background image
background image
background image

 
 

 

NUMER 1 (124) STYCZEŃ 1993 

 

Opowiadania zagraniczne

 

 

John Morressy 

Tato, drogi tato, wracaj do domu

 

 

Ian Watson 

Rentgenowscy rozbitkowie

 

 

Galeria 

 

Tim Hildebrandt

 

 

Powieść

 

 

Robert A. Heinlein 

Obcy w obcym kraju (10)

 

 

Z polskiej fantastyki

 

 

Romuald Pawlak 

Overland i okolice

 

 

Artur C. Szretter 

Mysterium tremendum 

 

Film i fantastyka

 

 

Maciej Parowski 

Fantazje bez granic

 

 

Dorota Malinowska 

Iluzjonista piękna

 

 

Dorota Malinowska 

Seguele na wesoło

 

 

Spotkanie z pisarzem

 

 

Óndřej Neff

 

 

Krytyka

 

 

Recenzje 

 

Nauka i SF

 

 

Marek Ramus 

Ogólna teoria rzeczywistości

 

 

Komiks

 

 

Naród wybrany (9) 

 

…3…2…1 

 

Adam Hollanek 

Ucieczka z getta

 

 

Drodzy 

Czytelnicy! 

 

Witam w nowym, 1993 roku. Dnia przybywa już na 
,,barani skok", a my jak gdyby nigdy nic kontynuujemy 
rozważania kryzysologiczne rozpoczęte w numerze z 
października '92. Co przydarzyło się science fiction i 
szerzej, fantastyce? Jak zmieniły się jej powinności i 
szanse wydawnicze w nowej sytuacji pluralistycznej 
wolności? Proszę, wczytajcie się Państwo w traktujące o 
tym komunikaty, nadesłane z dawnej Czecho-Słowacji i 
dawnego Związku Sowieckiego. W krótkim, dramatycznym 
szkicu Ludmiły Koziniec, w wywiadzie z Ondřejem Neffem 
znajduję echa naszych dawnych sporów i emocji i jednak 
paru bieżących kłopotów. Tak więc, choć w 
przeciwieństwie do Ondřeja nie jestem ,,fundamentalistą 
SF", choć wydaje misie, że najwyższe temperatury ,,piekła 
przemienianej świadomości" mamy za sobą, to uważam, że 
oba głosy będą znaczące również dla polskich miłośników i 
twórców gatunku. 

Któryś z naszych awangardowych plastyków, bodaj 

Zbigniew Dłubak, powiedział, że artysta zawsze patrzy... 
za siebie. Odnosi się do tego, co było; nawet proponując 
nowe, wdaje się w polemikę z tymi, którzy go poprzedzali. W 
polemikę bądź kontynuację. Tak jest w dziale polskim w 
bieżącym numerze. Szrejter ogląda się daleko, daleko w 
przeszłość, by zanurzyć się w świat mitów i archetypów, 
Pawlak odświeża poetykę dawnej powiastki filozoficznej i 
opowieści epistolarnej. Obaj nie zaczynali na naszych 
lamach, wylansowała ich konkurencja; podkreślam fakt, 
bo to rzadkość. W dziale zagranicznym czytadła 
pewniaków: opowiadanie ,,Rentgenowscy rozbitkowie" - 
wizję czarnej przyszłości łączy przewrotnie z pytaniem 
eschatologicznym; ,,Tato, drogi tato, wracaj do domu" 
bawi nas magią, sprytem i szelmowskim wdziękiem małej 
czarownicy. ,,Nie jest bardziej bezradna niż przeciętny 
niedźwiedź"... Hm, właśnie dla takich zdań czytamy i 
będziemy czytać literaturę. 

Informacje krótkie. Planetoida 3836 zyskała imię 

Stanisława Lema (gratulacje dla Mistrza). Tenże Lem jako 
pierwszy polski pisarz postawił stopę na planecie 
,,Playboya", drukując w numerze inaugurującym polską 
edycję magazynu (listopad '92) krótkie opowiadanko 
robotycznoantyklerykalne. Adam Hollanek i Konrad, 
Lewandowski nagabują mnie już od paru miesięcy o druk 
poezji (niekoniecznie własnej) na łamach ,,NF". Jeśli 
nadeślecie Państwo coś naprawdę dobrego, a oni to 
zarekomendują, proszę bardzo. Publicznie uprzedzam o 
fakcie, żeby było wiadomo, do kogo mieć w razie czego 
pretensje. W ściślejszym zespole pisma pracujemy 
natomiast nad konkursami -fotograficznym, 
komputerowym - oraz nad konkursem na polską powieść. 

Maciej Parowski

 

 

W prenumeracie

 

NOWA FANTASTYKA 

TAŃSZA O 5000 ZŁ

 

patrz strona 80

 

background image

 

 

Poetyka bicepsa

 

Ostatnio  zacząłem kupować „Nową Fan-

tastykę"  regularnie.  Jesteście-nie da się 

ukryć  -  najlepszym  pismem  podejmują-
cym tematy fantastyczne w Polsce. Macie 

jednak  również  i  małe  potknięcia.  Roz-

czarowała  mnie  mianowicie  recenzja 

zbioru  opowiadań  „Barbarzyńcy",  opa-
trzona  tytułem  „Poetyka  bicepsa"  („NF" 

nr  9/92).  Zdałem  sobie  sprawę  z  tego, 

dlaczego  tak  się  stało,  gdy  dotarłszy  do 
końca  odkryłem, iż autorem tego  tekstu 

jest  kobieta.  Nie  mam  najmniejszych 

zastrzeżeń co do pracy pani Małgorzaty 
Skórskiej,  postaram  się  więc  wytłuma-

czyć  na  czym,  według  mnie,  polegał 

Wasz błąd.

 

Heroic  fantasy  jest  tym  specyficznym 

odłamem  fantasy,  po  którego  lekturę 

sięga  prawie  zawsze  płeć  męska,  a  w 

wyjątkowych  tylko  przypadkach  piękna. 
W  dzisiejszych  czasach,  kiedy  to  wojny 

są  rozstrzygane  za  pomocą  kilku  przyci-

sków i  zanikają w nich jakiekolwiek  zasa-
dy, odwaga i honor mało znaczą. Kiedy na 

straży  prawa  stoją  sądy  i  panowie  w 

niebieskich  mundurach,  wtedy  mężczy-

zna traci poczucie siły i władzy. „Hańbio-
ny" w pracach domowych powoli zapomi-

na  o  swego  rodzaju  archetypicznej  du-

mie. Mężczyzna  nie  jest  już  wojownikiem 
czy  choćby  rycerzem,  nie  jest  obrońcą 

rodziny,  określenie  „głowa rodu"  nie  ma 

dziś już prawie sensu. A przygotowywani 
byliśmy  do  walki  o  przetrwanie  przez 

tysiące,  ba\nawet  miliony  lat!  Natura 

wpajała nam w postaci instynktów walkę i 

demonstrowanie  siły  przez  całe  życie. 
Zatracenie  ich  zawsze  groziło  zagładą 

nie  tylko  osobnika,  ale  często  i  jego 

rodziny  (choć  nierzadko  żyła  w  stadzie). 
WXX  wieku  wszystko  się  odwróciło. 

Instynkt  zakorzeniany  przez  tysiące  lat 

jednak przetrwał! Dziś zatem nie mogąc 
pochwalić się nowym toporem czy tarczą, 

nie mając możliwości rozsławienia swego 

imienia  w  ów  specyficzny  sposób,  sięga 

człowiek-mężczyzna  po  prostą rozrywkę, 
po  satysfakcję  z  możliwości  bliskiego 

obcowania  z  heroicznymi  przodkami. 

Kobieta nie  dostąpiła,  niestety, zaszczy-
tu  -  możliwości  brania  udziału  w  poje-

dynkach i posiadania „odruchu walki". W 

związku  z  tym  sądzę,  iż  trudno  jest  jej 
(kobiecie) pisać na ten temat.

 

„...bo i cóż można w tej dziedzinie ory-

ginalnego  napisać..."  -  stwierdziła  pani 

Małgorzata. Myślę, że nie chodzi tu tylko o 
oryginalność,  ale  danie  czytelnikowi 

możliwości  przejścia  przez  to  cudowne, 

czasem  krwawe,  piekło.  Wypełnienie 
inną  drogą  luki  w  części  umysłu  ozna-

czonej  szyldem  „bój  o  przetrwanie".  (...) 

Potrzebą  walki  obdarowała  nas  sama 
natura.  Jednych  hojniej,  innych  ubożej. 

Do  tych  uboższych  śmiem  zaliczać  (z 

oczywistych względów) kobiety, które nie 

są (jak

 

uważam)  w  stanie  pisać  na  ten  temat 

obiektywnie  (choć  bywają  wyjątki).  Na 
szczęście  kobiety  mają  wiele  zalet  wy-
równujących tę wadę z nawiązką.

 

Miłosz Brzeziński

 

(uczeń I klasy XILO)

 

Warszawa

 

 

Czy kryzys fantastyki na-

ukowej? 

Kochani! Ostatnio udało się Wam dokład-

nie i skutecznie mnie wnerwić. Chodzi mi 
o  dyskusję  „Czy  kryzys  fantastyki  na-

ukowej?"  („NF"  nr  10/92).  Po  pierwsze, 

dlaczego  tak  strasznie  lamentujecie,  że 
teraz nie ma tego, co było kiedyś? Prze-

cież  wszystko  się  zmienia,  fantastyka  lat 

pięćdziesiątych  już  się  przeżyła,  ą  Wyla-

bidzicie,  że  kiedyś  to  było  ślicznie,  a 
teraz to już nie to niestety, jakbyście mieli 

wszyscy  po  70  lat  i  postępującą  demen-

cję  starczą.  Po  drugie,  dlaczego,  na 
Boga  Ojca,  próbujecie  wszystko  we-

pchnąć  do  szufladek:  gatunek,  podgatu-

nek,  podgatunek  podgatunku..!  ?  Albo 
coś  jest  wartościowe  i  samo  się  obroni i 

najprawdopodobniej  nie  da  się  wtedy 

wepchnąć  do  żadnej  szufladki,  albo  coś 

jest  knotem  i  wtedy  żadna  szufladka  nie 
pomoże.  Pan  Jęczmyk  ujawnia  się  przy 

okazji jako rasista - wróg kobiet i Murzy-

nów  (może  nie  wróg, ale  ktoś  wyraźnie 
przeświadczony  o  ich  mniejszej  warto-

ści).  Czy  Ursula  K.  Le Guin  tak bardzo 

rozwodniła  fantastykę?  Wątpię.  Abstra-
hując  od  fantastyki,  wyraźnie  wynika  z 

wypowiedzi pana Jęczmyka, że kobiety (i 

Murzyni)  są  ludźmi  drugiej  kategorii; 

cytuję:  „Feminizacja  każdego  zawodu, 
również  w Polsce, prowadzi do osłabie-

nia  jego  rangi,  lub  też  jest  skutkiem 

osłabienia jego rangi".

 

Rekapitulując,  marnujecie  cztery  stro-

ny  druku,  aby  przytoczyć  dyskusję,  z 

której kompletnie nic nie wynika, zamiast 
wydrukować  jakieś  dobre  opowiadanie 

lub dobrą recenzję, lub ciekawy artykuł w 

rodzaju artykułów pana /łowieckiego.

 

Nina Buczkowska

 

(fizyczka)

 

Gdańsk

 

Hej, rozgadana załogo! I po cóż tyle słów. 
SF jest nieśmiertelna, bo była zawsze. Na 

początku  było  słowo  i  to  słowo  było  fan-
tastyczne,  bo  powoływało  do  istnienia 

nie istniejący świat. I było też naukowe, 

bo ten świat działa (jak działa - tak dzia-

ła... ale działa).

 

Nieprawdą  jest  też  jakoby  groziło  jej 

rozcieńczenie  w  literaturze  „głównego" 

nurtu, bo takowy nie istnieje. Spróbujcie 
sprecyzować  to  pojęcie.  Ono  nic  nie 

znaczy. 

Ot 

taka 

sobie 

nazwa, 

jak„flogiston". A to, że nie pisze się już na 
poważnie o laserach, robotach,  kosmolo-

tach  i  nawigatorach,  jest  tylko  znakiem 

czasu, ale nie odejściem od naukowości. 

Teologia rów-

 

nież  jest  nauką.  Tak  jak  psychologia, 

genetyka  i  holistyka  czy  filozofia.  Więc 

nauka  od  fantastyki  nie  odchodzi,  tylko 
zmienia dziedzinę zainteresowań.

 

A przecież można jeszcze mieszać sty-

le, tak że otwierają się nowe wspaniałe 
drogi  ekspansji.  Panowie  Żerdziński, 

Huberath, Sapkowski, Dukaj i cała masa 

innych  -  przecież  to  nie  jest  łabędzi 
śpiew!  To  nowy  oddech  przed  dalszym 

biegiem.

 

I  wreszcie  Wy  sami  jesteście  dowo-

dem, że fantastyka nie umiera.

 

Maciej Czernik Tarnów

 

PS. Pan Jęczmyk naraził się feministkom 
i niepiśmiennym Murzynom, ale to nic, bo 

mówił prawdę.

 

 

Komu, komu... 

Poszukuję  brakujących  mi  do  kompletu 
następujących  numerów  „Fantastyki":  1/ 

82,  2/82,  2/83,  5/83.  Do  wymiany  prze-

znaczam  wiele  zdublowanych  numerów 
„Fantastyki" (zwłaszcza  starsze  roczniki: 

83,84,85itd.). Mogę też odkupić brakują-

ce  mi  numery,  ale  po  rozsądnej  cenie 
(jedna  z  osób  ogłaszających  się  w  tej 

rubryce  chciała  za  jeden  ze  starszych 

egzemplarzy  300  000  zł!!!).  Jednocze-

śnie bardzo  chętnie pomogę  (pośredni-
cząc)  prawd  z  i  wym  kolekcjonerom  w 

zdobyciu  brakujących  numerów  tego 

czasopisma  po  rozsądnych  cenach  (ok. 
15  000  zł  za  egzemplarz,  a  nierzadko 

taniej), gdyż w starym, pięknym Krakowie 

zalega  ono  półki  antykwariatów  i  giełdę 
książkową,  a  jak  doszły  mnie  słuchy  w 

innych  rejonach  kraju  są  z  tym  problemy. 

To  samo  dotyczy  „Małej  Fantastyki", 

„Fantazji",  „Nowej  Fantastyki",  „Fanta-
styki-Komiksu" i „Komiksu ". Nie obiecuję, 

iż  uda  mi  się  zaspokoić  wszelkie  żąda-

nia, ale zrobię, co mogę i jako kolekcjo-
ner chętnie pomogę innym.

 

Stanisław Sitko jr.

 

os. 1000-Lecia 62/64

 

31-610 KRAKÓW

 

(teł. 48-34-41)

 

SUMMA FANTASTICA? – cd.

 

Przy  okazji  recenzji  „Jawnogrzesznicy"  („Nowa 
Fantastyka"  nr  7/92j,  w  przypisie  wyjaśniającym 
dlaczego  „Wróciłeś  Sneogg,  wiedziałam..."  nie 
trafiło do tej antologii, Marek Oramus napisał, że 
Tomasz  Kołodziejczak  wyjaśnił,  iż  „Huberath 
postawi!  warunki zaporowe". Warunkiem zaporo-

wym dla Kołodziejczaka okazało się umieszczenie 
przy  opowiadaniu  notki  w  formie  „Copyright  by 
Author"  albo podobnej  w  tym  duchu,  np.  tak  jak 
Wojtek Sedeńko zrobił dla wszystkich autorów  w 
„Czarnej  mszy".  Pomyślałem  sobie  więc,  że  jeśli 
facet już na wstępie kombinuje z pra wami autorski-
mi, to jego intencje są mętne i nie odpowiedziałem 
na jego list. Tym bardziej że jak napisał w liście, 
niewyrażenie  zgody  na  notkę  „copyright"  jest 
decyzją ostateczną.

 

Marek S. Huberath

 

 

 

Adres redakcji: 00-640 WARSZA-
WA ul. Mokotowska 5/6 

Telefony:  25-34-75  (red.  nacz., 
sekretariat, działy: techn., graf.), 25-
50-51  (sekretariat,  działy:  zagr., 
publicystyki). 

Redaguje  „Fantastyka"  sp.  z  o.o.:  Andrzej  Brzezicki  (dział 
graficzny),  Dorota  Malinowska  (dział  zagraniczny),  Marek 
Oramus  (dział  publicystyki),  Teresa  Pajdzińska  (korekta), 
Maciej  Parowski  (dział  literatury  polskiej,  redaktor  naczelny), 
Hanna  Sosińska-Balcer  (dział  techniczny),  Krzysztof  Szolgi-
nia (sekretarz redakcji). 

Stali  współpracownicy: Adam  Hollanek,  Jacek  Inglot,  Lech 
Jęczmyk,  Andrzej  W.  Kaczorowski,  Sławomir  Kędzierski, 
Arkadiusz  Nakoniecznik,  Andrzej  Niewiadowski,  Jacek  Ro-
dek  oraz  Denuncjator,  Karburator,  Kunktator,  Negocjator, 
Predator, Sekator i Wibrator. 

Redakcja  nie  zwraca  materiałów  nie  zamówionych,  w  publikowanych 
tekstach  zastrzega sobie prawo dokonywania skrótów. Za treść reklam nie 
odpowiadamy.

 

Wydaje 

Pruszyński i S-ka 

Jacek Herman-lżycki. 
Mieczysław Prószyński, 
Zbigniew Sykulski, 

Tadeusz Winkowski 
spotka cywilna 
Adres: 02-569 Warszawa, 

ul. Różana 34. 

Tel. 49-87-54. 
Skład, druk, oprawa: 

Drukarnia Prasowa SA, 

90-950 Łódź, Al. Piłsudskiego 82. 
Zam. 1133/92. 

Nakład 100 000 egz. 

 

PL ISSN 0867I32X © Copyright by „Fantastyka" sp. z o.o., Warszawa 1992 

INDEKS 358398 

Czytelnicy i „Fantastyka"

 

background image

opowiadanie zagraniczne

 

 

tała skulona na progu, przemoczona do nitki i drżąca w 
porannym  chłodzie.  Woda  ściekała  z  kosmyków  jej 
rudych  włosów,  chude  ramiona  okrywały  strzępy 
starej  chusty,  nogi  miała  zabłocone  do  kolan.  Siną 

dłonią  otarła  z  końca  nosa  kroplę  wody  i  uniosła  duże, 
błękitne oczy. Jej widok mógł roztopić najtwardsze serce. Ale 
nie serce Conhoona. 

Czarownik spojrzał na nią gniewnym wzrokiem. Odrywał 

się od porannej owsianki, co nie wprawiło go w dobry humor. 

-  O co chodzi, dziecko? - spytał opryskliwie. - Czy chcesz 

jakiś  urok?  Mów  głośno,  żebym  cię  słyszał  przez  ten  szum 
deszczu. 

-  Chodzi  o  mojego  tatę,  proszę  łaskawego  pana  - 

powiedziała cichutko. 

-  Ach tak? A któż jest tym twoim tatą? 
-  Finbar O’Farrissey, za pozwoleniem łaskawego pana - 

odpowiedziało dziecko dygając mokro i niezgrabnie. 

-  Jesteś  więc  dziewczynką  O’Farrisseyów?  -  zapytał 

Conhoon  przekrzywiając  łysą  głowę,  żeby  się  jej  lepiej 
przyjrzeć  i  w  zamyśleniu  przeczesując  palcami  niechlujną 
brodę. - Wejdź i siadaj przy ogniu. 

Skwapliwie  skorzystała  z  zaproszenia,  przecisnęła  się 

obok  niego,  siadła  na  grubo  ciosanym  chwiejnym  zydlu  i 
wyciągnęła  spierzchnięte  dłonie  i  zabłocone  nogi  w  stronę 
ciepła.  Odgłos  jej  zziębniętego,  wstrząsanego  dreszczem 
oddechu i widok pary unoszącej się z przemoczonej odzieży 
zmiękczył nieco Conhoona. 

-  Daj  nam  swoją  chustę,  dziecko,  to  ją  wysuszymy  - 

powiedział podnosząc płaszcz leżący w kącie na podłodze. - 
Zawiń  się  w  to.  -  Kiedy  postrzępiona  chusta  leżała  przed 
kominkiem,  a  dziecko  owinięte  w  gruby  płaszcz  przestało 
się  trząść,  Conhoon  powiedział:  —Teraz  będzie  ci  ciepło. 
Powiedz, jak się nazywasz. 

-  Kate, ta pozwoleniem łaskawego pana. 
-  A ile masz lat? 
Dwanaście. Ale niedługo skończę trzynaście. Conhoon 
spojrzał na nią ponuro i potrząsnął głową na 

myśl  o  szybkości  przemijania  lat.  Finbar  O’Farrissey  był 
najmłodszym  synem  Rory'ego  O’Farrisseya  najmłodszego 
syna  Fergusa  O’Farrisseya,  którego  czarownik  wspominał 
ze  wzruszeniem  i  wdzięcznością,  jaką  nie  darzył  nikogo 
innego  na  tym  świecie.  Tęgi  chłop  był  z  tego  Fergusa, 
krzepki  i  bystry,  wierny  wobec  przyjaciół  i  potrafiący 
uszanować 

czarownika. 

Conhoon 

przyjemnością 

wspomniał, jak  to  połnógł  Fergusowi  zdobyć  rękę  Eileen  z 
Druim  Den,  najpiękniejszej  kobiety  w  całym  Meath  i 
przywieźć ją bezpiecznie do przytulnego domostwa w lasach 
Fidh Cuille, gdzie pieśni niezliczonych ptaków uprzyjemniały 
dni i osładzały noce. Minęło nie- 

całe  sto  lat,  i  oto  Fergus  odszedł,  a  Eileen  była 
wspomnieniem,  Rory  zaś  starym  dziadem  siedzącym  przy 
ogniu,  przeżuwającym  pustkę  w  ustach  i  żyjącym  tylko 
wyblakłymi i  gasnącymi obrazami z przeszłości. Trudno jest 
przyjaźnić  się  z  ludźmi,  myślał  Conhoon.  Siedemdziesiąt 
albo osiemdziesiąt lat i już po nich. Bardzo nietrwali. 

Głośne  i  mokre  pociągnięcie  nosem  ze  strony  gościa 

wyrwało czarownika z rozmyślań. 

-  Powiedz nam, Kate - odezwał się -jak tam 
O’Farrissey? 
-  Odszedł,  łaskawy  panie.  Dlatego  właśnie  tu  jestem  - 

odpowiedziała dziewczynka. 

-  To  smutna  wiadomość.  Młody  człowiek,  życie  miał 

przed sobą. Ile was zostało? 

Tylko ja - odpowiedziało dziecko z prostotą. Conhoon 
miękł coraz bardziej. 

-  To  musi  być  straszne,  kiedy  dziecko  w  twoim  wieku 

zostaje  samo  na  świecie.  Jak  zdołałaś  pochować  tego 
biedaka? 

-  Nie  było  co  chować.  Tato  nie  umarł,  tylko  odszedł  do 

Elfów. 

Conhoon  drgnął,  a  jego  krzaczaste  brwi  podjechały  do 

góry. 

-  Poważnie? 
-  Poważnie  -  Kate  uroczyście  kiwnęła  głową  i 

kontynuowała spokojnym,  beznamiętnym  głosem.  -  Tamtej 
nocy  był  wielki wiatr,  a w  nim  kręciły  się  Elfy  gotowe siać 
zamęt. Jak dobrze wiadomo, obecność człowieka przy takich 
okazjach  zapewnia  Elfom  powodzenie  w  tym,  co 
zamierzają,  kiedy  więc  zobaczyły  tatę,  który  wyszedł 
uspokoić  świnie,  porwały  go  ze  sobą  jak  źdźbło  słomy.  Ale 
pan  sprowadzi  tatę  z  powrotem  -  zakończyła  z 
przekonaniem. 

-  Skąd ta pewność? 
-  Czyż  nie obiecał pan uroczyście staremu Fergusowi, że 

kiedykolwiek jakiś O’Farrissey znajdzie się w tarapatach na 
tym świecie albo na innym, poruszy pan niebo i ziemię, żeby 
go ratować? 

Conhoon zmarszczył czoło i wydał z siebie basowy pomruk 

wyrażający  niezadowolenie.  Jego  nastrój  wrócił  do 
normalnego, to jest  kamiennego stanu.  Zdaniem Conhoona 
praca czarownika nie polegała na wyciąganiu ludzi z opałów. 
Zrobi się coś takiego raz czy dwa i spodziewają się pomocy 
nieustannie. To jest psucie ludzi. 

-  Wyraziłem 

Fergusowi 

O’Farrisseyowi 

swoją 

wdzięczność  słowami  miłymi  sercu,  ale  niech  mnie  diabli, 
jeżeli wspominałem  coś o wtrącaniu  się w sprawy  Dobrych 
Ludzi - powiedział. 

-  Obietnica  jest  obietnicą,  łaskawy  panie,  a  wielki 

czarownik,  taki  jak  pan,  zapewne  chciałby  być  znany  jako 
człowiek, który dotrzymuje słowa. 

John Morressy

 

Tato, drogi tato,

 

wracaj do domu 

(Father, Dear Father, Cotne Home With Me Now)

 

background image

-  Ja dotrzymuję słowa - warknął Conhoon. 
-  A  co  ja  mówiłam  wszystkim  napotkanym  po  drodze? 

Mój  tato  został  porwany  przez  Elfy,  ale  dobry  Conhoon 
sprowadzi  go  z  powrotem.  Dawno  temu  obiecał  pomagać 
O’Farrisseyom,  a  kto  jak  kto,  ale  Conhoon  dotrzymuje 
słowa,  mówiłam  im.  Możecie  to  opowiadać  wszystkim, 
mówiłam,  skoro  Conhoon  obiecał,  to  sprowadzi  tatę  z 
powrotem. -Otuliła się szczelnie płaszczem i uśmiechnęła się 
z rozbrajającą niewinnością i słodyczą. 

Conhoon patrzył na nią ponuro. Dwanaście lat, a sprytna 

jak  stara  wiedźma,  myślał  kwaśno.  Trudna  sprawa,  kiedy 
człowiekowi  rzucają  do  stóp  obietnicę  złożoną  przed 
osiemdziesięcioma,  a  może  dziewięćdziesięcioma  laty. 
Jeszcze  trudniej,  kiedy  robi  to  dzieciak  grzejący  się  przy 
twoim  ogniu.  Najtrudniej,  kiedy  się  wie,  że  jeżeli,  jak 
przystało  na  człowieka  rozsądnego,  spróbujesz  się  jakoś 
wykręcić,  będziesz  przez  najbliższe  trzysta  lat  znany  jako 
Conhoon  Łgarz,  Conhoon,  który  łamie  obietnice i  oszukuje 
dzieci, jednym słowem krętacz. 

A  najgorsze  było  to,  że  sam  był  sobie  winien.  Gdyby  się 

zadowolił  odpłaceniem  przysługą  za  przysługę,  żaden 
dzieciak  nie  siedziałby  teraz  przy  jego  ogniu,  na  jego 
własnym zydlu, w jego własnym płaszczu i nie rzucałby mu w 
twarz  jego  własnych  słów,  wypowiedzianych  w  przypływie 
dobroci  tyle  lat  temu,  kiedy  jeszcze  brakowało  mu 
doświadczenia.  Dzięki  swojej  sile  i  sprytowi  Fergus 
O’Farrissey,  wówczas  jeszcze  młokos,  chociaż  wielce 
obiecujący,  niczym  młody  Cuchulainn,  wybawił  Conhoona 
od  kompromitacji,  a  pewnie  i  od  niezłego  pobicia  przez 
pewnego zdradzieckiego olbrzyma. Conhoon  z  kolei pomógł 
Fergusowi  odnaleźć  Eileen,  zaopatrzył  go  w  amulet 
zapewniający jej miłość, pomógł uciec przed trójką jej braci i 
pokonać dwudziestu dziewięciu królów, którzy zabiegali ojej 
względy oraz przeniósł zakochanych szybko i bezpiecznie do 
domostwa  w  głębi  rozśpiewanego  ptasimi  głosami  lasu  Fidh 
Cuille,  gdzie  czar  chronił  ich  przez  dziewięć  lat  przed 
ludzkim wzrokiem.  Był  to  niewątpliwie dowód wdzięczności 
przekraczający  najśmielsze  oczekiwania.  Każdy  człowiek 
honoru  uznałby,  że  dług  wdzięczności  został  spłacony, 
hojnie  spłacony,  a  nawet  przepłacony  przez  taką 
nadprzyrodzoną pomoc i nie przyjąłby nic więcej. A jednak 
kiedy  Conhoon  składał  taką  nieprzemyślaną,  szaleńczą 
obietnicę  idącej  w  pokolenia  pomocy  O’Farrisseyom, 
Fergus  nawet  nie  ruszył  palcem,  żeby  go  powstrzymać, 
zanim  słowa  zostały  wypowiedziane.  Tacy  już  są  ludzie, 
myślał  Conhoon.  Nie  ma  w  nich  za  grosz  wdzięczności, 
nawet wśród tych najwdzięczniejszych. 

-  Czy  dzisiaj wyruszymy  na  poszukiwanie  mojego  taty, 

łaskawy panie? - spytała Kate z nadzieją. 

-  Nie. Interesy z  Dobrymi  Ludźmi to sprawa delikatna i 

potrzebne  są  długie  przygotowania.  Powiem  ci,  kiedy  będę 
gotów - odparł Conhoon surowo. - A teraz nie chcę cię więcej 
słyszeć.  Skończę  owsiankę  i  poradzę  się  moich  ksiąg,  a  ty 
masz mi nie przeszkadzać. 

-  Za  pozwoleniem  łaskawego  pana,  jeżeli  nie  dostanę 

trochę  owsianki,  to  mogę  niechcący  narobić  strasznego 
kłopotu  jęcząc  i  mdlejąc  z  głodu  -  powiedziała  Kate 
wpatrzona  w  szybko  stygnącą  przed  czarownikiem  miskę 
owsianki. 

-  Skończ  to  zatem,  dziecko.  I  weź  sobie  kubek  mleka.  - 

Conhoon patrzył jak dziewczynka rzuciła się najedzenie. - 
Pewnie będziesz też chciała miejsca do spania - powiedział z 
oskarżeniem w głosie. 

-  Nie będę sprawiać łaskawemu panu  kłopotu.  Na  końcu 

ścieżki  jest  bardzo  dobry  krzak.  Schronię  się  tam  przed 
deszczem,  aż  będzie  pan  gotów  pomóc  mojemu  tacie  - 
powiedziała ze spuszczonym wzrokiem. 

-  Nic  podobnego!  -  zawołał  oburzony  Conhoon.  -  Czyja 

jestem bez serca, żeby pozwolić dziewczynce O’Farrisseyów 
spać na deszczu i błocie, kiedy jest wolny wygodny  kawałek 
podłogi przed kominkiem? 

-  Zapracuję na swoje utrzymanie i nie przyjmę jałmużny - 

powiedziała 

Kate 

dumą, 

obdarzając 

czarownika 

spojrzeniem, jakim królowa mogłaby zmierzyć za wiele sobie 
pozwalającego  świniopasa.  -  Kiedy  pan  pogrąży  się  w 
swoich 

księgach,  ja  pozamiatam,  a  po  umyciu  podłogi  i 
wyczyszczeniu  garnków  przyrządzę  wspaniałą  kolację. 
Gdzie jest miotła? 

Conhoon  przez  chwilę  rozważał  pytanie,  aż  wreszcie 

wyrzucił ręce w górę. 

-  Musisz ją sobie sama znaleźć. Ja się takimi rzeczami nie 

zajmuję. 

-  To widać. Bardziej przydałaby się tu łopata - mruknęła 

Kate pod nosem. Dojadła owsiankę, odstawiła miskę, potem 
wstała i zwróciła się do czarownika. - A teraz niech się pan 
zabiera  do swoich  książek,  żebym  mogła  przystosować  ten 
dom  na  użytek  przyzwoitych  ludzi.  Dalej,  dalej  -
powiedziała 

przeganiając 

czarownika 

niecierpliwym 

gestem. 

Conhoon przełknął gniewne słowa cisnące mu się na wargi 

i w milczeniu wycofał się do swojego gabinetu. Dwanaście 
lat,  a  pyskała  niczym  babka  puka.  Jeżeli  tacy  są  teraz 
O’Farrisseyowie,  myślał,  to  szkoda,  że  Inni  Ludzie  nie 
porwali  ich  w  dzień  po  tym,  jak  stary  Fergus  załatwił 
olbrzyma, 

co 

zaoszczędziłoby 

ciężko 

pracującemu 

czarownikowi  masę  kłopotów.  Zresztą  po  co  czekać  cały 
dzień. Szkoda, że nie złapali Fergusa w minutę po  tym, jak 
powalił olbrzyma na ziemię. 

Conhoon  spędził  cały  dzień  na  wertowaniu  ksiąg  kojąc 

pustkę  w  żołądku  kawałkami  chleba  i sera,  które w różnych 
stadiach  wyschnięcia  znajdowały  się  zwykle  w  jego 
pracowni.  Wieczorem  jego  głód  rozszalał  się  na  dobre,  a 
humor  miał  jeszcze  bardziej  kwaśny  niż  zwykle. 
Dziewczynka  zapowiedziała  z  dziecięcą  lekkomyślnością 
wspaniałą  kolację  i  Conhoon  dla  dobra  swojego  żołądka 
miał  nadzieję,  że  to  będzie  prawda.  Umierał  z  głodu.  Jeżeli 
jednak  posiłek  okaże  się  rzeczywiście  dobry,  będzie 
zmuszony  potwierdzić  jej  sukces  mową  dziękczynną, 
zaprosić ją do stołu i traktować ją przyzwoicie, co odbierze 
mu  apetyt  i  zepsuje  całą  przyjemność.  Nie  miał  ochoty 
odgrywać  roli  kogoś  czarującego  i  sam  nie  znosił  takich 
ludzi,  zwłaszcza  wśród  czarowników.  Czarownikowi  nie 
przystało  szczerzyć  się  jak  norka,  kłaniać  jak  lokaj  i 
obsypywać  uprzejmościami  każdego,  kto  znajdzie  się  w 
zasięgu  głosu.  Zadaniem  czarownika  jest  rzucanie  czarów  i 
uroków,  a  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  uśmieszkami  i 
komplementami. 

Z  tych  ponurych  rozmyślań  wyrwał  go  jakiś  nieznajomy 

zapach.  Wciągnął  powietrze  i  usta  wypełniły  mu  się  śliną. 
Rozdzierany^  między tłumioną złością a rosnącym apetytem 
ruszył do kuchni i w drzwiach wydał okrzyk zdumienia. 

Pomieszczenie  było  czyste.  Ani  jednego  pyłku.  Jego 

szeroko  otwartym  oczom  ujawniły  się  powierzchnie  nie 
oglądane  od  dziesięcioleci.  Były  nie  tylko  widoczne,  ale 
lśniły. 

-  Co ty zrobiłaś, dziecko? - spytał zdławionym głosem. 
-  Zrobiłam  to, co  należało. Proszę siadać i jeść kolację, 

póki gorąca - odpowiedziała Kate nie patrząc w jego stronę. 

Rozglądając się ostrożnie, jak człowiek, który się obudził 

w nieznajomym otoczeniu, Conhoon usadowił się za stołem. 
Zapomniana  powierzchnia  blatu  uwolniona  od  pamiątek 
poprzednich posiłków lśniła nagością. Kate postawiła przed 
czarownikiem  miskę  gęstej  zupy.  Drażniącą  powolną 
smużką  unosiła  się  nad  nią  wonna  para.  Czarownik 
przymknął  oczy  i  łakomie  wciągał  powietrze,  w  którym 
pojawił  się  nowy  zapach.  Spojrzał  na  stół  i  ujrzał  krągły 
bochen chleba, obok 

 

background image

niego 

zaś 

miseczkę 

złocistego 

masła 

pokrytego 

kryształowymi kropelkami zimnej wody. 

-  Chleb? Upiekłaś chleb? - zapytał słabym głosem. 
-  A  czyż  nie  musiałam?  Co  warta  jest  zupa  bez 

popchnięcia jej kawałkiem chleba? 

Conhoon  kiwnął głową. Spróbował zupy na koniec łyżki i 

omal nie rozpłakał się z rozkoszy. Gotując sam dla siebie nie 
miał w ustach czegoś tak smakowitego od pół wieku. Chleb 
stanowił godne uzupełnienie dania głównego. Nie ma jeszcze 
trzynastu  lat,  a  już  jest  najlepszą  kucharką  w  Irlandii. 
Conhoon jadł pośpiesznie i hałaśliwie, a skończywszy podał 
pustą  miskę  po  dolewkę.  Kiedy  zjadł  i  podsunął  miskę  po 
trzecią porcję, Kate przeszyła go morderczym spojrzeniem i 
zabrała  mu  miskę  wraz  z  łyżką.  Conhoon  naburmuszony 
wrócił do pracowni. 

Spędził  większość  nocy  oraz  cztery  następne  dni  ślęcząc 

nad  księgami  i  szukając  najlepszego  sposobu  na  Elfy-
porywaczy.  Budziły  one  największy  lęk  ze  wszystkich 
Elfów,  gdyż  były  liczne i potężne, i  zwykle  złośliwe.  Kiedy 
zrywała się wielka wichura, był to nieomylny znak, że Elfy-
porywacze  ruszyły  się  i  nieszczęście  zawisło  nad  głową 
jakiegoś nic nie podejrzewającego i najczęściej Bogu ducha 
winnego  śmiertelnika.  Rozbawione  mogą  się  zadowolić 
kradzieżą  zbiorów  lub  bydła,  czy  zburzeniem  komina,  ale 
bywało,  że  porywały  dziecko,  kradły  oszczędności  całego 
życia starych ludzi  lub  uprowadzały  krzyczącą  co sił  pannę 
młodą w dniu ślubu przy okazji przyprawiając ją o siwiznę. 
Z  jakiegoś  powodu  -  może  były  przesądne,  ale  nikt  tego  nie 
wiedział na pewno - zawsze porywały człowieka i zabierały go 
na  tę  wyprawę  w  mniemaniu,  że  zapewnia  to  powodzenie 
całemu  przedsięwzięciu.  Czasami  przetrzymywały  tego 
człowieka  przez  dwa  albo  trzy  stulecia,  kiedy  indziej 
wypuszczały  go  następnego  ranka.  Z  Elfami-porywaczami 
nigdy nic nie wiadomo. 

Wszystko  to  Conhoon  wiedział.  Nie wiedział  natomiast, 

dokąd  Elfy  się  udają  i  jak  je  odnaleźć,  a  nie  chciał  tracić 
czasu ani siły magicznej na bezpłodne wędrówki po lasach i 
polach.  Z  każdym  dniem  daremnych  studiów  wpadał  w 
coraz czarniejszy nastrój. Dla odmiany jego chata z dnia na 
dzień  stawała  się  coraz  jaśniejsza,  czystsza  i  weselsza.  To 
tylko  skłaniało  go  do  pośpiechu.  Jeżeli  czym  prędzej  nie 
pozbędzie się tej szorującej, zmywającej, wywijającej miotłą, 
trzaskającej  garnkami  młodej  istoty,  dom  przestanie  się 
nadawać  do  zamieszkania.  Jak  na  razie,  jego  pracownia 
pozostała  ostatnią  ostoją  normalności  i  Conhoon  był 
przekonany,  że  gdyby  nie  broniący  wstępu  czar,  Kate 
0'Farrisśey  rzuciłaby  się  do  pracy  z  miotłą  i  ścierką,  gdy 
tylko by odwrócił głowę. 

Z drugiej strony dzieciak potrafił gotować. Co do tego nie 

było  dwóch  zdań.  Jej  zdolności  kucharskie  prawie 
równoważyły  szaleńcze  zamiłowanie  do  czystości.  Prawie. 
Wdychanie  aromatów,  jakie  wypełniały  dom,  kiedy 
szykowała  kolację,  było  rozkoszą  dla  powonienia, 
spożywanie  zaś  jej  posiłków  dobrodziejstwem  dla  żołądka, 
ale  życie  wśród  takiej  czystości  stanowiło  obrazę  dla  jego 
duszy  czarownika.  Brakowało  mu  znajomego  widoku 
brudnej 

miski, 

zarośniętego 

garnka 

stosu 

nierozpoznawalnego śmiecia w kącie. Bez tego nie czuł się u 
siebie w domu. 

Piątego wieczoru od przybycia Kate Conhoon zasiadł do 

kolacji  zamyślony  bardziej  niż  zwykle.  Odświeżył  swoją 
wiedzę  na  temat  Elfów-porywaczy,  ale  nadal  nie  miał 
pojęcia  o  ich  obecnym  miejscu  pobytu  ani  o  ostatecznym 
celu ich wędrówki. Nic już więcej nie  można było wyczytać z 
ksiąg,  następny  etap  stanowił  czar,  a  nie  miał  pewności, 
który 

wielu 

możliwych 

sposobów 

będzie 

najkorzystniejszy przy najmniejszym wysiłku z jego strony. 

-  Kiedy ruszamy,  żeby odnaleźć tatę? - spytała Kate po 

milczącym posiłku. 

-  Kiedy będę gotów - odparł Conhoon. 
-  Nie widać, żeby się pan śpieszył -  mruknęła Kate pod 

nosem,  wystarczająco  jednak  głośno,  żeby  czarownik 
usłyszał. 

-  Niewiele przyjdzie z uganiania się za Dobrymi Ludźmi, 

jeżeli  nie  wiem,  gdzie  ich  szukać,  dziewczyno.  Elfy-
porywacze  chadzają  swoimi  drogami  i  robią,  co  chcą  i 
człowiek nie 

ma pojęcia, gdzie się pokażą w następnej minucie. Gdybym 
wiedział, gdzie są, pognałbym za nimi jak chart. Kate 
spojrzała na niego z niewinnym zdziwieniem. 

-  Czy tylko to pana wstrzymuje? W takim razie może się 

pan  zbierać.  Słyszałam,  jak  przywódca  Elfów  mówił,  że 
pójdą  grzbietem  nad  Duradh  Faithlenn,  potem  wzdłuż 
Leitir  Cro  i  po  całodobowych  tańcach  na  równinie 
Meanmbragh pójdą napsocić w oborze 0'Rahilly'ego. 

-  Dlaczego  mi  tego  nie  powiedziałaś,  dziecko? -  zapytał 

Conhoon. 

-  Akurat pana interesowało, co ja mam do powiedzenia. 

Ledwo  postawiłam  nogę  na  progu,  a  pan  już  siedział  w 
swoich księgach. 

Conhoon zgrzytnął zębami i przeszył ją wzrokiem. 

Znam  miejsce  Ó'Rahilly'ego  -  powiedział  po  chwili.  - 

Rano wyruszamy. 

Kate zerwała się z miejsca. 

-  Podgrzeję wodę na kąpiel przed... 
-  Kąpiel!? - zawołał Conhoon z przerażeniem. 
-  Tak,  użyłam  tego  słowa.  A  po  kąpieli  uczeszę  panu 

brodę. 

 

background image

Conhoon zerwał się na równe nogi. 

-  Nie  waż  się  tknąć  ani  jednego  włosa  z  mojej  brody  - 

powiedział zasłaniając ją dłońmi. 

-  Upiorę ją, wysuszę i uczeszę. Teraz wygląda jak coś, co 

można znaleźć w ciemnym kącie jaskini pustelnika. 

Conhoon wydał pogardliwy odgłos i zrobił gest, jakby coś 

odsuwał. 

-  Czarownik nie dba o pozory. 
-  To  widać.  Ale  my,  O’Farrisseyowie,  mamy  swoją 

dumę  i nie chcę, żeby  mnie widziano na drodze z kimś, kto 
wygląda,  jakby  mu  z  twarzy  zwisało  szczurze  gniazdo  - 
powiedziała Kate zadziornie. 

-  No to idź sobie! Odejdź, dziecko. Chętnie zobaczę twoje 

oddalające  się  plecy.  Jestem  wykończony  tym  twoim 
myciem i szorowaniem! 

-  Już  odchodzę,  mimo  ciemności  nocy.  A  kiedy  ludzie 

będą  mnie  pytać,  gdzie  jest  czarownik  Conhoon,  który 
obiecał  pomagać  O’Farrisseyom  w  potrzebie,  powiem  im, 
kto  złamał  przysięgę  i  siedzi  w  domu  z  rękami  w  brudnej 
zmierzwionej brodzie. - Podeszła do drzwi, odwróciła się i z 
wyższością dodała: - Myślę zresztą, że niewiele tracę. Jestem 
tutaj od pięciu dni i nie widziałam ani jednego czaru. 

-  Czy ty masz dobrze w głowie, dziecko? Czy myślisz, że 

czarownik  siedzi  po  całych  dniach  w  kuchni  i  pokazuje 
sztuczki?  -  Przez  chwilę  mierzyli  się  gniewnymi 
spojrzeniami, potem Conhoon  mówił dalej. - Siadaj! Znajdę 
twojego ojca, ale nie pozwolę robić nic ze swoją brodą. 

-  Jak pan sobie życzy.  Zagrzeję wody, żeby była gotowa, 

gdyby się pan rozmyślił - powiedziała Kate biorąc cebrzyk i 
kierując się do studni. 

Jednak później tego wieczoru, nie mając nic lepszego do 

roboty, jak wytłumaczył sobie, a warknął do Kate, Conhoon 
się wykąpał. Siedząc przed ogniem we wspaniałej miękkiej 
szacie, którą Kate uprała jednego z poprzednich dni, zaczął 
myśleć z mniejszą wrogością ojej propozycji umycia brody. 
Wyłącznie  dla  wygody,  którą  zaczynał  doceniać  jako 
przyjemny  i  pożądany  element  życia,  nie  zaszkodzi,  jeżeli 
sieją dobrze namoczy i pozwoli dziecku rozczesać. Elfy będą 
zaskoczone  widząc  go  w  tak  schludnej  postaci  i  bardzo 
dobrze.  Kiedy  się  ma  do  czynienia  z  tą  kompanią,  trzeba 
wykorzystywać każdą przewagę. 

Porządkowanie  brody  Conhoona  okazało  się  czynnością 

niespodziewanie  długotrwałą  i  pracochłonną.  Czarownik 
wydawał  głośne  okrzyki  i  skarżył  się,  kiedy  Kate 
rozczesywała  kołtuny,  ale  po  skończonej  pracy  rezultat  był 
satysfakcjonujący.  Conhoon  pogłaskał  brodę  jak  człowiek 
pieszczący swojego ulubionego kota i niechętnie przyznał, że 
pomysł nie był taki zły. 

-  I  czy  nie  wygląda  pan  teraz  dziesięć razy  bardziej  na 

czarownika  niż  z  tą  kopą  siana  przyczepioną  do  szczęki?  - 
wykrzyknęła  Kate.  -  Wygląda  pan  absolutnie  szlachetnie. 
Dobrzy Ludzie będą pana jedli łyżkami. 

-  Naprawdę?  -  spytał  Conhoon  i  w  łagodnej  zadumie 

przygładził brodę, by w końcu oświadczyć: - Jasne, że tak. 

Wyruszyli  na  farmę  0'Rahilly'ego  wczesnym  rankiem. 

Drogi  były  suche,  pogoda  dobra i  Conhoon  oświadczył,  że 
dzięki  jego  znakomitym  wierzchowcom  mogą  dotrzeć  do 
miejsca przeznaczenia przed zachodem słońca. 

Kate  klasnęła  w  dłonie  i  wydała  okrzyk  radości.  Po  raz 

pierwszy,  odkąd  zawitała w  progach  czarownika,  wyraziła 
coś innego  niż  niecierpliwość, dezaprobatę i podejrzliwość, 
co Conhoon odebrał pozytywnie. 

-  Będę miała tatę jeszcze przed wieczerzą! - zawołała. 
-  Nie wyciągaj  pochopnych wniosków, dziecko. Kiedy się 

ma  do  czynienia  z  Ludźmi  z  Zewnątrz,  trzeba  się  liczyć  z 
brutalnością  i  wszystkimi  możliwymi  fortelami  -  ostrzegł 
Conhoon. 

-  Tak,  ale  pan  sobie  z  nimi  poradzi  -  stwierdziła  Kate  z 

łatwą pewnością. 

Conhoon  skinął  głową  i wydał  wieloznaczne  stęknięcie, 

lecz  nic  nie  powiedział.  Z  zadowoleniem,  oczywiście, 
przyjmował  całkowicie  uzasadnione  wyobrażenie  Kate 
O’Farrissey na temat swojej potęgi, jednak zbyt dobrze znał 
obyczaje 

Elfów,  żeby  żywić  złudzenia  co  do  łatwego  nad  nimi 
zwycięstwa. 

Wszyscy 

czarownicy 

Irlandii, 

gdyby 

kiedykolwiek  udało  się  ich  połączyć,  mieliby  kłopot  z 
nakłonieniem  jednego  małego  Elfa  do  zboczenia  o  krok  z 
wybranej  przez  niego  drogi.  Jedynym  pewnym  sposobem 
uzyskania  władzy  nad  Elfami  było  policzenie  ich,  ale  one 
miały świadomość  niebezpieczeństwa i dobrze się przed nim 
broniły.  Nie  tylko  dzięki  swojej  wrodzonej  ruchliwości  i 
zwinności,  lecz  także  dzięki  przemyślnemu  utrzymywaniu 
się  w  ciągłym  ruchu,  wirowaniu,  gonitwie,  podskokom  i 
nieustannym  zmianom  miejsca,  przez  co  obserwator  nie 
wiedział,  czy  widzi  ich  dwadzieścia  czy  dwieście. 
Niezwykle chytre stworzenia. 

Conhoon wiedział, że chcąc wygrać musi je przechytrzyć. 

Pogrążył się w rozmyślaniach i nie odezwał się ani słowem aż 
do  postoju.  Kiedy  w  zamyśleniu  usiadł  na  płaskim  głazie, 
Kate  podała  mu  pajdę  chleba  z  masłem.  Przyjął  ją  w 
milczeniu i zaczął powoli przeżuwać. 

-  Po  czym  poznam  Elfa-porywacza,  kiedy  go  zobaczę? - 

wyrwała się Kate, nie mogąc dłużej utrzymać ciekawości na 
wodzy. 

-  Nie  zobaczysz  go.  Dobrzy  Ludzie  nie  pokazują  się 

zwyczajnemu  człowiekowi  -  odpowiedział  Conhoon  z 
roztargnieniem. 

-  Zobaczę.  Urodziłam  się  w  środku  nocy  i  mam  dar 

widzenia duchów i Elfów. 

Conhoon  przekrzywił  głowę  i  spojrzał  na  nią  z  nowym 

zainteresowaniem. 

-  To  dlaczego  mnie  pytasz,  dziewczyno,  skoro  sama 

możesz je widzieć? 

-  Widziałam  tylko  dwóch  w  tłumie  na  jarmarku  i  nie 

mogłam  im  się  dobrze  przyjrzeć.  Poza  tym  były  to  zwykłe 
Elfy, nie porywacze - wyjaśniła Kate. 

Conhoon pogładził w zadumie brodę. 

-  Niektóre  Elfy-porywacze  są  piękne  -  zaczął.  -  Piękne 

jak  anioły.  Włosy  mają  złote,  oczy  niebieskie,  skórę  jak 
mleko,  drobne  dłonie  i  stopy,  proste  nogi,  krągłe  kolana  i 
głosy  łagodne  jak  głos  harfy  potrącanej  delikatnym 
powiewem wiatru. Nie ma nic piękniejszego niż piękny Elf-
porywacz,  szkoda  tylko,  że  obyczaje  nie  odpowiadają  ich 
urodzie. Nawet te, które nie są tak piękne jak najpiękniejsze, 
są  miłe dla  oka  i  trzeba się  dobrze  przyjrzeć,  żeby  dostrzec 
ich ułomności. 

-  Jakie to ułomności? 
-  Łatwo je wymienić. U Elfa płci męskiej jedno ramię jest 

wyższe na grubość wąsa szarego kota i jedno oko jest o tyle 
samo niżej umieszczone, jedna ręka jest dłuższa o odległość 
między pazurami na nodze pchły i jedna noga jest o tyle samo 
krótsza. I nigdy nie jest to ta sama ręka, noga, oko czy ramię, 
tylko codziennie inna. 

Kate przez chwilę przetrawiała tę informację. 

-  A jak jest u Elfów płci żeńskiej? - spytała. 
-  To też łatwe. U kobiet jedno ramię jest niższe o grubość 

wąsa  szarego  kota,  jedno  oko  jest  o  tyle  samo  wyżej 
umieszczone,  jedna  ręka  jest  krótsza  o  odległość  między 
pazurami na nodze pchły, a jedna noga o tyle samo dłuższa. I 
u  nich  też  nigdy  nie  jest  to  ta  sama  ręka,  noga,  oko  czy 
ramię, tylko każdego dnia inna. 

-  Jestem  zbita z tropu tą informacją - przyznała Kate po 

dłuższym milczeniu. 

-  Zbijanie ludzi z tropu leży w naturze Elfów-porywaczy 

-  powiedział  Conhoon  wstając  i  przeciągając  się.  -  One 
bardzo  nie lubią,  kiedy  się je rozpoznaje.  Dlatego  najlepiej 
nie przyznawaj się, że masz zdolność widzenia ich. 

-  A co mogą mi zrobić? - spytała Kate zadziornie. 
-  Mogą ci wydłubać oczy. 

Usłyszawszy  to  Kate  umilkła.  Ani  ona  ani  Conhoon  nie 

odzywali  się  aż  do  chwili,  kiedy  Kate  nagle  psyknęła 
ostrzegawczo, wyrywając czarownika z zadumy. 

Tam są - powiedziała. 

Conhoon poderwał głowę, rozejrzał się i nie dostrzegł nic 

poza  rozległą  zieloną  polaną  okoloną  drzewami.  Uniósł 
medalion  cechu  czarowników,  który  nosił  na  szyi  i 
spojrzał przez małą Szczelinę Prawdziwej Wizji znajdującą 
się  pośrodku.  Rzeczywiście,  na  polanie  były  Elfy-
porywacze, tań- 

background image

 

czące,  skaczące,  wzlatujące,  wirujące,  stale  w  ruchu,  znikające 
za,  między  i  pod  sobą  jak  bańki  powietrza  pod  wodospadem. 
Były  ich  dziesiątki,  może  setki,  albo  pół  kopy,  a  może  tysiąc. 
Nikt  nie  potrafiłby  tego  określić,  gdy  tak  migały  przed  oczami, 
nawet kiedy pozornie prawie stary w miejscu.

 

Conhoon  wypuścił  z  palców  medalion  i  przetarł  oko.  Elfy 

znikły. Wypowiedział słowa widzącego czaru i znów ukazały się 
jego oczom w całej swej oszałamiającej obfitości.

 

-  Zostań  tutaj  i  nie  daj  po  sobie  poznać,  że  je  widzisz  - 

powiedział do Kate. - Ja pójdę z nimi porozmawiać. 

-  Widziałam  mojego  tatę!  -  zawołała  Kate  w  podnieceniu.  - 

Był między nimi i tańczył z jakąś panią. 

-  Ta  banda  potrafi  zatańczyć  człowieka  do  ogłupienia  i 

zostawić  go na stoku wzgórza osłabionego jak wydojona krowa. 
Jak wyglądał twój tata? 

-  Wyglądał na szczęśliwego - odpowiedziała Kate z wyraźną 

troską w głosie. 

-  Biedak został urzeczony. 

J

OHN 

M

ORRESSY

 

Po dość długiej przerwie przypominamy amerykańskiego pisarza i 
profesora  literatury  angielskiej.  W  trakcie  swej  kariery  opublikował 
kilka powieści głównego nurtu i kilkanaście z gatunku SF.  Twierdzi, 
że  SF  to  najbardziej  interesujący,  twórczy  i  przynoszący 
zadowolenie  pisarzo wi  obszar,  który  w  dodatku  może  okazać  się 
najbardziej  znaczący.  Jego  ulubionymi  bohaterami  są  czarownicy, 
których traktuje z pewnym przymrużeniem oka. Morressy jest jednym 
z  autorów,  od  których  zawsze  oczekujemy  równego,  wysokiego 
poziomu. 

D.M.

 

 

-  Niewątpliwie.  Tata  nie  miał  takiego  uśmiechu  na  twarzy, 

odkąd nauczył się chodzić. 

-  O’Farrisseyowie  nigdy  nie  byli  znani  z  pogodnego 

usposobienia,  co  dobrze  pamiętam.  Zaczekaj  tutaj,  a  ja 
porozmawiam z Elfami. Twój tata jeszcze dziś będzie znów sobą. 

Conhoon zsiadł z konia i powierzywszy go opiece Kate, ruszył 

w  stronę  roztańczonego  tłumu.  Elfy  zauważyły  przybycie 
mężczyzny i dziecka, nic nie uchodziło ich uwadze, i wiele oczu 
było zwróconych w jego stronę, kiedy zbliżył się z ręką uniesioną 
w  przyjaznym  geście  powitania.  Ale  nawet  zaciekawione  Elfy 
wirowały i przemykały, równie niepoliczalne jak płatki śniegu w 
zamieci.  Czarownik  na  próżno  szukał  wzrokiem  Finbara 
O’Farrisseya.

 

Na  spotkanie  wyszedł  mu  jeden  z  mężczyzn.  Był  w  wieku 

pośrednim,  gdzieś  między  młodością  a  starością.  Włosy  miał 
kruczoczarne,  gęste  i  lśniące,  skórę  gładką,  ruchy  żwawe  i 
zręczne,  ale  jego  czarne  oczy  były  jak  zwierciadła,  w  których 
kiedyś już odbiło się wszystko, co jest na tym świecie  i na paru 
innych.  Nic  ich  nie  mogło  zdziwić.  Ubrany  był  prosto,  ale 
elegancko  w  miękkie  tabaczkowe  spodnie  do  kolan,  aksamitny 
płaszcz z błyszczącymi guzikami i pantofle ze sprzączkami. Jego 
koronkowa koszula lśniła bielą niby światło księżyca.

 

-  Dzień dobry, wędrowcze - odezwał się z miłym uśmiechem. 
-  Dzień dobry tobie i całej kompanii - odpowiedział Conhoon 

z  równie  miłym  uśmiechem.  Zatrzymał  się  i  położył  dłoń  na 
brodzie. 

-  Jaka piękna siwa broda - powiedział Elf. 
-  Dziękuję.  Ty  też  jesteś  przystojnym  mężczyzną  i  twoi 

przyjaciele też są piękni. 

Elf uśmiechnął się jeszcze milej. Zbliżył się o krok i przyjrzał 

się Conhoonowi z zainteresowaniem.

 

-  Powiedz  mi,  proszę,  jak  to  się  dzieje,  że  mnie  widzisz?  - 

spytał. 

-  Widzę cię, gdyż jestem czarownikiem. I jeżeli ktoś spróbuje 

wydłubać  mi  oczy,  wielkie  nieszczęście  spadnie  na  cały  klan 
Elfów - odparł Conhoon. 

-  Ach, tak - powiedział Elf z powagą i cofnął się o krok. - To 

dobrze,  że  nas  uprzedziłeś.  Tyle  rzeczy  się  dzieje,  wiesz, 
odrobina maści Elfów w jednym oku, szczypta popiołu z ogniska 
Elfów  w  drugim,  a  oni  podglądają,  wtrącają  się  w  nie  swoje 
sprawy i widzą rzeczy, których nie powinni oglądać. Chodzi mi 
tylko o nasz spokój. Nie wątpię, że ktoś taki jak pan rozumie te 
sprawy. 

-  Rozumiem - odpowiedział Conhoon. Nie spuszczał swojego 

rozmówcy z oka, częściowo z ostrożności, a częściowo dlatego, 
że  nieustanny  ruch  pozostałych  Elfów  przyprawiał  go  o  zawrót 
głowy. 

-  Miło to słyszeć. Czy zechcesz zjeść z nami wieczerzę, mój 

dobry czarowniku? 

-  Nie  przyjechałem  tutaj  na  kolację,  tylko  po  Finbara 

O’Farrisseya,  którego  porwaliście  z  jego  domu  dziesięć  nocy 
temu, kiedy wyszedł dojrzeć swoje świnie. 

-  A, tego. Znam go - powiedział Elf. - Przystojny mężczyzna 

ten O’Farrissey. 

-  Niezależnie  od  tego,  jaki  jest,  jego  córka  chce  go  mieć  z 

powrotem.  To  brzydko  porywać  człowieka  i  zostawiać  jego 
biedną  córkę  samą  na  świecie,  tym  bardziej  że  dziecko  nie  ma 
jeszcze trzynastu lat - powiedział Conhoon marszcząc brwi. 

-  Może  i  tak,  aleja  mam  plany  w  stosunku  do  tego 

O’Farrisseya. Ma się żenić z moją najmłodszą córką. 

Conhoon zasępił się.

 

-  Marny  los  człowieka,  który  wżeni  się  w  klan  Elfów  - 

powiedział. 

-  Nic  podobnego.  Czyż  kilka  wieków  temu  moja  najstarsza 

córka  nie  poślubiła  Oenghusa  Mac  Oca  i  czyż  nie  żyją 
szczęśliwie do dzisiaj? 

Brwi Conhoona podjechały do góry.

 

-  Twoja córka i Oenghus Mac Oc? 
-  Jestem Ethal Anbhuail, król Elfów, i Caer, żona Oenghusa, 

jest  moją  córką.  Teraz  zaś  wyswatałem  swoją  najmłodszą  i  nie 
życzę sobie, żeby ktoś to zepsuł, nawet jeżeli 

 

background image

 

jest to czarownik. - W głosie króla Elfów zabrzmiała jakaś 
nowa, groźna nuta. 

Nawet  jeżeli  jesteś  królem,  nie  wolno  ci  podstępem 

wciągać biednego śmiertelnika w związek ze swoją córką. 

Nie  ma  tu  żadnego  podstępu.  Moja  słodka  Edain  jest 

najpiękniejszą istotą, jaka chodzi po ziemi od trzech tysięcy 
lat. Wystarczy, że mężczyzna raz na nią spojrzy, a już mdleje 
z  pożądania,  nie  może  jeść  ani  spać.  Gdybym  nie  był 
ostrożny,  ciągnąłby  się  za  nami  wszędzie  ogon 
niewyspanych, 

zagłodzonych 

mężczyzn. 

Czy 

teraz 

rozumiesz, dlaczego nie chcę, żeby ludzie nas oglądali? 

Rozumiem  i  uważam,  że  to  bardzo  roztropne.  Ale  skoro 

twoja  córka  jest  tak  piękna,  jak  mówisz,  to  dlaczego 
wybierasz  jej  na  męża  zwykłego,  biednego  rolnika,  w 
dodatku wdowca, na którego czeka w domu dwunastoletnia 
córka? 

Król Elfów podniósł ręce w geście frustracji. 

Czy  myślisz,  że  nie  wolałbym  króla,  bohatera  albo 

półboga  jak  Oenghus?  To  ona  sama  wybrała,  czarowniku, 
nie ja. 

I nie można jej tego wyperswadować? 
Nie. Ale jeżeli to będzie dla dziecka jakimś pocieszeniem, 

możesz  powiedzieć  córce  O’Farrisseya,  że  ojciec  będzie 
wracał do niej co drugi rok. 

Jakiś  dziwny  rodzaj  małżeństwa  -  zauważył  Conhoon 

podejrzliwie. 

Nie  ma  w  tym  nic  dziwnego.  Moje  córki  co  drugi  rok 

zmieniają  się  w  łabędzie.  Mają  to  po  swojej  matce.  Ich 
mężowie  nie  mają  wiele  do  roboty,  podczas  gdy  ich  żony 
przebierają łapami w jeziorze.  OTarrissey  będzie więc  mógł 
co drugi rok poświęcić się dziecku. Uważam, że to aż nadto 
dla każdego przyzwoitego dziecka. 

Conhoon gładząc brodę rozważał te informacje. 

Przekażę  dziewczynce  wszystko,  co  usłyszałem  - 

powiedział wreszcie. - Czekaj tutaj, póki nie wrócę. 

Przeszedł  przez  polanę  do  miejsca,  gdzie  pod  drzewami 

czekała Kate. Zerwała się i podbiegła do niego wołając: 

Mój tato! Gdzie jest mój tato? 

Conhoon  wprowadził  ją  z  powrotem  w  cień.  Usiedli  i 

wtedy  przedstawił  jej  sytuację.  Kate  słuchała  z  największą 
uwagą, a kiedy skończył, potrząsnęła głową z powagą męża 
stanu rozważającego stylistykę aktu abdykacyjnego. 

Od  dawna  miałam  nadzieję,  że  znajdzie  dobrą,  silną 

kobietę  i  ożeni  się.  Praca  mnie  zabija.  Ale  Elfy  są 
bezużyteczne  na  świńskiej  farmie,  a  już  najgorsze  są 
księżniczki  Elfów.  Będę  miała  dwa  razy  tyle  roboty  - 
stwierdziła ponuro. 

Będziesz  miała  co  drugi  rok  swobodniejszy  -  wskazał 

Conhoon. 

Mało  prawdopodobne.  W  latach,  kiedy  nie  będę  po  niej 

sprzątać, każe mi karmić łabędzie. 

Conhoon  kiwnął  głową.  Miał  pewną  wiedzę  na  temat 

księżniczek Elfów i musiał przyznać rację Kate. 

Spróbuję  porozmawiać  z  tą  kobietą.  I  z  twoim  ojcem,  ale 

musisz  wiedzieć,  że  mogę  tylko  prosić.  Na  Elfy  nie  ma 
czarów.  Jedyny  sposób,  żeby  zdobyć  nad  nimi  władzę,  to 
policzyć je. 

-  Niech więc pan wraca do nich i rozmawia najdłużej, jak 

się  da,  i  niech  pan  nie  zwraca  na  mnie  uwagi,  póki  nie 
machnę nad głową szalem - powiedziała Kate. 

-  Zrobię tak. I pamiętaj, nie pozwól im się zorientować, 

że je widzisz. 

Kiedy  Conhoon  wrócił  do  Elfów,  stwierdził,  że  po  obu 

stronach  króla  stoją  kobieta  i  rudowłosy  mężczyzna.  W 
mężczyźnie  rozpoznał  natychmiast  Finbara  O’Farrisseya. 
Kobietą,  sądząc  z  piękna  twarzy  i  doskonałości  kształtów, 
mogła być tylko Edain, córka Ethala Anbhuaila. OTarrissey 
powitał go serdecznie. 

Conhoonie,  mój  dzielny  Conhoonie,  cóż  za  miła 

niespodzianka  -  zawołał  z  radością.  -  Edain,  moja  droga, 
poznaj  Conhoona  o  Trzech  Darach,  starego  przyjaciela 
O’Farrisseyów, czarownika wielkiej siły i mądrości. 

Myślę,  że  jest  twardym  człowiekiem  i  czarownikiem, 

który przybył, żeby nas rozdzielić, mój najdroższy Finbarze 
- odezwała się Edain głosem pięknym jak śpiew aniołów i I 
smutnym jak jesień. 

Finbar objął ramieniem jej wiotką kibić i przyciągnął ją do 

siebie. 

-  Conhoon  nigdy  nie  popełniłby  takiego  okrucieństwa 

wobec  O’Farrisseya.  Czyż  nie  poprzysiągł  pomagać  nam, 
ilekroć będziemy w potrzebie, na tym świecie lub poza nim? 

-  On mnie nie lubi. Czuję to - powiedziała. 
-  Szlachetnie  urodzona  Edain  jest  piękniejsza  od 

wszystkich kobiet, mężczyzna zaś, który spędzi życie mając 
ją  u  swego  boku,  jest  zaiste  wybrańcem  losu  -  powiedział 
Conhoon  z  niskim  ukłonem  w  stronę  królewny.  -  Ale  co 
będzie  z  jego  córką?  Czy  godzi  się  namawiać  ojca,  żeby 
odszedł  z  tobą,  pani,  porzucając  to  biedne,  bezbronne 
dziecko na pastwę losu? 

-  Kate jest  może biedna, ale nie jest bardziej bezbronna 

niż przeciętny niedźwiedź - stwierdził Finbar posępnie. 

-  Wstydziłbyś się tak mówić, przecież to twoja córka. To 

 

background image

jeszcze 

małe 

dziecko 

pozbawione 

matki 

przez 

większość 

życia 

zaprotestował Conhoon. 

I ma się lepiej niż przy matce, 

która  wykorzystywała  czarną 
sztukę  przeciwko  znajomym, 
sąsiadom,  a  nawet  własnemu 
mężowi i uczyła jej to dziecko. 
Kate  potrafi  o  siebie  zadbać. 
Zresztą 

ma 

już 

prawie 

trzynaście lat. 

Edain wzięła Finbara pod rękę. 

Chodźmy  stąd,  Finbarze. 

On 

spróbuje 

swoimi 

sztuczkami zmienić bieg twoich 
myśli  i  nastawić  cię  przeciwko 
mnie. 

Conhoon  wiedział,  że  jeżeli 

pozwoli  teraz  Elfom  odejść, 
może 

być 

zmuszony 

do 

spędzenia  reszty  życia  na 
bezowocnych  poszukiwaniach. 
Musiał  ich  zatrzymać,  póki 
czegoś nie wymyśli. 

Finbarze, 

mój  chłopcze, 

czyżbyś  zapomniał  o  moich 
sławnych  czynach  w  obronie 
starego  Fergusa?  Czy  mógłbyś 
odejść  nie  wysłuchawszy  raz 
jeszcze  jak  pokonałem  trzech 
braci-czarowników 

pięknej 

Eileenz 

Druin 

Den 

przechytrzyłem 

dwudziestu 

dziewięciu 

królów, 

którzy 

ubiegali się ojej rękę? 

Finbar się zawahał i spojrzał 

na Edain. 

-  To  piękna  historia  - 

powiedział. 

-  Myślę,  że  jest  w  tym  jakiś 

fortel - upierała się Edain. 

-  Fortel  czy  nie,  jeżeli  jest 

to  piękna  historia,  to  chcę  ją 
usłyszeć  -  przemówił  król 
Elfów.  -  Opowiedz  nam  swoją 
historię, Conhoonie. 

Conhoon  nie był mistrzem w 

sztuce  opowieści,  ale  wiedział, 
że musi urzec swoich słuchaczy 
od 

pierwszego 

słowa, 

postanowił  więc  zacząć  od 
ucieczki 

trzech 

strasznych 

braci. 

Dwudziestoma 

dziewięcioma  królami  zajmie 
się  później.  Po  kolei,  jeżeli 
zajdzie taka potrzeba. 

Eileen  była  najpiękniejszą 

kobietą  w  całej  Irlandii,  poza  Dobrymi  Ludźmi,  ale  jej  trzej 
bracia  posiadali  nadzwyczajne  talenty,  a  dwaj  z  nich  mieli 
niezwykle  dziwaczny  wygląd  -  zaczął.  -  Najstarszy  nazywał  się 
Szybki Colm. 

Wyglądał całkiem zwyczajnie i patrząc na niego trudno było się 
domyśleć,  że  miał  tak  wielki  dar.  Colm  potrafił  biegać  tak 
szybko,  że  mógł  przebyć  rzekę  w  czasie  powodzi  nie 
zamoczywszy podeszew butów, niosąc przy tym po jednym bracie 
pod  każdą  pachą.  Dzięki  tej  szybkości  Colm  jako  pierwszy  z 
braci dogonił nas w czasie ucieczki. 

-  Nic dziwnego - zauważył król Elfów. 
-  Ale go pokonałem. 
-  Nie  chcę  tego  słuchać  -  powiedziała  Edain  wydymając 

wargi. - Chcę odejść stąd daleko z moim kochanym Finbarem. 

-  Bądź  cicho,  córko,  żebym  mógł  wysłuchać  tej  opowieści  - 

rzucił król Elfów gniewnie, po czym zwrócił się do Conhoona: - 
Opowiedz nam, czarowniku, jak pokonałeś Szybkiego Colma. 

-  Rzuciłem  na  niego  czar.  od  którego  podeszwy  jego  butów 

stały się śliskie jak naoliwione węgorze. Ledwo skończy- 

łem  wypowiadać  słowa,  zwolnił,  a  potem  stanął  w  miejscu, 
choć przez cały czas przebierał nogami z taką szybkością, że ich 
nie  było  widać.  Woda  pod  nim  zagotowała  się  i  otoczyła  go 
kłębami  pary,  a  on  nie  posuwał  się  ani  o  cal.  W  końcu  zaczął 
tonąć i cała jego drużyna musiała go ratować. 

-  Piękna robota, piękna robota - powiedział Finbar. 
-  Tak,  ale  wtedy  dopadł  nas  drugi  brat,  którego  sam  widok 

budził  grozę.  Nazywał  się  Zręczny  Sean  i  miał  cztery  ręce, 
każda  zakończona  dwiema  dłońmi,  u  każdej  dłoni  po  dziesięć 
palców,  a  w  każdym  palcu  miał  siłę  dziesięciu  ludzi.  Pod 
względem  siły  i  zręczności  nikt  nie  mógł  się  z  nim  mierzyć. 
Mówiono, że Zręczny Sean potrafiłby stanąć przeciwko tysiącowi 
ludzi  z  mieczami  w  czterech  dłoniach,  jednocześnie  żonglując 
dwudziestoma  piórami  w  dwóch  dłoniach,  a  pozostałą  parą 
wtórując sobie do śpiewu na lutni i harfie. 

-  Straszny przeciwnik - zauważył król Elfów. 
-  Ale go pokonałem. 
-  Nigdy  nie  zgadniesz,  co  zrobił  -  szepnął  entuzjastycznie 

Finbar do Edain. 

-  Figę mnie to obchodzi - odpowiedziała. 
-  Będziecie cicho, wy dwoje? - ofuknął ich Ethal Anbhuail. 

Kiedy cisza została przywrócona, Conhoon mówił dalej. 

-  Rzucił  się  od  razu  na  Fergusa.  Jego  ręce wirowały,  miecze 

błyszczały  w  słońcu,  przedstawiał  zaiste  przerażający  widok. 
Fergus  zasłonił  swoim  ciałem  Eileen  i  uniósł  miecz,  gotów  do 
walki i śmierci w obronie swojej miłości... 

-  Ten kawałek mi się podoba - szepnęła Edain. 
-  ...ale  zanim  spadł  pierwszy  cios,  zdążyłem  wypowiedzieć 

słowa  czaru  i  Zręczny  Sean  był  sztywny  jak  wiązka  drewna 
zmożona  reumatyzmem.  Fergus  schował  miecz  do  pochwy  i 
palnął  go  pięścią,  co  wystarczyło.  Jednak  trzeci  brat,  Eoghan 
Bystrooki,  zobaczył,  dokąd  zmierzamy  i  znalazł  się  tam  przed 
nami.  Przerażający  człowiek  był  z  tego  Eoghana,  miał 
dwanaście oczu, a w każdym oku dwanaście źrenic, a każda tak 
bystra,  że  w  pochmurny  poniedziałkowy  poranek  widział 
wszystko  do  czwartku.  Nie  było  ucieczki  przed  Bystrookim 
Eoghanem i nie było możliwości walki z nim, skoro widział, gdzie 
wyląduje  każdy  cios,  zanim  człowiek  wziął  zamach.  Piękna 
Eileen  krzyknęła  z  przerażenia  i  Fergus  pobladł  widząc  na 
naszej  drodze  Eoghana  z  oszczepem  w  każdej  ręce.  Ale  go 
pokonałem. 

Był  to  najwłaściwszy  moment  na  dramatyczną  pauzę. 

Conhoon  założył  ręce  na  piersi,  skinął  z  namysłem  głową  i 
chłodnym okiem powiódł po swoich słuchaczach. Zauważył też 
Kate  podskakującą  i  zbierającą  kwiaty  wśród  tłumu  Elfów. 
Poruszała się między  nimi niczym  nie zdradzając, że wie o ich 
obecności  na  polanie.  W  pewnej  chwili  podniosła  wzrok, 
dostrzegła  jego  spojrzenie  i  przerwawszy  swoje  igraszki  zdjęła 
chustkę i pomachała nią nad głową. 

-  Mój  dzielny  Conhoonie.  Mój  niezłomny  Conhoonie, 

opowiedz  nam,  jak  pokonałeś  Bystrookiego  Eoghana  - 
ponaglał król Elfów. 

-  Opowiem we właściwym czasie, najpierw jednak muszę iść 

pocieszyć  biedne  porzucone  dziecko  -  rzekł  czarownik  patrząc 
surowo na Finbara. 

-  Uściśnij ją  od  taty,  Conhoonie.  Powiedz  jej,  że  przyjdę  do 

niej za rok o tej samej porze - powiedział radośnie Finbar. 

Conhoon  zmierzył  go  gniewnym  spojrzeniem.  Edain 

uśmiechnęła  się  zwycięsko  i  pomachała  mu  na  pożegnanie. 
Czarownik odwrócił się na pięcie i oddalił się mrucząc coś pod 
nosem.  Kate  wróciła  do  swojej  zabawy  oddalając  się  w  cień 
drzew, z dala od Elfów. 

-  Sto sześćdziesiąt dwa - oświadczyła na powitanie. 
-  O czym ty mówisz, dziecko? 
-  O  Elfach.  Policzyłam  je  i  jest  ich  sto  sześćdziesiąt  dwa. 

Teraz może je pan zmusić, żeby mi oddały tatę. 

-  Czy  to  znaczy,  że  umiesz  liczyć  Elfy?  -  spytał  Conhoon 

zduszonym głosem mrugając ze zdumienia. 

-  Mamusia nauczyła  mnie tego przed śmiercią. Powiedziała, 

żebym nikomu o tym nie mówiła, zwłaszcza tacie. 

-  Całe szczęście, że jej usłuchałaś. 
-  Niech  pan  teraz  idzie  do  nich  i  przyprowadzi  tatę  - 

ponagliła go. 

background image

Porozmawiam  z  mmi.  Ale  musisz  wiedzieć  jedno:  mogę 

zmusić  Elfy,  żeby  wypuściły  twojego  ojca,  ale  nie  mogę 
zmusić jego, żeby odszedł, jeżeli tego nie chce. 

Kate zamyśliła się. 

-  To byłoby podobne do niego: zostać u Elfów i wałkonić 

się po całych dniach, jak w domu. Tato jest mistrzem, jeżeli 
chodzi o nicnierobienie. 

-  Nie ma ludzi bez wad - zauważył Conhoon. 
-  Mała pociecha dla kogoś, kto  musi robić za siebie i za 

niego - rzuciła ostrym tonem Kate. 

Idę już - powiedział Conhoon cofając się. Gromada Elfów 
nadal wirowała na polanie z szybkością, 

która  kazała  Conhoonowi  raz  jeszcze  odczuć  podziw  dla 
Kate, która je policzyła. Dziecko miało niewątpliwie talent, 
szkoda,  że  musi  spędzić  życie  na  ogłupiającej  harówce  i 
zmarnować swoje przyrodzone uzdolnienia. 

Trójka złożona z Edain, Finbara i króla czekała na niego: 

Edain  ze  źle  skrywaną  wrogością,  Finbar  z  nonszalancką 
dobrodusznością i król Elfów z wyraźną niecierpliwością. 

-  Czy  opowiesz  nam  w  końcu,  co  zrobiłeś  z  Bystrookim 

Eoghanem? - wyrzucił z siebie. 

-  Może  tak,  a  może  nie.  Najpierw  porozmawiamy  o 

wypuszczeniu  O’Farrisseya,  żeby  mógł  wrócić  do  córki  - 
powiedział Conhoon. 

-  Mówiłem ci, czarowniku, że mam co do niego plany i że 

zostanie z nami. Nie dostaniesz go. 

-  Dostanę i nie przeszkodzicie mi w tym, choć jest was sto 

sześćdziesiąt dwoje. 

-  Co  to było?  Co ty powiedziałeś? -  zawołał przestraszony 

król Elfów. 

-  Mówię, że zostaliście policzeni. A teraz zabieram Finbara 

O’Farrisseya  do  domu  i  do  córki,  a  wy  możecie  się  udać 
gdzie chcecie. 

-  Zaczekaj  chwilę,  mój  miły  Conhoonie  -  powiedział 

Finbar  występując  do  przodu  i  wykonując  raptownie 
uspokajające gesty. - Czyżbyś chciał złamać serce księżniczki 
Elfów? 

-  On chce - powiedziała Edain z goryczą. 
-  Ależ  na  pewno  nie  zrobisz  tego.  Czy  chcesz  pozbawić 

O’Farrisseya  jego  szczęścia?  Obiecałeś  dziadkowi,  że 
będziesz  pomagał  O’Farrisseyom,  a  czyż  można  nazwać 
pomocą wyrwanie mężczyzny z objęć najpiękniejszej istoty w 
całej Irlandii i rzucenie go na powrót w świat deszczu, świń, 
zimna  i  ciężkiej  pracy,  gdzie  jedyną  nagrodą  jest  obolały 
grzbiet  i  pusty  żołądek?  Musiałbyś  być  chyba  moim 
wrogiem,  żeby  wyrządzić  mi  podobne  okrucieństwo  - 
powiedział Finbar z wyrazem żałości na ogorzałym obliczu i 
z błagalną nutą w głosie. 

-  A co z twoim dzieckiem? - zapytał Conhoon. 
-  Q, widzisz, w tej sprawie możesz pomóc O’Farrisseyom. 

Możesz  wziąć  ją  do  siebie,  żeby  ci  prowadziła  dom.  Ona 
doskonale gotuje, sprząta, pierze i w ogóle robi wszystko, o 
co nie powinien się troszczyć wielki czarownik taki jak  ty. 
Ta mała potrafi pracować za dwóch. 

-  Zycie ją do tego zmusiło - zauważył Conhoon. 
-  Zrób  to,  Conhoonie,  i  będziesz  wolny  od  wszystkich 

zobowiązań  wobec  rodziny  O’Farrisseyów.  Daję  ci  moje 
słowo, a król Elfów jest mi świadkiem. 

Ethal Anbhuail postąpił o krok i stanął przy boku Finbara. 

Musisz  zrobić  to,  o  co  cię  prosi  Finbar,  czarowniku.  To 

jedyny  sposób,  żebyś  dotrzymał  słowa  danego  staremu 
Fergusowi - powiedział. 

Conhoon wzniósł oczy ku bezchmurnemu niebu i powoli, 

w zamyśleniu gładził brodę. 

-  A  ty,  jaką  mi  proponujesz  zachętę,  żebym  wszystkim 

poszedł na rękę? - spytał wreszcie. 

-  Dobry uczynek jest nagrodą sam w sobie - powiedział 

Ethal pobożnie spuszczając wzrok. 

-  Piękne  słowo w  ustach  króla  Elfów.  Miałem  na  myśli 

inne zachęty. 

-  Dorzucę  garnek  złota  Elfów  -  powiedział  król 

wykonując szeroki gest. 

-  Łatwa rzecz, kiedy się wie, że przed zachodem słońca 

złoto zmieni się w suche liście. Nie, chcę O’Farrisseya. 

 

-  Nie pozwól  mu  zabrać  mojego  najdroższego  Finbara!  - 

krzyknęła Edain. 

-  Ratuj mnie swoją władzą! - zwrócił się Finbar do króla 

Elfów. 

Ethal Anbhuail uniósł dłoń prosząc o uwagę. 

-  Posłuchaj  mnie,  czarowniku.  Nie  jestem  całkiem 

pewien,  czy  masz  moc,  żeby  odebrać  nam  tego  człowieka, 
jeżeli  on  chce  tu  zostać.  Jednak,  żeby  uniknąć  swarów  i 
awantur, składam ci niezwykle szczodrą ofertę. Zostaw nam 
O’Farrisseya, a ja dam ci sprzączki od moich pantofli. 

-  A na co mi sprzączki? 
-  To  nie  są  zwykłe  sprzączki.  Kiedy  przyczepisz  je  do 

swoich  butów,  przeniosą  cię  błyskawicznie  ponad  lądem  i 
morzem w miejsce, w którym chcesz być. 

-  A czy sprowadzą mnie z powrotem? 
-  Nie,  musiałbyś  mieć  guziki  od  mojego  płaszcza,  które 

też chciałem ci zaoferować. 

-  A ja dam ci ten przepiękny pierścień - powiedziała Edain 

zdejmując z palca złoty pierścień i podając go czarownikowi. 

I możesz wziąć wszystkie moje świnie - dodał Finbar. 
Conhoon rozważał propozycję przez chwilę, a potem 
wyciągnął ręce. 

Zgoda - powiedział. 

Elfy  znikły  w  mgnieniu  oka  pozostawiając  Conhoona  ze 

złotym pierścieniem, parą srebrnych sprzączek i oprawnymi 
w złoto dziewięcioma brylantowymi guzikami na dłoni. Stał 
mrugając,  zaskoczony  gwałtownością  tego,  co się  zdarzyło, 
potem odwrócił się do Kate. 

-  Co pan chce  zrobić z  tymi błyskotkami? - spytała. -  I 

gdzie jest mój tato? 

-  Odszedł z Elfami, dziecko. Tak postanowił i nic na to 

nie mogę poradzić. Ale nabrałem ich i dali mi te prezenty. 

-  Ładne  mi  prezenty.  Niech  pan  tylko  spojrzy  - 

powiedziała  Kate  podnosząc  z  ziemi  patyk  grubości  palca. 
Wziąwszy pierścień z dłoni Conhoona wsunęła go na patyk. 
Prawie natychmiast wokół pierścienia uniósł się dym i patyk 
stanął  w  płomieniach.  Conhoon  krzyknął  ze  zdumienia  i 
przestrachu.  -  Sprzączki  i  guziki  są  tyle  samo  warte. 
Sprzączki  przeniosą  pana  tam,  gdzie  pan  zechce,  ale  nie 
sprowadzą pana z powrotem. 

-  Ale guziki to zrobią - wskazał Conhoon. 
-  Tak, ale zrobią to w tym samym czasie i człowiek, który 

z nich skorzysta zostanie rozerwany na pół. Oszukali pana z 
tymi prezentami. 

 

-  A skąd ty to wszystko wiesz? Wzruszyła ramionami. 
-  Widzę różne rzeczy. Mam to po mamie. 
Conhoon  spojrzał  ponuro  na  przedmioty  trzymane  w 

dłoni,  a  potem  wyrzucił  je  z  gniewnym  pomrukiem. 
Natychmiast znikły w powietrzu. 

-  Twój  ojciec  podarował  mi  swoje  świnie.  One 

przynajmniej nie znikną - warknął. 

-  To bardzo hojnie z jego strony. A co stanie się ze mną? 
-  Twój ojciec powiedział, że masz być moją gospodynią. 
-  Szybko  znajduje  dla  mnie  pracę.  Ja  mam  sprzątać, 

prać, cerować i gotować dla pana, a on ma tańczyć z Elfami? 
Lepiej mi będzie samej, nawet bez świń. 

-  Jesteś  w  gorącej  wodzie  kąpana,  dziecko.  Tak 

powiedział  twój  ojciec,  ale  ja  mam  lepszy  pomysł.  Masz 
talent  i  grzechem  byłoby  go  zmarnować.  Wezmę  cię  na 
uczennicę. 

-  Co  to  oznacza?  -  spytała  posyłając  mu  podejrzliwe 

spojrzenie spod zmrużonych powiek. 

-  To  znaczy,  że  będziesz  mi  sprzątać,  prać,  gotować  i 

cerować  jak  służąca,  ale  kiedy  skończysz  prace  domowe, 
będę  cię  uczył  na  czarownicę.  Zanim  dorośniesz,  będziesz 
dorównywać największym czarownikom w Irlandii. 

Przez chwilę rozważała ofertę, potem wyciągnęła rękę. 
Zgoda  -  powiedziała  i  uroczyście  podali  sobie  dłonie.  A 

kiedy ruszyli w stronę wierzchowców, dodała: - Chciałabym 
wiedzieć, dlaczego nie pomyślał pan o tym, kiedy zapukałam 
do  pańskich  drzwi?  Zaoszczędzilibyśmy  sobie  całej  tej 
niepotrzebnej  wyprawy.  Zresztą,  nie  ma  o  czym  mówić. 
Jedziemy po świnie. 

Przełożył Lech Jęczmyk 

background image

lan Watson

 

R

R

e

e

n

n

t

t

g

g

e

e

n

n

o

o

w

w

s

s

c

c

y

y

 

 

r

r

o

o

z

z

b

b

i

i

t

t

k

k

o

o

w

w

i

i

e

e

 

 

(The Roentgen Refugees)

 

 

  

a  niebie  połyskiwały  zorze:  tańczące  upiory  przebrane  w 
różowe, fioletowe i pomarańczowe całuny z trudem tylko 
utrzymywane  na  dystans  przez  światło  dzienne  i 
powracające  co  noc  w  pełnej...  jakby  to  powiedzieć... 
chwale? Czy była to chwała, czy raczej gniew? Tak, to była 

demonstracja  gniewu.  Co  noc  kurtyny  szyderczego 
pseudopłomienia  zasłaniają  prawie  wszystkie  gwiazdy, 
zapowiadając ten nie tak odległy dzień mgławicowości, kiedy 
cały  widzialny  Wszechświat  może  zostać  sprowadzony  do 
kilkudziesięciu  lat  świetlnych  średnicy  i  sztuka  astronomii 
umrze,  pozostawiając  tylko  przypadkowe  zerknięcia  przez 
rozedrgane zasłony rozrzedzonych świecących gazów. 

Jechali wojskową ciężarówką,  której  kierowcą  był  żołnierz 

nazwiskiem Kruger, a dowódcą wulgarny major Woltjer. 

-  To nie może być Syriusz! - Woltjer obejrzał się gniewnie 

przez  ramię  na  czwórkę  pasażerów  oskarżając  ich  o 
niekompetencję, mimo że nie byli astronomami ani fizykami. 
-  Dojeżdżamy  teraz  do  farmy  Smitsdorpa.  -  Jego  wzrok 
spoczął  na  Andrei  Diversley,  przyciśniętej  zbyt  blisko  do 
hinduskiego  genetyka  obejmującego  ją  w  talii.  Cóż  za 
bezwstydny  afront  wobec  jego  afrykanerskich  zasad  w 
towarzystwie  innych  białych!  Jego  spojrzenie  chłostało  i 
gwałciło za to Angielkę. A orzecież apartheid był teraz, jak się 
zastanowić, czymś tak mało ważnym! 

-  Niemożliwe! Co pani sądzi, panno Diversley? 
-  To prawda, majorze. Psia Gwiazda zrobiła nam świński 

kawał. 

-  Co prawda, to prawda. 
Farma Smtsdorpa odzyskiwała trawiastą pokrywę całkiem 

dobrze w porównaniu z nagimi terenami, przez które przejeż- 

dżali. Tu i ówdzie może nawet zbyt dobrze. Trzeba będzie te 
kawałki przebadać:  glebę,  pędraki,  owady,  mikroorganizmy. 
Teraz ich trasa prowadziła ku niskim wzgórzom, gdzie część 
napromieniowanych  nasion  przechowanych  pod  gołym 
niebem  i  zasianych  na  kontrolnych  zagonach  wydała 
niezwykle  wysokie  plony,  które  jednak  mogą  się  okazać 
genetycznie /.degenerowane i nieprzydatne do spożycia, 

Woltjer robił wszystko, co mógł, żeby ją zawstydzić i zmusić 

do  odklejenia  się  od  Hindusa,  ale  ona  tylko  wzruszyła 
ramionami. 

To nie jest moja dziedzina, majorze. 

Zmęczony odwracaniem głowy zapatrzył się przed siebie na 

falujące przestrzenie  spalonej  ziemi,  na  której  już  nigdy  nie 
będą się pasły stada bydła. 

Uczeni! - skomentował. 

Ciekawe,  co  chciał  przez  to  powiedzieć,  zastanawiał  się 

Simeon  Merrick,  który  siedział  za  Andreą  i  jej  Hindusem 
obok  milczącego,  szowinistycznie  zamkniętego  Szweda 
Gunnara Marholma.  Że  uczeni wszelkiej  maści  ponoszą jakąś 
odpowiedzialność za wydarzenia we wnętrzu Psiej Gwiazdy? 

Katastrofa. Niewątpliwie. Ale, o dziwo, tym razem nie była 

to wina człowieka. Po tylu latach straszenia wojną jądrową, 
wyczerpywaniem  się  zasobów,  przeludnieniem,  zatruciem 
środowiska  i  wszystkimi  klęskami  zapowiadanymi  w  latach 
osiemdziesiątych,  kiedy  niejasno  przeczuwana  katastrofa 
wreszcie  się  zdarzyła  (co  do  tego,  że  przyjdzie,  zgodni  byli 
wszyscy),  nadeszła  całkiem  nieoczekiwanie  ze  źródła 
zupełnie nie związanego z działalnością człowieka. 

Czy jednak na pewno nie związanego? Czy sądząc, że było to 

niezależne od nas, nie ulegamy iluzji? 

 

background image

 

Co  człowiek  takiego  zrobił,  że  Bóg  w  swojej  mądrości 

dopuścił.  ..  nie,  zesłał!...  to  kosmiczne  zjawisko?  Że  aż  tak 
wstrząsnął  porządkiem  na  niebie  i  porządkiem  życia  na 
Ziemi? 

Co  człowiek  takiego  zrobił  dziesięć  lat  temu,  co  wreszcie 

przeważyło szalę Bożej sprawiedliwości? Simeon przeczesywał 
poprzednie 

dziesięciolecie 

poszukiwaniu 

jakiegoś 

wstrząsającego zła, ale nie mógł go znaleźć. 

Jakie 

ziemskie 

wydarzenia 

mogły 

spowodować 

przerażający  wybuch  Psiej  Gwiazdy,  równie  absurdalny  i 
szokujący  dla  astronomów,  jak  i  dla  tego  afrykanerskiego 
żołnierza  Woltjera? Jakie pasmo  grzechów?  Może po  prostu 
zbyt wielu ludzi przestało wierzyć w Boga? 

To  śmieszne!  Żadne  wydarzenie  ani  ciąg  wydarzeń  nie 

mogły wpłynąć  na decyzję Boga. (A jednak przypomnij sobie, 
Simeonie, Sodomę i Gomorę! One przekroczyły miarę, masę 
krytyczną grzechu, posunęły się za daleko!) 

Chyba  nowoczesny  Bóg  nie  był  tak  małostkowym 

dyktatorem,  brutalnie  podpalającym  gwiazdę,  żeby  zgładzić 
swoich synów i córki? 

Winy  dopatrywać  się  raczej  należało  w  całym  przebiegu 

ludzkiej 

historii, 

nagromadzeniu 

grzechów. 

Sama 

Południowa Afryka grzeszyła wyzyskiem i segregacją rasową. 
A jednak, a jednak, zadręczał się Simeon, dlaczego, o Panie, 
wybrałeś  tę  właśnie  chwilę?  I  dlaczego  to  nie  biali  zginęli? 
Dlaczego  to  nie  potężni  i  bogaci  wymarli?  Dlaczego  spadło  to 
na  czarnych,  brązowych  i  żółtych?  Na  ubogich  i 
wydziedziczonych? Dlaczego  to oni  znikli?  Dlaczego  przeżyli 
majorowie  Woltjerowie  tego  świata,  zjeżdżając  po  raz 
pierwszy  w  życiu  do  przepastnych  kopalń,  z  których 
pochodziło  ich  bogactwo,  i  chroniąc  się  tam,  podczas  gdy  na 
powierzchni czarni górnicy zostali napromieniowani potworną 
dawką 8500 rentgenów i zginęli? Podobny wzorzec powtórzył 
się na całej kuli ziemskiej. Żenujące skargi na zacofanie ucichły 
na  zawsze.  Tylko  wysokorozwinięte  narody  rozporządzały 
środkami i technologią zapewniającą przeżycie. Słyszał, jak w 
Johannesburgu  ludzie  typu  Woltjera  mówią  o  wybuchu 
Supernowej 

jako 

„akcji 

oczyszczającej". 

Akcja 

oczyszczająca!  Wszystkie  polityczne  i  moralne  źródła 
wyrzutów  sumienia  usunięto  przez  naładowane  cząstki 
biegnące  w  ślad  za  rozbłyskiem  światła,  który  dał  kilka 
krótkich miesięcy ostrzeżenia. 

Wielka czystka. Dlaczego? 

A  Woltjer  nadal  był  wściekły  na  Andreę  za  jej  czułości  z 

Hindusem,  który  miał  czelność  przeżyć  i  który  teraz 
przyjmował  te  białoliberalne  pieszczoty  z  tak  zachłanną 
nonszalancją. 

-  To nie powinna być Psia Gwiazda! 
-  Rzeczywiście  -  powiedział  szorstko  Gunnar  Marholm, 

żeby go uciszyć. - Nie powinna. Czy więc my jesteśmy w jakiś 
sposób  winni?  Albo  nauka?  Czy  nie  wie  pan,  że  to  się  już 
zdarzyło kilkakrotnie w historii Ziemi? Niech pan sobie zajrzy 
do  podręczników  geologii!  Znajdzie  pan  tam  masowe 
wymieranie  fauny.  Prawdopodobnie  ostre  dawki  około  500 
rentgenów co 300  milionów lat.  I jedna dawka dochodząca do 
25 000 rentgenów od czasów prekambryjskich.  Zgoda,  że  tym 
razem wybuchła bardzo niefortunna gwiazda. Tak blisko nas. I 

tak 

wysokim 

szczytowym 

promieniowaniem. 

Simeon  wyjrzał  przez  okno  na  odradzającą  się  ziemię. 

Błogosławiony  widok  odnawiającego  się  chlorofilu.  Ale 
wszędzie  wokół  leżały  setki  szkieletów  bydła,  ze  strzępami 
skóry na białych kościach. 

A  między  nimi  nie  brakowało  i  szkieletów  ludzi.  Kruger 

jechał półciężarówką nie próbując nawet ich omijać. 

Wszechświat  nie  ma  wobec  nas  żadnych  zobowiązań, 

majorze - mruknął Szwed. 

A  swoją  drogą,  jak  Bóg  pomógł  tym,  którzy  sami  sobie 

pomogli!  Ci,  którzy  przez  cały  czas  zgarniali  płody  Ziemi, 
mieli  największe  zapasy  do  ukrycia  przed  Jego  gniewem...  i 
ukryli  je  z  powodzeniem!  Szwecja  też  wyszła  bez  szwanku  z 
Wielkiej  Czystki  zachowując  prawie  dziewięćdziesiąt  procent 
ludności.  Co  nie  znaczy,  że  Szwecja  może  być  oskarżona  o 
zagarnianie  płodów  jak  inne  kraje  rozwinięte.  Jej  kartoteka 
była  bez  zarzutu.  Czy  to  dlatego  Gunnar  Marholm 
zachowywał  się  z  taką  lodowatą  wyższością,  zastanawiał  się 
Simeon.  Bo  czuł,  że  przetrwanie  jego  narodu  nosiło  piętno 
prawdziwych  piratów  planety,  którzy  przeżyli  burzę  z  nieco 
większymi  stratami  niż  socjaldemokratyczna  Szwecja,  bez  tej 
ich  sterylnej  doskonałości?  A  jednak  o  całe  niebo  lepiej  niż 
takie  Indie  z  połówką  jednego  procenta  uratowanych.  Albo 
Nigeria,  zjedna  dziesiątą  procenta!  Wielka Brytania, czołowy 
eks-kolonialista,  uratowała  52  procent.  Ameryka  54  procent, 
głównie  białych.  A  Południowa  Afryka,  przez  którą  teraz 
jechali,  zaliczyła  80  procent:  wyłącznie  białych,  gdyż  inni  nie 
byli uważani za Południowych Afrykańczyków z definicji. 

Szwedzi  są  jednak  biali.  Zostali  wybieleni  tym  samym 

pędzlem, co Brytania, Ameryka, Niemcy i Francja. 

Bóg pomaga tym, którzy pomagają sobie sami. Cisi i ubodzy 

płoną jak plewy. 

Czy  zatem  Bóg  jest  nielogiczny?  Niekonsekwentny?  A 

przecież  nie  mogło  być  tak,  żeby  Bóg  nie  miał  z  tym  nic 
wspólnego.  Simeon  cofnął  się  przed  tą  myślą.  Bóg  nie  mógł 
niczego  przeoczyć,  nie  mógł  postąpić  nielogicznie  ani  źle. 
Musiał mieć jakiś Cel. 

Pół procenta. Nie, Indie nie wyszły na tym  najlepiej. Stąd 

pieszczoty  Angielki,  poczucie  winy,  które  może  ukoić  tylko 
ulegając  doktorowi  Subbaiahowi  Sharmie,  stając  się 
niewolnicą jego erotycznych apetytów... 

-  Dane  geologiczne,  Gunnar?  -  podjął  przygnębiony  i 

zdenerwowany  Simeon,  podczas  gdy  półciężarówką 
miażdżyła  kości 

Zulusów  czy 

Xhosa.  -  Jedynym 

porównywalnym wydarzeniem,  o jakim  naprawdę wiemy, jest 
Supernova  z  Betlejem,  gwiazda  trzech  królów,  którą  Bóg 
rozpalił,  żeby  nam obwieścić  nadejście Swojego Syna. To jest 
drugie takie wydarzenie. 

-  Co  drugie?  Drugie  Przyjście?  Ha!  Dzieło  przypadku. 

Gdyby  się  zdarzyło  pięćdziesiąt  lat  temu,  przeżyłyby  jakieś 
szczątkowe grupki, a może i to nie. A teraz... 

-  Tak?  -  zawołała  Andrea  obejmując  doktora  Sharmę, 

wiercąc nożem w swoim sumieniu. - A teraz co? 

-  Teraz - Marholm wzruszył ramionami, bo prowadzili ten 

spór  nie  po  raz  pierwszy  -  przeżyły  setki  milionów.  Może 
nawet pół miliarda. 

-  Tak, głównie ludności krajów rozwiniętych. 
-  Nie  mamy  jeszcze  pełnych  danych  -  przypomniał  jej 

Marholm. 

background image

 

Sharma  roześmiał  się.  Żywy  trup,  upiór,  chodzące 

przypomnienie o tych wiecznie wydziedziczonych. 

Wygląda  na  to,  że  jednak  cisi  nie  odziedziczyli  Ziemi,  jak 

obiecywała wasza Biblia. Oni ją tylko pokryli kośćmi! 

Andrea  uścisnęła  go,  kochając  za  całe  tak  gwałtowne 

zakończenie  cierpienia  Trzeciego  Świata.  Ona  sama 
przesiedziała  tę  kosmiczną  burzę  w  schronie  „Jama 
Goblinów"  koło  Bath,  jako  obywatel  klasy  A  w  grupie 
specjalistów rolniczych. 

-  Ale,  do licha - wyrzucił  z siebie Woltjer,  kiedy wydawało 

się,  że  spór  wygasa  -  powiedzmy  sobie  szczerze,  że  miało  to 
swoje dobre  strony.  Na  przykład  znikła  kwestia przeludnienia! 
Nie  musimy  się  już  martwić  o  to,  że  ktoś  nas  zepchnie  z 
powierzchni planety. Albo że wyczerpiemy wszystkie zasoby. 
Czy nie mam racji? 

-  Ależ tak! - wykrzyknął Sharma. - Ma pan rację, sir. Czy 

to  nie  miłe,  że  trzy  miliardy  ludzi  odeszło,  żeby  zrobić  panu 
miejsce? 

Przedstawia  się  jako  nieboszczyk,  myślał  Simeon,  ale  jego 

conocne erotyczne pojękiwania zadają temu  kłam. Chyba że 
potraktować to jako nekrofilię na odwrót. 

Och, Subby? Proszę cię! 

Jakże sama obecność  tego  hinduskiego  uczonego  naruszała 

w  oczach  majora  Woltjera  doskonałość  i  schludność 
zadekretowanego 

przez 

samego 

Boga 

programu 

oczyszczania! 

Oprócz  nas,  kolorowych,  wiele  innych  istot  nie  musi  już 

odczuwać  winy,  że^ajmują  miejsce  na  Ziemi.  -  Ale  on 
wykorzystywał tę Andreę. - Takich jak wszystkie duże ssaki. 
Dobre,  co,  majorze?  Żegnajcie  słonie,  żyrafy  i  wielbłądy.  Pa, 
pa,  wieloryby,  foki  i  delfiny.  Pa,  pa,  kruki  i  orły,  gołębie  i 
sokoły. Pa, pa. 

Panie  Boże,  który  w  łaskawości  swojej  zesłałeś  na  Egipt 

plagi, żeby ocalić swój lud, czy to Ty również zesłałeś tę plagę 
z  Psiej  Gwiazdy,  żeby  ocalić  swoich  wybranych,  żeby  ten 
rodzaj ludzki  niecałkowicie zniszczył sam siebie, co wydawało 
się tak prawdopodobne, i w ten sposób pozbawił Twoją Ziemię 
korony  stworzenia?  Za  wcześnie,  o  Panie,  za  wcześnie,  żeby 
zakończyć Twój plan. 

-  Drugie  Przyjście?  Drugie 

Betlejem?  - 

Simeon 

wypowiedział te słowa na głos i Subbaiah Sharma rzucił się na 
nie łakomie. 

-  Ci,  którzy  mają,  dostaną  więcej.  Oto  jest  nowa  biblia, 

Simeonie.  Ci,  którzy  mają  mało,  nie  będą  mieli  nic.  Zostaną 
pozbawieni nawet ceremonii pogrzebu. 

Półciężarówka  zmiażdżyła  kolejny  szkielet  Afrykanina. 

Wiele  ich  tu  leżało,  istny  pochód  szkieletów.  Wznowienie 
dawnych migracji ludów Bantu. 

Woltjer tylko się uśmiechnął. 

Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają. 

Mijali stosy wyschniętych kości, przez które przeciskała się 

świeża trawa. Tysiąc szkieletów bydła, tysiąc szkieletów ludzi. 
Chociażbym  jechał doliną  suchych  kości,  zła się  nie  ulęknę, 
modlił się Simeon do Boga, który wie. 

Anonimowa  mączka  kostna  w  łachmanach  odrzuconych 

europejskich ubrań. 

-  Nie powinno ich tutaj być! - mruczał Woltjer. - To była 

strefa  niedozwolona  dla  czarnych.  Widocznie  głupie 
czarnuchy  myślały,  że  mogą  zająć  nasze  tereny,  kiedy  my się 
ewakuowaliśmy. 

-  Może resztka ich  godności  kazała im wejść  na  te  ziemie, 

które  kiedyś  były  ich  własnością  -  powiedział  spokojnie 
Hindus. - Umrzeć w obliczu rentgenowskiej burzy ze słowami 
na 

 

I

AN 

W

ATSON

 

Bardzo 

popularny 

niezwykle 

aktywny 

autor 

brytyjski. 

Przedstawialiśmy  go  na  tamach  „Fantastyki"  wielokrotnie,  ostatnio 
opowiadaniem  „Peruka  2  krwi  i  kości"  („NF"  nr  6/92).  Jak  wielu 
rozkochanych  w  życiu  ludzi, Watson od czasu do czasu pogrąża się 
w  rozważaniach  metafizycznych  i  wtedy  powstają  opowiadania 
takie, jak „Rentgenowscy rozbitkowie".

 

D.M.

 

ustach: to jest nasza ziemia i nigdy więcej już jej nam nie 
odbierzecie. Bo teraz nie ma już nikogo, kto mógłby nam ja 
odebrać! 

Widać już nowe uprawy - wskazał Kruger. 

odczas gdy pracowali wśród podejrzanie bujnej pszenicy, 
kukurydzy  i  sorgo,  Woltjer  przechadzał  się  kopiąc 
czasem  jakąś  kość.  Kruger  opuścił  miejsce  kierowcy  i 
podszedł  do  Andrei  i  Sharmy  z  chytrym  wyrazem 
twarzy. 

Czy myślicie, że wystąpią mutacje? Wśród owadów i innych 

rzeczy? Czytałem  kiedyś o  mutantach w jednej  książce. O  tym, 
jakie potwory i mieszanki mogą powstać po wojnie atomowej. 

Sharma spojrzał na niego z niesmakiem. 

-  Ale to nie była wojna jądrowa. Nie ma skażenia izotopami 

promieniotwórczymi. 

Radioaktywność 

wywołana 

promieniami kosmicznymi to sprawa drugorzędna. Nie będzie 
żadnych potworów krążących po ziemi. 

-  Naprawdę? 
-  Niestety,  nic  równie  interesującego.  Tylko  proces 

wymierania  najbardziej  napromieniowanej  fauny.  Odtąd 
będzie to świat bardzo małych stworzeń i człowieka. Człowiek 
stanie  się  olbrzymi.  Owady,  mikroorganizmy  i,  rzecz  jasna, 
trochę  ryb  w  oceanie.  Ale  przede  wszystkim  człowiek: 
człowiek  górujący  nad  wszystkim.  A  że  nasiona  są  bardzo 
odporne  na  promieniowanie,  człowiek  wyżywi  się  zbożem  i 
warzywami.  Nareszcie będzie to świat wegetariański! Jeszcze 
kilka  milionów  ludzi  umrze,  zanim  dojdziemy  do  obfitości. 
Nie trzeba dodawać, że w krajach uboższych. 

-  Naprawdę? 
-  Wówczas  Człowiek  Zachodni  będzie  miał  planetę 

wyłącznie  dla  siebie.  Człowiek  Europejski.  Człowiek 
Przyszłości.  Jakże  rozwiniętą  technicznie  cywilizacją  będzie 
się  cieszyć  za  kilka  dziesięcioleci,  kiedy  wszystkie  te 
nieprzyjemne  zajścia  zostaną  zapomniane:  raz  na  zawsze 
znikną społeczne problemy i aberracje zakłócające porządek 
rzeczy! 

-  Daj  spokój,  Subby.  Nie  poniżaj  się  wdając  się  z  nim  w 

dyskusję. Jesteś wart dziesięciu Afrykanerów. 

Sharma szorstko strząsnął dłoń Andrei. 

-  Dziesięciu  Hindusów i pies!  Wiedziałaś,  że  zachodni pies 

zjadał tyle co dziesięciu Hindusów? Ciekawe, ile psów i kotów 
uratowało się w zachodnich schronach? 

-  Obowiązywały  w  tej  sprawie  przepisy,  Subby.  Bardzo 

surowe. Ale musiała też być operacja Arka Noego. 

-  Ha, ha. 
-  Dla kur, świń i innych zwierząt. Żeby móc odbudować ich 

pogłowie. Musimy mieć białko pochodzenia zwierzęcego. 

-  Ilu  Hindusów  warta  jest  jedna  angielska  świnia?  Albo 

angielska kura? 

background image

 

 

-  Przecież my też straciliśmy ludzi, Subby! 
-  Tak,  waszych  Hindusów  i  przybyszów  z  Indii 

Zachodnich. Cóż za nieostrożność z waszej strony. 

 

-  Straciliśmy też białych. Wzruszył ramionami. 
-  Proletariat. 
Andrea  zajęła  się  swoją  botaniką.  Chyba  miała  wilgotne 

oczy,  ale  Simeon  nie  był  pewien,  bo  właśnie  wtedy  Kruger 
wydał  okrzyk  zdumienia  i  puścił  się  biegiem  do  samochodu. 
Przyniósł  stamtąd  dwie  strzelby  z  lunetami  i  rzucił  jedną 
Woltjerowi. 

Simeon  przyjrzał  się  wzgórzom  osłaniając  oczy  przed 

jaskrawym  słońcem...  i  osłaniając  umysł  przed  tymi 
tańczącymi welonami na niebie, ponad ulotną watą chmur. 

Zobaczył poszarpaną  kolumnę obdartych ludzi schodzących 

po zboczu z kierunku Broederskop. Prowadził ją wysoki biały 
mężczyzna  z  czerwono-białym  sztandarem  powiewającym  ze 
złoconego łacińskiego krzyża. 

Kiedy  podeszli  bliżej,  Simeon  dostrzegł  rysunek  na 

sztandarze. Była to biała czaszka na krwistoczerwonym tle. 

lpha  Canis  Majoris  A.  Syriusz,  Psia  Gwiazda  -  źródło 
energii  odległe  o  niespełna  dziewięć  lat  świetlnych  od 
Ziemi,  z  masą  dwukrotnie  większą  niż  Słońce  i 
dwudziestopięciokrotnie  jaśniejsze,  choć  tylko  z  jedną 
trzecią  jego  gęstości  i  wcale  nie  kandydujące  do  roli 

Supernowej, sądząc z jego miejsca w diagramie Hertzsprunga 
-  Russella  -jednak  wybuchło,  wyrzucając  od  10  49  do  10  50 
ergów w postaci promieni  kosmicznych,  co wywołało potężny 
ruch  w  górnych  warstwach  atmosfery  ziemskiej  i 
ogólnoświatowe  napromieniowanie  na  poziomie  morza 
trwające  trzy  dni  i  dochodzące  do  8500  rentgenów,  podczas 
gdy  normalnie  tło  promieniotwórcze  wynosi  zaledwie  0,03 
rentgena na rok... 

W rezultacie zmarły trzy miliardy istot ludzkich. Tych, dla 

których zabrakło miejsc w schronach. 

Zginęła  też  większość  ptaków,  zwierząt lądowych  i ryb  z 

płytkich wód. 

Większość  flory  straciła  liście  (ale  miała  szanse  odżycia 

drogą bezpłciową lub przez nasiona i zarodniki). 

Niebo  rozogniło  się  czerwienią,  zielenią  i  fioletem 

naładowanych  cząstek  uwięzionych  w  polu  magnetycznym 
Ziemi. Niebo nigdy nie było tak piękne. 

Jednak niewielu tylko mogło chwalić uroki tego widoku. 
Za milion lat przyczyny tego będą zapisane w księdze skał. 

yślałem, że nie wpuściliście do schronów żadnych 
Afrykanów - rzucił niewinnie Sharma. 

Afrykanów?  Jakich  Afrykanów?  To  my 

jesteśmy 

Afrykanami. 

To 

właśnie 

znaczy 

Afrykaner! Chyba chodzi panu o Bantu. 

 

-  Terminologia spaczonych umysłów. 
-  Nie, to prawda. My tu byliśmy pierwsi, przed Bantu. 
-  A teraz jesteście po Bantu. 
-  Właśnie tak! 

Woltjer ujął mocniej strzelbę i przyłożył ją do ramienia. 

-  Nie będzie pan chyba strzelał bez powodu? > 
-  Nie, panno Diversley. Na razie tylko na nich patrzę. Ale 

ci Bantu wkraczają do strefy zakazanej. 

-  Co? - zawołał Sharma. - Pan chyba oszalał! 
-  Chyba  że  są służbą lub  najemnymi  pracownikami i  mają 

przepustki. 

-  Znakomicie, to obejmuje i mnie! Kwalifikuję się chyba 

jako  pracownik  najemny?  Dziękuję,  że  mnie  pan  uspokoił, 
majorze. 

-  Subby...! 
Dobrze, wszystko w porządku, Andrea. Tak, dla 
Subby'ego wszystko będzie w porządku 

później, pomyślał Simeon ze złośliwością, nad którą 
nie potrafił zapanować. Subby odbije sobie swoje 
rasowe upokorzenia w nocy. Zawstydzony swoją 
myślą uszczypnął się aż do bólu. 

Znam tego faceta ze sztandarem. Nazywa się 

Frensch, był pastorem. Nie spodziewałem się, że 
przeżyje, widocznie znalazł 

-M

background image

 

jakiś schron. Ciekawe, gdzie się podziewał przez ostatni rok.

 

-  Miłośnik czarnuchów - dodał major. 
-  Wygląda,  że  zamierzają  przejść  przez  te  poletka,  panie 

majorze. 

-  Widzę,  Marholm.  Zmarnują  zasiewy.  Stratują  naszą 

żywność swoimi brudnymi nogami. 

Woltjer odsunął lufę strzelby od idących i strzelił. Rozległ się 

straszny  huk  zostawiając  po  sobie  ogłuszającą  ciszę.  Andrea 
zakryła uszy zamykając huk wystrzału w głowie.

 

Marholm  uspokajającym  gestem  położył  dłoń  na  ręce 

Woltjera.

 

Nie martw się, jestem dobrym strzelcem. Celowałem, żeby nie 

trafić. Chcę, żeby ominęli zasiewy. Teraz tylko patrzę.

 

Kolumna  rzeczywiście  zmieniła  kierunek  obchodząc  róg 

obsianego pola.

 

Tak  lepiej  -  mruknął  Woltjer  opuszczając  strzelbę.  -  Poznaję 

jednego  z  tych  Bantu.  Nazywa  się  Stephen  Ambola.  Miałem  z 
nim  kłopoty,  choć  nie  jest  to  właściwie  ekstremista  polityczny. 
Raczej  agitator  religijny,  jak  Alice  Lenshina.  Pamiętacie  jej 
Ludowy Kościół Afrykański?

 

Złocony krzyż i sztandar z białą czaszką obeszły uprawne pole 

i znów skierowały się w stronę półciężarówki.

 

Początkowo  pochód  skojarzył  się  Simeonowi  z  parodią 

dziewiętnastowiecznych badaczy Afryki: na czele biały człowiek 
niosący  symbol  imperium,  za  nim  kolumna  chudych  czarnych 
postaci.  Potem  nastąpiło  przesunięcie  i  ujrzał...  zmaltretowaną 
średniowieczną krucjatę. Wyprawę nie rycerzy i panów, ale ludzi 
głodujących  i  chorych,  płonących  ślepą  wiarą.  Jakby  wyszła  z 
rogu  jakiegoś  upiornego  obrazu  Hieronima  Boscha.  Krucjata 
dziecięca. Krucjata niewinnych i skrzywdzonych.

 

Czego chcecie? - huknął Woltjer. - Znam cię, Frensch. Co tu 

robisz?

 

Brodacz  przekazał  krzyż  ze  sztandarem  idącemu  za  nim 

Afrykaninowi, który uchwycił go i z determinacją wbił w ziemię. 
Większość  wędrowców  przykucnęła  wyczerpana.  Stephen 
Ambola i Frensch podeszli.

 

-  Odłóżcie  te  cholerne  strzelby.  Kogo  chcecie  zabić?  My 

wam nic nie zrobimy. 

-  Bantu  nie  mają  prawa  tu  przebywać.  Tu  jest  Państwowe 

Gospodarstwo Doświadczalne. Nie możemy ryzykować, że nam 
stratują  zbiory  swoimi  brudnymi  nogami.  Zabierz  ich  stąd, 
Frensch. 

-  Jakie to ma znaczenie? - wykrzyknął Ambola. - Stare spory! 

Zapomnijcie  o  nich,  mamy  dla  was  Nowinę,  prawda?  -  zwrócił 
się do Frenscha. 

-  Przecież mamy ją stale przed oczami! - Frensch trącił butem 

ludzką  czaszkę,  a  potem  niedbałym  ruchem  wskazał  szyderczo 
barwne kurtyny falujące nad mknącymi chmurami. 

Nowina? Jaka nowina? - Simeon poczuł przemożną ciekawość. 

Gotów  był  uwierzyć  prawie  we  wszystko  w  tej  dolinie 
szkieletów,  w  obliczu  tego  anachronicznego  pochodu  obdartych 
ludzi.  Fanatyków.  Tak,  niewątpliwie.  Ale  czy  wymyślili  jakieś 
lepsze  wyjaśnienie  niż  on  sam?  Albo  Papież,  który  wraz  z 
Kolegium  Kardynałów  i  masą  wiernych  schronił  się  przed 
rentgenowską burzą pod grubymi murami Watykanu.

 

Ogłoszona  w  trzy  miesiące  później  encyklika  „In  Hoc 

Tempore  Mortis"  była  dokumentem  bardziej  pojednawczym  niż 
żałobnym.  Proponowała  środki  łagodzące  w  okrutnej  sytuacji. 
Pobożne życzenia dla FAO i  innych agencji międzynarodowych. 
Był  to  program  na  przeżycie,  a  tymczasem  cały  dylemat 
teologiczny  pozostawał  nietknięty:  dlaczego  i  skąd  zezwolenie 
Boga, żeby tylko jedna dziesiąta jego owczarni, w zasadzie górne 
dziesięć  procent  bogatych  i  białych,  przeżyła,  podczas  gdy 
dziewięć dziesiątych ubogich i cichych zginęło. Dlaczego  i skąd 
ta  przeróbka  ucha  igielnego  w  taki  sposób,  żeby  bogacze  mogli 
przez  nie  przejść  z  całym  dobytkiem,  zostawiając  głodujące 
hordy za murami miasta na pewną śmierć?

 

Ten  wychudzony  Afrykanin  w  podartej  koszuli  i  zdartych 

plastykowych  klapkach  wpatrywał  się  w  Simeona  płonącymi, 
inteligentnymi oczami.

 

-  Przynoszę  nowiny  tym,  którzy  cieszą  się,  że  przeżyli!  -

zaintonował. -Oni nie przeżyli. Oni zostali przeklęci przez Boga. 
Tak  samo  wy,  jak  i  my.  Wszyscy  mężczyźni,  kobiety  i  dzieci, 
którzy  dziś  chodzą  po  Ziemi,  to  dusze  przeklęte.  Bóg  zabrał  do 
siebie  zbawionych  i  zostawił  wyklętych.  Jako  Bóg  Miłosierny 
zabrał  bardzo,  bardzo  wielu.  Wszystkich,  których  mógł  zbawić. 
Ale  jako  Bóg  Sprawiedliwy  nie  mógł  zbawić  wszystkich. 
Wszyscy, którzy dziś żyją, to ludzie, których zbawić nie mógł. W 
żaden sposób. 

-  Zamknij  się,  Ambola  -  warknął  Woltjer,  ale  Ambola  nie 

miał takiego zamiaru. 

-  Kim jesteście, dusze przeklęte? 
-  Jesteśmy  zespołem  z  Organizacji  do  spraw  Wyżywienia  i 

Rolnictwa ONZ - odpowiedziała Andrea Diversley przymilnie. 

-  To  Południowa  Afryka  jest  teraz  członkiem  ONZ?  Proszę, 

jakie cuda! Wszystkie cuda piekła! 

-  Jesteśmy  botanikami,  zajmujemy  się  genetyką  roślin. 

Napromieniowane nasiona... 

-  Ha!  Uprawiacie  piekielne  ugory.  Tracicie  tylko  swój  czas, 

piękna pani. 

Woltjer  wymierzył  Amboli  cios  kolbą  karabinu,  ale  ten 

zręcznie uskoczył.

 

background image

 

-  Uniżenie przepraszam, baas. Zapomniałem, że w piekle jest 

jeszcze policja. 

-  Słuchajcie,  potępieńcy,  Nowiny,  której  się  dowiedziałem  - 

przerwał Frensch. - Spójrzcie na zbawionych w niebie, widać ich 
nawet  w  dzień.  -  Tu  dźgnął  palcem  w  niebo,  wskazując 
przerażające całuny chwały nad barankami chmur. 

-  Tak - szepnął z przestrachem Simeon. - Teraz widzę. 
-  Simeon! Co ty wygadujesz? 
-  Ja  naprawdę  widzę.  Papież  się  myli.  „In  Hoc  Tempore 

Mortis"  jest  tak  niezadowalające.  Chociaż  idziemy  doliną 
śmierci... 

-  Czy  nie  widzisz,  potępieńcze,  że  idziemy  doliną  życia? 

Życia  tych  dusz  w  górze.  Ich  błogosławione  życie  rzuca  cień 
swojej chwały na nas, tutaj w dole. 

-  Więc zjonizowane cząstki to dusze, czy tak? - roześmiał się 

z wyższością Szwed. - Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem. 

Simeon!  -  wtrącił  się  Szwed.  -  To  jest  jeszcze  głupsze  niż 
demonstracje poczucia winy w wykonaniu Andrei. 

Angielka rzuciła  mu  mordercze  spojrzenie i  przywarła do 

hinduskiego genetyka. 

To  była  po  prostu  klęska  naturalna,  nie  widzisz  tego?  - 

ciągnął Szwed. - Taka, jakie zdarzały się już w przeszłości. Na 
przykład dinozaurom.  Tyle  że  my, w odróżnieniu od wielkich 
gadów,  potrafimy  rozumieć  i  kształtować  własną  przyszłość! 
Na tym polega bycie człowiekiem. 

Simeon  potrząsając  głową  odmawiał  zgody.  Te  ich  nowe 
zasiewy  były  tylko  kroplą  w  oceanie  ogólnej  dewastacji 
Ziemi...  w  dolinie  suchych  kości,  podczas  gdy  cisi  i 
pokornego serca zostali zabrani do Nieba, gdzie przemienili 
się  w  te  roztańczone,  upiorne,  piękne  welony  wysoko  nad 
chmurami.  Ten  symbol  potępienia  zatknięty  w  spękaną 
ziemię: złocony, drewniany krzyż  z powiewającą chorągwią, 
ta  biała  czaszka  na  tle  czerwieni  piekielnych  ogni,  które 
palą,  lecz  nie  spalają...  I  ci  obdarci,  żarliwi  rozbitkowie-
krzyżowcy! 

Oto  była  ostatnia  krucjata,  krucjata 

absolutnej wiary i absolutnej rozpaczy. 

Ogłupiały  Woltjer  potrząsnął  głową 

jakby  miał  uszy  pełne  wody.  Podniósł 
strzelbę,  ale  nikt  nie  zwracał  na  niego 
uwagi. 

 

W takiej sytuacji można się spodziewać, że różne kulty 
mesjanistyczne będą wyrastać jak grzyby po deszczu, ale my, 
przyjacielu, my mamy do wykonania swoją pracę. Frensch 
zmierzył Szweda spojrzeniem.

 

-  To  nie  jest  kult  mesjanistyczny,  potępieńcze,  bo  nigdy  już 

nie będzie żadnego Mesjasza. Mesjasz przyszedł, zabrał swoich i 
odszedł.  Nas  zostawił.  Ale  autorytet  Jego  Kościoła  trwa  nadal, 
nie ma powodu, żeby kwestionować naszą wiarę. Tyle, że teraz 
nie jest to wiara w zbawienie,  lecz wiara w potępienie. Kościół 
Odrzuconych. Zbielała czaszka spadająca z krzyża. Musimy więc 
iść  i budzić  ludzi tak zadowolonych, że przeżyli, podczas gdy w 
istocie zostali zważeni, policzeni i odrzuceni. 

-  Kościół Odrzuconych, tak, to ma sens - mruknął Simeon. - 

W  przeciwnym  razie  Bóg  postępowałby  nielogicznie.  Okazałby 
niesprawiedliwość. A to jest niemożliwe. 

Frensch podszedł i objął Simeona.

 

Witaj  w  gronie  potępionych,  bracie.  Pomóż  głosić  Słowo. 

Musimy  teraz  pójść  do  miast  i  innych  krajów,  żeby  nieść 
potępionym nowinę o ich potępieniu.

 

Andrea  zawisła  na  szyi  Hindusa  i  wpiła  mu  się  w  usta  na 

oczach Afrykanów i Afrykanerów.

 

Gunnar  Marholm  zamknął  się  w  zimnej  północnej  twierdzy 

swojego  umysłu,  patrząc  niewidzącymi  oczami  na  kości 
rozsypane po afrykańskiej ziemi.

 

Nad chmurami pląsała tęcza radosnych barw.

 

W  ciszy  słychać  było  tylko  lekki  poszum  wiatru.  Ani  śladu 

ptaka lub zwierzęcia.

 

To  nie  powinien  być  Syriusz  -  wystękał  major  Woltjer 

rozglądając  się  zmrużonymi  oczami,  ze  strzelbą  gotową  do 
strzału, choć znikąd nie  groziło żadne niebezpieczeństwo. Cisza 
połknęła jego słowa jak krowa muchę.

 

Kościół  Potępionych  w  milczeniu  siedział  w  kucki  jedząc  i 

odpoczywając.

 

Frensch i Ambola wrócili na miejsca przy swojej chorągwi.

 

Wiał wiatr.

 

Roztańczone płomienie na niebie, fiolet, zieleń i czerwień.

 

I pustka Ziemi.

 

Przełożył Lech Jęczmyk

 

background image

GALERIA

 

DISNEY WIECZNIE 

ŻYWY

 

Malarstwo Tima Hildebrandta

 

Dotychczas w „Galerii" przed- 
stawia

łem twórczość artystów 

europejskich. I w ka

żdym, nawet 

z pozoru najtrywialniejszym 
obrazku, pod

świadomie odkry- 

wali

śmy dekadencję i wiekowy 

dorobek starej Europy. Po upad- 
ku Wielkiego Brata 

łatwiejsza 

sta

ła się prezentacja dorobku ar- 

tystów ameryka

ńskich. Po Bori- 

sie Vallejo i Michaelu Whelanie 
(no bo przecie

ż Michael Parkes 

zosta

ł Europejczykiem z wyboru) 

kolejnym Amerykaninem w „Ga- 
lerii" jest Tim Hildebrandt. 

Maj

ąc pięć lat Hildebrandt 

obejrza

ł film Walta Disneya „Pi- 

nokio". By

ło to przeżycie tak sil- 

ne, 

że od najmłodszych lat ryso- 

wa

ł postacie disneyowskie, a 

marzeniem jego by

ło zostać ry- 

sownikiem-animatorem w wy- 
twórni Disneya. 

Pierwszym profesjonalnym za- 

mówieniem, wykonanym wspól- 
nie z bratem Gregiem, by

ło na- 

malowanie w 1976 roku, na zle- 
cenie wydawnictwa Ballantine 
Books, ilustracji do pierwszego z 
trzech kalendarzy opartych na 
„W

ładcy Pierścieni". W 1978 ro- 

ku bracia Hildebrandt zaprojek- 
towali oficjalny plakat i opraw

ę 

plastyczn

ą do premierowego 

pokazu filmu „Gwiezdne woj- 
ny". 

Tim Hildebrandt twierdzi, 

że 

korzenie jego twórczo

ści tkwią 

w dorobku studia Walta Disne- 
ya. Równie silny wydaje si

ę 

wp

ływ okładek niedzielnych ko- 

miksów z lat czterdziestych i 
pi

ęćdziesiątych. Widać to szcze- 

gólnie w kolorystyce jego prac, 
w grze 

świateł, w kostiumach 

bohaterów, architekturze, poja- 
zdach. 

Tim Hildebrandt bardzo soli- 

dnie przygotowuje si

ę do każde- 

go nowego zadania. Kiedy wy- 

background image

GALERIA

 

 

 

Tht Curse of the Werewolf

 

kona ju

ż wstępny szkic, jego żo- 

na Rita szyje kostiumy dla g

łów- 

nych postaci. Wtedy Tim przyst

ę- 

puje do fotografowania prze- 
branych modeli swoim ukocha- 
nym Polaroidem. Na podstawie 
szkicu i zdj

ęć powstaje dokładny 

projekt, który jest nast

ępnie 

przenoszony na zagruntowane 
pod

łoże. A potem już nic, tylko 

malowa

ć, malować, malować...

 

Prace Hildebrandta maj

ą je- 

szcze jedn

ą cechę. Jest nią specy- 

ficzna deformacja. Jak sam arty- 
sta twierdzi, wynika to z k

łopo- 

tów z uchwyceniem perspekty-

 

wy, a ponadto jest spowodowa- 
ne charakterystycznym dla jego 
aparatu zniekszta

łceniem foto- 

grafowanych postaci. Mimo to 
obrazy Tima Hildebrandta maj

ą 

swój niezaprzeczalny wdzi

ęk i 

pe

łne są bajkowej tajemniczości.

 

Andrew B. Sr.

 

„The Fantasy Art Techniques of Tim 
Hildebrandt". Paper Tiger, An imprint 
of Dragon's World Ltd, Limpsf ield, 
Wielka Brytania, 1991.

 

Dystrybutorem Paper Tiger oraz in- 
nych albumów o tematyce fantasy 
i SF jest w Polsce POL-BOOKS s.c. 
ul. Kossaka 26, 42-200 Cz

ęstochowa.

 

background image
background image
background image
background image
background image
background image
background image

powieść

 

Robert A, Heinlein

 

OBCY W 

OBCYM KRAJU (10)

 

(Stranger in a Strange Land)

 

przełożył Arkadiusz Nakoniecznik

 

Rozdział XXXIII

 

I co? - zapytał Jubal. - Przyjąłeś zaproszenie? 

Człowieku,  zwiewałem  najszybciej, jak  się dało!  Złapałem 

ubranie i  nawet  go  nie  zakładając wskoczyłem  w rurę spado-
wą. 

Naprawdę? Na miejscu Jill poczułbym się trochę urażony. 
Caxton zarumienił się po uszy. 
- Musiałem stamtąd uciec, Jubal. 
- Hmm... A co było potem? 
- Potem  ubrałem  się,  zobaczyłem,  że  zapomniałem  torby, 

ale już po nią nie wróciłem. Szczerze mówiąc wyskoczyłem tak 
szybko, że o mało się nie zabiłem. Wiesz, jak to jest ze standar-
dową rurą spadową... 

- Nie wiem. 
- No,  jeśli  nie  zaprogramujesz  jej  na  wznoszenie,  opadasz 

powoli, jak w budyniu, ale ja nie opadałem, tylko spadłem 
sześć pięter w dół. Kiedy już miałem się rozpłaszczyć jak pomi-
dor, coś mnie złapało - nie sieć zabezpieczająca, tylko jakieś 
pole. Mówię ci, na dokładkę o mało nie umarłem ze strachu. 

- Nigdy nie wierz maszynom. 
- To nie wina maszyny. Za te sprawy odpowiada Duke, ale 

on wierzy jak w Ewangelię we wszystko, co mu powie Mike. 
On  go po prostu  zahipnotyzował.  Do diabła, on ich w s z y s t-
kich  zahipnotyzował!  Kiedy  dojdzie  do  nieszczęścia,  skończy 
się gorzej niż awarią jednej rury spadowej. Jubal, co możemy 
zrobić? Strasznie się o nich boję. 

Harshaw wydął wargi. 

A co konkretnie napawało cię największym niepokojem? -
Co konkretnie? Wszystko! 
-  Naprawdę? Odniosłem wrażenie, że byłeś raczej zadowo-

lony z przebiegu wizyty, w każdym razie do chwili, kiedy ucie-
kłeś jak spłoszony królik. 

-  Hę? No... Bo tak było. - Caxton sprawiał wrażenie lekko 

zdziwionego.  -  Mnie  też  zahipnotyzował.  Może  i  nie  zdołał-
bym się wyrwać, gdyby nie ta dziwna sprawa na samym koń-
cu.  Mike siedział  koło  mnie, obejmując  mnie ramieniem, więc 
po prostu nie mógł się rozebrać! 

 

background image

Robert A. Heinlein 

Jubal wzruszył ramionami. 

- Byłeś  zajęty.  Podejrzewam,  że  nie  zauważyłbyś  nawet  trzę-

sienia ziemi. 

- Bez przesady!  Nie  zamykam  oczu jak  uczennica. Jak on  to 

zrobił? 

- Nie rozumiem, jakie  mogłoby  to  mieć  znaczenie. Chyba  że 

zaszokowała cię jego nagość. 

- Jasne, że byłem zaszokowany. I to jak! 
- Mimo że sam siedziałeś z gołym tyłkiem? Nie opowiadaj mi 

takich rzeczy! 

- Nie,  nie! Jubal, czy  muszę  narysować ci to  na papierze? Po 

prostu  nie  uznaję  czegoś  takiego jak  grupowe  orgie.  Niewiele 
brakowało,  a  zwróciłbym  całe  śniadanie.  -  Ben  skrzywił  się  z 
odrazę. - Ciekaw jestem, co t y byś powiedział, gdyby w twoim 
mieszkaniu  ludzie  nagle  zaczęli się  zachowywać jak  małpy  w 
klatce? 

Jubal uniósł wskazujący palec. 

- Właśnie o to chodzi, Ben: to n i e było moje mieszkanie. 

Wchodząc do czyjegoś domu zobowiązujesz się postępować zgod-
nie  z  panującymi  w  nim  zwyczajami  -  to  uniwersalne  prawo 
obowiązujące wśród wszystkich cywilizowanych ludzi. 

- Ciebie nie szokuje takie zachowanie? 
- W  tej  chwili  poruszasz  zupełnie  odrębny  temat.  Owszem, 

publiczne dawanie upustu chuci uważam za coś odrażającego, 
lecz w ten  sposób  daję wyraz  nabytym wcześniej  uprzedzeniom. 
Znaczna  część ludzkości  nie  podziela  mojego  zdania, bo  orgie 
wcale  nie  są  rzadko  spotykane.  Ale  czemu  używasz  od  razu 
słowa  szokujące?  Mój  drogi  panie,  mnie  zaszokować  może 
tylko coś, co godzi bezpośrednio w podstawy mojej etyki. 

- A więc twoim zdaniem to wyłącznie kwestia smaku? 
- Nic innego. Mój gust nie jest ani odrobinę lepszy od tego, 

jaki miał Neron. Obawiam się, że nawet jest gorszy; Neron był 
bogiem-ja, niestety, nim nie jestem. 

- Niech mnie diabli wezmą! 

I  to  może  się  zdarzyć  - pod warunkiem,  że  takie rzeczy  w 

ogóle się  zdarzają. Poza  tym...  Ben,  to  nie było robione w  miej-
scu publicznym. 

-Hę?... 

- Z  tego, co powiedziałeś, wynika,  że  mamy  do  czynienia  z 

grupowym  małżeństwem, a ściśle rzecz biorąc  z  grupową teoga-
mią. Tym samym wszystko, co nastąpiło lub miało nastąpić, nie 
odbywało  się  publicznie,  lecz  prywatnie.  „Byliśmy  przy  tym 
tylko my, bogowie"... Więc w jaki sposób mogły zostać urażo-
ne czyjekolwiek uczucia? 

- M oj e zostały urażone! 
- Twoja apoteoza była niekompletna. Oszukałeś ich. Sam do 

tego doprowadziłeś. 

- Ja? Jubal, nie wiem, o czym ty mówisz! 
- Do licha! Powinieneś był wyjść zaraz po tym, jak tam wsze-

dłeś; przecież od razu zorientowałeś się, że rządzą się zupełnie 
odmiennymi  zwyczajami.  Ale  ty  zostałeś,  nasyciłeś  się  wdzię-
kami jednej  z bogiń, postępując  z  nią  tak, jak  godzi się postępo-
wać jedynie bogu. Wiedziałeś, co jest grane, a oni wiedzieli, że 
ty wiesz - ich błąd polegał  na tym,  że wzięli twoją  hipokryzję  za 
dobrą  monetę.  Nie,  Ben:  Mikę i Jill  zachowali się  z  godnością. 
To ty postąpiłeś nie tak, jak należy. 

- Do  cholery, Jubal,  ty  wszystko  przekręcasz!  Na początku 

zbytnio  się  zaangażowałem,  ale  kiedy  poczułem,  że  muszę 
odejść, zrobiłem to od razu! Mało się nie porzygałem! 

- Twierdzisz,  że  to  był  po prostu  odruch?  Każdy,  kto  pod 

względem  rozwoju  emocjonalnego  przekroczył  wiek  dwunastu 
lat zacisnąłby zęby, poszedł do łazienki, zaczekał, aż atmosfera 
trochę  ostygnie  i  wrócił  z  jakimś  mniej  lub  bardziej  prawdopo-
dobnym  usprawiedliwieniem.  To  nie  był  żaden  odruch,  Ben. 
Odruch  mógł  cię  zmusić  do  opróżnienia  żołądka,  ale  nie  do 
wyjścia  z  pokoju,  wzięcia  ubrania  i  wskoczenia  w  dziurę  w 
podłodze.  To  była  panika.  Powiedz  mi,  dlaczego  wpadłeś  w 
panikę? 

Caxton długo nie odpowiadał. Wreszcie westchnął. 

Jeśli  się  nad  tym  zastanowić... -  bąknął. -  Myślę,  że jestem 

pruderyjny. 

Jubal potrząsnął głową. 

- Człowiek  pruderyjny  uważa,  że jego reguły  postępowania 

są prawami natury, a w twoim przypadku o  niczym takim nie 
może być mowy. Dostosowywałeś się do wielu rzeczy, które nie 
zgadzały  się  z  twoim  kodeksem  postępowania, podczas  kiedy 
prawdziwy świętoszek odwróciłby się na pięcie i uciekł, gdzie 
pieprz rośnie  już  na  sam  widok  tej  smakowicie wytatuowanej 
damy. Szukaj głębiej. 

- Wiem tylko tyle, że strasznie mi przykro z powodu tej spra-

wy. 

- Ja również o tym wiem i bardzo ci współczuję. Postawmy 

sobie  hipotetyczne  pytanie: wspomniałeś  o  kobiecie imieniem 
Ruth.  Przypuśćmy,  że  znalazłeś  się  w  takiej sytuacji  z  nią i  z 
Mike'em. Czy wtedy również byłbyś zaszokowany? 

- No... chyba tak. Moim zdaniem to naprawdę jest szokująca 

sytuacja, choć ty utrzymujesz, że wszystko jest kwestią gustu. 

- Jak bardzo szokująca? Do stadium nudności czy panicznej 

ucieczki? 

Caxton spojrzał na niego z zakłopotaniem. 

- Niech cię szlag trafi, Jubal. W porządku: po prostu wymy-

śliłbym coś, żeby pójść do kuchni albo gdziekolwiek... a potem 
wyszedłbym jak najszybciej. 

- Znakomicie, Ben. Właśnie odkryłeś źródło swoich kłopo-

tów. 

- Naprawdę? 

 

- Jaki element się zmienił? Caxton skrzywił się markotnie. 
- Masz rację, Jubal. To przez Jill. Dlatego, że ją kocham. 
- Trafiłeś blisko, ale nie w sam cel. -Jak to? 

 

- Bynajmniej  nie  uciekłeś  stamtąd  z  powodu  miłości.  Po-

wiedz mi: co to jest miłość? 

- Daj spokój, człowieku! Na to pytanie próbowali odpowie-

dzieć wszyscy,  od  Szekspira  poczynając  na Freudzie  kończąc, i 
nikomu się nie udało. Wiem tylko tyle, że to boli. 

Harshaw pokręcił głową. 

- Podam ci precyzyjną definicję. Miłość jest to stan, w którym 

szczęście drugiej osoby jest niezbędne dla twego własnego. 

- Chyba masz rację... - przyznał Ben. - Właśnie coś takiego 

czuję wobec Jill. 

- To dobrze. W takim razie utrzymujesz, że zrobiło ci się nie-

dobrze i uciekłeś w panice po to, aby uszczęśliwić Jill. 

- Zaczekaj chwilę! Wcale nie powiedziałem... 
- A może to było jakieś inne uczucie? 
- Powiedziałem tylko, że... - Caxton umilkł, by po chwili do-

kończyć: -  W  porządku,  byłem  zazdrosny!  Ale  mógłbym  przy-
siąc, że nic takiego nie miało miejsca. Już od dawna wiedziałem, 
że nie mam  żadnych szans i całkowicie się z tym pogodziłem. 
Nie miałem o to do Mike'a żadnych pretensji. Zazdrość nigdzie 
nie prowadzi. 

 

-  A  w  każdym  razie  na  pewno  nie  tam,  gdzie  ktokolwiek 

chciałby się znaleźć. Zazdrość to choroba, a miłość to zdrowie. 
Niedojrzały  umysł często  myli jedno  z drugim albo przypuszcza, 
że im większa miłość, tym większa powinna być także zazdrość. 
W rzeczywistości tam, gdzie występuje jedna, nie ma  miejsca 
dla  drugiej.  Jeżeli  pojawiają  się  jednocześnie,  mogą  wywołać 
potworne zamieszanie... Grokuję, że tak właśnie stało się w two-
im przypadku, Ben. Kiedy zazdrość podniosła łeb, nie potrafiłeś 
zdobyć się na to, by spojrzeć jej prosto w ślepia - więc uciekłeś. 

-  Chodziło przede wszystkim  o  o ko l ic zno ś c i !  Ten  cały 

harem  strasznie  mnie  zdenerwował.  Nie  zrozum  mnie  źle: 
kochałbym  Jill  nawet  wtedy,  gdyby  była  tanią  dziwką,  którą 
nie  jest.  Według  swoich  standardów  jest  osobą  bardzo  mo-
ralną. 

Jubal skinął głową. 

background image

Obcy w obcym kraju 

Wiem  o  tym.  Gillian  ma w sobie  nieugiętą  niewinność,  która 

nie  pozwala  jej  być  niemoralną.  -  Zmarszczył  brwi.  -  Ben, 
obawiam  się,  że  zarówno  tobie  jak  i  mnie  brakuje  anielskiej 
niewinności  niezbędnej  do  tego,  by  stosować  zasady  doskonałej 
moralności, według których żyją ci ludzie. 

Ben utkwił w nim zdumione spojrzenie. 

Uważasz,  że  coś  takiego  jest  moralne?  Według  mnie  Jill 

nie zdaje sobie sprawy z tego, że postępuje niewłaściwie, bo znaj-
duje  się  pod  wpływem  Mike'a,  który  też  o  tym  nie  wie.  Jest 
Człowiekiem z Marsa i startował ze znacznie gorszej pozycji. 

Harshaw ponownie zmarszczył brwi. 

- Tak. Uważam, że to, co robią ci ludzie - wszyscy mieszkań-

cy Gniazda, nie tylko nasze dzieciaki -jest moralne. Nie zapo-
znałem  się  ze  szczegółami,  ale...  Tak,  tego  jestem  pewien.  Ba-
chanalia,  bezwstydne  obłapianie,  życie  w  komunie  i  anarchi-
styczny kodeks moralny - wszystko jest jak najbardziej moral-
ne. 

- Zaskakujesz mnie, Jubal. Skoro tak uważasz, to dlaczego 

się  do  nich  nie przyłączysz?  Marzą  o  tym.  Urządziliby wielkie 
święto. Dawn tylko czeka na to, żeby służyć ci i całować cię po 
stopach. Wcale nie przesadzam. 

Jubal westchnął ciężko. 

- Nie. Może pięćdziesiąt lat temu, ale teraz?... Ben, mój bra-

cie:  nie  jestem  już  zdolny  do  takiej  niewinności.  Zbyt  długo 
byłem  poślubiony  memu własnemu  rodzajowi  zła i  beznadziej-
ności,  aby  móc  umyć  się  w  wodzie  życia  i  ponownie  stać  się 
niewinnym - zakładając, że kiedykolwiek nim byłem. 

- Mikę twierdzi, że masz tę niewinność - tyle tylko, że on tego 

tak nie nazywa. Powiedziała mi o tym Dawn, mówiąc ex officio. 

-W takim razie nie chciałbym go rozczarować. Mikę dostrze-

ga we wszystkich swoje  odbicie,  a ja,  z racji  zawodu,  najlepiej 
nadaję się do roli zwierciadła. 

- Jubal, jesteś po prostu tchórzem! 
- Właśnie! Ale jeśli się o nich niepokoję, to nie ze względu na 

ich  morale,  tylko  na  niebezpieczeństwa,  jakie  mogą  na  nich 
czyhać na zewnątrz. 

- Och, pod tym względem nic im nie grozi. 
- Naprawdę tak myślisz? Jeżeli pomalujesz małpę na różowo 

i  wsadzisz  ją  do  klatki  z  brązowymi  małpami,  rozedrą  ją  na 
strzępy. Te niewiniątka aż proszą się o męczeńską śmierć. 

Czy ty przypadkiem zbytnio nie dramatyzujesz? Jubal wbił 
w Caxtona spojrzenie błyszczących oczu. 
- A jeśli nawet, to czy odbiera to wagę moim słowom? Nieje-

den  święty  spłonął  już  na  stosie;  czy  ich  cierpienie  również 
nazwałbyś dramatyzowaniem? 

- Chciałem tylko powiedzieć, że moim zdaniem nie grozi im 

nic takiego. Bądź co bądź nie żyjemy w średniowieczu. 

Harshaw zamrugał ze zdziwieniem. 

Doprawdy?  Szczerze  mówiąc,  nie  zauważyłem  różnicy. 

Ben, ten paskudny świat już kilka razy miał możliwość skorzy-
stania  z  podobnej  okazji,  lecz  nigdy  tego  nie  zrobił.  Kolonia 
Indian  Oneida  przypominała  Gniazdo  Mike'a,  ale  przetrwała 
bardzo  krótko,  a  i  to  wyłącznie  dzięki  temu,  że  założono  ją  na 
odludziu,  daleko od  miast.  To  samo  z  pierwszymi  chrześcija-
nami: anarchia, komunizm, grupowe małżeństwa, nawet poca-
łunek  braterstwa  -  Mikę  sporo  od  nich  zapożyczył.  Hmm... 
Skoro już przejął ten pocałunek, to należałoby się spodziewać, 
że i mężczyźni będą całowali mężczyzn. 

Ben z zakłopotaniem opuścił wzrok. 

- Nie powiedziałem ci o tym. Ale to nie jest pedalski gest. 
- Podobnie  jak  nie  był  nim  u  pierwszych  chrześcijan.  Masz 

mnie za idiotę? 

- Pozostawię to bez komentarza. 
- Wielkie  dzięki.  Nie  radziłbym  nikomu  ofiarowywać  poca-

łunku braterstwa kapłanowi jakiegokolwiek Kościoła; pierwsi 
chrześcijanie wymarli co do jednego.  Za  każdym razem  powta-
rzała  się  ta  sama  smutna  historia:  najpierw  powstawał  plan 
doskonałej  miłości  i  pełnego  zbratania,  potem  rodziły  się 
wzniosłe 

cele i chwalebne  nadzieje, a wreszcie  przychodziła  klęska i  za-
głada. - Jubal ponownie westchnął. - Do tej pory niepokoiłem 
się tylko o Mike'a, teraz boję się o nich wszystkich. 

- A jak myślisz, co j a czuję? Przykro mi, ale nie mogę przyjąć 

twojej teorii Dobra i Światła. To, co robią, jest z gruntu niewła-
ściwe! 

- Twierdzisz  tak,  bo  ten  ostatni  incydent  utkwił  ci  ością w 

gardle. 

- To na pewno nie jest jedyny powód. 

Ale  główny.  Ben,  etyka  seksu  stanowi  nie  lada  problem. 

Każdy  z  nas jest  zmuszony  chwytać się rozwiązania,  które  po-
zwoli  mu  przeżyć  w  konfrontacji  z  żałosnymi,  niesłusznymi  i 
fałszywymi  zasadami  tak  zwanej  moralności.  Większość  z  nas 
wie,  że  te  zasady  są  błędne,  prawie  wszyscy  je  łamiemy,  lecz 
płacimy bez szemrania podatek składający się z poczucia winy i 
czczych  frazesów.  Czy  chcemy  czy  nie,  moralność  bierze  nas 
za uzdę i prowadzi tam, dokąd chce. 

Ciebie też, Ben. Uważasz się za niezależnego człowieka, który 

nic sobie nie robi z tych diabelskich zasad, lecz stanąwszy wobec 
zupełnie nowego problemu związanego z etyką seksualną oce-
niłeś  go  stosując  te  same  żydowsko-chrześcijańskie  zasady...  w 
związku  z  czym  żołądek  podszedł ci  natychmiast  do  gardła... a 
ty  uznałeś  to  za  nieomylny  znak,  że  masz  rację, a  oni błądzą. 
Ha! Równie dobrze mógłbyś zdać się na sąd Boży. Zachowanie 
twojego żołądka może świadczyć jedynie o tym, jak mocno wpo-
jono ci pewne uprzedzenia, zanim zacząłeś filtrować je przez sito 
rozsądku. 

-A co z twoim żołądkiem? 

Mój  też  jest  głupi,  aleja  nie  pozwalam  mu  rządzić  mózgiem. 

Dostrzegam piękno w podjętej przez Mike'a próbie stworzenia 
doskonałej etyki i zgadzam się z tym, że należy zacząć od odrzu-
cenia  dotychczasowych  zasad  ustalających reguły  dla  naszego 
życia seksualnego i  ustanowienia  nowych.  Większość  filozofów 
nie ma na to dość odwagi; połykają w całości podstawy starych 
dogmatów  -  monogamia,  skład  rodziny,  czystość  obyczajów, 
okrywanie  ciała,  konwencjonalne  nakazy  dotyczące  stosunku 
płciowego i tak dalej - po czym bawią się szczegółami, nawet tak 
bzdurnymi jak to, czy widok nagiej kobiecej piersi stanowi obra-
zę moralności, czy nie. 

Jednak przede wszystkim zajmuje ich problem, w jaki sposób 

zmusić nas do przestrzegania tych  zasad, ignorując oczywiste 
dowody na to, że większość tragedii, jakich są świadkami, nie 
bierze  się  z  prób  wykraczania  poza  nakazy,  lecz  właśnie  jest 
głęboko w nich zakorzeniona. 

I nagle zjawia się Człowiek z Marsa, spogląda na te uświęco-

ne zasady z  nowego punktu widzenia, a następnie je odrzuca. 
Nie  znam  szczegółów  etyki,  jaką  proponuje  w  ich  miejsce,  ale 
jestem  pewien,  że  ona  w  oczywisty  sposób  narusza  prawa 
wszystkich  większych  narodów  zamieszkujących  Ziemię  i  wy-
woła  oburzenie  „słusznie  myślących"  wyznawców  wszystkich 
większych  religii,  a  także  znacznej  części  agnostyków  i  ate-
istów. Mimo to ten biedny chłopiec... 

Jubal, on nie jest chłopcem, tylko mężczyzną. 

Doprawdy?  Ten  nieszczęsny  pół-Marsjanin  twierdzi,  że 

seks  stanowi  jedną  z  dróg  do  osiągnięcia  szczęścia,  że  sam  w 
sobie  powinien  być  szczęściem.  Ben,  najgorszą  cechą  seksu  jest 
to,  że wykorzystujemy  go do  zadawania sobie cierpień,  podczas 
gdy  to  nigdy  nie  powinno  boleć,  tylko  dawać  szczęście  albo 
chociaż przyjemność. 

Zasady  mówią  co  następuje:  Nie  pożądaj  żony  bliźniego 

swego.  Rezultat?  Wymuszona  czystość,  cudzołóstwo,  za-
zdrość,  zgorzknienie,  bijatyki,  czasem  morderstwa,  rozbite 
domy,  nieszczęśliwe  dzieci  i  żałosne  wzajemne  podchody, 
równie  upokarzające dla  kobiety i  mężczyzny.  Czy  to przykaza-
nie  jest  w  ogóle  przestrzegane?  Jeśli  ktoś  przysięgnie  mi  na 
Biblię, że nie pożądał żony bliźniego swego wyłącznie dlatego, iż 
zakazują  mu tego zasady, których zobowiązał się przestrzegać, 
podejrzewałbym 

background image

Robert A. Heinlein 

go  albo  o  oszukiwanie  samego  siebie,  albo  o  jakieś  odchylenia 
seksualne.  Każdy  mężczyzna  zdolny  do  spłodzenia  dziecka  po-
żąda wielu kobiet, bez względu na to, czy idzie z nimi do łóżka, czy 
nie. 

Nagle zjawia się Mikę i mówi: „Nie musisz pożądać mojej 

żony. Kochaj ją! Jej miłość nie zna granic. Mamy wszystko do 
zdobycia, a do stracenia jedynie strach, poczucie winy, niena-
wiść i zazdrość." Propozycja jest wręcz niewiarygodna. Z tego, 
co wiem, tylko prymitywni Eskimosi byli równie naiwni - ale oni 
żyli w takiej izolacji, że właściwie ich też można uznać za Ludzi 
z  Marsa.  My  jednak  wmusiliśmy  w  nich  nasze  cnoty,  dzięki 
czemu  mają  teraz  pruderię  i  cudzołóstwo,  tak  jak  wszyscy. 
Uważasz, że są dzięki temu szczęśliwsi? 

- Nie chciałbym być Eskimosem. 
- Ani ja. Zapach zepsutych ryb działa mi na nerwy. 
- Miałem na myśli wodę i mydło. Czasem odnoszę wrażenie, 

że stałem się zbyt wymagający. 

- Ja też. Urodziłem się w domu z instalacjami sanitarnymi 

jak  z  igloo  -  wolę  to,  co  mam  teraz.  Mimo  to  o  Eskimosach 
zawsze  pisało  się  jako  o  najszczęśliwszych  ludziach  na  Ziemi. 
Żadne  z  nieszczęść,  jakie  ich  dotykały,  nie  było  spowodowane 
przez  zazdrość;  nawet  nie  znali  takiego  słowa.  Wymieniali  się 
żonami, bo tak było wygodnie i zabawnie, i nikt nie miał do niko-
go  pretensji.  Kto  więc  jest  tutaj  nienormalny?  Spójrz  na  ten 
ponury świat, który cię otacza, a potem powiedz: czy uczniowie 
Mike'a  wydają  ci  się  bardziej  czy  mniej  szczęśliwi  od  innych 
ludzi? 

- Nie rozmawiałem z  nimi wszystkimi, ale... No dobrze, są 

szczęśliwi. Tak szczęśliwi, że aż to się wydaje podejrzane. W 
tym musi być jakiś haczyk. 

Może ty nim byłeś. -Jak to? 

- Szkoda, że w tak młodym wieku masz już dokładnie określo-

ne  upodobania.  Kiedy  osiągniesz  moje  lata,  trzy  dni  tego,  co  ci 
proponowano, uważałbyś za najcenniejszy skarb. Tymczasem ty, 
młody  idioto,  dałeś  się  stamtąd  wypędzić  zazdrości!  W  twoim 
wieku zgodziłbym się nawet zostać Eskimosem. Mało tego: jestem 
w  najwyższym  stopniu  zniesmaczony  twoim  postępowaniem, 
moją  jedyną  pociechę  stanowi  gorzkie  przekonanie,  że  kiedyś 
będziesz  tego bardzo żałował. Starość nie przynosi ze sobą mądro-
ści, ale pozwala spojrzeć na wiele spraw z odpowiedniej perspek-
tywy.  Najsmutniejsze,  co  można  wtedy  ujrzeć,  to  pozostawione 
daleko z tyłu pokusy, którym się oparłeś. Ja również je widzę, ale 
to i tak nic w porównaniu z cierpieniami, jakie czekają ciebie! 

- Daj wreszcie temu spokój! 
- Na litość  boską, człowieku -  bo chyba  nie jesteś  myszą? -ja 

próbuję  cię  tylko  obudzić.  Dlaczego  wylewasz  swoje  żale  przed 
starym człowiekiem,  kiedy powinieneś czym prędzej skierować się 
do Gniazda jak wracający do domu gołąb? Do diabła, gdybym miał 
ze dwadzieścia lat mniej, sam przyłączyłbym się do Mike'a! 

- Odczep się ode mnie, Jubal. Lepiej powiedz, co naprawdę 

myślisz o jego kościele? 

-Powiedziałeś, że to raczej coś w rodzaju samodyscypliny. 

- Tak i nie. Jednocześnie ma być Prawdą przez duże „P", po-

nieważ Mikę przejął to od marsjańskich Starych. 

- Od Starych, tak? Dla mnie to zwykłe bzdury. 
- A jednak on w nich wierzy. 
- Ben, znałem kiedyś pewnego przedsiębiorcę, który wierzył, że 

zasięga  porady  bezpośrednio  u  ducha  Aleksandra  Hamiltona*, 
choć... Do licha, dlaczego akurat j a mam być adwokatem diabła? 

- Co cię ugryzło tym razem? 
- Ben,  najwstrętniejszym  grzesznikiem jest  hipokryta wyko-

rzystujący religię do nabierania ludzi, ale  musimy oddać diabłu, 
co diabelskie: Mikę wierzy w to, co mówi i naucza o takiej praw-
dzie, jaką widzi. Co do jego Starych... Nie mogę z całą pewnoś- 

* Aleksander Hamilton (1755I804) - amerykański mąt stanu, w kitach 1789-
1795 pierwszy sekretarz skarbu USA (przyp. tłum.).

 

cią stwierdzić, że ich nie ma, ale bardzo trudno mi uwierzyć w 
ich istnienie. Natomiast jeśli chodzi o to credo „Tyś jest Bogiem" 
- nie jest ani mniej ani bardziej wiarygodne od paru dziesiątków 
innych. W dniu Sądu Ostatecznego możesfę okazać, że Głów-
nym  Szefem  był  od samego  początku  Mongo-Dombo,  Wielki 
Bóg z Kongo. 

- Na litość boską, Jubal! 
- Każdy  z  nich  ma  równe  szanse, Ben.  Człowiek  został  tak 

skonstruowany, że nie potrafi sobie wyobrazić własnej śmierci, 
co prowadzi do bezustannego wymyślania  nowych religii.  Choć 
w ten sposób nie można  zyskać żadnego potwierdzenia swojej 
nieśmiertelności,  pojawiają  się  nadzwyczaj  istotne  pytania:  o 
naturę życia, o sposób, w jaki ego jest zakotwiczone w ciele, o 
samo ego i przyczynę, dla której wydaje się być centralnym punk-
tem  wszechświata,  o  sens  istnienia  tegoż  wszechświata  i  ży-
cia...  To  wszystko  są  podstawowe  pytania,  Ben,  bynajmniej  nie 
trywialne. Nauka nie potrafiła na nie odpowiedzieć, więc jakie 
mam prawo kpić z religii, które usiłują tego dokonać, nawet w 
sposób  zupełnie  dla  mnie  nieprzekonujący?  Jedyna  prawda 
religijna,  której  jestem  całkowicie  pewien,  brzmi  tak:  świado-
mość  nie  jest  tylko  wynikiem  połączenia się  kilku  aminokwa-
sów! 

- O, rety! Jubal, powinieneś zostać kaznodzieją. 
- Na szczęście, udało mi się tego uniknąć. Jeżeli Mikę potrafi 

podpowiedzieć  nam jakiś lepszy sposób rządzenia  tą  pokręconą 
planetą,  to jego  życie erotyczne  nie wymaga  żadnych  usprawie-
dliwień. Geniusze mają prawo gardzić opiniami przeciętniaków 
i  zawsze  lekceważą  seksualne  obyczaje  gromady,  tworząc  wła-
sne  prawa.  Mikę  jest  geniuszem,  więc  ma  w  nosie  zdanie 
wścibskich sąsiadów i robi to, na co ma ochotę. 

Jednak  z  teologicznego  punktu  widzenia  jego  zachowanie 

seksualne jest równie ortodoksyjne jak Świętego Mikołaja.  Mikę 
naucza, że żywe istoty tworzą zbiorowego Boga... z czego wyni-
ka, iż on i jego uczniowie są jedynymi świadomymi bogami na 
tej planecie... co z kolei zgodnie z wszelkimi przepisami regulu-
jącymi kwestie boskości daje mu pełną swobodę działania. Te 
przepisy zawsze zezwalały bogom  na całkowitą swobodę sek-
sualną, ograniczoną jedynie ich własną wolą. 

Chcesz  dowodów?  Proszę bardzo:  Leda  i łabędź,  Europa  i 

byk,  Ozyrys,  Izis  i  Horus,  niewiarygodne  kazirodztwa  bóstw 
nordyckich... Nie wspomnę o religiach Wschodu, bo ich bogo-
wie wyczyniali  takierzeczy,  które oburzyłyby  nawet rozpłodo-
wego samca norki. Przyjrzyj się jednak bliżej stosunkom łączą-
cym Trójcę w jednej z  najbardziej poważanych religii  zachodnie-
go  świata;  wyłącznie  przekonanie  o  tym,  że  prawa  rządzące 
życiem  płciowym  bogów  nie  mają  nic  wspólnego  z  prawami 
rządzącymi  życiem  płciowym  śmiertelnych istot,  pozwala pogo-
dzić  nauki  głoszone  przez  tę  religię  z  tym,  co  się  Wyrabiało 
Tam, Na Górze. Większość ludzi nigdy o tym nie myśli - zamy-
kają drzwi i wieszają na klamce kartkę: „ŚWIĘTOŚĆ, nie prze-
szkadzać!" Wobec Mike'a trzeba zastosować wszystkie dyspen-
sy, jakich zwykle udziela się bogom. Jeżeli w jakiejś religii istnie-
je  tylko  jeden  bóg,  to  najpierw dzieli się  go  na  dwie  części,  a 
potem  rozmnaża.  To  odnosi  się  nie  tylko  do  Jahwe,  ale  do 
wszystkich.  Natomiast  gromada  bogów  będzie  się  rozmnażała 
jak stado królików, zwracając na ludzi równie mało uwagi jak te 
miłe zwierzaczki. W chwili, kiedy Mikę wszedł w interesy zwią-
zane  z  boskością,  stało  się  jasne  jak  słońce,  że  dojdzie  również 
do orgii, więc lepiej przestań myśleć o tym tak, jakbyś całe życie 
spędził  w  Pcimiu  Dolnym,  tylko  zastosuj standardy  godne  bo-
gów  z  Olimpu!  Ben,  żeby  to  zrozumieć,  przede  wszystkim 
musisz uznać szczerość ich intencji... 

- Och, uznaję, uznaję! Tylko że... 

Na  pewno?  Zacząłeś  od  założenia,  że  na  pewno  się  mylą. 

Człowiek zwykle ukrywa to, czego się wstydzi, a oni nie tylko się 
tego  nie  wstydzą,  lecz  wręcz  są  z  tego  dumni.  Kryjąc  się  za 
zamkniętymi  drzwiami  postępowaliby  według  nakazów,  które 
odrzucają, a jednocześnie daliby ci w ten sposób do zrozumie- 

background image

Obcy w obcym kraju 

 

nia, że jesteś obcym, który w ogóle nie powinien był się tam zna-
leźć. 

-Może to i racja... 

- Nie  może,  tylko  na pewno.  Mikę wyraźnie  miał  opory,  ale 

usłuchał próśb Gillian. 

- To jeszcze gorzej! 
- Dlaczego? Chciała, żebyś stał się jednym z  nich „w pełnej 

całości",  jak  by  powiedział  Mikę.  Kocha  cię  i  nie  jest  o  ciebie 
zazdrosna, lecz ty jesteś zazdrosny o nią i choć twierdzisz, że też 
ją kochasz, to twoje zachowanie wcale o tym nie świadczy. 

- Do diabła! Oczywiście, że ją kocham! 
- Czyżby? Nawet jeśli tak jest w istocie, to chyba nie doceniłeś 

boskiego zaszczytu, jakim postanowili cię uhonorować? 

- Chyba nie - przyznał ponuro Ben. 
- Podpowiem  ci rozwiązanie  twojego  problemu.  Zastanawia-

łeś się, w jaki sposób Mike'owi udało się pozbyć ubrania. Po-
wiem ci, w jaki. 

-No? 

- To był cud. 
- Daj spokój, na litość boską! 
- Otóż to. Stawiam tysiąc dolarów, że mam rację. Idź, zapy-

taj Mike'a, poproś, żeby ci to pokazał jeszcze raz i przyślij mi 
pieniądze. 

- Nie chcę twoich pieniędzy. 

I tak byś ich nie wygrał. Zakład? * - Idź sam i dowiedz się, 

jak to było. Ja nie mogę tam wrócić. 

Przyjmą  cię  z  otwartymi  ramionami  i  nikt  nawet  nie  zapyta, 

dlaczego  odszedłeś.  Na  to  też  jestem  gotów  postawić  równy 
tysiąc.  Byłeś  tam  niecałe  dwadzieścia  cztery  godziny;  czy 
przyjrzałeś się wszystkiemu równie dokładnie jak wtedy, kiedy 
badasz  jakąś  cuchnącą  sprawę,  zanim  podasz  ją  do  publicznej 
wiadomości? 

-Ale... -Zrobiłeś to? -Nie, ale... 
Na  litość  boską,  Ben!  Twierdzisz,  że  kochasz  Jill,  a  jedno-

cześnie  traktujesz  ją  mniej  uczciwie  niż  pierwszego  lepszego 
przekupnego polityka! Nie zadałeś sobie nawet jednej dziesiątej 
tego trudu, jaki ona poniosła próbując pomóc ci wtedy, kiedy 
wpadłeś  w  tarapaty.  Jak  sądzisz,  gdzie  byś  teraz  był,  gdyby 
starała się równie słabo, jak ty? Najprawdopodobniej w piekle, 
smażąc  się  na  wolnym  ogniu.  Krzywisz  się  na  przyjacielskie 
cudzołóstwo, a wiesz, co mnie spędza sen z powiek? 

- Co? 

To,  że  Chrystus  został  ukrzyżowany  za  wygłaszanie  kazań 

bez zgody policji. Może nad tym połamałbyś sobie trochę głowę? 

Caxton przez chwilę ssał w  milczeniu  kciuk, po czym  nagle 

podniósł się z miejsca. 

- Lecę. 

Dwadzieścia cztery godziny później przesłał Jubalowi dwa 

tysiące dolarów. Kiedy przez następny tydzień nie dał żadnego 
znaku życia, Harshaw wysłał do niego depeszę: „Co ty robisz, do 
cholery?" Odpowiedź nadeszła z pewnym opóźnieniem: 

„Uczę  się  marsjańskiego -  z wodnobraterskimi pozdrowie-

niami-Ben." 

CZĘŚĆ PIĄTA

 

Jego radosne przeznaczenie 

Rozdział XXXIV

 

Foster podniósł wzrok znad Dzieła W Trakcie Tworzenia. 

-  Junior! 
-  Słucham. 
-  Ten młodzieniec, którego chciałeś, jest wolny. Marsjanie 

już go wypuścili. 

Digby zmieszał się. 

Przepraszam,  ale...  Czyżby  była  jakaś  młoda  istota,  wobec 

której mam jakieś zobowiązania? 

Foster uśmiechnął się anielsko. Cuda nigdy nie były potrzeb-

ne; w gruncie rzeczy pseudokoncepcja cudu stanowiła zaprze-
czenie samej siebie, ale nowy narybek zawsze musiał się o tym 
przekonać na własnej skórze. 

Nieważne  -  odparł  łagodnie.  -  To  męczeństwo  niewielkiego 

kalibru. Sam się tym zajmę. Junior... 

-Tak? 

Mów mi Fos. Ceremoniał jest potrzebny podczas działań po-

lowych, ale nie w trakcie przygotowań. I przypomnij mi, że- 

 

background image

Robert A. Heinlein

 

bym już nie nazywał cię junior; bardzo dobrze dałeś sobie radę ze 
swoim  przydziałem  do  tymczasowości.  Jakie  chciałbyś  nosić 
imię? 

Asystent zamrugał ze zdziwieniem. 

- A mam jakieś inne? 
- Tysiące. Które najbardziej ci się spodobało? 
- No... Jakoś nie mogę sobie przypomnieć w tym eonie... 
- Co byś powiedział na Digby'ego? 
- Tak, to bardzo ładne imię. Dziękuję. 
- Nie dziękuj. Zasłużyłeś sobie na to. 
Archanioł  Foster  wrócił  do  swej  poprzedniej  pracy,  nie  za-

pominając jednak o właśnie podjętym drobnym zobowiązaniu. 
Przemknęła mu myśl, czy nie dałoby się jakoś zdjąć tego ciężaru 
z barków małej Patrycji, lecz zaraz zbeształ się za takie nieprofe-
sjonalne,  niemal  ludzkie  podejście.  Anioł  nie  mógł  okazywać 
litości, gdyż nie pozwalało mu na to anielskie współczucie. 

Marsjańscy  Starzy dopracowali się eleganckiego rozwiązania 

gnębiącego  ich  problemu  estetycznego  i  odłożyli  je  na  bok  na 
kilka  tysiącleci,  aby  zdążył  narodzić  się  z  niego  kolejny  pro-
blem.  Mniej więcej w  tym  samym czasie, bez  pośpiechu i  nie-
mal od niechcenia, odebrali od obcego młodego, który wrócił na 
swoją ojczystą planetę, wszystkie informacje na jej temat, jakie 
udało mu  się  zdobyć, po czym  porzucili  go, wpierw odpowied-
nio się nim nacieszywszy, gdyż tym samym przestał ich zupełnie 
interesować. 

Zaczęli  zastanawiać  się  nad  parametrami  estetycznymi 

ewentualnej artystycznej konieczności zniszczenia Ziemi. Jed-
nak  należało  jeszcze  długo  poczekać,  zanim  można  było  zgro-
kować w całości decyzję. 

Miasto Daibutsu na wyspie Kamakura zostało ponownie za-

lane  gigantyczną  falą  oceaniczną  wywołaną  przez  trzęsienie 
ziemi, jakie  nastąpiło  280  kilometrów od brzegów  Honsiu. Fala 
zabiła 13000 ludzi oraz porwała i zaniosła do położonej na wzgó-
rzu  świątyni  buddyjskiej  niemowlę  płci  męskiej,  gdzie  zostało 
odnalezione  i  uratowane  przez  mnichów.  Dziecko  to  przeżyło 
następnie dziewięćdziesiąt siedem ziemskich lat nie pozostawia-
jąc po sobie ani potomstwa, ani w ogóle niczego godnego uwa-
gi, jeśli nie liczyć reputacji osoby dręczonej niemal nieprzerwa-
ną  czkawką.  Cynthia  Duchess  wstąpiła  do  klasztoru,  czemu 
towarzyszyło  ogromne  zainteresowanie  środków  masowego 
przekazu, by w trzy lata później dyskretnie i bez rozgłosu wrócić 
do  normalnego  życia.  Były  sekretarz  generalny  Douglas  do-
znał  udaru  mózgu,  w  wyniku  czego  stracił  władzę  w  lewej 
ręce,  ale  nie  umiejętność  zajmowania  się  powierzonymi  mu 
sprawami. Lunar Enterprises, sp. z o. o., rozpisała subskrybcję 
na  akcje  Ares  Chandler  Corporation.  Statek  badawczy  Mary 
Jane  Smith,  wyposażony  w  napęd  Lyle, wylądował  na  Pluto-
nie. 

Biskup  Oxtongue  ze  Świątyni  Nowej  Wielkiej  Alei  nauczał 

wiernych słowami  z Ewangelii św.  Mateusza (rozdz. 24, w. 24): 
Powstanę bowiem fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy, i działać 
będą  wszelkie znaki i cuda, by  w błąd  wprowadzić, jeśli to  moż-
liwe,  także  wybranych.  Jednocześnie  dał  jasno  do  zrozumienia, 
iż diatryba ta nie odnosi się do mormonów, katolików ani foste-
rytów  -  szczególnie  nie  do  tych  ostatnich  -  ani  do  innych 
współpodróżników,  których  dobre  uczynki  mają  znacznie 
większą  wagę  od  nieistotnych  różnic  dogmatycznych  lub 
rytualnych... lecz wyłącznie do pojawiających się od niedawna 
heretyków, odciągających wyznawców od wiary ich ojców.  W 
tym  samym  kraju,  w  znanej  miejscowości  wypoczynkowej 
leżącej  w  strefie  podzwrotnikowej,  trzej  obywatele  wnieśli 
oskarżenie  o  obrazę  moralności publicznej  przeciwko  pewne-
mu  pastorowi i jego  trzem  asystentkom,  dodatkowo  zarzuca-
jąc im  prowadzenie  domu  rozpusty  i  demoralizację  nieletnich. 
Prokurator okręgowy nie miał ochoty wszczynać postępowania, 
gdyż wiedział z doświadczenia, że osoby wnoszące oskarżenie 
prawie  nigdy  nie  stawiają  się  później  przed  sądem,  aby  po-
twierdzić swoje zarzu- 

ty.  Kiedy  oświadczył  to  tym  trzem  obywatelom,  jeden  z  nich 
odparł: 

Tym razem będzie pan miał mnóstwo świadków. Nadbiskup 

Short  jest  zdecydowany  doprowadzić  do  ukarania  tego  anty-
chrysta. 

Prokuratora nie interesowali antychryści, ale niebawem cze-

kało go pierwsze z cyklu spotkań przedwyborczych. 

- W porządku. Tylko pamiętajcie, że bez świadków niewiele 

uda mi się osiągnąć. 

- Będzie pan ich miał. 

Doktor Jubal Harshaw nie wiedział o tym wydarzeniu, lecz 

doszły go słuchy o zbyt wielu innych, żeby mógł zachować spo-
kój.  Zapadł  na  jedną  z  najgroźniejszych  chorób,  to  znaczy 
pochłanianie  wiadomości.  Do  tej  pory  wystarczyły  mu  usługi 
biura wycinków prasowych przysyłającego mu  materiały doty-
czące  czterech  haseł:  Człowiek  z  Marsa,  V.  M.  Smith,  Kościół 
Wszystkich Planet i Ben Caxton. Ostatnio jednak już dwa razy 
z  największym  wysiłkiem  zwalczył  pokusę,  żeby  kazać  Larr-
y'emu wstawić do gabinetu cholerne pudło. 

Do licha, czemu te dzieciaki nie mogą od czasu do czasu napi-

sać do niego paru słów zamiast kazać mu odchodzić od zmysłów 
ze zmartwienia? 

Pierwsza! 

Weszła  Annę,  nie  odrywając  wzroku  od  padającego  na  ze-

wnątrz śniegu i pustego basenu. 

Annę,  wynajmij  nam  jakiś  tropikalny  atol  i  wystaw  na 

sprzedaż to mauzoleum. 

-  Dobrze, szefie. 
-  Annę, czy zostałaś ze mną dlatego, że tak ci kazał Mikę? 
-  Jestem tutaj dlatego, że mam na to ochotę - odparła po pro-

stu. 

-  Hmm... To niezbyt jednoznaczna odpowiedź. 
-  Wiesz co, Jubal? Czasem żałuję, że nie jesteś małym chłop-

cem, któremu można spuścić lanie. Pozwolisz, że dokończę? 

-  Proszę bardzo. 
Czy  którekolwiek  z  nich  zostałoby  tutaj?  Czy  Maryam 

wyszłaby za Śmierdziela i wyjechała do Bejrutu, gdyby Mikę nie 
wyraził  na  to  zgody?  Imiona  jej  dziecka  -  Fatima  Michele  - 
mogły  świadczyć  o  nawróceniu  się  na  nową  wiarę,  a  także  sta-
nowić  próbę  okazania  szacunku  najbliższemu  przyjacielowi 
męża... lub być szyfrem równie przejrzystym jak podwójne imię 
córeczki  Annę.  Jeśli  tak,  to  czy  Śmierdziel  nic  nie  wiedział  o 
tym,  że jest rogaczem?  A  może  był  z  tego  powodu dumny,  tak 
jak - podobno - święty Józef? Hmm... Należało uznać, że Ma-
hmoud wiedział o wszystkim, choć Jubal jako agnostyk i lekarz 
szczerze wątpił, czy miało to dla niego jakieś znaczenie. Ale dla 
n i c h... 

-  Nie słuchasz mnie. 
-  Przepraszam. Bujałem w obłokach. 

Przestań, obrzydliwy starcze! Patrzcie go: odgaduje przyczy-

ny, dla których matki nadały swoim dzieciom akurat takie, a nie 
inne  imiona!  Potem  weźmiesz  się  pewnie  za  numerologię... 
później  za  astrologię... wreszcie  za  spirytualizm,  aż  wreszcie, 
zamiast  z  godnością  odcieleśnić  się  we  właściwym  czasie, 
twoje głupie cielsko wyląduje w jakimś  zakładzie  dla  zdziecin-
niałych  staruszków.  Pójdź  lepiej  do  gabinetu,  otwórz  za-
mkniętą  na  klucz szufladę  numer dziewięć i zażyj dwie szczyp-
ty, choć jedna na pewno by wystarczyła... 

-  Nie musisz czytać tych wycinków, bo my zbieramy wszyst-

kie wiadomości o Mike'u, a Ben obiecał, że natychmiast przeka-
że  nam  wszystko, czego  dowie  się  prywatnymi  kanałami.  Ale 
przede  wszystkim,  Jubal,  Mike'owi  nie  może  się  stać  nic 
złego.  Wiedziałbyś  o  tym,  gdybyś  odwiedził  Gniazdo,  tak 
jak my troje. 

-  Nigdy nie zostałem zaproszony. 
-  My też nie mieliśmy zaproszeń. Nikt nie potrzebuje zapro- 

background image

Obcy w obcym kraju 

szenia  do  własnego  domu.  Po  prostu  szukasz  wymówki.  Ben 
namawiał cię kilka razy, podobnie jak Dawn i Duke. 

- Ale nie Mikę. 
- Szefie, Gniazdo  należy do ciebie i do  mnie w  takim samym 

stopniu, jak do Mike'a. On po prostu jest pierwszym wśród rów-
nych, tak jak ty tutaj. Czy ten dom jest własnością Abby? 

- Przypadkiem  tak  się  składa,  że  zgadłaś  -  odparł.  -  Choć 

zrobiłem  zastrzeżenie,  że do  mojej  śmierci  nikt  nie  ma  prawa 
mnie stąd ruszyć. 

Jubal sporządził nowy testament, zdając sobie sprawę, że nie 

musi  troszczyć  się  o  przyszłość  nikogo,  kto  został  wodnym 
bratem  Mike'a.  Jednak  nie  będąc  pewnym  wodnego  statusu 
niemowlęcia - poza tym, że najczęściej było tu i ówdzie wilgotne 
-  sporządził  zapis  na  jego  korzyść,  a  także  kilkorga  innych 
dzieci. 

- Nie chciałem ci o tym  mówić, ale chyba nie ma nic złego w 

tym, że będziesz wiedziała. 

- Jubal...  Rozczuliłeś  mnie.  Przez  ciebie  o  mało  nie  zapo-

mniałam,  co  miałam  powiedzieć,  a  m  u  s  z  ę  to  powiedzieć. 
Wiesz doskonale, że Mikę nigdy nie będzie cię poganiał. Gro-
kuję, że czeka na całość... i że ty czekasz na to samo. 

- Hmm... Grokuję, że mówisz prawdziwie. 
- W  porządku.  Twój  dzisiejszy  ponury  nastrój  jest  pewnie 

związany z ponownym aresztowaniem Mike'a, ale to zdarzało 
się już tyle razy, że... 

- Z  aresztowaniem?  Nic  o  tym  nie  słyszałem!  Do  diabła, 

dziewczyno... 

- Uspokój się! Ben nie dzwonił - i to jest dla nas najważniej-

sze. Wiesz przecież, jak często go aresztowano: w wojsku, kiedy 
występował w wesołym  miasteczku, w paru innych miejscach, i 
co najmniej dziesięć razy jako kaznodzieję. Nigdy nie robi niko-
mu  krzywdy,  a  że  oni  nie  mogą  mu  niczego  udowodnić,  więc 
szybko wychodzi na wolność. 

- Co to jest tym razem? 

Och,  zwykłe  bzdury:  obrażanie  moralności  publicznej, 

gwałt,  założenie  zbrodniczej  organizacji,  prowadzenie  domu 
rozpusty,  demoralizowanie  nieletnich,  próba  naruszenia  ustawy 
o powszechnym obowiązku nauki... 

- Jak to? 
- Cofnięto im  zezwolenie  na prowadzenie szkoły  parafialnej, 

a dzieciaki nie zaczęły chodzić do szkoły publicznej. To nie ma 
znaczenia, Jubal; nic z tego nie ma znaczenia. Jedyne przestęp-
stwo,  które rzeczywiście  popełnili,  nigdy  nie  będzie  mogło  być 
udowodnione. Gdybyś zobaczył Gniazdo, wiedziałbyś, że nawet 
służbom  specjalnym  nie  uda  się  tam  zainstalować  urządzenia 
szpiegującego, więc uspokój się. 

- Czego tu chcesz, do diabła? 
- Szefie... - wykrztusił Larry. 
- Wyjdź stąd, zamknij za sobą drzwi i... 
- Szefie, spalono kościół Mike'a! 

Rzucili się pędem w kierunku pokoju Larry'ego. 

-.. dziś o północy. Widzicie teraz państwo główne wejście do 

świątyni,  tak  jak  wyglądało  kilka  minut  po  wybuchu.  Mówi 
wasz Swojski Depeszowiec z sieci New World, nadając poranny 
serwis.  Zostańcie  na  tym  kanale,  bo  tylko  tu  czekają  na  was 
najświeższe wiadomości.  A teraz  kilka chwil dla  naszego spon-
sora... 

Obraz ściemniał, by zaraz ponownie się rozjaśnić, pokazując 

entuzjastycznie uśmiechniętą panią domu. 

- Cholera! Larry, odłącz tego grata i przepchnij go do gabine-

tu. Annę... Nie, Dorcas: dzwoń do Bena. 

- W jaki sposób? - zaprotestowała Annę. - Przecież oni nie 

mieli tam wizjofonu! 

- W takim razie wyślij tam kogoś, żeby... Nie, to też bez sen-

su. Zadzwoń do komendanta policji... albo lepiej do prokurato-
ra okręgowego. Z tego, co ostatnio słyszeliście o Mike'u, wyni-
kało, że siedzi w ciupie, prawda? 

 

- Zgadza się. 
- Mam nadzieję, że nadal tam jest... podobnie jak pozostali. 
- Ja też. Dorcas, weź ode mnie Abby. Ja się tym zajmę. 
Kiedy weszli do gabinetu, na wizjofonie paliło się światełko 

przywołania, a także jeszcze jedno, informujące o włączeniu 
systemu przeciwpodsłuchowego. Jubal zaklął ciężko i włą-
czył aparat, aby jak najszybciej pozbyć się intruza. Na ekranie 
pojawił się Ben Caxton. 

- Cześć, Jubal. 
- Ben! Jak wygląda sytuacja? 

 

- Widzę,  że wiesz  o  wszystkim.  Właśnie  dlatego  dzwonię. 

Wszystko jest pod kontrolą. 

- A co z pożarem? Czy ktoś został ranny? 
- Nie ma żadnych strat. Mikę prosił, żeby ci przekazać... 
- Jak  to,  żadnych  strat?  Przed  chwilą  widziałem  zdjęcia! 

Główne wejście wyglądało jak po jakimś... 

- Ach,  to...  -  Ben  wzruszył ramionami.  -  Proszę,  posłuchaj 

mnie.  Muszę jeszcze  zadzwonić  do  kilku osób.  Nie jesteś jedy-
nym,  którego  trzeba  uspokoić.  Ale  Mikę  kazał  mi  najpierw 
zawiadomić ciebie. 

- Hm... Bardzo mi miło. 
- Nikt nie jest ranny ani nawet zadrapany. Zniszczenia sza-

cuję  najwyżej  na  jakieś  parę  milionów.  Wszystko  pójdzie  z 
dymem, jeśli użyje się odpowiedniej ilości dynamitu i benzyny. 

- A więc jednak to było podpalenie? 

Jubal,  proszę!  Zaaresztowano  nas  ośmioro,  to  znaczy 

wszystkich  z  Dziewiątego  Kręgu.  Nakazy  aresztowania  były 
wystawione in blanco.  Mikę wydobył  nas  z ciupy w ciągu  kilku 
godzin i został tam sam. Jest w areszcie w... 

-Zaraz tam jadę! 

- Spokojnie.  Powiedział,  żebyś wpadł, jeśli  masz  ochotę, ale 

to nic pilnego, a ja się z nim zgadzam. Ogień podłożono wczoraj 
w  nocy,  kiedy  Świątynia była  pusta,  a wszystkie  nabożeństwa 
odwołane  z powodu  aresztowań -  to  znaczy,  pusta  z wyjątkiem 
Gniazda. Wszyscy oprócz Mike'a byliśmy w Środkowej Świąty-
ni, dzieląc się wodą na jego cześć, kiedy rozległa się eksplozja i 
wybuchł  pożar.  Przenieśliśmy  się  natychmiast  do awaryjnego 
Gniazda. 

- Mieliście cholerne szczęście, że udało się wam uciec! 
- Zostaliśmy odcięci, Jubal. Nikt z nas nie przeżył. 

- Co takiego? 

- Uważają nas za  martwych lub zaginionych, bo po eksplozji 

nikt nie wydostał się z budynku... w każdym razie, żadnym ze 
znanych wyjść. 

- Wyśliznęliście się przez „księżą dziurę"? 

Mikę  ma  swoje  metody,  o  których  jednak  nie  mam  naj-

mniejszego zamiaru rozmawiać przez wizjofon. 

- Powiedziałeś, że siedzi w ciupie? 
- Bo siedzi. -Ale... 

-Wystarczy.  Jeżeli tu  przyjedziesz,  nie przychodź  do Świąty-

ni.  Nic  z  niej już  nie  będzie. Nie powiem ci,  gdzie jesteśmy...  a 
dzwonię z zupełnie innego miejsca. Jeśli przyjedziesz - choć nie 
wiem,  po  co  miałbyś  to  robić,  bo  w  niczym  nie  możesz  nam 
pomóc - sami cię znajdziemy. 

-Ale... 
To wszystko. Do widzenia, Annę, Dorcas, Larry... Ty też się 

trzymaj, Jubal. I maleństwo. Dzielę się z wami wodą. Jesteście 
Bogiem. 

Ekran ściemniał. 
Jubal wyrzucił z siebie ciężkie przekleństwo. 
Wiedziałem,  że  to  tak się skończy!  Oto,  do czego  prowadzi 

babranie się w religii. Dorcas, wezwij mi taksówkę. Annę... nie, 
najpierw dokończ karmienie. Larry, spakuj moją torbę. Annę, 
potrzebuję całej gotówki, jaką posiadamy.  Larry pójdzie jutro 
do banku i uzupełni zapas. 

background image

Robert A. Heinlein

 

Ja też jadę, szefie! - zaprotestował Larry. - I my! - dodała 
Annę. 

Uszy po sobie,  Annę.  Zamknij buzię,  Dorcas. To  nie jest od-

powiednia chwila  po  temu,  żeby dawać  kobietom prawo  głosu. 
Znaleźliśmy się na pierwszej linii frontu i diabli wiedzą, co się 
może zdarzyć. Larry, zostaniesz tutaj, żeby chronić dwie kobiety 
i  dziecko.  Nie  pójdziesz  do  żadnego  banku,  bo  nie  będzie  wam 
potrzebna gotówka; żadne z was nie wytknie stąd nosa, dopóki 
nie wrócę. Ktoś zaczął ostrą grę, a między tamtym kościołem i 
tym domem istnieje wystarczająco dużo  związków,  żeby spróbo-
wał także tutaj. Larry, włącz na noc reflektory, puść prąd przez 
ogrodzenie i strzelaj bez wahania. W razie najmniejszego nie-
bezpieczeństwa prowadź wszystkich  do schronu -  kołyskę  Abby 
możesz tam wstawić już teraz. Dalej, zmykajcie! Muszę jeszcze 
się przebrać. 

Trzy minuty później, kiedy Harshaw był już sam w gabinecie, 

z dołu dobiegł go głos Larry'ego: 

-  Szefie, przyleciała taksówka! 
-  Zaraz schodzę! - odkrzyknął Jubal, a następnie odwrócił 

się,  by  spojrzeć  na  małą  kariatydę.  W jego  oczach pojawiły się 
łzy. 

-  Bardzo się starałaś, prawda, maleńka? - zapytał łagodnie. 

Ale ciężar okazał się za duży... 

Delikatnie pogłaskał rękę zdeformowanej postaci, odwrócił 

się i wyszedł. 

Rozdział XXXV

 

Z taksówką stało się to, czego Harshaw zawsze spodziewał się po 
maszynach: uległa awarii i skierowała się do bazy w celu doko-
nania  naprawy,  w  wyniku  czego  Jubal  znalazł  się  w  Nowym 
Jorku, jeszcze dalej od celu niż w momencie, kiedy wyruszał z 
domu. Okazało się, że szybciej niż czarterem może dotrzeć na 
miejsce zwykłym lotem rozkładowym, ale i tak dotarł do punktu 
przeznaczenia  z  wielogodzinnym  opóźnieniem,  spędziwszy 
dodatkowy czas w towarzystwie nieznajomych ludzi, oglądając 
stereowizję. 

Zobaczył  między  innymi  nadbiskupa  Shorta  ogłaszającego 

początek  świętej  wojny  przeciwko  antychrystowi,  to  znaczy 
Mike'owi, a także reportaż z całkowicie zniszczonego budynku 

nie  rozumiał,  w  jaki  sposób  komukolwiek  udało  się  ujść  z  ży-
ciem.  Augustus  Greaves  relacjonował  z  przejęciem  ustalony 
przebieg  wydarzeń,  dając  jednak  w  zawoalowany  sposób  do 
zrozumienia,  że  często  w  kłótni  o  miedzę  jeden  z  sąsiadów 
prowokuje  drugiego  i  że  jego  zdaniem  tym  prowokującym  był 
w tym przypadku Człowiek z Marsa. 

Wreszcie Jubal znalazł się na miejskim lądowisku, pocąc się 

obficie  w  zimowym  ubraniu.  Zauważył,  że  palmy  w  dalszym 
ciągu wyglądają jak wyskubane miotełki do kurzu, a niebo przy-
pomina  odwróconą  miskę  wypełnioną  łupinami  grapefruita  i 
ludzkimi  ekskrementami,  po  czym  zaczął  się  zastanawiać,  co 
dalej. 

Podszedł do niego mężczyzna w czapce z daszkiem. 

Taksówkę? -Hmm... Tak, poproszę. 

Może  przecież  pojechać  do  hotelu  i  zwołać  konferencję  pra-

sową, dzięki której poinformuje o miejscu swego pobytu. 

Tędy. - Kierowca zaprowadził go do obdrapanej taksówki. 

Dzielę się  z  tobą wodą -  powiedział cicho, wkładając do bagaż-
nika torbę Jubala. 

Hę?... Obyś nigdy nie był spragniony. 

Tyś jest Bogiem. - Zamknął za nim drzwi i usiadł za stera-

mi. 

Wylądowali  na  prywatnej  platformie  parkingowej  usytu-

owanej  na  dachu  dużego,  stojącego  w  pobliżu  plaży  hotelu. 
Pilot  zablokował  stacyjkę, wziął  bagaż Jubala i  poprowadził  go 
do wnętrza budynku. 

 

- Nie mógłbyś tu wejść przez parter, bo w korytarzu roi się od 

jadowitych węży. Gdybyś chciał wyjść na ulicę, lepiej zapytaj 
kogoś o drogę. Nazywam się Tim. 

- Jubal Harshaw. 
- Wiem, bracie Jubalu. Proszę tędy. Ostrożnie. - Weszli do 

obszernego luksusowego apartamentu, a  następnie do sypialni 
połączonej  z łazienką. -  To  twój  pokój - powiedział Tim,  posta-
wił na podłodze torbę Jubala i wyszedł. Na stole Harshaw zna-
lazł karafkę z wodą, szklanki, pojemnik z lodem i swoją ulubio-
ną brandy. Przygotowawszy  sobie  niewielkiego drinka wysączył 
go, westchnął głęboko i zdjął zimową kurtkę. 

Do sypialni weszła kobieta niosąc tacę z kanapkami. Jubal 

uznał, że jej sukienka stanowi strój pokojówki, gdyż nie przypo-
minała w  niczym  charakterystycznych dla  tego rejonu  szortów, 
kostiumów  kąpielowych,  sarongów  i  tym  podobnych  ubiorów, 
mających za zadanie przede wszystkim odsłaniać, nie zaś zakry-
wać. Kobieta jednak uśmiechnęła się i powiedziała: 

Pij do woli i obyś nigdy nie zaznał pragnienia, mój bracie. 
Następnie postawiła tacę na stole, odkręciła wodę w kranie 

nad wanną i rozejrzała się uważnie po pokoju. 

Potrzebujesz jeszcze czegoś, Jubal? 

- Ja? Nie, wszystko w porządku. Czy Ben Caxton jest gdzieś 

w pobliżu? 

- Tak, ale powiedział, że najpierw będziesz chciał się wyką-

pać i chwilę odpocząć. Powiedz,  gdybyś jeszcze  czegoś potrzebo-
wał.  Możesz  poprosić  kogokolwiek albo  zapytać  o  mnie.  Nazy-
wam się Patty. 

- Och! „Życie archanioła Fostera"... 

Uśmiechnęła się ponownie i Jubal odniósł wrażenie, że 

skrzywdził ją, oceniając na trzydzieści kilka lat. -Tak. 

- Bardzo bym chciał to zobaczyć. Interesuję się sztuką religij-

ną. 

- Teraz?  Nie,  grokuję,  że  najpierw wolisz  się wykąpać. Chy-

ba że potrzebujesz pomocy? 

Jubal pamiętał doskonale, że jego wytatuowana znajoma Ja-

ponka wielokrotnie składała mu tę samą propozycję, lecz teraz 
zależało  mu wyłącznie  na  tym,  żeby  zmyć  z siebie brud i  prze-
brać się w letnie ciuchy. 

- Piękne dzięki,  Patty.  Ale chętnie obejrzę twoje obrazki, jak 

tylko będziesz miała trochę czasu. 

- Kiedy tylko zechcesz. 

Wyszła szybko, choć bez zbytniego pośpiechu. 

Jubal  oparł  się  pokusie  długiego  leżenia  w  wannie  i  już  nie-

bawem przetrząsał spakowaną przez Larry'ego torbę, pomruku-
jąc z irytacją, ponieważ  nie  mógł  znaleźć  letnich pantofli.  Zde-
cydował  się  wreszcie  na  sandały,  szorty  i  jaskrawą  koszulę,  co 
upodobniło  go  do  pochlapanego  farbą  emu  i  uwydatniło jego 
chude,  włochate  nogi.  Nie  przejął  się  tym  zbytnio,  gdyż  już 
wiele  lat  temu  przestał  zwracać  uwagę  na  podobne  szczegóły; 
takie  ubranie  powinno w  zupełności wystarczyć,  przynajmniej 
do  czasu,  kiedy  będzie  musiał  pokazać  się  na  ulicy...  lub  w 
sądzie.  Czy  miejscowa  adwokatura  utrzymywała  jakieś  kon-
takty z Pensylwanią? 

Przeszedł  do  obszernego  salonu,  charakteryzującego  się 

bezpłciowością  typową dla pomieszczeń we wszystkich  hotelach 
na świecie. Zastał w nim kilka osób wpatrzonych w największy 
odbiornik  stereowizji,  jaki  kiedykolwiek  widział  poza  kinem. 
Jeden z nich oderwał wzrok od ekranu i podszedł do Harshawa. 

-Cześć, Jubal. 
- Witaj, Ben. Jak się przedstawia sytuacja? Czy Mikę nadal 

jest w więzieniu? 

- Och, nie. Wyszedł wkrótce po naszej rozmowie. 
Ustalono już termin wstępnego przesłuchania? Ben 
uśmiechnął się. 

background image

Obcy w obcym kraju 

- Źle  mnie  zrozumiałeś, Jubal.  Mikę  nie  został  zwolniony, 

tylko uciekł. 

- Co  za  głupota!  -  odparł  z  niesmakiem  Jubal.  -  Teraz 

sprawa będzie osiem razy trudniejsza. 

- Powiedziałem  ci,  żebyś  się  nie  martwił.  Wszyscy jesteśmy 

uznani  za  martwych,  a  Mikę  za  zaginionego.  To  i  tak  nie  ma 
najmniejszego  znaczenia, bo skończyliśmy  już  z  tym  miastem. 
Przenosimy się gdzie indziej. 

- Zażądają ekstradycji. 
- Nie obawiaj się, nic nie wskórają. 
- Hmm... A gdzie on jest? Muszę z nim porozmawiać. 

Kilka  pokoi  stąd,  pogrążony  w  medytacji.  Prosił,  aby  ci 

przekazać, żebyś nie podejmował żadnych kroków. Jeśli bardzo 
ci zależy, będziesz mógł z nim rozmawiać - Jill wie, jak przywo-
łać go z powrotem - aleja bym tego nie polecał. Nie ma pośpie-
chu. 

Jubal pragnął czym prędzej porozmawiać z Mike'em - i obje-

chać go za to, że wplątał się w tak paskudną historię - ale wie-
dział o tym,  że  naruszenie spokoju Człowieka  z  Marsa pogrążo-
nego w medytacji mogło skończyć się jeszcze gorzej niż narusze-
nie spokoju Jubala zajętego dyktowaniem opowiadania; chło-
piec sam obudzi się z  transu,  kiedy  zgrokuje wszystko w całości, 
cokolwiek miało to znaczyć. Dopóki mu się to nie uda, nikt nie 
będzie  miał  z  niego  żadnego  pożytku.  Budzenie  go  było równie 
mało roztropne, co potrząsanie śpiącym niedźwiedziem. 

W  porządku.  Ale  chcę  się  z  nim  widzieć  natychmiast,  jak 

tylko się obudzi. 
Dobrze. Teraz odpręż się i odpocznij po trudach podróży. Ben 
zaprowadził go do grupy zgromadzonej wokół odbiornika. 

Witaj,  szefie  -  powiedziała  Annę  i  przesunęła  się  nieco.  - 

Siadaj koło mnie. 

Jubal postąpił zgodnie z jej życzeniem. 

Możesz  mi  powiedzieć,  co  tu  robisz,  do  wszystkich  dia-

błów?! 

- To samo co ty, to znaczy nic. Proszę, nie bądź nietaktowny. 

Nasze  miejsce jest właśnie  tutaj, podobnie jak  twoje, ale w domu 
byłeś  zbyt  zdenerwowany,  żeby  z  tobą  dyskutować.  Lepiej 
odpręż  się  i  posłuchaj,  co  o  nas  opowiadają.  Szeryf  właśnie 
oświadczył,  że  przepędzi  z  miasta  wszystkie  ladacznice,  czyli 
nas. - Uśmiechnęła się. - Jeszcze nigdy nikt nie wypędzał mnie z 
miasta.  Czy  to  się  robi  koleją?  A  może  będę  musiała  iść  na 
piechotę? 

- Nie wydaje mi się, żeby istniały jakieś konkretne przepisy. 

Przyjechaliście wszyscy? 

- Tak, ale  o  nic się  nie  martw.  Larry i ja już w  zeszłym roku 

umówiliśmy się  na wszelki wypadek  z chłopcami  McClintocka; 
wiedzą, jak  uruchamia się  piec i  gdzie są wszystkie wyłączniki, 
więc możesz się nie niepokoić. 

- Hmm...  Zaczynam  myśleć,  że  jestem  lokatorem  w  moim 

własnym domu. 

- Przecież sam chciałeś, żebyśmy prowadzili go nie zawraca-

jąc ci głowy szczegółami. Wielka szkoda, że nie chciałeś, byśmy 
lecieli wszyscy razem, bo jesteśmy tu już od paru godzin. Wyglą-
da na to, że miałeś jakieś kłopoty... 

- Miałem. Annę, kiedy teraz wrócę do domu, już nigdy  nie 

ruszę  się  z  niego  nawet  na  krok.  Wyłączę  telefon  i  rozwalę  na 
kawałki to cholerne pudło. 

- Tak, Jubal. 
- Tym razem  mówię serio. -  Zerknął  na  gigantyczny  odbior-

nik. - Czy te reklamy nigdy się nie skończą? A poza tym, gdzie 
jest  moja  wnuczka?  Chyba  nie  zostawiliście  jej  pod  opieką 
niedorozwiniętych synów McClintocka? 

- Oczywiście,  że  nie.  Jest  z  nami.  Dzięki  Bogu,  ma  nawet 

swoją własną piastunkę. 

- Chcę ją zobaczyć. 

Patty cię do niej zaprowadzi. Na razie mam jej dosyć; w czasie 

drogi ani przez chwilę nie dała mi spokoju. Patty, kochanie... 
Jubal chce zobaczyć Abby. 

Wytatuowana kobieta natychmiast wstała i ruszyła w kierun-

ku drzwi. 

Oczywiście,  Jubal.  Akurat  mam  chwilę  czasu.  Pozwól  ze 

mną. Trzymam dzieci w moim pokoju - dodała, kiedy Jubalowi 
udało się wreszcie ją dogonić - żeby Pieszczoch mógł mieć na nie 
oko. 

 

Jubal  doznał  lekkiego  wstrząsu,  kiedy  zobaczył,  o  czym 

mówiła Patrycja. Olbrzymi boa leżał zwinięty na łóżku tworząc 
gniazdo, a właściwie dwa gniazda, gdyż końcowa część jego ciała 
dzieliła kolistą przestrzeń we wnętrzu jego splotów na dwie równe 
części.  Każda  była  wymoszczona  kocykiem  i  w  każdej  znajdo-
wało się jedno niemowlę. 

Kiedy  weszli  do pokoju,  gadzia piastunka  uniosła  pytająco 

głowę. Patty pogłaskała węża i powiedziała uspokajająco: 

Wszystko  w  porządku,  kochanie.  Tata  Jubal  chce  zobaczyć 

dzieci. Jubal, dotknij go i pozwól, żeby cię zgrokował i zapamię-
tał. 

Harshaw  najpierw  zagulgotał  pieszczotliwie  pod  adresem 

swojej  ulubionej  dziewczyny,  gaworzącej  i  wierzgającej  nóż-
kami, po czym pogłaskał węża po głowie. Był to najwspanialszy 
okaz  Boidae,  jaki  widział  w  życiu  -  chyba  najdłuższy  spośród 
wszystkich dusicieli  trzymanych w  niewoli.  Wzór  z  przecinają-
cych  się  linii  był  doskonale  widoczny,  a  intensywne  barwy  w 
części ogonowej ostre i wyraźne. Jubal  zazdrościł Patty jej  ulu-
bieńca  i  szczerze  żałował,  że  nie  będzie  miał  czasu  się  z  nim 
zaprzyjaźnić. 

Wąż potarł łbem o jego rękę jak kot. Patty wyjęła Abby z jej 

przegródki. 

- Pieszczochu, dlaczego  nic  mi  nie powiedziałeś?  Zawsze  mi 

mówi, kiedy któreś z nich zapłacze się w śpiochy albo potrzebuje 
pomocy,  bo  sam  może  co  najwyżej  wepchnąć  je  z  powrotem, 
kiedy próbują wyłazić. Wciąż jednak nie potrafi zgrokować, że 
dziecko,  które  ma  mokro,  powinno  zostać  przewinięte  -  nie 
widzi w tym nic złego, zresztą podobnie jak Abby. 

- Wiem o tym. Kimjest ta druga smakowita brzoskwinka? 
- To Fatima Michele. Myślałam, że wiesz. 
- Oni też są tutaj? Wydawało mi się, że mieszkają w Bejrucie! 
- Właśnie wrócili  z  zagranicy.  Maryam  mówiła  mi skąd, ale 

to dla mnie nic nie znaczy, bo ja nigdy nigdzie nie jeździłam. 
Grokuję,  że  wszystkie  miejsca  są  jednakowe  -  różnią  się  tylko 
ludzie.  Chcesz  potrzymać  Abigail,  żebym  mogła  sprawdzić 
pieluchę Fatimie? 

Jubal  chciał.  Natychmiast  zapewnił  Abby,  że  jest  najpięk-

niejszą  dziewczyną  na  świecie,  a  w  chwilę  później  to  samo 
oświad- 

background image

Robert A. Heinlein

 

czył  Fatimie.  Za  każdym  razem  mówił  to  z  pełnym  przekona-
niem  i  dziewczynki  całkowicie  mu  uwierzyły.  Powtarzał  to 
niezliczoną ilość razy  od wielu lat,  zawsze  z  najwyższą powagą, 
a jego słowu zawsze dawano pełną wiarę. 

Ociągając się wyszedł z pokoju, na odchodnym poklepawszy 

Pieszczocha po głowie i obdarzywszy go podobnym komplemen-
tem. 

Zaraz za drzwiami wpadli na matkę Fatimy. 

- Szefie! - Pocałowała go i poklepała po brzuchu. - Widzę, że 

dobrze cię karmią. 

- Od  czasu do czasu.  Właśnie bawiłem się  z  twoją córeczką. 

Cudowne dziecko, Miriam. 

- Udana, prawda? Mamy zamiar sprzedać ją w Rio. 
- Wydawało mi się, że lepszą cenę można uzyskać w Jemenie. 

- Śmierdziel  twierdzi inaczej.  Musimy  się prędko jej pozbyć, 

żeby  zrobić  miejsce. - Położyła jego  dłoń  na  swoim  brzuchu.  - 
Czujesz? Tym razem zrobiliśmy chłopca. Nie mamy już czasu 
na córki. 

- Maryam!  -  skarciła ją  łagodnie  Patrycja. -  Nie wolno  tak 

mówić. 

- Przepraszam, Patty. Już nie będę. Ciotka Patty jest praw-

dziwą damą, w przeciwieństwie do mnie. 

- Ja też odnoszę  takie wrażenie, ty diablę wcielone. Jeśli Fa-

tima rzeczywiście jest na sprzedaż, to dam wam za nią dwa razy 
więcej od najwyższej oferty. 

- Porozmawiaj  o  tym  z  Patty; ja  mogę widywać  moją  córkę 

tylko od czasu do czasu. 

- Na razie nic po tobie nie widać, więc może jednak będziesz 

chciała  zatrzymać  ją.  Niech  no  przyjrzę  się  twoim  oczom... 
Hmm... Możliwe. 

- Pewne.  Mikę  zgrokował  to  bardzo  dokładnie  i  powiedział 

Śmierdzielowi, że jest chłopiec. 

- W jaki sposób on  może  zgrokować  takie rzeczy?  Ja  nawet 

nie mam pewności, czy w ogóle jesteś w ciąży! 

Na pewno jest, Jubal - wtrąciła się Patrycja. Mi-
riam^pojrzała na niego pogodnie. 

- Wciąż tak samo sceptyczny jak dawniej, szefie? Mikę zgro-

kował to jeszcze wtedy, kiedy byliśmy w Bejrucie, zanim któreś 
z  nas  dowiedziało  się,  że  zaszłam  w  ciążę.  Zadzwonił  do  nas  i 
powiedział nam o tym, więc Śmierdziel natychmiast wziął urlop 
z uniwersytetu i czym prędzej tu przyjechaliśmy. 

- Po co? 
- Żeby napisać słownik - wyjaśniła mu Patty. 
- Marsjańsko-angielski? To chyba bardzo trudne. 
- Och,  skądże  znowu!  -  Miriam  sprawiała wrażenie  niemal 

wstrząśniętej.  -  To  by  było  niemożliwe.  Chodzi  o  słownik  mar-
sjańsko-marsjański. Nikt nigdy tego nie zrobił, bo Marsjanie nie 
potrzebują  takich  rzeczy.  Mój  udział  nie  jest  zbyt  wielki,  bo 
właściwie  tylko  przepisuję  to,  co  oni  wymyślą.  Mikę  i  Śmier-
dziel - głównie Śmierdziel - opracowali alfabet dla zapisywania 
marsjańskich  dźwięków.  Ma osiemdziesiąt jeden liter. Przerobi-
liśmy  maszynę  do  pisania, wykorzystując wszystkie  kombina-
cje klawiszy. .. Szefie, jestem skończona jako sekretarka - teraz 
piszę  wyłącznie  po  marsjańsku.  Czy  mimo  to  będziesz  mnie 
nadal  kochał?  Nawet  wtedy,  kiedy  zawołasz  Pierwsza!  i  okaże 
się,  że już do  niczego się  nie  nadaję?  Wciąż jeszcze  potrafię  go-
tować... i podobno mam talent do kilku innych rzeczy. 

- Będę dyktował po marsjańsku. 
- Żebyś wiedział, poczekaj tylko jak Mikę i Śmierdziel wezmą 

się za ciebie. Grokuję, że tak będzie. Co ty na to, Patty? 

- Mówisz prawdziwie. 

Wrócili do salonu. Dołączył do nich Ben, zaproponował Ju-

balowi,  żeby  poszukali  jakiegoś  spokojniejszego  miejsca  i  za-
prowadził go do innego pokoju. 

Zdaje się, że wynajęliście całe piętro - zauważył Harshaw. 

 

- Zgadza  się - potwierdził  Caxton.  -  Wszystkie cztery apar-

tamenty:  sekretarski,  prezydencki,  królewski  i  prywatny  wła-
ściciela. Są ze sobą połączone, a dostać się tu  można wyłącznie z 
prywatnego lądowiska na dachu... no i przez główne foyer, ale 
to niezbyt bezpieczna droga. 

- Ben, w jaki sposób możecie tu przebywać właściwie nie kry-

jąc się przed nikim? Obsługa hotelu na pewno na was doniesie. 

- Obsługa w ogóle  tu  nie  przychodzi.  Ten  hotel jest własno-

ścią Mike'a. 

- Tym gorzej. 
- Na pewno nie, przynajmniej tak długo, jak długo miejsco-

wy szef policji dostaje czeki  z podpisem  Douglasa.  Mikę załatwił 
akt własności za pośrednictwem czterech podstawionych ludzi, 
a  Douglas  nigdy  nie  kwestionuje jego poleceń.  Odkąd  zamiast 
moich  felietonów  zaczęły się  pojawiać  artykuły  Osa  Kilgallena, 
Douglas  przestał  mnie  nienawidzić,  ale  nie  ma  najmniejszego 
zamiaru  zrezygnować  ze  sprawowania  kontroli  nad interesami. 
Oficjalnie właścicielem jest jeden z tajnych członków Dziewiątego 
Kręgu,  który rezerwuje  to piętro  na cały sezon, a dyrektor  hotelu 
nigdy  nie  pyta,  po  co  ani  dlaczego  -  zdaje  się,  że  bardzo  lubi 
swoją pracę. To znakomita kryjówka, dopóki Mikę nie zgroku-
je, dokąd powinniśmy się przenieść. 

- Wygląda na to, że przewidział tę sytuację. 
- Jestem tego pewien. Dwa tygodnie temu usunął z Gniazda 

wszystkie  dzieci,  z  wyjątkiem  małej  Maryam.  Maryam  jest  tu 
potrzebna. Wysłał rodziców z dziećmi do innych  miast, w któ-
rych  ma  zamiar w przyszłości otworzyć  świątynie.  Kiedy  nad-
szedł czas,  zostało  nas  niewiele ponad dziesięć osób.  Obyło  się 
bez żadnych problemów. 

- Ale ledwo  udało się wam  ujść  z  życiem. Przypuszczam,  że 

utraciliście cały dobytek? 

- Och, uratowaliśmy wszystko, co najważniejsze: taśmy z na-

graniami, przerobioną maszynę do pisania, której używa Mary-
am,  tę  twoją  okropną  Madame  Tussaud.  Mike'owi  udało  się 
nawet złapać trochę ubrań i pieniędzy. 

- Mike'owi? -  zapytał  ze  zdziwieniem  Jubal. -  Przecież  on 

wtedy siedział w więzieniu! 

- W więzieniu  zostało jego pogrążone w transie ciało, ale  on 

cały czas był z nami, rozumiesz? 

- Nie grokuję. 
- Kontakt myślowy. Posługiwał się głównie umysłem Jill, ale 

ciągle  byliśmy  wszyscy  razem.  Nie  potrafię  ci  tego  wyjaśnić  - 
musiałbyś  sam  to  zrobić.  Kiedy  nastąpiła  eksplozja,  przeniósł 
nas tutaj, a potem wróciliśmy, żeby uratować najpotrzebniejsze 
rzeczy. - Jubal zmarszczył brwi, a Caxton dodał ze zniecierpli-
wieniem: -  Dzięki  teleportacji, oczywiście. Czy  to  naprawdę tak 
trudno  zgrokować?  Sam  mi  mówiłeś,  że  muszę  mieć  szeroko 
otwarte oczy, żeby rozpoznać cud, kiedy go zobaczę. Zrobiłem 
to  i  zobaczyłem  całe  mnóstwo  cudów.  Tyle  tylko,  że  to  nie  są 
żadne  cuda,  podobnie  jak  radio.  Grokujesz  radio?  Albo  stereo-
wizję? Komputery? 

- Ja? Oczywiście, że nie. 
- Ani ja. Ale  gdybym poświęcił  trochę czasu, by  nauczyć się 

języka elektroniki, okazałoby się, że to nie żaden cud, tylko po 
prostu  bardzo  skomplikowana  technika.  Teleportacja  jest 
łatwa, pod warunkiem  ;  że pozna się język -jedynie  on jest  trud-
ny. 

- Ben, czy ty też potrafisz teleportować przedmioty? 
- Niestety, tego nie uczą w przedszkolu. Zostałem diakonem 

niejako  z  urzędu, jako jeden  z  Pierwszych  Powołanych,  ale pod 
względem  rzeczywistego  zaawansowania  jestem  w  okolicach 
Czwartego  Kręgu.  Pomału  zaczynam  kontrolować własne ciało. 
Patty  regularnie  wykorzystuje  teleportację,  ale  nie  jestem 
pewien, czy choć raz zrobiła to bez pomocy Mike'a. On twierdzi, 
że doskonale dałaby sobie radę sama, lecz Patty jest tak naiwna 
i tak wielbi jego geniusz, że czuje się od niego całkowicie zależna, 

background image

Obcy w obcym kraju

 

 

choć wcale nie musi. Jubal, ja to grokuję w taki sposób: my wła-
ściwie  już  nie  potrzebujemy  Mike'a.  Człowiekiem  z  Marsa 
mógłbyś być nawet ty albo ja. Mikę jest jak człowiek, który wy-
nalazł  ogień;  ogień  był  zawsze,  a  kiedy  pokazał  innym,  jak  z 
niego korzystać, potrafił to już każdy... kto miał dość zdrowego 
rozsądku, żeby się nie poparzyć. Rozumiesz mnie? 

-  Grokuję, przynajmniej częściowo. 
-  Mikę odegrał rolę Prometeusza. Tyś jest Bogiem, ja jestem 

Bogiem, on jest Bogiem.  Mikę jest  takim  samym  człowiekiem, 
jak  każdy  z  nas.  Wspaniałym  człowiekiem,  co  do  tego  nie  ma 
żadnych  wątpliwości.  Gdyby  za  nauczanie  takich  rzeczy  wziął 
się  ktoś  mniejszego formatu,  na pewno  nie oparłby się poku-
sie,  żeby  odegrać  rolę  bożka.  Mikę  wzniósł  się  ponad  to.  Jest 
Prometeuszem - i to wszystko. 

Prometeusz  zapłacił  wysoką  cenę  za  to,  że  przyniósł  lu-

dziom ogień - zauważył Jubal. 

Nie wyobrażaj sobie, że z nim jest inaczej! Płaci za to pracując 

dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, 
usiłując  nauczyć  nas,  jak  mamy  bawić  się  zapałkami,  żeby  się 
przy  tym  nie poparzyć. Jill i Patty  z  najwyższym  trudem wymo-
gły  na  nim,  by  odpoczywał  choć  przez  jedną  noc  na  tydzień.  - 
Caxton  uśmiechnął  się.  -  Ale  Mike'a  nie  można  powstrzymać. 
W tym mieście jest mnóstwo kasyn gry, najczęściej zakamuflo- 

wanych, bo oficjalnie gry hazardowe są tutaj nielegalne. Mikę 
spędził swoją wolną noc chodząc od jednego do drugiego, grając 
-  i  wygrywając.  Próbowali  go  oszukać,  próbowali  go  zabić, 
próbowali zastraszyć, ale jemu i tak udało się zdobyć sławę czło-
wieka  obdarzonego  największym  szczęściem  w  mieście,  co 
sprowadziło  do  Świątyni  jeszcze  więcej  ludzi.  Próbowali  więc 
trzymać go z daleka, co okazało się karygodnym błędem. Drin-
ki zamarzały w dłoniach, koła ruletek nie chciały się kręcić, kości 
do  gry  spadały  ze  stołów...  Wreszcie  zrezygnowali,  ale  pod 
warunkiem,  że  nie  pozostanie  zbyt  długo  w  jednym  miejscu. 
Mikę  zawsze  bardzo  chętnie  wychodził,  zgarnąwszy  trochę 
pieniędzy, pod warunkiem, że go o to grzecznie poproszono. W 
ten sposób  zyskaliśmy  kolejnego  przeciwnika;  tępią  nas już  nie 
tylko  fosteryci i wszystkie inne wyznania, ale także syndykat i 
ludzie  rządzący  miastem.  Myślę,  że  naszą  Świątynię  załatwili 
profesjonaliści. Wątpię, czy miały z tym coś wspólnego oddzia-
ły szturmowe fosterytów. 

Podczas ich rozmowy  przez pokój  przewijały się  mniejsze i 

większe grupy ludzi. Jubal wyczuwał u nich niezwykłe nasta-
wienie  -  spokojny  luz  połączony  z  dynamicznym  napięciem. 
Nikt  nie  był podekscytowany,  nikt się  nie śpieszył,  a jednocze-
śnie wszystko, co robili, miało jakiś cel. Jubal odniósł wrażenie, 
jakby  każdy ich ruch  został wcześniej  zaplanowany  przez chore-
ografa. 

Spokój podszyty narastającym napięciem... Nie, to nie było 

napięcie, tylko oczekiwanie. Ci ludzie na pewno niczego się nie 
bali.  Coś  mu  to  przypominało...  Operację  przeprowadzaną 
przez  znakomitego  chirurga, w  całkowitej  ciszy,  bez  żadnych 
zbędnych ruchów? 

Już wiedział: wiele lat  temu,  kiedy do pierwszych podbojów 

kosmosu  używano  jeszcze  rakiet  napędzanych  paliwem  che-
micznym, był świadkiem przedstartowego odliczania. Te same 
przyciszone  głosy,  te  same  różnorodne,  ale  skoordynowane 
czynności,  to  samo  narastające  oczekiwanie.  Zarówno  tamci, 
jak  i  ci  ludzie  czekali  na  całość,  to  nie  ulegało  najmniejszej 
wątpliwości.  Ale  co  to  miało  być?  Dlaczego  są  tacy  szczęśliwi? 
Przecież  zniszczono  ich  Świątynię  i  wszystko,  co  zbudowali,  a 
mimo to przypominali dzieci czekające na wieczór wigilijny. 

Niemal od razu po przybyciu na miejsce Jubal zwrócił uwa-

gę, że nie obowiązuje tutaj nagość, która tak bardzo zbulwer-
sowała  Bena  podczas  jego  pierwszej  wizyty  w  Gnieździe, 
pomimo  bardzo  sprzyjających  warunków  do  praktykowania 
tego  zwyczaju.  Nie zdołał zauważyć,  kiedy się pojawiła; tak 
bardzo  czuł  się  jak  w  gronie  najbliższej  rodziny,  że  kwestia 
ubrania lub jego braku przestała mieć dla niego jakiekolwiek 
znaczenie. 

Zwrócił natomiast uwagę na najpiękniejszą kaskadę kruczo-

czarnych  włosów,  jaką  widział  w  życiu;  należała  do  młodej 
kobiety,  która  weszła  do  pokoju,  powiedziała  do  kogoś  kilka 
słów, posłała Benowi całusa, obrzuciła Jubala ciężkim spojrze-
niem,  po  czym  wyszła.  Harshaw  odprowadził  ją  wzrokiem, 
podziwiając  jedwabistą  masę  nieprzeniknionej  czerni.  Dopiero 
kiedy kobieta zniknęła za drzwiami, zdał sobie sprawę z tego, iż 
te  przepiękne  włosy  stanowiły  jej  jedyny  strój...  a  wtedy  spo-
strzegł,  że wśród  zebranych przebywa  kilkoro  braci  ubranych w 
identyczny sposób. 

Ben zauważył jego spojrzenie. 

-  To Ruth - wyjaśnił. - Nasza nowa kapłanka. Pojechała z 

mężem  na drugie wybrzeże,  zdaje  się,  żeby przygotować  grunt 
pod założenie nowej świątyni. Cieszę się, że już wrócili. Wyglą-
da na to, że cała rodzina będzie w domu. 

-  Piękne włosy. Żałuję, że nie została dłużej. 
-  Więc dlaczego jej nie zawołałeś? 
-  Proszę? 
-  Przyszła tu wyłącznie po to, żeby na ciebie zerknąć; zdaje 

background image

Robert A. Heinlein 

się,  że dopiero co  przyjechali. Nie  zauważyłeś,  że wszyscy wła-
ściwie zostawili nas samych? 

No... rzeczywiście. 

Jubal przygotował się  psychicznie  na  konieczność stawienia 

czoła  niepożądanej  poufałości,  lecz  przekonał  się,  że  chciał 
wejść na stopień, którego wcale nie było. Przyjęto go uprzejmie, 
ale była to raczej uprzejmość kota, nie zaś nadmiernie przyjaz-
nego psa. 

Wszyscy  są  strasznie  podnieceni  faktem,  że  jesteś  z  nami  i 

bardzo chcieliby cię poznać... ale boją się ciebie. 

-Mnie? 

- Przecież mówiłem ci o tym już poprzedniego lata. Jesteś mi-

tem  rozdmuchanym  do  rozmiarów  znacznie  przekraczających 
naturalne.  Mikę powiedział im,  że jesteś jedynym  człowiekiem, 
jakiego zna, który potrafi grokować w całości nie znając marsjań-
skiego. Większość z nich podejrzewa, że czytasz w myślach rów-
nie biegle jak on. 

- Co za bzdury! Mam nadzieję, że wyjaśniłeś im, jak jest na-

prawdę? 

- A kim ja jestem, żeby niszczyć mit? Naprawdę boją się cie-

bie -  na śniadanie jadasz dzieci, a  kiedy  rykniesz,  ziemia trzęsie 
się w posadach. Każdy byłby  zachwycony,  gdybyś się do  niego 
zwrócił,  ale  sami  nie  będą  ci  się  narzucać.  Wiedzą  o  tym,  że 
nawet Mikę staje na baczność, kiedy do niego mówisz. 

Jubal  skwitował  wypowiedź  Bena  jednym  soczystym  sło-

wem. 

- Oczywiście  -  zgodził  się  Caxton.  -  Mikę  ma  pewne  słabe 

punkty -  mówiłem ci,  że jest  tylko człowiekiem.  Ale  ty  zostałeś 
nie dość, że świętym, lecz także patronem, i nic nie możesz na to 
poradzić. 

- Hmm... O, wreszcie ktoś, kogo znam! Jill! J i 11! Chodź tu, 

kochanie! 

Kobieta odwróciła się niepewnie w jego stronę. 

Jestem  Dawn.  Ale  dziękuję,  chętnie  przyjdę.  -  Kiedy  pode-

szła,  Jubal  miał  wrażenie,  że  pocałuje  go  w  usta,  lecz  ona 
zamiast  tego  przyklękła  na  jedno  kolano  i  złożyła  pocałunek 
na jego ręce. - Witamy cię, Ojcze Jubal, i pijemy cię głęboko. 

Harshaw wyrwał rękę. 

- Na litość boską, dziecko! Wstań i siadaj tutaj. Dzielę się z 

tobą wodą. 

- Tak, Ojcze Jubal. 
- Hę?... Mów mi po imieniu i poinformuj innych, że nie życzę 

sobie  być  traktowany  jak  trędowaty.  Mam  nadzieję,  że  znala-
złem się na łonie rodziny? 

- Tak... Jubal. 

W takim razie chcę, żeby zwracano się do mnie po imieniu i 

traktowano  mnie  jak  wodnego  brata.  Ani  lepiej,  ani  gorzej. 
Ten,  kto  pierwszy  spróbuje  okazać  mi  szacunek,  zostanie  za 
karę po lekcjach. Grokujesz? 

Dawn skinęła głową. 

Tak, Jubal. Już im powiedziałam. -Jak to? 

- Najprawdopodobniej przekazała to Patty - wyjaśnił Ben. - 

Patty  zaś  powtarza  to  wszystkim,  którzy  mogą  usłyszeć  jej 
myśli,  a  oni  z  kolei  przekazują  to  takim  jak  ja,  wciąż  jeszcze 
trochę głuchym. 

- Właśnie - potwierdziła jego słowa Dawn. - Tyle tylko, że 

najpierw powiedziałam Jill, bo Michael wysłał Patty po coś na 
zewnątrz. Jubal, czy oglądałeś stereowizję? To bardzo podnie-
cające. 

- Szczerze mówiąc, nie. 
- Masz na myśli ucieczkę z więzienia? 
- Tak, Ben. 

Nie  dyskutowaliśmy  o  tym.  Jubal,  on  nie  tylko  wyszedł 

stamtąd i wrócił do domu, ale podrzucił im jeszcze parę cudów, 

żeby mieli nad czym myśleć. Porozwalał wszystkie drzwi i kraty 
w więzieniu okręgowym, a także w pobliskim stanowym, i roz-
broił policjantów - częściowo po to,  żeby ich  zająć, a częściowo 
dlatego,  że  pomysł,  by  zamykać  człowieka  w  więzieniu,  bez 
względu na to, co uczynił, budzi w nim obrzydzenie. Grokuje w 
tym wielką niewłaściwość. Jubal skinął głową. 

- To by  się  zgadzało.  Mikę jest  bardzo łagodny.  Myśl o  tym, 

że ktokolwiek siedzi za kratkami, szalenie by go bolała. 

- Mikę  wcale  nie  jest  łagodny  -  zaprzeczył  Ben.  -  Zabicie 

człowieka to dla  niego  żaden  problem. Jest  natomiast anarchistą 
doskonałym:  występuje  przeciwko  zamykaniu  ludzi.  Wolność 
jednostki i jednocześnie pełna odpowiedzialność za swoje czyny. 
Tyś jest Bogiem. 

- W  którym  miejscu  dostrzegasz  konflikt?  Zabicie  człowieka 

może w pewnych okolicznościach być konieczne, ale zapudło-
wanie go stanowi naruszenie zarówno jego osobistej integralności, 
jak i twojej. 

Ben spojrzał na Jubala. 

Mikę  ma  rację.  Ty  grokujesz  w całości,  na  jego  sposób.  Ja 

jeszcze... Ja wciąż się uczę. - Umilkł, po czym dodał: - Jak oni 
to przyjęli, Dawn? 

Zachichotała cichutko. 

- Jak  rozjuszone szerszenie.  Burmistrz wręcz  szaleje.  Zażą-

dał  pomocy  od  stanu  i  Federacji,  i  dostał ją.  Widzieliśmy,  jak 
przylatują  transportowce, ale  kiedy  żołnierze  zaczynają wysia-
dać,  Mikę  natychmiast  pozbawia  ich  broni  i  ubrań,  a  kiedy 
pojazd jest już pusty, też znika. 

- Grokuje, że pozostanie w transie tak długo, dopóki tamci 

nie zrezygnują - powiedział Ben. - Inaczej nie poradziłby sobie 
z tyloma szczegółami. 

- Nie wydaje mi się, Ben - odparła z zastanowieniem Dawn. 

Ja  na  pewno  musiałabym  to  zrobić,  nawet  gdybym  miała  do 
czynienia z jedną dziesiątą tego, co on, ale grokuje, że Michael 
dałby sobie radę nawet stojąc na głowie i jednocześnie jeżdżąc na 
rowerze. 

Hmm...  Nie  jestem  tego  pewien.  Jeżeli  o  to  chodzi,  to  wciąż 

jeszcze stawiam babki  z piasku. - Podniósł się  z  miejsca. - Cza-
sem po rozmowie z wami, cudotwórcami, zaczyna boleć mnie 
głowa. Idę popatrzeć na stereo. - Nachylił się, by ją pocałować. 

Zabawiaj starego Tatusia Jubala, on lubi  takie  małe dziewczyn-
ki. 

Odwrócił  się  i  odszedł,  a  za  nim  poleciało  pudełko  papiero-

sów i wskoczyło mu do kieszeni. 

- Kto to zrobił? Ty czy on? - zapytał Jubal. 
- On. Ben wiecznie zapomina papierosów i potem  ganiają  go 

po całym Gnieździe. 

- No, no... Nieźle, jak na stawianie babek z piasku. 
- Ben czyni znacznie szybsze postępy niż się do tego przyzna-

je. Jest bardzo świątobliwą osobą. 

- Hmm... Dawn, czy ty jesteś t ą Dawn Ardent, którą pozna-

łem w Świątyni Fostera? 

- Och, pamiętasz mnie? - Wyglądała tak, jakby wręczył jej li-

zaka. 

- Oczywiście. Ale zmieniłaś się od tego czasu. Jesteś znacznie 

piękniejsza. 

- To prawda - odparła z prostotą. - Wziąłeś mnie za Gillian, 

a ona także bardzo wyładniała. 

- Właśnie, gdzie ona się podziewa? Myślałem, że zaraz ją zo-

baczę. 

- Pracuje.  -  Przerwa. -  Powiedziałam  jej,  że  jesteś, i już  tu 

idzie.  -  Jeszcze  jedna  przerwa.  -  Muszę  ją  zastąpić,  jeśli  mi 
pozwolisz. 

- Biegnij, dziecino. 

. Wstała i wyszła z pokoju, a jej miejsce zajął doktor Mahmo-

ud. Jubal spojrzał na niego kwaśno. 

background image

Obcy w obcym kraju 

- Mógłbyś znaleźć w sobie choć tyle dobrego wychowania, by 

zawiadomić mnie, że, przebywasz w tym  kraju, a nie pozosta-
wiać  przedstawienie  mi  mojej  wnuczki  jakimś  nieznajomym 
wężom!  

- Och, Jubal! Tobie zawsze okropnie się śpieszy. 
- Kiedy ma się tyle lat, co... - Nie dokończył, bo czyjeś dłonie 

zasłoniły mu oczy. 

 

-  Zgadnij, kto to? 
-  Belzebub? 
-  Jeszcze raz. 
-  Lady Makbet?  
- Cieplej. 

 

- Gillian,  przestań  się wygłupiać,  chodź  tutaj  i siadaj  obok 

mnie. 

- Tak, Ojcze - odparta posłusznie. 
- I  nie  nazywaj  mnie  ojcem  nigdzie  poza  naszym  domem. 

Wracając do naszej rozmowy: mówiłem, że kiedy ma się tyle lat, 
co  ja,  pośpiech  staje  się  czymś  wręcz  nieodzownym.  Każdy 
kolejny wschód słońca jest jak bezcenny klejnot, gdyż nie wia-
domo, czy zdąży się jeszcze zobaczyć jego zachód. 

Mahmoud uśmiechnął się. 

- Jubal,  czy  ty  uważasz,  że jeśli  choć  na chwilę  przestaniesz 

marudzić, to świat przestanie się kręcić? 

- Z całą pewnością - przynajmniej z mojego punktu widze-

nia. - Dołączyła do nich Miriam; w milczeniu usiadła z drugiej 
strony  Jubala,  a on  objął ją ramieniem.  -  Choć wcale  nie jest 
prawdą, że marzyłem o tym, by jeszcze raz ujrzeć twoją paskud-
ną twarz... ani tę odrobinę ładniejszą, należącą do mojej byłej 
sekretarki… 

- Szefie, zaraz kopne cię w żołądek - przerwała mu szeptem 

Miriam.  -  Jestem  doskonale  piękna.  Ostatnio  zyskałam  nieza-
przeczalne potwierdzenie. 

- Cicho bądź, wnuczki należą do innej kategorii. Przez to, że 

zapomnieliście  wysłać  do  mnie  choćby  jedną  kartkę,  mógł-
bym nigdy nie zobaczyć Fatimy Michele. Możecie być pewni, że 
wracałbym wtedy zza grobu, żeby was straszyć. 

- Skoro tak, to jednak byś ją zobaczył - zwróciła mu trzeźwo 

uwagę Miriam. 

- Użyłem tylko metafory. 
- Szefie, dlaczego twierdzisz, że to była tylko metafora? - za-

pytała spokojnie Jill. 

- Hę?... Duch stanowi koncepcję, bez której mogę się dosko-

nale obejść. Przydaje się wyłącznie w metaforach. 

- To coś dużo więcej - odparła Jill. 

Nawet  jeśli  tak,  to  wolę  materialne  spotkania  z  małymi 

dziewczynkami. 

Właśnie  to  chciałem  ci  powiedzieć,  Jubal  -  wtrącił  się  Mah-

moud.  -  Na  pewno  jeszcze  nie  umrzesz.  Mikę  zgrokował  cię  i 
twierdzi, że masz przed sobą wiele lat życia. 

Jubal pokręcił głową. 

- Już dawno temu ustaliłem sobie trzycyfrowy limit. 
- Jakie to mają być cyfry, szefie? - zapytała Miriam z niewin-

ną miną. - Te, których użył Matuzalem? 

Potrząsnął nią lekko. 

- Nie wygaduj takich świństw! 
- Śmierdziel twierdzi, że kobiety mogą wygadywać świństwa, 

ale tak, żeby ich nikt nie słyszał. 

- Twój mąż ma rację. W dniu, kiedy na moim zegarze pokażą 

się trzy cyfry, natychmiast się odcieleśnię, albo po marsjańsku, 
albo przy użyciu własnych, mniej finezyjnych metod. Nie może-
cie mi tego zabronić. Koniec wieńczy dzieło. 

- Grokuję, że mówisz prawdziwie - odparła z namysłem Jill. 

- Ale nie licz na to zbyt wcześnie. Jeszcze nie osiągnąłeś całości. 
Allie postawiła ci horoskop nie dalej niż w zeszłym tygodniu. 

- Horoskop? O, mój Boże! Kto to jest Allie? Jak ona śmiała! 

Dajcie mija tutaj, a przysięgam, że skieruję ją do biura pośred-
nictwa pracy, żeby przydzielili jej jakąś lepszą robotę! 

Obawiam  się,  że  to  niemożliwe,  bo  Allie  pracuje  teraz  nad 

naszym słownikiem. - poinformował  go Mahmoud. - Co  zaś do 
tego, kim jest... To madame Aleksandra Vesant. 

Jubal natychmiast się rozpromienił. 
- Becky? Ona też wylądowała w tym domu wariatów? 
- Tak. Mówimy na nią Allie, bo mamy tu jeszcze jedną Bec-

ky.  Nie  wybrzydzaj  na  jej  horoskopy,  Jubal;  ona  dysponuje 
Przeczuciem. 

Brednie.  Astrologia  to  stek  bzdur  i  ty  doskonale  o  tym 

wiesz. 

- Oczywiście. Nawet Allie zdaje sobie z tego sprawę, że więk-

szość  astrologów  to  marni  oszuści.  Mimo  to  prowadzi  swoją 
działalność  z  jeszcze  większym  zapałem,  wykorzystując  mar-
sjańską arytmetykę i astronomię, obie  znacznie lepiej rozwinięte 
od naszych. Astrologia stała się dla niej sposobem grokowania. 
Środki  nie  mają  znaczenia -  może  to  być  kałuża,  kryształowa 
woda  albo  wnętrzności  kurczaka.  Mikę  poradził  jej,  żeby  w 
dalszym ciągu korzystała z symboli, do których zdążyła się już 
przyzwyczaić. Najważniejsze jest to, że ma Przeczucie. 

- Co to za Przeczucie, do jasnej cholery? 
- Umiejętność  grokowania  znacznie  większej  części  wszech-

świata  niż  ta,  która  cię  bezpośrednio  otacza.  Mikę  potrafi  to 
dzięki  latom  wychowywania  w  marsjańskiej  dyscyplinie;  Allie 
była  niewyszkoloną  póładeptką.  To,  że  użyła  nie posiadającego 
żadnego  znaczenia  symbolu,  jakim  jest  astrologia,  nie  ma 
najmniejszego  znaczenia.  Różaniec  również  nie  ma  żadnego 
znaczenia  -  nie  krytykuję  naszych  konkurentów,  bo  mówię  o 
muzułmańskim  różańcu.  -  Mahmoud  sięgnął  do  kieszeni, 
wyjął  wspomniany  przedmiot  i  zaczął  przesuwać  go  między 
palcami. - Jeżeli podczas  gry w pokera będziesz  miał szczęście, 
bo  okręciłeś  kapelusz o sto osiemdziesiąt stopni,  to  znaczy,  że 
naprawdę ci to pomogło, choć  kapelusz jako taki  nie  ma  żadnej 
magicznej mocy. 

Jubal spojrzał na muzułmański różaniec. 

Czy  nadal  jesteś  jednym  z  Wiernych?  -  zapytał.  -  Myśla-

łem, że przyłączyłeś się do kościoła Mike'a. 

Mahmoud odłożył paciorki. 

- Przyłączyłem się, ale nie porzuciłem mojej wiary. 
- Co takiego? Przecież to są rzeczy nie do pogodzenia! 

Tylko  pozornie.  Równie  dobrze  mógłbyś  powiedzieć,  że 

Maryam  przyjęła  moją  wiarę,  a  ja  jej.  Jubal,  mój  ukochany 
bracie...  Nadal  jestem  niewolnikiem  Boga,  posłusznym  jego 
woli...  a  mimo  to  mogę  powiedzieć:  Tyś  jest  Bogiem,  ja  jestem 
Bogiem,  Bogiem  jest  wszystko,  co  grokuje.  Prorok  nigdy  nie 
twierdził,  że  jest  ostatnim,  jaki  pojawił  się  na  Ziemi,  ani  nie 
utrzymywał, że powiedział już wszystko, co było do powiedze-
nia. Poddanie się woli Boga wcale nie polega na tym, aby stać się 
robotem  niezdolnym do dokonywania wyborów, a tym samym 
do  popełniania  grzechów.  Poddanie  się  jej  może  oznaczać  -
o z n a c za wzięcie  na  siebie  całkowitej  odpowiedzialności  za 
sposób, w jaki ja i  każdy  z  nas  kształtujemy  wszechświat.  Mo-
żemy  przemienić  go  w  rajski  ogród...  lub  zaniedbać  i  znisz-
czyć.  -  Uśmiechnął  się.  -  Przez  Boga  wszystko  jest  moiliwe, 
jeśli  wolno  mi  pożyczyć  ten  cytat...  z  wyjątkiem  tego,  co  Nie-
możliwe:  Bóg  nie  może  uciec  przed  Samym  Sobą,  nie  może 
zrezygnować  ze  Swojej  odpowiedzialności,  musi  na  zawsze 
zostać  posłusznym  Swojej  woli.  Nie  może  również  zrzec  się 
Islamu, który pozostaje Jego... mój... twój... iMike'a. 

Z piersi Jubala wyrwało się głębokie westchnienie. 

- Wiesz,  Śmierdzielu...  Teologia  zawsze  wprawiała  mnie  w 

zły nastrój. Gdzie jest Becky? Przez ostatnie dwadzieścia parę 
lat widziałem ją nie więcej niż raz. To stanowczo za mało. 

- Przyjdzie tutaj, ale na razie nie może przerwać dyktowania. 

background image

Robert A. He inle in 

Pozwól, że ci wyjaśnię. Do tej pory codziennie nawiązywałem z 
Mike'em  kontakt  myślowy;  trwało  to  tylko  kilka  minut,  choć 
potem  czułem  się  tak, jakbym  ciężko  przepracował  osiem  go-
dzin.  Po  zakończeniu  kontaktu  natychmiast  nagrywałem  na 
taśmę  wszystko,  co  mi  przekazał,  a  inni  ludzie,  znający  mar-
sjańską  fonetykę,  transkrybowali  te  taśmy  na  papier.  Następ-
nie  Maryam  przepisywała  to  na  specjalnej  maszynie,  Mikę  zaś 
lub  ja  -  najczęściej  on,  mimo  nawału  pracy  -  przeprowadzali-
śmy korektę. 

Ale teraz Mikę zgrokował, że będzie musiał wysłać Maryam 

i mnie, byśmy dokończyli jego dzieło - a właściwie zgrokował, że 
m y zgrokujemy taką konieczność - więc gromadzi wielki zapas 
taśm, żebym  mógł wziąć je ze sobą i stranskrybować. Mamy też 
mnóstwo nagrań jego wykładów - oczywiście po marsjańsku - 
za  które weźmiemy  się  natychmiast po skończeniu  pracy  nad 
słownikiem. 

Zdaje się, że wyjedziemy już wkrótce, bo Mikę, choć tak bar-

dzo  zajęty,  zmienił  metodę.  Jest  tu  osiem  sypialni wyposażo-
nych  w  magnetofony.  Wszyscy,  którzy  to  potrafią,  to  znaczy 
Patty, Jill, ja, Maryam, twoja przyjaciółka Allie i kilka innych 
osób, przychodzą tam na zmianę, a Mikę pogrąża nas w transie 
i  przekazuje  nam  definicje,  idiomy  i  pojęcia.  Trwa  to  kilka 
chwil, choć nam wydaje się, że mijają długie godziny... a potem 
dyktujemy  to wszystko,  czego się  dowiedzieliśmy,  dopóki jesz-
cze jest świeże. Tego  nie  może robić  ktokolwiek; zadanie wyma-
ga dobrego akcentu,  umiejętności wejścia w  trans i  przekazania 
zdobytych wiadomości.  Na  przykład Sam  dysponuje wszystkim 
oprócz  akcentu  -jeden  Bóg  wie,  w  jaki  sposób,  ale  mówi  po 
marsjańsku  z  akcentem  z  Bronxu.  Nie  możemy  z  niego  korzy-
stać, bo  powstałoby  mnóstwo  niejasności.  Właśnie w  tej chwili 
Allie jest zajęta dyktowaniem. Znajduje się w półtransie wspo-
magającym  pamięć  absolutną,  ale  gdybyś  ją  teraz  obudził,  za-
pomniałaby wszystko, czego nie zdążyła odtworzyć. 

Jubal skinął głową. 

- Grokuję, choć muszę przyznać, że jestem wstrząśnięty do 

głębi wizją Becky Vessey w roli uczennicy języka marsjańskiego. 
Jednak  bądź  co bądź  była jednym  z  najlepszych  telepatów w 
show biznesie -  potrafiła wyczytać  z  człowieka  takie rzeczy,  że 
aż robiło się niedobrze ze strachu. Śmierdziel, skoro zmykacie 
stąd,  żeby  popracować  w  spokoju,  czemu  nie  wpadniecie  do 
domu? W nowym skrzydle jest mnóstwo miejsca. 

- Może tak zrobimy. Czekanie pokaże. 

Wiesz, kochanie... - powiedziała poważnie Miriam. - Chcia-

łabym to zrobić, jeśli Mikę wypchnie nas z Gniazda. 

- Chciałaś chyba powiedzieć: jeżeli zgrokujemy, że trzeba je 

opuścić. 

- To przecież to samo. 
- Mówisz  prawdziwie,  najdroższa.  Nie  wiesz  przypadkiem, 

kiedy tu się jada? Odczuwam zupełnie niemarsjański głód. W 
Gnieździe obsługa była dużo lepsza. 

- Chyba  nie  oczekujesz  od  Patty,  że  będzie  pracować  nad 

twoim  zasmarkanym słownikiem,  troszczyć się o  nasze wygody, 
wykonywać polecenia  Mike'a i jeszcze stawiać jedzenie  na stole 
w chwili, kiedy sobie tego zażyczysz? Jubal, Śmierdziel nigdy 
nie zostanie kapłanem; jest niewolnikiem swojego żołądka. 

- Ja też. 
- Mogłybyście trochę jej pomóc - dodał Mahmoud. 
- Jesteś okropny. Doskonale wiesz, że to robimy - w każdym 

razie  na  tyle,  na  ile  nam  pozwala. Poza  tym  Tony  nikogo  nie 
wpuszcza do kuchni. - Miriam podniosła się z miejsca. - Chodź, 
Jubal.  Zobaczymy,  co  się  szykuje  na  obiad.  Tony  będzie  za-
chwycony, jeśli go odwiedzisz. 

Tony  najpierw się skrzywił, ale rozpogodził się  natychmiast, 

kiedy  zobaczył,  kto  towarzyszy  Miriam,  a  następnie  z  dumą 
oprowadził Jubala po swoim królestwie, obrzucając wyzwiska- 

mi  tych,  którzy  zniszczyli  jego  kuchnię w  Gnieździe.  Podczas 
zwiedzania nie trzymana przez nikogo łyżka w dalszym ciągu 
mieszała gotujący się sos. 

Niedługo  potem  Harshaw  kategorycznie odmówił  zajęcia  ho-

norowego miejsca przy długim stole i usiadł tam, gdzie mu było 
najbliżej.  Miejsce  u  boku  Patty,  która  zasiadła  przy  krótszej 
krawędzi,  pozostało  puste, lecz Jubal  miał  niejasne wrażenie,  że 
siedzi tam  Człowiek  z Marsa, którego widzą wszyscy oprócz nie-
go. 

Vis-a-vis siebie dostrzegł doktora Nelsona. 

Zastanowiwszy się przez chwilę, doszedł do wniosku, że był-

by zdziwiony tylko wtedy, gdyby go tu nie spotkał. 

- Cześć, Sven - powiedział, skinąwszy głową. 
- Cześć, doktorze. Dzielę się z tobą wodą. 
- Obyś  nigdy  nie był spragniony.  Robisz  tu  za lekarza  zakła-

dowego? 

Nelson zaprzeczył ruchem głowy. 

- Nie. Za studenta medycyny. 
- Aha. I co, nauczyłeś się czegoś? 
- Owszem. Że medycyna jest całkowicie zbędna. 
- Sam bym ci to powiedział, gdybyś mnie wcześniej zapytał. 

Widziałeś kapitana? 

- Powinien  dotrzeć dziś wieczorem albo jutro rano.  Wylądo-

wał parę godzin temu. 

- Zawsze tu przyjeżdża? 
- Nie ma zbyt wiele czasu, więc studiuje zaocznie. 

Jubal podjął konwersację ze swoim sąsiadem z prawej strony, 

a  Nelson  zajął  się  rozmową  z  siedzącą  obok  niego  Dorcas. 
Harshaw  cały  czas  wyczuwał  to  samo  napięcie,  przedtem  po-
wstrzymywane,  teraz  znacznie  łatwiejsze  do  zauważenia.  W 
pewnej chwili wokół stołu  zaczęła  krążyć szklanka wody.  Kie-
dy  dotarła  do  Jubala,  pociągnął  niewielki  łyk  i  podał  ją  swojej 
sąsiadce  z lewej strony - wpatrującej się w niego wielkimi ocza-
mi dziewczynie, zbyt onieśmielonej, żeby nawiązać z nim roz-
mowę. 

- Ofiarowuję ci wodę. 
- Dziękuję ci za nią, Oj... Jubal - wykrztusiła. 

Kiedy szklanka wróciła do szczytu stołu i stanęła przed pu-

stym krzesłem, było w niej jeszcze około pół cala wody. Naczy-
nie  uniosło  się,  przechyliło,  woda  zniknęła,  a  szklanka  wylą-
dowała  łagodnie  z  powrotem  na  obrusie.  Jubal  doszedł  do 
wniosku,  że  wziął  udział  w  Dzieleniu  się  Wodą  w  Środkowej 
Świątyni. 

- Jesteśmy tutaj tylko chwilowo - zapewnił go sąsiad z prawej 

strony,  Sam.  -  Jajo i  tak  miało  pęknąć  lada  chwila. Teraz  ro-
zejdziemy się we wszystkie strony. Oczywiście, będziemy mieli 
sporo  kłopotów;  żadne  społeczeństwo  nie  pozwoli  bezkarnie 
łamać  zasad,  które  ustanowiło,  a  my  rzucamy  wyzwanie  do-
słownie wszystkiemu, poczynając od nienaruszalności własno-
ści, kończąc na świętości małżeństwa. 

- Wzięliście się też za własność? 
- Za to, czym jest teraz. Na razie Mikę naraził się tylko paru 

szulerom, ale co się stanie, kiedy pojawią się tysiące, dziesiątki 
tysięcy, setki  tysięcy ludzi, dla  których bankowe sejfy  nie stano-
wią żadnej przeszkody, a przed tym, żeby zabrać wszystko, na 
co mają ochotę, powstrzymuje ich jedynie silna wola? Natural-
nie,  że ich wola  ma większe  znaczenie  niż jakiekolwiek prawne 
zakazy,  ale  tego  nie  zrozumie  żaden  bankier,  dopóki  sam  nie 
wejdzie  na  ciernistą  drogę  wiodącą  do  samodyscypliny...  a 
wtedy przestanie  być  bankierem. Co stanie się  z rynkiem,  kiedy 
oświeceni będą z góry wiedzieć, co zrobisz ze swoimi akcjami? 

A ty znasz odpowiedzi na te pytania? Sam potrząsnął głową. 

Nie  jestem  zainteresowany.  Ale  Saul,  mój  kuzyn,  grokuje  te 

sprawy razem z Allie. Michael nakazał im ostrożność: żadnych 
wielkich  ruchów  i  mnóstwo  fałszywych  kont,  ale  w  gruncie 
rzeczy  każdy  z  nas  mógłby  zarobić  masę  pieniędzy,  wszystko 
jedno -  na giełdzie, wyścigach konnych, w grach hazardowych 
- gdy- 

background image

Obcy w obcym kraju

 

by przyszła  mu ochota wykorzystać swoje umiejętności. Nie, 
pieniądze i własność nie znikną - Michael twierdzi, że są po-
żyteczne - ale zostaną odwrócone do góry nogami i ludzie albo 
będą musieli nauczyć się nowych reguł (i to w bolesny sposób) 
albo przepadną. Jak sądzisz, co się stanie  z  Lunar Enterpri-
ses, kiedy cały transport między  Ziemią a Lunar City będzie 
odbywał się za pomocą teleportacji? 

- W takim razie powinienem sprzedawać czy kupować? 
- Zapytaj  Saula.  Może  wykorzystać  istniejącą  korporację, 

doprowadzić ją do bankructwa albo zostawić nietkniętą na sto 
lub  dwieście  lat.  Ale  to  samo  dotyczy  każdego  zawodu.  W 
jaki sposób nauczyciel ma sobie poradzić z dzieckiem, które 
wie więcej od niego? Co stanie się z lekarzami, kiedy wszyscy 
ludzie  będą  zdrowi?  Jaki los  czeka  przemysł  odzieżowy,  gdy 
można będzie pokazywać  się  nago?  Jubal,  czy wiesz ile  pienię-
dzy wydaje się rocznie w tym kraju na środki służące kontroli 
urodzeń? 

- Mniej więcej, Sam. Prawie miliard na środki doustne i po-

nad pół miliarda na różne bezużyteczne dziwactwa. 

- Prawda, jesteś przecież lekarzem. 
- Tylko przypadkiem. 
- Wyobraź  sobie, co się stanie  z  tym przemysłem - i  z wrza-

skliwymi  groźbami  moralistów - kiedy  kobieta będzie mogła 
zajść w ciążę wtedy, kiedy zechce i z mężczyzną,  na którego 
będzie  miała  tak  wielką  ochotę,  o  jakiej  nigdy  się  nie  śniło 
nawet  Kleopatrze...  natomiast  ten,  kto  chciałby  ją  zgwałcić, 
umrze tak szybko, że nawet nie zdąży się zorientować, co mu 
się  stało?  Kiedy  kobiety  wyzwolą  się  z  pęt  winy  i  strachu, 
stając  się  wreszcie  właścicielkami  samych  siebie?  Do  licha, 
przemysł  farmaceutyczny  stanie  się  jedną  z  mniej  istotnych 
ofiar;  pomyśl  tylko  o  tych  wszystkich  prawach,  instytucjach, 
fałszywych  nastawieniach i horrendalnych nonsensach,  które 
będą musiały pójść do diabła! 

- Nie grokuję tego w całości - przyznał Jubal. - Poza tym ta 

sprawa  dotyczy  zagadnienia,  w  które  nie  jestem  zbyt  mocno 
zaangażowany emocjonalnie. 

- Tylko  jedna  instytucja  nie  ulegnie  zniszczeniu:  małżeń-

stwo. 

- Naprawdę? 

Naprawdę.  Wręcz  przeciwnie  -  ulegnie  wzmocnieniu, 

utrwaleniu i stanie się bardziej znośna. Znośna? Stanie się wspa-
niała! Widzisz tę czarownicę z długimi czarnymi włosami? 

- Tak. Już się nimi zachwycałem. 
- Wie, że są piękne i od chwili, kiedy przyłączyliśmy się do 

kościoła, pozwoliła im urosnąć jeszcze o półtorej stopy. To moja 
żona.  Nie  dalej  niż rok  temu  żyliśmy  ze sobą jak  dwa wściekłe 
psy.  Ona była  zazdrosna,  a  ja  znudzony.  Nie  poświęcałem  jej 
prawie  wcale  uwagi.  Do  licha,  oboje  byliśmy  sobą  znudzeni; 
trzymały  nas  razem  tylko  dzieci  i  jej  zaborczość.  Zdawałem 
sobie sprawę, że nie pozwoli mi odejść bez wielkiego skandalu, 
a  poza  tym  i  tak  nie  miałem  odwagi  jeszcze  raz  zaczynać 
wszystkiego  od  początku.  Skakałem  więc  na  boki,  kiedy  byłem 
pewien,  że  ujdzie  mi to  na sucho - wykładowca staje w obliczu 
licznych pokus, ale niewielu okazji - Ruth zaś wściekała się po 
cichu. A czasem nawet głośno. Pewnego dnia przyłączyliśmy 
się do Mike'a... - Sam uśmiechnął się szeroko -.. .i zakochałem 
się w mojej żonie! Teraz jest moją dziewczyną numer jeden. 

Sprawa polega na tym, że jesteśmy partnerami w takim stop-

niu,  w  jakim  nigdy  nie  udało  nam  się  nimi  być  na  zewnątrz  - 
wyjaśnił po cichu Sam. - Przeszliśmy w tym stanie przez wstęp-
ny  trening,  dzieląc  się  wodą  i  zbliżając  z  innymi,  którzy  mieli 
podobne  problemy.  Takie  partnerskie  układy  wewnątrz  grupy 
zawiązują  się  najczęściej  między  małżeństwami,  a  jeśli  nie,  to 
nie ma żadnego problemu, bo i tak stosunki między rozwiedzio-
nymi są o  niebo lepsze  niż przedtem, i  to  zarówno w łóżku jak i 
poza nim. 

Do licha, do tego wcale nie trzeba kobiety i mężczyzny. Weźmy 
na przykład Dawn i Jill: są jak duet akrobatów. 

Hmm... Do tej pory myślałem o nich jako o żonach Mik-

e'a. 

Są  jego  żonami  w  takim  samym  stopniu,  co  każdego  z  nas. 

Czy też raczej: Mikę jest ich mężem tak samo jak którejkolwiek 
innej kobiety. Jest tak bardzo zajęty, że ma czas tylko na to, żeby 
podzielić się sobą  ze wszystkimi.  Jeżeli  kogoś  można  uznać  za 
żonę Mike'a, to raczej Patty, choć ich stosunki są bardziej natu-
ry  duchowej  niż  fizycznej.  Jeżeli  chodzi  o  sprawy  łóżkowe,  to 
zarówno on jak i ona są trochę pokrzywdzeni. 

Patty siedziała jeszcze dalej niż Ruth, ale odwróciła się do 

nich i powiedziała: 

 

- Sam, najdroższy, ja wcale nie czuję się pokrzywdzona. 
- Proszę?... Cholera! - Sam skrzywił się cierpko. - Jedyne, co 

mi  się  nie  podoba  w  tym  kościele  to  to,  że  człowiek  ani  przez 
chwilę nie jest naprawdę sam! 

To  oświadczenie sprowadziło  na  niego  ulewę  pocisków;  od-

pierał wszystkie nie wykonując najmniejszego ruchu aż do chwi-
li, kiedy dostał w twarz pełnym talerzem spaghetti - rzuconym 
przez Dorcas, co nie umknęło uwadze Jubala. 

Przez  sekundę  lub  dwie  Sam  wyglądał  jak  ofiara  wypadku 

lotniczego, a potem  makaron zniknął, podobnie jak kilka kro-
pelek sosu, które wylądowały na koszuli Jubala. 

- Nie dawaj jej dokładki, Tony. Wyrzuciła swoją porcję, więc 

teraz niech się trochę przegłodzi. 

- W  kuchni jest  tego jeszcze  mnóstwo - odparł Tony. - Poza 

tym bardzo ci do twarzy w spaghetti. Niezły sos, prawda? 

Talerz  Dorcas  pofrunął  do  kuchni  i  po  chwili wrócił  nała-

dowany. 

Bardzo dobry - przyznał Sam. - Połknąłem całą porcję, 

background image

Robert A. Heinlein

 

która wpadła mi do ust. Co to jest? A może nie powinienem 
pytać? 

Poszatkowany policjant - poinformował go Tony. 

Nikt  się  nie roześmiał;  Jubalowi  przemknęła  niepokojąca 

myśl,  czy  to  aby  na  pewno  miał  być  żart,  ale  natychmiast 
przypomniał  sobie,  że  jego  bracia  często  się  uśmiechali,  na-
tomiast  niezwykle  rzadko  wybuchali  śmiechem...  Poza  tym 
policjant  powinien  znakomicie  nadawać  się  do  konsumpcji. 
Jednak  sos  nie  mógł  być  z  długiej  świni,  bo  miałby  smak 
szynki,  a  nie  wołowiny.  Na  wszelki  wypadek  postanowił 
zmienić temat. 

- To, co mi się najbardziej podoba w tej religii... 
- Religii? - przerwał mu Sam. 
- Możesz nazwać ją kościołem, jeśli masz ochotę. 
- Oczywiście.  Pełni  wszystkie  funkcje  kościoła,  a  jej  quasi-

teologia dorównuje wielu prawdziwym religiom. Przyłączyłem 
się,  ponieważ byłem  zaprzysięgłym ateistą -  zostałem  kapłanem 
i teraz po prostu nie wiem, kim jestem. 

- Zrozumiałem, że jesteś Żydem... 

I  to  z  rodziny,  w  której od  pokoleń  byli sami  rabini, więc 

nic dziwnego, że stałem się ateistą. Spójrz tylko, co teraz  ze 
mnie zostało. Ale Saul i moja żona Ruth są w dalszym ciągu 
Żydami, jeśli chodzi o religię; porozmawiaj z Saulem, a prze-
konasz się, że to nie jest żadne upośledzenie. Od chwili, kiedy 
Ruth  udało  się  przełamać  bariery,  czyni  postępy  znacznie 
szybciej  ode  mnie  -  została  kapłanką  na  długo  przedtem, 
zanim mnie to się udało. 

- Dyscyplina - dokończył Jubal. - To mi się właśnie podo-

ba. Wiara, w której mnie wychowano, nie wymagała od niko-
go  żadnej  wiedzy.  Wystarczyło  pójść  do  spowiedzi,  dostać 
rozgrzeszenie  i  już  lądowało  się  bezpiecznie  w  ramionach 
Chrystusa. Ktoś  mógł być zbyt głupi, żeby  zliczyć do trzech, 
a mimo to zaliczał się do wybranych przez Boga i miał zagwa-
rantowane szczęście wieczne tylko dlatego, że został nawróco-
ny.  Nie  musiał  nawet  znać Biblii ani  mieć o czymkolwiek  poję-
cia. O ile dobrze grokuję, w tym kościele nie ma czegoś takiego 
jak nawrócenie... 

- Grokujesz prawdziwie. 
- Zaczyna się od chęci zdobywania wiedzy, a potem następuje 

długi i ciężki okres nauki. Grokuję, że to zbawienny zwyczaj. 

- Nawet  więcej  niż  zbawienny  -  zgodził  się  Sam.  -  Wręcz 

niezastąpiony.  Bez  znajomości języka  nie  można  sobie  przy-
swoić  nawet  podstawowych  pojęć,  a  dyscyplina,  która  przy-
nosi niezliczone efekty - na przykład umiejętność życia w zgo-
dzie  z  własną  żoną  -jest  ściśle  związana  z  tymi  pojęciami  i 
wynikającą  z  nich  logiką;  chodzi  o  zrozumienie,  kim  jesteś, 
dlaczego  jesteś,  w  jaki  sposób  działasz,  i  o  odpowiednie  za-
chowanie. Szczęście działa w taki sam sposób, w jaki powinna 
działać  każda  istota...  ale  po  angielsku  to  brzmi  jak  tautolo-
gia,  natomiast  po  marsjańsku  jest  to  kompletny  zestaw  in-
strukcji  o  gwarantowanej  skuteczności  działania.  Czy  wspo-
mniałem  już,  że  chorowałem  na  raka,  kiedy  się  tutaj  zjawi-
łem? 

- Nie. 

Nie  wiedziałem  o  tym,  ale  Mike  zgrokował  chorobę  i  wysłał 

mnie  na  prześwietlenie i inne badania,  żebym sam się przekonał. 
Potem wzięliśmy się za leczenie wiarą i cudami. Lekarze nazwali 
to spontaniczną remisją, co  miało chyba oznaczać „udało ci się, 
chłopie". 

Jubal skinął głową. 

- Profesjonalne  brednie.  Czasem  rak  cofa  się  nie wiadomo 

dlaczego. 

- Ja wiem, dlaczego mój się cofnął. Zacząłem zdobywać kon-

trolę nad swoim ciałem. Z pomocą Mike'a naprawiłem zniszcze-
nia. Teraz potrafię to robić zupełnie sam. Chcesz zobaczyć, jak 
wstrzymuję bicie serca? 

 

- Dzięki, miałem już okazję podziwiać to u Mike'a. Przypusz-

czam jednak,  że  gdyby  to, o czym  mówisz,  miało być rzeczywi-
ście leczeniem wiarą, mój znakomity kolega doktor Nelson nie 
siedziałby  teraz wśród  nas.  Kontrola  nad organizmem...  Groku-
ję. 

- Przepraszam. Wszyscy o tym wiemy. 

Hmm...  Nie  mogę  nazwać  Mike'a  łgarzem,  bo  nim  nie 

jest, ale na pewno jest przewrażliwiony na punkcie mojej oso-
by. 

Sam pokręcił głową. 

Rozmawiałem  z  tobą  przez  cały  obiad,  bo  chciałem  sam 

sprawdzić  to,  co  twierdzi  Mike.  Ty  rzeczywiście  grokujesz. 
Zastanawiam  się,  co  mógłbyś  osiągnąć,  gdybyś  zadał  sobie 
trud nauczenia się języka? 

- Nic. Jestem starym człowiekiem, który nie ma już zbyt wiele 

do zaofiarowania. 

- Pozwolę sobie  zachować własne  zdanie  na  ten  temat.  Wszy-

scy  inni  Pierwsi  Powołani  musieli  przyswoić  sobie  język,  żeby 
poczynić  większe  postępy.  Nawet  ta  trójka,  którą  trzymałeś  u 
siebie, musiała uczyć się w głębokim transie za każdym razem, 
kiedy do nas przyjeżdżała. Wszyscy oprócz ciebie... bo ty tego 
nie  potrzebujesz.  Chyba  że  masz  ochotę  wytrzeć  ręcznikiem 
spaghetti z twarzy, ale grokuję, że nie jesteś tym  zainteresowa-
ny. 

Większość  uczestników  posiłku  odeszła od stołu,  nie  zawra-

cając sobie  głowy  żadnymi formalnościami. Ruth wstała z  miej-
sca i podeszła do nich. 

- Chcecie tu siedzieć całą noc? A może mamy was zebrać z ta-

lerzami? 

- Jestem pantoflarzem. Chodźmy, Jubal. 

Weszli do pokoju, w którym stał odbiornik stereowizji. 

- Coś nowego? - zapytał Sam. 
- Prokurator okręgowy oznajmił, że to my jesteśmy odpowie-

dzialni  za wypadek, choć przyznał,  że  nie wie,  co się właściwie 
stało - poinformował go ktoś. 

- Biedny  facet.  Ugryzł  drewnianą  nogę  i  przekonał  się,  że 

bolą go zęby. - Przenieśli się w spokojniejsze miejsce. - Mówi-
łem ci już, że należało się spodziewać tych kłopotów. Sprawy 
pogorszą się jeszcze bardziej, zanim  uzyskamy  taki wpływ na 
opinię publiczną,  żeby  zaczęła  nas  tolerować. Ale Mike'owi 
się  nie  śpieszy.  Trzeba  będzie  zlikwidować  Kościół  Wszyst-
kich  Planet  -  proszę  bardzo,  już  jest  zlikwidowany.  W  jego 
miejsce  stworzymy  Kongregację  Jednej  Wiary.  Kiedy  nas 
znowu  wykopią,  przeniesiemy  się  gdzie  indziej  i  otworzymy 
Świątynię Wielkiej Piramidy -  zlecą się do nas grube,  głupie 
babska,  z  których  część  zamieni  się  we  wcale  nie  grube  i  by-
najmniej nie głupie. Potem będzie Towarzystwo Medyczne, a 
kiedy rzuci się na nas prasa, sędziowie i politycy, jeszcze raz 
zmienimy  miejsce  pobytu  i  utworzymy  Braterstwo  Ochrzczo-
nych.  Za  każdym  razem  zdążymy  wykształcić  grupę  ludzi, 
których  nikt  nie  będzie  w  stanie  skrzywdzić.  Mike  zaczynał 
niecałe  dwa  lata  temu,  daleki  od  pewności  siebie,  mając  do 
pomocy  zaledwie  trzy  niedoświadczone  kapłanki.  Teraz 
mamy  solidne  Gniazdo  i  wielu  zaawansowanych  pielgrzy-
mów.  Pewnego  dnia  staniemy  się  zbyt  silni,  żeby  można  nas 
było dalej prześladować. 

- To  prawda  -  zgodził  się  Jubal.  -  Jezus  narobił  niezłego 

zamieszania mając zaledwie dwunastu uczniów. 

Sam uśmiechnął się z dumą. 

Też  był  Żydem.  Dziękuję,  że  o  Nim  wspomniałeś.  Stanowi 

największe  osiągnięcie  mojego  narodu; wszyscy o  tym wiemy, 
choć większość  nie chce  o  Nim  mówić. Był  żydowskim chłop-
cem,  który czynił  dobro i jestem  z  niego bardzo dumny.  Zwróć 
uwagę, że Jezus wcale nie starał się zrobić wszystkiego z dnia na 
dzień, tylko założył solidną organizację i pozwolił jej rosnąć. 

background image

Obcy w obcym kraju 

 

Mikę również jest cierpliwy. Cierpliwość do tego stopnia stano-
wi nieodłączny element naszej dyscypliny, że przestaje być cier-
pliwością. 

Jubal ziewnął rozdzierająco. 

Na  razie  wybieram  długą  gorącą  kąpiel  i  osiem  godzin  snu. 

Porozmawiamy jutro... i później. 

Kiedy  Jubal  dotarł do swojego pokoju,  zjawiła się  tam rów-

nież  Patty;  napuściła  mu  wody  do  wanny,  zasłała  łóżko  nie 
ruszywszy nawet palcem, ustawiła na stoliku butelki, przyrządzi-
ła drinka i postawiła go w łazience przy wannie. Jubal nie wy-
ganiał jej,  gdyż  przybyła w  stroju  pozwalającym  na swobodne 
podziwianie  obrazków.  Wiedział  wystarczająco  dużo  o  syndro-
mie, który zmusza ludzi do pokrycia swego ciała tatuażem, by 
zdawać sobie sprawę,  że  gdyby  teraz  nie  zapytał, czy  może do-
kładnie  przyjrzeć  się  narysowanym  na  ciele  Patrycji  scenom, 
kobieta z pewnością poczułaby się urażona. 

Nie miał również oporów, które w takiej sytuacji odczuwał 

Ben; rozebrawszy się stwierdził z czymś w rodzaju dumy, że nie 
ma to żadnego znaczenia, choć minęło już wiele lat od chwili, 
kiedy po raz ostatni pokazywał się komuś bez ubrania. Patty nie 
zwróciła  na  ten  fakt  najmniejszej  uwagi,  ograniczając  się  do 
sprawdzenia, czy woda w wannie  ma odpowiednią  temperaturę, 
zanim pozwoliła mu do niej wejść. 

Następnie opowiedziała mu dokładnie, co przedstawia każdy 

z obrazków i w jakiej kolejności należy je oglądać. 

Jubal  okazał  należyty  podziw,  choć  starał  się  podejść  do 

sprawy  z  obiektywnym  nastawieniem  krytyka  sztuki.  Musiał 
przyznać,  że  tatuaże  Patrycji  zostały  wykonane  ręką  najwięk-
szego wirtuoza igły, o jakim  kiedykolwiek słyszał; w porówna-
niu z nią jego japońska przyjaciółka wyglądała jak tani chodnik 
przy kobiercu z Buchary. 

Wyczuł, kiedy była już gotowa odejść i sam jej to zasugero-

wał, prosząc, by pocałowała na dobranoc jego wnuczki, bo on 
zapomniał to zrobić. 

Jestem bardzo zmęczony, Patty. Skinęła głową. 

A ja  muszę wracać  do  pracy  nad słownikiem. -  Nachyliła się 

nad nim i pocałowała go gorąco, ale szybko. - Zaniosę tego cału-
sa dzieciakom. 

I pogłaszcz ode mnie Pieszczocha. 

- Oczywiście. On cię grokuje, Jubal. Wie, że lubisz węże. 
- To dobrze. Dzielę się z tobą wodą. 
- Tyś jest Bogiem, Jubal. 

Wyszła  z  łazienki.  Harshaw  usiadł  wygodnie  w  wannie  i 

stwierdził ze zdumieniem, że nie czuje już zmęczenia ani bólu w 
kościach.  Żałował,  że  nie  może  pozbyć  się  wątpliwości,  ale  w 
chwilę  potem  przyznał,  że  pragnie  być  właśnie  sobą  -  zgryźli-
wym i zadufanym starcem. 

Po pewnym czasie namydlił się, spłukał prysznicem i posta-

nowił się ogolić, aby nie robić tego przed śniadaniem. Wreszcie 
zamknął drzwi na klucz, wyłączył górne światło i położył się do 
łóżka. 

Rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś do czytania, ale niczego 

nie znalazł, co wprowadziło go w gniewny nastrój, w związku z 
czym dokończył drinka i zgasił nocną lampkę. 

Rozmowa z Pat nie tylko pozwoliła mu wypocząć; ale także 

zlikwidowała senność.  Wciąż jeszcze czuwał,  kiedy do  pokoju 
weszła Dawn. 

- Kto to? - zawołał. 
- Dawn. 

- Niemożliwe, żeby już świtało*; przed chwilą była dopiero... 

Och. 

-Tak, Jubal. To ja. 

* dawn - świt (przyp. tłum.).

 

Do  licha,  zdawało  mi  się,  że  zamknąłem  drzwi  na  klucz. 

Dziecino, zrób w tył zwrot i pomaszeruj prosto do... Hej! Wyłaź 
z mojego łóżka! Natychmiast! 

- Tak, Jubal, ale najpierw chcę ci coś powiedzieć. -Hę?... 
- Kocham cię od bardzo dawna. Prawie tak długo jak Jill. 

 

- No, to bardzo... Przestań wygadywać bzdury i natychmiast 

wynieś swoją małą pupkę przez te drzwi! 

- Zaraz to zrobię - odparła pokornie. - Ale proszę, wysłuchaj 

mnie najpierw. Chcę ci powiedzieć coś o kobietach. 

Nie teraz. Możesz to zrobić rano. -Teraz... 

Westchnął ciężko. 

W porządku: mów. Ale zostań tam, gdzie jesteś. 

- Jubal... mój ukochany bracie. Mężczyźni zwracają ogrom-

ną uwagę na to, jak kobieta wygląda, więc staramy się być jak 
najpiękniejsze i to jest dobrze. Ale kobiety nie są mężczyznami. 
My się najczęściej o was martwimy. Może to być coś tak głupiego 
jak:  Czy  aby  na pewno jest bogaty?  Albo: Czy  zatroszczy  się  o 
moje dzieci i będzie dla nich dobry? A czasem: Czy jest dobrym 
człowiekiem?  Na  przykład  tak  dobrym  jak  ty,  Jubal.  Piękno, 
które  w  was  dostrzegamy,  jest  całkowicie  odmienne  od  tego, 
które wy widzicie w nas. Jesteś piękny, Jubal. 

- Na litość boską! 
- Grokuję, że mówisz prawdziwie. Tyś jest Bogiem, ja jestem 

Bogiem...  i  bardzo  cię  potrzebuję.  Ofiarowuję  ci  wodę.  Czy 
przyjmiesz ją i pozwolisz, bym się do ciebie zbliżyła? 

- Eee...  Widzisz, dziewczynko, o ile dobrze rozumiem, co  mi 

proponujesz, to... 

- Ty  grokujesz, Jubal.  Chcę się  z  tobą dzielić wszystkim, co 

mam. Nami. Sobą. 

-Tak  myślałem.  Moja droga,  masz  mnóstwo rzeczy,  którymi 

możesz się dzielić, ale... jeżeli o mnie chodzi, zjawiłaś się kilka-
naście  lat  za  późno.  Bardzo  tego  żałuję,  możesz  mi  wierzyć. 
Dziękuję ci z całego serca. A teraz idź już sobie i pozwól zasnąć 
staremu człowiekowi. 

Będziesz  spał,  kiedy  dopełni  się  oczekiwanie.  Mogłabym 

pożyczyć ci siły, ale grokuję, że to jest niepotrzebne. 

(Do licha, ona ma rację!) 

Nie, Dawn. Dziękuję ci, moja droga. Uklękła i nachyliła się 
nad nim. 

-  Skoro tak, to pozwól, że powiem ci jeszcze jedno. Jill pora-

dziła  mi,  żebym  zaczęła  płakać,  gdybym  miała  z  tobą  jakieś 
problemy.  Chcesz,  żebym  zamoczyła  cię  swoimi  łzami  i  w  ten 
sposób podzieliła się z tobą wodą? 

-  Spuszczę jej lanie! 
-  Tak, Jubal. Zaczynam płakać. 

Dawn  nie  wydała  żadnego  odgłosu,  ale  sekundę  lub  dwie 

później  duża  ciepła  łza  kapnęła  mu  na  piersi...  zaraz  potem 
druga... trzecia... a potem kolejne. 

Jubal  zaklął, przyciągnął ją do siebie... i podporządkował się 

temu, czego i tak nie sposób było uniknąć. 

cdn.

 

 

background image

 

 

CUDA 

MASKI (1) 

 

Leszkowi Węgrzyńskiemu 

...Pewnego dnia wynurzył się ze snu jak z lekkiej pu-
styni, spojrzał na daremne światło wieczoru, które 
pomylił ze świtem i zrozumiał, że nie śnił.

 

BORGES 

Cuda W Overlandzie nigdy nie brak turystów. Co roku spełza 
się tu całe ich mrowie i wkrada się w prywatne życie Overland-
czyków  niczym  szarańcza  -  z  niepohamowaną  pasją  i  zajadło-
ścią. 

Overlandczycy  niezbyt  są  temu  przychylni,  mimo  to  po-

wstrzymują się przed podjęciem radykalnych kroków, doskonale 
zdając  sobie  sprawę,  jakim  bogactwem  jest  turystyka  dla  ich 
niewielkiego  kraju.  Żywią  ponadto  niczym  nie  uzasadnione 
nadzieje,  że  kiedyś  ta  turystyczna  zaraza  się  ucywilizuje.  Lecz 
czasem nachodzi ich jakaś zimna żądza mordu i wtedy posępne, 
zastygłe w grymasie niechęci twarze przeistaczają się w straszli-
we  maski  łowców  głów.  Biada  nieostrożnemu  turyście,  jeżeli 
zapuści  się  samotnie  w  mało  poznane  rejony  kraju  i  trafi  na 
metamorfozę usposobienia Overlandczyków. 

Takie drobiazgi nikogo jednak nie zrażają. Oerland słynie 

bowiem  z  czegoś,  czego  nie  ma  w  żadnym  innym  kraju  -  z 
cudów.  Nie  są  to  cuda  w  ścisłym  tego  słowa  znaczeniu,  choć 
mało kto o tym wie. W gruncie rzeczy jest to bowiem umiejętność 
wywoływania  niezwykle  silnych  halucynacji  -  i  nic  więcej. 
Cecha  ta wyewoluowała w  trakcie długich i przewlekłych wo-
jen z Ankuzimi; jedyną skuteczną bronią Overlandczyków było 
wówczas  zaskoczenie i ciągłe angażowanie sił przeciwnika tak, 
by lepiej uzbrojony i liczebniejszy, nie miał chwili oddechu. Zja-
wiska  halucynogenne  nadawały  się  do  tego  celu  wprost  wy-
śmienicie. A ponieważ pewna wąska  z początku  grupa północ-
nych  Overlandczyków,  posiadających  tę  umiejętność,  przeka-
zywała ją sobie  z pokolenia  na pokolenie, to właśnie ich wyko-
rzystywano  do  walki  z  Ankuzimi.  Asymilacja  z  mieszkańcami 
pozostałych  regionów  kraju,  w  czym  na  wszystkie  strony  im 
pomagano,  upowszechniła  tę  korzystną  umiejętność.  Niestety, 
nie  udało  się  zwiększyć  trwałości  zjawisk.  Wszystkie  one  bo-
wiem, nawet najbardziej realistyczne wizje i fenomeny utrzymu-
ją się dotąd jedynie, póki zwraca się na nie uwagę, gasnąc później 
bezpowrotnie. 

Wróćmy  do  turystów.  Trudno  opisać  ich  entuzjazm  wobec 

pojawiających się  znienacka  zórz polarnych,  tęcz, srebrnych i 
złotych obłoków, drzew rosnących  korzeniami w górę (których 
owoce,  zazwyczaj  całkiem  smaczne,  wykopuje  się  niczym 
kartofle z ziemi), gradu drobniaków czy ziejących ogniem jede-
nastogłowych smoków. A przecież są to rzeczy jak najbardziej 
zwyczajne - umieją je czynić wszyscy, najbardziej nawet ubodzy 
w ziemię i fantazję wieśniacy. 

Czasem jednak zdarzają się prawdziwi artyści. Tym nie wy-

starcza poprawianie natury. Bywa, że dzięki kunsztowi i wysu-
blimowanemu poczuciu humoru artysta taki spostrzegając w 

OVERLAND

 

Romuald Pawlak

 

oddali  wędrowca,  otacza  go  znienacka  labiryntem  murów, 
tuneli,  przejść,  krużganków,  wykuszy  i  innych  nierzeczywi-
stych  tworów, po czym odchodzi swoją drogą,  ufny w siłę rzu-
conego  mirażu.  I  rzeczywiście.  Najczęściej  dla  nieszczęśnika, 
którego spotkał  ten los, wyzwoleniem  z pułapki staje się  utrata 
przytomności, kiedy zgoniony do ostatniego tchu pada omdla-
ły.  Nierzadko po  to,  aby już  nie powstać. Cóż,  nie  darmo  ma-
wiają tu: zobaczyć Overland - i umrzeć! 

Lecz  nawet i  to  nie odstrasza  turystów. Jedna bowiem  tylko 

rzecz, a i  to  na  krótko,  może ich  naprawdę przerazić:  Benglin 
Krzyk Ostatniej Rozpaczy. 

Nikomu  z  turystów  nie  udało się  go  zobaczyć - a i  niewielu 

spośród  rdzennych  Oerlandczyków  może  się  pochwalić,  że 
Benglin  objawił im swą  zwodniczo łagodną i beztroską  twarz. 
Pod nią bowiem kryje się oblicze złośliwe i w okrucieństwie nie 
mające sobie równych. 

Benglin wsławił się tym, że ofiary swe wybiera długo i staran-

nie. Nie wiadomo, czym się kieruje, nie wiadomo na ogół, co się 
potem  z  nimi  dzieje.  Bezpowrotnie  znikają.  Jedyna  osoba, 
której  udało się wyrwać z sideł Benglina,  opowiadała o innych, 
nierzeczywistych  światach,  w  jakie  została  wtrącona,  coraz  to 
nowych  i  straszniejszych...  Nikt  tego  z  oczywistych  powodów 
nie potwierdził, są jednak podstawy, by wierzyć w tę opowieść. 
Rosita  Streich bowiem  z dwutygodniowej wycieczki  po  Over-
landzie powróciła do domu starsza o lat kilkanaście. 

I tak właśnie wygląda sprawa tzw cudów overlandzkich. Jed-

ni  mówią,  że  to  koszmar,  że szaleństwem jest wybierać się  do 
Overlandu,  kraju  dziwaków,  że  trafiają  tam jedynie szaleńcy i 
desperaci. Inni po powrocie  z westchnieniem i błyskiem w oku 
wspominają  spędzone  tam  chwile.  Nie  ma  recepty  na  udany 
pobyt w Overlandzie, szczęście poddane  zostaje tu  ciężkiej pró-
bie. Ale chyba warto spróbować. 

Maski (1) Gdyby komuś obcemu, przybyszowi spoza granic 
Overlandu, udało się wejść do centralnego pomieszczenia over-
landzkiego domostwa,  niechybnie  zakończyłoby się  to szokiem 
albo czymś  gorszym jeszcze, o czym  usta  milczeć powinny. Na 
szczęście szanse przybysza z obcych stron są znikome. Sekretów 

 

p

o

ls

k

ie

fa

n

ta

s

ty

k

background image

 

 

IRYTYSCI

 

I  OKOLICE

 

Ilustracje: Tomasz Niewiadomski

 

tego  najbardziej  chyba  intrygującego  miejsca  w  kręgu 
ognia  overlandzkiej  rodziny  strzeże  kilka  niezawodnych 
systemów  zabezpieczeń  -  a  o  ostatnim  z  nich,  samym 
Overlandczyku,  można  powiedzieć  tyle,  że  w  porównaniu 
z  nim  lggir  z  arakańskich  dżungli  to  zwierzę  nadzwyczaj 
pokojowo nastawione do świata i niegroźne dla otoczenia. 
Znane  są  przypadki,  gdy  obrona  domowych  świętości  za-
kończona  została  skromnym  i  niezauważalnym  dla  oto-
czenia  pochówkiem,  którego  sekret  wychodził  na  jaw  po 
wielu, wielu latach. A wtedy jest już  za późno  na protesty, 
zażalenia  i  reprymendy:  pechowiec,  którego  skusiły  mira-
że  skarbów  ukrytych  w  domostwach  tubylców,  zdążył 
skruszeć czy wręcz obrócić się wniwecz. W obronie swych 
sekretów Overlandczycy są bowiem bezwzględni, w swym 
fanatyzmie  nie  zważają  na  nic,  nie  dadzą  się  odwieść, 
przekonać -  nie ulegną, jeżeli tak  nakazuje im  zew ich go-
rącej krwi. Osiągną cel, choćby właśnie po trupie przeciw-
nika. 

Cóż  jest  więc  takiego,  co  warte  jest  nawet  najwyższej 

ceny, aby to osłonić przed niepowołanym wzrokiem? 

Czy  zwróciliście  kiedyś  baczniejszą  uwagę  na  twarze 

Overlandczyków?  Zwykle  są  one  ponure,  posępne,  jakby 
zapiekłe  w  tlącej się  od  dawien  dawna  nienawiści.  Stano-
wią  jednoznaczną  w  swej  wymowie  przestrogę  przed  na-
wiązywaniem znajomości bliższej  niż z przeciwnej strony 
ulicy.  Jeżeli  mieliście  szczęście,  być  może  udało  się  wam 
dojrzeć  nikły,  niezauważalny  nieomal  cień  uśmiechu.  Ja, 
który  spędziłem  tu  lat  dziesięć,  widziałem  pełen,  niczym 
nie  skrępowany  uśmiech  jeden  jedyny  raz.  Nie  licząc 
oczywiście  pojedynków  irytystów,  ale  to  zupełnie  inna 
sprawa. Oni nie noszą masek. 

Maska - oto  najlepiej strzeżony sekret Overlandu (a za-

razem będący tajemnicą poliszynela - czyż  nie wspomina-
łem,  jak  pełen  zadziwiających  niekonsekwencji  jest  ten 
kraj?!).  Idealnie  dopasowany  do  twarzy,  niemal  nierze-
czywisty  płatek  materii,  na  którym  ręka  gospodarza  -  a 
mieszkańcy  tego  kraju  słyną  z  fenomenalnych  wprost 
zdolności plastycznych - skreśliła graficzny komunikat o 

BŁOGOSŁAWIEŃSTWO DRUKU

 

aktualnym  stanie  duszy.  Przyzwoity  Overlandczyk  ma  ich 
ponoć  kilkanaście,  w  tym  jedną  wyjściową,  używaną  naj-
częściej, z owym charakterystycznym ponurym  grymasem 
(jak się mówi, ma również taką  na specjalne okc zje, prze-
noszącą każdy ruch mięśni twarzy, prawdziwy jej wygląd). 
To  właśnie  owe  maski  czy  raczej  ich  wzory  stanowią  tak 
wielki i godzien  każdego poświęcenia sekret Overlandczy-
ków.  Cóż  za  bogactwo  odcieni  i  subtelności!  Prawdziwe 
studium  człowieczej  twarzy  -  a  przecież  nic  nadzwyczaj-
nego dla przeciętnego Overlandczyka. 

Maska  jest  również  powodem,  dla  którego  tak  często 

zdarza  się  Overlandczykom  wyjść  w  trakcie  najzagorzal-
szej choćby^lykusji, a po chwili wrócić odmienionymi  nie 
do  poznania,  w  zupełnie  innym  nastroju.  A  i  tak  zdumie-
wająco rzadko decydują się na odwiedziny osób, z którymi 
nie są w najwyższym stopniu  zaprzyjaźnione.  Wobec  zna-
nej  ksenofobii  i  rozpadu  więzi  społecznych  tego  narodu 
wybór  między oczywistym skrępowaniem a  niezdolnością 
do prawidłowego wyrażenia swych uczuć może mieć tylko 
jedno rozstrzygnięcie. 

Pamiętajcie  więc:  to,  co  widzicie,  to  maska.  O  praw-

dziwej  twarzy  Overlandczyka  można  powiedzieć  jedynie 
tyle, że ją posiada. 

Chociaż... i tego nie sposób być pewnym. 

Pogrzeb  Zdarzyło  mi  się  niedawno  uczestniczyć  w  po-
grzebie jednego z przyjaciół sprzed lat. Biły dzwony, grała 
orkiestra,  tłum  ludzi  z  zainteresowaniem  przyglądał  się 
żałobnikom...  I  wtedy  przypomniałem  sobie  najdziwniej-
szy,  a  zarazem  najpiękniejszy  pogrzeb,  w  jakim  brałem 
udział.  Było  to  w  Overlandzie,  w  niewielkim  miasteczku 
Dusa, na samym początku mojego tam pobytu. 

Człowieka,  którego  mieliśmy  pochować,  poznałem 

niewiele  co  prawda  wcześniej,  zaprzyjaźniliśmy  się  jed-
nakże bardzo. Kiedy go widziałem ostatnim razem, cieszył 
się  doskonałym  jak  na  swoje  lata  zdrowiem  i  humorem. 
Jakież więc było  moje zdziwienie i ból na wieść, że zmarł 
i rodzina prosi mnie na świadka jego ostatniej drogi. Wło-
żyłem czarny, stosowny do okoliczności garnitur i o ozna-
czonej  porze  znalazłem  się  przed  domem  zmarłego,  skąd 
miało się odbyć wyprowadzenie zwłok. 

Wszyscy  już  byli,  czekali  na  mnie,  równie  jak  ja  po-

ważni  i  zamyśleni.  Pośród  dźwięków  patii  ruszyliśmy 
powoli,  najpierw  najbliższa  rodzina,  krewni  i  przyjaciele, 
wreszcie  gapie,  których  nigdzie  nie  brak.  Cała  ta  ceremo-
nia  tak  bardzo  przypominała  mi  nasze  europejskie  po-
chówki, że -jak pamiętam - pozwoliłem sobie na refleksję, 
iż kres człowieka wszędzie wygląda tak samo. 

Cmentarz,  który po jakimś czasie osiągnęliśmy,  uczynił 

mnie  jednak  ostrożniejszym  w  dalszych  uwagach.  Wydał 
mi  się  bowiem  zdumiewająco  wprost  odmienny  od  na-
szych miejsc wiecznego spoczynku. Niewiele grobów, z 

 

(f

ra

g

m

e

n

ty

background image

 

 

ROZDWOJEŃCY

 

NOCNY HAZARD

 

 

rzadka  rozrzuconych  pośród  strzyżonej  murawy,  dużo  zieleni, 
drzew  i  krzewów,  gdzieniegdzie  postumenciki  z  popiersiami 
wielkich tego miasteczka (czasem, o dziwo, cieszących się jesz-
cze pełnią sił), obraz ten zupełnie się nie pokrywał z moimi wy-
obrażeniami,  przywodził  na  myśl  raczej  pielęgnowane  starannie 
parki niż cmentarze.

 

Jednakże najbardziej wzruszające przeżycia i konstatacje były 

jeszcze przede mną. Oto bowiem patia zamilkła i wsunęliśmy się 
w enklawę pogodnego milczenia, jakim powitało nas to miejsce 
spoczynku  Dusańczyków. Podeszliśmy  do  wykopanego  grobu  - 
był zdumiewająco płytki, co trochę mnie zaskoczyło, jak pamię-
tam  -  kilku  najbliższych  krewnych  i  przyjaciół  przypomniało 
drogę zmarłego pośród nas -  i trumna powędrowała w dół. Ktoś 
dał znak i żałobnicy poczęli sypać grudy ciężkiej, gliniastej ziemi 
na  trumnę  okrytą  narodową  flagą.  Byłem  pełen  podziwu  dla 
rodziny  zmarłego:  ich  napięte,  zbolałe  twarze  wyrażały  jakby 
cień dumy.

 

I  naraz  głuche  stuknięcie  przecięło  dysonansem  uspokajający 

powiew  cmentarnego  powietrza.  Wszystkie  twarze,  w  tym  i 
moja, zwróciły się na powrót ku spoczywającej w dole trumnie. 
Na  wszystkich  obliczach  pojawiło  się  drapieżne  napięcie  -  a 
wkrótce odprężająca ulga, kiedy wieko trumny puściło  i zaczęło 
ciążyć  w  prawo,  wlokąc  za  sobą  płótno  flagi.  Tylko  ja  jeden  z 
dławiącym  krtań  okrzykiem  obserwowałem,  jak  wieko  trumny 
ujawnia coraz większą czeluść, jak sypią się na bok szeleszczące 
grudy ziemi, a ze środka wychodzi nieboszczyk i w kompletnym 
milczeniu  włącza  się  w  krąg  żałobników,  rzucając  z  głuchym 
łoskotem  grudę  ziemi  do  własnej  trumny.  Grabarze  jak  gdyby 
tylko na to czekali, pośpiesznie zaczęli zasypywać grób. A potem 
poszliśmy na stypę, której przewodził sam zmarfy...

 

Słyszałem,  że  żył  jeszcze,  kiedy  opuszczałem  Overland.  Ba, 

powiadano, że zaczął młodnieć. I chyba tak miało być. Bo po cóż 
inaczej tyle fatygi?

 

Irytyści Spotkanie z  irytystami jest zabawnym doświadczeniem. 
Spotkać ich można najczęściej na ulicach większych miast, gdzie 
urządzają festiwale  grymasów  i min, na podobieństwo ulicznych 
teatrów.  Sztuki  walk  psychicznych  to  ich  wielka  życiowa  pasja, 
dla  której  gotowi  są  porzucić  dom,  żonę,  dzieci,  przyjaciół... 
wszystko.  Twarz  pozwala  się  im  wypowiedzieć  -  i  tak  też  ją 
traktują:  jako  posłanniczy  dar,  w  służbie  duchowego  przekazu, 
aktualnego komentarza do tego, czym żyje kraj, jak i opowieści o 
wartościach i zdarzeniach ponadczasowych.

 

Irytystę  rozpoznaje  się  natychmiast,  zawsze  i  wszędzie  -  po 

żywiołowej,  gwałtownej  i  oszałamiająco  zmiennej  mimice.  Lu-
dzie ci bowiem każdą nieomal chwilę przeznaczają na trening. W 
ułamku sekundy  ich twarz potrafi ze zbolałego oblicza cierpięt-
nika przeistoczyć się w twarz

 

szubrawca,  cwaniaka,  cynika,  szaleńca,  natchnionego...  by  naj-
częściej natychmiast powrócić do normy. I znów: szaleniec, cier-
piętnik, łotr.

 

Najbardziej  fascynujące  są  ich  festiwale,  będące  serią  poje-

dynków.  Dwóch  irytystów  staje  naprzeciwko  i  w  milczeniu  za-
czyna  się  sobie  przypatrywać  nieustępliwym  wzrokiem...  Po 
czym rozpoczyna się właściwa walka, której celem jest pokaza-
nie prawdziwszej  i  głębiej zapadającej w pamięć przemiany du-
chowej wyimaginowanego bohatera, któremu na czas pojedynku 
obaj  zawodnicy  użyczają  swoich  twarzy.  O  wyniku  pojedynku 
rozstrzyga  publiczność,  choć  uczciwej  walki  pilnuje  oczywiście 
sędzia wyznaczony przez cech irytystów.

 

Zabawa,  jaką  mają  obserwatorzy,  w  pełni  rekompensuje  stra-

cony  czas,  jako  że  pojedynki  trwają  długo.  Wprost  nie  sposób 
oderwać  oczu,  kiedy  na  przykład  irytyści  odgrywają  spektak l 
zatytułowany  „Szaleństwo".  Prawdziwi  mistrzowie  robią  to  bo-
wiem  z  takim  artyzmem,  że  niejeden  z  nich  zbyt  mocno  zwią-
zawszy się z rolą wędruje w miejsce ścisłego odosobnienia jako 
człowiek groźny dla społeczeństwa, a przynajmniej uchodzący za 
takiego  (co  uznać  należy  za  najwyższą  pochwałę  reprezentowa-
nego kunsztu!). Najczęstsze są jednak przypadki wycieńczeń. Nie 
jest bowiem niczym dziwnym, że często rywale reprezentują ten 
sam wysoki poziom umiejętności. A honor nie pozwala się wyco-
fać. Żaden więc nie zgodzi się uznać za pokonanego, byle zakoń-
czyć walkę; podobnie jak remis, takie rozwiązanie nie wchodzi w 
rachubę. Kodeks cechu wymaga triumfu. Zmagają się więc, pók i 
sił  starczy,  aż  ogrom  zmęczenia  powali  jednego  z  nich,  pozba-
wiając  przytomności.  Choć  zdarza  się,  że  i  wtedy  taki  nieprzy-
tomny  irytysta  ustoi  na  nogach,  symulując  pełną  kontrolę  nad 
własnym organizmem.

 

Zwycięzca  ma  prawo  nakazać  pokonanemu  ujawnienie  wła-

snej twarzy, skrywanej pod maską kontrolowanych mięśni. Iryty-
stów  jednak,  podobnie  jak  zawodników  wszystkich  pozostałych 
form rywalizacji, obowiązuje pewien kodeks etyczny, a ponieważ 
presja hańby zmusiłaby wtedy pokonanego do odejścia z areny  i 
życia  -  stosowane  jest  to  niezmiernie  rzadko,  jedynie  wobec 
najzaciętszych wrogów i nigdy w obecności kogoś spoza cechu.

 

Niektóre miasta, jak na przykład Snoe, mają irytystów wyspe-

cjalizowanych w upodabnianiu się twarzą do turysty, który gotów 
jest  za  tę  sztuczkę  zapłacić,  lub  do  dowolnej  innej  wskazanej 
osoby. Fotografia, na której widnieje się obok  irytysty-bliźniaka, 
znanego  aktora  czy  polityka,  stanowi  oryginalną  pamiątkę,  z 
pewnością wartą kilku drobniaków. Warto o tym pamiętać, napo-
tykając głodujących irytystów na szlaku wędrówki.

 

Błogosławieństwo  druku  Błogosławieństwo  druku  jest  w 
Overlandzie znane. Wydaje się gazety, czasem, 

 

background image

 

 

SŁABOŚCI

 

SZUNGAPUNGA: TARG NIEWOLNIKÓW

 

 

choć  rzadko  -  książki.  Mieszkańcy  w  przeważającej  więk-
szości  umieją  czytać  i  pisać.  A  mimo  to  ciężko  by  było 
znaleźć  takiego,  poza  dyplomatami  i  naukowcami,  który 
zechciałby  swe  umiejętności  zademonstrować  publicznie. 
Przecież  nawet dzienniki podrzuca się tu  na próg domów, 
bez  żadnej  gwarancji, że gospodarze  zdejmą białą płachtę, 
zanim zwieje ją wiatr czy zliżą szorstkie języki deszczu. 

Pokutuje tu bowiem przesąd, że ci, którzy za dużo czyta-

ją,  wkrótce  głupieją.  Zapytany  Overlandczyk,  jeżeli  już 
przyzna, że czasem coś przeczyta, doda zaraz, że czyta tyle 
tylko, ile na pewno mu nie zaszkodzi. Ile to oznacza w prak-
tyce,  nie  zdąży  już  powiedzieć,  czmychnąwszy  czym  prę-
dzej w obawie o całość własnej skóry. Zapewne istnieje tylko 
jeden sposób, by się przekonać, czy nie czyta się zbyt wiele: 
obserwować samego siebie. W momencie, kiedy pojawią się 
pierwsze symptomy, wszystko staje się jasne: czytaliśmy  za 
dużo. 

Choroba  ta  jest,  niestety,  nieuleczalna,  a  przy  tym  pa-

skudnie zniekształca człowieka. Głowa rośnie do monstru-
alnych  rozmiarów  jak  brzuch  ciężarnej  kobiecie,  a  wzrok 
zaczyna  tchnąć  pustką  lub  gorzej  jeszcze:  pojawiają  się w 
nim  refleksy  przeżutych  rzeczywistości,  swoiste  wymioty 
pochłoniętych papierowych światów. 

Na  szczęście  nie  jest  to  przypadłość  zaraźliwa.  Trzeba 

również wielu lat, aby choroba zaczęła się rozwijać, a czoło 
wydymać  i  puchnąć.  Lecz  moment  ten  staje  się  osobistą 
tragedią  każdego,  kogo  spotka  taki  los.  Nie  było  bowiem 
jeszcze roku, w  którym  nie przemierzyłaby  kraju wzdłuż i 
wszerz  specjalna  komisja,  poszukująca  takich  właśnie 
nieszczęśników.  Po  zmierzeniu  obwodu  głowy, jeżeli prze-
kracza  on  średnią  ustaloną  dla  danego  okręgu,  odstawia  się 
nieszczęśników  do  Hern.  Tam,  w  tym  mieście  wiedzy  i 
nauki,  nasiąkają  nimi  do  granic ludzkich  możliwości, stając 
się  niedoścignionymi  w  swych  specjalnościach.  Lecz  sami 
niewielką mają z tego korzyść. Ogień wiedzy wypala w nich 
żar  życia,  pozbawia  emocji  i  wszelkich  uczuć.  Stają  się 
żywymi  automatami,  doścignionym  ideałem  myśli  over-
landzkiej,  niechętnie  przystającej  na  ekspansję  techniki 
wypierającej tysiącletnie tradycje. Stają się żywą, spektaku-
larną  biblioteką.  Ale  ich  wrażliwość  na  świat  zewnętrzny 
maleje do zera. Prawdę powiedziawszy, przestaje on ich w 
ogóle interesować. Stan ten porównać można do katatonii - 
co z natury swojej dla istoty obdarzonej kiedyś rozumem nie 
wydaje  się  sytuacją najwłaściwszą. Często zdarza się, że nie 
sposób  zresztą  tej  zakodowanej  w  nich  wiedzy  wydobyć  - 
tak strasznie stają się zasklepieni w sobie. 

Ów widok, tysiące zastygłych w letargicznym  zamyśle-

niu  postaci  odzianych  na  biało  i  zajmujących  kompleks 
budynków  wielkości  Watykanu  -  zapada  w  pamięć  nie 
mniej  niż  słynne  overlandzkie  cuda,  stanowiąc  jednocze-
śnie pouczającą przestrogę przed  zdobywaniem wiedzy za 
wszelką  cenę.  Ciekawość  świata  należy  zaś  przed  Over-
landczykami starannie ukrywać. Ci dziwni ludzie twier- 

dzą  bowiem  -  kto  wie,  czy  nie  słusznie  -  że  tylko  cudze 
oczy  mogą  wydobyć  na  jaw  prawdę  o  ich  kraju.  Zaś  los 
ctiodzącej  strony  wyrwanej  z  encyklopedii,  w  jaką  można 
się  przeistoczyć  wyraziwszy  zbyt  gorące  zainteresowanie 
sekretami  Overlandu,  naprawdę  nie  wydaje  się  godny  po-
zazdroszczenia.  Chyba  że  ktoś  przedkłada  wiedzę  w  naj-
czystszej  postaci  nad  zwyczajną  ludzką  egzystencję.  Lecz 
najważniejszy  jest  chyba  umiar.  Ogromna  większość 
Overlandczyków jest tego najlepszym przykładem. 

Rozdwojeńcy Czasami spotyka się siedzących w kucki  na 
poboczach dróg starców, dorosłych, a nawet dzieci. Na ich 
twarzach,  pokrytych  szarawym  pyłem  podróżnym,  maluje 
się wysiłek,  rozpaczliwa walka  z  niewidzialnym  wrogiem. 
Choćby wydawało się wam,  że ludzie ci potrzebują pomo-
cy, bezwzględnie należy ich pozostawić własnemu losowi. 
Są to bowiem tak zwani rozdwojeńcy, przemieszczający się 
nie  dzięki  sile  mięśni,  lecz  dzięki  potędze  własnego  umy-
słu. Wszystkie znane  mi próby wybttdzenia rozdwojeńca  z 
letargu  zakończyły  się  tragicznie:  bezpowrotnie  znikali  w 
niebycie  zarówno  rozdwojeniec,  jak  i  jego  niefortunny 
ratownik. 

Dobrze  jest  natomiast,  gdy  zobaczycie  rozdwojeńca, 

skinąć  leciutko  głową  i  spojrzeć  w  słońce.  Powiadają,  ze 
przynosi  to  szczęście  i  powodzenie  we  wszystkich  zamie-
rzeniach  dnia  następnego.  Nie  ręczyłbym  za  to,  czemu 
jednak  nie spróbować? Zaszkodzić chyba  nie  zaszkodzi, a 
być  może  zapewni  wam  odrobinę  pomyślności.  Co  tu,  w 
Overlandzie, jest zawsze potrzebne. 

Nocny  hazard  Dobrym  przykładem  obłędu,  jaki  ogarnia 
czasem  Overlandczyków,  jest  jedna  z  form  uprawnianego 
tutaj  hazardu.  Nocne  spotkania  zdarzające  się  najczęściej 
w  zaułkach,  gdzieś  na  peryferiach  są  bowiem  zakazane. 
Oto  z  mroku wyłaniają się trzej zamaskowani ludzie: dwaj 
zwróceni  twarzą  do  pechowca,  uzbrojeni  w  pałki,  oraz 
trzeci z zasłoniętą twarzą. 

Kto  to  jest?  -  pada  sakramentalne  pytanie.  Trzeci  na-

pastnik  odwraca  się  na  sekundę.  Jego  twarz  wydaje  się 
dziwnie  znajoma  -  lecz  to  nie  wystarcza,  trzeba  ją  rozpo-
znać  bezbłędnie,  inaczej...  Wypadki,  kiedy  takie  nocne 
spotkania kończyły się śmiercią pechowca o słabej pamięci 
wzrokowej  i  nikłym  zainteresowaniu  życiem  publicznym, 
nie  należą  do  rzadkości.  Chodź  bywa  na  szczęście,  że  na-
pastnicy  zadowalają  się  drobną  opłatą  manipulacyjną  -  za 
fatygę  i  ku  przestrodze.  Czasem  wychodzi  się  z  takiej  po-
tyczki  zwycięsko,  z  cięższą  kieszenią,  lecz  to  rzadko  się 
zdarza,  bo  pozostając  w  kręgu  obowiązujących  reguł,  na-
pastnicy  wybierają  jednak  twarze  mniej  znane  i  niepopu-
larne. 

Plaga  ta  szerzy  się  w  Overlandzie  od  niedawna,  lecz 

przybrała  już  tak  masowe  rozmiary,  że  państwo  musiało 
wydać jej wojnę. Przecież  nocni napastnicy szargają repu-
tację osób publicznych, posługując się ich podobizna- 

 

background image

 

 

TURNIEJ POŁTKACZY

 

POMYŚLNOŚCI

 

 

mi.  Wydaje  się  jednak,  że  działania  prewencyjne  skazane 
są  na  niepowodzenie.  Dlatego  też  Overlandczycy  sami 
znaleźli  sposób  obrony:  największym  bestsellerem  ostat-
nich  miesięcy  stał  się  katalog  publicznych  twarzy,  wciąż 
uaktualniany.  Dla  sporej  części  społeczeństwa  overlandz-
kiego  stał  się  on  czymś  podobnym  do  naszych  modlitew-
ników, jedyną  książką w domu, ale za to czytywaną dzień 
w dzień, w skupieniu i z  najwyższym szacunkiem. Napast-
nicy  jednakże  nie  śpią.  Ostatnio  coraz  częściej  słyszy  się  o 
żądaniach rozpoznania  nie  twarzy, lecz  głosu  danej osoby pu-
blicznej.  liczba  ofiar  wzrosła.  Overlandczycy  z  nadzieją  i 
utęsknieniem wyczekują płyt z katalogiem głosów. Na razie co 
do jednego wykupili pierwszą partię gramofonów. 

Słabości  Jedną  z  największych  słabości  Overlandczyków 
jest gęsty, bujny  zarost. (Overlandczycy bowiem dziwnym 
zrządzeniem losu twarze mają gładkie, pozbawione choćby 
włoska  zarostu),  toteż  sumiaste  wąsy,  wąska,  przycięta  w 
klin broda - potrafią doprowadzić ich do ekstazy.  Nie  mo-
gą  się  wprost  powstrzymać  -  muszą  dotknąć,  pogłaskać,  a 
jeżeli  to  możliwe,  oderwać  jakiś  sterczący  włosek  na 
szczęście.  Pół  biedy,  jeżeli  na  tym  się  kończy.  Często  bo-
wiem w nocy do pokoju,  gdzie śpi obdarzony przez  naturę 
obfitym  owłosieniem  obcokrajowiec  zakrada  się  niepro-
szony  gość  w  zamiarze  pozbawienia  prawowitego  właści-
ciela jego bogactwa. Najczęściej dzieje się tak nie od razu, 
intruz chodzi po pokoju, wzdycha, podziwia obiekt swych 
westchnień, walczy ze słabością. Nie jest to bowiem prosta 
i  bezbolesna  decyzja.  Zarówno  wąsy,  jak  i  broda  najlepiej 
prezentują  się  w  naturze,  na  twarzy  właściciela,  tracąc 
wiele jako trofeum  na ścianie. Lecz pokusa zwykle okazu-
je  się  ponad  siły.  Ciach  -  i  nóż  zdejmuje  zarost  razem  z 
głową, wydobywając z osamotnionych płuc przedśmiertny 
krzyk. 

Zbrodnia zazwyczaj nie dobiega swego naturalnego kre-

su,  jakim  winna  być  kara  wymierzona  przestępcy.  Tubyl-
ców  łączy  zadziwiająca  solidarność.  Sprawa  błyskawicz-
nie  zostaje  zatuszowana,  a  sprawca  przez  wiele  lat  będzie 
się  mógł  rozkoszować  swym  łupem  w  zaciszu  własnego 
domostwa,  dopuściwszy  do  tajemnicy  jedynie  wąskie 
grono najbardziej zaufanych przyjaciół. W ostatnich latach 
jedyny  znany  mi  przykład  wytoczenia  procesu  w  takiej 
sprawie to tzw. przypadek Ondesa. Nieszczęśnik ów został 
przez sąd złożony z siedemnastu przysięgłych  uniewinnio-
ny,  kiedy  wyszło  na  jaw,  że  wąsy,  cudowna,  wspaniała 
ruń, która skruszyła jego wolę, okazały się fałszywe! 

SzungaPunga:  Targ  niewolników  w  Szunga-

Punga,  maleńkim  kraiku  broniącym  Overlandowi  dostępu 
do  morza  (od  którego  Overland  dzierżawi  swój  jedyny 
port  oceaniczny),  znajduje  się  największy  na  kontynencie 
targ  niewolników.  Jak  na  innych  targowiskach,  można  tu 
kupić za bezcen towary wspaniałe, jak i bajecznie prze- 

płacić za zwykłe barachło. I jak  każdy liczący się targ,  tak 
i  ten  ma  swą  niepowtarzalną  atrakcję.  Jest  nią  urządzana 
kilka  razy  w  roku  aukcja  kobiet  z  Hypenii,  wysokich  i 
smagłych piękności. W przeciwieństwie bowiem do Szun-
gaPungańczyków,  Hypenowie  nie  pozbawiają  swych  nie-
posłusznych  czy  cudzołożących  żon  wolności  w  tak  bez-
produktywny sposób, jak zamykanie w klatkach.  Hypen  to 
urodzony biznesmen, on woli taką żonę sprzedać. A trzeba 
powiedzieć, że  z powodu swej niepowtarzalnej urody Hy-
penki  są  poszukiwanym  towarem.  Nie  osiągają  może  zbyt 
wysokiej  ceny,  gdyż  jest  to  już  poza  niewieloma  przypad-
kami  towar  używany,  z  drugiej  ręki,  niemniej  jednak  Hy-
penowie nie mają problemów ze zbytem. 

Istnieje jednak niewielki problem, który co jakiś czas po-

woduje  wrzenie  niektórych  społeczeństw,  takich  jak  kap-
pandorskie, oraz demonstracyjne solidaryzowanie się z ni m 
ruchów  kobiecych  Overlandu,  Atakanii  czy  Papualandii. 
Otóż  Hypen,  który  ma  zamiar  sprzedać  swą  kobietę,  od-
powiednio  ją  wcześniej  przygotowuje:  najpierw  obcina 
język,  potem  rozżarzonymi  głowniami  (uważając,  żeby  nie 
uszkodzić  oczu)  pozbawia  ją  możliwości  widzenia,  po 
czym  tak przytępia słuch, aby ledwie docierały do kobiety 
odgłosy  świata  zewnętrznego.  Wszystko  to  rzecz  jasna  w 
trosce  o  zachowanie  sekretów  własnego  domostwa.  Lecz 
chyba nie tylko. Gdyby  nie te drobne skazy, ceny Hypene k 
osiągałyby astronomiczną wysokość, a tak  kształtują się w 
granicach możliwości każdego majętniejszego mężczyzny. 

I  tylko  Kappandor  wystąpił  ostatnio  z  inicjatywą  targu 

mężczyzn, postępując z nimi dokładnie tak, jak Hypenowie 
ze swymi kobietami.  Lecz okaleczeni  mężczyźni  nie cieszą 
się  wzięciem  i  wydaje  się,  że  Kappandor  raczej  na  tym 
przedsięwzięciu stracił niż zyskał. 

Turniej  Połykaczy  Overlandczycy  rywalizują  ze  sobą  na 
wiele  różnych  wyrafinowanych  sposobów.  Jednym  z  nich 
są zawody przy - nazwijmy to tak - współudziale nieszczę-
snych  kokrów.  Innym  polowanie  na  grogle  czy  araida. 
Jeszcze  innym,  niemal  w  ogóle  nie  znanym  w  świecie 
zachodnim,  choć  wśród  samych  Overlandczyków  budzą-
cym  nie  mniej żywe emocje co pozostałe sporty, są turnie-
je  połykaczy,  organizowane  rokrocznie  i  cieszące  się 
znaczną popularnością. 

Dwóch  mężczyzn, w równym wieku, równego wzrostu i 

wagi, tej samej rasy i światopoglądu - identyczność  ta jest 
niezmiernie  ważna,  jak  wyjaśniał  mi  jeden  z  kibiców, 
chodzi  bowiem  o  zrównoważenie  szans  przeciwników  i 
pozbawienie  ich  powodów  do  osobistych  nienawiści  - 
potyka  się  na  małym  skrawku  uklepanej  ziemi,  oświetlo-
nym  punktowymi  reflektorami,  podczas  gdy  widownia 
ginie  w  ciemnościach.  Zawodnicy  splatają  się w  taki  spo-
sób, aby ręce jedenego obejmowały  kostki stóp drugiego - 
i  zaczyna  się  wzajemne  pochłanianie.  Trwa  to  długo:  naj-
pierw walka o pierwszy kęs, o uchwyt dla żarłocznych zę- 

 

background image

 

 

MASKI  (4) 

bów,  wreszcie  stopy  znikają  w  gardłach,  potem  kolejno 
łydki,  połykane  w  wielkiej  męce  kolana,  uda...  I  naraz 
przestaje  być  wiadomo,  kto  pożera  szybciej,  połykacze 
tworzą nierozdzielną całość... 

Istnieje  kilka  możliwości  rozstrzygnięć  takiego  poje-

dynku. Któryś z  zawodników może  nie wytrzymać i zwró-
cić  drugiego:  przegrywa  wtedy  przez  dyskwalifikację. 
Może  zaplątać  się  podczas  połykania  górnych  kończyn, 
które  ten  drugi  stara  się  trzymać  jak  najszerzej  rozłożone; 
ogłasza się wtedy wynik remisowy, bowiem obaj zawodnicy 
pilnie wymagają hospitalizacji. Najczęściej jednak któryś z 
nich okazuje się szybszy: wygrywa, całkiem pochłonąwszy 
przeciwnika,  zanim  tamtemu  uda  się  zrobić  to  samo.  Za-
bawnym  widokiem  jest  stercząca  z  gardła  zwycięzcy  głowa 
pokonanego.  Sędzia  szybko  jednak  przywraca  porządek. 
Po  czym  zwycięzca  zostaje  nagrodzony  wieńcem  i  hożą 
dziewicą.  Długo  jeszcze  będzie  szedł  za  nim  mir  triumfu, 
podkreślany zapachami soków trawiennych. 

Pomyślności  Wspominałem  tu  już  o  pomyślnych  wróż-
bach  przy  okazji  rozdwojeńców.  Istnieje  coś,  co  zwiększa 
jeszcze  stopień  pomyślności:  zlikwidowanie  czyjegoś  cza-
ru.  Trudna  to  rzecz,  możliwa  jednak  nawet  dla  obcokra-
jowca. Celował w tym  zwłaszcza jeden  z  moich przewod-
ników po Overlandzie, Hoohoończyk, kierowca. Często się 
bowiem  zdarza,  że  jakiś  szczególnie  złośliwy  albo  sfru-
strowany  Overlandczyk  postawi  na  drodze  przed  pędzą-
cym  samochodem  złudę  starej  babiny,  rozdwojeńca  czy 
dziecka  idącego  do  szkoły.  W  tym  momencie  zaczyna  się 
gra:  jeżeli  zatrzymacie  się  przed  jego  ułudą,  on  będzie 
górą,  wasza  pomyślność  spłynie  na  niego.  Lecz  jeżeli 
rozjedziecie jego czar, straci swą pomyślność na waszą ko- 

R

OMUALD 

P

AWLAK

 

Urodzony  w  1967  roku  w  Sosnowcu.  Byty  sprzątacz  Wojskowej 
Komendy  Uzupełnień,  były  sanitariusz  Pogotowia  Ratunkowego,  
obecnie  wydawca,  żerujący  na  śląskich  instytucjach  naukowych.  
Pijący,  niepalący.  Kawaler,  od  dwu  lat  pozostający  w  trwałym  
związku ze swoim komputerem. 
Publikuje prozę (nie tylko SF) w „Fenixie", „Młodym Techniku", „Na 
przełaj"  i  „Gazecie  Wyborczej".  Ważniejsze  opowiadania:  „Koniec 
ery  głodu"  (w  „Wizjach  alternatywnych",  Arax,  Białystok  1990)  i 
„Zmartwychwstanie  Menela"  („Fenix"  3/7/1991  -za  to  opowiadanie 
dostał  nominację  do  Nagrody  Im.  J.  A.  Zajdla).  Nie  potrafiłem 
polubić  „Menela",  nie  rozumiem  tej  nominacji,  natomiast  w  „Over-
landzie  i  okolicach"  znajduję  autora  w  ciekawym  punkcie  pisar-
skiego  rozwoju.  Dał  nam  Pawlak  prozę  ironiczną,  nieco  staro-
świecką,  refleksyjną,  zalecającą  się  wyrafinowaniem  i  nienachal-
nymi skojarzeniami. Przedstawione „fragmenty" stanowią  zaledwie 
30  proc.  całego  tekstu.  Jeżeli  się  Państwu  spodobają  -  może 
powtórzymy wycieczkę do Overlandu na łamach „NF". 

(mp)

 

MIMARIUM

 

rzyść.  Mój  kierowca  właśnie  dzięki  temu  prowadził  mnie 
od  jednego  szczęśliwego  zdarzenia  do  jeszcze  szczęśliw-
szego. 

Lecz  pewnego  dnia  musieliśmy  się  rozstać.  W  pogoni 

za  naszym  szczęściem  zamiast  czaru  rozjechał  prawdzi-
wego Overlandczyka. 

Maski  (4)  Maski  noszą  wszyscy  -  ale  nie  dyplomaci  i 
urzędnicy  państwowi  wyższej  rangi.  Ci  na  czas  kadencji, 
piastowania  stanowiska  zmuszeni  są  przestrzegać  nakazu 
występowania  z  odkrytą  twarzą.  Jeżeli  udowodni  się  ko-
muś  złamanie  tego  prawa,  nie  tylko  pozbawiony  zostaje 
zajmowanego  stanowiska,  towarzyszącego  mu  immunite-
tu, ale i przywileju (a w warunkach overlandzkich również 
i  konieczności)  używania  maski.  Następuje  śmierć  pu-
bliczna, a po niedługim czasie - także i faktyczna. 

Wykrywalność  przestępstw  tego  rodzaju  jest  niska.  Ale 

plotki  mają  się  lepiej  niż  dobrze.  Ten  zakłada  maskę  w 
samotności  (skąd  więc  o  tym  wiadomo,  plotka  taktownie 
milczy),  ów  uczynił  swą  maskę  tak  doskonałą,  że  wręcz 
nieodróżnialną  od  żywego  ciała  (znów  -  któż  więc  to  za-
uważył?!),  tamten  z  niczym  się  nie  kryje,  bez  żenady  ob-
nosząc się ze swą kolekcją masek. 

Życie  publiczne  kwitnie,  dostarczając  obserwatorom 

wielu  niepowtarzalnych przeżyć.  Dokładnie tak, jak wszę-
dzie. Maski niczego, jak widać, nie zmieniają. 

Mimarium  Życie  dyplomatyczne  w  Overlandzie  nie  jest 
zbyt  bogate.  Oficjalnych  gości  z  zagranicy  podejmuje  się 
tu  rzadko,  najczęściej  wtedy  dopiero,  gdy  zachodzi  pilna 
potrzeba, w rodzaju pośredniczenia przez jakieś państwo w 
mediacjach  czy  uzyskania  przez  Overland  pomocy  w  do-
stępie  do  know-how  albo  kredytów.  Niemniej  jednak  dy-
plomaci  z  innych  państw  przyjeżdżają  tu  równie  chętnie 
jak  na  Wyspy Bahama,  gdzie spędzają urlopy i weekendy, 
a może nawet i chętniej, bo tutaj wszystko mają nieomal za 
pół darmo, a dodatkowo w  grę wchodzi jeszcze ów splen-
dor,  jaki  dotyka  gościa.  Wystarczy  więc  cień  nadziei,  nie 
dość  wyraźna  odmowa  -  i już  wicekról  Hiszpanii  czy  pre-
mier  mroźnego  Uruku z całą pompą  należną jego  majesta-
towi  ląduje  na  jedynym  overlandzkim  lotnisku  -  Zaa-
Partem. 

Powodem,  dla  którego  goście  garną  się  tu  drzwiami  i 

oknami,  jest  jedyny  w  swoim  rodzaju,  nie  spotykany  nig-
dzie indziej zaszczyt, jaki spotyka owych ważnych i  mniej 
ważnych  zagranicznych  gości:  ich  podobizny  wędrują  do 
mimarium.  I  po  wsze  czasy  zachowana  zostanie  pamięć  o 
nich. 

Czym  jest  owo  mimarium?  To  jakby  odpowiednik  mu-

zeum figur woskowych. Różni się odeń tym, że zasadniczą 
część  zbiorów  stanowią  specjalnie  spreparowane  lustra, 
których  dyplomaci  i  dostojnicy  używali  podczas  swego 
pobytu w Overlandzie. Już po ich wyjeździe lustro, zawie-
szone wcześniej w toalecie, przypatrujące się goś- 

 

background image

ciowi  podczas  golenia  czy  tuszowania  świadectw  przemi-
jania  czasu,  zostaje  jakby  wywołane  w  miksturze,  której 
sekret  od  wieków  pozostaje w rękach  wąskiej  grupki  pań-
stwowych  mimarzy,  przekazujących  go  sobie  z  pokolenia 
na  pokolenie.  I  oto  na  lustrzanej  powierzchni  pojawia  się 
twarz  gościa  -  w  najbardziej  charakterystycznej  minie  czy 
grymasie,  ujawniającym  jego  prawdziwe  oblicze.  Niejed-
nokrotnie  mimarium i jego  najnowszy  nabytek stawały się 
przedmiotem zaciekłych polemik  na szczeblu  międzynaro-
dowym.  Jak  na  przykład  wtedy,  gdy  szczycący  się  dobro-
cią  władca  Baltlandii  ukazany  został  przez  lustro  jako 
człowiek  na  wskroś  ponury,  z  nienawistnym  i  pełnym 
okrucieństwa  zaciśnięciem  warg  i  jadowitym  błyskiem  w 
oku,  którego  nie  skryły  nawet  okulary.  Albo  kiedy  żona 
prezydenta Federacji Wielomorskiej już bez  makijażu oka-
zała  się  brzydsza  niż  grzech  śmiertelny.  Mimo  to  nikt  nie 
rezygnuje  z  możliwości  uwiecznienia  się  w  mimarium. 
Mentalność  ludzka  wciąż  przedstawią  dowody  pychy  nie 
mającej sobie równych. 

Zdarza się czasem,  że  międzynarodowe skandale wybu-

chają  z  innej  przyczyny  -  i  wtedy  stroną  skarżącą  jest 
Overland.  Niekiedy  bowiem  gość,  którego  lustro  ukazało 
w  nieprzychylnym  świetle,  nasyła  swych  ludzi,  aby  wy-
kradli lub, co  gorsza,  zniszczyli podobiznę.  Nikomu się to 
jednak  jeszcze  nie  udało:  kolekcja  podobizn  otoczona  jest 
ochronną,  niewidoczną  tarczą,  broniącą  zbiór  przed  ręką 
przestępcy  i  złośliwym  czarem.  Jedynym  efektem  takiej 
próby jest  nowa  negatywna cecha,  ujawniająca się równo-
cześnie  na  twarzy  i  wizerunku  poirytowanego  gościa.  Z 
chwilą, kiedy  zdradzi  mu się podłoże  nagłego wyrośnięcia 
brodawki  czy  pypcia  na  języku,  natychmiast  rezygnuje  on 
z  kolejnych  prób  zniszczenia  swej  podobizny.  Kolekcja 
znów  więc  jest  bezpieczna  -  a  urażony  przybysz  zaczyna 
starania o kolejną wizytę, która być  może  ukaże  go w lep-
szym świetle. Co jednak raczej się nie zdarza. 

Echo  W  gruncie  rzeczy  Overlandczycy  są  ludźmi  dość 
zabobonnymi,  lękają  się  wielu  rzeczy.  Historie  ze  stud-
niami  czy  z  cieniem  to  ledwie  przedsmak  tego,  co  odkry-
wa  się,  drążąc  ten  temat.  Przeciętny  Overlandczyk  boi  się 
najpierw,  że  ktoś  rzuci  na  niego  urok,  później,  że  ktoś 
skradnie  mu  jego  cień...  Najbardziej  jednak  mieszkańcy 
tego kraju obawiają się samotnego spotkania z echem. 

Gdyby  można  było  je  zlikwidować,  unieszkodliwić  na 

zawsze,  idę  o  zakład,  że  Overlandczycy  poświęciliby 
wszystkie  swe  siły,  aby  tego  dokonać.  Nie  jest  to  jednak 
możliwe  -  echo  wciąż  więc  pozostaje  grozą,  której  Over-
landczycy obawiają się najbardziej. 

Dlaczego  tak  jest?  Powiadają,  że  echo  może  skraść 

człowiekowi  wszystkie  słowa,  jakie  ten  wymówi,  a  ono 
zdoła  je  za  nim  powtórzyć.  Może  to  nastąpić  nieomal 
wszędzie:  na  ulicy,  w  lesie,  w  polu...  Jedynym  miejscem 
wolnym  od  złowieszczych  zakus  echa  jest  overlandzki 
dom,  którego  spokoju  strzegą  relikwie.  Poza  nim  Over-
landczycy  rzadko  się  odzywają,  choć  nie  milczą  zupełnie. 
Ale  też  mówią  oszczędnie,  dzieląc  swój  język  jakby  na 
dwie  części:  tę,  którą  pozwalają  zabrać,  jeżeli  już  się  tak 
zdarzy - i tę, bez której nie potrafiliby żyć, nie używają jej 
więc poza domem, może w wyjątkowych sytuacjach. 

Istnieje  tylko jeden sposób, aby  pozbawić echo przywiązane 

do jakiegoś miejsca siły, uczynić niegroźnym: trzeba powta-
rzać to, co ono podchwyci - powtarzać, aż zamilknie - i to do 
powtarzającego  za  echem  musi  należeć  ostatnie  słowo. Jest  to 
jednak niezwykle trudne i tylko kilka miejsc udało się w ten 
sposób  uwolnić.  Tymczasem  wciąż  przybywa  ofiar  echa, 
mówiących  półsłówkami  ludzi,  którym  zaczyna  brakować 
słów..  Kiedyś  będąc  gadułami,  teraz  przeżywają  katusze  nie 
do opisania,  nieomal  skazani  na  milczenie.  Oto,  jak  w  tym 
kraju mści się na człowieku brak powściągliwości. 

Romuald Pawlak 

1. Actus geranos

 

Niemłody już, ale postawny i silny  mężczyzna wsłuchiwał 
się w odgłosy nocy. Tylko  groźne pohukiwanie lasu. Żaden 
inny dźwięk nie dochodził jego uszu, a jednak wiedział, że 
zaledwie  kilkaset  kroków  dalej  następny  zawodnik  odby-
wa taniec w Małym Labiryncie. 

Tej  nocy  czwarty  z  tropiśladów  przystąpił  do  turnieju, 

który  miał  rozstrzygnąć,  kto  dostąpi  zaszczytu  wejścia  do 
odkrytego niedawno, starożytnego labiryntu. 

Darogwiazd  przestał  nasłuchiwać  i  znów  rozpoczął 

nerwowy  spacer  wokół  dębu.  Wiele  razy  uczestniczył  w 
podobnych  zawodach,  nigdy  jednak  nie  chodziło  o  tak 
wysoką  wygraną.  Zawsze,  jak  dotąd,  gońcy  kapłanów 
przynosili  wieści  o  odkryciach  labiryntów  zbudowanych 
ludzkimi  rękami  na  powierzchni  ziemi.  Wzniesione  zwy-
kle  były  z  ogromnych  głazów,  toteż  nie  umiano  się  dostać 
do ich środka inaczej jak tylko drogą wytyczoną przez bu-
downiczych,  pełną  pułapek,  wrogiej  magii  i,  czasem,  ży-
wych jeszcze potworów. 

Tym  razem  gońcy  odkryli  krętodroga  we  wnętrzu  góry, 

powstałego  poprzez  połączenie  dziesiątków  naturalnych 
jaskiń  i  podziemnych  chodników.  Tylko  raz,  kilkanaście 
pokoleń  temu,  zdołano  przemierzyć  tak  zbudowany  labi-
rynt.  Dokonał  tego  najsławniejszy  z  tropiśladów  -  Dobar 
Gromibyk.  Wyszedł  z  krętodroga  po  dwudziestu  siedmiu 
dniach, kiedy wszyscy już myśleli, że nie żyje i przyniósł to, 
czego  żądali  kapłani  -  figurkę  Wielkiej  Matki  Ziemi,  Pani 
Labiryntu,  Władczyni  Zwierząt.  Kapłani  Swarga  odpo-
wiednio  nagrodzili  Dobara,  a  zdobytą  przez  niego  rzeźbę 
oddali żarłocznemu Najwyższemu Ogniowi podczas Święta 
Żniw, przez co następny rok okazał się urodzajny jak żaden 
wcześniejszy.  Dzięki  zniszczeniu  posążka  kapłani  zyskali 
też władzę  nad  kilkoma  magicznymi  kręgami,  gdzie dotąd 
w każdą pełnię zbierały się demony otchłani, sprowadzają-
ce  na  ludzi  mór  i  głód.  Niektórzy  mówili,  że  byli  nimi 
najwięksi  bohaterowie  Starych  Ludów,  mszczący  się  za 
wygnanie  swego  narodu  przez  przodków  mieszkających 
teraz na tej ziemi Chrobatów. 

Darogwiazd  z  rosnącym  podnieceniem  czekał  na  swoją 

kolej  w  zawodach.  Przebył  wiele  sztucznych  labiryntów, 
pokonał  wszystkie  przeszkody,  zabił  kilku  groźnych  nie-
ludzkich  strażników.  Ufał  swoim  siłom  i  doświadczeniu, 
lecz  przewagę  innych  zawodników  stanowiła  młodość. 
Darogwiazd  stawił  się  jako  jedyny  ze  starego  pokolenia 
tropiśladów.  Wszyscy  przyjaciele  z  dawnych  lat  przepadli 
w  trzewiach  krętodrogów,  umarli  lub  osiedli  w  darowa-
nych przez kapłanów gródkach. 

Wojownik pocieszał się tym,  że miał wsparcie czarowne-

go żurawia, który pomoże  mu w przejściu Małego Labiryn-
tu,  ujawniając  pułapki  zastawione  w  prawdziwym  kręto-
drogu.  Obrazy  tych  niebezpieczeństw  zostaną  głęboko 
schowane w pamięci tropiślada i w razie potrzeby ujawnią 
się, ostrzegą. Niestety, czarowny żuraw mógł wyczuć tylko 
przeszkody nieruchome, przynależne do jednego miejsca w 
labiryncie. Inne wojownik musiał odnaleźć sam. 

Teraz już  młodzi tropiśladowie nie korzystali z pomocy 

żurawi,  gdyż  te  niezwykle  rzadko  przywiązywały  się  do 
człowieka.  Darogwiazd  miał  szczęście.  Wszystkie  trzy 
ptaki,  z  którymi  ćwiczył,  okazywały  mu  nie  tylko  szacu-
nek,  ale  i  przyjaźń.  Inni  wojownicy  labiryntu  nieraz  przez 
całe  lata  nie  przystępowali  do  zawodów,  gdyż  po  śmierci 
pierwszego  żurawia  z  żadnym  innym  nie  mogli  połączyć 
się  mocą.  Dlatego  kapłani  zaprzestali  szkolenia  ptaków, 
zwłaszcza  że  zdołali  stworzyć  napar  z  czarnej  odmiany 
trzylistnika. Napój taki, podany wojowni- 

background image

 

Kto poznał siebie samego, wraca do siebie. Jeśli więc dowiesz się, że składasz się z 
życia i światłości oraz że z takich składników pochodzisz, wrócisz do życia. To jest 
ostateczne dobro dla tych, którzy posiadają gnozę: stać się bogiem.

 

 

kowi  przed  wejściem  do  Małego  Labiryntu,  pozwalał 
zawczasu  ujrzeć  część  niebezpieczeństw  nieruchomych. 
Ale tylko część.  Żaden  napar nie  mógł zastąpić  magiczne-
go wzroku żurawia. 

Twoja kolej, Darogwiaździe - rozległ się głos jednego z 

kapłanów. 

Dochodziła połowa nocy. Prawie pełny  księżyc oświetlał 

polanę,  na  której  kamieniami  oznaczono  kolisty  mały 
Labirynt.  Oczyma  wyobraźni  Darogwiazd  ujrzał  zamiast 
tego  łatwego  do  przejścia  krętodroga  zawiłe  korytarze, 
przepastne  urwiska  i  jaskinie  zamieszkane  przez  ślepe 
zwierzęta.  Jeśli  wszystko  pójdzie  dobrze,  niedługo  zoba-
czy je  na własne oczy. Musi je  ujrzeć, bo inaczej skończy 
jako karczemny dziad. A przede wszystkim straci wiarę w 
samego siebie. 

Zdjął skórzaną kurtę i poluźnił haftki koszuli. Wszystko 

robił wolno nie chcąc, by  gwałtowny ruch  zburzył opano-
wanie. Pochylił się ku żurawiowi - wystarczyło jedno spoj-
rzenie, by wiedzieć, że Przewodnik jest gotów. 

Darogwiazd  zaczekał, aż ptak  znajdzie się u wejścia do 

Małego  Labiryntu.  Wtedy  wspiął  się  na  palce  i rozpoczął 
wolny, dostojny Taniec Żurawia. 

Pierwsze  ruchy  zrobił według  dawno  wyuczonego  wzo-

ru, nakazującego kręcić się wokół własnej lewej ręki. Lewa 
była  stroną  ciemności,  a  wchodząc  do  krętodroga  opusz-
czało  się  świat  ludzi,  toteż  prawe  ramię  przestawało  być 
ważne. 

Pozwolił się nieść magii, nie chcąc ani nie mogąc wkra- 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
czać  w  jej  dziedzinę.  Ona  dawała  mu  teraz  życie,  jedyne 
prawdziwe życie dla każdego tropiślada. 

Wystarczyła  chwila,  by  wyćwiczeni  towarzysze  nawza-

jem  ujrzeli  swe  myśli.  Darogwiazd  widział  teraz  to,  co 
żuraw  dostrzegał  podwójnym  wzrokiem,  sięgającym  poza 
słoneczny świat. Teraz ptak stał się prawdziwym Przewod-
nikiem.  Ciało  tropiślada  nadal  tańczyło,  lecz  zmysły  słu-
chały tylko wskazówek Ptaka Zaświatów. 

Przed oczami pojawiały się rozmazane obrazy,  które za-

raz  uciekały,  by  dać  miejsce  nowym,  równie  niejasnym. 
Układały  się  w  nieskończony  wir  pięciokolorowych  plam. 
Plam  tętniących barwami przeszłości i przyszłości. Dawno 
już  nauczył  się,  że  tych  kolorów  nie  należy  pojmować. 
Chłonęło  sieje  i  przyjmowało.  Gdyby  próbował  objąć  je 
rozumem, zapadłby się w świat całkowitej czerni. 

Roztańczone  ciało  wykonywało  figury  całkiem  niezro-

zumiałe  dla  patrzących.  Mogły  ukazywać  zarówno  walkę, 
zwycięstwo,  ucieczkę  jak  i  śmierć.  Każdy  z  zawodników 
różnie je wyrażał i u każdego oznaczały co innego. 

Darogwiazd ujrzał raptem, że znów jest we własnym cie-

le.  Ciężko  oddychał,  zmęczony  tańcem.  Nie  mógł  prze-
łknąć  śliny,  kurz  niemal  zatykał  gardło.  Tropiślad  opano-
wywał ruchy,  zmuszając się do coraz wolniejszych  gestów 
końcowych. Wreszcie zatrzymał się. 

Dwóch  kapłanów chwyciło go pod ramiona i pozwoliło 

napić się zimnego  mleka.  Podszedł  uśmiechnięty Najwyż-
szy Stróż Przybytków Bożych. 

Wygrałeś, Darogwiaździe. Tańczyłeś pół nocy i cały 

(Słowa przypisywane Hermesowi 
Trismegistosowi z „Poimandresa", 
I traktatu „Corpus Hermeticum". 
Tłumaczył ksiądz W. Myszor.)

 

Artur C. Szrejter

 

Mysterium 
tremendum 

background image

dzień.  Nikt  nie  dostał  tylu  ostrzeżeń  o  niebezpieczeń-
stwach, co ty. Jesteś najlepszy. Nadal jesteś najlepszy! 

2. Puella scelerata

 

Dwa  dni,  które  pozostały  do  pełni  księżyca,  Darogwiazd 
wypełnił przygotowaniami do wyprawy w głąb ziemi. Kil-
ka razy rozmawiał ze swoją sową, Mszarką, tłumacząc jej, 
że tym razem wchodzą do najgroźniejszego labiryntu, jaki 
kiedykolwiek widzieli. Że muszą się nawzajem ochraniać i 
ostrzegać  w  razie  niebezpieczeństwa.  Muskał  delikatnie 
pióra  skrzydlatego  przyjaciela,  chcąc  stać  się  jedynym 
posiadaczem jego zaufania i życzliwego ciepła. 

Żółte  oczy  ptaka,  okolone  liniami  z  ciemniejszego  i  ja-

śniejszego  upierzenia  do  złudzenia  przypominającymi 
zarys labiryntu, uważnie wpatrywały się w usta człowieka. 
Sowa  powoli  kiwała  łebkiem,  jakby  zgadzając  się  z  każ-
dym słowem tropiślada. Kiedy tylko zostawiał ją w spoko-
ju,  zamykała  ślepia  i  zasypiała.  Przecież  przez  najbliższe 
kilka dni nie będzie mogła pozwolić sobie na sen. 

Darogwiazd  z  równą  czułością  przemawiał  do  nefryto-

wego,  obosiecznego  topora.  Czyścił  go  miękką  wełną, 
dającą  kamieniowi  leniwy  blask,  jaki  ma  w  oczach  czło-
wiek opuszczający władztwo snu.  Nefrytowe  topory spały 
bowiem  w  świetle  słońca,  a  budziły  się  wkraczając  do 
krain  zakazanych  dla  człowieka.  Błękitno-zielony  kamień 
czuł  też,  że  niedługo  spotka  się  z  czarami,  które  zrodziły 
się  za  czasów  ciemnowłosych  ludów.  Ludy  owe wydobyły 
kiedyś ten kamień z okowów ziemi, ociosały i nadały czaro-
dziejski kształt podwójnego ostrza. 

W wieczór, którego  ukoronowaniem  miała być  noc peł-

ni,  tropiślad  usiadł  pod  rozłożystym  dębem,  opierając 
dłonie  o  soczystą  darń.  Powoli  zaciskał  pięści,  czując  jak 
palce  najpierw  przebijają  mech,  a  potem  zagłębiają  się  w 
wilgotnej próchnicy. Ostre korzenie i  małe kamienie prze-
bijały  skórę  rąk.  Krew  spływała  kropelkami,  chciwie 
wchłaniana przez żyjącą ziemię. 

Ta  ofiara,  a  nawet  samo  dotknięcie  urodzajnego  Ciała 

Matki  dawało  mężczyźnie  rozkosz  fizycznego  kontaktu. 
Czuł  się  nagi  w  swej  prośbie  do  siły  rozporządzającej 
żywiołami,  a  jednak  doskonale  wiedział,  że  owa  nagość 
wcale nie jest słabością. 

Kiedy  otworzył  oczy,  spostrzegł,  że  stoją  przed  nim  ka-

płani.  Mistrz  ich  grona  skinął  na  tropiślada.  Razem  pode-
szli  do  Małego  Labiryntu.  W  centrum  stała  młoda  dziew-
czyna. Biała szata i wiszący na szyi wieniec świadczyły, że 
to ona wzięła na siebie trudną rolę Niewinnej. 

Wyglądała prawdziwie bezbronnie, z rękami złożonymi 

na  podołku,  z  długimi  włosami  osrebrzonymi  poświatą 
księżycową, z nagimi stopami. 

Najwyższy kapłan ściągnął ubranie z tropiślada, a nie- 

A

RTUR 

C. S

ZREJTER

 

Urodził  się  17.02.1971  r.  w  Warszawie.  Student  archeologii  UW. 
Druk  opowiadań  w  „Fenixie"  i  „Voyagerze",  także  szkic  o  mitologii 
siowiańskiej  („F"  nr  6/90);  laureat  nagrody  im.  A.  Norton  '91  za 
opowiadanie  „Karzeł  z  Wyspy  Brzóz".  Zainteresowany  przede 
wszystkim  fantasy,  traktuje  swe  pisarstwo  poważnie,  popiera  je 
merytorycznymi  studiami;  nie  idzie  na  żywioł,  bo  chce  uniknąć 
ześlizgnięcia  się  w  koleiny  Howarda.  Czasem  owocuje  to  sporami 
o czystość fantasy  z innymi polskimi autorami (patrz  „NF"  nr 4/92), 
kiedy  indziej  kunsztowne  literacką  konstrukcją  jak  prezentowane 
dziś opowiadanie. Do „Mysterium  tremendum" - swoistego koktajlu 
mitów  i  archetypów  -  dopisał  Artur  na  moją  prośbę  warsztatowy 
komentarz; jego obszerne fragmenty drukujemy na stronach 52-53. 

(mp) 

bieską  maścią,  którą  rozmazał  sobie  na  dłoniach,  natarł 
jego  krocze.  Kiedy  skończył,  popchnął  wojownika  ku 
labiryntowi. 

Darogwiazd szybko pokonywał znane już ścieżki kręto-

droga.  Coraz  to  wydłużał  krok.  Przyśpieszał,  pędzony 
pożądaniem. 

Niewinna nie stawiała oporu, gdy brutalnie zrywał z niej 

ubranie. Nie jęknęła, gdy okręcił długie włosy wokół dłoni. 
Nie otworzyła oczu  nawet wtedy,  gdy pociągnął jej głowę 
ku ziemi. 

Dwoma  uderzeniami  kolana  zmusił  dziewczynę  do  roz-

łożenia  nóg.  Trzęsąc  się  z  niecierpliwości,  ledwie  zdołał 
wprowadzić  członek  do  gorącej  jamki.  Poczuł  opór,  ale 
nacisnął mocniej i wszedł do końca. 

Miękka  ciasność  Niewinnej  nie  przyniosła jednak  przy-

jemności. Spełnienie wciąż  nie  nadchodziło, a  mężczyźnie 
zdawało się, że jego  miecz tkwi w kowalskich  kleszczach. 
Nigdy jeszcze nie czuł nic podobnego podczas  magicznego 
kochania  się  z  Niewinnymi.  Te  młode  kapłanki,  dziewice 
jeszcze, starały się zwykle sprawić jak największą przyjem-
ność tropiśladom, aby ukazać jak wielka poprzez tę chwilę 
spływa na nich siła Matki Ziemi. 

Darogwiazd wiedział, że musi okazać się mężczyzną, bo 

inaczej  nie  dostąpi  zaszczytu  wejścia  do  labiryntu.  Zebrał 
resztkę  sił.  Nakazał  sobie  być  buhajem,  być  ogierem,  być 
samcem! Niewiele to pomogło. 

Coraz  to  bardziej  zwalniał  ruchy.  Brakowało  oddechu. 

Czuł jak opuszcza go podniecenie. 

I  wtedy  właśnie  jakby  ktoś  usunął  przeszkodę  uniemoż-

liwiającą  spełnienie.  Nieznana  siła  dała  mu  moc.  Poczuł 
ból  w  trzewiach,  jądrach,  a  członek  nieomal  spłonął  od 
gorączki.  Ciało  Niewinnej  naprężyło  się  nabrzmiewając 
pięcioma  boskimi  płomieniami.  Ogień  spowił  jej  biodra, 
potem  piersi,  szyję,  głowę.  Wreszcie wydostał  się spomię-
dzy  zaciśniętych  zębów,  rozlewając  białym  pękiem  na 
ustach. 

Darogwiazd  puścił  biodra  dziewczyny  i  upadł  na  zie-

mię. 

Kręciło mu się w głowie, ręce drżały, język  zmarniał su-

chością,  ale  wojownik  wiedział,  że  Matka  dała  błogosła-
wieństwo. Skalny krętodróg zapraszał w swe trzewia. 

3. Umbra

 

Otwór prowadzący do jaskini wyglądał niepozornie. Mały, 
na  wpół  zasypany  skalnym  gruzem,  porośnięty  żarłocz-
nymi ramionami bluszczu. 

Darogwiazd  obejrzał  go  uważnie  i  doszedł  do  wniosku, 

że  nie jest Wejściem. A jeśli nie jest Wejściem, to wiedzie 
do  niego.  Budowniczowie  krętodroga  najwidoczniej  chcieli 
za  wszelką  cenę  zatrzeć  ślady  jego  istnienia,  skoro  nie 
ozdobili  otworu  jaskini  symbolami  Wejścia.  W  czasach 
Darogwiazda  specjalnie  niszczono  labirynty,  jednak  prze-
cież Stare  Ludy  nie obawiały się gwałcicieli tych przybyt-
ków świętości, dlatego  ukrycie Wejścia zdało się tropiśla-
dowi dziwne. 

Leć - szepnął do siedzącej na ramieniu sowy. Rozpostar-

ła ogromne skrzydła i cicho zniknęła w ciemnym otworze. 

Tropiślad sprawdził, czy topór  mocno trzyma się za pa-

sem,  po  czym  zarzucił  na  plecy  torbę  z  kilkunastoma  po-
chodniami. 

Stojący obok kapłan podał zapalone łuczywo. 
Darogwiazd  czuł,  jak  serce  bije  mocniej  niż  zawsze. 

Mocniej niż zawsze,  gdy wkraczał do labiryntów. Mocniej 
niż zawsze, gdy wkraczał do sztucznych labiryntów. 

Grota  niczym  nie różniła się od setek widzianych przez 

wojownika zwykłych grot. Mimo to szedł czujny, mając 

background image

 

wrażenie, że za chwilę wpadnie w pułapkę lub coś go zaata-
kuje. 

Cichutki  szum,  niesłyszalny  dla  niewyćwiczonych  uszu, 

powiedział tropiśladowi, że nadlatuje Mszarka.  Usiadła na 
stalagmicie  i  zahuczała.  Zrozumiał,  że  ostrzega  przed 
czymś żywym, co czeka nie dalej jak sto kroków stad. 

Zaczęło się. 

Darogwiazd  wiedział,  kto  czekał  -jego  cień,  Niepraw-

dziwa strona,  Nieprawy Brat  Bliźniak.  Tak, jak wojownik 
był  uczciwy,  tak  Brat  -  zdradziecki.  Tak,  jak  tropiślad 
okrutny, tak cień - łagodny... 

Cień  zawsze  pilnował  Wejścia.  Mógł  stać  tylko  przy 

nim,  gdyż  to  właśnie  przez  Wejście  został  powołany  do 
życia.  Brama  labiryntu  natychmiast  poznawała  wnętrze 
człowieka,  który  się  zbliżał i  wyczarowywała jego  przeci-
wieństwo. 

Wojownik zabijał cienie zadowolony z poczucia własnej 

siły.  Większy  jednakże  był  chyba  ból  towarzyszący  tej 
walce.  Unicestwiał  człowieka,  tak,  chyba  człowieka,  który 
posiadał  tyle  cech  wymarzonych  przez  Darogwiazda. 
Niszczył  Brata,  którego  nienawidził,  któremu  zazdrościł, 
ale też podziwiał i kochał. 

Tropiślad  wiedział, jak  pokonać  swoje  krzywe  odbicie. 

Inaczej nigdy by nie dotarł do Jądra żadnego krętodroga. 

Ty  mi  nic  nie zrobisz... bracie - wyrzekł wolno cień. - Nie 
jestem  twoim  przeciwieństwem.  I  nie  powołał  mnie  do 
życia  nakaz  Wejścia.  Stworzyłeś  mnie  sam,  marząc  o  za-
biciu stryja. O zgwałceniu kapłanki poświęconej bogom. O 
klęsce  przyjaciół  ze  szkoły  tropiśladów.  Wszystko  to  w 
sobie  stłumiłeś  i  dzięki  temu  ja  żyję.  Nie  jestem  twym 
przeciwieństwem, więc nie pokonasz mnie w walce wręcz. 
Patrz -jestem nawet mocniejszy niż ty. 

Tropiślad  wbijał  wzrok  we  wroga  nie  rozumiejąc,  co 

tamten  mówi. Czyżby stworzyło  go  zło, tłumione w duszy 
przez  całe  lata?  A  czym  można  zniszczyć  zło?  Jedni  mó-
wią - dobrem. Ale tych jest mniej. Drudzy mówią - złem. I 
ci mają rację. 

Zawsze wiedział, że przyjdzie mu kiedyś znów stanąć 

 

Już  z daleka dostrzegł barczystego człowieka, stojącego 

między  dwoma  kamiennymi  kolumnami,  które  jaśniały 
błękitem  nefrytu. Darogwiazda zdziwiła sylwetka przeciw-
nika.  Dotąd  cienie  były  małe  i  chude  -  dokładne  przeci-
wieństwa  jego  mocnej  budowy.  Tym  razem  Brat  zdawał 
się przewyższać go umięśnieniem i wzrostem. 

Wojownik zdał sobie sprawę, że stary sposób walki z cie-

niem nie przyniesie zwycięstwa - w tym labiryncie wszyst-
ko wydawało się inne, dziwaczne. Mimo to nie był w stanie 
wymyślić  na  poczekaniu  nowego  rozwiązania,  musiał 
spróbować starego. 

Stanął  kilka  kroków  przed  przeciwnikiem.  Wolnym  ru-

chem dobył topora. Obrócił go kilka razy, jakby oglądając, 
a w rzeczywistości dziwiąc się sobie, że robi coś, co i tak nie 
przyniesie korzyści. 

Cios runął z siłą padającego drzewa. 

Darogwiazd cofnął się natychmiast sycząc z bólu. Ostrze 

odbiło  się  od  piersi  Brata,  niemal  wyrywając  ze  stawów 
ramiona wojownika. 

naprzeciw  własnym  niegodziwościom.  Teraz  jednak,  gd y 
przyszedł  na  to  czas,  uczuł  strach.  Bo  straszne  jest  przy-
znanie  się  do  winy,  ale  jeszcze  gorsze  wymazanie  jej 
uczynkami znacznie cięższymi. 

Pełnym prośby ruchem przygarnął topór  ku piersi. Tym 

starodawnym  gestem,  oznaczającym  połączenie  dwóch 
ostrzy  broni  z  dwiema  stronami  duszy  ludzkiej,  wyzwalał 
moc  drzemiącą  w  kamieniu,  moc,  którą  kiedyś  zaklęli  w 
nim starożytni Czarownicy Podwójnych Toporów. 

Spraw, by ci, o których  myślę, wyszli z  mej głowy i sta-

nęli przy mnie - wyszeptał gorączkowo, jakby bojąc się, że 
na przemówienie pełnym głosem nie starczy mu sił. 

Zamknął  oczy  i  przywołał  obrazy  ludzi,  o  których 

wspomniał  cień.  Zdawali  się  pełni  życia,  choć  smutni. 
Wyobraził  ich  sobie  najwierniej,  jak  mógł.  Wszyscy  mło-
dzi. Tacy, jak wtedy, gdy ich nienawidził lub kochał. 

Otworzył oczy. 
Stali obok. Wpatrywali się w skalne ściany, nie wiedząc 

background image

dokąd ich wezwano z przeszłości. Nie żyli już od lat. Teraz 
mieli umrzeć wcześniej niż było im dotąd pisane. 

Tropiślad  zadawał  ciosy  bez  opamiętania,  widząc  tylko 

w  oddali  Brata,  który  po  każdym  uderzeniu  zwijał  się  z 
bólu, jakby to jego dosięgało ostrze. 

Wojownik  opuścił  topór.  Stała  przed  nim  już  tylko  ka-

płanka.  Piękna  kobieta,  o  kształtach  zdolnych  rozpalić 
ognie  w  każdym  mężczyźnie.  Ale  już  nie  w  tropiśladzie. 
Już nie. 

I tak  mnie nie pokonasz - rozległ się chrypiący głos ran-

nego.  -  Nie  możesz  pamiętać  wszystkich,  którym  źle  ży-
czyłeś.  Zawsze  pozostanie  we  mnie  dość  życia,  bym  ci  nie 
pozwolił przejść. 

Darogwiazd  nawet  nie  spojrzał  na  niego.  Teraz  miał 

pewność, że postępuje właściwie. 

W takim razie uczynię rzecz znacznie gorszą niż wzięcie 

jej siłą. Pozostawię tę kobietę przy  życiu, wiedząc, że jako 
starucha  doprowadzi  swymi  matactwami  do  wygubienia 
dzielnych  mężów  z  rodu  Stągawów.  Pozwolę  jej  na  ten 
haniebny czyn. 

Obraz kapłanki zniknął. 
Wojownik  zatknął  topór  za  pas,  klasnął  przywołując 

sowę  i  wszedł  między  kolumny.  Zachrzęściły  kości,  gdy 
deptał to, co pozostało z Brata. 

Darogwiazd  cichutko  zagwizdał  pieśń  starców.  Nie  tak 

wyobrażał sobie kiedyś pożegnanie z młodością. Nie tak. 

4. Specus vitae

 

Gdyby  nie  pamiętał,  że  niedawno  minął  Wejście,  mógłby 
sądzić, że cały czas znajduje się w tej samej jaskini. Nigdzie 
nie  dostrzegał  śladów,  które  by  mówiły,  że  kiedykolwiek 
przebywali  tu  ludzie.  Wszędzie  tylko  oślizłe  od wody  sta-
lagmity,  kapiące  stalaktyty  i  grube  jak  uda  mężczyzny 
stalagnaty.  Przed  światłem  pochodni  umykały  do  szczelin 
różnej  wielkości  białe  stworzenia.  Większość  wyglądała 
na  zwykłe  ślepce,  owady  zamieszkujące  wszystkie  jaski-
nie,  stroniące  od  słońca.  Jednak  mężczyzna  dostrzegał  też 
większe  zwierzęta,  przypominające  wyrośnięte  krety  o 
bladawej,  półprzezroczystej  skórze.  I  one  musiały  być 
prawie  ślepe,  skoro  nigdy  nie  wychodziły  z  tej  ciemności, 
ale tropiślad wiedział, że nie oznacza to wcale, iż nie są nie-
bezpieczne. Gdyby tylko,  złym  trafem, zgasło mu łuczywo, 
a  w  pobliżu  znajdowało  się  kilku  mieszkańców  cienia, 
natychmiast by się na niego rzucili. 

Odegnał myśl, że mogą czaić się tu też puchniaki, groźne 

grzyby, sadowiące się w załomach ścian jaskiń i czekające 
na nieostrożne zwierzęta. Kiedy tylko wyczuły  żywą istotę, 
puchły,  nadymały  się,  a  potem,  wypuszczając  powietrze, 
wyrzucały ciemny pył, na  miejscu zabijający ofiarę. Potem 
pozostawało  już  tylko  powolne wchłonięcie  nieruchomego 
ciała. Po większym jedzeniu puchniak  nie był niebezpiecz-
ny przez pół dnia. 

Skoro jednak sowa nie ostrzegała na razie przed niczym, 

mógł  iść  szybko  i  bez  obawy.  Zwykle  przed  pierwszym 
rozwidleniem dróg nie zastawiano żadnych pułapek. 

Mszarka  czekała  na  niego  w  okrągłej  komnacie,  którą 

wykuły ludzkie ręce, aby połączyć kilka naturalnych kory-
tarzy.  Wskazał  ten,  który  miał  zbadać  ptak.  Sam  zajął  się 
pozostałymi trzema. 

Zagłębił się kilka kroków w pierwszym chodniku.  Zaraz 

jednak  ujrzał  zakręt,  za  którym podłoga się urywała. Prze-
paść nie sięgała głęboko, ale i tak nie dałoby się jej przekro-
czyć bez liny i  haków. Każdy,  kto szedłby  mniej ostrożnie 
od tropiślada, wpadłby w tę jamę. 

Drugie i trzecie przejście wyglądały na możliwe do prze- 

bycia.  Nie  pojawił  się  też  w  umyśle  wojownika  żaden 
ostrzegawczy obraz od żurawia. 

Sowa  nadleciała  chwilę  później.  Jej  korytarz  był  nie  do 

pokonania.  Pozostawały  zatem  dwa  do  wyboru.  Zwykle 
stosowano metodę skrętu w lewo czy też wybierania lewego 
z  możliwych  korytarzy.  Darogwiazd  jednak  przekonał  się 
już, że w tym labiryncie nie wszystko wyglądało tak, jak w 
innych.  Postanowił  zaryzykować.  Wszedł  w  prawe  przej-
ście. 

W  miarę  marszu  dostrzegał  wciąż  więcej  i więcej  stala-

gnatów.  Tworzyły  coraz  gęstsze  skupiska,  pozostawiając 
wąskie  przejścia dla człowieka.  Wreszcie  doszedł  do  miej-
sca, gdzie tylko ktoś bardzo chudy mógłby się przecisnąć. 

Uniósł  pochodnię,  aby  lepiej  się  rozejrzeć.  Migoczący 

blask rzucał setki ruchomych cieni,  które  zmieniały praw-
dziwy kształt jaskini. Jednak doświadczone oczy wojowni-
ka  dostrzegły  szerszą  przestrzeń  pomiędzy  stalagmitami, 
tuż przy ścianie. Tamtędy powinien spróbować się przedo-
stać. 

Już wkraczając między  kamienne  kolumny ujrzał w  my-

ślach  ostrzeżenie  od  żurawia.  Nie  zdążył  się  cofnąć.  Stala-
gnaty  zwarły  szereg,  poruszyły  się  niczym  żywe  istoty. 
Został otoczony kratami skalnego więzienia. 

Nakazał sobie spokój. To pierwsza i najważniejsza zasa-

da w obliczu niebezpieczeństwa. 

Dopiero teraz dostrzegł, że  zaledwie o wyciągnięcie ręki 

znajduje  się  podobna  cela, w  której  tkwiły  spróchniałe  ko-
ści człowieka. Wysłannika  kapłanów? Raczej  nie, bo wte-
dy  wiedziano  by  już  od  dawna  o  istnieniu  tego  labiryntu. 
Musiał  być  to  ktoś,  kto  jeszcze  w  czasach  Starych  Ludów 
próbował dotrzeć do Jądra krętodroga. 

Ten człowiek nie wydostał się z pułapki. Ale też zapewne 

nikt go nie szkolił w sztuce pokonywania labiryntów. 

Darogwiazda szkolono, ale i tak nie miał pojęcia, jak się 

stąd  wydostać.  Nigdy  nie  spotkał  się  z  tego  rodzaju  prze-
szkodą. 

Usiadł.  Odszukał  wzrokiem  Mszarkę.  Siedziała,  bez-

pieczna,  kilka  kroków  dalej.  Spokojnie  czyściła  pióra, 
zupełnie  jakby  nie  dostrzegała  kłopotów  swego  pana.  Da-
rogwiazd uśmiechnął się w duchu. Spokój... 

Na czyją pomoc może liczyć? Wiedział. 
Topór  stał  się  ciepły,  jakby  chcąc  zwrócić  na  siebie 

uwagę. Tropiślad wyjął go zza pasa, przyłożył dłoń do nie-
bieskiego ostrza. 

Nie zawiódł się. Dostał radę. 

a  początku  był  pomysł:  człowiek  zawodowo 
pokonujący  labirynty.  Zbadajmy  więc 
zaletność:  heros  -  labirynt.  Odszukałem 
ksiąikę Z. Krzaka i K. Kowalskiego „Tezeusz 
w labiryncie", omawiającą archetyp bohatera 
w  jednej  konkretnej  sytuacji:  pokonywania 
labiryntu.  Okazało  się,  te  oprócz  sławetnego 
Tezeusza  do  grona  pogromców  minotaurów 

naleią, na przykład, Gilgamesz i Odyseusz. 

Mądrzy ludzie twierdzą, te o wartości lektury decyduje takie to, 

do ilu następnych lektur ona prowadzi. A ja miałem jut kilka 
śladów, którymi należało podciąć. 

Zacząłem od korzeni: „Gilgamesz" i „Odyseusz", potem wsze-

lakie legendy starotytne mające związek z labiryntem. Im dalej 
zapuszczałem się w mitologie Bliskiego Wschodu i Europy, tym 
było ich więcej. W końcu dotarłem doprać z zakresu neolitycz-
nych struktur społeczeństw matriarchalnych, gdyt właśnie tak 
głęboko tkwią korzenie pojęcia labiryntu. 

Inny trop z „Tezeusza" to ksiątkipopularnonaukowe. Jedne 

omawiające archetyp bohatera z „Hamletem mitycznym" P. 

background image

Postawił  broń  pomiędzy  kolumnami.  Nałapanie  w  dło-

nie  skapującej  po  stalagnatach  wody  zabrało  mu  dużo 
czasu, ale w końcu miał jej dość, by skropić cały topór. 

Począwszy od ostrza broń zaczęła wybrzuszać się i puch-

nąć  jak  nadmuchiwany  rybi  pęcherz.  Powoli  rosła,  przy-
bierając jasną barwę wapienia, aż w końcu stała się niczym 
sąsiednie  stalagnaty.  Te,  chcąc  zapewnić  nowej  kolumnie 
miejsce do ustawienia, przesunęły się na boki. 

Na to tylko czekał Darogwiazd. Chwycił dolną część sta-

lagnata,  która  w  jego  rękach  znów  powróciła  do  kształtu 
styliska.  Bez  trudu  przeszedł  przez  otwór  powstały  po 
zniknięciu skały wyczarowanej przez topór. 

Mógł  iść  dalej.  Jak  nakazywał  obyczaj,  nakreślił wokół 

ostrza  kilka  dziękczynnych  znaków.  Odwróciwszy  się, 
zauważył,  że  kolumny  powróciły  na  poprzednie  miejsca. 
Chciały znów utworzyć przeszkodę, gdy przelatywała mię-
dzy nimi sowa, jednak zwierzę okazało się szybsze. 

Darogwiazd  jeszcze  trzy  razy  napotykał  rozwidlenia 

dróg i zawsze wybierał korytarze  na prawo. Wciąż nie miał 
pewności,  czy  idzie  dobrze,  szczególnie,  że  zdawały  się 
temu  przeczyć  dziecinnie  łatwe  przeszkody  -  zapadnie, 
kamienni  strażnicy  zionący  ogniem  lub  plujący  strzałami. 
Ale  wiedział  też,  że  nikt  by  się  nie  trudził  uprzykrzaniem 
drogi, która prowadzi donikąd. A  zatem, jeśli rzeczywiście 
wybierał dobre ścieżki, coraz łatwiejsze przeszkody mówiły 
o  jednym:  zbliża  się  do  połowy  drogi,  do  miejsca,  gdzie 
kończy  się świat  niebezpieczeństw  materialnych,  a  zaczyna 
coś gorszego - Droga Ostateczna i Jedyna, Droga  Wiodąca 
do Śmierci. 

5. Specus mortis

 

Wstipił na nią tuż za następnym zakrętem. 

Darogwiazd poczuł się jak w korytarzu pałacowym, cho-

ciaż  ściany  i  strop  były  tutaj  kamienne,  a  nie  drewniane. 
Duże  bloki  skalne,  dokładnie  dopasowane  do  siebie,  po-
kryto  rysunkiem  korowodu  barwnych  postaci,  głównie 
kobiet  niosących  naczynia  ofiarne.  Domyślił  się,  że  ma 
przed sobą starożytne  kapłanki  Wielkiej Matki,  gdyż ubra-
ne  były  w  święte stroje:  różnokolorowe  kaftaniki  z  dekol-
tem  odkrywającym  jędrne,  sztywne  piersi  oraz  w  wielo-
barwne,  kilkuwarstwowe  spódnice,  tworzące  szerokie 
klosze.  Wszystkie  kapłanki  podążały  ku  ołtarzowi  w 
kształcie  rogów  byka.  Tam  wrzucały  zawartość  mis  do 
ogniska rozpalonego między rogami. 

Malowana droga zakręcała trzykrotnie. Na jej końcu 

tropiślad  zobaczył  Granicę  Między  Życiem  a  Śmiercią.  Od-
tąd przestawały się liczyć wszelkie nauki, nakazy  moralne i 
wytrenowane  odruchy.  Opadały  z  człowieka  niczym  ze-
schnięte  liście,  zostawiając  go  takim,  jaki  był  naprawdę,  w 
nieskalanym wnętrzu. Tylko taki mógł dotknąć Granicy. 

Korytarz  należący  do  śmierci  obmywało czerwone  świa-

tło,  wydobywające  się  nie  wiadomo  skąd.  Na  jego  tle  ry-
sowała się drobna kobieca postać. 

Podejdź!  Czeka  cię  próba!  -  krzyknęła  ku  przybyszowi 

głosem miękkim, lecz władczym. 

Mimo  że  stanął  kilka  kroków  przed  nią,  nie  mógł  do-

strzec twarzy. Spowijał ją mrok, nadający  zgrabnej postaci 
wygląd demona. Darogwiazd wiele razy walczył  z potwo-
rami  lęgnącymi  się  w  czeluściach  labiryntów,  pokonywał 
najróżniejsze  czary,  ale  dopiero  ta  kobieta  wzbudziła  w 
nim  prawdziwy  strach.  Wolałby  mieć  przed  sobą  staruchę 
pokrytą wrzodami  niż widzieć tak piękne kształty połączo-
ne z czarną bramą otchłani. 

Nie  bój  się.  Musisz  tylko  prawidłowo  wybrać.  Jeśli  nie 

uda  ci  się,  odejdziesz.  Granica  zamknie  się.  Jeśli  odgad-
niesz prawdę, poprowadzę cię dalej. 

W tej chwili nie wiedział, czy woli odejść, czy być prowa-

dzonym przez demona. Nie  zostawiła  mu jednak czasu do 
zastanowienia. 

Granica  żąda ofiary. Krwi. Zdecyduj,  kto  z was  ma  zgi-

nąć. Ty czy sowa? 

Wypowiedziane  lodowatym  tonem  słowa  zmroziły  wo-

jownika.  Kogo  złożyć  w  ofierze?  Jeśli  zabije  siebie,  nie 
pójdzie  dalej.  Jeśli  sowę,  zawsze  prześladować  go  będzie 
wspomnienie  żółtych,  ufnych  oczu.  Była  cząstką  jego 
samego.  Nie  miał  przyjaciół  pośród  ludzi,  zaś  żuraw  i 
Mszarka darzyły  go  uczuciem  głębszym od przyjaźni. Nie, 
dla  kapłanów  nigdy  nie  zabije  sowy.  Będą  musieli wybrać 
kogoś innego do przebycia tego labiryntu, on wraca. 

Wybierz mądrze! 
A  jeśli  zabije  siebie?  Przecież  już  i  tak  jest  na  Granicy 

Śmierci.  Umarł  wchodząc  do  krętodroga.  Umrze  przekra-
czając  Granicę.  Czemu  więc  nie  miałby  zrezygnować  z 
życia jeszcze raz? 

Wybrałem. 
Kobieta  wyciągnęła  rękę,  otworzyła  dłoń.  Mężczyzna 

dostrzegł, że podaje niewielki sztylet ze srebra. Chwycił go 
i obejrzał. Trójkątne ostrze łączyło się z rękojeścią w kształ-
cie  półksiężyca.  Dwa  symbole  Matki  Ziemi  wykute  na 
dodatek w poświęconym Jej metalu. 

 

Sadowskiego na czele. Inne zajmujęce się samym labiryntem - 
tutaj niezastąpione okazało się dzieło P. Santarcangelego 
„Księga labiryntów". Czytając je, gratulowałem sobie poprzed-
niego wgłębiania się w mitologie - bez ich znajomości niewiele 
bym pojął z wywodów autorów. 

Trzeci trop, najtrudniejszy, prowadził do teorii archetypów 

Carla Gustawa Junga. Sądziłem, te to kres mej wędrówki. Otót 
nie, Jung wiedzie prosto do alchemii. Poniewat alchemia nie 
wydawała mi się potrzebna, jut miałem się z nią rozstać, ale 
okazało się, te ona z kolei wskazuje drogę do hermetyzmu 
(gnostyckiej religii grecko-egipskiej, która najsilniej wpłynęła 
na rozwój alchemii). Sięgnąłem więc po znakomitą monografię R. 
Bugaja pt. „Hermetyzm". I tutaj koło się zamknęło - natrafiłem 
na wzmiankę o mitycznej skarbnicy wiedzy starożytnego Egip-
tu, labiryncie. 

Kupowałem i przeglądałem tet ksiątki, o których wiedziałem, 

te mogą być pomocne w budowaniu nastroju opowiadania - 
„Narodziny filozofii" G. Colli, „Okultyzm, czary, mody kultu-
ralne" M. Eliade czy „Symbol przemiany w mszy" Junga. 

Nie próbuję wyjaśniać treści „Mysterium tremendum". 

Zwracam tylko uwagę, ie bogata symbolika i liczne odwołania 
nieznuią czytelnika opowiadania jedynie wtedy, jeśli dostrzeie 
w nich zaproszenie do wspaniałego świata mitologii, filozofii, 
klimatu róinych czasów i róinych tradycji. Największą na-
grodą dla mnie jako autora stałoby się zachęcenie odbiorcy do 
sięgnięcia po którąkolwiek z wymienionych ksigiek. 

Na zakończenie sprawa tytułów - stanowią mieszaninę łaci-

ny i zlatynizowanej greki, mywałem z reguły naukowych 
nazw oznaczających poszczególne etapy procesu inicjacji (bo 
czymie innym jest przechodzenie labiryntu?). Mysterium 
tremendum -przeraiający, tajemniczy obrzęd; 1. Actus gera-
nos - taniec iurawia; 2. Puella scelerata - zhańbiona dziewi-
ca; 3. Umbra - cień; 4. Specus vitae -jaskinia iycia; 5. Specus 
mortis -jaskinia śmierci; 6. Iter salutis - droga zbawienia; 7. 
Iter mysticum - droga tajemna; 8. Hieros gamos - boskie (świę-
te) zaślubiny; 9. Viscera terrae: Locus absconditus - trzewia 
ziemi: miejsce ukryte (tajemne). 

Artur C. Szrejter 

background image

 

Tropiślad  bezradnie  spojrzał  na  beztwarzą  postać  i  wy-

mamrotał jakieś bezładne słowa przerażenia - domyślił się, 
w  jaki  sposób  ma  złożyć  ofiarę.  Musi  pójść  śladem  Ojca 
Niebieskiego, boskiego oblubieńca. 

Wybrał jednak i nie mógł zawrócić. 
Rozsznurował i opuścił spodnie. Mocno uchwycił prawą 

ręką członek, a lewą ciął. 

Poczuł  ból  nie  tyle  rozcinanego  ciała,  co  umierających 

wnętrzności.  Jelita,  żołądek,  wątroba  stanęły  w  ogniu, 
napęczniały,  gotowe  rozerwać  brzuch.  Płuca  zachłysnęły 
się  powietrzem  i  pękły  na  tysiące  krwawych  strzępów, 
potem spadły w ogień trzewi i spłonęły. 

Wojownik opadł na kolana. 
Zemdlał. Umarł. Pochłonęła go ofiara. 

Granica zniknęła. Czerwone światło objęło w posiadanie 

ciało przybysza. 

6. Iter salutis

 

Zbudził  go  dotyk  miękkiej  dłoni.  Pochylała  się  nad  nim 
demonica  -  rozpoznał  ją  od  razu,  mimo  że  zmieniła  się. 
Zamiast  czernieć  pustką  twarz  jej  teraz  promieniała  pięk-
nem.  Pięknem  drapieżnym,  wszechwładnym,  ale  też  zmę-
czonym. 

Nie żyłeś, ale tchnęłam w twoje usta Słowo. Ono uczyniło 

cię żywym i sprawnym, jednak na razie  mogę ci dać tylko 
tyle. 

Darogwiazd zrozumiał dopiero, gdy dotknął krocza. Du-

ży  strup  dokładnie  wskazywał  miejsce,  gdzie  kiedyś  wo-
jownik miał to, co najważniejsze. Nie owładnął nim  żal ani 
przygnębienie.  Miał  przeczucie,  że  ból  to  tylko  jeden  ze 
stopni, które musi pokonać. 

Nic nie mów. Przygotuj się do dalszej drogi. Pamiętaj, że 

do  czasu  Zaślubin  nie  wolno  ci  wyrzec  więcej  niż  jedno 
zdanie. Ono przesądzi o twych dalszych losach. 

Tropiślad nie wiedział, czym będą  zaślubiny, lecz skoro 

mógł  użyć  tylko  jednego  zdania,  pytania  pozostawi  na 
później. 

Po  kilkunastu  krokach  doszli  do  wielkiej  jaskini,  gdzie 

miejsce czerwonej poświaty zajęły ciemności. Odwrócił się 
do przewodniczki, ale zniknęła. Pojął, że czeka  go następ-
na próba. 

Zapalił  wszystkie  pochodnie  i  powtykał  je  w  szczeliny 

skalne. Dopiero wtedy rozejrzał się. 

Wnętrze  grota tonęło w mroku, jednak strop wisiał tylko 

kilka  kroków  nad  głową wojownika.  Pomieszczenie  miało 
ściany  pomalowane  na  czerwono.  Nie  był  to  naturalny 
kolor skały.  Wysypane drobnym piaskiem podłoże w wie-
lu  miejscach  zawalały  stosiki  szarych  kulek.  Tropiślad 
dotknął ich. Odchody. Jedne stare, inne świeże. 

Naraz zakręciło mu się w głowie, pociemniało w oczach, 

jednak  zamiast  zemdleć,  ujrzał  ostrzeżenie  od  żurawia: 
grota  wyglądała  tak,  jak  przed  chwilą,  ale  nigdzie  nie  do-
strzegł  łajna.  Zaraz  potem  powrócił  dawny  obraz  jaskini, 
lecz  po  co  władczyni  labiryntu  miałaby  go  mamić  wido-
kiem nieczystości? 

Z  zamyślenia wyrwały go głośne kroki. Szybko odwrócił 

się ku niebezpieczeństwu. 

Z mroku wyłaniał się czworonożny stwór o ciele byka. W 

miejscu,  gdzie  powinien  widnieć  łeb,  wyrastał  tułów 
człowieka.  Jego  twarz  osłaniała  maska,  która  w  innyc h 
okolicznościach  wydałaby  się  wojownikowi  śmieszna  - 
ukazywała oblicze wykrzywione strachem. 

Właśnie ten strach stał się w jego oczach własną bojaź-

nią,  od  zawsze  tłumionym  lękiem  przed  nieznaną,  a  prze-
cież  tkwiącą  w  nim  samym  obcością.  A  teraz  znalazł  się 
właśnie w świecie nieprzyjaznym, niezrozumiałym i peł- 

nym bólu. Jakie  znaczenie  ma to, czy będzie walczył, czy 
pozwoli zadusić się wrogowi... 

Niespodziewanie  uczuł  na  ramieniu  szpony.  Sowa.  Ta 

jedyna  więź  z  życiem  i  znanym  światem  pozwoliła  mu 
ocknąć się ze snu zwątpienia. Znów zaczął myśleć. 

Nieprawdziwe odchody. 
Jedno zdanie. 
SŁOWO. 

Ty jesteś NIEŻYWY -krzyknął. 
Zniknęło zwierzęce łajno. Potwór stanął w miejscu, zamarł. 

Maska opadła na piasek odsłaniając nieruchome rysy posągu. 

Tropiślad podszedł do niego i  niepewnie dotknął skóry. 

Metalowa. Z brązu. 

Poznałeś  jego  prawdziwe  istnienie,  Darogwiaździe  - 

demonica pojawiła się tuż obok. - Nie zbywa ci na sprycie 
ani na mądrości. 

Spojrzał na kobietę, czekając na dalsze słowa. 

Moje prawdziwe imię brzmi: Niewinna. Zrozumiał, że 
zaufała mu i dała władzę nad sobą. Postanowił nigdy nie 
zawieść tego zaufania. 

Twoje prawdziwe imię brzmi: Ojciec Niebieski. 

7. Iter mysticum

 

Prowadziła go za rękę niczym bezbronnego dzieciaka aż do 
stóp stromych schodów. 

Wejdź  na  nie i nie obawiaj się niczego. Tylko będąc so-

bą zdobędziesz to, co chcesz. 

Darogwiazd klasnął na sowę, ale ta nie przyleciała. 

 

background image

 

Usiadła  na  ramieniu  demonicy  i  kiwnięciem  łebka  dała 
znak, by szedł sam. 

Wszystko,  co  cię  spotka,  jest  przeznaczone  tylko  dla 

człowieka. Sowa nie ma tam wstępu. 

Zbliżył pochodnię do schodów. Każdy stopień ozdobio-

no płaskorzeźbami przedstawiającymi oblicza potworów i 
najciemniejszych  demonów.  Darogwiazd  wiedział,  że  stą-
pając po ich twarzach okazuje im wyższość i pogardę. 

Schody  kończyły  się  przed  rzeźbioną  bramą,  której 

strzegł kamienny kolos o twarzy uplecionej z jelit, o ustach 
z ognia i członku zakończonym głową węża. 

Tropiślad  nie  przeklął  strażnika,  choć  tak  nakazywały 

nauki kapłanów. Po cóż przeklinać kamień? 

Za  bramę  pochodnia  przestała  być  potrzebna.  Cztery 

ustawione  pod  ścianami  trójnogi  z  płonącymi  węglami 
oświetlały całą komnatę. Wojownik rozejrzał się. Pomiesz-
czenie  było  sześciokątne.  Na  samym  środku  wznosił  się 
masywny  ołtarz,  okolony  ustawionymi  pionowo  rogami 
byków.  Lewymi  rogami.  Pomiędzy  nimi  spoczywała  ma-
lutka  figurka  Wielkiej  Matki.  Jedynie  ciężkie  piersi  i  roz-
warty  srom  zostały  szczegółowo  wykończone.  Resztę, 
nawet twarz, ledwo zaznaczono. 

Wojownik wolno zbliżał się do posążka, mając wrażenie, 

że  ołtarz  jest  paszczą,  której  zęby-rogi  zaraz  go  połkną  i 
zmiażdżą. 

Wreszcie  stał  u  celu  wędrówki.  Dorównał  Dobarowi. 

Imię jego przejdzie teraz do legendy. 

Delikatnie ujął figurkę. Podniósł ją bez wysiłku, zrobio- 

na  była  z  drewna.  Cieszył  oczy  tak  cenną  zdobyczą,  czuł 
dumę  z  tak  wielkiego  czynu.  Odwrócił  się  ku  schodom  i 
począł iść. Już  miał postawić stopę na pierwszym stopniu, 
gdy  przypomniał  sobie,  że  musi  przecież  złożyć  zadość-
uczynienie  Matce  Ziemi  za  zabranie  figurki.  Nie  dlatego, 
że  tak  nakazywało  prawo.  Dlatego,  że  sam  czuł  potrzebę 
oddania bogini tego, co się jej należało. 

Postawił  zdobycz  przy  bramie.  Niecierpliwym  krokiem 

podbiegł  do  ołtarza,  jednocześnie  ściągając  torbę,  by  wy-
ciągnąć kadzidła i tablicę z błagalnymi modlitwami. 

Kiedy stawiał ofiary między rogami, poczuł, że kamien-

ny  ołtarz  żyje.  Płyty  rozwarły  się  miękko,  układając  w 
fałdy cuchnącej potem skóry. 

Siła nie do przezwyciężenia kazała mężczyźnie pochylić 

się nad powstałym otworem, z  którego dobywał się łomot 
olbrzymiego serca. Biło coraz szybciej i szybciej. 

Darogwiazd poczuł, jak jego własne serce pracuje w tym 

samym rytmie. Szybciej i szybciej. 

Dwa serca, a jakby jedno.  Zrozumiał,  że tego  naprawdę 

szukał. 

8. Hieros gam os

 

Oparł dłonie na byczych rogach, aby  móc głębiej zajrzeć w 
otwór.  Nie  dostrzegał  nic  poprzez  ścianę  ciemności,  ale 
wydawało mu się, że źródło bicia przybliża się. 

Jest tuż, tuż. 
Puścił  rogi,  gdy  poczuł,  że  się  poruszyły.  Pozbawiony 

równowagi,  wpadł  w  otchłań.  Nie  krzyczał,  bo  strach  nie 
nadszedł. Oddał się pustce dobrowolnie. 

Wielkie wargi zamknęły się tuż  za jego  nogami, a dzie-

siątki  zębów  uderzyły  o  siebie.  Został  połknięty  przez 
rybę, której nie słychać. Przez paszczę, której nie widać. ' 

Zaślubiny Ojca Niebieskiego z Matką  Ziemią rozpoczęły 

się. 

9. Viscera terrae: Locus absconditus

 

Spadał  tylko  krótką  chwilę,  wystarczająco  długą  jednak, 
by  poprzez  bicie  nieznajomego  serca  spłynęła  na  niego 
otucha. Ukoiła niepokój i dała moc. 

Dwa serca poznały się i połączyły. 
Uczuł pod  nogami twardą powierzchnię. Gdy  tylko wy-

prostował  się,  cała  przestrzeń  zalana  została  wesołym 
światłem.  Usłyszał  śmiech  i  radosne  okrzyki.  Zbliżały  się 
dwie procesje. 

Pierwsza, większa i barwniejsza, zatrzymała się kilkana-

ście kroków przed  nim.  Przewodziła jej Niewinna,  ubrana 
teraz  w  strój  kapłanek  Wielkiej  Matki.  Na  jej  rękach  sre-
brzyły  się  wielokrotnie  splecione  bransolety  w  kształcie 
węży  pożerających  własny  ogon.  Dumnie  uniesione  sutki 
Niewinnej  pomalowano  na  żółto  i  jaskrawoczerwono. 
Tworzyły  serca  kwiatów,  których  karminowe  płatki  obej-
mowały całe bujne piersi. 

Długi na wiele łokci tren sukni Niewinnej trzymały chi-

choczące  młode  dziewczyny,  odziane  tylko  w  powiewne, 
muślinowe szaty. Rzucały ciekawe i pełne pożądania spoj-
rzenia  na  człowieka,  zaraz  jednak  zwróciły  oczy  ku  dru-
giemu korowodowi. 

Szli  w  nim  sami  mężczyźni,  a  raczej  stworzenia  płci 

męskiej.  Byli  tam  i  ludzie,  i  półkonie,  i  osły,  i  kozły,  i 
półbarany,  i  mnóstwo  innych.  Część  kroczyła  na  dwóch 
nogach,  część  na  czterech.  Otaczali  dwóch  ludzi,  trzyma-
jących  na  nosidłach  podłużny  przedmiot  przykryty  złotą 
materią.  Inaczej  niż  procesja  dziewcząt,  wszyscy  utrzy-
mywali powagę, a z ich ust unosiła się groźna, tajemni- 

 

background image

cza pieśń o  niezrozumiałych dla tropiślada słowach. Może 
zresztą  nie było słów, a pozorną pieśń tworzyły prymityw-
ne odgłosy, nie mające nic wspólnego z mową człowieka. 

Darogwiazd  spostrzegł,  że  procesja  idzie  wprost  ku 

niemu.  Otoczyli  go  zwartym  kołem,  po  czym  podjęli inną 
melodię, weselszą  i  szybszą.  Z  ich  szeregu  wystąpiło wol-
nym krokiem dwóch ludzi z nosidłami. 

Położyli je na ziemi i  z  namaszczeniem  unieśli materię. 

Wspólnie  uchwycili  spory  podłużny  kamień  i  wynieśli 
wysoko  ponad  głowy.  Na  ten  widok  wszyscy  wydali 
okrzyk  radości.  Korowód  rozpoczął  dziwny  taniec  wokół 
tropiślada.  Wykonywane  gesty  pełne  były  sprośności  i 
szczęścia. 

Wojownik  poznał  kamienny  przedmiot.  Był  to  niezwy-

kle gruby członek, ozdobiony jądrami wielkimi jak dojrzałe 
jabłka. 

Ludzie niosący dumnego Rozdawcę Życia poczęli powoli 

krążyć  naokoło Darogwiazda, w kierunku przeciwnym  niż 
tańczący  korowód.  Co  kilka  kroków  przytupywali  i,  obni-
żając  członka  do  wysokości własnych  kroczy,  wykonywali 
kilka  silnych  ruchów  biodrami.  Potem  znów  rozpoczynali 
marsz. 

Kiedy już trzy razy obeszli przybysza, przez kordon tan-

cerzy przecisnęły się trzy staruchy. Odebrały kamień  męż-
czyznom i podeszły do Darogwiazda. 

Nie wiedział, co ma robić, ale pozwolił im ściągnąć z sie-

bie  ubranie.  Pomarszczone  dłonie  zerwały  strupy  z  jego 
krocza.  Krew  rzuciła  się  na  uda,  lecz  tropiślad  nie  czuł 
bólu. Staruchy pośród wysokiego  krzyku wszystkich obec-
nych  przyłożyły  członek  do  rany  i  cofnęły  ręce.  Kamień 
przywarł do ciała i już tam pozostał. 

Kiedy  wojownik  oderwał  od  niego  wzrok,  zgrzybiałe 

baby  przemieniły  się  w  dziewczęta,  które  uciekły  z  krzy-
kiem. Człowiek poznał jednak, że nie był to  krzyk strachu, 
lecz radości. Radości, która udzieliła się i jemu,  gdyż pojął, 
że oto jest u kresu drogi. Znalazł siebie. 

Poczuł  uściski  dziesiątków  silnych  rąk.  Ramiona  tłumu 

przekazywały  go  sobie,  aż  został  zaniesiony  przed  oblicze 
Niewinnej. Ta przywitała go uśmiechem i słowami: 

Przybyłeś  ku  śmierci,  a  poznasz  życie.  Myślałeś,  że 

idziesz  ku  ułudzie,  a  zaznasz,  czym  jest  istota  stworzenia. 
Przyszedłeś  do  nas  spośród  ludzi,  ale  wiedz,  że  żyją  oni 
nieprawdziwie. Są tylko cieniami dawności. Mimo  że trzy 
razy  już  doznałeś  oczyszczenia,  nadal  pełen  jesteś  grzesz-
nej pychy.  Musisz zostać oczyszczony raz jeszcze, a wtedy 
otworzy się przed tobą droga objawienia. 

Klasnęła i władczym gestem  nakazała swym poddanym, 

by czynili, co należy. 

„Droga objawienia" - pomyślał ze zdumieniem tropiślad 

-  „chyba  już  zawsze  będę  wstępować  na  coraz  to  nowe 
drogi". 

Zapłonęły  ogniska.  Zagrały  instrumenty.  Przyniesiono 

kadzie pełne miodu i wina. Rozpoczęła się zabawa. 

Dla Niewinnej i wojownika ustawiono dwa wysokie tro-

ny, z  których  mogli obserwować wszystko, co dzieje się w 
rozległej  komnacie.  Właśnie  przyglądał  się  jednej  z  dwo-
rek, gdy Niewinna spytała: 

-  Jak podoba ci się moje królestwo? 
-  Myślałem  zawsze, że władzę nad labiryntami posiada 

Wielka Matka - odparł zaskoczony. 

-  Czyż nigdy nie słyszałeś o trzech prawdach: że Słowo 

pochodzi  od  Matki,  że  Niewinna  jest  Słowem  i  że  nie  ma 
różnicy  między  Matką  a  jej  potomstwem?  Ja  jestem  tą, 
którą  nazywacie  Ziemią,  Mokoszą,  Potnią,  Wielką  i  set-
kami innych imion. Jestem też Słowem i jestem Niewinną. 

Darogwiazd,  który rozmawiał z nią niemal jak  z równą, 

a miał nawet nadzieję na wejście do jej łoża, poczuł się jak 

niedorostek przy  kobiecie dojrzałej, traktującej go przyjaź-
nie,  lecz  z  pobłażliwością.  Zrozumiał  dopiero  teraz  zmę-
czenie w jej rysach, gwałtowność gestów i pewność mowy. 
Nie rozumiał tylko, dlaczego czyniła mu tyle zaszczytów i 
sadzała obok siebie. To przerastało jego pojmowanie. Było 
też coś jeszcze: rozczarowanie, że wszędzie wszystkim rzą-
dzą  jakieś  sztywne  prawa,  poza  które  nie  wykraczają  na-
wet bogowie. Rzekła na to jakby czytała w myślach: 

Tak  być  musi.  -  I  dodała:  -  Na  razie  jesteś  tylko  czło-

wiekiem,  ale  dostrzegłam  w  tobie  zaczyn  doskonałości. 
Niedługo  dostąpisz  wtajemniczenia,  którego  niewielu  za-
znało  przed  tobą.  I  pamiętaj,  że  zrozumienie  objawienia 
czyni człowieka bogiem. 

Pomyślał,  że  nie  pozostaje  mu  nic  jak  tylko  czekać  na 

wtajemniczenie.  Ale  nie  chciałby  ponownie  przeżywać 
katuszy jak przy ucinaniu członka. 

Patrz! - krzyknęła Niewinna. 

Upojeni  winem  podwładni  królowej  poczęli  pląsać  w 

uniesieniu.  Mężczyźni  łapali  najbliższe  z  kobiet.  Te  nie 
sprzeciwiały  się,  oplatając  ramionami  ośle,  ludzkie  bądź 
koźle karki. 

Patrzącemu  na to Darogwiazdowi na przemian robiło się 

to  zimno,  to  gorąco.  Czuł  narastające  podniecenie.  Gdyb y 
nie  siedział  obok  bogini,  rzuciłby  się  pomiędzy  rozpasa-
nych tancerzy. 

Chodź.  Poznasz  mnie  -  z  niechęcią  zrozumiał,  że  Nie-

winna chce, by oddalili się od zanurzonych w rozkoszy ciał. 

Znalazł  się  pośród  ośmiu  zakutanych  w  opończe  star-

ców. Unieśli go  na  kamienną ławę, potem ogolili i ostrzy-
gli. Posługiwali się nożycami i brzytwą delikatnie i rozważ-
nie. Nie opierał się, czując, że te zwykłe czynności stają się 
święte  w  obliczu  bogini.  Zstąpiła  na  niego  czystość  ciele-
sna. 

Gdy wstał, jego głowa spłynęła mlekiem i miodem, które 

pomieszały się, tworząc strumyki obmywające szyję, pier-
si, ramiona. 

Niewinna własnymi rękami wtarła  mleko i  miód w jego 

skórę. Zstąpiła na niego czystość duchowa. 

Chodź, poznasz siebie! - rozkazała bogini. 
Wzięła go za rękę, tak samo, jak w korytarzach Śmierci. 

Obserwował  jej  miękki  krok,  kołyszące  się  biodra  i  na-
brzmiałe piersi. Obserwował, jak w oczach wzbierają pło-
mienie  gorętsze  od  tych,  którymi  płonęli  kochający  się 
dworzanie.  Obserwował  lekko  rozchylone  usta  nucące 
pieśń pożądania. 

Chciał jej i tylko jej. Żadna inna nie była w stanie dać mu 

teraz tego, czego pragnął. Nadal jednak powstrzymywał go 
strach  przed  ogniami  płonącymi  w  ciałach  bogów.  Ognia-
mi zdolnymi spopielić każdą istotę ziemską. 

Weszli na schody. Szli tak przez całe setki lat, pokonując 

tysiące  tysięcy  stopni.  Darogwiazd  nie  odczuwał  zmęcze-
nia i wcale nie chciał, by marsz ten skończył się kiedykol-
wiek. 

Mając Niewinną u boku, gotów był poświęcić wieczność 

na wspinanie się 

nieskończone wspinanie się do Pałacu Jelit. 

Nie  miał już wątpliwości, że zmierzali właśnie tam. Do 

legendarnego  grodziska,  gdzie  pośród  krwawych  chmur 
Wielka  Matka  przyjmowała  wszystkich  swych  wyznaw-
ców.  Gdzie  dawała  im  wieczną  mądrość  lub  strącała  do 
Przepaści. Gdzie było wszystko i nie było niczego. 

Do Pałacu Jelit.  
Szczawnica, luty 1992 

Artur C. Szrejter 

background image

 film i fantastyka

 

Kolejny festiwal warszawski

 

zainaugurowano klasyką kina SF.

 

Przed rokiem byt to „Gabinet doktora

 

Caligari" Roberta Wiene, obecnie

 

(październik '92) dwunastodniową ucztę filmu

 

autorskiego rozpoczął uroczysty pokaz

 

„Metropolis

n

 Fritm Langa, Przepowiadaliśmy

 

Z Dorotą rok temu, ze tak będzie.

 

FANTAZJE

 

BEZ GRANIC

 

Maciej Parowski

 

Trudniej natomiast by

łoby przepo- 

wiedzie

ć kierunek, w którym pój- 

dzie tzw. kino ambitne. Repertuar 
festiwalu obfitowa

ł w dokonania 

żnorodne, od półamatorskich, ni- 

skobud

żetowych wprawek po wręcz 

przyt

łaczającą orgię technicznych 

i intelektualnych mo

żliwości kina, 

jak

ą zaproponował Peter Greena- 

way w ekranizacji BURZY Szekspira. 
Greenaway, o jego KSI

ĘGACH PRO- 

SPERA pisze na str. 60 Dorota Mali- 
nowska, by

ł honorowym gościem i 

bohaterem festiwalu. Ch

ętni mogli 

zobaczy

ć retrospektywę wszystkich 

jego filmów. I cho

ć nie tak łatwo 

przyklei

ć dorobek tego angielskiego 

re

żysera do szeroko rozumianej fan- 

tastyki (jak rok temu zrobi

łem z go- 

szcz

ącym w Warszawie Roegiem), to 

jednak i w jego przypadku nie b

ę- 

dzie to od rzeczy.

 

W tzw. fa

łszywych dokumentach 

Greenawaya, w jego sk

łonności do 

symetrii, katalogizowania, budowa- 
nia sytuacji sztucznych, symbolicz- 
nych, w operowaniu cytatem, malar-

 

skim pastiszem, ironi

ą, poetyką ale- 

gorycznego koszmaru, w którym 
zdarzaj

ą się rzeczy niemożliwe w 

rzeczywisto

ści -jest jednak coś z 

fantastyki. Nie standardowej, jar- 
marcznej, lecz tej] jak

ą miał na myśli 

stary Irzykowski mówi

ąc o wprawia- 

niu w ruch pewnych w

ładz duszy. 

Doda

łbym - zwłaszcza władz inte- 

lektu. Greenaway opowiada swoje 
prawdy (raczej obsesje?) o 

świecie, o 

cz

łowieku, budując sytuacje przery- 

sowane, na pograniczu sztuczno

ści, 

za to bardzo wymowne. Jest w tym 
co

ś z właściwej dla SF techniki mo- 

delowania; szerzej o Greenawayu 
czytajcie Pa

ństwo w pismach bran- 

żowych.

 

Natomiast bez trudu przyjdzie mi 

zaliczy

ć do fantastycznego bractwa 

DELICATESSEN Jean-Pierre Jeuneta 
i Marca Caro. DELICATESSEN to 
film absolutnie odjazdowy, wariac- 
ki, bliski science fiction, cho

ć utrzy- 

many w zdecydowanie francuskim, 
nieameryka

ńskim stylu. Zrazu rzecz 

wygl

ąda na ponurą - zapuszczona

 

kamienica na przedmie

ściu, w niej 

rze

źnik-kanibal i jego wygłodniali 

klienci a zarazem ofiary. Czas nieo- 
kre

ślony, Orwellowski, po jakiejś 

wojnie czy pogromie. Potem zamie- 
nia si

ę to w szaloną gonitwę gagów, 

sytuacyjnych nieporozumie

ń, zjawia 

si

ę galeria zadziwiających typów, 

kamienica trz

ęsie się od zabawnej 

grozy, a widownia p

ęka ze śmiechu. 

Znalaz

łem w tym filmie odwołania 

do „Brazil", do „P

łonącego wieżow- 

ca", „Rodziny Addamsów", do 
wczesnych powojennych filmów 
francuskich. Wszystko utrzymane w 
tonacji buffo z tajemniczymi wege- 
tarianami egzystuj

ącymi w kana- 

łach; z artystą cyrkowym o prześmie- 
sznej g

ębie, zakochanym z wzajem- 

no

ścią w córce rzeźnika, który dybie 

tymczasem na jego 

życie; ze zwario- 

wan

ą, a wyrafinowaną samobójczy- 

ni

ą, której nie udają się wymyślne 

targni

ęcia na życie, z facetem hodu- 

j

ącym w pokoju tysiące żab; z finało- 

w

ą sceną zbierania się wody w ła- 

zience tak, 

że zakochani pływają z

 

background image

warszawski festiwal filmowy 

g

łowami pod sufitem. A za drzwia- 

mi czeka te

ściu z siekierą. Piękny, 

szalony film zdradzaj

ący już od czo- 

łówki mistrzowskie opanowanie ka- 
mery; rzecz wyluzowana, na pewno 
nie tania i w oczywisty sposób euro- 
pejska. To ju

ż drugi, po „Nikicie" 

Bessona, film francuski przywracaj

ą- 

cy wiar

ę w odrodzenie kina nad Se- 

kwan

ą.

 

Elementy zupe

łnie innej fantasty- 

ki, nieco staro

świeckiej (film czarno- 

bia

ły) znalazłem w nowelowej skła- 

dance POISON (Trucizna) Todda 
Haynesa. Spo

śród trzech opowieści 

inspirowanych dramatami Geneta - 
BOHATER, HORROR I HOMO - nie 
pokoj

ących, koszmarnych, próbują- 

cych prze

łamywać obyczajowe i ar- 

tystyczne tabu (film ma na koncie 
nagrod

ę Stowarzyszenia Lesbijek i 

Homoseksualistów, Rotterdam '92) 
najlepsza i zarazem najbli

ższa na- 

szej dzia

łki jest historia środkowa. 

Naukowiec robi do

świadczenia ze 

specyfikiem na wzmo

żenie uczuć i 

nieoczekiwanie doprowadza do 
rozpowszechnienia si

ę zarazy - ni 

to AIDS ni tr

ądu. Rzecz jest krótka, 

przejmuj

ąca, mnie kojarzy się z kla- 

syczn

ą „Zemstą kosmosu". Krótkie, 

szybkie, szare uj

ęcie z ulic miasta 

noc

ą, po którym krąży bohater już 

ze 

śladami choroby na twarzy, by w 

ko

ńcu odnaleźć kochaną kobietę. Ją 

spotka

ło to samo. Jest w tej prostej 

opowie

ści magia kina i groza, któ- 

rej brak cz

ęsto wyszukanym super- 

produkcjom.

 

I to nieomal wszystko, je

śli chodzi 

o oczywiste, fantastyczne parante- 
le. Par

ę słów o fantastyce jako przy- 

prawie, pretekstowym wtr

ęcie. 

Znajdziemy to np. u Jarmuscha; w 
NOCY NA ZIEMI kamera naje

żdża 

na globus, patrzymy na Ziemi

ę jak- 

by z perspektywy Marsjanina, który 
l

ąduje między nami i sam niewi- 

doczny obserwuje kilka zabawnych, 
przewrotnych historii dziej

ących się 

w taksówkach (w Los Angeles, No- 
wym Jorku, Pary

żu, Rzymie i Helsin- 

kach). Mi

łośnikom Jarmuscha nie 

sprawi ten film zawodu. U Paw

ła 

Łungina w LUNA PARKU, w jego 
moskiewskich skinach- nacjonali- 
stach odkry

łem dość nieoczekiwa- 

nie filmowych braci zadziwiaj

ącej 

cz

łowieczej menażerii z „Mad Ma- 

xów" Millera, czyli estetyka kina SF 
pomaga czasem mówi

ć o rzeczywi- 

sto

ści. Natomiast zabawne odwoła- 

nie do kina science fiction znajdzie- 
my w filmie 

ŚWIAT WAYNE'A Pe- 

nelopy Spheeris. W tej znanej ju

ż u 

nas telewizyjno-muzycznej komedii 
zjawia si

ę ni stąd ni zowąd demo-

 

background image

 film i fantastyka

 

niczny robot T-1000 z „Terminatora 
2". Mo

żna w tym widzieć i kpinę z 

bohaterów fantastyki, i swoisty 
ho

łd złożony popularności kina SF.

 

Na zako

ńczenie o filmie ROŻEN- 

KRANTZ I GUILDENSTERN NIE 

ŻY- 

J

Ą Toma Stoparda, postmoderni- 

stycznej trawestacji HAMLETA. Sto- 
pard zabawi

ł się z Szekspirem tro- 

ch

ę tak, jak Sapkowski z Tristanem i 

Izold

ą w „Maladie" (oczywiście, to 

Stopard by

ł pierwszy). Oglądamy hi- 

stori

ę Hamleta poprzez losy jego 

fa

łszywych przyjaciół, wiemy, że je- 

ste

śmy w teatrze, ale teatr to praw- 

da, a 

świat jest grą. Są w tym filmie 

elementy niepokoj

ące i bliskie fan- 

tastyce, sugeruj

ące, że rzecz dzieje 

si

ę w innym wymiarze probabili- 

stycznym i czasowym. Scena otwie- 
raj

ąca film: bohaterowie rzucają 

znalezion

ą monetą, kilkaset razy 

pod rz

ąd wychodzi im reszka. Znaj- 

dujemy si

ę więc w krainie fatum, lo- 

su, który ju

ż wydał swój wyrok. Pa- 

nowie R. i G. wpl

ątani między króla 

i Hamleta k

łamią, kluczą, czy mogli- 

by tego nie robi

ć? Jeden z nich bez 

przerwy konstruuje jakie

ś turbinki, 

wiatraczki, kukie

łki wyglądające 

bardzo wspó

łcześnie. Stopard mno- 

ży sygnały-anachronizmy, panowie 
R. i G. z podejrzan

ą znajomością 

rzeczy dyskutuj

ą o teorii prawdopo- 

dobie

ństwa, która narodzi się dwie- 

ście lat później. Są więc więźniami 
losu i szekspirowskiej wersji, czy 
gdyby mieli charakter mogliby za- 
chowa

ć się godziwiej? Czy w każ- 

dym wariancie tej historii musz

ą 

straci

ć życie?

 

Stopard i Greenaway to dwaj 

twórcy kina tworz

ący daleko poza 

gettem SF, a jednak flirtuj

ący z fan- 

tastyk

ą na różne sposoby, z których 

mogliby

śmy się wiele nauczyć. War- 

to o tym pami

ętać wyruszając do ki- 

na, bo czyste arcydzie

ła SF w rodza- 

ju „Blade Runner" trafiaj

ą się raz 

na dziesi

ęciolecie. I na zakończenie 

kolejna przepowiednia, która by

ć 

mo

że się sprawdzi: w tym roku je- 

sieni

ą na otwarcie kolejnego festi- 

walu warszawskiego obejrzymy, jak 
s

ądzę, „Nosferatu" - film z 1922 ro- 

ku Friedricha Wilhelma Murnaua. 
Konsekwentnie stawiam, cho

ć nie- 

bezinteresownie, na fantastyk

ę.

 

Maciej Parowski

 

background image

 

Fantastyk

ę rozpoznaje się często nie 

tylko w dzie

łach twórców 

przyznaj

ących się do jej uprawiania. 

Utwory z pogranicza wnosz

ą nowe 

warto

ści, rozszerzają umowne 

definicje gatunku, dodaj

ą kolorytu. 

Podczas zesz

łorocznego 

warszawskiego festiwalu mieli

śmy 

okazj

ę obejrzeć „Fisher Kinga" 

Terry'ego Gilliama, którego ca

ła 

twórczo

ść odbija się silnym piętnem 

na fantastyce. W tym roku 
organizatorzy uraczyli nas 
retrospektyw

ą innego brytyjskiego 

twórcy, Petera Greenawaya. W

śród

 

 

I

LUZJONISTA

 

PIĘKNA

 

Dorota Malinowska

 

 

prezentowanych filmów znalaz

ły się 

te

ż „Księgi Prospera", w których 

re

żyser wkracza na teren fantastyki.

 

Greenaway od lat budzi emocje 

zarówno w

śród widzów, jak i 

krytyków. Dla jednych wspania

ły, 

przez innych odbierany jako 
przeestetyzowana miernota. „Ksi

ęgi 

Prospera" o tyle ró

żnią się od jego 

poprzednich filmów, 

że po raz 

pierwszy przy pracy nad scenariuszem 
(zawsze sam jest ich autorem) opar

ł 

si

ę o pierwowzór literacki. Pierwszy i 

najprawdopodobniej ostatni: 
Wspaniale pracowa

ło mi się ze 

scenarzyst

ą Szekspirem, ale człowiek 

czuje si

ę znacznie lepiej, gdy ma do 

czynienia tylko z w

łasną osobą.

 

Prawdopodobnie ka

żdy twórca 

trafia kiedy

ś na dzieło już istniejące, 

które sam ch

ętnie by stworzył. Być 

mo

że tak było w przypadku 

Greenawaya i „Burzy". Kiedy ogl

ąda 

si

ę film, jego materia jest tak 

greenawayowska, 

że trudno wprost 

uwierzy

ć w obcą inspirację. Jednak 

jest to bardzo dowolna adaptacja 
dramatu. Jej bohaterami s

ą Prospero, 

który jednocze

śnie może być 

Szekspirem i Greenawayem, oraz 
jego umi

łowane księgi. A więc 

przede wszystkim ksi

ęga wody, ale i 

inne, o j

ęzykach, kolorach, grach, 

architekturze, utopiach. Dwudziest

ą

 

background image

film i fantastyka

 

 

Greenaway jest z wykszta

łcenia

 

malarzem, co bardzo wyra

źnie 

odbija si

ę zarówno w jego 

twórczo

ści jak i w wypowiedziach. 

Ale w „Ksi

ęgach Prospera" 

ujawnia si

ę również fascynacja 

s

łowem pisanym. To oczywiste, że 

maj

ąc do czynienia z tak 

wspania

łym tekstem, starałem się 

traktowa

ć go z estymą. Ale zdaję 

te

ż sobie sprawę, że odchodziłem 

od niego - powiedzia

ł Greenaway. 

- Wierz

ę, że „Księgi Prospera" to 

bardziej film o tek

ście niż 

przedstawienie. Dowodem na to 
jest fakt, 

że chciałem ożywić 

sztuk

ę, która już całkiem zaginęła, 

kaligrafi

ę.

 

Kino nazywane przez 

Greenawaya sztuk

ą bękarcią, 

sztuk

ą z nieprawego łoża,

 

czwart

ą księgę Prospero dopiero 

pisze - to w

łaśnie „Burza". I gdy w 

ko

ńcowej scenie wszystkie foliały 

zgin

ą, ten jeden pozostanie. Film 

miejscami przypomina „Imi

ę róży" 

z zazdro

śnie przez mnichów 

strze

żoną biblioteką. Wchodzimy 

świat uwielbienia książek, 

których tre

ść może zastąpić 

rzeczywisto

ść. Moc słowa pisanego 

ma nad wieloma z nas ogromn

ą 

w

ładzę. Dzięki słynnej 

pieczo

łowitości reżysera w 

pokazywaniu detalu uda

ło mu się 

zamieni

ć obrazy kart książek na 

materia

ł prawdziwie filmowy.

 

Opowie

ść Prospera o Prosperze 

ma wymiar mityczny. Ksi

ążę 

Mediolanu zdradzony przez brata 
Antonia i wys

łany na pewną 

śmierć, ratuje się na małej 
wysepce, gdzie 

żyje wraz ze swą

 

córk

ą Mirandą w otoczeniu 

bardziej tworów wyobra

źni niż 

materialnych przedmiotów. Si

łą 

swego umys

łu i dzięki mądrości 

ksi

ąg rządzi miejscowymi duchami, 

by wreszcie jako stary cz

łowiek 

wróci

ć w chwale do Mediolanu. 

Film Greenawaya mo

żna (jak 

zwykle) odbiera

ć w różny sposób. 

Przede wszystkim jako oryginaln

ą 

interpretacj

ę utworu Szekspira. 

Nast

ępnie jako przypowieść o 

winie i wybaczaniu oraz o 
zrozumieniu natury ludzkiej. 
(Greenaway nie jest o niej 
najlepszego zdania, natomiast id

ąc 

za Szekspirem daje cz

łowiekowi 

szans

ę - chwilami mamy wrażenie, 

że źle się czuje będąc tak 
wielkoduszny). „Ksi

ęgi Prospera" 

s

ą również hołdem złożonym 

wszelkiej sztuce.

 

 

KSI

ĘGA PROSPERA 

(Prospero's Books). Re

żyseria: Peter

 

Greenaway. Scenariusz: Peter Greenaway

 

wed

ług sztuki Williama Szekspira „Burza".

 

Zdj

ęcia: Sacha Vierny. Muzyka: Michael

 

Nyman. Obsada: John Gie

łgud (Prospera),

 

Michael Clark (Caliban), Michel Blanc (Alonso),

 

Tom Bell (Antonio).

 

żerującą na innych sztukach, 
wydaje si

ę być raczej cudownym 

dzieckiem wielu rodziców. I 
w

łaśnie filmy Greenawaya są tego 

dobitnym przyk

ładem. Kino 

o

żywia nieruchomy obraz, 

ozdabia go podk

ładem 

muzycznym, a przy tym opowiada 
zapisan

ą wcześniej historię. Moje 

kino bywa okre

ślane często jako 

barokowe. Uwa

żam, że żyjemy w 

prawdziwie barokowej epoce. 
Nadmiar ludzi i przedmiotów 
sprawia, 

że sztuka musi temu 

zjawisku dawa

ć wyraz. Uważam 

te

ż, że z barokiem kojarzy się 

poj

ęcie iluzji. Kino jest tylko 

cieniem, a telewizja zapisem 
punktów. Czy mo

że być 

cudowniejsza definicja iluzji? 
Zarzuca mi si

ę nadmiar detalu, 

który kto

ś nazwał białym szumem. 

Dzi

ęki technice wideo każdy z nas 

mo

że oglądać film po wielokroć w 

swoim w

łasnym domu. I wtedy 

szum staje si

ę ciągiem informacji. 

Za ka

żdym razem oglądamy coś 

innego. U ka

żdego innego 

re

żysera te słowa zabrzmiałyby jak 

bufonada. Nie u Greenawaya. 
Rzeczywi

ście, on proponuje nam 

obraz o zmiennej tre

ści, przed 

którym mo

żna spędzać całe 

godziny, wci

ąż odnajdując coś 

nowego i fascynuj

ącego.

 

background image

film i fantastyka

 

Nigdzie tak wyra

źnie nie 

wida

ć najnowszych 

tendencji kina jak na 
festiwalach. Mo

żna tam 

obejrze

ć większość 

reprezentatywnych 
filmów ostatniego okresu, 
co ju

ż nastraja do 

porówna

ń. W dodatku 

rzadko kiedy kierunki tak 
łatwo były 
rozpoznawalne jak 
ostatnio. Tu mo

żna tylko 

westchn

ąć - niestety.

 

Najwyra

źniej 

zauwa

żalną grupą filmów 

s

ą tzw. sequele. Czas, by 

u

żywane na całym świecie 

s

łowo wprowadzić do 

s

łownika polskiego 

kinomana. Sequel to 
dalszy ci

ąg, kontynuacja, 

cz

ęść druga, trzecia, 

dziesi

ąta. Zrazu zjawisko 

marginalne przy produkcji 
wysokobud

żetowej, 

teraz sta

ło się chlebem 

powszednim kina, które 
zreszt

ą sequela nie 

wymy

śliło. Natura ludzka 

sprawia, 

że 

przywi

ązujemy się do 

bohatera i 

że interesują 

nas jego dalsze losy. Na 
tym przyzwyczajeniu 
opierali si

ę często twórcy 

najwi

ększej miary, żeby 

wspomnie

ć Zolę czy 

Balzaka. A w fantastyce 
serial literacki stosowali 
prawie wszyscy od 
Asimova (Fundacja) 
poczynaj

ąc. Erupcja 

sequeli w kinie nast

ąpiła 

par

ę lat temu, co zbiegło 

si

ę z gwałtownym 

podniesieniem kosztów 
produkcji filmów. W

łaśnie 

wielkimi nak

ładami 

t

łumaczy się decyzje 

o eksploatowaniu do 
ko

ńca każdej złotej, 

srebrnej, a nawet 

żelaznej 

żyły. Na festiwalu w Sitges 
przyk

ładami tego 

zjawiska by

ły: trzecia 

cz

ęść A CHINESE GHOST 

STORY (Chi

ńska historia 

o duchach) Chinga Siu 
Tung oraz ARMY OF

 

 

DARKNESS (Armia 
Ciemno

ści) Sama Raimi. 

Pierwszy film kontynuuje 
opowie

ść o starej 

pagodzie, w której duchy 
przybieraj

ą postaci 

pi

ęknych dziewczyn 

i próbuj

ą usidlić 

podró

żnych. Mnich 

b

ędący stróżem małego 

pos

ążka Buddy walczy 

z duchami ratuj

ąc przed 

zgub

ą swego ucznia. 

Wszystko oczywi

ście 

sko

ńczy się dobrze... 

tak

że dla producentów, 

którzy zostawili sobie 
furtk

ę do opowieści 

czwartej. Warto 
zauwa

żyć, że chińskie 

wierzenia przypominaj

ą 

w

ątki z klechd polskich, 

w których strzygi i rusa

łki 

równie

ż stanowiły 

gro

źbę, zwłaszcza dla 

niewinnych i przystojnych 
ch

łopiąt.

 

Nieco inaczej ma si

ę 

sprawa z ARMI

Ą 

CIEMNO

ŚCI. Reżyser 

i wspó

łscenarzysta filmu 

Sam Raimi wyrobi

ł sobie 

reputacj

ę twórcy 

superhorrorów ju

ż po 

pierwszym filmie EVIL 
DEAD 
(„Diabelski 
nieboszczyk" - recenzja 
„F" 2/88). By

ła to tania 

produkcja (dzi

ś już 

podobno z tak 
niewielkimi pieni

ędzmi 

nie da si

ę dostać na 

planet

ę Kino), która 

przynios

ła duże zyski. 

Zgodnie z normaln

ą 

procedur

ą jakiś czas 

potem pojawi

ł się w 

kinach EVIL DEAD II: 
DEAD BY DAWN 
(Diabelski nieboszczyk II, 
martwy przed 

świtem). 

Kolejn

ą produkcją 

Raimi'ego by

ł utrzymany 

w tym samym stylu 
DARKMEN, który 
potwierdzi

ł pozycję 

re

żysera. Nic dziwnego, 

że na festiwalu, gdzie 
gros pokazywanej 
produkcji stanowi

ą filmy

 

background image

SITGES92

 

grozy, oczekiwano od 
Raimi'ego kolejnej porcji 
okropno

ści. ARMIA 

CIEMNO

ŚCI jest-jak

 

s

łusznie się tego 

spodziewano - 
kontynuacj

ą losów Asha, 

bohatera DIABELSKIEGO 
NIEBOSZCZYKA, 
ale - 

o zgrozo - rozegran

ą 

w konwencji komediowej. 
Mo

żna powiedzieć, 

że ARMIA CIEMNOŚCI 
jest przyk

ładem dwóch 

koronnych tendencji 

panuj

ących obecnie 

w kinie fantastycznym: 
eksploatowania starych 
pomys

łów i odejścia 

od czysto

ści gatunku 

do ucieczki w komedi

ę 

w

łącznie.

 

Do panuj

ącej mody 

dostosowa

ł się również 

znany u nas 
z „2010" i „Outland" 
Peter Hyams w STAY 

TUNED („Uwi

ęzić w 

kanale telewizyjnym" - 
tak mo

żna to 

przet

łumaczyć). Pewnego 

dnia u ojca typowej 
ameryka

ńskiej rodziny, 

którego jedynym hobby 
jest telewizja, zjawia si

ę 

elegancki go

ść 

proponuj

ąc darmowy 

odbiornik z setkami 
kana

łów. Za zapłatę 

wystarczy podpis na 
kontrakcie. Tytu

ł filmu 

zdradza fabu

łę. Bohater 

wraz z 

żoną zostaje 

wci

ągnięty do wnętrza 

programu. Je

śli przeżyje 

przez dwadzie

ścia cztery 

godziny, odzyska wolno

ść. 

Jedyny szkopu

ł, że jeszcze 

nikomu si

ę to nie udało. 

Diabelska telewizja 

emituje podobne filmy 
i programy co normalna, 
tylko moralno

ść 

obowi

ązuje w nich nieco 

inna. No i trup 

ściele się 

g

ęsto. Film wcale nie jest 

z

ły, ale oryginalny jedynie 

w sposobie ogrywania 
starych gagów.

 

Nic nowego nie potrafimy 
wymy

ślić? Pęknąć można 

ze 

śmiechu!

 

Horror na weso

ło 

zaproponowa

ł też Frań 

Rubel Kuzui, twórca filmu 
BUFFY, THE VAMPIRE 
SLAYER 
(Buffy, morderca 
wampirów). Film pod 

wzgl

ędem wpływów bije 

podobno w USA 
DRACUL

Ę Francisa 

Coppoli, w którym wielu 
upatrywa

ło nadzieję 

na oczyszczenie gatunku. 

Tak

że John Carpenter 

zrealizowa

ł 

WSPOMNIENIA 
NIEWIDZIALNEGO 
CZ

łOWIEKAjako 

romantyczn

ą komedię dla 

widowni bez ograniczenia 
wieku. Zdecydowane 
odej

ście od twardego 

horroru zadeklarowali 
równie

ż tacy twórcy, 

jak s

łynny z „Teksańskiej 

masakry pi

łą 

mechaniczn

ą" Toby 

Hooper oraz autor 
pierwszej cz

ęści 

„Koszmaru z ulicy 
Wi

ązów" Wes Creven.

 

Tendencje tendencjami, 

ale na szcz

ęście dziś 

równie

ż powstają filmy, 

których nie da si

ę 

wpakowa

ć do 

stereotypowej szufladki, 

a przynajmniej nie w tak 
oczywisty sposób. Nale

żą 

do nich, równie

ż 

pokazywane na festiwalu 
w Sitges: NAKED LUNCH 

Davida Cronenberga (NF 
8/92), COLD HEAVEN 
Nicolasa Roega, RADIO 
FLAYER Richarda 
Donnera, THE TURN OF 
THE SCREW Rusty'ego 

Lemorande oraz THE 
PEOPLE UNDER THE 
STA1RS Wesa Cravena.

 

O nich nast

ępnym 

razem. 

Dorota Malinowska

 

background image
background image

 

spółczesna  rosyjska  fantastyka  ode-
szła  od  fantastyki.  I  jej  dalszy  szlak 
tonie  wciemności...  Coraz  bardziej 

oddala  się  od  Bielajewa  i  Jefremowa,  a 
zbliża  do  Gogola,  Bułhakowa  i  Dostojew-
skiego. Trzy  nazwiska - i trzy ogniska boiu. 
W  tym  wtaśnie  bólu  rodzi  się  teraz  zupeł-
nie  nowy rodzaj sztuki, którego  nie sposób 
już  nazywać jak dawniej „gatunkiem". Sce-
neria,  w  jakiej  wszystko  się  rozgrywa, 
przywodzi  na  myśl  powieść  A.  Buszkowa 
„Anastazja": 

porozrzucane 

wybuchem 

odłamki dawnego świata, strzępy  haseł, od 
strony  słońca  idzie  do  ataku  myśliwiec,  a 
za  fortecznym  murem  stoją  w  milczeniu 
zakuci  w  zbroje  kusznicy.  Chory,  zdefor-
mowany świat.

 

Przyczyny 

zachodzących 

przemian 

tkwią  głęboko,  choć  na  pierwszy  rzut  oka 
wszystko  wydaje  się  bardzo  proste:  uległa 
zmianie  otaczająca  nas  rzeczywistość  i 
zmieniła  się  również  fantastyka.  Ale  to 
niezupełnie  tak.  Zmiana  atrybutów  ze-
wnętrznych  nie  wywiera  aż  tak  zasadni-
czego  wpływu  na  ludzkie  życie.  Owszem, 
rozpadło  się  imperium,  życie  stało  się 
ciężkie;  szaleje  inflacja,  rośnie  bezrobocie, 
przestępczość,  wybuchło  kilka  lokalnych 
konfliktów  zbrojnych.  Dotarty  do  nas  daw-
niej  nieznane,  niedostępne  fakty  i  książki  i 
teraz  trzeba  wszystko  przemyśleć,  upo-
rządkować.  Ale  przecież  ludzkość  nigdy 
nie  zaznała  spokoju:  dręczyły  ją  jak  nie 
zarazy,  to  wojny,  jak  nie  rewolucja,  to 
pieriestrojka.

 

Przemiany nastąpiły w o wiele głębszych 

warstwach  myślenia.  Uległa  zmianie  świa-
domość.  W  rezultacie  pisarzefantaści, 
powiedzmy,  średniego  pokolenia,  znaleźli 
się  na  marginesie.  Jak  określił  to  jeden  z 
nich, J. Lenskij - na trzecim brzegu rzeki. A 
przecież  wiadomo,  że  wszystkie  wielkie 
koncepcje  powstały  właśnie  w  warunkach 
marginesu,  pod  wpływem  przekształconej 
świadomości.

 

Oczywiście,  dodaje  to  otuchy.  Chwilowo 

jednak  wszystkie  nowe  utwory,  które  za-
sługują,  by  poważnie  o  nich  rozmawiać, 
krzyczą  wielkim  głosem,  że  zrodziły  się  w 
piekle.  W  piekle  przekształconej  świado-
mości.

 

W  czasie  ostatnich  czterech  lat  wszyscy 

ci, których  znam i cenię  jako pisarzy, prze-
prowadzali  w  swych  umysłach  poważne 
prace saperskie - burzyli tamy skostniałych 
stereotypów.  To  bolesny  proces  i  jego 
skutki  trudne  są  do  przewidzenia:  kto  wie, 
co  pojawi  się  zza  tamy?  Pojawiły  się  po-
zornie  dziecinne  pytania.  Jak  to,  Bog  rze-
czywiście  jest?  Jak  to,  naprawdę  istnieje 
magia?  Wciąż  obraca  się  wieczne  koło 
karmy?  I  czy  rzeczywiście  raj  dla  wszyst-
kich - „szczęście dla  wszystkich  za darmo" 
-  może  być  czymś  złym?  A  przyszłość 
może  nie okazać się świetlana?  I w końcu, 
czy  naprawdę  ja,  właśnie  ja,  jestem  jedy-
ną,  niepowtarzalną  i  przez  to  wartościową 
osobąHudzką,  nie  zaś  tylko  jedną  z  figurek 
w paradnym szyku?!

 

Proszę  się  nie  uśmiechać.  I  nie  można 

udawać,  że Związku Sowieckiego nie było. 
Był,  razem  ze  swoją  fanatyczną,  perfidną 
doktryną ideologiczną.

 

Pod  jego  gruzami  płonie  teraz  piekło 

przekształconej  świadomości.  Nie  wszyscy 
wytrzymują  okrutną  operację  niszczenia 
dotychczasowych  dogmatów  -  pożegnali-
śmy już  na  zawsze kilku młodych kolegów. 
I,  powtarzam,  to  nie  z  zewnętrznym  świa-
tem trudno dojść do ładu bo czy

 

dyktatury,  blokady,  głód  to  taka  znowu  dla 
nas  nowość?  -  ale  z  wewnętrznym,  wła-
snym, w którym  nagle pojawiły się i mrocz-
ne lochy i oślepiające wyżyny ducha.

 

Rosyjska fantastyka stała się zła. Lecz jest 

to zło, które musimy przemienić  w dobro, bo 
nie mamy z czego innego czynić dobra.

 

Rosyjska fantastyka stała się o wiele bar-

dziej  różnorodna.  W  gruncie  rzeczy  nie  ma 
już  tego  monolitu,  zwanego  dawniej  „ra-
dziecką  fantastyką",  z  którego  dotychczas 
wyłamywali  się  chyba  tylko  Strugaccy. 
Istnieje  określona  liczba  całkowicie  odręb-
nych  autorów,  którzy  rozpierzchli  się  we 
wszystkie strony poszukując własnych dróg.

 

Pojawiła  się  fantastyka  religijna  (chociaż 

zawsze  podejrzewałam,  że  fantastyka  w 
istocie swojej jest głęboko religijna. Ale jakże 
starannie trzeba było to kryć przed czujnym 
okiem  cenzury!).  Właśnie  tak  określiłabym 
utwory  J.  Kriukowoj  „Ewangelia  według 
Magdaleny",  P.  Gurewicza  „Introwędrów-
ka".

 

Mysiąc  o  Bogu,  nie  można  zapominać  o 

diable.  Zwłaszcza  obecnie,  kiedy  pokazał 
swoje  oblicze  w  ogniu  bratobójczych  walk  i 
prześladuje nas ciągle, w codziennym  życiu. 
Idziemy po ulicy i uszy bolą od infernalnego 
słownictwa,  wejdziemy  do  świątyni  -  ileż 
zobaczymy  w  niej  pełnych  hipokryzji  twa-
rzy,  chodzenie  do  cerkwi  stało  się  teraz 
modne.  Księciu  Ciemności  przenikającemu 
do ludzkich dusz rzucają wyzwanie A. Baczi-
ło  (opowiadania  „Thriller"  i  „Przebudzenie 
wilkołaków"),  D.  Truskinowska  (nowela 
„Dusza i diabeł").

 

Magia okazała się zupełnie nowym i bar-

dzo dla nas skomplikowanym tematem Z

 

naszymi  domowymi  gusłami  jakoś  dawali-
śmy  sobie  radę, ale  tu  trzeba  się  uczyć  naj-
rozmaitszych  pentagramów...  Bardzo  zdol-
nym  uczniem  czarodzieja  okazał  się  S. 
Loginów. W jego twórczości zadziwiająco jak 
na rosyjskiego pisarza połączyła się europej-
ska spuścizna magów i polski gotyk. A przy 
okazji, kłaniam się nisko polskiej fantastyce. 
Wiele  się  od  niej  nauczyliśmy  -  przecież 
magiczne,  gotyckie  warstwy  poznawaliśmy 
za jej pośrednictwem.

 

Odradza  się  również  rosyjska  fantastyka 

grozy, w którą swego czasu mieli-swój wkład 
Puszkin,  Zagoskin,  Gogol  i  Tołstoj.  To  mój 
ukochany  gatunek,  traktuję  go  zazdrośnie  i 
bardzo było mi żal, kiedy zatłuczono go pałą 
socrealizmu.  Ale  pojawiły  się  już  utwory 
nowej  fali  -  J.  Newskij  „Pomalowana  szko-
ła",  W.  Wasiliew  „Zasłona",  S.  Loginów 
„Monstrum Magnum".

 

Doczekaliśmy  się  również  pierwszych 

powieści  fantasy.  Oczywiście,  kiania  się 
tam  stary,  dobry  Tolkien,  aie  przecież  to 
dopiero początek, od czegoś trzeba zacząć! 
W  każdym  razie  fantasy  już  istnieje  -  po-
wieści M. Szaliewa „Włóczędzy Przyrzecza" 
i P. Molitwina „Ziemia na tamtym brzegu".

 

No  i  erotyka,  bez  tego  ani  rusz.  Ale  jej 

chwilowo  nie  warto  pokazywać.  Byłemu 
człowiekowi  sowieckiemu,  którego  od  tylu 
lat  przyzwyczajano  do  miłości  produkcyjnej 
połączonej  z  wyrębem  lasu,  trudno  tak  od 
razu  usiąść  i  napisać  utwór  erotyczny. 
Chwilowo  pojawiają  się  jedynie  jakieś  ko-
smiczne prostytutki.

 

Muszę  poczynić  pewne  zastrzeżenie  - 

cały  ten  podział  na  gatunki  jest  szalenie 
umowny.  Bo  jak  na  przykład  nazwać  tych, 
którzy

 

SF na świecie

 

Wszystkie kłopoty, wydarzenia historyczne zepchnęły na margines niegdyś

 

regularnie prowadzone, poważne omówienia nowości literatury

 

fantastycznej. Po co się nią zajmować, skoro sami żyjemy w świecie - nie

 

wiadomo - Swifta czy Orwella. Ale przecież fantastyka, chwała Bogu,

 

nigdzie nie przepadła, nie zniknęła. I jeżeli zatrzymać się, rozejrzeć...

 

Wtedy okaże się, że ta rosyjska fantastyka stała się zupełnie inna. Gdzieś na

 

jej peryferiach mknę jeszcze kosmoloty do odległych gwiazd, dzielni

 

astronauci robię mokre plamy z koszmarnych potworów, genialni uczeni

 

dokonuję strasznych wynalazków, ale wszystko to można uznać za

 

pozostałości chorób dzieciństwa.

 

Piekło przemienionej świadomości

 

Ludmiła Koziniec

 

background image

 

SF na świecie

 

 
piszą, jak to określiłam na swój własny uży-
tek, stylową fantastykę?Na przykład S. Buły-
gę i jego cykl nader osobliwych opowiadań? 
Czy znacie opisy podróży, tak popularne w 
średniowieczu?  Kupiec  jechał  na  koniec 
świata, widział tam psiogłowców i uszy słoni 
podtrzymujących  Ziemię  i  zupełnie  serio 
wszystko  to  opisywał.  Bułyga  pisze  takie 
historie. To nie żadna stylizacja, ale właśnie 
średniowieczne  historie.  Albo  nowela  D. 
Truskinowskiej  „Dwerinda",  napisana  w 
stylu „odważny negliż a /aniech mnie licho". 
Chronokomandosi, porwania, wróżki, zacza-
rowane  krainy,  pojedynki  na  szpady  -  i 
wszystko to wesołe, smaczne, eleganckie. 
Stylowe. Drobiazg, bagatelka. Ale w sposób 
doskonały kunsztowne. Podobnie nienagan-
nie  stylowo  napisał  nowelę  „Rzucony  do 
góry" M. Puchów. Uparci ludzie - takie czasy, 
a oni mają ochotę szlifować zdania, cyzelo-
wać zwroty, bawić się elegancją stylu.

 

Zresztą to również jest charakterystyczne 

dla  współczesnej  rosyjskiej  tantastyki. 
Zaczęto myśleć nie tylko o tym, co pisać, ale 
również  jak.  Niektórzy  zresztą  mają  za 
swoje. Nie wyobrażam sobie bowiem, w jaki 
sposób można przetłumaczyć na obce języki 
utwory  I.  Tkaczenki  albo  L.  Kudriawcewa. 
Tyle tu gry słów, fajerwerków, kalamburów, 
aluzji - i wszystko bardzo rosyjskie. Pociesza 
jedynie  fakt,  że  „Alicję  w  krainie  czarów" 
jednak przetłumaczono.

 

Należy  oczywiście  wspomnieć  i  o  tych 

utworach,  których  twórcy  mieli  odwagę 
zagłębić  się  w  otchłanie  ludzkiej  duszy.  Z 
całą  pewnością  wiedzieli,  że  to  najciekaw-
sza podróż, o wiele bardziej fascynująca niż 
do  odległych  planet  i  zaczarowanych  kra-
jów. Nowele J. Lenskiego „Raj od podwó-
rza"  i  „Wokół  limitu",  I.  Iwaniczenki  „W 
kraju rodzinnym, ziemi obcej". To straszliwa, 
bolesna,  smutna  lektura.  Ale  niezbędna. 
Bo  to  przecież  twoja  własna  dusza  krąży 
wokół  limitu,  w  raju  mieszka  od  podwórza, 
miota się między  krajem  rodzinnym  i  obcą 
ziemią...  Czegoś  takiego  jeszcze  w  rosyj-
skiej literaturze nie było. Podobnie jak abso-
lutnie niezwykłych, nie dających się zdefinio-
wać  zwykłymi  filologicznymi  metodami 
nowel I. Tkaczenki „Zburzyć llion" i „Epizo-
dy  pewnego  Armageddonu". Można o nich 
rozmawiać  bez  końca,  dlatego  wspomnę 
tylko o jednym. W rosyjskiej fantastyce jakoś 
nie  udawały  się  autorom  postacie  kobiet. 
Sami  bracia  Strugaccy  wyrażali  skruchę  z 
tego  powodu.  A  Tkaczence  się  udało. 
Pierwsze  zdania  noweli  „Zburzyć  llion" 
brzmią: Szczęściarz ze mnie. Mam za żonę 
wiedźmę.  Należy  przyznać,  że  mężczyzna 
który cieszy się, iż jego żona jest wiedźmą, 
zna się na kobietach, prawda?

 

A teraz czekam na pytanie, które nasuwa 

się już od dawna - no i co z tego? Co nowego 
wynika  z  całej  tej  opowieści?  Przecież  w 
światowej SF jest tego wszystkiego na pęcz-
ki, życia nie starczy, żeby wszystko przeczy-
tać! I pewnie jest lepsze... nie takie jak u nas. 
Otóż  to,  nie  takie  jak  u  nas.  A  kiedyż  to, 
drodzy  państwo,  u  Rosjan  było  jak  u 
wszystkich? Dlatego też jesteśmy interesują-
cy.  Dlatego,  że  wszystko  -  fantasy,  horror, 
suspens i wszystkie inne atrybuty fantastyki 
- wyglądają tu zupełnie inaczej. Wyobraźcie 
sobie  „Conana",  którego  autorem  jest  Do-
stojewski...

 

Znowu  jako  symbol  rosyjskiej  literatury 

pojawił się Dostojewski. Wydaje  mi się,  że 
to  jego  cień prowadzi  obecnie naszą  fanta-
stykę  przez  piekło  przemienionej  świado-
mości. Piekło, które trzeba będzie przejść.

 

Przełożył Sławomir Kędzierski 

 
 
 

Joanna  Czaplińska:  -  Jak  wydarzenia 
ostatnich  lat  odbity  się  na  twoim  życiu? 
Ondfej  Neff:  -  Najistotniejszy  jest  dla 
mnie  fakt,  że  w  wieku  46  lat  zacząłem 
wreszcie robić to, co chciałem robić, kiedy 
miałem  lat 10,  czyli  zająłem  się  prawdzi-
wym  politycznym  dziennikarstwem.  Wró-
ciłem  więc  do  moich  młodzieńczych 
marzeń  i  do  faktycznego  zawodu,  albo-
wiem  jestem  absolwentem  wydziału 
dziennikarstwa  właśnie.  W  swojej  profesji 
pracowałem tylko kilka lat, jeszcze przed 
inwazją  sowiecką.  Drugi  rezultat  prze-
mian to  zrealizowanie mojego wieloletnie-
go  pragnienia  -  założenie  miesięcznika 
SF „Ikarie",  który  przeszedł  etap  organi-
zowania  się  i  jest  stabilnym,  zarabiają-
cym na siebie czasopismem.

 

-  Jak byś  zbilansował dotychczasowe 

istnienie „Ikarii"? 

-  Zacznę  od  negatywów.  Zaczynali-

śmy  pracę  z  olbrzymimi  iluzjami,  że  czy-
telnicy  wręcz  pożądają  SF  i  tylko  zły  bol-
szewik ograniczał im dostęp do niej. Oka-
zało  się,  że  zainteresowanie  jest  zdecy-
dowanie  mniejsze.  Grono  odbiorców 
szacowaliśmy  na  ok.  40  tys.  opierając 
się na doświadczeniach ostatnich  10  lat. 
Obecnie  nakład  „Ikarii"  wynosi  26  tys., 
czyli  znacznie  poniżej  naszych  marzeń. 
Drugim  poważnym  błędem  był  tytuł. 
Gdybym  zakładał to czasopismo dzisiaj, 
dogadałbym się z redakcją „Nowej Fan-
tastyki",  żeby  moje  pismo  nazywało  się 
właśnie  „Fantastyka".  W  naszej  nazwie 
nie  ma  science  fiction  i  przeciętny  czy-
telnik  nie kojarzy „Ikarii"  z  niczym. Kolej-
ny  błąd  to  zupełnie  fałszywy  obraz  na-
szego  odbiorcy,  opierający  się  na  wize-
runku fandomu. Wyobrażaliśmy sobie, że 
czytelnik SF to błyskotliwy, wykształcony, 
myślący,  tolerancyjny  intelektualista,  po 
prostu  humanista.  Okazało  się  przede 
wszystkim,  że  przeciętna wieku naszego 
czytelnika  jest  stosunkowo  niska,  zdecy-
dowanie  przeważa  popyt  na  utwory 
romantyczne,  przygodowe,  a  nie  na 
spekulatywno-filozoficzne. 

Czytelnik 

„Ikarii"  z  wielką  niechęcią  akceptuje 
jakiekolwiek flirty z literaturą współczesną 
i wszystkie  akcenty  polityczne traktuje jak 
agitację. 

Do 

pozytywów 

zaliczam 

przede 

wszystkim  fakt,  że  przetrwaliśmy,  że  nie 
zbankrutowaliśmy,  a  ponieważ  pismo 
powstawało  już  w  nowych  warunkach 
ekonomicznych,  takie niebezpieczeństwo 
było bardzo realne. Redakcja liczy sześć 
osób  plus  grono  wiernych  współpracow-
ników,  pracujemy w jednym pomieszcze-
niu dysponując  jednym  i  połową  kompu-
tera  (jeden  16  i  jeden  8-bitowy,  czyli  ta 
połówka). 

Przeżyliśmy 

też 

brutalny 

wzrost kosztów papieru, a co za tym idzie 
podwyżkę  ceny  czasopisma,  przeżyliśmy 
rozpad  sieci  dystrybucyjnej  i  zatrzymali-
śmy  spadek.  Dzisiaj  wiemy,  że  sukce-
sem  jest  każdy  sprzedany  egzemplarz, 
każda  zarobiona  korona.  Optymizmem 
napawa  mnie  również  fakt,  że  powstają 
spółki  zajmujące  się  rozpowszechnia-
niem  prasy. Na razie największą  konku-
rencję stanowi  dla nas  pornografia, która 
dosłownie  zalała  rynek.  Nie  jestem 
przeciw pornografii, wręcz

 

 
 
 

przeciwnie,  ale  nigdzie  na  świecie  nie 
sprzedaje się jej tak otwarcie, jak u nas. 
To się kiedyś  musi skończyć i kiedy por-
nografia zniknie z kiosków i przeniesie się 
do  sexshopów,  sprzedawcy  prasy,  będą 
musieli  czymś  handlować.  To  nasza 
szansa.

 

-  A co z prawami autorskimi? W „Ika-

rii" przeważają przecież tłumaczenia, i to 
często utworów najświeższej daty. 

-  W  Czecho-Słowacji  mamy  częścio-

wą  wymienialność  korony,  możemy  więc 
płacić  w  dolarach.  Teraz  kwestią  jest 
raczej dobór repertuaru, co też jest dość 
problematyczne,  ponieważ  współczesna 
amerykańska SF jest dla naszego czytel-
nika  ciężko  strawna i  niezbyt  zrozumiała. 
Oczywiście jest to wynikiem braku pew-
nego  czytelniczego  zaplecza,  więc  w 
ciągu  najbliższych  2-3  lat  będziemy  na 
łamach „Ikarii"  prowadzić  coś  w  rodzaju 
przedszkola  science  fiction.  Zabrzmi  to 
może  paradoksalnie,  ale  u  nas  ludzie 
ciągle  myślą,  że  Isaac  Asimov  to wybitny 
pisarz  sowiecki,  a  Kurt  Vonnegut  to 
postępowy  autor  z  NRD.  Znajomość 
klasycznej  SF  jest  wręcz  żadna,  a  do-
tychczasowe doświadczenia wykazują, że 
właśnie  starsze  utwory  amerykańskie 
cieszą  się  wśród  czytelników  o  wiele 
większym  powodzeniem  niż,  powiedz-
my, laureaci Hugo z zeszłego roku. 

-  Jak sobie radzicie  z doborem tłuma-

czy?  W  Polsce  po  opadnięciu  żelaznej 
kurtyny  nastąpił  zalew  nie  tylko  szmiry 
literackiej, ale i translatorskiej. 

-  U nas nie ma jeszcze takiego zalewu 

literatury  angloamerykańskiej,  ale  sądzę, 
że to kwestia najwyżej roku. I jasne jest, 
że  przyjdzie  kolej  na  tłumaczy  II,  III,  IV 
kategorii.  Wcześniej  przekładami  z  an-
gielskiego  zajmowali  się  intelektualiści, 
którzy nie chcieli przyjąć reguł gry narzu-
conych  przez  ówczesny  reżim,  ludzie  o 
tak olbrzymiej inwencji językowej, że byli 
bardziej  literatami  niż  tłumaczami.  Kiedy 
padł  totalitaryzm,  zaczęli  się  zajmować 
czymś innym.  Poziom  przekładów  obni-
ży się więc na pewno i dotknie to również 
literaturę  masową,  która  była  u  nas  bar-
dzo  dobrze  tłumaczona.  Na  przykład 
burmistrz  Pragi,  Miroslav  Koran  wprowa-
dził  na  nasz  rynek  Vonneguta,  a  to,  co 
robił,  było  mistrzostwem  językowym 
najwyższej klasy. 

-  Jak  sytuacja  ekonomiczna  w  Cze-

cho-Słowacji  odbiła  się  na  życiu  fando-
mu? 

-  Nasz  fandom  wygląda  trochę  ina-

czej,  w  okresie  szczytowym  mieliśmy 
około  80  klubów,  z  których  większość 
skupiała  po  około  10  regularnie  spotyka-
jących się osób. Nie odnotowałem żadne-
go  spadku,  nie  słyszałem  też,  aby  jakiś 
klub  zanikł,  te  aktywniejsze  próbują  się 
zająć  działalnością  edytorską,  np.  klub  J. 
Verne'a przekształcił swój doskonały fan-, 
zin „Poutnfk" w czasopismo profesjonal-
ne, w  Brnie  zaczął  się  ukazywać  kwartal-
nik SF, pojawiły się też prywatne księgar-
nie  i  antykwariaty  specjalizujące  się  w 
literaturze SF. Ogólnie chyba nie jest źle 
-  wydarzenia  polityczne  i  ekonomiczne 
jakby  ominęły  fandom  wielkim  łukiem. 
Uwa- 

spotkanie z pisarzem

 

background image

 

żarn  za pozytyw,  że nikt się nie  pokłócił, 
tanowie  się  spotykają  i  rozmawiają  jak 
cywilizowani ludzie.

 

-  Jak  wygląda  obecnie  sytuacja  na 

czechosłowackim rynku księgarskim? 

-  Scharakteryzowałbym  ją  jako  stan 

przejściowy. Sądzę,  że to, co nazywa  się 
„wolnym  rynkiem",  najwcześniej  w  całej 
okazałości  przejawiło się właśnie w  litera-
turze.  Mamy  już  prywatnych  wydawców, 
którzy w ograniczonym nakładzie - do 5 
tys.  egzemplarzy-drukują  czeskich  auto-
rów.  Problemem  jest  wydawanie  książek 
autorów  zachodnich,  ponieważ  prawa 
autorskie  kosztują.  Spodziewam  się,  że 
fala  książek  zachodnich  w  nakładach 
masowych pojawi się mniej więcej za rok i 
drobni  wydawcy  nie  będą  się  już  mogli 
utrzymać. 

-  A czy w takiej sytuacji rodzimy autor 

będzie miał jeszcze rację bytu? 

-  Wydaje mi się, że do cech charakte-

rystycznych  odbioru  literatury SF  należy 
również  zainteresowanie  produkcją  ro-
dzimą.  Klasyczny  fan  kupuje  przede 
wszystkim  fantastykę  amerykańską,  ale 
ciekawią go też „nasi chłopcy". Powstaje 
jednak 

kwestia 

technologiczno-

ekonomiczna:  czy  będzie  możliwe  wyda-
wanie  niskonakładowych  tytułów  po  roz-
sądnej  cenie,  bo  na  duże  nakłady  na 
pewno  nie  będzie  można  liczyć.  Ale 
zainteresowanie  nie  opadnie,  sądzę 
nawet, że wzrośnie, ponieważ to, co się 
dzieje  obecnie,  jest  wprawdzie  niekla-
rowne,  chaotyczne,  ale  z  tego  wyłonią 
się  zupełnie  nowi  ludzie  o  zupełnie  no-
wych  poglądach.  Oni  już  dziś  przygoto-
wują  się  do  skoku.  Literatura  jest  wypo-
wiedzią  o  świecie,  a  ten  świat,  który  my 
przeżywaliśmy,  już  się  skończył.  I  oba-
wiam  się,  że  ja  już  nie  będę  w  stanie 
wypowiadać 

się 

pełnowartościowo, 

wątpię  też,  czy  podołają  temu  moi  rówie-
śnicy,  a  tym  bardziej  pisarze  jeszcze 
starsi.  Myślę,  że  jesteśmy  w  stadium 
wielkiego  oczekiwania  na  ludzi  i  ich 
wypowiedzi. Porównałbym  to  do  sytuacji 
w Czechach po roku 1918, kiedy rozpa-
dło  się  imperium  austriackie.  Nie  prze-
trwał wtedy żaden z pisarzy, którzy przed I 
wojną światową byli wręcz ubóstwiani. To 
nie  kwestia  wieku,  ale  sposobu  myśle-
nia, na który wpływają historyczne cezury 
- był nią rok 1918, był również 1989. 

-  Ale to nie oznacza, że masz zamiar 

zarzucić  własną  twórczość  literacką. 
„Aksamitna  rewolucja"  wymusiła  na  tobie 
pewną  przerwę,  wspomniałeś  jednak, 
że nad czymś pracujesz. 

-  W  ciągu  15  lat  napisałem  parę 

opowiadań  i  powieści,  teraz  zrobiłem 
sobie pewną przerwę, ale nie wydaje mi 
się,  żeby pisarz,  który  akurat nie pisze, 
nie  pracował.  Taka  pauza  pozwala 
podładować  akumulatory.  Tak  samo  jak 
wszyscy  ludzie  wokół,  zmieniam  się, 
albowiem  zmienia  się świat. Ku  mojemu 
zdumieniu stwierdzam, że zmieniam się 
w  mniejszym  stopniu  niż  należałoby  się 
spodziewać, i  moje wewnętrzne  zasady, 
na  których  się  opierałem,  nie  uległy 
zasadniczym  zmianom.  Przygotowuję 
się  do  powieści  o  konflikcie  między 
indywidualistą 

a  strukturami  władzy.  Na  tym  bowiem 
według  mnie powinno polegać posłannic-
two  intelektualisty  -  na  obronie  indywi-
dualistycznej  postawy  człowieka.  To 
moje podstawowe credo życiowe i wyda-
rzenia w naszych krajach nie pozostawiły 
na nim żadnego śladu. 

Poza tym ukazała się powieść „Mille-

nium", jak dotąd mój największy projekt. 
Jej akcja toczy się na przełomie drugiego 
i trzeciego tysiąclecia i jest tłem dla opisu 
konfliktu  człowieka  z  instytucjami,  czyli 
takiego  konfliktu,  o  jakim  mówiłem 
wcześniej. Wydaje mi się, że w tej książce 
wyra-

 

ziłem swoje poglądy w sposób najbardziej 
przejrzysty,  a  przynajmniej  wyraźniejszy 
niż poprzednio.

 

-  A  jak  twoja  praca  dziennikarska 

wpłynęła i wpływa na pracę literacką? 

-  Każde przeżyte doświadczenie, każ-

de  wrażenie  procentuje  w  tym,  co  się 
pisze.  Z  tej  perspektywy  nie  ma  więc 
podziału  na  doświadczenia  dobre  czy 
złe. Nie ma różnicy, czy lepiej jest dostać 
od  kogoś  w  twarz,  czy  dostać  buzi. 
Istotna jest intensywność przeżycia. Nie 
mogę tylko o tym myśleć, muszę pozwo-
lić,  aby  to  we  mnie  narosło,  a  kiedy  to 
nastąpi,  pod  olbrzymią  wewnętrzną  pre-
sją,  w  krótkim  czasie,  jakby  w  skurczu 
histerycznym  coś  napiszę.  Nie  potrafię 
inaczej. Zawsze pisałem eksplozyjnie, nie 
umiem  tkać  misternej  sieci  jak  pająk. 
Dziennikarstwo  dało  mi  mnóstwo  no-
wych  doświadczeń,  zwłaszcza  w  dzie-
dzinie  konfliktów  z  ludźmi,  co  było  dla 
mnie  całkowitą  nowością.  Przekonałem 
się,  że  moja  niechęć  do  urzędowych 
autorytetów wcale nie  zanikła,  ba, nawet 
wzrosła. To uczucie nie  ma  nic  wspólne-
go  z komunizmem  czy totalitaryzmem, ja 
autorytetem  oficjalnym,  narzuconym,  po 
prostu gardzę, nie dowierzam mu i o tym 
zawsze  pisałem  i  pisać  będę.  Myślę,  że 
taki  pogląd  zaszczepili  mi  moi  rodzice, 
którzy  w  domu  założyli  swoje  własne, 
jednoosobowe, fikcyjne partie  i  każde  z 
nich wydawało swój biuletyn, zwalczając 
wzajemnie  swoje  poglądy.  Od  dziecka 
nasiąkłem  więc  atomosferą  pluralizmu  i 
demokracji  i  cieszę  się,  że  nic  nie  było  w 
stanie ze mnie tego wykorzenić. 

-  W  którym  kierunku  według  ciebie 

pójdzie nowa czeska SF? 

-  Obserwuję  twórczość  rodzimą  jako 

szef „Ikarii" i  autor  zarazem, co powodu-
je, że śledzę wszystko niby jakieś wyścigi. 
Rola,  jaką  fantastyka  pełniła  w  tzw. 
wschodnim  bloku,  rola krytyka  reżimu  i 
półlegalnego oponenta już się skończyła, 
ponieważ  mass  media  robią  to  teraz  z 
całą  otwartością.  Kiedyś  w  artykule 
wstępnym  do  „Ikarii"  użyłem  terminu 
fantastyczno-naukowy  fundamentalizm. 
Sądzę, że naprawdę należy powrócić do 
korzeni 

 
 

SF, czyli bez uprzedzeń sobie powiedzieć, 
że jest to literatura trywialna, romantyczna. 
Sedno  SF  to  inteligentna  rozrywka  dla 
ludzi,  przy  czym  reżim  totalitarny,  w  któ-
rym  żyliśmy,  zrobił  z rozrywki słowo pejo-
ratywne,  co  jest  olbrzymim  oszustwem  i 
niesprawiedliwością.  Niewiele  jest  chyba 
zadań tak trudnych, jak rozbawienie kogoś. 
Twierdząc,  że  SF  ma  być  literaturą  roz-
rywkową nie uważam, że ma być literaturą 
złą.  Wymaga  ona  bowiem  od  autora  per-
fekcyjnego  warsztatu  pisarskiego,  czystej 
komunikacji  i  błyskotliwego  intelektu.  Bez 
tego nie  ma co  marzyć  o  robieniu  roz-
rywki.

 

W Czechach, ale nie tylko tam, SF żyje 

w  cieniu  pewnego  kompleksu  niższości. 
Odwołujemy  się  do  pewnych  autorów 
ocierających się o SF, jak Kafka, Borges 
czy Bułhakow. Twierdzę,  że to nonsens, 
to ślepa uliczka. Trzeba dotrzeć do istoty 
SF, do fundamentów gatunku, oprzeć się 
na nich i nie bać się pozostać na obszarze 
tego,  co  czasami  bywa  określane  jako 
getto SF. Science fiction w czystej formie 
jest  pewnym  środkiem  porozumienia 
pewnych  ludzi  z  pewnymi  ludźmi.  A  czy 
inne kręgi  ludzi to  przyjmą czy nie,  mnie, 
jako  człowiekowi  z  kręgu  SF,  jest  to 
najzupełniej  obojętne.  Jeśli  owo  poro-
zumienie  przekroczy  granice  kręgu,  tym 
lepiej. Jeśli jednak tak się nie stanie, nie 
ma  żadnej  tragedii.  Na  tym  opiera  się 
moje  pojęcie  fantastyczno-naukowego 
fundamentalizmu.  Sprowokował  mnie  do 
tych  rozważań  artykuł  w  amerykańskim 
czasopiśmie, w którym pisano, że gdyby 
nawet autorzy SF stanęli na głowie, nigdy 
nie  będą  mieć  Saula  Bellowa.  Ja  na  to, 
że  gdyby  main  stream stanął  na  głowie, 
nie będzie mieć Roberta Heinleina.

 

To błędne podejście wynika  z przesta-

rzałego  traktowania  świata  w  sposób 
unitarny,  tak  jakby  był  on  kierowany  z 
jednego  duchowego  centrum.  To  non-
sens. Świat jest wielopostaciowy, kultura 
jest  wielopostaciowa,  a  każda  z  tych 
postaci  jest  pełnowartościowa.  Co  jest 
bardziej kwiatem, dmuchawiec czy róża? 
Zawsze  ze  zdumieniem  czytałem  prace 
krytyków i teoretyków SF, którzy usiłowa-
li  udowodnić,  że  SF  jest  literaturą  jak 
każda inna, że jest pełnowartościowa. To 
przecież  nonsens.  Ta  literdtura  istnieje, 
ma  swoich  odbiorców,  więc  po  co  się 
usprawiedliwiać  i  narzucać  czytelnikowi, 
którego  to  nie  obchodzi.  Osobiście  SF 
zainteresowałem  się  jako  dziecko,  dzięki 
Stanisławowi  Lemowi  ta  literatura  otwo-
rzyła  przede  mną  pewien  wymiar  po-
strzegania świata, który zaakceptowałem i 
utrzymałem w sobie do dzisiaj i sądzę, że 
jest to wymiar nie gorszy od innych.

 

Rozmawiała Joanna Czaplińska 

spotkanie z pisarzem

 

Ondřej Neff:

 

Jestem fantastyczno-naukowym fundamentalistą

 

background image

 

ędąc zwolennikiem twardej odmiany SF 
z  niechęcią  patrzę  na  horrory.  Wkurza 
mnie  ten  szum  wokół  kolejnych  idoli 

straszących 

monstrualnymi 

robalami, 

ślimakami  czy  bestiami  z  piekta  rodem. 
Bardziej  boję  się  dziurawych  reaktorów, 
chemii  w  powietrzu  czy  choróbsk  wylęga-
jących  się  w  dzikich  ostępach  (vide  AIDS 
czy gnilec syberyjski).  Że  nie wspomnę już 
o pijanych kierowcach.

 

Tak  się  jednak  dzieje,  że  fantastyka  i 

horror posiłkują się wzajemnie pomysłami i 
literackimi chwytami. Powieść Suzy McKee 

Charnas „Gobelin  z  wampirem"  jest intere-
sująca  z  kilku  powodów.  Temat  wampirzy 
ma  długą  tradycję,  sięgają  po  niego  auto-
rzy SF - wystarczy  wspomnieć,  że ostatnio 
ukazało się  wznowienie „Draculi", powieści 
Stableforda, Mathesona, Wilsona i ciekawy 
„Wywiad  z wampirem" Annę  Rice. Jeden  z 
jego  rozdziałów,  zatytułowany  „Gobelin  z 
jednorożcem"  (Unicorn  Tapesty),  otrzymał 
w  1980  roku  prestiżową  nagrodę  krytyki 
Nebula w kategorii minipowieści.

 

Cała książka składa się z pięciu rozdzia-

łów,  które  łączy  postać  bohatera  -  dr  Wey-
landa,  wampira-i  które  tworzą  kronikę  kilku 
miesięcy  z  życia  owego  krwiopijcy.  Każdy 
rozdział stanowi właściwie odrębną całość i 
poznajemy  naszego  wampira  w  różnych 
sytuacjach:  w  domu,  na  polowaniu,  na 
kozetce 

psychoanalityka. 

Ta 

ostatnia 

(nagrodzona) część jest właś-

 

recenzje

 

nie  najciekawsza  i  wyraźnie  odbija  od  reszty 
tekstu  świetną  analizą  poczynań  drapieżnika, 
dla  którego  ludzka  postać  to  po  prostu  mimi-
kra. Próbuje  nam  pokazać  świat  ludzi  widzia-
ny oczami obcego. 

Dr  Weyland,  uznany  antropolog  (to  natural-

na specjalność  wampirów), poddaje się  terapii 
dobrowolnie,  chcąc  ukryć  swoje  ostatnie 
ekscesy,  niefortunne  polowanie  i  odkrycie 
przez sektę satanistów jego prawdziwej natury. 
Psychoterapeutka  traktuje  go  jak  zwykłego 
pacjenta  z  głębokimi  zaburzeniami  psychicz-
nymi,  ot,  zapracowanemu  uczonemu  po-

kiełbasiło  się  w  głowie  i  uważa  się  za 
wampira  polującego  w  Central  Parku. 
Rutynowe testy, pytania o marzenia senne, 
pragnienia erotyczne czy  lęki z dzieciństwa 
natrafiają  na  mur  logicznych  odpowiedzi, 
które  burzą  jej  spokój  i  pewność  siebie. 
Pacjent  snów  nie  ma,  gdyż  nie  śpi  (od 
czasu  do  czasu  zapada  tylko  w  wieloletni 
letarg),  seks  ze  zwierzyną  łowną  (za  taką 
ma  ludzi)  jest  tylko  sposobem  zdobywania 
pożywienia i sam w sobie nie ma dla niego 
żadnego  znaczenia  itd.  Wszelkie  próby 
zaszufladkowania  jego  przypadku  według 
człowieczych  miar  spełzają  na  niczym.  Jak 
zresztą  wyleczyć  wampira  z  jego  wampiry-
zmu?  To  jakby  zmusić  go  do  wyłączenia 
instynktu  samozachowawczego  i  śmierci 
głodowej.

 

Prawda o dr. Weylandzie powoli wycho-

dzi na jaw, ale zastosowane w trakcie

 

terapii  techniki  nie  pozostają  bez  wpływu 
na dalsze  życie i pacjenta, i lekarki. Wampir 
bardziej przychylnym okiem patrzy na ludzi, 
z  ich  krzątaniny  wyciąga  rzeczy  piękne,  jak 
miłość,  taniec,  muzykę,  ale  popada  przy 
tym  w  irytację  i  depresję  -  warunkiem  jego 
egzystencji  jest  bezwzględność,  siła  i 
sztuka  adaptacji  do  zmieniających  się 
warunków  polowania.  Musi  na  przykład 
nauczyć  się  rozpoznawać  po  zapachu 
skóry  ofiary,  czyjej  krew  jest  zdrowa.  Nar-
kotyki i ludzkie choroby są dla  niego  zabój-
cze,  aby  zaś  żyć,  musi  pić.  Zaczyna  do-
strzegać  sprawy  wcześniej  lekceważone, 
przede wszystkim własną samotność.

 

Dla  terapeutki,  zakompleksionej  kobiety, 

której  życie  nie  przyniosło  nic  nadzwyczaj-
nego,  wampir  jest  niczym  jednorożec  z 
legend  -  ersatzem  cudowności  w  jej  życiu. 
Dla  swoich  potrzeb  próbuje  go  oswoić, 
osłabić  jego  instynkt.  W  pozostałych  roz-
działach, mających powyższy  tekst rozsze-
rzyć do  ram powieści, mowa  jest  już o tym, 
jak nasz wampir sam staje się zwierzyną.

 

Otrzymaliśmy  w  ten  sposób  wnikliwe 

studium  psychologiczne  drapieżnika  żyją-
cego  w  ciągłym  strachu  przed  rozpozna-
niem,  zmuszonego  do  ucieczki,  zmian 
postaci.  McKee  Charnas  maluje  portret 
obcej  istoty,  którą  natura  skazała  na  krwa-
wą  symbiozę  z  ludźmi.  A  ci  okazują  się 
ostatecznie  bardziej  okrutni  i  bezwzględni 
od wampira.

 

Wojtek Sedeńko 

Suzy McKee Charnas: Gobelin z wampirem. 
Tłum. Juliusz Ruszkowski. Rebis. Horror.

 

  

 

nocy  tracą  znaczenie  związki  przyczy-
nowo-skutkowe  i  prawa  fizyki,  w  cień 

odchodzą  codzienne  ograniczenia,  a  na 
scenę  wkracza  logika  snu.  Rano  wstajemy 
bezradni  wobec  bogactwa  symboliki  i 
zagmatwanej  konstrukcji  snu.  Freud  pró-
bował  zredukować  senne  marzenia  do 
odprysków  naszych  lęków  i  zahamowań, 
ale  oniryczna  mistyka  jest  ciągle  żywa  w 
kulturze.  Choć  współcześnie  skłonni  jeste-
śmy  patrzeć  na  nocne  marzenia  z  me-
dycznym  racjonalizmem  psychoanalizy, 
tajemnicza  magia  snu  odradza  się  z  po-

dziwu  godną  konsekwencją.  Sen  fascynu-
je,  przeraża,  skłania  do  refleksji  nad  jako-
ścią  bytu.  W  ten  sposób  trafił  również  jako 
temat do literatury SF.

 

Trudno  nie  skojarzyć  tytułu  powieści  Ur-

suli  Le  Guin  ze  sławnym  dramatem  Calde-
rona  „Życie  jest  snem".  Tym  prostym  za-
biegiem  autorka  nawiązuje  do  wielowieko-
wej  tradycji  poświęconej  rozważaniu  oni-
rycznego  świata.  Na  początku  „Jesteśmy 
snem"  zawiera  obrazową  metaforę:  medu-
za  płynie  w  ciemnych  odmętach  oceanu. 
Zawieszona w  nieograniczonej przestrzeni, 
bez  kierunku  i  punktów  orientacyjnych 
unoszona  jest  przez  przypływy.  Nagle  fala 
wyrzuca  meduzę  na  brzeg,  suchy  i  sło-
neczny.  Co  pocznie  na  suchym  piasku 
światła dziennego stworzenie, którego całą 
istotą  jest  unoszenie  się  na  falach;  co 
pocznie umysł, budząc się co ranka ? 

ł - 

 

Trudno  w  świetle  dnia,  w  centrum  racjo-

nalnego,  uładzonego świata zaakceptować 
bezładny,  nieokiełznany  żywioł  snu.  Roz-
maite  kultury  radziły  sobie  z  tym  proble-
mem  w  różny  sposób.  Najradykalnej  po-
stąpli australijscy aborygeni. Za złud-

 

ną,  mało  istotną,  peryferyjną  uznali  rzeczy-
wistość dnia. To podczas snu człowiek  żyje 
naprawdę,  doświadcza  rzeczy  istotnych, 
poznaje  prawdę.  Nieco  inaczej  z  tą  epi-
stemologiczną  zagadką  poradzili  sobie 
starożytni  Hindusi.  Dla  nich  cały  świat  był 
tylko  snem  brahmana.  Zanurzeni  w  iluzo-
rycznej  maji,  w  ogóle  nie  zajmowali  się 
rozróżnieniem  między  realnym  a  niereal-
nym, gdyż traciło ono sens. Ludziom pozo-
stawał  tylko  lęk  przed  przebudzeniem 
brahmana.

 

Współcześnie  bardziej  zajmują  nas  za-

leżności  jawy  i  świata  onirycznego  marze-

nia.  Bez  zastrzeżeń  przyjmujemy  fakt,  że 
sny odbijają codzienne problemy,  że nasze 
ukryte  kompleksy  rozwijają  się  w  nich 
wyjątkowo  bujnie.  Opór  przedstawiciela 
scjentystycznej,  zachodniej  kultury  budzi 
druga  strona  tej  sytuacji.  Czy  sen  może 
wpływać  na  jawę?  Niejasne,  nielogiczne, 
tajemnicze  zmieniałoby  uporządkowane  i 
racjonalne?

 

Efektywne sny  George'a Orra całkowicie 

zmieniają  świat,  świadomość  przeistacza-
nia  rzeczywistości  ma  tylko  sam  bohater. 
Orr  w  momencie  skrajnego  zagrożenia 
zasypia,  a  jego  senne  marzenie  stwarza 
nową,  bezpieczniejszą  rzeczywistość.  Ta 
niezwykła 

zdolność 

dostarcza 

jednak 

bohaterowi  wiele  stresów,  a  nawet  tragicz-
nych  doznań.  Orr  nie  umie  kierować  swo-
imi  snami,  pozostają  one  pierwotne  i  nie-
ujarzmione.  Nielubiana  ciotka  rano  już  nie 
istnieje,  gdyż  zginęła  w  wypadku  samo-
chodowym.  Wpływ  snów  na  rzeczywistość 
coraz  bardziej  przeraża  Orra:  przestaje 
spać,  próbuje  popełnić  samobójstwo,  aby 
w końcu trafić do psychiatry. Nie ma jednak 
szczęścia  -  ten,  po  odkryciu  niezwykłej 
zdolności bohatera,

 

próbuje  za  pomocą  snów  Orra  poprawić 
świat.

 

W  „Jesteśmy  snem"  ciągle  przewija  się 

niepokój związany  z granicą jawy i snu. Orr 
zagubił  się  między  swoimi  wizjami  a  rze-
czywistością,  z  przerażeniem  odkrył  brak 
jasnej  granicy  między  nimi.  Z  podobnymi 
problemami  borykają  się  postacie  z  utwo-
rów  Philipa  K.  Dicka.  Autor  ten  uchodzi  za 
niedościgłego  mistrza  w  kreowaniu  świa-
tów  niejasnych,  o  wątpliwym  statusie  onto-
logicznym.  Tak  dokładnie  miesza  rzeczy-
wistość  wizji,  snu  czy  narkotycznego  tran-
su,  że  nie  sposób  ich  odróżnić  od  realno-
ści.  Ursuli  Le  Guin  nie  udaje  się  powtórzyć 
dickowskiej  atmosfery  i  dorównać  autorowi 
„Ubika" w  tworzeniu  niepokojących, przeni-
kających się płaszczyzn  utworu.  „Jesteśmy 
snem" to poprawna warsztatowo powieść o 
zagadkowej  naturze  sennych  marzeń  i 
niestety nic więcej.

 

Le Guin próbując  nawiązać do stylu Dic-

ka  zapomina  o  własnych  atutach  i  firmo-
wych  znakach.  Nikt  przecież  nie  prześci-
gnie  twórczyni  cyklu  o  Ziemiomorzu  w 
opisywaniu  kosmosu  wewnętrznego  boha-
terów,  budowaniu  subtelnych  zależności 
międzyludzkich  czy  przedstawianiu  etno-
graficznych  osobliwości.  Niestety,  te  ele-
menty  nie  znalazły  miejsca  w  „Jesteśmy 
snem".  Orr  i  doktor  Haber  nie  odznaczają 
się  oryginalnością,  a  ich  charaktery  zosta-
ły,  jak  na  Le  Guin,  zarysowane  topornie  i 
bez  polotu.  Wizerunek  przeludnionej, 
zdegradowanej  ekologicznie  planety  przy-
pomina podręcznikowe standardy SF. Cóż, 
przy  amerykańskim  tempie  pisania,  nie 
każda  książka  wybitnego  autora  może  być 
arcydziełem.

 

Małgorzata Skórska 

Ursula Le Guin: Jesteśmy snem. Tłum. 
Agnieszka Sylwanowlcz. Phantom Presa, 
cena

 

16tys.zł. Fantasy i SF.

 

Samotność drapieżcy

 

Między snem a jawą

 

background image

 

jawienie  się  Sapkowskiego  wśród  nas 
przypomina historyjkę wziętą z fantasy, 
gdzie  roi  się  od  dobrych  duszków  czy 

skrzatów,  podpowiadających  bohaterom, 
jak pokonać wroga i  zdobyć skarb wraz  z 
piękną księżniczką. Tym dobrym duszkiem 
okazał  się  dla  Sapkowskiego  jego  syn, 
prosząc,  aby  napisał  coś  na  konkurs 
literacki  „Fantastyki"  AD  1985.  Tak  po-
wstał  „Wiedźmin",  opowiadanie,  które 
rzuciło  wszystkich  na  kolana.  I  tak  oto 
został  Sapkowski  oblubieńcem  Przenaj-
świętszej  Fantastyki  oraz  jednym  z  jej 
mistrzów. Po przeczytaniu  tomu wydane-
go przez superNową  (to komercyjna  mu-
tacja  starej,  konspiracyjnej  oficyny  Nowa) 
nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

 

Maciej  Parowski  w  notce  na  okładce 

„Miecza  przeznaczenia"  nazywa  autora 
rewolucjonistą.  Nie  sądzę,  aby  było  to 
słuszne  -  rewolucjoniści  zwykli  burzyć,  a 
jeśli  już  budować,  to  najwyżej  więzienia. 
Poza tym Sapkowski nie miał co w polskiej 
fantasy  burzyć;  przed  nim  było  jej  tyle,  co 
kot  napłakał,  a  jeśli  już,  to  przeważnie 
stanowiła  kalki  wzorów  zachodnich.  Vide 
twórczość  Jacka  Piekary,  któremu  niniej-
szym przyznaję tytuł Mistrza Imitacji. Sap-
kowski  przerasta  wszystkich,  ponieważ 
okazał  się  zdolny  do  rzeczywistej  kreacji. 
Nie  rewolucjonista  tedy,  lecz  twórca,  bu-
downiczy -  świat Geralta  z  Rivii  jest  rów-
nie  doskonały,  plastyczny  i  komplemen-
tarny,  co  te  u  Tolkiena  czy  Le  Guin.  W 
Polsce,  powiedzmy  szczerze,  nikt  tego 
prócz Sapkowskiego nie dokonał.*

 

Jasno  widać  to  po  opublikowanych  wła-

śnie opowiadaniach, których karty roją się 
od wyrazistych postaci, świetnie szkicowa-
nych ledwo paroma celnymi określeniami. 
Nie  są  to  postacie  papierowe,  prawie  w 
każdej  z  nich  tkwi  jej  tylko  właściwy  rys, 
skaza  czy  wątpliwość,  czyniąc  ją  wielo-
wymiarową.  Bohaterowie  Sapkowskiego 
są dynamiczni, czegoś nieustannie szuka-
ją,  kochają  lub  nienawidzą.  Wyjątkiem 
byłby co najwyżej rybałt Jaskier,  ów towa-
rzyszący  Geraltowi  poetyczny  Sancho 
Pansa  -  pieczeniarze,  jak  wiadomo,  są 
raczej statyczni, co nie znaczy, że niesym-
patyczni.  W  samym  zaś  wiedźminie  jest 
coś  z  Don  Kichota  -  też  szuka  swej  nie-
osiągalnej  Dulcynei,  uciekającej  przed 
nim czarodziejki Yennefer.

 

Reszta elementów świata przedstawio-

nego  zazębia  się  jak  w  szwajcarskim 
zegarku.  Ludzie  i  cała  gama  innych  istot 
żyją  obok  siebie  lub  zwalczają  się  wedle 
precyzyjnie  ułożonego  kodeksu.  Nie  czu-
jemy  tu  tak  charakterystycznego  dla  in-
nych  naginania  okoliczności  dla  potrzeb 
rozwijającej się akcji. U Sapkowskiego bieg 
wypadków  ma  cechy  wręcz  realistycznej 
naturalności.  Znać  rękę  mistrza  -  pod 
względem  sprawności  opowiadania  wy-
dają  się  być  w  prostej  linii  potomkiem 
calvinowskiego  Ojca  Opowieści,  mitycz-
nego,  boskiego  przodka  wszystkich 
pisarzy.

 

Zwie dalej Maciej Parowski Sapkowskie-

go  postmodernistą  -  z  tym  mogę  się 
zgodzić. Rzeczywiście, autor „Wiedźmina" 
pożycza  skąd  się  da  i  jak  się  da.  Przede 
wszystkim  z  baśni  -  pierwotnie  przygody 
Geralta  zostały  pomyślane  jako  nowe, 
„prawdziwe"  wersje  starych  bajek.  Nie-
mniej historie te są w „Mieczu przeznacze-
nia"  coraz  bardziej  pretekstowe,  szkiele-
towe,  obrastają  treścią,  która  pochodzi 
tylko  od  Sapkowskiego.  Smutne  dzieje 
smoka wawelskiego w „Granicy  możliwo-
ści"  to  jedynie  tło  dla  gry  toczącej  się 
między  Geraitem,  Yennefer  i  Borchem. 
Pierwsza dwójka kontynuuje

 

Narodziny 

mistrza

 

ją  w  „Okruchu  lodu",  gdzie  Andersenow-
ska  Królowa  Śniegu  jest  jedynie  poetyc-
kim odniesieniem. W innych utworach nie 
ma  nawet  i  tego,  żyją  własnym,  autono-
micznym bytem.

 

Wiele też zawdzięcza Sapkowski powie-

ści  pikarejskiej,  iotrzykowskiej.  Żywcem 
jest  stamtąd  przeniesiony  Jaskier.  Także 
nie  stroniący  od  figlów  wiedźmin  ma  w 
sobie nieco  z Dyla Sowizdrzała. Sapkow-
ski jest w naszej SF jednym  z nielicznych, 
którzy  potrafią  dowcipkować  w  sposób 
niewymuszony  i  naprawdę  komiczny.  To, 
jak sądzę, jest jedną zjjrzyczyn jego popu-
larności.

 

Postmodernizm  dość  osobliwie  przeja-

wia  się  także  w  sferze  języka  -  zwykł 
Sapkowski  bez  specjalnych  oporów  mie-
szać  staropolszczyznę  z  określeniami 
zupełnie  współczesnymi,  jak  np.  sterylny, 
psychika  itp.  W  świetnym,  pikarejskim 
opowiadaniu  „Wieczny  ogień"  Geralt  i 
Jaskier wyschnięci jak stare beczki szuka-
ją  z  rana  nikogo  innego,  tylko  sponsora. 
Parowski  (w  „NF"  12/91)  skłonny  jest  w 
tym widzieć skryty zamysł autora, mający 
sugerować, iż rzeczywistość wiedźmina to 
nasz świat, tyle że w epoce po kataklizmie 
atomowym.  Stąd  też  tylu  nieludzkich  mu-
tantów.  Wyjaśnienie  to  niewątpliwie  spryt-
ne,  mnie  się  jednak  zdaje,  iż  w  równym 
stopniu  może  być  to  wynik  postmoderni-
stycznej  mody  na  językowe  kogle-mogle. 
Być  może  jest  to  też  puszczanie  oka  do 
czytelnika, że te z pozoru całkowicie fanta-
styczne historie  mają  z nim więcej  wspól-
nego niż na pierwszy rzut oka wygląda.

 

No  właśnie  -  współczesność.  Czytając 

kolejne  opowiadania  z  tomu  dochodziłem 
powoli  do  wniosku,  że  Geralt to człowiek 
zaplątany  w  świat  fantasy  jakby  przez 
przypadek. Nie myślę, aby był, jak twierdzi 
Parowski  („NF"  12/91)  podróżnikiem  w 
czasie,  chodziłoby  raczej  o  świat  równo-
legły,  inny  wymiar.  W  rysach  wiedźmina 
odnajduję znajome cechy pewnego detek-
tywa - zniechęcenie, gorycz, świadomość 
własnej  niemocy.  Podobnie  tragiczne 
odczucia  ma  bohater  Chandlera,  Marlo-
we. Tak jak

 

 

wiedźmin  żyje na granicy dwóch światów. 
U  Chandlera  jest  to  prawo  i  zbrodnia,  u 
Sapkowskiego  kultury  ludzi  i  innych, 
przedludzkich  jeszcze  istot.  Geralt  tak  jak 
Marlowe wie, że nie zmieni biegu wypad-
ków - np.  zagłady leśnego królestwa driad 
w  tytułowym  opowiadaniu,  „Mieczu  prze-
znaczenia".

 

Ton tragiczny potęguje się  z opowiada-

nia na  opowiadanie -  moment nieuchron-
nej  konfrontacji  między  ludźmi  a  innymi 
(elfami, bobołakami, krasnoludami,  dziwo-
żonami  itp.)  jest  coraz  bliższy.  Wiedźmin 
stoi na styku dwóch światów, właściwie do 
żadnego  nie  należąc.  Jest  przez  to  po-
dwójnie  samotny,  wplątany  w  wybory, 
których nie chce. Stąd może tyle pytań o 
los  swój  i  świata,  o  przeznaczenie.  Jego 
wewnętrzne  rozterki  to  dylematy  człowie-
ka  w  gruncie  rzeczy  zagubionego,  w  któ-
rego przypadku wędrówka z lotrzykowskiej 
zabawy  zmieniła się w uporczywe poszu-
kiwanie  celu  i  sensu  istnienia  w  obcym 
świecie  -  a  czyż  to  nie  współczesność 
właśnie?

 

Zebrane w tomie opowiadania rozpadają 

się na dwie wyraźnie odrębne grupy - pika-
rejskie  („Granica  możliwości",  „Wieczny 
ogień"), gdzie mamy do czynienia z młod-
szym,  weselszym  Geraitem, i refleksyjne 
(tytułowe, „Okruch lodu", „Trochę poświę-
cenia",  „Coś  więcej"),  gdzie  bohater 
zaczyna  zastanawiać  się  nad  swą  wiedź-
mińską dolą. Znak to, iż Sapkowski dotarł 
do  granicy,  za  którą  rozpościera  się  ra-
sowa  powieść.  Ma  już  do  niej  wszystkie 
konieczne  elementy  -  ukształtowanego 
bohatera,  galerię  towarzyszących  postaci 
(Yennefer,  Jaskier,  Visenna),  a  także 
potencjalny  wątek,  który  już  teraz  łączy 
trzy  opowiadania.  Chodzi  o  dzieje  Ciri, 
dziecka,  którego  narodziny  zostały  zapo-
wiedziane  w „Kwestii ceny",  a  pojawiają-
cego  się  w  „Mieczu  przeznaczenia"  i 
„Coś  więcej"  jako  osoba  niepokojąco 
związana  z przyszłymi losami Geralta. Te 
trzy  opowiadania  to  właściwie  początek 
powieści,  otwarta  linia  fabularna,  która, 
miejmy  nadzieję,  zostanie  dalej  pocią-
gnięta.

 

Postać  wiedźmina  Geralta  niewątpliwie 

zapewni  Sapkowskiemu  literacką,  fanta-
styczną  nieśmiertelność,  ale  przesadą 
byłoby zwać go stąd pisarzem  monokultu-
rowym.  Ma  już  na  swoim  koncie  ciekawe 
próby  horroru  („Muzykanci",  „Tandarade-
i!"),  i  to  osadzonego  w  realiach  współcze-
snych,  potrafi  też  napisać  tekst  political 
fiction („W leju po bombie", w druku). Nie-
wątpliwie jest pisarzem pełną gębą, przed 
którym  dopiero  otwierają  się  właściwe 
rejony penetracji. Aż dziw, że  można prze-
żywać  tak  bujną  twórczą  „młodość"  po 
czterdziestce,  gdy  wielu  innych  to,  co  naj-
lepsze, ma już za sobą.

 

W latach siedemdziesiątych młodzi auto-

rzy SF chcieli pisać tak jak Lem, on był ich 
sevrskim  wzorcem  doskonałości.  Lata 
osiemdziesiąte  to  burza  antylemowskiej 
rewolty, której wyrazem albo i owocem jest 
właśnie  Sapkowski  -  próbujący  swych  sił 
młodzi jego uznają za mistrza. Lemowskie 
racje rozumu, które personifikował pilot Pirx, 
ustępują racjom uczucia, ponieważ Geralt to 
przede wszystkim człowiek wielkiego serca. 
I to chyba za tym tęsknimy najbardziej.

 

Jacek Inglot

 

Andrzej  Sapkowski:  Miecz  przeznaczenie.  Su-

perNową, Warszawa 1992. 

* Rewolucjonistami byli Chrystus, Picasso, Joyce, a nie 

jedynie  Robesplerre,  Lenin,  Stalin.  Szkic  „Wiedźmin 

Geralt jako podróżnik w czasie" czytałeś nieuważnie - 

większość Twoich, pozornie polemicznych interpretacji, 

też się w nim znalazła. 

(mp)

 I

 

 

recenzje

 

background image

Legenda prawdziwie europejska

 

Narzekał mi kiedyś Eugeniusz Dębski,  że litera-
tura  polska  jest  uboga  w  podania  i  legendy, 
zwłaszcza  te  dotyczące  dziejów  najdawniej-
szych. Ubogość i  nieciekawość  wątków Popiela 
czy Piasta Kołodzieja odczuwał  już  w XII  wieku 
mistrz  Wincenty,  zwany  Kadłubkiem,  który 
usiłował  to  zrekompensować  przypisując  na-
szym  praszczurom  zwycięskie  wojny  z  Alek-
sandrem Wielkim i układy z Cezarem. Niestety, 
naród  jakoś  tego  nie  kupił  i  nadal  musimy  się 
zadowalać  głupią  Wandą  i  podłym  szewczy-
kiem.

 

I Dębski, i Kadłubek szczerze za to zazdrosz-

czą  Anglikom  posiadaczom  barwnego,  rycer-
sko-magicznego cyklu  legend o królu  Arturze i 
jego  rycerzach  Okrągłego  Stołu.  Powstaje  w 
tym  momencie  pytanie:  co  takiego  jest  tam, 
czego  nie  ma  u  nas?  Odpowiedź  jest  prosta  - 
prawie wszystko.

 

Historia  króla  Artura  i  jego  towarzyszy  to 

legenda  rycerska,  opleciona  chrześcijańską  i 
magiczno-celtycką symboliką. Walki,  jakie toczą 
ze  sobą  bohaterowie,  są  składową  częścią 
odwiecznych zmagań Dobra ze Złem, rozgrywa-
jących  się  też  na  planie  magicznym,  między 
Merlinem  a  Morgana.  Jest  też  i  wątek  roman-
sowy, opiewający występną miłość, jaką Lance-
lot  z  Jeziora  darzył  królową  Ginewrę.  Legenda 
dotyka  też  spraw  ostatecznych,  w  postaci 
Świętego  Graaia,  czyli  nieosiągalnego  ideału, 
ku  któremu  każdy  prawy  rycerz  winien  zdążać. 
Słowem: bogactwo znaczeń i wątków.

 

Podobno  zbiiżamy  się do Europy (ślimaczym 

kłusem,  ale  jednak),  więc  powinniśmy  zacząć 
sobie  zdawać sprawę,  że  nie oznacza  to  tylko 
powszechnej  dostępności  coca-coli,  mercede-
sów i prezerwatyw, Europa to przede wszystkim 
pewien krąg  pojęciowy,  wspólnota i dziedzictwo 
kulturowe  - przede  wszystkim  legendy.  Niezna-
jomość tego podglebia  kultury może doprowa-
dzać  do  tego,  że  niektórych  współczesnych 
dzieł  nie będziemy w stanie zrozumieć, tak jak to 
się  stało  ze  znakomitym  filmem  Terry  Gilliama 
„The  Fisher  King",  nawiązującym  wprost  do 
legend arturiańskich,  który  w Polsce przeszedł 
zupełnie bez echa. Chciałoby się w  tym miejscu 
przypomnieć,  że bieda  nie  hańbi, ale ignorancja 
-owszem.

 

Karburator 

U. Waldo Cutier: Król Artur i rycerze Okrągłego 

Stołu. Tłum. Felicja Kruszewska. Tenten 1991

 

Ślepy zaułek

 

Rok  temu  bez  mała  sygnalizowałem  ukazanie 
się  pierwszej  części  sagi  o  Dilvishu  Rogera 
Żelaznego.  Mamy  już  w  ręce  część  drugą  i 
rzekomo  ostatnią,  gdyż  napis  „Koniec"  pod 
tekstem jeszcze  nic  nie  znaczy. Przypominam, 
że  osią  utworu  jest  pościg  głównego  bohatera 
za 

potężnym 

czarownikiem 

Jelerakiem. 

DiMshem  powoduje  niska  chęć  zemsty  za 
nędzne  dwieście  lat  piekła,  do  którego  wtrącił 
go Jelerak.

 

O  ile pierwsza część  -  „Dilvish  przeklęty"  - 

była  raczej  zbiorem  opowiadań  o incydentach, 
jakie zdarzyły się DiMshowi po drodze, o tyle 
część druga  to powieść  zajmująca się  ostatnią 
sekwencją  pościgu.  Dilvish  jednak  nie  tyle 
dopada Jeleraka, ile się  z nim spotyka w prasta-
rym  zamku w centrum Krainy Przemian. Ale też 
czarownik,  mimo  iż  osłabiony,  nie  uciekai 
Dilvish  nie  wywrze  na  nim  zemsty,  gdyż  wcze-
śniej  Starsi  Bogowie  wezmą  Jeleraka  do 
nieba.  Taka  otwarta  struktura  zakończenia 
każe  w  przyszłości  spodziewać  się  części 
trzeciej.

 

Pod względem formalnym  „Kraina Przemian" 

stanowi  bodaj  szczytowe  osiągnięcie  fantasy. 
Do połowy  jest to powieść drogi (bohater  musi 
się  śblidnie  namozolić,  nim gdzieś  dotrze), od 
połowyakcji. Takiego skomasowania sił, środ-

 

recenzje

 

ków i pomysłów  dawno  na  terenie  fantasy  nie 
było.  I  czemu  to  wszystko  służy?  Banalnej  w 
wymowie  opowiastce  o  herosach  usiłujących 
zawładnąć mocą szalonego boga uwięzionego 
w  zamku.  Końcówka  przypomina  wysiłki 
dzisiejszego  filmu:  mnóstwo  ognia,  dymu, 
wybuchów, trupów, dewastowania scenografii - 
a  wszystko  ma  pokryć  bezmierną  pustkę  my-
ślową konwencji, która tak na dobrą sprawę nie 
zatrudnia  naszych  szarych  komórek.  Moim 
zdaniem  jest  to  podstawowy  dylemat  dzisiej-
szej fantasy.

 

Wydawca  zamiast  dać  okładkę  zbliżoną  w 

konwencji  do  pierwszej  części  zdecydował  się 
na  slajd  pasujący  do  treści  utworu  jak  pięść  do 
nosa.

 

Kunktator 

Roger Żelazny: Kraina Przemian. Tłum. Małgo-

rzata Pacyna. Rebis. Fantasy.

 

Kwant zapomnienia

 

John  Varley  to  autor  średniego  pokolenia, 
pamiętamy  jego  świetną  nowelę  „Naciśnij 
ENTER".  Debiutował  w  latach  siedemdziesią-
tych,  wiele  jego  opowiadań  uzyskało  nagrody 
lub nominacje Hugo i Nebula.

 

Wydawnictwo  „Rebis"  w  konsekwentnie 

prowadzonej serii SF przedstawiło jego  najlep-
szą  powieść  „Tytan".  To  pierwsza  część 
trylogii o Cirocco Jones, pozostałe noszą tytuły 
„Wizard" i „Gea".

 

„Tytan",  nominowany  do  Hugo, przypomina 

do  złudzenia  napisany  10  lat  wcześniej  „Pier-
ścień"  Nivena.  W  zaśmieconej  księżycami  i 
skalnym  rumoszem  przestrzeni  wokół  Saturna, 
ziemski  statek  badawczy  napotyka  olbrzymi 
(ponad  1000  km  średnicy)  obiekt  nieznanego 
pochodzenia.  Załoga statku  zostaje przemocą 
wciągnięta do  wnętrza i pozbawiona  wszelkich 
dobrodziejstw  cywilizacji.  W  zamian  każdy 
otrzymuje  jakąś  umiejętność,  przeważnie 
lingwistyczną,  przydatną  w  obcym  świecie.  Bo 
miejsce, gdzie trafili,  to sztuczny świat  zamiesz-
kany  przez  dziwaczne  stwory.  Część  z  nich 
przypomina postacie z ziemskich mitów i wierzeń, 
a  główną  cechą  świata,  który  nazwali  Gea,  jest 
jego  gigantyczność.  Większość  rozmiarów  liczy 
się  tam  w  kilometrach,  co  byłoby  trudne  do  wy-
obrażenia,  gdyby  nie  wspaniała  plastyczność 
opisów  Varleya,  który  zaplanował  swój  świat  z 
wielkim pietyzmem i dbałością o szczegóły.

 

Część załogi godzi się z danym im losem, ale 

pozostali,  z  panią  kapitan  Cirocco  Jones  na 
czele,  z  determinacją  dążą  do  poznania  reguł 
rządzących  Geą.  W  ten  sposób  otrzymaliśmy 
jeszcze  jedną  powieść  drogi.  Pokonujemy 
liczne przeszkody i olbrzymie przestrzenie tępo 
niezwykłego  świata,  zmierzając  ku  zaskakują-
cemu,  choć  mocno  rozczarowującemu  finało-
wi. Całość to dobrze napisana, przygodowa SF, 
do jakiej przyzwyczajano nas w chudych latach 
wydzielanymi  skąpo  przekładami  z  Zachodu. 
Wtedy  powieść  Varleya  byłaby  wydarzeniem, 
dziś jest jedynie kolejną pozycją rozrywkową.

 

Denuncjator 

John Varley: Tytan. Tłum. Stefan Rusiński. 

Rebis 1992. Science Fiction.

 

King na wakacjach

 

Wśród  pisarzy  panuje  dziś  daleko  posunięta 
specjalizacja: jak ktoś produkuje  horrory,  to  nie 
ma ręki do twardej SF; jeśli  wychodzi mu  fanta-
sy,  to  gorzej  sprawia  się  z  romansem  albo  z 
thrillerem.  Omnibusy,  które  potrafią  wszystko 
(nasz  Lem  na  przykład),  należą  do  wyjątków. 
Spośród  autorów  przypisanych  do  jakiejś 
dziedziny od czasu do czasu  ktoś się  wychyla, 
próbując  coś  zdziałać  na  obcym  dla  siebie 
terenie  -  z  reguły  po  jednej  próbie  wraca  tam, 
gdzie  czuje  się  bezpieczniej.  Stephen  King 
utożsamiany jest z horrorem, w

 

którym  odniósł  znaczące  sukcesy  artystyczne  i 
przede wszystkim finansowe. Powód, dla którego 
postanowił sprawdzić się w fantasy, jest dla mnie 
zagadką: może  znudzenie, może chęć odmiany, 
może  prośby  dzieci  (powieść  dedykowana  jest 
córce pisarza  Naomi), a  może  po prostu  zamó-
wienie wydawcy.  Tak czy owak  ta próba wyjścia 
poza  znany  rewir  zakończyła  się dla Kinga bez-
owocnie.  Książka  niby  jest,  czyta  się  ją  nieźle, 
lecz to historia tak sztampowa, wyzuta z wszelkiej 
oryginalności,  że  czytelnik,  który  ją  ominie,  na-
prawdę nic nie straci. Motyw księcia odsuniętego 
od tronu, intryg knurych przez złego maga Flagga, 
cnoty  nagrodzonej, podłości potępionej i ukaranej 
jest  w  bajkach  obecny  od  prawieków.  „Oczy 
smoka" są właśnie taką bajką w stylu fantasy.

 

King podzielił świat swej powieści na elementy 

czarne oraz białe. Jak ktoś jest zły, to nie zdarzają 
mu  się  żadne  ludzkie odruchy. Jak  dobry - ani 
razu  nie  wyłamuje  się  z  roli  osoby  prawej, 
szlachetnej  i  sympatycznej.  Książka  nabrałaby 
życia,  gdyby  ten  podział  nieco  zatrzeć.  King 
czyni  jednak  wyraźne  wysiłki,  aby  materię  po-
wieści ściśle dopasować do konwencji. A przecież 
jego  horrory  dlatego  między  innymi  cieszą  się 
powodzeniem,  że  gorset  konwencji  jest  tam  o 
wiele bardziej rozluźniony.

 

Predator 

Stephen King: Oczy smoka. Tłum. Sylwia Twar-
do. Amber, cena 26 tys. zł. Fantasy.

 

Yoyager na prostej

 

Swego  czasu  dość  kąśliwie  odniosłem  się  do 
pierwszego  numeru  „Voyagera",  wytykając 
drukowanym tam twórcom to i owo. Z przyjemno-
ścią stwierdzam,  że część  tych  zarzutów powoli 
traci  aktualność.  Nie  brak,  co  prawda,  i  w  czwar-
tym numerze opowiadań  wysilonych i właściwie 
o  niczym  (jak  choćby  Dariusza  Zientalaka 
„Kocie  sprawki"  i  „Suknia"  Małgorzaty  Kondas), 
niemniej  są  też  kawałki  zupełnie  przyzwoite,  a 
nawet  bardzo  dobre.  I  tak  po  raz  pierwszy 
zdarzyło  mi się przeczytać  niezły  tekst  Tomasza 
Kołodziejczaka  („Lotniarz"),  aczkowiek  trochę 
ściągany z Lema i z kogoś jeszcze.

 

Opowiadaniem  niewątpliwie ocierającym się o 

wybitność jest  „Pajęczyna"  Rafała A.  Ziemkiewi-
cza - alternatywna historia dziejąca się współcze-
śnie w Palestynie rządzonej przez  nadal istnieją-
ce  Imperium  Romanum.  Groteskowy  portret 
dziennikarzy  z  niejakiej  „Gazety"  (Wyborczej?), 
którym  polecono  wykończyć  niewygodnego 
proroka  Joszuę,  ma  chwilami  wymiar  zgoła 
niefantastyczny. 

Opowiadaniu 

towarzyszy 

przeprowadzony przez T. Kołodziejczaka wywiad 
z autorem, nieco pozerski,  chwilami bufonowaty 
i  mocno  zgryźliwy  względem  konkurencji  (czyli 
„NF").

 

Inne opowiadania sytuują się bliżej przeciętnej 

-  z  lekkim  niepokojem  zauważam  u  Artura  O 
Szrejtera  („Karzeł  z  Wyspy  Brzóz")  oznaki 
pewnego skostnienia  w  uprawianej przez  niego 
słowiańskiej  fantasy.  Zwróciłbym  uwagę  na 
Jerzego Nowosada („Życzenie śmierci"). Reszta 
opowiadań  (Żółtowska,  Młodzikowski,  Michal-
ska)  - poprawność formalna i myślowy standard, 
czyli  stare  grzechy  „Voyagera",  Nie  dotyczy  to 
Philipa Jose Farmera („Ojciec jest w suterenie") 
-  jedynego  zagraniczniaka  w  numerze  -  który 
udowadnia, że jak mu się chce, to potrafi napisać 
naprawdę świetny kawałek.

 

W sumie to chyba najciekawszy i najróżnorod-

niejszy  z  dotychczasowych  „Voyagerów"  - 
pretensje  miałbym  jedynie  do  mało  starannego 
składu (kto zastrzelił korektora?) i do tylnej okładki, 
gdzie  zacytowano  dwa  wyrwane  z  kontekstu 
zdania z mojej pierwszej recenzji. Wynika z nich, 
że  podnosiłem  wspomniany  almanach  pod 
niebiosa. Fe, koledzy, dżentelmeni tak  nie postę-
pują.

 

Karburator 

Voyager. Almanach grozy i fantastyki. Numer 4, 

lato 1992. Przedświt.

 

background image

 

 
 
naukowym  świecie  zajmowanie  się  tele-
patią, jasnowidzeniem,  przepowiadaniem 
przyszłości, psychokinezą uchodzi za coś 
nie  na  miejscu.  Naukowcowi  nie  wypada 
się w tym babrać. Ci, którzy nie rezygnując 
z  nimbu  naukowości  rozpoczęli  jednak 
eksperymenty  z  SPZ  (spostrzeganiem 
pozazmysłowym),  zostali  wyklęci  przez 
środowisko, a ich ranga jako badaczy spa-
dła.  Może  to  częściowo  tłumaczyć,  dla-
czego  nauka  w  starciu  z  SPZ  wykazuje 
taką  bezsilność:  dlatego,  że  nie  ma  żad-
nego  starcia.  Generalnie  nauka  kwestie 
SPZ omija.

 

Praca  Lawrence'a  LeShana  „Świat  ja-

snowidzących",  która  ukazała  się  w  Rebi-
sie  w  świetnie  zapowiadającej  się  serii 
„Biblioteka  Nowej  Myśli",  została  w  cało-
ści  poświęcona  tej  podejrzanej  tematyce. 
Jest  to  najbardziej  sugestywna  i  kompe-
tentna książka z tego kręgu, jaką do tej pory 
czytałem.

 

LeShan wskazuje,  że  według oponen-

tów parapsychologii uznanie jej  za naukę 
doprowadzi  w  rezultacie  do  osłabienia 
metod  naukowych,  a  pod  płaszczykiem 
SPZ  do  świątyni  nauki  wedrą  się  magia  i 
przesądy,  tak  wytrwale  i  ciężko  zwalcza-
ne.  Naukowcy  obawiają  się  zatem,  że 
jedno ustępstwo w tej dziedzinie spowodu-
je  cały  łańcuch  następnych,  co  doprowa-
dzi do erozji nauki i osłabi zaufanie do niej. 
Zarazem  istnienie  SPZ  jest  szczególnie 
trudne do udowodnienia: Laplace pisał,  że 
liczba danych koniecznych do  potwierdze-
nia  jakiejś  hipotezy  jest  wprost  proporcjo-
nalna  do  stopnia  jej  nieprawdopodobień-
stwa. Skoro stopień ten w przypadku SPZ 
jest szczególnie wysoki, więc dowody w tej 
dziedzinie  musiałyby  mieć  wymiar  zgoła 
tytaniczny.

 

Inny  z  autorów  referowanych  przez 

LeShana  uważa,  że  powody  omijania 
SPZ  przez  naukę  wynikają  z  pozornego 
braku  związku  między  badaniami  nad 
parapsychologią  i  badaniami  stricte  na-
ukowymi,  na  niemożności  kontrolowania 
wyników  badań  nad  SPZ  (metoda  na-
ukowa  żąda  np.  powtarzalności  ekspery-
mentu  oraz  takich  samych  rezultatów  w 
tych samych warunkach, o co tutaj trudno), 
wreszcie na wyolbrzymianiu przez oficjalną 
naukę własnych odkryć.  Nie  bez  znacze-
nia  są  osobiste  uprzedzenia  samych 
naukowców.

 

Eisenbud,  jeden  z  cytowanych  przez 

LeShana  badaczy,  uważa,  że  zadaniem 
zjawisk typu SPZ jest zapewnienie bezkoli-
zyjnego  przebiegu  zdarzeń  w  kosmosie 
oraz  ich  zgodności  z  prawami  natury. 
Innymi  słowy  są  to  jakby  metaregulatory, 
włączające  się  tylko  wtedy,  kiedy  nie-
zbędne,  zaś  wywoływanie  ich  w  sposób 
sztuczny (czego domaga się nauka) pozo-
staje w sprzeczności z ich celowym charak-
terem.  SPZ  nie  da  się  przywołać  na  gwiz-
dek,  i  już.  (Łatwo  zauważyć,  iż  opinia  ta 
pozostaje w sprzeczności z powszechną już 
dziś  dostępnością  tego  typu  fenomenów.) 
Znacznie  bardziej  prawdopodobnie  brzmi 
teoria  psychologiczna,  według  której  umysł 
ludzki  woli  się  poruszać  utartymi  koleinami 
niż  doznawać  szoków  poznawczych.  Być 
może właśnie podświadoma obawa przed 
wstrząsem  -  wszak  zjawiska  te  odbiegają 
znacznie od naszej potoczności - powoduje 
niechęć  do  obcowania  z  tak  niebezpiecz-
nym bodźcem.

 

Zarysowane  tu  trudności  może  choć  w 

części  tłumaczą,  dlaczego  mimo  ponad 
stuletnich świadomych zmagań ludzkości z 
tymi  fenomenami  nie  doprowadzono  do 
sformułowania  rozumnych  i  przekonują-
cych  teorii  SPZ.  „Świat  jasnowidzących" 
wydaje mi się pierwszą godną uwagi inicja-
tywą w tej mierze.

 

nauka i SF

 

Otóż LeShan uważa, że nasza rzeczywi-

stość  ma naturę  dwoistą.  Z jednej  strony 
istnieje  świat,  który  postrzegamy  na  co 
dzień, świat fizyczny, w którym poruszamy 
się dość dobrze i w którym jesteśmy dość 
skuteczni.  LeShan  nazywa go  Rzeczywi-
stością Sensoryczną.  W bliżej nieznanym 
związku  z  nią  pozostaje  Rzeczywistość 
Jasnowidzących,  do  której  obdarzony 
odpowiednimi  zdolnościami  umysł  jest  w 
stanie  się  przebić.  O  ile  w  naszym  docze-
snym bytowaniu rzeczy i zjawiska postrze-
gamy  oddzielnie,  zwracając  uwagę  na  ich 
indywidualne cechy, o tyle w Rzeczywisto-
ści Jasnowidzących przedmioty i  zjawiska 
występują w  ścisłym powiązaniu  ze sobą. 
Wszechświat  to  jedność,  jedna  wielka 
całość,  gdzie  liczą  się  przede  wszystkim 
związki  między  elementami.  Dla  kogoś, 
kto  zdoła  przebić  się  do  Rzeczywistości 

Jasnowidzących,  znikają  bariery  między 
elementami  (bo  te  stanowią  część  jednej 
całości)  i  cała  wiedza  przeszła  i  przyszła 
na ich temat staje się dostępna.

 

Jasnowidz czy telepata nie robi więc nic 

innego,  tylko  „przerzuca"  swój  umysł  do 
Rzeczywistości  Jasnowidzących  i  czerpie 
stamtąd  dowolne  informacje,  które  może 
przenosić  do  Rzeczywistości  Sensorycz-
nej.  Pośrednictwo  zmysłów  jest  tutaj  zby-
teczne  (stąd  postrzeganie  pozazmysło-
we). Okazuje się też,  że informacje wydo-
byte  z  Rzeczywistości  Jasnowidzących 
odpowiadają  autentycznym  cechom  ludzi, 
zjawisk i rzeczy w świecie fizycznym.

 

Przebywanie  w  Rzeczywistości  Jasno-

widzących pozwala na obserwację tego, co 
zachodzi tutaj, jednak o  żadnym świado-
mym wpływie na bieg zdarzeń, na kierowa-
nie  nimi  stamtąd  nie  ma  mowy.  Efektem 
takich  usiłowań  jest  zawsze  wypchnięcie 
intruza  do  naszego  świata.  Oto  ważniej-
sze  cechy  Rzeczywistości  Jasnowidzą-
cych według LeShana:

 

•  Czas ani przestrzeń nie istnieją, trwa 

tam  wieczne  „teraz".  Bariery  czasoprze-
strzenne nie  mogą być  żadną przeszkodą 
w wymianie informacji lub energii  między 
indywidualnymi obiektami. 

•  Wiedza płynie ze świadomości bycia 

elementem układu, nie zaś z pragnienia, by 
posiadać określone informacje. Poznający 
i poznawane utożsamiają się ze sobą. 

•  Nie  istnieje  wolna  wola,  nie  można 

podejmować  działań,  możliwe  jest  tylko 
uczestnictwo  w  istniejących  układach 
rzeczywistości. 

•  Zło i dobro są iluzją, nic nie jest dobre 

ani  złe,  gdyż  stanowi  część  wiecznego, 
harmonijnego planu kosmosu. 

•  Zmysły  dostarczają  tylko  iluzorycz-

nych informacji. Obserwator i obserwowa-
ne są częścią tej samej całości. 

O  dziwo,  sygnały  tak  urządzonego 

świata mamy również w naszej rzeczywi-
stości.  LeShan  wskazuje  na  podobień-
stwo  cech  Rzeczywistości  Jasnowidzą-
cych  do  relacji  mistyków.  Za  pomocą 
różnych  technik,  przede  wszystkim  kon-
templacyjnych,  przedostają  się  oni  „na 
drugą  stronę".  Mistycy  egzystują  wła-
ściwie  na  krawędzi  obu  rzeczywistości, 
podróżują  pomiędzy  nimi,  stanowią  coś 
w  rodzaju  łącznika.  LeShan  przytacza 
sporo  cytatów  z  pism  mistyków  współ-
czesnych i historycznych (zalicza do nich 
m.in.  Mistrza  Eckharda,  świętego  Jana 
od Krzyża, Chrystusa, ojca Pio, Buddę, 
Ramakrishnę  itp.),  które  potwierdzają 
wymienio-

 

ne  cechy  Rzeczywistości  Jasnowidzą-
cych.

 

W sukurs idą tej koncepcji fizycy: współ-

czesna  fizyka  operuje  na  takim  poziomie 
abstrakcji,  że  właściwie  z  drugiej  strony 
dochodzi do przeczucia istnienia jakiegoś 
nieznanego  aspektu  naszego  świata. 
Natura rzeczywistości postulowanej przez 
fizykę  einsteinowską  jest  wręcz  identycz-
na  z  Rzeczywistością  Jasnowidzących. 
LeShan  zestawia  cytaty  wielkich  fizyków 
współczesnych  z tym, co twierdzili  mistycy; 
podobieństwo  jest  uderzające.*  Poszuki-
wana przez Einsteina ogólna teoria pola to 
nic innego jak próba ujęcia w jedną formułę 
wszystkich  aspektów  rzeczywistości,  za-
znaczenia  owej  jedności  pozornie  roz-
proszonych elementów.

 

LeShan  opisuje  także  swoje  praktyki 

uzdrowicielskie, których dokonywał przez

 

odwołanie się do Rzeczywistości Jasnowi-
dzących.  Skoro  -  rozumował  -  świat  jest 
jednością,  to utworzywszy ją  z pacjentem 
można  próbować  pozyskać  dlań  większą 
część  energii  całości,  co  zniweczy  jego 
dolegliwość.  Okazało  się,  że  podobnego 
manewru  dokonuje  większość  przepyta-
nych na ten temat uzdrowicieli, energote-
rapeutów itp. Nie ma zatem co się śmiać na 
wieść  o  leczeniu  przez  łańcuchy  rąk,  na 
odległość  itp.,  bo  to  wszystko  umożliwia 
Rzeczywistość Jasnowidzących.

 

W dalszym ciągu wywodów LeShan wy-

dziela jeszcze jeden rodzaj rzeczywistości: 
Rzeczywistość  Transpsychiczną,  będącą 
jakby spotęgowaną czy uogólnioną wersją 
Rzeczywistości  Jasnowidzących.  W  przy-
padku leczenia odwołanie się do niej, jeśli 
ktoś  potrafi,  bywa  najskuteczniejsze. 
Zabieg ten LeShan nazywa modlitwą, ale 
twierdzi  zarazem, iż niekoniecznie  trzeba 
ją utożsamiać  z  Bogiem, bowiem wejście 
do  niej  jest  możliwe  także  dla  niewierzą-
cych. Główną jej cechą jest wielka skutecz-
ność w interwencjach w sprawy doczesne, 
o ile ktoś potrafi taką interwencję wyjednać.

 

Obraz świata po lekturze tej książki byłby 

więc następujący:  nasza  codzienność  ma 
przynajmniej  dwie  nadbudówki  w  postaci 
Rzeczywistości  Jasnowidzących  i  Trans-
psychicznej.  Wszystkie  trzy  pozostają  ze 
sobą  w  ścisłym  związku,  jednakże  grono 
osób  potrafiących  przemieszczać  się 
między  nimi  jest  ograniczone  na  razie  do 
osób  obdarzonych  zdolnością  SPZ,  mi-
styków  i  uzdrowicieli.  Dzięki  tym  wizytom 
można  tu,  na  tej  ziemi,  dokonywać  rzeczy 
odwracających wzrost entropii.

 

Oczywiście  SPZ  jest  stałym  tematem 
science  fiction,  m.in.  o  przemysłowym 
wykorzystaniu  zjawisk  parapsychicznych 
pisze  często-gęsto  w  swojej  twórczości 
Philip  K.  Dick.  Tych,  którzy  obawiają  się 
zaprzęgnięcia  Rzeczywistości  Jasnowi-
dzących  i  Transpsychicznej  do  niecnych 
celów, pragnę uspokoić: mają one wbudo-
wane  odpowiednie  bezpieczniki.  Ktoś 
przewidział,  że  człowiek  zacznie  się  w 
końcu  dobierać  do  tej  aparatury,  i  że  nie 
będą  temu  towarzyszyć  wyłącznie  aniel-
skie intencje. Marek Oramus

 

Lawrence  LeShan:  Świat  jasnowidzących. 

Tłum.  Beata  Moderska,  Tadeusz  Zysk. 

Rebis. Biblioteka Nowej Myśli.

 

*  Zainteresowany  sprawą  polski  czytelnik 

winien  sięgnąć  do  pracy  Henee  Weber  „Po-

szukiwanie  jedności.  Nauka  i  mistyka",  Wy-

dawnictwo Pusty Obłok.

 

Ogólna teoria rzeczywistości

 

background image

 

Lipcową  „tkane"  zdominowały  sprawy  fando-
mu i przygotowania  do  tegorocznego Parconu, 
który odbyt się  na początku  września  w  Ostra-
wie.  Na  naradzie  fandomu  zapadła już decyzja, 
kto dostanie Ludvika za zasługi dla fandomu, a 
z  dobrze  poinformowanych  źródeł  doniesiono 
mi,  że  w  kategorii  opowiadania  ostateczna 
walka  o  Mloka  stoczona  zostanie  między  K. 
Polackiem  a  S.  Svachoućkiem,  w  kategorii 
powieści  zaś  największe  szanse  ma  nowa 
powieść  Vilmy  Kadleckovej.  Wiadomo  też  już, 
gdzie odbywać się będą  następne parcony -  w 
r. 1993 w Szumperku, a w 1994  r.  w Teplicach, 
niewykluczone,  że  razem  z  Euroconem.  W 
Fandomanii  również obszerne  sprawozdanie  z 
Synconu  -australijskiego  konwentu  w  Sydney 
oraz Euroconu w Freudenstadt.

 

Po śmierci  Isaaca Asimova  „Ikarie"  poświę-

ciła  mu artykuł przedstawiający  sylwetkę  tego 
pisarza i jego twórczość.

 

Symptomatyczny  dla  paru  ostatnich  nume-

rów  „Ikarie"  jest  brak  powieści  w  odcinkach. 
Może  to  wynikać  z  kwestii  ekonomicznych, 
może  z  merytorycznych,  ale  obie  byłyby  do 
rozwiązania,  gdyby  istniało  zainteresowanie 
czytelników  tą  formą  na  łamach  czasopisma. 
To  zjawisko  świadczy  raczej  o  nasyceniu 
czeskiego  rynku  wydaniami  książek.  Na  razie 
nie  podnoszą  się  głosy  o  niskim  poziomie 
translatorskim i edytorskim  wydawanych dzieł, 
jak to się dzieje  u  nas, ale  zapewne wcześniej 
czy później to nastąpi.

 

Joanna Czaplińska 

 

Sierpniowy  „Locus"  przedstawia  swoje  dorocz-
ne  nagrody.  Za  najlepszą powieść SF  uznano 
„Barrayear"  Lois  McMaster  Bujold,  za  najlep-
szą powieść fantasy „Beauty" Sheri S. Tepper, 
a  za  najlepszą  powieść  z  gatunku  horror  i 
mroczna  fantazja  -  „Summer  of  Night"  Dana 
Simmonsa.  Za  opowiadania  nagrodzeni 
zostali  Kathe  Koja,  Kristine  Kathryn  Rusch, 
Dan Simmonsi John Kessel.

 

Kim Stanley  Robinson  w  dużym  wywiadzie 

opowiada  o  swojej  fascynacji  czymś,  co 
nazywa  wilderness  science  fiction,  a  co  moż-
na  by  przetłumaczyć  jako  „puszczańską"  SF, 
pamiętając  o  pierwotnym  znaczeniu  tego 
słowa,  łączącym i  puszczę, i pustynię.  Robin-
son  zebrał  antologię  opowiadań  o  podobnej 
tematyce  pt.  „Futurę  Primitive"  ale,  jak  mówi, 
niewiele opo-

 

SF na świecie

 

wiadań  przedstawia  to,  o  czym  ja  myślę,  to 
znaczy  ludzi  siedzących  przy  komputerach  w 
chatach  zbudowanych  w konarach drzew. Dalej 
Robinson mówi o swoim  wielkim projekcie mar-
sjańskimcyklu  powieściowym  o  kolonizacji 
Marsa.

 

Po  wygaśnięciu zimnej  wojny  wielu inżynierów 

techniki kosmicznej rozgląda się za innym zada-
niem i  wyprawa na Marsa  wydaje się czymś tak 
oczywistym,  że  powstała  cala  nieformalna  sieć 
specjalistów pod nazwą Podziemie Marsjańskie. 
Spotykają się oni co roku na konferencję promar-
sjańską i wydają gruby zbiór materiałów.

 

Ja  chcę  opowiedzieć  historię  „uzdatniania" 

(chyba  tak  można  oddać  termin  terraforming) 
Marsa i jego kolonizacji przez następne dwieście, 
trzysta lat... Trzy części będą się, prawdopodob-
nie,  nazywać  Czerwony  Mars,  Zielony  Mars  i 
Błękitny Mars...

 

Czerwony Mars obejmuje pierwsze czterdzie-

ści  lat  kolonizacji.  Naturalnym  odruchem  więk-
szości  kolonistów  jest  stworzenie  na  Marsie 
warunków  podobnych  do  ziemskich,  ale  jest 
też  mniejszość,  która,  urzeczona  Marsem, 
przeciwstawia się jego „uzdatnieniu" jako formie 
niszczenia  środowiska.  Oczywiście,  noszą  oni 
nazwę  czerwonych  w  przeciwieństwie  do  zielo-
nej większości.

 

Robinson  mówi  też  o  „ekologicznym"  mia-

steczku  w  Północnej  Kalifornii,  w  którym  miesz-
ka, a które Polakom, czy w ogóle wszystkim nie-
Kalifornijczykom,  musiałoby  się  wydać  utopią 
(wszystkie ulice noszą nazwy wzięte z Tolkiena) i 
o swoim zaangażowaniu w ruch ekologiczny.

 

W pełni  wierzę  w sztukę jako akt polityczny, 

która jednak, jeżeli chce oddziaływać społecznie, 
musi być w pierwszym rzędzie sztuką.

 

Patricia A. McKillip, bardzo ceniona amerykań-

ska  autorka  powieści  fantasy  („The  Forgotten 
Beasts of Eld") mówi o różnicy między  fantasy a 
science  fiction: W fantazji problemy są  w  zasa-
dzie  zawsze  te same, a  w SF prawie nigdy.  W 
fantazji  bohater  opuszcza  dom,  wyrusza  na 
wyprawę  i  wraca  do  domu.  (Por.  artykuł  Grażyny 
Lasoń-Kochańskiej  z  numeru  4/1992).  I  krajo-
braz  też  jest  w  zasadzie  ten  sam.  Wiem,  że  są 
wielkie  wyjątki, takie jak fantastyka  wielkomiejska 
(urban  fantasy).  Może  ja  też  szukam  nowych 
sposobów  pisania  fantasy,  żeby  się  nią  nie 
znudzić.

 

SF mnie zafascynowała, ponieważ  problemy 

są  w niej tak odmienne; Patrzy się na  zewnątrz, 
nie do  wnętrza, jak  w  fantastyce; Patrzy się na 
to,  co  robi  społeczeństwo  i  jak  ogranicza  jed-
nostkę. Nie miałam  wielkich aspiracji  w  pisa-
niu  SF,  ale  podoba  mi  się  umieszczanie 
zwykłych  ludzi  ze  zwykłymi  kłopotami  w  sytu-
acjach niezwykłych.

 

Obecnie  autorka  pisze  powieść  o  kustoszu 

muzeum, który organizuje  objazdową  między-
planetarną  wystawę sztuki i  wpada  w  tarapaty 
na skalę kosmiczną.

 

Mamy  jeszcze  w  numerze  interesujący  list 

Kira Bułyczowa z Rosji. Opowiada on, jak w

 

roku  1969  spodziewając  się  rewizji  poupychał 
wśród  przyjaciół  swoje  nielewomyślne  teksty. 
Wiele  z  nich przepadło bez  śladu, ale  jedno  z 
odnalezionych  opowiadań  spodobało  się  po 
latach autorowi.

 

Oto w 50 rocznicę Rewolucji Październiko-

wej  władze  Leningradu  postanawiają  zainsce-
nizować  szturm  Pałacu  Zimowego  (był  taki 
pomysł). Pałacu broni batalion kobiecy  złożony 
z  pracownic  Muzeum  Ermitażu,  które  mieści 
się  obecnie  w  Pałacu.  Oddziały  szturmujące 
składają  się  z  wynajętych  alkoholików  oraz 
innych  ciemnych  typów  i  dzielne  kobiety  w 
trosce  o  eksponaty  (a  także  swoją  cnotę)  nie 
dopuszczają  do  zdobycia  Pałacu,  udaremnia-
jąc w ten sposób zwycięstwo rewolucji.

 

Lech Jęczmyk 

 

Numer sierpniowy  znowu  wskazuje  na kryzys 
węgierskiej  literatury SF:  na próżno  szukamy  w 
nim  krajowych  utworów.  Za  to  więcej  jest 
artykułów  i  rozpraw.  Na  przykład  autor  arty-
kułu  wstępnego,  József  Futaki  ubolewa  nad 
tym,  że  literatura SF  znajduje  się  w kłopotliwej 
sytuacji:  coraz  mniej  nauki  w  utworach,  jej 
miejsce  powoli  zajmują  czcza  fikcja,  magia, 
czary,  bajka,  horror  i  pornografia.  Ludzkość 
rozczarowała  się  do  nauki,  która  obiecywała 
wiele,  a  nie  przyniosła  zbawienia.  Historia  SF 
dowodzi  jednak,  że  najlepsi  pisarze  nurtu  SF 
zawsze  dawali  artystyczną  odpowiedź  na 
najbardziej ważkie pytania epoki.

 

Janos  Kóczian  w  drugiej  części  artykułu 

„Nowa fala  w fikcji politycznej" recenzuje dalsze 
książki,  przetłumaczone  na  język  węgierski. 
Niestety,  większość  omawianych  pozycji  nie 
analizuje  współzależności  polityki  światowej, 
lecz  jedynie  obfituje  w  okropności.  W  sumie 
autor  stwierdza,  że  przedstawił  21  utworów; 
spośród  nich  godne  pochwały  są  tylko  dwie 
powieści  Forsytha:  „Diabelska  alternatywa"  i 
„Czwarty  protokół".  Wielu  pisarzy,  wiele  wy-
dawnictw  wykorzystuje  koniunkturę  na  fikcję 
polityczną,  mnożąc  tylko  liczbę  bezwartościo-
wych pozycji tego gatunku.

 

Oprócz  wymienionych  artykułów  Gabor  G. 

Szilagyi wspomina pierwszy  na  świecie  film SF 
(Le  voyage  dans  la Lunę),  który kręcił Georges 
Melies  90  lat  temu,  a  Csaba  A.  Varga  wita 
Herberta  W.  Franke'a,  wybitnego  przedstawi-
ciela  niemieckiej  SF  z  okazji  65-lecia  urodzin. 
Tenże autor  w pierwszej części  „Nocy swasty-
ki"  omawia  temat  faszyzmu  i  drugiej  wojny  w 
literaturze  SF.  Jako  pierwszy  zwrócił  uwagę 
świata  w  roku  1920  na  niebezpieczeństwo 
faszyzmu amerykański pisarz Milo Hastings.

 

Laszló Abran 

Lista bestsellerów - październik 1992

 

Tym razem rozmawiałem z panem Leszkiem, szefem współpracującej z 
nami  księgarni  w  Myślenicach.  W  prowincjonalnej  księgarni  najlepiej 
sprzedają  się  książki  „edukacyjne",  poradniki,  albumy.  Beletrystyka 
wlecze się  na szarym końcu, a  fantastyka dołuje  zdecydowanie. Czyżby 
pęd narodu do wiedzy wypierał gry wyobraźni?

 

Pan Leszek  przewiduje generalny  kryzys  w  połowie przyszłego  roku. 

Zatory  płatnicze,  nadmiar  książek  na  rynku,  spadająca  dochodowość 
działalności  wydawniczej spowodują  upadłość 80 procent oficyn. Na  razie 
wśród ludzi interesu zdaje się dominować opinia,  że wydawanie książek to 
praca  lekka,  łatwa  i  lukratywna.  Księgarnia  Wysyłkowa  SF  „Ver-
bum", Olsztyn, Dożynkowa 33

 

1. Alan Dean Foster: Obcy 1-3 (Alfa) 
2. Garfield Reeves-Stevens: Mroczna materia (Rebis) 
3. Robert E. Howard, L. Sprague de Camp: Conan uzurpator(PiK) 
4. Feliks W. Kres: Król Bezmiarów (Aurora) 
5. Pierś Anthony: Przesmyk Centaura (Rebis) Kingsley Amis: Zielony 

człowiek (Rebis) 

Księgarnia „Pod Arkadami", Myślenice, Piotra Skargi 1

 

1. Robert E. Howard, L. Sprague de Camp: Conan uzurpator (PiK)

 

 

2. Reiner Biittner: Alf (Interart) 
3. Stephen King: Firestarter (Phantom Press) 

Księgarnia i hurtownia „Oramus"*, Warszawa, Młynarska 9

 

1. Robert E. Howard, L. Sprague de Camp: Conan uzurpator (PiK) 
2. Andre Norton: Władca gromu (Tor) 
3. Pierś Anthony: Przesmyk Centaura (Rebis) 
4. Andrzej Sapkowski: Miecz przeznaczenia (SuperNOWA) 
"Nie jestem  właścicielem ani udziałowcem tej księgarni - Marek  Oramus 
Księgarnia „U Izy", Warszawa, Wilcza 71

 

1.  Harry Harriśon: trylogia Eden (Phantom Press) 
2. Andrzej Sapkowski: Miecz przeznaczenia (SuperNOWA) 
3. Robert E. Howard, L. Sprague de Camp: Conan uzurpator (PiK) 
4. Ursula K. Le Guin: Jesteśmy snem (Phantom Press) 
5. Feliks W. Kres: Król Bezmiarów(Aurora) 

Rekomendujemy:  Alan  Dean  Foster:  Obcy  1-3;  Garfield  Re-
evesStevens: Mroczna materia; Kingsley Amis: Zielony człowiek; Andrzej 
Sapkowski: Miecz przeznaczenia.

 

(MO) 

background image
background image
background image
background image
background image

 

tedy, kiedy rodziła się  nasza „Fan-
tastyka"  -  pismo,  które  określali-
śmy  jako  literackie,  mnie,  a  może 

nie  tylko  mnie,  lecz  także  wielu  innym 
rodzimym  fantastom  wydawało  się,  że 
uczestniczymy  w  cudownym  procesie 
tworzenia nowej i trwałej gałęzi literatu-
ry. Właśnie literatury. W latach siedem-
dziesiątych i osiemdziesiątych doszło u 
nas, ale i w innych krajach również, do 
porzucenia  naukowego,  czy  raczej 
kierunku  pisarstwa  wywodzącego  się 
z  wiary  w  racjonalizm  i  doświadczenie 
naukowe,  zwanego  science  fiction,  na 
rzecz  mniej  lub  bardziej  zbuntowanej 
przeciwko nauce - fantastyki właśnie.

 

Tymczasem  odkrywaliśmy  światy  lite-

ratury  dawno  już  odkryte  i  niezwykle 
bogate.  To  przecież  marzenia,  legen-
dy,  podania  i  zawsze  niespokojna 
człowiecza  wyobraźnia  -  tkwiły  u  pod-
staw  „Odysei"  Homera  oraz  mitologii 
starogreckiej  i  starorzymskiej,  wykorzy-
stywanej  po  dziś  dzień  przez  licznych 
artystów.  Czerpali  z  tego  źródła  i  nasi 
twórcy  -  na  przykład  Potocki,  Krasicki, 
Słowacki,  Mickiewicz,  Leśmian,  Szy-
manowski,  Witkacy,  Schulz...  Może 
najbardziej  bliski  w  swym  buncie  prze-
ciwko nauce i skierowaniu myśli i obra-
zów  ku  surrealizmowi,  ku  zjawiskom 
przez  scjencję  trudnym  do  wytłuma-
czenia  i  zrozumienia  za  pomocą  „czy-
stego rozumu" był — czy zdawał sobie z 
tego sprawę, czy też nie - Jerzy Żuław-
ski,  ojciec  nowoczesnej  polskiej  fanta-
styki.

 

Proszę  dobrze  zrozumieć  mój  dotych-

czasowy,  przedstawiony  w  felietonowym 
skrócie wywód:  to, co  większość  uzdol-
nionych  i  znanych  autorów  fantastycz-
nych  przedstawiała  szerokiej  publiczno-
ści,  było  jak  gdyby  jedynie  kontynuacją 
utworów, które w „normalnym" ich rozwo-
ju  we  wszystkich  dziedzinach  sztuki 
zawsze egzystowały.

 

 

Natomiast oparta na  spekulacjach  nowo-
czesnej  nauki  science fiction,  którą ponie-
którzy  fantaści  chcą  wywieść  od  Mary 
Shelley,  zwariowanej  baby,  co  stworzyła 
powieść  o  Frankensteinie,  o  sztucznie 
zbudowanym  mężczyźnie,  lub  od  tzw. 
romantycznej  powieści  gotyckiej  (tak 
twierdzi  np.  Brian  Aldiss)  -  ta  science 
fiction  wywodzi  się  z  typowo  racjonali-
stycznych  spekulacji,  doprowadzając  je 
nieraz  ad  absurdum i z romantyzmem nie 
ma  nic  lub  bardzo  niewiele  wspólnego. 
Przez  pewien  czas  w  naszym  kraju 
najwspanialszym  przedstawicielem  tej 
zracjonalizowanej  twórczości  powieścio-

wej  był  Stanisław  Lem.  Jednakże  jego 
nadzwyczajne  talenty,  zarówno  pisarskie, 
jak  i  filozoficzne,  ustawiły  go  wkrótce  w 
opozycji  do  prymitywnych  konstrukcji 
pisarstwa science fiction - tak  u nas, jak i 
w  krajach  zagranicznych,  także  i  w  USA. 
Stał  się  pisarzem  elitarnym,  wyszedł  z 
getta 

fantastyki 

naukowej, 

której 

zmierzch nadszedł także i tam, gdzie SF 
przeżywała  szczytową  popularność:  w 
dawnym  ZSRR  i  w  Stanach  Zjednoczo-
nych.

 

I  teraz  właśnie  trwa  jeszcze  koniec, 

końcowy etap istnienia SF, u nas i gdzie 
indziej, choć niektórzy, na przykład  znany 
fantasta czeski Ondrej Neff, twierdzą, iż 
po fantastyce i fantasy właśnie nadchodzi 
nowy czas dla naukowego fantazjowania. 
A ja Neffowi nie dowierzam w tym wzglę-
dzie, bo wydaje mi się, że czas science 
fiction  skończy  się  wkrótce  na  zawsze, 
choćby dlatego,  że nauka wybiegła dzisiaj 
daleko  poza spekulacje autorów i  opartej 
na jej  zdobyczach  fikcji  literackiej. Koniec 
niezwykłych  naukowych  pomysłów  czy 
też  pseudonaukowych,  dalsze  błyska-
wiczne drogi rozwoju samej nauki wymy-
ka-

 

ją  się  spojrzeniu  i  pojemności  intelektu-
alnej  pisarzy.  To  „getto"  samo  się  wy-
czerpuje, pustoszeje.

 

A co z naszą fantastyka? Czas jej atrak-

cyjności,  podniecanej  upolitycznieniem, 
kontestacyjnym  obliczem,  minął.  Naiwnie 
także  brzmią  i  zagraniczne  fantazjowania 
na  temat  rzeczywistości  ludzkiej  czy 
skażeń ekologicznych, prezentowane przez 
pisarstwo  czołówki  światowej,  z  pseudo-
fantastą Vonnegutem na czele. To, o czym 
on  i  inni  piszą,  co  przedrzeźniają  i  wykpi-
wają,  zna  już  niemal  każde  współczesne 
dziecko. Taka „literatura" nikogo już nieza-
frapuje, nikogo nie olśni, niewielu zabawi.

 

Czasy  fantazjowania  -  wygłupu  typu 

witkacowskiego,  także  zdają  się  już 
mijać.  Ludzi  drażni  zakamuflowana 
śmiechem  czy  śmieszeniem  prawda,  jej 
dwuznaczność 

wielowarstwowość. 

Pragną -jak sądzę - prawd jednoznacz-
nych, jedynych, bez względu na to, czy 
takie w ogóle istnieją i czy  można je w 
prostej  formie  przekazać.  W  każdym 
razie  należałoby  opuścić  wszelkie 
„getta"  -  zarówno  science  fiction,  jak  i 
fantastyki.  Niech  fantastyczność  w 
sztuce  i  w  naszej  „Fantastyce"  służy 
wreszcie  ukazywaniu  w  pogłębionym, 
poszerzonym  obrazie  -  samego  i  naj-
częściej 

osamotnionego  człowieka, 

niech  wzbogaca  prawdę  o  wnętrzu  nas 
samych,  tak  jak  to  na  przykład  robił 
znakomity  Dali,  którego  wystawę  nie-
dawno  oglądałem  w  Wenecji  (przedtem 
inną  we  Wiedniu,  obie  bogatsze  od 
albumów  dotychczas  wydanych),  Dali 
powiedział:  uprawiam  swoją  wariacką 
sztukę  po  to,  aby  samemu  nie  zwario-
wać - czy coś w tym znaczeniu.

 

Adam Hollanek 

Ucieczka z getta

 

„Nowa Fantastyka" - w kiosku 15 000 zł, a w prenumeracie TYLKO 10 000 ZŁ!!!

 

…3…2…1

 

background image

od wydawcy

 

Proponujemy  PÓŁROCZNĄ  (sze-

ściomiesięczną)  prenumeratę  naszych 
czasopism,  rozpoczynającą  się  od  do-
wolnie  wybranego  numeru.  Przyjmu-
jemy  zamówienia  na  prenumeratę  sze-
ściu  kolejnych  numerów  „Poradnika 
domowego", 

„Czterech 

Kątów", 

„Zwierzaków" 

„Fantazji", 

„Nowej 

Fantastyki"  i  „Bęc!"  oraz  na  prenume-
ratę trzech  numerów „Komiksu" i „Fe-
nixa". 

Aby  zaprenumerować  któreś  z  na-

szych  czasopism  (lub  kilka  jednocze-
śnie)  należy  wpłacić  odpowiednią 
kwotę  (odczytaną  z  tabelki)  na  nasze 
konto  bankowe  najlepiej  za  pomocą 
przekazu 

zamieszczonego 

poniżej. 

Zamówione  egzemplarze  wysyłamy 
pocztą  (w  kopertach),  korzystając  z 
adresu  podanego  nam  na  przekazie.  W 
cenę  prenumeraty  wliczyliśmy  już 
koszty wysyłki pocztowej. 

Ponieważ  odcinek  przekazu  docie-

rający  do  naszego  banku  jest  dla  nas 
zamówieniem,  prosimy  o  bardzo  wy-
raźne  napisanie  DRUKOWANYMI 
LITERAMI  na  wszystkich  trzech  od-
cinkach  przekazu:  imienia,  nazwiska  i 
dokładnego  adresu  z  kodem  poczto-
wym, abyśmy  nie popełnili błędu adre-
sując  przesyłki.  Prosimy  o  dokładne 
wypełnienie  obu  stron  wszystkich 
trzech odcinków kuponu. 

Osobom  zamawiającym  po  kilka 

egzemplarzy  każdego  numeru  któregoś 
z  czasopism  proponujemy  BONIFI-
KATĘ  związaną  z  niższymi  kosztami 
wysyłki! 

Prosimy  o  dokonywanie  wpłat  z 

wyprzedzeniem  co  najmniej  czteroty-
godniowym.  Tylko  w  takim  wypadku 
możemy  gwarantować  terminową  wy-
syłkę.  Uwaga:  wpisanie  litery  „N" 
zamiast numeru w rubryce „Od którego 
numeru"  sprawi,  że  wysyłkę  prenume-
raty  automatycznie  rozpoczniemy  od 
pierwszego  numeru  wydrukowanego 
po otrzymaniu wpłaty. 

Gwarantujemy  wysłanie  wszyst-

kich zamówionych i opłaconych nume-
rów  bez  konieczności  dokonywania 
dopłat w przypadku,  gdy pismo podro-
żeje. 

Uwaga: „Komiks" i „Fenix"  ukazu-

ją  się  średnio  raz  na  dwa  miesiące, 
dlatego  proponując  półroczną  prenu-
meratę,  pobieramy  opłatę  tylko  za  trzy 
numery. 

Przyjmujemy  również  zamówienia 

na  prenumeratę  zagraniczną;  opłata  za 
prenumeratę 

zagraniczną  wysyłaną 

pocztą  zwykłą  (lądową  lub  morską) 
jest  dwukrotnie  wyższa  od  opłaty  kra-
jowej. 

 

„Poradnik domowy" - cena 1 egz. w kiosku 7 000 zł

 

„Zwierzaki" - cena 1 egz. w kiosku 7 000 zł

 

„Cztery Kąty" - cena 1 egz. w kiosku 7 000 zł

 

„Fantazja" - cena 1 egz. w kiosku 8 000 zł

 

„Bęc!" - cena 1 egz. w kiosku 6 000 zł

 

Liczba

 

zamawianych

 

egzemplarzy

 

każdego numeru

 

Cena

 

1egz.

 

w prenumeracie

 

 

Opłata

 

półroczna

 

(za 6 numerów)

 

 

1

 

6 000

 

36 000

 

2

 

5 500

 

66 000

 

3

 

5000

 

90 000

 

4

 

5000

 

120000

 

5

 

5000

 

150 000

 

ponad 5

 

4 500

 

 

 

„Nowa Fantastyka" - cena 1 egz. w kiosku

 

Liczba

 

zamawianych

 

egzemplarzy

 

każdego numeru

 

Cena

 

1 egz.

 

w prenumeracie

 

 

Oplata

 

półroczna

 

(za 6 numerów)

 

 

1

 

8000

 

48000

 

2

 

7 000

 

84 000

 

ponad 2

 

7 000

 

 

 

„Fenix" - cena 1 egz. w kiosku 10 000 zł 

„Komiks" - cena 1 egz. w kiosku 12 000 zł

 

Liczba

 

zamawianych

 

egzemplarzy

 

każdego numeru

 

Cena

 

1 egz.

 

w prenumeracie

 

 

Opłata

 

półroczna

 

(za 3 numery)

 

 

1

 

8 000

 

24 000

 

2

 

7 000

 

42 000

 

ponad 2

 

7 000

 

 

 

 

Drodzy Czytelnicy!

 

Prenumeratorów,  do  których  nie  docierają  zamówione  egzemplarze  lub  któ-

rych  zamówienia  są  błędnie  realizowane,  prosimy  o  zgłaszanie  tych  faktów  li-
stownie  (Dział  obsługi  prenumeraty,  Prószyński  i  S-ka,  skr.  poczt.  21,  02-600 
Warszawa 13) lub telefonicznie (tel. 43-66I1 w. 2514 w Warszawie). Reklamacje 
załatwiamy niezwłocznie. 

 

background image
background image
background image
background image

Document Outline