background image

 

Poniedziałek, 20 października, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 219 

Myśli, że jest taka mądra, co?  

„Może  pomyślisz,  żeby  tam  się  przeprowadzić?”  „Uroczo,  jestem  tego  pewna?” 

„Pozdrów ode mnie Jamesa?” 

Ha. 

Wybacz mi, jeśli nie złapię się za brzuch w niepohamowanej radości, mamo. Być może 

twoje czarujące poczucie humoru do mnie nie przemawia. 

Czy można wydziedziczyć swojego rodzica? 

Chyba będę musiała poszukać informacji na ten temat. 

 

Potem, Wciąż w Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 220 

Pomimo  faktu,  iż  nadal  rozważam  czy  naprawdę  miałabym  coś  przeciwko  wiecznego 

życia bez jednego rodzica (mój wniosek? Przeżyłabym), stwierdziłam, że jestem stosunkowo 
zadowolona z obecnym stanem rzeczy. Zadowolenie mogło mieć coś wspólnego z faktem, iż 
opuszczam Wieżę Gryffindoru po raz pierwszy od dwóch dni, ale jestem całkiem pewna, że 
przeważnie może być przypisane faktowi, że rozpoczynam tę podróż bez cienia niepokoju, co 
do tego, kogo mogę spotkać na drodze. 

To dla mnie coś nowego, nieprawdaż? 

Właściwie  jest  to  całkiem  rozkoszne  uczucie.  Że  nie  jestem  przerażona  opuszczeniem 

pokoju  przez  ludzi,  którzy  mogą  na  mnie  czekać  na  zewnątrz.  Zwykle  jest  to  dla  mnie 
problemem. Ale skoro mam wszystko ułożone z Jamesem (nawet, jeśli nagle postanowił stać 
się jakimś zachłannym bydłem) i choć nie zakończyłam oficjalnie związku z Amosem,  myślę, 
że  Grace  może  mieć  rację  –  tak  naprawdę  nie  muszę  z  nim  zrywać.  To  przecież  była  tylko 
jedna randka, a na jej końcu wszystko wskazywało na koniec. Może rzucę mu taki platoniczny 
uśmiech, kiedy trafimy na siebie na Runach czy coś. Więcej nie trzeba robić. 

Wszystko jest w porządku. Czym się tutaj stresować, hm? 

Niczym i o to właśnie mi chodzi. Hurra dla mnie! 

background image

 

Myślę, że czas na śniadanie. 

 

Potem Potem, Śniadanie w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 220 

Droga z Wieży Gryffindoru była dość żwawa z dodatkowym podskokiem w moim kroku i 

małą  ilością  (być  może  trochę  fałszującego)  wesołego  nucenia.  Kiedy  dotarłam  do  Wielkiej 
Sali mój uśmiech był pewnie dość okropny, ale naprawdę nie potrafiłam wydusić z siebie na 
tyle  nieśmiałości,  żeby mnie  to  obchodziło.  W  mojej  bańce  radości  było  lekkie  wgniecenie, 
kiedy  zobaczyłam,  że  James  jeszcze  nie  zszedł,  ale  powróciłam  do  wesołości,  gdy 
przypomniałam samej sobie, że za niedługo zejdzie a to, co ważniejsze, było wielce żałosne, 
jak na kogoś, kto jest obecnie wciąż w przyjaźni z kimś innym, żeby być zniechęconą faktem, 
iż nie ma jeszcze tamtej osoby. Więc naprawdę powinnam to powstrzymać. A przynajmniej 
spróbować. Mocno. Zatem z taką myślą w głowie wyłapałam wzrok Marley, kiedy uniosła na 
chwilę  spojrzenie z  Proroka  i  posłałam  jej  mój  największy  uśmiech,  i  pomachałam,  kierując 
się w jej stronę. 

-  Witaj,  słońce  –  odezwała  się,  odwzajemniając  uśmiech,  kiedy  zajęłam  miejsce 

naprzeciwko niej. Jej brew była lekko wygięta. – Dziś rano jesteś w dość wesołym humorze. 

- A czym się tutaj nie weselić? – zapytałam, odkładając torbę na podłogę i wyciągnęłam 

rękę po sok dyniowy. Marley zrobiła wielkie oczy. 

- O rany – powiedziała, upuszczając Proroka na stół. – Z kim się całowałaś? 

-  Co?  –  Zamarłam,  zatrzymując  sok  dyniowy  w  połowie  drogi  do  kubka.  Absolutnie 

odmawiałam sobie rumieńca. – Czemu miałabym się z kimś całować? Nie mogę być ot tak w 
wesołym humorze? 

-  Albo  to  był  James,  albo  Diggory  –  spekulowała  Marley,  całkowicie  mnie  ignorując.  – 

Pytanie, który to? 

- Och, na brodę Merlina… 

-  Marszczyłaś  brwi,  kiedy  weszłaś.  –  Marley  postukała  się  w  brodę  w  zamyśleniu.  – 

Jamesa tutaj nie ma. Co znaczy… 

Marley… 

- Słodki Merlinie, to był James! – Jeśli to było możliwe, uśmiech Marley jeszcze bardziej 

się  poszerzył.  Praktycznie  zawyła  zachwyconym  śmiechem.  –  W  sobotę  miałaś  całkowicie 

background image

 

dosyć Diggory’ego, widziałam to! Lily Evans, ty mała cizio! Całowałaś się z Jamesem! Kiedy? 
W sobotę? Wczoraj? Na święte harpie, dziś rano

- Możesz mówić ciszej? – syknęłam i wiem, że moja twarz była cała czerwona pomimo 

moich prób powstrzymania rumieńców. Do jasnej cholery, dlaczego jestem taka przejrzysta? 
– To nie tak jak myślisz, dobra? Tak, Amos mi już przeszedł, miałaś w tym rację. Ale James i 
ja… cóż, nadal jesteśmy tylko przyjaciółmi. A przynajmniej na razie. 

- Przyjaciółmi, którzy się całują? – zapytała Marley. 

- Nie! – Wywróciłam oczami i starałam się wyglądać na niezadowoloną, ale chyba mi się 

nie  udało,  biorąc  pod  uwagę,  że  byłam  czerwona  niczym  pomidor.  –  O  co  chodzi  z  tym 
całowaniem?  Czemu  mielibyśmy  się  całować?  Nigdy  nie  mówiłam,  że  się  całowaliśmy.  Nie 
całowaliśmy się! 

Marley parsknęła śmiechem. 

- Sądzę, że dama protestuje za bardzo. 

- Sądzę, że powinnaś się zamknąć

Marley po raz kolejny wybuchła głośnym śmiechem, co sprawiło, że jeszcze mocniej się 

zaczerwieniłam. 

-  O,  to  jest  bezcenne!  –  zawołała,  klaskając  w  ręce  z  radością.  –  Po  prostu  doskonałe. 

Całkowicie urocze! 

- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Powiedziałam, że nie jesteśmy razem! 

- Nie wierzę ci. 

- Czemu nie? – zażądałam, wyrzucając ręce we frustracji.  – Powinnam o tym wiedzieć, 

prawda? I słuchaj, nie mówię, że to kiedyś może się nie zdarzyć, ale uwierz mi, kiedy mówię 
ci,  że  teraz  James  i  ja  jesteśmy  tylko  przyjaciółmi.  Naprawdę.  Ten  związek  jest  surowo 
platoniczny… z potencjałem. Tak, właśnie. Platoniczny z potencjałem. To wszystko. 

-  Platoniczny  z  potencjałem?  –  powtórzyła  powątpiewająco  Marley.  Gdy  pokiwałam 

stanowczo  głową,  Marley  zmarszczyła  nos.  Westchnęła  z  porażką.  –  No  dobra  –  mruknęła, 
nie brzmiąc na zadowoloną. – Przypuszczam, że ty to powinnaś wiedzieć. Oczywiście tego nie 
rozumiem, ale jeśli tak mówisz… 

- Dobry. 

Dźwięk głosu Jamesa, nagłego i bliskiego, sprawił, że lekko podskoczyłam, ale sądzę, że 

niespodziewanie  przyspieszony  rytm  serca  i  małe  zawirowanie  w  żołądku  były  powodem 
samej jego obecności a nie nagłym pojawieniem się. Odzyskując rezon (tak jakby), rzuciłam 

background image

 

mu krótkie spojrzenie przez ramię, kiedy szedł do nas zanim obróciłam się do Marley z dość 
usatysfakcjonowanym spojrzeniem pt. „Widzisz? Mówiłam ci. Patrz”. 

A wtedy James nachylił się i pocałował mnie w policzek, zajmując miejsce obok mnie. 

Otworzyłam szeroko usta. 

Marley prychnęła w swojego Proroka

Drogi Merlinie, zabiję go. 

-  Dzień  dobry  –  powiedział  raz  jeszcze  i  uśmiechnął  się  do  mnie  ujmująco.  Ledwie 

oparłam się pokusie, żeby strzepnąć ten uśmiech z jego zadowolonej miny. 

-  Co.  Ty.  Wyprawiasz?  –  wysyczałam  przez  zaciśnięte  zęby,  rzucając  mu  moje 

najmroczniejsze, najgroźniejsze spojrzenie. Miał czelność udawać niewinność. 

-  Co  takiego?  –  zapytał,  kładąc  swoją  torbę  obok  mojej.  Znowu  się  wyszczerzył.  –  Czy 

facet nie może pocałować swojej przyjaciółki na dzień dobry? 

Och, do diabła

- Nie widziałam, żebyś pocałował Marley na dzień dobry – rzuciłam, kiedy wspomniana 

dziewczyna  prawie  miała  konwulsje  śmiechu  naprzeciwko  nas,  gazeta  przed  nią  trzęsła  się 
znacząco. James zerknął na nią w chwili, kiedy Prorok wysunął się z jej niestabilnych palców. 

- Och, strasznie przepraszam, Marley – powiedział z konspiracyjnym uśmiechem (jakbym 

tego nie widziała). – Czy ty też chcesz całusa na dzień dobry? 

-  O  nie  –  wydusiła  jakoś  Marley  poprzez  powstrzymywany  śmiech.  –  Nie  ma  sprawy, 

James. Nie trzeba, dziękuję. Możesz mój oddać Lily, jeśli chcesz. 

- Marley, cóż to za urocza… 

- Nawet się nie waż

- Och, spójrzcie! – krzyknęła głośno Marley, nagle podnosząc się z miejsca. Spoglądała w 

stronę  stołu  Puchonów.  –  Tam  jest  mój  kolega  Ted.  Powinnam  iść  się  przywitać.  Nie 
widziałam go od wieków. Zaraz wrócę! 

Potem oddaliła się – cholerna zdrajczyni – z mniej-niż-subtelnym mrugnięciem. 

Myślałam o jej śmierci, ale postanowiłam, że wyżyję się na Jamesie. 

Odwróciłam się do niego wściekle. 

On się roześmiał. 

background image

 

-  Co ty wyprawiasz, do jasnej  cholery?  –  krzyknęłam,  marszcząc niebezpiecznie  brwi.  – 

Czy ty mnie w ogóle słuchałeś wczorajszej nocy? 

- Słucham wszystkiego, co mówisz – odpowiedział James. 

-  Więc  co  ty  robisz?  –  zapytałam  znowu,  starając  się  nie  wrzeszczeć.  –  Co  jest  z  tym… 

tym… przyjaciele nie całują się na dzień dobry i dobrze o tym wiesz, Jamesie Potter! 

James chwycił kawałek tostu z talerza przed sobą i wgryzł się w niego, wyglądając, jakby 

się  nad  tym  zastanawiał.  –  Cóż  –  powiedział  w  końcu,  wzruszając  ramionami  –  może  moi 
przyjaciele są o wiele bardziej serdeczni od twoich. 

Trzepnęłam go po głowie. 

-  Au  –  mruknął  słabo,  po  czym  ugryzł  kolejny  kawałek  tostu.  Opuścił  głowę,  ale 

dostrzegłam jego durny uśmiech. Spojrzałam na niego zgorzkniale. 

- Jesteś niemożliwy – wymamrotałam, piorunując wzrokiem mój talerz, bo nie chciałam 

na niego patrzeć. – Zgodziłeś się na moje warunki. Obiecałeś. A co z twoim głupim, krowim 
planem, hm? Myślałam, że nie dajesz już mleka, ty brudny hipokryto. 

-  Wiem,  co  obiecałem  i  nie  złamałem  tej  obietnicy  –  upierał  się  James  i  czułam,  jak 

przesuwa  się  bliżej,  jak  przysuwa  usta  do  mojego  ucha.  Mogłam  na  chwilę  wstrzymać 
oddech, ale nie zamierzałam dawać mu reakcji, której oczekiwał. – A tak poza tym – szepnął, 
teraz praktycznie dotykając nosem mojej szyi – jeśli myślisz, że ten żałosny poranny całus był 
mlekiem, Nieomylna, to wygląda na to, że wiele muszę cię nauczyć. 

Do jasnej cholery. 

-  Zamknij  się  –  mruknęłam,  nienawidząc  faktu,  że  mój  głos  był  cały  ochrypnięty, 

nienawidząc faktu, że potrafił wyczarować w mojej głowie najgorsze rodzaje obrazów, nawet 
się nie starając. – Zamknij się. Teraz jestem na ciebie taka wściekła, że mogłabym krzyczeć. 
Masz czelność. 

- Czemu? – zapytał James i sposób w jaki to powiedział, dokuczliwie i cicho, sprawił że 

musiałam na niego spojrzeć, chociaż tego nie chciałam. Ten chłopak był zbyt atrakcyjny dla 
swojego  dobra.  Sprawił,  że  zapomniałam,  że  byłam  wściekła.  –  Czym  się  tak  wściekasz? 
Powiedziałem ci, że nie złamałem mojej obietnicy. Nadal jesteśmy przyjaciółmi. Daję ci czas. 
Ale nie poddaję się, Nieomylna. To jest różnica. A ty zgodziłaś się, że mam wszelkie prawo, by 
w międzyczasie próbować przekonać cię, że nie chcesz tej sprawy z przyjaźnią, prawda? 

- Tak, ale w granicach rozsądku… 

- Nie zaatakowałem cię, prawda? 

- To nie… 

background image

 

- Dokładnie o to chodzi. A teraz przestań się ze mną kłócić. Rujnujesz mi śniadanie. 

Rzuciłam mu spojrzenie mówiące, że jeszcze mu nie odpuściłam, nawet jeśli  może miał 

trochę racji. Przecież zgodziłam się na to aby próbował mnie przekonać do zmiany zdania. I 
przypuszczam, że społeczność nie mogłaby znaleźć winy w takim niewinnym całusie, nawet 
jeśli potem zainsynuował te durne wygląda-na-to-że-wiele-muszę-cię-nauczyć. 

Co serio było durne. 

Wiele do nauczenia, gówno prawda. Wiem mnóstwo rzeczy. Więcej niż mnóstwo. Założę 

się, że mogłabym nauczyć czegoś jego

Może. 

-  Muszę  nad  tym  pomyśleć  –  wymamrotałam,  rzucając  mu  kolejne  spojrzenie,  kiedy 

zaczął  napełniać  swój  talerz  różnymi  rodzajami  jedzenia.  –  Być  może  będziemy  musieli 
renegocjować nasze warunki. 

-  To  była  stanowcza  ustna  zgoda  –  zaprotestował  James.  –  Co  jeśli  ja  nie  chcę 

renegocjować? 

- Oczywiście, że chcesz – powiedziałam. – Jesteś bardzo elastycznym facetem.  

-  Ta  umowa  zmieni  się  tylko  wtedy,  jeśli  się  poddasz.  –  James  odwrócił  się  do  mnie, 

unosząc brew. – Poddajesz się? 

- Nie. 

- Też tak myślałem. 

Wywróciłam oczami, a James roześmiał się, jakimś cudem rozbawiony całą tą sytuacją. 

Potrząsnęłam  głową  i  westchnęłam,  zastanawiając  się  w  co  ja  się  wpakowałam  i  dlaczego 
jakieś  dziesięć  minut  temu  sądziłam,  że  wszystko  było  promienne  i  wesołe  na  świecie. 
Musiałam zapomnieć, że to był mój świat. Kiedy cokolwiek jest tutaj promienne i wesołe? 

Zamierzałam powiedzieć Jamesowi coś w stylu „Czemu ja się w tobie durzę, ty idioto?” 

kiedy  Marley  powróciła  do  stołu  Gryffindoru,  najwyraźniej  stwierdzając,  że  wystarczająco 
długo  odwiedzała  „Teda”.  Usiadła  z  największym  uśmiechem  pt.  „kot-złapał-kanarka” 
skierowanym  w  moją  stronę,  co  dość  trudno  było  mi  zignorować.  Powstrzymałam 
westchnienie. 

- Cześć – powiedziała, jeszcze bardziej się uśmiechając. – Jak leci? 

- Świetnie – odpowiedziałam, posyłając jej znaczące spojrzenie wiem-jak-to-wygląda-ale-

to-wszystko-nie-tak. – Jak ma się Tom? 

background image

 

-  U  Toma  wspaniale  –  odparła  Marley,  a  po  jej  uśmiechu  wiedziałam,  iż  ona  dobrze 

wiedziała, że „Tom” był „Tedem” całe dziesięć minut temu. Gdy uniosła swojego wcześniej 
porzuconego Proroka, a jej uśmiech wciąż był o wiele zbyt złośliwy jak na mój gust, zapytała. 
– Dziś rano nie jesz, Lily? 

- Jem – zapewniłam, mrużąc oczy. – Po prostu nie miałam szansy na napełnienie talerza. 

-  Och,  dobrze  –  powiedziała  Marley,  a  jej  złośliwy  uśmiech  stał  się  jeszcze  bardziej 

widoczny. Puściła mi oko. – Zbalansowane śniadanie i w ogóle. 

Och, na brodę Merlina. 

- Marley… 

- Mleka? – zaproponował James, podstawiając mi dzbanek pod nos. On też mrugnął. 

Dlatego właśnie nie dożyję do osiemnastki. 

 

Wciąż Później, Antyczne Runy 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 220 

James  uparł  się  na  odprowadzenie  mnie  na  Runy,  nie  przyjmując  odmowy,  chociaż 

powiedziałam mu, że zachowuje się jak kretyn i chociaż bez wątpienia spóźni się przez to na 
Numerologię.  Robiłam  mu  piekło  przez  całą  drogę  do  klasy,  ale  nie  wydawał  się  o  to 
troszczyć, co pokazuje tylko, jak mentalnie stabilny jest ten chłopak. 

-  Jesteś  najgorszym  przyjacielem  na  świecie  –  powiedziałam  mu,  kiedy  szliśmy,  wciąż 

próbując  odzyskać  moją  torbę  –  którą  ukradł  w  Wielkiej  Sali  i  upierał  się,  że  będzie  nosił, 
choć wcale nie jestem inwalidką – z jego ramienia. Rzuciłam mu moje najnieprzyjemniejsze 
spojrzenie,  kiedy  z  łatwością  unikał  moich  rąk,  nie  cierpiąc  tego,  że  mógł  sobie  stać  i  się 
uśmiechać,  jakbym  była  tylko  nic  nieznaczącą  muchą  wiercącą  się  wokół  jego  osoby. 
Zmarszczyłam wściekle brwi. – Najpierw te poranne całowanie, potem odprowadzanie mnie 
do  klasy,  teraz  noszenie  moich  książek…  czy  to  plan  A,  część  3  czy  co?  Bo  jeśli  tak,  to  się 
sprzeciwiam. 

-  Sprzeciwiasz  się  wszystkiemu  –  odparował  James,  rzucając  mi  spojrzenie  z  ukosa.  – 

Czemu mam zacząć cię teraz słuchać? 

- Um, bo próbujesz wkupić się w moje łaski, pamiętasz? 

James prychnął. – Już wkupiłem się w twoje łaski, Lily. Próbuję po prostu sprawić, żebyś 

to przyznała. 

background image

 

- Pah! – prychnęłam gorzko, splatając ramiona na piersiach. – Mylisz się. Nienawidzę cię. 

James tylko się zaśmiał. 

Powinnam – i próbowałam – być wściekła przez fakt, iż zdawał się całkowicie lekceważyć 

fakt, że teraz powinniśmy być tylko przyjaciółmi, ale chyba to mówi coś bardzo żałosnego o 
mnie  i  moim  postanowieniu,  że  udało  mi  się  być  tylko  minimalnie  zirytowaną  –  a  to 
przeważnie dlatego, że dokładnie wiedział, co zrobić, żeby nacisnąć moje guziki. Nawet kiedy 
szedł obok mnie uśmiechając się, jak durny, arogancki wariat, nie potrafiłam zdobyć się na 
właściwe piorunujące spojrzenie. Naprawdę było to niedogodne. 

Dopiero kiedy stanęliśmy przed klasą Run James w końcu zsunął z ramienia moją torbę, 

podając mi ją ze znaczącym błyskiem w oku. Zabrałam ją z tak bardzo wrednym spojrzeniem, 
na jakie było mnie stać. 

-  Nie  ma  za  co  –  powiedział  wesoło,  uśmiechając  się  nikczemnie  na  moje  żałosne 

spojrzenie. – Bardzo podobał mi się nasz spacer, Nieomylna. 

- Na pewno – odparłam, przerzucając torbę przez ramię i fukając niechętnie.  – A teraz 

spóźnisz się na Numerologię, a ja nawet tobie nie współczuję. 

-  Mówisz  serio?  –  James  parsknął  śmiechem,  kręcąc  głową.  –  Numerologia  jest  jakieś 

dwie minuty stąd, Lily. Poza tym mógłbym nauczać tę durną klasę. Niczego nie przegapię.  

- Możesz dostać szlaban. 

- Co jeszcze jest nowego? 

-  Jesteś  taki  frustrujący!  –  krzyknęłam,  wyrzucając  ręce  w  powietrze,  gdy  James  nie 

przestawał  się  śmiać.  –  Czy  ty  i  twoje  durne  usta  musicie  mieć  odpowiedź  na  absolutnie 
wszystko? 

James uśmiechnął się szeroko. 

-  Cóż  –  powiedział  –  mógłbym  pomyśleć  o  kilku  lepszych  rzeczach,  które  moglibyśmy 

robić ja i moje usta… o, czekaj. Przyjaciele tego nie robią, prawda? Zapomnij. 

Och, ha ha

-  Idę  do  klasy  –  fuknęłam,  ignorując  Jamesa,  jego  głupie  usta,  jego  głupi  śmiech  i  jego 

głupie  wszystko  inne,  kiedy  obróciłam  się  na  pięcie,  pokazując  mu  plecy.  –  Może  w 
międzyczasie przypomnisz sobie, jak być przyzwoitym przyjacielem. 

- Nie tęsknij za mną zbyt mocno – odparł James. – Wkrótce znowu będziemy razem. 

Pokazałam  mu  szczególnie  niegrzeczny  gest  ręką  (którego  pewnie  nauczyłam  się  od 

niego. Korupcja, to jest właśnie to!) i wparowałam do klasy, ignorując dźwięk jego śmiechu. 

background image

 

Durny łajdak. 

Szczerze,  to  taki  dupek.  „Nie  tęsknij  za  mną  zbyt  mocno”.  Psh.  Jakbym  w  ogóle 

poświęciła mu myśl! Jakby dostał choćby ułamek mojej uwagi! Ha! W jego snach! A to że… 

- Wybacz, Evans. Możemy pogadać? 

Och, drogi Merlinie, Chłopcze Hieno, nie widzisz, że jestem w trakcie czegoś? 

 

Wciąż Później, Wciąż na Antycznych Runach 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 221 

Kurde. 

Kurde

Dobra,  muszę  się  uspokoić  –  muszę  się  uspokoić.  Wszystko  będzie  w  porządku. 

Oddychaj. Wszystko się ułoży. Wszystko będzie w idealnym porządku. Pewnie to nawet nie 
oznaczało tego, co myślę, prawda? Na pewno nie. To pewnie było tylko… no wiecie… 

Do diabła, oczywiście, że to oznaczało to, co myślę! Bo co innego by to oznaczało? 

Wiedziałam, że powinnam napisać to w liście! Wiedziałam! 

O Boże, on mnie zabije. 

Kiedy  Człowiek  Hiena  przerwał  moją  tyradę  o  Jamesie,  żeby  pogadać,  to  nie  miałam 

pojęcia,  że  to  wszystko  tak  się  skończy.  Tak  naprawdę  odwróciłam  się  do  niego  z 
podejrzliwym spojrzeniem (przecież to był Człowiek Hiena) i próbowałam ukryć fakt, iż byłam 
zirytowana,  że  wciął  się  w  mój  bardzo  leczniczy  czas  przez  coś  tak  bezwartościowego,  jak 
rozmowa. Sprawy stały się jeszcze bardziej podejrzliwe, gdy zobaczyłam, że Hiena stał tam ze 
szczególnie szerokim uśmiechem skierowanym do mnie. 

Uroczo. Po prostu uroczo. 

-  Tak?  –  zapytałam  ostrożnie,  serio  zastanawiając  się  nad  tym  czy  moja  osoba  za 

niedługo nie znajdzie się w niebezpieczeństwie. – W czym mogę ci pomóc? 

-  Zamień  się  miejscami  z  Penny  –  polecił  natychmiast  Hiena,  nie  przejmując  się 

wstępami. Potem, jakby po namyśle, dodał. – Proszę. 

Gapiłam się na niego. 

Psh. 

background image

10 

 

Faceci-Zwierzęta. Wszyscy mają jakieś urojenia. 

- Um, nie – odpowiedziałam. Po czym. – Dziękuję. 

Hiena tupnął nogą, jak wściekłe dziecko. – No dajże spokój, Evans! – jęknął. – Jaki masz 

problem? 

- Tim – powiedziałam bardzo stanowczo. – Nie. 

-  Dlaczego  jesteś  taka  trudna?  –  zażądał,  pozornie  osłupiały  tym,  że  miałam  czelność 

odmówić. – Nie chcesz usiąść obok Diggory’ego? Nie byłaś z nim na randce w sobotę? 

- Czy ty nie zerwałeś w sobotę z Penny?  – odparowałam, niemal chcąc się zaśmiać, bo 

jeszcze tydzień temu logika Tima byłaby kluczem do mojej natychmiastowej zgody. Zabawne, 
jak sytuacje się zmieniają, co? 

(I  zabawne  jak,  o  tak,  nie  boję  się  tej  zmiany,  prawda?  Nie,  zdecydowanie  nie,  głupi, 

walnięty, bydlęcy Facecie-Zwierzaku) 

-  Dokładnie!  –  wykrzyknął  Timmy,  trochę  mnie  zaskakując,  ponieważ  wewnątrz  głowy 

powróciłam  do  tyrady  o  Jamesie  i  zapomniałam,  że  byłam  w  trakcie  rozmowy  (okropnie 
niedogodne).  Gdy  z  powrotem  skupiłam  na  nim  uwagę,  Hiena  patrzył  na  mnie,  jakbym 
ogłuchła. 

- Co? – mruknęłam, zastanawiając się co przegapiłam. 

- Dlatego musisz zamienić się ze mną miejscami!  – powiedział, możliwe po raz drugi. – 

To jedyny sposób. Ona nie chce ze mną rozmawiać. 

- Nie sądzisz, że istnieje na to powód? 

- Och, na miłość boską, Evans… 

- Hej, Lily, Ricks. Co się dzieje? 

Obróciłam się w miejscu, z zaskoczeniem znajdując za nami Amosa, który uśmiechał się 

swobodnie i wyglądał bardzo spokojnie oraz normalnie, najwyraźniej nie doświadczając tego 
samego ataku niezręczności, który nagle ogarniał moją osobę. Od razu poczułam, jak brakuje 
mi tchu – nie przez pożądanie, miłość czy cokolwiek innego, oczywiście, tylko bardziej przez 
coś takiego jak do-jasnego-diabła-ten-facet-był-moją-niezręczną-randką-trzy-dni-temu – lecz 
starałam się to ukryć za przyjaznym uśmiechem. 

No  bo  jeśli  on  potrafił  zachowywać  się,  jakby  wszystko  było  w  porządku  po  naszej 

okropnej randce, to ja też mogłam, prawda? 

background image

11 

 

Podczas  gdy  ja  stresowałam  się  nad  posyłaniem  Amosowi  moich  przyjaznych 

uśmiechów,  Hiena  praktycznie  klaskał  w  radości,  zachwycony  obecnością  Amosa  z  jakichś 
szalonych powodów. 

- Diggory! – wykrzyknął radośnie, klepiąc Amosa po plecach na powitanie. Uśmiechał się 

maniakalnie. – Zrób facetowi przysługę, co? Idź… 

-  Chce  zamienić  się  z  tobą  miejscami,  żeby  móc  dręczyć  biedną  Penny  –  wtrąciłam, 

rzucając  Hienie  nieprzyjemne  spojrzenie.  Szczerze,  czy  ten  durny  chłopak  kiedykolwiek  się 
podda? – Nie waż się mu na to pozwolić, Amos. Czy Penny nie dość już przeszła? Wiesz, jak 
długo się tobie wypłakiwała w sobotę. 

Nie wspomniałam faktu, że ja dość przeszłam i że siedzenie obok niego przez całą lekcję, 

próbując  zachowywać  się  platonicznie  prawdopodobnie  mnie  wykończy,  ale  tak  właśnie 
myślałam. Jako mój dawny, przypuszczalny partner życiowy, Amos powinien to załapać. 

Uśmiechnęłam się wesoło, kiedy Amos potrząsnął głową. 

Wiedziałam, że nasza poprzednia więź była czegoś warta! 

- Przykro mi, Ricks – powiedział, wyglądając na bardzo sceptycznego. – Ostatnim razem, 

kiedy rozmawiałem z Penny, to ona nie chciała z tobą rozmawiać. Kiedykolwiek. 

- Tak – dodałam, uśmiechając się z zadowoleniem. – Kiedykolwiek

Hiena wyglądał na zdegustowanego naszą parą. 

- Wy tak na poważnie? – wypluł, większość jego wściekłości była skierowana na Amosa. 

Wyrzucił ręce we frustracji. – To Penny! Co ona wie, do diabła? 

- Wow, Tim – mruknęłam oschle. – I mówisz, że ona nie chce z tobą gadać? Szokujące. 

Hiena wyglądał, jakby był gotowy mnie zaatakować i chyba by to zrobił, gdyby nie nagłe 

wejście do klasy czerwonookiej i ostrożnie wyglądającej Penny oraz Julie Little, która szła za 
nią  chyba  jako  wsparcie.  Timmy  zamknął  swoje  duże  usta  i  z  ostatnim  nieprzyjemnym 
spojrzeniem  rzuconym  w  moją  stronę  (chyba  już  dłużej  nie  obwiniał  Amosa)  rzucił  się  na 
krzesło obok mnie, wściekle obrażony. Gdy Penny zobaczyła, że Hiena usiadł, widocznie się 
rozluźniła. Wszyscy patrzyliśmy, jak ona i Julie nas minęły. 

Wtedy zaczęły się wszystkie problemy. 

- Penny! – krzyknął nagle Hiena, odsuwając głośno swoje krzesło i skoczył na równe nogi, 

kiedy Penny dotarła do naszej ławki. Stanął przed nią, blokując drogę jej i Julie. – Przestań już 
z tym! – zażądał, wyciągając do niej rękę. – Po prostu… 

-  Nie  dotykaj  mnie,  Timmy!  –  wrzasnęła  przeraźliwie  Penny,  odsuwając  się  od  Hieny, 

jakby ten się palił i było widać, że szybko sięga emocjonalnego załamania. Gdy Hiena się do 

background image

12 

 

niej  zbliżał,  wyjękując  swoje  smutne  i  żałosne  przeprosiny  w  głośności,  którą  można  było 
uznać za krzyczenie, byłam tak ogarnięta pierwszorzędnym widokiem na ten dramat – co za 
genialna poprawa poranka, prawda? – że całkiem zapomniałam, iż Amos wciąż stał tuż obok 
mnie, również przyglądając się temu szaleństwu. 

A przynajmniej tak myślałam

Okazuje się… ta, nie bardzo. 

Zapytacie, co robił zamiast tego? 

Och,  nic  takiego.  Po  prostu  chwycił  mnie  za  brodę,  odwrócił  moją  głowę  od  Penny  i 

Hieny, i złożył bardzo NIE-platoniczny pocałunek na moich ustach pośrodku klasy Run. 

Tak. 

Wiem. 

CO. DO. DIABŁA? 

-  Lubię  dziewczyny,  które  stoją  przy  swoim  –  powiedział,  uśmiechając  się  do  mnie 

promiennie. – Do zobaczenia później. 

A  potem  –  o  Boże  –  pocałował  mnie  znowu,  tym  razem  krótszym  całusem,  zanim  się 

wyprostował.  Zadławiłam  się  –  tylko  tyle  mogła  zrobić  moja  osłupiała  osoba  –  wyrzucając 
początki  miliona  protestów,  których  nie  potrafiłam  zamienić  w  coś  zrozumiałego.  Wciąż 
mamrotałam,  kiedy  Amos  się  odsunął,  omijając  rozgorączkowanego  Hienę,  załzawioną  i 
wrzeszczącą Penny oraz skamieniałą Julie, kierując się do swojej ławki tuż przede mną. 

Dopiero po jakichś dwudziestu sekundach mój umysł zarejestrował, że coś było bardzo, 

ale to bardzo nie tak i że powinnam coś z tym zrobić. 

- Eee, hej, Amosie… 

- Na miejsca! Wszyscy zająć swoje miejsca! 

Serce  opadło  mi  do  żołądka,  kiedy Lundi  wszedł głośno  do  klasy, kończąc  i  efektownie 

zagłuszając  moje  zszokowane  bełkotania  do  Amosa.  Kiedy  wszyscy  szybko  zajęli  swoje 
miejsca  (częściowo  szlochająca  Penny  O’Jene  i  wściekły  Chłopak  Hiena  również)  oddech 
zamarł  mi  w  gardle  i  raz  jeszcze  spróbowałam  na  próżno  pochwycić  uwagę  Amosa,  ale  był 
zbyt zajęty pocieszaniem Penny razem z Julie Little, żeby zwracać na mnie uwagę. 

O Boże. 

Boże

Tylko tyle mogłam przetrawić. 

background image

13 

 

To  oraz  mały,  maleńki,  bardzo  mikroskopijny  dylemat  James  wyduszającego  ze  mnie 

życie gdzieś blisko w przyszłości. 

Kurde. 

Podwójne, cholerne, pieprzone kurde

Ale  to  nie  moja  wina!  Naprawdę!  Skąd  miałam  wiedzieć,  iż  Amos  nie  zdawał  sobie 

sprawy,  że  nasz  związek  dobiegł  końca,  pomimo  naszej okropnej  randki i  dość  końcowego, 
platonicznego rozstania w sobotnie popołudnie? Dla mnie było doskonale wyraźne, że to był 
koniec – myślę, że było to doskonale wyraźne dla każdego, kto trafił na nas tamtego dnia. 

Więc jakim cholernym cudem Amos to przegapił? 

To nie ma sensu. Serio. No bo co z Julie, hm? Czy Amos nie zamierzał żyć z nią na kocią 

łapę do końca życia? Podobał mi się ten plan. Uważałam go za cudowny. Jednakże ten plan 
nie zawierał jego całowania mnie przed całą klasą Run. Więc co się stało? 

W  porządku.  Po  prostu…  porozmawiam  z  nim.  Tak,  właśnie.  Porozmawiam  z  nim  i 

wszystko  się  ułoży.  Będę  bardzo  uprzejma,  ale  bardzo  stanowcza,  powiem  „Bardzo 
przepraszam  za  zamieszanie,  Amosie,  lecz  naprawdę  myślę,  że  lepiej  nam  będzie,  jeśli 
zostaniemy przyjaciółmi. Po prostu to nie to, wiesz? Poza tym, jestem bliska umawiania się z 
Jamesem Potterem, a on pewnie zabiłby ciebie albo mnie, zależy od tego, kto będzie bliżej, 
jeśli ciągnęlibyśmy ten związek. Wielkie dzięki. Pa” co pewnie wyjdzie doskonale, kiedy… 

Chwileczkę. 

Nie! 

Nie, ty durny kretynie, co ty wyprawiasz? Kręci ci się w głowie, gówno prawda, wcale nie 

kręci ci się w głowie! Siadaj! Nie możesz opuścić klasy! Muszę z tobą porozmawiać, na brodę 
Merlina! 

MUSZĘ CI POWIEDZIEĆ, ŻE JUŻ ZE SOBĄ NIE CHODZIMY! 

 

Wciąż Wciąż Potem, Wciąż Wciąż na Antycznych Runach 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 222 

Świetnie. Po prostu świetnie

Jak Lundi mógł mi to zrobić? Jak mógł puścić Amosa? No na brodę Merlina, „Kręci mi się 

w głowie”? To najgłupsza, najbardziej fałszywa wymówka w książce. Kto się na to nabiera? 

background image

14 

 

Co  ja  mam  teraz  zrobić?  Lekcja  już  prawie  się  kończy,  Amos  wciąż  nie  wrócił,  a  ja  już 

dzisiaj nie mam z nim żadnych lekcji. Jamesa, z drugiej strony, widzę na następnej lekcji. A 
potem na obiedzie. I na lekcji po obiedzie. 

Do jasnej cholery, co ja zrobię

Co  jeśli  James  o  tym  usłyszy?  Co  jeśli  ktoś  wpadnie  na  niego,  kiedy  będzie  szedł  na 

Zaklęcia  i  powie  „Hejka,  James.  Słyszałeś  o  tym,  co  Lily  i  Amos  Diggory  wyprawiali  na 
Runach?”  Co  się  wtedy  stanie?  Powiem  wam,  co  się  stanie  –  umrę.  Właśnie  tak.  Pewnie 
wolno i boleśnie. Od noży. Albo ostrych piór. A może spinaczy. 

Merlinie. Teraz mnie zaczyna kręcić się w głowie. 

To  naprawdę  niesprawiedliwe.  Choć  raz  zamierzałam  naprawić  moje  problemy  zanim 

wybuchną mi w twarz, a teraz Amos ucieka zanim będę miała na to szansę! A nawet jeśli nie 
jest  to  moja  wina,  to  jestem  pewna,  że  pozwolenie  na  to  aby Amos  mnie  pocałował  (choć 
krótko i choć byłam zbyt osłupiała, żeby od razu się odsunąć) jest bezpośrednim naruszeniem 
pierwszej  zasady  Jamesa.  A  chociaż  on  już  złamał  moją  zasadę…  cóż,  przecież  nie 
oczekiwałam, że ot tak się podda. Wiedziałam, że zrobi coś tak szalonego, jak tego poranka. 
Prawdopodobnie byłabym rozczarowana, gdyby rzeczywiście mnie posłuchał. Chodzi mi o to, 
że chcę być tylko przyjaciółmi, ale… no, chcę żeby było między nami też coś więcej. Po prostu 
nie teraz. Więc chyba nie byłam taka zrozpaczona, kiedy James zignorował mój nakaz. Nawet 
jeśli było to trochę frustrujące. Przeważnie lubię mieć powód, żeby na niego nakrzyczeć. 

Coś mi mówi, że James nie będzie czuł się tak samo wobec mojego naruszenia zasady. 

Cholera. 

Cholera, cholera, cholera

Chyba  mogłabym…  porozmawiać  z  Jamesem?  Zanim  ktokolwiek  inny do niego dotrze  i 

opowie  mu  same  kłamstwa?  Z  tego  co  wiem,  plotki  mogą  mówić  o  tym,  że  Amos  i  ja 
bzyknęliśmy się na ławce zanim będę miała jakąkolwiek szansę na opowiedzenie prawdziwej 
historii, a wtedy James wścieknie się bez powodu. A ja obiecałam, że będę rozmawiać z nim 
o takich sprawach. Nie zamierzałam ukrywać się w pokoju ani nic, ale przypuszczam, że nie 
musi  to  dosięgnąć  takiego  żałosnego  punktu,  by  było  to  naruszeniem  zasady.  I  oczywiście 
wciąż  pogadam  z  Amosem.  Kiedy  tylko  będę  mogła.  Gdy  tchórzowi  przejdą  jego  „zawroty 
głowy”. Psh. 

Racja. Okej. Zatrzymanie Jamesa nie będzie zbyt trudne. Albo będę wiercić się pod klasą 

Zaklęć i złapię go zanim zacznie się lekcja. Właściwie ten plan jest najlepszy, bo wtedy będę 
mogła  ostrzec  Grace  i  Emmę  –  Merlinie,  ile  ja  im  muszę  powiedzieć!  –  i  postawię  ich  na 
kontroli plotek, na wszelki wypadek, jeśli wyjdzie na jaw coś z tego całowania-się-w-klasie-
Run.  A  jestem  pewna,  że  nie  wyjdzie  na  jaw.  Z  całym  dramatem  Penny-Hieny,  Amos  i  ja 
byliśmy wyraźnie przyćmieni. Mam taką nadzieję. A przynajmniej… 

background image

15 

 

Och, do jasnej cholery. Czy lekcja już się skończyła? 

 

Potem, Zaklęcia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 222 

Byłam  tak  pochłonięta  planowaniem  i  spiskowaniem,  bo  ten  dupek  Diggory  wciąż  nie 

wrócił  stamtąd  gdzie  uciekł,  iż  nie  zdałam  sobie  sprawy,  że  klasa  się  skończyła,  dopóki 
profesor Lundi nie zapytał „Zostajesz na lekcje wyrównawcze dla czwartoklasistów, Mily-va-
Lily?” i uniosłam wzrok, orientując się, że połowy klasy już nie było, a Lundi uśmiechał się do 
mnie  bardzo znacząco  (on  nic nie  wie).  Przeklinając  pod nosem,  posłałam  Lundiemu  szybki 
uśmiech i podniosłam się, chowając swoje rzeczy do torby zanim wybiegłam z klasy. Mój plan 
zadziałałby tylko wtedy, gdybym przybyła na Zaklęcia przed Jamesem, a już byłam w tyle. 

Ignorując  większość  Hogwartowskich  przepisów  ruchu  i  elementarnych  uprzejmości, 

biegłam  i  przepychałam  się  przez  duże  masy,  wykrzykując  za  sobą  przeprosiny,  kiedy  tylko 
mogłam, ale przeważnie miałam tylko nadzieję, że nie popychałam złych osób i nie skończę 
walnięta  jakimś  urokiem.  Nie  jestem  pewna,  jak  mi  się  to  udało,  ale  jakoś  dotarłam  na 
Zaklęcia w mniej niż dwie minuty nietknięta – co za szok. 

Szybka, niczym błyskawica, to ja. Może powinnam zająć się maratonami czy coś. 

Wsunęłam głowę do klasy na tyle długo, żeby zorientować się, że Jamesa jeszcze nie ma, 

choć  Remus  i  Peter  siedzieli  na  swoich  zwykłych  miejscach  na  tyle  klasy.  Emma  również 
siedziała już na swoim krześle, więc domyślałam się, że James nie może być daleko w tyle, bo 
oboje  szli  z  tego  samego  miejsca.  Wysunęłam  głowę  zanim  zostałabym  zauważona  przez 
Flitwicka albo Emmę czy kogokolwiek innego, kto mógłby zadrzeć z moimi planami i wyszłam 
na  korytarz,  niespokojnie  wiercąc  się  przy  drzwiach  klasy.  Patrzyłam,  jak  większość  naszej 
klasy wchodzi do środka, kiedy niespokojnie skręcałam sobie palce i ciągle wypatrywałam w 
każdej  możliwej  lokalizacji  mojego  roztrzepanego  celu.  Gdy  zobaczyłam  Grace  wychodzącą 
zza rogu, która niemal od razu dostrzegła mnie ze spojrzeniem typu „Co jest?”, przywołałam 
ją  dość  gorączkowymi  ruchami,  ale  nie  mogłam  tego  powstrzymać.  Był  to  przecież  dość 
gorączkowy moment. 

-  Nie  mogę  teraz  gadać  –  wydusiłam,  kiedy  stanęła  przede  mną,  przerywając 

jakiekolwiek  słowa,  które  chciałaby  wypowiedzieć.  –  Muszę  znaleźć  Jamesa.  Ale,  drogi 
Merlinie, ile ja mam ci do powiedzenia. 

-  Nie  jest  za  wcześnie  na  Lily  dramę?  –  zapytała  Grace,  choć  jej  złośliwy  uśmieszek 

wskazywał, że nie była rozczarowana porannym szaleństwem. – Ledwo jest dziesiąta, Lil. 

background image

16 

 

Rzuciłam  jej  spojrzenie  mówiące,  że  to  nie  była  pora.  –  To  nie  była  moja  wina  – 

upierałam się. Mówiąc to, odwróciłam spojrzenie od Grace i przeskanowałam korytarz za nią. 
Jamesa  wciąż  nie  było  widać.  –  Powiem  ci,  że  wina  leży  całkowicie  po  stronie  głupiego, 
tchórzliwego  Amosa.  Jednakże  on  uciekł,  więc  teraz  ja  muszę  ograniczać  straty.  Na  wszelki 
wypadek. 

-  No  cóż.  –  Grace  brzmiała  na  przyjemnie  zaskoczoną  moim  skróconym  wyjaśnieniem. 

Uśmiechnęła  się  szerzej.  –  Brzmi  to  na  ciekawą  historię,  moja  wścibska  przyjaciółko.  Nie 
znam  wszystkich  szczegółów,  ale  trzymam  się  opinii,  że  cokolwiek  sprawiło,  iż  w  końcu 
odzywasz  się  do  Jamesa  zamiast  pisać  mu  cholernie  głupie  listy  i  inne  durnoty,  bardzo  mi 
pasuje. 

- A ja mówię, że ty jesteś durna, bo już rozmawiałam z Jamesem. Zeszłej nocy. 

- Zeszłej nocy? Kiedy? 

- Eee… o trzeciej. 

- Lily, to nie jest zeszła noc. To dzisiejszy poranek. 

- Jeden kij. 

-  Jeden  kij? Żaden  „jeden  kij”.  To  poranna randka.  Jakie  to  z twojej  strony  zdzirowate, 

Sue! Jestem dumna. 

Serio, czemu nie mogę mieć normalnych, wspierających przyjaciół? Choć raz? 

Zaprzestałam  na  chwilę  poszukiwań,  żeby  przeszyć  ją  wzrokiem.  –  Na  brodę  Merlina, 

Gracie, to nie była… 

O Boże. Idzie. 

Ponad  ramieniem  Grace  zobaczyłam,  jak  James  razem  z  Syriuszem  wychodzą  zza  tego 

samego  rogu,  co  ona  kilka  minut  temu,  jego  ciemna  głowa  nachylała  się  do  przyjaciela, 
wyglądali  na  pochłoniętych  rozmową.  W  innych  warunkach  nie  przeszkadzałabym  im,  ale 
teraz  nie  mogłam  tego  zrobić.  Coś  wewnątrz  mnie  pogoniło  mnie  do  przodu.  Czułam,  jak 
serce obija mi się szybko o pierś. 

-  Muszę  iść  –  mruknęłam  do  Grace,  praktycznie  odpychając  ją  na  bok.  Rzuciłam  jej 

spojrzenie przez ramię, spiesząc do przodu. – Wyjaśnię później! 

-  Trzymam  za  słowo!  –  zawołała,  ale  jeśli  powiedziała  coś  jeszcze,  to  nie  usłyszałam. 

Byłam skupiona na Jamesie. 

Oddychaj. 

Po prostu oddychaj. 

background image

17 

 

To może być moja ostatnia szansa. 

Odpychając wszystkie te nieszczęśliwe myśli na bok (choć James wyglądał tak poważnie, 

iż  moje  szanse  przetrwania  spadły  o  jakieś  7  punktów),  zignorowałam  ścisk  w  gardle  oraz 
mocno  bijące  serce  i  podeszłam  do  dwójki  chłopaków.  Syriusz  pierwszy  mnie  zauważył,  a 
jego  grymas  nie  był  zbyt  zachęcający.  James  odwrócił  się  chwilę  później,  jego  mina  była 
trochę bardziej zapraszająca. Uczepiłam się jego lekkiego uśmiechu z nadzieją. 

-  Przyszłaś  odprowadzić  mnie  do  klasy?  –  zapytał,  uśmiechając  się  teraz  promiennie.  – 

Lepiej później niż wcale, jak sądzę. 

-  Nigdzie  cię  nie  odprowadzam  –  odpowiedziałam,  choć  ewentualnie  będziemy  szli, 

nawet  jeśli  będzie  to  tylko  kawałek  korytarza.  Odpędziłam  te  głupie  myśli  potrząśnięciem 
głowy.  Teraz  naprawdę  nie  była  pora  na  ten  nonsens.  Spojrzałam  zdeterminowana  na 
Jamesa.  –  Muszę  z  tobą  porozmawiać.  Mogę  z  tobą  porozmawiać?  –  Odwróciłam  się  do 
Syriusza, którego mina była beznamiętna. – Mogę z nim porozmawiać? 

-  Nie  jestem  jego  matką  –  odparł  Syriusz,  chociaż  teraz  patrzył  na  mnie  z  pewną 

wrogością w oczach. – Rób, co chcesz. 

Nie rozmawiałam z Syriuszem od naszego krótkiego spotkania w korytarzu, kiedy byłam 

tak  strasznie  zmęczona  w  piątkowe  popołudnie,  ale  czas  chyba  nie  zmniejszył  jego  uczuć  z 
naszego  czwartkowego  szlabanu.  Myślałam,  że  skończyliśmy  na  zbalansowanej  stopie  – 
chciał rozejmu, prawda? Bo doprowadził mnie do płaczu? Pamiętacie, kiedy otworzył drzwi? 
– ale przypuszczam, iż fakt, że wyraźnie nie stosowałam się długo do naszego planu zostaw-
Jamesa-w-spokoju  przywrócił  mnie  na  jego  czarną  listę.  Nie  wspominając  o  fakcie,  że  on  i 
James bili się przeze mnie – o tym też nie zapomniałam. Ciekawe czy wtrąciłam się w kolejną 
rozmowę o mnie. Gdyby tak było, to fakt, że nikt się nie bił był dobrą oznaką. Jednak nawet 
teraz  dostrzegałam  napięcie  między  nimi,  które  wiedziałam,  iż  James  próbował  ukryć  ze 
względu  na  mnie.  Nienawidziłam  tego.  Nienawidziłam  tego,  że  trzeba  było  coś  ukrywać. 
Nienawidziłam  tego,  że  to  ja  byłam  powodem.  Nienawidziłam  tego,  że  Syriusz  mnie 
nienawidził. 

Merlinie, jak można było oczekiwać, że ktoś tu może mieć stabilny związek przy takich 

problemach? Psh. 

James nie musiał nic mówić Syriuszowi, by oznajmić mu, że sarkazm nie był potrzebny. 

Spojrzał  na  swojego  przyjaciela  i  przekrzywił  głowę,  a  jego  uśmiech  lekko  zbladł.  Żeby 
udowodnić,  że  nie  obchodziło  go  ukrywanie  przede  mną  ich  sytuacji,  Syriusz  rzucił 
pogardliwe spojrzenie Jamesowi, spojrzał na mnie, po czym znowu odwrócił się do Jamesa. 
Wyraźnie nie znałam Syriusza tak dobrze, jak Jamesa, więc nie potrafiłam sobie wyobrazić, co 
miały  oznaczać  miażdżące  spojrzenie  i  ostry  uśmieszek,  które  skierował  do  Jamesa  zanim 
odszedł, ale pewnie było to coś w stylu „Ta dziewczyna jest nic nie warta. Spójrz, co robi z 
twoim życiem. Rzuć ją. Teraz.” 

background image

18 

 

I wiecie co? Nawet go nie winię. 

A co to oznacza? 

Oboje  patrzyliśmy  za  Syriuszem,  kiedy  wpadł  do  klasy  elegancki  w  swoim  gniewie  w 

sposób, który mógłby być tylko ktoś przyzwyczajony do tej emocji. Obracając się z powrotem 
do  Jamesa,  zobaczyłam  jego  mizerną  minę  chwilę  przed  tym  zanim  na mnie  spojrzał  i  jego 
wyraz  twarzy  złagodniał.  Nagle  mój  dylemat  z  Amosem  nie  wydawał  się  takim  wielkim 
dylematem. 

- Idź – powiedziałam, zbywając go.  – Idź z nim pogadać. Ja mogę… mogę poczekać. To 

jest ważniejsze. Nie chcę, żebyście… 

-  Nie  przejmuj  się  tym  –  przerwał  mi  James.  Uniósł  rękę,  unosząc  zabłąkany  kosmyk 

moich włosów i założył go za ucho. Zastanawiam się czy ten prosty dotyk był dla niego tak 
samo pocieszający, jak dla mnie. – Nie jest w nastroju, żeby zachowywać się rozsądnie. Kiedy 
taki jest, nie da się z nim dogadać. A więc o co chodzi? 

Przygryzłam  wargę,  rozdarta  pomiędzy  ponownym  rozkazaniem  mu,  by  naprawił 

sytuację  z  Syriuszem  –  bez  względu  na  jego  humor  –  a  opowiedzeniem  mu  o  Amosie. 
Przyjmie to gorzej, bo był już zestresowany? Wysłucha czy po prostu zaatakuje? Lepiej jeśli 
powiem  mu  później,  kiedy  w  międzyczasie  pójdę  po  krówki,  które  kupiłam  w  Miodowym 
Królestwie, żeby go uspokoić? 

Merlinie, jakie życie jest skomplikowane. Co się stało z moim prostym planem? 

Nie wiem, co w mojej minie albo postawie uświadomiło Jamesa, że coś było nie tak, ale 

nagle spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek, a jego wyraz twarzy stał się przenikliwy, 
jak i zaniepokojony. Wypuściłam długi oddech, który nie wiedziałam, że wstrzymywałam. 

-  Uh-oh  –  powiedział.  Odsunął  rękę  od  mojej  twarzy,  opuszczając  ją  po  boku.  –  Co  się 

stało? 

-  Naprawię  to  –  wydusiłam,  moje  przeciążone  usta  podjęły  decyzję  za  mnie  czy 

powiedzieć,  czy  nie  powiedzieć.  Na  moje  słowa  James  jeszcze  bardziej  zmrużył  oczy. 
Pospieszyłam  z  dalszymi  wyjaśnieniami.  –  To  nie  była  moja  wina  i  przysięgam,  że 
naprawiłabym to od razu, ale byłam zszokowana, a potem ten cholerny tchórz uciekł i nic nie 
mogłam  zrobić,  a  powinnam  była  wysłać  ten  list  i  wiem,  że  wygląda  to  na  naruszenie 
pierwszego  warunku,  ale  tak  naprawdę  jest  to  stosowanie  się  do  drugiego  warunku,  bo 
komunikuję się i nie ukrywam w swoim pokoju, ale ostatecznie i tak nie ma to znaczenia, bo 
to naprawię. 

Uroczo, Lily. Co za elokwentność.  

Zabijcie mnie teraz

background image

19 

 

-  Co?  –  spytał  James,  wcale  nie  tak  zaskakująco.    Wyglądał  na  rozdartego  między 

podejrzliwością  a  zdezorientowaniem.  –  Mogłabyś  spróbować  jeszcze  raz?  Wolniej?  I  z 
większą ilością szczegółów? 

Westchnęłam kolejny raz ciężko, wiedząc, że mówiłam kompletnie bez sensu i wiedząc 

także, że jeśli chcę dotrzeć na Zaklęcia (i tak pewnie byliśmy już spóźnieni), to będę musiała 
opowiedzieć  mu  wszystko,  brzmiąc  przy  tym  na  zdrową  psychicznie  osobę.  Zdecydowanie 
trudne zadanie, ale dam sobie radę. 

Oby. 

- Tak, w porządku. Wybacz – mruknęłam, niespokojnie wykręcając palce. Wygląda na to, 

że zdobyłam kolejny nerwowy nawyk. James także musiał to dostrzec, ponieważ zakrył ręką 
moje dłonie i spojrzał na mnie, jakby mówiąc „Przestań. Jestem tutaj. Mów i nie panikuj”, co 
było  dość  urocze z  jego strony  i  właśnie tego potrzebowałam, żeby zacząć  gadać.  –  Dobra, 
oto co się stało. – Odetchnęłam, wyrzucając z siebie słowa. – Siedziałam na Runach, dobra? 
Zajmowałam się własnymi sprawami, bo taką właśnie osobą jestem, kiedy niespodziewanie 
podchodzi do mnie Hiena i mówi… 

- Kto? 

- Hiena. Och. Chodzi mi o Timmy’ego Ricksa. 

- Hiena. – James uśmiechnął się lekko. Po czym zaśmiał. – Hej, to nawet zabawne. Ricks 

rzeczywiście jest podobny do hieny, kiedy… 

- Możemy się skupić, proszę? 

James znowu się do mnie uśmiechnął, kiwając głową. – Racja. Skupić. Sorry. Kontynuuj. 

Rzuciłam mu miażdżące spojrzenie, ale ciągnęłam dalej. – Więc Tim podchodzi do mnie i 

mówi  „Hej,  Evans.  Zamień  się  miejscami  z  Penny”,  na  co  ja  oczywiście  odpowiadam  „Nie, 
Tim, i zostaw biedną Penny w spokoju. Dziewczyna dosyć przeżyła”. Bo dlatego chciał, żebym 
się zamieniła, widzisz. By mógł siedzieć obok Penny i zastraszyć ją do powrotu do niego. 

- Zerwali? Znowu? 

-  Nie  słyszałeś?  To  było  całkiem  olbrzymie  zamieszanie  w  sobotę.  Coś  o  Deb  Hess  i 

majtkach. Wybuchowa sytuacja. 

- Nie do wiary, że to przegapiłem. Brzmi na dobrą rozrywkę. 

- Widziałam lepsze. Mieli podobną… och! – Posłałam Jamesowi nieprzyjemne spojrzenie. 

– Przestań mnie rozpraszać! Muszę ci powiedzieć, co się stało! 

James  nie  wydawał  się  rozumieć  dramatyzmu  sytuacji,  bo  był  cały  w  żartach  i 

uśmiechach, kiedy odparł. – Tak strasznie przepraszam. Mów dalej. 

background image

20 

 

Coś mi mówiło, że zaraz nie będzie taki wesolutki. 

Z taką myślą szybko otrzeźwiałam, zaczynając znowu czuć niepokój. I tak zmusiłam się do 

kontynuowania.  –  Siedzę  obok  Tima,  a  Penny  siedzi  przed  nami.  –  Przerwałam  na  chwilę  i 
przygryzłam dolną wargę, zanim dodałam: - A Amos siedzi obok niej. 

James przestał się uśmiechać. 

No to zaczynamy. 

-  Wciąż  odmawiałam  Timowi  –  wyjaśniłam,  zanim  James  mógł  coś  powiedzieć.  –  A 

potem…  cóż,  Amos  wszedł  do  klasy,  podszedł  do  nas  i  wtedy  Tim  rzucił  się  na  niego.  Ale 
Amos też odmawiał. Tim zaczynał się wściekać na nas, ale sądzę, iż Amos był tak chętny do 
wpakowania się w ten bałagan, jak ja, więc się nie ugiął. Tim mógłby dalej wiercić nam dziurę 
w  brzuchu,  ale  wtedy  przyszła  Penny  i  Timmy  chyba  zadecydował,  że  ona  jest  łatwiejszym 
celem,  więc  stanął  jej  na  drodze  i  zaczął  wyrzucać  z  siebie  przeprosiny, i  tak  dalej.  I…  no… 
przyglądałam się ich kłótni, oczywiście… i nie zdałam sobie sprawy… ale wtedy… - urwałam. 
Potem wyrzuciłam z siebie wszystko naraz. – AwtedyAmosmniepocałował. 

O Boże. 

OBożeOBożeOBoże. 

- Słucham? – szepnął James. 

- Powiedziałam… a wtedy Amos mnie pocałował. Dwa razy. 

Kiedy  tylko  te  słowa  opuściły  moje  usta  –  wolniej,  bardziej  składniowo,  oczywiście  – 

poczułam  uścisk  w  gardle,  spojrzałam  w  oczy  Jamesowi,  którego  twarz  zrobiła  się  nagle 
beznamiętna. Obserwowałam, jak obrzucił moją twarz wzrokiem, wydając się czegoś szukać, 
choć  nie  jestem  pewna  czego.  Ja  mogłam  jedynie  się  skrzywić  i  na  pewno  wyglądałam 
żałośnie oraz na pełną poczucia winy. Strasznie chciałam go dotknąć, rzucić się na jego tors, 
objąć go ramionami, schować twarz w jego szyi i powiedzieć mu, jak bardzo przykro mi jest, 
że na to pozwoliłam, że to nic nie znaczyło i że musi być głupi, jeśli myślał, że chcę być z kimś 
innym.  Ale  jakoś  nie  potrafiłam  tego  zrobić.  Co  gorsza,  nie  sądzę,  że  pozwoliłby  mi  na  to, 
gdybym próbowała. 

To była zniechęcająca świadomość. 

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć coś – cokolwiek – co usunie ten wyraz z jego twarzy, 

ale James mnie uprzedził. 

- Chryste, Lily – mruknął, a moje serce zapadło się jeszcze niżej, kiedy spiorunował mnie 

wzrokiem. – Chyba sobie żartujesz. 

background image

21 

 

- Przepraszam – powiedziałam szybko i szczerze, odpychając tchórzliwość i zrobiłam krok 

w  jego  stronę.  Fakt,  że  się  nie  odsunął  wzięłam  za  najmniejszą  dobrą  oznakę.  –  Nie 
powinnam była na to pozwolić  – nie chciałam,  żeby to się stało, a jeśli o tym nie wiesz, to 
mamy większy problem niż mylne uczucia Amosa. Nie zwracałam na niego uwagi, a potem 
byłam  tak  zszokowana,  że  to  zrobił…  i  próbowałam  coś  mu  powiedzieć,  naprawdę!  Ale 
wszedł Lundi i rozpoczął lekcję, więc nie mogłam. A potem zanim mogłam mu napisać liścik 
albo w ogóle zwrócić jego uwagę, ten durny tchórz powiedział Lundiemu, że kręci mu się w 
głowie  i  wyszedł  z  klasy  –  co  tylko  pokazuje,  iż  on  wie,  że  już  po  nim,  bo  „kręci  mi  się  w 
głowie” to najgłupsza wymówka na świecie i wszyscy o tym wiedzą! 

Patrzyłam  ostrożnie  czy  moja  gadanina  i  wyjaśnienia  mają  jakikolwiek  efekt,  ale  mina 

Jamesa  pozostawała  beznamiętna  nawet,  kiedy  patrzyłam  na  niego  błagalnie.  Chciałabym 
wiedzieć, co sobie myśli, ale niczego nie ujawniał. Pomyślałam, że powinnam pewnie mówić 
dalej. Nie wiedziałam, co robić innego. 

- Naprawię to – powtórzyłam, próbując brzmieć przekonująco. – Nie wiem, czemu Amos 

myślał, że my wciąż… to znaczy dla mnie było wyraźne, że do siebie nie pasujemy i myślałam, 
że  on  też  o  tym  wiedział.  Widocznie  coś  się  dzieje,  a  ja  nie  wiem  co,  ale  dowiem  się  i  to 
naprawię.  Dziś  nie  mam  już  z  nim  lekcji,  ale  facet  musi  jeść,  prawda?  Dopadnę  go  na 
obiedzie. Dowiem się, co się dzieje i go naprostuję. Żadnej szkody, wszyscy będą szczęśliwi. 
Będzie tak, jakby nigdy nic się nie stało. Przysięgam. 

Dokończyłam z drżącym uśmiechem, wiedząc, że nie mam już nic do powiedzenia, nawet 

kiedy  kamienna  mina  Jamesa  nie  uległa  zmianie.  Albo  zaakceptuje  to,  co  mówiłam,  albo 
wścieknie się i odejdzie, a w tej chwili żadna opcja nie miała widocznej przewagi. W głowie 
przelewało  mi  się  milion  scenariuszy,  co  do  tego,  jak  James  zareaguje,  gdy usłyszy o  moim 
Runowym  dramacie,  ale  nie  mogę  powiedzieć,  że  ciężka  cisza  była  jednym  z  nich.  Nie 
wiedziałam czy to dobrze, czy źle. 

Nie  mogłam  już  znieść  jego  pustego  spojrzenia.  Nie  zamierzałam  się  poddać  i  odejść, 

więc  opuściłam  wzrok,  starając  się  nie  wyglądać  na  zbytnio  przygnębioną,  nawet  jeśli  tak 
właśnie się czułam. Po kilku minutach ciszy, zaczęłam ponownie rozważać moją determinację 
pozostania  w  korytarzu.  Zamierzałam  właśnie  obrócić  się  nieszczęśliwie,  zastanawiając  się, 
jak do diabła miałam naprawić ten bałagan, kiedy… 

Westchnienie. 

Długie, rozdrażnione westchnienie. 

Uniosłam wzrok. 

- Ty – odezwał się sucho James – jesteś jedyną znaną mi osobą, której zdarzają się takie 

rzeczy. Przez cały czas. Codziennie. Jedyną osobą. 

background image

22 

 

- To karma – wydusiłam, choć głos miałam trochę ochrypły. Próbowałam nie wyglądać 

na zbyt pełną nadziei. – W poprzednim życiu chyba byłam jakimś nikczemnym dyktatorem. 
To jedyne wyjaśnienie. Teraz za to płacę. 

James roześmiał się na to; nie całkiem wesoło, ale i tak przyjemnie. 

Przyjmę i to. 

- Ta, może – powiedział, przeczesując ręką włosy. Westchnął znowu, mrużąc nieznacznie 

oczy, jakby zamyślony. Zmieniłam nerwowo pozycję. 

- Jesteś… zły? – zapytałam cicho, wiedząc, że nawet jeśli nie wściekał się tak, jak czasami, 

to nie oznaczało to wcale, iż był spokojny. James zerknął na mnie i wzruszył ramionami. 

-  Nie  wiem  –  odpowiedział  powoli.  Znowu  przeczesał  włosy.  –  Wciąż  decyduję.  Chyba 

zależy to od tego czy rzeczywiście pogadasz z tym łajdakiem. 

- Co masz na myśli? – zapytałam. 

James rzucił mi znaczące spojrzenie. – Dokładnie wiesz, co mam na myśli, Lily. Nie jesteś 

całkiem niezawodna, jeśli chodzi o takie rzeczy, nieprawdaż? 

Otworzyłam szeroko usta w gniewie. Nie całkiem niezawodna? Co? – Co to ma znaczyć? 

–  wybuchłam,  przeszywając  go  wzrokiem.  –  Mówisz,  iż  sądzisz,  że  chcę,  by  Amos  mnie 
całował? Że chcę, by ta szarada związku wciąż się ciągnęła? 

-  Nie,  mówię,  że  łatwo  jest  cię  naciągnąć  –  odpowiedział  James,  teraz  wyglądając  na 

bardziej  zrezygnowanego  niż  zdenerwowanego,  ale  to  dobrze,  bo  byłam  wystarczająco 
wściekła za nas oboje. Co za czelność! – Diggory musi tylko spojrzeć na ciebie nieszczęśliwie i 
powiedzieć,  jak  to  on  wspaniale  bawił  się  w  sobotę,  a  ty  zrezygnujesz  z  naprostowania  go 
tylko dlatego, że będziesz miała poczucie winy! Nie lubisz denerwować ludzi i bardzo dobrze, 
ale nie w tym wypadku. To musi się skończyć. Teraz. 

Wiem o tym! – warknęłam, choć w moim głosie było za dużo dyskomfortu, a za mało 

gniewu,  żeby to  mnie  usatysfakcjonowało.  W  tej  chwili  nienawidziłam  faktu,  że  tak  dobrze 
mnie  znał.  –  A  nawet  jeśli…  nie  jest  zbrodnią  to,  że  nie  chcę  ranić  ludzi!  Ale  w  tej  sytuacji 
jestem  świadoma  tego,  że  będziesz  ty  albo  Amos,  a  jeśli  choć  przez  chwilę  sądzisz,  że 
wybrałabym Amosa… to do diabła z tobą, Jamesie Potter! Cholernie dobrze, że nie… 

-  Ej.  Ej!  –  James  chwycił  mnie  za  nadgarstek,  kiedy  odwróciłam  się,  żeby  odejść,  nie 

wierząc, że do tego doszło. Czy to nie James jakieś dwie minuty miał odejść w gniewie? Jakim 
cudem  tak  szybko  zmieniła  się  sytuacja?  –  Przestaniesz?  –  zażądał,  kiedy  nie  chciałam 
podejść  do  niego  spokojnie.  Próbowałam  się  wyrwać,  patrząc  na  niego  gniewnie.  James 
ciągnął  mnie  za  nadgarstek,  odwzajemniając  spojrzenie.  –  Posłuchaj  mnie,  dobrze? 
Przepraszam,  okej?  Przepraszam,  że  ci  nie  zaufałem.  Złapałaś  mnie  w  złej  chwili  i  cała  ta 
sprawa stała się jeszcze bardziej skomplikowana, a ja wyżyłem się na tobie. W porządku? 

background image

23 

 

- To nie była moja wina – upierałam się zgorzkniale, ale przestałam walczyć i złagodziłam 

spojrzenie.  Spojrzałam  na  Jamesa  z  gniewnym  uporem.  –  Gdybym  wiedziała,  że  są  jakieś 
wątpliwości,  to  wcześniej  porozmawiałabym  z Amosem.  Ale tego nie zrobiłam. Nie  miałam 
pojęcia,  iż  myślał,  że  między  nami  nadal  coś  jest.  I  przykro  mi,  że  musiałam  podać  ci  te 
informacje, kiedy byłeś już wściekły na Syriusza, ale myślałam, że lepiej będzie ci powiedzieć 
niż to ukrywać. Ale jeśli nie zamierzasz mi zaufać… 

- Zaufam – zapewnił od razu James, chwytając mnie w talii i przyciągając bliżej. – Ufam. 

- Dobrze – powiedziałam, splatając ramiona na piersi. Przeniosłam spojrzenie na ramię 

Jamesa.  –  Wiem,  że…  skomplikowałam  między  nami  sprawy.  Nasz  cały  związek  jest 
skomplikowany. Ale nie zamierzam go sabotować. Gdy mówię, że porozmawiam z Amosem, 
to to zrobię. Może łatwo jest mnie naciągnąć, ale mam tak samo dość tej sprawy z Amosem, 
jak ty. Więc to naprawię. Wierzysz mi? 

- Tak – odpowiedział James i pozwoliłam, żeby przyciągnął mnie jeszcze bliżej… wiecie. 

Tak  po  prostu.  Pochylił  głowę  i  raz  jeszcze  pochwycił  moje  spojrzenie.  Uśmiechał  się.  – 
Możesz z nim porozmawiać. Albo, jeśli chciałabyś załatwić sprawę jeszcze szybciej, mógłbym 
teraz poszukać tego palanta i stłuc go na kwaśne jabłko. Szybka i stanowcza wiadomość. 

- James – powiedziałam ostrzegawczo, rzucając mu spojrzenie. – Przestań. Bez żartów. 

- Kto żartuje? 

- Nie będziesz bił się z Amosem – powiedziałam stanowczo i przeszyłam go spojrzeniem, 

by podkreślić słowa. Szczerze, ten chłopak mówi, że ja jestem agresywna? – To mój bałagan i 
ja go posprzątam. Ty masz się nie mieszać. 

- Tak, ale ty jesteś moim bałaganem – odparł James z uśmiechem. Położył drugą rękę na 

mojej talii. – Facet musi brać odpowiedzialność za bałagany jego bałaganu. 

-  Jego  co,  co?  –  roześmiałam  się,  kręcąc  głową,  kiedy  James  nie  przestawał  się 

uśmiechać. 

- Cii – mruknął James, nachylając się bliżej. – Zero gadania. 

Wtedy mnie pocałował. 

-  Ach!  –  zawołałam,  odsuwając  się  z  bezradnym  chichotem,  choć  dopiero  kiedy 

(przyznaję) trochę się tym nacieszyłam. – Kapryśna krowa! Za dużo mleka? 

-  To  nie  mleko.  Płukanie  ust.  –  James  znowu  się  uśmiechnął, przybliżając  się.  –  Musisz 

mieć w ustach zgniły posmak. Pomagam ci się go pozbyć. 

- Był to dwusekundowy całus!  – krzyknęłam, kręcąc głową. – Nie zbliżył się do wnętrza 

moich ust, dziękuję ci bardzo! 

background image

24 

 

- Nigdy nie można być zbyt ostrożnym w  takich sprawach – upierał się James. Mrugnął 

do mnie znacząco. – Właściwie… 

- James… 

Ale pozwoliłam, aby znowu mnie pocałował, bo taka ze mnie zdzira. 

Nieważne.  Krowa  może  wyschnąć  w  każdej  chwili.  Jestem  na  tyle  inteligentna,  by 

korzystać, kiedy mogę. Nawet, jeśli jesteśmy tylko przyjaciółmi. Właściwie to przyjaciółmi z 
potencjałem. To co innego. 

Tak  przynajmniej  powiedziałam  Jamesowi  tuż  zanim  powiedział,  iż  „przyjaciele  z 

potencjałem” brzmią na poprawę, więc się na to zgadza, a potem zgromił mnie za spóźnienie 
go na Zaklęcia i paplał o tym, jak to utrudniam mu edukację i rujnuję jego dobrą reputację. 
Kazałam  mu  się  zamknąć  i  miał  szczęście,  że  zamierzałam  go  usprawiedliwić  przed 
Flitwickiem, bo – bądźmy szczerzy – ten facet kocha mnie, nie Jamesa i kiedy weszliśmy do 
środka,  mówiąc  „Obowiązki  Prefektów”,  uwierzył  tylko  dlatego,  iż  to  byłam  ja  –  co 
przekazałam Jamesowi triumfalnym spojrzeniem. On tylko puścił do mnie oko. 

A  rzecz  w  tym,  że  mogłam  zmarnować  wiele  czasu  i  energii  wściekając  się  faktem,  iż 

James zachował się wcześniej, jak kretyn i nie uważał, że naprawdę zajmę się Amosem, ale… 
cóż,  ma  trochę  racji.  Czasami  jestem  trochę  dziwaczna,  kiedy  chodzi  o  emocje  i 
denerwowanie  ludzi…  ale  to  całkowicie  normalne!  Jaki  nieczuły  ciołek  byłby  w  porządku, 
gdyby był powodem cierpienia kogoś innego? Podły, nieczuły ciołek, oto kto. A ja kimś takim 
nie  jestem.  Wyraźnie.  Więc  może  James  miał  rację,  ale  i  tak  powinien  mi  ufać.  Widocznie 
trzeba nad tym popracować. 

zajmę się Amosem. Nie obchodzi mnie czy będę musiała walnąć go w głowę i zaciągnąć 

do schowka na miotły, wyjaśnimy tę sytuację. Zobaczycie! 

Tak. 

Więc właśnie. 

 

Później Później, Nadal Zaklęcia 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 223 

Skończyłaś już? –GR 

Skończyłam z czym? –LE 

background image

25 

 

Wyrzucaniem  emocji  w  formie  pisemnej.  Są  tutaj  ludzie,  którzy  wciąż  nie  są  na 

bieżąco, jeśli chciałabyś sobie przypomnieć. 

Och. Przepraszam. Chyba rzeczywiście na chwilę zapomniałam. 

Tak się domyślałyśmy. Dlaczego ty i James się spóźniliście? –EV 

Rozmawialiśmy. Musiałam mu coś powiedzieć. 

Że go kochasz, uwielbiasz i chcesz wychowywać jego przyszłe pokolenie? 

Um. Nie. 

Tchórz. 

Skończ, dobra? Albo nie powiem nic więcej. 

Naprawdę  rozmawiałaś  z  Jamesem  zeszłej  nocy?  Grace  mówiła,  że  mieliście  jakieś 

spotkanie o wschodzie słońca. 

To nie było spotkanie o wschodzie słońca. To była randka o trzeciej nad ranem. 

Żadne z tych. Tak naprawdę to… do diabła. Nie mogę tak tego wyjaśnić. Chcecie opuścić 

Wróżbiarstwo? 

Buntowniczka. Podoba mi się. 

Nie powinnyśmy. 

Korzystaj trochę z życia, Emmeline. Jeśli Lily potrafi pokonać swoje zasady moralne, to 

ty także. 

Nie podoba mi się to. 

Nie znasz nic lepszego. 

Wiesz, jeden z moich Zmniejszających Czarów może przypadkowo odbić się rykoszetem 

do  ciebie.  Będziesz  taka  mała,  że  nikt  cię  nie  znajdzie.  Jeśli  na  ciebie  nie  nadepniemy 
oczywiście. 

Chętnie popatrzę, jak próbujesz, Zdzirowata. 

Poczekaj. 

Przestaniecie? Flitwick już tutaj patrzy. I nie jest to odbicie się rykoszetem, jeśli trzymasz 

różdżkę przy jej gardle, Lily. Opuścimy Wróżbiarstwo. Po prostu przestańcie. 

Emma robi się drażliwa na starość. 

Zadany samej sobie ból serca robi takie rzeczy z dziewczyną. 

background image

26 

 

Nie cierpię was obu. 

 

Później, Łazienka Prefektów 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 224 

Ze względu na stare czasy (i zwykłą wygodę), Grace, Em i ja schowałyśmy się w Łazience 

Prefektów po Zaklęciach, ze szczęściem odkrywając, że musimy poczekać tylko parę chwil, aż 
John Abbott dokończy swój biznes zanim wpadłyśmy do środka i zamknęłyśmy za sobą drzwi, 
efektownie  zabezpieczając  sobie  naszą  kryjówkę.  Choć  nastąpiły  krótkie  sprzeczki  wśród 
niektórych z nas, które wyraźnie były w sprzecznej relacji ze swoimi tyłkami (Grace), grupa – 
jako  całość  –  zadecydowała  za  odrzuceniem  lokalizacji  na  rozmowę  w  wannie  i  wybrała 
wygodne  czerwone  kanapy,  które  ktoś  inteligentnie  tu  umieścił.  Kiedy  już  radośnie  się 
umościłyśmy,  szybko  zrelacjonowałam  szalone  wydarzenia  zeszłej  nocy  i  dzisiejszego 
poranka,  pomijając  jedynie  określone  szczegóły,  które  były  bardziej  osobistej  natury, 
ponieważ mogę być zdzirą, lecz nie ekshibicjonistką. 

A przynajmniej jeszcze nie. 

-  Co  za  przebiegły  drań!  –  krzyknęła  Grace,  gdy  tylko  skończyłam  opowiadać,  choć  nie 

wyglądała na odpowiednio rozgniewaną całą sytuacją, jeśli mnie zapytacie, pomimo jej słów. 
Jakie to z jej strony niesympatyczne. – Co za skończony przebiegły drań

-  Chyba  powinnam  najpierw  porozmawiać  z  Amosem  zanim  zaczniemy  go  szkalować  – 

odparłam rozsądnie, choć faktycznie zgadzałam się z oceną Gracie.  – Kto wie? Może istnieć 
idealnie logiczne wyjaśnienie… 

- Nie Amos – przerwała mi Grace, wyglądając na zdegustowaną na ten błąd. – Chodziło 

mi  o  Jamesa.  James  to  przebiegły  drań.  Ten  krowi  biznes  jest  naprawdę  diabelski  z  jego 
strony  –  żeby  tak  wykorzystywać  twoje  nawyki  Wieżowej  Dziwki…  w  sumie  to  całkiem 
pomysłowe.  –  Urwała,  robiąc  minę.  –  Choć  wydaje  się,  że  jego  determinacja  jest  tak  samo 
słaba, jak twoja – całowanie się na korytarzach i w ogóle… 

-  Niby  jak  tak  samo  słaba,  jak  moja?  –  spytałam  urażona.  Nie  byłam  nawet  tak 

zaskoczona tym,  że  Grace  naturalnie  nie  przejęła  się  moim  dylematem z Amosem  i  skupiła 
się  na  scenie  całowania,  która  była  –  przynajmniej  w  tej  chwili  –  bardzo  niezwiązana  z 
tematem.  –  Nie  osłabłam!  To  on  rozdaje  całusy  o  poranku  i  całuje  mnie  w  pustych 
korytarzach! To nie byłam ja! 

-  A  ty  mu  na  to  pozwoliłaś  –  wtrąciła  Emma,  będąc  o  wiele  bardziej  skupioną  na 

małoznaczących szczegółach niż to było potrzebne. – Przecież nie odmówiłaś. 

background image

27 

 

Dobra. W porządku. Wypominajcie dziewczynie jej zdzirowate skłonności. Miło

Psh. 

- Och, nie patrz tak na nas  – prychnęła Grace, kiedy posłałam im obu dość wrogie (ale 

zasłużone)  spojrzenia.  Zgromiła  mnie  wzrokiem.  –  Wiesz,  że  nigdy  nie  popierałyśmy  tego 
„przyjaciele z potencjałem”. Tak naprawdę dziwię się, że James się ugiął – choć wyraźnie coś 
knuje.  Nie  możesz  nas  obwiniać  za  wytykanie  paru  wad  w  waszym  planie.  Jak  na  przykład 
fakt, że żadne z was tego nie chce i ignorujecie niemal wszystko, o czym rozmawialiście na tej 
waszej dzisiejszej randce. 

-  Nieprawda!  Nie  ma  żadnych  wad  –  zero  wad!  –  fuknęłam  z  oburzeniem,  splatając 

ramiona  na  piersi.  Postanowiłam  zignorować  spojrzenia  pt.  „Och,  dajże  spokój”,  które 
rzucała  mi  nawet  Emma,  bo  naprawdę  nie  miałam  nastroju  na  radzenie  sobie  teraz  z  tym 
nonsensem. No i co jeśli trochę całowałam się z Jamesem? Zasada zero-całowania była jego 
pomysłem, nie moim. Mnie bardzo pasuje trochę całowania. Przyjaciele z potencjałem mogą 
się  całować…  eee,  tak  myślę.  Ale  nieważne.  Nie  o  to  tutaj  chodzi!  Nie  mogłam  pojąć, 
dlaczego tylko ja to widziałam. – Możemy przestań na chwilę mówić o Jamesie? Nie martwię 
się Jamesem. Poradzę sobie z Jamesem. To przez Amosa się wściekam! 

-  O  co  ci  chodzi?  –  zapytała  Emma  i  miała  czelność  wyglądać  na  szczerze 

zdezorientowaną.  –  Chyba  mówiłaś,  że  porozmawiasz  z  nim  na  obiedzie?  Tak  powiedziałaś 
Jamesowi. 

- Wiem. I… 

- Jeśli z nim nie pogadasz, to dasz Jamesowi powód, żeby ci nie ufał – ostrzegła Grace, a 

jej twarz przybrała poważny wyraz. – Żaden związek nie ma przyszłości bez zaufania. 

-  Wiem  o  tym!  –  wtrąciłam  zanim  mogłyby  udzielić  mi  wykładu  na  temat  zaufania  w 

związkach. Merlinie, oszczędź mi tego. – Myślicie, że o tym nie wiem? Nie powiedziałam, że z 
nim  nie  pogadam.  Pogadam.  Tym  się  nie  martwię.  Martwię  się  rozmową!  Co  mam 
powiedzieć? Co on powie? 

-  Może  spróbuj  „Ej,  Diggory,  o  co  chodzi  z  tymi  pocałunkami?”  –  zasugerowała  z 

uśmiechem Grace. – Chyba pasuje. 

Rzuciłam jej spojrzenie. – Grace. Bądź poważna, proszę. 

-  Kto  nie  jest  poważny?  –  zapytała  Grace,  wzruszając  ramionami.  –  Nie  musisz  robić  z 

tego  produkcji,  Lil.  Tak  naprawdę  im  więcej  zrobisz,  tym  gorzej  pewnie  będzie.  Wiem,  że 
trudno  jest  ci  nie  komplikować  spraw  do  niewyobrażalnego  stopnia,  ale  jeśli  kiedykolwiek 
istniał czas na prostość w twoim życiu, to myślę, że jest on teraz. 

- Grace ma rację – zgodziła się Emma, nim mogłabym się obronić. – Nie komplikuj tego, 

Lily. Jeśli chcesz to skończyć, skończ. Nieważne czy Amos powie, że tego chce, czy nie. 

background image

28 

 

- Więc powinnam zlekceważyć jego uczucia? – zapytałam w osłupieniu. – Uważacie mnie 

za taką jędzę? 

- To nie jest bycie jędzą – rzekła Grace, wywracając oczami. – Sama mówiłaś, iż myślisz, 

że coś jest tutaj nie tak. Mówiłaś, że w sobotę wydawało się to ostateczne, prawda? 

- Tak – przyznałam, wiercąc się na kanapie. Milczałam przez chwilę, mocując się z myślą 

o  opowiedzeniu  im  o  ostatnim  podejrzeniu,  które  przyszło  mi  do  głowy  w  trakcie 
relacjonowania. Choć było to trochę żenujące, to chyba jednak musiałam o tym powiedzieć. 
– Julie Little tam była – powiedziałam cicho, nawijając na palec zabłąkany kosmyk włosów. – 
Wiecie, myślałam sobie… to znaczy… myślicie, że zrobił to, aby wywołać w niej zazdrość? 

- Zapomniałam, że myślałaś, że ona mu się podoba – powiedziała Emma, wyglądając na 

zadumaną. Zacisnęła usta.  – Chyba to możliwe. I miałoby to sens, biorąc pod uwagę, iż dla 
ciebie wydawał się to koniec. 

-  Było  kilka  plotek  –  wyznała  nieśmiało  Grace  i  spojrzałam  na  nią  zaskoczona.  – 

Wcześniej nie chciałam nic mówić – powiedziała szybko, krzywiąc się z lekką skruchą. – I tak 
były to tylko szepty. Poza tym już zaczynałaś wątpić w Amosa, a ja nie chciałam wpływać na 
twoją  decyzję.  No  i  w  pewnym  sensie  wiedziałaś  –  po  tej  ich  kłótni  przy  tobie  i  w  ogóle. 
Jesteś na mnie zła, że nic ci nie powiedziałam? 

- Nie – odpowiedziałam, a chociaż nie byłam, to czułam się trochę dziwnie. Szczerze, to 

w tej chwili nie wiedziałam co czuć. To znaczy nie przeszkadzała mi myśl o Amosie i Julie – nie 
miałam  już  do  niego  żadnych  roszczeń  i  wcale  ich  nie  chciałam  –  ale  fakt,  iż  wykorzystałby 
mnie, żeby zaleźć jej za skórę… to było dość niefajne, prawda? Nie chciałam myśleć, że nasz 
związek  –  jakkolwiek  okazał  się  udany  czy  nieudany  –  taki  był.  Że  był  całkiem  sztuczny,  a 
nawet manipulujący. Ale co mogłam zrobić? Tak, mogłam być lekko rozczarowana, iż Amos 
zrobiłby  coś  takiego,  ale  to  przynajmniej  oznaczało,  że  nie  zranię  go,  kiedy  oficjalnie  z  nim 
zerwę.  Mogę  powiedzieć  mu,  że  ma  teraz  drogę  wolną  do  bycia  z  Julie  Little,  jeśli  tego 
właśnie chciał, ale żeby mnie zostawił w spokoju. 

Tak właśnie powiem. Weź ją, ale mnie zostaw. Proste. Bardzo proste. 

Tak myślę. 

Grace  i  Emma  musiały  wziąć  moje  milczenie  za  jakąś  oznakę  zdenerwowania  tym 

odkryciem, ponieważ obie wyglądały na lekko zmartwione (Grace także na lekko skruszoną), 
kiedy w końcu uniosłam wzrok i skupiłam się na nich. Otrząsnęłam się z resztek zabłąkanych 
myśli i posłałam im uspokajający uśmiech, zbywając problem machnięciem ręki. 

-  Nic  mi  nie  jest  –  powiedziałam  szczerze.  Przeważnie  szczerze.  –  Właściwie  to  w  tym 

wypadku jest o wiele łatwiej. Jeśli zrobił to tylko po to, by wywołać w Julie zazdrość, to nie 
muszę  przejmować  się  zranieniem  jego  uczuć,  kiedy  zerwę.  Po  prostu  muszę  z  nim 
porozmawiać i wtedy dowiem się. A zrobię to na obiedzie. 

background image

29 

 

-  Jesteś  pewna?  –  zapytała  Emma  i  choć  zdawała  się  przeważnie  uspokojona  moimi 

słowami,  to  chyba  wciąż  była  trochę  zaniepokojona.  Potaknęłam,  czując  się  coraz  bardziej 
przekonana.  A  chociaż  jestem  silną  i  niezależną  kobietą,  która  nie  potrzebuje  mężczyzny, 
który nadałby jej życiu sensu czy przekonania, to nie mogę powiedzieć, iż myśl o Jamesie nie 
ułatwiła trochę całej sprawy. 

Albo bardzo. 

Ale nieważne. Szczegóły. 

- Na sto procent – odparłam stanowczo, niemal wzdychając na własną niezdarność. Jej 

intensywność jest czasem niepokojąca. – Już nic nie czuję do Amosa. Chcę po prosto, żeby to 
się skończyło, bym mogła… ruszyć dalej. 

- Nie sądzę, by ruszenie dalej było twoim problemem – wtrąciła sucho Grace.  – Raczej 

masz kłopoty z przyznaniem-że-ruszyłaś-dalej-i-wchodzisz-w-poważny-związek.  

Rzuciłam  jej  spojrzenie  mówiące,  że  nie  doceniałam  jej  gównianego  przyjacielskiego 

wsparcia. – Przestań, dobra? Przeszłam do przyjaciół z potencjałem. Czy to nie wystarczy? 

- Będę szczęśliwa, kiedy ty będziesz. 

- Jestem szczęśliwa. 

- Nie. Jesteś zadowolona z potencjałem. 

Czy wspominałam ostatnio, jak bezużyteczne są moje przyjaciółki? Że w skali od jeden do 

dziesięciu, one są na miejscu minus siedemnaście? No to mówię. 

Psh. 

Zamierzałam otworzyć usta, by rzucić jakąś błyskotliwą odzywką o tym, że to spoko, bo 

Grace  była  wyraźnie  wybrakowana  z  potencjałem,  kiedy  Emma  –  chyba  nie  jest  tak 
bezużyteczna,  jak  inni.  Na  skali  jest  gdzieś  w  okolicach  minus  osiem  albo  dziewięć  – 
dostrzegła burzę i wtrąciła się siłą. 

-  Nie  ma  na  to  potrzeby!  –  krzyknęła,  kręcąc  głową.  Obróciła  się  do  Grace.  –  Gracie, 

możesz  nie  zgadzać  się  z  planami  Lily,  ale  to  nie  oznacza,  że  powinnaś  do  czegokolwiek  ją 
zmuszać. Twierdzi, że wie, co robi, więc na pewno tak jest. Bądźmy wspierające i zobaczmy, 
jak to się ułoży. – Potem odwróciła się do mnie, nagle zaciekawiona mina ukazała się na jej 
twarzy. – Zapomniałaś o czymś – powiedziała i uniosłam pytająco brew. – W twojej historii. 
Co James miał do powiedzenia? 

Co  James  miał do powiedzenia?  Gapiłam  się  na Emmę,  jakby  ostatnio  dostała  jakiegoś 

urazu. Grace robiła to samo. 

background image

30 

 

- Eee, Em? – zaczęła, przyglądając się jej ostrożnie. – Nie słuchałaś całej drugiej połowy 

historii? Mówiłam wam. James powiedział na korytarzu, że… 

- Nie, nie. Nie o Amosie. – Emma potrząsnęła głową, machając kilka razy dłonią. – Chodzi 

mi  o  ten  poranek.  Wiesz,  kiedy  powiedział,  że  ma  ci  coś  do  powiedzenia,  ale  ty  pierwsza 
zaczęłaś?  Chyba,  że  jest  to  zbyt  osobiste,  byś  się  tym  dzieliła,  oczywiście  –  dodała  szybko, 
kiwając głową. – Wtedy, jak najbardziej, zatrzymaj to dla siebie. 

Patrzyłam  na  nią  beznamiętnie,  kiedy  dotarły  do  mnie  jej  słowa,  kompletnie  mnie 

zaskakując.  Cholera  jasna,  całkiem  o  tym  zapomniałam.  Nawet,  kiedy  relacjonowałam 
historię – dwa razy! – nigdy nie przyszło mi do głowy, że James nie powiedział swojej części. 
Nigdy  nie  powiedział  mi,  co  miał  do  powiedzenia.  Kurde.  Kurde,  kurde.  Teraz,  kiedy  o  tym 
myślę, to James w ogóle nie miał okazji na mówienie przez te ostatnie dni, nieprawdaż? Co z 
tym, kiedy paplał abym usiadła w Pokoju Życzeń? Bo miał mi do powiedzenia coś wielkiego i 
ważnego, co na pewno by mnie powaliło, gdybym stała? Do tego także nie dotarł. Staliśmy 
się…  em,  rozproszeni.  I  wczoraj  też.  Mogłabym  czuć  przez  to  okropne  poczucie  winy,  ale 
szczerze mówiąc, przeważnie była to  jego wina. Gdyby ten chłopak trzymał swoje cholerne 
usta  przy  sobie,  to  mielibyśmy  szansę  na  dokończenie  rozmowy.  Ale  nie  odczuwanie 
okropnego  poczucia  winy  nie  oznacza,  że  w  ogóle  nie  odczuwam  poczucia  winy  –  wręcz 
przeciwnie.  Czuję  się  całkiem  okropnie,  że  nigdy  nie  pozwalam  mu  na  mówienie,  a  jeszcze 
gorzej,  że  o  tym  zapomniałam.  Dlaczego  mój  dramat  gadania  od  rzeczy  miałby  mieć 
pierwszeństwo przed nim? Nie powinien. Ani trochę. James także powinien mieć swój czas 
na gadanie od rzeczy. Zwłaszcza, jeśli to ważne gadanie od rzeczy. 

Widzicie, dlatego nie mogę być w związku. Widzicie moje umiejętności komunikacyjne? 

Nie przetrwalibyśmy nawet tygodnia! 

Szlag

-  Zapomniałam  –  mruknęłam  głupio,  patrząc  ze  wstydem  na  Grace  i  Emmę.  Chciałam 

walnąć głową o najbliższą ścianę. – Merlinie, zapomniałam. Jaka ze mnie dziewczyna, kiedy 
jestem  tak  pochłonięta  własnym  nonsensem,  że  nie  potrafię  dać  facetowi  chwili  na  jego 
własne cholerne słowa? 

- Na pewno to nie tak – obroniła mnie szybko Emma, pochylając się. – Najwyraźniej on 

także nie pamięta. Może to nie było takie ważne. 

- Nie, było – upierałam się, czując się coraz okropniej. – Gdy byliśmy w Pokoju Życzeń… 

wtedy  chyba  też  próbował  mi  coś  powiedzieć.  Być  może  to  samo.  Wciąż  mówił,  żebym 
usiadła,  jakby  to,  co  miał  powiedzieć  miało  mnie  powalić  czy  coś.  Ale  nigdy  tego  nie 
powiedział. 

-  Może  powiedział  –  rzekła  Grace,  wzruszając  ramionami.  –  Powiedział,  co  do  ciebie 

czuje. To było całkiem wielkie. 

background image

31 

 

- Ale ja już o tym wiedziałam – zaprzeczyłam, kręcąc głową. – Może nie wyznał tego w 

tak wielu słowach, ale… wiedziałam, że mu się podobałam. A on wiedział, że ja wiedziałam. 
To nie to. 

- Możesz po prostu go zapytać – przekonywała Emma z logiką, która mnie przerastała w 

moim wzburzonym stanie. – Po rozmowie z Amosem. Jestem pewna, że James i tak będzie 
chciał potem z tobą porozmawiać. Możesz wtedy go zapytać. 

-  Chyba,  że  nie będzie  chciał z  tobą  gadać  –  wtrąciła  Grace z diabelskim  uśmiechem.  – 

Wiesz,  może  postanowił,  że  jesteś  zbyt  wielkim  wysiłkiem.  Może  pójdzie  za  kimś,  kto 
rzeczywiście wejdzie z nim w związek. 

- Hej, po czyjej ty jesteś stronie? – Spiorunowałam ją wzrokiem. – Co się stało z byciem 

wspierającą i zobaczeniem, jak to wyjdzie? 

Uśmiech Grace stał się jeszcze większy. – Jaką byłabym przyjaciółką, gdybym nie dręczyła 

cię o to, jak niszczysz sobie życie? 

- To jej życie do niszczenia, Gracie – powiedziała Emma. 

- Tak – prychnęłam do Grace. – To moje życie do niszczenia. 

Gracie odparła coś o upartych jędzach i oddziałach psychiatrycznych, ale postanowiłam 

ją  zignorować  i,  po  paru  wymruczanych  komentarzach,  zapisałam  to,  bo  nauczyłam  się,  iż 
cisza  jest  często  najlepszą  bronią  w  takich  sytuacjach,  a  ja  dzierżę  swoją  z  doświadczoną 
finezją. Może sobie myśleć, że nabierze mnie swoimi głupiutkimi rozmowami z Emmą, kiedy 
piszę,  ale  ja  wiem  lepiej.  Załażę  jej  za  skórę.  Moja  cisza  daje  się  we  znaki.  A  to,  że  ciągle 
posyła mi te znaczące spojrzenia… cóż, one nic nie znaczą. Ona i tak mówi bez sensu. Bo to 
jest nonsens. Totalny nonsens. James nie… no bo szczerze! Akurat! 

Racja. 

Hm. 

Och, nieważne. Nie mam czasu, żeby mieć przez to atak paniki. James nie zrezygnuje ze 

mnie.  Grace  po  prostu  próbuje  mnie  zirytować  i  dobrze  wie  jak.  Mam  o  wiele  ważniejsze 
rzeczy,  którymi  muszę  się  stresować.  Powinnam  myśleć  o  Amosie  i  co  dokładnie  mu 
powiem…  och,  do  diabła,  to  już  za  sześć  minut.  Pewnie  nie  będzie  to  moja  najlepsza 
rozmowa. To znaczy wiem, że mam ten cały plan „weź ją, mnie zostaw”, ale nie można ot, 
tak  sobie  podejść  do  człowieka  i  powiedzieć  coś  takiego.  Trzeba  przygotować  osobę  do 
takiego  przesłania.  Musi  być  odpowiednie  werbalne  złagodzenie  ciosu.  A  nie  sądzę,  by 
„Cześć, Amosie” wystarczyło. Musi być to zrobione ostrożnie, taktownie. Po prostu… 

Ej! Myślałam, że wciąż mam sześć minut! 

Cholerny, głupi czas

background image

32 

 

Szlag. 

 

Potem, Gdzieś na Czwartym Piętrze 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 225 

Dobra, to… to nie było normalne. 

Co, do diabła? 

Serio.  Tylko  tyle  potrafię  teraz  napisać…  co,  do  diabła?  Co  do  cholernego,  zgniłego, 

gorącego, pieprzonego  diabła? „Nienormalne” nie jest wystarczającym słowem na opisanie 
tego, czym to było. Nie jest nawet bliskie. To było… cóż, to nie było w porządku. Ani trochę. 
Było tak bardzo nie w porządku, że nie znam nawet słowa na tego opisanie. Może takie nie 
istnieć. Słowo, mam na myśli. Nie wiem. Nigdy nie doświadczyłam czegoś tak nienormalnego, 
tak szalonego, tak kompletnie nie w porządku

Merlinie

Siłuję  się  tu  z  samą  sobą.  Pewnie  to,  co  piszę nie  ma  żadnego  sensu.  Ale  nic  na to nie 

poradzę! Jestem poza swoją ligą. Ja, najbardziej szalona z wariatek, królowa bezsensownego 
obłędu, nie mam pojęcia, jak sobie z tym poradzić – nawet nie wiem, co to jest! I szczerze, to 
nie  sądzę,  by  była  do  tego  instrukcja.  Powinna  być,  ale  nie  ma.  Nigdy  nie  ma,  co  jest 
naprawdę niewytłumaczalne. A to, muszę powiedzieć, jest niewytłumaczalne na najwyższym 
poziomie. 

Uciekł. 

Nie żartuję, ten durny kretyn uciekł

Kto  tak  robi?  Poważnie,  kto?  Jeśli  dotarłeś  do  punktu  w  pewnym  związku,  gdzie  twój 

poziom  dyskomfortu  jest  tak  katastroficzny,  że  nie  możesz  nawet  znieść  rozmowy  z  tą 
osobą…  cóż,  zrób to,  co trzeba  i nie pozwól,  by cię  zobaczyła!  Ukrywaj  się  w  dormitorium! 
Ukrywaj się w bibliotece! Idź do Madame Pomfrey i wyjaśnij jej, że twój dylemat wykracza 
poza  chorobę  oraz  urazy,  a  ona  jest  twoim  jedynym  ratunkiem!  Takie  rzeczy  potrafię 
zrozumieć! Jestem królową takich rzeczy! Ale te uciekanie? 

Nie. 

Po prostu nie. 

Bardzo niefajnie. 

background image

33 

 

Kiedy  rozbrzmiał  dzwonek  na  obiad  –  sześć  minut  za  wcześnie,  jeśli  o  mnie  chodzi  – 

Grace,  Emma  i  ja  opuściłyśmy  łazienkę  Prefektów  zanim  ktokolwiek spróbowałby  otworzyć 
drzwi, zobaczyłby, że są zamknięte i wpakowałby nas w jakieś kłopoty w próbie ulżenia sobie 
w luksusie. Ze względu na dożywotnią harmonię, postanowiłam wybaczyć Grace za jej słabe 
wsparcie,  o  czym  poinformowałam  ją,  kiedy  wyszłyśmy  z  łazienki  na  niezaskakująco  pusty 
korytarz. Na piątym piętrze nie było wiele aktywnych klas. 

-  Wiem,  że  mogłabym  cię  torturować  dekadami  moją  odmową  przyjaźni  – 

poinformowałam ją wesoło, kiedy przeszłyśmy przez próg – ale mam zbyt miękkie serce, by 
skazywać cię na taką agonię. Nazwij to moją czystą, dobrą naturą. Więc chyba będę musiała 
ci wybaczyć, chociaż powiedziałaś, że James mnie porzuci. 

- Jakie to szlachetne z twojej strony – odparła Grace, splatając ze mną ramiona. Nachyliła 

się,  pstrykając  językiem.  –  Choć  chyba  obie  wiemy,  że  byłabyś  beze  mnie  zagubiona  i 
samotna. 

-  Hej,  a  co  ze  mną?  –  zawołała  Emma,  choć  wyglądała  na  bardziej  rozbawioną  niż 

urażoną. Grace tylko się uśmiechnęła. 

- Ty także byłabyś beze mnie zagubiona i samotna. 

Emma i ja wymieniłyśmy się spojrzeniami, i wywróciłyśmy oczami, informując Gracie, że 

bez wątpienia przetrwałybyśmy bez jej ciągłej obecności i jakie to aroganckie z jej strony, że 
twierdzi  inaczej,  ale  Grace  nie  zdawała  się  słuchać.  Wciąż  paplała  tylko  o  tym,  jaka  to  ona 
nieoceniona. Pozwalałyśmy jej na to, przemierzając wąską klatkę schodową prowadzącą na 
trzecie  piętro,  serio  biorąc  pod  uwagę  wepchnięcie  ją  na  podstępny  schodek.  Po  sprytnej 
ucieczce – jedyną rzeczą, która uratowała ją przed życiem-w-otchłani-głębokiego-schodka był 
jej szybki refleks. Przypuszczam, że Quidditch ma pewne użytki – wyszłyśmy na trzecie piętro, 
chichocząc głośno. Zapomniałam o moich uciążliwych kłopotach w trakcie dziecięcej zabawy, 
aż niespodziewanie Emma przestała się śmiać i szturchnęła mnie mocno w bok. 

- Lily, patrz. 

Zerknęłam na Emmę, potem na miejsce, gdzie wskazywała głową, próbując zignorować 

nagły  niepokój,  który  przeszył  moje  ciało  w  chwili,  kiedy  dostrzegłam  Amosa  idącego 
samotnie  korytarzem  jakieś  trzydzieści  kroków  przed  nami.  Zamierając  w  miejscu, 
zatrzymałam  wzrok  na  jego  poruszającej  się  formie,  starając  się  nie  stracić  go  w  szybko 
zapełniającym się korytarzu. Tętno zaczęło bębnić w mojej klatce piersiowej. 

- Chcesz, żebyśmy na ciebie zaczekały? – zapytała Emma, kładąc rękę na moim ramieniu. 

Potrząsnęłam głową, nie patrząc na nią. Musiałam zrobić to sama i musiałam zrobić to teraz. 
Wiedziałam o tym. Naprawdę tego chciałam. Te bzdury niepokoiły mnie wystarczająco długo. 

background image

34 

 

-  Nie,  idźcie  –  powiedziałam  Emmie  i  Grace,  zbywając  je  machnięciem  ręki.  –  Spotkam 

się z wami na obiedzie. – Zanim mogłyby coś odpowiedzieć, oddaliłam się od nich, wołając: - 
Amosie!  

To co stało się następnie wydarzyło się tak szybko i szalenie, iż mogłoby być komiczne, 

gdyby nie zdarzyło się mnie. Ale oczywiście byłam to ja, więc cały humorystyczny kawałek… 
tak, nie bardzo. 

Na  dźwięk  mojego  głosu  Amos  odwrócił  głowę  i  zauważył  mnie  niemal  natychmiast. 

Jednakże  zamiast  uśmiechnąć  się  swoim  normalnym,  przyjemnym,  kiedyś-olśniewającym 
uśmiechem  i  odwzajemnić  przyjazne  machnięcie  dłoni,  Amos  stanął,  jak  wryty,  niemal 
potykając się o własne nogi, po czym posłał mi najbardziej spięty i wykrzywiony uśmiech, jaki 
kiedykolwiek widziałam. 

Um… co? 

Odsuwając  na  bok  moją  niepewność  na  jego  mniej-niż-zachęcającą  reakcję,  raz  jeszcze 

pomachałam  do  Amosa  i  rzuciłam  mu  swój  najlepszy  uśmiech,  po  czym  szybko  do  niego 
podeszłam. Po chwili Amos także do mnie ruszył, ale w tempie, który można było uznać za 
gorączkowo pospieszny. Chciałam unieść brwi, ale opanowałam się i dalej się uśmiechałam, 
kiedy stanęłam przed dawnym pragnieniem mojego serca. 

-  Cześć,  Amosie  –  odezwałam  się  najprzyjaźniejszym  tonem.  –  Posłuchaj,  naprawdę 

muszę z tobą porozmawiać o… 

- Lily! – krzyknął Amos, przerywając mi i złapał mnie za ramiona, przywierając mnie do 

podłogi. Próbowałam  się  wyrwać,  ale  nie  poluzował  uścisku.  –  Tak,  oczywiście.  Pogawędka 
brzmi uroczo.  Ale  teraz się  spieszę  –  jestem  żenująco  spóźniony na  sesję  naukową  –  Runy, 
tak właściwie. Pogadamy później, dobra? 

- Nie – zadeklarowałam szybko, coraz bardziej się wiercąc. – Amos, naprawdę musimy… 

- Tak, genialnie, później. – Amos w końcu mnie puścił, ale tylko po to, by mnie ominąć, 

poruszając  się  szybko  i  nie  słuchając  moich  protestów,  choć  gorączkowo  protestowałam. 
Nareszcie  mi  pomachał  i  posłał  uśmiech,  czego  oczekiwałam  wcześniej,  chociaż  teraz 
dostałam  je  w  chwili,  kiedy  uciekał  w  drugą  stronę  korytarza.  –  Do  zobaczenia  później!  – 
zawołał. 

-  Amos,  nie!  No…  -  Ale  nie  było  sensu.  Amos  był  już  za  daleko  i  skręcał  za  rogiem  w 

kierunku  schodów.  Patrzyłam  za  nim  w  szoku,  z  trudem  wierząc  w  to,  co  się  wydarzyło. 
Chwilę  później  poczułam,  jak  podchodzą  do  mnie  Grace  i  Emma,  które  nie  opuściły  jeszcze 
korytarza  w  krótkim  czasie,  w  którym  odbyła  się  moja  nieudana  rozmowa  z  Amosem. 
Poczułam rumieńce na twarzy, kiedy Emma wydała dźwięk niedowierzenia. 

- Czy on po prostu… 

background image

35 

 

-  Uciekł  –  dokończyła  Grace  z  takim  samym  niedowierzeniem.  –  Cholerny  tchórz 

naprawdę uciekł

Wiedziałam o tym – na brodę Merlina, stałam tutaj. Widziałam, jak uciekł, jakby goniły 

go  same  piekielne  ognie  –  lecz  z  jakiegoś  powodu  usłyszenie  słów  Grace  naprawdę 
uświadomiło mnie o sytuacji. 

Amos uciekł. 

Uciekł

Gdybym  nadal  miała  wrażenie,  że  wszystko  było  normalne  i  że  w  sobotę  nastąpiło 

między  nami  jakieś  romantyczne  nieporozumienie,  które  doprowadziło  do  pocałunku  tego 
poranka, to te pojęcie rozwiałoby się w tej właśnie chwili. Sesja naukowa czy nie (a myślę, że 
stanowczo  nie  było  żadnej  sesji  naukowej)  facet  mógłby  znaleźć  czas  na  rozmowę  z 
dziewczyną, z którą rzekomo się spotyka, zwłaszcza, kiedy ta tego żąda. Coś się działo  – coś 
bardzo gównianego. Nie jestem pewna czy moje podejrzenia, co do Julie są prawidłowe, ale 
jeśli nie chodziło o to, to o co innego. Po prostu nie wiedziałam co. Jednak jedno wiedziałam 
na pewno. 

Nikt  nie  zadziera  z  Lily  Evans  i  uchodzi  mu  to  na  sucho.  Nawet  jeśli  jest  on  dawnym 

pragnieniem mojego serca. 

Z  tak  niezachwianym  przekonaniem  w  głowie  czułam  coraz  większą  złość  i  urazę  na 

zachowanie  Amosa.  Bo  szczerze,  jakie  to  niegrzeczne.  Jakie  podłe.  Jak  mógł  zrobić  coś  tak 
chamskiego  i  samolubnego  –  choć  nie  jestem  pewna,  co  to  takiego  było.  Ale  nieważne. 
Szczegóły. 

Byłam  tak  zdenerwowana  całą  sytuacją  i  tak  rozgniewana,  że  pozwoliłam  uciec 

Amosowi, iż podjęłam bez namysłu szybką decyzję, że za nim pójdę. W jednej chwili Emma 
zapytała  „Co  teraz  zrobisz,  Lil?”  a  w  następnej  odpowiedziałam  „Jak  to  co?  Idę  za  tym 
tchórzem”. 

I tak zrobiłam. Poszłam za nim. 

…a przynajmniej próbowałam

Oczywiście  problemem  z  całym  planem  „pójścia  za  nim”  był  fakt,  że  nie  całkiem 

wiedziałam, gdzie on poszedł. Podarował mi te bzdury z „sesją naukową” i zobaczyłam, jak 
uciekał  w  stronę  schodów,  ale  poza  tym,  to  nie  miałam  o  wiele  więcej  szczegółów.  Ale  w 
moim napadzie świętego oburzenia to nie miało znaczenia. Więc porzuciłam Grace i Emmę 
na  korytarzu  i  ruszyłam  w  stronę  schodów,  podejmując  w  głowie  szybką  decyzję,  by 
skierować się na drugie piętro, bo domyśliłam się, iż Amos będzie chciał wtopić się w masę 
uczniów,  co  udałoby  mu  się  na  drugim  piętrze  przez  znajdujące  się  tam  aktywne  klasy  i 
gabinety.  Ale  jeśli  Amos  się  tam  ukrywał,  to  nie  potrafiłam  go  znaleźć  nawet  po  tym,  jak 

background image

36 

 

większość  korytarzy  się  oczyściło.  Jednak  nie  mogłam  się  jeszcze  poddawać,  częściowo 
dlatego, że nie straciłam jeszcze tłumionej wściekłości i częściowo dlatego, że chciałam móc 
powiedzieć  Jamesowi,  iż  starałam  się,  jak  mogłam  znaleźć  tego  tchórza,  więc  zamiast 
przyznać się do porażki i pójść do Wielkiej Sali, poszłam na poszukiwania na czwarte piętro. 

Więc oto tutaj jestem. 

I  choć  nadal  jestem  wściekła  i  nadal  mam  wiele  złych  emocji  w  kierunku  Amosa,  nie 

jestem  na  tyle  głupia,  by  myśleć,  że  mogę  przeszukać  cały  zamek  i  go  znaleźć.  Mówię  o 
bezużytecznych  dążeniach.  Gdziekolwiek  Amos  jest,  pewnie  teraz  go  nie  znajdę.  Będę 
musiała  po  prostu  zaczekać,  choć  jest  to  irytujące.  Ale  szczerze  mówiąc  chyba  najbardziej 
obawiam  się  tego,  co  powie  James,  kiedy  oznajmię  mu,  że  miałam  Amosa  w  garści  i 
pozwoliłam mu uciec. To znaczy to nie było moja wina ani nic takiego, ale… cóż, jakoś myślę, 
że nie będzie zadowolony. 

Merlinie, dlaczego nic nie może wydarzyć się tak, jakbym tego chciała? Choć raz

No  cóż.  Nie  mogę  wiecznie  dąsać  się  na  czwartym  piętrze.  Obiedzie,  nadchodzę,  czy 

jesteś gotowy, czy nie. 

Psh. 

 

Później Później, Obiad 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 226 

Nie  spieszyłam  się  do  Wielkiej  Sali,  przemierzając  korytarze  i  schody,  wciąż  posiadając 

żałosną  nadzieję,  że  Amos  wyskoczy  z  cieni  i  pozwoli  mi  naprawić  ten  bałagan.  Oczywiście 
tego  nie  zrobił,  ale  dziewczyna  może  marzyć.  W  każdym  bądź  razie  o  tym  właśnie 
rozmyślałam,  kierując  się  na  obiad,  o  wszystkich  powodach,  dlaczego  Amos  był  takim 
dupkiem i dlaczego ja, zawsze niewinna przypadkowa osoba, muszę za to płacić. Byłam tak 
zatracona w niesprawiedliwości tej sytuacji, że prawie nie zauważyłam Jamesa, gdy miałam 
już wchodzić do Wielkiej Sali. 

Siedział tuż przy wejściu, opierając plecy o marmurową ścianę, jedną nogę miał zgiętą w 

kolanie,  a  drugą  rozciągniętą  obok.  Opierał  łokieć  na  uniesionym  kolanie,  w  ręce  trzymał 
serwetkę z czymś, co wyglądało na kanapkę. Dostrzegłam go w chwili, kiedy ręką dotknęłam 
drzwi  i  musiałam  dwa  razy  spojrzeć,  zaskoczona  jego  widokiem.  Uniósł  jeden  kącik  ust  i 
wyciągnął do mnie serwetkę, nic nie mówiąc. Bez namysłu opuściłam rękę i  usiadłam obok 
niego, wyciągając kanapkę z jego wyciągniętej dłoni, wdzięczna za coś, czym mogłabym się 
pobawić  podczas  mówienia  tego.  Trzymałam  kanapkę  na  kolanach,  wpatrując  się  w  nią  z 
determinacją, kiedy się odezwałam. 

background image

37 

 

- Próbowałam z nim pogadać. Był tuż obok, ale potem… 

- Uciekł – dokończył za mnie James i spojrzałam na niego zaskoczona. – Grace i Emma mi 

powiedziały – wyjaśnił. 

-  Och.  –  Powinnam  była  zdać  sobie  sprawę,  że  będzie  je  wypytywał,  kiedy  mnie  nie 

będzie.  –  Poszłam  za  nim  –  dodałam,  chociaż  byłam  pewna,  że  o  tym  pewnie  też  mu 
powiedziały. – Ale to była sytuacja igły w stogu siana. O to chodzi w Hogwarcie – chcesz się 
zgubić, to się zgubisz. Możliwe, że na zawsze. 

James roześmiał się i mruknął: - Wiedziałabyś o tym, prawda? 

Walnęłam  go  mocno  łokciem  w  żebra,  ale  to  sprawiło  tylko,  że  roześmiał  się  mocniej. 

Naturalnie.  –  Przepraszam,  ale  ja  nie  uciekam  od  ludzi,  kiedy  już  przede  mną  stoją.  –  Gdy 
James  rzucił  mi  spojrzenie,  pociągnęłam drwiąco  nosem  i uniosłam brodę.  –  Mama dobrze 
mnie wychowała – fuknęłam. – Uciekam zanim mnie dostrzegą. 

Wiedziałam, że James wybuchnie na to śmiechem i nie byłam rozczarowana. Śmiejąc się 

do rozpuku, objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie, całując w czoło podczas śmiechu 
(co, bez względu na to co powie, jest mlekiem, co sprawia, że on jest słabszy, nie ja. Chociaż 
w sekrecie trochę się roztopiłam w środku. Ale to się nie liczy. To było tylko małe topnienie. 
A  tak  poza  tym  zrobiła  to  Wieżowa  Dziwka.  Nie  mogę  być  odpowiedzialna  za  jej  czyny). 
Całkiem  zadowolona  z  obecnej  chwili,  niemal  z  niechęcią  musiałam  zadać  nieuchronne 
pytanie,  które  jednak  musiało  zostać  zadane.  Spoglądając  na  wciąż  uśmiechniętą  twarz 
Jamesa, zapytałam nieśmiało: - Jesteś zły? 

- O co? – zapytał James. Rzuciłam mu spojrzenie. 

- O to, że nie porozmawiałam z Amosem – odparłam, chociaż dobrze wiedziałam, iż on 

wiedział, o co pytałam. Dodałam z żalem: - A raczej o rozmawianie z nim, ale dotarcie jedynie 
do „Amos, naprawdę musimy pogadać” zanim odepchnął mnie na bok w swoim pośpiechu, 
by uciec. 

-  Czemu  miałbym  się  o  to  wściekać?  –  zapytał  James,  zachowując  się  o  wiele  bardziej 

rozsądnie  niż  tego  oczekiwałam.  Zastanawiałam  się  czy  czegoś  nie  przegapiłam.  Musiał 
zobaczyć  sceptycyzm  na  mojej  twarzy,  bo  wywrócił  oczami  i  odetchnął  zirytowany.  – 
Naprawdę sądzisz, że jestem taki absurdalny? – zapytał, brzmiąc na lekko rozdrażnionego. – 
Twoim jedynym błędem było durzenie się w tym durnym kretynie. I być może zakazanie mi 
pobicia tego łajdaka, choć wciąż jest czas, żeby to sprostować. 

- James, nie – powiedziałam szybko, bo dostrzegłam pewien rozmarzony wyraz w oczach 

Jamesa i byłam pewna, że brakowało mu całych trzech sekund od odnalezienia igły w stogu 
siana  i  zrobienia  z  niego  poduszeczki  na  igły.  Merlinie,  mężczyźni  i  ich  przemoc.  To  wręcz 
barbarzyńskie. – Obiecaj mi w tej chwili, że nic nie zrobisz. Musisz pozwolić mi się tym zająć. 

background image

38 

 

- Ale co, jeśli… 

Nie

- Oj, no weź, Lil. 

- Obiecaj mi, James. Już. 

James  nie  wyglądał  na  zadowolonego  moimi  żądaniami,  ale  burknął  „Ta,  w  porządku. 

Obiecuję”,  patrząc  na  mnie  spod  byka.  Nie  zamierzałam  ustępować.  Nie  zamierzałam  być 
powodem  kolejnej  bójki  Jamesa.  Myśląc  o  tym,  zignorowałam  wciąż  niezadowolone 
nastawienie Jamesa i zapytałam: - Rozmawiałeś z Syriuszem? 

Wywracając  oczami  do  sufitu,  jakby  prosił  o  cierpliwość  z  nieba  (serio,  jakie  to  podłe), 

James jęknął, pytając: - Nigdy nie przestaniesz, kobieto? 

Znowu  szturchnęłam  go  w  żebra,  bo  wydawało  się  to  najbardziej  efektywnym  urazem 

możliwym  w  naszych  obecnych  pozycjach,  ale  James  był  tak  samo  zraniony,  jak  ostatnim 
razem.  Wiecie,  kiedy  się  roześmiał.  –  Staram  się  być  emocjonalnie  wspierająca  i  naprawić 
waszą cholerną przyjaźń, a ty tylko jęczysz? Serio, James? Naprawdę tak to rozgrywasz? 

- Emocjonalnie wspierająca, gówno prawda – prychnął James, posyłając mi spojrzenie. – 

Jesteś wścibska i irytująca, i dobrze o tym wiesz. 

Fuknęłam  wściekle,  chociaż…  no  tak.  –  Jesteś  bardzo  niegrzeczny,  sugerując,  że  moja 

troska  jest tak  egoistycznie  zmotywowana.  Mogę  ci  nigdy  nie  wybaczyć…  tyle,  że  wybaczę, 
jeśli powiesz czy z nim rozmawiałeś. 

James tylko na mnie patrzył. – Jedz swoją kanapkę, Lily – powiedział. 

- Jeść moją… poważnie? 

- To był długi ranek. Pewnie jesteś głodna. 

Byłam, ale nie o to chodziło. 

Ale  James  patrzył  na  mnie,  jakby  mówiąc  „Zamierzasz  zaprzeczyć?”  z  triumfalnym 

błyskiem  w  oczach,  jakby  wygrał.  A  choć  nie  jestem  ambitnym  typem,  to  wcale  mi  to  nie 
pasowało.  Więc  przez  samą  złośliwość  i  z  własnym  triumfalnym  błyskiem,  odgryzłam  duży 
kawałek kanapki, przegryzłam, przełknęłam i powiedziałam: - Mniam. Teraz gadaj. 

James  zaśmiał  się,  kręcąc  głową,  kiedy  ugryzłam  kolejny  kawałek,  ale  spoglądałam  na 

niego oczekująco. Bez względu na to, co myślał, porozmawiamy o tym. Niech tylko spróbuje 
się od tego wymigać. Psh. 

- Czy da mi coś powiedzenie, że to nie twoja sprawa? – zapytał James. 

background image

39 

 

Rzuciłam mu zdegustowane spojrzenie. – O co ci chodzi? Oczywiście, że to moja sprawa 

–  ty  jesteś  moją  sprawą.  Bałagan  bałaganu,  nie  pamiętasz?  Jesteś  moim  przyjacielem  z 
potencjałem. 

James  uśmiechnął  się  na  to.  –  Bardzo  dobrze  słyszeć  –  powiedział.  Potem  nachylił  się 

bliżej. – Ale i tak ci nie powiem. 

- Och, dajże spokój! 

- Odpuść, Lily. 

- Jesteś kompletnie nierozsądny – kłóciłam się, piorunując go wzrokiem. – Próbuję tylko 

pomóc. 

-  A  gdybym  myślał,  że  potrafisz  pomóc,  to  bym  ci  na  to  pozwolił  –  odparł  James, 

używając  swojego  głosu  pt.  „jestem-rozsądny-a-ty-jesteś-napastliwą-jędzą”,  chociaż  to  on 
zachowywał  się  absurdalnie.  Zamierzałam  jeszcze  trochę  się  kłócić,  ale  wtedy  James 
westchnął  przeciągle,  co  powstrzymało  moje  protesty.  Spojrzałam  na  niego  zaskoczona.  – 
Proszę – powiedział. – Na razie odpuść, dobrze? 

Nie  podobał  mi  się  ten  pomysł  –  zwłaszcza  teraz,  kiedy  James  wyglądał  tak  poważnie. 

Czy naprawdę dotykało go to bardziej niż pokazywał? Chciałam wiedzieć, ale wiedziałam, że 
dręczenie  go  teraz  sprawi  tylko,  że  będzie  jeszcze  bardziej  zdeterminowany,  żeby  mi  nie 
mówić.  Nie  wiedziałam,  czemu  był  taki  wrażliwy,  ale  wiedziałam,  że  gdybym  za  bardzo 
naciskała, to jego duma by się uniosła i zamknąłby się przede mną. Tego nie chciałam. Więc 
zamiast  wyrzucić  z  siebie  milion  pytań  o  niego  i  Syriusza,  które  zapełniały  moją  głowę, 
skinęłam głową i rzekłam: - Dobra. Jak sądzę, masz prawo do swojej prywatności. Ale jeśli nie 
chcesz  odpowiedzieć  na  te  pytanie,  to  będziesz  miał  coś  przeciwko,  jeśli  zapytam  o  co 
innego? 

James  wyglądał  na  pełnego  ulgi,  jak  i  ostrożnego.  –  To  zależy  –  powiedział.  –  O  co 

pytasz? 

-  Dziś  rano  coś  sobie  uświadomiłam  –  zaczęłam  wyjaśniać,  postanawiając  zignorować 

fakt,  iż  to  Emma  coś  sobie  uświadomiła,  a  nie  ja.  Odgryzłam  kolejny  kawałek  kanapki, 
przegryzłam  i  przełknęłam.  –  Zeszłej  nocy  mówiłeś,  że  masz  mi  coś  do  powiedzenia  –  i  w 
Pokoju  Życzeń  także.  Ale  nigdy  tego  nie  zrobiłeś.  Znaczy,  nie  powiedziałeś  mi.  Chyba  nie 
dałam ci na to szansy. O co chodziło? 

Dość  nieoczekiwanie  James  wybuchnął  śmiechem  na  moje  pytanie,  nagle  wysoce 

rozbawiony. Byłaby to odświeżająca zmiana po jego wcześniejszej powadze, gdyby nie była 
ona moim kosztem. – Co? – zapytałam, wiercąc się niekomfortowo. 

background image

40 

 

-  Nic  –  odpowiedział  James,  ale  nadal  się  śmiał.  Uniósł  rękę,  którą  wcześniej  mnie 

obejmował,  żeby  nakręcić  pasemko  moich  włosów  na  palec.  Uśmiech  miał  szeroki  i 
olśniewający, kiedy na mnie spojrzał. – Ale o tym także nie zamierzam ci powiedzieć – rzekł. 

Hej! 

- Co takiego? – spytałam, odsuwając się od niego zaskoczona,  moja twarz była pewnie 

tak  komicznie  wściekła,  iż  James  musiał  znowu  się  roześmiać.  A  może  jest  po  prostu 
sadystycznym  draniem.  –  Jak  to  o  tym  także  nie  zamierzasz  mi  powiedzieć?  Czemu,  do 
diabła, nie? 

- Bo zmieniłem zdanie – odpowiedział James, wzruszając beztrosko ramionami. – Nie, co 

do  tego,  co  mam  do  powiedzenia,  oczywiście  –  dodał  szybko,  kiwając  głową  –  ale,  co  do 
powiedzenia ci. Chyba poczekam. 

-  Poczekasz?  –  krzyknęłam  przeraźliwie,  ostrożnie  biorąc  pod  uwagę  czy  szybkie 

uderzenie jego głową o ścianę byłoby takie złe na dłuższą metę. – Na co poczekasz? 

Uśmiech Jamesa stał się ostry i promienny. – Dopóki nie będziemy mniej „przyjaciółmi”, 

a bardziej „potencjalni”. 

Och, na brodę Merlina. 

- To bzdury – warknęłam, mocno wkurzona. – To… to jest szantaż. To plan A, część 4 – 

emocjonalne  mleko.  Teraz  odmawiasz  emocjonalnego  mleka,  a  to  jest  po  prostu…  po 
prostu… 

- Wspaniałe? – zasugerował James. – Genialne? Popierane przez Merlina, nawet udane? 

- Podłe – odparowałam, krzyżując ramiona na piersiach z fuknięciem. – Bardzo podłe

-  Cokolwiek  zadziała  –  odparł  James,  jakby  w  ogóle  nie  brał  pod  uwagę  do  jakiego 

poziomu się zniżał – a jestem pewna, że brał. – Tak jest najlepiej, naprawdę. Powiem ci, kiedy 
będę gotowy. 

Mogłabym  na  to  odpowiedzieć  na  wiele  sposobów,  na  wiele  rozgniewanych  i  gorzkich 

sposobów, ale bez  względu  na to,  do  jakiego poziomu  James  się zniżał,  ja  nie  zamierzałam 
uczestniczyć  w  tej  małostkowości.  Jeśli  nie  chciał  mi  mówić,  to  dobrze.  Może  sobie  to 
zatrzymać dla siebie – zatrzymać wszystko dla siebie. I tak nie musiało być to takie ważne, bo 
inaczej  nie  miałby  innego  wyboru  –  musiałby  mi  powiedzieć.  Więc  najwyraźniej  nie 
przegapiłam tak wiele. 

Nie zamierzałam uczestniczyć w tych bzdurach. Nie obchodziło mnie to. 

Przeważnie. 

background image

41 

 

Biorąc kolejny kęs kanapki, milczałam, zadowolona z jedzenia, przegryzania i przełykania 

bez  jakiegokolwiek  kontaktu  z  kretynem  siedzącym  obok  mnie.  Jak  można  było  się 
spodziewać  James  uważał  moją  ciszę  za  coś  zabawnego,  a  także  za  zaproszenie  do 
wypełnienia milczenia swoim irytującym głosem. 

-  Nie  musisz  się  wściekać  –  odezwał  się,  a  choć  nie  chciałam  na  niego  patrzeć,  to 

wyczuwałam, że się uśmiecha. – Możesz całkiem łatwo naprawić tę sytuację, wiesz. 

- Nie, dziękuję – odparłam bezbarwnym głosem. Rzuciłam mu wyniosłe spojrzenie zanim 

wdzięcznie (tak jakby) uniosłam się na nogi. Zarzuciłam torbę na ramię i spojrzałam z góry na 
Jamesa,  który  nadal  siedział  na  podłodze.  –  Teraz,  jeśli  mi  wybaczysz,  muszę  udać  się  na 
obiad. Uwierz lub nie, istnieją pewni ludzie, którzy rzeczywiście ze mną porozmawiają. 

- Biedni durnie – powiedział James, po czym uchylił się przed moją stopą, kiedy chciałam 

go kopnąć zanim odeszłam. 

Serio, czasami się zastanawiam czemu ja w ogóle się nim przejmuję. 

Hmph. 

 

Potem Potem, Transmutacja 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 226 

O mój Boże, czy ona jest poważna? 

Serio. Czy ona tak na poważnie

PISEMNY I PRAKTYCZNY EGZAMIN 

ZWIERZĘCA TRANSMUTACJA 

PONIEDZIAŁEK, LISTOPAD 3 

No dalej, postrzel mnie, kiedy leżę, McG. Napluj na mnie, kiedy umieram na podłodze. 

Ledwo  obrzuć  mnie  wzrokiem,  gdy  wyję  i  zawodzę  w  bólu  oraz  agonii.  No  dalej.  Baw  się 
dobrze. 

Niektórzy ludzie są tacy bezduszni. 

 

Jeszcze Później, Nadal Transmutacja 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

background image

42 

 

Suma Obserwacji: 226 

Nieważne. Nie wiem, dlaczego panikuję. To żadna wielka sprawa. Egzamin i tak jest za 

kilka tygodni – mam wieki na naukę. A poza tym, nie jestem już tak kiepska, jak byłam parę 
tygodni temu. Korepetycje naprawdę pomogły. Na pewno będę idealnie przygotowana do 3 
listopada. Zrobię to. 

Och, do diabła, nie, nie zrobię

No spójrzcie na mnie! Nawet nie skupiam uwagi! McGonagall pewnie mówi o wszystkich 

ważnych  i  koniecznych  sprawach,  a  ja  nawet  nie  słucham,  nie  mówiąc  już  o  trawieniu  i 
przyswajaniu  informacji!  I  kogo  ja  oszukuję,  do  cholery?  Może  nie  jestem  tak  kiepska,  jak 
wcześniej, ale mogłabym być również bardziej pocieszona tym faktem, gdybym nie przeszła 
ze statusu „kiepska” do „rozpieszczona”. 

Jakoś nie sądzę, że taki poziom jest wystarczający do otrzymania oceny zaliczającej. 

Merlinie, co do diabła. McGonagall ma czelność, żeby teraz rzucać na mnie coś takiego. 

Czy ona nie wie z jakimi sprawami muszę sobie radzić? Czy nie widzi, że nie mam czasu, aby 
dodawać  do  swojego  życia  kolejny  stresujący  faktor?  Myślałam,  że  jesteśmy  kumpelkami. 
Myślałam, że jesteśmy blisko. Myślałam, że istniała wystarczająca więź, by nie chciała, żebym 
skończyła martwa

Jasna  cholera,  jeśli  kiedykolwiek  istniała  dobra  pora  na  wybranie  się  do  Guam,  to  jest 

ona teraz. 

Jak  myślicie,  ile  będzie  kosztować  bilet?  Biorąc  pod  uwagę,  że  jest  poza  sezonem  i  w 

ogóle? 

Trzeba sprawdzić. 

 

Bardziej Bardziej Później, Nadal Nadal Transmutacja 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 226 

Koniec. Odchodzę. Cholernie odchodzę. Nie obchodzi mnie gdzie, nie obchodzi mnie jak, 

nie obchodzi mnie kto, co i tak dalej, obchodzi mnie tylko  kiedy, czyli ta właśnie chwila. Jak 
tylko będę mogła. Szybciej niż jak tylko będę mogła. Mam dosyć. 

Spójrzcie – po prostu spójrzcie – co właśnie wylądowało tak niewinnie na moim biurku. 

Po prostu spójrzcie

Lily, 

background image

43 

 

Wybacz,  że  przeszkadzam,  ale  naprawdę  muszę  z  tobą  o  czymś  porozmawiać.  Możesz 

poświęcić mi parę minut po lekcji? To dość ważne. 

Julie 

Zabijcie mnie. 

Zabijcie mnie teraz

Nie, Julie cholerna Little, nie porozmawiam z tobą, ani po lekcji, ani nigdy. Tak właściwie, 

gdybyś chciała, sama nie wiem, zabrać swojego chłopaka Amosa, pójść razem na najbliższy 
zachód  słońca  i  nigdy  już  nie  zawracać  mi  głowy,  to  wcale  by  mi  to  nie  przeszkadzało.  Tak 
naprawdę byłabym całkiem zadowolona. Wtedy nie musiałabym przejmować się szukaniem 
twojego  durnego  chłopaka  –  igły  w  stogu  Hogwartowskiego  siana  –  by  powiedzieć  mu,  że 
może  sobie  cholernie  iść  z  tobą  gdzie  tylko  zechce,  ale  żeby  zostawił  mnie  w  spokoju, 
ponieważ nie byłoby go tutaj, żeby miało to jakieś znaczenie. Więc proszę, wybacz mi, jeśli 
jestem mniej niż skłonna do zgodzenia się na twą prośbę. Mam trochę niefajny dzień. 

Nienawidzę swojego życia. 

Nienawidzę swojego życia, nienawidzę swojego życia, nienawidzę swojego życia

 

Jeszcze Później, Transmutacja 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 226 

Julie, 

Strasznie  mi  przykro,  ale  mam  dzisiaj  po  lekcji  sesję  naukową.  Runy  są  zabójcze,  sama 

wiesz. Pogadamy później, dobra? 

Lily 

 

Później Później, Biblioteka 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 227 

To była chyba najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. –GR 

Słucham? –LE 

background image

44 

 

Serio. Najzabawniejsza. 

Nie mam pojęcia, o czym mówisz. 

Nie? Więc to nie ty przebiegłaś obok Julie Little, jak Amos, kiedy krzyczała, że musi jak 

najszybciej z tobą porozmawiać, a ty odkrzykiwałaś „Później, później”? Bo jeśli nie to masz 
bliźniaczkę. Taką, za którą tutaj przyszłam i która nagle zmieniła się w ciebie, z którą teraz 
rozmawiam. Dziwaczne. 

Cicho. To było konieczne. 

Czemu? 

Bo  jak  mam  rozmawiać  z  Julie  o  Amosie,  kiedy  nie  rozmawiałam  jeszcze  z  Amosem  

Amosie? Nie wiem, co się dzieje. Jestem tak samo niedoinformowana, jak ona. I tak, jak ja 
sobie z tym radzę, ona też powinna sobie radzić. To nie mój problem. 

Więc zamierzasz od niej uciekać? Jak Amos? 

To  jest  całkowicie  inna  sytuacja  od  Amosa.  On  jest  tchórzem.  Ja  jestem  wymijająco 

logiczna. 

Wymijająco logiczna? 

Tak, Gracie. Wymijająco logiczna. Koniec rozmowy. Gdzie jest Emma? 

Nie wiem. Po przyglądaniu się twojej Wymijająco Logicznej Scenie, popchnęłam ją na 

niczego  nie  podejrzewającego  Maca.  Była  zajęta  wyrzucaniem  przeprosin,  kiedy 
zostawiłam ją, żeby za tobą pójść. 

Merlinie, zapomniałam o Macu! Dobra robota, Gracie! 

Dziękuję. To był całkiem dumny moment. 

Myślisz, że teraz się godzą, kiedy my sobie rozmawiamy (…e, piszemy)? 

Wątpię.  Znasz  Emmę.  Nie  przemyślała  jeszcze  tej  sytuacji  do  śmierci.  Potrzebuje 

jeszcze przynajmniej paru wieków. 

Więc chyba musimy ją pospieszyć. Jutro porozmawiam sobie z Maciem. Po rozmowie z 

Amosem. Jeśli znajdę Amosa. 

Brzmi, jak dobry plan. 

Tak myślałam. 

Kiedy  już  uciekłaś  od  Julie,  możemy  opuścić  to  piekło?  Nudzi  mi  się.  Chodźmy  na 

spacer  czy  coś.  Zobaczmy,  jakich  szkód  możemy  narobić.  Potem  możesz  pójść  na  trening 
Quidditcha i pogapić się na Jamesa. 

background image

45 

 

Po  pierwsze,  to  nie  jest  piekło  –  to  wielkie  miejsce  nauki  i  informacji.  Po  drugie,  nie 

zaspokoję twojej nudy. Muszę uczyć się na Transmutację. Po trzecie, jest za zimno na spacer. 
Po  czwarte,  nienawidzę  Quidditcha  i  nie  pójdę  na  trening,  ponieważ  James  i  ja  jesteśmy 
obecnie w niezgodzie i nie będę cierpieć dla niego przez zimno albo sport… nawet jeśli miło 
się na niego patrzy. 

Czemu dokładnie jesteście w niezgodzie? 

Bo nie chce mi o niczym mówić. Jest skrytą, przebiegłą, podłą osobą. W której i tak się 

durzę, ale nie w tym sens. 

Racja

Możesz mu o tym powiedzieć. Na treningu Quidditcha. Że jest skryty, przebiegły i bardzo 

podły. 

Ale i tak się w nim durzysz. 

Nie, o tym nie mów. Choć i tak weźmie wszystko za komplement, ten durny kretyn. 

Myślę, że jesteś po prostu zła, bo nie chce się z tobą całować. 

Nieprawda.  Nie  jestem  taka  zdzirowata.  Przeważnie.  Ale  nawet,  gdybym  była,  to  nie 

miałoby znaczenia, bo James i tak się ze mną całuje. Przez cały czas. Ale nazywa to płukaniem 
ust. Co jest bardzo niehigieniczne. 

Jak sobie chcesz, Wieżowa Dziwko. Ale serio zamierzasz tutaj siedzieć i uczyć się? Do 

egzaminu jeszcze długo. 

Dla niektórych z nas nie wystarczająco długo. 

Na  Merlina,  jesteś  nudna.  Idę  na  spacer.  Może  zobaczę  Jamesa.  Albo  Amosa.  Albo 

Julie. A jeśli tak się stanie, to informuję, że będą kłopoty. 

Nie obchodzi mnie to. I tak przeprowadzam się do Guam. 

Zawsze tak mówisz. 

 

Jeszcze Później, Nadal w Bibliotece 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 227 

Dziesięć Rzeczy, Bez Których Naprawdę, Szczerze Bym Sobie Poradziła, Gdyby Losy 

Świata Zechciałyby Dać Mi Przerwę 

background image

46 

 

1]  Irytująca  grupka  Puchonów  siedzących  po  drugiej  stronie  regałów  ode  mnie.  To 

biblioteka,  na  brodę  Merlina.  Ludzie  próbują  pracować.  Nienawidzę  całej  społeczności 
waszego domu. 

2]  Madame  Pince,  która,  aby  uciszyć  podłych  Puchonów,  jak  i  każdą  inną  żywą  duszę 

wydającą dźwięk, sprawia jeszcze więcej hałasu. Francuski hałas. Który jest jeszcze gorszy od 
normalnego hałasu. 

3]  Te  krzesło,  na  którym  siedzę.  Skrzypi.  Nie  cały  czas,  ale  wystarczająco,  by  wzbudzić 

niepokój. Mogłabym się przenieść, ale to za wiele wysiłku. A wiecie, co czuję wobec wysiłku. 

4]  Sekcja  Transmutacji.  Jest  klaustrofobiczna.  Nie  jest  ani  komfortowa,  ani  ciepła,  ani 

zapraszająca.  Jest  wielka,  przerażająca  i  zakurzona.  Powinna  wziąć  parę  wskazówek  od, 
powiedzmy,  sekcji  Zaklęć.  Mogłabym  mieszkać  w  sekcji  Zaklęć.  Tutaj  nie  mogłabym  żyć.  A 
przynajmniej nie bez dostania rozedmy płuc. 

5]  Temat  Transmutacji,  jaki  całości.  Gdyby  nie  istniała,  to  ta  sekcja  również  by  nie 

istniała.  Tak  jak  i  moje  przyszłe  zawalenie  oceny.  Jestem  pewna,  że  świat  by  bez  niej 
przetrwał. 

6]  Egzaminy,  jako  całość.  Kto  stworzył  tak  barbarzyńską  praktykę?  Jakakolwiek 

przyzwoita  osoba  nie  musiałaby  być  testowana  z  rzeczy,  których  się  uczy  –  po  prostu 
przyswajałaby informację, żeby się polepszyć. Wszystko, czego nie pamięta… cóż, pewnie nie 
jest  to  ważne.  Na  przykład  w  życiu,  kiedy  osoba  będzie  musiała  wiedzieć,  jak  zamienić 
jaszczurkę w kurczaka? Jestem pewna, że jaszczurka chce pozostać jaszczurką. A jeśli nie, to 
na  pewno  przed  tą  konwersją  trzeba  by  było  zaobserwować  wielki,  psychologiczny  proces. 
Tak być powinno. 

7] Amos Diggory, jako całość. 

8] Julie Little, jako całość. 

9] James Potter, jako całość. 

10] Moje życie, jako całość. 

 

Milion razy Później, Kolacja w Wielkiej Sali 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 228 

Odkryłam,  że  kolacja  jest  o  wiele  spokojniejszym  wydarzeniem,  kiedy  drużyna 

Quidditcha ma trening. Bez ich zakłócającej spokój obecności, cały proces kolacji znacznie się 
poprawia.  I  być  może  niektórzy  powiedzą,  że  przemawia  przeze  mnie  zgorzkniałość  (tak 

background image

47 

 

przynajmniej nazywa to Emma. Ale to pewnie tylko przewidywanie. Ona jest zgorzkniała, bo 
nie pogodziła się dzisiaj z Maciem. Najwyraźniej), ale sądzę, że większość ludzi ma po prostu 
wyprany mózg przez sport, żeby to przyznać. Ale to prawda. Serio. 

A choć mogłabym spędzać tę obecnie spokojną kolację wściekając się, bo Amosa wciąż 

nie ma i dlatego  nie można się z nim skonfrontować, to nie zamierzam tego robić. Zamiast 
tego będę wdzięczna. Wdzięczna za opuszczenie sekcji Transmutacji, wdzięczna za dostępne 
dwa  rodzaje  ryżu,  wdzięczna,  że  Julie  Little  nigdzie  nie  widać  i  dlatego  nie  będzie  w  stanie 
nakłaniać mnie do rozmowy, której nie chcę przeprowadzać… 

Do diabła. 

Wcześniej nigdzie nie było jej widać. 

Przypuszczam, że tę kolację trzeba będzie wziąć na wynos. 

 

Miliard razy Później, Pokój Wspólny Gryffindoru 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 228 

Merlinie,  ona  jest  taka  męcząca.  I  naprawdę  nie  podobało  mi  się  te  sceptyczne 

spojrzenie, które mi rzucała, kiedy uciekałam ze swoim ryżem po oznajmieniu jej, że muszę 
iść do Skrzydła Szpitalnego. Z tego, co ona wie, mogłam musieć iść do Skrzydła Szpitalnego. 
Czy  nie  widzi  bandaża  tragicznie  otaczającego  mój  delikatny,  zraniony  nadgarstek?  Czy  nie 
pamięta pewnego incydentu, kiedy, o tak, zostałam poparzona przez kwas, jakieś cztery dni 
temu? I zabieranie ryżu na wizyty kontrolne jest bardzo normalne. Bo co innego miałabym 
wziąć? Dokładnie. 

Przysięgam, niektórzy ludzie są absurdalni. 

Chciałabym coś zjeść i odrobić zadanie w spokoju, dzięki. 

 

Bilion razy Później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt 

Spostrzegawcza Lily: Dzień 35 

Suma Obserwacji: 229 

Obserwacja #229) Życie jest wyczerpujące. 

Czas na sen. 

Może tam odnajdę swój wewnętrzny spokój. 

background image

48 

 

Hmph.