background image

 

Między Kalwarią a spektaklem

«Between Calvary and Performance»

by Dariusz Kosiński

Source:
The Sign (Znak), issue: 648 / 2009, pages: 91­98, on 

www.ceeol.com

.

background image

R E F L E K S J E

91

Twierdzenie, że kulturę religijną 

polskiego katolicyzmu cechuje 

specyfi czny dla niej rytualizm, 

utożsamiany z powierzchownością 

i przeciwstawiany „głębokiemu”, więc 

prawdziwemu życiu duchowemu, jest 

od lat jedną z „oczywistych 

oczywistości” polskiej humanistyki.

„Stosunek do spraw religijnych 

zasadniczo rytualistyczny” 

Tak brzmiała syntetyczna formuła, którą 

Stefan Czarnowski spuentował swój wy-
wód dotyczący religijności polskiego chło-
pa w bodaj najsłynniejszym fragmencie 
książki Kultura wydanej po raz pierwszy 
w 1938 roku. Zamieszczony w niej szkic 
Kultura religijna wiejskiego ludu polskie-
go
, choć opierał się na badaniach z pierw-
szych dekad ubiegłego stulecia, na długo 
stał się wyznacznikiem myślenia o pol-
skiej religijności ludowej, popularnej, da-
lekiej od doktrynalnych sporów i strzeli-
stych aktów, spełniającej się w wykony-
waniu zalecanych praktyk i zabobonnym 

zapewnianiu sobie dzięki nim domniema-
nej przychylności Boga i Jego świętych, 
patronujących poszczególnym sferom ży-
cia. Opisywanemu przez Czarnowskiego 

„włościaninowi” wystarcza 

wiara w to, że go Jezus odkupił i że opiekuje 

się nim Matka Boska, on zaś sam łamać sobie 

głowy nie potrzebuje nad nauką prawd obja-

wionych – to rzecz księży – aby tylko zachowy-

wał starannie nakazy obrzędowe, aby uczęsz-

czał na nabożeństwa, śpiewał w kościele, zdej-

mował czapkę i żegnał się przed krzyżem. Jeśli 

ma do Boga sprawę szczególną, daje na mszę 

księdzu, w sprawach pomniejszych daje kilka 

groszy żebrakowi, by ten za niego zaniósł właś-

ciwe modły. Poleciwszy w ten sposób sprawy 

swoje tym, którzy znają lepiej od niego drogę 

do Boga, spokojny jest o siebie (s. 105).

Czarnowski łączył ów rytualizm ze 

wspólnotowym charakterem religijno-
ści ludowej, w której to, co zbiorowe, ce-

nione jest wyżej od tego, co indywidual-
ne. Spełnianie określonych praktyk ozna-
czało wszak akceptację przyjętych przez 
zbiorowość norm, podporządkowanie 

Między Kalwarią 

a spektaklem

DA R I USZ  KOSI ŃSK I

DARIUSZ 

KOSIŃSKI, 

dr hab., 

profesor 

nadzwyczajny 

w Katedrze 

Dramatu 

Wydziału 

Polonistyki UJ, 

krytyk literacki, 

eseista.

background image

92

REFLEK

SJE

D

ARIUS

Z

 K
O

SIŃSKI

się im, czyli rezygnację z osobistych tru-
dów i pytań. W efekcie rytualizm znosił, 
lub co najmniej wytłumiał, indywidualne 

wątpliwości, hamował próby poszukiwa-

nia odpowiedzi na własną rękę. Skutko-

wać to miało swoistym religijnym konfor-

mizmem i letniością, ale z drugiej strony 
odnawiało i umacniało wspólnotę, zarów-
no tę lokalną – parafialną lub związaną 
z regionalnym sanktuarium, jak i tę więk-
szą, narodową – odnajdującą swoją tożsa-
mość także przez identyfikację ze wspól-
nymi praktykami i obiektami kultowymi 

(tu szczególne znaczenie ma oczywiście 

kult Matki Boskiej Częstochowskiej). Ten 

wspólnotowy charakter polskiego katoli-

cyzmu był wobec opresji, w jakiej naród 
znajdował się w okresie zaborów, niezwy-
kle ważnym czynnikiem cementującym go 
i zapewniającym mu przetrwanie. W la-
tach 30. Czarnowski mógł jeszcze suge-
rować, że rytualizm, wiązany przez nie-

go z pozostałościami pańszczyzny (Bóg 
traktowany jak „pan”) wkrótce odejdzie 
w przeszłość wraz z następującymi na 
polskiej wsi zasadniczymi zmianami cy-
wilizacyjnymi. Nie był oczywiście w stanie 
przewidzieć tego, że nadchodząca wojna, 
a następnie lata komunistycznego znie-
wolenia nie doprowadzą do rozmonto-
wania owego wspólnotowego rytualizmu, 
lecz wprost przeciwnie – umocnią go ja-
ko jedno z najważniejszych narzędzi opo-
ru przeciwko narzuconym władzom i ich 
ideologii. Nic bardziej nie potwierdza tej 

odnalezionej siły ludowego katolicyzmu 

(już nie wiejskiego, ale ogólnopolskiego) 

jak pamiętne msze za Ojczyznę odprawia-
ne w stanie wojennym, na których lewico-
wi liberałowie z równym zapałem co spad-
kobiercy endecji podnosili palce ułożone 
w znak „V” i śpiewali Boże, coś Polskę…

W ciągu kolejnych dekad diagnoza 

Czarnowskiego, formułowana wyłącz-
nie w odniesieniu do „włościan”, zosta-
ła przeniesiona na cały polski katolicyzm 
w jego wersji popularnej, zaś jej źródeł 
i pochodzenia zaczęto szukać o wiele da-
lej niż na pańszczyźnianej wsi. Janusz Ta-
zbir, opisując religijność polskiej szlachty 
w swej świetnej syntezie Kultura szlache-

cka w Polsce, powtarzał niemal punkt po 
punkcie tezy Czarnowskiego, by w efekcie 
potwierdzić jego diagnozę także w odnie-
sieniu do „panów braci” i stwierdzić podo-
bieństwo religijności szlacheckiej i chłop-
skiej, które zresztą według niego miały 

„wspólne korzenie”. Rytualizm katolicki 

przestał być postrzegany jako zjawisko 
historyczne, ograniczone do jednej war-
stwy społecznej, a stał się niejako cechą 
narodową, związaną z jakimiś dawnymi, 
a może nawet pradawnymi „korzeniami”. 
Obraz Polaka katolika, którego religijność 
wyraża się w ścisłym zachowywaniu form 
zewnętrznych (niedzielna i świąteczna 
msza święta, posty i spełnianie zwyczajo-
wych obrzędów), ale w żaden niemal spo-
sób nie wpływa na jego postawę etyczną 
czy pogłębienie życia duchowego, stał się 
standardowym wyobrażeniem powraca-
jącym zarówno w wypowiedziach kryty-
ków i przeciwników religii, jak i w koś-
cielnych homiliach. Zarówno jedna, jak 
i druga strona występowała przeciwko ry-
tualizmowi w przekonaniu, że jest on for-
mą gorszą, bo wyłącznie powierzchowną 
i zewnętrzną, zainfekowaną nieuleczalną 
hipokryzją i bigoterią, formą, z której na-
śmiewali się już Jan Kochanowski i Ignacy 
Krasicki, biskup zresztą. Przeciwstawiano 
jej głębię życia duchowego, jako wzór po-
zytywny ukazując – co samo w sobie nie-
zwykle ciekawe – mistycyzm (zwłaszcza 

background image

93

REFLEK

SJE

  MIĘD

ZY
 KAL

W
ARIĄ A 

SPEKT

AKLEM

hiszpański i włoski) lub – herezje, mające 
świadczyć o intensywności religijnych po-
szukiwań. W katolicyzmie polskim trak-
towanym  en masse zarówno ludzi gorą-
co wierzących w Boga, jak i tych, którzy 
równie gorąco wierzyli w jego nieistnienie, 
irytowała rzekoma letniość, która wszak 

w myśl słów Chrystusa doprowadzić mu-

si do wyplucia z Bożych ust.

Apologie 

Rzadko, bo rzadko, ale dawał się czasem 
w masie krytyków słyszeć głos bronią-
cy rytualizmu i wskazujący na jego pozy-
tywne cechy i pożądane skutki. Janusz Ta-
zbir, zapewne nie bez powodu i ze świa-
domością kontekstu czasu, w jakim pisał 
swoją syntezę, uzupełniał obraz religijno-
ści szlacheckiej historycznymi dowodami 
na ogromną rolę, jaką jej rytualizm ode-
grał w przetrwaniu tożsamości narodo-
wej. Z kolei Ludwik Stomma w swej An-

tropologii kultury wsi polskiej XIX wieku
potwierdzając w całej rozciągłości dia-

gnozę Czarnowskiego, podważał nega-
tywną ocenę samego zjawiska, pisząc, że 
wspólnotowy i obrzędowy charakter ludo-
wej kultury religijnej świadczy nie o jej po-
wierzchowności, ale o głębokiej wrażliwo-
ści ludowej wyrażającej się w „sakraliza-
cji świata” (s. 219–222) i „poczuciu pełnej 
zależności zamierzeń i losów ludzkich od 
Bożego wyroku” (s. 223). Wywód swój zaś 
kończył wnioskiem, że religijność ludowa 
jest otwarta na doznanie głębi (s. 228).

Sformułowanie takich tez przez an-

tropologa kultury wychowanego w szko-
le Claude’a Lévi-Straussa nie dziwi, bo 
w przeciwieństwie do większości kryty-
ków polskiego katolicyzmu rytualnego 

(na ogół historyków, socjologów i religio-

znawców) Stomma zdaje się w zupełnie 
inny sposób traktować rytuał czy też – sze-
rzej – obrzędowość religijną. Łatwo wszak 
zauważyć, że u podstaw negatywnej oce-
ny „rytualizmu” leży (prócz jego uprosz-
czenia i zubożenia, do czego posunął się 
Czarnowski w cytowanym fragmencie) 
uznanie spełniania praktyk religijnych za 
działanie czysto zewnętrzne, pozbawio-
ne elementu zaangażowania osobistego, 
wręcz mechaniczne. W opiniach kryty-
ków jego przeciwieństwem miałyby być 
mistyczne akty strzeliste, wyrażające się 
zapewne w wysokim języku poetyckim. 

Tymczasem – jak świetnie wiedzą bada-

cze kultury – rytuał nie polega na mecha-
nicznym wypełnieniu zalecanej procedu-
ry i jest doświadczeniem o wiele głębszym 
i bardziej złożonym, niż chcieli i chcą to 
przyznać jego racjonalistyczni i pozyty-

wistyczni krytycy, widzący w nim bardzo 

często „zabobon”. 

Literatura na temat rytuału jest tak 

rozległa i tak różnorodna, że zaczyna 
się nawet mówić o konieczności rezy-
gnacji z tego terminu, który został nie-
mal pozbawiony znaczenia przez roz-
liczne próby jego definicji. Mimo to – jak 
udowodnił w wydanej niedawno po pol-
sku książce Komunikacja rytualna Eric 

W. Rothenbuhler – da się wskazać kil-

ka zasadniczych elementów wspólnych 
dla odmiennych definicji. Wśród nich 
jednym z ważniejszych jest skuteczność 
 symboli rytuału, który nie wyraża istnie-
jących stosunków, ale ustanawia je, prze-
kształcając lub umacniając. To zasadni-
czy punkt przeoczony przez krytyków 
polskiego rytualizmu katolickiego. Rytu-
ał nie jest obojętną czynnością wykony-

waną mechanicznie według wzoru i nie-
wpływającą na życie myślącego o „ swoich 

background image

94

REFLEK

SJE

D

ARIUS

Z

 K
O

SIŃSKI

sprawach” wiernego. Nawet jeśli na mszy 

świętej myślimy o osobistych kłopotach 

(co wszak zdarza się bardzo często), to 

i tak przez swoją obecność tworzymy Ko-
ściół – ciało Chrystusa. Nawet jeśli niewie-
rzący tylko dla „świętego spokoju” wypo-
wie sakramentalną przysięgę małżeńską, 
to akt zostaje spełniony i małżeństwo za-
warte, choćby ów niewierzący nie uzna-
wał mocy przysięgi i zerwał ją. Jeśli ry-
tuał został dopełniony, to ślub staje się 
faktem, choćby przysięga była kłamli-
wa. To istotne rozróżnienie: kłamstwem 
jest przysięga, kłamcą krzywoprzysiężca, 
lecz ślub rytualny kłamstwem być nie mo-
że, przynajmniej dopóty, dopóki nie zosta-
nie ujawnione kłamstwo przysięgi, wów-
czas jednak zostanie uznany za nieważny, 
a nie za fałszywy. Słowa „Ślubuję ci mi-
łość…” wypowiedziane w odpowiednim 
kontekście stają się nie wyrazem czegoś, 
ale austinowskim performatywem usta-
nawiającym nową rzeczywistość. To nie 
władza Kościoła decyduje o skuteczności 
sakramentu, ale specyficzna moc użytych 
symboli i siła tkwiąca w samym rytuale. 

Jest to bowiem takie ludzkie zachowanie, 

które „ustanawia symbole (…) skuteczne 
poza samym tym zachowaniem” (Rothen-
buhler, 45). Rytuał jest performansem 
i jego znaczenia są performatywne – nie 
przysługuje im kryterium prawdy lub fał-
szu, ale nieweryfikowalnej i wręcz nie-
uniknionej skuteczności i realności.

Taki sposób myślenia o rytuale, biorą-

cy pod uwagę jego skuteczność, a oddala-
jący jako racjonalistyczne uprzedzenie su-
gerowaną przez krytyków „powierzchow-
ność”, w sposób zasadniczy zmienia ocenę 
polskiego katolicyzmu rytualistycznego. 

Weźmy na przykład użyty przez Czarnow-

skiego „argument Kalwarii”. Pisząc o sen-

sualizmie i domniemanej teatralności re-
ligijności ludowej, badacz opisuje powsta-

jące od końca XVI wieku i wciąż cieszące 

się czcią kalwarie – architektoniczne na-

śladownictwa topografii Jerozolimy z cza-

sów Jezusa, monumentalne scenografie, 
często (jak w Kalwarii Zebrzydowskiej) 

wykorzystywane dla pobożnych insce-

nizacji. Sposób, w jaki Czarnowski pisze 
o kalwariach, demaskuje jego antytea-
tralne uprzedzenia a zarazem kojarzyć 
się może z opisami simulacrum Disney-
landu pióra Jeana Beaudillarda. Lud po-

żądający zmysłowych i konkretnych prze-
żyć nie odróżnia Jerozolimy prawdziwej 

od tej przeniesionej do Polski, w czym wy-
rażać się ma „pewna mentalność religijna, 
mało lub zupełnie niezdolna do rozróżnie-
nia rzeczy świętej od jej wyrazu, czynno-

ści obrzędowej od wywołanego przez nią 
lub towarzyszącego jej wzruszenia, sym-
bolu lub reprodukcji od treści istotnej 
i wzoru” (s. 100). Opinia ta miała praw-

dopodobnie w zamyśle autora wydźwięk 
negatywny (chłop w swej naiwności bie-
rze przedstawienie, udanie za rzeczywi-
stość), ale w istocie wyraża coś, co sta-
nowi prawdziwą siłę rytualizmu i co wi-
doczne jest w sposób szczególny właśnie 

w kalwariach i odprawianych w ich prze-

strzeni misteriach. Wbrew sugestii Czar-
nowskiego (i nie tylko jego) inscenizacje 
kalwaryjskie nie są widowiskami teatral-
nymi – naśladowczymi reprezentacjami 
działania, ale przedstawieniami rytual-
nymi, którym skuteczność i realność na-
dają nie konwencje sceniczne, lecz obec-
ność i zachowania zgromadzonych uczest-
ników. To oni są właściwymi sprawcami 
i podmiotami misterium, to ich działa-
nie ustanawia jego realność, wpływają-
cą z kolei na realność i prawdziwość dzia-

background image

95

REFLEK

SJE

  MIĘD

ZY
 KAL

W
ARIĄ A 

SPEKT

AKLEM

łań aktorskich. Kalwarie nie są teatrami 
w rozumieniu przyniesionym z instytucjo-
nalnych scen miejskich, ale przestrzenia-
mi religijnego działania, które ustanawia 
realność powtarzanych scen, na tej samej 
zasadzie, na jakiej przysięga ustanawia re-
alność związku. I podobnie jak tam, świa-
domość, że kalwaryjski Chrystus jest czło-
wiekiem mieszkającym w Kalwarii Ze-
brzydowskiej i że „naprawdę” nie umiera 
na krzyżu, nie zmienia faktu realności 
Męki i śmierci Chrystusa, której wieczną 
obecność i teraźniejszość misterium od-
słania dzięki potwierdzającym ją zacho-
waniom wiernych. 

Rytualizm „kalwaryjski” nie jest więc 

zespołem zabobonnych zachowań opar-
tych na pomieszaniu rzeczywistości, lecz 
rodzajem przygotowanego (scenografia!) 
doświadczenia, którego sens polega na 
przebiciu się ku trwającej wiecznie rzeczy-
wistości Męki odkupieńczej. Sztuka (w ro-
zumieniu: sztuczność, odegranie, przygo-
towanie) jest tu wehikułem dla głębokich 
przeżyć (że były one głębokie, przyzna-
je nawet Czarnowski), które mogą śmiało 
być porównane z mistycznymi uniesienia-
mi św. Jana od Krzyża. Różnica – obawiam 
się – polega na tym, że hiszpański mistyk 
swoje przeżycia zapisał i zostawił do czy-
tania, a twórcy polskich kalwarii przygoto-
wali strukturę i przestrzeń doświadczenia, 
którego (jak literatury) nie da się odczytać, 
czyli poznać bez odczynienia. Siła kalwa-
rii – i wszystkich podobnych działań – nie 
tkwi w pięknie znaków, które można kon-
templować, ale w doświadczeniu, które 
musi być podjęte. Stojąc z boku, można się 
w najlepszym przypadku dziwić, a w naj-
gorszym – wydziwiać.

Zemsta sceny

Piszę obronę polskiego rytualizmu kato-
lickiego, nie hamując jawnie manifesto-
wych tonów, bo – jak sądzę – to cenne zja-
wisko, ten cenny (a może nawet bezcen-
ny?) twór polskiej kultury jest w sytuacji 
niezwykle trudnej, w śmiertelnym wręcz 
zagrożeniu. Niebezpieczeństwa najgroź-
niejsze to przy tym nie te znane, stwarza-
ne przez dawnych i nowych wrogów – ra-
cjonalistyczną krytykę zabobonu czy ko-
mercyjną kulturę masową – ale te czasem 
ukryte pod dobrymi chęciami i pocho-
dzące od pozornie najlepszych sojuszni-
ków – kapłanów, proboszczów i biskupów, 
którzy myląc rytuał z teatrem, stopniowo 
i pozornie nieznacznie, a w rzeczywisto-
ści w sposób zasadniczy, przesuwają ak-
centy i zmieniają ołtarze w sceny, a nabo-
żeństwa w widowiska.

Zjawisko to ma swoje dość oczywi-

ste źródła historyczne. W okresie rządów 
komunistycznych działania kultowe na-
leżały do ważniejszych narzędzi walki 
między państwem a Kościołem. Z jednej 
strony utrudnianie uczestnictwa w nabo-

żeństwach, dążenie do ograniczenia licz-
by i rozmiarów obrzędów oraz do ich za-

mknięcia w świątyniach, z drugiej – po-
nawiane próby pokazania, że Kościół nie 
słabnie, podejmowane z wykorzystaniem 
procesji, wieloosobowych pielgrzymek 
czy masowych mszy w plenerze. Histo-
ria tej walki o obrzęd jest jeszcze do na-
pisania, ale już na pierwszy rzut oka wi-
dać, jak dramatyczne były takie jej kulmi-
nacyjne punkty jak obchody Millennium, 
boje o procesję św. Stanisława czy kolejne 
pielgrzymki Jana Pawła II. Pochód pierw-
szomajowy rywalizował z procesją Boże-
go Ciała, a Centralne Dożynki ze świętem 

background image

96

REFLEK

SJE

D

ARIUS

Z

 K
O

SIŃSKI

Matki Boskiej Częstochowskiej. Walka ta 
skończyła się w 1989 tryumfem Kościoła, 
który na scenie pozostał sam i choć zabra-
kło przeciwnika, to jednak jej nie opuścił. 

W latach 90. ubiegłego stulecia, a w nasi-

leniu szczególnym w pierwszej dekadzie 
obecnego, obserwować można stały roz-
wój widowiskowych form życia katolic-
kiego. Odnawiane i coraz częściej wpro-
wadzane są w przestrzeń świecką wielka-
nocne i bożonarodzeniowe inscenizacje 

– misteria i jasełka. Niemal przy każdej 

nadającej się do tego okazji powołuje się 
działania typu procesyjnego związane 
z wychodzeniem poza świątynię. Swo-
ją Drogę Krzyżową ulicami ma niemal 
każde miasto, coraz częściej też nie jed-
ną, bo organizowane są tego typu nabo-

żeństwa parafialne i środowiskowe (na 
przykład młodzieżowe). W samych świą-
tyniach obserwować można wzrost naci-

sku na ozdobność i ceremonialność litur-

gii (procesje wewnątrz kościoła, zwięk-

szenie liczby okadzeń, wprowadzenie 
uroczystych procesji wiernych z darami), 
a elementy teatralne pojawiają się także 

w czasie kazań. W niektórych kościołach 

odprawia się okazjonalne nabożeństwa 

w „duchu lednickim” – pełne insceniza-

cji, z przygotowaną wcześniej scenogra-
fią, rekwizytami i programem tematycz-
nym organizującym wszystkie działania. 
Są one oczywiście wzorowane na zlotach 
młodzieży nad Jeziorem Lednickim, któ-
re w wigilię Zesłania Ducha Świętego or-
ganizuje od kilku lat o. Jan Góra, a które 
mają bardzo bogaty program inscenizacji 
połączonych z działaniami parateatral-
nymi (odgrywanie ról zaplanowanych 

wcześniej przez organizatorów) i parary-
tualnymi (zwłaszcza przejście przez bra-

mę-rybę) oraz nabożeństwami. Przykłady 

można by oczywiście mnożyć, ale już i te 
przywołane, i codzienna niemal obserwa-
cja życia polskiego Kościoła pokazują, że 
jego teatralizacja staje się faktem.

Właśnie – teatralizacja, a nie rozwój ry-

tualizmu. Opisywane działania mają bo-
wiem inne funkcje niż te, które spełniały 
na przykład XVII-wieczne kalwarie. Nie 
chodzi o przygotowanie doświadczenia, 
ale coraz częściej i coraz wyraźniej o de-
monstrację, pokazanie czy też wystawie-
nie się. Czy Droga Krzyżowa ulicami mia-
sta jest przeżyciem silniejszym od Dro-
gi Krzyżowej odprawionej w kościele, to 
oczywiście zależy od wielu czynników, ale 
ta zależność dotyczy obu form. Co do swej 
natury performatywnej nabożeństwo od-
prawione we wnętrzu czy w plenerze po-
zostaje tym samym – strukturą umożli-
wiającą czynne wejście w przeżycie Męki. 

Wyprowadzenie go poza świątynie może 

mieć oczywiście sens, gdy wiążą się z tym 
działania ułatwiające realizację owego za-
sadniczego celu. Tymczasem wyprowa-
dzenie Drogi Krzyżowej na ulice skutkuje 
na najprostszym poziomie poczuciem by-
cia oglądanym przez postronnych i – co za 
tym idzie – przynależności do grupy wy-
różnionej. Owa przynależność zaś prze-
suwa sens działania z wehikułu prze-
niesienia w świętą teraźniejszość w de-
monstrację prawowierności, a zarazem 
prowokację wymierzoną w biegnących 
za swoimi sprawami. Kościół oczywiście 
ma prawo do takich demonstracji i pro-

wokacji, ma prawo wykorzystywać formy 
pobożności do cementowania wspólno-
ty i przypominania o swych obowiązkach 
tym, którzy pozostają poza nią. Niebezpie-

czeństwo zaczyna się wtedy, gdy liczba ini-
cjatyw spełniających podobne funkcje za-
czyna przeważać nad tymi, których celem 

background image

97

REFLEK

SJE

  MIĘD

ZY
 KAL

W
ARIĄ A 

SPEKT

AKLEM

jest przygotowane doświadczenie religij-
ne, które nakierowane są nie na pozosta-
jących na zewnątrz, lecz na zgromadzo-
nych. Jest to niebezpieczeństwo teatrali-
zacji kultu, wprowadzające w sam środek 
obrzędowej wspólnoty podział na scenę 

(sferę aktywności) i widownię (biernych 

widzów), zastępujące skuteczność speł-

nianego rytuału wystawnością oglądane-
go i naśladowanego widowiska.

Niebezpieczeństwo to po zmianach 

w liturgii mszy wprowadzonych przez 
Sobór Watykański II rozlokowało się 
w samym centrum katolickiej obrzędo-
wości – w sakramencie Eucharystii. Rzecz 
pozornie drobna – odwrócenie celebransa 
twarzą do wiernych – zaowocowała nie-
zwykle doniosłymi skutkami. Wierni zgro-

madzeni na modlitwę znaleźli się w sy-
tuacji widowiskowej, w której poprzez 
zmianę relacji przestrzennych dawny re-
prezentant wspólnoty odprawiający nabo-

żeństwo w jej imieniu stał się aktorem wy-

stępującym przed zgromadzonymi. Ist-
niejące od dawna pokusy, by z wiernych 
stać się widzami, zostały w ten sposób de-
cyzją władzy duchownej potwierdzone 
i wzmocnione, co w efekcie – wraz z nara-
stającym poczuciem zagrożenia – dopro-

wadza (przynajmniej w Polsce) z jednej 

strony do narastającej pasywności, rezy-

gnacji z wysiłku uczestnictwa (na przy-
kład rezygnacji ze zbiorowego śpiewu), 
a z drugiej do wzmocnienia chęci „wyj-
ścia na scenę”, podejmowania aktywno-
ści w formie występu. Te chęci zaspakaja-
ją nowe widowiskowe formy ewangeliza-
cji, które nie tylko gubią inne, pozbawione 
elementu „wystawiania się” formy życia 
religijnego i uczestnictwa rytualnego, ale 

same z kolei stają się przedmiotem ma-
sowej spektakularyzacji. Ten neologizm 

łączący spektakl, sekularyzację i speku-
lację wydać się może krzywdzący wo-
bec szlachetnych niejednokrotnie inten-
cji inicjatorów różnych akcji, ale używam 
go w przekonaniu, że niebezpieczeństwo 
grożące polskiej kulturze katolickiej jest 
naprawdę poważne. Między uczestnika-
mi zgromadzenia lednickiego machają-
cymi przygotowanymi rekwizytami na 
wieść, że właśnie pokazuje ich telewizja, 
a ludźmi sprzeciwiającymi się budowie 
drogi przez dolinę Rospudy machający-
mi krzyżami jak orężem granica jest bar-
dzo cienka, a odległość niedaleka. W de-
cyzjach władz kościelnych propagujących 
i popierających manifestacyjne i teatral-
ne formy kultu widzę chęć podtrzyma-
nia tej widowiskowej walki, która toczyła 
się w latach PRL-u. Jest rzeczą naturalną 
i oczywistą, że wiara powinna mieć prawo, 
by się manifestować, że potrzeba znalezie-
nia się we wspólnocie szlachetnych tak ja-
sno wyrażona w działaniach zbiorowych 
podejmowanych po śmierci Jana Pawła II 
ma prawo i powinna mieć możliwość za-
spokojenia. Obawiam się jednak, że gro-
zi to poważnym zakłóceniem funkcjono-
wania rytualnych wehikułów będących 
prawdziwym skarbem polskiej kultury 

(nie tylko religijnej) i spełnieniem się dia-

gnozy Czarnowskiego, która tym razem 
opisywać będzie nie domniemanie po-
wierzchowny rytualizm, ale rzeczywistą 
instrumentalność atrybutów wiary i te-
atralizowanych form kultu.

Niedawno opublikowana adhortacja 

Benedykta XVI, podejmująca po raz ko-
lejny kwestie liturgiczne i sprzeciwiają-
ca się zastępowaniu tradycyjnych form 
kultowych przez modne przeszczepy, da-
je nadzieję, że proces ten zostanie za-
trzymany. Pisząc z uznaniem o formach 

background image

REFLEK

SJE

D

ARIUS

Z

 K
O

SIŃSKI

 przedsoborowych, Papież zdaje się wska-
zywać na świadomość konsekwencji zbyt-
niego otwarcia się na „modne nowinki”. 
Mocno wypowiadając się w obronie śpie-
wu gregoriańskiego, potwierdza swym 
autorytetem jego duchową moc, jedno-
cześnie sprzeciwiając się ułatwionej pop-
ularyzacji nabożeństw. Jest więc nadzieja, 
że niezwykle skuteczne już na poziomie 
fizjologicznym tradycyjne hymny nie zo-

staną zastąpione przez naskórkowy kicz 
spod znaku Piotra Rubika. Proces ten 
pewnie będzie trwał długo i dyskotekowi 
pseudoewangelizatorzy jeszcze w niejed-
nym kościele ustawią obok ołtarza swoje 
keyboardy. W końcu jednak może uda się 
ich usunąć. Może z czasem i rytualna siła 
liturgii, której nie trzeba ozdabiać i osła-
biać niedobrym teatrem, odzyska należny 

jej szacunek.