background image

 

CHARLES SANDERS PEIRCE (1839 - 1914) 

 

Filozof  nauki  i  języka,  matematyk,  fizyk,  twórca  pragmatyzmu.  Urodzony  10  września 

1839  r.  w  Cambridge  (Massachusetts),  zmarł  19  kwietnia  1914  r.  w  Milford  (Pensylwania). 

Ojciec, Benjamin Peirce, znany matematyk i astronom, profesor Uniwersytetu Harvarda i jeden z 

założycieli  Inspektoratu  Wybrzeży  i  Badań  Geodezyjnych  Stanów  Zjednoczonych  (U.S.  Coast 

and  Geodetic  Survey)  oraz  Smithsonian  Institution,  wywarł  ogromny  wpływ  na  edukację 

Charlesa,  który  od  wczesnego  dzieciństwa  wykazywał  ogromne  zdolności  w  dziedzinie 

matematyki,  logiki  i  nauk  przyrodniczych,  a  także  filozofii:  w  wieku  12  lat  rozpoczął  pod 

kierunkiem  ojca  studia  nad  logiką,  a  rok  później  samodzielne  studia  myśli  Kanta  (mimo 

polemicznego stosunku do filozofii Kanta pozostał pod jej silnym wpływem przez całe życie). W 

1862 r. ukończył Harvard, uzyskując tytuł magistra nauk humanistycznych, potem zaś rozpoczął 

studia chemiczne w nowopowstałej na Harvardzie Lawrence Scientific School, którą ukończył z 

wyróżnieniem  w  1863  r.  Od  1859  r.  przez  kolejne  trzydzieści  lat  pracował  jako  fizyk  w 

Inspektoracie Wybrzeży i Badań Geodezyjnych Stanów Zjednoczonych. W latach 1869-1872 był 

asystentem w obserwatorium astronomicznym na Harvardzie, gdzie na początku lat 70., wraz z 

Williamem  Jamesem  i  Oliverem  Wendellem  Holmesem,  założył  Klub  Metafizyczny.  W  latach 

1879-1884  wykładał  logikę  na  Wydziale  Matematyki  Uniwersytetu  Johnsa  Hopkinsa  w 

Baltimore  (Maryland).  Z  powodu  trudnego  charakteru,  nie  podporządkowywaniu  się  regułom 

życia  akademickiego  i  obyczajowym  konwenansom  nie  udało  mu  się  uzyskać  dłuższego 

zatrudnienia na żadnym z uniwersytetów. W 1887 r. odziedziczył dom w Milford (Pensylwania), 

gdzie  osiadł  borykając  się  z  trudnościami  finansowymi.  Utrzymywał  się  z  pisania  artykułów  i 

recenzji oraz wsparcia przyjaciół (m.in. Jamesa).   

Peirce  należał  do  najbardziej  wszechstronnych  filozofów  amerykańskich,  jego  prace 

poświęcone  były  logice,  filozofii  nauki,  epistemologii,  metodologii  nauki,  semiotyce, 

metafizyce,  ontologii,  psychologii  i  antropologii,  a  także  astronomii  i  fizyce.  Choć  znany  jest 

głównie  jako  twórca  pragmatyzmu,  to  jego  celem  było  stworzenie  kompleksowego  systemu 

filozoficznego.  Niezwykle  istotną  rolę  w  jego  systemie  filozoficznym  odgrywa  metafizyka, 

ontologia  i  teoria  znaku.  Poszukując  podstaw  obiektywności  i  pewności  poznania  rozważał 

problem istnienia uniwersaliów i relacji między ogólną ideą, pojęciem (np. ideą „czerwoności”) 

a istnieniem zewnętrznego świata i egzemplifikacji owej idei (np. rzeczy czerwonych). W sporze 

background image

 

pomiędzy  realistami  a  nominalistami,  Peirce’a  zajął  stanowisko  antynominalistyczne  (por. 

Collected Papers, vol I, sec. 21). Jego zwrot w kierunku realizmu Dunsa Szkota, w połączeniu ze 

studiami  Kanta,  doprowadził  do  wypracowania  „krytycznego  realizmu”,  odrzucającego 

nominalistyczne  podejście,  które  odnajduje  on  niemal  u  wszystkich  filozofów  od  czasów 

Kartezjusza  (por.  Collected  Papers,  vol  I,  sec.  18-19)  Peirce  reprezentował  umiarkowany 

realizm pojęciowy, wierząc w istnienie uniwersaliów (powszechników), które jednak nie istnieją 

w oderwaniu od wielu poszczególnych istot dostępnych w doświadczeniu, a jedynie w związku z 

nimi.  

Wpływ  Kanta  można  odnaleźć  w  koncepcji  kategorii  stworzonej  przez  Peirce’a. 

Kategoria pierwszości jest Ideą tego, co jest takie, jakie jest, niezależnie od czegokolwiek innego. 

Można rzec, że jest to jakość uczucia. Kategoria drugości jest Ideą tego, co jest jako Drugie w 

stosunku  do  czegoś  Pierwszego,  pomijając  cokolwiek  innego,  a  w  szczególności  jakiekolwiek 

prawo,  choć  może  to  dostosowywać  się  do  prawa.  Można  rzec,  że  jest  to  reakcja  będąca 

elementem  zjawiska.  Kategoria  Trzeciości  jest  Ideą  tego,  co  jest  jako  Trzecie  bądź  pośrednie 

pomiędzy Drugim a Pierwszym. Można rzec, że jest to reprezentacja będąca elementem zjawiska 

(Collected  Papers,  vol.  I,  sec.  66;  przekł.  M.M.).  Wszystko,  co  podmiot  poznający  obejmuje 

swoim  poznaniem  jest  albo  kategorią  pierwszości  –  czymś  istniejącym  samodzielnie,  albo 

kategorią  drugości  –  czymś  istniejącym  w  relacji  z  czymś  innym,  albo  kategorią  trzeciości  – 

czymś będącym reprezentacją zjawiska.  

W artykułach opublikowanych w „Journal of Speculative Philosophy stanowiących tzw. 

Serię  Poznawczą  (Cognition  Series)  Peirce  krytykował  Kartezjańską  metodę  poszukiwania 

prawdy, szczególnie zaś tezę, że poszukiwanie wiedzy pewnej musi rozpoczynać się od poddania 

w wątpienie istnienia wszystkiego, co nas otacza. Zdaniem Peirce’a, prawdziwe zwątpienie, tak 

jak prawdziwe przekonanie, jest odruchowe i mimowolne, nie zaś rozmyślne (Collected Papers

vol.  V,  sec.  264),  nie  możemy  zatem  narzucić  sobie  zwątpienia  we  wszystko.  Zagadnienia 

wątpienia  i  przekonania  znalazły  rozwinięcie  w  How  to  Make  Our  Ideas  Clear?  (Jak  uczynić 

nasze myśli jasnymi?, [w:] H. Buczyńska, Peirce, Wiedza Powszechna, Warszawa 1965) oraz w 

Fixation  of  Believes  (Utrwalanie przekonań, [w:] H. Buczyńska, dz. cyt.). Przekonanie nie jest 

jedynie  stanem  naszego  umysłu,  ale  nawykiem  działania  odnoszącym  się  do  praktyki.  Słynna 

maksyma pragmatyczna Peirce’a głosi: Rozważmy, jakie praktyczne skutki może pociągnąć za 

sobą przedmiot naszej myśli i właśnie te skutki będą stanowić treść pojęcia (Collected Papers

background image

 

vol.  V,  sec.  402;  przekł.  M.M.).  Do  tego  samego  odwoływał  się  Peirce  po  niemal  trzydziestu 

latach w What Pragmatism Is? (Czym jest pragmatyzm?, [w:] H. Buczyńska, dz. cyt.), pisząc, że 

(…)  pojęcie,  czyli  racjonalna  treść  zawarta  w  słowie  lub  innym  wyrazie,  sprowadza  się 

wyłącznie do wpływu, jaki może ono mieć na zachowanie się w życiu. Skoro więc jest oczywiste, 

że bezpośredni wpływ na zachowanie się w życiu może mieć tylko to, co wynika z doświadczenia, 

zatem  jeśli  ktoś  zdoła  dokładnie  ustalić  wszystkie  zjawiska,  które  mogą  pojawić  się  w 

doświadczeniu na skutek przyjęcia lub odrzucenia jakiegoś pojęcia, to uzyska tym samym pełną 

definicję  pojęcia  i  poza  tym  absolutnie  nic  już  nie  jest  w  nim  zawarte   (Collected 

Papers, vol. 5, sec. 412; przekł. M.M.). 

Sprzeciwiając  się  identyfikowaniu  terminu  „pragmatyzm”  z  systemem  filozoficznym 

Williama  Jamesa,  w  latach  1905-1906  Peirce  opublikował  w  „The  Monist”  cykl  trzech 

wykładów  mających  na  celu  wyłożenie  i  odróżnienie  jego  oryginalnej  wersji  od  późniejszych. 

Peirce zaproponował nazwanie swego systemu, dla odróżnienia go, terminem „pragmatycyzm”, 

będącego – jak sam stwierdził – słowem tak szkaradnym, że chyba nikt się na nie nie połaszczy.  

Za życia Peirce’a ukazały się tylko dwie jego książki: Photometric Researches  (1878) i 

Studies  in  Logic  (1883),  oraz  szereg  artykułów  naukowych,  wykładów,  rozpraw  i  recenzji  w 

czasopismach  naukowych.  Peirce  pozostawił  po  sobie  kilkadziesiąt  tysięcy  stron  rękopisów, 

które  zostały  rozproszone,  a  częściowo  zaginęły.  W  latach  1931-1958  opracowywano 

tematycznie i wydawano, liczące osiem tomów, Collected Papers of Charles Sanders Peirce, zaś 

w latach 80. XX w. rozpoczęto publikację serii Chronological Edition, która będzie obejmować 

trzydzieści  tomów.  Od  1965  r.  wydawane  są  także  „Transactions  of  the  Charles  S.  Peirce 

Society: A Quarterly Journal in American Philosophy” poświęcone głownie filozofii Peirce’a i 

innych  pragmatystów.  Do  najważniejszych,  opublikowanych  za  życia  Pierce’a  należą 

tematyczne serie publikowane w  czasopismach:  artykuły w serii  “Proceedings  of the American 

Academy of Arts and Sciences” (On a New List of Categories, 7 (1867), s. 287-298, oraz Upon 

Logical Comprehension and Extension, 7 (1867), s. 416-432), artykuły umieszczone w „Journal 

of  Speculative  Philosophy”,  stanowiące  tzw.  Serię  poznawczą  (Cognition  Series):  Questions 

Concerning Certain Faculties Claimed for Man (“Journal of Speculative Philosophy”, 2 (1868), 

s.  103-114),  Some  Consequences  of  Four  Incapacities  (“Journal  of  Speculative  Philosophy”,  

(1868), s. 140-157) i Grounds of Validity of the Laws of Logic: Further Consequences of Four 

Incapacities  (“Journal  of  Speculative  Philosophy”,  2  (1869),  s.  193-208),  wreszcie  dwa  jego 

background image

 

najsłynniejsze artykuły opublikowane w ramach serii „Illustrations of the Logic of Science”: The 

Fixation  of  Belief  (“Popular  Science  Monthly”,  vol.  12,  1877,  s.  1-15;  Utrwalanie  przekonań

[w:] H. Buczyńska, dz. cyt.) oraz How to Make Our Ideas Clear (”Popular Science Monthly”, 

vol. 12, 1878, s. 286-302; Jak uczynić nasze myśli jasnymi, [w:] H. Buczyńska, dz. cyt.). 

 

Wybrane fragmenty pochodzą z: 

 

H. Buczyńska, Peirce, Wiedza Powszechna, Warszawa 1965, s. 107-116  

 

CZYM JEST PRAGMATYZM

1

 

 

1. PUNKT WIDZENIA DOSWIADCZALNIKA 

 

Liczne doświadczenia doprowadziły autora niniejszego artykułu do przekonania, że życie 

w laboratorium w niespodziewanym  wręcz stopniu  ukształtowało  umysłowość każdego fizyka, 

każdego  chemika,  krótko  mówiąc,  każdego  specjalisty  w  dowolnej  dziedzinie  nauk 

doświadczalnych.  Doświadczalnicy  sami  nie  zdają  sobie  z  tego  w  pełni  sprawy,  albowiem 

ludzie,  z  którymi  przestają,  mają  umysłowość  tego  samego  pokroju.  Nigdy  nie  staną  się  im 

naprawdę  bliscy  ci,  którzy  przeszli  inny  trening  umysłowy  i  wiedzę  swą  czerpią  w  znacznej 

mierze z książek, choćby żyli z nimi na bardzo przyjacielskiej stopie. Te dwa typy umysłowości 

są jak wada i oliwa: choćby nie wiem jak zmieszać je ze sobą, uderzające jest, jak szybko każdy 

z nich podąży własną drogą, wynosząc ze współpracy tylko mgliste wspomnienie. Gdyby ludzie 

owego drugiego pokroju zgłębili umiejętnie umysłowość doświadczalnika – zaś właśnie do tego 

ogromna  większość  z  nich  nie  jest  zdolna  –  odkryliby  rychło,  że  pomijając  pewne  kwestie,  w 

których władają nim odczucia osobiste lub wpojone przekonania, jest on nastawiony na myślenie 

o  każdej  sprawie  w  taki  sposób,  w  jaki  podchodzi  do  niej  w  laboratorium,  tzn.  w  kategoriach 

doświadczenia.  Oczywiście  żaden  człowiek  nie  reprezentuje  w  pełni  cech  charakterystycznych 

dla  danego  typu  ludzi:  nie  jest  typowym  doktorem  lekarz,  którego  co  dzień  widzimy 

przejeżdżając powozem, tak jak nie jest typowym pedagogiem nauczyciel, którego spotkamy w 

pierwszej z brzegu klasie. Jeśli jednak znajdziemy lub na podstawie obserwacji skonstruujemy w 
                                                 

1

 What Pragmatism Is. Artykuł napisany dla pisma ,,The Monist” rocznik 1905, s. 161–181. Por. Collected Papers, 

5.411–436. 

background image

 

myśli typ przedstawiciela nauk doświadczalnych, wówczas okaże się, że każde wypowiedziane 

w  jego  obecności  twierdzenie  zrozumie  bądź  w  tym  znaczeniu,  iż  ilekroć  zaprojektuje  się  i 

wykona jakiś eksperyment, tylekroć otrzymamy w wyniku zjawisko dokładnie opisane, bądź też 

nie  dopatrzy  się  w  ogóle  sensu  w  wypowiedzianych  słowach.  Jeśli  powiecie  mu,  jak  to  zrobił 

niedawno  p.  Balfour  w  British  Association 

2

,

 

że  „fizyk...  szuka  czegoś  głębszego  niż  prawa, 

określające  związki  między  przedmiotami  doświadczenia”,  że  „przedmiotem  jest  dla  niego 

rzeczywistość  fizyczna”  nie  objęta  doświadczeniem,  i  że  istnienie  takiej  pozadoświadczalnej 

rzeczywistości  „jest  niewzruszonym  dogmatem  nauki”,  to  wobec  ontologicznego  sensu  tych 

zdań  doświadczalnik  zachowa  się  tak,  jak  daltonista  wobec  kolorów.  Przekonania  powyższe 

autor opiera nie tylko  na rozmowach z doświadczalnikami;  umacnia je okoliczność, iż sam  od 

szóstego roku życia aż po czas, w którym dawno już osiągnął dojrzałość, niemalże chował się w 

laboratorium.  Będąc  zaś  całe  życie  związany  przede  wszystkim  z  doświadczalnikami,  zawsze 

miał .poczucie, że ich rozumie i że jest przez nich rozumiany. 

 

Życie w laboratorium. nie przeszkodziło autorowi (który tu i poniżej występuje po prostu 

jako  typowy  doświadczalnik)  zainteresować  się  metodami  myślenia.  I  choć  w  metafizyce 

niejedno  rozumowanie  wydało  mu  się  słabe  i  podyktowane  przez  presumpcje  o  charakterze 

przypadkowym,  to  jednak  w  pismach  niektórych  filozofów,  zwłaszcza  Kanta,  Berkeleya  i 

Spinozy,  odnajdywał  niekiedy  wywody,  przywodzące  na  myśl  rozumowanie  stosowane  w 

laboratoriach  i  czul,  że  może  im  zawierzyć.  Podobne  wrażenie  odnosili  też  inni  „ludzie  z 

laboratoriów”. 

 

Zgodnie  z  naturalnym  dążeniem  każdego  człowieka  tego  pokroju  do  formułowania 

wyników  swych  dociekań,  autor  zarysował  teorię,  w  myśl  której  p o j ę c i e ,  czyli  racjonalna 

treść  zawarta  w  słowie  lub  w  innym  wyrazie,  sprowadza  się  wyłącznie  do  wpływu,  jaki  może 

ono  mieć  na  zachowanie  się  w  życiu.  Skoro  więc  jest  oczywiste,  że  bezpośredni  wpływ  na 

zachowanie się w życiu może mieć tylko to, co wynika z doświadczenia, zatem, jeśli ktoś zdoła 

dokładnie  ustalić  wszystkie  zjawiska,  które  mogą  pojawić  się  w  doświadczeniu  na  skutek 

przyjęcia  lub  odrzucenia  jakiegoś  pojęcia,  to  uzyska  tym  samym  pełną  definicję  pojęcia  i  

p o z a   t y m   a b s o l u t n i e   n i c   j u ż   n i e   j e s t   w   n i m   z a w a r t e .  Autor nazwał 

tę  doktrynę  p r a g m a t y z m e m .  Niektórzy  z  jego  przyjaciół  doradzali  nazwanie  jej 

praktycyzmem  lub  praktykalizmem  (zapewne  na  tej  zasadzie,  że  po  grecku  practikos  brzmi 
                                                 

2

 W odczycie pt. Reflections Suggested by the New Theory of Matter, wygłoszonym w dniu 17. VIII. 1904 r. 

background image

 

lepiej  niż  pragmaticos).  Ale  dla  każdego,  kto  uczył  się  filozofii  z  dzieł  Kanta  i  komu  wciąż 

jeszcze  najłatwiej  posługiwać  się  terminologią  kantowską  –  a  to  ma  miejsce  w  wypadku 

dziewięciu dziesiątych doświadczalników, którzy zainteresowali się filozofią – terminy praktisch 

i pragmatisch oznaczają zupełnie co innego: pierwszy należy do tej sfery myśli, w której żaden 

doświadczalnik  nie  może  być  pewien,  że  stoi  na  mocnym  gruncie;  drugi  wyraża  stosunek  do 

jakiegoś  określonego  celu  ludzkiego.  Otóż  najbardziej  uderzającą  cechą  nowej  teorii  było 

odkrycie  nierozerwalnego  związku  między  racjonalnym  poznaniem  i  racjonalnym  celem.  Ten 

właśnie wzgląd zadecydował o przyznaniu pierwszeństwa nazwie p r a g m a t y z m . 

2. NOMENKLATURA FILOZOFICZNA 

Od  szeregu  lat  autor  pragnął  poddać  kilka  nieskomplikowanych  rozważań  osądowi  tych 

nielicznych kolegów-filozofów, którzy boleją nad obecnym stanem owej dyscypliny i dążą do jej 

naprawy,  chcąc,  by  osiągnęła  stan,  w  jakim  znajdują  się  nauki  przyrodnicze.  W  naukach  tych 

uczeni  idą  ręka  w  rękę,  pomnażając  niewątpliwie  osiągnięcia,  zamiast  potępiać  wzajemnie 

większość  cudzych  dzieł,  przypisując  im  błędność  od  początku  do  końca.  Każdą  obserwację 

powtarza  się  tu  wielokrotnie,  jedną  nie  wystarcza.  Każdą  godną  uwagi  hipotezę  ocenia  się 

sprawiedliwie, poddając ją surowym próbom, dowierza się jej zaś – a i to tylko prowizorycznie – 

jedynie  wówczas,  gdy  zapowiadane  przez  nią  rezultaty  znajdą  pełne  potwierdzenie  w 

doświadczeniu.  W  naukach  tych  bardzo  rzadko  ma  miejsce  krok  zupełnie  fałszywy;  nawet 

najbłędniejsze spośród teorii, które zyskały powszechny poklask, znalazły potwierdzenie swych 

zasadniczych  przewidywań  W  doświadczeniu.  Pod  rozwagę  więc  tych  kolegów-filozofów 

przedkłada autor tezę, iż nie ma badania naukowego we wspomnianym tu sensie, o ile nie stosuje 

się  w  nim  odpowiedniej  technicznej  nomenklatury,  w  której  każdy  termin  posiada  tylko  jedno 

znaczenie,  przyjęte  powszechnie  przez  badaczy  przedmiotu,  I  w  którym  słowa  nie  posiadają 

owego  powabu  i  uroku,  przyciągającego  i  skłaniającego  do  nadużywania  ich  przez  pisarzy, 

którzy  lubią  popuścić  sobie  wodzy  –  jest  to  cnota  nomenklatury  naukowej,  której  się 

dostatecznie nie docenia: Autor twierdzi, że doświadczenie tych nauk, które najlepiej uporały się 

z  trudnościami  terminologicznymi,  tj.  nauk  taksonomicznych,  jak  np.  chemia,  mineralogia, 

botanika,  zoologia,  wykazało  dowodnie,  że  do  uzyskania  postulowanej  jednomyślności  i 

odrzucenia indywidualnych nawyków i uprzedzeń wiedzie tylko jedna droga: ustalenie kanonów 

terminologicznych w ten sposób, by wspierała je z a s a d a   m o r a l n a  i poczucie uczciwości 

każdego  człowieka.  Zwłaszcza  zaś  (przyjmując  wyżej  sprecyzowane  ograniczenia)  powinno 

background image

 

zapanować  powszechne  przekonanie,  że  jeśli  ktoś  wprowadza  nową  koncepcję  filozoficzną,  to 

ma obowiązek wyrażenia jej w terminach nadających się do akceptacji, a jeśli to uczynił, tedy 

obowiązkiem  innych  badaczy  jest  zaakceptowanie  tej  terminologii  i  walka  z  wszelkim 

wypaczeniem  jej  pierwotnego  znaczenia,  nie  tylko  dlatego,  że  jest  ono  brakiem  szacunku 

należnego  twórcy  nowej  koncepcji  filozoficznej,  ale  również  dlatego,  że  przynosi  szkodę  mej 

filozofii. Co więcej,  z chwilą gdy znajdzie się odpowiednie i  dostateczne słowa dla wyrażenia 

jakiejś  koncepcji,  nie  powinno  się  tolerować  innych  t e c h n i c z n y c h   terminów  na 

oznaczenie tych samych oczy, rozpatrywanych w tych samych relacjach. O ile sugestia ta spotka 

się z uznaniem, byłoby  pożyteczne, aby  kongres filozoficzny, rozważywszy sprawę dogłębnie, 

zatwierdził  reguły,  ograniczające  stosowanie  danej  zasady.  Podobnie  jak  w  chemii,  warto  by 

może  nadać  określone  znaczenie  pewnym  przedrostkom.  i  przyrostkom.  Można  na  przykład 

ustalić,  że  przedrostek  prope  oznacza  użycie  terminu,  który  poprzedza,  w  szerokim.  i  dość 

niesprecyzowanym  znaczeniu.  Nazwa  jakiejś  doktryny  będzie  miała  oczywiście  końcówkę  -

yz m ,  a  końcówka  – y c y z m   będzie  oznaczała  bardziej  ewidentną  jej  akceptację.  Następnie, 

tak jak w biologii nie uwzględnia się terminów powstałych przed Linneuszem, tak i w filozofii 

nie  należy  sięgać  poza  terminologię  scholastyczną.  A  oto  przykład  innego  ograniczenia  w 

stosowaniu  terminologii:  chyba  nigdy  się  nie  zdarzyło,  by  po  nadaniu  przez  filozofa  jakiejś 

nazwy  jego  doktrynie,  nie  nabrała  ona  rychło  znacznie  szerszego  znaczenia  w  obiegowym 

języku  filozoficznym,  niż  miała  początkowo.  Dlatego  też  poszczególne  systemy  filozoficzne 

noszą  nazwę  kantyzmu,  benthamizmu,  comte'yzmu,  spenceryzu  itd.,  podczas  gdy  terminy 

transcendentalizm,  utylitaryzm,  pozytywizm,  ewolucjonizm,  filozofia  syntetyczna  itd.  nabrały 

nieodwołalnie znaczenia szerszego, bardziej dogodnego. 

3. PRAGMATYCYZM 

 

Po  długoletnim,  daremnym  oczekiwaniu  na  jakąś  szczególnie  pomyślną  okazję,  która 

pozwoliłaby  przedstawić  publicznie  koncepcję  etycznego  podbudowania  terminologii,  autor 

znalazł  ją  wreszcie  ni  stąd  ni  zowąd  w  chwili,  gdy  nie  ma  do  przedłożenia  żadnych  apozycji 

szczegółowych i doznaje jedynie satysfakcji na myśl, iż sprawa, której służy, posuwa się naprzód 

mimo braku reguł lub rezolucji uchwalonych przez jakiś kongres. Słowo „pragmatyzm”, ukute 

przez niego, zdobyło powszechne uznanie, nabierając szerszego znaczenia, co świadczy chyba o 

jego  prężności  i  żywotności.  Termin  ten  przyjął  najpierw  sławny  psycholog  James,  gdy 

dostrzegł,  że  jego  „radykalny  empirycyzm”  pokrywa  się  w  istocie  z  podaną  przez  autora 

background image

 

definicją pragmatyzmu, chociaż nasze punkty widzenia nieco się różnią. Drugim był Ferdynand 

C.  S.  Schiller,  umysł  wyjątkowo  jasny  i  błyskotliwy:  szukając  bardziej  atrakcyjnej  nazwy  dla 

zastąpienia  terminu  „antropomorfizm”,  jakiego  użył  w  Zagadce  sfinksa,  wprowadził  on  w 

najważniejszej  z  rozpraw  zawartych  w  Aksjomatach  jako  postulatach  to  samo  określenie 

„pragmatyzmu”,  przy  czym  w  pierwotnym  sensie  termin  ten  pokrywał  się  z  jego  własną 

doktryną,  a  gdy  znalazł  dla  niej  potem  bardziej  odpowiednie  określenie  w  postaci  terminu 

„humanizm”,  zachował  nadal  termin  „pragmatyzm”,  nadając  mu  sens  nieco  szerszy,  Dotąd 

wszystko  przebiegało  gładko, Obecnie jednak słowa tego zaczyna się używać przy rozmaitych 

okazjach na łamach pism literackich, i jak zwykle bywa, gdy słowo wpadnie w łapy literatów, 

nadużywa  się  go  niemiłosiernie.  Brytyjczycy  wyżywają  się  czasem  w  piętnowaniu  jakiegoś 

słowa  jako  „źle  dobranego”  –  ca  znaczy  źle  dobranego  dla  wyrażenia  jakiegoś  sensu,  który 

słowo to miało właśnie wykluczać. Widząc, że w ten sposób zaopiekowano się jego dziecięciem, 

„pragmatyzmem”, autor czuje, iż nadszedł czas, by je ucałować na pożegnanie i pozostawić mu 

wolną  rękę  w  robieniu  kariery;  aby  zaś  wyrazić  ściśle  to,  co  było  zawarte  w  jego  pierwotnej 

definicji, autor pozwala sobie ogłosić narodziny słowa „pragmatycyzm”, słowa tak szkaradnego, 

że chyba nikt na nie nie połaszczy. 

 

Jakkolwiek lektura innych pragmatystów dała autorowi wiele korzyści, to jednak uważa 

on nadal, że jego koncepcja pierwotna posiada zdecydowaną [nad nimi] przewagę. Można z niej 

wyprowadzić  wszystkie  prawdy,  jakie  wynikają  z  innych  koncepcji  pragmatycznych,  a 

jednocześnie  uniknąć  błędów,  w  które  popadli  pozostali  pragmatyści.  Koncepcja  pierwotna 

wydaje się przy tym bardziej zwięzła i bardziej jednolita. Ale w oczach autora główną jej zaletą 

jest  to,  że  jest  ściślej  związana  z  krytycznym  dowodem  jej  prawdziwości.  Zgodnie  z  logiką 

badań naukowych zazwyczaj najpierw ktoś wysuwa pewną hipotezę, która w miarę wgłębiania 

się w nią wydaje się coraz bardziej racjonalna, natomiast ukoronowanie jej w postaci właściwego 

dowodu  następuje  znacznie  później.  Autor,  parając  się  teorią  pragmatyzmu  o  wiele  dłużej  od 

większości  jej  zwolenników,  mógł  oczywiście  poświęcić  więcej  uwagi  jej  udowodnieniu.  W 

każdym.  razie  prosi  on  o  wybaczenie,  iż  starając  się  wyjaśnić  pragmatyzm,  ogranicza  się  do 

najlepiej sobie znanej jego postaci. W artykule niniejszym jest miejsce tylko na wyjaśnienie, na 

czym doktryna ta naprawdę polega (biorąc pod uwagę, w czyje ręce się dostała, będzie zapewne 

w najbliższych latach odgrywała czołową  rolę w dyskusjach  filozoficznych). Jeśli czytelników 

„The  Monist”  zainteresuje  ten  wykład,  tym  bardziej  powinien  ich  zainteresować  następny 

background image

 

artykuł,  zawierający  różnorodne  przykłady  zastosowania  pragmatycyzmu  do  rozwiązywania 

różnych  problemów  (zakładając,  że  jest  to  doktryna  prawdziwa).  Po  takim  przygotowaniu 

czytelnicy zechcą może zainteresować się dowodem, który w przekonaniu autora nie pozostawia 

żadnych  wątpliwości  i  jest  jego  jedynym  istotnym  wkładem  do  filozofii.  W  istocie  bowiem 

wynika z niego uzasadnienie prawdziwości synechizmu 

3

.

 

 

Nawet najbystrzejszy umysł nie zdoła pojąć w pełni pragmatycyzmu na podstawie samej 

tylko jego definicji, potrzebny jest komentarz wyłożony poniżej. Co więcej, definicja ta pomija 

zupełnie  jedną  lub  dwie  doktryny,  które  trzeba  najpierw  przyjąć  (realnie  lub  potencjalnie),  bo 

inaczej  sam  pragmatycyzm  traci  wszelki  sens.  Pragmatyzm  Schillera  obejmuje  te  doktryny,  są 

one jego częścią, autor wolałby jednak nie mieszać rozmaitych twierdzeń. Propozycje wstępne 

lepie

,

 ustalać z góry. 

 

Trudność polega na tym, że nie zestawiono nigdy pełnej ich listy. Wszystkie mieszczą się 

w  ogólnym  nakazie  „precz  z  przyjmowaniem  na  wiarę”.  Filozofowie  najróżniejszych  odcieni 

proponują, by filozofia przyjęła za punkt wyjścia taki lub inny stan umysłu, w którym naprawdę 

nikt  się  nie  znajduje,  a  już  najmniej  początkujący  filozof.  Ktoś  proponuje,  by  zacząć  od 

zwątpienia  o  wszystkim  i  twierdzi,  że  jest  tylko  jedno,  o  czym  zwątpić  nie  można,  tak  jakby 

wątpię  było  „równie  łatwo  jak  kłamać”.  Drugi  proponuje  rozpoczynał  od  obserwacji 

najprostszych  „wrażeń  zmysłowych”,  zapominając,  że  nasze  prawdziwe  percepcje  wytworzyły 

się  w  wyniku  procesu  poznania.  W  rzeczywistości  zaś  jest  tylko  jeden  stan  umysłu,  z  którego 

możecie „wyruszyć”, ten mianowicie, w którym znajdujecie się naprawdę, gdy „wyruszacie” – 

stan,  w  którym  jesteście  już  obarczeni  ogromnym  ciężarem  wiedzy  uformowanej,  której  nie 

pozbędziecie się, choćbyście chcieli; gdyby zaś udało się wam nawet jej pozbyć, to kto wie, czy 

jakakolwiek wiedza byłaby wówczas możliwa? Nazywacie w ą t p i e n i e m , jeśli ktoś napisze 

na  kartce  papieru,  że  wątpi?  Jeśli  tak,  to  wątpienie  nie  ma  nic  wspólnego  z  jakimkolwiek 

poważnym  zajęciem.  Ale  nie  każcie  nam  w  to  wierzyć;  jeśli  nie  zatraciliście  przez  pedanterię 

wszelkiego  realizmu,  musicie  przyznać,  że  o  wielu  rzeczach  bynajmniej  nie  wątpicie.  Ale  jeśli 

nie żywicie wobec czegoś żadnych wątpliwości, musicie to uważać, i uważacie rzeczywiście, za 

bezwzględną,  absolutna  prawdę.  Tu  nasz  pan  –  „przyjmuje-na-wiarę”  wybucha:  „Co  takiego? 

Czy chcesz powiedzieć, że powinno się wierzyć: w nieprawdę, czy też, że prawdą jest ipso facto 

                                                 

3

  „Tendencję  do  uważania  nieprzerwanego  następstwa  za  ideę  filozoficzną  o  przedniej  doniosłości  można  nazwać 

synechizmem”. Patrz Synechizm i agapizm, 6.102–395. 

background image

10 

 

to, o czym ktoś tam nie wątpi?” Bynajmniej, skora jednak ten ktoś nie może uznać, że rzecz jest 

równocześnie  czarna  i  biała,  on  właśnie  musi  uznać  za  absolutnie  prawdziwe  to,  o  czym  nie 

wątpi. A teraz  per hypotesiu  [załóżmy] ty jesteś tym  człowiekiem.  „Ale powiadasz mi, że jest 

mnóstwo rzeczy, o których nie wątpię. Ja naprawdę nie potrafię siebie  przekonać, by nie było 

wśród  nich  ani  jednej,  co  do  której  bym  się  nie  mylił”.  Przytaczasz  jeden  ze  swych  faktów 

przyjętych na wiarę, który nawet  gdyby miał  uzasadnienie, świadczyłby  tylko,  że istnieje próg 

wątpienia. tzn. że wywołuje je tylko jakiś bodziec o określonym natężeniu. Wprowadzacie tylko 

zamęt, rozprawiając o owej metafizycznej „prawdzie” i o metafizycznym „fałszu”, o których nic 

nie  wiecie.  Macie  do  czynienia  wyłącznie  ze  swymi  wątpliwościami  i  przekonaniami,  z 

przebiegiem życia, które narzuca wam nowe przekonania i daje wam moc

.

 wątpienia o starych. 

Jeśli  waszym  terminom  „prawda”  i  „fałsz”  nadać  taki  sens,  by  można  je  było  zdefiniować  w 

terminach  zwątpienia,  przekonania  oraz  przebiegu  doświadczenia  (miałoby  to  np.  miejsce, 

gdybyście zdefiniowali „prawdę” jako coś, ku czemu zmierzałoby przekonanie, gdyby dążyło w 

nieskończoność  do  absolutnej  stałości)  –  wtedy  zgoda:  w  tym  wypadku  mówicie  tylko  o 

wątpliwości i przekonaniu. Ale jeśli przez prawdę i fałsz rozumieć coś, czego w żaden sposób 

nie można zdefiniować w terminach zwątpienia i przekonania, wtedy mowa o bytach, o których 

istnieniu  niczego  wiedzieć  nie  można  i  które  brzytwa  Ockhama  zgoliłaby  do  czysta.  Wasze 

problemy  uprościłyby  się  ogromnie,  gdyby  zamiast  mówić,  że  chcecie  poznać  „Prawdę”, 

powiedzieć, że chcecie osiągnąć stan takiego przekonania, iż nie ima się go zwątpienie.  

 

Przekonanie nie jest chwilowym stanem świadomości; jest to nawyk myślowy, z reguły 

przez  pewien  czas  trwały  i  (przynajmniej)  przeważnie  nieuświadomiony.  Podobnie  jak  inne 

nawyki daje on przy tym pełne zadowolenie (póki na jego drodze nie stanie jakaś niespodzianka, 

która zapoczątkuje proces zatraty nawyku). Wątpienie jest zjawiskiem zupełnie innego rodzaju. 

Nie jest to nawyk, lecz brak nawyku. Ale jeśli brak nawyku ma być czymkolwiek w ogóle, tedy 

musi on być warunkiem działalności błądzącej, którą później w jakiś sposób zastępuje nawyk. 

 

Czytelnik  jako  istota  racjonalna  na  pewno  nie  wątpi,  iż  nie  tylko  posiada  nawyki,  lecz 

także sprawuje w pewnej mierze kontrolę nad własnymi uczynkami w przyszłości. Nie oznacza 

to,  by  można  było  przesądzić  arbitralnie  ich  charakter,  lecz  przeciwnie,  oznacza,  że  proces 

wewnętrznego  przygotowania  zmierza  do  nadania  działalności  (kiedy  będzie  po  temu  okazja) 

określonego oblicza, o  czym  świadczy  – będąc nieraz jaskrawym  tego miernikiem  – brak (lub 

osłabienie) wyrzutów sumienia, które pojawią się dopiero na skutek refleksji. Ta retrospektywna 

background image

11 

 

refleksja  stanowi  część  wewnętrznego  przygotowania  do  działalności  przy  następnej  okazji. 

Wynika stąd, że gdy czynność powtarza się raz za razem, w tendencji swej zmierza ona coraz 

bardziej do doskonałości, polegającej na takim utrwaleniu jej charakteru, iż nie występują wcale 

wyrzuty sumienia. Im bliżej takiego stanu, tym mniej miejsca pozostaje dla samokontroli; gdzie 

zaś niemożliwa jest samokontrola, tam nie ma też wyrzutów sumienia. 

 

Wydaje się, iż te zjawiska są podstawowymi cechami wyróżniającymi istotę rozumną. W 

każdym  razie  potępienie  jest  chyba  odmianą  wyrzutów  sumienia  jako  uczucia  bardziej 

pierwotnego,  któremu  często  towarzyszy  przeniesienie  lub  „rzutowanie”  [na  inną  osobę]. 

Dlatego  też  nigdy  nikogo  nie  winimy,  jeśli  coś  leży  poza  obrębem  możliwości  uprzedniej 

samokontroli.  Lecz  myślenie  jest  postępowaniem  tego  rodzaju,  który  w  ogromnym  stopniu 

podlega  samokontroli.  Wszystkie  charakterystyczne  cechy  samokontroli  logicznej  (na  których 

opis brak tu miejsca) odzwierciedlają wiernie samokontrolę etyczną – o ile nie jest to po prostu 

odmiana w ramach tamtego gatunku. Zgodnie z tym, nie jest bynajmniej błędnym przekonanie, 

jeśli  jesteście  o  czymś  przekonani  bezwzględnie.  Innymi  słowy,  dla  was  jest  to  prawda 

absolutna. Co prawda można sobie wyobrazić, że coś, czego dziś w żadnym wypadku nie można 

odrzucić, jutro okaże się zupełnie nieprzekonujące. Jest jednak pewna różnica między rzeczami, 

których zrobić „nie można” w tym sensie, że nic nie skłania do poczynienia odpowiednich starań 

i  wysiłków,  a  rzeczami,  których  nie  można  zrobić  ze  względu  na  ich  naturę,  czyli  które  w 

praktyce  są  niewykonalne.  W  każdym  stadium  waszego  myślenia  istnieje  coś,  o  czym  można 

powiedzieć  jedynie  „nie  mogę  myśleć  inaczej”,  opierając  się  zaś  na  swym  doświadczeniu 

stawiacie hipotezę, że jest to niemożliwość  drugiego rodzaju. 

 

Nie ma powodu, by „myślenie”, o którym przed chwilą była mowa, pojmować w owym 

wąskim sensie, w jakim sprzyja mu cisza i spokój. Przeciwnie, należałoby pojmować myślenie 

jako  synonim  wszelkiego  rozumnego  życia,  eksperyment  będzie  zatem  też  operacją  myślową. 

Oczywiście  w  wypadku  myślenia  tym  ostatecznym  stadium  nawyku,  do  którego  zmierza 

czynność samokontroli, nie pozostawiając na przyszłość W ogóle miejsca dla samokontroli, jest 

stan utrwalonego przekonania, czyli wiedzy doskonalej. 

 

Są tu dwie sprawy niezmiernie ważne, o których trzeba upewnić się i pamiętać. Pierwsza, 

że osoba nie jest absolutnie jednostką. Jej myśli są „mową samemu do siebie”, innymi słowy – 

przechowywaniem dla innej jaźni tego, co z biegiem czasu pojawiło się już w życiu. Kiedy ktoś 

rozumuje,  usiłuje  przekonać  tę  właśnie  krytyczną  jaźń;  wszelka  zaś  myśl,  obojętne  jaka,  jest 

background image

12 

 

znakiem, i przeważnie posiada tę samą naturę, co język. Drugą sprawą, o której należy pamiętać, 

jest,  że  krąg  społeczny,  w  którym  człowiek  się  obraca  (obojętne,  czy  interpretujemy  to  zdanie 

szerzej, czy węziej), jest luźną całością, która pod pewnymi względami stoi wyżej niż organizm 

indywidualny, jakim jest pojedyncza osoba. Tylko te dwie rzeczy umożliwiają nam rozróżnienie 

– a i to tylko w abstrakcji, w sensie pana Pickwicka – między prawdą absolutną i tym, o czym się 

nie wątpi. 

 

A teraz przejdźmy do wykładu samego pragmatycyzmu. Najwygodniej nam tu wyobrazić 

sobie, że ktoś, kto nie zna tej doktryny, a odznacza się nieprzeciętną bystrością umysłu, zadaje 

pragmatycyście  pytania.  Eliminując  wszystko,  co  trąci  poezją,  otrzymamy  w  rezultacie  coś 

pośredniego między dialogiem a katechizmem, wyraźnie jednak bliższe temu ostatniemu – coś, 

co niemile przypomina nam Pytania historyczne Mangnalla. 

P y t a n i e :  Zdumiewa  mnie  pańska  definicja  pragmatyzmu.  Nie  dalej  jak  w  zeszłym  roku 

pewien  pragmatysta  –  osoba  zupełnie  wiarygodna  –  zapewniał  mnie,  że  doktryna  pańska  głosi 

dosłownie, „iż sprawdzianem pojęcia są jego praktyczne konsekwencje”. Zapewne więc zmienił 

pan niedawno swoją definicję.  

P r a g m a t y s t a :   Wystarczy  sięgnąć  po  VI  i  VII  tom  „Revue  Philosophique”  lub  po 

„Popular Science Monthly” z listopada 1877 i stycznia 1878 r, (numery IV i V), by doszedł pan 

sam  do  wniosku,  że  odrzucono  tam  wyraźnie  wspomnianą  przez  pana  interpretację. 

Sformułowanie  angielskie  brzmiało  dosłownie  (zastępując  pierwszą  osobę  przez  drugą): 

„Rozważając skutki praktyczne możliwe do pomyślenia, poznajecie przedmiot waszego pojęcia, 

Albowiem w tych skutkach mieści się CAŁE pojęcie waszego przedmiotu”. 

P y t a n i e : No dobrze, ale jak pan to uzasadni? 

P r a g m a t y s t a :   Właśnie to  chciałbym  panu  powiedzieć. Ale pozostawmy lepiej  pytanie  w 

zawieszeniu, dopóki nie pojmie pan, co mają udowodnić moje racje. 

P y t a n i e :  Na  czym  zatem  polega  racja  bytu  pańskiej  doktryny?  Jakich  można  się  po  niej 

spodziewać korzyści? 

P r a g m a t y s t a :     Pokazuję  ona,  że  prawie  każde  twierdzenie  ontologicznej  metafizyki  jest 

albo próżną gadaniną – definiuje się jedno słowo za pomocą innego i z kolei każde następne za 

pomocą  dalszego,  nie  osiągając  nigdy  realnego  pojęcia  –  albo  po  prostu  absurdem.  Po 

wymieceniu  tych  śmieci  ostanie  się  zatem  z  całej  filozofii  szereg  problemów,  które  podlegają 

badaniu  przy  pomocy  metod  prawdziwej  nauki,  tj.  przy  pomocy  obserwacji,  problemów,  w 

background image

13 

 

których  można  osiągnąć  prawdę  unikając  owych  nieskończonych  nieporozumień  i  dyskusji, 

które przekształciły najwyższą z nauk pozytywnych w zwykłą zabawę próżniaczych umysłów, w 

rodzaju gry w szachy, której celem jest czcza przyjemność, a metodą wertowanie książek. Z tego 

punktu  widzenia  pragmatycyzm  jest  prope

4

  -  pozytywizmem.  Od  innych  odmian  pozytywizmu 

odróżnia go jednak: po pierwsze, zachowanie oczyszczonej filozofii; po wtóre, pełna akceptacja 

zasadniczego  trzonu  naszych  instynktownych  przeświadczeń;  po  trzecie  wreszcie,  uporczywe 

obstawanie  przy  prawdach  realizmu  scholastycznego  (lub  przy  tezach  bardzo  do  niego 

zbliżonych,  które  dobrze  sformułował  zmarły  dr  Francis  Ellingwood  Abbot  we  wstępie  do 

swojego  Naukowego  teizmu).  Tak  więc,  zamiast  drwić  jedynie  z  metafizyki,  jak  inni  prope–

pozytywiści,  pragmatycyzm  wydobywa  jej  cenną  esencję,  która  ożywia  kosmologię  i  fizykę  i 

rzuca na nie snop światła. Zarazem pozytywne i płodne okazuje się zastosowanie tej doktryny w 

moralności,  a  jest  też  szereg  innych  jej  zastosowań,  które  niełatwo  wyliczyć.  Odkładamy  do 

innej okazji pokazanie na różnych przykładach, że takie są naprawdę jej skutki. 

P y t a n i e : Nie wątpię, że sobie z metafizyką. Ale czy wymaże ona każde twierdzenie nauki i 

wszystko, co ma związek ze sposobem życia? Mówi pan bowiem, że jedyne znaczenie jakiegoś 

stwierdzenia polega pańskim zdaniem na tym, że pewien eksperyment dał określony wynik. Poza 

eksperymentem  nic  więcej  w  znaczeniu  się  nie  mieści.  Proszę  mi  zatem  powiedzieć,  w  jaki 

sposób eksperyment może sam przez się świadczyć o czymkolwiek poza tym, iż coś się kiedyś 

zdarzyło  z  indywidualnym  przedmiotem  i  że  w  następstwie  tego  zaszło  inne  indywidualne 

zdarzenie. 

P r a g m a t y s t a :   Zadał  pan  rzeczywiście  słuszne  pytanie,  skoro  celem  naszym  jest 

sprostowanie  wszelkich  nieporozumień  na  temat  pragmatycyzmu.  Mówi  pan  o  eksperymencie 

samym  przez  się,  podkreślając  słowa  „sam  przez  się”.  Ma  pan,  oczywiście,  na  myśli 

eksperyment wyizolowany spośród pozostałych. Me przyszło panu na myśl, że ktoś mógłby np. 

zaryzykować  przypuszczenie,  iż  każda  seria związanych  ze  sobą  eksperymentów  tworzy  jeden 

eksperyment  kolektywny.  Jakież  są  zasadnicze  składniki  eksperymentu?  Po  pierwsze,  rzecz 

jasna, człowiek z krwi i kości, który wykonuje doświadczenie. Po wtóre, sprawdzalna hipoteza 

teza.  Jest  to  twierdzenie,  które  dotyczy  świata,  jaki  otacza  eksperymentatora,  lub  jakiejś 

dokładnie  określanej  jego  części,  i  które  jedynie  stwierdza  lub  zaprzecza,  iż  coś  jest  w 

                                                 

4

 Przedrostek ten oznacza używanie pojęcia w sensie szerokim, niezbyt dokładnie określonym, por. s. 156. 

background image

14 

 

doświadczeniu  możliwe  lub  niemożliwe.  Trzecim  niezbędnym  składnikiem  Jest  poważna 

wątpliwość co do prawdziwości tej hipotezy, żywiona przez eksperymentatora. 

 

Pomijając  kilka  elementów,  nad  którymi  nie  musimy  się  zatrzymywać  ––  cel,  plan  i 

rozwiązanie  –  dochodzimy  do  aktu  wyboru,  za  pomocą  którego  eksperymentator  wyróżnia 

pewne  rozpoznawalne  przedmioty,  na  jakich  dokonuje  operacji.  Następnym  krokiem  jest 

zewnętrzny  (lub  niejako–zewnętrzny)  AKT,  który  zmienia  te  przedmioty.  Z  kolei  następuje 

r e a k c j a   świata,  jego  oddziaływanie  na  eksperymentatora  [znajdujące  wyraz]  w  jego 

percepcji;  a  wreszcie  odkrycie  przez  niego  nauk,  jakie  płyną  z  doświadczenia.  Dwie  główne 

części samego zdarzenia, to akcja i reakcja, natomiast jedność istotnej treści eksperymentu tkwi 

w jego celu i w jego planie, czyli w składnikach, które w naszym wyliczeniu zostały pominięte. 

 

A  teraz  druga  sprawa:  przedstawiając  pragmatycystę  jako  człowieka,  który  twierdzi,  że 

racjonalne  znaczenie  polega  na  doświadczeniu  (o  którym  mówi  pan  jako  o  wydarzeniu,  które 

miało  miejsce  w  przeszłości),  nie  chwyta  pan  zupełnie  jego  intelektualnej  postawy.  W 

rzeczywistości nie powiada on, że racjonalne znaczenie polega na doświadczeniu, lecz że polega 

ono  na  z j a w i s k a c h   d o ś w i a d c z a l n y c h .  Gdy  doświadczalnik  mówi  o  jakimś 

z j a w i s k u , np. o „zjawisku Halla”, o „zjawisku Zeemanna” i o jego odmianach, o „zjawisku 

Michelsona”  lub  o  „zjawisku  szachownicy”  nie  ma  on  na  myśli  jakiegoś  jednostkowego 

zdarzenia, które kogoś spotkało w martwej już przeszłości, lecz coś, co na p e w n o   z d a r z y  

s i ę  w żywej przyszłości każdemu, kto spełni określone warunki. Zjawisko polega na tym, że 

gdy doświadczalnik zacznie działać zgodnie z pewnym schematem, który tkwi w jego umyśle, 

wówczas zdarzy się coś, co rozproszy wszystkie wątpliwości sceptyków, tak jak ogień niebieski, 

który zapłonął na ołtarzu Eliasza. 

 

Proszę  też  nie  przeoczyć  faktu,  że  reguła,  jaką  głosi  pragmatycysta,  nie  mówi  nic  o 

pojedynczych doświadczeniach ani o pojedynczych zjawiskach doświadczalnych (albowiem coś, 

co  ma  być  warunkowo  prawdziwe  in  futuro,  nie  może  być  pojedyncze),  lecz  mówi  jedynie 

generalnie  o  typach  zjawisk.  Zwolennicy  pragmatycyzmu  nie  boją  się  mówić  o  realności 

przedmiotów  ogólnych,  bowiem  wszystko,  ca  prawdziwe,  jest  realne.  A  prawa  przyrody  są 

prawdziwe. 

 

Racjonalny  sens  każdego  zdania  odnosi  się  do  przyszłości.  W  jaki  sposób?  Znaczenie 

zdania  jest  samo  też  zdaniem.  Istotnie,  nie  jest  to  nic  innego,  jak  tylko  zdanie  o  zdaniu:  jest 

tłumaczeniem zdania. Lecz które z miliardów zdań, na  jakie można przetłumaczyć zdanie, jest 

background image

15 

 

jego znaczeniem? Według pragmatycysty będzie nim zdanie w tej postaci, w której daje się ano 

zastosować do postępowania ludzkiego nie w takich lub innych szczególnych okolicznościach i 

nie wtedy,  gdy ktoś  ma  takie lub inne konkretne plany, lecz w tej postaci,  w której  nadaje się 

najlepiej  do  bezpośredniej  samokontroli  w  każdej  sytuacji  i  niezależnie  od  zamiarów.  Oto 

powód,  czemu  pragmatycysta  odnosi  sens  zdania  do  przyszłości;  tylko  przyszłe  postępowanie 

podlega mianowicie samokontroli. Ale na to, by zdanie w tej :postaci, którą należy uznać za jego 

sens, dało się zastosować w każdej sytuacji i w związku z każdym zamierzeniem, musi ono być 

po  prostu  ogólnym  opisem  wszystkich  zjawisk  doświadczalnych,  jakie  mogą  wyniknąć  z  jego 

uznania. Albowiem zjawiskiem doświadczalnym jest stwierdzony kategorycznie w zdaniu fakt, 

iż  działanie  zgodne  z  określoną  formułą  pociągnie  za  sobą  określanego  rodzaju  wyniki 

doświadczalne;  jedynie  zaś  doświadczalne  wyniki  mogą  wpłynąć  na  ludzkie  postępowanie. 

Niewątpliwie, jakaś niezmienna idea może wywrzeć na człowieka silniejszy od nich wpływ; nie 

nastąpiłoby  to  jednak,  gdyby  jakieś  doświadczenie  życiowe  równoważne  eksperymentowi  nie 

sprawiało,  że  prawda  ta  stała  mu  się  bliższą  niż  przed  tym.  Ilekroć  człowiek  działa  celowo, 

działa pad wpływem wiary w jakieś zjawisko doświadczalne. W konsekwencji więc, cały wpływ 

jakiegoś  zdania  na  sposób  ludzkiego  postępowania  równa  się  sumie  implikowanych  przez  nie 

zjawisk  doświadczalnych.  Odpowiedziałem  tedy  na  pańskie  pytanie,  w  jaki  sposób 

pragmatycysta  może  przypisać  jakieś  znaczenie  zdaniu,  które  nie  orzeka  o  pojedynczym 

zdarzeniu.  

P y t a n i e :  Widzę, że pragmatycyzm jest skrajnym fenomenalizmem. Czemu jednak ogranicza 

się pan do zjawisk występujących w naukach doświadczalnych, zamiast objąć całą wiedzę opartą 

na  obserwacji?  Mimo  wszystko  eksperyment  jest  informacją  mało  komunikatywną.  Jest 

małomówny: powiada tylko „tak” lub „nie”; przeważnie przy tym warczy „nie”, a w najlepszym 

wypadku wykrztusza nieartykułowany dźwięk, który pozwala zaprzeczyć owemu „nie”. Typowy 

doświadczalnik nie jest najlepszym  obserwatorem.  Skarbami swego zaufania przyroda obdarza 

badacza  historii  naturalnej,  do  eksperymentatora  zaś,  który  poddaje  ją  śledztwu,  odnosi  się  z 

zasłużoną  rezerwą.  Czemu  więc  pański  fenomenalizm  przemawia  nikłym  dźwiękiem  liry 

eksperymentu, zamiast zabrzmieć tryumfalnie fanfarami obserwacji? 

P r a g m a t y c y s t a :  Ponieważ pragmatycyzmu nie można zdefiniować jako „fenomenalizmu 

na  wskroś”,  choć  tę  ostatnią  doktrynę  można  uznać  za  odmianę  pragmatyzmu.  B o g a c t w o  

zjawisk polega na ich zmysłowej jakości. Pragmatycyzm nie dąży do określenia zjawiskowych 

background image

16 

 

rówinoznaczników  słów  i  pojęć  ogólnych,  lecz  przeciwnie,  eliminuje  ich  element  zmysłowy  i 

siara  się  określić  ich  treść  racjonalną,  tę  zaś  odnajduje  w  celowym  wiązaniu  słów  i  zdań  w 

pytania.  

P y t a n i e :  Zgoda,  lecz  skoro  .postanowił  pan  już  uznać  działanie  za  alfę  i  omegę  ludzkiego 

życia, czemu w takim razie znaczenie nie polega po prostu na działaniu? Działanie odbywa się w 

określonym  czasie  i  ma  określony  przedmiot.  Jak  wiadomo,  cała  rzeczywistość  składa  się  z 

indywidualnych  przedmiotów  i  zdarzeń,  a  praktykalista  pierwszy  powinien  to  uznać.  Lecz 

pańskie  znaczenie,  zgodnie  z  danym  opisem,  jest  znaczeniem  o g ó l n y m .  Znaczy  to,  iż  z 

natury jest tylko słowem, a nie rzeczywistością. Sam pan przyznaje, że sens zdania jest tylko tym 

samym zdaniem w innej szacie. A tymczasem dla praktyka sens zdania tkwi w rzeczy, którą ano 

naprawdę oznacza. Jakie znaczenie posiadają według pana słowa „Jerzy Waszyngton”?  

P r a g m a t y c y s t a :   Mocno  powiedziane.  Co  najmniej  w  6  punktach  muszę  panu  przyznać 

rację. Przede wszystkim trzeba przyznać, że gdyby pragmatycyzm uważał rzeczywiście działanie 

za alfę i omegę życia, wydałby na siebie wrak. Powiedzieć bowiem, że żyjemy tylko po to, by 

działać,  pomijając  całkowicie  myśl,  która  kieruje  tym  działaniem,  byłoby  równoznaczne  z 

powiedzeniem,  że  racjonalne  znaczenie  w  ogóle  nie  istnieje.  Po  drugie,  przyznaję,  że  każde 

zdanie zapowiada, iż okaże się prawdą w odniesieniu do jakiegoś indywidualnego przedmiotu, 

często  zaś  do  otaczającego  nas  świata.  Po  trzecie,  trzeba  przyznać,  że  pragmatycyzm  nie  daje 

żadnego przekładu ani nie nadaje żadnego znaczenia nazwom własnym ani innym określeniom 

indywidualnych  przedmiotów.  Po  czwarte,  w  pragmatycyzmie  znaczenie  jest  niewątpliwie 

znaczeniem  ogólnym;  jest  też  niewątpliwe,  że  powszechnik  ma  charakter  sława  lub  znaku.  Po 

piąta,  trzeba  przyznać,  że  egzystują  tylko  przedmioty  jednostkowe.  Po  szóste  wreszcie,  że 

prawdziwe  znaczenie  słowa  lub  przedmiotu  znaczącego  powinno  być  kwintesencją 

rzeczywistości,  którą  oznacza.  Lecz  po  przyznaniu  wszystkiego  tego  bez  zastrzeżeń, 

pragmatycysta nadal musi z całą powagą odrzucić pańskie zastrzeżenia, pan zaś musi przyznać, 

że  pewne  rozważania  uszły  pańskiej  uwadze.  Gromadząc  wszystko,  na  co  się  zgodziłem, 

dostrzeże  pan,  że  pragmatycysta  przyznaje  w  każdym  wypadku  nazwie  własnej  (chociaż  nie 

zwykł  przyznawać  jej  z n a c z e n i a )  pewną  szczególną  dla  danej  nazwy  i  jej  ekwiwalentów 

funkcję  denotacyjną:  uznaje  on  też,  że  każde  twierdzenie  mieści  w  sobie  taką  funkcję 

denotacyjną  lub  wskazującą.  Ze  względu  na  jej  szczególność  i  indywidualność  pragmatycysta 

nie  włącza  jej  do  racjonalnego  sensu  twierdzenia,  jakkolwiek  to,  pod  względem  czego 

background image

17 

 

p r z y p o m i n a   pozostałe,  pragmatycysta  może  do  znaczenia  włączyć,  albowiem  jest  to 

wspólne  wszystkim  twierdzeniom,  a  zatem  ogólne,  a  nie  indywidualne.  Cokolwiek  istnieje, 

ostaje  się,  czyli  oddziałuje  naprawdę  na  inne  istniejące  rzeczy,  przez  to  zaś  identyfikuje  się  z 

sobą  i  definitywnie  nabiera  indywidualności.  W  wypadku  powszechników  ułatwi  nam  sprawę, 

jeśli uświadomimy sobie, że są dwie drogi, by stać się pojęciem ogólnym. Pomnik żołnierza w 

płaszczu  i  z  muszkietem,  który  stoi  w  wiosce,  jest  dla  każdej  rodziny  obrazem  wujka,  który 

poświęcił  się  za  Stany.  Mimo  więc,  że  pomnik  ten  jest  sam  przez  się  przedmiotem 

jednostkowym, przedstawia on każdego, wobec kogo prawdą jest określone orzeczenie. Jest on 

o b i e k t y w n i e  biorąc ogólny. Słowo „żołnierz”, czy się je powie, czy napisze, jest tak samo 

ogólne, podczas  gdy nazwa „Jerzy Waszyngton”  nie. Ale  gdziekolwiek i  kiedykolwiek zostaną 

powiedziane lub napisane oba te terminy, będą to stale te same rzeczowniki. Rzeczownik ten nie 

jest  przedmiotem,  który  istnieje:  jest  to  w z o r z e c   lub  f o r m a ,  do  których  mają  się 

d o s t o s o w a ć   przedmioty  obu  rodzajów,  zarówno  te,  które  istnieją  zewnętrznie,  jak  i 

wyimaginowane, chociaż żaden z nich nie zrobi tego dokładnie, Jest to ogólność subiektywna. 

Znaczenie pragmatycystyczne jest ogólne na oba sposoby. 

Jeśli  idzie  o  rzeczywistość,  to  można  ją  zdefiniować  rozmaicie;  po  przyjęciu  jednak 

proponowanej przeze mnie terminologii etyki, dwuznaczności zniknęłyby bardzo szybko. Słowa 

realis i realitas nie pochodzą bowiem ze starożytności. Jako terminy filozoficzne zastosowano je 

w XIII wieku, a znaczenie, jakie zamierzano im nadać, jest zupełnie jasne. Rzeczywiste jest coś, 

co posiada takie a takie cechy, niezależnie od tego, czy ktoś myśli, że ono je posiada, czy też nie. 

W  każdym  razie  pragmatycysta  używa  tego  sława  w  powyższym  sensie.  Ale  tak  jak 

postępowanie  podległe  kontroli  etycznej  zmierza  do  ustalenia  pewnych  nawyków,  których 

charakter  (za  przykład  niechaj  posłuży  usposobienie  łagodne,  a  nie  kłótliwej  nie  zależy  od 

przypadkowych  okoliczności  i  w  t y m   s e n s i e   można  je  nazwać  p r z e z n a c z e n i e m  

człowieka,  tak  też  myśl  pad  kontrolą  racjonalnej  logiki  doświadczalnej  zmierza  do  ustalenia 

pewnych, również predestynowanych poglądów, które w końcu mają jednakowy charakter, choć 

perwersja myślowa całych pokoleń może opóźnić ostateczne ich ustalenie. Jeśli tak, a każdy z 

nas  przecież  w  zasadzie  to  zakłada,  gdy  dochodzi  prawdy,  dyskutując  na  serio  jakąkolwiek: 

materię, w takim razie, zgodnie z przyjętą przez nas definicją „rzeczywistości”, rzeczywisty jest 

taki  stan  rzeczy,  o  którym  będzie  się  przekonanym  w  chwili  ostatecznego  ustalenia  poglądu. 

Przeważnie jednak będą to poglądy ogólne. Wynika stąd, że n i e k t ó r e  przedmioty ogólne są 

background image

18 

 

rzeczywiste.  (Rzecz  jasna  nikt  nigdy  nie  twierdził,  że  w s z y s t k i e   powszechniki  są 

rzeczywiste,  lecz  scholastycy  przyjmowali  zazwyczaj,  że  powszechniki  są  rzeczywiste,  nie 

mając prawie lub zgoła żadnych doświadczalnych dowodów na poparcie swych twierdzeń; błąd 

ich  na  tym  właśnie  polegał,  a  nie  na  uznaniu,  że  powszechniki  mogą  istnieć  rzeczywiście.) 

Uderza  doprawdy,  jak  nieprecyzyjnie  myślą  wybitni  skądinąd  analitycy,  gdy  sprawa  tyczy 

modalności bytu. Można np. spotkać się z zasadniczym założeniem, że nie może być rzeczywiste 

coś, co wiąże się z myślą. A właściwie czemu nie? C z e r w i e ń  związana jest ze wzrokiem, 

ale  fakt,  że  ten  lub  ów  przedmiot  pozostaje  w  takim  stosunku  do  wzroku,  który  określamy 

słowami „jest czerwone”, nie oznacza, że ona sama istnieje tylko w stosunku do wzroku; jest ona 

faktem realnym. 

 

Byty  ogólne  nie  tylko  mogą  być  rzeczywiste,  lecz  mogą  też  być  zdolne  do  fizycznego 

oddziaływania,  nie  w  ogólnym  sensie  metafizycznym,  lecz  w  sensie  zdroworozsądkowym,  w 

jakim  zdolne  są  do  fizycznego  oddziaływania  ludzkie  cele.  Jeśli  pominąć  metafizyczne 

nonsensy,  żaden  człowiek  przy  zdrowych  zmysłach  nie  wątpi,  że  gdy  poczuję  zaduch  w 

gabinecie,  myśl  o  tym  sprawi,  iż  otworzę  okno.  Możecie  być  pewni,  że  moja  myśl  była 

indywidualnym  wydarzeniem.  Ale  szczególny  kierunek,  jaki  przybrała,  przesądził  po  części 

ogólny fakt, że zaduch jest niezdrowy, po części zaś inne. Formy, nad którymi dr Carus

5

 

 

skłonił

 

wielu  ludzi  do  pożytecznych  refleksji  lub  raczej  o n e   w ł a ś n i e   i  prawda  w  nich  zawarta 

zmusiły  umysł  dra  Carusa  do  przymusowej  enuncjacji,  w  której  kryła  się  wielka  prawda. 

Zazwyczaj bowiem prawdy łatwiej zdobywają zwolenników, niż fałsz. W przeciwnym wypadku, 

biorąc  pod  uwagę,  iż  na  jedną  jedyną  prawdziwą  hipotezę  lub,  jeśli  wolicie,  przeciw  każdej 

prawdziwej  hipotezie  przypadają  miliardy  fałszywych,  które  można  wziąć  pod  uwagę  przy 

tłumaczeniu dowolnego zjawiska, najmniejszy krok w stronę autentycznej wiedzy zakrawałby na 

cud. Tak więc, kiedy na skutek prawdy, iż zaduch jest niezdrowy, otworzyło się u mnie okno, 

wtedy  prawda  ogólna  i  nieistniejąca  powołała  do  życia  fizyczny  wynik.  Brzmi  to  może 

śmiesznie,  ponieważ  jest  niezwykłe;  lecz.  ścisła  analiza  potwierdza  nasze  rozumowanie,  a  nie 

zaprzecza mu. Wielką zaletą tego ujęcia jest ponadto, iż nie zamyka nam oczu na ważne fakty – 

takie jak idee „sprawiedliwości” i „prawdy” – które opierają się niesprawiedliwości panującej na 

świecie  i  są  najpotężniejszą  siłą,  jaka  wprawia  go  w  ruch.  Zaiste,  ogólność  jest  nieodzownym 

                                                 

5

 Paul Carus: The Foundations of Geometry. 

background image

19 

 

składnikiem  rzeczywistości;  albowiem  zwykła  egzystencja  indywidualna,  zwykłe  wydarzenie 

pozbawione jakiejkolwiek regularności, jest niczym. Chaos jest czystą nicością. 

 

Jeśli Jakieś prawdziwe zdanie twierdzi, że coś jest r z e c z y w i s t e , sens tego jest taki, 

iż  rzecz  ta  jest,  jaką  jest,  niezależnie  od  czyichkolwiek  na  tę  sprawę

 

poglądów.  Jeśli  jest  to 

ogólne  zdanie  warunkowe,  odnoszące  się  do  przyszłości,  wówczas  będzie  realnym 

powszechnikiem, który może mieć wpływ na ludzkie postępowanie. I to właśnie pragmatycysta 

uważa za racjonalną treść wszelkiego pojęcia. 

 

Zgodnie  z  tym,  summum  bonum  nie  polega  dla  pragmatycysty  na  działaniu,  lecz  na 

ewolucyjnym  procesie  ucieleśniania  tych  powszechników,  o  których  p r e d e s t y n a c j i  

przed  chwilą  była  mowa,  i  to  właśnie  chcieliśmy  wyrazić,  mówiąc  o  ich  racjonalności.  Na 

wyższych  szczeblach  ewolucja  odbywa  się  coraz  bardziej  dzięki  samokontroli,  to  zaś  jest  dla 

pragmatycysty pewnym usprawiedliwieniem, gdy przyznaje ogólność rozumnym treściom. 

 

Można by jeszcze z pożytkiem wyjaśnić niejedno w sprawie pragmatycyzmu, gdyby nie 

obawa znużenia czytelnika. Można by np. wykazać, że pragmatycysta nie przypisuje zasadniczo 

odmiennego sposobu istnienia wydarzeniom przyszłym i przeszłym, twierdzi natomiast tylko, że 

praktyczna  postawa  myśliciela  jest  w  tych  dwóch  wypadkach  odmienna.  Należałoby  też 

wskazać, że pragmatycysta nie uważa form za jedyne realia świata, ani nie uważa, że racjonalna 

treść słowa jest jedynym znaczeniem, jakie ona posiada. Ale te sprawy są już implicite zawarte w 

,

powyższych wywodach [...] 

4. PRAGMATYCYZM A ABSOLUTNY IDEALIZM HEGLA 

 

Chciałbym  dorzucić  jeszcze  parę  słów  na  ten  temat.  Jeśli  bowiem  ktoś  chce  poznać 

naprawdę  teorię  pragmatycyzmu,  powinien  pojąć,  że  pragmatycysta  do  niczego  w  swojej 

doktrynie  nie  przywiązuje  takiej  wagi,  jak  do  stwierdzenia,  że  działanie  lub  wala,  lub  nawet 

rozwiązanie,  lub  cel  aktualny  nie  wystarczają  w  tej  doktrynie  do  skonstruowania  celu 

warunkowego  lub  pojęcia  celu  warunkowego.  Gdyby  został  napisany  zamierzony  artykuł  na 

temat zasady ciągłości, syntetyzujący ideę wyłożoną w serii artykułów we wczesnych numerach 

,The  Monist”,  okazałoby  się,  jak  konsekwentnie  i  uporczywie  przewija  się  w  pragmatycyzmie 

myśl, że ciągłość jest nieodzownym elementem rzeczywistości, że jest ona po prostu tym, czym 

staje  się  ogólność  w  logice  relacji,  i  że  tak  jak  ogólność,  a  nawet  jeszcze  bardziej,  jest  ona 

kwestią  myśli  i  istotą  myśli.  Mimo  ułomności  teorii  wyłożonej  w  owych  kosmologicznych 

artykułach, czytelnik wybitnie inteligentny mógł w nich dostrzec, iż na rzeczywistość składa się 

background image

20 

 

jeszcze coś oprócz czucia i działania, jako że chaos pierwotny, w którym oba te składniki były 

zawarte, jest – jak dowodnie wykazano – czystą nicością. Nawiązanie tu właśnie do tej teorii ma 

na  celu  Wyraźne  uwypuklenie  stanowiska,  które  bez  względu  na  to,  czy  wspomniana  teoria 

kosmologiczna utrzyma się ostatecznie, czy też zostanie obalana, pragmatycysta zajmuje i zająć 

musi,  a  mianowicie,  że  trzecia  kategoria  –  kategoria  myśli,  reprezentacji  relacji  triadycznej, 

pośrednictwa,  autentycznego  „trzeciego”  „trzeciego”  jako  takiego  –  jest  istotnym  składnikiem 

rzeczywistości, choć sama przez się jej nie tworzy, ponieważ kategoria ta (która w kosmologii 

pojawia  się  jako  element  nawyku)  nie  może  istnieć  konkretnie  bez  czynu  podobnie  jako 

odrębnego  przedmiotu  którym  rządzi,  podobnie  jak  czyn  nie  mógłby  istnieć,  gdyby  nie 

bezpośrednie  istnienie  uczucia,  na  które  oddziałuje.  Prawdą  jest,  że  pragmatycyzm  jest  bardzo 

zbliżony do absolutnego idealizmu Hegla, ale różni się ad tamtego, zaprzeczając gwałtownie, by 

owa  trzecia  kategoria  (którą  Hegel  degraduje  do  zwykłego  stadium  myśli)  wystarczała  do 

stworzenia  świata  lub  była  samowystarczalna.  Gdyby  Hegel  nie  traktował  dwóch  pierwszych 

stadiów z pogardliwyrn uśmiechem, lecz uznał je za niezależne lub odrębne składniki triadycznej 

rzeczywistości, pragmatycyści mogli by  go uznać za prekursora  głoszonych przez nich prawd. 

(Oczywiście  zewnętrzna  szata  jego  doktryny  tylko  gdzieniegdzie  posiada  istotne  znaczenie.) 

Pragmatycyzm  należy bowiem z istoty swej do klasy filozofii triadycznych i jest taką filozofią 

w  znacznie  silniejszym  stopniu  niż  heglizm.  (Faktyczni  co  najmniej  W  jednym  urywku  Hegel 

przyznaje, że farma triadyczna jego wykładu jest tylko szatą zewnętrzną.) 

II 

Po  cóż  więc  istnieje  wyjaśniająca  hipoteza?  Ma  ona  na  celu  eliminację  wszelkich  niejasności 

dzięki sprawdzalnemu wypróbowaniu jej w doświadczeniu oraz utrwaleniu nawyku oczekiwania 

na pozytywne rezultaty, które nie dozna zawodu. Dopuszczalna jest przeto każda hipoteza (o ile 

nie ma dowodów in contra), o ile nadaje się do weryfikacji w doświadczeniu, ale też tylko w tym 

zakresie, w jakim weryfikacja taka jest możliwa. Na tym polega w ogólnych zarysach doktryna 

pragmatytycyzmu  Teraz  jednak  staje  przed  nami zasadnicze  pytanie;  co  należy  rozumieć  przez 

weryfikację  w  doświadczeniu?  August  Comte,  stojący  na  drugim  biegunie,  potępiłby  każdą 

teorię,  która  jest  „niesprawdzalna”.  Podobnie  jak  większość  idei  Comte'a,  jest  to  błędna 

interpretacja p r a w d y . Hipoteza wyjaśniająca, czyli koncepcja, która nie ogranicza swego celu 

do  dania  umysłowi  możności  ujęcia  całej  różnorodności  zjawisk  w  jedność,  lecz  dąży  do 

:powiązania  tych  faktów  z  naszymi  ogólnymi  wyobrażeniami  o  wszechświecie,  powinna  być 

background image

21 

 

s p r a w d z a l n a   w  pewnym  sensie;  innymi  słowy,  powinna  być  czymś  więcej  niż  tylko 

więzią łączącą niezliczone możliwe prognozy na temat przyszłych doświadczeń w taki sposób, 

że  upada,  gdy  się  nie  sprawdzą.  Kiedy  zatem  Schliemann  przyjął  hipotezę,  że  istniało  kiedyś 

naprawdę  miasto  zwane  Troją  i  toczyła  się  naprawdę  wojna  trojańska,  oznaczało  to  dla  niego 

m.in., że gdy rozpocznie prace wykopaliskowe na wzgórzu Hissarlik, znajdzie zapewne szczątki 

miasta,  które  świadczyć  będą  o  cywilizacji  odpowiadającej  mniej  więcej  opisom  w  Iliadzie, 

pokrewnej innym cywilizacjami, które będzie można zapewne znaleźć w Mykenach, na Itace i 

gdzie  indziej.  Tak  pojęta  maksyma  Camte'a  jest  słuszna.  Ale  sam  Comte  głosił,  że  hipoteza 

sprawdzalna  nie  może  zakładać  niczego,  czego  nie  można  stwierdzić  w  bezpośredniej 

obserwacji.  Stając  na  takim  gruncie  zasadne  jest  przypuszczenie  Comte'a,  że  pozwoliłby 

wprawdzie Schliemannowi zakładać, iż znajdzie na wzgórzu Hissarlik broń i sprzęty, natomiast 

zabroniłby  mu  przypuszczać,  że  zrobiły  je  lub  używały  ich  istoty  ludzkie,  albowiem 

bezpośrednia obserwacja nie zdoła istot takich wykazać. 

6

  

Comte, Poincaré i Karl Pearson uważają za pierwotne wrażenia zmysłowe coś, co bynajmniej nie 

należy do tego gatunku,  lecz jest doznaniem  (percept), czyli produktem operacji psychicznej, i 

odrywają  to  od  całej  intelektualnej  części  naszego  poznania,  arbitralnie  nazywając  pierwsze 

r z e c z y w i s t o ś c i ą ,  drugie  zaś  f i k c j ą .  Te  dwa  słowa,  r z e c z y w i s t o ś ć   i  

f i k c j a ,  nie  mają  innego  znaczenia,  poza  określeniem  d o b r a   i   z ł a .  Prawdą  jest 

natomiast, że to, co określają jako z ł e ,   f i k c y j n e ,   s u b i e k t y w n e , czyli intelektualna 

część naszego poznania, obejmuje wszystko co posiada wartość samo w sobie, podczas gdy to 

określają,  jako  dobre,  rzeczywiste,  obiektywne,  jest  tylko  ładną  skrzynką,  w  której  zamknięta 

jest drogocenna myśl [..,]

7

 

 

Teoria, którą przyszłe wydarzenia mogłyby udowodnić w całej rozciągłości, nie byłaby 

teorią  naukową,  lecz  zwykłą  przepowiednią.  Z  drugiej  strony,  teoria,  która  głosi  więcej,  niż 

mogą  z  pewnym  przybliżeniem  potwierdzić  przyszłe  odkrycia,  jest  tylko  metafizyczną 

paplaniną.

8

  

 

 

                                                 

6

 Por. Ch. S. Peirce: Collected Papers, 5.197. 

7

 Tamże, 5.597. 

8

 Tamże, 5.541. 

background image

22 

 

UTRWALANIE PRZEKONAŃ  

 

1. NAUKA I LOGIKA 

 

Niewielu  ludzi  zadaje  sobie  trud  uczenia  się  logiki,  każdy  bowiem  uważa  się  za 

dostatecznie  biegłego  w  sztuce  rozumowania.  Zauważyłem  jednak,  że  przekonanie  to  dotyczy 

zazwyczaj  wyłącznie  własnego  rozumowania,  nie  obejmując  bynajmniej  rozumowania  innych 

ludzi. 

 

Ze wszystkich naszych umiejętności ostatnią, jaką osiągamy, jest umiejętność wyciągania 

logicznych  wniosków;  jest  ona  bowiem  nie  tyle  darem  przyrodzonym,  ile  sztuką,  wymagającą 

czasu  i  trudu.  Dzieje  uprawiania  tej  sztuki  stanowiłyby  same  w  sobie  doskonały  temat  do 

osobnej  książki.  Scholastycy  średniowieczni  uczyli  chłopców  logiki  zaraz  po  gramatyce, 

uważając ją za bardzo łatwy przedmiot. I rzeczywiście ' była nim w ich ujęciu, ponieważ zasadą, 

z której wychodzili, było przekonanie, że wszelka wiedza opiera się albo na autorytecie, albo na 

rozumowaniu;  ta  jednak,  która  wywodzi  się  z  rozumu,  zależy  ostatecznie  od  przesłanek 

wywodzących się z autorytetu. Tym samym, z chwilą gdy uczeń osiągnął biegłość w sylogistyce, 

uważano, że posiadł pełne kwalifikacje umysłowe. 

 

Roger  Bacon,  umysł  wybitny,  który  w  połowie  XIII  wieku  był  już  niemal  uczonym, 

widział  w  scholastycznej  koncepcji  rozumowania  jedynie  przeszkodę  na  drodze  do  prawdy. 

Wiedział  on,  że  tylko  doświadczenie  może  nas  czegoś  nauczyć.  Dzisiaj  wydaje  się  to  nam 

zupełnie  zrozumiale,  ponieważ  poprzednie  pokolenia  przekazały  nam  sprecyzowane  pojęcie 

doświadczenia; jemu twierdzenie to wydawało się też zupełnie jasne, ponieważ trudności z nim 

związane  jeszcze  się  nie  ujawniły.  Sądził  on,  że  spośród  różnych  rodzajów  doświadczenia 

najlepsza jest „wewnętrzna iluminacja”, która poucza nas o wielu takich rzeczach w przyrodzie, 

których zmysły nigdy by nie odkryły, jak na przykład przemiana chleba w ciało. 

 

Po  czterech  wiekach,  w  pierwszej  księdze  Novum  Organum  drugi  Bacon,  ten 

sławniejszy,  określił  jasno  doświadczenie  jako  coś,  co  podlega  weryfikacji  i  ponownemu 

sprawdzeniu.  Ale  jeżeli  współczesny  czytelnik,  przewyższający  o  tyle  Bacona,  o  ile  ten 

przewyższał swych poprzedników, nie stropi się górnolotnym stylem, to uderzą go od razu słabe 

punkty  poglądów  Bacona  na  procedurę  naukową.  Według  niego  bowiem  wystarczy  poczynić 

kilka prostych doświadczeń, ująć po krótce ich wyniki w jasne formuły, zbadać je przy pomocy 

pewnych  reguł,  eliminując  z  nich  wszystko,  co  nie  wytrzymuje  :próby  i  ustalając  alternatywy, 

background image

23 

 

jakie się wyłaniają, aby w ciągu niewielu lat stworzyć naukę fizyki w skończonej postaci. Cóż za 

pomysł! Bacon doprawdy, zgodnie z wyrażeniem genialnego uczonego, Fiarveya, „pisał o nauce 

jak Lord–Kanclerz”. 

 

Metody pierwszych uczonych: Kopernika, Tycho de Braha, Keplera, Galileusza, Harveya 

i  Gilberta,  przypominają  już  metody  stosowane  współcześnie  przez  brać  naukową.  Kepler 

pokusił  się  o  wykreślenie  drogi  Marsa  i  ustalenie,  ile  czasu  potrzebuje  planeta  dla  przebycia 

różnych odcinków krzywej. Ale największą chyba jego zasługą w nauce było wpojenie ludziom 

przeświadczenia, że tą drogą należy iść, jeżeli chce się udoskonalić astronomię;  nie wystarczy 

poprzestać na rozważaniach, który system epicykli jest lepszy, ale należy zasiąść do wykresów i 

wyjaśnić, czemu naprawdę odpowiada krzywa. Obdarzony niepospolita, energią i odwagą, dążył 

do tego, przerzucając się w sposób zupełnie [dla nas] niepojęty od jednej irracjonalnej hipotezy 

do  drugiej,  aż  wreszcie,  po  dwudziestu  dwóch  próbach,  wyłącznie  dzięki  własnej  inwencji 

odkrył właściwą orbitę, którą umysł wyposażony w broń współczesnej logiki odkryłby niemal od 

razu.

9

 

 

Podobnie dzieje się z każdym na tyle wielkim dziełem naukowym, by pamiętało o nim 

kilka pokoleń; każde z nich świadczy w pewien sposób o niedostatkach sztuki rozumowania w 

czasach, kiedy zostało napisane. Każdy krok w nauce był zarazem lekcją logiki.  Tak było, gdy 

Lavoisier i jego współcześni podjęli studia nad chemią. Maksyma dawnych chemików brzmiała: 

lege, lege, lege, labora, ora et relege.  Metoda Lavoisiera nie polegała na czytaniu i modlitwie; 

wymarzył on sobie, że pewien długi i skomplikowany proces chemiczny powinien dać określony 

efekt,  z  nieskończoną  cierpliwością  przeprowadzał  ów  proces  w  praktyce,  a  po  nieuchronnym 

fiasku wyobrażał sobie, że wprowadzając pewne zmiany osiągnie inny wynik, aż wreszcie mógł 

ogłosić,  że  marzenie  stało  się  faktem.  Metoda  jego  polegała  na  wniesieniu  myśli  do 

laboratorium,  na  literalnym  przekształceniu  alembików  i  kolb  w  narzędzia  myśli,  dając  nową 

koncepcję  myślenia  jako  czynności,  którą  należało  wykonywać  mając  oczy  otwarte  i 

manipulując realnymi rzeczami, a nie słowami i fantomami. 

 

Dyskusja  wokół  Darwina  dotyczyła  w  znacznej  mierze  logiki.  Darwin  zaproponował 

zastosowanie metod statystycznych do biologii. Krok taki uczyniono już w zupełnie innej gałęzi 

przyrodoznawstwa,  mianowicie  w  teorii  gazów.  Na  osiem  lat  przed  opublikowaniem 

nieśmiertelnego dzieła Darwina, mimo że hipoteza dotycząca budowy ciał przynależnych do tej 

                                                 

9

 W 1893 r. Peirce dodał do tego ustępu notę, w której uznał swoją opinię o Keplerze za niesłuszną i krzywdzącą. 

background image

24 

 

klasy  nie  pozwalała  na  stwierdzenie,  jak  będzie  się  poruszała  poszczególna  drobina  gazu, 

Clausius  i  Maxwell,  stosując  teorię  prawdopodobieństwa,  potrafili  określić,  że  w  dostatecznie 

długim  okresie  czasu  i  w  danych  warunkach  taki  a  taki  procent  cząsteczek  osiągnie  określoną 

prędkość,  że  w  każdej  sekundzie  taki  a  taki  procent  zderzy  się  ze  sobą  itp.  Stwierdzenia  te 

pozwoliły im wyciągnąć wnioski, dotyczące określonych właściwości gazów, a w szczególności 

właściwości kinetycznych. Mimo że Darwin nie mógł przewidzieć, jak będzie przebiegać proces 

zmienności i selekcji naturalnej w jakimś indywidualnym przypadku, to jednak udowodnił, że na 

dalszą metę osiągnie się dostosowanie zwierząt do warunków, w jakich żyją. Czy obecne formy 

zwierzęce zawdzięczają swe istnienie takim właśnie procesom, to kwestia do dyskusji, w której 

splatają się w osobliwy sposób pytania o fakty z pytaniami o reguły logiczne. 

2. ZASADY KIERUJACE 

 

Celem  wnioskowania  jest  znalezienie,  na  podstawie  tego,  co  już  wiemy,  czegoś,  czego 

jeszcze  nie  wiemy.  W  konsekwencji:  wnioskowanie  jest  poprawne  (valid),  jeżeli  wyciągamy 

prawdziwy  wniosek  z  prawdziwych  przesłanek,  ale  nie  na  odwrót.  W  ten  sposób  zagadnienie 

ważności  (validity)  jest  wyłącznie  prawą  faktów,  a  nie  myślenia.  Jeżeli  w  przesłankach 

stwierdzamy istnienie faktów A, a w konkluzji – faktu B, to problem sprowadza się do tego, czy 

fakty  te  są  rzeczywiście  tak  ze  sobą  powiązane,  że  zawsze  jeżeli  A  to  B.  Jeżeli  tak, 

wnioskowanie jest poprawne; jeżeli nie – nie. Natomiast w żadnym stopniu problem nie dotyczy 

tego,  czy,  z  chwilą  gdy  umysł  nasz  akceptuje  przesłanki,  odczuwamy  impuls  do  akceptacji 

konkluzji. Prawdą jest, że na ogół biorąc z natury wnioskujemy poprawnie; ale jest to właściwie 

przypadkiem. Prawdziwa konkluzja pozostaje prawdziwa nawet wtedy, kiedy impuls nie skłania 

do jej akceptacji, a fałszywa pozostaje fałszywą, chociaż nie możemy się powstrzymać od wiary 

w nią. 

 

Jesteśmy, ogólnie biorąc, bez wątpienia stworzeniami logicznymi, ale nie jesteśmy nimi 

w sposób doskonały. Większość z nas na przykład cechuje większa doza optymizmu i nadziei, 

niż  uprawniałaby  do  tego  logika.  Jesteśmy,  jak  się  zdaje,  tak  ukonstytuowani,  że  czujemy  się 

szczęśliwi i zadowoleni, jeżeli nie musimy zastanawiać się zbytnio nad faktami; dlatego też, w 

miarę  zbierania  doświadczeń,  stale  maleją  nasze  nadzieje  i  aspiracje.  Mimo  to  nie  rzadko  nie 

wystarczy  nawet  całego  życia  takich  korektur,  aby  wykorzenić  nasz  optymizm.  Tam,  gdzie 

doświadczenie nie trzyma na wodzy nadziei, tam nasz optymizm zdaje się być nieumiarkowany. 

Umiejętność stosowania logiki do zagadnień praktycznych (rozumiana, oczywiście, nie w sensie 

background image

25 

 

tradycyjnym, lecz jako mądre połączenie ścisłości z polotem), jest najpożyteczniejszą cechą, jaką 

żywe  stworzenie  może  posiadać,  i  dlatego  mogłaby  być  wynikiem  doboru  naturalnego;  ale 

niezależnie  od  tego,  jest,  być  maże,  jeszcze  większą  korzyścią  dla  istoty  żywej  wypełnianie 

umysłu  przyjemnymi  i  podtrzymującymi  na  duchu  mrzonkami,  bez  względu  na  to,  czy  są 

prawdziwe,  czy  nie.  A  jeżeli  tak,  to  dobór  naturalny  może  –  w  sprawach  nie  dotyczących 

praktyki – prowadzić do utrwalania błędnych predyspozycji umysłowych. 

 

Tym, co determinuje nas do wyciągania z danych przesłanek tego a nie innego wniosku, 

jest nawyk myślowy, wrodzony lub nabyty. Nawyk jest dobry lub nie, w zależności od tego, czy 

prowadzi  do  wyciągania  prawdziwych  wniosków  z  prawdziwych  przesłanek;  a  samo 

wnioskowanie  jest  prawomocne  (valid)  lub  nie,  niezależnie  od  prawdziwości  lub  fałszywości 

danego  wniosku,  lecz  zależnie  od  tego,  czy  determinujący  je  nawyk  prowadzi  na  ogół  do 

prawdziwych  wniosków,  czy  nie.  Poszczególny  nawyk  myślowy  prowadzący  do  takiego  czy 

innego  wniosku  można  ująć  w  twierdzeniu,  którego  prawdziwość  zależy  ad  prawomocności 

wniosków  przez  ten  nawyk  określanych.  Takie  twierdzenie  nazywamy  kierującą  zasadą 

wnioskowania.  Przypuśćmy  na  przykład,  iż  zaobserwujemy,  że  wirujący  krążek  miedziany 

przestaje  wirować,  gdy  znajdzie  się  między  biegunami  magnesu,  z  czego  wnioskujemy,  że  to 

samo  stanie  się  z  każdym  innym  krążkiem  miedzianym  w  podobnych  warunkach.  Kierującą 

zasadą  jest  tu  tym  przypadku  to,  że  co  jest  prawdziwe  dla  jednego  krążka  miedzianego,  jest 

prawdziwe  dla  każdego  innego  krążka  miedzianego.  Oczywiście  zasada  ta  będzie  znacznie 

pewniejsza w odniesieniu do miedzi, niż do innych substancji, jak np. mosiądzu. 

 

Na wymienienie najważniejszych kierujących zasad rozumowania trzeba by całej książki. 

Nie przyniosłoby to jednak wielkiego pożytku tym, których myśli skierowane są wyłącznie na 

cele praktyczne i którzy nie wychodzą z reguły poza utarte szlaki. Jedynymi problemami, jakie 

istnieją  dla  tego  typu  ludzi,  są  sprawy  związane  z  wykonywaniom  –  na  zasadzie  rutyny  – 

wyuczonego  zawodu.  Wystarczy  jednak,  by  któryś  z  nich  zapuścił  się  w  nieznany  teren  (lub 

znalazł  się  w  sytuacji,  w  której  jego  działalność  nic  podlega  stałej  kontroli  doświadczenia),  a 

nawet  najtęższy  umysł  może  się  zgubić,  zużywać  energię  na  czynności,  które  nie  tylko  nie 

przybliżą go do celu,  lecz. wręcz mogą sprowadzi  go na manowce. Człowiek taki przypomina 

okręt bez sternika, żeglujący po pełnym morzu. Właśnie w takim przypadku ogólna znajomość 

kierujących zasad rozumowania byłaby niewątpliwie pożyteczna. 

background image

26 

 

 

Trudno  jednak  omawiać  problem,  nie  zakreśliwszy  wpierw  ram  dyskusji,  kiedy  niemal 

każdy fakt może służyć jako zasada kierująca. Ale talk się składa, że istnieje podział faktów na 

dwie  klasy,  z  których  jedna  obejmuje  wszystkie  fakty  absolutnie  niezbędne  jako  zasady 

kierujące, druga zaś to., które są interesujące z jakichś innych powodów. Innymi słowy, jest to 

podział  na  fakty,  które  zakłada  się  z  góry  jako  koniecznie  prawdziwe,  pytając,  czy  określony 

wniosek  jest  następstwem  pewnych  przesłanek,  oraz  na  takie,  których  się  z  góry  nie  zakłada. 

Chwila zastanowienia wykaże, że stawiając pytanie logiczne zakłada się z góry szereg faktów. 

Tak  np.  zakłada  się,  że  istnieją  stany  wątpienia  i  przekonania,  że  możliwe  jest  przejście  od 

jednego  do  drugiego  bez  zmiany  przedmiotu  myśli  oraz  że  przejście  to  podlega  pewnym 

prawom, które obowiązują po równi  wszystkie istoty rozumne. Skoro fakty to  muszą być nam 

znane, to zagadnienie ich prawdziwości czy fałszywości nie powinno nas tu zbytnio interesować 

z  punktu  widzenia  jakiejś  ogólnej  koncepcji  rozumowania.  Z  drugiej  strony  łatwo  można 

uwierzyć,  że  najważniejsze  są  to  prawa  rozumowania,  które  zostały  wydedukowane  z  samego 

pojęcia rozumowania, a także, że dopóki rozumowanie jest im podporządkowane, nie prowadzi 

ono  do  wyciągania  fałszywych  wniosków  z  prawdziwych  przesłanek.  Okazuje  się  więc,  że 

znaczenie tego, co można wydedukować z przesłanek leżących u podstaw kwestii logicznej, jest 

znacznie większe, niż można by przypuszczać, choć trudno powiedzieć, dlaczego. Tu wspomnę 

tylko o jednym z możliwych powodów: pojęcia, będące wynikiem logicznego myślenia, ale nic 

ujmowane  jako  takie,  mieszają  się  z  naszymi  zwykłymi  myślami  i  stają  się  często  przyczyną 

zamętu.  Tak  jest  na  przykład  z  pojęciem  „cecha”.  Cecha  jako  taka  nie  może  być  oczywiście 

przedmiotem  obserwacji.  Widzimy,  że  jakiś  przedmiot  jest  niebieski  lub  zielony,  ale  cechy 

niebieskości  lub  zieloności  zobaczyć  nie  możemy  –  są  one  bowiem  tworami  logicznego 

myślenia. Prawdą jest, że zdrowy rozsądek, czy myśl, wykraczając po raz pierwszy poza granice 

wąsko  pojętego  praktycyzmu,  jest  głęboko  przepojona  tym  ujemnym  z  logicznego  punktu 

widzenia zjawiskiem, pospolicie zwanym metafizyką; i nic poza solidną porcją logiki nie potrafi 

oczyścić gruntu. 

3. WĄTPIENIE I PRZEKONANIE 

 

Na ogół wiem; dobrze, kiedy pytamy, a kiedy wypowiadamy sąd, ponieważ wątpieniu i 

przekonaniu towarzyszą zupełnie odmienne doznania. 

 

Nie jest to jednak jedyna różnica między przekonaniem i wątpieniem, Istnieje poza tym 

różnica  praktyczna.  Nasze  przekonania  wytyczają  nasze  pragnienia  i  kształtują  nasze  czyny. 

background image

27 

 

Assasynowie,  czyli  wyznawcy  Starca  z  Gór

10

,  szli  bez  wahania  na  śmierć  na  każde  jego 

skinienie, ponieważ wierzyli, że bezwzględne posłuszeństwo zapewni im wieczną szczęśliwość, 

Gdyby  w  to  wątpili,  nigdy  by  tak  nie  postępowali,  Podobnie  jest  z  każdym  przekonaniem, 

zależnie  od  siły,  która  je  ożywia.  Gdy  czujemy,  że  w  coś  wierzymy,  świadczy  to  o  tym,  że 

utrwaliła się w nas jakaś reguła postępowania, która odtąd będzie determinowała nasze czyny. 

Wątpienie – przeciwnie – nigdy nie prowadzi do takich skutków. 

 

Nie  możemy  również  pominąć  trzeciej  różnicy.  Wątpienie  jest  stanem  podrażnienia  i 

niezadowolenia, z którego staramy się wyzwolić i przejść w stan przekonania. Przekonanie nie 

pobudza  nas  wprawdzie  do  natychmiastowej  aktywności,  ale  wprowadza  nas  w  taki  stan,  że 

kiedy  zajdzie  potrzeba,  postępujemy  w  sposób  z  góry  określony.  Wątpienie  nie  rodzi  takiego 

typu  aktywności,  lecz  pobudza  do  uporczywych  dociekań,  prowadzących  do  jego  usunięcia. 

Przypomina to odruch wywołany przez podrażnienie nerwu: natomiast analogii dla przekonania 

musimy  szukać  w  skojarzeniach  układu  nerwowego,  takich  jak  na  przykład  to,  że  zapach 

brzoskwini powoduje napływanie śliny do ust. 

4. CEL DOCIEKAŃ 

 

Podrażnienie  rodzące  się  z  wątpienia  pobudza  nas  do  wysiłku,  którego  celem  jest 

osiągnięcie  stanu  przekonania.  Wysiłek  ten  nazwę  „dociekaniem”  (inquiry),  jakkolwiek  muszę 

przyznać, że nie jest to określenie w pełni adekwatne. 

 

Podrażnienie  wywołane  wątpieniem  jest  jedynym  bezpośrednim  motywem  działania, 

zmierzającego do osiągnięcia przekonania. Jest oczywiście najlepiej, kiedy nasze przekonania są 

takie, że kierowane przez nie czyny  mogą zadowolić nasze pragnienia;  dlatego też odrzucamy 

każde  przekonanie,  które  nie  wydaje  się  prowadzić  do  celu.  Ale  odrzucając  je,  nieuchronnie 

wprowadzamy na jego  miejsce wątpienie. Wraz z wątpieniem zaczyna się walka, która kończy 

się,  gdy  wątpienie  zostanie  usunięte.  Tak  więc,  jedynym  celem  dociekania  jest  ustalenie 

poglądów. Wprawdzie możemy się łudzić, że to nam wystarcza, że szukamy nie jakichkolwiek 

poglądów,  lecz  poglądów  prawdziwych.  W  praktyce  jednak  złudzenie  to  okazuje  się 

bezpodstawne:  ponieważ,  gdy  zaczynamy  w  coś  wierzyć,  osiągamy  jednocześnie  stan  pełnego 

zadowolenia  bez  względu  na  to,  czy  to,  w  co  wierzymy,  jest  prawdziwe,  czy  nie.  Jasne  jest 

przecież, że to, co nie wchodzi w sferę naszego poznania, nie może być przedmiotem naszych 

dociekań,  gdyż  tylko  to,  co  oddziaływa  na  umysł,  może  pobudzać  go  do  wysiłku.  Można  by 

                                                 

10

 Głowa sekty Assasynów (odłam izmaelitów), powstałej w r. 1124, którzy zawodowo trudnili się morderstwem. 

background image

28 

 

najwyżej  twierdzić,  że  szukamy  takich  przekonań,  które  będziemy  uważać  za  prawdziwe.  Ale 

uważamy przecież za prawdziwe każde z naszych przekonań, co zresztą jest czystą tautologią. 

To,  że  jedynym  celem  dociekania  jest  ustalenie  poglądów,  jest  stwierdzeniem  o  dużej 

doniosłości, Z miejsca bowiem obala różne mętne i błędne koncepcje

,

 przeprowadzania dowodu. 

Kilka z nich możemy tu wymienić. 

1. Niektórzy filozofowie wyobrażali sobie, że aby rozpocząć badania, wystarczy zadać pytanie, 

bądź  ustnie,  bądź  na  piśmie,  a  nawet  zalecali,  żeby  zaczynać  od  kwestionowania  absolutnie 

wszystkiego.  Ale  ujęcie  twierdzenia  w  formę  pytającą  nie  pobudzi  umysłu  do  szukania 

przekonania. Musi on odczuwać rzeczywiste, żywe wątpienie –– bez tego wszelka dyskusja jest 

próżna. 

2. Powszechnie utarło się przekonanie, że dowód musi opierać się na ostatecznych, absolutnie 

pewnych twierdzeniach, Według jednych są nimi podstawowe, ogólne zasady, według innych – 

pierwsze wrażenia. Ale w istocie rzeczy badanie, by osiągnąć wynik zadowalający, czyli dowód, 

musi po prostu wyjść od twierdzeń wolnych od wątpienia. Przesłanki, w których prawdziwość 

nikt nie wątpi, są zupełnie wystarczające. 

3.  Są  ludzie,  którym  sprawia  specjalne  zadowolenie  podawanie  w  wątpliwość  tego,  w  co 

wszyscy już uwierzyli. Ale jest to zupełnie bezskuteczne, bo z chwilą gdy znika wątpienie, ustaje 

wszelki wysiłek umysłowy – a gdyby nawet nie ustał, byłby bezcelowy. 

5. METODY UTRWALANIA PRZEKONAŃ 

 

 

Jeżeli ustalanie przekonań jest jedynym celem dociekania i jeżeli przekonanie jest z istoty 

swej nawykiem, czy nie wystarczyłoby dać na każde pytanie taką odpowiedź, jaką podsunie nam 

fantazja? A potem powtarzać ją stale, przyswajać sobie wszystko to, co może skłaniać nas do jej 

przyjęcia, by w końcu odwrócić się z pogardą i nienawiścią od wszystkiego, co mogłoby nasze 

przekonanie zakłócić? 

 

Tą  prostą  i  bezpośrednią  metodą  posługuje  się  w  rzeczywistości  wielu  ludzi. 

Przypominam sobie, jak kiedyś gorąco odradzano mi czytanie pewnej gazety, w obawie, żebym 

nie  zmienił  swoich  poglądów  na  temat  wolnego  handlu:  „Chodzi  o  to,  by  nie  usidlały  cię  jej 

zwodnicze i  błędne  argumenty.  Nie będąc specjalistą w dziedzinie ekonomii  politycznej,  łatwo 

mógłbyś  ulec  fałszywej  argumentacji  autora.  A  przecież  jesteś  zwolennikiem  idei  wolnego 

handlu  i  nie  chciałbyś  wierzyć  w  coś,  co  jest  nieprawdziwe”.  Metodę  tę  często  stosuje  się 

background image

29 

 

świadomie. Jeszcze częściej, powodowani instynktowną odrazą do wszelkiego niezdecydowania, 

przechodzącą nierzadko w strach przed wątpieniem, ludzie trzymają się kurczowo posiadanych 

poglądów. Wydaje im się przy tym, że jeżeli będą twardo obstawać przy swoich przekonaniach, 

to uwolnią się raz na zawsze od wahań i rozterek. I faktem jest, że mocna i niewzruszona wiara 

daje  spokój  wewnętrzny.  Może  jednak  również  przysparzać  kłopotów,  kiedy  na  przykład  ktoś 

obstaje  przy  przekonaniu,  że  ogień  nie  parzy,  lub  też  święcie  wierzy,  że  zasłuży  na  wieczne 

potępienie, jeżeli będzie przyjmował pokarm inaczej niż przez sondę. Ale nawet w tak skrajnych 

przypadkach  człowiek  wyznający  tę  metodę  nie  przyzna,  że  wynikające  z  niej  niedogodności 

przewyższają korzyści, jakie mu daje. Powie: trzymam się prawdy, a prawda jest zawsze dobra. 

Gotów  jestem  wierzyć,  że  w  wielu  przypadkach  zadowolenie,  jakie  taki  człowiek  czerpie  ze 

swojej spokojnej i mocnej wiary, przewyższa wszelkie niedogodności wynikające z tego, że jest 

ona błędna. A jeżeli przyjmiemy, że śmierć jest unicestwieniem, to człowiek, który wierzy, że po 

śmierci pójdzie prosto do nieba, o ile za życia będzie przestrzegał pewnych prostych obrzędów, 

osiąga zadowolenie, którego nic nie zawiedzie. Podobny mechanizm działa także u wielu ludzi w 

sprawach  dotyczących  religii,  często  bowiem  słyszymy:  „Nigdy  nie  mógłbym  w  to  uwierzyć, 

ponieważ  stałbym  się  wówczas  nędznikiem”.  Struś,  chowający  głowę  w  piasek  w  obliczu 

niebezpieczeństwa,  dokonuje  przypuszczalnie  najlepszego  dla  siebie  wyboru.  Nie  widząc 

niebezpieczeństwa spokojnie stwierdza, że ono w ogóle nie istnieje; a jeżeli jest tego absolutnie 

pewien, to po co miałby unosić głowę, by spojrzeć naokoło siebie? Człowiek może przeżyć całe 

życie nie dopuszczając do świadomości niczego, co mogłoby wpłynąć na zmianę jego poglądów; 

i jeżeli – opierając swoją metodę na dwóch podstawowych prawach psychologii – powiedzie mu 

się  to,  to  nie  widzimy  powodów,  by  zgłaszać  jakiekolwiek  zastrzeżenia.  Byłoby  wprost 

impertynencją występować przeciw  jego metodzie z zarzutem irracjonalności,  ponieważ zarzut 

taki nie oznaczałby w tym przypadku nic innego niż stwierdzenie, że stosuje on inną niż moja 

metodę.  Co  więcej  –  on  sam  nie  ma  wcale  ambicji  do  racjonalności,  przeciwnie,  nierzadko 

podkreśla słabość i iluzoryczność ludzkiego rozumowania. Pozwólmy mu zatem myśleć, jak mu 

się żywnie podoba. 

 

Ale  metoda  ta,  którą  można  by  nazwać  metodą  „oślego  uporu”,  nie  zdaje  egzaminu  w 

praktyce,  ponieważ  jest  przeciwna  instynktowi  społecznemu,  Człowiek,  który  przyjmuje  ją  za 

swoją, wkrótce zorientuje się, że inni ludzie myślą inaczej i w chwili ocknienia przyjdzie mu do 

głowy, że to inne przekonania są równie dobre jak jego, co podważy jego wiarę w przekonania 

background image

30 

 

własne. Sama myśl, że  przekonania czy opinie innych mogą być  równie wartościowe  co moje 

własne, jest już doniosłym i nowym krokiem naprzód. Źródłem jej jest naturalna skłonność ludzi, 

skłonność tak silna, że nie sposób jej zdławić bez obawy zniszczenia gatunku ludzkiego. Jeżeli 

nie mamy stać się pustelnikami, zawsze i w sposób konieczny będziemy podlegać oddziaływaniu 

i sami oddziaływać na przekonania innych ludzi. Utrwalenie przekonań w całości społeczeństwa 

a nie tylko u poszczególnych ludzi, staje się problemem Załóżmy, że mamy do czynienia nie z 

wolą  jednostki,  lecz  z  wolą  państwa.  Załóżmy  dalej,  że  państwo  powoła  do  życia  specjalną 

instytucję, której zadaniem będzie podtrzymywanie i propagowanie właściwych poglądów oraz 

wpajanie  ich  młodzieży;  wyobraźmy  sobie  równocześnie,  że  będzie  ono  dysponowało 

dostateczną siłą, by zapobiec nauczaniu, rozpowszechnianiu czy nawet wypowiadaniu poglądów 

odmiennych.  Wyobraź  my  sobie  dalej,  że  zamknie  się  dopływ  przed  tym,  co  mogłoby 

spowodować  zmianę  oficjalnych  poglądów,  że  będzie  się  utrzymywać  ogół  ludzi  w  stanie 

ignorancji,  tak  by  nie  odczuwali  żadnych  bodźców  do  zmiany  sposobu  myślenia.  Grając  na 

ludzkich  namiętnościach  doprowadzi  się  wreszcie  do  tego,  że  wszystkie  samodzielne  i 

niecodzienne poglądy staną się przedmiotem ogólnej nienawiści i wstrętu, a wszystkich którzy 

nie  zechcą  podporządkować  się  dogmatom,  postrachem  zmusi  się  do  milczenia.  Ludzie  tacy 

zostaną  wystawieni  na  pośmiewisko  pospólstwa,  a  podejrzani  o  niewłaściwe  poglądy  zostaną 

poddani bezlitosnym badaniom i jeśli wina ich zostanie dowiedziona – ukarani. Gdy wszystkie te 

środki nie wystarczą dla zapewnienia powszechnej jednolitości poglądów, pozostanie jeszcze w 

odwodzie  rzeź  tych,  którzy  myślą  nieodpowiednio;  jest  to  sposób,  którego  skuteczność 

sprawdziła historia. 

 

Jeżeli jednak brak będzie odpowiedniej po temu siły, należy przynajmniej sporządzić listę 

poglądów nie do przyjęcia dla każdego, kto posiada choćby cień niezależności intelektualnej, i 

wymóc  na  wiernych  bezwzględne  posłuszeństwo  wszystkim  tym  zasadom,  tak  by  możliwie 

najradykalniej odseparować ich od wpływów reszty społeczności.  

 

Metoda  ta  od  najdawniejszych  czasów  była  głównym  środkiem  utrzymywania  ludzi  w 

posłuszeństwie  w  stosunku  do  ustalonych  doktryn  politycznych  i  teologicznych  i  nadania  im 

powszechnego  charakteru.  Zwłaszcza  w  Rzymie  metodą  tą  posługiwano  się  nagminnie 

poczynając od Numy Pompiliusza, a kończąc na Piusie Nonusie. Rzym jest więc tu przykładem 

najlepszym;  ale  wszędzie,  gdzie  istniało  kapłaństwo  -  w  mniejszym  lub  większym  stopniu 

stosowano podobne środki. Wszędzie tam, gdzie istnieje arystokracja, cech czy inne zrzeszenie 

background image

31 

 

ludzi,  których  korzyści  wydają  się  być  lub  naprawdę  są  uzależnione  od  pewnych  zasad, 

występują nieuniknienie jakieś ślady tego naturalnego tworu uczuć społecznych. System ten jest 

nierozłącznie  związany  z  okrucieństwem;  tam  zaś,  gdzie  stosuje  się  go  konsekwentnie, 

okrucieństwa przybierają na ogół postać dzikich gwałtów. Fakt ten nie powinien dziwić, jeżeli 

weźmie  się  pod  uwagę,  że  przedstawiciel  władzy  nie  znajdzie  dla  siebie  usprawiedliwienia, 

przekładając względy litości nad interesy społeczeństwa, co mógłby robić, gdyby chodziło o jego 

własne interesy. Jest więc rzeczą zupełnie naturalną, że wspólnota interesów i więzy braterstwa 

mogą doprowadzić do najbardziej bezwzględnej władzy. 

 

Oceniając  z  kolei  tę  metodę  ustalania  poglądów,  którą  możemy  nazwać  metodą 

autorytetu,  musimy  przede  wszystkim  podkreślić  jej  olbrzymią,  intelektualną  i  moralną  - 

przewagę nad metodą „oślego uporu”. Jest też ona skuteczniejsza i na przestrzeni wieków stale 

osiągała imponujące rezultaty. Przykładem mogą być budowle z kamienia, wzniesione przy jej 

pomocy  w  Syjamie,  Egipcie  czy  Europie,  odznaczające  się  pięknem,  z  którym  ledwo  mogą 

konkurować  największe  cuda  przyrody,  i  czasem  trwania,  która  ustępuje  tylko  trwaniu  epok 

geologicznych. Gdy przypatrzymy się bliżej tej sprawie - zauważymy, że żadne z wierzeń oparło 

się zmianom z biegiem czasu. Zmiany te jednak następowały tak wolno, że były niedostrzegalne 

w  ramach  pojedynczego  życia,  a  tym  samym  w  granicach  indywidualnych  przekonania,  były 

utrwalone.  Być  może,  że  dla  większości  ludzi  metoda  autorytetu  jest  najlepszą  możliwą:  jeżeli 

pragną być intelektualnymi niewolnikami, to powinni takimi pozostać.  

 

Żadna instytucja nie jest jednak w stanie ustalić poglądów na wszystkie możliwe sprawy. 

Może  najwyżej  opracować  najważniejsze  z  nich,  a  o  reszcie  muszą  decydować  przyczyny 

naturalne. Ta niedoskonałość nie stanie się jednak źródłem słabości, dopóki ludzie znajdują się 

na  takim  poziomie,  że  opinia  jednego  nie  wpływa  na  opinie  innych,  to  jest  dopóki  nie  umieją 

myśleć  samodzielnie.  Ale  nawet  w  najbardziej  styranizowanych  przez  kapłaństwo 

społecznościach  znajdą  się  jednostki  niezależne,  których  poczucie  społeczne  jest  rozwinięte 

ponad przeciętność. Są one świadome tego, że w innych krajach i w innych wiekach wyznawano 

inne doktryny niż te, w których ich wychowano, i rozumieją, że wyznawane przez nich poglądy 

są  dziełem  przypadku,  który  sprawił,  że  wyrośli  w  określonym  środowisku  wyznającym 

określone doktryny. Ich wrodzona uczciwość nie oprze się refleksji nad tym, dlaczego mieliby 

własne poglądy uważać za lepsze od poglądów innych narodów i innych stuleci. W ten sposób 

zasiewają w swych umysłach ziarno wątpienia. 

background image

32 

 

 

Wkrótce  też  zrozumieją,  że  podobne  wątpliwości  mogą  powstawać  w  stosunku  do 

każdego z przekonań ustalonych czy to przez ich własny kaprys, czy też przez kaprys twórców 

panujących  poglądów.  Dojdą  wreszcie  do  wniosku,  że  nie  do  przyjęcia  jest  fanatyczne 

obstawanie  przy  jakimś  przekonaniu  i  narzucanie  go  siłą  innym  ludziom.  Trzeba  zatem 

przyswoić sobie inną metodę ustalania poglądów, taką, która będzie zawierała nie tylko bodźce, 

aby  w  nią  wierzyć,  ale  będzie  poza  tym  rozstrzygać,  który  z  poglądów  jest  właściwy.  Nie 

hamujmy  więc  naturalnych  upodobali  ludzkich  i  pozwólmy,  by  pod  ich  wpływem,  w  wyniku 

wspólnego roztrząsania spraw z różnych punktów widzenia, stopniowo krystalizowały się nasze 

poglądy,  zgodnie  z  ich  przyczynami  naturalnymi.  Metoda  taka  odpowiada  sposobowi,  w  jaki 

ukształtowały  się  nasze  pojęcia  z  dziedziny  sztuki.  Najdoskonalszy  jednak  przykład  jej 

zastosowania  stanowi  historia  filozofii  metafizycznej.  Systemy  metafizyczne  z  reguły  nie 

opierają się na obserwacji, a jeżeli już, to tylko w nieznacznym stopniu. Główną przyczyną ich 

akceptacji  jest  to,  że  ich  podstawowe  twierdzenia  wydawały  się  im  „zgodne  z  rozumem”. 

Określenie  to  oddaje  dobrze  istotę  rzeczy  –  chodzi  tu  bowiem  nie  o  to,  co  jest  zgodne  z 

doświadczeniem, lecz o to, w co jesteśmy skłonni uwierzyć. Tak na przykład, Platon uważał za 

zgodne  z  rozumem,  że  odległości  między  ciałami  niebieskimi  powinny  być  proporcjonalne  do 

długości strun wydających harmonijne akordy. Wielu filozofów w podobny sposób dochodziło 

do swoich wniosków; jest to jednak najbardziej prymitywna postać tej metody, ponieważ jasne 

jest,  że  ktoś  inny  mógłby  uznać  za  lepiej  odpowiadającą  jego  umysłowi  teorię  Keplera, 

postulującą, że ciała niebieskie są proporcjonalne do kul wpisanych w różne bryły lub opisanych 

na nich. Jednak starcie się różnych poglądów doprowadza na ogół do tego, że ludzie akceptują: 

te z nich, które mają bardziej uniwersalny charakter. Weźmy na przykład doktrynę, która głosi, 

że człowiek działa jedynie z pobudek egoistycznych, to znaczy wybiera to działanie, które daje 

mu  więcej  zadowolenia.  Doktryna  ta  nie  opiera  się  na  żadnych  faktach,  niemniej  jednak  jest 

powszechnie uznana za rozsądną. 

 

Metoda powyższa jest o wiele bardziej intelektualna zasługuje na większy szacunek niż 

obie poprzednie. Dopóki nie dysponujemy lepszą, powinniśmy się nią posługiwać, gdyż jest ona 

wyrazem  instynktu,  który  stanowi  dostateczną  podstawę  wszelkiego  przekonania.  Lecz  jej 

niepowodzenie  jest  oczywiste.  Upodabnia  ona  proces  badawczy  da  procesu  kształtowania 

gustów. Gusty są, niestety, zawsze sprawą mody i na skutek tego metafizycy nigdy nie osiągnęli 

jedności  poglądów,  a  filozofia  oscylowała  na  przestrzeni  wieków  między  materializmem  a 

background image

33 

 

spirytualizmem.  Tak  więc,  odstępując  od  metody  apriorycznej,  dochodzimy  wreszcie,  by  użyć 

wyrażenia  Lorda  Bacona,  do  prawdziwej  indukcji.  Rozpatrywaliśmy  już  bowiem  metodę 

aprioryczną, jako obiecującą usunięcie z naszych przekonań przypadkowości i dowolności. Ale 

chociaż proces rozwojowy eliminuje skutki niektórych przypadkowych okoliczności, potęguje w 

zamian  skutki  innych.  Metoda  ta  nie  różni  się  więc  zasadniczo  od  metody  autorytetu.  Władza 

może  wprawdzie  nawet  palcem  nie  kiwnąć,  by  w  jakikolwiek  sposób  wpływać  na  moje 

przekonania; może na przykład pozostawić mi wolny wybór między monogamią a poligamią, a 

mimo to ja, kierując się wyłącznie własnym rozeznaniem, sam dojdę do wniosku, że poligamia 

jest  rozwiązła.  Widząc  jednak,  że  dla  ludzi  o  tak  wysokiej  kulturze  jak  Hindusi  główną 

przeszkodą  w  nawróceniu  się  na  chrześcijaństwo  jest  przekonanie,  że  nasz  stosunek  do  kobiet 

jest niemoralny, nie mogę jednocześnie nie dostrzec, że chociaż państwo nie wpływa na rozwój 

poglądów, i tak będą one w znacznej mierze zdeterminowane przypadkowymi przyczynami. Są 

jednak ludzie, do których mam nadzieję należy i mój czytelnik, którzy uprzytomniwszy sobie, że 

ich przekonania zostały zdeterminowane przez czynniki przypadkowe, nie tylko zaczną mówić o 

nich jako o wątpliwych, ale i zaczną w nie rzeczywiście wątpić – tak że, co najmniej do pewnego 

stopnia, przestaną być w ogóle przekonaniami. 

 

Aby zaspokoić nasze wątpliwości trzeba by więc takiej metody, która determinowałaby 

nasze przekonania nie jakimś czynnikiem ludzkim, lecz czymś zewnętrznie trwałym, czymś, na 

co  nasze  myślenie  nie  ma  wpływu.  Niektórzy  mistycy  sądzą,  że  metodą  taką  jest  inspiracja  z 

niebios. W gruncie rzeczy jest to zaledwie jedna z odmian metody „oślego uporu”, z której nie 

wyłoniła się jeszcze koncepcja prawdy jako wartości społecznej. Poszukiwany przez nas trwały 

czynnik zewnętrzny nie byłby prawdziwie zewnętrzny, w naszym rozumieniu tego słowa, gdyby 

jego wpływ ograniczał się do jakiejś wybranej jednostki. Musi on być czymś, co oddziaływa lub 

mogłoby oddziaływać na każdego człowieka. A jakkolwiek oddziaływanie takie musiałoby się z 

konieczności różnić w każdym indywidualnym przypadku, niemniej jednak metoda powinna być 

taka,  aby  ostateczne  jej  rezultaty  były  dla  wszystkich  takie  same.  Taką  jest  właśnie  metoda 

nauki.  Jej  podstawowa  teza,  wyrażona  w  zwykłym  języku,  brzmi  następująco:  Istnieją  rzeczy 

realne, których cechy są całkowicie niezależne od naszych wyobrażeń; rzeczy te oddziałują na 

nasze zmysły zgodnie z pewnymi stałymi prawami, a chociaż nasze wrażenia: ą tak różnorodne, 

jak nasze stosunki z przedmiotami, to jednak, wykorzystując prawa percepcji, możemy ustalić na 

podstawie  rozumowania,  jakimi  te  rzeczy  są  naprawdę;  i  każdy  człowiek,  jeżeli  tylko  posiada 

background image

34 

 

dostateczne  doświadczenie  i  przemyśli  je  odpowiednio,  dojdzie  do  Jedynego  Prawdziwego 

wniosku. W tezie tej zawiera się nowe pojęcie rzeczywistości. Ktoś może zapytać, skąd wiem, że 

jakieś rzeczy w ogóle istnieją realnie. Jeżeli bowiem moja hipoteza jest jedynym poparciem dla 

proponowanej metody badawczej, to metody tej nie można użyć dla poparcia tej hipotezy.  

 

A oto odpowiedź: 

1. Jeżeli badania nie można uznać za dowód istnienia rzeczy realnych, to nie można go również 

uznać  za  dowód  tezy  przeciwnej;  jednocześnie  zaś  metoda  pozostaje  w  zupełnej  harmonii  z 

koncepcją, na której się opiera. Jej zastosowanie w praktyce nie budzi żadnych wątpliwości w jej 

skuteczność, jak to miało miejsce z innymi metodami. 

2.  Uczuciem,  które  stanowi  punkt  wyjścia  dla  każdej  metody  utrwalania  przekonań,  jest 

niezadowolenie powstające w obliczu dwóch zdań sprzecznych. Mieści się tu uznanie faktu, że 

zdanie  powinno  przedstawiać,  jakąś  inną  rzecz.  Nikt  więc  nie  może  wątpić,  że  rzeczy  istnieją 

realnie.  Gdyby  bowiem  wątpił,  to  wątpienie  to  nie  byłoby  źródłem  niezadowolenia.  W 

rzeczywistości naszą hipotezę akceptuje każdy umysł, żaden impuls społeczny nie podaje jej w 

wątpliwość.  

3.  Każdy  stosuje  metodę  nauki  do  wielu  spraw,  wyjąwszy  sytuacje,  w  których  nie  wie,  jak  ją 

zastosować.  

4. Zastosowanie tej metody nie tylko nie doprowadziło nas do zwątpienia w nią, lecz przeciwnie, 

badania naukowe odnoszą wspaniałe sukcesy w dziedzinie kształtowania poglądów. Dlatego nie 

wątpię ani w tę metodę, ani w hipotezę, na której się opiera: a skoro nie wątpię ani nie wierzę, że 

ktokolwiek mógłby wątpić z tych ludzi, na których mogę mieć jakiś wpływ, nie będę więcej o 

tym pisał, gdyż byłoby to czczą gadaniną. A jeżeli ktoś nie jest jeszcze przekonany, niech sobie 

sam całą sprawę przemyśli. 

 

Opis metody  badania naukowego jest przedmiotem całego cyklu rozpraw. W niniejszej 

ograniczę  się  do  omówienia  niektórych  różnic  między  nią,  a  innymi  metodami  utrwalania 

przekonań. 

 

Po  pierwsze,  ona  jedyna,  z  czterech  (rozważanych)  metod  rozróżnia  właściwy  i 

niewłaściwy  sposób  rozumowania.  Jeżeli  przyjmę  metodę  „oślego  uporu”  i  odizoluję  się  od 

wszelkich wpływów zewnętrznych, to wszystko, co sobie pomyślę jako konieczne do zrobienia, 

jest zgodnie z tą metodą konieczne. To samo można powiedzieć o metodzie autorytetu: państwo, 

by zdławić jakąś herezję, może stosować środki, które z naukowego punktu widzenia mogą się 

background image

35 

 

wydawać niewłaściwe; ale jedynym sprawdzianem tej metody jest to, co państwo myśli, a tym 

samym nic może ono stosować je,; niewłaściwie. Podobnie jest z metodą aprioryczną. Istota jej 

polega  na  tym,  aby  myśleć,  kierując  się  własnymi  skłonnościami.  Tak  właśnie  postępują 

wszyscy  metafizycy,  niezależnie  od  tego,  że  jednocześnie  mogą  wzajemnie  uważać  swoje 

poglądy za błędne. 

 

W  ramach  systemu  Hegla  każda  naturalna  tendencja  myślowa  jest  logiczna,  chociaż 

ulegnie  na  pewno  w  jakimś  momencie  tendencji  przeciwnej.  Hegel  uważał,  że  istnieje  system 

prawidłowych następstw owych tendencji i że w konsekwencji, po długich wahaniach, właściwy 

pogląd  zostanie  jednak  ustalony.  Istotnie  metafizycy  dochodzą  w  końcu  do  właściwych  pojęć. 

Heglowski  system  przyrody  przedstawia  zupełnie  nieźle  współczesną  mu  myśl  naukową;  i 

można założyć z absolutną pewnością, że ilekroć nauka uzna jakąś tezę za prawdziwą, tylekroć 

metafizycy  zatroszczą  się  o  to,  by  dowieść  jej  apriorycznie.  Inaczej  rzecz  się  przedstawia  z 

metodą  naukową.  Można  wyjść  od  znanych  i  zaobserwowanych  taktów,  by  dojść  do  faktów 

nieznanych;  a  mimo  to  reguły  mego  postępowania  mogą  okazać  się  błędne.  Sprawdzianem 

właściwego stosowania  metody nie jest odwoływanie się do własnych uczuć i  zamierzeń, lecz 

przeciwnie,  sprawdzanie  metody  polega  na  jej  stosowaniu.  Przeto  zarówno  złe  jak  dobre 

rozumowanie jest tu możliwe –– i to właśnie jest podstawą stosowania logiki w praktyce. 

 

Niesłuszne byłoby przypuszczenie, że trzy pierwsze metody ustalania poglądów ustępują 

generalnie metodzie nauki. Przeciwnie, każda z nich ma specyficzne dla siebie korzyści. Metoda 

aprioryczna  wyróżnia  się  tym,  że  prowadzi  do  wygodnych  konkluzji.  W  naturze  jej  leży 

przyjmowanie takich przekonań, do których skłaniamy się w sposób naturalny. Istnieje poza tym 

zawsze  pewna  ilość  schlebiających  ludzkiej  próżności  poglądów,  w  które  wierzymy 

instynktownie,  póki  twarda  rzeczywistość  nie  obudzi  nas  z  naszych  rojeń.  Metoda  autorytetu 

zawsze  będzie  rządziła  większością  ludzi,  a  ci,  którzy  sprawują  władzę,  nigdy  nie  dadzą  się 

przekonać,  że  nie  powinno  się  dławić  niebezpiecznych  poglądów.  Nawet  tam,  gdzie  wolność 

słowa  nie  jest  spętana  w  jaskrawy  sposób,  jedn3litość  poglądów  zapewnia  się  przy  pomocy 

swoistego terroru moralnego, który ludzie cieszący się szacunkiem w społeczeństwie skwapliwie 

sankcjonują. 

Stosować  metodę  autorytetu,  to  iść  drogą  pokoju.  Pewne  odstępstwa  są  dozwolone;  inne 

(uważane  za  niebezpieczne)  są  zabronione.  Te  ostatnie  są  różne  w  różnych  krajach  i  epokach. 

Lecz gdziekolwiek się znajdziesz wystarczy, by ktoś się dowiedział, że wyznajesz niedozwolone 

background image

36 

 

poglądy,  a  możesz  być  pewien,  że  postąpią  z  tobą  bardziej  brutalnie  i  w  sposób  bardziej 

wyrafinowany  niż  ze  ściganym  wilkiem.  Dlatego  też  najwięksi  intelektualni  dobroczyńcy 

ludzkości nigdy nie odważali. się i nie odważają do dziś wyrażać swych myśli bez ogródek. To 

zaś  sprawia,  że  w  stosunku  do  każdego  twierdzenia  uważanego  za  niezbędne  dla  społecznego 

bezpieczeństwa, nasuwa się prima facie wątpliwość. Rzecz szczególna, ale prześladowanie nie 

przychodzi wyłącznie z zewnątrz; niejednokrotnie człowiek, który uwierzy w coś, co nauczono 

go  nienawidzić,  dręczy  się  sam  z  tego  powodu.  Człowiekowi  o  spokojnym  i  życzliwym 

usposobieniu trudno będzie oprzeć się autorytetowi, Ale najbardziej podziwiam metodę „oślego 

uporu”  za  jej  siłę,  prostotę  i  bezpośredniość.  Jej  wyznawcy  wyróżniają  się  stanowczością 

charakteru, co zresztą pozostaje w zgodzie z ich zasadami. Nie tracą czasu na rozmyślania nad 

tym, czego chcą, lecz chwytają się pierwszej napotkanej alternatywy i wyznają ją, cokolwiek się 

zdarzy,  aż  do  końca.  Jest  to  jedna  z  tych  wspaniałych  właściwości,  które  towarzyszą  zwykle 

świetnym, nietrwałym sukcesom. Nie sposób nie zazdrościć ludziom, którzy potrafią wyzbyć się 

potrzeby myślenia – chociaż dobrze wiemy, czym to się musi skończyć. 

 

Oto cechy, pod względem  których omówione poprzednio  metody przewyższają metodę 

naukową. Powinniśmy oddać należne im uznanie, a następnie zdecydować się, czy zależy nam 

na tym, by nasze poglądy odpowiadały rzeczywistości, oraz nad tym, że jeśli tego chcemy, to nie 

ma żadnego powodu przypuszczać, że którakolwiek z tych trzech metod doprowadzi nas do tego 

celu.  Osiągnięcie  go  jest  przywilejem  metody  nauki.  I  dlatego  musimy  podjąć  decyzję,  która 

będzie  czymś  więcej  niż  przyjęciem  takiego  czy  innego  poglądu,  bowiem  stanie  się  jedną  z 

podstawowych naszych  decyzji, od których nie  ma odwrotu.  Nawyk może być  czasem  na tyle 

silny,  że  mimo  świadomości,  że  nasze  dotychczasowe  przekonania  nie  mają  racji  bytu,  nie 

zmieniamy ich. Ale refleksja może pokonać nawyk i dlatego powinniśmy jej zaufać. Niektórzy 

ludzie bronią się przed nią w obawie, że mogą utracić coś, co stanowi dla nich trwałe oparcie. 

Takim  ludziom  proponuję  rozważenie  przypadku  analogicznego,  choć  nie    identycznego  z  ich 

własnym.  Niechaj  oto  spróbują  odpowiedzieć  na  następujące  pytanie:  co  powiedzieliby  nowo 

nawróconemu  muzułmaninowi,  który  zawahałby  się  zmienić  swe  poglądy  na  stosunki  między 

mężczyzną i kobietą, lub katolikowi, który przeszedł na protestantyzm, a nie chciałby studiować 

Biblii? Czy nie to, że i jeden, i drugi powinni skrupulatnie raz jeszcze przemyśleć całą sprawę, 

dokładnie  zrozumieć  nowa,  doktrynę  i  –  jeśli  przyjąć  ją,  to  przyjąć  w  całości.  Jest  poza  tym 

jeszcze  jedna  rzecz,  ważniejsza  niż  takie  czy  inne  przekonanie,  mianowicie  koherencja 

background image

37 

 

przekonań. Unikanie badania podstawy naszych przekonań ze strachu, że okaże się ona zgniła, 

jest równie niemoralne jak szkodliwe. Człowiek, który uznaje, że istnieje coś takiego jak prawda 

różna od fałszu i że prowadzi ona do celu, a równocześnie nie znajduje dość odwagi na to, by jej 

szukać – jest zaprawdę godny pożałowania, 

 

Tak,  inne  metody  mają  swoje  zalety.  Za  jasną,  logiczną  świadomość  tak  jak  za  każdą 

cnotę, jak za wszystko, co jest nam drogie, trzeba drogo płacić. Ale nie powinniśmy chcieć, żeby 

było inaczej. Powinniśmy otaczać czcią i miłością geniusza metody logicznej, jak oblubienicę, 

którą  wybraliśmy  jako  jedyną.  Nie  musimy  przy  tym  pogardzać  innymi,  przeciwnie,  możemy 

oddawać  im  należny  szacunek,  co  podniesie  dodatkowo  jej  cześć.  Ale  ją  tylko  wybraliśmy  i 

wiemy, że uczyniliśmy dobry wybór. Będziemy więc walczyć w jej imię i dla niej pracować, a 

spadające  na  nas  ciosy  będziemy  odparowywać  bez  słowa  skargi.  Będziemy  się  starać  zostać 

godnymi rycerzami i szermierzami tej, z blasku i świetności której czerpiemy nasze natchnienie i 

odwagę.