background image

Śpiewnik peTKi  

A

A my nie chcemy 
A wariatka jeszcze tańczy 
Ale to już było 
Anioł i diabeł 
Arahja

  

B

Babę zesłał Bóg 
Ballada o dziewczynie, która piła gorące mleko 
Ballada o Świętym Mikołaju 
Beskid 
Bez słów 
Będziesz moją panią 
Bieszczady 
Bieszczadzki trakt

  

C

Chodź, pomaluj mój świat 
Ciągle pada 
Czarne oczy 
Czarny blues o czwartej nad ranem

  

D

Dni, których jeszcze nie znamy 
Dom 
Dziki włóczęga 
Dziś prawdziwych cyganów już nie ma

  

E

Encore jeszcze raz

  

G

Gdy mnie kochać przestaniesz 
Gonią wilki za owcami 
Goniąc kormorany

  

H

Hej przyjaciele 
Hej przyjaciele! 
Hej w góry 
Hiszpańskie dziewczyny

  

I

Iść w stronę słońca

  

J

Jadą wozy kolorowe 
Jak 
Jałta 
Jedyne co mam 
Jesienna zaduma 
Jesienne wino 
Jesień idzie 
Jolka, Jolka

  

K

Kap, kap - bardzo smutna piosenka retro 
Kara Barabasza 
Kaszka manna 
Kiedy mnie już nie będzie 

background image

Kim właściwie była ta piękna pani, co dzisiejszej nocy w mojej samotni mnie 
odwiedziła? (Madame) 
King 
Knajpa morderców 
Kolorowe jarmarki 
Kołysanka dla nieznajomej 
Krajka 
Krajobraz po uczcie 
Kraków, Piwna 7 
Krzyk

  

L

Lato z komarami 
Lato z ptakami odchodzi

  

M

Majster Bieda 
Michelle 
Misiu jeszcze raz 
Modlitwa o wschodzie słońca 
Mój kraj 
Mury 
My Cyganie

  

N

Nadzieja 
Naprawdę nie dzieje się nic 
Nie dokazuj 
Nie płacz Ewka 
Niepewność 
Nuta z Ponidzia

  

O

O, Ela 
Obława 
Obozowe tango 
Ocalić do zapomnienia 
Opadły mgły 
Oprócz

  

P

Pacyfik 
Pan Kmicic 
Płacz moja wodo 
Pocztówka z Beskidu 
Przerwa w podróży

  

R

Remedium 
Rublow

  

p

Sen Katarzyny II 
Sing - Sing 
Śnisz mi się obco

  

T

Tramwaj 
Tutaj wódka jest Bogiem

  

U

Uciekaj moje serce 
Ukraina

  

W

background image

W piwnicznej izbie 
W siną dal 
We wtorek po sezonie 
Wiewiórka 
Wieża radości 
Wiosna

  

Z

Z nim będziesz szczęśliwsza 
Zachwycenie 
Zamiast 
Zamieszkamy pod wspólnym dachem 
Zbroja 
Zegar 
Życie to nie teatr

  

A

A my nie chcemy

Stanął w ogniu nasz wielki dom 
Dym w korytarzu kręci sznury 
Jest głęboka, naprawdę czarna noc 
Z piwnic płonące uciekają szczury 


   
   
  

 
Krzyczę przez okno, czoło w szybę wgniatam 
Haustem powietrza robię w żarze wyłom 
Ten co mnie słyszy ma mnie za wariata 
Woła co jeszcze świrze ci się śniła 

   
d C A d 
   
   
  

 
Więc chwytam kraty rozgrzane do białości 
Twarz swoją w oknie widzę, twarz w przekleństwach 
A obok sąsiad patrzy z ciekawością 
Jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwa 

   
F A d 
   
   
  

 
Lecz większość śpi nadal, prze sen się uśmiecha 
A kto się budzi nie wierzy w przebudzenie 
Krzyk w wytłumionych salach nie zna echa 
Na rusztach łóżek milczy przerażenie 

background image

Ci przywiązani w dymie materacy 
Przepowiadają życia swego słowa 
Nam pod nogami żarzą się posadzki 
Deszcz iskier z sufitu osiada na głowach 

Dym co raz gęstszy, obcy ktoś się wdziera 
A my wciśnięci w najdalszy sali kąt 
- Tędy! ? wrzeszczy ? Niech was 
A my nie chcemy uciekać stąd! 

A my nie chcemy uciekać stąd! 
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory 
Stanął w ogniu nasz wielki dom! 
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych 

A wariatka jeszcze tańczy

Ale szum, ale tłum 
Czarna noc, biały rum 
Złote stosy pomarańczy. 
Dudni dom, dana da 
Jak zabawa to zaba... 
I wariatka dzisiaj tańczy 



D G 

F7 + 
h e 

 
Kto tu wlazł ten tu pan 
Jeszcze łyk, jeszcze dzban 
I dzieciaków nikt nie niańczy 
Każdy ma na cos chęć 
Bo zabawa jest na piec 
I wariatka jeszcze tańczy 
 
Szalona wiruje chusta 
Szalone wirują usta 
Ot kaczałka, wariatka, ech! 
Nie patrzy do lustra 

   

C D 
G C 
h e 

 
Czerwona na niej sukienka 
Czerwona w sercu udręka 
Ot kaczałka, wariatka, ech! 
Przed lasem nie klęka. 

Wódka już jeży włos 
Ej do bab, ej do kas 
Kto powiedział, ze wystarczy 
Jeden już nie chce żyć 
Na ostatek prosi pić 
I wariatka jeszcze tańczy 

Taka babę na stos 
Na co jej durny los 
Dajcie chłopcy ten kagańczyk 
Warkocz jej plonie już 

background image

Dookoła zloty kurz 
I wariatka jeszcze tańczy 

Ale to już było

Z wielu pieców się jadło chleb 
Bo od lat przyglądam się światu 
Nieraz rano zabolał łeb  
I mówili zmiana klimatu 
Czasem trafił się wielki raut 
Albo feta proletariatu 
Czasem podróż najlepszym z aut 
Częściej szare drogi powiatu 

Ale to już było 
I nie wróci więcej 
I choć tyle się zdarzyło 
To do przodu wciąż wyrywa  
Głupie serce  

Ale to już było 
Znikło gdzieś za nami 
Choć w papierach lat przybyło  
To naprawdę wciąż jesteśmy  
Tacy sami  

 

Anioł i diabeł 

Idzie anioł ścieżką krzywą pełen myśli złych, 
Nie pożyczył mu na piwo, nie pożyczył nikt. 
Słońce praży go od rana, wiatr gorący dmucha, 
Diabeł się z pragnienia słania w ten piekielny upał. 

d F C d 
  
  
  

 
Piwa, nalejcie piwa, 
Dobrego piwa ze starej beczki (od barmana). 
Od piwa, głowa się kiwa, 
Od tego piwa ze starej beczki. 

Idzie anioł wśród zieleni, dobrze mu się wiedzie, 
Pełno drobnych ma w kieszeni i przyjaciół wszędzie. 
Nagle przystanęli obaj na drodze pod śliwką, 
Zobaczyli, że im browar wyszedł naprzeciwko 

Piwa, nalejcie piwa... 

Nie ma szczęścia na tym świecie ni sprawiedliwości, 
Anioł pije piwo trzecie, diabeł mu zazdrości. 
Pożycz dychę - mówi diabeł - Bóg ci wynagrodzi, 
My artyści w taki upał żyć musimy w zgodzie. 

Piwa, nalejcie piwa... 

background image

Na to anioł zatrzepotał skrzydeł pióropuszem 
I powiada - Dam ci dychę w zamian za twą duszę. 
Musiał diabeł duszę wściekłą aniołowi sprzedać 
I stworzyli sobie piekło z odrobiną nieba. 

Piwa, nalejcie piwa... 

Arahja 

Mój dom murem podzielony, 
Podzielone murem strony, 
Po lewej stronie łazienka, 
Po prawej stronie kuchenka. /x2 

 d 
 a  
 E  
 a A7 

 
Moje ciało murem podzielone, 
Dziesięć palców na lewą stronę, 
Drugie dziesięć na prawą stronę, 
Głowy równa część na każdą stronę. 

Moja ulica murem podzielona, 
Świeci neonami prawa strona, 
Lewa strona cała wygaszona, 
Zza zasłony obserwuje obie strony. 

Lewa strona nigdy się nie budzi,  
Prawa strona nigdy nie zasypia. x8 

B

Babę zesłał Bóg

Babę zesłał Bóg 
Raz mu wyszedł taki cud 
Babę zesłał Bóg 
Coś innego przecież mógł  
Żeby dobrze zrobić wam 
Żeby dobrze zrobić wam 
Babę zesłał Pan 

Bóg też chłopem jest 
Świadczy o tym jego gest 
Bóg też chłopem jest 
Tak jak Swing i Blues i Jazz 
Żeby z baby ciągle drwić 
Żeby z baby ciągle drwić 
Trzeba chłopem być 

Bóg ci zesłał mnie  
Byś miał kogoś noc i dzień 
Bóg ci zesłał mnie 
Ty się z tego tylko ciesz 
Z woli nieba jestem tu 
Z woli nieba jestem tu 
Więc się do mnie módl 

background image

Ballada o dziewczynie, która piła goršce mleko

Są małe stacje wielkich kolei 
Nieznane jak obce imiona 
Małe stacje wielkich kolei 
Jakiś napis i lampa zielona 
Na takiej stacji dawno już temu 
Z daleka jadąc z daleka 
Widziałem dziewczynę w niebieskim szaliku 
Jak piła gorące mleko 
Teraz tamtędy nigdy nie jeżdżę 
I miasto moje daleko 
A myślę czasami o tamtej dziewczynie 
Jak piła gorące mleko 
I nieraz chciałbym, aby tu była 
Może to miałoby sens 
Jak ona śmiesznie to mleko piła 
Gapiąc się na mnie spod rzęs 

D fis 
G D 
G D 
G A7 
D fis 
G D 
G D 
A7 D 
G D 
G D 
G D 
A7 D 
A7 D 
G D 
G D 
A7 D 

 
Mam swoje sprawy, inne podróże 
I nie tamtędy mi droga 
Lubię ulice wesołe i długie 
I kolorowe światła na rogach 
Może ma chłopca tamta dziewczyna 
Może wybrała się w świat 
Albo po prostu - ona jest głupia 
Jak jej siedemnaście lat 
Zresztą to przecież nie ma znaczenia  
Mieszkam naprawdę daleko 
A myślę czasami o tamtej dziewczynie 
Jak piła gorące mleko 
I nieraz chciałbym, żeby tu była 
Może to miałoby sens 
Jak ona śmiesznie to mleko piła 
Gapiąc się na mnie spod rzęs 

Ballada o Świętym Mikołaju 

W rozstrzelanej chacie rozpaliłem ogień, 
Z rozwalonych pieców pieśni wyniosłem węgle. 
Naciągnąłem na drzazgi gontów błękitną płachtę nieba. 
Będę malować od nowa wioskę w dolinie. 

 a G E a G a 
 a G E F E7 
 a C d E 
 a d E a G a 

 
Święty Mikołaju - opowiedz jak to było, 
Jakie pieśni śpiewano ? Gdzie się pasły konie ? 
 
Bis 

 
C G C E 
a d E a d E a 
 
(G) 

 
A on nie chce gadać ze mną po polsku, 
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną. 
Hej ślepcze! Nauczę swoje dziecko po łemkowsku 

background image

Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.  

Święty Mikołaju... 

Beskid 

A w Beskidzie rozzłocony buk 
A w Beskidzie rozzłocony buk 
Będę chodził bukowiną z dłutem w ręku 
By w dziewczęcych twarzach uśmiech rzeźbić 
Niech nie płaczą już 
Niech się cieszą po kapliczkach moich dróg 

Beskidzie, malowany wiatrami dach  
Beskidzie, zapach miodu w bukowych pniach 
Tutaj wracam, gdy ruda jesień 
Na przełęczy swój tobół niesie 
Słucham bicia dzwonów w przedwieczorny czas 

Beskidzie, malowany cerkiewny dom 
Beskidzie, tutaj słowa inaczej brzmią 
Kiedy krzyczę w jesienną ciszę 
Kiedy wiatrem szeleszczą liście  
Kiedy wolność się tuli w ciepło moich rąk 
Gdy jak źrebak się tuli do mych rąk 

A w Beskidzie zamyślony czas 
A w Beskidzie zamyślony czas 
Będę chodził z nim poddaszem gór 
By zerwanych marzeń struny 
Przywiązywać niespokojnym dłoniom drzew 
Niech zagrają na rozstajach moich dróg 

Bez słów 

Chodzą ulicami ludzie 
Maj przechodzą lipiec grudzień 
Zagubieni wśród ulic bram 
Przemarznięte grzeją dłonie 
Dokądś pędzą za czymś gonią 
I budują wciąż domki z kart 

 G D 
 e h 
 C G D 
 G D 
 e h 
 C G D 

 
Płyną ludzie miastem szarzy 
Pozbawieni złudzeń marzeń 
Omijają wciąż główny nurt 
Kryją się w swych norach krecich 
I śnić nawet o karecie 
Co lśni złotem nie potrafią już 

A tam w mech odziany kamień... 

Żyją ludzie asfalt depczą 

background image

Nikt nie krzyknie każdy szepcze 
Drzwi zamknięte zaklepany krąg 
Tylko czasem kropla z oczu 
Po policzku w dół się stoczy 
I to dziwne drżenie rąk 

A tam w mech odziany kamień... 

Będziesz moją panią 

Będziesz zbierać kwiaty 
Będziesz się uśmiechać 
Będziesz liczyć gwiazdy 
Będziesz na mnie czekać 

I ty, właśnie ty, będziesz moją damą 
I ty, tylko ty, będziesz moją panią 

Będą ci grały skrzypce lipowe 
Będą śpiewały jarzębinowe 
Drzewa, liście, ptaki wszystkie 

Będę z tobą tańczyć 
Bajki opowiadać 
Słońce z pomarańczy  
W twoje dłonie wkładać 

I ty... 

Będą ci grały nocą sierpniową 
Wiatry strojone barwą słońca 
Będą śpiewały, śpiewały bez końca 

Będziesz miała imię 
Jak wiosenna róża 
Będziesz miała miłość  
Jak jesienna burza 

I ty...  

Bieszczady 

Tu w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień 
Szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień. 
Mokre rosą trawy wypatrują dnia, 
Ciepła, które pierwszy słońca promień da. 

 e9 a 
 D7 G H7 
 e9 a 
 D7 G H7 

 
Cicho potok gada, gwarzy pośród skał, 
O tym deszczu, co z góry trochę wody dał. 
Świerki zapatrzone w horyzontu kres 
Głowy pragną wysoko, jak najwyżej wznieść. 

 
G C D7 G 
C D7 G 
C D7 G 
C D7 G 

 

background image

Tęczą kwiatów barwny połoniny łan 
Słońcem wypełniony jagodowy dzban. 
Pachnie świeżym sianem pokos pysznych traw, 
Owiec dzwoneczkami cisza niebu gra. 

Cicho potok gada... 

Serenadą świerszczy, kaskadami gwiazd 
Noc w zadumie kroczy mroku ścieląc płaszcz. 
Wielkim Wozem księżyc rusza na swój szlak, 
Pozłocistym sierpem gasi lampy dnia. 

Cicho potok gada... 

1979 Andrzej Starzec. 

Bieszczadzki trakt 

Kiedy nadejdzie czas, wabi nas ognia blask 
Na polanie, gdzie króluje zły 
Gwiezdny pył w ogniu tym, łzy wyciska nam dym 
Tańczą iskry z gwiazdami, a my  

Śpiewamy wszyscy w ten radosny czas 
Śpiewamy razem, ilu jest tu nas 
Choć lata młode szybko płyną  
Wiemy że, nie starzejemy się 

W lesie, gdzie licho śpi, ma przygoda swe drzwi 
Chodźmy tam, gdzie na skraju lasu lśnią 
Oczy sów, wilcze kły, rykiem powietrze drży 
Tylko gwiazdy przyjazne nam są 

Dorzuć do ognia drew, w górę niech płynie śpiew 
Wiatr poniesie go w wilgotny świat 
Każdy z nas o tym wie, znowu spotkamy się 
A połączy nas bieszczadzki trakt  

C

Chodź, pomaluj mój świat

Piszesz mi w liście, że kiedy pada 
Kiedy nasturcje na deszczu mokną 
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby 
I kolorowe otwierasz okno 

Trawy i drzewa są takie szare 
Barwę popiołu przybrały nieba 
W ciszy tak smutno szepce zegarek 
O czasie, co mi go nie potrzeba 

background image

Więc chodź, pomaluj mi świat 
Na żółto i na niebiesko 
Niech na niebie stanie tęcza 
Malowana twoją kredką 

Więc chodź, pomaluj mi życie 
Niech świat mój się zarumieni 
Niech mi zalśni w pełnym słońcu 
kolorami całej ziemi 

Za siódmą górą, za siódmą rzeką 
Twoje sny zamieniasz na pejzaże 
Niebem się wlecze wyblakłe słońce 
Oświetla ludzkie, wyblakłe twarze 

Ciągle pada

Ciągle pada. Asfalt ulic jest dziś śliski jak brzuch ryby, 
Mokre niebo się opuszcza coraz niżej 
Żeby przejrzeć się w zmarszczonej deszczem wodzie. 

A fis 
fis D 
D E7 

 
A ja? A ja chodzę, desperacko i na przekór wszystkim 
moknę. 
Patrzę w niebo, chwytam w usta deszczu krople, 
Patrzą na mnie rozpłaszczone twarze w oknie. To nic. 

 
A fis 
fis D 
D E7 

 
Ciągle pada. Ludzie biegną, bo się bardzo boją deszczu, 
Stoją w bramie ledwie się w tej bramie mieszcząc. 
Ludzie skaczą przez kałuże na swej drodze. 

 
fis D 
D H 
H E 

 
A ja? A ja chodzę, nie przejmując się ulewą ani śpiesząc 
Czując jak mi krople deszczu usta pieszczą 
Ze złożonym parasolem idę pieszo. O tak 

 
fis D 
D H7 
H7 E 

 
Ciągle pada. Alejkami już strumienie wody płyną 
Jakaś para się okryła peleryną 
Przyglądając się jak mokną bzy w ogrodzie 
 
A ja? A ja chodzę. W strugach wody, ale z czołem 
podniesionym 
Żadne siła mnie nie zmusza i nie goni. 
Idę niby zwiastun burzy z kwiatem w dłoni. O tak! 
 
Ciągle pada. Nagle ogniem otworzyły się niebiosa. 
Potem zaczął deszcz ulewny siec z ukosa. 
Liście klonu się zatrzęsły w wielkiej trwodze 
 
A ja? A ja chodzę i nie straszna mi wichura i ulewa 
Ani piorun, który trafił obok drzewa 
Słucham wiatru, który wciąż inaczej śpiewa 

background image

Czarne oczy 

Gdybym miał gitarę 
To bym na niej grał 
Opowiedział bym o swej miłości 
Którą przeżyłem sam 

A wszystko te czarne oczy 
Gdybym ja je miał 
Za te czarne cudne oczęta 
Serce duszę bym dał 

Fajki ja nie palę 
Wódki nie piję 
Ale z żalu, żalu wielkiego 
Ledwie co żyję 

A wszystko... 

Ludzie mówią głupiś 
Po coś ty ją brał 
Po coś to dziewczę czarne figlarne 
Mocno pokochał 

A wszystko... 

Czarny blues o czwartej nad ranem 

Czwarta nad ranem 
Może sen przyjdzie 2x 
Może mnie odwiedzisz 

 A (E) 
 cis (fis) 
 D (E) A 

 
Czemu Cię nie ma na odległość ręki 
Czemu mówimy do siebie listami 
Gdy Ci to śpiewam u mnie pełnia lata 
Gdy to usłyszysz będzie środek zimy 
Czemu się budzę o czwartej nad ranem 
I włosy twoje próbuję ugłaskać 
Lecz nigdzie nie ma twoich włosów 
Jest tylko blada nocna lampka 
Łysa śpiewaczka 

 
 A E 
 fis cis 
 D A 
 D E 
 A E 
 fis cis 
 D A 
 D E 
 fis 

 
Śpiewamy bluesa, bo czwarta nad ranem 
Tak cicho, żeby nie zbudzić sąsiadów 
Czajnik z gwizdkiem świruje na gazie 
Myślałby kto, że rodem z Manhattanu 

Czwarta nad ranem... 

Herbata czarna myśli rozjaśnia 
A list twój sam się czyta 
Że można go śpiewać 

background image

Za oknem mruczą bluesa 
Topole z Krupniczej 
I jeszcze strażak wszedł na solo 
Ten z Mariackiej Wieży 
Jego trąbka jak księżyc 
Biegnie nad topolą 
Nigdzie się jej nie spieszy 
 
Już piąta 
Może sen przyjdzie 
Może mnie odwiedzisz 

Bez słów 

Chodzą ulicami ludzie 
Maj przechodzą lipiec grudzień 
Zagubieni wśród ulic bram 
Przemarznięte grzeją dłonie 
Dokądś pędzą za czymś gonią 
I budują wciąż domki z kart 

 G D 
 e h 
 C G D 
 G D 
 e h 
 C G D 

 
Płyną ludzie miastem szarzy 
Pozbawieni złudzeń marzeń 
Omijają wciąż główny nurt 
Kryją się w swych norach krecich 
I śnić nawet o karecie 
Co lśni złotem nie potrafią już 

A tam w mech odziany kamień... 

Żyją ludzie asfalt depczą 
Nikt nie krzyknie każdy szepcze 
Drzwi zamknięte zaklepany krąg 
Tylko czasem kropla z oczu 
Po policzku w dół się stoczy 
I to dziwne drżenie rąk 

A tam w mech odziany kamień... 

Będziesz moją panią 

Będziesz zbierać kwiaty 
Będziesz się uśmiechać 
Będziesz liczyć gwiazdy 
Będziesz na mnie czekać 

I ty, właśnie ty, będziesz moją damą 
I ty, tylko ty, będziesz moją panią 

Będą ci grały skrzypce lipowe 
Będą śpiewały jarzębinowe 
Drzewa, liście, ptaki wszystkie 

background image

Będę z tobą tańczyć 
Bajki opowiadać 
Słońce z pomarańczy  
W twoje dłonie wkładać 

I ty... 

Będą ci grały nocą sierpniową 
Wiatry strojone barwą słońca 
Będą śpiewały, śpiewały bez końca 

Będziesz miała imię 
Jak wiosenna róża 
Będziesz miała miłość  
Jak jesienna burza 

I ty...  

Bieszczady 

Gdzieś w dolinach wstaje mgłą wilgotny dzień 
Szczyty ogniem płoną, stoki kryje cień. 
Mokre rosą trawy wypatrują dnia, 
Ciepła, które pierwszy słońca promień da. 

 e a7 
 D7 G H7 
 e a7 
 D7 G H7 

 
Cicho potok gada, gwarzy pośród skał, 
O tym deszczu, co z góry trochę wody dał. 
Świerki zapatrzone w horyzontu kres 
Głowy pragną wysoko, jak najwyżej wznieść. 

 
G C D7 G 
G C D7 G 
G C D7 G 
G C D7 G 

 
Tęczą kwiatów barwny połoniny łan 
Słońcem wypełniony jagodowy dzban. 
Pachnie świeżym sianem pokos pysznych traw, 
Owiec dzwoneczkami cisza niebu gra. 

Cicho potok gada... 

Serenadą świerszczy, kaskadami gwiazd 
Noc w zadumie kroczy mroku ścieląc płaszcz. 
Wielkim Wozem księżyc rusza na swój szlak, 
Pozłocistym sierpem gasi lampy dnia. 

Cicho potok gada... 

Bieszczadzki trakt 

Kiedy nadejdzie czas, wabi nas ognia blask 
Na polanie, gdzie króluje zły 
Gwiezdny pył w ogniu tym, łzy wyciska nam dym 
Tańczą iskry z gwiazdami, a my  

Śpiewamy wszyscy w ten radosny czas 

background image

Śpiewamy razem, ilu jest tu nas 
Choć lata młode szybko płyną  
Wiemy że, nie starzejemy się 

W lesie, gdzie licho śpi, ma przygoda swe drzwi 
Chodźmy tam, gdzie na skraju lasu lśnią 
Oczy sów, wilcze kły, rykiem powietrze drży 
Tylko gwiazdy przyjazne nam są 

Dorzuć do ognia drew, w górę niech płynie śpiew 
Wiatr poniesie go w wilgotny świat 
Każdy z nas o tym wie, znowu spotkamy się 
A połączy nas bieszczadzki trakt  

D

Dni, których jeszcze nie znamy

Tyle było dni do utraty sił 
Do utraty tchu tyle było chwil 
Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic  
Jedno warto znać, jedno tylko wiedz 

Ważne są tylko te dni,  
Których jeszcze nie znamy 
Ważnych jest kilka tych chwil 
Tych, na które czekamy 

Pewien znany gość, co miał dom i sad 
Zgubił nagle sens i w złe kręgi wpadł 
Choć majątek prysł, on nie stoczył się 
Wytłumaczyć umiał sobie wtedy właśnie, że 

Ważne są tylko... 

Jak rozpoznać ludzi 
Których już nie znamy 
Jak pozbierać myśli 
Z tych nieposkładanych 
Jak oddzielić nagle 
Serce od rozumu 
Jak usłyszeć siebie 
Pośród śpiewu tłumu 

Jak rozpoznać ludzi 
Których już nie znamy 
Jak pozbierać myśli 
Z tych nieposkładanych 
Jak odnaleźć nagle  
Radość i nadzieję 
Odpowiedzi szukaj 
Czasu jest tak wiele 

background image

Dom

Kto wstawi się za nami 
U Pana, co drogami 
Krętymi każe iść ? 
Kto nas usprawiedliwi, 
Gdy Pan się będzie dziwił, 
Że to już właśnie my? 

Ja wstawię się za Tobą 
I z podniesioną głową 
Dziękował będę że 
Pan dał mi właśnie Ciebie 
W radości i w potrzebie 
Na lepsze i na złe 

A Ty choć powiedz słowo, 
Że zawsze byłem z Tobą 
Bo chciałem tak ... i już 
I razem chleb jedliśmy 
I równym krokiem szliśmy 
Wśród wichrów, pośród burz 

Ty wciąż mnie ratowałaś 
Za rękę mnie trzymałaś 
Gdy z drogi chciałem zejść 
A ja otuchy krople 
Gdy oczy miałaś mokre 
Nieraz musiałem nieść 

I tak będziemy stali 
Aż w tej niebieskiej sali 
Do walca zaczną grać 
Ja wtedy z pierwszym taktem 
Poproszę Cię i raptem 
Zaczniemy wirować wolniutko walcować 
I kręcąc się kręcić na palcach na pięcie 
Troszeczkę bezmyślnie jak wiosną przebiśnieg 

Ty nieco szalona cóż żona to żona 
I w mojej Twa ręka niebieska piosenka 
Za serca nas chwyta niebieska muzyka 

Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma

Dziś prawdziwych cyganów już nie ma 
Bo czy warto po świecie się tłuc 
Pełna miska i radio-poemat  
Zamiast płaczu, co zrywał się z płuc  

Dawne życie poszło w dal 
Dziś pierogi, dzisiaj bal 

background image

Tylko koni, tylko koni, tylko koni 
Tylko koni żal 

Dawne życie poszło w dal  
Dziś na zimę ciepły szal 
Tylko koni, tylko koni, tylko koni 
Tylko koni żal 

Dziś prawdziwych cyganów już nie ma 
Cztery kąty i okna ze szkła 
Egzaminy i szkoła i trema 
I do tańca harmonia nam gra 

Dziś prawdziwych cyganów już nie ma 
I do szczęścia niewiele nam brak 
Pojaśniało to życie jak scena 
Tylko w butach przechadza się ptak 

E

Encore jeszcze raz 

Mam wszystko, czego może chcieć uczciwy człowiek 
Światopogląd, wykształcenie, młodość, zdrowie 
Rodzinę, która kocha mnie, dwie, trzy kobiety 
Gitarę, psa i oficerskie epolety 

a F a 
a d C 
d E a 
E F E 

To wszystko miało cel i otom jest u celu. 
Na straży pól bezkresnych strażnik (jeden z wielu) 
Przy lampie leżę, drzwi zamknięte, płomień drga 
A ja przez szpadę uczę skakać swego psa 
 
Na drzwi się nie oglądaj, nasienie sobacze 
Gdzie w śniegach nocny wilka trop i zaspy po pas 
Skacz jak ci każę, będę patrzył jak skaczesz 
Encore, encore jeszcze raz x2 

d a 
E E7 a A7 
d a 
E a 

 
Za oknem posterunku nic nie dzieje się 
Czego bym umiał dopilnować, albo nie 
Dali tu stertę starych futer i człowieka 
Ażeby był i nie wiadomo na co czekał 
Więc przypuszczenia snuję, liczę sęki w ścianach 
Czasem przekłuję końcem szpady karakana 
W oku mam błysk! (Od knota co się w lampie żarzy) 
Czerwony odcisk na podpartej ręką twarzy 

Na drzwi się... 

Tak, jest gdzieś świat, obce języki, lecz nie tu 
Tu z ust dobywam głos, by rzucić rozkaz psu 
Są konstelacje gwiazd i nieprzebyte drogi 

background image

Ja krokiem izbę mierzę, gdy zdrętwieją nogi 
I wtedy szczeka pies na ostróg moich brzęk 
Ze ściany rezonuje mu gitary dźwięk 
Ze wspomnień pieśni, które znam, tka wątek wróżb 
Jak gdybym swoje życie przeżył już 

Na drzwi się... 

Więc jem i śpię, pies śledzi wszystkie moje ruchy 
Gdy piję, powiem czasem coś, on wtedy słucha 
I widzę w oknie, zamiast zimy, lampę, psa 
I oficera, który pije tak jak ja 
Nic nie ma za tą ścianą z wielkich czarnych belek 
Nad stropem nazbyt niskim, by skorzystać z szelek 
Nic we mnie, prócz do świata żalu dziecięcego 
Tu nikt nie widzi, więc się wstydzić nie ma czego 

Oczami za mną nie wódź, nasienie sobacze 
Gdy piję w towarzystwie alkoholowych zmor 
I nie liż mnie po rękach, gdy biję cię - i płaczę 
Jeszcze raz! Jeszcze raz! Encore! 

H

Hej przyjaciele

Tam dokąd chciałem już nie dojdę 
Szkoda zdzierać nóg... 
Już wędrówki naszej wspólnej nadchodzi kres. 
Wy pójdziecie inną drogą - zostawicie mnie, 
Odejdziecie - sam zostanę na rozstaju dróg. 

C G 
F C 
C G F C 
C G F C 
C G F C 

 
Hej przyjaciele - zostańcie ze mną 
Przecież wszystko to co miałem oddałem wam. 
Hej przyjaciele - choć chwilę jedną 
Znowu w życiu mi nie wyszło, znowu będę sam. 

Znów spóźniłem się na pociąg - i odjechał już 
Tylko jego mglisty koniec zamajaczył mi. 
Stoję smutny na peronie z tą walizką jedną 
Tak, jak człowiek który zgubił od domu swego klucz. 

Hej, przyjaciele... 

Tam dokąd chciałem już nie dojdę 
Szkoda zdzierać nóg... 
Już wędrówki naszej wspólnej nadchodzi kres. 
Wy pójdziecie inną drogą - zostawicie mnie, 
Zamazanych drogowskazów nie odczytam już. 

background image

Hej w góry

Zagrajże nam, może się cofnie czas 
Do tamtych dni naszych marzeń 
Do dni spędzonych pośród sennych skał 
Gdy czas umyka w pełni zdarzeń 

Hej w góry, w góry, w góry 
Popatrz tam wstaje blady świt 
Jeszcze tak nieporadnie  
Chce ominąć szczyt 
Hej miły panie czekaj 
Zaraz my też będziemy tam 
Nie będziesz musiał schodzić 
W połoniny sam 

Bywały dni, że w słońcu złoty blask 
W zawody szedł z sennym blaskiem 
To dziwne więc, że dzisiaj skoro świt 
I wiatr i deszcz razem tańczą 

Bieszczady me, przecież ja kocham was 
I pragnę wciąż chodzić tutaj 
Słuchajcie jak moja gitara gra 
Bo me wędrowanie wiecznie trwa  

Hiszpańskie dziewczyny 

Żegnajcie nam dziś, hiszpańskie dziewczyny, 
Żegnajcie nam dziś, marzenia ze snów, 
Ku brzegom angielskim już ruszać nam pora, 
Lecz kiedyś na pewno wrócimy tu znów. 

e C H7 
e C H7 
e D e H7 
e C H7 e 

 
I smak waszych ust, hiszpańskie dziewczyny, 
W noc ciemną i złą nam będzie się śnił. 
Leniwie popłyną znów wachty godziny, 
Wspomnienie ust waszych przysporzy nam sił. 

 
e C H7 
e C H7 
e D e H7 
e C H7 e 

 
Niedługo ujrzymy znów w dali Camp Deadman 
I Głowę Baranią sterczącą wśród wzgórz, 
I statki stojące na redzie przy Plymouth; 
Klarować kotwicę najwyższy czas już. 

I smak waszych ust, hiszpańskie dziewczyny... 

A potem znów żagle na masztach rozkwitną, 
Kurs szyper wyznaczy na Portland i Wight 
I znów stara łajba potoczy się ciężko 
Przez fale w kierunku na Beache Fairlie Land. 

I smak waszych ust, hiszpańskie dziewczyny... 

Zabłysną nam bielą skał zęby pod Dover 
I znów noc w kubryku wśród legend i bajd. 

background image

Powoli i znojnie tak płynie nam życie 
Na wodach i portach przy South Foreland Light. 

I smak waszych ust, hiszpańskie dziewczyny... 

I

Iść w stronę słońca

Iść, ciągle iść w stronę słońca 
W stronę słońca, aż po horyzontu kres 
Iść, ciągle iść tak bez końca 
Witać jeden, przebudzony właśnie dzień 

Wciąż widać go 
Jak nadziei dobry znak 
Z ufnością tą,  
Z jaką pierwszą jasność odśpiewuje tak 

Iść, ciągle być w tej podróży 
Którą ludzie prozaicznie życiem zwą 
Iść, zawsze iść, jak najdłużej 
Za plecami mieć nadciągającą noc 

Z najprostszych słów  
Swój poranny składać wiersz 
W kolorach dwóch 
Raz zobaczyć to, co niewidzialne jest 

Iść, ciągle iść, trafiać celnie 
Zawianej piaskiem prawdy ślad 

Być sobą być niepodzielnie 
Oczami dziecka mierzyć świat 

Iść, ciągle iść w stronę słońca 
W stronę słońca, aż po horyzontu kres 

J

Jadą wozy kolorowe

Jadą wozy kolorowe taborami 
Jadą wozy kolorowe wieczorami 
Może z liści spadających im powróży 
Wiatr cygański - wierny kompan ich podróży 
Zanim ślady wasze mgłami pozasnuwa 
Opowiedzcie mi, Cyganie, jak tam u was jest 

U nas wiele i niewiele, bo w sam raz 
U nas czerwień, u nas zieleń, cień i blask 
U nas błękit, u nas fiolet, u nas dole i niedole 
Ale zawsze kolorowo jest wśród nas 
U nas błękit, u nas fiolet, u nas dole i niedole 
Ale zawsze kolorowo jest wśród nas 
Na na na na na naj...  

d A 
A d 
D7 g 
B C F A7 
d A 
C d g A d 


g C F D7 
g A d B 
g A d C F 
g A d g 
d E7 A d 
d g C B g7 A d  

background image

Jadą wozy kolorowe taborami 
Ej, Cyganie, tak bym chciała jechać z wami 
Będę sobie mieszkać kątem przy muzyce 
Będę słuchać opowieści starych skrzypiec 
Ciepłym wiatrem wam podszyję stare płótno 
Co mi dacie, żeby już nie było smutno mi ? 

Damy wiele i niewiele, bo w sam raz 
Damy czerwień, damy zieleń, cień i blask 
Damy błękit, damy fiolet, damy dole i niedole  
Ale będzie kolorowo pośród nas... 

No i pojechałam z nimi na kraj świata 
Wiatr warkocze mi rozpłatał i zaplatał 
I zbierałam dzikie trefle, leśne piki 
I bywałam gdzie rodziły się muzyki 
I odwiedzam z Cyganami chmurne kraje 
I kolory szarym ludziom darmo daję dziś 

Weźcie wiele i niewiele, bo w sam raz 
Komu czerwień, komu zieleń, cień i blask 
Komu fiolet, komu błękit, komu echo tej piosenki  
Nim odjedzie z Cyganami w ciemny las 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
2x 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
2x

Jak

Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem. 
Jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem. 
Jak wyciągnięte tam powyżej gwiaździste ramiona wasze, 
A tu są nasze, a tu są nasze. 
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc, 
Jak winny-li-niewinny sumienia wyrzut, 
Że się żyje, gdy umarło tylu, tylu, tylu. 
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc, 
Jak lizać rany celnie zadane, 
Jak lepić serce w proch potrzaskane. 
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc, 
Pudowy kamień, pudowy kamień, 
Ja na nim stanę, on na mnie stanie, 
On na mnie stanie, spod niego wstanę. 
Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc, 
Jak złota kula nad wodami, 
Jak świt pod spuchniętymi powiekami. 
Jak zorze miłe, śliczne polany, 
Jak słońca pierś, 
Jak garb swój nieść, 
Jak do was siostry mgławicowe 
Ten zawodzący śpiew. 
Jak biec do końca, potem odpoczniesz, potem odpoczniesz,  
Cudne manowce, cudne manowce, cudne, cudne manowce. 

D A G D 
e G D  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
x2 

background image

Jałta

Jak nowa rezydencja carów, służba swe obowiązki zna, 
Precz wypędzono stąd Tatarów, gdzie na świat wyrok 
zapaść ma. 
Okna już widzą, słyszą ściany, jak kaszle nad cygarem 
Lew, 
Jak skrzypi wózek popychany z kalekim Demokratą w tle. 
Lecz nikt nie widzi i nie słyszy, co robi Góral w krymską 
noc, 
Gdy gestem w wiernych towarzyszy wpaja swą legendarną 
moc. 

Nie miejcie żalu do Stalina, nie on się za tym wszystkim 
krył, 
Przecież to nie jest jego wina, że Roosevelt w Jałcie nie 
miał sił. 
Gdy się triumwirat wspólnie brał za świata historyczne 
kształty, 
Wiadomo kto Cezara grał - i tak rozumieć trzeba Jałtę. 

D G D A D 
D G D A D 
D G D G D 
D G D A D 
e fis h G D A D 

 
e fis h G D A Dd C d C d 
d C d C d 
d C d C d 
C d C D A D  

W resztce cygara mdłym ogniku pływała Lwa Albionu 
twarz 
Nie rozmawiajmy o Bałtyku, po co w Europie tyle państw; 
Polacy, chodzi tylko o to, żeby gdzieś w końcu mogli żyć. 
Z tą Polską zawsze są kłopoty, kaleka troszczy się i drży. 
Lecz uspokaja ich gospodarz, pożółkły dłonią gładząc wąs, 
Mój kraj pomocną dłoń im poda, niech potem rządzą się jak 
chcą. 

Nie miejcie żalu do Churchilla, nie on wszak za tym 
wszystkim stał, 
Wszak po to tylko był triumwirat, by Stalin dostał to co 
chciał. 
Komu zależy na pokoju, ten zawsze cofnie się przed 
gwałtem, 
Wygra ten co się nie boi wojen - i tak rozumieć trzeba Jałtę. 

Ściana pałacu słuch napina, gdy do Kaleki mówi Lew, 
Ja wierzę w szczerość słów Stalina, dba chyba o radziecką 
krew. 
I potakuje mu Kaleka, niezłomny demokracji stróż, 
Stalin to ktoś na miarę wieku, oto mąż stanu, oto wódz! 
Bo sojusz wielki to nie zmowa, to przyszłość świata, 
wolność, ład, 
Przy nim i słaby się uchowa i swoją część odbierze... strat! 

Nie miejcie żalu do Roosevelta, pomyślcie ile musiał 
znieść, 
Fajka, dym cygar i butelka, Churchill, co miał sojusze 
gdzieś! 
Wszakże radziły trzy imperia, nad granicami, co zatarte, 
W szczegółach zaś już siedział Beria - i tak rozumieć trzeba 
Jałtę. 

background image

Więc delegacje odleciały, ucichł na Krymie carski gród, 
Gdy na zachodzie działa grzmiały, transporty ludzi szły na 
wschód. 
Świat wolny święcił potem tryumf, opustoszały nagle 
fronty, 
W kwiatach już prezydenta grób, a tam transporty i 
transporty. 
Czerwony świt się z nocy budzi, z woli wyborców odszedł 
Churchill, 
A tam transporty, żywych ludzi, a tam obozy długiej 
śmierci. 

Nie miejcie więc do Trójcy żalu, wyrok historii za nią stał, 
Opracowany w każdym calu, każdy z nich chronił, co już 
miał. 
Mógł mylić się, zwiedziony chwilą, nie był Polakiem, ani 
Bałtem; 
Tylko ofiary się nie mylą - i tak rozumieć trzeba Jałtę! 
Tylko ofiary się nie mylą - i tak rozumieć trzeba Jałtę! 

Jedyne co mam

Jedyne co mam, to złudzenia, 
Że mogę mieć własne pragnienia 
Jedyne co mam, to złudzenia, 
Że mogę je mieć 

Miałem serce na własność 
Ktoś zabrał nam prywatność 
Co mam zrobić bez siebie, jak żyć, 
Bez siebie jak żyć?  



d a 
e a 



d a 
F e d  

 
Miałem słowa własne 
Ktoś stwierdził, że zbyt ciasne, 
Co mam zrobić bez słów, jak żyć. 
Bez słów jak żyć? 

Miałam serca dla wszystkich 
Ktoś klucz do niego obmyślił, 
Co mam zrobić bez serca, jak żyć 

Jesienna zaduma

Nic nie mam  
Zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem  
Nawet nie wiem  
Jak tam sprawy za lasem  
Rano wstaję, poemat chwalę  
Biorę się za słowa, jak za chleb  

Rzeczywiście tak jak księżyc  
Ludzie znają mnie tylko z jednej  


F e 

F e 
G fis h A e 
C H7 e 

e G 
a e 

background image

Jesiennej strony   

D a e   

Nic nie mam 
Tylko z daszkiem nieba zamyślony kaszkiet 
Nie zważam 
Na mody byle jakie 
Piszę wyłącznie, piszę wyłącznie 
Uczuć starym drapakiem

Jesienne wino

 
Z brzękiem ostróg wjechałem do miasta, 
Pod wieczór było, czas złotych liści nastał.  
W kieszeni worek srebra, czas do domu,  
Wtem za plecami woła głos:  

Usiądź razem ze mną, spróbuj mego wina,  
Z czereśni, wiśni, resztek lata,  
Choć jesień się zaczyna.  
Tyle tej jesieni jeszcze jest przed nami,  
Zdążysz wrócić do domu,  
Nim noc zawita nad drogami, hej!  

e D e D e D e D 
e D e D 
e D G 
a G D e 
D C e D e D 

e G D G 
a G 
D C 
e G D G 
a G 
D C e D e D  

 
Słonce stało w zenicie, bił południowy żar, 
A w gardle kurz przebytych dróg. 
Co tam spocznę chwilę, przecież nie zaszkodzi, 
Do przejścia nie daleką jeszcze drogę mam (a ona kusi). 

Usiądź razem ze mną... 

Zbudziłem się w czerwieni zachodu, 
Pod starą karczmą, co rynek zamyka. 
Zabrała moje srebro, duszę i ostrogi, 
Zostało pragnienie i tępy głowy ból (i pamięć jej słów). 

Usiądź razem ze mną... 

Jesień idzie

Raz staruszek, spacerując w lesie,  
Ujrzał listek przywiędły i blady  
I pomyślał: - Znowu idzie jesień,  
Jesień idzie, nie ma na to rady!  

I podreptał do chaty po dróżce,  
I oznajmił, stanąwszy przed chatą  
Swojej żonie, tak samo staruszce  
- Jesień idzie, nie ma rady na to!  

e A7 e A7 
e A7 H7 
e A7 e 
C H7 e A7 

C D G e 
C D G e 
C D G e 
C H7 e A7 e H7  

 
A staruszka zmartwiła się szczerze, 
Zamachała rękami obiema: 

background image

- Musisz zacząć chodzić w pulowerze. 
Jesień idzie, rady na to nie ma! 

Może zrobić się chłodno już jutro 
Lub pojutrze, a może za tydzień? 
Trzeba będzie wyjąć z kufra futro, 
Nie ma rady, jesień, jesień idzie! 

A był sierpień. Pogoda prześliczna. 
Wszystko w złocie trwało i w zieleni. 
Prócz staruszków nikt chyba nie myślał 
O mającej nastąpić jesieni. 

Ale cóż, oni żyli najdłużej, 
Mieli swoje staruszkowe zasady 
I wiedzieli, że wcześniej czy później - 
Jesień przyjdzie. Nie ma na to rady. 

Jolka, Jolka

Jolka, Jolka pamiętasz lato ze snu  
Gdy pisałaś: tak mi źle 
Urwij się choćby zaraz, coś ze mną zrób 
Nie zostawiaj mnie samej, no nie 

Żebrząc wciąż o benzynę, gnałem przez noc 
Silnik rzęził ostatkiem sił 
Aby być znowu w tobie, śmiać się i kląć 
Wszystko było tak proste w te dni 

Dziecko spało za ścianą czujne jak ptak 
Niechaj Bóg wyprostuje mu sny 
Powiedziałaś, że nigdy, że nigdy aż tak 
Słodkie były jak krew twoje łzy 

Emigrowałem z objęć twych nad ranem 
Dzień mnie wyganiał, nocą znów wracałem 
Dane nam było słońca zaćmienie 
Następne będzie może za sto lat 

Plażą szły zakonnice, a słońce w dół 
Wciąż spadało, nie mogąc spaść 
Mąż tam w świecie za funtem odkładał funt 
Na toyotę przepiękną aż strach 

Mąż twój wielbił porządek i pełne szkło 
Narzeczoną miał kiedyś jak sen 
Z autobusem Arabów zdradziła go 
Nigdy nie był już sobą, o nie 

 
W wielkiej żyliśmy wannie i rzadko tak 
Wypełzaliśmy na suchy ląd 

background image

Czarodziejka gorzałka tańczyła w nas 
Meta była o dwa kroki stąd 

Nie wiem ciągle dlaczego zaczęło się tak 
Czemu zgasło też nie wie nikt 
Są wciąż różne koło mnie, nie budzę się sam  
Ale nic nie jest proste w te dni  

K

Kap, kap - bardzo smutna piosenka retro 

Lato było jakieś szare 
I słowikom brakło tchu 
Smutnych wierszy parę  
Ktoś napisał znów 

Smutnych wierszy nigdy dosyć 
I zranionych ciężko serc 
Nieprzespanych nocy 
Które trawi lęk 

Kap, kap, płyną łzy 
W łez kałużach ja i ty 
Wypłakane oczy 
I przekwitłe bzy 

Płacze z nami deszcz 
I fontanna szlocha też 
Trochę zadziwiona 
Skąd ma tyle łez 

Nad dachami muza leci 
Muza czyli weny znak 
Czemuż wam poeci 
Miodu w sercach brak 

Muza ma sukienkę krótką 
Muza skrzydła ma u rąk 
Lecz wam ciągle smutno 
A mnie boli ząb 

Kara Barabasza

W karczmie z widokiem na Golgotę 
Możesz się dzisiaj napić z łotrem 
Leje się wino krwawe, złote 
Pyski i stoły świecą mokre 
Ten ścisk to zysk dla gospodarza 
Po mieście wieść się szerzy chyża 
Że można spotkać tu zbrodniarza 
Co właśnie wyłgał się od krzyża 

a B 



E a 
 
B E 
B E E7 

 
Żyjemy! Dobra nasza! 

 
a G 

background image

Co z życia chcesz - za życia bierz! 
Pijmy za Barabasza! 
Barabasz pije też 

B a  
a G 
B E a 

 
Pije, lecz mowy nie odzyskał 
Jeszcze nie pojął, że ocalał 
Dłoń, która kubek wina ściska 
Jakby ściskała łeb bratnala 
Stopy pod stołem plącze w tańcu 
Szaleńca, co o drogę pyta 
Każda z nich stopą jest skazańca 
A wolna, żywa, nieprzebita 

Żyjemy... 

Piją mieszczanie i żebracy 
Żołdacy odstawili włócznie 
I piją też po ciężkiej pracy 
Bawi się całe miasto hucznie 
Namiestnik dał dowody łaski 
Bez łaski czymże byłby żywot 
Toasty, śpiewy i oklaski 
Jest na tym świecie sprawiedliwość! 

Żyjemy... 

Ryknął Barabasz śmiechem wreszcie 
Ręce szeroko rozkrzyżował 
I poszła nowa wieść po mieście 
Żyje! Żartuje! Bestia zdrowa! 
Słychać w pałacu, co się święci 
Próżno się Piłat usnąć stara 
Bezładnie tańczą mu w pamięci 
Słowa: polityka, tłum i wiara 

Żyjemy... 

W karczmie z widokiem na Golgotę  
Blask świtu po skorupach skacze  
Gospodarz przegnał precz hołotę  
I liczy zysk, Barabasz płacze  

Żyjemy! Dobra nasza! 
Co z życia chcesz - za życia bierz! 
Pijmy za Barabasza! 
Barabasz człowiek też  

Kaszka manna

Niedobrze się robi ptaszkom, odbija się myszce 
Mamusia karmi dziecko kaszką łyżeczka po łyżce. 
Karmi, nuci coś radośnie: ?Jedz, jedz ty łobuzie?? 
Kaszka dziecku w buzi rośnie i wydyma buzię 

background image

Ma już kaszki pełen brzuszek i płucka i nereczki, 
Kaszka sączy mu się z uszek i rozpycha majteczki 

Słyszy dziecię matki piosnkę i myśli figlarnie: 
?Jak cię dorwę, gdy dorosnę, to też cię nakarmię?? 
Zaśmiało się miłe dziecię na myśl o igraszkach. 
Mamusia na to: ?A więc przecie smakuje ci kaszka  

Dam ci jeszcze, żebyś przytył i miał pulchne policzki 
Dziecko żuje myśląc przy tym: ? Ach dajcie mi nożyczki? 

Wtem huknęło coś jak mina - gówniarz zwymiotował 
?Porzygała się dziecina - zaczniemy od nowa? 

 
Kot z rozpaczy skoczył w wannę 
a pies wściekł się na dworze 
Po coś stworzył kaszkę manną, 
o przesympatyczny Boże?! 

Kiedy mnie już mnie nie będzie

Siądź z tamtym mężczyzną twarzą w twarz  
Kiedy mnie już nie będzie 
Spalcie w kominie moje buty i płaszcz 
Zróbcie sobie miejsce 

 a D 
 F E a A7 
 d G C a 
 F E 

 
A mnie oszukuj mile 
Uśmiechem, słowem, gestem  /2x 
Dopóki jestem, dopóki jestem. 

 
F G 
C7+ a7 
d E a A 

 
Dziel z tamtym mężczyzną chleb na pól 
Kiedy mnie już nie będzie 
Kupcie firanki, jakąś lampę i stół 
Zróbcie sobie miejsce 

A mnie zabawiaj smutnie 
Uśmiechem, słowem, gestem  /2x 
Dopóki jestem, dopóki jestem 
 
Płyn z tamtym mężczyzna w gore rzek  
Kiedy mnie już nie będzie 
Znajdźcie polanę, smukłą sosnę i brzeg 
Zróbcie sobie miejsce 

 
e A 
C H7 e E7 
a D G e 
C H7 

 
A mnie wspominaj wdzięcznie 
Ze mało tak się śniłem 
A przecież byłem, a przecież byłem 

 
C D 
G7+ e7 
a H7 e E 

Kim właściwie była ta piękna pani co dzisiejszej nocy w mojej samotni mnie 

odwiedziła? (Madame) 

background image

Nikt nie zna ścieżek gwiazd; 
Wybrańcem kto wśród nas? 
Zapukał ktoś... 
To do mnie gość?! 

a G 
e a 

C G 

Włóczyłem się jak cień 
Czekałem na ten dzień; 
Już stoisz w drzwiach... 
Jak dziwny ptak. 
 
Więc bardzo proszę wejdź, 
Tu siadaj, rozgość się 
I zdradź mi kim tyś jest, 
Madame? 
Albo nie zdradzaj mi, 
Lepiej nie mówmy nic. 
Lepiej nie mówmy nic. 

 
F G 
e a 


e a 

F C 

 
Nieśmiało sunie brzask, 
Zatrzymać chciałbym czas. 
Inaczej jest... 
Czas musi biec. 
Gdzieś w dali zapiał kur, 
Niemodny wdziewasz strój, 
Już stoisz w drzwiach... 
Jak dziwny ptak. 

Więc jednak musisz pójść, 
Posyłasz mi przez próg 
Ulotny uśmiech swój, 
Madame. 
Lecz będę czekać przyjdź! 
Gdy tylko zechcesz przyjdź! 
Będziemy razem żyć! 
 
Ja będę czekać, przyjdź! 
Gdy tylko zechcesz przyjdź! 
Będziemy razem żyć! 

 
e a 

F C 

King 

Mówiono o nim: King w mieście Świętej Wieży, 
Pamiętam z podstawówki, jak całował się z papieżem, 
Przejeżdżał też sekretarz, gdy przecinano wstęgę, 
Kingi poszedł na wagary, pomarzyć o czymś innym. 




 
Był zawsze trochę z boku, na bakier trochę był, 
W szkole nikt nie wiedział, czym King naprawdę żył. 

 
a e a e 
a e H7 

 
To było trochę później już miał przyjaciółkę Ewę, 
Mieszkali więc bez ślubu i klepali słodką biedę, 
Dawali czasem czadu, bo lubili lekkie dragi, 
Znajomych było wielu wieczory i poranki. 

background image

Uważaj na sąsiadów swych, bo lubią dawać cynk, 
Ty wiesz kto rządzi w mieście tu - biskup z komisarzem, 
King. 

Tak mówił mu przyjaciel, długi, chudy Olo, 
Kiedy wyszli na ulicę zapalić splifa z colą, 
Mam dosyć tego miasta, czerwono-czarnej mafii, 
Czy mnie rozumiesz Olo, czy wiesz co mnie trapi? 

Tymczasem blada Ewa wytłumaczyć pragnie wszystko, 
Bo komisarz wszedł przez okno, a z pod łóżka wylazł 
biskup. 

Co masz w kieszeni King? - komisarz spytał w drzwiach - 
Wy palicie wciąż to świństwo? Mieliśmy wiele skarg. 
A biskup łypie z boku, to na Kinga, to na Ewę - 
Wy żyjecie tu bezbożnie, myślicie, że nic nie wiem? 

Za posiadanie zielska ty dostaniesz dziesięć latek, 
Za nielegalny związek z nią - następnych parę kratek. 

Dziś Kingi siedzi w celi i wspomina dawne dni, 
Napisał do papieża bardzo długi list, 
Świąteczną wysłał kartkę do samego prezydenta, 
Lecz nikt o nim nie mówi, nikt o nim nie pamięta. 

Był zawsze trochę z boku, na bakier trochę był, 
Właściwie nikt nie wiedział, czym King naprawdę żył. 

Knajpa morderców 

Nie szukaj drogi, znajdziesz ją w sercu - 
smutna jest knajpa byłych morderców. 
Niech cię nie trwożą, gdy do niej wkroczysz, 
płonące w mroku morderców oczy. 

c Cis 
c Cis c 
Cis c 
c Cis c 

 
Nieważny groźny grymas na gębie, 
mordercy mają serca gołębie, 
band, armii, gangów i czarnych sotni 
wczoraj rycerze - dziś bezrobotni. 

 
Cis c 
Cis c 
Cis c 
b c 

 
Czasem twarz obca mignie i znika - 
zaraz się dzwignie ktoś od stolika. 
Wróci nazajutrz z miną nijaką, 
bluźnie na życie, postawi flakon. 
 
Każdy do niego zaraz się tłoczy, 
w krąg nad szklankami błyskają oczy; 
i zaraz każdy lepiej się czuje - 
jeszcze morderców ktoś potrzebuje. 
 
Może nareszcie, któregoś ranka, 
znowu się zacznie wielka kocanka 

background image

i wrócą chwile godne zazdrości - 
znów będą płacić za przyjemności! 

Znów w dłoni, zamiast płaskiej butelki, 
znany kształt kolby od parabelki, 
a w końcu palca wibruje skrycie  
jak łaskotanie: tu śmierć, tu życie. 
 
Wracajcie słodkie chwały godziny, 
sławne gonitwy i strzelaniny, 
tak tylko można znowu być młodym -  
zabić i z dumą czekać nagrody. 
 
W knajpie morderców gryziemy palce, 
żądze nas dręczą i sny o walce, 
ale któż dzisiaj mordercom ufa, 
więc srebrne kule śpią w czarnych lufach. 
 
Zmazując barwy lasom i polom 
mknie balon nocy z knajpy gondolą. 
Kiedyś tak jasno, a dziś tak ciemno. 
Wroga! Nie wiedzę wroga przede mną. 
 
Rwie łeb od tortur alkoholowych, 
lecz wśród porcelan i rur niklowych  
człowiek się znowu czuje półbogiem, 
bo oto stoi twarzą w twarz z wrogiem. 

Kula jak srebrna żmija wyskoczy, 
w lustrze nad kranem zagasną oczy, 
czoła morderców skry potu zroszą, 
gdy milcząc ciało za drzwi wynoszą. 
 
Gdy bije północ. 

 

Kolorowe jarmarki 

Kiedy patrzę hen za siebie 
W tamte lata, co minęły 
Kiedy myślę, co przegrałem 
A co diabli wzięli 
Co straciłem z własnej woli 
A co przeciw sobie 
Co wyliczę, to wyliczę 
Ale zawsze wtedy powiem 
Że najbardziej mi żal 

Kolorowych jarmarków, blaszanych zegarków 
Pierzastych kogucików, baloników na druciku 
Motyli drewnianych, koników bujanych 
Cukrowej waty i z piernika chaty 

Tyle spraw już mam za sobą 

background image

Coraz bliżej jesień płowa 
Już tak wiele przeszło obok 
Już jest co żałować 
Małym rzeczom zostaniemy 
W pamiętaniu wierni 
Zamiast serca noszę chyba 
Odpustowy piernik 
Bo najbardziej mi żal 

Kołysanka dla nieznajomej 

Gdy nie bawi cię już, świat zabawek mechanicznych. 
Kiedy dręczy cię głód, niefizyczny. 
Zamiast słuchać bzdur 
Głupich telefonicznych wróżek zza siedmiu mórz. 
Spytaj siebie czego pragniesz 
Dlaczego kłamiesz, że miałaś wszystko. 

C a F G 
C a F G 

a e F C F 
F G a 
F G 

 
Gdy udając, że śpisz, w głowie tropisz bajki z gazet. 
Kiedy nie chcesz już śnić cudzych marzeń. 
Bosa do mnie przyjdź 
I od progu bezwstydnie powiedz mi czego chcesz 
Słuchaj jak dwa serca biją 
Co ludzie myślą to nieistotne 
 
Kochaj mnie,    /x2 
Kochaj mnie nieprzytomnie, 
Jak zapalniczka płomień, jak sucha studnia wodę. 
Kochaj mnie namiętnie tak, jakby świat się skończyć miał. 

 
C G7 a7 G C 
C G7 a7 
e F G 
F G a F G C 

 
Swoje miejsce znajdź 
I nie pytaj czy taki układ ma jakiś sens. 
Słuchaj co twe ciało mówi 
W miłosnej studni już nie utoniesz. 

 

a e F C F 
F G a 
F G 

 
Kochaj mnie,    /x2 
Kochaj mnie nieprzytomnie 
Jak zapalniczka płomień, jak sucha studnia wodę. 
Kochaj mnie,    /x2 
Kochaj mnie nieprzytomnie 
Jak księżyc w oknie śmiej się i płacz. 
Na linie nad przepaścią tańcz. 
Aż w jedną krótką chwilę, pojmiesz po co żyjesz... 

C G7 a7 G C 
C G7 a7 
e F G 
C G7 a7 G C 
C G7 a7 
e F 
G a F 
G a F G 

Krajka 

Chorałem dzwonków dzień rozkwita 
Jeszcze od rosy rzęsy mokre 
We mgle turkoce pierwsza bryka 
Słońce wyrusza na włóczęgę 
Drogą pylistą, drogą polną 
Jak kolorowa panny krajka 
Słońce się wznosi nad stodołę 

background image

Będzie tańczyć walca 

A ja mam swoją gitarę  
Spodnie wytarte i buty stare   /2x 
Wiatry niosą mnie  

Zmoknięte świerszcze stroją skrzypce 
Żuraw się wsparł o cembrowinę 
Wiele nanosi wody jeszcze 
Wielu się ludzi z niej napiję  
Drogą pylistą, drogą polną 
Jak kolorowa panny krajka 
Słońce się wznosi nad stodołę 
Będzie tańczyć walca 

A ja mam swoją gitarę  
Spodnie wytarte i buty stare   /2x 
Wiatry niosą mnie  

Krajobraz po uczcie 

 
Nie ogryźli kości, nie dopili wina 
Resztek jedzenia szuka pies pod stołem 
Na dębowym blacie obrana cytryna 
I suche pestki czereśni dookoła 
Odeszli z damami o zatłuszczonych wargach 
Do łożnic szerokich za ciężkie zasłony 
Gdzie biały pudel kraj krynoliny targa 
Przez panią w rumieńcach za fotel rzuconej 

D C D D C D 
D G D G D 
h G A D 
G D G D 
h G A D 
e A D 
e A D 
G D G D 
h G A D 

 
A w stolicy koronacja się zaczyna 
I król światowy pokazuje szyk 
Ale z obecnych nie wie jeszcze nikt 
Że na tortach dał napis "Wiwat Katarzyna" 

 
e A D 
e A D 
D G D 
h G A D 

 
Ksiąg nie doczytali nie skończyli pisać 
Drukując hymny gorące epistoły 
Jakby miały spoić pęknięte ścian rysy 
Gryzące pochwały pochwalne gryzmoły 
Odeszli do zajęć sennych długotrwałych 
Nad biurka za małe dla królewskich zaleceń 
Gdzie świtem pióra skrzypiące się łamały 
A świece świeciły by nic nie oświecić 

A w stolicy Sejm kończy obrady 
Na rękach niesiony uśmiecha się król 
Ambasadorowie nie zmieniają ról 
Wiedząc jak blisko od chwały do zdrady 

Nie skończyli ostrzyć kos na sztorc stawianych 
Nie ruszyli zamków i sal pałacowych 
Nie powywieszali wszystkich zdrajców stanu 

background image

W ziemię pól bitewnych powgniatane głowy 
Odeszli w sukmanach kurtach i opończach 
Po dawnemu się męczyć nad nie swoją rolą 
Ktoś powiedział - wiedziałem że to się tak skończy 
Na żer wyszły obce wojskowe patrole. 

A król bez królestwa chodził na spacery 
Nie ze swojej kasy utrzymując dwór 
I nie wiedział jeszcze niepotrzebny chór 
Jakie kiedyś za to zalśnią mu ordery 

Akt abdykacji: 
"Imperatorowa i państwa ościenne 
Przywrócą spokojność obywatelom naszym 
Przeto z wolnej woli dziś rezygnujemy 
Z pretensji do tronu i polskiej korony 
Nieszczęśliwie zdarzona w kraju insurekcja 
Pogrążyła go w chaos oraz stan zniszczenia 
Pieczołowitość nasza na nic się nie przyda 
świadczymy z całą rzetelnością Naszego Imienia" 

Nie ogryźli kości, 
Nie dopili wina 
Resztek jedzenia szuka pies pod stołem 

Kraków, Piwna 7 

Byłem u wróżki, Piwna 7 
Wysokie, kręte schody 
Ile mi jeszcze, chciałem wiedzieć 
Upłynie w Wiśle wody 
Jaka mnie w życiu czeka bieda 
Lub jakie urodzaje 
Czy mi gitarę przyjdzie sprzedać 
Czy lecieć na Hawaje 
A wróżka chucha 
W szklaną kulę 
I mówi do mnie czule 

Przed tobą sława, wieczna zabawa 
Wszystko jak z nut, pieniędzy w bród 
Wspaniałe płyty, piękne kobity 
Zdrowie jak dzwon, wygodny tron 

Żegnam staruszkę lekki, cały 
I ruszam w dół po schodach 
Nagle potykam się o mały 
Wyjątek w jej prognozach 
I myślę tak spadając z hukiem 
Niczym dojrzała gruszka 
W końcu poszedłem po naukę 
Zatem niech żyję wróżka 
Niech częściej chucha 

background image

W szklaną kulę 
I mówi do nas czule 

Krzyk 

Dlaczego wszyscy ludzie mają zimne twarze? 
Dlaczego drążą w świetle ciemne korytarze? 
Dlaczego ciągle muszę biec nad samym skrajem? 
Dlaczego z mego głosu mało tak zostaje? 

e fis h 
e fis h 
h e 
Fis7 

 
Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! 
A! Zatykam uszy swe! 
Smugi w powietrzu i mój bieg 
Jak prądy niewidzialnych rzek 
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie! 

 
G h 
G h 


e Fis 

 
A! Zatykam uszy swe! 
Mój własny krzyk, mój własny krzyk ogłusza mnie! 

 
 G h 
 e fis h 

 
Kim jest ten człowiek, który ciągle za mną idzie? 
Zamknięte oczy ma i wszystko nimi widzi! 
Wiem, że on wie, że ja się strasznie jego boję 
Wiem, że coś mówi, lecz zatkałam uszy swoje! 

Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! 
A czy ktoś zrozumie to?! 
Nie kończy się ten straszny most 
I nic się nie tłumaczy wprost 
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno! 

A! Czy ktoś zrozumie to?! 
Wszystko ma drugie, trzecie, czwarte, piąte dno! 

Mówicie o mnie, że szalona, że szalona! 
Mówicie o mnie, ja to samo krzyczę o nas! 
I swoim krzykiem przez powietrze drążę drogę 
Po której wszyscy inni iść w milczeniu mogą... 

Krzyczę, krzyczę, krzyczę, krzyczę wniebogłosy! 
A! Ktoś chwyta, woła - stój! 
Lecz wiem, że już nadchodzi czas 
Gdy będzie musiał każdy z was 
Uznać ten krzyk, ten krzyk, ten krzyk z mych niemych ust 
Za swój!!! 

M

Majster Bieda

Skąd przychodził kto go znał, 
Kto mu rękę podał kiedy 
Nad rowem siadał wyjmował chleb 
Serem przekładał i dzielił się z psem 
Tyle wszystkiego co z sobą miał 
Majster Bieda 

D G 
D G A 
D A 
fis h 
A G fis e 
A D G fis e A D 

background image

 
Czapkę z głowy ściągał gdy 
Wiatr gałęzie chylił drzewom 
Śmiał się do słońca i śpiewał do gwiazd 
Drogę bez końca co przed nim szła 
Znał jak pięć palców jak szeląg zły 
Majster Bieda 

Nikt nie pytał skąd się wziął 
Gdy do ognia się przysiadał 
Wtulał się w krąg ciepła jak w kożuch 
Znużony drogą wędrowiec Boży 
Zasypiał długo gapiąc się w noc 
Majster Bieda 
 
Aż nastąpił taki rok 
Smutny rok tak widać trzeba 
Nie przyszedł Bieda zieloną wiosną 
Miejsce gdzie siadał zielskiem zarosło 
I choć nie jeden wytężał wzrok 
Choć lato pustym gościńcem przeszło 
Z rudymi liśćmi jesieni schedą 
Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość 
Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość 
Wiatrem niesiony popłynął w przeszłość 
Majster Bieda 

 
D G 
D D7 G A 
D A 
fis h 
A G 
A G 
A G 
A G 
A G 
A G A 
D G fis e A D 

Michelle

 
Michelle, ma belle, 
These are words 
That go together well 
My Michelle 

h e Fis 
H e 

Gis0 Fis 
Gis0 Fis 

 
Michelle, ma belle 
Sonst les mots 
Qui vont tres bien ensemble 
Tres bien ensemble 
 
I love you, I love you, I love you 
That's all I want to say 
Until I find a way 
I will say the only words I know 
That you?ll understand 

 

D7sus G 
fis7 h 
e h 
h e Fis 

 
Michelle? 

I need you, I need you, I need you 
I need to make you see 
Oh, I do I?m hoping you will know 
What I mean 

background image

Michelle? 

I want you, I want you, I want you 
I think you know by now 
I?ll get to you somehow 
Until I do I?m telling you 
So you?ll understand 

Michelle? 
I will say the only words I know 
That you?ll understand 
My Michelle 


e Fis 
h Fis H 

Misiu jeszcze raz

O misiu, misiu, skąd ja miałam wiedzieć że  
Cos tutaj było nie tak?  

a E C 
d e 

O misiu, czemu ja dałam opuścić mnie?  
A teraz już Cię nie ma. 
 
Pokaż misiu jak chcesz żeby było 
Powiedz, muszę wiedzieć to w tej chwili 
Och tak, bo 

 
a E 
C d 

 
Samotność ma zabije mnie (więc ja) 
Muszę wyznać, że wierzyć chcę (wciąż wierzyć chcę!) 
Bez Ciebie oszaleć przyjdzie czas  
Daj mi więc znak  
Uderz misiu jeszcze raz! 

 
a E 
C d e 
a E 

d e 

 
O misiu, misiu dla Ciebie chcę tylko żyć  
Świat widzieć już przestałam 
O piękny misiu, niczego nie odmówię Ci 
Nie tak to planowałam 

 
h Fis D 
e Fis 
 

 
Pokaż misiu jak chcesz żeby było 
Powiedz, muszę wiedzieć to w tej chwili 
Och tak, bo 

 
h Fis 
D e 
fis 

 
Samotność ma... 

 
h Fis 
D e fis 

 
O piękny misiu, skąd ja miałam wiedzieć, że? 
O misiu, czemu Ci dałam opuścić mnie? 
 
Wyznać Ci chcę 
Że samotność ma 
Zabija dziś mnie  
Czy nie wiesz, że wciąż wierzę w nas? 
Że pojawisz się  
I dasz mi znak 
Uderz misiu jeszcze raz! 

background image

Modlitwa o wschodzie słońca 

Każdy Twój wyrok przyjmę twardy, 
Przed mocą Twoją się ukorzę. 
Ale chroń mnie Panie od pogardy, 
Przed nienawiścią strzeż mnie Boże. 

D G D G 
D A D A 
D G D G 
D A D A 

 
Wszak Tyś jest Niezmierzone Dobro 
Którego nie wyrażą, słowa 
Więc mnie od nienawiści obroń 
I od pogardy mnie zachowaj. 

Co postanowisz niech się ziści. 
Niechaj się wola Twoja stanie 
Ale zbaw mnie, od nienawiści 
Ocal mnie od pogardy, Panie. 

Mury 

On natchniony i młody był 
Ich nie policzyłby nikt 
On im dodawał pieśnią sił 
Śpiewał, że blisko już świt 
Świec tysiące palili mu 
Znad głów unosił się dym 
Śpiewał, że czas, by runął mur 
Oni śpiewali wraz z nim 

e H7 e 
e H7 
C H7 C 
C H7 e 
e H7 e 
e H7 
C H7 C 
C H7 e 

 
Wyrwij murom zęby krat 
Zerwij kajdany, połam bat 
A mury runą, runą, runą 
I pogrzebią stary świat! 
Bis 

 
H7e 
e H7 e 
e a e 
e H7 e 

 
Wkrótce na pamięć znali pieśń 
I sama melodia bez słów 
Niosła ze sobą starą treść 
Dreszcze na wskroś serc i dusz 
Śpiewali więc, klaskali w rytm 
Jak wystrzał poklask ich brzmiał 
I ciążył łańcuch, zwlekał świt 
On wciąż śpiewał i grał 

Wyrwij murom... 

Aż zobaczyli ilu ich 
Poczuli siłę i czas, 
I z pieśnią, że już blisko świt 
Szli ulicami miast 
Zwalali pomniki i rwali bruk 
Ten z nami! Ten przeciw nam! 
Kto sam, ten nasz największy wróg! 
A śpiewak także był sam 

background image

Patrzył na równy tłumów marsz 
Milczał wsłuchany w kroków huk 
A mury rosły, rosły, rosły 
Łańcuch kołysał się u nóg. 

My Cyganie 

My Cyganie, co pędzimy z wiatrem 
My Cyganie znamy cały świat 
My Cyganie wszystkim gramy 
A śpiewamy sobie tak 

Ore ore szabadabada amore 
Hej amore szabadabada 
O muriaty o szariaty 
Hajda trojka na mienia 

Kiedy tańczę, niebo tańczy ze mną 
Kiedy gwiżdżę gwiżdże ze mną świat 
Zamknę oczy, liście więdną 
Kiedy milczę milczy cały świat 

Gdy śpiewamy, śpiewa cała ziemia 
Gdy śpiewamy słucha każdy las 
Niechaj każdy z nami śpiewa 
Niech rozbrzmiewa piosnka ta 

Będzie prościej, będzie jaśniej 
Całą radość dziś dajemy wam 
Będzie prościej, będzie jaśniej 
Gdy zaśpiewa każdy z was 

N

Nadzieja

Może masz w głowie myśli bardziej szalone niż ja, 
Może masz skrzydła, których by tobie pozazdrościł ptak, 
Może masz serce, całe ze szlachetnego szkła, 
Może masz kogoś, a może właśnie kogoś Ci brak. 

D C2 G5 C2 
 
 

 
Nie płacz, nie płacz, o nie... 

 
C D C D 

 
Może masz oczy, w których nie gościł dotąd strach, 
Może masz w sobie niechęć do wojny i brudnych spraw, 
Może masz litość, z może uczuć już w tobie brak, 
Może masz wszystko, lecz nie masz tego co mam ja. 

 
D C2 G5 C2 
 
 

 
Nie ma nikt, takiej nadziei jak ja, 
Nie ma nikt, takiej wiary w ludzi i cały ten świat, 
Nie ma nikt tylu zmarnowanych lat, 
Nie ma nikt, bo któż to wszystko mieć by chciał... 

background image

 
Tylko ja      /x2 

 
G F C 

 
Nie ma nikt... 

Naprawdę nie dzieje się nic

Czy zdanie okrągłe wypowiesz 
Czy księgę mądrą napiszesz 
Będziesz zawsze miał w głowie 
Tę samą pustkę i ciszę 

Słowo to zimny powiew 
Nagłego wiatru w przestworze 
Może orzeźwi cię, ale donikąd 
Dojść nie pomoże 

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum 
Wódka w parku wypita albo zachód słońca 
Lecz pamiętaj naprawdę nie dzieje się nic 
I nie stanie się nic aż do końca 

Czy zdanie okrągłe wypowiesz 
Czy księgę mądrą napiszesz 
Będziesz zawsze miał w głowie 
Tę samą pustkę i ciszę 

Zaufaj tylko warg splotom 
Bełkotom niezrozumiałym 
Jest on w próżni zawisłej 
Niedoskonałym  

Nie dokazuj

Było kiedyś w pewnym mieście 
Wielkie poruszenie 
Wystawiano niesłychanie 
Piękne przedstawienie 
Wszyscy dobrze się bawili 
Chociaż był wyjątek  

C D e 
C D e 
C D e 
C D e 
a E 
a D G 

 
Młoda pani w pierwszym rzędzie 
Wszystko miała za nic 
Nawet to, ze śpiewak śpiewał 
Tylko dal tej pani 
I gdy rozum tracił dla niej 
Śmiała się, klaskała. 

W drugim akcie śpiewak śpiewał  
Znacznie już rozważniej 
Młoda pani była jednak 
Ciągle niepoważna 

background image

Aż do chwili kiedy nagle  
Nagle wśród pokazu padły słowa 
 
Nie dokazuj mila, nie dokazuj 
Przecież nie jest znowu z Ciebie taki cud 
Nie od razu, mila nie od razu 
Nie od razu stopisz serca mego lód 

 
 G C G 
 G C G 
 a E a 
 C a D 

 
Innym razem zaproszony byłem na wernisaż 
Na wystawę pozna nocą w głębokich piwnicach 
Czy to były płótna mistrza Jana czy Kantego 
Nie pamiętam 
Były tam obrazy wielki płótna kolorowe 
Z nieskromnymi kobietami szkice nastrojowe 
Cale szczęście, ze natura martwa jednak były 

Nie dokazuj... 
 
Była tak ze inna chwila, której nie zapomnę 
Był raz wieczór rozmarzony i nadzieje płonne 
Przez dziewczynę z końca sali podobna do róży 
Której taniec w sercu moim 
Święty spokój zburzył 

 
C D e 
C D e 
a E a D G 
C D e 
C D e 

 
Wtedy zdarzył się niezwykły wypadek 
Sam już nie wiem, jak to było 
Trudno opowiadać 
Jedno tylko dziś pamiętam 
Jak jej zaśpiewałem 

 
C D e 
 
 
a E 
a D G 

 
Usta milczą, dusza śpiewa 
Usta milczą, świat rozbrzmiewa 
Lecz dziewczyna nie słyszała 
Tańcem już zajęta 
W tańcu komuś zaśpiewała 
To, co tak pamiętam 
 
Nie dokazuj miły, nie dokazuj 
Przecież nie jest znowu z Ciebie taki cud 
Nie od razu, miły nie od razu 
Nie od razu stopisz serca mego lód 

 
G C G 
G C G 
a E a 
C a D 

 
Nie dokazuj, mila nie dokazuj 

Nie płacz Ewka 

Nie płacz Ewka, bo tu miejsca brak 
Na twe babskie łzy  
Po ulicy miłość hula wiatr 
Wśród rozbitych szyb 
Patrz poeci śliczny prawdy sens 
Roztrwonili w grach 
W półlitrówkach pustych SOS 

background image

Wysyłają w świat 

Żegnam was, już wiem  
Nie załatwię wszystkich pilnych spraw 
Idę sam, właśnie tam  
Gdzie czekają mnie 
Tam przyjaciół kilku mam od lat.  
Dla nich zawsze śpiewam, dla nich gram 
Jeszcze raz żegnam was 
Nie spotkamy się 

Proza życia to przyjaźni kat 
Pęka cienka nić 
Telewizor, meble, mały fiat 
Oto marzeń szczyt 
Hej prorocy z moich gniewnych lat 
Obrastacie w tłuszcz 
Już was w swoje szpony dopadł szmal 
Zdrada płynie z ust 

Niepewność 

Gdy cię nie widzę, nie wzdycham, nie płaczę, 
nie tracę zmysłów, kiedy cię zobaczę. 
jednakże, gdy cię długo nie oglądam, 
czegoś mi braknie, kogoś widzieć żądam 
i tęskniąc sobie zadaje pytanie, 
czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie. 

D G D G 
D G D G 


A A7 
Fis7 h Fis7 h A 

 
Daba, daba, daba, daba, daba, 
Daba, daba, daba 

 
D A D G D A 

 
Cierpiałem nieraz, nie myślałem wcale, 
abym przed tobą szedł wylewać żale. 
idąc bez celu, nie pilnując drogi,  
sam nie pojmuję, jak w twe zajdę progi 
i wchodząc sobie zadaję pytanie 
czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie. 

Gdy z oczu znikniesz, nie mogę ni razu 
w myśli twojego odnowić obrazu. 
jednakże nieraz czuję mimo chęci, 
że on jest zawsze blisko mej pamięci 
i znowu sobie zadaję pytanie, 
czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie. 

Dla twego zdrowia życia bym nie skąpił 
po twą spokojność do piekieł bym zstąpił. 
Choć śmiały, żądzy nie ma w sercu mojem, 
bym był dla ciebie zdrowiem i pokojem. 
I znowu sobie zadaję pytanie, 
czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie. 

background image

Nuta z Ponidzia 

Polami, polami po miedzach, po miedzach  
Po błocku skisłym w mgłę i wiatr 
Nie za szybko, kroki drobiąc 
Idzie wiosna, idzie nam 
Idzie wiosna - idzie nam 

e c D G 
a7 D G 
fis7 H7 
e D G7+ D 
e D h(H) 
e C H 

Rozłożyła wiosna spódnicę zieloną 
Przykryła błota bury błam 
Pachnie ziemia ciałem młodym 
Póki wiosna, póki trwa 
Póki wiosna - póki trwa 
 
Rozpuściła wiosna warkocze kwieciste 
Zbarwniały łąki niczym kram 
Będzie odpust pod Wiślicą 
Póki wiosna, póki trwa 
Póki wiosna - póki trwa 
 
Ponidzie wiosenne, Ponidzie leniwe 
Prężysz się jak do słońca kot 
Rozciągnięte na tych polach 
Lichych lasach, pstrych łozinach   
Skałkach słońcem rozognionych 
Nidą w łąkach roziskrzoną 
Na Ponidziu wiosna trwa 
Na Ponidziu wiosna trwa 
Na Ponidziu 

 
e C D G 
a7 D G 
fis7 H7 
fis7 H7 
fis7 H7 
fis7 H7 
e D C7+ D 
e D G7+ D 
e D C e 

O

O, Ela

Byłaś naprawdę fajną dziewczyną 
I było na razem naprawdę miło, 
Lecz tamten to chłopak był bombowy, 
Bo trafiał w dziesiątkę w strzelnicy sportowej. 

C e 
C7 a 
d F 
d F G 

 
Gdy rękę trzymałem na twoim kolanie, 
To miałem o tobie wysokie mniemanie, 
Lecz kiedy z nim w bramie piłaś wino, 
Coś we mnie drgnęło, coś się zmieniło. 
 
O, Ela, straciłaś przyjaciela, 
Musisz się wreszcie nauczyć, 
Że miłości nie wolno odrzucić, 
Że miłości nie wolno odrzucić. 

 
 d G C a 
 d G 
 C a 
 F G C 

 
Pytałem, błagałem, ty nic nie mówiłaś, 
Nie byłaś dla mnie już taka miła, 
Patrzyłaś tylko z niewinną miną 
I zrozumiałem, że coś się skończyło. 

Aż wreszcie poszedłem po rozum do głowy, 

background image

Kupiłem na targu nóż sprężynowy, 
Po tamtym zostało tylko wspomnienie, 
Czarne lakierki, co jeszcze nie wiem. 

O, Ela, straciłaś przyjaciela... 

Obława

Skulony w jakiejś ciemnej jamie smaczniem sobie spał 
I spały małe wilczki dwa - zupełnie ślepe jeszcze 
Wtem stary wilk przewodnik, co życie dobrze znał 
Łeb podniósł, warknął groźnie, że aż mną szarpnęły 
dreszcze 
Poczułem nagle wokół siebie nienawistną woń 
Woń, która tłumi wszelki spokój, zrywa wszystkie sny 
Z daleka ktoś gdzieś krzyknął krótki rozkaz - goń! 
I z czterech stron wypadły na nas cztery gończe psy! 

a C G C 
F E 
a C G C 
F E 
a F E a 
F E 
a F E a 
F E 

 
Obława! Obława! Na młode wilki obława! 
Na te dzikie, zapalczywe, w gęstym lesie wychowane! 
Krąg śniegu wydeptany! W tym kręgu plama krwawa! 
Ciała wilcze kłami gończych psów szarpane! 

 
a F G C 
F E 
a F G C 
F E a 

 
Ten, który na mnie rzucił się, niewiele szczęścia miał 
Bo wpadł prosto mi na kły i krew trysnęła z rany 
Gdym teraz - ile w łapach sił - przed siebie prosto gnał 
Ujrzałem małe wilczki dwa na strzępy rozszarpane! 
Zginęły ślepe, ufne tak, puszyste kłębki dwa 
Bezradne na tym świecie złym, nie wiedząc kto je zdławił 
I zginie także stary wilk, choć życie dobrze zna 
Bo z trzema na raz walczy psami i trzech ran na raz krwawi. 

Obława! Obława! Na młode wilki... 

Wypadłem na otwartą przestrzeń, pianę z pyska tocząc, 
Lecz tutaj także ze wszech stron - zła mnie otacza woń! 
A myśliwemu co mnie dojrzał już się śmieją oczy 
O ręka pewna, niezawodna podnosi w górę broń! 
Rzucam się w bok, na oślep gnam, aż ziemia spod łap 
tryska 
I wtedy pada pierwszy strzał, co kark mi rozszarpuje 
Wciąż pędzę słyszę jak on klnie i krew mi płynie z pyska 
On strzela po raz drugi! Lecz teraz już pudłuje! 

Obława! Obława! Na młode wilki... 

Wyrwałem się z obławy tej, schowałem w jakiś las, 
Lecz ile szczęścia miałem w tym to każdy chyba przyzna 
Leżałem w śniegu, jak nieżywy długi, długi czas 
Po strzale zaś na zawsze mi została krwawa blizna! 
Lecz nie skończyła się obława i nie śpią gończe psy 
I giną ciągle wilki młode na całym wielkim świecie 
Nie dajcie z siebie zedrzeć skór! Brońcie się i wy! 

background image

O bracia wilcy! Brońcie się nim wszyscy wyginiecie! 

Obława! Obława! Na młode wilki... 

Obozowe tango 

Obozowe tango śpiewam dla ciebie 
Wiatr je niesie, las kołysze 
Do snu dziewczę me 
Śpij moja kochana 
I na mnie nie czekaj 
Może, gdy się obóz skończy 
Znów spotkamy się 

I choć nas dzieli 
Może tysiące wiosek i mil 
Nie zapomnimy  
Razem spędzonych chwil 
Tę leśną serenadę 
Śpiewam dla ciebie 
Obozowe tango, które 
Znów połączy nas 

Czy pamiętasz miła, jak przy ognisku 
W ciemnym lesie, na polanie 
Spotkaliśmy się 
Las nam szumiał rzewnie 
Byłaś tak blisko 
Serca nasze żarem iskier 
Połączyły się 

 

Opadły mgły

Opadły mgły i miasto ze snu się budzi 
Górą czmycha już noc 
Ktoś tam cicho czeka, by ktoś powrócił 
Do gwiazd jest bliżej niż krok 
Pies się włóczy popod murami bezdomny 
Niesie się tęsknota czyjaś  
Na świata cztery strony 

A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy 
Toczy, toczy się los 
A ziemia toczy, toczy swój garb uroczy 
Toczy, toczy się los  

Ty co płaczesz, ażeby śmiać mógł się ktoś 
Już dość, już dość, już dość 
Odpędź czerne myśli, dość już twoich łez  
Niech to wszystko przepadnie we mgle  

background image

Bo nowy dzień wstaje 
Bo nowy dzień wstaje 
Nowy dzień 
 
Z dusznego snu już miasto się wynurza 
Słońce wschodzi gdzieś tam  
Tramwaj na przystanku zakwitł jak róża 
Uchodzą cienie do bram 
Ciągną swoje wózki dwókółki mleczarze 
Nad dachami snują się sny 
Podlotków pełne marzeń 

 

Oprócz

 
Kiedy jestem sam 
Przyjaciele są daleko, daleko ode mnie, ode mnie 
Gdy mam wreszcie czas dla siebie

e e7 e6 
e D 
H* c D 
H* e

 
Kiedy sobie wspominam 
Dawne dobre czasy 
Czuje się jakoś dziwnie 
Dzisiaj noc jest czarniejsza 
 
Oprócz błękitnego nieba 
Nic mi dzisiaj nie potrzeba

 
C D e 
C D e

 
Gdzie są wszystkie dziewczęta 
Które kiedyś tak bardzo  
Tak bardzo kochałem, kochałem 
Kto z przyjaciół pamięta 
Ile razy dla nich przegrałem 
 
W gardle zaschło mi 
I butelka zupełnie już pusta 
Nikt do drzwi dzisiaj nie zastuka 
 
Oprócz błękitnego nieba 
Nic mi dzisiaj nie potrzeba
 
Oprócz drogi szerokiej 
Oprócz góry wysokiej

 
C D 
e

Oprócz kawałka chleba 
Oprócz błękitu nieba 
Oprócz słońca złotego 
Oprócz wiatru mocnego 
 
Oprócz błękitnego nieba  
Nic mi dzisiaj nie potrzeba

P

Pacyfik

background image

Kiedy szliśmy przez Pacyfik 
(Hej, hej roluj go) 
Zwiało nam z pokładu skrzynki 
Pełne śledzia i sardynki  
Taki był cholerny sztorm 

Hej znowu zmyło coś 
Zniknął w morzu jakiś gość 
Hej policz, który tam 
Jaki znowu zmyło kram 

Kiedy szliśmy przez Pacyfik 
Zwiało nam z pokładu skrzynki 
Pełne śledzia i sardynki  
Kosze krabów, beczkę sera 
Kalesony oficera 
Sieć jeżowców, jedną żabę 
Kapitańską zmyło babę 
Beczki rumu nam nie zwiało 
Pół załogi ją trzymało 
Taki był cholerny sztorm 

Pan Kmicic

Wilcze zęby, oczy siwe, 
Groźnie garść obuszkiem furczy, 
Gniew w zawody z wichru zrywem, 
Dzika radość, lot jaskółczy. 
Czyn to, czyn - zapadła klamka, 
Puścić kura po zaściankach. 

a e a 
H7 e 
e a 
H7 e 
D G 
a H7 

 
Hej, kto szlachta za Kmicicem, 
Hajda na Wołmontowicze! 
Bis 

 
e a 
e H7 e 

 
Przodkom kulę miedzy oczy, 
Krótką rozkosz dać sikorkom, 
Po łbie, kto się napatoczy, 
Kijów sto chudopachołkom. 
Potem picie do obłędu, 
Studnia, śnieg - My z tobą, Jędruś! 

Hej, kto szlachta za Kmicicem... 

Zdrada, krzyż, na krzyż przysięga, 
Tak krucyfiks cyrografem. 
I oddala się Oleńka, 
Żądzę się wychłoszcze batem! 
Za to swoich siec czy obcych - 
Jedna praca. Za mną chłopcy! 

Hej, kto szlachta za Kmicicem... 

background image

Wreszcie lek na duszy blizny - 
Polska suknem Radziwiłła, 
Wróg prywaty, wróg ojczyzny, 
Niespodzianka jakże miła! 
Los, sumienie, panny stratę 
Wynagrodzi spór z magnatem, 

Hej, kto szlachta za Kmicicem... 

Jasna Góra, czas pokuty, 
Trup! Trup! - Kmicic strzela z łuku, 
Klasztor płaszczem nieb zasnuty 
W szwedzkich armat strasznym huku. 
Jędrek się granatem bawi, 
Ksiądz Kordecki błogosławi. 

Hej, kto szlachta za Kmicicem... 

Jest nagroda za cierpienie, 
Kto się śmieli, ten korzysta. 
Dawnych grzechów odpuszczenie - 
Król Jędrkowi głowę ściska: 
Masz Tatarów, w drogę ruszaj, 
Raduj Boga rzezią w Prusach. 

Hej, kto szlachta za Kmicicem... 
 
Krzyż, ojczyzna, Bóg, prywata, 
Warchoł w oczach zmienia skórę, 
Wierny jest jak topór kata 
I podobną ma naturę. 
Więc za sprawną pewność ręki 
Będzie ręka i Oleńki, 
Łaska króla, dworek dzieci - 
Szlachcic, co przykładem świeci... 

 
 a e a 
 H7 e 
 e a 
 H7 e 
 D G 
 a H7 
 e a 
 a H7 

Pocztówka z Beskidu

Po Beskidzie błądzi jesień 
Wypłakuje deszczu łzy 
Na zgarbionych plecach niesie 
Worek siwej mgły 
Pastelowe cienie kładzie 
Zdobiąc rozczochrany las 
Nocą rwie w brzemiennym sadzie 
Grona słodkich gwiazd 
Złotych gwiazd 

Jesienią góry są najszczersze 
Żurawim kluczem otwierają drzwi 
Jesienią smutne piszę wiersze 
Smutne piosenki śpiewam ci 

background image

Po Beskidzie błądzą ludzie 
Kare konie w chmurach rżą 
Święci pańscy zamiast w niebie 
Po kapliczkach śpią 
Kowal w kuźni klepie biedę 
Czarci wydeptują trakt 
W pustej cerkwi co niedzielę 
Rzewnie śpiewa wiatr 
Pobożny wiatr 

Przerwa w podróży

Przy piwie w karczmie w Limanowej 
Zapatrzeni w siwe mgły jesienne 
Czekaliśmy na autobusowe 
Ostatnie lata połączenie 
Bóg przez okno złoty talar rzucił 
Słońce na obrusie 
Od dziewczyny przy barze pożyczyłem uśmiech d 
Oddam w autobusie 

a H7 
E a 
F7 C 
H7 E7 
a d 
G7 C 

H7 E a 

 
A po lesie wiatr, a po lesie wiatr 
Rwie na strzępy pajęczyny nić 
A po polu wiatr, a po polu wiatr 
Rozsypuje kopce siana w pył 
Do puszystych traw się tuli 
Skrada się do pustych ptasich gniazd 
Po strumieniach z wodą śpiewa 
Lekkomyślny wiatr 

 
a H7 E 

H7 E 
a A7 

G7 C a 

E a 

 
Wpatrzeni w okno milczeliśmy wszyscy 
Nikt nie przerwał nam czekania 
Nawet gitary zacisnęły zęby 
Wiedziały już: nie będzie grania 
Oczy dziewczyny szeptały: ?zostań? 
Czas się zatrzymał w Limanowej 
Oddałem uśmiech, przewróciłem kufel 
Na stole talar zgasł 

R

Remedium

Światem zaczęła rządzić jesień 
Topi go w żółci i czerwieni  
A ja tak pragnę, czemu - nie wiem 
Uciec pociągiem od jesieni 

Uciec pociągiem od przyjaciół 
Wrogów, rachunków, telefonów 
Nie trzeba długo się namyślać 
Wystarczy tylko wybiec z domu 

Wsiąść do pociągu byle jakiego 

background image

Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet 
Ściskając w ręku kamyk zielony 
Patrząc jak wszystko zostaje w tyle 

W taką podróż chcę wyruszyć 
Gdy podły nastrój i pogoda 
Zostawić łóżko, ciebie, szafę 
Niczego mi nie będzie szkoda 

Zegary staną niepotrzebne 
Pogubię wszystkie kalendarze 
W taką podróż chcę wyruszyć 
Tylko czy kiedyś się odważę 

Wsiąść do pociągu byle jakiego 
Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet 
Ściskając w ręku kamyk zielony 
Patrzeć jak wszystko zostaje w tyle  

Rublow

Po ziemi, co zawsze pod wodą lub śniegiem 
Są drogi, po których nikt prawie nie chodzi, 
Tam wariat się czasem przesunie po niebie 
Do ludzi na łodzi wołając, że leci, 
A oni chwytają go w sieci. 

a a9 a a4 a 
a a9 a a4 a (E) 

E E4 E 

 
Wśród pól i rozlewisk tam białe są miasta, 
Gdzie końmi handlują, jedwabiem i siarką, 
Nad targiem wyrasta przejrzysty monastyr, 
Chorały i charkot, ikona i koń, 
Wędzidło i złota dłoń. 

 
a a9 a a4 a 
a a9 a a4 a (E) 

E E4 E 

 
Na ścianach gospody łańcuchy i sierpy, 
Wesołek po udach się klepie i śpiewa 
O ludzie co żyje radością, choć cierpi 
I ktoś się zaśmiewa, ktoś wódką go raczy, 
Nim inny ktoś wezwie siepaczy. 

 
 C 
 d a 
 d C 
 d C d 
 a C a 

 
Z wyrwanym językiem niech skacze do woli, 
Jak przygłup co słowa nie może wykrztusić, 
Bo książę z krużganków o wzroku sokolim 
Dziedziny strzec musi od ognia i zła, 
By poczuł lud, że ktoś oń dba. 

A książę - mecenas za sztuką przepada, 
Więc ściany pałacu malować mi każe,  
Czeladnik już farby i pędzle rozkłada, 
A w drzwiach stoją straże i księcia brzmi głos: 
Za pracę twą miecz albo trzos. 

Architekt, co dla mnie budował ten pałac 
Już nic piękniejszego nikomu nie wzniesie; 

background image

Gdy skończył, przygoda go brzydka spotkała - 
Na zbirów się w lesie jak raz napatoczył, 
A oni wykłuli mu oczy. 

I zaśmiał się książę, aż sala zagrzmiała 
I grzmiała, gdy odszedł podobny do pawia 
I stałem przed ścianą co była tak biała, 
Jak tego, co stawiał ją twarz oślepiona, 
Od łez nim się stała czerwona. 
 
Klęczałem pod bielą nad Pismem schylony, 
Gdy przyszła ta dziewka niespełna rozumu, 
Czytała ruchami rąk moje ikony 
I śmiała się z tłumów, płakała nad Bogiem 
I piekieł przerażał ją ogień. 

I wstały płomienie ze wszystkich stron naraz, 
Ku niebu podniosły się dymu kolumny, 
W drzwiach koński pysk widzę i uśmiech Tatara, 
Co księcia łbem dumnym za włosy potrząsa, 
A księciu krew spływa po wąsach. 

Dziewczyna w krzyk straszny, więc on w śmiech wesoły, 
I szaty cerkiewne pod nogi jej ciska, 
A ona je wdziewa, obraca się wkoło 
I łza już jej wyschła, więc tańczy w podzięce 
Przy siodle, przy głowie książęcej. 

Kto walczył ten złotym pojony ukropem 
Blach z kopuł cerkiewnych, z ksiąg ogniem topionych, 
Zapada pomiędzy kopyta i stopy, 
Ze wzrokiem wlepionym w zasnutą twarz Boga 
I pyta, jak kochać ma wroga. 
 
Znów ciała chowaliśmy do wspólnych dołów 
Znów drogi krzyżowe bez krzyża i chusty, 
Po burzy o zmroku nad rzeką popiołów 
Pogańskie odpusty, śmiech krwi i ciał gra, 
Płomyki się łączą po dwa. 

Tej ziemi co żywym nie skąpi pogardy 
Najlepsza jest glina do formy na dzwony, 
W ich dźwięku tej ziemi ucieram dziś farbę 
Do mojej ikony na suchej deszczułce 
Jest miejsce na świat i na Stwórcę. 

Przemokły jak drzewo stojące na deszczu, 
Koń schyla się, woda po sierści mu spływa,  
Zbutwiałe zielenie i złoto na desce,  
Co płacze jak żywe - to Stwórcy korona, 
Czekają nań koń i ikona. 

p

pen Katarzyny II

background image

Na smyczy trzymam filozofów Europy 
Podparłam armią marmurowe Piotra stropy 
Mam psy, sokoły, konie, kocham łów szalenie 
A wokół same zające i jelenie 

G D G 
G D e 
C D G 
C D e 

 
Pałace stawiam głowy ścinam 
Kiedy mi przyjdzie na to chęć 
Mam biografów, portrecistów 
I jeszcze jedno pragnę mieć... 

 
Fis h 
Fis G D 
C D e 
C D G 

 
Stój Katarzyno! koronę carów 
Sen taki jak ten może ci z głowy zdjąć 

 
e H e H 
e a C D G 

 
Kobietą jestem ponad miarę swoich czasów 
Nie bawią mnie umizgi bladych lowelasów 
Ich miękkich palców dotyk budzi obrzydzenie 
Już wolę łowić zające i jelenie 

Ze wstydu potem ten i ów 
Rzekł o mnie: niewyżyta Niemra 
I pod batogiem nago biegł 
Po śniegu dookoła Kremla 

Stój Katarzyno... 

Kochanka trzeba mi takiego jak imperium 
Co by mnie brał tak, jak ja daję: całą pełnią 
Co by i władcy i poddańca był wcieleniem 
By mi zastąpił zające i jelenie 

Co by rozumiał tak jak ja 
Ten głupi dwór rozdanych ról 
I pośród pochylonych głów 
Dawał mi rozkosz albo ból 

Stój Katarzyno! koronę carów 
Sen taki jak ten może ci z głowy zdjąć 
Gdyby się kiedyś kochanek taki znalazł... 
Wiem, sama wiem! Kazałabym go ściąć! 

ping - ping

Sing - Sing nazywają go 
Bo ma w sobie coś takiego, samo zło  
Nie hoduje zbóż, ma w kieszeni nóż 
A ja nie wiem po co 

Sing - Sing, pokochałam go 
Popłynęłam jak za lordem aż na dno 
Cały dzień by spał, nocą w karty grał 
A ja nie wiem po co. 

Czy ja nie jestem lepsza niż  

background image

Cała reszta pań, cały babski wyż 
Gdy mnie widzisz, czemu wołasz SOS 
Na mój widok SOS, SOS 

Sing - Sing ma koleżków trzech 
Takich spotkać na ulicy, to jest pech 
Zbyt nerwowi są, grzeszą kiedy śpią 
A ja nie wiem po co 

Sing - Sing czasem prosi mnie  
Bym schowała to czy tamto gdzieś na dnie 
Wezmę grosz czy dwa on pretensję ma  
A ja nie wiem o co 

Sing - Sing nagle w oczach schudł 
I wyczuwam w jego głosie jakiś chłód 
Słabo w karty gra, może kogoś ma 
A ja nie wiem po co 

Sing - Sing skowroneczku mój  
Gdzie się podział nienaganny urok twój 
Co też ci się śni, o co chodzi ci  
Powiedz, powiedz o co... 

Śnisz mi się obco 

Śnisz mi się obco. Dal bez tła 
Wieczność się w chmurach błyska 
Lecimy razem. Mgła i mgła 
Bóg, ciemność i urwiska 

e a 
G C 
e h 
a7 G 

 
Do mgły i mroku naglisz mnie 
I szepczesz, zgrzana lotem 
Toć ja się Tobie tylko śnię 
Nie zapominaj o tym 

 
C G 
h e 
C G 

 
Nie zapominam. Mkniemy wraz 
Do niewiadomej mety 
O, jak ty trudno mi się śnisz 
O, jawo moja, gdzie Ty! 
 
Do mgły? 

T

Tramwaj

Nie wiem czy w mojej samotności 
Wystarczy miejsca dla twojej 
Na rogatkach świata stoją chłopcy 
Czyszczą zardzewiałe gwoździe 

a C E 
C G C E 
a G C 
a G a G 

 
Radio nadaje sprzeczne komunikaty 
W które głęboko wierzą 

background image

Czekając na znak 
Długo wpatrują się w siebie 
 
A ja bym chciał 
Przy twych włosach zawiązać  
Błękitną wstążkę rzeki 
A ja bym chciał 
By nam skrzydła odrosły 
By nam skrzydła wyrosły jak kiedyś 

  
C G C G C 
 C G 
 C G C G 
 a G 
 C G 
 C G E 

 
Nie wiem czy w mojej samotności 
Wystarczy miejsca dla twojej 
Kowale cudzego losu 
Naprawiają śmierci złamana kosę 

Anioły odleciały 
Hen do ciepłych krajów 
Bo tutaj nie za długo mróz 
A w sercach to już 

A ja bym chciał? 

Nie wiem czy w mojej samotności 
Wystarczy miejsca dla twojej  
Chrystus w Domatówku 
Piłby wodę albo denaturat 

Ale on zapisał się do anarchistów 
Podobno tam odnalazł siebie 
Teraz gdy w nocy słyszę strzały 
Myślę to pewnie on 

Tutaj wódka jest Bogiem

Ten znak na mapie - 
To - powiedzmy miasto  
Dawno przeklęte 
Przez trybunał świętych 
Tu, ze sporyszem pieką 
Gorzkie ciasto 
By śnić inaczej 
Swe codziennie lęki 

 a 
 E 
 a d 
 E a 
 d g 
 A d 
 B E 

 
Tutaj wódka jest Bogiem 
A wiara nałogiem 
Tutaj szatan umiera 
W mordowni za rogiem 
On ze smutku umiera 
Bo zrozumiał teraz 
To, ze Pan nigdy 
Nie był mu wrogiem 

  
a d 
E a 
C F 

a d 
E a 
F E a 

 
Sekretarz partii, która nie istnieje 

background image

Głosi na rynku nagły koniec świata 
Lecz mimo wszystko nadal ma nadzieje 
Na bratnia pomoc najbliższego lata 

Upadły anioł chodzi ulicami 
W tlenionych włosów tłustej aureoli 
I głosem miękkim jak aksamit 
Zawodzi pieśnią, o tym co tak boli 

U

Uciekaj moje serce

Gdzieś w hotelowym korytarzu krótka chwila 
Splecione ręce i na plaży oczu błysk 
Wysłany w biegu krotki list 
Stokrotka śniegu, dobra myśl 
To wciąż za mało , moje serce, żeby żyć 

a E a 
G C 


G C 

 
Uciekaj skoro świt 
Bo potem będzie wstyd 
I nie wybaczy nikt 
Chłodu ust twych 

 



E a 

 
Deszczowe wtorki, które przyjdą po niedzielach 
Kropelka żalu, której winien jesteś ty 
Nieprawda, że tak miało być 
Że warto w byle pustkę iść 
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć 

Uciekaj skoro świt  
Bo potem będzie wstyd  
I nie wybaczy nikt  
Chłodu ust, braku słów  

Odloty nagłe i wstydliwe, niezabawne 
Nic nie wiedzący, a zdradzony pies czy miś 
Żałośnie chuda kwiatów kiść 
I nowa złuda, nowa nić 
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć 

Uciekaj skoro świt  
Bo potem będzie wstyd  
I nie wybaczy nikt  
Chłodu ust twych 

Ukraina

Hej tam, znad Czarnej Wody 
Siada na koń Kozak młody 
Czule żegna się z dziewczyną 
Jeszcze czulej z Ukrainą 

Hej, hej, hej sokoły 

background image

Omijajcie góry, lasy, pola, doły 
Dzwoń, dzwoń, dzwoń dzwoneczku 
Mój stepowy skowroneczku 

Wiele dziewcząt jest na świecie 
Lecz najwięcej w Ukrainie 
Tam me serce pozostało 
Przy kochanej mej dziewczynie 

Ona jedna mi została 
Przepióreczka moja mała 
A ja tutaj w obcej stronie 
Dniem i nocą tęsknię do niej 

Żal, żal za dziewczyną 
Za zieloną Ukrainą 
Żal, żal, serce płacze 
Już jej więcej nie zobaczę 

Wina, wina, wina dajcie 
A jak umrę, pochowajcie 
Na zielonej Ukrainie 
Przy kochanej mej dziewczynie 

W

W piwnicznej izbie

W piwnicznej izbie siedzę sam 
Nad kuflem pełnym piwa, 
Oczyma wodzę tu i ta 
A głowa mi się kiwa. 

Ja nie dbam o czerwony nos, 
Ni o to, że wciąż tyję, 
Ja biorę kufel w ręce swe 
I piję, i piję, i piję (do dna). 
Bis 


G C 

G C 

G C 
G C 

G C 

 
A gdyby ktoś mi wybór dał: 
Dziewczynę, konia, trunek 
I rzekł: wybieraj sobie sam, 
Ja płacę za rachunek - 

Na próżno dziewczę wdzięczy się 
I koń wyciąga szyję, 
Ja biorę kufel w ręce swe 
I piję, i piję, i piję (do dna). 

A gdy nadejdzie sądu czas 
I stanę u stóp tronu, 
Pokłonię ja się Panu w pas 
I rzeknę bez pardonu: 

Rozkoszy rajskich nie chcę znać, 

background image

Ni wiedzieć gdzie się kryją, 
Lecz tam mnie Panie Boże wsadź, 
Gdzie piją, i piją, i piją (do dna). 

W siną dal

Adela już zakłada suknię cienką 
Na wiosnę kwiatki rosną 
I kwitnie miesiąc maj  
Gdy spytasz ją, dla kogo ta sukienka 
Dla kochasia, który odszedł w siną dal 

W siną dal, w siną dal 
Dla kochasia, który odszedł w siną dal 

Czerwone ma podwiązki pod tą suknią 
Na wiosnę kwiatki rosną 
I kwitnie miesiąc maj  
Gdy spytasz ją, dla kogo ta sukienka 
Dla kochasia, który odszedł w siną dal 

U drzwi, u drzwi jej tatuś czyści spluwę 
Na wiosnę kwiatki rosną 
I kwitnie miesiąc maj  
Gdy spytasz ją, na czyją to jest zgubę 
Na kochasia, który odszedł w siną dal 

Nad łóżkiem ślub stwierdzony rejentalnie  
Na wiosnę kwiatki rosną 
I kwitnie miesiąc maj  
Gdy spytasz ją, z kim żyjesz tak moralnie 
Jasne że z kochasiem, który w siną dal 

W siną dal, w siną dal 
Jasne że z kochasiem, który w siną dal  
W siną dal, w siną dal  
Pomaszerował lewa prawa w siną dal 

We wtorek po sezonie

Złotym kobiercem wymoszczone góry 
Jesień w doliny przyszła dziś nad ranem 
Buki czerwienią zabarwiły chmury 
Z latem się złotym właśnie pożegnałem  

 
C F C 
e F d G 
C F E a 
F G C G 

 
We wtorek w schronisku po sezonie 
W doliny wczoraj zszedł ostatni gość  
Za oknem plucha, kubek parzy dłonie  
I tej herbaty i tych gór ma mam dość 

C F G C 
a D G 
C F E a 
F G C G 

 
Szaruga niebo powoli zasnuwa, 

background image

Wiatr już gałęzie pootrząsał z liści 
Pod wiatr, pod gore znowu sam zasuwam 
Może w schronisku spotkam kogoś z bliskich 

Ludzie tak wiele spraw musza załatwić 
A czas sobie płynie wolno panta rhei 
Do siebie tylko już nie umiem trafić 
Kochać to więcej siebie dać czy mniej 

 

Wiewiórka 

Śmiech ze łzami pomieszany 
Ileż w tobie niepokoju, 
Znowu dziś na śnieg wybiegłaś, 
Weź przynajmniej palto swoje 

a e 

a e 
a e 

 
Pyłem śnieżnym przyprószona 
Natychmiast mi się wydałaś 
Taka cicha i bezbronna 
W wielkim świecie taka mała 

 
C D e 
C D e 
C D e 
C D e 

 
Zobacz! Kończy się przedmieście, 
Las wyrasta bezszelestnie, 
W pstrych wiewiórek krzątaninie, 
Palto, palto nałóż wreszcie 

 
G D e 
C D e 
C D e 
C D e 

 
Kto to widział tak po śniegu, 
W przedwieczornym mrozie biegać 
W samym tylko cienkim swetrze 
W samych lekkich pantofelkach 

 
a e 
a e 
C D e 
C D e 

 
A już nogi ci się plączą 
Włosy okrywają szronem 
Pewnie jutro będziesz znowu 
Znowu przeziębiona 

Zobacz!... 

Staniesz, oprzesz się o drzewo, 
Sen nadejdzie nieproszony 
A las woła: palto! 
 
Zobacz!... 

Wieża radości 

Mieszkam w wysokiej wieży, otoczonej fosą, 
Mam parasol, który chroni mnie przed nocą, 
Oddycham głęboko, stawiam piedestały. 
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały 

a C F G 
 
 
 

 
Ref: 

 
 

background image

Stawiam świat na głowie, do góry nogami, 
Na odwrót i wspak bawię się słowami, 
Na białym czarnym kreślę jakieś plany. 
Jutro będę duży dzisiaj jestem mały. 

e a 
e a 
e a 
F G a 

 
Mieszkam w wysokiej wieży ona mnie obroni, 
Nie walczę już z nikim, nie walczę już o nic. 
Palą się na stosie moje ideały, 
Jutro będę duży, dzisiaj jestem mały. 

Ref: 

Wiosna 

Wiosna - cieplejszy wieje wiatr 
Wiosna - znów nam ubyło lat 
Wiosna - wiosna wkoło, 
Rozkwitły bzy 

A G 
A G 
A D 

 
Śpiewa skowronek nad nami 
Drzewa strzeliły pąkami 
Wszystko kwitnie wkoło, 
I ja, i ty. 

 
A G 
A G 
A D 

 
Ktoś na niebie owce wypasa, hej! 
Popatrz, zakwitł już twój parasol, hej! 
Nawet w bramie pan Walenty, stróż 
Puszcza wiosną pierwsze pęki już 

 
A D E 
A D E 
A D A 
A D E 

 
Portret dziadzia rankiem wyszedł z ram 
I na spacer poszedł sobie sam. 
Nie przeszkadza tytuł, wiek i płeć 
By zieloną wiosnę w głowie mieć 

Z

Z nim będziesz szczęśliwsza

Zrozum to, co powiem, 
Spróbuj to zrozumieć dobrze, 
Jak życzenia najlepsze te urodzinowe 
Albo noworoczne jeszcze lepsze może 
O północy, gdy składane 
Drżącym głosem, niekłamane. 
Z nim będziesz szczęśliwsza, 
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim. 
Ja cóż - 
Włóczęga, niespokojny duch, 
Ze mną można tylko 
Pójść na wrzosowisko 
I zapomnieć wszystko. 
Jaka epoka, jaki wiek, 
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień 
I jaka godzina 

 e H7 
 G D 
 C G 
 a H7 
 C G 
 H7 
 C G 
 a H7 
 C 
 G 
 a 
 D7 
 e 
 C G a 
 G a C G 
 a 

background image

Kończy się, 
A jaka zaczyna. 

 C 
 e 

 
Nie myśl, że nie kocham, 
Lub, że tylko trochę. 
Jak cię kocham, nie powiem, no bo nie wypowiem - 
Tak ogromnie bardzo jeszcze więcej może. 
I dlatego właśnie żegnaj, 
Zrozum dobrze żegnaj, 

Z nim będziesz szczęśliwsza, 
Dużo szczęśliwsza będziesz z nim. 
Ja cóż - 
Włóczęga, niespokojny duch. 
Ze mną można tylko 
Pójść na wrzosowisko 
I zapomnieć wszystko. 
Jaka epoka, jaki wiek, 
Jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień 
I jaka godzina 
Kończy się a jaka zaczyna. 
 
Ze mną można tylko 
W dali zniknąć cicho. 

  

C e 

Zachwycenie

Gdy pewna młoda polonistka 
Taka naiwna, schludna taka 
Egzaltowana, świeża, czysta  
Ze chciałoby się siąść i płakać 

 G 
 G D 
 D 
 D G 

 
Wiec gdy ta polonistka właśnie 
Małpując młodopolskie pozy 
Wybiegnie o porannym czasie  
Boso na łąki miedzy brzozy 

 
 G 
 G C 
 C G 
 D G 

 
Poigra z pliszką i skowronkiem 
Oraz z modliszką i z biedronką 
Przywita się z wschodzącym słonkiem 
Wołając: "Witaj jasne słonko" 

Z róż i z powojów splecie wieńce 
Pomacha rączką do motyla 
Krasnym obleje się rumieńcem 
Widząc jak pszczółka kwiat zapyla 

Coś z Anny German gdy zanuci 
Wyrecytuje coś z Asnyka 
A potem bardzo się zasmuci 
Nad żabką, którą bocian łyka 

I chcąc zapłakać nad półtrupem 

background image

Bo drugie pól ten bocian urwał 
Wlizie tę bosą nogą w kupę  
I wyda okrzyk: "Ożesz k..." 

Więc jeśli byłbym na tej łące 
Naocznym świadkiem tego zgrzytu 
Jak jestem facet niepijący 
Pół litra wychlałbym z zachwytu 

Zamiast 

Ty panie tyle czasu masz 
Mieszkanie w chmurach i błękicie 
A ja na głowie mnóstwo spraw 
I na to wszystko jedno życie 
A skoro wszystko lepiej wiesz 
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka 
To powiedz, czemu tak to jest, 
Że czasem tylko siąść i płakać 

a E 
d E a E 
a E 
F E 
a E 
d E a E 
a E 
d E a 

Ja się nie skarżę na swój los 
Potulna jestem jak baranek 
I tylko mam nadzieje, że 
Już chyba wiesz,  
Co robisz Panie 

C d 
G C 
C d 

 
Ile mam grzechów, któż to wie 
A do liczenia nie mam głowy 
Wszystkie darujesz mi i tak 
Nie jesteś przecież drobiazgowy 
Lecz czemu mnie do raju bram 
Prowadzisz droga taka kreta 
I czemu wciąż doświadczasz tak 
Jak gdybyś chciał uczynić święta. 
 
Nie chce się skarżyć na swój los  
Nie proszę o więcej, niż dać możesz 
I ciągle mam nadzieje, że 
Że chyba wiesz, co robisz, Boże.  

To życie minie jak zły sen 
Jak tragifarsa, komediodramat 
A gdy się zbudzę, westchnę cóż 
To wszystko było chyba zamiast 
Lecz póki co, w zamęcie trwam 
Liczę na palcach lata szare 
I tylko czasem przemknie myśl 
Przecież nie jestem tu za karę. 

Dziś czuje się jak mrówka, gdy 
Czyjś but tratuje jej mrowisko 
Czemu mi dałeś wiarę w cud 
A potem odebrałeś wszystko 

background image

Nie chce się skarżyć na swój los 
Choć wiem jak będzie jutro rano 
Tyle powiedzieć chciałam Ci 
Zamiast pacierza na dobranoc  

Zamieszkamy pod wspólnym dachem 

Zamieszkamy pod wspólnym dachem, 
Przed obcymi zamkniemy drzwi, 
Posadzimy przed domem kwiaty, 
Których nocą nie zerwie nikt. 

 A D E fis 
 E H7 E 
 A D E fis 
 E H7 E 

 
Nazbieramy suchego drzewa, 
Żeby zimą nie było źle 
Parę jabłek i trochę chleba 
Co nam starcza na cały rok 
 
Przeczekamy każdy los, 
Kaprys zły, 
Żeby potem żyć, 
Normalnie żyć. 

 
fis D 


E7 

 
Zamieszkacie pod wspólnym dachem,  
Przed obcymi zamkniecie drzwi,  
I posadzicie przed domem kwiaty,  
Których nocą nie zerwie nikt.  

Przygotujecie suchego drzewa, 
Żeby zimą nie było źle, 
Parę jabłek i trochę chleba, 
Co wam starcza na cały wiek. 

Zbroja 

Dałeś mi Panie zbroję 
Dawny kuł płatnerz ją 
W wielu pogięta bojach 
Wielu ochrzczone krwią 
W wykutej dla giganta 
Potykam się co krok 
Bo jak sumienia szantaż 
Uciska lewy bok 

e D e 
e D e 
e D e 
e D e 
e G e 
A H 
G Fis F e 
e D e 

 
Lecz choć zaginął hełm i miecz 
Dla ciała żadna z niej ostoja 
To przecież w końcu ważna rzecz 
Zbroja! 

 
 D G D 
 a G 
 a H7 e a 
 e H7 e A e 

 
Magicznych na niej rytów 
Dziś nie odczyta nikt 
Ale wykuta z mitów 
I wieczna jest jak mit 
Do ciała mi przywarła 

background image

Przeszkadza żyć i spać 
A tłum się cieszy z karła 
Co chce giganta grać 

Lecz choć zaginął hełm i miecz... 

A taka w niej powaga 
Dawno zaschniętej krwi 
Że czuję jak wymaga 
I każe rosnąć mi 
Być może - nadaremnie 
Lecz stanę w niej za stu 
Zdejmij ją Panie ze mnie 
Jeśli umrę podczas snu 

Bo choć zaginął hełm i miecz... 

Wrzasnęli hasło - wojna! 
Zbudzili hufce hord 
Zgwałcona noc spokojna 
Ogląda pierwszy mord 
Goreją świeże rany 
Hańbiona płonie twarz 
Lecz nam do obrony dany 
Pamięci pancerz nasz 

Więc choć za ciosem pada cios 
I wróg posiłki śle w konwojach 
Nas przed upadkiem chroni wciąż 
Zbroja! 

Wywlekli pudła z blachy 
Natkali kul do luf 
I straszą - sami w strachu 
Strzelają do ciał i słów 
Zabrońcie żyć wystrzałem 
Niech zatryumfuje gwałt 
Nad każdym wzejdzie ciałem 
Pamięci żywej kształt 

Choć słońce skrył bojowy gaz 
I żołdak pławi się w rozbojach 
Wciąż przed upadkiem chroni nas 
Zbroja! 

Wytresowali świnie 
Kupili sobie psy 
I w pustych słów świątyni 
Stawiają ołtarz krwi 
Zawodzi przed bałwanem 
Półślepy kapłan - łgarz 
I każdym nowym zdaniem 
Hartuje pancerz nasz 

background image

Choć krwią zachłysnął się nasz czas 
Choć myśli toną w paranojach 
Jak zawsze chronić będzie nas 
Zbroja! 
 
Bis 
 
Zbroja! 

Zegar 

Oddam zegar na zawsze, w dobre ręce. 
Stary zegar, który po ojcu mam. 
Zegar co bije w moim sercu, 
Zegar co zęby przy mnie zjadł. 

a G a G 
a G a G 
F G C a 
F G a 

 
Potraciłem, oddałem prawie wszystko. 
Szafę i dwa krzesła wziął nocny stróż. 
Szczęście, ze grabarz wziął łopatę, 
Na pewno jej nie odda już. 
 
Już mnie tutaj nic nie trzyma. 
W każdej chwili mogę iść. 
Jeszcze tylko zegar oddam ten, 
Bo za ciężki by go nieść. 
 
Bis 

 
F G C a 
F G C a 
F G C a 
F G 
 

 
Oddam zegar w naprawdę dobre ręce. 
Dobry zegar, co czasem rządzi sam. 
Nie trzeba wcale go nakręcać, 
Kto zechce całkiem darmo dam. 

Podpaliłem rupiecie na poddaszu. 
Poszedł banknot ostatni na ten cel. 
Nic nie mam co by mnie trzymało. 
Nic, tylko zegar oddam ten. 

Już mnie tutaj nic nie trzyma... 

Życie to nie teatr 

Życie to jest teatr - mówisz ciągle, opowiadasz 
Maski coraz inne, coraz mylne się nakłada 
Wszystko to zabawa, wszystko to jest jedna gra 
Przy otwartych i zamkniętych drzwiach. 
To jest gra! 

a E 
E7 a 
F C 
G C 

 
Życie to nie teatr ja ci na to odpowiadam 
Życie to nie tylko kolorowa maskarada 
Życie jest straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest 
Wszystko przy nim blednie, blednie nawet sama śmierć! 

background image

 
Ty i ja - teatry to są dwa: ty i ja. 
Ty - Ty prawdziwej nie uronisz łzy 
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi 
Nawet kiedy źle Ci jest to nie jest źle 
Bo ty grasz... 
Ja - Duszę na ramieniu ciągle mam 
Cały zbudowany jestem z ran 
Lecz kaleką nie ja jestem tylko 

  
F G C G 
C E7 a 
C7 F 
G C 

C E7a 
C7 F 
Ty G C G 

 
Dzisiaj bankiet u Artystów, Ty się tam wybierasz 
Gości będzie dużo: nieodstępna tyraliera. 
Flirt i alkohole, pewnie tańce będą też. 
Drzwi otwarte zamkną potem się 
No i cześć! 

Wpadnę tam na chwilę zanim spuchnie atmosfera 
Wódki dwie wypiję, potem cicho się pozbieram 
Wyjdę na ulicę, przy fontannie zmoczę łeb. 
Wyjdę na przestworza, przecudowny stworzę wiersz... 

Ty i ja - teatry to są dwa: ty i ja. 
Ty - Ty prawdziwej nie uronisz łzy 
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi 
I niezaraźliwy wcale jest twój śmiech 
Bo Ty grasz! 
Ja - Duszę na ramieniu ciągle mam 
Cały zbudowany jestem z ran 
Lecz gdy śmieję się to w krąg się śmieje świat