background image

SŁOWIANIE W TURYNGII

Przygoda opata

Opat   potężnego   i   słynnego   później   klasztoru   benedyktyńskiego  w   Fuldzie,   Sturm 

(rządził opactwem w latach 744—779), w trakcie jednej z podróży dotarł do szlaku handlowego 
prowadzącego z Turyngii do Moguncji. Drogę przecinała rzeka, nosząca, tak jak i klasztor, nazwę 
Fulda, Jeżeli wierzyć autorowi Żywota Sturma, w miejscu tym bogobojny opat: “natknął się na 
wielki tłum Słowian, którzy kąpali się i obmywali swoje ciała w tej rzece. Zwierzę, na którym 
siedział, poczęło się płoszyć i wstrząsać na widok ich gołych ciał; również i mąż boży cofnął się 
z przestrachem przed ich odorem. Gdy oni zwyczajem pogańskim zaczęli łajać sługę Pańskiego i 
chcieli   go   ugodzić,   zostali   powstrzymani   i   odwiedzeni   od  tego   mocą   Bożą.   Któryś   z   nich, 
odgrywający rolę tłumacza, zapytał go, dokąd jedzie, a ten odpowiedział mu, że zmierza do 
górnego odcinka puszczy".

Niestety, żywotopisarz nie zanotował, czy Słowianie owi byli mieszkańcami tych okolic, 

czy też może — wszak wyraźnie mowa  jest o szlaku handlowym — chodzi o odpoczywającą 
karawanę  kupców z bardziej na wschodzie położonych rdzennych krajów  słowiańskich, jak na 
przykład Czechy, Ruś czy Polska.

Rzeka   Fulda

1

  nad   której   górnym   biegiem   leży   wspomniany  klasztor,   płynie   po 

górzystych   i   wyżynnych   obszarach   dzisiejszej  Hesji   —   kraju   położonego   w   samym   sercu 
Niemiec. Jak wyjaśnić obecność Słowian w VIII wieku tak daleko na zachodzie, na obszarach od 
wieków rdzennie niemieckich?

Nieco   zapewne   wcześniej   od   opisanego   tu   wydarzenia,   w   751  roku   słał   listy   do 

papieskiego Rzymu wielki misjonarz, przybysz z dalekich Wysp Brytyjskich Winfryd, bardziej 
znany pod chrześcijańskim imieniem Bonifacego. Bonifacy, zwany dla swych zasług misyjnych 
“apostołem   Germanii",   stał   na   czele   archidiecezji   mogunckiej,   której   podlegały   wschodnie 
prowincje   ówczesnego   państwa   frankijskiego,   m.in.  Turyngia.   W   granicach   metropolii 
mogunckiej   znajdowała   się   również   ludność   słowiańska,   dotąd   nie   nawrócona   na   wiarę 
chrześcijańską. Jeden z listów Bonifacego do papieża zawierał pytanie, czy należy brać czynsz od 
owych pogańskich Słowian. List ten wprawdzie nie dochował się do naszych czasów, zachowała 
się   natomiast   odpowiedź   papieża   Zachariasza,  który   nader   realistycznie   polecił   Bonifacemu 
respektować istniejący stan  rzeczy:  “[...] jeżeli [Słowianie — J.S.] siedzieli tam poprzednio nie 
płacąc daniny, to i na przyszłość będą tę ziemię uważać słusznie za swoją własność; jeżeli zaś 
składali daninę, wiedzą, że ziemia ta posiada innego właściciela".

Przenieśmy się teraz w myślach jeszcze sto lat wcześniej —  chodzi o łata 632—633. 

Państwo frankijskie stanęło wobec niespodziewanego niebezpieczeństwa w Europie środkowej: 
federacji różnych plemion słowiańskich zorganizowanych we wczesnopaństwowy system przez 
niejakiego   Samona   (podobno   niegdyś   kupca   frankijskiego!).   Jedno   z   nielicznych   źródeł 
frankijskich z tego okresu, Kronika tzw. Fredegara, której zawdzięczamy niemal wszystko, co 
wiemy o owym “państwie Samona", przynosi m.in.  następującą wiadomość: po przegranej dla 
Franków   bitwie   pod  grodem  Wogastisburgiem

2

  “także   Derwan   —  książę   plemienia  Surbiów, 

które należało do szczepu Sklawinów  i od dawna już przynależało do królestwa Franków — 
przyłączył się wraz ze swoim ludem do królestwa Samona".

Co to za “Surbiowie" i co znaczy zdanie, jakoby “od dawna",  a więc przed rokiem 

632—633, mieli oni podlegać Frankom?

Pierwsi Słowianie w Niemczech środkowych

W   drugiej   połowie  VI  wieku   nad   środkową   Łabą,   na   północ   od  Gór   Kruszcowych, 

1

Jest dopływem rzeki Werry, a wraz z nią wpada do Wezery

2

Nie zlokalizowanym dotąd przez historyków.

background image

pojawiły się pierwsze grupy ludności słowiańskiej. Widomymi pozostałościami tych pionierów 
są szczątki naczyń glinianych należących do typu tzw. ceramiki praskiej. Były  to naczynia 
ręcznie lepione, dość prymitywne, o kształcie jajowatym, o powierzchni z reguły nie zdobionej 
oraz o niskim, słabo wyodrębnionym brzegu. Jak dotąd — bo liczba ta ciągle się powiększa — 
udało się archeologom w 15 miejscach w Niemczech  środkowych odnaleźć szczątki ceramiki 
typu   praskiego.   Znaleziska  te   skupiają   się   przede   wszystkim   wzdłuż   środkowej   Łaby.   Gdzie 
indziej   w   Niemczech   podobnej   ceramiki   nie   odnaleziono.   Nie   była  ona   również   znana   na 
przykład na ziemiach polskich, natomiast masowo występuje w Czechach. Nie ulega wątpliwości, 
że ludność słowiańska posługująca się ceramiką typu praskiego przybyła na obszar dzisiejszych 
Niemiec   z   Czech.   Wniosek   ten   znajduje   potwierdzenie   w   danych   dostarczonych   przez 
językoznawstwo.   Otóż   do   najstarszych   nazw   słowiańskich   na   obszarze   międzyrzecza   Łaby  i 
Soławy   należą   nazwy   złożone   typu   Kosobody   lub   Žornošeky.   Zupełnie   zbliżone   nazwy 
miejscowe   występują   na   obszarze   Czech  i   nigdzie   poza   tym.  Widocznie   nazwy   tego   typu 
zostały przeniesione na północ przez ludność ceramiki praskiej.

Z  tego  samego  kierunku,  czyli  z  Czech,  wyszła  nieco  później  druga fala osadnictwa 

słowiańskiego,   dla   której   charakterystyczna  była   ceramika   wypalana   na   kolor   szary.   W 
przeciwieństwie  do  fali z ceramiką praską, ludność ceramiki szarej skierowała się raczej na 
obszary położone w dorzeczach rzeki Muldy (lewy dopływ Łaby) i środkowej Soławy.

Tymczasem ludność ceramiki praskiej, posuwając się w dół Łaby, zetknęła się z czasem z 

innymi plemionami słowiańskimi, różniącymi się od niej odmiennym dialektem oraz pewnymi 
cechami kultury materialnej. Plemiona te przywędrowały z bliżej nie określonych obszarów 
dzisiejszej Polski. W rezultacie zetknięcia się tych dwóch prądów osadniczych, nad środkową 
Łabą   oraz   w   dorzeczach  Haweli  i   Sprewy   rozwinęła   się   odrębna   grupa   kulturowa,   której 
najłatwiej uchwytną cechę stanowi tzw. ceramika brunatna.

Tak   w   najogólniejszym   zarysie   przedstawiają   się   dostępne   poznaniu   najwcześniejsze 

ślady ludności słowiańskiej w Niemczech środkowych. Żadne źródło pisane nie zanotowało tych 
wydarzeń.  W każdym razie ze starej, germańskiej  ludności  międzyrzecza  Soławy   i   Łaby   w 
wieku VII nie pozostało prawie nic. Obszar ten stał się, podobnie jak — choć zapewne 
nieco później — cała wschodnia część Niemiec po środkową i dolną  Łabę, krajem czysto 
słowiańskim.

A jeszcze dalej?

Biograf cesarza Karola Wielkiego (panował w latach 768—814) Einhard napisał, że rzeka 

Soława dzieliła germańskich Turyngów od Serbów połabskich (bo taka była nazwa jednego z 
plemion słowiańskich, później rozszerzona na cały zespół pokrewnych plemion słowiańskich z 
południowej części Połabia).  Einhard miał rację tylko częściowo: istotnie Soława stanowiła na 
kilka wieków wschodnią granicę osadnictwa germańskiego, tylko jednak na niektórych odcinkach 
była   zachodnią   granicą   Słowian.  Osadnictwo  słowiańskie   bowiem   na   szerokim   froncie 
przekroczyło tę rzekę

3

.

Powstaje nader istotne pytanie: kiedy właściwie Słowianie przekroczyli Soławę i osiedlili 

się w środkowej i zachodniej Turyngii?  Czy miało to miejsce w  VI  bądź VII wieku, czy też 
może   później  w  wiekach  VIII—IX?  Nie  chodzi  przy  tym   jedynie  o  chronologię,  ale o sam 
charakter osadnictwa słowiańskiego. Jeżeli osady słowiańskie na zachód od Soławy powstały w 
wiekach  VI—VII, to  oznaczałoby to, że są rezultatem swobodnej ekspansji niezależnych  pod 
względem politycznym plemion słowiańskich. Jeżeli natomiast udałoby się wykazać, że osady 
słowiańskie powstały dopiero w czasach późniejszych, powiedzmy: począwszy od końca VIII 
wieku, kiedy to pod rządami  Karolingów  nastąpiła znaczna konsolidacja polityczna obszarów 
niemieckich, to trzeba by przyjąć, że osadnictwo słowiańskie jest rezultatem nie własnej, lecz 

3

Przekroczyło   również   miejscami   środkową   i   dolną   Łabę,   zwłaszcza  w   tzw.   Starej   Marchii   i 

Hanowerskim Wendlandzie (czyli dosłownie: Kraju Słowian). O wyjątkowo długim przetrwaniu szczątków ludności 
słowiańskiej  w   tym   ostatnim   kraju   piszę   w   rozdziale   “Ostatni   Słowianie   nad   Łabą

.  Liczne   i   zwarte   grupy 

słowiańskie zasiedliły też północno-wschodnią Bawarię, a więc obszar położony na południe od Turyngii.

background image

cudzej inicjatywy,  że  Słowianie przybyli do Turyngii  za przyzwoleniem  królów   frankijskich, 
miejscowych możnych lub instytucji kościelnych, a może nawet na ich rozkaz.

Po   cóż   jednak   Niemcy   mieliby   ściągać   w   swe   dobra   osadników  słowiańskich? 

Odpowiedź   na   to   pytanie   jest   prosta.   Wielcy   właściciele   ziemscy   (obojętnie   czy   w   tym 
charakterze występował sam monarcha, czy któryś z jego świeckich lub duchownych wasali) dą­
żyli do maksymalnego powiększenia swoich dochodów. Głównym źródłem bogactwa była wtedy 
—   i   długo   jeszcze   potem   —   ziemia,   ale   nie   ziemia   jakakolwiek   (tej   wszędzie   było   pod 
dostatkiem), tylko ziemia uprawiana, przynosząca utrzymanie swym bezpośrednim pracownikom 
— chłopom, a właścicielom ziem —  królowi bądź feudałowi — daniny i czynsze. Zaludnienie 
Niemiec środkowych było zaś szczupłe, nie tylko w porównaniu ze stanem dzisiejszym. Wielka 
wędrówka plemion germańskich wieków III—V wyprowadziła nad Dunaj i Morze Czarne oraz w 
granice  państwa   rzymskiego  dużą  część   miejscowych  plemion  germańskich,  choć  i   tak  część 
jedynie wzięła udział w migracji (Hermundurowie, Semnonowie, Cheruskowie). W VI  wieku 
wojny   Franków  z   Turyngami   i   Warnami   (ci   ostatni   byli   wschodnimi   —   przez   Soławę   —
sąsiadami Turyngów) ponownie zdziesiątkowały ludność.

W owych  czasach  nikt  nie  pytał  przybysza,  jakiej   jest  narodowości

4

.   Przecież   sama 

monarchia   Franków   stanowiła   już   w  VI  i   VII   wieku   konglomerat   romańsko-germański. 
Niezależnie   od  tego   Słowianom   sprzyjały   okoliczności   polityczne.   Dla   frankijskich 
Merowingów,   toczących   ciężkie   boje   z   plemionami   germańskimi,   sadowiące   się   nad   Soławą 
plemiona serbskie były z pewnością pożądanym sojusznikiem.  Dopuszczenie, by poszczególne 
grupy ludności słowiańskiej osiadały na nie uprawianych dotąd gruntach Turyngii, co przecież 
rozsadzało etniczną zwartość świeżo podbitego kraju, mieściło się w strategii Franków.

Z   drugiej   zaś   strony,   gdy   podbici   Turyngowie,   korzystając   z   późniejszego   osłabienia 

merowińskiej  “Frankii", zaczęli prowadzić politykę de facto od Merowingów  niezależną i nie 
wahali   się   niejednokrotnie   przeciwstawiać   Frankom   zbrojnie,   sami   musieli   pilnie   zabiegać   o 
spokój   na   wschodniej   granicy,   przynajmniej   jeżeli   chcieli   uniknąć   wojny   na   dwa   fronty. 
Zrozumiałe, że w takich warunkach trudno było powstrzymać infiltracje ludności słowiańskiej 
w głąb terytorium niemieckiego.

Wielu jednak uczonych — głównie, ale nie tylko niemieckich —  było i jest zdania, że 

geneza osadnictwa słowiańskiego na zachód od Soławy jest inna. Otóż w X i XI wieku, gdy silni 
władcy niemieccy z dynastii saskiej podjęli próbę podboju całej Słowiańszczyzny połabskiej, 
osadzali licznych jeńców słowiańskich w swoich dobrach w głębi kraju. Często przenoszono w 
ten sposób całe rodziny, a nawet wsie słowiańskie. Byłoby to więc osadnictwo stosunkowo późne, 
niesamodzielne,   o   charakterze   przymusowym.   Owi  jeńcy   słowiańscy   byliby   tylko   biernym 
narzędziem polityki osadniczej władców.

Pogląd   taki   opiera   się   na   kilku   spostrzeżeniach.  A  więc   przede  wszystkim   jak   dotąd 

archeologowie   nie   potrafią   wskazać   najstarszej   wczesnosłowiańskiej   ceramiki   (np.   typu 
praskiego) pochodzącej z obszarów na zachód od Soławy. Po drugie: największe skupiska osad 
słowiańskich zaznaczają się na tych terenach, gdzie istniały wielkie kompleksy dóbr należących 
bezpośrednio do królów niemieckich lub wielkich klasztorów —  Fuldy i Hersfeldu. Do takich 
obszarów należało na przykład pogórze Harzu, obszar tzw. Vogtlandu (czyli kraju zarządzanego 
przez wójta królewskiego)  nad górną Soławą, jak również teren położony na północ od dolnej 
Unstruty (tzw. Hassegau).

Spostrzeżenie   jest   słuszne,   ale   wytłumaczenie   tego   zjawiska  jest znacznie prostsze. 

Otóż wydaje się, że rzekome zagęszczenia  śladów słowiańskich na wymienionych obszarach 
tłumaczą   się  w  dużym  stopniu  faktem   lepszego  udokumentowania   źródłowego  dziejów   tych 
właśnie okolic. Po prostu osada słowiańska miała większe szansę, by doczekać się wzmianki w 
źródle   pisanym,   gdy  znajdowała   się   w   pobliżu   dworu   królewskiego   lub   biskupiego,  gdzie 
monarcha   wraz   ze   swą   kancelarią   stosunkowo   często   przebywał   niż   w   sąsiedztwie   bardziej 
oddalonych od “wielkiego świata" dworów i stolic biskupich zakątków Turyngii.

4

Podobnie kilka wieków później   książęta polscy   bez żadnych   oporów  chętnie kolonizowali swój kraj 

przybyszami niemieckimi.

background image

Wolni czy niewolni?

W 1136 roku opat klasztoru św. Piotra w Erfurcie nadał czterem Słowianom cztery łany 

ziemi we wsi  Bachstedt w dziedziczne użytkowanie w zamian za roczny czynsz. Ciekawe, że 
przynajmniej trzech z nich nosiło czysto niemieckie imiona: Herold, Udalryk i Kuno (czwarty 
miał na imię Luzicho) i że byli “gośćmi" (hospites) landgrafa Turyngii.  Sposób postępowania 
owych   słowiańskich   osadników   może   być,   jak   sądzę,   przykładem   dość   typowym.  Otóż   za 
własne   pieniądze   kupili   oni   najpierw   jeden   łan   ziemi  w   wymienionej   wsi,   po   czym 
przekazali ją na prawie prekaryjnym  klasztorowi  św.  Piotra.  Zrzekli  się  przez  to  wprawdzie 
własności  nowo   nabytej   ziemi,   ale   dobrze   wiedzieli,   dlaczego   to   czynią.   Zgodnie   bowiem   z 
powszechnie w średniowieczu stosowaną praktyką otrzymali natychmiast ów łan z powrotem w 
charakterze lenna klasztoru, a opat, jak widzieliśmy, dołożył do tego łanu aż trzy dalsze. Obie 
strony   były   zadowolone:   Słowianom   łatwiej   było   żyć  i   gospodarować   na   4   łanach   niż   na 
jednym, nawet po uwzględnieniu konieczności uiszczania corocznego czynszu; klasztor o l łan 
zwiększał   swoje   tytuły   własności,   a   jednocześnie   do   kasy   rozpoczęły   wpływać   czynsze   z 
łanów, które dotąd — jako nie uprawiane — nie przynosiły w ogóle żadnego dochodu.

Podany przykład dowodzi, że jeszcze w I połowie XII wieku byli w Turyngii Słowianie 

cieszący się wolnością osobistą, zdolnością   do   czynności   prawnych   oraz   dysponujący   pewną 
sumą pieniędzy. Ale i w VIII, i w  IX  wieku w dokumentach klasztoru  fuldajskiego zachowało 
się   stosunkowo   dużo   wzmianek   o   darowaniu   przez   poszczególnych   Słowian   ziemi   na   rzecz 
opactwa. Czynić darowizny mogli tylko ludzie wolni, cieszący się uznanym prawem własności 
swej ziemi. Nie mogli zaś takimi być np. jeńcy wojenni. Trzeba więc przyjąć, że przynajmniej 
część ludności słowiańskiej w Turyngii była wolna od samego początku, a wolność ta była 
rezultatem   swobodnego,   zdobywczego   przybycia   niegdyś  jej   przodków   do   Niemiec 
środkowych.

Czyż zresztą pytanie św. Bonifacego skierowane do papieża, o którym czytaliśmy już 

nieco   wyżej,   miałoby   sens,   gdyby   w   diecezji   mogunckiej   znajdowali   się   tylko   Słowianie 
uzależnieni   od   jakiejkolwiek   władzy   (poza   formalnym   uznawaniem   zwierzchnictwa   królów 
frankijskich)? Czynsz od takich Słowian byłby przecież zrozumiały

Nazwy mówią

W różnych miejscach Turyngii z różnym nasileniem zachowały się nazwy miejscowości 

pochodzenia słowiańskiego. Oto przykłady pierwsze z brzegu: Bohlen (słów. Bielin), Oberpörlitz 
(w   drugiej   części   nazwy   rozpoznajemy   słowiańskie   słowo  Pogorelica),   Döbritschen,   Liskau, 
Lüfaschütz.  Aczkolwiek   wyjątki   są   możliwe  i   stwierdzone,   to   przecież   jako   regułę   należy 
przyjąć, że słowiańskie nazwy miejscowe mogły być nadane tylko przez Słowian,

Ale   obok   nazw   o   brzmieniu   słowiańskim   jeszcze   inne   kategorie  nazw   przypominają 

dawnych mieszkańców tych ziem. Słowian nazywano w Niemczech Wendami (Wenden); zdaniem 
wielu uczonych nazwy miejscowe Wendhausen i podobne mogą wskazywać na to, że mieszkali 
tam   Słowianie.   Nierzadko   jedną   część   wsi   zamieszkiwali   Słowianie   a   drugą   Niemcy.   Wtedy 
okoliczni Niemcy mówili np. o wsi Windisch-Schwabhausen (po łacinie Suabehusa slavica) w 
przeciwieństwie do Deutsch-Schwabhausen (po łacinie Suabehusa teutonica).

Jest jeszcze ciekawa grupa nazw mieszanych, to znaczy nazw utworzonych częściowo ze 

słów słowiańskich, a częściowo z niemieckich. W roku 874 wymieniono w Turyngii miejscowość 
Wonisesthorp.  Pierwsza   część   tej   nazwy   stanowi   zniekształconą   przez  nie   znającego   języka 
słowiańskiego pisarza  postać  słowiańskiego  imienia   Bonesz   lub   Bonisz,   druga   to   niemiecka 
końcówka dorf, czyli wieś. Nazwę można by więc przetłumaczyć jako “wieś Bonisza". Podobnie 
Bogomelesdhorp to “wieś Bogumiła", Zcezlauwendorf to “wieś Czesława".  Takie nazwy mogli 
miejscowościom  nadawać   tylko   Niemcy,   ale   w   takich   miejscowościach   musieli  kiedyś 
mieszkać Słowianie.

Istnieją   i   inne   nazwy   mieszane   —   np.   nazwa   Volcmeriz.   Pierwszy   jej   człon   zawiera 

niemieckie   imię  Volkmar,   natomiast   końcówki   "iz",   "itz"   nie   da   się   bez   kłopotu   wywieść   z 

background image

języka  niemieckiego.  Jest   to   końcówka   słowiańska,   w   dodatku   końcówka   bardzo   stara,  taka 
sama,   jaką   odnajdujemy   w   nazwach   polskich:   Biskupice,   Naramowice,   Wierzbięcice.   Czyli 
zachodzi   tu   odwrotna   sytuacja   nie  tylko   językowa,   ale   i   historyczna.   Takie   nazwy   mogli 
nadawać tylko Słowianie, ale w miejscowościach tak nazwanych musieli żyć kiedyś Niemcy. 
Inaczej nazwa nie miałaby sensu.

Nazwy   mieszane   dowodzą   jeszcze   jednego   wielkiej   wagi   zjawiska.   Otóż   mogły   one 

powstawać tylko tam, gdzie w bezpośrednim sąsiedztwie mieszkali Słowianie i Niemcy, inaczej 
nie   byłyby   zrozumiałe.   Wbrew   różnym,   przebrzmiałym   już   obecnie   w   nauce,   dawniejszym 
poglądom,   osadnictwo   słowiańskie   i   niemieckie   rozwijało   się   w   ciągu   wieków   w   sposób 
pokojowy. Jedni nie wadzili drugim. Dopiero stopniowo, normalną koleją losu, silniejszy żywioł 
niemiecki   zdobywał   przewagę.   Małżeństwa   mieszane,   codzienne   kontakty   sąsiedzkie, 
upodabnianie   kulturowe,   wpływ   kościoła  —   musiały   działać   niwelujące.   Najsilniej   w   tym 
kierunku   działał   jednak   ustrój   feudalny,   równający   stopniowo   niemieckich   i   słowiańskich 
chłopów do poziomu chłopów zależnych feudalnie. Wieki XII i XIII położyły, jak się wydaje, 
kres odrębności Słowian w Turyngii.

Rewelacje z Espenfeld

W latach 1959—1965, na pagórku oddalonym około półtora kilometra od wsi Espenfeld w 

powiecie  Arnstadt   w   Turyngii,   odkopano   i   zbadano   duże   cmentarzysko   słowiańskie.  Jest   to 
pierwsze dokładnie  zbadane  i   —  co  ważne  —  zachowane  do  naszych  czasów  w stanie nie 
naruszonym cmentarzysko słowiańskie na zachód od Soławy i jednocześnie w ogóle najdalej na 
zachód położone cmentarzysko słowiańskie. Ogółem zarejestrowano 439 grobów. Cmentarzysko 
funkcjonowało mniej więcej od końca  X  do  II  połowy  XII wieku. Sumienne jego zbadanie 
rzuciło jasne światło na kulturę materialną Słowian w Turyngii oraz pośrednio na ich status 
społeczny.

Okazało się, że mieszkająca tu grupa ludności słowiańskiej (niestety, jak dotąd nie udało 

się odnaleźć przynależnej do cmentarzyska osady słowiańskiej

5

) bynajmniej nie składała się z 

niewolników   czy   ludzi   półwolnych.   Przeciwnie,   byli   to   ludzie   zamożni,  mogący   bogato 
wyposażyć swoich zmarłych w ozdoby i broń. Liczne na przykład perły, sprowadzane niekiedy 
aż z Kaukazu, świadczą o dużej roli handlu w życiu społeczności z Espenfeld. Niewykluczone, że 
tutejsi   Słowianie,   mieszkający   w   pobliżu   niezwykle   ważnego   szlaku   handlowego   łączącego 
Europę   zachodnią   przez   Frankfurt   nad   Menem,  Erfurt,   Lipsk   z   Wrocławiem,   Krakowem  i 
Kijowem, spełniali jakąś szczególną rolę. Mogli być na przykład, jak przypuszcza Sigrid Dušek, 
której   dziełem   jest   naukowe   poznanie   cmentarzyska   w   Espenfeld,   rzemieślnikami   i 
przewoźnikami niezbędnymi do obsługi podróżujących kupców. Dzięki temu zdobyli poważną 
pozycję materialną, a ta z kolei umożliwiła im stosunkowo długie przetrwanie w dużej, zwartej 
grupie. Grupa ta potrafiła zachować niemal nietknięte cechy słowiańskie.

Wykopaliska z Espenfeld w pełni potwierdzają pogląd o normalnym statusie społecznym 

przynajmniej części dawnej ludności  słowiańskiej w Turyngii. Nie są już obecnie zjawiskiem 
unikalnym; badania archeologów NRD objęły bowiem w międzyczasie  na obszarze Turyngii 
inne stanowiska słowiańskie, które przyniosły nader istotne wyniki badawcze.
W drugiej połowie XVI wieku, a więc w okresie, gdy sytuacja resztek ludności słowiańskiej w 
Niemczech   na   ogół   uległa   szybkiemu   pogorszeniu   (zob.   niżej,   s.   340),   w   pobliżu   Weimaru 
połączyły   się   w   jedną   —   dwie   sąsiednie   wsie:   niemiecka   Grossbrembach   i   słowiańska 
Windischenbrembach.   Powstała   wtedy   płaskorzeźba   (którą   dziś   jeszcze   można   oglądać   w 
Grossbrembach),   przedstawiająca   jasnowłosego   Niemca   i   ciemnowłosego   brodatego 
Słowianina,   okrytych   jednym   dużym   kapeluszem   i   wspólnie   dmących   w   przedmiot,   który 
można   interpretować   jako   instrument   dęty,   zapewne   róg.  Interesujący   ten   motyw 
ikonograficzny   wolno  uważać   poniekąd   za   symbol,   przestrzegający   przed   uproszczeniami: 
niektóre grupy ludności słowiańskiej w Turyngii wcale nie  znajdowały się w gorszej sytuacji 

5

O  tym,   że   w   bliższym   i   dalszym   sąsiedztwie   Espenfeld   mieszkali   liczni  Słowianie   świadczą   i   nazwy 

miejscowe,   i źródła pisane.

background image

społeczno-ekonomicznej niż chłopi niemieccy, a stosunki sąsiedzkie bynajmniej nie zawsze i nie 
wszędzie musiały być wrogie.

Gdy   zdarzy   nam   się   podróżować   po   pięknej   ziemi   turyńskiej,  pamiętajmy,   że   w   tym 

krajobrazie jest też pewien udział Słowian,  a ze swojsko niekiedy brzmiących nazw mijanych 
miejscowości próbujmy odczytać dawne dzieje tego kraju.

TRIUMF POZORNY

Minęło   920   lat   od   pamiętnych   wydarzeń   roku   1066,   które,   jak   uważają   niektórzy, 

przypieczętowały tragiczny los Słowian połabskich.

“W   siódmy   dzień   przed   idami   czerwcowymi   [czemu   według   naszej   rachuby   czasu 

odpowiada dzień 7 czerwca — J. S.] zamordowany został nasz  Machabeusz w mieście Leontia 
wraz   z   prezbiterem  Hiponem,   który   został   ofiarowany   przed   ołtarzem   wraz  z   wieloma 
innymi tak świeckimi, jak i duchownymi [osobami — J. S.], które rozmaitych doświadczyły 
cierpień za Chrystusa".

Miasto   “Leontia"   to   stary   słowiański   gród   Łączyn   (po   niem.  Lenzen),   położony   nad 

Łabą w pobliżu ujścia Eldy, a pamiętny wielką klęską, jaką w roku 929 zadał tu Słowianom król 
niemiecki Henryk I. Pod biblijnym imieniem bohatera żydowskiego Machabeusza kronikarz Adam 
z Bremy (gdyż jemu zawdzięczamy podstawowe wiadomości o całej sprawie) rozumiał księcia 
obodrzyckiego noszącego w rzeczywistości niemieckie imię Gotszalk (1044—1066).

Kto go zamordował? Komu okazał się niewygodny władca obodrzycki?  Jakie znaczenie 

mogło mieć to morderstwo dla późniejszych dziejów naszych zachodnich sąsiadów? Żeby móc 
odpowiedzieć na te pytania, musimy nieco dokładniej przyjrzeć się sytuacji, jaka panowała na 
Połabiu około połowy XI wieku.

Z   trzech   głównych   związków   plemiennych   zamieszkujących   w   średniowieczu 

obszary położone pomiędzy Odrą a Łabą i Soławą (Saale), w pierwszej połowie X wieku 
definitywnie   utraciły   niezależność   polityczną   plemiona   serbołużyckie.  Natomiast 
mieszkający od nich na północ Wieleci (w źródłach od końca X wieku począwszy noszą oni nazwę 
Luciców)  i  Obodrzyce  potrafili  w   wyniku  kilku  powstań  u  schyłku  X  wieku   odzyskać   pełną 
niepodległość. Sprzyjała  im   sytuacja,   jaka   panowała   w   tej   części   Europy  w   końcu  X  i 
przez cały niemal  XI  wiek. Walki wewnętrzne  w Niemczech po śmierci Ottona I i Ottona 
II,  wojny   polsko-niemieckie   wypełniające   pierwszych   kilkanaście   lat  XI  wieku,   osłabienie 
państwa   polskiego   po   śmierci   Mieszka   II,  zaburzenia   wewnętrzne   w   Niemczech   w   okresie 
małoletniości Henryka IV, otwarty bunt Sasów i wreszcie wydarzenie najważniejsze — wybuch 
długotrwałej   walki   pomiędzy   papiestwem   a   cesarstwem   —   wszystko   to   paraliżowało   obu 
groźnych sąsiadów Połabian — cesarstwo i Polskę.

Oznaczało   to   przede   wszystkim   poważne   zahamowanie   niemieckiej   ekspansji   za  Łabę. 

Podobnie jak w drugiej połowie  IX  wieku,  kiedy to osłabiona  monarchia następców Karola 
Wielkiego nie była zdolna do energiczniejszej akcji, stroną aktywniejszą stawali się Słowianie. 
Przeciwko nim musieli książęta sascy wybudować nad lewym dopływem Łaby — Ilmenawą i 
dalej na południe potężny łańcuch grodów obronnych, mający na celu zabezpieczenie przed 
atakami słowiańskimi obszarów położonych dalej na zachód.  Przeciwko nim musiał biskup z 
Hildesheimu   św.   Bernard   w   roku  1013   odbudować   zniszczony   gród   Mundborg   nad  Alerą 
(dopływem dalekiej Wezery!).

Ale korzystna dla Słowian koniunktura nie mogła przecież trwać wiecznie. Prędzej czy 

później stosunki wewnętrzne w Niemczech ułożą się jakoś i nowa fala ekspansji runie na Połabie. 
Co jej przeciwstawią Słowianie?

Najpotężniejsi   z   nich   Lucicy,   stanowiący   federację   czterech   plemion   (Czrezpienian, 

Chyżan,   Doleńców   i   Redarów),   do   których   przyłączały   się   niekiedy   dobrowolnie   bądź   pod 
przymusem inne plemiona połabskie, nie czynili nic, aby utworzyć organizm polityczny bardziej 
niezawodny i giętki, bardziej zdolny do długotrwałego odpierania ataków niemieckich.  Ziemie 
rdzennych plemion Związku Lucickiego były najuboższe na całym Połabiu. Pokrywające je lasy, 
jeziora i bagna nie pozostawiały zbyt wielu  możliwości do rozwoju rolnictwa, szczególnie zaś 

background image

uboga była ziemia najważniejszych w związku — Redarów. Przodujące znaczenie zawdzięczali 
oni   tylko  posiadaniu  na  swoim  terytorium  świątyni czczonego na całym Połabiu Swarożyca. 
Świątynia   ta,   znajdująca   się   w   miejscowości   Retra   (słowiańska   nazwa:   Radogoszcz) 
prawdopodobnie nad jeziorem Morzyckim (Muritzsee), stanowiła duchowe i polityczne centrum 
związku.

Związek   był   silny.   To   on   dał   hasło   do   wyzwoleńczego   powstania   w   roku   983   i   on 

odgrywał w powstaniu główną rolę. On sprzymierzył się z cesarzem Henrykiem II, by wspólnie 
zwalczać   najgroźniejszego   w   danej   chwili   przeciwnika   —   Polskę   Bolesława   Chrobrego.   On 
zwalczał   wszelkie   wpływy   chrześcijaństwa   na   Połabiu.   Gdy   książęta   obodrzyccy   nie   chcieli 
sprzymierzyć się z Lucicami i po kryjomu sprzyjali chrześcijaństwu, w roku 1018 — gdy tylko 
pokój budziszyński rozwiązał związkowi ręce — Lucicy napadli na Obodrzyców, wykorzystali 
opozycję   tamtejszych   elementów   pogańskich,   obalili   księcia   i   zniszczyli   wszelkie   ślady 
chrześcijaństwa.

Z   biegiem   lat   narastały   jednak   sprzeczności   wewnętrzne.   Plemiona   północne,   a   więc 

Czrezpienianie i Chyżanie, pierwsze nawiązały kontakt z morzem. Zaczęły dostrzegać różnorakie 
korzyści   wynikające   z   tego   położenia.   Ale   dopóki   pozostawały   w   związku,  były   tylko 
nierównouprawnionymi partnerami Redarów. Bogacącej się arystokracji plemion nadmorskich 
dotychczasowy sojusz zaczynał wyraźnie ciążyć.

Na tym tle łatwo już zrozumieć wydarzenia szóstego dziesięciolecia  XI  wieku, które o 

kilka   lat   zaledwie   wyprzedzają   wypadki  z   roku   1066.   W   roku   1056   Lucicy   odnieśli 
najświetniejsze w swej  historii zwycięstwo. Pod Przecławą (Prenzlau) Sasi ponieśli druzgocącą 
klęskę. Podobno sam cesarz Henryk III tak przejął się wiadomością o porażce, że przyspieszyła 
ona   jego   śmierć.   Triumf  związku   był   ogromny.  A  tymczasem   już   w   roku   następnym   1057, 
dowiadujemy się ze zdumieniem, że związek uległ rozbiciu. Mianowicie Czrezpienianie (i być 
może   Chyżanie)   zażądali   równouprawnienia   z  Redarami,   a   skoro   żądanie   zostało   odrzucone, 
wystąpili   ze   związku.  Pozostałe   plemiona   związkowe,   nie   mogąc   pokonać   zbuntowanych, 
wezwały   na   pomoc   sąsiednich   władców   chrześcijańskich.   Czrezpienianie   zostali   w   końcu 
pokonani, ale do związku już nie powrócili. Potęga związku załamała się.

A u Obodrzyców? Tu sytuacja była odmienna. Tradycje silnej  władzy książęcej były tu 

zawsze żywe. O książętach obodrzyckich  słyszymy bez przerwy od połowy  -X  wieku. Proces 
feudalizacji społeczeństwa był tu znacznie bardziej zaawansowany niż u słabych gospodarczo 
Luciców. Były więc warunki do przekształcenia  się ustroju plemiennego we wczesnofeudalny 
organizm   państwowy   (jak   w   Polsce   czy   w   Czechach).   Tylko   takie   przekształcenie  mogło 
zapewnić trwałość zdobyczy z końca X wieku.

Istniały po temu i warunki zewnętrzne. Ani Niemcy, ani Duńczycy w owym czasie nie 

mogli poważnie zagrozić akcji książąt  obodrzyckich,  zmierzających  do  politycznej   unifikacji 
kraju.   Że  akcja   ta   w   ostatecznym   rachunku   się   nie   powiodła,   to   wina   przede  wszystkim 
bratobójczych walk w samym obozie słowiańskim.

Warunkiem   niezbędnym   osiągnięcia   szczebla   monarchii   wczesnofeudalnej,   a   jeszcze 

bardziej   —   utrzymania   go,   w   konkretnej   sytuacji   XI   wieku   było   przyjęcie   chrześcijaństwa. 
Pogaństwo było zbyt silnie związane z partykularyzmem dzielnicowym, kapłani  pogańscy bali 
się  jak ognia  silnej  władzy  książęcej  i  zwalczali  ją  konsekwentnie. Względy  ideologiczne  nie 
pozwalały   sąsiednim  państwom   chrześcijańskim   na   jakiekolwiek   paktowanie   z   poganami 
(chyba, że chodziło o doraźną, koniecznie potrzebną pomoc zbrojną pogan).

Rozumieli to książęta obodrzyccy, próbowali realizować swoje  zamierzenia i... ponosili 

porażki, np. książę Mściwój, gdy w roku 1018 musiał uchodzić z kraju. Jeszcze drożej, bo utratę 
życia kosztowało to księcia Gotszalka.

Ten wychowany w Niemczech i Danii władca, gdy w roku 1044  udało mu się odzyskać 

tron   należący   niegdyś   do   zamordowanego  przez   Niemców   ojca,   wszelkimi   siłami   dążył   do 
wzmocnienia swej  władzy i ugruntowania chrześcijaństwa. Dawniej zagorzały poganin, teraz 
rozwinął   tak   ożywioną   działalność   organizatorską,   że   jak   mówi   kronikarz,   “gdyby   mu   był 
sądzony dłuższy żywot, potrafiłby niechybnie nakłonić wszystkich pogan do chrześcijaństwa"- 

background image

Odbudowywał zniszczone i budował nowe kościoły, fundował klasztory, sprowadzał księży i 
zakonników i sowicie ich wyposażał, a nawet podobno, jeśli wierzyć kronikarzowi, sam nauczał 
swych  poddanych  zasad  wiary  chrześcijańskiej,   a  czynił   to   z   dużym   powodzeniem,   jako   że 
wykładał w sposób jasny i przystępny (w zrozumiałym dla Słowian języku) to, co kapłani i 
biskupi   głosili   w   sposób   ciemny   i   niezrozumiały.  A  przy   tym   prowadził   aktywną   politykę 
zagraniczną i był jednym z tych władców chrześcijańskich, których na swą zgubę zawezwali na 
pomoc Lucicy. Komu działalność  Gotszalka była nie na rękę? Pierwszy niezadowolony nasuwa 
się od razu: to kapłani pogańscy, siłą rzeczy usuwani w cień, jeśli nawet nie prześladowani przez 
postępujące  chrześcijaństwo.   Nie  ma   również   kłopotu  z   drugim  przeciwnikiem: to ta część 
arystokracji   obodrzyckiej,   która   była   zainteresowana   w   utrzymaniu   dotychczasowego   stanu 
rzeczy, która w swoich klasowych interesach czuła się zagrożona rosnącą potęgą księcia.

Trzeci przeciwnik to opanowany przez kapłanów Swarożyca pogański Związek Lucicki, 

który   z   zasady   tępił   każdą   inicjatywę   wprowadzenia   chrześcijaństwa   na   Połabie.  Oprócz   tej 
ogólnej, ideologicznej przesłanki istniała i bliższa, bardziej paląca: chęć zemsty za współudział 
Gotszalka   w   oderwaniu   od   związku   Czrezpienian   i   Chyżan   (wiemy,   że   ziemie   tych   dwóch 
plemion po secesji ze Związku Lucickiego weszły w skład państwa Gotszalka.

Rola czwartego czynnika zainteresowanego w zniszczeniu inicjatywy Gotszalka najmniej 

wyraźnie   ujawnia   się   w   źródłach.  A  jednak   istniał   jeszcze   jeden   przeciwnik,   który   z   obawą 
patrzył na wyrastające u jego granic silne państwo. Wbrew głoszonym hasłom celem, do którego 
wytrwale   dążył   ten   ukryty   przeciwnik,   była   nie  tylko   chrystianizacja,   lecz   podbój   ziem 
obodrzyckich. Gotszalk mógł te plany pokrzyżować. Tym przeciwnikiem byli Niemcy.

A na kim mógł się oprzeć Gotszalk? Na tej części arystokracji plemiennej, która rozumiała, 

że bez zjednoczenia politycznego samodzielny byt Obodrzyców jest zagrożony. Ludzie ci nie bez 
racji sadzili, że większym niebezpieczeństwem dla ich interesów jest nadmierna wolność i energia 
mas prostego ludu niż chrześcijaństwo. Dla zabezpieczenia własnych, dobrze pojętych interesów 
ta część arystokracji gotowa była poprzeć silną władzę książęcą.

A   na   zewnątrz?   Dwaj   zagorzali   wrogowie   Sasów   —   Dania   i   arcybiskup   hamburski 

Adalbert byli sprzymierzeńcami Gotszalka i popierali go. Ale akurat w roku 1066 na konkretną 
pomoc z ich strony liczyć nie można było. Arcybiskup został obalony przez przeciwne stronnictwo, 
a Duńczycy mieli na głowie inne, nierównie ważniejsze sprawy na zachodzie, w Anglii, gdzie 
właśnie wylądował Wilhelm Zdobywca.

Przeciwnicy Gotszalka świetnie wybrali moment. Wypadki potoczyły się szybko. Dnia 7 

czerwca zamordowano księcia, 15 lipca ukamienowano wszystkich chrześcijan w Raciborzu 
(dziś   Ratzeburg),   10   listopada   poniósł   męczeńską   śmierć   w   pogańskiej   stolicy   Retrze   — 
Radogoszczy   sędziwy   biskup   mechliński   (meklemburski)   Jan.  Małżonka   księcia,   z 
pochodzenia księżniczka duńska, musiała uchodzić nago ze zdobytego przez pogan Mechlina. 
Poganie zdobyli nawet Szlezwik.

Triumf   zredukowanego   do   dwóch   plemion   Związku   Lucickiego  i   pogańskiego 

stronnictwa   u   Obodrzyców   był   całkowity.   Silna   władza   książęca   została,   wydawałoby   się, 
złamana. Pogaństwo rozkwitało już bez przeszkód.

Ale   ten   ostatni   “triumf"   pogaństwa   połabskiego   należy   pisać  zawsze w cudzysłowie. 

Słowianie połabscy sami odebrali sobie możliwość wyjścia z zaułka partykularyzmu i ściśle z nim 
związanego pogaństwa. Lucicy już w kilka lat po roku 1066 okażą się niezdolni do jakiejkolwiek 
akcji zbrojnej. A Obodrzyce, na powrót pogańscy, w jakże znacznie gorszych warunkach będą 
musieli  walczyć   o   utrzymanie   niepodległości!   Wprawdzie   po   kilku   latach  zaburzeń   dzielny 
poganin Krut zdołał przywrócić jedność państwa,  ale   za   granicą   działali   synowie   Gotszalka 
Budziwoj i Henryk, gotowi połączyć się z każdym, byle odzyskać tron ojca. Sprowadzili też na 
swój kraj tyle nieszczęść, że wyszedł on z walk wykrwawiony i osłabiony, a przy tym — niestety 
— pogański.

A tymczasem rozpoczynał się wiek XII i Niemcy zdołali już  otrząsnąć się z długiego 

okresu słabości. Trzecie, decydujące uderzenie zastało Słowian połabskich tak samo słabych i 
niezorganizowanych jak przed wiekami, za Karola Wielkiego czy Henryka I.  Rozstrzygnęło się 

background image

to, jak się wydaje, w upalne dni czerwca i lipca 1066 roku.

WICELIN. OSIĄGNIĘCIA I NIEPOWODZENIA “APOSTOŁA 

WAGRII"

“Nadbałtycki klin pogański" na początku XII wieku

Mimo   ogromnych   sukcesów   Kościoła   chrześcijańskiego   pod   koniec   pierwszego 

tysiąclecia, sukcesów, które doprowadziły do chrystianizacji niemal  całej   Słowiańszczyzny i 
Skandynawii   (wyłączywszy skrajną północ), około roku 1100 istniał w Europie wschodniej i 
środkowej   stosunkowo   znaczny,   a   przede   wszystkim   zadziwiająco   stabilny,   zwarty   obszar 
ludów   pogańskich.   Obejmował   on  niezmierzone   tereny   ludów   fińskich   i   bałtyckich   na 
wschodnim  i   południowo-wschodnim   wybrzeżu   Bałtyku   (sięgając   zresztą   daleko   w   głąb 
kontynentu). Południowe skrzydło tych ludów stanowili Litwini, Jaćwingowie i Prusowie. Ci 
ostatni przez Wisłę graniczyli z również pogańskimi ludami słowiańskimi — Pomorzanami. 
Pomorzanie   zaś   —   przez   Odrę   —   graniczyli   z   północnymi   ludami  Połabia:   Lucicami 
(Wieletami)   i   Obodrzycami.  Na   zachodzie   terytorium   pogańskie   było   mniej   rozległe   niż   na 
wschodzie,   termin   “nadbałtycki   klin   pogański"   —   wprowadzony   ostatnio   przez 
zachodnioniemieckiego   historyka   Jurgena   Petersohna  —   wydaje   się   być   przeto   właściwym 
ujęciem; wierzchołek czy koniec klina znajdował się nad dolną Łabą — w okolicach Hamburga.

Wzrost   znaczenia   papiestwa   w   Europie,   wyrazem   którego   była  gorzejąca   od   lat 

siedemdziesiątych XI wieku otwarta walka z Cesarstwem o inwestyturę, oraz rozpalający serca i 
umysły ludów  europejskich duch krucjatowy, sprawiały, że w opinii świata  chrześcijańskiego 
uporczywe utrzymywanie się w Europie, w bezpośrednim sąsiedztwie państw chrześcijańskich, 
dużej   enklawy  pogaństwa,   stawało   się   coraz   bardziej   kamieniem   obrazy.   Co   zaś  ważniejsze: 
granica wyznaniowa była jednocześnie granicą dzielącą dwa przeciwstawne systemy społeczne 
i polityczne. Z jednej strony były bowiem społeczeństwa chrześcijańskie, znajdujące się na 
różnym,   ogólnie   jednak   względnie   wysokim   stopniu   rozwoju   społeczno-gospodarczego,   o 
zaawansowanym   ustroju   feudalnym   i   długich   już   tradycjach   własnej   państwowości,   z 
drugiej   —   plemiona   zachodniosłowiańskie   i  bałtyjskie,  zastygłe na  różnych fazach  ustroju 
przedpaństwowego,   bez   silnych   ośrodków   władzy,   bez   rozwiniętego   życia   miejskiego   i 
klasowych   stosunków   społecznych.  Plemiona, z racji społecznego konserwatyzmu, niezdolne 
raczej do szerszych akcji zdobywczych i nie zagrażające w tym sensie egzystencji sąsiadów, 
niemniej jednak bardzo dokuczliwe  w sąsiedztwie i często wręcz prowokujące reakcję strony 
chrześcijańskiej.

Początki chrześcijaństwa wśród Obodrzyców

To, co powiodło się Polakom i Czechom — utworzenie rodzimej państwowości i przyjęcie 

chrześcijaństwa w oparciu o rodzime czynniki polityczne, tego nie udało się osiągnąć Słowianom 
połabskim. Ich południowe, serbsko-łużyckie skrzydło, od połowy mniej więcej X wieku utraciło 
własną osobowość polityczną i zostało włączone w niemiecki system polityczny i kościelny. 
Skrzydło  północne (wielecko-obodrzyckie) oderwało się wprawdzie pod koniec X  wieku spod 
panowania niemieckiego i wróciło do pogaństwa i ustroju plemiennego, ale na skutek różnych 
czynników   (tak  wewnętrznych,   jak   i  zewnętrznych)  ludy  te   nie   zdołały   wykorzystać   szansy 
danej im  przez  układ sił panujący w tej części Europy.  W  ciągu  XI  wieku  nie  zdołały  one 
utworzyć   własnych   silnych   państw,   które   byłyby   w   stanie   powstrzymać   napór   sąsiadów 
(zwłaszcza   Niemców)   i   spowodować   przyjęcie   wiary   chrześcijańskiej   —   niezbędnej,   jak 
wykazywała praktyka, do umocnienia nowego, klasowo-państwowego układu.

Nie brakowało, co prawda, wysiłków zmierzających do konsolidacji politycznej, zwłaszcza 

wśród bezpośrednio z Niemcami i Duńczykami sąsiadujących Obodrzyców. Po podboju całego 
Połabia przez pierwszych dwóch królów niemieckich z dynastii saskiej: Henryka I (919—936) i 

background image

Ottona   I   (936—973),   w   roku   968   została  utworzona   diecezja   w   Starogardzie   wagryjskim 
(obecnie Oldenburg w Holsztynie), podległa metropolii hambursko-bremeńskiej. Granicami jej 
były:  Limes saxonicus

6

  i Łaba na zachodzie, rzeka  Elda   na   południu  i   Piana   na   wschodzie. 

Wydawać by się mogło, że wszystko jest na dobrej drodze. Istniejąca już od IX wieku metropolia 
hambursko-bremeńska,   dotąd   raczej   nie   wykazująca   aktywności   w   zakresie  misjonowania 
północy i wschodu (co miało być w intencjach założycieli jej ważnym zadaniem), która już 
dwadzieścia lat wcześniej zdołała podporządkować sobie biskupstwa duńskie, “ocknęła się" 
jak   gdyby   i   wyglądało   na   to,   że   podobnie   jak   założona   w   tymże   968   roku   metropolia   w 
Magdeburgu (konkurująca z Hamburgiem na północnym Połabiu) odegra decydującą rolę we 
wspieraniu   krzyżem   postępów   niemieckiego   oręża   na   Połabiu.  Rok   983   oznaczał   jednak 
faktyczny kres diecezji starogardzkiej (podobnie jak całego Kościoła na Połabiu). Wagria i inne 
plemiona obodrzyckie wróciły do pogaństwa, choćby nawet ten i ów książę słowiański nadal w 
głębi ducha sprzyjał chrześcijaństwu.

Biskupi starogardzcy pędzili odtąd żywot w charakterze biskupów in partibus infidelium 

(w krajach niewiernych), z dala od  swej diecezji. Dopiero za rządów arcybiskupa Adalberta 
(1043—1072), współpracującego ściśle z księciem obodrzyckim Gotszalkiem (zm. 1066 r.), 
zaświtała   nadzieja   na   przywrócenie   ziem   Związku   Obodrzyckiego   do   chrześcijaństwa.  Cele 
polityczne księcia, wyraźnie zmierzającego do jedynowładztwa, współgrały z celami ambitnego 
metropolity, który nie chciał być dłużej metropolitą bez podległych sufraganów (później, od roku 
1104, także  biskupstwa  duńskie  odpadły  od  związku  metropolitalnego  z Hamburgiem-Bremą). 
Monarchia Gotszalka, a wraz z nią kolejna faza dziejów  chrześcijaństwa w kraju Obodrzyców, 
runęły nagle  w  roku 1066;  zmiotła je reakcja pogańska, wspomagana przez sąsiedni Związek 
Lucicki, którego niemal nie tknęły nowsze powiewy chrześcijaństwa i który stanowił na Połabiu 
ostoję konserwatyzmu plemiennego i pogańskiego.

Odtąd   na   ponad   80   łat   zamarły   jakiekolwiek   ślady   chrześcijaństwa  pomiędzy Łabą  a 

Pianą. Dopiero rządy młodszego syna zamordowanego w roku 1066 Gotszalka — Henryka (1093
—1127), który w oparciu o ścisły sojusz z Sasami z powodzeniem realizował plan utworzenia 
silnej   monarchii   obejmującej   ziemie   obodrzyckie   i   dużą   część   wieleckich,   w   połączeniu   z 
wewnątrzpolitycznymi względami, umożliwiły podjęcie na nowo planów chrystianizacyjnych.
Ale jak skromne były te ponowne początki! W momencie śmierci Henryka w całym jego dość 
rozległym państwie istniała jedynie jedna skromna kaplica i to w Starej Lubece, na terenie grodu 
książęcego.   Henryk   Gotszalkowic   świadomy   był   siły   elementów   wrogich   chrześcijaństwu, 
pamiętał los ojca i nie zamierzał antagonizować społeczeństwa przeciw sobie. Sam jednak był 
chrześcijaninem,   chrześcijańską   była   też   jego   rodzina,   nie   brakowało   także   chrześcijan   w 
otoczeniu, księcia. Wreszcie nie mógł się Henryk nie liczyć z opinią Niemców.

Tymczasem   w   Niemczech,   które   od   roku   1122   (konkordat   wormacki)   na   dłuższy   czas 

uwolnione będą od ciężaru walki z papiestwem, nowy (od 1125 roku) król, a poprzednio książę 
saski Lotar III z Supplinburga był rzecznikiem aktywnej polityki na  wschodzie. Rozpoczyna 
się   trzecia,   decydująca   faza   średniowiecznego   “parcia   na   Wschód"   Niemców.  Nie   będzie   już 
chodziło   o   luźne,   trybutarne   uzależnienie   plemion   słowiańskich,   lecz   o   faktyczny   podbój, 
usuwający rodzime struktury polityczne Słowian, włączający ziemie słowiańskie bezpośrednio w 
system   państw   wschodnioniemieckich   i   otwierający   je   szeroko   dla   niemieckiej   kolonizacji   i 
germanizacji.  W latach dwudziestych XII wieku podbojowi  polskiemu i misji chrześcijańskiej 
uległo Pomorze. Połabszczyzna od tej chwili stanowiła już wyspę pogaństwa wśród krajów ze­
wnętrznie przynajmniej chrześcijańskich.

Wicelin

W   roku   1123   metropolię   hambursko-bremeńską   objął   arcybiskup  Adalberon,   którego 

energia   i   dalekosiężne   plany   przypominają   żywo   działalność   wcześniejszego   Adalberta. 
Dziesięć lat później papież potwierdził dawne aspiracje Hamburga: cała północ europejska oraz 

6

Linia umocnień, utworzona wg. tradycji przez Karola Wielkiego na odcinku od dolnej Łaby do Zatoki 

Lubeckiej i dzieląca saskie plemię Nordalbingów od Wagrów (odłam słowiańskich Obodrzyców).

background image

północno-zachodni   Słowianie   mieli   uznawać   kościelne   jego   zwierzchnictwo.  Znaleźli   się 
właściwi   ludzie.  Rolę,   jaką  na  Pomorzu   Zachodnim   spełnił   biskup   bamberski   Otton,   miał   na 
obszarze Wagrów   —   najbardziej  na   zachód  wysuniętego  z   plemion  obodrzyckich —  odegrać 
Wicelin.

Przyszły biskup-misjonarz urodził się pod koniec XI wieku, w miejscowości Hameln 

nad Wezerą. Pochodził z rodziny plebejskiej.  Nauki początkowe pobierał w Hameln. Wcześnie 
osierocony, zyskał możną protektorkę w osobie hrabiny Matyldy z Everstein. O życiu Wicelina 
mamy bardzo dobre, jak na wiek XII, wiadomości, a to dzięki kronikarzowi Helmoldowi z 
Bozowa,   który   w   swą  Kronikę   Słowian  wplótł   dość   obszerny   wątek  biograficzno-
hagiograficzny   o   nim;   a   także   dzięki   dwu   pomniejszym   zabytkom,   nieco   od   Helmolda 
późniejszym, lecz korzystającym częściowo z tradycji nie zanotowanej przez tego ostatniego: są 
to utwór metryczny Poemat o życiu Wicelina oraz List przeora [neumunsterskiego] Sydona

7

.

Chociaż naturalnie wiele etapów życia Wicelina znanych jest  bardzo niedokładnie, a 

dane wymienionych źródeł niekiedy przeczą sobie w szczegółach, to przecież z drugiej strony 
słusznie podkreśla się w nauce, że postać Wicelina należy do najlepiej oświetlonych  przez 
źródła swojej epoki. Jak zaś dalej zobaczymy, istnieją szansę pewnego wniknięcia także w 
niedostępny gdzie indziej, bardziej “wewnętrzny", intymny świat myśli i wyobrażeń misjonarza 
Wagrii.   Jak   to   stwierdził   jeden   z   uczonych   (Walther  Lammers),   “jesteśmy   w   stanie 
obserwować   misjonarza   i   jego   towarzyszy   niekiedy   w   dniu   ich   powszednim,   w   obliczu 
konieczności, jakich im otoczenie nie oszczędziło, a to wtedy, gdy [pisarz — J. S.] przerywa 
opowiadanie   o   wielkich   historycznych   wydarzeniach,   i   kiedy   dzięki   szczególnym 
okolicznościom  do kroniki  przedostaje   się   opis   środowiska".   Takich   jak   gdyby   “migawek 
fotograficznych" z życia Wicelina, które postać tego człowieka tak  bardzo nam przybliżają, 
będzie w jego biografii sporo. Oto pierwsza z nich, pojawiająca się już na samym początku 
jego   biografii.  Względy   okazywane   przez   panią   Matyldę   młodemu  Wicelinowi  spowodowały 
zawiść “kapłana grodu, który chętnie by się konkurenta pozbył".

“Pewnego dnia więc w obecności wielu świadków zapytał Wicelina, co czytał oddany do 

szkół. Gdy ów podał, że czytał Achilleidę Stacjusza, wówczas zapytał go, jaka jest treść Stacjusza. 
Gdy  ten odpowiedział, że nie wie, kapłan zwrócił się,do otoczenia z bardzo kąśliwymi słowy 
mówiąc:   »A  ja   sądziłem,   że   ten   młodzieniec   świeżo   przybywający   ze   szkół   coś   przedstawia, 
tymczasem  rozczarowałem   się   całkowicie.   On   bowiem   nie   umie   nic«".  Wicelina  tak   bardzo 
ubodła   złośliwość   księdza,   ale   zapewne   także   pewna   słuszność   stwierdzenia   o   daleko   idącej 
ignorancji własnej, “że natychmiast gwałtownie opuścił gród nawet bez słowa pożegnania, topiąc 
się   we   łzach   i   płonąc   ze   wstydu,   tak   że   -   trudno   by   w   to  uwierzyć.   [...]   Słyszałem   go 
wielokrotnie — utrzymuje Helmold — gdy mówił, że przez wypowiedź owego kapłana zwróciło 
się nań miłosierdzie Boskie".

Jakoż   młodzieniec   udał   się   kontynuować   studia   do   westfalskiego  Paderborn,   po   czym 

objął stanowisko nauczyciela w Bremie. Przymiotami charakteru zyskał tam sobie uznanie, “tym 
jedynie wydawał się uciążliwy, którzy zaniedbując obowiązki kościelne i lekceważąc karność 
duchowieństwa mieli zwyczaj pić po karczmach, włóczyć się po domach i ulicach i brać udział w 
płochych rozrywkach  [..,]".  Jednak  i   w  opinii  przychylnego  mu  kronikarza  pojawił  się   cień 
wątpliwości czy przygany: “[...] nie zachował umiaru w karaniu młodzieży chłostą. Stąd to 
wielu uczniów uciekło darząc go mianem okrutnika". Pragnienie wiedzy popchnęło Wicelina 
wreszcie do Francji, gdzie w sławnej szkole w Laon (słynącej wybitnymi teologami Radulfem 
i  Anzelmem;   ten   ostatni  nie   żył   już   w   momencie   przybycia  Wicelina)   studiował   w   latach 
1122/23—1126. Wraz  z nim przebywał  na studiach  we  Francji  młodzieniec imieniem Tetmar, 
późniejszy towarzysz misji Wicelina.

Po   powrocie   z   Francji   uzyskał   Wicelin,   dotąd   zadowalający   się  .niższymi   stopniami 

święceń, święcenia kapłańskie z rąk arcybiskupa magdeburskiego Norberta (1126—1134). Jeżeli 
nawet   postać  św.   Norberta   —   założyciela   zakonu   premonstratensów   i   gorliwego   zwolennika 
reformy   kościelnej   —   wywarła   jakiś   wpływ   na   Wicelina,   to   jednak   kształtujący   się   zamysł 

7

Zob.   polską   edycję   tych   wszystkich   zabytków:   Helmolda   “Kronika Słowian”, Warszawa 1974.

background image

misjonarski został przeprowadzony nie w oparciu o metropolię magdeburską, lecz hambursko-
bremeńską.

Kolejne usiłowania misyjne i wznowienie biskupstwa starogardzkiego

Wspomniany już arcybiskup Adalberon chętnie przyjął zamiar  głoszenia Słowa Bożego 

Słowianom   mieszkającym   na   terenach   podlegających   jego   jurysdykcji.   Wraz   z   dwoma 
towarzyszami udał się więc Wicelin do jedynego księcia na Połabiu, od którego mógł. oczekiwać 
poparcia, to jest do Henryka Gotszalkowica. Istotnie, ten przyjął misjonarzy przychylnie i nadał 
im   kościół   w   stołecznej   Starej   Lubece.   Jednak   gdy   misjonarze   wrócili   do   Saksonii,   by 
przygotować się do właściwego rozpoczęcia misji, nagła śmierć Henryka — został zamordowany 
w   saskim   Lüneburgu   22   marca   1127   roku   —   i   walki   wewnętrzne,   jakie   rozgorzały   wśród 
Obodrzyców,   pozbawiły   misjonarzy   jakiegokolwiek   oparcia   politycznego   i   praktycznie 
uniemożliwiły podjecie akcji.

Trzeba było tymczasem zająć się czym innym. Na prośbę mieszkańców Faldery (był to 

okręg w rejonie miasta Wippendorf — późniejszego Neumünster) i na zlecenie tegoż Adalberona 
objął Wicelin w roku 1127 opiekę duszpasterską nad powierzchownie jedynie (jak się wkrótce 
okazało) schrystianizowaną ludnością saską (Nordalbingowie). Obszar ten, sąsiadujący z Wagrią, 
istotnie nadawał się jako punkt wyjścia do ewentualnej późniejszej (gdyby pozwoliły okoliczności) 
akcji   misyjnej   wśród   Słowian.  Pracy  jednak   nie   brakowało   i   w   Falderze.   Tamtejsza   ludność 
niemiecka, przebywająca od wieków w bezpośrednim sąsiedztwie Słowian, znacznie bardziej od 
“przedłabskich" Sasów konserwatywna pod względem składu i ustroju społecznego, niewiele w 
gruncie   rzeczy  różniła   się   stylem   i   poziomem   życia   od   Słowian.   Kronikarz   często  używa   w 
stosunku do Nordalbingów takich biblijnych i zdecydowanie pejoratywnych określeń, jak “naród 
zły   i   przewrotny",   a   kraj   ich   nazywa   “miejscem   strachu   i   głębokiej   pustyni".  Jak  widać, 
zasadnicza granica społeczno-kulturalna biegła w czasach Wicelina nie wzdłuż “Limes Saxoniae", 
lecz wzdłuż Łaby.

Jeśli wierzyć kronikarzowi, Wicelin osiągnął znaczne sukcesy w poprawie obyczajów i 

życia Nordalbingów, lecz nie tracił z oczu swego pierwotnego misjonarskiego celu. Gdy z walk 
wewnętrznych wśród Obodrzyców wyszedł zwycięsko (choć nie na długo) Świętopełk, Wicelin 
nawiązał z nim poprawne stosunki i wysłał doń dwóch kapłanów ze wspólnoty faldereńskiej. I 
tym razem jednak akcja spaliła na panewce: nagły napad Ranów {mieszkańców wyspy Rugii) na 
Starą   Lubekę   sprawił,   że   wysłannicy   musieli  z  trudem  ratować  życie  ucieczką. Wkrótce 
potem zamordowany został Świętopełk.

I znowu upłynęło kilka lat zupełnie jałowych, jeżeli chodzi o postęp  chrystianizacji  w 

kraju Obodrzyców. Na oparcie ze strony  rodzimych słowiańskich czynników nie można było 
już   liczyć,  zresztą   okrzepnięcie   księstwa   saskiego   pod   rządami   Henryka   Lwa  (od   1142   r.) 
wytyczyło   jak   gdyby   przyszły   bieg   wydarzeń,   nie   dopuszczający   koncepcji   samodzielnego 
władztwa   słowiańskiego.   Spotykamy  Wicelina   w   Kronice  Słowian  Helmolda   wśród   wydarzeń 
przypadających na rok 1134. Za jego radą cesarz Lotar III zbudował gród Segeberg w Wagrii; 
przy grodzie powstał kościółek oddany Wicelinowi. Przy okazji dowiadujemy się, że Wicelin 
był łysy. Rozmawiają ze sobą książęta słowiańscy:

“Czy widzisz tę silną budowlę, wystającą ponad wszystko? Otóż ja wróżę tobie, że gród 

ten stanie się jarzmem dla całej ziemi. Robiąc bowiem stąd wypady opanują (Niemcy — J. S.] 
najpierw Płonię, następnie Starogard i Lubekę, potem przekroczą Trawnę i dostaną w swą moc 
Racibórz i całą ziemię Połabian. Również ziemia Obodrzyców nie ujdzie ich rąk".

Na to ów odpowiedział: “Któż nam to zło zgotował albo kto królowi zdradził istnienie 

owego pagóra?".

Jemu znowu książę odpowiedział: “Widzisz tego łysego człowieczka stojącego obok króla? 

Ów sprowadził na nas całe zło".

Ocena sytuacji była prawidłowa, toteż gdy tylko cesarz Lotar III zmarł (w 1137 roku) i 

w Saksonii rozpoczęły się walki o godność książęcą, Słowianie napadli na Segeberg i zniszczyli 
twierdzę   a   wraz   z   nią   kościół.  Wspólnota   kościelna   musiała   przenieść   się  do   Faldery,   która 

background image

ponownie stała się jedynym ośrodkiem chrześcijaństwa w pobliżu granicy słowiańskiej. Dopiero 
lata   1138   i   1139:   pacyfikacja   pogranicza   słowiańskiego   przez   hrabiego   holsztyńskiego 
Henryka z Badwide, odwetowa wyprawa Holzatów na ziemie słowiańskie i przywrócenie 
godności   grabiowskiej   w   Holsztynie   Adolfowi   II   z   Schauenburga,   stworzyły   nową 
sytuację. Wicelin działał aktywnie zakładając szereg kościołów tak na ziemi Nordalbingów, jak i 
Słowian. W czasie wojny Sasów z Obodrzycami pod wodzą księcia Niklota (1147 r.)  Wicelin 
starał się łagodzić skutki wojny drogą działalności charytatywnej.

Wreszcie   w   roku   1149   arcybiskup   hamburski   Hartwig   zdecydował   się   oficjalnie 

wskrzesić trzy biskupstwa słowiańskie, nie obsadzane od roku 1066: starogardzkie, raciborskie 
(Ratzeburg)   i   mechlińskie  (Mecklenburg).   Na   biskupa   starogardzkiego   został   wyświęcony 
Wicelin,   stając   się   właściwie   wbrew   swojej   woli   stroną  w   bardzo   drażliwej   kwestii:   komu 
przysługuje prawo mianowania biskupów w krajach słowiańskich. Prawo to przypisywał sobie 
mianowicie, prawem wojny, książę saski Henryk Lew; kwestionował roszczenia księcia saskiego 
arcybiskup, którego zdaniem prawo  inwestytury biskupiej (tzn. nadania elektowi odpowiednich 
posiadłości) przysługiwało w Rzeszy jedynie królowi. Ponieważ Wicelin za radą arcybiskupa nie 
pofatygował   się   do   Henryka   Lwa  w celu złożenia mu zwyczajowego hołdu lennego, książę 
odmawiał  mu   inwestytury.   Wicelin,   lawirując   pomiędzy   arcybiskupem   a   księciem,   zwlekał   z 
hołdem, przez co faktycznie nie mógł objąć rządów w diecezji. Wreszcie jednak zdecydował się 
na dopełnienie niemiłego aktu: “przyjął z rąk księcia biskupstwo za pośrednictwem gałązki", za 
co otrzymał wieś  Bozów z przyległościami. Tam też  przebywał najczęściej w ostatnich latach 
swojego życia, tam wybudował kościół; pod sam koniec życia powrócił wszakże do Faldery, 
gdzie tknięty atakiem paraliżu zmarł 12 grudnia 1154 roku.

Próba charakterystyki osobowości

Porównanie postaci Wicelina z nieco odeń starszym Ottonem z Bambergu wskazuje na 

znamienne   podobieństwa.   Obaj   byli   wyrazicielami   Kościoła   tej   epoki,   której   symbolem   są 
potężne postacie Bernarda z Clairvaux i Norberta z Xanten — założycieli ogarniających wkrótce 
całą Europę zakonów cystersów i premonstratensów — prawdziwych “rządców dusz" pierwszej 
połowy XII wieku.  Cechowało ich poświęcenie w służbie Kościoła, ale i brak  tolerancji dla 
przeciwnika,   dobre   wykształcenie,   ale   i   daleko   idąca  asceza,   a   także   —   właściwości 
nadprzyrodzone (charyzmatyczne),  których oczekiwali od nich współcześni i które tak bardzo 
niezbędne były w akcji misjonarskiej.

Otóż wobec pogańskich Słowian trudno było argumentować nadzieją na życie wieczne, 

pozagrobowe, gdyż Słowianom ten akurat rys religijności, charakteryzujący chrześcijaństwo i 
szereg   innych   “wyższych"   religii,   był   najzupełniej   obcy.  Bogowie   słowiańscy   musieli   dbać 
przede   wszystkim   o   dobro   swoich   wyznawców   na   tym   świecie   —   tego   od   nich   oczekiwali 
Słowianie i musiało upłynąć sporo czasu, by zaczęli oni zwracać uwagę na sprawy wieczne. Toteż 
Wicelin   i   inni   misjonarze   działający   wśród   Słowian  musieli   nieustannie   przekonywać   swoje 
audytorium o potędze  “swojego" Boga, o jego wyższości nad rzekomymi bóstwami (a zdaniem 
misjonarzy:   szatanami)   pogańskimi.   Toteż   nie   mniej   ważne  od   nauczania   prawdy 
chrześcijańskiej (na pogłębioną jej znajomość miało być dużo czasu w przyszłości) były “cuda" 
czynione przez misjonarza z mocy Najwyższego Boga: uzdrawianie chorych, wypędzanie złego 
ducha   itd.   Wiele   epizodów   tego   rodzaju   znalazło   miejsce   na   kartach  Kroniki  Helmolda   — 
tradycja notowała je  skwapliwie   i   przechowywała   w   pamięci.   Sługa   Boży   musiał   się  także 
wyróżniać nadzwyczajną hojnością wobec ubogich i potrzebujących: Wicelin jeszcze po śmierci w 
formie widzenia sennego upomniał pewnego kapłana, nie dość skorego w miłosierdziu.

Tak więc Wicelin, mimo że w pracowitym swoim życiu nie odniósł — przynajmniej na 

niwie   misji   wśród   Słowian   —   tak   oczywistych   i   spektakularnych   sukcesów   jak   Otton   z 
Bambergu,   mimo  że   jego   życie   określano   nieraz   jako   pasmo   usiłowań   a   nie   dokonań   — 
uosabiał ideały obowiązujące w chrześcijaństwie XII wieku. Obok sukcesów życie nie oszczędziło 
mu niepowodzeń i klęsk —  zwłaszcza  tych  spowodowanych  przez  zmienne   koleje  polityczne. 
Właściwie   nie   wiemy,   jaki   był   prawdziwy   “wewnętrzny"   stosunek   Wicelina  do   Słowian. 

background image

Prawdziwa   chrystianizacja   Obodrzyców  i   Wieletów   (a   raczej   tej   części   owych   plemion, 
które   przetrwały  wir   wojen   z   Niemcami)   dokonała   się   w   ramach   niemieckiego   systemu 
politycznego. A przecież braciom w Falderze po śmierci Wicelina śniło się, że ich zmarły przeor i 
biskup spoczywa w pokoju tuz obok samego wielkiego Bernarda z Clairvaux. Trudno chyba o 
wyraz większego uznania. Jak oceniali Wicelina sami Słowianie — nie dowiemy się nigdy. 
Poprzestańmy więc jedynie na naszkicowaniu tej niebanalnej postaci.

UPADEK STODORAN

Zaczyna się ostatni akt

Nie mieli  spokojnego życia nasi słowiańscy pobratymcy mieszkający w średniowieczu 

między   Odrą   a   Łabą.   Krótkie   tylko   okresy   wytchnienia   przedzielały   kolejne   fale   agresji, 
kierowane   bądź  to   przez   reprezentantów   całego   feudalnego   społeczeństwa   niemieckiego   — 
cesarzy, bądź przez poszczególnych feudałów wschodnio-niemieckich.   Raz   po   raz   zrywali   się 
Słowianie do czynnej walki. Pod koniec X wieku, w wyniku wielkiego zwycięskiego powstania 
plemion   słowiańskich   skupionych   wokół   związku   czterech   plemion  wieleckich,   do   którego 
niebawem przyłączyli się Obodrzyce, wydawało się, że nadszedł kres panowania niemieckiego 
pomiędzy Łabą a Odrą.

Załogi   niemieckie   wypędzono.   Biskupstwa   w   Brennie   (Brandenburgu)   i   Hobolinie 

(Havelbergu)   pierwsze   padły   pod   naporem   Słowian.  Narzucone   siłą   chrześcijaństwo   musiało 
ustąpić starym wierzeniom. Odtąd przez więcej niż 100 lat biskupi tych dwóch stolic byli tylko 
biskupami in partibus infidelium, włóczącymi się za dworem cesarskim i — nie wątpimy — nie 
mogącymi się doczekać chwili powrotu do swoich diecezji.

Zwycięstwa   Słowian   były   efektowne,   ale   nie   mogły   odwrócić   dziejowego   wyroku. 

Zadecydowały   o   tym   przede   wszystkim   dwa  czynniki.   Pierwszy   z   nich   to   niejednolitość 
Połabszczyzny   w   sensie  ekonomicznym   i   językowym,   a   także   niejednolitość   religijna   i   po­
lityczna. Warunki naturalne kraju nie sprzyjały integracji. Podzielony rzekami, bagnami, lasami 
i jeziorami nie wytworzył on centrum gospodarczego i politycznego, które następnie potrafiłoby 
skupić pod swoją polityczną hegemonią skłócone plemiona.

Drugi   czynnik   leżał   na   zewnątrz.   Połabszczyzna   właśnie   w   czasie  swego   pozornego 

triumfu przy końcu X wieku stanęła oko w oko z nową sytuacją międzynarodową. Pojawienie 
się u jej wschodnich granic silnego państwa pierwszych Piastów spowodowało, że pogańscy 
Wieleci i Obodrzyce znaleźli się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Stanowili jeszcze 
chwilowo groźny czynnik polityczny. Obaj główni partnerzy: cesarstwo i Polska czasem szukali 
poparcia i sojuszu u pogan. Względy religijne nie odgrywały, jak widać, najważniejszej roli. Ale 
to były sprawy koniunktury politycznej.

Jedenasty wiek nie sprzyjał Niemcom w dziele odzyskania dopiero co utraconych ziem. 

Długotrwała walka cesarstwa z papiestwem kierowała całą uwagę i potęgę Rzeszy na południe. 
Walki wewnętrzne w Niemczech oraz silna opozycja antycesarska w kraju uniemożliwiały wręcz 
prowadzenie zdecydowanej akcji na wschodzie.

Feudałowie wschodniosascy od dawna byli przeciwnikami angażowania się cesarstwa we 

Włoszech. Trzeźwi realiści, widzieli, że raczej na wschodzie można liczyć na trwałe zdobycze. W 
Italii  wprawdzie zwycięstwa były bardziej efektowne, doraźna zdobycz  na pewno cenniejsza, 
ale   wyniki   tych   zwycięstw   —   nietrwałe.   Papieże   potrafili   skutecznie   przeciwdziałać   i   przy 
pomocy   niechętnych   cesarstwu   królów   Francji   i  Sycylii  niejednokrotnie   już   pokrzyżowali 
cesarskie plany.

Cesarz   Lotar   z   Supplinburga,   który   objął   panowanie   w   roku  1125, po wygaśnięciu 

dynastii   salickiej,   był   poprzednio   księciem   saskim,   czynnie   zaangażowanym   w   ekspansji   na 
ziemie Słowian. Rozumiał i podzielał dążenia innych saskich panów feudalnych.

Rozpoczyna się nowa fala ekspansji niemieckiej. Jednym jej  fragmentem zajmiemy się 

tutaj bliżej.

background image

Ostatni z rodu

Nad   rzeką   Hobolą   (po   niemiecku:   Ravel),   prawym   dopływem   Łaby,   na   zachód   od 

obecnego   Berlina,   zamieszkiwało   w   średniowieczu   słowiańskie   plemię   Stodoran,   od   nazwy 
rzeki   zwanych   też   Hobolanami.   Oni   to   byli   chyba   tym   ludem   słowiańskim,   który  doznał 
skutków wielkiej wyprawy Karola Wielkiego z roku 789. Władcą Stodoran był ów nieszczęsny 
Tęgomir, który dał się w początkach X wieku użyć jako narzędzie feudałów niemieckich: zdradził 
swój kraj i umożliwił opanowanie go przez Niemców, Z kraju “Stodor" pochodziła matka księcia 
i patrona Czech — św. Wacława. Być może, żona naszego Bolesława Chrobrego, Emnilda, 
była córką władcy Stodoran.

Główne miasto Stodoran to Brenna (tak zapewne brzmiała słowiańska nazwa obecnego 

Brandenburga). Stolica sąsiedniego plemienia Brzeżan — Hobolin i Brenna padły — pamiętamy 
— na samym początku powstania 983 roku łupem zwycięskich Słowian.

Jest rok 1127. Niemiecki rocznikarz notuje: “Meinfryd Słowianin z Brandenburga został 

zamordowany". Inny powie o zamordowanym: komes słowiański.

Czy zamordowali go Niemcy? Wątpliwe. Chrześcijańskie imię dowodzi, że był to władca 

już ochrzczony. Feudalny tytuł natomiast zdaje się wskazywać, że rządzeni przez Meinfryda 
Słowianie byli już w pewnym stopniu uzależnieni od Niemiec i uznawali (rzeczywiście czy 
tylko w teorii?) zwierzchnictwo cesarskie.

Prawdopodobnie mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju reakcji pogańskiej podobnej 

do   powstania   ludowego,   które   wybuchło   w   Polsce  pp.   śmierci   Mieszka  II.  Nienawiść   do 
Niemców i obcego chrześcijaństwa skierowały się przeciw ochrzczonemu władcy.

Nowy władca Przybysław (imię chrzestne: Henryk) musiał sobie dopiero torować drogę 

do tronu. Wydarzenia związane ze śmiercią  Meinfryda stanowiły groźne “memento". Otwarcie 
stawić czoła pogaństwu chrześcijanin Przybysław nie śmiał. Jednocześnie nie miał złudzeń, że 
nic już nie jest w stanie zapewnić na dłuższą metę niezależności politycznej jego ludowi.

O   tym   ostatnim   słowiańskim   władcy   Stodoran   wiemy   stosunkowo   dużo   dzięki 

Traktatowi o zdobyciu miasta Brandenburga kanonika Henryka z Antwerpii. Wiemy, że wkrótce 
po   objęciu   rządów   zawarł   on   przymierze   z   margrabią   Marchii   Północnej   Albrechtem 
Niedźwiedziem   oraz   układ   przewidujący,   że   w   wypadku  bezpotomnej   śmierci   Przybysława 
Albrecht ma być jego następcą. Układ został wzmocniony w ten sposób, że Przybysław oddał 
margrabiemu znaczną część swojego kraju (oficjalnie jako prezent ojca chrzestnego dla syna 
margrabiego   —   Ottona).   Dysponując   tym  terytorium   łatwiej   mógł  Albrecht   w   przyszłości 
opanować cały kraj w wypadku napotkanego oporu.

Wiemy również, że w  nie określonym bliżej czasie dokonał  się  w kościele w Liszce 

{niem.: Leitzkau), mieście położonym w  pobliżu Magdeburga, ciekawy akt.  Za   radą   biskupa 
brandenburskiego (rezydującego wówczas jeszcze w Liszce) Wiggera, Przybysław-Henryk wraz 
z żoną Petryssą złożyli na ołtarzu św. Piotra swoje diadema regalia.

Wydarzenie to dawało dużo do myślenia historykom. Co to za “diadem królewski"? Czy 

to możliwe, żeby Przybysław breński był królem? Jaki charakter miała zagadkowa uroczystość 
w Liszce?

Czy   Przybysław   był   naprawdę   królem   i   —   co   za   tym   idzie   —  jakie   to   insygnia 

królewskie   złożył   na   ofiarę   w   Liszce,   nie   dowiemy   się   zapewne   nigdy   z   wystarczającą 
pewnością.   A   sprawa   nie  jest   bez   znaczenia   dla   badań   nad   ustrojem   politycznym 
wczesnofeudalnych państw słowiańskich, do których bez wątpienia należy zaliczyć “królestwo" 
Przybysława-Henryka.

Co miał oznaczać akt złożenia insygniów w kościele na ołtarzu? Uczony niemiecki H. D. 

Kahl wyraził niedawno bardzo prawdopodobne przypuszczenie, że należy to rozpatrywać jako 
rodzaj głośnej manifestacji uczuć religijnych chrześcijańskiego władcy na wpół (przynajmniej!) 
jeszcze   pogańskiego   ludu.   Przyczyną   skłaniającą   władcę   do   tej   demonstracji   była 
prawdopodobnie wyprawa krzyżowa w roku 1147 Chodziło o to, by wyprawa nie zwróciła się 
przeciw Stodoranom. Jakoż rzeczywiście skierowano ją bardziej na północ, ku Szczecinowi.

Z   niejasnych   przekazów   kronikarskich,   a   także   z   monet   bitych  w  książęcej  Brennie 

background image

wyłania   się   postać   Przybysława-Henryka,  ostatniego   męskiego   potomka   książęcej   dynastii 
stodorańskiej. Ocena tej postaci nie jest łatwa. Czy mamy w nim widzieć zdrajcę sprawy swoich 
współplemieńców, odpowiednika Tęgomira sprzed dwustu lat, usiłującego wszelkimi sposobami 
zapewnić   zwycięstwo  religii   chrześcijańskiej   i   Niemców?   Czy   też   mamy   do   czynienia  z 
figurantem, marionetką w dłoniach chytrego margrabiego, nie mogącą wpływać na losy swojego 
plemienia?

Jak zwykle w podobnych wypadkach: ani jedno, ani drugie. Jest to postać tragiczna, 

ale nie przez bezsilność, lecz właśnie  przez energiczne próby pogodzenia ze sobą dwóch z 
gruntu   sprzecznych   koncepcji.   Chciał   Przybysław   pokojowej   asymilacji,   upodobnienia   się 
Słowian pod każdym względem do Niemców, oszczędzenia krwi słowiańskiej i beznadziejnej 
walki   z   oczywistą   przewagą.   Nie   rozumiał   jednak   chyba,   że   do   jego   kraju   ściągną   tłumy 
osadników   westfalskich   i   niderlandzkich,   że   Słowianie   zostaną   wyparci   w   przeciągu   kilku 
pokoleń.

Młodsi pod względem cywilizacyjnym Stodoranie nie mieli żadnych szans na przetrwanie. 

Wyższa   kultura   rolna   przybyszów  z   zachodu,  wyższe   formy   gospodarowania   i  organizacji 
społecznej,  wyższa   kultura   materialna   i   duchowa,   a   wreszcie   —   nieprzychylne dla  Słowian 
stanowisko   feudałów   duchownych   i   świeckich   sprawiły,   że   germanizacja   dokonała   się 
stosunkowo   szybko.   Na   terenie   dawnego   plemienia   Stodoran   zachowało   się   mało   śladów 
słowiańskiej przeszłości.

Nieudany zamach księcia Jaksy

Jest rok 1150. Umiera ostatni legalny słowiański władca Stodoran. Zgodnie z układem, 

rządy u Stodoran powinien objąć margrabia Albrecht. Dziwne, że wdowa po Przybysławie 
Petryssa musi przez trzy dni ukrywać przed swoimi poddanymi fakt śmierci męża. Chodzi jej 
o   to,   by   margrabia   mógł   przybyć   osobiście   do  Brenny,   zanim   lud   dowie   się   o   śmierci 
Przybysława. Wraz z nim szeroką falą napływają chrześcijańscy duchowni. Pada natychmiast 
przybytek trójgłowego boga pogańskiego (Trzygłowa), na  jego miejscu powstaje kościół pod 
wezwaniem Najświętszej Marii Panny. Najbardziej nieprzyjazne elementy słowiańskie bądź zo­
stają zniszczone, bądź opuszczają kraj. Wydaje się, że panowanie  margrabiego w Brandenburgu 
jest nie zagrożone. Jednak to tylko pozory.

Pewnego   dnia,   zapewne   w   czasie   nieobecności  Albrechta   Niedźwiedzia,   Brandenburg 

zostaje otoczony przez wojska Jaksy, siostrzeńca zmarłego Przybysława, który jako potomek po 
kądzieli nie miał, formalnie rzecz biorąc, praw do tronu  stodorańskiego, jednak postanowił nie 
dopuścić do utrwalenia się rządów niemieckich w tym kraju.

Co się działo z Jaksą do tego czasu? W tym punkcie źródła  zachowują zadziwiające 

wprost milczenie. Uczeni jednak nie dali za wygraną. W XIX wieku znaleziono większą ilość 
monet   przedstawiających   postać   brodatego   mężczyzny   i   zawierających   napis  “JACZA   DE 
COPNIC", względnie “JACZO DE COPNIC".

Copnic to stara osada słowiańska, której nazwa przetrwała do dzisiaj w nazwie jednej z 

dzielnic Berlina — Kopenick. Dawniej uważano, że słowiańska nazwa tej miejscowości brzmiała 
“Kopanica", a imię księcia wyobrażonego na monetach odczytywano jako “Jaksa z Kopanicy". 
Obecnie jesteśmy raczej zdania, że nazwa słowiańska brzmiała po prostu “Kopnik"'. Książę więc 
powinien nazywać się “Jaksa z Kopnika", ale określenie “z Kopanicy" tak się w nauce utarło, że 
i my przy nim pozostaniemy.

Berlin leży na terytorium dawnego słowiańskiego plemienia Sprewian (od rzeki Sprewy). 

Księciem Sprewian był więc bez wątpienia ów znany tylko z monet Jaksa z Kopanicy. Jeżeli 
spojrzymy na mapę to stwierdzimy z łatwością, że terytorium plemienne Sprewian graniczy od 
zachodu   z   terytorium   Stodoran.  Archeolodzy   datują   monety   z   Jaksą   na   drugą   połowę   XII 
wieku.

Nasuwa   się   uzasadnione   przypuszczenie,   że   Jaksa   z   Kopanicy  i   Jaksa   —   rywal 

Albrechta Niedźwiedzia w Brennie to jedna i ta sama osoba. Tak też uważa się obecnie w nauce.
Jest jeszcze jedna sprawa, której musimy się koniecznie przyjrzeć. Z naszego głównego źródła 

background image

— Traktatu Henryka z Antwerpii — dowiadujemy się, że Jaksa panował wtedy w “Polsce" (in 
Polonia
 tunc principantis), a miasto Brandenburg zdobył “z wielkim wojskiem polskim".

Co kronikarz chciał przez to powiedzieć?
Jako rzecz zupełnie pewną musimy przyjąć, że na ziemiach  rdzennie polskich żaden 

Jaksa   ani   wtedy,  ani   kiedykolwiek  indziej nie panował. Wśród Piastów imię to w ogóle nie 
występuje.  Wiadomo jednak, że Polska piastowska w niektórych okresach obejmowała również 
ziemie położone na zachód od Odry. Wystarczy  przypomnieć pokój budziszyński z roku 1018, 
oddający Polsce Chrobrego Łużyce i Milsko, utracone zresztą już wkrótce, po śmierci władcy.
Aktywną politykę zaodrzańską na Pomorzu Zachodnim prowadził też Bolesław Krzywousty. 
Do zależnych od Polski obszarów, być może przez Krzywoustego właśnie podporządkowanych, 
zaliczał się prawdopodobnie i obszar Sprewian.

Uczonym ciągłe to nie wystarczało. Usiłowali oni niekiedy silniej związać postać Jaksy z 

Polską. Osiągano to identyfikując Jaksę breńskiego i kopanickiego z wybitnym możnowładcą 
polskim  i   zięciem   największego   z   magnatów   polskich   Piotra   Własta   —   Jaksą   z   Miechowa. 
Upadek   polityczny   i   oślepienie   Piotra  Własta   z   rozkazu  Władysława   II  tłumaczono   intrygami 
margrabiego, wywieranymi poprzez żonę polskiego księcia. Margrabia bowiem pragnął  zguby 
Piotra,   który   jakoby   popierał   z   całych   sił   sprawę   swojego  zięcia   dążącego   do   odzyskania 
bezprawnie zabranego mu tronu stodorańskiego. Niestety, źródła nie pozwalają na wyciąganie tak 
daleko idących wniosków. Jaksa z Miechowa i Jaksa zachodnio-słowiański to zapewne dwie różne 
osoby.

Jaksa opanował więc znienacka gród. Kronikarz mówi, że Jaksa przekupił obrońców i ci 

otworzyli przed nim bramy miasta. Nie wiemy jednak, kto zdradził: ludność słowiańska czy też 
niemiecka załoga. Nie wiemy również, jak długo trwały rządy Jaksy w opanowanej przez niego 
Brennie i kiedy ten prawdziwy ,,zamach  stanu" miał miejsce. Wiemy tylko, że po zdobyciu 
grodu odesłał Jaksa “ludzi margrabiego" w charakterze jeńców “do Polski". Znamy natomiast 
dokładną datę końcową rządów Jaksy w Brennie. Jest to dzień 11 czerwca 1157 roku, w którym 
Albrecht Niedźwiedź odzyskał gród.

Mimo   całej   zdobytej   na   ziemiach   słowiańskich   potęgi   nie   mógł  Niedźwiedź   sam   o 

własnych siłach zdobyć Brenny. Sprzymierzeńca znalazł w osobie arcybiskupa magdeburskiego 
Wichmana,   który  tym   razem   był   gotów   odłożyć   na   inną   okazję   osobiste   porachunki  z 
margrabią.

W roku 1157 doszło do wspólnej, starannie przygotowanej wyprawy. Wojska margrabiego 

i arcybiskupa otoczyły Brennę ze  wszystkich stron. Ale otoczyć tak silnie obwarowany przez 
samą naturę gród nie oznaczało jeszcze zdobyć go. Toteż oblężenie przeciągało się. Podobnie jak 
przed kilkoma laty Jaksa nie zdobywał tego samego grodu orężem lecz brzęczącą monetą, tak i 
teraz nie oręż zdecydował o kolejnej, tym razem już ostatecznej, zmianie właściciela.

Obie   strony   orientowały   się   w   sytuacji.   Oblężeni   wiedzieli,   że  nawet   najbardziej 

uporczywy opór nie będzie mógł trwać w nieskończoność. Przewaga sił nieprzyjaciela i zapewne 
niemożność  zaopatrywania   się   w   żywność   przyspieszyły   decyzję.   Być   może   doszła   też   do 
obrońców wiadomość, że wyprawa Albrechta i Wichmana jest wstępem do wielkiego uderzenia 
na Polskę, jakie przygotowywał na lato cesarz Fryderyk Barbarossa.

W   dniu   11   czerwca   1157   roku,   jak   już   powiedziano,   na   mocy  układu   miedzy 

oblegającymi   a   oblężonymi,   wojska   margrabiego  zajęły  miasto.  Siły  słowiańskie  opuściły  na 
zawsze mury Brenny, udając się na wschód. Arcybiskup Wichman, w zamian za pomoc, uzyskał 
dla   siebie   miasto   Jutrzybok   (Jüterbog),   położone   na   południowy   wschód   od   Brenny,   wraz   z 
przyległą okolicą.
Taki był ostatni akt tej “sprawy stodorańskiej XII wieku", jak to zwykło określać się w nauce. 
Los chciał, że właśnie te obszary, których zdobycie tak trudno przyszło feudałom niemieckim, 
stały   się   w   przyszłości   jak   gdyby   centrum   tej   groźnej   potęgi,   jaką  już   wkrótce   stała   się 
Marchia Brandenburska.

A co się stało z Jaksa? To pewne, że nie zginął w roku 1157. Kronikarz nie omieszkałby 

tego zanotować. Zresztą prawdopodobnie nie przebywał on osobiście w Brennie, a ograniczył 

background image

się do osadzenia tam załogi. Sam rządził chyba nadal w Kopniku i wybijał monety, gdzie kazał 
umieszczać dumne napisy: “JACZA COPTNIK CNE".  W ostatnim członie tej inskrypcji bez 
trudu odnajdziemy słowiański wyraz “knese" (porównaj obecnie “książę" i “ksiądz").

W   roku   1178,   a   więc   w   dwadzieścia   jeden   lat   po   burzliwym   roku   1157,   na 

dokumencie wystawionym przez biskupa kamieńskiego Konrada I, na liście świadków na 
pierwszym   miejscu   widnieje   jakiś   “dominus   Jaczo".   Musiał   to   być   ktoś   znaczny,   skoro 
dopiero po nim podpisali się obaj aktualnie panujący książęta pomorscy Bogusław i Kazimierz, 
chociaż — podkreślamy — dokument został wystawiony na obszarze ich księstwa.

Czy ten honorowy gość nie jest naszym Jaksa? Aczkolwiek  trudno tu o pewność, to 

jednak jest to nader prawdopodobne. Byłby to więc ostatni w miarę pewny ślad tego księcia.
Później już tylko blade odblaski sławy kopanickiego Jaksy, “księcia serbskiego", od czasu do 
czasu   pojawią   się   w   polskich  źródłach. Dwukrotnie wspomni o nim nieznany autor Kroniki 
Wielkopolskiej,   jedyny   z   polskich   kronikarzy   średniowiecznych,  który   wykazał   dużo 
zainteresowania dla spraw z tamtej strony Odry. Ile w tych przekazach jest prawdy, a ile podań, 
nie wiadomo.

Tutaj, nie wkraczając w późniejsze legendy, ograniczamy się do faktów, o których mówią 

źródła

MARCHIA PÓŁNOCNA

Wyraz   “marchia"   jest    pochodzenia    germańskiego.   “Mark", “marko" oznaczało granicę 

łub ziemię pograniczną. Tak określano między innymi duże okręgi położone na granicy państwa 
frankijskiego.  Marchie   owe   nie   powstawały   byle   gdzie;   nie   spotykamy  ich   zwłaszcza   na 
granicach   naturalnie   bronionych   przez   morze.   Zakładano   je   tam,   gdzie   wymagały   tego 
szczególne   względy   —   na   pograniczu   z   innymi   krajami   i   ludami.   Już   w   czasach   Karola 
Wielkiego (768—814) powstały: Marchia Hiszpańska na południe od Pirenejów, Marchia Duńska, 
zabezpieczająca  od północy opanowaną  niedawno przez Franków  Saksonię,   oraz   dwie   marchie 
broniące   południowo-wschodnich   kresów   imperium:   Pannońska   (odpowiadająca   w   dużym 
przybliżeniu dzisiejszej Austrii) i Karyncka.  Stojący na czele marchii urzędnik cesarski zwany 
przełożonym marchii (marchiae praefectus), wojewodą (po łacinie dux, po niemiecku herizogo, 
Herzog
), a jeżeli już hrabią (comes), to przynajmniej — dla odróżnienia od hrabiów kierujących 
hrabstwami w głębi kraju — z dodatkiem “pograniczny"  (comes confinii),  to początkowo tylko 
jeden z równych sobie zarządców królewskich, któremu król (bądź cesarz) zlecił organizowanie 
wojny i obrony na kresach oraz władzę skarbową i sądowniczą.  Urzędnik ten, zwany  z czasem 
margrabią  (marchio),   był więc po pierwsze hrabią w  “swoim" hrabstwie,   a po drugie — 
mandatariuszem  monarchy  i z tego tytułu podlegały mu sprawy wojskowe kilku sąsiednich 
hrabstw. W miarę umacniania się autorytetu i potęgi margrabiów rosły ich ambicje i apetyty. Gdy 
osłabła   centralna   władza   państwowa,   margrabiowie   poczęli   uzurpować   sobie   prawo   do 
sprawowania  całej władzy administracyjnej, skarbowej i sądowniczej na swoim  terenie. Był to 
symptom   postępującego   procesu   rozdrobnienia   feudalnego.   Gdy   jednak   władza   centralna 
ponownie zyskała na sile (a we wschodniej części państwa frankijskiego, dla której z czasem ustali 
się   nazwa   Królestwa   Niemieckiego,   nastąpiło   to   już   przed   połową  X  wieku),   wtedy   droga 
margrabiów do osiągnięcia pełni władzy musiała napotkać opór monarchy.

Geron

Postaramy   się   tu   prześledzić   dzieje   marchii   posiadającej   szczególne   znaczenie   w 

dziejach środkowej Europy.

Pierwszy król niemiecki z dynastii saskiej (Ludolfingów) Henryk I (919—936), który 

przed dziesięcioma laty objął tron po Karolingach, toczy ciężkie boje ze Słowianami połabskimi 
i   z   Czechami.  Są   to   lata   929—931.   Żeby   zapewnić   sobie   bodaj   chwilowy   spokój   ze   strony 
Wieletów, król powierza walkę z nimi niejakiemu grafowi (hrabiemu) Bernardowi, dając mu do 
pomocy innego wielmożę — Thietmara i nadając obydwom tytuły legatów. Skąpe źródła z tego 

background image

okresu niewiele mówią o ich działalności. Na początku panowania Ottona I (936 r.) spotykamy w 
źródłach postać grafa Zygfryda, który miał  zastępować króla w  Saksonii i Turyngii. Zygfryd 
umarł w roku następnym, a na jego miejsce Otton I powołał mniej dotąd znanego komesa Gerona.

Postać   ta,   niewątpliwie   wybitna,   otoczona   smutną   sławą   bitnego,   ale   i,   wiarołomnego 

pogromcy Słowian połabskich, stanowi ważną cezurę w dziejach marchii wschodnioniemieckich. 
Obszar  jemu  podległy,   dotąd   raczej   mgliście   zarysowany   pod   względem   terytorialnym,   teraz 
nabiera wyraźnie j szych konturów.

Krótko przedtem król mianował obok — czy raczej ponad urzędem legata — nowego 

księcia (princeps  militiae)  w osobie Hermana  Billunga. Nowi dostojnicy, zamiast wadzić się 
pomiędzy   sobą  o   pierwszeństwo   i   kompetencje,   dokonali   ich   rozgraniczenia:   Herman   objął 
północny, saksoński odcinek granicy, Geron — południowy, turyński. Były to zachodnie granice 
ich terytoriów, wschodnich nie sposób było wytyczyć — należało je dopiero wywalczyć orężem 
na Słowianach. Bałtyk i rzeka Odra stanowiły  orientacyjne granice obydwu sfer wpływów i 
zainteresowań.

Geron   miał   snadź   więcej   szczęścia   przy   podziale.   Jego   partner   oraz   następni   rządcy 

“marchii Billungów" długo nie mogli należycie wypełnić swojej misji podboju ziem obodrzyckich, 
gdyż   ekspansja   ich   starła   się   na   tym   terenie   z   silną   ekspansją   duńską.  Marchia   Gerona, 
znacznie od marchii Billungów obszerniejsza, zawdzięczająca zresztą ten wzrost głównie swemu 
zarządcy,   rozpadła   się   po   jego   śmierci.   Powstało   aż   sześć   odrębnych   marchii:   Północna, 
Wschodnia,   Serbska,   Merseburska,   Żytycka   i   Miśnieńska.  Pierwsza   z   wymienionych   istniała 
zresztą, być może, wcześniej,  jeszcze za życia margrabiego Gerona; jej przełożony, margrabia 
Teodoryk występuje w źródłach jako równorzędny Geronowi.

Upadek

W   skład   Marchii   Północnej   (Nordmark)   wchodziły   zarówno   obszary   niemieckie,   jak   i 

słowiańskie.  Do   tych   pierwszych   zaliczymy  tak   zwaną   Starą   Marchię   (Altmark)   —   obszar 
położony na zachód od środkowej Łaby, pomiędzy Łabą, a jej dopływem Orą (Ohre).  Na 
terytorium   całkowicie   wieleckim   leżała   natomiast   zasadnicza   część   Marchii   Północnej.   Dwa 
wielkie   prawobrzeżne   dopływy   Łaby   —   Hawela   na   południu   i   Elda   na   północy   ograniczały 
posiadłości   margrabiów   Marchii   Północnej.   Wysiłkiem   Ottona   I  i   margrabiego   Gerona 
mieszkające w tym pasie plemiona słowiańskie, a przynajmniej znaczna ich część, musiały uznać 
zwierzchnictwo   niemieckie.   Około   połowy  X  wieku   założono   biskupstwa  w   Brennie 
(Brandenburgu) i Hawelbergu, podporządkowane w  roku   968   nowo   powołanej   metropolii   w 
Magdeburgu. Miały one wspierać dzieło chrystianizacji i germanizacji tego obszaru.

Tak się jednak nie stało. W roku 983 wybuchło wielkie powstanie Słowian połabskich, 

które   na   półtora   stulecia   obaliło   panowanie   feudałów   niemieckich   pomiędzy   Odrą   a   Łabą. 
Biskupi Brenny  i Hawelbergu stali się na długie lata biskupami wypędzonymi  z diecezji, 
biskupami in partibus infidelium. Margrabia Teodoryk, zmuszony do ucieczki z oblężonej przez 
Słowian Brenny, straciwszy w wyniku powstania większość swoich posiadłości, próbował stawić 
czoła atakom słowiańskim nad rzeką Tongerą w Starej Marchii, a więc w najdalszych zachodnich 
kresach swojej marchii.  Umarł wkrótce potem, w roku 985, a zdegradowana  de facto  do  roli 
zwykłego   hrabstwa   Marchia   Północna   przypadła   w   udziale  hrabiemu Lotarowi z Walbeck 
(985—1003).   Dopiero   w   latach   dziewięćdziesiątych   X  wieku,   po   pewnych   sukcesach 
politycznych, głównie zaś po ponownym uznaniu panowania niemieckiego przez Sprewian, Lotar 
odzyskał tytuł margrabiego. Po nim panowało jeszcze trzech margrabiów z tego rodu. Ostatnim 
z nich był Wilhelm, który zginął w pamiętnej dla Niemców wielkiej klęsce zadanej im przez 
Wieletów-Luciców w roku 1056 pod Przecławą.

Godność margrabiów w Marchii Północnej otrzymali wtedy hrabiowie ze Stade. Zgodnie z 

nasilającymi się w całej Europie tendencjami feudalnymi, godność ta stała się w ich rodzie już w 
pełni dziedziczna. 

Wiek  XI  i   początek   wieku   XII   to   okres   walk   wewnętrznych  w   Niemczech   i 

zahamowania   ekspansji   na   wschód.   Niewiele   też  zdziałali   panowie   ze   Stade   na   nowym 

background image

stanowisku. W roku 1128 zmarł ostatni z nich Henryk II, nie zostawiając potomka. Jego brat 
stryjeczny i następca, Udo  IV  z Freckleben, otrzymał marchię w roku 1129, nie cieszył się 
jednak długo tą godnością. Na politycznym widnokręgu wschodnich Niemiec ukazał się bowiem 
jeszcze   jeden   konkurent   do   spadku   po   panach   ze   Stade.   Był   nim  Albrecht   z   Ballenstedt   — 
miejscowości położonej na północno-wschodnim skraju Gór Harzu, niedaleko Kwedlinburga.

Hrabiowie z Ballenstedt

Już jego ojciec Otton, zwany Bogatym {zmarł w 1123 r.), miał swój udział w sprawach i 

intrygach skupiających się wokół Marchii Północnej i jej dość słabych margrabiów. Gdy umarł 
przedostatni   margrabia   z   rodu   Stade   Udo   III   (1087—1106),   rządy   w   marchii   objął,   w 
zastępstwie małoletniego Henryka II, brat Udona — Rudolf. Popadł on w konflikt z cesarzem 
Henrykiem  V,  rychło  też,   wraz   ze   swoim   sprzymierzeńcem,   księciem   saskim   Lotarem 
(późniejszym   cesarzem),   został   pozbawiony   przez   cesarza   urzędu.  Otton   z   Ballenstedt   został 
wtedy proklamowany księciem saskim. Na proklamacji się właściwie skończyło. Książę Lotar 
i Rudolf  ze Stade pogodzili się niebawem  z  cesarzem i ten cofnął poprzednie decyzje. Ale w 
toku   tych   walk   Otton   z   Balienstedt,   sprzymierzony   jeszcze   z   cesarzem,   zdobył   ważny   gród 
Salzwedel  w północnej części Starej Marchii i nie utracił go nawet po przywróceniu do łask i 
urzędu Rudolfa ze Stade.

W ten sposób ród hrabiów z Ballenstedt zdobył sobie silny punkt oparcia w Starej Marchii, 

która, jak wiemy, stanowiła niemal jedyną pozostałość z obszernej niegdyś Marchii Północnej, 
zachowując zresztą jej nazwę. Nie był to jedyny sukces Ottona Bogatego. Jego żona Eilika, 
córka ostatniego księcia saskiego z rodu Billungów  Magnusa, przyniosła mu w posagu niemałe 
posiadłości,  również usytuowane w  Starej  Marchii. W sumie była to już poważna podstawa 
terytorialna. Posiadłości Ottona rozciągały się, choć w rozproszeniu, szerokim pasem po lewej 
stronie środkowej  i dolnej Łaby. W roku 1115, po klęsce zadanej przez Niemców powstającym 
Słowianom w bitwie pod  Köthen   (pomiędzy   Soławą  a Muldą), przypadły Ottonowi obszerne 
posiadłości na wschód od Soławy. Pozostały one już w rękach hrabiów z Ballenstedt.

Znalazła   się   i   podstawa   prawna:   córka   Ottona   i   Eiliki,   a   siostra  Albrechta,  Adelajda, 

została żoną Henryka II ze Stade. Małżeństwo to pozostało bezpotomne.

Kariera Niedźwiedzia

Tak to ojciec przygotował grunt pod polityczną karierą syna.  Albrecht urodził się około 

roku 1100. Ponieważ już współcześni obdarzali go przydomkiem Niedźwiedź (niem. Bar), nie jest 
wykluczone, że urodził się w miejscowości Barenburg (obecnie Bernburg) nad Soławą.

Umarł   ojciec   i   już   w   następnym   roku   młody,   dwudziestokilkuletni  Albrecht   po   raz 

pierwszy pokazał niedźwiedzie pazury. Cesarz Henryk V w 1123 roku nadał Marchie: Łużycką i 
Miśnieńską Wiprechtowi z Grojcza. W sojuszu z księciem saskim Lotarem Albrecht Niedźwiedź 
napadł na Łużyce i przywłaszczył sobie godność margrabiego tej marchii. Nie wiadomo, czy 
nie wypadłoby  Albrechtowi ciężko odpokutować za ten gwałt, gdyby nie śmierć Henryka  V  i 
powołanie   na   tron   niemiecki   jego   protektora   i   wspólnika,   księcia   saskiego  Lotara   III   z 
Supplinburga   (1125—1137).   Nowy   władca   usankcjonował   zabór   Marchii   Łużyckiej   przez 
Albrechta, zabór dokonany przecież w porozumieniu z nim rok wcześniej. W ten sposób Albrecht 
Niedźwiedź po raz pierwszy zdobył godność margrabiego. Zdradą i gwałtem rozpoczynał swą 
głośną karierę.
To mu jednak nie wystarczyło. W gorączkowej pogoni za nowymi zdobyczami poważył się na 
krok   ryzykowny,   za   który   mógł  zapłacić   złamaniem   dalszej   kariery.   Był   przecież   szwagrem 
ostatniego   margrabiego   Marchii   Północnej,   Henryka  II.  W   połowie   1129  roku   napadł   na 
Hildagesburg, położony nad Orą w pobliżu jej ujścia do Łaby, i zdobył ten gród. Stara Marchia 
została w  ten sposób od północy i od południa ujęta w kleszcze Albrechta. Margrabia  Udon 
zaczął się natychmiast sposobić do odparcia agresora, gdy nagłe, w marcu 1130 roku, został z 
rozkazu Albrechta i przez jego ludzi zamordowany.

background image

Ale tym razem przeliczył się bezwzględny i lekkomyślny Niedźwiedź, mający widocznie 

nadzieję na poparcie, a przynajmniej pobłażliwość ze strony dawnego protektora. Lotar III, jako 
król niemiecki, nie zamierzał dalej tolerować bezprawia i wydziedziczył go z Marchii Łużyckiej, 
którą   po   siedmiu   latach   zwrócił  Wiprechtowi   z   Grojcza   Marchię   zaś   Północną,   na   którą   na 
próżno ostrzył sobie zęby Albrecht, oddał hrabiemu Konradowi z Plötzkau.

Pozbawiony Łużyc Albrecht Niedźwiedź zatrzymał załabskie  i anhalckie posiadłości 

rodowe i zrozumiał, że polityka faktów dokonanych przy silnej władzy królewskiej energicznego 
Lotara nie  ma szans powodzenia. Musiał więc upokorzyć się przed królem, odzyskać łaskę i... 
liczyć na wspaniałomyślność.

Wierną służbą królowi wykazał się w wyprawie do Italii w łatach 1132—1133. Gdy tam 

na   południu   bezpotomnie   zginął   towarzyszący   również   królowi   margrabia   Konrad   z  Plotzkau 
(początek roku  1133), Albrecht Niedźwiedź  otrzymał  w  kwietniu  1131  r.  upragnioną Marchię 
Północną. Tym razem już legalnie, jako lenno cesarskie.

Niedźwiedź w Marchii Północnej

W  grudniu   1137   roku   zmarł   cesarz   Lotar   III.   Pomiędzy   nowym   królem,   pierwszym   z 

dynastii   Hohenstaufów,   Konradem   III   a   księciem   saskim   Henrykiem   Pysznym   doszło   do 
poważnego konfliktu. Nie tylko obowiązek lennika skłonił Albrechta Niedźwiedzia do poparcia 
partii   królewskiej!  Pamiętamy   przecież,   że Albrecht   był  w   prostej   linii   wnukiem   książęcej 
rodziny   Billungów,   panującej  w   księstwie   saskim   do   początku   XII   wieku.   Teraz  Albrecht 
otrzymał od króla księstwo saskie w lenno i mogło się wydawać, że stanął u szczytu potęgi.

Rychło jednak miało się okazać, że nowy nabytek przerasta możliwości margrabiego, który 

nie był w stanie stawić czoła różnym orientacjom politycznym i pretensjom sąsiadów Saksonii. 
W wyniku walk stracił nawet swoje dotychczasowe posiadłości. W roku 1142 musiał zrzec się 
księstwa   saskiego   i   wrócić   do   stanu   rzeczy  z   roku   1134.   Zarzewie   niezgody   pomiędzy 
Askańczykami (pod tą nazwą, pochodzącą od nazwy zamku Aschersleben, łac. Ascania, przejdzie 
do   historii   ród   hrabiów   z   Ballenstedt)   a   książętami   saskimi   z   dynastii  Welfów   nigdy   odtąd 
właściwie nie wygasło.

Ostatnie   wydarzenia   pokazały   margrabiemu,   że   nie   może   liczyć   na   poważniejsze 

sukcesy militarne i terytorialne w rdzennych  Niemczech. Tam było Albrechtowi za ciasno: na 
północ   i   na   zachód   od   marchii   rozpościerały   się   posiadłości   książąt   saskich,   na   południe 
rozległe ziemie dzierżył potężny arcybiskup magdeburski. Rozdrobnienie władzy politycznej w 
starych   krajach   niemieckich  było   daleko   zaawansowane.  Pełno   było   drobnych   feudałów, 
graffów i zwykłych rycerzy, często będących w dodatku lennikami nie margrabiów, lecz wprost cesarza lub 
któregoś z sąsiednich władców.

Jeden był tylko kierunek, w którym ekspansja Askańczyków  nie wadziłaby nikomu w 

Niemczech — to droga na wschód, na  słowiańskie jeszcze międzyrzecze Łaby i Odry. Każdą 
inicjatywę  zmierzającą   w   tym   kierunku   pobłogosławiłby   duchowy   zwierzchnik   całego 
chrześcijaństwa — papież. Przecież ziemie te zamieszkiwali poganie. Swojego możnego poparcia 
udzieliłby cesarz — zbrojne ramię Kościoła i jego miecz, z samej istoty swego uniwersalnego 
tytułu   cesarskiego   zobowiązany   do   rozszerzania   obszarów   chrześcijaństwa.  Cesarz,   będący 
jednocześnie   królem   Niemiec,  z   aprobatą   widziałby   rozszerzanie   się   obszarów   swego 
królestwa.  Jakże   gorąco   powitałby   podbój   ziem   za   Łabą   kler   niemiecki,   którego   dwaj 
przedstawiciele,   bezdomni   biskupi   opanowanych   dawno   temu   przez   odszczepieńców-Słowian 
miast   Brenny   i   Hawelbergu,   tułają   się   po   dworach   władców,   oczekując   coraz   niecierpliwiej 
chwili powrotu do swych stolic.

A   rzesze   drobnych   feudałów,   rycerzy   i   “sług   pańskich",   zwanych   ministeriałami, 

młodszych   synów   książąt   i   hrabiów   z   głębi   Niemiec   albo   ich   —   o   zgrozo!  — nieprawych 
dzieci? Ci wszyscy. którym naprawdę ciasno było w Rzeszy, których skromna pozycja materialna, 
piętno niskiego pochodzenia (częste u ministeriałów) bądź pochodzenia nieprawego, czy przepisy 
prawa lennego, odsuwające młodszych synów feudała od udziału w lennie, stawiały  faktycznie 
poza nawiasem średniowiecznego społeczeństwa? Ci, którzy nie zdecydowali się albo po prostu 

background image

nie stać ich było na obranie kariery duchownej?

Weźmy jeszcze pod uwagę panujący w umysłach ludzi tego czasu duch krucjatowy 

(rzadko kiedy wytyczał on postępowanie feudała, ale w połączeniu z bardziej materialnymi 
bodźcami   stanowił  czynnik  niezmiernej  wagi),  umiejętnie  propagowany  przez  papiestwo i 
potężny zakon cystersów; faktyczne zrównanie w pojęciach Zachodu walk z muzułmanami na 
wschodzie z walkami przeciw pogańskim Słowianom, a otrzymamy potężny splot czynników 
materialnych, społecznych i ideologicznych pchających ludzi na wschód, za Łabę i Soławę

8

.

U kolebki Marchii Brandenburskiej

A należało się spieszyć. Na północnym, obodrzyckim froncie zmagań potężniały wpływy 

duńskie. Z czasem, w drugiej połowie  XII wieku, Duńczycy opanują Rugię i część Pomorza. 
Wpływy duńskie długo będą się ścierać z saskimi na terenach Obodrzyców. Na wschodzie Polska 
walczy z wewnętrznymi trudnościami i właśnie za panowania Bolesława III Krzywoustego (1102
—1138), obroniwszy najpierw własną niepodległość przed wojskami samego cesarza Henryka V, 
sięgnie   pewną   ręką   po   Pomorze,   włączając   je   wraz   z   Rugią   i   Pomorzem   Zaodrzańskim   (te 
ostatnie nabytki wprawdzie w charakterze lenna cesarskiego) w swoją orbitę polityczną. Także na 
odcinku środkowej Odry granica państwowa Polski sięga wtedy znacznie dalej na zachód niż 
obecnie i obejmuje położone po obu stronach Odry terytorium Lubuszan. Ponadto w jakimś 
trudnym do określenia, ale nie ulegającym wątpliwości stosunku zależności od Polski, znajduje 
się plemię Sprewian — zamieszkujące za granicznym pasem lasów dalej na zachód — już w 
okolicach dzisiejszego Berlina.

Kluczem do dalszych podbojów Albrechta Niedźwiedzia, a raczej już jego następców, a 

zarazem   kamieniem   węgielnym   pod   przyszłą   potęgę   zaborczej   marchii   stało   się   zdobycie 
terytorium   ważnego   i   licznego   plemienia   Stodoran,   zwanych   też  Hawelanami

9

  Opanowanie 

kraju Stodoran i jego stolicy Brenny (niem.: Brandenburg) było czymś ważniejszym niż zwykłe 
powiększenie posiadłości margrabiego Marchii Północnej.

Tereny   północne   dawnej   marchii,   to   znaczy   tereny   położone  nad   Pianą,   Tolężą   i 

Wkrą, zajęli książęta pomorscy. Pomiędzy  rzeki Elde  i Ryn (Rhin) wcisnęli się nie wiadomo 
kiedy, ale zapewne w czasie krucjaty 1147 roku, rycerze niemieccy z rodów Gans, von Plotho, von 
Arnstein   (niektóre   z   tych   rodów   mogły  zresztą   wywodzić   się   od   lokalnych   dynastów 
słowiańskich). Arcybiskupi magdeburscy opanowali w roku 1144 cały obszar zawarty w kącie 
pomiędzy   Łaba   a  Hawelą   (dawny   kraj   słowiańskich   Morzyczan),   wbijając   się   dokuczliwym 
klinem pomiędzy Starą Marchię a przyszły nabytek Askańczyków — kraj Stodoran. W dodatku 
w   roku   1157   arcybiskup   zdobył   jeszcze   okręg  jutrzybocki   (Juterbog).   Gdy   więc  Albrecht 
Niedźwiedź ostatecznie sadowił się w Brennie, nie odzyskiwał dawnych strat Marchii Północnej. 
Na dobra sprawę przejmował tylko jej część — kraj Stodoran.

Rozparcelowana  przez   tylu  kontrahentów  dawna  Marchia  Północna   zmarła   jak   gdyby 

naturalną   śmiercią,   znikając   z   ówczesnej  terminologii.   Na   jej   miejsce   pojawiła   się   Marchia 
Brandenburska,  złożona   początkowo   z   posiadłości   domu   askańskiego   oraz   z   dziedzictwa   po 
ostatnim słowiańskim księciu Stodoran. Margrabia był w niej jeszcze nieformalnym (to nastąpiło 
osiemdziesiąt   bez   mała  lat   później),   ale   za   to   faktycznym  dominus   terrae  —   dziedzicznym, 
pełnym władcą swojego terytorium.

Marchii Brandenburskiej będzie pisana ogromna rola w dziejach Rzeszy Niemieckiej oraz 

w dziejach Europy środkowej, Z punktu widzenia historii Polski rola ta rysuje się złowrogo

8

Zobacz  interesujący  “manifest"  do  walki  ze  Słowianami  z  początku XII wieku,  o którym mowa na 

początku rozdziału 25 niniejszej  pracy

9

Dramatyczne wydarzenia związane z zabiegami Albrechta wokół tego kraju, zakończone ostatecznie w 1157 

roku, przedstawione zostały już w rozdziale pt. “Upadek Stodoran".

background image

WIPRECHT Z GROJCZA, CZYLI U POCZĄTKÓW 

NIEMIECKIEJ KOLONIZACJI WSCHODNIEJ

Manifest przeciw Słowianom

“Powstali  przeciwko nam  najokrutniejsi  poganie  i  stali  się  przepotężni  —  ludzie  bez 

litości,   chełpiący   się   nawet   swą   nieludzkością.   Kościół   Chrystusowy   splamili   kultem 
bałwanów,   zniszczyli  ołtarze   i   czynią   nam   to   wszystko,   przed   czym   wzbrania   się   duch 
ludzki. Często napadają na nasze ziemie, rabują, mordują, niszczą  bezlitośnie   i   gnębią   nas 
wyrafinowanymi torturami;     niektórym  odcinają głowy i ofiarowują je demonom, innym 
wyrywają   żywcem   wnętrzności,   związują   poobcinane   ręce   i   nogi   i   wyszydzają  naszego 
Chrystusa:   »Gdzie   jest   ich   Bóg?«.   Jeszcze   innym   pozwalają   oni   gwoli   tym   większej   męki 
życie przedłużyć, co jest gorsze  niż śmierć, gdyż żyjąc muszą [owi nieszczęśnicy — J. S.] 
przypatrywać się, jak tamtych torturuje się poprzez powolne odcinanie kolejnych członków 
ciała   i   jak   ich   w   końcu   pozbawia   się   wnętrzności.   Wielu   obdzierają   żywcem   ze   skóry   i 
przebierając się w ściągniętą z głów  [pomordowanych — J.S.]  skórę,  wpadają  [poganie — 
J. S.] do krajów chrześcijańskich i — rzekomo jako chrześcijanie — wywożą łupy bezkarnie. 
Gdy   obchodzą   swoje   święta,  czarownicy ich w  czasie biesiady w  te mówią do nich słowa: 
»Nasz   Pripegala   żąda   głów,   musimy   przynieść   mu   te   ofiary...«.   Gdy   więc   ścinają   głowy 
chrześcijan przed swymi ołtarzami, biorą czary pełne krwi ludzkiej i wyją okropnym głosem: 
»Obchodźmy   dzień   radości!     Zwyciężony   jest     Chrystus,     zwyciężył   niezwyciężony 
Pripegala!«".

Takie   mrożące   krew   w   żyłach   sceny   roztaczał   przed   czytelnikami   i   słuchaczami 

arcyciekawy dokument, jaki w roku 1108 rozesłany został do kilku biskupów i książąt niemieckich, 
kilku   wymienionych   z   imienia   przedstawicieli   niższego   duchowieństwa   oraz   zbiorczo   do 
“wszystkich   wiernych,   biskupów,   opatów,   zakonników,   eremitów,   proboszczów,   kanoników, 
kleryków,   książąt,   rycerzy,   ministeriałów  oraz   wszystkich   wasali   szlachetnego   i   niższego 
pochodzenia". Jako autorzy listu figurują wybitni przedstawiciele Kościoła saskiego: arcybiskup 
magdeburski Adalgot, biskupi Merseburga, Naumburga, Miśni, Hawelbergu, Brandenburga oraz 
trzej feudałowie  świeccy: hr. Otton z Ballenstedt (ojciec Albrechta Niedźwiedzia),  Wiprecht z 
Grojcza i hrabia Ludwik z Turyngii.  List — wezwanie do "wojny ze Słowianami połabskimi, 
gdyż   tych  ostatnich   mieli   na   myśli   inicjatorzy   cytowanego   dokumentu   —   wykorzystywał 
umiejętnie nastroje krucjatowe, jakie na przełomie  XI  i XII wieku, zwłaszcza po zwycięstwie 
pierwszej   wyprawy  krzyżowej   do   Ziemi   Świętej,   potęgowały   się   wśród   rycerstwa  i 
prostego ludu wielu krajów Europy.

Ale autorzy listu nie odwoływali się tylko do wyższych uczuć potencjalnych krzyżowców. 

“Poganie   ci   [mowa   nadal   o   Słowianach  połabskich   —   J.   S.l   są   najgorsi,   lecz   ziemia   ich 
najobfitsza   w   mięsiwo,   miód,   mąkę   [...]   ptactwo,   a   jeśli   się   ją   uprawi,   obfitością   wszelkich 
ziemiopłodów tak się odwzajemniająca, że żadnej nie można z nią porównać. Tak mówią ci, 
którzy ją znają. Z tego powodu o Sasi, Frankowie, Lotaryńczycy, najsławniejsi i poskromiciele 
świata, tutaj będziecie mogli i dusze wasze zbawić i jeżeli  się tak [Bogu — J. S.l spodoba, 
pozyskać najlepszą ziemię do zamieszkania".

Do propagowanej wyprawy ostatecznie na początku XII wieku nie doszło, choć zdaje się 

apel nie pozostał bez echa i sam cesarz Henryk V na czele poważnych sił z niemal całych Niemiec 
pojawił się nad granicą. Wydarzenia na Węgrzech odwróciły w tym roku uwagę cesarza od spraw 
połabskich. List — manifest, “przykład świadomej propagandy wojennej" (G. Labuda), stanowi 
jednak fakt symptomatyczny. Oto po ponad stuletnim okresie względnego letargu i spokoju na 
wschodnim   pograniczu   państwa   niemieckiego,  spowodowanego   przede   wszystkim   słabością 
polityczną   Rzeszy  w   drugiej  połowie  XI  wieku  oraz   ogromnym   zaangażowaniem   jej  sił na 
południu   (w   Italii),   miała   się   rozpocząć   kolejna,   trzecia   z   kolei   (po   fazie   karolińskiej   i 
ottońskiej),   decydująca   faza   ekspansji  niemieckiej   na   Wschód.   W   odróżnieniu   od   faz 
wcześniejszych, kiedy to Niemcom zależało w zasadzie jedynie na politycznym uznaniu swego 

background image

zwierzchnictwa przez miejscowe, słowiańskie władztwa  i na uzyskaniu trybutu, podczas gdy 
pokonane ludy nadal cieszyły się w praktyce niezależnością w stosunkach wewnętrznych, teraz 
gra toczyła się o poważniejszą stawkę. Chodziło o ściślejsze połączenie z Niemcami podbijanych 
ziem, o usunięcie rodzimych  państwowości  i  dynastii,  o  chrystianizację  i  włączenie  w  obręb 
niemieckiego   systemu   diecezjalnego,   wreszcie   o   rozszerzenie   obszaru   niemieckiego   kosztem 
słowiańskiego   stanu   posiadania   na  drodze   organizowania   i   popierania   osadnictwa 
niemieckiego.

Wiek XII pod tym względem okazał się dla Połabia decydujący. Wybitni przedstawiciele tej 

fazy niemieckiego Drang nach Osten

10

, zwłaszcza książę saski i bawarski Henryk Lew, margrabia 

Marchii Północnej Albrecht Niedźwiedź i margrabia Miśni i Łużyc Konrad z Wettinu, łączący w 
charakterystyczny   sposób   podbój   militarny   ze   zrozumieniem   dla   kolonizacji   niemieckiej, 
działać będą kilka dziesięcioleci później.  Przyjrzyjmy się obecnie mniej znanej  postaci, którą 
wolno uważać poniekąd za prekursora tej polityki. Jest nią występujący wśród sygnatariuszy 
omówionego listu przeciw Słowianom Wiprecht z Grojcza. Postać to z wielu względów barwna i 
ciekawa.

Ze słowiańskiego rodu?

Raczej domyślamy się niż wiemy, że niejeden rycerz i możny niemiecki wieku XII (i następnych), 
żyjący i działający na obszarach zawojowanych na Słowianach, mógł wywodzić się z rodów 
dynastów słowiańskich. Wydaje  się, że  w przypadku Wiprechta jest to niemal pewne, a w 
każdym   razie   tak   sprawę   pochodzenia   swego   dobroczyńcy   i   bohatera   przedstawiali   mnisi 
klasztoru   w   Pegau   (miasto   nad   Białą   Elsterą   na   południe   od   Lipska),   założonego  przez 
Wiprechta. Konkretnie zaś miało być tak:

Emelryk, król “Teutonii", miał braci — Dytmara z Verden i Herlibona  z  Brandenburga. 

Herlibon,   z   kolei   miał   trzech   synów   zwanych  Harlungami,   których   imiona   brzmiały: 
Emelryk,   Fridele  i Herlibon. Herlibon Młodszy ożenił się z królewną norweską  (Urwege) i 
miał z nią dwóch synów: Święcibora i Wolfa (Wilka). Święcibor miał kilku synów, z których źródło 
wymieniło z imienia jednego: Sambora. Znacznie więcej informacji posiadamy o owym Wilku.

Miał on rzekomo zdobyć panowanie nad Pomorzem, lecz wypędzony stamtąd udał się do 

króla Danii. Jako sławny wojownik został tam gościnnie przyjęty, zyskał dostęp do kół bliskich 
władcy  oraz rękę królewny. Gdy zmarł królewski teść, musiał Wilk stawiać czoło zawistnym 
szwagrom, a pokonawszy ich i pozbawiwszy  życia, sam został królem. Ze związku z duńską 
królewną urodziło mu się trzech synów. W nie znanym bliżej czasie (w tej części źródło nie 
podaje żadnych w ogóle dat, ani nie ułatwia ich określenia) opanował jeszcze zbrojną ręką 
tak  zwaną  Białą  Ziemię  (Balsamorum  regio).  Terytorium to położone było na lewym brzegu 
środkowej Łaby, w Starej Marchii. Do końca życia (umarł w wieku bardzo sędziwym) pozostał 
Wilk poganinem. Nad grobem sławnego wojownika odbyły się uroczyste obrzędy pogańskie.

Po śmierci Wilka wnuk jednego z pomordowanych przezeń w swoim czasie królewiczów 

duńskich wygnał jego synów z Danii. Przyszło im szukać szczęścia w dalekich krajach, w obcej 
służbie. Jeden z nich, najstarszy Otton, udał się do "Grecji" (czyli do Bizancjum),  Herman na 
Ruś, a najmłodszy Wikpert (Wiprecht) do Białej Ziemi.

W   tym   momencie   historia   rodu   naszego   bohatera   związała   się  z   obszarem   Starej 

Marchii,   w  X—XI  wieku   (na   które   to   lata   należałoby   datować   dwa   pokolenia   bezpośrednio 
poprzedzające  postać  Wiprechta  II)  gęsto  zamieszkałej  przez  ludność  słowiańską.  Wiprecht I 
ożenił się z przedstawicielką jednego z możnych rodów  wschodniosaskich. Interesująco brzmi 

10

Termin. Drang nach Osten (parcie na Wschód) jest wprawdzie nowożytnego pochodzenia i dla stosunków 

średniowiecznych należy stosować go ze zrozumieniem, nie traktując na jednej płaszczyźnie tak różnych zjawisk, 
jak:   zbrojna   ekspansja  feudałów  niemieckich,   akcja   misyjna   Kościoła   niemieckiego,   kolonizacja   chłopska   czy 
lokowanie  miast  na  prawie  niemieckim  i  napływ  Niemców  do miast  na  terenach słowiańskich,  choćby  niekiedy 
powiązania między nimi były zupełnie wyraźne. W każdym razie termin “ruch na Wschód"' (Ostbewegung), którego 
chętnie używa dla określenia kompleksu tych zagadnień nauka zachodnioniemiecka, jest zbyt enigmatyczny i jak 
gdyby zaciera jaskrawe sprzeczności interesów miedzy Niemcami i Słowianami na terenach ruchem tym objętych

background image

wiadomość,   że   Wiprecht   I   wyprawiał   się   zbrojnie   przeciwko   miastu   "Posduwlc",   która   to 
nazwa   miała   po   słowiańsku   (barbarica  lingua)  oznaczać   “Miasto   Wilka''.  Miasto   to   niemal 
powszechnie   identyfikuje   się   z   miastem   Pozdawilk   (obecnie   Pasewalk)   nad   rzeką   Wkrą 
(Pomorze   Zaodrzańskie).  Przyczyną   tych   wypraw   była   jakoby   chęć   pomszczenia   krzywd, 
jakich Wiprecht i jego bracia doznali przez wypędzenie z ojcowizny.

Wiprecht I był ojcem naszego bohatera — Wiprechta II. Gdy ojciec umierał, syn był 

małoletni. Matka wyszła ponownie za mąż, a chłopca oddała pod opieką margrabiemu Marchii 
Północnej  Udonowi  II  ze Stade (1057—1082). Opiekun pasował młodzieńca w odpowiednim 
czasie   na   rycerza   i   nadał   mu   w   lenno   gród  Tangermunde   (u   ujścia   rzeki  Tangery   do   Łaby). 
Później  wszakże, nie wiadomo dlaczego, margrabia powziął myśl zamiany dóbr z własnym 
podopiecznym.   Nie   wiadomo,   czy   w   pełni   dobrowolnie,   czy   w   trybie   wymuszonym   przez 
opiekuna otrzymał Wiprecht w zamian za Białą Ziemię okręg grodowy Grojcz (Groitzsch) nad 
Białą Elsterą, położony na czysto słowiańskim wówczas terytorium Marchii Żytyckiej (Zeitz), 
a w zamian za Tangermünde jakieś nie wymienione z nazwy lenna położone na terenie Marchii 
Północnej. "Saga rodu Wiprechtydów",  jak słusznie moglibyśmy nazwać streszczoną   właśnie 
opowieść       anonimowego       autora      Roczników  z   Pegau   (Annales   Pegavienses),  była 
przedmiotem badań wielu  historyków. Nie ulega wątpliwości legendarny charakter pierw­
szych   dwóch   etapów   przedstawionej   genealogu.   W   imionach   najdawniejszych   przodków 
Wiprechta   znawcy   mitologii   germańskiej  dopatrzą   się   śladów   rozpowszechnionych   wątków 
mitologicznych.  Ważniejszymi   z   naszego   punktu   widzenia   i   łatwiejszymi   do   pogodzenia   z 
rzeczywistością (co nie znaczy, że całkowicie pozbawionymi cech legendarnych) są elementy 
“słowiańskie"   owej   genealogii.  Wprawdzie   postacie   syna   i   wnuka   Herlibona   Młodszego   — 
Święcibora   i   Sambora   —   trudno   związać   z   jakimiś   konkretnymi   postaciami   historycznymi,   ale 
wiadomo,   że   imiona   te   niejednokrotnie   występowały   w   rodzie   Gryfitów   —   książąt   Pomorza 
Zachodniego.

Najbardziej frapującym ogniwem genealogu jest postać dziada  Wiprechta  II  — owego 

Wilka.   Przeciwko   historyczności   tej   postaci,   bądź   przeciwko   jej   słowiańskości   wysuwano 
najrozmaitsze argumenty. Nie wydaje się, by wystarczały one do zakwestionowania zasadniczej 
wiarygodności relacji kronikarza. Wydaje się natomiast, że sytuacja historyczna, przedstawiona 
we właściwy legendzie genealogicznej sposób, na której tle rozgrywała się niecodzienna kariera 
Wilka, zawiera wiele cech autentyczności. Absolutnie nie widać powodów, dla których kronikarz i 
panegirzysta Wiprechta II miałby w XII wieku na siłę przypisywać mu słowiańskie pochodzenie. 
Samo w sobie nie przedstawiało ono  wówczas w Niemczech szczególnej wartości. Widocznie 
kronikarz szedł za utrwaloną tradycją rodową. Może — jak sądził Henryk Łowmiański — Wilk 
był jakimś wielmożą pomorskim lub rugijskim, który wywalczył dla siebie i swoich potomków 
rodzaj władztwa w Starej Marchii? W każdym razie głuche echa nie potwierdzonej gdzie indziej 
wczesnej historii Słowiańszczyzny połabskiej pobrzmiewają w relacji benedyktyna pegawskiego.

Kariera Wiprechta

Wraz   ze   wspomnianą   zamiana   posiadłości,   dzieje   rodu  Wiprechtydów   przesuwają   się 

definitywnie na obszar (Górnej) Saksonii i zostają związane z rozpoczynającymi się właśnie 
wydarzeniami   i   procesami   wchłaniania   tych   niepodzielnie   dotąd   słowiańskich   terenów   przez 
niemiecki organizm państwowy.

Początki kariery Wiprechta  II  w Saksonii były niezbyt obiecujące, jako że miejscowe, 

zasiedziałe   rody   rycerskie   wystąpiły   przeciw   niemu.   Wiprecht   nie   czuł   się   na   siłach,   by 
wyegzekwować   należne   mu   prawa   do   rządów   w   Grojczu;   nakazał   więc   ze   względów 
taktycznych oddać gród przeciwnikom, a sam udał się na dwór księcia czeskiego Wratysława II 
(1061—1092), oferując mu służbę rycerską. Tym samym określił Wiprecht swoje stanowisko w 
najważniejszym wówczas konflikcie politycznym w Niemczech, stającego stronie cesarza Henryka 
IV (Wratysław był jednym z najgorętszych jego zwolenników) w walce z opozycją feudalną w 
Saksonii. Decyzja przyszła Wiprechtowi zapewne o tyle łatwiej, że ego osobiści przeciwnicy, 
podobnie jak margrabia miśnieński

background image

Ekbert  II,  znajdowali   się   w   obozie   anty   cesarskim.   W   Czechach   rozwinął   Wiprecht 

ożywioną działalność polityczną. Pewne wyobrażenie o niej można osiągnąć na podstawie dość 
licznych wzmianek o nim i o jego synu (także Wiprechcie) w Kronice Czeskiej Kosmasa z Pragi. 
Jeżeli wierzyć relacji  Roczników z Pegau (niestety Kosmas nie wspomina o roli Wiprechta w 
tym   związku),  Wiprecht   odegrał   poważną   rolę   pośredniczącą   pomiędzy   księciem   czeskim   a 
królem niemieckim (później cesarzem) Henrykiem IV, będąc rzecznikiem koronacji królewskiej 
Wratysława (koronacja doszła do skutku kilka lat później — w 1085 r.).

Wiprecht II brał między innymi udział w wyprawie cesarskiej do Italii w roku 1083, w 

czasie   której   odznaczył   się   niezwykłą   odwagą   i   brawurą.   Wojska   Wiprechta   szturmowały 
mury Rzymu  i podobno omal nie uwięziły samego papieża Grzegorza VII (doszło do regularnej 
bitwy w  kościele św. Piotra). Później wszakże nasz rycerz  poróżnił  się  z  cesarzem, gdy  ten 
jakoby dla żartu usiłował sprowokować Wiprechta do walki z lwem w Weronie. Obrażony na 
cesarza   Wiprecht   odsunął   się   od   dworu,   otrzymując   jednak   od  różnych   książąt   i   biskupów 
niemieckich stosowne wynagrodzenie  za zasługi poniesione dla sprawy królewskiej. Tak na 
przykład  od   arcybiskupa   magdeburskiego   otrzymał   podobno   w   lenno   dobra  położone   na 
obszarze tzw. Orlagau nad Salą. Zresztą i od cesarza przyjął gród w Leisnig, położony znacznie na 
wschód   od   Grojcza,   a   później   i   inne   rozrzucone   lenna,   a   co   zapewne   nie   mniej   istotne:   od 
Wratysława czeskiego otrzymał za żonę jego córkę Judytę, a wraz z nią jako posag — okręgi 
Niżan (nad Łabą, pomiędzy Pirną a Dreznem) i Budziszyn.  Ślub miał miejsce zapewne w roku 
1084; wydaje się, że nieco wcześniej (około 1080 r.?) udało się  Wiprechtowi siłą odebrać swój 
rodowy gród Grojcz.

Jeszcze   niejednokrotnie   imię   Wiprechta  II  pojawiało   się   wśród  bieżących   wydarzeń 

politycznych. W roku 1107 wziął udział z ramienia nowego króla niemieckiego Henryka V  w 
poselstwie do papieża Paschalisa II w Chalons. Po śmierci Wratysława II poparł w rozgrywkach 
o tron praski, wbrew stanowisku Henryka  V,  Borzywoja  II.  W burzliwym roku 1109 czynnie 
wspomagał   cesarza  w   wojnach   we   Flandrii,   na   Węgrzech   i   w   Polsce.   W   trakcie   kampanii 
polskiej,  gdy sytuacja wojsk cesarskich,  zwłaszcza po wycofaniu się  kontyngentu czeskiego, 
stała   się   pod  Głogowem  wręcz   krytyczna,   Wiprecht   miał   pośredniczyć   w   rokowaniach   z 
Bolesławem Krzywoustym.

Ponieważ jednak nadal, wbrew cesarzowi, Wiprecht popierał  Borzywoja, cesarz w roku 

1110 kazał podstępnie uwięzić Borzywoja i syna "Wiprechta — Wiprechta III. Dla uwolnienia 
syna z niewoli musiał Wiprecht oddać cesarzowi okręgi Niżan i Budzi-szyn oraz niektóre grody. 
Nie spowodowało to jednak zasadniczej  zmiany w  niechętnym stosunku monarchy do rodu 
Wiprechta. W roku 1113 Wiprecht II został pojmany przez cesarza, najpierw skazany na śmierć, 
a   ułaskawiony   —   osadzony   został   na   okres  trzech   lat   pod   strażą   na   zamku   w   Trifels   (w 
Palatynacie). Rodowy gród Grojcz wpadł w ręce cesarza. Dopiero w roku 1115, po klęsce wojsk 
cesarskich pod Hettstedt, gdzie syn pojmanego Wiprecht III odegrał dużą rolę, ojciec odzyskał 
łaskę cesarską i większość skonfiskowanych uprzednio dóbr.

Pod   koniec   życia   przyszły   godności   najważniejsze.   Od   swego  kuzyna,   arcybiskupa 

magdeburskiego (znanego nam już Adalgota) otrzymał stanowisko burgrabiego w Magdeburgu, a 
w roku 1123 cesarz nadał mu osierocone właśnie Marchie: Łużycką i Miśnieńską.  Tej ostatniej 
zresztą Wiprecht nie zdołał objąć, gdyż książę saski Lotar z Supplinburga przeforsował na tę 
godność   Konrada   z  Wittinu,   który   od   razu   stał   się   głównym   rywalem  Wiprechtydów   w   tej 
części Niemiec. Wiprecht, ranny pod Halle, przed samą śmiercią (która dosięgnęła go 22 maja 
1124 r.) został, modnym wówczas zwyczajem, mnichem w założonym przez siebie klasztorze 
pegawskim.

W   paru   tylko   słowach   przedstawimy   niedługie   już   dalsze   dzieje  rodu   Wiprechtydów. 

Wspomniany wyżej starszy syn Wiprechta II, Wiprecht III, umarł już wcześniej, zapewne w roku 
1116. Młodszy syn Henryk objął po ojcu godność margrabiego Łużyc Dolnych i burgrafostwo 
magdeburskie. Wraz z jego śmiercią (w 1135 r.) wymarł ród w linii męskiej. Posiadłości rodu 
przypadły w większej części  Wettinom; mniejsza część przeszła natomiast w skład kompleksu 
dóbr   korony   niemieckiej.   To,   czego   nie   udało   się   w  ostatecznym   rachunku   stworzyć 

background image

Wiprechtydom:   zbudowanie   silnego   władztwa   terytorialnego   we   wschodniej   części   Niemiec 
środkowych, dokonali szczęśliwsi ich rywale — Wettinowie z Miśni.

Klasztor w Pegau i działalność Wiprechta II na polu kolonizacyjnym

A  oto   jeszcze   jeden   barwny   szczegół   z   życia   Wiprechta  II.  W   roku   1095   doszło   do 

zbrojnego   zatargu   Wiprechta   z   biskupem  naumburskim,   który   należał   do   stronnictwa 
antycesarskiego,   W   trakcie   wojny   wojska   Wiprechta   napadły   na   gród   Żytyce   (Zeitz),   gdzie 
schronili się jego osobiści przeciwnicy. Niektórzy z nich szukali azylu w tamtejszym kościele 
św. Jakuba; atakujący jednak byli tak zawzięci, że podeptali prawo azylu kościelnego, a nawet 
podpalili kościół, by zmusić ukrytych w  nim do opuszczenia kryjówki  (uciekający z kościoła 
zostali   następnie   oślepieni).   Dopuściwszy   się  tego   niewątpliwego   (nawet   jak   na   ówczesne 
wyobrażenia)  gwałtu,  Wiprecht   zapragnął   wszakże   odpokutować   za   swój   czyn   i   wynagrodzić 
Kościołowi   wyrządzone   szkody.   Za   radą   zaprzyjaźnionych  biskupów   podjął   więc   daleką 
pielgrzymkę pokutną. Najpierw udał  się do Rzymu, gdzie papież doradził mu podążyć jeszcze 
dalej,  na  sam   kraniec   ówczesnego   świata,   do   hiszpańskiej   Compostelli   —   do   sanktuarium 
położonego   w   północno-zachodniej   części   Półwyspu   Pirenejskiego,   gdzie   znajdował   się 
uznany w całym świecie chrześcijańskim ośrodek kultu św. Jakuba Apostoła.

Wiprecht posłuchał rady. Opat z Compostelli zobowiązał go następnie do wybudowania, 

tytułem zadośćuczynienia, kościoła pod wezwaniem św. Jakuba i obdarzył go relikwią — palcem 
Apostoła.   Wiprecht   powrócił   do   kraju   i   zaczął   rozglądać   się   za   miejscem  odpowiednim   do 
wypełnienia tego zadania. Po pewnych wahaniach wybór padł na wieś Pegau, położoną w pobliżu 
Grojcza, na zachodnim brzegu Białej Elstery. Teść — król czeski oraz wielu możnych świeckich i 
biskupów   poparło   materialnie   inicjatywę   Wiprechta.  W   zadziwiająco   szybkim   tempie 
wzniesiono kamienną budowlę. Już w lipcu 1096 nastąpiło uroczyste poświęcenie klasztoru. Za 
rządów opata Windolfa (od roku 1100) klasztor zaczął się dynamicznie rozwijać. Przybyły ze 
sławnego saskiego klasztoru w Korwei opat był gorącym zwolennikiem reformy kościelnej, 
zwanej  w   nauce   reformą   hirsauską   (od   nazwy   klasztoru   w   Hirsau).   Mnisi   pegawscy  nie 
zaniedbywali także spraw doczesnych, skwapliwie gromadząc tytuły własnościowe i skutecznie 
powiększając materialne podstawy swojej egzystencji.

Do   pierwotnego   uposażenia   klasztoru   należało   miasto   Pegau  oraz   kilka   wsi   i 

pojedynczych   łanów   w   innych   miejscowościach.  W   okresie   trwających   pół   wieku   rządów 
opata   Windolfa   zbudowano   nowe   budynki   klasztorne,   usunięto   ruiny   dawnych   umocnień   i 
założono w tym miejscu ogród, a w bliższej i dalszej okolicy klasztoru — wiele osad. Należy 
nadmienić, że obszary położone pomiędzy Salą a  Pleisse, wyjąwszy pewne “gniazda" starszego 
osadnictwa   (przeważnie   o   początkach   słowiańskich),   pokryte   były   w   tym   czasie   zwartymi 
kompleksami leśnymi; osadnictwo było więc tu równoznaczne z karczunkiem lasu. Źródła nie 
wypowiadają   się   wprost,   kim   byli   początkowo   osadnicy   w   nowych   osadach,   wolno   wszakże 
przypuszczać,   że   rekrutowali   się   oni   głównie   spośród   miejscowych   Słowian.   Rozglądano   się 
jednak także za osadnikami niemieckimi, tym bardziej że ludności słowiańskiej, która mogłaby 
podjąć się trudnej akcji osiedleńczej, na pewno nie było zbyt wiele.

Kronikarz   klasztorny   zanotował,   że   Wiprecht   sprowadził   osadników   z   Frankonii,   z 

którym, to krajem łączyły go pewne więzy rodzinne. Jest to bodaj pierwsza wiadomość źródłowa 
o   osadnictwie  frankońskim,   który   to   nurt   —   niestety   słabo   odzwierciedlony   w  materiale 
źródłowym — odegrał w dziejach kolonizacji średniowiecznej role. porównywalną do bardziej 
znanego nurtu flamandzko-holenderskiego, i w późniejszym czasie dotarł nawet na ziemie polskie 
(zwłaszcza na Śląsk)

11

.

Istnieją przesłanki pozwalające stwierdzić, że benedyktyni z Pegau prowadzili wraz ze 

swym   fundatorem   i   opiekunem  Wiprechtem   z  Grojcza   przemyślaną   i   konsekwentną   politykę 
osadniczą, zmierzającą do ściślejszego zespolenia posiadłości Wiprechta, których trzon znajdował 
się   w   okolicach   rodowego   Grojcza   nad   Białą  Elsterą,   ale   które   sięgały   okresowo   dość 

11

Zob. artykuł B. Z i e n t a r y, Źródła i geneza prawa niemieckiego (ius Teutonicum) na tle ruchu 

osadniczego w Europie zachodniej i środkowej w XI—XII w., “Przegląd Historyczny", t. 69(1078), z. 1.

background image

znacznie   na   wschód.  W miejscowości Leisnig nad rzeką Freiburger Muldę, gdzie Wiprecht 
otrzymał od cesarza gród, założył on prepozyturę dla sześciu mnichów oraz kościół poświęcony 
patronowi frankońskiemu św. Kilianowi. Okoliczności zewnętrzne oraz rychłe wymarcie rodu 
Wiprechtydów nie pozwoliły na kontynuowanie tej działalności w czasach późniejszych.

Działalność Wiprechta II w dziedzinie kolonizacyjnej, aczkolwiek nie tak wyraźnie jak inne 

strony   jego   aktywności   odzwierciedlona   w   Rocznikach,   ułożonych   jeszcze   w   XII   wieku   w 
klasztorze pegawskim, pozostanie jednak jednym z pierwszych przejawów potężniejącego w ciągu 
XII wieku zjawiska niemieckiej kolonizacji wschodniej. Zjawisko to miało i drugą stronę medalu: 
aż   nazbyt  często   towarzyszyło   mu   wypędzanie   chłopów   słowiańskich   i   zastępowanie   ich 
niemieckimi, co prowadziło oczywiście do germanizacji Połabia. Utrata słowiańskiego oblicza 
politycznego była ceną postępu cywilizacyjnego

ESCHATOLOGIA NA POGRANICZU SŁOWIAŃSKO-

NIEMIECKIM W KOŃCU XII WIEKU

W   jednym   z   poprzednich   rozdziałów   tej   książki   przedstawiliśmy       “sprawozdanie" 

irlandzkiego     rycerza     Tundala z wędrówki jego duszy po zaświatach.  Wspomnieliśmy,  że 
ciekawość   ludzi   średniowiecza   w   zakresie   wiedzy   o   sprawach   ostatecznych 
(eschatologicznych) człowieka była ogromna i dlatego raz po raz w piśmiennictwie tej epoki 
pojawiały się próby odpowiedzi  na palące pytanie: co właściwie dzieje się z duszą ludzką po 
śmierci? Na tle co najmniej kilkudziesięciu ujawnionych i opisanych w nauce przykładów 
twórczości   tego   typu   (“widzenie   z   zaświatów")   wyróżnia   się   grupa   trzech   zabytków 
powstałych   w   okresie   od   połowy   XII   wieku   do   początków   wieku   XIII.   Z   grupy   tej   naj­
wcześniejszym   jest   znane   nam   już  Widzenie   Tundala;  utwór   ten   —  jak   wiemy   —   był 
bezkonkurencyjny pod względem popularności u współczesnych i potomnych. W roku 1206 
doznał   widzenia   zaświatów   prosty   wieśniak   w   Essexu   w  Anglii   —   Thurkill.   Pod   koniec 
wieku   XII   powstała   podobna   pod   względem   środowiska   społecznego   i   społecznej 
“perspektywy" wizja wieśniaka holsztyńskiego Gotszalka. Tej ostatniej zamierzamy przyjrzeć 
się nieco bliżej.

“Widzenie Gotszalka”

Są dwa powody naszego zainteresowania tym właśnie zabytkiem. Po pierwsze jest on tego 

godny ze względu na swoje chłopskie pochodzenie. Prawdą jest, że nie tylko ludzie świątobliwi i 
bogobojni  doznawali   łaski   widzenia   zaświatów,   lecz   stawała   się   ona   jakże   udziałem 
grzeszników i “zwykłych" ludzi; nie tylko mnichów  księży, lecz także ludzi świeckich. Tundal 
był   rycerzem.   Ale   mimo   wszystko   rzadkim   przypadkiem   są   wizje   doświadczane   przez 
przedstawicieli klasy chłopskiej. W sytuacji, gdy historycy dziejów  średniowiecznych tak pilnie 
rozglądają   się   za   możliwościami   wglądu   w   mentalność   także   niższych   warstw   ówczesnego 
społeczeństwa i gdy ,,tradycyjne", najczęściej i najchętniej wykorzystywane kategorie źródeł 
(roczniki, kroniki, traktaty teologiczne itd.) zupełnie pod tym względem zawodzą, zabytki takie 
jak  Widzenie  Gotszalka,  choć   nie   ręką   chłopską,   lecz   przecież   bezpośrednio   z   ust  chłopskich 
spisane, nabierają wielkiego znaczenia poznawczego.

Druga   okoliczność   kierująca   nasz   wzrok   na   wspomniany   zabytek       to       miejsce 

“akcji"   oraz powstania   zabytku:   na  północno-wschodnim krańcu ówczesnych Niemiec, a 
właściwie — na pograniczu niemiecko-słowiańskim.  Rzecz dzieje się w Holsztynie, niedaleko 
wschodniej   części   tego   kraju   zwanej  Wagrią,   gdzie   aż   do   XII   wieku,,   niewiele   tylko 
dziesięcioleci   przed   wydarzeniami   opisywanymi   w   Widzeniu,   mieszkali   i   panowali 
Słowianie   — Wagrowie   należący   do  obodrzyckiego   związku  politycznego.  Istnieje szansa 
przekonania   się,   jak   w   tej   pogranicznej   okolicy,   w   której   ledwie  przebrzmiały   echa 
długotrwałych i krwawych walk słowiańsko-niemieckich (a pamięć tych walk i sąsiedztwa 
musiała być jeszcze u starszych ludzi żywa), układały się stosunki etniczne i społeczne pod 
koniec XII wieku. Szansa tym większa, że — jak się  niebawem przekonamy —  Widzenie 

background image

Gotszalka obfituje w różne realia i zawiera unikalne informacje dotyczące ojczyzny wizjone­
ra, choć nie te sprawy, rzecz jasna, zamierzał on przedstawić w pierwszym rzędzie.

Oprócz wyżej wspomnianych — dochodzi jeszcze wzgląd trzeci, praktyczny. Właśnie przed 

kilku laty — w roku 1979 — niemiecki uczony Erwin Assmann wydał po raz pierwszy całościowo 
(istniały dotąd jedynie wydania cząstkowe) Widzenie Gotszalka z rękopisów. Właściwie, dodajmy, 
wydał nie jeden, lecz dwa utwory dotyczące tego wydarzenia. Widzenie Gotszalka zachowało się 
bowiem nie w jednej, jak dotąd sądzono, lecz w dwóch redakcjach. Jedna z nich, obszerniejszą, 
Assmann proponuje nazwać (idąc za rękopisami) po prostu “Gotszalk"; dotąd zaś używany w 
nauce  tytuł  “Wizja"  lub “Widzenie  Gotszalka"  rezerwuje dla innego,  krótszego,   praktycznie 
dotąd zupełnie nieznanego utworu.

Mamy więc do czynienia z interesującą i właściwie unikalną sytuacją badawczą: widzenie 

Gotszalka  doczekało  się   dwóch  wersji  pisemnych,   niezbyt   odległych   w   czasie   od   siebie   i   od 
samego   widzenia   (wersja   obszerniejsza   powstała   po   upływie   zaledwie   kilku  miesięcy   od 
widzenia, wersja krótsza niewiele później), bliskich w przestrzeni (w bezpośrednim sąsiedztwie 
rodzinnej wsi wizjonera), a jednak — jak się wydaje — niezależnych bezpośrednio  jedna od 
drugiej. Oznacza to, że obaj  pisarze (byli oni duchownymi niższej rangi) nie odpisywali od 
siebie, lecz niezależnie od siebie spisywali relację prosto z ust samego Gotszalka. Umożliwia to 
wzajemną kontrolę, obie wersje różnią się między sobą pod względem rzeczowym w niewielu 
jedynie (choć znaczących) szczegółach.  Sprzeczności nie ma, wersje się raczej uzupełniają — 
będziemy więc je traktowali łącznie, jako dwie redakcje j e d n e g o widzenia.

Gotszalk

Krótko   przed   Bożym   Narodzeniem   1189   roku   ubogi   wieśniak   (raczej   zagrodnik   niż 

gospodarz) ze wsi Horchen (obecnie Gross lub Kleinharrie) w pobliżu Neumünster w Holsztynie, a 
raczej jego oddzielona od ciała dusza miała przebywać przez kilka dni w zaświatach i prowadzona 
przez dwóch aniołów-przewodników poznawać — ku przestrodze żyjących grzeszników — różne 
tajemnice życia pozagrobowego.

Z   relacji   wyłania   się   przejmujący,   szary,   skrajnie   trudny   los  wieśniaka   żyjącego   na 

pograniczu  państwa  niemieckiego,  na  obszarze   dopiero   od   niedawna   i   dość   powierzchownie 
chrześcijańskim. Gotszalk był albo sam kolonistą z bardziej na zachód i południe położonych 
obszarów Niemiec, albo potomkiem nie tak dawnych kolonistów. Niemieckie przysłowie głosiło, 
że pierwsze pokolenie kolonistów oczekuje śmierć, drugie — nędza, a dopiero trzecie — chleb (Tod 
—  Not  —  Brot).  Gotszalkowi   bieda   towarzyszyła   przez  całe  życie,  choć  we  wsi   byli  jeszcze 
biedniejsi od niego. sam był schorowany, jego żona była na poły niewidoma i chora, jedyny  syn 
odznaczał się słabym zdrowiem (być może autor ma  a myśli ociężałość umysłową). Padł mu 
jedyny   koń.   Obowiązek   pospolitego   ruszenia   nałożony   przez   Henryka   Lwa   (Gotszalk   mimo 
niezamożności był człowiekiem wolnym i zobowiązanym do służby wojskowej) zimą spełniał 
boso.

Warunki życia wspólnot wiejskich były tak ciężkie, że wielu  popychały do rozboju nie 

cofającego się nawet przed własnością kościelną (niektórych z nich spotkał Gotszalk cierpiących 
na tamtym świecie). Wiara Gotszalka i jemu podobnych była żarliwa, ale mało dbająca o sprawy 
doktrynalne, jak gdyby nietknięta przez oficjalną teologię. “Imię Chrystusa występuje tylko w 
zwrotach   o   charakterze   formalnym,   o   Duchu   Świętym   się   nie   mówi,   Najświętsza   Maria 
Panna   nie   została   wspomniana   ani   słowem   (choć   przecież   jej   poświęcony   był   kościół   w 
Neumünster)" (E. Assmann). Ani słowa o Wicelinie i innych biskupach stargardzkich!

Co   działo   się   zanim   nastąpiło   widzenie?   W   maju   1189   cesarz   Fryderyk   I   Barbarossa 

zorganizował   wyprawę   krzyżową   do   Ziemi  Świętej.   Jego   dawny   i   pokonany,   ale   wciąż 
potencjalnie groźny rywal, były książę saski i bawarski Henryk Lew, który nie chciał udać się 
na Wschód z cesarzem, w obawie przed możliwymi knowaniami pod nieobecność cesarską został 
zmuszony do udania się  na okres trzech lat do Anglii. Obawy okazały się uzasadnione,  a 
środki zapobiegawcze niewystarczające: już pod koniec sierpnia  1189   r.   Henryk  powrócił   do 
kraju i próbował odzyskać zbrojnie  dawną pozycję w Saksonii. Hrabia Holsztynu i Stormarnu 

background image

Adolf III z Schauenburga znajdował się przy cesarzu, wroga hrabiemu opozycja w Nordalbingii 
(część   Saksonii   na   północ   od   dolnej   Łaby)  podniosła   głowę   i   przyłączyła   się   do   księcia-
rebelianta. W imieniu księcia, przywódca pospolitego ruszenia  Holzatów zarządził  oblężenie 
grodu Segeberg, w którym broniła się załoga hrabiego.  Oblegający zmieniali się co czternaście 
dni.

W   takim   właśnie   momencie   Gotszalk   został   powołany   do   pospolitego   ruszenia   pod 

Segeberg. Nie pomogło powoływanie się na zły stan zdrowia. Wraz z innymi mieszkańcami swej 
parafii 10 grudnia 1189 r. (była to niedziela) Gotszalk znalazł się pod obleganym grodem. Jednak 
już dwa dni później powalił go silny atak febry, tak że towarzysze musieli się nim opiekować. 
W dniu 17 grudnia stracił przytomność, a w środę 20 grudnia wyglądało, że życie uleciało z 
jego ciała — jedynie usta pozostawały uśmiechnięte.

W wigilię  24  grudnia  minął dwutygodniowy  turnus  i  nastąpiła  zmiana   oblegających. 

Ziomkowie załadowali ciało Gotszalka na wóz i skierowali się w drogę powrotną. Gdy znaleźli 
się   w   odległości   jednej   tylko   mili   od  Harrie   —   w   Neumunster   —   część   towarzyszy 
zaproponowała, by pozostawić ciało Gotszalka w kościele, gdyż w Harrie nie było kościoła, więc 
pogrzeb i tak musiałby się odbyć w Neumunster. Ostatecznie jednak zabrano ciało Gotszalka do 
rodzinnej wioski i tam zdarzył się cud: rzekomo zmarły ocknął się z omdlenia i gdy nieco nabrał 
sił, zaczął opowiadać o tym, co widziała jego dusza w ciągu pięciu dni przebywania poza ciałem 
(od 20 do 24 grudnia).

Cierniowa droga i drzewo z chodakami

Dwaj aniołowie wzięli go pomiędzy siebie i rozpoczęła się wędrówka. Jeden z aniołów 

przyjął na siebie rolę informatora. Dotarli do wielkiego, pięknego drzewa (lipy), na którego 
gałęziach “rosły" buty, nieskończenie wiele chodaków. W kierunku lipy zmierzały ze wszystkich 
stron gromadki i gromady dusz ludzkich. Tutaj bowiem doświadczyć miały one pierwszych mąk. 
W   koronie  drzewa   znajdował   się   anioł,   wręczający   niektórym   duszom   po   parze   chodaków 
zdejmowanych z drzewa. Były to dusze tych, którzy za życia nie byli ludźmi złymi i mieli na 
rachunku niebieskim jakieś zasługi. Zwłaszcza miłosierni, którzy choć sami wiele nie posiadali, 
jednak dzielili się z ubogimi i potrzebującymi, mogli liczyć na dziwny dar.

Znaczenie   tego   prozaicznego   daru   miało   niebawem   się   wyjaśnić.  Zaraz   bowiem   za 

cudownym   drzewem   znajdowała   się   rozległa  (dwie   mile,   czyli   ok.   15   km),   upiorna   łąka, 
pokryta   ostrymi   jak  brzytwa   kolcami.   Po   nich   musiało   wraz   z   Gotszalkiem  (który   otrzymał 
opatrznościowe buty) wędrować 14 obutych i około 120 bosych, którzy nie zasłużyli sobie na 
łaskę i oczywiście teraz wśród jęków i strasznych męczarni musieli kontynuować drogę.

Był to dopiero początek drogi Gotszalka i jego towarzyszy przez zaświaty. Nie będziemy 

szczegółowo śledzić dalszych etapów wędrówki, chcielibyśmy bowiem — zgodnie z zapowiedzią 
—   skoncentrować   w   niniejszym   szkicu   uwagę   nie   na   eschatologicznym  (przyznajemy: 
głównym) wątku zabytku, lecz na realiach historycznych, przekazanych jak gdyby mimochodem, 
“na marginesie" wędrówki Gotszalka. Tyle wszakże należy jeszcze dodać, że obraz zaświatów, jaki 
przedstawił zgromadzonym u jego łoża czy w jego  chałupie skromny wieśniak holsztyński, jest 
obrazem, mimo wszelkich okropności i cierpień, optymistycznym. Podobnie jak u wielu innych 
wizjonerów (np. Tundal) Gotszalk nie widział prawdziwego Piekła i prawdziwego Nieba, poruszał 
się jedynie w regionach  “przejściowych", poznając “przedsmak" tak jednego, jak i  drugiego. 
Istotą Nieba jest, co wynika ponad wszelką wątpliwość z relacji Gotszalka, światło i jasność, 
spokój i niezmącone szczęście. Nic to, że prostaczkowi budowle niebiańskie przedstawiały się na 
wzór i podobieństwo dobrze mu znanego kościoła parafialnego w Neumunster!

Pisząc o optymizmie Gotszalkowej wizji miałem na myśli co innego: głęboką nadzieję na 

zbawienie.  To   już   nie   te   czasy,   gdy  teologowie   “lekką   ręką"   skazywali   ogromną   większość 
wiernych  na   wieczne   potępienie   (zob.   wyżej   s.   60)!   Dane   Gotszalka   są   dokładne,   a   uczony 
niemiecki  Walther  Lammers   zadał  sobie   nawet  trud przeliczenia ich, W gromadce Gotszalka 
były początkowo w sumie 134 dusze. Po każdej próbie, każdej kolejnej męczarni, powiększała się 
liczba zbawionych. Na końcu wędrówki bilans był następujący:

background image

—5 zostało dopuszczonych do Nieba

(= 3,7%)

—123 zostało już w trakcie wędrówki skierowanych
do miejsca szczęśliwego oczekiwania

(— 93,3%)

—6 jako bardziej obciążonych grzechami nadal musi
cierpieć męki, ale przecież także z nadzieją zbawienia w przyszłości (= 2,25%)
—z nich wreszcie jeden (nazywany przez Gotszalka "solivagus",   “samotny  wędrownik",   gdyż 
przez cały czas wędrówki trzymał się z dala od pozostałych), szczególnie obciążony (zob. 
Niżej), także nie został pozbawiony nadziei zbawienia

(= 0,75%)

Nikt   zatem   z   Gotszalkowej  grupy   nie   został   bezapelacyjnie   odrzucony   przez   Boga   i 

skazany na potępienie, mimo że — jak jeszcze zobaczymy — niektórych obarczały wielkie 
przewinienia

Gotszalk Dasonida i niedobrzy Słowianie

Najważniejszymi z historycznego punktu widzenia są rozdziały 21—25 obszerniejszej 

wersji  Widzenia.  Pod   koniec   rozdziału   20   Gotszalk   nazwał   po   imieniu   kilka   znanych   mu 
osobistości spotkanych w przedsionku Piekła, a wśród nich Guncelina I von Hagen (hrabiego 
swarzyńskiego,   tzn.   ze   Schwerina),   przywódcę   pospolitego   ruszenia   Holzatów  Markrada 
Młodszego,   wójta   Reinmara  i dowódcę Dasona, oraz jeszcze innego Dasona, obdarzonego 
przydomkiem   Długi.  Rozdział   21   poświecony   został   innemu   znajomemu  Gotszalka,   jego 
imiennikowi,   synowi   wymienionego   Dasona,   który   z   nich   wszystkich   musiał   cierpieć 
najsroższe męki. Na pytanie wizjonera o przyczynę tak ciężkiej kary, towarzyszący mu anioł 
roztoczył dłuższe opowiadanie, stanowiące przedmiot rozdziałów 22—25.

W sąsiadującej z neumünsterską parafii Nortorf, gdzie mieszkał ów Gotszalk Dasonida, 

żył również pewien Słowianin imieniem Tributi, syn Bakara, ojciec pięciu synów; cały ród od 
imienia seniora nosił miano Bakarydów. Ich stosunki z Niemcami (indigenae — “tubylcy" — 
symptomatyczne jest określenie tym terminem Holzatów i przeciwstawianie ich tym samym 
ludności słowiańskiej!)  układały się niepomyślnie. Bakarydzi zostali oskarżeni o rozbój i 
musieli pod groźbą śmierci opuścić kraj. Po pewnym czasie powrócili jednak w sąsiedztwo i 
trapili sąsiadów nieustannymi rozbojami i szykanami.

Gotszalk Dasonida, do którego obowiązków należało dbanie  o spokój i porządek, 

niezbyt gorliwie przeciwstawiał się uciążliwym sąsiadom, z którymi — jak twierdzi nasz 
autor — łączyły  go już dawniej jakieś bliżej nie określone konszachty i wreszcie doszedł z 
nimi wręcz do porozumienia. Bezkarność tak rozzuchwaliła Bakarydów, że nie wahali się już 
teraz porywać kobiety i dzieci Holzatów. “Dasonidzie jednak dotrzymywali niezachwianie 
wierności, jak to jest w obyczaju Słowian", dzielili się z nim łupami, a w zamian otrzymywali 
odeń   potrzebne   wskazówki   i   rady.  “Na   każdym   zgromadzeniu   [mowa   o   zgromadzeniach 
wiejskich, thingach — J.S.], w każdej wiosce, w każdym domostwie, imię i czyny Bakarydów 
rozbrzmiewały   we   wszystkich   ustach,   gdyż   każdy   człowiek   skarżył   się   na   swoje 
straty".Wreszcie złoczyńcy posunęli się do świętokradztwa, rabując kościół parafialny w 
Nortorf (wykradli z niego m.in. relikwie św. Marcina), a także drewniany kościółek we wsi 
Jevenstedt.   Autor  podaje   nawet,   w   jaki   sposób   dokonano   włamania:   przez   specjalnie 
wydrążony   tunel.   Zamiar   obrabowania   kościoła   Panny   Marii  w   Neumunster   został 
natomiast podobno udaremniony czujnością mieszkańców miasta, którzy regularnie pilnowali 
obiektu.

Podziały narodowościowe w rejonie Neumunster najwidoczniej nie pokrywały się pod 

koniec XII wieku z podziałami politycznymi i z grupami interesów. Wynika to z dalszych 
szczegółów   zawartych   w  Widzeniu   Gotszalka.  Zgromadzenie   wiejskie  (Goding)  
miejscowości Lockstedt sądziło Gotszalka Dasonidę i “arcyzbója (prothocleps) Hubiko. Graf 
Adolf  II  (zm. 1164 r.), który przewodniczył sądowi, miał zamiar poddać oskarżonych próbie 
żelaznego pługa (rodzaj sądu Bożego), ci nawet stawili się w wyznaczony dzień, ale do sądu 
owego   nie   doszło   w   wyniku   interwencji   kanoników  neümunsterskich.   Nieoczekiwana 
interwencja, jak domyśla się Assmann, tłumaczyła się chyba życzliwością konwentu dla pod-

background image

sądnych, ale trudno tu o pewność. W końcu (“nie wiem za czyim wstawiennictwem") w ogóle 
zrezygnowano   z   prawnych   sposobów  postępowania   z   agresywnymi   Bakarydami  i   ich 
niemieckimi poplecznikami.

Tymczasem, wobec bezczynności władz, inicjatywę przejęli w swe ręce mieszkańcy 

Nortorfu, którzy nie mogli pogodzić się  z utratą relikwii ich niebieskiego protektora — 
św.   Marcina.   Od  grafa Adolfa otrzymali psa gończego, przeszukali przy jego pomocy  lasy, 
wytropili ukrywających się przestępców i zaczęli ich ścigać. Na uwagę zasługuje fakt, że tym 
razem Gotszalk Dasonida brał  udział w poszukiwaniu, a także to, że w “nagonce" obok 
Niemców brali udział także Słowianie, “których wówczas większa  część zamieszkiwała 
ową parafię".

Jeden   z   uciekających   próbował   w   ten   sposób   przechytrzyć   prześladowców,   że 

niepostrzeżenie zmieszał się z nimi i udawał, że należy do ścigających. Został jednak przez 
swoich (to znaczy Słowian)  rozpoznany i — posądzony o zdradę — zabity. W tym czasie 
pozostali   zdołali   zbiec.   Następuje   dość   makabryczny   opis   sceny  otwierania   wnętrzności 
zabitego Słowianina po to, by się przekonać, czym się zbieg tak długo odżywiał i w ten 
sposób   ewentualnie   wpaść   na   trop   ludzi   wspomagających   wyjętych   spod   prawa  przez 
dostarczanie   im   pożywienia.   Obdukcja   wykazała   wszakże  obecność   w   przewodzie 
pokarmowym złoczyńcy jedynie owoców i orzechów leśnych.

Bakarydzi zapragnęli pomścić jednego ze swoich. Najpierw puścili z dymem domostwa 

tych, którzy bezpośrednio przyłożyli rękę do zabójstwa uciekającego, następnie w okrutny sposób 
zamordowali dwóch Bogu ducha winnych pasterzy (ich dusze spotkał później Gotszalk w niebie), 
wreszcie   poróżnili   się   nawet   z   Gotszalkiem   Dasonidą   i   zarzucając   mu   nadmierny   udział   w 
zyskach   zerwali   poprzedni   z   nim   układ.  Pozbawieni   wszelkiego   oparcia   w  okolicy,   zniknęli 
wreszcie i — ku zdziwieniu i zadowoleniu wszystkich — wszelki słuch o nich zaginął.

Rodzajem   epilogu   do   tej   barwnej   prawdziwej   sagi   słowiańskiej  jest   rozdział   25, 

poświęcony losom  zrabowanych relikwii  św. Marcina. Otóż Bakarydzi zabrali je do Wagrii, 
“która jest częścią ziem słowiańskich, obecnie po wygnaniu Słowian w posiadaniu Niemców", 
i oddali jednemu ze Słowian na przechowanie. Ten podobno  z  obawy przed zemstą  niebios 
oddał   relikwie   innemu   ziomkowi  mieszkającemu we wsi Ascheberg (w obecnym powiecie 
Plon nad  Wielkim   Jeziorem   Płońskim),   który   ukrył   jestarannie   w   swym   domu.  Któregoś 
dnia, spoglądając z daleka na swe domostwo, Słowianin ów ujrzał blask jak gdyby płomieni. 
Zdjęty lękiem natychmiast przybiegł do domu i stwierdził z ulgą, ale i ze zdziwieniem, że nie 
było   żadnego   pożaru   i   wszystko   jest   w   porządku.   Gdy   historia   jednak   dwukrotnie   się 
powtórzyła, doszedł do wniosku, że jest to znak Boży i przestroga przed dalszym bezbożnym 
przetrzymywaniem świętych relikwii, wobec czego oddał je tym (Słowianom), którzy dokonali 
rabunku,   a   od   nich   z   kolei   relikwie   znalazły   się   w   posiadaniu   Gotszalka  Dasonidy.   Ten 
przechowywał   je  przez   dłuższy   czas   u   siebie,   a   następnie,   udając,   że   odbił   je   z   rąk 
rozbójników, sprzedał je parafianom w Nortorf za poważną sumę grzywien.

Taka więc była przyczyna, dla której przebiegły a wiarołomny Gotszalk Dasonidą skazany 

został przez sprawiedliwość Bożą na  najgorsze  męczarnie (barwnie opisane w   rozdziale  21), 
mające trwać aż do Sądu Ostatecznego.

Okrutny wyrok

Bardzo interesujący,  acz  z  innego punktu  widzenia, jest  także  kolejny, 26 rozdział 

obszerniejszej wersji  Widzenia.  Dotyczy on  zbrodni popełnionej przez małoletniego (9 lat!) 
chłopca   na   swym   jeszcze   młodszym   przyjacielu   oraz   okrutnej   kary   łamania   kołem, 
wymierzonej i wykonanej na mordercy na mocy wyroku sądu wiejskiego (Lotding). Podczas 
gdy większość obecnych na rozprawie, tknięta litością dla młodego wieku mordercy, skłonna 
była  potraktować go łagodniej, przeważyło zdanie krewnego zamordowanego chłopca i (o 
dziwo!)   pewnego   kapłana,   który   podkreślił  odpowiedzialność   łagodnych   sędziów   za 
ewentualne zbrodnie popełnione przez mordercę w przyszłości. Opowiadanie zaczyna się “od 
końca", to znaczy od kary pośmiertnej (umiarkowanej!), jaka dopełnia sprawiedliwość ludzką. 

background image

Rozdział   ten,   niewątpliwie   przejmujący   w   swej   wymowie   i   barbarzyństwie,   słusznie   budzi 
zainteresowanie historyków obyczaju i praktyki prawnej wsi północnoniemieckiej tego okresu.

Za   nie   mniej   ciekawy   wypadnie   uznać   także   rozdział   27,   w   którym   autor   opowiada   o 

wyrzutach sumienia, jakie trapiły wymienionego wyżej krewniaka zamordowanego dziecka (na 
imię miał Winido) na wspomnienie tak mimo wszystko okrutnej kary wymierzonej zbrodniczemu 
dziecku,   a   mającej   wszelki   pozór   krwawej   zemsty,   nie   zaś   kary   w   duchu   chrześcijańskim. 
Okazuje się, że najwłaściwszą formą pokuty za przewinienia były pielgrzymki do Jerozolimy i 
Compostelli.

Wspomnijmy   jeszcze   o   rozdziale   28,   w   którym   anioł   charakteryzuje  Gotszalkowi   trzy 

rodzaje zabójców  (według wzrastającego  stopnia   złej   woli)   i   odpowiadające   im   stopnie   kar 
pośmiertnych.  Po   stwierdzeniu,   że   najgorszym   rodzajem   morderstwa   jest   zabicie  kogoś   z 
najbliższych, autor dodaje jednak następującą uwagą:

“Czwarty rodzaj [morderstwa — J.S.] jest wtedy, gdy ktoś ma nadzieję dzięki komuś 

potężniejszemu wzbogacić się i wywyższyć i [dlatego — J.S.] przysięga mu wierność, następnie 
zaś, złamawszy przysięgę, zabija go albo wydaje na zabicie; w ogóle nie może być odkupiony" 
— zapewnił anioł — “lecz taki człowiek będzie raczej skazany na wieczne potępienie".

Gotszalk wypowiedź tę skojarzył z pewnym tajemniczym osobnikiem, pojawiającym 

się kilkakrotnie w jego wizji, a określonym jako “solivagus". Otwiera się tu naturalnie spore 
pole   do   domysłów,   kim   mógł   być   tak   ciężko   ukarany   zdrajca,   tak   aluzyjnie   jedynie 
wspomniany   w   utworze.   Musiał   być   kimś   znacznym,   skoro  pod   koniec   życia   mógł 
ufundować kościół, wszakże jak widać fundacja ta niewiele pomogła jego duszy.  Assmann 
skłonny jest hipotetycznie identyfikować tę postać z grafem Henrykiem ze Schwarzburga 
(zm. 1177/1178) — opiekunem Adolfa II f, negatywnie scharakteryzowanym także przez 
kronikarza Helmolda z Bozowa.

Trochę   może   nawet   dziwić   ten   element   ideologii   lennej   w   utworze   o   zgoła   innej, 

chłopskiej,   zasadniczej   perspektywie   społecznej.  Czyżby   chodziło   o   późniejszą   interpolację? 
Okazuje się, że zbrodnia felonii gorsza jest nawet od niedbalstwa, w wyniku którego zginęło 
niewinnie wielu chrześcijan. Ku swemu zdziwieniu Gotszalk spotkał w Czyśćcu niedawno 
zmarłego   (wkrótce   po   roku   1184)   przywódcę   pospolitego   ruszenia  Markrada  Młodszego  z 
rodu  Ammonidów,   cierpiącego   wielkie   męki.   Zdziwienie   było   o   tyle  usprawiedliwione,     że 
Markrad     uważany     był     (także   przez     Gotszalka)   za   dobrego   człowieka.  Zapytany   anioł 
wyjaśnił, że jest to zasłużona kara dla prefekta za jego postawę w trakcie kampanii wojennej 
(wiosną 1181 r.) Henryka Lwa, pustoszącego przy pomocy Słowian kraj raciborski (Ratzeburg), 
którego władca odstąpił od niego. Pogańscy Słowianie wymordowali przy tej   okazji wielu 
chrześcijan. Miejscowi Niemcy chcieli zbrojnie wystąpić przeciw napastnikom,   Markrad   — 
stronnik Henryka Lwa — sprzeciwił  się jednak temu. Za to go właśnie spotkała po śmierci 
kara,   która  jednak,   choć   dotkliwa,   za   wstawiennictwem   żony   zmarłego,   jej   modłów  i 
jałmużny, została Markradowi znacznie złagodzona, tym bardziej  że prowadził on nienaganny 
tryb życia i popierał kościoły oraz klasztory.

Byli   uczeni,   którzy   dziwną   mieszaninę   realizmu   i   fantastyki  Widzenia   Gotszalka 

składali   na   karb   niezrównoważonej   psychicznie   osobowości  autora.  To   nie   ma   dla   nas 
zasadniczego   znaczenia,   choć   nie   jest   wykluczone,   że   analiza   dolegliwości   i   cierpień 
Gotszalka   mogłaby   niejedno   dorzucić   do   poznania   warunków   życia   i   zdrowotności 
niższych warstw społeczeństwa średniowiecznego.

Pozostawiając ten aspekt zagadnienia specjalistom z dziedziny dawnej medycyny, wypada 

na   zakończenie   stwierdzić,   że  Widzenie   Gotszalka  stanowi   źródło   historyczne   dużej   wagi. 
Pozwala ono nie tylko na rozważania i wnioski na temat religijności ludowej w powierzchownie 
jedynie   schrystianizowanych   rejonach   niedawnego   pogranicza   słowiańsko-niemieckiego,   lecz 
także na pogłębienie znajomości tamtejszych stosunków społecznych, prawnych i etnicznych.

Jeżeli   chodzi   o   epizody   słowiańskie,   które   zreferowaliśmy   nieco dokładniej, to są to 

oczywiście   jedynie   zbliżenia   punktowe,   migawki,   których   walor   ogólniejszy   jest   może 
ograniczony, ale migawki tym cenniejsze, że dotyczą spraw, o których milczą inne źródła.

background image

O ile Adam z Bremy ogarnął północną część Połabszczyzny syntetycznie, jak gdyby z 

lotu   ptaka,   o   ile   Helmold   z   Bozowa   przedstawił   stosunkowo   dokładny   i   nie   mający 
odpowiednika w skali całej Połabszczyzny obraz schyłkowego okresu słowiańskiego w dziejach 
Wagrii, o tyle Widzenie Gotszalka umożliwia spojrzenie “mikrograficzne" na skomplikowane, 
jak   widzieliśmy,   i   niełatwe   współżycie   Słowian   i   Niemców   kilku   wsi   i   parafii   w   rejonie 
Neumünster, “na skraju świata chrześcijańskiego" (jak to z pewną przesadą określił wydawca 
Widzenia Erwin Assrnann).

OSTATNI SŁOWIANIE NAD ŁABĄ

Zmiana na gorsze

Nie wiemy, jaka była odpowiedź księcia sasko-lauenburskiego Magnusa na pytanie, które 

zadano mu w pewnym procesie. Znamy natomiast pytanie: “Czy prawdą jest, że w Dertzink do 
chwili obecnej utrzymuje się mowa słowiańska?". Pytanie było kłopotliwe. Podobny zarzut mógł 
już w XVI wieku zaszkodzić księciu.  Przynajmniej w niektórych rejonach Niemiec niemiecka 
opinia publiczna była zdecydowanie wroga mniejszości słowiańskiej.

Był to bowiem czas kształtowania się pierwocin nacjonalizmu  w kręgach stojącego u 

progu   swego   rozwoju   mieszczaństwa   niemieckiego.   To   prawda,   że   od   samych   początków 
istnienia   państwo   najpierw   frankijskie,   a   od  X  wieku   począwszy   —   średniowieczne  państwo 
niemieckie walczyło bezustannie o rozszerzenie swych granic, zwłaszcza tam, gdzie otwierały się 
najbardziej obiecujące perspektywy agresji — na wschodzie. Dzieje walk niemiecko-słowiańskich 
pełne są srogości i (umiejmy dojrzeć prawdę) obopólnych okrucieństw. Takie były bowiem wojny 
w średniowieczu.

W   stosunku   do   podbitych   Słowian   polityka   feudałów   niemieckich   nie   była   jednak 

jednoznaczna.   Słowianie,   przeważnie   traktowani   jako   zło   konieczne   (któż   inny   mógłby   na 
słabo zaludnionych obszarach uprawiać ziemię i płacić czynsz?), utrzymywali się na niektórych 
obszarach   przez   długie   stulecia   i   z   wolna   dopiero,  niejako   naturalną   w   warunkach   obcego 
panowania koleją rzeczy, rozpływali się wśród ludności niemieckiej, germanizowali się. Stosunek 
feudalnego społeczeństwa niemieckiego do Słowian na ogół nie był przychylny (choć potrafimy 
wskazać   przykłady   zupełnie  odmiennego   nastawienia,   por.   wyżej,   s.   276),   a   raczej   niekiedy 
pogardliwy,   ale   nie   tyle   ze   względu   na   ich   słowiańskość,   lecz   najpierw   ze   względu   na 
pogaństwo, w jakim ci długo pozostawali, dalej: z powodu odmiennego języka i obyczaju, a 
przede wszystkim  ze względu na to, że pozbawieni wyższej rodzimej warstwy społecznej 
(padła   ona   w   walkach   lub   najprędzej   się   zgermanizowała)  Słowianie   stanowili   zwykłe 
najuboższą część ludności.

Średniowiecze   nie   interesowało   się   zbytnio   narodowością,   lecz  przede   wszystkim   — 

bogactwem,   które   określało   społeczną   pozycję   człowieka,   oraz   —   na   drugim   miejscu   — 
wyznawaną religią.

Dopiero   rozkład   niemieckiego   społeczeństwa   feudalnego   i   wzrost  roli   bogatego 

mieszczaństwa   przyniósł   istotne   pogorszenie   sytuacji   znacznie   tymczasem   przetrzebionej 
ludności słowiańskiej. Mieszczanie rzadziej byli zainteresowani w ściąganiu renty feudalnej 
od   chłopów   słowiańskich,   a   słowiańscy   kupcy   i   rzemieślnicy   w   miastach   stanowili   dla   nich 
niepożądaną konkurencję. Dogodny oręż ideologiczny przeciw Słowianom dostarczyła Niemcom 
reformacja.

Nie da się zaprzeczyć, że ten wielki postępowy nurt społeczno-religijny miał również i 

swoje   ciemniejsze   strony.   Stosunek   wybitnych   reformatorów   do   Słowian   był   z   reguły 
nieprzychylny, niekiedy wręcz wrogi. Sam ojciec niemieckiej reformacji Marcin Luter wyrażał 
się   o   nich   (konkretnie   o   Serbołużyczanach)   jak   najgorzej.  Pisał:   “Ze   wszystkich   narodów 
najgorszym są Wendowie [niemiecka nazwa Słowian — J. S.], pomiędzy których wrzucił nas 
Bóg". I dalej przeprowadził ojciec protestantyzmu bynajmniej nie  nazbyt pokorne porównanie 
losu   Chrystusa,   który   zszedł   z   nieba   między   złych   Żydów,   a   ci   go   zamordowali,   z   losem 

background image

apostołów   nowej,   protestanckiej   wiary,   którym   również   wypadło   nauczać   wśród   najgorszego 
ludu, wśród Słowian.

W mieście Lüneburg, niedaleko od rejonu, w którym toczyły, się dzieje opowiadane w 

niniejszym   rozdziale,   katolicki   proboszcz   już   w   roku   1528   ostrzegał   radę   miejską   przed 
możliwymi   konsekwencjami   “sekty   luterskiej".  Jego   zdaniem   wprowadzenie   reformacji  do 
hanzeatyckiego Lüneburga będzie znacznie trudniejsze niż np. w Augsburgu czy Norymberdze, 
ponieważ   w   Lüneburgu   istnieje  wiele   nienawiści   między   Wendami   a   Niemcami,   między 
biednymi a bogatymi.

Niełatwo   ustalić,   jaka   była   przyczyna   tej   wrogości.   Gorliwi   predykanci   (kaznodzieje) 

protestanccy nie mogli pewnie tak szybko jak by chcieli, nawrócić Słowian na nowe wyznanie. 
Złożyły   się  na   to   i   trudności   językowe   (kapłani   nie   umieli   po   słowiańsku,   Słowianie 
najczęściej   nie   rozumieli   po   niemiecku),   i   pewien   konserwatyzm   uboższej   ludności 
słowiańskiej, niechętnej nowinkom, zwłaszcza jeżeli nowa wiara była im podawana w oschły, 
surowy  sposób,   bez   uroczystości,   obrzędów   i   zewnętrznego   splendoru   religii   katolickiej. 
Słowianie,   którzy   tak   długo   potrafili   niegdyś   trwać  przy   pogaństwie,   broniąc   się   przed 
przyjęciem chrztu, teraz niełatwo przekonywali się do nowej, niemieckiej wiary.

Od szesnastego wieku walka z ludnością słowiańską żyjącą na terenie Niemiec obejmuje 

coraz więcej dziedzin życia. Ukazują  się zarządzenia zakazujące nadawania Słowianom praw 
miejskich.  Zaczynają   się   więc   oni   osiedlać   w   pobliżu   miast,   powstają   osady  podmiejskie 
zamieszkałe w znacznej części przez Słowian, tzw. chyże.

Szczególnie zagrożone czują się cechy rzemieślnicze, zazdrośnie broniące interesu swoich 

niemieckich członków. Od każdego kandydata do cechu wymaga się udowodnienia, że jest on 
czystej krwi Niemcem i nie miał w rodzinie żadnego Słowianina ani Słowianki.  Tu i ówdzie 
wychodzą zakazy żenienia się ze Słowiankami; w miejscach publicznych czy w obecności osoby 
duchownej nie wolno odezwać się po słowiańsku!

Widzimy,   że   arsenał   środków   do   walki   z   elementem   słowiańskim  stawał   się   bardzo 

pojemny, a środki — zupełnie “nowoczesne".

“Wyspa słowiańska" nad Łabą

Wracajmy   jednak   do   naszego   księcia,   od   którego   rozpoczęliśmy  niniejszy   rozdział. 

Wspomniany proces toczył się w całkiem nieważnej dla nas sprawie, jaką miał książę z biskupem 
raciborskim (niem. Ratzeburg), Znając już antysłowiańskie tendencje w ówczesnych Niemczech, 
nie zdziwilibyśmy się, gdyby książę zaprzeczył zarzutowi. Nie uwierzylibyśmy jednak.

W samej nazwie kraju “Dertzink" odnajdujemy rdzeń słowiański. Nazwa ta pochodzi od 

dobrze znanego językom słowiańskim  wyrazu  “darc",   czyli  głóg.  Nic   dziwnego:   kraik  ten, 
położony w widłach Łaby i wpadającej do niej rzeki Sudy (Sude) wraz z jej dopływem Regnicą 
(Rögnitz), stanowi południowo-zachodni skraj Meklemburgii. Mieszkały tam w średniowieczu 
plemiona Połabian12 i Smolińców, należące do szerszego związku plemion obodrzyckich. 
Na wschód od nich rozciągały się siedziby licznych i bitnych plemion wieleckich (lucickich).
Meklemburgia   była   niegdyś   krajem   czysto   słowiańskim.  Ale   zacięte   walki   prowadzone   przez 
tamtejszych Słowian z Niemcami, zwłaszcza w wiekach XI—XII, tak bardzo wyniszczyły kraj i 
zdziesiątkowały  jego  ludność,  że  stosunkowo  łatwo  i   szybko  dokonała  się germanizacja.  To 
prawda, że kompletnie zgermanizowani potomkowie książąt słowiańskich sprawowali władzę w 
Meklemburgii aż do rewolucji 1918 roku, szczycąc się niekiedy nawet tym, że są najstarszą wśród 
europejskich rodów panujących dynastią słowiańską, ale w XVI wieku w ich kraju Słowian już 
prawie   nie   było   —   z   jednym   wyjątkiem,   właśnie   Słowian   na   południowo-zachodnim   skraju 
Meklemburgii, o których to zagadywano księcia Magnusa.

W tej samej okolicy, na obszarze tzw. Pustkowia Jabelskiego  (Jabelheide), położonego 

pomiędzy rzekami Sudą i Eldą, obecność Słowian poświadcza w roku 1521 rostocki profesor i 
kronikarz  Mikołaj Thurius: “Ci, którzy zamieszkują Las Jabelski, tak pod względem obyczaju, 
jak i języka, dotąd są Sarmatami [uczona nazwa Słowian — J. S.] i nic ze swoich obyczajów 
nie zmienili".

background image

Wiadomości   te   zasługują   na   uwagę   dlatego,   że   stanowią   potwierdzenie   już   dość   dawno 
zaobserwowanego przez uczonych faktu istnienia w XVI wieku po obu stronach środkowej i 
dolnej Łaby  czegoś w rodzaju szczątkowej wyspy słowiańskiej, otoczonej ze  wszystkich stron 
żywiołem niemieckim. Podobną wyspę stanowił w wiekach następnych obszar Serbołużyczan, 
z tym tylko, że ci ostatni mieli bardzo ścisłe kontakty polityczne i kulturalne, a także łączność 
terytorialną   z   obszarem   Czech.   Izolacja   Serbołużyczan  nie   była   więc   tak   zupełna,   jak   w 
wypadku “wyspy" nad środkową i dolną Łabą.

Na ową “wyspę" składały się cztery obszary bezpośrednio ze  sobą sąsiadujące. Na 

prawym brzegu Łaby, oprócz wspomnianej Meklemburgii południowo-zachodniej, należy tu 
zaliczyć Przegnicę (Prignitz)13, wchodzącą w skład Marchii Brandenburskiej, a położoną na 
południowy wschód od kraju Dertzink i Pustkowia Jabelskiego. Po przeciwnej, zachodniej 
stronie   Łaby   należały   do   wyspy:   najpierw   sąsiadująca   z   Przegnicą   przez   Łabę   Stara 
Marchia   (Altmark),   również   stanowiąca   część   składową   (i   zalążek)   Marchii 
Brandenburskiej, oraz na północ od Starej Marchii położony “kraj Słowian" (Wendland), 
należący pod względem politycznym do książąt brunszwicko-lüneburskich z rodu Welfów.
O ile w trzech pierwszych ziemiach resztki ludności słowiańskiej wymarły ostatecznie w tymże 
XVI  wieku,  o  tyle  w  lüneburskim  (inaczej:  hanowerskim) Wendlandzie  przetrwały  znacznie 
dłużej.  Ku   tym   ostatnim   Słowianom,   tak   uporczywie   trzymającym   się  obyczaju   i   mowy 
przodków, kieruje się nasza uwaga.

Drzewianie

Nie będziemy tutaj zajmowali się zagadkami najdawniejszych dziejów Słowian na tym 

terenie. Kiedy przybyli do obecnego  Wendlandu? Skąd przyszli? Do którego odłamu Słowian 
połabskich należy zaliczyć tę zachodnią forpocztę Połabszczyzny? Kiedy doszło do podboju ich 
kraju   przez   Niemców?   Takie   były   ich   dzieje   wewnętrzne   w   samodzielnym   okresie   życia 
plemiennego, a jak kształtowały się one po podboju niemieckim? Na wiele z tych i innych pytań 
nie potrafimy, z braku źródeł, odpowiedzieć

14

.

Wiemy jednak, jak nazywali się ci załabscy Słowianie. Byli to  Drzewianie, a więc 

nazywali   się   podobnie,   jak   jedno   z   plemion  ruskich   —   Derewlanie.   Nazwa   oznaczała 
oczywiście w obu wypadkach “ludzi żyjących w lasach". A dlaczego tak mało wiemy  o 
ich najdawniejszych dziejach?

Drzewianie   zajęli   swoje,   znane   nam   z   późniejszych   czasów,   siedziby   w   tak   odległych 

czasach,   że   świat   chrześcijańskiej   kultury  zachodniej   nie   znał   jeszcze   obszarów   Niemiec 
północnych i wschodnich i nie wiedział prawie nic o wydarzeniach, jakie tam się rozgrywały. 
Migracja Słowian na zachód odbywała się niejako “po cichu", nie zauważona przez kronikarzy.

A gdy  pod  koniec  VIII  wieku  państwo  Franków  Karola  Wielkiego starło się na swej 

wschodniej granicy ze Słowiańszczyzną połabską, mały kraik Drzewian, odcięty od pozostałych 
plemion   połabskich   potężną   Łabą,   został   natychmiast   opanowany   przez   Franków.   Krwawe   i 
długotrwałe walki toczyły się na wschód od Łaby. Bitne plemiona wieleckie i obodrzyckie przez 
wieki   całe   stawiały  opór.  A  mały   kraik   Drzewian,   bardzo   zresztą   niegościnny   i   trudny  do 
osiągnięcia, nie przyciągał zainteresowania...

Język umiera

To zapomnienie miało jednak i inny, bardzo dla miejscowej ludności pomyślny, skutek. 

Drzewianie   nie   myśleli   o   zbrojnym   występowaniu   przeciw   Niemcom.  To   w   ich   sytuacji   nie 
miałoby sensu. Nie dotknęły więc ich niszczycielskie wojny, ekspedycje karne i przymusowe 

14

Sprawami   tymi   zajmowałem   się.   dokładniej   w   pracach   wymienionych  we   “Wskazówkach 

bibliograficznych"   do   niniejszej   książki   (zob.   s.   358),   do  których.   mogę   odesłać   zainteresowanego   Czytelnika. 
Ogólniejsze problemy  związane z przybywaniem plemion słowiańskich we wczesnym średniowieczu na Połabie 
poruszam w rozdziale 20 o Słowianach w Turyngii. Wydaje się, że proces zajmowania przez Dr ze wian obszarów 
nad dolną Łabą, aczkolwiek nieuchwytny w źródłach, nie odbiegał zbytnio od tego, co działo się w południowej 
części Połabia,

background image

wysiedlenia.   Nie   najbogatszy   kraj   nie   przyciągał   też   specjalnie   kolonistów   niemieckich. 
Wendland nie stał się częścią władztwa margrabiów brandenburskich, którzy na innych terenach 
wykazali wyraźne tendencje anty słowiańskie.  Książęta  brunszwieko-lüneburscy panujący nad 
Wendlandem nie mieli specjalnego interesu w prześladowaniu Słowian.

Dzięki tym wszystkim przyczynom, Drzewianie połabscy okazali się tym plemieniem, 

które najdłużej, bo aż do XVIII wieku, zachowało resztki swej odrębności, a przede wszystkim 
swój język słowiański, prawda, że nie wolny od silnych naleciałości niemieckich.
Dopiero w czasach nowożytnych, na skutek naturalnych procesów asymilacyjnych, a także 
pod wpływem tych tendencji, o których mówiłem na początku niniejszego rozdziału, dokonał 
się ostateczny zanik tej ostatniej nadłabskiej twierdzy Słowiańszczyzny.

Tak szczęśliwie złożyło się dla nauki, że w momencie, gdy nic już nie mogło zatrzymać 

procesu germanizacji, znalazły się jednostki, które zadbały o opisanie ginących obyczajów i 
przekazanie potomności fragmentów języka drzewiańskiego. Trzech zwłaszcza ludzi położyło 
duże   zasługi   na   tym   polu   nauki:   pastor   protestancki   Chrystian  Hennig   (1649—1719), 
włościanin wendlandzki i czystej krwi Słowianin z pochodzenia Jan Parum Schultze (1677—1740) 
oraz lekarz Jan Henryk Jugler (1758—1812).

Wszyscy   oni   zgodnie   stwierdzają   (a   byli   nie   byle   jakimi   znawcami   problematyki 

wendlandzkiej), że około roku 1750 język drzewiański

15

 był już niemal zupełnie wymarły.

W roku 1705 Hennig, szukając ludzi znających dawny język, zauważył, że na wschód od 

rzeki   Jasnej   (niem.:   Jeetze)   już   tylko  10   osób   mówi   po   “wendyjsku",   a   nieco   wcześniejszy 
poszukiwacz,  może  mniej  pilny  od  Henniga,  żalił  się,  że  musiał  stracić  bardzo  dużo  czasu, 
zanim   znalazł   kogoś,   kto   potrafił   mu   odmówić   po   słowiańska   “Ojcze   nasz".  A   jeszcze 
trzydzieści   lat   wcześniej   podróżnicy   i   duszpasterze   protestanccy   zgodnie   twierdzili,   że   język 
wendyjski panuje na dużym obszarze, bo w całym niemal powiecie lüchowskim, a nawet dalej na 
zachód!

Gdy  chłopski   kronikarz  Jan  Parum   Schultze  skarżył się, że gdy on sam i jeszcze trzech 

starców umrze, nikt nie będzie nawet wiedział, jak się mówi po słowiańsku na psa, to, niestety, skarga ta 
była usprawiedliwiona, a przepowiednia sprawdziła się w zupełności.

W   roku   1751   miała   umrzeć   ostatnia   Słowianka,   która   biegle  władała   językiem 

ojczystym. Wiemy o tym z jednej z ksiąg parafialnych. Prowadzący tę księgę pastor dopisał przy 
wpisie o jej  śmierci pewną ciekawostkę. Otóż kiedy bawił w Wendlandzie elektor hanowerski 
(zarazem król Wielkiej Brytanii), sprowadzono przed jego oblicze właśnie tę niewiastę, by 
król mógł zobaczyć ten żywy relikt odległych czasów, posłuchać mowy słowiańskiej  i 
słowiańskich piosenek.

Upłynęło jeszcze kilkadziesiąt lat i oto w roku 1798 umarł stary rolnik Warratz (niemal po 

słowiańsku brzmi to nazwisko, jak gdyby “Oracz"!), który umiał jeszcze odmówić “Ojcze nasz" 
po   słowiańsku,   choć   kronikarz   donoszący   nam   o   tym   podejrzewał,   że  była   to   tylko 
mechaniczna recytacja, bez rozumienia sensu wypowiadanych słów.

Tak wymarła mowa słowiańska nad dolną Łabą. Utrzymała się ona do czasów, gdy kilka 

już wieków trwał proces ekspansji niemieckich panów feudalnych, skierowany najpierw przeciw 
innym  plemionom   połabskim,   a   później   przeciw   dalszym   państwom   słowiańskim:   Czechom, 
Polsce i Rosji. Toż to już po rozbiorach Polski zamilknął głos potomka Drzewian — Warratza!

Do akcji wkraczają uczeni

Im   więcej   czasu   upływało   od   chwili   ostatecznej   germanizacji  Wendlandu,  tym  więcej 

uwagi poświęcił świat nauki Drzewianom. Przypuszczono szturm ze wszystkich stron.

Historycy   wertowali   stare   dokumenty   i   kroniki   w   poszukiwaniu   wiadomości   o 

Drzewianach   (z   bardzo   mizernym   rezultatem).   Etnografowie   ze   zdumieniem   spostrzegli,   że 
dziewiętnasto-   i   dwudziestowieczna   ludność   niemiecka   zamieszkująca   Wendland   różni   się 

15

Uczeni   nazywają   zwykle   język,   jakim   mówili   potomkowie   dawnych  Drzewian   połabskich,   językiem 

połabskim. Jest to jednak nazwa niezbyt precyzyjna, gdyż plemiona połabskie mówiły różnymi dialektami, które 
w miarę upływu czasu wykazywały coraz więcej różnic.

background image

pewnymi   cechami   bardzo   wyraźnie   od   mieszkańców   sąsiednich   okolic.  Co   więcej, 
dokładniejsze   badania   wskazywały   niedwuznacznie   na   to,   że   te   odmienne   cechy   mają   wiele 
analogii z urządzeniami i cechami znanymi z różnych krajów słowiańskich.

Językoznawcy,   biorąc   na   warsztat   lokalny   dialekt,   jakim   mówią   Wendlandczycy, 

doszukują się coraz to nowych naleciałości nieniemieckich, które tylko na podstawie języków 
słowiańskich dadzą się wytłumaczyć.  Słowiańskie brzmienie ma większość nazw  wsi, pól, łąk, 
wód i pagórków w Wendlandzie.

Geografowie i historycy osadnictwa spoglądają na wygląd wsi w Wendlandzie i znowu 

stwierdzają,   że   ten   typ   zabudowy   wiejskiej   nie   występuje   na   sąsiednich   terenach.   Tam 
przeważają wsie duże, bezładnie rozrzucone oraz tzw. ulicówki, natomiast w Wendlandzie prym 
wiodą   małe   wioski   o   kształcie   podkowiastym,   skupione   wokół   niewielkiego   placu   łub 
stawu, z tak blisko obok siebie wachlarzowato ustawionymi domami, że niekiedy trudno się 
człowiekowi między nimi przecisnąć. Wsie te noszą w nauce nazwę okolnic.

Co   popchnęło   mieszkańców   do   nadawania   takiego   właśnie   kształtu   swym   wsiom?   Nie 

ulega wątpliwości, że okólny układ wsi jest bardzo dawny. W nowszych czasach wsie takie już 
nie   powstawały.   Raz   dlatego,   że   była   to   forma,   przyznajmy,   bardzo   niewygodna,   sztywna   i 
niepodatna na rozrastanie się wsi, a dwa, że była  niebezpieczna i władze administracyjne nie 
zgodziłyby się (choćby ze względów ochrony przeciwpożarowej) na budowę okolnic.

Nie   wchodząc   w   dyskusje   na   temat   genezy   okolnicy,   stwierdzimy   jednak,   że   wielu 

uczonych uważa tę formę zabudowy wsi za występującą często wśród średniowiecznej ludności 
słowiańskiej,   zwłaszcza   na   terenach   pogranicznych.   Względy   obronne   i   konieczność  ochrony 
bydła przed złodziejami i dzikimi zwierzętami tłumaczyłyby tę genezę wystarczająco.

Na koniec ruszyły łopaty archeologów. Z wolna wydzierają one ziemi wendlandzkiej 

coraz   to   nowe   dowody   jej   słowiańskiej   przeszłości.   Znamy   w   tej   chwili   już   kilka 
cmentarzysk słowiańskich, zbadano słowiańskie osady, a nawet odkryto i częściowo zbadano 
grody słowiańskie, co jest szczególnie cennym ustaleniem, gdyż istnienie grodów dowodzi 
pewnego zaawansowania stosunków społecznych u wczesnośredniowiecznych Drzewian, a 
nawet sugeruje kształtowanie się lokalnych, plemiennych ośrodków władzy.

Ciągle jeszcze mało wyraźne dzieje Drzewian połabskich, dzięki wysiłkom różnych nauk, 

nabierają kolorów życia.

Legenda

A na miejscu, w samym Wendlandzie?
Przez cały wiek XIX pojawiają się raz po raz doniesienia o tym, że Drzewianie rzekomo 

jeszcze zupełnie nie wymarli, że ich język gdzieś tam, w zapadłych wsiach, ciągle jest w użyciu.

Ktoś komuś około roku 1845 opowiadał, że starzy ludzie w kilku wsiach wendlandzkich 

mówią jeszcze po wendyjsku, co więcej: że na cmentarzach w tych wsiach znajdują się nagrobki z 
wendyjskimi napisami oraz że na jakiejś plebanii zachowała się nawet jakaś księga kościelna ze 
słowiańskimi wpisami.

Wybitnemu niemieckiemu etnografowi Tetznerowi pewien stary  nauczyciel wendlandzki 

donosił jeszcze pod koniec ubiegłego stulecia, że w jednej ze wsi koło Luchowa sołtys zwoływał 
chłopów na zebranie, wykrzykując jakąś słowiańską formułkę.

Najwięcej zamieszania w nauce wywołał powszechny spis ludności Królestwa Pruskiego 

przeprowadzony w roku 1890 (od r. 1866  Wendland wchodził w skład Prus). Wtedy to po raz 
pierwszy od wielu lat umieszczono w kwestionariuszach spisowych rubrykę: język. W powiecie 
luchowskim,   ku   zdziwieniu   niemieckiej   opinii   publicznej   i   zagranicznych   (zwłaszcza 
słowiańskich) środowisk intelektualnych, aż 270 mężczyzn i 235 kobiet podało jako swój ojczysty 
język — język wendyjski. Dalszych 46 mężczyzn i 26 kobiet wymieniło ten język obok języka 
niemieckiego.

Pisma   slawistyczne   rzuciły   hasło   ponownego   zbadania   problemu

16

  Na   apel 

16

Niemałe  zasługi w rozbudzaniu zainteresowania dla dawnych Drzewian  położył polski historyk Alfons 

Parczewski.

background image

odpowiedziała   jak   zwykle   czujna,   tak   bardzo   dla   nauki   zasłużona   Polska   Akademia 
Umiejętności   w   Krakowie.   Na  jej   zlecenie   udał   się.   do  Wendlandu   łużycki   uczony   Ernest 
Muka i przemierzywszy kraj wzdłuż i wszerz, rozpytując wszędzie miejscową ludność i inteligencję, 
wertując wszelkie dostępne mu materiały rękopiśmienne i drukowane, doszedł do następującego 
wniosku:

Ludność   słowiańska   w   Wendlandzie   (potomkowie   Drzewian   połabskich)   wymarła 

ostatecznie w XVIII wieku, zgodnie z wiarygodnymi świadectwami Henniga, Parum Schultzego i 
Juglera. Wszelkie   późniejsze   “informacje"   o   rzekomym   przetrwaniu   Słowian  w głąb XIX 
wieku nie odpowiadają rzeczywistości.

Dlaczego wobec tego tyle razy wprowadzano uczonych i opinię publiczną w błąd? Muka 

trafnie, jak się wydaje, wskazał na najważniejszą przyczynę: nieporozumienie. To, co często brano 
za   pozostałości   języka   słowiańskiego,   było   po   prostu   miejscowym   dialektem   niemieckim, 
różniącym   się   od   gwar   sąsiednich,   czysto   niemieckich   okolic.   Prawdą   jest,   że   ta   obcość 
dialektologiczna miała swe źródło właśnie we wzajemnych wiekowych stosunkach sąsiedzkich z 
językiem Drzewian, ale nie zmienia to faktu, że w XIX wieku był to już tylko język niemiecki. 
Nie   zdawali   sobie   z   tego   sprawy   ci   mieszkańcy  Wendlandu,   którzy   w   roku   1890   wpisali   na 
arkusze spisowe: język wendyjski.

Muka   nie   wziął   jednak   pod   uwagę   i   dodatkowej   możliwości.  Wendlandczycy   widzieli 

przecież, że w XIX wieku kraj ich stanowił pewną osobliwość naukową i zapewne, w jakiejś 
mierze, atrakcję turystyczną (także obecnie ten kraj z jakimś nostalgicznym, pełnym spokoju 
charakterem oraz z dobrze zachowanymi lub trafnie zrekonstruowanymi okolnicami jest atrakcją 
turystyczną   dużego   formatu).  Taka   sytuacja   mogła   im   odpowiadać,   byli   przecież   obiektem 
zainteresowania poważnych panów profesorów z Budzi-szyna, Lipska, a nawet z Berlina. Ba, 
również   uczeni   zagraniczni  chętnie   przyjeżdżali   do   Wendlandu.   Znane   na   całym   świecie 
zjawisko snobizmu mogło, jak sądzę, nawet popychać niektórych, bardziej “przedsiębiorczych" 
obywateli do mistyfikacji, usiłującej podtrzymać to zainteresowanie.

Jak   inaczej   bowiem   wytłumaczyć   wydarzenie,   jakie   miało   miejsce   w   nie   opodal 

Wendlandu położonym mieście  Salzwedel? Do  tamtejszego aptekarza, który po amatorsku 
zajmował się, jak tylu Niemców, dziejami swego regionu, przybył raz chłop wendlandzki i 
zdumionemu   aptekarzowi   wyrecytował   po   wendyjsku   całą   modlitwę   “Ojcze   nasz". 
Upłynęło 30 lat i dopiero wspomnianemu uczonemu Muce udało się przypadkowo wpaść 
na trop oszustwa.

Okazało   się   ni   mniej   ni   więcej,   że   ów,   widać   nie   w   ciemię   bity  wieśniak,   świadom 

zainteresowania,   jakie   budzi   język   dawnych  Drzewian,   nauczył   się   na   pamięć   tekstu   tej 
modlitwy,   jaki   znalazł  w   jednej   z   książek   poświęconych   wymarłemu   językowi,   mówiąc 
aptekarzowi, że nauczył się tej modlitwy w domu rodzicielskim. Chyba chciał sobie po prostu 
zakpić z poczciwego regionalisty — amatora, a może, jak przypuściliśmy powyżej, chodziło mu 
o stworzenie pewnego “szumu" wokół problematyki drzewiańskiej.

Nie  sądźmy  zbyt  surowo podobnych, niewinnych  przecież  w gruncie rzeczy, choć 

irytujących sztuczek. Są bowiem w nastawieniu pewnych kręgów ludności Niemiec północnych 
znacznie bardziej niepokojące zjawiska. Wspomnijmy o jednym. Z dawien dawna utrzymuje się 
przekonanie, że hanowerski Wendland jest krajem, w którym szczególnie często mają miejsce 
akty kryminalnych podpaleń. Być może fakty te niektórzy skłonni są pochopnie łączyć z dawną 
ludnością słowiańską.

Współczesny nam uczony niemiecki wykazał niezbicie, że to przeświadczenie pozbawione 

jest wszelkiej realnej podstawy. Dlaczego jednak tak uporczywie pokutuje?


Document Outline