background image

Chiny ruszą na wojnę?

Morze Południowochińskie skrywa pod swoją powierzchnią nieprzebrane zasoby ropy. "Czarne złoto" 
wzbudza pożądanie Chińczyków, którym marzy się naftowy monopol w tym regionie. Czy Wietnam 
powstrzyma zapędy Pekinu? A może tradycyjnie do akcji wkroczą Stany Zjednoczone - nazywane 
nieraz złośliwie światowym żandarmem? 

Wraz z końcem wiosny, w dalekiej Azji, w basenie Morza Południowochińskiego, Wietnam rozpoczął 
manewry marynarki wojennej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że wcale nie były to 
"rutynowe" i "coroczne" ćwiczenia jak utrzymywali wietnamscy oficjele. Liczba jednostek biorących 
udział w operacji z 13 czerwca była owiana ścisłą tajemnicą. Sztabowcy chełpili się jednak, że nie 
ćwiczyli "na sucho". W pobliżu wietnamskiej wyspy Hon Ong używano ostrej amunicji. 

To wciąż tylko ćwiczenia, tymczasem w internecie wojna już wybuchła. W ostatnim czasie hakerzy 
zaatakowali ok. 200 wietnamskich serwisów, a treść niektórych zastąpili chińskimi flagami. 

W czerwcu przez stołeczne Hanoi i Ho Chi Min City (dawny Sajgon) przetoczyły się demonstracje, w 
których uczestniczyło kilkaset osób. Były to największe protesty od czterech lat - Komunistyczny 
Wietnam z rzadka pozwala na obywatelskie manifestacje. Jednak w tym przypadku, przez dwa 
tygodnie z rzędu, pikietujący nie mieli problemów z otrzymaniem zgody władz. Wszystko wskazuje na 
to, że Wietnam ponad ideologiczną bliskość ze swoim większym sąsiadem stawia własne interesy. 
Tym interesem jest "morska suwerenność", którą demonstranci wpisali na swoje sztandary, zaraz 
obok "Stop chińskiej inwazji na wietnamskich wyspach". 

Chińczycy udają Greka 

W dniu manewrów wietnamski premier Nguyen Tan Dung podpisał ustawę, która doprecyzowuje 
warunki poboru wojskowego. Akt wejdzie w życie z początkiem sierpnia. Nie jest to jeszcze 
mobilizacja sił, ale Wietnam daje wyraźny sygnał, że w tej sprawie jest szczególnie zdeterminowany. 

Chińczycy nie pozostają dłużni. Strona wietnamska od końca maja uskarża się na trudności w badaniu 
dna morskiego. Pod adresem Pekinu padają oskarżenia o sabotaż wietnamskich jednostek 
sondujących. Akcje dywersyjne zostały rzekomo przeprowadzone przez chińskie okręty szpiegowskie i 
łodzie rybackie. To właśnie tego typu prowokacje stały za nowym kursem polityki Hanoi, którego 
wyrazem były czerwcowe manewry. Jak ocenia Daniel Zbytek, ekonomista, były dyplomata i znawca 
regionu, jest to zwykłe prężenie muskułów. - Wietnam nie zaatakuje floty chińskiej, sam nie posiada 
odpowiedniej siły, a ewentualna odpowiedź Pekinu byłaby miażdżąca - twierdzi. 

Chińscy komuniści za zaistniałą sytuację winią sąsiadów. W państwowych mediach za prowokatorów 
uznawani są przede wszystkim Wietnamczycy i Filipińczycy. Parlament chiński już w 1992 roku przyjął 
ustawę, w myśl której Chiny przyłączyły do swojego terytorium wszystkie wyspy Morza 
Południowochińskiego. Prawne konsekwencje tego aktu są jasne - wszelka aktywność sąsiadów na 
wodach morza jest naruszeniem chińskich granic. W ten sposób Pekin postawił pobliskie kraje przed 
faktem dokonanym. Według dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu 
Warszawskiego, prof. Edwarda Haliżaka, względną bierność w egzekwowaniu tej ustawy, rząd chiński 
traktuje jako gest dobrej woli. 

Wyspy skarbów 

1

background image

Co takiego skrywa Morze Południowochińskie, że państwa, które je otaczają, uczestniczą w wyścigu 
po władzę nad całym akwenem? Czy egzotyczne archipelagi wysp to tylko bujna roślinność i 
nietknięte rafy koralowe? Chiny i państwa sąsiednie nie stawiałyby sprawy na ostrzu noża z powodu 
dziewiczej natury Wysp Paracelskich, czy pięknych raf archipelagu Spratly, które uwielbiał morski 
eksplorator Jacques Cousteau. Bynajmniej nie one, stoją za eskalacją żądań skłóconych stron. 
Przyczyny leżące u podłoża sporu są bardziej prozaiczne: - to bogactwa mineralne i morskie szlaki 
handlowe. 

Wietnamczycy już teraz pracują przy złożach ropy szacowanych na 2 miliardy ton. Równocześnie 
planują wydobycie tryliona metrów sześciennych gazu ziemnego. To nie koniec - według wietnamskich 
szacunków, morze u ich wybrzeża skrywa 10 miliardów ton ropy naftowej (ok. 73 miliardy baryłek) . 
Cały świat, każdego dnia zużywa nieco ponad 80 milionów baryłek. Gra jest więc warta świeczki. 
Jakby tego było mało, pod morskim dnem zalegają również złoża złota, cynku i miedzi, a same wody 
są atrakcyjnym miejscem połowów. 

Żarłoczne gospodarki 

Dynamicznie rozwijające się gospodarki - Chin i Wietnamu - wchłoną każdą ilość paliw kopalnych. Jak 
ocenia Daniel Zbytek, wzrost ekonomiczny Chin i relatywnie niewielkie zasoby surowców naturalnych 
zmuszają Pekin do poszukiwań. - Chęć do zagwarantowania sobie za wszelka cenę surowców, 
nakręca spór o Wyspy Paracelskie - ocenia - Leżą one daleko od granic strefy ekonomicznej Chin, ale 
są zasobne w gaz i ropę. - dodaje ekspert. 

Zdaniem priorytetowym jest napędzenie chińskiej machiny przemysłowej, stąd głośne w ostatnim 
czasie zainteresowanie roponośnymi obszarami Afryki. Eksploatacja importowanych zasobów nie 
satysfakcjonuje Chin. W akwenie widzą swoją bazę rezerw strategicznych. Jednak bogactwo 
mineralne to nie wszystko. Morze Południowochińskie to także brama prowadząca do Oceanu 
Indyjskiego - miejsce, z którego bez trudu można kontrolować lwią część morskiego handlu tamtej 
części świata. Cieśnina Malakka , która łączy Ocean Indyjski z Pacyfikiem, to odcinek ważnego szlaku 
morskiego, przez który do Tajwanu, Japonii i Korei Południowej dociera 70% importowanej przez te 
państwa ropy. Wieść o ewentualnej monopolizacji morza przez Chińczyków byłaby katastrofą dla 
Japonii. Potencjalny wróg byłby w stanie szybko i skutecznie utrudnić dostawy surowców do Kraju 
Kwitnącej Wiśni. 

Alternatywne szlaki prowadzą wokół Australii lub przez wąską i trudną w żegludze cieśninę Torresa 
rozdzielającą Australię i Nową Gwineę. Ten wąski przesmyk skrywa niebezpieczne mielizny i labirynty 
raf. 

Filipiny mają swoje morze 

Trzecim tenorem w sporze o małe i niezamieszkane archipelagi są Filipiny. I tu wobec rywala Pekin 
stosuje podobną taktykę. Między lutym a majem chińska marynarka, m.in. ostrzelała filipińskich 
rybaków, przegnała sondę badawczą szukającą ropy i patrolowała wody, co do których roszczenia 
zgłasza Manila. 

Dla Chińczyków Morze Południowochińskie jest po prostu Morzem Południowym - w ich świadomości 
od zawsze było częścią ich kraju Z kolei Wietnamczycy sporny akwen nazywają Morzem Wschodnim. 
By rozwiązać problem nazewnictwa, część wietnamskich internautów podsuwa salomonowy wyrok - 
na Facebooku agitują za określeniem Morze Wschodnioazjatyckie. 

2

background image

Najdalej w tym terminologicznym szaleństwie zabrnął rząd Filipin. W czerwcu rząd w Manili nakazał 
nazywać je Morzem Zachodniofilipińskim. Rzecznik sił zbrojnych Filipin komandor Miguel Jose 
Rodriguez natychmiast uzasadnił taką decyzję. Stwierdził, że określenie "chińskie", spotykane w 
oficjalnym nazewnictwie międzynarodowym, stanowi domniemanie przynależności akwenu do 
Państwa Środka, a język - jak wiadomo - kształtuje świadomość. 

Tak jak potężne Chiny chcą by spór o morze pozostał sprawą regionu, tak mniejsze Filipiny i Wietnam 
dążą do umiędzynarodowienia konfliktu. Liczą przede wszystkim na zainteresowanie Stanów 
Zjednoczonych. W połowie czerwca prezydent Filipin Bengino Aquino otwarcie przyznał, że pomoc 
Waszyngtonu w rozwiązaniu sporu jest dla jego kraju niezbędna. Pekin nie przyglądał się temu 
biernie. W odpowiedzi rzecznik chińskiego MSZ-u wyraził nadzieję, że państwa nie uczestniczące w 
sporze pozwolą skłóconym stronom negocjować we własnym gronie. Chociaż nie zostało to 
powiedziane wprost, oczywistym jest, że mediacji miałby się podjąć Biały Dom. Mimo tych sugestii, 
Chińczycy wciąż liczą na to, że jako lider regionu będą w stanie narzucić swoją wolę sąsiadom bez 
udziału "światowego szeryfa". 

Clinton powstrzyma Chiny? 

Jednak amerykańskie interesy w regionie, nie pozwolą Chińczykom porozumiewać się z sąsiadami 
bez udziału Waszyngtonu. Koncerny energetyczne ze Stanów Zjednoczonych mają swoje bazy w 
całym basenie Morza Południowochińskiego. Ponadto Departamentowi Stanu zależy na 
respektowaniu międzynarodowego prawa morza, w szczególności zasady wolności żeglugi w 
obszarach położonych poza morzem terytorialnym. Z reguły jest to 12 mil morskich od linii brzegowej. 
Tymczasem Pekin zgłasza pretensje do niemal całego terytorium Morza Południowochińskiego. 

Wolność żeglugi jest sprawą fundamentalną dla pozycji Stanów Zjednoczonych w tamtej części 
świata. Tylko w wypadku swobodnego dostępu do Cieśniny Malakka Waszyngton byłby w stanie 
reagować na kryzysy w Azji i na Bliskim Wschodzie. Militaryzacja wysepek Spratly przez siły chińskie 
mogłaby w przyszłości skutecznie zahamować amerykańskie aspiracje w całej Azji Południowej. 

Sekretarz stanu Hillary Clinton podjęła kwestię sporu terytorialnego już w czerwcu ubiegłego roku, 
podczas spotkania w ramach ASEAN-u w Hanoi. Nie ukrywała, że Stany Zjednoczone są 
zainteresowane rozładowaniem napięć w regionie. Przy okazji wyraźnie zaznaczyła, że jej kraj nie ma 
na celu faworyzowania którejkolwiek ze stron. Jej słowa nie spotkały się z oficjalnym komentarzem 
strony chińskiej, która powtórzyła swoje tradycyjne stanowisko: - "to wewnętrzna sprawa naszego 
regionu". 

Chiny chcą być równorzędnym partnerem 

Od początku bieżącego roku, prezydent Chin Hu Jintao intensywnie pracował nad poprawą stosunków 
z zachodnim supermocarstwem. W styczniu odwiedził Stany Zjednoczone, a jego wizyta z miejsca 
została uznana za przełomową dla stosunków obu państw. Ewentualny konflikt mógłby spowodować 
pogorszenie się relacji między dwiema potęgami, a stosowana przez chińskiego prezydenta taktyka 
"ofensywy wdzięku" okazałaby się zupełnie nieskuteczna. Hu Jintao musi zdawać sobie sprawę, że to 
na co pracował przez pierwsze półrocze, może zostać szybko zaprzepaszczone przez "wymianę 
ognia" pomiędzy ministerstwami spraw zagranicznych. - Chińczycy wszystko kalkulują - mówi prof. 
Bogdan Góralczyk, sinolog i pracownik Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, były 
dyplomata. - Postanowili pokazać, że jeśli Amerykanie coś dyktują, to oni też będą stawiać twarde 
warunki. Widzą w sobie równorzędnego partnera - podsumowuje. 

3

background image

Dowiedz się więcej:

 Chiny do USA: nie mieszajcie się w to

 

Ostatnie incydenty na Morzu Południowochińskim wywołały również reakcje amerykańskich 
senatorów. Pod koniec czerwca izba wyższa jednogłośnie uchwaliła rezolucję, która potępiła chińskie 
użycie siły. Akt nawoływał do szybkiego, pokojowego i wielostronnego rozwiązania toczących się 
sporów. Jest to oczywisty sygnał skierowany w stronę Chin, które twardo obstają przy rozwiązaniach 
bilateralnych. Profesor Góralczyk nie widzi szans na podjęcie ostrzejszych kroków i studzi zapały. - Na 
tym się skończy. Wymienią się notami, które nic zasadniczo nie zmienią - podsumowuje stanowczo. 

Z kolei prof. Haliżak, dodaje, że w razie hipotetycznego zaognienia się sytuacji, następny krok, to 
wysłanie VII Floty Amerykańskiej. - Jest ona zajęta operacjami w Iraku i Afganistanie. Jednak 
pojawienie się przynajmniej jednego lotniskowca w tym regionie uznać należałoby nie tylko za 
demonstrację siły, ale również za chęć odwiedzenia stron od dalszej eskalacji konfliktu - mówi 
profesor. 

Zbytek ocenia, że w dalszej przyszłości, w razie zaostrzenia się podziałów, może dojść do podziału 
stref wpływów. - Chiny są najważniejszym partnerem Stanów Zjednoczonych w regionie. Amerykanie 
będą ograniczali się do rezolucji. W ostateczności podzielą wpływy, pozostawiając pod swoimi 
"skrzydłami" Koreę Południową i Japonię - twierdzi były dyplomata. 

Jak rozwiązać spór? 

Podczas gdy sytuacja się zaognia, intelektualiści i politycy z regionu szukają całościowych rozwiązań. 
Na początku tygodnia w filipińskim Makati odbyła się konferencja, mająca na celu opracowanie 
propozycji wielostronnego porozumienia. Azjatyccy eksperci doszli do wniosku, że niezbędna jest 
równoczesna demilitaryzacja wysp Spartly przez wszystkie strony oraz porozumienie na poziomie 
ASEAN-Chiny. Innym pomysłem było ustalenie przez zainteresowanych prawnie wiążącego kodeksu 
postępowania, którego złamanie miałoby swój finał w Międzynarodowym Trybunale Prawa Morza. 

Jak zauważa profesor Haliżak, instrument do zażegnania kryzysu w regionie już istnieje. - Chiny i 
ASEAN w 2003 roku podpisały porozumienie ramowe o pokojowym rozstrzyganiu sporów. Jednak dziś 
jest ono martwe. Brak zaufania między stronami pozostaje tak wielki, że nie są one w stanie 
wprowadzić umowy w życie. - podsumowuje sytuację. 

Ewentualną aktywność organizacji w rozwiązaniu sporu, poddaje w wątpliwość również profesor 
Góralczyk. - ASEAN jest ostrożny wobec Chin. Do tej pory to on przyjmował chińskie koncepcje. Nigdy 
odwrotnie - zauważa. 

Niecodzienna przyjaźń 

Spośród wszystkich terytorialnych roszczeń w basenie Morza Południowochińskiego, to spór 
wietnamsko-chiński ma największe szanse na przeistoczenie się w otwarty konflikt. Oba państwa mają 
zresztą na koncie zbrojne incydenty w regionie. W 1974 roku marynarka chińska odbiła z rąk 
Południowego Wietnamu Wyspy Paracelskie. Czternaście lat później obie strony stoczyły krótką bitwę 
w rejonie Wysp Spratly, w wyniku której zatopiono wietnamską jednostkę. - Teraz może dojść do 
podobnej sytuacji - ocenia Haliżak. - Celem chińskiej marynarki wojennej mogą być obszary, na 
których znajdują się wyspy. Być może Chińczycy będą chcieli pozbyć się obecności wietnamskiej na 
Wyspach Spratly. Wietnamczycy mogą stawiać opór, a to z kolei może przerodzić się w konflikt - 
przewiduje dyrektor ISM UW. 

4

background image

Hanoi, w celu uniknięcia konfliktu z Pekinem, szuka nietypowego sojusznika w Stanach 
Zjednoczonych. - W Wietnamie wzrasta poczucie zagrożenia Chinami i jednocześnie rośnie sympatia 
do Amerykanów - ocenia Haliżak. - To wyjątkowo interesująca zmiana sytuacji. Wietnam - wróg numer 
jeden, który 40 lat temu był bezlitośnie bombardowany przez lotnictwo amerykańskie - stał się 
sojusznikiem w konfrontacji z Chinami - zauważa profesor. 

Dominacja gospodarcza oraz silna pozycja na arenie międzynarodowej to chińskie atuty w tej grze. 
Pekin zrobi wszystko by izolować spór na arenie międzynarodowej, pozostaje pytanie co wybiorą 
Chiny: - rozstrzygnięcie siłowe, czy negocjacje z sąsiadami? - Pekin prędzej czy później, będzie 
musiał pogodzić się z sytuacją, w której część wysp będzie należała do jego sąsiadów. Chiny muszą 
uznać status quo, czyli sytuację, w której każde państwo sprawuje władzę nad określoną ilością 
wysepek. Nie zmienią tego na własną rękę. - ocenia Edward Haliżak. 

- Polityka chińska w ostatnim czasie, była raczej polityką "pokojowego wzrostu", czego dowodem jest 
zbudowanie Szanghajskiej Organizacji Współpracy - podkreśla prof. Góralczyk. - Owszem, program 
unowocześnienia armii, która na dodatek jest największa na świecie (- 2,2 mln żołnierzy)niewątpliwie 
następuje. Chiny zbroją się szybko. Jednak na wybuch wojny nie ma najmniejszych szans. - ocenia 
sinolog. 

Incydent, którego nie było 

Mimo wszystko, oczy świata wciąż będą zwrócone na Państwo Środka. W przeszłości spory graniczne 
znalazły już swój wojenny finał. Ostatnio w 1979 roku, gdy z powodu błahego incydentu 
niespodziewanie wybuchła wojna między Chinami a Wietnamem. 

Amerykański konflikt w Wietnamie pokazał, że w tej części świata wojna może wybuchnąć nawet z 
powodu incydentów, których nie było. Waszyngton przystąpił do wojny wietnamskiej po odwecie 
amerykańskich niszczycieli na jednostkach Wietnamu Północnego. Jednak ówczesny prezydent 
Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson w kuluarach przyznał, że obiektem ataku nie był wróg, a... 
wieloryby. Równie kuriozalny scenariusz nie jest wykluczony i tym razem. 

Adam Parfieniuk, Wirtualna Polska 
 

(wp.pl)

2011-07-08 (18:00)

5