background image

ISSN 2084-1124    Nr 4•2015

KRYTYKA

LITERACKA

LITERATURA • SZTUKA • FILOZOFIA 

W NUMERZE:

Stanley H. Barkan • Andriej Bazilewskij • Arkadiusz Frania • Niels Hav • Krzysztof

Jurecki • Olga Lalič-Krowicka • Milagros López • Richard K. Moore • Jaga Rydzewska

Tomasz Marek Sobieraj • Sander de Vaan • Ireneusz Zjeżdżałka

background image

__________________________________________________________________________________ 
 

 

Krytyka Literacka 

Rok VII 

ISSN 2084-1124 

Nr 4 (8•69) 2015 

 
 

REDAKCJA Tomasz Marek Sobieraj (red. nacz.), 

Witold Egerth, Janusz Najder, Wioletta Sobieraj 

ADRES ul. Szkutnicza 1, 93-469 Łódź 

E-POCZTA editionssurner@wp.pl 

 

WYDAWCA Editions Sur Ner 

 

 

Archiwum i biblioteka Krytyki Literackiej 

http://chomikuj.pl/KrytykaLiteracka 

Czytelnie Krytyki Literackiej online 

http://issuu.com/krytykaliteracka 

https://pl.scribd.com/KrytykaLiteracka 

Strona internetowa 

http://www.krytykaliteracka.blogspot.com 

 

Wydania elektroniczne Krytyki Literackiej są bezpłatne; 

cena egzemplarza papierowego wynosi 10 zł; w celu 

nabycia pisma należy dokonać wpłaty na konto 

dowolnego hospicjum i wysłać potwierdzenie                  

na adres e-poczty redakcji. 

 

1 str. okładki: Albrecht Dürer, Śmierć Orfeusza, rysunek 

piórem, 1494 r., Kunsthalle, Hamburg 

 

SPIS TREŚCI 

 

01 

Jaga Rydzewska 

DYSTRYBUCJONIZM. POGLĄDY SPOŁECZNE               

I EKONOMICZNE G.K. CHESTERTONA 

 

11 

Tomasz Marek Sobieraj, Stanley H. Barkan 

UJRZEĆ ŚWIAT W ZIARENKU PIASKU 

 

15 

Stanley H. Barkan 

WIERSZE 

 

20 

Lidia Chiarelli 

WIERSZE 

 

24 

Arkadiusz Frania 

CHOĆBY TYLKO SAMOLOCIKI Z PAPIERU 

 

27 

Andriej Bazilewskij 

WIERSZE 

 

32 

Niels Hav 

WIERSZE 

 

34 

Krzysztof Jurecki, Ireneusz Zjeżdżałka 

POBUDZIĆ WRAŻLIWOŚĆ 

 

39 

Sander de Vaan, Milagros López 

GDZIE KOŃCZY SIĘ RANA 

 

42 

Milagros López 

WIERSZE 

 
 
 

45  

Tomasz Marek Sobieraj 

NASI OBCY 

 

46 

Olga Lalič-Krowicka 

WIERSZE 

 

49  

Richard K. Moore 

ORWELL, HUXLEY I DZISIEJSZY ŚWIAT 

 
 

 
 

S Ł O W O   N A   Z I M Ę  

 
 

Kiedy socjologowie twierdzą, że każdy powinien 

dostosować się do nowoczesnych trendów, zapominają,    
że nowoczesne trendy tworzone są w najlepszym razie 

przez ludzi, którzy nie mają ochoty dostosowywać się do 
czegokolwiek – a w najgorszym razie – właśnie przez 

miliony zastraszonych stworzeń, usilnie dostosowujących 
się do trendu, którego nie ma. I tak też w coraz większym 

stopniu wygląda obecna sytuacja. Każdy wypowiada się       

z respektem o opinii publicznej, mając na myśli opinię 
publiczną minus jego własną opinię. Każdy wycofuje się      

z własnego zdania pod mylnym wrażeniem, że inny 
człowiek wnosi do ogólnej puli takie zdanie, jakie podobno 

mają wszyscy. Każdy ulega rezygnując z własnych 
pomysłów w imię atmosfery społecznej, która przecież 

sama w sobie jest formą uległości. Zaś nad całym tym 
bezdusznym ujednoliceniem rozpościera się nowa, 

męcząca i trywialna prasa, niezdolna do inwencji, 

niezdolna do śmiałości, zdolna jedynie do służalstwa, tym 
bardziej godnego pogardy, że nie jest to nawet służalstwo 

wobec silnych. Cóż, taki właśnie kres czeka wszystkich, 
którzy zaczynają od marzeń o potędze i podbojach. Główna 

cecha „nowego dziennikarstwa” polega na tym, że to po 
prostu złe dziennikarstwo. To najbardziej niedbała, 

bezbarwna i wyprana z indywidualności działalność jaką 

prowadzi się w naszych czasach. 
 

 

Gilbert Keith Chesterton, Heretycy

 

 
 

 
 

Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko dlatego,             
że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie 

wierzcie w coś tylko dlatego, że wielu ludzi od dawna to 
powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu,      

że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem 
jakiś mędrzec albo kapłan, lub że jest to napisane w jakimś 

świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko dlatego, że brzmi 

prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, 
które uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do 

tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, 
do tego, co przynosi powodzenie wam i innym. 

 
 

Budda 

 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

1

 

Jaga Rydzewska 

 

DYSTRYBUCJONIZM.  

POGLĄDY SPOŁECZNE I EKONOMICZNE  

GILBERTA KEITHA CHESTERTONA 

 
 

oglądy społeczne i ekonomiczne Chestertona są dobitnym przejawem walki o los Zwykłego 
Człowieka. Zawsze był przeciwnikiem industrializmu. Uważał,  że praca w fabryce jest nie-

godna człowieka i niechrześcijańska. Człowiek staje się robotnikiem, trybem w maszynie, 
zatracającym poczucie odpowiedzialności za całe dzieło. Fabryka oznacza uprzedmiotowienie 
człowieka i prymat zarabiania przed tworzeniem. 
 

To prawda, że w dziedzinie motoryzacji na stu ludzi, którzy potrafią zmontować silnik 
przypada jeden, który potrafiłby go zaprojektować. Jednak spośród tych stu ludzi, ktoś 
potrafiłby wymyślić szaradę, kto inny rozplanować ogród, a jeszcze inny — stworzyć nowy 
żart albo narysować karykaturę pana Forda. (…) Bardzo wiele osób na zawsze pozostanie 
niezauważonymi, szeregowymi pracownikami, bo ich osobiste zdolności i upodobania nie 
mają nic wspólnego z idiotyczną pracą, którą wykonują. 
 

Ujmując się za jednostką, krytykował kapitalizm. Przez kapitalizm rozumiał nie prywatną 

własność środków produkcji, lecz „warunki, w których istnieją tak skrajne dysproporcje w sferze 
prywatnej własności, zwłaszcza w zakresie środków produkcji, że całe ogromne rzesze ludzi są      
w praktyce tej własności pozbawione”. „Kapitalizmem nazywam system ekonomiczny, w którym 
kapitał w przeważającej części należy do stosunkowo niedużej grupy ludzi, zwanych kapitalistami, 
zaś wielka masa obywateli, nieposiadających kapitału, musi najmować się do pracy u kapitalistów 
w zamian za pensję”. Taki system, zdaniem Chestertona, powinien raczej nazywać się 
proletarianizmem. 

Był przeciwnikiem komunizmu, ale nie uważał go za główne niebezpieczeństwo. Już w latach 

20-tych ubiegłego wieku był zdania, że komunizm prędzej czy później upadnie, pokonany przez 
kapitalizm.  „Chciałbym ostrzec ideowych socjalistów, że ich działania wiodą nie do 
dzikiej rewolty, lecz do bardzo potulnego porządku. Nie pytam ich, czy pragną 
czerwonej, wściekłej anarchii tudzież krwawego, brutalnego, bolszewickiego 
bestialstwa. Pytam, czy naprawdę pragną przechodzić przez to wszystko po to 
jedynie, by na końcu znowu mieć kapitalizm”.
 Nikt wtedy nie przewidywał, jak prorocze 
okażą się te słowa. 

I to właśnie kapitalistyczny system monopoli, konsorcjów i trustów stanowił w ocenie G.K.C. 

największą groźbę dla cywilizacji. System ten prowadzi bowiem do rządów oligarchii w sferze 
polityki, do uniżonego kultu Pieniądza w sferze etyki i religii, zaś w sferze kultury i moralności — 
do ponurej degrengolady. „Następną wielką herezją  będzie  po  prostu  atak  na  moralność,                 
a zwłaszcza na moralność seksualną. I nadejdzie on (…) ze strony przebojowych bogatych ludzi, 
którzy koniecznie chcą wreszcie się bawić, nie powstrzymywani już ani przez papiestwo, ani przez 
purytanizm, ani przez socjalizm”. „Jeśli ktoś się dziwi, czemu stawiamy opór Wielkiemu 
Biznesowi, wyjaśniam,  że z tego samego powodu stawiamy też opór bolszewizmowi, a w nie-
dalekiej przeszłości stawialiśmy opór Niemcom. Otóż, jest to inwazja barbarzyńców. (…) Nie 
chcemy, by podbiło nas chamstwo. (…) Zaś spośród trzech barbarzyńskich najazdów — nie-
mieckiego, bolszewickiego i kapitalistycznego w stylu amerykańskim — najmniej szacunku żywię 
dla tych ostatnich prymitywów, którzy podbijają, nie stając nawet do walki”. 

W 1927 roku Chesterton wygłosił wykład o największym nadchodzącym niebezpieczeństwie. 

Stwierdził,  że największym niebezpieczeństwem jest masowe wyrównanie do niskiego poziomu, 
„standaryzacja przy użyciu niskich standardów”, zarówno w sferze kultury, jak intelektu. W jego 
ocenie, tę groźbę niosły zarówno socjalizm, jak kapitalizm. Uważał  bowiem  kapitalizm             
i socjalizm za dwie strony tego samego medalu, dwie odmiany identycznego 

P

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

2

 

totalitaryzmu. Sprzeczność między nimi była jego zdaniem powierzchowna i w istocie pozorna: 

 

Bolszewizm okazał się najlepszym możliwym sojusznikiem kapitalizmu. Pojawił się akurat 
wtedy, gdy kapitalizm zaczął wyglądać na system nieudany, i na prawach kontrastu obrócił 
kapitalizm w system stosunkowo efektywny. Reklamując swe szarlatańskie lekarstwo, bol-
szewizm zataił rzeczywistą chorobę. (…) A przede wszystkim, będąc tak skrajnie 
nienormalny, sprawił,  że ludzie zaczęli myśleć o przemysłowej plutokracji jako o czymś 
absolutnie normalnym. 
 

W praktyce oba systemy sprowadzają się do centralizacji własności. Ludzie stają się 

pracownikami najemnymi — czy to wielkich konsorcjów, czy państw. A ponieważ  są tylko 
najmitami, są tchórzliwi i bierni: 

 

„Najemnik ucieka, ponieważ jest najemnikiem, ale dobry pasterz odda życie 
za swe owce”. 
(…) Kiedy nastanie ciemność i nadejdzie dzień ostatni, słowa te powinny 
zostać wypisane ognistymi literami na ruinach cywilizacji industrialnej. Cywilizacja ta 
opiera się na założeniu, że wszystko da się załatwić, wszystko da się kupić, wszystkim da się 
sterować. Olbrzymie masy najemników zaprzęgnięto do obsługi maszyn niemal równie 
obojętnych jak oni sami. (…) Nie wiadomo, czy w dobrych czasach ten system jest dobry, 
ale w złych czasach jest to zły system. Nie wytrzymuje napięć. A już z pewnością nie 
wytrzyma oblężenia. Kiedy wilki zaczną wyć dokoła, nie da się wezwać tych ludzi do walki  
z watahą, jak kiedyś wzywano chłopów. I nie można ich nawet winić. (…) Ci ludzie są 
używani jak narzędzia. Są kupowani i sprzedawani dokładnie tak samo jak produkty, które 
wytwarzają. Jest głupotą oczekiwać od nich feudalnej lojalności  wobec  firmy,  która             
w każdej chwili może wyrzucić ich na bruk. 

 
Współczesny  kapitalizm  jest  równie  jak  socjalizm  odległy od idei Smitha: „nie ma sensu ani 

bronić, ani atakować kapitalizmu za to, że opiera się na wolnej konkurencji, gdyż cały trend 
systemu zmierza w stronę eliminacji konkurencji na skutek rozrostu monopoli”. Kapitalizm 
prowadzi do plutokracji, systemu oligarchicznego, w którym wielka własność skupiona jest de 
facto w rękach nielicznych rodzin. Co za tym idzie, cały system ekonomiczny, polityczny i prawny 
jest nastawiony na dalszą koncentrację bogactwa w rękach kasty uprzywilejowanych plutokratów. 

Zasadnicza różnica między kapitalizmem a innymi systemami polega na tym, że kapitalizm 

otwarcie uznaje zysk za priorytet: 

 

Kapitalizm wierzył w fakty i niczego nie udawał. Stawiał na piedestale pewną klasę 
społeczną, aby czcić  ją otwarcie i jawnie z powodu jej bogactwa. I tu właśnie tkwi 
najjaskrawsza różnica między kapitalizmem a systemem średniowiecznym.  
(…) Chciwy opat gwałcił swe ideały. Chciwy fabrykant nie miał ideałów, które 
mógłby pogwałcić
.  Nigdy nie istniał kapitalistyczny ideał dobra, choć  żyje na 
świecie wielu dobrych ludzi, którzy, będąc kapitalistami, mają ideały 
pochodzące skądinąd. Reformacja zwłaszcza angielska, oznaczała bowiem 
przede wszystkim rezygnację — rezygnację z próby władania  światem za 
pomocą ideałów
,  czy bodajże idei. (…) Otóż, fakty mają  to  do  siebie,  że są potężne, 
póki trwają, przejawiają jednak fatalną tendencję do nietrwałości. (…) Ten sam postęp 
kapitalizmu, który z początku wzbogacił angielskich ziemian, niebawem ich zrujnował. Ten 
sam rozwój handlu, który postawił Anglię ponad Europą, rzucił następnie Anglię do stóp 
Ameryki (…) Fakty, które zdawały się najsolidniejszym możliwym oparciem, okazały się 
najbardziej płynnym i zmiennym elementem świata. (…) W naszych czasach bogactwo 
stało się tak bezkształtne, że wręcz nierealne; są tacy, co nazywają je bajecznym, nie zdając 
sobie w ogóle sprawy z mimowolnej ironii tego określenia. Wielcy finansiści kupują              
i sprzedają tysiące rzeczy, których nikt nigdy nie widział  i  które  równie  dobrze  mogłyby 
istnieć wyłącznie w ich wyobraźni. I tak oto dobiega końca pewna przygoda ludzkości. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

3

 

Zaczęła się od wiary tylko w fakty; kończy się w baśniowej krainie fantastycznych 
abstrakcji. 
 

Zdaniem Chestertona, kapitalizm współczesny prędzej czy później musi upaść, gdyż jego 

priorytetem jest handel, nie produkcja, zaś ludzie bogacą się nie dzięki pracy, lecz za sprawą 
spekulacji: 

 

Handel, który z natury swojej stanowi działalność zależną i drugorzędną, jest w naszych 
czasach traktowany jak działalność samoistna i podstawowa. Handel stał się dziś 
absolutem. (…) To jest właśnie przyczyna klęsk, które spadają na współczesny  świat. (…) 
Zaś ponieważ  Cena  jest  czymś szalonym i niestabilnym,  a Wartość czymś wewnętrznym      
i niezniszczalnym, zostaliśmy wszyscy wepchnięci do społeczeństwa, które nie jest już 
trwałe jak wartości, lecz płynne jak ceny, niezgłębione jak morze i zdradzieckie jak 
ruchome piaski. Nie ma tu miejsca na rozważania, czy da się zbudować coś trwałego          
na  światopoglądzie ceniącym wartości, jestem jednak pewien, że na tym drugim 
światopoglądzie nikt niczego nie zbuduje, bo sprowadza się on do sprzedawania na oślep     
i kupowania na oślep; do zmuszania ludzi, by nabywali rzeczy, których nie potrzebują; do 
wytwarzania tych rzeczy na tyle źle, aby się szybko zniszczyły i aby ludzie znów myśleli, źe 
ich pragną; do podtrzymywania bezustannego obrotu stertami śmieci, niczym burzy 
piaskowej na pustyni; i do udawania, że ludzie mają nadzieję, kiedy nie zostaje im ani 
chwili na myślenie, które przywiodłoby ich do rozpaczy. 

 
Jak bowiem wygląda sytuacja ekonomiczna zwykłego człowieka? 
 

Gdy tylko kapitalizm staje się kompletny, pojawia się w nim sprzeczność, ponieważ odnosi 
się on do mas ludzkich na dwa różne sposoby jednocześnie. Kiedy większość ludzi to 
pracownicy najemni, coraz trudniej sprawić, by większość ludzi była zarazem dobrymi na-
bywcami. Kapitalista zawsze bowiem próbuje obciąć  płacę, wypłacaną swemu słudze,           
i w ten sposób zmniejsza kwotę, jaką może wydać jego klient. (…) Chce, aby jeden i ten 
sam człowiek był zarazem biedny i bogaty. 
 

Można tu zauważyć, że we współczesnych krajach rozwiniętych dylemat ten został rozwiązany 

za pomocą kart kredytowych, dzięki którym człowiek wydaje na konsumpcję więcej niż zarabia, 
bezustannie się przy tym zadłużając. W krajach Trzeciego Świata rozwiązanie to dotyczy jednak 
tylko niewielkiej części społeczeństwa. Ludzie biedni niewiele konsumują, nie napędzają więc 
produkcji ani handlu, toteż system ekonomiczny nie może się rozwinąć — a przez to ludzie nadal 
pozostają biedni. 

Pisząc o poglądach ekonomicznych Chestertona nie sposób pominąć roli Hilaire Belloca. 

Wpływ Belloca na Chestertona jest zazwyczaj mocno przeceniany, lecz w tej akurat dziedzinie 
wydaje się niewątpliwy.  Belloc był  głównym — obok ojca Vincenta McNabba — 
ideologiem dystrybucji własności, gorącym przeciwnikiem etatyzmu
. W jednej z naj-
bardziej znanych swoich książek,  The Servile State (Państwo Niewolnicze) dowodził,  że 
współczesny system ekonomiczny upodabnia się z wolna do niewolnictwa. Masy ludzi muszą 
pracować dla korzyści innych, nielicznych ludzi, w zamian za co otrzymują to, co niewolnik 
otrzymywał od pana: socjalne bezpieczeństwo pod postacią zasiłków, pseudobezpłatnego 
lecznictwa oraz opieki społecznej. Ta namiastka prawdziwego bezpieczeństwa sprawia, że 
niewolnicy stają się bezwolni i nie podnoszą buntu przeciw właścicielowi — i na tym właśnie 
polega rola ubezpieczeń społecznych w systemie plutokratycznym. Ubezpieczenia i zasiłki to, 
w ocenie Belloka, narzędzie pacyfikacji mas.
 

Jeśli chodzi o Chestertona, jego opinie znalazły  wyraz  w  wielu  esejach,  publikacjach                   

i książkach. Najistotniejsze pozycje to What’s Wrong with the World (Wypaczony świat) z 1910 
roku,  Eugenics and Other Evils (Eugenika i inne zło)  z 1922 roku oraz The Outline of Sanity 
(Normalność w zarysie) z 
1926 roku. Oprócz nich można by wymienić szereg innych, mniej 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

4

 

znanych tytułów. Poglądy ekonomiczne i społeczne Chestertona były propagowane także w prasie, 
przede wszystkim w G.K.’s Weekly. 

Należy podkreślić, że Chesterton był zainteresowany nie tyle dobrem społeczeństwa, ile przede 

wszystkim dobrem jednostki. Jako chrześcijanin nie wierzył w modną tezę,  że jednostka jest 
zerem i bzdurą. „Nawet najnędzniejszy człowiek jest nieśmiertelny, podczas gdy najpotężniejszy 
nawet ruch masowy jest ograniczony w czasie, by nie powiedzieć tymczasowy”. Cała jego krytyka 
postępu opiera się  właśnie na tym, że przynosi on ludziom — nie tylko cywilizacji — w efekcie 
więcej zła niż dobra.  Wojując o tradycyjne wartości, gorąco bronił instytucji małżeństwa i rodziny. 
Charakterystyczna jest jego wypowiedź z What’s Wrong with the World: 

 

Zdobywszy niejakie doświadczenie z nowoczesnymi ruchami, które określają się jako 
„postępowe”, jestem przekonany, że na ogół bazują one na zasobie doświadczeń, typowym 
dla ludzi bogatych. Tak wygląda sprawa z „wolną miłością” — błędną koncepcją            
życia  seksualnego  jako  szeregu  oderwanych  epizodów.   (…)  Konduktor  w  omnibusie        
nie ma czasu nawet by kochać  własną  żonę, o  cudzych  już   nie  wspominając.    (…)   
Za  frazesem: „Czemu kobieta ma być ekonomicznie zależna od mężczyzny?” również stoi 
plutokratyczne założenie. Pośród ludzi praktycznych i biednych kobieta nie jest ekono-
micznie zależna od mężczyzny, chyba że w takim znaczeniu, w jakim i on jest zależny od 
niej. Myśliwy musi zdzierać ubrania; ktoś musi je zszywać. Rybak musi łowić ryby; ktoś 
musi przyrządzać z nich posiłek. Wszystko wskazuje, że wyobrażenie  o  kobiecie  jako           
o „pięknym pasożycie”, o „męskiej zabawce”, powstało na skutek posępnej kontemplacji 
żywota jakiejś bankierskiej rodziny, w której bankier przynajmniej szedł  rano  do  City           
i udawał,  że coś robi, podczas gdy jego żona jechała na przejażdżkę do parku i nie 
fatygowała się udawaniem czegokolwiek.  Biedny człowiek i jego żona to równorzędni 
partnerzy w biznesie. (…) 

 

Jednak ze wszystkich opinii narosłych pośród pospolitego bogactwa najgorsza jest ta, która 

głosi,  że  życie domowe jest nudne i jednostajne. W domu (słyszymy) panuje martwa rutyna i 
rządzą sztywne wymogi przyzwoitości; poza domem znaleźć można przygodę i urozmaicenie. Oto 
typowa opinia człowieka bogatego. (…) a ponieważ to człowiek bogaty nadaje ton całej niemal 
myśli „nowatorskiej” i „postępowej”, zdążyliśmy już prawie zapomnieć,    czym  jest    dom    dla   
przeważającej   części ludzkości. Prawda wygląda tak, że dla biednego człowieka dom to jedyna 
ostoja swobody. Ba, jest to jedyna ostoja anarchii. (…) Gdziekolwiek by nie poszedł, musi 
akceptować sztywne reguły zachowania, obowiązujące w sklepie, gospodzie, klubie czy muzeum. 
Ale we własnym domu, jeśli zapragnie, może jadać posiłki na podłodze. (…) Dla prostego, ciężko 
pracującego człowieka dom nie jest jedynym nudnym miejscem    w świecie pełnym kolorowych 
przygód. Jest jedynym wolnym miejscem w świecie pełnym reguł i narzucanych odgórnie 
obowiązków. 

 

Wskazywał,  że ataki na rodzinę  służą izolacji jednostki wobec systemu ekonomicznego. 

Jednostka wyizolowana jest zaś bezbronna i podatna na manipulację. Postrzegał rodzinę nie 
tylko w kategoriach instytucji społecznej czy religijnej, lecz wręcz w kategoriach 
ruchu oporu: 

 

Jestem przekonany, że dożyliśmy oto czasów, kiedy rodzina zostaje powołana, by odegrać 
rolę, jaką ongiś odegrał klasztor. Innymi słowy, w rodzinie powinny znaleźć schronienie 
nie tylko jej własne szczególne walory, lecz również umiejętności i twórcze nawyki, 
właściwe dawniej dla innych grup. (…) Tak jak religia musiała zejść  do  podziemi,  tak           
i patriotyzm musi dziś zejść dożycia prywatnego. (…) Tylko wycofując się do tych twierdz 
możemyprzetrwać i przeczekać inwazję; tylko koczując na tych wysepkach zdołamy 
dotrwać do czasów, gdyopadną wody potopu. Podobnie jak w Wiekach Ciemnych świat 
wewnętrzny oddawał się pysznej, niskiej rywalizacji i przemocy, tak też i w naszych 
czasach, które również przeminą,  świat oddaje się prostactwu, pędom  stadnym                     

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

5

 

i wszelkiemu możliwemu przelewaniu z pustego w próżne. 

 

Krytykując socjalizm i kapitalizm, Chesterton i Belloc proponowali w ich miejsce inny system 

— dystrybucję  własności.  W 1891 roku papież Leon XIII ogłosił encyklikę   Rerum 
Novarum, z 
której wynika, że jedyny system ekonomiczny  sprzyjający  człowiekowi  
to    szeroko   rozpowszechniona  drobna  własność.
 Inaczej mówiąc, własność powinna 
zostać nie skonfiskowana przez państwo — jak w socjalizmie, i nie skumulowana w rękach 
stosunkowo nielicznej grupy najbogatszych — jak w kapitalizmie, lecz rozproszona pomiędzy 
miliony drobnych posiadaczy. Ta właśnie koncepcja wzbudziła  wielkie  zainteresowanie                   
w  środowisku angielskich katolików, a ponieważ jej naczelną zasadą jest dystrybucja własności, 
została nazwana (prawdopodobnie przez Hilaire Belloca) dystrybutyzmem. Idea dystrybucji 
własności jest gorąco lansowana w książce  The Outline of Sanity i w większości  esejów                    
G.K.’s Weekly. 

„Nie oferujemy perfekcji — oferujemy proporcję” — stwierdził  G.K.C.  Obaj                     

z Belloc’em nie uważali bynajmniej, że w proponowanym przed nich systemie wszyscy będą 
szczęśliwi   i   zadowoleni,   że   zniknie   niesprawiedliwość, przestępczość czy ubóstwo. Zło, 
grzech, bogactwo i bieda to konsekwencje istnienia wolnej woli. Zasadnicza różnica między 
kapitalizmem a dystrybutyzmem leży jednak właśnie w proporcji stosunków własnościowych           
i polega na wyeliminowaniu sytuacji skrajnych: wielkiego bogactwa i wielkiej nędzy. 
Dystrybutyzm dopuszcza istnienie rozmaitych rodzajów własności — w tym również państwowej     
i korporacyjnej  (czyli cechowej), ale opiera się na fundamencie własności prywatnej. W ocenie 
Chestertona, kapitalizm nie jest systemem chroniącym prywatną  własność. Kapitalizm chroni 
prywatną przedsiębiorczość — a to nie to samo. „Złodziej kieszonkowy jest orędownikiem prywat-
nej przedsiębiorczości, byłoby jednak lekką przesadą uznać go za orędownika prywatnej 
własności”. Chesterton porównywał  własność  środków produkcji do instytucji małżeństwa, 
zauważając, że jeśli jest kilkuset mężczyzn, z których każdy ma po tysiąc żon, podczas gdy miliony 
innych mężczyzn pozostają w stanie bezżennym, trudno twierdzić, że system społeczny opiera się 
na małżeństwie. 

Dystrybutyzm nie przewiduje istnienia wielkich fabryk, wielkich sklepów ani wielkich 

jednostek organizacyjnych — czy to administracyjnych, czy kapitałowych. Zamiast fabryk 
proponuje system cechowy, na wzór gildii średniowiecznych. Przedmioty, produkowane dziś 
taśmowo w fabrykach, powinny być wytwarzane przez olbrzymią rzeszę rzemieślników, właścicieli 
swych warsztatów, zrzeszonych w gildii, strzegącej jakości i ilości produkcji. Jest to korzystne dla 
klienta, bo podnosi jakość i prowadzi do indywidualizacji wyrobów. Jest to również korzystne dla 
rzemieślnika, który staje się kreatywny, podczas gdy jako robotnik w fabryce zamienia się               
w otępiałe narzędzie do obsługi maszyny. Zamiast wielkich międzynarodowych spółek powinny 
istnieć niezliczone małe firmy handlowe, stanowiące własność poszczególnych osób czy rodzin. 
Miejsce wielkich kapitalistów powinny zająć miliony drobnych przedsiębiorców, miejsce 
supermarketów — tysiące konkurujących niedużych sklepów. W dziedzinie własności rolnej 
powinna istnieć drobna i średnia własność rolnicza zamiast latyfundiów. Każdy powinien móc 
sobie pozwolić  na  trzy  akry  i  krowę. Pogląd ten nie był bynajmniej oderwany od rzeczywistości. 
Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Cambridge w 1934 roku wykazały,  że wielkie 
zmechanizowane farmy mają trudności finansowe i potrzebują stałej pomocy państwa,         
podczas gdy nieduże gospodarstwa przeważnie okazują się  mniej  kosztowne  i  co  za  tym  idzie,             
bardziej opłacalne. 

Dystrybutyzm zakłada samowystarczalność każdej lokalnej społeczności  przynajmniej              

w zakresie podstawowym, takim jak produkcja żywności, odzieży czy lekarstw. Cały system 
ekonomiczny powinien być chroniony przez odpowiedni system prawny. Dystrybutyści różnili się 
między sobą  co  do  roli  państwa. Sam Chesterton nie wierzył co do zasady w dobroczynną rolę 
jakiegokolwiek rządu. Był zdania, że każdy rząd,  łącznie z demokratycznie wybranym rządem         
w państwie opartym na dystrybucji własności, ma tendencję, by nadużywać władzy, więc prędzej 
czy później zwróci się przeciw obywatelom. Zdawał sobie jednak sprawę,  że dystrybutyści nie 
zdołają zaprowadzić zmian bez pomocy państwa. Skłaniał się ku opinii, że państwo powinno 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

6

 

ingerować w gospodarkę, choć rzadko i ostrożnie, aby chronić interesy narodowe i zapobiec 
deformacjom systemu. Tym niemniej, w dystrybutyzmie mocno ograniczona jest rola państwa 
jako aparatu przymusu. Państwo nie może nakładać na obywatela stale nowych obowiązków ani 
podatków, nie może mu narzucać na przykład przymusowych ubezpieczeń, przymusowej edukacji 
czy przymusowego zaciągu do wojska. Przymusowa edukacja wolnych ludzi to 
sprzeczność sama w sobie, zaś edukacja państwowa to w ogóle nieporozumienie, 
ponieważ żaden system nie jest zainteresowany w masowym kształceniu obywateli. 
Prawdziwe, rzetelne wykształcenie obywatela oznacza wykształcenie krytyka 
systemu. W praktyce obowiązek szkolny służy więc głównie indoktrynacji.
 Chesterton, 
który nigdy nie omieszkał wykazać przewagi katolickiego Średniowiecza nad pogańską 
Nowoczesnością, podkreślał,  że czasy współczesne są czasami przymusu, podczas gdy 
Średniowiecze było okresem dobrowolnych ślubów. 

Drobna własność — niewątpliwie ulubiony przedmiot propagandy dystrybutystycznej — nie 

była jednak celem samym w sobie. Stanowiła fundament, na którym można dopiero budować 
społeczeństwo wolnych ludzi. Własność  środków produkcji, poczucie ekonomicznej 
stabilizacji i bezpieczeństwa, daje ludziom realną wolność opinii i działań.
 Człowiek, 
który ustawicznie boi się utraty pracy, biedy, wyrzucenia poza nawias 
społeczeństwa, nie jest wolny.
  Nie posiada nawet wolności słowa, bo głoszenie 
poglądów zwalczanych przez oligarchię niesie ryzyko utraty środków do życia.
           
W takiej właśnie sytuacji znajdują się obecnie miliony ludzi. W kapitalizmie obywatele stają się 
bowiem najmitami, zależnymi od pracodawcy. Co gorzej, są poddawani bezustannemu praniu 
mózgu przez prasę i reklamę, znajdujące się w rękach oligarchów. Większość esejów Chestertona 
ma w gruncie rzeczy ten sam temat: opisuje i krytykuje niewolę intelektualną współczesnego 
człowieka. 

Inny aspekt własności polega na tym, że pobudza ona ludzką kreatywność. Człowiek kształtuje 

wedle swoich gustów swój własny ogród, swój własny dom i warsztat, swoje wyroby rzemieślnicze. 
Przedmioty codziennego użytku w małych populacjach są wytwarzane indywidualnie i bywa, że 
stanowią wręcz dzieła sztuki. Tymczasem w świecie współczesnym kreatywność zanika na skutek 
życia w wielkich zbiorowiskach i sprowadzenia człowieka do roli mechanicznego narzędzia. Chłopi 
nieraz bywali biedniejsi od robotników, zawsze jednak istniała sztuka wiejska, podczas gdy nigdy 
me powstała sztuka proletariacka. 

Idealny  świat dystrybutystów jest dobrze znany każdemu, kto czytał książki innego 

angielskiego katolika, J. R. R. Tolkiena. Jest to mianowicie kraina rolnicza, gdzie nie istnieją 
wielkie miasta, posiadająca jednak dobrze rozwinięty drobny przemysł i rzemiosło. 
Tolkienowskie miasteczko leży na skraju wielkiego lasu (bo lasy w tym świecie mają 
prawo być wielkie). Lokalna społeczność, w której wszyscy wszystkich znają, jest 
rządzona przez obranych i szanowanych przedstawicieli. Prawo, po części 
zwyczajowe, po części uchwalane na szczeblu lokalnym, tak rzadko ingeruje w 
codzienne  życie,  że praktycznie nie ma potrzeby o nim wspominać. Każdy ma na 
własność dom, w którym mieszka, a także ziemię, na której stoi jego dom i ogród. 
Przedmioty codziennego użytku są zindywidualizowane, a nieraz artystycznie piękne i magiczne… 
Można się zastanawiać, na ile Tolkien był pod wpływem idei dystrybutyzmu, tworząc swój Shire, 
krainę hobbitów. Shire — to przecież stara, wesoła Anglia, bliska również  sercu  G.K.Ch.                      
i zorganizowana dokładnie na kształt jego projektów i marzeń. Tolkien niewątpliwie czytywał 
Chestertona, posiadał wiele jego książek i przyznawał, że wizje chestertonowskie wywarły wpływ 
na formowanie świata „Władcy Pierścieni”. 

Idea dystrybucji własności miała w Anglii wielu zwolenników. Jednym z jej energicznych 

szerzycieli był dominikanin, Vincent McNabb, człowiek o nieprzeciętnej osobowości, postać 
równie barwna, jak kontrowersyjna. Nazywano go angielskim Mahatmą Gandhim, gdyż miał 
cokolwiek anarchizujące poglądy i był ideowym luddystą — przeciwnikiem maszyn. Uprawiał 
ascezę, nosił  ręcznie tkany habit, sam pracował na roli, nie uznawał  nawet  maszyny  do  pisania         
i wszędzie starał się chodzić pieszo. Pojawiał się równie często w londyńskich slumsach, gdzie 
organizował pomoc dla najuboższych, co na londyńskim uniwersytecie, gdzie wykładał. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

7

 

Innym znanym zwolennikiem dystrybucji własności był współwłaściciel  G.K.’s Weekly, Eric 

Gill, rzeźbiarz i typograf o burzliwym, bujnym temperamencie. W 1913 roku Gill przyjął 
katolicyzm. Następnie przeniósł się wraz z rodziną do miejscowości Ditchling, gdzie niebawem 
skupił wokół siebie sporą grupę artystów i ludzi uprawiających różne rodzaje rzemiosła 
artystycznego, podobnie jak on zmęczonych Londynem. Grupa z Ditchling próbowała utworzyć 
modelową wspólnotę opartą na ideach dystrybutyzmu. Artyści sami szyli swe ubrania, hodowali 
zwierzęta i wytwarzali przedmioty codziennego użytku, chociaż — co irytowało dogmatycznego 
ojca McNabb — nie chcieli uprawiać ziemi. Wielu członków grupy przeszło na katolicyzm, zaś pod 
wpływem ojca McNabb zostali też tercjarzami dominikańskimi. 

Wspominając o dystrybutyzmie, nie można też pominąć kilku innych postaci. Jedną z nich był 

architekt Artur Penty, który jako pierwszy zaczął szerzyć ideę powrotu do cechów. Jego książka      
o rekonstrukcji systemu cechowego zainicjowała nie tylko wielką falę mody na gildie, lecz sta-
nowiła również inspirację dla wielu zwolenników dystrybucji własności, a nawet dla socjalistów 
angielskich, wśród których powstał nurt socjalizmu cechowego. Innym znanym głosicielem 
dystrybucji własności był sir Henry Slesser, ekspert od prawa pracy, poseł, a następnie sędzia sądu 
apelacyjnego. Wśród czołowych dystrybutystów należy też wymienić dwóch wojskowych — 
emerytowanego  komandora  Marynarki  Wojennej  Herberta  Shove  (mistyka,  pszczelarza                    
i amatorskiego rękodzielnika, zajmującego się wyrobami ze srebra) oraz eks-kapitana 
komandosów, H.S.D. Wenta. W skrócie, było to grono nieprzeciętnych, interesujących 
indywidualistów. Osobą, która jako pierwsza zaproponowała, by ująć dystrybutyzm w ramy jednej 
organizacji, był W.R. Titterton, zastępca Chestertona w G.K.’ s Weekly.  Kapitan Went nakreśla 
ramy i zasady funkcjonowania tej organizacji, którą nazwano Ligą na Rzecz Zachowania Wolności 
Poprzez Przywrócenie Własności  (League for the Preservation of Liberty by the Restoration of 
Property). 
Nazwa, choć dobrze oddawała cel poczynań, była bardzo nieporęczna, toteż niebawem 
zmieniono ją na Ligę Zwolenników Dystrybucji (Distributist League) Liga narodziła się 17 
września 1926 r. na ogólnokrajowym   spotkaniu   zwolenników  dystrybucji,   na 
które przybył taki tłum entuzjastów, że wynajęta hala nie mogła ich pomieścić. 
Prezesem wybrano Chestertona.
 

Z początku liga działała w miarę prężnie, posiadała filie i aktywnych członków w kilkunastu 

brytyjskich miastach. Niebawem jednak zaczęły się spory pomiędzy różnymi frakcjami 
(lewicowymi i prawicowymi, katolickimi i niekatolickimi, luddystycznymi i nastawionymi na 
postęp techniczny, itd.). Póki żył Chesterton, jego osoba jednoczyła zwolenników, lecz gdy zmarł, 
Liga praktycznie się rozpadła. Część członków odeszła, uznając ligę za nazbyt teoretyczną i mało 
efektywną. 

Można stwierdzić, że Liga okazała się dla Chestertona wielkim rozczarowaniem, i z pewnością 

będzie to w znacznej mierze prawda. Z drugiej strony, Chesterton i Belloc, sceptycznie nastawieni 
do wszelkich partii, od początku zdawali sobie sprawę, że pomysł może spełznąć na niczym. Liga 
stanowiła w praktyce klub dyskutantów. Nie miała szans, by stać się organizacją polityczną, gdyż 
w tym celu niezbędny byłby pełen energii, charyzmatyczny przywódca. Chesterton zupełnie się do 
tej roli nie nadawał. Był teoretykiem, nie człowiekiem czynu, o czym sam doskonale wiedział. Za-
pytany kiedyś, co by zrobił, gdyby został premierem, odparł bez wahania: „Złożyłbym dymisję”.      
Z kolei Belloc, choć energiczny, niezbyt nadawał się na lidera, gdyż był zbyt konfliktowy, zaś 
powszechnie postrzegano go wyłącznie jako reprezentanta katolików. 

Idee dystrybucji własności były akceptowane przez znaczącą część inteligencji. 

Ich zwolennikiem był na przykład T.S. Eliot, który uważał dystrybucję własności za 
ideę fundamentalnie chrześcijańską
. Jak napisał, „to, co się liczy, to jego [Chestertona] 
samotna moralna walka przeciw epoce, jego odwaga i śmiałe połączenie autentycznego kon-
serwatyzmu, autentycznego liberalizmu i autentycznego radykalizmu”. Idee Ligi były rzecz jasna 
odrzucane przez środowiska lewicowe (wierzące nadal w rozwiązania komunistyczne) i przez 
znaczną część  środowisk ówczesnej prawicy (zafascynowanej korporacyjnym faszyzmem 
Mussoliniego i podobnie jak lewica wierzącej w wielkie, zunifikowane imperia). Chesterton nie 
przekonał również swych najsławniejszych przyjaciół.  Wells, wyznawca poglądów lewico-
wych, z zasady był przeciwny prywatnej własności, a Shaw odrzucał koncepcję Ligi 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

8

 

wychodząc z założenia,  że przeciętny człowiek wcale nie chce być wolny ani 
odpowiedzialny, gdyż woli, kiedy państwo zajmie się nim i wszystko za niego 
załatwi.
 Opinia Shawa na pewno nie jest pozbawiona podstaw. Chesterton zdawał sobie z tego 
sprawę. Jak kiedyś napisał, „wszystkim ludziom można by dać wolność, gdyby tylko nie czuli tak 
żarliwej tęsknoty za niewolą”. 

Idee Ligi nie zyskały odzewu w kręgach opiniotwórczych ani politycznych. Brytyjskie mass-

media znajdowały się w rękach magnatów finansowych, z natury swej nieprzychylnie 
nastawionych do koncepcji, że wielka własność jest niemoralna. Partie polityczne zostały                 
w praktyce podporządkowane liderom, związanym z wielkim biznesem. Dystrybutyści byli 
reprezentowani tylko przez jednego członka parlamentu, wspomnianego wyżej sir Henry’ego 
Slessera, a mimo że liczni posłowie czytywali G.K.’ s Weekly, nie przekładało się to na ich 
działalność. 

Tym niemniej, dystrybucja własności zauroczyła wielu ludzi, nie tylko w Wielkiej Brytanii, lecz 

i w Kanadzie, USA czy Australii. W przedwojennej Polsce próbował  ją propagować Adam 
Doboszyński, który swoją książkę „Ekonomia miłosierdzia” — rozważania o gospodarce opartej    
na zasadach tomizmu — dedykował pamięci Chestertona. Głośna praca ekonomisty E.F. 
Schumachera  Small is Beautiful (Małe jest piękne  — od tytułu powstało potem powiedzenie tej 
właśnie treści) została podobno zainspirowana esejami Chestertona i z początku miała nosić tytuł 
„Ekonomia chestertonowska”. Idee decentralizmu, głoszone przez Schumachera i jego 
zwolenników, oparte są wprost na dystrybutyzmie. Dystrybutyści byli zwolennikami „małych 
ojczyzn”tysięcy samodzielnych wsi, miast i miasteczek, połączonych w jedno państwo narodowe, 
przy czym prerogatywy władz lokalnych i państwowych miały być ściśle określone i dość wąskie. 

 

Pomiędzy katolikami, którzy rzucają wyzwanie demokratycznemu kapitalizmowi, wielu 
jest pod wrażeniem ideału dystrybutyzmu, którego wyrazicielami byli G.K. Chesterton        
i Hilaire Belloc. Dystrybutyzm jest propagowany między innymi przez New Oxford 
Review, 
co skłoniło Jamesa K. Fitzpatricka do riposty, zamieszczonej w dziale listów tego 
miesięcznika. Ilekroć czytam Chestertona i Belloca, ich wizja mocno działa na moją 
wyobraźnię (…). A potem wracam na ziemię. Dystrybutyści chcą posłużyć się państwem, 
by ograniczyć niesprawiedliwą kumulację bogactwa; prawo, ich zdaniem, powinno wyzna-
czać ramy mniej materialistycznego społeczeństwa,  w  którym  dom,  ognisko  rodzinne           
i rodzina liczą się bardziej niż blichtr i pogoń za pieniędzmi rozmaitych Trumpów i gieł-
dowych guru. Owszem, brzmi to świetnie, ale kto ma przeprowadzić całą  tą inżynierię 
społeczną? Kto będzie za nią odpowiedzialny? Kto zdecyduje, co oznacza „nadmierny 
materializm?” (…) Fitzpatrick konkluduje: „Chesterton i Belloc dalej są moimi 
ulubieńcami. Dalej są pisarzami o wielkim znaczeniu (…). Jednak to, co proponują           
[w kwestiach ekonomicznych] jest bliższe poezji niż prozie”. 

  

Lecz w gruncie rzeczy od strony teoretycznej tylko jedno z pytań Fitzpatricka jest istotne. Co 

mianowicie oznacza „nadmierna” koncentracja bogactwa w pojęciu dystrybutystycznym? Jaki 
stopień bogactwa jest już niedopuszczalny i co z nim zrobić, kiedy się pojawi? Dystrybucja opiera 
się w istocie na drobnej gospodarce kapitalistycznej. W jaki sposób zapobiec komasowaniu fortun, 
powstawaniu latyfundiów i konsorcjów? Zakazy prawne są ewidentnie niewystarczające,  jako        
że realia ekonomii mają przewagę nad prawem stanowionym — prawo byłoby po prostu omijane.      
Z samej istoty systemu ekonomicznego i praktycznej gospodarki musi wynikać 
opłacalność małych przedsięwzięć, a nieopłacalność dużych; musi to być 
wbudowane w system, jeśli system ma naprawdę pozostać dystrybucyjny, a nie 
zdegenerować się w formę, od której
  Chesterton się odżegnywał, czyli 
monopolistyczny kapitalizm.
 

Sam Chesterton uważał,  że ograniczenie to jest integralnie wbudowane w dystrybutyzm. 

Niewykluczone,  że miał rację.  Być może w razie odcięcia wszelkich subwencji 
państwowych, koncesji i ulg, w razie zminimalizowania, uproszczenia                     
i ujednolicenia podatków, okazałoby się,  że wielkie konsorcja i uprawy farmerskie 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

9

 

to kolosy na glinianych nogach, zaś  ich  istnienie  jest  ekonomicznie  bezzasadnie           
i służy wyłącznie „pompowaniu” pieniędzy podatnika do kieszeni plutokratów.
 
Niemniej, nikt dotąd nie przeprowadził eksperymentu, który wykazałby tę tezę w praktyce. 
Chesterton kładł również nacisk na fakt, że dystrybutyzm jest nie tylko systemem ekonomicznym, 
lecz i określonym modelem życia, sposobem myślenia: „Chłopi  żyli obok siebie w praktycznej 
równości przez niezliczone stulecia, i żaden z nich nie wykupił pozostałych, ani żadna społeczność 
nie obróciła się w najmitów u jednego rolnika. Drobna własność  nigdy  sama  nie  ewoluuje               
w kapitalizm, chyba że panuje już nagrzana, niezdrowa atmosfera kapitalizmu, przyspieszająca tę 
ewolucję wręcz do granic rewolucji”. Słowem, wiele zależy i od mentalności  ludzkiej.  Problem        
w tym, że zmiana mentalności wydaje się w dzisiejszych czasach znacznie trudniejsza do 
zaprowadzenia niż sam dystrybutyzm. 

Z pewnością nie są bowiem zasadne argumenty, że dystrybutyzm jest utopijny i w praktyce nie 

da się go wprowadzić. Dystrybutyzm nie jest utopijny, bo pozostaje w zgodzie z ludzką naturą
Człowiek jest urodzonym posiadaczem. Bez najmniejszego trudu można sobie 
również wyobrazić odpowiednią politykę państwa i system prawny, popierający 
drobną  własność przeciw wielkiej własności. System taki jest gospodarczo 
efektywny, jak wykazują choćby doświadczenia północnych Włoch. Jeżeli politykom 
nie zależy na wprowadzeniu dystrybucji własności, przyczyny tego zjawiska leżą 
poza ekonomią.
 Idea drobnej własności, małych miasteczek czy lokalnej demokracji na bardzo 
małą skalę stoi w całkowitej sprzeczności z trendami ekonomicznego i politycznego rozwoju 
współczesnego świata, co wynika jednak nie z ekonomii, lecz właśnie z ideologii. 

Chesterton, który doskonale o tym wiedział, pocieszał się myślą, że trendy te nie muszą trwać 

wiecznie. Co prawda, lekarstwo, jakie dostrzegał, wydać się może dość radykalne: 

 

Niektórzy pokładają nadzieję w postępie nauki. Inni nie widzą już  żadnej  nadziei                  
i bezradnie oczekują na katastrofę  cywilizacji.  Niewielu  jest  jednak  dziwaków,  którzy           
z nadzieją wyglądają katastrofy. A przecież wcale nie jestem pewien, czy ich postawa nie 
zasługuje na obronę; dalibóg, nie dałbym głowy, czy sam przypadkiem do nich nie należę. 
Bywa,  że mój humor poprawia się cudownie, bywa, że ogarnia mnie szampańska 
wesołość, gdy myślę,  że bądź co bądź mogą jeszcze wrócić czasy barbarzyństwa. Któż 
ośmieli się twierdzić,  że przed nami tylko ciemność, skoro przyświeca nam ta jasna 
gwiazda nadziei? Zdarzało się już,  że upadały imperia, załamywały się finanse, znikały 
biurokracje, a ludzie porzucali wyszukane zajęcia i wracali do prostych prac, koczując na 
gruzach własnych pałaców. (…) Czego człowiek dokonał raz, człowiek zdoła dokonać 
znowu. Nie traćmy ducha! Również i nasze miasta mogą zostać opuszczone. Również          
i nasze pałace mogą obrócić się w ruinę. Kto wie, może ludzkość ma jeszcze szansę 
odzyskać człowieczeństwo. 

 

A w jaki sposób upadają cywilizacje? „Każda wielka cywilizacja zaczyna upadek od tego, że 

zapomina o prawdach oczywistych”. 
 
 
 

Fragment książki Jagi Rydzewskiej Chesterton. Dzieło i myśl, wyd. Antyk Marcin Dybowski. 

 
 
 
 
 
 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

10

 

 

 

Michelangelo Buonarotti, Studium aktu, rys. piórem, ok. 1537 r., Luwr 

 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

11

 

Tomasz Marek Sobieraj, Stanley H. Barkan 

 

UJRZEĆ ŚWIAT W ZIARENKU PIASKU 

 
 
Tomasz Marek Sobieraj Gdzie postrzegasz siebie we współczesnej poezji amerykańskiej? 
 
Stanley H. Barkan Na skrzyżowaniu kultur; jestem amerykańskim poetą działającym na styku 
wielu kultur i języków,  łączę je, przekraczam granice kulturowe, etniczne czy narodowościowe.     
W mojej poezji widoczne są wpływy, jakie na siebie wywierają. 
 
T.M.S. Jak przedstawiłbyś się tym polskim czytelnikom, którzy jeszcze nie znają twojej 
twórczości? 
 
S.H.B. Jako autor zbioru Under the Apple Tree/Pod jabłonią, w wydanego w Polsce w 1998 roku 
w przekładzie Adama Szypera, oraz jako wydawca specjalizujący się w dwujęzycznych wydaniach 
książek poetyckich, wśród których znaleźli się także polscy poeci.  

Zaczynałem od czystej liryki, później, po studiach nad poezją japońską, zafasynował mnie 

imagizm [kierunek w poezji angielskiej i amerykańskiej popularny głównie na pocz. XX w., 
przeciwstawiający się romantyzmowi i idealizmowi, powstał pod wpływem poezji Dalekiego 
Wschodu, gł. przedstawiciele to James Joyce,  Ezra  Pound;  imagizm  zapoczątkował ruch 
modernistyczny, silnie wpłynął na współczesną poezję angielską i amerykańską, przyp. tłum.]; 
pech chciał,  że moja pierwsza książka z haiku i senryū ilustrowana rysunkami haiga autorstwa 
mojej żony The American Hototogitsu uległa zniszczeniu wraz z rękopisem w drukarni, podczas 
powodzi. Zostało mi tylko osiem wierszy opublikowanych wcześniej w nieistniejącym dziś piśmie 
Uniwersytetu Nowojorskiego „Washington Journal”. Później ewoluowałem w stronę dramaturgii, 
narracji, nawet tekstów piosenek; teraz przede wszystkim uprawiam rodzaj poetyckiej opowieści   
o ludziach, miejscach, rzeczach, sytuacjach. 
 
T.M.S. Jesteś bardziej poetą, tłumaczem czy wydawcą? 
 
S.H.B. Przede wszystkim jestem poetą, dopiero później wydawcą, trzecie miejsce zajmują 
przekłady, samodzielne albo z autorem czy we współpracy z innymi tłumczami. Ale istotą mojej 
działalności jest poezja, z niej dopiero wyrastają pozostałe aktywności. 
 
T.M.S. W większym i mniejszym stopniu zajmowałeś się ponad dwudziestoma pięcioma 
językami. Czy taka praca badawcza pomaga w pisaniu wierszy? Czy studia lingwistyczne wpłynęły 
na twoją poezję? 
 
S.H.B. Wierzę,  że tak, ponieważ myślę o poezji jak o gromadzeniu fenomenów i zamianie ich        
w słowa. Zgodnie z hipotezą  Sapira  –  Whorfa,    każdy język na swój własny sposób wpływa na 
ogląd  świata i sposób myślenia jego użytkowników. Każdy język posiada słowa sobie tylko 
właściwe, określające specyficzne miejsca, relacje, ludzi, ubrania, jedzenie i sposób jego 
spożywania itd. Studia nad językami, prowadzone z pozycji strukturalizmu, wpłynęły na moją 
poezję poprzez wyostrzenie, nazwijmy to, poetyckich zmysłów, zwiększenie  świadomości                 
i, w konsekwencji, lepsze rozumienie tego, co robię. Dały mi swobodę wypowiedzi, łatwość 
zamiany obrazu w słowo i budowy wiersza dowolnego rodzaju. Zatem odpowiedź na oba pytania 
jest twierdząca. 
 
T.M.S. Dużo podróżujesz po całym świecie. Jakie to ma znacznie dla twojej poezji i rozumienia 
świata? 
 
S.H.B. Jestem bardziej nastawiony na świadomy odbiór i skupiony w podróży, niż gdy 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

12

 

przebywam w domu i funkcjonuję jako zwykły członek rodziny czy jako wydawca, zajęty przez 
siedem dni w tygodniu i dwadzieścia cztery godziny na dobę sprawami zawodowymi, kontaktami   
z autorami itd. Gdy wyjeżdżam, to mimo mejli i telefonów jestem bardziej swobodny, nastawiony 
badawczo, szczególnie, gdy jest to jakieś nowe miejsce, gdzie ludzie nie mówią po angielsku. 
Kontempluję. Zanurzam się w nowym środowisku, maksymalnie wyostrzam zmysły, pochłaniam 
świat. Później przychodzi zamiana doświadczeń i obrazów w słowa, często w poezję,  zapisywane    
w małym podręcznym notesie; z czasem przenoszę to do większego, a w domu, jeśli jest na to czas, 
przepisuję. 
 
T.M.S. Czym dla ciebie jest poezja? 
 
S.H.B. Rodzajem opowieści, sagi o ludzkim życiu, pełnej obrazów, liryzmu, dramatów, zdarzeń, 
skonstruowanej tak, by czytelnik lub słuchacz dostrzegli jej wyjątkowość, owo Blake’owske ziarnko 
piasku przedstawiające cały świat. Chodzi o to, by wiersz otworzył pamięć, przywołał analogie do 
własnej historii, a z nimi emocje, płacz,  śmiech, oraz by pobudził intelekt. Mówiąc krótko, ta 
opowieść ma przebudzić, uczynić  świadomym, czułym i uważnym na tej cudownej drodze, jaką 
jest życie. 
 
T.M.S. Którzy poeci mieli wpływ na ciebie, których cenisz najwyżej? 
 
S.H.B. Spośród poetów dwudziestowiecznych to przede wszystkim Dylan Thomas, Wallace 
Stevens, William Carlos Williams. Ale byli też tacy, których poznałem osobiście, a nie tylko 
poprzez lekturę, np. jeden z najwybitniejszych poetów amerykańskich Robert Frost, sycylijski 
pisarz i poeta Nat Scammacca, tworzący w jidysz Menke Katz, poeta-laureat USA Stanley Kunitz 
[w krajach, gdzie poezja zajmuje ważne miejsce w kulturze, jest to zaszczytny, oficjalny tytuł 
przyznawany przez władze lub ważną instytucję państwową; tradycja pochodzi ze starożytnej 
Grecji, przyjęta w XIV w. w Europie, gł. we Włoszech i Wlk. Brytanii, przyp. tłum.], walijski poeta   
i wydawca Peter Thabit Jones, holendersko-amerykański poeta, artysta i naukowiec Leo Vroman, 
który miał największy wpływ na moją działalność nie tylko poetycką, ale też przekładową                 
i wydawniczą. Ich życie i twórczość wskazały mi tę „mniej uczęszczaną drogę” [nawiązanie do 
wiersza Roberta Frosta, The Road not Taken, przyp. tłum.], przez co większą część  życia 
spędziłem pisząc, czytając, tłumacząc i wydając poezję, przede wszystkim w postaci dwujęzycznych 
zbiorów. Przez 45 lat uzbierało się ponad 400 tytułów i 57 języków. 
 
T.M.S. Z czego powinien składać się dobry wiersz? W czym tkwi różnica pomiędzy zwykłym 
wierszem a znakomitym? 
 
S.H.B. Po części wyjaśnia to Alexander Pope w jednym ze swoich utworów, mianowicie że 
„brzmienie słów winno być echem ich przesłania”. Zatem według  mnie  dobry  wiersz  powinien       
w swojej warstwie dźwiękowej współgrać z treścią. Tak jak imagiści, ja również  głęboko wierzę       
w ogromne znaczenie odpowiedniego obrazowania w wierszu. Przywołam  tutaj  Williama     
Blake’a: „Ujrzeć  świat w ziarenku piasku/Niebo w polnym kwiecie,/Nieskończoność trzymać                      
w dłoni/Wieczność w godzinie uchwycić” [William Blake, Wróżby niewinności, przyp. tłum.]. 
Mówiąc szerzej, cała poezja jest metaforą, to znaczy, że wiersz zastępuje jakieś konkretne 
doświadczenie, ideę, uczucie, zjawisko. Różnica, jak sądzę, pomiędzy  wierszem  zwyczajnym            
a znakomitym polega na sile oddziaływania emocjonalnego na czytelnika, na skali wywoływanych 
uczuć, jak radość, smutek, strach itd. oraz na tym, że wiersz znakomity prowokuje do myślenia na 
temat człowieka, istoty człowieczeństwa, naszego miejsca w świece. 

Dobrym testem jakości wiersza jest też umiejętne pogodzenie w nim przeciwieństw. 
Wiersz opisujący piękny kwiat, drzewo, kota, może być udany. Ale jeśli nie porusza spraw 

najistotniejszych, istoty naszego bytu, conditio humana, nie może być wierszem znakomitym. 

Dla ilustracji posłużę się przykładem niby-haiku: „Zegar/Tyka, tyka/I przestaje/Ale rzeka...”. 

Wiersz, który tylko zatrzymuje zegar czytelnika, może być dobry, ale znakomity wiersz to taki, 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

13

 

który sprawia, że płynie rzeka wspomnień. 

 

T.M.S. Jak zaczynasz wiersz? Od jakiegoś obrazu, słowa, czy jeszcze inaczej? 
 
S.H.B. Czasem od opisu czegoś, co dostrzegłem – chmury i przelatującego ptaka. Innym razem 
inspiruje mnie czyjaś wypowiedź. Kiedy indziej wiersz rodzi się z uczucia, gniewu, strachu. Po 
pierwszych zapisanych wyrazach następuje rodzaj mistycznej podróży pośród słów. Zapisuję je 
szybko w małym  notesie,  który  zawsze  mam  przy  sobie.  Później usiłuję odczytać moje bazgroły        
i przepisać na komputerze; pojawia się porządek, wiersz nabiera kształtu. 
 
T.M.S. Twoje wiersze wydają się być poddane rygorystycznej „kontroli filozoficznej”, jaką 
nakazywał Kawafis, nie są wytworem jedynie tego, co nazywamy za Platonem „furor poeticus”. Jak 
jest w istocie? 
 
S.H.B. W rzeczywistości wszystkie moje wiersze powstały w stanie owego platońskiego 
pobudzenia ducha. Jakaś fraza czy obraz pojawiają się w głowie i nie dają mi spokoju; wtedy 
sięgam po pióro i przelewam ten niepokój na papier. Jeśli pojawia się jakaś kontrola filozoficzna, 
to właśnie dopiero w trakcie przepisywania, podczas pracy nad wierszem. 
 
T.M.S. Co ma większe znaczenie przy pisaniu poezji – dusza czy umysł? 
 
S.H.B. Myślę,  że najważniejszy jest nastrój, uczucia poety, stan ducha, one tworzą z wierszem 
nierozłączną całość. Niektóre wiersze mają nastrój tak prawdziwy, są tak szczere, że wywołują 
nieodparte uczucie, jakby poeta pisał te słowa do mnie – przeciwnie, niż gdy mamy do czynienia      
z wierszopisem zaczerniającym papier za pomocą atramentu, jak to wierszokleci mają w zwyczaju. 
Wiersze bez nastroju moim zdaniem nie są poezją, a jedynie konstrukcją ze zdań. 
 
T.M.S. W twojej poezji jest wiele odniesień do judaizmu. 
 
S.H.B. Jestem Żydem z urodzenia i z wyboru. Szanuję  żydowską religię, tradycję i kulturę. 
Dlatego judaizm jest obecny w mojej poezji, zarówno w swojej warstwie czysto duchowej, 
religijnej, jak i kulturowej. 
 
T.M.S. Czujesz się bardziej poetą amerykańskim czy żydowskim? 
 
S.H.B. Myślę,  że nie da się tego we mnie rozdzielić; powiedziałbym jednak, że  żydowsko-
amerykańskim. 
 
T.M.S. Jesteś nie tylko poetą, tłumaczem, wydawcą, ale też intelektualistą, zatem muszą 
zajmować cię problemy dzisiejszego świata. Co sądzisz o sytuacji w Libii, Syrii, Iraku?  
 
S.H.B. Myślę, że jesteśmy na krawędzi trzeciej wojny światowej, która naprawdę może zakończyć 
wszystkie konflikty niezakończone przez II wojnę; może też uczynić Ziemię bezludną. Spór na 
temat powodu rozpoczęcia przez USA działań wojennych w Iraku do niczego nie prowadzi; należy 
pamiętać o złożoności ówczesnej sytuacji: Saddam Husajn to był potwór, jednocześnie 
powstrzymywał agresywne zapędy Iranu, podobnie jest dzisiaj z Baszszarem al-Asadem 
[niezupełnie, ponieważ szyicki Iran wspiera działania Rosji, a tym samym Asada, który jest 
alawitą; Husajn był sunnitą, za którym to odłamem islamu opowiada się też ISIL/ISIS, dominuje 
on także w Turcji, przyp. tłum.]. Celem tych, którzy szanują zachodnią cywilizację (chociaż Gandhi 
nie był wobec niej bardzo entuzjastyczny; zapytany „Co pan sądzi o cywilizacji Zachodu?”, 
odpowiedział: „Myślę, że to mógłby być dobry pomysł”) jest, jak uważam, pokonanie wywodzącego 
się stamtąd zła. Odsunięcie Husajna od władzy wywołało próżnię, którą wykorzystał Iran; zadanie 
wyeliminowania zła nie zostało dokończone, USA i alianci nie doprowadzili do usunięcia rządu 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

14

 

mułłów w Iranie. I mamy teraz największe państwo terrorystyczne, które posiada technologie 
nuklearne i potrafi je wykorzystać do celów zgoła niepokojowych. Chomeini powiedział kiedyś 
„nawet jeśli stracimy 20 milionów ludzi, to będzie tylko mała część Ummy” [wspólnoty 
muzułmańskiej, przyp. tłum.]. Walka jest trudna, przecież nawet naziści nie mieli w swojej 
ideologii samobójczych ataków, a dżihadyści  i  owszem,  bo  za  męczeńską  śmierć mają obiecane 
rozkosze w raju. Dlatego zapewniają,  że kochają  śmierć – podczas gdy Żydzi kochają  życie,               
i dlatego wygrają. Na taki fanatyzm odpowiedzią może być tylko siła, to jedyne, co wzbudza u nich 
szacunek, i jedyne, czego się boją. 

Ostatnio USA prowadzą niezrozumiałą, miękką politykę, która w końcu je osłabi i może 

doprowadzić do tego, że przestaną być największym mocarstwem, a powinny utrzymywać 
restrykcje i nie podpisywać  żadnych porozumień [chodzi o porozumienie nuklearne z Iranem 
podpisane w lipcu tego roku w Wiedniu, przyp. tłum.]. Pokój przez dyplomację to mrzonka, 
działanie w stylu Chamberlaina, którego skutki znamy. 
 
T.M.S. Jakie masz plany na najbliższą przyszłość? 
 
S.H.B. Dochodzę do osiemdziesiątki, więc moje plany poetyckie i wydawnicze nie są 
dalekosiężne; chciałbym opublikować kilka swoich zeszytów poetyckich [w krajach anglosaskich 
często wydaje się poezję  w  formie  broszurowej,  zwykle  jako  zszywane  spinaczami  zeszyty                 
w niewielkim nakładzie, zwykle ok. 100 egz., przeciwnie niż w Polsce, gdzie dominuje 
megalomański przerost formy nad treścią, przyp.tłum.] i wspomnienia, a także kilka nowych 
antologii poetyckich, serie poetyckich pocztówek. Ale, cóż... człowiek planuje, Bóg się uśmiecha. 
 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 
 
 
 
 

 

 

Vincent van Gogh, Krajobraz prowansalski, rys. piórem, ok. 1888 – 1890 r.,  

Rijksmuseum 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

15

 

STANLEY H. BARKAN 

 
 
 

Mojżesz mówi wszystko 
 
Myślisz, 
że napisanie 
Dziesięciu Przykazań 
zajęło 
40 dni i nocy? 
Naprawdę, 
zajęło to 
tylko 
jeden dzień i noc. 
39 dni i nocy 
trwało 
ozdabianie 
liter. 
 
 
 
Nazywanie ptaków 
 
Znużony nazywaniem  
domowego bydła i ryb 
Adam zajął się ptakami. 
„Kruk” – powiedział, 
potem „gołąb”, 
proroczo. 
Pierwsze powietrzne stworzenia, 
symbole przyszłych czasów, 
deszczu, powodzi i tęczy. 
Mało go obchodziły ptaki, 
które by śpiewały 
o świcie i zmierzchu, 
więc Ewa postanowiła sprawdzić 
swój językowy kunszt. 
„Słowik” – wyszeptała.  
„Ibis, czapla, flaming,  
papuga, paw, tanagra…” 
Tajemnica, gracja, przepych 
myśli, ruchu i wyglądu. 
Trzeba było kobiety, 
by właściwie nazwać 
ptaki Raju. 
 
 
 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

16

 

Styczeń 
 
Szron pokrywa 
nagie gałęzie, 
czarne na tle szarego nieba. 
Cisza jak w oku cyklonu, 
wiatr planuje zmianę kierunku. 
Szkliste kawałki lodu 
spadają z dachów 
na schody. 
Pchnięte dłonią drzwi 
otwierają się nieufnie. 
Mroźne powietrze  
szczypie w nos. 
Mężczyzna idzie powoli. 
Otulony futrem, 
w szaliku na szyi, 
z czerwonymi uszami, 
siłuje się 
ze styczniem. 
Sosnowe igły 
kłują jak myśl 
nienarodzona. 
 
 
 
Już czas 
 
Trzech starców 
siedzi na ławce 
przy rynku; 
 
czekają, patrzą 
na wskazówki zegara 
zawsze takie powolne. 
 
Praca skończona, 
pieniądze zarobione, wydane, 
odchowane dzieci. 
 
Teraz jest pora oczekiwania,  
czas 
przemijania. 
 
W chłodnym  
cieniu palm 
w upalny dzień. 
 
Sękate dłonie 
ściskają srebrne gałki lasek; 
starcy patrzą, 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

17

 

wspominają 
dni pełne roboty 
w polu 
 
 
pod sycylijskim niebem,  
kosze pełne oliwek, 
migdałów, pomarańczy. 
 
Dziewczyny w białych bluzkach 
mijają ich i gapią się 
na chropowate ręce. 
 
Z festynu dochodzą 
wysokie tony piccolo, 
brzdąkanie drumli. 
 
Teraz jest pora oczekiwania, 
czas 
przemijania. 
 
Niezmącony spokój... 
Wskazówki wielkiego zegara 
ruszają się powoli. 
 
Słońce już wysoko 
ponad górami 
na czystym błękicie nieba, 
 
cienie 
na tarczy zegara 
ruszają się 
 
jak wahlarze, 
sękate dłonie 
ściskają srebrne gałki lasek. 
 
Starcy siedzą 
w cieniu pod palmami, 
koło pomników 
 
tych, którzy polegli na wojnie, 
by nie było więcej wojen; 
wspominają... 
 
Czas mija... 
słońce zapada... 
wieje wiatr... 
 
 
 
 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

18

 

Bar Sur 
 
Siedzimy przy kwadratowym stoliku, 
świeca pali się w okrągłym lampionie, 
obok niej leży popielniczka, 
pod nią zdjęcia, ulotki, plakaty. 
Wszystko pomieszane. 
Słuchamy. Stary, chudy pianista 
w prążkowanym garniturze 
gra tanga. „Adios, Muchachos”,  
„El Choclo”, „Hernando’s Hideway”. 
Widzę Marlenę, w rogu, z papierosem 
w kryształowej cygarniczce. 
Wchodzi Humphrey, wiesza kapelusz, rozgląda się, 
w cieniu siedzi Peter, obok ten grubas Sydney, 
rozwalony na dwóch krzesłach sączy dżin. 
Pewnie zaraz wejdzie Rita, z nią Yvonne. 
Same zjawy, rozumiesz. 
Głos Gardela płynie w powietrzu. 
Oczekiwanie. 
Nadchodzi tango. 
Magia. 
Cofa się zegar, 
powraca czarno-biały film. 
Już można 
śpiewać i tańczyć 
do nut poezji 
naszych serc. 
 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 

 
 

Od tłumacza:  „Bar Sur” znajduje się w starej części  Buenos  Aires,  powstał w 1967 r., słynie z występów 

najwybitniejszych artystów tanga oraz wystroju wnętrza z lat 40., urządzonego z wielką dbałością                    
o szczegóły. Carlos Gardel (1890 – 1935) argentyński  śpiewak,  aktor,  kompozytor,  autor  piosenek,                 

w Argentynie uważany za największego spośród  śpiewających tango, autor klasycznych utworów tego 
gatunku, jak np. „Volver”, „Por una cabeza”. Marlena, Humphrey, Peter, Sydney... aktorzy filmowi 

popularni przede wszystkim w latach 1930 – 1960, znani m.in. z filmów „Błękitny Anioł”, „Casablanca”, 

„Sokół maltański”, „Gilda”. 

 
 
 

Stanley H. Barkan, ur. 26 listopada 1936 r. w Brooklynie (Nowy Jork). Poeta, pisarz, wydawca, redaktor, 

tłumacz, nauczyciel, organizator imprez kulturalnych, m.in. w nowojorskiej siedzibie ONZ, założyciel              

i właściciel Cross-Cultural Communications, wydawnictwa specjalizującego się w dwujęzycznych 
publikacjach poezji z całego  świata, głównie azjatyckiej i południowoamerykańskiej oraz tworzonej przez 

przedstawicieli  żydowskiej diaspory, także w jidysz; do tej pory nakładem CCC ukazało się ponad 400 

tytułów w 57 językach. Poezję Stanleya Barkana przełożono na 25 języków, na polski jego wiersze tłumaczył 
Adam Szyper, Aniela i Jerzy Gregorkowie, Tomasz Marek Sobieraj; utwory Barkana ukazywały się                 

w licznych antologiach i czasopismach literackich w kilkunastu krajach; walijski kwartalnik poetycki „The 
Seventh Quarry” poświęcił mu cały numer z kwietnia 2014 r. Za swoją działalność literacką i wydawniczą     

S. Barkan otrzymał wiele międzynarodowych nagród i wyróżnień. Jest autorem dziesięciu książek i zeszytów 

poetyckich, w tym kilku dwujęzycznych, ostatnie to Raisin with Almonds / Pàssuli cu mènnuli (wyd. Legas, 
2013), Sailing the Yangtze i Tango Nights (wyd. The Feral Press, 2014) 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

19

 

 

 

Andrea Mantegna, Judyta, rys. piórem, 1491 r., Uffizi 

 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

20

 

LIDIA CHIARELLI 

 
 
 
 

Manhattan 
 
Wieżowce wznoszą się 
ku chmurom 
szybko mknącym 
tego ranka 
po niebiesko-różowym niebie. 
 
Snopy światła 
odbijają się w szkle Manhattanu. 
 
Budzi się miasto 
głosy i kolory 
mieszają się 
na pędzącej karuzeli życia. 
 
 
Nowy Jork, 24 lipca 2010 
 
 
 
 
Central Park 
 

Słyszałem dźwięk lata 

w padającym deszczu 
   

– Lawrence Ferlinghetti 

 
Bluesowe rytmy 
w Central Parku 
nadają ton myślom 
kiedy idę 
alejką w stronę 
„Strawberry Fields”. 
 
Daleko  
– za zasłoną letniego deszczu – 
widać 
okno Dakoty 
zamknięte dawno temu 
w mroźny grudniowy wieczór. 
 
Doskonały w swej geometrii 
czarno-biały krąg mozaiki 
zawiera 
tylko jedno słowo: 
„Imagine”. 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

21

 

Moje palce delikatnie dotykają 
przesłania pokoju 
 
ciągle obecnego 
mimo wszystko. 
 
 
Nowy Jork, 25 lipca 2010 
 
 
 
 
Niagara 
 

Nic nie jest bardziej miękkie i ustępliwe 
niż woda, 

ale też nic się jej nie oprze. 

  

– 

Laozi 

 
Płyniemy po rzece 
wściekła woda rzuca łodzią 
słychać 
oddech fal. 
 
Pieści nas lekki deszcz 
a szum – coraz większy –  
jest pramuzyką. 
 
Spowici mgłą 
drżymy u wrót otchłani 
 
(widać  
oszalałe 
odmęty)  
 
i powoli zlewamy się  
z nieprzeniknioną bielą 
Niagary. 
 
 
Nowy Jork, 27 lipca 2012 
 
 
 
 

 

 
 

 

 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

22

 

Sierpniowy deszcz 
 

Nel mio gardino triste utula il vento, 
cade l’acquata a rade goccie,poscia 

più precipite giù crepita scroscia 
a fili interminabili d’argento... 

   

– Guido Gozzano 

 
Zapach piżma 
i kwiatów 
spotęgowany burzą 
 
w sierpniowy poranek. 
 
Poskręcane gałęzie jabłoni 
opłakują 
przeszłość. 
 
Kiedy idę ścieżką 
pośród wyblakłych  stokrotek 
 
(ich płatki jak mokre confetti) 
 
słucham rzewnej muzyki  
którą deszcz 
powoli układa 
tylko dla mnie. 
 
 
2011, Agliè, Villa Il Meleto 
 
 
 
Obraz i poezja 
 

dla Jacksona Pollocka 

 
Pollock-Krasner House, East Hampton 

 
W końcu 
widzę cię, 
Jacksonie Pollocku, 
jak klęczysz na podłodze 
pośród pędzli 
i chlapiesz farbą na płótno. 
 
Z mroków twoich myśli 
powstaje inny wszechświat 
 
nowe galaktyki 
(te długie zapętlone linie) 
nabierają kształtu 
 
z każdym gwałtownym ruchem rąk 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

23

 

 
zapadam coraz głębiej 
w obszary bez formy i czasu 
spowite kolorami 
twojej „Poszarzałej tęczy”. 
 
Posiedzę jeszcze chwilę 
posłucham ciszy oceanu 
 
(a może głosu silnika 
twojego Oldsmobila) 
 
 
 
potem – dzisiaj w nocy –  
napiszę wiersz dla ciebie 
Jacksonie Pollocku. 
 
 
2 sierpnia 2012 
 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 

 
 
 

Lidia Chiarelli, ur. w Turynie włoska poetka, twórczyni międzynarodowego ruchu Immagine & Poesia 

skupiającego artystów sztuk wizualnych i poetów z kilkudziesięciu krajów, współorganizatorka wydarzeń 
artystycznych we Włoszech i USA, m.in. Promotrice di Belle Arti, Piemonte Artistico Culturale, Artist Adel 

Gorgy’s Garden;  ukończyła filologię angielską na Uniwersytecie w Turynie. Jej poezję  tłumaczono na 

angielski, francuski, czeski, słowacki, rumuński, norweski, koreański, albański i polski, a wiersze 
publikowano w kilkunastu antologiach. Debiutanckim zbiorem poetki jest Immagine & Poesia  z  2013  r.,        

z którego pochodzą publikowane w tym numerze „KL” wiersze. 

 
 
 

 

 

Amedeo Modigliani, Szkic do portretu Jeanne, rys. piórem, ok.1918 r., kolekcja prywatna 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

24

 

Arkadiusz Frania 

 

CHOĆBY TYLKO SAMOLOCIKI Z PAPIERU 

 
 

zy książka jest artykułem pierwszej potrzeby? Czy bez kartek usmolonych alfabetem można 
żyć? Na pierwsze pytanie odpowiedź brzmi: „Nie”, na drugie: „Tak”. Ale zaraz potem muszę 

zająknąć się: „Ale po co?”. Po co żyć bez książek? I czy, człowieku nieczytający, lepiej będzie Ci na 
co dzień i od święta, gdy zamiast piątej księgi Pana Tadeusza zjesz piątego kotleta ze smażonymi 
kartoflami? Oczywiście, jeżeli ktoś chce, droga wolna nieusłana literaturą na sam dół. Pa. 

Właśnie wróciłem z Agatką (żona, więc to ważna Osoba) z cosobotnich zakupów w Lidlu (lubię 

z „Lidla” robić Amerykę – „LidLA”, literując po angielsku: „el”, „aj”, „di”, „el”, „ej”, kładąc nacisk 
na „LA” jak na Los Andżeles co najmniej). Koszyki klientów wyładowane po stalowe brzegi. 
Chrupiące pieczywo z pieca, świeże warzywa i owoce, ryby i mięso. Słoiki stukają o słoiki,  piwa       
w puszce ocierają się o Metaxę w zestawie z tonikiem i wyprofilowaną szklanką. Ludzie kupują 
tyle, jakby jutro miała nastąpić zagłada i anioł śmierci szykował się do żniw (przez całą noc będzie 
rozlegać się ostrzenie kosy i ujadanie psów – zwiastunów pomoru rodu ludzkiego). A czy ktoś 
widział, by bliźni wyjeżdżali z supermarketu z hałdami książek, z naręczami Sienkiewiczowskiej 
Trylogii i dzieł wybranych Edwarda Stachury? 

Wspomniałem o alfabecie. Tak często beztrosko gardzimy jego mocą, a alfa-bet to przecież alfa 

i omega. Bez liter na papierze świat nie istniałby realnie i niepodważalnie, gdyż  przekazywany         
z ust do ust robiłby się coraz silniej zniekształcony (głuchy telefon), osiągając poziom 
funkcjonowania: „niepewny”, „niesprawdzony”, „wymaga zbadania”. Oczywiście, rozmowa pełni 
poniekąd funkcję informacyjną i jako tako, na użytek chwili, ułatwia odnalezienie się w przestrzeni 
i czasie. Oto taki epizod: na rondzie Mickiewicza w Częstochowie, zmierzając do piekarni, 
usłyszałem, jak młody mężczyzna o zszarzałej aparycji zapytał kwiaciarki krzątającej się wokół 
swojego florystycznego kramu: „Jaki dziś dzień?”. „Sobota” – odrzekła odważnie, bez przystanku 
oddechu i zbicia z tropu, kobieta; interlokutor zaś szepnął na ucho Bogu Wszechmogącemu, 
Najświętszej Panience Maryi i Wszystkim Świętym (tym od podsłuchiwania, jak i trzeźwości): 
„Już?”. Ciągu dalszego nie było, kwiaciarka wróciła do roślin, a chłopca zabrał poranek i brzęk 
butelek szamoczących się w rękach kolegów zgromadzonych po nocnej burzy z piorunami przed 
lecznicą monopolową. 

Notowanie rzeczywistości przeto nie jest tożsame z jej poznaniem, gdyż  słowo w druku 

również rodzi pokusy odbioru wieloznacznego. Nie tu jednak miejsce na analizę tego 
semantycznego zagadnienia, chciałem tylko uczynić wstęp do refleksji o książce jako przedmiocie. 
Na bok odrzucę również liberaturę i dyskusję o książce jako dziele sztuki (przypadek  publikacji      
o morzu wtłoczonej niczym stateczek do butelczynki po rumie, tzw. rafandynka). 

Jako człowiek wolny, niezmuszany najgorszymi z możliwych okolicznościami zewnętrznymi 

do czytania określonych dzieł, od zakończenia studiów sukcesywnie nadrabiam zaległości 
lekturowe. Na polonistyce trzeba było czytać dużo, w pośpiechu, na czas, do egzaminu. Bez 
delektowania się. Kęsy i hausty. Kęsiory i hauściory. Bez rozgryzania, kawałki wprost do głowy. 
Czytanie przypominało rozszarpywanie ciała gazeli przez lotnego drapieżnika. Fabuła, postaci, 
świat przedstawiony, puenta, okoliczności powstania. 

A teraz spokój. Książki dobieram, kierując się – wiem, że zabrzmi to jak sekciarstwo – głosem 

wewnętrznym, czyli w jakimś sensie przymus, z tym że subiektywny, immanentny, 
psychopochodny. Na przykład ostatnio podczas kąpieli, uświadomiłem sobie, że nie dość głęboko 
poznałem twórczość Józefa Wittlina. Namiętność i pożądanie są niezbędne do prawidłowego 
przebiegu procesu odbioru dzieła sztuki. Przebrnąłem kiedyś przez Hymny i Sól ziemi
Zakotwiczył mi się w mózgu poniższy obraz tego okołoskamandrytowego pisarza (spędził szmat lat 
na emigracji i nie wrócił do ojczyzny, dzieląc dolę-niedolę z Kazimierzem Wierzyńskim i Janem 
Lechoniem):  żył dość  długo, ale nie napisał zbyt wiele, kilka wierszy, jedna powieść nawet 
znakomita (dzięki niej wymieniano Józefa Wittlina w gronie kandydatów do Literackiej Nagrody 
Nobla w 1939 roku), poza tym parę artykułów, ale to właściwie  auctor unus libri (autor jednej 

C

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

25

 

książki – Soli ziemi). Zacząłem szukać w księgarniach, antykwariatach, gromadząc spuściznę 
Józefa Wittlina. Czy młodzież  właściwie zrozumie „spuściznę”, to znaczy inaczej niż erotycznie? 
Oto wielka zagadka współczesnej polszczyzny, dlatego by uniknąć nieporozumień podaję za 
słownikiem języka polskiego: „spuścizna [...] 1. «to, co zostaje w spadku po kimś; spadek, 
dziedzictwo» [...] 2. «utwory, dzieła autora, który już nie żyje»”. 

W jednym ze składów starych książek nie za bardzo kojarzono postać, sądząc,  że to inny 

Wittlin: Jerzy czy Tadeusz. Mimo drobnych przeciwności losu, w ciągu miesiąca zakupiłem między 
innymi dwa przedwojenne wydania Odysei (z 1924 i 1931 roku), a także  Gilgamesza. Powieść 
starobabilońską
 w tłumaczeniu bohatera, trzecie wydanie Hymnów z 1929 roku oraz pierwszą 
edycję Soli ziemi datowaną na 1936 rok. W sumie 30 centymetrów literatury.  

Każdy okaz, po dostarczeniu przez polską pocztę, dokładnie obejrzałem, lecz nie w celu 

znalezienia wad, tylko zalet, czyli śladów korzystania z nich. Stare woluminy kryją tajemnice, choć 
zazwyczaj nie tak satanistyczne jak Dziewięcioro Wrót do Królestwa Cieni, których historię 
przeniósł na ekran Roman Polański w filmie Dziewiąte wrota: to opowieść o poszukiwaniu trzech 
ocalałych egzemplarzy diabelskiej księgi, a właściwie zawartych w nich rycin, one bowiem 
odczytane w odpowiedniej kolejności przywoływały Lucyfera (w tym miejscu proponuję 
przeżegnać się). 

Każda książka będąca w obrocie czytelniczym jest dowodem na współżycie z nią człowieka. 

Najpiękniejszą, najpełniejszą formą recepcji publikacji danego pisarza są fizyczne dowody lektury 
bądź tylko kontaktu z papierem. Dlatego macam, gładzę; wciskam nos w celulozę i wącham. 
Nasiąkam. Nie zawiodłem się, bo literackie dziedzictwo Józefa Wittlina dostarczyło mi wielu 
wrażeń i wzruszeń właśnie organicznych. 

W  Hymnach (praca ukazała się w serii „Pod znakiem poetów” nakładem  Wydawnictwa            

J. Mortkiewicza) nie wszystkie kartki były rozcięte, co wprowadziło  mnie  w  stan  euforyczny.            
I pomyśleć,  że od 1929 roku, czyli przez 86 lat, ten egzemplarz uszedłszy  zawierusze  wojennej          
i mniejszym rewoltom, błąkał się, by odnaleźć mnie, toteż powinienem z woli księgarskich niebios 
z namaszczeniem, za pomocą współczesnego nożyka, przeciąć papier. W dodatku moje Hymny to 
sam środek, jakby wyrwane serce z klatki piersiowej – z żeber okładki. Zwierzę, z którego zdarto 
na żywca skórę. 

We wnętrzu pierwszej edycji Soli ziemi (1936 rok, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, 

introligator okładką uczynił kawałek tapety z białymi kwiatowymi wytłoczeniami na wyblakłym 
bordowym tle) między stronicami 194 i 195 tkwił, niemal wbity w grzbiet, ogryzek 
pomarańczowego ołówka. Nuże, przekartkowywać powieść, od początku do końca, i z powrotem, 
wte i wewte, szybciej, wolniej. Żywiłem nadzieję na zetknięcie się z podkreśleniami wykonanymi 
grafitem. Rozczarowanie. Nie było zaznaczeń. Czego czytelnik szukał i, co istotniejsze, czego nie 
znalazł? Gdyby choć jedno słowo zostało wskazane, ileż teorii mógłbym wysnuć. A tak 
poszukiwanie bez happy endu, właściciel wcisnął  ołówek wspomagający czytanie innej książki. 
Chyba  że (tu eureka) samo pozostawienie pomarańczowego drewienka w tym, a nie innym 
miejscu, na rozstaju tych, a nie innych stronic, jest najważniejszym sygnałem. Lecz co nam mówią 
ostatnie dwa zdania wydrukowane na 195 stronicy: 

  

Nikt z tej masy podróżnych, którym pierwszy raz w życiu wolno było jechać całkiem 
darmo, nie wiedział dokąd jedzie. Wszyscy wiedzieli tylko jedno: na Węgry, gdzie ludzie 
żrą paprykę i gdzie Najjaśniejszy Pan jest zaledwie królem.  

 

Czy czeka mnie podróż (tak, zbliżają się wakacje i z Agatką wybieram się wyjątkowo po raz 

ósmy do Buska-Zdroju)? Czy powinienem unikać jedzenia papryki? Niedocieczenie.  

Kilka lat temu tomik Wisławy Szymborskiej Wszelki wypadek z 1972 roku dostarczył mi 

dwóch innych znalezisk. Między wierszami Pomyłka i Wrażenia z teatru – metka z napisem: 
„MADE IN GT BRITAIN / St Michael / all wool / AGE 10 / TO FIT CHEST 30"” (brzmienie 
oryginalne, liczby i „St Michael” – czerwone, reszta czarna, metka szara), a między stronicami 38   
i 39, na dwustronicowym liryku Klasyk fragment czarno-białego zdjęcia przedstawiającego 
piaszczystą plażę, na niej na pierwszym planie – kobieta przymierzająca słomkowy  kapelusz,           

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

26

 

a w górze, w odległości  20  –  30  metrów  od  opisanej  pani  –  dwie  grupki  małych (perspektywa) 
wczasowiczów. Czy metkę i zdjęcie pozostawił ten sam czytelnik? Czy stanowiły nowoczesne 
zakładki? I kto zadał sobie tyle trudu, by oderwać znak odzieżowy od ubrania i wpleść go do 
literatury? Kto i dlaczego wyciął  właśnie ten kadr z fotografii? Elegantka, a może  ukochany?          
W filmach pojawiają się nieszczęśliwcy, którzy w desperacji po odrzuceniu przez partnera 
wykrawają ze zdjęć wizerunki byłych sympatii, aby pozbyć się przeszłości. W tym przypadku 
wyglądało to wszystko na pozytywne wspomnienie (wycięcie na wiecznej rzeczy pamiątkę, nie dla 
destrukcji) z późnych wakacji, gdyż plaża jest raczej wyludniona, więc po sezonie, ostatnia dekada 
sierpnia bądź początek września (wietrzą się pokoje po letnikach)? 

Czas na Gilgamesza. Nie przywołuję tej powieści starobabilońskiej w przekładzie Józefa 

Wittlina, żeby ją streścić czy podzielić się informacjami o fakturze papieru (książka została wydana 
w 1986 roku i nie zalicza się do „inkunabułów”). Również nie, skądinąd świetne, rysunki Marka 
Żuławskiego wzbogacające wydanie są pretekstem dla moich zapisków, ale niepozorna etykietka 
przyklejona przez antykwariat do czwartej stronicy okładki. Naklejka zawiera bowiem, oprócz 
spodziewanych danych w postaci ceny (8 złotych), czy szeregu 13 cyfr kodu kreskowego, nadruk: 
„literatura używana”. Więc jednak ktoś wcześniej „używał” tej książki, czyli czytał, czyli wchłaniał 
atmosferę opowieści i symbolikę grafik, czyli był za pan brat lub po macoszemu skomunikowany    
z publikacją. Sprzedawca gwarantuje i zachęca. Jeśli ktoś już zadał sobie tyle trudu i poświęcił czas 
na odbiór, deszyfrowanie komunikatu artysty pisarza, dowodzi to „cenności” wystawionego na 
licytację (możliwa  opcja:  „kup  teraz”)  rarytasu. Niewykluczone też, iż czytelnik używał sobie na 
Gilgameszu, ale książka na szczęście nie nosi widocznych śladów dewastacji, deprawacji, rozpusty, 
sodomy i gomory (po przedstawionym w amerykańskim filmie American Pie „instruktażu”, jak na 
stole w kuchni odbyć stosunek seksualny z ciastem, wyobraźnię mam bardziej elastyczną). 
Sformułowanie „literatura używana” to cytat czerwca 2015 roku w mojej prywatnej klasyfikacji. 

I na koniec przykład recepcji własnej książki.  W  najpopularniejszym  serwisie  zakupowym        

w kraju antykwariat wystawił na „pozbycie się” egzemplarz mojej ostatniej książki  Rzeźby               
w maśle. Prozy z pamięci
, która ukazała się w lipcu 2014 roku. O ile stan techniczny skwitowany 
jako „plus dobry” nie pobudza do zastanowienia i nie rodzi ponadnormatywnych, czyli wariackich 
zachwyceń (przecież używanie literatury nie jest obojętne dla fizjonomii pracy i przez prawie rok 
kibić książki musiała ulec palcom lub choćby oddziaływaniu towarzystwa innych publikacji – na 
półce, w kartonie, w piwnicy), o tyle porwał mnie wpis wystawcy w rubryce „dodatkowe 
informacje”: „dedykacja autora dla poprzedniego właściciela”. Nie biorę za złą monetę przekazania 
książki do handlu przez jedną z kilkudziesięciu obdarowanych przeze mnie osób (może ktoś został 
obdarowany wbrew swojej woli), ale cieszę się,  że egzemplarz rozpoczął podróż, wypełniając 
własne przeznaczenie, przecież, jak głosi sentencja łacińska, habent sua fata libelli („i książki mają 
swój los”). 

Do Ciebie się zwracam, przyszły czytelniku produktów moich mozołów twórczych: bez żenady 

używaj ołówka do podkreślania, wykreślania, zakreślania, zamazywania, a gdy do niczego nie 
przydadzą Ci się kartki zapaskudzone zdaniami, zrób z nich samolociki i puszczaj na wiatr. Nie ma 
nic gorszego, niż śmierć książki, niż książka-śmiech, książka-śmieć. 

 

 

 

 

Amedeo Modigliani, Kariatyda, rys. ołówkiem, kredka, 

ok. 1918 – 1919 r., The New Art Gallery Walsall 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

27

 

ANDRIEJ BAZILEWSKIJ 

 
 
 

Hejże błaźnie! 
 
Hej, błaźnie! Pomówmy o tym i owym… 
Straciwszy wiarę  – skąd weźmiesz pragnienie? 
Mędrcu, przyznaj, że w groszowej wycenie 
wiedza zamarza w gardle jak sopel lodowy 
i się przemienia w kulę kryształową, 
nieważkim obłoczkiem odtajając, 
i że dar boży próżno przepadł w słowach, 
i że odchodzisz – dokąd – nie poznajesz. 
Z krwawiącym kneblem przeżuwanym w ustach, 
białkami ślepo wpatrzonymi w niebo, 
ze źrenicami wspartymi o pustkę 
przyznaj, żeś w gadaninie sedno grzebał, 
i czasu było brak, by zrozumieć na dłużej:  
nie dla słowa żyjemy i nic się nie powtórzy. 

 

 
 

Malutki psalm 
 
Klasztor – biały statek nagle znikąd. 
Święty krzyż – przedział bez przedziału. 
Prawe słowo, jestem twoim niewolnikiem. 
Serce płacze. Dusza – zaśpiewała. 
 
Gdzie nam przystań zapali ognie, 
wie tylko ten, który ze Wszystkich Najwyżej. 
Zawołaj mnie, ustrzeż, bądź mi jak przewodnik. 
Jam niegodzien – lecz niech usłyszę. 
 
Gdybym mógł – Ciebie wołając przez szloch –  
ukochanych wyzwolić z zapomnienia... 
Chcę zamienić się w proch 
tu, na wyspie wszechwybaczenia. 
 
 
 
Dla Ciebie 
 
Co nam odmierzono na tej ziemi? 
Kawałeczek życia, nie przez nas wydumany. 
Cząsteczkę słowa, wypowiedzianego we śnie. 
Zwłaszcza to, co wypieściliśmy własnymi rękami. 
 
Rodzime – ciepło – wiedzie nas bezpiecznie 
przez pustkę czasu – byle sensu się trzymać. 
Jak poznamy, że – zaczęło się to, co wieczne? 
I gdy skończy się droga, co będziemy wspominać? 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

28

 

Widzimy dobrze w nocy i ślepniemy w dzień. 
Lecz światło w okienku – już inne, prorocze. 
Pobądź jeszcze… Pomilczmy ze sobą… cień w cień. 
Słyszę. W jednym momencie – z tobą się jednoczę. 
 
 
 
Przelatując nad 
 
Gdy wódz udusił Mc Murphy'ego 
i dom smutków opuścił wkrótce, 
obnażyło się serce jego. 
Biegł coraz szybciej i szybciej, zadyszany przywódca. 
 
W piersiach tętno pędziło jak silnik, 
zawołała Go wielka woda. 
I tak będzie uciekać, aż bezsilny 
zapomni dokąd. Trafi na przeszkodę. 
 
Odczep się, swoim czółnem odpłyń jak najdalej. 
Nie ma już komu próżnych żalów wylewać. 
Przy brzegu tańczy wiatr – jemu wolno szaleć – 
nikt nie jest sam na świecie. Nadejdzie czas na rewanż. 
 
 
 
Choćby to
 
 

 
Deszczem uranowym, ołowianym kurzem 
przetoczyliśmy się po ziemskiej naturze, 
los podarowany w ciało się nie oblekł, szybko zużył, 
z zapowiedzi marzeń nic nie można wróżyć. 
 
Brednią, bzdurą było, żeśmy jak bogowie; 
powstał komnat szereg w tej złudnej nadziei. 
Mity ponad prawdą triumfowały w głowie, 
okaże się teraz to winą idei. 
 

 
Beznamiętnymi oczami ślepnącego starca 
przyszłość na nas patrzy chłodno, bez pogardy, 
każe się żegnać z „utopią” – mit skarlał, 
zgnilizną wkoło toczy, wiek śmierdzący, hardy. 
 
Ze wstydu dreszcze nas biorą i każdy jest chory,

 

ale światło nie różni się od cienia: 
obraz dalej jest zamazany, zapomnienia pozory, 
bo kłamstwo jak przebiśnieg wychodzi spod ziemi,  
i nikogo nie zdołał już uratować 
język nasz, nadal jak w dybach więziony. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

29

 

 
…Znowu przeszlibyśmy drogą krzyżową – 
nawiedzonych przecież Bóg uchroni. 
 

 
W innym kraju, w innych czasach może 
wszystko było tak samo, pewnie nawet gorzej. 
Zmęczony kruk – gdy wiecznej wojny pożar –  
nad światem krąży i ścierwa szuka na dworze. 
 
Wznieciła się do nieba mętna, chmurna fala, 
lecz głosy kochających niezmiennie śpiewają, 
brzmią przez duszę trącane struny – niby alarm 
w innych czasach, w innym kraju. 
 
 
 
W granicach widoczności 
 

 

 

Warto stracić, by uprościć życie, 
nie zagrozi to ubóstwem wrażeń. 
Kiedy cięcie skalpelem – trzeźwi – znakomicie 
odcina miraże. 
Warto stracić, niż żyć w przeczuwaniu biedy, 
oderwać się – jest lżej i uczciwiej. 
Mętnej wody nałykać się niekiedy, 
ale – zaczerpnąć też żywej. 
Zanurkować, z zamkniętymi oczami,  
być zmęczonym – ale nie zaginąć. 
I przeczekać na grząskim dnie samym, 
by z otchłani wzlecieć – ku wyżynom. 
Nie bez bólu. Oto on: oddycha na dłoni.   
Nie jest filozoficzny, ale – potrafi przekonać. 
 

 
Pasiasty, bezcielesny kamyczek, 
czuje od zachcianek duszy przesyt, 
leci płasko w locie jak nożyce. 
Bez oparcia, ścina przestrzeń  – w dal się śpieszy. 
Szary, porowaty, niepokaźny – 
drży kamyk, odrzucając cień. 
Zgniecionym wersem pręży się pamięć. 
W niej jest dźwięk cykad, i jasny dzień, 
i morza słoneczne plamy. 
W źrenicy-studni – na zawsze, choć szkoda, 
wzburzona bezpowrotnie, na amen –  
gotuje się ciemna woda. 
W półpustych woszczynach przeciąg się miota. 
Mgła zamienia ogród wyblakły, przekwitły – 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

30

 

w oliwkowy zagajnik... Kto tam? 
Czyjże – ten wzrok odbity? 
Przycichły pierzasty kamyczek 
w przeciągłej ciszy bezdomnej. 
On wciąż jeszcze leci. Gdzieś gwiżdże, 
gdzie nie pamiętają o mnie. 

 
 

 
Temu, co nie odszedł    
 

 
Nieodwracalnie: utracony został ślad 
bliskiej duszy. Pustka wkoło. Ukojenia brak. 
Ile jeszcze przed tobą – milczenia, bez szansy rozmowy, 
ile niejasnych westchnień, głuchej rozpaczy bez słowa? 
 
W ramach ględzenia „bla, bla, bla”, w ramach bredni: 
kiedy ziemia pod nogami parzy, 
po prostu być – też jest zwycięstwem poślednim. 
Nie ma co szperać w chłamie, w rzeczy zużytych cmentarzu. 
 
Wstań – i idź przed siebie. Już wystarczy narzekać. 
Jeśli niczego nie ma – przed tobą nawet daleko. 
Celnie zauważone: wyciągniesz sens z frazy. 
Zrozumienie odnajdziesz, jeśli potrafisz do rzeczy powiedzieć od razu 
 
i, zamieniając zakończenia – we wstępne zapowiedzi, 
w domniemanego kryzysu śmiertelnym uchwycie, 
z martwej fali ślepego smutku, który w tobie siedzi, 
przecież się jednak ocalisz – uratujesz życie. 
 
 
 
Metafizyka nadziei 
 

 
Akordy gradu i suche uderzenia deszczu, 
i plusk wiatru 
              nad roztrzaskanym domem 
niczego już nam potwierdzić nie zechcą, 
prócz tego, że już kiedyś 
   

     byliśmy sobie znajomi. 

 
A potem urwała się nić. 
Nie jest trudno zrozumieć – trudniej zapomnieć i żyć. 
Bo chociaż dom się wygiął, ale nie runął. 
Ledwo żywi – 
             jednak żyjemy, nie porażeni piorunem. 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

31

 


 
Szczypta popiołu na listku papieru. 
Zdmuchnij – i już go nie masz na oku. 
Tak wypala się życie frajerów. 
 
Świecie próżny, któryś rozpuścił się w mroku, 
czyżby i ciebie nie było. 
A  jednak – przyśnij się, choćbyś był jak ten popiół. 
 
 
przeł. Zbigniew Mirosławski 

 
 
 

Andriej Bazilewskij, ur. w 1957 r. w Kałudze. Rosyjski poeta, tłumacz, badacz literatur słowiańskich, 
wydawca. Autor tomów wierszy w języku rosyjskim Kropka (1980), Jak to się działo (1985), Panie Chaosie 

(2000), Na skraju zimy (2008), Raz na zawsze (2009), Portret słowny (2011), Trzykołowy blues (2012), 
Nieobecne czasy (2013), Wspominając święto (2015) oraz przekładów poezji, dramatów i prozy – polskiej      

i serbskiej. Od 1991 r. prowadzi w Moskwie wydawnictwo Wahazar, redaguje Słowiańską bibliotekę,       

m.in.  Kolekcję literatury polskiej i dwujęzyczną  Polsko-rosyjską bibliotekę poetycką. Pod jego redakcją         
i w jego przekładzie ukazało się w języku rosyjskim kilkadziesiąt książek pisarzy polskich, m.in. pisma 

St.I.Witkiewicza w 7 tomach. Dr hab., pracownik Instytutu Literatury Światowej Rosyjskiej Akademii Nauk. 

 

 
 
 

 

 

                   

Vincent van Gogh, Zjadacze ziemniaków, litografia, 1885 r., Museo Thyssen-Bornemisza 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

32

 

NIELS HAV 

 
 
 

Zakład dla ociemniałych 
 
Przechodząc obok zakładu dla ociemniałych, 
wpatrując się w czarną grudniową noc, 
ujrzałem za oknami ślepców, jak na obrazie, 
tańczących tango. Cały budynek 
był rozświetlony niczym latający spodek 
albo dom przepełniony metafizyką. 
 
Stanąłem z wrażenia 
pośród prawdziwych ciemności 
i gapiłem się niemal ociemniały. 
 
 
 
Blef ślepca 
 
Zasłaniały mu oczy szalikiem 
i obracały dookoła. Uwielbiał tę zabawę. 
Otumaniony ciemnością, kręcił się w ekstazie 
między kuzynkami, trzema Gracjami 
piszczącymi z uciechy. Śmiały się z niego, z jego euforii, 
będącej także ich udziałem. Łapał je po kolei, 
ale nigdy nie odgadywał imion, i zabawa trwała 
całe popołudnie. Szczęśliwy w swoich ciemnościach, 
niezmordowany i zuchwały w zabawie, łamał zasady, 
gdy dotykał ich zarumienionych twarzy; 
jego dłonie przepełniała radość. Pragnął  
bawić się dalej, kiedy one bezlitośnie rozwiązywały szal 
i zdejmowały mu z oczu. Wtedy stał rozczarowany, 
bliski łez, porażony światłem, 
które na moment oślepiało go całkowicie. 
 
 
 
Grosik 
 
Przy każdych odwiedzinach musiałem prowadzić ją 
do toalety. Miała kruche biodra pokryte  
sflaczałą skórą. Podnosiłem ją i podtrzymywałem, 
zanim nie stanęła kiwając się przy chodziku. Kredowobiałe 
włosy wyglądały jak nisko zawieszony księżyc; 
nie była wyższa niż dziesięciolatek. 
 
Jej ręce ściskały uchwyt chodzika; 
obierała nimi tony ziemniaków  
i szyła sobie sukienki. 
Palce, pamiętam jak kiedyś obracała w nich grosik,  
wtedy cenny i błyszczący nowością. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

33

 

Ten sam grosik, który później nic nie znaczył, 
gdy inflacja pożarła wszystkie jej oszczędności. 
 
90 lat, i ciągle 
zbuntowana. Na stoliku „Dziennik Misyjny” 
i wczorajsze gazety z nekrologami, 
które czytała przez lupę; 
upór, że chce chwycić się poręczy. 
 
Ubikacja w domu opieki śmierdziała 
szpitalem. Zsunąłem jej spodnie, 
zamknąłem oczy; oparłem głowę o kafle 
i oglądałem taki dziwny film: ja jako martwy, 
moje dzieci gdzieś tam, stare i pomarszczone. 
Właśnie wtedy mnie złapała, rozkazując, 
bym wrócił do rzeczywistości i pomógł jej wstać. 
 
Krok po kroku przeszliśmy drogę powrotną do stolika 
z nekrologami. Czytałem je głośno, 
a ona chciwie słuchała dobrze sobie znanych nazwisk 
i uśmiechała się tajemniczo, 
jakby siedziała w deszczu grosików 
bezgłośnie padającym w jej wspomnieniach. 
 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 

 
 
 

Niels Hav, ur. 7 listopada 1949 r.; duński poeta, autor opowiadań, publicysta. Opublikował dwadzieścia 

tytułów książek w kraju i za granicą, w tym dziesięć zbiorów poezji, ostatnie w 2015 r. w Iranie, Jordanii, 
Turcji. Tłumaczony m.in. na jęz. angielski, arabski, hiszpański, portugalski, turecki, włoski, chiński, farsi, 

serbski, słoweński, polski, albański. Utwory Hava znalazły się w licznych antologiach i czasopismach 

literackich w kilkudziesięciu krajach Ameryki Pn. i Pd., Azji i Europy.  
 

 

 
 

 

 

Vincent van Gogh, Kobiety noszące wegiel, rys. piórem, ołówek, 1881 r., Rijksmuseum Kröller-Müller 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

34

 

Krzysztof Jurecki, Ireneusz Zjeżdżałka 

 

POBUDZIĆ WRAŻLIWOŚĆ... 

 
 

Krzysztof Jurecki Czy czujesz się dokumentalistą? Jakie są granice dokumentu? 

 

Ireneusz Zjeżdżałka Czuję się dokumentalistą po części, ponieważ wykonuję fotografię, którą 
pewnie można uznać za dokumentalną. Jest ona podszyta dużą dozą subiektywnych odczuć, ale 
elementy dokumentu pojawiają się w niej nader często. W Polsce dokument nie do końca 
rozumiany jest we właściwy sposób, mam tu na myśli samo pojęcie. Gdy mówi się o dokumencie, 
przywołuje się zazwyczaj fotografię prasową czy fotoreportaż, które w moim mniemaniu są 
zjawiskiem zupełnie innym i mają inne zadanie. Dla mnie dokument jest formą bardziej statyczną. 
Aby lepiej zrozumieć te różnice warto przyjrzeć się praktyce artystycznej. Klasycznym przykładem 
może być wystawa Dylematy dokumentaryzmu. Aspekty brytyjskiej fotografii dokumentalnej 
1983-1993
,  jedyna chyba wystawa problemowa, jaka się pojawiła w naszym kraju, a wraz z nią 
ważne postacie, jak John Davis czy Paul Seawright. Takiej fotografii w naszym kraju wciąż nie ma. 

 

K.J. Co jest innego, a może niezwykłego w twórczości Davisa, bo wydaje się,  że to ważny dla 
Ciebie fotograf? 

 

I.Z.  Na pewno ważny, nie tylko zresztą dla mnie, choć w Polsce stosunkowo słabo znany. John 
Davies potrafi bardzo skrupulatnie śledzić wzajemne relacje pomiędzy historią brytyjskiego 
przemysłu a historią społeczną. Każdą fotografię rozpoczyna od dokładnego studiowania 
ukształtowania terenu, by znaleźć optymalny punkt obserwacji, zazwyczaj położony na 
wzniesieniu, a następnie wykonać fotografię w takim układzie, by połowa kadru zajęta była przez 
niebo, druga zaś przez zurbanizowany obszar. Czasem mam wrażenie, że fotografia jest dla niego 
bardziej narzędziem badawczym, niż formą wyrazu artystycznego. Przyznam, że pod wpływem 
jego albumu The British Landscape wydanego w 2006 roku nieco zmieniło się moje myślenie         
o własnej fotografii i chyba teraz zacząłem bardziej tęsknić za przestrzenią. Mam nadzieję,  że 
niebawem ta tęsknota przerodzi się w fotograficzne obrazy polskiego krajobrazu.  

 

K.J. Pytając o granice dokumentu mam na myśli także, a może przede wszystkim, granice 
etyczne. 

 

I.Z. Fotografii musi towarzyszyć absolutna szczerość. Nie wolno ingerować w rzeczywistość,           
a jedynym jej przejawem powinien być  nasz  wybór.  Wydaje  mi  się,  że wszelkie inscenizacje czy 
przetworzenia ze swej natury zaprzeczają pojęciu dokumentu i wprowadzają do takiej fotografii 
niepotrzebny chaos.  

 

K.J. To bardzo radykalne i kardynalne stwierdzenie, ale na ile możliwe do realizacji? W fotografii 
pejzażowej tak, ale w sytuacji fotografowania ludzi, jak u Salgado, bardzo trudne! 

 

I.Z. Oczywiście, że to bardzo trudne, dlatego tak mało mamy dobrych realizacji tego typu, także    
w zakresie reportażu. Myślę,  że przeszkodą jest tu przede wszystkim brak determinacji i pewnej 
pokory u fotografów – trudno bowiem zajmować się tematem przez długi okres czasu, a na efekty 
tej pracy czekać nawet kilka lat... Nie można jednocześnie traktować człowieka przedmiotowo. 
Postawy, które potrafią temu sprostać to niestety rzadkość.  

 

K.J. Sebastiao Salgado powiedział,  że wymowa moralna (etyczna) jest ważniejsza od formy 
zdjęcia, jak to skomentujesz? 

 

I.Z. Myślę, że moralność to jedna z wartości elementarnych nie tylko w fotografii, ale i w naszym 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

35

 

życiu. Nie można  żyć w zgodzie z samym sobą i pozostawać jednocześnie w jakimś zakłamaniu.     
W takim stanie nie można też robić szczerej fotografii. To tak, jakby używać fałszywych              
słów. Forma zaś, to rzecz drugorzędna, w końcu, aby godnie przejść przez życie nie wystarczy 
dobrze wyglądać.  

 

K.J. W jakich okolicznościach zainteresowałeś się fotografią? 

 

I.Z. Zaczynałem  jako  samouk  w  połowie lat 80. Gdzieś pod koniec tego okresu poznałem 
Waldemara  Śliwczyńskiego i z nim odbywałem  pierwsze,  wtedy  banalne  i  naiwne  rozmowy              
o fotografii. Rozmawiamy do dziś, ale teraz wyglądają one zupełnie inaczej. Do dziś też wspólnie 
podejmujemy pewne działania, wspólne wystawy, łączy nas też  „Kwartalnik  Fotografia”  i  praca      
w jednym wydawnictwie. Ale poważny impuls zaistniał  chyba  w  1991  roku.  W  tym  okresie               
w regionalnych ośrodkach kultury systematycznie pojawiał się Janusz Nowacki z poznańskiego 
Centrum Kultury po to, by „animować” fotografię. Trafiał także do Wrześni przywożąc nie tylko 
zdjęcia, ale też kolejnych gości. Wtedy zobaczyłem przepaść, jaka mnie od tych zdjęć oddzielała... 
Ale już w 1998 roku zacząłem wraz z Januszem pracować w stworzonej przez niego Galerii 
Fotografii „pf” w Poznaniu. To było miejsce olśnień, wielu spotkań, przyjaźni, rozmów, pierwszych 
tekstów i pierwszych krytycznych uwag. Przepracowałem tam pięć lat i dziś widzę,  że od tego 
momentu fotografia stała się istotnym elementem całego mojego życia. 

 

K.J. Co chcesz wyrazić i przekazać poprzez swe fotografie? Czym jest dla Ciebie fotografia? 

 

I.Z. W ostatnich pracach, od 2000 roku (co zaowocowało wystawą  Sedymentacja), próbuję 
pokazać ludzką mentalność, która objawia się w postaci śladów pozostawianych w mniej 
uczęszczanych i opustoszałych miejscach. Polega to mniej więcej na tym, że opuszczając jakieś 
miejsce zabieramy ze sobą niektóre rzeczy, inne (pewnie jako mniej ważne)  świadomie 
pozostawiamy, a o jeszcze innych zupełnie zapominamy. Fotografie, które wykonuję, podążają 
drogą tych wyborów – za ludźmi, którzy porzucają, a czasem i niszczą te miejsca. 

 

K.J. Jest to ciekawa koncepcja twórcza, oryginalna i wielce interesująca. Jakkolwiek takie 
postawy można znaleźć w polskiej fotografii, ale to chyba Ty pierwszy stworzyłeś z tego świadomy 
proces twórczy, a do pewnego stopnia metodę pracy twórczej! 

 

I.Z. Nie wiem czy jestem pierwszy i chyba nie to jest najważniejsze. Od kilku lat konsekwentnie 
staram się poszukiwać tych śladów i dokonywać ich zapisu. To za każdym razem fascynujące, 
znaleźć się  wśród „znaków”, jakie ktoś po sobie zostawił. Być może to echo dawnej żyłki 
kolekcjonera, kiedyś zbierałem owady... 

 

K.J. Jakie zabarwienie emocjonalne posiada podejmowany przez Ciebie ślad? 

 

I.Z. Za każdym razem do określonego miejsca i tego, co z niego pozostało podchodzę z pełnym 
szacunkiem, bo wiem, że tam ukryty jest człowiek wraz ze swoją historią. Dlatego nie próbuję zbyt 
głęboko wniknąć w tę rzeczywistość. Ważna jest też specyficzna tajemnica, która tam została 
zapisana, a która nie powinna zostać do końca odkryta… 

 

K.J. O jakim typie tajemnicy myślisz? 

 

I.Z. Chodzi o historię, którą tworzył i pozostawił człowiek. Objawia się to np. w obrazkach 
wieszanych na klatkach schodowych, rysunkach na tablicy czy deseniu na ścianie. Inny razem coś 
zostało uprzątnięte, a coś nie… To za każdym razem intryguje i wzbudza chęć poznania tej historii, 
choć jednocześnie wiem, że jest to niemożliwe.  Ślady przemawiają, ale ja nie potrafię 
„przetłumaczyć” wszystkich ich słów. 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

36

 

K.J.  Czy czujesz powinowactwo duchowe i fotograficzne z Bogdanem Konopką i Andrzejem 
Jerzym Lechem? 
 
I.Z. Takie powinowactwo duchowe z pewnością istnieje. Na pewno nasze spotkania miały wpływ 
na moją początkową fotografię. Bardzo wysoko cenię ich pod względem artystycznym, głównie       
z tego powodu, że właściwie od zawsze są najbliżej fotografii – całe ich życie to fotografia w swej 
niemal pierwotnej postaci. Niektórzy nazywają to fotogenicznością, inni widzą w tym „czystość”. 
Bogdan Konopka napisał mi kiedyś, że należy kochać fotografię innych, ale szukać należy własnej. 
Myślę, że miał rację, dlatego też staram się też jej poszukiwać zdając sobie sprawę, że nie można 
podążać ścieżką, którą ktoś już wcześniej wyznaczył, bo to zazwyczaj ścieżka ślepa.  
 
K.J. A Eva Rubinstein, jaką rolę odegrała w Twojej edukacji fotograficznej? 

 

I.Z. Od czasu kiedy nasze wydawnictwo Kropka z Wrześni wydało album Evy Rubinstein, 
korespondujemy ze sobą. Pisujemy o fotografii, o muzyce, o ludziach i pogodzie. Okazuje się, że 
mimo, iż wcześniej zupełnie się nie znaliśmy, nasz sposób odczuwania wydaje się często bardzo 
zbliżony. Evę Rubinstein cechuje rzadko spotykana wrażliwość. Myślę, że człowiek bez względu na 
to, jaki by nie był, traktowany jest przez nią z godnością i zawsze zajmuje najważniejsze miejsce. 
Zbliżamy się do momentu, o którym można powiedzieć, że w fotografii nie powinno być miejsca 
na jakikolwiek fałsz. To wspaniała i głęboka fotografia. I piękna, tak po prostu. 

 

K.J. Podobnie myśli Konopka, Salgado, tak twierdzili i działali piktorialiści, ale z historii 
fotografii wiemy, ze piktorialiści omijali określone tematy ze względów etycznych, co 
spowodowało,  że ich świat okazał się nie do końca prawdziwy czy pełny np. nie było w nim 
nieszczęścia i biedy. 

 

I.Z. Dziś za to mamy biedy i nieszczęścia całkiem sporo. Czasem odnoszę wrażenie,  że wielu 
fotografów gubi się i daje się ponieść swoistej „egzotyce” ludzkich dramatów. Zdaję sobie sprawę, 
że to istotny problem naszej współczesności, ale chciałbym też oglądać zdjęcia mówiące o tym, 
jaka jest kondycja zwyczajnego człowieka – takiego, który pracuje ileś tam godzin dziennie, ma 
rodzinę, po pracy odpoczywa, ogląda mecz w TV, itd. Takich realizacji jest niewiele i zazwyczaj są 
one powierzchowne? Ja rzadko fotografuję człowieka bezpośrednio.  Zwykle  jest  poza  kadrem,        
a jednocześnie zawsze jest na fotografii obecny, choć nigdy nie wiem do końca, kim był twórca 
miejsc, w których ja się później znalazłem. To chyba dość  zwyczajne  miejsca  zwyczajnych  ludzi,      
a ja sam staram się raczej unikać skrajności, bo nie chcę, by ktoś kiedyś próbował przypisać mi 
uprawianie publicystyki.  

 

K.J. Inną sprawą  są manipulacje, które mają walczyć z nieszczęściem czy biedą. Znamy takie 
przykłady z historii fotografii. Jak daleko można posunąć się w oszukiwaniu, aby walczyć                  
z głodem?   

 

I.Z. Ja nie walczę z głodem i nieszczęściami tego świata. Ja tylko robię fotografie, które mogą, 
mam nadzieję, pobudzić czyjąś wrażliwość, zasiać chwile niepewności czy zastanowienia. Jeśli tak 
zadziałają, to być może przyniosą także pozytywne skutki budząc czyjąś wrażliwość, a ta jest 
przecież niezwykle różnorodna – w końcu nigdy nie wiem, kto będzie te fotografie oglądał                 
i odczytywał... Bardzo mnie intryguje takie nagłe zderzenie obcych sobie emocji. Gdy ktoś chce 
przy pomocy fotografii walczyć z biedą, to niech przekracza wiele granic, jeśli takie działanie ma 
odnieść zaplanowany efekt. Ale nie powinno się pod żadnym pozorem odbywać kosztem drugiego 
człowieka.  

 

K.J.  Jakie problemy artystyczne ujawniały głośne wystawy roku 2006: Nowi dokumentaliści          
i  Teraz Polska? Jak wiemy miał to być wspólny projekt, a w rezultacie powstały dwie różne czy 
podobne ekspozycje?  

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

37

 

I.Z. Zostałem zaproszony do obu wystaw, z czego z wdzięcznością skorzystałem, ale przez to 
trudniej mi ocenić obie ekspozycje. Wydaje mi się,  że  Teraz Polska nie do końca spełniła swoje 
zadanie i ukazała nasz kraj w sposób nieco ironiczny, co osobiście trochę mi przeszkadzało. 
Oczywiście obecna polityka nie ma wiele wspólnego z powagą najwyższych organów państwowych, 
ale wolałbym wystawę bez politycznych konotacji (np. umieszczenie portretu Andrzeja Leppera, 
jako zdjęcia otwierającego ekspozycję w Krakowie). Wolałbym zobaczyć szerokie ujęcie kondycji 
polskiego społeczeństwa początku XXI wieku. Lepiej wypadali Nowi Dokumentaliści i ta wystawa 
stała się próbą określenia nowego (na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat) zjawiska w fotografii 
polskiej i nowego traktowania rzeczywistości przez młodych twórców, którzy nagle zwrócili się ku 
niej. Wiele osób zarzucało kuratorowi (Adam Mazur), że nie ma w tym nic nowatorskiego, że to już 
było – ale też chyba takie było jego zamierzenie, aby poprzez nawiązanie do słynnej wystawy New 
Documents
 pokazanej w MoMa w Nowym Jorku (1967), dalej rozbudzić dyskusję o roli 
dokumentu we współczesnej sztuce polskiej. Wcześniej kilka polemicznych tekstów w „Gazecie 
Wyborczej” pokazało, jak marginalna wciąż jest ta rola.  
 
K.J. Widzę,  że wielu „nowych dokumentalistów”, czy tak określanych twórców, posługuje się 
kalkami czeskimi, brytyjskimi czy niemieckimi. Zresztą, te style i tendencje mieszają się ze sobą      
w nowych stylistykach! Większość nowych polskich fotografów przepadnie w niebycie historii, 
gdyż nie są twórcami autentycznymi, jak np. wspomniani powyżej  Lech  i  Konopka,  Zawadzki           
i Andrzejewska. Kto według Ciebie ma szansę, aby zaistnieć w świadomości historycznej z zakresu 
fotografii za lat kilkadziesiąt?  
 
I.Z.
 Kalki są nieuniknione, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma się tak głębokiej historii fotografii jak 
Czesi, Niemcy czy Brytyjczycy. My chyba nie potrafimy właściwie zadbać o własną historię i wciąż 
borykamy się z kompleksami w stosunku do innych nacji, zaś młode pokolenie swą uwagę coraz 
częściej zwraca np. na obce kultury. Po co fotografować Indie, skoro nasza rzeczywistość ulega 
obecnie tak wielkim, ważnym i bez wątpienia ciekawym przemianom? Kto to ma robić, jeśli nie 
my sami?  
Trudno dziś typować nazwiska, które mogą zapisać się w historii, bo fotograf  zajmujący się 
dokumentem, potrzebuje sporo czasu na realizację swoich zamierzeń. Ale gdyby wymieniać tych 
najbardziej konsekwentnych to Wojtek Wilczyk, Krzysztof Zieliński, może też Sławoj Dubiel, Jerzy 
Wierzbicki czy Przemysław Pokrycki. Poza tym zobaczmy jak długo dobra „koniunktura” 
dokumentu w Polsce będzie jeszcze trwać, bo może się okazać chwilową modą  wśród młodych 
twórców. Warto zauważyć,  że wielu fotografów biorących udział w przywoływanych wyżej 
wystawach to pokolenie lat 70., więc dorastające w okresie głębokich przemian ustrojowych. To 
może być istotny wyróżnik i jedna z przyczyn zainteresowania rzeczywistością. Nie wiem czy 
kolejne pokolenia będą się ku niej skłaniać.  
 
K.J. Przede wszystkim Przemysław Pokrycki, a także Krzysztof Zieliński z późniejszymi pracami    
i konsekwentnie fotografujący biedny Śląsk i Gdańsk Jerzy Wierzbicki, który nie był zaproszony 
na omawiane przez nas wystawy – oto moi faworyci. Sławoj Dubiel za bardzo przypomina mi 
Lecha. Co Cię denerwuje w polskich festiwalach fotograficznych, których mamy nadmiar? 
Fotografia z funkcji ubogiej krewnej malarstwa i grafiki staje się kulturą przesytu, nadprodukcji 
obrazu. Wypełnia puste miejsce powstałe w wyniku dewaluacji oryginału – dawnych, klasycznych 
dzieł (malarstwo, rzeźba, rysunek). Ale są także aspekty pozytywne, przejawiające się w okazji 
zapoznania się z twórczością artystów o światowych nazwiskach, czy możliwości  lansowania           
w Polsce nowych zjawisk. Przykładowo wymienię interesującą inicjatywę Andrei Domesle, która 
pokazała nową scenę fotografii niemieckiej w 2007 na Miesiącu fotografii w Krakowie (wystawa 
Zawiedzione nadzieje – nowy romantyzm we współczesnej fotografii niemieckiej), będącej          
w opozycji do przebrzmiałej już szkoły Becherów. Jak oceniasz festiwale? Co można w ich formule 
zmienić lub rozszerzyć?  
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

38

 

I.Z. Jestem z natury człowiekiem spokojnym i zdystansowanym, więc nie reaguję nerwowo. Ale 
poważnie, nie do końca jestem w stanie pojąć nagły masowy wysyp festiwali fotografii. Ich liczba 
rośnie z roku na rok, ale nie przekłada się to, jak na razie, na jakość. Najważniejsze z nich to 
Kraków,  Łódź i Poznań (w kolejności alfabetycznej) i na nich odnaleźć można najciekawsze 
prezentacje. Festiwale w Łodzi i Krakowie są robione przez zespoły młodych kuratorów, a co za 
tym idzie większość pokazywanych w ich ramach wystaw to prezentacje także młodego pokolenia   
i tu niepokoi mnie fakt, że niemal całkowicie pomija się twórców nieco starszych, średniego 
pokolenia. Brakuje mi dyskusji i konfrontacji, z drugiej strony pojawiły się przeglądy portfolio, 
więc uczymy się, choć nie wiem czy już potrafimy wyciągać wnioski. Z pewnością martwi fakt, że 
polska fotografia na niektórych festiwalach jest traktowana marginalnie, a szkoda, bo to dobra 
okazja by wypromować kilka nazwisk. Z drugiej strony liczę, że młode ekipy festiwalowe, poprzez 
coraz lepsze kontakty z festiwalami w Europie, zaczną działać na rzecz udziału w nich polskich 
twórców. Póki co zapraszamy do nas Niemców czy Hiszpanów, a ja z przyjemnością widziałbym 
Polskę, jako gościa na którymś z europejskich festiwali. To jedna z istotnych ról, jaką nasze 
festiwale mają do odegrania. Zobaczymy kto tego dokona... 
 
 
Września, Łódź, 2005-2007 r. 
 
 
 

Ireneusz Zjeżdżałka (1972 – 2008), fotograf, krytyk, kurator wystaw fotograficznych. Ukończył 
Akademię Rolniczą w Poznaniu. Początkowo zajmował się fotografią przyrodniczą, następnie 

dokumentalną. Prace w technice fotografii klasycznej, na materiałach srebrowych. Współtwórca a do roku 

2003 red. naczelny naczelny kwartalnika „Fotografia”.  

 
 

Rozmowa z książki Krzysztofa Jureckiego Poszukiwanie sensu fotografii. Rozmowy o sztuce, wyd. Galeria 
Sztuki Wozownia 

 
 

 

 

 

Ireneusz Zjeżdżałka, Września, 2007, fotografia srebrowa 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

39

 

Sander de Vaan, Milagros López 

 

GDZIE KOŃCZY SIĘ RANA 

 
 
Sander de Vaan 
Czym jest dla ciebie poezja? 
 
Milagros López Sposobem życia. Poeta przygląda się rzeczywistości i wykracza poza nią, 
interpretuje, koduje w postaci obrazów i metafor, które czytelnik rozszyfrowuje, czyli interpretuje 
na swój sposób. Dlatego ten sam wiersz ożywa na nowo za każdym jego czytaniem, jest inny. 
Poezja oznacza życie na najwyższym poziomie wrażliwości, która pozwala dostrzec to, co dla wielu 
jest niezauważalne czy efemeryczne, jednocześnie ta wrażliwość sprawia, że cierpisz mając 
świadomość ulotności i przemijalności, tragedii każdego człowieka poddanego opresji. Kiedy jest 
ci źle, poezja jest w stanie złagodzić ból czy wypełnić pustkę. Poezja to „życie po drugiej stronie”,  
w jakimś innym, nierealnym wymiarze. 
 
S.d V. Ten styl życia, wrażliwość… Zawsze tak było, czy dokonałaś  świadomego wyboru swojej 
drogi? 
 
M.L. To proste: rodzisz się poetą,  od  urodzenia  posiadasz  ten  dar  specyficznego  patrzenia                
i odczuwania. Jednak to nie wszystko – aby zostać poetą, a nie tyko człowiekiem z poetycką duszą, 
trzeba ciężko pracować; to tysiące godzin spędzonych nad lekturami, tysiące godzin nad własnymi 
wierszami. Nie ma innego wyjścia. Mądrze wyraził to nigeryjski poeta Christopher Okigbo, jest to 
jeden z moich ulubionych cytatów: „Nie było jakiegoś przełomu, stwierdzenia, że pragnę być 
poetą; punkt zwrotny nastąpił, gdy uświadomiłem sobie, że nie mogę być nikim innym. (…) To tak 
jakby ktoś dostał w środu nocy telefon od Boga, (…), nie miałem żadnego wyboru, musiałem się 
podporządkować”. 
 
S.d V. Jaka jest różnica pomiędzy niezłym wierszem a wierszem znakomitym? 
 
M.L. Moim zdaniem dobry wiersz powinien mieć przynajmniej trzy składniki: 
Głębię: dobry wiersz wnika do duszy czytelnika, sprawia, że jest on przez kilka sekund w stanie 
pewnego zawieszenia, które uspokaja umysł i pozwala na smakowanie tej chwili. 
Oryginalność: z powodu morfosyntaktycznych i semantycznych cech języka dobry wiersz wywołuje 
u czytelnika uczucie zadziwnienia; użycie metafor w sposób nowatorski sprawia, że czytający ma 
okazję być swego rodzaju odkrywcą myśli i znaczeń. 
Odpowiedniość: w dobrym wierszu nie może być za mało czy za dużo słów, powinno ich być w sam 
raz; w dobrym wierszu godzinami można podziwiać, jak doskonale połączone są te trzy 
wymienione składniki. Rzadko zdarza się, że napiszesz wiersz za jednym zamachem, zwykle są to 
dni a nawet tygodnie, kiedy czytasz, poprawiasz. I czasem wyrzucasz wiersz, a czasem praca nad 
nim kończy się sukcesem. 
 
S.d V. Jeśli pisząc pozwolisz sobie na zbytnią uczuciowość, zachodzi ryzyko popadnięcia                 
w sentymentalizm. Jednakże w twojej książce A ras del mar jesteś bardzo od niego daleka. 
 
M.L. Jest normalne, że początkujący poeta popada w sentymentalizm, nadużywa przymiotników, 
płomiennego słownictwa… Dlatego moje młodzieńcze wiersze nigdy nie ujrzały światła dziennego. 
Teraz piszę w sposób całkiem przeciwny: chcę powiedzieć więcej mówiąc mniej, niech obraz 
poetycki ledwie sugeruje, nie ogranicza możliwych interpretacji i skojarzeń. Język poezji powinien 
być precyzyjny i pozbawiony barokowej bujności. Próbuję zmierzać w stronę minimalizmu, który 
pozwoli mi przekazać wszystko za pomocą oszczędnych słów, a jednocześnie dalej będzie to 
poezja. 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

40

 

S.d V. Jak zazwyczaj zaczynasz wiersz? Od obrazu? Słowa? Czegoś innego? 
 
M.L. Moje wiersze, za wyjątkiem tych pisanych na szczególne okazje, niejako na zamówienie, 
powstają z metafizycznego niepokoju i refleksji albo pod wpływem silnych uczuć, np. miłości czy 
strachu przed nicością po śmierci. Zaczynam wiersz wyciszając umysł, uspokajając się, medytując. 
Sięgam do notatek, fraz zapisanych w notatnikach leżących  w  torbie,  samochodzie,  domu…              
i opracowuję ten materiał. 
 
S.d V. Jakie są twoje hiszpańskie i zagraniczne wzory poetyckie? Są jakieś szczególne słowa, które 
cię zainspirowały? 
 
M.L. Moje poetyckie wzory były liczne i zmieniały się z upływem czasu, ale wymienię tych, 
których podziwiam niezmiennie za poruszaną tematykę albo za styl, albo za jedno i drugie. 
Prawdziwymi mistrzami są dla mnie Juan Ramón Jiménez, Vicente Aleixandre, Gerardo Diego, 
Pedro Salinas, Antonio Machado, T.S. Eliot, Emily Dickinson, José Ángel Valente, Alejandra 
Pizarnik i kilku bardziej współczesnych, jak Antonio Gamoneda czy Rafael Pérez Estrada. Nie 
jestem w stanie zacytować fragmentu, który mnie szczególnie zainspirował, ale ich twórczość jako 
całokształt wpłynęła na moją świadomość poetycką i własną teorię dobrego wiersza. Bliskie jest mi 
to, co napisał w utworze „Poetyka” Pérez Estrada: 
 

Pisać czy lewitować 
Wiersz to tylko iluzja wiersza ze snu 
Żyje głęboko, tam, gdzie kończy się rana 

 
S.d V. Nie wymieniłaś dwóch wielkich poetów XX wieku: Borgesa i Lorci. Co sądzisz o ich 
twórczości? 
 
M.L. Niewątpliwie nie wymieniłam wielu „wielkich poetów”, a jedynie tych, którzy odcisnęłi 
piętno na mojej twórczości. Borges to mistrz narracji, jego opowiadanie Alef uważam za najlepsze, 
jakie kiedykolwiek napisano. Jeśli chodzi o Lorcę, to przyznaję,  że jest znakomity. Najbardziej 
lubię jego Poetę w Nowym Jorku, z powodu surrealizmu, kondensacji materii poetyckiej, 
symbolizmu. Jednak jego wcześniejsze, znacznie bardziej popularne wiersze, nie trafiają do mnie. 
 
S.d V. Czy nie sądzisz, że być może napisanie idealnego wiersza jest niemożliwe? 
 
M.L. Tak, jest niemożliwe. Różnorodność form i treści sprawia, że nie można ustalić  kryteriów       
i dojść w tej sprawie do porozumienia. Nawet gdyby wziąć pod uwagę tylko jednego poetę                 
i próbować wybrać z jego twórczości wiersz idealny, okazałoby się, że może jest idealny dzisiaj, ale 
nie będzie jutro. Dlatego poeta w gruncie rzeczy mógłby w nieskończoność poprawiać                      
i przepisywać swoje wiersze, dążąc do ideału. 
 
S.d V. Twoja książka A ras del mar, która miała w Hiszpanii już dwa wydania, opowiada historię 
gasnącej miłości. Mogłabyś coś o tym zbiorze opowiedzieć? 
 
M.L. Zebrane w tej książce wiersze opisują  głęboką miłość, jakiej doświadczyłam; ułożone są 
chronologicznie, a przeżycia są prawdziwe. Wiersze pisałam „na gorąco”; oczywiście później, przed 
publikacją część z nich usunęłam, pozostałe długo „szlifowałam”. Mimo tej obróbki sądzę,  że 
zachowały świeżość i prawdziwość. 
 
S.d V. Jak sugeruje tytuł, wiele w tej książce jest odniesień do morza. Czym jest dla ciebie morze? 
 
M.L. W pewnym sensie morze jest tutaj głównym bohaterem, ponieważ było świadkiem wydarzeń 
– miłości, bólu, braku. Morze było też zawsze częścią mojego życia; w dzieciństwie i młodości 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

41

 

spędzałam wakacje nad Mar Menor [płytka, ciepła i bardzo słona laguna na północ od 
hiszpańskiego miasta Cartagena na wsch. wybrzeżu Hiszpanii, przyp. tłum.], moje najlepsze 
wiersze powstawały podczas tamtejszych zachodów słońca. Natomiast teraz nurkuję w Morzu 
Śródziemnym szukając w głębinach odpowiedzi, i ciszy, której nie znajduję na powierzchni. 
 
S.d V. Włoski piosenkarz Lucio Dalla podczas jednego z koncertów zalecał publiczności codzienne 
nurkowanie latem po to, by cieszyć się ciszą i energią podwodnego świata. Twierdził, że ryby nie są 
nieme i przypomniał,  że wszyscy wyszliśmy z morza. Abstrahując od szukania odpowiedzi pod 
wodą, czy czujesz podobnie jak Dalla? 
 
M.L. Zgadzam się z Lucio Dallą i polecam obejrzenie filmów Guillaume Néry, mistrza świata         
w nurkowaniu swobodnym, by zrozumieć sens powrotu do tej ciszy, jakiej zaznała każda ludzka 
istota w łonie matki, i konieczność zaurzenia się w wodzie, która stanowi przecież dwie trzecie nas 
samych. Taki powrót jest zbawienny dla każdego, to szybki i znakomity sposób, by osiągnąć 
spokój, wyciszyć się. Brak grawitacji, uczucie, że się lata, a czas stoi w miejscu, cisza, to wszystko 
jest nieosiągalne na powierzchni. Te morza, nad którymi kontemplowałam, w których pływałam     
i nurkowałam, były pożywką dla mojej poezji. 
 
S.d V. W  jednym  ze  swoich  najpiękniejszych wierszy masz odwagę  użyć róży i jej krzewu jako 
metafor. Mówię „masz odwagę”, bo róża to kwiat  nadużywany w poezji. Ale podmiot w tym 
wierszu „posadzi krzew róży” w pamięci swojego ukochanego, więc przenośnia odzyskuje 
świeżość. Czy czytałaś dużo poezji miłosnej, by uniknąć metafor-pułapek? 
 
M.L.
 Czytałam i czytam mnóstwo poezji i różnych jej rodzajów, ale przecież nie dlatego nie 
wpadam w pułapki zużytych metafor poezji miłosnej. Pisząc chcemy opowiedzieć coś, co wszyscy 
znamy z własnego życia – „Kocham cię i chcę być dla ciebie kimś wyjątkowym, kimś, kogo nigdy 
nie zapomnisz” – używając jednak nowych obrazów opisujących te uniwersalne w końcu uczucia.   
I stąd zapewne wziął się pomysł na przykład na sadzenie róży na dnie morza. Nie piszę świadomie, 
tylko po prostu piszę. 
 
S.d V. Gdy już krzew róży jest posadzony, „jej płatki uniosą mnie ku światłu,/pszczoły będą spijać 
moje imię”. Piękne wersy, które dodają otuchy, łagodzą bolesną nieobecność ukochanego; taki 
miałaś cel pisząc ten wiersz, czy to przypadek? 
 
M.L.
 Moim jedynym celem w trakcie pisania było, aby ukochany zrozumiał, że nie jestem tylko tą 
„jedną więcej”, ale że zostawiam nieusuwalny znak, i że nawet po rozstaniu stale będę obecna. Nie 
wiem, jak to odbierze czytelnik – każdy interpretuje zgodnie z własnym doświadczeniem. To 
oczywiste, że pisząc wtedy nie myślałam o przyszłym czytelniku. Ten wiersz miał wywołać reakcję 
konkretnej osoby. Później, kiedy książka była już opublikowana, zdarzenia nabrały nowego życia 
poprzez doświadczenia czytelników, przestała zatem to być tylko moja historia, zamieniła się          
w tysiące innych. 
 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 

 
 
 

 
 
 
 
 

 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

42

 

MILAGROS LÓPEZ 

 
 
 
 

Mówisz... 
 
Mówisz, że cię nie znam. 
Nawet gdy jesteś daleko, 
każdego dnia badam twój puls, 
oddycham tobą w każdej chwili. 
Studiuję 
twoje przypływy i odpływy. 
Czytam 
tajemną mapę twoich pragnień. 
Żegluję 
w blasku twojego śmiechu, 
wśród twoich lęków, 
tęsknot za mną. 
Kiedy mnie przytulasz, 
kiedy mnie unikasz, 
kiedy mnie wielbisz, 
kiedy masz koszmary, 
rozpływam się 
w tym, co nazywałeś 
prawdziwym życiem. 
 
Znam cię. 
Zawsze tam byłam. 
 
 
 
 
Żyć w twojej pamięci 
 
Chcę wypełnić twój czas, 
zostać sprężyną zegara 
twoich wspomnień. 
Chcę być rozdziałem przeszłości, 
którego początku nie pamiętasz. 
Chcę być, kiedy spojrzysz wstecz, 
poza wszystko, 
ponad sobą. 
Chcę być kryształem w pyle twojego dnia, 
drobiną twojego pierwszego znużenia, 
końcem twojej ostatniej myśli. 
 
Chcę w tobie zamieszkać, 
a czas niech sobie płynie... 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

43

 

15:55 
 
Myśl o mnie. 
Nie zapomnij tej godziny. 
Kiedy każdego dnia 
spotykają się trzy piątki, 
kiedy lenistwo 
po południu 
wypełnia wszystkie ciała, 
mieszają się wody naszych rzek; 
obejmuję cię światłem 
i powstrzymuję deszcz 
w twoim ołowianym sercu. 
 
Myśl o mnie. 
Pamiętaj naszą godzinę. 
 
Kiedy za pięć czwarta  
będę skowytem, 
oddaj mi 
promienny uścisk 
by obsypał mnie 
latem. 
 
 
 
 
Krzew róży 
 
Posadzę krzew róży. 
Posadzę krzew róży w twojej pamięci. 
Wyjątkowy krzew róży na jałowym dnie twojego morza. 
Niezwykłą różę za murami twojego  
skrytego ogrodu. 
Przetrwam w niej 
chwytając się kolcami, 
jej płatki uniosą mnie ku światłu, 
pszczoły będą spijać moje imię. 
Zostanę, bo żyłam już w innych kwiatach, 
i rozpalę twój ogród sobą. 
 
 
 
 
Nieobecność 
Ledwie chwilę cię nie ma, 
a już dryfuję. 
Wzywam pomocy, 
wyprawie zabrakło kapitana, 
ty wzruszasz ramionami, 
walczysz nocą 
ze strażnikami labiryntu, 
by ukraść z niego mapę; 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

44

 

wyciągasz kotwicę, 
kiedy tylko 
sięgnie odmętów; 
klucz, nareszcie, 
tkwi w zamku, 
i zostanie w nim 
aż do śmierci. 
 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 

 
 
 

Milagros López, ur. w Murcii hiszpańska poetka i autorka opowiadań. Ukończyła Uniwersytet w Murcii     

i University of West London; jej praca doktorska była poświęcona nowozelandzkiej pisarce Kathleen 
Mansfield Murry; pracuje jako wykładowca filologii angielskiej. Wiersze i opowiadania publikowała w kilku 

antologiach, brała udział w międzynarodowych festiwalach poezji. W roku 2014 ukazał się jej debiutancki 

zbiór wierszy A ras del mar. Poezję M. López przekładano na jęz. francuski, holenderski, rumuński, arabski 
i polski.  

 

 
 

 

 

 

 

Michelangelo Buonarotti, Klęcząca naga, rys. kredką, pocz. XVI w., Luwr 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

45

 

Tomasz Marek Sobieraj 

NASI OBCY 

 
 

pecjalizujące się w książkach dwujęzycznych (język oryginału i angielski przekład) nowojorskie 
wydawnictwo Cross-Cultural Communications opublikowało niedawno wybór wierszy 

jedenastu  żydowsko-polskich poetów tworzących w okresie międzywojennym, zatytułowany 
Native Foreigners. Jewish-Polish Poetry Between the Wars. W tym wydawniczym rarytasie, 
bogato ilustrowanym przez malarza i rysownika Jerzego Feinera, znalazło się czternaście wierszy 
wybranych i przetłumaczonych na angielski przez translatorsko-pisarski duet Anieli i Jerzego 
Gregorków. Wśród autorów znaleźli się: Celina Becker, Fryderyk Bertish, Mieczysław Braun, 
Rafael Friedman, Irma Kanfer, Perec Nowomiast, Stefan Pomer, Władysław Szlengel, Maurycy 
Szymel, Saul Wagman i Juliusz Wit. 

Nie są to dzisiaj znane utwory i znani pisarze, chociaż przed wojną  publikowali                      

w czasopismach, wydawali zbiory wierszy i prozę, pisali recenzje, felietony, teksty 
krytycznoliterackie, uprawiali satyrę, tłumaczyli poezję obcą. Byli znaczącymi postaciami 
żydowsko-polskiego życia kulturalnego i społecznego między wojnami. Celowo piszę „żydowsko-
polskiego” a nie odwrotnie, jak to się zwykle robi, bo od postaci, takich jak Julian Tuwim czy 
Antoni Słonimski, czyli zasymilowanych i często krytycznie nastawionych do tradycyjnej kultury 
żydowskiej, różnili się zaangażowaniem w sprawy własnej społeczności, pielęgnowaniem języka 
(niektórzy pisali również w jidysz i po hebrajsku), często stosunkiem do religii; byli głęboko 
zanurzeni w żydowskość, przez co bardziej jeszcze „obcy we własnym kraju”.  

Zawarte w tej antologii wiersze nie są obciążone balastem metafor. To czysta, ascetyczna 

poezja opowiadająca o zwykłym życiu Żydów w Polsce między wojnami, o domu, rodzinie, religii, 
strachu, odrzuceniu. Poezja niekiedy wzruszająca, czuła, ciepła, innym razem odwołująca się do 
intelektu, ironiczna, zabarwiona satyrą. Przede wszystkim jednak to poezja rozumna, wynikająca   
z obserwacji, myślenia i zmagania się z rzeczywistością.  

Smutne,  że nie znamy dat i miejsc śmierci autorów, zamordowanych podczas II wojny 

światowej, w kilku przypadkach istnieją tylko poszlaki na ten temat. Ale przecież nie rozpłynęłi się 
w nicości, bo energia nie ginie; zostały też po nich pamięć i dzieło.  

Jak napisał w słowie wstępnym Hal Sirowitz, „Ta książka to testament”. Testament tych, 

którzy tworzyli i pielęgnowali na polskiej ziemi żydowską kulturę, stanowiącą dziedzictwo dwóch 
narodów. Napisali jej ważny rozdział, uratowany od zapomnienia przez amerykańskie 
wydawnictwo Stanleya H. Barkana.  
 
 

Native Foreigners. Jewish-Polish Poetry Between the World Wars; wybór wierszy i przekład: Aniela i Jerzy 

Gregorek, wstęp: Hal Sirowitz, wprowadzenie: Aniela i Jerzy Gregorek, ilustracje: Jerzy Feiner, posłowie: 
Charles Fishman, William Heyen, Alyssa A. Lappen, Dovid Katz. Wyd. Cross-Cultural Communications, 

Nowy Jork, 2015 

 

 

 

S

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

46

 

OLGA LALIČ-KROWICKA 

 
 
 

Analiza drzewa  
 
Wszyscy ludzie na tym świecie są źli? 
Bo ja nie wiem... 
Nie poznaję siebie ani ciebie, ani tego, ani tamtego. 
Wszyscy śpicie, czy ja budzę się? 
Jedno oko podzielone na dwa jeszcze śpi, 
drugie oko podzielone na dwa zaczyna obserwować… 
Jest jedno takie małe drzewo z cienkim pniem, 
rośnie w parku w ciszy mimo przekleństw ludzkich. 
Jego słowa są z płatków, cichych uczuć Boga, 
a dusza z cienia wydłużającego się do nieba.... 
Dlaczego od zawsze więcej drzewa mówią i kochają niż ludzie… 
Można się o nie oprzeć w każdej chwili, bo jest szczere. 
Jeśli ludzie brzydzą się emocji i nie lubią szczerości, to drzewa też. 
Truje je dym z budynków w kotlinie, 
a ono wierne Bogu przez cały czas - ledwo, ale rośnie. 
  
  
 
Językoznawczyni 
 
Straciłam natchnienie ręka mnie boli nie mogę myśleć 
w Paryżu do szczytu zawsze gubiłam wizerunek 
atomy znaczenia wyrażone w każdym języku 
babcia okopywała w ogródku cebulę 
za ścianą płakał wysadzony duch 
przejdę się do Galerii Centrum 
czarnogórskie skały połknęło brzydkie kaczątko 
charakter stricte naukowy zaczął się w XIX wieku 
w radiu Wolna Europa pewnie już nic nie słychać 
kosmetyczka mi poleciła ten balsam 
van Gogh nigdy mnie nie chciał namalować 
naga stałam przed drżącą sztalugą 
szalenie smaczne krokiety zjedliśmy wspólnie 
zaplątał mi się długopis we włosach 
swędzi mnie lewa dłoń 
okres studiów to właśnie niecierpliwość lewej dłoni 
pokrewne szuflady zamknęliśmy 
cisza wzroku w znaczeniu przyrodniczym 
fleksja stanowi organizm językowy 
pewnie te wszystkie chłopki 
ze Starego Kleparza zbierają się do domu 
przecież zima za chwilę zrobi się ciemno 
cholera a tak chciałam sobie kupić różową szminkę 
subiektywny pogląd człowieka na świat 
to wewnętrzna forma języka 
rozwiążę włosy ten nikły wiatr śniegu stopi się 
wczoraj dostałam sms-a 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

47

 

dziś trochę rozważałam na temat Śnieżki i macochy 
najbardziej doskonale bajki dziewczyny lubią 
ostatnio taki chłopak powiedział mi coś bulwersującego 
całkowicie usatysfakcjonowana komplementem 
pocałowałam go w twarz 
język to synteza dwóch momentów 
czy to koniec czy środek wykładu? 
2001 
 
 
 
Gdy prorok się zakocha 
 
gdy prorok się zakocha 
błękit nieba przebija 
serca najtwardszych murów 
a rusałki ubierają stroje 
w środku zimy wiosenne 
gdy prorok się zakocha 
niebo jest i moje i twoje 
gdy prorok się zakocha 
z dłoni duszy jesz pomarańczę 
gdy prorok się zakocha 
wszyscy są zakłopotani 
a nawet sam prorok 
zraniona dusza uśmiecha się 
jak gwiazdy wystające ze skrzydeł aniołów 
ból jest nicią szybko się zrywa i znika 
miłość wtedy nie panikuje 
dominuje prorocza harmonia 
dlatego proszę już nie dotykać 
zakochanego proroka 
bo prorok potrząśnie niebem i ziemią 
przecież ma na to pozwolenie 
proszę państwa prorok teraz wychodzi ze snu 
a miłość rozkwita bielą radosnych płatków 
witaj zakochany proroku! 
  
  
 
Dzieciństwo 
 
mali partyzanci –  
tylko jugosłowiańscy 
najpiękniej tańczą 
pod gwiazdami 
  
  
 

 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

48

 

Narodziny 
 
Zaczynam żyć w zgodzie 
z rzeczywistością. Jest. 
Jako taka jest, ale jest. 

 

 
 

Haiku 
  

 

*** 
senne łódki 
podróżują  
po moich oczach 
  
 
*** 
czy za mgłą istnień 
istnieją inne istnienia  
– pyta się mała mewa 
  
 
*** 
wiatr radości 
powiewa 
w słowach  
 
 
*** 
myśl ubiera 
oko 
szkli się radość 
 
 
*** 
dłonie z mchu 
polerują 
drzewo 

 
 
 

Olga Lalič-Krowicka, ur. 2 kwietnia 1980 r. w Šibeniku w Chorwacji.  Poetka, tłumaczka lit. bałkańskiej. 

Ukończyła wydział Filologii Słowiańskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.  Honorowy obywatel 
cesarskiego miasta Sirmium (Sremska Mitrovica, Serbia, 2014). Dwukrotna stypendystka Ministra Kultury   

i Dziedzictwa Narodowego. Autorka kilkunastu tomików poezji. Jej wiersze przekładano na języki bułgarski, 

angielski, macedoński, słoweński, niemiecki, rusiński, słowacki, litewski, białoruski i rosyjski. Publikuje na 
łamach polskich i bałkańskich czasopism oraz w antologiach. Zajmuje się również  sztukami  wizualnymi                  

i projektowaniem graficznym. Mieszka w Dukli na Podkarpaciu.  

 
 
 
 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

49

 

Richard K. Moore 

 

ORWELL, HUXLEY I DZISIEJSZY ŚWIAT 

 
 

anująca obecnie dystopia (odwrotność utopii) często przypomina Nowy Wspaniały  Świat 
Huxleya, ale jest też uderzająco podobna do 1984 Orwella. Widzimy masową inwigilację             

i całkowitą utratę prywatności. Jak możemy uciec z matrixa propagandy i kłamstw? 

W  1984 George Orwell przedstawia obraz ciemnego, szarego świata. Ludzie boją się mówić 

cokolwiek, co byłoby sprzeczne z oficjalną linią partii, a nadzór jest wszechobecny. Nawet 
myślenie przeciwne linii partii jest przestępstwem i myśloprzestępstwa są leczone poprzez 
radykalną interwencję psychiczną.  Informacja  jest  bacznie  nadzorowana  przez  partyjne  media,       
a zapisy historyczne nieustannie redagowane tak, aby były zgodne z najnowszymi oświadczeniami 
partii. 

Dla kontrastu, w Nowym Wspaniałym  Świecie, Aldous Huxley maluje wielobarwny, 

powierzchownie przyjemny świat. Propagowana jest wolność jednostki we wszystkich dziedzinach, 
nawet do tego stopnia, że zaczyna ona być kulturowym nakazem. W książce młody chłopak 
korzysta z porad terapeuty, ponieważ nie chce brać udziału w seksualnych igraszkach z koleżanką 
z klasy. Ponieważ pociąga go związek monogamiczny, jego dojrzały charakter jest uważany za coś 
nienormalnego. Narkotyki i rozrywki są łatwo dostępne dla poprawy nastroju. 

Kluczowe znaczenie w świecie Huxley’a ma zniesienie instytucji rodziny. Stosunki seksualne 

nigdy nie skutkują ciążą, embriony są hodowane w procesie produkcji opartym na 
wyselekcjonowanym nasieniu. Jako część procesu produkcji embrion może być karmiony lub 
głodzony na różnych etapach swojego rozwoju w celu tworzenia różnych klas ludzi (alfa, beta, etc.) 
ze zróżnicowanymi poziomami inteligencji i umiejętnościami. Ustalane są limity w zależności od 
tego, na ilu ludzi z poszczególnej klasy będzie zapotrzebowanie. Niemowlęta są  hodowane                 
i rozwijają się w warunkach sprzyjających  zaprogramowaniu w nich pełnej akceptacji klasowej 
przynależności oraz związanego z nią zestawu przywilejów i ograniczeń, postrzeganych już              
w dorosłym  życiu jako najlepsze. Dzieci wychowywane są we wspólnych ośrodkach, bez 
znajomości choćby idei rodziców, rodzeństwa czy rodziny. Od embriona do dorosłości państwo ma 
kontrolę nad właściwie uregulowanym rozwojem każdej osoby i jej myśleniem. W powstającym w 
ten sposób społeczeństwie ludzie zachowują się tak, jak zostali zaprogramowani i nie potrafią 
sobie nawet wyobrazić innego stanu rzeczy niż ten funkcjonujący. 

W  świecie Orwell’owskim niewłaściwe myślenie (myśloprzestępstwo)  jest  wykrywane                 

i tłumione. W świecie Huxley’owskim nieprawdopodobne jest, by niewłaściwe myślenie zaistniało. 

Świat Orwell’a tłumi jednostkę,  świat Huxley’a ją produkuje. W obu przypadkach 

nadzorowanie umysłu – przejęcie kontroli nad ludzką zdolnością myślenia – jest strategią reżimu, 
a w rezultacie oznacza generalną kontrolę nad społeczeństwem. W świecie Orwella kontrolowanie 
umysłu następuje poprzez używanie brutalnej siły, podczas gdy w świecie Huxleya kontrola jest 
prowadzona metodami naukowymi. 

Obie powieści uczą. Każda z nich pokazuje odrębny sposób sprawowania kontroli nad 

umysłami i konsekwencje, które z tego wynikają. Jeśli chcesz zniszczyć samodzielne myślenie, 
musisz wykonać działanie A, B i C, a jeśli chcesz zaprogramować ludzi, musisz zacząć w momencie 
ich narodzenia i wykonać działania X, Y i Z. Możemy dostrzec wzorzec działania, architekturę – 
schematy strukturalne – każdego z tych kontrolujących umysły reżimów. To pomoże nam 
rozpoznać zapowiedzi – znaki, że taka przyszłość i dla nas nadchodzi. 

 
 

Echa Orwell’a 

 

Weźmy za przykład dziennikarzy w głównych mediach, w szczególności prezenterów telewizyjnych 
serwisów informacyjnych. Mamy tu echa świata z 1984, gdzie wszystko, co jest przedstawiane, 
musi potwierdzać linię narracyjną rządzącej partii. Jakiekolwiek myśloprzestępstwo – jak to 

P

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

50

 

popełnione przez prezentera wygłaszającego na wizji, że nie kupuje on oficjalnej wersji historii 
dotyczącej wydarzeń z 11. września lub że uważa on, iż Rosja nie jest agresorem – zostaje szybko 
ukarane czymś, co dla dziennikarza jest równoznaczne z zawodową śmiercią – wykluczeniem ze 
świata mediów. 

W ten sposób tworzony jest Matrix – tocząca się opowieść o dobroci Stanów Zjednoczonych, 

którą jesteśmy karmieni, o istnieniu demokracji, świętości sił rynku i całej reszcie. Dzięki 
nadzorowaniu większości mediów przez garstkę ludzi, linia partyjna może być ciągle 
podtrzymywana wg wygodnej narracji, a obecne i przeszłe wydarzenia mogą być interpretowane  
w obrębie ustalonych ram. Dla prezentera byłoby dosłownie nie do pomyślenia postapić inaczej. 
Ministerstwo Prawdy w wydaniu Huxley’a działa i w naszym świecie, tyle tylko, że jest 
niewidoczne, ukryte w salach posiedzeń zarządów mediów i za drzwiami biura prasowego Białego 
Domu. 

Ten sam rodzaj reżimu myśloprzestępstwa funkcjonuje równie dobrze i na innych obszarach, 

gdzie omawia się tematy społecznie istotne. Proces recenzurowania i ograniczone możliwości 
redakcyjne zależnych dziennikarzy sprawiają,  że myśloprzestępstwa są  tłumione,  gaszone               
w zarodku – np. jeśli chodzi o wrażliwe kwestie manipulacji genetycznych, pestycydów, 
hydraulicznego wydobycia kopalin, farmaceutyków, poziomów promieniowania, etc. I znów 
Ministerstwo Prawdy jest niewidoczne, rezyduje wysoko, w korporacyjnych salach posiedzeń. 

Nawet jeśli nasze społeczeństwo nie przypomina Orwell’owskiej dystopii, to opisane przez 

niego metody kontroli umysłu funkcjonują w wielu newralgicznych miejscach, gdzie tworzona jest 
„informacja” dla społeczeństwa. Mamy też oczywiście powszechną inwigilację za zgodą NSA 
[Agencja Bezpieczeństwa Narodowego, w USA, przyp. tłum.], wszechobecne kamery, śledzenie 
telefonów komórkowych [także kontrola poczty elektronicznej i podsłuchy rozmów telefonicznych, 
przyp. tłum.]. Wielki Brat jest z nami, ale stoi za kulisami i decyduje, które opowieści będą nam 
przedstawiane przez media głównego nurtu. 

 
 

Echa Huxley’a 

 

Huxley napisał recenzję 1984, w której mówił o dwóch wizjach przyszłości. Sugerował, że możemy 
przechodzić przez ciemny okres, przypominający ten z 1984, ale uważał,  że taki reżim byłby 
niestabilny i przejściowy. Według niego naukowe podejście do kontrolowania umysłów, bazujące 
na ludzkim systemie wartości i potrzebach, będzie bardziej rozsądnym rozwiązaniem dla 
zbudowania nowoczesnego społeczeństwa totalitarnego. 

Badania rządu Stanów Zjednoczonych nad naukowymi metodami kontroli umysłu rozpoczęły 

się co najmniej w latach 60. XX wieku i trwają do dzisiaj. Pierwsze podejście – Operacja Kontrola 
Umysłu wykonana przez CIA – było oczywistą powtórką 1984. Badania te obejmowały podawanie 
ludziom środków psychotropowych z równoczesnym stosowaniem hipnotycznych sugestii. Sporo z 
nich mogło zostać wykonanych (i zostało) z użyciem metod rodem z thrillera politycznego „The 
Manchurian Candidate” [film Richarda Condona z 1959 r., przyp. tłum.], ale ten sposób 
indywidualnego programowania wymagał zbyt wielu nakładów, dlatego badania te zastąpiono 
tworzeniem ruchów kulturowych, kultów, sekt etc. Założono,  że skoro ludzie mają naturalną 
potrzebę gromadzenia się wokół wspólnych idei, to sama wewnętrzna dynamika takiego ruchu 
może służyć do ich programowania i jednocześnie umasowienia kontroli umysłów. CIA nigdy 
oficjalnie nie potwierdziło prowadzenia badań w tym zakresie, ale eksperymenty nad kontrolą 
umysłów odniosły duży sukces – wystarczy wspomnieć Renewed Jim Jones and the People’s 
Temple czy David Koresh i Waco. 

W tego typu działaniach pierwszym etapem jest zidentyfikowanie lidera ruchu kulturowego, 

który już się wykazał pewną umiejętnością gromadzenia wokół siebie ludzi. Wtedy ruchowi 
dostarcza się różnego rodzaju wsparcia. Tajni agenci przyłączają się do niego, nie tylko w celu 
obserwacji i zdawania raportów, ale także w celu doskonalenia umiejętności organizacyjnych. 
Ruchom przekazywane są  środki finansowe, a lokalna policja jest ostrzegana, by trzymała się          
z daleka, tak że ruch może wzrastać bez przeszkód. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

51

 

W ten sposób badacze mieli możliwość  śledzenia, jak działa wprawny lider ruchu 

kulturowego, jak do ruchu wciągani są ludzie, jak utrzymywana jest lojalność i w jaki sposób 
członkowie mogą być nakłaniani do skrajnych wierzeń czy działań. Kiedy już zgromadzono 
wystarczającą wiedzę na temat ruchu, jego lider i członkowie byli zabijani w celu ukrycia dowodów 
tego, o co tak naprawdę chodziło w eksperymencie. 

 
 

Ruchy kulturowe i ich przydatność 

 

Jednym z pierwszych zastosowań techniki kreowania ruchów kulturowych na wielką skalę było 
stworzenie przez CIA ruchu Jihad. Jego bezpośredni cel to destabilizacja reżimu sowieckiego 
poprzez wplątanie go w konflikt afgański – co udało się znakomicie. Od tego momentu Jihad 
(a.k.a. Talibowie, Al-Kaida, Liberalna Armia Kosowa, ISIS, etc.) dowiódł,  że jest niesłychanie 
przydatnym narzędziem w destabilizowaniu dyktatur, niezbędnym w pogoni Stanów 
Zjednoczonych za geopolitycznymi celami, a operacje destabilizacyjne dają USA 
usprawiedliwienie dla ich militarnej interwencji, jak ostatnio mieliśmy okazję widzieć na 
przykładzie Libii, Iraku i Syrii. 

Omawiane ruchy mają pewne określone, stałe cechy charakterystyczne. Zwykle jest to 

charyzmatyczny przywódca, będący w stanie pobudzić wiarę i zyskać lojalność członków ruchu. 
Występuje też  podstawowy system wierzeń – trzyma on członków z daleka od ludzi z zewnątrz        
i zapewnia im silne poczucie przynależności grupowej i celu. Konieczne jest rzekome „zewnętrzne 
zagrożenie” dla ruchu – ono  zespala jego członków i wymaga aktów poświęcenia, co jeszcze 
bardziej wiąże ich we wspólnocie. Niezbędny jest także zestaw argumentów, którymi członkowie 
uczą się posługiwać w celu obrony przed próbami podkopywania podstaw systemu wierzeń. 
Stosowane w tych przypadkach metody programowania są bardzo skuteczne i jedynie dzięki 
intensywnemu deprogramowaniu można oderwać członków od ruchu. 

Społeczeństwo opisane w Nowym Wspaniałym  Świecie jest oparte na kulcie; każda z klas 

(alfa, beta, etc.) jest odrębnym ruchem kulturowym, a jego programowanie zaczyna się z chwilą 
narodzin. Z powodu silnej kontroli żaden charyzmatyczny przywódca nie jest już potrzebny. 
Wymagane przez władzę działania i poświęcenie obywateli są po prostu stylem życia, który został 
zaprojektowany dla danej klasy, i nie budzą sprzeciwu. Takie społeczeństwo jest stabilne, 
szczególnie gdy nie istnieje możiwość deprogramowania. 

Znaczące jest to, że  świat Huxley’a nie opiera się na jednym kulcie i jednolitym 

społeczeństwie, tylko na kontrolowanej różnorodności, a to zapewnia większą stabilność. Co 
więcej, istnieje nie tylko model tego, czym być, ale też modele tego, czym nie być. Każdy kult jest 
precyzyjnie zdefiniowany i rozdzielny z pozostałymi. Bycie szczęśliwym,  że nie jest się betą, jest 
jednym z powodów do bycia szczęśliwym jako alfa. 

Widzimy tę samą zasadę funkcjonującą w Stanach Zjednoczonych jako rozdział między 

liberałami i konserwatystami. Liberałowie są trzymani w ryzach poprzez opowieści o szaleństwach 
konserwatystów, a konserwatyści są trzymani w ryzach poprzez opowieści o szaleństwach 
liberałów. W systemie kontroli, w którym działa tylko propaganda, można się dopatrzeć jednego 
stanowiska. W systemie wielokultowym są zwykle dwa stanowiska, które możemy opisać jako 
CNN kontra Fox. 

Obie partie cechuje wiele różnic, które pozornie nadają im odrębność, ale  w rzeczywistości 

podstawy mają wspólne. Obie podtrzymują mit, że polityka państwa jest odpowiedzią na głos 
opinii publicznej i jednocześnie winią opozycję za popieranie „złej” polityki. W rzeczywistości zaś 
polityka Stanów Zjednoczonych jest uprawiana poza rządem, sterują nią  elity  finansowe,                  
a państwo jedynie kontroluje opinię publiczną, i nie odpowiada jej oczekiwaniom. Dzięki temu 
możemy ujrzeć CNN i Fox jako kolaborantów władzy sprzymierzonych we wspólnym celu 
ukrywania fundamentalnej prawdy przed ludźmi. Demokraci i republikanie w istocie nie są 
antagonistami, używają jedynie Kongresu jako sceny, na której odgrywają  przedstawienie                
o dzielących ich różnicach, co stwarza pozory demokratycznego procesu decyzyjnego. 

Fenomen Baracka Obamy stanowi świetny przykład taktyki kultu w działaniu. Sam Obama 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

52

 

jest oczywiście naturalnym liderem kultu, elokwentnym i charyzmatycznym. Wszedł na scenę         
z hasłami wiary w głębokie reformy, „Polityczny grunt się zmienił; Tak, możemy!” Teatralny efekt 
był silny, jakbyśmy byli świadkami ponownego przyjścia Zbawiciela. Rdzeniem kultu Obamy 
zostali identyfikujący się z nim i z jego misją pracowici ochotnicy. Kampania republikanina 
McCaina została rozegrana tak, aby wyglądała na zagrożenie ze strony rywalizującego ruchu, 
wiążąc zwolenników Obamy jeszcze ściślej. 

Sukces tej nadzorującej umysły operacji był naprawdę zdumiewający. Przecież  Obama              

w rzeczywistości kontynuował i rozwijał to, co wcześniej robił Bush; polityczny grunt wcale nie 
uległ przemianie. Ale więzy kultu były tak silne, że poparcie dla niego trwało nadal – poparcie 
dokładnie tych samych ludzi, którzy nienawidzili Busha za dokładnie tę samą politykę, którą 
prowadził Obama! Stworzono nowe sofizmaty w celu utrzymania ludzi w przynależności do ruchu, 
obwiniając za postępowanie Obamy republikańską opozycję

 

– standardowa taktyka pozornego 

podziału, na tyle skuteczna, że nawet dzisiaj pozostały tłumy zwolenników Obamy. Jak widać, 
trudno jest porzucić kult. 

Innym przykładem kontroli umysłów jest histeria wokół globalnego ocieplenia. Al Gore zagrał 

rolę, przynajmniej tymczasowo, kultowego lidera, kiedy przedstawił pogląd o dwutlenku węgla 
jako przyczynie kryzysu klimatycznego w swoim, naukowo nierzetelnym, ale bardzo popularnym 
filmie „Niewygodna prawda”. Rozwój kultu Gore’a był nieskrępowany, ponieważ w głównych 
mediach a nawet w fachowych czasopismach kwestionowanie ocieplenia i jego przyczyn stało się 
swego rodzaju myśloprzestępstwem. Aktem wiary członków kościoła ocieplenia klimatu było np. 
jeżdżenie rowerem czy zakup Toyoty Prius. Media zaś wyposażyły ich w argumenty, by mogli 
krytykować odmienne poglądy i traktować je jako propagandę zewnętrznego zagrożenia.  

Taki rodzaj kontroli umysłów – gdy członkowie ruchu nie dość, że wierzą, jakoby dwutlenek 

węgla stanowi główną przyczynę kryzysu klimatycznego, to wierzą jeszcze, że toczą walkę 
przeciwko wrogowi – jest znacznie bardziej efektywny. Wierni idei zostali w pełni uodpornieni na 
kontrargumenty i jedyne, czym są zainteresowani, to „ratowanie planety” poprzez popieranie 
wszystkiego, co choć trochę wygląda na mogące zmniejszyć emisję dwutlenku węgla. W ten sposób 
są prowadzeni drogą do społeczeństwa zarządzanego w skali mikro, tak jak to określa Agenda 21 
[dokument, który przedstawia sposób opracowania i wdrażania programów zrównoważonego 
rozwoju w życie lokalne. Dokument ten został przyjęty na konferencji „Środowisko  i  Rozwój”           
z inicjatywy ONZ w 1992 roku na II Konferencji w Rio de Janeiro, przyp. tłum.]. 

 
 

Mem „Teoria spiskowa” 

 

Państwowa kontrola szkół publicznych i główne media są pomocne w programowaniu ludzkich 
umysłów. Ale nie jest to wystarczające, szczególnie w dobie internetu, gdy dostępnych jest wiele 
źródeł, które obalają propagandowe mity, i poprzez dostęp do tych źródeł wielu ludzi wyrwało się, 
przynajmniej częściowo, z reżimu kontrolowania umysłów. 

W  świecie Orwell’owskim internet zostałby zakazany. W naszym świecie, który rozwija się 

raczej w kierunku pokazanym przez Huxley’a, zostały znalezione inne sposoby ograniczania 
internetowych możliwości podkopywania obowiązującej narracji. 

Mem [mem to dowolna, chwytliwa porcja informacji, która może przybierać różne formy: 

obrazków, filmików, zdań, zwrotów, szczególnie popularna w internecie, przyp. tłum.] o „teorii 
spiskowej” został wypuszczony przez CIA po zabójstwie Johna Fitzgeralda Kennedy’ego. Oficjalna 
wersja była tak pełna dziur, że coraz więcej ludzi zaczęło mieć co do niej wątpliwości. Podczas gdy 
Komisja Warrena była zajęta pisaniem swojej przykrywkowej dokumentacji, społeczeństwo 
zaczęło dowiadywać się o istnieniu „teorii spiskowej”. 

Jak powszechnie się uważa, wierzący w „teorię spiskową” cierpią  na  urojenia  paranoidalne           

i nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien zwracać uwagi na to, co mówią. Natomiast jeśli ktoś 
zainteresuje się którymkolwiek ze „spiskowych” pomysłów, to wystarczy, by jego osobista 
stabilność umysłowa została poddana w wątpliwość. 

Ta taktyka kontrolowania umysłów była bardzo efektywna po zabójstwie JFK. Każdy, kto 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

53

 

przedstawiał dowody przeciwstawne do oficjalnej wersji, automatycznie stawał się „teoretykiem 
konspiracyjnym”. Poprzez okazywanie pogardy takim dowodom, bez nawet spojrzenia na nie, 
można było pokazać, że jest się zrównoważonym umysłowo. Tak logika i racjonalne uzasadnianie 
są wykluczone z analizy. Albo wierzysz w oficjalną wersję zdarzeń, albo twoje zdrowie umysłowe 
poddawane jest w wątpliwość. 

Od tego momentu mem o teorii spiskowej był starannie pielęgnowany i rozpowszechniany 

przez aktualnie wiodącą partię. Ten rodzaj kontroli umysłów  jest  bardzo  skuteczny                      
w uodparnianiu większości populacji na odkrycia dostępne w internecie. 

Wersja nie pojawiająca się w głównych mediach musi z definicji być teorią spiskową,                  

a cokolwiek, co brzmi jak teoria spiskowa, powinno być zdyskredytowane, ośmieszone                      
i zignorowane. 

W ten sposób dla większości społeczeństwa istnieje ściśle kontrolowana dwupłaszczyznowa 

dyktatura oparta na kontrolowaniu umysłów. Zasady funkcjonowania przestępstwa myśli 
zarządzają tym, co mówią media, a zasady funkcjonowania teorii spiskowej uodparniają ludzi na 
inne poglądy. Dla większości linia narracyjna partii (zarówno CNN, jak i Fox) jest „prawdą”, jak     
w świecie Orwell’owskim, z tym, że bez potrzeby stosowania skrajnych metod, jak to ma miejsce    
w przypadku Wielkiego Brata. 

Poprzez te metody kontrolowania umysłów wytworzona została swoista bańka, w obrębie 

której odbywa się myślenie większości ludzi. Wewnątrz bańki istnieją dwie linie narracyjne partii, 
natomiast na zewnątrz bańki trwa prawdziwy świat, niewidoczny dla tych znajdujących się w jej 
wnętrzu. To bardzo skuteczny system. Im bardziej oburzające są działania państwa, tym szybciej 
większość odrzuca rewelacje na ich temat jako szokujące teorie spiskowe. 

Zdarza się,  że linia narracyjna partii przedstawiana przez Fox zawiera np. wydarzenia czy 

komentarze będące myśloprzestępstwami w świecie przedstawianym przez CNN. Wtedy świat 
CNN’u odpowiada nazywaniem tych rewelacji teoriami spiskowymi prawicy. W przeciwieństwie 
do systemu, gdzie funkcjonuje tylko jednostronna propaganda, a w którym przestępstwa państwa 
(rządu) zawsze są ukrywane, wielokultowy system umożliwia państwu dokumentowanie własnych 
przestępstw przez konserwatywne media z przeświadczeniem,  że informacje te zostaną 
zdeprecjonowane przez media liberalne – i odwrotnie. System ten pozwala prawdzie zostać ukrytą 
przed jednymi poprzez akt odkrywania jej innym. Bardzo przebiegłe. 

 
 

Kontrolowanie umysłów poza bańką 

 

Podczas gdy większość może być wewnątrz bańki, jest już duża i ciągle rosnąca liczba ludzi, którzy 
nie dają wiary głównonurtowej linii partii, i którzy są otwarci na idee odnajdywane w zasobach 
internetu. Wyrażenie „budzenie się” jest często używane do opisywania procesu uciekania z bańki. 
Coraz więcej ludzi „budzi się” do rzeczywistości dostrzegając kłamstwa rządu, korupcję  świata 
polityki i mediów, oraz socjopatycznych bankierów, którzy zza kulis pociagają za sznurki władzy. 

Jednakże internet nie jest lekceważony przez państwo, a działania mające kontrolować umysły 

toczą się równie dobrze i tam – skonstruowane dla tych, którzy się „przebudzili”. Takie działania 
nie są wymierzone w sprowadzenie ich z powrotem do bańki, a raczej przejmują idee 
„przebudzenia” niczym w aikido – następuje szukanie bezpośredniego zastosowania energii 
„przebudzonych” do służenia państwu i realizacji jego celów. 

Przykładem działań takiego kontrolowania umysłów ludzi spoza bańki jest ruch Zeitgeist, 

który uważa się za „największy na świecie ruch zwykłych ludzi z filiami w ponad 60 krajach.” Jego 
charyzmatycznym liderem jest Peter Joseph, który oferuje zestaw podstawowych wierzeń 
przedstawionych w filmie „Zeitgeist”, popartych przekonującymi dowodami i argumentami. 

Dla tych „przebudzonych” film jest niezwykle mocny. Prezentuje zasadnicze prawdy o świecie 

w dramatyczny i przykuwający uwagę sposób, bez zadawania ciosów. Film miał  kilka  wersji,            
a pierwsza z nich rozpowszechniła się w internecie niczym wirus niemal natychmiast po 
opublikowaniu. Dla „przebudzonych” był to film o wyzwoleniu, o możliwości obudzenia każdego      
i przemiany świata. 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

54

 

Po opublikowaniu i zyskaniu ogromnej i entuzjastycznej publiczności, rozpoczęła się 

działalność ruchu Zeitgeist. Fani filmu zbiorowo dołączali do ruchu, chętni do „szerzenia ewangelii 
prawdy” i pomocy w „budzeniu świata”. Dołączali do pilnie potrzebnego zbawczego procesu, a ten 
wrzucił ich w okowy ruchu w sposób, w jaki kult zawsze zrzesza swoich członków. Peter Joseph był 
postrzegany jako  prorok,  głosiciel ewangelii i ten, który mógłby poprowadzić ich drogą do 
wyzwolenia – i taka mniej więcej jest książkowa definicja przywódcy. 

To, co przyciąga ich do ruchu, jest tym samym, co gwarantuje, że nigdy nie będzie skutkowało 

„przebudzeniem świata”, a z czego ci gorliwi członkowie ruchu nie zdają sobie sprawy. Trzon ich 
wierzeń, które są tak wyzwalające dla członków ruchu, dla ludzi zamkniętych w propagandowej 
bańce jest niczym innym, jak zestawem szokujących teorii spiskowych. Podczas gdy członkowie 
ruchu myślą,  że realizują zbawczy proces, faktycznie są chórem śpiewającym samemu sobie do 
melodii granej przez Petera Josepha. 

Prawdziwy cel kryjący się za ruchem jest ujawniony w informacji umieszczonej na jego 

stronie, zatytułowanej „Ruch Zeitgeist zdefiniowany: uświadamianie nowego biegu myśli”. Joseph 
rozszerza w nim ewangelię, wykraczając poza „ujawnianie prawdy”, odważając się snuć wizję na 
temat przemienionego świata, w stworzeniu którego ruch zamierza pomóc. Poniżej trzy kluczowe 
punkty wizji proroka Josepha, na które kładziony jest szczególny nacisk: 

 
2) Naukowy pogląd na świat: w tym punkcie opisuje, jak rozwój metod naukowych zmienił 

ludzką  świadomość, oraz wyjaśnia jego kluczowe znaczenie i szersze zastosowanie na bazie 
istniejącego ładu społecznego. 

 
5) Jedność ludzkości: ten punkt prezentuje argumentację o potrzebie stworzenia 

zjednoczonego  światowego społeczeństwa, zarys podziałów narodowych i potencjalnych 
konfliktów. Podkreślone jest znaczenie wojny technologicznej i zagrożenia wynikające z istnienia 
granic ekonomicznych. 

 
9) Wydajność rynku kontra wydajność techniczna: tutaj rozprawia o różnicach między 

prawdziwą, naukową (techniczną) wydajnością a biznesową praktyką „wydajności rynkowej”, 
pokazując, jak ta druga w rzeczywistości działa przeciwko prawdziwej ekonomicznej optymalizacji. 

 

Te trzy punkty to jest przecież recepta na globalną technokrację zarządzaną w skali mikro, pod 

kontrolą jednego światowego rządu. Zarówno system społeczny, jak i ekonomiczny mają być 
„naukowo zoptymalizowane”, co w rzeczywistości oznacza świat zorganizowany wg scenariusza 
ustalonego przez technokratyczną biurokrację, pod kontrolą globalnej elity sprawującej najwyższą 
władzę. 

Innymi słowy, Prorok Joseph tworzy entuzjastyczny elektorat dla poparcia od dawna 

pożądanego przez najważniejszych bankierów NWO [New World Order, Nowy Porządek Świata, 
przyp. tłum.]. Kult Zeitgeist jest niczym mistrzowskie posunięcie w aikido. Zaczyna się od 
objawienia, że światem rządzą „źli banksterzy”, wzmacnia je energią „przebudzonych”, a następnie 
kieruje tę energię tam, gdzie będzie służyła tym samym „złym banksterom”. Znów muszę 
przyznać, że to przebiegłe. 

Zeitgeist jest tylko przykładem kontrolujących umysły działań wymierzonych w tych, którzy 

osiągnęli jeden lub kolejny poziom „przebudzenia”. Liczne tego typu ruchy zostały stworzone; 
posiadają dobrze zaprojektowane witryny internetowe, które przekazują jakąś wersję prawdy, 
wciągając ludzi pełnych obaw, niepokojów, i prowadząc ich w bezużyteczne czy odnoszące 
przeciwny skutek działania. 

W  świecie Huxley’a widzimy naukowo zaprojektowane społeczeństwo,  ściśle kontrolowane 

przez dyktaturę całkowicie nadzorującą umysły, oparte na zasadach działania kultu. W dzisiejszym 
świecie widzimy zasady działania kultów stosowane w przedsięwzięciach mających na celu 
kontrolowanie umysłów, mamy też do czynienia z kultami dostosowanymi do zróżnicowanych 
potrzeb ludzkości, zarówno dla tych z wnętrza bańki, jak i spoza niej. Świat Huxley’a osiągnął 
stabilizację przy użyciu takich właśnie  środków; w naszym świecie te środki są  używane, aby 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

55

 

umożliwić przejście do Nowego Światowego Porządku, który najprawdopodobniej będzie 
przypominał wizję angielskiego pisarza. 

 
 

Dewolucja rodziny? 

 

Jeśli państwo osiągnie pełną kontrolę nad wychowywaniem dzieci, bez wpływu rodziców, wtedy 
całkiem prawdopodobnie pozwoli mu to na wprowadzenie dyktatury, nadzoru nad umysłami         
w pełnym zakresie. Państwo nie tylko mogłoby wtedy kształtować kulturę społeczeństwa, ale 
mogłoby sterować tą kulturą w czasie, poprzez aktualizowanie procesu warunkowania [patrz: np. 
eksperymenty Iwana Pawłowa, doświadczenie Johna Watsona, przyp. tłum.]. Jeżeli celem 
ostatecznym jest kontrolowanie umysłów w pełnym zakresie, to eliminacja instytucji rodziny staje 
się podstawowym celem pośrednim. 

Jeżeli likwidacja instytucji rodziny jest celem projektu Nowego Porządku Świata, to w żaden 

sposób nie jest to cel łatwy do osiągnięcia. Ciężko sobie wyobrazić,  że istnieje instytucja, która 
byłaby bardziej zawzięcie broniona niż rodzina albo doświadczenie bardziej bolesne niż 
rozdzielenie dzieci i rodziców. 

Jakiekolwiek działanie zmierzające do osiągnięcia tego celu będzie realizowane pod 

fałszywymi hasłami – nie jako kampania mająca wyeliminować instytucję rodziny, ale raczej jako 
kampania wymierzona w ochronę praw dziecka i jego dobra. 

Warto w tym miejscu przyjrzeć się rewelacjom, które pojawiły się w ostatnich latach, 

mówiącym o seksualnym wykorzystywaniu dzieci i istnieniu kręgów pedofilskich. W wielu 
przypadkach dowiadujemy się, że wykorzystywanie trwało przez wiele lat, jak to ma miejsce np.    
w sprawach księży pedofilów. Dlaczego dzieje się tak, że te długotrwałe czyny zostały „odkryte” 
dopiero ostatnimi czasy? 

Jeśli ma istnieć efektywna kampania dla „praw i dobra dzieci”, najpierw musi pojawić się silne 

wrażenie, że ich prawa i dobro potrzebują być chronione. Ujawnianie przypadków molestowania 
seksualnego dzieci doskonale służy temu celowi. Kiedy widzisz program, w którym molestowane 
dzieci są ratowane przez szlachetnych policjantów z rąk rodziców uzależnionych od narkotyków, 
dostajesz obrazy dobrotliwego państwa, i środowiska, które wymaga interwencji. Staje się to 
szablonem, który może być powtarzany przy każdej okazji. I oczywiście towarzyszą temu 
niekończące się reklamy, w których przedstawiane są zaniedbane dzieci siedzące w domu (dla 
wzmocnienia efektu w czarno-białej kolorystyce), przestraszone i głodne, dzięki którym to 
reklamom dostajesz możliwość przekazania 3 dolarów na fundacje chroniące dzieci). 

Nie przywołam linku, ale trafiłem na witrynę internetową agencji podległej ONZ, gdzie 

pokazano zalety „alternatywnego” wychowania. Grupa dzieci żyła bez rodziców, co przypominało 
scenariusz Huxley’a. Podobno dzięki temu były one „bardziej kreatywne” i wykazywały inne 
pozytywne, nieprzeciętne cechy. Wspaniale! Kolejny kamyk dobrych intencji na ścieżce 
prowadzącej do upadku instytucji rodziny. 

W roku 2013 w Irlandii i w Nowej Zelandii zostały przyjęte poprawki konstytucyjne, wg 

których prawa i dobro dzieci są najwyższej wagi, i przewyższają wszelkie prawa, jakie mogą rościć 
sobie rodzice. W Irlandii wniesiony został niemal niezwłocznie pozew sądowy opierający się na 
tym,  że rząd nielegalnie przeprowadził  referendum  dla  poparcia  poprawek  w  kwestiach,  które           
z mocy prawa powinny zachować neutralność. Pozew został, nie bez zaskoczenia, odrzucony przez 
sąd. Poprawki te nie określają szczegółowo ani praw dzieci, ani pojęcia ich dobra, pozostawiając 
państwu dowolność uznania, w jakich przypadkach interwencja w rodzinnie może być pożądana. 

Gdy warunki ekonomiczne ulegną pogorszeniu, z powodu np. trudnej sytuacji gospodarczej, 

prywatyzacji czy wyeliminowania usług socjalnych, dla rosnącej liczby rodziców wyżywienie, 
ubranie i utrzymanie rodzin stanie się trudne lub niemożliwe. Wtedy państwo z łatwością i wg 
własnego uznania może ustalić „minimalny poziom standardu życia” i masowo wziąć pod opiekę 
dzieci z rodzin, gdzie ten poziom nie został osiągnięty. To tylko jeden z możliwych scenariuszy, ale 
wydaje się, że wcale nie niemożliwy. 
 

background image

KRYTYKA LITERACKA 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  

 

           4 2015 

 

 

56

 

Richard K. Moore  w  1964  r.  ukończył matematykę  na  Stanford  University;  do  1994  r.  pracował                   

w labolatoriach Silicon Valley zajmując się tworzeniem oprogramowania m.in. dla Apple, Oracle, Xerox oraz 
tzw. problemami niezdefiniowanymi i ryzykiem zdarzeń. Obecnie mieszka w Irlandii, jest autorem książek 

Escaping the Matrix, The Zen of Global Transformation, oraz licznych artykułow. Krytykuje Nowy 

Porządek  Świata,  światowy establishment, zajmuje się kryzysem nauki, degradacją człowieka, filozofią            
i społeczeństwem. 

 
 
przeł. Tomasz Marek Sobieraj 
 
 
 
 
 

 

 
 

Albrecht Dürer, Bitwa bogów morskich, rys. piórem, 1494 r., Albertina 

 

 

 
 

 

 

 

background image

ADAM SZYPER 

1939 – 2015 

 
 

 

 

 
 

Kadisz dla Adama 
 

Strange now to think of you, gone… 
 

Allen Ginsberg, Kaddish for Naomi 

 
I znowu jesień.  
Opadają liście w parku Źródliska.  
Na stawie  
łabędzie tulą się do siebie,  
a ludzie  
chylą głowy przed wiatrem.  
Cichy dym wypełza z kominów.  
To zwyczajne o tej porze roku. 
Zrozumiałe jak śmierć człowieka.  
 
Mówiłeś, że nie ma odległych miejsc, 
jeśli istnieje ktoś, kto o tobie myśli.  
Ale nie ma też zapomnienia – bo przecież 
pamiętają cię drzewa, pod którymi 
paliłeś pierwsze w życiu papierosy 
i całowałeś się z dziewczynami. 
Pamiętają cię 
domy z czerwonej cegły  
i bruk ulic Księżego Młyna. 
 
Dobrze znaliśmy ten park dzieciństwa,  
drzewa, staw i smak dziewczyn w letnie popołudnie.  
A teraz – ty pierwszy wiesz, co potem. Smutny refren 
wiecznej pustki – idealna ciemność – chór aniołów. 
Gehenna. Gan Eden. Paradeisos.  
„There, rest. No more suffering for you.  
I know where you’ve gone, it’s good” –  
szepce Ginsberg. Adonai, Adonai, Amen... 
 
 

Tomasz Marek Sobieraj 

background image

Hokusai, Wielka fala, drzeworyt, ok. 1831 r., kolekcja prywatna