background image

Andrzej Kuczera

Jan Wiesław Żminko

OKRĘTY POD REICHSTAGIEM

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1989

Okładkę projektował: Marek Soroka

Redaktor: Elżbieta Skrzyńska

Redaktor techniczny: Renata Wojciechowska

background image

BURZA NADCIĄGA Z ZACHODU

Wkrótce po kapitulacji Francji, w czerwcu 1940 roku, Dnieprzańska Flotylla Wojenna — jedna z kilku 

istniejących w Kraju Rad w latach międzywojennych — zmieniła miejsce postoju. Z Kijowa przebazowano 
ją na Polesie, do Pińska, gdzie przyjęła nazwę Flotylli Pińskiej. Znalazła się zatem na byłym obszarze 
operacyjnym polskiej Flotylli Rzecznej Marynarki Wojennej, na terenach Zachodniej Białorusi przyłączonej 
we wrześniu 1939 roku do Związku Radzieckiego.

Zmiana miejsca postoju przyniosła również częściowe przeobrażenia składu Flotylli Pińskiej: dołączyły 

do  niej   zatopione   na   płyciznach   poleskich   rzek   i   rozlewisk   polskie   okręty  bojowe   i   pomocnicze,   które 
wydobyto w okresie od 28 września do 8 października 1939 roku. Po niezbędnym remoncie i przezbrojeniu 
przywrócono  im pełną  sprawność  techniczną,  obsadzono  nowymi  załogami  i przystąpiły do służby pod 
banderą radzieckiej Marynarki Wojennej.

Wydobyte monitory — odpowiedniki morskich pancerników — uzyskały nowe nazwy. „Warszawa” 

poczęła   działać   jako   „Winnica”,   „Toruń”   jako   „Witebsk”,   „Pińsk”   jako   „Żytomir”,   Horodyszcze”   jako 
„Smoleńsk” i „Kraków” jako „Bobrujsk”. Statek szpitalny „Generał Sosnkowski” przemianowany został na 
„Kaminin”, a statek minowo—gazowy „Mątwa” na stawiacz min „Pina”. Nie wiadomo, niestety, pod jakimi 
nowymi nazwami występowały kutry i uzbrojone statki, które też zmieniły banderę.

Flotylla Pińska stała się więc silnym związkiem taktyczno-operacyjnym. Jej trzon uderzeniowy tworzył 

zespół 8 monitorów, uzbrojonych w 122 mm działa wieżowe i automatyczne armaty mniejszych kalibrów. 
Załogi tych jednostek składały się z 2-3 oficerów oraz przeciętnie 40 podoficerów i marynarzy. Monitory 
miały  wspierać   ogniem  artyleryjskim  własne   wojska   lądowe,   walczące   na   wybrzeżach   arterii   wodnych. 
Flotylla  posiadała   również   8  kanonierek,   przebudowanych   z   rzecznych   parostatków,   9   dozorowców,   16 
kutrów opancerzonych z armatami małokalibrowymi i bronią maszynową, jeden stawiacz min, 14 kutrów 
trałowych oraz 20 ślizgowców i półślizgowców.

Oprócz tych okrętów w skład Flotylli wchodziły jednostki lądowe: zmotoryzowany dywizjon artylerii 

przeciwlotniczej,   kompania   piechoty   morskiej,   pododdziały   obserwacji   i   łączności   oraz   pododdział 
budowlany.

Dowódcą   Flotylli   był   wówczas   kontradmirał   Rogaczew,   jego   sztabem   kierował   kapitan   2   rangi 

(komandor   porucznik)   Brachtman.   Przebazowanie   na   Polesie   w   niewielkim   tylko   stopniu   wpłynęło   na 
zmianę   od  lat   ustalonego   programu  szkolenia   załóg   pływających,   większą   uwagę  zwrócono   jedynie   na 
nawigację w warunkach niezwykle rozgałęzionej sieci dróg wodnych, która sprzyjała żegludze śródlądowej. 
Dzięki niej okręty mogły łatwo przemieszczać się nawet do miejsc odległych od bazy w Pińsku, czego 
dowiodły liczne ćwiczenia i późniejsze działania wojenne.

Od   wiosny   1941   roku   coraz   częściej   zaczęły   docierać   do   dowództwa   Flotylli   wiadomości   o 

przygotowaniach   Niemców   do   wojny   ze   Związkiem   Radzieckim.   Mnożyły   się   incydenty   graniczne, 
sygnalizowano o szybko postępującej koncentracji wojsk nad Sanem i Bugiem, wywiadowcze  samoloty 
Luftwaffe naruszały przestrzeń powietrzną ZSRR. W parze z tym szły zalecenia, aby zachować spokój bez 
dawania   Niemcom   jakiegokolwiek   pretekstu   do   agresji,   ale   bieg   wydarzeń   wskazywał,   że   prędzej   czy 
później hitlerowski napastnik ruszy.

Część   jednostek   Flotylli   brała   właśnie   udział   w   ćwiczeniach   na   Kanale   Dnieprzańsko-Bużańskim 

(dawnym   Kanale   Królewskim),  gdy  nagle   nadszedł   rozkaz   powrotu   do  Pińska.   W   trzy  dni   później,   po 
północy 21 czerwca 1941 roku, w sztabie zebrali się, alarmowo wezwani przez gońców, dowódcy okrętów i 
jednostek lądowych.

 — Sytuacja jest napięta — poinformował oficerów dowódca Flotylli. — Uderzenie niemieckie może 

nastąpić w każdej chwili. Czy jesteśmy gotowi odeprzeć ich natarcie? Referujcie kolejno, słucham.

Odpowiedź na zadane pytanie była już zwykłą formalnością. Od kilku dni całą Flotyllę postawiono w 

stan gotowości bojowej, zwięzłe meldunki dowódców okrętów nic nowego w istocie nie wniosły.

— Zrobiliśmy zatem wszystko, co do nas należało — stwierdził kontradmirał Rogaczew. — Zadanie 

znacie. Czy szef sztabu chciałby coś jeszcze przypomnieć?

On też niewiele miał do powiedzenia. O czym tu zresztą mówić w takim gronie, skoro tyle już razy 

dokładnie przećwiczyli różne warianty działań z rozpisaniem zadań na każdą jednostkę z osobna. Dowódcy 
okrętów mieli w pamięci harmonogram przewidzianych do wykonania czynności w wypadku ogłoszenia 
alarmu bojowego, nie mogli sobie tylko wyobrazić, jak to wszystko się potoczy w warunkach rzeczywistego 
zagrożenia, już nie ćwiczeń, lecz wojny. Niejeden w tej chwili nawet żywił jeszcze nadzieję, że konflikt nie 
nastąpi. Złudna to była nadzieja, ale taka iskierka tliła się w sercach wszystkich ludzi, którzy znajdowali się 
w podobnym położeniu, dobrze pojmując, jakim kataklizmem będzie wojna.

— Przystępujemy do działań — powiedział dowódca Flotylli, kończąc krótką odprawę. — Każdy z was 

background image

natychmiast ruszy na wyznaczone rozkazem bojowym stanowiska. Okręty zajmą pozycje w pełnej gotowości 
do otwarcia ognia. Wspierać będziemy własne wojska lądowe w określonych rejonach, dobrze wam znanych 
z dotychczasowych ćwiczeń. Jestem przekonany, że wszyscy marynarze i żołnierze naszej Flotylli z honorem 
spełnią swój obowiązek w godzinie wielkiej próby. Życzę wam pomyślności.

Uścisnął każdemu dłoń, poważnie spoglądając w oczy. Oficerowie szybkim krokiem udali się na okręty 

i do pododdziałów. W nocnej ciszy rozległ się głuchy pomruk silników, jego echo niosło się daleko po 
spokojnej wodzie.

Jeden po drugim okręty ruszały w mrok.

Trzy kutry opancerzone szły Piną na zachód *.
Głównym zadaniem tych niewielkich i zwrotnych okrętów z załogą liczącą siedmiu ludzi był zwiad 

bojowy, mogły również ogniem karabinów maszynowych zwalczać cele powietrzne na małej wysokości oraz 
— w razie potrzeby — służyć do wysadzania desantów, co w działaniach na rzekach zdarzało się znacznie 
częściej niż w operacjach morskich.

Jednostki w szyku torowym oddalały się od bazy. Z Piny weszły na Kanał Dnieprzańsko-Bużański, 

niegdyś znany szlak spławu drewna do Morza Bałtyckiego, liczący 92,8 km długości. Znajdowały się na nim 
liczne śluzy, wyrównujące poziom wody między Piną a Muchawcem. Kutry miały rozkaz obrony śluz w 
pobliżu Kobrynia. Gdyby zostały one zbombardowane, inne jednostki, sunące z tyłu, osiadłyby na mieliźnie 
bez możliwości odwrotu. Okręty rozstawiły się wzdłuż wybrzeża, skrywając się przed oczami lotników pod 
baldachimami drzew. Ten dzień i noc minęły spokojnie, choć w napiętym oczekiwaniu.

22   czerwca   o   świcie   załogi   poderwane   zostały   artyleryjską   kanonadą,   niosącą   się   od   zachodu. 

Informacja   o   rozpoczęciu   wojny,   przekazana   również   drogą   radiową,   stanowiła   tylko   potwierdzenie 
najgorszych   przeczuć   marynarzy.   Nawet   nie   trzeba   było   ich   budzić.   Spali   nerwowo   w   pełnym 
umundurowaniu.

Na kutrze dowódcy grupy wachtowy sygnalista, wytrzeszczając oczy, krzyknął:
— Strzelają!
Bez   ogłaszania   alarmu   marynarze   w   milczeniu   obsadzili   stanowiska.   Było   już   jasno,   gdy  jeden   z 

obserwatorów zameldował podniesionym głosem:

 — Samoloty!
Głowy   zwróciły   się   w   tamtą   stronę.   W   kierunku   Kanału,   na   niewielkiej   wysokości,   sunęły   trzy 

nieprzyjacielskie bombowce. Po raz pierwszy marynarze ujrzeli wroga... Jeden z samolotów położył się na 
skrzydło i runął wprost na kuter dowódcy grupy.

— Ognia!
Perełki pocisków natychmiast poszybowały w powietrze. Samolot zmienił kurs i — bez szkód, wraz z 

dwoma pozostałymi — wycofał się na zachód, nie zrzucając śmiercionośnego ładunku.

Nie zdążyli jeszcze ochłonąć po tym pierwszym wojennym starciu, kiedy samoloty powróciły. Znów 

szły   nad   Kanał.   Teraz   ogień   zaporowy   z   kutrów   był   o   wiele   bardziej   precyzyjny   i   nie   pozwolił 
nieprzyjacielowi dotrzeć do śluzy, ale żaden z bombowców nie został trafiony.

— Nie udało się — wysapał ze złością któryś z artylerzystów. — Ja bym tego łobuza...
— Zadanie przecież wykonane — uspokoił go dowódca. — Śluzy są nie naruszone.
Tego dnia w pobliskim Kobryniu toczyły się zażarte walki. Niemcy weszli do miasta, opuszczanego 

jednocześnie w pośpiechu przez ludność cywilną. Przerażeni ludzie porzucali swe domostwa i dobytek, 
pragnąc ocalić to, co najcenniejsze: życie. Widzieli już pierwsze ofiary wojny, niektórzy utracili swych 
bliskich   i   przyjaciół.   Zdawali   sobie   sprawę   z   tego,   że   choć   obrońcy   miasta   walczą   z   ogromnym 
poświęceniem i determinacją, nie są w stanie postrzymać lawiny ognia, czołgów i żołnierzy w głębokich 
hełmach.

Raz po raz spoglądając z przestrachem na niebo, sunęli wzdłuż rzeki uciekinierzy. Niektórzy prosili 

marynarzy o pomoc, ale ci, choć do głębi przejęci widokiem zmęczonych, obładowanych tobołami ludzi, 
byli bezradni. Kutry pomocy udzielić nie mogły, opuszczenie stanowiska bojowego w ogóle nie wchodziło w 
rachubę. W oczach odchodzących malowała się rozpacz.

Właśnie   w   okolicy   zrobiło   się   pusto   —   nie   było   ludzi,   zniknęli   już   za   zakrętem   rzeki   —   kiedy 

marynarze ujrzeli czołg.

* Opowieści o działaniach radzieckiej Flotylli Pińskiej i Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej w okresie Wielkiej 

Wojny Narodowej 1941—1945 zawarte zostały w książce J. Strechnina Korabli idut w Bierlin. Opierając się na niej 
autorzy niniejszej publikacji opracowali wiele wątków fabularnych (przyp. aut.).

background image

Samotny kolos wypełzł z lasu i zatrzymał się na jego skraju. Zagrzechotały gąsienice i wóz, wysłany 

prawdopodobnie w celach zwiadowczych, ruszył w kierunku rzeki.

— Tylko nie spudłuj — szepnął dowódca kutra. Zdawało mu się, że głośniej wypowiedziane słowo 

zwróci uwagę czujnego przeciwnika.

Marynarze wstrzymali oddechy i wtulili głowy w ramiona. Pojazd, miażdżąc drzewa i krzewy, sunął 

wprost ku nim. Oto wróg, z którym mieli zmierzyć się oko w oko.

— Jazda! — rzucił dowódca i otwartą dłonią uderzył artylerzystę po ramieniu.
Seria rozdarła powietrze. Czołg stanął, a jego wieża poczęła obracać się w stronę okrętu.
— Jeszcze!
I kiedy zdawało się, że lufa niemieckiej maszyny plunie ogniem, wgniatając ich wszystkich w pokład, 

spod   wieży   buchnął   ciemny   kłąb   dymu.   Z   trzaskiem   otworzył   się   właz,   a   z   wnętrza   czołgu   poczęli 
wyskakiwać   ubrani   w   czarne   mundury   żołnierze.   Biegli   zygzakami   w   stronę   lasu,   ale   kilka   dobrze 
wymierzonych serii skończyło ich krótką kampanię na wschodzie...

W ciszy, jaka teraz zapadła, marynarze słyszeli przyspieszone oddechy i łomot swych serc.
— Sygnał z bazy! — zameldował radiotelegrafista.
— I co? — dowódca kutra starał się, aby w jego głosie nie dało się wyczuć ani emocji wywołanych 

walką, ani radości z pierwszego zwycięstwa.

— Polecają wszystkim okrętom natychmiast wracać do Pińska.
— Wracać? A cóż to... — zaczął miczman (starszy bosman), ale ugryzł się w język. Nie przywykł 

komentować   rozkazów,   tym   bardziej   przy   marynarzach.   Domyślił   się   jednak,   że   nakazanie   odwrotu 
jednostkom Flotylli jest spowodowane cofaniem się wojsk lądowych. Marsz nieprzyjaciela musiał zatem 
przebiegać błyskawicznie.

Ruszyli więc z powrotem.
Była to słuszna decyzja: Niemcy, dotarłszy nad Kanał Królewski, otworzyli wszystkie śluzy. Okręty 

jednak zdążyły opuścić zagrożony rejon i 24 czerwca znalazły się w Pińsku. Tutaj otrzymały nowe zadanie: 
miały wspierać działania wojsk lądowych w walkach obronnych na zachód od miasta.

Pewnego wieczoru, kiedy dwa kutry wracały z rozpoznawczego dozoru do Pińska, na jego przedpolu, 

tuż   u   brzegów   Piny,   pojawiły  się   wojska   niemieckie.   Miasto   wyglądało   inaczej   niż   zwykle:   z   powodu 
nalotów i bombardowań zostało zaciemnione. Gdy w okresie pokojowym o tej wieczornej porze jednostki 
wchodziły do portu, zawsze radośnie mrugały światła w oknach. Teraz ulice były puste i ponure, domy 
wyglądały na opuszczone — w wielu przypadkach tak było w istocie — a ponad cichym zwykle miastem 
przetaczały się głuche odgłosy kanonad.

Jednostki   cięły  spokojną   powierzchnię   wody,   odrzucając   na   boki   szerokie   odkosy.   Załogi   musiały 

uzupełnić paliwo i amunicję, które były już na wyczerpaniu. Od tego zależały ich dalsze działania.

— Miasto się pali — rzekł ponuro sternik, choć wszyscy widzieli snujący się na tle domów ciężki, 

czarny dym.

— To od strony portu — stwierdził dowódca. — Czyżby magazyny?
W porcie płonęła cysterna z paliwem. Obok stało więcej podobnych zbiorników, które w wypadku 

eksplozji   tego   pierwszego   również   wyleciałyby  w  powietrze.   Trzeba   jednak   było   ryzykować.   Dowódca 
grupy zdecydował się pobrać paliwo. Innej możliwości nie było.

— Podchodzimy. Tam — wskazał dłonią — jest chyba wolne miejsce.
Kuter zgrabnie doszedł do pomostu.
— Wy trzej ze mną do magazynu — krzyknął miczman. — Może uda się coś uratować?!
Pobiegli w stronę budynku. Wewnątrz na półkach stały rzędy zielonych skrzyń z amunicją.
— Bierzcie te — powiedział dowódca. — I wołajcie innych. Niech pomogą...
Sam chwycił ciężką drewnianą skrzynię i sapiąc z wysiłku zarzucił ją sobie na kark.
— Szybciej! Zabierajcie również granaty!
Blask dalekiego ognia skakał po ścianach.
W tym czasie drugi kuter podpłynął do cystern i zatankował paliwo. Potem nastąpiła zmiana.
Czym prędzej jednostki rzuciły cumy i odskoczyły na środek basenu. Skierowały się ku wyjściu z portu, 

kiedy nastąpił potężny wybuch: to eksplodowała cysterna; rzucając na słup dymu żółtopomarańczową plamę 
ognia. Po chwili drugi i trzeci wybuch targnął powietrzem. Tak, tym razem mieli niebywałe szczęście...

Przeskoczyli na drugą stronę basenu. Czekał tam na nich pracownik portu.
— Gdzie są inni? — spytał dowódca.
— Na wodzie. Każdy dostał jakieś zadanie. Polecono mi, abym wam przekazał, żebyście zorganizowali 

patrole. Robi się gorąco...

Noc przykrywała miasto, w którym trwały już walki o poszczególne ulice i domy. Dochodził stamtąd 

background image

jazgot broni maszynowej.

Marynarze   zeskoczyli   na   nabrzeże,   formując   się   w   niewielkie   grupy   patrolowe.   Zabrali   zdobyte 

niedawno granaty.

— Macie zachować czujność i ostrożność — rzekł dowódca grupy kutrów, choć w tej sytuacji jego 

słowa były właściwie zbędne. — Nieprzyjaciel dochodzi do miasta. Słyszycie sami, co się dzieje. Miejmy 
nadzieję, że czołgów tu jeszcze nie ma.

Ruszyli,   posuwając   się   pod   ścianami  niewielkich   parterowych   domków.   Trzymali   broń   gotową   do 

strzału.

— Uwaga... — szepnął artylerzysta, który wystawił głowę za róg budynku.
Patrol zatrzymał się. Marynarze stali, opierając się plecami o ścianę.
— Melduj, co widzisz.
— To chyba nasi — z wahaniem w głosie rzekł artylerzysta.
— Zatrzymujemy. Stać! — krzyknął dowódca.
Żołnierze z oddziału granicznego zdążali w kierunku kościoła.
— Na wieży jest faszysta — zdyszanym głosem krzyknął jeden z nich. — Chodźcie, razem będzie nam 

łatwiej...

Pobiegli rzędem, pochyleni i spięci. Nad ich głowami zaterkotał karabin maszynowy, ale ukryty wysoko 

strzelec nie mógł widzieć grupy zbliżających się żołnierzy. Prowadził ogień gdzieś przed siebie. I stamtąd, z 
oddali, padały przytłumione odpowiedzi.

Podeszli   pod   mur   kościoła.   Drzwi,   zamknięte   od   wewnątrz,   nie   ustępowały  pod   naporem   silnych 

ramion.

Wiązka granatów utorowała im drogę. Dwaj żołnierze wdarli się do wnętrza. Po omacku szukali wejścia 

na górę.

Marynarze stanęli wśród drzew. Widzieli już, gdzie ukrył się nieprzyjacielski strzelec.
Serie umilkły na chwilę.
— Walimy po balkoniku. Tylko celnie...
Motorzysta z kutra wymierzył i pociągnął za spust. Ciało Niemca wykonało salto i uderzyło głucho o 

ziemię...

W pewnej chwili do patrolu podbiegł goniec. Należało natychmiast wracać na kuter. Zdobyty karabin 

maszynowy zabrali marynarze ze sobą. Nie dane im było odpocząć. Okręty otrzymały drogą radiową sygnał, 
aby   bezzwłocznie   udać   się   do   Łunińca,   gdzie   zarządzono   koncentrację   wszystkich   jednostek.   Gdy 
opuszczały   miasto,   kierując   się   na   wschód,   żołnierze   wysadzili   most,   aby   przeszkodzić   wrogowi   w 
opanowaniu Pińska.

Opuszczali port, nie odzywając się do siebie. Czuli, że nieprędko tu wrócą. Nie należało jednak o tym 

głośno mówić...

NA PRYPECI I HORYNIU

Być może wyobrażamy sobie bojowe jednostki rzeczne jako niewielkie, szybkie kutry, które nie są w 

stanie wyrządzić zakutemu w pancerz wrogowi większej szkody. Myślimy też, że okręt taki staje się łatwym 
celem, bo — podobnie jak pociąg — poruszać się może wyłącznie ustalonym torem: szlakiem wodnym.

To   prawda,   że   już   podczas   I   wojny   światowej   flotylle   rzeczne   stawały   się   anachronizmem,   lecz 

wykonywały jeszcze ważne zadania. Cóż: rzeki nadal stanowiły trudne do pokonania przeszkody, lecz przy 
ówczesnym   rozwoju   techniki   wojennej   jednostki   flotylli   nie   mogły   decydująco   wpłynąć   na   rozwój 
wydarzeń.

Marynarze z Flotylli Pińskiej nie mieli czasu, by szczegółowo analizować problemy natury operacyjno-

-taktycznej. Czuli się po prostu potrzebni tam, dokąd ich kierowano.

W dzień i w nocy, padając ze zmęczenia, wykonywali setki zadań, wspierając własne wojska, a raczej 

ich skrzydła, działające wzdłuż brzegów poleskich rzek.

Okręty mogły także walczyć samodzielnie, uderzając na wroga niejako na własną rękę.
Marynarze   czuli   się  silni,  dysponując  bronią,   która  mogła   nieprzyjacielowi   wyrządzić   wiele  szkód. 

Walczyli z uporem i determinacją, nie tracąc nadziei, że bieg historii musi się wreszcie odwrócić. Na razie 
jednak wojska radzieckie w krwawych bojach wycofywały się w kierunku linii Dniepru...

Wszystkie okręty Flotylli działały na Prypeci, nie pozwalając nieprzyjacielowi przeprawiać się przez 

rzekę. Dysponowały przecież znaczną siłą ognia, a ich dowódcy doskonale znali teren, jednostki były w 
stanie skrycie zbliżyć się do nieprzyjaciela, wysadzić na brzeg zwiadowców, co do metra można też było 

background image

określić położenie celów artyleryjskich...

Późnym wieczorem 12 lipca monitor „Bobrujsk”, dowodzony przez starszego lejtnanta (porucznika) 

Siemienowa, opuścił wody Prypeci, by wpłynąć na jej prawobrzeżny dopływ — Horyń. Otrzymał trudne i 
niebezpieczne zadanie. Oto zwiad doniósł, że Niemcy przemieszczają znaczne siły w stronę Dawidgródka, 
niewielkiego portu nad Horyniem. Należało niepostrzeżenie przedostać się na tyły wroga, aby w dogodnym 
momencie dokonać w jego zgrupowaniu jak największych zniszczeń.

„Bobrujsk”, pokonując prąd, z wolna posuwał się w górę rzeki, trzymając się lewego jej brzegu.
Była to potężnie uzbrojona jednostka, dysponująca wieżami ciężkiej — jak na owe warunki — artylerii. 

Niejeden okręt przeznaczony do działań morskich  ustępował jej pod względem siły ognia i liczebności 
załogi. Poza tym monitor miał niewielkie zanurzenie, pozwalające na sprawne poruszanie się po wodach 
rzek   usianych   licznymi   mieliznami.   Nie   musiał   też   spełniać   takich   warunków   stateczności,   jakie   są 
wymagane na morzu.

Pływająca   forteca   z   obsadzonymi   stanowiskami   zbliżała   się   do   Dawidgródka.   Noc   była   cicha   i 

spokojna, wydawało się więc marynarzom, że szum silników roznosi się po wodzie, uprzedzając wroga o 
bliskości monitora.

Niemcy jednak zbyt byli pochłonięci własnymi ruchami, aby zwracać uwagę na rzekę. A poza tym być 

może dotychczasowe zwycięstwa stępiły nieco ich czujność...

Marynarze bezszelestnie poruszali się po pokładzie. Nauczyli się już stąpać jak koty, cicho i ostrożnie. 

Kiedyś, gdy biegli obsadzać stanowiska, nie zwracali uwagi na stukot buciorów po pokładzie. Ba! — taki 
łomot dla osoby kontrolującej był dowodem sprawności załogi.

Lufy dział skierowane zostały na prawą burtę, załadowano je i przygotowano do natychmiastowego 

otwarcia ognia.

Manewrowano w taki sposób, aby zająć pozycję pod osłoną krzewów i drzew, ukryć się jak zwierzę, 

czyhające   na   zdobycz.   Chociaż   uzbrojenie   monitora   było   nieporównywalnie   słabsze   niż   uzbrojenie 
zgromadzonych w pobliżu lądowych oddziałów nieprzyjaciela i jego możliwości manewrowe ograniczone, 
w akcji tej okręt był stroną atakującą.

O   świcie   Siemienow   wysłał   w   teren   kilku   zwiadowców.   Mieli   oni   dokładnie   ustalić   położenie   sił 

nieprzyjaciela, oznaczyć dozory artyleryjskie, zebrać informacje o liczbie i rodzajach sprzętu technicznego. 
Jeśli już atakować silniejszego, to tylko z zaskoczenia, szybko i możliwie najboleśniej.

Monitor stał ukryty tak, że z lądu trudno byłoby go dostrzec. Wachtowi, którzy przycupnęli na brzegu w 

gęstych krzewach, bacznie lustrowali przedpole.

Gdy zapadł zmierzch, zaczęli wracać zwiadowcy.
— Przygotowują się do natarcia — zameldował jeden z nich. — Rozmieścili artylerię i stanowiska 

strzeleckie.

Zwiadowcy nanieśli   na  mapę   dokładne   pozycje  zaobserwowanych  oddziałów   nieprzyjaciela.   Oficer 

artylerii obliczył odległości i ustalił dokładne kierunki na cele. Przekazał dane do poszczególnych wież.

Sprawdził  jeszcze  raz. Porozumiał  się  ze  swoimi podoficerami, a później  zarządził zbiórkę  obsady 

działu artyleryjskiego.

—   To   ma   być   takie   tempo,   jak   byście   mieli   po   cztery   pary   rąk   —   powiedział.   —   Niemcy   nie 

spodziewają się naszych pigułek. Siedzą na stanowiskach, czekając na sygnał do porannego ataku. Walić 
będziemy przede wszystkim w park samochodowy i baterie artyleryjskie. Są pytania?

Monitor odcumował i wyszedł na szersze wody.
—  Melduję   gotowość  okrętu   do walki  —  rzekł  zastępca  dowódcy  do Siemienowa.  —  Stanowiska 

obsadzone.

Oficerowie popatrzyli sobie w oczy. Obaj dobrze wiedzieli, że ostrzał artyleryjski to jedna, a wydostanie 

się z tego kotła, który powstanie po kilku minutach, to druga, o wiele trudniejsza sprawa.

— Otworzyć ogień —— rozkazał Siemienow oficerowi artylerii. — Jak na ćwiczeniach. Spokojnie! — 

dorzucił.

Jeszcze tylko przez chwilę panowała pełna napięcia cisza. Okręt posuwał się z minimalną prędkością, 

utrzymując   stały  kurs,   niezbędny  do   prawidłowego   wykonania   zadania.   Słychać   było   nieomal   oddechy 
marynarzy.

I nagle wystrzały rozdarły wieczorną ciszę. Lufy pluły ogniem, wyrzucając śmiercionośne pociski.
Dowódca jeszcze czekał na pozycji. Trzydzieści sekund... czterdzieści... minuta... minuta piętnaście... 

Przez ten czas nieprzyjaciel mógł już otrząsnąć się z zaskoczenia.

Siemienow przekazał wreszcie sygnał do maszyny:
— Cała naprzód!
Kadłub drgnął i szybciej ruszył z prądem rzeki.

background image

— Przerwać ogień — zabrzmiał następny rozkaz dowódcy. — Przygotować się do strzelania na wprost!
Za nimi, w odległości kilkudziesięciu metrów, rozrywały się pociski. Gejzery wody poszybowały nad 

rzekę, by spaść dalej niby niespodziewany deszcz.

Monitor „Bobrujsk” odpłynął w ciemność, ginąc wrogowi z oczu. Mogłoby się wydawać, że nigdy go tu 

nie było, gdyby nie znaczne straty, jakie jego artyleria zadała Niemcom. Okręt zniszczył tej nocy około 
pięćdziesięciu   ciężarówek   z   ładunkami   wojskowymi,   zabijając   i   raniąc   nie   mniej   niż   dwustu   żołnierzy 
wroga. Była to znakomita pomoc dla działającej na lądzie radzieckiej 75 dywizji, z którą współdziałali 
marynarze.

Flotylla podzielona została na trzy oddziały: prypecki, berezyński i dnieprzański. Na te właśnie rzeki 

udały się wyznaczone rozkazem bojowym jednostki, aby wspomagać w walce i osłaniać przeprawy wojsk 
radzieckich.

Na Dnieprze znalazły się monitory: „Lewaczew”, „Żemczużin” i „Rostowcew”, kanonierki: „Wiernyj”, 

„Pieriedowoj”, „Smoleńsk” i „Dymitrow”, dozorowiec „Woroszyłow” oraz kilka kutrów opancerzonych.

Od lipca na zachodnim przedpolu Kijowa i na wschód od miasta toczyły się już ciężkie walki obronne.
Trzy   okręty   oddziału   dnieprzańskiego   —   monitor   „Żemczużin”   oraz   kanonierki   „Wiernyj”   i 

„Pieriedowoj”, skierowano w rejon Krzemieńczuka z zadaniem obrony przepraw radzieckich przez rzekę.

Okręty szły wzdłuż brzegu, wyciskając z maszyn jak największe obroty. Cenna była każda sekunda. 

Jednostki mijały okoliczne wsie, rozłożone niedaleko wielkiej wody. Zbliżały się właśnie do Tarasowki, 
oświetlonej jasnym porannym słońcem.

Stanowiska na pokładach były obsadzone — w każdej chwili mógł pojawić się wróg, który w wielu 

miejscach dochodził już do Dniepru.

Nagle zabrzmiała kanonada. Wokół jednostek uniosły się wysokie gejzery wody. Niemcy strzelali z 

baterii brzegowych i dział czołgowych. Jakby czekali specjalnie na taką okazję...

Okręty poczęły kluczyć. Utrudniały w ten sposób artylerii wroga wstrzelanie się. Przemówiły także 

działa monitora, ale niedługo potem „Żemczużin” zadrżał od eksplozji. Lewy silnik został uszkodzony, a 
obsługa raniona. Okręt jednak strzelał dalej: wyrzucił z siebie kilka potężnych salw, kiedy następne trafienie 
zatrzymało drugi motor. Z maszynowni dochodziły krzyki rannych.

Teraz wszystko zależało od sternika. Szło o to, by posuwać się z prądem rzeki i nie dać się znieść na 

mieliznę. Gdyby okręt utknął na łasze, stałby się nieruchomym, łatwym celem. W tym samym czasie na 
kanonierce „Pieriedowoj” pocisk uszkodził przewód parowy. Mechanicy uszczelniali przebicie.

Bez   szwanku   wyszedł   „Wiernyj”.   Jego   dowódca,   starszy   lejtnant   Tieriechin,   manewrował   po 

mistrzowsku, prowadząc ogień do zauważonych celów. Pragnął w ten sposób osłaniać zdany na prąd rzeki 
monitor.

Tieriechin podał komendę:
— Ster lewo na burt!
Okręt wykonał zwrot i ruszył w stronę „Żemczużina”, który wciąż jeszcze strzelał, choć sam stawał się 

łupem coraz łatwiejszym...

— Przygotować hol! — krzyknął Tieriechin w stronę rufy.
Lina zbuchtowana była na pokładzie. Błyskawicznie zamocowano ją do polerów rufowych.
Dowódca monitora spostrzegł ten manewr i wysłał na dziób dwóch marynarzy.
„Wiernyj” szedł od rufy „Żemczużina”, odcinając szerokie odkosy. Gdy zrównał się z nim, zwolnił, a 

rzutka ciśnięta z całej siły pomknęła łukiem na dziób uszkodzonego okrętu. Mocowanie trwało sekundy i po 
chwili   obydwie   jednostki,   złączone   liną,   ruszyły   w   dół   rzeki,   oddalając   się   od   zagrożonego   rejonu. 
Nieprzyjacielskie pociski padały coraz rzadziej, bowiem zarośla i zakole utrudniały celowanie.

Po kilkudziesięciu minutach trzy okręty mogły bezpiecznie zatrzymać się przy brzegu.
Dowódca zespołu, a jednocześnie kanonierki „Pieriedowoj”, kapitan lejtnant (kapitan) Pawłow, wysłał 

do bazy meldunek o potyczce z niemieckimi oddziałami, a następnie zarządził odprawę na pokładzie.

— Do Krzemieńczuka musimy się dostać — powiedział. — To nieodwołalna decyzja. „Żemczużin” jest 

w stanie minimalną prędkością posuwać się po wodzie, ja go będę ubezpieczał. „Wiernyj” natomiast uda się 
przodem.  Gdyby  ktoś   z   nas   napotkał   przeważające   siły  nieprzyjaciela,   polecam   walczyć   do   ostatniego 
pocisku, a jeżeli będzie to konieczne, okręty zatopić. Nie mogą się one dostać w ręce wroga...

Tieriechin polecił uruchomić silniki. Kanonierka ruszyła w dalszy rejs.
Dowódca wciąż stał na pomoście, obserwując brzegi. Niekiedy przykładał lornetkę do oczu.
— Bateria! — krzyknął nagle sygnalista, wskazując ramieniem na prawą burtę. Niemal w tym samym 

momencie Tieriechin zauważył kolumnę zmechanizowaną przeciwnika.

background image

— Uwaga! — zdążył jeszcze krzyknąć do artylerzystów, nim rozpoczął się ostrzał. Sternik natychmiast 

począł kluczyć, starając się jak najrzadziej pokazywać wrogowi pełną burtę, kiedy to płaszczyzna trafienia 
jest największa.

Miał szczęście „Wiernyj” — przez cztery godziny przedzierał się przez wrzącą u jego burt wodę, nie 

ponosząc   strat.   Oszczędzano   amunicję,   której   na   okręcie   było   coraz   mniej,   i   nie   tylko   na   okręcie. 
Wyczerpywały się zapasy...

Kolejny   pocisk   zerwał   banderę   wojenną,   która   spadła   do   wody.   Natychmiast   ją   wyciągnięto   i 

zawieszono z powrotem: przed wrogiem nie opuszcza się sztandarów.

Podczas   walk   kanonierka   uszkodziła   około   piętnastu   czołgów   i   pojazdów   niemieckich,   dochodząc 

wieczorem do miejscowości Czerkasy.

Marynarzom potrzebny był odpoczynek. Śmiertelnie zmęczeni poukładali się do snu, aby następnego 

dnia rano, wraz z monitorem „Lewaczew”, wspomagać wojska radzieckie, przeprawiające się przez rzekę.

ROZKAZ — ZATRZYMAĆ WROGA!

Berezyński oddział okrętów rzecznych...
Było już dobrze po północy, kiedy dowódca monitora „Smoleńsk” starszy lejtnant Piecuch otrzymał 

pilne   wezwanie   do   dowódcy   oddziału   kapitana   3   rangi   (komandora   podporucznika)   Bastoma,   którego 
stanowisko znajdowało się w niewielkim domku z zaciemnionymi oknami.

Kiedy Piecuch otworzył drzwi, z wnętrza pomieszczenia buchnęła woń palonego tytoniu. Bastom stał 

pochylony nad stołem i ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w wielobarwną wielką mapę. Dwaj inni 
oficerowie siedzieli obok, pijąc mocną herbatę z blaszanych kubków.

—   Jesteś,   poruczniku.   —   Bastom   uprzedził   meldunek   wchodzącego.   Spojrzał   uważnie   na   jego 

zmęczoną twarz o podkrążonych oczach.

Piecuch cieszył się uznaniem swoich przełożonych: był odważny i precyzyjny w działaniu, zaś fakt, iż 

wywodził się z szeregów Floty Bałtyckiej, pozwolił mu zaskarbić sobie zaufanie podwładnych.

— Tu są Parycze. — Bastom uderzył palcem w odpowiedni punkt na mapie. — Tutaj zaś Niemcy 

przerzucają   przez   Berezynę   swoje   siły.   Ustawili   most   pontonowy.   Nie   trzeba   ci   chyba   tłumaczyć 
szczegółów: obrona przeciwlotnicza, obsadzenie brzegów i tak dalej. Działają bezkarnie, bandyci, ściągają 
dwie dywizje. Trzeba im przerwać tę zabawę...

Piecuch nie odzywał się czekając, aż padną rozkazy skierowane do niego.
— Weźmiesz swój okręt i trzy kutry. Jeszcze dziś, o zmierzchu, przedostaniesz się na tyły wroga. O, 

tu... Jasne?

Dowódca „Smoleńska” kiwnął głową.
— Tak jest — powiedział.
—   Doskonale.   Cele   są   nie   do   pogardzenia:   pojazdy,   ludzie,   uzbrojenie.   I,   przede   wszystkim,   ten 

cholerny most. Walisz, ile masz amunicji, a potem umykasz. Z bazy w Zdudyczach zabierzesz partyzantów. 
Oni doskonale znają brzeg. Masz pytania?

— Zadanie jasne — odparł lejtnant. — Rozumiem, że partyzantów bierzemy przed akcją.
—   Naturalnie.   Przypominam   jeszcze   —   dorzucił   Bastom   —   że   nie   wolno   okrętów   oddać   w   ręce 

nieprzyjaciela.   Podczas   takiej   akcji   bojowej   wiele   może   się   zdarzyć.   Zbierz   ludzi   i   razem   ze   swoim 
komisarzem pogadaj z nimi. Będzie wam gorąco...

Cały dzień załogi wyznaczonych jednostek przeglądały sprzęt i uzupełniały amunicję. Ze stanowisk 

jednak nikt nie schodził — w każdej chwili można się było spodziewać ataku nieprzyjacielskich samolotów, 
jak to już zdarzało się wielokrotnie.

Kiedy zmierzch począł wkradać się między drzewa, okręty stały w gotowości. Na sygnał Piecucha 

zespół ruszył na rzekę. Monitor sunął w środku szyku, mając przed sobą dwa, za rufą zaś jeden kuter.

W całkowitych ciemnościach droga byłaby o wiele bezpieczniejsza. Teraz jednak Niemcy oświetlali 

teren, strzelając w niebo rakiety, które wolno, jakby niepewnie, opadały ku ziemi i opromieniały ją drgającą, 
bladą  łuną.  Popełnili  jednak  błąd:  nie  wystawili  posterunków  na  brzegu  rzeki.  Czyżby czuli  się  aż  tak 
bezpieczni?

Okręty dotarły do rejonu, gdzie rzeka tworzyła niewielkie zakole. Zatrzymały się w pobliżu brzegu, 

wysadzając   wcześniej   zabranych,   wyposażonych   w   radiostację   partyzantów.   Na   ląd   zeszli   również 
marynarze, których zadaniem miało być korygowanie ognia artyleryjskiego.

Punktualnie o dwudziestej trzeciej monitor gotów był do działań. Dowódca czekał na ostatnie meldunki 

wysłanych na brzeg marynarzy. Trzeba było nanieść na mapę dokładne pozycje najbardziej kuszących celów. 

background image

Artyleria 122- i 45-milimetrowa otrzymała wreszcie ścisłe dane do strzelania: kierunki, odległości...

Okręty  dzieliło   od  wroga   około   sześciu   kilometrów.   Była   to   odległość   umożliwiająca   prowadzenie 

skutecznego ognia.

Po kilku minutach monitor, spowity dymami, rozpoczął systematyczny ostrzał niemieckich stanowisk. 

Na skupiska wroga, na samochody i czołgi, spadały coraz celniejsze pociski.

Piecucha najbardziej interesował most pontonowy. Marynarz, obserwujący ten rejon, podawał poprawki 

i ogień stawał się coraz bardziej precyzyjny.

— Dwa w prawo! — krzyczał, przyciskając słuchawki do uszu. Jeszcze jedna eksplozja, i jeszcze jedna. 
Niemieckie   pojazdy  zjechały  z   mostu,   który  po   kilkunastu   minutach   zachwiał   się.   Przechyliły  się 

pływaki, runęły wiązania.

— W celu, w celu! — krzyczał marynarz na brzegu.
— Ogień ciągły! — to była komenda dla artylerii 122 milimetry.
Teraz już most rwał się na części, a uwolnione pontony ruszyły z biegiem rzeki.
Za   rufą   monitora   odezwały   się   pierwsze   eksplozje.   Niemiecka   bateria   otworzyła   chaotyczny, 

niekierowany ogień: ślepa furia też potrafi być groźna. Rychło jednak artylerzystów wroga uciszyły posłane 
w ich stronę celne pociski.

Była najwyższa już pora, aby wycofać się z tego rejonu. Marynarze wrócili na pokład. Odległość do 

bazy w Zdudyczach wynosiła cztery kilometry. Niemcy mieli jednak dość czasu, aby podciągnąć artylerię na 
brzeg rzeki. Okręty przyjęły szyk marszowy. Cztery kilometry to z pozoru niewiele, ale w tych warunkach 
tylko cudem można było przemknąć obok gotowych do otwarcia ognia stanowisk wroga i pozostać nie 
zauważonym.

Cud się nie zdarzył.
W połowie trasy brzeg plunął ogniem. Monitor został trafiony prawie natychmiast. Jeden z pierwszych 

pocisków uderzył w wieżę głównego kalibru. Odgłos eksplozji zmieszał się z krzykiem ciężko rannych 
ludzi. Na dziobie błysnął ogień, potem płomień pojawił się na rufie.

Sternik jeszcze czuł okręt. Manewrował to w prawo, to w lewo. Próbował uchylić się przed atakiem, 

umknąć z pajęczynek niemieckich celowników.

Eksplozja w siłowni...
Starszy motorzysta, z rozerwanym brzuchem, rzucony został na ścianę działową. Ktoś inny wył z bólu. 

Przygasło światło, lecz agregat ciągle działał. Z całej obsady siłowni przy życiu pozostało dwóch marynarzy. 
Teraz powinni naprawić silniki, które przestały pracować. Bez napędu „Smoleńsk” był zupełnie bezbronny.

Piecuch, ranny,  zacisnął dłonie na poręczy pomostu. Tuż za nim stali jego zastępca i komisarz. W 

pewnej chwili ujrzał błysk i silny podmuch pozbawił go przytomności. Upadł wprost w ramiona komisarza. 
Obok   osunął   się   na   pokład   martwy   lejtnant   (podporucznik)   Zawadowski.   Komisarz   przeniósł   rannego 
dowódcę na dół, ale w tym samym momencie okręt całkowicie stracił manewrowość: zablokował się ster.

Eskortujące   monitor   kutry  prowadziły  ogień   do   zlokalizowanych   na   podstawie   błysków   stanowisk 

nieprzyjaciela. Na monitorze trwała zaś gorączkowa praca. Uszkodzenia steru i siłowni dały się usunąć i 
okręt,   odzyskawszy   możliwość   manewru,   począł   oddalać   się   od   miejsca   bitwy.   Na   pokładzie   unosił 
osiemnastu zabitych.

Kutry tymczasem podchodziły do brzegu, aby zabrać partyzantów i kilku marynarzy, korygujących 

wcześniej ogień artyleryjski.

Okazało się, iż jedna z jednostek znalazła się pod silnym ostrzałem. Manewrując zygzakami, trafiona 

została   w   burtę,   następnie   w   pokład,   i   nagle   wbiła   się   w   mieliznę.   Dowódca   ocenił   sytuację   jako 
beznadziejną.

— Wszyscy na brzeg! — krzyknął.
Marynarze   skakali   do   wody   i   płynęli   na   lewy   brzeg   rzeki.   Na   pokładzie   został   dowódca   wraz   z 

komisarzem. Obydwaj prowadzili ogień z broni maszynowej, osłaniając odwrót swoich ludzi. Gdy załoga 
znalazła się już w bezpiecznym miejscu, opuścił kuter komisarz. Dowódca uczynił to jako ostatni; skacząc 
do wody, wrzucił do wnętrza okrętu wiązkę granatów...

Każdy dzień i każda noc przynosiły nowe zadania.
Jednostki Flotylli przerzucały ludzi przez rzeki, odpędzały samoloty z czarnymi krzyżami. Bohaterstwo 

i wytrwałość marynarzy nie mogły jednak zmienić dramatycznego położenia wojsk radzieckich, które wciąż 
wycofywały się na wschód, aż wreszcie zaczęły przeprawiać się na lewy brzeg Dniepru.

Ta wielka rzeka nieraz już w swych dziejach zatrzymywała ruch wojsk. Tym razem miała stać się trudną 

do przebycia zaporą dla hitlerowskiej nawały.

background image

W tej sytuacji głównym zadaniem jednostek Flotylli Pińskiej, wspierającej działania wojsk lądowych, 

stała się najpierw ochrona, a wreszcie i likwidacja niektórych mostów w celu opóźnienia działań wojsk 
niemieckich.

W pobliżu wsi Okuniewo saperzy wroga budowali most. Aby go zburzyć, skierowano w ten rejon trzy 

kanonierki.

Dwa dni trwająca bitwa, do której włączyło się również lotnictwo, doprowadziła do zniszczenia obiektu, 

zaś marsz oddziałów niemieckich został powstrzymany.

W dniu 24 sierpnia 1941 roku te same kanonierki otrzymały rozkaz zlikwidowania mostu na Desnie w 

pobliżu miasteczka Ostar, gdyż tędy wiodła droga do stolicy Ukrainy i lada dzień w tym rejonie mogły 
pojawić się wojska nieprzyjaciela.

Z Kijowa przybył stuosobowy oddział pod dowództwem majora Dobrożyńskiego, wyposażony w broń 

przeciwpancerną. Składał się z nowo wcielonych żołnierzy, którzy jednak przez dwa miesiące intensywnego 
szkolenia zdołali osiągnąć dość znaczną wartość bojową. Dobrożyński miał już za sobą wiele lat służby 
wojskowej. Mundur włożył w 1919 roku, brał udział w obronie władzy radzieckiej przed kontrrewolucją i 
obcą   interwencją.   Teraz   jego   oddział   miał   powstrzymywać   wroga   przez   dwa  dni,   zanim  nie   nadciągną 
posiłki: jednostki pływające Flotylli Pińskiej i artyleria, którą postanowiono przerzucić z Kijowa.

W odległości czterech kilometrów od mostu, po obu jego stronach na lewym brzegu rzeki, ustawił 

major działa przeciwczołgowe i moździerze. Po przeprowadzeniu rozpoznania żołnierze przygotowali się do 
walki. Ustępował już nocny mrok, kiedy w oddali dały się słyszeć silniki. Ludzie Dobrożyńskiego, którzy 
spali czujnie  jak zające, natychmiast zajęli wyznaczone wcześniej  stanowiska. Oczy mieli zwrócone na 
drogę, biegnącą po drugiej stronie rzeki. Prowadziła ona z gęstego lasu wprost na most.

Najpierw   zza   drzew   wyjechał   motocykl   z   przyczepą   i   karabinem   maszynowym.   Za   nim   sunęły 

następne. Niemieccy zwiadowcy nie spieszyli się. Pierwszy pojazd przyhamował przed mostem, zwolniły i 
inne.

W   tym   momencie   Dobrożyński   dał   sygnał   do   otwarcia   ognia.   Najpierw   zagrzechotały   karabiny 

maszynowe. Motocykliści zdążyli oddać jedną tylko serię, skierowaną w powietrze, długą i przeciągłą. Może 
naciskał na spust raniony żołnierz lub zacisnął się palec martwego...

To były jednak tylko „płotki”. Dobrożyński wiedział, że wkrótce nadciągną siły główne nieprzyjaciela.
— Przejdź się po stanowiskach i pochwal naszych żółtodziobów — polecił komisarzowi. — Niech będą 

dumni z pierwszego zwycięstwa. Było ono co prawda niewielkie, lecz dla nich...

Cisza przed burzą trwała kilkanaście minut. W pewnej chwili czyjeś ucho wyłowiło dalekie granie 

silników.

— Tak, to czołgi — potwierdził Dobrożyński.
Pojazdy pełzły z niewielką prędkością. Pierwszy przyhamował na moment na skraju lasu, ale już po 

sekundzie ruszył dalej, prowadząc za sobą dalsze czołgi i transportery z piechotą.

Niemcy   dostrzegli,   że   szpica   na   motocyklach   została   rozbita.   Już   wiedzieli,   że   nie   uda   im   się 

przekroczyć mostu bez strat.

Odezwały się radzieckie armaty przeciwpancerne i moździerze. Wróg, zostawiając zniszczone wozy i 

zabitych, wycofał się do lasu.

Tego dnia oddział odeprzeć musiał cztery silne ataki niemieckie. Wrogowi jednak „ani jedną nogą” nie 

udało się przekroczyć mostu. Tam gdzie przedtem było pusto, teraz leżeli zabici, stały płonące lub wypalone 
już pojazdy.

Ale i wśród żołnierzy majora wielu poniosło śmierć. Wieczorem, kiedy Niemcy przerwali działania, 

odbył się krótki żołnierski pogrzeb.

Zapadła noc. Oddział znowu zajął stanowiska bojowe.
— Szafrańskiego do mnie! — polecił major.
Stawił się krępy zwiadowca.
— Zabierzesz pięciu ludzi. Pójdziesz na tamtą stronę i spróbujesz ocenić siły Niemców. Wracaj jak 

najprędzej... — uścisnął dłoń podoficera. — I zdrowy — dorzucił z uśmiechem.

Żołnierze szybko przedostali się w głąb nieprzyjacielskiego ugrupowania, ale zostali zauważeni przez 

warty. Szeregowy Siemaszko otrzymał polecenie osłaniania odwrotu. Skoczył w zarośla i gdy zauważył w 
ciemnościach sylwetki zbliżających się niemieckich żołnierzy — nacisnął spust. Był sam, tamtych wielu. 
Prowadził ogień, póki nie zabrakło mu amunicji. Był okrążony. Przygotował więc wiązkę granatów i czekał. 
Gdy spostrzegł nad sobą kilku ludzi w głębokich hełmach, spowodował eksplozję. Huk targnął powietrzem...

Pozostali jednak, choć ranni, dotarli do oddziału, przynosząc informacje o tym, że wróg ściąga nowe 

siły.

Znów nastał świt.

background image

Na drodze do mostu ukazała się duża grupa czołgów. Tym razem Niemcy byli zdecydowani przedostać 

się za każdą cenę. Jeden wóz stanął w płomieniach, po nim drugi. Inne jednak parły naprzód. Wreszcie na 
most rzuciła się piechota, osłaniana ogniem artylerii.

Dobrożyński wyjął pistolet.
— Przygotować się do ataku! Za mną! — krzyknął przeciągle i rzucił się do przodu.
Z dziesiątków gardeł wydarł się potężny ryk. Żołnierze, pochyleni, runęli na wroga. Biegli nie zważając 

na ogień, nie zalegali, by ochronić się przed pociskami.

Niemcy wycofali się w kierunku lasu.
Oddział znów pochował swoich zabitych...
Dopiero następnego dnia żołnierze ujrzeli sunące środkiem rzeki jednostki Flotylli Pińskiej. Niedługo 

potem przybyła piechota, która wzmocniła ten odcinek.

W OBRONIE KIJOWA

Był to chyba najtrudniejszy okres walk okrętów Flotylli. Niemcy zacieśniali już obręcz wokół Kijowa, 

przygotowującego się do rozpaczliwej obrony. Front przesunął się w kierunku wschodnim.

Okręty Flotylli walczyły nadal. Kutry opancerzone, wchodzące w skład dywizjonu kapitana-lejtnanta 

Łysienki — wraz z monitorami i kanonierkami — do ostatnich dni sierpnia stacjonowały na Dnieprze na 
północ od mostu Pieczyńskiego, skąd miały jeszcze możliwość operatywnego działania.

Kiedy   wojska   lądowe   wyparte   zostały   na   wschód,   kutry   otrzymały   rozkaz   natychmiastowego 

przebazowania do Kijowa.

Marynarze nie tracili nadziei, że sytuacja zmieni się na lepsze. Zdawali sobie jednak sprawę, choć myśli 

o ostatecznym dramacie nie dopuszczali do siebie, że ich możliwości stają się coraz bardziej ograniczone. 
Wszak okręty chodzić mogą tylko niteczkami rzek i okami jezior. Co się stanie, gdy tych wodnych dróg 
zabraknie?   Gdy   zostaną   odcięte,   zablokowane?   To   pytanie   wracało   coraz   częściej,   marynarze   jednak 
wiedzieli, że...

Nie uprzedzajmy jednak wypadków.
Kiedy dowódca dywizjonu kutrów opancerzonych polecił natychmiastowe odcumowanie, jednostki bez 

zwłoki weszły w nurt rzeki i pełną mocą ruszyły naprzód. Miały za wszelką cenę przedrzeć się do Kijowa. 
Zadanie   było   niebezpieczne,   gdyż   rozpoznanie   stwierdziło   po   obydwu   stronach   Dniepru   obecność 
niemieckich   baterii.   Jednak   mimo   to,   minąwszy   zniszczony   most,   okręty   bez   przeszkód   wyszły   z 
zagrożonego rejonu.

Była noc. Gdzieś w oddali buchały w niebo pożary, kładąc się drgającymi łunami na chmurach.
Nagle z kabiny radiowej czołowego kutra wychylił się marynarz i krzyknął:
— „Lewaczew” w piasku!
Jeżeli monitor wzywa pomocy, pomyślał dowódca, to widać wbił się na dobre...
— Sternik, kontrkurs w lewo! — polecił krótko.
Kuter, a za nim dalsze jednostki, zawrócił. Znów zbliżał się do rejonu, zajętego przez wroga. A przed 

chwilą był już poza zasięgiem jego dział... Gdy jednak bratni okręt znajduje się w opałach, trzeba go ratować 
bez względu na wszystko.

Marynarze w napięciu wpatrują się w mrok nocy. Jest! Jest „Lewaczew”, tkwiący na łasze. Działa 

wycelowane w brzegi, gotowe do obrony. Siłownia jednak milczy.

Kuter zwolnił, zbliżając się do dziobu rzecznego pancernika. Zmniejszył obroty.
— Wywieźcie kotwicę na głębszą wodę — krzyknął dowódca „Lewaczewa”. — Spróbuję wybrać się 

sam!

Marynarze odebrali kotwicę z monitora, położyli ją na rufie kutra i — słysząc luzowanie — przewieźli 

kilkadziesiąt metrów dalej. Tam rzucili ją w wodę.

Gdy zagrzechotał kabestan „Lewaczewa”, okręt ruszył, trąc płaskim dnem o piach. Metr po metrze 

zbliżał się do kotwicy wczepionej łapami w dno.

Kutry zawróciły na poprzedni kurs do Kijowa. Jeszcze raz minęły szczątki mostu i weszły w strefę 

najbardziej niebezpieczną.

—   Pełna     gotowość!   —   przypomniał,   zupełnie   zresztą   niepotrzebnie,   dowódca   czołowego   kutra, 

miczman Bobkow.

Już dochodzili do zakola rzeki. Wystarczyło minąć ukryty w mroku zakręt, aby znaleźć się poza strefą 

bezpośredniego ognia.

Oby dotrzeć tam jak najszybciej. Jeszcze kawałek. Kilkaset metrów...

background image

Huk rozdarł powietrze. Na szczęście pocisk eksplodował po drugiej stronie rzeki.
Obserwatorzy   wytężali   wzrok.   Błysnęło   po   raz   drugi.   Teraz   marynarze   zlokalizowali   stanowiska 

nieprzyjaciela.

— Otworzyć ogień!
Zagrzechotała broń maszynowa, jednak po chwili następny pocisk niemieckiej baterii trafił w lewą burtę 

poniżej linii wodnej. Okręt zadrżał, wypełnił się echem wybuchu, a strumienie wody poczęły wdzierać się do 
maszynowni.

— Do brzegu! — polecił dowódca dywizjonu, który znajdował się na kutrze Bobkowa. — Siadaj na 

mieliznę. Tam!

— Ster w lewo! — rozkazał miczman.
Kuter nabierał wody.
— Na pokładzie zostaje obsada armat, reszta na dół! Wybierać wodę! — padł kolejny rozkaz.
Skryli się w mroku, przerwali ogień, aby nie zdradzać swego położenia. Jak ranny zwierz zapadła 

jednostka w cieniu bujnych drzew, rosnących wzdłuż rzeki.

Niemcy przerwali ostrzał; inne kutry szczęśliwie umknęły spod ognia.
Na   pokładzie   zostali   tylko   artylerzyści,   wewnątrz   okrętu   zaś   pracowali   wszyscy,   nie   wyłączając 

Bobkowa i Łysienki.

Wreszcie uszczelnili przebicie. Odeszli cicho z prądem jak kłoda drzewa, jak skryty pod powierzchnią 

wody aligator. Dopiero dalej uruchomili silniki.

W Kijowie, po trzech dniach remontu, kuter — wraz z innymi jednostkami, nadającymi się jeszcze do 

walki — mógł rzucić cumy.

Niemcy   próbowali   okrążyć   miasto.   Dowódca   Frontu   Południowo-Zachodniego   generał   Michaił 

Kirponos z wielką precyzją manewrował swoimi siłami, aby nie znaleźć się wewnątrz pierścienia wroga i jak 
najdłużej bronić miasta.

Kutry otrzymały nowe zadanie.
Rubież nad Desną utrzymuje 75 dywizja. Walczy ofiarnie, lecz coraz bardziej spychana jest ku rzece i 

grozi jej zagłada.

Na wczesne godziny poranne Niemcy planują zmasowany atak bombowców.
W dywizji amunicja na wyczerpaniu. Odcięte drogi zaopatrzenia w żywność. Zabitych pochowano, lecz 

wielu jest rannych wymagających natychmiastowej fachowej pomocy. Dywizyjna służba medyczna nie daje 
już rady; lekarstwa i środki opatrunkowe są tylko wspomnieniem.

Na głowy żołnierzy leją się strumienie ognia i stali.
Jedyny ratunek — to drugi brzeg rzeki. Jedyna nadzieja — w jednostkach pływających. Wpław Desny 

pokonać się nie da.

Dwa kutry, monitor „Smoleńsk” i dwa okręty patrolowe przemykają ku stanowiskom dywizji. Czas 

nagli. Skrycie przechodzą w poprzek linii frontu. Szum okrętowych silników jest niczym w porównaniu z 
hukiem dział, ginie więc w bitewnej wrzawie.

Wreszcie jednostki dochodzą do pozycji, na których rozpaczliwie broni się piechota.
Ewakuacja trwa do świtu. Okręty starają się przewieźć  na drugi brzeg możliwie  największą  liczbę 

żołnierzy: ilu wejdzie na pokład, tylu płynie. Szpilki nie ma gdzie wetknąć. Kadłuby zanurzone po pokłady. 
Do ruf przyczepiono na holach armaty. Czego nie da się już przetransportować, zostaje na tamtym brzegu, w 
opuszczonych   okopach,   ziemiankach   i   transzejach.   Byle   gratować   ludzi   i   podstawowy   sprzęt   bojowy. 
Wszystko to dzieje się pod ogniem nieprzyjaciela, który wykrył przeprawę.

O świcie, gdy dywizja zapadła już w lesie, zaś okręty zdążyły odejść z zagrożonego rejonu, rozlega się 

ryk samolotowych silników. Niemcy pedantycznie okładają bombami i ogniem kaemów pozycje zajmowane 
jeszcze wczoraj wieczorem przez żołnierzy 75 dywizji. Tym razem cios wroga wymierzony jest w próżnię...

Dywizjon kieruje się w stronę Kijowa. Droga do miasta jednak jest już odcięta. Okręty wchodzą w 

jedną z niewielkich odnóg rzeki i czają się w zaroślach, kryjąc pokłady przed oczyma nieprzyjacielskich 
lotników.

Kapitan-lejtnant Łysienko zbiera załogi na lądzie. Staje przed szykiem i mówi:
— Marynarze! Rzeka zablokowana przez wroga. Mamy rozkaz... — zawiesza głos na chwilę. — Mamy 

rozkaz zatopić okręty, i to na tyle skutecznie, aby Niemcy nie mogli już z nich skorzystać.

Zapada milczenie.
Zatopić?   Okręty   są   jeszcze   sprawne,   posiadają   zdolności   manewrowe   i   uzbrojenie.   Jest   jeszcze 

amunicja, którą można razić wroga. Jednostki są w stanie walczyć nadal, wykonywać zadania, do których 

background image

zostały powołane i przystosowane. Czy niczego już nie da się zrobić?

— Prawie trzy miesiące broniliście naszej ziemi jak prawdziwi marynarze. Wielu z nas odeszło na 

wieczną  wacłitę.  Byliście  mężni w walce,  bądźcie  dzielni  i w tej tragicznej  dla  nas  chwili.  — W  tym 
niezwykłym momencie Łysienko nie potrafi i nie chce uniknąć górnolotnych sformułowań. — Rozkazuję — 
milknie   na   moment,   jakby   się   wahał   —   rozkazuję   przygotować   okręty   do   zniszczenia   materiałami 
wybuchowymi. Na rejach podnieść sygnał: „Ginę, lecz nie poddaję się”. Ten sam sygnał powtórzyć przez 
radio na częstotliwości dowództwa. Następnie uroczyście opuścić bandery. To wszystko. Wykonywać!

Bobkow   po   raz   ostatni   obchodzi   swoją   jednostkę.   Niewielka   jest,   lecz   własna.   Przypomina   sobie 

dramatyczne walki, stara się zapamiętać każdy szczegół. A pod nim, w brzuchu okrętu, marynarze zakładają 
ładunki wybuchowe, które zniszczą jednostkę. Czy tak postępuje się z przyjacielem? Miczman przełyka 
ślinę.

Bandery  spływają  z  flagsztoków,  aby  już  nigdy  na  nie  nie  powrócić.  Marynarze   rozwiązują  węzły 

flagowe, bandery zostają zdjęte.

Stoją   wszyscy  z   gołymi   głowami.  Może   nie   jest   to   zgodne   z   regulaminem,   lecz   przecież   każdy  z 

marynarzy żegna swój dom, kogoś bliskiego, i to na zawsze...

Po chwili eksplozja targa powietrzem. Okręty powoli znikają pod wodą. Wzburzone fale jeszcze długo 

uderzają o brzeg.

*

Załogi pieszo przedarły się do Kijowa, część trasy pokonując jednym z ostatnich pociągów. 18 września 

1941   roku   wojska   radzieckie   broniące   stolicy  Ukrainy  otrzymały  rozkaz   przebicia   się   i   koncentracji   w 
rejonie Boryspola — tam gdzie dziś znajduje się cywilny port lotniczy.

W   Boryspolu   spotkali   się   marynarze   z   wielu   jednostek   pływających,   a   także   z   oddziału   majora 

Dobrożyńskiego, który poległ. Przy życiu pozostało 27 jego podwładnych.

Odnalazł się również komisarz Flotylli, Kuzniecow. Po serdecznych powitaniach zasypano go wprost 

pytaniami o obecną sytuację i dalsze plany. Kuzniecow wyjaśnił, że załogi — niewielkimi grupkami — 
przedzierać się będą przez Charków aż do Stalingradu, gdzie wyznaczono miejsce dalszej koncentracji.

Niestety, sam już tam nie dotarł: zginął pod Boryspolem.
W   Stalingradzie   marynarze   zameldowali   się   w   miejscu   zbiórki;   odszukali   się   w   wielkim   mieście. 

Opowiedzieli   sobie   wówczas   o   tym,   co   przeżyli   podczas   walk   na   lądzie   i   wodzie.   Dotarła   do   nich 
informacja, że kompletuje się załogi na okręty, budowane właśnie przez nadwołżańskie stocznie rzeczne. 
Przyjęli wiadomość z radością: byli wszak prawdziwymi „moriakami”, choć od morza tak daleko. No i 
przenieśli tych kilkaset kilometrów bandery ze swych jednostek...

Nie wszystkim jednak los sprzyjał, nie wszyscy przedarli się do Stalingradu, w którym wkrótce rozegrać 

się   miała   bitwa,   zmieniająca   losy  wojny.   Wielu   poległo,   ci   zaś,   którzy  zostali   tam,   nad   Dnieprem,   na 
okupowanej przez Niemców ziemi, przechodzili do oddziałów partyzanckich.

Część marynarzy dostała się do niemieckiej niewoli.
Pewnego dnia pierwszej wojennej zimy przez ulice opanowanego przez Niemców Kijowa prowadzono 

bosych marynarzy. Skrzypiał śnieg, ściskał mróz, lecz ci dumni ludzie maszerowali równym krokiem. W 
pewnej   chwili   jeden   z   nich   zaintonował   —   podchwyconą   zaraz   przez   innych   —   wspaniałą   pieśń   o 
bohaterskim krążowniku „Wariag”.

I nikt nie tracił nadziei, że Flotylla jeszcze odżyje. Że nadejdzie czas zemsty i zwycięstwa.

*

Dnieprzańscy marynarze, mimo że nie mieli już swoich okrętów, postanowili nadal walczyć z bronią w 

ręku.

Zanim jednak ukażemy ich dalsze dramatyczne losy, pragniemy zaprezentować fragment wspomnień 

ówczesnego ludowego komisarza Marynarki Wojennej, admirała Nikołaja Kuzniecowa *. Nie chcemy go 
streszczać, gdyż naszym zdaniem zubożyłoby to obraz przedstawionych w nim wydarzeń. Czynimy to z 
jeszcze jednego powodu. Jakiego — wyjaśnia sam admirał w pierwszych słowach cytowanego fragmentu...

„Naszym flotyllom rzecznym poświęcono w literaturze zbyt mało miejsca w stosunku do ich zasług i 

roli, jaką odegrały.

* Nikołaj Kuzniecow. Zwycięskim kursem, rozdział „Ginę, lecz nie poddaję się!”. Warszawa 1978.

background image

Sądzę, że nie obrażą się nasi historycy wojskowi i pamiętnikarze, jeśli stwierdzę, że wszyscy mamy 

wielki dług wobec marynarzy naszych rzecznych okrętów. Chciałbym więc choć w skromnej mierze spłacić 
go wobec Flotylli Pińskiej. (...)

Znaczenie   Flotylli   Pińskiej   szczególnie   wzrosło   z   chwilą,   kiedy   niebezpieczeństwo   napadu 

hitlerowskich   Niemiec   stało   się   bardzo   realne.   W   styczniu   1940   roku   rząd   powziął   decyzję   budowy  9 
nowych monitorów i 80 kutrów opancerzonych, z których większość przeznaczona była dla Flotylli Pińskiej.

Choć planu tego nie udało się w pełni zrealizować, to jednak w chwili wybuchu wojny Flotylla Pińska 

stanowiła znaczną siłę; jej monitory, kanonierki, okręty patrolowe i kutry opancerzone były uzbrojone w 
działa morskie i wielkokalibrowe karabiny maszynowe. Wszystkie jednostki pływające wchodziły w skład 
dywizjonów, zespołów i grup okrętów jednej klasy. Taka forma organizacji sprawiała, że dowodzenie flotyllą 
mogło być elastyczne i umożliwiało jej efektywne wykorzystanie.

Rankiem 22 czerwca 1941 roku, zaledwie w kilka godzin po gwałtownym ataku lotnictwa niemieckiego 

na   strażnice   graniczne   i   twierdzę   brzeską,   okręty   Flotylli   Pińskiej   szły   już   Kanałem   Dnieprzańsko-
-Bużańskim do Kobrynia, na pomoc wojskom 4 armii Frontu Zachodniego na kierunku brzeskim. Oddział 
przedni   (monitor i  cztery  kutry opancerzone)  szedł   pod flagą   szefa  sztabu   flotylli,  kapitana   2 rangi   G. 
Brachtmana.

W   Ludowym   Komisariacie   Marynarki   Wojennej   uważnie   obserwowaliśmy   rozwój   wydarzeń   w 

zachodnich rejonach nadgranicznych. Pierwsze meldunki Sztabu Głównego Marynarki Wojennej rozpoczęły 
się od zreferowania sytuacji na Bałtyku, na Dunaju i we Flotylli Pińskiej. Już 24 czerwca wiedzieliśmy, że 
opracowane   przed   wojną   plany   działania   flotylli   są   nieaktualne.   Na   północ   i   południe   od   Kanału 
Dnieprzańsko-Bużańskiego, tocząc zacięte boje, cofały się spod Brześcia oddziały 4 armii. Obawiając się 
dalszego spadku poziomu wody w kanale — Niemcom udało się jednak zbombardować śluzy — dowódca 
flotylli kontradmirał D. Rogaczew postanowił wycofać okręty na Prypeć. (...)

Łączność ze sztabem flotylli często się rwała, meldunki operacyjne o działalności okrętów napływały 

nieregularnie. Często mogliśmy tylko liczyć na samodzielne decyzje dowództwa flotylli. I trzeba stwierdzić, 
że stanęło ono na wysokości zadania. Zdarzało się, że okręty prowadziły walkę, gdy jeden brzeg był zajęty 
przez nieprzyjaciela. Niekiedy przedzierały się rzeką, gdy wróg znajdował się już po obu jej brzegach, i w tej 
złożonej sytuacji  marynarze  walczyli  mężnie,  ze  znajomością  rzeczy.  Ogniem artylerii  okręty wspierały 
wojska broniące przedmości, osłaniały własne przeprawy i niszczyły nieprzyjacielskie, wysadzały desanty. 
Marynarze odważnie podejmowali walkę, nawet jeżeli na każde działo okrętowe przypadało po kilka dział 
wroga.

W drugiej połowie lipca w rejonie Krzemieńczuk — Czerkasy, nieprzyjacielowi udało się wyjść nad 

Dniepr. Okręty flotylli starały się pomóc uporczywie broniącym się oddziałom. Moim zdaniem, jedną z 
najwspanialszych operacji bojowych tamtych dni był nocny atak na pozycje nieprzyjaciela w rejonie wsi 
Grebienie.

Zdobywszy tę miejscowość na zachodnim brzegu Dniepru, wróg ściągnął tam jednostki, przygotowując 

się do forsowania rzeki. Ciemną, bezksiężycową nocą na 3 sierpnia monitor »Lewaczew«, pływająca baza 
»Biełorussija« i dwa kutry opancerzone, pod dowództwem kapitana 1 rangi (komandora — przyp. red.) I. 
Krawca,   skrycie   zbliżyły   się   do   Grebieni.   Do   brzegu   pozostało   nie   więcej   niż   kilometr,   kiedy   okręty 
otworzyły huraganowy ogień z dział i karabinów maszynowych. W świetle łun pożarów, które wybuchły na 
brzegu, widać było miotających się po ulicach wsi zaskoczonych Niemców.

Wokół   okrętów   bez   przerwy   wytryskiwały   słupy   wody   —   to   baterie   niemieckie   otworzyły   ogień 

odwetowy. Jedno trafienie bezpośrednie, drugie... Zostaje ciężko ranny lejtnant Krotow, kierujący ogniem 
»Lewaczewa«. Jego miejsce zajmuje dowódca wieży artyleryjskiej starszyna Bułanyj, chociaż sam też jest 
ranny.

Wsparte   ogniem   artylerii   okrętów   nasze   oddziały   wyparły   nieprzyjaciela   z   Grebieniów.   »Daliśmy 

Niemcom popić wody z Dniepru!« — żartowali potem marynarze.  Ponad sześciuset zabitych i rannych 
hitlerowców, samochody z amunicją, pontony przygotowane do przeprawy — wszystko to pozostało na 
ulicach wsi jako dobitne świadectwo celowości ognia okrętowych artylerzystów.

W sierpniu stopniowo zaczęło narastać niebezpieczeństwo okrążenia naszych wojsk pod Kijowem. O 

wyjątkowym poświęceniu marynarzy w tych ciężkich dniach napisano na razie niewiele. W połowie sierpnia 
w rejonie Krzemieńczuka działał monitor »Żemczużnyj«* i kanonierki »Wiernyj« i »Pieriedowoj«. Nieraz 
znajdowały się one pod silnym ogniem nieprzyjaciela. W czasie jednej z walk »Żemczużnyj« otrzymał kilka

*   „Żemczużnyj”   (ros.:   perłowy)   lub   „Żemczużin”   (ros.   perła).   Autorzy   tomiku   skłaniają   się   ku   nazwie 

„Żemczużin”, która mogła być nazwiskiem z historii radzieckiej M.W. z okresu wojny domowej (B.A. Żemczużin).

background image

bezpośrednich trafień i stracił zdolność poruszania się. Kanonierka »Pieriedowoj« również ucierpiała od 
ognia   artylerii   i   nie   mogła   przyjść   z   pomocą   marynarzom   z   »Żemczużnego«.   Wówczas   dowódca 
»Wiernego«,   starszy   lejtnant   A.   Tieriechin,   mistrzowsko   manewrując   pod   ogniem,   wziął   na   hol 
»Żemczużnego« i wyprowadził go ze strefy ognia, mimo że jego okręt także został poważnie uszkodzony. Po 
walce tej »Wiernyj« otrzymał rozkaz przedarcia się do Czerkas. Na brzegu panowali Niemcy, a przedzierać 
się trzeba było w dzień. Przed okrętem wyrosła szczelna ściana ognia. Jednakże kanonierka manerwując i 
ostrzeliwując się przedzierała się Dnieprem dalej. Cztery godziny trwał nierówny bój. Dwukrotnie wybuchy 
pocisków zrywały banderę okrętu, jednak każdorazowo podnoszono ją znowu.

I   »Wiernyj«  przeszedł   przez   zaporę   ogniową.   Na   brzegu   pozostały  płonące   niemieckie   samochody 

pancerne i czołgi, zniszczone przez celnie strzelających artylerzystów.

W końcu sierpnia cały łuk Dniepru od Czerkas po Chersoń opanowany został przez wroga. Dowództwo 

flotylli zdawało sobie sprawę, że nie ma już nadziei na wycofanie się. Marynarze, świadomi tego, nadal 
ofiarnie pomagali wojskom lądowym, zwłaszcza przy przeprawie na lewy brzeg Dniepru, na północ od 
Kijowa. (...)

W dniach 15-19 września flotylla prowadziła ostatnie walki pod Kijowem. Cztery monitory i kilka 

kutrów do ostatniego pocisku ostrzeliwały niemieckie przeprawy. Kiedy została zużyta wszystka amunicja, 
wysadzili swoje okręty, podnosząc na nich sygnały: »Ginę, lecz nie poddaję się!« Ani jeden okręt nie wpadł 
w ręce nieprzyjaciela.

Teraz marynarze zaczęli walczyć na lądzie. Pierwszy oddział, liczący 600 ludzi, w rejonie Niżyna za 

wszelką cenę miał powstrzymać wroga, żeby zabezpieczyć odejście 37 armii. Pod koniec dnia 13 września w 
oddziale pozostało przy życiu zaledwie kilkudziesięciu marynarzy. Po wycofaniu się w kierunku Boryspola 
dołączyli oni do jednego z oddziałów Armii Radzieckiej.

W czasie wrześniowych walk pod Kijowem poległ komisarz flotylli I. Kuzniecow, 18 września został 

również   ciężko   ranny   dowódca   flotylli,   D.   Rogaczew,   o   czym   dowiedzieliśmy   się   dopiero   później. 
Początkowo   miałem   wiadomość,   że   kontradmirał   Rogaczew   znajduje   się   w   szpitalu   w   Połtawie,   a   o 
komisarzu flotylli długo nie było żadnych wieści. Dopiero później marynarze, którzy wyszli z okrążenia, 
powiedzieli, że zginął w walce podczas przebijania się.

Okazało   się   też,   że   wielu   marynarzy   Flotylli   Pińskiej,   przedzierając   się   setki   kilometrów   po 

okupowanym   przez   wroga   terytorium,   przeszło   linię   frontu   i   powróciło   do   floty.   Jedną   z   takich   grup 
przyprowadził kapitan-lejtnant S. Łysienko, dowódca dywizjonu kutrów opancerzonych. Zatopiwszy kutry i 
ukrywszy pod mundurem bandery okrętów marynarze przenieśli je przez wszystkie niebezpieczeństwa. (...)

Dziesiątki   oficerów   i   marynarzy  zostało   wtedy  przedstawionych   do  odznaczeń   państwowych.   A   w 

groźnym 1941 roku otrzymać odznaczenie nie było łatwo, dawano ich wyjątkowo mało.

5 października 1941 roku podpisałem rozkaz o rozformowaniu Flotylli Pińskiej. Czyniłem to z ciężkim 

sercem:   wiedzieliśmy,   że   wszystkie   okręty  flotylli   zginęły  w   ciężkich   walkach,   a   pozostali   przy  życiu 
marynarze walczą na lądzie”.

PRZEŁOM NAD WOŁGĄ

Stalingrad, dziś Wołgograd. Także i tutaj, przebywszy — głównie pieszo — trasę z Kijowa znaleźli się 

dnieprzańscy marynarze.  Najpierw przeszli  front pod dowództwem kapitana-lejtnanta  Łysienki  i wraz  z 
ukraińskimi partyzantami walczyli na tyłach wroga, niszcząc składy jego amunicji i wysadzając mosty. W 
jednej   z   potyczek   Łysienko   został   ciężko   ranny.   Dopiero   gdy   odzyskał   siły,   mógł   ruszyć   ze   swymi 
marynarzami w dalszą drogę.

Do Stalingradu dotarli przed rozpoczęciem wielkiej bitwy o miasto. W lipcową noc 1942 roku zbliżyli 

się, zachowując wszelkie środki ostrożności, do radzieckich, a zatem „własnych”, okopów. Ponieważ byli 
ubrani niezbyt regulaminowo i uzbrojeni w niemieckie pistolety maszynowe, zostali zatrzymani, a następnie 
pod eskortą odprowadzeni do najbliższego sztabu. Tu w trakcie szczegółowego przesłuchania, odpowiadając 
na pytania, w których dało się wyczuć nieufność i podejrzliwość, opowiadali o swych przeżyciach podczas 
ostatnich miesięcy. Ostatecznie wyjaśniła wszystko wyjęta spod kurtki i rozłożona bandera radzieckiej floty.

Na decyzję co do dalszych losów nie czekali długo. Łysienko objął dowództwo północnej grupy kutrów 

opancerzonych   Wołżańskiej   Flotylli  Wojennej.   Wraz   z   nim  również   marynarze   otrzymali   przydziały  na 
okręty. Czyż marzyli o takim rozwiązaniu? Chyba tak, bo zawsze mieli nadzieję...

Wołga, matka radzieckich rzek. Rodzi się na Wałdaju i po przebyciu 3700 km wpada deltą do Morza 

Kaspijskiego.   Jest   najpotężniejsza   spośród   swych   europejskich   sióstr,   obejmując   ogromne   dorzecze   o 
obszarze 1 380 000 km

2

. Na niej to właśnie dnieprzańscy marynarze mieli rozpocząć koleiny rozdział swej 

background image

służby pod banderą radzieckiej Marynarki Wojennej. Niejeden z nich nigdy by może Wołgi nie ujrzał, gdyby 
nie wojenna tułaczka.

„Wołżańskie” okręty były lepsze od jednostek, na których służyli przedtem. Nowe, oddawane w ręce 

marynarzy   wprost   ze   stoczni,   charakteryzowały   się   większą   szybkością   i   zwrotnością   oraz   lepszym 
opancerzeniem. Miały wielkokalibrowe karabiny maszynowe, dwa działa 76-milimetrowe, wmontowane w 
czołgowe wieże (stąd kutry doczekały się miana „rzecznych czołgów”), oraz — niektóre — automatyczne 
działa przeciwlotnicze. Kierowano je wszędzie tam, gdzie walcząca w pobliżu rzek piechota potrzebowała 
wsparcia ogniowego.

17 lipca rozpoczęła się bitwa stalingradzka: zacięte walki na obszarze międzyrzecza Wołgi i Donu, 

trwające 200 dni i nocy. Bitwa ta pod względem swego rozmachu, natężenia i skutków nie miała sobie 
równych w historii. W okresie od 19 listopada 1942 r. aż do 2 lutego roku następnego miała tu miejsce 
strategiczna operacja zaczepna, której zadaniem było okrążenie i rozbicie wojsk nieprzyjaciela. W ostatnim 
etapie,   trwającym   od   10   stycznia,   wykonano   operację   pod   kryptonimem   „Pierścień”,   polegającą   na 
ostatecznym zniszczeniu okrążonej niemieckiej 6 armii polowej.

W czasie tej gigantycznej bitwy zginęło ogółem 1,5 mln żołnierzy wroga. O rozmiarach klęski świadczą 

straty wojsk hitlerowskich, poniesione od 19 listopada do końca bitwy. Przypomnijmy niektóre z nich: 800 
tys. ludzi, 2 tys.  czołgów i dział  pancernych, 10 tys. dział i moździerzy,  3 tys. samolotów bojowych i 
transportowych, ponad 70 tys. samochodów różnych typów. Wehrmacht utracił bezpowrotnie 32 dywizje i 3 
brygady, zaś 16 dywizji poniosło ciężkie straty.

Od tej chwili strona radziecka nie wypuściła już ze swych rąk inicjatywy strategicznej.

Niemały udział w stalingradzkim zwycięstwie  miała Wołżańska Flotylla Wojenna pod dowództwem 

kontradmirała D. Rogaczewa. We  wrześniu, październiku i listopadzie  1942 r. jej okręty przewiozły na 
prawy brzeg Wołgi 65 tys. żołnierzy i 2,5 tys. ton różnych ładunków, a w drodze powrotnej ewakuowały 
ponad 30 tys. rannych i dziesiątki tysięcy ludności cywilnej. Ponadto eskortowały, osłaniając ogniem przed 
lotnictwem nieprzyjaciela, znaczną liczbę statków transportowych. Wykonały także wiele innych ważnych 
zadań.

*

W październiku 1942 r. oddziały niemieckie wdarły się do zachodniej części miasta. Hitlerowcy czuli 

coraz silniejszy opór Rosjan, i to nie tylko tu, w Stalingradzie.

Na zachodnich peryferiach miasta usytuowane były wojskowe zakłady remontowe: dokonywano w nich 

„reanimacji” czołgów, które prosto stamtąd udawały się na front. Zakłady te siłą rzeczy stały się celem 
zaciekłych ataków wroga i wymagały silnej obrony.

Okręty   Wołżańskiej   Flotylli   otrzymały   zadanie   wspierania   ogniem   wojsk   lądowych,   które   miały 

uniemożliwić   przeciwnikowi   ściągnięcie   w   ten   rejon   posiłków.   Do   dowódców   kutrów   rozkaz   dotarł   o 
północy. W trybie natychmiastowym omówiono zadanie. Przed świtem kutry skończyły przygotowania, a 
wkrótce potem piechota ruszyła do ataku. Jednostki pływające rzuciły cumy...

Kutry miały możliwość znacznego zbliżenia się do nieprzyjacielskich pozycji. Najpierw szły ostrożnie, 

kryjąc swój manewr, gdy jednak znalazły się w takiej odległości, iż mogły razić ogniem na wprost, trzy 
spośród   nich   zwiększyły   szybkość   do   maksymalnej   i   rozpoczęły   palbę   ze   wszystkich   luf,   skutecznie 
ostrzeliwując zaskoczonych takim obrotem sprawy Niemców.

W   tym   boju   wielkie   mistrzostwo   wykazali   nie   tylko   artylerzyści,   lecz   i   sternicy   poszczególnych 

jednostek. Musieli oni — z wyczuciem i znajomością rzeczy — tak współpracować z marynarzami przy 
działach, by nie utrudniać im zadania, a jednocześnie unikać nieprzyjacielskiego ognia zwrotami.

Okręty znalazły się pod bezpośrednim ostrzałem, walczyły jednak z wielkim oddaniem. Jakże przydały 

się wówczas doświadczenia, wyniesione z pierwszych miesięcy wojny! Wkrótce po bitwie na okręt flagowy 
wpłynął dostarczony kapitanowi-lejtnantowi Łysience radiogram podpisany przez dowódcę armii.

Łysienko czytał:
„Gratuluję wspaniałej postawy, która naszym żołnierzom dodała odwagi do kolejnych ataków. Dziękuję 

Wam, marynarze, za okazaną oddziałom lądowym pomoc i skuteczny ogień...”

Dowódca grupy okrętów Łysienko wraz z oficerem politycznym Siemionowem dokonali — a był to 

październik — bilansu, z którego wynikało, że na każdy kuter z ich oddziału przypadł jeden zniszczony 
niemiecki czołg i cztery gniazda karabinów maszynowych, na każde dwa kutry zaś — po jednej baterii 
wojsk nieprzyjaciela. To jednak nie zadowalało marynarzy. Rwali się do walki; wielu z nich straciło rodziny 

background image

i teraz pragnęli odwetu.

Wołga tymczasem stawała się akwenem coraz trudniejszym. Niemieckie samoloty zrzucały wiele min, a 

choć   trałowce   bez   przerwy   oczyszczały  tory  wodne,   każde   zejście   z   wyznaczonego   kursu   stawało   się 
równoznaczne ze śmiertelnym zagrożeniem. Okręty stały się również obiektem wściekłych ataków od strony 
lądu i z powietrza — tak w dzień, jak i nocą, w świetle rakiet i reflektorów. Lecz i wówczas, nie bacząc na 
sytuację, przebijały się w pobliże nieprzyjacielskich zgrupowań, by na ogień odpowiadać ogniem.

Pewnej nocy rejon przerzutu amunicji na prawy brzeg Wołgi znalazł się pod bezpośrednim ostrzałem 

nieprzyjaciela. Woda kipiała od wybuchów, a każdy okręt, który ruszyłby na środek nurtu, musiałby zostać 
natychmiast zniszczony. Jednak na pokładach kutrów znajdowała się amunicja, a na drugim brzegu rzeki 
czekali ranni, którzy musieli znaleźć się pod opieką lekarzy.

Kutry  zatem  uruchomiły  silniki.   Pod  gradem  pocisków   przedarły  się   na   drugą   stronę.   Stało   się   to 

możliwe dlatego, że Niemcy prowadzili ogień przede wszystkim według mapy.

Był to jednak dopiero początek zmagań. Przejście rzeki nie oznaczało przecież wykonania zadania. 

Rozpoczął się wyładunek ciężkich skrzyń z amunicją.

Nagle jeden z kutrów znalazł się w jasnym strumieniu reflektora. Światło zatrzymało się na okręcie, a w 

chwilę później niemiecka bateria zaczęła ostrzeliwać unieruchomioną jednostkę.

— Kryć się! — krzyknął dowódca kutra. Marynarze rozproszyli się w terenie. Okręt nie miał szans 

obrony. Na pokładzie błysnął słup ognia, który objął zieloną, wielką skrzynię z pociskami moździerzowymi. 
W każdej sekundzie mógł nastąpić wybuch, rozrywając dalsze skrzynie i cały okręt.

Niedaleko jednostki leżał mat Curkan. Widząc, co się dzieje, zerwał się, przebiegł kilkadziesiąt metrów 

i jednym skokiem wpadł na okręt.

— Już po nim! — powiedział dowódca kutra.
Curkan chwycił skrzynię i nadludzkim wysiłkiem rzucił ją za burtę. W ostatniej chwili skrył się za 

nadbudówką. Wybuch, stłumiony wodą, targnął kadłubem okrętu, lecz nie pozbawił go stateczności.

Snop reflektora przeniósł się dalej...

Wiele było zadań bojowych, które wykonywały jednostki Wołżańskiej Flotylli Wojennej. Marynarze 

walczyli nie gorzej od innych obrońców Stalingradu. Spieszyli z pomocą siłom przybrzeżnym. Atakowali 
znienacka. Niszczyli — zgodnie z wypracowaną już taktyką — rozpoznane wcześniej stanowiska lądowe 
przeciwnika, składy uzbrojenia, posterunki. I noc w noc wychodziły na Wołgę, by przewozić amunicję i 
ludzi.

Sytuacja pod Stalingradem, jak i w samym mieście, wciąż się zmieniała. Walczące po obu stronach 

pododdziały przemieszczały się z miejsca na miejsce, zatem ruchliwe okręty miały wielkie pole do popisu. 
Akwen, na którym działały — Wołga wraz ze wszystkimi odnogami, kanałami, przesmykami — dawał 
możliwość szybkiego docierania w pobliże ważnych pozycji wroga.

Liczył się każdy żołnierz, każda lufa, każdy środek transportu, zdolny przenosić uzbrojenie. Właśnie w 

stalingradzkim piekle rozgrywał się bój, który — o czym wówczas marynarze jeszcze nie mogli wiedzieć — 
miał stać się punktem zwrotnym tej wojny.

Pod   koniec   października   sytuacja   obrońców   miasta   była   dramatyczna.   Hitlerowcy,   nie   bacząc   na 

dotkliwe straty, rzucali do walki coraz bardziej zdeterminowane oddziały. Pewnego dnia postanowili przebić 
się do Wołgi w pobliżu zakładów naprawczych. Radzieccy zwiadowcy zauważyli przygotowania do ataku. 
Popłynęły odpowiednie meldunki do dowództwa, tam zaś podjęto decyzję:

„Skierować   ogień   na   jedno   ze   skrzydeł   niemieckiego   ugrupowania.   Uderzenie   wzmocnić   silnym 

desantem”.

Jego wysadzenie povyierzono grupie okrętów dowodzonych przez kapitana-lejtnanta Łysienkę.
Załadowane wojskami desantowymi kutry ruszyły w okolice Łataszenki, gdzie miał nastąpić atak. Pod 

osłoną nocy, nie zauważone, dobiły do brzegu, a dowódca pododdziałów desantowych, Szabarin, dał sygnał 
do szturmu. Piechota, wspierana huraganowym ogniem z okrętów, opanowała przyczółek, lecz atakowana z 
trzech stron przez Niemców znalazła się w trudnym położeniu. Kutry zabierały rannych, aby przewozić ich 
na lewy, „swój” brzeg.

Lejtnant Butko, dowódca jednego z okrętów, spieszył się z załadunkiem, bowiem niemiecka bateria 

poczęła ostrzeliwać jego jednostkę.

— Cumy rzuć! — krzyknął wreszcie z przyzwyczajenia, choć nie było ni polerów, ni przygotowanych 

dla okrętów nabrzeży...

Ryknęły motory, woda zakotłowała się za rufą, lecz w tym momencie dwie silne eksplozje targnęły 

okrętem. Butkę, ogłuszonego wybuchem, rzuciło na burtę, sternik puścił koło, na pokład zaś upadł zabity 

background image

strzelec Kozakow.

Dowódca   oddziału,   starszy   lejtnant   Pieryszkin,   przejął   komendę   nad   okrętem.   Dopadł   do   steru   i 

skierował dziób jednostki ku lewemu brzegowi.

Pociski   wybuchały  wzdłuż   burt.   Pieryszkin   wcisnął   ster   któremuś   z   marynarzy,   sam  zaś   zbiegł   na 

pokład i zapalił świece dymne. Dzięki temu okręt przedarł się do swoich, a ranni znaleźli się wkrótce pod 
opieką specjalistów. Żołnierze desantu walczyli przez cztery doby na przyczółku. Wielu z nich zostało tam 
już na zawsze.

W nocy z 3 na 4 listopada Łysienko — teraz już kapitan 3 rangi — wbiegł na pokład jednego z kutrów. 

Zarządził natychmiastową odprawę dowódców jednostek.

— Przechodzimy tam — rzekł krótko. „Tam” znaczyło: „na prawy brzeg”, gdzie żołnierze desantu, 

wedle oceny dowództwa, wykonali już swe zadanie. — Przewozimy wszystkich. Pomyślności...

Okręty sunęły pod silnym ostrzałem nieprzyjaciela. Łysienko stał na pomoście kutra flagowego. Tam 

też,   na   Wołdze,   kilkanaście   dni   przed   wielką   radziecką   kontrofensywą   dosięgnął   go   pocisk,   raniąc 
śmiertelnie.

Dowodzenie   okrętem  przejął   bosman  Krasawin.   Nie   na   długo   jednak.   Kolejne   trafienia   uszkodziły 

jednostkę, która — pozbawiona możliwości ruchu — poczęła dryfować z prądem, by wkrótce zatrzymać się 
na mieliźnie.

Krasawin   polecił   opuścić   pokład   i   skryć   się   za   burtą   tonącego   kutra.   Sam   zginął,   rozszarpany 

pociskiem...

Kapitan 3 rangi Łysienko zmarł w szpitalu. Za wybitne zasługi bojowe został pośmiertnie odznaczony 

Orderem Lenina.

12 listopada rozpoczął się spływ kry lodowej, która utrudniała okrętom manewry. Nie starczało im już 

nocy na kurs na tamten brzeg i powrót. Jednak jeszcze do końca listopada jednostki Wołżańskiej Flotylli 
Wojennej wykonywały zadania —  przede wszystkim transportowe. W grudniu Wołga stanęła w okowach 
lodu, kutry więc nie były już w stanie działać.

W dniu 2 lutego 1943 roku nad Wołgą zapanowała cisza; oznaczała zwycięstwo po dwustu dobach 

nieustannej, krwawej walki.

Minęła zima. Wojska radzieckie, w tym armie stalingradzkie, dawno już ruszyły na zachód, zaś okręty 

Flotylli zaczęły wykonywać dalsze zadania.

Dzień 2 maja 1943 roku był niezwykle ważny w historii Flotylli. Odbyła się uroczysta zbiórka załóg. 

Marynarze z dumą spoglądali na podnoszoną banderę wojenną gwardii. Ten wielki zaszczyt spotkał ich za 
udział w bitwie o Stalingrad.

Nie przypuszczali, że za dwa lata, w płonącym i dymiącym Berlinie...

I ZNÓW W DNIEPRZAŃSKIEJ FLOTYLLI

Okręty nadal pełniły służbę na Wołdze, była to jednak działalność o charakterze już pokojowym. Życie 

w zniszczonym, okaleczonym Stalingradzie wracało powoli do normy. Marynarze mieli tu pełne ręce roboty, 
wiedzieli jednak doskonale, że ich przeznaczeniem jest walka. Słuchali komunikatów z frontów, dowiadując 
się mnóstwa szczegółów, m.in. o bitwie na łuku kurskim czy o największej w czasie wojny spotkaniowej 
bitwie pancernej pod Prochorowką, o wyzwalaniu kolejnych obszarów kraju. Front zbliżał się do Dniepru i 
w sercach marynarzy budziła się nadzieja, że wrócą do normalnej służby.

Dla „dnieprowców”, którzy w 1941 roku zatopili swe jednostki, aby nie wpadły w ręce agresora, a 

później przeszli nad Wołgę i tu walczyli w obronie Stalingradu, niezwykle ważny był dzień 14 września 
1943 roku. Tego bowiem dnia rozkazem ludowego komisarza Marynarki Wojennej znów powołano do życia 
Dnieprzańska Flotyllę Wojenną.

W swoich wspomnieniach admirał N. Kuzniecow pisze, że nowo utworzona Flotylla otrzymała część 

okrętów   z   Wołgi,   a   reszta   nadeszła   prosto   ze   stoczni.   Przypomina   również,   że   dowódcą  Flotylli   został 
kapitan 1 rangi W. Grigoriew, który przedtem był szefem sztabu Flotylli Wołżańskiej. Na czele sztabu stanął 
kapitan   2   rangi   K.   Bałakiriew,   a   oddziału   politycznego   —   kapitan   1   rangi   W.   Siemin.   Flotylla 
podporządkowana   była   bezpośrednio   ludowemu   komisarzowi   Marynarki   Wojennej,   a   operacyjnie   — 
dowódcy 1 Frontu Białoruskiego.

Z jaką radością załadowano na platformy pociągu kadłuby kutrów! Znad brzegów Wołgi pojechały one 

na   zachód   —   tam   teraz   były   najbardziej   potrzebne.   Opuszczono   je   na   wody   Desny.   Również   koleją 
nadchodziły dalsze okręty, prosto „spod igły”, z fabryk.

12 października 1943 roku 1 Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki przeszła chrzest bojowy pod Lenino. 

background image

W tym czasie Flotylla nabierała już właściwego kształtu.

6 listopada wyzwolono Kijów — miasto, z którego marynarze dwa lata temu udali się na wojenną 

tułaczkę.

Flotylla formowała się przez całą zimę.
Oddajmy   teraz   głos   dowódcy   Dnieprzańskiej   Flotylli   Wojennej   W.   W.   Grigoriewpwi.   Obszerne 

fragmenty jego wspomnień podajemy za tygodnikiem Marynarki Wojennej „Bandera” *.

„Zakończyła się bitwa na łuku kurskim. Nasze wojska szły na zachód. Rzut oka na mapę wystarczał, 

aby uzmysłowić sobie, że front wkrótce przybliży się do Dniepru.

14   września   1943   roku   komisarz   ludowy   Marynarki   Wojennej   podpisał   rozkaz   o   sformowaniu 

pierwszego oddziału wołżańskich marynarzy w celu przerzucenia go do zlewiska Dniepru.

24 września 1943 roku zostałem dowódcą Dnieprzańskiej Flotylli Rzecznej, 9 listopada przybyłem do 

Moskwy. W tym samym dniu zostałem przyjęty przez ludowego komisarza Marynarki Wojennej Nikołaja 
Kuzniecowa. Komisarz powiedział wprost: »Walczyć trzeba będzie długo i zaciekle. Perspektywy walki 
będą szerokie. Ze zlewiska Dniepru przejdziecie w swoim czasie do zlewiska Wisły, a dalej istnieją drogi 
wodne, które być może doprowadzą was do Berlina! Sukcesy w waszych działaniach zależeć będą w dużym 
stopniu od umiejętności znalezienia wspólnego języka z wojskami lądowymi i udowodnienia, że flotylla 
może im pomóc«.

Sytuacja   pod   Kijowem   była  bardzo   napięta.   Przekonałem   się   o   tym,   kiedy   wyjechałem   tam,   aby 

przedstawić się dowódcy 1 Frontu Ukraińskiego, gen. armii Nikołajowi Watutinowi, któremu zgodnie z 
dyrektywą  Sztabu Generalnego Armii Czerwonej podporządkowana została pod względem operacyjnym 
nasza flotylla. (Takie podporządkowanie istniało prawdopodobnie wkrótce po odrodzeniu Flotylli — przyp. 
aut
.)

W niewielkim, jasno oświetlonym pokoju siedział Watutin, a obok stołu dowódcy energicznie chodził 

tam i z powrotern uderzając rękawiczkami o dłoń marszałek Żukow. Nie dał mi dokończyć regulaminowej 
prośby  o  pozwolenie   zwrócenia   się   do  dowódcy  Frontu,   tylko  spojrzał   na   mnie   posępnym   wzrokiem  i 
zapytał: »Kim jesteś?«

Dowiedziawszy  się,   kto   stoi   przed   nim,  marszałek   zaczął   zadawać   krótkie,   bez   żadnego   zbędnego 

słowa, pytania: »Jakie siły, gdzie się znajdują?« »Kiedy zakończycie koncentrację?« »Możliwości bojowe?«. 
Starałem  się   odpowiadać   jak   najkrócej   czując,   że   i   Żukow,   i   Watutin   słuchają   mnie   uważnie   i   że   ton 
rozmowy   stał   się   bardziej   przychylny.   Żukow   podszedł   do   wiszącej   na   ścianie   wielkiej   mapy   frontu 
radziecko-niemieckiego, chwilę przyjrzał się jej, pomilczał i powiedział: »Widzę, że wasza flotylla ma przed 
sobą wielkie perspektywy, przecież z Dniepru po Prypeci możecie przejść na Bug, Narew, Wisłę i dalej, a 
stamtąd przepłynąć na rzeki Niemiec. Kto wie, może nawet do samego Berlina«.

W połowie lutego flotylla liczyła już 3000 ludzi, a w maju osiągnęła stan 6000 osób.
Ruszyły   lody.   Działania   bojowe   Flotylla   Dnieprzańska   rozpoczęła   od   miejsc,   które   w   1941   roku 

opuściła po ciężkich bojach cofając się na wschód. 22 maja (1944 r. — przyp. aut.) ześrodkowała się pod 
Mozyrzem w pobliżu linii frontu.

Wkrótce 1 i 2 Fronty Białoruskie zostały połączone w jeden Front Białoruski pod dowództwem gen. 

armii Konstantego Rokossowskiego. Kiedy otrzymałem rozkaz zameldowania się u niego, byłem przejęty. 
Miałem spotkać się z dowódcą, którego imię było już sławne. Ale Rokossowski przyjął mnie tak serdecznie i 
ciepło, że natychmiast się uspokoiłem i zameldowałem o stanie flotylli i jej pierwszych walkach (od 2 
kwietnia 1 brygada flotylli podtrzymywała ogniem artyleryjskim z Prypeci skrzydła 61 armii i dokonała 
niewielkiego desantu).

Rokossowski powiedział: »Okrętów macie mało. Postaramy się wam pomóc«. Spotykałem się z nim 

wiele razy (wkrótce został marszałkiem Związku Radzieckiego). Był dowódcą niezwykle wymagającym, ale 
jednocześnie obdarzony był wielkim taktem, delikatnością w stosunku do ludzi.

Flotylla   rosła.   Przybywały   uzupełnienia,   24   czerwca   (powinno   być:   23   czerwca   —  przyp.   aut.

rozpoczęła się jedna z największych operacji w tej wojnie — »Bagration«.

Wojska 1 Frontu Białoruskiego wtargnęły w głąb obrony przeciwnika. Chcąc ocalić swoje jednostki 

przed okrążeniem Niemcy zaczęli przez Berezynę pod Paryczami przerzucać posiłki. Dowódca armii gen. 
Batow   wydał   rozkaz   zniszczenia   przeprawy.   Okręty   pod   silnymi   ogniem   przeciwnika   ruszyły   w   górę 
Berezyny,   podeszły   na   odległość   500-800   metrów   do   umocnień   i   otworzyły   ogień   uniemożliwiając 
całkowicie przeprawę. Niemcy zmuszeni  zostali  do odwrotu  w kierunku Bobrujska. Jednocześnie  część 
flotylli przerzuciła przez Berezynę 48 armię: 65 tys. żołnierzy z całym uzbrojeniem i tyłami”.

* „Bandera” nr 18 z 1987 r.

background image

Przez trzy lata wojny na Białorusi szalał okrutny terror hitlerowski. Do połowy 1944 roku zginęło z ich 

rąk ponad 2200 tys. mieszkańców tej republiki oraz jeńców. Niemieccy agresorzy częściowo lub zupełnie 
zniszczyli 209 miast i ośródków rejonowych oraz 9200 osad i wiosek. Długa jest lista strat, poniesionych 
przez naród białoruski, niezliczona liczba wstrząsających tragedii, o których pamięć żyje do dziś.

Równocześnie   tam,   na   Białorusi,   w   połowie   1944   roku,   walczyło   150   brygad   partyzanckich   i   40 

samodzielnych oddziałów, skupiając w swych szeregach ponad 143 tys. osób. Oddziały te były rozproszone 
po terenie całego kraju, nieprzerwanie — w rozmaity sposób — wiążąc znaczne siły przeciwnika.

Niemcy potężnie rozbudowali inżynieryjną obronę Białorusi. Ułatwiał im to teren — lesisty i bagienny. 

Trzeba też podkreślić, iż byli przeciwnikiem silnym, o dużym doświadczeniu bojowym. Postanowili nie 
cofać się ani o krok...

Białoruś zaś była dla Armii Radzieckiej kluczem do dalszej zwycięskiej ofensywy. Operacja białoruska 

(kryptonim „Bagration”) uznana została za jedną z najważniejszych operacji Wielkiej Wojny Narodowej, a 
najważniejszą latem tego — 1944 — roku.

22 czerwca — a więc trzy lata po wtargnięciu wojsk hitlerowskich na terytorium radzieckie — linia 

frontu liczyła 1100 km. Przebiegała od jeziora Nieszczerdo, na wschód od Witebska, Orszy, Mohylewa 
(Mogilewa) i Żłobina, wzdłuż Prypeci. Broniły się tu wojska Grupy Armii „Środek”, dowodzone przez 
feldmarszałka E. Buscha.

23 czerwca ruszyło potężne natarcie...
Wojska   niemieckie,   spychane   na   zachód,   cofały   się   w   panice.   W   ich   szeregach   zapanowała 

dezorganizacja. Wielu oficerów zrywało naramienniki i naszywki, udając prostych żołnierzy. Byli świadomi 
swoich zbrodni.

Pięć   dni   później   oburzony   rozwojem   sytuacji   Hitler   zdjął   ze   stanowiska   dowódcy   Grupy   Armii 

„Środek” „zasłużonego” feldmarszałka E. Buscha, mianując na tę funkcję feldmarszałka W. Modela.

Następnego   zaś   dnia,   29   czerwca,   generał   armii   Konstanty   Rokossowski,   dowódca   1   Frontu 

Białoruskiego, został marszałkiem Związku Radzieckiego.

Dzień po dniu wojska radzieckie, a wraz z nimi i oddziały polskie, zbliżały się do terytorium Polski. W 

szeregach Armii Czerwonej walczyli także marynarze.

Warto tu przytoczyć krótki komunikat frontowy:
„Istotnej   pomocy   udzieliła   wojskom   1   Frontu   Białoruskiego   Dnieprzańska   Flotylla   Wojenna, 

dowodzona przez kapitana 1 rangi Grigoriewa. Jej okręty szły w górę Berezyny, wspierając ogniem piechotę 
i czołgi 48 armii. Przeprawiły one z lewego brzegu rzeki na prawy 65 tys. żołnierzy, wiele broni i sprzętu 
bojowego. Flotylla dezorganizowała przeprawy wroga, z powodzeniem wysadzała desanty na jej tyły...”

Wcześniej, bo już w marcu tego roku, kiedy lód na Dnieprze zaczął tajać, okręty stojące w bazach na 

brzegu rzeki były prawie gotowe do działań bojowych. W składzie Flotylli znajdowały się 1 i 2 brygady 
okrętów   (kutry  opancerzone,   pływające   baterie,   kutry  trałowe   i   dozorowe,   półślizgowce),   wiele   innych 
jednostek   bojowycłi   i   pomocniczych,   a   prócz   tego   dwa   dywizjony   artylerii   przeciwlotniczej   oraz 
pododdziały obserwacji i łączności, obserwacji przeciwminowej, służb remontowych.

Przed przystąpieniem do walki należało wykonać jeszcze wiele prac. Zniszczone mosty barykadowały 

przejścia, zaś Niemcy, wycofując się, postawili niezliczoną liczbę min, a w nurtach rzek tkwiły zatopione w 
1941 roku okręty.  Gdy usunięto  te przeszkody.  Flotylla zaczęła przeprawiać  się bliżej frontu: wciąż na 
zachód... Pierwsza brygada weszła na Prypeć, druga na Berezynę.

Kutry  z   pierwszej   brygady  za   dnia   kryły  się,   zamaskowane,   aby  nie   zwracać   uwagi   wroga.   Nocą 

natomiast — na podstawie informacji dostarczonych przedtem przez zwiadowców — ze wszystkich dział 
ostrzeliwały pozycje wroga. Okręty nieprzerwanie współdziałały z jednostkami lądowymi 61 armii, które — 
za   pomocą   łączności   radiowej   —   pomagały   w   korygowaniu   ognia   artyleryjskiego.   Na   Prypeci   znów 
grzmiało od wystrzałów artylerii pokładowej. Po trzech latach nastał czas odwetu.

Niemcy  ponosili   w   tych   starciach   znaczne   straty.   Okręty  rozbiły  12  niemieckich  baterii,   dziesiątki 

bunkrów i gniazd karabinów maszynowych, 7 punktów dowodzenia i 6 składów amunicji. Nocą przewoziły 
oddziały zwiadowców i żołnierzy desantu, których — w razie potrzeby — wspierały ogniem swych dział.

Wieczorem 22 kwietnia 1944 roku dwie grupy desantowe, liczące 56 żołnierzy, zostały zaokrętowane na 

dwa kutry opancerzone. Zadaniem kierować miał dowódca drugiego dywizjonu gwardii, kapitan 3 rangi 
Pieskow.

O zmierzchu rzucono cumy.

background image

Dowódcy okrętów i sternicy czuli ciężar wielkiej odpowiedzialności. Mieli wszak przedrzeć się przez 

linię frontu, a najmniejszy błąd w utrzymywaniu właściwego kursu kosztować mógł bardzo drogo.

Jednostki bez przeszkód przedostały się na tyły wroga. Tam jednak, na głębokim zapleczu, zostały 

zauważone.  Z  nieprzyjacielskiego  brzegu  poszły  w  górę  rakiety,  oświetlając  rzekę.  Marynarze  pochylili 
głowy  wiedząc,   co   za   chwilę   nastąpi.   Sami   nie   mogli   otworzyć   ognia   nie   znając   celów.   Odezwała   się 
niemiecka artyleria, nad pokładami pomknęły smugi pocisków. Kiedy jednak strzelcy okrętowi zlokalizowali 
gniazda   karabinów   maszynowych   i   baterii,   zaczęli   wstrzeliwać   się   w   punkty  ogniowe.   Okręty  z   pełną 
szybkością podeszły do brzegu, wysadzając desant, i odskoczyły na bezpieczną odległość.

Marynarze z daleka słyszeli odgłosy walki na lądzie, grzmoty eksplozji, jazgot broni maszynowej.
Przed świtem żołnierze desantu na powrót zaokrętowali się w wyznaczonym miejscu, by wrócić do 

bazy.

Marynarze Flotylli Dnieprzańskiej wysadzili wiele takich desantów, zawsze wykazując się męstwem.

W   dniu   12   czerwca   wszystkie   okręty   1   brygady,   po   dwóch   miesiącach   spędzonych   na   Prypeci, 

przebazowały się na Berezynę. Tam, wykonując wiele zadań bojowych, czekały na sygnał do rozpoczęcia 
najważniejszej operacji. Były to ciężkie dni...

Oddziały   wroga   zamierzały   przeprawić   się   przez   Prypeć   i   Berezynę.   Niemcy   —   świadomi 

niebezpieczeństwa, grożącego im ze strony rzecznych okrętów — stawiali miny, niszczyli mosty, zaś ogniem 
swej artylerii starali się zatopić jednostki. Jednak radzieccy marynarze, pływający po dobrze sobie znanych 
akwenach, nie dali się zaskoczyć.

Flotylla wspierać miała wojska 1 Frontu Białoruskiego; wzdłuż Berezyny — na Bobrujsk, i wzdłuż 

Prypeci — na Pińsk i dalej, na Brześć. Rzeki, po których trzy lata temu cofała się przed wrogiem, teraz stały 
się drogami ofensywy.

Na Berezynie 1 bygada liczyła 13 kutrów opancerzonych, 10 kutrów trałowych, 12 kutrów dozorowych 

i 12 półślizgowców.

Po rozpoczęciu operacji „Bagration”  okręty posuwały się za frontem. Przed wojskami  radzieckimi, 

idącymi   wzdłuż   Berezyny,   stanęło   zadanie   oswobodzenia   Bobrujska.   Aby  im  w   tym  przeszkodzić,   pod 
Zdudyczami i Paryczami nieprzyjaciel zgromadził znaczne siły. W tej sytuacji brygada otrzymała polecenie 
wysadzenia desantu w Zdudyczach. Jej dowódca, kapitan 2 rangi Lalko, wrócił właśnie ze sztabu armii, 
gdzie uzyskał szczegółowe informacje o zbliżającej się operacji.

Starszy lejtnant Cejtlin, dowódca jednego z kutrów, zgodnie z rozkazem ruszył okrętem ku Zdudyczom, 

mając na pokładzie dwa plutony fizylierów, pluton miotaczy min, pluton broni maszynowej i wielu żołnierzy 
z dywizji piechoty. Inne okręty również „uginały” się pod ciężarem wojska.

Nie mogli podejść nie zauważeni...
Odezwały  się   nieprzyjacielskie   działa   i   karabiny  maszynowe.   Lejtnant   Cejtlin   został   ciężko   ranny, 

zdążył   jednak   przekazać   dowodzenie   lejtnantowi   Złotoustowskiemu.   Ten   bezzwłocznie   kazał   postawić 
zasłonę   dymną.  Prowadząc  huraganowy ogień  trochę   na  wyczucie,  jednostka   z  maksymalną   prędkością 
doszła do brzegu. W pierwszej chwili silnie ostrzeliwani żołnierze desantu nie mogli rozwinąć powodzenia, 
ale rychło okręty, w tym i trałowce, udzieliły im ogniowego wsparcia...

„Nie pozwolić wrogowi na przekroczenie Berezyny” — tak brzmiał rozkaz, który dotarł do kapitana 3 

rangi Pieskowa, dowódcy drugiego dywizjonu okrętów gwardii. Wyznaczył  on cztery kutry, dowodzone 
przez ludzi znanych z odwagi i brawury.

Grupa okrętów wyszła wczesnym rankiem. Miała przed sobą 20 kilometrów do miejscowości Parycze. 

Były to jednak kilometry nie tylko rejsu, ale przede wszystkim walk.

Numery taktyczne kutrów zbiegiem okoliczności były zgodne z latami Wielkiej Wojny Narodowej: 

„41” szedł pod dowództwem lejtnanta Nikołajewa, „42” — lejtnanta Żylenki, „43” — lejtnanta Jewgieniewa 
i „44” — lejtnanta Zacharowa.

Mimo nieprzyjacielskiego ognia należało za wszelką cenę dotrzeć do mostu, przez który maszerowały 

wojska niemieckie. W tym właśnie rejonie rozpętało się istne piekło. Pociski dział okrętowych wybuchały na 
moście, nie dopuszczając dalszych oddziałów wroga. Artyleria niemiecka nie pozostawała dłużna.

Kuter z numerem „41” trafiony został w maszynownię, w której wybuchł pożar. Kuter „43” wziął go na 

hol i — ostrzeliwując się ostro — obydwie jednostki próbowały wydostać się spod najgęstszego ognia. Po 
chwili jednak i „43” zadrżał od eksplozji: stanęły maszyny.

Postawiono zasłonę dymną, pozorując pożar, i kryjąc się za nią dokonano najniezbędniejszych napraw. 

background image

Okręty znów weszły do walki, niszcząc działa i czołgi na lądzie.

Na pomoc przybył kuter „14” pod dowództwem lejtnanta Koroczkina, niosąc na pokładzie wyrzutnie 

„katiusz”. Rakiety, wystrzelone ze stosunkowo niewielkich odległości, zrobiły swoje.

Okręty weszły do przystani w Paryczach.
Dzień po dniu jednostki zbliżały się do Bobrujska. 27 czerwca były w odległości 8 kilometrów od 

miasta, dwa dni później dochodziły do południowych jego części. Domy stały w płomieniach, a ku niebu 
snuły się gęste kłęby dymów.

Rozgorzał   bój   o most.  Kuter  „93”,  dowodzony  przez   lejtnanta   Kaliuszę,   idący  na   czele  jednostek, 

ściągnął na siebie cały ogień niemiecki. Wkrótce nie miał już szans prowadzenia dalszej walki. Na jego 
miejsce wszedł kuter „92” pod dowództwem lejtnanta Czernozubowa, a za nim następne okręty.

Suche   fakty nie  odzwierciedlają  wysiłku   marynarzy.  Niejeden   tam,   na  Berezynie,  zakończył  życie. 

Wielu rannych i poparzonych musieli opatrzyć lekarze.

Miasto zostało zdobyte, a 18 tysięcy niemieckich żołnierzy znalazło się w niewoli.
Flotylla  wróciła   na   Prypeć,   zaś   1   brygada   za   udział   w   tych   walkach   otrzymała   imię   „1   Brygady 

Bobrujskiej”.

Pisze admirał W. Grigoriew: *
„11 lipca flotylla, mając już w swoim składzie prawie 100 okrętów, skoncentrowała się na podejściu do 

stolicy Polesia, Pińska. Miasto znajdowało się w głębi obrony przeciwnika, 20 km poza linią frontu. Plan 
operacji zakładał niespodziewany atak okrętów na Pińsk rzekami Piną i Jasiołdą, desant z okrętów dwóch 
pułków   piechoty  415   dywizji.   Miało   to   ułatwić   natarcie   61   armii,   która   atakowała   miasto   północnym 
brzegiem Prypeci. Zamiar się powiódł. Desant w centrum miasta udało się przeprowadzić bez strat własnych. 
Walki toczyły się dwie doby przy artyleryjskim wsparciu okrętowych dział.

W Pińsku flotylla zakończyła działania bojowe w operacji »Bagration«...”

Operacja białoruska rozwijała się w dużym tempie. Nieprzerwanymi uderzeniami wojska radzieckie 

rozcinały niemieckie ugrupowania. Likwidując je i spychając na zachód, wyzwalały coraz większe połacie 
kraju.

Niemcy umocnili się w północno-wschodniej części Pińska, tam skąd mogli spodziewać się ataku strony 

od linii kolejowej i szosy. Zagrożenia od strony lasów i bagien nie brali pod uwagę, o Prypeci zaś jakby 
całkiem zapomnieli.

Rozkaz wykonania operacji desantowej otrzymała 1 brygada okrętów i dwa pułki piechoty 61 armii. W 

pierwszym rzucie desantu ruszyło 7 kutrów opancerzonych i 5 kutrów obrony przeciwlotniczej, które miały 
wysadzić żołnierzy pod osłoną kolejnych 6 kutrów opancerzonych i baterii pływającej. W następnym rzucie 
przygotowanych było 10 jednostek dozorowych. Polecono też, aby gotów był zespół kutrów trałowych, 4 
kutry z zadaniem stawiania zasłon dymnych i 6 półślizgowców do celów zwiadowczych.

Kapitan  1  rangi  Lalko  przekazał  dowódcom szczegóły  operacji   podkreślając,   że   Pińsk,  ich  dawna, 

przedwojenna baza, znajduje się jeszcze w głębi obrony przeciwnika.

—   Dlatego   też   wejdziemy   w   paszczę   Iwa   —   powiedział.   —   Główne   działania   bierze   na   siebie 

sześćdziesiąta pierwsza armia. Nasz desant wysadzony zostanie w centrum miasta. Ma być tempo i jeszcze 
raz tempo...

Okręty posuwały się nocą, odprowadzając spaliny z siłowni dyszami do wody. Wśród nich był kuter 

opancerzony z numerem taktycznym „92”, dowodzony przez lejtnanta Czernozubowa.

Jednostki bez przeszkód znalazły się w Pińsku. Wróg po prostu nie spodziewał się tak zuchwałego 

posunięcia ze strony marynarzy.

Desant na brzeg! — padły szeptem komendy na poszczególnych jednostkach.
Żołnierze   jak   najciszej   opuścili   pokłady.   Znikali   w   mroku,   kierując   się   w   stronę   wyznaczonych 

obiektów ataku.

Kutry odeszły od brzegu.
Na   określony   sygnał   desant,   oczekujący   na   pozycjach   wyjściowych,   runął   znienacka   na   miasto. 

Penetrowano kolejne domy. W jednym znaleziono uwięzionych mieszkańców, gdzie indziej 180 jeńców. 
Toczono zaciekłe walki o każdą ulicę, o każdy budynek. Następna fala piechoty szła ku miastu już w blasku 
lipcowego świtu. Teraz jednak artyleria niemiecka prowadziła nieprzerwany ogień do okrętów, starając się za

* „Bandera”, nr 18 z 1987 r.

background image

wszelką cenę nie dopuścić do lądowania następnego desantu. Żołnierze przepływali Prypeć na łodziach i 
tratwach.

Tylko dwa okręty — „92” i „43” — zdołały dojść do pińskiego brzegu.
Dowódca kutra z numerem „92” został ciężko ranny i siłą wybuchu wyrzucony za burtę. Wyłowili go 

marynarze, ratując mu życie. Dowodzenie okrętem przejął mechanik oddziału, starszy lejtnant Olchowski. 
Gdy zginął sternik, Olchowski chwycił za ster, ale zaraz wszedł rufą na minę. Eksplozja wyrwała blachę, 
rzucając   ją   wysoko   w   górę.   Żołnierze   desantu   bez   komendy   opuszczali   okręt,   włączając   się   do   walk 
ulicznych. Wpadali pod grad pocisków jak pod prysznic...

Kuter   „92”   zaczął   iść   pod   wodę   w   pobliżu   brzegu.   Nieprzyjacielski   pocisk   odciął   nogi   oficerowi 

politycznemu, Nasyrowowi, który — przetransportowany na ląd — skonał tam wkrótce potem. Pozostali 
przy życiu marynarze dotarli do brzegu, by nadal walczyć z bronią w ręku.

Radziecki desant znalazł się w trudnym położeniu: ze względu na silne przeciwdziałanie w pewnym 

momencie wychodzenie na ląd kolejnych jego fal okazało się niemożliwe.

W dniu 13 lipca żołnierze piechoty i marynarze odparli dwanaście ataków wroga. Wspierała ich coraz 

bardziej precyzyjnie znakomita artyleria okrętowa.

O świcie 14 lipca Niemcy musieli wycofać się poza miasto, porzucając uzbrojenie.
W Pińsku, mieście portowym, w ręce radzieckich żołnierzy wpadły niemieckie parostatki, motorówki, 

barki, które zajmowały się „pokojową” działalnością na rzekach Polesia. Było tego łącznie 185 jednostek.

KU WARSZAWIE

Wkrótce potem, 20 lipca 1944 roku, wojska radzieckie przerwały obronę nieprzyjaciela na zachód od 

Kowla i sforsowały razem z polskimi regularnymi związkami i oddziałami partyzanckimi Bug. Tego samego 
dnia polscy artylerzyści ze stanowisk ogniowych pod Bereźcami wspierali forsującą Bug radziecką 69 armię 
i   weszli   na   ojczystą   ziemię.  Siły  główne   1  Armii   Polskiej,   dowodzone  przez   gen.   Zygmunta   Berlinga, 
znalazły się na terenie Polski 23 lipca.

Po   29   sierpnia   wojska   1   Frontu   Białoruskiego,   działając   we  wschodniej   Polsce,   częścią   swych   sił 

uchwyciły przyczółki nad Narwią w rejonie Różana i Serocka. 14 września wyzwolono warszawską Pragę. 
Podczas walk o tę dzielnicę szczególnie wyróżniła się 47 armia, w składzie której walczyły związki Wojska 
Polskiego: 1 Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i 1 Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte.

Dnieprzańska Flotylla Wojenna była już wówczas liczącą się siłą. To prawda, że okręty rzeczne podczas 

działań bojowych poruszały się jedynie po wodach rzek i jezior. Razić jednak mogły nieprzyjaciela już z 
odległości   wielu   kilometrów,   czyniąc   to   dzięki   zwiadowcom,   korygującym   ogień   —   z   matematyczną 
dokładnością.   Okręty   wspierały   także   wojska   lądowe,   operujące   wzdłuż   rzek,   i   była   to   pomoc   której 
przecenić się nie da.

Wojska 1 Frontu Białoruskiego szły naprzód, a rozkaz, który otrzymała Flotylla, brzmiał: opuścić Pińsk.
Gdyby   poziom   wód   w   Kanale   Królewskim   (Dnieprzańsko-Bużańskim)   był   wysoki,   okryty   bez 

przeszkód   mogłyby   podążać   za   coraz   bardziej   oddalającym   się   frontem,   do   którego   wszak   zostały 
„przywiązane”.   Po   prostu   przeszłyby   od   Pińska   do   Brześcia   znaną   sprzed   trzech   lat   —   przynajmniej 
niektórym członkom załóg — trasą wodną, a stamtąd na Bug. Po nim zaś mogłyby przedrzeć się pod samą 
Warszawę.

Bo tam właśnie Flotylla była oczekiwana.
Zbyt niski jednak poziom wód w Kanale przekreślił te plany. Pozostało tylko jedno rozwiązanie: dalszą 

drogę okręty musiały przebyć na... kołach.

Ładowano więc jednostki na platformy kolejowe, te zaś, których rozmiary były zbyt wielkie, należało 

rozebrać na części, wymontowując uzbrojenie, zdejmując nadbudówki i wiele innych elementów.

Lato   1944   roku   było   upalne.   Lejący   się   z   nieba   żar   ogromnie   utrudniał   pracę.   Marynarze 

niejednokrotnie dawali przykłady bohaterstwa, brawury, odwagi w walce. Jednak załadunek okrętów okazał 
się dla nich trudnym zadaniem. Ile potu wyleli, ile przekleństw posłali pod adresem Niemców, tego opisać 
się nie da.

Pociągi   ruszyły.   Jechały  przez   Kobryń,   Brześć,   Białystok   na   zachód.   W   Treblince,   gdzie   w   latach 

okupacji   hitlerowskiej   znajdował  się   obóz  koncentracyjny  i  ośrodek   masowej  zagłady,  pociągi   zeszły z 
głównej   magistrali.   Stamtąd,   po   specjalnie   ułożonej   drodze,   okręty  transportowano   na   brzeg   Bugu.   Tu 
montowano   je   i   wodowano.  To  niezwykle   ciężkie,   jedyne   w  swoim  rodzaju   zadanie   wykonane   zostało 
dopiero we wrześniu.

Już   o  własnych  siłach   kutry  Dnieprzańskiej   Flotylli  Wojennej,   stanowiące   znowu   zwartą   formację, 

background image

gotową do wykonywania zadań bojowych, miały przejść Bugiem trasę długości bez mała stu kilometrów. 
Istniała pilna potrzeba włączenia ich do działań w rejonie Serocka, miejscowości położonej na zachodnim 
brzegu Narwi, tam gdzie łączyła się ona z Bugiem. Dzisiaj Serock leży nad Zalewem Zegrzyńskim, po 
którym latem krążą barwne jachty.

W normalnych warunkach rejs Bugiem zająłby niewiele czasu. Dla najszybszych jednostek byłyby to 

zaledwie godziny.  Jednak mosty na rzece były zniszczone; leżąc w wodzie, blokowały drogę. Należało 
oczyścić   trasę   z   niezliczonych   min,   a   również   dokonać   w   wielu   miejscach   pogłębienia   rzeki:   płycizny 
dochodziły do 30 centymetrów, podczas gdy niektóre kutry miały zanurzenie o 20 cm większe. Zdarzało się, 
że   przeciągano   je   przy   użyciu   traktorów,   pełznących   po   brzegu.   Niekiedy   przez   cały   dzień   jednostki 
posunęły się zaledwie o kilkadziesiąt metrów...

Nie   trzeba   dużej   wyobraźni,   aby   uzmysłowić   sobie,   jak   ogromny   wysiłek   konieczny   był   do 

przeprawienia całej Flotylli do Serocka.

A Serock był ważnym dla Niemców punktem. Zgromadzili tu znaczne siły, które zagrodziły oddziałom 

radzieckim drogę do Warszawy. Świadomi tego, iż obszary znajdujące się pod panowaniem „tysiącletniej 
Rzeszy” kurczą się coraz bardziej, walczyli zaciekle. Zostawiali za sobą ruiny, zgliszcza, ciała ofiar...

Wokół Serocka rosną lasy. Radzieckie oddziały lądowe musiały znowu — podobnie jak w Pińsku — 

skorzystać   z   pomocy   okrętów.   Droga   wodna   umożliwiała   szybkie   podejście   do   miasta,   prowadzenie 
skutecznego ognia artyleryjskiego czy przerzucenie desantu. Niektóre kutry wyposażone były w „katiusze”, 
doskonale Niemcom znane, i działa morskie.

W połowie października marynarze Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej rozpoczęli walkę na Bugu i przy 

ujściu Narwi. 18 października wojska radzieckie, łamiąc opór niemiecki, zaczęły posuwać się ku północnym 
rejonom miasta.   Do  chóru   artylerii  lądowej  dołączyły wybuchy z  dział   i  „katiusz”,  zamontowanych   na 
pokładach kutrów i baterii pływających.

W   dniu   20   października   4   kutry   —   w   tym   dwa   wyposażone   w   wyrzutnie   rakietowe   —   i   5 

półślizgowców niepostrzeżenie weszły do ujścia Narwi. Wykorzystując dokładne informacje zdobyte przez 
zwiadowców, ostrzelały niemieckie pozycje w mieście, a następnie wycofały się w bezpieczne miejsce. 
Przemieszczając się, oddawały po kilka salw, a potem umykały przed artylerią przeciwnika. W tym czasie 
inne jednostki wysadzały na brzeg grupy desantowe, które natychmiast przebijały się w głąb miasta.

Radziecki atak na Serock sprawił, że Niemcy opuścili miasto. Nocą było już wolne. Na budynkach 

zawisły flagi zwycięzców. Okręty wróciły na Bug, aby tam nadal wspierać działania piechoty.

Niemcy cofali się w kierunku Zegrza. Do Warszawy było coraz bliżej. Leżała po lewej burcie okrętów.
Jesienne opady poszerzyły i pogłębiły rzeki, poprawiając w ten sposób warunki nawigacyjne. Spod 

Serocka jednostki ruszyły ku Zegrzu. Stąd, wciąż w ciężkich walkach, wojska radzieckie poszły w stronę 
Modlina, leżącego przy ujściu Narwi do Wisły. Okręty sunęły za wojskami, idącymi po obydwu brzegach 
rzeki.

Do samego Modlina jednak nie dotarły. W pół drogi od Zegrza zatrzymał je, 29 października, rozkaz 

dowództwa   1 Frontu  Białoruskiego,   które  postanowiło  przyhamować  ofensywę,   dając  odetchnąć   swoim 
żołnierzom, walczącym nieprzerwanie od czterech miesięcy.

Okręty  zajęły dogodne  pozycje  w  pobliżu   linii  frontu,  ich  artyleria   raziła   ogniem  nieprzyjacielskie 

stanowiska.

A potem zima skuła rzeki...

W dniu 12 stycznia 1945 roku ruszyła wielka zimowa ofensywa wojsk radzieckich, a u ich boku i 

jednostek polskich.

Na ponad 1000-kilometrowym odcinku frontu, ciągnącego się od Bałtyku aż do Karpat, wojska trzech 

Frontów: 1 Ukraińskiego, 1 i 2 Białoruskich, przełamały obronę nieprzyjaciela.

Precyzyjne, szybkie i silne uderzenia wojsk dokonały wielkich wyłomów w niemieckiej obronie. W 

styczniu wyzwolone zostały Kielce, Częstochowa, Warszawa, Olsztyn, Bydgoszcz i Katowice.

Warszawę oskrzydlały oddziały radzieckich 47 i 61 armii, zaś od czoła nacierała na miasto 1 armia 

Wojska   Polskiego,   dowodzona   przez   generała   Stanisława   Popławskiego.   Polscy   żołnierze   17   stycznia 
wkroczyli do stolicy swojego państwa. Dwa dni później Alejami Jerozolimskimi przemaszerowała defilada.

Do wiosny wyzwolono Polskę, Węgry, znaczny obszar Czechosłowacji, kończono likwidację wojsk 

nieprzyjaciela w Prusach Wschodnich, opanowano Pomorze Zachodnie i Śląsk, zajęty został Wiedeń, wojska 
radzieckie wkroczyły do południowych Niemiec.

Na początku 1945 roku Dnieprzańska Flotylla Wojenna — za zasługi przy wyzwalaniu Pińska i w 

czasie   operacji   białoruskiej   dekretem   Prezydium   Rady   Najwyższej   ZSRR   z   dnia   23   listopada   1944   r. 

background image

odznaczona   Orderem   Czerwonego   Sztandaru,   a   dziesięciu   najdzielniejszych   uczestników   desantów 
wyróżnionych tytułem Bohatera Związku Radzieckiego — w związku z zimowymi warunkami znajdowała 
się w punktach bazowania u ujścia zachodniego Bugu i na Prypeci koło Pińska. Prawdopodobnie tam, na 
Polesiu, formowała się wówczas trzecia brygada okrętów.

W   składzie   Flotylli   znajdowały  się   następujące   jednostki   pływające:   30   kutrów   opancerzonych,   8 

kanonierek, 3 baterie pływające, 1 pływająca  bateria przeciwlotnicza, 7 kutrów dozorowych, 30 kutrów 
trałowych,   4   kutry   minowe,   20   kutrów   obrony   przeciwlotniczej   —   co   dawało   w   sumie   103   okręty 
przeznaczone do działań bojowych, a prócz tego ponad 30 półgliserów (półślizgowców) i dwa dywizjony 
artyleryjskie.

Załogi okrętów czekały na moment, kiedy ruszą lody.
Admirał Grigoriew pisze: *
„Myśleliśmy   już   o   dalszym   szlaku   na   zachód,   ale   kanał   Dniepr—Bug   był   całkowicie   zniszczony. 

Rozpoznanie   szlaków   kolejowych   i   wodnych   od  Brześcia   do   rejonu   Warszawy  wykazało,   że   miejscem 
wodowania okrętów na Bugu może być jedynie stacja Treblinka w pobliżu Małkini Górnej, niewiele ponad 
sto kilometrów od Warszawy. Jednak droga wodna z miejsca wodowania do linii frontu przy ujściu Narwi 
(przyczółek serocki) długości 93 km miała około stu mielizn o głębokości mniejszej od zanurzenia okrętów. 
Praktycznie rzeka była nie do przepłynięcia.

Pojechałem do marszałka Rokossowskiego. Problem został rozwiązany błyskawicznie. Dowódca podjął 

decyzję przerzucenia Flotylli do rejonu Warszawy. Do pomocy przydzielono dwa bataliony saperów.

Wodowanie okrętów w Małkini Górnej na Bug zostało dokonane w końcu września. Ale jakże trudna 

była dalsza droga. Średnio podczas doby przebywaliśmy 2,7 km, a były dni, kiedy nie ruszyliśmy nawet na 
centymetr. Przez mielizny przeciągały okręty potężne ciągniki jadące brzegiem, a także ręczne drewniane 
kołowroty. Nie będzie przesadą powiedzenie, że marynarze dosłownie na rękach przenieśli okręty na linię 
frontu.

W terminie określonym przez sztab frontu flotylla skoncentrowała się w odległości 20 km od Warszawy. 

Zimę   1945   roku   przebyliśmy   w   lodach   Bugu,   na   głębokich   tyłach   naszych   wojsk.   Ruszenie   lodów 
oczekiwane było w połowie marca”.

NA PRZYCZÓŁKU KOSTRZYŃSKIM

Nadszedł kwiecień 1945 roku.
Kiedy tylko warunki nawigacyjne umożliwiły okrętom sprawne poruszanie się po rzekach, jednostki — 

jedna za drugą, w rozciągniętym szyku — ruszyły za frontem, który był już daleko na zachodzie. Szły Wisłą, 
by wejść następnie w Kanał Bydgoski, na Noteć i na Wartę. Ale i na tej trasie okręty poruszały się z 
ogromnymi trudnościami. Drożność szlaków żeglugowych była mała. Na Kanale Bydgoskim stwierdzono 
uszkodzenie śluz, zerwane były mosty, a niektóre z jeszcze istniejących okazywały się dla okrętów zbyt 
niskie.

Nie wszystkie okręty Flotylli szły o własnych siłach. Część z nich — a ściślej 3 brygada — została 

przewieziona do Odry drogą kolejową. Znany to już był marynarzom sposób transportu: stosunkowo szybki, 
lecz niezwykle uciążliwy.

Ostatecznie w ciężkich warunkach hydrograficznych Flotylla w ciągu 20 dni przebyła trasę długości 

ponad 500 kilometrów. Część okrętów — jak wspomniano — przewieziono koleją na odległość ponad 800 
km. Należy podkreślić, iż na drogach przerzutu było 75 działających lub zniszczonych przepraw, mostów 
kolejowych i drogowych czy śluz. W 48 miejscach konieczne było oczyszczanie toru wodnego...

Okręty znalazły się na Warcie w pobliżu Kostrzyna, gdzie wojska radzieckie walczyły o utrzymanie 

przyczółka. Trwały zacięte, krwawe boje, zaś w odległości kilkudziesięciu kilometrów budował ostatnie 
szańce hitlerowski Berlin.

Marynarzom,   znającym   już   walki   na   rzekach   z   doświadczenia,   nie   trzeba   było   tłumaczyć,   że 

najtrudniejszym   przedsięwzięciem,   jakie   czeka   wojska   radzieckie,   będzie   sforsowanie   szerokiej   Odry. 
Główne uderzenia miały być wykonane właśnie na przyczółku kostrzyńskim.

W pierwszych dniach kwietnia okręty czekały już w wyznaczonych punktach bazowania, gotowe do 

wejścia na Odrę — i do walki.

7   kwietnia   marszałek   Żukow   przekazał   admirałowi   Grigoriewowi   rozkaz   m.in.   wsparcia   8   armii

* „Bandera” nr 18 z 1987 r.

background image

gwardii, która, znajdując się w południowej części przyczółka kostrzyńskiego, otrzymała zadanie wykonania 
głównego natarcia.

Grigoriew spotkał się z dowódcą armii, generałem-pułkownikiem W. Czujkowem. Ustalono szczegóły 

współdziałania,   a   jednocześnie   —   tak   przecież   bywa   między   starymi   towarzyszami   broni   —   obydwaj 
dowódcy wspominali czas, gdy wspólnie walczyli na jakże odległej teraz Wołdze.

Nie   był   jeszcze   znany   dzień   rozpoczęcia   operacji,   prowadzącej   do   wielkiego   finału   w   Berlinie. 

Wyczuwało się jednak, że chwila ta jest bardzo bliska. Może za trzy dni, a może już jutro...

Część   okrętów   zamaskowano   u   brzegów   Warty,   część   z   nich   zajęła   pozycje   ogniowe   na   Odrze. 

Marynarze wiele ze sobą rozmawiali. Były to ostatnie w miarę spokojne chwile. Dla żadnego nie stanowiło 
tajemnicy, że mają przed sobą najwyżej kilka tygodni długiej i wyczerpującej wojny.

16   kwietnia.   Do   świtu   jeszcze   daleko.   W   lasach   słychać   ruch   wojsk   i   warkot   pojazdów.   Ogólne 

podekscytowanie. Pełna gotowość bojowa.

Okręty w stanie alarmu. Załogi czekają w napięciu na dalsze wydarzenia. Dowódcy jednostek wiedzieli 

już dokładnie, jakie im wyznaczono zadania. Na pokładach panowało milczenie.

Grigoriew znajdował się na punkcie obserwacyjnym szefa sztabu 1 Frontu Białoruskiego. Wszyscy 

niecierpliwie spoglądali na zegarki. Od tego miejsca do Odry były niespełna dwa kilometry.

Nadeszła wreszcie godzina trzecia czasu środkowoeuropejskiego, piąta czasu moskiewskiego.  Dwie 

godziny przed świtem. Temperatura powietrza — minus dwa stopnie Celsjusza, mgła, widzialność — 1 km, 
wiatr — 1 metr na sekundę. Stały wzrost zachmurzenia...

Za wojskami zdążały w kierunku miejsca przyszłych walk pociągi i samochody, wiozące niezbędne 

zaopatrzenie. Transportem kolejowym dostarczono Frontowi 238,4 tys. ton amunicji, paliwa i smarów, zaś 
transportem samochodowym Frontu i armii — 333,4 tys. Ton.

Wyprzedzając zdarzenia warto wspomnieć, iż w toku operacji berlińskiej wojska trzech Frontów zużyją 

7200 wagonów amunicji. Front miał atakować w pasie o szerokości 175 km. Najwięcej sił zgromadzono 
naprzeciw przyczółka kostrzyńskiego: jedna dywizja na 3 kilometry, 60 dział i moździerzy na 1 km frontu. 
Tam też na razie czekała większość radzieckich okrętów rzecznych...

Hitlerowscy przywódcy stwierdzili: „Lepiej poddać Berlin Anglosasom, niż wpuścić do niego Rosjan”. 

Kierowali się przy tym nie tylko względami natury politycznej, ale i strachem: na wschodzie rządy III 
Rzeszy zostawiły po sobie zgliszcza, ruiny i 20 milionów ofiar — obywateli radzieckich. Niemcy panicznie 
bali się Rosjan, ich nienawiści i chęci odwetu. Bali się zemsty i — odpowiedzialności.

Z Berlina uczynili twierdzę. Zgromadzili w rejonie stolicy 2 tysiące  samolotów, w tym 70 procent 

myśliwskich (wśród  nich 120 samolotów odrzutowych Me 262). Nieba nad miastem miało bronić 600 dział 
przeciwlotniczych. Część terenów między Odrą a Berlinem przygotowana została — z wykorzystaniem 
istniejących tam licznych śluz — do zatopienia. Założono mnóstwo pól minowych: niekiedy 2 tysiące min 
przypadało  na  1 kilometr kwadratowy.  Przeszkolono  i wyposażono  w pancerzownice  wielu niszczycieli 
czołgów.

Wojska radzieckie przedrzeć się miały przez trzy pasy obrony otaczające miasto.
Zewnętrzny biegł wzdłuż rzek, kanałów i jezior, oddalony był od centrum o 25—40 km. Znajdującę się 

w jego obrębie duże miejscowości stać się miały silnymi węzłami oporu.

Wewnętrzny,   główny   pas   obrony   przebiegał   skrajami   przedmieść.   Na   ulicach   ułożono   przeszkody 

przeciwczołgowe i zasieki.

Obwód trzeci, miejski, prowadził po kręgu kolei podziemnej. Linia metra liczyła 80 kilometrów. Mosty 

na kanałach przygotowano do wysadzenia.

Całe miasto podzielono na 9 sektorów. W centralnym znalazły się podstawowe instytucje państwowe i 

administracyjne, w tym Reichstag i Kancelaria Rzeszy.

Hitler zażądał obrony do ostatniego człowieka i ostatniego naboju. Polecił rozstrzelać każdego, kto by 

się wycofał lub dał rozkaz odwrotu. Nie zgodził się na ogłoszenie Berlina miastem otwartym, skazując go 
tym samym na zagładę.

Przypomnijmy siły, które miały ostatecznie pokonać zdającego sobie sprawę z nieruchomej klęski, lecz 

jeszcze doskonale uzbrojonego i niezwykle bojowego przeciwnika.

Centralną pozycję zajmował 1 Front Białoruski. Na jego lewym, południowym skrzydle, znajdował się 

1 Front Ukraiński, dowodzony przez marszałka Związku Radzieckiego Iwana Koniewa (dla tych dwóch 
Frontów atak wyznaczono na 16 kwietnia). Z prawej strony, od północy, przygotowywał się do uderzenia 2 
Front   Białoruski,   przejęty   przez   marszałka   Konstantego   Rokossowskiego,   z   zadaniem   „rozruchu”   po 
czterech dniach od rozpoczęcia ofensywy.

background image

W sumie dawało to 21 armii ogólnowojskowych, 4 armie pancerne, 3 armie lotnicze, 10 samodzielnych 

korpusów pancernych i zmechanizowanych oraz 4 korpusy kawalerii.

Przewidziano   też   użycie   sił   Floty   Bałtyckiej   Związku   Radzieckiego,   wojsk   obrony   powietrznej   i 

Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej.

Wojsko   Polskie   wystawiało   dwie   armie,   korpus   pancerny  i   korpus   lotniczy,   dwie   dywizje   artylerii 

przełamania, samodzielną brygadę moździerzy — łącznie 3 tysiące dział i moździerzy, 508 czołgów i dział 
pancernych oraz 320 samolotów.

Zamiar   sił   radzieckich   był   następujący:   silnym   uderzeniem   trzech   Frontów   przełamać   obronę 

przeciwnika na Odrze i Nysie, okrążyć zasadnicze zgrupowania niemieckie, rozczłonkować je i zniszczyć, 
wreszcie wyjść nad Łabę.

Niemiecką stolicę pozostawiono marszałkowi G. K. Żukowowi. 1 Front Białoruski wykonać miał trzy 

uderzenia: główne — na Berlin, i dwa pomocnicze — na północ i południe od miasta.

Marszałek Żukow zadecydował: główne uderzenie wykona pięć armii ogólnowojskowych (47 armia, 3 

armia uderzeniowa z 9 korpusem pancernym, 5 armia uderzeniowa, 8 armia gwardii i 3 armia) oraz 1 i 2 
armie pancerne gwardii. Uderzenia zaś pomocnicze: w prawo, na Eberswalde i Sandau — 61 armia i 1 armia 
Wojska Polskiego, a w lewo na Fürstenwalde i Brandenburg — armie 69 i 33 oraz 2 korpus kawalerii.

Wyraźne   zadania   otrzymał   także   kontradmirał   Grigoriew.   Zgodnie   z   rozkazem   dowódcy   Frontu 

Dnieprzańska Flotylla Wojenna wspierać miała wojska 5 armii uderzeniowej 18 armii gwardii (dwie brygady 
okrętów w przeprawie przez Odrę i przełamaniu obrony nieprzyjaciela na przyczółku kostrzyńskim) oraz 33 
armii  (jedna   brygada   okrętów   w   rejonie   Fürstenbergu,   zapewniająca   m.in.   obronę   przeciwminową  dróg 
wodnych).

W celu oświetlenia terenu i oślepienia wroga w pasie natarcia czterech armii przygotowano 143 potężne 

reflektory. Rosjanie liczyli na znaczny efekt psychologiczny rażących strumieni światła. Nie zawiedli się...

Postawiono na Odrze 25 mostów, w gotowości zaś czekało 40 przepraw promowych.

Godzina 03.00. Dwie godziny przed świtem... Zagrzmiały salwy „katiusz” — sygnał do rozpoczęcia 

zmasowanego ostrzału, stanowiącego przygotowanie artyleryjskie. Dołączyły do nich lufy tysięcy dział.

Okręty i baterie pływające Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej otworzyły ogień w pasie natarcia armii 

lądowej.   W   „Historii   II   wojny   światowej   1939—1945”*   znajdujemy   informację,   że   było   to   w   pasie 
przygotowania artyleryjskiego 1 armii uderzeniowej. Uważamy jednak, że — ze względu na opisane już na 
poprzednich stronach zadania Flotylli — wzmacniała ona swą artylerią 5 armię uderzeniową (w składzie 1 
frontu Białoruskiego nie było 1, tylko 3 i 5 armie uderzeniowe).

Wreszcie   wojska   ruszyły.   Wielkie   formacje   miały   przedrzeć   się   na   lewy,   zachodni   brzeg   Odry, 

korzystając z łodzi, promów i mostów pontonowych. Okręty ubezpieczały ten piekielnie trudny manewr, 
podczas którego niejeden z żołnierzy, trafiony pociskiem lub odłamkiem bomby, skończył życie w zimnych 
nurtach Odry. Nic jednak nie mogło już powstrzymać atakującej masy wojska i sprzętu.

Wiele okrętów wyposażono w działka przeciwlotnicze i wielkokalibrowe karabiny maszynowe, których 

przydatność do obrony przed nisko lecącymi samolotami mogła być nieoceniona.

Jednostki wciąż operowały na przydzielonych odcinkach rzek.
W dniu 16 kwietnia — jak pisze admirał N. Kuzniecow — kanonierki, kurty opancerzone i baterie 

pływające 1 i 2 brygady (pamiętamy, że walczyły one w pasie natarcia 5 armii uderzeniowej i 8 armii 
gwardii) zniszczyły 17 baterii artylerii i moździerzy, 10 pojedynczych dział nieprzyjaciela, 27 betonowych 
schronów bojowych i stanowisk karabinów maszynowych, rozlokowanych po stronie zajętej przez Niemców.

Nie   od   razu   oddziały   lądowe   zniszczyły   nieprzyjacielskie   stanowiska   na   lewym   brzegu   Odry. 

Niemieckie  baterie  i działa  były niekiedy trudno osiągalne  dla radzieckiej  artylerii  stałej. Ogień  zatem, 
prowadzony z ruchomych platform, jakimi były okręty, okazał się niezwykle skuteczny.

Artylerzyści   okrętowi   strzelali   zresztą   do   wszystkiego,   co   należało   do   wroga.   Niszczyli   czołgi, 

samochody,  wozy pancerne i skupiska żołnierzy Wehrmachtu. Kiedy radzieckie  oddziały szły do ataku, 
artyleria okrętowa prowadziła skuteczny ogień zaporowy aż do maksymalnego zasięgu dział.

Niedaleko na północ od rejonu, gdzie operowały okręty 1 i 2 brygady Flotylli, przedzierały się przez 

Odrę jednostki 1 armii Wojska Polskiego, dowodzonej przez generała Stanisława Popławskiego. Wkrótce 
radzieccy marynarze i żołnierze z piastowskimi orzełkami na czapkach mieli spotkać się w... środku nurtu 
rzeki.

Historia II wojny światowej 1939—1945, tłum. z ros., tom 10, s. 396.

background image

W dniu 17 kwietnia wojska zgrupowania uderzeniowego Frontu przełamały drugi pas obrony i dwie 

niemieckie pozycje pośrednie. Podczas operacji przełamywania odrzańskiej rubieży obrony nieprzyjaciel 
poniósł ogromne straty.

Wreszcie zachodni brzeg Odry oczyszczony został z wojsk hitlerowskich, a 1 Front Białoruski posunął 

się na zachód — ku sercu Berlina.

Część   okrętów   skierowana   została   do   ujścia   Kanału   Hohenzollernów,   który   —   na   zachodzie   — 

przechodził w rzekę Hawelę, biegnącą 30 km na północ od Berlina. „Dnieprowcy” mieli świadomość, że 
czeka ich ciężka przeprawa, spodziewali się licznych min i artylerii wroga.

Podczas   manewru   przegrupowania   okręty   —   prawdopodobnie   z   1   i   2   brygady   —   spotkały  się   z 

polskimi saperami...

Oddajmy głos gen. St. Popławskiemu, który w swoich wspomnieniach* pisze:
„Podczas forsowania Odry saperzy zbudowali pod ogniem nieprzyjaciela 2 mosty pontonowe na rzece. 

Najpierw przygotowali most na południe od Gozdowic, a następnie musieli go przesunąć 6 km w dół rzeki i 
tam ponownie go zmontować. Oprócz tego zabezpieczyli kilka przepraw promowych i zbudowali stały most 
drewniany o długości 220 m i nośności 30 ton.

Budowanie tego mostu było bardzo skomplikowane, szczególnie wbijanie pali. Odra w tym miejscu 

miała   8   m   głębokości.   Pale   trzeba   było   nadsztukowywać.   W   pewnym   momencie   gorączkowej   pracy 
podpłynęły do miejsca budowy mostu okręty bojowe radzieckiej flotylli rzecznej. Miały one wyjść na szlaki 
wodne, znajdujące się na zachód od Odry. Należało więc je przepuścić, aby mogły wykonać swoje zadanie. 
Trzeba było niektóre z takim mozołem wbijane pale wyjmować, aby otworzyć drogę flotylli”.

W dokumentach źródłowych brak jest co prawda daty tego spotkania, możemy ją jednak — chociażby 

w przybliżeniu — ustalić.

Otóż — zgodnie z decyzją dowódcy wojsk inżynieryjnych 1 armii Wojska Polskiego, generała dywizji 

Jerzego   Bordziłowskiego   —  stały,   drewniany  most   30-tonowy  przez   Odrę   miał   zostać   wybudowany  w 
rejonie miejscowości Stare Łysogórki. 18 kwietnia o godzinie 15.00 do budowy tego mostu przystąpiły 11 i 
9 bataliony saperów oraz 2 i 3 bataliony drogowo-mostowe. Budowę zakończono w ciągu 71 godzin, tj. do 
godziny 14.00 dnia 21 kwietnia**.

Wydaje się więc, że do spotkania doszło 19 lub 20 kwietnia 1945 roku.
W   tym   samym   czasie   w   rejonie   Starych   Łysogórek   funkcjonował   też   —  do   22  kwietnia   —   most 

pontonowy, przesunięty 4 dni wcześniej o 6 km z rejonu Gozdowic. Zatem i pontonierzy musieli przepuścić 
radzieckie okręty wojenne, sunące Odrą na północ.

Brak  jest  relacji naocznych  świadków lub uczestników tego zdarzenia  (albo  też autorom niniejszej 

publikacji nie udało się do nich dotrzeć). Możemy sobie jednak wyobrazić, w jak trudnych  warunkach 
spotkali się polscy saperzy z radzieckimi marynarzami.

Czy mieli czas, aby chociaż porozmawiać? Może... Prawdopodobnie okręty musiały czekać, wykonując 

cyrkulacje po rzece, aż przejście zostanie otwarte. Albo zacumowały do gotowych już przęseł mostu. A 
może niektórzy radzieccy marynarze pomogli polskim saperom? Przecież przykłady takiej współpracy były 
na porządku dziennym. Mamy nadzieję, że i to zdarzenie — dotychczas nie znane — doczeka się kiedyś 
szerszego opracowania...

Wreszcie jednostki w szyku torowym znalazły się po drugiej stronie mostu i wzięły kurs na odległy 

Kanał Hohenzollernów.

OKRĘTY POD REICHSTAGIEM

Trzecia brygada okrętów znajdowała się na południe od Kostrzyna w pobliżu Fürstenbergu. Z tego 

miejsca do Berlina — szlakiem wodnym Kanału Odra—Sprewa — było około stu kilometrów.

Marynarze otrzymali rozkaz dotarcia do miasta: tak daleko, jak się tylko da. Należało wejść w Kanał 

Odra—Sprewa, przechodzący w Sprewę na południowy wschód od Fürstenwalde. Sprewa zaś — jak zdążyli 
dowiedzieć się marynarze — płynie w samym sercu Berlina, od północy, lekkim łukiem otaczając budynek 
osławionego Reichstagu, na południe od którego znajdowała się Kancelaria Rzeszy.

Na drodze wojsk lądowych i okrętów stanął Fürstenberg: miasto zamieniono w twierdzę, z trzech stron 

otoczono wodami Odry i Kanału.

* Stanisław Popławski, Towarzysze frontowych dróg. Warszawa 1973.
** Zdzisław Stąpor. Bitwa o Berlin, Warszawa 1973.

background image

W pierwszych chwilach ofensywy nie udało się wojskom radzieckim sforsować tutaj Odry. Niemcy 

bronili się ze szczególną zaciekłością mając świadomość, że oddanie Fürstenbergu otworzy drogę do stolicy. 
A rozkaz führera obowiązywał i tutaj...

Wiele krwi przelano w bojach o to miasto. Wreszcie, przy wsparciu artylerii okrętowej, wojska 33 armii, 

u boku której walczyły jednostki Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej, opanowały północny przyczółek miasta, 
południowy zaś — jedna kompania piechoty morskiej.

Mijały   dni,   jednak   fürstenberska   twierdza   wciąż   nie   ustępowała.   24   kwietnia   wczesnym   świtem 

żołnierze 33 armii gotowi byli do ostatecznej rozprawy z załogą garnizonu. Zamaskowane okręty stanęły na 
wyznaczonych pozycjach. Niektóre z nich, na przykład grupa dowodzona przez starszego lejtnanta Żukowa, 
oddalone były od miasta o 12 kilometrów. Prowadzenie stamtąd skutecznego ognia wymagało wysłania na 
ląd obserwatorów artyleryjskich, którzy za pomocą radiostacji przekazywać mieli szczegółowe informacje o 
nawale   ogniowej.   Marynarze   wyruszyli   więc   na   ląd,   zajmując   dogodne   pozycje,   między   innymi   na 
opuszczonym budynku elektrowni.

O  poranku wokół Fürstenbergu i w samym mieście zakotłowała się ziemia, a w powietrze wzbiły się 

czarne   kłęby   dymu.   Huczała   artyleria   armijna,   której   wtórowały   działa   okrętowe,   bijąc   celnie   po 
wyznaczonych poprzedniego dnia obiektach.

Niemcy odpowiadali silnym ogniem. Mieli jeszcze pod dostatkiem amunicji, przygotowanej do użycia 

na wypadek długotrwałego oblężenia miasta. Któż mógł się jednak spodziewać, że ofensywa przebiegać 
będzie — mimo wszystko — w tak zawrotnym tempie?

Ogień artylerii radzieckiej nie malał, wojska zaś — a wraz z nimi kutry opancerzone — zbliżyły się do 

południowego przyczółka, zajętego już wcześniej i bronionego z poświęceniem. Tam, ponad Kanałem, wiódł 
do miasta spory most. W ślad za kutrami ruszyły na miasto półślizgowce z desantem na pokładach.

Już   o   godzinie   dziewiątej   rano,   po   krótkich,   lecz   zaciętych   walkach   ulicznych,   piechota   morska   i 

żołnierze 33 armii opanowali miasto. Niemcy, mając jeszcze otwartą drogę ucieczki, na łodziach i tratwach 
cofali się przed zwycięzcami.

Tego dnia na najwyższej wieży Fürstenbergu załopotała bandera Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej.
Droga do Berlina — przynajmniej w tym miejscu — była otwarta.
Stwierdzenie, że „była otwarta”, należy traktować umownie. Wróg wycofując się z miasta palił za sobą 

mosty, zrywał śluzy, tarasował przejścia. Niemcy wiedzieli, jaką wartość bojową przedstawiają ruchliwe 
okręty rzeczne, niosące doskonałą artylerię i wysadzające desanty piechoty morskiej.

Marynarze mozolnie przebijali się dalej. Równie wolno posuwały się okręty 1 i 2 brygady, walczące na 

północy.   22   kwietnia   jednostki   te   osiągnęły   wejście   do   Kanału   Starej   Odry.   Pięć   dni   później   kutry 
opancerzone 2 brygady, współdziałając z jednostkami 61 armii, przedarły się do miejscowości Schwedt i 
przystąpiły do przeprawiania oddziałów 234 dywizji piechoty. W tym samym dniu okręty 1 brygady, które 
weszły na Starą Odrę, wysadziły desant w sile 300 ludzi w rejonie miejscowości Hohenzollern. Do wieczora, 
dzięki tej śmiałej akcji, cały teren od Schwedt do Kanału Hohenzollernów wolny był od nieprzyjaciela. 
Wówczas   to   okręty  1   i   2   brygady  skierowały  się   Kanałem   do   Berlina   za   61   armią,   która   prowadziła 
intensywny pościg za odchodzącymi na zachód jednostkami niemieckimi.

Okrętom, sunącym po obydwu Kanałach — Hohenzollernów i Odra—Sprewa — pozostało do Berlina 

około   30   kilometrów.   Każdego   dnia   jednostki   te   ostrzeliwały  wskazane   cele   i   przerzucały  przez   rzeki 
oddziały wojsk radzieckich. Grupy marynarzy brały też udział — kiedy zmusiła ich do tego sytuacja — w 
potyczkach   lądowych.   Spisywali   się   znakomicie.   Nie   wyobrażali   sobie   także,   aby  szturm  Berlina   mógł 
odbyć się bez ich udziału. Wszak oni, marynarze Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej, w pełni zasłużyli sobie 
na ten zaszczyt...

Bronili zachodnich granic Związku Radzieckiego w czerwcu 1941 roku, a gdy dalsza walka na Prypeci i 

sąsiednich rzekach okazała się niemożliwa, zatopili swe okręty z wywieszonymi na masztach sygnałami: 
„Ginę, lecz nie poddaję się!” Przeszli setki kilometrów, aby walczyć w Stalingradzie na pokładach okrętów 
Wołżańskiej Flotylli Wojennej. A gdy tylko pozwoliły na to warunki, wrócili na Polesie, aby odbudować 
Flotyllę Dnieprzańska. Brali udział w operacji „Bagration” — jednej z najpoważniejszych operacji Armii 
Radzieckiej,   przerzucili  swe  jednostki   pod Warszawę,   a  potem  na   Odrę.   Nie  szczędząc  krwi  weszli  na 
kanały, prowadzące do Berlina. I teraz mieliby tu czekać, aż wojna zakończy się bez nich?

Dowiedzieli się już wcześniej, że dotarcie do Berlina na pokładach okrętów jest możliwe: to miasto było 

wszak poszatkowane kanałami. Marzenia marynarzy miały się spełnić choć w części.

Jeszcze bowiem 16 kwietnia, gdy rozpoczęła się operacja berlińska, dowódca oddziału półślizgowców z 

odznaczonej Orderem Czerwonego Sztandaru 1 Bobrujskiej Brygady Okrętów Rzecznych, starszy lejtnant 
M. Kalinin, otrzymał zadanie specjalne...

Kiedy oto wojska 1 Frontu Białoruskiego, spychając nieprzyjaciela na zachód, rozpoczną ostateczny 

background image

szturm Berlina, jednostki oddziału mają być przerzucone do stolicy III Rzeszy na samochodach. Tam zostaną 
zwodowane   na   Sprewę.   W   załodze   każdego   okrętu   znajdzie   się   dowódca,   sternik,   motorzysta,   obsługa 
ciężkiego karabinu maszynowego oraz 10 uzbrojonych żołnierzy.

Samochody  z   półślizgowcami   wyruszyły  pewnego   dnia   z   przyczółka   kostrzyńskiego.   Oddział   miał 

udzielić pomocy 9 korpusowi piechoty, nacierającemu na lewym skrzydle 5 armii uderzeniowej.

Dowódca   9   Brandenburskiego   Korpusu   Piechoty,   Bohater   Związku   Radzieckiego   generał-lejtnant 

Rosły, i szef sztabu korpusu, pułkownik Szykin, stwierdzili później, że grupa motorówek pod dowództwem 
pomocnika szefa sztabu okrętów rzecznych, starszego lejtnanta M. Kalinina, w czasie forsowania Sprewy w 
rejonie Plänter-Wald otrzymała zadanie wysadzenia desantu na zachodnim brzegu rzeki. Zadanie to należało 
wykonać w nocy 22 kwietnia. Byli już wtedy bardzo blisko Reichstagu...

Wieczorem 22 kwietnia część 9 korpusu, z którym podążał oddział starszego lejtnanta Kalinina, przebiła 

się do berlińskiej dzielnicy Karlshorst, znajdującej się w pobliżu centrum miasta po wschodniej stronie 
Sprewy.   Zbliżyli   się   do   rzeki.   Z   jej   drugiego   brzegu   Niemcy,   blokując   drogę   oddziałom   forsującym, 
prowadzili   intensywny  ogień   z   broni   maszynowej   i   moździerzy.   Przerwali   go,   a  przynajmniej   znacznie 
osłabili dopiero wówczas, gdy zapadł zmrok.

W   ciemnościach   było   słychać   warkot   silników   ciężarówek,   wiozących   półślizgowce.   Wraz   z   nimi 

przemieszczała się bateria artylerii i piechota.

Wozy ostrożnie zbliżyły się do brzegu rzeki.
Padła komenda:
— Rozładowywać!
Jednostki   kolejno   schodziły   na   wodę.   Jako   pierwszy   dotknął   Sprewy   półślizgowiec   z   numerem 

taktycznym „111”, którego dowódcą był starszyna 2 stati (mat) Sotnikow.

Nabrzeża Sprewy, wysokie i betonowe, w wielu miejscach zostały rozbite. Wodowanie każdej jednostki, 

mimo stosunkowo małych gabarytów, wymagało sprytu, zręczności i znacznej siły.

„Sto jedenasty” po podniesieniu bandery wojennej obsadzony został przez marynarzy z załogi oraz 11 

żołnierzy desantu, którzy usadowili się na rufie i dziobie jednostki. Na pokład, jako ostatni, wszedł starszy 
lejtnant Kalinin.

Sotnikow pchnął dźwignię gazu i silnik zaskoczył, otaczając półślizgowiec cuchnącymi spalinami.
Z drugiego brzegu od czasu do czasu rozlegał się suchy klekot broni maszynowej. Niemiecki ogień 

prowadzony był na ślepo, świetliste serie mknęły górą i pruły beton nabrzeża.

Marynarze nie odpowiadali, aby nie ujawniać swoich pozycji. Na to mieli jeszcze czas.
Inne półślizgowce również gotowe były do ruchu, lecz czekały na wyraźną komendę do rozpoczęcia 

operacji. „Sto jedenasty” ruszył i natychmiast nabrał prędkości. Kalinin pragnął dokonać oceny sytuacji 
przed lądowaniem desantu i znaleźć odpowiednie miejsce na zachodnim brzegu.

Znalazł, natychmiast ściągając na siebie huraganowy ogień przeciwnika. Jednostka możliwie szybko 

wróciła na „swój” brzeg, ścigana zajadłymi seriami. Kalinin dał rozkaz do załadunku desantu na pozostałe 
kutry. Żołnierze wskakiwali na pokłady.

Półślizgowce   odskoczyły   od   brzegu,   by   ruszyć   na   drugą   stronę.   Nasilił   się   ogień   karabinów 

maszynowych, a niebo rozświetliły rakiety.

Wśród drzew niosło się echo wystrzałów. W miejscu lądowania żołnierze, nie czekając, aż jednostki 

całkowicie dojdą do brzegu, zbiegali do wody i znikali w ciemnościach. Prowadząc gęsty ostrzał rozwijali 
się do ataku. Słychać było podniesione głosy dowódców pododdziałów.

Jednostki   wracały  na   wschodni   brzeg,   by  zabierać   następne   grupy  desantowe.   Teraz   już   powietrze 

drżało od świstu pocisków i eksplozji.

Półślizgowiec mata Sotnikowa po raz trzeci w przeciągu kilku godzin wykonywał kurs przez Sprewę, 

mając na pokładzie żołnierzy piechoty i minerów. Do celu pozostało już nie więcej niż kilkadziesiąt metrów, 
kiedy Sotnikow krzyknął ochrypłym głosem:

— Baranow, do steru!
— Co jest?! — Motorzysta Baranow jednym skokiem znalazł się przy niewiele starszym od siebie 

dowódcy.

Chwycił go wpół jedną ręką, drugą próbował utrzymywać właściwy kurs. Wtedy poczuł szarpnięcie. 

Uświadomił sobie, że i jego dosięgła nieprzyjacielska seria. Żyję, pomyślał.

Skierował jednostkę z powrotem do „swojego” brzegu. Siły opuszczały go szybko, mógłby roztrzaskać 

półślizgowiec o betonowe nabrzeża Sprewy. Ktoś rzucił cumę dziobową, a troskliwe ręce przeniosły ciężko 
rannych marynarzy na ląd; tam zajęli się nimi sanitariusze.

background image

Coraz więcej pododdziałów piechoty, formujących się na zachodnim brzegu po opuszczeniu jednostek 

pływających, podejmowało  natychmiast walkę  z zażarcie  broniącym się  nieprzyjacielem. W  jaskrawych 
łunach pożarów półślizgowce wykonywały wahadłowe rejsy. Z hukiem dział mieszał się warkot silników.

Wróg coraz bardziej spychany był w tył, w kierunku zachodnim i północno-zachodnim.
Przed świtem Niemcy skierowali w rejon walk wozy pancerne, które otworzyły zmasowany ogień w 

stronę  kursujących od brzegu do brzegu jednostek  i stanowisk Rosjan.  Mimo to saperzy przystąpili  do 
budowy przeprawy promowej dla czołgów i artylerii, które przed świtem zbliżyły się do rejonu przerzutu. Na 
każdy prom ładowały się jeden lub dwa pojazdy oraz żołnierze piechoty. Barki holowane były przez kutry 
motorowe, wchodzące w skład pododdziałów inżynieryjnych.

Przeprawa trwała...
Półślizgowce, choć nie bez strat, nieprzerwanie przebijały się na drugi brzeg Sprewy.
Wśród marynarzy działał lejtnant Suworow, oficer polityczny, który w latach 1941—42 służył we Flocie 

Bałtyckiej   Związku   Radzieckiego,   a   następnie   bronił   Leningradu.   Znany   był   z   odwagi   i   umiejętności 
dowodzenia   okrętami.   Te   cechy  zaskarbiły  mu   —   młodemu   i   energicznemu   człowiekowi   —   szacunek 
marynarzy.

Teraz „sto jedenastym” dowodził starszyna 1 stati (bosmanmat) Kozakow.
Żołnierze w pośpiechu ładowali skrzynie z amunicją i sprawdzali — jeszcze przed wyjściem na rzekę, 

zakryci przed nieprzyjacielskim ogniem — gotowość broni i oporządzenia.

— Nie potopcie nas tylko! — żartowali, wiedząc, że za chwilę  znajdą się w polu bezpośredniego 

ostrzału.

—   Skoro   przewieźli   na   drugą   stronę   pięciuset   waszych   —   włączył  się   Suworow   do   tej   pozornie 

beztroskiej, lecz jednak nerwowej paplaniny — to nie ma obaw. Pochylcie tylko głowy, żeby ich wam jakiś 
szkop nie strącił.

Półślizgowiec gotów był właśnie do kolejnego rejsu.
—   Wszystko   gra?   —   rzucił   pytanie   Suworow   pod   adresem   dowódcy   jednostki   i   motorzysty 

Czernikowa.

Kozakow uniósł kciuk do góry.
— Na pokład! — huknął lejtnant ku dziesięciu żołnierzom, przygotowanym do „zaokrętowania”.
Nagle wstrzymał ładowanie.
— Stać! Spójrzcie tam!
Środkiem rzeki sunął prom, niesiony samym tylko prądem rzeki. Na jego pokładzie znajdował się czołg, 

z którego wydobywały się ciemne kłęby dymu. Kilku żołnierzy machało ramionami i wskazywało stertę 
skrzyń z amunicją, znajdującą się obok.

Kutra holowniczego przy promie nie było.
— Startuj! — powiedział Suworow.
Półślizgowiec pomknął ku promowi, wkrótce jednak musiał zwolnić obroty silnika. Żołnierze krzyczeli, 

aby   nie   zbliżać   się,   bo   amunicja   może   wybuchnąć.   Zzuwali   buty   i   skakali   do   wody,   płynąc   do   „sto 
jedenastego”, a niektórzy w stronę brzegu.

Eksplodujące wokół miejsca akcji niemieckie pociski wzbijały fontanny pod niebo.
Nagle wielki błysk ognia rozszarpał czołg, amunicję i ponton. Po chwili wszystko pochłonęła woda, 

wzburzona jeszcze w tym miejscu. Półślizgowiec podniósł pływających żołnierzy i odstawił ich do brzegu. 
Tam przecież czekał na niego desant. Kolejny desant...

Wojska przebijały się dalej, w głąb miasta.  Miały dotrzeć w rejon Reichstagu i Kancelarii Rzeszy. 

Droga nie była daleka, lecz obu obiektów broniły silne załogi.

Bosmanmat Paszkow ocenił, w którym miejscu należy wysadzić kolejną grupę desantową. Skierował 

tam swą jednostkę. Był to człowiek, który zyskał niemałą sławę w walkach we flocie Północnej Związku 
Radzieckiego, pod Moskwą i Stalingradem.

Na   środku   rzeki   dosięgła   go   pierwsza   seria,   ciężko   raniąc   w   przedramię.   Paszkow   przekazał   ster 

motorzyście,   siedzącemu   przy  erkaemie.   Zdrową   dłonią   chwycił   karabin   maszynowy  i   ponad   głowami 
żołnierzy ciągnął długie serie w stronę nieprzyjacielskiego stanowiska ogniowego.

Oby  tylko   dopłynąć   i   wysadzić   wojsko,   myślał   Paszkow,   odpowiedzialny  za   jednostkę   i   żołnierzy 

piechoty.

Byli   już   blisko   brzegu,   kiedy   półślizgowiec,   zwalniając   tempo,   wszedł   na   minę.   Huk   targnął 

powietrzem. Część żołnierzy zginęła na miejscu. Ciało Paszkowa wyrzucone zostało na mokry piach nad 
brzegiem Sprewy...

Promy nadal przewoziły czołgi, które natychmiast — gdy było to tylko możliwe — uruchamiały silniki 

i, prowadząc ogień, ruszały do walki, znikając wkrótce z pola widzenia.

background image

Jeden z nich zaczął płonąć. Dowódca półślizgowca, który miał go w zasięgu wzroku, zmienił kurs 

jednostki i — strzelając  ze  wszystkich  luf,  jakie  znajdowały się na  pokładzie  — wysadził  żołnierzy w 
pobliżu   czołgu.   Desantowcy   wybiegli   na   brzeg.   Osłaniając   ogniem   wycofujących   się   poparzonych 
czołgistów, z bojowym okrzykiem ruszyli na niemieckich fizylierów.

Trzy dni i trzy noce półślizgowce przewoziły wojska na zachodni brzeg Sprewy. W tym czasie przeszło 

tam na różnych środkach przeprawowych 16 tysięcy żołnierzy, 100 dział i moździerzy, 27 czołgów, 700 
pojazdów. Okręty wykonały średnio po 30 rejsów pod ciągłym, morderczym ostrzałem nieprzyjaciela, a 
także wiele rejsów zwiadowczych i łącznikowych.

Oddział starszego lejtnanta Kalinina poniósł ogromne straty. Wielu żołnierzy i marynarzy tu, w zimnych 

wodach Sprewy i na jej brzegach, zakończyło swój szlak bojowy. Cztery półślizgowce, doszczętnie rozbite, 
zatonęły.

Dowódca   9   Brandenburskiego   Korpusu   Piechoty   przedstawił   cały   oddział   półślizgowców   z   1 

Bobrujskiej Brygady do przyznania — zbiorowo — tytułu Bohatera Związku Radzieckiego.

W   dniu   25   kwietnia   nastąpiło   spotkanie   czołowych   oddziałów   radzieckiej   5   armii   gwardii   i 

amerykańskiej 1 armii w rejonie Torgau. Hitlerowskie Niemcy dogorywały. Pod koniec tego właśnie dnia 
nieprzyjaciel zajmował już — wraz z przedmieściami — obszar tylko 325 km

2

, podczas gdy cały Berlin 

liczył 820 km

2

.

Walki nie ustawały ani w dzień, ani w nocy. Żadna ulica, żaden niemal dom nie został oddany bez 

walki. Miasto spowijały chmury ciężkiego dymu, bijącego aż pod niebo.

W każdej radzieckiej dywizji formowano specjalne oddziały szturmowe. Ich zadaniem była walka w 

najtrudniejszych warunkach i na pierwszej linii.

29   kwietnia   trwały   zacięte   walki   3   armii   uderzeniowej   o   Reichstag,   którego   załoga   znakomicie 

uzbrojona   w   działa,   broń   maszynową   i   pancerzownice,   składała   się   z   1000   żołnierzy.   Jego   zdobycie 
powierzono 79 korpusowi piechoty, dowodzonemu przez gen. S. Pieriewiertkina.

Okręty trzech brygad Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej nadal walczyły na kanałach: półślizgowce w 

pobliżu centrum miasta, zaś cięższe jednostki bojowe na dalszych drogach wodnych.

Nadszedł wreszcie dzień, kiedy okręty wykonały swoje zadania na berlińskich kanałach. Z uwagi na to, 

że   w   walkach   ulicznych   i   bezpośrednim  szturmie   centrum  miasta   okręty  mogły  odegrać   rolę   najwyżej 
drugorzędną, Flotylla otrzymała rozkaz wycofania się na Odrę.

30 kwietnia wieczorem Reichstag został zdobyty przez żołnierzy 79 korpusu piechoty. Następnego dnia 

rano na frontonie Reichstagu przy grupie rzeźb załopotał czerwony sztandar, wręczony dowódcy 150 dywizji 
przez Radę Wojenną 3 armii uderzeniowej.

Od głównego wejścia aż po dach widniały targane wiatrem czerwone sztandary, flagi i proporce.
Wśród nich znalazła się bandera Marynarki Wojennej Związku Radzieckiego. Pochodziła ona z jednego 

z półślizgowców, zatopionych niedawno na Sprewie. Ta sama, jak wieść niesie, bandera, która powiewała na 
kutrze w 1941 roku, następnie — przeniesiona przez front — służyła marynarzom Flotylli Wołżańskiej, aż 
wreszcie przeszła cały szlak od Prypeci aż do Berlina...

Nie był to jeszcze koniec walk o miasto, bo dopiero następnego dnia do godziny 15.00 nieprzyjaciel 

całkowicie   zaprzestał   oporu   w   Berlinie.   W   radzieckiej   niewoli   znalazło   się   135   tysięcy   niemieckich 
żołnierzy.

W pierwszych dniach maja okręty Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej, która za działalność bojową na 

kierunku berlińskim odznaczona została Orderem Uszakowa I Stopnia, skoncentrowały się u ujścia Odry. 
Tam marynarze powitali Dzień Zwycięstwa.

Marszałek Związku Radzieckiego G. K. Żukow rozpoczął odprawę z dowódcami i przedstawicielami 

sztabów armii i jednostek, które zdobyły Berlin, wchodząc w skład 1 Frontu Białoruskiego. Obecni byli też 
członkowie dowództwa Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej z kontradmirałem Grigoriewem.

Generałowie i oficerowie kolejno podchodzili do naprędce przygotowanej trybuny. Kiedy przyszła kolej 

na generała-lejtnanta Rosłego, dowódcę 9 Brandenburskiego KP, zwrócił się on do marszałka Żukowa:

— Pozwólcie, że rozpocznę od niskiego pokłonu w stronę marynarzy. Bez ich pomocy nie mógłbym tak 

szybko i sprawnie sforsować Sprewy, aby pójść dalej, w kierunku centrum miasta, w stronę Reichstagu.

Odstąpił   krok   od  mównicy  i   skłonił   się   ludziom  w   marynarskich   mundurach.   A  oni   podnieśli   się, 

odpowiadając krótkim żołnierskim pokłonem.

Oddajmy jeszcze głos dowódcy Flotylli, kontradmirałowi Grigoriewowi*:

* „Bandera” nr 18 z 1987 r.

background image

„Trzeba było przygotowywać się do ostatniego przerzutu w kierunku Berlina.
Dokładne powietrzne i naziemne rozpoznanie pozwoliło ustalić szczegóły drogi wodnej Bug—Wisła — 

Kanał Bydgoski — Noteć — Warta — Odra. 16 lutego dowódca 1 Frontu Białoruskiego marszałek Żukow 
wydał rozkaz przerzucenia okrętów na Odrę natychmiast po ruszeniu lodów.

Na początku kwietnia rozkaz został wykonany.  7 kwietnia wezwano mnie do sztabu frontu w celu 

otrzymania dyrektywy o działaniu flotylli w operacji berlińskiej. Żukow, który zazwyczaj  był  surowy i 
pochmurny, tym razem nastawiony był serdecznie: »No cóż, marynarzu, ciężko było okrętom? A mimo to 
dopłynęły prawie do Berlina. A nie mówiłem ci o tym jeszcze pod Kijowem?«

15 kwietnia byłem z ostatnim meldunkiem u szefa sztabu, gen. Malinina. Na pożegnanie zwrócił się do 

mnie ze słowami: »Towarzyszu Grigoriew, o 2.00 proszę przybyć do tego punktu — pokazał na mapie. — W 
samochodzie, oprócz was i kierowcy, nie ma być nikogo«.

Bezksiężycowa   noc.   Wszystkie   okręty   znalazły   się   na   pozycjach   ogniowych   w   pełnej   gotowości. 

Ciemno,   jechać   trzeba   po  omacku.   Wokół   gęsty,   wysoki   las.   Wymiana   haseł.   Włazimy  po   drabinie   na 
wysoką drewnianą wieżę. W odległości 2—3 km — linia frontu. Godzina 2.55. Za 5 minut rozpocznie się 
szturm Berlina.

3.00.   Huk   tysięcy   dział   i   moździerzy.   Ale   nawet   w   tym   piekielnym   hałasie   dźwięk   ciężkich, 

dalekosiężnych dział morskich słychać wyraźnie. To osiem baterii pływających naszej flotylli.

Okręty 1 i 2 brygady naszej flotylli ze swoich pozycji ogniowych na przyczółku kostrzyńskim aktywnie 

uczestniczyły w przygotowaniu artyleryjskim, wystrzeliły tylko w dniu 16 kwietnia 27 tys. pocisków!

3 brygada okrętów, we współdziałaniu z 33 armią, przerwawszy obronę przeciwnika, przebiła się Odrą 

do miasta Fürstenberg i wspólnie z piechotą morską opanowała je.

Marynarze zakończyli wojnę w centrum Berlina niedaleko Reichstagu”.

*

Ustały działania wojenne.
W   lipcu   admirał   N.   Kuzniecow   otrzymał   polecenie   od   szefa   Sztabu   Generalnego,   gen.   armii   A. 

Antonowa, wyjazdu do Berlina. Podróż odbył 14 lipca samolotem. Admirał wspomina:

„Na ogromnym polu lotniska Tempelhof stało wiele samolotów. Były to przeważnie nasze, radzieckie 

maszyny,   ale   w   czasie   kiedy  schodziliśmy   po   trapie,   wylądowało   kilka   samolotów  z   amerykańskimi  i 
brytyjskimi znakami.

Witał   mnie   dowódca   Flotylli   Dnieprzańskiej   i   radziecki   wojskowy   komendant   Poczdamu.   Udział 

marynarzy w walkach o Berlin był więcej niż skromny, mimo to przyjemna była świadomość, że i tu działały 
nasze okręty.

Przyjazdu szefa delegacji radzieckiej oczekiwano za dwa—trzy dni. Miałem więc trochę czasu, żeby 

zwiedzić   Berlin.  »Starzy   berlińczycy«  z   Flotylli   Dnieprzańskiej   pokazywali   mi   Reichstag,   na   którym 
powiewała czerwona flaga zwycięstwa, Bramę Brandenburską, gmach Kancelarii Rzeszy. Przejechaliśmy 
szeroką   Unter   den   Linden,   gdzie   na   przemian   z   lipami   pokrytymi   zielonym   listowiem  leżały  na   ziemi 
strzaskane pociskami i opalone ogniem drzewa.

Dla marynarzy, którzy przyjechali na konferencję, dowództwo Flotylli Dnieprzańskiej przygotowało 

willę opodal Poczdamu”.

*

Dzisiaj tu, gdzie na pokładach półślizgowców marynarze przedzierali się przez Sprewę, a następnie — 

atakując — walczyli z oddziałami wroga, tu, gdzie oddali swe młode życie, stoi w parku Treptow pomnik ku 
czci żołnierzy radzieckich, poległych w walce z faszyzmem.

Na pamiątkowej płycie są również nazwiska marynarzy z Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej.
Na ziemi niemieckiej znajdują się prochy Bohatera Związku Radzieckiego, starszyny 1 stati Paszkowa, 

a w rodzinnym mieście marynarza jedną z ulic nazwano jego imieniem.

W Pińsku, gdzie Pina wpada do Prypeci, na wysokim postumencie trzyma  wieczną wachtę okręt z 

numerem taktycznym „92”. Powiewa na nim bandera wojenna.

*

Zadaliśmy   sobie   —   jako   autorzy   tej   opowieści   —   pytanie:   czyżby   okręty   Dnieprzańskiej   Flotylli 

Wojennej,   prowadząc   tak   instensywne   działania,   nie   walczyły   na   rzekach   czy   berlińskich   kanałach   z 

background image

uzbrojonymi jednostkami pływającymi przeciwnika? Fakt, że nie natrafiliśmy na ślady takich bitew, niczego 
jeszcze nie przesądza.

Przecież wojenne flotylle rzeczne miały rację bytu wszędzie tam, gdzie mogły działać na wodach o 

znacznym obszarze. Przykładem być mogą liczne flotylle radzieckie, operujące na wielkich rzekach (Dniepr, 
Prypeć,   Wołga,   rzeki   Dalekiego   Wschodu).   Nie   ulega   jednak   wątpliwości,   że   wojska   niemieckie, 
przygotowane do forsowania przeszkód wodnych, dysponowały znaczną liczbą środków przeprawowych, 
jednostek transportowych i uzbrojonych.

Berlin, pocięty kanałami, bez statków, kryp, barek, motorówek i temu podobnych jednostek nie mógł się 

obejść.   W   dniach   klęski   Niemcy   wykorzystywali   wszelkie   możliwości   obrony.   Statki   czy   kutry   są 
wygodnym i szybkim ,,środkiem przenoszenia” ludzi i uzbrojenia.

Być może natknęły się na nie okręty Dnieprzańskiej Flotylli Wojennej.
To wielce prawdopodobne...