  pierwszy  raz  zobaczyłem,  czułem  się  o  wiele  gorzej  niż  teraz  -  powiedział.  -  Nie  mam

więc powodów do narzekania.

-  Sss!  To  szlachetnie  z  twojej  strony.  Nie  chciałbym  jednak,  żebyś  tak  szybko  stracił  nadzieję.  -

Przebierając  rękami—mackami,  Gondal  zaczął  odpinać  przytroczoną  do  torsu  ogromną  manierkę.  -
Zastanawiam  się,  czy  nie  mógłbym  cię  prosić  o  drobną  przysługę.  Może  zechciałbyś  polać  wodą  tylną
część moich pleców? Jest tam pewne miejsce, którego nie mogę dosięgnąć…

Vince wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Jasne - odparł.
Podniósł  się  i  sięgnął  po  manierkę.  Kiedy  zmoczył  plecy  Gondala,  Onsjanin  sięgnął  ręką-macką

po słuchawkę telefonu i gniewnie zasyczał. Odpowiedział mu jeden z ipsisumoedańskich wojowników.

- Czy u was wszystko w porządku? - zapytał Gondal.
- Tak, o wielomacki. Akorra pewien czas drzemała, ale teraz bada jakiś leniański artefakt.
-  Dziękuję.  -  Gondal  odłożył  słuchawkę  i  spoglądając  na  Cullowa,  wykonał  gest  podobny

do wzruszenia ramionami.

Czas  dłużył  się  coraz  bardziej.  Gondal  i  Vince  siedzieli  w  milczeniu  w  jaskini,  z  rzadka  tylko

wymieniając  jakieś  uwagi.  Wyglądało  na  to,  że  żaden  nie  spieszy  się  z  powrotem  do  komnaty
transferowej.  Zapadł  zmierzch,  a  potem  zaczęło  się  ściemniać.  W  pewnej  chwili  pirat,  jakby  czymś
zaniepokojony, poruszył się nerwowo.

-  Mam  nadzieję,  że  Geegee  nie  wplątał  się  w  żadną  awanturę  -  odezwał  się  półgłosem.  -  Nie  tylko

nie  mogę  się  teraz  bez  niego  obejść,  ale  nawet  polubiłem  naszego  glistouchego  towarzysza.  Myślę,  że
jeszcze jakiś czas zaczekam tu na niego.

Obaj więc byli w jaskini w momencie, kiedy nagle wydarzyło się coś niepojętego.

background image

22

S

ztuczne  słońce  Wolamii  zdążyło  dawno  zniknąć  za  linią  horyzontu,  ale  na  niebie  wciąż  jeszcze

widać  było  purpurowe  zorze  na  tyle  jasne,  że  rzucały  sporo  blasku  na  pustynię  i  pozwalały  dostrzec
nieliczne gwiazdy na mroczniejącym niebie.

Naraz  jednak,  tak  niespodziewanie,  jakby  zatrzasnęły  się  kosmiczne  wrota,  zapadła  nieprzenikniona

ciemność.

Nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, Vince zerwał się na równe nogi i chyba odruchowo namacał

ścianę  jaskini.  Usłyszał  pełen  zdumienia  syk  Gondala,  a  kilka  sekund  później  przerażony  pisk
zapóźnionego ptaka, który zapewne szukał gniazda na stromym zboczu góry. W niesamowitej ciszy, jak
zapadła potem, rozległy się tysiące ledwo słyszalnych trwożnych pisków drobnych stworzeń. Być może
jednak Vince’owi wydawało się tylko, że je słyszy.

Stopniowo  jego  oczy  przyzwyczaiły  się  do  ciemności.  Dopiero  wtedy  Vince  spojrzał  na  gwiazdy.

Wydały  mu  się  rozmazane.  Wcale  się  tym  nie  zdziwił.  Zamrugał,  żeby  pozbyć  się  wilgoci  z  oczu,  i  w
końcu  odzyskał  przynajmniej  częściowo  ostrość  spojrzenia,  zobaczył  pustynię  oświetloną
znajomym, chociaż słabym srebrzystym blaskiem.

W oddali ujrzał jednak coś, czego przedtem nigdy tam nie widział.
Zachłysnął  się  powietrzem  i  wytężył  wzrok.  To  coś,  podobne  do  kopulasto  wypiętrzonego

płaskowyżu  musiało  się  znajdować  mniej  więcej  dziesięć  kilometrów  od  podnóża  góry.  Miało  średnicę
około  siedmiuset  metrów,  Vince  widział  jednak,  że  ciągle  się  powiększało,  nie  stawało  się  jednak
coraz  wyższe  (podobne  do  kopuły  wypiętrzenie  miało  ciągle  tę  samą  wysokość  i  pozostawało  mniej
więcej  w  tym  samym  miejscu),  ale…  rozszerzało  się  na  boki!  Zauważył  także,  że  boczne  krawędzie
kłębią się, jakby się wahając, by w następnej sekundzie ruszyć jeszcze dalej, zupełnie jakby…

Dopiero  wtedy  uświadomił  sobie,  że  pełny  niedowierzania  i  trwogi  szept,  jaki  słyszy  od  pewnego

czasu,  wydobywa  się  spomiędzy  jego  warg.  Poruszając  się  jak  pijany,  wyszedł  z  jaskini  i  spojrzał
w górę, gotów wspiąć się na szczyt góry niczym przerażony robak.

W końcu jednak opanował się i spojrzał w głąb jaskini.
- Gondalu! - krzyknął. - Telefon! Gdzie jest…
Macając  po  omacku,  potknął  się  o  którąś  mackę-nogę  przerażonego  Onsjanina.  Usłyszał  pełen

trwogi syk, ale w końcu odnalazł słuchawkę.

- Akorro! - zawołał. - Czy ktoś mnie słyszy? Wzywam wszystkich, którzy są w grocie! Wynoście się

stamtąd,  i  to  jak  najszybciej!  Wydarzyło  się  coś…  nieprawdopodobnego.  Pustynię  zaczyna  zalewać
ocean!  Wody  wracają  na  swoje  miejsce!  Widzę  coś,  co  wygląda  jak  gigantyczny  strumień.  Nigdy  nie
uwierzylibyście…

W  następnej  sekundzie,  równie  niespodziewanie  jak  przedtem  zniknęły,  wieczorne  zorze  znów  się

pojawiły na purpurowym niebie. Vince poczuł, że wokół jego ramienia owija się macka Gondala.

-  Na  wszystkie  przestworza,  Vinsie  Kul  Lo!  -  wykrzyknął  Onsjanin.  -  Czy  widzisz…  na  wszystkie

niebiosa!

Spójrz tylko! - Macka cofnęła się. - Muszę powrócić do komnaty, i…
Vince przełknął ślinę i dopiero wtedy odzyskał głos.
-  Uspokój  się  -  powiedział.  -  Nawet  tak  wielki  strumień  nie  zdoła  natychmiast  zatopić  całej

powierzchni planety. Znajdujemy się całkiem wysoko i może nic nam się nie stanie, musimy jednak jak
najszybciej sprowadzić tu pozostałych. Nie wiemy, czy ocean nie zatopi wylotu tej jaskini.

Spoglądając  przez  czerwonawą  błonkę  pulsującej  krwi,  oszołomiony  Vince  wpatrywał  się

w  monstrualny  potok.  Usłyszał,  że  Gondal  coś  krzyczy  do  telefonu,  i  ledwo  dosłyszalną  odpowiedź:
Akorrai ipsisumoedanie obiecali się pospieszyć.

background image

Dopiero w tej chwili do zbocza góry dotarło czoło fali dźwiękowej. Rozległ się łoskot jakby tysięcy

wodospadów  albo  silników  tysięcy  odrzutowych  bombowców.  Vince  uzmysłowił  sobie,  że  spływa
potem,  i  grzbietem  dłoni  otarł  czoło  nad  oczami.  Stał  bez  ruchu  obok  Gondala  i  jak  zahipnotyzowany
spoglądał na to, co się działo w oddali.

Na  jego  oczach  zmieniał  się  znajomy  krajobraz  pustyni.  Spienione  czoło  oceanu  zbliżało  się

niewiarygodnie  szybko.  Z  każdą  chwilą  zalany  obszar  się  powiększał,  co  mogłoby  świadczyć,  że
głębokość  właściwie  się  nie  zmienia.  Mimo  to  woda  zatopiła  głęboki  kanion  i  niczym  mokra  gąbka
zmazała z powierzchni pustyni podobną do kredowej linii kreskę drzew i zarośli.

Tymczasem fontanna tryskająca pośrodku zalewu wcale się nie zmniejszała.
Nie  bardzo  wiedząc,  co  robić,  Gondal  wpatrywał  się  jak  urzeczony  w  to,  co  dzieje  się  na  pustyni.

Wyciągnął obie głowy w taki sposób, że każda znajdowała się po innej stronie głowy Vince’a.

-  Spójrz  tam  -  odezwał  się  w  pewnej  chwili,  pokazując  kierunek  wyciągniętą  macką-ręką.  -  Fala

niesie  chyba  jakiś  przedmiot.  Czy  to…  na  wszystkie  niebiosa!  To  jakiś  gwiezdny  statek,  miotany
na  falach  niczym  zabawka.  A  tam…  i  tam…  widzę  inne!  Na  przestworza,  Kul  Lo!  Chcieliśmy,  żeby
z łona

Wolamii  wyłoniły  się  wojenne  machiny,  pojawiły  się  jednak  gwiezdne  statki…  całe  flotylle

gwiezdnych  statków!  Wszystkie  opuszczone,  wszystkie  stare  jak  sam  wszechświat!  Wisie!  Tamta
legenda…  Lampa  Wolamii  naprawdę  na  kilka  minut  zgasła,  a  my  oglądamy  tego  rezultaty.  Jakim
cudem… Kto…

Vince zmełł w ustach jakieś przekleństwo.
-  Czy  jeszcze  tego  nie  pojmujesz?  -  zapytał.  -  To  sprawka  Geegee.  Właśnie  na  ten  temat  pragnął

porozmawiać z Shontemurem. Nie wiem tylko, czy w ogóle zadał sobie trud, żeby z nim porozmawiać.
Geegee wyłączył sztuczne słońce Wolamii. To wszystko jego dzieło!

Gondal cofnął raptownie obie głowy.
-  Sss!  -  wykrzyknął.  -  To  znaczy…  Sss!  Vinsie  Kul  Lo,  prawdopodobnie  pomogły  mu  w  tym

komputery  z  górnej  komnaty.  Geegee  z  pewnością  odkrył,  jak  zmusić  je  do  posłuszeństwa!  Co  za
niewdzięcznik! Co za zdradziecki, podstępny dzikus!

Vince roześmiał się chrapliwie.
-  Och,  daj  spokój,  Gondalu  -  powiedział.  -  Czy  nie  zrobił  dokładnie  tego,  o  czym  wszyscy

marzyliśmy? Czyż nie trafił od razu w sedno naszego problemu? Zakładam, że nie wydarzyło się żadne
nieszczęście  -  prawdopodobieństwo  oceniam  na  jeden  do  tysiąca  -  i  jestem  pewien,  że  daleko
na zachodzie lampa Wolamii świeci równie jaskrawym blaskiem jak poprzednio. Geegee nie poważyłby
się  na  żadne  ryzyko,  upewnił  się  wcześniej,  że  nie  grożą  żadne  poważne  skutki.  Jeżeli  nakłonił
komputery do współpracy…

Przez  chwilę  słuchał,  jak  Gondal  zasysa  porcję  mieszanki  do  oddychania.  W  końcu  Onsjanin

oderwał z donośnym cmoknięciem koniec macki oddechowej od otworu pojemnika.

-  Sss-sss-sss!  Och,  sss-sss-sss!  Masz  rację,  Vinsie  Kul  Lo!  -  wykrzyknął.  -  Jacyż  z  nas  dumie

o  móżdżkach  jak  u  węgorzy!  Oczywiście!  W  legendzie  nie  było  mowy  o  tym,  że  lampa  Wolamii  musi
pozostać zgaszona. Och, sss-sss-sss!

Uspokoił się dopiero po dłuższej chwili.
-  Ale  co  teraz,  dwunożna  istoto?  -  zapytał.  -  Czy  niedługo  wylądują  tu  Lenianie?  Może  wy  płyną

z  tego  diabelskiego  otworu,  przez  który  wciąż  jeszcze  tryska  woda?  A  może  przyleci  tu  ktoś  inny  albo
coś innego, nie Lenianie, żeby przekonać się, kto ośmiela się bawić lampą Wolamii?

Vince  prawie  go  nie  słyszał.  Wpatrywał  się  w  czoło  bardzo  szybko  zbliżającej  się  fali  powodzi.

Musiał  przekrzykiwać  jej  głośny  szum  zmieszany  z  dobiegającym  z  oddali  grzmotem  tryskającego
strumienia.

background image

-  Gondalu!  Gondalu!  Niektóre  z  tych  wraków  to  gwiezdne  statki  Chullwejów!  A  raczej…  nie,

dostrzegam drobne różnice, ale zasadnicza konstrukcja jest prawie taka sama.

-  Sss!  -  żachnął  się  Onsjanin.  -  Czy  to  cię  dziwi,  Vinsie  Kul  Lo?  Z  pewnością  Lenianie  zmagali  się

z prapraprzodka-mi współczesnych Chullwejów. Jestem pewien, że te zapchlone wory, które wylądowały
na powierzchni Shanny, są ich zdegenerowanymi potomkami… Widzimy teraz, dwunożna istoto, szczątki
pozostałe  po  stoczonej  kiedyś  w  przestworzach  tytanicznej  bitwie.  Nie  mam  jednak  pojęcia,  jakim
cudem  te  szczątki  przeleżały  tyle  tysiącleci  pod  dnem  skradzionego  oceanu  Wolamii,  bo  czyż  to  nie
prastare morze wraca teraz na swoje miejsce? Na samą myśl o tym zaczynam tracić zmysły!

W  końcu  najniższe  trzysta  metrów  urwiska  zniknęło  pod  powierzchnią  spienionych  mętnych  fal.

Ocean stal się na tyle głęboki, że trochę ucichł grzmot odległego strumienia, chociaż woda wciąż jeszcze
tryskała  z  niewidocznego  otworu.  Wciąż  jeszcze  widniało  w  tamtym  miejscu  kopulaste  wybrzuszenie
o  wysokości  dwustu  metrów,  ale  ciśnienie  musiało  być  mniejsze,  gdyż  teraz  woda  wypływała  o  wiele
wolniej. Słońce Wolamii, jak zawsze oślepiająco jaskrawe i gorące, nie przestawało prażyć powierzchni
planety,  jakby  podjęło  bezsensowny  wysiłek  wysuszenia  nieproszonych  mas  wodnych.  Na  wschodzie
zaczynały się tworzyć pierwsze kłębiaste chmury.

Wszyscy uczestnicy wyprawy, z wyjątkiem Geegee i jednego ipsisumoedańskiego wojownika, którzy

wciąż  jeszcze  nie  wrócili,  stłoczyli  się  w  jaskini.  W  pewnej  chwili  Gondal  obrócił  obie  wężowe  głowy
w stronę Akorry.

-  Czy  przypadkiem  nie  mamy,  proszę  pani,  żadnych  przyrządów,  z  których  dałoby  się  sklecić  coś

do  pomiaru  natężenia  promieniowania?  -  zapytał.  -  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  zbadam  wnętrza
choćby  niektórych  wraków  tych  gwiezdnych  statków,  nie  chciałbym  jednak,  przynajmniej  na  tym
etapie naszej wyprawy, zanurzyć się ani pływać w śmiercionośnej wodzie!

Oszołomiona Nessanka wymruczała coś, co można byłoby uznać za potwierdzenie.
-  Czy  przypadkiem  nie  jesteś  zbytnim  optymistą?  -  zapytał  Vince  Gondala.  -Nawet  jeżeli

na  pokładzie  jakiegoś  wraku  pozostało  paliwo,  rozszczepialne  materiały  albo  coś  w  tym  rodzaju,
najprawdopodobniej  i  tak  nie  zdołamy  ich  wydobyć.  Wraki  spoczywają  na  dnie  oceanu,  a  jego
głębokość w najpłytszym miejscu sięga co najmniej sześciuset metrów. Nie zapominaj, że nie zabraliśmy
ani jednej lodzi podwodnej.

-  Sss!  -  zachichotał  Onsjanin.  -  To  ty  chyba  o  czymś  zapominasz,  przyjacielu  Vinsie.

W  przeciwieństwie  do  pozostałych  uczestników  wyprawy,  którzy  mogą  czuć  lęk  przed  wodą,  jestem
stworzeniem  ziemnowodnym  i  czuję  się  w  niej  jak  przysłowiowa  ryba.  Możliwe,  że  Geegee  okazał  się
spośród  nas  najmądrzejszy,  i  mam  nadziej  ę,  że  zasługuj  e  na  miano  prawdziwego  bohatera,  a  nie
męczennika,  jednak  tylko  ja  zdołam  się  dostać  na  pokład  zatopionego  wraku.  Oczywiście,  nie  mogę
zanurkować  od  razu  na  głębokość  sześciuset  metrów,  ale  po  pewnym  czasie  będę  w  stanie  dotrzeć
jeszcze głębiej. Może nawet zdołam zaczopować otwór, przez który nadal tryska woda, jeśli nie znajduje
się głębiej niż tysiąc metrów!

Vince’a  zaczęła  naraz  ogarniać  apatia.  Ból  w  oczach,  który  odczuwał  teraz  ciągle,  mimo  że  nie  był

zbyt silny, dokuczał mu nieznośnie.

-1 co z tego, nawet gdyby udało się nam znaleźć zasoby paliwa albo rozszczepialnych materiałów? -

zapytał. - Prawdopodobnie Chullwejowie nadal roją się w tamtej komnacie na Shannie jak mrówki. Jak
myślisz,  co  powinniśmy  zrobić,  kiedy  tam  wylądujemy?  Kazać  się  wynieść  wszystkim  draniom,  tylko
dlatego, że powrócili dobrzy goście?

-  Sss!  -  zachichotał  Onsjanin.  -  Zastanawiam  się,  czy  nie  moglibyśmy  się  uciec  do  podstępu.

A  przede  wszystkim  myślę  o  tym,  jak  sprawić,  by  Chullwejowie  uwierzyli,  że  na  Shannie  naprawdę
wylądowali dobrzy goście, jak ich określiłeś. Sam powiedziałeś, że wiele podobnych do hantli statków
wygląda,  jakby  zaprojektowali  je  Chullwejowie.  Uważam  za  prawdopodobne,  że  przynajmniej  niektóre

background image

dałoby  się  wyremontować.  Czy  nie  wydaje  ci  się  możliwe,  że  gdyby  w  tamtej  komnacie  pojawił  się
niezwykły  przedmiot  wyglądający  podobnie,  ale  trochę  inaczej  niż  współczesny  gwiezdny
statek Chullwej ów, te worki pcheł mogłyby przynajmniej na chwilę skamienieć z osłupienia?

background image

23

D

opiero  znacznie  później  Cullow  uświadomił  sobie,  że  przez  następne  kilka  godzin  znajdował  się

w  swojego  rodzaju  transie.  Wydarzenia  następowały  jedno  po  drugim  tak  szybko,  że  tylko  z  trudem
nadążał je rejestrować.

Wszyscy  oniemieli,  kiedy  się  okazało,  że  Geegee  może  teraz  wydawać  rozkazy  komputerom  sam,

nie  korzystając  z  pomocy  Gondala  ani  kogokolwiek  innego.  Onsjanin  doszedł  do  wniosku,  że  Geegee
jest  jedyną  osobą,  która  umiała  poradzić  sobie  z  komputerami  zarówno  dolnej,  jak  i  górnej
komnaty. Akorra, która najwyraźniej ufała ipsisumoedaninowi bez zastrzeżeń, była raczej rozbawiona niż
rozdrażniona.  Sam  Geegee  zachowywał  się  wyjątkowo  taktownie.  Był  chyba  bardziej  niż  kiedykolwiek
potulny,  a  nawet  skłonny  do  współpracy.  Sprawiał  wrażenie  trochę  speszonego  wszystkim,  co  udało
mu się osiągnąć.

Pewnego  dnia  dolną  komnatę  ponownie  odwiedził  Shontemur.  Oznajmił,  że  w  wyniku

niespodziewanego  potopu  nie  ucierpiał  ani  jeden  Obserwator,  żaden  spośród  mieszkańców  jego  wioski
i  w  ogóle  żaden  tubylec.  Kiedy  zgodził  się  na  krótkotrwale  wyłączenie  sztucznego  słońca  Wolamii
(po  zapoznaniu  się  z  wynikami  komputerowych  symulacji),  polecił  zespołom  Obserwatorów  opuścić
posterunki i wrócić do domów, mimo że na miejsce zwolnionych nie przysłał zmienników.

Następny  przełom  osiągnięto,  kiedy  Akorra,  Gondal  i  Gee-gee  nakłonili  komputery

do  przetransportowania  leniańskiego  statku  na  otwartą  przestrzeń,  żeby  mógł  służyć  jako  dźwig
do  podnoszenia  wszystkiego,  co  Onsjanin  zdołałby  odnaleźć  na  dnie  oceanu.  Okazało  się,  że  otwór,
przez  który  nie  przestawał  przepływać  strumień  wody,  jest  tylko  czymś  w  rodzaju  wrót  i  wcale  nie
wiedzie  do  głęboko  ukrytych  trzewi  Wolamii.  Zaledwie  kilkanaście  metrów  pod  czymś,  co  kiedyś
było  powierzchnią  pustyni,  znajdowała  się  niepojęta  płaszczyzna  transferowa,  która  musiała  się  łączyć
z  jakąś  niewiarygodnie  odległą  planetą.  Kiedy  leniański  statek  unosił  się  nocą  nad  strumieniem,  Vince
widział dobrze znaną purpurowo-niebieską poświatę.

Zastanawiał  się,  czy  tamta  inna  planeta,  w  tak  dziwaczny  sposób  sprzężona  z  Wolamią,  może  być

zamieszkana.  Upewnił  się,  że  z  wodą  nie  wypływają  ryby,  morskie  zwierzęta  ani  nawet  szkielety  czy
organiczne  odpadki.  Wszystko  wskazywało,  że  przez  otwór  wydostają  się  tylko  poznaczone
śladami strzałów szczątki, pozostałe po zakończeniu tytanicznej gwiezdnej bitwy. W niektórych wrakach
wciąż  jeszcze  tkwiły  szkielety  członków  załóg.  Vince  zastanawiał  się,  jak  to  było  możliwe.  Czyżby
wypływały  przez  podobny  otwór,  który  z  pewnością  pojawił  się  nagle  na  innej  planecie  w  dnie
tamtejszego morza albo oceanu?

Skądkolwiek  się  pojawiały,  było  ich  całkiem  sporo.  Najważniejsze  jednak,  że  nie  wszystkie  wraki

wyglądały na poważnie uszkodzone!

Pracując  przez  kilka  dni  z  rzędu,  Gondal  posłał  na  powierzchnię  prawie  dwadzieścia  niewielkich

kadłubów.  Okazało  się,  że  wszystkie  są  próżnioszczelne,  więc  wystarczyło,  że  Onsjanin  umieścił
w  każdym  butle  ze  sprężonym  powietrzem  i  posługując  się  zdalnym  sterownikiem,  otworzył  zawory.
Dzięki  temu  nie  musiał  nakłaniać  tubylców  do  ścinania  wielu  drzew  i  wykorzystywania  ich  pni
w charakterze pontonów.

Wyglądało na to, że Gondalowi nie zaszkodziło długie przebywanie pod wodą. Na docieranie do dna

poświęcał zazwyczaj mniej więcej godzinę. Pozostawał tam cały dzień, wydając polecenia wojownikom
Geegee,  którzy  spuszczali  na  linach  wszystko,  co  było  mu  potrzebne,  i  dopiero  pod  koniec  dnia
wynurzał się - tym razem trochę szybciej - na powierzchnię. Najwyraźniej istoty jego rasy nie cierpiały
na dolegliwość, zwaną chorobą kesonową, która powodowała kalectwo, a nierzadko i śmierć wielu ludzi.

Stan oczu Vince’a pogarszał się powoli, ale nieustannie, na tym etapie odczuwał on jednak nie ból,

ale  odrętwienie.  Wciąż  jeszcze  pogrążony  był  w  apatii,  kiedy  na  powierzchnię  wynurzył  się  niewielki

background image

statek o kształcie hantli, podobny do jednostek Chullwejów, które widział w kosmoporcie Shanny.

Zanim  jednak  zdołał  odzyskać  ostrość  spojrzenia,  jednostka  wzniosła  się  w  powietrze!  Wszyscy

otworzyli  usta  ze  zdumienia.  Statek  osiągnął  wysokość  trzystu  metrów,  zatoczył  kolo  i  wylądował
na powierzchni wody.

Vince  zdał  sobie  naraz  sprawę,  że  obok  niego  stoi  Geegee.  Ipsisumoedanin  bez  słowa  wcisnął

mu leniański odpowiednik karabinu rozrywającego. Czując w żołądku nieznośny ciężar, Cullow spojrzał
na nieprzyjacielski statek i mocniej ścisnął karabin. Zastanawiał się, czy na pokładzie mogą znajdować
się żywe istoty, czy też może ruchami przybysza kieruj ą sędziwe komputery.

W  następnej  sekundzie  zaczął  się  powoli  otwierać  właz  gwiezdnego  statku,  z  pewnością  sterowany

przez  prastary  serwomechanizm.  Po  jakiejś  minucie  z  wnętrza  wygramolił  się  podobny  do  ogromnej
ośmiornicy Gondal.

- Sss-sss-sss! - zasyczał radośnie. Vince usłyszał jego śmiech z głośnika radioodbiornika. - Jak wam

się  to  podoba,  przyjaciele?  Czy  nie  uważacie,  że  w  dostatecznym  stopniu  opanowałem  trudną  sztukę
pilotowania nieznanego statku?

Vince  westchnął  z  wyraźną  ulgą  i  rozluźnił  napięte  mięśnie.  Usłyszał  dobiegający  zza  pleców

basowy chichot Gee-gee.

Nastąpił  teraz  okres  gorączkowej  pracy.  Przede  wszystkim  należało  nakłonić  leniańskie  komputery,

żeby dokonały transferu do wielkiej komnaty niektórych prastarych artefaktów. Jeden z nich - podobny
do  hantli  gwiezdny  statek  -spoczął  najpierw  w  transferowej  klatce,  a  później  zmaterializował  się  jakby
dzięki czarom w płytkiej kołysce, która czekała tysiące lat na ponowne użycie. Akorra, otoczona przez
więcej  przedmiotów,  niż  mogłaby  spisać,  nie  mówiąc  już  o  ich  zbadaniu,  sprawiała  wrażenie  nie  mniej
oszołomionej niż Vince.

Kiedy  Gondal  doszedł  do  przekonania,  że  nie  wydobędzie  już  z  dna  oceanu  niczego  ciekawego,

przeniósł się znów do dolnej sali. Nerwowo zasysając raz po raz porcje mieszanki oddechowej, wspinał
się na kadłuby odzyskanych wraków statków i wciskał wężowe głowy w otwory, z których wciąż jeszcze
wypływała  morska  woda.  Nieustannie  rzucał  nowe  pomysły,  a  czasami  dźwigał  albo  ciągnął  różne
urządzenia.  W  końcu  skoncentrował  swoją  uwagę  na  podobnym  do  han-tli  gwiezdnym  statku,
spoczywającym nieruchomo w transferowej klatce.

Mrok komnaty rozjaśniały raz po raz to słabszym, to silniejszym blaskiem błyski palników, spawarek

i  zgrzewarek.  Posługiwali  się  nimi  przynaglani  niecierpliwie  przez  Gondala  ipsisumoedanie,  którzy
uważali  je  chyba  za  coś  w  rodzaju  egzotycznych  zabawek.  Kiedy  Vince  nie  musiał  pomagać,  wolał
przebywać w jaskini - zmienne natężenie światła drażniło jego oczy.

Akorra  nie  miała  tyle  pracy,  co  Gondal  i  co  pewien  czas  informowała  Ziemianina  o  bieżących

postępach.

- Komputery powiedziały, że leniański statek, który sprowadził nas na Wolamię, potrafi wykorzystać

rozszczepialne  materiały  znalezione  przez  nas  w  zasobnikach  wraków  gwiezdnych  statków  -  oznajmiła
któregoś dnia. - Zdoła także przekształcić je w rodzaj energii wykorzystywany przez jego konstruktorów.
Jeśli  jednak  chcemy  przetransportować  na  gwiazdolot  te  materiały,  musimy  zaprojektować  i  wykonać
specjalne  automaty.  A  jeżeli  pragniemy  powrócić  na  Shannę  na  pokładzie  podobnego  do  hantli  statku,
musimy  go  poddać  gruntownym  przeróbkom.  Jestem  gotowa  przysiąc,  że  Gondal  jest  genialnym
mechanikiem,  uważam  jednak,  że  kierując  pracą  Geegee  i  jego  wojowników,  powinien  im  okazywać
więcej wyrozumiałości i cierpliwości.

Nie  chcąc  sprawiać  zawodu  swoim  towarzyszom,  Vince  próbował  okazywać  przynajmniej  trochę

zainteresowania tym, co robili.

-  Zastanawiam  się,  jakim  cudem  taki  prastary  wrak  zdoła  odnaleźć  Shannę,  nie  uciekając  się

do  pomocy  leniańskich  komputerów  -  powiedział.  -  Nie  wiem  także,  czy  zdołamy  umieścić  w  jego

background image

zasobnikach wystarczająco dużo energii, żeby wystarczyło na całą drogę powrotną.

- To jeden z naszych największych problemów - przyznała Nessanka. - Gdybyśmy chcieli umieścić

tam  zasobniki  energii  podobne  do  tych,  jakie  instalowali  na  pokładach  swoich  statków  Lenianie,
musielibyśmy  przekształcić  energię  w  coś  podobnego  do  sztucznego  metalu.  Obawiam  się,  że
to przekracza możliwości urządzeń, jakimi w tej chwili dysponujemy. Na razie Gondal instaluje zbiorniki
paliwa wewnątrz chullwejskiego statku. Potem umieścimy na pokładzie zabrane z pokładu leniańskiego
statku  urządzenia,  zdolne  do  przekształcenia  paliwa  w  rodzaj  energii,  którą  dałoby  się  wykorzystać.
Naturalnie, musimy także wyciąć jeden leniański komputer i przenieść go na pokład statku w kształcie
hantli.  -Zamrugała,  co  oznaczało,  że  się  uśmiecha.  -  Nie  wiem  tylko,  czy  kiedy  wszystko  już  tam
umieścimy, pozostanie choćby trochę miejsca dla pasażerów.

Vince  westchnął.  Z  największym  trudem  starał  się  ukryć,  że  uważa  cały  ten  plan  za  absurdalny

i nierealny.

- Czy Gondal i ty sama - jesteście przecież fizykami -naprawdę uważacie, że leniańskie komputery

i  urządzenia  mogą  wydawać  polecenia  zupełnie  innemu  systemowi  napędowemu?  -  zapytał.  -  Samo
namierzenie  docelowego  ośrodka  transferowego  z  takiej  odległości  jest  równie  prawdopodobne,  jak
trafienie owada w locie kulą, która musi przelecieć wiele setek kilometrów.

-  Prawdę  mówiąc,  nasze  zadanie  jest  o  wiele  trudniejsze  -  oznajmiła  Akorra,  jeszcze  szybciej

mrugając  powiekami.  -Tyle  że  system  napędowy  statku  Chullwejów  wcale  nie  tak  bardzo  różni  się
od  tego,  jaki  zainstalowali  Lenianie  na  pokładzie  swojego  statku.  Porównując  oba,  uznałabym
chullwejski  za  wcześniejszy  i  przestarzały.  Podejrzewam,  że  przed  tysiącami  lat  wrogowie  Lenian
i  prapraprzodkowie  współczesnych  Chullwejów  stanowili  rasę,  która  osiągnęła  niezbyt  wysoki  stopień
rozwoju technicznego, a która utrzymywała jakiś kontakt z Lenianami. Zapewne potajemnie korzystali z
osiągnięć ich techniki, co pozwoliło im przygotować się do późniejszej wojny. Z niektórych fragmentów
leniańskiej historii, które zachowały się do dziś, wynika zresztą, że podobno rzeczywiście tak było.

Vince odruchowo potarł odrętwiałe oczy.
-  Rozumiem  -  powiedział.  Wpatrzył  się  w  szarą  i  wzburzoną  tego  dnia  powierzchnię  oceanu.

Wszystko wskazywało, że Wolamia wciąż jeszcze nie może się dostosować do zmiany klimatu. - Gondal
powiedział mi, że bardzo chciałby, abyś pozostała tu w towarzystwie przynajmniej kilku ipsisumoedan -
podjął po chwili. - Czy rozmawiałaś już z nim na ten temat, a jeżeli tak, co postanowiłaś?

Akorra zwlekała chwilę z odpowiedzią.
- Zgodziłam się, chociaż nie jestem tym zachwycona -powiedziała wreszcie. - A co ty o tym sądzisz,

Vinsie?

- Chyba byłoby lepiej, gdybyś tu pozostała - odrzekł Cullow. - Jeżeli polecisz z nami i przydarzy się

jakieś  nieszczęście,  wszyscy  zginiemy;  jeżeli  natomiast  tu  zostaniesz,  możesz  nadal  badać  leniańskie
artefakty.  Ipsisumoedanie  zostaną  dobrymi  mechanikami,  jeżeli  tylko  trochę  się  poduczą.  Z  pewnością
pomogą ci także ziomkowie Shontemura.

Nessanka zamrugała dwukrotnie na znak potwierdzenia.
- Gondal odwołał się do takich samych argumentów. Sądzę jednak, że jeżeli tu zostanę, oszaleję.
-Naturalnie, przylecimy po ciebie. A jeżeli nie my, z pewnością uczyni to ktoś inny.
Akorra zamrugała, jakby znów się uśmiechała.
- Jeżeli nikt was nie zabije ani na zawsze nie zaginiecie w pustce przestworzy.
- Nawet wówczas - powiedział Vince.
Nessanka westchnęła.
-  Tak,  trudno  się  nie  zgodzić  z  tą  logiką  -  stwierdziła.  Spojrzała  smutnie  na  Cullowa.  -  Czy  jesteś

pewien,  że  stan  twoich  oczu  nie  poprawi  się  samoistnie?  Ty  także  mógłbyś  tu  pozostać.  Ja…  Może
uznasz  mnie  za  egoistkę,  ale  z  pewnością  byłbyś  o  wiele  odpowiedniejszym  współpracownikiem  niż

background image

ipsisumoedanie, chociaż i ich pomoc może okazać się nieoceniona. Chodzi o to, że istoty twojej i mojej
rasy są bardzo podobne do siebie.

Vince powoli pokręcił głową
-  Stan  moich  oczu  nie  poprawi  się  samoistnie  -  powiedział  ponuro.  -  Co  więcej,  odgrywam  bardzo

ważną  rolę  w  planach  Gondala,  pod  warunkiem,  że  kiedy  już  wylądujemy  na  Shannie,  wciąż  jeszcze
będę widział w ciemności równie dobrze, jak w tej chwili. A poza tym, ja… no cóż, jeżeli wywiąże się
jakaś walka, chyba po prostu także chciałbym wziąć w niej udział.

Akorra ciężko westchnęła.
-  Przypuszczam,  że  istoty  pici  męskiej  mojej  rasy  zareagowałyby  tak  samo  -  powiedziała

z rezygnacją. - No cóż, zostanę tu i będę nadal prowadziła swoje badania. Jeżeli Gee-gee odleci, może
komputery nie zechcą słuchać moich rozkazów, ale i tak nauczyłam się już od nich bardzo dużo. Aha, i
jeszcze jedno - dodała po chwili. - Możliwe, że Gondal o tym nie wspominał, ale jestem pewna, że nie
umknęło to jego

uwagi:  ktoś  musi  tu  zostać,  żeby  bronić  tej  komnaty.  Sam  rozumiesz,  że  nie  możemy  wykluczyć,  iż

przebywający na Shannie Chullwejowie mogą także odkryć tajemnicę leniańskiej techniki podróżowania
w międzygwiezdnych przestworzach, a wówczas z pewnością zechcą przylecieć na Wolamię. Ci, którzy
nie pozostają na usługach wojskowej dyktatury, są całkiem niezłymi naukowcami i badaczami.

Vince  spojrzał  na  nią-jego  oczy  były  teraz  chyba  bardziej  wilgotne  niż  zazwyczaj.  Zastanawiał  się,

jak taka wrażliwa istota poradzi sobie z obroną komnaty.

- Obiecuję ci, że uczynię wszystko, co będzie w mojej mocy i powrócę tu sam albo kogoś przyślę -

powiedział, czując lekki niepokój, a może także wyrzuty sumienia.

Oczywiście, żywił tylko niewielką nadzieję, że ich przedsięwzięcie zakończy się powodzeniem. Nie

chodziło  mu  jednak  o  stan  oczu  -  prawdę  mówiąc,  zdążył  się  pogodzić  z  losem.  Martwił  się  o  to,  jak
poradzi sobie Akorra.

background image

24

T

ransfer na Shannę się rozpoczął.

Wyglądało na to, że generowany przez komputer głos, który rozlegał się chyba ze wszystkich miejsc

sufitu równocześnie, nie zmienił się mimo dokonanej transplantacji. Vince siedział i - wciąż jeszcze się
zastanawiając,  czy  to  nie  sen  -  wsłuchiwał  się  w  monotonnie  wypowiadane  słowa.  Czy  rzeczywiście
zdołali  wystartować  z  Wolamii  i  lecieli  z  powrotem  na  Shannę?  Prawdę  mówiąc,  sklecony  byle  jak
i  pospiesznie  wyremontowany  prastary  gwiezdny  statek,  pełen  trudnych  do  opisania  zbiorników,  rur,
silników  i  pomp,  przyspawanych  naprędce  we  wszystkich  możliwych  wolnych  miejscach,  wyglądał  jak
dzieło  pijanej  osy.  Czy  możliwe,  że  naprawdę  mknął  przez  infrakontinuum  i  do  tej  pory  zdołał  się
oddalić dziesiątki lat świetlnych od miejsca startu? A może jednak był to sen albo obłęd?

Chcąc się upewnić, że to rzeczywistość, Vince odwrócił się do Gondala.
- Nessanka nauczyła mnie tylko kilku słów języka Chullwejów - powiedział. - Twierdzisz, że znasz

o  wiele  więcej,  ale  nie  masz  odpowiedniej  barwy  głosu.  Kto  więc  będzie  z  nimi  rozmawiał,  jeżeli
rzeczywiście wylądujemy w komnacie transferowej na Shannie?

-  Sss.  -  Onsjanin  skierował  jedną  głowę  w  stronę  Gee-gee.  -  Nasz  serdeczny  przyjaciel  i  zaklinacz

leniańskich  komputerów  -  powiedział.  -  Ma  odpowiednio  głębokie  brzmienie  głosu  i  nadaje  się  wręcz
idealnie. Co więcej, jeżeli spędzi cały czas podróży, ucząc się mowy Chullwejów, może nie będzie miał
głowy do figlów i sztuczek.

Ipsisumoedanin zachichotał.
-Nie  spodziewam  się,  że  opanuję  obcą  mowę  na  tyle  dobrze,  aby  nią  płynnie  władać.  Jeżeli,  jak

mówicie, najeźdźcy niewiele wiedzą o swoich przodkach, zapewne zdołam ich przekonać, wypowiadając
tylko  kilka  zniekształconych  wyrazów.  Przypuszczam,  że  to  będzie  lepsze,  niż  gdyby  ktoś  przemówił
do nich płynnie po chaldejsku. - Uniósł głowę i przeniósł spojrzenie na Cullowa. - Jak miewają się twoje
oczy? -zapytał.

Vince wzruszył ramionami.
- Podczas tej podróży mogę tylko odpoczywać i nie tracić nadziei - odparł z rezygnacją. - Obawiam

się jednak, że nie zastanowiliśmy się nad rozwiązaniem pewnego problemu. Przypuśćmy, że, jak się tego
spodziewamy,  w  transferowej  komnacie  na  Shannie  będą  rzeczywiście  panowały  zupełne  ciemności,
jeżeli  nie  liczyć  poświaty,  w  której  może  nadal  będę  wszystko  dobrze  widział.  Co  prawda,
będziemy dysponowali kamerami połączonymi z pokładowymi monitorami, ale jak zdołam na ekranach
cokolwiek  zauważyć?  Sami  wiecie,  że  kamery  nie  są  na  tyle  czule,  aby  mogły  zarejestrować
jakiekolwiek  obrazy.  Jeżeli  zaś  zejdę  z  pokładu  tego  statku,  cały  plan  wyprowadzenia  Chullwej  ów
w pole spali na panewce. Nie wyglądam przecież jak ociężały niedźwiedź.

-  Sss-sss-sss  -  zachichotał  Gondal.  Wstał  z  fotela  i  podszedł  do  stojącej  w  kącie  szafki,  wciśniętej

między  dwa  zbiorniki  na  paliwo.  -  Pomyślałem  o  tym,  zanim  wystartowaliśmy  z  Wolamii.  -  Otworzył
drzwiczki, wsunął do środka dwie ręce—macki i wyciągnął coś, co przypominało wielki skafander, taki
jak  te,  które  zakładają  nurkowie.  -  Czy  jeszcze  to  pamiętasz?  -  zapytał.  -  Znalazłem  ten  strój
na pokładzie wraku statku, jednego z tych statków, które wypłynęły z oceanem na powierzchnię planety.
Z  pewnością  należał  kiedyś  do  Chullwej  a.  Może  okazać  się,  Vinsie,  że  jest  dla  ciebie  zbyt  duży,  ale
przynajmniej  będziesz  mógł  się  w  nim  poruszać.  Jeżeli  poczernisz  twarz,  żeby  najeźdźcy  nie  zobaczyli
jej przez szybę hełmu…

-  Wolnego!  -  wykrzyknął  Vince,  zerwał  się  na  równe  nogi  i  obrzucił  Onsjanina  gniewnym

spojrzeniem.  -  O  czym  ty  właściwie  mówisz?  Czy  to  znaczy,  że  mam  zejść  z  pokładu  statku  w  tym
koszmarnym  stroju,  zakładając,  rzecz  jasna,  że  w  ogóle  dolecimy  na  Shannę?  Miałem  nadziej  ę,  że
to Geegee będzie rozmawiał z Chullwejami.

background image

- Ach, sss! - odparł Onsjanin. - Będzie z nimi rozmawiał, ale przez radio. Nie zapominaj, Vinsie, że

jeżeli  w  sali  będzie  panowała  zupełna  ciemność,  jedynie  ty  zdołasz  tam  cokolwiek  zauważyć.
Przydzielimy ci indywidualną częstotliwość, żebyś mógł składać nam raporty…

- Hm - mruknął wciąż jeszcze nie do końca przekonany Cullow. - O wszystkim pomyślałeś, prawda?

A  co  się  stanie,  jeżeli  w  komnacie  nie  będzie  ciemno?  Być  może  Chullwejowie  zainstalowali  tam
sztuczne oświetlenie, a w środku będzie się roiło od naukowców albo żołnierzy. - Vince odwrócił głowę
i  spojrzał  na  uśmiechniętą  twarz  Geegee.  -  Och,  niech  wam  będzie  -  burknął  w  końcu.  -  Myślę,  że
to  rozsądne  rozwiązanie.  I  tak  jestem  jedyną  osobą,  którą  można  poświęcić  dla  dobra  ogółu.  Prawdę
mówiąc, niewiele życia już mi pozostało.

- Sss! - syknął groźnie Onsjanin. - Na pewno jesteś największym pesymistą, jakiego zdarzyło mi się

widzieć. Nie wiemy, co zastaniemy wewnątrz góry. Musimy się jak najlepiej przygotować na wszystko,
z czym możemy się spotkać, i reagować w zależności od tego, jak potoczą się wypadki. Czyżbyśmy już
nie  mieli  kłów  ani  pazurów?  -  Gondal  machnął  macką-ręką  w  kierunku  naprędce  skleconego
panelu kontrolnego leniańskiej broni, którą zainstalował na zewnątrz prastarego kadłuba. - Jeżeli w ciągu
tych  kilku  pierwszych  sekund,  kiedy  może  uda  się  nam  zaskoczyć  Chullwejów,  wykorzystamy  ją
odpowiednio…

Vince wzruszył obojętnie ramionami.
- Niech będzie - powtórzył z rezygnacją. - Wygrzebię się ze środka i rozejrzę, podejrzewam jednak,

że  jeśli  dojdzie  do  konfrontacji,  stanę  się  pierwszym  widocznym  celem.  Wówczas  to  wy  będziecie  się
wykazywali sprytem i przebiegłością!

Jeżeli  mierzyć  liczbą  godzin,  podróż  powrotna  trwała  prawie  tyle  samo,  ile  lot  na  Wolamię,

Vince’owi wydawało się jednak, że ciągnie się tysiąc razy dłużej.

Nie mogąc znieść napięcia, niespokojnie przemierzał pomieszczenia prastarego statku. Czując ciężar

w żołądku, ciągle się objadał i przestał dopiero wtedy, gdy zaczęło mu się zbierać na wymioty. Z ponurą
skrupulatnością przestrzegał pory kładzenia się spać i wstawania, chociaż zazwyczaj „spanie” oznaczało
niespokojne  obracanie  się  z  boku  na  bok.  Martwił  się  trochę  tym,  iż  stracił  wszelką  nadzieję,  kiedy
jednak  minęło  kilka  pierwszych  godzin  lotu,  postanowił  się  nie  poddawać.  Starał  się  nie  być  zgryźliwy
wobec  pozostałych  uczestników  wyprawy,  musiał  jednak  przyznać,  że  nie  bardzo  mu  się  to  udaje.  Nie
próbował wykrzesać z siebie choćby odrobiny wesołości.

Jakoś  jednak  zdołał  dotrwać  do  końca  podróży.  Poczuł  nawet  coś  w  rodzaju  lekkiego  ożywienia,

kiedy generowany przez komputer monotonny głos oznajmił:

-Nasz lot dobiega końca. Kierujemy się do ośrodka transferowego Shanny.
Zawczasu  zgaszono  wewnątrz  statku  wszystkie  światła,  żeby  oczy  Cullowa  mogły  przywyknąć

do ciemności.

Absurdalnie wielki skafander, który w końcu zgodził się założyć, zapewniał mu swobodę ruchów, ale

grzał  straszliwie.  Vince  bardzo  szybko  poczuł,  że  się  poci.  Czekał  cierpliwie  w  pobliżu  jedynej  śluzy,
jaką  udało  się  uruchomić  Gondalowi,  mdliło  go  trochę  i  czul  zwyczajny  strach.  Strach?  Cóż  miał
właściwie  do  stracenia?  A  jednak  musiał  przyznać  w  głębi  ducha,  że  się  boi.  Bardzo  pragnąłby  się
znaleźć gdziekolwiek indziej, byle nie na Shannie. Czul się tak osłabiony, że zastanawiał się, czy zdoła
choćby zrobić krok, kiedy klapa włazu się otworzy.

W końcu generowany przez komputer głos oznajmił:
- Transfer zakończony.
Vince  zacisnął  ukryte  w  rękawicach  skafandra  palce  tak  silnie,  że  poczuł  w  nich  ból.  W  następnej

chwili  Geegee  wypowiedział  basowym  tonem  jakieś  Chachulskie  słowa.  Na  kilka  sekund  zapadła
głucha  cisza,  ipsisumoedanin  powtórzył  wezwanie.  Zawierało  jedynie  nazwisko  kapitana  i  numer
identyfikacyjny gwiezdnego statku, a także prośbę o odpowiedź, gdyby ktokolwiek je usłyszał.

background image

Geegee  powtórzył  je  jeszcze  raz,  po  czym  umilkł  na  dobre.  Vince  usłyszał  ostrzegawcze  syczenie

Gondala  i  wewnętrzna  klapa  włazu  śluzy  zaczęła  się  odsuwać.  Rozległ  się  głuchy  pomruk,  a  nie,  jak
spodziewał  się  Vince,  głośny  chrobot.  Widocznie  Gondal  nie  zapomniał  o  nasmarowaniu  prowadnicy,
pod wpływem mechanicznej siły cały pokład jednak zadygotał.

W  następnej  chwili  Vince  poczuł  naglą,  chociaż  niewielką  zmianę  siły  ciążenia  i  zrozumiał,  że

po  wyłączeniu  pokładowego  generatora  sztucznej  grawitacji  na  jego  ciało  działa  teraz  siła  ciążenia
Shanny.  Ruszył  z  wysiłkiem  naprzód,  pokonał  śluzę  i  uzbroiwszy  się  w  cierpliwość,  czekał  całą
wieczność,  aż  klapa  wewnętrznego  włazu  zasunie  się  za  j  ego  plecami.  Mniej  więcej  minutę  później
zgrzytnęła i uchyliła się klapa włazu zewnętrznego…

Oczy  zaczęły  go  piec  i  wypełniły  się  łzami,  mimo  to  powiódł  spojrzeniem  po  wnętrzu  znajomej

komnaty.  Widział  wszystko  rozmyte,  jak  przez  mgłę,  dostrzegł  jednak,  że  niektóre  przyrządy  zostały
usunięte. Świeże ślady wskazywały miejsca, w których przecięto laserowymi palnikami kable i podpory.
Ze  ściany  usunięto  mniej  więcej  połowę  aparatów.  Puste  miejsca  świeciły  jaśniejszym  blaskiem  niż
pozostałe,  co  mogło  oznaczać,  że  podczas  wycinania  urządzeń  miał  miejsce  niewielki  wyciek  energii.
Vince zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie wydarzył się jakiś wypadek, nie sądził jednak, żeby
miało to być coś poważnego.

Urządzenia wycięli być może Chullwejowie, a może i ktoś inny, w tej chwili jednakże nie było chyba

w  komnacie  nikogo.  Czyżby  najeźdźcy  przezornie  odlecieli,  zabierając  najcenniejsze  lupy?  A  może
czaili się w kryjówkach, mierząc z ciężkiej broni w kadłub statku, który przed chwilą wylądował?

W końcu zewnętrzna klapa włazu zupełnie się otworzyła. Zacisnąwszy zęby, Cullow ruszył naprzód

i  pochwycił  umieszczone  na  zewnątrz  uchwyty.  Mimo  grubych  rękawic  poczuł  lodowaty  chłód,
co  oznaczało,  że  jeszcze  się  nie  zdążyły  ogrzać  po  długim  przebywaniu  w  idealnej  próżni.  Zeskoczył
z wysokości metra na posadzkę komnaty i stal przez chwilę, rozglądając się w prawo i w lewo i starając
się sprawiać wrażenie zaskoczonego i oszołomionego.

W komnacie jednak nikt się nie poruszał.
Vince zbliżył usta do mikrofonu i chrząknął.
-  Nie  widzę  żadnego  światła  z  wyjątkiem  znajomej  poświaty  -  zameldował  cicho.  -  Z  komnaty

zniknęło  sporo  urządzeń.  Sądzę,  że…  tak,  zniknęła  także  ostatnia  klatka  transferowa!  Chullwejowie
musieli ją pociąć na tysiące kawałków, żeby stąd wynieść.

-  Albo  nauczyli  się,  jak  przekazywać  za  jej  pośrednictwem  duże  przedmioty  -  odparł  równie  cicho

Gondal.

- To możliwe - powiedział Vince. - Ze ścian i posadzki komnaty wycięto duże fragmenty leniańskiej

instalacji. Drzwi szybu windy w kamiennej kolumnie są zamknięte. Całe pomieszczenie sprawia zresztą
wrażenie opuszczonego.

To spokojne stwierdzenie nie oddawało wcale wizji podsuwanych mu przez wyobraźnię. Na przykład

tam, za kamienną kolumną z szybem windy… albo w otworze któregoś tunelu… czy rzeczywiście nic się
nie poruszało?

-  Przespaceruję  się  trochę  po  komnacie  -  zaproponował  w  pewnej  chwili.  -  Czy  uważacie,  że

powinienem włączyć latarkę?

-  Sss!  Oczywiście!  -  parsknął  Gondal.  -  Musisz  przecież  zachowywać  się,  jakbyś  nie  widział

w ciemności. W żadnym wypadku nie kieruj jednak strumienia światła na szybę hełmu, dobrze?

- Jasne - powiedział Vince.
Udając,  że  nieporadnie  gmera  palcami,  sięgnął  po  przypiętą  do  skafandra  latarkę  i  przycisnął  guzik

na obudowie. Nagły błysk światła poraził boleśniej ego oczy. Zamrugał i powoli się obracając, przesunął
snopem  światła  po  ścianach  komnaty.  Od  czasu  do  czasu  nieruchomiał,  udając,  że  przygląda  się
fragmentowi leniańskiej instalacji.

background image

- No cóż, ani żywej duszy - zameldował. -I co teraz?
Geegee zachichotał, a Gondal zasyczał niepewnie.
- To dobre pytanie. Wszystkiego mogłem się spodziewać, ale nie odlotu Chullwejów. Sądzę jednak,

że  postąpili  rozsądnie.  Gdyby  tu  pozostali,  groziłoby  im  o  wiele  więcej  niebezpieczeństw.  No  cóż…
jeżeli  jednak  tu  są  i  knują  jakiś  podstęp,  mogą  czekać  dłużej  niż  my.  A  zatem,  jeżeli  nic  nie
blokuje  otworu  tunelu  wiodącego  na  powierzchnię,  chyba  powinniśmy  opuścić  pokład  statku.  Jeżeli
zdołamy się skontaktować z ziomkami Geegee, z pewnością pomogą nam dostać się na wyspę…

-  Gdzie  z  pewnością  czekają  już  na  nas  Vredanie  albo  Chullwejowie  -  dokończył  wyraźnie

zirytowany Vince.

-  Sss!  Czy  znasz  sposób  uniknięcia  tego  ryzyka?  -  odciął  się  Gondal.  -  Pod  powierzchnią  wody,

w  niewielkiej  odległości  od  brzegu  wyspy,  Vinsie  Kul  Lo,  zostało  ukryte  lekarstwo  dla  twoich  oczu.
Odnalezienie go uważam za sprawę pierwszorzędnej wagi!

Vince  uświadomił  sobie,  jak  niewiele  brakowało,  żeby  j  e  kiedyś  odnalazł  i  ogarnęła  go  chyba

jeszcze większa irytacja.

- No dobrze, zapuszczę się w głąb tego tunelu i pokonam dwa pierwsze zakręty, żeby przekonać się,

czy  nie  kryją  się  tam  wrogowie,  ale  potem  powrócę  -  oznajmił.  -  Czy  mogę  już  zdjąć  ten  piekielny
skafander?

-  Jeszcze  nie,  Vinsie  -  odparł  Onsjanin.  -  Możemy  przestać  udawać  Chullwejów,  dopiero  kiedy

pozostali zejdą z pokładu statku.

Starając się panować nad strachem najlepiej, jak potrafił, Vince odwrócił się i poczłapał w kierunku

wylotu  tunelu.  Pamiętał,  że  kierując  się  do  wyjścia,  musi  przejść  przez  mniejszą  komnatę  i  dopiero
potem  tunel  zacznie  się  wznosić.  Zastanawiał  się,  co  zrobi  z  odłamkami  skał  i  kamieniami,
którymi  ziomkowie  Geegee  zamaskowali  kratę,  ale  kiedy  uświadomił  sobie  całą  ironię  sytuacji,  omal
nie  wybuchnął  histerycznym  śmiechem.  Mimo  wszystko  pokonali  tyle  przeszkód  i  rozwiązali  wiele
trudnych  problemów,  dlaczego  więc  nie  mieliby  sobie  poradzić  także  teraz?  Miał  nadzieję,  że  i  tym
razem ktoś wymyśli jakieś rozwiązanie.

Pokonał oba zakręty i znieruchomiał w miejscu, z którego mógł zajrzeć do mniejszej sali. Przekonał

się,  że  i  z  niej  usunięto  urządzenia  i  fragmenty  leniańskiej  instalacji.  Zniknęła  także  makieta
przedstawiająca  imperium  dawnych  Lenian.  Wytężywszy  wzrok,  Vince  spój  rżał  na  widniejący
w  przeciwległej  ścianie  otwór  dalszej  części  tunelu,  nie  ujrzał  w  nim  jednak  niczego,  co  by  się
poruszało.  Stal  nieruchomo  przez  jakiś  czas,  zastanawiając  się,  czy  nie  powinien  pójść  dalej,  doszedł
jednak  do  wniosku,  że  lepiej  będzie  zawrócić.  Jego  towarzysze  z  pewnością  niecierpliwili  się  już
i niepokoili.

Dziesięć  minut  później  z  wdzięcznością  i  ulgą  pozwolił,  żeby  Geegee  pomógł  mu  wydobyć  się

ze skafandra.

- Fiu! - westchnął. - Jestem rad, że już się go pozbyłem. Idziemy?
Zniecierpliwiony Gondal machnął macką-ręką.
-  Dopiero  kiedy  twoje  oczy  znów  przyzwyczają  się  do  ciemności  -  powiedział.  -  A  może  chcesz,

żebym ja prowadził i macając po omacku, wskazywał drogę?

-  Nie.  Ja  pójdę  pierwszy!  -  burknął  Vince.  Zgasił  latarkę  i  podążając  na  oślep,  skierował  się

do  wylotu  tunelu.  Odnalazł  otwór  i  wszedł,  ale  po  przejściu  kilku  kroków  usłyszał,  że  idący  za  nim
Gondal  pośliznął  się  i  omal  nie  upadł.  -  Tu  jestem  -  powiedział.  -  Wyciągnij  mackę.  Nic  ci  się  nie
stało? Czy wszyscy weszli do tunelu?

Poczuł, że Onsjanin wciska mu pistolet z energetycznym promiennikiem.
Puls  Vince’a  uderzał  niezwykle  szybko.  Lekarstwo  dla  jego  oczu…  znajdowało  się  gdzieś  na  dnie

cieśniny! Tak blisko! Odwrócił się i delikatnie ciągnąc Gondala za rękę-mac-kę, ruszył w dalszą drogę.

background image

W jego sercu odżyła nadziej a. Atak dawno już pogodził się z własnym losem…

Idąc  jeden  za  drugim,  przeszli  przez  mniejszą  komnatę,  pokonali  oba  końcowe  zakręty  i  zaczęli  się

zbliżać  do  wyjścia.  Vince  słyszał,  jak  jego  przyjaciele  głośno  oddychają,  może  z  wysiłku,  a  może
z podniecenia. Musiał przyznać, że i on jest trochę podniecony. Wszystko wskazywało, że jednak…

Niespodziewanie w tunelu rozbłysło jaskrawe światło.
Vince  odruchowo  przesłonił  dłonią  bolące  oczy.  Usłyszał  dobiegający  zza  pleców  gniewny  syk

Gondala.

-Na  ziemię!  -  rozkazał  Onsjanin.  -  Rozpłaszczyć  się  i  leżeć  nieruchomo!  Pełzniemy  do  tylu,  ale

z bronią gotową do strzału! Gdyby udało się nam dostać na pokład statku…

Wyglądało  jednak  na  to,  że  góra  nagle  ożyła.  Dało  się  słyszeć  coś  jakby  skrzypienie  kół  ciężkiego

powozu i głośny tupot podkutych butów. Vince uniósł głowę i jak przez świetlistą mgłę ujrzał całkowicie
przesłaniającą wylot tunelu stalową płytę. Z małych otworów sterczały lufy ciężkich karabinów. Zaczął
się czołgać do tylu.

Ale to właśnie z tamtej strony dobiegi wzmocniony przez elektroniczną aparaturę głos… Zarpiego:
- Na razie pozostańcie tam, gdzie leżycie! Jeżeli nas nie zmusicie, żebyśmy was zabili, wolimy wziąć

was  żywych.  Chcę  tylko  wydobyć  od  was  pewne  informacje.  Jeżeli  mi  je  przekażecie,  nie  będę  miał
powodu, żeby robić wam jakąkolwiek krzywdę, ale zabiję was, jeśli będziecie stawiać opór.

Vince usłyszał dobiegający zza pleców świszczący szept Gondala:
- Przypuszcza, że możemy nie wiedzieć o odlocie Chullwejów. Lepiej będzie udawać, że daliśmy się

wywieść w pole…

-  Vinsie  Kul  Lo!  -  rozległ  się  znowu  grzmiący  głos  nessańskiego  pirata.  -  Domyśliłem  się,  że  nie

jesteś  tym,  za  kogo  się  podawałeś.  Jestem  pewien,  że  miałeś  coś  wspólnego  ze  zniknięciem  Akorry.
A  co  do  ciebie,  Gondalu…  podejrzewałbym  ciebie,  nawet  gdybym  nie  dysponował  bezpośrednimi
dowodami!  W  tej  chwili  jednak  nie  widzę  powodu,  żeby  żywić  bezsensowne  urazy.  Rzućcie  broń
i powróćcie do mniejszej komnaty!

Czując, że żołądek podchodzi mu do gardła, Vince wyprostował się bardzo powoli.
-  Co  się  stało?  -  zapytał  nerwowym  szeptem,  zwracając  się  do  Gondala.  -  Może  jednak,  mimo

wszystko, Chullwejom nie udało się zdobyć wnętrza góry?

- Na twoim miejscu pozbyłbym się idiotycznych złudzeń - syknął nerwowo Onsjanin. - Chullwejowie

od lat słyną z tego, że torturują więźniów, aby wyciągać z nich informacje, a kiedy już wszystkiego się
dowiadują,  natychmiast  ich  zabijają.  Zarpi  musiał  zawrzeć  z  nimi  ugodę,  obiecując,  że  postara  się
nakłonić nas do poddania!

Vince  był  bardzo  zmęczony  i  obawiał  się,  że  za  chwilę  może  zemdleć.  Ogarnęła  go  znowu  apatia,

obojętnym wzrokiem spoglądał to na Gondala, to na leżących za nim ipsisumoedan.

-  Nie  wiem,  jak  się  czujecie,  ale  jeżeli  chodzi  o  mnie,  mam  wszystkiego  serdecznie  dosyć  -

powiedział. - Idę do tej komnaty, ale nie zamierzam się poddawać.

Gondal energicznie pokręcił obiema wężowymi głowami.
- Zgadzam się z tobą, mój nieszczęsny wspólniku - mruknął cicho. - Pozostawmy tu najcięższą broń,

ale dobrze ukryj -my najlżejszą. Geegee, wiesz chyba, że nie mogę niczego rozkazać ani tobie, ani twoim
wojownikom?

Na wielkiej twarzy ipsisumoedanina malował się niezwykły spokój.
- Wojownicy się nie poddają, a tym bardziej nie przystoi to synowi wodza - powiedział. - Chodźmy

tam i przekonajmy się, kto z naszych wrogów zechce nam towarzyszyć w Ostatecznej Podróży.

Nagle  wnętrze  tunelu  wypełnił  gniewny  ryk,  który  musiał  się  wydrzeć  z  gardła  ogromnej

i zniecierpliwionej istoty.

-  Dość  tego!  Zarpi,  ty  idioto!  Mogłem  się  tego  spodziewać,  znów  mnie  zawiodłeś!  A  wy,  nędzne

background image

robaki,  czy  naprawdę  uważaliście,  że  jestem  takim  głupcem,  że  nie  zainstalowałem  w  tunelu  urządzeń
słyszących i widzących? Rzućcie te wszystkie żałosne pistolety i wracajcie do komnaty! W przeciwnym
razie usmażę was na wolnym ogniu tam, gdzie się znajdujecie!

Zarpi jednak nie zamierzał dać za wygraną.
-  Wciąż  jeszcze  mogę  ich  wziąć  żywych  -  powiedział,  drżącym  z  gniewu  i  frustracji  głosem.  -

W ciągu niespełna pięciu minut wrzucę do tego tunelu pojemniki z gazem…

-Zamilknij, kretynie!
Ściskając  kolbę  broni  jakby  to  był  ostatni  przedmiot,  który  trzymał  w  życiu  -  co  zresztą  chyba  nie

odbiegało zbytnio od prawdy - Vince zmusił zmęczone nogi, żeby poniosły go z powrotem do mniejszej
komnaty.  Usłyszał  jeszcze  j  eden  ryk  rozgniewanego  Chullweja,  który  z  pewnością  był
głównodowodzącym inwazyjnej floty, ale zignorował i ten, i wszystkie inne gniewne okrzyki.

Kiedy stanął na progu komnaty, od razu zauważył, że widoczny w przeciwległej ścianie wlot dalszej

części  tunelu  także  przesłonięto  metalową  płytą,  podobną  do  tej,  jaka  blokowała  wyjście
na  powierzchnię.  Znieruchomiał  na  chwilę  i  poczuł,  że  ogarnia  go  bezsilna  wściekłość.  Nie  widział  ani
jednego  przeciwnika,  którego  mógłby  zastrzelić.  Usłyszał  dobiegający  zza  pleców  pomruk
sfrustrowanego  ipsisumoedanina  i  gniewny  syk  Gondala.  Wszedł  do  komnaty,  uniósł  broń  i  posiał
energetyczny  promień  w  kierunku  metalowej  płyty.  Zobaczył  tylko  fontannę  iskier  i  rozżarzoną  linię,
która pojawiła się na litym metalu.

Nagle  lufa  jakiejś  broni  -  z  pewnością  zdalnie  sterowanej  -  uniosła  się  o  centymetr  czy  dwa

i skierowała w jego stronę. Vince zamarł bez ruchu, czekając, aż coś uderzy go i powab na posadzkę…

W  następnej  sekundzie  jednak,  chociaż  nic  go  nie  uderzyło,  przydarzyło  mu  się  coś  dziwnego.

Poczuł jakby zawrót głowy, a jego mięśnie zesztywniały, jak gdyby zmieniły się w drewno. Uświadomił
sobie,  że  pada,  ale  nie  zdołał  wyciągnąć  rąk,  aby  złagodziły  upadek.  W  ostatniej  sekundzie  poczuł,  że
może  poruszać  głową,  i  odchylił  ją  do  tylu,  żeby  nie  zderzyła  się  zbyt  mocno  ze  skalnym  podłożem.
Usłyszał  dobiegające  zza  pleców  podobne  głuche  odgłosy,  i  domyślił  się,  że  taki  sam  los  spotkał
idących za nim Geegee i jego wojowników. Na końcu rozległ się zduszony syk, jaki z pewnością wydarł
się z gardła równie zaskoczonego Gondala…

A potem zapadł w sen, który chyba wcale nie był snem. Od czasu do czasu walczył, żeby poruszyć

tym lub innym mięśniem, ale wszystkie jego wysiłki okazywały się daremne. Nie mógł także wykrztusić
choćby  słowa.  Oddychał  powoli,  miarowo,  ale  przychodziło  mu  to  z  wyraźnym  trudem,  bo  niezupełnie
panował nad mięśniami płuc. Czasami także udawało mu się coś zobaczyć.

Zdawał  sobie  sprawę,  że  po  grocie  krzątają  się  szare  rosie  i  krzepkie  istoty,  nie  od  razu  jednak

domyślił się, że to ipsisumoedanie. Coś w ich wyglądzie się nie zgadzało. Miały starannie przystrzyżoną,
a  może  ogoloną  sierść  i  w  przeciwieństwie  do  żyjących  na  Shannie  tubylców,  ubrane  były  tak,
jak  przystało  na  istoty  cywilizowane.  U  ich  pasów  dostrzegał  przedmioty  wyglądające  jak  niezwykle
skomplikowane  narzędzia  albo  wymyślna  broń.  Mówiły  po  leniańsku  z  dziwnym  akcentem  i  poruszały
się inaczej niż Geegee i pozostali ipsisumoedanie, choć trudno było uchwycić tę różnicę.

Vince  był  przytomny  na  tyle,  że  zdawał  sobie  sprawę,  iż  obce  istoty  unoszą  go  za  ręce  i  nogi,

ostrożnie układają na noszach i wynoszą z komnaty. Jedna z nich widocznie zauważyła, że nie śpi, gdyż
wyjaśniła mu, iż znajduje się tylko w stanie odrętwienia, które niedługo powinno ustąpić.

Vince  spostrzegł,  że  szare  istoty  wynoszą  z  komnaty  także  Gondala.  Onsjanin  wyglądał  dosyć

zabawnie. Miał zamknięte oczy, aj ego macki starannie ułożono na ciele i wężowych głowach. Nieznane
istoty złożyły na noszach także Geegee i jego wojowników.

A zanim Vince zapadł w głęboki sen i przestał się czemukolwiek dziwić, domyślił się wszystkiego.

Podobne  do  ipsisumoedan  niezwykle  istoty  były  Lenianami!  Widocznie  do  działania  skłoniło  ich
krótkotrwale 

wyłączenie 

sztucznego 

słońca 

Wolamii, 

może 

także 

zniknięcie 

oceanu

background image

z powierzchni innej, odległej planety.

To,  że  to  byli  Lenianie  wyjaśniało  także  ten  dziwny  fakt  na  Wolamii:  komputery  w  obu  komnatach

słuchały  wydawanych  przez  Geegee  rozkazów.  Gondal  nie  odgadł  rzeczywistej  przyczyny.  Czyż  nie
chodziło o to, że komputery, poznawszy rozmiary ciała, masę, ton głosu i niebiosa wiedzą, jakie jeszcze
cechy Geegee, uznały je za… właściwe?

W końcu Vince zasnął…

background image

25

P

ort  Shanny  był  rzęsiście  oświetlony.  Wszelkie  wyrządzone  podczas  inwazji  Chullwejów

zniszczenia  i  uszkodzenia  zostały  naprawione.  Większość  poprzednich  gości  kolonii  dawno  odleciała.
Wynieśli się również Vredanie i Chullwejowie.

Geegee  i  Vince  stali  na  skraju  kosmoportu  i  przyglądali  się,  jak  Akorra  wchodzi  na  pokład

nessańskiego  statku,  który  miał  ją  zabrać  do  domu.  W  pewnej  chwili  Geegee  położył  wielką  dłoń
na ramieniu Ziemianina.

-  Intuicja  podpowiada  mi,  przyjacielu,  że  ta  czarująca  istota  pici  żeńskiej  budzi  w  nas  obu  mniej

więcej takie same myśli i uczucia, prawda?

Vince zarumienił się, ale wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- No cóż… to prawda. Nie sądzę jednak, żeby z tych myśli albo uczuć miało coś wyniknąć.
Geegee zachichotał.
-  Ja  także  nie  -  przyznał  wesoło.  -  Jako  synowi  wodza  nie  przystoi  mi  zresztą  nawet  myśleć

o dokonywaniu podobnych doświadczeń. Dokąd się teraz wybierasz, Vinsie?

- Chyba do domu - odrzekł Cullow. - Przynajmniej na pewien czas. A ty, co zamierzasz?
- Czeka mnie tu mnóstwo pracy - oznajmił Geegee, trochę poważniejąc. - Muszę nauczyć ziomków

wszystkiego,  czego  się  sam  nauczyłem.  Lenianie  zamierzają  pozostawić  w  naszych  rękach  prawie  całą
Shannę, z wyjątkiem kosmoportu i ukrytej wewnątrz Płaczącej Kobiety stacji transferowej. Możliwe, że
będą nadal uważali ją za jedyny portal wiodący do tej komórki galaktyki. W każdym razie nie zamierzaj
ą  zajmować  Shanny  ani  stać  się  jej  władcami.  Czy  wiesz,  że  ojej  istnieniu  nic  nie  wiedzieli,  a  może
dawno  zapomnieli?  Kiedy  zobaczyli  mnie  i  moich  wojowników,  wydało  im  się,  że  to  prastara  legenda
obudziła  się  do  życia.  Podobnie  zareagowali  na  widok  Chullwejów,  których  prapraprzodków  w  końcu
pokonali przed tysiącami lat ich prapraprzodkowie. Wolamia także istniała dla nich tylko jako legenda.

Vince zastanawiał się przez chwilę nad tym, co usłyszał.
-  Twoi  prapraprzodkowie  musieli  przeżyć  prawdziwy  dramat  -  powiedział  w  końcu.  -  Wiedzieli,  że

czeka  na  nich  gotowy  do  lotu  gwiezdny  statek,  ale  nie  zdołali  się  dostać  na  jego  pokład.  Znasz  może
więcej szczegółów na temat tego, co się wówczas wydarzyło?

- Nie, Vinsie Kul Lo - odparł Geegee. - Wiadomo tylko, że jakoś przeżyli. A przy okazji… widziałeś

się może albo rozmawiałeś z Gondalem w ciągu ostatnich stu godzin?

-  Nie  -  przyznał  Ziemianin.  -  Przed  odlotem  nie  miał  na  to  czasu.  Był  zbyt  zajęty  prowadzeniem

pertraktacji z Nessanami. Upewniał się, że zapłacą mu za rozmaite usługi wystarczająco dużo, aby jego
wyprawa mogła przynieść naprawdę wielki zysk.

-  Aha  -  mruknął  ipsisumoedanin.  -  A  zatem,  widziałem  go  później  niż  ty.  Pozostawił  dla  ciebie

wiadomość. Prosił, bym ci przekazał, że chociaż wszystko może ulec zmianie, jeszcze długo pozostaną
niezbadane zakątki w tej komórce galaktyki. Gondal uważa, że osoby odważne i zdolne mogą tam zbić
prawdziwą  fortunę.  Wspomniał  także,  że  Lenianie  zezwolą  może  na  ograniczone  przemieszczanie  się
między  komórkami.  Przypomniał  mi,  że  twoje  zmodyfikowane  oczy  wciąż  pozwalają  ci  widzieć
w  ciemności.  Nie  potrafi  tego  nikt  inny  w  całej  galaktyce.  Gondal  uważa,  że  może  ci  to  przynieść
krociowe  zyski.  Oznajmił,  że  jeśli  będziesz  kiedyś  gotów  wyruszyć  z  nim  na  następną  wyprawę
w  międzygwiezdne  przestworza,  powinieneś  skontaktować  się  z  Nessanami,  a  oni  pomogą  ci  go
odnaleźć.

Geegee wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
- Jeżeli się na to zdecydujesz, wpadnij po drodze na Shannę - zaproponował. - Kto wie, może polecę

z  wami?  -  Urwał,  jakby  się  nad  czymś  zastanawiał.  -  Wracasz  teraz  do  domu,  żeby  złożyć  raport?  -
podjął po chwili. - Czy opowiesz o wszystkim, co cię spotkało?

background image

Vince przyglądał się, jak nessański pilot włącza grawitory, a jego gwiezdny statek powoli wznosi się

w powietrze.

-  Akorra  odlatuje…  -  powiedział  w  zadumie.  -  Czy  miałeś  na  myśli  moją  zdolność  widzenia

w ciemności? Chyba powinienem. Z drugiej strony jednak, nie powiedziałem o niej Nessanom, a Akorra
obiecała,  że  ona  także  im  nie  powie.  Co  o  tym  sądzisz,  Geegee?  Czy  mam  prawo  zachowywać  coś
takiego wyłącznie dla siebie? Czy uważasz, że sumienie pozwoli mi być tak samolubnym?

Ipsisumoedanin zachichotał.
-  To  delikatna  sprawa,  Vinsie  -  odparł.  -  Ale  czyż  sumienie  nie  jest  kwestią  osobistą?  Naturalnie,

chodzi  mi  o  sytuacje,  w  których  bezpośrednio  nie  jest  zagrożone  dobro  innych.  A  poza  tym,  czyż  nie
zasłużyłeś na tę umiejętność?

Vince także się uśmiechnął.
- Chyba masz rację - przyznał. - Co więcej, był taki czas, kiedy uważałem, że zapłacę za nią wysoką

cenę.

Geegee zwinął macki-uszy na znak zgody i obdarzył Ziemianina promiennym uśmiechem.
- Muszę teraz iść, przyjacielu z gwiazd - powiedział. -Mój ojciec się niecierpliwi. Mam nadzieję, że

to nie jest nasze ostatnie spotkanie, Vinsie Kul Lo.

Wyciągnął  prawą  rękę  w  używanym  na  Ziemi  podczas  powitania  i  pożegnania  geście,  którego

nauczył go Cullow. Vince uścisnął ją, czując, że coś go drapie w gardle.

A  potem  stal  i  przyglądał  się,  jak  porośnięta  szarą  sierścią  wielka  istota  człekopodobna  odchodzi.

Odwrócił się i zaczął się przechadzać skrajem kosmoportu. Wiedział, że kiedy w ładowniach jego statku
znajdą  się  wszystkie  zapasy,  on  także  wejdzie  na  pokład  i  odleci  na  Ziemię.  Jego  statek,
chociaż  prymitywny,  został  jednak  wyposażony  w  napęd  nadświetlny  -  w  ten  sposób  Nessanie  spłacili
dług wdzięczności, który zaciągnęli wobec niego i całej Ziemi.

Miał  nadzieję,  że  ziemscy  naukowcy  nie  będą  go  zbyt  długo  badać  przed  stworzeniem  własnej

wersji.  Miał  taką  nadzieję,  gdyż  zamierzał  w  niezbyt  odległej  przyszłości  znów  wejść  na  pokład  tego
samego statku i jeszcze raz opuścić rodzimy system słoneczny bez oficjalnego towarzystwa.


Document Outline