background image

ISSN 1509-460X 

INDEKS 356441 

http://www.faktyimity.pl

Nr 4 (464) 29 STYCZNIA 2009 r. Cena 3 zł (w tym 7% VAT)

Ü

Str. 12

Ü

Str. 21

Ü

Str. 20

ISSN  1509-460X

N

NAAU

UC

CZZYYC

CIIEELLKKĘĘ EEM

MEER

RYYTTKKĘĘ 

JJEEZZUUIICCII W

WYYRRZZUUCCIILLII N

NAA BBRRUUKK

Zamiast  „Brata  naszego  Boga”  Karola  Wojtyły  Teatr  na  Woli  wystawił  „Siostry
przytulanki”.  Na  scenie  zakonnicy  uprawiają  seks!  Pełni  obaw,  że  nie  zdążymy 
–  bo  autora,  reżysera  i  aktorów  rychło  spali  ogień  piekielny  zesłany  przez  tatę
Rydzyka  –  pospieszyliśmy  do  Warszawy,  by  klasztorną  ruję  i  porubstwo  na
własne  oczy  obaczyć. 

Ü

Str. 3

Ü

Str. 13

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

2

2

KSIĄDZ NAWRÓCONY

Po  samobójczej  śmierci  trzeciego  mordercy  Olewnika  minister
sprawiedliwości  Zbigniew  Ćwiąkalski  podał  się  do  dymisji.  To
kolejna  zmiana  kadrowa  wymuszona  przez  PiS  na  zestrachanej 
i wodzonej za nos PO. Po tajemniczej śmierci pierwszego z zabój-
ców ówczesny minister Ziobro do dymisji podać się ani myślał.

„Doczekaliśmy czasów szatanistycznych! Popatrzcie, jaki jest je-
go stosunek do życia, do człowieka. A przy tym pięknie się uśmie-
cha do każdego. To jest walka z Kościołem (...). Tu chodzi o to,
żeby Kościół zlikwidować. Przecież to są plany bardzo wyraźne!”.
Tak  Tadeusz  Rydzyk  prawił  o  Jurku  Owsiaku.  W  dniu,  kiedy
Orkiestra  zbierała  pieniądze  dla  dzieci  umierających  na  raka.
No i rak się odezwał. Z radiowych głośników.

„W 2014 roku ukończę 65 lat. To jest taki wiek, w którym war-
to  zastanowić  się,  czy  już  nie  zostać  szacownym  emerytem” 
–  oświadczył  Jarosław  Kaczyński.  Oj,  tak,  tak!  A  jeszcze  lepiej 
– na wcześniejszą pomostówkę!

Kamil Durczok, wielce obrażony, wycofał swoją kandydaturę do
telewizyjnych „Wiktorów” na wieść o tym, że jedną z jego rywa-
lek  jest  Katarzyna  Cichopek.  Poparł  go  kolega  po  fachu  –  Gu-
gała  –  twierdząc,  że  porównanie  Cichopek  do  Durczoka  to  jak
rywalizacja  snopowiązałki  i  samolotu.  A  mieliśmy  nadzieję,  że
poniżej poziomu Brudzińskiego zejść nie sposób.

„Bitwa pod Cecorom” (zamiast pod Cecorą!) – takimi i podob-
nymi błędami (także co do dat i faktów) najeżony był test z hi-
storii dla uczniów gimnazjów. Stworzyli go jacyś „óczeni”!

Lublin  huczy  od  plotek.  Takich  mianowicie,  że  Janusz  Palikot
może  być  biseksualistą.  To  znaczy  postępuje  w  myśl  powiedze-
nia:  „Żeby  życie  miało  smaczek,  raz  dziewczynka,  raz  chłopa-
czek”.  Podobno  opowiada  o  tym  chętnie  była  żona  posła.  Cóż,
kto mieczem wojuje, od pochwy ginie.

„Dla każdego TW tylko drugi TW jest bratem” – tak ksiądz Isa-
kowicz-Zaleski podsumował poparcie, jakiego abp Życiński udzie-
lił prawosławnemu biskupowi Ablowi, zarejestrowanemu w IPN
jako  „TW  Krzysztof”.  Gdy  w  końcu  Najwyższy  wysłucha  mo-
dłów  hierarchów  polskiego  Krk,  to  niepokornego  ks.  Zaleskie-
go w końcu zabije cegła spadająca w drewnianym kościele.

Przy  zbiegu  ulic  Ordynackiej  i  Kopernika  w  Warszawie  od  lat
stoi  kamienica  pełna  lokatorów.  Teraz  niecałe  3  metry  od  jej
okien  zakonnice  od  Niepokalanego  Poczęcia  NM  Panny  budu-
ją biurowiec pod wynajem. Na skwerku, który dostały od miasta
za Bóg zapłać. Całkowite odcięcie sąsiadów od światła słonecz-
nego jest – w myśl prawa budowlanego – absolutnie niedopusz-
czalne. Ale zakonnice kierują się prawem boskim, które urzęd-
nikom stołecznego magistratu skutecznie zakneblowało buźki.

W TVP trzęsienie ziemi. Publiczna pod rządami neonazisty Far-
fała  (LPR)  i  człowieka  od  Leppera  –  Rudomino  –  zabrała  się
do  czystek.  Na  zbity  pysk  wyrzucani  są  kolejni  dziennikarze 
i szefowie oddziałów regionalnych (Kraków, Katowice, Rzeszów).
Wróble  w  Warszawie  ćwierkają,  że  od  marca  na  Woronicza 
(i  w  oddziałach)  rządzić  będą  już  tylko  giertychowcy.  Co  jest 
w dużej mierze zasługą lewicowego ministranta Napieralskiego. 

Jan  Paweł  II  przez  lata  twierdził,  że  życie  (podczas  zamachu)
uratowała mu Matka Boska. Okazuje się, że nie żadna Maryja,
tylko Rita – zakonnica, która na placu św. Piotra złapała Alego
Agcę za rękę, w związku z czym Turek nie trafił dokładnie. Re-
welacje te ogłosiło zgromadzenie zakonne po śmierci siostrzycz-
ki. Problem w tym, że w dniu zamachu zakonnica przebywała za
klasztornymi murami. Koleżanki Rity i na to znalazły odpowiedź:
Rita dostała od Boga dar bilokacji, czyli jednoczesnego przeby-
wania w dwóch różnych miejscach. Wierzymy. Teraz siostra Ri-
ta jest już w trzech miejscach jednocześnie. 

„Manifestacją barbarzyństwa” nazwał Watykan atak sprejem wy-
pełnionym  gazem  łzawiącym  na  swoją  placówkę  w  Caracas 
– stolicy Wenezueli. Do owego ohydnego czynu przyznała się po-
pierająca prezydenta Hugona Cháveza grupa o nazwie Zwycię-
żymy.  Jej  członkowie  rozrzucali  też  ulotki  z  hasłem:  „Kościół
zdradził  Wenezuelę”.  Chodzi  o  walkę  kleru  z  antyklerykalnym
prezydentem  oraz  udzielenie  azylu  w  watykańskiej  ambasadzie
studentowi  podejrzanemu  o  bestialski  gwałt.  W  Wenezueli  jest
mniej  więcej  tylu  katolików,  co  w  Polsce.  Tylko  jacyś  tacy  bar-
dziej odważni. 

Kościół  katolicki  obchodził  „Dzień  Judaizmu”  –  święto  pojed-
nania ogłoszone podczas Soboru Watykańskiego II. Owo pojed-
nanie – pełne ponoć katolickiej miłości bliźniego – „Nasz Dzien-
nik”  skomentował  tak:  „(...)  to  spolegliwość  części  chrześcijan
wobec żydów, z czego nigdy nie wynika nic naprawdę dobrego”.

19 stycznia prezydent USA Bush żegnał się telefonicznie z naj-
wierniejszymi  przyjaciółmi  Ameryki.  Zatelefonował  do  premie-
ra  Japonii,  do  prezydenta  Korei  Południowej,  nawet  do  brazy-
lijskiego  i  gruzińskiego  szefa  rządu.  W  sumie  do  ponad  dwu-
dziestu  „koronowanych  głów”.  Ale  nie  do  Polski.  Bo  i  po  co?
Nasi przywódcy i tak przybiegną na każde skinienie, gotowi wy-
stawić polskie mięso armatnie w Iraku, Afganistanie i wszędzie
tam, gdzie Wielki Brat sobie zażyczy.

Barack Obama został 44 prezydentem USA. Ma gość farta. Wszel-
kie porównania muszą wyjść dla niego na korzyść. Gorszego od
Busha prezydenta Stany już chyba mieć nie będą. No, chyba że-
by Kaczyński lub Ziobro zmienili obywatelstwo.

F A K T Y

KKaarr nnaawwaałł ggwwiiaazzdd

Z

redaktorskiego  obowiązku  robię  sobie  co  rano  prasówkę,
tj.  przeglądam  najbardziej  poczytne  gazety.  To  naprawdę

ciężki  kawałek  chleba,  bo  poczytne  jest  tu  przeciwstawne  do
ambitne. Weźmy ostatnie dwa tygodnie. We wszystkich moż-
liwych mediach gaz i Gaza. I jeszcze cud na rzece Hudson. Na
okrągło i na zmianę: cud, Gaza, gaz. Ile można słuchać i oglą-
dać  to  samo?!  Co  ciekawe,  w Gazie  nie  ma  ponoć  żadnych
dziennikarzy,  bo  zabroniono  im  wstępu.  Ale  materiały  dzienni-
karskie  są  –  montowane  ze  sprzecznych  doniesień  obydwu
stron  konfliktu.  Dobrze,  że  bez  ofiar  obyło  się  we  wschodniej
Europie, kiedy odkręcono wreszcie ten cholerny gaz. Tam, gdzie
dzieci lub inne dziatki bawiły się przez kilkanaście dni kurkami
od kuchenek gazowych, mogło wywalić co drugą chałupę. Win-
nym  za  to  ludobójstwo  byłby  oczywiście  Putin,  przynajmniej
zdaniem prezydenta Wolski. 

Ale  to  wszystko  jeszcze  nic,  bo  praw-

dziwe  sensacje  można  znaleźć  dopiero
w „Fakcie” i „Super Expressie”! No bo
cóż  znaczy  jakaś  wojna  z tysiącem
zabitych i klęska energetyczna do ku-
py,  skoro  do  końca  nie  wiadomo,
czy  Joanna  Koroniewska  będzie
mamą? Na szczęście raczej
pewne  jest,  że  zaciążyła
Kasia Cichopek z Hakielem,
chyba  że  znów  się  najadła
do  rozpuku  na  jakiejś  impre-
zie.  Wkażdym  razie  „Fakt”  już  martwi
się,  „jak  oni  sobie  teraz  poradzą”,  bo
przecież  każde  dziecko  wie,  że  wzięli
kilka kredytów na kupno domu za 3 mi-
liony. A Kasia pewnie ograniczy wystę-
py.  Z pewnością  do  ciąży  sposobią  się  też
Edyta Herbuś i Marcin Mroczek, ponieważ za-
żądali  po  30  tysięcy  na  głowę  za  parę  go-
dzin  pracy,  szczeniaki  jedne.  Podobnie  ceni
się  Tatiana  Okupnik,  która  według  „SE”  po
prostu  „zwariowała”  (a może  też  chomikuje
na ciążę?). Wogóle to Polki mają faj-
nie – na przykład każda może po-
dejść  do  chłopaka  Kasi  Skrzy-
neckiej i zgadnąć, jakie facet nosi
majtki. Bo nasze brukowce dokładnie po-
kazały,  jakie  mu  Kasia  kupiła.  Faktycznie
seksowne... Wogóle to niektóre gazety ma-
ją  chyba  swoje  ukryte  kamery  w sklepach.
Taką Agatę Kuleszę „pozdejmowali” w całej Warszawie i wie-
dzą już, że „chce wydać 40 tys. na biżuterię i nie może”. Z ko-
lei  Olaf  Lubaszenko  kupił  marynarkę  („stroi  się  dla  narzeczo-
nej”). Ale dlaczego Tomasz Kammel kupił wdzianko... dla psa?
Czyżby  znudziły  mu  się  randki  w ciemno  z rumianymi  dziew-
czynami  z prowincji?  Jak  widać,  zakupy  bardzo  dużo  mówią
o człowieku. Na przykład Jola Kwaśniewska kupiła pod choin-
kę  nakręcaną...  zakonnicę  („kpi  ze  świąt?”).  Wiadomo,  ko-
muszka. Z zakupów można nawet rozeznać pogodę. Ameryka-
nie  w tym  celu  obserwują  świstaka.  A Polacy  Agnieszkę  Dy-
gant („Idzie zima, bo Dygant kupuje futro”). Wystarczy też, że
w sklepie  Michał  Żebrowski  i Ola  Adamczyk  coś  sobie  szep-
nęli  na  ucho,  a „Super  Express”  napisał  „zaręczeni  na  zaku-
pach”.  Niech  tylko  Żebrowski  pójdzie  teraz  sam  do  sklepu 
–  będzie  gotowy  tytuł  na  jedynkę:  „Skrzetuski  się  rozwodzi!”.
Albo  niech  kupi  stringi  choćby  numer  większe  od  tych,  które
nosi Adamczykowa! Dziwkarz! Bo, proszę Państwa, życie w bru-
kowcach  jest  bardzo  proste  i klarowne  –  na  przykład  wiado-
mo, że jak Jarosław Bieniuk „cały dzień targa siaty za Przybyl-
ską”, to musi być pantoflarzem i nie ma, że boli. Natomiast je-
śli bożyszcze kobiet George Clooney wyszedł pierwszy z lotni-
ska,  to  jest  cham  i nawet  gdyby  Oscara  dostał,  to  w Polsce
już chamem będzie zawsze. Chamem i żulem jest też Piotr Zelt,
który w restauracji „wyjada żonie i dziecku resztki z talerzy”. 

Innym stałym miejscem warowania fotoreporterów „F” i „SE”

są parkingi. Dopadli tam Anię Głogowską, która oczywiście źle
zaparkowała. O Tomku Makowieckim „Fakt” napisał: „Gdzieś ty
stanął, hultaju?!”, dobrze, że nie „ty, ch..u”. Wogóle ta gazeta
będzie  wieczna,  gdyż  tematów  nie  braknie  jej  do  końca  świa-
ta.  A to  na  zasadzie,  którą  Francuzi  nazywają  à  rebours.  I tak
na przykład Cezary Pazura czeka na auto od dilera („nawet tak
wielka  gwiazda  musi  czekać  w kolejce”).  Lecz  gdyby  Pazura
nie  czekał,  byłoby  na  bank:  „Jak  się  jest  taką  wielką  gwiazdą
jak Pazura, to kolejki nie obowiązują!”. O Weronice Rosati wszy-
scy wiedzą, że gustuje w starszych panach, których pokazano
już z dziesięciu. A tu proszę, Weronika „znalazła sobie młodsze-
go”.  Doda,  za  którą  non  stop  chodzi  chyba  z 10  paparazzich,
próbuje  załatwić  swojemu  Majdanowi  pracę  w telewizji  („Do-
da żebrze o pracę dla Radzia”). Ale niech by go tylko zostawi-
ła (po raz setny) samemu sobie... Na szczęście są razem i na-
wet (o dziwo?!) „opalili się w tropikach”. Dla odmiany od paru
tygodni  media  martwi  bardzo  Krzysiu  Ibisz.  Jakiś  smutny  taki,

postarzał się pod oczami, a w dodatku „umówił się na świą-

teczne  spotkanie  z rodzicami  i dziadkami  wybran-
ki,  a potem  wszystko  odwołał”.  Ciekawe,  kto  za-
dzwonił do „Faktu” – wkurzona wybranka czy dzia-
dek?  Zmarniała  nam  też  Anna  Guzik  po  „Tańcu
z gwiazdami” („z dychę schudła po porsche”). 
Wiem już teraz, że muszę swoim reporterom kupić

lepsze  teleobiektywy,  takie,  jakie  mają

w „Fakcie”. Wtedy też będziemy mo-

gli  zamieścić  szpiegowskie  zdjęcia

i napisać na przykład, że „Joli Ruto-

wicz zginął pieprzyk na nodze”, Piotr

Machalica  nosi  pierścień  atlantów

(„w szponach  złej  mocy?”);  o talizmanie

Hołowczyca  („Skarpety  córek  chronią

Hołka”)  czy  Ry-

szardzie Rynkow-

skim, który wszę-

dzie chodzi z pla-

stikową skrzynką

na piwo („ulubio-

na skrzynka pana

Ryśka”). 

O

klerykalnych

pierdołach  czy  koloro-

wych paskach, „które le-

czą”, nie piszę, bo to osob-

ny temat. Jeszcze bardziej

tragikomiczny  od  ciągłego

serialu „z życia gwiazd”, któ-

re  gwiazdami  zazwyczaj  są

wyłącznie  dlatego,  że  piszą  o nich  brukowe  pisemka.  Zresztą
na polskim podwórku nie jest jeszcze najgorzej, bo skoro naj-
częściej pojawiającą się osobą w światowych mediach jest Pa-
ris Hilton, to ja już wolę oglądać Anię Głogowską, bo ta przy-
najmniej ładnie tańczy, a tamta to kompletne beztalencie.

Jako naczelny „FiM” zastanawiam się, jak powielić na na-

szym  gruncie  sukces  wydawniczy  pism  brukowych.  Mam  już
nawet kilka pomysłów na czołówki: „Pieronek kupił biustonosz
numer 7. Czy przeprosi nim siostrę Kunegundę?”, „Biskup Głódź
ma  nowego  psa.  Ostatnio  widziano  ich  razem,  jak  szli  chwiej-
nym krokiem”, „Prymas Glemp nie rozstaje się ze swoją laską”,
„Rydzyk robi sobie herbatę z gorącego źródła”, „Prałat Jankow-
ski  wyjada  resztki  z talerza  swojego  chłopca.  Umówił  się  na
spotkanie  z jego  rodzicami  i dziadkami”,  „Jarosław  Kaczyński
znalazł  sobie  młodszego  kota”,  „Palikot  był  w sex  shopie,  bę-
dzie  w tym  roku  urodzaj  na  ogórki”,  „Prezydent  RP  parkuje  na
miejscach dla niepełnosprawnych. Zawsze”. 

JONASZ

PS Żeby do reszty nie zwariować, napisałem dwa komen-

tarze  na  zapas,  spakowałem  swoją  skrzynkę  na  piwo  i pole-
ciałem na Kubę. Asta la vista! 

KOMENTARZ NACZELNEGO

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

3

3

GORĄCY TEMAT

A

utor:  Marek  Mo-
dzelewski
, reżyser:
Kolumbijczyk  Gio-
vanny  Castella-
nos
. Sala – pomimo

obsztorcowania  widowiska,  m.in.
przez  „Rzeczpospolitą”  –  pełniut-
ka.  Ani  jednego  wolnego  miejsca. 

Sztuka nawiązuje do głośnej po-

wieści „Pantaleon i wizytantki” Ma-
ria  Vargasa  Llosy
.  Akcja  toczy  się
za  murami  męskiego  klasztoru.  Za-
konnicy  coraz  trudniej  radzą  sobie
z dochowaniem  celibatu,  w pozorny
spokój  wkrada  się  dodatkowo  zwąt-
pienie  w wiarę  i frustracja  i docho-
dzi  do  awantur.  Pragnący  zachować
spokój i władzę przeor zarządza de-
mokratyczne głosowanie i zakonnicy
mają odpowiedzieć na pytanie: „Czy
jesteś za regularnymi wizytami w klasz-
torze osób, które Pismo nazywa nie-
wiastami?”. Wynik jest jak w słynnym
powojennym  referendum:  3x  TAK!
Teraz w majestacie „prawa” do klasz-
toru mogą przyjechać kobiety.

Braciszkowie, przygotowując się

do wizyty pań reprezentujących naj-
starszy  zawód  świata,  nie  szczędzą
grosza na remont kilku cel. Przy oka-
zji  zmieniają  całkowicie  swoje  ży-
ciowe priorytety. Nawet niemłody już
brat Andrzej, grany znakomicie przez
Mariana Kociniaka, powoli porzu-
ca swoje ogrodnicze królestwo i za-
czyna  marzyć  o zupełnie  innych
atrakcjach i innych kwiatuszkach. Po-
dobnie  jest  z pozostałymi  zakonni-
kami,  łącznie  z przeorem  (Ma-
ciej Wierzbicki
),  którzy  ujawniają
teraz swoje prawdziwe oblicze i skry-
wane seksualne marzenia oraz fobie.

Gdy  wreszcie  zjawiają  się  roz-

rywkowe  niewiasty,  świat  za  klasz-
tornym  murem  zaczyna  tętnić  zu-
pełnie innym rytmem. Brat Michał,
który w bólach pisze psalm dla Ma-
ryi, rozkochuje się w jednej z panie-
nek,  a podobnie  jest  z innymi  za-
konnikami. Niewzruszony wydaje się
tylko brat Marek pokutujący za grze-
chy  młodości,  ale  wkrótce  okazuje
się,  że  jego  doświadczenia  z pa-
nienkami są znacznie bardziej inte-
resujące  niż  wszystkich  współbraci
razem  wziętych,  a ponadto  jedna
z prostytutek rozpoznaje w nim daw-
nego  sutenera  i mordercę  kobiety.

Diabelskie harce kończą się tra-

gicznie,  bo  chłopi  z pobliskich  wsi
nie  darują  zakonnikom  rozpusty. 

Głównym  tematem  sztuki  jest

hierarchia  –  i ta  najwyższa,  i ta  na
szczeblach znacznie niższych. To hie-
rarchowie manipulują odizolowaną
od  świata  grupą  i wpływają  na  jej
zachowanie. Gdy wreszcie „zupa się
wylewa”,  tuszują  zło  i zamiatają
wszystko pod dywan, wmawiając ma-
luczkim, że właściwie nic się nie sta-
ło.  Wielkie  słowa  o miłości  i Bogu
wypowiadane z powagą mają zagłu-
szyć  ból  i ludzką  krzywdę,  by  jesz-
cze raz zakłamać rzeczywistość, jak
to się dzieje i obecnie, kiedy sutan-
nowi  molestują  dzieci.

Kim  są  owe  tytułowe  „siostry

przytulanki”?  To  dwie  profesjona-
listki,  Sylwia  i Sabina,  które  mają

rozładować napiętą atmosferę oraz
pomóc zakonnikom w znoszeniu ce-
libatu  i uśmierzeniu  bójek  o pod-
łożu homoseksualnym. Ich przyjazd
to kropla kobiecości oraz wolności
w zatęchłych murach klasztoru. Bra-
ciszkowie zdają sobie sprawę z hipo-
kryzji i zła, jednak szukając choćby

pozornego  wytłumaczenia  patolo-
gii, brną w coraz większe zakłama-
nie  i twierdzą,  że  wizyty  panienek
w świętym  miejscu  służą  nawróce-
niu, czyli uwolnieniu ich od „opie-
kunów”  i alfonsów.  Już  tylko  krok
dzieli  hipokrytów  w habitach  od
uczynienia  z kurtyzan  świętych.

Siostry przytulanki nie uzdrawia-

ją  atmosfery  w klasztorze,  podobnie
jak  nie  reformują  Kościoła  pozorne
ruchy  i zmiany  wprowadzane  przez
hierarchów. Sztuka Modzelewskiego
nie  udziela  również  odpowiedzi  na
fundamentalne  pytania  związane
z oczekiwanymi zmianami w Krk, jed-
nakże  jej  plusem  jest  ukazanie  jak
na  dłoni  zjawisk  tabu.  Takie  choćby
moherowe  towarzystwo  z toruńskim
guru  najzwyczajniej  nie  przyjmuje
do wiadomości, że Kościół – jak każ-
da  stara  struktura  –  wymaga  refor-
my  i przewietrzenia.  Gdy  do  tego
nie dochodzi, budzą się demony. Jak
w owym klasztorze owładniętym przez
zakłamanie i seks. 

„Siostry przytulanki” wpisują się

znakomicie  w bogaty  już  zestaw
sztuk teatralnych, filmów i książek
o tematyce  kościelno-seksualnej.
Po  słynnej  „Matce  Joannie  od
Aniołów”  Kawalerowicza czy  se-
rialach  „Plebania”  i „Ranczo”,
a także  wielu  dziełach  Felliniego
czy Bun

~

uela sztuka Modzelewskie-

go  rzeczywiście  nie  jest  ani  zaska-
kująca,  ani  nawet  obrazoburcza.
Prawicowa  krytyka  twierdzi  oczy-
wiście  inaczej. 

A my zachęcamy, warto wybrać

się  na  ten  spektakl,  bo  jego  żywot
na  scenie  może  być  raczej  krótki.

BARBARA  SAWA

S

Siio

ossttrryy p

prrzzyyttu

ullaan

nk

kii

...to tytuł
najnowszej premiery
warszawskiego Teatru
na Woli. Spektakl
wywołał histerię
prawicowych mediów,
więc z tym większym
zainteresowaniem
zasiedliśmy na widowni.
Ipopatrzyliśmy na
scenę. A tam seks.
W klasztorze! O żeż...

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

4

4

Z NOTATNIKA HERETYKA

Największym  problemem  Polski  A.D.  2009  jest  arogancja  i  bezduszność
władzy  (...).  Nie  ma  nic  gorszego  niż  złośliwy  cymbał  na  urzędzie.

(Janusz  Wojciechowski)

¶ ¶ ¶

Ja  w  odróżnieniu  od  większości  polityków  czy  osób  publicznych  składa-
jących oświadczenia majątkowe zawsze daję maksymalną wartość nieru-
chomości,  którą  posiadam.  Tendencja  jest  na  ogół,  żeby  zaniżać  paro-
krotnie, a ja wprost przeciwnie – przynajmniej na papierze lubię się czuć
bogaty.

(Jacek  Kurski)

¶ ¶ ¶

Ta  sprawa (lustracja  księży  –  dop.  red.)  należy  już  do  historyków  i  do
Pana  Boga,  on  kiedyś  będzie  osądzał,  co  w  sumieniach  nas  wszystkich
jest  białe,  a  co  czarne.

(Jarosław  Gowin)

¶ ¶ ¶

Demokracja staje się ustrojem obrzydliwym, takim, o którym jeszcze Pla-
ton  pisał  w  „Państwie”,  i  powinniśmy  się  przed  tym  bronić.

(Janusz  Kochanowski,  RPO)

¶ ¶ ¶

Janusz  Palikot  nijak  ma  się  do  czynów  Andrzejka  Leppera.

(Sławomir  Nowak)

¶ ¶ ¶

Las  był  w  porządku,  mój  majątek  w  porządku,  moje  działania  w  War-
szawie w porządku, wybudowanie mostu w Warszawie w porządku, tune-
lu w Warszawie w porządku… Chyba jestem najbardziej przebadaną, prze-
świetloną  osobą,  zarówno  majątkowo,  jak  i  pod  względem  działania.

(Paweł  Piskorski)

¶ ¶ ¶

Poczęcie  in  vitro  uchybia  godności  człowieka.

(ks.  bp  Stanisław  Napierała)

Wybrały:  OH  i  PaR

MYŚLI NIEDOKOŃCZONE

Na  jednym  ze  skrzyżowań  w  Kobyłce  do-
szło  do  zderzenia  samochodu  z  furmanką.

Wypadek  spowodował  nieostrożny  koń,  bo  woźnica  był  tak  pijany,  że  nie
potrafił nawet dmuchnąć w alkomat. Prawie 3 promile miał z kolei kierow-
ca pługopiaskarki. W chwili zatrzymania odśnieżał drogę krajową numer 12. 

Na  przedmieściach  Mińska  Mazowieckie-
go  policjanci  znaleźli  poszukiwanego  od

miesięcy mężczyznę. W barakowozie, w którym imprezował z kumplami. Na-
krytego  obrusem  i  udającego...  stół.  Nie  mniejszą  pomysłowością  wykazał
się  Mirosław  D. Ten  ukrywał  się  w  domu  swojej  ciotki.  Konkretnie  –  na
balkonie,  owinięty  dywanem. 

Czas kolędy to dla duchownych katolickich
już nie tylko liczenie pieniędzy od wiernych,

ale  też  szukanie  sposobów  na  to,  jak  ich  nie  stracić.  Kilkudniowy  urobek
(kilkanaście  tysięcy)  ukradziono  z  plebanii  w  Grybowie. 

Dwie  tabliczki  czekolady  o  wartości  nie-
wiele  ponad  7  złotych  próbował  wynieść

z  supermarketu  w  Pleszewie  57-letni  wzorowy  jak  dotąd  i  oddany  służbie
policjant.  W  lutym  br.  miał  odejść  na  emeryturę.

Do domu staruszków we Włodawie wpro-
siły  się  dwie  kobiety,  pątniczki  –  jak  to

określiły – pielgrzymujące do Częstochowy. Od proga rzuciły się na kolana,
błogosławiły  domowników  i  głośno  modliły.  Później  przyszedł  czas  na  reli-
gijne  pieśni  maryjne  i  wspólne  uduchowione  pląsy.  Po  owej  religijnej  eks-
tazie panie grzecznie się pożegnały, unosząc z sobą boskiego ducha i... wszyst-
kie  pieniądze,  jakie  domownicy  chomikowali  w  szafie.  Po  blisko  40  latach
pożycia  okradzeni  małżonkowie  podobno  z  minuty  na  minutę  stracili  wiarę. 

29 ciosów nożem Mariusz M., mieszkaniec
Opola, zadał swojej żonie, aby przekonać ją

do wycofania pozwu rozwodowego. Kobieta perswazji nie przeżyła. Męża sąd
skazał na 15 lat więzienia. O dwa lata mniej żąda z kolei poznańska prokura-
tura  dla  Małgorzaty  P.,  nauczycielki  z  Piły,  za  dwukrotne  ugodzenie  nożem
swego  kochanka  Andrzeja  G. Jemu  dostało  się  za  to,  że  chciał  –  jak  to  się
ładnie mówi – ograniczyć kontakty. 

Opracowali:  WZ  i  MarS

P

Prroow

wiin

nccjja

ałłk

kii

MANDAT DLA KONIA

LUDZIE SPRZĘTY

HEJ, KOLĘDA!

DO GLINY SIĘ KLEI

DO GROBOWEJ DESKI

GOŚĆ W DOM...

P

oczątek  roku  upłynął  nam  na  kłótniach  wokół
transportu rosyjskiego gazu dla Europy oraz kon-

fliktu  wokół  Strefy  Gazy. 

Taniec polskich władz wokół rosyjsko-ukraińskich rur

gazowych  to  kolejny  odcinek  wojny,  jaką  nasza  prawica
toczy z Rosją. Z rozrzewnieniem oglądałem ostatnio pro-
gram  o  duńskiej  rodzinie  królewskiej,  w  której  następcy
tronu  ciągle  podróżują,  promując  towary  swojego  kraju,
obserwują  słupki  wzrostu  wymia-
ny  handlowej,  cieszą  się  jak  dzie-
ci  z  każdej  wypromowanej  marki
krajowej  gdzieś  na  Antypodach.
Ich cel jest jeden – promować to,
co  duńskie,  bo  taki  jest  naczelny
interes narodu. Jak bardzo chciał-
bym,  aby  nasi  politycy  byli  równie  nudni,  mieszczańscy 
i  mało  wzniośli,  a  przy  tym  zajęli  się  słupkami  obrotów
handlowych  zamiast  promowaniem  tego,  co  antyrosyj-
skie, i organizowali raczej imprezy handlowe w Moskwie
i Petersburgu niż spektakle nienawiści w Tbilisi i Kijowie.

Kiedy zamykaliśmy bieżący numer, konflikt w Gazie

dogasał. Polskie media nie popisały się szczególnie wni-
kliwością  w  ocenie  tego  konfliktu.  Ale  czy  ktoś  może
zrozumieć,  o  co  chodzi  w  konflikcie  palestyńsko-izrael-
skim, skoro w największym polskim dzienniku główny ko-
mentator  tych  kwestii  jest  jawnym  aktywistą  na  rzecz
jednej ze stron konfliktu, a w dzienniku o nazwie „Dzien-
nik” zwolennik wartości rodzinno-katolickich Jan Roki-
ta 
niemal przemysłowe mordowanie dzieci nazywa obro-
ną  „istoty  cywilizacji”?  Cóż,  zabijanie  dzieci  narodzo-
nych  za  pomocą  rakiet  wystrzeliwanych  przez  regularne
wojsko  nie  jest  aborcją  i  nie  jest  terroryzmem  w  popu-
larnym  znaczeniu  tego  słowa,  więc  jako  takie  może  być
dla obrońców wartości rodzinnych możliwe do moralne-
go usprawiedliwienia. 

Tymczasem  Strefa  Gazy  jest  skrzyżowaniem  bantu-

stanu  z  gettem.  To  teren  o  niespotykanej  nigdzie  na
świecie gęstości zaludnienia, otoczony murem i dotknię-
ty  totalną  blokadą  z  ziemi,  wody  i  powietrza.  Wszystko
po to, aby ukarać mieszkańców, których większość w de-
mokratycznych wyborach wybrała niesłuszną partię poli-
tyczną – owszem, terrorystyczną i islamską, ale także mniej
skorumpowaną niż konkurencyjna i prowadzącą ogrom-

ną  akcję  charytatywną.  Stąd  wy-
borczy  sukces  islamistów,  którzy
potrafili sobie zaskarbić przychyl-
ność  zrozpaczonych  beznadzieją 
i upodleniem mieszkańców Gazy.
Hamas  wyrządził  jednak  światu
mniej  szkód  swoją  działalnością

niż ustępujący prezydent USA w pierwszej kadencji swo-
ją  agresywną  polityką.  Czy  po  drugim  wyborze  Busha,
kiedy było już wiadomo, że jest on międzynarodowym ter-
rorystą opętanym religijną manią, należało ukarać Ame-
rykanów  blokadą  ich  kraju  z  ziemi,  morza  i  powietrza
oraz zalegalizować strzelanie do tamtejszych dzieci? 

Konflikt  bliskowschodni  jest  niemal  nierozwiązywal-

nym węzłem sprzecznych interesów i narosłych od poko-
leń urazów oraz wzajemnej religijnej nienawiści. Wydaje
się niemożliwy do przezwyciężenia, chociaż... Istnieje kraj,
w którym przepaść dzieląca społeczeństwo i poziom nie-
nawiści były jeszcze większe. Tym krajem jest RPA. Po-
litycznymi decyzjami zasypano tam fosę wrogości pomię-
dzy białymi i czarnymi i zdecydowano się na wspólne ży-
cie  na  równych  prawach.  I  jakimś  cudem  to  się  udaje.
Zapewne  podobny  obrót  sprawy  jest  możliwy  także  na
Bliskim  Wschodzie,  tylko  obok  nacjonalistycznych  rabi-
nów  i  agresywnych  mułłów  przydałby  się  jakiś  żydowski
lub  arabski  Desmond  Tutu,  a  najlepiej  Nelson  Man-
dela

ADAM CIOCH

Zagazowani

RZECZY  POSPOLITE

„W czasach,  kiedy  seks  i używ-
ki  są  na  porządku  dziennym,  ze
świecą  należy  szukać  dziewicy”
–  obwieścił  w ubiegłym  tygo-
dniu  „Super  Express”.  Na  szczę-
ście  udało  się!

„Jestem  dziewicą.  Wianek  trzy-

mam  dla  męża”  –  tym  wyznaniem
uczciła swoje 25 urodziny popgwiazd-
ka  Gosia  Andrzejewicz.  W sukie-
neczce  ledwie  przysłaniającej  prze-
chodzony nieco hymen, że aż żal ści-
ska. Ale, jak to mówią, nie ma tego
złego...  Wiadomo,  że  niespełnione
tęsknoty  stają  się  przyczynkiem  do
dzieł  wielkich  i wzniosłych.  Poezji
śpiewanej na przykład. Z naszą Go-
sią  nie  jest  inaczej.  Po  nieprzespa-
nej, pełnej wzruszeń nocy może po-
wstać...  takie  coś:

„Spotykałam  cię  najczęściej  w pu-

bie za miastem,

tak chciałam, żebyś zauważył mnie,
ubierałam się w sexy ciuszki ciasne, 
byś pocieszył trochę oczy swe

A ty nie widziałeś mnie, w ogóle nie

widziałeś,

nie patrzyłeś na mnie wcale, nieee... 
Tylko  piwo  popijałeś,  tylko  piwo,

piwo (...). 

Jesteś dla mnie całym światem,
słońcem, wiatrem, wodą, latem,
a gdy patrzę się na ciebie,
czuję się jak w niebie”.

Odważnemu  wyznaniu  polskiej

heroiny  przyklasnął  ksiądz  Janusz

Koplewski z parafii w Wisełce i na
łamach gazety przypomniał, że tylko
donoszenie wianka do ślubu gwaran-
tuje udane pożycie małżeńskie. I nie
ma się z czego śmiać! Dobrodziej ma
rację.  Świętą  rację!  Na  własnej  skó-
rze, dosłownie, przekonała się o tym
inna  bohaterka  „Super  Expressu”,
pani Dorotka z Warszawy. Jej histo-
rią, tak dramatyczną, że prezentowa-
ną  w odcinkach,  żyła  w grudniu  ca-
ła Polska. A było tak: 

Pani  Dorota,  lat  40,  żyła  sobie

szczęśliwie z mężem i synem, ale jej
spokój  wciąż  mąciła  myśl  nieznośna
–  ukochany  mężczyzna  nie  był  tym
pierwszym.  „Ile  dałabym,  żeby  cof-
nąć  czas.  Wciąż  nie  mogę  sobie  wy-
baczyć  tego  błędu  sprzed  lat,  tej  jed-
nej  nocy  z Kazikiem,  kiedy  to  straci-
łam  swoją  cnotę” 
–  żaliła  się.  Kazik
zrobił  swoje,  niejeden  raz  zresztą,
a potem wziął się i rozpił. Nie nada-
wał  się  już  na  męża,  a ofiara
z dziewictwa  na  nic  się  zda-
ła. Ale do naszej sponiewie-
ranej  życiem  i,  niestety,
wybrakowanej 

już 

bohaterki  los  się
uśmiechnął.  Kiedy
pałętała  się
po  dyskote-
kach,  poznała
Marka,  który
„był  inny  niż
Kazik”.  Czas

nie  zawsze  leczy  rany.  Pani  Dorota,
od 9 lat szczęśliwa mężatka, nie mo-
gła zapomnieć o pomyłce sprzed... 22
lat! Postanowiła naprawić błąd z prze-
szłości  i zafundować  swojemu  ślub-
nemu najprawdziwszą deflorację. Od-
wiedziła  klinikę,  w której  mozolnie
pozszywano  strzępki  tego,  co  przez
tyle lat małżeństwa fatygowała regu-
larnym współżyciem. 

Historia pokrzywdzonej przez los

warszawianki  ma  swój  happy  end.
Dwa tygodnie po zabiegu dom mał-
żonków  tonął  w kwiatach,  w powie-
trzu unosił się urzekający zapach kon-
walii, a mąż czule pozbawił ją cnoty.
Dzięki czemu, jak twierdzi, poczuł się
„lepszym mężczyzną i kochankiem”.
Nasza bohaterka, która pokazała się
rodakom i na fotelu ginekologicznym,
i okrakiem na małżonku tuż PRZED,
była szczerze zaskoczona, że cała spra-
wa  „wywołała  aż  takie  zamieszanie,

i to w całym kraju”.

A w imieniu duchowieństwa pol-

skiego  i narodu  ponow-

nie  głos  zabrał  ksiądz...

Koplewski  (czyżby

etatowy superexpres-

sowy katecheta?), oznajmiając:

„Ta pani pięknie to zrobiła (...).

Jestem  pełen  podziwu!  Moim

zdaniem,  to  czyn  godny  naśla-

dowania”. Czyżby ksiądz miał ja-
kiś układ z kliniką?

JUSTYNA  CIEŚLAK

POLKA  POTRAFI

G

Głłuuppiiaa ii ggłłuuppsszzaa

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

5

5

NA KLĘCZKACH

IDZIE WIOSNA!

Przed  tygodniem  pisaliśmy 

w  „FiM”  o  tym,  że  Polacy  powoli
odchodzą  od  Kościoła.  Oto  kolej-
ny  dowód  w  sprawie.  W  ubiegłym
roku gwałtownie spadła liczba piel-
grzymów odwiedzających Jasną Gó-
rę. Kiedy w latach 2005–2007 było
ich  co  roku  jakieś  4,5  miliona,  to
w  roku  2008  ich  szeregi  stopniały
o  ponad  20  procent  –  do  3,5  mi-
liona. 

MaK

ZŁODZIEJE I CHAMY!

Franciszkanie,  których  zakon

kojarzony  jest  przez  katolików 
z  miłosierdziem  i  niesieniem  po-
mocy biednym i potrzebującym, że-
braków do Kościoła nie wpuszczą.
Na  razie  w  Opolu. 

Jak  mówi  o.  Klemens,  gwar-

dian tamtejszego klasztoru francisz-
kanów,  „ci,  którzy  nas  za  przepę-
dzenie  żebraków  krytykują,  są  hi-
pokrytami”.  Jego  rozporządzenie
jest dość jasne i klarowne: „U mnie
w kościele zakazuję dawania żebra-
kom pieniędzy. Bo to nie są żadni
biedacy,  tylko  złodzieje,  prostacy 
i chamy”. Cóż za przypadkowa sa-
mokrytyka... 

PPr 

PAPA GOLA! 

Jest  nadzieja  dla  polskiej  piłki

nożnej.  Nie,  nie  chodzi  o  nowego
trenera  czy  jakieś  nowe,  morder-
cze treningi. 21-letni piłkarz Wisły
Kraków  wytatuował  sobie  na  ra-
mieniu Jana Pawła II, i to takie-
go  w  pełnym  rynsztunku  –  w  cza-
pie  i  z  laską.  „Teraz  czuję,  że  pa-
pież w jakiś sposób cały czas nade
mną  czuwa”  –  mówi  Patryk  Ma-
łecki 
(„Mały”). Jeśli jakimś cudem
„Mały” strzeli gola, tatuaże z JPII
strzeli  sobie  reszta  Wisły,  a  za  ni-
mi cała polska liga. Tylko nie wia-
domo,  czy  przeciwników  z  zagra-
nicznych drużyn ma to wystraszyć,
czy  rozśmieszyć... 

RK

FAŁSZYWKI JPII

Co za wstyd! W rodzinnych dla

Papy  Wadowicach  jeden  z  miesz-
kańców  podrabiał  podpis  papieża
i  w  ten  sposób  zarabiał  na  fałszy-
wych  listach  i  książkach,  które  lu-
dziska  całowali,  traktując  jak  reli-
kwie. Przyłapany na oszustwach wa-
dowiczanin tłumaczył, że miał kie-
dyś  oryginalne  wpisy  Karola  Woj-
tyły, ale uległy one zniszczeniu. Sam
zatem  podpisywał  listy,  które  szły
jak ciepłe bułeczki. A że przy oka-
zji  trochę  zarabiał?  Przecież  pół
miasta  żyje  dziś  z  papieża! 

PS

FERIE 

NA KLĘCZKACH

Dla  młodzieży  żeńskiej,  która

–  zamiast  w  czasie  ferii  wypocząć 
i wyszaleć się na świeżym powietrzu
–  ma  fantazję  zamknąć  się  w  celi,

siostry Sacre Coeur ze Zgromadze-
nia Najświętszego Serca Jezusa or-
ganizują w swoim klasztorze w Tar-
nowie czterodniowy turnus rekolek-
cyjny.  A  atrakcji  zakonnice  przy-
gotowały co niemiara: wielogodzin-
ne  modlitwy,  czytanie  Pisma  św.,
klęczenie lub leżenie krzyżem w ra-
mach medytacji i kontemplacji we-
dług  reguły  św.  Ignacego  Loyoli,
spowiedź oraz nocleg w klasztornej
celi.  Dodatkowo  uczestniczki  tur-
nusu obowiązuje rygor zachowania
absolutnego milczenia. 

AK

KSIĄDZ I WISIELEC

Miał  szczęście  mieszkaniec  pa-

rafii w Szóstce pod Radzyniem Pod-
laskim, który po awanturze z córką
postanowił odebrać sobie życie, ale
w ostatniej chwili zadzwonił jeszcze
do  swojego  proboszcza.  Wielebny
błyskawicznie  przybył  we  wskazane
odludne miejsce i zdołał odciąć wi-
sielca. Choć desperat był w fatalnym
stanie,  po  kilku  chwilach  odzyskał
przytomność i... uciekł. 

PS

ZALICZENIE MSZY 

Zimowa  sesja  egzaminacyjna

tuż-tuż. Z tej okazji ojcowie refor-
maci z Przemyśla postanowili zor-
ganizować  specjalną  mszę  świętą 
w intencji bożego błogosławieństwa
dla  studentów.  Jej  główną  atrak-
cję  stanowić  ma  obrzęd  pobłogo-
sławienia  studenckich  indeksów.
„Przyjdź z indeksem na to ważne za-
liczenie  –  z  Panem  Bogiem  będzie
ci łatwiej” 
– kuszą przemyscy fran-
ciszkanie.  Na  szczęście  zaliczenie
mszy i pokropienie indeksu nie jest
warunkiem  dopuszczenia  do  sesji
egzaminacyjnej.  Jeszcze... 

AK

BOSKI ADRES

Niektóre  instytucje  w  Polsce

mają  wyjątkowe  szczęście  do  cie-
kawych adresów. I tak Urząd Skar-
bowy w Kaliszu mieści się przy uli-
cy  Boskiej,  Zakład  Ubezpieczeń
Społecznych w Zabrzu ulokowano
przy  ulicy  Szczęść  Boże,  a  Urząd
Stanu  Cywilnego  w  Bielsku-Białej
znajduje się przy ulicy Opatrzności
Bożej. 

SK

POTĘPIĆ PAPIEŻA

Holenderska  eurodeputowana

Sophia  in’t  Veld z  liberalnej  par-
tii Demokraci 66 wezwała przewod-
niczącego Komisji Europejskiej José
Manuela  Barroso 
do  potępienia
wypowiedzi  papieża,  które  jej  zda-
niem  prowadzą  do  nienawiści  wo-
bec homoseksualistów (w święta Be-
nedykt  XVI 
powiedział,  że  mniej-
szości seksualne są większym zagro-
żeniem  dla  ludzkości  niż  dewasta-
cja  ekologiczna  planety).  W  liście
otwartym napisała: „Watykan wysy-
ła  czytelny  sygnał:  osoby  LGTB  to
przestępcy stanowiący zagrożenie dla
ludzkości i muszą być zwalczani przez
wszystkich  katolików  (...).  W  Unii
Europejskiej istnieją wspólnotowe pra-
wa przeciwko mowom nienawiści, ra-
sizmowi, ksenofobii i przemocy. Jest
nie do zaakceptowania, by nazywać
jakąś  grupę  ludzi  »zagrożeniem  dla
ludzkości« z powodu płci, rasy, wie-
ku  lub  religii.  Tak  samo  jest  nie  do
zaakceptowania  czynienie  takich
uwag  pod  adresem  osób  LGTB”
.
Amerykanie znaleźli sposób na wo-
jowniczą  Sophię,  która  walczy  tak-
że o rozdział Kościołów od państw.
Kiedy przebywa w USA, za każdym
razem poddawana jest długotrwałej
procedurze rewizji osobistej na lot-
nisku. Co podsuwamy jako pomysł
polskiej katoprawicy. 

MPs

PASTOR ATEISTA 

Jeden  z  nielicznych  na  świecie

„jawnych”  pastorów  ateistów,  Ho-
lender Klaas Hendrikse, autor ma-
nifestu  „Wierzyć  w  Boga,  którego
nie ma – manifest pastora ateisty”,
wezwał synod generalny swojego ko-
ścioła do dyskusji na temat istnienia
Boga.  „Wielu  duchownych  i  świec-
kich uważa, że taka dyskusja jest po-
trzebna” 
– napisał w liście do sekre-
tarza generalnego kościoła, wieleb-
nego Arjana Plaisiera

MPs

NIEWIERZĄCY 

EMERYCI

Sytuacja Kościoła anglikańskie-

go w Wielkiej Brytanii staje się dra-
matyczna.  Sondaż  na  15  tysiącach
osób po 50. – przeprowadzony przez
organizację Saga zrzeszającą te oso-
by  –  pokazał,  że  tylko  co  czwarty
jest za utrzymaniem tego Kościoła
jako narodowego. Większość stwier-
dziła, że modli się rzadziej niż nie-
gdyś  albo  że  wiara  w  jakimś  mo-
mencie życia opuściła ich. 14 proc.
anglikanów twierdzi, że nie wierzy
w Boga... Terry Sanderson, prze-
wodniczący National Secular Socie-
ty, skomentował dane tak: „To dal-
sze złe wiadomości dla Kościoła an-
glikańskiego,  bo  nawet  najbardziej
tradycyjnie  wierna  grupa  demogra-
ficzna zaczyna go omijać. Pokazuje

to  także,  jak  generalnie  zmienia  się
społeczeństwo. Upaństwowienie Ko-
ścioła anglikańskiego staje się coraz
trudniejsze do uzasadnienia”. 
MPs

A GDZIE 

OPATRZNOŚĆ?

W São Paulo zawalił się dach ko-

ścioła  Odrodzenia  w  Chrystusie, 
w wyniku czego śmierć poniosło kil-
kanaście osób, a kilkadziesiąt odnio-
sło  obrażenia.  Prawdopodobnie  bi-
lans tragedii mógłby być jeszcze bar-
dziej wstrząsający, gdyby do katastro-
fy doszło podczas mszy, a nie w cza-
sie  przerwy,  gdy  świątynię  opuściło
już wielu wiernych. Parafianie są po-
dzieleni – jedni w tragedii dopatru-
ją się kary bożej, a inni cudu ocale-
nia. Nikt jednak nie chce pamiętać,
że już kilka lat wcześniej apelowano
o pilny remont kościoła. 

BS 

KOŚCIÓŁ I MAFIA

Przed  wylotem  na  Światowy

Kongres  Rodzin  do  Meksyku  wa-
tykański  sekretarz  stanu  kardynał
Tarcisio Bertone zasugerował, iż
Watykan mógłby ekskomunikować
handlarzy  narkotyków.

Jednak meksykańskie media na-

głaśniają  przypadki,  w  których  po-
szczególni księża przyjmują od han-
dlarzy  narkotyków...  datki!  Jeden 
z  biskupów  w  kwietniu  2008  roku
stwierdził, że działalność niektórych
narkotykowych bossów charaktery-
zuje  hojność,  bo  przecież  zakłada-
ją szkoły, remontują drogi... A i na
tacę przecież nie skąpią. 

PPr

MAŁ(E)ŻONKI

Rzecz dzieje się w Arabii Sau-

dyjskiej  –  koranicznym  kraju  wy-
znaniowym  i  naszym  sojuszniku
(via  USA).

Najwyższy  rangą  saudyjski  du-

chowny Sheik Abdul-Aziz Al She-
ik 
oświadczył, że zakaz zawierania
małżeństw przez dziesięciolatki był-
by dla nich niesprawiedliwy i krzyw-
dzący. Dodał, że kobieta, która ma
10  lub  12  lat,  jest  już  zdolna  do
małżeństwa,  a  ci,  którzy  sądzą,  że
jest  na  to  za  młoda,  mylą  się  i  są
wobec  niej  niesprawiedliwi.  PPr

BÓG OCHRONIARZ

Ugrupowanie  niewierzących

American Atheists Inc. wystąpiło do
sądu,  domagając  się,  by  stan  Ken-
tucky  w  swym  prawie  antyterrory-
stycznym  zrezygnował  z  deklaracji
stwierdzającej, że zapewnienie bez-
pieczeństwa nie jest możliwe bez po-
mocy Boga. Oświadczenie takie zo-
stało  włączone  do  prawa  stanowe-
go w 2002 roku, a w roku 2006 do-
dano  klauzulę  nakazującą  Urzędo-
wi Bezpieczeństwa Państwa umiesz-
czenie na budynku oddziału urzędu
w  Frankford  w  Kentucky  tablicy 
z napisem: „Bezpieczeństwa nie moż-
na zapewnić, jeśli nie polega się na
wszechmogącym Bogu”. Tablica za-
wiera również cytat z Biblii.

Organizacja  American  Atheist

Inc. twierdzi, że stanowi to pogwał-
cenie  prawa  stanowego  oraz  kon-
stytucji. „Nie znamy innego państwa,
które  powierzałoby  zadanie  ochro-
ny  bezpieczeństwa  obywateli  Bogu
lub  innemu  mitologicznemu  tworo-
wi” – konstatują ateiści. 

ST

BOLIWIA BEZ BOGA

Hierarchia katolicka w Boliwii

otwarcie  występuje  jako  siła  opo-
zycyjna  wobec  lewicowego  prezy-
denta  tego  kraju,  Indianina  Evo
Moralesa
.  Kościół  w  Boliwii  stoi
w  jednym  szeregu  z  opozycyjnymi
aktywistami wywodzącymi się z bo-
gatych sfer i zamieszkującymi dwie
najzamożniejsze  prowincje  kraju,
gdzie  są  złoża  ropy,  gazu  oraz  in-
nych  bogactw  naturalnych. 

Purpuraci otwarcie popierają ak-

cje prawicowej opozycji, a kardynał
Julio Terrazas oświadczył ostatnio,
że „Boliwia stała się krajem bez Bo-
ga i prawa”. Wybrany w roku 2005
Morales zobowiązał się, że obejmie
kontrolą państwową dobra natural-
ne,  rozgrabiane  przez  zagraniczne
koncerny  i  przybyłych  z  zagranicy
bogatych Boliwijczyków. Złość i pro-
test  Kościoła  wzbudził  ostatni  pro-
jekt konstytucji, który powierza kon-
trolę nad ziemiami i bogactwami na-
turalnymi  kraju  kooperatywom
chłopskim.  Przewiduje  również
wzmocnienie kontroli rządu nad edu-
kacją i mediami. 

CS

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

6

6

POLSKA PARAFIALNA

Ś

mierć  Jana  Pawła  II  mia-
ła  nauczyć  jego  rodaków
„teologii  cierpienia”.  Ztej

lekcji  –  podobnie  jak  z całej  na-
uki Kościoła – skorzystało bardzo
niewielu.

Nowa Wieś Królewska. Dzielni-

ca  130-tysięcznego  Opola.  Tutaj
w zabytkowym budynku po byłej ka-
tolickiej  szkole  powstaje  od  kilku
lat,  za  sprawą  ludzi  pełnych  deter-
minacji, azyl dla chorych i umiera-
jących. Przy przychylności mieszkań-
ców (w Opolu nie ma jak dotąd sta-
cjonarnego  hospicjum),  ogromnej
potrzebie społecznej (często rodzi-
na nie jest w stanie zaopiekować się
chorym, który staje się nieobliczal-
ny,  potrzebuje  fachowej  pomocy)
i porozumieniu  ponad  podziałami.
Stowarzyszenie Hospicjum Opolskie
zrzeszyło osoby nie tylko z różnych
stron  sceny  politycznej,  ale  i reli-
gijnej. Prezesem jest ksiądz z para-
fii ewangelicko-augsburskiej Marian
Niemiec
,  niezwykle  zasłużony  dla
lokalnej  społeczności.  Wiceprezes:
Halina  Żyła,  była  wiceprezydent
miasta,  obecnie  lewicowa  radna.

Oprócz  nich  –  grupa  przedsiębior-
ców. Wszyscy zaangażowani społecz-
nicy.  Szło  dobrze,  chociaż  nie  tak
szybko jak planowali. Mimo to uda-
ło  się  częściowo  wyremontować
zniszczony budynek. Teraz, gdy nie-
mal wszystko jest gotowe, w maga-
zynach czeka specjalistyczny sprzęt,
można by przyjmować pacjentów do
czternastu  jednoosobowych  pokoi.
Można  by,  gdyby  nie  konieczność
wymiany  drzwi,  podłóg,  oświetle-
nia oraz zainstalowania niezbędnej
klimatyzacji. A na to potrzeba oko-
ło  2,5 mln  zł. 

–  Żyjemy  w czasach,  w których

nikt nie zna dnia ani godziny otrzy-
mania  wiadomości,  że  jest  nieule-
czalnie  chory.  Nie  dotyczy  to  tylko
ludzi starszych. Chcemy poprzez sta-
cjonarne  hospicjum  wspierać  oso-
by  umierające,  aby  mogły  godnie
i spokojnie odejść, aby ostatnie dni
i godziny życia nie były tylko egzy-
stowaniem  w bólach  i cierpieniach
i proszeniem  o jak  najszybsze  na-
dejście śmierci. Również rodziny ta-
kich  osób  potrzebują  pomocy
i wsparcia.  Nie  chcemy,  by  śmier-
telnie  chory  człowiek  pozostawał
sam,  zamknięty  w pokoju,  a rodzi-
na  bała  się  przyznać,  że  ich  bliski
jest umierający – przekonują człon-
kowie  stowarzyszenia. 

Bez  pomocy  wolontariuszy,  le-

karzy,  rehabilitantów,  terapeutów
rodzina  często  nie  potrafi  dać  so-
bie rady. Pracownicy hospicjum ma-
ją za zadanie aż do śmierci  poma-
gać  choremu  w prowadzeniu  życia
tak  pełnego  jak  tylko  to  możliwe.
Bo – wbrew powszechnym opiniom
–  hospicjum  to  wcale  nie  czekanie

na koniec. U podstaw leży przeko-
nanie, że człowiek ma prawo do god-
nej śmierci, a państwo i społeczeń-
stwo  –  moralny  obowiązek  zapew-
nienia  właściwej  opieki  i pomocy. 

Od  miasta,  dla  którego  pierw-

sze i tak niezbędne hospicjum po-
winno  być  priorytetem,  stowarzy-

szenie dostało wsparcie... moralne.
W uzyskaniu tego materialnego ba-
rierą  nie  do  pokonania  okazał  się
sam  prezydent  Ryszard  Zemba-
czyński 
(członek PO i przewodni-
czący rady parafialnej opolskiej ka-
tedry)  oraz  jego  urzędnicy.  W ra-
mach konkursu dotyczącego reno-
wacji obiektów zabytkowych (prym
wiodły  tu  kościoły,  które  dostały
miliony  złotych)  samorządowcy
przyznali na hospicjum 600 tysięcy
złotych  i tłumaczą,  że  nic  więcej
dać  nie  mogą.  –  Nie  ma  żadnych
przeszkód,  by  wspomagać  instytu-
cje, które realizują zadania własne
gminy,  a takim  jest  przecież  opie-
ka  zdrowotna  w hospicjum.  Trze-
ba  tylko  chcieć  –  twierdzi  z kolei
Halina  Żyła.

Władze stowarzyszenia od trzech

lat  składają  wnioski,  aby  pieniądze
na hospicjum znalazły się w budże-
cie  miasta.  Bez  efektu.  Kiedy  pre-
zydent wyjaśnił, że nie może dać, bo
budynek  nie  należy  do  miasta,  bez
zastanowienia  zadeklarowali,  że  go
oddadzą,  byle  tylko  w największym
w regionie budżecie znalazły się pie-
niądze na dokończenie prac. Zemba-
czyński odmówił, tłumacząc, że... nie
będzie  komu  prowadzić  placówki
(wystarczyłoby  ogłosić  odpowiedni

konkurs dla organizacji pozarządo-
wych!),  a poza  tym  20  kilometrów
za miastem, w Starych Siołkowicach
jest hospicjum Caritasu. Nieważne,
że przepełnione. 

Halina  Żyła  uważa,  że  ani  jej

związek  z SLD,  ani  związek  księ-
dza Mariana Niemca z Kościołem

ewangelicko-augsburskim  nie  są
przyczyną braku chęci do znalezie-
nia  rozwiązania.  Nikt  jednak  nie
ma  wątpliwości,  że  gdyby  to  było
hospicjum  Kościoła  katolickiego,
nie  byłoby  żadnych  problemów.
Każdy  człowiek  znajdujący  się
w ostatniej fazie choroby powinien
żyć  pełnią  życia  w takim  stopniu,
w jakim tylko jest to możliwe. Nie-
zwykle  ważne  jest  też  to,  w jakim
otoczeniu  umiera.  Politycy,  z na-
dętymi  sloganami  na  ustach,  zda-
ją  się  tego  problemu  nie  dostrze-
gać.  Bo  jak  ktoś  umiera,  to  już
nie  zagłosuje...

JULIA  STACHURSKA

PPaassttoorraałł ww kksszzttaałłcciiee m

maacczzuuggii

P

apież  mianował  polskiego
paulina biskupem w RPA. Ku

wielkiej radości zakonników z Ja-
snej  Góry  oraz  antyklerykałów.
I ku  wielkiej  rozpaczy  Zulusów.

Na zakończenie jubileuszu 700

lat  istnienia  zakonu  paulinów  Be-
nedykt  XVI 
obdarował  mnichów
prawdziwym prezentem. Mianował
paulina o. Stanisława Dziubę bi-
skupem diecezji Umzimkulu w Afry-
ce. Parę słów o wybrańcu papy? 

Biskup nominat po ukończeniu

stojącego  na  niskim  poziomie  se-
minarium  duchownego  na  Skałce
w Krakowie  (1986  r.)  pełnił  przez
rok  urząd  pomocnika  mistrza  no-
wicjatu. Następnie przez 4 lata zdo-
bywał zakonne szlify w amerykań-
skiej „Częstochowie” (Doylestown),
po czym wyjechał do Afryki zakła-
dać... Częstochowę dla potomków
Czaki. Jako proboszcz i przeor pla-
cówki  w Centacow  w RPA  –  zda-
niem  o.  Nikodema  K. –  wykazy-
wał  się  totalnym  brakiem  inwen-
cji. Wspomniany o. Nikodem pra-
cował krótko w Afryce, ale szybko
stamtąd wrócił, bo nie podobał mu
się homoseksualizm... przełożone-
go. Zanim K. został podprzeorem

Jasnej  Góry,  wypłakiwał  się  przy
piwie współbraciom na nieobyczaj-
ne  zachowanie  Stanisława  Dziuby
(„Przedsionki sanktuarium” – „FiM”
6/2008).

Nasi Czytelnicy mogą kojarzyć

nowego  biskupa  również  z tekstu
„Krowa  za  czarną  madonnę”
(„FiM”  38/2008).  Przypominamy:
o.  Stanisław  zaproponował  zulu-
skiej  rodzinie  krowę  jako  zapłatę
za czarnoskórą piękność, którą po-
stanowił poślubić jego podwładny,
br.  Andrzej  A. Nie  świadczyło  to
bynajmniej o jego hojności, lecz ra-
czej o strachu. Gdyby bowiem zła-
mał  plemienne  prawo  i nie  obda-
rował krewnych oblubienicy, mógł-
by zostać przebity narzędziem dłu-
gości  pastorału. 

I już na zakończenie wygrzeba-

ny z dna pamięci jasnogórski prze-
sąd:  paulini,  którzy  zostają  bisku-
pami, marnie kończą. Ostatni – Ste-
fan Acs 
z Węgier, zginął w łazien-
ce (27 marca 1993 r.), gdy do wan-
ny  wpadła  mu  włączona  suszarka. 

Ekscelencjo o. Stanisławie, pro-

szę na siebie uważać i pamiętać, że
zakonna  czystość  to  nie  tylko  hi-
giena  osobista!!!

OP

M

Maałłee jjeesstt bbooggaattee

M

iniaturowa  parafia  nieko-
niecznie znaczy biedna pa-

rafia. Czasem bowiem biznes ma
charakter  sezonowy.

Jako „najmniejsza parafia” re-

klamuje  się  na  przykład  ustano-
wiona  w 1992  roku  przez  micha-
litów  parafia  pw.  Matki  Bożej
Gwiazdy Morza w Piaskach, na sa-
mym  krańcu  polskiej  części  Mie-
rzei  Wiślanej  –  dalej  jest  już  tyl-
ko las i zasieki na granicy z Fede-
racją  Rosyjską. 

Parafia  w Piaskach  liczy  sobie

zaledwie  183  dusze,  ale  znakomi-
cie rekompensuje to sobie w lecie,
kiedy wybudowany w 2000 roku ko-
ściół zapełnia się tłumami letników.
Podobnie  jest  w przypadku  erygo-
wanej przez paulinów w 1998 roku
parafii  pw.  NMP  Królowej  Polski
w Łukęcinie. I choć ten nadmorski
kurort ze słynnym polem golfowym
stałych  parafian  ma  zaledwie  125,
to  już  w 2007  roku  zdołano  wysta-
wić tu cały kompleks kościelny z bar-

dzo  przestronną  świątynią.  W wa-
kacje  liczba  parafian  w Łukęcinie
wzrasta bowiem do 5 tysięcy. Poza
sezonem nabożeństwa dla miejsco-
wych – ze względu na oszczędność
–  odbywają  się  w mieszczącej  50
osób salce w domu rekolekcyjnym. 

Naprawdę najmniejszą polską

parafią  jest  jednak  parafia  archi-
katedralna  św.  Stanisława  i św.

Wacława  na  Wawelu  w Krako-

wie.  Chociaż  liczy  niespełna

sześćdziesięciu parafian, na

msze  w katedrze

wawelskiej regu-

larnie  przycho-

dzi  półtora  ty-

siąca wiernych.

I podobnie  jak
parafie  w Łu-
kęcinie i w Pia-
skach  parafia

wawelska  żyje

przede  wszyst-

kim  z turystów.

AK

STOWARZYSZENIE HOSPICJUM OPOLSKIE jest organizacją po-
żytku  publicznego,  na  którą  można  przekazać  1 proc.  swojego
podatku
45-061 Opole, ul. Katowicka 67B
tel. 077 40 25 235, fax 077 40 25 236
NIP 754-26-77-52 
Pekao SA IO/Opole 58 1240 1633 1111 0010 1596 7829
KRS 0000025002

O

O ggooddn

nąą śśm

miieerrćć

background image

7

7

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

A TO POLSKA WŁAŚNIE

B

iuro Lustracyjne Instytu-
tu  Pamięci  Narodowej
prowadzi internetowy ka-
talog byłych pracowników,

funkcjonariuszy i żołnierzy peerelow-
skich  służb  specjalnych  oraz  osób
przez nie rozpracowywanych, człon-
ków  władz  nieboszczki  PZPR  oraz
tzw.  osób  publicznych.  Przed  kilko-
ma dniami dopisano do tego zbioru
105 obecnych prezydentów miast, 323
burmistrzów i 80 członków zarządów
województw. 

„Z uwagi na czaso- i pracochłon-

ność  niezbędnych  kwerend  dotyczą-
cych urzędników samorządowych, nie
ma możliwości opublikowania jedno-
razowo  pełnego  zbioru.  W  związku 
z  tym  przyjęto  zasadę  publikowania
informacji sukcesywnie. W pierwszej
kolejności  zostały  opublikowane  da-
ne  508  osób,  w  następnej  edycji  pu-
blikacja obejmie pozostałych burmi-
strzów, a w kolejnych uzupełnieniach
– członków zarządów powiatów i wój-
tów” – zapowiada IPN.

Popatrzmy,  kogo  dali  na  pierw-

szy ogień...

⁄ ⁄ ⁄

Antoni  Szlagor (do  2002  r.

członek władz powiatowych Platfor-
my  Obywatelskiej,  obecnie  bezpar-
tyjny)  przez  drugą  już  kadencję  jest
burmistrzem  Żywca.  Nie  opuszcza
żadnej  imprezy  kościelnej  i  uchodzi
za pupilka ordynariusza diecezji biel-
sko-żywieckiej biskupa Tadeusza Ra-
koczego
. Szlagor idzie w zaparte, ale
według IPN był kiedyś tajnym współ-
pracownikiem  o  pseudonimie  „Pa-
weł Góral”, działającym na rzecz Wy-
działu IV (zajmującego się kat. Ko-
ściołem) krakowskiej bezpieki i – je-
śli  wierzyć  starym  kwitom  –  kapo-
wał za pieniądze na kolegów z dusz-
pasterstwa akademickiego prowadzo-
nego przez jezuitów.

Wyrejestrowano  go  w 1974  r.

„z powodu nieprzydatności do dalszej
współpracy”.  Pod  tym  sformułowa-
niem kryje się zapisana w jednym z ra-
portów obawa bezpieki, że ostro po-
pijający i awanturujący się po gorza-
le „Paweł Góral” może się nieopatrz-
nie zdekonspirować w środowisku.

Krystian  Szostak to  bezpar-

tyjny  burmistrz  Pszczyny,  a  w  latach
1977–1979  TW  „Ryszard”  (wykorzy-
stywany przez katowicką bezpiekę m.in.
do inwigilacji Franciszkańskiego Ośrod-
ka  Duszpasterskiego)  i  właściciel 
Lokalu Kontaktowego „Karo”. Wy-
eliminowano go z sieci agenturalnej
„z  powodu  wstąpienia  do  PZPR”.

– Tak naprawdę nigdy nie współ-

pracowałem,  a  zobowiązanie  pod-
pisałem pod przymusem – twierdzi
Szostak. 

Wywodzący się z SLD obecny

burmistrz  Siewierza  Zdzisław  Ba-
naś 
to niegdysiejszy TW „Klemens”,
pozyskany  do  współpracy  w  1984  r.
przez SB w Zawierciu „do zagadnie-
nia  nieprawidłowości  w  funkcjono-
waniu  bazy  i  nadbudowy  w  rolnic-
twie”  –  ujawnia  IPN.

29.01.1990  r.  wszystkie  mate-

riały operacyjne dotyczące „Klemen-
sa” zniszczono, nie przekazując ich
do  archiwum.  Banaś  nie  ukrywa,

że  miał  kontakty  z  SB,  jednak  ab-
solutnie – jak twierdzi – nie zdawał
sobie sprawy, że miały one charak-
ter  agenturalny.

Zenon  Maksalon (PSL)  od

10  lat  sprawuje  urząd  burmistrza
Barwic (woj. zachodniopomorskie).
Według  materiałów  IPN,  w  latach
1971–1973 był pozyskany przez Woj-
skową Służbę Wewnętrzną jako TW
„Teresa”  w  celu  „kontrwywiadow-
czego zabezpieczenia Stanowiska Do-
wodzenia 3. Brandenburskiej Dywi-
zji  Lotnictwa  Szturmowo-Rozpo-
znawczego”. „Teresę” wyeliminowa-
no  z  czynnej  sieci  agenturalnej  po
przejściu  do  cywila,  a  wszelkie  ma-
teriały operacyjne zniszczono.

–  Złożyłem  do  sądu  wniosek

o autolustrację,  żeby  bronić  swoje-
go dobrego imienia i całkowicie oczy-
ścić  się  z nieuzasadnionych  podej-
rzeń o współpracę z kontrwywiadem
–  mówi  Maksalon.

Prezydent  Mielca  Janusz

Chodorowski jest  bezpartyjny,  ko-
leguje się ze wszystkimi opcjami po-
litycznymi oraz bywa na salonach bi-
skupa tarnowskiego Wiktora Skwor-
ca
, ale w wyborach samorządowych
startował z błogosławieństwem Plat-
formy.  Z  przechowywanych  przez
IPN kwitów wynika, że był agentem
o  pseudonimie  Felek,  pozyskanym
do  współpracy  w  czerwcu  1985  r.
przez Wydział II (kontrwywiad) rze-
szowskiej SB. Teczki „Felka” znisz-
czyli  po  pięciu  latach. 

Chodorowski  stanowczo  zaprze-

cza, jakoby kiedykolwiek kooperował
z bezpieką, i podkreśla, że zrezygno-
wał nawet z wyjazdu służbowego do
Hiszpanii,  żeby  tylko  uniknąć  spo-
tkania z oficerem specsłużb.

Zbigniew Dychto został pre-

zydentem  Pabianic  jako  kandydat
niezależny, bez poparcia żadnej par-
tii politycznej, ale zaraz po wyborach
uczynił  swoimi  zastępcami  przed-
stawicieli  twardej  prawicy.  W  kata-
logach IPN Dychto jest Kontaktem
Operacyjnym „Zbyszek”, zarejestro-
wanym przez SB w listopadzie 1985
roku (akta zniszczono w 1990 r.).

Dzisiaj wyjaśnia, że będąc dyrek-

torem Zespołu Szkół Elektrycznych
w Pabianicach, „mniej więcej raz na
dwa  miesiące”  rozmawiał  z  „opie-
kującym  się”  tą  placówką  oficerem
SB.  „W  imię  wszystkich  świętych 
i swojego sumienia oświadczam, że

nie miało to nic wspólnego ze współ-
pracą”  –  podkreśla.

Prezydent Konina Kazimierz

Pałasz (SLD)  został  zarejestrowa-
ny  w  1982  r.  jako  skrzynka  adreso-
wa  o  kryptonimie  Huta,  co  według
IPN-owskich  papierów  oznacza,  że
był  pośrednikiem  w  przekazywaniu
korespondencji  od  agentów  wywia-
du. W 1987 r. wywiad przekazał Pa-
łasza  konińskiej  jednostce  zajmują-
cej  się  przemysłem,  gdzie  występo-
wać miał jako TW „Edward” (wyeli-
minowany  z  ewidencji  w  styczniu
1990  r.  „ze  względu  na  małą  przy-
datność  operacyjną”). 

„W latach 1982–1983 prowadzi-

łem  w  będącej  zakładem  zmilitary-

zowanym hucie tajną kancelarię. Od-
bierałem tajną pocztę z SB i sztabu
wojskowego.  Żadnych  innych  kon-
taktów  z  SB  nie  miałem”  –  Pałasz
zaprzecza jakiejkolwiek współpracy.

Marszałek  województwa  za-

chodniopomorskiego  Władysław
Husejko 
(Platforma  Obywatelska)
jest  w  katalogu  IPN  tajnym  współ-
pracownikiem „Tomek”, zwerbowa-
nym przez SB 2 czerwca 1989 r., czy-
li  dwa  dni  przed  wyborami  do  tzw.
Sejmu kontraktowego. Pół roku póź-
niej  wszystkie  dotyczące  go  mate-
riały  operacyjne  zniszczono,  a  Hu-
sejko  objął  funkcję  wiceprezydenta
Koszalina.

„Informacja IPN jest nieprawdzi-

wa  i  krzywdzi  mnie,  bo  nigdy  nie
utrzymywałem  żadnych  kontaktów
z peerelowskimi  służbami  bezpie-
czeństwa” – mówi marszałek.

Wicemarszałek  wielkopolski

Wojciech Jankowiak (PSL) został
„pozyskany 29 stycznia 1988 r. na za-
sadzie  dobrowolności”
.  Taki  zapis
widnieje na karcie ewidencyjnej TW
„Jana”,  prowadzonego  przez  po-
znański  wydział  SB  zajmujący  się
wsią i gospodarką żywnościową. Na
innej fiszce czytamy, że współpracę
rozwiązano 17 listopada 1989 roku 
„z uwagi na wyczerpanie możliwości
operacyjnych”
, choć Jankowiak ob-
jął  wówczas  funkcję  wiceprezyden-
ta  Poznania.

Drugi z wielkopolskich wice-

marszałków to reprezentujący Plat-
formę Leszek Wojtasiak„W dniu
20 grudnia 1982 r. podczas odbywa-
nia  Zasadniczej  Służby  Wojskowej,
zarejestrowany  pod  nr.  61570  jako
Tajny Współpracownik o ps. Rubin,

przez  Oddział  WSW  3  Dywizji  Lot-
nictwa  Szturmowo-Rozpoznawczego
w  Powidzu.  20  czerwca  1984  r.  wy-
rejestrowany  z  ewidencji  operacyjnej
z powodu przejścia do rezerwy” 
– in-
formuje  IPN.  Archiwalne  akta  do-
kumentujące pracę „Rubina” znisz-
czono w grudniu 1989 roku.

Wojtasiak odpiera zarzut o kon-

szachtach  z wojskowymi  specsłuż-
bami  i zapowiada  oddanie  sprawy
domniemanej  współpracy  do  sądu.

Arkadiusz  Bratkowski

(PSL) jest członkiem Zarządu Wo-
jewództwa Urzędu Marszałkowskie-
go w Lublinie. Według danych IPN,
był  tajnym  współpracownikiem
„Agro”,  pozyskanym  w maju  1989

roku  przez  SB  w Zamościu.  Brat-
kowski był wówczas radnym w gmi-
nie  Miączyn  i zastępcą  przewodni-
czącego Rady Wojewódzkiej Zrze-
szenia  Ludowe  Zespoły  Sportowe.
W styczniu 1990 r. jego akta znisz-
czono „z uwagi na znikomą wartość
operacyjną”.

„Nigdy  nie  współpracowałem

ze  służbami  bezpieczeństwa  PRL.
Jeśli zajdzie taka potrzeba, wystą-
pię  o  autolustrację”  –  zapewnia
Bratkowski. 

Błękitnokrwisty prezydent Za-

mościa  Marcin  Zamoyski (w  wy-
borach startował jako kandydat nie-
zależny  popierany  przez  Platformę
Obywatelską)  widnieje  w  katalogu
IPN  jako  TW  „Hrabia”,  skapero-
wany do współpracy w grudniu 1986
roku  przez  jeden  z  wydziałów  cen-
trali  kontrwywiadu  MSW  do  Spra-
wy  Operacyjnego  Rozpracowania
kryptonim  Łaba,  dotyczącej  „kore-
spondentów  krajów  kapitalistycz-
nych” (Zamoyski pracował wówczas
w  Polskiej  Agencji  Interpress).  Po-
dobnie  jak  we  wcześniej  opisanych
przypadkach współpracę rozwiązano
w  styczniu  1990  r.  „z  uwagi  na  za-
kończenie sprawy”. W protokole uty-
lizacji  akt  „Hrabiego”  widnieje  za-
pisek, że żadnych „materiałów o war-
tości  operacyjnej  nie  uzyskano”
,  co
uzasadniać miało ich zniszczenie.

–  Pan  prezydent  nigdy  nie  po-

dejmował  współpracy  z  organami
bezpieczeństwa  –  zapewnił  jego
rzecznik  Karol  Garbula.

⁄ ⁄ ⁄

Spośród zlustrowanych przez IPN

samorządowców  znalazło  się  też
dwóch  byłych  funkcjonariuszy  SB
(Zygmunt Pałczyński, bezpartyjny
burmistrz  Warki,  i  Zbigniew  Ko-
smatka
,  lewicowy  prezydent  Piły),
co  akurat  nie  jest  sensacją,  bowiem
o  tych  epizodach  z  życiorysu  wcze-
śniej informowali wyborców. Pewną
niespodzianką  dla  elektoratu  może
się  natomiast  okazać  kariera  popie-
ranego  przez  Platformę  burmistrza
Trzcianki (woj. wielkopolskie) Mar-
ka  Kupsia
,  który  odbył  w 1988  r.
szkolenie kontrwywiadowcze, a w cza-
sie  późniejszej  praktyki  „wytypował
i pracował z dwiema Osobami Zaufa-
nymi, zapewniając sobie w miarę do-
bry  dopływ  informacji  z  tego  środo-
wiska. W umiejętny sposób organizo-
wał pracę operacyjną, wykazując du-

żo własnej inicjatywy i osobiste-

go  zaangażowania”.  Taki

zapis znajdujemy w opi-

nii  wystawionej  ofi-

cerowi  Kupsiowi

przez  Szefa  Wy-

działu I Zarządu

WSW 

Wojsk

Lotniczych.

⁄ ⁄ ⁄

Oprócz  lu-

dzi z polityczno-

- u r z ę d o w e g o

świecznika  IPN

ma do sprawdzenia

m.in.  2460  urzędują-

cych  w Polsce  wójtów,

burmistrzów  i prezydentów

oraz  kilkutysięczną  armię  człon-

ków  zarządów  powiatów  i woje-
wództw.  Tego  wymaga  ustawa  na-
kazująca  upublicznienie  wszelkich
archiwalnych zapisów służb specjal-
nych  na  temat  osób  zajmujących
dziś  kluczowe  stanowiska.  Ustawa
znowelizowana  i  uchwalona  przez
PiS,  PO,  LPR  i  Samoobronę.  Na-
turalnie  publikacja  tak  wielu  na-
zwisk włodarzy miast, gmin i woje-
wództw  może  sparaliżować  wiele
samorządów  i  wytoczyć  wiele  złej
krwi,  ale  niech  to  będzie  nauczka
dla Platformy, która tak często po-
piera  chore  pomysły  PiS. 

Oprócz  oczywistej  konkluzji,  że

fachowcy  od  lustracji  mają  zapew-
nioną  dobrze  płatną  robotę  aż  do
emerytury, rodzi się też pytanie, ja-
kim  cudem  wśród  osób,  którym
znaleziono haki w życiorysach, nie
ma ani jednego działacza od bra-
ci Kaczyńskich
. Czyżby wszyscy by-
li kryształowo czyści?

–  Oczywiście,  że  nie!  Nikt  tego

oficjalnie nie powiedział, ale szefo-
wie wielokrotnie dawali nam do zro-
zumienia, że teraz jest sezon polo-
wań na ludzi związanych z PO, PSL
i  SLD,  więc  publikację  kwitów  na
tych z PiS odłożono na kolejne edy-
cje  katalogu  –  twierdzi  archiwista
z IPN-u. A kolejna edycja – jak zna-
my życie – ukaże się... po wyborach. 

ANNA TARCZYŃSKA

IPN opublikował zapiski peerelowskich służb 
specjalnych dotyczące niektórych samorządowców. 
Ich wyboru dokonano według specjalnego klucza...

N

Niieekkoońńcczząąccaa ssiięę 
hhiissttoorriiaa

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

8

8

A TO POLSKA WŁAŚNIE

Współcześnie formy państwowej

cenzury  są  nieskuteczne,  bo  i tak
zakazane  obrazki  czy  teksty  trafią
do obywateli za pośrednictwem in-
ternetu.  Można  oczywiście  bloko-
wać  dostęp  do  wybranych  witryn,
tak jak to czynią rządy Chin czy Taj-
landii. Jednak internauci znaleźli już
i na  to  sposób. 

Wolność słowa nie oznacza jed-

nak  prawa  do  publicznego  zniewa-
żania kogokolwiek, świadomego mó-
wienia  nieprawdy  czy  propagowa-
nia  zbrodni.  O dziwo,  za  czołowe-
go  obrońcę  wolności  słowa  uważa
się  obecnie  Kościół  katolicki.
W przypadku Polski – jak dowodzą
policjanci historyczni z IPN – był on
jedyną  (sic!)  instytucją  w latach
1945–1989, która dawała gwarancję
swobody  wypowiedzi.  Za  przykład
podają  liczne  spotkania  organizo-
wane  w świątyniach  w ramach  tak
zwanych  Dni  Kultury  Chrześcijań-
skiej.  Zapominają  jednak,  że  rów-
nocześnie  funkcjonował  tak  zwany
indeks  ksiąg  zakazanych,  czyli  wy-
kaz  publikacji,  których  lektura  bez
zgody  właściwego  biskupa  pociąga
za sobą ekskomunikę. Pierwsze tek-
sty  Kościół  delegalizował  już  w IV
wieku  naszej  ery.  Na  początku  po-
magały mu w tym władze świeckie,
karząc  surowo  ludzi  przechowują-
cych „heretyckie” dzieła. Na indek-
sie znalazły się także fundamental-
ne  prace  naukowe,  np.  Mikołaja

Kopernika „O obrotach  sfer  nie-
bieskich”. Zezwolenie na studia nad
dziełem  wybitnego  astronoma  zo-
stało wydane dopiero w 1822 roku.
Na  liście  znajdziemy  także  nazwi-
ska  innych  naszych  rodaków.  Ot,
choćby  założycielki  mariawityzmu
Felicji  Kozłowskiej czy  publicy-
styczną książkę Bolesława Piasec-
kiego 
(lider  Stowarzyszenia  PAX)
„Zagadnienia  istotne”. 

Po  wielu  naradach  i dyskusjach,

w ramach tak zwanego nowego otwar-
cia, papież Paweł VI ogłosił w 1966
roku, że coroczna publikacja indek-
su  ksiąg  zakazanych  została  zakoń-
czona. Nie oznaczało to, że publika-
cje,  które  dotąd  tam  umieszczono,
zostały uwolnione. Dotąd wy-
dane zakazy miały nadal obo-
wiązywać. 

Tymczasem  Kościół

szukał  cały  czas  nowego,
lepszego  sposobu  ograni-
czenia wolności słowa. By-
ło  to  szczególnie  istotne
od lat 60. ubiegłego wie-
ku,  kiedy  to  zaczęły  się
toczyć wielkie debaty fi-
lozoficzno-teologiczne
i pojawiły  się  nowe  nurty
– w tym tak zwana teologia
wyzwolenia.  Inna  sprawa,
która  spędzała  i spędza  sen
z powiek hierarchów kościelnych,
to  nowe  odkrycia  archeologii

biblijnej.  Publikowane  są  one  co
prawda  w czasopismach  ukazują-
cych się w mikroskopijnych nakła-
dach 200–300 egzemplarzy i trafia-
ją  niemal  wyłącznie  do  bibliotek
naukowych, ale negują fundamen-
ty  ideologii  Krk. 

W międzynarodowym  światku

prawniczym trwały zakłady, jaki to
sposób  na  ukrycie  niewygodnych
prawd  wynajdą  eksperci  Stolicy
Apostolskiej. I oto w czasopismach
teologicznych oraz zajmujących się
archeologią biblijną pojawiły się no-
we,  niespotykane  dotąd  klauzule.
Otóż  Kościół  rzymski  uznał  się  za
właściciela  praw  autorskich  do...
badań  naukowych.  Oznacza  to,  że
bez zgody biskupów nie wolno wy-
korzystywać  tych  materiałów.  Jest
jeszcze  gorzej  –  Kościół  uznał  się
samozwańczo za dysponenta praw
do  wszelkich  tekstów,  jakie
powstały  pod  jego  patro-
natem. I to on będzie

decydować, czy i komu pozwolić na
ich tłumaczenie i wydanie. W nor-
malnym  świecie  prawa  autorskie
przysługują autorom, mają charak-
ter  osobisty  i są  niezbywalne.  To
autor, a po jego śmierci spadkobier-
cy  mają  prawo  decydować,  komu
i na jakich zasadach pozwoli się na
publikację,  tłumaczenie,  redakcję
itp. Jeżeli chodzi o wynagrodzenie
(tantiemy)  za  publikacje,  to  usta-
wodawcy  uznali,  że  po  upływie  70
lat od śmierci autora prawo to wy-
gasa. Praca taka przechodzi do tak
zwanej domeny publicznej, z której
korzystać  może  każdy. 

Restrykcje  cenzorskie  Kościół

prowadzi na całym świecie. Na przy-
kład  w Ameryce  Łacińskiej  zakaz
udzielania  licencji  na  tłumaczenia
i edycje w innych językach dotknął
teologów  wyzwolenia.  Warto  tutaj
przypomnieć,  że  ich  polskie  wyda-
nia  są  białymi  krukami  niedostęp-
nymi  na  rynku  (ukazywały  się  na-
kładem  Akademii  Nauk  Społecz-
nych  przy  KC  PZPR).  Na  począt-
ku  XXI  wieku  z księgarskich  pó-
łek zaczęły znikać książki ojca An-

thony  de  Mello,  jezuity  pracu-

jącego  w

latach

50.–80.  XX  wie-

ku  w Indiach.

W swoich  pra-

cach  łączył  on

d u c h o w o ś ć

chrześcijańską

i

hinduską, 

a jego metody

wśród  psycholo-

gów  i terapeutów

uznawane  są  nadal

za 

nowatorskie

i skuteczne. Jednym

z ich  najważniej-

szych  przesłań  było
stwierdzenie, że do-
gmaty religijne ogra-
niczają  naszą  we-

wnętrzną  wolność,

a bez niej człowiek nie

może być ani szczęśliwy, ani nie za-
zna  miłości.  Wycofanie  tych  prac
z księgarni zarządził ówczesny pre-
fekt  Kongregacji  Wyznania  Wiary
kardynał  Joseph  Ratzinger,  dzi-
siejszy  papież. 

W Polsce siostry ze Zgromadze-

nia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia
ostrzegły  badaczy  przed  próbą  sa-
modzielnego komentowania „Dzien-
niczka siostry Faustyny Kowalskiej”.
– Wydanie takiego opracowania na-
rusza nasze prawa autorskie – oświad-
czyły. – Do 2051 roku to my, zakon-
nice, decydujemy, komu pozwolić na
jego komentowanie. 

Bardzo szybko tezy zakonnic za-

częli analizować internauci. Jak za-
uważył  Piotr  Waglowski,  jeden
z najlepszych  polskich  specjalistów
od  prawnych  regulacji  sieci  infor-
matycznych,  działania  sióstr  mają
na  celu  „kontrolę  prawd  objawio-
nych.  Być  może  ktoś  uznał,  że  pra-
wo  autorskie  jest  tu  dobrym  narzę-
dziem”
. Zwrócił on także uwagę na
to,  że  siostry  bez  żadnej  podstawy
prawnej  uważają  się  za  dysponent-
ki  praw  do  „Dzienniczka”.  Przed-
stawiciele  Kościoła  twierdzą,  że
członkowie zgromadzeń zakonnych,
składając śluby ubóstwa, deklarują,
że zrzekają się wszelkiej własności.
A to  powoduje,  że  prawa  do  tego,
co  napisali  czy  opracowali  z urzę-
du,  dostają  się  w ręce  zgromadze-
nia.  Tyle  że  prawo  autorskie  cze-
goś takiego nie przewiduje. Jedyną
instytucją, jaka mogłaby sprowadzić
siostrzyczki na ziemię, jest sąd. Ty-
le  że  sprawy  o prawa  autorskie  są
niezwykle  kosztowne,  a ich  wynik
nie jest pewny. Kościół z powodze-
niem może bowiem stosować meto-
dę, jaką przetestował już w Amery-
ce Łacińskiej. Po prostu jego lokal-
ne  struktury  oświadczają,  że  nie
uznają powództwa, i za podmiot wła-
ściwy  wskazują  chronioną  immuni-
tetem  międzynarodowym  Stolicę
Apostolską.

MiC 

michal@faktyimity.pl

CCeennzzuurraa ppoo kkaattoolliicckkuu

Jednym  z podstawowych  praw  człowieka  jest
swoboda  wypowiedzi.  Bez  niej  nie  ma  wolności
badań  naukowych  i sztuki,  wolności  sumienia,
a także  wymiany  informacji.  Wkońcu  człowiek
poinformowany  to  dobry  obywatel.
Ale czy dobry katolik?

P

olska kultura pod rządami mi-
nistra  Zdrojewskiego  miała

być pluralistyczna i demokratycz-
na. Takie były zapowiedzi. A wy-
szło  jak  zwykle...

Gdy  latem  2008  roku  minister

kultury  i dziedzictwa  narodowego
Bogdan Zdrojewski publicznie mel-
dował premierowi Tuskowi zakoń-
czenie  finansowania  przez  resort
politycznych szkoleń Młodych Kon-
serwatystów czy też periodyków glo-
ryfikujących stadionowych chuliga-
nów  („Templum  Novum”),  wielu
przedstawicieli nauki i kultury uwie-
rzyło, że nareszcie będzie normal-
nie. Polityk PO obiecywał także, że
da  spore  pieniądze  na  wydawnic-
twa, ochronę zabytków oraz wyko-
paliska  archeologiczne.  A wszyst-
ko w drodze czytelnych i uczciwych
konkursów.  Na  równych  prawach
dla  zgłaszających  się  oferentów.
Wnioski  o dofinansowanie  mieli
oceniać  eksperci.  Każda  przeka-
zana  złotówka  będzie  dokładnie

rozliczona.  Jeśli  obdarowani  nie
złożą  stosownych  kwitów,  to  będą
musieli  zwrócić  otrzymaną  kasę 
–  czytaliśmy  w oświadczeniu  re-
sortu.  Wszystkie  te  zmiany  Zdro-
jewski wprowadził (a przynajmniej
miał  wprowadzić)  po  otrzymaniu
wyników kontroli przeprowadzonej
w ministerstwie przez kontrolerów
z Kancelarii  Prezesa  Rady  Mini-
strów  (patrz  „FiM”  30/2008),  któ-
ra  kompletnie  pogrążyła  poprzed-
niego  ministra  –  Michała  Ujaz-
dowskiego

Zapowiedzi  rewolucji  finanso-

wej  w MKiDN  wywołały  szaleńczy
atak na polityka Platformy ze stro-
ny  konserwatywnych  publicystów.
Najłagodniejsze obelgi, jakie padły
pod  adresem  ministra,  to:  grabarz
kultury narodowej, sługus Niemiec,

pseudokonserwatysta...  Wymiana
uprzejmości trwała jednak dość krót-
ko  i nagle  Zdrojewski  –  zdaniem
prawicy – znowu stał się „odpowie-
dzialnym politykiem”. Skąd ta zmia-
na  w ocenie?  Po  prostu  z szum-
nych  zapowiedzi  i obietnic  prawie
nic  nie  zostało. 

Po  pierwsze  –  nadal  wstępną

ocenę  wniosków  o dotacje  przygo-
towują  ludzie  zatrudnieni  jeszcze
przez  Ujazdowskiego. 

Po  drugie  –  państwowe  dotacje

tak jak poprzednio otrzymują tytuły
propagujące nienawiść do lewicy i de-
mokracji: „Fronda”, „Christianitas”
(pismo,  w którym  zatrudnieni  są
państwo  Jurkowie)  czy  „Presje”,
związane z krakowskim Klubem Ja-
giellońskim (kuźnia kadr Opus Dei
w Krakowie). Na łamach „Frondy”

publikowano m.in. materiały zrów-
nujące  przeciwników  lustracji
i zwolenników hitleryzmu, niektó-
rych  byłych  księży  porównywano
do  sprawców  masowych  zbrodni,
a lekarzy przeprowadzających za-
biegi  in  vitro  –  do  doktora  Men-
gele
. Na liście tzw. czasopism kul-
turalnych znajdziemy także domi-
nikański miesięcznik „W drodze”,
jezuicki  „Przegląd  Powszechny”
i krakowskie  „Arkana”.  W przy-
padku  tego  ostatniego  periodyku
kultura  to  lustrowanie  niewygod-
nych  pisarzy,  szczucie  na  Rosję
i publikacja wywiadów z Jarosła-
wem Kaczyńskim 
oraz Antonim
Macierewiczem

Po  trzecie  –  instytucje  kościel-

ne  i Komisja  Krajowa  NSZZ  „So-
lidarność”  nadal  dominują  wśród

obdarowanych.  W ramach  projek-
tu „Rewaloryzacja zabytków nieru-
chomych  i ruchomych”  prawie  59
procent darowizn to środki przezna-
czone  dla  parafii,  kurii  i domów
zakonnych  oraz  na  „zabytek”  pod
nazwą  hala  Stoczni  Gdańsk  (dota-
cja:  przeszło  milion  złotych). 

Po  czwarte  –  Zdrojewski  objął

osobistym patronatem imprezę Fun-
dacji  Odpowiedzialność  Obywatel-
ska  pod  hasłem  „Młodzi  pamięta-
ją”. W jej ramach 13 grudnia na uli-
cach kilku dużych miast stanęły sta-
re  milicyjne  samochody  i koksow-
niki. W stolicy dodatkową atrakcją
były nocne chamskie śpiewy pod do-
mem generała Wojciecha Jaruzel-
skiego
.  Rozumiemy,  że  nie  chciał
być  gorszy  od  swojej  partyjnej  ko-
leżanki Hanny Gronkiewicz-Waltz
(prezydent Warszawy), która także
inicjatywie patronowała. Obydwoje
twierdzą  przy  tym,  że  „Młodzi  pa-
miętają”  to  impreza  edukacyjna. 

MCH 

ZZddrroojjee((w

wsskkiieeggoo)) kkuullttuurryy

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

9

9

POLSKA PARAFIALNA

Miasteczko Pakość słynie odwie-

dzaną przez pielgrzymów i turystów
kalwarią  (zabytkowy  kompleks  reli-
gijny składający się z 25 kaplic i ko-
ścioła Ukrzyżowania) administrowa-
ną  przez  franciszkanów,  oraz  –  od
niedawna – mnichem z tegoż zako-
nu  skazanym  na  4,5 roku  więzienia
za wykorzystywanie seksualne mini-
stranta, na którym przez kilka lat
rozładowywał w klasztorze swoje
pedofilskie upodobania przy cał-
kowitej  bierności  przełożonych
(„Gorycz słodyczy” – „FiM” 50/2008).

Pakość obchodzić będzie w bie-

żącym  roku  650  rocznicę  nadania
praw  miejskich  i przypadek  owego
zakonnika bardzo zaciążył na pod-
niosłej atmosferze przygotowań do
jubileuszu, a można by nawet rzec,
że całkiem ją zasmrodził. Tym bar-
dziej że niemal wszystko w tym mie-
ście  kręci  się  wokół  franciszkanów
i kalwarii,  a silnie  niegdyś  związa-
ny z SLD burmistrz Wiesław Koń-
czal 
(fot. 1, w środku) staje na gło-
wie, żeby wielebnym zrobić dobrze.

Ich najnowszym wspólnym po-

mysłem  jest  społeczna  odbudowa
klasztornych  salonów  z wszelkimi
sakralnymi przyległościami, co – po
zatwierdzeniu  w kwietniu  2008  r.
przez  Radę  Miejską  –  nazywa  się
teraz oficjalnie „utworzeniem Par-
ku  Kulturowego  Kalwaria  Pako-
ska”  (fot.  2).

Plan zapisany w uchwale pole-

ga  nie  tylko  na  całkiem  skądinąd
słusznym  odrestaurowaniu  kapli-
czek  i figur  tworzących  kalwarię,
która  stanowi  największą  atrakcję
turystyczną regionu, ale również na
„rewaloryzacji  i utrzymaniu”:

„dróg  modlitewnych”;

dwóch cmentarzy parafialnych

i jednej  –  pozostającej  we  włada-
niu  franciszkanów  –  plebanii;

kościoła  administrowanego

przez zakonników parafii św. Bona-
wentury „wraz z klasztorem i kapli-
cą  św.  Rocha”

Podkreślmy,  że  chodzi  o ścież-

ki  dla  pielgrzymów  wrzucających
ofiary  do  skarbonek  kościelnych,

cmentarze, gdzie za pochówek trze-
ba  słono  wielebnym  zapłacić,  oraz
o obiekty, w których ślubujący ubó-
stwo mnisi całkiem wygodnie sobie
dzisiaj  mieszkają,  a za  poprawę
komfortu  nie  zapłacą  złamane-
go grosza...

W drugiej  połowie  listopada

2008  r.  w Pakości  przeprowadzo-
no  „konsultacje  społeczne”.  Wła-
dze zapytały tubylców, czy życzą so-
bie inwestycji pod nazwą „Utworze-
nie  parku  kulturowego  »Kalwaria
Pakoska«  jako  elementu  promocji
dziedzictwa Kujaw i Pałuk”
, co bę-
dzie  się  niestety  wiązało  z wydat-
kowaniem  pokaźnych  kwot  z kasy
publicznej. Nie ujawniono przy tym
żadnych danych dotyczących wcze-
śniejszego finansowania franciszka-
nów z budżetu gminy i powiatu ino-
wrocławskiego  ani  tego,  że  np.
w minionym  roku  świątobliwi  mę-
żowie  dostali  od  państwa  okrągłe
400 tys. zł na renowację jednej z ka-
plic  kalwarii...

Na  ok.  8 tys.  dorosłych  miesz-

kańców gminy uprawnionych do wy-
rażania opinii w referendum wzię-
ło  udział...  363  obywateli:  334  by-
ło  „za”  sakralnymi  inwestycjami,

a 28  stanowczo  sprzeciwiło  się  te-
mu  pomysłowi.

„Wynik  konsultacji  jest  bardzo

ważny.  Burmistrz  Wiesław  Kończal
otrzymał  tym  samym  potwierdzenie,
że  kierunek,  który  sobie  wytyczył,
ma  poparcie  wśród  mieszkańców”
– radowała  się  lokalna  gazeta. 

– Najwyraźniej nie ma w naszej

gminie  aż  tak  dużo  przeciwników
wydatkowania samorządowych pie-
niędzy  na  Kalwarię  Pakoską  –  za-
uważył  sekretarz  gminy  Szymon
Łepski
, choć w sondażu interneto-
wym  na  portalu  pakosc.info  prze-
ciwnicy  pobili  entuzjastów  stosun-
kiem  48  do  43  proc.  głosów.

Mając  tak  „silne  poparcie  spo-

łeczne”, burmistrz Kończal bez więk-
szego trudu przepchnął 29 grudnia
w Radzie Miejskiej uchwałę w spra-
wie  budżetu  na  2009  r.,  w którym
na  kalwarię,  cmentarze  i klasz-
tor mające kosztować łącznie po-
nad 15 mln zł 
zaplanowano w bie-
żącym  roku  trzy  miliony  z „ogon-
kiem” (przy 20,4 mln zł wszystkich
dochodów  gminy  i deficycie  prze-
kraczającym  9,2 mln  zł!).

W sumie  do  2012  r.  pakoscy

podatnicy  zapłacą  za  sacrum
5,2 mln zł
, a resztę ma dołożyć Unia

Europejska, a więc i tak będą to środ-
ki pochodzące m.in. z naszych skła-
dek do wspólnotowego budżetu.

Odwiedzaliśmy Pakość incogni-

to, tropiąc mnicha pedofila. Ostat-
ni raz byliśmy tam tuż przed pierw-
szymi  śniegami.  Nie  zdążyły  jesz-
cze  przykryć  wielkiego  wstydu...

Oto  kilkadziesiąt  metrów  od

przewidzianego  do  „rewaloryzacji
i utrzymania” cmentarza, gdzie udu-
chowieni notable kwestowali na rzecz
kalwarii, aż bije po oczach komplet-
nie  zapuszczona  nekropolia  ewan-
gelicka (fot. 3). Po prostu obraz nę-
dzy i... przyzwoitości włodarzy mia-
sta,  którzy  otrzymują  z kasy  woje-
wody kujawsko-pomorskiego niema-
łe pieniądze na konserwację tego ro-
dzaju obiektów i miejsc pamięci.

– Prawie wszystkie dotacje kie-

rowano  na  kalwarię.  Nasi  francisz-
kanie  są  workiem  bez  dna  –  za-
uważył w rozmowie z „FiM” jeden
z urzędników  gminy.

Jeszcze  gorszą  sytuację  udoku-

mentowaliśmy  w pobliskiej  wsi  Ra-
dłowo,  wchodzącej  w skład  gminy
Pakość. Znajdujący się tam niegdyś
cmentarz  ewangelicki  jest  dzisiaj
śmietnikiem rozgrzebywanym przez
psy i lisy poszukujące kości (fot. 4 i 5).

Ci, których szczątki uda się głod-

nej  zwierzynie  wykopać,  mieli  zwy-
kłego pecha, że byli wyznawcami nie-
słusznej wiary i mieszkali nazbyt bli-
sko kalwarii...

ANNA  TARCZYŃSKA

D

Dzziiaad

dyy k

kaallw

waarryyjjssk

kiiee

Klasztor,  w którym  grasował  przez  kilka  lat
zakonnik  pedofil,  zostanie  teraz  ślicznie
wyremontowany  za publiczne  pieniądze...

1

3

4

5

2

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

10

0

POD PARAGRAFEM

Artykuł  „Ostatnia  bitwa”  (FiM”
1/2009) poruszył armię polskich
służb  mundurowych  w stanie
spoczynku. Posypały się prośby
o rady, wyjaśnienia i wskazów-
ki.  Ponieważ  bitwa  w obronie
legalnie  nabytych  praw  emery-
talnych  wciąż  trwa,  o tym,  jak
ją  właściwie  poprowadzić,  roz-
mawiamy  z człowiekiem,  który
szlaki  przetarł  –  pułkownikiem
WP w stanie spoczynku Zdzisła-
wem  Gągalskim. 

–  Jaki  jest  cel  tej  batalii?
–  Walczymy  o to,  co  nam  się

prawnie  należy  –  aby  nasze  renty
i emerytury były waloryzowane zgod-
nie  z zapisami  ustawy  emerytalnej.

– Kto w takim razie może i po-

winien starać się o rewaloryzację?

– Rzecz dotyczy rencistów i eme-

rytów  wszystkich  służb  munduro-
wych 
oraz  wdów  i sierot  po  zmar-
łych świadczeniobiorcach, którzy prze-
szli na emeryturę przed 1 stycznia 1999
roku. Ma to związek z ustawą z dnia
17 grudnia 1998 roku o rentach eme-
ryturach  z FUS,  która  miała  uregu-
lować  tryb  przyznawania  i waloryzo-
wania rent i emerytur wszystkim gru-
pom społeczno-zawodowym. Ustawa
ta nie obejmowała rolników, tych, któ-
rym  pozostało  niewiele  do  przejścia
na  emeryturę,  oraz  tych,  którzy  już
byli na rentach i emeryturach (więcej
na ten temat w artykule „Ostatnia
bitwa” – „FiM” 1/2009 
– dop. red.).
Tymczasem  wbrew  intencjom  biura
emerytalne służb mundurowych obję-
ły przepisami tej ustawy również tych,
którzy już byli na rentach i emerytu-
rach,  co  oznacza,  że  waloryzują  im
renty i emerytury z rażącym narusze-
niem prawa! Niezrozumiała jest przy
tym  swoboda  działania  i bezkarność
w wydawaniu  decyzji  waloryzacyj-
nych  z rażącym naruszeniem prawa.

Minister Obrony  Narodowej  milczy!
Prokurator  generalny  odepchnął  tę
sprawę od siebie i odesłał do proku-
ratorów  rejonowych,  a prokuratorzy
rejonowi udają, że nie ma sprawy i dzi-
wią się emerytom, którzy składają do-
niesienia do nich z podejrzeniem po-
pełnienia przestępstwa przez funkcjo-
nariuszy publicznych z art. 231 kodek-
su postępowania karnego!

– Jak w takiej sytuacji postę-

pować?

–  Należy  niezwłocznie  złożyć

wniosek do dyrektora WBE (wszyst-
kie wzory pism znajdują się na stro-
nie internetowej tygodnika – www.fak-
tyimity.pl). Wniosek składa się za po-
twierdzeniem  odbioru  bezpośrednio
w biurze emerytalnym lub za pośred-
nictwem  poczty.  Dyrektor  ma  obo-
wiązek rozpatrzeć ów wniosek w ter-
minie  30  dni  od  daty  doręczenia
i udzielić  odpowiedzi  w formie  DE-
CYZJI ADMINISTRACYJNEJ (nie
inaczej)!  Jeżeli  tego  nie  zrobi,  nale-
ży przesłać dyrektorowi wezwanie do
naprawienia  prawa
,  dając  warun-
kowo krótki termin dodatkowy.

– Czy  w ten  sam  sposób  mo-

gą  się  starać  o swoje  świadcze-
nia  wdowy  i sieroty  po  zmarłych
pracownikach  służb  munduro-
wych, którym źle naliczono świad-
czenie?

– Tak. Z tym, że te osoby do skła-

danych  dokumentów  powinny  dołą-
czyć pismo o przekazaniu wniosku

– Dyrektorzy Wojskowych Biur

Emerytalnych z zasady odmawia-
ją  rewaloryzacji.  Co  należy  zro-
bić  w takim  przypadku?

–  Taka  decyzja  musi  być  uza-

sadniona,  zaś  w pouczeniu  ma  być
wyraźnie określony tryb odwoławczy
do  Sądu  Okręgowego  Sądu  Pracy
i Ubezpieczeń Społecznych i za czy-
im  pośrednictwem.  Po  otrzymaniu

decyzji o odmowie unieważnienia wa-
dliwych decyzji oraz ponownego prze-
liczenia świadczenia należy – stosow-
nie  do  pouczenia  znajdującego  się
na odwrocie – złożyć odwołanie do
Sądu  Okręgowego  Sądu  Pracy
i Ubezpieczeń Społecznych za po-
średnictwem biura emerytalnego,
które  wydało  decyzję  odmowną
.

Tu pragnę zwrócić uwagę na pew-

ne  niebezpieczeństwo  –  często  zda-
rza się, że dyrektorzy biur kierują pe-
tentów  na  niewłaściwą  drogę  (po-
wództwo cywilnoprawne). Niektórzy
dali się już wpędzić w ten zaułek i nie
złożyli odwołania od decyzji admi-
nistracyjnej 
(w trybie odwoławczym
według zasad określonych w kodek-
sie postępowania administracyjnego),
ale pozwy do sądu. Odradzam, po-
nieważ to zupełnie inny tryb i... kosz-
ty.  Jeszcze  raz  podkreślmy  –  należy
złożyć odwołanie do sądu okręgowe-
go (jako sądu I instancji w tym przy-
padku)  i za  pośrednictwem  biura
emerytalnego.  Złożenie  takiego  od-
wołania jest bezpłatne. 

– W jaki sposób należy złożyć

odwołanie?

– Odwołanie składa się wraz z za-

łącznikami  w jednym  egzemplarzu.
Można  to  zrobić  osobiście  bądź  za
pośrednictwem  poczty.  Na  tym  eta-
pie  wskazane  jest  również  złożenie
dwóch  innych  dokumentów,  a mia-
nowicie: zawiadomienia do Proku-
ratora Rejonowego o podejrzeniu
popełnienia  przestępstwa  przez
funkcjonariusza publicznego z art.
231 kodeksu postępowania karne-
go 
oraz wniosku do Ministra Obro-
ny Narodowej 
jako organu II instan-
cji o uchylenie decyzji wydanych przez
WBE z rażącym naruszeniem prawa. 

– Co  dalej?
– Po złożeniu odwołania należy

oczekiwać  na  informację  z biura

emerytalnego, w której dyrektor od-
niesie  się  do  naszego  pisma,  a tak-
że powiadomi o przesłaniu go wraz
ze swoimi „spostrzeżeniami” do są-
du okręgowego. To powinno się od-
być  niezwłocznie.  Sąd,  po  otrzyma-
niu  kompletu  dokumentów  z biura
emerytalnego, powinien nadać spra-
wie  sygnaturę  i przysłać  petentowi
(upartemu  na  życie  emerytowi)  do
wiadomości  z prośbą  o odniesienie
się do uwag dyrektora biura. Zosta-
niemy  wówczas  poproszeni  o prze-
słanie do sądu swoich uwag (pismo
przedprocesowe
). W tym piśmie na-
leży obalić tezy dyrektora i udowod-
nić  swoje  racje.

– A  jeśli  prokuratura  odmó-

wi  wszczęcia  śledztwa?

– W takim przypadku należy nie-

zwłocznie złożyć zażalenie do pro-
kuratury  okręgowej
.

– Pozostaje  jeszcze  Minister-

stwo  Obrony  Narodowej...

– ...którego pracownicy z pewno-

ścią przyślą informację, że pismo upar-
tego emeryta krąży pomiędzy depar-
tamentami i nabiera mocy urzędowej.
Wówczas  należy  złożyć  skargę  do
premiera  RP
,  by  pomógł  ministro-
wi obrony narodowej i jego podwład-
nym w trudnej pracy.

–  Ale  to  nie  koniec  batalii?
– Nie. Należy przygotować się do

procesu, podczas którego trzeba udo-
wodnić swoje racje. Jeżeli wyrok bę-
dzie  dla  emeryta  pozytywny,  trzeba
liczyć  się  z apelacją  założoną  przez
dyrektora  Wojskowego  Biura  Eme-
rytalnego. Jeśli zaś sąd nie uzna na-
szych  racji  i wyrok  będzie  negatyw-
ny, należy przygotować swoją apela-
cję. W tym przypadku należy pamię-
tać  o tym,  że  obowiązują  ścisłe  ter-
miny i wymogi prawne. Z całą pew-
nością  trzeba  zażądać  w sekretaria-
cie  sądu  uzasadnienia  wyroku  na

piśmie (czeka się na nie często mie-
siąc  i dłużej).  Od  daty  otrzymania
uzasadnienia  mamy  14  dni  na  przy-
gotowanie i złożenie apelacji. To bar-
dzo ważne, ponieważ jeśli nie wystą-
pimy  z wnioskiem  o uzasadnienie,
wyrok uprawomocni się.

– Wiele osób sądzi, że termin

składania  odwołań  minął  wraz
z końcem  ubiegłego  roku
.

–  Z uwagi  na  to,  że  nie  skarży-

my ustawy, lecz decyzje waloryzacyj-
ne (pojedynczo lub całościowo) wy-
dane  na  jej  podstawie,  obowiązują
terminy przedawnienia, ale dla każ-
dej decyzji oddzielnie (10 lat od da-
ty wydania). Informacja, którą swe-
go czasu sam zamieściłem na forum,
że cała sprawa ulega przedawnieniu
z dniem  1 stycznia  2009  roku,  była
mylna, za co przepraszam. Wówczas
sam  nie  byłem  pewny,  bo  dowiązy-
wałem to ściśle do terminu przedaw-
nienia ustawy, a poza tym chciałem
przyspieszyć  działania  poszkodowa-
nych, by nie czekali na ostatnią chwi-
lę  ze  składaniem  dokumentów.

–  Co  w sytuacji,  kiedy  żadna

z instytucji, do których poleca Pan
się  odwołać,  nie  zechce  zareago-
wać?

–  Nie  ma  takiej  siły,  by  nie  od-

powiedzieli. A jeśli nie, to będzie to
przepustka  do... 

–  Strasburga?
–  Właśnie.  Pojawiają  się  już  su-

gestie, żeby w tym celu założyć sto-
warzyszenie.  Jeśli  nasze  „elyty”  nie
obudzą  się,  nie  będzie  wyjścia.  Na
razie  szykujemy  zbiorową,  ogólno-
polską petycję – wezwanie do napra-
wienia prawa – do centralnych orga-
nów  władzy  ustawodawczej,  wyko-
nawczej  i sądowniczej. 

Rozmawiała 

WIKTORIA  ZIMIŃSKA

wiktoria@faktyimity.pl

Zwracam  się  z prośbą

o wyjaśnienie, w jakich wypad-

kach  suma  zachowku  jest  wyż-

sza? Moim zdaniem (a wiem, że

wielu spadkodawców uważa podobnie), pra-
wo  dotyczące  zachowku  jest  niejasne.  Na
przykład jako spadkodawca za spadkobier-
cę uważam osobę godną, wyznaczoną w te-
stamencie  –  to  jest  rzecz  święta  i bezwa-
runkowa, a tak w gestii sądu leży los mo-
jej  ostatniej  woli.  To,  co  otrzyma  w „za-
chowku” spadkobierca, to mój dorobek ży-
cia, krwawica, a nie dorobek sędziego, któ-
ry  decyduje  o tym,  komu  należy  dać  „za-
chowek”.  Czy  sąd  wie  lepiej  niż  spadko-
dawca,  kto  na  ten  „zachowek”  zasłużył?
Ostatnia  wola  spadkodawcy  powinna  być
niezmienna i ostateczna, a nie zależna od
decyzji sądu. (Kazimierz M., Piła)

Spadkodawca  może  swobodnie  dyspono-

wać swoim majątkiem. Może przez to dojść do
sytuacji,  w której  nie  zostaną  powołani  przez
niego do dziedziczenia członkowie najbliższej
rodziny.  Osoby  najbliższe  –  małżonek,  dzieci
– zwykle uczestniczą, choćby pośrednio, w wy-
twarzaniu  majątku.  Prawo  dąży  do  pogodze-
nia  dwóch  zasad:  tzw.  swobody  testowania
i ochrony  rodziny  –  choć  prymat  wiedzie  ta
pierwsza, a instytucja zachowku jest odzwier-
ciedleniem pewnych uwarunkowań etycznych.

Prawdą jest, że spadkodawca może całko-

wicie swobodnie wybrać osobę spadkobiercy,
musi jednak liczyć się z tym, że osoby najbliż-
sze – zstępni (dzieci, wnuki), małżonek i ro-
dzice (o ile byliby powołani do spadku z usta-
wy)  będą  miały  prawo  do  zachowku.

Wysokość  zachowku  odpowiada  zwykle

połowie  wartości  udziału  spadkowego,  który

przypadałby  spadkodawcy  przy  dziedziczeniu
ustawowym.  Na  przykład  zmarły  miał  żonę
i dwoje dzieci. W testamencie do całości spad-
ku powołał jedno z dzieci. Żona i drugie dziec-
ko mają prawo do zachowku. Gdyby dziedzi-
czyli  według  ustawy,  każdemu  przypadłaby
1/3 majątku spadkodawcy. W sytuacji, gdy zmar-
ły pozostawił testament, żonie i jednemu dziec-
ku  będzie  przysługiwało  roszczenie  o połowę
tego udziału, czyli 1/6 majątku spadkowego.

Wartość zachowku jest wyższa, gdy upraw-

niony jest trwale niezdolny do pracy albo je-
żeli uprawniony zstępny jest małoletni – przy-
sługują mu wówczas 2/3 wartości udziału spad-
kowego, który by mu przypadał przy dziedzi-
czeniu ustawowym. Czyli gdyby w naszym przy-
kładzie  założyć,  że  drugie,  niewymienione
w testamencie dziecko miało w chwili śmier-
ci ojca 8 lat, przysługiwałyby mu 2/9 spadku.

Jeżeli  osoba  uprawniona  do  zachowku

(czyli  zstępny,  małżonek,  rodzic): 

1) wbrew woli spadkodawcy postępuje upo-

rczywie w sposób sprzeczny z zasadami współ-
życia  społecznego;

2) dopuścił się względem spadkodawcy al-

bo jednej z najbliższych mu osób umyślnego
przestępstwa  przeciwko  życiu,  zdrowiu  lub
wolności  albo  rażącej  obrazy  czci;

3)  uporczywie  nie  dopełnia  względem

spadkodawcy  obowiązków  rodzinnych 

– spadkodawca może w testamencie stwier-

dzić, że pozbawia go prawa do zachowku, czy-
li wydziedzicza, powinien przy tym podać przy-
czynę. 

Podstawa  prawna:  art.  991-1011  ustawy

z dn.  23  kwietnia  19964  r.  –Kodeks  cywilny
–DzU  64.16.93  ze  zm.

Drodzy  Czytelnicy! 
Nasza rubryka zyskała wśród Was uznanie. Z te-
go względu prosimy o cierpliwość – będziemy sys-
tematycznie odpowiadać na Wasze pytania i wąt-
pliwości.  Prosimy  o nieprzysyłanie  znaczków
pocztowych, bowiem odpowiedzi znajdziecie tyl-
ko  na  łamach  „FiM”.  Informujemy,  że  odpo-
wiedzi  na  pytania  przysyłane  e-mailem  będą
zamieszczane na stronie internetowej tygodnika:
www.faktyimity.pl.  
Opracował  MECENAS

Porady prawne

G

Głłooss w

weetteerraan

naa

Drodzy Czytelnicy! Informujemy, że pułkownik Zdzisław Gągalski słu-
ży  radą  i pomocą  (zdzislaw.gagalski@wp.pl).  Nie  sporządza  jednak
indywidualnych  wniosków  poszkodowanym  ani  nie  prowadzi  biura
prawnego. Wszystkie potrzebne na każdym etapie wzory pism znaj-
dują się na stronie internetowej tygodnika (www.faktyimity.pl).

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

11

1

PATRZYMY IM NA RĘCE

W

Kościele katolickim współczyn-
nik  pieprzenia  głupot  jest  uza-
leżniony  od  miejsca  w hierar-

chii.  Proboszcz  wygaduje  gorsze  głupoty
od wikarego, prałat od kanonika, prymas
od  biskupa. 

Największe  głupoty  gada  zaś  papież,

i w tym  jest  pewna  logika.  Ale  nie  zawsze.
U nas, jak wiadomo, megagłupoty opowiada
pewien  szeregowy  zakonnik  z Torunia.  Jed-
nak ekscelencja biskup Pieronek w wywiadzie
dla portalu Onet prawie Ojdyrowi dorównał.

Pieronek  to  jest  jakoby  liberalne  skrzydło

polskiego Kościoła katolickiego – co jest prze-
rażające. Bo skoro tak, to skrzydłem konserwa-
tywnym  musi  być  chyba  Potwór  z Bagien  albo
Godzilla. O in vitro księża powiedzieli już w Pol-
sce  wiele  głupot.  Ale  trzeba  było  „liberała”
Pieronka, by całkowicie przeciągnąć strunę.

Zaczęło  się  niewinnie.  Standardowe  ko-

ścielne dyrdymały. „Manipulacja życiem ludz-
kim jest poważnym naruszeniem moralności.
Łamie  normy  etyczne  o podstawowym  cha-
rakterze.  I to  jest  cały  dramat  in  vitro”.  Ra-
czej  dramat  Kościoła,  bo  in  vitro  to  zwykła
procedura  medyczna,  której  Kościół  na  siłę
usiłuje  dodać  dramatyzmu. 

Dalej  jest  jeszcze  lepiej.  „Nie  można  ła-

mać praw natury. Cel nie uświęca środków”.
A zatem ksiądz nie powinien sobie dawać wsz-
czepić bajpasów, bo skoro natura skorodowa-
ła  mu  tętnice,  to  chciała,  żeby  umarł,  i nie
można  łamać  jej  praw.  Zgodnie  z takim 

myśleniem, 99 proc. współczesnej medycyny
idzie  na  śmietnik.  I mamy  ukochaną  epokę
Kościoła  –  średniowiecze!  Z mrokami  któ-
rego  świetnie  harmonizują  mroki  duszy  bi-
skupa Pieronka. „Czymże jest literackie wy-
obrażenie  Frankensteina,  czyli  istoty  powo-
łanej  do  życia  wbrew  naturze,  jak  nie  pier-
wowzorem in vitro?”. Jak się cytuje literac-
kie  wyobrażenia,  warto  najpierw  sprawdzić,
ekscelencjo.  Frankenstein  nazywał  się  dok-
tor, który potwora stworzył. Potwór się w ogó-
le  nie  nazywał.  A swoją  drogą  –  jakież  to
urocze...  Prawda,  drodzy  niepłodni  rodzice,
korzystający  z in  vitro,  by  mieć  swojego 

maluszka? Biskup dobrodziej właśnie wybrał
dla waszego maluszka imię. Skądinąd szanu-
jący  wasze  uczucia...

„Szanując wszelkie uczucia małżonków,

którzy  mają  problemy  z płodnością,  trzeba
powiedzieć  jasno:  istnieją  małżeństwa  nie-

płodne.  Tak  było  od  wieków.  Niepłodność
jest pewnym faktem biologicznym”. Podob-
nie  cukrzyca.  Katolik,  idąc  za  rozumowa-
niem  biskupa  Pieronka,  nie  powinien  więc
zażywać insuliny, tylko położyć się i umrzeć.
Ofiarowując swoje cierpienie Jezusowi, a do-
bra  doczesne  Radiu  Maryja. 

Mnóstwo  rzeczy  mówi  jeszcze  wielebny.

Ze znawstwem wypowiada się o rodzicielstwie.
Rozważa jego różne aspekty. Aż chciałoby się
go zachęcić, by pochwalił się własną dziatwą.
Ktoś,  kto  o posiadaniu  dzieci  mówi  tak  au-
torytatywnie,  musiał  przecież  wychować  co
najmniej  ośmioro.  Jest  też  wypad  w krainę

czystego zabobonu. „Niepłodność stała się bo-
wiem  plagą  współczesności.  Zawsze  istniała,
ale  dzisiaj  jest  plagą.  Jest  chorobą  cywiliza-
cyjną. Trzeba zadać pytanie, dlaczego tak się
stało. Bo uznaliśmy, że możemy rządzić płod-
nością.  Stosujemy  pigułki  antykoncepcyjne,
środki wczesnoporonne, dopuszczamy się abor-
cji.  Późno  zawieramy  małżeństwa”.

Co tam, że głębokich przekonań biskupa

nie  potwierdzają  żadne  badania  naukowe.
Ważne, by in vitro zmieszać z aborcją, by sek-
sualną  obsesję  Kościoła  jakoś  wmusić  wier-
nym  –  w postaci  grzechu.  Bo  in  vitro,  jak
oświadcza  z mocą  ksiądz  biskup,  to  „bardzo
ciężki  grzech”.  A rodzicom  „dziecka  z pro-
bówki”  Pieronek  powiedziałby  na  spowiedzi
„to  samo,  co  człowiekowi  dopuszczającemu
się  aborcji  czy  zabójstwa”.

Słowem,  zdaniem  Kościoła,  za  pragnie-

nie własnego dziecka należy żałować tak sa-
mo,  jak  za  morderstwo.  Biskup  Pieronek
twierdzi,  że  „dla  katolików  powinno  być  ja-
sne, że in vitro jest niemoralne i powinno być
zakazane”.

Dla większości Polaków wcale nie jest to

jasne. Czyżby więc, o zgrozo... nie byli wcale
katolikami?! 

MAGDA  HARTMAN

P

Piieerroon

neek

ksszzttaaiin

n

– Panie Premierze, co słychać

u księdza  Jankowskiego?

– Nie wiem, nie mam z nim żad-

nych  kontaktów.

–  Zaszkodziła  Panu  wizyta

u prałata  w Gdańsku...

–  Zupełnie  niepotrzebnie  roz-

dmuchano sprawę i do tego zafał-
szowano  jej  skutki.

– A co, nie był Pan u niego?
– Byłem. Zrobiłem to na proś-

bę kolegów z SLD w Gdańsku, któ-
rzy  liczyli  na  poprawę  stosunków
z Kościołem  i zakończenie  ata-
ków  na  ludzi  lewicy.  Tylko  dlate-
go pojechałem do kościoła św. Bry-
gidy  i obejrzałem  ołtarz  budowa-
ny  z bursztynu.

–  I nie  obiecał  Pan  burszty-

nu  księdzu  Jankowskiemu?

– To zupełnie wymyślona histo-

ria. Przecież premier nie mógł pod-
jąć  żadnych  zobowiązań  dotyczą-
cych  przydzielenia  i eksploatacji
złóż  bursztynu.

– Nie mógł? Nasza wiedza na

ten  temat  jest  nieco  inna...  Jak
Pan  ocenia  to,  co  nareszcie  za-
częło  się  dziać  wokół  Komisji
Majątkowej  Rządu  i Kościoła?

– Kościół stał się wyjątkowo za-

chłanny. Szczególnie po wejściu Pol-
ski do Unii Europejskiej każdy ka-
wałek ziemi stał się dla niego cen-
ny  ze  względu  na  dopłaty  i możli-
wość  handlowania.  Do  wejścia
w struktury unijne ta pazerność by-
ła  znacznie  mniejsza.

– Czy Kościół powinien zwra-

cać niesłusznie uzyskaną ziemię
i budynki? Wszak dostał więcej,
niż  kiedyś  stracił!

–  To  trudny  problem.  Umowa

jest umową i trudno będzie ją pod-
ważyć.

– Gdy jesienią 2007 roku od-

chodził Pan z SLD, w partii tej
dokonano  podziałów  na  dobre
i złe  twarze.  Miało  to  pomóc
lewicy,  a teraz  widać,  że  stało
się  inaczej.

– Tego  podziału  na  złe  i dobre

twarze dokonano wcześniej. Linia po-
działu faktycznie była uzależniona od
stosunku  do  Aleksandra  Kwaśniew-
skiego.  Zgadzam  się,  że  do  niczego
dobrego to nie doprowadziło, bo SLD
targane  jest  konfliktami  i ma  naj-
mniejsze poparcie w ciągu ostatnich
20 lat. Nie widać też nadziei na przy-
szłość,  tym  bardziej  że  partia  bezu-
stannie zajmuje się tylko sobą.

– Jakie  szanse  ma  zatem  le-

wica  w najbliższych  wyborach
krajowych i do Parlamentu Eu-
ropejskiego?

–  Te  ostatnie  wybory  stanowią

olbrzymią szansę dla lewicy, jako że
zbliża  się  5-lecie  naszej  obecności
w Unii, a Sojusz miał olbrzymi wkład
we  wprowadzeniu  Polski  do  struk-
tur unijnych. Wielu tych, którzy kry-
tykowali działania lewicy na tym po-
lu, dziś czerpie profity z przynależ-
ności  Polski  do  UE.  Wszystko  za-
leży od tego, czy ten kapitał lewica
potrafi wykorzystać. Dwie, trzy listy
z kandydatami  to  klęska.  To  samo
dotyczy  wyborów  parlamentarnych
w Polsce. Wielu moich kolegów bę-
dzie  jednak  miało  wielki  problem,
bo  trudno  przy  okazji  nie  przypo-
mnieć  rządu  Millera,  jeśli  chce  się
na  przykład  powtórzyć  manewr

z 2001  roku,  gdy  nie  było  alterna-
tywy  dla  listy  lewicowej.

– Jak Pan ocenia walkę o przy-

wództwo  na  lewicy?

– Ze względów systemowych szef

partii powinien być też szefem klu-
bu parlamentarnego. Walka o wła-
dzę  to  nie  tylko  problem  SLD,  ale
i całej  lewicy.  Niestety,  liderzy  nie

mają chyba szans na porozumienie
i każdy z nich czeka na błędy rywa-
la.  To  przeszkadza  w konstruktyw-
nym działaniu i powoduje wewnętrz-
ny  paraliż.  Z pewnością  potrzebny
jest  jakiś  przełom.

–  Co  mogłoby  go  stanowić?
–  Trzeba  wrócić  do  jednego

ośrodka  kierowniczego  w SLD.

–  Jak  Pan  ocenia  zamiesza-

nie  wokół  in  vitro?

–  Jestem  zdegustowany  dysku-

sją  i stanowiskiem  Kościoła  na  ten
temat. Metoda in vitro to walka o ży-
cie,  a nie  z życiem. 

– Jak długo po-

trwa  małżeństwo
PO  z PSL?

– Może potrwać

do  końca  kadencji,
bo dostrzegam coraz
widoczniejsze  zmia-
ny  w charakterze
Polskiego  Stronnic-
twa Ludowego, któ-
rego działacze sporo
się nauczyli i są bar-
dziej  układni  niż
przed  laty.  Dziś  są
też  bardziej  chętni
i do władzy, i do ko-
alicji. Problem może
się  pojawić  wtedy,
gdy  PO  zacznie  tra-
cić w sondażach. Ten
rok będzie z pewno-
ścią  ciężki  dla  go-
spodarki i obywate-
li,  globalny  kryzys
nas nie ominie. Du-
żo zależy jednak od
tego,  co  się  będzie

działo  w Niemczech,  jako  że  pań-
stwo to jest naszym największym ko-
operantem  gospodarczym.  Gdy  sy-
tuacja się pogorszy, pojawi się skłon-
ność do negatywnej oceny PO i zro-
dzą  się  wątpliwości  w PSL. 

–  Czy  Leszek  Miller  wycią-

gnął  wnioski  z klęski,  jaką  po-
niósł w ostatnich latach, wiążąc
się  z liberałami  i Kościołem?

–  Nie  wiązałem  się  nigdy  z Ko-

ściołem. Niech mi ktoś poda choćby
jeden akt czy zapis korzystny dla Ko-
ścioła  z czasów,  gdy  byłem  premie-
rem! To nie ja jeździłem papamobi-
lem i do Watykanu. Miałem do speł-
nienia – w imieniu SLD – ważny cel
strategiczny: wprowadzenie Polski do
Unii  Europejskiej.  Trzeba  też  było
wygrać referendum. W tym czasie du-
ża  część  ludzi  Kościoła  była  prze-
ciwna mojemu rządowi i wejściu Pol-
ski w struktury unijne. Właśnie dla-
tego nie chcieliśmy kolejnego podzia-
łu czy konfliktu. Czasami jest tak, jak
mówił francuski monarcha – „Paryż
wart jest mszy”. W naszym przypad-
ku Unia warta była pewnych poświę-
ceń.  Zatem  moje  działania  nie  były
błędem,  jak  je  wielu  oceniało,  a re-
alizacją ważnego celu strategicznego.

– A Pana mariaż z Samoobro-

ną  również  nie  był  błędem?

– Nie ukrywałem, że zależało mi

na znalezieniu się w Sejmie, na udzia-
le w pracach komisji badającej spra-
wę śmierci Blidy, jako że mam stare
porachunki z Ziobrą, który był spraw-
cą  tej  tragedii.  Miałem  nadzieję,  że
Samoobrona  przekroczy  pięciopro-
centowy próg i znajdzie się w parla-
mencie, ale stało się inaczej i ponio-
słem ogromne koszty z powodu tego
błędu.  Dziś  muszę  przyznać,  że  gdy
wówczas  chodziłem  ulicami  Łodzi,
wielu mieszkańców mi mówiło: „Pa-
nie Leszku, jest pan na złej liście”.

– Leszek Miller w 2010 i 2011

roku...

– Jest piękny aforyzm Woody’ego

Allena: „Jak chcesz rozśmieszyć Pa-
na Boga, to mów o swoich planach”.
Przykład  pana  Rokity  i innych  po-
twierdza,  że  lepiej  nie  zdradzać
przedwcześnie  swoich  zamierzeń. 

Rozmawiał 

RYSZARD  PORADOWSKI

KKoośścciióółł ssttaałł ssiięę zzaacchhłłaannnnyy

ROZMOWA  Z  BYŁYM  PREMIEREM  LESZKIEM  MILLEREM

background image

1

12

2

A TO POLSKA WŁAŚNIE

Najmłodsze  mają  około  20  lat,

najstarsze  –  nawet  80.  Choć  w Pol-
sce  jest  około  60  tysięcy  kobiet  po
leczeniu  nowotworu  piersi  –  więk-
szość  żyje  w cieniu.  Nie  chcą  mówić
o swojej  chorobie.  Przeżywają  prze-
różne  dramaty,  bo  na  początku  pra-
wie żadna nie ma tyle siły, aby w po-
jedynkę  zmierzyć  się  z policzkiem
od  losu.  Rolą  stowarzyszeń  skupia-
jących amazonki jest przełamanie tych
barier.  Poprzez  uświadamianie  wagi
profilaktyki, zachęcanie Polek do bez-
płatnych  badań,  na  które  wciąż  za
rzadko  przychodzą,  poprawę  wiedzy
społeczeństwa  na  temat  tego  rodza-
ju  nowotworu,  wsparcie  psychiczne
oraz pomoc praktyczną dla kobiet po
mastektomii, a także – integrację śro-
dowiska  kobiet  dotkniętych  chorobą
nowotworową  piersi.

Dlaczego  to  aż  tak  ważne?  Dia-

gnoza: „Ma pani raka” nawet najsil-
niejszą ścina z nóg. Wtedy wydaje się,
że  ziemia  się  wali.  Ani  rodzina,  ani
przyjaciele – nikt zwykle nie radzi so-
bie  z tą  nową  dramatyczną  sytuacją. 

Regina  Zalech,  prezeska  biało-

stockiego  Klubu  Amazonek,  usłysza-
ła te słowa ponad 6 lat temu. Do dziś
nie potrafi o tej chwili mówić bez emo-
cji. – Kiedy trafiłam na oddział, byłam
zdołowana, nie chciałam z nikim roz-
mawiać, o nic pytać. Cały czas stałam
w oknie i płakałam – wspomina. 

Pierwsza operacja – częściowe uję-

cie piersi i węzłów chłonnych. O pro-
tezach  nie  chciała  słyszeć.  W końcu
straciła tylko część piersi. Już tydzień

później okazało się, że trzeba ampu-
tować  całą.  Komórki  nowotworowe
w przewodzie mlekowym. Wtedy pę-
kła.  –  Każda  z nas  zastanawia  się,
„dlaczego  ja?”,  nasuwają  się  pyta-
nia, co będzie dalej. Kiedy do takich
kobiet przychodzi „amazonka”, a więc
ta,  która  przeszła  przez  to  wszystko
–  przez  diagnozę,  leczenie,  operację
– ona jest wiarygodna, mówi Zalech. 

Życie  po  operacji  zmienia  się

w niemal każdym aspekcie. Od ama-
zonek  kobieta  dowiaduje  się  wszyst-
kiego: jak się gimnastykować, w któ-
rym  sklepie  kupić  odpowiednią  bie-
liznę  –  taką,  która  nie  uciska  i ma
kieszonkę  na  protezę  –  oraz  perukę
i że raz na dwa lata refunduje ją NFZ,
podobnie  jak  protezę. 

Amazonki  ochotniczki  działają

społecznie.  Najpierw  muszą  być  wy-
leczone,  nabrać  dystansu,  później
przeszkolone  przez  psychologa.  Do-
piero  wówczas  mogą  wyjść  do  cho-
rych.  Te  z Białostockiego  Centrum
Onkologicznego  przychodzą  na  od-
działy  dwa  razy  w tygodniu.  Grupa
ochotniczek to trzon każdego klubu.
To  one  nadają  rytm  pracy,  one  tra-
fiają  do  tych  najbardziej  psychicznie
załamanych.  Nie  zawsze  chora  wie-
rzy  lekarzowi,  pielęgniarce.  A kiedy
usłyszy,  że  któraś  z amazonek  jest
po  operacji  5 lat,  inna  10,  a jeszcze
inna ponad 30 – przychodzi optymizm.
Wiara w to, że i jej się uda. To waż-
ne, bo po usunięciu piersi naruszona
jest statyka organizmu, ręka jest przy-
kurczona, każdy normalny dotąd ruch

sprawia  ból.  Trzeba  ćwi-
czyć.  Kiedy  Regina  Za-
lech trafiła na rehabilita-
cję,  była  pewna,  że  nie
da  rady  nic  zrobić,  żeby
jej lewe ramię było tak sa-
mo  sprawne  jak  przed
operacją. – Wtedy okaza-
ło  się,  że  otaczają  mnie
kobiety takie same jak ja.
Niektóre  po  amputacji
obydwu  piersi.  I ćwiczą,
ruszają się. Wtedy nastą-
pił  przełom  –  mówi  pani
Regina.

Z sali rehabilitacyjnej

droga  do  Klubu  Amazo-
nek  była  już  krótka.
Pierwszy  raz  poszła  bez
przekonania,  a już  na
pewno bez planów, że zo-
stanie. Ale kiedy zobaczy-
ła dziesiątki roześmianych
dziewczyn, stało się jasne,
że  to  miejsce,  w którym
znajdzie najlepsze wspar-
cie. – Po raz pierwszy po-
myślałam,  że  ja  też  mo-
gę normalnie żyć – wspo-
mina. 

Jednym  z podstawo-

wych warunków całkowi-
tego wyleczenia raka pier-
si  jest  wczesne  wykrycie
choroby  i odpowiednia
diagnostyka.  Tymczasem
w Polsce w co czwartej po-
radni  mammograficznej
(finansowanej 

przez

NFZ!)  stoi  niesprawny
sprzęt,  a lekarze  wydają
błędne  diagnozy.  Ama-
zonki, które przez ponad 20 lat dzia-
łalności  zrobiły  niezwykle  wiele  dla

jakości życia i lecze-
nia  kobiet  po  ma-
stektomii,  prowa-
dzą kolejne batalie.
–  Ważne  jest  nie
tylko  to,  żeby  mó-
wić  o raku  piersi,
żeby  tę  chorobę
skutecznie  odde-
monizować  i prze-
konać  nawet  dwu-
dziestolatki  do  re-
gularnych  badań.
Równie istotna jest
standaryzacja  wy-
krywania raka pier-
si,  leczenia  i reha-
bilitacji, które obo-
wiązywałyby 

we

wszystkich  placów-
kach  służby  zdro-
wia.  Żeby  kobieta,
która zachoruje pod
Koszalinem,  miała
takie  same  szanse
jak ta, która miesz-
ka  w Warszawie
– mówi  Krystyna

Wechmann, prezes Federacji Stowa-
rzyszeń  „Amazonki”. 

Wyrównanie standardów leczenia

to obecnie główny cel polskich ama-
zonek.  One  same  wiedzą  najlepiej,
czego brakuje im najbardziej. Dlate-
go wśród postulatów zgłoszonych pod-
czas ogólnopolskiej debaty „Rak pier-
si  w Polsce.  Między  prawdą  nauki
a polityką czekania na cud” zorgani-
zowanej w Warszawie pod koniec li-
stopada  ubiegłego  roku  znalazły  się
ponadto: stworzenie pracowni mam-
mograficznych,  które  zapewnią  wia-
rygodne  wyniki  i ich  rzetelną  anali-
zę; zwiększenie liczby onkologów i pa-
tologów  w Polsce;  równy  dostęp  do
nowoczesnych  terapii  uwzględniają-
cych  przełomowe  leki,  które  w kra-
jach  zachodnich  traktowane  są  jako
standard w leczeniu chorych na raka
piersi,  bez  względu  na  miejsce  za-
mieszkania,  wiek  czy  czas  zachoro-
wania  pacjentki;  wprowadzenie  re-
fundacji zabiegów dotyczących korek-
ty chirurgicznej drugiej piersi (dotąd
NFZ finansuje wyłącznie rekonstruk-
cję amputowanej piersi); wprowadze-
nie refundacji rękawów przeciwobrzę-
kowych  dla  pacjentek  po  amputacji

piersi; skrócenie procedur dostępu do
leczenia  oraz  zapewnienia  ciągłości
leczenia,  także  w przypadku  jego
zmiany; możliwość korzystania w trak-
cie  leczenia  z profesjonalnej  pomo-
cy psychologicznej i rehabilitacyjnej. 

Walczą, bo współczesne amazon-

ki  to  kobiety  dzielne  i silne,  które
z blizny po odjętej piersi uczyniły swą
tarczę. Chcą pokazać, że chorobę da
się pokonać, a skutki leczenia zmini-
malizować.

Że życie bez piersi to nie koniec,

a początek  drogi,  że  odpowiednio
wcześnie zrobione badanie ratuje ży-
cie – postanowiły pokazać najmłodsze
amazonki. Żadna z nich nie ukończy-
ła  jeszcze  34  lat,  kiedy  usłyszała  dia-
gnozę. I choć każda ten moment prze-
trwała  inaczej,  wszystkie  wyszły  z tej
walki  cało.  To  właśnie  chcą  pokazać
światu.  Że  można  cieszyć  się  życiem,
śmiać się, śpiewać i tańczyć. Że moż-
na  kochać,  a nawet  urodzić  dziecko.
Że  można  wygrać  życie.  Bo  –  jak
stwierdziła Enia, jedna z młodych ama-
zonek – kobiecość jest w głowie, a nie
w biustonoszu.

WIKTORIA  ZIMIŃSKA

wiktoria@faktyimity.pl

W Federacji  Stowarzyszeń  „Amazonki”
zrzeszonych  jest  około  25  tysięcy  kobiet
po mastektomii.  Radosne,  otwarte,  szczere
i zawsze  chętne,  aby  pomóc.

Rak piersi w Polsce stanowi po-
nad  20  proc.  wszystkich  nowo-
tworów  złośliwych  u kobiet,
a u tych w wieku 40–55 lat jest
pierwszą  przyczyną  zgonów.  Co
roku  notuje  się  12  tysięcy  no-
wych  przypadków  raka  piersi,
z czego niemal 5 tysięcy kończy
się  śmiercią.  Jedną  z przyczyn
tak  dużej  umieralności  z powo-
du  tych  nowotworów  jest  mała
liczba  badań  przesiewowych,
w tym badań genetycznych, dzię-
ki którym można by rozpoznawać
osoby obarczone ryzykiem gene-
tycznym.  W Polsce  ponad  50
proc.  nowo  rozpoznanych  przy-
padków raka piersi zalicza się do
stanów zaawansowanych, a tyl-
ko ok. 20–30 proc. do pierwsze-
go  stopnia  zaawansowania.  Dla
porównania – w USA rak piersi
w pierwszym stopniu zaawanso-
wania stanowi 50–60 proc. przy-
padków, a w Szwecji aż 80 proc. 

(źródło: www.amzonki.com.pl)

N

Niie

ejje

ed

dn

na

a zz jje

ed

dn

ą

N

Niie

ejje

ed

dn

na

a zz jje

ed

dn

ą

background image

1

13

3

Ś

więta  Lipka  (gm.  Reszel,
woj.  warmińsko-mazur-
skie)  to  znane  sanktu-
arium maryjne obsługiwa-
ne  przez  mających  tam

pokaźne  latyfundia  jezuitów,  rezy-
dujących  w miejscowym  Domu  Za-
konnym przy parafii Nawiedzenia Naj-
świętszej  Maryi  Panny.

Część wyłudzonych przed wieka-

mi  parafialnych  dóbr  w Świętej  Lip-
ce przejęło po wojnie państwo, więc
gdy  nastała  demokracja,  mnisi  upo-
mnieli  się  o ich  zwrot.  Od  kilkuna-
stu  już  lat  zajmuje  się  tym  Komisja
Majątkowa powołana w 1989 r. przez
rząd  i Episkopat  do  „postępowania
regulacyjnego”
,  przejawiającego  się
„przywracaniu  kościelnym  osobom
prawnym własności upaństwowionych
nieruchomości lub ich części” 
w przy-
padku, gdy zabrano je z naruszeniem
prawa (cyt. z Ustawy o stosunku pań-
stwa  do  Kościoła  katolickiego).

Już 28 maja 1993 r., czyli ekspre-

sowo, na tajnym posiedzeniu w War-
szawie zapadł werdykt przyznający wie-
lebnym – oprócz latyfundiów – dział-
kę o powierzchni 3 tys. mkw. z usytu-
owanym  na  niej  i pozostającym  do-
tychczas  we  władaniu  gminy  budyn-
kiem mieszkalnym nr 13.

Komisji  nie  dręczyło  sumienie,  że

oddaje w niewolę zakonu ludzi tam za-
mieszkujących, bo mnisi załatwili sobie
wcześniej podkładkę. Był to „protokół
uzgodnień” z 27 stycznia 1993 r. mię-
dzy burmistrzem Reszla i kierownikiem
Urzędu Rejonowego w Kętrzynie a pro-
boszczem  parafii  Nawiedzenia  NMP,
w którym to dokumencie gmina zobo-
wiązywała się do „poczynienia usilnych
starań o zapewnienie lokali zamiennych”
mieszkańcom rzeczonego budynku, że-
by ojczulkom żadne dziady się po go-
spodarstwie nie pałętały.

Hieronima L. jest dzisiaj ciężko

schorowaną, emerytowaną nauczyciel-
ką. Lokal w przejętym przez jezuitów
budynku  przyznano  jej  w sierpniu
1963  r.  w związku  z zatrudnieniem
w miejscowej  szkole  podstawowej,
gdzie pracowała nieprzerwanie przez
37  lat.  Dwa  pokoje  z kuchnią,  ła-
zienka – w sumie bardzo przyzwoite
59 mkw., ale na początku warunki by-
ły  spartańskie.

– Razem z mężem doprowadzili-

śmy  do  budynku  bieżącą  wodę,  wy-
konaliśmy  kanalizację,  postawiliśmy
piece  grzewcze,  wymieniliśmy  okna,
podłogi, drzwi... Wyremontowaliśmy
na własny koszt cały budynek, nie wy-
łączając  nowych  dachówek  i nawet
klatkę schodową ozdobiliśmy boaze-
rią.  Mąż  dobudował  też  garaż  i do-
mek letniskowy. Stworzyliśmy napraw-
dę  przytulne  gniazdko  –  wspomina
pani  Hieronima. 

Po śmierci małżonka (zmarł przed

czternastoma  laty)  pozostała  tam  ra-
zem z córką Agnieszką. Systematycz-
nie płaciła czynsz nowym właścicielom,
więc nikt jej nie szarpał, ale w końcu
jezuitom się znudziło...

Aktem notarialnym z 20 kwietnia

2004 r. (Repertorium A nr 1911/2004)
ksiądz  Edmund  Lenz – ówczesny

superior (przełożony) Domu Zakon-
nego  Towarzystwa  Jezusowego
w Świętej Lipce – ofiarował nierucho-
mość  (działkę  wraz  z domem  i loka-
torami) na rzecz swojej centrali, czy-
li Prowincji Wielkopolsko-Mazowiec-
kiej w Warszawie, który to fakt zapi-
sano w księdze wieczystej nr 3894.

Władze  prowincjalne  przycisnęły

gminę,  żeby  ta  sprężyła  się  z wyko-
naniem  uzgodnień  sprzed  11  lat,  bo
już 25 czerwca 2004 r. administracja
Budynków  Mieszkalnych  w Reszlu

(mieście słynnym ostatnim w Europie
spaleniem na stosie „czarownicy”) zło-
żyła  mocno  słabującej  na  zdrowiu
wdowie  propozycję:  lokal  zastępczy
w Reszlu  (ok.  6 km  od  Świętej  Lip-
ki) na strychu trzypiętrowego budyn-
ku  przy  ul.  Kolejowej  16. 

– Nie mogłam przyjąć tego miesz-

kania z kilku powodów. Przede wszyst-
kim  była  to  kompletna  ruina  z prze-
ciekającym dachem. Nie miałam
ani  sił,  ani  odpowiednich
zasobów  finansowych,
żeby to wszystko remon-
tować. Cały dorobek mo-
jego  życia  był  przecież
w Świętej Lipce 
– tłuma-
czy kobieta.

„Udostępniony Hiero-

nimie  L.  lokal  zastępczy
nie  był  wyposażony
w urządzenia techniczne
typu kuchnia gazowa, zle-
wozmywak, wanna, musz-
la,  sedes...” 
–  czytamy
w opinii  biegłego  rzeczo-
znawcy.

–  Był to  pokój z kuch-

nią  i łazienką.  Gmina  twier-
dziła, że mają powierzchnię 52
metrów,  podczas  gdy  później
okazało się, że zaledwie 44 – żali
się pani Hieronima.

Mnichów  takie  szczegóły  jednak

nie  obchodziły  i trzy  dni  po  złożeniu
przez gminę emerytowanej nauczyciel-
ce  propozycji  zamieszkania  w norze
przy  ul.  Kolejowej,  kuria  prowincjo-
nalna jezuitów wezwała ją do „dobro-
wolnego  opróżnienia  zajmowanego
mieszkania i przeprowadzenia się do lo-
kalu zastępczego” 
– czytamy w piśmie
z 28 czerwca 2004 r.

Po miesiącu bezowocnego oczeki-

wania ks. Lenz wypowiedział L. umo-
wę  najmu  mieszkania  „ze  skutkiem

rozwiązującym na dzień 31 sierpnia 2004
roku”
, jednocześnie wzywając ją do „nie-
zwłocznego  przekazania  zajmowanego
lokalu po rozwiązaniu umowy najmu”.

– Rozmawiałam z księdzem Len-

zem,  prosząc  o możliwość  pozosta-
nia  w mieszkaniu.  Tyle  sił  i pienię-
dzy w nie włożyliśmy z mężem. Przy-
pominał  mi  go  tam  każdy  zakama-
rek...  Argumentowałam  w rozmowie
z superiorem, że jego poprzednicy za-
pewniali mnie, że z dalszym zamiesz-
kiwaniem w Świętej Lipce nie będzie

problemu. Usłyszałam w odpowiedzi,
że to nie on obiecywał i zostałam sprze-
dana przez gminę, więc jeśli nie przyj-
mę proponowanego lokalu w Reszlu,
to może nam co najwyżej dać wol-
ną celę w klasztorze z dostępem do
umywalki
.  „Jest  pani  stworzona  do
niesienia  krzyża”  –  powiedział.  No
i wkrótce przybili mnie do tego krzy-
ża – płacze kobieta.

Najpierw zablokowali matce i cór-

ce dostęp do piwnicy. Później odcię-
li im energię elektryczną, przecinając
główny przewód doprowadzający prąd

oraz demontując licznik, aż wreszcie
zamknęli  dopływ  wody  oraz  główne
wejście do budynku, zmuszając do no-
cowania  kątem  u znajomych. 

–  Ludzie  proboszcza  pod  pretek-

stem  przygotowań  do  remontu  celo-
wo  niszczyli  dom,  zdejmując  rynny
i część dachówek. Najbardziej aktyw-
ny  był  zakonnik  Andrzej  M.,  który
posuwał się nawet do odsyłania naszej
korespondencji  do  adresata,  w ogóle
nie  informując  mamy  o przychodzą-
cych listach – dodaje Agnieszka. 

15 listopada 2004 r. do Wy-

działu  I Cywilnego  Sądu  Re-

jonowego  w Kętrzynie  wpły-

nęło powództwo Domu Za-

konnego  Towarzystwa  Je-

zusowego w Świętej Lipce

przeciwko 

Hieronimie

i Agnieszce L. Zakon żą-

dał  eksmisji  kobiet.

W toku  procesu  jezu-

ici  okazali  nadzwyczajną

wprost łaskawość, deklaru-

jąc  gotowość  zapłacenia  za

instalację niezbędnych do ży-

cia pań L. sanitariatów w spe-

lunie  przy  ul.  Kolejowej  16

w Reszlu,  a nawet  „pokrycia

kosztów transportu i zamontowa-

nia  wzmiankowanych  urządzeń”

–  czytamy  w aktach  sprawy.

Żeby  zaś  nie  być  gołosłownym,

zakon  zapłacił  z góry.  Powalają-
ce na kolana... 2 tys. zł
, które szyb-
ciutko i nie czekając na końcowe roz-
strzygnięcie,  świątobliwi  mężowie
wpłacili  na  rachunek  gminy  Reszel,
co  spotkało  się  z ogromnym  –  zapi-
sanym w uzasadnieniu wyroku – uzna-
niem  sądu...

„Powód  wykazał  się  daleko  idącą

troską o ugodowe rozwiązanie zaistnia-
łego sporu oraz o zapewnienie pozwa-
nej  lokalu  zastępczego  o standardzie

nawet  przewyższającym  dotychczas
zamieszkiwany przez nią lokal. (...) nie
tylko zobowiązał się do zapewnienia po-
zwanej wszelkiej możliwej pomocy przy
przeprowadzce,  lecz  także  ponosił  na-
kłady finansowe na rzecz podniesienia
standardu  przyznanego  jej  lokalu  za-
stępczego.  W praktyce  sądu  tego  ro-
dzaju postępowanie strony powodowej
nie  znajduje  dotychczas  precedensu”
– stwierdziła asesor, wyrokując w imie-
niu  Rzeczypospolitej  Polskiej  o eks-
misji L. i przywołując w uzasadnieniu
jakąś wielebną osobę sprawującą nie-
istniejący urząd „prowincjała klasz-
toru oo Jezuitów w Świętej Lipce”
!

Wyrzucanym  na  bruk  kobietom

dostało  się  też  za  ich  brzydki  upór.

„Zachowanie się pozwanej Hieroni-

my  L wskazuje  na  dążenie  do  unie-
możliwienia powodowi za wszelką cenę
dysponowania przedmiotowym lokalem
zgodnie  z przeznaczeniem,  tj.  na  dzia-
łalność  religijną” 
–  czytamy  w uzasad-
nieniu wyroku z 28 czerwca 2005 r.

Znajdujemy  tam  również  krótką

wzmiankę, że w trakcie procesu panią
Hieronimą  musieli  zająć  się  lekarze
specjaliści z Olsztyna. W ich orzecze-
niu  z 5 maja  2005  r.  stoi  jak  byk,  że
bezpośrednią przyczyną rozstroju zdro-
wia  emerytowanej  nauczycielki  było
zagrożenie eksmisją z domu, w którym
spędziła niemal całe dorosłe życie...

20 października 2006 r., pod nie-

obecność  obu  kobiet  w mieszkaniu,
skrzyknięta przez jezuitów ekipa zli-
kwidowała wszelkie pozostałe tam po
nich  ślady.

– Część rzeczy wywieźli na ul. Ko-

lejową do Reszla, a resztę – po prze-
piłowaniu  kłódki  –  wrzucili  do  wy-
budowanego  przez  męża  garażu.
Wszystko  zdemolowane,  leżące  ni-
czym na wysypisku śmieci. Trudno się
zresztą  dziwić,  skoro  również  ja  zo-
stałam  potraktowana  przez  księ-
ży i nasze państwo jak śmieć 
– za-
uważa  pani  Hieronima. 

W art.  54  ustawy  Karta  nauczy-

ciela znajdujemy klauzulę: „Nauczy-
ciel po przejściu na emeryturę lub ren-
tę  zachowuje  prawo  do  zajmowania
mieszkania”
. No, chyba że wola du-
chowieństwa  jest  inna...

Intrygowała nas jeszcze jedna kwe-

stia: jakim cudem sąd w Kętrzynie nie
dostrzegł,  że  stroną  inicjującą  pro-
ces o eksmisję nie jest aktualny wła-
ściciel  nieruchomości,  czyli  Prowin-
cja Wielkopolsko-Mazowiecka Towa-
rzystwa Jezusowego, lecz ichni Dom
Zakonny  w Świętej  Lipce,  który  pół
roku wcześniej notarialnie podarował
centrali  grunt  wraz  z budynkiem?

–  Ten  cud  to  zagubiona  gdzieś

księga  wieczysta  nr  3894,  której  do-
prawdy nikt już nigdy nie zobaczy, bo
pewnie trzeba byłoby unieważnić ca-
ły proces – sugeruje te tajemnicze zja-
wiska  urzędnik  sądowy  z Kętrzyna.

Co dzieje się dzisiaj z paniami L.?

Przed  sądem  w Kętrzynie  starają  się
właśnie o prawo do najmu choćby spe-
lunki przy ul. Kolejowej w Reszlu, bo-
wiem gmina stwierdziła, że skoro nie
chciały  od  wielebnych  byle  czego,  to
nie dostaną nic...

ANNA  TARCZYŃSKA

Owdowiała
emerytowana
nauczycielka
wylądowała  na  bruku,
bo  dom,  w którym
mieszkała  przez  ponad
40  lat,  Komisja
Majątkowa  oddała
Kościołowi...

Ś

Św

wiię

ętta

a lliip

pa

a

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

14

4

ZE ŚWIATA

Frajda  dla  szarych  Amerykanów
(tych,  co  nie  wpędzają  nikogo 
w kompleksy liczbą szarych komó-
rek) to – prócz parad – festiwale.
Nic wysublimowanego, Boże broń:
muszą być pokazy, muzyka (umpa-
-pa), fajerwerki, dużo jedzenia. 

Jedzenie  jest  –  obok  napełnia-

nia portfela – kluczową aktywnością
mieszkańców  USA.  Co  weekend,
jak  Ameryka  długa  i szeroka,  od-
bywają się setki imprez typu „food
festival”:  kramy  z kulinariami  plus
występy muzyczne – country and we-
stern  głównie.  W tym  smakowitym
być  może,  ale  monotonnym  pejza-
żu  wyróżniają  się  nietypowe  festi-
wale  gastronomiczne.

Normalnie w USA nie

można kupić jąder lub za-
mówić  przyrządzonych
z nich potraw. Lukę wypeł-
niają właśnie festiwale. Na
odbywającym 

się 

od

ćwierćwiecza  Testicle  Fe-
stival  w Olean  w stanie
Montana  gwoździem  pro-
gramu jest degustacja sma-
żonych w oliwie indyczych
jąder  zwanych  „górskimi
ostrygami” (patrz zdjęcia).
Na Turkey Festival w Mu-
tley  w stanie  Illinois  ścią-
gają  tysiące  ludzi.  Rocky
Mountain  Oyster  Festival
w Throckmorton w Teksa-
sie  można  zamknąć  w trzech  sło-
wach:  bycze  jaja,  tłok  i mlaskanie.

Skoro jesteśmy przy jajach: Abe-

rville w Luizjanie zaprasza na Giant
Omlette Celebration, gdzie kucharze
krzątają  się  przy  produkcji  omletu
z 5 tys. jaj w pikantnym sosie cajun

Rzucanie  kawonami  wypełnia

4 dni  obchodów  festiwalu  Water-
melon  Thump  w Luling  w Teksa-
sie.  Jest  jeszcze  jedzenie  melonów
na  czas  i konkurs  plucia  pestkami.
Gilroy w Kalifornii uważa się za świa-
tową stolicę czosnku. W czasie 3 dni

trwania  Gilroy  Garlic  Festival  rok
w rok od 30 lat 100 tys. ludzi poże-
ra  2,5 tony  czosnku  w różnych  po-
staciach – lodów, lizaków i czosnko-
wych napojów nie wykluczając. 

Kluczowym daniem World Grits

Festival w St. George w Płd. Karo-
linie  są  placki  i płatki  kukurydzia-
ne.  Na  Rattlesnake  Festival  (Wau-
rika  w Oklahomie  i San  Antonio
na Florydzie) konsumuje się schwy-
tane  w okolicy  i usmażone  w oleju
grzechotniki. Ozdobą festiwalu Wa-
ikiki SpamJam jest puszkowana mie-
lonka,  uwielbiana  na  Hawajach.
Znacznie oryginalniejsze potrawy ser-
wuje  się  na  festiwalu  w Marlinton

w Zachodniej Wirginii: wszystko, co
zabijają  samochody  na  drodze.  Go-
ście nie jedzą jednak autentycznej pa-
dliny,  ale  egzemplarze  fauny,  które
najczęściej przegrywają wyścig z pę-
dzącym samochodem: jelenie, szopy
pracze, króliki, ptaki, psy, koty. 

Są  jednak  i tacy  wielbiciele  fe-

stiwali w USA, którzy nad jedzenie
przedkładają emocje sportowe. Nie
nudzą  się!  Kalifornia  zaprasza  ich
na Horned Toad Derby do Coalin-
ga, gdzie kibicują wyścigom rogatych
ropuch oraz innych miłych stworzeń.

Sport  z jedzeniem  łączy  Festival
w Eau Claire w Michigan, gdzie bie-
rze  się  udział  w konkursie  plucia
pestkami czereśni na odległość. Hay-
ward w Wisconsin to pole do popi-
su dla drwali: konkurencje obejmu-
ją rąbanie, piłowanie, turlanie i wspi-
nanie  się  na  drzewa.  Emma  Craw-
ford Coffin Races w Manitou Springs
w Kolorado to rozrywka dla graba-
rzy: wyścig trumien. Nietypowe po-
jazdy królują też w Oatman w Ari-
zonie  podczas  Bed  Races.  Zawod-
nicy w piżamach ścigają się ulicami
miasta na łóżkach (dwójka ciągnie,
dwójka  pcha,  jeden  kieruje).
W Chandler  w tym  samym  stanie

dżokeje  dosiadają  pod-
czas Ostrich Festival stru-
si, a po wyścigach publicz-
ność  zajada  się  hambur-
gerami  z tych  ptaszysk.
W Susex  w Delaware
z amatorskich dział strze-
la się na odległość melo-
nami.  Mekką  dyskoboli-
-amatorów  jest  Beaver
w Oklahomie:  podczas
World  Cow  Chip  Thro-
wing Championships rzu-
ca  się  wysuszonymi  kro-
wimi plackami. W Talke-
etna  na  Alasce  umiejęt-
nościami popisują się sa-
motne, młode dzierlatki:
Zawody Kobiet z Dziczy

obejmują  zbieranie  drzewa,  nosze-
nie wody, strzelanie oraz otwieranie
puszek  piwa  na  czas,  czyli  konku-
rencje prezentujące kwalifikacje do
życia na surowym łonie Alaski. 

Z festiwali  wabiących  konkret-

ne grupy społeczne wart wspomnie-
nia  jest  National  Hobo  Conven-
tion  w Brit  w Iowa,  czyli  Krajowa
Konwencja Włóczęgów. Jest bazar,
parada,  czytanie  poezji.  Gdy  nad-
chodzi  noc,  uczestnicy  konwencji
układają się do snu w krzakach ko-
ło  torów.

PZ

Chleba i festiwali

Popęd  płciowy  jest  najsilniej-
szym  z  popędów  człowieka 

i dlatego Kościół zwalcza seks, bo odciąga ludzi od religii i modlitwy.

Okazuje się jednak, że są pokusy, wobec których blednie nawet po-

kusa seksu. Firma Harris Interactive przeprowadziła sondaż, z którego
wynika,  że  prawie  połowa  kobiet  wolałaby  zrezygnować  na  dwa  tygo-
dnie z seksu, niż przez ten czas obyć się bez dostępu do internetu. Uro-
ki  kopulacji  są  nieco  ważniejsze  dla  panów:  tylko  30  proc.  mężczyzn
wolałoby  z niej  zrezygnować,  by  móc  surfować  po  sieci.  30,5 proc.  in-
dagowanych  prędzej  wyzbyłoby  się  pożycia  fizycznego  przez  rok,  niżby
miało się przez ten czas męczyć bez dostępu do internetu. 84 proc. in-
dagowanych  twierdzi,  że  sieć  pozwala  im  zaoszczędzić  pieniądze.

Z internetem  przegrywa  nie  tylko  seks,  ale  i telewizja:  większość

dorosłych wolałoby obyć się przez dwa tygodnie bez telewizora niż przez
tydzień  bez  komputera.  Ale  seks  przegrywa  nawet  z telewizorem.  Wa-
runek:  musi  to  być  plazma. 

ST

Podczas  Bożego  Narodzenia
2008  Maria  Dziewica  urodzi-

ła  Jezusa.  Niby  nic  nadzwyczajnego,  a  jednak...

Jak najbardziej dosłownie. W szpitalu w Limie. 20-letnia Peruwian-

ka Virgen (Dziewica) Maria Huarcaya powiła 3,5-kilogramowego Je-
susa.  Mężem  Marii  Dziewicy  jest...  stolarz,  Adolfo  Huamani.

Tu się podobieństwa kończą. Adolfo byłby urażony sugestiami o dzie-

worództwie! Jeszcze kilka dni przed porodem rodzice zamierzali nadać
potomkowi imię upamiętniające sławnego futbolistę, ale ponieważ przy-
szedł  na  świat  akurat  w święta,  plan  został  zmodyfikowany. 

Miejmy nadzieję, że Jesus, gdy dorośnie, nie będzie zadzierał z miej-

scowymi  Żydami  ani  zakładał  nowej  sekty...

TN

Włamywacz,  który  wtargnął
do  domu  w  Portland  w  sta-

nie Oregon, całkowicie błędnie oszacował zdolności obronne jego
właścicielki.

Widząc  88-letnią  staruszkę,  skonstatował,  że  z jej  strony  nie  może

mu  grozić  żadne  niebezpieczeństwo.  Złapał  ją  za  głowę  i popchnął  na
krzesło. Niespodziewanie napadnięta wyciągnęła rękę i ucapiła jądra ban-
dyty, ściskając je. Ten wrzasnął, wyrwał się i uciekł. Policja wkrótce do-
padła trzymającego się za podbrzusze osobnika i przymknęła go. Bo prócz
złego  oszacowania  możliwości  babci,  popełnił  jeszcze  jeden  błąd...  Na
włam udał się nago.

ST

Uniesienie  romantycznej  mi-
łości  zaczyna  się  ulatniać  po

15  miesiącach  (jeśli  związek  tak  długo  przetrwa),  a  po  10  latach
nie  ma  śladu  po  ognistym  uczuciu. 

Takie są statystyki. Nieprawda – stwierdzili właśnie naukowcy z no-

wojorskiego  Stony  Brook  University.  Robili  aparaturą  MRI  zdjęcia
mózgu  osób  20  lat  po  ślubie,  pokazując  im  zdjęcia  partnera.  W przy-
padku niektórych rejestrowano reakcję chemiczną identyczną jak ta, któ-
ra  odbywa  się,  gdy  swe  zdjęcia  oglądają  świeżo  zakochani.  Dotyczy  to
jednak  tylko  10  proc.  małżeństw...

JF

NAJDROŻSZY INTERNET

CHWYT BABCI

MIŁOŚĆ JAK WINO 

PRAWIE JAK W BIBLII

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

15

5

KOŚCIÓŁ POWSZEDNI

W  październiku  2008  roku  na
ekrany amerykańskich kin wszedł
dokument  zatytułowany  „Religu-
lous”. Obraz w Stanach zdążył już
podbić  serca  widowni  i zarobić
kupę  kasy.  W Polsce  raczej  go
nie  zobaczymy.  Księża  zabronią.

Dlaczego? Odpowiedź jest pro-

sta.  To  film  o religii.  „Religulous”
to połączenie słów religion (religia)
i ridiculous (śmieszny). Jego polskie
tłumaczenie 

musiałoby

brzmieć  na  przykład  jak
„Religiotyzm”. Bill Maher,
znany amerykański satyryk,
na  samym  początku  stawia
pytanie: „Jak bystrzy ludzie
mogą wierzyć w narodzenie
z dziewicy?”.  Żeby  na  nie
odpowiedzieć,  odwiedza
miejsca  ważne  dla  amery-
kańskich chrześcijan. Jedzie
nawet  do  Europy  i Izraela.
Wszędzie  pyta  o to  samo:
„Ludzie,  dlaczego  wy  w to
wierzycie?”.

Rozmawia z byłym sata-

nistycznym  kapłanem,  któ-
ry  został  równie  gorliwym
kaznodzieją, zagląda do Mu-
zeum  Kreacjonizmu  oraz...
muzułmańskich aktywistów
gejowskich.

Wszędzie  zadaje  trud-

ne pytania. Ludzi pyta, czy
wierzą, że Jonasz naprawdę

siedział trzy dni w brzuchu wielory-
ba,  a z kapłanami  rozmawia  o pie-
niądzach.  Na  przykład  z pewnym
czarnym  kaznodzieją:  –  Widzę,  że
lubisz błyskotki? Kaznodzieja odpo-
wiada, że owszem, lubi złoto. – Lu-
dzie powinni dobrze wyglądać – do-
daje. Satyryk puentuje: – Dokładnie
to samo mówią alfonsi o swoich ko-
bietach. Uwieczniona na filmie mi-
na kaznodziei jest bezcenna. 

Maher  pokazuje  idiotyzm  ame-

rykańskiego pojmowania religii. Jed-
na z pokazanych przez niego nasto-
latek mówi: „Ja nie nienawidzę ge-
jów. To Bóg ich nienawidzi”. Twór-
ca  jeździ  do  kreacjonistów,  rozma-
wia z ludźmi, którzy przekonują, że
każde  słowo  Biblii  należy  trakto-
wać dosłownie. Rozmawia z eksge-
jem, który z homoseksualizmu leczy
modlitwą, i z członkiem organizacji
„Byli Żydzi dla Jezusa”, który prze-
konuje,  że  cuda  istnieją  i powinien
w nie  uwierzyć.  Co  najważniejsze 
– Maher wszystko to robi błyskotli-
wie, z jajem i na dużym luzie. 

Udało  mu  się  porozmawiać

z dwoma  Jezusami.  Jeden
z nich  odgrywał  tę  rolę
w zbudowanym na Florydzie
„Doświadczeniu 

Ziemi

Świętej” i miał zamiar prze-
konać Mahera, by ten uwie-
rzył.  Drugi  to...  prawdziwe
drugie  wcielenie  Jezusa
z Nazaretu.  Jezus  Miranda
z Puerto  Rico  twierdzi,  że
skoro  przyszedł  powtórnie
na świat, to nie ma już grze-
chu,  a powiedziało  mu  to
dwóch aniołów. Oczywiście,
żaden z tych Jezusów (sic?)
nie  musi  pracować...

Omawiany  film  to  nie

tylko satyra – to raczej moc-
na  publicystyka,  która  ma
pokazać,  jak  wielki  poten-
cjał niszczycielski tkwi w fa-
natycznej  wierze  religijnej. 

Maher  mówi:  „Promuję

wątpliwości. To mój towar”. 

BOREJSZA

FFuurraa nnaa oołłttaarrzzuu

A

A

meryka  prześcignęła  RP  w  kategorii  religii  motoryzacyjnej. 
W Katolandzie księża traktują samochody (np. policyjne) wodą

święconą,  w  USA  wciągnęli  auta  do  kościoła,  przed  ołtarz. 

Wozy terenowe ford escape, che-

vrolet  tahoe  i chrysler  aspen  pro-
dukowane  przez  „wielką  trójkę”
z Detroit  stały  się  bohaterami  ob-
rządku  w Greatest  Grace  Temple,
największym  kościele  w mieście.
Wielka trójka skurczyła się bowiem
dramatycznie i stanęła na krawędzi
bankructwa.  Kiedy  modlono  się
o utrzymanie jej przy życiu i niepo-
większenie  rzeszy  bezrobotnych

o 3 mln ludzi, w parlamencie USA
trwała debata, czy uratować potęż-
ne  do  niedawna  koncerny  zastrzy-
kiem kilkunastu miliardów dolarów.
Z promotoryzacyjnymi modłami pro-
testantów solidaryzują się muzułma-
nie, żydzi i katolicy pod wodzą kard.
Adama Majdy. Zapowiedzieli mo-
dły i post do czasu zakończenia de-
baty w Kongresie USA i wezwali do
tego samego wiernych. 

JF

IIddźźcciiee ii „„kkoocchhaajjcciiee”” ssiięę

W

W

ierni kościoła Fellowship Church w Grapewine w Teksasie
wiedzieli, że treść mszy będzie nietypowa, gdy koło pulpitu,

zza  którego  pastor  wygłasza  kazania,  ujrzeli...  łóżko.

Rozwaliwszy się na nim, wieleb-

ny  Ed  Young,  założyciel  kościoła,
rzucił  swym  owieczkom  wyzwanie:
seks codziennie, przez bity tydzień!
„Ze  smutkiem  stwierdzić  trzeba 
–  skonstatował  –  że  religie  milczą
w kwestii, w której Bóg nie milczał.
Ale  kiedy  się  pomyśli,  to  staje  się
jasne,  że  Bóg  uprawiał  miłość.  On
ją wynalazł i pragnął, by prawdziwi
wyznawcy też ją uprawiali”.

Młodym się spodobało, lecz co

bardziej  leciwi  parafianie  poczuli
tremę.  Ale  cóż,  pastorowi  się  nie
odmawia.  Po  tygodniu  na  stronie
internetowej kościoła wierni dzie-
lili  się  wrażeniami.  Były  na  ogół

pozytywne. Zamężna od 7 miesię-
cy dzierlatka wyznaje, że dzięki ape-
lowi pastora udało jej się wybaczyć
mężowi, który zdradził ją 3 miesią-
ce  po  ślubie.  Trochę  gorzej  było
w przypadku  jej  sąsiadki:  22  lata
w obrączce,  trójka  przychówku.
„Najgorzej było z energią, ale pil-
nowałam, by nie poświęcić wszyst-
kich  sił  na  obowiązki  domowe” 
– mówi. Niektórym pomysł pasto-
ra nie przypadł do gustu, choć kar-
nie codzienne kopulacje odwalali.
„To zepsuło nasze stosunki, nie ro-
bimy  tego  z miłości  czy  pożąda-
nia,  ale  dlatego,  że  ktoś  nam  po-
wiedział”  –  podsumowują.

PZ

P

Paarraa ddzziieew

wiicczzaa

K

K

ościół  papieski  z  determinacją  zakazuje  orgazmu  przed  ślu-
bem.  I  zakaz  ten  wynosi  na  sztandary. 

Dyrektywie tej poddali się (przy-

najmniej oficjalnie...) 28-letnia Me-
lody  Laluz 
i 30-letni  Claudaniel
Fabien
.  Para  –  nauczająca  absty-
nencji przedślubnej w szkole kato-
lickiej w Chicago – postanowiła na-
łożyć na siebie zakaz jakichkolwiek
kontaktów cielesnych do chwili sta-
nięcia przed ołtarzem. Jak twierdzą

– nigdy przedtem się nie całowali,
nie byli ze sobą długo sam na sam,
żeby  ich  co  złego  nie  podkusiło.
W kościele,  na  ślubnym  kobiercu,
odbył się dwuminutowy, dziewiczy
pocałunek.  Młodożeńcy  obiecują
nadrobić  erotyczne  zaległości
w trakcie  miesiąca  miodowego  na
Wyspach  Bahama. 

CS

R

Reelliig

giiootty

yzzm

m

P

onieważ zabobon na świecie nie ustępuje, mno-
żą się różne kuriozalne cuda. Opętani religijną

histerią  wierni  dopatrują  się  już  to  Jezusa  na  to-
ście, już to Matki Boskiej w postaci zacieku na szy-
bie. Problem stał się tak poważny, że oficjalnie za-
czął  go  zwalczać...  Watykan. 

Benedykt  XVI przygotował  i rozesłał  do  diecezji

oficjalną  instrukcję,  jak  postępować  w przypadku  po-
dejrzanych  objawień. 

Dobrym  przykładem  jest  „święty  zaciek”,  jaki  we

wrześniu  ubiegłego  roku  pojawił  się  na  oknie  szpitala
w miejscowości Springfield w amerykańskim stanie Mas-
sachusetts.  Otóż  w starym,  przeznaczonym  do  wymia-
ny oknie wykruszyła się uszczelka. Powstał zaciek, w któ-
rym  okoliczni  katolicy  dopatrzyli  się...  postaci  Matki
Boskiej,  i jęli  do  okna  pielgrzymować. 

Amerykanie  otoczyli  zaciek  prawdziwym  kultem.

Na przyszpitalnym parkingu koczowały setki ludzi. „Cu-
dacy”  zanosili  do  okna  modły,  śpiewali  pieśni  naboż-
ne,  odmawiali  różaniec.  Przed  „cudownym”  wizerun-
kiem  palili  świece  i składali  kwiaty. 

Szpital  naturalnie  był  katolicki.  Centrum  Medycz-

ne  Miłosierdzia  w Springfield  prowadzi  zakon  Sióstr
Opatrzności, a one – choć zarządziły specjalistyczne ba-
dania  zacieku  –  to  nie  zabroniły  się  do  niego  modlić.
W obliczu  nowej  instrukcji  papieża  Benedykta  będą
musiały  zmienić  zdanie. 

Papież  zorientował  się  chyba,  że  podobne  szopki

kompromitują Kościół dotkliwie. Pisze bowiem, iż „pla-
ga fałszywych cudów odwraca uwagę wiernych od prze-
kazu  Kościoła”.

B16 zaleca biskupowi, na którego terenie doszło do

cudu, by najpierw profilaktycznie wszystkiemu zaprze-
czył, a świadkom surowo nakazał milczenie. A następ-
nie  oddał  ich  w łapy  obiektywnej,  ateistyczno-katolic-
kiej komisji lekarskiej, która ustali, czy delikwenci aby
na  pewno  mają  równo  pod  sufitem. 

Potem druga komisja, złożona z uczonych teologów,

sprawdzi  ich  wiedzę  religijną.  Jak  to  zwykle  w Koście-
le  bywa,  im  bardziej  prymitywni  okażą  się  świadkowie

cudu,  tym  lepiej.  Wówczas  spada  bowiem  ryzyko,  że
treść swojego „objawienia” gdzieś wyczytali, a „cud na
szybie” sprokurowali wedle internetowej instrukcji. 

Wreszcie  kandydaci  na  nowe  „dzieci  z Lourdes”

zostaną  poddani  obróbce...  egzorcystów,  którzy  so-
bie  tylko  znanymi  metodami  ustalą  ponad  wszelką
wątpliwość,  czy  nie  przemawia  poprzez  nich  Książę
Ciemności.

Dopiero  z kompletem  zaświadczeń  cud  na  szybie

zostanie  uznany  za  legalny  i będzie  go  można  czcić.
Jak  w Springfield,  gdzie  siostra  Kathleen  M.  Sulli-
van  
z zakonu  Sióstr  Opatrzności  uznała  zanoszenie
modłów  do  świętego  zacieku  za...  świadectwo  wiary.
„To wiele mówi o społeczności, która przybyła zoba-
czyć  cud.  Świat,  kraj,  a także  społeczność  pogrążone
są  w chaosie,  dlatego  wielu  z nas  poszukuje  znaków
nadziei  i pokoju.  Od  kilku  dni  ludzie  uznali  za  tako-
wy  nasze  okno”.

Ale  pod  warunkiem,  że  będą  zaświadczenia.  I że

Kościół  przyłoży  pieczątkę  swej  iście  niemieckiej  biu-
rokracji, od której cuda fałszywe pierzchają. Gdyż Ord-
nung  must  sein
.  Jawohl!

MH

P

Paap

piieeżż w

waallcczzyy zz ccu

ud

daam

mii

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

16

6

NASI OKUPANCI

Późnym wieczorem 28 września

1978  r.  świat  obiegła  wiadomość
o nagłej śmierci papieża Jana Paw-
ła  I
.  Znaleziono  go  w łóżku  mar-
twego  –  po  33  dniach  pontyfikatu.
Niewątpliwie  ktoś  się  do  tej  nagłej
śmierci  przysłużył,  ale  to  już  inny
temat. Niespełna trzy tygodnie póź-
niej kardynałowie elektorzy w licz-
bie  111  dokonali  wyboru  nowego
papieża.  Ósme,  i jak  się  okazało
ostatnie  głosowanie,  nastąpiło  16
października  po  godzinie  16.  Naj-
więcej  głosów,  bo  aż  99  (wymaga-
nych było 74), uzyskał liczący sobie
wówczas 54 lata arcybiskup krakow-
ski Karol Wojtyła. Po godzinie 18
znad  komina  nad  Kaplicą  Sykstyń-
ską tradycyjnie wzniósł się biały dym,
zwiastując dokonanie wyboru, a wraz
z nim  padła  zwyczajowa  formuła:
Habemus  papam –  „Mamy  papie-
ża!”.  Karol  Wojtyła,  od  tej  chwili
jako Jan Paweł II, został w ten spo-
sób  pierwszym  papieżem  nie-Wło-
chem  od  czasu  wybranego  w 1522
roku Hadriana VI, Holendra, i za-
razem  pierwszym  w historii  papie-
żem  słowiańskim.  Między  innymi
dlatego  było  to  tak  wielkie  zasko-
czenie dla obserwatorów, prasy ka-
tolickiej i wiernych, a jeszcze więk-
sze  dla  ZSRR  i sprzymierzonych

z nim państw socjalistycznych, w tym
również  dla  władz  PRL.  Nie  ulega
wszakże wątpliwości, że Wojtyła za-
siadł na tronie biskupów Rzymu nie-
przypadkowo, lecz w efekcie powsta-
nia sieci powiązań politycznych, któ-
ra  obejmowała  nie  tylko  kardyna-
łów  zachodnioniemieckich  i ame-
rykańskich,  ale  też  CIA  (w ocenie
której  wypadł  najlepiej);  nie  tylko
sławetne  Opus  Dei,  ale  i Kurię
Rzymską.  Istotną  rolę  odegrały  je-
go zdecydowanie antykomunistycz-
ne  poglądy  i doświadczenia  jako
człowieka  ze  Wschodu. 

Zogromu  znaczenia  tego  wy-

darzenia  władze  PRL  początkowo
nie zdawały sobie sprawy. Co praw-
da  I sekretarz  KC  PZPR  Edward
Gierek 
na wieść o wyborze Wojty-
ły na papieża powiedział podobno:
„O rany  boskie!”,  lecz  przeważało
przekonanie, że „lepszy jest dla nas
Wojtyła w Watykanie niż jako pry-
mas  Polski”  (zwłaszcza  Stanisław
Kania 
celował  w tych  wypowie-
dziach). Była to oczywiście formu-
ła  z gruntu  absurdalna,  gdyż  jako
papież  mógł  on  zrobić  w interesie
Krk znacznie więcej, niż gdyby po-
został w Polsce. Charakterystyczna
była  reakcja  czołowych  partyjnych
organów  prasowych  –  „Trybuny 

Ludu” i „Żołnierza Wolności”. Na-
zajutrz  po  wyborze  poświęciły  one
temu  wydarzeniu  niezwykle  mało
miejsca, zaś informacjami dnia by-
ły  konferencje  partyjne,  posiedze-
nie Rady Wojskowej Układu War-
szawskiego oraz... wykopki ziemnia-
ków  prowadzone  przez  kółka  rol-
nicze. Mediami, które wyłamały się
z tej „zmowy milczenia”, były „Ty-
godnik  Powszechny”  i „Słowo  Po-
wszechne”.  Ukazały  się  w nich  fo-
tografie Wojtyły, jego szczegółowy
życiorys,  liczne  komentarze  i ana-
lizy,  jak  również  –  pomijane  skru-
pulatnie  przez  PRL-owską  propa-
gandę – informacje o reakcjach i na-
strojach  opinii  publicznej  w kraju
i za  granicą  w związku  z wyborem
papieża Polaka. Jednak partia bar-
dzo szybko postanowi-
ła  przekuć  ten  nie-
oczekiwany wybór na
swój 

sukces, 

zaś

w prasie  pojawiła  się
ideologicznie  po-
prawna interpre-
tacja tego wyda-
rzenia.  W depe-
szy gratulacyjnej od
najwyższych 

władz

państwowych  stwier-
dzono  m.in.:  „Do-
niosła decyzja kar-
dynalskiego kon-
klawe  sprawia
Polsce  wielką
s a t y s f a k c j ę .
Na tronie pa-
pieskim  po
raz  pierwszy

w dziejach jest syn polskiego narodu,
budującego w jedności i współdziała-
niu wszystkich obywateli wielkość i po-
myślność  swej  socjalistycznej  Ojczy-
zny”
.  Czołowy  religioznawca  PRL,
Wiesław  Mysłek,  w okolicznościo-
wym  komentarzu  gotów  był  wynie-
sienie krakowskiego metropolity wią-
zać  z ustrojem  socjalistycznym,  pi-
sząc:  „Wszakże  osobowość  ta  kształ-
towała  się  w konkretnym  świecie,
w określonych  warunkach  i chociaż
dlatego jest w jakiejś mierze pochod-
ną ogólnego awansu Polski”
. W tym
samym  tonie  szły  kolejne  interpre-
tacje  w „Trybunie  Ludu”,  z których
wynikało, że wybór Polaka jako gło-
wy  Krk  był  wyrazem  uznania  dla
ustroju socjalistycznego i przejawem
szacunku dla Polski Ludowej. Suge-
rowano, że powołaniem nowego pa-
pieża jest działanie na rzecz pokoju,
porozumienia  i współpracy  między
narodami. Pomocne miało mu w tym
być  „szczególne  doświadczenie  jako
Polaka”
, który „całą swą czynną dzia-
łalność prowadził w Polsce Ludowej,

w kraju łączącym budownictwo socja-
lizmu  ze  sprawą  pokoju  i pokojowe-
go współżycia”

W istocie nikt się chyba nie łu-

dził,  że  nowy  papież  będzie  wspie-
rał  ZSRR  i socjalistyczne  inicjaty-
wy. Wojtyła okazał się kontynuato-
rem  antykomunistycznej  i antyra-
dzieckiej polityki ostatnich Piusów,
choć  prawdą  jest,  że  prowadził  ją,
stosownie  do  okoliczności,  ostroż-
niej.  Już  w obliczu  jego  pierwszej
pielgrzymki  do  Polski  mówiono
o „wdarciu  się  do  sowieckiego  im-
perium”  i przepowiadano  „trzęsie-
nie  ziemi  aż  po  Ural”,  spodziewa-
jąc się tego, na co papiestwo liczy-
ło  od  wieków  –  wielkiego  napływu
Słowian  do  Krk. 

Do ostatniej chwili władze PRL

szukały pretekstu, by odwlec pierw-
szą  papieską  pielgrzymkę  do  Pol-
ski.  Jako  przeszkodę  podawano  m.
in. obchody 35-lecia PRL, zapowie-
dziany  VIII  Zjazd  PZPR,  po  cichu
liczono również na egoizm kard. Wy-
szyńskiego 
i jego rywalizację z Woj-
tyłą  o większy  splendor  w polskim
Krk. Kiedy już zgodzono się na przy-

jazd  „Ojca  Świętego”  do  Polski

w 1979 r., robiono wszystko, by

nie  nastąpił  on  w maju  ze
względu na 900 rocznicę śmier-

ci św. Stanisława ze Szczepa-

nowa i oczekiwany udział Jana

Pawła  II  w synodzie  archidiece-

zji  krakowskiej.  Wcześniej  suge-

rowano,  że  właściwszym  czasem

pielgrzymki  byłby  jubileusz  600-

-lecia  Jasnej  Góry,  przypadający

w 1982  r.  O decyzji  wcześniej-

szej wizyty zadecydowała gwał-

towna potrzeba kredytów do-

larowych dla zadłużonej go-

spodarki  PRL.  Gierek  li-

czył, że wizyta ta umocni

prestiż państwa i otworzy

sejfy zachodnich banków.

ARTUR  CECUŁA

PRAWDZIWA  HISTORIA  KOŚCIOŁA  W  POLSCE  (123)

P

Paappiieeżż zz K

Krraakkoow

waa

W październiku 1978 r. na tzw. Stolicy Piotrowej 
zasiadł kardynał Karol Wojtyła – nowy, według jednej 
z licznych statystyk, 64 papież, który przybrał imię 
Jan Paweł II. PRL-owska propaganda sugerowała, 
że wybór ten był rezultatem rozwoju socjalizmu w Polsce.

Przed  tygodniem  napisaliśmy  w  „FiM”,

że  Polska  gwałtownie  się  zmienia,  przeżywa
falę spontanicznej laicyzacji, a niezmienna bi-
skupia arogancja jedynie nasila ten proces. Le-
dwo ostatni numer trafił do kiosków, a media
przyniosły kolejny przykład tego procesu.

Katolicka do bólu TVP zapewne zdumio-

nym widzom pokazała reportaż ze zbuntowa-
nej parafii Błonie koło Łęczycy. Miejscowy bi-
skup  zdymisjonował  tam  proboszcza  cieszą-
cego się szacunkiem parafian. Wierni zbunto-
wali  się  i  zamknęli  kościół  przed  następcami
swojego  byłego  duszpasterza.  Biskup  Zawit-
kowski 
z Łowicza (ulubieniec Radia Maryja)
zagroził  krnąbrnym,  że  jeśli  nie  podporząd-
kują  się  władzy  kościelnej,  to  on  po  prostu
zlikwiduje tamtejszą parafię. 

Zbuntowane  owce  i  arogancki  biskup 

– można powiedzieć, że to historia, jakich wie-
le.  O  to  właśnie  chodzi,  że  tych  historii  jest

wiele,  co  najmniej  kilka  w  ciągu  roku.  Tego
rodzaju  bunty  obejmują  rocznie  tysiące  osób
i  to  na  ogół  w  okolicach  bardzo  religijnych,
gdzie  rzadko  dociera  antyklerykalna  prasa, 
a  duchowni  cieszą  się  dużym  prestiżem  spo-
łecznym.  W  przypadku  Błonia  bardzo  cieka-
we  były  wnioski,  jakie  parafianie  wyciągnęli 
z  konfliktu  z  kurią,  i  fakt,  że  nie  wahali  się

opowiedzieć o nich dziennikarzom: „Myśleli-
śmy dotąd, że Kościół to my, ludzie, a okazu-
je  się,  że  to  wyłącznie  biskupi”,  „Kościół  to
jest  wielkie  przedsiębiorstwo,  które  jest  po
to, aby przynosiło zyski”. Przy okazji tego ro-
dzaju sporów ludzie uświadamiają sobie jesz-
cze jedną prawdę: że majątek parafii jest wła-
snością  diecezji,  że  salki,  kościoły  i  plebanie
wcale nie są własnością lokalnej społeczności,
która  je  przecież  wybudowała  i  utrzymuje. 
W każdej chwili mogą ich zostać pozbawieni.
Dociera też do nich jeszcze jedno – że na nic

nie mają wpływu. Są tylko tłumem petentów,
którzy kołaczą do bramy panów – biskupów.

Edukacyjny wymiar takich zderzeń pomię-

dzy  hierarchią  i  świeckimi  katolikami  jest  nie
do przecenienia. Bo cały problem bycia wier-
nym wyznawcą rzymskiego katolicyzmu po-
lega  na  ogół  na  byciu  człowiekiem  niedo-
informowanym  i  zastraszonym
.  Katolicy 

powoli  odkrywają  prawdziwą  naturę  instytu-
cji,  do  której  wcielono  ich  przymusowo  jako
niemowlęta. Wydawała się ona jedynym istnie-
jącym światem, może mało sympatycznym, ale
przecież  jakoś  własnym  i  swoim.  Tymczasem
okazuje się, że nie istnieje „wspólnota Kościo-
ła”.  Funkcjonuje  tylko  wspólna  własność  hie-
rarchii, ten swoisty komunizm religijny, z któ-
rego jednak wykluczeni są zwykli wierni. 

Nie  jestem  zwolennikiem  chrześcijaństwa

w ogóle, ale muszę przyznać, że na tle innych
wyznań los katolików jest wyjątkowo żałosny.

Polscy  luteranie  mogą  np.  wybierać  swoich
duszpasterzy  i  kontrolują  finanse  swoich  pa-
rafii.  Wiele  innych  kościołów  protestanckich
ma  w  pełni  demokratyczne  struktury  i  funk-
cjonuje  mniej  więcej  tak,  jak  zwykłe  stowa-
rzyszenie  w  normalnym,  cywilizowanym  kra-
ju. Bycie „członkiem kościoła” nie jest pustym
hasłem i oznacza po prostu prawo głosu i re-
alny  wpływ  na  własną  wspólnotę  oraz  całą
strukturę  krajową  poprzez  system  przedsta-
wicieli. Czasem jest to także prawo do zabra-
nia głosu na nabożeństwie. Poza nabożeństwa-
mi  są  zebrania  parafialne,  na  których  w  wol-
ny sposób omawia się sprawy finansowe i or-
ganizacyjne.  Jako  człowiek  niereligijny  doce-
niam takie stawianie sprawy i uważam, że sko-
ro wierzy się w Boga, to przynależność do ta-
kiej  struktury  nie  przynosi  ujmy.  Tymczasem
bycie katolikiem jest nierozerwalnie związane
z  zaakceptowaniem  sprowadzenia  siebie  do
poziomu  ciągłego  petenta,  kogoś  nie  w  pełni
rozwiniętego, kogo głos nie ma żadnego zna-
czenia. Los katolika to los „owcy”, „dziecka”
matki  Kościoła.  Tylko  ludzie,  którzy  nie  ma-
ją pełnej świadomości swego stanu i nie wie-
dzą  o  tym,  że  „inny  świat  jest  możliwy”,  mo-
gą zgodzić się na taki stan rzeczy. 

MAREK  KRAK

M

Mn

niie

ejj n

niiżż zze

erro

o

R

R

ó

óżżo

ow

wiiu

uttk

kiie

e,,  g

grru

ub

biiu

uttk

kiie

e  ii  p

po

ok

krryy-

tte

e  d

do

ob

brro

od

du

us

szzn

nyym

m  u

śm

miie

ecch

he

em

m

ttw

wa

arrzze

e  b

biis

sk

ku

up

ów

w  m

ma

ajją

ą  o

od

dd

da

aw

wa

aćć

żżyycczzlliiw

ą  llu

ud

dzziio

om

m  n

na

attu

urrę

ę  K

Ko

ścciio

ołła

a..  C

Co

o-

rra

azz cczzę

ęś

ścciie

ejj u

śm

miie

ecch

h tte

en

n s

stta

ajje

e s

siię

ę jje

ed

dyy-

n

niie

e  w

wyyććw

wiicczzo

on

nyym

m  g

grryym

ma

as

se

em

m,,  cch

hw

wyytte

em

m

m

ma

arrk

ke

ettiin

ng

go

ow

wyym

m  o

ob

blliicczzo

on

nyym

m  n

na

a  zzm

myylle

e-

n

niie

e  cczzu

ujjn

no

śccii  k

klliie

en

ntta

a..

ŻYCIE  PO  RELIGII

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

17

7

PRZEMILCZANA HISTORIA

N

owożytna masoneria by-
ła jedną z ważniejszych
sił kształtujących społe-
czeństwa  zachodnie,

zwłaszcza  poprzez  wychowywanie,
stymulowanie i wolnościowe przemia-
ny  ustrojowo-społeczne.  Jej  znacze-
nie w wiekach XVIII i XIX było zbli-
żone  do  znaczenia  związku  krotoń-
skiego w okresie staropitagorejskim,
kiedy  „myśl  i praktyka  działania  pi-
tagoreizmu  nierzadko  decydowała 
o politycznym  i ustrojowym  obliczu
miast  greckich  południowej  Italii”
.
Cyceron był przekonany, że przy or-
ganizacji  wielu  instytucji  rzymskie-
go życia publicznego wzorowano się
na  związkach  pitagorejskich.  Etyka

i doskonalenie moralne należały do
najważniejszych  aspektów  działal-
ności  związków  pitagorejskich  i  po-
dobnie  jest  w masonerii,  która  pie-
lęgnuje szczególną postać laickiej mo-
ralności.  Rzymski  pitagoreizm  cha-
rakteryzowany  bywa  jako  „starożyt-
na  masoneria”.  O  „loży  pitagorej-
skiej”  pisał  jeden  z  największych
znawców  pitagoreizmu  –  J.  Carco-
pino
, a poza nim także F. Cumont,
G.  Freyburger,  M.C.  Ghyka
Zdrugiej strony także wolnomularze
chętnie nawiązują do Pitagorasa (np.
masońska konferencja w Rzymie zor-
ganizowana  była  pod  szyldem  „Pita-
gora 2000”, a pewna amerykańska or-
ganizacja masońska dla młodzieży no-
si nazwę Rycerzy Pitagorasa).

Trudno jest jednoznacznie sklasy-

fikować  związek,  jaki  w  Krotonie  na
południu Italii założył Pitagoras z Sa-
mos (gr. Pythagóras; ok. 570 – ok. 497
p.n.e.). Jeśli uznamy, że było to brac-
two religijne, jak się często pisze, po-
wiem wówczas, iż była to jedna z naj-
bardziej fascynujących sekt religijnych
w dziejach.  Bractwo  pitagorejskie
można określić syntetycznie jako zwią-
zek  filozoficzno-religijno-nauko-
wy 
oraz polityczny. Wokół pitagorej-
czyków narosło bardzo wiele legend;
samą postać Pitagorasa możemy uznać
za na wpół legendarną.

Fenomen ich wierzeń religijnych

polegał na tym, iż w odróżnieniu od
innych grup mistycznych, które prak-
tykowały  muzykę,  tańce  oszałamia-
jące czy wino, pitagorejczycy za naj-
ważniejsze  środki  oczyszczania
duszy  uznawali  życie  ascetyczne,
muzykę  i pracę  naukową

Ich  symbolem  był  pentagram.

Sam  związek  istniał  około  jednego
wieku  (od  połowy  VI  do  440  r.
p.n.e.), jednak myśl jego była nadal
kontynuowana  i rozwijana  (do  III
w. p.n.e.) i odcisnęła silne piętno na
całym życiu intelektualnym starożyt-
nej  Grecji,  której  jesteśmy  spadko-
biercami. Carcopino pisał nawet, że
w szczytowym okresie swojej popu-
larności  nad  Tybrem,  na  przełomie
er,  wszyscy  Rzymianie  byli  po  tro-
sze pitagorejczykami, a elementy na-
uk Pitagorasa można było odnaleźć
w doktrynach większości szkół filo-
zoficznych.

Związek  pitagorejski  prawdopo-

dobnie składał się z dwóch kategorii

członków: właściwych „pitagorejczy-
ków”  (pythagoreioi),  którzy  tworzyli
wspólnotę  sensu  stricto (wspólnota
dóbr,  wspólne  zamieszkiwanie,  no-
szenie  białych  szat,  przestrzeganie
tabu),  oraz  „pytagorystów”  (pytha-
goristai
),  którzy  zbierali  się  jedynie
dla wysłuchiwania wykładów Pitago-
rasa.  Na  podstawie  Jamblicha ten
podział możemy utożsamić z podzia-
łem  na  matematyków  i akuzmaty-
ków. J. Brosse przedstawia ten po-
dział  jako  „krąg  zewnętrzny”  oraz
„krąg wewnętrzny”. Pierwszy stano-
wili akuzmatycy, którzy mieli za za-
danie obronę związku i tworzyli kon-
fraternię wojowników dowodzonych
przez Milona z Krotony, zięcia Pi-
tagorasa, natomiast drugi – matema-
tycy,  wtajemniczeni. 

Choć  pitagorejczycy  czynnie  an-

gażowali się w politykę i w sprawo-
wanie  władzy,  błędem  byłoby  uzna-
nie ich za partię polityczną, bo z pew-
nością  nią  nie  byli.  Byli  natomiast
jakby  szkołą  mężów  stanu.  W  „Ży-
ciu  Pitagorasa”  Jamblich  pisze,  że 
w związkach  pitagorejskich  o czło-
wieku stanowią nie umiejętności tech-
nokratyczne,  a takie  wykształcenie,
które przygotowywałoby do „zajmo-
wania  się  sprawami  publicznymi” 
i dawało umiejętność rządzenia. Ro-
zumieli, że warunkuje to znajomość
zasad struktury świata i rzeczy. Dziś
w polityce  liczą  się  wyłącznie,  a co
najmniej  przede  wszystkim,  umie-
jętności  technokratyczne  i umiejęt-
ność sprzedania nadziei jak najwięk-
szej liczbie klientów. Reklamacji nie
przyjmuje się. Nie ma bardziej odle-
głych pojęć jak etyka i polityka.

Poglądy polityczne Pitagorasa wy-

nikały  z jego  poglądów  etycznych
(polityka  miała  służyć  ideom  etycz-
nym,  ich  wcielaniu  w życie  społe-
czeństw).  Etykę  tę  można  określić
„dorycką”  (w  odróżnieniu  od  joń-
skiej), a charakteryzowała się suro-
wością  i głosiła  wyrzeczenia.  Tzw.
pitagorejski  sposób  życia  (pythago-
ricos  bios
)  chwalił  Platon  (zob.  list
7),  porównując  ze  sobą  Syrakuzy 
i Tarent. W tym ostatnim (południo-
wa Italia) przez lata sprawował wła-
dzę  pitagorejczyk  Archytas  z Ta-
rentu 
(ok. 428 – ok. 365 p.n.e.).

Pierwszy  związek  pitagorejski 

w krótkim czasie stał się potęgą po-
lityczną,  opanowując  miasta  połu-

dniowej Italii. Pitagorejczycy uważa-
li siebie za najlepiej predysponowa-
nych  do  sprawowania  władzy,  gdyż
posiadali  wiedzę  i etykę.  Nazywali
się aristoi (aristos „najlepszy”), czy-
li  „najlepsi  rządcy”. 

Symbolem etyki Pitagorasa była

litera  „Y”  (tzw.  litera  pitagorejska
lub samijska), która reprezentowała
rozdroża  ludzkiego  życia.  Człowiek
wkracza w życie, w wieku młodzień-
czym staje przed wyborem: albo do-
bro, trud i praca nad sobą, prawość,
szlachetność  i wzniosłość,  albo  zło,
łatwizna,  przyziemność,  zaspokaja-
nie  wyłącznie  sytości  ciała  lub  zmy-
słów. Aby móc wybrać właściwie, na-
leżało zdobyć rozeznanie w otacza-
jącym nas świecie. Pitagoras przeko-
nywał, dlaczego droga trudu jest tak
ważna,  dlaczego  kroczą  nią  aristoi.
Jako  najważniejszy  element  tej  ety-
ki jawi się nam postawienie intelek-
tu  nad  zmysłową  naturą  człowieka.
Najlepsze  zatem  jest  życie  pod-
dane dyscyplinie umysłowej
. Pita-
goras  zaproponował  nowy  sposób 
życia  –  bios  theoretikos,  co  znaczy 

życie kontemplacyjne. Jednak w zna-
czeniu  innym  niż  to,  które  skłonni
jesteśmy przypisywać temu termino-
wi zaanektowanemu przez chrześci-
jańskich  anachoretów.  Inne  reguły
pitagorejskie  miały  pouczać:  „Serca
nie  zjadać,  to  znaczy  nie  pogrążać
się w smutku”; „Nie siadać na becz-
ce, to znaczy nie żyć w bezczynności”;
„Nie przyjmować do domu jaskółek,
to  znaczy  nie  mieszkać  pod  jednym
dachem  z ludźmi  gadatliwymi  i od-
znaczającymi  się  niepowściągliwym
językiem”; „Pomagać ludziom w dźwi-
ganiu ciężarów, nie zaś w ich zrzuca-
niu,  przez  co  nakazywał  sprzyjać  nie
gnuśności  i lenistwu,  lecz  dążeniu
do trudów i dzielności”.

W sposób interesujący droga do

właściwego życia wiązała się z oczysz-
czaniem. Duszę miała oczyszczać na-
uka  i muzyka,  zaś  ciała  –  medycy-
na.  Także  zdrowe  odżywianie,
wsparte  systemem  zakazów.  Wyra-
żało  to  coś,  co  określilibyśmy  sen-
tencją:  w zdrowym  ciele  –  zdrowy
duch. Całkowitym przeciwieństwem
były różne sposoby umartwiania cia-
ła stosowane m.in. przez chrześcijan.
To przeciwieństwo dosadnie podkre-
ślił Nietzsche, pisząc w swym „An-
tychryście”: „Chrześcijaństwo potrze-
buje 
choroby,  mniej  więcej  tak,  jak
Grecy  potrzebowali  nadmiaru  zdro-
wia – wywoływanie choroby jest ukry-
tym zamiarem całego systemu proce-
dur  leczniczych  Kościoła  (...).  Gar-
dzi się tu ciałem, higienę odrzuca ja-
ko zmysłowość; Kościół broni się na-
wet  przed  czystością  (po  wypędzeniu
Maurów pierwszym krokiem chrześci-
jan było zamknięcie łaźni publicznych,
których sama Kordoba liczyła 270 ).
(...) dietę wybiera się tak, by sprzyja-
ła zjawiskom chorobowym i rozdraż-
niała system nerwowy”

Jak  to  jednak  bywa  w polityce 

–  raz  na  wozie,  raz  pod  wozem.
„Rzeczpospolita  Filozofów,  tj.  Liga
Krotońska, kierowana przez przywód-
ców Bractwa Pitagorejskiego, po oko-
ło  pięćdziesięcioletnim  okresie  spra-
wowania  kontroli  nad  losami  poli-
tycznymi  znacznych  połaci  Sycylii 
i południowej Italii, utraciła całą swą
potęgę w następstwie ludowej rewol-
ty” 
(Ghyka). Przeciwko pitagorejczy-
kom wybuchło powstanie krotońskie.
Zostali ostatecznie rozbici jako klub
polityczny – członków w większości
wymordowano,  a  ci,  którzy  ocaleli,
zbiegli  do  innych  miast.

Ostatnim pitagorejczykiem spra-

wującym władzę polityczną był wspo-
mniany matematyk, Archytas z Ta-
rentu,  władca  i siedmiokrotny  ge-
neralissimus 
„tarenckiej republiki pi-
tagorejskiej”.

Pozostawili po sobie jednak trwa-

ły dorobek i oddziałali na wiele póź-
niejszych  szkół.

W  związkach  orfickich  przed

przyjęciem profana w krąg wtajem-
niczonych  obowiązywały  specjalne
procedury inicjacyjne – podobnie jak
u pitagorejczyków.  Należało  naj-
pierw przejść egzamin, trzyletnie stu-
dia oraz pięcioletnią praktykę asce-
zy  i milczenia.  Wówczas  adeptom
objawiano tetraktys, czyli symbol świę-
tej  liczby  pitagorejskiej. 

Obok rozwiniętej symboliki licz-

bowej  dokonywali  oni  weryfikowal-
nych  odkryć  matematycznych
(zwłaszcza  tzw.  twierdzenie  Pitago-
rasa),  naukowych  typologii (m.in.
liczby  parzyste  i nieparzyste), 
odkryć  liczbowych  stosunków 
w świecie  przyrodniczym 
(m.in.
stosunki  liczbowe  między  interwa-
łami  harmonicznymi  w muzyce).
„Święta wiedza” pitagorejczyków by-
ła imponująca i w dużej mierze wy-
przedzała swą epokę (zwycięski he-
liocentryzm  renesansowy  zapocząt-
kowany  został  przecież  już  u pita-
gorejczyków  i w  kościelnych  potę-
pieniach  ujmowany  był  często  jako
„system  pitagorejski”).

Kontynuacją pitagorejskiej „świę-

tej nauki” o liczbach nie była nume-
rologia,  kabała  czy  inna  późniejsza
ezoteryczna  nauka  związana  z licz-
bami, lecz matematyka naukowa oraz
odkrywanie  istniejącego  faktycznie
matematyzmu  przyrody.  Ten  ostat-
ni,  jako  paradygmat  naukowy,  jest
jednym z fundamentów współczesnej
nauki  i  do  dziś  budzi  zachwyt  bada-
czy.  Jacob  Bronowski podkreśla:
„Odkąd Pitagoras stwierdził, że liczby
są językiem przyrody, jej prawa wyra-
żano zawsze za ich pośrednictwem”
.

W  październiku  2006  r.  Carlos

Quintanilla Yrena, przewodniczący
Rady Masońskiej w Meksyku oraz am-
basador  Rytu  York  w  Meksyku,  wy-
głosił dla brazylijskich wolnomularzy
wykład zwany deską, zatytułowany „Pi-
tagoras i Masoneria”, w którym uka-
zuje  Pitagorasa  jako  prekursora  ma-
sonerii.  Jest  to  z  pewnością  postać
znacznie bardziej inspirująca i ciekaw-
sza niż popularniejszy odeń Hiram.

MARIUSZ  AGNOSIEWICZ

www.racjonalista.pl

HISTORIA  MASONERII  (6)

LLoożżee PPiittaaggoorraassaa

W wolnomularstwie Pitagoras – obok Hirama (architekt
i budowniczy świątyni Salomona) – jest uznawany 
za głównego patrona duchowego ruchu masońskiego.
Przede wszystkim jako twórca elitarnego zakonu 
ezoterycznego, ale także ruchu polityczno-społecznego,
bo to w działalności masonerii ma istotne znaczenie. 

LLoożżee PPiittaaggoorraassaa

Pitagoras  według  Rafaela

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

18

8

PRZEMILCZANA HISTORIA

Doktryna polityki marszałka Pił-

sudskiego zakładała  prowadzenie
polityki  równowagi  między  dwoma
wielkimi sąsiadami. Jednak to ZSRR
był uważany za głównego wroga Pol-
ski i to ze wschodu spodziewano się
większego  zagrożenia.  Stosunki
z Niemcami  były  z początku  bar-
dzo  złe:  wojna  celna,  spory  teryto-
rialne,  problemy  mniejszościowe.
Jednak  po  upadku  Republiki  We-
imarskiej  i powstaniu  III  Rzeszy
stopniowo poprawiały się. Efektem
tego był pakt o nieagresji, oficjalny
protokół  o zakończeniu  wojny  cel-
nej  i o współpracy  gospodarczej,
a także  obopólne  wizyty  dyploma-
tyczne  na  najwyższym  szczeblu.
W Polsce  gościli:  J.  Goebbels
H.  Frank,  H.  Himmler czy 
H.  Göring;  zwłaszcza  ten  ostatni
prywatnie polubił Polskę i często by-
wał  na  polowaniach  w Białowieży,
a zażyłe  stosunki,  jakie  cechowały
późniejszego szefa Luftwaffe z pre-
zydentem  Mościckim,  wybiegały
dalece  poza  oficjalny  protokół. 

III Rzesza wielokrotnie składa-

ła Polsce oferty wspólnego sojuszu,
jednak były one konsekwentnie od-
rzucane  przez  polskie  MSZ,  gdyż,
jak słusznie uważano, sprowadziły-
by nasz kraj do roli hitlerowskiego
wasala.  Na  pozycję  Włoch  w pak-
cie antykominternowskim nie moż-
na  było  liczyć,  zaś  rola  Węgier  czy
Rumunii była dla rządu dalece nie-
zadowalająca.  W głowach  sanacyj-
nych  polityków  wciąż  tliły  się  ma-
rzenia  o federacji  państw  między-
morza pod polską jurysdykcją, dla-
tego  też  starali  się  roztaczać  przed
społeczeństwem  iluzoryczne  wizje
polskiej mocarstwowości. Można po-
stawić  hipotezę,  iż  polityczny  nurt
płynący  z ul.  Wierzbowej  (siedziba
polskiego  MSZ-tu)  w wielu  istot-
nych  kwestiach  korelował  z polity-
ką  III  Rzeszy. 

Po śmierci Piłsudskiego w obo-

zie  sanacyjnym  rozgorzała  walka
o wpływy  w państwie. 

Swoją  szansę  zwietrzył  prezy-

dent Ignacy Mościcki, któremu znu-
dziła się rola malowana i postano-
wił korzystać ze swoich prerogatyw.
Jednak  musiał  się  zmierzyć  z po-
tężnym rywalem w osobie marszał-
ka  Edwarda  Rydza-Śmigłego
(patrz  zdjęcie),  któremu  marzyła
się  pozycja,  jaką  miał  Piłsudski.

Między  oboma  politykami  nastą-
pił nieformalny podział strefy wpły-
wów.  Mościcki  zajął  się  ekonomią
i gospodarką,  natomiast  pod  ju-
rysdykcją Rydza pozostawały resor-
ty  obrony  kraju  oraz  polityka  we-
wnętrzna i zagraniczna. Jeżeli włą-
czenie się do wielkiej polityki Mo-
ścickiego okazało się korzystne dla
Polski (choćby ze względu na wpro-
wadzenie  do  rządu  bardzo  nielu-
bianego przez Piłsudskiego, a jed-
nego  z najzdolniejszych  ekonomi-
stów – Eugeniusza Kwiatkowskie-
go
, twórcy COP-u), to polityka Ry-
dza  była  bardzo  niebezpieczna. 

W 1932  roku  w Niemczech  fa-

szystowska  partia  NSDAP  i Unia
Chrześcijańska odniosły sukces wy-
borczy,  stworzyły  koalicję  i objęły
władzę, wynosząc na urząd kancler-
ski  Adolfa  Hitlera.  Niedługo  po
tym  Hitler,  okrzyknięty Führerem
(wodzem),  doprowadził  do  tego,
że  Bundestag  został  zdominowany
przez NSDAP, która bądź to wchło-
nęła, bądź też zdelegalizowała inne
partie,  w konsekwencji  samodziel-
ne obejmując rządy. Naiwnością by-
łoby  sądzić,  iż  w sąsiedniej  Polsce
(„zażydzonej”  –  jak  mawiano)  ta
opcja  ukształtowania  się  sceny  po-
litycznej nie znalazła orędowników,
którym marzyła się wizja silnego wo-
dzowskiego państwa, gdzie liczył się
tylko jeden naród, jedna partia i ide-
ologia. Taki model (po dodaniu jed-
nej  religii)  od  dawna  propagowała
endecja,  gorliwie  wspierana  przez
Kościół. Jednak również w rządzą-
cym Polską obozie sanacyjnym wy-
raźnie ukształtowała się prawicowa
frakcja  skupiona  wokół  marszałka
Edwarda  Rydza-Śmigłego,  w któ-
rym upatrywano wielkiego przywód-
cę  narodu.

Rydzowi marzyło się zostać oso-

bą numer jeden w państwie. Uwiel-
biał organizować masowe wiece po-
parcia,  głosząc  wzniosłe  i pompa-
tyczne  przemówienia,  gdzie  cheł-
pił  się  silną  armią  i polską  mocar-
stwowością.  W szkołach  na  jego
cześć uczono pieśni, np.:,, Nikt nam
nie  zrobi  nic,  bo  z nami  jest  mar-
szałek  Śmigły-Rydz...”.

W jego  najbliższym  otoczeniu

powstał pomysł scalenia całego ży-
cia  publicznego  wokół  jednej  or-
ganizacji,  którą  nazwano  Obóz

Zjednoczenia Narodowego (Ozon).
Organizacja ta, wzorowana na struk-
turach  wojskowych  miała  tak  jak
NSDAP  wchłonąć  wszystkie  partie
polityczne,  a także  sprawować  pie-
czę nad wszelkimi nurtami życia spo-
łecznego.  Ozon,  niczym  mgła  spo-
wić miał całą Polskę, nad którą po-
winien się unosić duch Rydza. Mar-
szałek  osobiście  napisał  manifest
ideowo-programowy, a wybrany z je-
go  namaszczenia  szef  organizacji,
płk Adam Koc 27 lutego 1937 roku
na antenie Polskiego Radia odczytał

go. Głosił on niegdysiejszą wybitną
rolę  marszałka  Piłsudskiego  w ży-
ciu polskiego narodu oraz kreował
jego następcę Rydza-Śmigłego. Pod-
kreślał  szczególną  pozycję  armii
w państwie, a także zakładał, że na-
ród polski jest narodem katolickim
ściśle  i nierozerwalnie  związanym
z Kościołem. 

Choć władza tej inicjatywie nada-

ła  wielki  rozmach,  a poparcie  dla
Ozonu było przedstawiane jako po-
parcie dla Polski, znaczna część spo-
łeczeństwa  była  bardzo  sceptyczna
dla  tej  inicjatywy,  widząc  w niej 
kontynuację  skompromitowanego

BBWR-u.  Skrót  ten  tłumaczono
wówczas  jako:  „Bardzo  bujaliśmy
was, rodacy”. 

Były i bardziej radykalne oceny,

dopatrujące się w Ozonie podobień-
stwa  do  NSDAP.  „Takie  to  niepo-
lskie,  ślepe  naśladownictwo  hitlery-
zmu, wygłoszone akurat, kiedy Göring
poluje  w Białowieży” 
–  pisała  Ma-
ria  Dąbrowska
.  Choć  krzykliwa
i hałaśliwa reklama organizacji da-
ła  pewien  efekt  w postaci  100  tys.
członków, to jednak brakowało tam
jakiś  wybitniejszych  osobistości  ze
świata  polityki,  kultury  i nauki. 

Niezrażony  tym  Koc  i ufający

mu marszałek postanowili ten pro-
blem rozwiązać poprzez pozyskanie
młodzieży.  W orbicie  ich  zaintere-
sowań  znalazły  się  skrajnie  prawi-
cowe, proendeckie organizacje. Sen-
sacją  stała  się  obecność  Rydza  na
kongresie korporacji,, Arkonia”. By-
ła to elitarna organizacja studencka

o charakterze  skrajnie  endeckim.
Tam też Rydz roztaczał przed mło-
dymi narodowcami wizję błyskotli-
wych  karier  w szeregach  Ozonu,
a przemówienie  uwieńczył  słowa-
mi:,, Przybyłem tutaj, aby zamani-
festować  swą  wiarę  w duszę  mło-
dzieży  polskiej”. 

Na  efekty  nie  trzeba  było  dłu-

go  czekać  i wkrótce  partie  jawnie
propagujące faszystowską ideologię
(takie  jak:  ONR  czy  ONR  –  Fa-
langa)  zasiliły  Ozon.  22  czerwca
1937  roku  Koc  proklamował  utwo-
rzenie  Związku  Młodej  Polski,  któ-
ry miał pełnić rolę młodzieżowej przy-
budówki  partii.  Na  jej  czele  stanął

faszyzujący  współzałożyciel  ONR,
a także redaktor techniczny wydaw-
nictw  franciszkańskich  i bliski
współpracownik późniejszego świę-
tego Maksymiliana Kolbego – Je-
rzy Rutkowski
. Następnym pomy-
słem  ozonowców  było  pozyskanie
dla swej koncepcji politycznej Ko-
ścioła. Jednak zamiast oczekiwane-
go  zbliżenia  doszło  do  zamieszek
antyklerykalnych,  a wszystko  za
sprawą  metropolity  krakowskiego
Adama  Sapiehy,  który  23  czerw-
ca 1937 roku, bez zgody władz pań-
stwowych,  polecił  przenieść  trum-
nę  Piłsudskiego  z krypty  św.  Le-
onarda  na  Wawelu  do  mniej  eks-
ponowanej krypty Srebrnych Dzwo-
nów. Władze państwowe i wszyscy
zwolennicy  kultu  Marszałka  wpa-
dli  we  wściekłość  –  domagano  się
ukarania  krnąbrnego  arcybiskupa.
Organizacje piłsudczykowskie urzą-
dzały liczne akcje protestacyjne, na
których niesiono transparenty:,, Sa-
pieha  do  Berezy”  oraz  domagano
się  ukrócenia  przywilejów  Kościo-
ła  i rewizji  konkordatu.  Dalszym
zamieszkom  kres  położyła  inter-
wencja papieża Piusa XI, który po-
lecił  Sapiesze  przeprosić  Mościc-
kiego,  co  ten  też  uczynił. 

Całą jesień 1937 roku cechowa-

ły  strajki  i protesty  społeczne,  na
czele ze strajkiem chłopskim, w cza-
sie którego od kul i bagnetów po-
licji zginęło 44 chłopów, a kilkuset
zostało rannych („Wyklęty powstań,
ludu” – „FiM” 33/2008). Wtedy też
Koc postanowił zagrać va banque:
na  posiedzeniu  rządu  całą  winą
obarczył  Mościckiego  i Składow-
skiego,  jako  zbyt  liberalnych  i pa-
raliżujących jego pracę. Następnie
zaproponował likwidację wszystkich
związków  zawodowych  i utworze-
nie na wzór faszystowskich Niemiec
i Włoch  zunifikowanych  korpora-
cji branżowych podporządkowanych
szefowi  Ozonu.  Większość  mini-
strów  wyraziła  się  o tym  pomyśle
z najwyższym  oburzeniem,  twier-
dząc,  że  taki  ruch  spowodowałby
masowe  protesty  społeczne,  na  co
Koc odparł, iż ma w zanadrzu kil-
kadziesiąt  tysięcy  uzbrojonych
członków paramilitarnych bojówek
faszystowskich. Następnie wspólnie
z Rydzem  zażądali  od  Mościckie-
go  odwołania  premiera  Składko-
wskiego oraz wszystkich ministrów
Mościckiego. Kolejnym pomysłem
sanacyjnego faszysty było ogłosze-
nie  ustaw  antyżydowskich,  wzoro-
wanych na obowiązujących w Niem-
czech ustawach norymberskich. Jed-
nak prezydent, symulując chorobę,
działał  na  zwłokę  i udało  mu  się
utrzymać gabinet Składkowskiego.
Wtedy  Rydz  z Kocem  przy  udzia-
le  przystrojonych  w brunatne  ko-
szule  bojówkarzy  ONR-Falanga,
zdecydowali się na działania rady-
kalne, które zapisały się w historii
jako  pucz  Rydza.  O tym  i innych
poczynaniach  sanacyjnej  dyktatu-
ry  w następnym  odcinku.

MAREK  PAWŁOWSKI

marek503@op.pl

F

Fa

asszzy

yzza

accjja

a

CIENIE  II  RP  (CZ.  5)

W drugiej połowie lat 30. ubiegłego stulecia wiele
wpływowych osobistości ówczesnego świata zachwycało
się hitlerowskimi Niemcami, widząc w nich wzorzec
gospodarnego, praworządnego i sprawnie zarządzanego
państwa, a także alternatywy dla komunizmu. 
Ale największe nadzieje w Hitlerze pokładał Watykan.

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

1

19

9

LISTY OD CZYTELNIKÓW

Obama  dla  ludu

Chociaż prezydenci elekci przy-

sięgają z ręką na Biblii, jednak Ame-
rykanie nie mówią jak polscy kato-
licy:  „Tylko  pod  tym  krzyżem,  tyl-
ko  pod  tym  znakiem  Ameryka  jest
Ameryką,  a  Amerykanin  Amery-
kaninem”. Mówią: „Jesteśmy naro-
dem złożonym z chrześcijan, muzuł-
manów, żydów i niewierzących, ale
celem, który przyświeca nam wszyst-
kim,  jest  wolność.

Historia  pokazała,  że  narody,

które wybrały religię (obojętnie ja-
ką)  za  swoją  główną  „siłę  napędo-
wą”,  nie  zdały  egzaminu  z  historii.
Takie uroczystości jak te, które wła-
śnie  oglądaliśmy  w  USA,  wyzwala-
ją  w  ludziach  wiele  dobra.  Amery-
ka pokazała, że chce zrobić dla świa-
ta wiele dobrego pod wodzą chary-
zmatycznego  Obamy.  Obama  po-
wiedział,  że  nie  będzie  realizować
polityki  ekspansjonistycznej  USA,
lecz  skoncentruje  wszystkie  siły  na
odbudowie  potęgi  narodu.  Piękny
cel.  Polacy  powinni  uczyć  się  od
Amerykanów.  Czyż  nie  tak?

Roman  Cichowski

Rzecznik  Kościoła 

Odpowiedź  Biura  Rzecznika

Praw  Obywatelskich  na  list  przed-
stawiciela Polskiego Stowarzyszenia
Racjonalistów  z  dnia  14  listopada
2008 r. wskazuje na jakieś nieporo-
zumienie w zakresie pełnionej funk-
cji społecznej i prawnej tego biura,
jak też samego rzecznika mającego
stać na straży prawa i wolności oby-
watela,  zgodnie  z  Konstytucją  RP.
Z  treści  odpowiedzi  wynika  inter-
pretacja, że prawa kościelne są pra-
wami  nadrzędnymi  w  stosunku  do
praw  zawartych  w  konstytucji. 
A  więc  sankcjonuje  on  dyktaturę
praw kościelnych, które wprowadza-
ne  są  w  sposób  dyktatorski. 

W rzeczywistości jest to więc Biu-

ro Rzecznika Praw Kościoła Katolic-
kiego, które powinno być finansowa-
ne przez Episkopat Polski, a nie przez
organa  publiczne.  Odmowa  przyję-
cia  sprawy  wniesionej  przez  Polskie
Stowarzyszenie Racjonalistów – dzia-
łające zgodnie z obowiązującym pra-
wem  –  jest  równoznaczne  z  odmo-
wą  prawa  wyboru  przyjęcia  lub  od-
mowy (rezygnacji) z wiary. Ustalenia
zawarte w dokumentach 345 Konfe-
rencji  Episkopatu  Polski  dotyczące
zasad formalnego występowania wier-
nych  z  Kościoła  katolickiego  jako
sprzeczne z obowiązującą Konstytu-
cją RP nie powinny stanowić podsta-
wy do odrzucenia powyższej sprawy.
Tym  bardziej  że  te  ustalenia  Epi-
skopatu Polskiego są bardziej restryk-
cyjne od wskazań Watykanu. 

Obserwując pazerność na dobra

materialne oraz życie codzienne kle-
ru niezgodne z zasadami głoszony-
mi  z  ambony,  coraz  więcej  ludzi

będzie odstępować od tej wiary, nie-
zależnie  od  tego,  czy  się  to  komuś
podoba,  czy  też  nie.  Organy  wła-
dzy  publicznej  nie  mogą  utrudniać
formalnego występowania z Kościo-
ła. Kler katolicki wkracza na teren
działalności  państwa  bez  żadnych
oporów, a wręcz z dziwnym popar-
ciem  i  działa  już  niemal  w  każdej

dziedzinie. Dlaczego nie czynią te-
go  organa  państwa  mające  stać  na
straży poszanowania obowiązującej
konstytucji? 

Stanisław  Manturewicz

Naród  z  Palikotem

Premier  i  część  posłów  Klubu

Parlamentarnego  PO  dostaje  ho-
pla  na  punkcie  PiS-u.  Bo  nie  na
punkcie Janusza Palikota, który za-
chowanie pani Gęsickiej nazwał pro-
stytuowaniem.  PiS  ma  tyle  z  pra-
wem i sprawiedliwością wspólnego,
co ja z abp. Józefem Życińskim. No,
chyba  to,  że  mieszkamy  w  jednym
województwie.

–  A  już  myślałem,  że  w  hipo-

kryzji i bogobojności nikt PiS-u nie
przebije.  Platforma,  dyskredytując
Palikota,  przyzwala  Kaczorom  na
arogancję  i  chamstwo.  PiS  nie  jest
opozycją konstruktywną, zdolną do
merytorycznego dialogu. 

PiS jest partią dwóch braci i ni-

kogo  więcej.  Ich  celem  jest  walka 
z  każdym,  kto  ich  nie  akceptuje,
nawet  w  myślach.  Gdyby  pokonali
wszystkich  swoich  wrogów,  to  i  tak
będą tworzyć nowych.

Głupotą i ślepotą PO była, i jest

nadal, obecność PiS-owców w struk-
turach instytucji państwa. To są ,,kor-
niki”,  które  niszczą  je  od  środka. 
I  robią  to  z  rozmysłem  i  fachowo.
,,Nie”  PiS-u  w  parlamencie  i  weto
prezydenta  to  mały  pikuś.  Pan  pre-
mier Tusk z ,,dobroci serca” akcep-
tuje  wszechobecność  PiS-u.  Nadst-
awia  policzek.  Można  i  tak,  ale  nie
w  polityce  wobec  jawnego  wroga.
Po co układać się z PiS? Przecież Na-
pieralski i Olejniczak aż ,,piszczą” do
władzy. Wystarczy podać im rękę.

Czy premier powinien odnosić się

do wypowiedzi Palikota? W żadnym

wypadku.  Większość  rodaków  i  po-
słów PO zdecydowanie Palikota po-
piera. Palikot to ,,rodzynek” i nale-
ży go pielęgnować. Zresztą pomylo-
no określenie prostytuować z prosty-
tucją. Pierwsze oznacza: bezcześcić,
hańbić. A drugie – wiadomo. Jedno
i  drugie  uprawia  PiS  w  nepotyzmie
z  klerem.  A  PO  widzi  to  i  milczy.

Ktoś trafnie zauważył: ,,Dziwka po-
trafi  być  damą”.  Właśnie  tę  meta-
morfozę zauważa Janusz Palikot.

Jedynie  szkoda,  że  Palikot  jest

sam. To niech Bóg ma go w swojej
opiece. 

Kalasanty  Wiktus,  Puławy

Prawdziwe  prostytutki

Nad tematem prostytucji zaczą-

łem  zastanawiać  się  głębiej  po  rze-
komo skandalicznej wypowiedzi Ja-
nusza Palikota wobec pani minister
Gęsickiej. Sformułowania posła PO
może  nie  były  szczytem  salonowej
oracji,  ale  dużo  gorzej  oceniam  re-
akcje na to innych posłów, głównie
prawicowych, odżegnujących Paliko-
ta od czci i wiary. 

A  czy  ktoś  kiedyś  zastanawiał

się, ile tysięcy istnień ludzkich ura-
towały tak powszechnie budzące po-
gardę prostytutki? Kto wie, czy na-
sze  matki,  siostry  i  żony  nie  stały-
by się ofiarami zboczeńców o nad-
miernym  popędzie  płciowym,  gdy-
by  nie  mogli  wyładować  się  w  ra-
mionach pań z domów publicznych.
One są również dla wielu mężczyzn
powierniczkami,  przyjaciółkami, 
z którymi można też porozmawiać
i zasięgnąć rady. Ilu wizyt u psycho-
logów i psychiatrów udało się dzię-
ki  temu  uniknąć? 

Czapki  z  głów,  panowie,  przed

prostytutkami. Bóg ich nie potępiał,
więc  i  my  nie  mamy  prawa.  Gar-
dzić  powinniśmy  nie  tymi,  co  cięż-
ko  pracują,  nie  mając  żadnych
uprawnień  wynikających  z  wykony-
wanego zawodu, ale tymi, co dosta-
ją pieniądze za nic. Pełno ich w na-
szym parlamencie, w spółkach skar-
bu  państwa,  na  państwowych  posa-
dach i w konfesjonałach. 

polspat@wp.pl

Huzia  na  PRL

Kiedy wysłuchałem „talibów” wy-

stępujących  w  programie  TVN  pt.
„Teraz my!” nadawanym 05.01.2009
roku, to mnie krew zalała. To, że wy-
stępujący  tam  duchowny  mówił,  co
mówił,  mogłem  zrozumieć  i  uznać,
że inaczej nie mógł się zachować, bo
nie miał żadnych argumentów, któ-
rymi mógłby przekonać widzów, że
Krk nie jest pazerny, nie ograbia na-
szego państwa i nie działa na rzecz
obcego  państwa,  jakim  jest  Waty-
kan. Podając fakt (chyba przez nie-
uwagę),  że  sprzedaż  majątku  nale-
żącego do Krk powinna być zgłoszo-
na do Watykanu i uzyskać zgodę pa-
pieża,  potwierdził,  że  duchowień-
stwo  polskie,  starając  się  o  „odzy-
skanie”  majątków  tzw.  martwej  rę-
ki, przyjętych przez państwo peere-
lowskie, nie działa na rzecz obywa-
teli  polskich,  ale  na  rzecz  obcego
państwa,  któremu  przysparza  i  po-
większa majątek kosztem nas wszyst-
kich. Nie mogłem jednak zrozumieć
występującego  tam  posła  Czumy.
Wiem, że ten pan w PRL-u był prze-
śladowany  i  ma  prawo  źle  mówić 
o tym okresie, ale nie może bezkar-
nie  obrażać  ludzi  żyjących  w  tym
ustroju, którzy korzystali z tych ma-
jątków (jak on to podkreśla), zrabo-
wanych  Kościołowi.  Pan  poseł  Czu-
ma pomówił ówczesne władze, że „ra-
bowały,  mordowały  siostry  zakonne
i  wyrzucały  je  z  siedzib,  konfiskując
ich majątki. To samo robiono z księż-
mi”.  Wszystkie  te  zarzuty  są  goło-
słownymi pomówieniami. Pan poseł
nie  podał  choćby  jednego  takiego
przypadku. 

Jan S., Kraków

Czarna  zjawa

W poprzednich latach klecha nie

miał  odwagi  do  mnie  przychodzić,
ponieważ odmawiałam nawet umyśl-
nym, a któregoś roku wywiesiłam na
drzwiach  plakat  100x70  z  napisem
„CZARNYM  WSTĘP  WZBRO-
NIONY!”.  U  sąsiadów  pojawiły  się
kartki: „PATRZ NR 5” (moje miesz-
kanie).  Jakiś  czas  potem  sąsiadka 
z  następnej  klatki  zapytała  mnie  ci-
chotajnie,  czy  nie  wiem,  kto  zrobił
księdzu  taką  straszną  przykrość,  że
aż płakał (taka wrażliwa jednostka).
Odpowiedziałam  z  dumą,  że  wiem:
JA.  Przez  wiele  lat  miałam  spokój.

W  ubiegłym  tygodniu  (jestem 
w szlafroku): puk, puk. Otwieram,
a  tu  stoi  przebieraniec.  Już  mia-
łam zapytać, czy to Halloween, ale
zjawa powiedziała: „Szczęść Boże”.
Ja: „O co chodzi?”. Zjawa: „Po ko-
lędzie  chodzę”.  Ja:  „No  to  niech
chodzi, co to mnie obchodzi”. Zja-
wa: „Aha”. I tu zamknęłam, a wła-
ściwie  zatrzasnęłam  drzwi.  W  mo-
jej klatce na 7 mieszkań wpuszcza-
ją  księdza  tylko  w  2,  tak  więc  te
opowieści o 90 procentach wiernych
to  przesada.  Świadkiem  niedoszłej
kolędy  jest  mój  ojciec,  a  możecie
też  zapytać  ową  kościelną  zjawę,
której zabrakło widocznie kasy, sko-
ro  usiłowała  się  dostać  do  miesz-
kań  do  tej  pory  niedostępnych. 

Anna  Grygorcewicz,  Ursynów 

Sojusznicy  z  USraju

Z  uwagą  przeczytałem  artykuł

„Wolność  –  wstęp  wzbroniony”.
Chciałbym podzielić się moimi do-
świadczeniami. Od prawie 30 lat mo-
ja  ciotka  jest  obywatelką  USraju.
Aby ukazać nam te cuda, zaprasza-
ła  naszą  rodzinę  wielokrotnie  i...
każdej z 7 osób przynajmniej 1 raz
odmawiano wizy bez podania jakich-
kolwiek  powodów!  Moja  żona  do-
stała ją dopiero po interwencji u se-
natora Illinois, a babcia – u amba-
sadora (wyszczekana ciocia czasem
się  przydaje...).  Ale  najciekawszy
przypadek dotyczył mojej siostry, ja-
kieś  2  lata  temu.  Po  wystąpieniu 
o następną wizę stawiła się jak zwy-
kle  w  ambasadzie.  Procedura  jest
taka,  że  strażnik  zabiera  paszporty
zaraz po wejściu i zwracane są do-
piero w okienku z decyzją dotyczą-
cą przyznania wizy lub nie. Nieste-
ty, moja siostra nie dostała z powro-
tem paszportu, bo ten... zaginął. Pró-
ba  odzyskania  paszportu  została
skwitowana  przez  pracownika  am-
basady stwierdzeniem: „Ktoś się nie
bał  i  zaje..ł”.  Skończyło  się  na  za-
wiadomieniu  przez  siostrę  policji 
o  skradzeniu  paszportu,  bez  jakie-
gokolwiek  poczucia  winy  ze  strony
ambasady i próby wyjaśnienia spra-
wy. Koszt wizy, którą w końcu otrzy-
mała,  stanowił  sumę  podwójnego
wpisowego  i  wyrobienia  nowego
paszportu. Tak właśnie traktuje nas
„nasz  największy  sojusznik”. 

Rafał  Woźnicki

LISTY

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

2

20

0

OKIEM BIBLISTY

Zmiana ta wiąże się z usunięciem

drugiego  przykazania  Dekalogu,  za-
kazującego czynienia i czczenia wize-
runków,  i rozdzieleniem  dziesiątego
przykazania,  zabraniającego  pożą-
dliwości, na dwa przykazania – dzie-
wiąte i dziesiąte – aby zachować ich
pełną  liczbę.  I wreszcie  ze  zmianą
czwartego  przykazania,  nakazujące-
go święcenie szabatu (soboty) na na-
kaz święcenia niedzieli. Dodajmy, że
w związku  z usunięciem  drugiego
przykazania również kolejność wszyst-
kich  pozostałych  przykazań,  aż  po
przykazanie dziewiąte uległa zmianie. 

A oto i treść usuniętego przyka-

zania: „Nie będziesz czynił żadnej rzeź-
by ani żadnego obrazu tego, co jest na
niebie wysoko, ani tego, co jest na zie-
mi nisko, ani tego, co jest w wodach
pod ziemią! Nie będziesz oddawał im
pokłonu  i nie  będziesz  im  służył,  po-
nieważ Ja Pan, twój Bóg, jestem Bo-
giem  zazdrosnym,  który  karze  wystę-
pek  ojców  na  synach  do  trzeciego
i czwartego pokolenia względem tych,
którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś
łaskę aż do tysiącznego pokolenia tym,
którzy Mnie miłują i przestrzegają mo-
ich przykazań” 
(Wj 20. 4–6 wg Biblii
Tysiąclecia). 

Biorąc  pod  uwagę  dalekosiężne

konsekwencje  naruszenia  tego  przy-
kazania, nasuwa się pytanie: kto, kie-
dy i dlaczego dokonał tych zmian i usu-
nął jedno z przykazań Dekalogu?

Otóż – jak przyznają sami teolo-

dzy  katoliccy  –  zmian  tych  dokonał
Kościół rzymski. Uczyniono tak, mi-
mo że Jezus przestrzegał przed taki-
mi  manipulacjami:  „Nie  sądźcie,  że
przyszedłem znieść Prawo albo Proro-
ków.  Nie  przyszedłem  znieść,  ale  wy-
pełnić. Dopóki niebo i ziemia nie prze-
miną,  ani  jedna  jota,  ani  jedna  kre-
ska  nie  zmieni  się  w  Prawie,  aż  się
wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósł-
by jedno z tych przykazań, choćby naj-
mniejszych,  i  uczyłby  tak  ludzi,  ten
będzie  najmniejszy  w  Królestwie  Nie-
bieskim 
(Mt 5. 17–19).

Oto  co  na  ten  temat  napisał  ks.

Franciszek  Spirago:  „Nie  narusza-
jąc  istoty  przykazań,  poczynił  w nich
Kościół następujące zmiany formalne.
Drugie przykazanie, dotyczące czci ob-
razów, złączył z pierwszym, natomiast
dziesiąte  przykazanie  Boże  rozdzielił
na dwa osobne przykazania (...). Na-
kaz  święcenia  sabatu  przemienił  Ko-
ściół  na  nakaz  święcenia  niedzieli”
(„Katolicki Katechizm Ludowy”, t. 2,
wyd. III, s. 72). 

Dodajmy  tu  jedynie,  że  nie  jest

prawdą, iż istota przykazania drugie-
go (i czwartego) nie została naruszo-
na poprzez połączenie z pierwszym.
Pierwsze przykazanie zabrania prze-
cież  posiadania  fałszywych  bogów
(idolów). Drugie natomiast zabrania
tworzenia  i oddawania  czci  ich  wi-
zerunkom. A to właśnie przykazanie
– występujące przeciwko szeroko ro-
zumianej  ikonolatrii,  czyli  wszelkiej
bałwochwalczej obrzędowości – Ko-
ściół papieski usunął z katechizmo-
wej  wersji  Dekalogu. 

Uczynił to nie tylko wbrew wy-

raźnemu  zastrzeżeniu  o niezmien-
ności Bożych przykazań (Pwt 4. 2),
ale również wbrew temu, że chrze-
ścijanie pierwszych III wieków byli
przeciwni  tworzeniu  jakichkolwiek
wizerunków Boga, Jezusa Chrystu-
sa lub tzw. świętych. Przypomnijmy,
że zmiany te zapoczątkowane zosta-
ły  w IV  wieku  po  Chrystusie,  wraz
z upaństwowieniem chrześcijaństwa,
napływem pogan i stopniowym prze-
jęciem  ich  praktyk,  m.  in.  dotyczą-
cych  kultu  wizerunków. 

Oto co na ten temat pisze fran-

cuski  jezuita  François  Bécheau

„Przez pierwsze wieki chrześcijań-

stwo  było  nad  wyraz  powściągliwe
w odniesieniu do świętych przedsta-
wień.  Nowa  religia  potwierdzała,
wbrew  rozbudowanym  unaocznie-
niom grecko-łacińskiego poganizmu,
swój charakter duchowy, nadzmysło-
wy.  Zerwanie  winno  być  radykalne;
zatem nie mogło być mowy o przed-
stawianiu, unaocznianiu Trójcy Świę-
tej, Dziewicy Marii czy świętych. Pod
tym  względem  chrześcijaństwo  było
spadkobiercą judaizmu: „Nie będziesz
czynił żadnej rzeźby ani żadnego ob-
razu tego, co jest na niebie wysoko”
(Wj  20.  4).  Nie  przedstawia  się  Bo-
ga,  tak  jak  się  go  nie  nazywa;  było-
by  to  bałwochwalstwo 
(...).  Jednak
ponieważ  pragnienie  unaoczniania
jest  naturalne  i żywe  u wszystkich
ludzi, u pierwszych chrześcijan szyb-
ko  pojawiły  się  naiwne  rysunki...”
(„Historia  soborów”,  s.  85–86).

Jak więc przyznaje ks. Wincen-

ty  Zaleski,  „niezbitym  faktem  jest,
że od wieku IV rozpowszechniał się
kult obrazów świętych. Już w wieku
V–VI był on tak rozpowszechniony,
że spotykamy się z nim w całym ów-
czesnym  chrześcijaństwie,  od  Iranu
i Armenii,  do  Francji  i Hiszpanii”
(„Nauka  Boża  –  Dekalog”,  strony
110–111). 

Szkoda tylko, że chociaż można

było przewidzieć skutki tego odstęp-
stwa, bo Biblia wyraźnie mówi o nich,
kult ten wkrótce doprowadził do wie-
lu  wypaczeń.  Twierdzono  na  przy-
kład,  że  niektóre  obrazy...  spadły
wprost z nieba i leczą chorych, a na-
wet przywracają życie umarłym. Stąd
też ten zabobonny kult wizerunków
doprowadził w końcu, jak każda in-
gerencja w biblijne podstawy wiary,
do niekończących się sporów, a na-
wet krwawych konfliktów. Doszło do
tego  (widocznie,  aby  uprzytomnić
„chrześcijanom”,  jak  dalece  odeszli
od swoich korzeni), że przeciwko wi-
zerunkom wystąpił nawet władca mu-
zułmański  kalif  Jazid  II (719/20).
Prawdopodobnie  dlatego  kilka  lat
później  cesarz  bizantyjski  Leon  III
nakazał zniszczenie wszystkich
obrazów.  Walka  o obrazy  to-
czyła  się  jednak  jeszcze  przez
wiele  lat. 

Aby rozwiązać ten problem,

w 754 r. synod w Hierea (zwa-
ny  też  pseudosoborem  ikono-
klastów)  postanowił: 

„Jedyną dopusz-

czalną  figurą
człowieczeń-
stwa  Chrystu-
sa  jest  chleb
i wino  w Świę-
tej  Wieczerzy.

Tę, a nie żadną inną formę, ten, a nie
żaden inny typ wybrał On, aby przed-
stawiały Jego wcielenie. Nakazał, aby
był łamany chleb, ale nie przedstawie-
nie w ludzkiej formie, aby w ten spo-
sób  nie  mogło  powstać  bałwochwal-
stwo... Chrześcijaństwo odrzuciło po-
gaństwo w całości: nie tylko ofiary po-
gańskie,  lecz  także  pogański  kult  ob-
razów” 
(w: Tony Lane, „Wiara – ro-
zum – doświadczenie”).

Stanowisko ikonoklastów (prze-

ciwnicy  obrazów)  nie  usatysfakcjo-
nowało  jednak  ikonoduli  (zwolen-
nicy  obrazów),  dlatego  też  w roku
787  Irena,  małżonka  nowego  cesa-
rza Leona  IV, zwołała sobór w Ni-
cei,  który  postanowił,  co  następuje: 

„Orzekamy  z całą  dokładnością

i zgodnie, że przedmiotem kultu nie tyl-
ko  powinny  być  wizerunki  drogocen-
nego i ożywiającego Krzyża, ale tak sa-
mo czcigodne i święte obrazy malowa-
ne, ułożone w mozaikę lub innym spo-
sobem wykonane, które ze czcią umiesz-
cza się w kościołach, na sprzęcie litur-
gicznym  czy  na  szatach,  na  ścianach
czy na desce, w domach czy przy dro-
gach  z wyobrażeniem  Pana  naszego
Jezusa Chrystusa, Boga i Zbawcy, świę-
tej Bogarodzicy, godnych czci Aniołów

oraz  wszystkich  świętych  i świątobli-
wych mężów” 
(tamże).

Jak widać, postanowienie soboru

w Nicei  było  nie  tylko  zupełnie  od-
mienne  od  tego,  jakie  w tej  sprawie
zajął  synod  w Hierae,  ale  również
rażąco  sprzeczne  z tym,  co  głosi  Bi-
blia.  Dlatego  też  decyzje  soboru  nie
zostały przyjęte przez ówczesnych iko-
noklastów tak długo, aż Teodora, re-
gentka cesarstwa, w imieniu syna, Mi-
chała  III
,  złożyła  z urzędu  patriar-
chę  Konstantynopola  –  przeciwnika
obrazów – i usankcjonowała ich kult,
„wprowadzając z tego powodu specjal-
ne  święto,  uroczyście  obchodzone  11
marca  843  r.  w na  nowo  przyozdo-
bionej  Hagia  Sophia” 
(F.  Bécheau).
Dodajmy, że od tego czasu święto to
jest  wciąż  celebrowane  w pierwszą

niedzielę Wielkiego Postu ja-
ko  triumf  prawosławia,  czyli  świę-
to  ortodoksji.  Od  tego  też  czasu,
a więc  od  pontyfikatu  Grzegorza
IV 
(827–844),  kult  świętych,  ich  ob-
razów i relikwii zaczął przybierać co-
raz bardziej na sile, aż stał się domi-
nującym elementem „chrześcijańskiej”
religijności w prawie całej Europie. 

Jak  uzasadniono  kult  wizerun-

ków? Przede wszystkim twierdzono,
że kult wizerunków Boga nie jest bał-
wochwalstwem,  ponieważ  nie  jest
skierowany do fałszywych bóstw, lecz
odnosi się do Boga prawdziwego. Po
drugie  –  podkreślano,  że  czcią  nie
są objęte same obrazy, lecz postacie
na  nich  widniejące.  Przywoływano
znaną już w religiach pogańskich za-
sadę,  że  kto  oddaje  cześć  obrazom,
ten składa ją istocie, którą ten obraz
przedstawia.  Uważano  więc,  że  im
częściej  wierni  obcują  z obrazami,
tym bardziej zachęceni zostają do od-
dawania im czci i naśladowania świę-
tych. Po trzecie – głoszono, że obra-
zy  to  księgi  dla  niewykształconych.
Obrazy  miały  zatem  przybliżać  nie-
piśmiennym rzeczywistości duchowe. 

Cokolwiek  by  powiedzieć  o tej

argumentacji,  z biblijnego  punktu 

widzenia  jest  ona  nie  do  przyjęcia.
Przypomnijmy, że Bóg wyraźnie za-
kazał przecież czynienia również swe-
go wizerunku. Powiedział: „Strzeżcie
usilnie dusz waszych, gdyż nie widzie-
liście  żadnej  postaci,  gdy  Pan  mówił
do  was  na  Horebie  spośród  ognia,
abyście nie popełnili grzechu i nie spo-
rządzili  sobie  podobizny  rzeźbionej,
czy to w kształcie mężczyzny, czy ko-
biety,  czy  w kształcie  jakiegokolwiek
zwierzęcia (...)” 
(Pwt 4. 15–17). 

Biblia mówi zresztą, że „Bóg jest

duchem, a ci, którzy mu cześć odda-
ją,  winni  mu  ją  oddawać  w duchu
i w prawdzie” 
(J 4. 24). Zabrania więc
nie tylko tworzenia i oddawania czci
wizerunkom  Boga,  ale  także  kultu
wszelkich innych „obrazów przedsta-
wiających śmiertelnego człowieka” 
(Rz
1. 23). Warto przy tym zauważyć, że
apostołowie nie przyjmowali chwały
ani pokłonów od ludzi (Dz 10. 25–26;
14. 8–15). Co więcej, nie przyjmowa-
li  jej  również  aniołowie  (Ap  19.  10;
22. 8–9). Apostoł Paweł napisał na-

wet, że oddawanie czci aniołom rów-

noznaczne  jest  z poniżaniem  sa-

mego  siebie  (Kol  2.  18).  Ponadto

Biblia  mówi,  że  kult  wizerunków

nie  tylko  nie  przybliża  nikogo  do

Boga,  ale  wręcz  przeciwnie,  od-

dala  od  Niego,  zaślepia  i naraża

też na wstyd ich twórców i wielbi-

cieli (Iz 44. 9–20). 

Biblia potępia więc wszelką bał-

wochwalczą  obrzędowość,  ubiera-
nie obrazów i figur – często w bar-

dzo  kosztowne,  pełne  złota  i dro-
gich kamieni szaty – i koronowanie

ich (jak to czynił Jan Paweł II) oraz

noszenie  (procesje)  na  ludzkich  ra-
mionach.  Ostrzega  też,  że  bałwo-
chwalcy Królestwa Bożego nie odzie-
dziczą (1 Kor 6. 9). „Bóg wprawdzie
puszczał  płazem  czasy  niewiedzy,  te-
raz jednak wzywa wszędzie wszystkich
ludzi, aby się opamiętali” 
(Dz 17. 30).
To znaczy, że teraz każdy może wie-
dzieć, iż wszystko, co wiąże się z kul-
tem  wizerunków  nie  tylko  nie  ma
biblijnego  uzasadnienia,  ale  jest  ra-
żąco niebiblijne. Że kult ten ma po-
gańskie  podłoże  i służy  chwale  de-
monów, a nie Bogu (1 Kor 10. 19–20). 

Stąd też biblijne wezwanie brzmi:

„Uciekajcie  od  bałwochwalstwa”
(1 Kor 10. 14) oraz: „Nie wdrażajcie
się  w [pogańskie]  zwyczaje  narodów
(...).  Gdyż  bóstwa  ludów  są  marno-
ścią. Są dziełem rąk rzemieślnika pra-
cującego  dłutem  w drzewie,  ściętym
w lesie,  które  przyozdabiają  srebrem
i złotem, umacniają gwoździami i mło-
tami, aby się nie chwiało. Są jak stra-
szak  na  polu  ogórkowym,  nie  mó-
wią, trzeba je nosić, bo nie mogą cho-
dzić. Nie bójcie się ich, bo nie mogą
szkodzić, lecz nie mogą też nic dobre-
go uczynić” 
(Jr 10. 2–5). 

BOLESŁAW  PARMA

Od niedawna czytam „FiM”. Są bardzo interesujące. 
W którymś z numerów przeczytałem o zmianie
przykazań Dekalogu, a nawet o usunięciu jednego 
z nich. Mam pytanie: o które przykazanie chodziło 
oraz kto, kiedy i dlaczego dokonał tej zmiany?

PYTANIA  CZYTELNIKÓW

CCoo ssiięę ssttaałłoo zz IIII pprrzzyykkaazzaanniieem

m??

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

2

21

1

TRZECIA STRONA MEDALU

Pewnego  razu  gruchnęła  wieść  hiobowa
–  w okolicy  pokazał  się  potwór.  Na  wio-
ski  napada  i krzywdę  ludziom  czyni.  Wy-
gląda  straszliwie,  nie  wiadomo,  o co  mu
chodzi,  i w ogóle  groza. 

Tośmy się jak zwykle w domach pozamy-

kali, ale w końcu trzeba wyleźć. Do wychod-
ka  albo  kurom  dać.  No  to  wyszliśmy.  Patrzy
człek – stoi potwór pośrodku gminnego pla-
cu,  okropny,  że  strach.  Kosmaty  jakiś  taki,
kudłaty,  oczka  małe  a świdrujące,  marynar-
ka  różowa,  zegarek  drogi. 

No  to  podszedł  Kaczyniak,  sołtys,  auto-

rytet swój okazać. Szturchnął potwora kijkiem
i powiada: 

–  Zabieraj  się  stąd!
Potwór kijek mu wyrwał i patrzy bezczel-

nie. No to Kaczyniak, żeby autorytetu bronić,
powiada  tak:

–  A cożeś  ty  za  jeden,  potworze?
–  Jestem  potwór  Palikot  –  oświadczył  po-

twór. – I ja wam dopiero powiem prawdę w oczy.

–  Ach,  tak?  –  wziął  się  krótkimi  rękami

pod  boki  Kaczyniak.  –  A jakąż  to  prawdę?

– A ty dlaczego bełkotliwie mówisz? Błęd-

ne spojrzenie masz? Jakiś dziwny jesteś? Mo-
że ty – wypalił potwór – alkoholikiem jesteś?
Może  władzy  nie  powinieneś  sprawować?

Tośmy wszyscy zbledli. Prawda, dziwny ja-

kiś  Kaczyniak  był  zawsze.  I gadał  nieskład-
nie. Ale żeby zaraz alkoholik? Nikomu to do
głowy  nie  przyszło.  Ludzie  szemrali  oburze-
ni,  ale  kilku  się  od  Kaczyniaka  odsunęło.

„Niedobrze” – pomyślał brat Kaczyniaka,

który  swoim  bratem  sołtysem  manipulował.

–  My  tu  –  powiada  –  mamy  kulturę  i ja-

kieś potwory nie będą jej nam w rynsztok za-
mieniać!

I żeby  potwora  pognębić,  rzucił  mu

w twarz: 

–  Cham.
– Gej – odrzekł potwór bez zmrużenia po-

wiek.

Co słabsi z nas pomdleli, a Kaczyniak aż

przysiadł.

–  A tak,  gej  –  kontynuował  potwór. 

– Żonę masz? Z dziewuchami się prowadzasz?

Nie?  A dlaczego?  A skoroś  gej,  czemu  ge-
jów  wyzywasz?  Boś  jest  obłudny! 

–  No  to  jest  skandal  –  pisnęła  baba  Gę-

sicka,  która  strasznie  lubiła  kłamać.

– A ty się nie prostytuuj, kłamczucho! – wrza-

snął  potwór.  Baba  Gęsicka  uciekła  z płaczem,
a myśmy stali i kombinowali. Faktycznie, baba
kłamie  jak  najęta.  Co  jej  Kaczyniaki  każą.  Po-
twór zaś popatrzył triumfująco – i poszedł.

Wszyscy czekali, co powie Kaczyniak, bo

on  zawsze  dużo  mówił.  Ale  dziw  nad  dziwy!
Po  słowach  potwora  Palikota  odebrało  mu
mowę i jakby się zapodział. Za to brat jego,
Kaczyniak  Drugi,  zwołał  wiec  i powiada:

–  My  tu  nie  możemy  tolerować  takiego

chamstwa,  żeby  nam  w oczy  jakiś  potwór  rą-
bał. Co to ma być? Kto on jest? Jakim prawem?

– No tak – przyznali niechętnie ludzie, pa-

trząc  gdzie  indziej.

–  Więc  –  ciągnął  Kaczyniak  –  my  musi-

my  wezwać  Rycerza  z Dolomitów,  żeby  się

z potworem  policzył. 

Zawsze  robiliśmy,  jak  chciał

Kaczyniak,  więc  posłano  po

Rycerza.  Zanim  Rycerz

przybył, potwór Palikot

codziennie rąbał nam prawdę w oczy i w ogó-
le  nikogo  nie  szanował.

W końcu  Rycerz  przybył.  Wielu  się  roz-

czarowało,  bo  jakiś  taki  ryży  był  i chuderla-
wy,  ale  nie  można  mieć  wszystkiego.  Wysłu-
chawszy  skarg  ludu,  Rycerz  zrobił  sondaż 
–  a gdy  okazało  się,  że  istotnie  79,8 procent
społeczeństwa potwora Palikota potępia, Ry-
cerz  powiedział  tak:

– Potwór zostanie ukarany. To, co on mó-

wi,  jest  niedopuszczalne. 

Potem  spiął  konia  i odjechał.  Myśmy  za

nim cichaczem poszli. I oto cośmy zobaczyli.

Rycerz  zsiadł  z konia  przed  jaskinią  po-

twora,  ale  zamiast  natrzeć  nań  z mieczem,
usiadł  obok  i obaj  zapalili  papierosy.

–  No  i jakże  tam?  –  zagaił  Rycerz.
–  Ano  pomaleńku  –  odrzekł  potwór  Pa-

likot.

– Nic ci nie trzeba? – zatroszczył się Ry-

cerz.

– Konserwy się kończą – poskarżył się Pa-

likot.

„Przysłać  konserwy”,  zanotował  Rycerz

dla  pamięci  i powiada  tak:

–  Ty  się  teraz  przyczaj  na  jakiś  czas,  że-

bym ja nie wyszedł na gamonia. A ja im tam
powiem,  jak  cię  bezlitośnie  ukarałem. 

No  i przez  czas  jakiś  był  spokój,  ale  po-

tem  potwór  pojawił  się  znów  i rąbał  prawdę
w oczy,  aż  wióry  leciały.  A myśmy  nawet  lu-
bili  go  słuchać.  Więc  cośmy  widzieli,  zacho-
waliśmy  dla  siebie. 

Od  dawna  mieliśmy  dosyć  pouczających

nas  pijaków,  antygejowskich  gejów  i bezczel-
nie kłamliwych bab. Myśleliśmy, że trzeba ich
znosić,  bo  tak  wypada.  Potwór  pokazał  nam,
że  wcale  nie.  Owszem,  błaznował  –  ale  przy-
najmniej  nie  był  taki  grobowo  nadęty,  jak  ci
wszyscy,  którzy  nami  rządzili. 

MAGDA  HARTMAN

Nie  mam  jakiegokolwiek  powo-
du, aby bronić Palikota przed lin-
czem,  jaki  na  PO  wymusza  PiS.
Jakoś nie po drodze mi z gościem,
który finansował ultraprawicowy,
ksenofobiczny „Ozon”. A jednak...

A jednak skandalista Platformy

akurat tym razem powinien być na-
grodzony  za  celność  wypowiedzi.
A  nie  piętnowany.  Nie  wszystkich
wypowiedzi,  bo  pytanie,  czy  Jaro-
sław  K. 
jest  gejem,  sięgnęło  po-
ziomu  rynsztoka.  Ale  nie  z  tego
powodu purytanie (i puryści) linczu-
ją  Janusza  P.  Gromy  posypały  się
na gościa za to, że określił postępo-
wanie  byłej  minister  Gęsickiej ja-
ko „prostytuowanie się”. Media za-
wyły ze zgrozy. Dziennikarze prze-
ścigali się w słowach potępienia. Mo-
raliści dostali piany na ustach. Nie-
słusznie.  Zamiast  inwektyw  w  ro-
dzaju „cham”, łobuz” i „świnia” wy-
starczyło otworzyć „Słownik języka
polskiego”. Tamże pod hasłem „pro-
stytuować  się”  czytamy,  że  to  nie
tylko  „uprawiać  prostytucję”,  ale
także „wysługiwać się komuś dla pie-
niędzy  lub  innych  korzyści”.  A  to

dokładnie Gęsicka zrobiła podczas
słynnej już konferencji prasowej. Po
co? Ano po to, by wspomniany wcze-
śniej  Jarosław  K.  mógł  mieć  gębę
tak  dalece  zadowoloną,  że...  tylko
lać  i  patrzeć,  czy  równo  puchnie.

Ciekawe, czy Platforma poświę-

ci Palikota dla medialnego spokoju.
Dla słupków sondaży. Zanim jednak
Tusk  utnie  swojemu  trefnisiowi  ję-
zyk,  przypomnijmy  osiągnięcia  lin-
gwistyczne  oburzonych  PiS-owskich
niewiniątek,  gotowych  bronić  cnoty
Gęsickiej jak niepodległości. 

Oto  nasz  ulubieniec  Joachim

Brudziński, który przegrał z naszym
tygodnikiem w warszawskim sądzie,
był niegdyś uprzejmy stwierdzić, że
„wszystkie raporty Julii Pitery po-
winno  się  wsadzić  tam,  gdzie...  nie
powinno się ich wsadzać”. Macie ja-
kiś  pomysł,  jaki  to  otwór  ów  dżen-
telmen miał na myśli? No bo nazy-
wając  Chlebowskiego „wiejskim
głupkiem”, nie pozostawił śladu wąt-
pliwości, o co mu chodziło. Podob-
nie  Ziobro.  Mówiąc:  „To  jest  zwy-
kły pustak” (o Tusku), dał przykład
politycznego wersalu. Tego wersalu,

o którym prezes PiS był łaskaw po-
wiedzieć, iż „granice debaty politycz-
nej zostały drastycznie zniszczone”.
Przez Palikota zniszczone? A może
raczej przez braciszka, który do jed-
nej  z  najbardziej  znanych  polskich
dziennikarek  wykrzyczał:  „Stokrot-
ko, stokrotko, jesteś na mojej krót-
kiej  liście,  pożałujesz  tego,  wykoń-
czę cię, nie obronią cię agenci służb
specjalnych!”.

Może  to  wcale  jednak  nie  jest

takie  straszne?  Przecież  każde  wy-
tłumaczenie  „ciemny  lud  kupi”
(Kurski),  a  jak  ktoś  będzie  prze-
ciw, to znaczy, że „łże jak bura su-
ka” i wywodzi się wprost z „łże-elit”
lub  „wykształciuchów”,  a  w  ogóle
nieprzychylni  Kaczyńskim  dzien-
nikarze to „ścierwojady” (Dorn)
– no i generalnie „małpy w czer-
wonym”  (Kaczyński).  Do  ta-
kich to w ogóle nie warto się
odzywać, a jeśli już to słowa-
mi:  „Spieprzaj,  dziadu!”
(znów Kaczyński). Dlaczego?
A dlatego, że „my jesteśmy tam,
gdzie  wtedy,  a  oni  tam,  gdzie 
stało  ZOMO”.  Bo  „w  chamstwie,

agresji i knajactwie nie mamy z ty-
mi panami szans”, a wszystko to jest
„liberalna  żuleria”,  a  nawet  „front
obrony przestępców”. „Rządy hoło-
ty dla hołoty”. Ten sam Kaczyński,
który  dziś  płacze  nad  sponiewiera-
ną Gęsicką, nazwał z sejmowej try-
buny  postępowanie  sędziów  sądów

powszechnych...  „prostytuowaniem
się”.  Dokładnie  tak  samo  jak  Pali-
kot. Ale Kaczorowi nikt wówczas za
to  łba  nie  urwał,  nie  zawył  z  obu-
rzenia, nie żądał dymisji. Dlaczego?
Bo PO to tak naprawdę zestracha-
ne  dupki  wołowe  bezwolne  wobec
bezczelnej  socjotechniki  PiS. 

Ktoś  kiedyś  powiedział,  że  sło-

wa  wylatują  słowikiem,  a  wracają
wołem. Mam na koniec takiego wo-
ła, który jednak ptaszyną nigdy nie
był. Oto w pracy doktorskiej pan Ja-
rosław  Kaczyński  napisał  tak:

„Już  w  referacie  Komitetu

Centralnego na III Zjazd Polskiej
Zjednoczonej Partii Robotniczej
stwierdzono pojawienie się zjawi-
ska  naporu  ideologii  burżuazyj-
nej. Jednocześnie jednak podkre-
ślona została zasada niestosowa-
nia  zasad  administracyjnych 
w  walce  o  ostateczny  cel,  jakim
jest  –  według  słów  Władysława
Gomułki – całkowity triumf mark-
sizmu  i  leninizmu  jako  jedynej
metodologicznej podstawy nauki”.

No i wyszło na to, że Palikot rze-

czywiście  powinien  położyć  głowę

na pieńku. Za Gęsicką. Bo to aku-

rat  nie  ona  się  sprostytuowała! 

A jeśli nawet, to nie przede wszyst-

kim. To nie ona jest dziwką. Prze-

praszam w tym miejscu wszystkie

przyzwoite i ciężko pracujące dziw-

ki za porównanie z panem K.

MAREK  SZENBORN

P

Po

ottw

órr P

Paalliik

ko

ott

GŁASKANIE  JEŻA

TTrriiu

um

mff m

ma

arrkks

siizzm

mu

u

BAJKI  DLA  DOROSŁYCH

background image

Człowiek  pierwotny  żył  w  świe-
cie faktów. Większości z nich nie
znał, a prawie żadnych nie rozu-
miał. Tłumaczenie otaczającej rze-
czywistości zrodziło mity. Okaza-
ły się dużo atrakcyjniejsze od fak-
tów.  I  tak  już  zostało. 

Współczesne  mity  tworzone  są

w  celu  stworzenia  i  podtrzymania
fałszywego mniemania o wszystkim.
Najczęściej dotyczą jednostek i grup
społecznych,  instytucji,  zjawisk,
uczuć.  Z  lubością  rozpowszechnia-
ne  przez  media,  wypierają  z  ludz-
kiej  świadomości  fakty.  Z  czasem
nie tylko przestajemy rozróżniać, co
jest prawdą, a co mitem, ale nawet
nie odczuwamy takiej potrzeby. Nie-
poprawni  romantycy  –  wzlatujemy
w  rajską  dziedzinę  ułudy,  kędy
„Fakt” i „Super Express” tworzą cu-
dy.  Urok  mitów  polega  na  tym,  że
stawiają proste diagnozy i dają jesz-
cze prostsze recepty. Także politycz-
ne,  bo  teraz  każdy  tabloid  ma  ta-
kowe ambicje. Bezwartościowe wy-
pociny,  poparte  rzekomymi  sonda-
żami,  są  podchwytywane  przez  po-
ważnych  zdawałoby  się  dziennika-
rzy i szefów partii uważanych za nie-
populistyczne.  Dzięki  temu  mit
otrzymuje świeckie imprimatur i ja-
ko  prawda  objawiona  zwrotnie
kształtuje  opinię  publiczną. 

Właśnie  tak  jest  z  pomysłem

zmniejszenia  liczby  posłów,  obni-
żenia ich uposażeń, ograniczenia wy-
jazdów  i  wydatków  na  biura.  To
oczywiście propozycja pod publicz-
kę.  Wszak  większość  Polaków  nie
lubi ludzi, którym się powiodło. Pod
jakimkolwiek  względem.  Szczegól-
ną niechęć czują do wybranych przez
siebie posłów. Mają im za złe wszyst-
ko.  Głównie  zaś  to,  że  sami  nie  są
na  ich  miejscu.

Platforma Obywatelska, idąc rę-

ka  w  rękę  z  „Faktem”,  chce  zre-
dukować Sejm o połowę. Płyną in-
formacje o niewiarygodnych wręcz
korzyściach (150 milionów złotych)
płynących z tego dla Polski i Pola-
ków. Wszystkich i każdego z osob-
na.  Równocześnie  nikt  nie  wspo-
mina, że porównywalne oszczędno-
ści dałaby likwidacja IPN czy Fun-
duszu  Kościelnego,  a  dziesięcio-
krotnie większe – zaprzestanie opła-
cania  katechetów. 

„Fakt”  –  ustami  Kamila  Dur-

czoka – zapewniał niedawno, że nie-
zależnie  od  zaoszczędzonych  mi-
lionów zł, które lepiej wydać na cho-
re  dzieci,  w  Sejmie  nie  znaleźliby
się  posłowie,  którzy  go  najbardziej
kompromitują. Chodziło m.in. o nie-
stroniących od kieliszka i nieparla-
mentarnego  języka. 

Warto przeanalizować te rzeko-

me  zyski.  Najpierw  materialne. 

Statystyczny  obywatel  łoży  na

Sejm  około  11  zł  rocznie,  czyli  nie-
całą złotówkę miesięcznie. Ponieważ
jednak co najmniej 100 mln zł wyno-
szą  koszty  stałe  Kancelarii  Sejmu,
związane z istnieniem (niezależnie od
liczebności) najwyższego organu wła-
dzy ustawodawczej, utrzymanie wszyst-
kich 460 posłów kosztuje Polaka (bez
względu  na  wiek  i  płeć)  mniej  niż 
8 zł rocznie, czyli 66 groszy miesięcz-
nie. Dzięki likwidacji 230 poselskich
stołków,  każdy  obywatel  wzbogacił-
by się miesięcznie o 33 grosze. Wsze-
lako pod warunkiem, że pozostali par-
lamentarzyści, jako obciążeni dodat-
kową pracą, nie otrzymaliby wyższych
uposażeń  i  więcej  pieniędzy  na  pro-
wadzenie biur poselskich.

Porzućmy  także  złudzenia,  że

poprawiłoby się wówczas zachowa-
nie  czy  morale  posłów.  Naprawdę
do  Sejmu  nie  weszliby  ci,  których
nie znamy i o których nie wiemy, że
w ogóle istnieją. Niezależnie od te-
go,  czy  pracują  dobrze,  czy  wcale.
A  Elżbieta  Kruk,  Jacek  Kurski,
Edgar  Gosiewski,  Nelly  Rokita
brylowaliby  jeszcze  bardziej  w  no-
wym,  okrojonym  składzie. 

JOANNA  SENYSZYN

www.senyszyn.blog.onet.pl

KATEDRA  PROFESOR  JOANNY  S.

2

22

2

RACJONALIŚCI

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

FFaakkttyy ii m

miittyy oo SSeejjm

miiee

Jakże  się  nie  mam  pysznić, 
Jakże  się  nie  mam  chwalić, 
Jeżeliś  sobie  kazał 
W  zanadrzu  mojem  się  palić? 

Jeżeliś  iskrą,  rzuconą 
Z  wielkiego  ognia  wieczności, 
Rozpalił  moje  łono 
W  piekło  słodkiej  miłości! 

Wyrosły  domy  boże 
Ponad  libańskie  cedry, 
Nie  gorszym  ci  jestem  kościołem, 
Niż  granitowe  katedry. 

Na  ciało,  pnące  się  w  niebo, 
Łaska  tajemna  spływa: 
Rosnę,  kipiąca  słowami 
Świątynia  twoja  żywa. 

Słowami-gołębicami 
Krążę  nad  Tobą,  o  Panie! 
I  ciało  słowem  się  dzieje, 
I  tacyśmy  chrześcijanie!

Okienko z wierszem

I

znów  –  który  to  już  raz  –  gościmy  w  „Okien-
ku”  Juliana  Tuwima.  Okrutnego  bezbożnika,

prześmiewcę i hedonistę. Poeta ów śmie w wier-
szu „Kościół” dowodzić, że świątynia w jego wnę-
trzu jest stokroć doskonalsza niż romańskie i go-
tyckie  katedry. 

Kontakty wojewódzkie RACJI Polskiej Lewicy

dolnośląskie

Jerzy Dereń 

tel. 0 698 873 975

kujawsko-pomorskie

Józef Ziółkowski

tel. 0 607 811 780

lubelskie

Ziemowit Bujko

tel. 0 606 924 771

lubuskie

Czesława Król

tel. 0 604 939 427

łódzkie

Halina Krysiak

tel. 0 607 708 631

małopolskie

Stanisław Błąkała

tel. 0 692 226 020

mazowieckie

Joanna Gajda

tel. 0 501 760 011

opolskie

Kazimierz Zych

tel. 0 667 252 030

podkarpackie

Andrzej Walas

tel. 0 606 870 540

podlaskie

Bożena Jackowska

tel. 0 502 443 985

pomorskie

Barbara Krzykowska

tel. 0 691 943 633

śląskie

Waldemar Kleszcz

tel. 0 606 681 923

świętokrzyskie

Józef Niedziela

tel. 0 609 483 480

warmińsko-mazurskie

Jan Barański

tel. 0 698 831 308

wielkopolskie

Witold Kayser

tel. 0 61 821 74 06

zachodniopomorskie

Tadeusz Szyk

tel. 0 510 127 928

R

RA

AC

CJ

JA

A  P

Po

ollssk

kiieejj  LLeew

wiic

cyy 

www.racja.org.pl, tel. (022) 620 69 66

Darowizny  na  działalność  RACJI  PL 

(adres:  ul.  E.  Plater  55/81,  00-113  Warszawa) 

ING  Bank,  nr  04  1050  1461  1000  0022  6600  1722 

(niezbędny  PESEL  darczyńcy  w  tytule  wpłaty)

Najnowszą  książkę  pod  red.  Marii  Szyszkowskiej 

„Ideowość  w  polityce” 

(i  inne  pozycje  tej  autorki) 

powieść  Macieja  Nawariaka 

„Według  niej” 

oraz  książki  autorstwa  Jana  Stępnia

można  kupić  poprzez  biuro  RACJI  PL. 

Tel.:  (022) 620  69  66  lub  0 399  10  88  99 

(w  godz.  7–9,  17–21)

Lewica jednoczy się w Łodzi

Na  początku  stycznia  2009  roku  w  siedzibie  łódzkiego  oddziału  RACJI  PL  odbyło  się  spotkanie  nowo-
roczne  Łódzkiego  Forum  Współpracy  Lewicy.

Spotkanie przygotowała RACJA, a wśród kilkudziesięciu uczestników byli m.in. reprezentanci rozmaitych partii i sto-

warzyszeń  lewicowych  z  woj.  łódzkiego:  przedstawiciele  Sojuszu  Lewicy  Demokratycznej,  Polskiej  Lewicy,  Towarzy-
stwa  Kultury  Świeckiej,  Związku  Żołnierzy  Ludowego  Wojska  Polskiego,  Klubu  Dziś,  tygodnika  „Fakty  i  Mity”,  Platfor-
my  Socjalistycznej  SLD,  Polskiej  Partii  Socjalistycznej.  Gośćmi  spotkania  byli  także  były  prezydent  Łodzi  Krzysztof  Ja-
giełło,  były  marszałek  woj.  łódzkiego  Mieczysław  Teodorczyk,  prezes  partii  Zieloni  RP  –  Jerzy  Arent.

Podczas  dyskusji  poruszano  perspektywy  ewentualnych  wspólnych  startów  w  wyborach  do  Parlamentu  Europej-

skiego oraz samorządowych. Uczestnicy uznali, że niezależnie od decyzji rad krajowych poszczególnych partii, które zde-
cydują, z kim będą startować w wyborach, należy pozostać ze sobą w kontakcie oraz wspierać się w podejmowanych
inicjatywach.  W  najbliższych  tygodniach  wspólnym  staraniem  środowisk  lewicowych  ma  się  odbyć  sesja  na  Uniwer-
sytecie  Łódzkim  z  udziałem  polityków  i  naukowców. 

Halina  Krysiak,  przew.  RACJI  PL  w  Łodzi

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

2

23

3

ŚWIAT SIĘ ŚMIEJE

K

KR

RZ

ZY

ŻÓ

ÓW

WK

KA

A

K

Krrz

zy

żó

ów

wk

ę  rro

oz

zw

wiią

ąz

zu

ujje

em

my

y,,  w

wp

piis

su

ujją

ąc

c  p

po

o  d

dw

wiie

e  lliitte

erry

y  d

do

o  k

ka

żd

de

ejj

k

krra

attk

kii

P

Po

oz

ziio

om

mo

o::  1)  szklanka  bez  dna,  4)  piekielna  umowa,  8)  zbieg

ją  daje,  9)  zjazd  kaczorów,  11)  jej  ostatni  krzyk  –  szyk, 
13) grzanka do śniadanka, 15) wychodzi spod igły, 16) jak je-
go,  to  stara,  17)  jednostka  złota,  19)  rozdział  bez  tytułu, 
20)  osiem  stówek  za  pochówek,  21)  przesyłka  z  liści,  23)  ma
haka  na  przeciwnika,  26)  po  to  przychodzi  baba  do  lekarza,
28) dzwoni nad ranem, 31) i alfa, i omega, 33) wyższa nie jest
tylko  dla  wysokich,  34)  łapie  psy  z  rakiem,  36)  czy  kumają
aby?, 37) danie z kostek, 38) władca z zupą, 40) z jednej stro-
ny  wygląda  jak  skóra,  a  z  drugiej  jak  s,  41)  peruka  skończona
w dwóch trzecich, 42) ropna zatyczka migdałowa, 44) brak har-
monii  dla  harmonisty,  45)  substancja  pod  mikroskopem.
P

Piio

on

no

ow

wo

o::  2)  tam  życie  poczęte,  3)  płynne  granie  na  fortepia-

nie, 5) krwi na wojnie, 6) jest w każdej kopii, 7) rada, gdy ga-
da,  10)  nie  dość,  że  jest  niegrzeczny,  to  stale  nos  wyciera, 
12) dobra nad pijakiem, 14) ozdoba stworzona z troski, 15) je-
go  smrodu  nie  zniósłby  nawet  Rambo,  16)  w  tym  zbiorniku
może boleć, 18) czy na tej wyspie stale są bale?, 20) co dzier-
żą  premierzy  rządów?,  22)  to  dopiero  szmata,  24)  kto  ma  go
w  rodzie,  tego  bieda  nie  ubodzie,  25)  dawny  autobus  dzisiaj
jest bez szans, 26) na śniadanie rano najlepsza, 27) każdy pta-
szek  ma  swój,  28)  trzymana  przez  hetmana,  29)  jaja  z  Kairu,
30)  wkurza,  gdy  jest  na  dłoni,  32)  z  kompleksem  Edypa, 
35)  chroni  głowę  od  problemów,  37)  przeciąga  się,  przekra-
czając  granicę,  39)  pozwala,  by  się  go  czepiano,  41)  domini-
kańska  dobra  moneta,  43)  para  w  obłokach.

Rozwiązanie  krzyżówki  z  numeru  2/2009:  „Diabeł  nie  śpi...  z  byle  kim”.  Nagrody  otrzymują:  Daniel  Matyja  z  Gdańska,  Jerzy  Kotras  z  Sudołu,  Marek  Wojtasiewicz  z  Kielc.  Aby
wziąć udział w losowaniu nagród, wystarczy w terminie 7 dni od ukazania się aktualnego numeru „FiM” przesłać hasło krzyżówki e-mailem na: wiktoria@faktyimity.pl lub pocztą
na  adres  redakcji  podany  w  stopce. 

TYGODNIK FAKTY i MITY (ISSN 356441); Prezes zarządu i redaktor naczelny: Roman Kotliński (Jonasz); Zastępcy red. naczelnego: Marek Szenborn, Adam Cioch; Sekretarz redakcji: Paulina Arciszewska;
Dział reportażu: Ryszard Poradowski – tel. (42) 630 72 33; Dział historyczno-religijny: Bolesław Parma, e-mail: parmab@wp.pl; Redaktor graficzny: Tomasz Kapuściński; Fotoedycja: Karol Strzelecki; Dział
promocji i reklamy: tel. (42) 630 73 27; Dział łączności z czytelnikami: (42) 639 85 41; Adres redakcji: 90-601 Łódź, ul. Zielona 15; e-mail: faktyimity@faktyimity.pl, tel./faks (42) 630 70 65; Wydawca: „BŁAJA News”

Sp. z o.o.; Sekretariat: tel./faks (42) 630 70 65; Druk: POLSKAPRESSE w Łodzi. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do adiustacji i skracania tekstów.

WARUNKI PRENUMERATY: 1. W Polsce przedpłaty przyjmują: a) Urzędy pocztowe i listonosze. Cena prenumeraty – 39 zł za jeden kwartał; b) RUCH SA. Wpłaty  przyjmują  jednostki  kolportażowe  RUCH  SA  w miejscu zamieszkania prenumeratora. 2. Prenumerata zagraniczna: Wpłaty w PLN

przyjmuje  jednostka  RUCH  SA  Oddział  Krajowej  Dystrybucji  Prasy  na  konto  w  PEKAO  SA  IV  O/Warszawa  nr  68124010531111000004430494  lub  w  kasie  Oddziału.  Informacji  o  warunkach  prenumeraty  udziela  ww.  Oddział:  01-248  Warszawa,  ul.  Jana  Kazimierza  31/33,  tel.:  0  (prefiks)  22  532

87 31, 532 88 16, 532 88 19; infolinia 0 800 12 00 29. Prenumerata zagraniczna RUCH SA płatna kartą płatniczą na www.ruch.pol.pl 3. Prenumerata w Niemczech: Verlag Hûbsch & CO., Dortmund, tel. 0 231 101948, fax 0 231 7213326. 4. Dystrybutorzy w USA: New York – European 

Distribution  Inc.,  tel.  (718)  782  1135;  Chicago  –  J&B  Distributing  c.o.,  tel.  (773)  736  6171;  Lowell  International  c.o.,  tel.  (847)  349  1002.  5.  Dystrybutor  w  Kanadzie: Mississauga  –  Vartex  Distributing  Inc.,  tel.  (905)  624  4726.  Księgarnia  „Pegaz”  –  Polska  Plaza  Wisła,  tel.  (905)  238  9994. 

6. Prenumerata redakcyjna: cena 39 zł za kwartał (156 zł za rok). Wpłaty (przekaz pocztowy) dokonywać na adres: BŁAJA NEWS, 90-601 Łódź, ul. Zielona 15. 7. Zagraniczna prenumerata elektroniczna: p-ele@faktyimity.pl. Szczegółowe informacje na stronie internetowej http://www.faktyimity.pl 

Prenumerator  upoważnia  firmę  „BŁAJA  News”  Sp.  z  o.o.  ul.  Zielona  15,  90-601  Łódź,  NIP:  725-00-20-898  do  wystawienia  faktury  VAT  na  prenumeratę  tygodnika  „Fakty  i  Mity”  bez  podpisu.

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  noszą  białe  bawełniane  majtki. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  nie  noszą  żadnych. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  woskują  podłogi. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  woskują  sznureczki  przy  bikini. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  rozpinają  kilka  guziczków,  gdy  jest  gorąco. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  rozpinają  kilka  guziczków,  żeby  zrobiło  się  gorąco. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  rumienią  się  podczas  scen  łóżkowych  w filmach. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  patrzą  i myślą,  że  mogłyby  to  zrobić  o wiele  lepiej. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  wierzą,  że  nie  są  w pełni  ubrane  bez  naszyjnika  z pereł. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  wierzą,  że  są  w pełni  ubierane  TYLKO  w naszyjniku  z pereł. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  wolą  misjonarską  pozycję. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  robią  to,  fantazyjnie  odgrywając  „dziewicę”. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  w podróż  pakują  szczoteczkę  do  zębów. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  pakują  gumę. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  posiadają  tylko  jedną  kartę  kredytową  i rzadko  jej  używają. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  posiadają  tylko  jeden  biustonosz  i rzadko  go  używają. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  zakładają  wysokie  obcasy  do  pracy. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  zakładają  wysokie  obcasy  do  łóżka. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  myślą,  że  biuro  jest  niewłaściwym  miejscem  na  romans. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  myślą,  że  NIE  MA  miejsca,  które  byłoby  niewłaściwym  miejscem

na  romans. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  zdobywają  akcje. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  zdobywają  maklerów  giełdowych. 

G

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  zawsze  mówią:  NIE. 

N

NIIE

EG

GR

RZ

ZE

EC

CZ

ZN

NE

E dziewczynki  zawsze  mówią:  KIEDY?

Jak rozpoznać grzeczne i niegrzeczne dziewczynki

L

Liitte

erry

y  z

z  p

óll  p

po

on

nu

um

me

erro

ow

wa

an

ny

yc

ch

h  w

w  p

prra

aw

wy

ym

m  d

do

olln

ny

ym

m  rro

og

gu

u  u

uttw

wo

orrz

ą  rro

oz

zw

wiią

ąz

za

an

niie

e

–  Ojciec  obiecał  mi  10  euro,  jeśli  dostanę  piątkę  z  religii 

–  opowiada  Jaś  swojemu  katechecie.

–  No  to  postaraj  się  nieco  –  zachęca  go  duchowny.
–  Mam  lepszą  propozycję  –  stwierdza  chłopiec.  –  Ksiądz

postawi  mi  piątkę  i  podzielimy  się  po  połowie!

background image

Nr 4 (464) 

23 – 29 I 2009 r.

2

24

4

JAJA JAK BIRETY

Rys. 

Tomasz 

Kapuściński

Ś

ŚW

WIIĘ

ĘT

TU

US

SZ

ZE

EN

NIIE

E

Idzie  bieda

Terenowy oddział imperium Rydzyka w Kudowie-Zdroju. Albo ob-
roty  holdingu  redemptorystów  spadają,  albo  centrala  niemiłosier-
nie  drenuje  kieszenie  swoich  filii 

Fot.  R.  Gawroński

B

ył jednym z najlepszych wo-
kalistów  wszech  czasów.

Sprawdził  się  również  w  filmie,
grając zarówno role komediowe,
jak  i  dramatyczne. 

Gwiazdor  od  dziecka  zdradzał

uzdolnienia  muzyczne  i  wygrawszy
konkurs piosenkarski, postanowił zo-
stać estradowym wokalistą. Mimo że
udało mu się zostać refrenistą w po-
pularnym w latach 30. XX wieku ze-
spole  Tommy’ego  Dorseya,  wystę-
py  solowe  nie  nadchodziły.  Przełom
nastąpił dopiero po skumaniu się Si-
natry  z  Williamem  Morettim,  sze-
fem...  mafii  w  New  Jersey.  Kiedy
Frank  wyznał  mu,  że  pragnie  zostać
wziętym solistą, ten bez trudu to za-
łatwił.  Pewnego  dnia  ludzie  Moret-
tiego  zjawili  się  w  domu  Dorseya 
i  przykładając  dyrygentowi  lufę  do
serca,  wymogli  anulowanie  kontrak-
tu  z  Sinatrą,  by  ten  mógł  rozpocząć
własną karierę. Dzięki mafijnej pro-
tekcji  Frank  wylansował  takie  prze-
boje  jak  „I’ll  never  smile  again”  czy
„Night and Day”, a także zadebiuto-
wał w komedii „Noce w Las Vegas”.

Ale  początek  lat  50.  stał  się  dla

gwiazdora muzyczną posuchą, i to za
sprawą  jego  samego.  Liczne  roman-
se, chuligańskie wybryki, a także pod-
kopywanie konkurencyjnych aktorów
sprawiły,  że  Franka  znienawidzono
w filmowym środowisku. Dodatkowo
związek  Sinatry  z  boską  Avą  Gard-
ner
, dla której porzucił żonę Nancy,

wzbudził  gniew  samego  Morettiego,
człowieka,  jak  na  prawdziwego  ma-
fiosa  przystało,  bardzo  pobożnego.
Boss  jednak  tak  bardzo  lubił  gwiaz-
dora, że wszystko zdołał mu wybaczyć. 

Sinatra  za-

czął  ponownie
szukać szczęścia
w filmie. Akurat
przygotowywa-
no  się  do  ekra-
nizacji „Stąd do
w i e c z n o ś c i ”
Joyce’a i Frank
nie widział niko-
go  poza  sobą 
w roli żołnierza
Angela Maggio.
Kiedy  w  „Co-
lumbii” wyśmia-
no go za ten pomysł, postanowił po-
prosić o pomoc swoich niezawodnych
„włoskich kumpli”. I znów udało mu
się zdobyć to, o czym marzył... Histo-
ria ta znalazła zresztą miejsce w „Oj-
cu  chrzestnym”,  kiedy  to  producent
filmowy  za  odmowę  zatrudniania 
w filmie piosenkarza Johnny’ego Fon-
tany  budzi  się  rano  z  odrąbaną  gło-
wą swojego najdroższego konia.

W  latach  60.  znowu  zrobiło  się

o  Sinatrze  głośno,  a  to  za  sprawą
przyjaźni, jaka łączyła go z prezyden-
tem  Johnem  F.  Kennedym.  To
Frank, nie szczędząc własnych, zresz-

tą  bajońskich  pie-
niędzy,  wspomógł
jego  kampanię,  za
co  bywał  częstym
gościem  w  Białym
Domu.  Zażyłość  ta
skończyła się dopie-
ro  wtedy,  gdy  brat
prezydenta, Robert,
przedstawił  bratu
dowody na kontak-
ty piosenkarza z ma-
fią. To spowodowa-
ło, że liczba publicz-
ności na koncertach

Sinatry zmniejszyła się o połowę.

Nawet  w  1975  roku,  kiedy  po-

stanowił  odbyć  wielkie  europejskie
tournée, na występ w Monako zapro-
szenia nie przyjęli książę Rainier III
i jego małżonka. Wróciwszy do Ame-
ryki, poświęcił się już całkowicie pro-
wadzeniu swoich interesów: firm mu-
zycznych, kabaretów i ekskluzywnych
szulerni. 

PAR

F

Frra

an

nk

k S

Siin

na

attrra

a

KRYMINALNA  HISTORIA  KINA  (10)