background image

Barbara Hambly 

 

background image

Dzieci Jedi 

 

 

DZIECI JEDI 

 

 
 

BARBARA HAMBLY 

 
 

Przekład 

ANDRZEJ SYRZYCKI 

JAROSŁAW KOTARSKI 

 
 

 

 

background image

Barbara Hambly 

Tytuł oryginału  

CHILDREN OF THE JEDI 

 
 

Ilustracja na okładce  

JOHN ALVIN 

 
 

Redakcja stylistyczna  

JADWIGA PILLER 

 
 

Redakcja techniczna  

ANDRZEJ WITKOWSKI 

 
 

Korekta  

HANNA RYBAK 

 
 

Skład  

WYDAWNICTWO AMBER 

 
 

Published originally under the title 

“Children of the Jedi” by Berkley Books 

Copyright © 1997 by Lucasfilm, Ltd. 

AU rights reserved. 

 
 

For the Polish translation  

© Copyright by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. 1997. 

 
 

ISBN 83-7169-446-6 

 
 

WYDAWNICTWO AMBER Sp. z o.o. 

00-108 Warszawa, ul. Zielna 39, tel. 620 40 13, 620 81 62 

Warszawa 1997. Wydanie I 

Druk: Elsnerdruck Berlin 

 
 

background image

Dzieci Jedi 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Annie 

 

 
 

background image

Barbara Hambly 

R O Z D Z I A Ł  

Z nieba, po którym płynęły przesycone kwasem chmury, lały się strugi ulewnego 

deszczu.  Uciekający  łowca  się  potknął.  Pragnąc  odzyskać  równowagę,  przebiegł  nie-
pewnie  kilkanaście  metrów,  po  czym  znów  usiłował  przycupnąć  pod  jakimś  dachem. 
Myślał  -  miał nadzieję - że znalazł się  na progu jakiegoś domu, ale po sekundzie po-
czuł, że ogarnia go przerażenie. Wydało mu się, że budowla o zaokrąglonych kształtach 
unosi się, zaczyna wić jak wąż i zmienia w pełną ostrych zębów czeluść, z której wnę-
trza  wypływa  czerń  cuchnąca  wymiocinami  i  gnijącymi  kośćmi.  Mógłby  przysiąc,  że 
węże  -  macki  -  wijące  się  kończyny  -  wyciągają  ku  niemu  coś,  co  było  zakończone 
maleńkimi  dłońmi  barwy  chlorku  kobaltawego...  ale  krople  ognistego  deszczu  nadal 
wypalały  dziury  w  jego  ciele,  a  więc  rzucił  się  w  gąszcz  macek.  Po  chwili  jednak 
oprzytomniał  i  wówczas  zorientował  się,  że  macki  są  tylko  porośniętymi  niebieskimi 
kwiatami pędami dzikiego wina. 

Mimo iż swąd palonego ciała nie przestawał drażnić nozdrzy, a ogniste krople na-

dal  wypalały dziury w dłoniach, nie  widział  śladów żadnych obrażeń. Widocznie rze-
czywistość  i  urojenia  mieszały  się  mu  w  mózgu  niczym  karty  w  talii.  Czy  możliwe, 
żeby ciało jego dłoni zostało spalone do samej kości? Czy nadal miał na palcach kilka 
pierścieni  ozdobionych  kryształami  andurytu,  a  pod  paznokciami  resztki  silnikowego 
smaru? 

W jakiej rzeczywistości te palce były zwinne i silne? Dlaczego w następnej sekun-

dzie  odnosił  wrażenie,  że  są  poskręcane  jak  suche  korzenie  i  zakończone  zakrzywio-
nymi paznokciami podobnymi do szponów rankora? 

Nie  wiedział.  Okresy,  kiedy  mógł  trzeźwo  myśleć,  następowały  coraz  rzadziej  i 

rzadziej  i z  trudem przypominał  sobie  podczas kolejnego przypływu świadomości, co 
właściwie czuł poprzednio. 

Łup. Zdobycz. Szukał kogoś. Musiał go odnaleźć. 
Był  łowcą  przez  te  wszystkie  wypełnione  wrzeszczącym  mrokiem  lata.  Zabijał, 

rozszarpywał, nawet jadł ociekające krwią mięso. Teraz musiał jednak odnaleźć... mu-
siał odnaleźć... 

Dlaczego przypuszczał, że ten, którego poszukiwał, przebywa właśnie w tym... w 

tym miejscu nieustannie zmieniającym kształty? Będącym w jednej chwili rozwrzesz-

background image

Dzieci Jedi 

czaną zębatą dziurą w murze, a w następnej porośniętymi dzikim winem ścianami bu-
dynku o łagodnej, wdzięcznie zaokrąglonej formie? Dlaczego zamieniało się to znów w 
koszmar? Dlaczego działo się tak ze wszystkim? 

Mężczyzna zaczął grzebać w kieszeni luźnego kombinezonu, po czym wyciągnął 

zabrudzony żółtozielony kawałek flimsiplastu, na którym ktoś - może on sam - napisał: 

 

HAN SOLO 

ITHOR 

CZAS SPOTKANIA 

 

- Czy widziałeś to już kiedyś? 
Han Solo, oparty jedną ręką o parapet owalnego okna, pokręcił głową. 
- Kiedyś poleciałem na jedno z takich Spotkań, zorganizowanych gdzieś w głębi-

nach przestworzy, mniej więcej w połowie odległości między Jamami Ploomy a Obrze-
żem Galaktyki - odparł. -Troszczyłem się jednak tylko o to, żebym nie został dostrze-
żony przez systemy czujników Ithorian. Miałem wówczas dostarczyć Worrtowi Gram-
bie prawie sto kilogramów białej jak kość słoniowa skały i wynieść się stamtąd, zanim 
dopadną mnie imperialni celnicy. Uważam, że to było najbardziej... a zresztą, nie wiem. 
- Wykonał lekki ruch ręką, jakby zakłopotany tym, że został przyłapany na zabawie w 
sentymenty. - Imponujące nie jest odpowiednim słowem. 

Nie. Leia Organa Solo wstała z fotela ustawionego przed terminalem komunikato-

ra i podeszła do męża. Biały jedwab  płaszcza ciągnął  się za nią, układając w idealnie 
prostej linii. Dla przemytnika, którym był w tamtych czasach, mogło to być osiągnięcie 
„imponujące"  pod  względem  nawigacyjnym,  a  może  i  nie  tylko  takim.  Leia  widziała 
jednak kiedyś, jak wielkie ithoriańskie latające miasta-oazy gromadzą się, manewrując 
między polami deflektorów innych miast ze swobodą i wdziękiem ławicy srebrzystych 
rybek. Obserwowała, jak łączą się ze sobą, nie wahając się chwili dłużej niż palce pra-
wej ręki pragnące złączyć się z palcami lewej. 

Dzisiaj chodziło jednak o coś więcej. 
Przyglądając  się  Spotkaniu,  jakie  wyznaczono  nad  zieloną  ithoriańską  dżunglą, 

Leia  nie  potrafiła  określić  go  inaczej  niż  „pełne  Mocy":  żyjące  Mocą,  przesiąknięte 
Mocą, poruszające się w rytm oddechu Mocy. 

I tak piękne, że trudno byłoby opisać je słowami. 
Gruba  warstwa  deszczowych  chmur  zaczynała  się  przerzedzać,  rozstępować.  Pa-

dające ukośnie promienie słońca zalewały jasnym blaskiem baldachim dżungli, niemal 
muskany  przez  najniżej  szybujące  miasta.  Odbijały  się  od  kamiennych,  gipsowych  i 
marmurowych  ścian,  uwypuklając  mozaikę  dziesiątków  odcieni  żółtych,  różowych  i 
brązowych  powierzchni.  Padały  na  osłony  antygrawitacyjnych  generatorów  i  za-
chwaszczone  ogrody,  pełne  błękitnolistnych  roślin,  tremminów  i  ogromnych  paproci. 
Pomiędzy  miastami  przerzucono  mnóstwo  pomostów.  Dziesiątki  takich  konstrukcji 
łączyło antygrawitacyjne  platformy, po których ciurkały strumyki Ithorian, odzianych 
w różnobarwne szaty i przypominających kwiaty. Szkarłatne i błękitne proporce trzepo-
tały na wietrze jak żagle. Na każdym bogato rzeźbionym balkonie, każdej klatce scho-

background image

Barbara Hambly 


dowej, każdym stabilizatorze i maszcie, a nawet  w każdym plecionym koszu, których 
mnóstwo zwisało na podobieństwo korzeni pod każdą gigantyczną latającą wyspą, wi-
dać było tłumy Ithorian. 

- A ty? - zapytał Han. 
Leia uniosła szybko głowę i spojrzała na mężczyznę stojącego u jej boku. Tu, po-

nad  ciągnącym  się  jak  okiem  sięgnąć  gąszczem  drzew  bafforr  tworzących  dżunglę, 
powietrze było ciepłe i rześkie, przesycone aromatami roślin i kwiatów, a konstrukcje 
projektowanych  przez  Ithorian  pomieszczeń  zwiewne  i  lekkie,  podobne  do  struktury 
rafy koralowej. Han i jego żona stali, otoczeni kwiatami i skąpani w blasku słońca. 

-  Kiedy  byłam  mała  i  miałam  pięć,  a  może  sześć  lat,  ojciec  zabrał  mnie  na  Czas 

Spotkania jako przedstawiciel imperialnego Senatu - odparła Leia. - Uważał, że powin-
nam to wszystko zobaczyć. 

Przez chwilę milczała, przypominając sobie pulchną dziewczynkę o włosach sple-

cionych  w  grube  warkocze  i  ozdobionych  niewielkimi  perłami.  Pamiętała  także 
uśmiechniętego  mężczyznę,  którego  i  teraz  nie  przestawała  uważać  za  prawdziwego 
ojca.  Uprzejmego  nawet  wówczas,  kiedy  czasami  nie  opłacało  się  być  uprzejmym; 
mądrego  wtedy,  kiedy  nie  wystarczała  największa  mądrość.  Baila  Organę,  ostatniego 
księcia Alderaanu. Han otoczył żonę ramieniem. 

- Teraz także tu jesteś - powiedział. 
Leia  uśmiechnęła  się z przymusem. Dotknęła pereł zdobiących jej długie  kaszta-

nowate włosy. 

- Jestem - powtórzyła. 
Od  strony  stojącego  za  ich  plecami  terminala  komunikatora  doleciał  cichy  świst 

sygnalizujący pojawienie się codziennego raportu z Coruscant. Leia spojrzała na wodny 
zegar  składający  się  głównie  ze  szklanych  baniek  i  tryskających  fontann.  Doszła  do 
wniosku, że może poświęcić trochę czasu, aby przynajmniej zerknąć na to, co wydarzy-
ło  się  w  stolicy  Nowej  Republiki.  Gorzkie  doświadczenie  nauczyło  ją,  że  niewielkie 
anomalie mogą często zwiastować katastrofy. 

Albo - pomyślała, przeglądając podsumowania i raporty, a także zapoznając się z 

mniej  lub  bardziej  ciekawymi  opisami  różnych  zdarzeń  -  mogą  pozostać  niewielkimi 
anomaliami. 

-  No,  i  jak  powiodło  się  Pancernikom  podczas  meczu  ubiegłej  nocy?  -  Han  pod-

szedł do szafy, by włożyć odświętną, ciemnozieloną wełnianą marynarkę. Pasowała na 
niego  jak  ulał,  a  szkarłatno--biały  pasek,  jakim  została  obszyta,  jeszcze  bardziej  pod-
kreślał szerokość jego barków i gibkość ciała. Sugerował sprężystość i siłę, ale w taki 
sposób, żeby marynarka nie kojarzyła się z wojskową bluzą. Leia zauważyła kątem oka, 
jak Han przegląda się w zwierciadle. Starannie ukryła lekki uśmiech. 

-  Czy  sądzisz,  że  wyniki  meczów  smeczpiłkarskich  wywiad  uznał  za  ważniejsze 

od raportów na temat kryzysów międzyplanetarnych czy doniesień o ostatnich posunię-
ciach imperialnych lordów? 

Leia właśnie zaglądała na koniec raportu, gdzie wywiad na ogół umieszczał takie 

informacje. 

background image

Dzieci Jedi 

-  Jasne  -  odparł  pogodnie  Solo.  -  Przecież  nie  zakładali  się  o  wyniki  tych  kryzy-

sów. 

- Rozjuszone Dzikusy wygrały dziewięć do dwóch - rzekła Leia. 
-  Rozjuszone...  co  takiego?  Rozjuszone  Dzikusy  to  banda  tchórzliwych  półgłów-

ków! 

-  Założyłeś się z  Landem, że  wygrają Pancerniki?  - Leia odwróciła się i błysnęła 

zębami  w  szerokim  uśmiechu,  ale  kiedy  ponownie  spojrzała  na  ekran,  na  wiadomość 
umieszczoną tuż nad wynikami meczu, na jej czole pojawiła się głęboka zmarszczka. -
Stinna Draesinge Sha została zamordowana. 

- Kto? - zainteresował się Han Solo. 
- Kobieta,  która nauczała  w Instytucie Magrody'ego  - odparła Leia.  - Była  nawet 

kiedyś studentką samego Magrody'ego. To ona uczyła Cray Minglę. 

- Tę samą Cray, która studiuje teraz w akademii Luke'a? - Han podszedł do termi-

nala i stanął za plecami Leii. - Blondynkę z taaakimi nogami? 

Leia wymierzyła mu kuksańca w żebra. 
- Może nie wiesz, ale ta blondynka z taaakimi nogami jest jedną z najbardziej bły-

skotliwych  programistek  z  dziedziny  sztucznej  inteligencji.  Niewiele  takich  jak  ona 
objawiło się w ciągu ostatniego dziesięciolecia - powiedziała. 

Han  wyciągnął  rękę  ponad  ramieniem  Leii  i  posłużył  się  klawiaturą,  żeby  zapo-

znać się z dodatkowymi informacjami na ten temat. 

- No cóż, to nie zmienia faktu, że nadal jest blondynką z taaakimi nogami...  - za-

czął. - To dziwne. 

- Co takiego? - zapytała Leia. - To, że ktoś zamordował emerytowaną specjalistkę 

od teorii programowania androidów? 

-  Co  innego.  Dziwne  jest  to,  że  do  zamordowania  tej  emerytowanej  specjalistki 

ktoś  wynajął  samego  Phlygasa  Grynne'a.  -  Han  przemieścił  podświetlony  pasek  na 
ekranie  w  taki  sposób,  żeby  ukazywał  rubrykę  danych  personalnych  Domniemanego 
Sprawcy. - Phlygas Grynne jest jednym z najlepiej opłacanych morderców, jakich moż-
na  wynająć  w  systemach  gwiezdnych  rozrzuconych  w  okolicach  jądra  galaktyki.  Za 
wykonanie  zlecenia  dostaje  zazwyczaj sto tysięcy  kredytów. Kto  mógłby aż tak znie-
nawidzić tę biedną programistkę? 

Leia odsunęła fotel i wstała. Było widać, że rzucona przez Hana zdawkowa uwaga 

uderzyła ją jak obuchem. 

- To zależy od tego, co programowała. 
Han wyprostował się, ale ujrzawszy zmianę, jaka zaszła na twarzy jego żony, nie 

odważył się odpowiedzieć. 

- Jej nazwisko nie figurowało na żadnej liście - odezwał się dopiero wówczas, kie-

dy  Leia,  starając  się  nie  dać  po  sobie  znać,  jak  bardzo  jest  wstrząśnięta,  podeszła  do 
lustra w szafie, by przypiąć kolczyki. 

- Była jedną ze studentek Magrody'ego - powtórzyła Leia. 
- Podobnie jak sto pięćdziesięcioro innych ludzi - zauważył łagodnie Han. Zorien-

tował się, że od żony promieniuje zdenerwowanie, podobne do promieni gamma wydo-
bywających się z otchłani czarnej dziury. - Tak się złożyło, że Nasdra Magrody nauczał 

background image

Barbara Hambly 


w czasach, kiedy Imperator budował swoją Gwiazdę Śmierci. On i jego studenci nale-
żeli  wówczas  do  najlepszych  specjalistów  w  swoim  fachu.  Kogóż  innego  miałby  za-
trudniać Palpatine? 

- Wiesz, nadal krąży plotka, że to ja jestem odpowiedzialna za zniknięcie Magro-

dy'ego. - Leia odwróciła się do męża. Zacisnęła usta, co nadało jej twarzy wyraz gorz-
kiej ironii. - Oczywiście, ludzie mówią tak tylko wówczas, kiedy tego nie słyszę - doda-
ła szybko, niemal widząc w oczach męża iskry gniewu, a na jego ustach pytanie:„Kto 
tak mówi?" - Czy nie sądzisz, że powinnam zawsze wiedzieć nawet to, co szepcze się 
za moimi plecami? Ponieważ to wszystko działo się jeszcze zanim zaczęłam być kimś 
ważnym pośród  Rebeliantów, twierdzono, że  kazałam swoim  „przyjaciołom przemyt-
nikom"  zamordować  i  naukowca,  i  jego  rodzinę,  a  później  ukryć  zwłoki,  tak  by  nikt 
nigdy ich nie znalazł. 

- Ludzie zawsze  wygadują bzdury o tych,  którzy sprawują władzę.  - Han  wyczu-

wał ból żony, kryjący się za pancerzem opanowania. W jego chropawym głosie brzmiał 
jednak gniew. - Z pewnością coś takiego można było powiedzieć na temat samego Pal-
patine'a. 

Leia  nie  odpowiedziała.  Jej  spojrzenie  skierowało  się  na  chwilę  ku  odbiciu  w 

zwierciadle. Kobieta najpierw wygładziła fałdy płaszcza, a potem poprawiła zaplecione 
pukle włosów. Kiedy ruszyła do wyjścia, Han chwycił ją za ramiona i obrócił, pragnąc 
spojrzeć  w  jej  oczy.  Ujrzał  szczupłą  i  drobną  kobietę,  niespełna  trzydziestoletnią: 
księżniczkę Rebeliantów, która została wybrana przywódczynią Nowej Republiki. 

Nie  miał pojęcia, co chciałby albo mógłby powiedzieć, żeby przynieść jej ukoje-

nie. Przyciągnął Leię do siebie i pocałował, ale uczynił to o wiele delikatniej, niż po-
czątkowo zamierzał. 

- Najgorsze  w tym wszystkim jest to  - odezwała się cicho  - że każdego dnia roz-

myślam, czy jednak tego nie powinnam zrobić. 

Obróciła się, nadal trzymając jego dłoń w swoich. Na twarzy Leii pozostał jednak 

wyraz chłodnej zawziętości. Han wiedział, że żona skrywa  w ten sposób ból, którego 
istnienia  nie  może zdradzić  nawet  jemu.  Lata  przymusowego polegania  tylko na  wła-
snych siłach i nie ujawniania przed nikim własnych uczuć wycisnęły na jej twarzy nie-
zatarte piętno. 

- Mam te listy - oznajmiła. - Wiem, kto pracował na pokładach Gwiazdy Śmierci, 

kogo Palpatine zatrudniał w swoim sztabie naukowców i kto nauczał na pokładzie krą-
żącej wokół Omwat edukacyjnej orbitalnej sfery... i dobrze wiem, że ci wszyscy ludzie 
pozostają  w  tej  chwili  poza  zasięgiem  wymiaru  sprawiedliwości  Nowej  Republiki. 
Wiem jednak i to, jak łatwo mogłabym  wysupłać  kredyty ze skarbca, by wynająć za-
bójców pokroju Phlygasa Grynna,  Dannika Jerycha, czy któregokolwiek z  „przyjaciół 
przemytników", o których się tak często mówi. Żeby kazać im odnaleźć tych ludzi i po 
prostu... sprawić, żeby zniknęli. Bez procesu. Bez zadawania jakichkolwiek pytań. Bez 
możliwości uwolnienia na podstawie zawiłych kruczków prawnych. Jedynie dlatego, że 
j a wiem, iż są winni. Ponieważ j a tak chcę. 

Westchnęła, ale kiedy ponownie spojrzała na Hana, było widać, że z jej oczu znik-

nęła część bólu. 

background image

Dzieci Jedi 

10 

- Luke twierdzi, że ciemna strona Mocy daje wielką władzę -ciągnęła po chwili. - 

Moc nie jest jedyną rzeczą mającą ciemną stronę, Hanie. A najbardziej zdradliwą cechą 
każdej ciemnej strony jest łatwość, z jaką można się nią posługiwać... i to, że zapewnia 
ci wszystko, czego, twoim zdaniem, pragniesz. 

Wspięła  się  na  palce i pocałowała go, jakby chciała  mu  w  ten sposób podzięko-

wać. Wiejący za oknami wiatr przyniósł dźwięki kurantów. Wydawało się, że po niebie 
rozlewa się niezwykła jasność. 

Leia lekko się uśmiechnęła. 
- Już czas - powiedziała. 
 
Oazy  zbierały  się  w  wielkie  stada.  Miasta  łączyły  się,  by  utworzyć  jeden  gigan-

tyczny,  bogato  zdobiony  zielenią  organizm,  wzniesiony  z  różnobarwnych  kamieni, 
ciemnego drewna i błyszczącego szkła. Segmentowane pomosty stykały się, jakby wy-
ciągały do siebie długie ręce, by połączyć platformę jakiegoś klanu z platformą innego; 
jeden napowietrzny dom z drugim. W przestrzeni nad platformami roiło się od balonów 
i latawców. Arborale, brzytwodzioby i inne okazy ithoriańskiej fauny, żyjące w gęstwi-
nie  liści  najwyższych  pięter  dżungli,  siadały  beztrosko  na  krawędziach  plecionych 
wielkich koszy wiszących tuż nad wierzchołkami drzew. Ćwierkały i szczebiotały, nie 
wiedząc,  że  w  tym  czasie  Ithorianie  zaczynają  gromadzić  się  na  centralnym  placu 
„Chmury-Matki". 

„Chmura-Matka" - stado słynące ze szpitali i hut szkła zostało wybrane jako ofi-

cjalne miejsce powitania przedstawicieli rozmaitych światów Republiki, głównie dlate-
go,  że  dysponowało  największymi  lądowiskami  dla  wahadłowców  i  najlepszymi  po-
mieszczeniami dla przybywających gości. Gdyby ktoś chciał  powiedzieć całą prawdę, 
musiałby także wspomnieć, iż żadne inne nie było takie piękne. Kiedy Leia stanęła na 
najwyższym  stopniu  schodów  wiodących  na  wielką  platformę  recepcyjną,  skąpaną  w 
słonecznym  blasku,  odniosła  wrażenie,  że  ogromna  kwadratowa  przestrzeń  jest  po 
brzegi wypełniona istotami odzianymi w różnobarwne stroje i wymachującymi pękami 
kwiatów. Ujrzała  morze nieforemnych, podobnych do skórzanych głów, i kierujących 
na nią łagodne, wielkie oczy. 

Od strony tłumu Ithorian zaczęło napływać to wznoszące się, to opadające zawo-

dzenie świadczące o podziwie i zachwycie. Przypominało śpiew milionów ptaków wi-
tających nadejście nowego świtu. Ithorianie machali szarfami i kwiatami, ale ruchy ich 
rąk nie były wcale chaotyczne. Przywodziły na myśl łagodnie falującą taflę wody. Nie-
którzy ludzie uważali ich za istoty niezgrabne czy nawet straszne, ale tu, na rodzimym 
świecie, tubylców cechowało dziwaczne piękno. Leia uniosła ręce w geście pozdrowie-
nia. Ujrzała, że jej mąż także zaczyna machać ręką. Stojące za nimi trzyletnie bliźnięta: 
Jacen i Jaina puściły dłonie Winter i poszły w ślady rodziców. W przeciwieństwie do 
nich mały Anakin, nie wypuszczając dłoni Jainy, stał nieruchomo. Szeroko otworzyw-
szy oczy, spoglądał w prawo i lewo. 

Po chwili od tłumu oderwała się grupa przywódców stada - kilkanaście istot róż-

nego  wzrostu,  mających  na  ogół  od  dwóch  do  trzech  metrów.  Członkowie  delegacji 
różnili się także barwą skóry. Niektórzy mieli karnację ciemnozieloną, inni zaś jaskra-

background image

Barbara Hambly 

11 
wożółtą, podobną do barwy upierzenia ptaka pellata. Długie szyje i spłaszczone głowy 
nadawały im wygląd litery T, ale w szeroko rozstawionych oczach kryły się mądrość i 
wielki spokój. 

-  Wasza  Wysokość...  -  Umwaw  Moolis,  ithoriańska  przedstawicielka  w  Senacie, 

pochyliła  głowę  i  rozłożyła  szeroko  ręce  w  geście  pełnym  szacunku  i  oddania.  -  W 
imieniu stad Ithor witam cię na Czasie Spotkania. Witam także ciebie, generale Solo, i 
ciebie, mistrzu Luke'u Skywalkerze... 

Leia niemal zapomniała, że Luke również został zaproszony na Spotkanie. Musiał 

zejść na platformę tuż za nią. Stał teraz z pochyloną głową, odpowiadając na powitanie. 
Leia mogła odnieść wrażenie, iż jej brat jest otoczony szczelnie ciszą jak opończą. Ce-
chował go głęboki smutek wynikający ze świadomości bycia mistrzem Jedi i koniecz-
ności  wędrowania  trudnymi  szlakami,  związanymi  z  tym  faktem.  Dopiero  kiedy  się 
uśmiechnął,  Leia  zobaczyła  ponownie  tego samego podnieconego jasnowłosego  wiej-
skiego chłopca, który, odziany w błyszczący biały pancerz szturmowca, wdarł się do jej 
więziennej celi na pokładzie imperialnej Gwiazdy Śmierci i powiedział: „Jestem Luke 
Skywalker"... 

W cieniu wspierającego się na kolumnach portyku sali recepcyjnej Leia mogła do-

strzec  innych,  którzy  zjawili  się  na  uroczystości.  Mignęła  jej  sylwetka  Wookiego 
Chewbaccy, drugiego pilota, mechanika i najlepszego przyjaciela Hana z czasów, kiedy 
byli  przemytnikami.  Chewie,  ponad  dwumetrowy  kudłacz,  przybył  na  Spotkanie  ze 
starannie uczesaną rudobrązową sierścią. Leia dostrzegła także złocisty błysk pancerza 
protokolarnego  androida  See-Threepia,  a  także  kopułkę  Artoo-Detoo,  jego  niższego 
druha, baryłkowa-tego robota astronawigacyjnego. 

Po tych wszystkich bitwach... - pomyślała Leia, odwracając się tyłem do ithoriań-

skiej  delegacji.  -  Po  tych  bitwach,  toczonych  na  planetach,  których  nazwy  ledwie  pa-
miętała,  mimo  iż  w  koszmarach  sennych  nadal  czuła  chłód,  gorąco  i  przerażenie...  A 
jednak,  po  tych  wszystkich  niebezpieczeństwach  i  zagrożeniach,  Republika  istniała. 
Rosła w siłę, pomimo knowań różnych lordów, satrapów starej władzy, a także planet, 
które tak bardzo ukochały wolność, że teraz nie chciały wchodzić w skład żadnej fede-
racji i nie  zgadzały się  na  nic oprócz całkowitej niepodległości. Pławiąc  się  w blasku 
promieni  słońca  i  ciesząc  absolutnym  spokojem  tego  świata,  nie  można  było  nie  od-
czuwać radości na myśl o tym, że jednak odnieśli wielki sukces. 

Leia  ujrzała nagle, że Luke, jakby usłyszał jakiś dźwięk, raptownie  się odwrócił, 

po czym zaczął przyglądać się otaczającym salę recepcyjną dwupiętrowym arkadom. W 
tej samej chwili i ją ogarnęło przeczucie straszliwego niebezpieczeństwa... 

- Solo! 
Głos przypominał raczej krzyk, jaki mógł wydrzeć się tylko z udręczonej piersi. 
- Solo! 
Z górnego balkonu arkad zeskoczył nagle jakiś mężczyzna. Uczynił to bez zasta-

nowienia, z szybkością zwierzęcia. Wylądował w połowie schodów i rozłożywszy sze-
roko ręce, zaczął biec w ich stronę. Zaskoczeni Ithorianie  zachwiali się, kiedy przeci-
skał się między nimi, ale później, przerażeni i wstrząśnięci, zaczęli rozstępować się na 
boki. Leia zwróciła uwagę na białka oczu mężczyzny, który sprawiał wrażenie szaleń-

background image

Dzieci Jedi 

12 

ca. Ujrzała kropelki śliny na jego zmierzwionej brudnej brodzie, ale w tej samej chwili 
pomyślała, że przecież nieznajomy nie jest uzbrojony. W następnym ułamku sekundy 
uświadomiła sobie jednak, że nie należy on do takich, którzy by się tym przejmowali. 

Ithoriańscy  przywódcy  stada  zaczęli  otaczać  mężczyznę,  ale  ich  odruchy  miały 

szybkość charakterystyczną dla tysięcy pokoleń istot roślinożernych. Napastnik znalazł 
się o niespełna pół metra od Hana, kiedy Luke  włączył się do akcji. Nie spiesząc się, 
przeszedł  obok  przyjaciela  i  pochwycił  rękę  nieznajomego  tuż  powyżej  dłoni,  zakoń-
czonej rozczapierzonymi palcami. Bez widocznego wysiłku przerzucił mężczyznę nad 
głową,  po  czym  schwycił  w  locie  i  nie  czyniąc  żadnej  krzywdy,  łagodnie  ułożył  na 
kamiennej posadzce. Han, który cofnął się o krok, by ułatwić mistrzowi Jedi przerzuce-
nie napastnika, podszedł teraz do leżącego nieznajomego, żeby pomóc go obezwładnić. 

Z równym powodzeniem mógłby starać się powstrzymać oszalałego rankora. Było 

coś odrażająco zwierzęcego w sposobie, w jaki mężczyzna szarpał się i miotał, usiłując 
uwolnić  z  uchwytu palców  Hana  i  Luke'a. Przez  cały czas nie  przestawał  wrzeszczeć 
jak szalony. Udałoby mu się wyrwać, gdyby na pomoc nie nadbiegł Chewbacca w to-
warzystwie kilku Ithorian. 

- Zabić was! Zabić was! - krzyczał napastnik. Kiedy Han, Wookie i kilku tubylców 

ciągnęło go po posadzce, jego brudne poranione ręce, szarpane konwulsyjnymi drgaw-
kami, usiłowały wyrwać się z uścisku ich palców. - Zabić was! Pozabijać was wszyst-
kich! Solo! Solo! 

Ostatni okrzyk przypominał zwierzęce  wycie. W tej samej chwili z boku sali re-

cepcyjnej wyskoczyło kilku ithoriańskich lekarzy. Podbiegli do mężczyzny tak szybko, 
że aż powiewały ich purpurowe szaty. Jeden przytknął do szyi wylot aparatu infuzyjne-
go  i  wstrzyknął  dawkę  jakiegoś  środka  uspokajającego.  Napastnik  otworzył  szeroko 
usta, jakby chciał chwycić podwójną porcję powietrza, a w jego oczach odmalował się 
straszliwy ból. Po chwili zwiotczał i przytrzymywany przez kilka par dłoni naraz, osu-
nął się na posadzkę. 

Pierwszym  odruchem  Leii  było  chwycenie  ręki  Hana.  Nagle  jednak  dwa  metry 

platformy,  jakie  dzieliły  ich  od  siebie,  zamieniły  się  dosłownie  w  barykadę  ciał  Itho-
rian,  górujących  nad  nimi,  gwałtownie  gestykulujących  i  wydających  melodyjne 
dźwięki. Mogłoby się wydawać, że słychać odgłosy nieprawdopodobnie zgranej orkie-
stry,  w  której  wszystkich  muzyków  naszpikowano  mózgoskrętem  albo  yarrockiem. 
Przez tłum tubylców już przeciskała się Umwaw Moolis. 

- Wasza Ekscelencjo, jeszcze nigdy w historii tego stada, a nawet tego świata, nie 

wydarzyło się coś, co choćby przypominało tę niezwykłą napaść... 

Z trudem powstrzymywała się, by nie zepchnąć dostojnych gości na bok. 
Tymczasem  Luke  udał  się  prosto  do  miejsca,  z  którego  zeskoczył  nieznajomy. 

Podskoczywszy,  pofrunął  z  platformy  na  balkon,  a  stamtąd  zaczął  obserwować  i  ko-
lumnadę, i widoczny pod nim kwadrat platformy. 

Dzieci ! 
Leia zaczęła przeciskać się przez tłum, zmierzając w stronę wyjścia. 

background image

Barbara Hambly 

13 

Winter jednak zniknęła. Z cienia pod kolumnami wyłoniła się sylwetka złocistego 

androida. See-Threepio podszedł do Leii, stawiając dziwnie sztywno mechaniczne nogi. 
Chwycił ją za rękę. 

- Wasza Wysokość, pani Winter wróciła z Jacenem, Jainą i Anakinem do komnat 

dzieci  - zameldował.  - Pozostawała tu tylko przez chwilę,  aby pokazać im, że genera-
łowi Solo nie  przydarzyło się  nic  złego. Może byłoby celowe, gdyby przy  najbliższej 
okazji pani i generał Solo udali się tam i sami uspokoili pociechy. 

- Czy dzieci  są dobrze strzeżone?  - zapytała  Leia. Wiedziała, że Han potrafi  sam 

zatroszczyć się o siebie... Przez jedną, krótką jak mgnienie oka chwilę, znów dostrzegła 
targaną  konwulsjami  zarośniętą  twarz  szaleńca.  Wydało  się  jej,  że  napastnik  wyciąga 
szponiaste palce, usiłując pochwycić jej maleństwa... 

- Jest teraz z nimi Chewbacca. 
- Dzięki, Threepio. 
- Nie sądzę, żeby  groziło nam jeszcze jakiekolwiek niebezpieczeństwo  - odezwał 

się  Luke,  który  szeleszcząc  czarnym  płaszczem,  nagle  znalazł  się  u  boku  Leii.  Kiedy 
ściągnął kaptur z głowy, ukazały się rozczochrane jasnobrązowe włosy. Z jego twarzy, 
poznaczonej bliznami od czasów spotkania z lodowym stworzeniem na Hoth, nie moż-
na było wyczytać, o czym myśli, ale błękitne oczy dostrzegały chyba wszystko. 

- Dzieci są bezpieczne? 
- Przebywają w swoich komnatach - odpowiedziała Leia. - Pilnuje ich Chewbacca. 
Rozejrzała  się  po  wielkim  placu.  Han  stał  nadal  w  tym  samym  miejscu,  co  po-

przednio, otoczony tłumem Ithorian, zawodzących i  wymachujących rękami.  Wpatry-
wał się w drzwi, przez które wyniesiono napastnika, mimo iż były ukryte w głębokim 
cieniu. Od czasu do czasu kiwał głową i nawet usiłował odpowiadać przywódcom sta-
da,  zapewniającym  go,  że  taka  rzecz  jeszcze  nigdy  nie  miała  miejsca  na  ich  świecie. 
Leia  widziała  jednak,  że  jej mąż  myśli  o  czymś  innym  i  właściwie  nie  słyszy,  co  do 
niego mówią. 

Ujęła brata pod rękę i oboje przecisnęli się do Hana. 
- Nic ci się nie stało? - zapytała. 
Han pokręcił głową, ale poświęcił im tylko chwilę uwagi. Leia pamiętała, że by-

wał mniej zdenerwowany, kiedy odpierał ataki imperialnej floty strzelającej do niego ze 
wszystkich dział i korzystającej ze wsparcia wielu eskadr gwiezdnych myśliwców. 

- To nie mógł być z góry ukartowany atak. - Luke obrócił głowę i popatrzył na te 

same drzwi,  na  które  spoglądał  Solo.  -  Kiedy przestanie działać  środek  uspokajający, 
spróbuję zapuścić myśli do mózgu napastnika. Może wówczas dowiemy się, kim jest... 

- Wiem, kim jest - przerwał Han. 
Brat i siostra popatrzyli na niego, nie kryjąc zaskoczenia. 
- Jeżeli to nie była zjawa, a wcale nie twierdzę, że tak nie było... -zaczął Han - po-

wiedziałbym, że widzieliśmy mniej więcej pięćdziesiąt procent mojego starego kumpla, 
Druba McKumba. 

background image

Dzieci Jedi 

14 

R O Z D Z I A Ł  

- Dzieci. 
Przywiązany do diagnostycznego łoża mężczyzna wybełkotał to słowo, jakby jego 

wargi,  język  i  podniebienie  były  napuchnięte  i  zdrętwiałe.  W  pomarszczonej  twarzy, 
przypominającej  księżycowy  krajobraz,  tkwiły  nie  widzące  niczego  niebieskie  oczy. 
Kilka  niewielkich  monitorów  wiszących  nad  miękkim  łożem  nieustannie  ukazywało 
rzędy  różnobarwnych  zygzakowatych  linii.  Spoglądając  na  środkowy  ekran,  Leia  wi-
działa, że przemytnik nie czuje żadnego bólu. Wiedziała, że naszpikowany takimi ilo-
ściami gylocalu nawet nie mógł go odczuwać. Linie, pokazywane na ekranie monitora 
znajdującego  się  z  prawej  strony,  przypominały  jednak  skomplikowaną  pajęczynę, 
splecioną  z  jaskrawoczerwonych  i  pomarańczowych  nitek.  Dowodziły,  że  chyba 
wszystkie  koszmary galaktyki sprzysięgły się, by pohulać  na przednim płacie mózgo-
wym nieszczęśnika. 

- Dzieci - mruknął znów mężczyzna. - Ukryli dzieci w głębi szybu. 
Leia spojrzała na Hana stojącego po drugiej stronie ogromnego łoża. W jego orze-

chowych oczach wcale jednak nie ujrzała odbicia leżącej przed nim wycieńczonej isto-
ty, odzianej w zielony zniszczony plastenowy kombinezon pilota transportowców dale-
kiego  zasięgu.  Dostrzegła  kapitana,  którego  dobrze  znał  przed  wielu  laty;  grubego, 
tryskającego zdrowiem i bezustannie latającego od jednego świata do drugiego. 

W Domu Zdrowia „Chmury-Matki" panował łagodny półmrok, rozjaśniany jedy-

nie  niebieskozielonym  blaskiem  paneli  jarzeniowych.  Podobnie  jak  we  wszystkich 
innych pomieszczeniach stada, umieszczono tu mnóstwo rozmaitych roślin. Tomla El, 
naczelny uzdrowiciel stada, był dosyć niskim Ithorianinem, obdarzonym błękitnozielo-
ną karnacją skóry. Nic dziwnego, że okryty purpurową szatą, w panującym półmroku 
mógł wydawać się duchem albo zjawą. Przez jakiś czas przyglądał się ekranom monito-
rów, by w końcu zwrócić się do Luke'a stojącego u jego boku. 

-  Nie  jestem  pewien,  czy  zaglądanie  do  jego  mózgu  przyniesie  ci  jakąś  korzyść, 

mistrzu  Skywalkerze.  -  Kiedy  popatrzył  na  szaleńcze  skoki  plamek  świetlnych,  wi-
doczne na ekranie monitora wiszącego z prawej strony, zamrugał powiekami okrągłych 
złocistych oczu. - Otrzymał takie dawki gylocalu i hypnocanu, jakie tylko odważyliśmy 

background image

Barbara Hambly 

15 
się mu zaaplikować. Jego mózg został poważnie uszkodzony, a w organizmie pozostały 
ślady świadczące o częstym zażywaniu bardzo dużych dawek yarrocku. 

- Yarrocku? - zapytał zdumiony Luke. 
-  To  by  wyjaśniało,  dlaczego  zachowywał  się  jak  szaleniec  -zauważył  Han.  -Nie 

widziałem  się z Drubem przez ostatnie  siedem czy osiem lat, ale  w czasach,  kiedy  go 
znałem, nie odważył się nawet powąchać pogromcy zmartwień, a tym bardziej szpiko-
wać takimi ilościami środków halucynogennych. 

- Może to dziwne - odezwał się uzdrowiciel - ale nie sądzę, żeby stan jego zdrowia 

można było przypisać tylko działaniu narkotyków. Sądząc po reakcjach odruchowych, 
przypuszczam, że yarrock działał jedynie jako środek hamujący olbrzymią aktywność 
jego  mózgu.  To  właśnie  dzięki  niemu  mógł  cieszyć  się  chociaż  krótkimi  chwilami 
świadomości. Te wszystkie rzeczy znaleźliśmy w kieszeniach jego kombinezonu. 

Wręczył  mistrzowi  Jedi  kilka  zmiętych  kawałków  flimsiplastu,  poplamionych  i 

zabrudzonych. Han i Leia podeszli do Luke'a, by zobaczyć nad jego ramieniem, co jest 
na nich napisane. 

 

HAN SOLO 

ITHOR 

CZAS SPOTKANIA 

BIUST BELII - SULLUSTA - LĄDOWISKO 58 

CUCHNĄCY ŚWIĘTY - YETOOM NA UUN - LĄDOWISKO 12 

FARGEDNIM P'TAAN 

 

- P'taan jest  mało znaczącym  handlarzem  narkotyków  na Yetoomie.  - Solo potarł 

odruchowo  bliznę  na  brodzie,  jakby  samo  dotknięcie  jej  przypomniało  mu  burzliwe 
czasy, kiedy jako przemytnik zajmował się transportem zakazanych towarów.  - Jeżeli 
Drub zażywał yarrock, jest możliwe, że kupił go od niego, pod warunkiem, że w ciągu 
tych siedmiu lat znalazł jakiś  sposób, aby stać  się  milionerem.  A trzeba  być  milione-
rem, by móc kupić wystarczającą ilość narkotyku, która mogłaby spowodować tak duże 
uszkodzenie jego mózgu. 

Pokręcił głową  i ponownie  spojrzał na  spoczywające  na  łożu  wycieńczone  ciało. 

Zwrócił uwagę na brudne paznokcie przypominające szpony. 

- Rozumiem, że „Śmierdzący Święty" i „Biust Belii" to nazwy jakichś statków? 
Leia nie odrywała spojrzenia od skaczących punkcików, widocznych na ekranach 

monitorów wiszących nad wielkim łożem. 

-  „Święty"  transportuje  z  systemu  Kimm  kradzione  egzemplarze  agrodroidów  - 

odparł Han. - Czasami także niewolników z sektora Senexa. To ma sens. Yetoom znaj-
duje się na samym skraju tego sektora. 

Znów pokręcił głową, jakby nie wierzył własnym oczom, co pozostało z człowie-

ka, którego pamiętał z dawnych czasów. 

- Był kiedyś grubszy niż my wszyscy razem - powiedział. -Czasami kpiłem z nie-

go, że jest młodszym i przystojniejszym bratem Hutta Jabby. 

background image

Dzieci Jedi 

16 

- Dzieci - powtórzył szeptem  McKumb.  Z jego oczu zaczęły płynąć łzy.  - Ukryli 

dzieci  w  głębi  szybu.  Szybu  Pletta.  -  Szarpnął  głową,  a  rysy  jego  twarzy  wykrzywił 
nagły spazm bólu. - Han... Zabić was. Zabić was wszystkich. Muszę powiedzieć Hano-
wi. Oni są tam... 

- Muszę powiedzieć Hanowi - powtórzył cicho Luke. - To nie brzmi jak groźba. 
- Szyb Pletta... 
Leia  zastanawiała  się,  co  przypomina  jej  ta  nazwa;  jakie  wspomnienia  usiłuje 

przywołać... 

Czyj głos to powiedział i kto, usłyszawszy te słowa, uciszył tego, który je wymó-

wił? 

-  Z  całą  pewnością  jego  organizm  jest  od  dawna  poważnie  niedożywiony  -  ode-

zwał się Tomla El, przyglądając się rzędom liczb, widocznym na ekranie  najniższego 
monitora. - Kiedy widział go pan po raz ostatni, generale Solo? 

- Przed siedmioma, a może ośmioma laty - odrzekł Han. - Jeszcze zanim wziąłem 

udział w walkach na Hoth. Spotkaliśmy się na 

Ord Mantell... To właśnie on uprzedził mnie o tym, że Hutt Jabba wyznaczył wy-

soką nagrodę za moją głowę. Nigdy jednak nie słyszałem o miejscu, które nazywałoby 
się „szyb Pletta". 

-  Pletwell  -  odezwał  się  McKumb.  Tym  razem  powiedział  to  normalnym  tonem. 

Odwrócił głowę w stronę Leii stojącej najbliżej jego łoża, ale jego oczy, przez chwilę 
sprawiające  wrażenie  całkiem  przytomnych,  spoglądały  chyba  nie  na  nią,  lecz  na  coś 
albo kogoś innego. - Odszukaj Solo, złotko. Powiedz mu. Ja nie mogę. Wszystkie dzie-
ci znajdowały się w głębi szybu. Oni przygotowują się... 

Nagle  zamrugał  powiekami.  Krzywe  na  ekranie,  zawieszonym  z  prawej  strony, 

zamieniły  się  w  krwiste  zygzaki.  Ciało  mężczyzny  konwulsyjnie  zadrżało,  po  czym 
uniosło się i wygięło w drgający łuk. 

- Zabić ich! - zawył McKumb. - Powstrzymaj ich! 
Tomla  El  pospieszył  ku  mężczyźnie,  by  zaaplikować  kolejną  porcję  gylocalu. 

Przylepił  plaster  ze  środkiem  uspokajającym  na  szyi,  obok  rzędu  innych,  umieszczo-
nych tam nieco wcześniej. Powieki starego przemytnika powoli się zamknęły, a ogniste 
linie na ekranie zaczęły blednąc i ciemnieć. 

- Dzieci - wyszeptał jeszcze raz McKumb. - Dzieci Jedi. 
Mężczyzna  zapadał  w  niespokojny  sen.  Świadczące  o  aktywności  mózgu  linie, 

ukazywane  na  ekranie  monitora  znajdującego  się  z  lewej  strony,  opadły  i  przerwały 
szaleńczy  taniec.  Pozostałe  krzywe,  widoczne  na  prawym  monitorze,  nadal  jednak 
wznosiły się i opadały, jarząc się szkarłatnym blaskiem. Nieszczęśnikowi zaczynało się 
śnić coś, co miało nie pozwolić mu się obudzić. 

 
- Pletwell. 
Doktor Cray Mingla wymówiła to słowo, jakby chciała poznać jego smak. Obraca-

ła  je  jak  nieznaną  płytkę  drukowaną  z  układami  elektronicznymi,  zapewne  pragnąc 
obejrzeć ją z każdej strony. Równocześnie długimi,  starannie  wypielęgnowanymi pal-
cami przebierała w niewielkim stosie przedmiotów, wygrzebanych z kieszeni kombine-

background image

Barbara Hambly 

17 

zonu  Druba  McKumba  -  szczątków  dokumentów  kredytowych,  rozbitych  ampułek  i 
niewielkich torebek z czarnego plastenu, wypełnionych resztkami cuchnącego zgnilizną 
yarrocku. Pośród tego wszystkiego leżało kilka staromodnych kosztowności: wisiorek z 
trzema  opalami,  bransoletka  i  cztery  kolczyki  różnych  kształtów  i  wielkości.  Cray 
zwróciła uwagę, że ciemnobrązowe, kunsztownie splecione druty i wiszące perły były 
pokryte grubą zakrzepłą powłoką różowozłocistego proszku będącego zapewne jakimś 
minerałem. Proste brwi kobiety, barwy nieco ciemniejszej niż jasnoblond włosy, zacze-
sane na tył głowy, niemal łączyły się nad nasadą nosa. Leia, siedząca w Domu Gości po 
drugiej stronie biesiadnego stołu, ponownie powtórzyła w myślach te słowa. 

Szyb Pletta... Już kiedyś je słyszała. Z czyichś ust... może ojca? Ale kiedy? 
- Moja  matka...  - odezwała  się po jakimś czasie Cray.  - Wydaje  mi  się, że ona o 

tym mówiła. - Popatrzyła niepewnie na Luke'a stojącego w milczeniu obok drzwi apar-
tamentu.  - Chyba przypominam sobie, jak kłóciła się z nią o to moja cioteczna babka. 
Byłam wówczas bardzo mała, ale pamiętam, jak babka uderzyła matkę w twarz, przy-
kazując,  żeby  nigdy  nie  wymawiała  tych  słów...  Ale  to  właśnie  ona  nosiła  biżuterię 
podobną do tej. 

Kiedy Cray zaczęła wspominać czasy dzieciństwa, na jej pięknej twarzy odmalo-

wało  się  niezdecydowanie.  Luke  przypomniał  sobie,  że  kobieta  miała  zaledwie  dwa-
dzieścia sześć lat, o kilka mniej niż on. Zaczęła zdrapywać czubkiem polakierowanego 
na różowo paznokcia warstwę zakrzepłego proszku z kolczyka. Tomla El stwierdził, że 
proszek składa  się głównie  z  utlenionej siarki i  molibdenu, zmieszanych ze  szczątko-
wymi ilościami innych minerałów i gliną. 

-  Moje  ciotki  również  także  taką  nosiły  -  stwierdziła  zamyślona  Leia.  -  Ciotka 

Rouge,  ciotka  Celly,  ciotka  Tia...  siostry  ojca.  -Wspomnienie  trzech  strasznych  wdów 
wywołało przelotny grymas na jej twarzy. - Nigdy nie ustawały w staraniach uczynienia 
ze  mnie  kogoś,  kogo  nazywały  Prawdziwą  Księżniczką...  i  wydania  mnie  za  mąż  za 
jakiegoś bezmyślnego pajaca pochodzącego z któregoś z rządzących od dawien dawna 
rodów... 

- W rodzaju księcia Isoldera? - zapytał stojący obok Luke'a Han, wymieniając imię 

następcy tronu gromady gwiezdnej Hapes, niedawnego konkurenta jego żony. 

Leia obróciła się w stronę drzwi i spiorunowała męża spojrzeniem. 
- One wszystkie nosiły podobną biżuterię - ciągnęła po chwili. -Ten metal to szla-

chetny brąz, z którego wykonywano ozdoby w czasach Starej Republiki. Poznaję także 
te sploty i opalizującą warstwę ozdobną. 

- Musiał wystartować z kieszeniami pełnymi takich świecidełek - stwierdził Han - 

jeżeli po drodze zamierzał kupować za nie yarrock. 

Leia  sięgnęła  do  pojemnika,  w  którym  złożyła  własne  kolczyki.  Zdejmowała  je 

zawsze,  ilekroć  tylko  przestawała  pokazywać  się  publicznie.  Wyjęła  jeden  i  spojrzała 
na elegancki modny krążek, wykonany z czystego wypolerowanego srebra. 

-  Tamte  muszą  mieć  ze  czterdzieści,  a  może  pięćdziesiąt  lat  -powiedziała.  -  Nikt 

teraz takich już nie robi. 

Cray, która doskonale znała się na wszystkim, co dotyczyło mody, kiwnęła głową. 

Nawet wówczas,  kiedy studiując w Instytucie Magrody'ego spędzała czas w laborato-

background image

Dzieci Jedi 

18 

riach  i  salach  wykładowych,  uchodziła  za  osobę  nienagannie  ubraną.  Była  wysoką  i 
szczupłą „blondynką z taaakimi nogami" - Leia przypomniała sobie słowa Hana. Tro-
chę jej zazdrościła, że dzięki wysokiemu wzrostowi może ubierać się w sposób, który u 
niej, niższej co najmniej o osiemnaście centymetrów, byłby nie do pomyślenia. Dopiero 
kiedy  Cray  podjęła  naukę  w  akademii  Jedi  na  Yavinie  Cztery  i  zaczęła  wykonywać 
trudne  ćwiczenia,  przewidziane  programem  zajęć,  Leia  miała  okazję  zobaczyć  ją  bez 
ozdób i makijażu. Z odrobiną zazdrości stwierdziła, że nawet wówczas młoda badaczka 
wyglądała doskonale. 

- Czy pamiętasz, co wtedy odpowiedziała twoja matka? - zapytał jak zwykle cicho 

Luke. - Dlaczego cioteczna babka nie chciała, żeby o tym mówiła? 

Cray  pokręciła  głową,  a  mistrz  Jedi  odwrócił  się  do  złocistego  androida,  który 

wraz z nieodłącznym baryłkowatym przyjacielem także przebywał w apartamencie. 

- Coś ci to mówi, Threepio? 
- Obawiam się, że nie, proszę pana - odparł zasmucony android. 
- To była forteca. 
Wszyscy  odwrócili  głowy  i  w  zdumieniu  popatrzyli  na  mężczyznę  -  a  raczej  na 

kogoś, kto kiedyś był mężczyzną- stojącego za krzesłem Cray. 

Oficjalne  uroczystości  dobiegły  końca.  Ceremonie  zwiedzania  różnych  stad, 

uczestniczenia w dyplomatycznych bankietach, oglądania wystaw kwiatów i wycieczek 
nad  gęstą  dżunglą  przebiegły  bez  zakłóceń,  chociaż  trzeba  przyznać,  że  towarzyszyła 
im  większa  niż  zwykle  i  lepiej  uzbrojona  grupa  strażników.  O  zapewnienie  osobistej 
ochrony dostojnym gościom poproszono Cray Minglę i jej narzeczonego, Nichosa Mar-
ra- dwoje uczniów Luke'a. Oboje przylecieli niedawno na Yavin Cztery, żeby uczyć się 
w  jego  akademii  Jedi,  a  później  wyprawili  się  z  nim  na  Ithor,  by  zasięgnąć  opinii 
uzdrowiciela Tomli Ela. Cray i Nichos mieli wytężać wyostrzone dzięki szkoleniu Jedi 
zmysły. Ich zadanie polegało na wyłuskiwaniu nieprzyjaciół, jacy mogli się ukryć po-
śród tłumu tubylców, odzianych w różnobarwne szaty. 

Kiedy  latające  megalopolie  zaczęły  znikać,  okrywane  łagodnym  całunem  nocy, 

wszyscy  powrócili  w  zacisze  własnych  komnat,  przygotowanych  dla  nich  w  Domach 
Gości. Dopiero wtedy Leia mogła porozmawiać z Cray  na temat morderstwa, dokona-
nego na Stinnie Draesinge Sha... niepozornej specjalistce od zagadnień teoretycznych, 
studiującej kiedyś z ludźmi, którzy pomagali zaprojektować Gwiazdę Śmierci. 

Chociaż Cray była wstrząśnięta, kiedy Leia oznajmiła jej o popełnieniu tej zbrod-

ni,  kobieta  nie  miała  wiele  do powiedzenia  na  temat  swojej byłej nauczycielki.  Drae-
singe,  podobnie  jak  sam  Nasdra  Magrody,  prawie  wcale  nie  zajmowała  się  polityką. 
Oboje szukali wiedzy dla samej wiedzy... Tak samo jak Qwi Xux, którą Magrody uczył 
podstaw sztucznej inteligencji na pokładzie orbitalnej sfery edukacyjnej moffa Tarkina, 
krążącej wokół zniewolonej planety Omwat - pomyślała Leia. 

Zza okien apartamentu, ograniczonych koronkowymi opalizującymi ścianami i łu-

kami, dobiegały dźwięki muzyki. Mroki ciepłej nocy raz po raz rozbłyskiwały, rozja-
śniane różnobarwnymi światłami świadczącymi o tym, że połączone flotylle stad, kla-
nów i rodzin biorą udział w radosnej zabawie. Z sufitu wielkiej sali zwieszały się ple-
cione  sieci,  a  uczepione  w  jej  węzłach  kosze  ze  słonecznymi  kulami  oświetlały  całą 

background image

Barbara Hambly 

19 
grupę łagodnym blaskiem. Leia była wciąż jeszcze odziana w uroczysty biały płaszcz, 
narzucony  na  winojedwabną  zielono-złocistą  szatę. Han  miał na sobie  białą  koszulę  i 
obcisłe  wojskowe  spodnie,  jako  że  pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobił  po  znalezieniu  się  w 
Domu Gości, było pozbycie się marynarki. Luke Skywalker, ubrany jak zwykle w czar-
ny płaszcz Jedi, mógł wydawać się zjawą albo cieniem. 

- Artoo sprawdził dokładnie, czy w bazie danych głównego komputera statku stada 

„Drzewo Tarinthy", największego na całej planecie, nie znajdzie jakiejś informacji na 
temat  szybu  Pletta  albo  Pletwell  -  odezwał  się  nieśmiało  Threepio,  informując  o  tym 
wszystkich zebranych. - Nie znalazł jednak na ten temat nawet żadnej wzmianki. 

- Kiedy byłem dzieckiem... - zaczął Nichos, ale urwał, jakby pragnął zebrać myśli. 

Luke zwrócił uwagę na tę manierę, ponieważ było to coś, czego jego uczniowie niemal 
nigdy  nie  czynili.  Zauważył,  jak  Cray  odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  mężczyznę...  a 
raczej na kogoś, kto kiedyś nim był - z którym była oficjalnie zaręczona. Zwrócił uwa-
gę na to, jak mu się przyglądała. Wiedział, że kobieta szuka innych manier, na przykład 
przykładania  dłoni  do  czoła,  kiedy  intensywnie  myślał...  bezskutecznie  czekając,  czy 
przypadkiem  nie  zobaczy  innych  zwykłych  ludzkich  gestów  w  rodzaju  marszczenia 
brwi czy mrugania powiekami... 

Spoglądała na twarz młodego mężczyzny, który przed ponad rokiem przyleciał na 

czwarty  księżyc  Yavina,  prosząc  Luke'a,  żeby  sprawdził,  czyjego  narzeczona  potrafi 
posługiwać się  Mocą. Tylko  tę  twarz  udało się  ocalić specjalistom z  instytutu biome-
dycznego  na  Coruscant.  Inżynierowie  odtworzyli  także  jego  ręce.  Luke  dostrzegał  na 
małym  palcu  prawej  ręki  bliznę  po  zranieniu,  powstałą  gdy  Nichos,  po  raz  pierwszy 
posługując się Mocą, próbował manipulować niebezpieczną bronią. Kiedy pojawiły się 
pierwsze objawy choroby Quannota, okazało się, że obie ręce pasują idealnie do zapro-
jektowanej przez Cray powłoki androida. Teraz Nichos - ten sam Nichos, którego znał 
Luke i którego kochała Cray  - znajdował się we wnętrzu gładkiego, starannie ukształ-
towanego  pancerza,  wykonanego  z  polerowanej  ołowianoszarej  stali.  Każdy  staw  i 
każde  zagłębienie  tej  powłoki  wypełniono  metalowym  plastoidem  i  pokryto  warstwą 
delikatnej jak winojedwab masy, tak że nie wystawał ani jeden drut czy przewód, który 
mógłby wyjawić komukolwiek, iż młody mężczyzna jest właściwie androidem. 

Jego twarz była jednak gładka, pozbawiona wyrazu, mimo iż odtworzono wszyst-

kie mięśnie z dokładnością, nigdy przedtem nie osiąganą w protetyce. 

Nichos wiedział, że jego nieruchome rysy twarzy denerwują i sprawiają ból Cray. 

Chociaż starał się o tym pamiętać, na ogół nie poruszał mięśniami twarzy. W tej chwili 
także nie malował się na niej żaden wyraz. Było widać, że mężczyzna-android usilnie 
próbuje porozumieć się z każdą możliwą  komórką cyfrowej pamięci, szukając w nich 
zapomnianej informacji. 

- Byłem tam  - odezwał się w końcu. - Pamiętam, jak biegłem różnymi korytarza-

mi, wykutymi w litej skale. Ktoś wówczas... wzniósł myślową przeszkodę wywołującą 
uczucie przerażenia, żeby trzymać nas z daleka przynajmniej od niektórych. Dla osią-
gnięcia tego celu posłużył się Mocą. Ktoś powiedział nam, że krecze nas zjedzą... zje-
dzą nas krecze. Mimo to podjudzaliśmy się nawzajem, żeby chociaż spróbować. Starsze 

background image

Dzieci Jedi 

20 

dzieci... Lagan Ismaren i Hoddas... a może Hoddag?... Umgil, tak chyba się nazywały - 
mówiły, że powinniśmy szukać szybu Pletta. 

- Czym były krecze? - zapytała Cray, przerywając ciszę, jaka zapadła po jego sło-

wach. 

- Nie wiem - odparł Nichos. Kiedyś pewnie także wzruszyłby ramionami.  - Przy-

puszczam, że czymś, co zjadało dzieci. 

- Ktoś, posługując się Mocą, wzniósł myślową przeszkodę, żebyście nie wchodzili 

do tuneli, do których nie powinniście wchodzić? - Leia pochyliła się, nie wypuszczając 
kolczyka z palców. 

- Chyba tak, tak - odparł z namysłem Nichos. - Użył Mocy, żeby... żeby wzbudzić 

w nas obrzydzenie. Wtedy nie uświadamiałem sobie tego, ale teraz, patrząc z perspek-
tywy tych wszystkich lat... myślę, że to musiała być zapora Mocy. 

-  Trzeba  będzie  wypróbować  tę  sztuczkę  na  Jacenie  i  Jainie  -zauważył  Han,  a 

Chewbacca, siedzący dotąd w milczeniu po drugiej stronie stołu, warknął  na znak, że 
zgadza się z jego propozycją. 

- Ile miałeś lat? - zapytał Luke. - Czy przypominasz sobie jakieś inne imiona albo 

nazwiska? 

Stojący  obok  mistrza  Jedi  Artoo  cicho  zabrzęczał,  gotów  do  zarejestrowania  in-

formacji. 

Błękitne oczy Nichosa  -  sztuczne, ale  do złudzenia  przypominające  prawdziwe  - 

przez  kilka  chwil  nieruchomo  wpatrywały  się  w pustą  przestrzeń.  Żywy człowiek za-
pewne by je zamknął. Cray odwróciła głowę i spojrzała w inną stronę. 

-  Brigantes  -  odezwał  się  po  chwili  mężczyzna-android.  -  Ustu.  Była  Ho'Dinką, 

miała  prawie  dwa  metry  i  najpiękniejszą  jasnozieloną  karnację  skóry,  jaką  kiedykol-
wiek  widziałem...  Opiekowała  się  nami  kobieta  -  dziewczyna  -  o  imieniu  Margolis. 
Byłem wówczas bardzo mały. 

- Moja matka miała na imię Margolis - odezwała się łagodnie Cray. 
Przez kilka chwil znów nikt się nie odzywał. 
- Dzieci Jedi - szepnął Luke. 
- Kolonia dzieci rycerzy Jedi? - spytała Leia. - Jakaś grupa? Poczuła, że cała drży. 

Zastanawiała się, dlaczego te słowa zabrzmiały tak znajomo. 

-  Moja  matka...  -  Cray  zawahała  się,  a  potem  długimi  palcami  jednej  dłoni  przy-

gładziła pasmo jasnożółtych włosów. - Cioteczna babka zawsze ją obserwowała, zaw-
sze  krytykowała.  Dopiero  później  zorientowała  się,  że  matka  mojej  matki  była  Jedi. 
Babcia Sophra obawiała się, że matka - albo ja - możemy zdradzać oznaki, iż potrafimy 
posługiwać się Mocą. Matka jednak nigdy ich nie wykazywała. Powiedziałam ci o tym, 
Luke'u, kiedy Nichos zabrał mnie po raz pierwszy na księżyc Yavina. 

Mistrz Jedi pamiętał to. Kiwnął  głową. Przypomniał  sobie  słowa  Nichosa:  „Naj-

bardziej  błyskotliwa  programistka  w  dziedzinie  sztucznej  inteligencji,  studiująca  w 
Instytucie Magrody'ego... w dodatku silna Mocą". 

- Jak mój wuj Owen - odezwał się cicho. - Nikt nigdy nie nakrzyczał na mnie tak 

jak on, kiedy... myślę, że było to wówczas, gdy znalazłem jakiś przedmiot, posługując 
się  Mocą.  Cioci  Beru  zapodział  się  śrubokręt,  którym  zwykle  naprawiała  automat  do 

background image

Barbara Hambly 

21 
cerowania. Zamknąłem oczy i powiedziałem: „Leży pod tapczanem". Nie potrafię wy-
jaśnić, skąd to wiedziałem. Wujek Owen twierdził zawsze, że ukarał  mnie dlatego, iż 
nie mógłbym wiedzieć, gdzie leży, gdybym sam go tam nie schował. Teraz myślę jed-
nak, że był pewien, iż posługiwałem się Mocą, i dlatego był na mnie taki wściekły. 

Wzruszył ramionami. 
- Miałem wtedy chyba sześć lat. Nigdy później niczego takiego nie zrobiłem. Na-

wet nie pamiętałem o tym, dopóki nie zacząłem się uczyć na Dagobah pod kierunkiem 
mistrza Yody. 

- Tak - przyznała Cray. - Babcia Sophra tak samo postępowała z moją matką. A ja 

musiałam chyba wziąć sobie do serca jej słowa, ponieważ do chwili, kiedy ja i Nichos 
zaczęliśmy  o  tym  rozmawiać,  nigdy...  nie  przyszło  mi  nawet  do  głowy,  że  mogę  być 
wrażliwa na działanie Mocy. 

Nichos pamiętał, żeby się uśmiechnąć. Podszedł do Cray i położył dłoń na jej ra-

mieniu.  Luke  wiedział,  że  nawet  temperaturę  ciała  mężczyzny-androida  dobrano  bez-
błędnie, przynajmniej jeżeli chodziło o twarz i ręce. 

- Ukryli dzieci w głębi szybu - przypomniała cicho Leia. - Czy sądzisz, że... kiedy 

Vader  i  Imperator  zaczęli  tropić  i  mordować  rycerzy  Jedi,  niektórzy...  no,  nie  wiem, 
przemycili żony i dzieci w miejsce, w którym ich bliscy mogli czuć się bezpieczni? Czy 
rozmawiałeś z Drabem McKumbem na temat rycerzy Jedi, Hanie? Na temat Mocy? 

-  Niewiele  pamiętam  z  tego,  o  czym  wówczas  rozmawialiśmy  -wyznał  Han.  - 

Zwłaszcza po tym, jak raczyliśmy się trunkami. Przypominam sobie jednak, że wspo-
minałem mu o Luke'u i starym 

Benie. Drab nie pozwoliłby na to, żeby takie sprawy przeszkadzały mu w prowa-

dzeniu  interesów,  ale  o  ile  pamiętam,  zawsze  pragnął,  żeby  zwyciężyli  Rebelianci.  - 
Wzruszył ramionami, wyraźnie zakłopotany.  - Przypuszczam, że Drab był niepopraw-
nym romantykiem. 
 

Leia miała własne zdanie na temat przemytników, którym Rebelia przeszkodziła w 

prowadzeniu interesów, ale powstrzymała się od uśmiechu i spojrzała znów na Luke'a. 

- Musieli się rozproszyć później - powiedziała. - Jeżeli jednak istniała jakaś grupa 

rodzin  rycerzy  Jedi,  ukrywająca  się  w  szybie  Pletta  albo  miejscu,  zwanym  Pletwell... 
mogły pozostać jakieś informacje na temat tego, dokąd się udali. I kim byli. 

Ponownie uniosła kolczyk i zaczęła przyglądać mu się w blasku światła. 
- Wspomniałeś, że Yetoom leży na skraju sektora Senexa - ciągnęła. - Tymczasem 

Sullusta  znajduje  się  gdzieś  pomiędzy  nami  a  Yetoomem.  Większość  tych  papierów 
kredytowych została wystawiona na Sulluście... Jaki zasięg mógł mieć ten „Śmierdzący 
Święty"? 

-  To  lekki  towarowy  frachtowiec,  podobny  do  „Sokoła"  -  odrzekł  z  namysłem 

Han. Popatrzył na Chewbaccę, chcąc, żeby ten potwierdził jego słowa. Wookie kiwnął 
głową.  -  Może  latać  na  duże  odległości,  ale  większość  drobnych  przemytników  nie 
wykonuje  skoków  dłuższych  niż  dwadzieścia  parseków.  Ponieważ  wokół  nas  nie  ma 
niczego ani pod, ani  nad ekliptyką,  można przypuszczać,  że jego  macierzysta  planeta 

background image

Dzieci Jedi 

22 

znajdowała  się  w  sektorze  Senexa  albo  Juvexa.  A  może  w  Dziewiątym  Kwadrancie; 
powiedzmy, gdzieś pomiędzy gromadą Greeba-Streeblinga a Noopiths. 

- To całkiem spory obszar - stwierdziła z namysłem Leia. - A poza tym niejednoli-

ty... Pełno tam imperialnych twierdz i niewielkich, dwuplanetarnych konfederacji. Ad-
mirałowi  Thrawnowi  nigdy  nie  udało  się  pozyskać  przychylności  królewskich  rodów 
władających sektorem Senexa. Nam zresztą także. Wiem, że ród Vandronów panuje na 
Karfeddionie,  bogacąc  się  dzięki  pracy  niewolników,  zatrudnianych  na  tamtejszych 
farmach.  Z  kolei  ród  Garonninów  czerpie  większość  zysków,  eksploatując  kopalnie 
odkrywkowe na wielu asteroidach w warunkach, na których wspomnienie jeży się włos 
na  głowie.. . Nawet  w dawnych czasach pytano  w  trakcie  posiedzeń Senatu o to, czy 
tam pamięta się o prawach istot żywych. 

- Nie przypuszczam, że będzie łatwo znaleźć jakieś zapiski, które mogły pozostać 

z czasów tamtych rycerzy Jedi - stwierdziła Cray. 

- Nigdzie to nie będzie łatwe - zauważyła Leia. - Ponieważ przywykliśmy do ska-

kania  z  jednego  punktu  nadprzestrzeni  do  drugiego,  czasami  zapominamy,  jaka  odle-
głość - ile tysięcy lat świetlnych - dzieli jakiś zamieszkany system od sąsiedniego. Lu-
dzie mogą się ukrywać wszędzie, a raczej mogli zostać ukryci wszędzie. Wystarczy, że 
gdzieś  z  ekranu  monitora  jakiegoś  komputera  zniknie  jedna  linia  będąca  zbieraniną 
fosforyzujących  punktów,  a  ci  ludzie  pozostaną  zagubieni.  Całkowicie.  Na  zawsze. 
Wszelkie próby ich szukania nie zdadzą się na nic. 

- Z pewnością pozostały jakieś informacje w rezerwowych bazach danych - rzekła 

Cray.  Kobietę  wydawała  się  niepokoić  sama  myśl,  że  poszukiwania  mogą  okazać  się 
bezowocne. 

Leia  wywnioskowała, że po  okresie  nauki  w akademii  Luke'a, Cray  nie  była  już 

tak skłonna  twierdzić, iż  wszelkie problemy dadzą się  w końcu rozwiązać, jeżeli ktoś 
będzie  posługiwał  się  inteligencją. Mimo to  musiała  jeszcze  wiele  się  nauczyć. Popa-
trzyła na brata. 

-  Czy  próbowałeś  już  dostać  się  do  mózgu  McKumba?  -  zapytała.  Luke  kiwnął 

głową, ale skrzywił się na wspomnienie tego, co wówczas przeżył. Czy to z uwagi na 
długotrwałe zażywanie yarrocku, czy z powodu uszkodzenia mózgu, czy jeszcze z ja-
kiegoś innego względu, nie napotkał żadnych barier chroniących zwykły ludzki mózg 
przed działaniem siły telepatii. Dostrzegł jedynie płonący ocean bólu, z którego raz po 
raz wyłaniały się odrażające myśli o koszmarnych bestiach, strugach parzącego kwasu, 
potwornym  hałasie  drażniącym  uszy  albo  ogniu,  który  niemal  dusił  nieszczęsnego 
przemytnika. W ułamku sekundy po tym, jak mistrz Jedi zapuścił myślową sondę, leżą-
cym mężczyzną zaczęły wstrząsać konwulsyjne drgawki. Tomla El, który natychmiast 
podbiegł, żeby go przytrzymać, z niepokojem popatrzył na pacjenta. 

- Czy mógłbyś także wniknąć w głąb mojego? - zainteresował się Nichos, zwraca-

jąc się do Luke'a.  - Pamiętam tylko to, co widziało dziecko, ale może mógłbyś w ten 
sposób chociaż ograniczyć zasięg poszukiwań. Byłem wtedy człowiekiem - dodał, pa-
miętając o tym, żeby się uśmiechnąć. - I w tamtych czasach potrafiłem dotykać Mocy. 

 

background image

Barbara Hambly 

23 

Tylko Cray i Leia towarzyszyły Luke'owi i Nichosowi, kiedy schodzili po kręco-

nych  stopniach  klatki  schodowej  i  przemierzali  niewielki  plac,  kierując  się  do  aparta-
mentu,  zajmowanego  przez  oboje  uczniów  mistrza  Skywalkera.  Mimo  iż  Han  i  Luke 
byli niemal przekonani, że 

Drub McKumb chciał ich ostrzec, a nie zamordować, Solo nie zamierzał przyznać, 

iż wiedzą absolutnie wszystko, co stary przemytnik usiłował im powiedzieć. Postanowił 
zatem pozostać z Chewbaccą w prezydenckim Domu Gości, w którym mógł przebywać 
w pobliżu dzieci. Obserwował, jak Artoo-Detoo nie odchodzi od drukarki wypluwają-
cej arkusze gwiezdnych map i wyniki obliczeń współrzędnych planet z sektora Senexa. 
Przyglądał się, jak stojący na balkonie uszczęśliwiony Threepio porównuje skompliko-
wane  ithoriańskie  ceremonie,  odprawiane  na  kwadratowej  platformie  w  dole,  z  infor-
macjami na ich temat, zaczerpniętymi z wewnętrznych baz danych. 

- Wiedzieliśmy, że kiedy zostanie... przeniesiony, przynajmniej na jakiś czas straci 

zdolność władania Mocą- odezwała się pospiesznie Cray. 

Jej głos lekko się załamywał, jakby kobieta chciała przyznać, że spodziewała się, 

iż potrafi przezwyciężyć tę dolegliwość. Popatrzyła na Nichosa i Luke'a idących przed 
nią ramię w ramię. Wysoka srebrzysta postać byłego studenta górowała nad niepozorną, 
odzianą  w  czarny  płaszcz  sylwetką  mistrza  Jedi.  Taras  na  zewnątrz  pomieszczeń  dla 
gości znajdował się w dosyć dużej odległości od kwadratowej platformy, na której na-
dal bawiono się i tańczono, dzięki czemu dźwięki ich kroków było słychać  wyraźnie, 
kiedy przechodzili po posadzce, wyłożonej złocistymi i błękitnymi kamykami tworzą-
cymi gwiezdną mapę. 

-  Znam  Luke'a,  Kypa  Durrona i  kilkoro innych,  którzy zapoznawali  się z  mądro-

ścią holocronu Jedi - ciągnęła Cray. - Wiem, że wszyscy uważają, iż Moc jest pochodną 
życia organicznego, ale nie pojmuję, dlaczego nie może wypływać także z życia nieor-
ganicznego.  Nichos  nie  jest  wyłącznie  mechanizmem  w  rodzaju  Artoo  czy  Threepia. 
Jest żyjącą istotą podobnie jak ty i ja. 

Trzymała głowę wysoko uniesioną, a w jej głosie brzmiało ożywienie. Mimo to w 

blasku  rzucanym  przez  słoneczne  kule,  częściowo  ukryte  pośród  gałęzi  drzew,  Leia 
dostrzegała srebrzysty błysk zdradliwych łez, które napływały do oczu młodszej kobie-
ty. 

-  Właśnie  teraz  zajmuję  się  rozdrabnianiem  i  obliczaniem  objętości  supermałych 

mikrosów, żeby móc skopiować to wszystko, co da się wyciągnąć za pomocą promieni 
Roentgena z mózgów niektórych uczniów akademii Luke'a. Dzięki temu, co uczyniłam 
z mózgiem Nichosa, zawarte  w nich informacje zostaną przeniesione do pamięci sku-
teczniejszych procesorów, w miarę jak będę rozwijała i doskonaliła swój projekt. 

Dotknęła znów włosów, maskując w ten sposób szybki ruch, jakim otarła łzę z ką-

cika delikatnie ubarwionej powieki. W jej doprowadzonym do perfekcji zachowaniu nie 
było miejsca na łzy ani wątpliwości. 

- Nichos przebywa  w tej powłoce zaledwie od... ilu, sześciu  miesięcy?  - zapytała 

Leia. Czuła wstręt do siebie za to, że usiłuje dodawać otuchy, chociaż podejrzewała, że 
naprawdę  jest jej to obojętne.  -  To prawdziwy cud, że jeszcze  w ogóle  żyje  -  dodała, 
tym razem całkiem szczerze. 

background image

Dzieci Jedi 

24 

Cała grupa przechodziła teraz przez krużganek o koronkowych ścianach i zwiesza-

jących się  ze sklepienia  stalaktytach. Całość  przypominała jaskinię, ozdobioną  girlan-
dami  kwiatów.  Cray  lekko  kiwnęła  głową  jakby  nie  przypisywała  sobie  za  to  żadnej 
zasługi. 

- Nie żyłby, gdyby nie wyniki niektórych badań, jakie przeprowadziła Stinna Dra-

esinge  Sha na pokładzie  wraku gwiezdnego statku Ssiruuków  - odrzekła.  - Dotyczyły 
przekazania  do  sztucznej  obudowy  całej  osobowości,  a  nie  tylko  najważniejszych  in-
formacji...  Z  pracami  nad  Nichosem  wiązała  duże  nadzieje.  Bardzo  nam  pomogła. 
Oświadczyła,  że  opracowany  przez  Ssiruuków  proces  umieszczania  osobowości  w 
konstrukcji mechanicznej zafascynowałby nawet samego Magrody'ego -jej nauczyciela 
- który niemal z całą pewnością znalazłby lepsze niż ona rozwiązania problemów doty-
czących wzajemnych stosunków, jakie mogą istnieć między organiczną a sztuczną inte-
ligencją. Niestety, Magrody w tym czasie... uhm... odszedł. A ona... 

Pokręciła głową. 
- Nie  mogę sobie  wyobrazić, by  ktokolwiek chciał  wyrządzić jej jakąś krzywdę  - 

dodała po chwili. 

Znów umilkła. Tymczasem cała grupa znalazła się we wnętrzu przytulnej, podob-

nej  do  jaskini  centralnej  komnaty  apartamentu  Cray  i  Nichosa.  Mężczyzna-android 
usiadł  przy  stole,  oświetlonym  łagodnym  różowym  blaskiem,  rzucanym  przez  kilka 
słonecznych  kul,  które  zawieszono  pod  sufitem  w  węzłach  opalizującej  sieci.  Mistrz 
Skywalker zajął miejsce naprzeciwko niego. We wnęce komnaty ustawiono półkolistą 
otomanę, dostosowaną do kształtów ciał istot ludzkich. Obie kobiety usiadły na niej, a 
Leia wyciągnęła rękę i pragnąc rozjaśnić niszę łagodnym różowawym blaskiem, odsu-
nęła zasłonę okrywającą jeszcze jedną słoneczną kulę. 

Starając się mówić cicho, żeby nie przeszkadzać mężczyznom siedzącym przy sto-

le, Cray ciągnęła: 

-  Ucieszyłam  się,  kiedy  Nichos...  kiedy  wykryto  u  niego  objawy.  ..  -  Kobieta 

wzdrygnęła  się  na  wspomnienie  tamtych  czasów.  -Ucieszyłam  się,  gdy  udało  mi  się 
utrzymać  go  przy  życiu.  Byłam  zadowolona,  że  potrafi  posługiwać  się  Mocą  na  tyle, 
aby... odłączyć się od... własnego organicznego ciała. A przeanalizowanie, jak przeka-
zać materii organicznej umiejętność władania Mocą, będzie tylko kwestią czasu. Wska-
zywały na to zresztą  wyniki niektórych badań, jakie przeprowadził sam Magrody, za-
nim... 

Ponownie  przygryzła  wargę,  żeby  nie  powiedzieć:  „zniknął".  Leia  wiedziała,  że 

Cray także słyszała te same plotki. Szepty. Pogłoski, jakoby to ona, Leia Organa Solo, 
skorzystała z pomocy „przyjaciół przemytników", aby wywrzeć zemstę na mężczyźnie, 
który nauczał niegdyś Qwi Xux, Ohrana Keldora, Bevela Lemeliska i innych później-
szych projektantów imperialnej Gwiazdy Śmierci. 

Zapuszczanie  się  w  głąb  umysłu  Nichosa  było  jedną  z  najdziwniejszych  rzeczy, 

jaka przydarzyła  się  Luke'owi. Kiedy mistrz Jedi wysyłał wici Mocy, pragnąc poznać 
czyjeś sny albo  myśli,  najczęściej odbierał  mgliste  wizerunki,  jak  gdyby przypominał 
sobie  coś  albo  śnił  o  czymś,  co  sam  widział  przed  wielu  laty.  Czasami  wizerunki  te 
przyjmowały postać  dźwięków  -  głosów  -  a  kiedy indziej, aczkolwiek bardzo rzadko, 

background image

Barbara Hambly 

25 
pojawiały się jako uczucie ciepła lub zimna. Luke zamknął oczy, po czym pogrążył się 
w lekkim transie, skupiając się na szukaniu i słuchaniu. Był świadomy faktu, że pene-
truje umysł Nichosa, otwarty i podatny na jego myśli, gdyż  właśnie tego nauczyło go 
szkolenie  Jedi...  Był  świadomy  osobowości  młodego  mężczyzny,  który  przybył  do 
niego na Yavin Cztery, dysponując ogromnym potencjałem i szczerą chęcią wykorzy-
stania go w sposób właściwy, odpowiedzialny. 

Luke kształcił kiedyś innych uczniów dysponujących o wiele większym potencja-

łem, ale - mimo iż Nichos liczył sobie kilka lat więcej niż jego nauczyciel -jak nikt inny 
chłonął nauki mistrza Jedi. 

Luke czuł ciepło jego dłoni, których dotykał swoimi dłońmi, z których jedna była 

także protezą, ogrzewaną przez podskórne mikroobwody do właściwej temperatury, tak 
by  wszyscy,  którzy  jej  dotykali,  nie  poczuli  się  zakłopotani.  Skywalker  uzmysławiał 
sobie, że Cray i Leia umilkły, ale był świadom szmerów ich oddechów, a także niesio-
nych z nocnym powietrzem dźwięków wspaniałych pieśni, przy których bawiono się w 
całym mieście. 

Kiedy jednak zapadł w trochę głębszy trans, przez krótką chwilę uświadamiał so-

bie, że Nichos nie oddycha. Idąc przez plac do apartamentu obojga uczniów, zastana-
wiał się, czy w ogóle będzie w stanie uczynić coś takiego. Był ciekaw czy Nichos jest n 
a  p  r  a  w  -d  ę  tym  samym  mężczyzną,  którego  znał,  mężczyzną,  który  przyleciał  do 
niego na Yavin Cztery i powiedział: „Wydaje mi się, ze władam mocami, których po-
szukujesz ... 

Jeżeli chodziło o teorię programowania obiektów, obdarzonych sztuczną inteligen-

cją, Cray Mingla, mimo iż stosunkowo młoda, zaliczała się do najlepszych ekspertów w 
całej galaktyce. Co więcej, była także uczennicą Jedi, świadomą  wzajemnego oddzia-
ływania, jakie  istniało pomiędzy Mocą, ciałem, umysłem i wszystkim, co żyło. Pilnie 
studiowała pod kierunkiem Nasdry Magrody'ego, próbując zasypać przepaść, dzielącą 
sztuczną inteligencję i organiczny mózg. Starając się dowiedzieć, czym właściwie jest 
esencja osobowości i energia życiowa człowieka, zajmowała się nawet badaniami cze-
goś, co można było określić mianem zakazanej techniki Ssiruuków. 

Mimo  to  Luke  nadal  nie  wiedział,  czy  ma  przed  sobą  Nichosa  Marra,  czy  tylko 

androida, którego sztuczny mózg zaprogramowano w ten sposób, aby zawierał wszyst-
kie informacje, jakie znał przedtem jego pierwowzór. 

Tak, pamięć nie zmieniła swojego miejsca. Jak uprzedzał Nichos, była to pamięć 

dziecka. Luke dostrzegał mroczne wijące się tunele, wykute w litej skale, i czuł w jed-
nych miejscach wilgoć i ciepło, a w innych przenikliwe zimno. Słyszał wycie wichrów 
niosących  tumany  śniegu  i  hulających  nad  pustyniami,  pokrytymi  skorupą  lodu,  spod 
której  wystawały  tylko  czarne  skały.  Widział  wykute  w  lodzie  jaskinie,  a  pod  nimi 
wklęśnięcia w wulkanicznych stożkach, wypełnione ponurą dymiącą mazią. Dostrzegał 
błyszczące jak lodowe kryształy zbocza gór, połyskujące błękitem w promieniach słoń-
ca,  które  nie  dawało  ciepła.  Zwracał  uwagę  na  gęste  dżungle,  pełne  bujnych  paproci 
sięgających ramion i porastających brzegi strumieni i stawów, znad których unosiły się 
w chłodne niebo obłoki pary. 

I słyszał śpiew kobiety. 

background image

Dzieci Jedi 

26 

 

Dzieci, które igrały na kwiecistej łące,  
Król, co powracał z polowania na zające... 

 
Pamiętał  tę  piosenkę.  Prawdę  mówiąc,  znał  ją  od  tak  dawna,  że  nawet  nie  mógł 

sobie przypomnieć, kto ją śpiewał. 

Był jednak świadom wszystkich wspomnień, jak gdyby gdzieś o nich przeczytał. 

„Wycie wichrów niosących tumany śniegu i hulających nad pustyniami"... Ta sekwen-
cja zapisanych w jego pamięci słów nie odnosiła się do zawodzenia lodowatej wichury, 
jakie  pamiętał  z  czasów,  kiedy  przebywał  na  Hoth.  Wiedział,  że  znad  powierzchni, 
graniczących z lodowcami, unoszą się obłoki pary, mimo iż nie widział ani wody, ani 
lodu. 

W pamięci Nichosa pozostały wszystkie słowa prastarej piosenki. Luke przypusz-

czał, że mężczyzna-android pamięta także melodię, utrwaloną za pomocą standardowe-
go zapisu muzycznego. Nie odnalazł jednak żadnego dowodu na to, że Nichos zna oso-
bę, która śpiewała tę melodię i te słowa. Mistrz Jedi także tego nie pamiętał. 

Wyczuwał tylko ciemność: niesamowitą, złowieszczą, przerażająco pustą. 
 

Królowa miała sokoła, królowa miała psa,  
I słowika, co pięknie kląskał każdego dnia.  
Król oznajmił, że czekają niechybnie stryczek,  
Jeżeli jej zwierzęta nie spełnią jego życzeń... 

 
Nagle poczuł cios, jakby ktoś uderzył go pięścią między oczy. Było to zapierające 

dech  w  piersi,  przerażające  uczucie  lodowej  grozy  i  kłującego  niemal-dźwięku,  które 
przeszyło jego  mózg  niczym  odłamek zamarzniętej stali.  Na  krótką jak  mgnienie  oka 
chwilę ujrzał wysokie urwiska pokryte  warstwą lodu błyszczącego w ponurym blasku 
zmierzchu jak wulkaniczne szkliwo. Nieco niżej dostrzegł wielofasetkową powierzch-
nię  wypukłej anty  grawitacyjnej kopuły, okrywającej ukrytą  dolinę. Powierzchnia  ko-
puły  miała  kształt  gigantycznej  soczewki  i  przypominała  szlachetny  kamień.  Przez 
otwory w kopule uciekały obłoki pary. Mimo to można było dostrzec światła i drzewa 
obsypane kwiatami i owocami, a także ogrody, podobne do zawieszonych w powietrzu 
zaczarowanych statków... 

I zrujnowaną  wieżę, wzniesioną  w ten sposób, że jeden bok stykał się ze stromą 

ścianą mrocznego wzgórza... 

A także coś jeszcze. Jakiś wstrząsający wizerunek... Falę mroku rozprzestrzeniają-

cą się coraz dalej i dalej, wyciągającą macki, szukającą, wysyłającą mroczne jęzory we 
wszystkie strony. Na jej widok Luke zamarł z przerażenia, ale zanim zdołał zidentyfi-
kować koszmarną falę, zaczęła się cofać, ustępować... jak czarny kwiat, który zamiast 
rosnąć, zamienia się w złowieszczy pąk, a potem w mroczne ziarno, by po chwili znik-
nąć w glebie bez śladu... 

background image

Barbara Hambly 

27 

I nagle zaczął chwytać powietrze jak wyrzucona na brzeg ryba. Uświadomił sobie, 

że znów jest całkiem przytomny. Poczuł, jak zdumiony Nichos szarpnął rękami, usiłu-
jąc wyswobodzić je z uchwytu jego palców. 

-  Co  się  stało?  -  zapytał  natychmiast.  Cray  zerwała  się  z  otomany  i  przebiegła 

przez komnatę. 

- Nich... 
Srebrzysty  mężczyzna  popatrzył  pytająco  w  oczy  mistrza  Skywalkera.  Luke  po-

czuł, jak Nichos uwalnia ręce, ale później zobaczył, że w zdumieniu spogląda  na  nie, 
jakby nigdy przedtem ich nie widział. 

- Wzdrygnąłeś się. - Cray uklękła obok krzesła Nichosa i zaczęła sprawdzać stany 

rzędów wskaźników, umieszczonych na torsie narzeczonego. 

- Co się stało? - zainteresował się mistrz Skywalker. - Co poczułeś? 
- Nic. - Nichos pokręcił głową, o ułamek sekundy za późno, aby wyglądało to na-

turalnie. - To znaczy, nie przypominam sobie, żebym odczuwał cokolwiek niezwykłe-
go.  Czułem  tylko  dotyk  twoich  palców  przytrzymujących  moje  ręce,  a  kiedy  wysze-
dłem z transu, moje ręce po prostu odsunęły się od twoich dłoni. 

- Czy widziałeś coś dziwnego? - zapytała Leia, która także wstała z otomany i po-

deszła  do  brata.  Cray  nadal  sprawdzała  wskazania  mierników,  chociaż  bez  wątpienia 
znała je na pamięć. 

- Myślę, że to musiała być Belsavis.  - Luke potarł skronie. Czuł w nich ból, cho-

ciaż zupełnie niepodobny do pulsowania, jakie odczuwał, kiedy posługiwał  się Mocą, 
pragnąc przezwyciężyć  opór badanej osoby albo  wsłuchać się  w coś, co przekraczało 
zdolność słyszenia istot ludzkich. - Widziałem bardzo dziwną kopułę spoczywającą na 
antygrawach.  Służyła  do  wzmacniania  blasku  światła  i  chroniła  dość  długą,  głęboką 
wulkaniczną rozpadlinę. Belsavis jest jedynym miejscem, jakie znam, które miało taką 
kopułę. 

- Ale tamtą wzniesiono zaledwie przed kilkunastu laty - zaprotestowała Cray. - Je-

żeli Nichos przebywał tam, będąc dzieckiem... 

Luke zawahał się, rozmyślając, skąd mógł pojawić się w jego myślach wizerunek 

kopuły, który ujrzał w swoim transie. Dlaczego czuł się taki wstrząśnięty, przerażony... 
Dlaczego wydawało mu się, że jakąś część wizji zdążył już zapomnieć. 

- Nie, to zgadza się także z innymi szczegółami - odparł. - Tunele, które zapamię-

tał  Nichos,  mogły  być  geotermicznymi  szybami  wentylacyjnymi.  Przypuszczam,  że 
takie wulkaniczne rozpadliny mogły być porośnięte gęstą dżunglą, dopóki nie pojawili 
się tam pracownicy zbierający i pakujący owoce dla towarzystw handlowych. 

Rzucił  ukradkowe  spojrzenie  na  Cray.  Zauważył,  jak  trzyma  dłonie  Nichosa  w 

swoich, jak wpatruje się w jego twarz... 

Nie  wykrył  ani  śladu  wspomnień  wzrokowych,  słuchowych  czy  węchowych.  Je-

dynie wypraną z wszelkich uczuć wiedzę na temat tego, co się wydarzyło. 

Luke  miał wrażenie, że jego umysł usiłuje podpowiedzieć mu, że o czymś zapo-

mniał, ale kiedy sięgnął myślami, żeby to pochwycić, wyparowało jak ulotna mgiełka. 

background image

Dzieci Jedi 

28 

- Belsavis także znajduje się na skraju sektora Senexa - odezwał się po chwili. - A 

zatem bardzo łatwo można dotrzeć tam z Yetooma. Jak nazywała się dolina, nad którą 
wznieśli kopułę? Nie wiesz, Cray? 

-  Są  tam  jeszcze  dwie  albo  trzy  inne  wulkaniczne  rozpadliny,  ukryte  pośród  lo-

dowców  i  osłonięte  podobnymi  kopułami  -  odparła  kobieta,  ujrzawszy  pytające  spoj-
rzenie  mistrza  Jedi.  -  Takie  kopuły  są  standardowymi  konstrukcjami  służącymi  do 
wzmacniania blasku światła. Ich krawędzie wspierają się na urządzeniach antygrawita-
cyjnych, których zadaniem jest równoważenie części ich ciężaru. Pierwszą taką kopułę 
wzniosło Towarzystwo Brathflena przed dwunastu, a może czternastu laty nad Plawal... 

Urwała, jakby po raz pierwszy usłyszała tę nazwę. -Plawal... 
- Pletwell - podpowiedziała natychmiast Leia. - Szyb Pletta. 
- Od jak dawna znajdują się tam kolonie ludzi? Leia pokręciła głową. 
-  Zapytamy  Artoo  -  odparła.  -  Przypuszczam,  że  najwyżej  od jakichś  dwudziestu 

pięciu, trzydziestu lat. Dziewiąty Kwadrant jest dosyć odizolowany, a systemy gwiezd-
ne znajdują się w dużych odległościach od siebie. Jeżeli rycerze Jedi dowiedzieli się, że 
Imperator zamierza ich wymordować, mogli się zorientować, że tamto miejsc idealnie 
nadaje się na kryjówkę dla ich rodzin. 

Wyprostowała  się, a  podczas tego ruchu fałdy płaszcza  nadały jej postaci  kształt 

białego połyskującego posągu. 

- „Ukryli dzieci w głębi szybu" - powtórzyła. - A kiedy się rozproszyli, zapomnieli 

nawet to, kim byli i po co tam przylecieli. 

Zmarszczyła brwi. Przypomniała sobie, że jest dyplomatką. 
-  Belsavis  to  niepodległa  planeta,  chociaż  sympatyzująca  z  Nową  Republiką  - 

oznajmiła. - Z uwagi na plantacje winokawy i winojedwabiu, jej władcy bardzo trosz-
czą się o bezpieczeństwo poddanych. Myślę jednak, że pozwolą mi wylądować, żebym 
mogła choćby rzucić okiem na ich rejestry. Han i ja zdążymy ściągnąć „Sokoła" z Co-
ruscant i powrócić, zanim przyjdzie  pora pożegnać gospodarzy  Czasu Spotkania. Do-
myślam się, że musi tam być bardzo pięknie  - dodała z namysłem.  - Jestem ciekawa, 
czy nasze dzieci... 

- Nie! - Luke chwycił rękaw jej płaszcza, jakby chciał użyć fizycznej siły, by po-

wstrzymać  siostrę  przed  zabraniem  dzieci.  Leia  i  Cray  spojrzały  na  niego,  nie  kryjąc 
zaskoczenia. - Nie zabieraj ich nawet w pobliże tamtego miejsca! 

W następnej chwili Luke sam zaczął się zastanawiać nad tym, dlaczego to powie-

dział. Był ciekaw, czego właściwie się obawiał. 

Pamiętał tylko, że wyczuwał coś przerażającego, coś złego... W jego umyśle pozo-

stał wizerunek czerni wsiąkającej do kryjówki... 

Pokręcił głową. 
- Wszystko jedno. Jeżeli mieszka tam więcej facetów pokroju Druba McKumba, to 

nie może być miejsce, do którego chciałabyś zabrać swoje dzieci. 

-  Nie  -  przyznała  miękko  Leia,  spojrzawszy  znów,  podobnie  jak  Luke  czynił  to 

przez cały czas, na przypiętego do diagnostycznego łoża jęczącego mężczyznę, a także 
na skaczące czerwone i żółte nitki na ekranach monitorów, świadczące o tym, że zaczę-

background image

Barbara Hambly 

29 
ła  się  agonia.  -  Będziemy  ostrożni  -  obiecała  cicho.  -  Ale  znajdziemy  je,  Luke'u.  A 
przynajmniej dowiemy się, co się z nimi stało. 

Kiedy  przechodziła  pomiędzy  kolumnami,  by  po  chwili  zniknąć  w  aksamitnych 

ciemnościach  ithoriańskiej  nocy,  fałdy  jej  uroczystego  płaszcza  zalśniły,  oświetlone 
łagodnym blaskiem słonecznych kul, zawieszonych pod sufitem. 

background image

Dzieci Jedi 

30 

R O Z D Z I A Ł  

Tatooine. 
Przenikliwe  zimno  napływające  od  strony  pustyni.  Dusząca  woń  ciemności,  wy-

czuwalna nawet wówczas, kiedy nie  niósł jej wiatr. Luke  leżał,  wpatrzony w łagodny 
łuk sklepienia  swojego pokoju. Ledwo  widział  go  w blasku podświetlonych  wskaźni-
ków, umieszczonych na płycie czołowej ustawionego tuż za oknem skraplacza  wilgo-
ci... 

Słyszał kojące dźwięki, wydawane przez domowe urządzenia: klekotanie automatu 

cioci  Beru, przyspieszającego fermentację  jogurtu, szmer urządzenia  zraszającego hy-
droponiczną roślinę, którą wujek Owen zasadził w ubiegłym roku, i buczenie otaczają-
cego całe gospodarstwo ochronnego płotu. 

Dlaczego ta noc wydawała mu się taka cicha? 
Dlaczego w głębi serca czuł przerażenie? Dlaczego wydawało mu się, że w ciem-

nościach powoli pełznie coś ogromnego, przerażającego i wrogiego? 

Wstał z łóżka i narzucił pled na ramiona. Stopnie schodów okazały się zbyt wyso-

kie  dla  jego  małych  nóg,  a  chłodne  nocne  powietrze  boleśnie  kąsało  czubki  palców. 
Napływająca znad pustyni woń drażniła nozdrza, szczypała skórę warg i całej twarzy. 

Luke był jeszcze bardzo młody. 
Kiedy dotarł do szczytu schodów, zostawiając w dole za sobą gospodarstwo wuja, 

popatrzył  na  uśpioną,  zupełnie  cichą  pustynię.  Na  czarnym  jak  smoła  niebie  świeciły 
ogromne gwiazdy. Sprawiały wrażenie, że otworzywszy szeroko oczy, wpatrują się w 
małe  dziecko,  które  idzie  na  palcach  po  piasku,  żeby  znaleźć  się  tuż  przed  granicą 
ochronnego pola... Nawet w tamtych czasach Luke potrafił z dokładnością do centyme-
tra określić, którędy przebiegała. 

Zaczął wpatrywać się w przestrzeń pełną piaskowych wydm, zagłębień z resztka-

mi  soli  i  przysypanych  kamieniami  wzgórz,  w  ciemnościach  sprawiających  wrażenie 
nieruchomych i bezkształtnych. 

W mrokach nocy czaiło się zagrożenie. Złowieszcze i olbrzymie. Powoli skradało 

się w stronę samotnego domu. 

Luke nagle się przebudził. 

background image

Barbara Hambly 

31 

Otworzył oczy i popatrzył na wysmukłe łuki ścian pachnących żywicą i ozdobio-

nych  wisiorkami,  utkanymi  ze  splotów  szklistej  winorośli.  Zobaczył  krzyżujące  się 
pędy  kwiatów,  częściowo  zasłaniające  okna,  a  także  drzewa  rosnące  na  dziedzińcu  i 
umieszczone pośród gałęzi słoneczne  kule, których blask rzucał na ściany koronkowe 
cienie.  Mimo  bardzo  późnej  pory  nadal  słyszał  dźwięki  muzyki,  dolatujące  z  tysięcy 
platform, gdzie bezustannie bawiono się, weselono i tańczono. Razem z nimi od strony 
dżungli w dole napływały aromaty dziesiątków kwitnących nocnych kwiatów, będące 
mieszaninami woni miodu, przypraw i wanilii. 

Tatooine. 
Dlaczego właśnie teraz przyśniła mu się planeta, na której mieszkał, będąc dziec-

kiem? Z jakiego powodu śnił właśnie o tamtej nocy, kiedy obudził się, żeby stwierdzić, 
iż  na  pustyni  jest  równie  cicho  jak  w  jego  sercu,  chociaż  wiedział,  że  zbliża  się  coś 
strasznego? 

Wówczas byli to Jeźdźcy Tusken, ludzie piasku. Tamtej nocy zbliżył się za bardzo 

do granicy siłowego pola, wskutek czego uruchomił jeden niewielki czujnik alarmowy. 
Natychmiast z domu wyskoczył szukający go wujek Owen i w tej samej chwili w odda-
li rozległy się pierwsze ciche ryki banthów. Gdyby Luke nie obudził się i nie uruchomił 
czujnika,  pozostali  dowiedzieliby  się  o  planowanej  napaści  dopiero  wówczas,  kiedy 
ludzie piasku pokonywaliby ochronne pole. 

Dlaczego również tej nocy wydawało mu się, że panuje taka sama absolutna cisza? 

Dlaczego także miał przeczucie, że zbliża się coś złego? 

Co takiego zauważył w tamtym ułamku sekundy, kiedy otworzył umysł, żeby za-

poznać  się  ze  wspomnieniami,  przechowywanymi  w  elektronicznym  mózgu  mężczy-
zny-androida? 

Wyskoczył z łóżka i narzucił na plecy prześcieradło, w ten sam sposób, jak otulił 

się pledem we śnie z czasów dzieciństwa, po czym podszedł do najbliższego okna. 

Na  dziedzińcu  także  panowała  głucha  cisza,  jeżeli  nie  liczyć  szmeru  niewidocz-

nych  fontann  i  szelestu  liści  drzew,  poruszanych  lekkimi  podmuchami  wiatru.  Jakiś 
ptak zaćwierkał pośród gałęzi. 

 
I słowika, co pięknie kląskał każdego dnia... 
 
Han i Leia odlecieli. Oznajmili, że obawiają się o bezpieczeństwo dzieci, uzasad-

niając ten lęk rzekomą  napaścią Druba McKumba. Przywódcy Ithorian stwierdzili, że 
doskonale  rozumieją  ich  obawy.  Nie  wątpili,  że  oboje  muszą  skrócić  dyplomatyczną 
wizytę i powrócić na Coruscant, żeby nie narażać dzieci na nieprzewidywalne zagroże-
nie. Stary przemytnik, pogrążony w snach pełnych majaków i koszmarów, pozostał pod 
opieką Tomli Ela. 

Razem z Hanem i Leią odleciał Artoo-Detoo. Luke  wiedział, że baryłkowaty ro-

bot, dysponujący o wiele  większą mocą obliczeniową, będzie bardziej potrzebny tam, 
dokąd lecieli. Poza tym Threepio, mimo iż jak zawsze gadatliwy i grymaśny, był nie-
zbędny  jako  ktoś,  kto  mógłby  pomóc  Luke'owi  wykonać  dziwne  i  trudne  zadanie,  z 
jakim przybył na Ithor. Mistrz Skywalker i Cray Mingla potrzebowali go jako tłumacza, 

background image

Dzieci Jedi 

32 

żeby  móc  porozumieć  się  z  ithoriańskimi  uzdrowicielami.  Tomla  El  i  jego  koledzy 
mieli próbować pomóc Nichosowi Marrowi stać się takim człowiekiem, jakim był po-
przednio. 

Mimo to Luke żałował, że nie ma w tej chwili obok siebie Artoo. 
Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. 
Zawiązał końce prześcieradła pod brodą i podszedł cicho do drzwi. See-Threepio, 

siedzący w opustoszałej jadalni Domu Gości, włączył zasilanie swoich obwodów w tej 
samej chwili, kiedy mistrz Jedi przekroczył próg komnaty. Złociste oczy androida roz-
jarzyły się w ciemnościach jak dwa małe okrągłe księżyce. Luke jednak machnął ręką i 
pokręcił głową. 

- Nie, nie, Threepio, wszystko w porządku. 
- Czy mógłbym coś dla pana zrobić, mistrzu Skywalkerze? 
- W tej chwili nie. Dziękuję. 
Protokolarny  android  usiadł  znów  na  krześle.  Mimo  to,  kiedy  Luke  schodził  po 

kilku stopniach ku drzwiom wiodącym na zewnątrz i później, gdy przemierzał pogrą-
żony w ciemnościach taras, był świadom tego, że Threepio nie wyłączył zasilania. Po-
myślał, że złocisty android czasami potrafi być wścibski zupełnie jak człowiek. 

Podobnie  jak  Threepio,  Nichos  Marr  także  siedział  w  pokoju  przylegającym  do 

apartamentu,  który  przydzielono  Cray  Mingli.  Ograniczył  moc  wyjściową,  co  było  u 
androidów odpowiednikiem odpoczynku. Identycznie jak Threepio, odwrócił głowę na 
pierwszy szmer bardzo lekkich kroków Luke'a, dając dowód, iż wie o jego obecności. 

-  Luke?  -  zapytał.  Cray  wyposażyła  go  w  najczulsze  modulatory  głosu,  dzięki 

czemu  Nichos  wypowiedział  to słowo szeptem  niewiele  głośniejszym  niż szmer poru-
szanych podmuchami wiatru liści. Wstał i podszedł do miejsca, gdzie przystanął mistrz 
Skywalker.  Jego  srebrzyste  ramiona  połyskiwały  matowo  w  panującym  półmroku  ni-
czym kończyny ducha albo zjawy. - Co się stało? 

- Nie wiem. - Obaj przeszli do niewielkiej jadalni, w której Luke zapuszczał my-

ślową  sondę  do umysłu Nichosa. Nauczyciel  Jedi  wyciągnął  rękę, by odchylić osłonę 
słonecznej  kuli  w  ten  sposób,  żeby  wąska  smuga  żółtaworóżowego  światła  padła  na 
blat stołu, wykonany z drewna wulwy. - Miałem sen. Możliwe, że nawet przeczucie. 

W następnej chwili zamierzał zapytać Nichosa, czy również miewa sny, ale zrezy-

gnował,  kiedy  przypomniał  sobie  mroczny,  przerażający  wizerunek  ciemności,  jaki 
dostrzegł w jego mózgu. Nie był pewien, czy Nichos uświadamia sobie różnicę w spo-
sobie  postrzegania  i  rozumowania,  istniejącą  między  człowiekiem  a  androidem.  Czy 
zdaje sobie sprawę z tego, co stracił, kiedy jego świadomość, jego osobowość, zostały 
przeniesione do powłoki androida. 

- Jak bardzo jesteś świadom istnienia  komputerowej strony swojej osobowości?  -

zapytał zamiast tego. 

Człowiek zapewne zmarszczyłby brwi, przyłożyłby palec do ust albo podrapałby 

się za uchem... lub wykonałby inny, zwykły ludzki gest. Nichos odpowiedział z szyb-
kością charakteryzującą androidy. 

background image

Barbara Hambly 

33 

- Owszem, uświadamiam sobie fakt, że istnieje. Gdybyś zapytał mnie, ile wynosi 

pierwiastek kwadratowy z  liczby pi albo jaki jest stosunek długości  do częstotliwości 
fali świetlnej, odpowiedziałbym ci bez wahania. 

- Czy potrafisz generować liczby losowe? 
- Oczywiście. Oczywiście. 
- Kiedy badałem twój umysł i zapoznawałem się ze wspomnieniami pochodzący-

mi z tamtej planety, na której upłynęło twoje dzieciństwo, natrafiłem na... zakłócenie. 
Odniosłem wrażenie, że coś wyciągało się ku mnie, szukało... Coś złego, coś... -Kiedy 
zdecydował się powiedzieć to na głos, zorientował się, że wie, co wówczas odczuwał. - 
Coś obdarzonego własną świadomością. Czy mógłbyś wpaść w podatny trans, podobny 
do takiego, podczas którego medytujesz nad Mocą, a potem otworzyć własny umysł i... 
zacząć generować ciągi liczb losowych? Losowych współrzędnych? Podam ci świetlny 
pisak; tu zresztą jeden jest, dołączony do terminala komputerowego. Zostałeś przeszko-
lony jako Jedi - ciągnął Luke, pochylając się nad blatem stołu i zaglądając w sztuczne, 
błękitne jak chlorek kobaltawy oczy. - Znasz... uczucie, smak i ciężar Mocy, mimo iż w 
tej  chwili  nie  potrafisz  się  nią  posługiwać.  Muszę  odnaleźć  to...  zakłócenie.  Tę  falę 
ponurego mroku, którą wówczas czułem. Czy potrafisz to zrobić? 

Niespodziewanie Nichos się uśmiechnął. Na jego twarzy pojawił się grymas, który 

był Luke'owi dobrze znany. 

-  Nie  mam  najmniejszego  pojęcia  -  odparł  mężczyzna-android.  -Ale  z  pewnością 

możemy spróbować. 

 
Wczesnym rankiem Luke wymówił się od wzięcia udziału w wyprawie, którą zor-

ganizował Tomla El dla  niego, Cray i Nichosa. Wszyscy  mieli polecieć  do  wodospa-
dów  w  Dessiar,  uważanych  za  jedno  z  najpiękniejszych,  najbardziej  majestatycznych 
miejsc na całej planecie. Kiedy jego uczniowie zaczęli przygotowywać się do wyprawy, 
Luke  odszukał  Umwaw  Moolis.  Wysoka  przywódczyni  stada  poważnie  wysłuchała 
jego cokolwiek niezwykłej prośby i obiecała, że uczyni wszystko, co tylko będzie mo-
gła, by ją spełnić. Nieco później Luke udał się do Domu Uzdrowicieli, w którym konał 
stary Drub McKumb, naszpikowany środkami uśmierzającymi ból, ale nadal dręczony 
hulającymi w jego mózgu koszmarami. 

- Zabić cię! - Mężczyzna szarpnął się, ale przytrzymujące go pasy nie puściły. Pio-

runował Luke'a spojrzeniem nie widzących błękitnych oczu. Z wściekłością wymachi-
wał  na  oślep  rękami,  usiłując  dosięgnąć  go  palcami,  zakrzywionymi  jak  prawdziwe 
szpony. 

-  To  wszystko  trucizna!  -  krzyczał.  -  Widzę  cię!  Widzę  mroczną  otoczkę  wokół 

twojego ciała! Ty jesteś nim! Ty jesteś nim! 

Wyprężył się, wyginając ciało w łuk nad diagnostycznym łożem. Można było od-

nieść  wrażenie,  że  jego  pełne  przerażenia  okrzyki  są  wyciskane  z  wnętrzności  ciała 
przez piekielny magiel. 

Luke poznał najciemniejsze miejsca w całym wszechświecie. Zapuścił się do naj-

bardziej  mrocznych  zakamarków  własnego  mózgu.  Doświadczył  większego  zła  niż 

background image

Dzieci Jedi 

34 

jakikolwiek  inny  człowiek  podążający  szlakami,  po  których  ciągnęły  go  siły  Mocy... 
Mimo to tylko z trudem powstrzymywał się, by nie odwrócić się i nie odejść. 

-  Ubiegłej  nocy  odważyliśmy  się  nawet  podać  mu  dawkę  yarrocku  -  odezwał  się 

dyżurny  uzdrowiciel,  niewysoki  i  szczupły  Ithorianin  o  skórze  ubarwionej  w  piękne 
zielono-żółte pasy. Istota miała na sobie purpurowy lniany płaszcz, pozbawiony jakich-
kolwiek ozdób. - Wygląda na to, że poprzednie dawki, dzięki którym miał na tyle jasny 
umysł,  by  przylecieć  tu  stamtąd,  skąd  wystartował,  spowodowały  przewrażliwienie 
jego organizmu. Za pięć albo sześć dni spróbujemy podać mu następną. 

Luke popatrzył na wykrzywioną, zniekształconą twarz starego przemytnika. 
- Jak sam widzisz - ciągnął tymczasem uzdrowiciel - wewnętrzne postrzeganie bó-

lu  i  trwogi  powoli  ustępuje.  Obecnie  utrzymuje  się  na  poziomie  dziewięćdziesięciu 
trzech procent  wartości, jaką  miało  w  chwili,  kiedy  go tu  przywieziono.  Wiem, że to 
niewielka różnica, ale zawsze różnica. 

- To on! On! ON! - zawył mężczyzna. Kropelki piany opryskały jego siwą popla-

mioną brodę. 

Kto? 
- Nie radziłbym, mistrzu Skywalkerze, żebyś próbował nawiązać jakikolwiek kon-

takt z jego mózgiem, dopóki nie osiągnie przynajmniej pięćdziesięciu procent. 

- Rozumiem - odrzekł łagodnie Luke. „Zabić was wszystkich". I: „Gromadzą się". 
- Czy dysponujesz zapisem wszystkiego, co powiedział? 
- O, tak. - Ogromne brązowozłociste oczy mrugnęły na znak potwierdzenia. - Mo-

żesz zapoznać się z tym, jeżeli skorzystasz z terminala komputerowego, umieszczonego 
w niszy na korytarzu. Nic z tego nie mogliśmy zrozumieć. Może jego słowa będą miały 
większy sens dla ciebie. 

Niestety,  nie  miały.  Luke  zapoznał  się  ze  wszystkimi  niezrozumiałymi  jękami  i 

wrzaskami. Wysłuchał urywków słów i zdań, których reszty mógł tylko się domyślać. 
Od  czasu  do  czasu  słyszał  jednak  wyraźniej  nie  powiązane  ze  sobą  okrzyki:  „Solo! 
Solo! Czy mnie słyszysz? Dzieci... Zło... Zbierają się tam... Zabić was wszystkich!" 

Najważniejsza  jest  interpunkcja-pomyślał  z  kwaśną  miną  Luke,  wyjmując  słu-

chawkę z ucha. - Czy to jest jedna myśl, czy trzy? A może tylko krwotok myśli, zwią-
zanych z koszmarami dręczącymi nieszczęśnika? 

Z  kieszeni  u  pasa  wyjął  kawałek  wydruku,  sporządzonego  nieco  wcześniej  tego 

ranka za pomocą świetlnego pióra, którym rejestrował szeregi losowych liczb, genero-
wanych przez Nichosa. Zapoznał się także z dołączonym do niego wykazem, jaki kilka 
godzin  później  kazał  sporządzić  centralnemu  komputerowi  stada.  Nie  wiedział,  co  to 
wszystko mogło oznaczać, ale sam fakt, że w sposób oczywisty coś jednak oznaczało, 
wprawiał go w niepokój. 

Usłyszał  dobiegający  z  korytarza  odgłos  kroków;  charakterystyczny  głośny  stuk 

modnych, ale szalenie niepraktycznych butów Cray.  Uśmiechnął się do siebie. Można 
było mieć pewność, że nawet wówczas, kiedy kobieta wyruszy na wycieczkę po dżun-
gli,  ubierze  się  tak  modnie,  jak  tylko  zdoła.  Usłyszał  jej  głos,  znamionujący  zwykłą 
pewność  siebie,  czasami  nawet  graniczącą  z  szorstkością.  W  ciągu  ostatnich  sześciu 
miesięcy miał okazję słyszeć ten głos coraz częściej i częściej. 

background image

Barbara Hambly 

35 

-  Prawdę  mówiąc,  wszystko  sprowadza  się  do  problemu,  jak  powiększyć  cztero-

krotnie czułość obwodów scalonych, żeby uzyskać generator przebiegów wzorcowych 
zamiast liniowych. 

Luke wiedział, że Cray należy do najlepszych ekspertów w swojej dziedzinie. Jego 

wiedza na temat programowania androidów i rozumienia, co dzieje się w ich mózgach, 
zaczynała  się i kończyła  na tym,  w jaki sposób wyperswadować Threepiowi najmniej 
praktyczne  pomysły  dotyczące  opiekowania  się  dziećmi  Hana  i  Leii...  Mimo  to  jego 
zmysły i wrażliwość na najlżejsze zmiany intonacji ludzkiego głosu pozwoliły mu wy-
kryć  w słowach kobiety rozpaczliwą, chociaż zapewne podświadomą próbę przekona-
nia samej siebie, a także chęć rozproszenia własnych wątpliwości. 

-  Hayvlin  Vesell  z  Ośrodka  Podstawowych  Badań  Technomicznych  twierdzi  w 

swoim artykule, że powinniśmy powrócić do stosowania starych obwodów scalonych, 
opartych na ksylenie, z uwagi na ich większą rozdzielczość przechowywania informa-
cji. Kiedy wrócę do Instytutu... 

- Właśnie to usiłuję ci wytłumaczyć, doktor Minglo... Cray.  - Głos ithoriańskiego 

uzdrowiciela przypominał kołysankę śpiewaną przez leśne wiatry. - Bez względu na to, 
jak  skutecznie  rozdzielisz  informację,  to  wszystko  okaże  się  niemożliwe.  Prawdopo-
dobnie jedyną odpowiedzią, jaką uzyskasz, będzie fakt, że żadna odpowiedź nie istnie-
je. Nichos może po prostu nie być zdolny do okazywania ludzkich uczuć. 

- Och, przypuszczam, że jeżeli chodzi o to, nie masz racji. -Aksamitny głos Cray 

wskazywał  na  to,  że  kobieta  odzyskała  pewność  siebie.  Równie  dobrze  mogła  była 
dyskutować z  kolegą specjalistą na temat problemów, związanych z językami progra-
mowania. - Zanim odrzucimy taką możliwość, z pewnością czeka nas jeszcze mnóstwo 
wytężonej pracy. Opowiadano mi także, iż podczas eksperymentów z zakresu przyspie-
szonego nauczania można dojść do rewelacyjnych rezultatów, jeżeli przyjąć określoną 
wielokrotność  prędkości  przyswajania  przez  ludzki  mózg  różnych  informacji.  Zapisa-
łam  się  na  kolejny  kurs przyspieszonego  nauczania,  tym razem z  dziedziny dynamiki 
określania wzorów informacyjnych... 

Jej głos stopniowo cichnął coraz bardziej. Czeka nas jeszcze mnóstwo wytężonej 

pracy  -  pomyślał  Luke.  Współczując  kobiecie,  przycisnął  dłoń  do  czoła.  Cray  miała 
taką samą odpowiedź na wszystkie problemy. Bez względu na cenę, jaką miała zapła-
cić, każdy problem mógł być rozwiązany, pokonany, przezwyciężony, jeżeli poświęci-
łaby mu dostatecznie dużo czasu i pracy. 

Luke wiedział, że w tym przypadku koszty, jakie poniesie Cray, będą ogromne. 
Dobrze pamiętał, co się działo w ciągu kilku pierwszych tygodni po tym, jak u Ni-

chosa  wystąpiły objawy niewytłumaczalnego zwyrodnieniowego uwiądu systemu ner-
wowego. Przypominał sobie, jak Cray pojawiała się, by wziąć udział w porannych ćwi-
czeniach,  chociaż  całymi  nocami  korzystała  z  umożliwiających  przyspieszoną  naukę 
urządzeń, które sama przetransportowała na Yavin Cztery. Zdenerwowana, wyczerpana 
i rozdrażniona, nie powiedziała ani Luke'owi, ani nikomu innemu, że poddaje się hip-
nozie  i  zażywa  narkotyki.  Że  chce  jeszcze  szybciej  poznawać  najnowsze  osiągnięcia 
nauki,  aby  więcej  wiedzieć  i  rozumieć.  Że  pragnie  ocalić  człowieka,  którego  kocha, 
zanim  będzie  na  to  za  późno.  Luke  pamiętał  także  te  straszliwe  noce,  spędzone  w 

background image

Dzieci Jedi 

36 

ośrodku medycznym na Coruscant, kiedy Nichos przebywał w szpitalu, a Cray ślęczała 
nad własnymi projektami i ponaglała dostawców niezbędnych części. Pragnęła wygrać 
wyścig z chorobą, a tymczasem na jej oczach ciało narzeczonego słabło i zanikało. 

Cray dokonała prawdziwego cudu. Ocaliła życie człowieka, którego kochała. 
Ocaliła... poniekąd. 
Człowieka, który pamiętał cały tekst starej piosenki z czasów dzieciństwa, ale nie 

potrafił  określić,  jakie  uczucia  -  radość,  smutek  czy  tęsknota  -  wiążą  się  z  jej  wspo-
mnieniem. 

- Luke? 
Mistrz Jedi usłyszał dobiegający z korytarza odgłos lekkich kroków, któremu to-

warzyszyło ciche brzęczenie serwomotorów Threepia. 

Po chwili na progu małej komnaty stanęły oba androidy - złocisty i srebrzystosza-

ry, wyposażony w bladą ludzką twarz o niebieskich oczach. 

- Czy te liczby losowe, które wygenerowałem, powiedziały ci coś ciekawego? 
Na srebrzystej powierzchni lewego ramienia i ręki mężczyzny--androida było wi-

dać ślady wyschniętych kropel wody, jakby Nichos przebywał zbyt blisko wodospadu. 
Luke zastanawiał się, w jaki sposób odczucie piękna krajobrazu, oglądanego wspólnie z 
ukochaną kobietą, zostało zarejestrowane w jego bazach danych. 

- Tak, to są z pewnością współrzędne - odparł, po czym dotknął wydruku leżącego 

przed nim na blacie stołu.  - Współrzędne punktu znajdującego się gdzieś w Mgławicy 
Stokrotka,  na  samym  skraju  Odległych  Rubieży,  jeszcze  dalej  niż  system  K-Siedem-
Czterdzieści dziewięć. Nic tam nie ma; nigdy zresztą niczego nie było, ale... Poprosiłem 
Umwaw Moolis, żeby wypożyczyła mi jakiś statek. Mam przeczucie, że mimo wszyst-
ko powinienem polecieć tam i sprawdzić. 

Jedną z najtrudniejszych lekcji dotyczących władania Mocą, jakie musiał przyswo-

ić sobie mistrz Skywalker, było niezwracanie uwagi na konkretną, dającą się  udowod-
nić rzeczywistość i ufanie własnym przeczuciom. Obecnie ludzie bardzo rzadko zada-
wali pytania człowiekowi, który potrafił zniszczyć Pogromcę Słońc. 

- Czy będę mógł polecieć z tobą, mistrzu Skywalkerze? - zapytał złocisty android. 
-  Oczywiście,  że  tak,  Threepio.  -  Nichos  cofnął  się  o  pół  kroku,  żeby  móc  lepiej 

mu się przyjrzeć. - Ja też polecę. Liczę na to, że Cray także. 

Odwrócił głowę i w tej samej chwili mistrz Jedi usłyszał dobiegający z korytarza 

odgłos szybkich kroków Cray. Po sekundzie  młoda kobieta stanęła na progu komnaty 
nauczyciela. 

-  Na  co  liczysz?  -  zapytała,  zwracając  się  do  narzeczonego.  Objęła  go  w  pasie  i 

uśmiechnęła się  niemal dokładnie  w taki sam sposób jak zawsze. Luke zauważył jed-
nak, że w odpowiedzi na jej gest młody mężczyzna uniósł rękę i położył dłoń na ramie-
niu  kobiety  z  niemal  niedostrzegalnie  krótkim  opóźnieniem.  Jak  przypuszczał,  Cray 
pojawiła się, ubrana w elegancki biało-czarny kostium. Jej twarz była starannie umalo-
wana, a blond włosy przewiązane jaskrawą szarfą. 

-  Na  to,  że  polecisz  z  Lukiem  i  Threepiem  do  Mgławicy  Stokrotka,  by  odszukać 

to... czymkolwiek to jest. Żeby sprawdzić przeczucie mistrza Skywalkera. 

background image

Barbara Hambly 

37 

- Och, ale ja... - W ostatniej chwili urwała i nie powiedziała, dlaczego się sprzeci-

wia. Luke podejrzewał, że mogło chodzić o chęć kontynuowania procesu rehabilitacji 
Nichosa i przywracania mu ludzkich cech, czym Cray miała się zajmować pod kierun-
kiem  Tom-li  Ela.  Zobaczył  jednak,  że  kobieta  bierze  się  w  garść  i  spogląda  na  niego, 
nie potrafiąc ukryć niepokoju. - Co się stało, Luke'u? Nichos powiedział mi rano o tym 
doświadczeniu z generowaniem ciągów liczb losowych. 

-  To  może  jeszcze  nic  nie  znaczyć.  -  Luke  wstał  od  stolika,  wyłączył  monitor  i 

schował wydruk z rzędami liczb do kieszeni u pasa. - Poza tym oboje przylecieliście tu, 
żeby pracować. Żeby pomóc ci, Nichosie. Tonie... 

-  Ty  także  byłeś  zajęty  swoją  pracą  w  akademii  na  Yavinie  Cztery  -  przerwała 

Cray.  Spojrzała  z  powagą  w  oczy  mistrza  Skywalkera.  Oboje  byli  mniej  więcej  tego 
samego wzrostu. - A mimo to przyleciałeś tu, by nam pomóc. 

- Nie wiesz, co cię tam czeka, Luke'u. - Nichos położył dłoń na ramieniu nauczy-

ciela. - Możesz spotkać lordów dysponujących resztkami imperialnej floty i pragnących 
zostać wielkimi admirałami. Możesz natknąć się na ambitnych książąt, następców tro-
nów prastarych rodów władających systemami sektora Senexa, którzy myślą, że uda im 
się  powiększyć  zakres  własnej  władzy...  W  każdej  chwili  może  zdarzyć  się  tam  coś 
nowego.  Lepiej  będzie,  jak  poprosisz  Umwaw  Moolis,  żeby  wypożyczyła  ci  większy 
statek. 

 
Odległe Rubieże. Przed wielu laty Luke określił z dosyć dużą dokładnością plane-

tę Tatooine, na której się wychowywał - a która była jednym ze światów znajdujących 
się  w  niedostępnym,  rzadko  zaludnionym  rejonie  galaktyki  -  mianem  miejsca  najbar-
dziej  odległego  od  tętniącego  życiem  centrum  wszechświata.  Od  tamtych  czasów  od-
wiedzał  jednak  planety,  w  porównaniu  z  którymi  Tatooine  wyglądała  jak  Coruscant 
podczas Tygodnia Karnawału, ale nie zapomniał swojej dawnej definicji... I dokładnie 
to samo  mógł powiedzieć teraz na  temat  większości  pozostałych światów tworzących 
Odległe Rubieże. 

Opasłe szkarłatne słońca, okrążane przez zamarznięte kule metanu albo amoniaku. 

Gorące błękitnobiałe gwiazdy, których żar spalał pobliskie planety na popiół. Pulsary i 
okrążające je światy, które na przemian to zamarzały, to tajały. Całe gromady gwiazd, 
przeniknięte  szczątkowym  promieniowaniem  tak  silnym,  że  mogłoby  ściąć  białko  ja-
kichkolwiek istot, których nie rozerwałyby na kawałki zmagające się ze sobą siły gra-
witacji... 

Wszędzie w galaktyce było mnóstwo nie zamieszkanych planet w kształcie meta-

lowych  albo  skalnych  kul.  Ich  eksploatacja  była  na  ogół  zbyt  kosztowna  z  uwagi  na 
panujące warunki: wysoką temperaturę, siły przyciągania albo sąsiedztwo niebezpiecz-
nych miejsc w rodzaju gazowych mgławic i czarnych dziur wydzielających śmierciono-
śne promieniowanie. Właśnie to miała na myśli Leia, kiedy powiedziała Cray, iż odle-
głości pomiędzy systemami gwiezdnymi bywają czasem tak duże, że jeżeli nie ma po-
wodu ich odwiedzać, bardzo łatwo można zapomnieć nie tylko o pojedynczych plane-
tach czy gromadach, ale nawet o całych sektorach. Tu, na Odległych Rubieżach, Impe-
rium nigdy nie przejmowało się prawami obowiązującymi na poszczególnych światach. 

background image

Dzieci Jedi 

38 

Opancerzony krążownik zwiadowczy „Drapieżny Ptak", który Ithorianie pożyczyli 

Luke'owi, wyskoczył z nadprzestrzeni w sporej odległości od ogromnej kuli świecące-
go  pyłu  i  zjonizowanych  gazów,  oznaczonej  na  gwiezdnych  mapach  jako  Mgławica 
Stokrotka. 

- Jesteś pewien, że właśnie to miejsce wskazywały wygenerowane przez niego lo-

sowe współrzędne? - zapytała z powątpiewaniem Cray, zapoznając się z informacjami 
na  temat  obszaru,  jakie  były  wyświetlane  na  ekranach  trzech  monitorów,  umieszczo-
nych tuż poniżej głównego iluminatora mostka. - Nawet nie ma tego w Rejestrze. Czy 
możliwe,  że  zestaw  współrzędnych  dotyczy  na  przykład  systemu  K-Siedem-
Czterdzieści dziewięć? To tylko kilka parseków od tego miejsca i przynajmniej jest tam 
jakaś planeta... Pzob. -Kobieta odczytała jej nazwę na ekranie. - Nadaje się do zamiesz-
kania przez istoty ludzkie. Klimat umiarkowany... Możliwe, że to właśnie na niej znaj-
dowała się tajna baza Imperium, chociaż żadnej nie umieszczono w tym wykazie. 

- To prawda, mogą tam mieszkać ludzie - przyznał Luke, palcami jednej dłoni wy-

stukując  na  klawiaturze  jakieś  polecenia  i  spoglądając  raz  po  raz  na  zmieniające  się 
kształty obłoków gazów widocznych przez centralny iluminator. - Tylko że Pzob zosta-
ła  już  skolonizowana  przed  wielu,  bardzo  wielu  laty.  Przez  Gamorrean.  Nikt  w  tej 
chwili  już  nie  wie,  kiedy  się  na  niej  osiedlili  i  dlaczego.  Każdy,  kto  chciałby  założyć 
tam stałą bazę, musiałby wydać krocie na same systemy bezpieczeństwa. 

-  To  bardzo  nieprzyjemne  istoty,  ci  Gamorreanie  -  zgodził  się  z  nim  Threepio, 

przesadnie akcentując słowa. Siedział na fotelu obok Nichosa w części mostka przezna-
czonej dla  pasażerów.  -  Dosyć  trudno było z  nimi rozmawiać, kiedy znalazłem  się  w 
pałacu Hutta Jabby... Zapisane w bazach danych dobre rady dla osób, pragnących od-
wiedzić  ich  rodzimy  świat,  zawierają  tylko  jedno  zdanie:  „NIE  ODWIEDZAJ  GA-
MORRA". Naprawdę! 

-  No,  nie  wiem...  -  Luke  spojrzał  przez  iluminator.  Smugi  połyskujących  cząstek 

odbijały  światło  pobliskich  gwiazd,  ale  także  świeciły  własnym  blaskiem.  Zapewne 
osłaniały dwie  albo trzy inne gwiazdy,  ukryte  w pustce przestworzy. Rozpraszały ich 
blask, tak że nie można było niczego dostrzec. - Wskazania czujników dowodzą że za 
tą zasłoną musi kryć się mnóstwo skalnych okruchów. 

Pstryknął  przełącznikiem i na jednym z  małych ekranów pojawił się  jakiś obraz. 

Ukazywał przestrzeń usianą drobinami czegoś, co przypominało ziarenka piasku i ka-
myki, wiszące pomiędzy nimi w stanie chwiejnej równowagi. 

- Pas asteroid - oznajmił Luke. - Wygląda na to, że wszystkich możliwych rozmia-

rów. Głównie związki żelaza i niklu... To może być pas krążący wokół jakiejś gwiaz-
dy... Ciekawe, czy Imperium prowadziło tu jakieś prace wydobywcze. 

- To byłoby strasznie kosztowne przedsięwzięcie, prawda?  -zapytał Nichos, który 

wstał i zbliżył się, by popatrzyć przez iluminator. 

Luke  zaczął  zmieniać  obrazy,  wyświetlane  na  ekranach  monitorów.  Zapoznawał 

się z informacjami na temat masy, studiował wyniki analiz spektrograficznych, a także 
odczytywał  wartości  natężeń  lokalnych  pól  grawitacyjnych.  Tymczasem  zmieniająca 
kształty świetlista zasłona z każdą chwilą zbliżała się coraz bardziej do dziobu krążow-

background image

Barbara Hambly 

39 
nika. Wkrótce  stała  się  tak jasna, że jej pastelowe  obłoki,  widoczne  przez  iluminator, 
oświetliły twarze osób, zgromadzonych wokół konsolety. 

- Pomogłoby mi, gdybym wiedział, czego szukam  - odezwał się Luke. - Ha! Wy-

gląda na to, że jednak coś tu mamy... 

Przyspieszył łagodnie i skierował dziób statku ku najbliższej smudze świecącej za-

słony.  Wkrótce  za  iluminatorem  zaczęły  wirować  i  tańczyć  różnobarwne  woale.  Po 
chwili ukazały się zza nich skalne bryły wielkości wieżowców z Coruscant, tak że Luke 
musiał zwolnić i uważnie manewrować, żeby je wyminąć. 

- To jest to! 
Pociągnął  za  jakąś  dźwignię.  Za  iluminatorem  pojawiła  się  martwa  szara  niefo-

remna  bryła,  częściowo  niewidoczna  za  pasemkami  białozielonkawej  mgiełki.  Po-
wierzchnię asteroidy szpeciły większe i mniejsze otwory, z których wystawały ramiona 
starych  dźwigów  i  wsporników  platform  czegoś,  co  było  kiedyś  niewielkim  lądowi-
skiem. 

- To chyba jakaś baza - zaczął Luke. - Prawdopodobnie osada górnicza, ale wyglą-

da na to, że od tamtych czasów zaglądało do niej wielu innych poszukiwaczy skarbów... 
Zdemontowali wszystko, co mogli zabrać na pokłady statków. 

- Dziwię się, że w ogóle ktoś zadał sobie tyle trudu - odezwała się Cray, która po-

chyliła się nad ramieniem mistrza Jedi, żeby się lepiej przyjrzeć. - Czy odbierasz jakieś 
sygnały, pochodzące z tych skalnych brył, Luke'u? Pola magnetyczne i obłoki zjonizo-
wanych  gazów  powodują  tak  duże  zakłócenia,  że  to  miejsce  doskonale  nadaje  się  na 
kryjówkę. 

- Niczego nie odbieram, ale to nie znaczy, że niczego tam nie ma.  - Luke obrócił 

obiektyw  kamery  w  ten  sposób,  żeby  na  ekranie  ukazała  się  grupa  kilku  większych 
asteroid  o  średnicach  mniej  więcej  dziewięciu  kilometrów.  Wywoływana  przez  pola 
elektryczne  mgławicy  jonizacja  nie  pozwalała  jednak  dostrzec  niczego  więcej  poza 
nimi. - Obejrzyjmy to sobie z drugiej strony. 

Kiedy Luke prowadził „Drapieżnego Ptaka" przez naszpikowany skalnymi bryła-

mi labirynt chmur świecących gazów, Cray nie przestawała zapoznawać się ze wskaza-
niami czujników i spektrogramami. Tylko niewielu pilotów zapuszczało się w głąb pól 
asteroid,  gdyż  złudzenie,  że  są  nieruchome  i  nieważkie,  mogło  okazać  się  koszmarną 
pomyłką. Nawet Luke czuł przed nimi pewien respekt. Większość skalnych brył miała 
rozmiary gwiezdnego krążownika albo większe - zbyt duże, aby taką asteroidę  mogły 
odepchnąć ochronne pola. Poza tym sam ruch statku wystarczał, żeby wywołać wiry i 
zakłócenia  grawitacyjnych  pól  utrzymujących  wszystkie  asteroidy  w  stanie  chwiejnej 
równowagi. Wartości natężeń tych pól były ogromne z uwagi na niewielkie odległości 
istniejące między sąsiednimi bryłami. Tymczasem czujniki wskazywały, że przed dzio-
bem „Drapieżnego Ptaka" pojawiają się wciąż następne i następne. Niemal z całą pew-
nością  pas  planetarny  -  pomyślał  mistrz  Skywalker.  -Nawet  powierzchowne  badania 
mogą zająć wiele dni, a może nawet tygodni. 

A jednak... 
Każdy zmysł podpowiadał mu, że w środku pasa kryło się coś dziwnego. Albo w 

pobliżu niego, ale rzut oka na wskazania mierników upewnił go, że nie było n i c z e g o 

background image

Dzieci Jedi 

40 

w  okolicach  pasa,  a  zatem  to  coś  musiało  się  kryć  w  jego  środku.  Właśnie  okrążali 
wielką skalną bryłę mającą blisko sześćdziesiąt kilometrów średnicy. W cieniu, panują-
cym na jej skraju, Luke wypatrzył kolejną porcję dziur i szczątki automatycznie stawia-
nej kopuły. Jeszcze jedna kopalnia, tym razem o wiele większa niż poprzednia. Z pew-
nością także opuszczona, ale... 

Dlaczego aż dwie kopalnie? 
A może wcale nie były kopalniami? 
Nichos, który nie  mówiąc ani słowa zajął  miejsce za konsoletą komputera, przez 

pewien czas wystukiwał coś na klawiaturze. Później uniósł głowę i powiedział: 

- Nie mieli nigdzie punktów obserwacyjnych ani posterunków... To dziwne - dodał 

po chwili. - Nie mam żadnych zapisków świadczących o tym, że tu czy gdziekolwiek w 
pobliżu zajmowano się wydobywaniem cennych minerałów. 

-  Czy  dałoby  się  wykryć  obecność  jakichś  cząstek  antymaterii?  -zapytał  Luke, 

zwracając „Drapieżnego Ptaka" w kierunku grupy dużych asteroid, które dryfowały w 
przestworzach  tak  długo,  aż  znalazły  się  obok  siebie.  Utrzymywane  w  równowadze 
przez  siły  grawitacyjnych  pól,  zderzały  się  bezgłośnie  i  ocierały  niczym  rozwiedzeni 
małżonkowie  na przyjęciu.  -  Hiperkurzu? Jakiegokolwiek śladu, świadczącego o tym, 
że przelatywały tędy jakieś statki? 

- Wszystkie ślady znikają po upływie kilku tygodni  - przypomniała Cray, ale mi-

mo  to  zajęła  się  sprawdzaniem.  -  Niczego  -  odezwała  się  po  kilku  chwilach.  -Niech 
licho porwie te zakłócenia. My... 

- Osłony!- krzyknął Luke, uderzając pięścią w przycisk generatora pól ochronnych 

i zastanawiając się - w tym samym ułamku sekundy, w którym krążownik zadrżał pod 
wpływem potężnego ciosu zadanego chyba przez mściwego demona - czy przypadkiem 
nie oszalał. 

Purpurowo-białe światło uderzyło w transpastalową szybę centralnego iluminatora 

z niemal wyczuwalną siłą. Oślepiło wszystkich na mostku i pozostawiło przyprawiające 
o  mdłości  uczucie  braku  siły  ciążenia.  Kolejny  oślepiający  błysk  i  jeszcze  jedna  bły-
skawica zjonizowanej plazmy zadała statkowi następny cios w tej samej sekundzie, w 
której Luke szarpnął dźwignię sterowniczą. Po mostku rozszedł się swąd płonącej izo-
lacji. Luke usłyszał skwierczenie, a potem Cray zaczęła złorzeczyć i przeklinać. Mistrz 
Jedi pomyślał, że młoda kobieta dysponuje naprawdę imponującym repertuarem prze-
kleństw jak  na  kogoś tak zazwyczaj opanowanego i dbającego o swój  wygląd. Kiedy 
poczuł, że odzyskuje ostrość wzroku, przekonał się, że większość płyt czołowych kon-
solet mostka jest ciemna. 

- Skąd do nas strzelają? - zapytał. Wskazania czujników nic mu nie mówiły. 
- Sektor drugi rufowy, trochę... 
- Stamtąd! 
Luke  był  właśnie  w  trakcie  wykonywania  kolejnego  manewru.  Zataczał  ciasny 

łuk,  mając  nadzieję,  iż  dobrze  pamięta,  że  w  tamtym  miejscu  nie  ma  żadnej  skalnej 
bryły.  Kątem  oka  zauważył  jednak  następną  nitkę  oślepiającego  światła,  wysłaną  ku 
„Drapieżnemu Ptakowi" z powierzchni ogromnej asteroidy, która rzeczywiście jeszcze 
przed kilkoma sekundami pozostawała za rufą zwiadowczego krążownika. 

background image

Barbara Hambly 

41 

- Ustalcie dokładne miejsce! 
- Uważaj! 
-  O,  rety!  -  To  był  Threepio,  stojący  po  lewej  stronie  konsolety  systemów  we-

wnętrznych statku, która właśnie w tej chwili eksplodowała z głośnym hukiem i zamie-
niła się w fontannę iskier. Luke prawie nie zwrócił na to uwagi, ponieważ kolejna bły-
skawica  roztrzaskała  pobliski  meteoryt.  Niewielka  skalista  bryła  rozleciała  się  we 
wszystkie strony, zasypując statek kilkoma tysiącami rozżarzonych do białości odłam-
ków. 

-  Niczego  nie  widzę  na  powierzchni  tamtej  asteroidy!  -  zawołała  Cray,  usiłując 

przekrzyczeć trzaski iskier tryskających ze zwieranych kabli. - Żadnych kopuł, żadnych 
stanowisk artylerii, nie widzę nawet otworów strzelniczych... - Luke był zdumiony, że 
kobieta  może  widzieć  cokolwiek  w  drżącym,  pozbawionym  cieni  blasku  rzucanym 
przez  świecące  chmury  mgławicy.  -  Na  całej  powierzchni  nie  brakuje  zresztą  tysięcy 
innych otworów... 

- Obserwuj ją! 
Skywalker zatoczył kolejny łuk, usiłując ukryć statek za sąsiednią ogromną skal-

no-lodową bryłą. Modlił się, żeby ten manewr nie wyprowadził go prosto pod lufy dział 
nieznanych artylerzystów. Jeżeli nie liczyć różnic w rozmiarach, każda asteroida, nale-
żąca do tego pasa, wyglądała niemal dokładnie tak samo jak inne. Jeżeli nikt w danej 
chwili  nie  strzelał  do  jego  statku,  nie  można  było  stwierdzić,  na  której  asteroidzie 
umieszczono potężne działa. Żadna z sześciu czy siedmiu skalnych brył, widocznych na 
tle oceanu świetlistych cząstek i mających średnice od jednego do dwóch kilometrów, 
niczym nie odróżniała się od pozostałych. Tymczasem skalny gigant, za którym ukry-
wał się „Drapieżny Ptak", został trafiony kolejnym strzałem. Rozmiary i masa asteroidy 
sprawiły jednak, że nie rozsypała się tak samo jak poprzednia. Niestety, nie można było 
zauważyć, z którego miejsca wystrzelono śmiercionośną błyskawicę. -Ustaliłam dane... 

-  Za  dwie  sekundy  ulegną  zmianie.  -  Luke  zaczął  gorączkowo  sprawdzać  stan 

urządzeń statku. Jakąś cząstką świadomości czuł ucisk ochronnej sieci wpijającej się w 
jego barki i uda. Pomyślał, że jeżeli nie funkcjonują generatory wewnętrznej grawitacji, 
zapewne uszkodzone zostały również układy regulacji temperatury i systemy uzdatnia-
nia powietrza. - Wynośmy się stąd, dopóki możemy. 

- Wszystkie sterburtowe czujniki zostały przysmażone  - zameldował Nichos trzy-

mający  się  uchwytu  bezpieczeństwa,  umieszczonego  z  boku  jakiejś  konsolety.  Luke 
zauważył,  że  stopy  mężczyzny-androida  nie  dotykają  płyt  pokładu.  -  Generatory  pól 
ochronnych pracują jedną trzecią mocy... 

Mistrz Jedi postanowił wykonać manewr, który miał pozwolić krążownikowi od-

dalić  się  od  asteroidy  w  taki  sposób,  aby  przez  cały  czas  osłaniała  go  przed  atakami 
przeciwnika. Z trudem kompensował odpadanie dziobu z kursu, co powiedziało mu, że 
również stabilizatory lotu nie działają prawidłowo. Nie  musiał nawet korzystać z kla-
wiatury, by zażądać wyświetlenia informacji o stanie generatora napędu nadświetlnego. 
I tak wiedział, że nie ma mowy o tym, aby krążownik mógł dokonać skoku w nadprze-
strzeń. 

- Jak daleko stąd do Pzob? - zapytał. 

background image

Dzieci Jedi 

42 

-  Trzy  do  czterech  godzin  lotu  z  maksymalną  prędkością  pod-świetlną-  zameldo-

wała Cray. Jej głos brzmiał ponuro, ale nie świadczył o tym, że  uczennica Luke'a jest 
przerażona, mimo  iż  po raz pierwszy przebywała  na  pokładzie  ostrzeliwanego statku. 
To dobrze -pomyślał Skywalker - jak na młodą kobietę, która prosto ze szkoły trafiła do 
instytutu naukowego, a później do jego akademii. - Rzecz jasna, to tylko dane szacun-
kowe. Wiem, z jaką prędkością lecimy, ale nie potrafię określić dokładnej odległości. 

- Wygląda na to, że silniki napędu podświetlnego działają prawidłowo  - oznajmił 

Luke.  -  Będziemy  korzystali  z  rezerwy  tlenu  i  zapewne  porządnie  zmarzniemy,  ale 
powinniśmy  dolecieć  tam  bez  problemów.  Threepio,  mam  nadzieję,  że  znasz  dobrze 
gamorreański? 

- O, rety -jęknął złocisty android. 
- Na projektowanym kursie chyba nie ma żadnych przeszkód -oświadczyła Cray. 
Ponownie spojrzała na ekran nawigacyjnego komputera, mimo iż obraz raz po raz 

tracił i odzyskiwał  ostrość. Jeżeli i to urządzenie  zawiedzie  -  pomyślał  Luke  -  wsiąk-
niemy w to bagno na dobre. 

Na  szczęście  od  strony  wrogiej  asteroidy  nie  posypały  się  żadne  inne  strzały.  A 

jednak Luke czuł, że jeżą mu się włosy na głowie. Określił współrzędne punktu, poło-
żonego  na  końcu  najdłuższej  linii  prostej,  jaką  mógł  wytyczyć  w  taki  sposób,  żeby 
osłaniająca go asteroida przez cały czas pozostawała pomiędzy „Drapieżnym Ptakiem" 
a miejscem, z którego, jak przypuszczał, padały zdradzieckie strzały. 

- W porządku  - odezwał  się  w  końcu, kiedy skończył obliczenia.  -  A teraz pozo-

stawmy za sobą trochę hiperkurzu. 

Krążownik zwiadowczy właśnie miał zacząć się oddalać, kiedy potężna błyskawi-

ca zjonizowanej plazmy jak młot Śmierci roztrzaskała osłaniającą go asteroidę. W burtę 
statku uderzyły potworne skalne bryły, pędzone falą energii i resztkami plazmy. Szarp-
nęły kadłubem niczym monstrualna ręka. Luke poczuł, że podobna do uprzęży ochron-
na  sieć,  która  dotychczas  przytrzymywała  go  na  fotelu,  z  głośnym  trzaskiem  wyrywa 
się z zamocowań. Usłyszał jeszcze krzyk Cray... i w następnej chwili ogarnęła go ciem-
ność. 

background image

Barbara Hambly 

43 

R O Z D Z I A Ł  

Oprzytomniał na tyle krótko, że miał czas zwymiotować, co nie było najprzyjem-

niejszym doświadczeniem z  uwagi  na  zerową  siłę  grawitacji.  Dwaj See-Threepio, jak 
mu się zdawało, wyplątali go ze szczątków ochronnej sieci, w której pływał w powie-
trzu, po czym zaczęli wypychać - ze zdumiewającą zwinnością jak na androida, który 
zawsze sprawiał wrażenie zrównoważonego. Luke stwierdził, że wypływa z mostka, ale 
zanim  stracił  przytomność  po  raz  drugi,  wydało  mu  się,  że  Threepio  wpycha  go  do 
rufowego pomieszczenia dla członków załogi. 

Moc - pomyślał. - Muszę posłużyć się Mocą. 
Dlaczego? 
Ponieważ twoje płuca przestały funkcjonować. 
Zdumiewająco  dużo  czasu  zajęło  mu  osiągnięcie  stanu  koncentracji,  w  którym 

mógłby znów zacząć oddychać. Co więcej, czuł przy tym większy ból, niż mógłby się 
spodziewać. Nieco później zaczął się zastanawiać, czy mógłby wykorzystać Moc także 
w tym celu, żeby pozbyć się  oszalałego bantha zapewne uwięzionego  w jego czaszce, 
który za wszelką cenę usiłuje wydostać się na zewnątrz. 

Kiedy  znów  odzyskał  przytomność  -  a  raczej  kiedy  obudził  go  dotkliwy  chłód  - 

uświadomił sobie, że zapewne doznał wstrząsu mózgu. 

- Luke'u! - usłyszał głos Cray. Tym razem brzmiało w nim przerażenie.  - Luke'u, 

musisz się ocknąć! 

Moc  -  pomyślał  ponownie.  Cilghal,  jego  kalamariańska  uczennica,  powiedziała 

mu  kiedyś  wystarczająco  dużo  na  temat  specyficznych  fizjologicznych  właściwości 
wstrząsów,  tak  że  teraz  wiedział  dokładnie,  w  którym  miejscu  ciała  powinien  zogni-
skować  nacisk  Mocy.  Pomimo  to  wysiłek,  jakiego  to  wymagało,  przypominał  próbę 
zdjęcia rękawiczki jedną dłonią. Miał wrażenie, że do jego płuc dostał się potężny świ-
der, którego ktoś zapomniał unieruchomić. Nic dziwnego, że oddychanie sprawiało mu 
tak mało przyjemności. 

Zwiększył ciśnienie krwi, przesyłanej do naczyń włoskowatych, by oczyścić orga-

nizm  z  toksyn.  Przyspieszył  proces  gojenia  komórek  zbuntowanego  szwadronu  pija-
nych Gammorrean, który był kiedyś jego mózgiem. 

background image

Dzieci Jedi 

44 

Otworzył oczy i z trudem starał się połączyć obie stojące przed nim Cray w jedną, 

którą z pewnością była. 

- Gdzie jesteśmy? 
- Zbliżamy się do systemu K-Siedem-Czterdzieści dziewięć. -Z boku twarzy Cray 

widniał  wielki  siniec,  a  makijaż,  zdobiący  przedtem  jej  oczy,  spłynął  po  policzkach 
razem ze  łzami bólu.  Miała  na  sobie  żółty termiczny  kombinezon, a pod nim zwykłe 
ubranie, ale zsunęła kaptur z głowy, wskutek czego jej słomkowe włosy unosiły się w 
powietrzu wokół głowy. - Odebraliśmy ich sygnały. 

Luke odetchnął trochę głębiej - przy tej okazji omal znów nie zemdlał - po czym 

skupił się, by skierować Moc do ośrodka, odpowiedzialnego za największy ból i zawro-
ty głowy. Nie  pamiętał, czy  Nichos jest dobrym pilotem,  ale  był pewien, że Cray  nie 
ma pod tym względem żadnego doświadczenia. Jeżeli zatem chcieli dolecieć na Pzob 
cali i zdrowi, powinien wziąć siew garść i zająć pilotowaniem. 

- Myślałem, że tam nic nie ma - odparł z trudem. - Sygnały pochodzą z Pzob? 
- Tak, z planety K-Siedem-Czterdzieści dziewięć-Trzy - odparła Cray. 
Luke  przestał  przeklinać  na  własny  los  i  drobne  niepowodzenia  mniej  więcej  w 

tym samym czasie, kiedy stracił prawą rękę. Uświadomił sobie wówczas, że nie tylko 
zaniedbał ćwiczenia mające zrobić z niego rycerza Jedi i zawiódł swojego nauczyciela, 
ale także naraził się na śmiertelne niebezpieczeństwo, kiedy bez jakiegokolwiek powo-
du poddał się wpływowi ciemnej strony Mocy. Od tamtego czasu zmienił swój stosu-
nek  do  niewielkich  życiowych  niepowodzeń.  Westchnął  tylko,  pragnąc  w  ten  sposób 
zrzucić z barków ciężar zmartwień, i zapytał: 

- Imperialne? 
To mogło mieć sens, jeżeli tamta baza, z której do nich strzelano, ukryta w głębi 

pasa asteroid, także należała do Imperium. 

- Część komputera, odpowiedzialna za podawanie informacji, została uszkodzona - 

odrzekła Cray. - Udało mi się przywrócić działanie części nawigacyjnej, ale musiałam 
posłużyć się zasobami pamięci rezerwowej i wykorzystać moduły zapasowe, które nie 
zostały  spalone  przez  tamten  skok  energii.  Czy  potrafisz  rozpoznawać  sygnały  impe-
rialne tylko po wewnętrznych kodach? 

- Niektóre - odparł Skywalker. 
Ostrożnie wyciągnął rękę, pragnąc rozpiąć sprzączki pasów przytrzymujących sre-

brzysty  termiczny  koc,  jakim  owinięto  jego  ciało.  Zauważył,  że  w  tym  czasie  Cray 
zajęła się odpinaniem rzemieni, które nie pozwalały mu przemieszczać się z kąta w kąt 
pokoju.  Przekonał  się,  że  się  nie  pomylił.  Naprawdę  znajdował  się  w  rufowym  po-
mieszczeniu  dla  członków  załogi.  Jedyne  oświetlenie  zapewniał  samotny  panel  jarze-
niowy, ukryty pośrodku sufitu. Jego blask wystarczał jednak, żeby Luke zauważył ob-
łoczki pary, wydobywające się z jego ust przy każdym oddechu. 

- Proszę to wziąć, panie Luke'u - odezwał się Threepio, płynąc ku niemu od strony 

zamykanych  szafek,  umieszczonych  w  przeciwległej  ścianie.  W  jednej  dłoni  trzymał 
termiczny kombinezon, a w drugiej aparat tlenowy i filtracyjną maskę. - Tak się cieszę, 
że nareszcie pan oprzytomniał i wyzdrowiał. 

- Nie byłbym takim optymistą, jeżeli chodzi o wyzdrowienie -mruknął Skywalker. 

background image

Barbara Hambly 

45 

Czuł,  że  nawet  najmniejszy  ruch,  konieczny,  żeby  wbić  się  w  termiczny  ubiór, 

przyprawia go o atak mdłości. Pomimo kierowania Mocy we  właściwe  miejsca i czy-
nionych starań, by przyspieszyć leczenie komórek ciała, nadal miał wrażenie, że w jego 
głowie  wali  jak  młotem. Przyjął  z  ręki Threepia  tlenową  maskę, ale  zanim ją  włożył, 
popatrzył pytająco na Cray. 

- Uszkodzeniu uległy także przewody z chłodziwem - oznajmiła kobieta. - Założy-

liśmy ci maskę tak szybko, jak się dało, ale przeżyliśmy kilka nerwowych chwil, kiedy 
wydawało się nam, że już po tobie. 

Luke przesunął dłonią po czubku głowy, w następnej sekundzie pożałował jednak, 

że to zrobił. Bez względu na to, o co się uderzył -a raczej co go uderzyło - miał na gło-
wie guz wielkości mniejszego księżyca Coruscant. 

- Odzyskałam tyle danych na temat tamtej walki, ile mogłam. -Cray nasunęła wła-

sną maskę filtracyjną na głowę i płynąc w powietrzu za mistrzem Jedi, skierowała się 
do  drzwi.  -  Dysponuję  kilkoma  nieruchomymi  hologramami  i  niewielkim  kawałkiem 
nagranej taśmy, której nie potrafię odtworzyć. Oprócz tego mam kilka komputerowych 
ekstrapolacji  czegoś,  co  może  być  przypuszczalnym  miejscem  rozmieszczenia  stano-
wisk  artylerii.  Niestety,  system  jest  zbyt  uszkodzony,  żeby  dało  się  uzyskać  wyraźny 
obraz i jednoznacznie rozstrzygnąć, która to asteroida. Kiedy wylądujemy, natychmiast 
zajmę  się opracowywaniem tych danych, a  wówczas może będę  mogła powiedzieć ci 
coś więcej. 

Kiedy oboje wychodzili na krótki korytarz, Cray odsunęła na bok dryfujący w po-

wietrzu notatnik i kilka rezerwowych masek filtracyjnych. Chociaż na pokładach latają-
cych w przestworzach gwiezdnych statków na ogół nie spotykało się wielu przedmio-
tów, które nie byłyby przymocowane albo utrzymywane za pomocą magnesów, zawsze 
jakieś  można  było  znaleźć:  notatniki,  pisaki,  ręczne  komunikatory,  kubki  do  kawy, 
opróżnione pojemniki po napojach czy płytki do zapisywania danych. 

Na  mostku panował  nawet jeszcze  większy ziąb niż  w pomieszczeniu dla załogi. 

W powietrzu unosiło się mnóstwo mniejszych i większych różowawych bąbli chłodzi-
wa. Nichos przypiął się do sworzni bezpieczeństwa, zamocowanych w płytach pokładu. 
Spoczywał  przed  pulpitem  głównej  konsolety  na  fotelu,  na  którym  siedział  przedtem 
Luke. Ponieważ fotel oderwał się od pokładu pod wpływem tego samego szarpnięcia, 
które wyrwało mistrza Jedi z ochronnej sieci, mężczyzna-android przymocował oparcie 
do najbliższej ściany. Mroków mostka nie rozjaśniał ani jeden panel jarzeniowy. Jedy-
nym oświetleniem było trupioblade światło gwiazd, wpadające przez główny ilumina-
tor. Krwistoczerwone i mrugające bursztynowe lampki modułów zasilaczy świeciły na 
srebrzystych plecach i ramionach Nichosa niczym drogocenne klejnoty. 

- Sygnały, które docierają do nas z Pzob, nie mają takiego natężenia, żeby mogły 

zostać odebrane w Mgławicy Stokrotka - zameldował mężczyzna-android, kiedy Luke 
stanął za jego fotelem w pobliżu unoszących się szczątków ochronnej sieci. - Czy przy-
pominają ci coś, co już kiedyś widziałeś? 

Luke pochylił się, żeby przyjrzeć się sekwencji liczb, pokazywanej na ekranie je-

dynego monitora, jaki jeszcze funkcjonował. 

background image

Dzieci Jedi 

46 

- Nie przypominają żadnego ze znanych mi kodów imperialnych - odparł. - Co nie 

oznacza, że ci, którzy go wysyłają, nie sprzymierzyli się z jednym z imperialnych lor-
dów. 

Mistrz Jedi poczuł się  dziwnie, a  nawet  cokolwiek  nieswojo, kiedy zobaczył Ni-

chosa, bez filtracyjnej maski i termicznego kombinezonu, siedzącego w pomieszczeniu, 
które szybko przekształcało siew zamarzającą, pozbawioną atmosfery trumnę. 

- Gamorreańscy koloniści? - zasugerowała Cray. - Albo może przemytnicy? 
-  Gamorreanie  przestali  toczyć  bratobójcze  walki  na  tyle  niedawno,  że  nie  mogli 

zbudować skomplikowanej bazy na jakiejkolwiek planecie spośród tych, na których się 
osiedlili  -  odezwał  się  z  powątpiewaniem  Skywalker.  -  To  mogą  być  przemytnicy... 
Możliwe, że to właśnie o n i sprzymierzyli się z Karrskiem albo Teradokiem, czy jesz-
cze jakimś innym imperialnym kandydatem do przejęcia władzy. Albo przywódcą któ-
regoś z potężnych gangów przemytniczych, jeżeli już o tym mowa... W tej chwili jed-
nak  nie  mamy  wyboru  -  dodał  po  chwili,  przełączając  obraz,  wyświetlany  na  ekranie 
monitora, znów na informacje, przekazywane przez komputer nawigacyjny, i zdumie-
wając się, że Cray w ogóle udało się naprawić to wszystko. 

 
Potężnie zbudowani, podobni do wieprzy, prymitywni i wojowniczy, Gamorreanie 

mieli zwyczaj żyć wszędzie tam, gdzie żyzna gleba pozwalała im zająć się uprawą roli, 
dzika zwierzyna polowaniami, a kamienie i odłamki skał rzucaniem w przedstawicieli 
innych plemion. Jeżeli mogli wybierać, woleli mieszkać w sąsiedztwie gęstych lasów; 
najchętniej  takich,  w  których  rosło  wiele  grzybów.  Drzewa  w  lesie  otaczającym  nie-
wielką, wypaloną przez szalejący pożar polanę, na której Luke posadził „Drapieżnego 
Ptaka", były potężne, bardzo wysokie i stare. Przypominały drzewa rosnące w ithoriań-
skich tropikalnych lasach, ale wydawały się jeszcze bardziej majestatyczne. Luke czuł 
się zaniepokojony głuchą, dzwoniącą w uszach ciszą panującą w mrocznym cieniu pod 
ich skórzastymi liśćmi. 

-  Baza  powinna  być  gdzieś  tam  -  oznajmił,  siadając  dosyć  szybko  na  stopniach 

awaryjnej schodni zwiadowczego krążownika - rampa nie dawała się opuścić - i poka-
zując  w  kierunku  pomarańczowej  tarczy  słońca,  które  właśnie  wychynęło  znad  hory-
zontu. Pomimo całej energii Mocy, jaką potrafił zgromadzić, nadal czuł zawroty głowy 
i nudności. I chociaż jego płuca goiły się całkiem szybko, wciąż jeszcze odczuwał ból 
podczas oddychania. - To niedaleko, a wskazania czujników, reagujących na obecność 
źródeł  energii,  nie  były  na  tyle  duże,  aby  spodziewać  się  energetycznych  barier  albo 
stanowisk silnej artylerii. 

-  Czy  nie  powinni  byli  wznieść  energetycznych  barier,  jeżeli  te  okolice  są  za-

mieszkiwane przez Gamorrean? - zdziwiła się Cray. 

Podobnie jak Luke, zdjęła termiczny kombinezon i przebierała zwinnymi palcami 

pośród  włosów,  starając  się  jak  najszybciej  uczesać  jasne  pasma.  Całkiem  niezła 
sztuczka,  zważywszy  na  fakt,  że  nie  dysponuje  lustrem  -  pomyślał  Skywalker,  trochę 
rozbawiony. Zapewne nikt oprócz niej nie potrafiłby tego dokonać. 

- Gamorreanie mogli jeszcze nie skolonizować tego kontynentu. 

background image

Barbara Hambly 

47 

Luke zatoczył łuk wyciągniętą ręką. Podmuchy łagodnego wiatru kołysały długimi 

źdźbłami  trawy,  ciemnoniebiesko-zielonej  jak  wszystkie  inne  rośliny  na  tym  świecie, 
skąpanym w blasku bursztynowego słońca. Jego złociste promienie wcale nie napawały 
grozą. Wręcz przeciwnie, tchnęły spokojem i ciszą. Nagle stado spłoszonych dwunoż-
nych  stworzeń,  czerwono-żółtych  i  sięgających  najwyżej  do  kolan  Luke'a,  poderwało 
się zza pnia zwalonego drzewa. Po chwili, gwiżdżąc i szczebiocząc, zniknęło w gęstwi-
nie. 

- Z uwagi na to możemy się spodziewać, że natrafimy na kolonię istot należących 

do zupełnie innej rasy  - ciągnął mistrz Skywalker.  - Raporty na temat tego świata nie 
były uaktualniane od co najmniej pięćdziesięciu lat. 

-  Otworzyliśmy  pokrywy  luków  części  silnikowej,  panie  Luke^!  -  Na  szczycie 

schodni pojawili się Threepio i Nichos. Obie  metalowe powłoki androidów, złocista i 
srebrzysta, były powyginane i w wielu miejscach poplamione smugami smarów.  - Do 
tej pory większość gazów chłodzących zdążyła ulotnić się do atmosfery. 

Wstrząs,  wywołany  trafieniem  przez  ostatnią  plazmową  błyskawicę  i  bryły  roz-

trzaskanej  asteroidy,  spowodował  zaklinowanie  się  pokryw  luków  przedziału  silniko-
wego.  Mając  na  uwadze  dokuczające  mu  raz  po  raz  fale  nudności,  Luke  doszedł  do 
wniosku, że najlepiej będzie powierzyć otworzenie klap obu androidom. Mimo wszyst-
ko,  nie  potrzebowały  masek  filtracyjnych,  a  co  najważniejsze,  dysponowały  większą 
siłą.  W  tym  czasie  Luke  mógłby  wyruszyć  na  krótki  rekonesans,  by  zapoznać  się  z 
okolicą lądowiska. 

Okazało się jednak, że wewnątrz przedziału silnikowego panuje bałagan niemoż-

liwy do opisania. 

-  Będziemy  potrzebowali  mniej  więcej  trzydziestu  metrów  kabla  numer  osiem,  a 

także kilkunastu kompletów złączy do przewodów wielożyłowych  - oświadczył jakieś 
pół godziny później Luke, ostrożnie wyślizgując się z luku mrocznego przedziału. We 
wnętrzu nie świecił się żaden panel jarzeniowy. Przyprawiająca o klaustrofobię komora 
była oświetlona jedynie blaskiem szeregów alarmowych lampek dołączonych do rezer-
wowej baterii typu Scalę-10. -Przypuszczam, że z resztą napraw sam sobie poradzę. 

Lepiej, żeby była to prawda - pomyślał ponuro, słysząc echo słów Leii, od którego 

poczuł  ciarki  na  plecach.  Jego  siostra  oświadczyła,  że  pośród  tysięcy  nie  zamieszka-
nych światów można bardzo łatwo się zagubić. 

Cray wychyliła głowę z obudowy kryjącej wnętrzności nawigacyjnego komputera. 
- Ja także będę potrzebowała kilku takich kompletów, a poza tym co najmniej kil-

kunastu metrów płaskiego przewodu dwunastożyłowego... Nic ci nie jest, Luke'u? 

Ujrzała, że mistrz Skywalker, który właśnie się prostował, zachwiał się i oparł o 

działową ściankę, by po chwili usiąść na progu luku. Na jego szarej jak popiół i spoco-
nej twarzy pojawił się jednak lekki uśmiech. 

Mistrz  Jedi  zaczął  skupiać  energię  Mocy  we  własnym  ciele.  Zwracał  szczególną 

uwagę na chemiczne przemiany zachodzące w mózgu i uszkodzone naczynia  włosko-
wate w płucach. Starał się odprężyć, by w ten sposób przyspieszyć odradzanie się ko-
mórek i tkanki. Czuł się zmęczony. 

- Za chwilę dojdę do siebie. 

background image

Dzieci Jedi 

48 

Proszę, niech w tej bazie nie  spotkamy żadnych wrogo nastawionych przemytni-

ków  -  pomyślał,  rozpaczliwie  starając  się  zebrać  wszystkie  siły,  których  tak  bardzo 
potrzebował.  -  Proszę,  niech  to  nie  będzie  żadna  tajna  baza  któregoś  z  imperialnych 
lordów. Ani ukryta kopalnia, gdzie wykorzystuje się pracę niewolników. Ani też zama-
skowana placówka naukowo-badawczą, prowadzona przez jakąś diabelską siłę, o której 
istnieniu nigdy nie słyszeliśmy... 

Gdyby miało dojść do jakiejkolwiek walki - choćby tylko niewinnej potyczki - nie 

sądził, że potrafiłby stawić czoło wrogom. 

Cray nigdy jeszcze nie brała udziału w prawdziwej walce. Threepio został zapro-

jektowany do wykonywania całkiem innych zadań, a Nichos... 

Bez względu na to, co się stanie,  musi powrócić z  wiadomością, że w Mgławicy 

Stokrotka z pewnością kryje się coś dziwnego. Coś niebezpiecznego... 

- Luke'u? 
Uzmysłowił sobie, że znów omal nie stracił przytomności. Otworzył szeroko oczy 

i ujrzał klęczącą przed nim Cray... dwie Cray kierujące na  niego zaniepokojone oczy. 
W ciemnym wnętrzu przedziału wciąż jeszcze wyczuwało się ciepło promieniujące od 
silników,  ale  nawet  ono  nie  mogło  być  odpowiedzialne  za  wrażenie,  że  dusi  go  coś 
mrocznego... coś gorącego, mimo iż stopy i dłonie miał całkiem zimne. 

Naczynia włoskowate. Leczenie. Gojenie. 
- Dlaczego nie chcesz pozwolić mnie i Nichosowi wyprawić się na poszukiwania 

źródła tego sygnału? 

Luke ciężko westchnął. Pomyślał, że bardzo chciałby im na to pozwolić. 
- Przypuszczam, że będziecie potrzebni bardziej tu niż gdzie indziej - odparł. 
Rzecz jasna, nieznane bazy na odległych planetach zamieszkiwali także dobrzy lu-

dzie, życzliwi, spieszący innym na ratunek... Proszę, spotkajmy właśnie takich ludzi... 

Mimo to nie opuszczało go przeczucie, że może wydarzyć się coś złego. Miał wra-

żenie, że pełznie w jego stronę jakaś mroczna ciemność. 

-  Im  szybciej  wyślemy  tę  wiadomość,  tym  lepiej.  -  Młoda  kobieta  nie  dawała  za 

wygraną. - Bez względu na to, co kryje się w środku tej mgławicy, nie możemy dopu-
ścić, żeby dowiedzieli  się o tym imperialni lordowie. A ryzyko, że do tego dojdzie, z 
każdą godziną jest coraz większe. Odnajdę ten obóz, osadę, czy czymkolwiek może być 
ta baza, poproszę o potrzebne części i wezwę kogoś na ratunek. W tym czasie ty trochę 
odpoczniesz, a kiedy odzyskasz siły, zajmiesz się naprawami. 

Luke czuł, że w jego głowie  huczy jak w ulu. Usiłując odzyskać zdolność oddy-

chania, znów oparł się plecami o działową ściankę. Nie zgadzam się - pomyślał. - A co 
będzie, jeżeli w tym obozie albo otaczających  go lasach czai się jakieś niebezpieczeń-
stwo? 

Sczerniałe,  zwęglone  moduły...  rozerwane  węże  i  przewody  zwieszające  się  jak 

nieżywe kończyny... otwarte luki systemów akceleratora sprężania i żyrograwitacyjne-
go... Luke miał wrażenie, że to wszystko łagodnie się kołysze, jakby cały statek pływał 
po głębokiej wodzie. Górnicy w jego mózgu włączyli świdry i młoty i ponownie zajęli 
się kruszeniem litej skały. Sama  myśl o tym, żeby  wstać albo przejść te dwa, a  może 
trzy kilometry dzielące go od źródła sygnału, przyprawiła go o kolejną falę nudności. 

background image

Barbara Hambly 

49 
Uczynię to - powiedział sobie z ponurą determinacją. Uczynię to, korzystając z energii 
Mocy. 

- Przypuszczam, że będziecie mnie potrzebowali - odpowiedział. 
Wyciągnął rękę i zacisnął zęby, starając się zwalczyć nudności. Cray pomogła mu 

wstać, a potem przejść przez właz po prętach, podobnych do szczebli drabiny. 

- Skąd wiesz, że może nam grozić jakiekolwiek niebezpieczeństwo? - zapytała. 
- Nie wiem tego - odparł łagodnie Skywalker. - Myślę tylko, że możemy wpaść w 

tarapaty. Wyczuwam coś nieokreślonego... 

Oboje  przeszli  przez  otwór  włazu  i  znaleźli  się  na  mostku.  Odwrócili  się...  i 

stwierdzili, że wpatrują się w lufę blasterowego karabinu trzymanego przez zakutego w 
biały pancerz imperialnego szturmowca. 

Zanim  dłoń  Cray  miała  czas  sięgnąć  po  mały  blaster,  Luke  wyciągnął  swoją  i 

obejmując kobietę w pasie, chwycił za nadgarstek. 

- Cray, nie rób tego! 
Szturmowiec  zesztywniał,  ale  Skywalker  uniósł  obie  ręce,  pokazując,  że  nie  ma 

broni. Po chwili Cray poszła w jego ślady. Luke pomyślał, że gdyby jednak spróbowała 
posłużyć się świetlnym mieczem, imperialny żołnierz mógłby trafić jednym strzałem i 
jego, i ją. Nie  wiedział, ilu innych  szturmowców dostało  się  na  pokład  „Drapieżnego 
Ptaka". 

Z głośnika, umieszczonego we wnętrzu przypominającego czerep hełmu, odezwał 

się bezosobowy głos: 

- Ujawnijcie, jak się nazywacie i w jakim celu przylecieliście. 
Cray i Luke cofnęli się o krok, ale oparli się plecami o ścianę. Mistrz Jedi poczuł, 

że ogarnia go kolejna fala nudności. Próbował ją pokonać. Usiłował skupić tyle energii 
Mocy, żeby wyrwać blasterowy karabin z palców mężczyzny, gdyby musiał. Obawiał 
się jednak, że w tej chwili przekraczało to jego siły. 

-  Jesteśmy  kupcami  -  odparł.  -  Zabłądziliśmy,  a  nasz  statek  został  poważnie 

uszkodzony... 

Ujrzał  nagle  przed  oczami  ciemność,  a  w  następnej  sekundzie  poczuł,  że  kolana 

uginają się pod ciężarem jego ciała. Cray usiłowała go podtrzymać... Niespodziewanie 
szturmowiec rzucił karabin na płyty pokładu, podbiegł do nich i chwycił ramię Luke'a. 

- Jesteś ranny - powiedział, pomagając Skywalkerowi usiąść i klękając obok niego. 

Nichos i Threepio, mający ręce zajęte potrzebnymi do naprawy częściami i podzespo-
łami,  wyszli z ładowni i stanęli na  mostku. W osłupieniu spoglądali, jak szturmowiec 
zdejmuje hełm i ukazuje miłą, chociaż pooraną bruzdami czarną twarz okoloną długimi 
siwymi włosami i porośniętą równie długą zmierzwioną brodą. 

-  Och,  biedacy,  wygląda  na  to,  że  przeszliście  przez  prawdziwe  piekło  -  powie-

dział. - Chodźcie ze mną do obozu. Przygotuję wam coś do zjedzenia i zaparzę herbatę. 

 
Kiedy zdjął połyskujący biały pancerz, Triv Pothman okazał się szczupłym, silnie 

umięśnionym,  liczącym  sobie  nieco  ponad  pięćdziesiąt  lat  mężczyzną,  który  jednak 
szczerze przyznawał, że „wilgoć zaczyna wchodzić w jego kości, przez co nie jest już 
taki szybki jak kiedyś". Gestem wskazał zastawione innymi pancerzami półki, ustawio-

background image

Dzieci Jedi 

50 

ne wzdłuż zakrzywionej wewnętrznej ściany domu - niewysokiej białej, automatycznie 
rozstawiającej się kopuły. Jej zewnętrzną powierzchnię, porośniętą czarnymi i łososio-
wymi mchami, szpeciły zacieki wody deszczowej i plamy brudu, jaki nagromadził się 
w ciągu wielu lat od chwili ustawienia. Niewielką polanę, pełniącą kiedyś funkcję im-
perialnego lądowiska o standardowej wielkości, porastały teraz drzewa i krzaki,  które 
odrosły  od  pieńków  i  korzeni  dawno  ściętych,  ale  nie  wykarczowanych  roślin.  Prze-
wrócone i pochylone słupki czegoś, co służyło przed laty jako ochronny płot, porastały 
teraz pnącza dzikiego wina. 

-  Było  nas  tutaj  czterdziestu  pięciu.  -  W  głosie  mężczyzny  zabrzmiało  coś  na 

kształt dumy. - Czterdziestu pięciu, a zostałem tylko ja. Większość zginęła, zabita przez 
Gamorrean, jeżeli nie liczyć tamtej zażartej walki, jaką stoczył dowódca z Killiumem 
Nebem i grupą jego ludzi przed... Nieważne, to wydarzyło się przed wielu laty i kosz-
towało życie wielu dobrych ludzi. 

Z ubolewaniem pokręcił głową, po czym nalał trochę wrzątku z kociołka, zawie-

szonego nad ogniskiem, do czajniczka z dziobkiem, wykonanego z malowanej terakoty. 
W powietrzu pod kopułą rozszedł się aromat leczniczych ziół. 

- A teraz jestem sam jak palec - ciągnął mężczyzna. - Tylko to po nich zostało. 
Stary automat medyczny znajdował się w o wiele lepszym stanie niż aparatura, ja-

ką  dysponował  „Drapieżny Ptak", nawet  zanim została  roztrzaskana  i zniszczona, po-
dobnie  jak  większość  innego  sprzętu  w  pokładowym  ambulatorium  zwiadowczego 
krążownika.  Pothman  zaaplikował  Luke'owi  kolejne  dwie  ampułki  środka  przeciw-
wstrząsowe-go -oprócz tych, które dała mu Cray kilka minut po ostatnim trafieniu stat-
ku  -  po  czym  podłączył  na  pół  godziny  do  terapeutycznego  respiratora,  który,  jakimś 
dziwnym  cudem,  nadal  funkcjonował.  Mistrz  Skywalker  był  za  to  bardzo  wdzięczny, 
chociaż  musiał oddychać przez specjalną  maskę  zakrywającą  dolną  połowę jego twa-
rzy. Z czasów, kiedy latał jako pilot rebelianckiej floty, wiedział aż za dobrze, że rannej 
osobie  powinno  się  udzielić  pierwszej  pomocy  jak  najszybciej.  W  przeciwnym  razie 
stan zdrowia ofiary ulegał szybkiemu pogorszeniu, gdyż odporność organizmu zmniej-
szała się z każdą chwilą. 

Mimo to nie mógł powstrzymać się od przekornej radości. Nigdy w życiu nie spo-

dziewał  się, iż  będzie  wdzięczny Imperium za to, że zaopatrywało swoich szturmow-
ców w najlepszy sprzęt medyczny i urządzenia. 

Pomiędzy  uniesionymi  zasłonami,  wiszącymi  w  drzwiach  kopuły,  pojawiła  się 

uskrzydlona  jaszczurka.  Pothman  oderwał  kawałek  skórki  razowej  bułeczki;  jednej  z 
tych, jakie upiekł na cześć gości, i rzucił w jej stronę. Stworzenie bezgłośnie podbiegło 
do okrucha pieczywa. Pochwyciło go i zaczęło skubać, raz po raz kierując na siwowło-
sego pustelnika czarne oczy błyszczące jak paciorki. 

- Cieszę się, że znów mogę oglądać istoty ludzkie. - Pothman wręczył talerz z bu-

łeczkami  i  miodem  Cray  siedzącej  obok  Luke'a,  który  leżał  na  pryczy  szturmowca.  - 
Tym bardziej że jedną z nich jest młoda i piękna kobieta. 

Cray wyprostowała się z godnością i właśnie miała oświadczyć, że nie jest żadną 

młodą  i piękną  kobietą, tylko panią  profesor,  wykładającą  w Instytucie Magrody'ego, 
ale Luke wyciągnął rękę i lekko dotknął jej ramienia. 

background image

Barbara Hambly 

51 

Tymczasem szturmowiec odwrócił głowę i zaczął się wpatrywać w rzędy hełmów, 

ułożonych  pod  ścianą.  Były  to  czerepy  starszego  typu  niż  te,  które  znał  mistrz  Jedi, 
mające wydłużoną część przednią, zapewne w tym celu, aby znalazło się więcej miej-
sca dla większych respiratorów. Nad oczodołami widniały rzędy czarnych czujników. 

- Uwielbiali walczyć z Gamorreanami - westchnął Pothman. -Wyruszali do walki, 

jakby szli na przyjęcie. Zrezygnowaliby z obiadu, byle tylko móc zmierzyć się z nimi. - 
Uśmiechnąwszy  się  szeroko,  ukazał  białe  zęby.  -  Rzecz  jasna,  w  tamtych  czasach  ja 
także nie stroniłem od dobrej walki. 

- A później, kiedy wszyscy inni zginęli, sam walczyłeś z Gamorreanami? - zapytał 

Luke. 

Ostrożnie ściągnął maskę respiratora i kilka razy głęboko odetchnął, chcąc napeł-

nić płuca aromatycznym świeżym powietrzem. Zakręciło mu się w głowie, ale nie po-
czuł już tak silnego bólu. Pomyślał - miał nadzieję - że jakoś wytrzyma, dopóki znów 
nie  znajdą  się  w  cywilizowanym  świecie.  Odwrócił  głowę  i  zaczął  rozglądać  się  po 
przestronnym wnętrzu kopuły. Zauważył gliniane naczynia stojące na regałach, potrza-
ski  sporządzone  ze  ścięgien  gadów  i  fragmentów  mocowań  silników,  a  także  jedno-
włóknowe  żyłki  do  wędek,  które  z  całą  pewnością  stanowiły  kiedyś  element  standar-
dowego  wyposażenia  imperialnej  bazy.  W  pobliżu  drzwi  stało  również  prymitywne 
jednoczółenkowe  krosno,  sporządzone  z  różnych  rurek  i  elementów  konstrukcyjnych. 
Na czółenku było widać kilkunastometrowy odcinek samodziałowej przędzy. 

- Och, wielkie nieba, skądże znowu! - żachnął się Pothman. Wręczył gościowi fili-

żankę herbaty: ziołowej, aromatycznej, gorącej i, jak wyczuwał Luke, mającej właści-
wości  lecznicze.  Mistrz  Jedi,  który  nie  zauważył  nigdzie  pieca  do  wypalania  gliny, 
zaczął się zastanawiać, skąd mogły się wziąć u pustelnika gliniane naczynia i przędza 
na  czółenku.  Teraz,  kiedy  Pothman  zdjął  biały  pancerz,  pozostał  w  ufarbowanych  na 
brązowo  i  zielono  szatach,  ozdobionych  na  piersi,  rękawach  i  brzegach  drobiazgowo 
dokładnymi wizerunkami przedstawiającymi okazy miejscowej flory i fauny. 

- Zostałem dosyć szybko wzięty do niewoli. Gamorreanie zabrali wszystkie nasze 

blastery i karabiny, ale potrzebowali kogoś, kto umiałby je naprawiać. Później jednak, 
kiedy wyczerpały się ogniwa, nie strzegli mnie tak pilnie. Wygląda na to, że Imperator 
dawno zapomniał o naszej tajnej  misji.  Nie  wiecie przypadkiem, czy  nie  zmienił pla-
nów? 

- Misji? 
Luke  usiadł i zaczął popijać herbatę. Zrobił wszystko, co mógł, żeby pytanie za-

brzmiało niewinnie. Od dawna miał w tym dużą wprawę. 

- „Oko Palpatine'a". - Pothman otworzył jakąś szufladę i do przyniesionego worka 

zaczął  pakować  wiązki  przewodów  i  kabli,  złącza,  zapasowe  płytki  do  rejestrowania 
danych i narzędzia. - Taki kryptonim nadano naszej tajnej misji. Scuttleburt powiedział, 
że biorą w niej udział prawie dwie kompanie szturmowców, ale rozproszonych po kilku 
miejscach, tak by nikt niczego nie podejrzewał, niczego nie wiedział. Umieścili nas w 
różnych bazach, założonych  na  najbardziej odludnych planetach, jakie  mogli znaleźć. 
Mieliśmy  zostać  później  przetransportowani  na  pokład  największego,  najniebezpiecz-
niejszego,  najbardziej  tajnego  okrętu,  jaki  kiedykolwiek  zbudowano.  Superstatku,  su-

background image

Dzieci Jedi 

52 

perpancernika, prawdziwej bojowej stacji o rozmiarach księżyca... Takiej, której zbli-
żania się nieprzyjaciel nie zauważy, dopóki nie stanie się za późno. 

- Jaki nieprzyjaciel? - zapytał łagodnie mistrz Jedi. Zapadła chwila ciszy, zakłóca-

nej jedynie szumem liści drzew rosnących w pobliżu kopuły i cichym klekotem wielo-
krotnie  naprawianych  urządzeń  Pothmana  -  dźwięków,  które  przypominały  Luke'owi 
czasy dzieciństwa, spędzonego na Tatooine. 

Stary szturmowiec przez kilka chwil się nie odzywał. Siedział, odwrócony plecami 

do gości, wpatrzony w worek i otwartą szufladę. 

-  Nie  wiedzieliśmy  tego  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Nikt  tego  nam  nie  powiedział. 

Sądziłem  wówczas,  że  może  chodzić  o...  No  cóż,  musieliśmy  wykonywać  rozkazy. 
Teraz zaś... 

Pothman odwrócił głowę. Na jego twarzy malował się niepokój. 
-  Domyślam  się,  że  coś  musiało  potoczyć  się  nie  tak,  jak  planowano.  Widocznie 

jednak ktoś dowiedział się o naszej misji, chociaż wydawałoby się, że to niemożliwe; 
że jedyną osobą, która wie o niej wszystko, jest sam Imperator. Jeszcze zanim upłynął 
pierwszy rok naszego pobytu w tej bazie, zacząłem się jednak zastanawiać, czy przy-
padkiem i Imperator o tym nie zapomniał. Kiedy zobaczyłem wasz statek, chyba obu-
dziła się we mnie nadzieja, że może w końcu sobie przypomniał... i że wysłał zwiadow-
ców, aby przekonali się, co zostało z bazy. 

Wielkie  dłonie  mężczyzny  w  zadumie  przebierały  w  przegródce  z  różnymi  rze-

mieniami. 

- Jeżeli jednak nie przysłał was Imperator... - ciągnął po chwili Pothman. - Widzi-

cie, jestem pewien tylko jednego. Ktokolwiek odwołał albo zaprzepaścił misję, uczyni 
teraz wszystko, żeby nikt nigdy się o niej nie dowiedział. A to znaczy, że mogę być dla 
niego niewygodnym świadkiem. 

Przerzucił pas worka przez ramię, po czym wstał i podszedł do starannie zaścielo-

nej  pryczy,  przykrytej  puchową  kołdrą  i  srebrzystym  leczniczym  kocem,  na  którym 
leżał przedtem Skywalker. 

- Sygnały mojej stacji nie są na tyle silne, żeby dotarły do kogokolwiek znajdują-

cego  się  w  dużej  odległości.  Jeżeli  jednak  udałoby  się  nam  naprawić  silniki  waszego 
statku, może moglibyście podrzucić mnie na jakąś odległą planetę, na której mógłbym 
się ukryć? Cieszę się, że znów mogę oglądać ludzkie twarze. Widzicie, byłem kompa-
nijnym zbrojmistrzem, ale  wiem, że przez te lata wszystko musiało ulec dużym zmia-
nom. Mam jednak dwie zdrowe ręce i umiem się nimi posługiwać. Nauczyłem się, jak 
być dobrym kucharzem. Znajdę jakąś pracę, mimo iż upłynęło tyle czasu. 

Żadnych warunków - pomyślał zaskoczony Luke. - Żadnego: „Zabierzecie mnie z 

tej skalnej bryły, gdyż w przeciwnym razie nie pożyczę wam nawet śrubokręta". Męż-
czyzna proponował wszystko za darmo. Nie oczekiwał niczego w zamian. 

-  To  prawda,  upłynęło  wiele  lat  -  odparł  cicho.  -  Imperator  nie  żyje,  Triv.  Impe-

rium rozpadło się. Możemy zabrać cię z powrotem do domu albo dokąd zechcesz; na 
jeden ze światów należących do Nowej Republiki albo inny, na którym znajdziesz sta-
tek lecący do centrum galaktyki. Dokądkolwiek zechcesz. 

 

background image

Barbara Hambly 

53 

- Jesteśmy zgubieni! 
See-Threepio odwrócił się od płyt czołowych wskaźników ciśnienia w zbiornikach 

tlenu, z wolna napełniających się ożywczym gazem. Popatrzył na Nichosa stojącego w 
wysokiej po kolana trawie i pieczołowicie wpuszczającego do otworów porcje szczeli-
wa typu Spatch-Cote. Zewnętrzny pancerz kadłuba został przedziurawiony  w  kilkuna-
stu  miejscach.  I  chociaż  przestrzeń  między  kadłubem  zewnętrznym  a  wewnętrznym 
automatycznie  wypełniła  się  uszczelniającą  pianką,  a  mężczyzna-android  załatał 
wszystkie  otwory  w  powłoce  wewnętrznej  jeszcze  podczas  lotu  na  Pzob,  zewnętrzny 
pancerz  musiał  być  absolutnie  szczelny,  jeżeli  chcieli  marzyć  o  dokonaniu  skoku  w 
nadprzestrzeń. 

- Pan Luke i doktor Mingla z pewnością  wpadli  w jakąś zasadzkę!  -  Złocisty an-

droid machnął ręką, w której nie trzymał kulistego nieporęcznego dozownika typu Spa-
tch-Cote. - Każdy szturmowiec musi korzystać ze wsparcia kolegów pełniących służbę 
w bazie, ukrytej pośród pasa asteroid! Ostrzegałem ich. W standardowych imperialnych 
bazach zazwyczaj pełnią służbę trzy kompanie. Nawet więcej, jeżeli bazę urządzono na 
takim pustkowiu! Co będą mogli zrobić, jeżeli pan Luke jest ciężko ranny, a przyjdzie 
im  walczyć  z  pięciuset  czterdziestoma  szturmowcami  naraz?  Nie  licząc  androidów 
tropiących,  robotów  do  przesłuchań,  aparatury  obserwacyjnej  i  zautomatyzowanych 
pułapek? 

- Czujniki nie wskazywały, żeby ukryta baza dysponowała mocą, wystarczającą do 

zasilenia tych wszystkich urządzeń - zauważył Nichos, zamykając zawór, umieszczony 
na obudowie zbiornika szczeliwa. 

-  Ukryta  baza  z  pewnością  zadbałaby  o  to,  żeby  ukryć  prawdziwą  wartość  zuży-

wanej mocy! - odparł zrozpaczony Threepio. -Zostaniemy rozebrani na moduły, oddani 
na złom, a może wysłani do kopalń piasku na Neelgaimonie albo zatrudnieni jako nie-
wolnicy w orbitalnych fabrykach krążących wokół Ryloonu! A jeżeli brakuje im części 
zamiennych, zostaniemy... 

- Ja zostanę. - Nichos wyjął dozownik z rąk Threepia i ruszył wzdłuż pokiereszo-

wanego  białego  kadłuba  „Drapieżnego  Ptaka",  by  po  chwili  wsunąć  wylot  dyszy  do 
kolejnego otworu. - Postąpiliby nierozsądnie, gdyby ciebie rozebrali. Co innego, jeżeli 
chodzi o mnie... 

Kiedy  mężczyzna-android  przebywał  w  towarzystwie  Luke'a  i  Cray  albo  innych 

kolegów  z  akademii  na  Yavinie  Cztery,  zazwyczaj  układał  rysy  twarzy  w  tak  zapro-
gramowany sposób, aby zgadzały się ze słowami. Threepio zauważył jednak, że kiedy 
Nichos rozmawiał z innymi androidami, na ogół nie zawracał sobie głowy takimi drob-
nostkami. Teraz także ani jego oczy, ani ton głosu nie dowodziły, że jest zasmucony. 

- Ty i Artoo-Detoo zostaliście zaprojektowani i zaprogramowani do wykonywania 

określonych czynności  -  ciągnął  beznamiętnie Nichos.  -  On jest robotem zdolnym do 
naprawiania i rozumienia innych mechanizmów, a ty androidem protokolarnym, znają-
cym wiele różnych języków i zwyczajów obcych istot. Mnie zaprogramowano jednak 
tylko po to, żebym był sobą. Żebym odtwarzał wszystkie odruchy i całą pamięć poje-
dynczej, ściśle określonej istoty ludzkiej. Żebym dysponował całym doświadczeniem, 

background image

Dzieci Jedi 

54 

zgromadzonym  podczas  jej  życia.  Jeżeli  weźmiesz  pod  uwagę  wszystkie  argumenty, 
będziesz musiał przyznać, że ta wiedza nie przyda się nikomu innemu. 

Threepio umilkł.  Domyślał się, że Nichos nie oczekuje  żadnej odpowiedzi. Roz-

mowy, prowadzone między androidami, ograniczały się do najważniejszych spraw i nie 
obfitowały w żadne uprzejmości. Co innego, gdyby prowadził rozmowę z człowiekiem. 
Może  wówczas  uznałby  za  stosowne  zdobyć  się  chociaż  na  zdawkowe  zaprzeczenie. 
Wiedział jednak, że Nichos ma stuprocentową rację. 

-  Widzisz  zatem  -  ciągnął  mężczyzna-android  -jeżeli,  jak  mówisz,  Luke  i  Cray 

wpadli w zasadzkę, a ty i ja zostaniemy za chwilę pochwyceni, z nas dwóch prawdopo-
dobnie  tylko  ja  jestem  zgubiony.  Przypuszczam,  że  grubość  pancerza  w  miejscu  tego 
wgniecenia jest trochę za mała. 

Artoo-Detoo - czy jakikolwiek inny robot spośród wielu, jakie znał Threepio - nie 

potrafiłby  tego  stwierdzić  bez  dokonania  dokładnego  pomiaru  za  pomocą  wiroprądo-
wego mikrometru. Złocisty android przekonał się jednak, że często ludzie potrafili nie 
tylko podawać „na oko" wartości takich pomiarów, ale co więcej, chociaż nie istniały 
po  temu  żadne  logiczne  przesłanki,  bardzo  często  czynili  to  ze  zdumiewająco  dużą 
dokładnością. 

Właśnie  zaczął  obliczać  prawdopodobieństwo  zaistnienia  faktów,  które  pozwoli-

łyby Nichosowi na wydanie takiego orzeczenia, kiedy nagle jakiś głos, dobiegający od 
strony przeciwległego krańca łąki, zawołał: 

- Threepio! 
Protokolarny android odwrócił się  i z prawdziwą  ulgą  zauważył doktor Minglę  i 

Luke'a - i to idącego o własnych siłach, a nie transportowanego na antygrawitacyjnych 
noszach,  na  których  zniesiono  go  z  pokładu  „Drapieżnego  Ptaka".  Towarzyszył  im 
dziwny  samotny  szturmowiec,  który  zakradł  się  na  pokład  statku,  kiedy  on  i  Nichos 
przebywali  w  ładowni.  Mężczyzna  pozbył  się  białego  pancerza  i  blastera,  a  zamiast 
nich miał teraz łuk i kołczan wypełniony strzałami. Był ubrany w strój, sporządzony z 
włókien jakichś roślin, charakterystyczny dla istot należących do prymitywnej rasy. 

Oznaczało  to,  że  okolice  były  zamieszkane  przez  plemiona  prymitywnych  istot, 

zapewne  Gamorrean,  wrogo  nastawionych  do  wszystkich  obcych.  Tacy  z  pewnością 
bardzo chętnie rozebraliby na części nie tylko oba androidy, ale również cały statek. 

Tak czy owak, byli zgubieni. 
 
Gamorreanie pojawili się na długo przedtem, zanim została ukończona chociażby 

połowa prac przy naprawach silnika, koniecznych, żeby statek mógł wystartować. Mi-
mo bólu nadal pulsującego w głowie, Luke przeczuwał, że się pojawią. Miał wrażenie, 
że czasu zostawało coraz mniej, i że jakiś wewnętrzny głos usiłuje mu coś powiedzieć. 
Z początku nie zrozumiał jednak, o co chodzi. Był zajęty kierowaniem Mocy do ośrod-
ków ciała, wymagających leczenia, a poza tym wciąż odczuwał zawroty głowy. Leżał 
na plecach pod jakąś konsoletą należącą do wyposażenia mostka i posługując się elek-
trycznymi chwytakami, badał, które złącza są wciąż zdolne do przewodzenia prądu. W 
pewnej chwili odłożył jednak chwytak, odprężył się i pozwolił, by jego umysł wypełnił 

background image

Barbara Hambly 

55 
się  wizerunkami.  Zobaczył  sylwetki  pokracznych  istot,  ukradkiem  przemykających  w 
ciemnościach lasu od jednego pnia potężnego drzewa do drugiego. 

- Będziemy mieli towarzystwo - mruknął do siebie. Ostrożnie wyślizgnął się spod 

konsolety i jak najszybciej mógł, dołączył do Cray  i Nichosa, którzy wychyleni przez 
awaryjny boczny luk, naprawiali stabilizator. 

Natychmiast zorientował się, że Cray także coś wyczuła. 
- Zostawcie to - powiedział. - Wracajcie na pokład statku. 
Jakaś strzała roztrzaskała się o pokrywę luku o kilka centymetrów od jego głowy. 

Luke obrócił się  w stronę, skąd przyleciała, ale  w tej samej chwili  wydało mu się, że 
cały świat zawirował przed jego oczami. Mimo to posłał laserową błyskawicę, mierząc 
w skraj lasu, tylko po to, żeby zmusić napastników do ukrycia się za drzewami. Kiedy 
pierwsza  grupa  tubylców  zaczęła  wysypywać  się  na  polanę,  właśnie  znikał  w  głębi 
luku. 

Gamorreanie,  porównywani  z  istotami  pochodzącymi  z  bardziej  cywilizowanych 

światów, na ogół wydawali się niezgrabni i powolni. Było to po części spowodowane 
ich  głupotą.  Świnioludzie  niewiele  rozumieli  z  otaczającego  ich  świata  i  kiedy  nie 
umieli  rozstrzygnąć,  czy  jakiś  przedmiot  nie  mógłby  zostać  użyty  jako  broń  podczas 
walki,  po  prostu  przewracali  go  albo  niszczyli.  Jednak  w  porastających  prymitywne 
światy  lasach,  w  których  czuli  się  jak  ryby  w  wodzie,  obdarzeni  potężnymi,  silnie 
umięśnionymi ciałami Gamorreanie potrafili poruszać się zdumiewająco szybko. Ocie-
kających  śliną  świńskich  twarzy  nie  rozjaśniał  choćby  przelotny  błysk  inteligencji. 
Żaden zresztą nie był potrzebny. 

Istoty zobaczyły, co chciały. Rzuciły się do ataku. 
O zamkniętą pokrywę luku uderzyło kilka siekier i kamieni. Luke potknął się, lek-

ko zamroczony, ale Cray i Nichos ujęli go pod ręce i niemal ciągnąc korytarzem, po-
mogli  dojść  na  mostek.  Triv  Pothman,  nachylony  nad  pulpitem  głównej  konsolety, 
zerkał  przez  transpastalowy  iluminator,  chcąc  przyjrzeć  się  napastnikom  atakującym 
kadłub statku. 

- To plemię Gakfeddów - oznajmił spokojnie ekspert od kontaktów z tubylcami.  - 

Widzicie tego ogromnego gościa? To Ugbuz. Samiec alfa. 

Ogromny, podobny do odyńca Gamorreanin raz po raz wymierzał potężne ciosy w 

pokrywę  luku  siekierą,  sporządzoną  z  kawałka  ubrudzonego  durastalowego  pancerza, 
osadzonego  na  wykonanym z bardzo twardego drewna trzonku  grubości nogi  Luke'a. 
Hełm tubylca był ozdobiony barwnym pióropuszem i kawałkami wyschniętej skóry, w 
których Skywalker rozpoznał po jakimś czasie uszy innych Gamorrean. 

- A tamten, noszący naszyjnik z mikroobwodów scalonych, to Krok, młodszy mąż 

małżonki Ugbuza, Bullyak - stwierdził Pothman. - O ile dobrze znam Bullyak, właśnie 
w tej chwili obserwuje z lasu przebieg walki. 

- Znasz ich? - zapytała zdumiona Cray. Siwowłosy mężczyzna lekko się uśmiech-

nął. 

- Oczywiście, moja piękna pani. - Wciąż jeszcze trzymał miernik i spawarkę, któ-

rymi się posługiwał, kiedy Luke zszedł na dół, żeby ostrzec pozostałych. - Przez prawie 
dwa lata byłem niewolnikiem w ich wiosce. Za chwilę zobaczymy resztę... O, już idą. 

background image

Dzieci Jedi 

56 

Druga fala napastników wyłoniła się z lasu po przeciwnej stronie polany. Tworzy-

ła ją grupa tak samo brudnych, zaślinionych i porośniętych zmierzwioną sierścią świń-
skich  istot.  Wszyscy  byli  odziani  w  naszpikowane  guzami  pancerze,  sporządzone  po 
części z barwnej skóry jakichś gadów, a po części z kawałków metalu. Te ostatnie mu-
siały zostać znalezione albo ukradzione na terenie imperialnej bazy, która od trzydzie-
stu lat gniła, zapomniana w gęstej dżungli. 

- To są Klaggowie - oznajmił Pothman. - Popatrzcie, tam, między drzewami... To 

Mugshub,  ich  matriarchini.  Podobnie  jak  Bullyak,  chce  być  pewna,  że  wojownicy  w 
ferworze walki nie uszkodzą niczego wartościowego. A obok niej... - Zacisnął palce w 
pięść i  wykonał  gest,  jakby  napinał  mięśnie  ramienia.  -  Walka  nie  byłaby prawdziwą 
walką, gdyby nie przyglądały się jej dziewczyny. 

Druga  grupa  Gamorrean  zaatakowała  pierwszą,  zajętą  obijaniem  kadłuba  „Dra-

pieżnego Ptaka". Ugbuz i pozostałe knury natychmiast odwrócili się, żeby stawić czoło 
nowo przybyłym tubylcom. Po chwili między obiema grupami toczyła się zażarta wal-
ka. 

- Po tym, jak uciekłem od Gakfeddów, pochwycili mnie Klaggowie  - odezwał się 

Pothman. - Trzymali mnie prawie rok jako niewolnika. To straszne istoty, nie wiadomo, 
które gorsze. 

Pięcioro pasażerów statku - Luke, Pothman, Cray, Nichos i Threepio - zbliżyło się 

do konsolety i zaczęło spoglądać przez iluminator na zawziętą walkę toczącą się obok 
statku. 

- Możemy wrócić do naprawiania silników  - odezwał się po kilku chwilach Poth-

man.  -  Gamorreanie  w  żaden  sposób  nie  wejdą  na  pokład  statku.  Jestem  pewien,  że 
będą  walczyli ze sobą  tak długo, aż zapadną  zupełne  ciemności. Wówczas  włączymy 
reflektory i zajmiemy się naprawą kadłuba. 

- Nie widzą dobrze w ciemnościach? - domyśliła się Cray. 
Dostrzegła, jak Ugbuz pochwycił mniejszego knura za barki i siedzenie, po czym 

rzucił na innych, ignorując ulewę strzał i kamieni, sypiących się ze wszystkich stron jak 
ponury grad. 

Pothman sprawiał wrażenie zaskoczonego. 
- Nie, nadejdzie pora kolacji - odparł. 
W tej samej chwili pole walki pogrążyło się w cieniu. 
Chmura-pomyślał Luke. Nagle jednak uświadomił sobie, że to nie była chmura. 
To był statek. 
Błyszczący,  potężny  i  szary  jak  hipodermiczna  śmierć,  opadał  niczym  stalowy 

kwiat,  wyciągnąwszy  wszystkie  pięć  antygrawitacyjnych  reflektorów.  Bez  wątpienia 
imperialny, chociaż Luke jeszcze nigdy nie widział czegoś podobnego. Był zbyt duży 
jak na statek przemytników, zbyt lśniący. Z podbrzusza ładownika wysunęły się krótkie 
łapy.  Zdumieni  Gamorreanie  opuścili  broń  i  zamarli  z  przerażenia,  spoglądając,  jak 
źdźbła  trawy  kołyszą  się  wokół  ich  topornych  butów,  sporządzonych  ze  zwierzęcej 
skóry. 

- Imperator!  - Na twarzy Pothmana  malował się  wyraz niepewności, ale i przera-

żenia, jakby mężczyzna nie był pewien, jak zareagować. - A jednak nie zapomniał. 

background image

Barbara Hambly 

57 

Ładownik  dotknął  ziemi  o  pięćdziesiąt  metrów  od  „Drapieżnego  Ptaka",  a  po-

dmuch powietrza i grawitacyjne wiry zakołysały kadłubem krążownika. Ze środka sza-
rego, pozbawionego oznaczeń statku, wysunęła się gruba kolumna, większa niż stodoła 
z paszą dla stada banthów. Zanim zupełnie znieruchomiała, kołysała się przez chwilę z 
boku na bok. Ruch ten przypominał ogromnego owada zbierającego siły przed odlotem. 
W następnej chwili rozbłysnęły błyskawice białego światła, strzelające z wnęk ukrytych 
w osłonach antygrawów.  Automatycznie  sterowane  reflektory obróciły się  w ten spo-
sób, żeby słupy światła skupiły się na gromadzie osłupiałych, milczących Gamorrean. 
Nagle  dolna  część  cylindrycznej  kolumny  z  głośnym  sykiem  się  rozwarła,  ukazując 
prostokątny otwór. Z wnętrza zaczęła wysuwać się rampa, której koniec po chwili do-
tknął ziemi. 

Z radosnym wyciem, doskonale słyszalnym nawet na mostku zwiadowczego krą-

żownika, wszyscy stojący na  łące Gamorreanie unieśli broń i jak brudna powodziowa 
fala popędzili w górę rampy. 

- Musimy skończyć te naprawy - odezwał się Luke. - Mam złe przeczucia. Nie po-

doba mi się to wszystko. 

Wrota kolumny ładownika pozostawały otwarte. Reflektory ponownie się obróci-

ły, żeby  skupić  promienie  na kadłubie  mniejszego statku.  Nastąpiła chwila pełnej na-
pięcia ciszy. Później rozległ się głośny trzask, po którym obudził się do życia interkom 
„Drapieżnego Ptaka". 

- Opuścić statek - odezwał się beznamiętny męski głos. -Ucieczka jest bezcelowa. 

Uciekinierzy będą uważani za osoby sympatyzujące z siłami Rebeliantów. 

- To nagranie - stwierdził Luke, nie przestając obserwować otwartych wrót ładow-

nika. - Czy jest... 

-  Opuścić  statek.  Za  sześćdziesiąt  sekund  zostanie  uruchomiona  procedura  znisz-

czenia jednostki. Ucieczka jest bezcelowa. Opuścić... 

Cray, Luke i Pothman wymienili spojrzenia, po czym rzucili się do włazu krążow-

nika. 

- Ja pobiegnę prosto - oznajmił Skywalker. Zacisnął zęby, czując, że chyba pokład 

usuwa się spod jego stóp. - Ty, Cray, uciekaj w lewo, a Pothman w prawo.  - Był cie-
kaw,  jakim  cudem  zdoła  choćby  tylko  umknąć  przed  czymkolwiek,  co  wyłoni  się  z 
czeluści ładownika, nie mówiąc o udzieleniu pomocy swoim towarzyszom.  -Threepio, 
Nichos,  wy  także  opuśćcie  statek  i  kierujcie  się  w  stronę  lasu.  Spotkamy  się  o  jakieś 
dwa kilometry na zachód stąd, w bazie Pothmana... 

Kiedy  wszyscy  zaczęli  schodzić  po  szczeblach  drabinki,  Luke  zobaczył,  że  lufy 

automatycznie  sterowanych  armatek,  częściowo  ukryte  za  ochronnymi  płatkami  anty-
grawów, kierują się w stronę krążownika. 

- Skaczcie! - krzyknął, zwracając się do pozostałych. 
Odbił się  od szczebla, przeleciał  trzy  metry i  wylądował w  wysokiej trawie, sły-

sząc, jak promienie ogłuszające ze skwierczeniem odbijają się od kadłuba „Drapieżne-
go Ptaka". Stwierdził jednak, że uderzenie o ziemię było niemal tak samo bolesne jak 
trafienie  przez  paraliżującą  błyskawicę.  Przez  chwilę  nie  mógł  oddychać,  nic  nie  wi-
dział... ale nawet w ciągu tej chwili nie przestawał turlać się po ziemi. Później wstał i 

background image

Dzieci Jedi 

58 

rzucił się  do ucieczki.  Próbował  się  skupić, zogniskować  energię  Mocy  -  choćby naj-
mniejszą cząstkę- aby pozbyć się zawrotów głowy. 

- Nie próbujcie uciekać. - Znienawidzony metaliczny głos brzęczał monotonnie w 

jego  świadomości  niczym  zautomatyzowany  sen.  -Buntownicy  i  uciekinierzy  będą 
traktowani  jak  osoby  usiłujące  pogwałcić  Prawo  Stanu  Wyjątkowego.  Nie  próbujcie 
uciekać... 

Kiedy odzyskał zdolność widzenia, ujrzał Pothmana biegnącego zygzakami po łą-

ce porośniętej wysoką trawą. Pierwsza smuga światła, jaka poszybowała z automatycz-
nie kierowanej lufy armatki, wzbiła obłok kurzu i rozerwała na strzępy źdźbła trawy tuż 
za plecami czarnoskórego  mężczyzny. Druga  trafiła  go jednak  w sam  środek pleców, 
między łopatkami. Chcąc uniknąć podobnego trafienia, Luke upadł na ziemię i przetur-
lał się w inne miejsce. Kątem oka dostrzegł, że uciekająca Cray poszła w jego ślady. 

Moc - pomyślał. - Muszę posłużyć się Mocą. 
Z  czeluści  otwartych  wrót  ładownika  zaczęły  wysypywać  się  androidy  tropiące, 

ciche, ale złowieszcze, podobne do srebrzystych baniek. 

Pękate  i  błyszczące  automaty  na  sekundę  nieruchomiały  nad  szczytem  rampy. 

Umieszczone na ich wierzchołkach niewielkie reflektory zaczynały jarzyć się aktynicz-
nym blaskiem. Usiłując namierzyć cele, poruszały się i obracały, wysyłając krzyżujące 
się  smugi  światła,  doskonale  widoczne  w  zapadającym  zmierzchu.  Czujniki  tropicieli 
kierowały  się  we  wszystkie  strony  jak  plugawe  anteny.  Luke  dostrzegł  wypukłe  so-
czewki  umieszczonych  na  równikach  obiektywów,  otwierające  się  i  zamykające  jak 
tęczówki ohydnego, wszystkowidzącego oka. 

Z dolnych części bulwiastych automatów zaczęły wysuwać się stalowe szczypce i 

chwytaki.  Kiedy  androidy  startowały,  żeby  sfrunąć  z  rampy,  te  podobne  do  odnóży 
owadów  albo  macek  ośmiornicy  wypustki  rytmicznie  się  kołysały.  Jeden  po  drugim 
tropiciele powoli, ale nieubłaganie ruszali, by wykonać rozkazy swoich mocodawców. 

Muszę zogniskować Moc w ten sposób, żeby zaczęła oddziaływać na temperaturę 

ciała  -  pomyślał  Luke.  -  Żeby  obniżyła  ją  i  zmniejszyła  częstotliwość  bicia  serca... 
uczyniła cokolwiek, co pomogłoby zakłócić ich sygnały. 

Nichos,  o  wiele  bardziej  ruchliwy  niż  przeciętny  człekokształtny  android,  biegł 

szybko w stronę skraju lasu. Threepio, nie zaprojektowany w ten sposób, by mógł biec, 
z trudem starał się  nadążać za nim. Imperialne androidy tropiące ignorowały jednak i 
jednego, i drugiego. 

- Nie próbujcie uciekać. Buntownicy i uciekinierzy... 
Znajdująca się o czterdzieści metrów od Luke'a Cray, ukryta za pniem zwalonego 

drzewa, wychyliła głowę, wymierzyła z blastera i strzeliła. Udało się jej zwęglić gniaz-
do z czujnikami, umieszczone na wierzchołku tropiciela, który właśnie zaczynał namie-
rzać  jej  kryjówkę.  Luke  zacisnął  zęby,  by  nie  krzyknąć:  „Nie  rób  tego"!  Uzmysłowił 
sobie jednak, że i tak nie ma znaczenia, czy kobieta ujawni, czy nie, gdzie się ukryła. 
Tropiciele już to wiedzieli. 

Kiedy uszkodzony automat zakołysał się i zawirował, próbując rozeznać sytuację i 

wysyłając na oślep smugi świateł reflektorów, drugi tropiciel zrobił obrót w powietrzu i 
trafił Cray ogłuszającą błyskawicą. Młoda kobieta zwaliła się jak nieżywa w trawę. 

background image

Barbara Hambly 

59 

Luke  przywarł  do  ziemi.  Sięgnął  po  blaster,  starając  się  skupić  spojrzenie,  żeby 

widzieć wszystko pojedynczo. Obserwował, jak dwa latające androidy zamieniły się w 
cztery. Wszystkie zawisły nad nieruchomym ciałem Cray, po czym wyciągnęły błysz-
czące segmentowane chwytaki. Nichos, który zdążył przebiec połowę odległości dzie-
lącej go od skraju lasu, nagle przystanął. 

- Cray! 
Był to okrzyk żywego mężczyzny nie potrafiącego ukryć rozpaczy. 
Luke ujrzał, że nagle pada na niego cień. Jeszcze zanim obrócił się na plecy, zro-

zumiał,  co  się  stało.  Wezwał  całą  Moc  i  siłę  własnej  woli,  modląc  się,  aby  ten  jeden 
strzał okazał się celny. 

Kiedy przyciskał spust broni, zobaczył oślepiający błysk  światła  i  usłyszał cichy 

metaliczny chrzęst pełznących ku niemu stalowych odnóży. 

To była ostatnia rzecz, jaką zapamiętał. 

background image

Dzieci Jedi 

60 

R O Z D Z I A Ł  

- Dzieci Jedi... 
Jevax, Najważniejsza Osoba w Plawal, zwolnił kroku, ale nie przestał wspinać się 

po wąskich czerwono-czarnych kamiennych stopniach, wijących się jak serpentyna po 
zboczu góry. Zmrużył zielone, głęboko osadzone oczy i patrzył w dal, na mieniące się 
wszystkimi barwami tęczy opary i mgły, w jakich ginęły oba końce schodów. Ich stop-
nie  ktoś  wykuł  w chropowatej, iskrzącej się  skale  zbocza  jakiejś góry, jednej z  wielu 
otaczających wąską dolinę. Ktokolwiek jednak wykonywał tę pracę, albo nie dyspono-
wał odpowiednimi warunkami, albo też miał paranoidalne pojęcie o potrzebach miesz-
kańców górskiej doliny. Niemal nie odrywając rąk od boków ciała, Leia mogła dotknąć 
powierzchni skały prawą dłonią, przesuwając lewą po poręczy balustrady, sporządzonej 
z okorowanego drewna szalamanowego. Co więcej, balustrada sprawiała wrażenie sto-
sunkowo niedawno zamocowanej w otworach, wykutych na skraju stopni. W dole prze-
lewały się fale opalizującej mgły, tu i ówdzie upstrzonej ciemniejszymi plamami. Leia 
wiedziała, że plamy były wierzchołkami drzew rosnących na dnie doliny. 

- Tak - odezwał się cicho Jevax. - Tak, przebywały w tym miejscu. 
Odwrócił się i ponownie skupił całą uwagę na wspinaczce po skalnych stopniach. 

Raz  po  raz  nurkował  pod  zwieszającymi  się  gałęziami  drzew,  porośniętych  pnączami 
winorośli, uprzejmie przytrzymując je, żeby mogli pod nimi przejść także Leia, Han i 
zamykający pochód  Chewbacca. W dusznej, parnej atmosferze, panującej pod kopułą 
rozpadliny Plawal, drzewa wyrastały z najmniejszych szczelin w skalach lub uskoków 
mających kształt „półek" - naturalnych skalnych platform czy występów wznoszących 
się jedne nad drugimi aż do wierzchołka  góry. Między ciemnozielonymi liśćmi, ople-
cionymi  szarymi  łodygami  mchu,  który  także  pienił  się  w  szparach  między  skałami, 
można  było  zauważyć  kiście  cętkowanych  winogron  i  kulki  krwistoczerwonych  słod-
kich jagód. 

Leia wzruszyła ramionami, ukrytymi pod białą lnianą tkaniną workowatej bluzki. 

Lepki żar wydawał się jej o wiele bardziej dokuczliwy niż upały panujące na Ithorze. 
Bardzo duża wilgotność powietrza przyprawiała ją o ból głowy, mimo iż na tej wyso-
kości,  blisko  wierzchołka  góry,  nieprzyjemny  siarkowy  odór,  jaki  ulatniał  się  z  prze-
twórni pracujących na dnie rozpadliny, mieszał się z mdlącym słodkim aromatem zie-

background image

Barbara Hambly 

61 
lonych  liści.  Kiedy  unosiła  głowę  i  spoglądała  w  górę,  nie  mogła  uwierzyć,  że  o  sto 
pięćdziesiąt metrów wyżej szaleją huragany smagające powierzchnię lodowca, którego 
grubość była większa od wysokości gmachów niejednego miasta. 

Prawdę mówiąc, kiedy patrzyła w górę, nie dostrzegała niczego oprócz morza zie-

leni bujnej roślinności. Pomimo wszechobecnych tumanów mgły, wiszących w rozpa-
dlinie,  widziała  całe  galaktyki  rozgwiezdników  i  zbuntowane  armie  orchidei,  a  także 
owoce o najróżniejszych kolorach,  wielkościach i  kształtach, na  różnych  etapach doj-
rzewania. 

- Pamiętasz je? - zapytała. 
Kiedy lecieli na Belsavis, zapoznała się z danymi statystycznymi dotyczącymi tu-

bylczej ludności planety. Mlukowie osiągali dojrzałość w wieku siedmiu lat, a po trzy-
dziestce starzeli się i wkrótce potem umierali. Przewodnik całej grupy, którego długie 
siwe włosy, kunsztownie zaplecione w warkocze, spływały na ramiona i plecy, musiał 
być jeszcze dzieckiem, kiedy odlecieli ostatni Jedi. 

- Jak przez mgłę. 
Jevax,  znacznie  niższy  niż  większość  jego  rówieśników,  mimo  to  przewyższał 

wzrostem  Hana  Solo.  Wydawałby  się  jeszcze  wyższy,  gdyby  miał  zwyczaj  chodzić 
wyprostowany,  a  nie  lekko  zgarbiony,  wskutek  czego  prawie  dotykał  sękatych  kolan 
palcami  bardzo  długich  rąk.  Nosił  mnóstwo  ozdób  i  drogocennych  świecidełek  -
importowanych z Eriadu srebrzystych albo opalizujących błękitnych ozdobnych musze-
lek, przeważnie zwieszających się z uszu. Jego przypominające sarong spodnie uszyto z 
materiału, ozdobionego nadrukowanymi fantazyjnymi ciemnopurpurowymi i czarnymi 
liniami.  Podobnie  jak  niemal  wszyscy  w  Plawal,  miał  na  nogach  czarne  gumowe,  au-
tomatycznie wytłaczane buty w rodzaju tych, które produkowano na Sulluście i rozsy-
łano  transportowcami  po  wszystkich  zakątkach  galaktyki.  Obuwie  zostało  ozdobione 
jaskrawo-pomarańczowymi  sprzączkami,  ale  wyglądało  dziwacznie  na  niekształtnych 
włochatych stopach. 

- Widzicie, upłynęło wiele lat, zanim którykolwiek z nas przypomniał sobie, że w 

ogóle przebywali tu jacyś Jedi. 

- Byli tacy cisi, hmm? - mruknął Han. 
Leia odwróciła się i wymierzyła mężowi kuksańca pod żebro. 
- Wymazali tę informację z waszych mózgów, prawda? - zapytała. 
- Myślę, że tak właśnie postąpili - odparł Jevax. 
Skręcił za narożnik jakiejś skały i poprowadził ich pod górę jeszcze bardziej stro-

mymi  schodami.  Raz  po  raz  dalszą  wspinaczkę  utrudniały  drzewa  i  występy  skalne. 
Leia zauważyła, że Chewbacca spogląda w górę, z aprobatą oceniając możliwości urzą-
dzenia  zasadzki  przez  ewentualnych  obrońców  doliny.  Tumany  wiszącej  wokół  nich 
mgły zaczynały z  wolna rzednąć, umożliwiając przedostawanie się dziennego światła, 
niemal oślepiająco jasnego po półmroku panującym w głębi rozpadliny. Widoczne nad 
ich głowami ciemnoszare sylwetki roślin dowodziły, że docierają na sam wierzchołek 
góry,  a  coraz  bardziej  strome  i  węższe  półki  pozwalały  sądzić,  że  górska  dolina  była 
kiedyś niewielkim pęknięciem w wulkanicznej skale. 

background image

Dzieci Jedi 

62 

- Rzecz jasna,  nikt nie przypomina  sobie, żeby to zrobili  - ciągnął Jevax, drapiąc 

się po głowie i smutno się uśmiechając. - Moja matka także tego nie pamięta. Ja miałem 
wówczas zaledwie trzy lata. -Znów uśmiechnął się na wspomnienie tamtych czasów. - 
Przez dziesięć czy dwanaście lat nikt z nas nie pamiętał, że rycerze Jedi w ogóle u nas 
przebywali - chociaż to oczywiste dla każdego, kto zechciałby zbadać ruiny domostwa 
Pletta. Stary mistrz musiał tu mieszkać co najmniej od siedemdziesięciu lat, zanim po-
jawili się inni Jedi, żeby znaleźć kryjówkę dla swoich najbliższych, a przede wszystkim 
dzieci. Później jednak niektórzy z nas zaczęli sobie to i owo przypominać. Przeważnie 
drobiazgi, mało istotne szczegóły, niezgodne z tym, co wiedzieliśmy albo wydawało się 
nam, że wiemy. Zachowywaliśmy się, jakby... 

Pokręcił głową, szukając odpowiednich słów. 
- Zachowywaliśmy się, jakbyśmy przez całe lata nie myśleli o przeszłości. 
- Znam ludzi, którzy w ten sposób wiodą całe życie - zauważył Han. 
Nie dodał, chociaż mógłby - pomyślała Leia - że przez większą część swojego ży-

cia był właśnie jedną z takich osób. 

-  No  cóż,  wcale  nie  chodzi  mi  o  to,  że  nie  mieliśmy  przeszłości  czy  przyszłości, 

nad którą moglibyśmy się zastanawiać - ciągnęła Najważniejsza Osoba. - Zatroszczyli 
się o to rycerze Jedi, niech ich duchy będą błogosławione. 

Wszyscy pokonali ostatni zakręt szlaku i znaleźli się ponad warstwą mgły. Od razu 

poczuli, że powietrze stało się bardziej rześkie i o wiele cieplejsze, zupełnie jakby wy-
szli z ciemnicy. Dziwaczne, przelotne podmuchy lekkiego wiatru muskały włosy Leii i 
szeleściły  ciemnozielonymi  liśćmi  drzew  rosnących  niczym  zdradziecka  zasłona  na 
samym skraju rozpadliny. Po lewej stronie i  w dole widać było falujące szarozielonka-
we  morze,  pełne  ciemniejszych  sylwetek  drzew,  otoczonych  bałwanami  mgły  jak 
prawdziwe wyspy. W sączącym się z góry bladym drżącym blasku można było dostrzec 
setki  barwnie  upierzonych  ptaków,  a  także  owadów  latających  pomiędzy  drzewami  i 
krzakami. 

Leia uniosła głowę i z zachwytu na chwilę omal nie zapomniała o oddychaniu. 
-  Rycerze  Jedi  -  odezwał  się  Jevax,  nie  ukrywając  powściągliwej  dumy.  -  Przy-

puszczamy, że to im zawdzięczamy to wszystko. 

Z nierównej powierzchni czarnej wulkanicznej skały strzelały w górę smukłe po-

tężne dźwigary wspierające prawdziwą pajęczynę durastalowych kolumn i wsporników 
o średnicach nierzadko przekraczających półtora metra. Pełne wdzięku jak ptaki, prze-
cinały nicość wypełnioną pasemkami mgły i roślinnością. Utrzymywały wielofasetko-
wą transpastalową kopułę, której każda płaszczyzna i wszystkie załamania zostały za-
projektowane w ten sposób, żeby chwytały nawet najsłabsze promienie niezbyt gorące-
go słońca. 

Pod kopułą było widać pojemniki z kwietnikami i rabatami, które zwieszały się z 

ażurowej pajęczyny omywanych przez strumienie mgły kolumn i wsporników. Niektó-
re  przypominały  wielkie  gondole  o  rozmiarach  domów.  Jedne  kołysały  się  pośród 
szybko zmieniających kształty pasemek mgły, zawieszone wysoko niemal pod sklepie-
niem kopuły. Inne zwisały na długich linach, kończących się tuż nad wyszczerbionymi 
blankami  szczątków  kamiennej  baryłkowatej  wieży.  Budowlę  wzniesiono  na  najwyż-

background image

Barbara Hambly 

63 
szej skalnej półce, na której stał teraz Jevax z resztą grupy. Ruiny były wszystkim, co 
pozostało z cytadeli, wzniesionej kiedyś przez rycerzy Jedi. 

-  Całkiem  pokaźna  budowla,  jeżeli  uwzględnić  fakt,  że  postawiła  ją  grupka  ludzi 

latających ze świetlnymi mieczami po całej galaktyce - stwierdził Han, jak zawsze zde-
cydowany sprawiać wrażenie chłodnego i opanowanego. 

- Domyślam się, że latając z mieczami po całej galaktyce  - odparł Jevax z uśmie-

chem,  pociągając  za  koniec  jednego  siwego  warkocza  -  zaprzyjaźnili  się  nie  tylko  z 
wybitnymi inżynierami, ale i z przedstawicielami wybranych towarzystw handlowych. 
Zapewne szukali takich, które byłyby zainteresowane kupowaniem egzotycznych owo-
ców  i  roślinnych  włókien,  jakie  rosną  w  naszych  unikatowych  warunkach  klimatycz-
nych, i na tyle uczciwych, żeby nie wyzyskiwały tubylców. O ile mi wiadomo, pierwsi 
przedstawiciele Towarzystwa Brathflena pojawili się po roku od chwili odlotu rycerzy 
Jedi. Wkrótce eksploatacją sadów szalamanowych i podonowych zajęła się Galaktycz-
na  Egzotyka. To oni razem z Imperialnymi Eksporterami  zaczęli  wznosić  kopułę  nad 
doliną. Podejrzewam, że działali zgodnie z planem, opracowanym przez samego Pletta. 
Zapewne  mistrz  Jedi  pragnął,  żeby  mieszkańcy  wiosek  zajęli  się  uprawą  winokawy  i 
winojedwabiu na odpowiednich platformach. 

Wyciągnął rękę w górę. Duża gondola, obwieszona girlandami łodyg, pełnych ja-

snozielonych  prążkowanych  liści,  bezgłośnie  spłynęła  po  jednym  z  miriadów  torów 
ciągnących się  wzdłuż  wsporników. Znieruchomiała pod centralnym punktem kopuły, 
po czym  z  wdziękiem opadła o dobre  dziesięć  metrów. Po  wykonaniu tego  manewru 
znalazła się na równej wysokości z innym wiszącym kwietnikiem. Stojące w nim nie-
wysokie istoty przerzuciły coś w rodzaju składanego wiszącego pomostu, wyposażone-
go w dodatkową linę służącą jako poręcz, po czym beztrosko zaczęły gramolić się do 
gondoli. 

- Wegetacja obu tych gatunków roślin wymaga krótkookresowych zmian tempera-

tury, wynoszących co najmniej piętnaście stopni. Tylko niewiele środowisk spełnia ten 
warunek, a te, które umożliwiają wzrost i rozwój, rzadko nadają się do zamieszkania. 
Wskutek  tego  cała  inwestycja  staje  się  nieopłacalna.  Nasze  napowietrzne  plantacje 
przynoszą gospodarce dochód stanowiący trzydzieści procent wszystkich wpływów. 

Leia powstrzymała się od wypowiedzenia uwagi, że ilość winojedwabiu, koniecz-

na do uszycia jednej sukni, kosztowałaby tyle, że stanowiłaby ponad trzydzieści procent 
wpływów budżetu  każdej planety. To  właśnie  dlatego zaniemówiła z  wrażenia, kiedy 
Han  niedawno  kupił  jej  wieczorową  suknię  i  płaszcz,  uszyte  z  tego  materiału.  Obie 
rzeczy wybierała zresztą jej powierniczka, Winter. Leia wiedziała, że Han nie umiał się 
powstrzymać  od  kupowania  strojów,  absolutnie  nie  licujących  z  godnością  przywód-
czyni  Nowej  Republiki,  ale  nauczył  się  nie  ufać  własnym  gustom,  jeżeli  chodziło  o 
rzeczy, w których miała pokazywać się publicznie. 

Chewie  spojrzał  w  górę  i  zawył  z  aprobatą.  Leia  wzdrygnęła  się,  kiedy  przypo-

mniała sobie mrożące krew w żyłach przygody, jakie przeżyła na Kashyyyku, rodzimej 
planecie Wookiech. 

- A zatem przypuszczasz, że rycerze zajęli się rozwojem gospodarki planety dlate-

go, że... w ten sposób chcieli wam podziękować? 

background image

Dzieci Jedi 

64 

-  No  cóż...  -  Jevax  poprowadził  gości  ku  zburzonym  murom  i  częściowo  zrujno-

wanym budynkom, tworzącym rumowisko w miejscu, gdzie półka graniczyła z wzno-
szącą się niemal pionowo skalną ścianą. - Jeżeli chodzi o traktowanie tubylczej ludno-
ści,  Towarzystwa  Brathflena,  Galaktyczne  i  Imperialne/Republikańskie  są  jedynymi 
spółkami handlowymi mającymi absolutnie czyste  konto. Pomyślcie, ile innych towa-
rzystw prowadzi działalność  chociażby tylko w rejonie jądra galaktyki. Nie  może być 
dziełem  przypadku,  że  jedynie  te  trzy  dysponowały  informacją  o  współrzędnych  tej 
planety. 

Skalna półka - ostatni gigantyczny występ, znajdujący się na skraju doliny - miała 

prawie  trzydzieści  metrów  szerokości  i  kształt  różnobocznego  trójkąta,  którego  jedna 
krawędź biegła  wzdłuż pionowej ściany. Jeden wierzchołek, przylegający do urwiska, 
był  niewidoczny,  przysypany  stosem  gruzów,  na  których  zdążył  rozplenić  się  gąszcz 
roślin.  Tuż  obok  kopca  wznosiły  się  szczątki  wieży.  Jej  zrujnowana  przednia  ściana 
ukazywała dwa piętra i pozostałości dwóch następnych. W odległości jakichś piętnastu 
metrów od wieży, mniej więcej w połowie drogi między wierzchołkiem trójkąta i kra-
wędzią skalnej półki, widać było inne ruiny, których wygląd pozwalał sądzić, że wzno-
sił  się  tu  kiedyś  ochronny  mur.  Co  najmniej  w  kilkunastu  miejscach  nosiły  ślady  po-
ważniejszych zniszczeń, jakby zostały pogryzione zębami jakiegoś ogromnego kamie-
niożernego  potwora.  Następny  ochronny  mur,  z  którego  pozostały  jedynie  sczerniałe, 
okopcone  zgliszcza,  przebiegał  kiedyś  wzdłuż  krawędzi  półki.  Pośród  ruin  zdążyły 
wyrosnąć  tu  i  ówdzie  drzewa,  pomiędzy  którymi  było  widać  zaniedbany  trawnik,  w 
wielu miejscach oszpecony dołami po strzałach z blasterowych działek. 

Na krawędziach zagłębień, wypełnionych srebrzystą wodą i podobnych do małych 

stawów, rosły teraz gęste krzaki lipany. 

- Ilu ich tu mieszkało? - zainteresowała się Leia. Szybko dokonała w myślach kil-

ku obliczeń i nie mogła ukryć rozczarowania i zdziwienia. 

-  Jestem  pewien,  że  niewielu.  -  Han  także  spoglądał  na  niezbyt  dużą  przestrzeń, 

zajmowaną  przez  wewnętrzny dziedziniec  budowli.  Zmarszczył brwi i stał,  wsparłszy 
dłonie  na  biodrach.  -  Chyba  że byli  naprawdę  bardzo przyjaźnie  nastawieni do tubyl-
ców. 

- Mogli mieszkać w pomieszczeniach, które rozsypały się w proch od tamtych cza-

sów - stwierdził Jevax. - Drzewnych domach albo chatach, uplecionych z gałęzi drzew i 
krzaków... Na niższej skalnej półce, na której wznosi się teraz miejski ratusz, albo na-
wet na samym dnie doliny. Tylko że zanim wzniesiono tę kopułę, w dolinie zdarzały się 
okresy dokuczliwego chłodu... Rzecz jasna, nie tak strasznego jak ten, który panuje na 
powierzchni. Podejrzewam jednak, że gdyby mieszkali w wiosce, w chatach tubylców, 
więcej wieśniaków pamiętałoby, że w ogóle tu byli. 

Machnął długą ręką, pokazując budynki pozbawione dachów, a także wieżę z pu-

stymi oczodołami okien i zrujnowaną przednią  ścianą,  ukazującą  wszystkie  piętra. W 
ruinach, podobnie jak na stromej skalnej ścianie, widoczne były wiszące ogrody, poro-
śnięte paprociami, chlorofitami, brodami Wookiech i pędami słodkich jagód. 

- O ile mi wiadomo, mieszkali właśnie tutaj. 

background image

Barbara Hambly 

65 

-  W  tym  miejscu  mogło  się  kiedyś  mieścić  co  najwyżej  laboratorium  Pletta  - 

sprzeciwiła się Leia. - Nie dałoby się zakwaterować tu dziesięciu rodzin. 

- Wygląda na to, że nigdy nie byłaś w mieszkaniu na Kiskinie -mruknął Han. 
Przeszedł przez szczątki wrót na  wewnętrzny dziedziniec, a potem przedostał się 

przez  otwór  w  murze do środka  samotnego i także pozbawionego dachu prostopadło-
ściennego budynku, wzniesionego u stóp wieży i dotykającego jednym bokiem stromej 
skalnej ściany. 

- Mówiłeś, że pierwszy pojawił się tutaj Plett? - zapytał, zwracając się do Jevaxa. 
- Tak - odparł tamten. - Był botanikiem i uczonym. Słyszeliśmy, że także wielkim 

i wspaniałym mistrzem Jedi; Ho'Dinem pochodzącym z planety Moltok. Na podstawie 
długości  źdźbeł  mchu,  rosnących  u  stóp  wieży,  obliczyliśmy,  że  zbudował  ją  przed 
mniej więcej stu laty. Wiemy także, iż wiele żyjących w dolinie roślin zostało przysto-
sowanych  pod  względem  genetycznym  do  panującego  tam  półmroku,  wilgotności  i 
podwyższonej  temperatury  -a  nawet  mikroklimatów  o  większej  kwasowości,  panują-
cych w najniższym i najbardziej aktywnym krańcu doliny. To wszystko pozwoliło nam 
się  domyślić,  że  Plett  musiał  być  także  wybitnym  geologiem  i  genetykiem.  Legendy 
głoszą, że umiał także porozumiewać się z ptakami i zwierzętami. Co więcej, potrafił 
sprawić, żeby nie zdarzały się nawałnice, jakie przedtem od czasu do czasu nawiedzały 
nawet  rozpadliny.  Dowiedzieliśmy  się  o  tym  od  tubylców  mieszkających  w  innych 
dolinach, Wutz i BotUn. Widocznie mieszkańcom owych wiosek nie wymazano z mó-
zgów tej informacji. 

- To oznacza, że rycerze Jedi tam nie mieszkali - zauważyła Leia. 
Skierowała  spojrzenie  na  będące  kiedyś  murami  ogromne  prostopadłościenne 

skalne  bloki,  metrowej  grubości  i  barwie  dawno  zakrzepłej  krwi.  Domostwo  Pletta 
wydawało się fortecą nie do zdobycia, ale mimo to jeszcze teraz tchnęło jakimś głębo-
kim spokojem. 

Mieszkali  tutaj  dobrzy  ludzie  -  pomyślała,  chociaż  nie  wiedziała,  dlaczego  wy-

czuwa  to  z  taką  siłą,  jak  woń  dawno  zapomnianych  kwiatów.  -  Promieniowali  siłą  i 
miłością podobną do blasku słońca. 

Zamknęła  oczy.  Była  niemal  absolutnie  pewna,  że  gdyby  się  skupiła,  wsłuchała 

uważniej, usłyszałaby śmiech i głosy bawiących się dzieci. 

- To prawda - usłyszała głos Jevaxa, stopniowo cichnący, w miarę jak istota i Han 

obchodzili  wnętrze  domu.  -  Przypuszczamy,  że  Plett  wybrał  to  miejsce  nie  tylko  ze 
względu  na  unikatowy  klimat  rozpadlin,  ale  przede  wszystkim  z  powodu  lodowatych 
huraganów  i  surowych  warunków  klimatycznych  panujących  na  powierzchni.  Musiał 
wiedzieć, że lądowanie jakiegokolwiek statku na planecie jest wyjątkowo trudne, o ile 
w  ogóle  możliwe,  z  uwagi  na  to,  że  piloci  nie  będą  mogli  się  posłużyć  czujnikami  i 
skanerami. 

- Mnie to mówisz - mruknął Han, który sam przeżył kilka budzących grozę minut, 

kiedy  musiał  wylądować  „Sokołem  Tysiąclecia".  Kierował  się  najbardziej  wąskopa-
smowym sygnałem namiaru, jaki zdarzyło mu się odbierać w ciągu wielu lat, chociaż 
musiał opadać zupełnie na oślep stumetrowym pionowym wąskim szybem, wywierco-
nym w litej skale. 

background image

Dzieci Jedi 

66 

- A co z tunelami? - zapytała Leia, otworzywszy oczy. 
Jevax odwrócił się  ku niej. Uniósł siwe  krzaczaste brwi, zrośnięte  nad oczami w 

jedną linię. Han spojrzał także, zapewne zdumiony tym pytaniem. Właśnie badał rząd 
otworów  w  kształcie  dużych  dziurek  od  kluczy.  Nie  miał  pojęcia,  czy  kiedyś  pełniły 
funkcję okien czy drzwi, ale były dosyć wąskie. Tak wąskie, że gdyby były drzwiami, 
mogłyby służyć tylko bardzo szczupłym osoby w rodzaju Luke'a czy Leii. 

- Na tym właśnie polega cały problem, Wasza Ekscelencjo -odparł Jevax. -Nie ist-

nieją żadne tunele. - Żadne „tajne krypty", na temat których krąży tyle plotek. Co kilka 
miesięcy przylatuje tu ktoś, głosząc nową teorię na ich temat, i wyrusza na poszukiwa-
nia. Wierzcie mi jednak, że nikt nigdy jeszcze niczego tu nie znalazł. 

Po  krawędzi  muru  przebiegł  lśniący  zielony  mały  ssak,  którego  Leia  nie  znała. 

Żółta  manollia,  siedząca czujnie  w jednym z  martwych oczodołów okien, nastroszyła 
pióra i zwróciła ognistorubinowe oczy na intruza, który tak niespodziewanie  wtargnął 
na jej terytorium. Leia machinalnie pomyślała, że manollie musiały pojawić się razem z 
Ithorianami albo pracownikami Towarzystwa Brathflena. Od czasów, kiedy ona i Han 
wylądowali na planecie, widziała dosłownie setki tych jaskrawo upierzonych ptaków. 

- Ukryli dzieci w głębi szybu  - powtórzyła usłyszane słowa. -Nichos mówił coś o 

tunelach. Domyślam się, że McKumb pragnął  nam powiedzieć, iż pod cytadelą Pletta 
wydrążono  jakieś  krypty. Przypuszczam, że  właśnie to  może być  owym  tajemniczym 
„szybem" Pletta. 

Kiwnęła  głową,  pokazując  ciężką,  zapewne  durastalową  płytę,  umieszczoną  po-

środku kamiennej posadzki. 

- Jednym z wielu - odrzekł Jevax. - Z uwagi na obecność gorących źródeł wszyst-

kie wulkaniczne rozpadliny były kiedyś nazywane szybami. A to...  - Wykonał szeroki 
gest, zapewne mając na myśli i zielonkawą kopułę widoczną wysoko nad pozbawionym 
dachu  domem,  i  ukrytą  w  tumanach  mgły  tubylczą  wioskę,  i  rozmaite  mikroklimaty 
panujące  w  okolicach  gorących  źródeł,  i  ciepłe  źródła,  i  rzędy  glinianych  garnków, 
ustawionych  wokół  szybu  wentylacyjnego,  i  piętrzące  się  ciemne  góry  z  wiszącymi 
girlandami paproci  i orchidei, i snujące  się  po okolicy  woale  mgiełek. ..-To wszystko 
nosiło kiedyś nazwę szybu Pletta. 

Wyprowadził  gości  przez  otwór  drzwiowy  mający  ten  sam  charakterystyczny 

kształt  dużej  dziurki  od  klucza,  co  okna.  Widocznie  otwory  okienne  i  drzwiowe  tego 
typu należały do cech budowanych z wulkanicznych skał domów, które skupiły się w 
przeciwległym  krańcu  doliny  u  stóp  skalnej  półki,  w  miejscu,  gdzie  znajdowało  się 
niegdyś  miasto.  Kiedy  wszyscy  znaleźli  się  znów  na  wewnętrznym  dziedzińcu,  Leia 
zwróciła  uwagę  na  wspaniałe  owady,  które  podrywały  się  ze  źdźbeł  trawy  z  bezgło-
śnym  trzepotem  błyszczących  przezroczystych  skrzydeł.  Wydawało  się  jej,  że  sama 
ogrzana ziemia ciska w górę garście konfetti na jej powitanie. 

- Mimo to wciąż szerzą się różne plotki - powiedziała, nie dając za wygraną. 
Małpia twarz Jevaxa, zwieńczona krzaczastymi brwiami, ponownie rozciągnęła się 

w uśmiechu. 

-  Wasza  Ekscelencjo,  Plawal  jest  bardzo  nudnym  miejscem  pomimo  całej  swojej 

krasy.  Centralna  biblioteka,  miejski  ratusz  i  wszystkie  biura  instytucji  komunalnych 

background image

Barbara Hambly 

67 
korzystają  z  wolnych  mocy  obliczeniowych  tego  samego  systemu  komputerowego, 
zainstalowanego przed dwunastu laty przez Towarzystwa Brathflena, Galaktyczne oraz 
Imperialne/Republikańskie w porozumieniu z firmą budowlaną z Kuat. Niewiele miej-
sca pozostało na jakiekolwiek rozrywki. Mieszkańcy, nie mający rodzin, o które musie-
liby  się  troszczyć,  spędzają  niemal  cały  wolny  czas  albo  w  zakładach  puszkujących 
winokawę  i  pakujących  winojedwab,  albo  w  barach,  jakie  rozsiadły  się  wzdłuż  alei 
wiodącej  do  kosmoportu.  Rzecz  jasna,  wszyscy  chcieliby  wierzyć,  że  pod  jedynymi 
ruinami w mieście, które nie zostały uprzątnięte i wykorzystane jako plac budowy naj-
zwyczajniejszych  domów  z  prefabrykatów  firmy  Sorosub,  kryją  się  jakieś  tajemnicze 
krypty. Czymś przecież trzeba się zajmować w chwilach wolnych od pracy. 

Wykonał ten sam szeroki gest, w trakcie którego niemrawy podmuch wiatru roz-

wiał białą sierść jego długiej ręki. 

- Serdecznie zapraszam, żebyście pozostali tu, jak długo pragniecie, i sami wyru-

szyli na poszukiwania. Uprzedzam was jednak, że wielu ludzi szukało we  wszystkich 
miejscach, posługując się najróżniejszymi czujnikami. Dział badań naukowych naszego 
archiwum będzie jednak czynny dopiero o osiemnastej, gdyż wówczas kończące pracę 
zakłady przemysłowe przestają korzystać z centralnego systemu komputerowego. Póź-
niej,  jeżeli  zechcecie  wpaść  do  ratusza,  udzielę  wam  wszelkiej  możliwej  pomocy  w 
badaniu rejestrów i zapisków. 

Z kieszeni u pasa wyciągnął trzy identyczne laminowane płytki, po czym wręczył 

po jednej Hanowi, Leii i Chewbacce. 

- Te identyfikatory umożliwią wam wstęp do wszystkich pomieszczeń miejskiego 

ratusza,  kosmoportu,  garaży  i  wind,  którymi  będziecie  mogli  dotrzeć  z  lądowiska  na 
powierzchnię.  Muszę  jednak  was  ostrzec,  że  gdybyście  z  jakiegokolwiek  powodu 
chcieli  spojrzeć  na  lodowiec,  powinniście  wyprawić  się  albo  w  moim  towarzystwie, 
albo zwrócić się do jakiegoś innego urzędnika. A teraz, czy  wolicie powrócić ze mną 
do ratusza, czy też jakiś czas tu pozostaniecie? Jedyną przyzwoitą kawiarnią w mieście 
jest „Bulgoczące Błoto". To po drodze, niedaleko Zaułku Brandiferta. 

- Dziękujemy, wolimy jakiś czas tu pozostać - mruknął Han. 
- Aha, jeszcze jedno -odezwała się Leia, wyciągając palec w górę. Najważniejsza 

Osoba uprzejmie odwróciła się ku niej. - Czy widziałeś kiedykolwiek tego człowieka? 

Uwięziony  w  sześcianie  holograficzny  wizerunek  McKumba,  sporządzony  pod-

czas snu mężczyzny, ukazywał obwisłe wychudzone oblicze o zamkniętych oczach. W 
niczym nie przypominało ogorzałej i tryskającej zdrowiem twarzy przemytnika, które-
go znał Han, ale Leia nie dysponowała innym wizerunkiem. Drub McKumb, podobnie 
jak  kiedyś  Han,  uprawiał  proceder,  który  zniechęcał  do  zamawiania  wiernych  portre-
tów. 

Jevax przekrzywił głowę, ale kiedy zmarszczył czoło, gruba linia siwych krzacza-

stych brwi wygięła się nad oczami. 

- Chyba nie - powiedział po krótkim namyśle.  - Może wieczorem znajdziecie coś 

w rejestrach kosmoportu, ale  jeżeli ten człowiek był przemytnikiem, zapewne  nie  zo-
stawiał żadnych śladów. Prawdę mówiąc, w ciągu ostatnich mniej więcej dziesięciu lat 
rządów  Imperium  mieliśmy  sporo  kłopotów  z  przemytnikami.  Imperialny  gubernator 

background image

Dzieci Jedi 

68 

korzystał z pomocy tylko kilku strażników i celników. Później nawet i oni zaczęli za-
niedbywać swoje obowiązki. 

- Ja zajmę się sprawdzeniem rejestrów kosmoportu - oznajmiła Leia, chowając ho-

lograficzny  sześcian  do  kieszeni.  -  Dziękujemy  ci,  Jevaxie.  Dziękujemy  za  to,  że  po-
święciłeś tyle czasu, by nam pomóc. 

- To ja chciałbym wam podziękować, Wasza Ekscelencjo, generale Solo. - Brzyd-

ka twarz Mluka wykrzywiła się w jeszcze jednym uśmiechu.  - Oszczędziliście mi ko-
nieczności nanoszenia przez całe popołudnie poprawek do rozporządzenia dotyczącego 
zasad rozdziału czasu komputerowego, a to dar cenniejszy niż błyszczostym. 

Ukłonił się, odwrócił i zaczął oddalać, idąc po ciemnozielonej trawie, z której pod-

rywały się roje różnobarwnych owadów. Przy każdym kroku kolczyki i wisiorki w jego 
uszach połyskiwały w bladym świetle padającym z góry. Chewie warknął półgłosem. 

- Masz rację - odezwał się równie cicho Han. - Ja też sądzę, że nie mówił prawdy. 
-  Albo  ktoś  nie  powiedział  prawdy  j  emu-  zauważyła  Leia.  Han  kiwnął  głową, 

wskazując półkoliste wyrwy w murze, które wyglądały, jakby zostały wygryzione. 

- Gdyby Imperium naprawdę zależało na zniszczeniu tego miejsca, nie oglądaliby-

śmy dzisiaj nawet tych ruin - stwierdził. - A to wygląda mi na dzieło dwóch albo trzech 
lotniskowców  i  garści  myśliwców  typu  TIE,  nie  więcej.  Lecieli  taki  szmat  drogi,  nie 
mając  żadnych  oddziałów  szturmowych?  Żadnych  niszczycieli?  Gdyby  wiedzieli,  że 
ukrywają  się  tu  rycerze  Jedi,  nie  pozostawiliby  niczego  oprócz  dziury  w  ziemi.  No, 
dobrze, no, dobrze - dodał pospiesznie, usłyszawszy gderliwe burknięcie Chewbaccy. - 
Niech ci będzie, całe to miejsce jest jedną wielką dziurą w ziemi. Dobrze wiesz, o co mi 
chodziło. A jeżeli nie chcieli tego zniszczyć, dlaczego w ogóle atakowali? 

Leia  pokręciła  głową,  spoglądając  na  zrujnowane  mury,  na  szczątki  niewielkiej 

kuchni i kilku innych małych pokoików, które musiały być kiedyś pracowniami. Nadal 
przenikało ją wrażenie spokoju i głębokiej ciszy, wyraźnie odbierała uczucie szczęścia, 
którym emanowało niegdyś to miejsce. 

-  Nigdy  nie  miałam  do  czynienia  z  implantowanymi  wspomnieniami  -  odezwała 

się po dłuższej chwili. - Co innego Luke. Mój brat twierdzi, że mogą sięgać do głębin 
mózgu. Prawdopodobnie kiedy rycerze Jedi odlatywali, implantowali swoim bliskim  - 
na przykład Nichosowi i matce Cray - fałszywe wspomnienia, po to, żeby nikt nie do-
wiedział się, kim naprawdę byli. Wiedzieli, iż dokonane w ich umysłach zmiany sięgną 
tak głęboko, że kiedy to wszystko się skończy, ci nieszczęśnicy będą potrzebowali po-
mocy z zewnątrz. Gdyby przypadkiem wyszła na jaw prawda o ich tożsamości, przeka-
zywanie ich w ręce ithoriańskiego towarzystwa handlowego miało przynajmniej zapo-
biec  wyzyskiwaniu  ich  przez  jakiegoś  krewniaka  Imperatora.  Nawet  jeżeli  jednak  to 
uczynili  -  jeżeli  implantowali  wszystkim  mieszkańcom  wioski  przekonanie,  że  żadne 
krypty  nigdy  nie  istniały  -  kiedy  pojawili  się  pierwsi  przedstawiciele  spółek  handlo-
wych, rycerzy Jedi już tu nie było. Możliwe, że zarządzający Towarzystwem Brathflena 
Ithorianie nie wyzyskiwali tubylców, ale nie wierzę, aby oni - a zwłaszcza zarządzający 
Galaktycznym Twi'lekowie - rozpowszechniali plotki o ukrytych kryptach. Zwróciliście 
uwagę, że Jevax nie udzielił jasnej odpowiedzi na pytanie dotyczące utrzymywania się 

background image

Barbara Hambly 

69 
plotek? „Co kilka miesięcy"... To nie brzmi jak coś, co dałoby łatwo znaleźć, posługu-
jąc się własnymi skanerami. Tu może chodzić o coś innego. 

Nie przestając rozmawiać, znaleźli siew części trójkąta, przysypanej warstwą gru-

zu.  Wznosiła  się  tam  kamienna  wieża.  Strzelała  ku  kopule,  podtrzymywanej  przez 
ogromną,  ale  lekką  pajęczynę  krzyżujących  się  dźwigarów,  i  stykała  się  z  pionową 
skalną  ścianą,  udekorowaną  girlandami  ukwieconych  wiszących  łodyg.  Nad  ruinami 
domostwa  Pletta  zwieszały  się  kwietniki  porośnięte  pędami  winokawy,  podobne  do 
opasłych,  tęczowoskrzydłych  ważek.  Niektóre  zwisające  pędy  kończyły  się  zaledwie 
kilkanaście metrów powyżej wierzchołka wieży. Leia widziała niebo pomimo pasemek 
mgły, snujących się pod kopułą. Była zdumiona, że wydawało się jej takie mroczne. 

W którymś z wewnętrznych pomieszczeń, jednym z szeregu częściowo wykutych 

w pionowym zboczu, zauważyła wylot rurociągu prowadzącego zapewne do ukrytego 
gdzieś głęboko w skale źródła z ciepłą wodą. Wiedziała, że w tym krańcu doliny woda, 
wypływająca  z  głębin  ziemi,  była  cieplejsza  niż  ta,  konieczna  do  naprawdę  gorącej 
kąpieli,  ale  nie  miała  siarkowego  odoru  źródeł  z  wrzątkiem,  tryskających  w  najniżej 
położonej części doliny. Dostrzegła, że krawędzie otworu pokrywa gruba  warstwa ró-
żowo--żółtego osadu. Odłamała kawałek i zaczęła obracać w smukłych palcach. 

- Czy to ci coś przypomina? - zapytała, zwracając się do męża. 
- To tyle, jeżeli chodzi o nieistnienie jakichkolwiek krypt - odparł cynicznie Han. 
- To jeszcze nie oznacza, że klejnoty, które miał w kieszeniach McKumb, pocho-

dziły z krypty,  wykutej w pobliżu tego źródła  - rzekła  Leia. - Poza tym nawet gdyby 
istniało  jakieś  o  tym  samym  procentowym  składzie  siarki  i  antymonu,  mogłoby  mieć 
kilka albo więcej ujść wody. 

- Bardzo zależy ci na tym, żeby mnie przekonać - zauważył Han. Leia uśmiechnęła 

się. 

- Przecież codziennie mam do czynienia z różnymi dyplomatami. 
-  Ta-a...  -  Han  wbił  spojrzenie  w  szczątki  wrót,  przez  które  przeszedł  Jevax.  -  I 

właśnie skończyłaś mieć do czynienia z jeszcze jednym. 

W którymś pomieszczeniu,  wykutym  w  skalnej ścianie,  Chewbacca znalazł  starą 

drabinę. Wszyscy skorzystali z niej, żeby dostać się na wyższe piętra zrujnowanej wie-
ży, wciągając ją za sobą po pokonaniu każdego piętra. Leia uważnie wybierała drogę. 
Przechodziła przez wyszczerbione otwory drzwiowe albo wąskie szczeliny, podobne do 
otworów  strzelniczych,  które  kiedyś zapewne  pełniły  funkcję  okien. Czasami  musiała 
także wspinać się po stopniach kręconych schodów. Widok z okien najwyższego piętra 
dosłownie  zaparł  dech  w  jej  piersi.  Po  dolinie  snuły  się  ławice  mgły  przypominające 
wiry wodne w mrocznym stawie. W odległym krańcu doliny, u stóp ciemnego urwiska, 
było  widać  miejsce,  gdzie  prądy  ciepłego  powietrza  mieszały  mlecznobiałe  opary.  Z 
morza  mgieł  wystawały  białe  i  zielone  plastikowe  dachy  zakładów  przemysłowych, 
podobne do wierzchołków dziwacznie ustawionych gór lodowych. 

Po  torach,  biegnących  nad  ich  głowami,  przemieszczały  się  gondole  rabat  poro-

śniętych  pędami  winokawy.  Można  było  także  dostrzec  lądujące  napowietrzne  statki, 
kierujące  się  ku  podobnemu  do  gniazda  os  niewielkiemu  drewnianemu  budynkowi 
Stacji Zaopatrzeniowej. Budynek oplatały pędy winorośli, podobne do tych, jakie wy-

background image

Dzieci Jedi 

70 

rastały ze szczelin w skalnej ścianie. Spoglądając w przeciwległy kraniec zrujnowanego 
pomieszczenia, Leia mogła podziwiać cały miniaturowy ekosystem rozpadliny. Widzia-
ła  tropikalną  dżunglę,  ukrytą  głęboko  pod  powierzchnią  najniebezpieczniejszych  pól 
lodowych w całej galaktyce. 

Zastanawiała się, jak mogło wyglądać to miejsce w czasach, kiedy o n i tu prze-

bywali...  Dzieci,  których  piskliwe  głosy  prawie  słyszała  w  swoich  myślach.  Rodziny, 
których mądrość i miłość zapewne wsiąkły w każdy kamień grubych murów. 

Pomyślała,  że  zanim  wzniesiono  kopułę,  w  dolinie  panowały  -przynajmniej  od 

czasu  do  czasu  -  większe  chłody.  Zmuszało  to  mieszkańców  do  budowania  solidnych 
domów z wulkanicznych skał i usytuowania miasta w pobliżu źródeł gorącej wody. W 
okolicach  szybów  wentylacyjnych,  którymi  uchodziło  ciepłe  powietrze,  rosła  niegdyś 
gęściejsza dżungla, podczas gdy pozostałe zapewne przypominały podbiegunową tun-
drę. 

Dlaczego mistrz Plett w ogóle przyleciał na tę planetę? Czy świadomie poszukiwał 

świata, na którym tylko niewielu potrafiłoby wylądować? Kto i w jaki sposób przeko-
nał go o konieczności zapewnienia bezpiecznej kryjówki innym Jedi? 

Leia poczuła, że od tyłu opasuje jej kibić silne ramię. Han stał obok niej w milcze-

niu i spoglądał przed siebie. Leia oparła się o niego, zamknęła oczy i oddała się wspo-
mnieniom. 

Pomyślała o planecie Ithor, zielonej, pełnej  wdzięku i zamieszkiwanej przez pra-

cowite istoty. 

Przypomniała  sobie  dziwaczną,  bezsensowną  śmierć  kobiety  w  sektorze  Senexa, 

zabitej  przez  płatnego  mordercę,  którym  przecież  mógł  być  ktoś  inny,  nie  liczący  aż 
tyle za usługi. 

Powróciła myślami do informacji, przekazanej jej tego ranka, że senior rodu Van-

dronów, na którego terytorium popełniono tę zbrodnię, czynił wszystko, co mógł, żeby 
utrudnić śledztwo w sprawie zamordowania nieszczęsnej Draesinge. 

Do Druba McKumba. 
„Ukryli dzieci w głębi szybu"... 
Poczuła, że ponownie napływa fala głosów dzieci bawiących się w ogromnej kwa-

dratowej sali na dole. Oczyma wyobraźni ujrzała, jak przebiegają obok ciężkich stołów 
sporządzonych  z  drewna  szalamanowego  i  ustawionych  pod  przeciwległą  ścianą. 
Wśród dzieci przeważały istoty ludzkie, ale Leia zauważyła także jednego małego Itho-
rianina, kilkoro Wookiech, Twi'leka, Bitha... Widziała siedzącą przy jednym ze stołów 
kobietę,  zajętą  naprawianiem  częściowo  rozebranego  sterylizatora.  W  pewnej  chwili 
kobieta krzyknęła pobłażliwie, pragnąc ostrzec jakieś dziecko. Zapewne zobaczyła, że 
malec zapędził siew pobliże masywnej, wykonanej z brązu i mającej kształt wielkiego 
kwiatu  kraty,  umieszczonej  pośrodku  pomieszczenia  i  zasłaniającej  otwór  szybu.  Ko-
bieta  sprawiała  wrażenie  niespokojnej,  mimo  iż  krata  miała  otwory  zbyt  małe,  żeby 
można  było  przecisnąć  między  nimi  jakąkolwiek  zabawkę,  może  z  wyjątkiem  tych 
najmniejszych.  Przez  otwory  wydobywały  się  obłoki  pary,  która  ogrzewała  salę,  po-
dobnie  jak  czyniły  to  nieśmiałe  promienie  słońca,  wzmacniane  przez  umieszczone  w 
otworach  okien  krystal-pleksowe  szyby.  Jakiś  ciemnowłosy  mężczyzna  trącał  struny 

background image

Barbara Hambly 

71 

pola-kierowanej na czerwono mandoliny. Na okiennych parapetach drzemały pittiny o 
wszystkich  możliwych  barwach  sierści,  w  jakich  spotyka  się  te  stworzenia,  gotowe 
rzucić się w pościg po posadzce za umykającymi myrminami. 

Nagle otworzyły się drzwi w tylnej ścianie i do środka pomieszczenia wszedł sę-

dziwy Ho'Din, mający dwa i pół metra wzrostu. Odziany w czarny płaszcz mistrza Jedi, 
z wdziękiem przeszedł przez komnatę, kołysząc wyblakłymi ze starości i podobnymi do 
kwiatów głowoszypułkami. Promieniował od niego wielki spokój i nabyta za straszliwą 
cenę siła - podobna do tej, jaką od czasu do czasu wyczuwała Leia, kiedy przebywała w 
towarzystwie Luke'a. 

Otworzyła oczy. 
Pozbawiona dachu komnata na najniższym poziomie zrujnowanej wieży była pu-

sta - jeżeli nie liczyć cieni rzucanych przez gasnące światło zmierzchu. 

W tylnym murze nie było widać żadnych drzwi. 
 
- Musieli w jakiś sposób je zamurować. - Han przesunął palcami po gładkiej ścia-

nie  w  miejscu,  gdzie  tylna  ściana  domostwa  Pletta  była  jednolitą  wulkaniczną  skałą 
pionowego  urwiska.  -  Niemal  zawsze  pozostaje  po  tym  jakaś  szczelina  albo  rysa,  ale 
wygląda na to, że w tym przypadku nie zostawiono żadnego śladu. 

- To było mniej więcej tutaj. 
Leia ponownie zmrużyła oczy, usiłując przypomnieć sobie tamtą scenę. Czuła nie-

określony ból  w głowie, jakby przed  wielu laty  straciła albo zawieruszyła coś bardzo 
cennego. 

Może  uczucie  szczęścia?  Przecież  miała  wrażenie,  że  promieniowało  z  kamien-

nych  ścian  tej  komnaty.  Ogromnego  spokoju  wynikającego  z  przekonania,  że  się  jest 
darzonym  bezwarunkową  miłością?  Spokoju,  który  prysnął  jak  mydlana  bańka  pod 
ostrzałem błyskawic laserowych dział, kiedy ktoś na pokładzie Gwiazdy Śmierci przy-
cisnął ostateczny guzik? 

Spoglądając  na  mężczyznę  stojącego  u  jej  boku,  zastanawiała  się,  czy  kiedykol-

wiek w czasach dzieciństwa Han zaznał tego głębokiego spokoju... tej pewności, że jest 
kochany. 

Chewie warknął pytająco. Han przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowie-

dzią. 

- Ta-a, przypuszczam, że jeszcze mamy ten echolokator - odparł w końcu. - Rzecz 

jasna, jeżeli Lando nie pożyczył go ostatnio, kiedy latał „Sokołem", żeby zrealizować 
jakiś szalony pomysł odnalezienia ukrytych skarbów. 

- Założyłabym się, że nawet echolokator nie potwierdzi faktu istnienia tego tunelu, 

z którego wyszedł mistrz Jedi - oznajmiła Leia. Odwróciła się i ponownie przyjrzała się 
opustoszałej  komnacie.  -Rycerze  Jedi...  -  Zawahała  się,  myśląc  o  wszystkich  sztucz-
kach, jakich nauczył ją Luke, a także o tym, co powiedziała jej stara Vima-Da-Boda. - 
Jeżeli  rycerze  Jedi  dołożyli  tylu  starań,  aby  zatrzeć  po  sobie  wszystkie  ślady;  jeżeli 
uczynili  wszystko, co  mogli,  aby  mieszkańcy doliny  w ogóle  zapomnieli o fakcie  ich 
pobytu,  mimo  iż  wszędzie  pozostało  mnóstwo  śladów  po  blasterowych  strzałach,  nie 
sądzą, żeby udało się nam znaleźć coś za pomocą echolokatora. 

background image

Dzieci Jedi 

72 

- Przypuszczam, że masz rację. - Han ponownie przeciągnął pieszczotliwie palca-

mi po gładkiej ścianie, jakby niemal pewien, że raczej uległ złudzeniu; że wylot tunelu 
nie  zniknął  za sprawą  technicznej sztuczki,  która  pozwoliła na  jego ukrycie.  Leia  po-
myślała,  że  może  rzeczywiście  to  było  tylko  złudzenie.  -  Jesteśmy  teraz  pewni  przy-
najmniej dwóch rzeczy. 

- Dwóch rzeczy? - zapytała. 
- Pierwszej, że w ogóle istniał jakiś wylot tunelu - odparł ponuro Han. - I drugiej, 

że nie był to ten sam wylot, przez który przeszedł Drub McKumb. 

background image

Barbara Hambly 

73 

R O Z D Z I A Ł  

Rycerze Jedi wymordowali członków jego rodziny. 
Cała  banda napadła  na  miasto,  w którym  upływało jego dzieciństwo. Posługując 

się  siłą  Mocy,  sprowadziła  gęstą  mgłę,  po  czym  przemykając  się  jak  gromada  potęż-
nych  bezgłośnych  gniewnych  duchów,  rozjaśniała  ciemności  głębokiej  nocy  jedynie 
zielonymi  błyskami  oczu,  podobnymi  do  ogników  na  bagnach.  Łapczywie  chwytając 
powietrze, Luke zdołał jednak uciec, mimo iż usiłowały pochwycić go lodowate palce 
ich myśli. Starały się obezwładnić go i zmusić, żeby wrócił. Upadł na murawę w kępie 
drzew rosnących na skraju miasta... 

(drzew?) 
...i obserwował, jak ustawiają w szeregu wszystkie kobiety. Wyrywają dzieci z ich 

objęć, a  potem, słysząc  ich pełne  grozy okrzyki,  wybuchają  głośnym  śmiechem. Wy-
ciągają świetlne miecze i rozcinają ich matki na kawałki. Widział przypalone kończyny 
i ciała leżące bez ruchu na trawie. Słyszał krzyki i wrzaski, niosące się w powietrzu i 
powtarzane  przez  echo  w  ciemnościach  chłodnej  nocy.  Później  rycerze  Jedi  zaczęli 
polować na niego. Wyruszyli na poszukiwania. Latali po okolicy śmigaczami i pogar-
dliwie szydzili, kiedy potykał się, przeskakując przez skały, błotniste kałuże i strumie-
nie... 

(kałuże i strumienie? Przecież dorastałem na pustyni.) 
.. .a później zawrócili, żeby wymordować także dzieci. Widział młodszego brata i 

siostrę... 

(jakiego brata?) 
.. .którzy błagali o życie, ale mimo to zginęli, posiekani świetlnymi mieczami... 
Kto urządził tę masakrę? 
To była prawda. Każde słowo było szczerą prawdą. 
A raczej, tak czy owak, prawdą było coś bardzo podobnego do tego. 
Luke zamknął oczy i zaczął głęboko oddychać. Próbował nie przejmować się bó-

lem, jaki nadal  pulsował  w piersi i płucach. Skupił energię  Mocy, pragnąc, aby prze-
pływała  przez  jego  ciało,  i  pozwolił,  żeby  wiedza  spływała  po  nim  niczym  woda  po 
naoliwionym  pancerzu.  Uświadomił  sobie,  że  jego  wspomnienia  są  podobne  do  tych, 
jakie  zapisano  w  pamięci  Nichosa.  Słowa,  czasami  bardzo  ostre,  którym  jednak  nie 

background image

Dzieci Jedi 

74 

towarzyszyły jakiekolwiek obrazy. Słowa, które  same  głosiły, że są  prawdziwe;  które 
pozwalały poznać całą prawdę... 

Czuł ból głowy. Odczuwał ból w całym ciele. Udało mu się skupić, ale na krótko. 

Jego  myśli zaczynały  się  rozpraszać, ciemnieć, niknąć. Wróciło  wspomnienie  zdrady. 
Wrócił dziki, barbarzyński ból, przenikający do głębi serca. Rycerze Jedi go zdradzili. 

Pogrążył się w mroku. 
Spoczywał na pryczy Hana na pokładzie „Sokoła Tysiąclecia". Miał obandażowa-

ny kikut prawej ręki. Czuł ogień agonii mimo podanego mu przez Landa znieczulające-
go narkotyku. Jeszcze  gorsza niż  agonia  była świadomość, iż  Ben  nie  powiedział  mu 
prawdy. Ben skłamał. Prawdę wyjawił mu Darth Vader. 

Tak, zemsta - szeptał jakiś głos w jego głowie. - Musisz wywrzeć zemstę. 
Przez krótką chwilę znów miał dwadzieścia jeden lat, a jego dusza przypominała 

krwawiącą miazgę zdrady. 

Dlaczego skłamałeś, Benie? 
Wybiegł  myślami  w  przeszłość  i  zrozumiał,  dlaczego  Ben  nie  powiedział  całej 

prawdy. Gdyby mając osiemnaście  lat, dowiedział  się, że jego ojciec nadal żyje, cho-
ciaż w zmienionej postaci - bez względu na to, jak bardzo zmienionej  - stałby się po-
słuszny jego woli do tego stopnia, jak tylko mógłby stać się sierota. Zostałby przecią-
gnięty  na  ciemną  stronę.  W  wieku  osiemnastu  lat  nie  miałby  doświadczenia  ani  siły, 
żeby przeciwstawić się jego woli. Ben dobrze o tym wiedział. 

Przepływająca przez niego Moc zadrżała jak płomień samotnej świecy rozjaśniają-

cej mroki wietrznej nocy. 

- Luke? 
Wywrzeć zemstę na rycerzach Jedi, na ich ladacznicach i ich smarkaczach - pomy-

ślał. - Zabić ich i spalić ich ciała tak samo jak oni zabili i spalili ciała twoich rodziców... 

W jego umyśle pojawił się wizerunek sczerniałych szkieletów leżących na piasku 

w pobliżu zgliszcz budynku, który był jego jedynym domem. Luke czuł smród płoną-
cego plastiku, ale  pustynny  upał, jaki przyprawiał go o ból głowy, był  niczym  w po-
równaniu z oleistym żarem płomieni trawiących jego duszę. Pustka, jaką czuł w sercu, 
przypominała mu głęboką wyschniętą studnię sięgającą do samego jądra świata. 

Tamto  domostwo  na  pustyni  nie  sprawiało  wrażenia  przytulnego  domu,  ale  było 

wszystkim, co Skywalker kiedykolwiek posiadał. 

Kiedy wrócił na Tatooine, żeby uwolnić Hana  Solo z rąk Hutta Jabby, wyprawił 

się na skraj Morza Wydm, aby rzucić okiem na spalone domostwo. Nikt nie osiedlił się 
w tamtym miejscu, a Jawo-wie splądrowali ruiny domu i zabrali wszystko, co pozosta-
ło. Zapewne uczynili to, kiedy tylko ostygły popioły. Luke popatrzył na głęboką nieckę 
i stwierdził, że ze wszystkich budynków, wzniesionych pośrodku podwórza, pozostały 
jedynie ruiny. Niecka zresztą także wypełniała się z wolna piaskiem. 

Pamiątkowe płyty, jakie pozostawił na grobach osób, którzy byli dla niego jak ro-

dzice, także zniknęły, z pewnością ukradzione. 

Wujek Owen harował przez całe życie, by utrzymać tę farmę, która wyglądała te-

raz, jakby w ogóle nigdy nie istniała. 

- Luke'u? 

background image

Barbara Hambly 

75 

Zamrugał powiekami. Natychmiast uświadomił sobie, że to nie był dobry pomysł. 
- Luke'u, czy się dobrze czujesz? 
-  Och,  proszę,  panie  Luke'u,  niech  pan  przypomni  sobie,  kim  pan  jest!  Sytuacja 

staje się naprawdę coraz bardziej rozpaczliwa! 

Otworzył  oczy.  Natychmiast  całe  pomieszczenie  wywinęło  powoli  kozła.  Nie 

chcąc  wypaść  z  pryczy,  na  której  leżał,  mistrz  Skywalker  uchwycił  się  poręczy,  ale 
przynajmniej  stojący  nad  nim  See-Threepio  i  Nichos  nie  usiłowali  się  rozdwoić  ani 
rozmnożyć. Również ból w płucach nie dokuczał mu już tak bardzo jak kiedyś. Mimo 
to czuł się potwornie, nieprawdopodobnie zmęczony. 

Kiedy  spojrzał  ponad  ramionami  obu  androidów,  zobaczył  zasuwane  drzwi  nie-

wielkiej celi, w której się znajdował. Pomieszczenie było jasno oświetlone i sprawiało 
wrażenie  przytulnego.  Luke  zauważył  stojące  pod  ścianami  trzy  inne  prycze,  a  także 
kilka szaf z szufladami i regałów. Cela wyglądała na czystą i nie zamieszkaną. Skywal-
ker  dostrzegał  tylko  swój  czarny  kombinezon  wiszący  na  wieszaku  w  szafie,  miecz 
świetlny leżący na jednej z półek i czarny płaszcz Jedi okrywający niczym koc sąsied-
nią pryczę. 

Uniósł rękę i przekonał się, że ma na sobie regulaminowy oliwkowoszary podko-

szulek imperialnego szturmowca. 

Rycerze Jedi zabili... 
Rycerze Jedi zabili... 
Nabrał  głęboko  powietrza  i  nakazał,  żeby  cała  Moc  przestała  leczyć  jego  ciało  - 

natychmiast Nichos i Threepio się rozdwoili -po czym skierował ją do wnętrza mózgu, 
aby niczym oczyszczające światło rozprawiła się z tymi wspomnieniami. 

Głosy,  które  słyszał  w  głowie,  przez  jakiś  czas  przypominały  jazgot,  ale  później 

umilkły. 

Obudził  się  po  raz  drugi,  osłabiony  i  wstrząśnięty.  Zapewne  stracił  przytomność 

tylko na kilka sekund, gdyż wciąż słyszał, jak Threepio usiłuje mu coś wytłumaczyć: 

- ...powiedział, że nic się panu nie  stało i że byłby pan  symulantem,  gdyby  kazał 

się pan zabrać do pokładowego ambulatorium. Nie wiedzieliśmy, co mamy robić... 

-  Lecimy,  żeby  zbombardować  Plawal  -  oświadczył  mistrz  Jedi.  Obaj jego  towa-

rzysze obdarzyli go zaniepokojonymi spojrzeniami. 

- My to w i e m y, panie Luke'u! 
Skywalker  usiadł,  ale  czując,  że  zaczyna  mu  się  kręcić  w  głowie,  chwycił  rękę 

Threepia. 

- Przelatujemy przez Odległe Rubieże i dokonujemy skoków w nadprzestrzeni, że-

by odwiedzić kilka planet, na których przed trzydziestu laty Imperium ukryło doborowe 
oddziały szturmowców z myślą o wykonaniu tego zadania - odezwał się Nichos. - Ła-
downik  osiadał  już  na  Tatooine,  Braddenie  i...  nie  znam  nazw  pozostałych  planet. 
Wszystko jest tu zresztą zautomatyzowane: ładowniki, chwytaki, indoktrynatory... 

- Indoktrynatory? - zapytał Luke. 
Natychmiast  w  jego  umyśle  pojawił  się  następny  wizerunek,  niewyraźny  i  za-

mglony wskutek bólu głowy. Luke ujrzał półkolistą komnatę pełną rzuconych byle jak 
ciał nieprzytomnych Gamorrean. Świnioludzie nadal ściskali topory i łuki, a niewielkie 

background image

Dzieci Jedi 

76 

szare  pasożytujące  morrty, trzymające  się  blisko nawet  kiedy  ich żywiciele  wyruszali 
do walki, właśnie zaczynały przytomnieć i nerwowo biegały po ich ciałach. Po komna-
cie uwijały się dwa ogromne srebrzyste wyspecjalizowane androidy typu G-40. Podno-
siły Gamorrean – co automaty typu G-40 potrafią robić przerażająco łatwo - i dawały 
każdemu zastrzyk. Następnie wpychały bezwładne ciała do białych metalowych indok-
trynacyjnych trumien, które stały pionowo, wpuszczone w półkolistą ścianę. 

Luke  dotknął  palcami  czoła.  Wyczuł  niewielki  krąg  szorstkiej  skóry,  w  miejscu, 

gdzie  przyciśnięto  końcówkę  urządzenia  oddziałującego  na  jego  korę  mózgową. 
Uświadomił sobie, że musiał zostać potraktowany w ten sam sposób, co Gamorreanie. 

- Gdzie jesteśmy? - zapytał. 
Wstał - bardzo ostrożnie - i przypiął do pasa swój miecz świetlny. Wszyscy troje 

otworzyli drzwi i wyszli na korytarz, gdzie unosiła się woń smaru, zmieszana z zapa-
chem jakichś chemicznych środków czyszczących i rozpuszczalników. W spokojnym, 
dosyć jasnym świetle było widać, że ściany korytarza są pomalowane na szaro. Pokład 
pod stopami lekko drżał, zapewne wskutek pracy silników napędu podświetlnego. Ich 
cichy pomruk dobiegał  z  jednego  końca korytarza. Po kilku chwilach, unosząc  się  na 
repulsorach, minął ich pękaty robot sprzątający typu MSE-15. 

- Na pokładzie statku - odparł Threepio. - Pan... pancernika. Bojowej stacji o roz-

miarach księżyca, o której wspominał szturmowiec Pothman. Gigantycznego superstat-
ku wyglądającego jak ogromna asteroida. To właśnie on otworzył do nas ogień. Nazy-
wa się „Oko Palpatine'a". 

„Oko Palpatine'a"... Ta nazwa wydała się Luke'owi znajoma. Pamiętał, że w czasie 

długiej  serii  mglistych  wspomnień,  które  nie  były  jego  własnymi,  powiedziały  mu  o 
tym  głosy,  jakie  słyszał  w  głowie.  W  jakiś  sposób  wiedział  wszystko  na  temat  tego 
statku. Znał jego rozmiary i siłę ognia. Wiedział, że jest większy nawet niż największe 
gwiezdne  superniszczyciele.  Większy  niż  sfera  torpedowa.  Dysponuje  siłą  ognia  wy-
starczającą do zniszczenia całej planety. 

Oczywiście - pomyślał. - Superpancernik musiał zostać zbudowany jeszcze przed 

skonstruowaniem Gwiazdy Śmierci, kiedy imperialna marynarka wierzyła, że im więk-
sze jednostki, tym lepiej. 

- To nie była baza na asteroidzie, z której do nas strzelano, panie Luke'u  - ciągnął 

Threepio.  -  Ta  asteroida  była  statkiem  dysponującym  zautomatyzowanymi  działami, 
których ogniem sterował artyleryjski komputer... 

- Jesteś tego pewien? - przerwał Skywalker. 
Mógłby  przysiąc,  że  ogniem  dział  kierowała  żywa  istota.  Żaden  komputer  nie 

mógł mieć takiego wyczucia czasu, takiej koordynacji. 

- Z całą pewnością - potwierdził Nichos. - Nikt nie może przedostać się na stano-

wiska ogniowe. A poza tym na pokładach nie ma nikogo, kto umiałby strzelać z dział - 
a przynajmniej z takich dział. 

- Nikogo... - powtórzył zamyślony Luke, a później dodał:  -Latają i zbierają dobo-

rowych szturmowców... - Urwał, kiedy przypomniał sobie zaniedbaną i zarośniętą leśną 
bazę  na  Pzob  i  czterdzieści  pięć  hełmów  kierujących  na  niego  mroczne  jamy  oczu.  -

background image

Barbara Hambly 

77 
Chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  po  tylu  latach  wciąż  czekają  na  ich  przylot  jacyś 
szturmowcy? 

Przeszli przez jakieś drzwi i znaleźli się w głównej pokładowej mesie dla żołnie-

rzy.  Ujrzeli  dziesięć  czy  dwanaście  wielkich  białych  włochatych  dwunożnych  istot, 
kręcących  się  nerwowo  przy  wylotach  podajników  pożywienia.  Istoty  wyciągały  z 
otworów talerze i szybko wsysały wszystko, co miało rozmiary mniejsze niż przeciętny 
kęs.  Używały  do  tego  celu  krótkich,  silnie  umięśnionych  trąbek  wyrastających  spod 
czworga nieustannie mrugających czarnych oczu. Kilka istot trzymało dziwaczne pałki 
czy  maczugi,  zapewne  nogi,  oderwane  od  krzeseł  i  stołów.  Ujrzawszy  tę  prymitywną 
broń, Luke doszedł do wniosku, że dwunożne istoty muszą być obdarzone przynajmniej 
pewną inteligencją. 

W okolicach drzwi, znajdujących się w przeciwległej ścianie, rozległ się nagle ja-

kiś hałas. Uzbrojone istoty dwunożne odwróciły się w tamtą stronę i uniosły prymityw-
ne  maczugi.  Drzwi  się  otworzyły i do  mesy  weszło siedem istot trójnożnych. Ich po-
dobne  do  worków  ciała,  podtrzymywane  przez  wspartą  na  długich  kończynach  kość 
miedniczną, dziwacznie przelewały się z boku na bok podczas każdego kroku. Wyrasta-
jące  w okolicach stawów biodrowych  macki zwisały luźno  między  kończynami.  Szy-
pułki oczne, uniesione teraz wysoko ponad resztą ciała, kołysały się niepewnie i drżały. 
Luke domyślił się, że istoty są zdezorientowane. 

Dwie  istoty  dwunożne  sięgnęły  do  otworów  podajników  i  zebrały  tyle  talerzy  z 

pożywieniem, ile mogły unieść, po czym, strzeżone przez jednego z uzbrojonych ziom-
ków,  nieufnie  zbliżyły  się  do  przybyszów.  Większy  z  dwóch  białych  kudłaczy  uniósł 
łapę  i  zatrąbił  cicho,  po  czym  wydał  kilka  innych  niezrozumiałych  dźwięków.  Kiedy 
jednak istoty trójnożne nie zareagowały w żaden sposób na to powitanie, oba dwunogi 
podały im talerze z jedzeniem. 

Trój  nożni  wysunęli  rosnące  pomiędzy  szypułkami  ocznymi  ssawki  i  zaczęli  się 

pożywiać. Niektórzy wyciągnęli niepewnie macki, żeby przyjąć talerze. Pozostałe białe 
włochate  kule,  które  zostały  w pobliżu podajników,  wydając piszczące chrząknięcia i 
pomruki, skupiły się w gromadę. Tymczasem wyższy z dwóch dwunogów, który wrę-
czał  pożywienie,  ostrożnie  wyciągnął  kosmatą  łapę  i  delikatnie  dotknął  -  poklepał  - 
najbliższego trójnoga. Luke  wiedział, że ten  gest  ma  upewnić  przybyszów, by się  nie 
bali. 

- Dosyć tego, żołnierzu! 
Trzecie  rozsuwane  drzwi  otworzyły  się  z  głośnym  trzaskiem  i  do  mesy  wpadła 

grupa  kilkunastu  Gamorrean.  Niektórzy  obciąwszy  rękawy,  zdołali  wcisnąć  ciała  w 
polowe  mundury, szyte  dla  najtęższych szturmowców, albo okryli ręce  i torsy kawał-
kami błyszczących białych pancerzy, owijając je kawałkami srebrzystej samoprzylepnej 
taśmy. Inni mieli na głowach hełmy szturmowców służących w imperialnej marynarce, 
a jeszcze inni, którzy znaleźli nieco mniejsze białe hełmy, używane przez zwyczajnych 
żołnierzy, po prostu włożyli je na  głowy jak kapelusze. Ich przywódca Ugbuz osłonił 
głowę  podobnym do  wiadra  na  węgiel czarnym hełmem artylerzysty. Jego porośnięty 
brodawkami,  podobny  do  ryja  pysk,  wyglądał  zdumiewająco  groźnie.  Wszyscy  byli 
uzbrojeni po kły w blastery, paraliżujące dzidy, siekiery i łuki. 

background image

Dzieci Jedi 

78 

- Ten człowiek symuluje! Zgodnie z regulaminem imperialnej marynarki wszyscy 

przeszli badania lekarskie, zanim zgodzili się zostać szturmowcami! Takie zachowanie 
jest karygodne! Zbyt wielu symulantów przebywa na tym statku! 

Umguz  pstryknął  paluchami.  Inny  Gamorreanin  -  Luke  pamiętał,  że  nazywa  się 

Krok - ruszył w stronę podajników pożywienia i dozowników kawy. Idąc, stawiał dłu-
gie kroki, ciężko stąpał i kołysał się z boku na bok w sposób charakterystyczny dla istot 
swojej rasy. Tymczasem Ugbuz i pozostali zaczęli sadowić się przy stołach. Ku swoje-
mu zdumieniu Luke ujrzał w grupie świnioludzi także Cray i Triva Pothmana. 

Poczuł, że znów napływają niejasne  wspomnienia tego, co przeżył w ciągu kilku 

minionych dni. Przypominał sobie, że jadł i spał, a kiedy ból i  zawroty głowy stawały 
się trudne do zniesienia, usiłował namówić oficera dyżurnego, żeby odesłał go do am-
bulatorium... Chociaż głowa bolała go za bardzo, aby mógł celnie strzelać, od czasu do 
czasu ćwiczył także oko na strzelnicy... z pozostałymi szturmowcami. 

W jego pamięci pozostało zarejestrowane przekonanie, że wszyscy byli ludźmi. 
Białe  kudłate  stworzenia  cofnęły  się  i  rozstąpiły,  pozwalając  gamorreańskiemu 

szturmowcowi zabrać porcje kawy dla siebie i swoich towarzyszy. Spoglądając na sie-
dzącą przy stole hałaśliwą grupę z zainteresowaniem, ale i niepokojem, drapali się po 
głowach i gaworzyli jak małe dzieci. Luke zauważył, że i oni mieli na głowach bledną-
ce ślady po końcówkach elektrod  - urządzeń przekazujących informacje bezpośrednio 
do kory mózgowej. Z ich zachowania wywnioskował, że indoktrynacja oddziaływała na 
niektóre  gatunki  istot  silniej  niż  na  pozostałe.  W  pewnej  chwili  jedna  z  trójnożnych 
istot  niebacznie  zbliżyła  się  do  stołu,  przy  którym  siedziała  grupa  gamorreańskich 
szturmowców.  Rozmawiający  z  jednym  z  nich  Triv  Pothman  zamachnął  się  i  wierz-
chem  dłoni  uderzył  na  odlew  zdezorientowaną  istotę,  tak  że  potoczyła  się  pomiędzy 
inne krzesła i stoły. Starzejący się ciemnoskóry mężczyzna był teraz starannie ogolony, 
a na jego twarzy malował się ten sam wyraz obojętnej arogancji, który Luke tyle razy 
widywał na twarzach innych imperialnych żołnierzy. Znamionował niezachwianą pew-
ność siebie oraz przekonanie o własnej wyższości i nieomylności. Oznajmiał, że sztur-
mowiec jest pewien poparcia i pochwały ze  strony swoich przełożonych, bez względu 
na to, jaki podły czyn popełni. 

Taki sam wyraz malował się teraz na obliczu Cray. 
Luke to rozumiał. Tak samo czuł się przecież przez kilka ostatnich dni. 
Westchnął i zaczął przeciskać się między innymi stołami w stronę grupy Gamorre-

an. Zastanawiał się, czy w takim stanie potrafiłby ukierunkować Moc tak, aby wyrwać 
kobietę ze stanu oszołomienia, wywołanego przez indoktrynację. Czuł ból głowy i miał 
wrażenie, że każda kończyna waży co najmniej tonę, ale pulsowanie krwi w skroniach i 
uszach, charakterystyczne dla pierwszych dni po przeżytym wstrząsie, niemal całkowi-
cie ustąpiło. Pomyślał, że w razie potrzeby potrafiłby skupić wystarczającą ilość energii 
Mocy, żeby połączyć ją z tą, jaka tkwiła w ciele Cray. 

Było jasne, że Gamorreanie - a przynajmniej członkowie plemienia Gakfeddów  - 

byli  idealnymi  kandydatami  na  szturmowców.  Sprawiali  wrażenie,  że  na  pokładzie 
superpancernika czują się jak u siebie w domu. Podłoga mesy była zaśmiecona stosami 
plastikowych talerzy i kubków po kawie, sięgającymi nawet metra w pobliżu podajni-

background image

Barbara Hambly 

79 
ków pożywienia  i dozowników płynów. Roboty typu MSE-15 uwijały się  jak  wygło-
dzone drapieżniki, ale nie zostały zaprojektowane w taki sposób, żeby potrafiły podno-
sić i wrzucać talerze do otworów w ścianach mesy, skąd trafiłyby z powrotem do zau-
tomatyzowanej  kuchni.  W  pobliżu  jednych  rozsuwanych  drzwi  stał  flegmatyczny  au-
tomat  typu  SP-80,  który  metodycznie  zmywał  ze  ściany  bryzgi  rozpryśniętego  poży-
wienia. 

- Panie kapitanie... 
Luke  zasalutował  Ugbuzowi,  który  oddał  honory z  wojskową  precyzją  i  szybko-

ścią. Skywalker kiwnął głową, po czym zajął krzesło stojące obok Cray. 

- Jak się masz, Luke... 
Kobieta powitała go zdawkowo, jak koleżanka powitałaby kolegę. Ścięła włosy... 

z własnej inicjatywy, a może kazał jej to uczynić Ugbuz pełniący teraz funkcję oficera 
szturmowców. Centymetrowej długości jasna szczecina prezentowała się nawet całkiem 
nieźle na jej głowie. Cray nie miała na twarzy makijażu, a odziana w nieco zbyt luźny 
wojskowy oliwkowy kombinezon, wyglądała jak gamoniowaty kilkunastoletni chłopak. 

- Wyciągaj krzesło, stary, i klapnij, żeby trochę rozprostować gnaty - odezwała się 

po chwili. - Czy przypuszczasz, że dzisiejszy poranny skok był ostatnią łapanką, urzą-
dzoną na naszych ludzi? Przynieś-no nam trochę kawy, ty - dodała, nawet nie odwraca-
jąc głowy w kierunku dwójki androidów. - Też chcesz łyka, Triv? 

-  Tak,  bardzo  chętnie  się  napiję.  -  Starszawy  mężczyzna  wyszczerzył  zęby  w 

uśmiechu. - Wygląda mi jednak na to, że będę musiał się zadowolić tymi wypocinami 
gondara, który te maszyny rozlewają do filiżanek. 

Cray  roześmiała  się  hałaśliwie,  jakby  usłyszała  dobry  dowcip.  Zdumiony  Luke 

pomyślał, że po raz pierwszy od wielu miesięcy słyszy, jak kobieta się śmieje. Wydało 
mu się to dziwne, ale nigdy jeszcze nie widział jej tak odprężonej. 

-  Ustawiłeś  się  w  kolejce  po  te  najnowsze  taśmy,  Luke'u?  -zapytała.  -  Nie  mam 

zielonego pojęcia, kto zaopatrywał bibliotekę na tej łajbie. Nie ma tu niczego nowszego 
niż... 

- Posłuchaj, muszę z tobą porozmawiać  – przerwał jej Skywalker. Kiwnął głową, 

pokazując rozsunięte drzwi, przez które sam wszedł do mesy. - W cztery oczy. 

Cray  zmarszczyła  czoło.  Sprawiała  wrażenie  lekko  zaniepokojonej,  chociaż  było 

jasne,  że  widzi  w  nim  tylko  kolegę-szturmowca.  Zapewne  pozostały  w  jej  mózgu 
wspomnienia,  że  oboje  byli  kiedyś  przyjaciółmi.  Chociaż  zapewne  nie  traktowała  ich 
poważnie, pamiętała je w ten sam sposób, jak uświadamiała sobie, że nazywa się 

Cray  Mingla.  Luke  wiedział,  że  w  szczytowym  okresie  rządów  Imperatora,  jego 

szturmowcy  byli  fanatycznie  lojalni  i  oddani,  ale  z  tak  głęboką  indoktrynacją  jeszcze 
nigdy  się  nie  spotkał.  Czyżby  miała  stanowić  rezultat  eksperymentu,  którego  później 
zaniechano? A może była czymś, wymyślonym jedynie na potrzeby tej misji stanowią-
cej przecież najściślej strzeżoną tajemnicę? 

Nabrał głęboko powietrza i zaczął się zastanawiać, w jakim stopniu obecne zdezo-

rientowanie i zawroty głowy były pozostałościami po przeżytym wstrząsie, a w jakim 
efektem  ubocznym  szoku,  doznanego  podczas  tak  głębokiej  indoktrynacji.  Domyślał 

background image

Dzieci Jedi 

80 

się, że jeżeli pragnie wyrwać Cray z oszołomienia, musi posłużyć się całą dostępną siłą 
Mocy. 

Kobieta wstała od stołu i podążyła za nim w stronę drzwi. Idąc, od niechcenia ko-

pała leżące talerze i kubki, by na końcu kopnąć nawet robota typu MSE. Stąpała, sta-
wiając  długie  kroki  jak  mężczyzna.  Zapewne  czyniła  to  podświadomie,  podobnie  jak 
Gamorreanie  porozumiewali  się  w  basicu.  Czekający  obok  drzwi  Threepio  i  Nichos 
podążyli  za  nimi,  starając  się  nie  rzucać  w  oczy.  Luke  dyskretnie  sięgnął  po  blaster. 
Uchwycił rękojeść, nie wyjmując broni z olstra, po czym kciukiem nastawił przełącznik 
na najmniejszą moc ogłuszania. 

Nie miał cienia szansy, by posłużyć się bronią. 
Zanim  doszedł  do  drzwi,  przystanął  podobnie  jak  Cray,  żeby  pozwolić  wyjść  z 

mesy białym futrzakom, nadal trzymającym prymitywne maczugi. 

- Nie mam bladego pojęcia, dlaczego to wszystko schodzi na psy - mruknęła Cray, 

kręcąc głową. - Popatrz tylko na nich. Ściągają rekrutów z całej cholernej okolicy. Nie-
długo zaczną werbować śmierdzących kosmoludków. 

Trójnogie istoty nie przestawały błąkać się po mesie, od czasu do czasu potykając 

się o krzesła i stoły albo przewracając o roboty typu MSE. Było jasne, że indoktrynacja, 
która  w  przypadku  Gamorrean  przyniosła  tak  wspaniałe  rezultaty,  sprawiła,  że  nie-
szczęśnicy stali się - bez względu na to, kim byli - oszołomieni i zdezorientowani. Cie-
kawe  -  pomyślał  Luke  -  w  którym  miejscu  ich  ciał  dołączono  elektrody  aparatury  in-
doktrynującej? 

Nagle  drzwi  w  przeciwległej  ścianie  sali  z  trzaskiem  się  rozsunęły.  Jakiś  głos 

krzyknął: 

- Brać ich, chłopaki! 
Do mesy wpadli Gamorreanie należący do wrogiego plemienia Klaggów. 
Ugbuz i Gakfeddowie natychmiast przewrócili kilka stołów i ukryli się za ich bla-

tami. W powietrzu zaczęły się krzyżować błyskawice blasterowych strzałów. Odbijały 
się od blatów i ścian, po czym szybowały we  wszystkie  strony. Klaggowie byli także 
odziani w kawałki pancerzy szturmowców, przymocowane do skórzanych i samodzia-
łowych ubrań za pomocą samoprzylepnej taśmy. Również wykrzykiwali rozkazy i mio-
tali  obelgi,  posługując  się  basikiem.  Cray  zaklęła,  szybko  obaliła  stół  i  zanurkowała, 
żeby  ukryć  się  za  tą  prowizoryczną  tarczą.  Wyciągnęła  blaster  i  nie  przejmując  się 
śmiercionośnymi błyskawicami szybującymi we wszystkie strony, zaczęła odpowiadać 
strzałami. Dziwacznym zrządzeniem losu już pierwszy trafił w płytę pancerza, przymo-
cowaną na torsie jakiegoś Klagga. Odrzucił go pod ścianę, gdzie stali jego ziomkowie, 
którzy na ten widok albo zanurkowali pod stoły, albo nie przestając strzelać, rozbiegli 
się  po  mesie.  Niektórzy  byli  uzbrojeni  w  blasterowe  karabiny  lub  półautomatyczne 
pistolety. Inni trzymali miotacze pocisków, paraliżujące włócznie albo topory. Wszyscy 
bez wyjątku byli beznadziejnymi strzelcami. 

Oba  plemiona rzuciły  się  w  wir  walki i po chwili  w powietrzu zaczęły latać ka-

wałki metalu, śmieci i odrąbane kończyny. Wyglądało na to, że Gamorreanie wzięli się 
za łby, zupełnie jakby chcieli kontynuować walkę, rozpoczętą obok kadłuba „Drapież-
nego Ptaka". 

background image

Barbara Hambly 

81 

-  Śmieciożercy!  Buntownicy!  -  krzyknęła  nagle  Cray.  Wyskoczyła  spod  stołu  i 

włączyła się do walki. - Panie kapitanie! 

- Cray! - krzyknął rozpaczliwie Luke. 
Przebiegł  dwa  kroki,  czując, że  pokład  zaczyna  umykać  spod jego  stóp.  Zderzył 

się  z  dwoma  kręcącymi  się  bezradnie  trójnożny-mi  istotami,  które  miały  trudności  z 
odnalezieniem drzwi, mimo iż te znajdowały się o trzy metry przed nimi. Ujrzawszy to, 
jeden z Klaggów głośno ryknął. Uniósł siekierę do zadania ciosu, po czym skoczył w 
ich stronę. Luke potknął się i omal nie przewrócił, ale w ostatniej chwili popchnął nie-
szczęśników w stronę wyjścia. Później chwycił jakieś krzesło i pozwolił, żeby wbiło się 
w nie ostrze opadającej siekiery. Klagg jednak silnym ciosem obalił Luke'a na podłogę, 
po  czym  wyrwał  siekierę  i  puścił  się  w  pogoń  za  bezbronnymi  trójnożnymi  istotami. 
Chwycił jedną z nich za kończynę. Istota zaczęła rozpaczliwie skrzeczeć i wymachiwać 
mackami. Luke wstał, wezwawszy na ratunek całą siłę Mocy. Nie mógł nawet marzyć o 
tym, żeby wyrwać siekierę z łapy napastnika. Ponownie chwycił krzesło i zamachnąw-
szy  się,  z  całej  siły  grzmotnął  Gamorreanina  po  plecach.  Później  wyciągnął  świetlny 
miecz, zapalił i stanął w drzwiach, aby zagrodzić drogę. Zaczekał, aż zawodzące trój-
nogi znikną za zakrętem korytarza. 

Gamorreanin  cisnął  w  niego  stołem,  który  Luke  rozciął  w  locie  na  dwie  części. 

Napastnik zadał cios siekierą w tej samej chwili, kiedy jakiś odbity od ściany strzał z 
blastera musnął ramię Skywalkera. Albo jednak blaster został nastawiony na minimalną 
moc, albo ogniwa energetyczne były bliskie wyczerpania, gdyż błyskawica tylko obali-
ła  oszołomionego  Luke'a  na  podłogę.  Mistrz  Jedi  poczuł,  że  ma  kłopoty  z  oddycha-
niem. Czując, że za chwilę zemdleje, przetoczył się po metalowych płytach. Nie potra-
fiłby odpowiedzieć na pytanie, czy powinien rozciąć Gamorreanina, któremu na pomoc 
pospieszył jeden z ziomków... Czyżby znów dwoiło mu się w oczach? Zdecydował się i 
odciął  rękę  napastnika,  po  czym  postanowił  wstać  i  wyjść  z  mesy.  Nie  potrafił...  W 
głowie czuł taki zamęt, że nawet nie byłby w stanie powiedzieć, dlaczego. Mógł tylko 
unieść świetlny miecz i spróbować przeciąć drugiego Gamorreanina. Zamiast tego roz-
ciął blat opadającego stołu, zanim ten zdążył zmiażdżyć mu kości. 

Poczuł, że ogarnia go dziwna bezsilność. Miał wrażenie, że coś złego dzieje się z 

siłą ciążenia... 

Zorientował się, że Klaggowie zniknęli, pozostawiając w mesie pobojowisko, peł-

ne kałuż krwi i połamanych mebli. Zachował przytomność na tyle długo, aby wyłączyć 
ostrze świetlnego miecza. 

 
Oprzytomniał, czując w lewej nodze tak potworny ból, jak gdyby ktoś polewał ją 

żrącym kwasem. Krzyknął i zacisnął palce na cuchnącym kocu, na którym spoczywał. 
W  tej  samej  chwili  ktoś  uderzył  go  w  twarz  z  takim  rozmachem,  jakby  chciał,  żeby 
znowu  zemdlał.  Luke  na  chwilę  zapomniał  o  oddychaniu.  Kręciło  mu  się  w  głowie  i 
zbierało na wymioty. 

- Czy nie powinnaś przynieść czegoś z ambulatorium, żeby opatrzyć tę ranę? 
Głos Ugbuza. 

background image

Dzieci Jedi 

82 

W odpowiedzi Luke usłyszał pełne złości piskliwe chrząknięcie, a później poczuł, 

jak po jego twarzy i obnażonym  torsie  zaczęły  kapać  krople  ciepłej śliny. Poczuł  na-
stępne ukłucie bólu, jakby ktoś szarpnął bandaż, którym owinięto jego lewą nogę. 

To  nie  bandaż  -  pomyślał  w  chwilę  później,  kiedy  zidentyfikował  następny 

dźwięk, będący czymś pośrednim między krótkim trzaskiem i skrzekiem, spowodowa-
ny  niewątpliwie  odrywaniem  samoprzylepnej  taśmy  z  rolki.  Dobrze  znał  ten  dźwięk. 
Gdyby  nie  samoprzylepna  taśma,  Rebelia  zakończyłaby  się  już  w  ciągu  pierwszego 
roku. 

Poczuł podmuch zimnego powietrza na udzie, kolanie i stopie. I dotyk szorstkich, 

zakończonych pazurami palców przylepiających deski łubków do jego nogi. 

Szarpnięcie okazało się tak silne, że znów krzyknął. Usłyszał mruknięcie Ugbuza: 
- Weźcie się w garść, żołnierzu. 
Zaczął  się  zastanawiać,  czy  istniało  prawdopodobieństwo,  żeby  oficer  imperial-

nych szturmowców został zabity od tyłu przez jednego ze swoich żołnierzy. 

Otworzył oczy. 
Znajdował  się  w  szałasie.  W  SZAŁASIE?  Sklepienie,  wznoszące  się  zaledwie 

metr  czy  dwa  nad  jego  głową,  zostało  sporządzone  z  plastikowych  rurek,  wzmocnio-
nych  kawałkami pancerza szturmowca i talerzami,  zabranymi z  mesy. Wszystko było 
powiązane  kawałkami  drutu  i  oklejone  niezastąpioną  samoprzylepną  taśmą.  Jedyne 
oświetlenie  zapewniał  panel  jarzeniowy,  zawieszony  na  którejś  z  grubszych  plastiko-
wych rurek pełniących funkcję krokwi. Ciągnęły się od niego przewody dołączone do 
stojącej w kącie szałasu baterii zasilającej typu Scale-20, o rozmiarach sporego plecaka. 
Za otworem, pełniącym funkcję drzwi i częściowo przysłoniętym srebrzystym termoi-
zolacyjnym kocem, na którym widniał wyraźny nadrukowany napis WŁASNOŚĆ IM-
PERIALNEJ MARYNARKI, można było dostrzec majaczące w półmroku szare meta-
lowe  ściany  większego  pomieszczenia,  zapewne  sali  gimnastycznej  albo  ładowni.  W 
pobliżu otworu drzwiowego stał Ugbuz. Gamorreanin skrzyżował ręce na torsie i spo-
glądał na rannego Luke'a spoczywającego na łożu, zarzuconym brudnymi kocami. Ob-
ok łoża klęczała masywna, groźnie wyglądająca gamorreańska maciora, zajęta przykle-
janiem łubków do zranionej nogi. Luke przypomniał sobie, że Pothman pokazywał ją, 
kiedy  przebywali  na  Pzob.  Nazywała  się  Bullyak  i  była  naczelną  samicą  plemienia 
Gakfeddów. 

- No, jazda, nie zgadzam się na żadne symulowanie w swoim oddziale, żołnierzu - 

warknął Ugbuz, kiedy Bullyak odwróciła się w drugą stronę. - Straciliśmy kilku ludzi, a 
kilku innych zostało rannych, ale nie dopuszczę, żeby ci buntownicy przeszkodzili  mi 
w wykonaniu zadania. 

Wyciągnął  płaską  metalową  manierkę,  odkorkował  i  podał  Skywalkerowi.  Same 

opary mogłyby zwalić z nóg dorosłego bantha. Luke pokręcił głową. 

- Pij! - rozkazał Gamorreanin. - Nie ufam żołnierzom, którzy nie piją. 
Mistrz Jedi przyłożył wylot manierki do ust, ale nie pozwolił, żeby choćby kropla 

alkoholu spłynęła do gardła. Nawet jednak taki lekki ruch wywołał szkaradne pulsowa-
nie bólu w zranionej nodze. Pozbycie się go wymagało od Luke'a skorzystania z całej 

background image

Barbara Hambly 

83 
wiedzy,  jaką  poznał  przez  te  wszystkie  lata;  całej  władzy  nad  Mocą  przepływającą 
przez jego ciało. 

Siekiera  -  pomyślał.  Obaj  Gamorreanie,  którzy  go  zaatakowali,  mieli  w  rękach 

siekiery. Czyżby któryś zdołał jednak zadać cios w ostatnich chwilach walki? Nie pa-
miętał tego, ale doskonale przypominał sobie, że nie mógł pozbierać się z podłogi. 

Oprócz tego czuł ból w głowie. Po raz pierwszy uświadomił sobie przerażająco ja-

sno,  że  musi  natychmiast  zrobić  coś,  aby  jego  rany  zostały  fachowo  opatrzone.  Wie-
dział,  że  bez  tego  nie  może  się  bronić,  a  przeczuwał,  że  z  każdą  chwilą  będzie  tego 
coraz bardziej potrzebował. 

Dlaczego w środku tego wielkiego pomieszczenia było aż tak ciemno? 
-  Co  się  stało  ze  szturmowcem  Cray  Minglą,  panie  kapitanie?  -zapytał.  -  Takim 

szczupłym jasnowłosym chłopakiem? 

W panującym półmroku zobaczył, że Ugbuz zmrużył oczy i obdarzył go nieufnym 

spojrzeniem. 

- Twój kolega? Luke kiwnął głową. 
-  Zaginął  podczas  walki.  Ci  parszywi  buntownicy!  Dwóch  żołnierzy  zabitych  i 

trzech innych zaginionych. Świńskie syny. Ale jeszcze ich dopadniemy. 

Bullyak  zakwiczała  coś  gniewnie  do  Ugbuza.  Jej  długie  siwozielone  warkocze 

spoczywały  nieruchomo  na  skórze  sześciorga  ogromnych  piersi,  przyprószonej  jakby 
szronem i oszpeconej bliznami ukąszeń. Morrty były pasożytami żywiącymi się krwią, 
szarymi, porośniętymi sierścią i mającymi długość mniej więcej palca. Luke widział, że 
nawet w tej chwili jeden przyssał się z boku szyi Ugbuza, a inny pełznął w górę warko-
cza Bullyak. Podobne do łebków szpilek oczka błyskały ze wszystkich miejsc szałasu, 
iskrzyły się po kątach, a nawet na krokwi. Koce cuchnęły charakterystyczną wonią tych 
stworzeń. 

Powoli, cierpiąc straszliwe męczarnie, Luke spróbował wstać z łoża. 
Bullyak warknęła coś do niego, a później wcisnęła mu w dłoń jakąś laskę. Niemal 

dwumetrowej długości sękaty, chociaż wygładzony kawał drewna, z pewnością służył 
kiedyś na Pzob jako broń. Skywalker przekonał się, że lewa nogawka jego spodni zo-
stała  rozcięta  aż  do  uda,  zapewne  dlatego,  aby  można  było  opatrzyć  nogę.  Wiedział 
jednak,  że  nawet  gdyby  usiłował  na  niej  stanąć,  nie  utrzymałaby  ciężaru  jego  ciała. 
Maciora  owinęła  mu  lewą  stopę  brudnymi  szmatami.  Ku  swojemu  zdumieniu  Luke 
stwierdził, że jego świetlny miecz jest nadal przypięty do pasa. 

Maciora popchnęła go w stronę otworu drzwiowego, przy czym uczyniła to z taką 

siłą, że mistrz Jedi zachwiał się i omal nie runął na podłogę. 

- Mówi, żebyś wziął sobie trochę kawy  - burknął Ugbuz z dobrodusznym uśmie-

chem, widocznie charakterystycznym u imperialnego oficera. - Poczujesz się jak nowo 
narodzony. 

- Panie Luke'u! 
Skywalker odwrócił głowę w tamtą stronę. Zobaczył dwadzieścia kilka szałasów, 

wzniesionych pod ścianami wielkiego pomieszczenia, które z całą pewnością było kie-
dyś  ładownią.  Do  budowy  użyto  płyt  drzwi,  kawałków  metalowych  albo  plastików 
przedmiotów i karbowanych bocznych ścian jakichś skrzyń i pojemników, a także ko-

background image

Dzieci Jedi 

84 

ców, fragmentów pancerzy, talerzy z mesy, kawałków drutu i kabli. Wszystko sklejono 
w całość za pomocą nieodzownej samoprzylepnej taśmy. Podłogę ładowni zaśmiecało 
jeszcze więcej talerzy i kubków po kawie, wskutek czego w pomieszczeniu unosiła się 
woń gnijących odpadków. Z usuwaniem stosów śmieci nie nadążały roboty typu MSE-
15 uwijające się jak mrówki po kwadratowej  wolnej przestrzeni pośrodku ładowni. W 
wielkiej sali było widać tylko kilku Gamorrean. 

W  mrocznym otworze tuż  za progiem rozsuniętych drzwi  stał i czekał  Threepio. 

Na widok Luke'a zapewne załamałby ręce, gdyby pozwalało mu na to oprogramowanie. 

Powoli, utykając i czując podczas każdego kroku przenikliwy ból, Luke przeszedł 

piętnaście metrów dzielących go od złocistego androida. Threepio uczynił ruch, jakby 
pragnął przejść przez próg i pomóc, ale znieruchomiał. Zapewne doszedł do wniosku, 
że nie powinien. 

- Jest mi strasznie przykro, panie Luke'u  - odezwał się przepraszająco.  - Pomógł-

bym panu, ale Gamorreanie nie wpuszczają androidów do swojej wioski. Espe Osiem-
dziesiątki kilkakrotnie próbowały rozebrać te szałasy, a użyte do ich budowy przedmio-
ty ułożyć we właściwych miejscach, ale... no cóż... 

Luke oparł się o metalową ścianę i chociaż nie umiałby powiedzieć, dlaczego, wy-

buchnął śmiechem. 

- Dzięki, Threepio - rzekł w końcu. - Dziękuję ci za to, że podążałeś za mną aż tu-

taj. 

-  No,  wie  pan,  panie  Luke'u!  -  W  głosie  androida  zabrzmiało  szczere  oburzenie, 

jakby na samą myśl o tym, że Luke mógłby w niego zwątpić.  - Po tym okropnym za-
mieszaniu, do jakiego doszło w tamtej mesie... 

- Czy widziałeś, co się stało z Cray? Ugbuz twierdzi, że zaginęła... 
-  Została  porwana  przez  plemię  Klaggów.  Wygląda  na  to,  że  tamci  uważają 

Gakfeddów za buntowników  i na odwrót. Nichos postanowił  wyśledzić, dokąd poszli. 
Pani Cray walczyła dzielnie i mężnie, ale obawiam się, że nie była dla nich równorzęd-
nym przeciwnikiem. 

Zauważył, że mistrz Jedi oderwał plecy od ściany, i podszedł do niego, cicho brzę-

cząc  serwomotorami.  Obaj  wyszli  na  korytarz.  Kuśtykając,  Skywalker  usiłował  się 
skupić, by nie myśleć o przenikliwym bólu. Przekonał się jednak, że samo zwalczanie 
bólu wymaga od niego o wiele większego skupienia niż wówczas, kiedy próbował zo-
gniskować Moc, aby przepływając przez jego ciało, usuwała skutki pierwszego wstrzą-
su. Musiał odnaleźć pokładowe ambulatorium i to szybko. Z pewnością jego rana jest 
bardzo poważna. Ugbuz nie będzie mógł mu zarzucić, że tylko symuluje. 

- Masz pojęcie, gdzie mieści się ich baza? 
-  Obawiam  się,  że  nie,  proszę  pana  -  odparł  Threepio.  -  Kapitan  Ugbuz  rozesłał 

zwiadowców  i  rozkazał  im,  żeby  odnaleźli  twierdzę,  a  zatem  jest  oczywiste,  że  i  on 
tego nie wie. 

- Odnalezienie Klaggów nie powinno być trudne - oznajmił Luke, który idąc kory-

tarzem,  otwierał  każde  mijane  drzwi,  wiodące  przeważnie  do  innych  ładowni.  Dzięki 
temu, że „Oko Palpatine'a" zostało zbudowane w ten sposób, by przypominało asteroi-
dę, korytarze statku ciągnęły się jak okiem sięgnąć, nie przegrodzone żadnymi drzwia-

background image

Barbara Hambly 

85 
mi. Wszystkie panele jarzeniowe się świeciły, rzucając zimny blask na szare metalowe 
ściany.  Tu  i  ówdzie  na  ciemnych  płytach  podłogi  widniały  białe  plamy  porzuconych 
talerzy z  mesy  i  kubków po  płynach. W pewnej chwili  minęła  ich  samotna  trójnożna 
istota, bezradnie wałęsająca się po korytarzu. Skierowała na nich wszystkie troje zielo-
nych oczu, ocienionych długimi rzęsami. 

- Nie jestem tego pewien, proszę pana. Espe Osiemdziesiątki, które sprzątają te ko-

rytarze, bardzo dokładnie wyczyściły wszystkie podłogi i ściany, tak że z pewnością nie 
pozostały żadne ślady. 

Luke przystanął i oparł się o ścianę. Zamknął oczy, czując, że znów zakręciło mu 

się w głowie. Zastanawiał się, czy inni mistrzowie Jedi także musieli przechodzić przez 
coś takiego. 

- Co tu się stało? - zapytał nagle, otworzywszy oczy. Fragment korytarza, widocz-

ny bezpośrednio przed nimi,  tonął  w mroku. Podobnie jak w samej ładowni,  w której 
mieściła się  wioska Gakfeddów, a także jej najbliższych okolicach, tak i tu panele ja-
rzeniowe na odcinku ponad stu metrów były wygaszone. Osłona luku na korytarzu była 
częściowo  oderwana.  Ze  środka  ktoś  wyciągnął  przewody  i  kable,  które  ciągnęły  się 
teraz pod ścianą korytarza niczym wnętrzności wypatroszonej bestii. Kiedy Luke, uty-
kając, podszedł do otworu, poczuł znajomy odór, co prawda trudno uchwytny i jakby 
lekko zmieniony, ale niezwykle charakterystyczny...- Jawowie? 

Gdyby  Threepio  miał  płuca,  z  pewnością  wydarłoby  się  z  nich  pełne  cierpienia 

westchnienie. 

-  Obawiam  się,  że  tak,  proszę  pana.  Wygląda  mi  na  to,  że  z  planet,  na  których 

przed trzydziestu laty Imperium pozostawiło niezbędne do wykonania zadania oddziały 
szturmowców,  zautomatyzowane  ładowniki  zabierały  wszystkie  prymitywne  istoty, 
jakie mogły znaleźć. 

- No, świetnie - westchnął Skywalker. 
Pochylił  się,  żeby  zbadać  krawędź  splądrowanego  luku.  Na  obrzeżach  zauważył 

mnóstwo brudnych odcisków niewielkich palców. Był ciekaw, ilu niewysokich i odzia-
nych w brunatne płaszcze zbieraczy śmieci porwał imperialny ładownik z Tatooine. 

-  Te  istoty,  które  widzieliśmy  w  stołówce,  to  Talzowie  z  Alzoca  Trzy-  ciągnął 

Threepio. - Nie rozglądałem się gdzie indziej, panie Luke'u, ale wiem, że na pokładzie 
przebywają także Affytechanie z Dom-Braddocka i Stwórca wie, jakie inne istoty! 

- No, świetnie - powtórzył Luke i kuśtykając, ruszył w dalszą drogę. - A zatem je-

żeli  zechcę  wysadzić  ten  pancernik,  zanim  dotrze  w  okolice  Plawal,  muszę  najpierw 
znaleźć kilka wojskowych transportowców i jakoś namówić wszystkich, aby  weszli na 
pokłady. Przypuszczam, że zawsze będę mógł powiedzieć Gamorreanom, iż to rozkaz, 
ale... 

Zawahał  się,  kiedy  przypomniał  sobie  nieprawdopodobną  celność  artylerzysty 

pancernika, tego samego, który, zdaniem Threepia, nigdy nie istniał. 

Bez względu na to, co innego zostało zautomatyzowane na pokładach „Oka Palpa-

tine'a",  mógł  pozostać  j  eden  żywy  człowiek  załogi  pragnący  wykonać  powierzone 
zadanie. 

- Jesteśmy na miejscu - odezwał się po chwili. - Właśnie tego szukaliśmy. 

background image

Dzieci Jedi 

86 

Pokonali pogrążony w ciemnościach odcinek korytarza i znaleźli się znów w miej-

scu  jasno  oświetlonym  przez  panele  jarzeniowe.  Niewielki  gabinet  po  prawej  stronie 
musiał  pełnić  kiedyś  funkcję  biura  nadzorcy  ładunku  albo  kwatermistrza.  Na  blacie 
przymocowanego do ściany czarnego stołu spoczywała duża wygięta klawiatura, a nad 
nią było widać czarny ekran komputerowego monitora. Luke opadł z ulgą na wyścieła-
ne skórzane siedzenie wygodnego fotela  - z pewnością należącego do kwatermistrza  -
pomyślał. Oparł laskę o biurko, po czym pstryknął włącznikiem urządzenia. 

- Zanim cokolwiek przedsięweźmiemy, spróbujmy je namówić, żeby powiedziało, 

ile jeszcze mamy czasu - odezwał się. 

Wystukał na klawiaturze Żądanie określenia stanu bieżącego. Polecenie nie było 

niczym niezwykłym, a już z pewnością nie wymagało ujawniania żadnych tajnych in-
formacji. Uzyskanie odpowiedzi na pytanie, kiedy „Oko" miało dotrzeć w okolice Pla-
wal, pozwoliłoby mu się zorientować, jak szybko musi zacząć działać. 

* Czas trwania wyprawy zgodny z celami, stawianymi przez Wolę 
Hmm? 
Wystukał słowo Menu. 
* Wola sprzeciwia się podawaniu tej informacji 
Współrzędne
, wystukał Skywalker. 
* Obecne położenie zgodne z harmonogramem, ustalonym przez Wolę. Żadne 

inne informacje nie są potrzebne 

- Naprawdę nie chcieli ryzykować, że ktokolwiek niepowołany dowie się o celach 

tej misji, prawda? - mruknął do siebie. 

Ekran  przed  jego  oczami  ściemniał,  a  słowa  zniknęły.  Luke  wezwał  na  pomoc 

energię Mocy, z uporem lecząc i wzmacniając powoli gojącą się tkankę mózgu. 

Pokładowe ambulatorium - pomyślał. - Zaraz po tym powinienem odnaleźć pokła-

dowe ambulatorium. 

- Kiedy przyleciał ostatni ładownik, Threepio? 
-  Wydaje  mi  się,  że  wczoraj  -  odparł  złocisty  android.  -  Nim  właśnie  przylecieli 

Talzowie. 

Luke zaczął się zastanawiać. 
- To ma sens  - odezwał się w końcu. - Jeżeli zależy im na tym, by nie wzbudzać 

podejrzeń, nie będą chcieli rzucać się w oczy i odczekają dzień czy dwa, a może nawet 
dłużej, zanim dokonają następnego skoku w nadprzestrzeń. Może nawet o wiele dłużej, 
w zależności od tego, kto, ich zdaniem, obserwował ich przed trzydziestu laty. 

Niemal z całą pewnością Ben Kenobi. Bail Organa. Mon Moth-ma. To właśnie ci 

ludzie byli świadkami pięcia się senatora Palpatine’a po szczeblach władzy i narodzin 
Nowego Ładu. Z początku patrzyli na to wszystko podejrzliwie, a później z narastają-
cym niepokojem. 

- Statek jest dostatecznie przestronny, żeby nawet kilka kompanii żołnierzy przez 

jakiś czas czuło się jak u siebie w domu. 

Schemat, wystukał Luke. 
Na  ekranie  pojawił  się  schemat  pomieszczeń całego pokładu. Luke  bez  trudu zi-

dentyfikował  ogromną  ładownię  i  gabinet  kwatermistrza,  w  którym  właśnie  się  znaj-

background image

Barbara Hambly 

87 
dował. Z informacji, podawanej w rogu ekranu, dowiedział się, że przebywa na pokła-
dzie dwunastym. Wystukał polecenie wyświetlenia schematów pokładów jedenastego i 
dziesiątego, a potem, oglądając je na ekranie, zwrócił uwagę na ich nieregularne kształ-
ty. Okazało się, że pokładowe ambulatorium znajduje się dwa piętra pod nimi. Pokłady 
miały  ogromne  rozmiary,  ale  Luke  liczył  na  to,  że  po  następnych  dwóch  czy  trzech 
dniach  Ugbuz  zrezygnuje  z  wysyłania  zwiadowców,  szukających  członków  wrogich 
plemion, z zadaniem zbadania pomieszczeń własnego pokładu. 

Komputer odmówił wyświetlenia schematu pomieszczeń pokładu dziewiątego. 
Posługując się klawiaturą, Luke  mógł tylko namówić  go  do ukazania schematów 

pokładów o numerach od dziesiątego do trzynastego. 

Schemat ogólny, zażądał. 
* Wola sprzeciwia się podawaniu tej informacji 
Wykaz  pomieszczeń zajmowanych przez  wszystkie  obce  istoty przebywające 

na pokładach statku. 

* Wszystko przebiega zgodnie z harmonogramem, opracowanym przez Wolę. 
Na pokładzie nie przebywają żadne nieuprawnione obce istoty 
-  
Och,  doprawdy?  -  mruknął  Luke.  Ponownie  wystukał  na  klawiaturze  Schemat 

ogólny

* Wola sprzeciwia się podawaniu tej informacji  
Awarie i usterki. 
* Wola panuje nad sytuacją. Wola oświadcza, że w żadnym pomieszczeniu nie 

miały miejsca awarie ani usterki 

Nagle wszystkie panele jarzeniowe w pomieszczeniu zamigotały i ściemniały. Ja-

snoniebieskie litery na ekranie monitora skurczyły się do świecącego punktu pośrodku, 
który także zniknął. Z ciemnego korytarza dobiegł piskliwy jazgot głosów Jawów, a po 
chwili szuranie oddalających się kroków. 

Luke westchnął. 
- Nie podoba mi się to wszystko - powiedział. - Jestem pełen niedobrych przeczuć. 

background image

Dzieci Jedi 

88 

R O Z D Z I A Ł  

W ambulatorium panowały ciemności, cisza i zimno. 
- Niech licho porwie tych Jawów, proszę pana! - wykrzyknął Threepio. 
Luke Skywalker poradził sobie, kiedy toczył walkę z własnym klonem, kiedy zo-

stał  niewolnikiem  Imperatora  i  ciemnej  strony  Mocy,  kiedy  był  świadkiem  masakr  i 
niszczenia światów. 

Teraz jednak przychodziły mu do głowy tylko słowa należące do bogatego słow-

nika Hana Solo. 

- Chodźmy - westchnął w końcu. - Przekonajmy się, co jeszcze będzie można zro-

bić. 

- To były całkiem przyzwoite wczesne modele robotów typu Too-Onebee, proszę 

pana  -  odezwał  się  Threepio,  wysoko  unosząc  jeden  z  prętów  jarzeniowych,  pozosta-
wionych  w  splądrowanym  awaryjnym  schowku  w  ścianie.  -  Oczywiście,  powód,  dla 
którego  na  pokładach  nowocześniejszych  statków  te  automaty  są  zaopatrywane  we 
własne zasilacze, zamiast korzystać, jak te, z centralnego zasilania, jest boleśnie jasny. 

Boleśnie - pomyślał Luke, opierając się o miękki plasten diagnostycznego łóżka, 

automatycznie dostosowującego się do kształtów jego ciała. - Boleśnie jest z pewnością 
bardzo dobrym określeniem na tę okazję. 

Kiedy  Jawowie,  poszukując  przewodów  i  elementów,  wyrwali  ze  ściany  główny 

włącznik zasilania, wszystkie szafki zostały zablokowane. Mimo iż urządzenia diagno-
styczne także nie działały, Luke mógł być pewien, że jedno albo więcej ścięgien zostało 
zerwanych, sądząc po tym, jak poruszała się jego noga. Impulsy bólu promieniowały w 
górę uda, ilekroć pragnął oprzeć się na niej. Oznaczało to, że nawet gdyby nie prawdo-
podobieństwo infekcji, będzie poważnie kulał, dopóki nie znajdzie się w ośrodku me-
dycznym dysponującym właściwą aparaturą. Samo likwidowanie skutków pourazowe-
go  wstrząsu  wymagało  od  niego  zaangażowania  całej  leczniczej  energii  Mocy,  jaką 
potrafił zogniskować, a był pewien, że nawet wówczas taki stan nie mógłby trwać bar-
dzo długo. 

Pragnąc dostać się do cennych podzespołów, Jawowie nie tylko rozcięli płyty czo-

łowe  i  zerwali  pokrywy.  Zabrali  także  większość  autoleków,  ukradli  rdzenie  energe-
tyczne zasilające urządzenia do prześwietlania i dokonywania specjalistycznych badań. 

background image

Barbara Hambly 

89 
Wymontowali nawet regulator temperatury ze zbiornika bacta, wskutek czego połowa 
leczniczego płynu się wylała, tworząc na podłodze gigantyczną lepką kałużę. 

To wszystko, jeżeli chodzi o standardowe leczenie mające zregenerować siły. 
Luke  chwycił  jednego  spośród  całej  hordy  robotów  typu  MSE,  które  pracowicie 

usiłowały poradzić sobie ze sprzątaniem nieprawdopodobnego bałaganu, po czym wy-
ciągnął rdzeń energetyczny, odizolował końcówki przewodów i podłączył do zamków 
szuflad  szafek,  by  je  odblokować.  Okazało  się,  że  ambulatorium  jest  zaopatrzone  w 
olbrzymie ilości gylocalu, przerażająco silnego środka przeciwbólowo-pobudzającego. 
Jego użycie pozwala nawet ciężko rannym wojownikom dalej walczyć w sytuacjach, w 
których wstrząs dawno obezwładniłby ich albo zabił.  Luke  wyjął kilka czarnych opa-
kowań i zaczął je ze wszystkich stron oglądać. 

-  Z  pewnością  spodziewali  się,  że  natrafią  na  silny  opór,  nieprawdaż?  -  mruknął, 

odkładając pudełka z powrotem do szuflady. 

Wiedział, że gylocal wietrzeje po mniej więcej dziesięciu latach przechowywania, 

a raczej rozkłada się na czynniki podstawowe  -silnie trujące. Nawet gdyby jednak lek 
nadawał się do użycia, nie był pewien, jaki miałby wpływ na jego umiejętność władania 
Mocą. 

Znalazł nieco słabsze lekarstwo w postaci nyexu, który jednak działał nasennie na 

wielu ludzi - Luke wiedział z doświadczenia, że i on zalicza się do ich grupy  - a także 
perigen, środek przeciwbólowy nie zawierający narkotyków. 

Przyłożył  tampon  nasączony  perigenem  do  uda  nieco  powyżej  kolana  i  natych-

miast poczuł, jak ból staje się łatwiejszy do zniesienia. Wiedział, że w przeciwieństwie 
do gylocalu lek nie  działał pobudzająco. Zastosowanie  go nie  spowoduje, że zerwane 
ścięgna  się  zrosną  ani  że  przestanie  utykać.  Liczył  jednak  na  to,  że  przynajmniej  nie 
musi się obawiać skutków pourazowego wstrząsu i przestanie borykać się z przenikli-
wym  bólem.  Nie  mogąc  zanurzyć  się  w  zbiorniku  bacta,  żeby  przyspieszyć  leczenie 
skutków poprzedniego wstrząsu - a wiedział, że jego organizm miał najgorszy okres za 
sobą  -  postanowił  skorzystać  ze  zwykłego  wzmacniającego  siły  comarenu,  który  po-
mógłby mu pozbyć się ostatnich objawów. 

Przynajmniej tego lekarstwa nie brakowało. 
Smutniejszy  był  fakt,  że  w  ciągu  tych  wszystkich  lat  większość  antybiotyków  i 

wszystkie pokładowe zapasy synteciała uległy całkowitemu rozłożeniu, wskutek czego 
nie nadawały się do użycia. 

W stojącej w jednym z sąsiednich laboratoriów szafie znalazł workowaty wojsko-

wy  szary  kombinezon,  na  tyle  obszerny,  że  mógł  zmieścić  oklejoną  samoprzylepną 
taśmą i unieruchomioną  nogę. Przebrał się, a później wepchnął do kieszeni wszystkie 
opakowania  comarenu  i perigenu, jakie  mógł znaleźć. Na  koniec  przywiązał  kilka  ja-
rzeniowych prętów do końca laski. 

-  W  porządku,  Threepio  -  powiedział.  Zatrzasnął  sprzączkę  pasa  z  przypiętym 

świetlnym mieczem i opierając ciężar ciała na lasce, wstał z automatycznie zmieniają-
cego kształty fotela, na którym usiadł, żeby się przebrać. - A teraz rozejrzyjmy się, czy 
nie znajdziemy gdzieś Cray. 

background image

Dzieci Jedi 

90 

W  mrocznym  korytarzu  za  drzwiami  ambulatorium  Talzowie  -jak  nazywał  ich 

Threepio  -  na  ich  widok  jak  ogromne  białe  puchowe  kule  rozbiegli  się  we  wszystkie 
strony.  Mijając  ciemne  otwory  magazynów  i  ładowni,  Luke  widział  w  blasku  prętów 
jarzeniowych tylko małe czworokąty ich oczu. Dwa albo trzy razy przystawał i naka-
zywał Threepiowi, żeby przetłumaczył jego słowa. 

-  Jestem  waszym  przyjacielem  -  oznajmiał  protokolarny  android.  -  Nie  wyrządzę 

wam krzywdy ani nie przyprowadzę tu nikogo, kto chciałby was skrzywdzić. 

Mimo  to  ani  jedna  wielka  włochata  istota  nie  wydała  w  odpowiedzi  żadnego 

dźwięku. 

-  Imperium  wykorzystywało  ich  jako  niewolników  harujących  w  kopalniach  na 

Alzocu  Trzy  -  wyjaśnił  Skywalker,  kiedy  kierowali  siew  stronę  widniejącej  w  oddali 
jasno oświetlonej części korytarza. - Alzoca nie można było nawet znaleźć na gwiezd-
nych mapach. Senat dowiedział się o istnieniu tej planety dopiero przed kilkoma laty, 
kiedy  udało  się  złamać  szyfry  tajnych  dokumentów  należących  do  przedsiębiorstw 
górniczych.  Przedtem  nikt  nie  miał  pojęcia,  co  się  tam  dzieje.  Ci  nieszczęśnicy  byli 
okłamywani,  zdradzani...  Nic  dziwnego,  że  przywykli  traktować  nieufnie  wszystkie 
istoty człekokształtne. Ciekaw jestem, jaki los spotkał szturmowców, którzy czekali na 
ich planecie, aż zostaną przetransportowani na pokład „Oka Palpatine'a". 

W pobliżu szybu windy zobaczyli grupę Talzów, zajętych karmieniem kilkunastu 

trójnogich istot. Włochate  kule ustawiły na podłodze dwie miednice, zapewne wynie-
sione  z  mesy:  jedną  wypełnioną  wodą  i  drugą  zawierającą  obrzydliwą  mieszaninę 
owsianki, mleka i pasty rybnej. Trójnogi klęczały obok miednic i skwapliwie się poży-
wiały.  Talzowie  tylko  raz  spojrzeli  na  Luke'a  i  Threepia,  po  czym  uciekli.  Po  kilku 
minutach,  nie  wiadomo  skąd,  przed  szybem  windy  pojawiło  się  kilkanaście  robotów 
typu  MSE-15  i  dwa  automaty  SP-80,  które  natychmiast  zabrały  się  do  sprzątania  cze-
goś, co uważały za bałagan. Zdezorientowane trójnogi zaczęły krążyć wokół nich, bez-
radnie  przyglądając  się,  jak  roboty  siorbią  resztki  wody  i  pożywienia.  Automaty  nie 
ustawały w pracy, mimo iż Luke kilka razy je odganiał. Roboty SP-80 czyniły heroicz-
ne,  aczkolwiek  całkowicie  nieskuteczne  próby  zgięcia  się  wpół,  na  tyle  nisko,  żeby 
mogły uprzątnąć same miednice. 

-  Darzę  wielkim  szacunkiem  wszystkie  roboty  należące  do  grupy  Specjalizowa-

nych,  panie  Luke'u  -  odezwał  się  Threepio.  Pochylił  się,  podniósł  miednicę  i  wręczył 
starszemu i bardziej topornie skonstruowanemu automatowi. - Uważam ich za protopla-
stów wszystkich innych androidów. Niestety, są tak strasznie ograniczone. 

Threepio nie potrafił zidentyfikować mowy trójnogów ani udzielić na ich temat ja-

kichkolwiek informacji. Co więcej, nawet programy tłumaczące protokolarnego andro-
ida  nie  pozwalały  na  zrozumienie  wszystkich  słów  ich  języka.  Luke  dowiedział  się 
tylko,  że  istoty  są  Ludem,  który  przybył  ze  Świata,  a  teraz  szuka  sposobu,  żeby  tam 
powrócić. 

- I ja także, koledzy - westchnął Skywalker widząc, jak wrzecionowate istoty zni-

kają  w  głębi  korytarza,  ale  nie  przestają  poszukiwać  właściwych  drzwi,  przez  które 
mogłyby przejść i znaleźć się w domu. 

background image

Barbara Hambly 

91 

Przynajmniej  winda  nadal  działała,  chociaż  buszujący  po  całym  statku  Jawowie 

mogli w każdej chwili zmienić ten stan rzeczy. Małe cuchnące istoty były urodzonymi 
zbieraczami odpadków i złodziejaszkami. Szczególnie chętnie  kradły kawałki  metalu, 
drutu i  wszystko, co wydawało się im jakimś urządzeniem. Na bocznej ścianie kabiny 
windy widniały tylko cztery podświetlone guziki, umożliwiające przedostanie się jedy-
nie na pokłady o numerach od dziesiątego do trzynastego. Okazało się, że na poziomie 
dwunastym świecą się wszystkie panele jarzeniowe, a powietrze jest czyste i chłodne. 
Leżące gdzieniegdzie na metalowych płytach talerze i kubki po płynach, a także porzu-
cone  kawałki  pancerzy  szturmowców,  dowodziły  dobitnie,  że  po  korytarzu  kręcą  się 
Gamorreanie.  Mimo  to,  jak  uprzedzał  Threepio,  automaty  sprzątające  typu  SP-80  i 
niewielkie  czarne  kanciaste  roboty  typu  MSE  skrupulatnie  zatarły  wszystkie  ślady, 
mogące ujawnić, którędy przechodzili uciekający Klaggowie. 

Kiedy skręcili za róg, zdumiony Luke stanął jak wryty. Korytarz przed nimi został 

zablokowany przez coś, co na pierwszy rzut oka przypominało kolonię pękatych szaro-
żółtych  i  szaro-brunatnych  grzybów  wysokich  na  metr  do  półtora  i  wydzielających 
intensywną  woń  wanilii.  Drugi  rzut  oka  ujawnił  mu,  że  grzyby  mają  ręce  i  nogi,  ale 
Luke nadal nie widział niczego, co przypominałoby jakiekolwiek narządy. 

-  Wielkie  nieba!  -  wykrzyknął  Threepio.  -  Kitonaki!  Jeszcze  wczoraj  żadnego  tu 

nie było! 

Ruszył ku istotom. 
Luke podążył za nim. Gromada stojących na korytarzu Kitonaków  liczyła co naj-

mniej  trzydzieści  istot,  ale  kolejna  grupa  przebywała  w  świetlicy  znajdującej  się  po 
prawej stronie. Skywalker dotknął jednego i przekonał  się, że istota  ma  umiarkowaną 
ciepłotę ciała, ale podejrzewał, że organy wewnętrzne mogą mieć o wiele wyższą tem-
peraturę. Między ogromnymi fałdami tłuszczu dostrzegł u niektórych Kitonaków okrą-
głe otwory w tych częściach ciał, które mogły być głowami. Zajrzał w głąb jednego i 
zauważył dwa języki i trzy rzędy niewielkich zębów w kształcie stożków. 

- Co one robią? - zapytał, zwracając się do złocistego androida. Zobaczył, że kilka 

istot miało na skórze otarcia i rany, zapewne zadane ostrym nożem. Rany kiedyś krwa-
wiły, ale teraz zaczynały się zabliźniać. Stworzenia zachowywały się, jakby nic o nich 
nie wiedziały. 

- Czekają, aż ślimaki Chooba wpełzną do ich jam gębowych -odparł Threepio. - W 

ten sposób zdobywają pożywienie. 

-  Miłe  zajęcie,  jeżeli  można  tak  powiedzieć.  -  Luke  zastanowił  się  i  doszedł  do 

wniosku, że w trakcie poszukiwań muszą kiedyś wrócić do mesy, chociaż z pewnością 
powinni zachować dużą ostrożność. - Wygląda na to, że w tej chwili nic im nie grozi. 

-  Och,  z  całą  pewnością  nic,  panie  Luke'u.  -  Threepio  przeszedł  pomiędzy  dzi-

wacznymi grzybami, dźwięcznie stawiając metalowe stopy. - Kitonaki zaliczają się do 
najbardziej wytrzymałych istot w całej galaktyce. Wiadomo, że bez szkody dla zdrowia 
potrafią obywać się bez pożywienia całymi tygodniami, a czasami miesiącami. 

- No cóż, będą musiały - zauważył Skywalker, oglądając się przez ramię na grupę 

istot  -  o  ile  te  ładowniki  przez  pomyłkę  nie  porwały  ślimaków  Chooba  zamiast  sztur-
mowców. 

background image

Dzieci Jedi 

92 

W  miejscu,  gdzie  oświetlenie  zostało  uszkodzone,  a  korytarze  zamieniały  się  w 

pogrążone w ciemnościach jaskinie, rozjaśniane jedynie światłem jarzeniowych prętów 
i czasami migotliwym blaskiem żółtej roboczej lampy, natknęli się na trupa Affytecha-
nina, roślinożernej istoty pochodzącej z Dom-Braddena. Jak wygłodniałe robaki uwija-
ły się przy nim roboty typu MSE, bezskutecznie usiłując uprzątnąć bałagan, co wyraź-
nie przekraczało ich skromne możliwości. W obie strony na metalowych płytach kory-
tarza ciągnęły się smugi zakrzepłej posoki, a w powietrzu unosiła się przyprawiająca o 
mdłości słodka woń zgnilizny. Luke nie odzywał się ani słowem. Uświadomił sobie, że 
na pokładach nie całkiem bezludnego statku może czyhać wiele niebezpieczeństw. 

Nagle w ciemnym korytarzu rozległ się przeraźliwy wrzask. Dolatywał z wielkiej 

ładowni,  w  której  znajdowała  się  wioska  Gakfeddów.  Luke  odwrócił  się  i  utykając, 
puścił pędem w tamtą stronę. Słysząc dobrze znaną niemal metaliczną barwę dźwięku, 
domyślił  się,  że  okrzyk  musiał  wyrwać  się  z  gardła  Jawy,  przerażonego  albo  nawet 
konającego. Na długo przedtem, zanim stanął na progu drzwi ładowni, domyślił się, co 
zobaczy. Nie  miał o Jawach  pochlebnej opinii,  ale  mimo to poczuł,  że opanowuje  go 
zimna wściekłość. 

Gamorreańscy szturmowcy znaleźli gdzieś niszczarkę dokumentów i trzymali te-

raz nad nią schwytanego Jawę. Uchwyciwszy go za nadgarstki, opuszczali stopami  w 
dół ku wirującym, ostrym jak brzytwy nożom. Wokół urządzenia zgromadziło się czte-
rech  czy  pięciu  świnioludzi,  a  wśród  nich  wódz  Ugbuz.  Wszyscy  głośno  rechotali, 
opuszczając i unosząc nieszczęsnego małego więźnia. 

Kiedy Luke stanął na progu gigantycznej ładowni i zobaczył, co się dzieje, zarea-

gował  niemal  odruchowo.  Posługując  się  Mocą  odrzucił  niszczarkę  w  kąt  sali  z  taką 
siłą, że roztrzaskała się na kawałki, uderzając w odległą o dobre dziesięć metrów meta-
lową ścianę. 

Krok - który trzymał Jawę - odrzucił nędzny kłębek łachmanów na bok i odwrócił 

się, głośno złorzecząc i przeklinając. Ugbuz sięgnął po karabin blasterowy i wymierzył 
w drzwi ładowni. Kiedy Luke, kuśtykający ku niemu między szałasami, miał do przej-
ścia kilkanaście metrów, niecierpliwie wyszarpnął broń z rąk Gamorreanina, a po chwi-
li  uczynił  to  samo  z  siekierą  innego  żołnierza.  Torturowanie  kogokolwiek  zawsze  do-
prowadzało go do wściekłości. Krok rzucił się ku niemu, wyciągając wielkie ręce, ale 
Skywalker  uniósł  go  w  powietrze  niczym  wór  kamieni  i  przez  chwilę  przytrzymywał 
dwa  metry  nad  pokładem,  kierując  na  niego  zimne  błękitne  oczy.  Później,  jakby  od 
niechcenia, odrzucił go pod ścianę i odwróciwszy głowę, spojrzał na Ugbuza. 

- Co to ma wszystko oznaczać, żołnierzu? - ryknął rozwścieczony Gamorreanin. - 

To rebeliancki sabotażysta, który chciał przeszkodzić w wykonaniu naszej misji! Kiedy 
go pochwyciliśmy, miał przy sobie te przedmioty... 

Zamaszystym gestem pokazał kłąb przewodów i kilkanaście komputerowych pły-

tek  z  obwodami  scalonymi,  zakończonych  wiązkami  wyrwanych  kabli.  Wszystkie 
przedmioty leżały w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stała niszczarka. 

Luke  wbił  w  źrenice  Gamorreanina  dwa  sztylety  lodowato  zimnych  oczu.  Pod 

wpływem tego spojrzenia już po chwili Ugbuz musiał odwrócić głowę. 

- Jak ci się zdaje, za kogo się uważasz? - zapytał, o wiele ciszej i pokorniej. 

background image

Barbara Hambly 

93 

- Nieważne, za kogo się uważam - odparł cicho Skywalker, po czym podszedł do 

wodza Gakfeddów. - Ważne, kim jestem.  -Ściszył głos do szeptu, tak by nie usłyszeli 
go pozostali Gamorreanie, i ciągnął: - Major Calrissian ze służb specjalnych. Dwadzie-
ścia  dwa, dziewięćdziesiąt osiem, jedenaście  be.  -  Podał  numer  seryjny bloku  napędu 
„Sokoła Tysiąclecia". - Z wywiadu. 

Gdyby oczy Ugbuza mogły rozszerzyć się ze zdumienia, uczyniłyby to bez waha-

nia, podobnie jak porośnięte sierścią uszy, które obróciły się w stronę Luke'a i pochyli-
ły  na  znak  szacunku  i  zdumienia.  Gamorreanin  popatrzył  ukradkiem  przez  ramię  na 
miejsce, w które Krok odrzucił Jawę. Chociaż siła, z jaką małe ciało uderzyło o płyty 
pokładu, wystarczała, by połamać wszystkie kości, Jawa zniknął. Istoty słynęły z tego, 
że  podobnie  jak  szczury,  potrafiły  znieść  niemal  każdą  fizyczną  karę,  żeby  później, 
kiedy odzyskiwały swobodę ruchów, wymknąć się przez pierwszą nie strzeżoną dziurę. 

Skywalker położył dłoń na ramieniu kapitana szturmowców. Z wściekłości i wy-

siłku, jaki kosztowało go posłużenie się Mocą, zakręciło mu się w głowie. Wciąż drżał, 
ale  odezwał  się  cicho,  starając  się  wzmocnić  siłę  głosu  wszystkimi  umiejętnościami 
mistrza Jedi. 

- W porządku - powiedział. - Uczyniłeś, jak sądziłeś, że będzie najlepiej. Postąpi-

łeś słusznie, chwytając tę istotę. Nie mogłeś wiedzieć, że działając na mój rozkaz, miała 
przeniknąć do oddziału Rebeliantów. Na szczęście nie  stało się nic złego. Robiłeś, co 
mogłeś, by wywiązać się z obowiązku. Zapewniam cię, że wymienię twoje nazwisko w 
raporcie, który będę składał Wszechwładzy, ale później... Pozwól, że j a zajmę się prze-
słuchiwaniem więźniów. 

- Tak jest, panie majorze - odparł Ugbuz. 
Przez chwilę na jego twarzy malowało się typowo gamorreańskie rozczarowanie. 

Później kapitan przypomniał sobie, że jest oficerem imperialnych szturmowców. Zasa-
lutował. 

- Spisałeś się na medal, kapitanie - rzekł Luke, wkładając w swoje słowa całą siłę 

Mocy, by subtelnie nasączyć umysł Ugbuza miłym ciepłem, jakie niesie ze sobą pew-
ność otrzymania nagrody. 

- Dziękuję, panie majorze! 
Pseudoszturmowiec zasalutował po raz drugi, po czym, głośno tupiąc buciorami, 

udał się pod ścianę po karabin blasterowy. Po drodze dwa razy przystawał na chwilę, 
by obejrzeć się przez ramię na Skywalkera, który opierając niemal cały ciężar ciała na 
sękatej lasce, zaczął właśnie kuśtykać w stronę drzwi. 

- Bardzo dobrze, panie Luke'u - odezwał się cicho Threepio, kiedy słaby i wyczer-

pany mistrz Jedi wychodził z wielkiej ładowni. -Mimo to uważam, że naprawdę powi-
nien  pan  znaleźć  jakiś  sposób,  żeby  zniechęcić  tych  Jawów  do  dalszego  grabienia 
przedmiotów i niszczenia elementów konstrukcyjnych statku, o ile nie chcemy wszyscy 
zamarznąć na śmierć ani się udusić. Wygląda na to, że te małe rabusie nie uświadamia-
ją sobie, jaką szkodę wyrządzają swojemu środowisku. 

- No cóż, nie oni jedni - zauważył Skywalker. 
Przystanął i oparł się na lasce. Był zmęczony i osłabiony. Czuł ból w głowie, pul-

sujący nadal pomimo zażycia comarenu. Bardzo wątpił, czy gdyby groziło mu natych-

background image

Dzieci Jedi 

94 

miastowe  zamarznięcie,  zdołałby  zogniskować  wystarczająco  dużo  energii  Mocy,  by 
zapalić chociażby jedną świecę. 

- Czy nie zechciałby pan tu przyjść, panie Luke'u? - odezwał się android. - Wydaje 

mi się, że znalazłem częściowy schemat pomieszczeń statku. 

W czterech krystalpleksowych płytach, wiszących na ścianie gabinetu jakiegoś za-

rządcy albo nadzorcy, wyryto schemat budowy pokładów od dziesiątego do trzynaste-
go.  Ukazano  na  nim  szyby  wind  i  korytarze,  a  także  oznaczone  czerwonymi  liniami 
trasy kabli energetycznych i niebieskimi - rurociągi, którymi płynęła woda, chłodziwo i 
substancje  służące  do  gaszenia  pożarów.  Asymetria  statku  sprawiała,  że  na  każdym 
poziomie poprowadzono je w nieco inny sposób, wskutek czego były trudne do zapa-
miętania. Luke oglądał asteroidę z zewnątrz i pamiętał, że miała raczej kształt podobny 
do  ziarna  fasoli  niż  kuli,  tak  więc  wyższe  pokłady  musiały  mieć  mniejsze  rozmiary  i 
zajmować  głównie  część  rufową  pancernika.  Przyglądając  się  trasom  magistral  chło-
dziwa, doszedł do wniosku, że główna siłownia energetyczna, zasilająca reaktory, rdze-
nie  pamięciowe  komputerów  i  stanowiska  dział,  musiała  zostać  umieszczona  także 
bliżej rufy. 

Posługując  się  komputerem,  jaki  znalazł  w  gabinecie  nadzorcy,  zażądał  wyświe-

tlenia pełnego schematu statku, ale został poproszony o podanie kodu umożliwiającego 
dostęp  do  tej  informacji.  Próbował  po  kolei  wszystkich  standardowych  kodów  impe-
rialnych, jakie znał i o jakich dowiedział się od Cray, ale za każdym razem na ekranie 
pojawiała się ta sama odpowiedź: Obecny stan wszystkich sekcji statku zgodny z har-
monogramem i celami, określonymi przez Wolę. 

Wola - pomyślał. - Program zarządzający. Centralny, spójny plan. Coś, co kontro-

lowało działanie wszystkich urządzeń pancernika, od temperatury kawy, podawanej w 
mesie, do niemal ludzkiej precyzji celowania obronnych dział statku. 

Niemal ludzkiej? Luke zaczynał w to coraz bardziej wątpić. 
To  coś  musiało  wiedzieć,  kiedy  będzie  miał  miejsce  następny  skok  w  nadprze-

strzeni, po którym pancernik wyłoni się  w pobliżu Belsavis. To coś musiało znać plan 
bitwy, mającej się zakończyć całkowitym zniszczeniem bezbronnego miasta. 

Nie  wiedział  o  tym  żaden  człowiek  -  pomyślał.  -  A  zatem  nie  istniał  nikt,  kogo 

można  byłoby  namówić,  przekupić,  zastraszyć  albo  zmusić  do  wyjawienia  prawdy, 
gdyby został schwytany. Istniała jedynie Wola. 

Powrócił do analizowania tego, co zostało ukazane na schemacie. 
- Musieli zaprojektować rurociągi paliwa w ten sposób, żeby były jak najkrótsze  - 

oświadczył po kilku minutach, kiedy opuścił  gabinet i zaczął kuśtykać korytarzem. U 
jego  boku  kroczył  Threepio,  jak  zwykle  cicho  brzęcząc  przy  każdym  kroku.  -  A  to 
oznacza, że wszystkie hangary powinny znajdować się w jednym miejscu albo co naj-
wyżej dwóch,  w bakburcie  i sterburcie. Pokładowe  ambulatorium zostało usytuowane 
w bakburtowej połowie pokładu dziesiątego, a obok niego rozmieszczono szereg komór 
odkażających.  A zatem  można  się  domyślać, że to  wielkie nie  oznaczone  prostokątne 
miejsce na schemacie w sterburtowej części pokładu dziesiątego jest hangarem, w któ-
rym osiadł nasz ładownik. 

background image

Barbara Hambly 

95 

Okazało  się,  że  miał  rację.  Niestety,  silniki  ładownika  zostały  uszkodzone  albo 

tylko unieruchomione. Luke nie mógł zrobić nic, by pobudzić je do życia. 

-  No  cóż,  dlaczego  miałyby  funkcjonować?  -  mruknął  do  siebie.  -  Spełniły  prze-

cież swoje zadanie. 

Gdyby  nawet  udało  mu  sieje  uruchomić,  ładownik  nie  został  zaprojektowany  w 

taki sposób, żeby można było go ręcznie sterować albo pilotować. Androidy typu G-40 
stały  milczące  i  nieruchome.  Jeden  został  zresztą  częściowo  rozebrany  przez  Jawów, 
którzy nie mieli tyle sił, by go wynieść. Nigdzie nie było widać srebrzystych tropicieli 
wyglądających jak ogromne bańki. 

Mistrz  Skywalker  zaczął  umiejętnie  majstrować  przy  mechanizmie  kontrolnym 

windy towarowej. Wymagało to ponownego posłużenia się rdzeniem energetycznym i 
wiązką  kabli,  wyciągniętych  ze  środka  nieco  oburzonego  robota  typu  MSE.  Dzięki 
temu  zdołał  unieruchomić  kabinę  pomiędzy  poziomem  dziewiątym  a  dziesiątym,  po 
czym rozsunął drzwi, tak że mógł przecisnąć się przez szparę między skrzydłami. Pod-
czas  gdy  Threepio,  który  pozostał  na  pokładzie  dziesiątym,  nie  przestawał  biadolić  i 
zwiastować  najgorszych  nieszczęść,  Luke  przywiązał  do jednej łapy ładownika  mniej 
więcej trzydziestometrową linę, którą znalazł w jakiejś szafie. Chociaż przyszło mu to z 
wielkim trudem, spuścił się po linie najpierw do kabiny windy, a z niej do hangaru na 
poziomie dziewiątym. 

Mimo  iż  żaden  panel  się  nie  świecił,  Luke  zorientował  się,  że  lądowisko  jest 

ogromną,  pogrążoną  w  ciszy  jaskinią.  Ciemności  rozjaśniało  jedynie  nikłe  światło 
gwiazd, widoczne przez zasłonę siłowego pola mającego uniemożliwić ucieczkę powie-
trza z wnętrza statku. Przez ogromne otwarte wrota, obrzeżone skalnymi bryłami aste-
roidy,  wewnątrz  której  ukryto  superstatek,  Luke  mógł  podziwiać  bezkresną  pustkę 
mrocznych przestworzy. Kiedy „Oko Palpatine'a" dokonywało skoków w nadprzestrze-
ni, żeby zebrać oddziały szturmowców, którzy dawno zdążyli opuścić swoje posterunki, 
zgromadziło  wokół  siebie  gromadę  innych  asteroid.  Luke  pomyślał,  że  zapewne  dla 
lepszego kamuflażu. Niektóre wisiały teraz nieruchomo w przestworzach w niewielkiej 
odległości od statku, podobne do zbielałych odłamków gigantycznych kości. 

Mroczne  lądowisko  sprawiało  wrażenie,  że  zostało  zaprojektowane  z  myślą  o 

przyjmowaniu tylko jednej średniej wielkości kapsuły. Ze sklepienia jaskini zwieszały 
się  kable  umożliwiające  dołączenie  ogniwa  energetycznego,  a  namalowane  na  płycie 
lądowiska  znaki  wskazywały  miejsce,  w  którym  miał  spoczywać  statek  -dokładnie 
pośrodku płyty, mając dziób zwrócony ku usianym gwiazdami przestworzom, widocz-
nym przez drżącą mgiełkę siłowego pola. W hangarze nie było jednak żadnej kapsuły. 

Zamiast niej pod ścianą stał pokiereszowany i osmalony samotny myśliwiec typu 

Y. Kiedy  Luke, podpierając się  laską  przy  każdym  kroku,  ruszył  w jego stronę, echo 
uderzeń zaczęło odbijać się od ścian i sklepienia wielkiej sali. Gdy uniósł laskę, żeby w 
blasku prętów jarzeniowych zajrzeć  w głąb sterowni,  na  kadłubie  maszyny i ścianach 
zatańczyły migotliwe światła. 

W  sterowni  myśliwca  ustawiono  fotele  tylko  dla  dwóch  osób.  Luke  nie  widział 

dobrze  z  miejsca,  w  którym  stał,  ale  wydawało  mu  się,  że  ciśnieniowe  zaczepy  obu 
foteli zostały wykorzystane. 

background image

Dzieci Jedi 

96 

 
- To wyjaśnia wszystko, co się stało - powiedział, zwracając się do androida. 
Opadł z ulgą na jedno z białych krzeseł, stojących w mesie, i przyjął z rąk Three-

pia talerz z pożywieniem. Popatrzył na danie, nawet całkiem nieźle udające pieczeń z 
dewbacka i papkę z raktofli, choć z pewnością sporządzone z innych składników i za-
pewne napromieniowane w trakcie pakowania. Mimo zażycia perigenu miał wrażenie, 
że jego noga omal nie odpadnie od reszty ciała - co przy jego obecnym samopoczuciu 
może nie byłoby najgorszym rozwiązaniem. Czuł się zmęczony i obolały, ale miał wra-
żenie, że przynajmniej częściowo panuje nad sytuacją. 

- Kiedy co się stało? - zainteresował się Threepio. 
-  Co  się  stało  przed  trzydziestu  laty  -  odparł  Luke.  -  Jak  powiedział  nam  Triv, 

„Oko Palpatine'a"  -  a  raczej cała  misja  zniszczenia  Belsavis  -  została  pomyślana  jako 
ściśle  tajna.  Nie  mieli  o  niej  wiedzieć  nawet  rycerze  Jedi.  Właśnie  dlatego  wszystko 
zostało zautomatyzowane. Nie chcieli, żeby doszło do przecieków informacji. 

Mimo  to  miał  miejsce  jakiś  przeciek,  Threepio.  Ktoś  mimo  wszystko  się  dowie-

dział. 

Jakiś dźwięk, dobiegający od drzwi, zmusił go do odwrócenia głowy. Przez próg 

mesy przeszło kilka trójnożnych istot, porośniętych piękną turkusowo-różową sierścią, 
bardzo długą i żółtawą w okolicach bioder i macek. Luke wstał i opierając ciężar ciała 
na lasce, pokuśtykał do kranu z wodą znajdującego się w sąsiedztwie podajników po-
żywienia.  Z  niemal  metrowego  stosu  używanych  talerzy,  piętrzącego  się  pod  jedną 
ścianą, wyciągnął największy, jaki mógł znaleźć. Umył go w strumieniu bieżącej wody, 
po czym napełnił i zaniósł trójnogom. Wiedział z doświadczenia, że samo postawienie 
naczynia na blacie stołu może nie  wystarczyć. Następnie polecił złocistemu androido-
wi, by napełnił kilka innych talerzy owsianką. Biedne oszołomione istoty przyjęły ją z 
wdzięcznością, po czym natychmiast zanurzyły końce długich trąbek i zaczęły siorbać. 

- Ktoś jednak się dowiedział - ciągnął Skywalker, nie przestając poić trójnogów.  - 

I przyleciał do Mgławicy Stokrotka. Zapewne była to dwójka ludzi. Ich maszyna typu 
Y  została  uszkodzona  przez  ogień obronnych dział  pancernika,  które  potrafią  strzelać 
tak  celnie,  jakby  mierzył  żywy  człowiek.  Mimo  to  tej  dwójce  udało  się  wylądować. 
Obezwładnili  niektóre  automatyczne urządzenia pancernika... Prawdopodobnie  uszko-
dzili wszystkie anteny odbiorcze, jakie mogli znaleźć, żeby automaty nie mogły przyjąć 
rozkazu kontynuowania misji. Później zabrali kapsułę i odlecieli. 

-  Jaka  szkoda,  że  przy  okazji  nie  uszkodzili  także  systemów  samoobrony  -  wes-

tchnął android. 

- Może nie mogli - odparł Skywalker. 
Trójnożne istoty zaspokoiły pragnienie i głód. Trąbiąc cicho i pohukując jedne do 

drugich, zaczęły się rozchodzić. Luke i Threepio mogli powrócić do stołu, przy którym 
siedzieli, zanim pojawiły się trójnogi. 

-  Mierniki  poboru  energii  urządzeń  zasilających,  jakie  widzieliśmy  w  hangarze, 

wskazują,  że  tuż  pod  lądowiskiem  urządzono  parking  maszyn  krótkiego  zasięgu.  Do-
myślam  się,  że  znajdują  się  tam  eskadry  myśliwców  osłaniających  i  wspierających  – 
zapewne  maszyn  typu  TIE,  o  czym  świadczą  wykresy  zużycia  mocy.  Gdyby  misja 

background image

Barbara Hambly 

97 
„Oka Palpatine'a" polegała na wysadzeniu desantu - a musiała, zważywszy na fakt, że 
ładowniki zbierały oddziały szturmowców - gdzieś tu powinniśmy znaleźć także sztur-
mowe  wahadłowce.  Możliwe,  że  na  którymś  z  wyższych  pokładów,  mniej  więcej  w 
tym  samym  miejscu,  ale  i  nimi  nie  można  byłoby  się  posłużyć,  gdyby  ktoś  myślał  o 
locie na bardzo duże odległości. Ci dwaj, którzy chcieli odlecieć, musieli skorzystać z 
kapsuły. 

- Rozumiem - odparł android. Przez chwilę stał w milczeniu, trzymając laskę Lu-

ke'a,  a  potem  wyciągnął  złocistą  rękę  i  pomógł  mu  usiąść  na  poprzednim  miejscu.  - 
Jeżeli jednak anteny odbiorcze zostały zniszczone, co sprawiło, że statek obudził się do 
życia? -zapytał. - I to po trzydziestu latach? 

Z korytarza za drzwiami mesy doleciała straszliwa kakofonia dźwięków. Luke ze-

rwał się na nogi i pospieszył do wyjścia. Mimo iż utykał, udało mu się wyprzedzić an-
droida.  Tymczasem  z  korytarza  dobiegały  nadal  ryki,  chrząknięcia,  kwiki  i  pomruki, 
zagłuszone po chwili przez tupot ciężkich butów. 

Okazało się, że to był samotny Klagg. Luke rozpoznał go natychmiast, ponieważ 

wszyscy członkowie tego plemienia Gamorrean nosili hełmy i pancerze żołnierzy słu-
żących  w  imperialnej  marynarce.  Hełmy  miały  kształt  sporych  wiader,  a  częściami 
pancerzy były szare napierśniki, w niczym nie przypominające dobrze znanych białych 
pancerzy szturmowców odbywających służbę  w  wojskach  lądowych. Bez  względu  na 
to,  gdzie  znajdowała  się  ich  baza,  Klaggowie  korzystali  z  innych  zbrojowni  niż 
Gakfeddowie. Luke zresztą wcale nie musiał zwracać uwagi na te szczegóły. Przerażo-
ny i ogarnięty paniką Klagg uciekał, ścigany przez grupę piętnastu Gakfeddów, wyją-
cych, wymachujących siekierami i paraliżującymi włóczniami, uzbrojonych w karabiny 
i  blastery.  Od  czasu  do  czasu  któryś  z  członków  grupy  pościgowej  przyciskał  spust, 
dzięki czemu  korytarz  rozjaśniały rubinowe  smugi,  posyłane  na  oślep i odbijające  się 
od ścian jak oszalałe szerszenie. 

- Chodźmy! - krzyknął Skywalker. 
- Słucham pana? 
- Ucieka w kierunku własnej bazy! 
Luke przeszedł przez całą mesę, kierując  się do drzwi,  widocznych w przeciwle-

głej ścianie. Wiedział, że korytarz, którym Gakfeddowie gonili ofiarę, prowadzi doni-
kąd, i że wcześniej czy później Klagg będzie musiał zawrócić. I rzeczywiście, po kilku 
sekundach  usłyszał  w  korytarzu  za  plecami  łomot  butów  samotnego  Gamorreanina,  a 
także  mlaskanie,  czasami  przerywane  chrapliwym  sapaniem.  Pociągnął  Threepia  do 
zagłębienia,  gdzie  znajdował  się  wlot  jednego  z  szybów  pralni,  tak  by  Klagg  mógł 
przebiec obok, nie zwracając na nich uwagi. Później wyszedł na korytarz i zaczął na-
słuchiwać. Wyglądało na to, że Gakfeddowie stracili orientację i zgubili ślad, ponieważ 
echo ich gniewnych okrzyków dobiegało teraz z sąsiedniego korytarza. Mimo to, wytę-
żywszy  słuch,  Luke  mógł  śledzić  bez  trudu  samotnego  Klagga,  ciężko  dyszącego  i  z 
wysiłkiem stawiającego wielkie nogi. Gamorreanie nie zaliczali się do szybkobiegaczy. 
Gdyby Luke miał obie nogi zdrowe, potrafiłby przegonić każdego bez trudu, ale nawet i 
teraz nadążał za uciekinierem, chociaż musiał podpierać się laską. 

Jak na wpół się domyślał, a na wpół przewidział, Klagg kierował się w stronę rufy. 

background image

Dzieci Jedi 

98 

- Znaleźli jakiś sposób, żeby przedostać się na pokłady, położone nad pomieszcze-

niami dla załogi  -  mruknął, zwracając się do androida. Szybko idąc, obaj mijali zbro-
jownię  za  zbrojownią.  Widzieli  ograbione  magazyny  broni,  a  także  pomieszczenia, 
pełne  otwartych  albo  rozbitych  pojemników  i  skrzyń,  z  których  wysypywały  się  na 
podłogę i korytarze stosy mundurów, butów, pasów i kawałków pancerzy.  - Posłuchaj. 
Chyba zawraca. Dobrze wie, że musi dostać się na wyższy poziom. 

Przystanął  i  wyjrzał  za  róg  korytarza.  Samotny  Gamorreanin  stał  w  otwartych 

drzwiach  kabiny  windy. Spoglądał  ze złością  na  podświetlone  guziki.  Szukał takiego, 
który  umożliwiłby  mu  dotarcie  na  pokład  o  numerze  większym  niż  trzynasty,  ale  nie 
mógł go znaleźć. W następnej chwili pseudoszturmowiec wyskoczył z kabiny i rozej-
rzał się w prawo i w lewo. Nastawił porośnięte sierścią uszy i nasłuchując, zaczął nimi 
poruszać. Jego ciężki oddech było doskonale słychać w panującej  ciszy. Luke przypo-
minał  sobie  powiedzenie:  „Spocony  jak  Gamorreanin".  Dopiero  teraz  rozumiał  jego 
sens. Całe ciało stworzenia było pokryte błyszczącą warstwą potu, którego przykrą woń 
wyczuwało się nawet z takiej odległości. 

Po kilku chwilach Klagg ruszył w dalszą drogę. 
- Czy on zabłądził, panie Luke'u?  - Threepio postarał się ściszyć głos tak bardzo, 

że sprawiał wrażenie pomruku, niemal szeptu. 

- Na to wygląda - odrzekł Skywalker. - Albo Gakfeddowie uniemożliwili mu po-

wrót korytarzem, którym przyszedł. 

Nagle dał się  słyszeć gwar coraz głośniejszych okrzyków.  Klagg przyspieszył do 

niemrawego  truchtu.  Luke  bez  trudu  nadążał  za  uciekającym  Gamorreaninem,  który 
mijał odcinki korytarza, jasno oświetlone zimnym blaskiem paneli jarzeniowych, raz po 
raz przedzielane fragmentami pogrążonymi w mroku, gdzie Jawowie ukradli wszystkie 
kable. Klagg poruszał ciągle uszami, nasłuchując odgłosów dolatujących zza jego ple-
ców. Luke był ciekaw, czy Gamorreanin ma czuły słuch i czy może usłyszeć cichy stuk 
jego laski o metalowe płyty i stłumione skrzypienie stawów Threepia. 

Nagle  dalszą  drogę  zagrodziły  czarne  drzwi,  chronione  przez  blasteroodporny 

pancerz o podwójnej grubości i obrzeżone jaskrawo świecącymi szkarłatnymi panelami 
jarzeniowymi.  Gamorreanin  dźgnął  paluchem  umieszczony  na  ścianie  przycisk,  ale 
kiedy drzwi się nie otworzyły, uniósł blaster i zamienił mechanizm w zwęgloną dymią-
cą masę. Drzwi zadrżały na zawiasach, a z umieszczonej nad nimi skrzynki rozległ się 
metaliczny głos: 

- Osobom nie upoważnionym zabrania się przechodzenia przez te drzwi na wyższe 

pokłady z uwagi na bezpieczeństwo statku. 

Gamorreanin  postanowił  uciec  się  do  brutalnej  siły.  Wyszarpnął  płytę  czołową 

urządzenia umożliwiającego ręczne otwieranie drzwi, po czym z wysiłkiem zaczął ob-
racać zapieczonym kołem. Z korytarza za plecami Luke'a  dobiegały coraz głośniejsze 
krzyki.  Skywalker  zrozumiał,  że  Gakfeddowie  także  musieli  usłyszeć  syntetyzowany 
przez komputer głos, który nie przestawał mówić: 

- Osobom nie upoważnionym zabrania się przechodzenia przez te drzwi na wyższe 

pokłady  z  uwagi  na  bezpieczeństwo  statku.  W  przypadku  nieposłuszeństwa  zostaną 
przedsięwzięte ostateczne środki. 

background image

Barbara Hambly 

99 

Rubinowe światło paneli jarzeniowych zaczęło mrugać. 
Drzwi rozsunęły  się,  ukazując dalszy ciąg  korytarza,  który kończył się czarnymi 

stopniami  metalowych  schodów.  Widać  było  także  szare  ściany,  ozdobione  dziwnie 
nieregularną  szachownicą  jasnych  kwadratów,  świecących  opalizującym  blaskiem  i 
rozmieszczonych w pozornie przypadkowy sposób, który sprawiał wrażenie neutralne-
go, ale także złowieszczego. 

-  Zostaną  przedsięwzięte  ostateczne  środki.  Zostaną  przedsięwzięte  ostateczne 

środki. Zostaną przedsięwzięte... 

- Tam jest ta śmierdząca zbuntowana świnia! 
Kiedy  Klagg  ujrzał,  że  Ugbuz  i  jego  szturmowcy  wyskakują  w  odległości  dwu-

dziestu metrów od niego z bocznego korytarza, bez namysłu rzucił się do ucieczki. 

Skywalker, obserwujący go, uświadomił sobie - częścią umysłu, której nie sparali-

żowało  przerażenie  -  iż  charakterystyczne  „środki  bezpieczeństwa",  przedsięwzięte 
przez  Imperium,  z  pewnością  pozwolą  ofierze  zapuścić  się  dostatecznie  daleko,  żeby 
nie mogła zawrócić, kiedy zadziałają. 

I  rzeczywiście,  Gamorreanin  zdołał  przebiec  pięć  czy  sześć  kroków  i  dopiero 

wówczas  ze  ścian  korytarza  wystrzeliły  krzaczaste  błękitne  błyskawice.  Pochwyciły 
Klagga  jak  okrutne  palce  i  rozprzestrzeniły  się  po  całym  ciele  niczym  delikatna  sieć 
pająka torturującego ofiarę. Gamorreanin wrzasnął, po czym potknął się i upadł. Leżał 
u stóp czarnych  schodów, a  jego ciałem  wstrząsały  spazmatyczne drgawki.  Ścigający 
go Gakfeddowie zatrzymali się przed opancerzonymi drzwiami. Wpatrywali siew ucie-
kiniera, a na ich twarzach malowało się przerażenie. 

Później jednak wybuchnęli gromkim śmiechem. 
Ugbuz  radośnie  zarechotał  i  wyciągnął  rękę,  pokazując  leżącego  nieszczęśnika. 

Ciało  Klagga  pokrywało  się  bąblami,  a  z  tysięcy  mikroskopijnych  otworów,  wypalo-
nych przez błyskawice, zaczynały sączyć się krople krwi. Pozostali Gakfeddowie także 
wznosili szydercze okrzyki. Cofnęli się od drzwi i na znak prawdziwego rozbawienia 
uderzali się po udach i klepali towarzyszy po plecach i ramionach. Luke cofnął się  w 
głąb jakiegoś poprzecznego korytarza, w którym ukrył się Threepio. Czuł, że zbiera mu 
się na mdłości. Ze zdziwieniem zobaczył, że leżący Klagg wstał, a nawet zaczął wspi-
nać się po schodach, ale po chwili poślizgnął się w kałuży własnej krwi. Upadł i skonał 
w straszliwych męczarniach. 

Gamorreanie zaliczali się do istot okrutnych i złośliwych. Nic dziwnego, że ucie-

kający Klagg wolał wybrać los, jaki zgotowały mu skwierczące błyskawice, niż to, co 
mogli uczynić mu Gakfeddowie, gdyby wpadł w ich ręce. 

Czując, że za chwilę mógłby zemdleć, Luke odwrócił się i pokuśtykał z powrotem 

w stronę mesy. Jeszcze przez długi czas słyszał śmiech Gakfeddów, dobiegający z głębi 
korytarza. 

Zbrojownie (marynarki/wojsk lądowych) - szukać 
* Cel udostępnienia tej informacji? Sprawdzenie stanu inwentarza 
* Stan inwentarza wszystkich magazynów zgodny z parametrami i intencjami 

Woli 

Panie Luke'u? 

background image

Dzieci Jedi 

100 

Szczegółowy schemat - rurociągi wody 
* Cel udostępnienia tej informacji? 
Panie Luke'u, zaczyna się robić bardzo późno.  
Awaryjna naprawa 
*  Wszystkie  procedury  awaryjnych  napraw  zgodne  z  intencjami  i  harmono-

gramem, opracowanym przez Wolę 

Ty kłamliwa kupo synaps, śmiesz tak twierdzić, kiedy oświetlenie połowy pokła-

dów załogowych nie działa, a prawie wszystkie komputery są popsute? 

- Panie Luke'u, im dłużej przebywa pan z daleka od wioski Gakfeddów, tym bar-

dziej  naraża  się  pan  na  niebezpieczeństwo  odwetu  ze  strony  plemienia  Klaggów.  W 
tych okolicach nawet nie widzieliśmy żadnego Talza czy trójnoga i to co najmniej od... 

Luke  uniósł  głowę.  Siedział  przed  monitorem  komputera  stojącym  na  biurku  w 

gabinecie  kwatermistrza,  w  pobliżu  wejścia  do  niewielkiego  kompleksu  warsztatów  i 
magazynów. Przez otwarte drzwi można było dostrzec długi korytarz wiodący do ster-
burtowego  wejścia  do  wielkiej  mesy.  Prawdę  mówiąc,  dało  się  dojrzeć  tylko  część, 
widoczną  ponad  ramieniem  Threepia.  Protokolarny  android,  nerwowo  przestępując  z 
nogi na nogę, stał na progu pomieszczenia i wyglądał na korytarz z częstotliwością, z 
jaką czyniłby to pod koniec przerwy obiadowej polujący na poduszkowiec makler gieł-
dowy  na  Coruscant.  Luke  pomyślał, że gdyby Threepio nie  miał  wewnętrznego chro-
nometru, spoglądałby co dziesięć sekund na zegarek. 

- Porwali Cray - przypomniał półgłosem. 
Torturowanie Jawy było tylko zabawą wynikającą ze zwykłej złośliwości. Czasa-

mi  dzieci  dręczą  ranne  stworzenia,  kierując  się  podobnymi  pobudkami.  Czym  innym 
było jednak polowanie na Klagga. Klaggowie zaliczali się do wrogów. Klaggowie będą 
traktowali Cray jak wroga. 

Zwłaszcza teraz - pomyślał Luke - po śmierci jednego z ich ziomków w korytarzu, 

strzeżonym przez opalizujące błyskawice. 

Mimo iż był potwornie zmęczony, zaczął znów przebierać palcami po klawiszach. 
Schemat systemu 
* Cel udostępnienia tej informacji?  
Szczegóły systemu 
* Cel udostępnienia tej informacji?  
Modyfikacje systemu 
* Cel udostępnienia tej... 
Celem udostępnienia tej informacji jest pragnienie wyciągnięcia z ciebie czegoś 

więcej  niż  tylko  faktu,  że  Wola  sprawuje  kontrolę  nad  wszystkim  i  wszystko  jest  w 
idealnym porządku - mruknął Luke przez zaciśnięte zęby. Czuł, że ból w głowie zaczy-
na powracać ze zdwojoną siłą. Bolały go także wszystkie mięśnie, jakby stoczył się po 
schodach.  Mimo  nasączonego  perigenem  tamponu,  który  przykleił  do  zranionej  nogi, 
wyraźnie czuł pulsowanie głęboko w środku zaognionej rany. Zastanawiał się, jak dłu-
go będzie miał siły ogniskować Moc i nakazywać jej, by zwalczała zakażenie rozszar-
panych tkanek. - I jeżeli będę musiał, posłużę się każdym imperialnym kodem i syste-
mem łamania szyfrów, jakiego nauczyłem się od Cray, Hana i Ghenta. 

background image

Barbara Hambly 

101 

-  Jaka  szkoda,  że  nie  ma  z  nami  teraz  Artoo,  proszę  pana  -  odezwał  się  android. 

Cicho  stukając  metalowymi  stopami,  wszedł  do  środka  i  nieśmiało  stanął  za  plecami 
Skywalkera. - Jest o wiele lepszy niż ja w prowadzeniu rozmów z tymi superkompute-
rami.  Pamiętam, że kiedy lataliśmy razem z kapitanem  Antillesem...  Och!  Sio, ty pa-
skudny mały nicponiu! 

Luke  nie  musiał  się  odwracać,  aby  wiedzieć,  że  do  gabinetu  wszedł  jeden  z  Ja-

wów. Każdy, kto kiedykolwiek miał do czynienia z tymi istotami, doskonale się orien-
tował, kiedy któraś z nich przebywała w czterech ścianach zamkniętego pomieszczenia. 

- Nie, wszystko w porządku, Threepio - odparł szybko mistrz Jedi. 
Po tym, jak był świadkiem śmierci Klagga, darzył Jawów znacznie większą sym-

patią.  Zmarszczył  brwi  i  zaciekawiony  obrócił  się,  nie  wstając  z  fotela.  Pamiętał,  że 
istoty na ogół unikały kontaktów z przedstawicielami innych ras, a zwłaszcza na pokła-
dach tego statku. 

- Czego chcesz, mały? 
Zorientował się, że przybysz jest tym samym Jawą, któremu ocalił życie tego ran-

ka. Nie potrafiłby jednak powiedzieć, skąd to wie. Wszystkie istoty wyglądały niemal 
tak samo w obszarpanych brunatnych płaszczach, niechlujnych rękawicach i przepaści-
stych kapturach skrywających całe głowy. Po prostu był tego pewien. 

- Panie... 
Pustynny dialekt, przypominający piskliwy żargon, był niemal niezrozumiały. Ja-

wa  wyciągnął  nieśmiało  jedną  brudną  rękę  i  dotknął  rękojeści  świetlnego  miecza  wi-
szącego u pasa mistrza Skywalkera. 

Luke  objął  palcami rękojeść  obronnym gestem, chociaż  nie  odnosił  wrażenia, że 

istota zamierza pozbawić go broni. 

- Obawiam się, że to należy do mnie, kolego. 
Jawa  cofnął  się  i przez  chwilę  nie  mówił ani słowa. Później zagłębił rękę  w  fał-

dach płaszcza. 

- Dla ciebie - powiedział. 
Kiedy wyciągnął rękę w stronę Luke'a, trzymał w niej jeszcze jeden miecz świetl-

ny rycerza Jedi. 

background image

Dzieci Jedi 

102 

R O Z D Z I A Ł  

Istniała specjalna technika zdobywania informacji w barach, jakie rozsiadły się po 

obu stronach alei wiodącej do kosmoportu. Leia rozpoznała ją natychmiast jako odmia-
nę czegoś, co sama praktykowała podczas dyplomatycznych uroczystości. Podobnie jak 
wówczas, tak i teraz najważniejszy był nie zestaw określonych pytań, lecz ogólne na-
stawienie  do  rozmówcy,  nacechowane  bezinteresowną  przyjaźnią  i  połączone  z  nie-
skrywaną  chęcią  poznania  przynajmniej  części  jego  życiorysu.  Dużą  rolę  odgrywała 
także  niemal  nieskończona  cierpliwość,  zdolność  tolerowania  nieistotnych  błahostek, 
umysłowy filtr pozwalający na odcedzenie śmieci, a także umiejętność pogodzenia się - 
udawanego, jeżeli okazywało się to konieczne - z faktem, że tego popołudnia nie ma się 
absolutnie niczego innego do roboty. 

Leia z przyjemnością obserwowała, jak Han zabiera się do pracy. Włóczyła się z 

nim po barach, ubrana w wybraną przez niego na tę okazję suknię, w jakiej nie mogłaby 
się pokazać na żadnym dyplomatycznym bankiecie. Siadywała na wysokich barowych 
stołkach,  żeby  wypić  łyk  tego  czy  owego  trunku  ze  szklanki,  w  której  pływał  mały 
plastikowy  model  gwiezdnego  statku.  Przysłuchiwała  się,  jak  rozmawia  na  trywialne 
tematy z barmanami, i obserwowała transmisje różnych zawodów na wideomonitorach, 
ustawionych w pozornie bezdennych ciemnych niszach w kątach sali. W ciągu ośmiu 
lat, jakie upłynęły od chwili, kiedy poznała Hana Solo, nauczyła się wszystkich reguł i 
technik prowadzenia takich rozmów. Przysłuchując się wyjątkowo głośnym dźwiękom 
złej muzyki, potrafiła rozmawiać pozornie o niczym z robotnikami portowymi, urzęd-
nikami, drobnymi handlarzami, przemytnikami, naganiaczami i  włóczęgami. Wiedzia-
ła, że nawet mieszkańcy dużych gromad gwiezdnych nie rozpoznaliby jej i Hana, gdy-
by nie znali ich albo nie wiedzieli, kim są i czym się zajmują. Dla dziewięćdziesięciu 
procent  inteligentnych  istot,  zamieszkujących  galaktykę,  wszystkie  okazy  innych  ras 
nie różniły się od siebie. A zresztą, również większość istot ludzkich nie rozpoznałaby 
senatorów pochodzących z ich własnych światów. 

Leia uświadomiła sobie nagle, że wyjątkiem od tej reguły były planety, rządzone 

przez  prastare  rody.  Pamiętała,  że  na  Alderaanie  wszyscy  ją  dobrze  znali.  Urzędnicy, 
kupcy i zatrudnieni w gwiezdnych stoczniach mechanicy uważnie śledzili na ekranach 
własnych odbiorników prywatne życie członków panującego rodu. Przyglądali się, jak 

background image

Barbara Hambly 

103 
dostojnicy  wstępują  w  małżeńskie  związki,  rozwodzą  się  i  kłócą  o  prawo  własności 
tego  czy  tamtego  terytorium,  a  nawet  do  jakich  prywatnych  akademii  posyłają  swoje 
dzieci.  Kręcili  głowami,  nie  mogąc  się  pogodzić  z  nieodpowiedzialną  partnerką,  wy-
branką kuzyna Niala. Wspominali skandal sprzed wielu lat, wskutek którego ciotka Tia 
musiała zerwać zaręczyny z... jak on się nazywał?.. . z rodu Vandronów. 

Książę Isolder, starający się niegdyś o rękę Leii, powiedział jej, że tak samo wy-

glądała sytuacja w gromadzie gwiezdnej Hapes, rządzonej od wielu stuleci przez człon-
ków tego samego rodu. 

Tutaj zaś Han był tylko  wychudzonym  mężczyzną  z  blizną  na  podbródku, mają-

cym zwyczaj obserwować drzwi, jakby był przemytnikiem, a ona kobietą o kasztano-
watych włosach, odzianą w strój, którego ciotka Rouge nie tylko nie pozwoliłaby nosić 
w miejscu publicznym, ale za nieposłuszeństwo zamknęłaby bratanicę w komnacie. 

Z  narastającym  szacunkiem  Leia  przysłuchiwała  się,  jak  Han  rozmawiał  przez 

trzydzieści minut ze starą, posiwiałą i zasuszoną Durosianką na temat puttie, jednego z 
najnudniej szych sportów w całym wszechświecie, zanim skierował rozmowę na intere-
sujące go tory. Leia nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego jej mąż doszedł do przekona-
nia, że właśnie siedzą w barze, w którym można zadać to pytanie. 

Nagrodą  była  informacja,  że  stara  Durosianką  -  nazywała  się  Oso  Nin  -  dobrze 

znała  Druba  McKumba,  a  także  przypominała  sobie  fakt,  że  przemytnik  w  zagadko-
wych okolicznościach zaginął przed sześcioma laty. 

- Jesteś pewna, że po prostu się nie zmył, przypuszczając, iż mógłby wpaść w ta-

rapaty? - zapytał Han. 

- Skądże znowu, nic podobnego  - odparła Durosianka. - A nawet, jak mógłby się 

zmyć,  skoro  pozostawił  tu  swój  statek.  Jego  pudło  zostało  skonfiskowane  i  trzymane 
przez dziesięć miesięcy. W tym czasie zarządca lądowiska musiał bronić się przed obi-
bokami i kapitanami gwiezdnych trampów, którzy chcieli go przekupić, by pozwolił im 
zdemontować  jakieś  urządzenie.  W  końcu  jednak  sprzedał  cały  kram  dosłownie  za 
grosze  grupie  Rodian.  -  Istota  zachichotała,  ukazując  kilka  rzędów  drobnych,  ostrych 
brązowych zębów.  -  To były  okropne  żółtodzioby. Wystartowali z  ładunkiem przece-
nionego jedwabiu, zamierzając przechytrzyć celników i sprzedać cały towar w jednym 
z  większych systemów gwiezdnych galaktyki, ale padli ofiarą dział pierwszego patro-
lowca, jaki spotkali na swojej drodze. Stracili taki dobry statek, nie mówiąc o ładunku 
jedwabiu. 

Z żalem pokręciła głową. Dymiący Wodotrysk, podobnie jak wszystkie inne bary 

w  alei,  składał  się  z  trzech  pomieszczeń,  wykonanych  z  białego  prefabrykowanego 
plastenu i połączonych w ten sposób, aby tworzyły jedną wielką salę. Całość wzniesio-
no na spękanej, zwietrzałej skale i podparto w wielu miejscach, żeby budowla się nie 
kołysała. Podobne plastenowe sześciany produkowano całymi milionami na Sulluście. 
Pomiędzy  Elroodem  a  Odległymi  Rubieżami  trudno  byłoby  znaleźć  skolonizowaną 
planetę, na której nie byłoby przynajmniej kilku takich budowli - a czasami nawet miast 
-zbudowanych z tych standardowych białych klocków. 

W części miasta wzniesionej w pobliżu odcinka urwiska, gdzie biura kosmoportu 

tworzyły coś na kształt bramy wjazdowej do tuneli wiodących bezpośrednio do szybów 

background image

Dzieci Jedi 

104 

ładowniczych, większość takich budowli przymocowano - mniej lub bardziej starannie 
- do  masywnych  ścian albo  mających kształty dziurek od klucza otworów starych do-
mostw. Opary, wydobywające się z ukrytych pod fundamentami źródeł wrzącej wody, 
wciąż jeszcze przeciskały się przez otwory i szpary w potrzaskanych kolumnach i fila-
rach. Leia zauważyła, że większość zbudowanych w ten sposób domów - nie wyłącza-
jąc tego, w którym zamieszkała z Hanem - została ozdobiona wiszącymi matami, sple-
cionymi  z  włókien  miejscowej  trawy,  a  także  barwnymi  tkaninami  i  kratami,  które 
opleciono  pędami  winorośli,  by  zminimalizować  niewątpliwe  podobieństwo  do  krat 
więziennej celi. 

Dymiącemu Wodotryskowi poskąpiono jednak tych wszystkich ozdób. 
- I nikt nie próbował się dowiedzieć, jaki los mógł spotkać biednego Druba? 
Leia dała znak barmanowi, by ponownie napełnił szklankę Oso Nim. 
-  Bzzz!  -  Durosianka  wydała  lekceważący  dźwięk  i  machnęła  ręką  w  powietrzu, 

jakby odganiała muchę. - W ciągu tego czasu mężczyźnie z tej branży mogło przyda-
rzyć się wiele przygód, złotko. Nawet w takiej zacofanej dziurze jak ta. Czasami mija 
sześć miesięcy, zanim jego przyjaciele się zorientują, czy ktoś nie zniknął celowo. Bez 
względu na to, czy zostawił statek, czy nie. 

- A zatem minęło sześć miesięcy, zanim jego przyjaciele wyruszyli na poszukiwa-

nia? - zapytał Han. 

Oso Nim zarechotała i przekrzywiła głowę, by skierować na niego figlarnie zmru-

żone pomarańczowe oczy. 

- Czy  wiesz, gdzie  mogą być i co robić twoi przyjaciele po upływie sześciu  mie-

sięcy? Zastępca Druba i członkowie załogi jego balii twierdzili, że ich kapitan wyruszył 
na poszukiwania starych krypt, ukrytych pod ruinami w górnej części miasta. Oni także 
wyprawili się tam, by ich szukać, ale niech to zaraza, tam nie ma żadnych krypt! Ludzie 
poszukują ich od lat, wszędzie jednak widzą tylko lite skały. Tunele, wydrążone przez 
przemytników... Jasne, że w okolicach tego przeklętego miasta nie brakuje tuneli, wy-
drążonych  przez  przemytników,  ale  krypty?  Zastępca  kapitana  i  załoga  znaleźli  tam 
jedynie  lite skały, podobnie  jak  wszyscy inni,  którzy rozglądali się  tam  wcześniej niż 
oni. 

-  Czego  mogli  szukać  inni,  którzy  pojawili  się  wcześniej  niż  oni?  -  zapytał  Han, 

wyjmując  butelkę  z  palców  barmana  i  uzupełniając  poziom  trunku  w  szklance  starej 
Durosianki. 

Powiedział  to  półgłosem,  ale  tak,  żeby  można  było  go  usłyszeć  pomimo  hałasu, 

jaki  dobiegał  z  zawieszonej  nad  ladą  holograficznej  skrzynki  ukazującej  końcowy 
fragment ostatniego z serii meczów, rozgrywanych przez zawodników Lafry i Gathusa. 
Durosianka wybuchnęła głośnym śmiechem. 

- Och, kochasiu, czyżbyś mimo upływu tylu lat był nadal jego wiernym przyjacie-

lem? A może jesteś dawno zaginionym bratem? 

Durosianie  na  ogół się  nie  śmieją. Kiedy Leia  ujrzała  przyprawiającą  o dreszcze 

panoramę zmarszczek, ostrych zębów i błyszczących oczu, a także poczuła smrodliwą 
woń oddechu, zrozumiała, dlaczego przedstawiciele innych ras robią wszystko, by isto-
ty się nie śmiały. 

background image

Barbara Hambly 

105 

- Hej, Chatty!  - zawołała Oso Nim do istoty ludzkiej w roboczym kombinezonie, 

upstrzonym purpurowymi plamami. Mężczyzna miał poplamione i obandażowane ręce, 
co wskazywało, że zajmuje się pakowaniem winokawy.  - Przyleciał do nas dawno za-
giniony brat McKumba, żeby w końcu odnaleźć jego kości! 

- Co, ty też sądzisz, że pod domostwem Pletta są wydrążone jakieś krypty? - zapy-

tał  Chatty.  Mężczyzna  miał  chyba  jeszcze  bardziej  pomarszczoną  i  zniszczoną  twarz 
niż Oso Nim, ale kiedy Leia spojrzała na niego, uświadomiła sobie, że nie może być o 
wiele starszy niż jej mąż. - Ukryte tunele, wypełnione stosami klejnotów? 

Han pokręcił głową i uczynił gest mający oznaczać:  „Ja tego nie powiedziałem". 

Ujrzawszy  go,  Chatty  porozumiewawczo  zmrużył  jedno  oko.  Drugie  było  sztuczne, 
tandetne, w rodzaju takich, jakie wyrabia się na Sulluście, i miało żółknącą plastikową 
rogówkę. 

-  Jeżeli  w  tych  kryptach  kryją  się  jakieś  klejnoty,  to  dlaczego  Bran  Kempler  jest 

nadal takim biedakiem? Dlaczego ciuła kredyt do kredy-ta, przemycając kawę i prowa-
dząc dom gier w Żądzy Dżungli? 

-  Bran  Kempie  jest  teraz  naczelnikiem  miasta?  -  Han  uniósł  brwi,  szczerze  zdzi-

wiony. - Myślałem, że jest nim nadal Slyte Nubblyk. 

- W jakiej dziurze ukrywaliście się przez ostatnie osiem lat, kochasie? - roześmiała 

się Durosianka. Chatty odebrał Hanowi butelkę i nalał najpierw sobie, a potem łaskawie 
dolał trunku do szklanki Leii. Żona Hana, autentycznie rozbawiona, powstrzymała się 
jednak od zwrócenia uwagi,  że ludzie żyjący od dziesięcioleci na samym dnie  wulka-
nicznej rozpadliny nie mają prawa oskarżać innych o to, iż ukrywają się w dziurach. - 
Slyte zwinął swój interes przed ośmioma czy dziewięcioma laty. Od czasu, kiedy odle-
ciał, wszystko się rozsypało. 

- Wszystko się rozsypało  - powtórzył Chatty, tęsknie tuląc butelkę, odebraną Ha-

nowi. - Piekielne ognie, chłopie! - ryknął nagle na całe gardło, kiedy jego uwagę przy-
kuła akcja, w której uczestniczyło dwudziestu pięciu graczy z planety Lafra. -I wy ma-
cie  czelność  nazywać  to  cuchnącym  strzelaniem?  Za  milion  kredytów  rocznie  jestem 
gotów  przyłączyć  się  do  waszej  cuchnącej  drużyny  i  przegrywać  za  was  wszystkie 
cuchnące mecze, wy głupie syny bagiennych diabłów! 

- Jesteś pewna, że Slyte zwinął własny interes? - zapytała Leia. 
Oparła łokcie o ladę baru, po czym obdarzyła Oso Nim niewinnym, zafascynowa-

nym spojrzeniem. 

Durosianka wyszczerzyła wszystkie zęby i wyciągnąwszy niemal zmumifikowane 

palce, uszczypnęła Leię w policzek. 

- Twoja towarzyszka życia jest naprawdę bystra, aniołku - rzekła, zwracając się do 

Hana.  -  Slyte  był  szczwaną  starą  pluskwą.  Gdyby  zamierzał  wtykać  nos  w  nie  swoje 
sprawy,  uczyniłby  to  po  kryjomu.  Nie  przyszedłby  tu  na  wpół  pijany  jak  Whiphid 
Mubbin,  który zaczął  się  chełpić, jak rozgryzł  tajemnicę  domostwa  Pletta, ani też  nie 
chwaliłby się jak stary Drab swoimi „obliczeniami". Och, nie wątpię, że w starych ru-
inach na górze kryje się coś, co nie chce, żeby ludzie tam zaglądali. Może to coś chwyta 
takich głupków jak Mubbin czy Drab, albo ten, jak mu tam; ten wielki Wookie, co pra-

background image

Dzieci Jedi 

106 

cował  jako  mechanik  dla  Galaktycznego...  a  potem  ładuje  na  statki  i  wysyła  w  prze-
stworza. 

Pokręciła  głową,  po  czym  wysuszyła  do  dna  szklankę  i  wyjęła  butelkę  z  dłoni 

Chatty'ego.  Przechyliła  ją  i  z  bezgranicznym  smutkiem  spoglądała  na  kilka  ostatnich 
kropel płynu, które ściekły do naczynia. 

- No cóż, bez względu na to, co to jest, zawsze mówię, że ta gra jest niewarta zła-

manego kredyta, a więc po co narażać się na kłopoty. - Wzruszyła ramionami. - Może 
Drab po prostu wpadł do szybu remontowego, a potem został zjedzony przez krecze. 

- Krecze? - zapytała szybko Leia. 
W pomarańczowych oczach istoty błysnęły piekielne ogniki rozbawienia. 
-  Od  jak  dawna  przebywasz  w  mieście,  pięknooka?  Nie  martw  się,  już  niedługo 

zobaczysz krecze. A jeżeli chodzi o starego Draba, dlaczego miałby szukać czegoś tam 
na  górze,  skoro  nie  mógł  zarobić  na  tym  ani  kredyta?  A  możesz  być  pewna,  że  nie 
mógł, bo w przeciwnym razie zainteresowałyby się tym wielkie spółki. 

Durosianka  uśmiechnęła  się,  uszczęśliwiona,  kiedy  zobaczyła,  że  Leia  daje  bar-

manowi jakieś znaki. Po chwili na odpornej na plamy leksoplastowej ladzie baru zmate-
rializowała się kolejna butelka. 

- Dziękuję ci, kotku... - Oso Nim kiwnęła głową w stronę Hana, a potem pochyliła 

się ku Leii i ciągnęła konfidencjonalnym szeptem: - Wiesz, jesteś o wiele za dobra dla 
takich gości jak on. 

- Wiem - szepnęła równie cicho Leia. Zachwycona Durosianka głośno zarechotała. 
Po chwili jednak posmutniała i wlała do gardła zawartość kolejnej szklanki. 
-  No  cóż,  i  tak  zresztą  to  wszystko  zamieniło  się  w  kupę  śmiecia  -  ciągnęła.  - 

Wielka szkoda, bo przed ośmiu czy dziewięciu laty ta dziura była naprawdę gwarna i 
rojna. Co tydzień lądowało tu po kryjomu dwanaście, czternaście statków, które zabie-
rały towar spod lodowca. To miejsce było równie zatłoczone w południe, jak o północy, 
może nawet bardziej. Tylko Slyte Nubblyk wiedział, jak kierować wszystkimi sprawa-
mi. Od czasu, kiedy odleciał, wszystko zamieniło się w karmę dla nerfów. 

To dziwne - pomyślała Leia, kiedy po kilku następnych chwilach postanowiła sko-

rzystać  z  toalety  Dymiącego  Wodotrysku.  O  ile  mogła  wywnioskować  z  coraz  mniej 
zrozumiałych wypowiedzi Oso Nim (Han zamówił jeszcze jedną błękitną butelkę tego 
samego  trunku,  a  Chatty  był  pochłonięty  oglądaniem  drugiej  części  dwumeczu),  od 
czasu  odlotu  Slyte'a  Nubblyka  warunki  prowadzenia  „interesu",  to  znaczy  przemytu, 
uległy drastycznemu pogorszeniu. Tamtego roku zniknął  Whiphid Mubbin, przyjaciel 
Druba McKumba... Było to rok po śmierci Palpatine'a i upadku Imperium. A następne-
go roku, kiedy Drub McKumb powrócił na Belsavis, także zniknął. 

Gospodyni ciotki Rouge miała zwyczaj mawiać: To, że trzymasz mydło w spiżar-

ni, nie oznacza jeszcze, że staje się pożywieniem. 

Fakt,  że  między  tymi  wydarzeniami  upłynął  stosunkowo  krótki  czas,  nie  musiał 

mieć znaczenia. 

A jednak... 
Każdy centymetr kwadratowy gruntu  w wulkanicznej rozpadlinie został przezna-

czony pod uprawy, wskutek czego parcele w mieście miały małe rozmiary. Budynki w 

background image

Barbara Hambly 

107 

rodzaju  kantyny  -  i  jeszcze  starszych  kamiennych  domów,  na  których  fundamentach 
zostały  zbudowane  -  zajmowały  czasami  całą  wolną  przestrzeń,  od  jednej  granicy 
działki  do  drugiej.  Na  powierzchni  bardzo  często  brakowało  miejsca  na  urządzenia 
sanitarne. Leia dostrzegła w kącie sali staromodne, ręcznie otwierane drzwi, na których 
widniały  powszechnie  zrozumiałe  oznaczenia.  Za  drzwiami  ujrzała  brudne,  wilgotne 
kamienne  schody,  oświetlone  słabym  blaskiem  pojedynczego  panela  jarzeniowego, 
nastawionego na najmniejszą jasność. Schody wiodły do pogrążonego w ciemnościach 
podziemnego  korytarza.  Chociaż  gorąca  woda,  wypływająca  z  większości  źródeł,  nad 
którymi wznoszono stare domy, została przed laty skierowana w inną stronę, w mrocz-
nym korytarzu panował jeszcze  większy zaduch niż  w kantynie. W powietrzu wyczu-
wało  się  ślad  kwaśnej  woni  jakichś  gazów,  a  czarno-czerwone  kamienne  ściany  były 
porośnięte koloniami grzybów i pokryte pleśnią. Na ich widok Leia się ucieszyła, że nie 
zamówiła  żadnej  sałatki  spośród  kilku,  jakie  widziała  w  ubogim  jadłospisie  kantyny. 
Nagle  dostrzegła,  że  w  przeciwległym  krańcu  korytarza  coś  się  poruszyło.  Nerwowo 
zapaliła mały jarzeniowy pręt, który odpięła od pasa, i spojrzała po raz pierwszy na coś, 
co musiało być kreczem. 

Stworzenie miało długość mniej więcej połowy dłoni i średnicę prawie trzech złą-

czonych  palców.  Barwa  jego  sierści  przypominała  kolor  strupa  na  gojącej  się  ranie. 
Leia zwróciła uwagę na to, że stworzenie miało dwie szczęki -jedną nad drugą- na tyle 
duże,  że  nawet  z  odległości  pięciu  metrów  doskonale  widziała  ostre,  spiczaste  zęby. 
Zwierzę miało także kolczaste szczypce na ogonie. Skoczyło ku niej jakby wystrzelone 
z katapulty, a Leia, która dobrze wiedziała, że w tak ograniczonej przestrzeni nie może 
posłużyć  się blasterem, błyskawicznie rozejrzała się  w poszukiwaniu innej broni. Się-
gnęła po odłamek skały, stanowiący fragment najwyższego stopnia schodów, i czując, 
że zaczyna ogarniać ją przerażenie, cisnęła w krecza. 

Kamień  z  trzaskiem  odbił  się  od  segmentowanego  pancerza,  pokrywającego 

grzbiet  stworzenia,  i  potoczył  się  w  głąb  korytarza.  Krecz  zadrżał  konwulsyjnie,  po 
czym rzucił się w bok i w następnej chwili zniknął między rurami biegnącymi wzdłuż 
jednej ściany korytarza. Rozglądając się nerwowo, Leia zeszła na dół, by podnieść ka-
mień.  Kiedy  mu  się  przyjrzała,  zauważyła  wilgotną  brązową  plamę  i  poczuła  ohydny 
słodki odór przypominający woń gnijących owoców. 

Zanim skorzystała z odrażającej małej kabiny znajdującej się na samym końcu ko-

rytarza,  dokładnie  sprawdziła  w  blasku  jarzeniowego  pręta,  czy  nie  ukryło  się  w  niej 
więcej takich stworzeń, po czym wyszła i pospiesznie wróciła do kantyny. 

Zjedzą nas krecze... 
Pomyślała, że jeżeli tak wyglądają krecze, nie chciałaby spotkać ich w kryptach, w 

których kiedyś dzieci Jedi rzucały sobie  wyzwania, by przekonać się, które zejdzie w 
głąb szybu Pletta... zakładając, rzecz jasna, że odnalazłaby te krypty. 

 
- To, że trzymasz mydło w spiżarni, nie oznacza jeszcze, że staje się pożywieniem 

-  przyznał  zamyślony  Han,  kiedy  przecinając  pasma  snującej  się  mgły,  powracali  do 
domu, który przygotował dla nich Jevax. - Ale to nie przypadek, że trzymasz je w po-
bliżu miejsca, gdzie zazwyczaj zmywasz naczynia. 

background image

Dzieci Jedi 

108 

Leia  kiwnęła  głową,  zgadzając  się  z  tokiem  jego  rozumowania,  a  po  chwili 

uśmiechnęła się znacząco. 

- A właściwie, co wiesz na temat zmywania naczyń.. .aniołku?- zapytała. 
- Wierz  mi, Wasza Wysokość-kość, że gdybyś spędziła trzy czwarte życia, obija-

jąc się po różnych kątach galaktyki - odrzekł Han - nauczyłabyś się korzystać z niejed-
nego automatu do zmywania naczyń, nie mówiąc już o tym, że czasami zmywałabyś je 
sama w strumieniu wody. 

Wsunął kciuki za pas, ale Leia wiedziała, że wszystkimi zmysłami starał się reje-

strować to, co działo się wokół niej i niego. Wiecznie snujące się opary Plawal przera-
żały ją i denerwowały. Były najgęściejsze w najniżej położonym, przeciwległym krań-
cu doliny, gdzie tryskały źródła wrzątku, ale nawet i tu, wokół zagłębień wypełnionych 
ciepłą  wodą, ograniczały widoczność do kilku metrów. Nawet  nieco wyżej, na pozio-
mie ulic biegnących skrajem owocowych sadów, pewne fragmenty krajobrazu to znika-
ły, to znów pojawiały się jak żywe obrazy: drzewa owocowe, ozdobione kwiatami or-
chidei  i oplecione  pędami  winorośli  w ten sposób, że  wszystkie  gałęzie zwieszały się 
pod  ciężarem  dwóch  albo  trzech  gatunków  owoców...  Tysiące  miniaturowych  pomo-
stów, przerzuconych ponad okrytymi mgiełką strumieniami i stawami o brzegach poro-
śniętych gąszczem paproci, które zapewniały schronienie żabom i salamandrom... Żół-
te, zielone i błękitne pittiny, drzemiące na wystających jak kolana sękach szalamanow-
ców  i  aforowców  albo  polujące  w  trawie  na  owady...  umieszczone  obok  pni  cenniej-
szych drzew automaty odstraszające szkodniki... i zielone albo bursztynowe oczy prze-
świecające przez obłoki mgły niczym niesamowite paciorki. Spomiędzy smug oparów 
wyłaniały się w nieoczekiwanych miejscach bloki wulkanicznej lawy, na których bieli-
ły się połyskujące prefabrykowane ściany domów. Czasami było widać także drewnia-
ne albo plastikowe rampy, przerzucone niczym kładki od poziomu ulicy do drzwi. Po 
bokach  ustawiono  wykonane  z  importowanego  czerwonego  plastiku  albo  rodzimej 
terakoty donice, w których rosły krzaki słodkich jagód, slochanów i lipan. 

Wszystko to było po prostu piękne... Mimo to Leia ani przez chwilę nie przestawa-

ła uświadamiać sobie faktu, że widoczność jest ograniczona do dwóch metrów, a cza-
sami nawet półtora. 

- Co właściwie wiesz na temat tych tuneli, używanych przez przemytników?  - za-

pytała. 

-  W  czasach,  kiedy  jeszcze  siedziałem  w  tym  interesie  -  zaczął  Han  -  co  prawda 

nigdy tu  nie  przylatywałem;  rozumiesz, zbyt blisko  sektora  Senexa  -  wiedziałem jed-
nak, że na powierzchni lodowca znajduje się co najmniej kilkanaście  lądowisk. Jeżeli 
sądzić po liczbie ludzi w barach, którzy nadal uprawiają ten proceder, zdziwiłbym się, 
gdyby  co  najmniej  jedno  albo  dwa  nadal  nie  funkcjonowały.  Poza  tym,  jeśli  wierzyć 
Calrissianowi,  pomimo upadku Imperium stawki celne  nie  uległy obniżeniu... a  jeżeli 
chodzi o opłaty za prawo do wywozu tutejszych towarów, raczej nawet wzrosły. A to 
oznacza, że przed dziewięcioma laty coś tutaj się skończyło, coś wyschło. 

- Dokładnie rok po bitwie o Endor - przypomniała Leia. Han kiwnął głową. 
- Warto o tym pamiętać, kiedy będziesz przeszukiwała rejestry miasta... teraz, gdy 

stary Jevax znalazł trochę czasu, żeby wybrać te, które mogą ci coś powiedzieć. 

background image

Barbara Hambly 

109 

- Wiesz, co, Hanie... - Leia przystanęła u szczytu drewnianej rampy, wiodącej do 

drzwi wejściowych i przerzuconej nad wysokim, kamiennym fundamentem ich domu. - 
Właśnie to pociągało mnie  w tobie od chwili,  kiedy po raz pierwszy cię ujrzałam. Ta 
dziecinna niewinność twojego serca. 

Han wyszczerzył zęby w uśmiechu i chwycił jej rękę. Leia usiłowała wymknąć się 

i wejść do domu, ale Han stanął w taki sposób, że nie mogła. Położył dłonie na jej ra-
mionach, po czym zajrzał głęboko w oczy i zapytał: 

- Chcesz przekonać się, jaki potrafię być niewinny? Leia wyciągnęła rękę i dotknę-

ła blizny na jego policzku. 

-  Wiem,  jaki  potrafisz  być  niewinny  -  odparła,  wcale  nie  żartując.  Ich  wargi  złą-

czyły się w pocałunku. Oboje stali, osłonięci kłębami mgły, na szczycie rampy. 

Nagle usłyszeli odgłos stłumionych kroków i ciche brzęczenie serwomotorów, do-

biegające z dołu rampy. Odskoczyli od siebie, w samą porę, by ujrzeć wysoką sylwetkę 
Chewbaccy  wyłaniającą  się  z  kłębów opalizującej perłowej mgiełki.  Po chwili ukazał 
się także Artoo. W miarę jak wzmacniane przez kopułę promienie słońca traciły blask, 
lśniące opary zaczynały przybierać coraz ciemniejsze odcienie. Na tyłach domu, gdzie 
zaczynały się ciągnąć rosnące na zboczu owocowe sady, gęstniały już mroki wieczoru. 

- Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? 
Kiedy  przechodzili  przez  drzwi  domu,  Chewbacca  głośno  jęknął  i  wymownie 

wzruszył  ramionami.  Postanowił  przeprowadzić  śledztwo  na  własną  rękę  i  odwiedził 
kilka miejsc, a pobyt w nich nasączył jego sierść dziwnymi woniami. Oznajmił, że nie 
dowiedział  się  niczego  ciekawego.  Nie  działo  się  nic  szczególnego.  Na  powierzchni 
lodowca  funkcjonowało tylko jedno lądowisko, i to od czasu do czasu, jako że coraz 
mniej  pilotów  decydowało  się  na  trudy  lądowania  i  przelotu  Korytarzem.  Niewielu 
przemytników przybywało, by kupować przeceniony winojedwab - przeważnie pośled-
niego  gatunku,  odrzucony  przez  fabryki.  Chewbacca  spotkał  także  kilku  handlarzy 
dostarczających yarrock, ryli i inne przysmaki dla czołowych płatów mózgowych sta-
rych wyg, mieszkających w obskurnych budach albo szałasach na poboczu alei wiodą-
cej do kosmoportu. Było jasne, że Bran Kempie nie jest jedyną osobą trudniącą się stale 
handlem  tym  towarem.  Wszyscy  jednak  zgodnie  twierdzili:  „Nie  to,  co  za  dawnych 
czasów". I jeżeli komuś nie przeszkadzały purpurowe plamy na palcach, mógłby lepiej 
zarobić, gdyby zdecydował się na pakowanie brandifertu. 

- Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym zabrać Artoo do ratusza. - Kiedy 

Leia  weszła  do  domu,  włożyła  ciemnozielono-fioletową  tunikę,  trochę  bardziej  ele-
gancką  niż  szaty,  jakie  miała  na  sobie  podczas  zwiedzania  barów  -  prawdę  mówiąc, 
miała bieliznę w lepszym gatunku niż tamten strój - a także wygodniejsze buty. -Artoo, 
czy znalazłeś coś w publicznym punkcie informacji, kiedy byliśmy na górze i zwiedza-
liśmy domostwo Pletta? 

Astronawigacyjny  robot  posłusznie  potoczył  się  w  stronę  stojącego  w  kącie  po-

mieszczenia terminala komputerowego, zaopatrzonego w monitor i drukarkę. Wysunął 
końcówkę, dołączył się do komputera i po chwili drukarka zaczęła cicho mruczeć. Han 
przeszedł przez pokój, żeby rzucić okiem na wydruki. 

background image

Dzieci Jedi 

110 

-  Dane  na  temat  eksportu,  zebrane  w  ciągu  ostatniego  tygodnia  ze  wszystkich 

siedmiu większych firm zajmujących się pakowaniem towarów - powiedział, poważnie 
kiwając głową. -Hmmm... O, a teraz informacje na temat stanu zdrowia zatrudnionych 
tam robotników...  Zużycie  paliwa  wszystkich statków  startujących i  lądujących  w ze-
szłym  tygodniu...  Coraz  lepiej,  coraz  lepiej...  Kapitalnie,  naprawdę  coś  ciekawego! 
Koszty  napraw  i  usuwania  awarii  automatów  zrywających  owoce,  zamortyzowane  w 
ciągu ostatniego dziesięciolecia. Leio, nie  wiem doprawdy, czy moje serce to wytrzy-
ma... 

Leia niezbyt silnie szturchnęła go w ramię zaciśniętą pięścią. 
- Nie dokuczaj biedakowi... - powiedziała, a potem zwróciła się do robota: - Spisa-

łeś się na medal, Artoo. Zawsze można liczyć na twoją pomoc. 

Mały robot zapiszczał. Za oknami sypialni, ciągnącymi się wzdłuż jednej ściany, a 

także za widocznym przez nie małym kamiennym tarasem gęstniały ciemności zapada-
jącej nocy. Światła lamp, widoczne w wielu miejscach owocowych sadów rosnących na 
zboczu  poniżej  domu,  tworzyły  rozmyte  przez  mgłę  nieregularne  jasne  plamy.  Dom, 
przydzielony Hanowi i Leii, był w Plawal jednym z nielicznych, które niemal w całości 
zachowały się w pierwotnym stanie. Jedynie kuchnia i połowa salonu miały prefabry-
kowane ściany. W ciągu ostatnich lat dom został jednak zmodernizowany. Stare okna, 
w  kształcie  dziurki  od  klucza,  zastąpiono  nowoczesnymi  krystalpleksowymi  płytami, 
wyposażonymi w zasuwane  metalowe okiennice, które chroniły przed blaskiem lamp, 
rozmieszczonych  w  różnych  punktach  sadu.  Również  temperatura  we  wnętrzu  domu 
była  regulowana,  a  przynajmniej  kontrolowana  -  o  wiele  bardziej  niż  w  Dymiącym 
Wodotrysku. Leia uważała to za ironię losu, zważywszy na fakt, że przeciętna tempera-
tura, panująca na powierzchni planety, wahała się w okolicach minus dziesięciu stopni. 

Podobnie jak większość innych domów w starym mieście, tak i ten został zbudo-

wany nad niewielkim źródłem ciepłej wody, której bieg później zmieniono w taki spo-
sób, żeby ogrzewała sady. Mimo to nawet i teraz z piwnicy wydobywały się zabłąkane 
obłoki  pary.  Czując  przelotne  obrzydzenie,  Leia  pomyślała,  że  pod  podłogą  zapewne 
przemykają się krecze. 

- Dasz sobie radę beze mnie? - zapytała, przystając na progu drzwi wejściowych. 
- Będę próbował porozumieć się z Marą Jadę - odparł Han. -Może wie, gdzie znaj-

dują się te lądowiska i dlaczego wyniósł się stąd Slyte Nubblyk. - Poklepał się po kie-
szeniach, jakby chciał sprawdzić ich zawartość. - Aha, i pamiętam, że zabrałem z baru 
wizytówkę z adresem grupy tancerek. 

- Tylko niech posprzątają konfetti, kiedy skończą - rzekła Leia. 
Jeszcze raz pocałowała Hana, po czym zeszła po rampie na ulicę. Artoo potoczył 

się za nią. Zapadały ciemności. Wokół lamp krążyły jak szalone srebrnoskrzydłe ćmy, a 
pittiny i muklasy polowały pod mostami na żaby. W powietrzu unosiła się słodka woń 
roślin,  trawy  i  owoców...  owoców,  genetycznie  udoskonalonych  w  taki  sposób,  by 
mieszkańcy tej wulkanicznej rozpadliny i całego świata mogli się bogacić, rywalizując 
z mieszkańcami innych planet o zdobywanie rynków całej galaktyki. W ciemnej prze-
strzeni między drzewami latały świetliste owady jarzące się niczym bajkowe świece. 

Prawdziwy raj - pomyślała Leia. 

background image

Barbara Hambly 

111 

Jeżeli się nie wiedziało o kreczach czyhających głęboko pod ziemią. 
Jeżeli sienie słyszało głosu Draba McKumba krzyczącego: „Zabić was... zabić was 

wszystkich". 

Szykuj ą się... 
Jeżeli się  nie  wiedziało, że od czasu do czasu ktoś, kto kierując się  nie  potwier-

dzonymi pogłoskami, wyruszał na poszukiwania ukrytych pod domostwem Pletta tune-
li, ginął bez najmniejszego śladu. 

Na  kwadratowym  rynku,  pośród  połyskujących  białych  prefabrykowanych  bud  i 

straganów, wspierających się o ciemne kamienne ściany, sprzedawcy i handlarze zwija-
li markizy i chowali towary, nie przejmując się widokiem zapóźnionych klientów cho-
dzących między ich sklepami. Na pierwszej, najniżej położonej skalnej półce, piętrzącej 
się po jednej stronie nad miejskim rynkiem, wznosiła się ciemna bryła ratusza, widocz-
na jedynie dzięki blaskowi lamp, rozmytemu przez  kłęby oparów. Wiodąca ku niemu 
ścieżka wiła się między sadami. Mgła była tu szczególnie gęsta z powodu kłębów pary 
unoszących się znad wielu źródeł niemal wrzącej wody. Sodowe łukowe lampy oświe-
tlały nierzeczywistym jasnym blaskiem tylko liście kilku najbliższych drzew, pozwala-
jąc, żeby inne tonęły w mrokach nocy. Od czasu do czasu z kłębów mgły wyłaniał się 
automat zasilający glebę nawozem, podobny do ogromnego metalowego pająka o sze-
ściu czy ośmiu segmentowanych odnóżach, bezokich wieżyczkach i lejkowato zakoń-
czonych rurkach, które wpuszczał w glebę. Kiedy się ukazywał, światła latarń nadawa-
ły mu wygląd potwora, zwieńczonego błyszczącymi koronami i ozdobionego bransole-
tami, wysadzanymi drogocennymi kamieniami. 

Nieco wyżej, niemal niewidoczna w zupełnym mroku, piętrzyła się nie oświetlona, 

cicha i nie do końca zrujnowana bryła domostwa Pletta. Leia przypomniała sobie ujrza-
ne tam wizje, a także wrażenie absolutnego spokoju, jakie odnosiła. Doskonale pamię-
tała głosy dzieci i starego Ho'Dina, którego piękna jasnozielona skóra kontrastowała z 
czernią płaszcza Jedi. Szczególną uwagę zwróciła na smutne oczy Pletta. 

Nie  zapomniała  także,  z  jakim  naciskiem  nalegał  Luke,  żeby  nie  przylatywała  z 

dziećmi na tę planetę, choć jej wydawała się rajem. 

Gdybym jednak je zabrała - pomyślała - ciekawa jestem, co by zobaczyły? 
Nagle Artoo-Detoo, który przez cały czas toczył się ścieżką tuż za nią, skręcił pod 

kątem prostym w prawo i po chwili, pochłonięty przez kłęby mgły, zniknął w ciemno-
ściach nocy. Zdumiona Leia odwróciła głowę. 

- Artoo? 
Usłyszała  trzask,  z  jakim  ciężki  cylindryczny  tułów  astronawigacyjnego  robota 

przedziera  się  przez  zarośla. Słyszała  także  wściekłe  jik-jik-jik  ustawionych  obok  pni 
drzew  automatów  odstraszających  zwierzęta,  a  także  pełne  zdumienia  piski  nocnych 
ptaków. 

- Artoo! 
Kółka robota pozostawiły głębokie ślady w miękkiej ziemi, porośniętej bujną tra-

wą. Leia ruszyła za nim, rozsuwając gałęzie drzew i nie przejmując się, że na jej buty 
ściekają  krople  rosy  z  liści  paproci.  Odpięła  jarzeniowy  pręt  i  wyciągnąwszy  przed 
siebie, zaczęła oświetlać najciemniejsze miejsca, gdzie nie docierało światło latarń. 

background image

Dzieci Jedi 

112 

- Artoo, co się stało? 
Nagle grunt pod jej nogami zaczął się obniżać. Z oddali doleciało pełne zdumienia 

świergotanie robota, a po chwili odgłos uderzania o coś twardego. Leia zaczęła spiesz-
nie  schodzić  po zboczu, nie  zwracając uwagi  na  gałęzie drzew, smagające  ją po wło-
sach i opryskujące twarz kropelkami rosy. 

Mały astronawigacyjny robot zatrzymał się u stóp kamiennego muru, ale mimo iż 

nie potrafił pokonać przeszkody, napierał na nią, bezskutecznie próbując kontynuować 
wędrówkę. Leia wyraźnie słyszała jęk przeciążonych serwomotorów i zawodzenie kó-
łek ślizgających się w miękkim grancie. Szybko oświetliła mur po prawej i lewej stro-
nie  Artoo,  ale  nie  zauważyła  niczego  podejrzanego.  Widziała  tylko  mroczny  gąszcz 
majaczących w gęstej mgle zarośli i ruchome ogniki świecących owadów przemykają-
cych się między drzewami, od których napływały słodkie wonie. 

-  Artoo,  zatrzymaj  się!  -  rozkazała.  -  Przestań!  Zawodzenie  kółek  natychmiast 

ustało. 

- Wycofaj się - poleciła. 
Niestety, mały robot ugrzązł na dobre. 
- Zaczekaj - rzekła Leia. 
Ponownie oświetliła okolicę promieniem jarzeniowego pręta, po czym wyciągnęła 

zza cholewy buta mały nóż i odcięła kilka gałązek z najbliższego drzewa - upewniwszy 
się przedtem, że nie rosną na nich żadne owoce. Następnie ułożyła je starannie w kole-
inach, wyrytych w miękkiej glebie. 

- Wycofaj się - powtórzyła. Robot usłuchał. 
- Artoo, co się stało? Dlaczego to zrobiłeś? 
Wiedziała, że Luke rozumie bardzo dobrze mowę małego automatu, ale i ona po-

trafiła  rozszyfrować  znaczenie  niektórych  dziwacznych  pisków  i  gwizdów.  Artoo  od-
powiedział jednak krótkim, niemal zdawkowym podwójnym piknięciem, które nie po-
wiedziało jej absolutnie niczego. 

- No cóż, nie ma sensu tak stać w ciemnościach - oświadczyła. 
Wyczuwała  coś  denerwującego  w  sposobie,  w  jaki  zwisały  pnącza  winorośli, 

ozdobione upiornymi kwiatami orchidei. Mimo że okolica była patrolowana i uchodziła 
za bezpieczną, niepokoiło ją zwłaszcza to, że zwieszają się tak blisko jej głowy. Głośny 
szelest, jaki dobiegł z ciemności, sprawił, że omal nie wyskoczyła ze skóry. W następ-
nej sekundzie okazało się jednak, że to tylko automat nawożący glebę, który na chwilę 
zatrzymał  się  obok  pnia  jakiegoś  szalamanowca.  Wyciągnął  lejkowato  zakończone 
rurki, by zasilić korzenie odmierzoną dawką płynu cuchnącego jak organiczny nawóz, 
po czym oddalił się, uważnie wybierając drogę pomiędzy innymi drzewami. 

- Zobaczmy, czy uda się nam wrócić na ścieżkę. 
Zadanie  nie  było  wcale  łatwe  z  powodu  ciemności  i  rozmiękłego,  nierównego 

gruntu.  Sytuację  pogarszał  fakt,  że  dolna  część  korpusu  robota  była  obciążona,  żeby 
Artoo  mógł  poruszać  się  statecznie.  Chociaż  sunął  po  nierównym  gruncie  lepiej,  niż 
można  byłoby  sądzić  po  jego  wyglądzie,  daleko  było  mu  do  ideału.  Gdyby  pomimo 
obciążonej  dolnej  części  zachwiał  się  czy  wywrócił,  Leia  nie  miałaby  dość  sił,  żeby 
podtrzymać go albo dźwignąć  z  ziemi.  Wyszukiwała drogę, potykała  się  o  korzenie  i 

background image

Barbara Hambly 

113 
omijała  gniewnie  piszczące  automaty  strzegące  drzew  przed  szkodnikami.  Później 
przez jakiś czas posuwała się brzegiem strumienia z ciepłą wodą, nad którą unosiły się 
opary, aż  w  końcu  natrafiła na  mniej strome  i nie  porośnięte  paprociami  wzniesienie, 
skąd ujrzała ścieżkę. Powrót zajął im niemal pół godziny. 

W pewnej chwili uniosła głowę. Ujrzała jakąś postać stojącą na samym wierzchoł-

ku wzgórza i oświetloną żółtą łuną bijącą od sodowych lamp. 

Co ona tutaj robi? - pomyślała. 
A później, kiedy kobieta odwróciła się od światła i ruszyła szybko wąską ścieżką, 

zaczęła się zastanawiać, dlaczego... 

Dlaczego to pomyślała? Przecież wcale jej nie znała. 
A może jednak? 
Kim była owa nieznajoma? Koleżanką ze szkolnej ławy? Była mniej więcej w tym 

samym  wieku,  o  ile  Leia  mogła  dostrzec  z  tak  dużej  odległości  mimo  kłębów  mgły 
zacierających  wszystkie  kształty.  Nie  mogła  jednak  sobie  przypomnieć,  żeby  kiedyś 
widziała to szczupłe, niemal chude ciało, odziane w błękitno-biały mundurek Alderaań-
skiej Ekskluzywnej Akademii dla Młodych Dziewcząt. Poza tym była pewna, że nigdy 
w życiu nie oglądała takiej gęstwiny prostych jak druty i czarnych niczym smoła wło-
sów, zaplecionych w przepisowe szkolne warkoczyki. A zatem kobieta nie mogła być 
córką  żadnego  alderaańskiego  dostojnika  czy  szlachcica,  ponieważ  wszystkie  dobrze 
urodzone dzieci uczęszczały do tej samej szkoły. 

A zatem, kim była? Jednym z członków Senatu? Leia zaczęła się zastanawiać nad 

taką  ewentualnością. Przypomniała  sobie  jednak, że  kiedy  ukończyła  osiemnaście lat, 
została najmłodszą senatorką. Nikt inny nie był taki młody, a już z całą pewnością żad-
na inna dziewczyna... Córką senatora? Może żoną? Kimś, kogo poznała podczas jedne-
go z nie kończących się dyplomatycznych przyjęć, w jakich brała udział na Coruscant? 
Osobą, dostrzeżoną w przeciwległym krańcu audiencyjnej sali, w której Imperator miał 
zwyczaj przyjmować gości? 

TUTAJ? 
Starała się wrócić na ścieżkę, jak najszybciej mogła, ale utrzymywanie w równo-

wadze Artoo, potykającego się o wystające korzenie, kosztowało ją sporo sił i zajmo-
wało mnóstwo czasu. Kiedy w końcu znalazła się  na wierzchołku wzgórza i spojrzała 
szybko na  widoczny we  mgle koniec ścieżki, nie zobaczyła na niej ani śladu tajemni-
czej kobiety. 

background image

Dzieci Jedi 

114 

R O Z D Z I A Ł  

Protokolarny android doszedł do wniosku, że nie podoba mu się ten pomysł. 
- Nie może pan ufać tym Jawom, panie Luke'u! - powiedział. -Musi istnieć gdzieś 

jakieś inne przejście... 

Tymczasem  Skywalker  przyglądał  się  osłonie  szybu  remontowego,  zdjętej  przez 

Jawę ze ściany pomieszczenia, w którym znajdował się zsyp pralniczy. Patrzył w głąb 
mrocznego otworu, pełnego wiszących przewodów i kabli. Z ciemności w głębi szybu 
wyłaniał się rząd durastalowych szczebli, który ginął w takich samych ciemnościach w 
górze szybu. Luke zastanawiał się, ile fizycznego trudu kosztowałaby go wspinaczka po 
szczeblach,  zwłaszcza  teraz,  kiedy  nie  mogąc  opierać  ciężaru  ciała  na  lewej  nodze, 
musiałby, podciągając się na rękach, przeskakiwać z jednego szczebla na drugi. Porów-
nywał  ten  fizyczny  trud  z  wysiłkiem  umysłowym,  który  sprawiłby,  żeby  lewitował, 
posługując się Mocą. Wybór nie należał do przyjemnych. 

Podobnie  jak  wspomnienie  płomienistej  błyskawicy,  która  zakończyła  żywot  sa-

motnego szturmowca z plemienia Klaggów. 

- Nie stanie mi się żadna krzywda - zapewnił, zwracając się do Threepia. 
- Przecież wszystkie przejścia nie mogą być takimi pułapkami - zaprotestował an-

droid. - Nie podoba mi się pomysł, że chce pan tam pójść beze mnie. Czy nie może pan 
odpocząć, przespać się i dobrze zastanowić? Proszę wybaczyć tę uwagę, wygląda pan 
jak ktoś, komu przydałoby się trochę snu. I chociaż sam nie zapadam nigdy w sen, mó-
wiono mi, że ludzie... 

Luke uśmiechnął się, wzruszony troskliwością Threepia. 
- Prześpię się, kiedy wrócę - obiecał. 
W ciemnościach, panujących w górze szybu, ucichł nagle szelest szat Jawy, ocie-

rających się o ściany. Po chwili Luke usłyszał piskliwe, pełne zaniepokojenia słowo: 

- Panie? 
-  Jeżeli  teraz  nie  wyjaśnię  tej  zagadki,  mogę  nie  mieć  drugiej  szansy  -  oznajmił. 

Pospiesznie  upewnił  się,  czy  baterie  prętów  jarzeniowych,  przywiązanych  do  końca 
laski, nie są wyczerpane, a potem przełożył przez ramię i głowę pętlę, jaką umocował 
na drugim końcu sękatego kija. Pochylił się, oparł na najbliższym szczeblu prawą nogę 

background image

Barbara Hambly 

115 
i utrzymując równowagę, oburącz chwycił krawędź włazu. -Nie stanie mi się nic złego - 
upewnił jeszcze raz androida. 

Rzecz jasna, był pewien, że Threepio mu nie uwierzył. 
Wsunął się do otworu, a potem uchwycił szczebel nad głową i podciągnąwszy się, 

spróbował przeskoczyć na wyższy. Wysiłek nie był duży, ale mimo częściowego zago-
jenia rany i całej energii Mocy, jaką potrafił zogniskować w ciele, poczuł w lewej no-
dze impuls bólu, który zaparł mu dech w piersi. Popatrzył w dół, na ziejącą, zapewne 
bezdenną, czeluść szybu, i pomyślał: - Muszę starać się oszczędzać siły. 

-  Niech  pan  będzie  ostrożny,  panie  Luke'u...  -  usłyszał  dobiegający  zza  pleców 

głos Threepia. 

W  ciemnościach,  rozjaśnianych  jedynie  drgającym  blaskiem  przewieszonych 

przez  plecy  jarzeniowych  prętów,  ledwo  dostrzegał  sylwetkę  okutanego  płaszczem 
Jawy, wspinającego się nad jego głową niczym ogromny owad. O ramiona Luke'a ocie-
rały się  splecione  wiązki  kabli i przewodów. Mozolnie  podążając za niewielką  istotą, 
widział błyszczące gumowe węże, zwieszające się jak czarne jelita, a także nieco cień-
sze linie osłoniętych gumową izolacją światłowodów. Co chwilę musiał odsuwać je na 
boki,  wskutek czego  miał  wrażenie, że  wspina się przewodem pokarmowym  monstru-
alnej  bestii.  Od  czasu  do  czasu  także  Jawa  przystawał  i  zaczynał  przebierać  palcami 
między  przewodami  w  sposób,  który  przyprawiał  Luke'a  o  dreszcz  przerażenia.  Kto 
mógł wiedzieć, od której wiązki kabli zależało funkcjonowanie podzespołów pancerni-
ka? 

Tu i ówdzie widział nikłe pomarańczowe lampki,  umieszczone nad zamkniętymi 

włazami - zablokowanymi od wewnątrz i strzeżonymi przez mroczne skrzynki magne-
tycznych  zamków.  W  innych  miejscach  musiałby  wspinać  siew  absolutnych  ciemno-
ściach, gdyby nie pełgający blask przywiązanych do końca laski jarzeniowych prętów. 

Powietrze w szybie było zatęchłe, przesycone woniami smarów i izolacji, a w tej 

chwili także odorem Jawy. Nie miało jednak charakterystycznej woni zjełczałego tłusz-
czu, jakiej często nabiera, kiedy jest wydychane przez setki ust i nosów członków zało-
gi, a potem poddawane  wielokrotnej regeneracji. Luke pomyślał, że nawet  mimo tylu 
dziwacznych istot przebywających na pokładach, upłynie wiele czasu, zanim powietrze 
przesiąknie tą charakterystyczną wonią. 

Potrwa to dłużej niż pobyt istot we wnętrzu pancernika. 
Dłużej niż czas, potrzebny do zakończenia złowieszczej misji. 
Co sprawiło, że statek nagle ożył? 
Threepio usiłował dotrzeć do samego sedna sprawy. Próbował odkryć powód nie-

spokojnych snów Luke'a. 

„Oko  Palpatine'a"  skonstruowano  w  najściślejszej  tajemnicy  w  celu  wykonania 

tajnego  zadania,  sekretnej  misji,  której  spełnienie  zostało  jakoś  udaremnione.  Przez 
trzydzieści  lat  drzemało,  ukryte  we  wnętrzu  wielkiej  asteroidy  wirującej  na  samym 
krańcu  Mgławicy  Stokrotka,  podczas  gdy  Nowy  Ład,  który  zaplanował  to  zadanie, 
uzbroił  działa  pancernika  i  zaprogramował  jego  bezkompromisową  Wolę,  doszedł  do 
władzy i runął, przytłoczony ciężarem własnej gruboskórności, monomanii i zachłanno-
ści. 

background image

Dzieci Jedi 

116 

Szturmowcy, rozrzuceni po sześciu czy ośmiu światach na krańcach galaktyki, ze-

starzeli się i w końcu zmarli. 

Sam Palpatine także zginął, zabity przez czarnego ucznia. 
A zatem dlaczego Wola obudziła się do życia? 
Luke wzdrygnął się, próbując ustalić, czy cień na jego serce rzuciła jedynie obawa 

o bezpieczeństwo tych, którzy przebywali na Belsavis - Hana, Leii i Chewbaccy - czy 
też może ów cień był czymś innym, jakimś odrębnym bytem, którego siłę, poruszającą 
się jak podwodna dianoga, wyczuł, kiedy badał ciemniejsze zakątki Mocy. 

Szyb kończył się metalową kratą, sporządzoną z bardzo grubych prętów, pomalo-

wanych  w  ostrzegawcze  jaskrawożółto-czarne  pasy.  Obok  kraty  przymocowano  -  na 
wszelki  wypadek,  gdyby  ktoś  nie  zrozumiał  ostrzeżenia-tablicę  z  napisem:  KRATA 
ENKLIZYJ-NA. PRZEJŚCIE WZBRONIONE. NIEBEZPIECZEŃSTWO. 

W panującym półmroku Luke dostrzegał odchodzący pod kątem prostym tunel o 

metalowych ścianach, z którego ciągnęły się  w górę  wiązki innych kabli, podobne do 
grubych,  brzydkich  pędów  winorośli.  Ściany  tunelu  ozdobiono  nieregularną  mozaiką 
opalizujących  kwadratów, bez  wątpienia  kryjących  wyrzutnie  czyhających  w ciemno-
ściach śmiercionośnych promieni laserowych. 

Tuż pod kratą widniał jednak otwór włazu, a ślady brudnych palców na krawędzi 

wymownie dowodziły, że właśnie tędy wyszedł z szybu mały Jawa. 

Luke  przecisnął  się  przez  otwór  i  znalazł  w  pomieszczeniu  tylko  trochę  jaśniej 

oświetlonym niż czeluść remontowego szybu. 

Miejsce  to  pełniło  funkcję  ośrodka  kierowania  ogniem  dział  superpancernika. 

Drgające  światło  jarzeniowych  prętów  wydobywało  z  ciemności  rzędy  celowniczych 
konsolet, ukrytych we wnękach czarnych metalowych ścian. Duże i małe ekrany moni-
torów spoglądały na Luke'a martwymi prostokątami obsydianowych oczu. 

W  suficie  pośrodku  pomieszczenia  brakowało  jednej  płyty,  a  krata,  podobna  do 

tej, która blokowała dalszą drogę w bezdennym szybie, spoczywała, oparta o ścianę w 
kącie sali. Wyciągnąwszy laskę w ten sposób, żeby jarzeniowe pręty oświetliły otwór w 
suficie, Luke ujrzał następny pionowy szyb, wypełniony rurociągami i gumowymi wę-
żami, wiązkami energetycznych przewodów o grubości palca i szerokimi taśmami wie-
lożyłowych kabli, które dopływały niczym nieruchoma rzeka z kilku poziomych tuneli 
remontowych i skupiały się nieco wyżej w samym środku. 

Ściany  najniższego,  półmetrowego  odcinka  pionowego  szybu  pomalowano  w  ja-

skrawe  żółto-czarne  pasy,  ale  nigdzie  nie  umieszczono  żadnego  napisu  ani  tablicy 
ostrzegawczej.  Ciemności  rozjaśniał  jedynie  złowieszczy  blask  małych  czerwonych 
kontrolnych lampek, nad którymi było widać opalizujący blask enklizyjnej kraty, cią-
gnącej się jak spirala i niknącej w górze szybu. 

Luke poczuł nagle, że coś szarpnęło go za pas. Opuścił głowę, ale kiedy ujrzał, że 

mały Jawa usiłuje pociągnąć za rękojeść świetlnego miecza, odruchowo zacisnął na niej 
palce. Zauważył jednak, że istota dotyka drugiego miecza, tego samego, który wręczyła 
mu na dole. Po chwili wahania odpiął broń od pasa i podał maluchowi. Jawa podbiegł 
na środek sali i przystanął dokładnie pod wylotem szybu. Położył broń na podłodze, po 
czym wyprostował się i zastanawiał przez chwilę. Później znów się schylił, by przesu-

background image

Barbara Hambly 

117 
nąć  rękojeść  o  kilka  centymetrów,  a  potem  ułożyć  pod  trochę  innym  kątem.  Było 
oczywiste, że stara się pozostawić ją dokładnie w tym samym miejscu, w którym zna-
lazł. 

Luke pokuśtykał na środek pomieszczenia i spojrzał w górę. Zobaczył zwężającą 

się ciemną czeluść szybu; wąski komin, tchnący niemal pewną śmiercią. 

Był pewien, że wiedzie do samego serca statku. Poprowadzono nim po prostu zbyt 

wiele  energetycznych  kabli,  wiązek  przewodów  i  światłowodów;  zbyt  wiele  grubych 
rur  doprowadzających  chłodziwo,  by  prowadził  gdzie  indziej  niż  do  rdzenia  pamięci 
głównego komputera. 

Luke  pochylił  się,  stojąc  na  jednej  nodze  i  podpierając  się  laską,  aby  zachować 

równowagę.  Sięgnął  po  miecz  świetlny,  a  potem  wyprostował  się  i  ponownie  uniósł 
głowę, żeby spojrzeć w ciemności szybu. 

Zrozumiał. 
Ktoś wspinał się tym szybem. Bardzo dawno, przed trzydziestu laty. 
Na  pokładzie  superpancernika  wylądowały  dwie  osoby.  Przyleciały  pokiereszo-

wanym myśliwcem typu Y, który widział w jednym z hangarów. Jedna zabrała kapsułę 
i odleciała, prawdopodobnie uważając, że musi wezwać pomoc. 

Druga jednak wiedziała albo tylko przeczuwała, że może nie wystarczyć na to cza-

su; że statek może dokonać skoku w nadprzestrzeń i zniknąć, by rozpocząć wykonywa-
nie zadania. Uważała, że ryzyko jest zbyt duże, a stawka za wysoka, aby pozwolić so-
bie  na  luksus ratowania  własnego życia. I ta druga  osoba  została, zamierzając podjąć 
próbę ubezwłasnowolnienia Woli. 

Luke odnosił wrażenie, że śmiercionośna krata enklizyjna nad jego głową szczerzy 

blade, gotowe do ataku zęby. 

-  Przykro  mi  -  powiedział  bardzo  cicho,  zwracając  się  do wyczekującej  kolumny 

ciemności. - Żałuję, że nie było mnie, by ci pomóc. 

Nie wątpił, że kobiecie bardzo przydałaby się jego pomoc. 
Obrócił  w  palcach  rękojeść  świetlnego  miecza.  Przeczucie  podpowiadało  mu,  że 

broń musiała zostać sporządzona i używana przez kobietę. Kobietę mającą duże, silne 
dłonie,  a  także,  jeżeli  sądzić  po  rozmiarach  rękojeści,  długie  ręce...  Yoda  powiedział 
kiedyś, że dawni mistrzowie Jedi potrafili dowiedzieć się zdumiewająco wielu rzeczy, 
jedynie oglądając miecz świetlny, którego wykonanie było ostateczną próbą, jaką mu-
siał przebyć każdy rycerz Jedi. 

Ktoś zadał sobie wiele trudu i poświęcił mnóstwo czasu, by ozdobić skraj rękoje-

ści  cienką  linią  brązowego  tsaelke,  pełnych  wdzięku,  smukłych  waleni  żyjących  na 
Chadzie Trzecim w głębinach oceanów. 

- Żałuję, że cię nie znałem - szepnął jeszcze ciszej. 
Ponownie  przypiął  miecz  świetlny  do  pasa,  po  czym  zaczął  szukać  drogi,  którą 

kobieta -jego koleżanka Jedi - dotarła do ośrodka kierowania ogniem dział statku. 

Pomieszczenie  miało  tylko  jedne  drzwi  wiodące  do  szybu  turbowindy.  Niestety, 

skrzydła się nie rozsunęły, kiedy Luke, pragnąc wezwać kabinę, przycisnął guzik. Do-
myślał się jednak, że właśnie w taki sposób kobieta dostała się do centrali. Był pewien, 
że  gdyby  się  postarał,  potrafiłby  dokonać  zwarcia  w  mechanizmie  zamka  i  otworzyć 

background image

Dzieci Jedi 

118 

drzwi,  przynajmniej  trochę.  Później  mógłby  dostać  się  na  niższe  pokłady:  albo  spusz-
czając  się  po  linie  -  którą  z  pewnością  znalazłby  w  jakimś  schowku  -  albo  po  prostu 
lewitując,  pod  warunkiem,  że  nie  obawiałby  się  ryzyka,  iż  związany  z  tym  wysiłek 
wyczerpie  jego  nadwątlone  siły.  Zastanawiał  się,  czy  mógłby  posłużyć  się  Mocą  -  a 
czasami to było możliwe  - żeby powstrzymać ogniste błyskawice enklizyjnej kraty na 
tyle długo, by mieć czas wspiąć się szybem do samego rdzenia pamięci komputera. 

Na samą myśl o tym poczuł zimne ciarki wędrujące wzdłuż kręgosłupa. 
Gdyby kobieta dotarła do samego rdzenia, bez trudu mogłaby spowodować prze-

ciążenie,  które  doprowadziłoby  do  zniszczenia  „Oka  Palpatine'a",  jak  powinno  było 
zostać unicestwione przed trzydziestu laty... 

Ale nie zostało. 
Luke doskonale pamiętał wrzaski samotnego Klagga, który krwawiąc z wielu ran i 

płonąc, zginął w korytarzu za pancernymi drzwiami. 

Kobieta, która wspięła się tym szybem, musiała żyć dostatecznie długo, aby obez-

władnić  stanowiska  ogniowe  superpancernika.  Dotarła  do  rdzenia,  ale  zginęła,  nie 
uśmiercając  przedtem  Woli.  Czy  dlatego,  że  nie  była  dość  silna?  Wystarczająco  do-
świadczona? 

A może enklizyjna krata była czymś, czemu nie mogły sprostać nawet siły i umie-

jętności mistrza Jedi? 

Luke poczuł, że jego nadgarstek obejmują małe, bardzo brudne palce. 
- Niedobrze, niedobrze. - Jawa usiłował odciągnąć go z powrotem w stronę otworu 

szybu remontowego, wiodącego na niższe pokłady. Drugą ręką pokazywał na otwór w 
suficie. - Źle. Umrzeć mnóstwo. 

Umrzeć mnóstwo. 
Luke pomyślał o Jawach, a także o niechlujnych, skłóconych i walczących ze sobą 

plemionach  Klaggów  i  Gakfeddów,  próbujących  odtworzyć  sytuację  panującą  na  ro-
dzimej planecie, chociaż wydawało się im, iż są teraz szturmowcami. O zwłokach Affy-
techanina, porzuconych na posadzce. O Talzach podających wodę trójnożnym istotom, 
ale  nie  przestających  strzec  pleców  swoich  towarzyszy...  w  obawie  przed  kim  albo 
przed czym? 

Pomyślał, że zniszczenie superpancernika będzie najłatwiejszą częścią jego pracy. 
 
See-Threepio  siedział  w  gabinecie  kwatermistrza  przed  komputerowym  monito-

rem.  Z  gniazda,  umieszczonego  w  tylnej  części  jego  czaszki,  wystawał  długi  giętki 
izolowany  kabel  elektryczny.  Luke  jeszcze  nigdy  nie  słyszał  w  głosie  androida  tyle 
rozdrażnienia. 

- Ty głupia maszyno, masz na pokładach całe enklawy, zamieszkiwane przez gru-

py  obcych  istot!  Co  to  ma  oznaczać,  że:  „Nie  ma  żadnych  form  życia,  które  byłyby 
sprzeczne  z  intencjami  Woli?"  A  co  z  definicją,  zapisaną  w  Standardowym  Rejestrze 
Galaktycznym pod numerem zero jedenaście, siedemset trzydzieści trzy, czterysta, zero 
dwudziestym drugim? 

Luke oparł się ramieniem o obramowanie drzwi, świadom faktu, że Threepio nie 

musi rozmawiać z Wolą na głos, podobnie jak nie musiał używać słów ludzkiej mowy, 

background image

Barbara Hambly 

119 
kiedy  porozumiewał  się  z  Artoo-Detoo.  Protokolarny  android  został  jednak  zaprogra-
mowany w tym celu, żeby rozmawiać z istotami inteligentnymi, a nawet żeby myśleć 
jak one. Luke wiedział, że jedną z charakterystycznych cech niemal każdej cywilizacji, 
z jaką się zetknął, była gadatliwość. 

Threepio był gadułą. 
-  Co  to  znaczy,  że  na  pokładach  nie  ma  żadnych  form  życia,  określonych  za  po-

mocą tej definicji? Sam widziałem przynajmniej siedemdziesięciu sześciu Gamorrean! 

- Już to przerabiałem, Threepio - odezwał się Luke. 
Wszedł do pomieszczenia, czując w ciele ból, wywołany opieraniem całego cięża-

ru  ciała  na  lasce.  Bolały  go  także  mięśnie  rąk,  nie  przyzwyczajonych  do  mozolnego, 
powtarzanego w nieskończoność podciągania się ze szczebla na szczebel. 

Threepio obrócił się na fotelu, co było kolejnym zbytecznym ludzkim gestem, jako 

że czujniki słuchowe androida mogły z odległości co najmniej osiemnastu metrów bez 
trudu wykryć i zidentyfikować odgłos kroków Luke'a, a nawet cichy szmer jego odde-
chu. 

-  Wola  twierdzi,  że  na  pokładzie  tego  statku  nie  przebywają  żadne  inteligentne 

istoty - powiedział, kwaśno się uśmiechając. -Wola uważa, że na pokładzie nie ma żad-
nych  skupisk  ciał  o  wewnętrznej  temperaturze  czterdziestu  stopni  -  co  jest  normą  w 
przypadku  Gamorrean.  Ani  o  temperaturze  czterdziestu  trzech,  ani  czterdziestu  sied-
miu, ani dwudziestu ośmiu - co oznacza, że w pobliżu nie kręcą się Jawowie, Kitonaki 
czy Affytechanie. Wiem jednak, w jaki sposób przedostać się na wyższe pokłady bez... 

Nagle z głośnika, zawieszonego na ścianie po prawej stronie Luke'a, wydobył się 

trzykrotny  dźwięczny  kurant,  a  na  onyksowej  powierzchni  ekranu  interkomu,  umiesz-
czonego nad biurkiem kwatermistrza, zapaliły się zielone światła. 

-  Uwaga,  wszyscy  członkowie  załogi  -  odezwał  się  melodyjny  kontralt.  -Uwaga, 

wszyscy członkowie załogi. Dziś o trzynastej zero, zero na wszystkich kanałach inter-
komu  zostanie  nadana  transmisja  przesłuchania  więźnia  przez  Trybunał  Bezpieczeń-
stwa  Wewnętrznego.  Dziś  o  trzynastej  zero,  zero  na  wszystkich  kanałach  interkomu 
zostanie nadana transmisja przesłuchania więźnia przez Trybunał Bezpieczeństwa We-
wnętrznego. 

Ekran  monitora  obudził  się  do  życia.  Luke  dostrzegł  na  nim  Cray.  Ręce  miała 

związane, a usta zaklejone paskiem samoprzylepnej srebrzystej taśmy. Szeroko otwarte 
z przerażenia i wściekłości oczy kobiety spoglądały na trzymających ją dwóch barczys-
tych gamorreańskich szturmowców, odzianych w absurdalne mundury i jeżeli sądzić po 
hełmach, należących do plemienia Klaggów. 

- Wszyscy członkowie załogi mają obowiązek przyglądać się przesłuchaniu  - cią-

gnął  głos.  -  Odmowa  albo  próba  wyłączenia  interkomu  będzie  interpretowana  jako 
objaw sympatii dla więźnia i poparcia dla jego zbrodniczej działalności. 

Kiedy minęła pierwsza sekunda, Luke otrząsnął się z przeżytego wstrząsu i skupił 

uwagę na tle sceny, widocznej na ekranie interkomu. Zauważył, że ściana, przed którą 
stała  Cray  i  jej  strażnicy,  sprawiała  wrażenie  trochę  ciemniejszej  i  jakby  bardziej 
szorstkiej niż  ta, którą  widział  w pomieszczeniach dla  załogi.  Stwierdził także, iż  po-
mieszczenie jest nieco  niższe niż gdzie  indziej, a  pod sklepieniem  majaczą  wystające 

background image

Dzieci Jedi 

120 

dźwigary, łby sworzni i rurociągi. W kącie ekranu było również widać narożnik prowi-
zorycznej chaty albo szopy. Wykonano ją z fragmentów prefabrykowanych opakowań, 
na  których  widniał jeszcze  napis: SOROSUB  -  DZIAŁ IMPORTU, a  jej dach okryto 
nieprzemakalnym brezentem. Wioska Klaggów - pomyślał Luke. 

Obok chaty stał Nichos. Kierował smutne, udręczone oczy na sworzeń ograniczni-

ka, wystający pośrodku jego piersi. 

-  Wszyscy  członkowie  załogi,  dysponujący  dowodami  przestępczej  działalności 

więźnia,  powinni  bez  chwili  zwłoki  zameldować  o  tym  przedstawicielowi  Wydziału 
Dochodzeń. Zaniedbanie albo odmowa wywiązania się z tego obowiązku będzie inter-
pretowana jako objaw sympatii dla więźnia i poparcia dla jego zbrodniczej działalności. 

Nagle Cray szarpnęła się, usiłując uwolnić rękę z uchwytu łapy Gamorreanina, i z 

całej siły kopnęła go w goleń. Klagg obrócił się i uderzył ją z taką siłą, że gdyby obaj 
szturmowcy jej nie podtrzymali, kobieta runęłaby na podłogę. Na twarzy Cray i ramie-
niu,  wystającym  przez  dziurę  w  tunice  munduru,  było  widać  wiele  innych  sińców  i 
otarć skóry. Luke zwrócił uwagę na pełne udręki spojrzenie, jakie przesłał jej Nichos, 
ale  mężczyzna-android  nie  poruszył  się,  by  pocieszyć  kobietę  albo  pospieszyć  jej  na 
ratunek. 

Luke  uświadomił  sobie,  że  nie  mógł.  W  jego  piersi  sterczał  przecież  sworzeń 

ograniczający swobodę ruchów. 

Strażnicy szarpnęli Cray i na wpół niosąc, a na wpół wlokąc po podłodze, wypro-

wadzili  poza  pole  widzenia  kamery.  W  następnej  chwili  ekran  ściemniał.  Skywalker 
dostrzegł  jednak,  że  Nichos  pozostał  w  tym  samym  miejscu,  gdzie  stał,  i  tylko  ruch 
gałek ocznych w nieruchomej twarzy dowodził, że nadal żyje. 

 
- Przykro mi, synu, ale mamy inne rozkazy. 
Ugbuz zaplótł mocarne ręce na torsie i obdarzył Luke'a twardym jak głaz spojrze-

niem,  które  dowodziło,  że  wcale  nie  jest  mu  przykro.  Przywódca  Gakfeddów  kiwnął 
głową do samego siebie, jakby zachwycał się samym rozkazem, albo jedynie faktem, że 
w ogóle go otrzymał. Luke ujrzał ten niesamowicie ludzki gest i  poczuł, że wszystkie 
włosy na karku zjeżyły mu się z przerażenia. 

- Ta-a, dobrze wiem, że musimy dorwać tych Klaggów świńskich synów  - ciągnął 

Ugbuz.  Ostatni  zwrot  wymówił  jak  jedno  słowo,  co  wskazywałoby,  że  jakąś  cząstką 
umysłu  uświadamiał  sobie,  iż  nadal  należy  do  plemienia  Gakfeddów  -  ..  .ale  mamy 
rozkazy odszukania rebelianckich sabotażystów, zanim zdążą zniszczyć cały statek. 

Zmrużył  żółte,  złośliwe  i  uparte  oczy  w  ten  sposób,  że  zamieniły  się  w  wąskie 

szparki. Wbił spojrzenie  w Skywalkera, jakby nagle przypomniał sobie, że to właśnie 
on zabronił mu torturowania schwytanego Jawy. 

Mistrz Jedi użył siły Mocy, skupiając ją dzięki nieznacznemu gestowi wyciągnię-

tej ręki. 

-  Mimo  to  równie  ważne  jest  natychmiastowe  odszukanie  wioski  Klaggów  -  po-

wiedział. 

Jego wysiłki przypominały jednak próbę utrzymania jedną dłonią śliskiego kamie-

nia o rozmiarach dwukrotnie większych niż długość palców. Luke zrozumiał to, kiedy 

background image

Barbara Hambly 

121 
popatrzył w oczy Ugbuza. Nie próbował wpłynąć na tok rozumowania wodza Gakfed-
dów, ale zmagał się z potęgą Woli. 

- Jasne, że to ważne, by odszukać Klaggów świńskich synów  -odrzekł Gamorrea-

nin. - Mamy jednak rozkazy odnalezienia tych rebelianckich sabotażystów, zanim zdo-
łają zniszczyć cały statek. 

Nie potrafił wyrwać się z zaprogramowanej pętli myślowej. Luke wiedział, że nie 

może nic na to poradzić. A przynajmniej nie w tej chwili, kiedy całe jego ciało drżało z 
wyczerpania, a umysł skręcał się z bólu, usiłując stawić czoło skutkom urazu i zakaże-
niu tkanek. Nagle krzaczaste brwi wielkiego knura nieufnie się ściągnęły. 

- A teraz powiedz mi jeszcze raz, dlaczego kazałeś nam wypuścić tamtego sabota-

żystę. 

Zanim  Luke  zdążył  odpowiedzieć,  ze  skraju  wioski  doleciał  chór  gniewnych 

okrzyków.  Ugbuz  obrócił  się  na  pięcie  i  wypadł  przez  ciemny  prostokąt  otworu 
drzwiowego na korytarz. Ze wszystkich prowizorycznych chat, stojących pod ścianami 
wielkiej  ładowni,  wybiegali  inni  Gamorreanie.  Wkładali  hełmy  i  sięgali  po  topory, 
karabiny laserowe, wibrosiekiery, blastery... Dwóch wyciągnęło skądś jonowe działo, a 
jeden trzymał nawet przenośną wyrzutnię pocisków rakietowych. 

-  Rozumiem  ich  punkt  widzenia,  panie  Luke'u  -  odezwał  się  Threepio.  Cicho 

skrzypiąc, ruszył w ślad za Skywalkerem, który także wyszedł z chaty, choć uczynił to 
o wiele wolniej niż Ugbuz. - Straciliśmy oświetlenie na niemal całym pokładzie jedena-
stym  i  coraz  trudniej  można  znaleźć  wciąż  jeszcze  działający  terminal  komputerowy. 
Jeżeli  ktoś  nie  powstrzyma  tych  Jawów,  doprowadzą  do  ruiny  wszystkie  systemy 
umożliwiające życie na tym statku. 

Kiedy mijali największą chatę, wyłoniła się z niej matriarchini Bullyak. Przystanę-

ła na progu i zaplotła ręce pomiędzy pierwszym i drugim rzędem wielkich wymion. Jej 
twarz, zeszpeconą  przez  brodawki i kurzajki, blizny po ukąszeniach morrtów, a także 
malującą się na niej nieufność zmieszaną z obrzydzeniem, okalały zaplecione w grube 
warkocze  przetłuszczone  włosy.  Samica  zakwiczała  coś  w  niezrozumiałej  mowie,  a 
później  strzyknęła  strugą  śliny  na  podłogę.  Mijając  ją,  Threepio  zgiął  się  w  lekkim 
ukłonie. 

-  Zupełnie  się  zgadzam,  proszę  pani  -  powiedział.  -  Ma  pani  absolutną  rację.  Ci 

Jawowie  nie  są  przeciwnikami,  godnymi  mierzyć  się  z  prawdziwym  odyńcem.  Jest 
bardzo poirytowana - dodał, zwracając się do Luke'a. 

- Domyśliłem się tego - stwierdził Skywalker. 
Kiedy obaj stanęli przed otwartym włazem szybu remontowego, znajdującego się 

w pomieszczeniu zsypu pralniczego, powiedział: 

- Uniosę cię na wysokość pierwszego luku na pokładzie czternastym, a sam prze-

dostanę  się  wyżej,  na  piętnasty.  Widzieliśmy,  że  zanim  zginął  tamten  szturmowiec  z 
plemienia Klaggów, usiłował wspinać się po schodach, a zatem wiemy, że jego wioska 
znajduje  się  gdzieś  nad  nami.  Rozglądaj  się,  czy  nie  zobaczysz  jakichś  śladów  Kla-
ggów...  odcisków  podeszew  ich  butów,  kropli  zakrzepłej  krwi,  strzępków  odzieży  - 
czegokolwiek... 

background image

Dzieci Jedi 

122 

Do  tej  pory  Skywalker  zdążył  się  zorientować,  że  Gamorreanie  walczyli  równie 

ochoczo z członkami własnego plemienia jak z innymi Gamorreanami. 

- Z całą pewnością będę próbował, proszę pana  - obiecał pokornie android.  - Nie 

będzie to jednak łatwe z uwagi na Espe Osiemdziesiątki, które w ramach obowiązków 
dokładnie czyszczą podłogi i ściany. 

-  Zrobisz,  co  będziesz  mógł.  -  Luke  uświadomił  sobie,  że  ich  zadanie  byłoby  ła-

twiejsze, gdyby Cray nie została poddana indoktrynacji, była nadal sobą, zanim doszło 
do jej porwania. - Szukaj ścian podobnych do tych, jakie widzieliśmy na tamtym prze-
kazie  wideofonicznym.  Brezent  i  opakowanie,  które  wykorzystano  do  budowy  chaty, 
musiały pochodzić z magazynu superpancernika. Postaraj się zapamiętać, jeżeli gdzieś 
zobaczysz coś podobnego. Rozglądaj się również, czy  nie  znajdziesz  magazynu z ele-
mentami  wyposażenia  regularnych  żołnierzy  imperialnej  marynarki,  a  nie  szturmow-
ców. Wrócę dokładnie o dwudziestej drugiej zero, zero, żeby opuścić cię tym samym 
szybem. 

Kiedy Luke dotarł na pokład piętnasty, przekonał się, że Threepio miał świętą ra-

cję, mówiąc o robotach typu SP-80 i ich niezmordowanym dążeniu do utrzymania po-
kładów „Oka Palpatine'a" w nieskazitelnej czystości. Znalazł wprawdzie kilka talerzy i 
kubków z mesy - idealnie wyczyszczonych przez automaty typu MSE-15, chociaż na-
dal leżących na podłodze w tych samych miejscach, gdzie je porzucono - ale żadnego 
śladu,  który  pozwoliłby  mu  stwierdzić,  którędy  przechodzili  Klaggowie.  Uzmysłowił 
sobie, że jego zadanie będzie jednak trudniejsze, niż początkowo myślał. Musi staran-
nie  przeszukiwać  jeden  pokład  po  drugim,  starając  się  dostrzec  ślady,  pozostawione 
przez  świnioludzi,  a  także  próbując  usłyszeć  jakiś  szept  albo  ślad  myśli,  wysyłanych 
przez umysł Cray. 

Musiał wsłuchiwać się uważnie, tym bardziej że Threepio tego nie potrafił. 
Ułomny mężczyzna i protokolarny android... Usiłując chociaż przez chwilę odpo-

cząć, oparł się o ścianę. Starał się nie myśleć o siniakach na twarzy Cray ani o tym, jak 
jej ciało zwiotczało po brutalnym ciosie, zadanym ręką gamorreańskiego strażnika... ani 
o pełnym udręki spojrzeniu, jakie kierował na nią Nichos. 

Jutro o trzynastej zero, zero. 
Kuśtykając,  puścił  się  w  dalszą  drogę.  Tamten  Klagg  próbował  wspinać  się  po 

schodach.  Ściany  tego  pokładu  -  a  raczej  części  pokładu,  gdzie  mieściły  się  chyba 
warsztaty  remontowe  myśliwców  typu  TIE  -  były  wprawdzie  ciemniejsze  od  tych  w 
pomieszczeniach załogi, a także niższe, ale pod sufitem nie biegły żadne rurociągi ani 
nie  wystawały  metalowe  dźwigary,  które  zauważył  na  ekranie  monitora  interkomu  w 
gabinecie kwatermistrza. 

Hangar? - pomyślał. - Ładownia? Może magazyn? 
Lewa  ściana  korytarza  zniknęła,  zastąpiona  przez  nieprzeniknione  ciemności.  Z 

głębi  mrocznego pomieszczenia  dobiegł odgłos szurania  stóp po metalowych płytach. 
W pewnej chwili Luke ujrzał błysk małych żółtych oczu jakiegoś Jawy. Istoty rozbiera-
ły statek na kawałki. Nic dziwnego, że Wola rozkazała Ugbuzowi, by je pozabijał. Luke 
podejrzewał jednak, że bez względu na to, czym miałaby się zakończyć niszczycielska 
działalność Jawów, doprowadziłaby najwyżej do śmierci tylko żywych członków załogi 

background image

Barbara Hambly 

123 
„Oka  Palpatine'a".  Nawet  gdyby  mali  rabusie  mieli  spowodować  śmierć  wszystkich 
istot i ogromne zniszczenia, nie potrafili przeciwstawić się Woli. Nie mogli przeszko-
dzić, żeby wydała rozkaz przedostania się do nadprzestrzeni, kiedy dojdzie do wniosku, 
że nikt tego nie spostrzeże. Nie mogli mieć żadnego wpływu na siłę ognia, który znisz-
czy  bezbronną  osadę  Plawal  -  a  zapewne  na  wszelki  wypadek  także  wszystkie  inne 
osady na Belsavis. 

Luke  widział zniszczenia, jakie Imperium pozostawiło na  Coruscant, na Kałama-

rze i w systemie Atravis. Kiedy eksplodowało słońce Caridy, niszcząc cały system tej 
gwiazdy,  słyszał  pełen  rozpaczy  krzyk  Mocy,  który  jakby  rozrywał  wszystkie  we-
wnętrzne organy jego ciała. 

Pomyślał, że jeżeli nie chce dopuścić do powtórzenia się takiego kataklizmu, musi 

wspiąć się po kracie enklizyjnej i spróbować zniszczyć mechaniczne serce potwora. 

Idąc  korytarzem,  starał  się  otwierać  po  kolei  wszystkie  drzwi,  ale  kiedy  się  nie 

poddawały,  kuśtykał  do  następnych  i  znów  próbował.  W  końcu  znalazł  jedne,  które 
udało mu się rozsunąć. Ta część statku była jasno oświetlona, a w powietrzu, chociaż 
przesyconym  wonią  jakichś  chemikaliów,  wyczuwało  się  zapach  ozonu  i  świeżego 
tlenu,  którym  nie oddychały  płuca setek  istot.  Luke ujrzał  leżący  na posadzce  kolejny 
porzucony kubek, ale nie dostrzegł śladów świadczących o bliskości wioski Klaggów. 
Nie wyczuwał także w swoim mózgu żadnego tchnienia myśli uwięzionej uczennicy. 

Starał się jak mógł, by nie stracić orientacji, ale przychodziło mu to z wielkim tru-

dem. Wiele opancerzonych drzwi, odpornych na blasterowe strzały, było zamkniętych, 
wskutek  czego  musiał  zawracać  i  szukać  innej  drogi.  Ponownie  przechodził  przez  te 
same gabinety, magazyny, świetlice i zsypy pralnicze, które niedawno odwiedzał. Mu-
siał liczyć, ile razy skręcał w prawo i w lewo, a także ile otwartych drzwi pozostawił za 
plecami. Kiedy był chłopcem, mieszkał na pustyni i nauczył się orientować w terenie, 
zapamiętując nawet najtrudniej dostrzegalne  szczegóły krajobrazu. Ponadto szkolenie, 
jakiemu go poddano, zanim został rycerzem Jedi,  wyostrzyło jego zdolność orientacji 
do  niemal  na  przyrodzonego  stopnia.  Tutaj  jednak  szedł  korytarzami,  ciągnącymi  się 
całymi kilometrami, i mijał setki drzwi nie różniących się od siebie. Co jakiś czas spo-
tykał roboty typu SP-80, nieskończenie cierpliwie czyszczące podłogi i ściany koryta-
rzy,  by  usunąć  najdrobniejszy  pyłek  czy  niewidoczną  plamę,  a  zatem  nie  było  sensu 
oznaczać  drogi  kredą  lub  kroplami  oleju  silnikowego.  Korytarzami  przemykały  także 
pragnące  wykonać  to  czy  owo  polecenie  automaty  typu  MSE,  tak  podobne  jeden  do 
drugiego jak starannie wyhodowane beppy, klonowane w hydroponicznych cysternach 
na Bith. Od najmłodszych lat Luke wprawdzie słyszał powiedzenie: „podobne do siebie 
jak dwa beppy", ale nigdy nie spotkał nikogo, komu sprawiłoby radość odżywianie się 
tymi  idealnie  sześciennymi,  jasnoróżowymi,  zrównoważonymi  pod  względem  doboru 
składników i pobawionymi jakiegokolwiek zapachu kostkami o objętości mniej więcej 
piętnastu centymetrów sześciennych każda. 

Na ścianie w samym końcu pogrążonego w ciemnościach korytarza dostrzegł na-

gle  prostokątną  jasną  plamę,  raz po raz przecinaną  przez  ruchome  cienie. Kiedy pod-
szedł  bliżej,  usłyszał  pomruk  dziwnych  głosów.  Kuśtykał,  opierając  ciężar  ciała  na 
lasce, wskutek czego nie mógł podejść tak, żeby nikt go nie usłyszał. Szedł jednak po-

background image

Dzieci Jedi 

124 

woli,  starając  się  zachować  odpowiednią  odległość.  Wytężał  słuch.  Próbował  zrozu-
mieć, rozróżnić pojedyncze słowa... 

I nagle się odprężył. Chociaż słyszał zdania w rodzaju: „Wszystkie działa gotowe 

do otwarcia  ognia, panie  kapitanie" albo „Pragnę  złożyć  meldunek o  wynikach  misji, 
powierzonej naszym zwiadowcom", podobne  do śpiewnego szczebiotu piski  -  o kilka 
oktaw wyższe w porównaniu z tonem dziecięcych głosów  - upewniły go, że dotarł do 
enklawy, zamieszkiwanej przez Affytechan. 

Pomieszczenie było czymś w rodzaju stanowiska dowodzenia, choć najprawdopo-

dobniej  chodziło  raczej  o  systemy  uzdatniania  powietrza  i  wody  niż  uzbrojenia.  Ba-
jecznie piękni mieszkańcy Dom-Braddena, poruszając płatkami, kitkami i pędzelkami, 
a także trzepocząc setkami wici i odrośli, pochylali się nad testerami obwodów i czyt-
nikami  informującymi  o  stanie  inwentarza  magazynów.  Przebierali  palcami  po  nie-
czynnych  klawiaturach  i  wpatrywali  siew  martwe  czarne  twarze  ekranów  komputero-
wych  monitorów  z  zapałem  godnym  szturmowców  wykonujących  misję,  zleconą  im 
przez samego Imperatora Palpatine'a. 

Możliwe,  że  nawet  sami  uważali,  iż  są  szturmowcami.  Jeżeli  chodziło  o  Affyte-

chan, Luke nigdy nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. 

Oparł  się  o  framugę  drzwi.  Był  ciekaw,  czy  istoty  wiedzą,  że  dźwignie  się  nie 

przesuwają, a pokrętła nie obracają. Że stojące przed nimi monitory spoglądają na nich 
martwymi prostokątami czarnych ekranów. 

- Panie poruczniku, proszę przygotować do startu eskadrę  myśliwców typu TIE  - 

zakwilił śpiewnie dowódca. 

Była  nim  ozdobiona  purpurową  kryzą  puchata  istota,  otoczona  aureolą  białych 

włosów,  spomiędzy  których  wystawało  mnóstwo  żółtawych  pręcików.  Porucznik  - 
mający kształt pękatej beczki porośniętej sierścią w szesnastu odcieniach pomarańczo-
wego,  żółtego  i  czerwonego  -  pochwycił  dźwignię  w  szpony  i  zaczął  wydawać  zdu-
miewające dźwięki, z których żaden nie miał absolutnie niczego wspólnego z odgłosem 
wydawanym przez jakiekolwiek znane Luke'owi mechaniczne urządzenie. 

O ile Skywalker mógł się zorientować, Affytechanie  -  w przeciwieństwie do Ga-

morrean - nie starali się wyrządzić nikomu żadnej krzywdy. Ich świadomość, o ile jesz-
cze  jakąkolwiek  mieli,  została  tak  bez  reszty  opanowana  przez  marzenia  o  pełnieniu 
służby w imperialnej gwiezdnej flocie, że nie pozostało w niej miejsca na nic realnego. 

- Strzelają do nas, panie kapitanie! - krzyknęła nagle piękna żółto-niebieskawa pu-

chata  kula.  -  W  kierunku  bakburtowych  pól  ochronnych  zmierzają  dwie  torpedy  pla-
zmowe! 

Trzy czy cztery inne istoty zaczęły wydawać odgłosy - podobne do grzmotów po-

mruki i przenikliwe piski  -  mające, w ich przekonaniu, naśladować dźwięki eksplozji. 
Wszyscy zatoczyli się od jednej ściany do drugiej, jakby ich statek został trafiony, ale z 
trudem  zachowali  równowagę,  wymachując  szypułkami  i  płatkami  oraz  rozsiewając 
biało-złocisty proszek, podobny do chmur świecącego pyłku. 

- Odpowiedzieć ogniem! Odpowiedzieć ogniem! Tak, o co chodzi? 

background image

Barbara Hambly 

125 

Kapitan zwrócił w stronę Luke'a koronkowe czujniki, co wyglądało, jakby długie 

źdźbła trawy zostały smagnięte podmuchem wiatru. Skywalker pokuśtykał do dowód-
cy, stanął przed nim i dziarsko zasalutował. 

- Major Calrissian, Służby Specjalne - zameldował. - Dwadzieścia dwa, dziewięć-

dziesiąt osiem, jedenaście  be. Gdzie  jest przetrzymywany ten rebeliancki sabotażysta, 
którego pochwycili? 

- Rzecz jasna, w areszcie na pokładzie szóstym! - krzyknął niecierpliwie dowódca 

Affytechan, przy czym jego odpowiedź wydobyła się z sześciorga ust równocześnie. - 
Proszę mi nie zawracać głowy takimi pytaniami! Moi żołnierze giną, jakby byli masa-
krowani! 

Szerokim,  zamaszystym  gestem  pokazał  na  drzwi  w  ścianie  za  sobą.  Luke  pod-

szedł do nich i dotknął mechanizmu zamka. Ku swojemu przerażeniu zobaczył niewiel-
ką  świetlicę,  a  w  niej  rozrzucone  na  stołach,  krzesłach,  biurkach  i  podłodze  szczątki 
czterech  czy  pięciu  Affytechan,  pozbawionych  kończyn.  Ktoś  uruchomił  później 
umieszczoną pośrodku sufitu przeciwpożarową dyszę i skierował ją w taki sposób, żeby 
wszystko  -kończyny,  szczątki  ciał  i  zakrwawiona  podłoga  -  zostało  spryskane  drobną 
mgiełką, wskutek czego w pomieszczeniu unosiła się woń oleju czy smaru. W kałużach 
krwi na podłodze spoczywały inne wyrwane kończyny, zakończone włóknami  nerwo-
wymi,  które przypominały żółte cienkie łodygi zginające się pod ciężarem tęczowych 
mięsistych cebulek. 

- Panie kapitanie, nasz napęd nadświetlny długo nie wytrzyma! -wykrzyknęła isto-

ta, z pewnością uważająca się za inżyniera. Po chwili oficer artylerzysta dodał: 

- Zbliża się coraz więcej rebelianckich maszyn, panie kapitanie! Nadlatują forma-

cją w kształcie klina na dziesiątej od strony ster-burty! 

Wszystkie  pozostałe  istoty  rzuciły  się  do  martwych  konsolet  i  zaczęły  wydawać 

dźwięki, w ich mniemaniu mające imitować odgłosy toczącej się walki. 

Podpierając się laską, zamyślony Luke podreptał z powrotem na korytarz. 
Pokład szósty - pomyślał. - O wiele niżej... a tymczasem samotny Klagg usiłował 

się wspiąć po schodach. Mimo to... 

Czy to właśnie Klaggowie zmasakrowali tamtych Affytechan? 
To możliwe - pomyślał Luke, starając się otworzyć kolejne drzwi, które jednak się 

nie  rozsunęły.  Musiał  wrócić  do  magazynu  (nadal  nie  widział  pod  sufitem  żadnych 
wystających  metalowych  dźwigarów),  a  później  minąć  taras  widokowy,  umieszczony 
nad opustoszałym hangarem. Szczątki istot nie sprawiały wrażenia  sczerniałych, a ra-
czej  oderwanych  od  ciał  albo  rozszarpanych.  Jak  mogły  oddziaływać  blasterowe  bły-
skawice na miękkie, podobne do jedwabiu i porośnięte długą sierścią ciało? 

Luke  przystanął  na  skrzyżowaniu  i  spróbował  zebrać  myśli.  Jeszcze  jedne  drzwi 

nie chciały się otworzyć, mimo iż miał niejasne przeczucie, że niedawno były rozsuwa-
ne.  Wrócił  korytarzem,  skręcił  w  odnogę  i  przeszedł  przez  pomieszczenie  ze  zsypem 
pralniczym, ale znalazł się w wąskim przejściu zamkniętym kolejnymi opancerzonymi 
drzwiami, odpornymi na blasterowe strzały. 

Już raz tędy przechodziłem - pomyślał. Był tego absolutnie pewien. A wówczas te 

drzwi były... 

background image

Dzieci Jedi 

126 

Przystanął i poczuł, że zjeżyły mu się włosy na głowie. 
W powietrzu unosiła się charakterystyczną woń ludzi piasku. 
Ty idioto - pomyślał, czując, jak lodowaty chłód przenika jego ciało. Jeżeli impe-

rialne ładowniki porwały z Tatooine Jawów, powinien był się domyślić, że mogły za-
brać na pokłady także grupę ludzi piasku - Jeźdźców Tusken. 

Ludzie piasku musieli przechodzić tym korytarzem najwyżej przed pięcioma  mi-

nutami, ponieważ aparatura wentylacyjna jeszcze nie zdążyła usunąć odoru, wydziela-
nego przez ich ciała. Oznaczało to, że Tuskenowie mogli także podążać za nim, podob-
ni do wysokich, owiniętych taśmami i bandażami dzikich i okrutnych strachów na wró-
ble, zmumifikowanych przez żar pustyni. Że przysłuchując się odgłosowi szurania jego 
stóp, mogą nawet  w tej chwili czaić  się, ukryci  w jednej z  mrocznych komnat, której 
drzwi wyważyli Gamorreanie, Affytechanie albo Jawowie... 

Strzelby, jakimi posługiwali się Jeźdźcy Tusken, były najczęściej zabytkami, wy-

rabianymi  w  Mos  Eisley  przez  pokątnych  rusznikarzy  i  sprzedawanymi  im  przez  po-
zbawionych  skrupułów  pośredników.  Mimo  iż  nieprecyzyjne  i  staroświeckie,  na  nie-
wielką odległość mogły okazać się równie śmiercionośne jak blastery. 

Luke nadal wyczuwał ten sam odór. Zrozumiał, że gdyby Tuskenowie tylko prze-

chodzili  korytarzem,  wentylatory  powinny  były  już  dawno  uporać  się  z  usunięciem 
woni ich brudnych zawojów, pokrytych pustynnym pyłem i kurzem. 

Cofnął  się  tym  samym  korytarzem,  którym  przyszedł,  wytężając  wzrok  i  słuch; 

szukając  śladów.  W  pewnej  chwili  wydało  mu  się,  że  zza  rogu,  który  ostatnio  mijał, 
doleciał cichy odgłos metalu ocierającego się o inny metal. W tej samej sekundzie jego 
uwagę  przykuł  jakiś  ruch,  widoczny  w  przeciwległym  końcu  korytarza.  Zobaczył,  że 
sunący środkiem myszodroid dotarł do skrzyżowania i nagle znieruchomiał, jakby jego 
czujniki wykryły za rogiem coś niebezpiecznego, czego Luke nie mógł zauważyć. Au-
tomat odwrócił się i niczym ogarnięty paniką, potoczył się równie szybko w drugą stro-
nę. 

Skywalker  skoczył  do  najbliższego  otwartego  pomieszczenia  równocześnie  ze 

skwierczącą  smugą, która  pojawiła się  zza  rogu  korytarza  i osmaliła  płytę ściany nad 
jego głową. Ludzie pustyni zrozumieli, że ich ofiara nie wpadła w zastawioną pułapkę. 
Kiedy zatrzaskiwał drzwi za sobą, usłyszał cichy szelest ich stóp przesuwających się po 
metalowych płytach. Przebiegł przez komnatę, która była chyba czymś w rodzaju świe-
tlicy- ujrzał czytnik wideogramów i dozownik do kawy  - po czym wypadł przez drzwi 
w przeciwległej ścianie. Znalazł się w kolejnej sali z dwiema pryczami, przypominają-
cej  tę,  w  której  odzyskiwał  przytomność.  Dwiema  pryczami,  ale  jednymi  drzwiami. 
Usłyszał odgłosy ciosów, zadawanych grotami włóczni gaffe i naprędce sporządzonymi 
taranami, spadających na drzwi świetlicy, z której właśnie zdążył wybiec. Rzucił się do 
innego pomieszczenia z szybem pralniczym, podobnego do tego, z którego mały Jawa 
poprowadził go w górę remontowego szybu. 

Niestety, pokrywa, zamykająca właz szybu w tym pomieszczeniu, nie dawała się 

otworzyć. Luke usłyszał za plecami głośny trzask i zrozumiał, że drzwi świetlicy zosta-
ły  wyważone.  Zobaczył  błyski  blasterowego  ognia,  po  którym  płyty  ścian  świetlicy 
pokryły się skwierczącymi bąblami. Po chwili jego uszu dobiegł huk, z jakim eksplo-

background image

Barbara Hambly 

127 
dował  czytnik  wideogramów,  a  po  nim  przeciągły  syk  sprężonej  cieczy  uchodzącej  z 
przedziurawionych rur systemu przeciwpożarowego... Doszedł do wniosku, że nie zdą-
ży  użyć  świetlnego  miecza.  Posługując  się  Mocą  wymierzył  cios  w  umieszczoną  na 
ścianie pokrywę  włazu. Metalowa  płyta  wygięła  się, ale nakrętki  mocujące  ją  od  we-
wnątrz  nie puściły. Luke przypomniał sobie, że  kiedy przebywał  we  wnętrzu tamtego 
szybu  i  oglądał  zamknięcia  pokryw  włazu,  dostrzegł  umieszczone  nad  nimi  czarne 
skrzynki magnetycznych zamków. 

Drzwi  do  jego  pomieszczenia  zadrżały  i  zatrzeszczały.  Rozległ  się  głośny  huk  i 

grzechot  zamka,  poddanego  działaniu  blasterowego  ognia.  Między  skrzydłami  drzwi 
pojawiła się wąska szpara. Wpadło przez nią kilka blasterowych błyskawic, które gło-
śno sycząc, zaczęły odbijać się od ścian i sufitu. Pomieszczenie nie było duże, a więc 
Luke  rozpłaszczył  się  w  jednym  z  kątów.  Usiłował  zogniskować  wystarczająco  dużo 
energii  Mocy,  by  nie  zostać  trafionym  przez  zabłąkaną  smugę.  Wąska  szczelina  w 
drzwiach  uniemożliwiała  ludziom  piasku  wymierzenie  broni  w  jego  kąt  komnaty,  ale 
Luke  bał  się  nawet  pomyśleć,  co  będzie,  kiedy  napastnikom  uda  się  otworzyć  drzwi 
trochę szerzej i zasypać wszystkie kąty lawiną blasterowych błyskawic... 

Moc.  A  może  mógłby  posłużyć  się  Mocą,  żeby  wypchnąć  drzwi  na  zewnątrz,  a 

później lewitując, poszybować nad głowami napastników. Może wówczas udałoby się 
mu zyskać choćby kilka sekund... 

Wiedział,  że  to  absurdalny  pomysł,  ale  właśnie  miał  skupić  siły,  by  zgromadzić 

energię, potrzebną do wcielenia go w życie, kiedy nagle jego uwagę przykuł cichy me-
taliczny brzęk dobiegający z okolic prawej stopy. 

Pokrywa, zasłaniająca dotychczas otwór remontowego szybu, wypadła i potoczyła 

się po podłodze. 

Luke  schylił  się  i  zanurkował  do  szybu,  po  czym  umieścił  płytę  na  poprzednim 

miejscu - rzeczywiście, mogła być zaśrubowana od wewnątrz, a co więcej, miała także 
zamek  magnetyczny  -  po  czym  dokręcił  tylko  śruby,  będąc  pewnym,  że  i  tak  ludzie 
piasku  nie  otworzą  pokrywy.  Zaczął  schodzić  ciemnym  szybem,  rozjaśnianym  tylko 
pomarańczowymi punkcikami awaryjnych lamp, umieszczonych na ścianach w górze. 
W  miarę  jak  opuszczał  się  w  głąb,  stawało  się  coraz  ciemniej,  i  wkrótce  jedynym 
oświetleniem stał się blask prętów jarzeniowych, przymocowanych do końca laski. 

Kiedy  dotarł  do  metalowej  pokrywy  włazu,  umieszczonej  na  niższym  poziomie, 

znieruchomiał i odpoczął, przycisnąwszy czoło do zimnej ściany. Wytężył słuch i pró-
bował przeniknąć przez grubą warstwę metalu, żeby zorientować się, co może czekać 
go  po  drugiej  stronie.  Nie  usłyszał  jednak  żadnych  dźwięków;  odkręcił  więc  śruby  i 
trzymając  się  metalowych  szczebli,  odsunął  się  od  pokrywy  włazu.  Następnie  skupił 
energię Mocy w ten sposób, by wymierzyć cios w klapę z przeciwnej strony; żeby cho-
ciaż  uszkodzić  albo  ją,  albo  magnetyczny  zamek.  Zamek  wprawdzie  nie  puścił,  ale 
metalowa  płyta  wgięła  się  do środka  szybu,  na  tyle, żeby  mógł pokonać opór zamka. 
Wypchnął pokrywę na zewnątrz i przecisnąwszy ciało przez otwór, znalazł się na po-
kładzie czternastym w kiepsko oświetlonym pomieszczeniu. 

Threepio czekał na niego w sali z szybem pralniczym. 

background image

Dzieci Jedi 

128 

-  Niestety,  nie  udało  mi  się  znaleźć  niczego,  panie  Luke'u,  absolutnie  niczego  -

jęknął na widok Skywalkera. - Doktor Mingla jest zgubiona. Wiem, że jest. 

Na korytarzu za drzwiami nie świecił żaden panel jarzeniowy, a te, które znajdo-

wały się w pomieszczeniu, zasilane z rezerwowych baterii, płonęły bladym ciemnożół-
tym blaskiem. W ich świetle oczy Threepia błyszczały jak złociste reflektory. 

- Obawiam się, że w tym tempie, w jakim Jawowie kradną przewody i cewki stat-

ku - dodał cierpko android - wkrótce wszyscy będziemy zgubieni. 

-  No  cóż,  na  razie  jeszcze  nie  jesteśmy.  -  Luke  osunął  się  na  podłogę  i  oparłszy 

plecy  o  ścianę,  wyprostował  zranioną  nogę.  Mimo  łubków,  ogniskowania  Mocy  i 
wszystkich  technik Jedi,  jakimi się  posługiwał,  nadal  czuł  w  niej pulsujący ból.  Ode-
rwał kawałek samoprzylepnej taśmy, którym zakleił rozcięcie nogawki spodni kombi-
nezonu,  po  czym  przyłożył  następny  tampon,  nasączony  perigenem.  Zawarte  w  nim 
środki uśmierzające ból powinny przynieść ulgę, ale nie mogły nic poradzić na ogarnia-
jące go znużenie. Luke zaczął się zastanawiać, czy mógłby wykrzesać z siebie tyle siły, 
żeby sprawdzić cały pokład szósty, czy też może z powodu zwyczajnego wyczerpania 
przeoczyłby jakiś subtelny ślad. 

Musimy wziąć pod uwagę, że to są Gamorreanie - pomyślał. -Jak subtelni potrafią 

być świnioludzie? 

Chociaż instynkt podpowiadał mu, że powinien szukać Cray na wyższych pokła-

dach, był pewien, że nie może zlekceważyć nawet cienia szansy, iż kobieta mogła zo-
stać uwięziona na pokładzie szóstym. To nawet miałoby sens - pomyślał po chwili. 

Głęboko odetchnął. 
-  Czy  nie  miałbyś  nic  przeciwko  temu,  Threepio,  żeby  przeszukać  jeszcze  jeden 

pokład nad nami? - zapytał.  - Mógłbym unieść cię  na  wysokość  włazu na poziomie... 
myślę, że to będzie siedemnasty. 

Wychylił  się  przez  otwór  włazu  i  spojrzał  w  górę.  Upewnił  się,  że  następny  wi-

doczny właz znajduje się co najmniej o dwa poziomy nad pokładem piętnastym. 

- Oczywiście, że nie, panie Luke'u. Ale stanowczo sugeruję, żeby pan chociaż tro-

chę  odpoczął.  I  proszę  pozwolić,  abym  na  nowo  opatrzył  pana  nogę.  O  ile  mogę  się 
zorientować, funkcje życiowe pańskiego organizmu... 

-  Odpocznę,  kiedy  wrócę  z  pokładu  szóstego  -  przerwał  Luke.  -Obiecuję  -  dodał 

szybko,  kiedy  po  jego  poprzednich  słowach  zapadła  pełna  urazy  cisza.  -  Nie  sądzę, 
żebyśmy... Mam przeczucie, że po prostu nie mamy tyle czasu. 

Poczuł ból we wszystkich mięśniach na samą myśl, że musi schodzić po tych me-

talowych szczeblach, żeby dostać się na pokład szósty. .. szczebel po szczeblu, utrzy-
mując cały ciężar ciała na rękach... 

Zakończona powodzeniem ucieczka przed ludźmi piasku przekonała go jednak, że 

słusznie nie marnował sił i zdolności skupiania Mocy, aby umknąć im, lewitując własne 
ciało. 

Nie  miał  pojęcia,  kiedy  będzie  musiał  dać  z  siebie  naprawdę  wszystko.  Ani  jak 

długo przeżyje, dysponując jedynie tak niewielką siłą. 

background image

Barbara Hambly 

129 

Okazało się, że potrzebował dużo sił, żeby unieść Threepia na wysokość dziesięciu 

czy dwunastu metrów - a potem wypchnąć pokrywę włazu, tak aby android mógł prze-
cisnąć przez otwór metalowe ciało. 

- Niech pan będzie ostrożny, panie Luke'u - usłyszał jeszcze głos Threepia, dobie-

gający z góry szybu. 

Uśmiechnął się do siebie, ukazując zęby. Przypomniał sobie, że tak samo wołała 

za nim ciocia Beru, żeby zabrał poncho, ilekroć wyprawiał się nad Morze Wydm swo-
im śmigaczem. Nigdy się nie domyśliła, że leciał, by zapolować na pustynne szczury, i 
że gdyby przytrafiło mu się coś złego, fakt, iż zmarznie, nie mając poncha, będzie naj-
mniejszym powodem jego wszystkich zmartwień. 

Przestał się jednak uśmiechać, kiedy zajrzał w głąb mrocznego szybu. Większość 

awaryjnych lamp się nie świeciła, a ciemności były rozjaśniane tylko przez niewielkie 
plamy blasku, usytuowane w miejscach, gdzie pokrywy włazów zostały usunięte przez 
wędrujących z pokładu na pokład Jawów. Ponownie przewiesił przez plecy sękatą la-
skę. 

Osiem poziomów. Jeden szczebel po drugim. 
Nagle przyszła mu do głowy myśl, pod wpływem której znieruchomiał, a później 

obrócił i rozejrzał po skąpo oświetlonym pomieszczeniu. 

Dokądkolwiek się wyprawiał na tym statku, odbierał  - czuł -złośliwą inteligencję 

Woli,  która  śledziła  jego  każdy  krok,  a  nawet  mierzyła  tempo  oddychania,  częstotli-
wość bicia serca i temperaturę ciała. Badała życiowe funkcje jego organizmu, podobnie 
jak to czynił Threepio, ale  bez  nacechowanej  wścibstwem  troskliwości złocistego an-
droida. Luke był niemal pewien, że to właśnie Wola zamykała niektóre drzwi na pokła-
dzie piętnastym, by skierować go do pułapki, przygotowanej przez Tuskenów. Po raz 
pierwszy odniósł jednak niesamowite wrażenie, że nie tylko Wola przygląda się temu, 
co robi. 

Z  pewnością  to  nie  Wola  zwolniła  od  wewnątrz  nakrętki  pokrywy  włazu,  aby 

umożliwić mu wejście do wnętrza szybu remontowego. 

A może jednak to była Wola? Może właśnie to leżało w jej interesie? 
Nie mógł tego wiedzieć. Mimo to, zanim wślizgnął się do szybu i zaczął mozolnie 

schodzić po metalowych szczeblach, rzekł cicho: 

- Dziękuję ci. Dziękuję za pomoc. 
Pomyślał jednak, że gdyby to miał być podstęp mający uśpić jego czujność, będzie 

się czuł jak Przewodniczący Galaktycznego Stowarzyszenia Wioskowych Idiotów. 

Przecisnął  ciało  przez  otwór  i  po  chwili  zniknął  w  ciemnościach  panujących  w 

czeluści szybu. 

background image

Dzieci Jedi 

130 

R O Z D Z I A Ł  

10 

- Daj spokój, Chewie, nie słyszałeś, jak tamten człowiek powiedział dzisiaj po po-

łudniu, że tu, na górze, niczego nie ma? 

Han Solo kierował promień światła latarki w mroczne kąty pogrążonego w głębo-

kiej ciszy domostwa Pletta. Promień był o wiele silniejszy niż blask, rzucany przez pręt 
jarzeniowy  Leii,  jako  że  źródłem  światła  był  prawdziwy  fotochemiczny  luminator, 
wierny  druh  każdego  przemytnika.  Z  jednego  kąta  dobiegł  szelest,  jakby  czmychnęło 
jakieś przestraszone stworzenie, niewidoczne w styksowej mgle otaczającej zrujnowaną 
budowlę. Han poczuł ciężki zapach gnijących słodkich owoców. 

Chewbacca wydał chrapliwe, pełne dezaprobaty warknięcie. 
-  O  co  chodzi,  czyżbyś  wystraszył  się  małego  gryzonia?  -  zapytał  Han.  Promień 

jego luminatora wyłowił ciemną okrągłą tarczę osłaniającą otwór szybu. - Tam, w dole, 
zapewne są ich setki. 

Ukląkł obok pokrywy i zdjął z ramienia torbę zawierającą zestaw najpotrzebniej-

szych przyrządów i narzędzi. Wysoko nad jego głową było widać rozmyte przez mgłę 
jasne plamy jarzeniowego oświetlenia wiszących ogrodów. 

Dwukrotnie korzystał z nadajnika łączności holograficznej, próbując się skontak-

tować z Marą Jadę, ale żadna jego wiadomość nie została odebrana. Nie udało mu się 
także porozumieć z Leią, która miała przejrzeć rejestry w miejskim archiwum. Urzęd-
nicy  twierdzili,  że  jeszcze  nie  przyszła.  Han  uznał  to  za  dziwne,  nie  pasujące  do  jej 
charakteru, chociaż było możliwe, że w ciemnościach i mgle skręciła w niewłaściwym 
miejscu i po prostu zabłądziła  w labiryncie ogrodów i  sadów. Bez  względu jednak na 
to, co mogło się czaić w głębinach rzekomo nie istniejących tuneli, wydrążonych pod 
domostwem  Pletta,  trudno  było  sobie  wyobrazić,  aby  komuś,  poruszającemu  się  po 
powierzchni tego spowitego gęstą mgłą Ogrodu Rozkoszy, mogło grozić jakieś niebez-
pieczeństwo.  Jeszcze  później  Han  skorzystał  z  nadajnika  łączności  podprzestrzennej, 
żeby porozmawiać z Winter i przywitać się z Anakinem, a także zamienić kilka zdań z 
Jacenem i Jainą. Bliźnięta wielokrotnie wyciągały ręce, sięgając nimi poza holograficz-
ne pole. Zapewne chciały go uściskać, z pewnością niepomne faktu, że ojciec nie prze-
bywał  w  tym  samym  pomieszczeniu,  co  one.  Kiedy  jednak  skończył  rozmawiać  i  w 
przydzielonym mu domu zapadła znów cisza, zorientował się, co chce zrobić. 

background image

Barbara Hambly 

131 

Pragnął  wrócić  do  domostwa  Pletta,  by  samemu  rozejrzeć  się  po  wszystkich  ką-

tach. 

Wydawało mu się, że wie, w jaki sposób dostać się do krypty. 
Z krzywym uśmiechem pomyślał, że podobnie jak Drub McKumb, on także prze-

prowadził własne „obliczenia". 

Chewbacca podał mu zawiniątko, wyjęte z szafki na pokładzie „Sokoła Tysiącle-

cia"  -  zawierające  przenośny  generator  pola  anty-grawitacyjnego  typu  Scale-3  oraz 
kilka  rezerwowych  ogniw  energetycznych.  Solo  ustawił  urządzenie  na  metalowej  po-
krywie  włazu, po czym  włączył zasilanie  magnetycznych  przyssawek. Stwierdził jed-
nak,  że  pokrywa  nie  została  wykonana  z  durastali,  jak  przypuszczał,  lecz  z  jakiegoś 
innego  metalu  nieżelaznego.  Zdziwił  się,  kiedy  przypomniał  sobie  różnicę  w  cenie, 
istniejącą między ferromagnetykami a metalami nie wykazującymi właściwości magne-
tycznych. Pokrywy włazu nie wyposażono także w żadne uchwyty. 

- No cóż, w takim razie spróbujemy zrobić to w inny sposób -mruknął. 
Wyjął z podręcznego zestawu niewielką wiertarkę i podłączył ją do jednego ogni-

wa. W tym czasie zastanawiał się nad tym, kto mógł umieścić tę pokrywę i od jak daw-
na  spoczywała  ona  w  tym  miejscu,  uniemożliwiając  dostęp  do  szybu.  Widząc  kurz, 
zalegający w szczelinach wokół metalowej płyty, pomyślał, że co najmniej od kilku lat. 
Pamiętał jednak, że Leia ujrzała w swojej wizji dawny wygląd tego miejsca, i że wów-
czas  otwór  szybu  nie  był  przysłonięty  litą  płytą,  lecz  ażurową  kratą.  Zapewne  płytę 
umieszczono znacznie później, w tym celu, by nie marnowało się ciepło. 

W  świetle  latarki  Chewbaccy  przymocował  do  powierzchni  płyty  generator  pola 

antygrawitacyjnego, używając do tego celu specjalnych sworzni. Nie potrafiłby nawet 
zgadnąć,  jaka  może  być  głębokość  szybu  -  co  najmniej  sto  metrów,  jeżeli  sądzić  po 
łącznej wysokości wszystkich skalnych półek, wznoszących się ponad dno doliny. Ge-
nerator typu Scale-3 nadawał się do większości takich zadań i bez trudu poradził sobie 
z pokrywą. Okazało się, że ciężka płyta  ma  kształt ściętego stożka, a  nie  walca. Była 
grubsza  niż  ktokolwiek  mógłby  się  spodziewać,  ale  dokładnie  pasowała  do  kształtów 
gniazda wieńczącego otwór szybu. 

Kiedy zaczęła  się  unosić, ze  szczeliny  wokół brzegów  wydobyły się  obłoki pary 

przesyconej mroczną wonią siarki. Han i Chewbacca odciągnęli płytę na bok, a wów-
czas obłoki rozpłynęły się po posadzce, skrywając ich stopy. Było jasne, że ze źródła na 
dnie  szybu  tryskała  tylko  ciepła  woda,  a  nie  wrzątek.  Kiedy  Han  skierował  promień 
luminatora  w  głąb  czarnej  dziury,  zobaczył  kępy  mchów  i  porostów  pokrywających 
powierzchnię błyszczących, wilgotnych kamieni. Oprócz woni siarki i cierpkiego zapa-
chu chloru, z czeluści wydobywał się intensywny odór gnijących owoców. 

Chewie przeciągle zaryczał. 
- To prawda, śmierdzi  - przyznał Han.  - Podobnie jak przedział silnikowy  na po-

kładzie „Sokoła Tysiąclecia", kiedy pęknie jakiś rurociąg. 

Jak się spodziewał, ujrzał w skalnej powierzchni rząd wbitych metalowych uchwy-

tów.  Nieregularne  kształty  szybu,  pełne  wgłębień  i  występów  rzucających  cienie,  nie 
pozwalały zajrzeć w głąb czeluści na odległość większą niż dziesięć metrów, tym bar-
dziej że obłoki wydobywającej się pary odbijały światło luminatora. Solo owiązał ko-

background image

Dzieci Jedi 

132 

niec asekuracyjnej liny wokół kamiennej kolumny rozdzielającej dwa okienne otwory 
w kształcie dziurek od klucza, po czym przymocował drugi koniec do uchwytu u pasa. 
Chewie po prostu dwukrotnie owinął tę samą linę wokół pasa. 

- No, dobrze - mruknął Solo, przypinając luminator z przodu bluzy. - Przekonajmy 

się, o co w tym wszystkim chodzi. 

„Ukryli dzieci w głębi szybu". 
Solo omal nie przeoczył otworu, wiodącego do poziomego tunelu, jaki wykuto w 

litej  skale  ściany  szybu  w  miejscu,  w  którym  mroki  nie  ustępowały  nawet  wówczas, 
gdy kierował na nie promień luminatora. W miarę jak schodzili w głąb szybu, ciemno-
ści  gęstniały,  a  wraz  z  nimi  coraz  bardziej  drażnił  ich  nozdrza  ciężki,  mdląco-słodki 
odór. Han był świadom, że na ścianach szybu przemykają pośród mchu i mineralnych 
nalotów jakieś niewielkie, wilgotne stworzenia. Stwierdził jednak w pewnej chwili, że 
wbite  w  litą  skałę  metalowe  uchwyty  poniżej  pewnego  miejsca  są  niemal  całkowicie 
niewidoczne pod grubą warstwą mchów i porostów. Różnica była tak wyraźna, że po-
stanowił  wspiąć  się  trochę  wyżej  i  poszukać  dokładniej,  kierując  smugę  światła  we 
wszystkie mroczne kąty po obu bokach i za plecami. 

- Jest! 
Oświetlił wlot poziomego tunelu, którego przedtem nie zauważył, i po chwili obaj 

zanurkowali w głąb niskiego owalnego otworu. Chewbacca wzdrygnął się, nie ukrywa-
jąc  obrzydzenia.  Musiał  iść  zgarbiony,  a  na  jego  długiej,  gęstej  brązoworudej  sierści 
widać było ciemniejsze wilgotne plamy. Promień luminatora ukazywał stare rysy, wi-
doczne na ścianach tunelu, a także miejsca na dnie, w których mech został wyrwany i 
odrósł na nowo. 

- To pewne, ktoś tu musiał chodzić, i to później niż przed trzydziestu laty - zauwa-

żył Han. W pewnej chwili schylił się i podniósł coś, co leżało w kępie mchu na dnie 
tunelu. 

W blasku promienia luminatora ujrzał brudnożółtawy przedmiot o rozmiarach pa-

znokcia  kciuka,  sprawiający  wrażenie  równocześnie  matowego  i  połyskującego.  Jego 
powierzchnię zdobiła siatka zagmatwanych czarnych linii. 

- Ksylen - mruknął. - Obwód pamięciowy. Jeżeli stary Plett był rzeczywiście takim 

znakomitym botanikiem, za jakiego wszyscy go uważali, w tych podziemiach powinno 
się  roić  od  sekwenserów,  zbiorników  i  kto  wie,  jakich  jeszcze  innych  urządzeń.  Nic 
dziwnego,  że  od  dawna  przybywali  tu  ludzie,  którzy  chcieli  rozebrać  je  na  części.  - 
Odwiązał  koniec  liny od pasa  i odrzucił, żeby zwisała  u  wejścia  do tunelu.  -Ile  płacą 
teraz za ksylen na wolnym rynku, Chewie? - zapytał. 

Wookie zaryczał, twierdząc, że nie zna się na wolnorynkowych cenach surowców 

i  minerałów.  Han  jednak  i  bez  tego  wiedział,  że  wartość  ksylenu,  zawartego  w  tym 
pojedynczym obwodzie pamięciowym, jest tak duża, że kilkakrotnie przewyższa cenę 
szaty, jaką Leia miała na sobie tego popołudnia. Wsunął obwód pamięciowy do kiesze-
ni bluzy. 

- Teraz nie dziwię się, że Nubblyk usiłował zachować to w tajemnicy - mruknął do 

siebie. 

background image

Barbara Hambly 

133 

Strumień  światła  luminatora  uwypuklał  nieregularne  kształty  wilgotnych  ścian  i 

łagodnego łuku porośniętego mchem sklepienia nad ich głowami. W pewnej chwili coś 
czarnego i błyszczącego o rozmiarach stopy Hana prześlizgnęło się pomiędzy kępami 
mchu i zniknęło w głębi mrocznego tunelu. Han wzdrygnął się odruchowo,  a Chewie, 
który szedł pochylony, żeby nie zawadzić głową o sklepienie, nerwowo przejechał ko-
smatą dłonią po grzywie, jakby poczuł, że coś spadło z kępy mchu i ukryło się w jego 
gęstej sierści. Warknął coś, co zabrzmiało jak pytanie. 

- Nie wiem - odrzekł Han. - Ale jedyną rzeczą, jaka mogła zakończyć handel tymi 

obwodami - czy czymkolwiek innym, co wyciągali ze środków starych automatów -jest 
wyniesienie wszystkiego, co miało jakąkolwiek wartość. Z tego, co mówili na ten temat 
w barze, można sądzić, że miało to miejsce rok po bitwie o Endor. 

Kiedy zaczął  schodzić  po niewielkiej pochyłości  wiodącej do następnego tunelu, 

którego  drugi  koniec  ginął  w  nieprzeniknionym  mroku,  wokół  jego  butów  snuły  się 
wstęgi wilgotnej mgiełki. 

Chewbacca ponownie zaryczał, jakby chciał zapytać o coś jeszcze. 
- Tak, Drub pracował dla niego jako przemytnik. Slyte jednak trzymał wszystko w 

tajemnicy.  Domyślam  się,  że  tylko  on  wiedział,  gdzie  znajduje  się  wlot  tego  tunelu. 
Może zresztą nie tylko tego; może jest ich więcej. Do diabła - zauważył, kiedy znalazł 
się  na  szczycie stromej,  wijącej się  zygzakami rampy.  -  Cóż  to za  miejsce, które  jest 
bardziej przestronne w środku niż na zewnątrz. 

Tunel zaczął się wznosić, zapewne wykuty w miejscu jednej z wielu starych wul-

kanicznych  szczelin,  jakimi  uchodziły  gazy,  albo  koryt,  którymi  płynęły  podziemne 
rzeki. Możliwe, że kończył się otworem w pionowej skalnej ścianie urwiska graniczą-
cego  z  rozpadliną  Plawal.  Na  szczycie  rampy  Han  dostrzegł  otwór  jeszcze  jednego 
krótkiego tunelu, który jednak nie prowadził donikąd - kończył się litą skałą. 

- Założę się, że to właśnie tutaj Leia ujrzała drzwi wiodące do domostwa Pletta  - 

stwierdził. 

Obaj wrócili i ponownie ruszyli głównym korytarzem. Chewie mruczał coś do sie-

bie, kiedy poprawiał przewieszony przez plecy miotacz przypominający kuszę i karabin 
blasterowy, pragnąc mieć broń pod ręką. 

- Nareszcie - odezwał się nagle Solo. - Ten szyb wentylacyjny zapewne kończy się 

pod powierzchnią lodu. 

Kierując się  wyżłobionymi w dnie tunelu znakami, dotarli do przestronnej groty. 

Przeszli przez  drewniany  most,  przerzucony  nad rozpadliną, z  której  wydobywały  się 
gęste kłęby gryzących gazów, przesyconych intensywną wonią siarki. Skały po drugiej 
stronie mostu, gdzie tunel stawał się szerokim mrocznym korytarzem o nieregularnych 
kształtach, były pokryte pomarszczonym, podobnym do zawiłego labiryntu kremowo-
białym nalotem. Dno korytarza szpeciły liczne mniejsze i większe otwory, z których od 
dawna nie wydobywały się wulkaniczne gazy. Niektóre były niemal całkowicie zaczo-
powane  barwnymi  mineralnymi  osadami.  Z  jednego  otworu  wystawały  spłaszczone 
białe  macki,  podobne  do  długich  dżdżownic.  Usiłowały  pochwycić  nogi  Hana  i 
Chewbaccy,  ale  kiedy  przerażeni  odskoczyli,  rozległo  się  bulgotliwe  siorbnięcie,  po 
którym macki skryły się w głębi otworu. 

background image

Dzieci Jedi 

134 

W przeciwległym krańcu wielkiej groty wykuto w litej skale pomieszczenie przy-

pominające  małą  jaskinię.  Jej  dno  zaśmiecały  plastikowe  pudełka  i  płaskie  pakiety, 
używane  przez  przemytników  do  chowania  towarów  w  celu  późniejszego  ukrycia  za 
panelami kadłuba czy pod płytami pokładu. Większość była nadgryziona albo rozdarta. 
Mały  krecz,  niewiele  większy  niż  kciuk  Hana,  umknął,  kiedy  padł  na  niego  strumień 
światła z luminatora. 

-  Złoty  drut.  -  Han  trącił  plastikowe  pudełko  czubkiem  buta.  Przyklęknął,  żeby 

podnieść jakiś zabrudzony metalowy przedmiot, który błysnął, kiedy go oświetlił. Drut, 
zapewne  kiedyś  skręcony  w  kunsztowną  spiralę,  został  później  wyprostowany  i  po-
nownie  zwinięty  w  ten  sposób,  by  zajmował  jak  najmniejszą  przestrzeń.  Był  pokryty 
grubą  warstwą  mineralnych różowo-złotych osadów, połyskujących  w świetle lumina-
tora. - I to całkiem niezłej próby. 

Han  skierował  snop  światła  w  stronę  dwóch  otworów  drzwiowych  umożliwiają-

cych  wyjście  z  jaskini  i  przekonał  się,  że  jeden  wiedzie  ku  kamiennym  schodom,  a 
drugi jest wylotem jeszcze jednego tunelu. Ze sklepienia jaskini zwieszały się spiczaste 
stalaktyty,  pokryte  cienkimi  jak  włosy  osadami  sodu  i  krzemu.  Na  ścianach  widniały 
kępy błękitnych, zielonych i purpurowych porostów, a po dnie jaskini snuły się wstęgi i 
serpentyny oparów. 

- Przekonajmy się, co jeszcze tutaj mamy - odezwał się Solo. Kiedy obaj podeszli 

na  skraj  wentylacyjnego szybu, podmuch cuchnącego powietrza rozwichrzył  wilgotne 
od potu włosy Hana i sploty sierści Wookiego. Po ścianach szybu ściekały strużki wo-
dy, a w powietrzu unosiła się tak silna woń siarki i odór kreczów, że niemal uniemoż-
liwiała oddychanie. Han skierował strumień światła na stos porozbijanych metalowych 
pudeł i wysypujących się z ich wnętrz płytek z obwodami scalonymi. Błysnęły nieru-
chome szklane oczy, umieszczone w cylindrycznej głowie starego androida typu APD-
40. 

- Kiedy przestali produkować te modele APD, Chewie? - zapytał Solo. 
Pochylił się i podniósł kilka płytek, by się przyjrzeć. Przekonał się, że większość 

cennych obwodów scalonych została wyciągnięta z gniazdek. Usunięto także wszystkie 
miniaturowe ogniwa energetyczne. 

Wookie domyślał się, że w czasach wojen klonowych, ale nie  wszedł do jaskini. 

Przystanął w pobliżu niskiego prostokątnego otworu drzwiowego i wytężał słuch, jakby 
do  jego  uszu  dolatywały  jakieś  dźwięki  z  mrocznego  korytarza  albo  z  innych  miejsc 
wielkiej  groty.  Han  słyszał  tylko  stłumiony  szum  i  plusk  wody  spadającej  gdzieś  w 
oddali, ale wiedział, że jego przyjaciel jest obdarzony o wiele czulszym słuchem. 

- Tak myślałem  - przyznał. - Przestawili się na androidy typu Ce Trzy, ponieważ 

do produkcji modeli APD musieli używać zbyt dużo złotego drutu i ksylenowych ob-
wodów scalonych. To bardzo stary model - dodał, oświetlając ponownie stos rozbitych 
metalowych  pudeł  i  strzaskanych  płytek  z  obwodami  scalonymi.  -  Musieli  rozebrać 
sześć, może siedem takich androidów. Przecież właśnie po to tu przybyli. 

W  następnej  skalnej  komnacie,  do  której  trafili,  idąc  dalej  korytarzem,  znaleźli 

klejnoty. 

- Co, u...? - zapytał zdumiony Solo. 

background image

Barbara Hambly 

135 

Snop światła ukazał trzy skrzynki, ustawione pod ścianą obok siebie, i rozszczepił 

się  na  tysiące  jaskrawych  tęczowych  błysków,  które  niczym  wielobarwne  świetliki 
ozdobiły sklepienie komnaty. Han pochylił się i zaczerpnął garść ubrudzonych i pokry-
tych nalotem łańcuszków, naszyjników, wisiorków, kolczyków, napierśników... 

Chewie ryknął, zwracając uwagę Hana na coś innego, po czym podniósł plastiko-

we pudło, do połowy napełnione ksylenowymi obwodami scalonymi. 

Obaj, nie ukrywając zdumienia, popatrzyli sobie w oczy. 
- To przecież nie ma sensu - zauważył Han, przebierając w pojemniku z obwoda-

mi.  Zauważył  pośród  nich  także  inne  wartościowe  podzespoły  elektroniczne,  kłębki 
złotego drutu, ogniwa energetyczne, płytki selenowe... - Wszystko jest warte siedemset 
albo osiemset tysięcy kredytów. 

Skierował strumień światła w stronę otworu drzwiowego, wykutego w przeciwle-

głej  ścianie  komnaty.  Jasny  krąg  ukazał  kanciaste  kształty  konsolet,  ciemne  ekrany 
monitorów, łagodne krzywizny roboczych kończyn automatów... 

- To wszystko pozostało w nie tkniętym stanie. Nie wyobrażam sobie, żeby Nub-

blyk odleciał, nie... 

Chewie uniósł kosmatą łapę i odwróciwszy głowę w stronę drugiego wyjścia, dał 

Hanowi znak, żeby zgasił luminator. 

Pomieszczenie  pogrążyło się  w  nieprzeniknionym  mroku.  Zapadła  cisza; słychać 

było  tylko  szmer  wody,  odbijający  się  od  sklepienia  komnaty.  Nagle  obaj  usłyszeli 
odgłos szurania albo drapania, a po chwili poczuli przyprawiający o mdłości odór kre-
czów. Han musiał stoczyć walkę z własną wyobraźnią - podsuwała mu koszmarne ob-
razy dziesiątków stworzeń, które zaczęły się wspinać na jego buty w tej samej chwili, 
kiedy wyłączył urządzenie. 

Starając się poruszać jak najciszej, skierował się do otworu drzwiowego, przy któ-

rym  stał  Wookie.  Po  chwili  jego  wyciągnięta  ręka  dotknęła  wilgotnej  sierści.  Gdyby 
Chewie  był  człowiekiem,  Han  musiałby  szepnąć,  kim  jest,  by  uniknąć  ciosu  nożem 
między  żebra,  ale  na  szczęście  Wookie  dobrze  znał  jego  zapach.  Nie  burknął  ani  nie 
mruknął,  ale  Solo  poczuł  pod  palcami,  że  sierść  na  ramieniu  przyjaciela  jeży  się  ze 
strachu. 

Coś nadchodziło korytarzem. 
Zabłąkany  podmuch  gorącego,  cuchnącego  powietrza  przyniósł  tak  intensywny 

odór, że Han zakrztusił się, prawie nie mógł oddychać. Intensywność woni świadczyła, 
że to, co zbliżało się korytarzem, musiało być ogromne. 

Nagle rozległ się głośny wrzask, a po chwili odgłos drapania ostrymi pazurami o 

kamienie. 

- Światło! - krzyknął Han, pragnąc ostrzec przyjaciela, i zwiększywszy siłę blasku 

luminatora  skierował  urządzenie  w  stronę  źródła  dźwięku.  Strumień  oślepiającego 
światła padł na żółte, twarde jak diamenty oczy bestii, i jej spiczaste, brązowe, wielkie 
zęby. Chewie sięgnął po karabin i strzelił, ale chybił. Blasterowa błyskawica, odbijając 
się od ścian i sklepienia, poszybowała w mroki korytarza. Tymczasem potwór, wyjąc i 
wymachując  łapami  porośniętymi  długą,  brudną,  zmierzwioną  i  pleśniejącą  sierścią, 
skoczył ku Chewbacce. 

background image

Dzieci Jedi 

136 

Nie  można  było nawet  marzyć  o tym, żeby strzelić po raz drugi.  Han  wyciągnął 

nóż i pogrążył ostrze w boku bestii, która właśnie przewracała Wookiego na dno tunelu. 
Potwór  nieludzko  wrzasnął  i  wijąc  się  w  uścisku  łap  Chewbaccy,  usiłował  odeprzeć 
niespodziewany atak. Promień upuszczonego luminatora oświetlił coś innego porusza-
jącego się w mrokach tunelu. Zbliżały się następne bestie. Widać było ich płonące śle-
pia, a od nierównego sklepienia korytarza odbijały się coraz głośniejsze wrzaski. 

Han uniknął ciosu łapą pierwszego potwora leżącego na dnie tunelu, po czym się-

gnął po luminator i karabin blasterowy Chewie-go. Tymczasem Wookie przetoczył się i 
zerwał na równe nogi. Przeskoczył przez zwłoki i dając znak przyjacielowi, puścił się 
mrocznym korytarzem. Solo pognał za nim, ale odwrócił się i strzelił ku nadchodzącym 
napastnikom. Blasterowa błyskawica z głośnym sykiem  odbiła się kilka razy od ścian 
tunelu, ukazując dzikie bestie biegnące ku nim na czterech łapach. 

- Wracamy! Tędy! 
Chewie zaryczał na znak zgody. Oddalał się od Hana, sadząc długimi susami i raz 

po raz znikał mu z oczu za zakrętem korytarza. Promień luminatora tańczył jak szalony 
na porośniętych mchem ścianach, oświetlając otwory drzwiowe przeważnie pozbawio-
nych innych wyjść mrocznych komnat. Ukazywał zniekształcone stalagmity wyrastają-
ce  z  dna  wielkiej  groty,  goniące  ich  bestie,  zaczopowane  stare  otwory  wentylacyjne, 
wulkaniczne formacje skalne, bloki lawy, bezdenne czeluście mrocznych szybów... Han 
i  Chewbacca  nie  ustawali  w  biegu,  ślizgając  się  na  cienkiej  warstwie  błotnistej  mazi 
zalegającej na dnie korytarza. Starali kierować się w stronę szybu, którym schodzili do 
podziemi. 

Nagle snop światła ukazał w odległym krańcu tunelu coś błyszczącego i okrągłe-

go, podobnego do czarnych klejnotów albo łusek jakiegoś monstrum. Han miał wraże-
nie,  że  spogląda  na  wilgotne  kamienie  wystające  zewsząd  -  ze  ścian,  ze  sklepienia,  z 
dna. Przypomniał sobie, że kiedy tędy przechodzili, tego czegoś tu nie było. 

Krecze. 
Tunel wiodący do szybu był zablokowany przez tysiące kreczów. 
Na chwilę obaj osłupieli. Przystanęli, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Wpa-

trywali  się  w  koszmarną  masę  ciał  zwierząt,  pokrywających  tunel  warstwą  grubości 
dwudziestu centymetrów. Nagle zauważyli, że rzeka kreczów zaczyna odpływać w głąb 
tunelu, jakby ktoś wyciągnął zatyczkę ze zbiornika z wodą. 

Han wrzasnął coś, co zupełnie nie licowało z powagą sytuacji, a potem rzucił się w 

lewo, ku szczątkom skalnego wulkanicznego wypiętrzenia, pełnego niewielkich dymią-
cych kraterów. Chewbacca, słysząc za plecami wrzaski ścigających ich potworów, nie 
wahał się ani chwili i podążył za nim. 

- Musimy odnaleźć powrotną drogę  - odezwał  się zdyszany Solo. Nie przestawał 

biec, chociaż miażdżył delikatne warstwy mineralnych osadów i łodygi mchów błysz-
czących  w  świetle  luminatora  niczym tęczowe  klejnoty. W powietrzu  unosił się  ostry 
zapach wulkanicznych gazów, jak zwykle przesycony wonią związków siarki. Obawia-
jąc się, że gryzące wyziewy mogą za chwilę wypalić dziurę w jego płucach, Han zaczął 
chwytać powietrze jak wyrzucona z wody ryba. - Z powrotem do szybu... Może tędy... 

background image

Barbara Hambly 

137 

Gdzieś  z  boku  rozległy  się  kolejne  wrzaski  i  z  ciemności  wyskoczyły  dwa  inne 

stworzenia.  Solo  skierował  natychmiast  w  tamto  miejsce  strumień  światła,  który  padł 
na zbocze stożkowatego kopca skalnych odłamków, blokującego dalszą drogę. 

- Po namyśle doszedłem do wniosku, że może lepiej byłoby tamtędy... 
Chewie chwycił  go za ramię, nakazując, żeby przystanął,  a później groźnie zary-

czał, jakby rzucał wyzwanie czemuś kryjącemu się w ciemnościach przed nimi. 

Z ciemności coś odpowiedziało na jego wyzwanie. 
- Wspaniale - mruknął Han. 
Uniósł  luminator.  Snop  światła  wydobył  z  ciemności  kilka  zaokrąglonych,  gład-

kich  skalnych  tarasów,  które  musiały  być  kiedyś  dołami,  wypełnionymi  przegrzanym 
błotem. Po wielu latach, kiedy błoto wyschło, pozostały parkiety, podobne do jaskrawo 
ubarwionych okrągłych klepisk, na obrzeżach których widać było jeszcze ślady ostat-
nich bąbli... i właśnie tam je zobaczył. 

Trzy następne dzikie bestie, może cztery... Jedna biegła w ich stronę, a pozostałe 

kroczyły na czterech łapach. 

Zatoczył łuk luminatorem. Jasny snop światła prześlizgnął się po cienkich jak pal-

ce kolumnach dymu unoszącego się z szybu po jego lewej stronie. Nieco dalej, gdzie 
grunt obniżał się jeszcze bardziej, Han dostrzegł dziki gąszcz dymiących małych stoż-
ków. Ujrzał także błyszczące oczy istot przepychających się nawzajem, powłóczących 
nogami,  biegnących  ku  nim  z  drugiej  strony.  Zwrócił  uwagę  nie  tylko  na  ich  dzikie 
oczy, ale przede wszystkim na broń, jaką trzymały w wyciągniętych rękach. 

Chewbacca wystrzelił błyskawicę z miotacza, podobnego do kuszy. Trafiła w tors 

najbliższego stworzenia, które zapewne było kiedyś płaskogłowym Carositem. Mimo to 
istota,  chociaż  upadła,  nie  przestawała  czołgać  się  w  ich  stronę,  zostawiając  szeroką 
krwawą smugę. Han wypalił z blastera, mierząc w drugą grupę napastników. Chybił, a 
blasterowa błyskawica wyżłobiła głęboki krater w miękkim mule pokrywającym ścianę 
starego błotnego dołu. Nagle usłyszał dolatujący z niewielkiej odległości huk i grzechot 
osypujących się kamieni. Grunt pod jego stopami zadrżał, a z niewidocznego sklepienia 
posypał się grad skalnych odłamków. 

- Tędy! - krzyknął i ponownie zatoczył łuk luminatorem. W odległym krańcu ko-

rytarza oświetlił coś, co wyglądało na dzieło rąk ludzkich. Ujrzał wznoszącą się ścież-
kę, wijącą się między nieczynnymi wulkanicznymi stożkami i przeciętą ledwo widocz-
nymi żłobkami, które kiedyś musiały pełnić funkcję schodów. Na szczycie wzniesienia 
dostrzegł  krąg,  utworzony  z  kamiennych  kolumn,  wzniesionych  wokół  czegoś,  co 
sprawiało  wrażenie  wylotu  szybu.  Jego  krawędzie  były  niewidoczne,  skryte  pod  war-
stwą błyszczących różnobarwnych porostów. 

- Stamtąd wystrzelamy te bestie, jedną po drugiej! - zawołał, pokazując wzniesie-

nie. 

Druga grupa napastników przebyła mniej więcej połowę drogi dzielącej ją od stóp 

pochyłości. Han puścił się jeszcze szybszym biegiem. Chciał dogonić Chewbaccę, któ-
ry wysforował się, mając dłuższe nogi. Tymczasem poprzednia grupa zdziczałych istot 
zbliżyła się na odległość niespełna czterech metrów. Pierwsze stworzenia ścigającej ich 
drugiej  grupy  dotarły  do  stóp  wzniesienia  w  tej  samej  chwili,  co  Chewbacca.  Jeden 

background image

Dzieci Jedi 

138 

osobnik zamachnął się metalową rurką, zapewne ukradzioną z jakiegoś zapomnianego 
magazynu.  Wookie  strzelił  do  niego  z  kuszy.  Impet  strzału  powstrzymał  napastnika, 
który zachwiał się, a potem runął w głąb starego dołu, wypełnionego czymś, co Han w 
pierwszej chwili wziął za półprzezroczyste delikatne wici jakiegoś mineralnego osadu. 

Napastnik  musiał  być  kiedyś  Mlukiem,  ale  długie  przebywanie  w  ciemnościach 

podziemi sprawiło, że zamienił się w oszalałą, dziką bestię. Kiedy wpadł do mrocznej 
jamy, podobne do mineralnych wici wąsy obudziły się do życia. Dno jamy zafalowało, 
a  z  wilgotnej  gliny  wyłoniły  się  grube  giętkie  macki  mięsożernego  potwora.  Mluk, 
broczący krwią po strzale Chewbaccy, obrócił się w zagłębieniu. Usiłował wyskoczyć z 
jamy i uciec, ale ukryte w czeluści monstrum chwyciło go kolejnymi mackami, wyglą-
dającymi jak elastyczne brudnobiałe węże. Zaczęło ciągnąć... 

Białawe cielsko, falujące jak płatki gigantycznego kwiatu albo plątanina poskręca-

nych wnętrzności, z wolna zmieniło barwę na różową, a później purpurową, która roz-
przestrzeniła się po krawędzi dołu. 

Han i Chewie przemknęli obok jamy, ale kiedy biegli coraz węższą ścieżką wiodą-

cą pod górę, mijali jeden po drugim następne kratery. Ukryte w nich mięsożerne potwo-
ry, wściekle poruszając mięśniami, usiłowały pochwycić ich stopy brudnobiałymi mac-
kami. Obaj słyszeli za plecami następne mrożące krew w żyłach wrzaski, ale Han nie 
odważył się odwrócić głowy, aby zerknąć, jakie inne potwory wyłaniają się z ciemności 
i rzucają w pogoń za nimi. 

Jak przypuszczał, pośrodku kręgu kamiennych kolumn, wzniesionych na szczycie 

wzgórza, ujrzał wejście do szybu. 

Otwór  miał  średnicę  dziesięciu  stóp  i  był  otoczony  niskim  kamiennym  murem. 

Han usłyszał dobiegający z głębi odległy szum płynącej wody i poczuł podmuch chłod-
niejszego wilgotnego powietrza, który przyjemnie chłodził jego rozgrzaną głowę. Kie-
dy  skierował  snop  światła  luminatora  za  siebie,  zobaczył  zdziczałe  istoty,  krzyczące, 
tłoczące  się,  wymachujące  rękami  i  kierujące  na  niego  nabiegłe  krwią  oczy,  głęboko 
osadzone  w  poznaczonych  bliznami  i  wykrzywionych  szaleństwem  głowach.  Więk-
szość miała na sobie strzępy łachmanów, które musiały być kiedyś ubraniami, a w rę-
kach prymitywne noże i pałki. Niektóre istoty były kiedyś ludźmi. 

W porażonych szaleństwem oczach malowała się absolutna pustka. Podobnie jak 

kiedyś w oczach Draba McKumba. 

Zbliżały się bardzo szybko. Istota, będąca kiedyś Gotalem, zapędziła się za daleko 

na skraj ścieżki i została schwytana przez grubą mackę, jaka wyłoniła się z wypełnio-
nego gliną pobliskiego otworu. Ofiara przeraźliwie wrzasnęła, ale kiedy macki wciąga-
ły ją w głąb jamy, pełnej mięsistych falujących płatków, pozostałe istoty nawet się nie 
obejrzały.  Chewbacca  wyciągnął  blasterowy  karabin  i  zaczął  strzelać.  Pierwszy  strzał 
trafił wyglądające jak włochaty szkielet stworzenie, które musiało być kiedyś Whiphi-
dem. Druga błyskawica chybiła jednak celu. Wypaliła ogromną dziurę w miękkim bło-
cie  nie  do  końca  wystygłego  krateru  i  posłała  w  powietrze  fontannę  parującej  lepkiej 
mazi,  która  rozbryznęła  się  po  ścianach  sąsiednich  stożków.  Grunt  znów  zadrżał,  za-
pewne na znak ponurego ostrzeżenia. Z sąsiednich dołów z błotem wydobyły się pło-
mienie, a po chwili zaczęły się sączyć strumyki jarzącej się cieczy. 

background image

Barbara Hambly 

139 

Żadna zdziczała istota nie zwróciła na to uwagi. 
Han zrozumiał, że nawet gdyby obaj bez przerwy strzelali, nie udałoby się im tra-

fić wszystkich napastników. 

Ścieżka, biegnąca grzbietem wznoszącej się grobli, okazała się ślepą uliczką. Nie 

było zejścia po drugiej stronie wzgórza. 

- Wskakuj do studni! - krzyknął. Chewie zaryczał na znak sprzeciwu. 
-  Do  studni!  -  przynaglił  Han.  -  Słyszę  szum  płynącej  wody,  a  więc  musi  istnieć 

jakieś ujście... 

Rzecz jasna, całkiem innym problemem było pytanie, czy podczas ucieczki będą 

mieli czym oddychać. 

Niesamowicie wyglądający Devaronianin, któremu blasterowa błyskawica niemal 

oderwała jedną rękę, zwarł się z Chewbacca, usiłując uderzyć go prymitywnym łomem, 
sporządzonym z kawałka durastalowego kątownika. Wookie schwycił go i odrzucił w 
stronę pozostałych, po czym dał ognia z blasterowego karabinu, by choć trochę zyskać 
na  czasie.  Han  wskoczył  na  kamienny  murek,  otaczający  mroczny  otwór,  i  skierował 
snop światła luminatora w głąb studni. 

Mniej więcej pięć metrów. Jak przypuszczał, otwór nie był prawdziwą studnią, ale 

szybem, przez który mógł uchodzić nadmiar wody z podziemnej rzeki. 

Odbił się od krawędzi i skoczył. 
Woda okazała się ciepła, ale nie na tyle, by go oparzyć. W porównaniu z wypeł-

niającym  tunele  gorącym  powietrzem,  nagrzanym  od  stykania  się  z  wulkanicznymi 
skałami, w studni panował miły chłód. Prąd wody był jednak bardzo silny. Han przy-
lgnął do skalnego występu w ścianie szybu i czekał tak długo, aż usłyszał głośny plusk, 
z jakim wskoczył Chewbacca, i warknięcie, po którym upewnił się, że przyjacielowi nie 
stało się nic złego. Później pozwolił, żeby prąd wody oderwał go od ściany i obijając o 
kamienne ściany, poniósł w nieprzeniknione ciemności. W pewnej chwili niemal stracił 
oddech, kiedy jego ciało uderzyło o niewidoczną przeszkodę. 

Grube pręty. Koryto podziemnej rzeki przegrodzono metalową kratą. 
Han odwrócił się  i osłaniając twarz  przed bryzgami  wody, usłyszał/poczuł,  jak z 

głuchym  stukiem  o  kratę  uderzyło  coś  innego.  Wyciągnął  rękę.  Jego  palce  trafiły  na 
znajomą, chociaż ociekającą wodą sierść przyjaciela. 

Chewbacca zaryczał, gratulując Hanowi przenikliwości, jaką wykazał się, planując 

drogę ucieczki. 

- Nie bądź taki przemądrzały, Chewie - odparł Solo. - Musisz przyznać, że wycią-

gnąłem nas z tamtej groty. 

W  tym  samym  czasie  obmacywał  pręty  kraty,  usiłując  znaleźć  miejsce,  gdzie 

mógłby chwycić albo oprzeć stopy. Podciągnął się i próbował znaleźć przejście ponad 
zardzewiałą kratą. Okazało się jednak, że pionowe pręty umocowano w szczelinie, jaką 
wykonano w sklepieniu znajdującym się pół metra nad powierzchnią wody. Szczelina 
okazała się tak wąska, że z trudem mógł zagłębić palce. Kiedy szukał dalej, starając się 
znaleźć jakieś przejście, poczuł nagle, że o jego dłoń obiło się jakieś uciekające stwo-
rzenie  mające  wiele  nóg i chitynowy pancerz. Nie  potrafiąc  ukryć  obrzydzenia, cicho 
krzyknął i cofnął rękę. 

background image

Dzieci Jedi 

140 

- Może warto byłoby spróbować z drugiej strony - mruknął do siebie. 
Nabrał haust powietrza, odwrócił się, zanurkował i zaczął schodzić po kracie. Mi-

mo iż wydawało mu się, że prąd wody miażdży jego ciało o metalowe pręty, opuszczał 
się wciąż niżej i niżej. Czuł coraz większe ciśnienie wody. Miał wrażenie, że ciemności 
stają się jeszcze bardziej nieprzeniknione. 

Zastanawiał się, co zrobi, jeżeli krata skończy się na większej głębokości niż ta, na 

którą mogły zejść, nie nabierając powietrza. 

Kiedy o tym pomyślał,  omal  nie  wpadł  w panikę, ale  nie  przestał pełznąć  w dół 

kraty. 

Nagle poczuł, że jego stopa dotknęła litej skały. Zorientował się, że krata kończy 

się  jakieś  trzydzieści  centymetrów  powyżej  dna  podziemnej  rzeki.  Zapewne  w  ciągu 
wielu lat skalne dno zostało wypłukane przez wyjątkowo silny strumień wody. 

Przecisnął się pod metalowymi prętami i zaczął szybko wchodzić po drugiej stro-

nie, czując, jak prąd rzeki usiłuje oderwać jego palce od kraty. Zastanawiał się, co się 
stanie, jeżeli zabłądzi i zacznie iść w niewłaściwą stronę albo silny prąd oderwie go od 
kraty i poniesie w ciemność, zanim zdąży wyjść na powierzchnię. 

Przez jego głowę przemknęła myśl: Tym razem może mi się nie udać. 
Kiedy wydawało się, że płuca mu pękną, a on sam nie wytrzyma bez oddychania 

ani chwili dłużej, poczuł nagle, że jego głowa wynurzyła się z wody. Czuł się słaby i 
wyczerpany, ale przynajmniej mógł przełożyć ręce przez otwory kraty i przestać pole-
gać wyłącznie na sile coraz słabszych palców. 

-  Pod  spodem  kraty  -  szepnął,  krztusząc  się  i  łapczywie  chwytając  powietrze.  - 

Bardzo głęboko. 

Prąd wody i tak oderwał go od prętów. 
 
Han i Chewbacca leżeli przez dłuższy czas na trawie w pobliżu źródła, z którego 

wypływał strumień ciepłej wody. Głęboko oddychali jak na wpół utopione robaki, wy-
plute przez system kanalizacyjny Coruscant. W oddali, gdzie biegła jakaś ścieżka, wi-
dzieli słaby złocisty blask jarzeniowego panelu, nastawionego na najmniejszą jasność. 
Wokół  pni  drzew  fruwały  fosforyzujące  owady,  podobne  do  zabłąkanych  latających 
diamentów.  Zmieszana  z  zapachem  wilgotnej  trawy  woń  owoców,  rosnących  na  dłu-
gich pnączach, niemal całkowicie zagłuszała ledwo uchwytny cierpki odór siarkowych 
wyziewów, dolatujących od strony źródła. Szczebiotanie nocnych ptaków, fruwających 
między drzewami sadu, mieszało się z cichym basowym brzęczeniem skrekerów i pe-
perów. 

Han obrócił się na bok i wypluł sporą porcję wody, a potem powiedział: 
-  Chyba  jestem  za  stary  na  takie  przygody.  Chewbacca  zaryczał,  zgadzając  się  z 

jego zdaniem. 

Han pomyślał, że przynajmniej się nie przeziębią. Wody podziemnej rzeki, płyną-

cej pod domostwem Pletta, miały większą temperaturę niż woda używana podczas ką-
pieli,  a  powietrze  w  okolicach  strumienia  także  nie  należało  do  najchłodniejszych.  Z 
dna  doliny,  gdzie  tryskały  źródła  naprawdę  gorącej  wody,  wypływającej  w  pobliżu 
piwnic innych prastarych domów, unosiły się kłęby ciepłej pary. Han przez chwilę się 

background image

Barbara Hambly 

141 
zastanawiał,  czy  nie  mieliby  kłopotów  z  zaśnięciem  w  tym  miejscu,  w  którym  odpo-
czywali. 

Kiedy  jednak  przypomniał  sobie  coś,  co  wydarzyło  się  w  kryptach,  doszedł  do 

przekonania, że to nie jest najmądrzejszy pomysł. 

Nie potrafiąc pozbyć się złych przeczuć, uniósł się na łokciach, chociaż kosztowa-

ło go to sporo trudu. 

- Czy zwróciłeś uwagę na jedną rzecz, jeżeli chodzi o tych gości, którzy gonili nas 

w kryptach, Chewie? - zapytał. 

Sardoniczna  odpowiedź  Wookiego  skłoniła  Hana  do  zastanowienia  się,  dlaczego 

niektórzy twierdzili, że istoty z Kashyyyka nie są obdarzone poczuciem humoru. 

- Kiedy pojawiła się druga, a później trzecia i czwarta grupa napastników, wszyscy 

doskonale wiedzieli, gdzie nas szukać. 

Chewie  nie  odpowiedział. W przypadku niektórych gatunków jaskiniowych  mał-

poludów - możliwe, że i Wookiech - nie byłoby w tym nic dziwnego. Istoty, żyjące w 
panujących  pod  ziemią  absolutnych  ciemnościach,  miały  świetnie  rozwinięte  zmysły 
węchu i słuchu. 

Te jednak, które ich ścigały, nie żyły pod ziemią - może z wyjątkiem Gotala nale-

żącego  do  pierwszej  grupy  napastników.  Han  miał  niejasne  przeczucie,  że  można  je 
było  określić  takim  samym  mianem  jak  Draba  McKumba.  Były  przemytnikami  albo 
przyjaciółmi przemytników, którzy usłyszeli pogłoski o rzekomo nie istniejących kryp-
tach  i  przybyli,  kierując  się  własnymi  „obliczeniami".  Zaczęli  szukać  złotego  drutu  i 
ksylenowych obwodów scalonych, będących źródłem ulotnego bogactwa Slyte'a Nub-
blyka, i znaleźli... właśnie, co takiego? 

- Chodźmy, Chewie - odezwał się, zmęczony. - Wracajmy do domu. 

background image

Dzieci Jedi 

142 

R O Z D Z I A Ł  

11 

Luke obserwując twarz Cray próbował ocenić, czy pamięta kim jest, czy też nadal 

znajduje się pod wpływem programu indoktrynacyjnego. Zadanie było o tyle trudne, że 
ekran w korytarzu, ze względu na swe niewielkie rozmiary, utrudniał dostrzeżenie deta-
li. Kombinezon miała podarty, a  sińce na policzkach, podbródku i ramionach mówiły 
same za siebie. Gamorreanie nigdy nie należeli do delikatnych, o czym dobitnie świad-
czyło postępowanie dwóch strażników, którzy właśnie umieścili ją na niewielkim czar-
nym podium w sali Sekcji Sprawiedliwości, skąd nadawano obraz. 

- Czyścioszki! - zawył Ugbuz stojący obok Luke'a. - Kochasie ogórków! 
- Uperfumione Klaggi! - dołączył zgodny chór wyzwisk pozostałych Gakfeddów. - 

Umyci! 

Poza sińcami Cray nie wyglądała na ciężko poturbowaną, co rokowało pewne na-

dzieje. Luke'a prześladowała myśl, iż Wola zaprogramowała Klaggów, by przesłuchali 
ją  jako  rebeliancką  sabotażystkę.  Uspokoiło  go  dopiero  dokładne  sprawdzanie,  iż 
wszystkie  androidy  przesłuchaniowe  znajdują  się  na  swoich  miejscach,  a  Klaggów  w 
okolicy na pewno nie było. 

Na wszelki wypadek porozłączał wszystkie androidy i porozrywał instalację w sali 

przesłuchań.  Co naturalnie  nie  załatwiało sprawy, jako że  Gamorreanie  najprawdopo-
dobniej nie zrezygnowaliby z przyjemności, jaką daje własnoręczne przesłuchanie. 

Na szczęście Cray nie sprawiała wrażenia, że przeżyła coś podobnego. 
Ugbuz szturchnął go  w  żebra  i  wskazał grubego, białego  Klagga  stojącego obok 

podium. 

- Kinfarg! - warknął. - Kapitan tych cuchnących świńskich synów! Po czym dodał 

komentarz dotyczący osobistych nawyków Kinfarga, o czysto spekulacyjnej, choć zde-
cydowanie nieprzychylnej wymowie. Pozostali zaczęli wyć, gwizdać i kląć widząc, jak 
Kinfarg  podchodzi  do  podium,  przez  co  w  korytarzu  nie  dało  się  usłyszeć  własnych 
myśli. Hałas jednakże ucichł natychmiast, gdy tamten się odezwał. 

- Dlaczego złamałeś przysięgę sił zbrojnych Imperium i przyłączyłeś się do Rebe-

lii? Odpowiedz, szeregowy Mingla! 

background image

Barbara Hambly 

143 

Cray wyprostowała się, a  Luke'a zaciekawiło, gdzie był Nichos  -kamera pokazy-

wała zbyt wąski wycinek sali, by stwierdzić, czy też tam jest i czy nadal ma zamonto-
wany sworzeń ogranicznika wymuszający bezczynność. 

- Nigdy nie zostało udowodnione, że zrobiłam coś takiego, kapitanie Kinfarg. 
Zgromadzeni  w  korytarzu  powitali  jej  oświadczenie  gwizdami  i  ironicznymi  ko-

mentarzami. Nie brało w tym udziału kilku Gakfeddów usiłujących zapobiec ucieczce 
Talzów i stadka trójnogów z rejonu korytarza, w którym umieszczono ekran. 

- Wy głupie, kudłate! - zirytował się Krok. - Musicie to oglądać! Tak chce Wola. 
Najbliższy  Talz  podrapał  się  w  głowę,  ćwierknął  coś  i  spróbował  wyjść  innymi 

drzwiami. Pozostali zachowywali się podobnie, a trójnogi jak zwykle pałętały się pół-
przytomne w kółko, obijając się o meble albo o równiutkie rzędy, w jakie Gamorreanie 
pracowicie  ustawili  czterdziestu  pięciu  Kitonaków,  tworząc  w  tylnej  części  korytarza 
kilka szeregów nieruchomych niczym posągi, dyniowatych kształtów o barwie drożdży. 
Nie dało się ukryć, że przynajmniej Gamorreanie traktowali poważnie rozkazy Woli o 
tym, że wszyscy mają oglądać transmisję. 

Najprawdopodobniej Affytechanie  także zgromadzili  siew  tym celu  na  korytarzu, 

choć  Luke  był  przekonany,  że  zapomnieli  włączyć  ekran.  Jak  doświadczenie  uczyło, 
nie robiło im to zresztą żadnej różnicy. 

- A to zostanie właśnie udowodnione - oznajmił Kinfarg. Umiejscowiony nad po-

dium ekran ożył - pojawiły się na nim litery układające się w napis: 

* Jesteś znaną wspólniczką innych rebelianckich szpiegów i sabotażystów. 
*  Pomagałaś  sabotażystom  na  tym  statku  niszczyć  wyposażenie,  przez  co 

stworzyłaś zagrożenie dla całej misji. 

* Dopuściłaś się napaści na oficerów pełniących obowiązki na pokładzie stat-

ku. 

* Widziano, jak usiłowałaś uszkodzić uzbrojenie statku: ładowniki niezbędne 

do wykonania misji. 

To kłamstwo! - krzyknęła rozwścieczona Cray. - To wszystko kłamstwa! Pokaż-

cie mi chociaż jeden dowód... 

1. Twoje nazwisko ujawnili szpiedzy rebelianccy ujęci podczas rajdu na Alga-

rine. 

2. Hologramy i zdjęcia siatkówki uzyskane przez rząd Be-spina po rebelianc-

kim ataku pokrywają się z twoimi. 

3.  Zostałaś  ujęta  podczas  ataku  na  grupę  znanych  dysydentów  i  awanturni-

ków przebywającą na pokładzie tego okrętu. 

To kompletna bzdura i całkowite kłamstwo! - Cray prawie się popłakała z bezsil-

nej złości. - Ani jedno z tych oskarżeń nić jest prawdziwe czy poparte dowodami... 

- Cisza! - Kinfarg rąbnął ją na odlew, ale dostrzegła zbliżający się cios i zdołała go 

osłabić  zgrabnym  unikiem.  -  Naturalnie,  że  są  na  to  dowody.  Inaczej  informacji  nie 
byłoby w ogóle w komputerze. 

-  Żądam,  aby  te  dowody  zostały  przedstawione!  Luke  zamknął  oczy  wiedząc,  co 

nastąpi. 

background image

Dzieci Jedi 

144 

Gdy je otworzył, po ekranie w Sekcji Sprawiedliwości przewijały się reprodukcje 

dokumentów, meldunków, ślady linii papilarnych i siatkówek porównywane z danymi 
Cray, fragmenty nagrań z zeznaniami innych „Rebeliantów" i dotyczące jej działalności 
i zaangażowania po stronie Sojuszu. 

-  Symulacja  komputerowa  nie  jest  dowodem!  -  odkrzyknęła.  -Mogę  coś  takiego 

zaprogramować  o  każdym  i  to  z  zamkniętymi  oczami!  Żądam,  by  została  utworzona 
rada... 

-  Zidiociałaś?  -  zdziwił  się  Kinfarg.  -  Szeregowy,  żadna  rada  nie  będzie  na  tyle 

nielojalna wobec Imperatora, by bronić znanego członka Rebelii. To co mamy zrobić? 
Złapać jeszcze paru takich jak ty, żeby cię bronili? 

Kinfarg wyciął część twarzową z białego hełmu wojsk szturmowych i wsadził go 

sobie  na  łeb  (co  pewnie  wymagało  przynajmniej  jednej  pomocnej  dłoni),  a  wycięty 
element  przyczepił  sobie  na  piersiach  na  podobieństwo  karykaturalnego  medalionu  z 
trupią czaszką. Dawało to wbrew oczekiwaniom efekt bardziej groźny niż śmieszny. 

Ekran w Sekcji Sprawiedliwości zgasł na moment, a następnie pokazał się na nim 

zielony napis: 

* Wszystkie przestępstwa natury militarnej powinny być rozpatrywane zgod-

nie z prawami stanu wyjątkowego przez właściwe władze wojskowe zgodnie z wolą 
Senatu. 

Poprawka Senatu  

do Konstytucji Nowego Ładu  

Dekret 77-92465-001  

 

Bez niezbędnych kar głównych uznaje się za niemożliwe utrzymanie stabiliza-

cji Nowego Ładu oraz bezpieczeństwa większości cywilizacji w galaktyce. 

Ustawa o stanie wyjątkowym  

Wstęp, sekcja II. 

 

- Co, co niby mam zrobić? - zirytowała się Cray. - Paść na kolana i wyznać winy?! 
* Przyznanie się na stojąco będzie wystarczające. 
- Na pewno się nie doczekasz, ty pordzewiały złomie elektroniczny! 
Luke miał ochotę wyjść, ale wiedział, że nie może i nie chodziło tu tylko o upór 

Gakfeddów - przyszedł upewnić się nie tylko, że Cray żyje i jest mniej więcej cała, ale 
przede  wszystkim,  by  pooglądać  tło  przekazu  i  spróbować  zebrać  maksymalną  ilość 
informacji o tym, gdzie ją przetrzymują. Nagle zrobiło mu się zimno, a moment później 
na ekranie pojawiła się nowa wiadomość: 

* W związku z nie rokującą szans na reedukację postawą więźnia ogłoszenie 

wyroku odbędzie się jutro o 12.00. Cały personel winien być świadkami tego ogło-
szenia  -  nieobecność  zostanie  uznana  za  przejaw  sympatii  ze  złymi  intencjami 
więźnia. 

Ekran pociemniał i zgasł. 
 

background image

Barbara Hambly 

145 

-  Znalazłeś  coś?  -  Luke  przyglądał  się  masywnemu  SP-80  o  barwie  brązu,  który 

przeszedł parę metrów w głąb korytarza i zajął się czyszczeniem ścian w nowym miej-
scu. 

I gdyby Threepio miał płuca, westchnąłby z rezygnacją. 
- Próbowałem, naprawdę próbowałem, panie Luke'u. Nie krytykuję oprogramowa-

nia  Jednostek  Specjalizowanych,  jestem  jak  najdalszy  od  tego:  to  co  robią,  robią  na-
prawdę dobrze, ale tak jak mówiłem, są niesamowicie ograniczone. 

-  Można  w  jakiś  sposób  zmienić  ich  program?  -  Luke  podrapał  się  po  policzku, 

który  zaczynała  porastać  prawie  niewidoczna,  jasnobrązowa  broda,  swędząc  go  mo-
mentami niemiłosiernie.  - Zaprogramować je tak, by szukały Gamorrean? Powiedzmy 
po zapachu? Zamiast pucować w kółko te ściany z niewidocznych plam? 

- Obawiam się, że jeśliby spróbowały wyczyścić Gamorrean, to w krótkim czasie 

przestałyby funkcjonować - zauważył android. -A poza tym już jesteśmy otoczeni przez 
Gamorrean. 

- Na pokładzie osiemnastym i wyżej nie będziemy. 
Przeszukanie pokładu siedemnastego przez See-Treepia dało takie same rezultaty 

jak Bloku Więziennego, czyli żadne. Android, podobnie jak Luke, napotkał wiele drzwi 
i grodzi  blasteroodpornych, które  nie  dały się  otworzyć.  Luke  zastanawiał  się, czy  na 
pokładzie  w ogóle były miejsca, do których żołnierze nie  mieli mieć dostępu, czy też 
Wola próbowała kierować krokami androida, podobnie jak spróbowała to zrobić z nim. 

-  Możesz  tak  przeprogramować  Espe  Osiemdziesiątki,  żeby  tylko  odszukały  Ga-

morrean na tamtym pokładzie i szły ich śladem nic nie robiąc? Ich czujniki mają wy-
starczający zasięg? 

- Oczywiście! To wspaniały pomysł, panie Luke'u! Absolutnie wspaniały! To zaj-

mie minimum... 

- Hej, ty! 
Luke  odwrócił  się.  Za  nim  stał  Ugbuz  z  zaślinionym  ryjem  i  podejrzliwością  w 

kaprawych oczkach. 

-  Jesteś  przyjacielem  tej  rebelianckiej  sabotażystki,  tak?  Luke  wykonał  palcami 

małe kółko ogniskując Moc i odparł cicho: 

- Nie. Szukasz kogoś innego. Nigdy  nawet  nie byłem blisko niej. Ugbuz zmarsz-

czył się jakby próbując dopasować do siebie dwa kawałki układanki, co było zadaniem 
zdecydowanie przerastającym jego siły. 

- Och - chrząknął i odwrócił się w stronę pomieszczenia, z którego właśnie wyle-

wał się kosmaty strumień Talzów potrząsających głowami i zmierzających do stołówki. 

A potem odwrócił się jeszcze raz. 
- Ale to ty przerwałeś nam przesłuchanie tego drugiego sabotażysty? 
- Nie. - Luke otoczył się Mocą przesyłając ją wraz ze słowami w prosty, a chwilo-

wo dokładnie podzielony umysł Ugbuza. - To także był ktoś inny. 

Nawet  tak  proste  i  niewielkie  zadanie  okazało  się  trudne  przy  zmęczeniu  i  bólu, 

jakie od wielu godzin nie dawały mu spokoju. 

- Och... - Ugbuz zmarszczył się jeszcze mocniej. - Wola twierdzi, że na pokładzie 

coś się dzieje dziwnego. 

background image

Dzieci Jedi 

146 

- Bo się dzieje - zgodził się Luke. - Tyle że to nie ma nic wspólnego ze mną. 
-  Och,  no  dobra.  -  Ugbuz  zniknął  w  głębi  korytarza,  ale  odchodząc  jeszcze  się 

obejrzał, jakby szczegóły nadal mu się nie zgadzały. 

Następny problem do kolekcji, jak gdyby mało miał zmartwień... Luke westchnął i 

powiedział cicho: 

- Idziemy. Chcę przeprogramować któregoś SP na pokładzie osiemnastym i spró-

bować czegoś jeszcze na pokładzie piętnastym. 

 
- Panie kapitanie, ich są setki! - Affytechanin będący zastępcą dowódcy odwrócił 

się  od  czarnego  monitora  usytuowanego  w  sali  rekreacyjnej  poziomu  piętnastego.  - 
Czekali na nas za każdą asteroidą, jaką mamy w polu widzenia! 

- Oficer ogniowy! Jaki jest stan artylerii?  - Kapitan był inny niż poprzednio  - ró-

żowy,  stopniowo  przechodzący  w  karmazyn  i  ekstrawagancko  ozdobiony  pręcikami  i 
chwościkami. 

Poprzedni kapitan siedział przed konsoletą czytnika na końcu pomieszczenia. 
- Sprawne pięćdziesiąt procent - zameldowała rurowata masa błękitu i jasnej pur-

pury. - Ale mamy dość energii, żeby im dać nauczkę! 

- Tak trzymać! - ucieszył się kapitan. - To jest właściwy duch! W czym mogę po-

móc? 

Pytanie, podobnie jak większość pręcików, skierowane było do Luke^, który wraz 

z Threepiem podeszli do ustawionych w piramidkę krzeseł, przygotowanych jako tym-
czasowe stanowisko kierowania ogniem. 

- Major Calrissian ze służb specjalnych. - Luke zasalutował. 
Affytechanin oddał honor. Wszystkie konsolety, czytniki i ekrany były ciemne, ale 

obsadzone  pełnymi  zapału  artylerzystami.  Luke  żywił  mocne  podejrzenie,  że  jest  ich 
więcej niż poprzednio. Oświetlenie nadal działało i to było najważniejsze. 

-  Mam  dla  pana  nowe  rozkazy,  kapitanie,  które  mają  priorytet  przed  wszystkimi 

dotychczasowymi  -  mówiąc  wysłał  Moc  do  jego  umysłu  (jeśli  ta  zbieranina  barw  i 
ozdób miała umysł, ma się rozumieć). 

-  Nastąpiła  niewielka  awaria  w  bibliotece  będąca  wynikiem  sabotażu  jak  podej-

rzewamy,  lecz  tym  już  się  zajęto.  Potrzebujemy  natomiast  szybko  dowiedzieć  się,  w 
jakim stanie są wszystkie znajdujące się na pokładzie jednostki transportowe. To cięż-
kie  i  niebezpieczne  zadanie  i  wolałbym  nie  powierzać  go  niedoświadczonym  żołnie-
rzom, ale jesteście najlepsi, jakich mamy... Myśli pan, że zdołacie wykonać ten rozkaz? 

Zapytany zeskoczył z najwyższego, znajdującego się dobre półtora metra nad zie-

mią  krzesła  na  podłogę  i  zasalutował.  Stworzenia,  które  zajmowały  się  na  rodzinnej 
planecie zapylaniem Affytechan, musiały mieć nader oryginalne gusta zapachowe, gdyż 
kwiatopodobne  istoty,  zwłaszcza  gdy  się  poruszały,  wydzielały  zadziwiającą  gamę 
zapachów, aromatów i smrodów, od piżma do amoniaku. Przy uszkodzonym systemie 
wymiany powietrza na poziomie piętnastym dawało to momentami efekt powalający. 

- Może pan na nas liczyć, majorze. Żołnierze... 
Z godną podziwu szybkością i precyzją podkomendni zostawili bitwę toczoną na 

wyłączonym sprzęcie i ustawili się na środku sali, podczas gdy dowódca przekazał im 

background image

Barbara Hambly 

147 
rozkazy  i  wygłosił  mowę  motywującą,  godną  samego  wielkiego  wodza  Hyndisa  Rai-
thala posyłającego podkomendnych na pewną śmierć. 

- Nigdy nie przestaje mnie zaskakiwać pomysłowość gatunku ludzkiego - przyznał 

Threepio, gdy kwiatowe wojsko wymaszerowało z sali. - Nie krytykuję w żadnym wy-
padku doktor Mingli czy jej poprzedników, ale  nigdy dotąd nie  spotkałem androida z 
oprogramowaniem zdolnym do tak abstrakcyjnych skojarzeń, jakie często zdarzają się u 
istot ludzkich. 

- I lepiej, żebyś nie spotkał - odparł cicho Luke. - Bo na tym okręcie mamy prze-

ciwko sobie właśnie oprogramowanie, o jakim mówisz. 

W milczeniu dotarli do zsypu pralniczego, a następnie szybem technicznym na po-

ziom osiemnasty. Czekając na transmisję z procesu, android zmienił opatrunek na no-
dze Luke'a i choć zakażenie wyglądało na zlokalizowane, ból powoli, ale stopniowo się 
nasilał. 

- Zauważyłem, że od... transformacji - Threepio nadzwyczaj rzadko wahał się przy 

doborze słów - Nichos i ja mamy znacznie więcej wspólnego niż przedtem. Zawsze był 
miłym  i  dającym  się  lubić  człowiekiem,  ale  teraz  nie  jest  taki  nieprzewidywalny  jak 
większość istot ludzkich. Proszę mi wybaczyć taką opinię: jest całkowicie subiektywna 
i oparta na niekompletnych danych. Mogę jedynie mieć nadzieję i ufać, że doktor Min-
gla jest z tego zadowolona. 

Luke omal się nie uśmiechnął: „mieć nadzieję i ufać" - konstrukcje gramatyczne, 

w jakie wyposażono język złocistego androida, miały za zadanie umożliwić mu niemal 
ludzki  sposób  wyrażania  się,  ale  każdy,  kto  dłużej  przebywał  z  tym  elektronicznym 
pesymistą, zdawał sobie sprawę, że nie ufa on i nie ma nadziei na nic dobrego. Cieka-
we, swoją drogą, czy Nichos nadal miał nadzieję i ufał... 

-  Znajdźmy  jakiegoś  SP  i  zobaczmy,  czy  przekonasz  go,  by  został  zwiadowcą- 

mruknął nie podejmując tematu. 

Całe życie otoczony był przez androidy, gdyż na farmie wuja było ich pełno i to 

najrozmaitszych. Threepio miał rację. To, do czego zostały zaprogramowane, wykony-
wały  doskonale,  ale  nie  były  ludźmi  i  nie  należało  po  nich  spodziewać  się  ludzkiej 
zdolności adaptacji czy elastyczności. I naturalnie nie należało o to mieć do nich żalu. 
Cray przekonywała się o tym w najgorszy możliwy sposób, czyli na własnej skórze. 

Miał jedynie nadzieję, że zdoła do niej dotrzeć na czas. 
Rejon  poziomu  osiemnastego,  na  który  prowadził  szyb,  był  prawie  dwukrotnie 

wyższy niż normalne pokłady, a ściany miały tę samą ciemnozieloną barwę co ściany 
pomieszczenia,  w  którym  znajdowała  się  wioska  Klaggów  i  Sekcja  Sprawiedliwości. 
Otwarte panele kontrolne, z których wylewały się porwane resztki kabli, przewodów i 
drutów,  mówiły  same  za  siebie,  czyja  to  zasługa.  Tłustych  odcisków  wokół  nich  nie 
było tylko dlatego, że Espe Osiemdziesiąt właśnie skończył je wycierać. 

Android  nie  zareagował,  gdy  Luke  otworzył  mu  umieszczoną  w  boku  osłonę 

gniazda  i  podłączył  tam  przewód  wyjęty  ze  specjalnej  skrytki  na  plecach  Threepia. 
Przez farmę wuja Owena na Tatooine przewinęło się przynajmniej pięć egzemplarzy SP 
różnych  serii  i  w  wieku  czternastu  lat  Luke  był  w  stanie  rozłożyć,  oczyścić  i  złożyć 
każdego  z  nich,  dokonując  drobnych  napraw  w  przeciągu  czterech  do  pięciu  godzin. 

background image

Dzieci Jedi 

148 

Przeprogramowanie  za  pomocą  bezpośredniego  podłączenia  do  androida  takiego  jak 
See-Threepio,  którego  głównym  zadaniem  było  tłumaczenie  także  języków  maszyno-
wych, było drobnostką. 

SP-80 ruszył do przodu tak szybko, że Luke ledwie zdążył wyjąć z niego wtyczkę 

i  zamknąć  osłonę  gniazda.  Wkładając  zwinięty  przewód  do  skrytki  i  zamykając  ją 
stwierdził, że poruszający się ze sztywno wyciągniętymi manipulatorami czyszczącymi 
android  dziwnie  przypomina  mu  Kitonaki  czekające  cierpliwie,  aż  ślimaki  Chooba 
wpełzną im do otwartych otworów gębowych. 

- Jak myślisz, poczuł ich na tym pokładzie? - spytał kuśtykając za niezbyt szybko 

poruszającym się SP. - Czy to przeciąg z sąsiedniego? 

-  Mechanizm  sensoryczny  SP  potrafi  wykryć  zaprogramowaną  substancję  przy 

stężeniu mniejszym niż dziesięć tysięcy molekuł na centymetr kwadratowy z odległości 
ponad  stu  metrów,  jeśli  będą  one  zajmowały  powierzchnię  nie  mniejszą  od  jednej 
czwartej centymetra kwadratowego. 

-  To  potrafi  matka  Biggsa  -  uśmiechnął  się  Luke.  Threepio  zamilkł  na  dobre  pół 

minuty. 

- Z całym szacunkiem dla pani Biggs, ale z tego co wiem, to nawet człowiek obda-

rzony doskonałym zmysłem powonienia, aby osiągnąć takie wyniki, wymaga implantu 
Magrody'ego  i  dokładnego  treningu  w  dzieciństwie.  Choć  wśród  Chadra-Fanów  albo 
Ortolan są to zupełnie normalne umiejętności - oznajmił w końcu. 

- To był żart! -jęknął Luke. -A... aha. 
SP-80 zatrzymał się przed blokującą korytarz grodzią blasteroodporną, toteż Luke 

podszedł do panelu zamka i przyłożył doń rękę. Bez rezultatu. 

- Przyznaję, że są momenty, w których prawie podzielam stosunek Ugbuza do Ja-

wów - odezwał się Threepio. 

Cztery  wypustki  sensoryczne  SP  skierowały  się  to  w  jedną  stronę,  to  w  drugą, 

przez ekran czytnika przemaszerowały kolumny żółtych cyfr i android zawrócił, cofnął 
się do najbliższego skrzyżowania korytarzy i skręcił w prawo, po czym zdecydowanie 
zagłębił się w labirynt zamkniętych drzwi i ciemnych magazynów. 

Luke nie odezwał się, ale znajome mrowienie w karku upewniło go w podejrzeniu, 

iż są obserwowani. Może nie miał rozdzielczości zapachowej SP-80, jednak bez trudu 
wyczuł, że znaleźli się w okolicy pełnej Jawów. I ludzi piasku. 

A oprócz nich było coś jeszcze... 
Kolejna zamknięta grodź. SP powęszył, zmienił kurs i skierował się do kolejnego 

magazynu pełnego wybebeszonych pojemników, których zawartość zaścielała podłogę. 
Zawartością były hełmy imperialnej floty, mundury, szarozielone elementy pancerzy i 
koce. Większość została zabrana, podobnie jak części pojemników, a te, które zostały, 
nosiły nadruki SOROSUB - DZIAŁ IMPORTU. 

Ściany  były  ciemne  i  wyglądały  na  nie  dokończone  -  pod  sufitem  widniały  nie 

osłonięte  żebrowania  z  lśniącymi  główkami  nitów  i  śrub.  Drzwi  prowadzące  do  pod-
ręcznego warsztatu stały otworem, za to obejrzawszy się stwierdził, że te, przez które 
przed chwilą weszli, są zamknięte na głucho. 

Pokładowy komputer znowu próbował ich zapędzić w dogodne dla siebie miejsce. 

background image

Barbara Hambly 

149 

Chociaż uszkodzeń spowodowanych przez Jawów też nie było, im bardziej zagłę-

biali się w mrok, tym bardziej Luke wyczuwał obecność czegoś nieznanego w kosmo-
sie,  a  bacznie  ich  obserwującego.  Na  wszelki  wypadek  trzymał  się  blisko  Threepia, 
dostosowując kuśtykanie do jego kroków i pilnując, by żaden z nich nie wysuwał się na 
prowadzenie, gdy przekraczali otwarte grodzie. 

SP-80 skręcił za róg, gdzie znajdowały się schody prowadzące w ciemność, i z ci-

chym  pobrzękiwaniem  zaczął  się  po  nich  wspinać  na  swych  krótkich  nóżkach.  Luke 
gestem powstrzymał  Threepia  od pójścia  w jego ślady, czując pułapkę. Nie  do końca 
wiedział, na czym ona polega, ale tego był pewien, że istniała i tylko czekała na nich, 
by zadziałać. 

Wysunął w górę laskę z przymocowanymi prętami jarzeniowymi i światło wróciło 

odbite od półmetrowych pasów dziwnie opalizującej substancji, które pokrywały ścia-
ny. To grube, to cienkie pasy tworzyły dziwaczny wzór, którego zasady nie mógł do-
strzec,  i  niknęły  w  mroku  gdzieś  w  górze.  Zaś  sufit  prowadzącej  na  następny  pokład 
schodni usiany był perłowymi wielokątami normalnej kraty enklizyjnej. 

SP-80, nie niepokojony przez cokolwiek, dotarł do końca schodni. 
-  To  z  pewnością  odmiana  laserowej  kraty  zabezpieczającej,  panie  Luke'u  -  ode-

zwał się Threepio. - Ale zdezaktywowana. Prawdopodobnie Jawowie... 

- Nie! - Luke oparł się o ścianę, czując wzmożone rwanie w nodze: najwyraźniej 

perigen przestał działać. - Wola nie przyprowadziłaby nas tu, gdyby krata nie działała. 
Po prostu czeka z jej włączeniem, aż będziemy tak daleko, że nie zdążymy wrócić. 

Kroki  Espe  Osiemdziesiątki  ucichły  w  mroku,  a  Luke  bez  słowa  zawrócił  do 

oświetlonych rejonów. 

 
Na  jasnym  i ciepłym poziomie  piętnastym czekali  na  nich  Affytechanie, przypo-

minający przerośniętą rabatę egzotycznych, wielkich kwiatów. 

- Rozkaz wykonany, panie majorze - wyprężył się biało-błękitny dla odmiany ka-

pitan. - Na poziomie szesnastym w lewoburtowych hangarach znajdują się dwa promy 
Telgorn  klasy  Beta,  każdy  o  ładowności  stu  dwudziestu  żołnierzy.  Doktor  Breen  na-
prawił drobne uszkodzenie w oprogramowaniu i oba są w pełni sprawne. 

Dotychczasowy, pomarańczowo-żółty kapitan wyprężył się przy słowach „doktor 

Breen". 

- Zwykłe przestawienie cyfr, panie majorze. Prawdopodobnie błąd operatora. 
Luke wolał nie pytać, kim jest i skąd się wziął w załodze ów „doktor Breen". 
- Tędy, panie majorze. 
- Nawet jeśli dałby pan radę pilotować oba promy, panie Luke'u  -odezwał się an-

droid - to jak przeszkodzi pan obronie tego okrętu w zniszczeniu ich? Sam pan mówił, 
że komputer artyleryjski ma prawie ludzkie zdolności... I jakim cudem zdoła pan zała-
dować na pokład oba plemiona Gamorrean albo Kitonaków? 

Kilku  wspomnianych  właśnie  Kitonaków  przemieszczało  się  powolutku  wzdłuż 

rampy prowadzącej na poziom szesnasty, porozumiewając się mieszaniną pomruków i 
gwizdów. Luke przyznał w duchu uczciwie, że nie ma pojęcia, jak je skłonić do wejścia 
na prom, podobnie zresztą jak trójnogi czy ludzi piasku. O Jawach nie wspominając... 

background image

Dzieci Jedi 

150 

- Nie wiem - przyznał dochodząc do wniosku, że został zbawcą na zwariowanym 

okręcie pełnym konkursowych durni. - Ale jeśli chcę zniszczyć okręt, zanim zaatakuje 
on  Belsavis,  to  muszę  się  ich  najpierw  stąd  pozbyć.  Nawet  tych  głupich  Gamorrean, 
czy... 

Urwał,  gdyż  właśnie  minęli  narożnik  i  go  zatchnęło  -  tak  wizualnie,  jak  i  zapa-

chowo.  Korytarz,  w  którym  się  znaleźli,  był  niski  i  biegła  nim  gruba  rura  jednego  z 
głównych  systemów  wodnych  okrętu,  zaś  podłoga  usłana  była  posiekanymi  ciałami 
Affytechan.  Ściany  pokrywały  zielono-żółte  zacieki,  a  posadzkę  kałuże  tejże  barwy. 
Powietrze aż gęste było od przedziwnej woni. Wzdłuż tego różnobarwnego pobojowi-
ska  kręciły się  niewielkie  androidy czyszczące, próbując doprowadzić  pokład do nor-
malnego stanu, ale było to zadanie ponad ich siły. 

- Miał pan całkowitą rację co do sprawdzenia tych środków transportu, majorze.  - 

Kapitan  przekroczył  rozrąbany  korpus  jednego  ze  swych  poprzedników,  nie  reagując 
zupełnie na to, po czym szedł. - Zawsze lubiłem Telgorny, zwłaszcza klasy Beta. Każdy 
z nich może zabrać pełną kompanię i jeśli da im się odpowiednią eskortę: dajmy na to 
po trzy kanonierki na prom, to... 

Luke  odwrócił  się  przykucając  i  uaktywniając  miecz  świetlny.  Laserowe  ostrze 

rozcięło  drzewce  gaffe,  którego  cios  powinien  rozłupać  mu  czaszkę.  Zza  stacji  pomp 
wyskoczyło czterech ludzi piasku i wyjąc skoczyło ku niemu. Pierwszego rozciął kla-
sycznie - od ramienia po biodro, a drugiemu odciął ręce unoszące laserową fuzję. 

-  Panie  Luke'u!  -  Threepio,  odtrącony  przez  jednego  z  napastników,  odbił  się  od 

ściany i wylądował wśród tęczowych zwłok na podłodze. 

- Wyłącz się! - wrzasnął Luke i odbił ostrzem promień  miotacza, którym posługi-

wał się kolejny atakujący. 

Do  pary  pozostałych  przy  życiu  dołączyło  dwóch  nowych,  a  bojowy  wrzask  w 

głębi korytarza świadczył, że w okolicy jest znacznie więcej ludzi piasku. Luke rzucił 
się w otwarte drzwi i trzasnął dłonią w zamek. Naturalnie drzwi ani drgnęły, za to naj-
bliższa czwórka ruszyła za nim. Zamachnął się w nich ciężkim stołem i pokuśtykał do 
położonych po przeciwległej stronie drzwi. Te ani drgnęły  - także były zamknięte. Na 
szczęście Jeźdźcy Tusken nigdy nie  należeli do dobrych strzelców, choć  nadrabiali to 
entuzjazmem. 

Luke  cisnął  w  nich  kolejnym  stołem  i  koncentrując  Moc  przechwycił  jeden  z 

ostatnich strzałów rykoszetujący po pomieszczeniu, zmieniając jego trajektorię tak, by 
trafił  w  zamek.  Ten  eksplodował  w  deszczu  iskier  i  drzwi  drgnęły.  Znieruchomiały 
gdzieś z  pół  metra  nad podłogą, ale  to  mu  wystarczyło, by się  przecisnąć i zabrać ze 
sobą laskę. Pozbierał się na nogi i odkuśtykał od drzwi. 

Wychodziło na  to, że dał się  wprowadzić  na  teren łowiecki ludzi piasku. Dwóch 

kolejnych zaatakowało go wyskakując zza załomu korytarza. Załatwił ich dwoma cię-
ciami i szorując plecami po ścianie ruszył, utykając, w dalszą drogę wzdłuż ciemnego 
korytarza. Przed nim drzwi po obu stronach zamykały się z sykiem, a zewsząd słychać 
było bojowe okrzyki ludzi piasku. Minął kolejny narożnik i w ostatniej chwili cofnął się 
unikając zatrzaskującej się grodzi blasteroodpornej, która inaczej przecięłaby go wpół. 
Nie mając innego wyjścia ruszył z powrotem, po paru krokach wydało mu się, że roz-

background image

Barbara Hambly 

151 

poznaje okolice zsypu pralniczego, ale gdy był o metr od wejścia, drzwi zamknęły mu 
się przed nosem. Krótkim cięciem pozbawił głowy kolejnego napastnika, który wysko-
czył z nagle otwartego, ciemnego pomieszczenia. 

Skorzystał  z  tego,  że  ciało  blokuje  drzwi,  i  przeszedłszy  przez  nie,  w  ostatnim 

momencie  przeturlał  się  pod  drugimi,  by  nie  dać  się  osaczyć  w  pomieszczeniu.  Za 
drzwiami ciągnął się kolejny korytarz oświetlony pomarańczowym blaskiem lamp awa-
ryjnych. Luke wstał z trudem, czując przejmujący, pulsujący ból w zranionej nodze. 

Znów Wola - pomyślał. Miecz świetlny ciążył mu, nie zapalony, chociaż gotów do 

natychmiastowego  włączenia,  ale  nie  puszczał  go  -jedynie  kwestią  czasu  było,  nim 
natknie się  na  kolejną  grupę ludzi piasku, a wtedy miecz być  może uratuje  mu życie. 
Tym razem Wola zastawiła prawie śmiertelną pułapkę. 

Wycie Jeźdźców Tusken rozległo się nieprzyjemnie blisko, i tym razem było ich 

zdecydowanie za dużo. Korytarz biegł prosto jak strzelił, a wszystkie drzwi były poza-
mykane na głucho. Żadnych otworów wentylacyjnych czy innych kryjówek... 

Nagle, o paręnaście metrów przed nim, otworzyły się jedne drzwi. Nie zrobiły tego 

jak zwykle szybko i z sykiem, ale powoli i lekko skrzypiąc. Zupełnie jakby ktoś otwie-
rał  je  ręcznie  i  zabrakło  mu  sił,  ponieważ  po  mniej  więcej  trzydziestu  centymetrach 
znieruchomiały, wypuszczając na korytarz smugę pomarańczowego blasku. 

Jeden wylot korytarza zamykała  grodź, drugi skrywał  mrok, z  którego dobiegały 

coraz  bliższe  ryki  ludzi  piasku.  Dzieliła  go  od  nich  jedynie  półmetrowa  szczelina  w 
drzwiach... 

Naturalnie mogła to być kolejna pułapka, tylko nie bardzo wiedział po co  - kula-

wy,  zmęczony,  z  trudem  trzymał  się  na  nogach  i  dwa  tuziny  napastników  miałyby  z 
nim raczej zabawę niż kłopot. A mniej więcej na tyle oceniał zbliżającą się bandę. 

Nieustannie odnosił  wrażenie, że jest pod uważną  obserwacją. Zupełnie  jakby  w 

ciemnościach znajdował się jakiś niewidzialny umysł. 

A co dziwniejsze, nie czuł żadnej obawy. 
Podkuśtykał  do  uchylonego  wejścia  -  wewnątrz  widać  było  martwe  stanowiska 

jednego  z  ośrodków  kierowania  ogniem  przeciwlotniczym.  Półmrok,  ciemne  ekrany  i 
ani żywej duszy... 

W korytarzu zapadła cisza, ale czuł zbliżających się przeciwników. 
I wydało mu się także, że słyszy ślad szeptanej piosenki: 
 

Królowa miała sokoła, królowa miała psa,  
I słowika, co pięknie kląskał każdego dnia. 
Król oznajmił, że czekają niechybnie stryczek,  
Jeśli jej zwierzęta nie spełnią jego życzeń. 

 
Luke obejrzał się w mrok i szybko przecisnął się przez szczelinę. 
Drzwi zamknęły się natychmiast. 
Przez moment jedynym dźwiękiem, jaki słyszał, był własny, powoli uspokajający 

się,  oddech.  Potem  od  strony  zamkniętych  drzwi  doszły  go  ciche  chroboty  metalu  o 
metal. Luke  westchnął i oparł się plecami o najbliższą konsoletę, z  mieczem w dłoni. 

background image

Dzieci Jedi 

152 

Nie włączył go jeszcze, ale nie miał złudzeń, że na tym się skończy - ludzie piasku dali 
sobie  spokój  z  subtelnością  i  drzwi  zatrzęsły  się  od  uderzeń  grotami  włóczni  gaffe. 
Sądząc po odgłosach, próbowali otworzyć też inne drzwi w okolicy. 

Nie ulegało kwestii, że pierwszych, jacy dostaną się do środka, załatwi bez kłopo-

tów, ale jak następni zaczną strzelać przez drzwi, to załatwią jego. A zaczną. 

Drzwi zatrzęsły się silniej, ale nie puściły. Nawet jeśli Wola, czyli komputer po-

kładowy, chciała je otworzyć, coś jej skutecznie przeszkadzało. Luke znalazł się teraz 
w  szczelnym  więzieniu  i  jedyne,  co  Wola  musiała  zrobić,  to  właśnie  nie  otworzyć 
drzwi. Nigdy. 

Wróciła  cisza. Tym razem dłuższa. Płomienny ból  w  nodze  nie  pozostawiał złu-

dzeń - zakażenie postępowało. Mając nadal uwagę skupioną na korytarzu i wyostrzone 
zmysły, Luke  odsłonił  fragment rozciętej nogawki i  umieścił na  nodze kolejną  porcję 
perigenu,  którego  zapas  zaczynał  się  niebezpiecznie  kurczyć.  Ból  przeszkadzał  mu 
jednak w koncentracji, a jeśli miał wyjść żywy z opresji, to potrzebował pełnego sku-
pienia, na jakie mógł się zdobyć mimo wyczerpania i gorączki. I całej Mocy, jaką zdoła 
przywołać. Nie  bardzo pamiętał, kiedy ostatni raz jadł,  ze snem sprawa  miała  się  po-
dobnie. Gdy wyciągnął przed siebie dłoń, stwierdził, że ta drży... 

 
Drzwi uchyliły się po naprawdę długim czasie, ponownie wolno i z oporami, jakby 

wbrew Woli. Luke, starając się oddychać najciszej jak potrafił, spróbował spenetrować 
zmysłami korytarz. Słaby smród martwych Affytechan nadal dało się  wyczuć, ale ani 
śladu charakterystycznego odoru ludzi piasku. Ostrożnie pokuśtykał ku drzwiom, nadal 
z mieczem w dłoni. 

Zauważył kątem oka nagły ruch, lecz nim odwrócił się do końca, dostrzegł, że to 

tylko jego  własne  odbicie  w  jednym z  monitorów.  Musiał uczciwie przyznać, że  wy-
gląda,  łagodnie  rzecz  ujmując,  nieświeżo,  co  podkreślał  poplamiony  i  podarty,  szary 
kombinezon mechanika floty imperialnej. 

A  tuż  ponad  swoim  ramieniem  dostrzegł  inną  twarz  -  twarz  młodej  kobiety  oto-

czoną  burzą  jasnobrązowych  włosów.  Najbardziej  wyraziste  były  w  tej  twarzy  szare 
oczy spoglądające wprost na niego. 

Odwrócił się czym prędzej, ale naturalnie w kabinie nie było nikogo. 

background image

Barbara Hambly 

153 

R O Z D Z I A Ł  

12 

- Co? Kto? 
-  Mówiłam,  żebyś  poczekał,  aż  się  odezwie.  -  Leia  szturchnęła  męża  w  ramię  i 

odwróciła  się  do  holoprojektora  ukazującego  zaspaną  zielonooką  kobietę  o  wściekle 
rudych włosach, zawzięcie mrugającą i próbującą się za wszelką cenę obudzić. 

Kobieta była ładna, nosiła złoty łańcuszek wokół szyi, a jej kreację bez wątpienia 

stanowiła koszula należąca do Landa Calrissiana. 

- Przepraszam, Maro... 
- A, to wy... - Mara Jadę przetarła oczy i zupełnie przytomnie spojrzała na projek-

tor, jakby ten jeden gest wyłączył senność. - Muszę wyglądać jak któraś z Sióstr Nocy z 
Dathomiry... Która jest tam, gdzie jesteście? I przede wszystkim: co się stało i w czym 
problem? 

- Tego właśnie dokładnie nie wiemy. - Han przestał energicznie trzeć mokre włosy 

ręcznikiem.  -  Wiemy,  że  mamy  problem,  ale  nie  wiemy  dokładnie,  jaki.  Co  możesz 
powiedzieć o Belsavis? 

- Aha. - Mara siadła wygodniej w białym fotelu ze skóry, który zdawał się formo-

wać wokół niej niczym kwiat, podciągnęła nogi i objęła kolana dłońmi. 

Zmrużyła  oczy,  jakby  obserwowała  wspomnienia  na  jakimś  ekranie  pamięci,  i 

spytała z namysłem: 

- Dowiedzieliście się, co Imperium uważało za tak ważne na tej planecie? 
- Chodzi ci o dzieci Jedi? - odparła pytaniem Leia. 
- Nie wiem, o co mi chodzi... - Mara uniosła brwi i opuściła kącik ust w nieco iro-

nicznym  uśmiechu.  -  Dzieci  Jedi...  to  by  miało  sens.  Kiedy  zaczęłam  pracować  dla 
Imperatora, sprawa była już zamknięta i przekazana do archiwum, dane zapieczętowane 
i zabezpieczone sześcioma rozmaitymi kombinacjami... Cóż, zapieczętowane akta mia-
ły na mnie zawsze taki sam wpływ, ale tym razem gdy w końcu się do nich dostałam, 
dowiedziałam się jedynie, że pod koniec wojen klonowych przygotowywano operację, 
której  celem  miała  być  jedna  z  ciepłych  dolin  na  Belsavis.  Utajnienie  było  takie,  że 
nawet  biorący  udział  w  jej  przygotowaniu  nie  wiedzieli,  o  co  dokładnie  chodzi.  Jeśli 
miał to być atak na dzieci i rodziny Jedi, to ten stopień utajnienia miał sens... - Milczała 
przez chwilę, coś sobie przypominając, dzięki czemu dało się słyszeć słabe ćwierkanie 

background image

Dzieci Jedi 

154 

pellatów  i  manolli  gdzieś  za  oknem  jej  sypialni.  Chewie  przestał  szczotkować  swoje 
mokre  futro  i  warknął  cicho.  -  Na  Belsavis  wysłano  skrzydło  myśliwców  i  ustawiono 
cały łańcuch automatycznych stacji przekaźnikowych tak  na  satelitach, jak i ukrytych 
na powierzchniach różnych planet, ale co miały sygnalizować czy uruchomić, nigdy nie 
zdołałam się dowiedzieć, bo zapisy zostały zniszczone. Podobno myśliwce miały spo-
tkać się z czymś, co nigdy się nie pojawiło, a musiało być ogromne, skoro dla osłony 
wysłano całe skrzydło. Potem wpadły mi w ręce prywatne rachunki Imperatora: mniej 
więcej w tym czasie zapłacił on grube miliony inżynierowi nazwiskiem Keldor. Ohran 
Keldor... 

- Wiem, kto to taki  - przerwała jej cicho Leia, czując nagłe gorąco mimo upływu 

tylu lat. - Uczeń Magrody'ego i jeden z projektantów Gwiazdy Śmierci. Był też jednym 
z  wykładowców  na  pokładzie  orbitalnej sfery  krążącej  wokół Omwat,  gdzie  dopraco-
wano szczegóły. 

Odruchowo zacisnęła dłonie w pięści, czując w całym ciele mrowienie jak od ty-

sięcy drobniutkich szpileczek. 

- To on - przyznała Mara, przyglądając się Leii z kamienną twarzą. Rozumiała jej 

nienawiść  -  dzięki Keldorowi Imperium  mogło zniszczyć  Alderaan. I zniszczyło. Ko-
goś, kto jest za to odpowiedzialny, nienawidzi się tak, że nie ma sensu tego komento-
wać. Leia także nie odezwała się słowem. 

- To ten sam? - odezwał się spokojnie Han.  - To tak z dwadzieścia lat wcześniej, 

prawda? 

- Dwadzieścia lat to nie taki wielki szmat czasu - odparła Mara. - A on miał opinię 

geniusza  od  najmłodszych  lat.  Był  najzdolniejszym  i  najmłodszym  uczniem  Magro-
dy'ego. Porównując to, co projektował potem, zarówno dla wojska, jak i dla przemysłu, 
uważam, że Imperator zapłacił mu za jakiś typ superokrętu. Trzeba pamiętać, że działo 
się  to  w czasach,  w  których jedynie  wielkość  jednostki  mogła  zapewnić  odpowiednią 
siłę  ognia.  Cokolwiek  istniało  na  Belsavis,  Imperator  najwyraźniej  nie  chciał,  by  po 
ataku  można  było  zidentyfikować,  co  zaatakowano,  i  okręt  musiał  mieć  imponujące 
rozmiary. Logiczny wniosek, że celem miała być jakaś instalacja, zwłaszcza jeśli weź-
mie  się  pod  uwagę  handel,  jaki  w  późniejszych  latach  tam  rozkwitł.  Złotego  drutu  i 
ksylenowych  obwodów  było  zdecydowanie  zbyt  wiele  jak  na  resztki  z  pobojowiska. 
Zawsze mnie zastanawiało, co to za instalacja, że zadano sobie tyle trudu... 

- A jednak ktoś coś sknocił - zauważył Han poprawiając sarong w ciemne wzory, 

którego używał zamiast szlafroka. 

-  To  zostało  dokładnie  zniszczone  tak,  że  można  jedynie  się  domyślać.  -  Mara 

wzruszyła ramionami. - W każdym razie ten superokręt, to coś, co miało zostać przy-
wołane przez automatyczne przekaźniki, nigdy się nie zjawiło nad Belsavis. Większość 
przekaźników  została  zniszczona:  ktoś  musiał  się  czegoś  domyślić.  Myśliwce  dostały 
zdrowe cięgi, ale niedokładnie wiadomo od kogo, a „obiekty" jak to ładnie ujęto, opu-
ściły planetę. Musiała to być niezła plajta, bo jej konsekwencją była seria degradacji i 
przydziałów  dla  dobrych  specjalistów  od  sztucznej  inteligencji  i  automatyki  na  tak 
atrakcyjne planety jak: Kessel, Neelgaimon czy Dathomirę... 

background image

Barbara Hambly 

155 

- Kurorty na wygwizdowie - zgodził się Han, który miał pecha odwiedzić wszyst-

kie trzy. 

- Są gorsze miejsca w galaktyce, ale niewiele. - Mara uśmiechnęła się chłodno. - A 

wzmiankowany Ohran Keldor na pewien czas zniknął ze sceny. 

Chewbacca warknął krótko. 
- Też bym zniknął - przytaknął Han. - Ale potem znowu ktoś go polubił i przywró-

cił do łask. 

-  Najprawdopodobniej  martwy  i  nie  opłakiwany  moff  Tarkin,  o  którym  złośliwi 

mówili, że nie tracił z oczu nawet spinacza - podsunęła Mara. - Omwat był w jego ge-
stii, a tam właśnie znalazł się Keldor próbując wkraść się w łaski Imperatora... Kto by 
pomyślał: rodziny Jedi! Nic dziwnego, że chciał załatwić całą planetę... i nic dziwnego, 
że jedno skrzydło myśliwców nie dało rady... 

Pokręciła głową z miną na wpół zadowoloną, na wpół zaskoczoną i zamilkła. Leia 

nagle zrozumiała, że Marę do Palpatine'a  mogło przyciągnąć przede  wszystkim to, że 
mógł ją nauczyć posługiwania się Mocą. Leia wzrastała w  wiedzy, że w jakiś sposób 
różni się od otoczenia, i doskonale pojmowała potrzebę kierującą postępowaniem Mary 
- potrzebę znalezienia kogoś, kto też by się tak różnił i kto by zrozumiał. 

- Nie było żadnej wzmianki, dokąd udały się te „obiekty"? -spytała powoli wraca-

jąc do normy, choć w jej własnych uszach jej głos nadal brzmiał jak nagranie. - O tym, 
jak liczna była grupa? Iloma statkami dysponowali? Dokąd odlecieli? 

- Tam nawet nie było zwrotu sugerującego, kim mogliby być. Tylko tyle, że opu-

ścili planetę. To wszystko. 

- W końcu gnana ciekawością poleciałaś na Belsavis? 
-  Przyznaję,  że  mnie  to  intrygowało,  toteż  zapamiętałam  wszystko,  co  się  dało  i 

sprawdzałam wszelkie informacje dotyczące tej planety. Przez parę lat ktoś prowadził z 
niej przemyt na dużą skalę: złoty drut, ksylenowe obwody, spolaryzowane kryształy i 
inne rzeczy, których można się spodziewać po starej bazie, stopniowo demontowanej. 
Skalna  kość  z  antygrawów  i  sporo  starej  biżuterii:  to  dołączyło  na  samym  końcu  do 
listy. Raz tylko byłam na Belsavis, mniej więcej w czasie bitwy o Hoth, ale nie miałam 
zbyt wiele czasu, a Nubblyk trząsł okolicą za dobrze, by krótki pobyt coś mi dał. 

- Poznajesz? - Han wyciągnął z kieszeni jeden ze znalezionych obwodów. - Slyte 

dużo  ich  stąd  wyekspediował,  dobrze  na  tym  zarabiając,  ale  sporo  jeszcze  pozostało. 
Wiesz, co się z nimi stało? 

Mara  pochyliła  się,  by  dokładniej  obejrzeć  jego  znalezisko,  po  czym  ponownie 

siadła wygodnie, podwijając pod siebie długie, zgrabne nogi. 

-  Taki  sam  -  przyznała.  -  Robiłeś  kiedyś  Trasę  Belsavis,  Hanie?  Na  południowej 

półkuli jest rejon położony wystarczająco daleko od dolin i wylotów, by co dwadzieścia 
cztery godziny miał jako taką atmosferyczną stabilizację. Nazywano go Korytarzem. Z 
uwagi na burze i jonizację wyższych warstw atmosfery nie dało się namierzyć żadnej 
jednostki,  która  nie  schodziła  wytyczonym  kursem  do  kosmoportu.  Nadlatywało  się 
więc wysoko, schodziło szybko, aby lecąc nisko osiąść na lądowisku lodowym. 

background image

Dzieci Jedi 

156 

- O tym słyszałem - przyznał Han i dodał słysząc komentarz Chewiego: - On też. Z 

opisu sądząc, nie żałujemy, że nie mieliśmy okazji spróbować. Myślę, że parę lądowisk 
nadal jest czynnych. 

-  W  najlepszych  czasach  było  ich  dwanaście  albo  trzynaście.  Większość  w  pro-

mieniu paru kilometrów od dolin, a połowa blisko tego całego Pletwell czy Plawal, jak 
je teraz nazywają- dodała Mara. - Mogę poszukać współrzędnych, jeśli się wam przy-
dadzą. 

Nubblyk zaczął je budować zaraz po wojnach klonowych. Wyszukiwał szczeliny 

geotermiczne pod lodem, powiększał je w tunele i wysadzał powierzchnię o pół kilome-
tra  od  wylotu  każdego. Dlatego cały czas  kierował przemytem, bo tylko on  wiedział, 
gdzie dokładnie znajdują się wyloty tuneli. Jedi... Na to nigdy bym nie wpadła. 

Chewbacca przestał się szczotkować, proponując zakład o to, że Bran Kempie był 

jednym  z  przewodników  po  tunelach,  ale  Mara  zdecydowanie  odmówiła  udziału  w 
hazardzie. 

- A Drub McKumb był jednym z pilotów Korytarza - dodała Leia. - I nie zakładam 

się o to. 

-  Drub?  -  Mara  uśmiechnęła  się  niespodziewanie  ciepło.  -  Nadal  się  tam  kręci? 

Tak, był jednym z etatowych pilotów Korytarza. Co u... 

Dostrzegła nagle nieruchomą twarz Hana i jej oczy stały się zimne i obojętne. 
- Powiedz mi, co się stało! 
Han jej opowiedział - ze szczegółami. A potem nieco mniej szczegółowo zrelacjo-

nował swoją wyprawę pod ziemię. 

- To byli przemytnicy - dodał po długiej i nieco kosztownej ciszy, jaka zapadła po 

obu stronach połączenia. - Twi'lekowie, Whiphidzi, Carositowie, paru Rodian... tutejszy 
Mlukowie i ludzie. Wyglądali, jakby byli tam od lat. Jak Drub. 

Mara  zaklęła  -  krótko,  treściwie  i  ciężko.  Po  czym  znów  zamilkła  zatopiona  we 

wspomnieniach. 

- Coś ci to z opisu przypomina, prawda? - Leia przysiadła się do Hana. - W orga-

nizmie Druba nie znaleziono żadnych narkotyków. 

- Oni nie używali narkotyków. 
- Kto: „oni"? - spytała Leia, a ponieważ Mara nadal milczała, dodała ciszej: - Va-

der? 

Ponownie poczuła dziwne gorąco, a wewnątrz lodowaty chłód: jej ojciec i Luke... 

Nie, jej ojcem był Bail Organa. 

- Vader i Palpatine - przytaknęła zapytana w końcu. - Najczęściej używali do tego 

celu ras półinteligentnych takich jak: Ranatowie, Avogui, Cidwenowie czy Zelosiańscy 
Agowie. Wykorzystywali ich jako wewnętrznych strażników w supertajnych miejscach. 
W  pierwszej  fazie  faszerowali  narkotykami  halucynogennymi  jak  Czarna  Dziura, 
czymś, co działało na ośrodki strachu i wściekłości w mózgu. A potem używając ciem-
nej strony Mocy wypalali to w nich na stałe: tak przygotowani strażnicy byli w stanie 
wytropić i zabić każdego, kto znalazł się w chronionym miejscu, bez cienia strachu, nie 
zważając na ponoszone straty. Palpatine potrafił kierować ich postępowaniem za pomo-

background image

Barbara Hambly 

157 
cą  swego  umysłu...  ale  nie  słyszałam  o  nikim,  kto  zdołałby  ich  uspokoić.  Ponieważ 
narkotyki były używane tylko na początku, nie znaleźliście ich śladów... 

- Yarrock jako środek uspokajający podziałałby? - spytał Han obejmując siedzącą 

sztywno  Leię.  -  Uzdrawiacze  z  Ithor  tak  uważają,  choć  przyznaję,  że  nie  wiem,  jak 
Drub był w stanie znaleźć coś takiego w tunelach. 

- Nie mam pojęcia. 
W ciszy, jaka zapadła, tym wyraźniej dało się słyszeć piknięcie Artoo informują-

cego  od  drzwi,  że  kawa  i  kolacja,  które  Leia  umieściła  w  podgrzewaczu,  są  gotowe. 
Nikt  na  to  nie  zareagował,  a  robot  musiał  odczytać  właściwie  zachowanie  obecnych, 
gdyż nie powtórzył sygnału. 

-  Dzięki,  Maro  -  odezwał  się  w  końcu  Han.  -  Jak  wrócimy  na  Coruscant,  zapra-

szam cię na obiad. Byłbym wdzięczny, gdybyś zdołała przesłać mi współrzędne lądo-
wisk. I przepraszam, że cię obudziłem... 

- Fakt, że jesteś skuteczniejszy od nalotu. 
- Jeszcze jedno - odezwała się nagle Leia. - Powiedziałaś, że zwracałaś uwagę na 

Belsavis,  czy  ktoś  z  dworu  Palpatine'a  schronił  się  tam  po  upadku  Coruscant?  Ktoś, 
kogo znałaś choćby ze słyszenia? 

Mara zastanowiła się dłuższą chwilę, a dzięki specjalnemu treningowi, jaki prze-

szła, nim została Ręką Imperatora, pamięć i zdolność kojarzenia miała naprawdę dobre. 
W końcu potrząsnęła głową zniechęcona: 

- Nie kojarzę nikogo, ale musicie pamiętać, że Belsavis leży blisko sektora Senexa, 

a to obecnie jest prawie miniaturka Imperium. Rody Garronin, Vandrons czy inne zaw-
sze chciały, by tak się stało i w końcu prawie dopięły swego. Miałaś kogoś konkretnego 
na myśli? 

- Tylko tak się zastanawiałem. 
 
- Dobrze się czujesz? 
Leia odwróciła się gwałtownie, odsunęła  metalowe okiennice i wyszła  na balkon 

wpuszczając do pokoju rozproszone światło z ogrodu, dzięki czemu na półnagim ciele 
Hana zagrały cienie, podkreślając mięśnie i bliznę na przedramieniu. Niepewne oświe-
tlenie  skryło  resztę  jego  postaci,  maskując  czarny  wzór  sarongu  niczym  cętkowane 
futro trepennita wtopionego w mrok. 

Milczała, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć, a dawno temu nauczyła się, że wy-

łapie każde jej kłamstwo. Niespodziewanie poczuła jego dłoń na ramieniu. 

-  Nie  przejmuj  się  Keldorem.  -  Dłoń  przesunęła  się  na  włosy.  -Ktoś  go  w  końcu 

znajdzie i... 

- I zabije tak jak Stinnę Draesinge Sha?  - dokończyła.  - I jak Nasdrę Magrody'e-

go... i jego rodzinę? Tak jak paru... tak zwanych patriotów z ruchu Nowego Alderaanu 
przyszło do mnie z  miesiąc  wcześniej, dając do zrozumienia, że koszty nie  grają roli, 
jeślibym  użyła  swoich  „wpływów",  by  zabić  Qwi  Xux?  A  potem  pozostałych  z  listy, 
którzy tylko „wykonywali rozkazy"? 

-  O  Qwi  nie  wiedziałem  -  mruknął  Han,  przypominając  sobie  filigranową  postać 

uczonej, którą podstępnie  wmanewrowano w projektowanie Gwiazdy Śmierci.  -  Zaw-

background image

Dzieci Jedi 

158 

sze bardziej wydawała mi się ofiarą niż katem i to zanim jeszcze... ale nigdy od nikogo 
nie usłyszałem, że nie masz prawa rozstrzelać ich wszystkich, i to w pełnym majestacie 
prawa. 

- Nie - westchnęła, czując po raz pierwszy od dawna odprężenie, jakie dawały jego 

ramiona. - Nie mam takiego prawa chcąc zostać głową państwa i chcąc postępować w 
zgodzie z prawem. Gdybym tak zrobiła, to już tylko jeden mały krok dzieliłby mnie od 
zostania  żeńską  odmianą  Palpatine'a.  To  właśnie  najbardziej  boli:  gdybym  kazała  ich 
zabić, a naprawdę bym chciała, to wiedziałabym, za co odpowiadam. I tak wszyscy są 
przekonani, że tamci zginęli na moje polecenie. Jaka to w końcu różnica? 

-  Ty  wiesz,  że  tak  nie  jest,  ja  wiem...  i  to  się  liczy.  Jak  to  Luke  zawsze  mawia? 

Bądź tym, na kogo chcesz wyglądać. 

Przytuliła  się  do  niego  zamykając  oczy  i  wdychając  intensywny  aromat  nocy.  I 

pomyśleć,  że  po  południu  stała  w  ruinach  wieży  i  widziała  dzieci  bawiące  się  wokół 
zamkniętego  wylotu  szybu  Pletta...  Aż  wierzyć  się  nie  chciało,  że  tak  niewiele  czasu 
minęło, odkąd czuła spokój tamtych dni unoszący się wokół niby ciepło jakiegoś daw-
no zapomnianego słońca. 

- Często śni  mi się, że przeszukuję pomieszczenia Gwiazdy Śmierci  w gorączko-

wym pośpiechu - powiedziała powoli.  - Bo wiem, że gdzieś tam jest jakiś rodzaj klu-
cza, który wyłączy promień... Śni mi się, że go w końcu odnajduję i pędzę korytarzami 
mając  pewność,  że  jeśli  zdążę  do  Komory  Zapłonu,  to  uratuję  ich  wszystkich  i  będę 
mogła wrócić do domu... 

Przytulił ją  mocniej. Wiedział, że miała sny, a raczej koszmary, gdyż  nieraz ją z 

nich budził i tulił,  pozwalając się  wypłakać. Po pierwszych dziesięciu razach przestał 
liczyć, tak było lepiej. 

- Nic nie mogłaś na to poradzić - powiedział miękko. 
-  Wiem,  ale  przynajmniej  raz  dziennie  nachodzi  mnie  uporczywa  myśl:  nie  mo-

głam ich uratować, mogę jednak zmusić do zapłaty tych, dzięki którym zginęli.  - Od-
wróciła się w jego objęciach i spytała: - Zrobiłbyś tak? 

- Dawno temu i bez wahania - odparł z uśmiechem. - Ale ja nie jestem głową pań-

stwa. 

- A zrobiłbyś to dla mnie? 
- Nie, nawet gdybyś poprosiła - stwierdził już bez uśmiechu. 
Przygarnął ją do siebie i delikatnie pocałował, następnie zaprowadził do pokoju i 

starannie  zamknął  okiennice.  Leia  przystanęła  przy  niewielkim  stoliku,  na  którym  w 
szklanej wazie pływało z pół tuzina różnobarwnych świeczek. Długą zapalniczką zapa-
liła kolejno każdą z nich i łagodny, dryfujący blask zatańczył powoli na ścianach i sufi-
cie. Napotkała jego wzrok, upuściła szal otulający dotąd jej ramiona i powoli wyciągnę-
ła ku niemu rękę... 

 
Nie pozwalali jej spać. 
Ciągle przychodzili do celi o stalowych ścianach i o coś pytali albo twierdzili, że 

została zdradzona, że wszystko wiedzą, że jej ojciec cały czas pracował tylko dla nich, 
że ci, którym ufała, sprzedali ją... że zrobią jej lobotomię i wyślą do domu uciech dla 

background image

Barbara Hambly 

159 
szturmowców... że będą ją torturować i zabiją. Próbowała myśleć o planach Gwiazdy 
Śmierci, o zagrożeniu Senatu i planet... o wszystkim, byle nie o własnym przerażeniu... 
gdy drzwi celi otwarły się z sykiem i w progu stanął Vader, czarny jak sama śmierć. A 
za nim unosił się jeszcze ciemniejszy i groźniejszy, połyskliwie czarny kształt androida 
przesłuchaniowego.. 

- NIE! 
Wydało jej się, że krzyczy rozpaczliwie, a w rzeczywistości był to jedynie szept, 

ale  wystarczył,  by  obudziła  się  z  koszmaru.  Wokół  panowała  cisza  i  ciemność,  toteż 
tym wyraźniej słyszała złowieszczy szum serwomotorów robota i poruszający się blask 
czerwonych kontrolek. I jeszcze znajomy, choć nieco przygłuszony sygnał alarmowy... 

Taki sam, jaki wydaje przegrzewający się miotacz! 
- Artoo? 
Siadła jeszcze otumaniona snem, a już przestraszona rzeczywistością, jakby zdo-

minowaną poczuciem zła wypełniającym koszmar. Z drugiego końca pokoju rozległ się 
cichy świst  i  mrok rozjaśnił  blask laserowego palnika stanowiącego  wyposażenie  Ar-
too-Detoo.  Do  pierwszego  alarmu  dołączył  drugi,  Han  mruknął  coś  i  obrócił  się  na 
drugi bok, a drzwi szafki, przy której stał robot, zamknęły się z cichym trzaskiem. 

Alarmy przeładowanych miotaczy stały się znacznie cichsze. 
W pomieszczeniu było nienaturalnie ciemno, toteż bardziej poczuła niż zobaczyła, 

jak Han sięga do wiszącej przy łóżku kabury i nieruchomieje oświetlony blaskiem pal-
nika, którym robot właśnie stapia zamek szafki. 

- Co, do...? 
Nacisnęła przełącznik w ścianie, ale światła nie zapaliły się. Próbując zapanować 

nad paniką, sięgnęła umysłem do pływających świeczek, tak jak nauczył ją Luke... 

Łagodne, poruszające się światło wypełniło wazę. 
- Spięcia dostałeś, czy co? - Han ruszył ku szafce, przed którą stał mały robot. 
Alarmy  przybrały  na  sile,  a  Leia  odruchowo  sięgnęła  pod  poduszkę,  gdzie  Han 

trzymał  drugi  miotacz,  tak  na  wszelki  wypadek.  Pod  poduszką  nie  było  broni.  Za  to 
Artoo odwrócił się i wycelował palnik w Hana, który odruchowo skoczył w tył. Biała 
błyskawica  przeszyła  powietrze,  chybiając  o  centymetry  i  nagle  oboje  całkowicie 
oprzytomnieli. Jak na komendę spojrzeli na okna  - zamek okiennic był jedną stopioną 
bryłą metalu. 

- Artoo! - Leia nagle zaczęła się bać. 
Za drzwiami rozległ się ryk Wookiego i drzwi zadygotały od potężnego ciosu. Ar-

too-Detoo z zaskakującą szybkością ruszył  ku  nim,  wyciągając palnik na  maksymalną 
długość. 

- Zostaw drzwi, Chewie! - ryknął Han na sekundę przed tym, nim mające kilka ty-

sięcy woltów wyładowanie uderzyło w klamkę. 

Robot odwrócił się, częstując kolejną niecelną błyskawicą Hana, który czym prę-

dzej odskoczył od szafki. 

- Co ty, do cholery, wyprawiasz? - zirytował się Solo. 
Leii przemknęło przez myśl, że ktoś podmienił automaty, ale to było niemożliwe - 

wiedziała, że to ten sam  Artoo-Detoo. Złapała  poduszkę i  zaczęła  zachodzić  robota  z 

background image

Dzieci Jedi 

160 

drugiej strony... Ten cofnął się pod szafkę, wysuwając przed siebie palnik. W szafce zaś 
oba alarmy wyły rozpaczliwie uprzedzając o zbliżającym się wybuchu, który zniszczy 
nie tylko sypialnię, ale i większość domu. 

- Włóż buty! - polecił nagle Han, sam robiąc to, co powiedział. 
Posłuchała go, puszczając poduszkę i nie zadając pytań. Zostało im nie więcej niż 

minuta,  a  byli  dokładnie  zamknięci  i  choć  Chewie  robił,  co  mógł,  waląc  czymś  w 
drzwi, wątpili, czy zdąży na czas. 

Wyglądając  nieco  komicznie,  gdyż  poza  butami  nic  na  sobie  nie  miał,  Han  w 

dwóch skokach przebył łóżko, stanął obok i zasłonił ją ciałem, a ręką pokazał, co chce, 
by zrobiła. Było to tak proste, że powinno się udać. Odruchowo chciała powiedzieć, że 
to nie Artoo, ale nie odezwała się - w zachowaniu robota było coś przerażająco niewła-
ściwego... Nie było czasu, by się nad tym teraz zastanawiać. 

Han ruszył ku robotowi trzymając w dłoni koc, jakby chciał nim zdusić  wyłado-

wanie. Artoo nadal nieruchomo pilnował szafki, w której wyły alarmy; do Leii dopiero 
wtedy dotarło, że przez cały ten czas nie wydał z siebie żadnego dźwięku. 

Han zaatakował, robot strzelił i w tym momencie Leia złapała ze stolika wazę i ci-

snęła nią w Artoo. Han właśnie odskakiwał z refleksem kogoś przez całe życie gotowe-
go na wszystko. Waza roztrzaskała się o obudowę robota zlewając go wodą, która białą 
błyskawicę zmieniła w rozprysk błękitnego światła i fontannę iskier. Z otworu, z które-
go wystawał palnik, buchnął dym, robot pisnął opleciony nagle błękitnymi miniwyła-
dowaniami  i  znieruchomiał.  Han  zignorował  go,  kopniakiem  rozwalił  drzwi  szafki  i 
wyciągnął oba  miotacze. Jeśli nie zdąży, eksplozja zabije nie tylko ich, ale i Wookie-
go... Han wyrwał zasilacze i cisnął broń Leii, która przykryła je poduszkami. Bez źró-
dła  energii  miotacze  nie  tyle  wybuchły,  ile  wystrzeliły,  co  przypominało  czknięcie 
ukrytego pod łóżkiem stwora. 

Moment później do sypialni, wyłamawszy drzwi, wpadł Chewbacca. 
Przez  długą  chwilę  nikt  się  nie  poruszył  ani  nie  odezwał,  a  jedynym  dźwiękiem 

był cichy syk zasilaczy stygnących w kałuży wody. Pokój wypełniał smród kopcących 
się piór i spalonej izolacji. 

Chewie  przyjrzał  się  osmalonemu  i  nieruchomemu  robotowi  i  zawył  przeciągle, 

jakby żegnając zabitego przyjaciela. 

background image

Barbara Hambly 

161 

R O Z D Z I A Ł  

13 

Artoo  oprócz  odcięcia  zasilania  do  całego  domu  był  uprzejmy  także  zniszczyć 

wszystkie środki łączności, toteż Chewbacca musiał odbyć spacer w parującą mgłę, w 
jaką zmieniła się noc. Wrócił z Jevaxem, wyraźnie zmartwionym i wstrząśniętym. Zna-
lazł go całkowicie rozbudzonego w ratuszu miejskim, próbującego nawiązać łączność z 
pobliską doliną BotUn, z którą zerwała się piąty raz w ciągu ostatnich sześciu miesięcy. 

- Nie rozumiem tego - przyznał stary Mluk oglądając ruinę łóżka i nieruchomego 

robota, któremu Han z  ponurą  determinacją  montował  sworzeń ogranicznika.  -  Stacja 
pomp, automaty ogrodnicze to co innego... bez względu na to, co towarzystwa oficjal-
nie  twierdzą, nadal  większość sprzętu  mamy z  przeceny i  nie  pierwszej nowości.  Ale 
wasz Artoo... 

Leia zdążyła zdjąć buty i włożyć karmazynowo-czarne kimono. 
Ostatni kwadrans spędziła  na zbieraniu w jedno miejsce wszystkich paneli i prę-

tów jarzeniowych oraz innych niezależnych źródeł światła, jakie znalazła w całym do-
mu. Powybierała nawet te, które pływały w wazie, a potem stanowiły część bałaganu na 
mokrej podłodze. Teraz potrząsnęła rozpuszczonymi włosami i spytała: 

- Chcesz powiedzieć, że takie błędy programowe są powszechne? 
- Powszechne nie. - Spojrzał jej przelotnie w oczy spod ciężkich brwi. - Ale raz na 

jakiś  czas  zdarza  się,  że  dozownik  ogrodowy  dostanie  fioła  i  zacznie  chodzić  po  uli-
cach, próbując karmić pożywką przechodniów, albo któryś z pojazdów lodowych uda 
się  na  wycieczkę  prosto  do  centrum  lodowca,  zmuszając  pasażerów  do  ewakuacji  i 
spaceru powrotnego. Większość jest na to przygotowana: gdy ktoś wybiera się do Bo-
tUn czy Mithipsin, odruchowo bierze ze sobą termiczny kombinezon i nadajniki alar-
mowe. Nie jestem mechanikiem, jednakże wydaje mi się, że to rezultat przykrycia doli-
ny. Zawsze tu było wilgotno, ale zamknięcie dachu tak zwiększyło wydzielanie wilgoci 
i żrących gazów z podziemi, że pompy ledwie nadążają. Z BotUn nigdy nie meldowali 
o podobnych problemach z mechanizmami... 

Jevax bezradnie rozłożył porośnięte białym futrem dłonie. 
-  To  nie  są  problemy  mechaniczne,  tylko  wina  programowania!  -sprzeciwiła  się 

Leia. 

background image

Dzieci Jedi 

162 

- Tak też twierdzą mechanicy. - Mluk podrapał się po srebrzystej sierści porastają-

cej ucho. - A programiści twierdzą, że to usterki mechaniczne. 

 
Kwestia „mechaniczna czy programowa" przypomniała się Leii następnego ranka, 

gdy obserwowała Wookiego gmerającego w deszczu iskier we  wnętrznościach Artoo. 
Jeszcze  nie  spotkała  programisty,  który  przyznałby,  że  kłopoty  ze  sprzętem  nie  były 
winą  usterek  technicznych  albo  błędu  operatora,  lecz  programu.  Cóż,  ludzie  zawsze 
wierzą w to, co jest dla nich wygodniejsze. Na przykład Qwi Xux nadal była przekona-
na, że Gwiazda Śmierci byłaby doskonałym kombajnem górniczym. 

Nie ulegało też wątpliwości, że w rozpadlinie Plawal było nadzwyczaj wilgotno, o 

czym choćby świadczył  fakt,  że ciemna  lniana  bluzka  natychmiast po  włożeniu przy-
kleiła  jej  się  do  pleców.  I  mimo  że  na  balkonie  czuło  się  lekki  wiatr,  niczego  to  nie 
zmieniało. 

Han i Chewie zajmowali się robotem na tarasie, korzystając z okiennego światła i 

czekając na obiecanych przez Jevaxa mechaników. Jak na razie w domu nie było prądu, 
a okiennice nadal były zaspawane na głucho. Leia przypuszczała, że mechanicy zjawią 
się dopiero po zamknięciu na noc paczkowalni, wolała jednak tego nie ogłaszać. 

Wiedziała,  że  stare,  zużyte  urządzenia,  nie  projektowane  do  prac  w  zwiększonej 

wilgotności,  miały  prawo  psuć  się  czy,  jak  to  Jevax  określił,  „fiksować",  ale  Artoo-
Detoo spędził sporo czasu na bagnach Dagobah, nie przejawiając morderczych skłon-
ności ani innych odchyleń od normy. Prawdę mówiąc, nie była pewna, czy sama okaza-
łaby opanowanie  w podobnych  warunkach  -  wątpliwość  tę  żywiła od dnia,  w  którym 
Luke opowiedział jej dokładnie, jak wyglądała planeta Yody. Ale, jak mawiała jej stara 
niania: coś tu brzmiało fałszywie. 

Cokolwiek by twierdzili programiści, mechaniczne uszkodzenie mogło być powo-

dem, że automat rozbije się o drzewo, ale nie byłby zdolny wykonać serii skompliko-
wanych  działań  w  ściśle  określonej  kolejności.  Mogła  uwierzyć  w  różne  zbiegi  oko-
liczności,  istniała  jednak  granica  niemożliwego  i  takie  tłumaczenie  zdecydowanie  ją 
przekraczało. 

Nie, powód dla którego Artoo stapiał zamki, przecinał kable i robił co mógł, by ich 

zabić, musiał być  inny.  A to na  pewno był ten sam  Artoo  -  numery korpusu i osłony 
motywatora zgadzały się. Chewbacca o częściowo wygolonych i pokrytych syntetycz-
nym ciałem przedramionach nie znalazł niczego nietypowego ani też żadnego urządze-
nia przekaźnikowego w motywatorze. Zagadka stawała się więc poważniejsza, niż są-
dzili.  Chewie,  który  poza  lekko  poranionymi  rękoma,  nie  odniósł  poprzedniego  dnia 
większych  obrażeń,  wziął  się  do  naprawy  robota,  a  Leia  zastanawiała  się,  siedząc  na 
kamiennym murku otaczającym taras, co mogło spowodować dziwne zachowanie  Ar-
too. 

Badania  Chewiego  wykluczały  zdalne  sterowanie,  zresztą  kiedy  taki  przekaźnik 

mógłby zostać zainstalowany - nie licząc paru minut w ogrodzie, cały czas miała robota 
w zasięgu wzroku. A przez te parę minut słyszała, jak się porusza... 

- I co ty na to? - Han otarł palce w wysmarowany różnościami gałgan. 

background image

Barbara Hambly 

163 

Chewbacca mruknął coś niezobowiązująco. Faktem jest, że miał na koncie udane 

naprawy  silników  „Sokoła",  które  znajdowały  się  w  znacznie  gorszym  stanie.  Skoro 
statek potem latał, to i robot powinien funkcjonować, choć Leia, przyglądając się licz-
bie części zamiennych i kabli leżących na kamiennej posadzce, miała wątpliwości. 

Artoo nagle zakołysał się i piknął uspokajająco. 
-  Co  ty  sobie...  -  zaczął  Han,  toteż  Leia  czym  prędzej  złapała  go  za  ramię,  dając 

znak, by zamilkł: Artoo musiał czuć się gorzej niż źle. 

- Możesz nam o tym opowiedzieć? - spytała łagodnie. Robot zakołysał się silniej, 

obrócił kopułę i pisnął prosząco. 

- Czy on może opowiedzieć?  - zirytował się Han. - Ja ci mogę opowiedzieć, jeśli 

zapomniałaś! On próbował nas zabić! 

Z robota wydobyło się cienkie, błagalne zawodzenie. 
-  Już  dobrze.  -  Leia  przyklękła  i  pogładziła  go  po  złączeniu  kopuły  z  korpusem, 

ignorując pomruki Hana. -Nie jestem na ciebie zła i nie pozwolę, żeby ci się coś stało. 

Tym razem nawet Chewie nie wytrzymał i warknął. 
- Racja - zgodził się Han. 
- Powiesz  mi, co się stało?  - spytała  Leia ignorując ich obu. Wszystkie światełka 

Artoo zgasły. 

- Chewie, nie pomyliły ci się jakieś druty?  - spytała niewinnie.  -Może coś podłą-

czyłeś na odwrót? 

- Przecież działał, prawda? - obruszył się Han. 
- A działa? 
Chewbacca bez komentarza ściągnął gogle z czoła na oczy i zabrał się do roboty. 

Leia  nie  była  dobrym  mechanikiem  -  Luke  nauczył  ją  rozkładać  i  składać  silnik  my-
śliwca typu X jako najbardziej typowy i opanowała tę sztukę. Czasem potrafiła nawet 
zidentyfikować poszczególne elementy napędowe „Sokoła Tysiąclecia", ale teraz miała 
nieodparte  wrażenie, że Wookie  poprawia to, co robił pół godziny  wcześniej. Wolała 
się jednak nie odzywać - Wookie byli urodzonymi mechanikami, o czym wiedziała cała 
galaktyka,  a  Chewie  nie  raz  udowodnił,  że  to  prawda.  Poza  tym  on,  Han  i  Luke  byli 
mechanikami, a ona nie, a z laikami się nie dyskutuje. Trochę na zasadzie luźnego sko-
jarzenia przypomniała sobie,  że od Luke'a od paru ładnych dni nie było żadnych  wia-
domości... 

Nagły ruch  w ogrodzie  zwrócił jej uwagę:  stadko jaskrawożółtych ptaków pode-

rwało się, najwidoczniej czymś przestraszone, i Leia rozejrzała się wokół. Od bitwy o 
Endor minęło co prawda trochę czasu, ale spostrzegawczość i refleks nieraz jeszcze się 
przydały.  Nie  dostrzegła  wyraźnie  postaci,  gdy  ta  cofnęła  się  w  mgłę  i  rozpłynęła  na 
podobieństwo ducha, zdążyła jednak zauważyć białą suknię i długie, ciemne włosy. 

- Przez to całe zamieszanie zapomniałem cię wczoraj spytać -rozległ się z tyłu głos 

Hana. - Znalazłaś coś w archiwum? 

-  Tak  -  odparła  zdawkowo,  pokonując  lekko  półtorametrową  odległość  dzielącą 

balkon od ziemi. - Zaraz wrócę... 

W  panującej  w  ogrodzie  mgle  widoczność  sięgała  ledwie  paru  metrów,  a  pnie, 

pnącza,  winorośl  i  krzewy  dodatkowo  dezorientowały,  przybierając  na  szarym  tle 

background image

Dzieci Jedi 

164 

dziwnie jednowymiarowy wygląd. Przymknęła oczy i sięgnęła w nicość zmysłami, tak 
jak  uczył  ją  Luke...  usłyszała  cichy  szelest  materiału  o  liście,  poczuła  subtelny  ślad 
perfum. 

Odruchowo sprawdziła, czy miotacz jest na miejscu - naturalnie go nie było, ale to 

jej nie powstrzymało. Powoli podążała śladem kobiety, której twarz, oświetloną ogro-
dową lampą, widziała zeszłej nocy. 

Teraz przypomniała sobie, gdzie widziała ją poprzednio. Miała wtedy osiemnaście 

lat  i  była  najmłodszą  senatorką.  I  poleciała  pierwszy  raz  na  Coruscant.  Zwyczajem 
starych rodów było zabieranie tam córek, gdy ukończyły szkoły - przeważnie w wieku 
siedemnastu lat, choć zdarzały się młodsze o rok lub dwa, jeśli ich rodzice należeli do 
wyjątkowo  ambitnych,  albo  też  jeśli  zależało  im  na  szczególnie  korzystnym  małżeń-
stwie, co zawsze zabierało znacznie więcej czasu niż zwykle. A zwykle trwało latami. 
Jej ciotki były oburzone, kiedy odmówiła  wyjazdu, a dostały szoku, gdy poparł ją oj-
ciec twierdząc, że zostanie  przedstawiona  Imperatorowi dopiero jako Senator  w pełni 
władzy i praw, a niejako kolejny towar na dworskim rynku małżeńskim. 

Swoją  drogą  ciekawe,  co  powiedziałyby  ciotki,  gdyby  miały  okazję  dowiedzieć 

się, że wyszła za kogoś, kto zdobył reputację jako przemytnik, a jego rodzice byli ni-
kim. Równie prawdopodobny był atak spazmów, jak i głębokie omdlenie. A jakby jesz-
cze dotarło do nich, że została głową państwa po latach ukrywania się w najdziwniej-
szych  zakątkach  galaktyki,  gdy  na  jej  głowę  została  wyznaczona  wysoka  nagroda,  to 
ten stan mógłby wejść im w nawyk. Choć z drugiej strony może ich nie doceniała: mo-
że właśnie byłyby z niej dumne... 

Bo tak naprawdę to nie zdążyła ich poznać - co można prawdziwego powiedzieć o 

dorosłych, gdy ma się osiemnaście lat? A potem nie było już okazji, bowiem wszystkie 
zginęły. 

Ogród się skończył, co przyjęła z ulgą. Biała suknia widoczna była na przeciwle-

głym krańcu ulicy Starych Sadów i szybko oddalała się w kierunku starego rynku. 

Przez długi czas starała się nie dowiedzieć, czy w stolicy Alderaanu była noc, czy 

dzień,  gdy  na  niebie  pojawiła  się  Gwiazda  Śmierci.  Ktoś  jej  w  końcu  powiedział,  że 
było ciepłe, wiosenne popołudnie. Ciotka Rouge w takim razie bez wątpienia kończyła 
się czesać przed kolacją, ciotka Celly leżała złożona codzienną porcją hipochondrii, a 
ciotka  Tia  albo  czytała  na  głos,  albo  rozmawiała  ze  swoimi  pittinami.  Zabawne,  ale 
nadal pamiętała ich imiona mimo upływu tylu lat: Taify, Winkie, Fluffy i AT-AV, czyli 
Uniwersalny Transporter Szturmowy, co doskonale oddawało naturę nazwanego. Sama 
go zresztą tak ochrzciła mimo różowej barwy i rozmiarów pozwalających na ukrycie w 
dłoni, nazwa się przyjęła - trzeba przyznać, że solidnie na nią zapracował. 

Pittiny naturalnie także zginęły, kiedy ktoś na pokładzie Gwiazdy Śmierci pocią-

gnął za właściwą dźwignię. 

Podobnie jak zginęli wszyscy pozostali. 
Zacisnęła  zęby,  wchodząc  na  pochyłą  ulicę  i  trzymając  się  blisko  ścian  starych 

domów i nowych sklepów. Żal nic nie zmieniał, choć ciotki robiły co mogły, by zatruć 
jej dzieciństwo. Mimo wszystko zasługiwały na znacznie lepszy koniec. 

background image

Barbara Hambly 

165 

To ojciec przedstawił ją Imperatorowi  w budynku Senatu jako młodszego przed-

stawiciela  planety  Alderaan.  Nadal  pamiętała  dokładnie,  jakby  to  było  wczoraj,  złe, 
przenikliwe  gadzie  oczy,  spoglądające  ze  zniszczonej,  skrytej  pod  kapturem  twarzy. 
Natomiast to ciotki  nalegały,  by  wybrała  się  wieczorem do pałacu. Naturalnie  wraz z 
nimi. 

I tam właśnie zobaczyła tę kobietę, a raczej dziewczynę. 
Sama nosiła oficjalną biel, podobnie jak ojciec i jeszcze paru obecnych w pałacu 

senatorów, natomiast wszyscy pozostali mienili się jak tęcza nad jesienną łąką (przewa-
żały bowiem brąz, złoto, i wszelkie odcienie zieleni). Pomiędzy dworakami i młodymi 
przedstawicielami arystokratycznych rodów czy znacznie świeższej daty gubernatorów 
i  moffów  zauważyła  z  pół  tuzina  naprawdę  pięknych  kobiet  i  dziewczyn,  doskonale 
ubranych i obsypanych klejnotami niczym księżniczki krwi. Zdecydowanie nie pasowa-
ły  do  starej  arystokracji  ani  do  nowych  wszechmocnych,  toteż  spytała  ciotkę  Rouge, 
kim one są. Ta odparła wyniośle: „Imperator może sobie zapraszać, kogo chce, ale to 
nie powód, abyśmy były zmuszone z nimi rozmawiać, moja droga". 

Leia domyśliła się, że były to konkubiny Imperatora. 
A ta  kobieta  (wówczas dziewczyna),  którą  doganiała, była  jedną  z  nich. Kobieta 

spojrzała  w tył,  zwinnie  przemykając się  między straganami  warzyw i biżuterii  stoją-
cymi  naprzeciwko  siebie,  i  zaczęła  biec.  Leia  również  przyspieszyła,  unikając  sprze-
dawców i klientów, a także antygrawitacyjnych platform ładunkowych, kierujących się 
w  stronę  ogrodów.  Uciekinierka  wpadła  w  alejkę,  Leia  minęła  z  rozpędu  jej  wylot  i 
skręciła  w  następny,  równoległy  zaułek.  Uliczki  wokół  rynku  były  wąskie,  a  stojące 
przy  nich  budynki  stare,  przeważnie  postawione  na  zapadniętych  fundamentach  bądź 
niższych  kondygnacjach  oryginalnych  zabudowań  miasteczka.  Zeszła  po  kilku  stop-
niach, minęła przysadziste filary, które niegdyś stanowiły część zasilanej ciepłym źró-
dłem łaźni, a teraz piwnicy stojącej przy połyskliwie białym budynku z prefabrykatów, 
i starając się  zachować ciszę  poszła  dalej. Po kilku  krokach  w  sięgającej kolan  mgle, 
śmierdzącej siarką i kreczami, znalazła się w z powrotem w alejce. 

Poszukiwana  ukryła  się  za  stertą  skrzyń,  obserwując  wejście  alejkę.  Nadal  była 

smukła i filigranowa, o dziecinnym typie urody, tak jak przed jedenastu laty. Owalnej 
twarzy nie poorały zmarszcz-i, a czarne oczy spoglądały równie przenikliwie jak przed-
tem,  przypominała  żywą  reklamę  katalogu  kosmetycznego,  którym  posługiwała  się 
przy  zakupach  Cray,  regularnie  nabywająca  jak  nie  krem  na  Zmarszczki  z  Tego  i  z 
Owego, to Destylowaną Wodę z moltokiańskiej Camby czy inne cuda przeznaczone do 
pielęgnacji cery. Czarne, zaplecione w warkocz włosy nie nosiły śladów siwizny i były 
równie grube jak wówczas, gdy układała je w kunsztowną fryzurę. 

Leia próbowała sobie przypomnieć imię kobiety, ale udało jej się to dopiero wte-

dy, gdy znalazła się zupełnie blisko. 

- Roganda. Roganda Ismaren. 
Tamta odwróciła się zaskoczona i ku jeszcze większemu zaskoczeniu Leii znieru-

chomiała w głębokim dworskim ukłonie. 

- Wasza Wysokość. 

background image

Dzieci Jedi 

166 

Leia poprzednio nie słyszała jej głosu: dopilnowała tego ciotka Rouge. Był miękki, 

wysoki, z nieco dziecinnym zaśpiewem dodającym mu słodyczy. 

- Błagam, niech mnie Wasza Wysokość nie zdradzi. 
- Przed kim? - spytała Leia przytomnie i gestem kazała jej wstać. 
Gest był tak stary jak świadomość, wmusztrowany przez nauczycieli sprowadzo-

nych przez ciotki i w takich chwilach jak ta następował odruchowo. Nie tylko Roganda 
nie chciała, by wiedziano kim jest: Leii i Hanowi na pewno trudniej byłoby prowadzić 
śledztwo, gdyby ich tożsamość była powszechnie znana. 

- Przed nimi - odparła Roganda wstając i wskazując w kierunku, z którego dobie-

gały odgłosy rynku, na wpół ukrytego we mgle. 

Ruchy  miała  nad  wyraz  płynne  niczym  szkolona  tancerka  -  podobnie  jak  Leia 

odebrała  staranne  wykształcenie  w  takich  sprawach  jak  zachowanie,  etykieta  i  inne 
umiejętności niezbędne, by przeżyć. By przeżyć na dworze, ma się rozumieć. 

- Przed każdym, kto tu  mieszka. Imperium  nie tak dawno  zniszczyło to miasto, a 

nawet  ci,  którzy  przybyli  później,  mają  powody,  by  nienawidzić  każdego,  kto  miał 
cokolwiek wspólnego z Imperium... 

Leia  odprężyła  się  nieco  -  kobieta  była  nie  uzbrojona,  chyba  żeby  w  sztylet  lub 

nadzwyczaj mały miotacz, bo nic innego nie dało się ukryć pod prostą, białą suknią, a i 
to było mało prawdopodobne biorąc pod uwagę, iż materiał przylegał miękko do skóry. 
Roganda miała się czego bać - gdyby wyszło na jaw, kim była, stałaby się natychmiast 
poszukiwana, zarówno przez wrogów, jak i przyjaciół martwego Imperatora. Zakrawało 
na cud, że udało się jej uciec przed zdobyciem Coruscant... 

- Żyję tu od siedmiu lat - dodała Roganda, składając błagalnie ręce. - Nie zmuszaj 

mnie do szukania nowego domu. 

-  Nie  ma  takiej  potrzeby.  Ale  dlaczego  w  ogóle  wybrałaś  tę  planetę?  -  Leia  była 

nieco zbita z tropu jej błagalnym tonem i tym, że cały czas miała przed oczyma strój, w 
jakim  ją  widziała  na  dworze  Imperatora:  kapiący  od  klejnotów  stroik  na  wyszukanej 
fryzurze, wielowarstwową spódnicę z winojedwabiu spiętą broszami wielkości dłoni, i 
jeszcze  więcej  biżuterii  zwieszającej  się  kaskadami  z  obroży  konkubiny.  Do  tego 
wstążki  i  koronki  we  wszystkich  odcieniach  złota  i  karmazynu,  a  na  każdym  palcu 
smukłych dłoni pierścionki. 

-  Dlaczego  o  to  pytasz?  -  Widać  było,  że  pytanie  ją  zaskoczyło.  -Planeta  leży  na 

uboczu... mało kto o niej wie, więc pomyślałam, że tu na pewno nie będą mnie szukać 
ani Rebelianci, przed którymi uciekłam, ani admirałowie, którzy mogą próbować odbić 
Coruscant.  Miałam  dość  polityki,  dworu  i  wszystkiego:  chciałam  jedynie  spokoju.  .. 
Skoro  przyszłaś  pani  tak  daleko,  to  może  wstąpisz  do  mnie?  Nie  jest  elegancko,  ale 
blisko.  Trudno  o  elegancję  za  płacę  pakowaczki...  jednak  nadal  umiem  parzyć  dobrą 
kawę... Wspomnienie dawnej świetności, można powiedzieć... 

Zaproszeniu  towarzyszył nieśmiały  uśmiech, a było ono dodatkowo atrakcyjne z 

innego powodu - Leia znała smak kawy podawanej na dworze: Imperator miał specjal-
ne  plantacje  na  kilku  nadających  się  do  tego  klimatycznie  światach,  z  których  ziarna 
przeznaczone były wyłącznie dla władcy i dworzan. Były wśród nich szczególnie rzad-
kie w hodowli odmiany winokawy, którą uprawiano także na Belsavis. 

background image

Barbara Hambly 

167 

- Może innym razem - spróbowała, by zabrzmiało to miękko. -Nie myślałaś, żeby 

przenieść się gdzieś indziej? Do bardziej cywilizowanego świata? 

- Niewiele leży tak na uboczu jak ten. - Roganda uśmiechnęła się smętnie, odgar-

niając włosy z czoła. 

Karnację miała bladą, typową dla ludzi żyjących bez słońca -na statkach gwiezd-

nych, w podziemiach albo na takich jak ta planetach, gdzie dochodzą jedynie słabe jego 
resztki, przebijające siew dodatku przez osłonę kryształowej kopuły. 

- Tu nawet przemytnicy rzadko zaglądają- dodała. - Wiem, że w Republice nie by-

łabym mile  widziana: jego imię jest za bardzo znienawidzone... a nikt,  kto nie  miał z 
nim bezpośrednio do czynienia, nie  zrozumie, że po prostu  nie  było  można  odmówić 
jego woli... Leia  przypomniała  sobie, co Luke  mówił o okresie,  w którym służył klo-
nowi Imperatora, i wstrząsnął nią dreszcz. 

-  A  planety  nadal  rządzone  przez  gubernatorów,  czy  stare  rody...  -Tym  razem 

wstrząsnęła się Roganda. - Zbyt wielu dostojnikom pożyczał mnie dla zabawy... Wolę o 
tym zapomnieć. 

- Co robiłaś w ogrodzie? - Leia postanowiła zmienić temat. 
- Czekałam na ciebie, pani. Na okazję do rozmowy bez świadków.  Rozpoznałam 

cię zeszłej nocy, kiedy twój robot uległ awarii... mam nadzieję, że bez problemów wró-
ciłaś na  ścieżkę? Prawie  chciałam ci  pomóc, ale  miałam już  doświadczenie  z  innymi, 
którzy mnie rozpoznali... wcześniej, na innych planetach... Wtedy w nocy bałam się, że 
mnie rozpoznałaś, a noc nie jest najlepszą porą na takie spotkania. Potem zebrałam się 
na odwagę, ale nie chciałam rozmawiać z twoim mężem i innymi, toteż czekałam. Jesz-
cze raz cię błagam: nie mów o mnie nikomu! 

Odwróciła twarz, okręcając na palcu pierścień z niewielkim topazem - prawdopo-

dobnie jedyną biżuterię, jaka została jej po opłaceniu przelotu. Dłonie nadal miała białe 
i delikatne. 

Od  strony  rynku  dobiegła  głośniejsza  muzyka,  widocznie  kuglarze  rozpoczynali 

swój występ. Słychać też było metalowy klekot automatu ogrodniczego maszerującego 
z warsztatu do ogrodu i śpiewny głos Ithorianina zachwalającego słodycze (ponoć naj-
lepsze  w  mieście).  W  górze  jak  zwykle  bezszelestnie  przesuwały  się  gondole  z  upra-
wami  jedwabiu  i  kawy,  unosząc  się  i  opuszczając  po  metalowej  plątaninie  żebrowań 
zgodnie ze skomplikowanym programem zapewniającym jak najlepsze zbiory. 

-  Może  to  brzmi  naiwnie,  ale  trudno  mi  dokładnie  wyjaśnić...  -odezwała  się  Ro-

ganda unosząc błagalnie oczy. - Tak długo bałam się tylu rzeczy... Trudno to wyjaśnić 
komuś,  kto  tego  nie  przeszedł.  Czasem  wydaje  mi  się,  że  już  nigdy  nie  przestanę  się 
bać... Są noce, że cały czas śnią mi się koszmary... śni mi się on... pewnie będzie mi się 
śnił do końca moich dni... 

- Mnie nie musisz się bać. - Głos Leii był nieco drżący od wspomnień o jej kosz-

marach. - Obiecuję, że nie zdradzę, kim jesteś, nikomu z mieszkańców. 

- Dziękuję. - Głos był cichszy od szeptu, po czym nieco przybrał na sile i powese-

lał. - Jesteś pewna, pani, że nie chcesz wejść na kawę? Parzę ją całkiem dobrze... 

-  Dziękuję,  ale  Han  zaraz  poruszy  niebo  i  ziemię  w  poszukiwaniu  mnie.  -  Leia 

uśmiechnęła się i ruszyła ku rynkowi. 

background image

Dzieci Jedi 

168 

Po paru krokach jednak stanęła, przypominając sobie coś, co ciotka Celly szeptała 

jej w kącie, korzystając z tego, że ciotka Rouge zajęta była udzielaniem komuś darmo-
wej lekcji dobrych manier. 

- Rogando - spytała odwracając się. - Nie miałaś przypadkiem syna? 
Zapytana odwróciła szybko głowę i odparła ledwie słyszalnym głosem: 
- Umarł. 
I nie czekając na dalsze pytania, zniknęła we mgle, która pochłonęła ją niczym du-

cha. 

Leia została sama, przypominając sobie dzień, w którym zdobyto Coruscant. Pałac 

Imperatora  -  wspaniały  labirynt  kryształowych  kopuł  i  wiszących  ogrodów,  piramid  z 
zielonego  i  błękitnego  marmuru  sadzonego  złotem;  kwatery  letnie,  zimowe,  skarbce, 
pawilony,  sale  koncertowe,  rezydencje  konkubin,  ministrów  i  zaufanych  zabójców... 
Nic nie ocalało, zostało zbombardowane i częściowo rozgrabione. Zwolennicy Rebelii 
zabijali wszystkich bez różnicy: zawisł nie tylko Dyrektor Biura Kar czy Szef Imperial-
nej Szkoły Tortur, ale także Główny Krawiec i całe rzesze zwykłych służących najroz-
maitszych ras, wieku i płci. Roganda miała powody, by się bać. 

Leia  powoli  ruszyła  w  stronę  rynku  i  nagle  stanęła  jak  wryta,  dzięki  czemu  kie-

rowca platformy pełnej tanich butów z Jeriladoru sklął ją na czym świat stoi, zmuszony 
do ostrego hamowania. Nie zwróciła na niego żadnej uwagi, przypominając sobie pier-
ścionek i dłonie Rogandy - delikatniejsze od jej własnych, bez jednej plamki czy zadra-
pania... I dłonie Chatty'ego, który miał zabandażowane palce podobnie jak połowa go-
ści w lokalu i większość mijanych na rynku. Bandaże, sińce i plamy - purpurowe, czer-
wone, brązowe w zależności od tego, jakie owoce pakowali... Bo tylko podon i slochan 
były na tyle twarde, że mogły je pakować androidy. Całą resztę z uprawianego tu dość 
szerokiego asortymentu: brandifert,  lipanę,  wino-kawę  -  musieli pakować ludzie... ale 
Roganda na pewno nie była pakowaczką. 

Idąc szybko w stronę domu, Leia zastanawiała się, co mogłoby się jej przytrafić, 

gdyby skorzystała z tego zaproszenia na kawę... 

background image

Barbara Hambly 

169 

R O Z D Z I A Ł  

14 

Kim jesteś? 
Napis cicho świecił  na  bursztynowo  w  prawie  kompletnym  mroku panującym  w 

biurze kwatermistrza na poziomie dwunastym, do którego docierało stłumione i skom-
plikowane  bzyczenie.  Talzowie  śpiewali  coś  ukryci  w  jadalni  młodszych  oficerów,  a 
dźwięk odbijał się w labiryncie kabin i korytarzy. Threepio próbował z tego terminala 
połączyć się z Wolą i stwierdził, że kontakt z jednostką główną został przerwany gdzieś 
przy głównej linii przekaźnikowej przez  wiecznie kradnących kable Jawów. Terminal 
poza  tym  był  jak  najbardziej sprawny,  a  nawet  miał  połączenie  z  lokalnymi  bankami 
danych. Może dlatego Luke instynktownie czuł się przy nim bezpieczny. 

Melodia  ucichła,  po  czym  rozległa  się  znowu  w  transmutowanym  rytmie.  Nato-

miast ucichła klimatyzacja i pomieszczenia już śmierdziały charakterystycznie w zależ-
ności  od  tego,  jaka  rasa  je  zajmowała.  Najprzyjemniejszy  był  wypełniający  tę  część 
korytarza zapach Kitonaków, gdyż przypominał wanilię, a grzybowate istoty stały tam, 
gdzie  je  Gamorreanie  ustawili,  i  gadały  bez  przerwy  trochę  piskliwymi,  lecz  dosyć 
miłymi  głosami.  Luke  spojrzał  ponownie  na  ekran  i  poczuł  się  naprawdę  zmęczony. 
Odpowiedź  pojawiła  się  gdzieś  w  głębi  i  powoli  wypłynęła,  nie  litera  po  literze,  ale 
jako całość: 

Callista 
Z sykiem wypuścił oddech - tak naprawdę nie wierzył, że się uda - a za imieniem 

pojawił się ciąg dalszy: 

Nic jej nie jest. Fizycznie mogłaby tak wyglądać po ostrym treningu. 
Tym razem naprawdę mu ulżyło - niczym ulga, gdy znika fizyczny ból. 
Dziękuję - odstukał na klawiaturze zły na samego siebie: nigdy w ten sposób nie 

umiał porozumiewać  się  z  nikim, a  samo słowo dziękuję  było odpowiednie, gdy  ktoś 
odsunął  ci  krzesło  z  drogi  czy  wyrządził  inną  drobną  uprzejmość:  z  obecną  sytuacją 
(zwłaszcza Cray) nie miało nic wspólnego. 

- Dzięki - szepnął już nie do całkowitej pustki wypełniającej pomieszczenie. 
Są na poziomie  dziewiętnastym w prawoburtowym hangarze. Rozmontowali 

kilka myśliwców TIE by mieć miejsce na wioskę zgodnie z wytycznymi Mugshuba. 
A raczej rozmontowały, bo całą robotę wykonały samice, czemu trudno się dziwić: 

background image

Dzieci Jedi 

170 

samce są rozgarnięte mniej więcej jak standardowa betoniarka i poza walką i ro-
bieniem młodych nie nadają się do niczego. 

„Możesz mnie tam zaprowadzić?" 
Mogę  zaprowadzić  cię  do  windy  towarowej,  której  używają  jako  traktu  ko-

munikacyjnego. Pozakładali tam pułapki i ustawili straż. Potrafisz lewitować? 

„Tak. Byłem..." 
Nie musisz stukać na klawiaturze. Wszystkie kabiny, korytarze i pomieszcze-

nia są na podsłuchu i podglądzie pokładowej bezpieki. Mam łączność z kompute-
rem, który tym kieruje. 

-  Używam  perigenu,  który  zaczyna  mieć  wpływ  na  moją  koncentrację  -  odezwał 

się z ulgą Luke. - Ale dam sobie radę z lewitacją, mam nadzieję... 

Oprócz ubocznego działania środka przeciwbólowego dochodziło zmęczenie, głód 

i  powolny,  ale  stały  wpływ  niszczącej  gorączki  i  bólu  -jego  zdolności  użycia  Mocy 
drastycznie spadły, a sama myśl lewitowania przez paręset metrów powodowała lodo-
waty pot. 

- Kim jesteś? 
Pytanie pozostało bez odpowiedzi, za to po chwili pojawił się napis: 
Ten android, który jest z nią, ten o żywych oczach... co to jest? Nowy rodzaj 

stworzenia, które planuje wykorzystać Palpatine? I co się między nimi dzieje? 

-  Palpatine  nie  żyje  -  powiedział  siląc  się  na  spokój  i  usuwając  ze  świadomości 

scenę  jego  śmierci.  -  Imperium  podzieliło  się  na  kilka  głównych  części  rządzonych 
przez gubernatorów lub admirałów. Na pewno jest ich sześć, być może dziesięć. Senat 
kontroluje Coruscant i większość planet sąsiednich, i tam proklamowano Nową Repu-
blikę. 

Ekran ściemniał, a potem pojawiła się na nim rosnąca spirala błyskająca różnymi 

kolorami i tańcząca  z  radości. Jej radości  -  takiej samej,  jaką  Luke  poczuł  niegdyś  w 
nadrzewnej wiosce Ewoków, kiedy zdał sobie sprawę z usunięcia pierwszej straszliwej 
przeszkody. 

Śpiew kogoś, kto nie posiada głosu. 
Taniec radości istoty bezcielesnej. 
I triumf, którego nie sposób wyrazić. 
Wygraliśmy! Ja zginęłam, ale my wygraliśmy! 
Gdyby była tu cała, rzuciłaby mu się w ramiona. 
Tak jak Triv Pothman czekała długie lata. 
Dzięki tobie było warto. 
Geometryczna  spirala  przemknęła  przez  wszystkie  monitory  w  pomieszczeniu  i 

pognała dalej niczym krąg na wodzie. 

- Prawie - powiedział cicho. Kolejna dłuższa przerwa i napis: 
98% 
Roześmiał się, chwytając żart. 

background image

Barbara Hambly 

171 

Jesteś mistrz Luke? Calrissian to twoje prawdziwe nazwisko? 
-  Jestem  Luke  Skywalker  -  powiedział  z  dumą  i  rozumiejąc,  co  oznaczają  nagle 

martwe  ekrany,  dodał:  -  Syn  Anakina  Skywalkera,  który  zabił  Palpatine'a  na  moich 
oczach. 

Ekran nadal pozostał pusty, ale wyczuł jakąś zmianę  -jakby istota ukryta w kom-

puterze zmieniła stosunek do niego na nieco cieplejszy. 

Opowiedz mi. 
- Innym razem, jak będziemy mieli więcej czasu i trochę spokoju. Co się stało tu-

taj? Co uruchomiło ten okręt i kazało mu wypełnić misję? Ile czasu mamy? 

Nie  wiem,  ile  czasu.  Można  powiedzieć,  że  istnieję  obok  czy  równolegle  do 

Woli, ale do pewnych jej części nie miałam nigdy dostępu. Jestem tu od trzydziestu 
lat... Zdołałam uszkodzić odbiorniki i zniszczyć większość autoprzekaźników, któ-
re miały uruchomić program. W ten sposób to udaremniłam, ale pozostała możli-
wość, że ktoś zdoła to zrobić ręcznie po wylądowaniu. Dlatego... zostałam. 

-  W  takim  razie  miałem  rację  -  mruknął  czując  mrowienie  w  karku.  -  Wyczułem 

to, gdy do nas strzelałaś! Bo to ty kierowałaś ogniem, nie komputer? 

Ja.  Właśnie  tu  spędziłam  te  trzydzieści  lat:  w  komputerach  artyleryjskich. 

Byłam  pewna,  że  jesteście  wysłannikami  Imperatora,  bo  przed  wami  nie  było  ni-
kogo,  a  ładowniki  zostały  uruchomione  dopiero  po  uaktywnieniu  Woli.  Wtedy 
obcy się tu znaleźli, no i ty.
 

-  Nie  rozumiem:  skoro  nikt  nie  mógł  jej  uruchomić  zdalnie,  bo  zniszczyłaś  prze-

kaźniki i odbiornik, a nikt się tu nie zjawił przed jej uaktywnieniem... 

To  była  Moc.  Czułam  ją...  To,  co  uszkodziłam,  nie  przekazałoby  fal  radio-

wych, ale zostało wykorzystane przez użycie Mocy. 

Luke zamilkł, wpatrując się w bursztynowy napis. 
- Moc? - ocknął się w końcu i pochylił, jakby chciał jej dotknąć. - To niemożliwe! 
Wiem. 
- Moc nie może oddziaływać na androidy i inne urządzenia mechaniczne. 
Nie może. 
Nagle zrobiło mu się zimno - przypomniał sobie Ithor, gdy siedział obok Nichosa i 

czuł, że coś jest nie w porządku. Falę ciemności rozszerzającą się, poszukującą... serię 
przypadkowych liczb, które go tu przywiodły i sen o niespodziewanym, ale potężnym 
ataku, który zdradziecko zbliża się w mroku... 

- Dlaczego? -jęknął w końcu. - Dlaczego chcą zniszczyć Belsavis teraz? Teraz tam 

nic nie ma! 

Naturalnie  nie  licząc  Hana,  Chewiego,  Leii  i  Artoo,  o  paru  tysiącach  osób  nie 

wspominając. Jego przyjaciół nie było na planecie, gdy ktoś to wszystko zaczął, a on 
poczuł  pierwszy  mroczny  przypływ.  Nikt  wówczas  jeszcze  nie  mógł  wiedzieć,  że  się 
tam wybierają. 

-  Cały  personel  zamelduje  się  przed  wyznaczonymi  monitorami!  -  przerwał  mu 

rozmyślania  kontralt komputera.  -  Cały personel  zamelduje  się  w  wyznaczonych  sek-
cjach korytarzy. Nieobecność lub próba nieobecności uznane zostaną... 

background image

Dzieci Jedi 

172 

Lepiej idź. I tak masz problemy, więc lepiej, żeby twoich poczynań nie uznano 

za objaw sympatii dla... itd., itp. Uważaj na siebie. 

Przez moment wydawało mu się, że prawie widzi jej uśmiech. 
* Kodeks Wojskowy Imperium Sekcja 12-C zalicza jako przestępstwa główne 

między  innymi:  namawianie  do  buntu  przeciwko  przełożonym,  udział  w  buncie, 
ukrywanie znanych lub podejrzanych o uczestnictwo w buncie przed dowództwem 
okrętu, ukrywanie dowodów o planowaniu lub przeprowadzeniu aktów buntu lub 
sabotażu  przed  przełożonymi  albo  automatycznych  urządzeń  sprawdzających 
zainstalowanych na pokładach jednostek Floty. 

* Po zbadaniu dowodów oskarżona została uznana za winną buntu przeciwko 

centralnej  władzy  tego  okrętu  oraz  dokonania  różnorakich  aktów  sabotażu  we 
współudziale z osobami nieznanymi. 

Aha, teraz zwalili na nią całą działalność Jawów, odkąd znaleźli się na pokładzie 

- mruknął Luke do Threepia stojącego blisko wejścia i częściowo ukrytego przez Kito-
naki, które od poprzedniego dnia nie ruszyły się z miejsc, gadając bez przerwy. 

Usadowieni  znacznie  bliżej  ekranu  członkowie  plemienia  Gakfeddów  podnieśli 

dziki wrzask, w którym przeważały wycia, chrząkania i niecenzuralne określenia doty-
czące Cray. 

*  Pomimo  doskonałego  przebiegu  służby  skazanej,  decyzją  Woli  szeregowa 

Cray Mingla zostaje skazana na karę śmierci. Wyrok zostanie wykonany jutro o 
16.00 poprzez enklizję laserową. Cały personel zgromadzi się w wyznaczonych... 

- Luke!  - Cray nagle uniosła głowę, przez co pierwszy raz mógł zobaczyć jej za-

szczute, pełne bólu oczy. - Jestem na pokładzie dziewiętnastym, w sterburtowej części 
dziobowej. Hangar siódmy, dojście przez szyb windy numer dwadzieścia jeden, zami-
nowany i pilnowany! Wyciągnij mnie, jak zdołasz! 

- Zamknij mordę! - wrzasnął najbliższy strażnik i Cray posłusznie zamilkła. 
Zebrani przed ekranem przyjęli jej zachowanie gwizdami, a strażnicy złapali ją za 

ramiona ściągając z podium, ale Cray nie poddała się tak łatwo: 

- Luke! Szyb dwudziesty pierwszy, dziesięciu wartowników, strzelają w dół na ry-

koszet. Dziesięć metrów w dół korytarza jest ładunek wybuchowy... 

- Gadaj dalej, rebeliancka ladacznico! 
- Dać ją laserom, niech ją usmażą! 
- Do niszczarki, nie na laser! 
Obelgi  i  dobre  rady  widzów  krzyżowały  się  przed  ekranem  wraz  z  kolejną  falą 

kwiknięć i chrząkań. 

-  O  szesnastej  zero,  zero  -  szepnął  Luke,  czując,  jak  ogarnia  go  lodowata  wście-

kłość. - A to... 

- Hej, ty! 
Ugbuz, Krok i kilku innych stanęło przed nim, przyglądając  mu się  podejrzliwie 

żółtymi  oczkami,  które  w  świetle  lamp  awaryjnych  błyszczały  wyjątkowo  złośliwie. 
Oświetlenie awaryjne było jedynym, jakie  działało. Działało zresztą coraz mniej urzą-
dzeń,  nawet  awaryjne  oświetlenie  też  już  nie  wszędzie  -  Jawowie  oprócz  przewodów 
kradli  baterie  lamp  awaryjnych,  zasilacze  i  wszelkie  źródła  energii,  jakie  napotkali. 

background image

Barbara Hambly 

173 
Źródła światła, które dało się zabrać ze sobą, także. Z braku możliwości technicznych 
Gamorreanie  zrobili  to,  co  zwykle,  czyli  podpalili  pojemniki  z  olejem  do  gotowania, 
wsadzając w nie zaimprowizowane knoty. Tak uzyskane znicze rozstawiono na koryta-
rzach i  w  kajutach. W sali rekreacyjnej już  dzięki temu powstał pożar, ale  zadziałały 
zraszacze i teraz oba typy androidów usiłowały posprzątać przemoczone pobojowisko, 
w  jakie  zmieniła  się  kabina.  Korzystając  z  okazji Jawowie  wynieśli  kilka  mniejszych 
androidów  i  wymontowali  zasilacze  z  Espe  Osiemdziesiątek:  Luke  nie  uwierzyłby, 
gdyby nie zobaczył tego na własne oczy. Cały rejon śmierdział dymem i Gamorreana-
mi. 

-  Sprawdziłem  twoje  nazwisko  w  centralnym  komputerze,  Calrissian.  -  Ugbuz 

ustawił się strategicznie, czyli między Lukiem a drzwiami. 

- Nie jestem Calrissian. - Luke z wysiłkiem skupił wokół siebie Moc. 
- Tak samo twierdzi komputer - warknął Krok. - Więc ktoś ty i co robisz na pokła-

dzie? 

- Co robi, to wiemy... 
-  Macie  na  myśli  kogoś  innego  -  powiedział  łagodnie  Luke,  ale  w  ich  umysłach 

napotkał zimną, złośliwą pewność wszczepioną przez Wolę. 

Threepio odwrócił się  do najbliższego Kitonaka  i  wydał z  siebie  skomplikowaną 

serię  gwizdów, brzęczeń i  mlaśnięć, których  wszystkie  grzybowate  wysłuchały  uważ-
nie. 

- Odkąd się zjawiłeś na pokładzie, zaczęły się dziać różne dziwne rzeczy - warknął 

Ugbuz. - I myślę, że musimy o tym pogadać. 

Gamorreanie ruszyli się w tym samym momencie co Kitonaki, tyle że te ostatnie 

były szybsze. Najbliższy złapał oburącz Ugbuza za rękę, a pozostali zrobili to samo z 
jego pomocnikami. I wszystkie naraz zaczęły mówić. 

-  Łapać  go!  -  wrzasnął  Ugbuz,  widząc  znikającego  między  dwoma  Kitonakami 

Luke'a. 

Spróbował  wyrwać  rękę,  ale  z  równym  powodzeniem  mogła  tkwić  w  szybko 

schnącym betonie. Kitonaki uzyskały wreszcie audiencję i niezależnie o czym mówiły, 
nie miały ochoty tracić tej okazji. 

- I niech ktoś zabierze ode mnie te śmierdzące grzyby! 
Para świeżo przybyłych na odsiecz spróbowała wykonać polecenie toporami i już 

znikając  za  drzwiami  Luke  słyszał,  jak  klną  zaskoczeni,  gdy  ostrza  odbiły  się  od  gu-
mowatych skór, nie robiąc zaatakowanym najmniejszej krzywdy. 

A potem drzwi za nimi zamknęły się z sykiem. 
Pokład szósty  -  wyświetliło się na  wąskim ekranie nad drzwiami,  gdzie powinna 

być nazwa kabiny. - Zsyp pralni. 

Luke złapał Threepia i pociągnął za sobą. Drzwi uniosły się o pół metra i znieru-

chomiały ze zgrzytem. Dało się słyszeć zaciekłe łomotanie przeplatane przekleństwami 
i kilka rykoszetów, z których połowa wróciła, bo trafiły w drzwi. Luke dotarł do skrzy-
żowania korytarzy i wszedł do czegoś, co przypominało rozległe biuro, gdy z tyłu roz-
legło się tryumfalne: 

- Za nimi! Gonić! Łapać! 

background image

Dzieci Jedi 

174 

I przez drzwi wpadła wataha różnobarwnych Affytechan. 
Luke zebrał słabnące siły i miotnął  w nich wszystkim, co nie było na stałe przy-

twierdzone  do  podłogi  -  biurka,  krzesła,  monitory,  terminale  i  kable  zachowujące  się 
przez  moment  niczym  żywe  istoty,  oplątujące  co  się  dało,  zakręciły  się  w  lokalnym 
tornadzie Mocy. Wielobarwny pościg został skutecznie powalony, skotłowany i unieru-
chomiony. 

Luke zatoczył się, czując tępy ból pod czaszką, i Threepio pociągnął go do szybu 

technicznego. 

- Ty pierwszy  - sprzeciwił się Luke wątpiąc, by był w stanie lewitować go osiem 

pokładów, i padł na kolana przed otwartym włazem. 

- Panie Luke'u, ja mogę zostać... 
- Po tym numerze z Kitonakami nigdzie nie możesz zostać...! A tak w ogóle to co 

im powiedziałeś? 

Threepio zatrzymał się w pół drogi, co wyglądało niesamowicie, jako że jego kon-

strukcja uniemożliwiała skręty, do jakich zdolne jest ludzkie ciało. 

-  Poinformowałem  ich,  że  Ugbuz  wyraził  zainteresowanie  przepisem  ich  przod-

ków  na  placek  domitowy.  Oni  cały  czas  od  wczoraj  rozmawiali  o  tym  przepisie  i  o 
genealogiach. 

Luke  roześmiał się  i śmiech  nagle przywrócił  mu siły.  Zamknął oczy, przywołał 

Moc  i  opuścił  złocistego  androida  tak  jak  Yoda  kiedyś  go  nauczył:  „Nie  ma  różnicy 
między tym liściem a twoim myśliwcem". Widział oczyma wyobraźni liść  - wielkości 
kciuka. Cienki i złocisty, powoli opuszczający się szybem technicznym. 

Ocknął się słysząc w korytarzu przekleństwa Gamorrean i piskliwe głosy Affyte-

chan.  Wczołgał  się  do  otwartego  włazu  i  na  moment  znieruchomiał,  nie  bardzo  wie-
dząc, czy łatwiej mu zebrać siły fizyczne, by zejść na jednej nodze, czy psychiczne - by 
lewitować. 

-  Tędy,  kapitanie...  -  Wrzask  był  bezsprzecznie  Kroka.  Słysząc  nieme  zapewnie-

nia, że potrafi, Luke wolno ruszył w dół. 

Przez całą drogę czuł jej obecność, metr po metrze. 
Pokład szósty był całkowicie ciemny i śmierdział. Głównie Jawami, poza tym ole-

jem lub oliwą  i izolacją  (obydwoma  spalonymi). Teraz dochodził do tego jeszcze pot 
Luke'a kuśtykającego ciemnym korytarzem w tańczącym świetle rzucanym przez przy-
czepione do laski pręty jarzeniowe, które zresztą świeciły coraz słabiej  -jeśli nie znaj-
dzie pasujących do nich baterii, straci i tę resztkę światła. Z przodu widział jarzące się 
oczy Jawów i słyszał ich piski i tupot, gdy chowali się widząc, że się zbliża. 

Threepio - pomyślał. - Jeżeli zemdleję, zabiorą się do Threepia. Od czasu do czasu 

korytarzem przemykał jakiś Talz, a nos informował go, że w okolicy są też ludzie pia-
sku. Na szczęście ci, z natury konserwatywni, przede wszystkim koncentrowali się na 
obronie  terytorium  uznanego  za  własne,  a  nie  na  badaniu  nowych.  Dawało  to,  przy-
najmniej w teorii, większe bezpieczeństwo. 

Wszędzie  widać było wyłamane panele techniczne,  porwane druty, pod ścianami 

wybebeszone androidy sprzątające, broń  -nawet moździerze jonowe, ale  wszystko po-
zbawione  zasilaczy,  baterii  czy  innych  źródeł  zasilania.  Kuśtykając  wzdłuż  usłanego 

background image

Barbara Hambly 

175 
rupieciami  korytarza,  Luke  miał  dziwne  wrażenie  poruszania  się  we  wnętrznościach 
mechanicznego  zombie,  nadal  skoncentrowanego  na  zabijaniu,  mimo  iż  od  wewnątrz 
zżerała  go  zaraza.  Nie  ulegało  wątpliwości:  ten  rejon  poziomu  szóstego  stanowił  dla 
Woli czarną dziurę, toteż nic dziwnego, że Callista tu właśnie go skierowała. 

Przez trzydzieści lat musiała się nauczyć, jak sobie radzić z głównym programem i 

jak mu przeciwdziałać, co teraz mogło okazać się kluczowe w uratowaniu Cray. Luke 
ledwie trzymał się na nogach i nie bardzo wiedział, jak zregenerować siły na jutrzejsze 
popołudnie.  Do  pokonania  miał  trzynaście  poziomów  ostrzeliwanym  szybem  windy. 
Wolał o tym nie myśleć. 

- Callisto. 
Odpowiedziała mu cisza. 
Bo i co miała odpowiedzieć - Callista zginęła w pomieszczeniu głównego kompu-

tera, a raczej w sali, gdzie był rdzeń pamięciowy, samo serce tego elektronicznego cu-
du,  na  którym  Luke  nigdy  specjalnie  się  nie  wyznawał.  Duch  Jedi  w  chwili  śmierci 
mógł odłączyć się od ciała i wtopić w jakąś rzecz, jak na przykład Exar Kun wsiąknął w 
kamienie świątyni na Yavinie Cztery. Ale to znaczyło, że skoro Callista weszła w kom-
puter  -  konkretnie artyleryjski, pilnując cały ten czas dostępu do okrętu  - potrzebował 
przynajmniej podstawowych akcesoriów komputerowych, by się z nią skontaktować. 

- Chodźmy, Threepio - mruknął schylając się po pęk kabli ku najbliższemu robo-

towi typu MSE. - Poszukajmy sobie jakiegoś terminala! 

Na Chad - czytał słowa Callisty - byliśmy na terytorium wystohów, a ich tere-

ny  łowieckie  obejmowały  głębiny  praktycznie  pod  całą  farmą  hodowlaną.  Gdy 
musieliśmy naprawić kadłub, używaliśmy foo-twittera. To takie niewielkie, pływa-
jące urządzenie wysyłające odpowiednie sygnały przywabiające. Wystohy są fana-
tycznie  terytorialne,  więc  płynęły  do  napastnika,  który  był  wtedy  kilometry  od 
arki,  a  my  mieliśmy  spokój  na  otwartych  wodach,  by  bezpiecznie  zrobić  to,  co 
musieliśmy. Myślisz, że Klaggowie daliby się czemuś takiemu zwieść wystarczają-
co długo, żebyś zdołał pokonać szyb? Jak dla mnie to są aż za bardzo przywiązani 
do własnego terytorium. 

-  Zastanawiam  się,  jaki  dźwięk  odciągnie  Gamorrean...  -  Luke  wyciągnął  się  na 

stercie koców i termicznych kamizelek, które android pościągał zewsząd i zrobił z nich 
coś w rodzaju posłania w kącie warsztatu. - Może taki, który będzie brzmiał jak głosy 
Ugbuza i Gakfeddów. 

Przed sobą  miał ekran  korzystający z  przedziwnej kombinacji zasilaczy, baterii i 

innych  źródeł  energii  połączonych  szeregowo.  Zdobycie  tej  kolekcji  nie  było  prostą 
rzeczą przy Jawach buszujących swobodnie po pokładzie. Dopiero gdy zadziałało, Lu-
ke uświadomił sobie, że tak naprawdę to nie potrzebuje rady Callisty. 

Potrzebował jej towarzystwa. 
- Każda konsoleta rozrywkowa musi mieć emulator głosowy -stwierdził Luke. - A 

gier tu pełno na każdym pokładzie. Threepio, znasz parametry głosowe Gamorrean? 

- Mogę reprodukować język i wymowę dokładnie dwustu tysięcy rozumnych ras. 

Zasięg  głosowy  Gamorrean  zaczyna  się  na  pięćdziesięciu  hercach  i  sięga  trzynastu 
tysięcy, piski zaczynają się... 

background image

Dzieci Jedi 

176 

- Możesz w takim razie przeprogramować emulator? 
- Z łatwością, panie Luke'u. 
-  W  takim  razie  pozostaje  nam  tylko  znaleźć  sposób,  by  dostarczyć  przeprogra-

mowany emulator na  pokład dziewiętnasty  w odpowiednim  momencie, by zdążył od-
ciągnąć wartowników. 

Na ekranie pojawił się rysunek - nie schemat z zaznaczonymi nawet przewodami, 

ale szkic fragmentu opisanego jako pokład siedemnasty. Wokół przejścia rozbłyskiwało 
niewielkie koło, a po sekundzie w rogu ekranu pojawiło się okno. 

Przejście  ma  pułapkę.  Prowadzi  na  poziom  dziewiętnasty.  Jeśli  urządzenie 

będzie lekkie, zdołasz przepchnąć je w górę szybu wystarczająco szybko, by wywo-
łując  przedwczesny  zapłon  laserów  dotarło  na  górę,  sprawne,  zaledwie  po  paru 
trafieniach. 

- W ten sposób dostałaś się na górę? - spytał po namyśle. -Powodując niewłaściwe 

odpalanie laserów takiej pułapki? 

Rysunki i napis zgasły, coś stuknęło na  korytarzu i Threepio wyszedł sprawdzić. 

Po chwili na ekranie pojawił się napis: 

To tak jak wywołać samozapłon blastera. Problem polega na tym, że jest ich 

za dużo, i nie można wszystkich ogłupić czy zepsuć: jakiś prędzej czy później cię 
trafi... 

W  napisie  wystąpiła  przerwa  -  gdyby  Callista  była  tu  osobiście,  odwróciłaby  się 

jak Leia, gdy mówiła o Bailu Organie i nie chciała, aby widział, że nadal jest jej przy-
kro. 

Im więcej cię  trafi,  tym trudniej jest  się  koncentrować  na pozostałych i tym 

łatwiej mogą cię trafić... Jeśli włożysz akumulator w obudowę zwiadowcy i wylewi-
tujesz  odpowiednio  szybko,  to  dosięgnie  cię  tylko  parę  celnych  strzałów,  a  urzą-
dzenia  wytrzymują  znacznie  więcej  trafień  niż  człowiek.  Pamiętaj  -im  więcej  cię 
trafi, tym trudniej się skoncentrować... 

Wspinała  się, nie  mogąc równocześnie  lewitować i ogłupiać  kraty enklizyjnej ze 

świadomością, że pierwsze trafienie złamie jej koncentrację Mocy i zniszczy zdolność 
do unikania trafień, i że drugie nastąpi szybciej niż pierwsze, a trzecie szybciej niż dru-
gie... Przypomniał sobie pechowego Klagga wspinającego się po zalanych własną krwią 
schodach i zapach spalonego mięsa potęgujący się z każdym kolejnym trafieniem... 

- Chciałbym, żeby tak się nie stało - powiedział cicho, zły na siebie: mądry ponie-

wczasie mądrością prawdziwego mistrza Jedi. 

W porządku. 
Przez  moment  panowała  cisza,  jakby  żadne  z  nich  nie  bardzo  wiedziało,  co  ma 

powiedzieć, niczym dwie osoby stojące po przeciwnych stronach przepaści. 

- Pochodziłaś z Chad? - spytał w końcu. 
Ekran pozostawał czarny tak długo, iż zaczęło mu się wydawać, że czymś ją obra-

ził albo że zasilanie siadło. Wreszcie pojawiły się na nim słowa. 

Mieliśmy  głębinową  farmę  hodowlaną.  Przemieszczaliśmy  się  ze  stadami 

wzdłuż prądu Algic od równika prawie do kręgu polarnego. Pierwszy raz użyłam 

background image

Barbara Hambly 

177 
Mocy, by rozgonić pole lodowe w zimie, gdy zostałam odcięta z paroma krowami. 
Tata nigdy nie zrozumiał, dlaczego nie mogłam zostać, skoro byłam szczęśliwa. 

- A byłaś? - spytał spoglądając na jej miecz świetlny, który zrobiła podczas szko-

lenia,  może  na  Dagobah,  może  gdzie  indziej,  ale  zrobiła  tak,  by  przypominał  jej  fale 
rodzinnej planety. 

Myślę, że nigdy już nie byłam równie szczęśliwa. 
Nie zadał pytania, po co odleciała: wiedział, dlaczego ich opuściła. 
-  Zabawne,  zawsze  nienawidziłem  Tatooine  i  farmy  -  powiedział  cicho.  -  Teraz 

myślę,  że  miałem  szczęście,  bo  odejście  nic  mnie  nie  kosztowało.  Nawet  gdyby  nie 
zabili mojej rodziny, opuszczenie tego miejsca nie sprawiłoby mi bólu. 

Moc była niczym przypływ, niczym organiczny prąd, który niesie ze sobą cale 

stada. Od dziecka wiedziałam, że coś gdzieś na mnie czeka. Gdy dowiedziałam się, 
co to takiego, po prostu nie mogłam nie szukać Jedi. 

- Ale nie potrafiłaś tego wytłumaczyć bliskim - dodał pamiętając, jak sam nie po-

trafił wytłumaczyć wujowi Owenowi czy cioci Beru, co go ciągnie w świat, a raczej do 
gwiazd. 

- Oni nie żyją, wiesz - powiedział miękko. - Jedi. Kolejna długa pauza. 
Wiem.  Czułam...  pustkę  Mocy.  Wiedziałam,  co  to  znaczy,  choć  nikt  mi  tego 

nie mówił. 

- Obi-Wan Kenobi przez lata ukrywał się na Tatooine. Był moim pierwszym nau-

czycielem. Po... po jego śmierci poleciałem na 

Dagobah, by uczyć się u Yody. Yoda zmarł... przed mniej więcej siedmioma laty. - 

Omal nie dodał: „Po tym jak go opuściłem... jego ostatni uczeń opuścił go po to tylko, 
by powrócić za późno". 

Przypomniał  mu  się  Kyp  Durron, jego  własny  najlepszy  uczeń i inni z  grupki  w 

dżungli na Yavinie Cztery. Streen i Clighal... Teneniel z Dathomiry... Cray i Nichos nie 
przebywający  już  na  czwartym  księżycu  Yavina...  Jacen,  Jaina  i  Anakin,  a  także 
wszystko, przez co przeszedł: piekielna kuźnia ciemnej strony, tajna twierdza Imperato-
ra na Waylandzie i wszystko, co tam się wydarzyło... Exara Kuna, stopiony holocron, 
popioły Gantorisa dymiące na kamieniach wielkiej świątyni i zniszczenie światów. 

Jego serce było zahartowane, twarde i silne, jak powinno być serce Jedi... jak dia-

ment, ale to wcale nie zmniejszało bólu, jaki odczuwał. 

- Czasami wydaje mi się, że ta droga jest tak daleka... - szepnął. Nigdy nie powie-

dział tego Leii, mimo że była jakby drugą połową jego duszy. 

- Panie Luke'u - Threepio pojawił się w drzwiach, a z tonu łatwo było poznać, że 

przekazuje informację, której zdecydowanie nie pochwala. - Panie Luke'u, wygląda na 
to, że Jawowie chcą z panem rozmawiać. Pytają, co pan ma na wymianę za drut, ogni-
wa energetyczne i blastery. 

-  Gdyby  ktoś  chciał  się  ze  mną  założyć,  która  rasa  zajmie  kabiny  najbliżej  pro-

mów,  postawiłbym  buty  i  miecz,  że  ludzie  piasku  -stwierdził  Luke  umocowując  aku-
mulator w obudowie zwiadowczego androida. - To po prostu musieli być oni, prawda? 

To coś, czego mistrzowie nie ujawniają o wewnętrznej naturze tajemnego ser-

ca wszechświata. 

background image

Dzieci Jedi 

178 

Napis pojawiał się kawałkami na miniaturowym ekranie emulatora i dopiero zoba-

czywszy go Luke stwierdził, że spodziewał się odpowiedzi. 

Największy i najmroczniejszy sekret ze wszystkich, jakie można poznać dzięki 

Mocy. 

- Jaki znowu sekret? 
Literki zmalały sugerując szept: 
Wszechświat ma poczucie humoru. 
-  Żeby  się  nad  czymś  takim  zastanawiać,  trzeba  mieć  nadmiar  wolnego  czasu  i 

znacznie więcej wiedzieć, niż ja wiem. 

Poczuł jej śmiech, choć sam nie wiedział jak. 
Android tropiący był tym  samym,  który Cray trafiła  na  Pzob, a  dostał go od Ja-

wów w zamian za uleczenie jednego z nich od bólu głowy i nudności, będących wyni-
kiem  trafienia  przez  promień  ogłuszacza,  i  regenerację  skóry  na  popalonych  prądem 
dłoniach.  Kosztowało  go  to  trochę  bólu  -  użycie  Mocy  w  takim  stanie,  w  jakim  się 
znajdował, nie mogło pozostać bezkarne, ale się opłaciło. A potem, gdy montował tajną 
broń, mówił cały czas: o Tatooine, Benie Kenobim, Yodzie, upadku Imperium i kłopo-
tach Nowej Republiki, o Bakurze, Gaerielu Capistonie, Leii, Hanie, Chewiem i Artoo. 
O akademii i niebezpieczeństwach grożących niewyszkolonym i nie posiadającym wła-
ściwej  wiedzy  adeptom,  których  zdolności  rosną  bez  właściwego  przewodnictwa,  o 
Exarze Kunie i o swoim ojcu. 

Stopniowo  ekran  monitora  diagnostycznego  zaczął  rozświetlać  się  jej  odpowie-

dziami i wspomnieniami: o farmie na Chad, ojcu, który nigdy nie mógł jej zrozumieć, o 
księżycach i pływach, lodach i fluorescencji, i o śpiewach cy'een w głębinach. Potem o 
Djinnie  Altisie,  mistrzu  Jedi,  który  przybył  na  Chad,  i  enklawie  Jedi  na  planecie  Be-
spin, unoszącej się wśród chmur bez wiedzy kogokolwiek z pozostałych mieszkańców 
planety. 

To było jak jazda na cy'eenie. 
Na ekranach pojawiła się krzyżówka ryby z jaszczurką o długiej, muskularnej szyi 

i proporcjonalnych kształtach pełnych dzikiej, nieokiełznanej siły. Przez moment Luke 
czuł dotknięcie słonego wiatru na ustach i słyszał pieśń śpiewaną przez płynące stado. 

Wielkie, szybkie i groźne, lśniące w słońcu niczym brąz, ale jazda na nich to 

coś niezapomnianego. 

Przytaknął, pamiętając, jak na Hoth miecz pierwszy raz wskoczył mu na wezwanie 

do  ręki,  i  przypływ  Mocy  podczas  ostatecznej  bitwy  z  Exarem  Kunem,  mimo  że  od 
tych zdarzeń minęło sporo czasu. 

Opowiedział jej o Cray i Nichosie, po co udali się na Ithor i co z tych odwiedzin 

wynikło, o ataku Druba McKumba i wyprawie Leii na Belsavis. 

Wypróbował domowej produkcji zdalny sterownik, ale z zerowym efektem, więc 

musiał  rozebrać  całość  i  zmienić  podłączenie  zawartości  z  pozbawioną  wszystkich 
elementów  zewnętrznych  (jak  broń)  czy  wewnętrznych  (jak  bloki  pamięci)  obudową 
zwiadowczego androida. 

- Nadal tam pewnie są- dodał mając na myśli siostrę i pozostałych. - A nawet gdy-

by już ich nie było, to tam teraz znajduje się całe miasto: ze trzydzieści tysięcy osób. 

background image

Barbara Hambly 

179 

Trudno to sobie wyobrazić. Domostwo Pletta to w sumie nie było przestronne 

miejsce,  choć  podziemia  ciągnęły  się  aż  pod  lodowiec.  Natomiast  na  powierzchni 
stał  jedynie  duży  dom  z  kamienia,  w  najpiękniejszym  ogrodzie,  jaki  w  życiu  wi-
działam. Wychowałam się bez ogrodów: na morzu ich nie ma. 

- Na pustyni też nie. 
Pamiętam, że było tam tak spokojnie jak w niewielu miejscach, w jakich by-

łam. Może noc na arce, gdy na pokładzie zostałam sama... Choć nie do końca: na-
wet podczas snu nie można ufać morzu, a w ogrodzie spokój panował zawsze. 

- Panie Luke'u? 
Luke  siadł  pociągając  nosem  -  coś  tu  ładnie  pachniało.  W  drzwiach  pojawił  się 

Threepio, którego żółte oczy w mroku świeciły niby dwa księżyce. Android postawił na 
stole plastikową tacę, z której unosił się aromatyczny zapach kawy. 

- Mam nadzieję, że to będzie jadalne. - Threepio zajął się zdejmowaniem pokryw z 

pojemników.  -  Wybór  był  raczej  ograniczony,  niestety  nie  było  pańskich  ulubionych 
potraw, wobec tego wybrałem dania z taką samą zawartością protein i węglowodanów i 
o mniej więcej podobnej konsystencji. 

Najbliższa działająca  stołówka, zgodnie  z  informacjami Cal-listy, znajdowała  się 

w Sekcji Oficerskiej na poziomie siódmym, gdzie android poszedł na ochotnika. Mimo 
teoretycznej  nietykalności,  do  jakiej  zobowiązali  się  Jawowie,  była  to  nie  byle  jaka 
wyprawa. 

- No... hm... niezłe - wykrztusił Luke: jaj gukkeda nie tknąłby dobrowolnie za nic 

na  świecie,  zdawał  sobie  jednak  sprawę,  że  musi  coś  zjeść.  -  Doskonale  się  spisałeś. 
Były jakieś kłopoty? 

-  Niewielkie,  panie  Luke'u:  spotkałem  grupę  Jawów,  ale  Talzowie  ich  przegnali. 

Bardzo pana szanują za wysiłki w karmieniu trójnogów, proszę pana. 

- To oni też tu są? - spytał Luke połykając jajka w całości. 
- Tak jest, są i Talzowie, i trójnogi. Talzowie prosili przekazać panu życzenia po-

wrotu do zdrowia i pytanie, czy mogą się jakoś przydać. 

Przez moment Luke zastanawiał się, czy nie poprosić ich o znalezienie czegoś ja-

dalnego dla człowieka, ale zrezygnował z tego pomysłu  - nim będzie potrzebował na-
stępnego posiłku, nie powinno go już być na pokładzie. 

Dobrze, że są dwa promy,  bo obu  plemion Klaggów i Gakfeddów nie da się 

zabrać tym samym. 

- A którym proponujesz zabrać ludzi piasku?  
Lądownikiem. 
- Za nic tam nie wsiądą: nienawidzą małych, zamkniętych pomieszczeń. 
A zastanawiałam się, po co wybijają te dziury w ścianach. Całe szczęście, że 

przy okazji nie przerwali głównej instalacji energetycznej zasilającej pole magne-
tyczne. 

- Wszystko przed nami, co tylko potwierdza konieczność pośpiechu. Sam fakt, że 

są na tym okręcie, doprowadza ich do szału. Chociaż nigdy nie stanowili miłego towa-
rzystwa. 

Mówisz, jakbyś ich znał. 

background image

Dzieci Jedi 

180 

- Można powiedzieć, że byliśmy sąsiadami, gdy dorastałem -uśmiechnął się Luke. 

- Jawowie zresztą też. Każdy, kto mieszkał na Tatooine, musiał nauczyć się o nich wy-
starczająco dużo, by wiedzieć, jak ich unikać. 

Oparł się o ścianę i uruchomił zdalny sterownik. 
- Doskonale, chłopcy: rozproszyć się i cicho - zabrzmiał donośny głos, najwyraź-

niej  Ugbuza.  -  Zaraz  dobierzemy  się  do  skóry  tym  cuchnącym  Klaggom!  Zobaczą, 
czym się kończy sabotaż dla Rebelii! 

Luke westchnął i pokręcił głową. 
- Threepio, trzeba trochę zmienić tę przemowę. 
Co za gramotny szturmowiec. Wierzyć się nie chce. 
Napis pojawił się na ekranie, którego android nie mógł zobaczyć. 
- Przerób to na: Dobra, żołnierze, rozwinąć szyk i mordy w kubeł! Zaraz załatwi-

my tych rebelianckich sabotażystów! 

Masz ukryty talent oficerski. 
Odruchowo  chciał  jej  dać  kuksańca,  jak  Leii,  gdy  się  z  niego  nabijała  i  przypo-

mniał sobie, że nie może -jej ciało zmieniło się w kości i pył w pomieszczeniu główne-
go komputera. A przecież dla niej też było oczywiste, że wszystkich znajdujących się 
na pokładzie „Oka"- nawet ludzi piasku, należy wpierw ewakuować, nim podejmie się 
próbę zniszczenia okrętu. To nie ich wina, że się tu znaleźli - dzicy, okrutni i głupi, ale 
tak jak i on byli tu więźniami. 

Sprawdził ostatni raz mocowanie baterii i przez moment zobaczył w lusterku swo-

ją twarz i Threepia krzątającego się wokół tacy z resztkami posiłku. A tuż nad swoim 
ramieniem blady owal twarzy w aureoli ciemnych włosów z parą wpatrzonych w niego 
szarych oczu. Smutek, jaki za pierwszym razem widział w tych oczach, zniknął, zastą-
piony przez zainteresowanie i troskę. 

Serce Luke'a zadrżało i nagle spadły nań przerażenie i żal tak nieuchronne jak noc. 

background image

Barbara Hambly 

181 

R O Z D Z I A Ł  

15 

- Mogła kłamać z innych powodów. 
- Jakich? - Leia podwinęła nogi na łóżko, pociągając ze szklanki soku jabłkowego, 

który wzięła idąc przez kuchnię. 

Podczas jej nieobecności zjawili się obiecani przez Jevaxa fachowcy, dzięki czemu 

okiennice  miały  nowy  zamek,  a  sypialnia  nowe  drzwi.  Jedne  i  drugie  były  szeroko 
otwarte.  Naprawili  też  światło,  łączność,  a  nawet  szafkę  w  sypialni.  Han  siedząc  po 
drugiej stronie łóżka sprawdzał oba miotacze. 

-  Może,  dajmy  na  to,  pracować  w  Domostwie  Kwiatów  Madame  Loty  na  ulicy 

wiodącej do kosmoportu. 

- W takim stroju? 
- Mam rozumieć, że ty ubierasz się zawsze stosownie do wykonywanej pracy? 
Leia rzuciła spojrzenie na prostą płócienną koszulę, bawełniane spodnie i wysokie, 

sznurowane buty, w które była ubrana. 

- Gdyby pracowała w barze, zeszłej nocy nie byłoby jej na ścieżce koło miejskiego 

ratusza - stwierdziła logicznie, spoglądając na wydruk, jaki Artoo sporządził pierwsze-
go dnia: Rogandy Ismaren nie było na listach zatrudnionych gdziekolwiek w Plawal.  - 
A gdyby śledziła mnie od rynku, to o tej porze nie mogłaby być tak ubrana. 

Han podszedł do balkonu, wycelował w mały krzew rosnący o parę metrów od ta-

rasu  i  wypalił.  Krzew  zmienił  się  w  kupkę  gorącego  popiołu.  Zadowolony  przestawił 
ogień na punktowy, zabezpieczył broń i rzucił ją Leii. 

- Jest jak nowa. A co znalazłaś w archiwum? 
Pytanie  padło  nieco  późno,  ale  z  logicznych  powodów  –  poprzedniego  wieczoru 

po powrocie do domu Leia znalazła przemoczonego i wyczerpanego męża kończącego 
opatrywać równie przemoczonego i wyczerpanego Chewiego. Rozmowa z Marą i póź-
niejsze wydarzenia skutecznie skierowały myśli wszystkich na inne tematy. 

- Nie to czego szukałam - odparła powoli. - Żadnej wzmianki o Jedi, Pletcie, choć 

oczywiste jest, że to dzięki nim rosną tu rozmaite rośliny i to oni zapoczątkowali istnie-
nie  archiwum.  Zajmuje  ono  część  pamięci  komputera  należącego  do  Towarzystw 
Brathflena, Galaktycznego oraz Imperialnego, ale programy archiwalne sprawiają wra-
żenie,  że  zostały  zaprojektowane  z  myślą  o  starszych  modelach  typu  cztery-

background image

Dzieci Jedi 

182 

sześćdziesiąt, a te były w użyciu akurat w okresie, gdy powinni tu być Jedi. Nikt natu-
ralnie  nie  wie, co się stało z  oryginalnym sprzętem, ale sądzę, że został sprzedany na 
części Nubblykowi. 

- Też tak myślę. Są jakieś informacje o Nubblyku? 
-  Po  prostu  zniknął  pewnej  nocy  przed  mniej  więcej  siedmioma  laty.  Jego  lokal 

przejął „wspólnik" Bran Kemple, podobnie jak interes eksportowo-importowy na Pan-
dowirtin  Lane.  Slyte  dwa  razy  płacił  kaucję  za  Druba  zatrzymanego  pod  zarzutem 
przemytu  w  Korytarzu,  Kemple  ani  razu.  Z  więzienia  raz  wyciągnął  Druba  Mubbin, 
czyli jego kumpel Whiphid. Było to zaraz po zniknięciu Slyte'a, choć McKumb ani razu 
oficjalnie nie wylądował w porcie kosmicznym. Ciekawostką jest... 

Przerwał jej Chewbacca pytającym warknięciem. Z salonu słychać było sygnał po-

łączenia nadprzestrzennego zakodowanego osobistym kodem Leii. 

Odkodowała  transmisję  i  kalejdoskop  zielono-brązowo-białych  wzorków  zmienił 

się w wizerunek admirała Ackbara. 

- To może być nic ważnego - rozległ się aksamitny głos Kalamarianina – ale uwa-

żam, że powinnaś o tym wiedzieć. Dostałem meldunki od agentów z sektora Senexa i 
pogranicznych  rejonów  sektora  Juvexa.  Wszystkie  są  zgodne:  seniorzy  sześciu  czy 
siedmiu starych rodów udali się na „wakacje” bez rodzin czy kochanek. Są to naczelni-
cy rodów, które nie brały udziału w granicznych potyczkach ani nie sprzymierzyły się z 
pozostałościami po Imperium. 

- Ciekawostka - mruknął Han. 
Ackbar złożył płetwiaste dłonie, nabierając wyglądu zgoła posągowego, i dodał: 
- Byłoby ciekawostką, gdyby nie zbiegło się z „wakacjami, na jakie pojechali eks-

gubernatorzy  Veronu  i  Mussubiru  Trzy,  którzy  dotąd  nie  opowiedzieli  się  po  żadnej 
stronie,  oraz  wysocy  przedstawiciele  Towarzystwa  Seinara  i  rodziny  Mekuun.  Drost 
Elegin zabrał na wakacje rodzinę, ale zostawił ją na Eriadu, a sam zniknął. 

-  To  ci  dopiero  chamstwo  i  epidemia  samotnych  wypoczynków  -stwierdził  Han 

stając za Leią. - A nie zauważyli jakichś ruchów wojsk? 

- Nic wielkiego, ale wydaje się, że na Spumie zwiększono rekrutację żołnierzy sił 

lądowych do floty admirała Harrska, a nasi agenci w Towarzystwie Sainara donoszą o 
nowych dużych zleceniach  na  produkcję  ogniw energetycznych i  materiałów termicz-
nych.  Biorąc  jednak  wszystko  razem  pod  uwagę  oraz  to,  jak  blisko  granicy  sektora 
Senexa leży Belsavis, może rozsądniej byłoby, gdybyście rozważyli przeprowadzkę do 
jakiegoś lepiej chronionego regionu. 

- Dziękujemy za troskę, admirale - odparła Leia. - Prawie... skończyliśmy. 
Wiedziała, że Ackbar będący szefem sztabu ma rację - wielki lord admirał Harrsk, 

jak sam się  mianował, szykował najwyraźniej jakąś akcję, a Belsavis było całkowicie 
bezbronne, ona na Belsavis naturalnie też. A coś było w zabójstwie Stinny Draesinge 
Sha, co wzbudzało jej czujność za każdym razem, gdy o tym myślała. Co gorsza - wy-
czuwała obecność czegoś większego: jakiejś mrocznej łamigłówki, znaczniej głębszej i 
groźniejszej niż to, co wiedziała o tajemnicach Belsavis, gdy stanęła na tej planecie. 

Jedi i ich dzieci byli tu. 
Roganda Ismaren, była konkubina Imperatora, też tu przybyła -dlaczego? 

background image

Barbara Hambly 

183 

I dlaczego coś jej nie dawało spokoju od dłuższej chwili... coś, co usłyszała, tylko 

nie potrafiła sobie dokładnie przypomnieć. 

Drub McKumb desperacko przebił się przez zmory bólu i otępienia i przebył pół 

galaktyki, by ostrzec przed czymś ją i Hana. 

A ktoś uznał, że warto ich zabić we śnie. 
Ackbar nadal obserwował ich ze spokojem, typowym dla swojej rasy, toteż Leia z 

pewnym wysiłkiem dodała: 

- Wkrótce wracamy. 
- A wracamy? - spytał uprzejmie Han, gdy obraz zgasł. 
-  Nie...  nie  wiem.  Jeśli  coś  faktycznie  się  szykuje,  coś,  w  co  zamieszane  są  stare 

rody z sektora Senexa, to będziemy musieli. Dotąd siedzieli cicho: nawet pod rządami 
Palpatine'a  chcieli  jedynie,  aby  ich  zostawić  samych,  by  mogli  rządzić  tubylcami  na 
swoich planetach tak, jak chcieli... 

- To skądś znam. Każde duże towarzystwo po prostu kocha takie sytuacje  - przy-

znał Han ponuro. 

- Proszę nas o nic nie pytać, a nie będziemy was obarczali odpowiedzialnością za 

cokolwiek  -  stwierdziła  Leia  sentencjonalnie,  wracając  do  sypialni  obok  Chewiego  i 
Artoo grających w jakąś grę planszową. 

Oparła się o futrynę otwartego okna, wpatrując się w mgłę, gdzie tego ranka do-

strzegła Rogandę, która w końcu miała prawo szukać schronienia poza granicami No-
wej Republiki. To, że wybrała miejsce przy granicy sektora Senexa, niewiele znaczyło 
w kategoriach galaktycznych. Na pewno nie było to miejsce odwiedzane przez auten-
tyczną, starą arystokrację, potomków zdobywców. Pomyślała o Droście Eleginie, któ-
rego poznała na dworze i spróbowała sobie wyobrazić tego dandysa na takim upiornym 
wygwizdowie, zaludnionym jedynie przez trzeciorzędnych przemytników i robotników 
firm owocowych. Oni nawet Coruscant uważali za deklasację, ponieważ, jak twierdziła 
ciotka Rouge, było tam zdecydowanie zbyt wielu biurokratów. 

Jej zamyślenie przerwał Han, który podszedł podając jej szklankę z sokiem. 
- A co było tą drugą interesującą rzeczą? - spytał. 
- Ach... - Ocknęła się wracając do rzeczywistości. - Tak... coś w tej epidemii zde-

fektowanych androidów mnie niepokoi. 

- Niepokoi?! - Hana aż zatchnęło. - Ten metalowy... 
- Wiem, co on chciał zrobić, tylko nie wiem dlaczego. - Leia popatrzyła na małego 

robota  ogrywającego  Chewiego.  -  Wiem,  że  kolonie  mają  z  reguły  gorszy  sprzęt,  ale 
znalazłam zapisy o kilkudziesięciu nie wyjaśnionych awariach rocznie, a z roku na rok 
ich liczba rośnie. Poprzedniej nocy, przed atakiem Artoo, nie łączyłam tego z niczym, 
teraz zamierzam sprawdzić ich przyczyny. Jeśli powodem jest pogoda, to ilość powinna 
być stała, a nie wzrastająca. 

- Niekoniecznie: sprzęt się zużywa. 
-  Może,  ale  awarie  zapisane  są  jako  „nie  wyjaśnione",  co  znaczy,  że  sprawdzili 

rzeczy tak oczywiste, jak wiek czy stopień zawilgocenia. 

Parę lat temu Han mógłby to uznać za zbieg okoliczności, teraz spytał po namyśle: 
- A co ty uważasz? 

background image

Dzieci Jedi 

184 

- Nie wiem. - Wzięła z łóżka miotacz z kaburą i założyła. - Ale sądzę, że rozmowa 

z  głównym  mechanikiem  Towarzystwa  Brathflena  i  sprawdzenie,  jak  u  nich  wygląda 
problem  awarii,  może  mi  sporo  wyjaśnić.  Dla  mnie  awaria  to  przerwany  drut,  a  nie 
wykonanie ciągu określonych, choć zupełnie nieoczekiwanych czynności. Może jestem 
staroświecka... 

- To jest nas dwoje, bo dla mnie to też nie awaria. 
- Miłe. Chcesz się przejść? Han zawahał się. 
-  Jeśli  mamy  się  stąd  szybko  wynieść,  to  wolę  przespacerować  się  do  „Żądzy 

Dżungli" i pogawędzić z Branem Kempie. Ruszysz się, Chewie? 

Pytanie miało całkiem wyraźny powód: ostatnim razem, gdy Artoo pokonał Woo-

kiego w jakiejś grze, konsoleta wyleciała za okno, a robot omal nie poleciał za nią. A 
teraz Chewie też zdecydowanie nie wygrywał. 

- Może coś wiedzieć o tym jak, kiedy i dlaczego Nubblyk stąd prysnął i czy zrobił 

to  swoim  statkiem.  Nie  masz  chyba  zamiaru  zabrać  go  ze  sobą?  -  Pytanie  dotyczyło 
Artoo, jako że wszyscy znaleźli się w salonie. 

Leia zawahała się -  właśnie miała zamiar, bo robiła to odruchowo, ale to do niej 

Artoo strzelał niecałe dwanaście godzin temu... 

Han sprawdził swój blaster, co robił zawsze przed wyjściem. Fakt, że pół godziny 

wcześniej też go sprawdzał po czyszczeniu, nie miał najmniejszego znaczenia. - Radzę 
ci go zostawić i nie ruszać ogranicznika, dopóki nie sprawdzi go uczciwy majster, bo 
do tutejszych speców od opiekaczy jakoś nie mam zaufania. 

Chewbacca warknął urażony. 
- Przecież nie mówię o tobie, Chewie. Zrobiłeś doskonałą robotę składając go do 

kupy: jakby mu wsadzić silnik, to pewnie by poleciał... 

W trójkę  wyszli przed drzwi. Han cmoknął  żonę  w policzek, ta  pomachała  mu i 

poczekała,  aż  obaj  znikną  we  mgle,  po  czym  wróciła  do  domu  i  podeszła  do  robota 
stojącego obok wyłączonej konsolety rozrywkowej. 

- Artoo? 
Automat bujnął się w przód wysuwając środkową „nogę" i gwizdnął pytająco, ob-

racając kopułkę tak, by czerwone oko czujnika optycznego spoglądało w jej kierunku. 
Niejednokrotnie zastanawiała się, jak ona sama  wygląda  w  cyfrowej świadomości, ale 
nigdy dotąd nie udało jej się znaleźć na to pytanie odpowiedzi. 

- Nie możesz mi powiedzieć, co się stało? Żałosny gwizd błagający o zrozumienie. 
- Ktoś  kazał ci to zrobić? Jakoś cię zaprogramował?  Aż  go zatrzęsło przy próbie 

odpowiedzi. 

-  Już  dobrze.  -  Leia  pogłaskała  go  po  kopule.  -  Niedługo  wyniesiemy  się  stąd,  a 

wtedy obejrzą cię najlepsi fachowcy floty. Posłuchaj... wrócę... 

Desperacki, przeczący gwizd mógłby obudzić umarłego. 
Zaufaj intuicji - Luke powtarzał jej to do znudzenia na wiele sposobów, odkąd za-

czął ją uczyć posługiwania się Mocą. Wychowano ją, by ufała wiedzy i umysłowi, toteż 
zdanie się na uczucia czy nieokreślone przeczucia nie było dla niej łatwe, choć wielo-
krotnie  przekonała  się,  że  Luke  ma  rację.  W  tej  chwili  prawie  słyszała  jego  głos,  tak 

background image

Barbara Hambly 

185 
jakby stał obok robota, który mniej niż dwanaście godzin wcześniej próbował zabić ją i 
Hana. 

Gdyby Han wiedział, co myśli, pewnie byłby wściekły. 
Ale to właśnie Han okazał się największym tryumfem zasady Luke’a. Przestała się 

wahać  i  z  torby  z  narzędziami,  którą  Chewbacca  odruchowo  wszędzie  ze  sobą  nosił, 
jeśli oddalał się na dłużej od statku, wyjęła urządzenie do zdejmowania sworzni ogra-
niczników. Za pomocą tego przemyślnego narzędzia wyjęcie bolca było kwestią chwili. 

- Idziemy - oznajmiła - przy okazji niech cię tam obejrzą specjaliści. 
Na wszelki wypadek nie dodała, że ma nadzieję, iż nie pożałuje tej decyzji. 
I również na wszelki wypadek nie poszła skrótem przez ogród, ale ulicą przez ry-

nek. Mgła była tu najrzadsza, a bliskość innych mieszkańców planety znacznie popra-
wiała  samopoczucie.  Szybko  też  stara  część  miasta  została  z  tyłu  ustępując  miejsca 
nowej, zbudowanej wyłącznie z białych prefabrykatów poskładanych w bloki dla pra-
cowników  kompanii  owocowych.  Budynki  były  nowe,  ale  w  tym  klimacie  każda  naj-
mniejsza szczelina czy poziomy kawałek miejsca były już obrośnięte pnączem, mchem 
albo krzewami. Przelotnie zastanowiło ją, jak wyglądało miasto, gdy zamieszkiwali je 
tylko Mlukowie, uprawiający niewielkie poletka przy masywnych, kamiennych domo-
stwach i uzupełniający dietę polowaniami na lodzie. 

Na pewno nie było tyle oparów, bo nie było kopuły. Wilgotność też musiała być 

mniejsza, a ogrody nie rozciągały się tak daleko, za to wokół ciepłych strumieni musia-
ła rosnąć puszcza, a samo dno doliny stanowiło bagno z gejzerami i wylotami gazów, 
bogate w minerały, których przestarzałe zakłady nie były w stanie przerobić. 

Słowem, prawdziwy raj dla kogoś tak lubiącego gorąco, rośliny i swoiste piękno 

przyrody jak Ho'Din. Przypomniała sobie wizję Pletta, wysokiego i giętkiego, o prawie 
białych szypułkach porastających głowę i o łagodnej twarzy. Jego oczy miały ten sam 
wyraz co Luke'a, gdy wrócił po zakończeniu służby u klona Imperatora. Ciekawe, dla-
czego  właśnie to  miejsce  wybrał i  właściwie po co przybył  - najlogiczniejsze było, że 
szukał schronienia, by odpocząć i zregenerować siły. 

Z  drugiej  strony  pełno  było  w  galaktyce  zupełnie  nie  zbadanych  systemów  i  nie 

zasiedlonych planet. Jeśli współrzędne nie były zapisane w czyimś komputerze, to dane 
miejsce po prostu nie  istniało... Roganda  na  przykład  mogła  się  o nim dowiedzieć od 
kogoś na dworze i zapewne tak było, choć to wyjaśnienie jakoś nie do końca Leii pa-
sowało... 

Co  do  Pletta,  to  była  jeszcze  jedna  intrygująca  kwestia:  jak  przyjął  inwazję  cał-

kiem  sporej,  jak  wynikało  ze  słów  Nichosa,  bandy  smarkaczy,  którzy  na  pewno  nie 
stanowili pomocy w eksperymencie, za to stanowili gwarantowany kres spokoju. 

Leia w tej sprawie nie miała cienia złudzeń - po roku wychowywania pary przed-

siębiorczych pociech Jedi, do których potem dołączył trzeci, doskonale zdawała sobie 
sprawę, do czego są zdolne. A tu zjawiło się ich znacznie więcej i to w różnym wieku. 
Mieli  własne  zainteresowania,  priorytety  i  przywódców  oraz  przekorę,  dzięki  której 
ostrzeżenia czy zakazy rodziców były najczęściej teorią. Nawet jeśli dotyczyły czegoś 
tak obrzydliwie groźnego jak krecze... 

Nagle stanęła słysząc w uszach słowa Nichosa... 

background image

Dzieci Jedi 

186 

„Starsze dzieci... Lagan Ismaren i Hoddas Umgil..." 
LAGAN ISMAREN! 
To było to, czego od dłuższego czasu nie mogła sobie przypomnieć. To musiał być 

brat  Rogandy  -  wiek  się  zgadzał:  kilka  lat  starszy  od  Leii  i  młodszy  od  Nichosa.  Ro-
ganda była na tyle duża, żeby zapamiętać świat, w którym dorastała, a to oznaczało, że 
miała w sobie krew Jedi i musiała władać Mocą. 

Palpatine z pewnością wiedział o zdolnościach własnej konkubiny, która w dodat-

ku miała silną pozycję na dworze. 

A  to  z  kolei  znaczyło,  że  kłamała  i  to  nie  tylko  na  temat  swojej  pracy  tutaj,  ale 

kłamała cały czas - wszystko, co powiedziała, całe jej zachowanie w alejce było grą i 
oszustwem tak obliczonym, by wzbudzić żal i wykorzystać współczucie Leii. 

Skoro dysponowała Mocą, Imperator wykorzystywał to, na pewno jednak nie słu-

żyła jego gościom do zabawy. 

Leia ocknęła się i zawróciła z powrotem do starej części miasta, nie przestając in-

tensywnie myśleć. Postanowiła złapać wpierw Hana, potem skontaktować się z Ackba-
rem,  a  w  końcu  sprawdzić,  czy  wydruki  zawierają  listę  nowo  przybyłych  z  roku,  w 
którym zginął Palpatine. Plan był dobry, ale nie udało się go zrealizować, bowiem gdy 
mijała  wylot  uliczki,  przy  której  mieszkała  Roganda,  ujrzała  niespodziewanie  dwie 
znajome  postacie  kierujące  się  ku  ogrodom:  lorda  Drosta  Elegina  i  doktora  Ohrana 
Keldora. 

Ponieważ znajdowała się na rynku, udanie zainteresowania najbliższym straganem 

nie  stanowiło  problemu.  I  spróbowała  wyostrzyć  zmysły  –  wysłać  je  jak  to  określał 
Luke. Usiłował ją tego nauczyć w krótkich przerwach, kiedy nie musiała być ani matką, 
ani dyplomatką, co i tak sprowadzało się do gorączkowych starań, by Nowa Republika 
się nie rozpadła, a jej dzieci nie rozebrały See-Threepia na czynniki pierwsze. Coś z tej 
nauki pozostało, gdyż usłyszała ludzi, oddechy i głosy... zbyt jednak słabe i odległe, by 
cokolwiek zrozumieć. 

Obaj  prawie  natychmiast  zniknęli  we  mgle,  ruszyła  więc  za  nimi,  a  raczej  obok 

nich,  gdyż  poszła  sąsiednią  uliczką,  kierując  się  zmysłami,  by  ich  nie  zgubić.  Artoo 
posłusznie  potoczył  się  za  nią.  Uliczka,  którą  wybrała,  dochodziła  pod  kątem  do  tej, 
którą szli tamci, więc miała okazję im się przyjrzeć, gdy mijali skrzyżowanie. 

Nie pomyliła się. 
Drost Elegin stał się lekko szpakowaty, ale rysy i zachowanie pozostały takie same 

jak  wówczas,  gdy  jako  niepoprawny  playboy  przodował  na  dworze  w  pojedynkach, 
hazardzie i romansach, co dokładnie relacjonowała gazeta dworska. Nazywał ją wtedy 
Madame  Senator  albo  Panną  Niezbywalnych  Praw  i  jedynie  pozycja,  jaką  jego  brat 
osiągnął  we  Flocie  Imperialnej,  wielokrotnie  ratowała  go  przed  konsekwencjami  nie-
których  wyczynów.  No  i  naturalnie  wpływy  rodu.  Nikt,  kto  raz  zobaczył  tę  twarz  o 
drapieżnych rysach, nie mógł się pomylić w identyfikacji. 

Ohran Keldor... ponownie poczuła na ciele gorące igły. Studiowała jego twarz na 

holoprojekcjach tak długo, że zaczął jej się śnić po nocach. Zawsze przy pulpicie og-
niowym Gwiazdy Śmierci, choć naturalnie to nie on wyzwolił wiązkę, która zniszczyła 
Alderaan. 

background image

Barbara Hambly 

187 

Ohran Keldor, Nasdra  Magrody, Bevel  Lemelisk, Qwi Xux, chociaż ta  była  bar-

dziej ofiarą niż katem... 

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że chodziło tu o coś innego niż o ukrywają-

cą się kobietę. 

Mgła  otuliła  obu  mężczyzn,  gdy  zagłębili  się  w  ogród,  a  odgłosy  automatów 

ogrodniczych  skutecznie  maskowały  dźwięki  wydawane  przez  Artoo.  Przez  moment 
zastanawiała  się,  czy  jakikolwiek  android  należący  do  głównego  projektanta  autosys-
temów Gwiazdy Śmierci zachowywał się kiedykolwiek jak tutejsze automaty. 

Jakoś w to mocno wątpiła. 
Teren zaczął się wznosić, a mgła zgęstniała, powoli przekształcając się w solidną, 

ciemną płaszczyznę przed nimi  - ścianę doliny obrośniętą pnączami. Nie ulegało wąt-
pliwości,  gdzie  się  kierują-ku  windom  prowadzącym  do  hangarów,  gdzie  parkowały 
śnieżne pojazdy. Albo mgła lepiej przenosiła głosy, albo bliskość ściany je wzmocniła, 
w każdym razie zdołała usłyszeć fragment rozmowy: 

- To wygląda na zbędnie długą i zimną trasę prowadzącą naokoło.  - Był to aksa-

mitno-spiżowy głos Elegina, któremu  wszystkie kobiety  na dworze  wierzyły, gdy  mó-
wił, że tylko je kocha. - Jeśli tunele łączą się z tym przemytniczym lądowiskiem. 

- Im mniej osób zna drogę z miasta, tym lepiej. Dotyczy to także pana, milordzie - 

dodał  Keldor  pospiesznie,  by  słowa  nie  zostały  uznane  za  obraźliwe.  -  Teraz,  kiedy 
pokazała się Organa, nie wiadomo, kto może obserwować... 

Ciąg dalszy wypowiedzi uciął syk zamykanych drzwi windy. 
Przyspieszyła  kroku  i  szybko  dotarła  do  niewielkiego,  kopulastego  budynku  z 

permabetonu,  przylepionego  do  zbocza  i  zaopatrzonego  w  zwykłe  zielone  drzwi  ze 
sturdplastu  -  materiału  przeznaczonego  jedynie  do  powstrzymywania  drobnych  zwie-
rząt  i  wilgoci.  Nawet  przy  minimalnej  koncentracji  bez  trudu  usłyszała  przytłumiony 
brzęczyk windy i pytanie Elegina: 

- To daleko? 
Odpowiedzi już nie słyszała, ale i tak odczekała pełne dwie minuty przed wsunię-

ciem karty w zamek. 

Ku swej uldze stwierdziła, że bunkier jest pusty - co prawda powinien być pusty, 

ale  lata  spędzone  w  Rebelii  nauczyły  ją  zdrowej  dozy  pesymizmu.  Wcisnęła  klawisz 
przywołujący windę i rozejrzała się. W ścianie była szafka z metalowymi drzwiami, a 
w  niej  kilka  szarych  kombinezonów,  jakie  noszą  mechanicy.  Wybrała  najmniejszy, 
przeznaczony dla człowieka i włożyła, z kieszeni innego wyciągnęła czapkę z daszkiem 
i schowała pod nią włosy. 

Skoro Elegin pytał o odległość, którą Keldor znał, to znaczyło, że dopiero co przy-

leciał. Ciekawe, ile czasu tu już był i z kim Elegin miał się tu spotkać: z pozostałymi 
amatorami niespodziewanych wakacji? 

Drzwi  windy  otworzyły  się,  Leia  weszła,  a  robot  wtoczył  się  za  nią.  Na  panelu 

znajdowały się tylko dwa guziki: góra i dół. Nacisnęła drugi i otwarła klapę w korpusie 
robota maskującą jedną z kilku skrytek, jakich standardowy Artoo nie posiadał, i wsu-
nęła do niej miotacz wraz z kaburą. Robot przeważnie był nienagannie czysty, jednak 

background image

Dzieci Jedi 

188 

dzisiejsze naprawy pozostawiły na nim sporo sadzy i smarów, które uczciwie rozsma-
rowała sobie po twarzy i dłoniach. 

Po chwili namysłu wyjęła miotacz ze schowka i z kabury i umieściła go w obszer-

nej kieszeni kombinezonu, a  kaburę  włożyła do schowka. Lepiej być przygotowanym 
na najgorsze... 

Elegin i Keldor, tak jak się spodziewała, właśnie wkładali izolowane kombinezony 

termiczne,  gdy  winda  zjawiła  się  w  hangarze.  Słysząc  brzęk  odwrócili  się,  ale  widok 
postaci w kombinezonie mechanika w towarzystwie astromechanicznego robota był w 
pobliżu pojazdów tak normalny, że zignorowali go zupełnie i spokojnie wsiedli na po-
kład  najmniejszego  lodołaza.  Pojazdy  te  były  zbudowane  podobnie  jak  automaty 
ogrodnicze,  czyli  miały  kabinę  umieszczoną  niczym  odwłok  pająka  w  środku  tuzina 
mocnych nóg, zdolnych zarówno do wspinaczki po nierównym terenie, jak i do porząd-
nego zakotwiczenia się w lodzie podczas zawiei. 

Leia  podeszła  do  metalowych  szafek  stojących  pod  tylną  ścianą  i  poczekała  na 

dźwięk oznaczający otwarcie wrót hangaru. Gdy te zamknęły się z powrotem, a tempe-
ratura  osiągnęła  odpowiedni  poziom, odetchnęła  z  ulgą. Następnie  otworzyła  panel  w 
obudowie,  wyjęła  z  kieszeni  parę  izolowanych  drutów  i  podłączyła  je,  tak  jak  jej  to 
kiedyś Han pokazał, do zacisków w korpusie Artoo. 

-  No,  ślicznie  -  oceniła  własne  rękodzieło.  - Teraz  zobaczymy,  jaki  z  ciebie  wła-

mywacz... 

Dopiero w czwartej szafce znalazła odpowiedni termiczny kombinezon, choć  są-

dząc  po  rękawicach  był  przeznaczony  dla  Bitha.  Ustawiła  temperaturę  i  mieszankę 
tlenową na odpowiednim dla człowieka poziomie i włożyła ubiór, starannie sprawdza-
jąc,  czy  jest  szczelny.  W  hangarze  było  kilka  skuterów  typu  Ikas-Adno,  ale  z  żalem 
zmuszona była z nich zrezygnować - napęd grawitacyjny zapewniał dużą szybkość, nie 
zapewniał jednak stabilności, niezbędnej przy takich wichrach jak szalejące po lodow-
cu.  Wybrała  starego,  ale  solidnego  Mobqueta  na  szerokich,  trapezoidalnych  gąsieni-
cach,  głównie  z  uwagi  na  niewielki  silnik,  który  nie  powinien  zostać  wykryty  przez 
przenośny detektor, będący, jak sądziła, w posiadaniu Keldora. 

Za pomocą kilku starych desek zrobiła pochylnię, po której robot wjechał do wnę-

trza, wsiadła i zamknęła kabinę. 

- No to zobaczymy, co się faktycznie dzieje na tej planecie -stwierdziła otwierając 

drzwi hangaru pilotem, w który wyposażono każdy pojazd. 

Ustawiła  współrzędne  namiaru,  sprawdziła,  czy  Artoo  podłączył  się  do  pokłado-

wego komputera, i wyjechała na zamarznięty teren, skuty wieczną zimą od pięciu tysię-
cy lat, kierując się po śladach, których jeszcze nie zdążył zasypać śnieg. 

background image

Barbara Hambly 

189 

R O Z D Z I A Ł  

16 

„W pewien sposób, księżniczko, jesteś odpowiedzialna za wybór celu..." 
Nadal go widziała - wysoki, wychudzony i blady niczym wypłowiała kość, o twa-

rzy  przypominającej  trupią  czaszkę  nad  zielonkawym  mundurem.  A  za  nim  błękitno-
zieloną tarczę Alderaanu na tle aksamitnej czerni przestworzy. 

Lód  bił  o  pancerną  owiewkę,  wicher  kołysał  nisko  zawieszonym  pojazdem  niby 

dłoń olbrzyma, ale powoli posuwali się przez bezkresną białą powierzchnię, nad którą 
szalała  zawieja.  Leia  ostrożnie  kierowała  pojazdem  i  pilnowała  świateł  pozycyjnych 
śledzonej maszyny.  Ale  robiła to odruchowo, bo jej świadomość  była  z  powrotem na 
Gwieździe Śmierci podczas ostatniego spotkania z moffem Tarkinem. 

Czy faktycznie była odpowiedzialna? 
Znała Tarkina i wiedziała, że nienawidził Baila Organy. Tarkin orientował się, że 

Alderaan  jest  jednym  z  ośrodków  opozycji,  i  podobnie  jak  jego  ukochany  Imperator, 
uwielbiał wmawiać wszystkim, że odwet, jaki nastąpił, miał miejsce wyłącznie z winy 
ofiar. 

Po masakrze w sektorze Atravis stwierdził: „Mogą winić jedynie siebie". 
Było oczywiste, że jako wojskowy chciał jak najszybciej wypróbować nową broń, 

by sprawdzić jej skuteczność i opisać ją Imperatorowi. 

W głębi duszy wiedziała, że dawno wyznaczył sobie za pierwszy cel właśnie Alde-

raan. Ale w snach była za to nadal odpowiedzialna. 

Światełka  z  przodu  zachowywały  się  niczym  banda  pijanych  świetlików,  ledwie 

widocznych w zapadającym zmierzchu i zadymce. 

Miejscami z lodu wystawały wypolerowane przez wiatr skały, w innych poszarpa-

ne  zwały  lodu  wyrzeźbione  w  niesamowite  kształty.  Dwukrotnie  napotkali  szczeliny, 
których szafirowe głębie sięgały dalej niż wzrok. Lodołaz zdołał przejść nad nimi, Leia 
musiała je objechać tracąc setki metrów i czas, póki nie zwęziły się na tyle, by zaryzy-
kować przejazd ponad pustką. Potem z powrotem wzdłuż krawędzi z nadzieją, że ślady 
nie będą do reszty zasypane. 

Ohran Keldor był jednym z konstruktorów Gwiazdy Śmierci, był na jej pokładzie, 

gdy zniszczyła Alderaan i obserwował to. I żył nadal... Wybaczyła, może nie do same-
go końca, ale wybaczyła Qwi Xux, gdy zobaczyła reakcję tamtej na efekty, jakie przy-

background image

Dzieci Jedi 

190 

niosły jej umiejętności. Trudno było uwierzyć, że jako główny konstruktor czegoś tak 
skomplikowanego mogła być jednocześnie tak naiwną, by wierzyć w zapewnienia Tar-
kina, że ma to być urządzenie górnicze, ale nie ulegało wątpliwości, że chcąc osiągnąć 
cel, moff Tarkin trzymał ją w dobrze przemyślanym i jeszcze lepiej wykonanym labi-
ryncie kłamstw, oszustw i półprawd. 

A gdy dowiedziała się prawdy, miała odwagę zrobić to, co zrobiła, a na co niewie-

lu by się zdecydowało. 

Keldor, Lemelisk i inni, których nazwiska zebrał ruch byłych obywateli Alderaa-

nu, doskonale wiedzieli, co robią i byli obecni przy próbie generalnej. Potem odlecieli 
na Caridę, gdy Gwiazda Śmierci wyruszała na pierwszą misję bojową. 

A teraz Keldor był tu. 
Podobnie jak Elegin, którego obecność sugerowała, że pozostali „urlopowicze", od 

dawna  rządzący  ludzkimi czy humanoidalnymi  mieszkańcami podbitych przez  przod-
ków planet niczym feudalni władcy, byli tu także. Wszyscy nienawidzili Senatu i Re-
publiki, podobnie zresztą jak Imperatora, któremu pomagali tyle, ile musieli, jedynie z 
obawy, by nie zmienił siłą istniejącego stanu rzeczy. 

Drub mówił coś, że jacyś oni się zbierają... 
Teraz zaczynało mieć to sens: zbierali się wokół Rogandy, eks-konkubiny Impera-

tora pochodzącej z rodu Jedi. Pytanie tylko, wokół kogo jeszcze? 

W zadymce rozbłysło nagle błękitne światło i zgasło prawie natychmiast, ale świa-

tła lodołaza skręciły w tamtym kierunku. 

- Masz namiar, Artoo? - wrzasnęła do interkomu. 
Potwierdzający  ćwierkot  był  ledwie  słyszalny,  ale  przyrządy  wskazywały,  że 

zmienili kurs. Wiatr, który uderzył w nich, ledwie oddalili się od lodowego wypiętrze-
nia, także o tym świadczył. 

Swoją drogą dziwne, że dotąd nikt nie sporządził mapy okolic z zaznaczeniem lą-

dowisk. Warunki atmosferyczne i jonizacja powietrza wykluczały co prawda klasyczną 
metodę skanowania z dużej wysokości, ale geotermiczne prześledzenie tuneli przy uży-
ciu sprzętu naziemnego było wykonalne. Tyle że niełatwe, co uświadomiło jej kolejne 
szarpnięcie, gdy pojazd znalazł się u podnóża lodowego wypiętrzenia. Po krótkiej, ale 
zaciętej  walce  z  naturą  i  systemem  sterowania  udało  się  jej  minąć  pułapkę,  a  potem 
zobaczyła przed sobą światła. 

Czym prędzej cofnęła pojazd pod osłonę zbocza i wysiadła. 
Wiatr  prawie  zwalił  ją  z  nóg,  a  zimno  od  razu  zrobiło  się  odczuwalne,  mimo  iż 

kombinezon przeznaczony był do temperatury niższej niż ta, w której zamarzał alkohol. 
Gdy wdrapała się na niewysokie lodowo-skalne wzniesienie, wiatr jakby na zamówie-
nie na moment ustał, dzięki czemu mogła obejrzeć cel wyprawy. 

To już nie było lądowisko. 
Zamiast zwykłego bunkra  z  permabetonu, pomyślanego jako nie  rzucający się  w 

oczy  przystanek  obok  powstałego  na  skutek  eksplozji  lądowiska,  stały  niskie,  czarne 
ściany konstrukcji określanej przez wojskowych mianem wiecznego hangaru otoczone-
go nowym silnym polem magnetycznym. Do starego bunkra dobudowano nowe, także 
z  czarnego,  wojskowego  materiału,  który  doskonale  zlewał  się  ze  skałami  dochodzą-

background image

Barbara Hambly 

191 
cymi  z  jednej  strony  do  budynków.  Gdyby  nie  osłona  pola,  w  przeciągu  paru  godzin 
całość zniknęłaby pod śniegiem. 

Zaklęła cicho pod nosem - zwyczaj zapożyczony od pilotów z jednostki Wedge'a 

Antillesa  - i ostrożnie zeszła w dół, co i tak nie uchroniło  jej od zjechania na śliskim, 
mokrym śniegu. Desperackie  popiskiwania robota świadczyły, że i on miał problemy, 
ale utrzymał równowagę. 

Zamieć zaczęła się na nowo, toteż nie bojąc się wykrycia ruszyła ku bazie. Droga 

nie była daleka, ale  w tych warunkach trwała dłużej, niż się spodziewała. Przy okazji 
dostrzegła ślady świadczące, że coś wylądowało w ciągu ostatnich paru godzin i zostało 
umieszczone  w  hangarze.  W  końcu  dotarła  do  bocznych  drzwi  jednego  z  bunkrów, 
które jak wysondowała były puste, i Artoo ponownie miał okazję popisać się talentem 
włamywacza.  Poszło  mu  nad  wyraz  sprawnie  i  oboje  znaleźli  się  wewnątrz.  Po  za-
mknięciu drzwi cisza i spokój były prawie bolesne. 

Zdjęła hełm, rozpuściła włosy i odetchnęła, co wywołało obłoczek pary mimo pra-

cującego ogrzewania. Uchylone drzwi prowadziły do krótkiego przejścia wiodącego do 
hangaru, toteż skorzystała z okazji i wyjrzała. W hangarze stał ulubiony środek trans-
portu  lokalnej  arystokracji,  prawdę  mówiąc  nie  tylko  lokalnej  -jacht  klasy  Mekuun 
Tikiar, smukły i groźny niczym powietrzny drapieżnik, od którego wziął swoją nazwę. 

Dwóch członków załogi... Oparła się  o ścianę ogniskując umysł i Moc. Oglądają 

mecz, bo się podłączyli na krótko do anteny satelitarnej ... 

Aha, Pancerniki znowu przegrywają. 
Uspokojona rozejrzała się po pomieszczeniu, do którego w drugą stronę prowadził 

korytarzyk. Był to magazyn pełen skrzyń o ciemnozielonej barwie i rozmaitej wielko-
ści, pozbawionych jakichkolwiek napisów. Za to na każdej był znak wytwórcy i numer 
katalogowy.  Mekuuńskie  działa  plazmowe  i  ciężkie  karabiny  laserowe,  seinarskie 
działka jonowe i ręczna broń - miotacze i blastery. Do tego ogniwa energetyczne typu 
Scale-50 przeznaczone do zasilania systemów uzbrojenia mniejszych, starszych maszyn 
TIE:  kanonierek,  a  także  mniejsze,  typu  C,  B  i  Scale-20  do  blasterów.  Wszystko  w 
ilości hurtowej. 

Nic dziwnego, że Jevax stracił łączność z BotUn, tam musiały lądować oddziały, 

których sprzęt tu widziała. Korytarz ponownie spełniał swoje zadanie i ponownie wła-
dze nic o tym nie  wiedziały. Tyle tylko, że tym razem władze były po jej stronie... A 
przerwy w łączności między dolinami zdarzały się tak często, że może minąć i tydzień, 
nim ktoś się tym zainteresuje i zacznie sprawdzać... 

-  Nagrałeś  wszystko?  -  spytała  nakładając  hełm  i  przygotowując  się  duchowo  do 

drogi powrotnej. 

Odpowiedziało jej stłumione piknięcie. 
 
Gdyby nie robot, nie dotarłaby do pojazdu, tak zwiększyła się siła wiatru, ale po 

nieskończenie długim, jak jej się zdawało, marszu, znaleźli się wewnątrz i Leia nie była 
w stanie zebrać myśli. 

Keldor był ostatnim projektantem imperialnej floty... 

background image

Dzieci Jedi 

192 

Ściągnięto go tu, by zaprojektował nową broń? Mało prawdopodobne. Coś takiego 

stosunkowo łatwo wykryć, poza tym jest to przedsięwzięcie niezwykle kosztowne i ani 
arystokracja, ani towarzystwa nie zaryzykowałyby ogromnych sum. Znacznie bardziej 
prawdopodobne było, iż potrzebny był jako konsultant do czegoś starszego, być może 
sprzętu Jedi, który Nubblyk i Drab systematycznie rozbierali i przemycali poza planetę. 
Może i bardziej prawdopodobne, ale instynkt podpowiadał Leii, że chodziło o coś inne-
go. 

Coś większego. 
Coś, co warte było zabójstwa Stinny i co musiało mieć związek z jej specjalnością, 

inaczej nie obawialiby się, że jakaś luźna informacja spowoduje, że zorientuje się, o co 
chodzi i zawiadomi władze Nowej Republiki o konkretnym niebezpieczeństwie. 

Czarny  masyw  skalny,  do  którego  przylegała  baza,  tworzył  pułapkę  wietrzną  na 

wschód  od  hangaru,  przez  co  nikt  nie  był  w  stanie  wyśledzić  z  powietrza  wejścia  do 
tunelu. Gdyby nie zasypywane przez śnieg ślady lodołaza, ona też nie byłaby w stanie 
go odszukać. A tak walcząc z wiatrem i sterami dotarła do celu, czyli do niewielkiego 
bunkra z permabetonu i leżącej tuż za nim jaskini. Tutaj niczego nie dobudowano i nie 
unowocześniono - wszystko wyglądało, jakby było od lat opuszczone; oprócz parkują-
cego w jaskini pojazdu na pajęczych nogach. 

To  się  nazywa  zaufanie  do  wspólników  -  gotowa  była  się  założyć,  że  z  miasta 

można się tu bez kłopotu dostać tunelami. Naturalnie jeśli się znało drogę i miało broń. 

Ostrożnie  cofnęła  maszynę  za  skały  i  wysiadła.  Na  szczęście  wiało  tu  znacznie 

słabiej  dzięki  skalnej  ścianie,  ale  i  tak  z  ulgą  powitała  podmuch  gorącego  powietrza, 
gdy Artoo otworzył starym sposobem drzwi do bunkra. Oboje weszli tam pospiesznie, a 
robot zasunął za nimi podwoje. Kolejna partia skrzyń o znajomej barwie i z oznacze-
niami Mekuuna, Seinara, stoczni Kuat Drive - wytwórni silników, Pravaat - konsorcjum 
z systemu Celanona specjalizujące się w produkcji mundurów. Słaby blask bateryjnych 
paneli jarzeniowych wystarczył, by dostrzec świeże ślady na posadzce  - ciągnięto coś 
ciężkiego, a plamy smaru świadczyły, że robiły to ciężko zużyte androidy. 

Ostrzeżenie Druba zaczynało nabierać coraz groźniejszej wymowy. 
Na podłodze widać też było pięć rodzajów odcisków, z których nie całkiem stop-

niał śnieg - wszystkie prowadziły do windy i cztery należały do ludzi, a ostatni do Ro-
dianina albo Sullustanina: wielu członków rady nadzorczej Seinar należało do tej pła-
skonosej rasy. 

- Artoo - powiedziała cicho. - Chcę sprawdzić, czy ten tunel łączy się z systemem 

tuneli pod Plawal, ale jeśli znajdziemy się w jakichkolwiek kłopotach, twoja nadrzędna 
komenda brzmi: dotrzeć do Hana i zdać mu relację z tego, co dziś widzieliśmy. Podaj 
mu współrzędne i wszystko inne. Ta komenda ma pierwszeństwo przed zwyczajową o 
ochronie mojej osoby. Rozumiesz? 

Robot pisnął i skierował się do windy. 
A  Leia  zajęła  się  sprawą  dozbrojenia  się.  Krótkie  acz  konkretne  przeszukanie 

skrzyń  dało  jej  miotacz  ognia,  półautomatyczny  karabinek  laserowy  i  paraliżującą 
włócznię, którą nauczyli ją posługiwać się na przyspieszonym kursie chłopcy z plutonu 

background image

Barbara Hambly 

193 

ochrony sztabu na Hoth, gdy wyglądało, że nie zdążą uciec przed wejściem szturmow-
ców. 

I także podeszła do windy, gdzie czekał Artoo. 
Sądząc z opisu Hana oraz z faktu, że Roganda spędziła tu część dzieciństwa, Leia 

była przekonana, że tunel, w którym się znalazła, łączył się z kryptami pod domostwem 
Pletta, choć nie miała pojęcia, co było w nim ukryte. 

Tunel  przez  długi odcinek był zwykłą,  wykutą  w  skale  drogą,  miejscami rozsze-

rzającą  się,  gdy  biegł  korytami  dawno  wyschniętych,  podziemnych  strumieni.  Wygła-
dzono jedynie podłogę, by umożliwić przejazd androidom transportowym, dla których 
zbudowano rampy i podwyższono wysokość tunelu. No i poprzerzucano solidne mostki 
nad wszystkimi szczelinami. Ściany zostały w stanie surowym  - bądź co bądź było to 
przejście handlowe, nie turystyczne. 

Dopiero po długim odcinku zaczęły się rozgałęzienia i skrzyżowania z innymi tu-

nelami  oraz  pieczary,  czasem  pełne  duszących  oparów,  czasem  mgły  z  kraterów  peł-
nych gorącego błota. Tu zaczęła iść wolniej, wytężając zmysły i pomagając sobie Mo-
cą, by wyczuć ślady pięciu osób, za którymi szła. Ulica Malowanych Drzwi, gdzie, jak 
twierdziła, mieszkała Roganda, dochodziła do półki skalnej, na której stał dom Pletta, a 
przed zainstalowaniem kopuły w dolinie regularnie szalały burze. Stąd wzięło się wła-
śnie zamiłowanie Mluków do budowy podziemnych przejść, które później wykorzystali 
i  rozszerzyli  przemytnicy.  Większość  starych  budynków  połączona  była  podziemnym 
labiryntem i choć nie  wszystkie domy przy tej uliczce stały na starych fundamentach, 
gotowa była się założyć, że zamieszkany przez Rogandę stał. 

Nadal nie dawało jej spokoju pytanie, dlaczego Roganda wróciła tu po śmierci Im-

peratora... Rozmyślania przerwał jej chrobot pazurów i przyspieszone sapanie. Wyczuła 
je, zanim Artoo gwizdnął ostrzegawczo, tak ściszając sygnał, by był ledwie słyszalny. 
Jednakże w plątaninie tuneli, jaskiń, magazynów wydrążonych w skałach, ramp i klatek 
schodowych prowadzących w górę i w dół nie mogła określić, z której strony zbliża się 
niebezpieczeństwo. Wiedziała jedynie, że zbliżało się z oddali i to szybko. 

- Prawdopodobnie prowadzi ich węch - powiedziała cicho. -A komuś, kto tu żyje, 

światło nie jest potrzebne, więc może się przydać na... zaświeć, Artoo. 

Robot ledwie zdążył  wykonać polecenie, czyli zmienić  się w choinkę, bo zapalił 

wszystko  co  mógł  na  swej  obudowie  oraz  wysunął  reflektor  na  wysięgniku,  gdy  na-
pastnicy ich dopadli. 

Rodianin, człowiek i dwóch Mluków- a raczej istoty, które kiedyś należały do tych 

ras. Leia miała w dłoni paraliżującą włócznię - broń nie tak groźną jak miecz świetlny, 
ale  w  rękach  kogoś  wyszkolonego  równie  niebezpieczną.  A  ona  była  wyszkolona,  o 
czym  przekonał  się  Mluk  przecięty  od  szyi  do  mostka.  Nie  czekając,  aż  zwali  się  na 
ziemię, przeniosła uwagę na Rodianina, którego zardzewiałe żelastwo zdążyło rozciąć 
rękaw jej kombinezonu i zadrasnąć skórę. W napastnikach nie było śladu jakichkolwiek 
uczuć,  choćby  strachu  czy  poczucia  niebezpieczeństwa.  Rodianin  padł  z  rozwaloną 
głową,  a  człowiek  wyrwał  jej  broń  nie  zważając,  że  rozcina  sobie  przy  tym  dłoń  do 
kości. Ledwie zdążyła złapać miotacz ognia i nacisnąć spust. Zapalili się jak pochodnie, 
a mimo to nadal atakowali, dopiero celne strzały z lasera położyły temu kres. Wściekła 

background image

Dzieci Jedi 

194 

i  przerażona  równocześnie,  podniosła  paraliżującą  włócznię,  gdy  rozbrzmiało  kolejne 
ostrzeżenie robota. 

Z mroków wypełzły krecze i natychmiast zajęły się rozszarpywaniem ciał zabitych 

i spijaniem ich krwi. 

Z głębi tuneli - z tyłu, z boków, praktycznie z każdego kierunku rozległy się dzikie 

wrzaski wzmacniane przez echo odbijające się od ścian. Nie trzeba było władać Mocą, 
by zrozumieć intencje wrzeszczących... 

Zabić! Zabić was wszystkich!... 
Teraz ruszyła biegiem, a Artoo oświetlał drogę. Łukowaty portal w skale prowa-

dził  do  dużej  jaskini  o  wygładzonych  ścianach.  Minąwszy  ją  wbiegła  na  wyłożone 
drewnem  schody.  Drewno  było  pogryzione  przez  krecze,  ale  most  przerzucony  nad 
gorącym strumieniem wydawał się mocny i solidny. Przebiegła po nim, minęła wejście 
do kolejnego tunelu, ale posłuszna ostrzeżeniu Mocy, by tam nie wchodzić, skierowała 
się ku innemu korytarzowi... 

Z drzwi wypadło na nią coś wielkiego, kudłatego i śmierdzącego, toteż cięła odru-

chowo i potwór zwalił się u jej stóp w fontannie krwi. Przeskoczyła ciało, Artoo obje-
chał je burcząc jakieś inwektywy i powietrze wokół  wypełnił chór wrzasków, ryków i 
na wpół rozpoznawalnych obelg. 

Niespodziewanie z lewej wyczuła schronienie. I to takie, jakiego od dawna szukała 

i  w którego istnienie  także dawno przestała  wierzyć. Bez wahania  skręciła  w tamtym 
kierunku ku trzem wejściom, zwieńczonym wspólnym łukiem. 

Przestronny korytarz pełen stalaktytów i cienkich zasłon złóż mineralnych formu-

jących  się  od  szczelin  w  stropie.  Trzy  łukowato  sklepione  wejścia.  Artoo  oświetlił 
środkowe i poczuła się tak jak w wieży, gdy widziała i słyszała rzeczy z innego czasu. 

Dziecięce głosy. 
Przejmująca obecność Mocy. 
Weszła  do  środka  i  znalazła  się  w  długim  pomieszczeniu  pełnym  przedziwnych 

sprzętów i urządzeń. Szklany zbiornik o ściankach grubych na kilka centymetrów, cał-
kiem pusty, jeśli nie liczyć cienkiej warstwy piasku na dnie. 

Inny  szklany  zbiornik  w  kształcie  cylindra,  wysoki  na  metr  i  hermetycznie  za-

mknięty, a zawierający jedynie szkielet liścia. 

Kula z czarnego szkła wulkanicznego, złoty pierścień i szmaciana lalka leżące ob-

ok siebie na stole. 

Cała tylna ściana zajęta była przez znajdujące się w idealnej równowadze urządze-

nie składające się ze sfer, pierścieni, prętów i dźwigni połyskujących w tajemnej zachę-
cie. Dwa inne urządzenia złożone z wiader, szybów i wypolerowanych, stalowych kul 
równocześnie  przyciągały,  kusiły  i  kpiły  ze  zdolności  umysłu  monumentalną  głupotą 
potencjalnych reakcji łańcuchowych. 

Szklana kula pełna różowozłocistego płynu, który zdawał się poruszać pod wpły-

wem drgań wywołanych jej krokami. 

Dzieci tu były - ich radość i fascynacja przesiąknęły kamienne mury. 
Nie wiedziała, kim były, ale odnalazła ich zabawki. 

background image

Barbara Hambly 

195 

Ostrożnie  dotknęła  szklanej  kuli  -  gdy  palce  zetknęły  się  ze  szkłem,  molekuły 

czerwieni oddzieliły się od różowego roztworu tworząc  chmury. Ostrożnie  -  bo  Luke 
nigdy  o  czymś  podobnym  nie  wspominał,  choć  było  to  śmiesznie  łatwe...  Siłą  woli 
rozdzieliła  barwy  tak,  by  złoty  był  na  górze,  a  karmazyn  na  dole.  Coś  w  karmazynie 
skłoniło  ją  do  przywołania  Mocy...  wśród  molekuł  barwy  krwi  kryły  się  kobaltowe. 
Było ich niewiele, ale na cienki pas rozgraniczający wystarczyło. 

Takich zabawek potrzebowały jej dzieci: Jacen, Jaina i Anakin, kiedy dorosną. 
Większości nie mogła zrozumieć, choć wydawały się niesamowicie wręcz proste: 

po co krąg z pustych pojemników o prostych ścianach i rozmaitej wielkości? Na czar-
nym blacie, na którym stały, pozostały ślady jakby wody... czy ich wzajemne położenie 
na stole stanowiło część zagadki? 

Do czego służyły  metalowe  sfery, dziwnie  ciężkie  i uszeregowane  na  regale  we-

dług wielkości? 

Zwisające  z  sufitu  drążki,  liny  i  uchwyty  służyły  do  ćwiczeń  fizycznych.  ..  na 

pewno? 

Było to miejsce, które Luke powinien zobaczyć. 
Nic z tego, co widziała, nie było nawet wspomniane w holocronie ani w zapisach 

uratowanych z wraku okrętu Jedi Chu'unthor. Może dlatego, że były to dla nich rzeczy 
tak oczywiste, jak dla zwykłego człowieka alfabet czy tlen. 

Nagle coś zwróciło jej uwagę - w cieniu między elementami największej zabawki 

było coś... sięgnęła ostrożnie i wyjęła mały woreczek z czarnego plastenu pokryty py-
łem, którego zapach przypomniał j ej błękitnozieloną planetę będącą domem Tomli Ela 
na planecie Ithor: yarrock. 

Tego na pewno nie zostawili tu Jedi. A więc kto? 
Stojący przy drzwiach Artoo gwizdnął ostrzegawczo. 
Wrzaski pozbawionych umysłu strażników podziemia umilkły. Powietrze wydało 

się gęstnieć, zapadać w sobie niczym roztwór przechodzący ze stanu płynnego w stały. 
Moc. Potężna ściana ciemnej siły maskująca wszystko ciszą. 

A potem z tej ciszy i mroku dało się słyszeć ciche  skrobanie, a jakaś zmiana ci-

śnienia  w gorącej atmosferze podziemi przyniosła falę smrodu przypominającą gigan-
tyczne szambo, od którego uniosły się jej włosy na karku. 

-  Wynosimy  się  stąd,  Artoo!  -  poleciła  wsuwając  paczuszkę  na  miejsce  i  oboje 

wybiegli  do  jaskini,  przez  którą  płynął  strumień.  Robot  oświetlił  podłogę  po  drugiej 
stronie i oboje zamarli - podłoga poruszała się. Czarne, lśniące kształty właziły jeden na 
drugi przy akompaniamencie obrzydliwego skrobania i drapania chityny. 

- Nie radziłabym tego, Wasza Wysokość. 
W  prowadzących  na  prawo  drzwiach  stała  Roganda  Ismaren  w  tej  samej  co  po-

przednio białej sukni, a obok niej ubrany na czarno chłopak, podobnie jak ona drobnej 
budowy  i  o  kruczoczarnych  włosach.  Na  pierwszy  rzut  oka  widać  było  między  nimi 
duże podobieństwo. 

Za  nimi  stali  Keldor,  Drost  Elegin  i  jeszcze  jeden  mężczyzna,  którego  nie  znała: 

masywny, około pięćdziesiątki o twardych rysach i także ubrany na czarno. 

- Artoo! - poleciła Leia nie odwracając się. - Idź! 

background image

Dzieci Jedi 

196 

Na znak Rogandy Elegin i ten trzeci ruszyli, by odciąć robotowi drogę do mostu. 

Uniosła miotacz ognia. 

- Och, proszę! - Chłopak nagle uśmiechnął się ironicznie i ostrzeżona tym zdążyła 

odrzucić broń, nim zbiornik, rozgrzany niespodziewanie do czerwoności, eksplodował. 

Na  wszelki  wypadek  zrobiła  to  samo  z  laserem  i  złapała  paraliżującą  włócznię, 

czując umysł chłopaka usiłujący wyrwać jej broń z ręki. Postawiła zasłonę Mocy i roz-
winęła ją na podobieństwo ściany między Artoo a zbliżającymi się ku niemu mężczy-
znami. 

Elegin nacisnął spust miotacza, ruszyła ku niemu, zmuszając do cofnięcia się. Nie 

mogła wyrwać mu z ręki broni, by nie osłabić własnej osłony - wtedy chłopak zrobiłby 
z nią dokładnie to samo. 

- Nie strzelaj, idioto!  - ryknął nieznajomy, w ostatniej chwili uskakując przed ry-

koszetem. 

-  Przestańcie  tracić  czas!  -  odezwał  się  chłopak  koncentrując  spojrzenie  kobalto-

wych oczu na robocie. - Wracaj tu! Natychmiast! 

Artoo zdążył w tym momencie przejechać przez most i znajdował się o parę me-

trów od wylotu tunelu. Teraz słysząc polecenie stanął, z czego skorzystały krecze usiłu-
jąc się na niego wdrapać, co przy ich wielkości i jego gładkich bokach nie miało prawa 
się udać. 

- Wracaj! - powtórzył chłopak. - Nigdzie nie idziesz! 
- Artoo, idź! - Leia przesunęła się w bok, by widzieć i robota, i obu przeciwników. 
-  Nie  wygłupiaj  się!  -  parsknął  chłopak.  -  Skoro  prawie  go  zmusiłem,  żeby  was 

wysadził  w  powietrze,  to  myślisz,  że  nie  wykona  tak  prostego  polecenia?  Każę  mu 
wjechać w wodę i będzie spokój, jak sobie zrobi spięcie. Otwórz wszystkie klapy tech-
niczne i wróć tu o półtora metra w lewo od swego poprzedniego kursu. 

- Artoo! 
Astromechaniczny robot zakołysał się i gwizdnął rozpaczliwie. 
- Chodź tu! - polecił chłopak. 
- Irek, odeślij krecze, a Garonnin załatwi... 
- Nie! - warknął chłopak marszcząc brwi i nie odrywając wzroku od Artoo. - Kaza-

łem mu tu wrócić i nie wykonał polecenia! Masz tu przyjechać o półtora metra... 

- Artoo, wykonaj polecenie, jakie ci dałam i wynoś się stąd! Robot podjechał ka-

wałek w tył, potem trochę w lewo, znowu kawałek w przód, ignorując przy tym ciemne 
kształty, które usiłowały na niego wleźć i te, które rozgniatał poruszając się. 

-  Wracaj  tu!  -  Opanowanie  nagle  zniknęło  z  głosu  Irka.  -  Półtora...  Artoo  zrobił 

małe kółko i skierował się do tunelu. 

-  Odeślij  krecze!  -  Garonnin  ruszył  w  stronę  mostu,  ale  stanął  widząc,  jak  Leia 

unosi wibroostrze włóczni. 

- Kiedy znajdzie się w tunelach, nie zdołamy go wyśledzić i złapać! 
- Wykonaj moje polecenie! - wrzasnął Irek ignorując go zupełnie. - Wracaj! 
- Wyobraź sobie schemat... - zaczęła spokojnie Roganda, ale nie dał jej skończyć. 
-  Wiem,  co  powinienem  zrobić!  Poprzednio  działało...  Artoo  zniknął  w  wylocie 

tunelu, zostawiając za sobą potrójny szlak rozjechanych ohyd i Irek ruszył za nim, ślepy 

background image

Barbara Hambly 

197 
i  głuchy  z  wściekłości  pomieszanej  z  niedowierzaniem.  Leia  bez  trudu  wyczuła,  jak 
koncentruje Moc i posyła ją wściekłym pchnięciem za robotem... 

I  przypomniała  sobie  Chewbaccę  wśród  zwojów  drutu,  grzebiącego  we  wnętrzu 

robota. 

- Odeślij krecze... 
- Nie zawracaj mi głowy! - Irek odepchnął Garonnina i skierował się w stronę mo-

stu. 

Leia zagrodziła mu drogę unosząc wibroostrze. Stanął, spojrzał na nią zaskoczony, 

że ktoś ośmiela się sprzeciwić jego woli i Leia poczuła szarpnięcie Mocy, gdy spróbo-
wał  wydrzeć  jej  rękojeść  z  dłoni,  toteż  wzmocniła  chwyt  i  skoncentrowała  wszystkie 
siły i zdolności na przeciwniku. 

Błękitne oczy, przypominające połyskiem szkło, rozszerzyła nagła furia i chłopak 

sięgnął  do  pasa,  odczepiając  miecz  świetlny  o  czarnej  rękojeści.  Równocześnie  Leia 
poczuła, że coś zaczynają dusić odbierając oddech... Nie trzymał miecza prawidłowo, 
używając  chwytu  i  postawy  przeznaczonych  do  formalnego  pojedynku,  nie  do  walki. 
Luke załatwiłby się z nim w dwie sekundy, ale ona nie była Lukiem... 

Uaktywnił ostrze i zaatakował, a Leia zamarkowała cios w szyję, prześliznęła się 

pod uniesionym ostrzem i prawie udało się jej odciąć mu nogi w kostkach. Gdyby nie 
to,  że  desperacko  walczyła  o  powietrze,  udałoby  się.  W  następnej  sekundzie  chłopak 
runął do ataku wrzeszcząc wściekle... 

- Irek! - krzyknęła Roganda. Krecze zaczęły włazić na most. 
Leia  poczuła  osłabienie  obręczy  ściskającej jej  szyję  i  zobaczyła,  że  paskudztwa 

dotarły do środka mostu i kotłują się, jakby zatrzymała je niewidzialna bariera siłowa. 
Dalej, przy wjeździe do tunelu, też  się  kotłowały pożerając ciała zmiażdżonych przez 
Artoo. 

-  To  jej  wina!  -Słychać  było,  że  Irek  jest  zły.  -Ona  coś  robi,  tylko  nie  wiem  co! 

Przestało działać: ten robot powinien był wrócić na moją pierwszą komendę! Mówiłem 
ci, że ten stary dureń powtarzał... 

-  Uspokój  się  i  zamilcz,  synu!  -  przerwała  mu  Roganda  tonem  nie  znoszącym 

sprzeciwu. 

I poskutkowało. 
Najwidoczniej  Irek,  podobnie  jak  Leia,  zrozumiał,  że  nie  należy  wszystkiego 

ujawniać przy obcych. 

-  Lordzie  Garonnin,  lordzie  Elegin  -  głos  Rogandy  stał  się  z  powrotem  słodki  i 

nieco bezradny, jak podczas rozmowy z Leią-cofnijcie się, proszę, i rozwiążemy ten w 
sumie  prosty  impas.  Irek,  pamiętaj,  by  nie  tracić  cierpliwości  i  zawsze  wybierać  naj-
prostsze rozwiązanie. Wasza Wysokość... 

Poczekała,  aż  obaj  mężczyźni  ją  miną,  obserwując  przy  tym  Irka,  który  stał  tuż 

poza  zasięgiem  ostrza  paraliżującej  włóczni,  spoglądając  na  zmianę  to  na  Leię,  to  na 
krecze. 

-  Racja  -  uśmiechnął  się  nagle.  -  Albo  położysz  broń,  księżniczko,  albo  pozwolę 

im przejść przez most. Zresztą nie wiem, czy i tak tego nie zrobić. 

Cofnął się o krok i o ten sam krok zbliżyła się czarna fala. 

background image

Dzieci Jedi 

198 

- Irek! - W głosie Rogandy słychać było ledwie tłumioną furię. Leia także przeszła 

o krok, ale doskonale wiedziała, że nie ma wyjścia: przy szybkości, z jaką potrafiło się 
poruszać chitynowe ohydztwo, nie mogła zdążyć uciec, nie wspominając już o tym, że 
nie miała pojęcia, dokąd miałaby uciekać, ani gdzie leżał obszar gwarantujący bezpie-
czeństwo przed kreczami. O ile taki istniał. Poza tym Elegin miał dość czasu, by przea-
nalizować sytuację i mierzył do niej z blastera, a cieszył się zasłużoną reputacją dobre-
go strzelca. 

- A dlaczego by tego nie skończyć tu i teraz? - spytał niespodziewanie Irek. - Bez 

niej Republika się rozsypie... 

- Bez niej po prostu wybiorą nową głowę państwa  - odparł cicho i nie kryjąc po-

gardy lord Garonnin. 

I nie czekając minął Rogandę, kierując się ku Leii, która resztką opanowania po-

wstrzymywała  się  od  ucieczki  na  oślep,  byle  dalej od odrażających,  chitynowych  po-
tworków. 

- Proszę oddać broń, Wasza Wysokość. To jedyna nadzieja, by  wyjść z życiem z 

tej sytuacji. 

Leia nie miała złudzeń, jaka to była nadzieja, ale wyłączyła wibroostrze, podając 

mu broń rękojeścią do przodu. 

background image

Barbara Hambly 

199 

R O Z D Z I A Ł  

17 

Kiedy  u  Nichosa  stwierdzono  objawy  choroby  Quannota,  Cray  postanowiła,  że 

musi coś zrobić. 

Luke  przypomniał to sobie,  gdy z  trudem  łapiąc  oddech oparł się  o ścianę  piątej 

czy szóstej schodni wskazanej przez Callistę, czekając aż przestanie drżeć z wyczerpa-
nia.  Noga  była  jednym  wielkim  ogniskiem  bólu,  pomimo  podwójnej  dawki  perigenu. 
Przyłożył czoło do zimnej ściany i powiedział sobie ponownie, że musi zacząć działać. 

Wkrótce  wejdą  w nadprzestrzeń  -  każde, nawet  najdłuższe  oczekiwanie  wreszcie 

się skończy. Komputer, raz uruchomiony, doprowadzi misję do końca i nic go nie bę-
dzie  obchodziło,  czy  po  upływie  trzydziestu  lat  ma  ona  sens,  czy  nie.  A  coś  mówiło 
Luke'owi,  że  chodziło  o  coś  więcej  niż  zniszczenie  dawno  wytyczonych  celów.  Coś, 
albo ktoś, chciało dysponować tym okrętem. Coś mogące użyć Mocy do oddziaływania 
na  androidy  i  urządzenia  mechaniczne.  Coś,  co  z  daleka  i  mimo  uszkodzeń  sprzętu 
zdołało obudzić Wolę i uaktywnić główny komputer. 

Cokolwiek  by  to  było,  nie  mógł  pozwolić,  by  miało  do  dyspozycji  tak  potężną 

broń. Stanowiło to zdecydowanie zbyt wielkie ryzyko i stwarzało niebezpieczne moż-
liwości. 

Nawet za cenę życia Callisty. 
O tym ostatecznym rozwiązaniu wolał nie myśleć. Perspektywa, że jej już nie bę-

dzie, była zbyt przygnębiająca, by rozważać ją w obecnych warunkach, bo była gorsza 
od rwania w nodze... Gorsza nawet od bólu wywołanego zrozumieniem, kim naprawdę 
był jego ojciec. Prawdę mówiąc, nie był pewien, czy potrafiłby to znieść. 

Wsparł się  na  barierce, postawił zdrową  nogę  na  kolejnym  stopniu,  wyprostował 

się  i  podciągnął  bolącą.  Oparcie,  krok,  wyprostowanie,  podciągnięcie.  Każdemu  ru-
chowi towarzyszył ostry ból mięśni barków i pleców protestujących przeciwko nienor-
malnemu obciążeniu, któremu poddawane były od wielu już dni. Zapas perigenu, który 
Threepio zebrał z apteczek na poziomach od dziewiątego do czternastego, był na  wy-
czerpaniu i o przyszłości Luke wolał nie myśleć. Gdy stracił dłoń, po kilku godzinach 
był pod opieką medyczną i prawdę mówiąc oddałby wiele za działający blok medyczny 
czy funkcjonującego androida typu Two-Onebee. 

background image

Dzieci Jedi 

200 

Chronometr wskazywał kilka minut po dziesiątej, Threepio powinien już zlokali-

zować główne łącze komunikacyjne i znaleźć linię kontrolującą interkomy na poziomie 
dziewiętnastym. Informacja naturalnie była zastrzeżona, ale Wola nie mogła przeszko-
dzić  Calliście  przesłać  sygnału namiarowego przez  cały poziom,  wystarczająco inten-
sywnego, by wyłapały go wrażliwe czujniki androida. Zamilknięcie linii złożone zosta-
nie  na karb Jawów, którym nie robiło to żadnej różnicy, czyli oficjalnie na rebelianc-
kich sabotażystów. Albo też gdy strażnicy na poziomie dwudziestym pierwszym usły-
szą  fałszywe  sygnały  Ugbuza.  Przy  odrobinie  szczęścia  powinien  dotrzeć  do  celi  i 
uwolnić Cray, zanim zrozumieją, że dali się nabrać. 

Kompletne  ciemności  i  słabe  postukiwania  powitały  go  za  otwartym  włazem 

oznaczonym numerem siedemnaście. Znajdowało się tam jedno z okrętowych centrów 
odzyskujących  i  przetwarzających  tlen,  wodę  i  żywność.  Ponieważ  z  założenia  było 
niedostępne dla załogi i obsługiwane wyłącznie przez automaty, oświetlenie stanowiło-
by zbędny luksus, toteż  go nie  instalowano. W  migotliwym świetle przymocowanych 
do  laski  lamp  dało  się  zauważyć  androidy,  zajęte  rozmaitymi  zadaniami  i  całkowicie 
ignorujące  jego  wejście.  Rozpoznał  jedynie  Espe  Osiemdziesiątki.  Reszta  nie  była 
przeznaczona  do  obcowania  z  istotami  inteligentnymi,  toteż  funkcjonalność  górowała 
nad estetyką, a w ich przeznaczeniu mógłby połapać się jedynie konstruktor. Luke nie 
zawracał sobie tym głowy, uważając tylko, by nie wejść w drogę tym większym, jak na 
przykład ociężały Magnobore, któryż uporem żółwia-idioty próbował staranować jego 
łydkę.  Te  duże,  a  były  tu  egzemplarze  rozmaitych  wielkości,  mogły  być  groźniejsze 
przy bezpośrednim kontakcie. 

Ponad ramieniem unosił mu się ciemny kształt zwiadowcy, posuwając się na nie-

widzialnej uprzęży promienia siłowego, emitowanego przez pilota, którego Luke scho-
wał do kieszeni. Na wszelki wypadek przed ostatecznym montażem odłączył wszystkie 
zewnętrzne  kontrolki,  lampki  i  inne  świecące  elementy  -  po  co  ułatwiać  zadanie  Ga-
morreanom? 

Zgodnie z instrukcją skręcił w prawo, a potem w drugi korytarz w lewo... ściana... 

wąski  szyb  biegnący  pod  kątem  czterdziestu  pięciu  stopni...  Zaczął  się  koncentrować 
przezwyciężając ból i otępienie wywołane perigenem i po raz nie wiadomo który zasta-
nowił się, czy  nie  lepiej by  funkcjonował  bez lekarstw, za to z  gorączką  i  w ciągłym 
stresie wywołanym przez ból. 

Minął zakręt i znieruchomiał. 
Na korytarzu leżał martwy Jawa. 
Wokół ramienia miał owinięty kabel, obok leżała otwarta torba. .. Luke dokuśtykał 

do niego i przyklęknął - dopiero wówczas zobaczył wypaloną w boku dziurę po trafie-
niu  z  blastera.  Wokół  otwartej  torby  poniewierały  się  zasilacze  i  baterie  najrozmait-
szych rozmiarów... 

Cichy warkot spowodował, że uniósł głowę  - przed nim znieruchomiały dwa an-

droidy  nieznanego  typu.  Wielkości  Artoo,  żyro-skopowo  zrównoważone  na  pojedyn-
czych kołach, przypominały stare modele androidów przesłuchujących, tyle że zamiast 
manipulatorów wielofunkcyjnych miały długie, podobne do macek chwytaki, a czujniki 
optyczne umieszczone na szypułkach i dziwnie przypominające zimne oczy. Androidy 

background image

Barbara Hambly 

201 
nie były duże, ale było w nich coś takiego, co mają niektóre owady - nawet pozostając 
w bezruchu potrafią wywołać groźne wrażenie. 

Powoli cofnął się, wstając równocześnie. 
Macki wysunęły się z cichym sykiem, objęły ciało i uniosły je, po czym oba an-

droidy ruszyły szybko, skąd przybyły. Na szczęście droga nie była daleka, gdyż inaczej 
zaintrygowany Luke nie byłby w stanie za nimi nadążyć. Dogonił je przy włazie pro-
wadzącym  do  przestronnego  pomieszczenia  oświetlonego  jedynie  zielonkawym  bla-
skiem  czytników  i  ekranów  kontrolnych,  śmierdzącego  niczym  bagno:  amoniakiem, 
rozkładem i zgnilizną. Niewielkie pasemka pary unosiły się spod pokryw trzech cylin-
drycznych, masywnych zbiorników, których krawędzie znajdowały się metr nad meta-
lową podłogą. Androidy podeszły do najbliższego, pokrywa odsunęła się i smród pra-
wie odebrał mu oddech, a pomieszczenie wypełniła sięgająca kolan para, która kłębiła 
się jak oszalała. 

Roboty zgodnym ruchem uniosły trupa i wrzuciły do kadzi, czemu towarzyszyło 

niegłośne chlupnięcie, i zasunęły klapę. W ścianie, koło której stał Luke, coś załomota-
ło, zaszczekało i otworzyła  się  klapa  zamykająca  zsyp, z  którego  wypadły klamry do 
pasów,  rozmaite  sprzączki,  hełm  szturmowca,  trochę  na  wpół  rozpuszczonych  kości, 
ociekających  brunatnym  kwasem  enzymatycznym.  Wszystko  też  wylądowało  w  po-
jemniku, którego Luke poprzednio nie zauważył. 

Z pojemnika szczerzyła się gamorreańska czaszka. 
Przełknął ślinę czując nagle w gardle jajka gukkeda i cofnął się odruchowo. Nie-

wiele pomogła świadomość, że aby produkt rozkładu enzymatycznego został przetwo-
rzony w coś nadającego się do spożycia, wymagało najmniej dwóch tygodni, w związ-
ku z czym jajka musiały pochodzić z zapasów, jakie załadowano na pokład. 

Wycofał  się  na  korytarz  i  ruszył  dalej.  Kolejny  właz  prowadził  do  zapasowego 

pomieszczenia ze zbiornikami enzymatycznymi zamkniętymi na głucho i nieczynnymi. 
Pod ścianami stały nieruchome roboty, ale gdy zaczął zdejmować pokrywę szybu tech-
nicznego,  jeden  wyposażony  w  trzy  manipulatory  ożył,  schylił  się  i  z  mechanicznym 
uporem  wyjął  mu klapę  z  rąk. Nim zdążył ją  założyć, Luke  nacisnął  umieszczony  na 
jego plecach wyłącznik i automat zamarł, nadal z klapą w uniesionych chwytakach. 

Krata  enklizyjna  szczerzyła  laserowe  zęby  niczym  połamane  i  niesymetrycznie 

umieszczone kły niknące w górze w mroku. Ostrożnie wychylił się - szyb zaopatrzony 
był  w  pochyłą  rampę  biegnącą  przez  dwa  poziomy,  ale  zbyt  stromą  dla  kogoś  o  tak 
bezużytecznej nodze jak jego. 

Prostokątny, asymetryczny wzór na ścianach zdawał się zachęcać do próby... 
„To  tak  jak  z  miotaczem..."  -  przypomniały  mu  się  słowa  Callisty.  -  „Im  więcej 

strzałów cię trafi, tym trudniej się skoncentrować..." 

Wyjął z kieszeni pilota i srebrzysty kadłub zwiadowczego androida znalazł się w 

zasięgu jego ręki. 

Luke  skoncentrował  się-przedtem  dokładnie  obejrzał  mocowanie  i  zamknięcie 

włazów wiodących na pokład, toteż gdy zebrał wystarczającą ilość Mocy, samo otwar-
cie prowadzącego na właściwy poziom nie było problemem. Większą trudność sprawiło 
mu zerwanie zawiasów, by nic lub nikt nie zdołał go zamknąć niepostrzeżenie. Poprzez 

background image

Dzieci Jedi 

202 

zmęczenie i ból poczuł, jak metal się poddaje i usłyszał przytłumiony łoskot, gdy właz 
uderzył o podłogę. 

Łagodny podmuch przemknął szybem owiewając mu twarz. 
- No, bracie - szepnął. - Do roboty! 
Przesunął pilotem androida tak, by znalazł  się o centymetry poza zasięgiem lase-

rów  i  skoncentrował  się,  odsuwając  na  bok  ból  i  zmęczenie.  Przez  moment  miał  w 
umyśle pełny obraz kraty, choć bez jej laserowego klucza ogniowego, i czuł wzbierają-
cą energię kinetyczną, gotową do działania niczym wycelowane w ciemność działo. 

To było jak błyskawica, jak  wyzwalający  krzyk-i  w cichej eksplozji android po-

mknął  w górę, niczym wystrzelony z armaty. W jego kierunku poleciało ledwie  kilka 
laserowych strzałów, a i tak wszystkie poza dwoma chybiły. 

A potem krata przestała reagować, bo był już poza zasięgiem. 
Luke sprawdził monitorek pilota: android nadal funkcjonował. 
Z ulgą oparł czoło o ścianę dziękując Mocy i innym Siłom wszechświata. 
I odwrócił się, bo coś znalazło się za nim i przez moment miał wrażenie, że jego 

rękodzieło znalazło się  równocześnie  w dwóch  miejscach. W następnej sekundzie  za-
działał refleks - uskoczył, by nie oberwać z blastera: to, co znalazło się za nim, to był 
normalny, w pełni sprawny i uzbrojony android zwiadowczy. Promień trafił go w obcas 
buta na rannej nodze i przypomniał mu się martwy Jawa. Wiedział już, dlaczego auto-
maty zdolne zabijać patrolowały okręt... 

Sięgnął po laskę i cofnął rękę, gdy nowa wiązka energii zrykoszetowała od pokła-

du  -  druga  srebrzysta  kula  wypłynęła  z  mroku.  Na  łące,  nim  został  ogłuszony,  obser-
wował je w akcji i wiedział, że potrzebują ułamków sekundy na uaktualnienie danych 
celu  i  strzelają  dopiero,  gdy  podobna  do  czułków  wiązka  czujników  znieruchomieje, 
toteż  cały  czas  pozostawał  w  ruchu,  tocząc  się,  uskakując  i  obracając  w  miejscu.  Po 
paru sekundach drugi android otworzył ogień waląc serią w podłogę, by zmusić go do 
ruchu w stronę szybu i czekającej tam laserowej pułapki. 

- Cwaniak - mruknął z lekkim uznaniem Luke i skoczył. 
Bardziej  dzięki  szczęściu  niż  wyliczeniu  przedostał  się  nietknięty  przez  ostrzał, 

przyklęknął i wyjął z kieszeni lusterko diagnostyczne z polerowanej stali. Oba androidy 
zwróciły się ku niemu i przez moment korytarz zamarł w bezruchu. A potem pierwszy 
strzelił. 

Luke złapał promień w zakrzywione zwierciadło, dzięki Mocy ustawione pod ide-

alnym kątem - odbity, trafił drugiego androida, nim ten zdążył strzelić, i zmienił go w 
eksplodujący  granat.  Odłamki  poorały  mu  twarz,  ale  wybuch  pozwolił  przestawić  lu-
sterko, dzięki czemu kolejny strzał pierwszego napastnika był zarazem jego ostatnim. 
Gdyby ktoś miał poetyckie skłonności, mógłby powiedzieć, że android popełnił samo-
bójstwo. Luke takowych nie miał. 

Nie miał też sił - gimnastyka wykończyła go tak, że leżał na podłodze zastanawia-

jąc się, czy to, co mu  spływa po twarzy, ma  w sobie  więcej potu czy krwi. Gdy jako 
tako odzyskał oddech, uniósł się rozglądając za laską i przy okazji zobaczył, co zostało 
z  obu  androidów  -  z  jednego  rozrzucone  po  korytarzu  manipulatory,  z  drugiego  pół 

background image

Barbara Hambly 

203 
dymiącej kuli, jakimś cudem nadal unoszącej się w powietrzu. A potem zza narożnika 
wyjechały trzy SP-80. 

Runął ku drzwiom zaskoczony ich szybkością i używając Mocy, by przywołać la-

skę w tym samym momencie, gdy ocknął się żyroskopowy grabarz sięgając ku niemu 
macką.  Luke  zatrzymał  się,  widząc  dwa  kolejne  SP-80  i  największego  Tredwella,  ja-
kiego w życiu miał okazję obejrzeć - to musiał być model 500 albo 600, przeznaczony 
do prac przy naprawdę dużych silnikach okrętowych, sądząc po grubości opancerzenia i 
masywności manipulatorów. 

Klnąc pod nosem, uaktywnił miecz tuż przed tym, jak srebrzysta macka złapała go 

za nadgarstek, a cios w plecy pozbawił na moment oddechu. Luke przerzucił miecz do 
lewej  ręki  i  jednym  płynnym  cięciem  odrąbał  pierwszemu  grabarzowi  mackę,  a  dru-
giemu sensory. Coś innego, masywniejszego pchnęło go z tyłu, posyłając na posadzkę, 
ale  zdążył  się  okręcić  padając  i  przerywając  cięciem  serwokable  unieruchomił  złośli-
wego SP-80. Problem z androidami polegał na tym, że nie znały strachu ni bólu, toteż 
nie  można  było  ich  wyłączyć  z  walki  inaczej  niż  całkowicie  niszcząc.  Luke  robił  co 
mógł,  odcinając  sensory,  przecinając  przewody  i  rozwalając  serwomechanizmy,  ale 
było ich po prostu za dużo, a pancerz Tredwella wytrzymywał laserowe ostrze bez tru-
du. Skonstruowano go do prac w naprawdę wysokich temperaturach i nic słabszego od 
przeciwpancernego działka plazmowego nie mogło mu zaszkodzić. Gdy dotarł do Lu-
ke'a,  walka  praktycznie  się  skończyła:  złapał  go  za  ramiona  przyciskając  ręce  do  bo-
ków, podniósł i skierował  się ku najbliższemu  zbiornikowi z  enzymami.  Te  z androi-
dów, które były w stanie się poruszać, poszły za nim. Nie było ich wiele i Luke z pew-
ną satysfakcją stwierdził, że żaden nie był cały. Stanowiło to niewielką pociechę, jako 
że sam Tredwell wystarczył, by z nim skończyć. 

Smród nasilił się, gdy pokrywa zbiornika odsunęła się wypuszczając parę, i ukazał 

się czerwono-brązowy płyn, bulgoczący wewnątrz zbiornika. 

Luke zwiotczał i wyłączył miecz koncentrując wokół siebie Moc. Jak liść na wie-

trze... 

Android uniósł go nad otwarty zbiornik i puścił. Luke odprężył się, jakby zasypiał, 

i  wykorzystał  Moc.  Jego  ciało  przesunęło  się  delikatnie  nad  parującą  powierzchnią 
kołysząc się lekko i doleciało do przeciwległej krawędzi zbiornika, przy której nie było 
żadnych androidów. Przeleciał ponad tą krawędzią i lewitacja dobiegła końca - rąbnął o 
podłogę, podlegając już jak każdy prawom grawitacji. Zerwał się natychmiast i kuśty-
kając ruszył ku drzwiom, dopingowany przez mechaniczne hałasy wznowionego pości-
gu. 

Na szczęście musiał nieźle poharatać androidy, gdyż zdołał przed nimi dotrzeć do 

drzwi  i  otworzyć  panel  ręcznego  sterowania.  Dwoma  cięciami  zmienił  bezpieczniki, 
przyciski i instalacje w jedną stopioną masę i drzwi z łomotem opadły, oddzielając go 
od prześladowców. 

Zdołał nawet spory kawałek się odczołgać, nim zemdlał. 
 
- Posłuchaj mnie, Callisto: możemy to zrobić. - W głosie mężczyzny słychać było 

zniecierpliwienie i irytację, ale próbował nad nimi panować. 

background image

Dzieci Jedi 

204 

Wsunął masywne dłonie za szeroki pas i spojrzał w ciemność, obramowaną lekko 

połyskującym prostokątem pola  magnetycznego. Luke z  niejakim zdziwieniem rozpo-
znał  hangar,  tym  razem  jasno  oświetlony  panelami  świetlnymi  i  mniej  przestronny, 
gdyż obok podziurawionego myśliwca typu Y stała kanonierka klasy Skipray, zajmują-
ca większość miejsca. Ciemność za polem magnetycznym rozświetlały dryfujące frag-
menty  Mgławicy  Stokrotka,  poznaczone  miejscami  czarnymi  plamkami  asteroid,  co 
dawało dziwną grę światłocieni. 

- Ogień obronny na wzór podwójnej elipsy. - Oczy mówiącego były jasnobłękitne, 

kontrastujące  z  co  najmniej  trzydniowym,  rudawym  zarostem  i  złotym  kolczykiem  w 
uchu. - Już raz się przez niego przedostaliśmy, prawda? 

- Za pośrednictwem Mocy: inaczej nie byłoby co marzyć. -Pierwszy raz miał oka-

zję zobaczyć ją wyraźnie. 

Tak jak się spodziewał, była wysoka, szczupła, ale nie chuda. Podobnie jak męż-

czyzna ubrudzona, nie myte włosy związała na karku, twarz miała wymazaną smarem i 
sadzą. Odłamek czegoś zranił ją w czoło, a sposób, w jaki opatrzono ranę, musiał skoń-
czyć się pozostawieniem blizny. Głos przypominał dym i srebro. 

Była piękna. Luke nigdy nie widział tak pięknej kobiety. 
- Wydaje mi się, że miałem coś wspólnego z tym, że dolecieliśmy... 
- Bo miałeś - zdziwiła się, że poczuł się urażony.  - Naturalnie, że miałeś, Geithu. 

Moc... 

- Wiem. - Machnął ręką jakby odganiał stare argumenty. - Chodzi mi tylko o to, że 

są inne sposoby osiągnięcia tego, na czym nam zależy, niż dać się zabić bez gwarancji 
sukcesu. 

Zapadła cisza, a sądząc ze sposobu, w jaki stała, i z min obojga, nie była to pierw-

sza  wymiana  argumentów.  Callista otarła usta i po chwili  powiedziała coś innego, niż 
pierwotnie planowała: 

- Gdybym mogła sama pójść na górę, to wiesz, że... 
-  Przecież  ci  tłumaczę,  że  żadne  z  nas  nie  musi  się  wspinać  tym  cholernym  szy-

bem! - przerwał jej wyraźnie rozzłoszczony, że zarzucają mu tchórzostwo. 

Przy jego pasie wisiał blaster, nie miecz świetlny - czyżby to też było powodem... 
- Wyjście poza obszar interferencji mgławicy nie zajmie nam dużo czasu. Możemy 

stamtąd wezwać pomoc, żeby załatwili tę kupę złomu i dać znać Plettowi, co mu zagra-
ża. Jeśli będziemy się bawili w bohaterów i nam się nie uda, to nikt o niczym nie będzie 
wiedział, póki nie zaczną do nich strzelać! 

- Jeżeli nie przelecimy przez zaporę ogniową, też o niczym nie będą wiedzieć. 
- To zwykła, podwójna elipsa z jednym przypadkowym zwrotem. Rozgryzłem sys-

tem ogniowy, Callie. Fakt, że w kanonierce będzie trudniej niż w myśliwcu, ale to się 
da zrobić. 

Widząc, że bierze oddech, położył jej palec na ustach gestem czułym, lecz nakazu-

jącym milczenie. 

- Nie musisz ciągle być bohaterką. Zawsze znajdzie się sposób, by dopiąć swego i 

nie dać się przy tym zabić. 

background image

Barbara Hambly 

205 

Było jasne, że nie  ma  najmniejszej ochoty na  wędrówkę  w  górę  szybu. Wmówił 

sobie,  albo  faktycznie  od  początku  był  przekonany,  że  istnieje  inna  możliwość  osią-
gnięcia  celu.  Zresztą  i  tak  wymyśliłby  coś  innego,  byle  tylko  nie  służyć  laserom  za 
ruchomy cel. Widać także było, że Callista doskonale sobie z tego zdaje sprawę. 

- Geithu - powiedziała dziwnie cicho i spokojnie. - Czasami nie ma takiego sposo-

bu. 

- Zaczynasz gadać jak stary Djinn! 
- Ale to nie ma wpływu na fakt, że mówię prawdę. 
-  Callie,  wiem  o  czym  mówię,  w  przeciwieństwie  do  tego  starego  faceta,  który 

przez ostatni wiek nie wystawił nosa poza planetę, za to umie doradzać innym, by dali 
się zabić. 

-  Zapomniałeś  o  drobiazgu:  nie  mamy  pojęcia,  ile  czasu  nam  zostało  zanim  ten 

okręt  się  uaktywni  i  znajdzie  w  nadprzestrzeni.  –  Nadal  nie  podniosła  głosu,  ale  coś 
powstrzymało go przed kolejnym wejściem jej w słowo. - A jak się tam znajdzie, nic 
nie będziemy w stanie zrobić. Jeśli go zniszczymy, przestanie komukolwiek zagrażać. 

- Nie masz chyba nic przeciwko wezwaniu pomocy? 
- Nie miałabym, gdyby można było to zrobić nie tracąc jedynej szansy działania... 
- .. .na wysadzenie w powietrze razem z tym złomem. 
- Tak, jeśli nie będzie innej możliwości. Pomożesz mi czy nie? Przez chwilę spo-

glądał na nią bez słowa, wreszcie uśmiechnął się: 

- Ech, ty uparciuchu! 
- Nie zostawiaj mnie, Geithu. - Głos jej się lekko załamał. -Sama nie zdołam tego 

zrobić. 

I wtedy coś leciutko zmieniło się  w jego oczach... Luke  poczuł nagłą  falę  bólu i 

hangar rozmył się niczym odbicie w wodzie. 

 
Luke otworzył oczy czując płynny ruch. Cienkie, czarne, poprzeczne linie łagod-

nie  przepływały  w  górze,  od  głowy  wzdłuż  ciała,  aż  za  stopy...  łączenia  płyt  sufito-
wych. 

Odwrócił głowę i ze zdziwieniem stwierdził, że spoczywa na niewielkich saniach 

antygrawitacyjnych,  które  Threepio  pcha  korytarzem.  Przed  nim  rozległ  się  jakiś 
dźwięk i android zamarł. Żółte odbicie zwiadowczego androida przeleciało przez jego 
metalową maskę twarzową i zniknęło. Threepio ruszył w dalszą drogę, jego kroki głu-
cho dźwięczały w pustym korytarzu, a Luke powoli zapadł w ciemność... Zdążył jesz-
cze pomyśleć, że wypchnął srebrzystą kulę najszybciej jak umiał, ogłupiając przy oka-
zji lasery, a i tak została dwukrotnie trafiona. 

Im więcej cię trafi, tym trudniej się skoncentrować. 
 
Zobaczył ją w centrali artyleryjskiej, jasno oświetlonej, podobnie jak hangar. 
Była sama - siedziała w rogu konsolety sterowania ogniem, wpatrując się w mar-

twe ekrany monitorów, ale wiedział, że nasłuchuje. Czuł jej napięcie w tym, jak trzy-
mała głowę i ręce, jak oddychała. 

- Nie rób mi tego, Geithu - szepnęła spoglądając na wiszący nad drzwiami zegar. 

background image

Dzieci Jedi 

206 

Po  długiej  i  głębokiej  niczym  grób  ciszy,  podczas  której  nic  się  nie  zmieniło  w 

pomieszczeniu, wstała, podeszła do klawiatury i wypisała komendę. Ekran rozjarzył się 
ukazując hangar z postrzelanym myśliwcem i pustą podłogą, na której poprzednio stała 
kanonierka. 

POWTÓRNE ODTWORZENIE - wystukała na klawiaturze i obraz przeskoczył na 

widziany  z  kamer  umieszczonych  na  powierzchni  asteroidy,  w  której  zamaskowano 
pancernik.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  Geith  był  doskonałym  pilotem.  Kanonierka, 
latająca platforma ogniowa przeznaczoną do wspierania desantu, nie do kręcenia akro-
bacji,  silniki  miała  potężne  i  w razie  potrzeby  mogła  rozwinąć dużą  szybkość, ale  do 
zwrotnych  nie  dało  się  jej zaliczyć.  A  on pilotował ją, jakby była  myśliwcem. I  miał 
rację  co  do  jeszcze  jednej  rzeczy:  częściowo  dzięki  obserwacji,  częściowo  dzięki  in-
stynktowi, system ognia zaporowego był skomplikowaną, ale podwójną elipsą, tyle że 
nie z jednym przypadkowym zwrotem ostrzału, lecz dwoma. 

I to właśnie było najważniejsze. 
Geith leciał jak natchniony kładąc maszynę w uniki, wymijając asteroidy i unika-

jąc wiązek energii, które powinny go trafić. Obserwując to Luke, sam doskonały pilot, 
w milczeniu podziwiał jego umiejętności. Kanonierka leciała z niesamowitą szybkością 
i precyzją, jakby pilot dokładnie wiedział, gdzie spodziewać się kolejnego strzału. Był 
już  prawie  poza zasięgiem ognia, gdy przypadkowy strzał z  działka  laserowego prze-
dziurawił mu stabilizator. Strzał, który nie powinien był nastąpić. 

A mimo to prawie zdołał zapanować nad wściekle kręcącą się  maszyną, a raczej 

zapanował nad nią sekundę za późno - z mroku wychyliła się niewielka asteroida i trafi-
ła  w  jeden  z  silników,  wytrącając  maszynę  z  kursu,  na  który  dopiero  co  udało  się  ją 
Geithowi wprowadzić, a zaraz za nią była druga, większa... 

Biały blask ostatecznej eksplozji oświetlił twarz Callisty. 
Zamknęła  oczy  i  rozpłakała  się.  Wyglądała  jak  ktoś,  kto  od  wielu  dni  nie  spał  i 

niewiele jadł. Być może gdyby Geith nie był w podobnym stanie, zdołałby przelecieć 
przez zaporę ogniową i sprowadzić pomoc. Być może... 

Odwróciła  się  i  spojrzała  w  górę,  gdzie  w  suficie  ział  czarny  otwór  szybu  tech-

nicznego,  przypominający  odwróconą  studnię  z  kratą  enklizyjną  na  początku.  Nie 
zmieniając wyrazu twarzy wzięła głęboki oddech. 

 
Luke  obudził  się  -  albo  odniósł  takie  wrażenie  -  w  kompletnych  ciemnościach, 

czując jej zwinięte ciało przytulone do pleców, jej udo na swojej nodze (która ani tro-
chę nie bolała) i jej rękę na piersi. Opierała policzek o jego ramię i bez trudu wyczuł, 
jak jest spięta. Nic dziwnego: to, co widział ostatnio, wyjaśniało wiele  -trudno inaczej 
się zachowywać, jeśli pamięta się kogoś, kto zdradził pokładane w nim zaufanie i tym 
samym skazał ją na trudną i bolesną śmierć. Do tego śmierć w samotności. 

Ostrożnie, bojąc się, by jej nie przestraszyć, odwrócił się i objął ją. 
Płakała długo, w milczeniu i bez przeprosin, drżąc przy każdym oddechu. 
- Już w porządku - powiedział cicho, głaszcząc ją po włosach i delikatnie przytula-

jąc. - Teraz już wszystko jest w porządku. 

Po długiej chwili odezwała się: 

background image

Barbara Hambly 

207 

- Myślał, że sama nigdy nie spróbuję. Chciał uratować mi życie. Wiem o tym i on 

wiedział, że ja wiem. 

- Ale nie zmienia to faktu, że to była jego decyzja, nie wasza. 
- Cóż, w końcu to była jego decyzja, a więc musiała być właściwa. - Poczuł, że się 

uśmiecha. - Prawdę mówiąc większość jego decyzji taka była. Ale tym razem... czułam, 
że nie będzie łatwego powrotu... Długo byłam na niego wściekła. 

- Jestem zaskoczony, że w ogóle mi pomogłaś. - Przypomniał sobie słabe poczucie 

jej obecności: słabsze niż duch, ukryte, zużyte przez wyczerpanie prawie do nicości. 

- Nie miałam zamiaru. - Odsunęła włosy z twarzy. - Nie z nienawiści, ale... to wy-

dawało się takie odległe i nierealne... jak rozrywkowa holoprojekcja... 

- A mimo to zostałaś... - Dopiero w tym momencie zrozumiał, że śni i że ciepło jej 

ciała,  jedwabistość  włosów  były  wspomnieniem  Callisty  o  własnym  ciele,  prawie  za-
pomnianym i odkopanym z zakamarków pamięci po latach. - Użyłaś resztki sił Mocy, 
by znaleźć się w komputerze artyleryjskim. By powstrzymać innych od dostania się na 
pokład. Zrobiłaś to decydując się pozostać tu wiecznie... 

- Nie mogłam... nie mogłam pozwolić, żeby ktoś to uruchomił ręcznie - westchnę-

ła. 

- I przez te wszystkie lata... 
- Po pewnym czasie to nie było takie złe. Djinn nauczył nas, przynajmniej teore-

tycznie, techniki projekcji siebie w coś, co byłoby na tyle przyjazne, by utrzymać inte-
ligencję  i  świadomość,  ale  uważał  to  za  tchórzostwo.  Za  niechęć  do  wykonania  tego 
ostatecznego kroku i znalezienia się po drugiej stronie. Kiedy znalazłam się w kompu-
terze... - Potrząsnęła głową, starając się mu wytłumaczyć coś, czego nigdy nie doświad-
czył. - Po pewnym czasie to zaczęło mi się wydawać prawdziwym życiem. Wspomnie-
nia z tego, co było wcześniej: z Chad, z nauk Djinna, z Bespina i wszystko, co dotyczy-
ło Geitha, zaczęły zmieniać się w sen. Dopiero trójnogi... są trochę podobne do treem-
sów z  Chad: niegroźne, miłe i pełne dobrych chęci. Chciałam im pomóc. Ucieszyłam 
się,  gdy  ty  to  zrobiłeś.  Wtedy...  wtedy  tak  naprawdę  pierwszy  raz  cię  dostrzegłam.  I 
nawet Jawa... 

Ponownie westchnęła i wtuliła siew niego mocniej, a Luke zrozumiał nagle rzeczy, 

których dotąd pojąć nie był w stanie - na przykład po raz pierwszy wiedział, jak Wedge 
mógł pisać wiersze o bladych, przypominających nici pajęczyny włosach Qwi Xux. Nie 
kogoś innego, ale właśnie Qwi Xux - tej Qwi... 

- Luke... 
Bez słowa, delikatnie uniósł jej głowę i pocałował w usta. 

background image

Dzieci Jedi 

208 

R O Z D Z I A Ł  

18 

W pulsującym mroku o barwie indygo Framjen Spathen potrząsnął głową zamiata-

jąc  podłogę  długimi,  płomiennymi  włosami,  uniósł  ręce  pokryte  diamentami,  które 
krwawo rozbłysły, i wrzasnął. Wrzask zdawał się go unosić przelewając się przez mu-
skularne ciało falami dźwięku, bólu i ekstazy, wyciągając mięśnie i ścięgna do granic. 

-  Te  muskuły  to  faktycznie  jego?  -  zastanowił  się  Bran  Kempie  wskazując  holo-

projekcję i zaciągając się czymś, co śmierdziało jak stare pranie zamoczone w spirytu-
sie i to dawno temu. 

Obraz był stary i zniszczony, a popularny do obrzydliwości - Han widział go w co 

drugiej  tandetnej  spelunce,  jak  galaktyka  długa  i  szeroka.  Mieli  go  nawet  w  jakiejś 
mordowni zwanej „barem" na Krańcu Gwiazd. 

- Pewnie, że jego: zapłacił koło dwustu kredytów za uncję, że o zainstalowaniu nie 

wspomnę - odparł Han. - To może chyba powiedzieć, że jego, nie? 

Tancerze po obu stronach wizerunku Framjena byli jak najbardziej realni  - wyda-

jący  się  nie  mieć  kości  Twi'lek  i  masywna,  cycata  Gamorreanka  produkowali  się  w 
czerwonym świetle reflektora na użytek pół tuzina zdrowo pijanych gości. Trudno było 
sobie  wyobrazić  coś  mniej  erotycznego,  ale  nikomu  to  nie  przeszkadzało.  Poza  tym 
lokal  tętnił  życiem  -  dziwki  różnych  płci  i  ras  z  dziennej  zmiany  ciężko  pracowały, 
gawędząc z gośćmi i pijąc szklankami rozwodnione do nieprzyzwoitości drinki, których 
cena dorównywała najczystszemu, stuprocentowemu „Oddechowi Niebios". Nawet one 
wyglądały na zmęczone. 

Hana to niespecjalnie dziwiło - słuchanie przez osiem godzin liczącego piętnaście 

lat nagrania wyjca tej klasy co Framjen Spatchen mogło wykończyć każdego. 

- Nubblyk to była szuja - westchnął Kempie. - Potrafił zorganizować tak, żeby się 

wszystko kręciło. Za jego czasów inaczej tu wyglądało. 

- Żywiej? - dopowiedział Han, z trudem przełykając wodnisty napój zwany tu pi-

wem i nie okazując przy tym obrzydzenia. 

- Żywiej? Też durne słowo! - Kempie przesłał pocałunek sufitowi, być może jako 

salut  dla  ducha  poprzedniego  właściciela  i  swego  szefa.  -  Pół  tuzina  lotów  na  tydzień 
nie licząc tego, co tu się znalazło oficjalnie. Ruch w tunelach był taki, że ledwie mogli-
śmy się połapać, kto przyleciał, a kogo już nie ma... uczciwe dziwki i uczciwa gorzała, 

background image

Barbara Hambly 

209 

nie to co teraz... Sadie! nalej no mojemu kumplowi coś porządnego. Barman, cholera, a 
taki tępy: zawodowca od jelenia nie potrafi odróżnić, żeby go... 

Jednooki  Abyssin  wykonał  polecenie  nadzwyczaj  sprawnie  -sądząc  po  pojemno-

ści, mikstura była w stanie powalić rankora, ale smaku Han nie miał okazji sprawdzić, 
bo  Kempie  najwyraźniej  zapomniał,  komu  przyniesiono  szklankę  i  wychylił  ją  dusz-
kiem, starannie się oblizując. 

Następnie potrząsnął głową i otarł jasnozielone czoło przepoconym gałganem wy-

jętym z kieszeni żółtego kombinezonu z polyfibu. Od czasu ostatniego spotkania, gdy 
był dobrym przemytnikiem w sektorze Juvexa, wyłysiał nieco i dorobił się pary dodat-
kowych podbródków. 

- No, to co się stało? - Solo wrócił do tematu. 
-  A  co  się  miało  stać?  Wyczyścił  te  jaskinie  pod  ruinami,  to  się  stało.  Przez  lata 

wywoził aparaturę, drut, obwody, androidy i co się tylko dało z tego laboratorium, czy 
co to tam było. Trzeba mu przyznać, że trzymał wszystko żelazną łapą i nikogo tam nie 
wpuścił. To był jego interes, a nikomu drań nie  ufał. Bo i niby dlaczego miałby ufać? 
Interesy to interesy. Nawet mnie nie powiedział, gdzie jest wejście! 

- Nie szukałeś go, gdy odleciał? 
- Pewnie, że szukałem! - Pionowe źrenice zapytanego rozszerzyły się z oburzenia. 

- Myślisz, że jestem głupi, czy co? 

Na  miniaturową  scenę wdrapała się nowa para tancerzy i zaczęła podrygiwać do 

rytmu jeszcze starszego i jeszcze bardziej zużytego nagrania Pekkie Blu i Starboys. Han 
skrzywił się boleśnie. 

- Sprawdziliśmy dokładnie piwnice tej dziury - podjął Kemp. -I jego chałupy przy 

ulicy Malowanych Drzwi. W końcu zrobiliśmy głębokościowe skanowanie. I co? I nic. 
Ani  złota,  ani  ksylenu.  Nawet  za  wypożyczenie  skanera  nie  mieliśmy,  cholera,  czym 
zapłacić. Musiał wyczyścić wszystko, zanim... 

Urwał nagle, toteż Solo dokończył za niego: 
- Zanim odleciał? Co się właściwie z nim stało? 
-  Nie  wiadomo.  -  Bran  ściszył  głos,  zezując  nerwowo  na  barmana  obsługującego 

wysoką Murzynkę. - Ta kobieta, co wynajęła jego dom, mówi, że konto, na które wysy-
ła czynsz, zmienia się parę razy do roku, więc wychodziłoby, że Nubblyk przed czymś 
ucieka. Ale zanim zniknął, powiedział... powiedział coś o Ręce Imperatora. 

Solo  uniósł  lekko  brwi  -  Mara  jakoś  zapomniała  mu  o  tym  powiedzieć  ostatniej 

nocy. 

- Ta-ak? - spytał uprzejmie pamiętając, że Kempie nigdy nie potrafił trzymać języ-

ka za zębami. 

-  Powiedział,  że  Ręka  Imperatora  jest  na  planecie,  a  on  boi  się  o  swoje  życie.  - 

Kempie pochylił się tak blisko, że ostatnie trzy kolejki dało się bez trudu zidentyfiko-
wać z jego oddechu. - Ja myślę, że on po prostu zabrał, co mógł, i prysnął. 

- Ile mógł ze sobą zabrać? Ponoć tego tam było sporo... 
- Jakie sporo? - Tamtego aż wyprostowało. - Lata tym handlował. A jak prześwie-

tliliśmy ruiny i dom, to nic nie było. Skanowaliśmy w górę, w dół, do tyłu i na boki, i 
nic. Przecież mi nie powiesz, że skaner tyle razy nawalał, co? 

background image

Dzieci Jedi 

210 

Han zdecydował, że  mu nie  powie, bo i tak  mijałoby się  to z  celem:  sam ledwo 

wierzył w wątpliwości Leii co do dziwnego zachowania androidów i innego sprzętu. 

- Mubbin w to nie uwierzył - dodał nowy głos i Han czym prędzej się odwrócił. 
Mówiącym był Omwat wyglądający jak dziecko, ale o oczach tysiącletniego star-

ca, zatrudniony tu od dawna w charakterze stręczyciela. 

- Mówię o Whiphidzie, który pracował dla Slyte'a - wyjaśnił Omwat. - Mubbin mu 

było. Zawsze mówił, że na dole zostało ładunków na parę pełnych kursów... 

- Mubbin opowiadał bzdury - przerwał mu pospiesznie Kempie z błyskiem winy w 

oczach. - Też słyszałem, jak bredził o tym... 

- Był kumplem Druba McKumba, nie? - Han skierował pytanie do Omwata, mając 

przed oczami coś, co kiedyś było Whiphidem, a co poprzedniego dnia zabił Chewbac-
ca. 

- Mój znajomek był z Drubem, kiedy zeszli do tej studni w ruinach szukając Mub-

bina - odparł zapytany. - Drub był przekonany, że polazł tam po to, co zostało i już nie 
wyszedł. Niektórzy odmówili mu pomocy, gdy oznajmił, że pójdzie go szukać. 

- Szukaliśmy przecież skanerem - obruszył się Bran. - Ale Druhowi to nie wystar-

czyło i uparł się... 

- Zaraz - wtrącił się Han. - Przeskanowali tunele na oznaki życia? 
- Z pokoju, w którym była studnia. - Omwat, jak wszyscy z jego rasy, miał wyso-

ki, słodki głos. - Mój znajomek był łowcą skarbów i miał Speizoc g-2000 zdjęty z im-
perialnego  statku  badawczego  klasy  Carillion.  To  cudo  potrafiło  znaleźć  gamorreań-
skiego morrta w kilometrze sześciennym permabetonu! 

-  A  znalazło  krecze  i  dziury  z  mazią,  czy  jak  się  tam  to  żywe  błoto  nazywa.  - 

Kempie  wypuścił  chmurę  śmierdzącego  dymu.  -Drub  skanował  trzy  razy:  szukając 
Whiphida, złota  i  ksylenu.  Nie  znalazł  nic. Tak samo jak  pod domem  Slyte'a, tyle  że 
tam szukał głównie wejścia do tunelu. 

-  A  co  naopowiadał  tej  babie,  że  go  wpuściła?  -  zainteresował  się  Han  z  uśmie-

chem. 

- Miss Rogandzie? - Omwat uśmiechnął się także. - Że mają meldunki o pojawie-

niu się złośliwego robactwa i sprawdzają każdą piwnicę i fundamenty postawione przez 
Mluków w mieście. Jeszcze im pomagała i częstowała herbatą. 

- Roganda? - Han poczuł, jak coś lodowatego maszeruje mu po plecach.  - Chcesz 

powiedzieć, że to ona wynajęła dom Nubblyka? 

- Przecież ci mówiłem. - Kempie skupił zainteresowanie na tancerzach. - Napraw-

dę ładna sztuka. Mogłaby zrobić majątek, ale w tej dziurze nie ma miejsca z odpowied-
nią dla niej klasą. Choć może nie musi zarabiać: forsy majak lodu. Zjawiła się z miesiąc 
albo dwa po zniknięciu Slyte'a mówiąc, że dobiła z nim targu i wynajęła od niego dom. 
Z tego, co mówiła wychodziło, że znają się dobrze, a nigdy bym go o takie znajomości 
jak z tą panienką nie podejrzewał... 

Leia  została  umieszczona  w  sporym pokoju z oknem, przez  które  wpadało słabe 

dzienne światło. Mimo to lord Garonnin włączył panele jarzeniowe w suficie. 

background image

Barbara Hambly 

211 

-  Jeśli  taka  wola  Waszej  Wysokości,  proszę  spróbować  -  zachęcił  widząc,  co  ją 

najbardziej zainteresowało.-Zainstalowano je, gdy jeszcze nie było kopuły, i wygląda, 
jakby gotowe było oprzeć się praktycznie wszystkiemu. 

Leia zignorowała tę uwagę oraz obecność Irka i Rogandy w drzwiach i podeszła 

do  okna  umieszczonego  w  skalnym  wklęśnięciu,  dzięki  czemu  z  dołu  było  zupełnie 
niewidoczne. Z góry zasłaniał je nawis skalny, z którego zwieszały się girlandy pnączy 
skutecznie maskując wydobywające się nocą światło. O jakieś dziesięć metrów w dole i 
z prawej widać było szczyt zrujnowanej wieży. Przypomniała sobie, że z wieży widzia-
ła obrośnięty nawis, jakich zresztą było wiele  na skalnej ścianie, ale do  głowy jej nie 
przyszło, że może to być coś więcej niż wygląd sugerował. Ciekawe, ile takich skrytych 
okien jest jeszcze w skale i jak dalece jest podziurawiona korytarzami i pokojami? Gdy 
przekrzywiła odpowiednio głowę, była w stanie dostrzec podnóże, gdzie wtedy widzia-
ła bawiące się dzieci, a dalej jezioro mgły i czubki drzew, nad którymi unosiły się wi-
szące plantacje  na  plątaninie  kratownic. Dostrzec  nawet  mogła  ogrodników  -  głównie 
Chadra-Fanów czy Verpinów, gdyż uprawy były zbyt delikatne, by zdać się na automa-
ty - poruszających się po pomostach czy drabinkach linowych łączących poszczególne 
plantacje ze sobą lub z magazynami. 

-  Nadal  uważam,  że  powinniśmy  umieścić  ją  w  którymś  z  niższych  pokojów  - 

odezwał się Irek, odgarniając włosy sięgające ramion i bardziej kręcące się niż matki. 

Cerę, podobnie  jak ona,  miał bladą  i podobnie  jak ona  ubrany był prosto, ale  ze 

smakiem.  Z  zachowania  sądząc  uważał  się  za  kogoś,  wokół  kogo  kręci  się  jeśli  nie 
wszechświat, to na pewno świat. Leia znała ten typ arogancji z czasów spędzonych na 
dworze: Irek pasowałby tam wręcz idealnie. 

- Zresztą dalej nie widzę sensu, by ją trzymać przy życiu  - dodał ze spojrzeniem, 

które było prawie obelgą. 

- Niezależnie od zajmowanej pozycji we władzach Nowej Republiki, Jej Wysoko-

ści należy się szacunek jako córce jednego z wielkich rodów  - zmroził go lord Garon-
nin. 

Irek  otworzył  usta,  a  Drost  Elegin  skrzywił  się  leciutko,  lecz  wystarczająco,  by 

uzmysłowić  wszystkim,  jaką  opinię  ma  o  matce  i  jej  pierworodnym.  Roganda  po-
śpiesznie położyła Irkowi dłoń na ramieniu i powiedziała: 

-  Chwilowo,  synu,  Jej  Wysokość  jest  naszym  gościem.  A  gość  ma  swoje  prawa, 

których każdy gospodarz winien przestrzegać. 

Leia ledwie stłumiła uśmiech - ostatnią, która przy niej używała takiego tonu, była 

ciotka  Rouge.  Wypowiedź  adresowana  naturalnie  była  nie  do  Irka,  ale  do  Elegina,  by 
udowodnić  mu,  że  Roganda  wie,  jak  należy  właściwie  postępować.  Sądząc  po  minie 
Drosta, był to chybiony wysiłek. 

- Ale... - Irek spojrzał na matkę, potem na Garonnina, w końcu na Leię i zamilkł, 

jednakże jego oczy wyraźnie mówiły, co o tym myśli. 

- Czas, abyśmy zajęli się pozostałymi gośćmi! - przypomniała Roganda. 
-  W  końcu  zawsze  możemy  ją  zabić  później  -  stwierdził  Irek  i  spytał  przenosząc 

wzrok na Garonnina: - Schwytano już tego jej robota? 

background image

Dzieci Jedi 

212 

- Trwa przeszukiwanie tuneli do samego lądowiska - odparł z godnością zapytany. 

- Daleko nie ucieknie. 

-  Lepiej,  żeby  tak  było  -  skomentował  Irek  i  wyszedł.  Roganda  podążyła  za  nim 

przy wtórze jedwabistego poszumu sukni. 

-  Parweniusze  -  stwierdził  rzeczowo  Garonnin,  nie  trudząc  się  choćby  słowem 

przeprosić, co tym bardziej uwidaczniało dzielącą ich przepaść społeczną.  - Ale i tacy 
ludzie bywają użyteczni. Mając go po swojej stronie, będziemy w stanie rozmawiać z 
pozycji  siły  z  wojskowymi,  którzy  nadal  walczą  o  kontrolę  nad  resztkami  Imperium. 
Ufam, że Waszej Wysokości będzie tu wygodnie. 

Mogła sobie być głową państwa w Nowej Republice i głównym architektem Rebe-

lii, ale było oczywiste, że w jego oczach pozostała córką Baila Organy i ostatnim żyją-
cym członkiem Rodu Organa. Ostatnią księżniczką Alderaanu. 

- Dziękuję. - Stłumiła zniecierpliwienie, jakie zawsze czuła wobec seneksowskiej 

arystokracji  i  traktując  go  jak  równego  sobie:  czuła,  że  był  najsłabszym  ogniwem  w 
łańcuchu, który obecnie  ją  krępował.  -Doceniam pańską  uprzejmość,  milordzie. Mam 
zostać zabita? 

Zamiast sarkazmu, w jej głosie słychać było ową specyficzną mieszankę godności 

i noblesse oblige, z którą, jak ją nauczono, urodzone damy przyjmują każde nieszczę-
ście, od ludobójstwa po za-plamiony obrus. 

- Według mnie, Wasza Wysokość będzie znacznie użyteczniejsza jako zakładnicz-

ka niż jako męczennica - odparł po chwili wahania. 

Skinęła lekko głową, przysłaniając oczy rzęsami - lord Garonnin pochodził z klasy 

nie mającej w zwyczaju mordowania zakładników, czego nie można było powiedzieć o 
Rogandzie i jej synu. 

- Dziękuję, milordzie. 
Podziękowania należały się też ciotce Rouge, ale raczej trudno byłoby je przeka-

zać. 

Garonnin skłonił się i wyszedł. 
Zanim jeszcze zasuwy zaskoczyły ze szczękiem, Leia wzięła się do przeszukiwa-

nia pomieszczenia. Było skąpo umeblowane: łóżko z drewna zaopatrzone w staromod-
ny,  wypchany  materac  i takąż  poduszkę, z której  miejscami  wyłaziła  pożółkła  gąbka, 
biurko - także drewniane i doskonale wykonane, ale z całkowicie pustymi szufladami, i 
obrzydliwe plastikowe krzesło. Poza nimi była jeszcze zasłonięta wnęka z urządzeniami 
sanitarnymi i drążkiem, na którym niegdyś wieszano ubrania. Wszystkie  meble  miały 
normalne proporcje, a sanitariaty należały do typu przeznaczonego dla ludzi. 

Pomieszczenie,  wycięte  w  skale,  miało  wygładzone,  ale  nie  wykończone  ściany. 

Drzwi były metalowe i znacznie nowsze niż reszta, a ślady po starych zawiasach wska-
zywały, że poprzednio nie przeznaczono tego lokalu na więzienie. Żałowała, że nie zna 
czasu rozkładu gąbki, bo wtedy mogłaby coś powiedzieć o wieku przynajmniej niektó-
rych przedmiotów. Temperatura była niska: znajdowali się ponad gorącymi źródłami i 
gdyby nie kombinezon, z pewnością drżałaby z zimna. 

Ciekawe, dla kogo urządzili tu więzienie? 
Szczęknęły odsuwane zasłony. 

background image

Barbara Hambly 

213 

Równocześnie w uszach jej zabrzęczało i poczuła się senna -przez moment nic nie 

było ważniejsze od łóżka i zamknięcia oczu... 

Ktoś używał Mocy, by ją uśpić! 
Zrozumienie podziałało skuteczniej od kubła zimnej wody. Skoncentrowała się i z 

pewnym trudem zneutralizowała to oddziaływanie. I odeszła od drzwi wiedząc, kto w 
nich stanie. 

- Nie śpisz? - Irek nie ukrywał zdziwienia. 
Uzbrojony  był  w  miecz  i  blaster,  ale  Leia  nie  zrobiła  kroku  w  stronę  drzwi,  nie 

mając zamiaru czegokolwiek mu ułatwiać, a zwłaszcza własnej egzekucji. 

- Nie jesteś tu jedynym, który potrafi użyć Mocy. 
Przyglądał się, mierząc ją z góry na dół pogardliwym spojrzeniem. Miał czterna-

ście, może piętnaście lat i poważnie wątpiła, by własnoręcznie wykonał miecz świetlny, 
który nosił. Ciekawe, skąd lub od kogo go dostał. 

-  Nazywasz  takie  coś  użyciem  Mocy?  -  parsknął  i  odwrócił  się  stając  twarzą  do 

łóżka i koncentrując wzrok na ścianie nieco na prawo od niego. 

Poczuła nagły ruch Mocy, naznaczony piętnem ciemnej strony. Tam, gdzie  przed 

chwilą  była  jednolita  ściana  z  czerwonawego  kamienia,  widniał  kwadratowy  otwór  o 
boku mniej więcej pół metra. 

-  Nigdy  czegoś  takiego  nie  widziałaś,  co?  -  zachichotał  z  dumą  i  podszedł  do 

skrytki. 

Jego dłoń cały czas pozostawała jednak w pobliżu kolby Mastera, a Leia zdawała 

sobie sprawę, iż bez przerwy była obserwowana. Irek nie lubił, gdy ktoś mu się sprze-
ciwiał, a co więcej, przekonany o własnej racji, najprawdopodobniej nie uwierzyłby w 
żadnym wypadku, że mógłby się mylić. 

Był przekonany, że jej śmierć stanowiłaby rozwiązanie problemu i po prostu cze-

kał na okazję, by strzelić jej w plecy, gdyby tylko mogło to wyglądać na próbę uciecz-
ki. 

Wyjął  ze  skrytki czarny plastenowy  woreczek i skinął  głową, a ściana zamknęła 

się jednolicie. Chłopiec spojrzał na Leię z uroczym uśmiechem. 

-  Nawet  matka  o  niej  nie  wie  -  powiedział,  wyraźnie  z  siebie  zadowolony.  -  A 

gdyby wiedziała, i tak nie potrafiłaby jej otworzyć. Matka zresztą w ogóle wie mniej, 
niż jej się wydaje. Myśli na przykład, że nie potrafię sobie z tym poradzić, albo że nie 
zdołam użyć Mocy tak, by zmienić to w inne źródło siły. Mając Moc po swojej stronie, 
mogę wszystko zmienić w źródło siły. Jeszcze się przekonają! 

„To" było znajomym  woreczkiem  - identyczny znajdował  się  w pokoju zabaw, a 

podobne Leia pierwszy raz widziała, gdy Tomla El opróżniał kieszenie Druba. 

Obserwowała go bez słowa, gdy szedł do drzwi. Nagle odwrócił się, bez śladu po-

przedniej wesołości. 

- Dlaczego twój robot mnie nie posłuchał? 
- A dlaczego miałby cię posłuchać? - odparła pytaniem na pytanie. 
- Bo mam Moc. Mam siłę. 

background image

Dzieci Jedi 

214 

Przekrzywiła głowę spoglądając na niego w milczeniu. Najśmieszniejsze było, że 

nie musiała nic mówić, a on nie mógł powiedzieć, że się myli, nie mówiąc jej, jak uzy-
skał tę siłę. 

- Dziwka! - syknął w końcu i wypadł na korytarz zatrzaskując za sobą drzwi. 
 
Leia straciła piętnaście minut, by otworzyć skrytkę w ścianie. Spociła się przy tym 

i rozbolała ją głowa, ale postawiła na swoim. To, co trzeba było zrobić, wyczuła, gdy 
Irek ją otwierał, ale nie było to łatwe. Skrytka znajdowała się w bloku skalnym zakry-
tym płytą, którą należało wysłać w inny wymiar przy użyciu Mocy. Była stara i została 
sporządzona przez Jedi o ogromnej wiedzy i sile. Zadanie omal nie okazało się ponad 
jej siły - gdy otworzyła skrytkę, czuła się jakby ćwiczyła z mieczem przez godzinę albo 
biegła przez bagno. 

Nieco  drżącymi  rękoma  sięgnęła  do  wnętrza.  Na  dnie  było  trochę  rozsypanego 

kremowego  proszku  -  yarrock.  Specyfik  bez  trudu  osiągalny  w  każdym  porcie  ko-
smicznym. Jeśli Irek był choć trochę podobny do zwariowanych i zdecydowanych na 
samozniszczenie  pensjonariuszek  Alderaańskiej  Akademii  dla  Młodych  Dam,  to  miał 
torebki  z  proszkiem  poukrywane  wszędzie.  Wyjaśniałoby  to,  jakim  cudem  Drub  do 
nich dotarł i zyskał częściową poczytalność. 

Oprócz proszku, w schowku znajdował się plik kartek z flimsiplastu, zwój drutu, 

para  niewielkich  lutownic  pistoletowych  i  garść  ksylenowych  obwodów.  I  złoty  pier-
ścień, który po wytarciu z kurzu okazał się symbolem honorowego tytułu na uniwersy-
tecie w Coruscant. Wciśnięte w najciemniejszy róg były tam jeszcze dwie rzeczy: złota 
plakietka pochwalna Instytutu Magrody'ego i damska rękawiczka ze złotej siateczki. 

Oszołomiona  tą  różnorodnością  Leia  sięgnęła  po  notatki  i  zamarła,  widząc  na 

ostatniej stronie podpis: 

Nasdra Magrody. 
 
Skulona przy oknie, czytała z dziwną mieszaniną uczuć - prawie żalu i satysfakcji 

z tego, co spotkało autora notatek. I to nie tak wiele lat temu. Do notowania Magrody 
wykorzystał  drugie  strony  jakichś  schematów  elektronicznych,  które  oglądane  pod 
światło  przebijały  nieco,  tworząc  skomplikowany,  czarny  wzór  na  jasnozielonym  tle 
niczym palimpsest - alegoria tragedii. Na swój sposób Magrody okazał się równie na-
iwny jak Qwi Xux. I w końcu jedyne, na czym mógł pisać, to były jego własne prace... 
Patetyczne. 

 

Do dziś nie wiem, czy Palpatine wiedział. 
Powinienem  podejrzewać,  albo  wiedzieć,  albo  domyślić  się.  Dlaczego 

konkubina  Imperatora,  pławiąca  się  w  przyjemnościach  i  przywilejach  oraz 
nie  mająca nic do roboty poza troszczeniem  się  o własne piękno, zaintereso-
wała się nagle średnio atrakcyjną żoną profesora robotyki, jeśli nie z powodu 
jakiejś intrygi? Nigdy nie zwracałem uwagi na to, co dzieje się w pałacu, na 
podchody i roszady wokół Imperatora, na ciągłe gry o władzę, w których prym 

background image

Barbara Hambly 

215 

wiodły żony, kochanki i konkubiny. Najważniejsza z gier naturalnie dotyczyła 
tego, kto będzie matką spadkobiercy Palpatine 'a. 

Uważałem to wszystko za bzdury i marnowanie czasu niegodne naukow-

ca. 

I zapłaciłem wysoką cenę za głupotę i ignorancję. 
Mam jedynie nadzieję, że Elizie oraz Shenna, nasza córka, nie będą także 

zmuszone jej zapłacić. 

 
Leia zamknęła oczy i przerwała lekturę - wszystkie meldunki, jakie otrzymała po 

zniszczeniu  Alderaanu  i  potem  Gwiazdy  Śmierci,  zakładały,  że  Magrody  zniknął  do-
browolnie, pracując najprawdopodobniej nad kolejnym pomysłem Imperatora. Zniknął 
zaś, bojąc się zemsty Rebeliantów za to, co już skonstruował. Naturalnie tak twierdzili 
ci, którzy nie dopuszczali myśli, że Leia była odpowiedzialna za śmierć naukowca. 

Będąc w niewoli Vadera, najbardziej się bała, że Bail Organa ugnie się, by ją ura-

tować,  i  zgodzi  się  pracować  dla  Imperatora.  Nie  wiedziała,  czy  tak  by  się  stało,  bo-
wiem nigdy nie zaproponowano mu tej możliwości. 

 

Mon  Mothma  uśmiałaby  się  do  łez,  jak  sądzę,  widząc  łatwość,  z  jaką 

sprowadzili mnie w miejsce, w które chcieli. Sam bym się uśmiał, gdyby nie to, 
że celem było zmuszenie mnie do zrobienia czegoś bardzo złego. Miałem na-
dzieję, że chcą, abym coś dla nich opracował i zwolnią obie, a mnie wysadzą 
na jakiejś odległej planecie, gdy będę im posłuszny. W końcu ktoś by mnie tam 
znalazł... 

Byłem głupszy, niż sądziłem. 
Roganda  Ismaren  powiedziała  mi,  że  rozkaz  wydał  Imperator.  Miała  ze 

sobą kilku wojskowych, ale żaden nie był w mundurze - teraz sądzę, że przeku-
piła ich, albo oszukała, tak jak mnie. Była dobra i w finansach, i w szantażu, 
używając obu, by osiągnąć cel, jaki sobie zamierzyła. W całym tym przedsię-
wzięciu  większą  rolę  odgrywały  pieniądze  niż  ludzie:  najnowszy  i  najlepszy 
sprzęt,  najnowsze  oprogramowanie,  a  tylko  dziesięciu  czy  dwunastu  strażni-
ków. 

Choć i mnie, i im powiedziała, że wszystko odbywa się w imieniu Impera-

tora, nigdy nie zetknąłem się z choćby strzępkiem dowodu czy świadkiem, który 
potwierdziłby, że Palpatine miał z tym jakikolwiek związek. 

Zresztą to i tak bez znaczenia. 
Nie wiem nawet, na jaką planetę mnie zabrali. Ani na jakiej przebywają 

Elizie i Shenna. 

 
Okno było najcieplejszym rejonem całego pomieszczenia, ale i tak zrobiło jej się 

zimno. Przypomniała sobie pewną noc na Ithor, gdy siedzieli przy fontannie na dachu 
gościnnej  rezydencji  i  Han  pokazywał  Jainie  i  Jacenowi,  która  gwiazda  jest  słońcem 
Coruscant.  Na  Coruscant  nocne  zorze  skutecznie  uniemożliwiały  amatorską  astrono-

background image

Dzieci Jedi 

216 

mię, ale na Ithor nie było nawet miejskich świateł i niebo dosłownie było usiane gwiaz-
dami. 

Większość  z  nich  miała  jakieś  systemy  planetarne,  choć  nie  wszystkie  nadawały 

się do życia - chyba że po niesamowicie kosztownej adaptacji. Mniej niż dwadzieścia 
procent  zostało  zbadanych  i  naniesionych  na  mapy,  ale  i  tak  były  ich  miliony.  Przed 
zjawieniem się Druba McKumba ona sama nie znała nawet nazwy Belsavis. 

Planet było tak wiele. 
A życie było krótkie. 
 

Ich żądanie było proste. Moje zdolności, których istnienia, jak dotąd są-

dziłem, nikt nie  podejrzewał,  spowodowały, że  zająłem  się  starymi  zapiskami 
Jedi i eksperymentowałem z psychicznymi efektami przypisywanymi przez nich 
polu energetycznemu zwanemu Mocą. 

 
Leia osłupiała - Magrody miał zdolność posługiwania się Mocą? 
Nie miała o tym pojęcia, Cray zresztą też nie, a biorąc pod uwagę stosunek Impe-

ratora  do Jedi,  w  czym  niestety  nie  był  osamotniony  -  trudno  było  się  dziwić,  że  Ma-
grody starannie ten talent ukrywał. 

 

Przypuszczam, że osiągnąłem spore sukcesy w doświadczeniach z możli-

wością  wpływania  na  to  połę  samą  koncentracją  myśli.  Jest  to  zdolność,  jak 
sądzę,  dziedziczna  i  nie  ograniczona  wyłącznie  do  przedstawicieli  gatunku 
ludzkiego.  Wydawało  mi  się,  że  skutecznie  zamaskowałem  wyniki  badań,  ale 
Roganda  (albo  Imperator)  musieli  wydedukować,  że  wiem  znacznie  więcej  o 
kierunkowaniu fal myślowych, z moich artykułów w „Journal of Energy Phy-
sics''! Powinienem był to przewidzieć... 

Zainteresowała  mnie  ta  część  legendy  czy  tradycji  głosząca,  że  mimo 

opanowania Mocy, Jedi nie potrafili wpływać na androidy czy inne urządzenia 
mechaniczne. Biorąc pod uwagę naturę subelektronicznych synaps, wysunąłem 
teorię, iż wszczepiony  subelektroniczny  konwerter, umieszczony  chirurgicznie 
w  mózgu  kogoś  o  dziedzicznych  zdolnościach  do  koncentrowania  fal  myślo-
wych, mógłby umożliwić mu (czyjej) po odpowiednim treningu oddziaływanie 
na  elektroniczne  urządzenia  na  poziomie  synaptycznym.  Skomplikowanie  ta-
kich urządzeń byłoby jedynie utrudnieniem czysto technicznym, gdyż oddziały-
wać  można  by  było  na  każdy,  nawet  najbardziej  złożony  rodzaj  urządzenia, 
włącznie ze sztuczną inteligencją. 

 
Leię olśniło do końca  -  może Irek był faktycznie  synem Imperatora, choć biorąc 

pod uwagę podeszły wiek tego ostatniego oraz zdolności Rogandy do bezwzględnego 
osiągania zamierzonych celów, nawet za cenę oszustwa, nie wydawało się to prawdo-
podobne. A zresztą zdolność władania Mocą i tak dziedziczył po niej, Palpatine nie był 
do tego niezbędny. 

background image

Barbara Hambly 

217 

Biorąc  pod  uwagę  dworskie  zwyczaje,  gdzie  strach  i  groźba  były  na  porządku 

dziennym,  a  intryga  goniła  intrygę,  można  było  sobie  wyobrazić,  że  Roganda  przed 
urodzeniem dziecka nie  miała łatwego i bezpiecznego życia  - Leia co prawda nie pró-
bowała nawet wyobrazić sobie, ile razy i w jaki sposób próbowano ją zabić, ale z całą 
pewnością wielokrotnie i pomysłowo. Skoro przeżyła, musiała być wytrawną kłamczy-
nią, szantażystką i manipulatorką. Inaczej jeśli nie ona, to na pewno jej syn by nie prze-
żył. 

A kiedy już miała syna, wzięła sprawy w swoje ręce. 
Leia,  gdyby planowała  długo i dokładnie, prawdopodobnie nie  zdołałaby  wymy-

ślić  bardziej  złośliwej  i  dotkliwej  zemsty  na  nauczycielach  konstruktorów  Gwiazdy 
Śmierci. Nasdra  Magrody, któremu regularnie  podawano narkotyki osłabiające  wolę  i 
poddawano  obróbce  psychicznej,  by  nie  próbował  uciekać,  przetrzymywany  był  w 
komfortowych warunkach na planecie o tak nie sprzyjającej dla człowieka ekosferze, że 
wyjście  za  pole  magnetyczne  otaczające  willę  oznaczało  pewną  i  bolesną  śmierć  naj-
później  po  paru  godzinach.  Ilość  i  rozmaitość  przenoszonych  przez  owady  wirusów 
była tam przerażająca, a prawie wszystkie były śmiertelne dla człowieka. 

 

Dobrze,  że  byłem  już  pod  wpływem  telezanu,  gdy  postanowili  zademon-

strować mi, co grozi przy próbie ucieczki. Nie wiem, kogo i za co przywiązali 
za  ochronnym  polem  -  twierdzili,  że  za  karą,  ale  to  o  niczym  nie  świadczy. 
Oprawcy nosili hermetyczne kombinezony. 

Mężczyzna  wyglądał normalnie  przez  dwie  godziny  -potem  zaczął  puch-

nąć i rozkładać się: było to tuż po zachodzie słońca. Zmarł krótko przed świ-
tem. Gdyby nie narkotyki - zwariowałbym. A jeśli nie, to na pewno nie spałbym 
tej nocy. Ani żadnej innej przez cztery lata przebywania na tej upiornej plane-
cie.  Regularnie  dostarczali  mi  holonagrania  żony.  Było  mi  wygodnie  -  o  nic 
nie miałem się martwić, na wolności mi nie zależało pod wpływem aplikowa-
nych środków, a jedyne, co mnie interesowało, to poprawa techniki umożliwia-
jącej kontrolowanie subelektronicznych synaps. Sądzę, że faszerowany narko-
tykami nie zwróciłem uwagi, że twarz czy włosy żony i córki nie zmieniły się, a 
przecież  wiedziałem,  że  Shenna  z  dziewczyny  powinna  wyrosnąć  na  kobietę. 
Zresztą jej nagrania bardzo szybko przestali mi dawać. 

Jednak i to niespecjalnie mnie wzruszało. Specyfiki były naprawdę dobre. 

 
Trening Irka zaczął się, gdy miał siedem lat, a z tego, co Magrody pisał, chłopak 

znał  już  podstawy, bo nauczono go, jak posługiwać się  Mocą, a  raczej ciemną  stroną 
Mocy.  Przy  użyciu  technik  przyspieszonego  nauczania,  które  Magrody  stworzył  na 
potrzeby  orbitalnej  sfery  edukacyjnej  krążącej  wokół  Omwat,  w  wieku  dwunastu  lat 
Irek wiedział tyle, że zdał egzamin z zaawansowanej fizyki subelektronowej i technik 
motywacyjnych  androidów.  Za  jaką  cenę,  Leia  wolała  się  nie  zastanawiać,  doskonale 
pamiętając, co wyprawiała i jak wyglądała Cray używając tych samych technik. 

background image

Dzieci Jedi 

218 

Wyjaśniła się też kwestia coraz większej liczby awarii wśród androidów: dwuna-

sto- czy trzynastoletni chłopak musiał na czymś ćwiczyć. To nie były żadne awarie, po 
prostu zmieniał ich zachowanie i podporządkowywał je swojej woli. 

Roganda wspomniała coś o wyobrażeniu sobie schematów i Leia znała już sposób, 

w jaki Irek osiągał swój cel. Biorąc pod uwagę, że każdy okręt miał mniej lub bardziej 
skomplikowaną mechaniczną inteligencję, perspektywy były naprawdę przerażające... 

Chewbacca naprawiając Artoo nie złożył go idealnie tak samo i to wystarczyło, by 

Irek  utracił  -  a  co  ważniejsze  nie  potrafił  odzyskać  -  kontrolę  nad  robotem.  To  była 
najważniejsza  wiadomość,  którą  musiała  przekazać  Hanowi,  gdyż  stanowiła  sposób 
obrony  przed  zagrożeniem,  którego  nikt  się  nie  spodziewał.  Nikt  przecież  dotąd  nie 
potrafił myślą sterować androidami. 

Nikt przed Irkiem. 
Przypomniała sobie ostrzeżenie Druba, że zamierzają ich wszystkich zabić, i swoją 

pierwszą  noc  na  dworze. Irek  musiał  mieć  wtedy co najmniej cztery  lata, a  Roganda, 
zamiast  zostać  oficjalną  żoną  Imperatora  jako  matka  jego  spadkobiercy,  przygotowy-
wała własną grę i realizowała swoje przebiegłe plany. A jeśli pozycja żony Imperatora 
była dla niej zbyt niska, czy zbyt słaba... wnioski nasuwały się same. Przerażające. 

Z drugiej strony niemożliwością było, by Palpatine nie orientował się, co się dzie-

je, i pozwolił istnieć takiej sile, nie używając jej do własnych celów. Wiele wskazywało 
na to, że Roganda była przyzwyczajona do działania w imieniu Imperatora. 

Następną zagadką było, jak Roganda trafiła do Imperatora i czy to on przeciągnął 

ją na ciemną stronę, tak jak z Anakina Skywalkera zrobił Vadera, czy też sama go po-
szukała, widząc los rycerzy Jedi, którzy nie chcieli podporządkować się jego woli. Być 
może niesłusznie, za to z coraz większym przekonaniem, Leia podejrzewała to drugie. 

Patrząc  z  perspektywy  czasu  musiała  przyznać,  że  była  wyjątkowo  naiwna,  tak 

wówczas na dworze, jak i później, dopóki wierzyła w prawa, reguły i zasady sprawo-
wania  władzy.  Była  niepoprawną  optymistką,  pełną  republikańskich  idei  wszczepio-
nych  przez  ojca  i  zupełnie  nie  zdającą  sobie  sprawy  z  tego,  jak  wygląda  prawdziwa 
polityka  i  władza.  Oczy  otworzyło  jej  dopiero  rozwiązanie  Senatu  przez  Imperatora  i 
znalezienie się w mocy Vadera. 

 
Przyznać  też  musiała,  że  Roganda  jakby  w  pewien  sposób  przewidziała  rozwój 

wydarzeń, gdyż po śmierci Palpatine'a powstała dziura, z której skorzystała większość 
dowódców i wysokich oficjeli - każdy chciał zagarnąć dla siebie jak najwięcej władzy i 
ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłby każdy z nich, był nieletni następca Imperatora. Gdyby 
Irek nie zginął jako niemowlę, to prawie na pewno zginąłby w tym burzliwym okresie... 

 

Chłopak  ma  teraz  trzynaście  lat  i  jego  władza  nad  androidami  rośnie  z 

dnia na dzień, podobnie jak wykorzystanie rozmaitych artefaktów Jedi, których 
dostarcza mu matka. Może wpływać na wskazania skanerów i jest na bieżąco z 
rozwiązaniami konstrukcyjnymi i schematami wszystkich głównych producen-
tów, toteż bawi się, psując rozmaite urządzenia. Matka wymaga od niego wiele 
i konsekwencją jest, jak się obawiam, że wmówił sobie, iż zwiększa swe możli-

background image

Barbara Hambly 

219 

wości  poprzez  używanie  narkotyków.  Matka  tego  nie  pochwala  i  sądzę,  że 
chłopiec sięga po te środki, by zrobić jej na złość. 

Dopiero  teraz  widzę,  co  stworzyłem...  Mon  Mothmę,  mego  przyjaciela 

Baila  i  pozostałych,  którzy  próbowali  mnie  przekonać,  bym  im  pomógł  po-
wstrzymać Palpatine 'a, mogę jedynie błagać o zrozumienie, gdyż zdaję sobie 
sprawę, że czegoś takiego jak to, co zrobiłem, nie można wybaczyć. 

Postaram  się  w  jakiś  sposób  przekazać  wam  te  notatki.  Jeśli  mi  się  nie 

uda, obawiam się, że wszyscy będą o mnie jak najgorszego zdania. Próbowa-
łem podjąć najlepsze decyzje z możliwych... obyście nigdy nie mieli okazji zo-
baczyć, z jakimi rezultatami. 

Z poczuciem winy Nasdra Magrody 

 
Leia zwinęła notatki w ciasny zwitek i wsunęła do kieszeni kombinezonu. 
Magrody miał rację - nikt w galaktyce nie miał o nim dobrej opinii, ale to akurat 

nie  było  jej  zmartwieniem...  Roganda  nie  uczestniczyła  w  wyścigu  do  władzy  -  być 
może dlatego, że Irek był zbyt młody, by użyć swych zdolności, albo dlatego, że admi-
rał  Thrawn  nie  lubił  jej  i  miał  coś,  czego  nie  dało  się  zakwestionować:  na  przykład 
wynik porównania DNA Imperatora i Irka wykluczający ojcostwo Palpatine'a. 

A może po prostu Thrawn tak jej nie cierpiał, że nie chciał mieć z nianie wspólne-

go. 

Jeśli tak było, zgadzała się z nim bez zastrzeżeń. 
Plany  Rogandy  były  długofalowe,  toteż  przybyła  w  miejsce,  które  pamiętała  z 

dzieciństwa i wiedziała, że może tam w spokoju dokończyć edukacji syna, nie zwraca-
jąc niczyjej uwagi. 

A kiedy zakończy edukację, nie da się dłużej nie zwracać na niego uwagi. 
Wreszcie  też  zrozumiała,  do  czego  Roganda  przygotowywała  swego  syna  -  by-

najmniej nie do zajęcia miejsca Palpatine'a. Roganda chciała wychować nie następnego 
Imperatora, ale następnego Dartha Vadera. 

background image

Dzieci Jedi 

220 

R O Z D Z I A Ł  

19 

- Panie Luke'u? - Głos był wyjątkowo uparty i dziwnie znajomy.-Panie Luke'u! 
Musiał się obudzić, mimo że w mroku było tak miło i spokojnie. 
- Proszę, panie Luke'u... 
Wiedział, że jeśli przekroczy kruchą granicę, czekać na niego będzie ból, zmęcze-

nie  i  kłopoty.  Znacznie  lepiej  było  pozostać  nieprzytomnym  i  odpocząć. Potrzebował 
odpoczynku,  bo  bez  niego  cała  Moc,  jaką  skupiał  na  leczeniu  rany,  była  marnotraw-
stwem, tak jak próba napełnienia dziurawego garnka wodą. Zmęczenie i stres potęgo-
wały ból rany, złamanej kości i przerwanych ścięgien. A sny nie były takie nieprzyjem-
ne. Callista... zasnął po tym, jak się obejmowali, nadal trzymając ją w ramionach. 

 
Widział ją na Chad, gdy płynęła za smukłym czarno-brązowym cy'eenem albo sie-

działa na boi oglądając zachód słońca w morzu. 

Usłyszał  fragment  znanej  już  rozmowy  dotyczącej  jego  znajomości  Jawów  i 

Jeźdźców Tusken... 

 
Tylko że nie znajdowali się w ciemnej kabinie i nie rozmawiali za pomocą monito-

ra. Siedzieli razem w jego starym T-70, którego sprzedał za pół darmo, byle mieć czym 
zapłacić za przelot swój i Bena z Tatooine... 

Zaskoczyło go, że wtedy jej nie znał, że nie znał jej zawsze. 
Byli na skałach ponad Kanionem Żebraków, oglądając przez starą makrolornetkę 

spokojny marsz stada banthów na przeciwległej grani. Poruszały się szybciej, niż moż-
na było podejrzewać, a suchy wiatr powiewał piaskowej barwy szatami ich jeźdźców. 

- Nikt nie potrafi rozróżnić, czy to wyprawa łowiecka, czy szczep zmieniający ob-

ozowisko - powiedział podając jej lornetkę. - Nigdy nie potrafiono tego rozróżnić. Nikt 
nigdy nie  widział dzieci Jeźdźców Tusken, nikt też nie  wie, czy kobiety także są  wo-
jownikami i czy w ogóle istnieją u nich dwie płcie. Głównie dlatego, że kiedy widzisz 
ludzi piasku, to albo do nich celujesz, albo uciekasz, jak najszybciej. 

- Nikt nie próbował się z nimi zaprzyjaźnić? - Nadal nosiła szary kombinezon, w 

którym widział ją w hangarze, ale twarz miała czystą, bez śladu obrażeń i wyglądała na 
bardziej wypoczętą i mniej przygnębioną. 

background image

Barbara Hambly 

221 

-  Jeśli  próbował,  to  nie  przeżył  tej  próby.  -  Obejrzał  dokładnie  tę  stronę  zbocza: 

nie było śladu ludzi piasku, ale po nich przeważnie nie było śladu, aż do ostatniej chwi-
li przed atakiem.  - Był taki karczmarz w Anchorhead, który chciał ich mieć po swojej 
stronie, pewnie planował piractwo na pustyni. W każdym razie zauważył, że najczęściej 
napadają na ogrody,  w  których rosną słodkie owoce,  nagotował  więc  wody z cukrem, 
żeby sprawdzić, czy nie ułatwi rozmów. Wieść niesie, że popili się błyskawicznie i że 
im się to podobało. Zrobił więc następny kocioł i zaprosił ich. Przybyli i zabili go. Mo-
że nie lubią dobrze się czuć? 

-  To  wszystko  wyjaśnia  -  ucieszyła  się  niespodziewanie.  -  Teraz  wiadomo,  skąd 

się wzięli! 

- Co?! 
- To krewni  mego stryja  Dro. On nienawidzi dobrej zabawy i  wszystkich,  którzy 

mają dobre samopoczucie. 

Roześmiał się tak lekko i radośnie, jak mu się to dawno nie zdarzyło i zawrócił po-

jazd kierując się w dół zbocza. 

- To by znaczyło, że twój stryj jest spokrewniony z moją ciotką Coolie... 
- A więc jesteśmy dalekimi kuzynami! - dokończyła i oboje zaczęli się śmiać. 
- Musimy się pospieszyć - spoważniał po chwili  -jest południe, a musimy być na 

miejscu o szesnastej. 

O szesnastej... 
 
Ocknął się z krzykiem, jakby wylądował w kadzi z kwasem. Bolało go wszystko, 

jak gdyby przywaliły go ścierwa. Ledwie stłumił jęk. 

-  Dzięki  Stwórcy!  -  ucieszył  się  Threepio.  -  Obawiałem  się,  że już  nigdy  się  pan 

nie obudzi! 

Luke odwrócił głowę - leżał na stercie koców i płacht izolacyjnych na stole w ja-

kimś  warsztacie,  obok  kabiny  kwatermistrza,  na  poziomie  dwunastym,  oświetlonym 
przez  lampy  awaryjne.  Obok  stał  Threepio  sprawiając  wrażenie,  jakby  w  niewielkim 
pomieszczeniu  przemierzył  co  najmniej  pięćdziesiąt  kilometrów,  chodząc  tam  i  z  po-
wrotem. Android trzymał czarny pojemnik awaryjnej apteczki. 

- Która godzina? - wychrypiał Luke. 
- Trzynasta trzydzieści siedem. - Threepio położył apteczkę na stole i otworzył ją. 

- Pani Callista poinformowała mnie, że został pan zaatakowany przez androidy sprząta-
jące i muszę przyznać, że jestem zszokowany: Wola nie powinna  w ten sposób nadu-
żywać  prostych  urządzeń  mechanicznych.  Pani  Callista  podała  mi  też  współrzędne, 
gdzie pan przebywa. Zgodnie z jej instrukcją zmieniłem panu opatrunek i dałem środek 
przeciwwstrząsowy oraz lekki przyspieszacz metabolizmu. Jednak, prawdę mówiąc, to 
mimo prawidłowo udzielonej pierwszej pomocy, nie sądzę, aby był pan w stanie  wal-
czyć z Gamorreanami, choć jest to naturalnie jedynie moja prywatna opinia. Nie jestem 
androidem medycznym. Jak się pan czuje? 

-  Jak  po  trzystukilometrowym  wyścigu  na  przełaj  z  rozwalonym  stabilizatorem  - 

odparł  zapytany,  umieszczając  na  nodze  ostatnie  trzy  perigeny,  jakie  zdołał  znaleźć 
android. - Przydałaby się końska dawka tego specyfiku... 

background image

Dzieci Jedi 

222 

Ostrożnie poruszył ramieniem, które omal nie wypadło ze stawu podczas spotka-

nia z androidami, i pomacał się po twarzy ociekającej środkiem dezynfekcyjnym. Skóra 
wokół  skaleczeń  była  spuchnięta  i  obolała.  Lewą  dłoń  miał  solidnie  przypaloną  przy 
rozcinaniu  uzwojenia  i  okablowania  automatów.  Threepio  zabandażował  ją  niezbyt 
wprawnie i znieczulił miejscowo. Spod rozciętej skóry prawej dłoni  widać było metal 
protezy. 

- Nie wiem, gdzie teraz można by znaleźć konia, proszę pana. -W głosie Threepia 

słychać było troskę. 

- Nieważne. Nadajnik nadal jest na górze? 
- Jest - rozległ się głos Callisty w niewielkim głośniku. 
- Ależ pan Luke nie jest w odpowiedniej kondycji do walki... -zaczął android. 
-  Nie  będę  z  nikim  walczył  -  przerwał  mu  Luke.  -  Zaczęliśmy  od  niewłaściwego 

podejścia  do  problemu.  Skoro  Wola  może  tak  zaprogramować  androidy,  aby  uznały 
mnie  za  organiczny  śmieć  wymagający  przetworzenia,  albo  żeby  Gamorreanie  uznali 
Cray za rebeliancką sabotażystkę, to najwyższy czas samemu zająć się oprogramowa-
niem. 

 
Kiedy Luke przekuśtykał przez drzwi ładowni, musiał na chwilę przystanąć, żeby 

oczy przestały mu łzawić od dymu. Wioska Gakfeddów otoczona była bowiem płoną-
cymi  pochodniami.  Oprócz  dymu  w  powietrzu  czuć  było  spaloną  izolację  i  swojski 
smrodek świadczący o awarii systemu oczyszczania albo o rozbiciu ostatnich w okolicy 
androidów  sprzątających.  Krótko  mówiąc,  śmierdziało  jak  na  śmietniku,  ze  wskaza-
niem na pryzmę kompostową. Przed najokazalszą chatą płonęło solidne ognisko. Bully-
ak  przykucnęła,  zajęta  konstruowaniem  kolczugi  z  czerwonych  i  zielonych  naczyń, 
ukradzionych  z  jadalni,  oraz  nieśmiertelnej  taśmy  samoprzylepnej.  Widząc  Luke'a  i 
Threepia  błyszczącego  w  blasku  ognia,  chrząknęła  ostro  i  dodała  coś  głośno,  gestem 
zapraszając ich bliżej. 

- Pani Bullyak pyta, czy to jej mężowie tak pana urządzili - przetłumaczył android 

i dodał po kolejnej serii kwików i chrząknięć: -Wyraziła też raczej negatywną opinię o 
ich poziomie inteligencji i możliwościach seksualnych, choć, prawdę mówiąc, absolut-
nie nie dostrzegam związku między uwagą a pytaniem. 

- Przekaż jej moje pozdrowienia i powiedz, że odkryłem sposób umożliwiający jej 

mężom oraz innym dzikom z jej plemienia odzyskać honor w bohaterskiej walce prze-
ciwko wrogom. 

Maciora  siadła  prosto,  z  nagłym  błyskiem  w  zielonkawych  ślepiach  otoczonych 

fałdami tłuszczu. 

- Ona  mówi, że jej mężowie i inne dziki z plemienia zrobili się głupi i leniwi od 

gapienia  się  w ekrany i zaniedbują  się  w obowiązkach tak  względem plemienia, jak i 
jej. Będzie panu wdzięczna, jeśli zdoła ich pan uwolnić od tego głupiego zauroczenia 
czymś, co jest w ekranach i co myśli tylko o łapaniu pasożytów, a nie o tym, by dzik 
zachowywał się jak dzik. Poza tym dodała serię drobnych detali anatomicznych i ocen 
poziomu  intelektualnego  swych  mężów,  które  wydają  się  pozostawać  bez  związku  z 
omawianą sprawą. 

background image

Barbara Hambly 

223 

Luke  z  trudem  ukrył  uśmiech.  Podejrzewał,  że  słuchająca  tłumaczenia  Callista 

także doskonale się bawi. 

- Spytaj ją, gdzie można znaleźć jej mężów. 
- Dokładnie za tobą, rebelianckie ścierwo! 
Obejrzawszy  się,  zobaczył  w  drzwiach  Gamorrean.  Ugbuz  odepchnął  androida, 

wywracając go przy tej okazji, a dwóch innych złapało Luke'a za ramiona. 

- Wreszcie cię mamy! - parsknął Ugbuz. - To, co wyprawiasz razem ze swoimi re-

belianckimi sabotażystami... 

Bullyak zerwała się wrzeszcząc tak, że omal się nie opluła. 
- Też mi odważni wojownicy wyżywający się na rannym kulasie i chodzącej ma-

szynie  do  mówienia!  -  przetłumaczył  Threepio  korzystając  z  przerwy,  jaką  Bullyak 
zrobiła dla nabrania oddechu. Nawet nie próbował wstać. - Zamiast walczyć wreszcie z 
tymi lubiącymi mydło i pachnidła Klaggami, uciekacie tchórzliwie jak morrty i wyko-
nujecie  głupie  polecenia  czegoś  zza  ekranu,  co  nie  ma  nawet  na  tyle  odwagi,  by  się 
pokazać! 

Ugbuz zawahał się - dzik toczył w nim walkę z oficerem. 
- Ale takie są rozkazy - wykrztusił w końcu. - To Wola. 
- Ta Wola chce, żebyście wreszcie zachowywali się jak prawdziwe dziki  - powie-

dział łagodnie głosem prawdziwego mistrza Jedi, sięgającym w głąb umysłów.  - Jedy-
nie będąc prawdziwymi dzikami możecie zostać prawdziwymi szturmowcami. 

Widać było, jak w gamorreańskich łbach ten pomysł dosłownie bije się z indok-

trynacją komputerową, toteż Luke dodał, zwracając się do Bullyak: 

- Słyszałem, że Mugshub wyśmiewa się z ciebie, że masz tchórzliwe plemię, które 

nie chce walczyć, i nazywa cię Świńską Mamką. 

Bullyak kwiknęła faktycznie jak zarzynana maciora i, jak się spodziewał, trzasnęła 

go na odlew  - gdyby dwaj świnioludzie nie trzymali go nadal za ramiona, Luke  wylą-
dowałby obok androida. Udał, że zemdlał, toteż rozwścieczona locha kopnęła Threepia, 
a potem zaczęła tłuc Ugbuza i każdego innego samca, jaki jej się nawinął, wywrzasku-
jąc przy okazji urozmaicone przekleństwa, które Threepio dokładnie tłumaczył, wyka-
zując zaskakującą znajomość detali anatomicznych. 

- Ale to Wola! -jęknął Ugbuz nawet nie próbując się zasłonić. - Tak chce Wola! 
Threepio przetłumaczył, co według Bullyak Ugbuz może sobie zrobić z Wolą i jej 

zachciankami, i dodał: 

- Obawiam się, że to fizycznie niewykonalne. 
- Może Wola się zmieniła - powiedział Luke z naciskiem, choć cicho - skoro zna-

lazł się sposób, byście wykonali swój obowiązek jako dziki-wojownicy. 

Ugbuz i pozostali rzucili się ku dużej chacie stojącej po drugiej stronie wioski, a 

Luke pomógł wstać androidowi i pokuśtykał za nimi. 

Znalazł ich wpatrzonych w ekran, na którym widniał pomarańczowy napis (mimo 

iż  wszystkie  łącza  komputerowe  do  ładowni  zostały  przecięte  ponad  godzinę  wcze-
śniej). 

* Wola zdecydowała, żebyście udali się windą dwudziestą pierwszą na poziom 

dziewiętnasty i zniszczyli tych cuchnących wszarzy, razem z ich morrtami. 

background image

Dzieci Jedi 

224 

Uradowane plemię omal nie stratowało Luke'a pędząc do drzwi. 
 
- O co chodzi? - warknął Ugbuz widząc, że Luke daje znak, by niosący go stanęli i 

postawili go na podłodze. - To nie jest winda numer dwadzieścia jeden. 

Żółte oczka błysnęły podejrzliwie w półmroku oświetlonego lampami awaryjnymi 

korytarza. Na pokładzie nie działało normalne światło, a w powietrzu pachniało stęchli-
zną. W mroku słychać było dziwne szepty, szelesty i tupoty dochodzące ze wszystkich 
stron, a po androidach sprzątających zostały jedynie wybebeszone korpusy pod ściana-
mi. Działającego nie spotkali, odkąd znaleźli się na pokładzie, naturalnie jeśli nie liczyć 
Threepia  stojącego  w drzwiach kabiny  kwatermistrza i lekko połyskującego  w blasku 
prętów jarzeniowych przymocowanych do laski Luke'a. 

- Meldunek wywiadowczy - poinformował Ugbuza i podszedł do androida, opiera-

jąc się o jego metalowe ramię i naciskiem kierując go do warsztatu położonego za ka-
biną. 

Znajdowały się tu sanie antygrawitacyjne unoszące się ze trzy metry nad podłogą 

dzięki dodatkowym zasilaczom  wymontowanym z G-40 i dwóch żyroskopowych gra-
barzy, które Luke zdezaktywował. Potrzebował czegoś na wymianę - inaczej nie miałby 
płaszczyzny porozumienia z Jawami. 

- Spokojnie tu było? - spytał cicho. 
- Bardzo spokojnie, panie Luke'u. Jak długo pozostaję wewnątrz perymetru zapro-

gramowanego w androidach zwiadowcach, Jawo-wie nie mogą mnie niepokoić. Propo-
nuję jednak, by pan ich szybko spławił, bo im bardziej osiadają sanie, tym trudniejsza 
staje się sytuacja, a niewiadomo, na jak długo wystarczy energii... 

Platforma,  na  której  Luke  złożył  zdezaktywowane  roboty,  już  obniżyła  się  już  o 

jakieś pół metra, odkąd Luke był tu ostatnio. Gdy opadnie do wysokości dwóch Jawów, 
to  pomimo  pary  zwiadowczych  androidów,  przeprogramowanych  przez  Threepia  na 
ogłuszanie Jawów, jej ładunek stanie się łupem pustynnych złodziei, rekompensujących 
sobie niski wzrost zręcznością. Po prostu staną jeden na drugim i to w takiej liczbie, że 
ściągną sanie na podłogę. Widać było, że wysłannicy w brązowych habitach stojący w 
drzwiach cały czas kalkulują, czy już im się opłaca wezwać posiłki, czy lepiej jeszcze 
pohandlować z Lukiem. Sądząc po gwałtownie przerwanej wymianie poglądów stanęło 
na tym drugim, gdyż z grupy wysunął się najmniejszy, padł plackiem i ucałował jego 
buty. 

- Jakieś problemy? - spytał zaniepokojony Luke. 
- Panie, zrobiliśmy, co tylko było można. - Jawa wstał. -Poszliśmy, gdzie kazałeś, 

próbowaliśmy przeciąć druty, które kazałeś. 

Był to ten sam Jawa, którego uratował przed Ugbuzem i resztą bandy, a  którego 

nazwał  Shorty.  Teraz,  na  dowód,  że  mówi  prawdę,  wyciągnął  zakończoną  pazurami 
dłoń. Była czarna i popalona, w kilku miejscach widać było punktowe przepalenia, w 
innych  spore  bąble.  Pozostali  poszli  w  jego  ślady  ukazując  kończyny  w  podobnym, 
czasem gorszym stanie. 

background image

Barbara Hambly 

225 

- Przewody zasilające prowadzące do Komnaty Kar są nie tylko ekranowane, ale i 

zabezpieczone pułapkami - rozległ się głos Callisty. - Jeden Jawa został zabity, dwóch 
ciężko rannych. W ten sposób nie zdołamy zapobiec egzekucji. 

- Co dalej? - zainteresował się Shorty. - Za dwa wielofunkcyjne Cyboty galaktycz-

ne damy sześć metrów srebrnego drutu, czternaście zasilaczy Telgom typ A i trzydzie-
ści zasilaczy Loronar typ D. 

Luke ledwie go słyszał, pierwszy raz od chwili wejścia na pokład ogarnięty pani-

ką. Cray miała zostać zabita mniej więcej za godzinę, a jego plan okazał się niewyko-
nalny. Potrzebny był inny, i to natychmiast, bo w przeciwnym wypadku... 

- Dwadzieścia Telgornów typ A, to wszystko co mamy - pisnął Shorty. - Bez nich 

będziemy ślepi w mroku, ale dla ciebie, panie, oferujemy specjalne warunki... 

Plan skrystalizował się niespodziewanie, podobnie jak świadomość, że skoro Jawa 

twierdzi, że ma dwadzieścia zasilaczy, to musi ich mieć co najmniej czterdzieści pięć. 

- Trzydzieści typu A i trzydzieści typu D. Do tego trzydzieści metrów podwójnie 

ekranowanego  kabla.  Za  to  dostaniecie  oba  Cyboty.  A  za  resztę  wykonacie  dla  mnie 
pewną pracę. 

- Za całą resztę? - Pół tuzina zakapturzonych głów odwróciło się. 
Najodważniejszy dał  krok w stronę sań i znieruchomiał dokładnie na osiem cen-

tymetrów  przed  granicą  otwarcia  ognia  przez  oba  androidy  zwiadowcze.  Faktycznie 
należało szybko dobijać targu albo towar przejdzie w posiadanie Jawów za darmo. 

- Całą resztę - potwierdził. - To będzie łatwa praca. 
- Jesteśmy do usług, panie! - pisnął chórek spod drzwi. 
I  natychmiast  otoczyli  go  podnieconym  kręgiem,  wymachując  prowizorycznie 

opatrzonymi kończynami. 

Najbardziej uniwersalnym środkiem opatrunkowym były płaty izolacji i taśma sa-

moprzylepna.  Bez  niej  najprawdopodobniej  cały  ten  superpancernik  zacząłby  się  już 
rozlatywać. 

- Zrobimy, co zechcesz - zapewnił go Shorty. - Zabijemy strażników. Ukradniemy 

silniki. Wszystko. 

- Doskonale. Chcę, żebyście przeszukali cały okręt i sprowadzili w jedno miejsce 

wszystkie trójnogi. Najlepiej w jednej z jadalni. I żebyście pilnowali, aby jej nie opuści-
ły. Nie róbcie im krzywdy ani nie zabijajcie. Macie je tam sprowadzić  wszystkie, nie 
uszkodzone, i dać im wody do picia. Jasne? 

Jawowie zasalutowali, a Shorty zapytał: 
- Zapłata teraz? 
- Przynieście zasilacze i drut do windy dwudziestej pierwszej, to zapłacę połowę  - 

odparł Luke czując się jak handlarz starzyzną albo właściciel składnicy złomu.  - I po-
spieszcie się 

- Już tam są, panie! - zapewnił Shorty gnając ku drzwiom. -Wczoraj były! 
Miotacze obu androidów zwiadowczych znieruchomiały, gdy ostatni Jawa zniknął 

z pola widzenia. Luke ciężko wsparł się na ladze czując, że drży z wyczerpania. 

- Poradzisz sobie jeszcze trochę sam? - spytał Threepia. 
- Oczywiście, panie Luke'u. Proszę mi pozwolić pogratulować sobie genialnego... 

background image

Dzieci Jedi 

226 

Luke  przestał  go  słuchać  i  zajął  się  sprowadzeniem  na  podłogę  ładunku  wraz  z 

opakowaniem. Zapach Jawów w pomieszczeniu nasilił się, co oznaczało, że klimatyza-
cja znów siada, ale miał ważniejsze problemy, takie jak rozładowanie dwóch żyrosko-
powych cybotów i dokładnie  pozbawionego elektroniki Tredwella. Przy użyciu Mocy 
udało mu się zwalić trzy androidy na kupę w kącie i odetchnął z ulgą. 

- Będzie je trudniej pilnować, ale potrzebuję transportu - stwierdził. - Jak myślisz: 

zwiadowcy poradzą sobie z Jawami? 

- Przez jakiś czas na pewno, proszę pana. - Threepio nie ukrywał zaniepokojenia, 

rozglądając  się  po  zakamarkach  pomieszczenia,  choć  jego  czujniki  optyczne  dobrze 
widziały w ciemności. -Muszę przyznać, że Jawowie są diabelnie sprytni. 

- To nasze szczęście, że Luke też - skomentowała Callista z ukrytego głośnika. 
Z  pewnym  zdziwieniem  poczuł,  że  jest  z  niego  dumna.  I  że  sprawia  mu  to  przy-

jemność. 

 
Przy windzie dwudziestej pierwszej byli Jawowie z zasilaczami, gdy śmierdzące i 

spocone wojsko Luke'a dotarło na miejsce. Luke siedział w saniach antygrawitacyjnych 
zadowolony, że choć raz nie musiał używać własnych nóg. Zegar nad drzwiami wska-
zywał piętnastą dwadzieścia, gdy z góry dał się słyszeć miękki kontr-alt (z góry, czyli z 
innego poziomu, gdyż na tym wszystkie głośniki zostały wyłączone): 

-  Cały  personel  ma  się  zameldować  w  wyznaczonych  miejscach  przed  ekranami 

obserwacyjnymi. Powtarzam: cały personel ma się zameldować w wyznaczonych miej-
scach przed ekranami obserwacyjnymi. Nieobecność będzie traktowana jako... 

Naturalnie Ugbuz i pozostali wykonali przepisowe w tył zwrot. Luke zaklął i ze-

skoczył na podłogę, potknął się i złapał Ugbuza za ramię. 

- To nie dotyczy pana i pańskich ludzi, kapitanie - powiedział miękko. 
Ugbuz zmarszczył się w wysiłku myślowym. 
- Ale nieobecność będzie traktowana jako sprzyjanie sabotażystom - wykrztusił w 

końcu. 

Luke skoncentrował Moc na niewielkiej kuli mroku stanowiącej umysł Ugbuza. 
-  Ma  pan  specjalne  zadanie  i  rozkazy  ogólnego  przeznaczenia  pana  nie  dotyczą. 

Pańskim zadaniem jest zmycie hańby spoczywającej na dzikach plemienia Gakfeddów, 
aby mogły wreszcie wiernie służyć Woli. 

Widząc ulgę w ślepiach Ugbuza, ledwie powstrzymał dreszcz obrzydzenia  -jakie 

to  było  proste  i  łatwe...  Rezultat  gwarantowany.  Palpatine  mógł  używać  tych  samych 
zwrotów  i  myśli,  by  sterować  ludźmi,  a  w  dodatku  władza,  jaką  nad  nimi  zyskiwał, 
upajała jak narkotyk. 

W  ciągu  paru  sekund  połączono  zasilacze  ze  sobą  i  z  generatorami  sań  zielono-

żółtym kablem. Wytężając zmysły Luke był w stanie usłyszeć oddechy wartowników w 
górze  szybu,  a  w  samym  szybie  bez  trudu  dało  się  dostrzec  osmolenia  i  stopienia  po 
rykoszetach.  Najwięcej  było  ich  w  okolicach  drzwi,  bo  te  wartownicy  obrali  jako  cel 
podstawowy. 

Piętnasta dwadzieścia pięć. 

background image

Barbara Hambly 

227 

Wyjął  z  kieszeni  pilota  podrzuconego  na  pokład  Klaggów  modułu  głosowego  i 

wytężył zmysły, wysyłając je w górę szybu. I włączył nadawanie. 

- Nichosie! - odległy ni to krzyk, ni to jęk niósł w sobie strach, wściekłość i zde-

sperowanie, któremu towarzyszyły  słabe  odgłosy szamotaniny.  -  Nichos, bydlaku, za-
chowaj się jak mężczyzna, jeśli jeszcze pamiętasz jak! 

I znacznie bliżej charakterystyczny gamorreański głos: 
- Co to było? 
Po chwili ciszy odpowiedział mu drugi: 
- Śmierdzące Gakfeddy są tutaj! I oddalający się tupot. 
- Teraz! - Włączył generatory sań, które dwaj Gamorreanie wsunęli do szybu win-

dy. 

Pojazd zakołysał się niczym łódka na fali, a Luke stopniowo zwiększył zasilanie, 

w miarę jak owi pożal się Boże szturmowcy ładowali się do wnętrza. Doskonale zdawał 
sobie sprawę, że w dole jest co najmniej osiemdziesiąt metrów pustki, ale sanie utrzy-
mywały wysokość. Z góry dało się słyszeć słabe okrzyki - najwyraźniej pogoń za uda-
jącym Ugbuza androidem trwała w najlepsze. Sterowała nim Callista w pogrążonym w 
półmroku labiryncie, w jaki zmienił się pokład oświetlony jedynie lampami awaryjny-
mi. Chyba doskonale się przy tym bawiła. 

Potem znów słaby głos Cray klnący Nichosa za brak pomocy. 
Zablokował  ten  głos,  koncentrując  się  na  stopniowym  zwiększaniu  mocy  nośnej 

generatorów sań, które unosiły ładunek dwukrotnie cięższy od przewidzianego i to nad 
studnią  grawitacyjną  kilkanaście  razy  większą  niż  powinny.  Generatory  zawyły  roz-
paczliwie, więc Luke zamknął oczy i przywołał Moc. 

Trudno się skoncentrować, jeśli ma się umysł pełen zmęczenia i przytępiony bó-

lem. Przypominało to ogniskowanie  światła  w brudnym i  uszkodzonym krysztale, ale 
Moc istnieje wszędzie, nie tylko w gwiazdach, ale i w życiu nawet takich stworzeń jak 
Gamorreanie. Moc  stanowi ich część,  tak jak  wszystkich żyjących  istot  -  nawet ludzi 
piasku czy trójnogów... Powoli oczyścił umysł z zaprzątających go problemów i bólu. 
Sanie powoli zaczęły się unosić. 

Niczym liść w studni... 
Krzyki Klaggów stały się głośniejsze. 
A  Luke,  obserwując  drzwi  będące  celem,  uświadomił  sobie  nagle,  że  jego  głupi 

podwładni zaczną się pchać jeden przez drugiego, byle szybciej znaleźć się w korytarzu 
i dopaść wroga... O ile wcześniej się między sobą o to miejsce nie pobiją! 

A to musiało skończyć się wywrotką i upadkiem z co najmniej stu metrów, po któ-

rym  nie  będzie  co  zbierać.  Jedyne,  co  mógł  zrobić,  to  przyspieszyć  własne  zmysły  i 
sterować każdym z czterech generatorów osobno, by zrekompensować dzikie podskoki. 
Gamorreanie  naturalnie  nie  zawiedli  jego  oczekiwań  -  ledwie  znaleźli  się  w  pobliżu 
drzwi,  zaczęli  włazić  jeden  na  drugiego,  przepychać  się  i  miotać,  klnąc  przy  tym  aż 
uszy więdły, i  wymachując bronią. Na szczęście  nie pobili się, ale  i tak manewry, do 
których został zmuszony, pozbawiłyby przytomności każdego technika transportowego. 
Sanie trzęsły się i podskakiwały, nie wywróciły się jednak i nikt nie wypadł. Gamorre-
anie przyjęli ten cud kinetyczny jako coś najnormalniejszego na świecie i gdy w końcu 

background image

Dzieci Jedi 

228 

dotarli  do  progu  drzwi,  wyładowali  się  i  zniknęli  z  szybkością,  która  zawstydziłaby 
prawdziwych szturmowców. 

Luke,  z  trudem  łapiąc  oddech,  nie  tracił  czasu  na  ocieranie  potu  zalewającego 

oczy, lecz skoncentrował się na zmniejszeniu dopływu energii do generatorów, by po-
zbawione ładunku sanie nie wystrzeliły w górę szybu. Gdy mu się to udało, ściągnął je 
do otwartych drzwi na poziomie dziewiętnastym i wtoczył się do środka, nie próbując 
nawet otworzyć rampy załadunkowej. Sądząc po tym, jak długo leżał bezsilny, czekając 
aż miną efekty nadużycia Mocy, i tak nie zdołałby tego dokonać. 

Kiedy wreszcie wstał, była piętnasta pięćdziesiąt. 
Nie mając innego wyjścia i doskonale zdając sobie sprawę, że będzie musiał za to 

zapłacić, skoncentrował Moc na wzmocnieniu swego ciała, tak aby wypełniła zmęczo-
ne mięśnie i zregenerowała bolące nerwy. Wiedział, że cena będzie niewspółmierna do 
korzyści, ale musiał uratować Cray, żeby ta pomogła mu uratować Cal-listę... 

Zanim sanie dotarły do celu, nabrał sił i poruszał się, lekko tylko utykając. 
Korytarz wypełniły nagle odgłosy zaciętej walki i zza narożnika wytoczył się kłąb 

Gamorrean tnących, wyjących i strzelających jeden do drugiego (jeśli nie byli w stanie 
ugryźć czy uderzyć  wcześniej). Luke ruszył do przodu, unikając walki i szukając zie-
lonkawego  kombinezonu,  w  jaki  ubrana  była  Cray.  Wokół  trwało  zamieszanie,  trupy 
zaczynały  zaścielać  podłogę,  a  w  pełnym  rykoszetów  powietrzu  unosił  się  słodkawy 
zapach krwi. Nigdzie nie mógł dostrzec Cray. 

-  Luke!  -  dobiegł  gdzieś  z  przodu,  ledwie  słyszalny  przez  bitewną  wrzawę,  głos 

Callisty. - Tędy! 

- Cały personel ma się zgłosić... - zabrzmiało w głośnikach i Luke uświadomił so-

bie, że w tej części statku nadal rządzi Wola. 

Ledwie wyhamował biorąc zakręt z piskiem obcasów i znalazł się przed podwój-

nymi, czarnymi drzwiami oznaczonymi KOMORA KAR 2, nad którymi paliło się po-
jedyncze żółte światło. 

Koło drzwi stał nieruchomy Nichos, niczym posag ze spatynowanego srebra, a je-

dyną naprawdę żywą częścią jego twarzy były pełne bólu oczy. 

Natomiast przed drzwiami stał szturmowiec w pancerzu, z gotowym do strzału ka-

rabinem laserowym w dłoniach. 

-  Zostań  tam,  gdzie  jesteś  -  rozległ  się  wyraźny  mimo  filtrów  hełmu  głos  Triva 

Pothmana. - Wiem, że chcesz jej pomóc, ale to Rebeliantka i sabotażystka. Jeśli nic nie 
zrobisz, zeznam na twoją korzyść. Jeśli zrobisz, będę musiał cię zastrzelić. 

- Triv, ona nie jest Rebeliantką, bo Rebelii już nie ma... Imperium zresztą też już 

nie  ma,  a  Imperator  jest  martwy!  -  Gorączkowo  przeszukiwał  korytarz  tak  wzrokiem, 
jak i innymi zmysłami, ale nie było nic, czym mógłby rzucić w Triva, a był zbyt osła-
biony, by wyrwać mu broń; Moc wzmacniała, ale nie czyniła cudów. 

Elektroniczny wyświetlacz nad drzwiami wskazywał piętnastą pięćdziesiąt sześć, a 

światło z żółtego zmieniło się na czerwone i zaczęło pulsować. Triv zawahał się i za-
czął powtarzać: 

- Zostań tam, gdzie jesteś. Wiem, że... 

background image

Barbara Hambly 

229 

- To naprawdę było dawno temu - przerwał Luke sięgając do jego umysłu poprzez 

strzegący go biały pancerny plastik i czarny mrok osłaniający myśli. 

Zaczynało mu mrocznieć przed oczyma i skupienie wokół siebie Mocy nie szło tak 

jak powinno, ale wiedział, że musi coś zrobić, a tamten zastrzeli go, nim zdoła pokonać 
połowę dzielącej ich odległości. 

- Imperium zostawiło cię i zapomniało o tobie  - powiedział cicho, z naciskiem.  - 

Zostałeś sam i mogłeś robić to, na co miałeś ochotę: pielęgnować ogródek i naszywać 
kwiaty na koszule... 

Prawie słyszał w umyśle Triva przenikliwy głos komputerowej indoktrynacji: 
Jedi  zabili  twoją  rodzinę.  Napadli  nocą  na  wioskę,  pozabijali  mężczyzn,  zagonili 

kobiety w pułapkę... Uciekłeś w mrok przez błoto i rzekę... 

- Pamiętasz swoich towarzyszy? - spytał Luke tworząc obraz zielonkawych cieni, 

wśród  których  połyskiwało  czterdzieści  pięć  białych  hełmów  na  drewnianej  półce.  - 
Pamiętasz obozowisko, które zbudowałeś? Łąkę nad strumieniem? Żyłeś tam samotnie 
wiele lat, podczas których Imperium przestało istnieć. 

Pnącza,  ziemia,  mały  gad  z  tęczowymi  piórami  zbierający  z  progu  okruszki,  za-

pach strumienia i wszechobecny spokój, który trwał latami. 

- ...ona jest Rebeliantką i sabotażystka... - Głos Triva nagle umilkł. 
Wspomnienia przełamały programowanie, tym bardziej że w sukurs obrazom wy-

wołanym przez Moc przyszły sceny, które Pothman przeżył i znał. 

Wyświetlacz nad drzwiami wskazywał piętnastą pięćdziesiąt dziewięć. 
- Cuchnące ścierwo! - Pothman nagle ocknął cię i złapał za pierścień zamykający 

drzwi. 

Luke najszybciej jak mógł skoczył z pomocą, ale pierścień nie chciał się przekrę-

cić, blokowany z drugiej strony albo z wnętrza drzwi przez Wolę. 

- Rusz się, Nichosie! - warknął Luke. - Pomóż! Mężczyzna-android błyskawicznie 

znalazł się przy nich, złapał pierścień i przekręcił -jego mechanicznej sile zamek nie był 
w stanie się przeciwstawić. Drzwi puściły z sykiem i Nichos otworzył je szarpnięciem. 

- Chcą się zamknąć! - zdziwił się. - Te przeklęte drzwi chcą się zamknąć... 
Pancerna  płyta drżała  w jego uchwycie, próbując zatrzasnąć się  z  powrotem, ale 

Luke  to  zignorował.  Uaktywnił  miecz  i  wpadł  do  wnętrza.  Na  środku  pomieszczenia 
stała blada i mokra od potu Cray, przykuta do dwóch pionowych słupów. 

- Za późno! - krzyknęła, ale Luke to także zignorował dając dwa koślawe kroki w 

jej stronę i tnąc kajdanki przykuwające jej ręce do słupów. 

- Za późno, Luke'u! 
Ostatkiem sił pchnął umysł na kratę enklizyjną, zablokował dopływ energii i wy-

słałjądo nie gotowych jeszcze laserów, rwąc synchronizację i uruchamiając nie nałado-
wane miotacze. 

Pojedyncza wiązka trafiła Luke'a w łydkę zranionej nogi, gdy Cray przeciągała go 

przez próg. 

background image

Dzieci Jedi 

230 

R O Z D Z I A Ł  

20 

- Był tam  - powiedziała cicho Cray obejmując się i otulając jednocześnie kocem, 

pochyloną głową dotykała podciągniętych pod brodę kolan. - Był tam przez cały czas... 
Powtarzał, że mnie kocha i żebym była odważna, ale nie zrobił nic, żeby im przeszko-
dzić... nic, ani jednej, cholernej rzeczy... 

Z byle jak obciętymi włosami, posiniaczona i z brudną twarzą, na której zmęcze-

nie  i emocje  wyryły  głębokie ślady,  wyglądała  znacznie  młodziej  niż  kiedykolwiek. I 
delikatniej  -  po  raz  pierwszy,  odkąd  Luke  ją  poznał,  wyglądała  na  bezbronną.  Dotąd, 
czy to na Yavinie Cztery, czy w Instytucie, czy w pokoju Nichosa w szpitalu była do-
skonale piękna i ta doskonałość stanowiła jej tarczę. 

Teraz nie było ani doskonałości, ani tarczy. 
Dym i migotliwe światło dziwnej lampy w kącie stanowiło jedyne oświetlenie ka-

biny kwatermistrza. Powietrze było tak złe, że Luke poważnie zastanawiał się, czy nie 
połączyć paru wentylatorów z ocalałymi ogniwami. Gdyby miał drut i wentylatory. 

I gdyby miał czas. 
Wszystko bowiem nie tyle mówiło, ile krzyczało, że czasu nie ma. 
- Miał założony ogranicznik... 
- Wiem, że miał założony ogranicznik, do cholery! - wrzasnęła niespodziewanie z 

płonącymi wściekłością oczyma. 

Widać w nich było ślepą furię i bezsilną złość skrywającą bezdenną porażkę, żal i 

koniec wszystkich nadziei, jakie żywiła. A potem nastąpiła cisza, gdy odwróciła głowę. 
Podczas choroby Nichosa  zaczęła  chudnąć, teraz  wyglądała  niczym  kościotrup, a  koc 
wisiał na niej jak na kołku. 

Odetchnęła parę razy i dodała całkowicie spokojnym głosem: 
- Został zaprogramowany tak, aby nie wykonać żadnej mojej prośby czy rozkazu. 

Nie podał mi nawet wody czy jedzenia. 

Luke już to wiedział - Nichos zdał mu dokładną relację. Cray, mimo wygłodzenia, 

nadal nic nie jadła - taca, którą przyniósł z jadalni Threepio, pozostała nietknięta. 

- Przestań go nienawidzić za to, że jest tym, czym jest. - Była to jedyna rzecz, jaka 

przyszła mu do głowy. - Ani za to, że nie jest tym, kim byś chciała. 

background image

Barbara Hambly 

231 

Nawet  w  jego  własnych  uszach  brzmiało  to  niczym  jarmarczna  przepowiednia 

przyszłości z byle jakiego komputera. Ben wiedziałby, co powiedzieć, Yoda pomógłby 
na pewno: był doskonały w leczeniu ran duszy i zrujnowanego życia. Aon, najsłynniej-
szy  Jedi  we  wszechświecie  (przynajmniej  znanym  wszechświecie),  zwycięzca  klono-
wanego Imperatora, potrafił tylko prawić komunały. 

Cray złapała się oburącz za głowę, jakby pragnąc pozbyć się dokuczliwego bólu. 
-  Chciałabym  go  nienawidzić.  Ale  kocham  go  i  to  dziesięciokrotnie  pogarsza 

sprawę. - Uniosła suche i równie wyraziste jak głos oczy. - Wyjdź! Chcę spać! 

Zawahał się wiedząc, że nie powinna zostać sama, gdy usłyszał głos Callisty: 
- Zostanę z nią. 
 
Nichos, Pothman i Threepio byli w laboratorium-warsztacie. 
-  To  najpowolniejsza  i  lubiąca  jałowe  dyskusje  rasa  w  galaktyce  -  perorował  an-

droid. - Z tego co wiem, wszystkie Kitonaki nadal są dokładnie tam, gdzie ustawili ich 
Gamorreanie. I  wciąż paplają  o przepisach kulinarnych dziadków.  A raczej o jednym 
przepisie. Jest to nadzwyczajne, jeśli weźmie się pod uwagę, że w sezonie godowym, 
który zawsze występuje podczas pory deszczowej, poruszają się z naprawdę zadziwia-
jącą szybkością. 

Przerwał i odwrócił się ku drzwiom słysząc kroki Luke'a, podobnie jak pozostali. 

Nichos ruszył się pierwszy, podchodząc z  wyciągniętą ręką  - dłoń będąca dokładnym 
odwzorowaniem  oryginału,  łącznie  ze  znamieniem  w  kształcie  litery  V  przy  kciuku, 
podobnie jak błękitne oczy i twarz, to wszystko wyglądało jak prawdziwy Nichos. Ale 
resztą  były  tylko  gigabajty  informacji  w  rozbudowanej  pamięci  androida.  Bo  Nichos 
był androidem i nie miało najmniejszego sensu oszukiwanie się, że jest człowiekiem... 

- Co z nią? - spytał Triv. 
- Chodź, Nich - odezwał się Luke - zdejmę ci ogranicznik. 
- Rozumiem. - Nichos nie spoglądał na niego, lecz na zamknięte drzwi do kabiny. 

- Rozumiem... sądzę, że już nigdy nie będzie chciała mnie widzieć. 

Luke bez słowa wziął z szafki skrzynkę z narzędziami, Triv przyniósł latarkę, do-

gorywającą, ale jeszcze dającą trochę światła. Prawdę mówiąc, Luke sam nie wiedział, 
czy Cray będzie chciała kiedykolwiek zobaczyć Nichosa, czy nie. Przestał się zastana-
wiać i zabrał się do pracy. 

To nie był normalny ogranicznik - zamocowano go w znacznie bardziej skompli-

kowany sposób na serie zatrzasków magnetycznych, i zaprogramowano drobiazgowo, 
ale na szczęście nie zabezpieczono pułapkami. Nie dał się tak po prostu usunąć, trzeba 
było  zacząć  niejako  od  wewnątrz,  od  rozłączenia  cieniutkich  światłowodów,  którymi 
wtopił się w konstrukcje mężczyzny-androida. 

Fizyczne zajęcie dawało odprężenie, co go dość mocno zaskoczyło, ale postanowił 

zapamiętać receptę na przyszłość - na kolejny stres psychiczny. 

- Luke'u... ja naprawdę jestem Nichosem? 
- Nie wiem - odparł Luke wiedząc doskonale, że to kłamstwo. 
- Miałem nadzieję, że będziesz w stanie mi powiedzieć - stwierdził cicho Nichos. - 

Znałeś mnie... albo jego. Cray zaprogramowała mnie tak, abym wiedział wszystko, co 

background image

Dzieci Jedi 

232 

on wiedział, robił to, co on robił i żebym myślał, że naprawdę jestem nim. Ale teraz... 
nie wiem. 

- O co ci chodzi?  -  zdziwił  się Threepio.  - Oczywiście,  że  jesteś Nichosem! Kim 

miałbyś  być?!  To  tak  jak  pytać,  czy  Upadek  Słońca  napisał  Erwithat,  czy  jakiś  inny 
Korelianin o takim samym nazwisku. 

- Luke'u? 
Zapytany  skoncentrował  się  na  kolejnym  światłowodzie.  -Czy  ja  jestem  innym 

Korelianinem o tym samym nazwisku? 

- Chciałbym móc odpowiedzieć tak lub nie. - Ogranicznik w końcu puścił, ciągnąc 

za sobą plątaninę przewodów i światłowodów. - Ale nie wiem. Jesteś kim jesteś. Jesteś 
świadomością istniejącą w danej chwili, tyle tylko mogę ci powiedzieć. 

To przynajmniej była prawda. 
Podobnie jak to, że Luke miał jedną dłoń prawdziwą, jedną sztuczną, ale obie były 

jego dłońmi. 

- Miałem nadzieję, że jako Jedi będziesz wiedział. 
Luke natomiast miał nieodparte wrażenie, że Nichos jako były Jedi dokładnie wie, 

co nie zostało głośno powiedziane. 

- Kocham ją. Mówię to,  wiem to, a nie potrafię znaleźć różnicy, jeśli takowa ist-

nieje, pomiędzy oddaniem a lojalnością Threepia czy Artoo do ciebie a tym, co czuję 
do  Cray.  Nie  pamiętam,  czy  to  miłość,  czy  coś  innego.  Nie  potrafię  tego  porównać  i 
ocenić. Gdy ją więzili, bili i zmuszali do tych fars procesowych, zrobiłbym wszystko, 
by jej pomóc. Ale wcześniej założyli mi ogranicznik z programem, który to uniemożli-
wiał, więc po prostu nie mogłem nic zrobić. Nie mogłem zmusić żadnej części ciała, by 
zachowała się niezgodnie z tym programem. 

Wziął od Luke'a ogranicznik, obejrzał go dokładnie i położył na stole. 
- A najgorsze jest to, że z tego powodu nie mam złego samopoczucia, żalu do sa-

mego siebie czy wyrzutów sumienia. 

- A dlaczego miałbyś mieć? - zdziwił się szczerze Threepio. 
- Właśnie - zgodził się Nichos. - Android nie może postępować sprzecznie z pro-

gramem  podstawowym  ani  z  programem  ograniczającym,  nałożonym  na  oprogramo-
wanie podstawowe, jeśli nie  są one  sprzeczne z  najbardziej podstawowymi funkcjami 
motywatorów. Tylko wydaje mi się, że Nichos by mógł. 

 
- Śpi - szepnął głośnik. 
Luke siedział samotnie w warsztacie oświetlonym dwoma zniczami ze smaru wla-

nego do misek po zupie i wyposażonego w domowej produkcji knoty. Mimo to zdawał 
sobie sprawę z obecności Callisty, taić jakby fizycznie przeszła przez drzwi do kabiny. 
Wydawało mu się też, że widzi w półmroku zarys jej sylwetki, ale to musiało być złu-
dzenie. 

- Z Nichosem wszystko w porządku. 
Skinął głową, przypomniał sobie, że jest słyszany, lecz nie widziany i odparł: 
- Nichos... to android. 

background image

Barbara Hambly 

233 

- Wiem. Widzisz... czasami nic nie można zrobić. Wydawało mu się, że siadła ob-

ok, że czuł ciepło jej ciała pamiętane ze snu. 

- Wiem! -  szepnął przez zaciśnięte zęby, zdając sobie sprawę, że jeszcze dwa ty-

godnie temu nie wiedział. 

Dowiadywanie się o sklonowanych Imperatorach i skamieniałych Ciemnych Lor-

dach Sithów wydawało mu się znacznie łatwiejsze. 

A zabijanie ich było po prostu drobiazgiem nie wartym wzmiankowania. 
- Sądzę, że najważniejsze jest nauczenie się, kiedy taki czas występuje - dodał. 
- Djinn Altis uczył nas tego. Swoje opowieści zaczynał od tego, że przez dziesięć 

tysięcy  lat  byliśmy  strażnikami  pokoju  i  sprawiedliwości  w  galaktyce  i  dodawał,  że 
czasami sprawiedliwość osiąga się najlepiej, wiedząc, kiedy należy tylko stać z boku i 
obserwować. Zawsze potem następowała jakaś historia czy to zapisana, czy przekazy-
wana  ustnie  o  czymś,  co  wyglądało  na  coś  zupełnie  innego  niż  to,  co  faktycznie  się 
działo.  Dostawałam  szału  słuchając,  na  co  nieodmiennie  słyszałam,  że  każdy  uczeń 
zobligowany  jest  do  popełnienia  tysiąca  osiemdziesięciu  większych  błędów  i  że  im 
szybciej je popełni, tym prędzej przestanie się mylić. Kiedyś mnie krew zalała i popro-
siłam go o listę naszych błędów. Usłyszałam, że przekonanie, iż taka lista istnieje, jest 
błędem numer cztery. 

- Jak długo cię uczył? 
- Pięć lat... o wiele za mało. 
Przez moment milczał, przypominając sobie  kilka  ledwie tygodni spędzonych na 

Dagobah. W końcu westchnął i powiedział: 

- Szkoda, że część z nich dotyczy uczenia innych w przekazywaniu energii albo w 

użyciu Mocy. Moja ignorancja lub brak doświadczenia kosztowała już jednego z moich 
uczniów życie, a drugiego pchnęła w objęcia ciemnej strony i wywołała w całej galak-
tyce  zamieszanie,  o  którym  nawet  nie  chcę  myśleć.  Cała  ta  sprawa  z  akademią  i  z 
przywróceniem  zdolności  i obecności  Jedi  w  galaktyce jest zbyt  ważna, by... by  nau-
czać ucząc się samemu. Taka partanina prowadzi do błędów, które popełnił Ben, ucząc 
mojego ojca. 

Tym razem cisza zapadła na długo. 
- Gdyby Ben nie nauczył twego ojca, nie byłby on na tyle silny, by zabić Palpati-

ne'a...  ani  też  nie  znalazłby  się  w  pozycji,  która  to  umożliwiła.  Ty  nie  umiałbyś  tego 
zrobić. 

- Wtedy nie - zgodził się przyznając, że nigdy nie rozważał całej tej sytuacji od tej 

strony. 

-  Zapisuję  wszystko,  co  pamiętam  o  naukach  i  nauczaniu  Djinna  -  dodała  cicho, 

jakby nie była pewna, czy przyjmie prezent, który zamierzała mu ofiarować.  - Pracuję 
nad tym, od kiedy pierwszy raz powiedziałeś mi, co robisz na Yavinie Cztery. Techniki, 
ćwiczenia,  medytacje,  teorie  i  opowieści.  Wszystko,  co  pamiętam  i  co  nie  powinno 
zaginąć, a  mogłoby być ci pomocne. Wiem, że wielu technik, wielu sposobów wyko-
rzystania Mocy nie da się opisać, trzeba je pokazać, ale mimo wszystko sądzę, że moje 
wspomnienia na coś ci się przydadzą. 

- Callisto... 

background image

Dzieci Jedi 

234 

- Nie byłam i nie jestem mistrzem i moje zdolności czy postrzeganie wielu rzeczy 

nie są takie, jak być powinny, ale otrzymałam formalne szkolenie, którego ty nie miałeś 
okazji dostać. Postaram się to skończyć, gdy będziesz odlatywał. 

- Ja nie.... - Zamilkł czując na sobie stanowcze spojrzenie szarych oczu; tak samo 

w hangarze spoglądała na Geitha. - Nie możesz pozwolić, by ten okręt, a raczej księżyc 
bojowy, jedyny w swoim rodzaju, wpadł w ręce tego, kto już nauczył się używać Mocy 
do sterowania elektroniką - oświadczyła stanowczo. - Za to oddałam życie przed trzy-
dziestu laty i oddam teraz twoje, Cray i wszystkich obecnych na pokładzie, jeśli będę 
musiała. Gdzie odesłałeś pozostałych? 

Ostatnie pytanie było celową zmianą tematu. Oboje wiedzieli, że w końcu będzie 

musiał ją unicestwić wraz z okrętem i że zostało im zbyt mało czasu, by się na ten te-
mat sprzeczać. Bo oboje wiedzieli także, że miała rację. 

- Do głównej mesy - odparł biorąc głęboki oddech. - Znalazłem sposób zneutrali-

zowania ludzi piasku i zapakowania ich do promów. 

 
- Jeśli ona jest na ciebie zła za to, że nic nie zrobiłeś, to mnie na pewno nie będzie 

chciała widzieć na oczy. - Baryton Triva odbijał się cichym echem po pogrążonych w 
mroku i ciszy korytarzach. -I wcale jej się nie dziwię. 

Threepio stwierdził, że w jego głosie słychać było żal i zrezygnowanie, a czujniki 

lewej  ręki,  za  którą  mówiący  trzymał  go,  by  nie  wywrócić  się  w  ciemnościach,  reje-
strowały nienaturalne zimno jego skóry i napięcie mięśni. Typowe objawy stresu, który 
w takich warunkach był zupełnie normalny - Threepio dawno już stwierdził, że ciem-
ność i dezorientacja wywołują u ludzi strach, nawet gdy wiedzą, że są całkowicie bez-
pieczni. Tym razem wiedzieli coś wręcz przeciwnego: na tym zapowietrzonym okręcie 
nikt  nie  był  bezpieczny.  Ale  to  nie  ciemność,  brak  cyrkulacji  powietrza  czy  świado-
mość, że zapasy tlenu wyczerpią się za osiem miesięcy były głównymi powodami stre-
su Triva. Nie zaliczała się do nich nawet obecność ludzi piasku na pokładzie, choć we-
dług Threepia wszystkie wyżej wymienione czynniki były zarówno denerwujące, jak i 
przygnębiające. 

- Musiała przecież zdać sobie sprawę, że proces indoktrynacji zablokował  możli-

wość samodzielnej akcji u człowieka, tak jak ogranicznik u Nichosa.  - Android utrzy-
mywał natężenie głosu na poziomie osiemnastu decybeli, co gwarantowało, że ani Ga-
morreanie, ani Jeźdźcy Tusken go nie usłyszą. 

- Uderzyłem ją... obrażałem... powiedziałem rzeczy, których w żadnym przypadku 

nie powinno się mówić młodej kobiecie... 

-  Sama  przeszła  indoktrynację,  toteż  musi  znać  wpływ  i  efekty,  jakie  druga  oso-

bowość wywołuje na ludzkie zachowanie - zauważył Threepio. 

- To czasami nie ma najmniejszego znaczenia - odezwał się idący z tyłu Nichos. 
Przed  nimi  pojawiło  się  słabe  światło  ukazujące  skrzyżowanie  korytarzy  zasłane 

naczyniami,  zniszczonymi  androidami  sprzątającymi,  łuskami  pocisków,  połamanymi 
styliskami toporów i porozlewaną oraz porozrzucaną żywnością. W tym śmietnisku aż 
roiło się od morrtów, których słodkawy smrodek, przypominający odór przepoconych 
skarpetek, zwiększał ogólne wrażenie niechlujstwa i obrzydliwości. Jeśli ktoś się posta-

background image

Barbara Hambly 

235 
rał,  mógł  słyszeć  szum  klimatyzacji,  choć  był  on  skutecznie  zagłuszany  przez  zgiełk 
dobiegający z mesy - kwiki, chrząkania, wrzaski i pijacki chór wyjący znany i popular-
ny gamorreański utwór biesiadny pod tytułem „Rabując wioski jedną po drugiej". 

- Chyba świętują zwycięstwo - zauważył Nichos. 
- Kinfarg i jego banda robią to samo  - skrzywił się Pothman.  -  Mugshub była  na 

nich  wściekła  za  niewypełnianie  małżeńskich  obowiązków  i  wdawanie  się  w  bójki  z 
każdym, kogo zobaczyli. 

- Doprawdy wątpię, abym kiedykolwiek zdołał zrozumieć procesy myślowe orga-

nicznego pochodzenia - stwierdził Threepio z dezaprobatą. 

- Lepiej zostań na korytarzu - szepnął Nichos Pothmanowi. 
W słabym blasku wydobywającym się przez drzwi mesy będącej jedynym rejonem 

poziomu dwunastego, na którym działało zasilanie, sanie kołysały się niczym barka na 
pełnym  morzu.  Przygody  w  szybie  windy  zaowocowały  zniszczonym  stabilizatorem, 
ale i tak łatwiej było ciągnąć niż nosić, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jaki ładunek Luke 
kazał im przywieźć do warsztatu. 

- Threepia i mnie uznają za androidy, a zwykłe androidy ich nie obchodzą, najwy-

żej te czyszczące. - Nichos faktycznie bardziej przypominał androida od czasu szarpa-
niny  z  Klaggami,  w  trakcie  której  porozrywano  lub  pourywano  jego  metalowe  siatki 
osłaniające  stawy  i  szyję,  przez  co  widać  było  mechanikę  i  serwomechanizmy.  -  Ale 
ciebie mogą rozpoznać jako Klagga, a wtedy zaczną się kłopoty. 

Triv  co  prawda  też  przypominał  robota  w  białym  pancerzu  blasteroodpornym, 

gdyż pozbył się jedynie hełmu, ale przyznał rację logice Nichosa. 

-  Dopilnuję,  żeby  korytarz  został  czysty  -  odparł  uśmiechając  się  lekko.  -  A  wy 

uważajcie na siebie, chłopcy. 

Threepio  znieruchomiał  w  pół  ruchu,  przeprowadzając  porównanie  analogii  i  in-

tencji, by sprawdzić, czyjego lekkie oburzenie było słuszne, czy nie, a Nichos w rzad-
kim przypływie ludzkiego odruchu uśmiechnął się i ruszył ku drzwiom. 

W mesie impreza była w pełnym rozkwicie - co prawda okręty Floty Imperialnej 

miały dozowniki do jednorazowego wydawania alkoholu, ale po pierwsze zainstalowa-
no je dla ludzi, a nie dla Gamorrean, a po drugie nie wzięto pod uwagę talentów bro-
warniczych  gamorreańskich  samic,  dzięki  którym  ciężkie  piwo  z  potwy  wypełniało 
parę  plastikowych  beczek.  Jedna  stała  na  środku  pomieszczenia,  a  nabierano  z  niej, 
czym  kto  miał  pod  ręką,  choć  przyznać  należy,  że  największą  popularnością  cieszyły 
się rozmaite naczynia stołowe. Stoły zawalone były odpadkami, nie dojedzonym mię-
sem  i  przesiąkniętym  piwem  chlebem.  Ledwie  wsunął  głowę  w  drzwi,  micha  pełna 
piwa trafiła w ścianę tuż obok niego. Złocista głowa cofnęła się pospiesznie, co wywo-
łało głośną wymianę poglądów wewnątrz: 

- Trafiłem go! 
- Ścianę trafiłeś, a nie jego! 
- No, to teraz go trafię! 
- No, to zobaczymy. 
- Chodź! - stwierdził z rezygnacją Nichos. - Jesteśmy wodoszczelni, więc na piwo 

też powinniśmy być odporni. 

background image

Dzieci Jedi 

236 

-  Co  ja  muszę  znosić...  -  W  tonie  Threepia  wyraźnie  było  słychać  cierpiętnicze 

nutki, ale zmusił się do przejścia przez drzwi. 

Powitał go grad kubków, talerzy, misek i innych naczyń odbijających się od ścian. 

To, że obaj z Nichosem nie zatrzymywali się, utrudniło zadanie rzucającym. Przy oka-
zji  przekonali  się,  że  celność  w  posługiwaniu  się  zastawą  stołową  Gamorreanie  mają 
jeszcze mniejszą niż w obsłudze laserów - Threepio został trafiony raz i to w plecy, i do 
tego  raczej  muśnięty  niż  trafiony.  Wywołało  to  naturalnie  natychmiastową  dyskusję, 
czy zaliczyć to jako trafienie, czy nie. Dyskusja też naturalną koleją rzeczy szybko stała 
się gorąca i od argumentów słownych sięgnięto po materialne, dzięki czemu androidy 
miały spokój, w pomieszczeniu szalała bójka, a Bullyak przyglądała się jej z prawdzi-
wym zadowoleniem. Wreszcie wszystko było normalnie. 

Oprogramowanie androida protokolarnego zawiera nie tylko znajomość języka, ale 

także zwyczajów i fizjologii rozmaitych rozumnych ras. Dlatego też Threepio rozumiał, 
że u podstaw społeczeństwa i gwałtowności Gamorrean leży ostre  współzawodnictwo 
seksualne samców o uwagę samicy alfa i samce nie miały wyboru w kwestii zachowa-
nia,  myślenia  i  czucia.  Mimo  to  zaczynał  pojmować  irracjonalne  uprzedzenia  doktor 
Mingli wobec osobników, którzy zachowywali się dokładnie tak, jak zostali zaprogra-
mowani. 

Threepio zneutralizował kilkoma prostymi komendami blokady założone na auto-

maty wydające jedzenie i zażądał dwudziestu galonów syropu o piątym stopniu stęże-
nia,  w  półgalonowych  pojemnikach.  Pojemniki  łapał  Nichos,  ledwie  się  pojawiały, 
wynosił  na  korytarz  i  ustawiał  na  saniach  pilnowanych  przez  Triva.  Spora  ilość 
morrtów strząśnięta z nosicieli podczas walki, zwabiona słodkim zapachem, postanowi-
ła zbadać jego źródło. 

- Wynocha stąd! - Threepio gniewnie zamachał rękoma. - Ohydy, sio stąd! 
Morrty siadły, przyjrzały mu się kaprawymi czarnymi oczkami, oblizały pełne zę-

bów ssawki i zignorowały go. Walący się radośnie po łbach czym popadło Gamorreanie 
w ogóle go ignorowali. 

Gdy Threepio wyszedł z ostatnimi pojemnikami, stwierdził, że sanie wraz z towa-

rzyszami stoją przytulone do ściany, by dać przejście uzbrojonej kolumnie Affytechan - 
łącznie sto osiemdziesiąt osiem sztuk, uzbrojonych co prawda tylko w kije od mioteł, 
fragmenty rozebranych androidów oraz karabiny laserowe bez zasilaczy. Wszyscy jed-
nakże trzymali broń jak należy, a szyk i krok utrzymywali niczym prawdziwe wojsko. 

- W prrrawo zwrrrot! - zakomenderował pseudooficer. - Naprzód marrrsz! 
I kolumna zniknęła w mroku, z którego się wyłoniła. 
-  Doprawdy,  muszę  przyznać,  że  zamiar  pana  Luke'a,  by  opróżnić  ten  okręt,  jest 

godny pochwały - oznajmił Threepio wstawiając pojemnik do sań. - Będzie tu znacznie 
spokojniej, ale przyznaję, że dla niektórych pasażerów nie warto było się trudzić. 

Kubek  z  piwem  przeleciał  przez  drzwi  i  rozbryzgnął  się  na  ścianie  jakby  na  po-

twierdzenie jego słów. 

 
- Musi być jakiś inny sposób oprócz wysadzenia okrętu. 
- Żaden nie jest stuprocentowo pewny. 

background image

Barbara Hambly 

237 

- Nie  musi być pewny  na sto  procent  - odparł Luke.  - Ważne, żeby dzięki niemu 

doszło do zniszczenia motywatorów i odłączenia dział od jakiegokolwiek sterowania. 

-  Ktokolwiek  ściąga  ten  okręt,  nauczył  się  manipulować  Mocą  w  sposób  dotąd 

uważany za niemożliwy. Takie awarie mogą go opóźnić, ale nie zdołają powstrzymać. 
On jest silny: czuję to. 

Luke także to czuł. 
- „Oko Palpatine'a" musi zostać zniszczone, Luke'u, tak szybko jak to tylko moż-

liwe. Do tego potrzebne są dwie osoby, w tym jeden Jedi. Musi zakłócić działanie kraty 
enklizyjnej  nad  pomieszczeniami  głównej  centrali  artyleryjskiej,  aby  ta  druga  osoba 
wspięła się poza jej zasięg. Tak miałam zrobić razem z Geithem. Potem powiem Cray, 
czy  tobie...  kto  znajdzie  się  tu  na  górze,  które  przełączniki  uruchomić,  które  obwody 
przeładować i co dalej zrobić, by wszystko wybuchło. W korytarzu jest kapsuła, prze-
znaczona  pierwotnie  do  wystrzelenia  dziennika  pokładowego.  Wtedy  o  tym  nie  wie-
działam... teraz wiem. Można tam włożyć butlę z tlenem i ten, kto będzie na dole, jeśli 
się pospieszy, zdąży uciec przed wybuchem. To musi się tak skończyć, Luke'u. Ty to 
wiesz i ja to wiem. 

- Nie musi. W końcu może i tak, ale dopiero, gdy... 
- Nie ma czasu na próby innych rozwiązań! 
Zamknął oczy doskonale zdając sobie sprawę, że Callista ma rację. Wiedział też, 

że ona o tym wie. 

- Kocham cię. - Było to jedyne, co w końcu mógł powiedzieć. Dotąd coś takiego 

powiedział tylko Leii, którą zresztą nadal kochał, tylko w nieco inny sposób. 

- Nie chcę... żebyś zginęła... 
- Luke'u, zginęłam przed trzydziestu laty. Jestem tylko... jestem wdzięczna, że zo-

stałam, bo mogłam cię poznać. Cieszę się, że mieliśmy aż tyle czasu. 

- Musi być jakiś sposób - uparł się. - Cray... 
- Co Cray? - spytał nowy głos. 
Luke powoli odwrócił się w stronę drzwi do kabiny kwatermistrza. Oparta o futry-

nę stała Cray, owinięta w srebrzysty koc zakrywający podarty i brudny kombinezon 

- Mam zrobić z niej coś takiego jak Nichos? Wyrwać dość pamięci z komputerów, 

połączyć drutem i taśmą, żebyś miał iluzję przypominającą ci, co straciłeś? Jeśli chcesz, 
to akurat mogę zrobić. 

-  Djinn  Altis  nauczył  cię,  jak  przenieść  siebie...  swoją  świadomość  i  swój  byt  w 

obiekt niematerialny. - Luke zignorował wybuch Cray, zwracając się do Callisty. - Uda-
ło ci się, bo jesteś tu z nami. 

- Jestem - przyznała. - Dlatego, że jest tu dość pamięci, obwodów i zasilania. Gdy-

bym miała przenieść się do androida, przestałabym być człowiekiem, o ile za człowieka 
uznam mój obecny stan. 

- Zgadza się - przyznała Cray podchodząc. - Android jest programowany i nie jest 

człowiekiem. Nie może nim być. Nichos nie jest człowiekiem i nie powinnam była się 
oszukiwać.  Nie  powinnam  była  tego  robić,  Luke'u...  Zawsze  postępowałam  w  myśl 
zasady: jak coś nie działa, to trzeba wziąć większy młotek albo mniejszy obwód... Ni-
chos... nie  pamięta, że umierał, nie  pamięta  żadnej zamiany... Bardzo go kocham, ale 

background image

Dzieci Jedi 

238 

prawda jest brutalna: to nie jest Nichos. I to nie jest człowiek. Chce nim być, próbuje, 
ale maszyna nie zachowuje się jak człowiek z krwi i kości, nie ma tej swoistej ludzkiej 
logiki i nigdy nie będzie miała... Jeśli chcesz, mogę ci zrobić cyfrową wersję jej wspo-
mnień  i  świadomości,  ale  nie  będzie  to  nic  więcej.  Ja  to  będę  wiedzieć,  ty  będziesz 
wiedział i ta cyfrowa wersja też... 

- Nie! - sprzeciwiła się Callista i oboje odruchowo spojrzeli w kierunku ukrytego 

głośnika jakby tam, w mroku, stała właścicielka głosu. - Dziękuję, Cray i nie myśl, że 
nie jest to kusząca propozycja. Kocham cię, Luke'u, i nie chcę... nie chcę cię opuścić, 
nawet gdyby to znaczyło pozostanie tym, czym teraz jestem. Ale nie mamy takiej moż-
liwości, ponieważ android ma zbyt małą pojemność pamięci, a nie można użyć żadnego 
elementu sprzętu komputerowego z tego okrętu, bo w każdym będzie jakaś część Woli. 
Jeśli spróbujecie rozłączyć sterowanie ogniem, rozbijecie motywatory czy zniszczycie 
banki pamięci i pozostawicie okręt unoszący się w próżni aż do chwili, w której wróci-
cie  z  zapasami  sprzętu  nie  skażonego  Wolą,  sądzę,  że  nie  znajdziecie  już  „Oka".  To 
zbyt wielki i skomplikowany okręt, a Wola zaczęła żyć  własnym życiem przerastając 
program, z którego powstała i sądzę, że przy pierwszej okazji, gdy was tu nie będzie, 
sama  zacznie  szukać  tego,  kto  ją  obudził  i  wezwał.  Trzeba  zniszczyć  cały  okręt  i  to 
teraz, kiedy jeszcze możemy! 

Powiedziała, że go kocha. 
I wiedział, że miała rację w kwestii zniszczenia okrętu, choć nie chciał tego przy-

znać. 

- Ja pójdę na górę, Luke'u. - Cray powiedziała to rzeczowo i z takim zmęczeniem 

w głosie, że nie miał siły protestować. - Nie ma co porównywać, które z nas lepiej wła-
da  Mocą,  a  poza  tym  nie  jesteś  w  stanie  lewitować  się  tak  wysoko.  Ja  na  pewno  nie 
będę  umiała  ogłupiać  laserów  wystarczająco długo, byś zdołał się  tam  wspiąć  ze zra-
nioną nogą. Tylko taka kombinacja daje gwarancję sukcesu, inaczej oboje zginiemy na 
próżno. 

Skinął w milczeniu głową - po kilku godzinach snu czuł się silniejszy, ale bloko-

wanie bólu, by mógł myśleć i działać, pochłaniało zbyt wiele energii i zbyt wiele Mocy. 
A lewitacja pomimo nauk Yody zawsze kosztowała go wiele wysiłku. 

- Jak się upierasz co do ewakuacji, to można zaprogramować prom po zapakowa-

niu ludzi piasku. Jest wysoce zautomatyzowany i resztę zrobi sam. 

- Chcę ewakuować stąd wszystkich, o ile to będzie możliwe. Z Jeźdźcami Tusken 

powinno się udać, jeśli będziemy mieli do dyspozycji syrop. Ładownik trzeba wyposa-
żyć w odpowiednią wiadomość, by go odnaleziono i odholowano na Tatooine. 

- Triv i Nichos mogą pilotować promy. Gdy  wylecą poza zasięg pola zagłuszają-

cego,  będą  w  stanie  nadać  sygnał  wzywający  pomocy.  Swoją  drogą  nie  zazdroszczę 
temu,  kto  będzie  deprogramował  Gamorrean...  że  nie  wspomnę  o  Affytechanach. 
Wiesz, że one się rozmnażają i młode też są przekonane, że są żołnierzami? 

- Wiem - westchnął. 
- Natomiast nie mam pojęcia, jak chcesz zapakować na promy Kitonaków... 
- Myślę, że znalazłem sposób. - Uśmiechnął się, myśląc zupełnie o czymś innym. 

background image

Barbara Hambly 

239 

O tym  mianowicie, że po ogłupieniu kraty enklizyjnej na pewno nie będzie  miał 

dość sił, by na czas dotrzeć do kapsuły ratunkowej w korytarzu. 

Ale to był szczegół techniczny. 
-  Callisto...  -  zaczął  i  umilkł,  gdyż  ławka,  na  której  siedział,  nagle  podskoczyła 

gwałtownie. Zrobiło mu się z lekka niedobrze, zdołał jednak chwycić kaganek, nim ten 
zjechał ze stołu. 

Cray złapała drugi w połowie drogi na podłogę. Gdzieś w oddali zaczęła się baso-

wa wibracja przenikająca cały okręt i oznaczająca zmianę napędu. 

- No to jesteśmy w nadprzestrzeni - oznajmiła cicho Callista. 

background image

Dzieci Jedi 

240 

R O Z D Z I A Ł  

21 

Han miał złe przeczucia, zanim jeszcze obaj z Chewiem dotarli do drzwi pogrążo-

nego w ciemnościach domu. 

-  Strasznie  mi  przykro,  generale  Solo  -  skłonił  się  Bith  będący  szefem  archiwów 

ratusza  miejskiego,  podobnie  zresztą  jak  szefem  danych  księgowych  trzech  najwięk-
szych korporacji, które w praktyce były właścicielami centralnego komputera Plawal. - 
Jej Ekscelencja niestety nie znajduje się w budynku. 

Han przyjrzał się nieżyczliwie rzędowi czarnych okien i mgle, przez którą ledwie 

przebijały ogrodowe lampy, po czym zwrócił się do holofonu: 

- Możesz sprawdzić, o której wyszła? 
Mogła wstąpić na obiad do „Bulgoczącego Błota", gdzie dawali nawet niezłe po-

siłki. Chewie warknął jękliwie. 

-  Stokrotnie  przepraszam  -  Bith  był  wcieleniem  uprzejmości  -ale  Jej  Ekscelencja 

nie pojawiła się w budynku przez cały dzień! 

- Co?! 
- Nie ma też żadnego zapisu o jej wejściu ani żadnego użycia jej karty dostępu do 

banku danych, ani też... 

- Dawaj Jevaxa! 
Bith skłonił uprzejmie żółtawo-cielistą głowę i oznajmił: 
- Natychmiast się tym zajmę, proszę pana. Pozostanie pan w obecnym miejscu? 
-  Tak.  Tylko  pospiesz  się...  i  tego...  dziękuję-  dodał  przypominając  sobie  ciągłe 

napomnienia Lei i, aby zachowywał się uprzejmie wobec podwładnych.  - Wiem, Che-
wie:  nie  powinna  była  wychodzić  z  domu  z  tym  niedorobionym  zamachowcem,  ale 
wiesz, że jak baba się uprze... 

Wookie chrząknął pytająco, podrzucając znaleziony na stole ogranicznik. 
- Pewnie, że ona go zdjęła, a kto inny? To, że ta kupa złomu próbowała wczoraj ją 

zabić, jakoś nie bardzo przemówiło jej do rozsądku. 

Zerwał się na nogi i zaczął przemierzać pokój w tę i z powrotem, niczym zamknię-

ty w klatce endoriański wethiraptor. Wookie warknął przeciągle. 

- Wiem, że zawsze trzyma stronę przyjaciół, ale... 

background image

Barbara Hambly 

241 

Przerwał mu brzęk holofonu, toteż rzucił się do urządzenia i włączył je czym prę-

dzej.  Zamiast  zielonego  ekranu  oznaczającego  lokalne  połączenie  pojawiła  się  jednak 
niebieska  gwiazdka  łączności  nadprzestrzennej,  a  chwilę  później  odziane  w  skórzane 
wdzianko Mary Jadę. 

- Mam dla ciebie te współrzędne - oświadczyła bez wstępów. -Jaką masz prędkość 

odbiorczą? 

-  Dlaczego  nam  wczoraj  nie  powiedziałaś,  że  zawodowo  interesowałaś  się  Nub-

blykiem? - odpalił, również nie bawiąc się w konwenanse. 

- Bo nie mam w zwyczaju okłamywać przyjaciół. Jeśli to wszystko, co masz mi do 

powiedzenia... 

- Przepraszam, ale słyszałem... 
- Co się stało? - Przyjrzała mu się dokładniej i sarkazm wyparował niczym wczo-

rajszy drink. 

- Leia zniknęła. Poszła po południu do ratusza i właśnie się dowiedziałem, że tam 

nigdy nie dotarła, a był z nią Artoo... Zgłupiał ostatniej nocy i próbował nas wszystkich 
pozabijać. Założyłem mu ogranicznik, który naturalnie zdjęła, nim wyszli... 

Komentarz Mary był na tyle wielopiętrowo kunsztowny i całkowicie nie kobiecy, 

że sprowadził Landa Calrissiana w najlepszych, purpurowych jedwabiach, ogolonego i 
uczesanego jak na wesele. 

- Co się dzieje? 
Han streścił mu zwięźle wydarzenia ostatnich dwudziestu czterech godzin i zakoń-

czył: 

- Teraz czekam na Jevaxa, bo mówiła coś o odwiedzinach w centralnych warszta-

tach miejskich, a skoro wzięła ze sobą robota, to mogła chcieć, by go sprawdzili. Tyle 
że jest już ciemno, a ostatnio tu się dzieje zdecydowanie za wiele dziwnych rzeczy... 

- Dlaczego pytałeś o Nubblyka? - zainteresowała się Mara. -Kto ci powiedział, że 

go szukałam? Na tym zamarzniętym wygwizdowie byłam może ze dwanaście godzin i 
wątpię, żebym go poznała. 

- Powiedział swojemu pomocnikowi, że  szuka  go  Ręka Imperatora przebywająca 

na  planecie  i  dlatego  musi  się  wynosić.  Zniknął  mniej  więcej  przed  siedmiu  laty  po 
tym, jak powiedziałaś, że tam byłaś i odleciałaś. Pomyślałem, że  wróciłaś...  -  Umilkł 
widząc zmianę w jej oczach. 

Przez  chwilę  Mara  nic  nie  powiedziała,  a  gdy  się  odezwała,  jej  głos  był  bardzo 

spokojny i niby normalny, tylko że człowiekowi od razu robiło się zimno. 

- Gad. - W oczach Mary błysnął mord. - Glista błotna! 
-  Co?  -  Lando  odskoczył  wykazując  doskonale  rozwinięty  instynkt  samozacho-

wawczy. - Kto... ? 

-  Powiedział  mi,  że  jestem  jedyna.  -  Jej  głos  nadal  był  spokojny,  ale  przejmował 

lodem.  - Mówił, że jest tylko jedna Ręka Imperatora. Jego broń, gdy będzie potrzebo-
wał  skalpela  zamiast  miecza.  Jego  najbardziej  zaufany  sługa...  Zawszone  bydlę!  Ten 
zakłamany syn nieskrobanego wieprza miał jeszcze jedną Rękę! 

Ostatnie zdanie wypowiedziała szeptem i choć jej furia skierowana była przeciwko 

martwemu już Imperatorowi, Han poczuł ulgę, że jest o kilkaset parseków od niej. 

background image

Dzieci Jedi 

242 

- Okłamał mnie! Zaufany sługa! Wszystko, co mi naopowiadał ten zaśliniony pa-

sożyt, to było kłamstwo! Wszystko! 

- Maro! - powiedział niepewnie Lando. - On nie żyje... 
- I  ma szczęście! Wiesz, co to znaczy?  - Spojrzała na Landa takim  wzrokiem, że 

cofnął się niepewnie. 

-  To  znaczy,  że  trzymał  ją  w  rezerwie,  by  użyć  jej  przeciwko  mnie!  Albo  mnie 

przeciwko niej. Albo chodziło mu o to, by żadna z nas nigdy nie stała się czymś więcej 
niż pionkiem oplatanym jego kłamstwami i wykonującym jego polecenia! 

Widać było, że wewnętrznie się gotuje z wściekłości, która czyniła ją tak niebez-

pieczną. Kiedyś omal nie udało jej się zabić Luke'a za to, że odebrał jej pozycję, która 
dotąd była jej życiem. 

- Ona nadal jest na planecie? - spytała nagle. 
- Nie  wiem...  - Han urwał, przypominając sobie z jakichś  niejasnych przyczyn, o 

kim  opowiedziała  mu  Leia:  o  kobiecie,  która  pokazała  się  w  tygodnie  zaledwie  po 
zniknięciu Nubblyka i wynajęła jego dom. - Jest. Przynajmniej tak mi się wydaje. Na-
zywa się Roganda... 

- Och! - Zielone oczy rozszerzyły się i natychmiast zmieniły w szczeliny turkuso-

wego blasku. - Ona. 

Zabrzmiało to niczym wyrok śmierci. 
Mara sięgnęła po wyłącznik znajdujący się poza polem widzenia  kamery i  obraz 

zniknął. 

- Nie możemy sobie pozwolić na ryzyko. - Roganda otworzyła pojemnik i wyjęła z 

niego pneumatyczną strzykawkę z załadowaną ampułką. - Przytrzymajcie ją. 

Keldor zrobił dwa ostrożne kroki w kierunku Leii, która słysząc otwieranie drzwi 

wstała  z  kąta  i  stanęła  plecami  do  ściany.  Leia  była  drobna,  ale  wysportowana,  trzy-
dzieści  lat  młodsza  i  gotowa  do  walki,  a  Garonnin  miał  co  prawda  w  dłoni  miotacz 
ustawiony na ogłuszanie, ale nie uśmiechała mu się szarpanina. 

- Powiedziałbym, że większym ryzykiem jest użycie tego narkotyku niż to, że Jej 

Wysokość podniesie hałas - odezwał się Garonnin. - Nie wiemy, co to takiego... 

- Ale wiemy, że działa i że na czas wizyty będzie spokojna! -przerwała mu Rogan-

da. 

- Wiemy, że działa czasami i na niektóre osoby - poprawił ją spokojnie. - I w roz-

maitych dawkach. Leżał tu, w podziemnym laboratorium, co najmniej trzydzieści lat, a 
być może dwa razy tyle. Nie wiemy, jaki jest okres rozkładu specyfiku, nie wiemy, czy 
nie stał się nie tylko bezużyteczny, ale co gorsza śmiertelny... Ten przemytnik, na któ-
rym go wypróbowaliśmy pierwszy raz przed czterema czy pięcioma laty, zmarł. 

- Miał słabe serce! - Roganda zorientowała się, że odpowiedziała zbyt szybko, to-

też  zmieniła ton na  proszący.  -  Lordzie  Garonnin,  wie  pan, ile zależy od dzisiejszego 
spotkania, jak desperacko potrzebujemy poparcia dla naszej sprawy! Zna pan reputację 
Jej Wysokości: nie  możemy ryzykować nawet szansy możliwości, że ucieknie i prze-
szkodzi nam. 

Garonnin  długą  chwilę  przyglądał  się  Leii  ponad  lufą  miotacza.  W  końcu  skinął 

głową. 

background image

Barbara Hambly 

243 

Keldor zrobił dwa kolejne kroki oczekując, że Leia spróbuje odskoczyć, wobec te-

go rzuciła się wprost ku niemu, rąbnęła go kolanem w brzuch i barkiem w piersi, prze-
skoczyła nad walącym się ciałem i rzuciła ku drzwiom. Mierzyła nisko, tak by podciąć 
nogi Garonninowi, licząc, że go zaskoczy i będzie musiał spudłować, ale się przeliczy-
ła.  Wiązka  ogłuszającej  energii  trafiła  ją  w  pół  skoku,  rozciągając  na  podłodze  i  na-
tychmiast pozbawiając oddechu. Miała wrażenie, jakby ją ktoś przenicował i nie było to 
miłe  wrażenie.  -Wolałaby,  by  miotacz  nastawiony  był  na  silniejsze  działanie  -  wtedy 
straciłaby przytomność. 

- To było głupie - skomentowała Roganda, przyklękając obok i przyciskając strzy-

kawkę do jej szyi. 

Poczuła nagły powiew chłodu. 
I poczuła też, że jej płuca przestają pracować. 
 
Miała wrażenie, że powoli zanurza się w głębokim na tysiące kilometrów oceanie 

zielonego szkła, które wypełniało jej płuca, żyły i komórki. Ponieważ szkło przepusz-
cza światło, mogła słyszeć głosy Keldora, Garonnina i Rogandy, mimo że opuścili już 
pokój i prawdę  mówiąc, nie  bardzo wiedziała, co przepuszczanie światła  miało z tym 
wspólnego. 

- ...antidotum jak tylko przyjęcie się skończy  - powiedziała Roganda.  - Po prostu 

nie  mamy ludzi, by jej przez cały czas pilnować. Ten narkotyk nie  ma tak nieprzewi-
dywalnych efektów, jak się pan obawia, lordzie Garonnin, wszystko będzie w porząd-
ku. 

Musiała się wydostać! 
Moc!  Jakoś  będąc  w  tym  dziwnym  stanie  zawieszenia/zanurzenia  była  w  stanie 

wyczuwać wszędzie wokół Moc niczym muzykę i to prostą - taką, której łatwo mogła 
się nauczyć. Gdyby mogła wykorzystać Moc... 

Nagle stwierdziła, że widzi pomieszczenie, w którym leży, i siebie - przeniesiono 

ją na łóżko i jedną ręką trzymała się za brzuch, druga leżała wzdłuż ciała. Włosy two-
rzyły splątaną chmurę  wokół  spoczywającej na poduszce głowy.  Ze sporą dozą samo-
krytyki przyznała Cray rację - powinna używać któregoś z jej patentowanych kosmety-
ków na zmarszczki, zwłaszcza wokół oczu. 

Odetchnęła, wciągając w siebie Moc niczym dziwne światło i wstała. 
Jej ciało nadal spokojnie leżało. 
Czując, jak ogarniają panika, przywołała ćwiczenia uspokajające, jakich nauczył ją 

Luke... 

Gdy ponownie się rozejrzała, ze spokojem przyjęła do wiadomości, że jej ciało le-

ży, a ona porusza się, widzi i słyszy oczami duszy albo czymś takim. 

Nie  przeszkadzało  jej,  że  widzi  wielowarstwowo  -  oprócz  siebie  widziała  także 

przeszłość - starszego mężczyznę piszącego coś przy biurku, szczupłą blondynkę Jedi 
leżącą na łóżku przestawionym w inny kąt pokoju, czytającą książkę mężowi, który na 
wpół siedział, na wpół leżał z głową na jej udzie. 

Spojrzała podejrzliwie na drzwi i wiedziała, że bez trudu może przez nie przejść. 

background image

Dzieci Jedi 

244 

Zęby się nie zgubić, dotknęła swego ciała zapamiętując jego zapach i odgłos bicia 

serca  -jeśli  się  skoncentruje,  będzie  w  stanie  dotrzeć  tu  z  każdego  miejsca  podziemi, 
podobnie jak była w stanie podążać śladami Elegina i Keldora. 

Co i tak nie zmieniało faktu, że się bała. 
Ale przeszła przez drzwi. 
I natychmiast usłyszała głosy, wiele głosów. 
Ta część podziemi stanowiła kwatery mieszkalne Jedi, a wcześniej podziemną cie-

plarnię Pletta. Senna świadomość roślin i łagodność starego mistrza na stałe przesiąknę-
ły  ściany.  Tym  razem  jednak  nie  spokój  był  tym,  czego  szukała,  toteż  skierowała  się 
tam,  skąd dochodziły  głosy  i po przebyciu  krótkiego  korytarza znalazła się  w długiej 
komnacie  o  wysoko  sklepionym  suficie,  oświetlonej  przymocowanymi  doń  panelami 
jarzeniowymi  i  światłem  wpuszczanym  przez  pół  tuzina  okien.  Okna  były  różne,  ale 
wszystkie grube, solidne i zamaskowane skalnymi występami i pnącą roślinnością. 

Bez kłopotu rozpoznała dwie trzecie obecnych. 
Większość postarzała się przez te jedenaście lat, jakie minęły od czasu, kiedy wi-

działa ich na  dworze Imperatora. Inni,  nie  będąc ludźmi,  wyglądali tak samo. Rozpo-
znała przedstawicieli Towarzystwa Mekuuna i prezesa Towarzystwa Seinara. Natural-
nie  była  także  lady  Theala  Vandron,  uznana  za  najważniejszą  wśród  seneksiańskich 
dostojników, ponieważ była  głową  najstarszego ze starych rodów. Ostatnio zmuszona 
była  do  wizyty  w Senacie, gdyż  postawiono jej zarzuty  gospodarki rabunkowej i nie-
ludzkiego traktowania tubylców. Leia doskonale pamiętała tę wizytę -lady Vandron po 
pierwsze była oburzona, że ktoś wtrąca się w jej rządy na rodowej planecie Karfeddion. 
Po drugie była zaskoczona, że kogokolwiek interesuje los jej niewolników hodowanych 
na  specjalnych  farmach  -  przecież  to  tylko  Bilanakowie  i  Ossanie:  według  niej  był  to 
argument  wszystko  wyjaśniający  i  kończący  dyskusję.  Właśnie  kończyła  relację  ze 
swego  pobytu  w  Senacie  niewielkiej  grupie  słuchaczy:  Rogandzie,  Irkowi  i  Garonni-
nowi. 

- Po prostu nie  ma sensu dyskusja z kimś, kto nie chce zrozumieć lokalnych  wa-

runków ekonomicznych. 

Lady  Vandron,  niewiasta  przysadzista,  stateczna,  licząca  sobie  zdrowo  powyżej 

czterdziestu wiosen, była niezwykle uparta, czego trudno się było domyślić, patrząc w 
jej niewinne błękitne oczy. 

Do grupy podjechał niski android typu R-10 z tacą pełną kielichów, toteż Roganda 

zmieniła temat: 

-  Proszę  spróbować  wina,  Wasza  Lordowska  Mość:  półsłodki  Celanon  jest  na-

prawdę wyśmienity. 

- Ach... - Lady Vandron raczyła umoczyć usta. - Niezły. 
A Leia prawie usłyszała głos ciotki Rouge pouczającej ją ze zgorszeniem, że pół-

słodkie wina mogą stanowić stosowny napój w portowych knajpach, ale jedynie wtedy, 
jeśli nie ma tam wody. W normalnym towarzystwie i na normalnym przyjęciu powinno 
serwować  się  napoje  z  należytym  smakiem  i  gustem.  Sądząc  po  wyrazie  twarzy  lady 
Vandron,  jej  także  wpojono  za  młodu  identyczną  ocenę,  którą  z  wiekiem  uznała  za 
słuszną. 

background image

Barbara Hambly 

245 

- Może w takim razie Algarine? - spytał ze zrozumieniem Garonnin. 
Były to ulubione wina Baila Organy. 
-  Naturalnie  -  przytaknęła  mu  Roganda  i  poleciła  androidowi:  -Butelkę  Algarine 

schłodzoną do dziesięciu stopni i kielich o temperaturze pięciu stopni Celsjusza. 

R-10 mrugnął kontrolką i pospiesznie odjechał. 
- Przecież nie porywamy ludzi do prac polowych. - W głosie lady Vandron słychać 

było urazę. - Te stworzenia są do tego specjalnie hodowane. Wiele lat nam zajęło krzy-
żowanie,  nim  uzyskaliśmy  takie  osobniki,  ale  to  zdrowsze  od  inżynierii  genetycznej. 
Gdyby  nie  nasze  uprawy,  w  ogóle  by  się  nie  narodzili,  a  poza  tym  na  Karfeddionie 
akurat panuje kryzys gospodarczy. 

-  Na  Coruscant  to  nikogo  nie  obchodzi.  -  Garonnin  odstawił  kielich  na  brązowy 

stolik z marmurowym blatem pochodzącym z Atravii i to z najlepszego okresu. 

- Właśnie dlatego musimy rozmawiać tak z Senatem, jak i z pozostałościami po si-

łach zbrojnych Imperium, z pozycji siły, a nie petenta, jak oczekują  -  wtrąciła słodko 
Roganda. - Z siłą każdy się liczy... 

Położyła dłoń na ramieniu syna uśmiechając się dumnie, a chłopak spuścił skrom-

nie oczy, jak przystało. 

W  pobliżu  stolika,  zastawionego  przystawkami  produkcji  bufetowego  androida, 

Sullustanin spytał Elegina, wskazując wzrokiem Irka: 

- Nie bardzo podobny do Imperatora, prawda? 
Chłopak ubrany był na czarno (Roganda na biało), oboje zaś konserwatywnie, czy-

li właściwie. Właśnie podszedł do jednego z lordów sektora Juvexa, którego Leia nieja-
sno  kojarzyła  jako seniora  jednej z  bardziej zmilitaryzowanych  gałęzi rodu Sveethyn. 
Nie dało się ukryć, że Irek ma sporo wdzięku, jeśli mu na tym zależy. 

-  Czy  to  ważne?  -  Elegin  wzruszył  ramionami.  -  Jeśli  potrafi  robić  to,  co  ona 

twierdzi, że potrafi... 

Roganda nadal ciężko pracowała, próbując skłonić Lady Vandron do swobodniej-

szego zachowania. Z równym powodzeniem mogła próbować upchać w kieszeni doro-
słego Hutta - przedstawiciele starych rodów nie zachowują się swobodnie w towarzy-
stwie kobiet, które były konkubinami. Nieważne czyimi i bez względu na to, co potrafią 
synowie takich kobiet. 

- No cóż - szepnął Sullustanin poprawiając sobie wzmacniacz optyczny. - Jeśli sta-

re rody go popierają... 

Elegin szybkim ruchem brwi dał do zrozumienia, że chłopak nie jest aż tak istotny. 
- Naitholu, gdy przybędzie ten okręt, będziemy mieli zalążek floty potężniejszy od 

tego,  czym  dysponują  ci  wszyscy  samozwańczy  admirałowie.  A  kiedy  każdy  z  nich 
zobaczy, co Irek potrafi, będzie bardziej niż skłonny przyłączyć się do nas i grzecznie 
słuchać rozkazów. 

Informacja o jakimś okręcie zaniepokoiła Leię, ale jeszcze bardziej zaniepokoiło ją 

zachowanie Naithola, który odwracając się w stronę bufetu spojrzał prosto na nią i za-
marł.  Trudno  było  powiedzieć,  co  zobaczył,  ale  coś  na  pewno,  gdyż  dopiero  po paru 
długich jak wieczność sekundach podjął jedzenie. Wielu Sullustan już w wieku lat trzy-
dziestu zmuszonych było korzystać ze sztucznego wzmocnienia wzroku, który psuł im 

background image

Dzieci Jedi 

246 

się  szybko,  toteż  dochodzili  z  wiekiem  do  wprawy  w  interpretacji  docierających  do 
mózgu  sygnałów  optycznych.  Leia  wolała  nie  sprawdzać  jego  reakcji  i  pospiesznie 
wmieszała się w wizje dzieci bawiących się tu w innym czasie, aby trudniej było wy-
kryć jej obecność. 

Jedno musiała Rogandzie przyznać - wychowała syna jak na prawdziwego bywal-

ca  salonów  przystało:  Irek  obchodził  stół,  krążąc  między  gośćmi  z  wprawą  i  wdzię-
kiem, a jego zachowanie podkreślało ich rangę. Okazywał szacunek lordom i damom, 
leciutką  wyższość  wobec  urzędników,  a  z  młodszymi  arystokratami  rozmawiał  jak 
równy z równym. 

-  Słyszeliśmy  rozmaite,  często  sprzeczne  informacje  o  tym  okręcie  -  mówił  wła-

śnie lord Vensell Picturion, przedstawiony na dworze w tym samym czasie co Leia w 
Senacie.  -  Co to  właściwie jest i  skąd  się  wzięło? Skąd pewność, że dzięki  niemu bę-
dziemy mieli wystarczającą siłę, by stworzyć własną flotę? 

Irek skinął głową z szacunkiem i odezwał się czystym, donośnym głosem, którego 

słuchała większość obecnych: 

- To najpotężniejszy okręt wojenny istniejący w znanej galaktyce. Powstał w cza-

sach Imperium jako coś pośredniego między klasycznym okrętem wojennym a Gwiaz-
dą Śmierci. Jego broń pokładowa ma moc równą mocy energetycznej Gwiazdy Śmierci, 
choć nie posiada jednostkowej broni równej sile głównego promienia... 

- Sądzę, że wszyscy się zgadzamy co do tego, iż technologia niszczenia planet jest 

łagodnie mówiąc marnotrawstwem -wtrącił Lord Garonnin. 

- Ale trzeba przyznać, że widowiskowym. - W oczach Irka błysnął zwykły upór. - 

I doskonałym środkiem zastraszającym. 

- Przesada, jest dokładnie odwrotnie: zniszczenie Alderaanu nikogo nie zastraszy-

ło, co historia upadku Imperium dokładnie potwierdza - parsknął lord Garonnin i dodał 
nie dopuszczając Irka do głosu: - „Oko Palpatine'a", bo tak się ta jednostka nazywa, jest 
prototypowym  i  jedynym  zbudowanym  przedstawicielem  tej  klasy,  którą  roboczo  na-
zwano księżycem bojowym albo superpancernikiem. Został przygotowany przed trzy-
dziestu laty do wykonania pewnej misji w absolutnej tajemnicy, toteż kiedy zrezygno-
wano z wykonania zadania, nikt nie wiedział o jego istnieniu, a współrzędne miejsca, w 
którym został ukryty, zaginęły. Miejscem tym było pole asteroid w Mgławicy Stokrot-
ka. 

-  Ktoś  był  bardzo  lekkomyślny  -  stwierdziła  młoda  dama  o  wyglądzie  wskazują-

cym na zamiłowanie do łowiectwa. - Zgubić księżyc, no, no. 

Część obecnych roześmiała się, a Garonnin wyglądał na urażonego, ale Roganda 

odezwała się pojednawczo: 

- Każdy, kto korzystał z naprawdę dużej biblioteki, zwłaszcza jeśli była w całości 

skomputeryzowana,  wie,  że  mały  błąd  programu  może  zaowocować  nieporównywal-
nymi stratami w dostępie do księgozbioru. Cóż wobec tego znaczy jedna informacja  z 
zestawem współrzędnych? 

- I to leci tutaj? - upewnił się lord Picturion. 
- Leci na nasze rozkazy - uśmiechnął się Irek. 

background image

Barbara Hambly 

247 

Roganda  ponownie  położyła  mu  dłoń  na  ramieniu,  obdarzając  dumnym  uśmie-

chem. 

- Nasi goście są spragnieni. Sprawdź, co się stało z tym androidem bufetowym. 
Sądząc z min lady Vandron i lorda Picturiona, było to trafne posunięcie, a mina Ir-

ka świadczyła, że był tego świadomy. 

- Naturalnie - skłonił się i wyszedł z gracją tancerza. 
Leia, nie bardzo wiedząc, dlaczego - podążyła za nim. Coś jej się nie podobało w 

jego oczach. 

 
R-10  toczył  się  korytarzem  w  kierunku  sali,  gdzie  zgromadzili  się  goście.  Jak 

wszystkie  androidy  tego  typu  był  niewysoki,  około  metra,  i  wyglądem  przypominał 
beczkę z płaskim dnem otoczonym dekoracyjną balustradą. Dno było jednocześnie tacą 
wykonaną z czarnego marmuru elektronicznie naładowanego, by nie ślizgały się po nim 
szklanki  i  inna  zastawa.  Nikt  nie  zauważał  tych  androidów,  które  obecne  były  na 
wszystkich większych uroczystościach towarzyskich jak galaktyka długa i szeroka. Na 
marmurze  stała  zakurzona  butelka  dwunastoletniego,  wytrawnego  Algarine  i  jeszcze 
oszroniony kieliszek, jako wyraz uznania należnego lady Vandron, tak jak zaplanowała 
to Roganda. 

Na  widok  androida  Irek  uśmiechnął  się  złośliwie  i  stanął  na  końcu  korytarza  ze 

skrzyżowanymi ramionami. 

-  Stój!  -polecił.  R-10  posłusznie  stanął.  -Weź  kieliszek!  Jeden  z  długich,  delikat-

nych manipulatorów o wielu złotych i wyłożonych lekko przylepnym plastikiem chwy-
takach wykonał polecenie. 

- Rzuć go na podłogę. Android zamarł - zakaz tłuczenia kieliszków czy jakichkol-

wiek naczyń był częścią podstawowego oprogramowania każdego domowego automa-
tu. 

Irek uśmiechnął się szerzej, a Leia poczuła nagły napływ Mocy sięgającej w głąb 

programu  androida  i  zmieniającej  go  pomimo  wielowarstwowych  zabezpieczeń.  Ze-
wnętrznie robotem zatrzęsło, cofnął się nieco, zrobił kółko i znieruchomiał. 

- No, nie wygłupiaj się. - Głos Irka dziwnie złagodniał. - Rzuć go! 
Urywanymi ruchami android wykonał polecenie, po czym natychmiast z korpusu 

wyłowił manipulator zakończony miotełką i zawierający wlot rury, by posprzątać rozbi-
te szkło. 

- Jeszcze nie. 
Manipulator zatrzymał się w połowie drogi. 
- Teraz weź butelkę i wylej zawartość; 
Tym razem android zadygotał nie ruszając się z miejsca, jako że zakaz rozlewania 

czegokolwiek  i  kiedykolwiek  był  głównym  punktem  w  jego  programie.  Irkowi  jego 
zachowanie  sprawiało  widoczną  przyjemność.  Skoncentrował  się,  przywołał  Moc  i 
ukierunkował ją za pomocą wszczepionego obwodu, wymuszając na programie ustęp-
stwo po ustępstwie na subelektronicznym poziomie, jak nauczył go Magrody... 

Nagle  odwrócił  się  tracąc  koncentrację  i  zostawiając  androida  niczym  nudną  za-

bawkę. 

background image

Dzieci Jedi 

248 

Ten skorzystał z tego natychmiast, posprzątał szkło i pojechał w stronę gości tak 

szybko, jak tylko go koła niosły. Irek nie zwrócił nań żadnej uwagi, powoli rozglądał 
się po korytarzu, nasłuchując i węsząc. 

- Jesteś tu... -szepnął. -Gdzieś tu jesteś... czujecie... 
Leia skupiła wokół siebie Moc, otulając się nią niczym cieniem. 
- Znajdę cię... 
Nie czekała na ciąg dalszy - rzuciła się do ucieczki. Jak przez mgłę zobaczyła, że 

podbiegł  do jednego  z  czerwonych  przycisków  umieszczonych  w  równych  odstępach 
na ścianach wzdłuż korytarza i nacisnął go. Po kilkunastu sekundach z tupotem zjawił 
się Garonnin. 

- Co się stało? 
- Sprowadź matkę i przynieś do pokoju Leii najmniejszą stalową kulę z pokoju za-

baw! 

Leia  śmigała  po  kamiennym  labiryncie,  czując  za  sobą  jego  obecność  niczym 

wszechogarniający  cień  przeszukujący  korytarz.  Nie  bardzo  wiedziała,  czego  się  boi, 
ale w życiu nie była tak przerażona... 

Zahamowała  widząc  wyłaniającego  się  zza  zakrętu  androida  przesłuchującego. 

Wiedziała, że to złudzenie, ale strach był silniejszy  - zawróciła. Kolejny korytarz blo-
kował  Hutt  Jabba,  sięgający  ku  niej  długim  jęzorem  ze  zmrużonymi  rozkoszą  ślepia-
mi... Ponownie zwyciężył strach. 

W tym, co jej zaaplikowano, musiało być coś, co potęgowało to uczucie, a w do-

datku pozostawiało psychiczny ślad, dzięki któremu Irek mógł ją wyśledzić. Nie mogła 
na to pozwolić, a miała kłopoty z odnalezieniem drogi, gdyż zapach, którym się kiero-
wała, zacierały co chwilę fale na przemian smrodu i aromatu. Strumienie energii prze-
waliły się z wyciem korytarzem, ciągnąc ją za sobą lub odpychając... 

Słyszała jego kroki i czuła, że ta pogoń stanowi dlań świetną rozrywkę, pomimo 

ciągłego operowania Mocą. Ten chłopak musiał mieć fenomenalne zdolności... 

Wreszcie rozpoznała korytarz i z ulgą zdwoiła szybkość wiedząc, że jest już bliska 

celu. Minęła zakręt i stanęła jak wryta: przed drzwiami, za którymi leżało jej ciało, stała 
znana do obrzydliwości postać w czarnym płaszczu i czarnym, lśniącym hełmie. 

Darth Vader. 
Odwróciła się - za nią stał Irek otulony ciemną, pulsującą poświatą, trzymając w 

dłoni  jedną  ze  stalowych  sfer,  których  przeznaczenia  nie  była  w  stanie  odgadnąć  w 
pokoju zabaw. Teraz dostrzegła, że są w niej niewidoczne dla ludzkich oczu dwa otwo-
ry niczym wejścia. 

Nie będące jednakże wyjściami. 
A wewnątrz znajdują się koncentrycznie  umieszczone  następne stalowe  kule, co-

raz to mniejsze, tworzące razem miniaturowy labirynt z mnóstwem wejść i bez żadnego 
wyjścia. 

- Jesteś tu - uśmiechnął się zadowolony.  - Wiem, że jesteś. Vader nadal blokował 

drzwi i nie mogła się zmusić, by przez niego przejść. 

- Matka mnie nie powstrzyma, bo nawet nie będzie wiedzieć... -zapewnił Irek uno-

sząc sferę. 

background image

Barbara Hambly 

249 

Jego umysł zaczął wypełniać korytarz niczym ogromna sieć, otaczając ją i ciągnąc 

w stronę jednego z wejść do stalowej pułapki. Poczuła, że zostaje rozpuszczana niczym 
dym i wiedziała, że musi istnieć jakaś nieznana jej obrona przed takim atakiem. 

Chłopak rozchylił  wargi nabierając powietrza  i przywiązując ją  prawie  do  samej 

kuli. 

- Irek! - W korytarzu pojawiła się Roganda w podkasanej sukni, idąc w stronę sy-

na. - Irek, chodź tu natychmiast! 

Odwrócił się, zdekoncentrowany, z czego Leia skorzystała natychmiast, podobnie 

jak przed chwilą R-10. Cień Vadera zniknął, toteż przeleciała przez drzwi i rzuciła się 
w leżące nieruchomo na łóżku ciało. Mając do dyspozycji jedynie ludzkie zmysły, jak 
przez gęstą mgłę usłyszała głos Keldora: 

- Lordzie Irek. mamy go na ekranach! „Oko Palpatine'a" jest tu! Przyleciało! 

background image

Dzieci Jedi 

250 

R O Z D Z I A Ł  

22 

- Panie Luke'u, jest pan pewien, że to się uda? 
- Masz jeszcze jakieś pytania? - spytał Luke zaabsorbowany logistyką chodzenia, 

posługiwania się laską i ciągnięcia liny, do której przymocowana była niewielka pompa 
uratowana z pralni. 

Sam  fakt  znalezienia  działającej  pompy  był  niezwykle  pocieszający,  jako  że  na 

pokładzie działało coraz mniej urządzeń, jeśli nie liczyć artylerii. 

-  Ile  to  da  nam  czasu?  -  zainteresował  się  Nichos  objuczony  dwiema  beczkami 

wody z syropem. - Naturalnie jeśli zadziała. 

- Około godziny. 
Pręty jarzeniowe przymocowane do kostura świeciły coraz słabiej, przez co kory-

tarz techniczny, którym szli, z niskim stropem i wiązkami rur wyglądał na podziemną 
jaskinię.  Wilgoć  i  zapaszek,  jakie  w  nim  panowały,  oraz  woda  miejscami  kapiąca  ze 
ścian, powiększały tylko to  wrażenie. Obecność  wody była  dobrym znakiem  -zbliżali 
się do głównego zbiornika w tej części okrętu. 

-  To  niewiele,  żeby  dokładnie  sprawdzić  ładownik  i  dwa  promy  -zauważył  Poth-

man. 

- Musi wystarczyć. - Luke zacisnął zęby: perigen dawno się skończył i teraz jedy-

nie Moc utrzymywała ból, szok i gorączkę w jakich takich granicach. 

Co oznaczało, że gorączka była większa, a ból silniejszy, ale na to już nie było ra-

dy.  Cray  niosła  dwa  pięciogalonowe  pojemniki  i  nie  odzywała  się  w  ogóle.  Milczała 
zresztą i wcześniej, gdy Luke przedstawił plan ewakuacji przymusowej załogi, i wtedy, 
gdy włamali się do głównych czujników, by oznaczyć pozycję okrętu i czas, jaki pozo-
stał do ostrzału Belsavis. Z obliczeń wynikało, że dwanaście i pół godziny. 

- Za długo - stwierdziła stanowczo Callista. 
- Tak twierdzi Wola. Nie rozumiesz? Wola zastosuje każdy chwyt i zrobi co tylko 

może, by opóźnić nas i wypełnić misję. Żaden komputer nie wyszedłby z nadprzestrze-
ni o dwanaście  i pół godziny od celu, zwłaszcza  wiedząc, że przeciwnikiem są  Jedi i 
mają do dyspozycji eskadrę myśliwców typu Y. To jest, mieli... 

- Ona ma rację - przyznał Luke spodziewając się lekkiej kłótni, jako że Cray zaw-

sze twierdziła, iż komputery nie kłamią. 

background image

Barbara Hambly 

251 

Po ostatnich jednak doświadczeniach przygryzła tylko wargi i w milczeniu obser-

wowała  produkcję  gęstej,  supersłodkiej  mikstury,  a  potem  niosła  pojemniki  wraz  z 
innymi, gdy okazało się, że sanie są zbyt szerokie, by przedostać się do korytarza tech-
nicznego. Przez ten czas ani razu nie spojrzała na Nichosa. 

- Dzięki Stwórcy! - ucieszył się Threepio, gdy wyszli zza narożnika i zobaczyli, że 

ciąg dalszy korytarza oświetlony jest słabymi, ale działającymi panelami jarzeniowymi. 
-  Zacząłem  już  się  obawiać,  że  ten  rejon  też  jest  całkowicie  pozbawiony  energii.  Atu 
przecież są hangary promów. 

- Ludzie piasku musieli skutecznie zniechęcić Jawów do wycieczek rabunkowych 

w te okolice. - Luke skręcił w boczny korytarz, idąc za głównym wodociągiem. 

- Jak dotąd - dodała Callista. 
- Optymistka się z ciebie zrobiła. 
W odpowiedzi zanuciła starą kołysankę z przedszkolnych (albo jeszcze wcześniej-

szych czasów) i dodała już poważnie: 

-  Jeśli  ludzie  piasku  są  tak  przywiązani  do  tradycji,  jak  mówiłeś,  to  wszystko  tu 

musi ich doprowadzać do szału - nie ma dnia ani nocy, nie ma zwierzyny do polowania 
i pustyni, a jedynie kabiny i korytarze... 

-  Im  dłużej  tu  jestem,  tym  bardziej  mnie  to  denerwuje  -  przyznał,  stając  przed 

drzwiami przepompowni. 

Naturalnie zamkniętymi, ale Threepio przekonał program zamka, że włożono wła-

ściwy klucz i drzwi otworzyły się ze zwyczajowym sykiem. 

-  Zniszcz zamek i zablokuj drzwi, Nichosie  - polecił  Luke.  -Masz rację, Callisto, 

nie wierzę Woli ani trochę. 

- Zabawne - mruknął Triv przyglądając się, jak Luke podłącza pompę do główne-

go  mechanizmu  regulującego  obieg  wody.  -  Gdy  byłem  szturmowcem,  nigdy  się  nad 
tym nie zastanawiałem. I nigdy też nie mogłem się przyzwyczaić do życia na pokładzie 
okrętów czy innych wojskowych obiektów. To znaczy wtedy wydawało mi się to nor-
malne, ale po Pzob zrozumiałem, jak bardzo kocham las i jak brakowało mi cały czas 
drzew Chandrilii. Pani także brak oceanów, panno Callisto? 

- Każdego dnia. 
Luke nie miał pojęcia, jak Callista się z nimi porozumiewa, bo nie wszędzie były 

głośniki, ale nie zastanawiał się nad tym - i tak problemów miał aż za dużo. 

Cray oparta o futrynę obserwowała go w milczeniu. Skończył połączenie, nacisnął 

starter, a pompa zaskoczyła z suchym chrząknięciem i podjęła pracę. Luke odetchnął z 
ulgą odczepiając wąż i wkładając go do pierwszej beczki. Terkot pompy wypełnił po-
mieszczenie i ku swemu szczeremu zaskoczeniu Luke stwierdził, że żadne z połączeń 
nie przecieka i wszystkie są drożne. 

- Na zdrowie! - odezwała się Callista. 
Operacja wpompowania nieco rozcieńczonego syropu do obiegu wody, z którego 

korzystali  ludzie  piasku,  poszła  szybko  i  sprawnie.  Luke  powstrzymał  Nichosa,  który 
chciał rozłączyć pompy: 

- Zostaw to: nam niepotrzebne, a nikt inny tu nie przyjdzie. 

background image

Dzieci Jedi 

252 

-  Ach,  prawda,  jutro  nic  z  tego  okrętu  nie  będzie  już  nikomu  potrzebne.  Chyba 

mam zaprogramowane zbyt duże poczucie porządku.  - Spojrzał z obawą na Cray, czy 
przypadkiem  nie  wzięła tego  za krytykę, ale zdołała  się  uśmiechnąć, chwytając żart i 
pierwszy raz nie odwróciła głowy. 

- Wiedziałam, że tego kawałka nie powinnam była zrzynać z oprogramowania SP-

80 - odpaliła. 

Przez chwilę stali przyglądając się sobie i nie bardzo wiedząc, co zrobić z tym po-

dwójnym wyznaniem: jego - że jest androidem, jej -że go programowała. Bezruch prze-
rwała Cray dotykając jego dłoni. 

 
- Przerywamy im czy czekamy? - spytała rzeczowo Callista, gdy dotarli w pobliże 

hangaru. 

Ludzie piasku zorganizowali w nim obozowisko, a sądząc po odgłosach, musiało 

tam  panować  niezwykłe  ożywienie:  wrzaski,  piski,  wycia  i  zawodzenia  momentami 
zagłuszane  przez  łomot,  jakby  rzucano  jakimiś  przedmiotami.  Chwilami  wszystko  to 
cichło, a po paru sekundach rozlegało się mrożące krew w żyłach modulowane, chóral-
ne wycie zakończone kolejną ogłuszającą kakofonią. 

- Weźmiemy ich na przeczekanie - zdecydował Luke, opierając się o ścianę i ocie-

rając pot spływający obficie po twarzy. 

Miał wielką ochotę usiąść, ale bał się, że najprawdopodobniej już nie wstanie. Triv 

nie miał takich problemów, więc siadł, ale z bronią w ręku. Threepio stanął mniej wię-
cej o metr od nich z receptorami słuchowymi podkręconymi do maksimum. Cray i Ni-
chos znieruchomieli obok siebie, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć i jak się zachować. 

- Wytrzymasz, Luke'u? - spytała w pewnym momencie Cray. 
- To już nie powinno długo potrwać. 
- Dowolna grupa pasterzy cy'een spiłaby tę bandę do nieprzytomności, zanimby na 

dobre zaczęła pić - oceniła Callista coraz mniej składne wycia. 

- Może właśnie dlatego zabili karczmarza. 
Ostatni chóralny występ urwał się gwałtownie serią krzyków, po których nastąpiły 

pomruki, a potem cisza. Ktoś coś wrzasnął, ale nikt mu nie odpowiedział, coś z brzę-
kiem potoczyło się po podłodze i przez długą chwilę żaden odgłos nie przerwał milcze-
nia. 

- Idziemy! - zdecydował Luke. - Nie ma czasu do stracenia, a ty, Threepio, spro-

wadź Talzów! 

- Tak jest, panie Luke'u! 
 
Hangar promowy usłany był spitymi Jeźdźcami Tusken i zalany osłodzoną  wodą 

przesiąkającą ubrania leżących. Kilka postaci miało ciemne, ostro pachnące zacieki na 
szatach  - być  może  krew. Niewielki  kwadratowy  właz  w jednej ze ścian był pogięty i 
porysowany, jakby rąbał go jakiś drwal o maniakalnym zacięciu, ale leżące wokół gaffe 
i dzidy świadczyły, że wykorzystywano go jako tarczę. Ściana wokół była w znacznie 
gorszym  stanie  -  ludzie  piasku  najwyraźniej  szybciej  tracili  celność  niż  przytomność, 
choć i to nie zajmowało im zbyt wiele czasu. 

background image

Barbara Hambly 

253 

- Niezła impreza - mruknął Luke wdrapując się do wnętrza pierwszego z promów. 
Prom był uprzednio zamknięty, a przy niechęci ludzi piasku do techniki nawet nie 

próbowali wejść do środka, choć rampa opuściła się od pierwszego naciśnięcia przyci-
sku na burcie. 

Triv i Nichos zebrali wszystkie egzemplarze broni, natomiast Cray wraz z Lukiem 

sprawdzili  prom.  Komputer  pokładowy  obudził  się  pod  wprawnymi  palcami  Cray  i 
zameldował gotowość do działania. 

- Wygląda na to, że nie jest podłączony do głównego komputera Woli - oznajmiła 

po serii testów. - Wskaźniki na tablicy nie wykazują żadnych uszkodzeń. Jest gotów do 
lotu. 

- Najwyższy czas, żeby wreszcie coś poszło po naszej myśli. 
- Uprzedzałem, że nigdy nie byłem szkolony do pilotowania promów - odezwał się 

od  drzwi  Triv.  -  A  dane  o  warunkach  na  zewnątrz  nie  napawają  mnie  ochotą,  by  się 
teraz uczyć pilotażu. 

- Przełączę sterowanie na drugi  komputer, a Nichos poradzi sobie z obydwoma  - 

uspokoiła go Cray, odruchowo odgarniając włosy z czoła i krzywiąc się, gdy jej palce 
dotknęły krótkiej szczecinki. 

A potem zabrała się do roboty. Luke obserwował to z ulgą -Cray zaczynała wracać 

do siebie. 

-  Nichos  nie  jest  naturalnie  takim  asem  jak  Luke,  ale  jeśli  ktoś  na  dole  będzie  w 

stanie podać mu namiary lądowiska, to sprowadzi oba promy bezpiecznie. Przed wysa-
dzeniem  „Oka"  wprowadzę dodatkowe  programy stabilizacyjne, bo z  danych  wynika, 
że są tam silne wiatry... 

- Cray, o tym właśnie chcę z tobą porozmawiać - przerwał jej Luke. 
- O wiatrach? 
- O wysadzeniu. 
-  Potem.  Najpierw  chcę  usłyszeć,  jak  planujesz  sprowadzić  tu  Kitonaki  i  załado-

wać na prom szybciej niż w ciągu jakichś dwóch tygodni. 

W hangarze coś łomotnęło i wrzasnęło niewyraźnie, choć podobnie jak słaby Jeź-

dziec Tusken. Luke i Cray dotarli do drzwi na czas, by być świadkami finału pijackiego 
ataku, bo inaczej nie sposób było tego określić. Przez drzwi wtoczył się Jeździec Tus-
ken  mający  szczery  zamiar  zaatakować  Pothmana,  jednak  ze  sposobu,  w  jaki  wyma-
chiwał włócznią gaffe, pewne było, że prędzej zrobi krzywdę sobie. Nichos złapał go za 
ramię i rozbroił, a Triv podając kubek do połowy wypełniony posłodzoną wodą, zapro-
ponował: 

- A może byś tak strzelił sobie jednego, co? 
Po chwili głębokiego namysłu napastnik przyjął poczęstunek, wychylił duszkiem i 

zgodnie z przewidywaniem zwalił się na podłogę. 

- Panie Luke'u... - W drzwiach hangaru pojawił się Threepio, a za nim wmaszero-

wały białe, kudłate kształty. 

-  Wspaniale!  -  ucieszył  się  Luke  zapominając  z  wrażenia  o  rannej  nodze,  ledwie 

jednak na niej stanął, ta przypomniała o sobie na tyle skutecznie, że gdyby nie pomoc 
Cray, rozciągnąłby się jak długi. 

background image

Dzieci Jedi 

254 

Natychmiast znalazło się  koło niego trzech Talzów, podtrzymując i ćwierkając z 

zaniepokojeniem. 

-  Podziękuj  im  -  wykrztusił  Luke  starając  się  zapanować  nad  bólem,  który  omal 

nie pozbawił go przytomności. - Powiedz, że bez ich pomocy nie mielibyśmy możliwo-
ści uratować tych wszystkich, których trzeba uratować. 

Threepio posłusznie przetłumaczył, co wywołało serię trąbnięć, ćwierknięć i rado-

snych uścisków. Następnie pod kierownictwem androida Talzowie zabrali się do zała-
dowania ludzi piasku na pokład ładownika stojącego na poziomie dziesiątym. 

- Wiesz, że nawet po przeprogramowaniu ładownik będzie zdolny jedynie odlecieć 

o parę kilometrów i zawisnąć w przestrzeni -odezwała się Cray. - Sterować się nim nie 
da. 

- I bardzo dobrze. I tak zostawię instrukcje u Triva i Threepia, żeby nikt nie otwie-

rał przedziału ładunkowego, póki nie wylądują na Tatooine. 

- Naprawdę myślisz, że ktoś go zaciągnie na Tatooine, wiedząc, co jest wewnątrz? 
- Nie wiem, ale jeśli przeżyję... albo jeśli ty przeżyjesz, proszę dopilnuj, aby ktoś 

to załatwił - powiedział, po prostu nie reagując na zaczepkę. 

- Nigdy się nie poddajesz? - uśmiechnęła się lekko. Przytaknął bez słowa. 
-  Ciekawostka  -  stwierdziła,  gdy  skierowali  się  do  drugiego  promu.  -  Skoro  już 

wyszliśmy z nadprzestrzeni, to należałoby się spodziewać, że kogoś to zainteresuje. A 
tu figa, nikt nie przyleciał sprawdzić. 

 
-  Nigdy  czegoś  podobnego  nie  widziałem  -  przyznał  Jevax  przełączając obraz  na 

ekranie. 

Dwóch techników, Mluk i ponury Durossianin, zaglądało mu przez ramię. Żaden 

nawet się nie obejrzał, gdy Han i Chewie wpadli do wieży kontrolnej. 

-  To  musi  być  awaria  serwomechanizmu  przekaźnika  wrót.  -Durossianin  potrzą-

snął głową. - Test jest pozytywny, więc to nie program, a wszystkie bramy nie mogły w 
tym samym czasie się zepsuć. 

Zmarszczył brązowe brwi, częściowo przysłaniając pomarańczowe oczy i potarł z 

zamyśleniem dziób. 

- Co się dzieje? - zainteresował się Han. 
Jevax uniósł głowę, dostrzegł ich i wstał. 
- Mam nadzieję, że nie przyszliście po zezwolenie na start -stwierdził na wpół żar-

tobliwie: nikt normalny nie startowałby w nocne piekło wichur szalejących nad planetą. 
-  Czy Jej  Wysokość znalazła  to, czego szukała,  w  archiwum  miejskim?  Obawiam się, 
że nie byłem w stanie... 

- Leia nigdy nie dotarła do ratusza - przerwał mu Solo. Jevax wytrzeszczył oczy i 

spojrzał na wiszący na ścianie chronometr. 

-  W  domu  Nubblyka  przy  ulicy  Malowanych  Drzwi  mieszka  kobieta:  Roganda 

Ismaren. Przybyła tu chyba przed siedmioma laty... 

- Tak... mniej więcej tego wzrostu. - Jevax pomógł sobie gestem.  - Czarne włosy, 

ciemne oczy... 

background image

Barbara Hambly 

255 

- Nie wiem, w życiu jej nie widziałem. Była konkubiną Imperatora, więc na pewno 

jest piękna. 

- Wasi mężczyźni uważają, że jest - zgodził się Jevax. - Choć rzadko mają okazję 

ją  widzieć,  bo  nieczęsto  wychodzi  z  domu.  To  małe  miasto  i  wszyscy  sporo  o  sobie 
wiedzą... Przyznaję, że zawsze ciekawiła mnie ta osoba... 

- Wiesz, gdzie jest jej dom? 
Jevax przytaknął i skierował się ku drzwiom. 
 
Po  drodze,  zgodnie  z  sugestią  Jevaxa,  wstąpili  po  Stusjewskiego  -  metrowego 

Chadra-Fana  o  ciemnym  futrze,  pracującego  na  plantacji  winokawy  jako  selekcjoner. 
Rad  nierad  pożegnał  się  z  grupą  przyjaciół,  którzy  zebrali  się  w  jego  mieszkaniu  na 
party winno-czesaniowe i podążył za Jevaxem, dopinając jedwabną kamizelkę. Narze-
kał przy tym na nową pracownicę, która kierowała się przy klasyfikacji ziaren do zbio-
rów jedynie wzrokiem. 

- Kolor na zewnątrz to może i mają właściwy, ale wyglądają na nowicjuszy  - za-

kończył. - W czym mogę pomóc, kierowniku? 

Jevax wytłumaczył mu, gdy znaleźli się na zewnątrz w czarnej mgle, w której ko-

tłowały  się  ćmy  i  świetliki,  usiłujące  dobrać  się  do  ulicznych  lamp  czy  świecących 
okien. 

-  Mamy  powody  sądzić,  że  w  domu  roi  się  od  alarmów  przeciw-włamaniowych, 

toteż zanim narobimy hałasu i oznajmimy, że wchodzimy, chcemy wiedzieć, czy ktoś 
jest w domu. Potrafisz to sprawdzić? 

- Ludzie? - Radaropodobne uszy Chadra-Fana zwróciły się do przodu. 
- Ludzie. 
-  Żaden  problem.  A  co  jest  z  silosami  lądowiskowymi?  Słyszałem,  że  się  zablo-

kowały... 

-  Sądzimy,  że  to  awaria  serwoprzekaźnika.  Wygląda,  że  zablokował  wszystkie 

bramy i przy okazji rozwalił główną przekładnię na części. 

Chewie odwrócił głowę warcząc długo i głęboko. 
- Nie wiemy - odparł Jevax. - I to właśnie doprowadza techników do szału. Taka 

rzecz  nie  miała  prawa  się  zdarzyć.  Nie  zadziałało  żadne  zabezpieczenie  i  trzeba  było 
zejść tam, rozmontować cały mechanizm i kolejno otwierać bramy  silosów. Mam na-
dzieję, że lubi pan tutejszą kuchnię, generale Solo, bo tak szybko pan stąd nie odleci. 

- Zaraz! - Han nagle się zatrzymał. - Chcesz mi powiedzieć, że zdarzył się następ-

ny  przypadek  skomplikowanej  i  nieprawdopodobnej  awarii?  Tak  jak  z  naszym  robo-
tem? To dwa w ciągu doby! 

- Trzy - poprawił go Jevax po chwili głębokiego namysłu. -Łączność też nie dzia-

łała, ale to zdarza się tak często, że... 

Przez moment przyglądali się sobie w milczeniu, które przerwał Solo: 
- Coś mi tu śmierdzi. 
Dalej ruszyli w milczeniu, skręcając w uliczkę, przy której stał dom Rogandy. By-

ła  to  dzielnica  głównie  starych  budynków,  jedynie  w  miejscu  zbombardowanych  po-
stawiono białe z prefabrykatów. Gdzieś niedaleko szemrał strumyk, a dzięki wyższemu 

background image

Dzieci Jedi 

256 

położeniu ruin cytadeli mgła stała się mniej gęsta i nawet z pewnej odległości dało się 
dostrzec dom, ku któremu prowadził ich Jevax. 

Han przyglądając się budynkowi miał mieszane uczucia  - Ręka Imperatora ozna-

czała wyszkolonego zabójcę, ale z tym gotów był się zmierzyć, natomiast oznaczało to 
też osobę dysponującą Mocą, a z kimś takim wolałby nie walczyć. 

- To tutaj - stwierdził Jevax i zwrócił się do Stusjewskiego: -Jest tam kto? 
Chadra-Fan zamknął ogromne oczy i zaczął  węszyć  i  nasłuchiwać. Solo  nie  miał 

pojęcia, jakim cudem potrafi on odróżnić zapachy z tego konkretnego domu, zwłaszcza 
przy silnym odorze siarki obecnym w powietrzu. Owszem, Chadra-Fan miał podwójny 
nos  (czyli  cztery  dziurki),  ale  nawet  bez  tak  doskonałego  organu  powonienia  nocne 
powietrze pełne było zapachów - zieleni, mokrego korzenia i słodkiego aromatu, obec-
nego zawsze w pobliżu przetwórni owocowych. 

Stusjewski jednak po chwili otworzył oczy i oświadczył spokojnie: 
- Nikogo nie ma. 
Chewie chrząknął i bez zwłoki z jednej z zawieszonych na pasie ładownic  wyjął 

komputerowy wytrych - pod nieobecność Artoo jemu przypadła rola włamywacza. 

-  Mogę  wam  jeszcze  powiedzieć  -  dodał  Chadra-Fan  -  że  ktoś  z  mieszkańców 

używa strasznie drogich perfum. Nazywają się „Szept Jeziora Snów" i wiem na pewno, 
że nikt ich nie sprzedaje na całej planecie. 

Zanim przebrzmiały jego słowa, drzwi domu nagle się otworzyły. 
- Nikogo nie ma w domu, co? - syknął Han, przylegając podobnie jak pozostali, do 

muru. - A to co jest: cud czy duch? 

- Nikogo z ludzi - obruszył się Chadra-Fan. - Czuję... 
Nie  dokończył,  bo  wśród  na  poły  maskujących  wejście  pnączy  coś  stuknęło, 

szczęknęło i na  szczycie  schodów zatrzymała  się  znajoma  postać, najwyraźniej zasta-
nawiając się, co dalej. 

Był to poobijany, brudny i podrapany Artoo. 

background image

Barbara Hambly 

257 

R O Z D Z I A Ł  

23 

-  Kapitanie,  właśnie  odebraliśmy  nowe  rozkazy  od  wielkiego  moffa  Floty  Impe-

rialnej.  Mają  pierwszeństwo  przed  wszystkimi  dotychczasowymi,  sir!  -  wyprężył  się 
szturmowiec. 

Kapitan  wyprostował  się  i  przestał  wpatrywać  w  ciemny  ekran  czytnika  biblio-

tecznego. Odsalutował trzema pokrytymi żółtym kwieciem odrostami i wszyscy siedzą-
cy przy wyłączonych komputerach i czytnikach, jak biblioteka długa, odwrócili się w 
jego stronę. Z braku słońca byli nieco wyblakli, ale gotowi do wykonywania rozkazów. 

Luke  oparty  o  framugę  drzwi  obserwował  to  wszystko  w  słabym  blasku  ledwie 

świecących  przy  lasce  prętów  jarzeniowych  -Affytechanie  toczyli  swą  symulowaną 
bitwę w całkowitych ciemnościach, a musiał przyświecić Pothmanowi występującemu 
w roli posłańca. Nadal ciekawił go stopień inteligencji tych istot. 

Gamorreanie  pozostali  sobą,  pomimo  przekonania,  że  są  szturmowcami  i  byli 

świadomi tego, że okręt jest systematycznie niszczony, choć zgodnie z instrukcją Woli 
zwalali to na rebelianckich sabotażystów. Ugbuz został Ugbuzem i choć nadal strzelał 
niecelnie,  doskonale  rozumiał  różnicę  między  blasterem  sprawnym  a  pozbawionym 
zasilacza. 

W przypadku  Affytechan programowanie  dało tak  wszechstronny efekt,  że to,  w 

co kazano im wierzyć, stało się ważniejsze niż faktyczny wygląd okrętu, jego stan czy 
ich  tożsamość  gatunkowa.  Jeśli  posiadali  indywidualności,  to  zostały  one  całkowicie 
przytłumione. Co gorsza ci, którzy przyszli na świat już na pokładzie  -a trafił na przy-
najmniej pięć żłobków, głównie w mesach oficerskich, gdzie zainstalowano dodatkowe 
oświetlenie - zachowywali się tak, jakby także zostali poddani indoktrynacji. 

-  Za  pozwoleniem,  sir.  -  Triv  w  pełnym  pancerzu  bojowym  szturmowca  włączył 

ekran czytnika. 

Pojawił się na nim napis: 
* Komunikat Floty* 
Pilne, pierwszy stopień ważności 
Zgodnie  z  intencją  Woli  cały  personel  natychmiast  ma  się  ewakuować  pro-

mami  z  hangaru  na  poziomie  szesnastym.  Wszyscy  ranni  i  chorzy  mają  zostać 

background image

Dzieci Jedi 

258 

przetransportowani  z  niezbędnymi  lekami.  Żołnierz  przekazujący  te  rozkazy  bę-
dzie nadzorował ewakuację i pilotował prom. 

Nieźle - przyznał cicho Luke. 
- Jakie nieźle?! - oburzyła się Callista. - Przez trzydzieści lat głupawe komunikaty 

podobnej  treści  były  jedyną  rzeczą,  jaką  mogłam  wydusić  z  komputera,  więc  chyba 
umiem je doskonale podrobić. Powinieneś mnie usłyszeć w mojej wersji Pekkie Blu i 
Starboys. 

Luke nigdy o nich nie słyszał, ale jakoś go to nie zmartwiło. 
- Czy to... to? - spytał ponuro kapitan. 
Ani Potham, ani Luke nie bardzo wiedzieli, co znaczy „to", jednak na wszelki wy-

padek Triv przytaknął. 

- Mamy rozkazy, sir. 
Korona z białych płatków pochyliła się z powagą i kapitan oznajmił: 
- Żołnierze, to jest to! Spakować się, opuszczamy okręt! 
 
W korytarzu przy ekranie na pokładzie dwunastym Kitonaki prowadziły ożywioną 

rozmowę. 

-  Nadal  wymieniają  przepisy,  przynajmniej  większość  -  wyjaśnił  Threepio  Lu-

ke'owi. - Ta grupa w rogu zaczęła sobie opowiadać o obfitości ślimaków Chooba ostat-
niego lata... 

- Są tu wszystkie - wtrąciła Callista. - Czterdzieści osiem sztuk. 
Minęła  ich  kolumna  Affytechan  maszerujących jak na  defiladzie. Było ich z  sie-

demdziesięciu, w tym pluton młodych nie wyższych niż metr. 

- W prawo zwrot!  - zakomenderował prowadzący i całość  z gwardyjską precyzją 

zniknęła za zakrętem. 

-  Ktoś  będzie  miał  robotę  z  przeprogramowaniem  tego  bractwa.  -  Luke  pokręcił 

głową w niemym podziwie. 

- Korytarze do hangaru promowego są wolne - poinformowała go Callista. - Przej-

ścia  otwarte,  a  szyb  windy,  który  muszą  pokonać,  zaopatrzony  w  liny.  Ciekawe,  czy 
potrafią się wspinać? 

- Owszem. - Luke wziął głęboki oddech świadom przykrego faktu, że każdy wysi-

łek pozbawia go części sił niezbędnych w ostatecznej rozgrywce. - Jesteś gotów, Thre-
epio? 

- Sądzę, że moja znajomość kitonackiego okaże się wystarczająca. 
- To miło, ale lepiej nie stój w tych drzwiach. 
Android pospiesznie odsunął się w bok, wiedząc co nastąpi. 
- No to do roboty!  -  Luke przymknął oczy i skoncentrował się na czujnikach og-

niowych w korytarzu. 

Było to podstawowe wykorzystanie Mocy przeciwko jednemu z najprostszych au-

tosystemów pokładowych i rezultat był łatwy do przewidzenia: zawył alarm i ożył sys-
tem zraszaczy. 

Korytarz  zalał deszcz,  mocząc  Luke'a, Threepia  i  wszystkie  grzybowate  istoty  w 

okolicy. 

background image

Barbara Hambly 

259 

- Poziom szesnasty! - ryknął złocisty android po kitonacku. -Poziom szesnasty, są 

w promie! 

I odskoczył jeszcze dalej, ciągnąc za sobą Luke'a. 
Zdążył  w  ostatniej  chwili  -  fala  Kitonaków  nie  tylko  przeszła  przez  drzwi,  ale  i 

przez  ściany  po  obu  stronach  zbyt  wąskiego  na  tę  okazję  otworu.  i  podążyła  dalej  z 
łomotem,  od  którego  trząsł  się  pokład  w  kierunku  wskazanym  przez  androida.  Luke 
uruchamiał kolejno system przeciwpożarowy na dokładnie zapamiętanej trasie do han-
garu na poziomie szesnastym. 

Kitonaki  miały sezon  godowy  w czasie  pory deszczowej, toteż  nic  dziwnego, że 

deszcz wyzwalał w nich szybkość, o którą nikt by ich nie podejrzewał. 

- Myślisz, że Cray i Nichos poradzą sobie z załadunkiem? 
-  Nie  powinno  być  problemów,  chociaż  wątpię,  żeby  był  to  widok  dla  starannie 

wychowanej  panienki  -  odparła  Callista.  -  Na  wszelki  wypadek  będę  z  nimi.  Wrócę, 
gdy przekonasz Gamorrean, żeby załadowali się na jeden prom. 

Patrząc w zamyśleniu na oddalającą się falę, Luke pomyślał z bólem, jak bardzo 

będzie tęsknił za Callista. 

- Panie Luke'u? - odezwał się nieśmiało Threepio. 
Z prawie fizycznym wysiłkiem Luke otrząsnął się ze smutku i opanował uczucie 

wszechogarniającego zmęczenia. 

- Masz rację - przyznał. - Czas na Jawów i trójnogi. 
Roganda zawierała właśnie sojusz z lordami sektora Senexa. 
Myśl  ta  była  wystarczającym  bodźcem,  by  Leia  desperacko  próbowała  odzyskać 

przytomność, ale jej umysł zachowywał się jak zatopiony w żelatynie. Nie była w sta-
nie ani stracić świadomości do reszty, ani ocknąć się całkowicie. 

A musiała się obudzić, bo inaczej nie było nawet co marzyć o ucieczce. 
Tworzono tu podstawę porozumienia dającego siłę i pozycję, z którą będą musieli 

liczyć się tak Harrsk czy Teradoc, jak i wszyscy inni dowodzący pozostałościami Floty 
Imperium. A wokół tego porozumienia z czasem można było stworzyć nową Flotę no-
wego Imperium. 

Broni ani pieniędzy nie będzie im brakować, a ponadto Irek jest w stanie uszko-

dzić każdy okręt Republiki i rozbroić każdy automatyczny system obronny. Jako tajna 
broń był wręcz idealny, bo nikt go nie podejrzewał. By mieć taką broń do dyspozycji, 
admirał Harrsk może zgodzić się na wiele ustępstw, o których nawet nie byłoby mowy 
wiele lat temu, gdyby w grę wchodziła regencja. 

Musiała się wydostać. 
Albo  przynajmniej  przekazać  Hanowi  ostrzeżenie,  nawet  gdyby  jato  miało  kosz-

tować życie. 

Ten sam  motyw  musiał popychać do działania  Druba  McKumba. Widocznie na-

tknął się na którąś ze skrytek Irka i dzięki yarrockowi odzyskał chwilową jasność umy-
słu. Potem szukał dalszych skrytek i zrobił co mógł, by pomóc swemu przyjacielowi i 
Nowej Republice, o którą walczył Han Solo. 

Leia  zastanawiała  się,  kiedy  pozbyli  się  Magrody'ego.  Pewnie  niedługo  po  tym, 

jak Irek nauczył się kontrolować androidy i nabrał w tym wprawy. Magrody zbyt dużo 

background image

Dzieci Jedi 

260 

wiedział,  by  pozwolono  mu  żyć.  Podobnie  jak  jego  uczennica  Stinna  Draesinge  Sha. 
Przeszukano jej dom, zniszczono notatki - Magrody w początkowej fazie swych badań 
musiał przecież rozmawiać z nią na ten temat albo prosić o opinię. 

Leia  przypomniała  sobie  mgliście  pogłoski  o  śmierci  jeszcze  jednego  z  uczniów 

Magrody'ego,  w  tajemniczych  okolicznościach,  ale  nie  pamiętała,  o  kogo  chodziło. 
Było to zanim poznała Cray. 

Qwi Xux najprawdopodobniej uratowała życie, gdy renegat Kyp Durron wymazał 

jej pamięć. Była w końcu uczennicą Magrody'ego, i to najlepszą. 

Ohran Keldor także uchodził za ulubieńca starego mistrza... 
Drzwi otworzyły się z sykiem i choć powieki miała opuszczone, bez trudu zoba-

czyła wchodzących - lorda Garonnina i Drosta Elegina. Ten pierwszy miał załadowaną 
pneumostrzykawkę w dłoni. 

Chłodny  metal  dotknął  jej  szyi  i  poczuła  gorący  wiatr  przelatujący  przez  żyły. 

Przestała znajdować się w zielonym szkle i widzieć duchy z innych czasów, za to głowa 
rozbolała ją, jakby tkwił w niej rozdymający się balon. 

- Wasza Wysokość? 
Spróbowała odpowiedzieć i stwierdziła, że język zmienił  się  w trzykilogramowy 

worek piachu. 

- Unnngh... - To było wszystko, co zdołała z siebie wykrztusić. Garonnin i Elegin 

wymienili spojrzenia. 

- Jeszcze jedna - stwierdził Elegin. 
- Nie chcemy zrobić jej krzywdy. - Garonnin zmarszczył brwi. -Idioci! 
Załadował kolejną ampułkę i przytknął ją Leii do gardła, ale nie zdążył uruchomić, 

bo Leia drgnęła jak rażona prądem i siadła, przytomnie rozglądając się wokół. 

- Wasza Wysokość? - Garonnin skłonił się, chowając zręcznie pneumostrzykawkę 

do kieszeni. - Gospodyni życzy sobie zobaczyć Waszą Wysokość. 

Jego ton zdradzał lekkie zmieszanie - Roganda nie była osobą, która mogłaby so-

bie  czegoś  życzyć  od  księżniczki  z  Rodu  Organa.  Leia  zwolniła  oddech  unosząc  nie-
znacznie brwi, jakby nie spodziewała się aż takiego upokorzenia, i wstała z godnością. 
Z miną uciśnionej niewinności wyszła na korytarz, przywołując cały trening Jedi, by się 
nie potknąć, ale dopięła swego - poruszała się z „królewskim wdziękiem", jak to okre-
ślały  jej  ciotki.  Najlepszym  sposobem  było  zachowywać  się  tak,  jak  tego  oczekiwali 
przedstawiciele starych rodów i zarabiać u nich punkty, jak długo nie znajdzie sposobu 
ucieczki. 

Garonnin i Elegin byli uzbrojeni w miotacze, toteż nie mając ochoty na gwaranto-

wane trzy godziny bólu głowy i nudności w przypadku nałożenia się dwóch ogłuszeń, 
postanowiła nie ryzykować. Nadal zresztą nie w pełni doszła do siebie: trochę kręciło 
jej się w głowie, drżały dłonie i czuła się dziwnie. 

Roganda, Irek i Keldor oczekiwali na nich w niewielkim pokoju jeden poziom wy-

żej, zimnym, mimo dyskretnie umieszczonego w kącie ogrzewacza pracującego pełną 
parą.  Ściany  obito  czarną  materią,  przez  co  przypominał  pomieszczenie  medytacyjne 
sekty z Dathomiry używającej ciszy, mroku i jednego, punktowego oświetlenia do kon-
centracji. 

background image

Barbara Hambly 

261 

Na lśniącym blacie drewnianego stołu stało kilka świec i wyglądający w tym oto-

czeniu  co  najmniej  niewłaściwie  niewielki  terminal,  na  którym  Keldor  pracowicie 
wstukiwał komendy, sprawdzając serię obliczeń wysyłanych przez czujniki. Ekran był 
tak ustawiony, by Irek miał go w zasięgu wzroku. Poza tym w pokoju znajdowały się 
cztery szklane kule, ustawione po jednej w każdym rogu na specjalnych podstawkach. 
Irek siedział dokładnie w miejscu przecięcia się linii biegnących ze środków kul. 

- Mam dość twoich fanaberii - oznajmił lodowatym tonem chłopak. Przyglądał się 

jej aroganckim i wściekłym wzrokiem, ignorując minę Garronina. - Żądam odpowiedzi: 
dlaczego twój robot mnie nie posłuchał? Co mu zrobiłaś, albo co z nim zrobiłaś? 

- Panowie, jesteście wolni - dodała szybko Roganda. 
Widząc wymianę spojrzeń, jakie wymienili wychodzący mężczyźni, Leia zyskała 

pewność, że Rogandzie udało się właśnie skutecznie zrazić do siebie dwie kolejne oso-
by. Było oczywiste, że spieszyło jej się, ale Leia od najmłodszych lat miała wpajane, że 
żaden pośpiech nie usprawiedliwia niewłaściwego odnoszenia się do kogoś o wyższej 
pozycji społecznej. Co do osób podrzędnych naturalnie nie obowiązywały żadne ogra-
niczenia,  ale  to  Roganda  stała  socjalnie  niżej  niż  lord  Garonnin  i  Drost  Elegin,  a  nie 
odwrotnie. 

- Jaką otrzymam gwarancję bezpiecznego powrotu na Coruscant?  - spytała chłod-

no, patrząc na Rogandę. 

- Co?! - Irka prawie zatchnęło. - Ty masz czelność... Roganda uniosła dłoń i chło-

pak umilkł. 

- Mogę ci gwarantować, że jeśli nie powiesz nam, dlaczego twój robot nie poddał 

się wpływowi mego syna, to w bardzo krótkim czasie przestaniesz istnieć, podobnie jak 
wszystko, co żywe w Plawal - warknęła Roganda. - A to dlatego, że „Oko Palpatine'a" 
nie reaguje na polecenia Irka! 

- Myślałam, że to na jego polecenie ten okręt się tu zjawił?  -zdziwiła się szczerze 

Leia. 

- Bo tak było - mruknął Irek. 
- Nie do końca... - Keldor otarł pot z czoła, nie kryjąc niepokoju. - Wiedzieliśmy, 

że automatyczna sieć przekaźnikowa została zniszczona w okolicach Belsavis. Posługu-
jąc się Mocą, lord Irek zdołał uruchomić pozostałą jej część i wysłać właściwy sygnał, 
by sprowadzić tu okręt. Dopiero potem miał przejąć kontrolę nad głównym kompute-
rem... Sytuacja jest następująca: całkowicie zautomatyzowana jednostka o niewyobra-
żalnej  wręcz  sile  rażenia  jest  w  pobliżu,  realizując  program,  którym  było  zniszczenie 
życia na planecie. W pierwszej kolejności celem ma stać się wszystko, co przypomina 
sztuczne  osiedle.  Okręt  jest  całkowicie  zautomatyzowany  dla  zapewnienia  tajemnicy 
niezbędnej do sukcesu misji, a my nie możemy przejąć nad nim kontroli. 

- A wszystko dlatego, że były tu dzieci Jedi - dodała Leia z pogardą. 
Keldor chrząknął i nie patrząc nikomu w oczy odpowiedział: 
- Imperator podjął kroki, które uznał za niezbędne, by zredukować  groźbę  wojny 

domowej.  Jedi  zaś  z  pewnością  byli  potencjalnymi  powstańcami,  którym  nie  można 
było ufać... przynajmniej tak uważał Imperator. 

background image

Dzieci Jedi 

262 

- A tu obecnym można zaufać!  - parsknęła Leia spoglądając na Rogandę.  - Byłaś 

tu jako dziecko. To twoją rodzinę miano zaatakować. 

- Czasy się zmieniają, ludzie też...  - Roganda złożyła dłonie, wywołując rozbłysk 

światła w topazie. 

Bez arystokracji w pobliżu, na której trzeba wywrzeć właściwe wrażenie, skrom-

ność i bezbronność dawnej konkubiny zniknęły jak zdmuchnięte, a na ich miejscu po-
jawiła się dumna mina i wszechobecna żądza władzy. Bo mając władzę będzie mogła 
zemścić  się  na  wszystkich,  którzy  traktowali  ją  z  góry.  Będzie  mogła  wyrównać  ra-
chunki. 

- Gdybym kierowała  się  wolą rodziny, zgodnie z  tradycjami, do których była tak 

przywiązana, zostałabym zniszczona tak jak oni i jak Lagan, mój starszy brat. Zamiast 
tego wykorzystałam tradycje do rozsądnych celów. 

- Czyli mówiąc po prostu, przeszłaś na ciemną stronę. Widać było, że ją trafiło. 
- Co to takiego „ciemna strona"? - W głosie Rogandy brzmiała arogancja i nieza-

chwiana  pewność  siebie.  Podobnie  mówił  Irek.  -Część  władających  Mocą  od  dawna 
uważała,  że  fanatyczne  trzymanie  się  każdego  przecinka,  że  o  zdaniu  nie  wspomnę, 
starego kodeksu, jest jeśli nie ciemnotą, to głupotą na pewno. Wszystko ewoluuje -poza 
Jedi.  Z tego, co słyszałam,  „ciemna  strona" jest dokładnym przeciwieństwem bezsen-
sownych nauk o świętości każdego kwiatka i innych doktryn zakuwających w niemoc 
możliwości Jedi, a przy okazji każde ciało polityczne mające z nimi cokolwiek wspól-
nego. Palpatine był pragmatykiem, podobnie jak ja. 

- A przypadkiem nie przyszło ci do głowy, że ten cały pragmatyzm, jak określasz 

formę samolubstwa, to dokładnie zło ciemnej strony? 

- Madame... - Keldor przezornie nie dodał, której z obecnych dotyczy tytuł.  - Jeśli 

chodzi  o  czysty  pragmatyzm,  to  mamy  naprawdę  niewiele  czasu.  „Oko  Palpatine'a" 
będzie nad nami za czterdzieści minut, a znajdujemy się w miejscu, w którym zakodo-
wano mu pierwszy i najważniejszy cel. 

Jego zimne i pozbawione wyrazu oczy dziwnie przypominały bezbarwny i bezna-

miętny wzrok moffa Tarkina, toteż Leia wzdrygnęła się odruchowo. 

-  Jest  teoretycznie  możliwe,  że  przeżyjesz,  biorąc  pod  uwagę  głębokość  i  rozle-

głość tych tuneli - odezwała się z pogardą Roganda. - Ale zapewniam cię, że wszyscy 
nad  nami  zginą.  W  tym  także  twój  mąż.  Podobnie  zresztą  jak  we  wszystkich  innych 
dolinach na Belsavis. Co zrobiłaś swemu robotowi? 

- Nic - odparła spokojnie Leia. - Tyle że po waszym ataku, podczas którego miał 

zwarcie, został naprawiony i najwyraźniej nieco inaczej złożony. 

-  Niezgodnie  ze  schematem?!  -  Irek  był  wstrząśnięty.  -  Przecież  automat  nie  bę-

dzie  wtedy działał! Stary Magrody twierdził, że każdy android ma określony standar-
dowy schemat i... 

- Profesor Magrody najwyraźniej nigdy nie przestawał z portowymi mechanikami 

ani nie odwiedzał pogranicznych planet - przerwała mu Leia. 

- To nie może być powód! - Irek odwrócił się do Keldora, jakby szukając u niego 

pomocy. - Nikt nie składał na nowo komputera „Oka"... 

background image

Barbara Hambly 

263 

- Przynajmniej tak nam się wydaje - wtrącił Keldor wyglądający nagle, jakby ktoś 

wypuścił z niego powietrze. Gdy po chwili znów się odezwał, w jego głosie pobrzmie-
wały nutki paniki. - Faktem jest, że nie wiemy, czy przerwanie sieci przekaźników było 
jedynym powodem, dla którego okręt nie zjawił się na spotkanie ze skrzydłem myśliw-
ców przed trzydziestu laty. Możliwe, że wrogowie Nowego Ładu dowiedzieli się o jego 
istnieniu i zdołali umieścić na pokładzie sabotażystę. Jeśli zdołał on na przykład uszko-
dzić część komputera próbując zniszczyć okręt... 

- Możesz to naprawić? - Roganda gestem powstrzymała Irka przed powiedzeniem 

tego, co miał na  końcu języka. - Sprowadzić okręt  na orbitę i zablokować  wykonanie 
zadania? Albo wyłączyć główny komputer? 

Sądząc po wyrazie oczu Keldora, był on zajęty ocenianiem wytrzymałości otacza-

jących ich skał w stosunku do siły ognia okrętu. 

- Naturalnie, że mogę! 
-  A  jeśli  nie,  to  pewnie  wykalkulowałeś  sobie,  że  bezpieczniej  będzie  na  okręcie 

niż na dole? - wtrąciła ironicznie Leia. 

Roganda spojrzała pytająco na syna. 
- Rozwaliłem centralne serwobram silosów - poinformował ją chłopak. - Sama mi 

kazałaś! 

-  Jacht  Theali  Vandron  jest  na  lądowisku,  nie  w  porcie  kosmicznym.  -  Roganda 

wstała  i  zastanowiła  się  przez  moment.  -  Zabierz  przenośny  terminal  i  zabierz  też  ją. 
Będziemy potrzebować zakładnika, gdy nie uda się naprawić okrętu. 

Irek uaktywnił miecz i kreśląc ósemki jego czerwonym ostrzem przed twarzą Leii 

uśmiechnął się paskudnie, mówiąc: 

- A ty lepiej niczego nie próbuj, bo ja nie jestem przekonany, że aż tak bardzo po-

trzebujemy zakładnika. 

 
Korytarz był pusty. 
Leia gorączkowo rozglądała się  w poszukiwaniu lorda Garonnina -  wieść, że zo-

stał zdradzony, powinna dać jej choć chwilowego sojusznika. Albo chwilowe odwróce-
nie  uwagi.  Czerwone  przyciski  alarmowe  rozmieszczono  co  dziesięć-piętnaście  me-
trów, ale  Irek  miał  najprawdopodobniej wystarczająco dobry refleks, by rozciąć  ją  na 
dwoje, nim do któregoś dobiegnie. 

- Ostrzegam, że komputer sterowania ogniem jest całością niezależną od głównego 

komputera i od centrum kontroli misji zwanego Wolą - wysapał Keldor. ściskając pod 
pachą terminal z dyndającymi na wszystkie strony przyłączami. - Jeśli problem powstał 
w Woli, to może nas nawet nie wpuścić na pokład, że o bankach pamięci czy pomiesz-
czeniu komputera nie wspomnę. 

- Chcesz mi powiedzieć, że możemy nie być w stanie zatrzymać okrętu albo kon-

trolować go? - Czarne oczy Rogandy miały tyle uroku co ślepia wściekłego węża. 

Zdecydowanie  nie  lubiła,  gdy  coś  krzyżowało  jej  plany.  Keldor  nerwowo  prze-

łknął ślinę. 

- Jest taka możliwość - przyznał w końcu. 
- W takim razie poczekajcie tu! - poleciła skręcając w najbliższe drzwi. 

background image

Dzieci Jedi 

264 

Irek przysunął się do Leii uśmiechając się złośliwie, ale Roganda zjawiła się w ko-

rytarzu prawie natychmiast z ciężkim, czarnym pudłem. O tym, jak musiało być cięż-
kie, świadczył wrzynający się jej w ramię szeroki pas, na którym je niosła. 

- Pragmatyzm - wyjaśniła Leii z lekką pogardą. - Jedna z rzeczy, których nauczy-

łam się uciekając przed wami z Coruscant: nigdy nie zostać bez pieniędzy. 

Sądząc po głosie, musiała rzeczywiście zaznać biedy, ale na Leii nie  wywarło to 

żadnego wrażenia. Też przeżyła niejedno, a do tego za jej głowę wyznaczono nagrodę. 
Ale Roganda widziała w niej księżniczkę Alderaanu, pozycją i urodzeniem ustępującą 
tylko  Imperatorowi  i  rozpieszczoną  do  granic  niemożliwości.  Była  w  pewien  sposób 
uosobieniem całej arystokracji, która ją, Rogandę, traktowała z pogardą. Do dziś dnia 
zresztą... 

Leia doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Uniosła głowę w sposób typowy dla 

rozpuszczonej księżniczki i oznajmiła lodowato: 

-  Będziesz  ich  potrzebować,  ale  jeśli  przez  twoją  głupotę  i  niekompetencję  zginą 

wszyscy przedstawiciele rodów, to żadne pieniądze ci nie pomogą! 

Jak się spodziewała, Roganda w odpowiedzi spoliczkowała ją, ale tylko raz - dłoń 

zmierzającą do drugiego uderzenia Leia przechwyciła, wykręciła, przyciągając kobietę 
ku  sobie,  tak  że  znalazła  się  między  Irkiem  a  nią.  Dwa  lub  trzy  metry  dzielące  ją  od 
najbliższego  przycisku  pokonała  błyskawicznie,  nacisnęła  go  i  odwróciła  się,  akurat 
gdy  Keldor  unosił  blaster.  Zanim  zdążył  się  zastanowić  nad  odruchową  reakcją  nie-
strzelania  do kogoś, kto się  poddaje  i podjąć inną  decyzję, z  głębi korytarza nadbiegł 
Garonnin z bronią w ręku. 

- Co się...? 
- Zostawili cię i uciekają! - krzyknęła Leia nie dając mu czasu na dokończenie py-

tania.  -  Ten  cały  okręt  ma  zniszczyć  Plawal,  a  oni  chcą  uciec  ostatnim  mogącym  wy-
startować statkiem! Zdradzili cię! 

I z półobrotu wypuściła jedną wąską wiązkę Mocy, celując w zamek skrzynki. Pa-

nika, wyczerpanie i brak treningu nieco zepsuły jej celność, ale rezultat i tak osiągnęła: 
trafiła w skórzany pas nośny i skrzynka z ładunkiem gruchnęła o  podłogę, zamek pu-
ścił, a na kamienną posadzkę rozsypały się klejnoty, kruszce i papiery wartościowe. 

Po długiej niczym nieskończoność sekundzie wpatrywania się w bladą jak mgła na 

cmentarzu twarz Rogandy, Garonnin powiedział z cichą pogardą: 

- Zdradziecka dziwka! 
I sięgnął po komunikator. 
Był to jego ostatni świadomy ruch - Irek ze zręcznością balet-mistrza wysunął się 

zza  matki z  uniesionym  mieczem i ciął  według  wszystkich reguł sztuki  -  od prawego 
ramienia do lewego biodra. Promień laserowy przeszedł przez ciało i kości, zasklepia-
jąc od razu rany, niczym gorący drut przez glinę. I dwie części Garonnina osunęły się 
osobno na podłogę. 

Leia wyciągnęła dłoń koncentrując wokół siebie Moc - blaster zabitego wyleciał z 

jego bezwładnej dłoni i wylądował w jej. Ledwie zacisnęła palce na kolbie, rzuciła się 
na podłogę, przetoczyła i skoczyła w najbliższy korytarz. W miejscu, gdzie stała przed 

background image

Barbara Hambly 

265 
chwilą,  miotacz  Keldora  wyłupał  sporą  dziurę  w  ścianie,  a  zaraz  potem  rozległ  się 
wściekły wrzask Irka: 

- Zabij ją, bo powie pozostałym! 
I tupot gorączkowego pościgu. 
Leia  pokonała  schody,  które  nagle  przed  nią  wyrosły,  korytarz  z  zamkniętymi 

drzwiami w ścianach, potem jakąś pustą salę i kolejny korytarz  - wszystko oświetlone 
ledwie świecącymi od starości panelami jarzeniowymi. W końcu znalazła się w długiej 
sali z pojedynczym wysokim, pokrytym kurtyną pnączy oknem, a za nim, o m-niej niż 
trzy metry, wisiała platforma z uprawą winokawy. Mogła dostać się z niej do magazy-
nu, a stamtąd do drabinki ewakuacyjnej prowadzącej na dno i do miasta... 

Gotowa była odstrzelić zamek, ale okazało się, że okno, choć solidne, dało się jed-

nak w normalny sposób otworzyć. Stanęła na parapecie i słysząc coraz bliższe odgłosy 
pościgu, chwyciła wiązkę pnączy i skoczyła, starając się nie spoglądać w dół. 

Winorośl obsunęła się o jakieś pół metra pod jej ciężarem, ale wytrzymała, a po-

tem  potężny  stalowy  kosz  był  już  pod  nią.  Złapała  najbliższą  linę  i  puściła  winorośl, 
trzęsąc się i gorączkowo łapiąc oddech. Trzymając mocno stalową linę przesunęła się 
nieco, by stanąć na pewniejszym gruncie i rozejrzała się. Dookoła unosiły się na stalo-
wej plątaninie kratownic jasno oświetlone platformy wśród strzępów dryfującej mgły. 
Nad  tym  wszystkim  widać  było  rozciągającą  się  kopułę,  po  której  wicher  przesuwał 
kawały lodu, a w dole kotłowała się mgła, przez którą przebijały jedynie korony drzew 
i słabe światła miasta. 

Na dół było rzeczywiście daleko. 
Przebiegła na drugi kraniec platformy stalową kładką łączącą gondole z uprawami 

i sprawdziła, jak daleko jest do przytwierdzonego do skalnego zbocza magazynu. Oka-
zało się, że bliżej niż na dół. Platformy w kształcie gondoli, liczące dziesięć do dwuna-
stu na sześć metrów, były wypełnione ziemią, na której gęsto rosły uprawy. W najbliż-
szym sąsiedztwie Leii była to winokawa i winojedwab. 

Platformy  łączyły  stalowe  kładki,  jedne  sztywne,  inne  przypominające  wiszące 

mosty,  albo  wręcz  drabinki  sznurowe.  Kładki  można  było  opuszczać,  podnosić  lub 
odczepić, gdy podciągano daną platformę do magazynu lub gdy zmieniano jej miejsce. 
Wejście na kładkę przerażało ją panicznie, ale był to jedyny sposób dotarcia do maga-
zynu. 

Platforma  nagle  zatrzęsła  się  i  zabujała.  Leia  odwracając  się  dostrzegła,  że  Irek 

przedostał się na nią tym samym sposobem co ona i teraz z mieczem w dłoni biegł w jej 
kierunku. Strzeliła na oślep, ale uskoczył i zniknął wśród winorośli. Mając do wyboru 
walkę albo ucieczkę wybrała to ostatnie i zapominając o strachu przebiegła przez naj-
bliższą kładkę, trzymając się liny stanowiącej poręcz. Spodziewała się, że chłopak ode-
tnie kładkę, ledwie do niej dotrze, ale nie zrobił tego, przewidując, że Leia i tak zdoła 
się  uczepić  liny  i  wciągnąć  na  następną  platformę,  a  on  odetnie  sobie  drogę  pościgu. 
Zamiast tego wskoczył na kładkę i pobiegł za nią. Leia czuła jego kroki, ale nie traciła 
czasu na oglądanie się, póki nie dotarła do następnej gondoli. 

background image

Dzieci Jedi 

266 

Widząc go strzeliła ponownie, ale rzucił się za osłonę roślin ze zręcznością, której 

wolała  nie  naśladować,  a  miotacz  targnął  się  w  jej  dłoni.  Spudłowała.  Przykucnęła, 
słysząc buczenie świetlnego miecza, i laserowe ostrze przemknęło z metr nad jej głową. 

Wykorzystując  każdą  nadarzającą  się  osłonę,  rzuciła  się  do  ucieczki  zmieniając 

kierunki  i  przeskakując  nad  pędami.  Dwa  paliki,  do  których  przyczepiono  winorośl, 
uniosły się nagle i poleciały w jej kierunku niczym włócznie, ale uchyliła się we wła-
ściwym  momencie  -  Irek próbował  zagonić  ją  do burty i zrzucić  w dół.  Zaczęła  czuć 
moc jego umysłu, płucom brakowało powietrza, szyję zaczynała ściskać obręcz... 

Najwięcej wysiłku wymagało odprężenie, potem gwałtowny kontratak Mocą, cze-

go się nie spodziewał. 

Zanim zdążyła odetchnąć, strzał z blastera odciął fragment stalowego obrzeża plat-

formy  i  wypalił dymiący ślad  w roślinności. Irek cofnął  się  odruchowo, a  Leia  będąc 
mniej niż dwa metry od niego nacisnęła spust. W ostatnim momencie uskoczył, próbu-
jąc ponownie wyszarpnąć jej myślą miotacz z dłoni, ale wystrzeliła, nie do końca chy-
biając  -  na  jego  ramieniu  pojawiła  się  dymiąca  szrama.  Prawie  równocześnie  drugie 
wyładowanie  odbiło  się  rykoszetem  wśród  gradu  świetlistych  iskier  i  usłyszała  głos 
Keldora: 

- Trafiłem ją! Tra... 
Ciągu dalszego nie było, gdyż w górze rozległ się ogłuszający trzask, zatrzymując 

nawet Irka  w pół kroku, a po sekundzie  w dół posypały się odłamki rozbitej strzałem 
Keldora kopuły. Niewielki otwór nie zagroził reszcie konstrukcji, ale wpadające przez 
otwór  zimne  powietrze  zmieniło  się  natychmiast  z  kolumnę  mgły,  w  której  migotały 
gdzieniegdzie  płatki  śniegu.  Korzystając  z  tej  nagłej  osłony,  Leia  dopadła  następnej 
kładki prowadzącej nieco w dół do oddalonej o około dziesięć metrów uprawy jedwa-
biu. 

Tym razem Irek odciął  kładkę, zmuszając Leię  do puszczenia  miotacza  i łapania 

liny, gdy kładka zamieniła się w drabinkę linową. Zakołysało nią solidnie, ale trzymała 
się mocno, a po chwili przełamała strach na tyle, by zacząć wspinaczkę po kołyszącej 
się drabince. Zdawała sobie sprawę, że pozostając na niej stanowi idealny cel, co po-
twierdził kolejny strzał spopielający rośliny z lewej. 

- Trafiłem ją! - wrzasnął ponownie Keldor. 
Ignorując  go,  wciągnęła  się  przez  krawędź  stalowej  burty  i  padła  w  intensywnie 

pachnącą  gęstwinę  pnączy.  Wyrwała  palik,  chcąc  mieć  jakąkolwiek  broń,  wiedziała 
jednak, jak niewiele  może zdziałać  kijem przeciwko  mieczowi świetlnemu. Platforma 
szarpnęła i ruszyła wzdłuż wspornika, kołysząc się w miarę nabierania prędkości. Leia 
wczepiła  się  kurczowo  w  pnącza,  gdy  seria  następnych  szarpnięć  oznaczała  zerwanie 
kładek. 

Z góry opadła po prowadnicy inna platforma, gwiżdżąc niczym pozbawiony kon-

troli frachtowiec w atmosferze. Leia padła plackiem -dno minęło ją o jakieś pół metra z 
wyciem naprężonych lin, masakrując pnącza winojedwabiu. Platforma zniknęła, a ta, na 
której się znajdowała, nabrała szybkości, łomocząc zawieszeniem po łączach prowad-
nic. 

background image

Barbara Hambly 

267 

Ledwie wypadła z mgły, padł strzał i rozległ się kolejny, tym razem inny okrzyk 

Keldora: 

- Jest tutaj! 
Leia uniosła głowę i na innej, usytuowanej wyżej platformie dostrzegła Irka z mie-

czem  w  dłoni,  odbijającego  się  niczym  czarny  kształt  na  tle  wszechobecnego  pasma 
mgły. 

Kolejna  uprawa  jedwabiu  nadleciała  kursem  kolizyjnym  i  Leia  przygotowała  się 

do  skoku,  lecz  w  ostatniej  chwili  zawiodły  ją  nerwy.  Gondole  zetknęły  się  burtami  z 
łoskotem i wstrząsem, który omal nie  wyrzucił jej za burtę, i rozjechały się, wściekle 
rozkołysane. Na  zmianę  miała  przed oczami światła  we  mgle  i  mgłę  pod kopułą.  Za-
czynało jej się robić niedobrze... 

Coś dużego zamajaczyło we mgle i poczuła kolejny, słabszy wstrząs - ktoś zesko-

czył na platformę. Z winorośli rozległ się głos Keldora: 

- Proszę się nie ruszać, nie jestem w tym zbyt dobry, ale z tej odległości nie spu-

dłuję. 

Platforma wyłoniła się z mgły i o parę metrów dalej Leia dostrzegła Ohrana Kel-

dora z miotaczem wycelowanym w jej stronę. Platforma zwolniła, ale cały czas zbliżała 
się do tej, na której czekał Irek z mieczem świetlnym w dłoni. 

Z piskiem maszynerii uniosła się nagle kolejna gondola mijając ich własną o metr, 

a gdy się zrównały, Han skoczył z niej i sczepił się z Keldorem. Obie platformy nagle 
skręciły ku obrośniętej pnączami stacji zaopatrzeniowej na zboczu, w której widać było 
Jevaxa i Chewiego pochylonych nad pulpitem sterowniczym. 

- Nie! –zawył Irek. 
Han wytrącił Keldorowi broń i krzyknął: 
- Do stacji, Leio! Biegiem! 
Zamiast posłuchać, przedarła się przez uprawy i z półobrotu zdzieliła szamoczące-

go się z Hanem Keldora w tył głowy palikiem, który cały czas ściskała. Keldor zatoczył 
się,  Han  gwałtownie  odciągnął  go  od  krawędzi  i  pchnął  ku  przeciwległemu  końcowi 
platformy,  który  zbliżał  się  do  stacji.  Jevax  sięgnął  bosakiem,  by  zmniejszyć  bujanie 
nadlatującej gondoli, a Irek wrzasnął coś, czego Leia nie zrozumiała... 

Kable stalowe łączące platformę z wózkiem jezdnym pękły jak sparciały sznurek. 

Leia skoczyła, wczepiając się w obrastające stację pnącza, Han zrobił to samo moment 
później i przez sekundę  wydawało się, że nie doleci. Leia wyciągnęła  ku niemu Moc, 
którą zdołała przywołać, ale do końca nie wiedziała, czy to dzięki niej, czy dzięki wła-
snej zręczności Han uczepił się końca zielonej brody. Ohran Keldor, ostatni z twórców 
„Oka  Palpatine'a"  nie  dysponował  ani  mocą,  ani  refleksem,  ani  zręcznością  czy  siłą 
Hana. A Irek, jeśli nawet potrafiłby go lewitować z opadającej ruiny, w jaką zamieniła 
się uprawa winojedwabiu, był zbyt zaskoczony, albo w ogóle nie spróbował. Przeraźli-
wy krzyk Keldora jeszcze długo odbijał się echem od ścian, a umilkł, kiedy cała kon-
strukcja z łoskotem i zgrzytem runęła na skały. 

Gdy Leia i Han znaleźli się wreszcie w bezpiecznym wnętrzu stacji zaopatrzenio-

wej, po Irku nie pozostał żaden ślad. 

background image

Dzieci Jedi 

268 

R O Z D Z I A Ł  

24 

Kiedy  drzwi  śluzy  zamknęły  się  za  ostatnią  grupą  Gamorrean,  a  rampa  załadun-

kowa znalazła się na właściwym miejscu, w hangarze zapanowała nagła cisza. Za po-
lem magnetycznym widać było białą krzywiznę Belsavis rozświetlającą mroki kosmosu 
i zmieniającą twarz Nichosa w marmurową statuę, a Cray w poszarpane cienie. 

- Plawal leży tam, gdzie chmury unoszą się nad doliną- powiedziała Callista. 
Luke oparł się o kostur niczym zmęczony starzec, przypominając sobie  młodego 

Jedi,  który  przyprowadził  do  niego  rok  temu  wysoką  i  elegancką  blondynkę,  z  reko-
mendacją, że to najlepsza programistka w Instytucie Magrody'ego, i do tego obdarzona 
Mocą. Teraz miał ochotę przeprosić ją, choć sam dokładnie nie wiedział za co. Musiał 
być bardziej wyczerpany, niż przypuszczał... 

-  Ładownik  startuje  automatycznie  jako  pierwszy  -  zmusił  się  do  koncentracji.  - 

Kiedy znajdzie się poza polem magnetycznym, startuje prom niebieski... 

Prom, o którym mówił, zatrząsł się troszeczkę, a z wnętrza dały się słyszeć przy-

głuszone  mocno  łomoty  -  coś  jak  kuźnia  z  gumowymi  młotami.  Luke  był  naprawdę 
wdzięczny  konstruktorom,  że  w  promach  typu  Telgorn  kabina  stanowiła  oddzielną 
całość i nie miała żadnego połączenia z przedziałem desantowym. Podejrzewał, że Triv 
jest jeszcze bardziej wdzięczny... 

Triv Pothman przebrał się z pancerza i kombinezonu szturmowca we własne kwie-

ciste rękodzieło szwalnicze, w którym znalazł się na pokładzie. Teraz wyszedł z cienia, 
w  którym  czekał  z  androidem  protokolarnym  i  choć  twarz  miał  spokojną,  w  oczach 
widać było prawdziwy smutek. 

- Triv, dowodzisz promem niebieskim, ale stery są przełączone na prom czerwony, 

który  pilotuje  Nichos.  W  ten  sposób  twój  brak  umiejętności  pilotażu  nikomu  nie  za-
szkodzi - przypomniał Luke, po czym wziął głęboki oddech i zaczął: - Cray... 

Uniosła oczy i umilkł. Niczym skorupiak stworzyła wokół siebie otoczkę z ciszy, 

która tak się rozrosła, że objęła ich oboje. 

Pierwszy raz widział  Cray i Nichosa  tak blisko i w tak dobrej komitywie, odkąd 

opuścili Yavin Cztery, gdy Nichos zaczął tracić czucie w dłoniach i ostrość widzenia. 
Teraz, kiedy zniknęły ozdóbki i maskowania ze stalowej siatki, wyglądał na androida, 

background image

Barbara Hambly 

269 
którym zresztą  był,  a  mimo to coś  w ich  wzajemnych postawach  wskazywało, że dla 
nich ostatnie osiem upiornych miesięcy przestało istnieć. 

-  Na  końcu  korytarza  na  pokładzie  artyleryjskim  jest  kapsuła  ratunkowa  -  podjął 

Luke  cicho.  -  Kiedy  znajdę  się  poza  kratą,  krzyknę.  Masz  tam  dobiec  i  odlecieć  naj-
szybciej, jak zdołasz. Sądzę, że powinno ci się udać. 

- Jakoś dotąd wydawało mi się, że to ja mam iść w górę szybu -odezwała się dziw-

nie miękko Cray. 

- Niemożliwe, żebym zdążył do kapsuły. - Luke potrząsnął zdecydowanie głową. - 

Odpocząłem i mogę użyć Mocy na tyle, by lewitować się na górę. Będę w zasięgu lase-
rów tak krótko, że powinnaś sobie z większością z nich poradzić. Potem... potem będę 
się starał w pierwszej kolejności zniszczyć działa, a nie wysadzić cały okręt. Zgodnie z 
tym, co zdołałaś wydusić z komputera sterowania ogniem, powinno to być możliwe... 

- A jeśli okaże się, że nie? - spytała Callista. 
- Wtedy... - Poczuł nagły ucisk w gardle. - Wtedy zniszczę okręt niszcząc reaktory. 

Reakcji łańcuchowej nic nie powstrzyma. Jeśli okręt nie wybuchnie w ciągu dziesięciu 
minut,  zacznij  się  zastanawiać,  skąd  by  tu  wziąć  wystarczającą  ilość  sprzętu,  żeby 
uwolnić Callistę z wnętrza komputera. Gdy tego dokonamy, wysadzimy okręt. 

- Nie! - sprzeciwiła się niespodziewanie Callista. 
- Callisto, nie mogę... -NIE! 
Prawie ją widział, wściekłą i zdecydowaną niczym w innym hangarze przed trzy-

dziestu laty... 

-  Nie  możemy  ryzykować!  Załóżmy,  że  faktycznie  znajdziesz  sposób  na  uszko-

dzenie dział. Na prawdziwe uszkodzenie, a nie na uwierzenie w kłamstwo, że są uszko-
dzone: pamiętaj, że Wola zrobi wszystko, by cię oszukać. Okręt pozostanie na orbicie, 
dopóki nie skompletujecie wystarczającej ilości sprzętu komputerowego, co na planecie 
takiej jak Belsavis nigdy się nie uda. Będziecie musieli po nie posłać, a to zajmie kilka 
dni. Tymczasem zjawi się ten, kto sprowadził tu okręt... a  za nim wszyscy imperialni 
admirałowie,  którzy  tylko  się  o  tym  dowiedzieli.  Jak  myślisz,  kto  zdobędzie  główną 
nagrodę, w której obecnie jesteśmy: oni czy zaskoczone siły Nowej Republiki, których, 
jak mówiłeś, i tak nie ma w okolicy? 

Nie odezwał się wiedząc, że ma rację i że to on ciągle czepia się bezsensownych 

złudzeń i okruchów nadziei. Coś posłało po okręt i czeka na niego. 

I ma go prawie w swoim zasięgu. 
- Wysadź reaktory. - Głos Callisty był ledwie słyszalny mimo panującej w hanga-

rze ciszy. Nikt się nie odezwał, ale czuł na sobie wzrok Cray, doskonale wiedzącej, co 
właśnie  przeżywa.  I  doskonale  zdającej  sobie  sprawę,  iż  decyzja,  że  to  on  w  końcu 
zniszczy  okręt,  będzie  oznaczała  zarazem  zniszczenie  Callisty.  Ale  do  końca  będzie 
razem z nią... 

- Luke'u, nie pozwól, by Wola cię oszukała  - dodała cicho Cal-lista. - Bo możesz 

mi wierzyć, że ona wie, jak bardzo chcesz się sam oszukać. 

- Wiem. - Wątpił, by ktokolwiek poza nią mógł go usłyszeć. -Kocham cię... 
- Ja też cię kocham. Dzięki za wszystko. 
Luke wyprostował się, jakby nagle pozbył się ogromnego ciężaru. 

background image

Dzieci Jedi 

270 

- Nichos, Triv, Threepio: przygotujcie się do startu. Cray, zostajesz na dole, a ja... 

- Nagle zamilkł i odwrócił się: Cray właśnie skończyła wyciągać blaster z kabury. 

Pomyślał o wszystkim, ale czegoś takiego nie przewidział. Świadomość, że Wola 

go przechytrzyła, była paraliżująca, ale zdołał się ocknąć i uskoczyć. Wyczerpanie, ból 
i  stres  zwolniły  jego  refleks  i  skutecznie  uniemożliwiły  użycie  Mocy  na  czas.  Cray 
strzeliła i wiedział, że dostał. 

Zapadając w ciemność był jedynie zaskoczony, że nastawiła broń na ogłuszanie... 
 
- Kto to był, do diabła?! 
Leia  wciągnęła  Hana  ostatnie  pół  metra  dzielące  go  od  progu,  ignorując  zimny 

wiatr i lodowe kryształki siekące odkrytą skórę. Z oddali, a raczej z dołu słychać było 
przytłumiony jazgot alarmów. 

-  Jevax,  ogłoś  alarm  w  dolinie  i  we  wszystkich  miejscach,  z  którymi  zdołasz  na-

wiązać  łączność!  Planeta  ma  zostać  ostrzelana  przez  okręt,  który  dolatuje  właśnie  do 
Belsavis - tłumaczyła gorączkowo Leia. - Mamy niewiele czasu. i sprowadź nas na dół! 

- Kto to był? - powtórzył Han. - I kto zabił tego gościa w tunelu? Artoo poprowa-

dził nas przez podziemia... co się stało ze strażnikami? 

- Ostrzelana? - zdziwił się przestraszony Jevax. 
- I to zaraz! Zagoń wszystkich do schronów: do starych tuneli przemytniczych, do 

silosów lądowiskowych w porcie... trzydzieści  lat wcześniej ich nie było, to może nie 
zostaną zaatakowane. 

Chewie pojawił się ze sterownikiem w garści. Chwilę później z mgły wyłoniła się 

platforma z uprawą winokawy, płynąc powoli niczym ukwiecona barka. 

- Ten superokręt, o którym Mara opowiadała jako o drugiej połowie ataku na Bel-

savis... jest tu! -  wyrzuciła z siebie Leia z prędkością szybkostrzelnego działka lasero-
wego. - Irek go przywołał... syn Rogandy... no, ten gość, o którego pytałeś! 

- Ten gówniarz!? - zdziwił się Han. 
- Nie taki gówniarz: ma piętnaście lat, wyszkolono go w posługiwaniu się Mocą i 

ma  wszczep, za pomocą którego może jej używać do podporządkowywania  sobie an-
droidów i innych urządzeń. Gdyby teraz doszło do bitwy, to zrobiłby takie spustoszenie 
w  naszej  flocie...  -  Przerwała  zeskakując  na  nieruchomą  platformę:  przy  poprzednich 
wyczynach ekwilibrystycznych było to niczym zejście z niewysokiego stopnia. 

Han zaklął i poszedł w jej ślady, chwytając się na wszelki wypadek kabla, a Che-

wie zrobił to samo nie wypuszczając sterownika. 

- Ostrzeż ich! - krzyknęła Leia Jevaxowi. - Niech wszyscy się ukryją! 
Wookie z wprawą, jakby nic innego w życiu nie robił, manewrował przyciskami, 

kierując platformę najkrótszą drogą w dół. Pasma mgły, znacznie gęstsze i częstsze im 
niżej byli, nie przeszkadzały mu w najmniejszym stopniu. 

Jevax był już w drodze do niewielkiej windy łączącej stację zaopatrzeniową z do-

liną. 

 
Drost  Elegin,  lady  Vandron  z  obstawą,  sekretarzem  i  resztą  arystokracji  oraz re-

prezentantami korporacji handlowych zebrali się w pomieszczeniu, z którego Leia ska-

background image

Barbara Hambly 

271 
kała  na  platformę.  Na  widok  zatrzymującej  się  przed  oknem  platformy,  część  z  nich 
rzuciła się do otwartego okna, a przed nagłą a  nieprzemyślaną akcją powstrzymał ich 
ostry głos lady Vandron: 

- Tylko nie strzelajcie, durnie! Zobaczymy, czego chcą... 
Chewie  przerzucił  drabinkę,  którą  kilka  par  rąk  umocowało  do  parapetu,  i  Han, 

Leia i on sam przeszli do wnętrza, gdzie między lady Vandron a jednym ze strażników 
Rogandy podrygiwał i gwizdał podniecony Artoo. Elegin podał Leii dłoń, gdy schodzi-
ła z okna  -wychowanie, jakie w młodości odebrał, musiało być  naprawdę  staranne  - i 
zmartwiał, gdy bez wstępów oznajmiła: 

- Zostaliście zdradzeni! Kiedy Irek odkrył, że nie potrafi kontrolować „Oka Palpa-

tine'a", uciekł wraz z matką. To on zabił lorda Garonnina... Nie patrzcie na mnie jak na 
wariatkę: kto oprócz niego miał miecz świetlny!? A jak dokładnie przeszukacie koryta-
rze,  znajdziecie  rozsypane  kosztowności  na  całej  trasie  między  miejscem,  gdzie  go 
zabito, a windą. 

Obstawa  lady  Vandor  wymieniła  znaczące  spojrzenia  z  wartownikami  Rogandy, 

ale na szczęście nikt nie sięgnął po broń. 

-  Dogonienie  ich  nie  powinno  przedstawiać  większego  kłopotu  -odezwał  się  lord 

Picturion. - Mamy najszybsze w... 

- Nic nie macie, bo Irek rozwalił główny serwomechanizm otwierający bramy si-

losów na lądowisku! - przerwała mu Leia. - Aż do ich ręcznego otwarcia żaden znajdu-
jący się w silosach statek nie wystartuje. Oni zamierzają uciec pani jachtem, lady Van-
dron,  ponieważ  tylko  on  może  stąd  odlecieć.  „Oko  Palpatine'a"  lada  chwila  zacznie 
ostrzał planety, toteż sugeruję, abyście schronili się w najgłębiej położonej części pod-
ziemi. 

- Te stworzenia w tunelach... - Lady Carbinol wyglądała na przestraszoną. 
-  Nie  powinny  być  niebezpieczne  bez  rozkazów  płynących  z  mózgu  chłopaka  - 

przerwał jej Elegin i spojrzał wymownie na Hana i Chewiego. - Jej Wysokość znalazła 
tu drogę od lądowiska, proponuję więc odtworzyć tę trasę w drugą stronę: powinniśmy 
zdążyć ich złapać, nim wystartują. 

 
Prawdę  mówiąc, napotkali dwa czy trzy krecze, ale na  widok  dużej ilości lamp i 

ludzi, po chwili wahania uciekły. Ludzi było dużo, gdyż poza Hanem, Wookiem i Ele-
ginem  większość  artystów  wściekła  się  na  tyle,  by  wziąć  udział  w  poszukiwaniach. 
Przedstawiciele towarzystw handlowych woleli poszukać jak najgłębszego schronienia. 
Drost miał rację - pozbawieni wpływu Irka strażnicy znacznie stracili na zapalczywo-
ści. A bez jego wpływu na skanery, bez większych kłopotów powinno się dać ich wyła-
pać i ewentualnie pomóc im, o ile jakakolwiek pomoc, będzie w ogóle możliwa. Leia 
całkiem  rozsądnie  stwierdziła,  że  zajmie  się  tym  dopiero,  jak  uspokoi  się  wywołane 
przez Rogandę zamieszanie. 

- Typowe. - Głos w podziemiach niósł się dobrze, toteż lady Carbinol słychać było 

całkiem wyraźnie. - Nigdy jej nie ufałam. Nie chcę uchodzić za snoba, ale jej maniery 
zawsze pozostawiały wiele do życzenia... 

background image

Dzieci Jedi 

272 

Znajdowane od czasu do czasu klejnoty czy monety wskazywały, że są na właści-

wej drodze. 

Winda nie działała, a Han po krótkiej inspekcji urządzeń ukrytych za klapą tech-

niczną i wysłuchaniu Chewiego poinformował: 

- Na górze zniszczono serwomechanizm ruchowy. Cholerny gówniarz! 
-  Już  nie  gówniarz  -  poprawiła  go  Leia.  -  Tylko  niebezpieczny  przeciwnik.  Nie 

wiem,  na  jaką  odległość  potrafi  wpływać  na  elektronikę,  ale  wolałabym  tego  nie 
sprawdzać siedząc za sterami dajmy na to X-skrzydłowca. Są tu jakieś schody? 

Było  coś  lepszego  -  spiralna  pochylnia  rozładunkowa  wykonana  jeszcze  przez 

przemytników. Artoo, który pilotował ich przez całą drogę, pisnął radośnie i potoczył 
się po pochylni, oświetlając sobie drogę niewielkim reflektorem. Im wyżej wchodzili, 
tym zimniej się robiło, ale coraz mniej było czuć smród kreczów. Gdy dotarli do wylotu 
tunelu, wszyscy byli tak zziębnięci, że Han polecił im zostać. Dalej poszli jedynie: Leia 
będąca  cały  czas  w  kombinezonie,  Wookie  mający  własne  futro,  Drost  Elegin  jako 
jedyny na tyle przewidujący, by wziąć kurtkę, on sam i naturalnie Artoo. 

Drzwi hangaru zastali otwarte, dzięki czemu okolica była całkiem jasno oświetlo-

na i bez trudu dostrzegli charakterystyczny ślad po pięciu silnikach startowych Tikiara. 
W hangarze zaś, poza dwoma członkami załogi związanymi nieśmiertelną taśmą samo-
przylepną i trzęsących się z zimna, nie było nikogo. 

Leia zadrżała, jakby lodowaty wiatr przedostał się w jakiś sposób przez kombine-

zon, a Chewbacca warknął wściekle. Ciemna pokrywa chmur, dotąd szczelnie zakrywa-
jąca  niebo,  niespodziewanie  rozsunęła  się  ukazując  czyste,  jaśniejące  z  wolna  niebo 
przedświtu. 

- Przynajmniej będziemy w stanie ostrzec Ackbara - powiedziała cicho. - Zdolno-

ści Irka  można  wyeliminować, przemontowując urządzenie inaczej, niż jest to podane 
na  schemacie. W ten  sposób Artoo  mu  uciekł.  Może  niszczyć  jedynie  statki,  które  są 
zbudowane zgodnie z planami. Przy zmienionych systemach i wobec uprzedzonej floty 
nie ma wielkich szans. 

-  Cały  plan  opierał  się  na  zaskoczeniu  -  przyznał  Elegin,  przyglądając  się  zimno 

Leii.  -  Co  prawda  nie  jestem  specjalistą,  ale  z  tego  co  wiem,  pewnych  rzeczy  w  kon-
strukcji statku kosmicznego nie da się zmienić, bo nie będzie on w stanie latać. Musicie 
przyznać, że przewaga uzyskana w początkowym okresie byłaby naprawdę duża, a być 
może  decydująca.  Wszystko,  czego  chcieliśmy,  to  dysponować  odpowiednią  siłą,  by 
wszyscy zostawili nas w spokoju... Cóż, dostaliśmy nauczkę, sądząc naiwnie, iż żądna 
zemsty dziwka i jej bękart to nam umożliwią. 

Po czym odwrócił się i skierował do wejścia do tunelu. Wszystko wskazywało na 

to, że jedynie podziemia zapewnić mogą bezpieczeństwo. 

- Zapomniałem ci powiedzieć w tym całym zamieszaniu. - Han objął milczącą Le-

ię. - Roganda była Ręką Imperatora... nie zwariowałem: ten stary drań miał dwie Ręce. 
Marę  zalała  nagła  krew,  jak  się  o  tym  dowiedziała.  Podejrzewam,  że  jeszcze  jej  nie 
przeszło. 

background image

Barbara Hambly 

273 

- To by wyjaśniało sporo spraw... - westchnęła Leia po chwili. -Jak porwanie Ma-

grody'ego  albo  dostęp  do  skarbca  Imperium.  Musiała  zaplanować  wykorzystanie  Irka, 
zanim jeszcze się narodził... Najgorsze, że uciekli i nadal stanowią zagrożenie. 

Spojrzała w niebo, jakby miała nadzieję dostrzec odlatujący jacht. 
- Lepiej zejdźmy na dół - zaproponował Han. - Po pierwsze tu się zrobiło napraw-

dę zimno, a po drugie jeśli ten trzydziestoletni okręt uprze się skończyć misję, dla któ-
rej  go  zbudowano,  lepiej  nie  być  wówczas  na  powierzchni.  I  tak  można  mieć  tylko 
nadzieję, że tunele okażą się wystarczająco głębokie. 

Skierowali się w ślady Elegina, lecz w pół kroku zatrzymał ich potężny rozbłysk 

na niebie, które zapłonęło nagle oślepiającą bielą. Han odruchowo zakrył oczy ramie-
niem, Leia opuściła głowę, a Chewbacca wymamrotał coś obraźliwego. 

- Co się...? - zaczął Han. 
- Nie wiem... - wykrztusiła Leia. - Ale to zbyt wielka eksplozja jak na Tikiara... To 

musiało być „Oko Palpatine'a". 

 
- Wybacz mi, Luke'u. 
Ocknął  się  czując  ból  w  całym  ciele.  W  półmroku  rozległo  się  uspokajające  po-

ćwierkiwanie i biały, kudłaty  olbrzym pochylił się nad nim, z zadziwiającą delikatno-
ścią powstrzymując przed gwałtownymi ruchami. 

Luke  rozejrzał  się  i  stwierdził,  że  leży  na  koi  wewnątrz  przedziału  desantowego 

otoczony Talzami, których zapach wypełniał okolicę. 

Ktoś zaczął się drzeć na melodię„Rabując wioski jedną po drugiej". 
Zaniepokojony usiadł. 
I natychmiast tego pożałował. 
Gdzieś w pobliżu rozgadali się Jawowie, półmrok wypełniły ich świecące oczy i w 

przeciwległym  kącie  ładowni  dostrzegł  stertę  składającą  się  z  rozłożonych  na  części 
androidów,  fragmentów  umundurowania,  w  których  przeważały  hełmy  szturmowców 
używane jako pojemniki do baterii; kawałków metali i zwojów drutu. Na szczęście nie 
był to prom, w którym lecieli Gamorreanie. Co prawda zgodnie z podrobionym przez 
Callistę rozkazem Woli zostawili miotacze i blastery przed zaokrętowaniem się, ale w 
kwestii  wykorzystania  czegokolwiek  jako  broni  wykazywali  niezdrową  wręcz  pomy-
słowość... 

- Przebacz mi - rozległ się ponownie cichy głos Callisty i dopiero wtedy dostrzegł 

kieszonkowy odtwarzacz leżący na kocu. 

Hologram był równie słaby jak głos - wyglądała tak jak wówczas w centrali stero-

wania ogniem, zmęczona i z włosami wymykającymi się spod niestarannie zawiązanej 
przepaski. Ale teraz jej szare oczy spoglądały spokojnie - bez złości czy żalu. 

- To był mój pomysł - powiedziała. - Mój i Cray. Obawiałyśmy sie, że w ostatniej 

chwili zdecydujesz się na coś mniej skutecznego niż całkowite zniszczenie okrętu... że 
będziesz grał  na zwłokę, próbując za wszelką cenę mnie uratować. Przepraszam, że... 
podjęłam tę decyzję za ciebie. 

Jej  twarz  zniknęła,  natomiast  pojawiła  się  Cray  z  pobladłą  twarzą,  ale  z  tym  sa-

mym spokojem w oczach. 

background image

Dzieci Jedi 

274 

-  Sam  mówiłeś,  że  mam  szansę  spowolnić  skuteczność  kraty  laserowej,  a  ponie-

waż android wspina się szybciej niż człowiek i lepiej znosi trafienia... trochę nieskład-
nie to mówię, prawda? No, w każdym razie porozmawiałam z  Nichosem, który przy-
znał mi rację i zgodził się. 

Obok niej pojawiła się twarz, którą dobrze znał, choć nieco dziwnie wyglądała u 

androida. Dłoń, której palce miały temperaturę ludzkiego ciała, spoczywała na ramieniu 
Cray, przykryta jej własną dłonią. 

-  Luke'u,  wiem,  że  byłem  niczym  więcej  jak  namiastką:  androidem  zaprogramo-

wanym, by myślał, pamiętał i działał jak ktoś, kogo Cray chciała za wszelką ceną za-
trzymać.  I  być  może  wystarczyłoby  mi  to,  gdybym  ja  także  jej  naprawdę  nie  kochał. 
Nie jestem Nichosem i wiem, że nigdy nim nie będę: zawsze pozostanę czymś niepeł-
nym i nie dokończonym. 

- Nichos czeka na mnie po drugiej stronie - dodała Cray. - I ten Nichos o tym wie, 

podobnie jak ja. Zapamiętaj nas, Luke'u. 

Obraz zniknął, ale rozległ się głos Callisty: 
- Przebacz mi, Luke'u. Kocham cię i zawsze będę cię kochała. Przez steroburtowe 

iluminatory waliło się do wnętrza oślepiające światło. 

- Nie! - Luke zerwał się na nogi, odepchnął Talzów otaczających koję i Jawów tło-

czących się przy iluminatorach i oparł się o ścianę, widząc gasnący blask po przeciwnej 
stronie pola asteroid... 

- NIE! 
A potem coś eksplodowało z siłą sugerującą koniec świata. 

background image

Barbara Hambly 

275 

R O Z D Z I A Ł  

25 

Wkrótce potem Mara Jadę zabrała rozbitków na pokład „Losu Łowcy". 
-  Wyszłam  z  nadprzestrzeni  praktycznie  nad  tym  Tikiarem  -opowiadała  patrząc, 

jak Leia  pomaga  Luke'owi przejść  przez  krótki korytarz  łączący śluzę statku ze śluzą 
promu. 

Chewbacca warknął tak wściekle, że nawet Gamorreanie zrezygnowali z zamiaru 

udania  się  w  ślad  za  Lukiem.  Threepio,  który  wyprowadził  oba  promy  z  zagrożenia, 
jakie stworzyła rozszerzająca się chmura szczątków „Oka Palpatine'a", pozostał z Wo-
okiem tłumacząc ewakuowanym, że wszystko jest pod kontrolą i że wkrótce wrócą do 
domów. 

-  Tikiar  leciał  Korytarzem,  jakby  goniła  go  banda  Demonów  Szlaku.  Gdybym 

wiedziała, kto w nim jest, postarałabym się go zestrzelić, choć nie wiem, czyby mi się 
udało. Przeżyjesz, Skywalkerze? - Obcesowości pytania przeczył zaniepokojony wyraz 
twarzy. 

Luke skinął w milczeniu głową. Jakoś nie miał ochoty się odzywać, choć wiedział, 

że z czasem zaleczy rany fizyczne i psychiczne. Czas leczył wszystko... ale teraz we-
wnątrz miał jedynie czarną, pozbawioną dosłownie wszystkiego pustkę. 

A jedynym, czego naprawdę pragnął, był sen. 
Leia objęła go w pasie, przejmując część ciężaru z rannej nogi... Pomyślał, że po-

lubiłaby Callistę. Mara też by ją polubiła na swój własny, chłodny, ostrożny sposób. 

- Nic mi nie będzie - mruknął w końcu wiedząc, że kłamie. 
- W Plawal jest całkiem dobre centrum  medyczne  - stwierdziła Mara, pomagając 

mu przejść korytarzyk prowadzący do jednej z kabin. 

„Los Łowcy" był jachtem milionera, który wpadł w ręce piratów, nim przejęła go 

Mara, toteż łączył wyszukane wygody z potężną siłą ognia i szybkością. W kabinie, do 
której zaprowadziła Luke'a, większość miejsca zajmowało wygodne łóżko, nad którym 
wisiał monitor połączony z mostkiem. Po krótkich drzemkach na stercie koców w kącie 
warsztatu,  to  miękkie  posłanie,  do  tego  dostosowujące  się  do  kształtu  ciała,  było  dla 
Luke'a miłym zaskoczeniem. 

-  Kogo  wsadziłeś  za  stery  tego  drugiego  promu,  chociaż  nie  potrafi  latać?  -  Na 

ekranie monitora pojawił się Han. 

background image

Dzieci Jedi 

276 

- Triva Pothmana. Dawno temu był szturmowcem - odparł opadając na poduszki i 

ledwie czując, jak Leia przecina nogawkę spodni i opatrunek złożony głównie ze szmat, 
rury i taśmy samoprzylepnej. A zaraz potem bez zbędnych pytań aplikuje mu podwójną 
dawkę gylocalu i uderzeniową porcję antybiotyków. 

Mara zaklęła i spytała rzeczowo: 
- Kiedy cię zranili? 
- Przed pięcioma czy sześcioma dniami.  - Jakoś dziwnie trudno było mu określić 

upływ czasu. 

- Leczyłeś Mocą? Bo sądząc z głębokości rany, powinieneś mieć gangrenę od pa-

znokci po krocze. 

- Artoo-Detoo! - Radosny głos Threepia wyraźnie słychać było z korytarza mimo 

przymkniętych drzwi. - Jak to miło zobaczyć, że nadal funkcjonujesz! 

Przypomniał mu się Nichos świadom tego, że nigdy nie będzie niczym więcej niż 

androidem... Z wysiłkiem zmusił się, by o tym nie myśleć. 

-  Wasza  Wysokość!  -  Threepio  jak  zwykle  był  niepoprawnie  wścibski,  a  stopień 

pogięcia  i  zabrudzenia  nie  miał  na  to  żadnego  wpływu.  -Ufam,  że  misja  na  Belsavis 
udała się zgodnie z oczekiwaniami? 

- Można tak powiedzieć - przyznała Leia. 
-  Jeśli  jest  się  zakłamanym  łgarzem  nie  rokującym  szans  na  reedukację  -  dokoń-

czył  Han.  -  O,  co  my  tu  mamy?!  Kapsuła  ratunkowa  wśród  śmieci,  które  zostały  po 
chlubie Floty Imperialnej. 

- Cray!  -  Luke zmusił się do otwarcia oczu: ciekaw był, co skłoniło ją do zdecy-

dowania, aby jednak jeszcze trochę pożyć. 

Mara poszła na mostek zająć się promieniem ściągającym, a Luke przekonał Leię, 

by  założyła  mu  nowy  opatrunek  unieruchamiający  nogę.  Chciał  być  w  ładowni,  gdy 
ściągną kapsułę. 

- Będzie potrzebowała... żeby ktoś się nią zaopiekował - wyjaśnił siadając, gdy Le-

ia skończyła. 

Przy tej okazji zerknął  w lustro wiszące po drugiej stronie kabiny  nad barkiem i 

nieco się zdziwił - ostatni tydzień dołożył mu zmarszczek i spowodował wychudzenie, 
z którego nawet nie zdawał sobie sprawy. Pod oczami  miał cienie  wywołane brakiem 
snu, na podbródku siniak i tygodniowy zarost zdecydowanie nie dodający uroku. Wy-
glądał niczym stary pustelnik wygrzebany ze swej samotni... wyglądał jak Ben Kenobi. 

Pomagająca mu wstać Leia wyglądała trochę lepiej. Ale tylko trochę. 
- Dobrze się czujesz? - spytał. Skinęła głową i zmieniła temat. 
-  Co  z  Cray?  Czy  Nichos...  -  Słowo  „zmarł"  nie  bardzo  chciało  jej  przejść  przez 

gardło  i  nie  było  w  tym  nic  dziwnego.  Nichos  tak  naprawdę  zmarł  osiem  miesięcy 
wcześniej, a android, z którym przebywała Cray, nie mógł umrzeć. 

- To długa historia - powiedział czując nowy przypływ zmęczenia.  - Jestem... za-

skoczony, że skorzystała z kapsuły ratunkowej. Wydawało się, że nie chce dłużej żyć... 

- Mam go - rozległ się od strony monitora głos Mary. - Otwórz pole siłowe. 
Leia pomogła mu w marszu, a po drodze dołączyły do nich oba automaty i Che-

wie. 

background image

Barbara Hambly 

277 

- Najwyraźniej szeregowy Pothman zdołał uspokoić swoich pasażerów, panie Lu-

ke'u - poinformował go zadowolony Threepio.  -Generał Solo wysłał już informację do 
Działu  Kontaktów  Korpusu  Dyplomatycznego,  żeby  przygotowano  zespół,  który  zaj-
mie  się  reorientacją  przymusowych  pasażerów  „Oka  Palpatine'a".  Prawdopodobnie 
będą potrzebowali pańskiej pomocy. 

Luke skinął  głową, choć  myślenie o przyszłości na skalę dalszą  niż  kilka  godzin 

było czystą abstrakcją. Zaczynał rozumieć, dlaczego Cray robiła, co mogła, starając się 
utrzymać przy sobie Nichosa. A do tego wszystkiego był jeszcze pod wpływem środ-
ków przeciwbólowych, które otępiały, i był nieludzko zmęczony. Przypomniały mu się 
słowa Cray, że Nichos czeka po drugiej stronie - Callista obecnie także była po tamtej 
stronie. 

Cokolwiek wpłynęło na zmianę decyzji Cray, na pewno będzie jej teraz potrzebny. 

Zwłaszcza zaraz po odzyskaniu przytomności. 

Nim dotarli do ładowni,  kapsuła  znalazła się  w niej pierwsza. Miała  ledwie  dwa 

metry długości i osiemdziesiąt centymetrów średnicy, zieloną barwę i była lodowata od 
przebywania w przestrzeni. 

Luke odsunął pokrywę:  wewnątrz leżała Cray, pogrążona w wymuszonym śnie z 

rękoma złożonymi na brzuchu. Oddychała płytko, ale pomimo sińców i wycieńczenia 
twarz miała tak spokojną i odprężoną, tak odmienną od stale pełnych napięcia, zestre-
sowanych rysów, do których przywykł, że w pierwszej chwili jej nie poznał. 

Tak  wyglądała,  gdy  zjawiła  się  z  Nichosem  w  akademii  Jedi,  tylko  wtedy  była 

wcieleniem  elegancji,  a  teraz  miała  na  sobie  brudny  i  podarty  kombinezon  i  byle  jak 
ścięte włosy. 

Wyglądała jak ktoś inny. 
Ktoś inny... 
Ponownie na nią spojrzał i potrząsnął głową... 
Ale mimo wszystko to nie była Cray. 
Rysy były  niby te  same  -  prosty  nos, delikatne  kości,  pełny, prawie  kwadratowy 

kształt ust, ale wszystko, czemu ufał, mówiło mu, że to nie jest Cray. 

Przez długą jak wieczność chwilę wszechświat znieruchomiał. 
A potem leżąca wciągnęła głęboko powietrze, westchnęła i otworzyła oczy. 
Były szare. 
Nie  chcąc  dać się  zwieść złudnym  nadziejom, ale  kierowany impulsem,  któremu 

nie mógł się oprzeć, wyciągnął rękę. Wolno uniosła swoją, jakby bojąc się pierwszego 
dotknięcia i z namysłem przyjrzała się swoim dłoniom, jak gdyby zdziwiona ich kształ-
tem.  A potem dotknęła  jego dłoni i nagle  jej oczy  wypełniły się  łzami.  Ostrożnie  po-
mógł jej usiąść bojąc się, że zniknie, wyparuje albo okaże się kolejnym snem, jeśli bę-
dzie  działał  zbyt  szybko.  Przez  chwilę  jedynie  spoglądali  na  siebie  i  mimo  ciepła  jej 
ciała nadal nie wierzył, że jest materialna. Realna... 

Delikatnie dotknęła jego poranionej twarzy...  -gdybym mogła prosić o coś, przy-

pomniał sobie jej słowa - .. .delikatnie przytulił ją wtulając twarz we włosy, które będą 
brązowe,  gdy odrosną. Poczuł na  policzku jej oddech... A  potem roześmiała  się i po-
czuł, że niewiele brakuje, by zaczął latać z radości. 

background image

Dzieci Jedi 

278 

- Tak! - krzyknął z dziką radością i oboje na zmianę zaczęli śmiać się i płakać. 
Powtarzała w kółko jego imię i to był jej głos, nie głos Cray. 
Drżącymi dłońmi objął jej twarz... 
Leia, Mara, Han i pozostali stojący w drzwiach przyglądali się temu wszystkiemu 

w milczeniu, nie bardzo wiedząc, o co chodzi. W pewnym momencie Leia powiedziała 
z wahaniem: 

- To nie jest Cray. 
- Ustąpiła miejsca. - Luke nagle zdał sobie sprawę z dokładnego przebiegu wyda-

rzeń podczas ostatnich chwil istnienia okrętu. 

-  Nichos  został  wielokrotnie  trafiony  -  dodała  Callista.  -  Nie  czuł  bólu,  ale  wie-

dział, które systemy się wyłączają, by mógł dalej funkcjonować. Zrobił, co należało, a 
gdy skończył,  Cray powiedziała  mi, że chce z nim zostać, by przejść razem na drugą 
stronę.  Była  w  końcu  Jedi...  nie  w  pełni  wyszkolonym,  ale  z  wielkim  potencjałem... 
Byłaby jednym z najlepszych rycerzy Jedi... Powiedziała, że jeśli ona nie może na tym 
świecie być  z kimś,  kogo  kocha, to  niech  ktoś  inny  może. Kazała  ci podziękować za 
wszystko, co zrobiłeś i za wszystko, co próbowałeś zrobić. 

Pocałował ją i próbując wstać omal się  nie przewrócił stając na zranionej nodze. 

Podtrzymała  go i  wspólnym  wysiłkiem podnieśli się i  wtedy dopiero zdali sobie spra-
wę, że nie są sami. Luke przełknął ślinę i powiedział powoli i wyraźnie to, o czym wie-
dział, że jest prawdą: 

- Leio, Hanie, Maro... Threepio, Artoo... To jest Callista. 

background image

Barbara Hambly 

279 

R O Z D Z I

A Ł  

26 

-  Za  wszystko  trzeba  zapłacić.  -  Callista  dotknęła  szklanej  kuli  z  różowo8złotym 

roztworem. 

Cienie  rzucane  przez  inne  przedmioty  grały  na  ścianach pomieszczenia  pierwszy 

raz od dawna jasno oświetlonego, przez  co nabrały barw  i  wyrazistości. Na zewnątrz 
bulgotał strumień przecinający jaskinię i był to jedyny dźwięk zakłócający ciszę. 

-  Powinnam  była  wiedzieć,  że  istnieje  ryzyko  -  dodała  miękko.  -A  głupotą  było 

zapomnieć, że na pewno będzie jakaś cena. 

- Zrobiłabyś to, wiedząc jaka? - spytała Leia. -Nie wiem... 
Podeszła do prostokątnego zbiornika z dnem pokrytym piaskiem. Poruszała się z 

wdziękiem  zabarwionym  niepewnością,  jakby  nie  do  końca  jeszcze  panowała  nad 
swym nowym ciałem. Ubrana była  w błękitny kombinezon mechanika i ciężkie, tere-
nowe  buty.  Kombinezon  mimo  starannego  wyboru  był  nie  dopasowany,  zwłaszcza  na 
ramionach, ale przynajmniej cały i czysty. Z krótko i równo po poprawkach obciętymi 
włosami i  wychudzoną  twarzą  wyglądała  na  kadeta  którejś z  wojskowych  uczelni,  co 
jeszcze  podkreślał przyczepiony do pasa  miecz  świetlny o rękojeści  wysadzanej  mor-
skimi stworzeniami wyrzeźbionymi w brązie. 

-  Służył  mistrzom  do  tworzenia  obrazów...  podobnych  do  hologramów.  Koncen-

trowali myśli na piasku, który działa jak wzmacniacz, nie znam jego składu, ale wiem, 
że  to  naturalny  fenomen.  Piasek  pochodzi  z  planety  w  mgławicy  Gelviddis.  Bardzo 
ułatwia koncentrację w przypadku dzieci, gdyż natychmiast widzą jej rezultat. 

Leia spróbowała się skoncentrować na lekko migoczącym piasku i wywołać twarz 

Hana lub Jacena. 

-  Najłatwiejsze  są  kwiaty  -  dodała  Callista.  -  Albo  coś  znajomego  z  dzieciństwa: 

zwierzę czy zabawka... 

Ponownie zapadła cisza, gdy Leia przysiadła na ławce przed zbiornikiem odpręża-

jąc się i skupiając umysł tylko na jednym, tak jak nauczył ją Luke, i starając się myśleć 
o tym, co chciała zobaczyć... 

I w jakiś sposób, którego nie potrafiła zdefiniować, w zbiorniku pojawił się nagle 

obraz  AT-AV  tarzającego  się  radośnie  wśród  świeżo  oberwanych  płatków.  Zupełnie 
jakby pittin nie był od jedenastu lat martwy... 

background image

Dzieci Jedi 

280 

- Łobuziak! - Bez trudu można się było domyślić, kto zerwał płatki, toteż Callista 

nie miała wątpliwości. - Twój? 

- Był mój. Dawno temu. 
-  Mistrzowie  zawsze  mieli  problemy  z  dziećmi  urodzonymi  z  nie  dysponujących 

Mocą rodziców - podjęła Callista, gdy obraz zniknął. - Z zasady zdolności objawiają się 
w określonych rodzinach, ale zdarzają się spontaniczne manifestacje u ludzi, którzy nie 
mają  żadnego doświadczenia  czy  wiedzy, jak postępować  z  takimi dziećmi.  Najlepiej 
jest znaleźć je w jak najmłodszym wieku i zacząć szkolenie, gdyż w przeciwnym wy-
padku najczęściej przechodzą na ciemną stronę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, a 
potem jest już za późno. Podobnie dzieci urodzone z rodziców Jedi o słabych zdolno-
ściach, dysponujące mniejszą Mocą niż towarzysze  -nawet otoczone właściwą opieką, 
często trafiają  na ciemną  stronę... Wtedy są  najniebezpieczniejsze ze wszystkich... To 
jest psychiczny labirynt. 

Callista puknęła w jedną z metalowych sfer i Leia odruchowo się cofnęła, pamięta-

jąc doskonale, co Irek chciał z nią zrobić przy pomocy czegoś takiego. 

- Większość ludzi nie wchodzi w nie całym sobą. Łatwo z nich wyjść, jeśli pozna 

się sposób - dodała Callista. - Największe są najprostsze, a im mniejsza, tym bardziej 
skomplikowana.  Dzieci  lubiły  się  nimi  bawić,  starając  się  wciągnąć  jedno  drugie  do 
wewnątrz; albo też zrobić innego psikusa, jak to dzieciaki... 

Odstawiła kulę na miejsce i dodała cicho: 
- Chciałabym... chciałabym móc ci pokazać. 
Zeszłej nocy w sali zabaw odkryli, że Callista przestała dysponować Mocą. 
Luke  został  zabrany  do  Centrum  Medycznego  Towarzystwa  Brathflena  i  więk-

szość nocy spędził w oszklonym pojemniku pełnym roztworu bacta, więc Leia wzięła ją 
do sali zabaw. Pomyślała, że Callista (wyglądająca jak Cray) powinna z autopsji znać 
przeznaczenie  wszystkich  zabawek  czy  przyrządów  do  ćwiczeń,  zgromadzonych  w 
podziemnej sali. 

Wcześniej  tego  dnia  Mara  i  Jevax  poprowadzili  do  tuneli  ekipy  oczyszczająco-

poszukiwawcze wyposażone w miotacze ognia i blastery przeciw kreczom oraz miota-
cze,  paralizatory,  środki  uspokajające  i  masywne  kajdany  na  pozostałych  strażników 
podziemi, dzięki czemu stały się one  w miarę bezpieczne. Widok obłąkanych strażni-
ków doprowadził Marę do wściekłości - wielu z nich znała. Leia zaczęła mimo wszyst-
ko współczuć Rogandzie - wątpiła, by spotkała ją lekka śmierć. 

Oprócz grup z Korpusu Dyplomatycznego na Belsavis lecieli także psycholodzy i 

uzdrawiacze  z  Ithor,  by  zastosować  techniki,  które  jak  Tomla  El  powiedział  Leii  w 
ostatnim seansie łączności, okazały się skuteczne w przypadku Druba McKumba. Spo-
dziewany przylot obu ekip miał nastąpić jutro. Sprowadzono na powierzchnię oba pro-
my i ładownik. Tego ostatniego nawet nie próbowano otworzyć, tylko wpuszczono do 
środka  gaz  usypiający,  zaś  pozostali  pasażerowie  zostali  rozdzieleni  i  starannie  za-
mknięci.  Zanim  powrócą  na  rodzinne  planety,  będą  musieli  przejść  silną  reorientację, 
by wymazać program indoktrynacyjny. Jak należało się spodziewać, Gamorreanie od-
mówili poddania  się reorientacji i obecnie  negocjowali z  Drostem Eleginem  na  temat 
kariery ochroniarskiej. 

background image

Barbara Hambly 

281 

Dopiero  gdy  Callista  chciała  rozdzielić  płyny  w  szklanej  kuli,  co  było  najprost-

szym  testem  na  siłę  Mocy,  okazało  się,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Kolejna  próba  z 
poruszeniem dynamitronu potwierdziła ten stan: utraciła całą zdolność posługiwania się 
Mocą. 

-  Nigdy  nawet  przez  myśl  mi  nie  przeszło,  że  coś  takiego  może  się  wydarzyć  - 

powiedziała cicho, jakby wstydząc się Leii albo tego, że jest ona siostrą Luke'a. - Cray 
miała  naprawdę  wielką zdolność posługiwania się Mocą... inaczej nie  mogłaby zrobić 
tego, co zrobiła... opuścić  w ten sposób swoje ciało i wprowadzić  w to miejsce mnie. 
Byłaś jej przyjaciółką, prawda? 

Pierwszy raz spojrzała Leii w oczy. 
-  Nie  byłyśmy  blisko,  ale  przyjaźniłyśmy  się  -  odparła  Leia  nie  bardzo  mając 

ochotę  przyznać,  że  chwilami  zazdrościła  Cray  szyku  i  elegancji.  -  Byłyśmy  na  tyle 
blisko, że przed paroma miesiącami domyśliłam się, że bez Nichosa nie zechce żyć. 

- Nie chciałabym, żebyś miała żal, że przeżyłam ja, a nie ona... Cray sama to za-

proponowała. Nie wiedziałyśmy nawet, czy się uda... -Widać było, że Callista z trudem 
wypowiada te słowa. 

- Nie musisz się martwić. Cieszę się, że się udało. 
- Moc była częścią mnie od zawsze... odkąd pamiętam. Djinn, mój mistrz, powie-

dział kiedyś... -Nagle zamilkła, po czym zmieniła temat. -Zresztą nieważne. Nigdy nie 
myślałam, że to się zmieni... Że ją stracę. 

Leia  przypomniała  sobie  jej  reakcję,  gdy  zorientowała  się,  co  ją  spotkało  -  bez 

słowa  wybiegła  z  pomieszczenia  i  zniknęła  w  labiryncie  geotermicznych  jaskiń.  Leia 
martwiła się tym przez parę godzin wypełnionych rozmowami z Ithor i Coruscant, do-
póki Han jej nie uświadomił, że Callista zna tunele lepiej niż oni wszyscy razem wzięci, 
wliczając Marę. 

Rano,  gdy  poszła  zobaczyć,  jak  przebiega  rekonwalescencja  Luke'a,  znalazła  ją 

śpiącą w pokoju brata... 

- Co teraz zrobisz? - spytała cicho Leia. -Nie wiem... 
 
„Czasami nic nie można zrobić" - Luke przypomniał sobie słowa Callisty, opiera-

jąc się o potrzaskany kamienny portal.  - „Czasami służy się najlepiej sprawiedliwości 
nic nie robiąc". 

To także była mądrość Jedi. 
Może najtrudniejsza do zrealizowania w praktyce. 
Siedziała z założonymi rękoma wpatrzona w dziwne migotanie mgły i cieni drzew 

-  pęknięcie  kopuły  ochronnej  spowodowało  wymieszanie  się  zimnego  prądu  z  ciepłą 
mgłą. Znała to miejsce bez kopuły, ogrodów i wiszących upraw, gdy były tu tylko ba-
gna,  puszcze  i  skały,  zaś  jedynymi  budynkami  niewielkie  skupisko  bazaltowych  bu-
dowli wspartych o coraz wyższe tarasy lawy na krańcu wąskiej doliny. Dalej panował 
już tylko śnieg i lód. Wyrosła w świecie, którego już nie było, i podobnie jak Triv wiele 
lat  spędziła  jako  pustelnik  po  to,  by  wrócić  do  świata  nieznanego  i  pozbawionego 
wszystkich, których znała. 

background image

Dzieci Jedi 

282 

Pothmana oczarowała spokojna społeczność Plawal i już zdążył się zapisać na kurs 

ogrodnictwa i sadownictwa. 

Luke nie odezwał się, ale i tak Callista odwróciła głowę, słysząc jego kroki. 
- Dobrze się czujesz? - spytała wyciągając rękę. 
Regeneracja zachodząca w zbiornikach bacta była z zasady gwałtowna, co osłabia-

ło  cały  organizm  i  Luke  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  przynajmniej  ten  dzień 
powinien jeszcze spędzić w łóżku. Gdy się ocknął przed świtem, znalazł ją obok siebie, 
natomiast gdy rano się obudził, już jej nie było. 

- To ja powinienem cię o to zapytać. 
Leia opowiedziała mu, co zaszło w nocy, ale nie zaskoczyło go to, jakby się spo-

dziewał podobnej wiadomości. Intuicyjnie wyczuwał, co Callista utraciła. 

-  Ciągle  myślę  o  tym,  co  Nichos  powiedział:  o  byciu  Korelianinem  o  innym  na-

zwisku - odparła pozornie bez związku, przyglądając się swoim dłoniom. 

Z bliska można było dostrzec, że przy samej skórze jej włosy zdążyły nabrać już 

brązowej barwy - za kilka tygodni będzie miała burzę brązowych włosów, które Luke 
pamiętał doskonale ze snów. 

-  Ciągle  się  zastanawiam,  czy  nie  powinnam  była  tam  zostać...  -powiedziała,  ba-

wiąc się rękojeścią świetlnego miecza. 

- Nie. - Czuł całkowitą pewność, płynącą z głębi serca. Przyczepiła broń do pasa. 
- Nawet gdybym wiedziała... przypuszczała, że tak się stanie... kiedy Cray spytała, 

czy... czy chciałabym zająć jej miejsce... nie odmówiłabym... ja... 

Przygarnął  ją,  zamykając  usta  pocałunkiem  lepiej  niż  słowa  mówiącym,  że  jej 

obawy były bezpodstawne i niepotrzebnie bała sieje wypowiedzieć. 

- To nie Moc w tobie kocham, lecz ciebie. 
Wsparła mu głowę na ramieniu, jako że była podobnego wzrostu. 
- To na pewno nie będzie łatwe dla mnie. - Jej głos był cichy, ale pewny.  - Może 

nie  będzie  łatwe  dla  nas...  Wczoraj  w  nocy  winiłam  cię  za  to,  co  się  stało.  Byłam 
wściekła i rozżalona. I dalej jestem rozżalona, gdzieś w środku. Nie wiem, jak mógłbyś 
być za to odpowiedzialny, ale i tak cię obwiniałam. 

Skinął głową, choć jej słowa bolały, rozumiał jednak, że w pewien sposób nie są 

osobiste, a lepiej było znać prawdę. 

- Rozumiem - powiedział spokojnie. 
-  Doskonale.  -  Spojrzała  nań  z  ironią.  -  Wytłumaczysz  mi?  Pocałował  ją  zamiast 

odpowiedzi. 

-  Polecisz  ze  mną  na  Yavin  Cztery?  -  spytał,  a  widząc  jej  wahanie,  dodał:  -  Nie 

musisz się teraz decydować. Leia powiedziała mi, że spisałaś wszystkie nazwiska, jakie 
sobie przypomniałaś z okresu swego tu pobytu... Jesteś mile widziana na Coruscant tak 
długo, jak będziesz miała ochotę tam pozostać. Wiem, że niełatwo byłoby ci przebywać 
w  towarzystwie  studentów  i  Mocy,  ale  twoja  znajomość  starych  metod  nauczania  i 
treningu byłaby mi bardzo pomocna... 

Zamilkł widząc, jak jej twarz tężeje. Nie chciała dać mu poznać ogromu niepew-

ności i bólu, jaki czuła. 

background image

Barbara Hambly 

283 

- Potrzebuję cię - powiedział z naciskiem. - Kocham cię i chcę, byś była ze mną. 

Na zawsze, jeśli nam się uda. 

- Na zawsze - uśmiechnęła się, patrząc mu w oczy. - Kocham cię, Luke'u, ale... to 

nie będzie łatwe. Myślę... czuję, że nasze życia złączone są naprawdę na długo. 

- Mamy czas. - Też się uśmiechnął. - I nie musimy się spieszyć. Jedno co jest i po-

zostanie, to moja miłość do ciebie. 

 
Nadal siedzieli objęci, kiedy w zrujnowanej bramie pojawili się Han, Leia, Chewie 

i oba automaty. 

- Daj im jeszcze chwilę - poprosiła Leia. 
-  Całować  się  mogą  na  pokładzie  -  oburzył  się  Han.  -  Jevax  w  końcu  otworzył 

wrota silosów, te cuda z pokoju zabaw załadowaliśmy i chcę stąd odlecieć, zanim zno-
wu coś się zacznie wyczyniać. 

-  Co  byłoby  wysoce  wskazane,  Wasza  Wysokość  -  dodał  Threepio.  -  Admirał 

Ackbar wspominał w ostatniej rozmowie o koncentracji w sektorze Atravisa jednostek 
floty i wojsk podległych wielkiemu admirałowi Harrskowi. Nie wiemy, gdzie ukryli się 
Roganda i Irek, a konieczność przebudowania w niewielkim nawet stopniu wszystkich 
jednostek naszej floty oraz znalezienie odpowiednich osłon tam, gdzie nie można takich 
zmian wprowadzić, powoduje opóźnienie ich gotowości. Biorąc to wszystko pod uwa-
gę, proponowałbym jak najszybsze udanie się w drogę. 

- Masz rację. - Leia rozejrzała się ostatni raz po domostwie Pletta, a raczej jego ru-

inie, jaka została po nalocie myśliwców Imperium. 

Resztki  budowli  przepełnione  były  echem  dawnego  spokoju.  Gdzieś  wydało  jej 

się, że  słyszy dziecięce głosy śpiewające  starą  piosenkę  o  zapomnianej królowej i jej 
magicznych ptakach. 

Lista Callisty nie była pełna, jako że była tu krótko i nie znała  większości obec-

nych, ale na początek i tak była obszerna. Wiedziała, że jest coś winna tym wszystkim 
zapomnianym  dzieciom  i  staremu  mistrzowi  Jedi,  który  zaoferował  im  schronienie... 
Kątem oka dostrzegła cienie dwojga dzieci ganiających się po gęstej śliwkowej trawie, 
by zniknąć w zabłąkanym paśmie mgły. Mogli to być Nichos i Roganda -jedno biegną-
ce ku światłu, drugie ku mrokowi... 

A mogli to być ci, których imion jeszcze nie znała. 
Albo też były to cienie z przyszłości - dzieci, które dopiero tu przybędą... 
- Hej, dzieciaki! - krzyknął Han, nim zdążyła go powstrzymać. 
- Daj mu spokój! 
Siedząca na kamiennej ławce para odwróciła głowy. 
- Zmywamy się z tej skały - poinformował ich Han nie zmieniając głosu. - Podrzu-

cić was gdzieś? 

Spojrzeli  na  siebie  wyglądając  przez  moment  bardziej  na  rodzeństwo  niż  na  ko-

chanków, jakby znali się całe życie. Potem wrażenie minęło, a Callista odkrzyknęła: 

- Na Yavin Cztery. Jeśli to po drodze, ma się rozumieć. 
- Chyba da się zrobić - uśmiechnął się Han. 
Luke i Callista podeszli do nich, trzymając się za ręce.