background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

Leszek Cichy

Krzysztof Wielicki

Jacek Żakowski

Rozmowy

o EVEREŚCIE

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

LESZEK CICHY Urodzony w 1951 r. Inżynier
geodeta;  starszy  asystent  w  Instytucie  Geodezji
Wyższej  Politechniki  Warszawskiej.  Wspina  się
od  1970  r.,  jest  członkiem  Klubu  Wysokogór-
skiego w Warszawie. Ma na swoim koncie liczne
osiągnięcia tatrzańskie i alpejskie, m.in. przejścia
lewego  filara  Freney  na  południowej  ścianie
Mont Blanc, wschodniej ściany Grand Capucin i
północnej  ściany  Matterhornu.  Największe  suk-
cesy  odnosił  w  Karakorum  i  w  Himalajach.  W
1974 r. dokonał pierwszego wejścia na Shisparé
(7619 m), a w rok później wszedł częściowo no-
wą  drogą  na  Gasherbrum  II  (8035  m).  Był  to
ówczesny polski rekord wysokości. W 1976 r.  i
w  1982  r.  uczestniczył  w  wyprawach  na  drugi
szczyt  świata  K2  (8611  m),  a  w  1978  r.  w  wy-
prawie na Makalu (8481 m).

background image

5

„Jest to opowieść o tym, jak (...) dwaj ludzie, odznaczający się nieprzeciętną dzielnością i

wprawą, ożywieni niezachwianą wolą zwycięstwa, osiągnęli szczyt Mount Everestu i powró-
cili szczęśliwie do swych towarzyszy.

Jednakże nie jest to jeszcze cała opowieść, gdyż zdobycie Everestu nie było dziełem jed-

nego dnia ani nawet paru niezapomnianych, pełnych niepokoju tygodni (...). W istocie jest
to historia długotrwałego, uporczywego wysiłku wielu ludzi na znacznej przestrzeni czasu.
(...)”

John Hunt, „Zdobycie Mount Everestu”

background image

6

Dziennikarze nazywają go „dachem świata”, geografowie – Czomolungmą lub Mount Evere-
stem, Nepalczycy – Sagarmatha, alpiniści mówią po prostu – Everest. Po raz pierwszy poddał
się wyprawie brytyjskiej kierowanej przez Johna Hunta. W dniu 29 maja 1953 r. na szczycie
stanęli  Nowozelandczyk  Edmund  Hillary  i  Nepalczyk  Tenzing  Norkey.  Pierwsza  kobieta  –
Japonka Juko Tabei – stanęła na nim dopiero w 1975 r. Pierwsza Europejka – Wanda Rutkie-
wicz – trzy lata później. W lutym 1980 r. wszystkie agencje świata podały bulwersującą hi-
malaistów wiadomość: „Polacy jako pierwsi osiągnęli zimą najwyższy punkt kuli ziemskiej”.
Nigdy chyba w historii polskiego alpinizmu żadna wyprawa nie cieszyła się tak ogromnym,
tak powszechnym zainteresowaniem jak ta – zimowa wyprawa na Mount Everest. Ogromny
entuzjazm, z jakim przyjęto w kraju zdobywców najwyższego szczytu świata, a potem setki
zaproszeń na spotkania w szkołach, zakładach pracy, klubach podsunęły mi pomysł przygo-
towania  tej  książki.  Ulegając  moim  namowom  bezpośredni  autorzy  tego  sukcesu  –  Leszek
Cichy i Krzysztof Wielicki – zgodzili się poddać swoistej wiwisekcji. Ma ona ukazać proces
kształtowania  się  charakterów,  postaw,  ambicji.  Wszystkich  tych  najwznioślejszych  cech,
których  szczególnym  sprawdzianem  były  owe  dni  spędzone  wśród  czterdziestostopniowych
mrozów i szalejących wiatrów. Książka ta jest kwintesencją utrwalonych na taśmie kilkudzie-
sięciu godzin rozmów i blisko tysiąca stron notatek. Mimo to wielu spraw udało nam się zale-
dwie  dotknąć,  a  jeszcze  więcej  musieliśmy  po  prostu  pominąć.  Nasza  relacja  ogranicza  się
więc do tych faktów i zdarzeń, które wydawały nam się najistotniejsze. Nie dajemy też odpo-
wiedzi na pytania o sens i cel alpinizmu ani o czynniki kształtujące pożądane w tym sporcie
postawy. Takich odpowiedzi po prostu nie ma.

Jacek Żakowski

Warszawa, czerwiec 1980

background image

7

EVEREST ’80

część I

background image

8

Uczestnicy wyprawy Everest ’80

Andrzej Zawada – kierownik
Józef Bakalarski – filmowiec
Leszek Cichy
Krzysztof Cielecki
Ryszard Dmoch
Walenty Fiut
Ryszard Gajewski
Andrzej Zygmunt Heinrich
Jan Holnicki-Szulc
Robert Janik – lekarz
Bogdan Jankowski – radiooperator
Stanisław Jaworski 

1

 – filmowiec

Aleksander Lwow
Janusz Mączka
Kazimierz Waldemar Olech
Maciej Pawlikowski
Marian Piekutowski
Ryszard Szafirski
Krzysztof Wielicki
Krzysztof Żurek

                                                     

1

 Stanisław Jaworski zginął dnia 11 grudnia 1983 roku w wyprawie zimowej na Manaslu (wys. 8165 m) w Ne-

palu.

background image

9

Nerwówka

JACEK  ŻAKOWSKI  –  Zobowiązaliśmy  się  w  ciągu  niespełna  półtora  miesiąca  napisać
książkę ukazującą nasze drogi na Everest. Ten Everest i te drogi rozumieć mamy szeroko.
Samo zdobycie szczytu ma być zaledwie pretekstem dla pokazania tego, co wam kazało i
pozwoliło odnieść sukces.

Jeżeli nie chcemy, żeby ta książka stała się jeszcze jednym tomikiem mamiącym jedy-

nie sensacyjnością tematu, to musimy zdobyć się na prawdziwą szczerość. Musimy poka-
zać jak najbardziej soczysty obraz. Żeby to osiągnąć, powinniśmy starać się stworzyć na-
szym rozmowom specjalną atmosferę, atmosferę umożliwiającą mi zadawanie wszystkich
pytań, a wam – udzielanie w pełni prawdziwych (prawda, cała prawda...) odpowiedzi.

Zgodnie z naszą umową pierwsza rozmowa dotyczyć ma waszej wyprawy na Everest.

Zanim do niej doszło istniał, o ile wiem, pewien program polskiego himalaizmu To zimo-
we wejście na najwyższy szczyt świata było ostatnim ogniwem brakującym do jego pełnej
realizacji.
LESZEK  CICHY  –  Formalnego,  długofalowego  programu  nigdy  nie  było.  Nikt  takiego
programu nie opracował ani nie zatwierdził.

J.Ż.– Myślę o artykule Warteresiewicza, ogłoszonym w „Taterniku” bodajże w 1966 roku.
L.C.– No tak. W momencie kiedy otworzyły się możliwości wyjazdów...

KRZYSZTOF  WIELICKI  –  Gdzieś  od  1960  roku,  to  znaczy  od  pierwszej  wyprawy  w
Hindukusz...

L.C.– ...zaczęła się walka o pierwszą polską wyprawę w Himalaje. To znaczy  pierwszą po-

wojenną, bo w 1939 roku odbyła się wyprawa na Nanda Devi East 

(wys. 7434 m).

K.W.– Od tego czasu Europa i świat poszły sporo do przodu W 1950 roku Herzog i Lachenal

zdobyli Annapurnę – pierwszy ośmiotysięcznik. Czternaście lat później wszystkie ośmio-
tysięczniki były pokonane. Potem lista najwyższych nie zdobytych jeszcze szczytów kur-
czyła się bardzo szybko. Wtedy Warteresiewicz opublikował artykuł „Himalaje z nami czy
bez nas”. Napisał, że trzeba skupić się na robieniu pierwszych  wejść. Uważał, że nie ma
sensu zabierać się do powtarzania zrobionych już dróg. Na to był jeszcze czas.

L.C.– Radził nastawić się na nie zdobyte, wysokie siedmiotysięczniki, bo ze szczytem zawsze

kojarzą się pierwsi zdobywcy.

K.W.– A kto wszedł drugi, kto trzeci, to już nie jest takie  ważne.  Chyba  że  zrobi  się  jakąś

nową, ciekawą albo trudną drogę.

J.Ż.– Na przykład filar południowy Everestu?
L.C.– Na przykład. Ale to już miał być trzeci etap. Przedtem trzeba było zdobyć doświadcze-

nie. Zamknięciem tego etapu miała być narodowa wyprawa na Everest. Na każdym zjeź-
dzie alpinistów, począwszy od wyprawy na Kunyang Chhish 

(wys. 7852 m) w roku 1971

zawsze ktoś wstawał i mówił: „Zgłaszam nie zrealizowany w poprzedniej kadencji wnio-
sek zorganizowania narodowej wyprawy na Everest”. To było marzenie pokoleń polskich
himalaistów.

K.W.– Tak się złożyło, że w Polsce było dużo czterdziestolatków – tych, którzy tworzyli bar-

dzo dobry polski alpinizm w latach sześćdziesiątych. Oni chcieli dokonać czegoś większe-
go, ale czas uciekał, a wypraw nie było. Zyga, czyli Andrzej Heinrich, cały czas powtarzał:
„Ja o tę wyprawę walczę od siedemdziesiątego trzeciego roku”. Gdyby udało się dopiero
za pięć czy dziesięć lat, Zyga, Zawada, Szafirski mogliby już nie pojechać.

background image

10

L.C.– Chodziło o to, co mamy na tym Evereście zrobić. Powtórzyć starą drogę można teraz,

ale można też za dziesięć lat. Nie jest już istotne, czy wejdzie się w pierwszej setce, czy w
trzeciej. Chodziło o ambicje całego pokolenia. Im marzyła się nowa droga – na przykład
filarem południowym.

J.Ż.–  A  jak  to  się  stało,  że  Polacy  jako  pierwsi  dostali  pozwolenie  na  atakowanie  Everestu

zimą?

L.C.–  To  się  zaczęło  jeszcze  w  siedemdziesiątym  ósmym  roku,  a  właściwie  o  wiele  wcze-

śniej, była to bowiem od lat idea Andrzeja Zawady. Nepalczycy przysłali wtedy propozy-
cję  zorganizowania  wspólnej  polsko-nepalskiej  wyprawy  na  Everest  drogą  pierwszych
zdobywców.  Uważaliśmy,  że  propozycja  nie  jest  specjalnie  atrakcyjna,  więc  zaczęliśmy
się targować, kto za co będzie płacił i ile. Kiedy Andrzej Zawada pojechał na miejsce ob-
gadywać szczegóły, okazało się, że tymczasem Włosi zgodzili się płacić za wszystko i już
podpisali umowę. Zawada się wściekł, bo sprawa była już ustalona, porozumienie prawie
podpisane. Żeby to jakoś załagodzić, Nepalczycy dali bardzo szybko pozwolenie na robie-
nie  filaru  południowego  wiosną  osiemdziesiątego  roku.  Jednocześnie  Zawada  zaczął  się
starać o zezwolenie na zimę, ale nie dostał żadnej wiążącej odpowiedzi. Czas uciekał, na-
dzieje  malały.  Wszystko  było  przygotowywane  na  wiosnę.  Zarząd  ciągle  naciskał,  żeby
ustalić, do kiedy będziemy czekali. Kiedy już będzie za późno, żeby zacząć organizować
zimowy wyjazd. Najpierw wyznaczono termin na koniec września. Ustalono, że jeśli nie
będzie pozwolenia do końca września, to nie jedziemy. Potem na piętnastego października.
W końcu na pierwszego listopada. Trzydziestego pierwszego października przyszła depe-
sza,  że  nasz  ambasador  w  Nepalu,  Andrzej  Wawrzyniak,  ma  nieoficjalne  potwierdzenie.
Piątego  listopada  znów  wiadomość,  że  na  dziewięćdziesiąt  dziewięć  procent  pozwolenie
będzie.

K.W.– Oficjalnie, na piśmie, dostaliśmy to dopiero dwudziestego drugiego listopada. Wtedy

było już wiadomo, że wyprawa na pewno ruszy. Zawada dopiął swego.

L.C.–  Idea  zimowej  wyprawy  na  Everest,  początkowo  bardzo  kontrowersyjna,  także  w  na-

szym środowisku, nareszcie miała szanse realizacji.

Pozwolenie obejmowało grudzień, styczeń i luty, ale od początku wiedzieliśmy, że ten

pierwszy miesiąc będzie  stracony,  bo  nie  da  się  na  czas  zorganizować  wyjazdu.  Zawada
zastanawiał się nawet, czy nie zrezygnować, czy nie jest za późno. W końcu zdecydowali-
śmy, że jedziemy, ale wiązało się to z nadzwyczajnym pośpiechem i wysiłkiem organiza-
cyjnym. Muszę powiedzieć, że tej sprawy nie potrafili zrozumieć niektórzy koledzy, kiedy
już  na  miejscu,  w  bazie,  okazało  się,  że  brakuje  na  przykład  herbatników  czy  kubków.
Niektórym trudno było wytłumaczyć, że na ostateczne przygotowania mieliśmy tylko mie-
siąc. Dopiero na miesiąc przed wyjazdem mogliśmy zacząć kupować jedzenie i wszystkie
drobiazgi, bo przecież takie „grubsze” rzeczy, jak buty i ubrania, musieliśmy załatwić dużo
wcześniej.

J.Ż.– Czy od razu znaleźliście się na liście kandydatów?
K.W.– Kandydatów tak.
J.Ż.– A na liście wyprawy?
K.W.– Nie.
L.C.– W lecie Zawada wysłał ankiety do trzydziestu paru osób. Akurat nie było mnie w War-

szawie, ale po przyjeździe natychmiast skontaktowałem się z nim i spytałem go, jaka jest
szansa wyjazdu. Powiedział, że bardzo duża. Kiedy oddałem mu ankietę, skierował mnie
do Dmocha, który zajmował się sprawami organizacyjnymi, żebym już zaczął działać. Jest
taka  zasada,  że  jak  się  kogoś  zatrudnia  przy  organizacji,  to  powinien  jechać,  więc  wie-
działem już, że pojadę.

K.W.– Ja byłem dopiero trzeci na liście rezerwowych. Nawet nie miałem specjalnych nadziei,

że się zabiorę, bo kto zechce zrezygnować z takiej gratki? Żałowałem tego wyjazdu, bo to i

background image

11

wyprawa narodowa, i Everest. W sumie bardzo duża szansa, może największa w życiu, a
mnie odesłali z kwitkiem. Tak to odebrałem, jakby mi ktoś powiedział: „Za wysokie progi,
kolego Wielicki”.

J.Ż.– A potem zdobyłeś szczyt. Coś jak Fortuna...
L.C.– Umieszczenie Krzyśka na liście rezerwowych Zawada wymieniał jako błąd.
K.W.– Miałem jechać na wiosnę i to mnie zaskoczyło. Więcej przecież wspinałem się zimą i

jeżeli się gdzieś widziałem, to właśnie na tej zimowej wyprawie. W każdym razie dopiero
łękotka Chrobaka, obojczyk Wróża i żona Rusieckiego zadecydowały o tym, że pojecha-
łem. Później odpadło jeszcze kilka osób. Zabrał się nawet Olech, który był szósty na liście
rezerwowych.

Dwudziestego siódmego listopada dostałem telefon. Dzwonił Andrzej: „Słuchaj, stary,

Wróż ma bark wybity, więc wchodzisz na jego miejsce. Bądź jutro w Warszawie”.

J.Ż.– Jakie były kryteria doboru uczestników? Co trzeba było zrobić, żeby pojechać na tę wy-

prawę?

L.C.–  Zasada  jest  taka:  komisja  sportowa  wybiera  kierownika,  Zarząd  Polskiego  Związku

Alpinizmu go zatwierdza, a kierownik dobiera sobie uczestników. Obowiązuje prawo po-
dwójnego weta. Komisja może odrzucić którąś kandydaturę z listy kierownika, a kierow-
nik może się nie zgodzić na propozycje komisji. Potem przedstawia się listę zarządowi.

J.Ż.– Chodziło mi raczej nie o procedurę, lecz o wymagania stawiane kandydatom na uczest-

ników wyprawy.

„(...) Ograniczając listę do jej ostatecznych rozmiarów, brałem za miernik cztery kwali-

fikacje: wiek, temperament, doświadczenie i stan fizyczny. Pragnąłem mieć zespół, w któ-
rym  każdy  byłby  potencjalnym  zdobywcą.  Jeśli  chodzi  o  wiek,  szukałem  ludzi  w  latach
między dwadzieścia pięć a czterdzieści. (...). O wiele trudniej było stwierdzić cechy tempe-
ramentu;  (...).  Trzeba  było  mieć  pewność,  że  każdy  uczestnik  naprawdę  chce  zdobyć
szczyt. (...). Szukałem więc ducha bojowości w każdym członku zespołu. Z drugiej strony
wyprawa  na  Everest  wymaga  także  nieprzeciętnej  bezinteresowności  i  cierpliwości.  (...).
Co  się  tyczy  doświadczenia,  rzeczą  pożądaną  było,  aby  kandydat  miał  za  sobą  szereg

przejść alpejskich, łączących problemy śniegu, lodu i skały (...)”.

2

L.C.– Przede wszystkim każdy uczestnik musiał już wcześniej być powyżej siedmiu tysięcy

metrów. Poza tym liczyły się ilość odbytych wypraw, konkretne osiągnięcia i ilość przejść
zimowych.

K.W.–  Tym  bardziej  się  dziwiłem,  że  mnie  powołano  na  wyprawę  wiosenną,  a  na  zimową

nie.

L.C.– O ile wiem, to po prostu dlatego, że byłeś już na liście wrocławskiej wyprawy i jej kie-

rownik – Janusz Fereński – prosił, żeby ciebie, Lwowa i Piekutowskiego umieścić jak naj-
dalej.

J.Ż.– Czy przed wyprawą znaliście już osobiście jej przyszłych  uczestników? Czy wspinali-

ście się wcześniej z ludźmi, z którymi mieliście zdobywać Everest?

K.W.– Nie ze wszystkimi. Byliśmy przecież zebrani z całej Polski.
L.C.– Wszystkich się trochę znało, bo światek taternicki jest malutki, ale po górach chodzi się

najczęściej z kolegami klubowymi. Z nimi po prostu najłatwiej jest się umówić. Wszyst-
kich natomiast spotyka się w Tatrach i coś niecoś się o nich wie. Ja wspinałem się głównie
z Jankiem Holnickim – to już była nasza czwarta wspólna wyprawa. Z Dmochem i Heinri-
chem też byłem – wcześniej – na jednej wyprawie.

J.Ż.– Zazwyczaj wyprawy tworzy się ze znanych, sprawdzonych już zespołów linowych.
L.C.– Tym razem Zawadzie chodziło o to, żeby wszystkie zespoły były w miarę możliwości

równe, żeby cała robota nie stawała, kiedy najlepsza para zejdzie do bazy. Dlatego przyjął

                                                     

2

 John Hunt, „Zdobycie Mount Everestu”, tłum. J.J. Szczepański, Iskry, Warszawa 1956.

background image

12

założenie, żeby nie tworzyć stałych par, tylko chodzić na zasadzie „każdy z każdym” i wy-
syłać do góry zespoły optymalne dla wykonania danego zadania.

J.Ż.– Dobór zespołów to jednak sprawa poważna. Przede wszystkim jest to kwestia zaufania,

bo od partnera w dużym stopniu zależy bezpieczeństwo, często – życie.

K.W.– Jakąkolwiek książkę się czyta – Bonattiego czy Terray’a – wszędzie powtarza się to

założenie,  że  trzeba  wyprawy  składać  z  par,  ale  Andrzej  Zawada  ma  do  tej  sprawy  inne
podejście.  Jego  wizja  to:  zawodnicy  –  pionki,  i  on  –  gracz,  który  je  ustawia.  Zaraz  po
pierwszych wyjściach z bazy było już widać, kto ma jakie tempo. Od razu wiadomo było,
że ja na przykład mogę chodzić z tym i z tym, a z tamtym nigdy nie pójdę. Nigdy – to zna-
czy oczywiście, jeżeli nie będzie takiej konieczności.

J.Ż.– W ankiecie, którą dostaliście od  Zawady, mieliście zaznaczyć, kiedy  wolicie  jechać  –

zimą czy wiosną. Dlaczego wybraliście akurat zimę? Wiedzieliście przecież, że to nie jest
taka zima jak w Tatrach czy Alpach.

K.W.– Ja napisałem: zima lub lato.
L.C.– Ja też.
K.W.– Bałem się, że jak się zgłoszę tylko na zimę, a nie będę akurat pasował do składu, to w

ogóle nie pojadę, ale jak już mówiłem, rzeczywiście bardziej pasowała mi zima.

L.C.– Większość wpisywała zimę i lato. Kiedy przyszła ankieta,  nie było jeszcze wiadomo,

czy zimowa wyprawa w ogóle ruszy. Każdy pisał „lato”, a potem myślał sobie: „Jak mnie
nie wezmą na lato, a będzie zimowa wyprawa, to może zabiorą mnie na zimę”. Ja – po-
dobnie jak Krzysiek – wolałem zimę. Lubię się wspinać zimą i większość przejść w Ta-
trach zrobiłem w zimie. Miałem tylko dwa letnie sezony tatrzańskie – w siedemdziesiątym
i siedemdziesiątym pierwszym roku. Potem już nie miałem czasu jeździć w Tatry na dłuż-
sze letnie wspinaczki.

J.Ż.– Jak wyglądał wasz udział w przygotowaniach? Krzysiek pewnie niewiele zdążył zrobić,

bo wskoczył do składu w ostatniej chwili...

K.W.– Ale Zawada kazał mi natychmiast przyjeżdżać. Wyobraź sobie. Jesteś w domu, masz

rodzinę, pracę, a Andrzej mówi: „Jutro bądź w Warszawie pakować wyprawę. Cześć, do
widzenia”.  Koniec.  Przez  dwa  tygodnie  pakowałem  w  Warszawie  cały  sprzęt,  jedzenie,
ubrania.

L.C.–  I  tak  się  nie  przemęczyłeś.  Ja  przyjechałem  do  Warszawy  na  początku  sierpnia  i  już

wtedy wciągnęli mnie w kierat. Do ostatniego dnia pracowałem na uczelni. Jeszcze szóste-
go grudnia wydałem pożegnalny bankiet na wydziale. Zawada mówił, żeby brać urlopy od
połowy listopada, ale ja nie wziąłem i musiałem godzić jedno z drugim.

K.W.– Załatwienie urlopu wydaje się proste, ale ja w fabryce muszę dostać zgodę bezpośred-

niego  przełożonego,  dyrektora  pionu,  dyrektora  naczelnego  i  jeszcze  dyrektora  do  spraw
pracowniczych, a Zawada mówi: „przyjeżdżaj jutro”. On nie wie, co to znaczy, bo sam ma
w pracy inna sytuację. Rodzinę też ma, ale tylko żonę. Jak ktoś ma dzieci, to sprawa staje
się o wiele  poważniejsza.  Co  zrobić  z  dzieckiem?  Trzeba  dziadka  sprowadzić,  trzeba  go
przywieźć...

J.Ż.– Zdążyłeś wszystko załatwić na czas?
K.W.– Nie, skąd! Wyjechałem dopiero po dwóch dniach, i to też nieformalnie, ale obiecali

mi, że wszystko już sami pozałatwiają. Po prostu mam dobre układy w pracy.

L.C.– Jak ktoś chce się wspinać, to musi mieć dobre układy w pracy. Szefowie nie lubią, jak

się za dużo wyjeżdża.

J.Ż.– A wasze żony? Jak one reagowały na ten wasz wyjazd?
L.C.– Muszę powiedzieć, że ja do samego końca łamałem się, czy  jechać. Na początku, jak

tylko przyszła ankieta, Majka powiedziała: „Ja wiem, że to jest Everest, i latem mógłbyś
jechać, ale zimą to sobie wybij z głowy”. W końcu nie szło jej o sam wyjazd, o to, że nie

background image

13

będzie mnie trzy miesiące, że będzie miała dziecko na  głowie i  tak dalej. Ona po prostu
bała się o mnie.

K.W.– Ja zauważyłem coś wręcz odwrotnego. Normalnie żona jest przeciwna moim wyjaz-

dom – nawet z przyczyn czysto praktycznych – musi się sama z dzieckiem męczyć, nikt jej
nie  pomoże.  Są  też  głębsze  sprawy.  Można  się  na  przykład  zastanawiać,  czy  nie  jestem
egoistą. Przecież nie spędzam z żoną wolnego czasu, zawsze tylko góry i góry. Nigdy nie
spędziłem z żoną żadnych wczasów ani wakacji...

L.C.– Ale teraz już obiecaliśmy.
K.W.– Tym razem zauważyłem, że ona chciała, żebym pojechał. Widziałem, jak ze sobą wal-

czy, bo to jednak Everest, wyprawa narodowa.

L.C.– Majka też mówiła: „Gdybym miała pewność, że wrócisz, to pierwsza powiedziałabym:

jedź”.

J.Ż.– Czy nie myśleliście o tym, żeby one z wami pojechały? Nawet na krótko, na tydzień,

dwa. Wiem przecież, że w bazie były żony  Zawady  i  Fiuta. Dla nich to też musiało być
wielkie przeżycie.

K.W.– To jest bardzo kłopotliwe.
L.C.– I w naszej sytuacji chyba mało realne. Obaj mamy małe dzieci. Trzeba by z nimi coś

zrobić.

J.Ż.– Czy one w ogóle chciałyby pojechać?
L.C. i K.W. 

(chórem)– Tak, bardzo.

J.Ż.– A wspinały się kiedyś?
K.W.– Nie, broń Boże.
L.C.– Moja żona lubi chodzić po Tatrach i właściwie dopiero po ślubie, jeżdżąc z nią, pozna-

łem Tatry Zachodnie. Już przedtem trochę chodziła po górach, ale tylko turystycznie, szla-
kami. Ponieważ nie umiała się wspinać, a ja nie chciałem chodzić po szlakach, musieliśmy
pójść na kompromis. Zdecydowaliśmy się na grań Tatr Zachodnich, bo nie ma tam szlaku,
a można ją przejść bez wspinaczki. Pojechaliśmy na trzy wolne dni tuż przed pierwszym
maja. Pierwszego dnia było wspaniałe słońce, łagodny, ciepły wiaterek. Szliśmy spokojnie,
ale dość szybko. W nocy, na biwaku, złapało nas kompletne załamanie pogody. Rano mu-
sieliśmy  wracać  do  Zakopanego.  Jesienią  znów  wyrwaliśmy  się  na  trzy  dni,  ale  pogoda
była taka, że nawet nie wyszliśmy w góry. Potem urodziło się dziecko i nie mogliśmy już
nigdzie razem wyjechać, ale mnie ta grań utkwiła jakoś w pamięci, więc któregoś razu nie
wytrzymałem i przeszedłem ją sam.

K.W.– Tak czy inaczej nie da się ukryć, że to jest bardzo egoistyczny sport.
L.C.– Bo one po prostu się o nas boją. Tym razem było chociaż o tyle dobrze, że codziennie

miały świeże informacje. To bardzo pomagało.

K.W.– Szczególnie ta informacja o ataku na Everest 

(śmieje się). Już dwa dni wcześniej wie-

działy,  że  do  ostatniego  ataku  szykują  się  Cichy  i  Wielicki.  Wyobrażam  sobie,  co  czuła
moja matka, kiedy w piątek przeczytała, że w niedzielę mam atakować szczyt.

J.Ż.– Wróćmy jeszcze do spraw organizacyjnych. Skąd pochodzą pieniądze na takie wypra-

wy?

L.C.– Ponieważ była to wyprawa narodowa, więc w zasadzie sfinansował ją GKKFiS. Poza

złotówkami  trzeba  było  zdobyć  pięćdziesiąt  tysięcy  dolarów.  GKKFiS  dał  trzydzieści,  a
resztę dołożył nasz rodak, pan Julian Godlewski ze Szwajcarii,  który regularnie dokładał
do każdej wyprawy. Tym razem dołożył ponad piętnaście tysięcy.

K.W.– To wydaje się sporo, ale w porównaniu z wydatkami innych związków sportowych nie

jest to suma aż tak duża, a efekty prestiżowe i propagandowe takiej wyprawy są ogromne.
Oczywiście, jeżeli wybierze się odpowiednio atrakcyjny cel... i jeżeli się go osiągnie.

J.Ż.– Zostawmy już przygotowania. Jesteście na lotnisku...

background image

14

L.C.–  Tu  właśnie  ciekawa  sprawa.  Zazwyczaj  leci  się  w  kilku  turach  i  wszyscy  starają  się

znaleźć w ostatniej czy przedostatniej, żeby jeszcze te kilka dni spędzić w domu. Tym ra-
zem było na odwrót. Najwięcej osób zgłosiło się na pierwszy lot, bo w Warszawie był taki
kołowrót z załatwianiem, że każdy tylko myślał, jak się od tego uwolnić. Ja w ciągu ostat-
niego miesiąca przed wyjazdem schudłem prawie pięć kilogramów.

„(...)  Po  intensywnych  przygotowaniach  do  ekspedycji  i  wielu  innych  wysiłkach  po-

przednich  miesięcy  niektórzy  z  nas  byli  bardzo  zmęczeni,  a  wszyscy  odczuwaliśmy  po-

trzebę fizycznego i umysłowego odprężenia. (...)”

3

J.Ż.– Wróćmy na lotnisko. Co wtedy myśleliście o wyprawie, o waszych szansach?
K.W.– Ja bałem się tylko, że znów muszę wsiąść do samolotu.
J.Ż.– Jak to? Ty, nieustraszony alpinista, pogromca Everestu, boisz się latać samolotem?
K.W.– Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale bardzo nie lubię, ponieważ bezpieczeń-

stwo w samolocie nie zależy ode mnie. Poza tym samolotem pamiętam mżawkę. Coś pa-
dało. Telewizja nas kręciła, żony płakały, stewardesy poganiały. Nie było czasu na reflek-
sje. W ostatniej chwili zaczepił mnie fotoreporter: „Ty też jedziesz na wyprawę? To zrobię
ci zdjęcie”. I zrobił jakieś takie zupełnie niepodobne, prawie od tyłu.

J.Ż.– Czy przed wyjazdem z kraju myśleliście o tym, że może to właśnie wam uda się wejść

na Everest?

L.C. i K.W. 

(chórem)– Że razem – nie.

J.Ż.– A każdy z was osobno?
L.C.– Jeżelibym przed jakąś wyprawą z góry wiedział, że nie będę mógł atakować szczytu,

tobym nie pojechał. Na pierwszą w Himalaje – na pewno tak, ale na następne już nie. Chy-
ba  podobnie  uważa  większość  alpinistów.  Ta  wyprawa  była  jednak  zupełnie  wyjątkowa.
Nawet gdyby mi Zawada powiedział: „Ty nie będziesz atakował”, to i tak bym pojechał.
Po  prostu  wiedziałem,  że  tu  nic  nie  można  przewidzieć,  że  wszystko  będzie  zależało  od
pogody  i  że  nawet  najlepsi  mogą  się  zupełnie  niespodziewanie  wykruszyć.  Tym  razem
nawet ostatni na liście miał szansę wejść na szczyt. Zresztą zdawałem sobie sprawę, że ta
wyprawa, nawet jeżeli się nie uda, i tak przejdzie do historii himalaizmu.

K.W.– Ja poza tym wiedziałem, że Everest jest już zajęty na wiele sezonów i że wcześniej niż

za  jakieś  dziesięć,  piętnaście  lat  nie  będzie  tam  żadnej  polskiej  wyprawy.  Każdy  z  nas
zdawał sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej już nigdy nie będzie mógł spróbować
swych sił na najwyższej górze świata. To nas dodatkowo mobilizowało. Bałem się tylko,
że na takiej narodowej wyprawie będą rządzić „różne układy”. Nigdy nie byłem w górach
z Zawadą. Wiedziałem, że mnie nie zna, i obawiałem się, że będzie raczej skłonny zawie-
rzać  ludziom,  których  już  sprawdził,  których  widział  w  akcji  –  takim  jak  Szafirski  czy
Heinrich.

J Ż.– Zresztą zdaje się, że tak było. Pierwsza próba ataku...
L.C. i K.W. 

(chórem)– Nie, to jest nieprawda.

K.W.– Właśnie byłem zaskoczony, bo tym razem rządziły prawa natury.
L.C.– I na większości wypraw tak jest.
K.W.– Niezupełnie. Skądś mi się przecież te obawy wzięły. Tylko że „układy” grają rolę w

łatwiejszych  warunkach,  kiedy  jest  nadmiar  kandydatów  do  ataku  w  stosunku  do  „ilości
miejsc na szczycie”. Tu było odwrotnie. Miejsc było do cholery, tylko nie miał ich kto za-
jąć. Powiedziałem sobie,  że  będę  walczył.  Wiedziałem,  że  jeszcze  się  nigdy  nie  załama-
łem, nie wycofałem się z żadnej góry powyżej czterech tysięcy metrów. To jest trochę ry-
zykanckie, ale liczyłem na to, że jeżeli „układy” mi nie przeszkodzą, to jakoś się wepcham
na szczyt.

L.C.– Tym razem nikt nie mógł mieć pewności. Nie było wiadomo, czy zimą Everest jest w

ogóle do zdobycia. Nikt przecież przed nami nie próbował. Dopiero w akcji okazało się,

                                                     

3

 John Hunt, „Zdobycie...”

background image

15

jak te trudne warunki wykruszają ludzi. Pojechała przecież sama czołówka. Nie było wśród
nas słabeuszy. Sami – wydawałoby się – równi. W skrajnie ciężkich warunkach, jakie tam
napotkaliśmy, wyszły jednak olbrzymie  różnice i w tempie pracy, i w długości działania
powyżej bazy. W ostatnich dniach kondycję można było poznać po kierunku marszu. Jedni
schodzili już i czekali tylko na zakończenie wyprawy, inni pchali się jeszcze do góry.

J.Ż.– A co wam prorokowano? W waszych klubach, w pracy, w domu?
K.W.– Ja przed wyprawą nie obracałem się w środowisku alpinistów. Mieszkam w Tychach,

a tam nie ma klubu. W pracy uważali, że jadę „za tragarza”, bo wezwali mnie w ostatniej
chwili.

L.C.– Laicy nie potrafili zrozumieć: „Tam jest tak trudno i jeszcze wybieracie zimę. Po co?”

Opinie tych, którzy wcześniej wspinali się na Lhotse, były bardzo pesymistyczne. Na ogół
po  prostu  rezygnowali  z  wyjazdu.  Uważali,  że  nie  mamy  szans.  Tak  samo  myślały  naj-
większe  światowe  sławy.  Hillary  powiedział  nawet,  że  nie  wyobraża  sobie  możliwości
przeżycia w warunkach himalajskiej zimy.

J.Ż.– Jeszcze niedawno mówiło się, że niemożliwe jest wejście bez tlenu.
K.W.– To jest w dużej mierze kwestia przełamania barier psychicznych. Bardzo dobrze ujął

to Andrzej Czok po powrocie z Lhotse 

(wys. 8511 m). Powiedział: „Stary, jakbyś założył

dwie butle na plecy i pomyślał, że masz je tachać na samą górę, to też byś je wyrzucił i po-
szedł »na lekko«”. 

(Śmieje się). On podszedł do tego bez stresów. Niektórzy myślą, że jak

zdejmiesz tlen, to już koniec, mogiła. Dusisz się i tyle. Czok pomyślał tak, jak myśli się w
Tatrach czy w Alpach: „Po co to dźwigać, kiedy nie trzeba”. I wszedł na Lhotse bez tlenu.
Tak samo ja przy pierwszym wejściu na Przełęcz. Niosłem butle, a do tego jeszcze miałem
namiot i cały sprzęt. Plecak był tak ciężki, że gdy po odpoczynku miałem go drugi raz za-
łożyć na plecy, to powiedziałem sobie: Nie! Wywalam butle, bo inaczej nie dam rady.

L.C.–  Trzeba  powiedzieć,  że  wśród  nas  było  kilku  prawdziwych  optymistów.  Na  przykład

Szafirski. On uważał, że jeżeli ktokolwiek ma zdobyć Everest zimą, to właśnie Polacy, bo
znamy już drogę, znamy warunki zimowe i jesteśmy naprawdę dobrze przygotowani.

K.W.– Ale ten optymizm funkcjonował tylko gdzieś do dwudziestego trzeciego stycznia. Póki

nie zaczęło tak strasznie wiać.

L.C.– Janik też bardzo wierzył. Przynajmniej przed wyjazdem. Zawada też – ale tak pół na

pół: „Może się udać, ale będzie ciężko”. On musiał jednak wierzyć, bo w końcu to był jego
pomysł i on był kierownikiem. Ja wierzyłem, ale nie wiedziałem, jak tam będzie. Zawada
dużo  opowiadał  o  tych  wiatrach,  o  najstraszniejszych  huraganach.  Spodziewałem  się,  że
będzie jeszcze gorzej, niż było, i to jego gadanie mi pomogło. Nastawiłem się na tak trudne
warunki, że gdy się potem okazało, że są dni, kiedy jest łatwiej, to już uważałem, że jest
bardzo dobrze.

„(...) Okresy, kiedy warunki pogodowe są dostatecznie znośne, aby pozwolić na poważ-

ne targnięcie się przeciw szczytowi Everestu, nie tylko są krótkie i nieliczne w ciągu roku;
wydaje  się  rzeczą  stwierdzoną,  że  są  one  również  rzadkie  na  przestrzeni  szeregu  lat.  W
ciągu zimy, od listopada do marca, wieje nieustannie dziki wicher z północo-zachodu. Jest
on silny, jego szybkość może się wahać od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu węzłów;
poza tym jest przerażająco zimny. (...). Ten potężny zachodni wiatr panuje niepodzielnie
przez całą zimę wśród wysokich pustkowi. Omal niemożliwością jest wejście na którykol-
wiek z większych szczytów himalajskich w tym sezonie, chyba że  chodzi o jakąś  wyjąt-

kowo osłoniętą i łatwą drogę. (...)”

4

J.Ż.– Zajmijmy się teraz samą wyprawą. Z Warszawy polecieliście do Katmandu...
K.W.–  Z  kilkoma  przesiadkami.  Lecieliśmy  zresztą  w  innych  grupach.  Ja  –  dwunastego,  a

Leszek – siódmego grudnia. Jak na złość latałem po całej Europie, żeby złapać samolot do
Delhi, bo akurat wszystkie loty były opóźnione.

                                                     

4

 John Hunt, „Zdobycie...”

background image

16

L.C.– Na szczęście polecieliśmy dość sprawnie, ale i tak trwało to prawie dobę. W Katmandu

przespaliśmy  cały  dzień,  wieczorem  zwlekliśmy  się  na  kolację  i  znów  poszliśmy  spać.
Pierwszy raz od ponad miesiąca spałem ponad sześć godzin. Następnego dnia zaczęliśmy
załatwiać formalności. Dolatując do Katmandu, po raz pierwszy tej zimy widzieliśmy Eve-
rest. Mieliśmy doskonałą widoczność, ale sam szczyt widać tylko przez chwilę, tuż przed
zejściem do lądowania.

„(...) Gdy sunęliśmy nisko nad ostatnim łańcuchem wzgórz, ujrzeliśmy wysokie Hima-

laje rozciągnięte na wielkiej przestrzeni, spiętrzone milami dalekiego, górskiego krajobra-
zu,  błyszczące  postrzępionym,  olśniewająco  białym  tłem  poza  brązami  i  zieleniami  dal-
szych  pasm.  Mogliśmy  podziwiać  niezliczone  szczyty  pomiędzy  bastionami  Annapurny,
najwyższej góry dotychczas zdobytej, a Everestu, który mieliśmy oblegać już tak niedługo.

(...)”

5

K.W.– Z tej strony, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie jest to góra specjalnie imponująca.

Sam Everest schowany jest w głębi kotła za granią Lhotse i Nuptse 

(wys. 7879 m). Tyle,

że dymi. Jak tylko dmuchnie – nad szczytem unosi się biały pióropusz. Po jego wielkości
można się zorientować, jak silny jest wiatr tam, w górze.

L.C.– Ósmego przylecieliśmy do Katmandu. Zawada, który był tam już kilka dni wcześniej,

nie  wszystko  zdążył  zorganizować.  Wynajął  agencję  turystyczną,  która  miała  prowadzić
nasze sprawy, i skompletował grupę Szerpów

6

. Dogadał się z sirdarem

7

, który był już na

Lhotse, i dał mu wolną rękę w doborze pozostałych czterech tragarzy wysokościowych.

K.W.– Nie tragarzy, tylko równorzędnych wspinaczy.
L.C.– Prawie równorzędnych. Oprócz nich sirdarowi podlegał kucharz, który był z naszymi

na Lhotse, dwóch kuchcików i mailrunner – goniec, który miał kursować z pocztą między
bazą  a  lotniskiem.  Razem  z  oficerem  łącznikowym  w  bazie  miało  być  dziesięciu  Nepal-
czyków i dwudziestu Polaków.

K.W.– Zaraz po przyjeździe zabraliśmy się ostro do roboty. Zostałem szefem lotniska, czyli

bagażowym, a właśnie z bagażami mieliśmy w tym czasie najwięcej kłopotów. Wszystkie
rzeczy  nadaliśmy  frachtem  lotniczym  w  czterech  partiach.  Te  partie  dzielono  jeszcze  w
Delhi na wiele mniejszych, bo samoloty mogły zabierać najwyżej tonę, a my wysyłaliśmy
po kilka ton. Wszystko przychodziło w takich cząstkach, że całymi dniami trzeba było bie-
gać do linii lotniczych i ciągle męczyć ich teleksami. Kiedy co przyjdzie, gdzie jest, dla-
czego jeszcze nie tu. Sterczałem na lotnisku i patrzyłem. Jest samolot – co przywiózł? Je-
żeli  przyszły  nasze  bagaże,  to  trzeba  je  było  przechwycić,  zanim  wszystko  zwalili  na
wspólną kupę.

L.C.– W tym czasie kierownik załatwiał sprawy formalne w ministerstwie turystyki, w agen-

cji  ubezpieczeniowej,  wydawał  sprzęt  Szerpom.  My  dla  nich  bierzemy  jak  leci:  buty,
spodnie, kurtki – we wszystkich rozmiarach. To oczywiście na nich nie pasuje, więc idą na
bazar i sprzedają, a w góry zabierają swoje, które im zostały z poprzednich wypraw.

K.W.– Kiedy mieliśmy już bagaże i zapłacone cło, zaczęliśmy walczyć o loty do Lukli. Wte-

dy dopiero zaczął się prawdziwy cyrk. Na tej trasie latają małe samolociki, które zabierają
najwyżej po tysiąc sto kilogramów bagażu i w dodatku piloci nie bardzo chcą godzić się na
loty czarterowe. Niewiele wtedy brakowało, żeby cała wyprawa upadła. Wyglądało już na
to, że nigdy nie uda nam się wydostać z Katmandu. Rano są loty kursowe. Wróci taki koło
południa, spojrzy na zegarek i mówi: „Dziś już nie lecę”. I nie ma rozmowy. A nam po-
zwolenie stuka. Każdy dzień tu to dzień mniej na atak.

                                                     

5

 John Hunt, „Zdobycie...”

6

 Szerpowie – jedno z plemion nepalskich zamieszkujące doliny na południe od Everestu, z którego rekrutują się

tragarze wysokościowi.

7

 Sirdar – przełożony Szerpów na wyprawie.

background image

17

W końcu Zawada się zdenerwował i postanowił wynająć helikoptery. Kosztowały trzy

razy drożej, ale zabierały więcej bagażu i leciały trochę dalej, więc oszczędzało się na ka-
rawanie.

L.C.– Ja z Szafirskim pierwszym helikopterem poleciałem do Shjangbocze 

(ang.– Shyangbo-

che).  Helikoptery  okazały  się  jednak  za  drogie,  więc  poleciały  tylko  dwa.  Kiedy  już
wszystko było gotowe, wybuchła afera z kurtkami puchowymi. Facet po prostu nie zdążył
uszyć.  Teściowa  mu  umarła,  żona  się  rozchorowała  i  nie  zdążył  z  tymi  trzydziestoma
kompletami. Na dodatek Rysiek Dmoch, który miał je przywieźć z kraju, nadał wszystko
jako fracht lotniczy. Tak było taniej, niż płacić nadbagaż w samolocie, a w Warszawie już
wiedzieli, że najprawdopodobniej przekroczymy preliminarz. Tylko nie pomyśleli o tym,
że frachtem może iść i dziesięć dni.

K.W.– Zawada, kiedy się o tym dowiedział, groził Dmochowi biletem powrotnym. Widzia-

łem, jak się półgodziny kłócili. Dmoch przyjechał zmordowany, a Zawada na niego! Pro-
blem polegał na tym, że bez tych kurtek karawana nie mogła ruszyć.

L.C. 

(patrząc  na  zegarek)–  Już  jedenasta,  musimy  się  przenieść  do  drugiego  pokoju,  bo  tu

trzeba położyć małego...

(Siadamy  teraz  przy  okrągłym  stole  w  znacznie  większym,  reprezentacyjnym  pokoju.

Leszek wychodzi na chwilę, a Krzysiek pokazuje mi zdjęcia Everestu.)

K.W.– Tu jest obóz II, tu III, a do IV szło się o tak, tu, tu, potem pas żółtych skał, Żebro, tra-

wers

8

...

(Po chwili zjawia się Leszek, a potem Majka. Na stole pojawia się herbata i strucla z

makiem. Wracamy do naszej rozmowy.)

J.Ż.– Przerwaliśmy na Dmochu i kurtkach.
K.W.– Wtedy atmosfera zrobiła się bardzo napięta. Zaczęły się różne nerwowe posunięcia.
L.C.– Na przykład z helikopterami czy z cłem. To był jeden z naszych największych błędów

organizacyjnych.

K.W.– W końcu, dwudziestego szóstego  grudnia przyleciała do Lukli ostatnia  grupa,  a trzy

dni wcześniej ruszyła stamtąd pierwsza część karawany. W międzyczasie mieliśmy praw-
dziwe  polskie święta. Już dwudziestego trzeciego Pawlikowski z Żurkiem przynieśli cho-
inkę.

L.C.– My z Szafirskim też zeszliśmy ze Shjangbocze, bo nie chcieliśmy sami spędzać świąt.
K.W.– Następnego dnia poszliśmy z Żurkiem się przejść. Wracamy, a drzewko już umajone.

Wzięliśmy z kraju trochę zabawek choinkowych. Były ciasta, kolędy, wspomnienia, znala-
zło się coś do picia... Ale pamiętam, że wcale nie było zbyt wesoło. Wszyscy mówili, że co
jak co, ale następne święta spędzą w domu, z rodziną. Każdy z nas zaliczył ileś tam Wigilii
poza domem – i to zaczyna już męczyć. Niby na smutno, ale trochę pośpiewaliśmy.

J.Ż.– Kiedy w końcu cały zespół wyruszył z Lukli?
K.W.– Szliśmy w kilku grupach. Ktoś przywiózł do Lukli grypę i  prawie wszyscy po kolei

chorowali. Mnie się na szczęście upiekło.

J.Ż.– Wróćmy do wymarszu.
K.W.–  Łatwiej  będzie  to  sobie  wyobrazić,  jak  narysuję  mapkę.  Chociaż  taką  orientacyjną.

Etapami. Są stałe, tradycyjne etapy, którymi chodzą karawany.

L.C.–  Razem  było  tych  etapów  siedem,  czyli  tydzień  marszu.  Od  Namcze  Bazar  karawaną

opiekowali się Szerpowie, a my wzięliśmy tylko nasze plecaki i szliśmy całą grupą. Taka
karawana  wygląda  jak  gigantyczny  postrzępiony  wąż  ciągnący  się  po  krętych  górskich
ścieżkach. Każdy poganiacz ma własne tempo i godziny marszu. Jedni startują wcześnie –
zaraz  po  świcie  –  dochodzą  na  miejsce  pierwsi,  zakładają  obóz,  rozpalają  ognisko.  Inni
wychodzą później i dochodzą jako ostatni. Nikt ich nie pilnuje, nikt nie pogania. Na dole
dostają ładunki, a na górze pieniądze. Co robią w międzyczasie, to jest tylko i wyłącznie

                                                     

8

 Trawers – odcinek drogi biegnący poziomo.

background image

18

ich sprawa. W Thjangbocze 

(ang.– Thyangboche) mieliśmy dzień odpoczynku konieczny

dla uzyskania prawidłowej aklimatyzacji.

„(...)  Pozostawało  nam  blisko  trzy  tygodnie,  które  mieliśmy  zużyć  na  trening  i  inne

przygotowania do ataku. Należy pamiętać, że głównym celem tego okresu było stopniowe
przyzwyczajanie się do wysokości – aklimatyzacja. (...). Program ten miał być realizowany
w dwóch etapach, około ośmiu dni każdy, z przerwą w Thjangbocze dla odpoczynku i re-

organizacji przed nowym wymarszem. (...)”

9

K.W.– My z Robertem Janikiem i Żurkiem postanowiliśmy pójść do Bakalarskiego, który nie

najlepiej się czuł i poprzednia grupa zostawiła go w Lobucze 

(ang.– Lobuche). Nie chcieli-

śmy, żeby siedział w sylwestra sam z Szerpanką, która prowadzi tam mały niby-hotelik. Po
nas  wyszedł  jeszcze  Jaworski.  Doszliśmy  około  piątej.  Przynieśliśmy  trochę  wódki,  ale
byliśmy tacy zmęczeni, że nie dosiedzieliśmy nawet do północy. Obudziłem się dopiero za
cztery dwunasta, nawiązałem kontakt z bazą, złożyliśmy sobie życzenia. Na miejscu byli
już Szafirski, Fiut, Olech, Piekutowski i Heinrich z trzema Szerpami i stu pięćdziesięcioma
ładunkami. Mieli ze sobą namioty i prawie cały sprzęt, więc kiedy w sylwestra doszli na
miejsce bazy, od razu mogli zacząć ją zakładać. Dlatego za datę założenia bazy uważa się
dzień trzydziesty pierwszy grudnia siedemdziesiątego dziewiątego roku.

L.C.– Pozostali dochodzili na miejsce drugiego, trzeciego i czwartego stycznia. Kiedy przy-

szliśmy, dopiero stawiali kuchnie, nie było jeszcze namiotów, nie zaczęli budować maga-
zynów.

J.Ż.– Jak to: budować?
L.C.– Najpierw układa się platformę z kamieni. Potem bierze się takie drągi, które leżą tam

„od zawsze” i wszystkie wyprawy muszą je kupować u mnichów z Thjangbocze. Właści-
wie  nie  kupować,  tylko  wypożyczać.  Ale  wcale  nie  tak  tanio.  Z  tych  drągów  robi  się
maszty, do nich odciągi, kładzie się płachty, mocuje linami, bo wichura to rwie jak chole-
ra.  Kuchnia  na  przykład  ma  powierzchnię  dziesięć  na  sześć  metrów,  więc  wiatr  ma  co
szarpać.  Potem  stawia  się  murki  z  kamieni,  bo  płachty  nie  mogą  przecież  dochodzić  do
samej ziemi.

J.Ż.– Mijają pierwsze dni wyprawy. Z większością jej uczestników po raz pierwszy jesteście

tak długo razem.

                                                     

9

 John Hunt, „Zdobycie...”

background image

19

background image

20

K.W.– Już na dojściu widać, kto jaką ma kondycję. Co prawda niektórzy jeszcze chorują, źle

się czują. Ale jednak potwierdza się opinia, że ci, którym dojście nie sprawia kłopotów, na
ogół sprawdzają się też na górze. Poza tym widać, jakie kto ma usposobienie i podejście do
życia. Powstają pierwsze sympatie i antypatie...

„(...) Owe spacery pomiędzy etapami oraz wolne godziny w obozach znakomicie zacie-

śniały wzajemne stosunki. Pierwsze przychylne wrażenia zamieniały się w więzy przyjaź-
ni.  Szybko  nauczyliśmy  się  cenić  siebie  wzajemnie,  porównując  nasze  bardzo  rozmaite
umiejętności  i  zainteresowania,  dyskutując  nad  wspólnymi  lub  rozbieżnymi  doświadcze-

niami – zazwyczaj dotyczącymi spraw wspinaczki. (...) 

10

L.C.– Po prostu z jednymi chce się chodzić, a z innymi nie. Ja na przykład z Ryśkiem Gajew-

skim nie chciałbym chodzić. To jest chyba kwestia różnicy charakterów, innego podejścia
do alpinizmu 

(śmieje się) innych – jak to się mówi – motywacji.

J.Ż.–  Zostawmy  to  na  razie.  Ciekaw  jestem,  jak  wam  się  układała  współpraca  z  Szerpami?

Pytam dlatego, że ostatnio zaczęło się słyszeć coraz więcej narzekań  na  nich.  Że  leniwi,
niechętni, za bardzo interesowni.

„(...) Szerpowie są góralami, których ojczyzną jest okręg Solo Khumbu we wschodnim

Nepalu. (...) Małego wzrostu i krępej budowy, Szerpowie odznaczają się typową dla rodo-
witych górali wytrzymałością i odpornością. (...) Po raz pierwszy użyła ich brytyjska eks-
pedycja na Everest w 1921 roku. Od tej pory brali udział w każdej następnej wyprawie na
ten szczyt. Są oni weseli, lojalni, odważni i wyjątkowo odporni fizycznie. Niektórzy doszli
obecnie do dobrego poziomu wspinaczkowej sprawności w śniegu i w lodzie (...). Na wy-

prawie górskiej są to wspaniali towarzysze. (...)”

11

K.W.– My nie mieliśmy żadnych kłopotów. Była to  głównie zasługa naszego sirdara, który

doskonale umiał sobie zorganizować robotę i wybrał naprawdę wyśmienitych ludzi. Zawa-
da dał mu pod tym względem zupełnie wolną rękę.  Zresztą  był  on  już  raz  na  Evereście,
podróżował po Europie, Japonii, Korei. Znał dobrze angielski i był z natury solidny, stara-
jący  się,  żeby  wszystko  szło  jak  najlepiej.  Prawie  ugrzeczniony.  Sam  ustawiał  innych
Szerpów... Mówiło mu się  tylko,  co  trzeba  zrobić,  a  on  już  zajmował  się  wyznaczeniem
ludzi i doglądał, żeby wszystko było jak należy.

L.C.– To nie znaczy, żebyśmy nie rozmawiali z Szerpami.
J.Ż.– A co to w ogóle są za ludzie? Czy oni idą w górę tylko dla pieniędzy?
K.W.– Raczej tak. Ich sukcesy sportowe to już jest sprawa wtórna.
L.C.– Niezupełnie. Niektórzy mają zacięcie sportowe.
K.W.– Muszą mieć sukcesy, żeby wyprawy ich brały, muszą mieć referencje.
L.C.– Są jeszcze pobudki prestiżowe. Ci lepsi Szerpowie, którzy chodzą na wyprawy i bywają

na szczytach, mają w wioskach spory autorytet. Do tego dochodzą sprawy rodzinne. Wu-
jek naszego sirdara był na Evereście, wprowadził go tam, a ten  teraz wprowadza swoich
synów. Czterech naszych Szerpów pochodziło z Namcze Bazar – wioski, w której urodził
się Tenzing

12

.

J.Ż.– A spotkaliście go?
K.W.– Nie, on teraz mieszka w Indiach. Musiał się zdeklarować, jakiej jest narodowości.
J.Ż.– Czy Szerpowie znają jakieś europejskie języki?
K.W.– Sirdar mówił dobrze po angielsku. A inni przynajmniej tyle, ile potrzeba, żeby się po-

rozumieć przy wspinaczce.  Znają terminologię  fachową,  parę  czasowników,  i  to  już  wy-
starcza.  Taki  Szerpa  to  chodzący  uśmiech.  Obojętne,  czy  mu  źle,  czy  ciężko,  ciągle  się
uśmiecha.

                                                     

10

 JohnHunt, „Zdobycie...”

11

 John Hunt, „Zdobycie...”

12

 Tenzing Norkey – jeden z najsłynniejszych Szerpów. Uczestniczył w dwudziestu wyprawach, w tym: siedmiu

na Everest. 29 maja 1953 r. wraz z Edmundem P. Hillarym zdobył Everest.

background image

21

J.Ż.– I rzeczywiście są tacy wierni, pomocni, jak to się czyta w relacjach sprzed dwudziestu,

trzydziestu lat?

K.W.–  Tak,  można  na  nich  liczyć.  Zawsze  grzeczni,  usłużni.  Szerpa  nigdy  sobie  pierwszy

herbaty  nie  naleje.  Najpierw  poczęstuje,  poda.  Niektórzy  mówią,  że  to  „Anglicy  tak  ich
dobrze nauczyli”, ale nie jest to tylko sprawa nauczenia. Taki  na przykład Pemba – nasz
goniec. Kiedy siedział w bazie, cały czas uwijał się w kuchni.

L.C.– Bo kucharz nam się nie udał. Ciągle tylko pił albo leczył kaca.
K.W.–  Kilka  razy  mi  się  zdarzyło,  że  zachciało  mi  się  pić,  ale  zanim  zdążyłem  się  ruszyć,

podskoczył Pemba z kubkiem. Po prostu telepatia! Mają coś z takiej niespotykanej grzecz-
ności wobec Sahiba.

J.Ż.– I mówią per „Sahib”?
K.W.–  Tak,  tak.  Każdy  dzień  w  bazie  tym  się  zaczynał.  Trzask  rozpinanego  namiotu  i

uśmiechnięta twarz kuchcika: „Tea, Sahib”, albo: „Coffee, Sahib”.

L.C.– Mnie to do dziś zostało, że muszę przed śniadaniem napić się kawy. Tylko kuchcika nie

mam. Budzę się wcześniej od żony, więc jeszcze zaspany jakoś docieram do kuchni...

K.W.– I serwujesz żonie kawę do łóżka.
L.C.– No, należy jej się za to wszystko.
J.Ż.– Ale nie mówisz: „Coffee, Sahiba”?
L.C.– Nie.
K.W.– Najwyższy czas się nauczyć.
L.C.– To jest bardzo charakterystyczne. Kiedy schodziło się do bazy, już o wpół do dziewią-

tej  szło  się  spać  i  spało  się  do  ósmej,  dziewiątej  rano,  ale  budził  się  człowiek  strasznie
otumaniony i dopiero kawa stawiała na nogi.

K.W.– Rzeczywiście.  Życie towarzyskie zamierało przez te cholerne  mrozy.  Normalnie,  la-

tem, można w bazie w karty pograć, książkę poczytać, a tam było tak zimno, że ręce gra-
biały.  Można  było  najwyżej  trochę  wieczorem  pożartować  na  zasadzie:  „Uważaj,  bo  na-
miot rogami przedziurawisz”, ale jeden żart, drugi, i trzeba było spać.

L.C.– Ja zawsze poczytałem jeszcze piętnaście czy dwadzieścia minut przy świeczce.
K.W.– Leżysz w śpiworze i się męczysz. Za zimno, żeby wyjść, za wcześnie, żeby spać. 

(pa-

trzy na zegarek) Zostało nam niewiele czasu.

L.C.– Jeszcze trochę.
J.Ż.– Powiedzcie mi wobec tego, jak wyglądała sprawa aklimatyzacji podczas pierwszych dni

w bazie.

„(...) Chociaż w tym pierwszym okresie (...) jedliśmy i pili z apetytem, sen nie przycho-

dził nam równie łatwo, co było niezawodnym znakiem, że nie przyzwyczailiśmy się jesz-
cze do wysokości. Ciężki, nierówny oddech sprawiał, że po nocy budziliśmy się nagle, dy-
sząc i doświadczając czegoś w rodzaju czkawki. (...) Michael Ward zaopatrzył nas w roz-
maite pigułki nasenne. (...) Najczęściej sprowadzały skutecznie sen, ale minęło trochę cza-

su, zanim każdy trafił na odpowiedni dla niego specyfik. (...)”

13

K.W.– Kłopoty zaczęły się już na dojściu. Bakalarski źle się poczuł w Lobucze. Z nami na-

tomiast, generalnie rzecz biorąc, nie było problemów, bo Zawada zadecydował, że mamy
mieć obowiązkowe dni postoju w Thjangbocze i w Lobucze. Dzięki temu łatwiej nam było
się przystosować.

L.C.–  Ale  jednak  po  dojściu  do  bazy  było  się  trochę  „rąbniętym”  –  szumiało  w  głowie.  W

działaniu na szczęście to nie przeszkadzało, więc po przyjściu do bazy tylko pół godzinki
odpoczęliśmy i zaraz wzięliśmy się za stawianie kuchni. Jeszcze się za  bardzo  nie  czuło
wysokości, chociaż po wszystkich było widać brak aklimatyzacji. Byliśmy ospali, niezbyt
wydajni,  mało  ruchliwi.  Nawet  niewielki  wysiłek  powodował  zadyszkę.  W  tych  pierw-

                                                     

13

 John Hunt, „Zdobycie...”

background image

22

szych dniach jest to jednak zupełnie naturalne i nie ma nic wspólnego z chorobą wysoko-
ściową.

J.Ż.– A jakie są objawy choroby wysokościowej?
K.W.– Byłbym nieskromny, gdybym powiedział, że znam je tylko z opowiadań. Pierwszym

objawem jest ból głowy – i to się każdemu zdarza. Potem przychodzą mdłości, wymioty,
odwodnienie i reakcja odwrotna – puchnięcie, czyli zatrzymanie wody w organizmie. Ale
to jeszcze nie na tej wysokości, nie w bazie. Tu wszyscy powinni się czuć jak ryby w wo-
dzie, bo przecież tu schodzi się na odpoczynek.

L.C.– Także na większych wysokościach nie zdarza się to zbyt często, jeżeli przestrzega się

podstawowych reguł zdobywania aklimatyzacji.

J.Ż.– Jak wyglądał wasz typowy dzień w bazie?
K.W.– My mieliśmy ich mało.
L.C.– Ja  policzyłem.  Na  czterdzieści  dziewięć  dni  –  trzydzieści  spędziłem  powyżej  bazy,  a

dziewiętnaście w bazie. Z tych dziewiętnastu jakieś dziesięć dni przypadło na przymusową
bezczynność w czasie najgorszych wiatrów. Każdy dzień zaczynał się od „Tea, Sahib” za
piętnaście dziewiąta. O dziewiątej, albo trochę po, był gong i wszyscy schodzili na śniada-
nie. Potem zawsze się trochę pogadało.

„(...) Najczęściej mała grupa (...) wymieniała poglądy na jakiś nadzwyczaj trudny pro-

blem skalny (...). Albo też Tom Stobart opowiadał podniecającą, choć trochę nieprawdo-
podobną  historię  o  polowaniu  na  grubego  zwierza  w  Afryce,  względnie  roztaczał  przed

nami barwne opisy krajów dalekiego południa. (...)”

14

K.W.– Albo Andrzej zaczynał tokować o niedźwiedziach na Spitsbergenie. Zawsze go pod-

puszczaliśmy, żeby powiedział, jak spotkał się z niedźwiedziem oko w oko. On umie opo-
wiadać, ale trochę chyba koloryzuje. Potem, po paru tygodniach, to już były dziesiąte dy-
gresje od dygresji. „Pamiętaj – mówił – główną opowieść przerwałem w tym miejscu”. I
dla odmiany o niedźwiedziach...

L.C.– I o foce... Były też rozmowy drażliwe. Co kto zrobi, gdzie kto pójdzie. Gajewski do-

wiedział się przez radio, że żona jest w ciąży. Już mieliśmy temat na parę dni. Wszyscy mu
docinali, żartowali: „Traktuj jak swoje”.

K.W.– Po prostu najlepiej jest wyżyć się na kimś. Oczywiście w żartach, z sympatii.
L.C.–  Potem  doszły  psy.  Przychodziły  z  Szerpankami,  które  donosiły  drewno  do  kuchni  i

wódkę dla Szerpów, a głównie dla kucharza. Następnego dnia miał zawsze takiego kaca,
że jak tylko się obudził, jeszcze w skarpetkach biegł do lekarza po alka prim.

K.W.– I nasz obiad wisiał na włosku.
L.C.– Dużym urozmaiceniem były dla nas wizyty turystów, którzy przychodzili do bazy wraz

z Szerpami przynoszącymi drewno na opał. Zimą nie było tych gości zbyt wielu, ale mieli-
śmy wizytę grupy Amerykanów i naszego rodaka z Australii. Gdzieś na początku lutego
przyszli do bazy dwaj Polacy. Jednym z nich był Staszek Kardasz – proboszcz z Torunia,
znany w naszym środowisku ochotnik GOPR od lat chodzący po Tatrach. Kardasz i jego
towarzysz zostali z nami do końca, a Staszek w każdą niedzielę odprawiał w bazie mszę.

J.Ż.– Zaczęliśmy mówić o rozkładzie dnia. Utknęliśmy na śniadaniu.
L.C.– Siedziało się jeszcze godzinkę, dwie. Każdy szukał możliwości spędzenia czasu w to-

warzystwie, bo powyżej bazy właściwie cały czas jest się samemu. Mało się mówi, chodzi
się  w  sporych  odstępach.  A  w  bazie  nie  było  co  robić  –  oczywiście  z  wyjątkiem  tego
pierwszego  okresu,  kiedy  się  ją  dopiero  budowało.  Wtedy  pracowaliśmy  na  okrągło,  ale
przy normalnym dwu- czy trzydniowym pobycie też się nie nudziliśmy. Sprzęt podrepero-
wać, ubranie wysuszyć, uprać coś. Jakoś ten czas zlatywał.

                                                     

14

 John Hunt, „Zdobycie...”

background image

23

K.W.– Obiad był bardzo wcześnie. Już koło pierwszej. Po obiedzie znów dyskusje. Chodziło

się do radiostacji. Do Bogdana Jankowskiego. U niego był namiot-świetlica. Każdy przy-
chodził. Można było posłuchać wiadomości albo muzyki.

J.Ż.– A jak wyglądała sprawa mycia się czy prania?
K.W.– Z praniem to jeszcze było jako tako. Ciepłą wodę brało się z kuchni. Gorzej z susze-

niem, bo nie bardzo było gdzie.

J.Ż.– A mycie?
L.C.– Tylko wtedy, kiedy było bardzo dobre słońce. Mieliśmy zrobione specjalne pomiesz-

czenie w magazynie żywnościowym. Gdy było silne słońce, pokoik nagrzewał się tak, że
można się było rozebrać. Tylko że mało było takich dni, a chętnych mnóstwo. Trzeba było
mieć sporo szczęścia, żeby się „wstrzelić”.

J.Ż.– Udawało wam się to?
K.W.– Tak, oczywiście. Ze dwa razy się myłem.
J.Ż.– A rano, wieczorem?
K.W.– Ranne mycie polegało na przetarciu oczu i wypiciu kawy.
L.C.– O tej porze roku na tej wysokości człowiek właściwie nie ma potrzeby się myć, bo po-

wietrze jest zbyt czyste, żeby się ubrudzić, i zbyt zimne, żeby się spocić – nawet przy du-
żym wysiłku. Ja właściwie z przyzwyczajenia brałem co rano z kuchni kubek gorącej wo-
dy, która wystarczała do umycia zębów i twarzy.

J.Ż.– Wróćmy do porządku dnia.
L.C.– Dzień kończył się o ósmej seansem łączności. Wtedy wszyscy zbierali się u Bogdana,

bo mówiło się, gdzie kto jest, co robi, omawiało się plany na jutro. Potem „dupu-dupu”.

J.Ż.– ...?
K.W.– Na zakończenie łączności Bogdan zawsze puszczał muzykę, ale on chciał tylko Wy-

sockiego albo symfoniczną, a chłopaki prosili o Donnę Summer, więc zawsze mówił: „Z
bólem serca, na życzenie Gajewskiego (czy Lwowa), muszę dziś puścić »dupu-dupu«”. Po
audycji – wszyscy do śpiworów i... gadanie. U mnie było nawet dość sympatyczne. Jeden
dużo o górach mówił, drugi o dziewczynach. Nigdy nie wiedział, gdzie ma dzieci i czy w
ogóle ma. Raz listy dostawał, że już na pewno mu się urodzi, potem, że nie. Ciągle zmie-
niała mu się sytuacja rodzinna.

L.C.– Dużo się wspominało.
K.W.–  Każdy  był  już  na  kilku  wyjazdach,  więc  chociaż  się  znaliśmy,  ciągle  było  o  czym

opowiadać. Każdy miał już spory plecak doświadczeń.

L.C.– Znajdowało się wspólnych znajomych.
K.W.– Albo jakieś wspólne sprawy.

Musieliśmy  już  przerwać  rozmowę.  Zrobiło  się  bardzo  późno.  Ustaliliśmy,  że  dokoń-

czymy ją nazajutrz.

Euforie i zwątpienia

Mieli przyjechać do mnie o wpół do dziesiątej, ale zjawili się dopiero dobrze po jedenastej.
Przeciągnęło się jakieś wcześniejsze spotkanie.  Zanim zabraliśmy się  do  roboty,  zbliżała
się już dwunasta. Znów mieliśmy niespełna cztery godziny.

J.Ż.– Chciałbym, żebyśmy na początku dzisiejszej rozmowy wrócili jeszcze do sprawy Szer-

pów. Czy nie można się bez nich obejść? Wygląda to tak, że polska wyprawa zdobyła Eve-

background image

24

rest, ale holowali ją Szerpowie, ludzie opłaceni, najemnicy himalaizmu, którzy przedtem
wprowadzili na szczyt kilka innych wypraw. Czy nie byłoby bardziej z honorem zastąpić
ich polskimi alpinistami?

L.C.– Po pierwsze – z tym holowaniem sprawa nie jest taka jednoznaczna. Szerpowie mają

rzeczywiście dużo lepszą kondycję, ale tylko na początku, kiedy nie muszą tak mozolnie
jak my zdobywać aklimatyzacji. Po drugie – oni nie brali udziału w zakładaniu żadnego z
obozów. Po przygotowanych  p r z e z  n a s  trasach donosili rzeczy do już ustawionych  p
r z e z  n a s  namiotów.

K.W.– Zresztą my za bardzo nie opieraliśmy się na Szerpach. Są wyprawy, które biorą trzy-

dziestu, czterdziestu, stu... Nie ma w takich wyprawach żadnych himalajskich sław, ale cel
wybierają  sobie  ambitny,  bo  zakładają,  że  osiągną  go  przy  ogromnej  pomocy  Szerpów.
Wtedy przeważnie uczestnicy „chodzą na lekko”, a Szerpowie zakładają im obozy, wyno-
szą bagaże i w końcu prowadzą na szczyt. U  nas  było  inaczej.  Szerpów,  którzy  chodzili
powyżej bazy, było tylko pięciu. Zrobili kawał roboty, ale głównie przy organizacji kara-
wany, w bazie i przy transporcie. Są dosyć sprawni i na początku mogą niektóre prace wy-
konywać znacznie szybciej niż my, którzy dopiero zdobywamy aklimatyzację.

L.C.– Konieczni są w kuchni do gotowania, do zmywania. Nie wyobrażam sobie, żeby w tych

warunkach mógł to robić którykolwiek z nas. Niemniej można by się bez nich obejść. Zda-
rzają się już nawet takie małe cztero- czy sześcioosobowe wyprawy w Himalaje, które nie
angażują ani jednego Szerpy. Na takiej wyprawie wszystko jest w porządku, dopóki nie ma
wypadków, bo  przeprowadzenie  poważniejszej  akcji  ratunkowej  jest  po  prostu  niemożli-
we.

K.W.–  O  ile  wiem,  Zawada  zdecydował  się  na  Szerpów  głównie  dlatego,  żeby  zmniejszyć

niebezpieczeństwo grożące nam podczas przechodzenia przez lodospad. Gdyby nie Szer-
powie, musiałbym przejść tę drogę nie sześć czy siedem, lecz osiem albo nawet dziesięć
razy.

J.Ż.– Zacznijmy od chronologii. Z kim trzymaliście się w tym pierwszym okresie?
K.W.–  Ja  od  razu  zacząłem  chodzić  z  Heinrichem,  którego  przedtem  bardzo  mało  znałem.

Spodziewałem  się,  że  będzie  wychodził  pierwszy,  a  wiedziałem,  że  jeżeli  nie  zacznę  od
początku ostro pracować, to potem będę miał kłopoty z kondycją. Dlatego zaproponowa-
łem,  że  pójdę  z  nim  poprowadzić  drogę  przez  lodospad.  Laikom  to  może  wydawać  się
dziwne, ale zazwyczaj na szczyt wchodzą ci, którzy najwięcej pracowali w czasie wypra-
wy. Tu myśli się już o sobie... ale przez to i o wyprawie. Idąc z Heinrichem wiedziałem, że
będę dużo działał, bo on ma ciąg do góry i „parę”, lubi zakładać obozy i większość czasu
spędza powyżej bazy.

background image

25

background image

26

J.Ż.– Spróbujmy w miarę dokładnie odtworzyć przebieg wydarzeń. Baza już jest. Zaczynacie

wytyczać drogę przez Ice Fall. Krzysiek z Heinrichem wychodzą jako pierwsi.

L.C.– Czwartego stycznia Zawada zrobił odprawę. Powiedział, że jesteśmy na wyprawie na-

rodowej,  więc  musimy  zapomnieć  o  wszystkich  regionalizmach.  Potem  wygłosił  swoje
słynne exposé o odmrożeniach. Oświadczył jak najoficjalniej, że inteligentny wspinacz się
nie odmraża. Uzasadniał to długo i naukowo. Potem przypomniał o unikaniu wypadków.
Miał wcześniej dwa wypadki śmiertelne na swoich wyprawach. Zginęli Stanisław Latałło i
Jan  Franczuk.  Powiedział,  że  obie  śmierci  były  „głupie”  i  że  przy  zachowaniu  większej
ostrożności można ich było uniknąć. Potem dyskutowaliśmy, jak działać.  Zawada chciał,
żeby pierwszy zespół od razu wziął namioty i w jeden dzień założył obóz pierwszy. Wy-
dawało mu się, że przejście lodospadu nie sprawi nam żadnych kłopotów. Bo Zyga po po-
wrocie do Warszawy mówił: „Nie ma sprawy, lodospad zaporęczowany”. Okazało się, że
przez ten czas były w lodospadzie duże zmiany  i  z  tamtych  poręczówek  nic  nie  zostało.
Wisiały gdzieś wysoko na turniach albo leżały w szczelinach.

K.W.– Lodospad był zawsze ogromnym problemem. Pierwsza wyprawa, która szukała drogi

do Kotła, straciła tu ponad dwa miesiące.

J.Ż.– Na czym ta trudność polega?
K.W.– To jest wiszący uskok lodowca. Dolina się zwęża, a spadek terenu jest ogromny – ja-

kieś siedemset metrów w pionie na odcinku długości dwóch kilometrów. Stoi mnóstwo se-
raków

15

.  Między  nimi  szczeliny  na  kilkadziesiąt  metrów  długie  i  na  kilka  szerokie.

Wszystko się rusza, z dnia na dzień  zmienia  się  sytuacja.  Bez  przerwy  trzeba  naprawiać
przejścia, zmieniać trasę, bo akurat serak się przewrócił albo otworzyła się nowa szczelina.

L.C.– Najgorsze było przejście przez kaniony, bo tam co  chwilę  się sypało, a nie mieliśmy

gdzie uciekać.

K.W.– Były dwa sposoby pokonywania kanionów. Mój był zły, ale zawsze go stosowałem.

Przed kanionem stawałem na chwilę, odpoczywałem... i „na gaz”, żeby zmniejszyć praw-
dopodobieństwo,  że  akurat  w  tym  czasie  coś  poleci.  W  środku  kanionu  byłem  już  taki
zmęczony, że musiałem przysiąść, chwilę odetchnąć. Potem było mi już wszystko jedno –
jak spadnie, to spadnie. Przy takich obiektywnych niebezpieczeństwach człowiek z czasem
zupełnie obojętnieje, bo wie, że nic nie zależy od niego.

L.C.– Druga metoda polega na przechodzeniu przez kanion dość szybkim, równym krokiem i

nieprzerwanym obserwowaniu jego ścian. Szafirski, który mnie do niej przekonał, twier-
dzi, że jeżeli się odpowiednio szybko zareaguje, to można przed takim osypem uciec.

K.W.– Bzdura.
L.C.– Ja też nie bardzo w to wierzę, ale lepiej patrzeć i próbować uskoczyć, niż nie patrzeć i

nie próbować.

K.W.– Piątego stycznia po raz pierwszy weszliśmy w ten potworny lodospad. To były akurat

moje  urodziny.  Poszliśmy  w  siódemkę.  Heinrich,  Olech,  Żurek,  Szafirski,  Piekutowski,
Fiut i ja. Strasznie się bałem. Akurat skończyłem trzydzieści lat – przeszedłem do dziad-
ków. W takich chwilach różne myśli człowieka nachodzą. Cały czas prowadził Zyga. Sam
zakładał większość stanowisk. Wkręcał śruby lodowe,  wbijał szable

16

 albo trasery

17

, tam

gdzie nie trzeba było poręczować. Doszliśmy gdzieś do połowy lodospadu, zostawiliśmy
resztę sprzętu i wróciliśmy do bazy. Następnego dnia wyszliśmy z Zygą, Holnickim i Ci-
chym. Dotarliśmy do pierwszego kanionu.

L.C.– To znaczy Krzysiek i Zyga, bo my zostaliśmy trochę niżej.

                                                     

15

 Serak – blok lodowy, nieraz kilkudziesięciometrowy.

16

 Szable – specjalne długie haki do wbijania w śnieg.

17

 Trasery – tyczki z chorągiewkami wytyczające drogę.

background image

27

K.W.– Daliśmy znak, że schodzimy. Oni wrócili do bazy, a my uznaliśmy, że szkoda czasu na

chodzenie w tę i z powrotem, więc postanowiliśmy rozbić namiot i przenocować w lodo-
spadzie.

L.C.–  W  bazie  była  burzliwa  dyskusja,  czy  dobrze  zrobili  decydując  się  na  ten  biwak,  ale

przecież nie mieli już dość czasu, żeby zejść przed zmrokiem.

J.Ż.– Jak wam się spało?
K.W.– Mnie – fatalnie. Całą noc lodospad trzeszczał, ruszał się, pękał gdzieś niedaleko. Nie

mogłem zasnąć, chociaż byłem solidnie zmachany. Bałem się turni lodowych, bo nie wia-
domo, na czym to wisi. Na dodatek nie wiadomo też było, na czym mamy namiot rozbity.
Niedaleko  kanion  –  cały  czas  słychać  było,  jak  jęczy.  Lodospad  bez  przerwy  pracował.
Praktycznie w ogóle nie spałem. A Heinrich spokojnie sobie kimał, rano o dziewiątej wstał
świeżutki i zabraliśmy się do roboty. Zostawiliśmy namiot i „na lekko” ruszyliśmy w górę.
Zrobiliśmy pierwszy kanion, potem drugi i pod wieczór doszliśmy do miejsca pierwszego
obozu. Zyga koniecznie chciał wieczorem móc powiedzieć, że już doszliśmy, więc samego
końca drogi nawet nie poręczowaliśmy. Przed zmrokiem zdążyliśmy jeszcze zejść do bi-
waku. Stał tam już drugi namiot. Doszedł Szafirski, Żurek, Fiut, Mączka i dwóch Szerpów.
Następnego dnia stawialiśmy obóz pierwszy.

L.C.– Ja, po powrocie z poręczowania Ice Fallu, dwa dni siedziałem w bazie. Ciągle byli tacy,

którzy jeszcze nie wychodzili do góry, i oni mieli pierwszeństwo.

K.W.– Ale chyba się nie nudziłeś?
L.C.– Wręcz przeciwnie. Wykańczaliśmy magazyny, rozpakowywaliśmy bagaże, segregowa-

liśmy. Było z tym mnóstwo roboty, bo do bębna wkłada się różne  rzeczy, żeby nie ryzy-
kować utraty na przykład wszystkich lekarstw czy łyżek.

K.W.– My przez ten czas postawiliśmy trzy namioty obozu pierwszego, a po południu doszli

do nas jeszcze Piekutowski i Lwów z czwartym namiotem. Nazajutrz, chociaż proponowa-
no nam, żebyśmy już zeszli odpocząć, poszliśmy zakładać obóz drugi.

J.Ż.– Potem, w drugiej części wyprawy, wyraźnie wyodrębniły się dwie grupy. Jedna dążyła

do wejścia na szczyt niemal za wszelką cenę, druga reprezentowała stanowisko nieco bar-
dziej spokojne, chwilami może nawet asekuranckie. Dlatego istotne jest, żebyśmy już teraz
spróbowali ustalić, kto namawiał do pójścia do góry, a kto do odpoczynku.

K.W.– Zawada zawsze mówił: „Atakujcie, chłopcy. Jak tylko możecie, to pchajcie się w gó-

rę”.

L.C.– A Heinrich był przeważnie bardziej ostrożny. „Spokojnie, spokojnie, nie wiadomo, co

nas dalej czeka”.

K.W.– Więc dziewiątego stycznia wzięliśmy sprzęt i w ośmiu ruszyliśmy zakładać obóz dru-

gi. Wiał silny wiatr. Bardzo silny. Na Przełęczy „grało”, ale na szczęście nie musieliśmy
poręczować, więc szliśmy dość szybko i już koło południa byliśmy na miejscu. Długo szu-
kaliśmy miejsca na namioty. Zdania były, jak zwykle, podzielone. Zawada radził przez ra-
dio,  żebyśmy  znaleźli  jakąś  szczelinę,  która  osłoni  namioty  od  wiatru,  ale  nic  takiego  w
okolicy nie było. W końcu wybraliśmy nie najgorsze miejsce  na  morence  powierzchnio-
wej.  Sto  metrów  dalej  znaleźliśmy  mnóstwo  zapasów,  które  zostały  po  dawnym  obozie
niemieckim. Owoce, ziemniaki puree, doskonałe masło, kisielo-kompoty w proszku, a na-
wet polskie szprotki. Same smakołyki.

L.C.– Tego dnia Jaworski,  Olech  i  ja  wyszliśmy  z  bazy  do  „jedynki”.  Po  drodze  Olechowi

plecak wpadł do szczeliny. I to na samym końcu. Jakieś piętnaście minut przed dojściem
do obozu pierwszego była taka drabinka, którą potem nazwaliśmy „drabinka Olecha”. Idąc
od strony bazy trzeba było zjechać pięć metrów po linie, a wracając podchodziło się po tej
drabince.  Olech,  zamiast  zjechać,  zaczął  po  niej  schodzić,  zaczepił  o  coś  i  wypadł.  Był
oczywiście  asekurowany  liną,  ale  zawisł  głową  w  dół  i  żeby  się  obrócić,  musiał  zrzucić

background image

28

plecak do szczeliny. Dopiero kilka dni później Heinrich wyciągnął ten plecak za pomocą
specjalnego sprzętu.

K.W. 

(bierze do ręki swój notatnik i czyta)– „Źle rozbity namiot daje nam się we znaki. Zim-

no jakoś”. To już sześć tysięcy pięćset metrów. „Dojście do Przełęczy nie wygląda zachę-
cająco. Everest i Lhotse czarne i wylodzone”.

J.Ż.– Trochę wam miny zrzedły.
L.C.– Pierwszy widok na Everest z bliska jest już z „jedynki .
K.W.– I nie jest to widok napawający optymizmem.
J.Ż.– A jak czuliście się na tej wysokości?
K.W.– Wieczorem wszyscy mówili, że następnego dnia pójdą w stronę ściany Lhotse, żeby

zobaczyć, czy da się sforsować szczelinę brzeżną. Rano okazało się jednak, że Żurka boli
głowa, mnie szumi pod czaszką, Mączce i Lwowowi też, więc zeszliśmy do „jedynki” i te-
go samego dnia do bazy. Ta druga czwórka, która została, miała wykonać w „dwójce” róż-
ne prace gospodarcze.

L.C.– My z Jaworskim zajęliśmy wasze miejsca na górze. Doszliśmy dopiero pod wieczór, bo

Jaworski  słabiej  się  poczuł  i  musieliśmy  zwalniać.  Dla  mnie  to  jest  w  górach  najgorsze.
Idąc wolno, dużo bardziej się męczę – także psychicznie, bo nie widzę efektów swojego
wysiłku. Na szczęście Zyga wyszedł po nas spory kawałek, a w obozie czekała już gorąca
herbata.  Taki  jest  zwyczaj,  że  ci,  którzy  są  w  obozie,  przygotowują  herbatę  na  przyjście
następnego zespołu. Zawsze, jeszcze przed zdjęciem raków, wypija się kubek czegoś gorą-
cego. To doskonale poprawia samopoczucie – szczególnie przy tamtejszych mrozach.

K.W.– À

 

propos mrozów. Mam notatkę zrobioną pierwszego popołudnia po powrocie do ba-

zy: „W namiocie wieczorem minus dwanaście stopni”.

L.C.– Nie siedzieliśmy w namiocie, tylko od razu chowaliśmy się do śpiworów, bo  różnica

temperatur wewnątrz i na zewnątrz namiotu była dosłownie żadna. Żeby uniknąć zaszro-
nienia zamarzającą parą z oddechów, zostawialiśmy otwarte okienko i nawet nie zaciągali-
śmy rękawa.  Inaczej – rano byłoby w środku pełno szronu. Zresztą nawet  gdybyśmy jak
najdokładniej zapięli namiot i tak różnica temperatur nie byłaby większa niż jeden czy dwa
stopnie. Do śpiworów wchodziło się więc w botkach, spodniach, kurtkach puchowych.

J.Ż.– A co z głową?
L.C.– W kapturze od śpiwora.
K.W.– Pod głową buty.
L.C.– W niższych obozach – pod głową, a w wyższych – w śpiworze, bo inaczej przemarzają

i rano nie można ich rozgrzać. W niższych obozach zaraz po przebudzeniu wkłada się buty
do śpiworów, żeby się trochę podgrzały przez dwie godzinki, zanim nie skończy się goto-
wać.

J.Ż.– Gotowanie trwa dwie godziny?!
L.C.– Tak. Trzeba przecież stopić wodę z przygotowanego wieczorem lodu, ugotować pierw-

szą poranną kawę, zrobić coś do jedzenia, zaparzyć herbatę. To wszystko trwa. Na tej wy-
sokości człowiek nie może ruszać się zbyt szybko. Każda czynność trwa dwa, trzy, cztery
razy dłużej niż na nizinach.

J.Ż.– No tak. Jeżeli na dworze jest minus czterdzieści, to w namiocie też jest minus czterdzie-

ści. Jakie jest wrażenie, kiedy wychodzi się z cieplutkiego śpiwora, w którym na dodatek
śpi się prawie w całym ubraniu?

L.C.– Nie wychodzi się. W namiocie wszystko robi się w śpiworze. Najpierw trzeba obrócić

się „na waleta”, sięgnąć przez rękaw po lód, stopić go na maszynce i już robi się cieplej.
Potem, jak już wypije się pierwszą gorącą kawę, można zacząć myśleć o wychodzeniu, bo
od razu się człowiek rozgrzewa od środka.

K.W.– Znacznie gorsze od wstawania było ranne oddawanie moczu. Nie mówiąc już nawet o

nocnym ani o załatwianiu się.

background image

29

L.C.– Niekiedy nosił się z tym człowiek po kilkanaście  godzin,  bo jak wiało, to nie można

było w żaden sposób... Najbardziej przeszkadzały szelki od spodni. Przez te szelki trzeba
było zdejmować kurtkę. Kładziesz ją, a ona fiiit, leci z wiatrem. Gonisz ją i już robi ci się
strasznie zimno, a trzeba jeszcze zdjąć sweter, spodnie. Makabra!

K.W.– Ja ostatnią kupę zrobiłem w namiocie.
L.C.– Mnie też się to zdarzyło. Po prostu nie dawało się wyjść z namiotu...
J.Ż.– Doszliśmy do momentu, kiedy Leszek przyszedł do „dwójki”, a Krzysiek zszedł do ba-

zy.

L.C.– Mieliśmy zejść następnego dnia. Taka jest zasada, że pierwszy pobyt w obozie drugim

nie powinien trwać dłużej niż jedną dobę. Postanowiliśmy jednak, że spędzimy w „dwój-
ce” jeszcze jeden dzień, bo po dwóch nocach na górze i krótkim odpoczynku w bazie za-
czyna już działać aklimatyzacja, a o to nam przecież w tym okresie chodziło. Następnego
dnia podeszliśmy z Jankiem Holnickim pod ścianę Lhotse, ale w połowie drogi osłabliśmy
i musieliśmy zawrócić. Rano zeszliśmy do bazy. Wiało tak, że strach było iść. Co chwilę
trzeba było wbijać czekan i padać na lód, żeby człowieka nie porwało i nie rzuciło gdzieś
w jakąś szczelinę. Leży się, leży, potem się człowiek podnosi,  sprawdza, czy już można.
Idzie się kawałek i znów na lód. Najważniejsze, żeby zawsze mieć czekan w pogotowiu,
żeby go na czas wbić.

K.W.– Któregoś dnia wiało tak, że po prostu nie dało się oddychać. Jak szło się przodem do

wiatru, to bił po twarzy grudkami niesionego z Lhotse lodu. Tyłem do wiatru też nie moż-
na, bo akurat przed twarzą powstaje próżnia. Na dodatek powietrze jest rozrzedzone, więc
się dusisz. Całe szczęście, że to wszystko dzieje się w stosunkowo łatwym terenie. W ścia-
nie nie dałoby się tego znieść.

L.C.–  Tego  dnia,  którego  wy  zeszliście,  podeszli  do  „jedynki”  Zawada  z  Cieleckim,  żeby

sprawdzić, jak jest z tym... Jak on ten wicher nazywał?

K.W.– Zakopiański zefirek.
L.C.–  Zawada  nam  nie  wierzył.  Mówił:  „Co  tam  wieje...?  To  zakopiański  zefirek!”  Koło

czwartej spotkaliśmy ich w połowie lodospadu. Byli pewni, że to już tuż-tuż, a mieli przed
sobą jeszcze kawał drogi. Wieczorem, w czasie łączności, wszyscy podpytywali Zawadę.
„To ile szliście do »jedynki«? Nie słyszę. Powtórz, ile szliście?”

K.W.–  Najśmieszniej  było  z  ich  wyjściem.  Rano  kierownik  Zawada  zrobił  cyrk.  Zamówił

operatorów, udzielił wywiadów. Mówił: „Tu idziemy. Żeby sprawdzić, jak to jest”. I wy-
szli  o  wpół  do  jedenastej.  My  wychodziliśmy  o  ósmej,  a  wiadomo  przecież,  że  on  miał
gorszą kondycję, bo chorował w bazie na grypę i nigdzie wyżej jeszcze nie był.

L.C.– Tak sobie maszerowali, maszerowali. O ósmej wieczorem zaczyna się normalna łącz-

ność między obozami, a Zawady nie ma. Włączył się w końcu parę minut po ósmej. „No,
jesteśmy tutaj – mówi – ale nie wiemy, gdzie jest obóz. Gdzie jest obóz?!” Heinricha przez
telefon opieprzył: „Jak ty zakładasz obóz, że nie można go znaleźć!” Zaczęliśmy mu tłu-
maczyć. Po godzinie znów się włączył: „Znaleźliśmy. Ledwo żyjemy. Gdzie jest maszyn-
ka? 

(przedrzeźnia) Gdzie są płatki?”  I to  jest  właśnie  cały  Zawada.  Jakby  ktoś  pamiętał,

gdzie położył maszynkę albo płatki!

K.W.– Heinrich potem z niego żartował...
L.C.– Normalnie wychodziło się o ósmej, ale niektórzy jeszcze czekali na śniadanie i dopiero

się  zbierali.  Wtedy  Heinrich  mówił:  „Nie  bądź  taki  Zawada,  bo  zobaczysz,  jak  na  tym
wyjdziesz”.

K.W.– Zyga ma swoje żelazne zasady.
L.C.–  Ale  te  jego  zasady  są  już  trochę  skostniałe,  chociaż  trzeba  przyznać,  że  gwarantują

maksymalne bezpieczeństwo. Jeżeli mu się nic zupełnie przypadkowego nie przydarzy, to
powinien dożyć do emerytury...

K.W.– Nie on jeden.

background image

30

J.Ż.– Co dalej? Jesteście prawie wszyscy w bazie i zaczynają się już wiatry...
L.C.– Ale jeszcze nie te najgorsze. Mimo to Zawada nadaje, że w Kotle jest białe piekło. Na-

zajutrz próbują dojść do obozu drugiego, ale wieje tak, że decydują się zawrócić.

K.W.– Trzynastego dogonili ich w „jedynce” Gajewski, Pawlikowski,  Żurek i razem  poszli

do „dwójki”. Ja już trzeci dzień byłem w bazie i chętnie ruszyłbym do góry, ale nie miałem
z  kim.  Zyga,  z  którym  dotychczas  chodziłem,  uważał,  że  powinno  się  co  najmniej  pięć,
sześć dni odpocząć. Cichy z Holnickim dopiero co zeszli, zakopianie trzymali się razem.
Wiedziałem, że trzeba cały czas działać, żeby mieć jak najlepszą kondycję. Wymyśliłem
sobie,  że  pójdę  z  Szerpami  i  dogonię  naszych  w  „dwójce”.  Miałem  do  nich  tylko  jeden
dzień straty. Nazajutrz poszedłem do „dwójki”, a zakopianie założyli „trójkę”. Cały dzień
ich obserwowałem i nawet mi się zdawało, że nie zdążą, że za wolno idą i są za nisko, ale
już po ciemku doszli na miejsce i rozbili namiot. Dopiero potem okazało się, że założyli tę
„trójkę” za nisko i w dość niebezpiecznym miejscu – pod ogromnym mogącym się zawalić
serakiem. Zostałem w „dwójce” sam, bo Szerpowie zeszli wieczorem do „jedynki”. Mieli
taką zasadę, że donosili ładunki i tego samego dnia schodzili. Zakopianie przenocowali w
„trójce”, a nazajutrz też poszli do bazy. Rano znów przyszli Szerpowie. Próbowałem ich
namówić, żeby chociaż jeden poszedł ze mną do obozu trzeciego rozbić tam drugi namiot,
ale oni pokiwali głowami, pouśmiechali się, przeprosili i powiedzieli, że niestety nie, bo
koniecznie muszą zejść do bazy. Znów zostałem sam. 

(czyta z dziennika) „Siedemnastego

stycznia cały dzień wypatruję zespołu. Wreszcie po południu pojawia się Zyga z Cichym i
Holnickim”.

L.C.– I z jednym Szerpą.
K.W. 

(czyta dalej)– „W nocy minus dwadzieścia siedem stopni. Nareszcie nie jestem sam”.

L.C.– Następnego dnia wyszliśmy bardzo wcześnie. Zyga zawsze każe wychodzić wcześnie.

Tym razem udało mu się wygonić nas przed ósmą. Pogoda była niezła, a my wypoczęci po
dłuższym pobycie w bazie, więc posuwaliśmy się dość szybko. O wpół do drugiej byliśmy
już na miejscu obozu trzeciego – siedem tysięcy sto pięćdziesiąt metrów.

K.W.– Musieliśmy przesunąć namiot, bo serak, pod którym stał, już się walił. To się tak ła-

two  mówi:  „przesunąć”,  ale  najpierw  trzeba  przygotować  miejsce.  Na  takiej  wysokości
wyrąbanie w stromym stoku, pokrytym grubą warstwą lodu, platformy dwa na trzy metry
to  jest  zupełnie  wykańczająca  robota.  Zyga,  który  miał  dużo  lepszą  aklimatyzację,  bo
przed  kilkoma  tygodniami  wrócił  z  poprzedniej  wyprawy,  nawet  się  specjalnie  nie  zma-
chał. My natomiast byliśmy zupełnie do niczego. Pracowaliśmy na kolanach albo siedząc,
bo nie mieliśmy siły stać. Kiedy w końcu wszystko było już gotowe, zwaliliśmy się w na-
miocie jak kłody i dyszeliśmy bez ruchu. W nocy zaczęło cholernie szarpać namioty. Mu-
sieliśmy trzymać maszty, żeby nacierająca wichura nie porwała nas razem z całym sprzę-
tem. Na dodatek zrobił się straszny mróz. Prawie dziesięć stopni zimniej niż w „dwójce”.
Gdy rano obudziliśmy się, w namiocie było dosłownie biało od szronu – tym bardziej, że
zamknęliśmy na noc okienko, żeby uchronić się przed wiatrem.

„(...)  Na  wysokości  7500  metrów,  gdzie  najmniejszy  gwałtowny  wysiłek  przyprawia

człowieka o utratę tchu, taka praca robotników ziemnych jest straszliwie wyczerpująca. Po
każdych dziesięciu uderzeniach czekana mam wrażenie, że pierś mi pęknie i wypluję płu-
ca. Kiedy przystaję, szalone bicie serca rezonuje w uszach i trzeba co najmniej trzydziestu
sekund, by ustąpiło uczucie duszenia i by serce zaczęło bić trochę spokojniejszym rytmem.
Jeżeli będę pracował w takim tempie, długie godziny miną,  zanim skończę tę  platformę.
Aby zaoszczędzić na czasie, próbuję pójść na całego. Czasami zapamiętuję się tak strasz-

nie, że czarny woal spada mi na oczy i na wpół uduszony opadam na kolana (...)”

18

.

L.C.–  Wieczorem  dowiedzieliśmy  się  przez  radio,  że  Alek  Lwów  wpadł  do  szczeliny  koło

obozu pierwszego. Miał iść do „dwójki” razem z Mączką. Niedługo po wyjściu zoriento-

                                                     

18

 Lionel Terray, „Niepotrzebne zwycięstwa. Od Alp do Annapurny”, Sport i Turystyka, Warszawa 1975, wyd. I

background image

31

wali się, że poszli złą drogą, więc chcieli się  przebić  na  przełaj  do  ścieżki  pod  ścianami
Nuptse, i Alek, który prowadził, po prostu nie zauważył wąskiej, zasłoniętej śnieżnym na-
wisem szczeliny. Stanął na nawisie i wpadł. Na szczęście szli związani liną.

K.W.– Pociągnął Janusza. Było bardzo ślisko, Mączka się przewrócił i nie potrafił wyhamo-

wać. Próbował wbić czekan, ale lód był tak twardy, że mu się to nie udało. Gdyby Alek nie
zatrzymał się sam, to wpadliby obaj. Mogło się to naprawdę niebezpiecznie skończyć. A
wszystko dlatego, że niektórzy noszą czekany jak laski. Ja opieram czekan na ramieniu i
trzymam za drzewce. Kiedy się przewracam, dziób automatycznie wbija się w śnieg i ła-
twiej jest wyhamować.

L.C.– Na szczęście dość szybko przyszli koledzy z „jedynki” i pomogli im się wydostać. Naj-

pierw mówili, że Alek spadł trzydzieści metrów. Brzmiało to bardzo groźnie. Potem oka-
zało się, że trzydzieści metrów to było liny między nimi; natomiast szczelina miała najwy-
żej dziesięć metrów głębokości.

K.W.–  Tego  dnia  oczywiście  zostali  już  w  „jedynce”,  a  nazajutrz,  kiedy  my  schodziliśmy,

podeszli  razem  z  Dmochem,  Piekutowskim,  Fiutem,  Jaworskim,  Olechem  i  Szafirskim.
Zrobiło  się  strasznie  ciasno.  Na  fali  euforii  spowodowanej  naszym  dotychczasowym  po-
wodzeniem Szafirski zaczął instalować w „dwójce” ekipę filmową. Wymyślili, że ustawią
tam sobie własną „wartę”  i  z  wysokości  sześć  tysięcy  pięćset  metrów  będą  obserwowali
dalszy przebieg akcji. Założenie niby słuszne, ale zapomnieli,  że mają do czynienia z hi-
malajską zimą, że w każdej chwili silny porywisty wiatr może się zamienić w prawdziwy
huragan, i bardzo się dziwili, kiedy kilka dni później poszarpało im namiot na strzępy.

Tymczasem  Zawada uznał,  że  jest  nas  bardzo  dużo  w  „dwójce”,  więc  pewnie  się  nu-

dzimy. W wieczornej audycji powiedział, że mamy schodzić do „jedynki”, brać ładunki i
wynosić  je  do  „dwójki”.  Uważaliśmy,  że  to  mogą  robić  Szerpowie,  a  my  powinniśmy
działać w górze, ale Zawada się uparł.

L.C.– Na tym przykładzie najlepiej widać, że my robiliśmy nie tylko to, co zazwyczaj robią

alpiniści, ale też to, co tradycyjnie należy do Szerpów.

J.Ż.– Jak wtedy było z waszą kondycją?
L C.– Na początku akcja była bardzo szybka. Nadmiar ludzi w ruchu, ciągle za dużo chętnych

w  stosunku  do  potrzeb.  Ponieważ  bardzo  szybko  zdobywaliśmy  wysokość,  pojawiły  się
kłopoty z aklimatyzacją. Piątego stycznia zaczęliśmy działać powyżej bazy, a piętnastego
była już założona „trójka”. W ciągu jedenastu dni tysiąc osiemset metrów w pionie. Dlate-
go właśnie trzeba było dochodzić do „trójki”, przespać noc i zaraz wracać. Wchodzić tylko
po to, żeby zdobyć aklimatyzację.

K.W. 

(czyta  z  dziennika)–  „Dwudziestego  stycznia  o  ósmej  wieczorem  znów  »kabarecik«.

Zawada poleca nam wynieść część rzeczy – czyli tak zwany depozyt – jak najwyżej w kie-
runku Przełęczy”. Mieliśmy iść we  czterech –  Leszek, Janek Holnicki, Zyga i  ja. 

(Czyta

dalej)  „Po  nas  mają  iść  inne  zespoły  podnosząc  ten  depozyt  i  próbując  założyć  obóz
czwarty. A na końcu chyba leader – z proporcami... To nie takie proste, kolego Zawada”.
Andrzej  był  wtedy  cholernym  optymistą.  Odczuliśmy,  że  chcą  nas  wykorzystać.  Zrozu-
miałem, że mamy podnosić te depozyty coraz wyżej, aż komuś się uda założyć obóz. A oni
będą czekali z odwodami w bazie. Jak założymy już ten obóz, będziemy oczywiście mu-
sieli zejść odpocząć. Wtedy oni spokojnie wejdą sobie na szczyt.

L.C.– Nie wiem, czy rzeczywiście tak.
K.W.– Tak było. Tak to przynajmniej odczułem.
L.C.– Trzeba przyznać, że Zawada liczył wtedy na błyskawiczny sukces.
K.W.– Ale czy to nie był błąd taktyczny, żeby Żurka już pchać do ataku?
L.C.– Oczywiście, że był. Ale z drugiej strony żal było nie wykorzystać takiej dobrej pogody.
K.W.– Jak można było po piętnastu czy dwudziestu dniach akcji próbować atakować Everest?

To było po prostu niewykonalne. Zresztą Zyga był temu od początku bardzo przeciwny.

background image

32

L.C.– Zespół zakopiański, mimo że założył „trójkę”, zszedł prosto do bazy. Nie włączył się

do transportu.

K.W.– Wydawało nam się, że  Zawada szykuje sobie w bazie grupę szturmową. W każdym

razie  na  dole  był  ogromny  entuzjazm.  Ale  tylko  na  dole.  Ci,  którzy  pracowali  na  górze,
wiedzieli, jak sprawa wygląda.

J.Ż.– Wnieśliście ten depozyt dwudziestego pierwszego stycznia?
K.W.–  To  był  dzień  odpoczynku.  Czekaliśmy  na  Leszka  i  Janka  Holnickiego.  Następnego

dnia doszliśmy do „trójki” i tam odpoczywaliśmy. Poza tym nic się nie działo.

L.C.– Jak to nic! Sprowadzali Roberta.
K.W.– Tak, w „dwójce” był Robert Janik, który już na początku wyprawy źle się czuł. Zszedł

na cztery dni poniżej bazy, wrócił, posiedział ze trzy dni i potem przez tę swoją cholerną
obowiązkowość  –  wiedząc,  że  akcja  rozwija  się  w  górze  –  podszedł  do  obozu  drugiego.
Tam zrobił błąd. Pierwszego dnia czuł się jeszcze w miarę dobrze, drugiego już trochę go-
rzej i wtedy powinien był zejść, ale próbował przeczekać.

L.C.– Byłem bardzo zły na Szafirskiego, bo kiedy szedłem do „trójki”, spotkałem go i mówię:

„Weźcie Roberta i schodźcie od razu do bazy”. Szafirski, jak to Szafirski: „Dobra, dobra,
zejdziemy”. Przenocowali w „dwójce”, zamiast zejść przynajmniej do „jedynki”. W nocy
Robertowi  się  pogorszyło.  Wymiotował,  nie  przyjmował  żadnych  pokarmów.  Rano  był
bardzo słaby, zrobili mu jakiś zastrzyk i schodzili „na tlenie”. Musieli go podtrzymywać i
nieść jego butlę, bo ledwo trzymał się na nogach. W „jedynce” znów przenocowali. Prawie
cały czas trzymali go pod tlenem. Dopiero następnego dnia dowlekli się do bazy.

J.Ż.– To zdaje się była pierwsza ofiara wysokości i pierwsza osoba wyłączona z akcji?
L.C.– Z akcji nie, bo lekarz nie musi wysoko chodzić. Zresztą nie tylko on chorował, na przy-

kład oficer łącznikowy – jeszcze bardziej.

K.W.– Następnego dnia mieliśmy atakować Przełęcz. W nocy w ogóle nie mogłem spać. Za

bardzo się denerwowałem. Wiedziałem, że z obozu na Przełęcz jest osiemset pięćdziesiąt
metrów w pionie i że już samo dotarcie tam będzie bardzo trudne. Dość powszechnie pa-
nowała opinia, że to jest prawie niemożliwe. Za nisko założyliśmy obóz trzeci. W dodatku
słońce wchodziło na naszą ścianę dopiero po jedenastej. A dopóki nie ma słońca – nawet
jeżeli jest jasno – temperatury są takie jak minimalne w nocy.

L.C.– O piątej zaczęliśmy gotować, potem zjedliśmy, podzieliliśmy się sprzętem. Musieliśmy

wziąć mnóstwo rzeczy, żeby jako tako przetrwać noc na Przełęczy – gdybyśmy tam doszli.

K.W.– Wyszliśmy bardzo wcześnie. Ja, jako pierwszy, ruszyłem o siódmej. Szedłem po sta-

rych  poręczówkach.  Przed  dziewiątą  nogi  miałem  już  tak  sztywne,  że  musiałem  stanąć.
Rozsznurowałem buty, włożyłem nogi do plecaka i zacząłem się bić po stopach, masować
je, rozcierać. Przez dwie godziny rozgrzałem je na tyle, że mogłem iść dalej. Zresztą było
już słońce. Za sobą dość daleko widziałem Zygę...

L.C.– Nie Zygę. Mnie. Zyga wyszedł za tobą, ale zobaczył, jak jest zimno, więc zawrócił i

postanowił czekać na słońce. W ten sposób przekreślił praktycznie swoje szanse wejścia na
Przełęcz. Za mną szedł Janek Holnicki, a Heinrich, jak się potem okazało, poprawiał porę-
czówki.

K.W.– Dotarłem do przerwy w poręczówkach i wszedłem w pas żółtych skał. Poszedłem wy-

żej, znalazłem liny. Tam się później zgubił Zawada. Wszedłem w kuluar

19

 i połączyłem się

z Zawadą. Pytałem, jak dalej iść. Powiedział, że na „Żebro Genewczyków”. Gdyby powie-
dział, że do końca kuluarem, tak jak na Lhotse, to pewnie bym się połapał, ale z jego tłu-
maczenia zrozumiałem, że muszę już iść w stronę Everestu. Za wcześnie wszedłem w Że-
bro i straciłem mnóstwo czasu. Znów połączyłem się z bazą, powiedziałem, że jest późno i
że już nie zdążę. Zresztą byłem bez sprzętu, więc nawet gdybym sam doszedł – nie miał-
bym jak przeczekać nocy, a oni już nie mieli szans. Zostawiłem więc depozyt i wróciłem

                                                     

19

 Kuluar – wklęsła, szeroka formacja w skalach lub lodzie.

background image

33

do „trójki”. Potem okazało się, że wysiłek całego tego dnia był praktycznie zmarnowany,
bo mój depozyt leżał tak daleko od właściwej drogi, że nie opłacało się go ściągać.

L.C.– My z Jankiem zostawiliśmy depozyt jeszcze na dobrej drodze i też zeszliśmy do Hein-

richa, który tymczasem poprawiał poręczówki. Trochę mu przy tym pomogliśmy, bo i tak
musieliśmy czekać na Krzyśka.

K.W.–  Schodząc  wywinąłem  kozła.  Miałem  kłopoty  ze  schodzeniem,  bo  dokuczały  mi  od-

mrożenia.

J.Ż.– Już zdążyłeś się odmrozić?
K.W.–  Nie,  te  stare.  Na  odmrożonych  dawniej  palcach  miałem  jeszcze  nie  wygojone  prze-

szczepy. Przemrożona na nowo skóra zaczęła pękać, krwawić. Próbowałem stawiać nogi
bokiem, żeby nie obciążać palców, i przez to się potknąłem. Przeleciałem parę metrów, ale
na szczęście wyhamowałem czekanem. Gdybym nie wyhamował, to „po zawodach”...

L.C.– Czekaliśmy na Krzyśka z piciem i jedzeniem, ale on nie przychodził. Robiło się późno,

a my musieliśmy jeszcze zejść do „dwójki”, więc wyszliśmy przed obóz i tam go spotkali-
śmy.

K.W.– Potem oni zaczęli schodzić, a ja wstąpiłem jeszcze po rzeczy do „trójki” i zaraz posze-

dłem za nimi. To już był nasz dziesiąty dzień powyżej bazy. 

(czyta z dziennika) „Nie mogę

już patrzeć na żarcie. Nic mi nie smakuje”.

L.C.–  Żeby  tylko  urozmaicić  menu,  wymyślaliśmy  najdziwniejsze,  czasem  zupełnie  zaska-

kujące potrawy.

K.W.– Następnego dnia zeszliśmy wszyscy do „jedynki”. Spotkaliśmy tam grupę z Janikiem.
J.Ż.– Już któryś raz słyszę: „Idziemy z »jedynki« do »trójki«, albo: „Idziemy z »dwójki« do

bazy”. Po co wobec tego tyle obozów? Czy nie można by chociaż z jednego zrezygnować?

L.C.– Po pierwsze  –  nie  wszyscy  tak  chodzą.  Po  drugie  –  na  początku  nikt  chyba  nie  miał

dość siły na pokonanie tak  dużej  odległości.  Kondycja  rośnie  w  miarę  aklimatyzacji  i  w
zasadzie  dopiero  pod  koniec  można  sobie  pozwolić  na  dłuższe  przejścia.  Moje  pierwsze
przejście  z  bazy  do  obozu  pierwszego  trwało  sześć  godzin.  Pod  koniec  robiłem  tę  trasę
dwa razy szybciej. Wtedy mogłem już chodzić prosto do „dwójki”.

J.Ż.– Jak długo można iść w tamtejszych warunkach?
K.W.– To zależy. Na upartego można iść nawet dwanaście godzin,  ale wiadomo, że następ-

nego dnia człowiek będzie zdechły.

L.C.– Poza tym stawia się tyle obozów dlatego, że kiedy więcej osób naraz wychodzi z bazy,

to  trudno  wszystkich  pomieścić  w  jednym.  W  takiej  sytuacji  część  może  iść  od  razu  do
„dwójki”, a reszta nocuje w „jedynce”.

K.W.– Dwudziestego czwartego stycznia, kiedy my schodziliśmy do bazy, zakopianie mieli

atakować Przełęcz. Gdy doszliśmy, była już wiadomość, że Gajewski w ogóle nie wyszedł,
Pawlikowskiemu złamał się rak, a Żurek poszedł nawet ładny kawałek, ale był sam, więc
zawrócił. Oni jako pierwsi nieśli ze sobą flagi.

L.C.– To Zawada tak ich zaraził swoim optymizmem. My tymczasem  byliśmy w bazie. Już

zaczynały  się  bardzo  silne  wiatry.  Odpoczęliśmy  jeden  dzień,  a  następnego  musieliśmy
wracać na górę, żeby pomóc sprowadzić Żurka, który wybił sobie bark. Janik przez radio
instruował Szafirskiego, jak ten bark nastawić, ale mimo to Żurek czuł się bardzo źle. Kil-
ka godzin schodzili do „jedynki”. Potem zastanawiali się, czy iść dalej, więc powiedzieli-
śmy  im,  że  bezwzględnie  tak,  i  wyszliśmy  naprzeciw  –  Heinrich,  Holnicki,  ja  i  dwóch
Szerpów. Aż pięciu, bo baliśmy się, że trzeba będzie go znosić. Spotkaliśmy ich gdzieś w
połowie lodospadu. Żurek szedł kilka metrów, padał na śnieg, skręcał się, leżał parę minut,
wstawał, znów szedł kilka metrów. Wyglądało to fatalnie. W bazie był przygotowany na-
miot lekarski. Grzejniczki, maszynki, kroplówki.

K.W.– Teraz już prawie wszyscy byliśmy na dole. Wyżej zostali tylko Zawada i Cielecki. I to

był błąd Zawady. Najpierw na górze było aż tłoczno. Potem został tylko Zawada z Cielec-

background image

34

kim, a oni sami niewiele mogli zrobić. Na szczęście ta przerwa  pokryła się w zasadzie z
okresem najgorszych wiatrów.

L.C.–  Dwudziestego  piątego  stycznia  Zawada  z  Cieleckim  doszli  do  „dwójki”.  Próbowali

wejść jeszcze wyżej, ale tak wiało, że się wycofali i dwudziestego ósmego wrócili do bazy.

K.W.– Obozy zostały puste. Dmuchało tak, że nie starczyło skali wiatromierza.  Zaczęły się

pierwsze wątpliwości. Optymizm, który zapanował po stosunkowo łatwym założeniu obo-
zu trzeciego, znikł już zupełnie. Kończył się styczeń, a my w dalszym ciągu mieliśmy tyl-
ko  „trójkę”  i  depozyt.  Przy  takich  wiatrach  o  założeniu  obozu  czwartego  nie  mogło  być
nawet mowy. Na dodatek nie wiedzieliśmy, czy depozyt nie spadł, czy „trójki” nie zwiało.

„(...) Wobec ciągu złej pogody i nieustannej zawiei, znacznie silniejszej niż w Alpach,

nadzieja nasza na pokonanie Fitz Roy była słaba jak umierający. Stare przysłowie zapew-
nia nas, że »życie utkane jest z nadziei«. Bez tej siły, którą ona daje, nasze poświęcenie i
wysiłki byłyby nie do zniesienia. Prawdę mówiąc, nigdy nie wiedziałem, do jakiego stop-
nia  moi  towarzysze  przestali  wierzyć,  że  nasza  wyprawa  może  zakończyć  się  sukcesem.
Niemoc  niektórych  i  kryzys  zniechęcenia  nie  oszczędzające  nawet  najlepszych  wskazy-

wały na to, że opuszczają ich siły duchowe (...)”

20

L.C.– Szerpowie mówili, że po pełni księżyca zmieni się pogoda, więc czekaliśmy cierpliwie,

bo pełnia wypadała drugiego lutego. Dwa dni wcześniej przestało wiać. Zdecydowaliśmy
wyjść w góry. W bazie, po kilku dniach wiatrów, zrobiła się zupełna cisza. Odrodziły się
nasze  nadzieje.  Ale  drugiego  lutego  zerwał  się  tak  silny  huragan,  że  zupełnie  połamało
maszt  radiowy.  To  właśnie  była  ta  szerpańska  odmiana  po  pełni.  Nam  po  raz  pierwszy
zwaliło w bazie namiot na głowę. Znów trzeba było wycofywać się z obozów.

J.Ż.– Co robiliście w bazie podczas tych potwornych wiatrów?
L.C. i K.W. 

(chórem)– Nic.

J.Ż.– To niemożliwe.
L.C.– Jak na wczasach.
K.W.– Większość czasu zajmowały kalkulacje – wejdziemy czy nie wejdziemy. Trochę opo-

wiadało się o poprzednich wyprawach.

L.C.– Ja prawie cały czas jadłem. O ile w górze, podobnie jak wszyscy, zupełnie nie miałem

apetytu, to tu jadłem jak smok.

K.W.– W czasie tych wiatrów Gajewski z Szafirskim sprowadzili Żurka do lotniska.
L.C.– Czwartego czy piątego lutego był już w Warszawie. Sam podjął decyzję, że wróci, kie-

dy dowiedział się, że przez ten bark w ciągu najbliższych trzech tygodni i tak nie będzie
mógł się wspinać. Dla niego wyprawa już się skończyła.

K.W.– W bazie zaczęły się przebąkiwania, że może nie wejdziemy, że chyba się nie da. Ale

ciągle jeszcze mieliśmy dwa tygodnie do końca pozwolenia. Jeszcze były propozycje, żeby
pójść do góry i tam przeczekiwać, a potem, jak się uspokoi, atakować od razu z większej
wysokości.

L.C.–  Wieczorem  Zawada  zapytał,  kto  pójdzie  zakładać  „czwórkę”.  Zgłosili  się  Heinrich,

Holnicki i ja.

K.W.– Ja nie, bo Maniek Piekutowski chciał ze mną iść. Wymyśliliśmy sobie, że Cichy, He-

inrich,  Holnicki  założą  nam  „czwórkę”,  zejdą  do  bazy,  a  my  z  Mankiem  wejdziemy  na
szczyt.

L.C.– K a l k u l a t o r...
K.W.– To Zawada tak stawiał sprawę.
L.C.–  Trzydziestego  pierwszego  stycznia  ruszyliśmy  do  góry  z  założeniem,  że  postawimy

„czwórkę”.  W  lodospadzie  właściwie  nie  wiało.  Z  „jedynki”  wyglądało,  że  jest  w  miarę
spokojnie. Pierwszego lutego poszliśmy do „dwójki”. Już na progu zaczęło dmuchać i wi-
dać było, że nie pójdzie nam tak gładko.

                                                     

20

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

background image

35

K.W.– My z Marianem podeszliśmy z bazy do „jedynki”.
L.C.– W „dwójce” całą noc bardzo wiało, a jak w „dwójce” wieje, to na Przełęczy nie ustoi

żaden namiot. Słychać było, jak wiatr huczy gdzieś tam wysoko. Mimo to zdecydowaliśmy
z Heinrichem wyjść do obozu trzeciego. Wzięliśmy trzech Szerpów z namiotami i całym
sprzętem, bo nie byliśmy pewni, czy tam w ogóle coś zostało. Po kilkuset metrach myśleli-
śmy już tylko o tym, czy zawrócić teraz, czy podejść jeszcze kawałek i tam zostawić depo-
zyt. Jeszcze przed ścianą Zyga zaczął coś przebąkiwać o powrocie. Szerpowie też się ła-
mali, tylko zastanawiali się, czy już rzucać plecaki, czy dopiero za chwilę. Namówiłem ich
na wejście w ścianę, ale po kilkudziesięciu metrach musieliśmy zawrócić, bo wiatr był tak
straszny, że po prostu nie można było iść. Zostawiliśmy bagaże  i zeszliśmy do „dwójki”.
Tam spotkaliśmy się z Krzyśkiem i Mańkiem.

K.W.– Było nas jedenastu. W nocy znów strasznie wiało, więc rano postanowiliśmy z Mań-

kiem,  że  zejdziemy.  Nie  było  sensu  przeczekiwać  w  takiej  dużej  grupie.  Za  nami  poszli
jeszcze Szerpowie i Jaworski.

L.C.–  Trzeciego  zdecydowaliśmy  z  Jankiem  Holnickim,  że  zejdziemy  do  bazy.  Heinrich,

Dmoch i Olech zostali jeszcze i postanowili przeczekiwać. My uważaliśmy, że to nie ma
sensu, bo jeżeli nawet po kilku dniach pogoda się poprawi, i tak nie będziemy mieli dość
sił, żeby iść do góry.

K.W.– Przyszedł okres najgorszego załamania. Wiatr straszny. Z bazy nie było po co wycho-

dzić. W „dwójce” niby przeczekiwało „trzech muszkieterów”, ale dmuchało tak, że nosa z
namiotów nie mogli wysadzić.  Zbliżał się dziesiąty lutego. Wiedzieliśmy, że  piętnastego
skończy  się  nam  pozwolenie.  Zapadła  decyzja,  że  będą  wysyłane  zespoły  do  „dwójki”.
Ósmego lutego próbowaliśmy z Mańkiem wyjść w górę. Wyliczyliśmy, że do piętnastego
możemy być bez przerwy powyżej bazy. Po godzinie marszu przez lodospad Maniek źle
się poczuł i musieliśmy zawrócić. Jeszcze tego samego dnia zabrałem się do góry z Zawa-
dą i Szafirskim.

L.C.– Również ósmego lutego Heinrich doszedł sam do „trójki” i stwierdził, że cały obóz jest

zniszczony. Jeden namiot porwało, a w drugim połamało maszty.

K.W.– Dziewiątego byliśmy już w „dwójce”, gdzie dogonił nas Cichy, Holnicki i Fiut. Tego

dnia Zyga z Alkiem Lwowem poszli jeszcze raz do „trójki”, odbudowali ją i przenocowali
tam. Wiadomo już było, że na szczyt mogą zdążyć tylko ci, którzy są w „dwójce”. Naza-
jutrz Fiut, Holnicki, Leszek i ja poszliśmy do „trójki”. Przespaliśmy tam noc, a rano zaata-
kowaliśmy Przełęcz. Po raz pierwszy używaliśmy tlenu. Chodziło o to, żeby nie ryzykując
odmrożeń, móc wystartować wcześnie, zanim jeszcze słońce ogrzeje ścianę. Dzięki tleno-
wi człowiek się mniej odmraża, bo krew bez przeszkód dociera do najcieńszych nawet na-
czynek.

L.C.– Doszło nas tylko trzech. Janek źle się poczuł i musiał zawrócić na wysokości „Żebra

Genewczyków”. My z Fiutem weszliśmy pierwsi, a Krzysiek sporo po nas, bo wyrzucił po
drodze tlen.

K.W.– Zdenerwował mnie ciężar tego całego urządzenia. Poza butlą musiałem przecież nieść

sprzęt biwakowy.

L.C.– Próbowaliśmy rozbić szturmowy namiot, ale się nie udało. Wiał silny wiatr, a materiał

skurczył się na mrozie i nie można go było naciągnąć na stelaż. Kiedy Krzysiek dochodził
do Przełęczy, ja musiałem zacząć już schodzić. Zbliżał się zmrok, a miałem wracać sam,
bez asekuracji. Najbardziej bałem się zawirowań, które  powstawały  za  „Żebrem  Genew-
czyków”. Podmuchy były tak silne, że ledwo się przez nie przedzierałem. Po prostu wiatr
zatrzymywał mnie w miejscu. Dalej było już stosunkowo łatwo.

„(...) Wydobyliśmy namiot piramidowy (...) i zabraliśmy się do roboty.
Teraz zaczęła się walka, której zapewne żaden z nas nie zapomni. Jeśli wiatr był silny

na ostrodze, to tutaj był straszliwy. Mój tlen wyczerpał się, zanim zszedłem na przełęcz, a

background image

36

Charles Evans zdjął swój aparat dla większej swobody ruchów. Byliśmy niesłychanie sła-
bi, zbyt słabi, by stawić czoła wrogiej wichurze. Zmagaliśmy się z nią przeszło godzinę,
bawiąc się w jakieś diabelskie przeciąganie, mozoląc się, by wznieść jeden namiot, którego
rozbicie trwa na dole jedną lub dwie minuty. Płótno nieustannie wymykało się nam z rąk,
wpadaliśmy w sidła splątanych linek. Słanialiśmy się, zawadzaliśmy sobie wzajemnie, wy-
czerpani brakiem tlenu i żałośnie bezbronni wobec tych warunków. (...) W pewnej chwili
potknąłem się o kamień i jakieś pięć minut leżałem twarzą w dół, zanim zebrałem dość sił,

aby się podnieść. (...)”

21

K.W.– O rozbiciu Omnipotenta nie mogło być nawet mowy. Musieliśmy zadowolić się ma-

lutkim, jednomasztowym namiocikiem nazywanym przekornie „szmatą kierownika”. Zro-
biło się potwornie zimno. Wiało wręcz niesamowicie. Taką płachtę oczywiście przewiewa,
więc w środku mieliśmy niewiele lepiej niż na dworze. Nie mogliśmy nawet rozpalić ma-
szynki. O ósmej wieczorem nawiązaliśmy łączność. Powiedzieliśmy, jak jest: ledwie sie-
dzimy, mamy na sobie wszystko, co się da, jesteśmy w śpiworach i trzęsiemy się z zimna.
Musimy cały czas trzymać maszt, żeby nas nie porwało. Może z trudem uda nam się do-
czekać jutra, żeby zejść o własnych siłach do „trójki”. Heinrich się tym bardzo przejął. Ka-
zał  nam  schodzić  z  samego  rana.  Natomiast  Zawada  i  Leszek  zaczęli  nas  podpuszczać:
„Jak tylko będą warunki, to podejmujcie atak szczytowy”.

L.C.– Heinrich histeryzował. „Uważajcie – krzyczał do swojego radiotelefonu. – Jak będzie

choć trochę wiało, to schodźcie! To i tak jest duży sukces, że weszliście na Przełęcz! Cały
czas będziemy na nasłuchu!” A ja chciałem zostać na Przełęczy. Zszedłem dlatego, że były
tylko dwa komplety biwakowe. Teraz żałowałem, bo myślałem, że gdybym został, to może
podjąłbym ten atak.

K.W.– Walek Fiut uważał, że nie może atakować. Ja nawet bym chciał, ale realia były takie,

że nie mieliśmy szans. Szczególnie bez tlenu.

L.C.– Fatalnie się stało, że nie rozbiliście namiotu i nie mogliście nic zagotować.
K.W.– To by nic nie zmieniło. Nie mieliśmy tlenu. Rano musielibyśmy szukać pełnych butli.

Zanim co – byłoby za późno. Wydawało  nam  się,  że  przede  wszystkim  musimy  znaleźć
butle, sprawdzić je i posegregować.  Postanowiliśmy  poświęcić  na  to  całe  przedpołudnie.
Sprawdziliśmy trzydzieści parę  butli.  Wydawało  nam  się,  że  zrobiliśmy  sporą  robotę,  że
dopiero teraz drzwi na szczyt zostały otwarte.

L.C.– Tylko że mieliśmy coraz mniej czasu. Już był dwunasty lutego.
K.W.– W południe zaczęliśmy schodzić. Koło Żebra wiało jak cholera, ledwie trzymaliśmy

się na nogach, ale pogoda była lepsza niż wczoraj. Poszliśmy aż do „dwójki”. Znów mia-
łem kłopoty ze schodzeniem, bo palce coraz bardziej bolały i krwawiły coraz mocniej.

L.C.–  W  „trójce”  zostali  Zawada  z  Szafirskim,  którzy  następnego  dnia  poszli  na  Przełęcz.

Myśleliśmy, że może będą próbowali atakować, chociaż właściwie nie mieli szans, bo Za-
wada był pierwszy raz w „trójce”.  Zresztą widziałem, w jakim stanie tam doszli. Rysiek
był lepszy, ale Andrzejowi brak było jeszcze aklimatyzacji. Byłem przy tym, jak zastana-
wiali się, co robić. Zawada mówił: „Wejdziemy, może Turnię rozbijemy – następnym bę-
dzie łatwiej”. Sami zdawali sobie sprawę z tego, że nie mają dość sił, żeby wejść na szczyt.

K.W.– My już zeszliśmy i teoretycznie byliśmy wyłączeni z akcji. Dwunastego lutego byli-

śmy zdecydowani iść do bazy. Ja miałem palce w fatalnym stanie. Puściły mi przeszczepy
po poprzednich odmrożeniach. Janek Holnicki też źle się czuł, a Walek Fiut uważał, że po
założeniu  obozu  trzeba  zejść  do  bazy,  tam  odpocząć,  i  dopiero  znów  atakować.  Pewnie
myślał,  że  Nepalczycy  przedłużą  pozwolenie  o  dwa  tygodnie.  Ja  też  na  to  liczyłem,  ale
potem usłyszałem, jak oficer łącznikowy mówił coś o dwóch dniach, i zacząłem się zasta-
nawiać. Wyliczyłem, że jak zejdę do bazy, to już nie mam szans wejść na szczyt.

                                                     

21

 John Hunt – „Zdobycie...”

background image

37

L.C.– Zacząłem myśleć, czyby nie zostać i nie próbować jeszcze ataku, ale nie bardzo miałem

z kim. Holnicki miał nogi podmrożone. Fiut ciągnął  w dół. Krzysiek też miał nogi, zda-
wało się, do niczego. Pamiętam, że obudziłem się w nocy i zacząłem myśleć. Czasu było
mało, kandydatów na szczyt nie za wielu. Gdybym zszedł do bazy, to już koniec, a bardzo
nie chciałem mieć kolejnej nieudanej wyprawy. Byłem dotychczas na czterech wyprawach.
Dwie pierwsze udały się, a dwie następne – nie. Czułem jeszcze  świeży smak tych pora-
żek. Zdecydowałem zostać w „dwójce”, a potem iść do  góry.  Liczyłem trochę na Pieku-
towskiego, który miał wyjść tego dnia z bazy. A Krzysiek tak chodził, chodził, kręcił się,
aż w końcu przyszedł do mnie na kawę.

K.W.– Przestałem wierzyć w Mańka.
L.C.– Miałem poważne wątpliwości, czy da radę z tymi paluchami. Bardziej liczyłem na Pie-

kutowskiego.

K.W.– Rano ruszyliśmy we trzech – Piekutowski, Cichy i ja. Jeszcze poprzedniego dnia Ga-

jewski, Pawlikowski, Heinrich i Pasang poszli do „trójki”. Gajewski z Pawlikowskim byli
wówczas głównymi kandydatami do ataku szczytowego. Nazajutrz mieliśmy iść za nimi.

L.C.– Ale o samym ataku opowiemy już chyba następnym razem,  bo  za  czterdzieści  minut

musimy być na Służewcu.

K.W.– A obiad?
L.C.– Połkniemy coś po drodze.

Wypadli jak strzały.  Ledwie zdążyliśmy się umówić na następne spotkanie. Miało się

odbyć u mnie za dwa tygodnie, to jest dokładnie w prima aprilis. Piszę – miało, bo w wie-
czór poprzedzający dzień naszego spotkania Krzyśkowi rozchorował się syn, musiał go pół
nocy pilnować, a rano zaspał i nie zdążył na pociąg. Leszek, który nic o tym nie wiedział,
przyjechał do mnie o umówionej godzinie. Poprosiłem go wówczas, żeby opowiedział mi
o  swojej  drodze  na  Everest  (patrz:  „Leszek  Cichy  –  Zmierzyć  się  z  mitem”),  a  o  ataku
szczytowym  opowiedzieli  mi  obaj  dopiero  w  tydzień  później.  Czytelnikowi  może  się  to
wydawać  nieistotne,  ale  myślę,  że  ta  zwłoka  spowodowała  zubożenie  relacji.  Opowieść,
którą zarejestrowałem i przetworzyłem na język książki, była już bowiem nie  szóstą  czy
ósmą, ale piętnastą lub dwudziestą. Obaj niemal codziennie zapraszani byli na różne spo-
tkania, odczyty, prelekcje i prawie codziennie brali w nich udział. Kiedy spotkaliśmy się
ósmego kwietnia, trudno było oprzeć się wrażeniu, że sami są tą tematyką zmęczeni.

background image

38

Zryw

J.Ż. – Poprzednią naszą rozmowę skończyliśmy na wieczorze trzynastego lutego. Rano mieli-

ście iść do „trójki”.

K.W. – I od tego dnia na dobrą sprawę zaczyna się historia naszego ataku szczytowego. Ru-

szyliśmy stosunkowo późno. Słońce już wzeszło,  wiatr  w  normie,  czułem  się  doskonale.
Wiedziałem, że z nogami nie jest najlepiej, ale miałem w sobie jakiś dziwny spokój i pew-
ność, że wejdziemy na szczyt.

Maniek, który od razu został z tyłu, po czterdziestu minutach marszu krzyknął, że pój-

dzie wolniej, więc żebyśmy się na niego nie oglądali. Znałem go od dawna. Wiedziałem,
że źle się czuje i nie dogoni nas ani po drodze, ani w „trójce”, bo po prostu jest chory i
wcześniej czy później będzie się musiał wycofać. Oglądaliśmy się za nim jeszcze na porę-
czówkach, ale wciąż nie było go widać, aż w końcu zobaczyliśmy, jak zawrócił i schodził
w dół po lodowcu. Zostaliśmy we dwóch.

L.C.–  Rano,  zanim  jeszcze  wyszliśmy  z  obozu,  patrzyliśmy,  jak  ruszają  ci  z  „trójki”.  Dość

wcześnie  zobaczyliśmy  dwie  malutkie  sylwetki  wolno  poruszające  się  w  ścianie,  ale  nie
wiedzieliśmy, co się dzieje z drugą parą. Przecież na Przełęcz miało tego dnia wyjść trzech
Polaków i Szerpa. Dwóch zakopiańczyków – Pawlikowski i Gajewski – stanowiło zespół
szturmowy. Z obozu czwartego mieli ich asekurować Heinrich i Pasang. Przez chwilę my-
śleliśmy, że może Heinrich postanowił wyjść dopiero następnego dnia, żeby nie gnieść się
we czterech na Przełęczy. Połączyliśmy się z bazą i dowiedzieliśmy się czegoś, co stawiało
nas w sytuacji zupełnie wyjątkowej. Gajewski miał atak reumatyzmu, więc razem z Pawli-
kowskim postanowili zejść. Przed nami byli praktycznie tylko Pasang i Heinrich, który nie
bardzo  wierzył  w  możliwość  wejścia  na  Everest  zimą.  Zawada  i  Szafirski  po  nocy  na
Przełęczy właśnie zaczynali schodzić. Wydawało się, że dla nich ta wyprawa jest już wła-
ściwie  skończona.  Na  dobrą  sprawę  byliśmy  jedynym  zespołem,  który  mógł  podjąć  atak
szczytowy. Za nami nie było już nikogo.

K.W.– W „trójce” byliśmy koło drugiej. Połączyliśmy się z bazą i znów dowiedzieliśmy się,

że nie mają żadnych wiadomości z Przełęczy – nie wiedzą, czy Szafirski z Zawadą wyko-
rzystując fantastyczną pogodę spróbowali zaatakować szczyt, czy siedzą ciągle w namio-
cie, czy schodzą do nas... Uważałem, że to, czy zaatakowali, czy nie, jest w gruncie rzeczy
bez znaczenia, bo obaj byli na Przełęczy po raz pierwszy, a moim zdaniem wejść na Eve-
rest mógł tylko ktoś, kto był już choć raz w „czwórce” i zszedł stamtąd. Potem okazało się,
że Andrzej przeleżał cały dzień w namiocie, a Szafirski wziął butle i próbował wynieść je
w kierunku południowego wierzchołka, ale przeszedł najwyżej ze sto pięćdziesiąt metrów
w pionie.

L.C.–  My  tymczasem  siedzieliśmy  sobie  w  obozie,  wypoczywaliśmy  i  objadaliśmy  się  na

zapas. Przed szóstą przyszedł Szafirski. Zaczął opowiadać, jak przez dwie godziny przeko-
nywali  Heinricha,  żeby  nazajutrz  spróbował  jednak  zaatakować  szczyt,  jak  Zyga  uparcie
twierdził, że zupełnie nie umie posługiwać się tlenem, jak musieli mu tłumaczyć, że to nie
jest takie trudne, że przy swojej kondycji jest kandydatem numer jeden do ataku. A Hein-
rich powtarzał swoje – nie i nie. W końcu jednak się złamał i obiecał, że spróbuje. Trwało
to ładne parę godzin. Dopiero po czwartej mogli zacząć schodzić. Andrzej po całym dniu
spędzonym na tej wysokości wyglądał na bardzo zmęczonego. Szafirski miał dużo lepszą

background image

39

aklimatyzację, więc schodził szybciej, ale był pewien, że Andrzej najdalej za godzinę po-
winien być w „trójce”.

K.W.– Zresztą my też wierzyliśmy, że Zawada jest na tyle doświadczony, że nie powinno mu

się nic stać. Zapadł zmrok, czas mijał, a Andrzeja ciągle nie było. Zacząłem się denerwo-
wać. Szafirski nie mógł usiedzieć z niepokoju. Jako partner Zawady, czuł się w tej chwili
odpowiedzialny za jego los. Przecież zostawił Andrzeja samego,  chociaż mógł zwolnić  i
iść razem z nim. Jeżeli Zawadzie coś się stało, powinien być przy nim, zaopiekować się,
wezwać pomoc. Gdyby tylko mógł, ruszyłby do góry, ale po całym dniu akcji nie miał już
siły.

L.C.–  Nawiązaliśmy  łączność  z  obozem  drugim.  Pytaliśmy,  czy  gdzieś  na  stoku  nie  widzą

błysku latarki. Myśleliśmy, że może Zawada zabłądził, zgubił poręczówki i nie może ich
znaleźć. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Z „dwójki” widzieli całą ścianę, ale choć wytę-
żali wzrok, nie udało im się spostrzec żadnego światełka.

K.W.– Nawiązaliśmy łączność z bazą. Bogdan Jankowski, który siedział przy radiotelefonie,

uważał, że powinno się jak najszybciej iść do Zawady. Inni radzili, żeby jeszcze poczekać,
bo może Andrzej zawrócił na Przełęcz i za chwilę się stamtąd zgłosi. Uważaliśmy, że na
pomoc Zawadzie powinni ruszyć Heinrich i Pasang, którzy zdążyli już odpocząć na Prze-
łęczy i nie bardzo kwapili się do jutrzejszego ataku, a idąc z góry, doszliby do niego dużo
szybciej, ale o ósmej urwała się z nimi łączność. Koło dziewiątej uznaliśmy, że nie można
już  dłużej  zwlekać.  Ubrałem  się,  założyłem  raki,  wziąłem  latarkę  i  poszedłem  się  rozej-
rzeć.

Z samego obozu nie było widać drogi na Przełęcz. Żeby ją zobaczyć, musiałem zrobić

spory trawers i wyjść poza zasłaniającą widok ściankę lodową. Kiedy się tam znalazłem,
od razu zobaczyłem mrugające w oddali światełko. Zorientowałem się, że jest za bardzo z
boku. Przyszło mi na myśl, że albo spadł, potłukł się i nie miał siły iść, albo zwyczajnie
zgubił drogę.

L.C.– Kiedy Krzysiek wrócił do obozu, byłem prawie pewien, że Zawada miał wypadek, coś

sobie zrobił, i trzeba będzie go znosić.

K.W.– Zaraz przypomniałem sobie te kłopoty Andrzeja ze wzrokiem, te jego wiecznie paru-

jące  okulary.  Zawsze  kazał  sobie  czytać,  a  teraz  mógł  czegoś  po  prostu  nie  zauważyć,
przewrócić się, zgubić czekan, złamać rękę albo nogę.

L.C.– Mieliśmy gotową zupkę, która na niego czekała, więc wlaliśmy ją do termosu, wzięli-

śmy  środki  rozszerzające,  śpiwór  i  spokojnie  ruszyliśmy  po  poręczówkach.  Zbliżała  się
dziesiąta. Mimo ciemności staraliśmy się iść w miarę szybko. Wymyśliłem sobie, że jeżeli
Zawada pobłądził,  ale  czuje  się  w  miarę  dobrze,  to  doprowadzimy  go  tylko  do  poręczó-
wek,  a  sami  pójdziemy  wprost  na  Przełęcz,  żeby  pojutrze  móc  spokojnie  zaatakować
szczyt.

Noc  była  wyjątkowo  ciemna.  Co  chwila  wielkie  chmury  podnosiły  się  z  Kotła,  przez

chwilę  zasłaniały  grań,  potem  opadały.  Cały  czas  szliśmy  po  twardym  skamieniałym  lo-
dzie. który z daleka wyglądał jak szklanka, ale w rzeczywistości pełen był najrozmaitszych
zagłębień, dołków, garbów. Gdy szło się przy normalnym dziennym świetle, wszystkie te
zagłębienia można było doskonale wykorzystać jako naturalne stopnie. Teraz, w zupełnych
ciemnościach,  wykręcaliśmy  na  nich  nogi,  potykaliśmy  się,  gubiliśmy  rytm.  Musieliśmy
całkowicie zawierzyć poręczówce.

K.W.– Kiedy tylko zobaczyłem światełko Andrzeja, zacząłem do niego krzyczeć, że jest za

nisko, że musi podejść. Po chwili światełko drgnęło, wolniutko przesunęło się w górę, za-
trzymało się, znów drgnęło. Odetchnęliśmy. Wiedzieliśmy już, że Zawadzie nic nie jest, że
zabłądził, ale może iść o własnych siłach. Najbardziej bałem się schodzenia do Andrzeja
po nie zaporęczowanym lodowym stoku. W górę idzie się w miarę bezpiecznie, ale w dół
nawet za dnia nietrudno się potknąć, przewrócić, zjechać kilkaset metrów.

background image

40

L.C.– Okazało się, że Zawada po prostu nie trafił od jednej poręczówki do drugiej. Poszedł za

nisko, zgubił drogę i bał się sam szukać na ślepo. Koło drugiej w nocy byliśmy przy nim.
Daliśmy  mu  gorącego  bulionu,  przykryliśmy  śpiworem,  zaaplikowaliśmy  środki  rozsze-
rzające, bo mówił, że nie czuje nóg. Z całej siły okładaliśmy go po plecach, żeby przestał
szczękać zębami. Po godzinie rozgrzał się na tyle, że mogliśmy ruszyć w drogę powrotną.

K.W.–  Mieliśmy  ze  sobą  radiotelefon.  Kiedy  tylko  dowiedzieliśmy  się,  że  z  Zawadą  jest

wszystko w porządku, zaraz połączyliśmy się z bazą, żeby się już dłużej nie denerwowali.

L.C.–  Andrzej  szedł  bardzo  wolno.  Co  parę  kroków  zatrzymywał  się,  siadał.  Przez  skórę

czułem jego wątpliwości, czy tym razem uda nam się trafić do poręczówki.

K.W.–  Posuwaliśmy  się  krok  za  krokiem.  Niebawem,  bez  większego  trudu,  odnaleźliśmy

nasze  poręczówki  i  zaczęliśmy  schodzić.  Po  kilkunastu  minutach  zaczęły  mi  dokuczać
odmrożone  palce,  więc  powiedziałem,  że  będę  już  szedł  do  obozu  nie  oglądając  się  na
nich.

L.C.–  Co  chwila  musiałem  przystawać  i  czekać  na  Andrzeja.  Doszliśmy  do  dość  długiego,

może dwudziestometrowego zjazdu. Zjechałem pierwszy i stanąłem na dole. Teraz zaczął
zjeżdżać Zawada. Przebrnął jakoś pierwszy odcinek, ale zaputał się w miejscu, gdzie trze-
ba było przepiąć karabinek, żeby ominąć przytrzymujący linę hak. Stracił tam co najmniej
pół godziny. Próbował podejść, coś kombinował, w końcu upuścił czekan. Musieliśmy ten
czekan zostawić, bo po ciemku nie było widać, gdzie leży. W końcu Andrzej się jakoś wy-
supłał ku mojej ogromnej radości i uldze. Poszedłem kawałek, poczekałem na niego, znów
zrobiłem  parę  kroków,  i  znów  musiałem  czekać.  Noc  uciekała,  a  ja  miałem  nadzieję,  że
może jeszcze dziś spróbujemy podejść na Przełęcz. W końcu Andrzej zaproponował, że-
bym zbiegł na dół, a on już jakoś po tych poręczówkach dojdzie.

K.W.– Leszek przyszedł o szóstej rano. Obaj byliśmy tak zmęczeni, że o rannym wyjściu na

Przełęcz nie mogło być mowy. Akcja zajęła nam praktycznie całą  noc. Właśnie ta pora i
nieprzeniknione  ciemności  dały  nam  się  najbardziej  we  znaki.  Zdjęliśmy  tylko  raki  i  w
butach, w całym ubraniu wsunęliśmy się do śpiworów. Drzemaliśmy tak, zmordowani, a
Szafirski serwował nam kolejne herbaty i kompoty.

Koło siódmej przyszedł Andrzej. Był jeszcze bardziej nieprzytomny niż my. Wypił tro-

chę kawy, wszedł do śpiwora i klapnął. Nie mógł nawet zasnąć, tylko leżał bez ruchu i nic
nie mówił.

L.C.– Obudziliśmy się około jedenastej. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy iść do góry, czy nie,

ale uznaliśmy, że to jednak nie miałoby sensu. Byliśmy potężnie niewyspani, więc pewnie
byśmy  dość  długo  szli.  Na  Przełęczy  bylibyśmy  dobrze  po  zmroku.  Znów  spalibyśmy
krótko i rano idąc do ataku bylibyśmy zmęczeni. Zdecydowaliśmy zostać i odpocząć jeden
dzień.

K.W.– Był już piętnasty lutego. Na wejście w terminie i tak nie mieliśmy szans, ale byliśmy

prawie pewni, że dostaniemy co najmniej dwa dni przedłużenia.

L.C.– Szczerze mówiąc, dla mnie nie miało to żadnego znaczenia. Gdyby nawet nie przyszło

przedłużenie, gdyby Zawada kazał nam schodzić, i tak namawiałbym Krzyśka do podjęcia
ataku. Za blisko byliśmy szczytu, żeby się teraz wycofać przez jakieś głupie formalności.
W najgorszym razie przez parę lat nie dostalibyśmy nepalskich wiz.

K.W.–  O  jedenastej  zjedliśmy  sobie  spore  śniadanko  i  odpoczywaliśmy  dalej.  Niebawem

przyszli do nas Szafirski z Zawadą i zaczęli nas podpuszczać:  „Dacie  radę,  chłopaki!  W
was jedyna nadzieja. Pojutrze bez problemów jesteście na szczycie”. Takie poklepywania
jak przed walką.

L.C.– A zdaje się, że tak w głębi duszy Zawada sam już wtedy nie wierzył...

Po południu dostaliśmy wiadomość, że jest przedłużenie, ale tylko do siedemnastego, i

możemy się nawet nie starać o choćby jeden dzień więcej. Mieliśmy dwa dni na zdobycie
Everestu.

background image

41

K.W.– Kiedy my odpoczywaliśmy sobie w „trójce”, Heinrich z Pasangiem podjęli pierwszą

praktycznie próbę zaatakowania szczytu. Pogoda była stosunkowo niezła, wiatr dość słaby
i dopiero po południu zaczął prószyć śnieżek. Zyga był w doskonałej formie, Pasang też.
Mieli ogromną szansę na to wejście. Tylko że w nią nie wierzyli, a na dodatek poszli bez
tlenu.

Trudno powiedzieć, dlaczego podjęli taką decyzję. Może Zyga nie chciał zabierać tlenu

nam, a może nie wierząc w możliwość wejścia na szczyt chciał po prostu pobić swój wła-
sny  zimowy  rekord  beztlenowy.  Fakt,  że  poprzedniego  wieczoru  wściekłem  się,  kiedy
Heinrich powiedział, że wezmą tlen i może spróbują dojść do południowego wierzchołka
(wys. 8765 m). Uważałem, że w ten sposób tylko zmarnują dwie butle, które będą potrzeb-
ne nam do prawdziwego ataku. Gdyby mi nie zabrali radiotelefonu, tobym mu zdrowo na-
wymyślał. Dla mnie było zupełnie oczywiste, że przy takim nastawieniu psychicznym nie
dojdą nawet do tego wierzchołka.

L.C.– A my mieliśmy tę cudowną wiarę, że wejdziemy. Nie mieliśmy co do tego najmniej-

szych wątpliwości. Heinrich z Pasangiem doszli na osiem tysięcy trzysta metrów, zrobili
swój zimowy rekord beztlenowy i zawrócili. Zresztą Zygę bardzo  ten wynik satysfakcjo-
nował. Uważał, że to właśnie będzie sukces wyprawy.

K.W.–  A  obaj  byli  w  takiej  doskonałej  formie,  że  tego  dnia  zeszli  spokojnie  z  Przełęczy,

wpadli do „trójki” napić się czegoś i pobiegli z Szafirskim nocować do „dwójki”.

L.C.– W „trójce” zostaliśmy tytko my dwaj i Zawada. Noc była potwornie zimna. Kiedy obu-

dziliśmy się koło szóstej, w namiocie było znów pełno śniegu. Ugotowaliśmy kawę, potem
herbatę do termosu i zaczęliśmy się wybierać. Krzysiek był jak zwykle szybszy. Wyszedł
sporo  wcześniej.  Ja  musiałem  jeszcze  zapiąć  raki,  pas,  maskę  tlenową  –  wtedy  właśnie
przymroziłem sobie palce u rąk.

K.W.– Wzięliśmy po butli z tlenem na drogę i może dzięki temu szło nam się naprawdę do-

skonale. Najszybsze dotychczas wejście na Przełęcz trwało sześć  godzin, a my  podeszli-
śmy w niespełna cztery. Dbaliśmy o utrzymanie dobrej formy przed jutrzejszym atakiem,
więc po drodze zatrzymaliśmy się, napiliśmy się herbaty z termosu, odpoczęliśmy trochę.
Dzięki temu dochodząc koło pierwszej na Przełęcz nie czuliśmy prawie zmęczenia.  Wy-
szukaliśmy w okolicy butan do maszynek, bo Leszek wpadł na pomysł, żeby nocą grzać w
namiocie. Narąbałem lodu, znalazłem butlę z tlenem na noc.

L.C.– Potem wleźliśmy do śpiworów i zabraliśmy się do gotowania. O czwartej było już mi-

nus trzydzieści dziewięć stopni, a w nocy temperatura spadła do minus czterdziestu dwóch.
Postanowiliśmy  zrobić  sobie  ucztę.  Dopiero  teraz  wyciągnąłem  chomikowany  od  obozu
pierwszego liofilizowany kotlet cielęcy.

K.W.–  Czegoś  tak  dobrego  nigdy  jeszcze  nie  jadłem.  Ugotowaliśmy  herbatę,  kawę,  jakąś

zupkę, na deser galaretkę, którą zagryzaliśmy pasztetem ze znalezionym na miejscu kilku-
letnim  chrupkim  chlebem.  Zimą,  kiedy  wywiewa  śnieg,  odkrywają  się  ogromne  zapasy
wszelkiego  wyniesionego  przez  lata  dobra.  Gdyby  ktoś  miał  czas  i  siły,  można  by  tu
skompletować nie najgorsze wyposażenie dla całkiem sporej wyprawy.

L.C.– Najważniejsze, że cały czas mieliśmy jeszcze całkiem niezły apetyt.
K.W.– Na noc przygotowaliśmy sobie tlen, ale ja nie mogłem go używać, bo nie potrafiłem

się przyzwyczaić do spania w masce. Poza tym nie widziałem żadnego płynącego z tego
pożytku. Mój organizm nie odczuwał braku tego dodatkowego litra tlenu na minutę. Ja po
prostu nie czułem żadnej różnicy, a maska jest niewygodna, uwiera, zmusza do spania na
plecach. To właśnie ma do siebie tlen. W zasadzie nie czuje się różnicy, czy oddychając
bierze się powietrze czyste, czy  wzbogacone. Dopiero po jakimś  czasie pojawia się  głód
tlenowy, ale wtedy jest już za późno.

L.C.–  O  ósmej  wieczorem  nawiązaliśmy  łączność  z  obozem  drugim  i  Heinrich  znów  dał

prawdziwy popis swojej ostrożności. Od razu zaczął tak: „Chłopcy, jakby tylko wiało, to

background image

42

pamiętajcie, natychmiast schodźcie. Wierzchołek południowy to już jest rekord”. Zawada
wyrwał mu radiotelefon: „Dlaczego im nie powiesz, że jak nie będzie wiatru, to mają ata-
kować, a nie, że jak będzie wiatr, to mają schodzić”. Wiedział już, że to jest ostatnia szan-
sa.

K.W.– My słuchaliśmy tylko, jak nam szarpie namiot, jak turkoczą ścianki, i próbowaliśmy

wyczuć, czy podmuchy się aby nie wzmagają. Wiedzieliśmy, że tylko kompletne załama-
nie pogody może zamknąć nam drogę na szczyt.

Leszek był trochę spokojniejszy. Ciągle powtarzał, że wejście na szczyt to jeszcze nie

wszystko, potem trzeba  wrócić  na  Przełęcz.  Mnie  aż  rozpierało.  Czułem  się  tak,  jakbym
miał ten Everest w kieszeni. Żadnej niepewności, żadnej tremy,  tylko ogromna, ogromna
radość.  Po  prostu  nie  wierzyłem,  że  można  nie  zejść.  Dopiero  nazajutrz  okazało  się,  jak
bardzo się myliłem.

L.C.–  Liczyliśmy, że do góry będziemy szli jakieś sześć godzin, a w dół –  dwie  do  trzech.

Przy takim tempie tlenu powinno nam wystarczyć na cały atak i co najmniej połowę zej-
ścia.

K.W.–  W  dniu  ataku  z  obozu  drugiego  do  trzeciego  mieli  podejść  Cielecki  i  Pawlikowski,

żeby nas ewentualnie asekurować. Oczywiście była to dość iluzoryczna asekuracja. W ra-
zie wypadku mogliśmy  liczyć  na  ich  pomoc  nie  wcześniej  niż  osiemnastego  wieczorem.
Byliśmy więc zdani na własne siły, a na dobrą sprawę każdy z nas mógł liczyć tylko na
siebie samego. Partner mógł torować drogę, mógł nieść większość bagażu, ale nie był w
stanie znieść drugiego ani nawet pomóc mu zejść. Samotność alpinisty rośnie proporcjo-
nalnie do wysokości i trudów marszu. W bazie można liczyć na wszystkich kolegów, na
ministerstwo turystyki, nawet na ambasadora, na lodowcu na wszystkich, którzy tam są, na
Przełęczy pomoże partner, ale na grani jesteś już zupełnie sam. Tylko że tam się o tym nie
myśli. Tam się walczy – najpierw o sukces, a potem o przetrwanie.

L.C.– Obudziliśmy się o czwartej. Zjedliśmy śniadanie, zrobiliśmy sobie na drogę herbatę do

termosu i dwadzieścia po szóstej połączyliśmy się z bazą. Powiedzieliśmy, że pogoda jest
w normie, czujemy się dobrze, za pół godziny wychodzimy.

K.W.–  Zaczynało  świtać.  Słońce  podniosło  się  lekko  nad  Przełęczą.  Oczywiście  to  słońce

niewiele jeszcze grzało i temperatura była o jeden stopień wyższa od minimalnej w nocy,
ale widok jasnego czystego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. W namiocie
zostawiliśmy jeden pełen termos herbaty, żeby w drodze powrotnej, idąc do „trójki”, nie
stracić na Przełęczy zbyt wiele czasu. Wszystkie rzeczy puchowe założyliśmy na siebie. Ja
włożyłem jeszcze do plecaka zapasowy sweter, skarpety, rękawice i kombinezon przeciw-
wiatrowy.  Poza  tym  niosłem  termos,  pakiet  szczytowy  i  oczywiście  swoją  butlę.  Razem
było tego dobre kilkanaście kilogramów.

L.C.– Krzysiek jak zwykle wyszedł pierwszy. Z początku droga prowadziła przez bardzo ła-

twy  teren,  więc  już  po  piętnastu  minutach  udało  mi  się  go  dogonić.  Przysiedliśmy  na
chwilę, sprawdziliśmy aparaty tlenowe, skontrolowaliśmy czas i wysokość. Okazało się, że
mamy wręcz fantastyczne tempo. Od tego momentu objąłem prowadzenie. Trochę wiało,
ale wkrótce weszliśmy w śnieżny kuluar, który osłonił nas od wiatru. Po następnej godzi-
nie zrobiliśmy sobie trochę dłuższy odpoczynek. Spojrzałem na wysokościomierz. Wyni-
kało  z  niego,  że  wznosimy  się  średnio  sto  osiemdziesiąt  metrów  na  godzinę.  Wspaniałe
tempo – pomyślałem – jesteśmy naprawdę dobrzy. Nie wpadło mi do głowy, że od wczo-
raj, kiedy nastawiliśmy wysokościomierz, ciśnienie spadło i teraz wskazywał on blisko sto
metrów więcej niż powinien.

K.W.– Zaczęło kurzyć. Porywany przez wiatr wczorajszy sypki śnieg unosił się tumanami, a

potem raptownie opadał, jakby chciał zasypać nas wyrwanymi spod nóg płatkami. Szło się

background image

43

dość kiepsko, bo na śliskim i twardym firnie

22

 leżała kilkucentymetrowa warstwa sypkie-

go, osuwającego się puchu.

L.C.– Chcąc uniknąć szalejącego na grani wiatru próbowaliśmy zejść nieco niżej. Okazało się

jednak, że zdmuchiwany z góry śnieg utworzył poniżej grani sięgające do pół łydki zaspy,
na których w każdej chwili można się było poślizgnąć i zjechać aż na Przełęcz.

K.W.– W rezultacie zdecydowaliśmy wrócić na grań. Właściwie nie tyle zdecydowaliśmy, co

po prostu weszliśmy. Nad takimi rzeczami człowiek się nie zastanawia. Nikt nie kalkuluje
sobie: „Tu jest wiatr, a tam nie, ale tam mogę się poślizgnąć,  więc jednak pójdę tu”. To
dzieje się samo, poza świadomością. Dlatego takie ważne jest doświadczenie – lata wspi-
naczki i miesiące chodzenia po Himalajach. Człowiek, który by tu był pierwszy raz, miał-
by znikome szanse ujścia z życiem.

Kiedy znaleźliśmy się na grani, okazało się, że tu też jest niedobrze, bo z kolei śnieg jest

wywiany i idzie się po nagiej skale. W rakach na skale jest szalenie niebezpiecznie. Mu-
sieliśmy zejść parę metrów na stronę tybetańską. Dopiero teraz  Leszek wypuścił mnie na
prowadzenie.

L.C.– Długo, mozolnie posuwaliśmy się w świeżym kopnym śniegu. Czas dłużył mi się nie-

miłosiernie. Traciłem już nadzieję, że to nużące podejście skończy się kiedykolwiek, gdy
ostro  wznosząca  się  grań  zatrzymała  się  nagle  i  zaczęła  gwałtownie  opadać.  Byłem  pe-
wien, że to wierzchołek południowy, niższy od szczytu głównego o osiemdziesiąt metrów.
Spojrzałem na wysokościomierz i zwątpiłem... Wskazywał niemal poziom szczytu – osiem
tysięcy  osiemset  czterdzieści  metrów.  Przeżyłem  kilkusekundowy  szok  radości.  Czyżby-
śmy  się  znajdowali  na  samym  Evereście?  Ale  to  było  niemożliwe.  Gdzie  by  się  podział
wierzchołek południowy, co mogłoby się stać ze „Stopniem Hillary’ego”?

K.W.– Wiało coraz mocniej, więc odpoczęliśmy tylko chwilkę i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przed  nami  był  jeszcze  najtrudniejszy  odcinek  między  wierzchołkiem  południowym  a
szczytem. Zeszliśmy na niewielką przełączkę i tu dopiero zaczęły się prawdziwe kłopoty.
Nie mogliśmy iść granią, bo potworzyły się na niej ogromne śnieżne nawisy, które w każ-
dej chwili mogły się oberwać i porwać nas ze sobą. Zszedłem trochę niżej, ale tu też oka-
zało się niebezpiecznie, więc wróciłem do Leszka, który szedł pod samą granią.

L.C.– Szarpały nami gwałtowne porywy nasilającej się wichury. Stąpaliśmy ostrożnie mając

świadomość, że śnieg, po którym idziemy, może się w każdej chwili oderwać od skalnego
podłoża. Normalnie w takiej sytuacji należałoby asekurować się liną, zakładać stanowiska,
wkręcać  śruby,  ale  to  zwolniłoby  tempo  marszu,  a  nasza  walka  o  Everest  była  na  razie
głównie walką z czasem.

W  końcu  doszliśmy  do  „Stopnia  Hillary’ego”.  Jest  to  zdecydowanie  najtrudniejsze

technicznie miejsce grani. Dziesięciometrowy uskok skalny, na którym wiszą zamocowane
na stałe poręczówki i który latem pokonuje się po kilku minutach nietrudnej wspinaczki,
był teraz oblepiony grubą warstwą zbitego przez wiatr śniegu. Taki śnieg wisi zazwyczaj
do chwili, gdy ktoś nie zrobi sobie z niego chwytu albo na nim nie stanie. W zasadzie po-
winno się go odrąbać, ale to znów zajęłoby mnóstwo czasu, więc  ryzykując, że w każdej
chwili mogę odpaść, zacząłem się po nim wdrapywać. Poszło mi niespodziewanie gładko.

K.W.– Wspiąłem się za Leszkiem i dość blisko, w odległości najwyżej kilkunastu minut mar-

szu, zobaczyłem wierzchołek. Droga była dość łatwa. Szedłem jak najszybciej, ale kiedy
doszedłem na miejsce, zobaczyłem Leszka idącego dalej. Może to jeszcze następny – po-
myślałem i poszedłem za nim.

Przed  sobą  widziałem  kolejny  wierzchołek  unoszący  się  stromo  nad  granią.  To  musi

być ten – pomyślałem – to już na pewno ten! Ale i tym razem spotkał mnie zawód.

L.C.–  Porywisty,  lodowaty  wiatr  smagał  nas  po  twarzach.  Żeby  uniknąć  zadawanych  przez

wichurę razów, odwracaliśmy głowy i szliśmy twarzami do stoku. Co chwila wydawało mi

                                                     

22

 Firn – twardy, zlodowaciały śnieg.

background image

44

się, że szczyt jest tuż-tuż, że jeszcze najwyżej kilka minut, kilka kroków dzieli nas do koń-
ca wspinaczki, a potem wchodziłem na któryś z kolejnych wierzchołków i spostrzegałem
następny, następny, następny...

Dokładnie o czternastej dwadzieścia pięć stanąłem w końcu na tym prawdziwym, naj-

wyższym,  najważniejszym  wierzchołku  –  na  szczycie  Mount  Everestu.  Chwilę  potem
Krzysiek był już przy mnie...

Stałem na szczycie najwyższej góry świata. Byłem pierwszym człowiekiem, który do-

szedł tu zimą. Jeśli wierzyć niektórym moim kolegom, powinienem teraz przeżywać naj-
większą euforię swego życia, powinienem czuć, jak rosną mi skrzydła, albo przynajmniej
mieć jakieś mistyczne omamy. Nic z tych rzeczy. Po prostu stałem i ciężko dyszałem. Cie-
szyłem się, owszem, ale nic poza tym. Przyjąłem to wejście jak coś, co nieuchronnie mu-
siało się stać, coś jak najbardziej zwyczajnego i naturalnego. Przecież już od kilku dni by-
liśmy obaj pewni, że tu wejdziemy. Teraz jesteśmy – cóż w tym nadzwyczajnego?

Radość, ta prawdziwa, która przetrwała  w  nas  do  dzisiaj,  przyszła  dopiero  później,  w

bazie, już wśród kolegów.

„(...) Moim pierwszym uczuciem była ulga – ulga, że nie trzeba już rąbać żadnych stop-

ni, pokonywać żadnych grani, wspinać się na żadne garby łudzące nas nadzieją sukcesu.
Spojrzałem na Tenzinga. Mimo że kaptur, gogle i maska tlenowa, cała zarośnięta długimi
soplami lodu, ukrywały jego twarz, nie do ukrycia był jego zaraźliwy uśmiech szczerej ra-
dości, z jakim rozglądał się wokoło. Uścisnęliśmy sobie ręce, po czym Tenzing objął mnie

i zaczęliśmy klepać się po plecach niemal do utraty tchu. (...)”

23

K W.– Bałem się euforii. Chciałem jej uniknąć za wszelką cenę. Wiedziałem, że sukces liczy

się naprawdę tylko wtedy, kiedy „doniesie się” go do bazy. Obaj czuliśmy się bardzo zmę-
czeni i zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że prawdziwą próbą naszych możliwości będzie
dopiero  powrót.  Najważniejszą  sprawą  było  dla  nas  utrzymanie  koncentracji,  bo  tylko
maksymalna koncentracja mogła pozwolić nam dojść cało do Przełęczy.

„(...) Nie czuję żadnej gwałtownej emocji. Ani dumy, że udało mi się zrealizować wy-

czyn tak upragniony, ani radości, że skończyła się trudna robota. Na tej grani, zagubionej
we mgle, jestem tylko zmęczonym stworzeniem, które dręczy głód, odczuwam tylko zwie-
rzęcą satysfakcję, że udało mi się uratować moją skórę. Ale przygoda jeszcze się nie skoń-

czyła. Zaczyna się straszliwa męka schodzenia. (...)”

24

L.C.–  Muszę  powiedzieć,  że  zarówno  na  Shisparé 

(wys.  7619  m),  jak  na  Gasherbrumie  II

(wys. 8035 m) czułem dużo większe  wzruszenie,  dużo  bardziej  się  cieszyłem.  Tu  byłem
zupełnie spokojny i wcale nie miałem wrażenia, że dokonałem czegoś niezwykłego. Tak
już jest w życiu, że kiedy człowiek bardzo czegoś pragnie i długo na to czeka, to wyobraża
sobie, że jak osiągnie swój cel – cały świat przewróci się do góry nogami. Kiedy w końcu
ten moment przychodzi, okazuje się, że nic się nie zmieniło, wszystko jest po staremu, a
radość nie jest znów taka ogromna. W marzeniach finał wydaje się dużo istotniejszy. Do-
piero kiedy go osiągniemy, okazuje się, że w gruncie rzeczy ważniejsze jest, żeby mieć cel,
niż żeby go osiągnąć.

K.W.– Messner

25

 w jednej ze swoich książek pisze, że zwycięskich wspinaczy ogarnia błogie

rozleniwienie, nieodparta chęć pozostania na szczycie. Uznaliśmy to za chwyt  czysto re-
klamowy. My chcieliśmy raczej zwiewać stąd jak najszybciej. Zrobić to, co trzeba, i scho-
dzić. Sukces w alpinizmie wygląda dziś zupełnie inaczej niż pięćdziesiąt lat temu. Zimowe
wejście na Everest nie było już tylko sprawdzianem naszych możliwości. Było rozwiąza-

                                                     

23

 John Hunt, „Zdobycie...”

24

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

25

 Reinhold Messner – jeden z najwybitniejszych współczesnych himalaistów. Dokonał wejść na dziesięć

ośmiotysięczników, a ponadto zdobył samotnie Nanga Parbat (wys. 8125 m) i Everest, na który wszedł jako
pierwszy w porze monsunowej.

background image

45

niem poważnego problemu sportowego, pokonaniem bariery, którą wielu uważało za nie-
przekraczalną.

L.C.– Na szczycie wystawał spod lodu czubek triangula wyniesionego przez chińskich alpini-

stów w 1975 roku. Znalazłem tam tragiczną w swojej wymowie kartkę: „For a good time
call Pat Rucker 274 – 2602 Anchorage, Alaska, USA”. Jej autor nie doniósł swojego suk-
cesu do bazy, zmarł z wycieńczenia w noc po wejściu na szczyt. Podobny los spotkał na-
stępnego ranka jego towarzyszkę, Hannelore Schmatz.

K.W.– Zdjęliśmy butle i plecaki. Zakręciliśmy tlen – mieliśmy go jeszcze na dobre półtorej

godziny. Leszek wyjął radiotelefon i nawiązał łączność z „dwójką”, gdzie siedzieli Zawada
i Heinrich.

L.C.– Nacisnąłem przycisk radiotelefonu i wciąż jeszcze ciężko dysząc zacząłem ich wywo-

ływać:  –  Halo,  baza,  halo,  dwójka,  czy  nas  słyszycie.  Odbiór.  –  Po  chwili  „klimek”  za-
skrzypiał, wydobył się z niego nerwowy głos Zawady: „Halo, dwójka, halo, dwójka, sły-
szymy, gdzie jesteście?” Gdzie jesteśmy, dobre pytanie! – Jak myślisz? – „Klimek” znów
zaskrzypiał. Zawada mówił coś, ale my nie mogliśmy go zrozumieć. – Czy nas słyszycie –
powtórzyłem. – Czy nas słyszycie. Odbiór. – „Nie słyszę. Gdzie jesteście, gdzie jesteście.
Powtórz. Odbiór”. – Na szczycie – wyrwał się Krzysiek – na szczycie, zimą, wasza to za-
sługa. – „Hurra, hurra” – z „dwójki” słychać było dzikie wrzaski radości. – „Są na szczy-
cie, halo, baza, są na szczycie, hurra, całujemy was, hurra, rekord świata!” – Cieszymy się
bardzo – Krzysiek znów dorwał się do mikrofonu. – To dzięki wam! Dzięki wam – krzy-
czał z trudem opanowując dyszenie. – Dzięki wszystkim w bazie,  w Katmandu, w kraju,
my mogliśmy wejść. Sukces jest wspólny, wspólny! – Zimno tu – nareszcie dorwałem się
do głosu – wieje jak cholera, strasznie ciężko, strasznie ciężko. Naprawdę, gdyby to nie był
Everest,  to  chybabyśmy  nie  weszli.  –  Trudny  odcinek  –  Krzysiek  wpadł  mi  w  słowo  –
między południowym wierzchołkiem a szczytem. Robiliśmy półtorej godziny. – Straszne
nawisy – mówiłem dalej. – Bardzo się boimy zejścia. Będziemy bardzo uważać, ale mamy,
mamy Everest zimą!

K.W.– Wyłączyliśmy radiotelefon i zabraliśmy się do roboty. Najpierw wyciągnęliśmy flagi.

Próbowałem zrobić zdjęcie  Leszkowi  trzymającemu  je  na  szczycie.  Obaj  mieliśmy  ener-
dowskie aparaciki „certo”, bo były najlżejsze i najłatwiej było je nosić. Przez to lenistwo
mamy tylko jedno jako tako udane zdjęcie ze szczytu – a zrobiliśmy chyba ze dwadzieścia
klatek. Migawki zamarzły nam na kamień i tylko raz jedna odpuściła. Potem zawiesiliśmy
na triangulu różaniec oraz krzyżyk od matki Staszka Latałły – naszego kolegi, który zginął
w  siedemdziesiątym  czwartym  podczas  wyprawy  na  Lhotse  –  i  włożyliśmy  do  schowka
kartkę  z  napisem:  „Polish  Winter  Expedition”.  Chcieliśmy  już  odchodzić,  kiedy  przypo-
mnieliśmy sobie o minimalnym termometrze. Zawiesiliśmy go na triangulu, żeby następni,
którzy tu wejdą, mogli sprawdzić, jaka była w międzyczasie najniższa temperatura. Na ko-
niec Leszek poszedł zbierać kamyki, a ja włożyłem do specjalnych plastikowych torebek
parę garści śniegu dla naukowców. Przed zejściem jeszcze raz połączyliśmy się z „dwój-
ką”.

L.C.–  Dokładnie  pięć  po  trzeciej  zaczęliśmy  schodzić.  Obiecaliśmy,  że  połączymy  się  za

półtorej do dwóch godzin – jak tylko dojdziemy do wierzchołka południowego. Z początku
szło się bardzo łatwo. Trudności zaczęły się dopiero przy „Stopniu Hillary’ego”. Zastana-
wiałem się, czy nie użyć tu liny, żeby się nawzajem asekurować, ale Krzysiek, który jak
zwykle ruszył pierwszy, wszedł już w „Stopień”. Zresztą asekuracja zabrałaby nam mnó-
stwo czasu. Schodziliśmy ostrożnie. Szliśmy tyłem, krok za krokiem, rąbiąc w firnie miej-
sce na wbicie czekana. Kiedy stylisto zagłębiło się w śniegu, chwytaliśmy oburącz głowicę
i spuszczaliśmy powoli nogi, starając się wyczuć w miarę pewne stopnie.

K.W.– Miałem już tak obolałe stopy, że po prostu nie byłem w stanie utrzymać się na stro-

mym stoku. Musiałem podrąbywać stopnie, a to dodatkowo zwalniało nasze i tak żółwie

background image

46

tempo. Mieliśmy jeszcze tlen, ale na ostro opadającej drodze maska co chwila podjeżdżała
do góry i oddychaliśmy normalnym, nie wzbogaconym powietrzem.

L.C.– Zerwał się potworny wiatr. Nasze ruchy stawały się coraz powolniejsze. Na maleńkiej

przełęczce, pod wierzchołkiem, skończył się nam tlen. Zatrzymaliśmy się na chwilę. Zdję-
liśmy plecaki, specjalnie przyniesionymi kluczami odkręciliśmy reduktory, które były tak
cenne, że musieliśmy je zabrać, wyrzuciliśmy butle, i nasze plecaki stały się o kilka kilo-
gramów lżejsze. Teraz nie mieliśmy już prawie żadnego bagażu.

K.W.– Kiedy doszliśmy do wierzchołka południowego, nawet nie pomyśleliśmy o tym, żeby

połączyć się z „dwójkę”. Szkoda nam było tych paru minut. Zresztą, co mieliśmy powie-
dzieć naszym kolegom w bazie – że nie wiemy, czy uda nam się zejść? Właśnie teraz za-
czynał się wyścig z czasem, którego stawką mogło być nasze życie.

Tuż za wierzchołkiem straciłem wzrok. Przez długą chwilę widziałem tylko białe pla-

my. Żadnych kształtów, proporcji, barw. Przede mną stanęła biała, nieprzenikniona ściana.
Straciłem  poczucie  czasu  i  kierunku.  Przypomniałem  sobie  o  okularach,  które  zdjąłem
jeszcze  w  czasie  podejścia,  bo  co  chwila  zachodziły  mi  parą.  Założyłem  je  i  przez  jakiś
czas stałem zupełnie bezradny na pokrytym osypującym się śniegiem stromym stoku. Ba-
łem się ruszyć. Kurczowo chwyciłem głowicę czekana i czekałem,  aż  odpoczywające  za
szkłem oczy znów zaczną widzieć.

L.C.–  Kiedy  skręcaliśmy  z  grani  na  stok,  robiło  się  już  szarawo,  ale  w  odległości  jakichś

pięćdziesięciu metrów zobaczyliśmy siedzącą na śniegu sylwetkę. Tylko do tego miejsca
starczyło sił Hannelore Schmatz... Pytali nas potem, czy nas to nie przestraszyło. Dzienni-
karze, szczególnie ci ambitniejsi, chcieli wiedzieć, co wtedy myśleliśmy. A my po prostu
nie  myśleliśmy  nic.  Przy  pewnym  poziomie  zmęczenia  walczący  o  życie  człowiek  traci
wszelką skłonność do filozofowania. Bierze rzeczy takimi, jakimi są. Refleksje, rozmyśla-
nia, uogólnienia przychodzą później, w domowym fotelu, a nie tam, na szczycie.

K.W.– Zacząłem już mieć wątpliwości, czy uda mi się zejść. Była szósta. Robiło się ciemno,

a my mieliśmy przed sobą jeszcze szmat drogi. Schodziłem z wielkim trudem. Na stromym
stoku cały ciężar ciała spoczywał na odmrożonych, krwawiących, coraz bardziej bolących
palcach. Próbowałem iść bokiem, ale wtedy bardzo łatwo się potknąć. Byłem już tak zmę-
czony, że na pewno nie zdołałbym wyhamować i każdy upadek kosztowałby mnie życie.
Starałem  się  iść  przodem.  Co  kilka  kroków  musiałem  przystawać,  żeby  choć  na  chwilę
zmniejszyć potworny, otępiający ból w palcach. Wiedziałem, że opóźniam marsz. Leszek
co chwila musiał zwalniać, żeby nie zostawić mnie za daleko w tyle. W ten sposób zmniej-
szały się też i jego szanse na szczęśliwe dotarcie do Przełęczy.

L.C.– Skręciliśmy z grani i weszliśmy w trawers. Nagle przed oczami zaczęły mi latać czar-

no-czerwone plamy, a biały, lśniący stok rozmył się gdzieś w oddali. Przez chwilę stałem
zupełnie otumaniony. Traciłem wzrok. Wielogodzinny wysiłek i brak tlenu zaczęły dawać
o sobie znać. Przemknęło mi przez myśl, że może jednak trzeba było zabrać znalezioną po
drodze na pół wyczerpaną butlę. Teraz wszystko zależało od oczu. Nie widząc drogi przed
sobą, nie miałem żadnych szans. Jeżeli tego dnia miałem w oczach widmo śmierci, to nie
na widok zamarzniętej Hannelore Schmatz, ale właśnie teraz – stojąc bezradnie na stokach
Everestu.

Trwało to krótko – może trzydzieści sekund, może pięć minut. Nie wiem, zresztą to nie

jest istotne. Kiedy odzyskałem wzrok, kiedy znów zobaczyłem własne okryte grubymi rę-
kawicami dłonie i uzbrojone w raki stopy, czułem się, jakbym obudził się z jakiegoś kosz-
marnego snu. Znów miałem szansę i mogłem walczyć.

K.W.– Trawers był stosunkowo łatwy, ale zrobiło się już zupełnie ciemno i szliśmy niemal po

omacku. Latarki były prawie wyczerpane – ich światło sięgało najwyżej na metr. W górach
metr to nie jest odległość. Żeby w miarę rozsądnie wybierać trasę, trzeba widzieć na dzie-
sięć, sto, pięćset metrów.

background image

47

Zostałem sporo w tyle. Chwilami traciłem Leszka z oczu. Często musiałem przystawać

i szukać na stoku śladów jego raków. Było to trudne i męczące.

L.C.– Najbardziej bałem się, że zgubimy drogę i nie znajdziemy wejścia do kuluaru. Za dnia

nie sprawiłoby nam to żadnego kłopotu, ale teraz, przy minimalnej widoczności, szanse na
trafienie we właściwe miejsce wydawały mi się bardzo małe. Do dziś nie wiem, jak to się
stało, ale w pewnym momencie zauważyłem po prostu, że już wchodzę w ten wymarzony
kuluar. Przez chwilę wydawało mi się, że jesteśmy uratowani.

K.W.– Kiedy znalazłem się w kuluarze, wiedziałem, że teraz wszystko zależy tylko od mojej

kondycji  i  od  tego,  na  ile  będę  w  stanie  wydobyć  ukryte  jeszcze  w  mięśniach  rezerwy.
Właściwie nie miałem już sił. W takich momentach człowieka nie  niesie już siła mięśni,
lecz wola – ogromna wola przetrwania. Wpada się w trans, który powoduje, że ruchy stają
się automatyczne. Dzięki temu zaoszczędza się mnóstwo energii, którą normalnie pochła-
nia myślenie.

W kuluarze znów zrobiło się bardzo stromo. Nie mogłem już schodzić przodem, bo pal-

ce bolały mnie tak, że chybabym zwariował. Zresztą nogi też by mnie pewnie za długo nie
utrzymały. Wbijałem czekan z całej siły, chwytałem go oburącz,  obsuwałem nogi, wyry-
wałem czekan, wbijałem nieco niżej, znów zsuwałem nogi. Posuwałem się w żółwim tem-
pie, ale wydawało mi się, że jest to dla mnie jedyny ratunek. Będę szedł nie wiem jak dłu-
go – powiedziałem sobie – ale w końcu dojdę, muszę dojść.

Wydawało mi się, że nie mam prawa zatrzymywać Leszka. Mógł iść dużo szybciej niż

ja, a ciągłe zwalnianie tempa tylko go dodatkowo osłabiało. Krzyknąłem mu, żeby szedł i
nie oglądał się na mnie.

L.C.– Zacząłem się już bać, czy będzie namiot, czy go w ciągu dnia nie porwało – od tego

zależało  przecież  nasze  życie.  Wychodząc  rano  zostawiliśmy  w  nim  kilka  butli.  Miałem
nadzieję, że ich ciężar utrzymał namiot na Przełęczy. Dochodząc na miejsce zacząłem się
zastanawiać, co zrobimy, jeżeli się okaże, że namiotu jednak nie ma, i muszę powiedzieć,
że nic rozsądnego nie udało mi się wymyślić.

K.W.–  Szedłem  równym,  ale  bardzo  wolnym  tempem.  Postawiłem  na  ostrożność,  bo  wie-

działem,  że  na  samo  dojście  powinno  wystarczyć  mi  sił.  Wiedziałem  też,  że  jeden  nie-
ostrożny ruch może kosztować mnie życie.

Szedłem wolniej, więc zostałem w tyle, ale odległość między Leszkiem a mną nie była

na razie znaczna. Najwięcej czasu straciłem na seraku. Zszedłem za nisko i nie miałem już
sił, żeby się wycofać. Zmarnowałem tam co najmniej pół godziny. Zrobiło się tak stromo,
że nie mogłem schodzić, więc po prostu usiadłem, zaparłem się rakami i zjeżdżałem ka-
wałeczek po kawałeczku.

L.C.– Nagle, z odległości kilkunastu metrów, zobaczyłem majaczące w ciemnościach sylwet-

ki dwóch wypełnionych śniegiem namiotów dawnego obozu niemieckiego. Obok nich stał
niewidoczny  na  razie,  ratujący  życie  Omnipotent!  Jeszcze  parę  metrów,  jeszcze  jeden,
dwa, trzy kroki. Już nie mam sił. Wymęczone nogi stają niepewnie, potykają się. Leżę, nie
mam  tchu.  Podnoszę  się.  „Jeszcze  kilka  kroków,  muszę  się  podnieść”.  Przechodzę  parę
metrów i znów leżę. Namiot jest tuż-tuż. W namiocie jest ratunek. Idę jak pijany, ale już
wiem, że starczy mi sił, że dojdę.

Wczołguję się do środka. Nogi  zostają  na  zewnątrz.  Leżę  prawie  bez  czucia.  Trwa  to

dobrą chwilę. Oddech trochę się uspokaja, ale siły wracają bardzo wolno. Każdy najmniej-
szy nawet ruch wydaje się ogromnym, atletycznym wysiłkiem. Po chwili zdobywam się na
odpięcie raków. Zostawiam je na zewnątrz. Wciągam nogi, zapinam namiot. Znów leżę i
ciężko  dyszę.  Zapalam  maszynkę.  Niedługo  zrobi  się  cieplej.  Całkiem  ciepło.  Płomyk
grzeje i świeci. Jestem w śpiworze. Już dobrze. Wolniutko, niemal niezauważalnie zaczy-
nam  się  rozgrzewać.  Teraz  już  mogę  się  rozprężyć.  Zwyciężyłem.  Zwyciężyliśmy.  Za

background image

48

chwilę  przyjdzie  Krzysiek.  Czy  przyjdzie?  Przyjdzie  na  pewno.  Jestem  o  niego  jakoś
dziwnie spokojny. Zaraz powinien tu być.

K.W.– Zszedłem z seraka i zacząłem się rozglądać. Widziałem kontury Przełęczy, widziałem

wzniesienie w stronę grani Lhotse, ale nie widziałem namiotu. Zgłupiałem zupełnie. Gdzie
jest namiot? Nie wiedziałem, czy mam iść w prawo czy w lewo. Przypomniałem sobie, że
namiot stoi na łagodnym zboczu lekko opadającym w stronę Kotła. Niepewnie ruszyłem w
tamtą stronę.

L.C.– Ogarnia mnie rozleniwienie, a właściwie bezgraniczna niemoc. Jestem, leżę i nie mam

sił na nic więcej. Ale przecież tam na dole, w „dwójce”, w „trójce”,  w bazie jeszcze nie
wiedzą, że przeżyliśmy, jeszcze się o nas denerwują. Znam to uczucie i te bezradne pyta-
nia: Czy starczy im sił? Czy aby nie zgubili drogi? Czy jeszcze żyją? Czy za ten sukces nie
przyjdzie im aby zapłacić zbyt wielkiej ceny? – Znam tę bezsilność ludzi, którzy siedzą w
swoich namiotach kilkaset czy kilka tysięcy metrów niżej i gotowi są zrobić wszystko, że-
by pomóc. Tylko że nic nie mogą. Mogą tylko czekać na wiadomość.

Wyciągnąłem  „klimka”  i  nawiązałem  łączność  z  bazą,  ale  choć  bardzo  chciałem  po-

dzielić się z nimi naszą radością, nie byłem w stanie zdobyć się na dłuższą rozmowę. Po-
wiedziałem  tylko,  że  jestem  już  w  namiocie,  że  Krzysiek  dochodzi,  i  że  połączymy  się
jeszcze raz, jak tylko tu przyjdzie.

K.W.– Kiedy już byłem blisko namiotu i wiedziałem, że jestem uratowany, zacząłem znów

myśleć  o  moich  stopach.  Były  teraz  najważniejsze.  Wiedziałem,  że  mogę  jeszcze  wiele
zrobić, żeby uniknąć amputacji.

L.C.– Powoli wracam do siebie. Włączam drugą maszynkę i podgrzewam przygotowaną rano

herbatę. Sączę ją łyk po łyku. Rozgrzewam się od wewnątrz. Już mi lepiej. Trudno uwie-
rzyć, że kilka łyków zwykłej herbaty może pomóc aż tak. Wypijam połowę, a resztę wle-
wam do termosu i zostawiam dla Krzyśka.

Od rana nic nie jadłem, ale nie jestem głodny. Wiem, że powinienem coś zjeść, ale nie

chce mi się nic gotować. Mamy jeszcze w namiocie butlę z resztką tlenu. Męczę się z nią
dość długo. W końcu wszystko jest gotowe i mogę sobie trochę pooddychać.

Gdzieś niedaleko słyszę zgrzytanie raków. To może być tylko Krzysiek.

K.W.– W namiocie jest cieplutko. Leszek, który już trochę odpoczął, daje mi wspaniałej, go-

rącej herbaty i zabiera się do gotowania zupy. Zdejmuję buty i wyciągam nogi nad wolną
maszynką. Powinienem połączyć się z bazą, ale nogi wydają mi się ważniejsze. Siedzę z
kolanami pod brodą, trzymając stopy nad ogniem. Całą swoją wolę skupiam na tym, żeby
nie zasnąć. Boję się, że spalę namiot i przyjdzie nam nocować pod gołym niebem.

Zupa już jest gotowa, ale jakoś nie mogę jej w siebie wmusić – Leszek zresztą też. Zja-

damy  najwyżej  po  dwie  łyżki.  Widzę  tylko  płomień  maszynki  i  grzejące  się  nad  nim
sztywne,  zimne  jak  lód  stopy.  Co  chwila  przysypiam,  budzę  się  z  przerażeniem,  przez
moment udaje mi się czuwać, a potem oczy same się zamykają, świadomość ucieka, zapa-
dam w czarną otchłań.

Po dwóch godzinach czucie w stopach zaczyna wracać. Widzę już, że obejdzie się bez

większych amputacji, więc włażę do śpiwora i postanawiam zdrzemnąć się. Na dworze ro-
bi się już szaro, kiedy w końcu po wielu godzinach czujnego drzemania udaje mi się za-
snąć.

Rano nogi mam tak spuchnięte, że z trudem wciskam je w buty. Dobry znak – myślę –

puchną, czyli żyją.

L.C.– Obudziłem się trochę wypoczęty, ale za to potwornie otumaniony. Było mi dobrze. W

namiocie zrobiło się ciepło, nie czułem pragnienia ani głodu. Ogarnęło mnie niewiarygod-
ne rozleniwienie. Najchętniej leżałbym tak i leżał bez końca. Znałem to uczucie z licznych
opisów. Kończyła się już druga doba naszego pobytu na ośmiotysięcznej wysokości. Mój
stan  był  efektem  zmęczenia  i  narastającego  głodu  tlenowego.  Zdarzało  się,  że  alpiniści,

background image

49

którzy popadli w taki letarg, nie mogli się zdobyć nawet na zejście do niższego obozu. Zo-
stawali na górze skazując się na powolną śmierć z wycieńczenia lub zimna.

Na szczęście miałem jeszcze dość świadomości i woli życia, żeby przemóc się, wstać,

przypiąć  raki  i  wyjść  na  dwór.  Narąbałem  lodu,  znalazłem  butan,  poszukałem  jedzenia,
chociaż nie mieliśmy na nie ochoty. Już się rozkręciłem, już chciałem iść w dół. Uciekać
stąd jak najszybciej.

K.W.– O wpół do dziesiątej połączyliśmy się z bazą. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Powiedzieli-

śmy, że wczoraj nie mieliśmy siły na drugą łączność, że już wstaliśmy, czujemy się dobrze
i  niedługo  będziemy  zbierali  się  do  schodzenia.  Przedtem  musieliśmy  spakować  rzeczy,
które trzeba było znieść, złożyć namiot, upchać go w którymś z plecaków. Wszyscy radzili
nam, żebyśmy zostawili namiot, ale wydawał nam się zbyt cenny – kosztował trzysta pięć-
dziesiąt dolarów i nie było takiego drugiego w Polsce.

L.C.–  Wyszliśmy  o  wpół  do  dwunastej.  Czuliśmy  się  okropnie.  Było  strasznie  zimno,  wiał

silny porywisty wiatr. Na szczęście dość szybko udało nam się złapać swój rytm, więc już
przed drugą dobrnęliśmy do „trójki”.

K.W.– Dla mnie to znów była katorga. Spuchnięte, odżywające już stopy bolały mnie dużo

bardziej niż wczoraj. Na poręczówkach, nawet w najmniej stromych miejscach, musiałem
zakładać zjazd i iść tyłem, żeby jak najmniej obciążać palce.

L.C.– W „trójce” czekali na nas Cielecki z Pawlikowskim i dwóch Szerpów, którzy rano do-

szli z „dwójki”. Ich radość, wielka, szczera, spontaniczna radość starczyłaby dla okupienia
całego naszego wysiłku, cierpień, zmagań ze sobą i z pogarszającą się pogodą. Dopiero te-
raz zrozumieliśmy, że byliśmy tam – na Górze Świata.

Mieli już oczywiście gotową, zrobioną specjalnie dla nas herbatę. Krzysiek, który miał

coraz większe kłopoty z nogami, przyszedł prawie pół godziny po mnie. Napił się, wmusił
w siebie parę łyżek zupy i ruszyliśmy w dalszą drogę do „dwójki”.

Znów byliśmy wśród swoich i nikt oprócz nas nie zrozumie, z jak daleka do nich wró-

ciliśmy.

background image

50

Kalendarium wyprawy Everest ’80

25 XII 1977 – wystąpienie do władz Nepalu o zgodę na wyprawę zimową na Mount Eve-
rest;
22 XI 1979 – otrzymanie oficjalnego pozwolenia na działalność w okresie 1 XII 1979 – 29
II 1980;
2 – 19 XII 1979 – odlot kolejnych grup i bagażu do Katmandu;
15 – 26 XII 1979 – przelot uczestników i bagażu do Lukli;
23 XII 1979 – rusza pierwsza część karawany;
31 XII 1979 – pierwsza część karawany dochodzi do bazy na lodowcu Khumbu (5350 m);
1 – 4 I 1980 – porządkowanie ładunków i urządzanie bazy;
5 I 1980 – pierwsza grupa rusza do góry poręczować Ice Fall;
8  I  1980  –  założenie  obozu  I  (6050  m)  przez  ośmioosobowy  zespół  pod  kierownictwem
Andrzeja Heinricha;
9 I 1980 – ta sama grupa zakłada obóz II w Kotle Zachodnim (6500 m);
15 I 1980 – założenie obozu III (7150 m) przez zespół: Ryszard Gajewski, Maciej Pawli-
kowski i Krzysztof Żurek;
21 I 1980 – pierwsza próba założenia obozu IV przez zespół: Leszek Cichy, Andrzej Hein-
rich, Jan Holnicki i Krzysztof Wielicki. Osiągnięta wysokość – 7850 m;
22 I 1980 – wypadek Krzysztofa Żurka w czasie drugiej próby dojścia na miejsce obozu
IV;
22 I – 7 II 1980 – okres bardzo silnych wiatrów. Kolejne próby wejścia powyżej obozu II
kończą się niepowodzeniem. Obóz III ulega zniszczeniu;
8 II – 10 II 1980 – wyjścia z bazy do góry kolejnych zespołów;
11 II 1980 – założenie obozu IV na Przełęczy Południowej (7986 m) przez zespół: Leszek
Cichy, Walenty Fiut i Krzysztof Wielicki;
13  II  1980  –  Przełęcz  Południową  osiągają  Andrzej  Zawada  i  Ryszard  Szafirski,  którzy
kończą zakładanie obozu IV;
14 II 1980 – Ryszard Szafirski podchodzi do wysokości 8150 m i pozostawia tam butle z
tlenem.  Podczas  zejścia  z  obozu  IV  do  III  Andrzej  Zawada  gubi  drogę.  Leszek  Cichy  i
Krzysztof Wielicki wychodzę o godzinie dziesiątej wieczorem z obozu III i pomagają zejść
Andrzejowi Zawadzie. Do obozu IV dochodzą Andrzej Heinrich z Szerpą Pasangiem Nor-
bu;
15 II 1980 – Andrzej Heinrich i Pasang podchodzą bez tlenu do 8300 m i wracają do obozu
II;
16 II 1980 – do obozu IV docierają Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki;
17 II 1980 – Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki wyruszają z obozu IV o godzinie siódmej
rano. Warunki bardzo ciężkie – wiatr, mróz, pochmurno. O godzinie czternastej dwadzie-
ścia pięć czasu miejscowego osiągają szczyt. Schodzą na Przełęcz Południową o godzinie
dwudziestej pierwszej – trzy godziny po zachodzie słońca;
19 II 1980 – wszyscy w bazie;
22 II 1980 – początek karawany powrotnej;
26 II 1980 – przelot z Lukli do Katmandu;
7 III 1980 – powrót do Polski.

background image

51

ŹRÓDŁA

część II

background image

52

Zmierzyć się z mitem

J.Ż.– Nieobecność Krzyśka pomieszała mi trochę szyki, ale myślę, że skoro już udało nam się

spotkać,  powinniśmy  mimo  wszystko  jakoś  tę  okazję  wykorzystać.  Jedyne,  co  możemy
zrobić,  to  porozmawiać  o  tobie.  Chciałbym,  żebyśmy  posługując  się  twoim  życiorysem,
spróbowali  prześledzić  proces  kształtowania  się  postaw,  które  decydują  o  powodzeniu  –
nie tylko w alpinizmie, ale w ogóle w życiu. Żeby dotrzeć do źródeł, musimy pogrzebać
trochę w twoim dzieciństwie – nawet tym bardzo wczesnym, które dość słabo pamiętasz.

L.C.–  Rzeczywiście,  z  dzieciństwa  pamiętam  niewiele  –  tylko  jakieś  epizody,  krótkie,  wy-

rwane z kontekstu scenki. Urodziłem się pod Warszawą. Moja mama pracowała na kolei w
Pruszkowie. Jeszcze przed ślubem dostała tam mieszkanie, w którym z nią i rodzeństwem
spędziłem  pierwsze  osiem  lat  życia.  Przez  te  wszystkie  lata  ojciec  mieszkał  z  babką  na
Wawrzyszewie. Mieli tam kawałek ziemi i prowadzili małe gospodarstwo – krowa, kury,
trochę zboża – z którego babka nie chciała zrezygnować. Była już dobrze po osiemdzie-
siątce, więc ojciec musiał się nią bez przerwy opiekować, a do nas dojeżdżał tylko raz albo
dwa razy w tygodniu.

Taka  półseparacja  trwała  ładne  parę  lat.  W  końcu  rodzice  postanowili,  że  trzeba  to

zmienić,  i  zdecydowali  się  przenieść  całą  rodzinę  na  Wawrzyszew.  Miałem  wtedy  dzie-
więć lat. Akurat szedłem do drugiej klasy.

Wawrzyszew  był  wówczas  podwarszawską  wioską,  chociaż  formalnie  należał  już  do

stolicy.  Nasz  dom  stał  w  środku  rozległych  pól  między  nowymi,  dopiero  wznoszonymi
osiedlami.  Budowali  już  osiedle  przy  Hucie  Warszawa,  zaczynali  Chomiczówkę,  Piaski.
Otaczali  nas  budynkami,  więc  chodziliśmy  do  coraz  bliższych,  zawsze  świeżo  oddanych
podstawówek.

Było nas czworo. Ryszard – starszy ode mnie o cztery lata – syn mamy z pierwszego

małżeństwa,  ja,  młodszy  o  dwa  lata  Wiesiek  i  najmłodsza  Romana,  która  urodziła  się  w
1956 roku.

W naszym domu zawsze było rojno i gwarnie. Ja przeważnie wodziłem rej, bo Rysiek

był od nas dużo starszy i już chodził do szkoły. Pamiętam, kiedy siostra dopiero się uro-
dziła – jeszcze była w wózku – zapaliła się kozetka, a rodziców ani Ryśka nie było akurat
w  domu.  Próbowaliśmy  ją  gasić,  ale  jakoś  nam  nie  wychodziło,  bo  zajęła  się  od  spodu.
Chyba czegoś pod nią szukaliśmy i próbowaliśmy poświecić sobie zapałką. Dokładnie tego
wszystkiego nie pamiętam. W każdym razie chwalili mnie potem, bo wyciągnąłem siostrę
z tego pokoju i wezwałem straż. Jakoś umiałem sobie poradzić. Byłem z tego bardzo dum-
ny.

Zawsze byłem długi i chudy. Kiedyś rodzice zaprowadzili mnie do lekarza, bo uważali,

że  jestem  za  szczupły.  Zbadał  mnie  uważnie,  osłuchał  i  usłyszał  jakieś  szmery  w  sercu.
Przez tego lekarza rodzice zaczęli mnie pilnować, żebym nie biegał, żebym się nie męczył,
bo bali się, że szmery mogą się pogłębić. Potem okazało się, że to był jedyny lekarz, który
je wykrył. Już nigdy nikt nic takiego u mnie nie wysłuchał, ale została zadra, która gdzieś
tam tkwiła.

W Pruszkowie wołali na mnie „Suchy”. Nie robili tego złośliwie, tylko tak, dla odróż-

nienia. Nigdy się ze mnie nie śmiali, bo byłem bardzo sprawny. Bolało mnie tylko, że nie
umiałem grać w piłkę. Zawsze wystawiali mnie na obronie. Nawet bym się tym specjalnie
nie martwił, gdyby nie to, że nie mogłem się wybiegać, bo obrońca przeważnie stoi i cze-

background image

53

ka. Raz na jakiś czas zaatakuje napastnika i znów czeka. A mnie zawsze roznosiła energia.
Aż  kipiałem,  rwałem  się  do  wysiłku.  Może  dlatego  piłka  nigdy  mnie  nie  interesowała.
Grałem, bo wszyscy grali, ale robiłem to bez przyjemności.

Zawsze interesował mnie sport. Kiedyś – pamiętam – w jakimś sklepie w Pruszkowie

zobaczyłem transmisję z Wyścigu Pokoju. Zaczęło mnie to pasjonować. Codziennie wyci-
nałem relacje z gazet, wyszukiwałem zdjęcia, mapki tras i robiłem album po trzy, cztery
strony z każdego etapu. Potem wyklejałem sobie takie albumy o różnych innych zawodach
sportowych, mistrzostwach świata, olimpiadach.

Przez  wiele  lat  marzyłem,  żeby  zostać  sprawozdawcą  sportowym.  Po  mistrzostwach

świata w Gdańsku, gdzie nasi bardzo dobrze wypadli, chciałem zostać szermierzem. To ta-
ki ładny sport, czysty, dżentelmeński, wolny od brutalności.

Nawet po latach, kiedy dostałem się na studia, chciałem zapisać się do sekcji szermier-

czej, ale magister wf zbył mnie jednym krótkim zdaniem: „No tak – powiedział – każdy
chce zapisać się do tej sekcji, której akurat nie mamy”.

Z  podstawówki  pamiętam  bardzo  mało.  Właściwie  tylko  tyle,  że  zawsze  dobrze  się

uczyłem. Przeważnie byłem na trzecim, czwartym miejscu w klasie. Miałem inne zaintere-
sowania,  więc  na  naukę  często  nie  starczało  mi  czasu,  ale  zawsze  lądowałem  w  ścisłej
czołówce. Bolało mnie tylko, że robiłem mnóstwo błędów ortograficznych. Rodzice też się
tym bardzo przejmowali. Przez jakiś czas ojciec dzień w dzień robił mi dyktanda i jakoś
się w końcu nauczyłem.

Ojciec był z zawodu ślusarzem. Jeszcze przed wojną zrobił papiery mistrzowskie, więc

kiedy osiadł w Gdyni, bez trudu znalazł dobrą pracę na holownikach. Któregoś roku poje-
chaliśmy razem do Trójmiasta. Tam, w stoczni, ojciec spotkał paru swoich starych znajo-
mych. Nie wiem, czy to powiedział, czy nie, ale tak, jakby mnie wtedy namawiał, żebym
został marynarzem albo inaczej związał się z morzem. Myślałem nawet o tym, ale wyda-
wało mi się to tak odległe, tak nierealne, że bardzo szybko się rozmyśliłem.

Nigdy  zresztą  nie  miałem  wielkich  życiowych  planów.  W  przeciwieństwie  do  moich

kolegów  nigdy  nie  marzyłem,  żeby  zostać  wielkim  aktorem  albo  sportowcem.  Wolałem
raczej być komentatorem, to wydawało mi się ciekawsze.

Ze  sprawozdawców  najbardziej  podobał  mi  się  Tomaszewski.  Ceniłem  go  za  natural-

ność,  dystynkcję,  spokój.  Zawsze  bardzo  nie  lubiłem  ludzi  nerwowych  –  takich,  którzy
przez  samą  swoją  obecność  wprowadzają  wyższą  temperaturę  i  zmuszają  wszystkich  do
wrzucania wyższego biegu. Mnie wtedy od razu ręce zaczynają się trząść. Normalnie je-
stem bardzo spokojny, ale tacy ludzie wyprowadzają mnie z równowagi. Dlatego lubiłem
tych sprawozdawców, którzy umieli przekazać informacje z dystansem.

Moje sportowe zainteresowania były dość nietypowe. Nigdy nie bawiło mnie oglądanie

meczy piłki nożnej. Do dziś zresztą mnie to nudzi. Chyba, że ranga spotkania jest wyjąt-
kowo  duża.  Bardzo  lubię  transmisje  lekkoatletyczne.  Odpowiada  mi  takie  urozmaicenie.
Na biegi, skoki, rzuty mogę patrzyć  godzinami. Bardzo lubię olimpiady. Po Tokio –  pa-
miętam – kupiłem książkę o największych sukcesach i porażkach.  Wtedy zaczynały Sze-
wińska i Kłobukowska. Szmidt zdobył swój trzeci złoty medal. Podziwiałem go za wspa-
niały upór. Za to, że mimo ciągłych kontuzji, potrafił zawsze wrócić do sportu, wznowić
treningi i w najważniejszym momencie zdobyć złoto.

Zaczytywałem  się  w  „Od  palanta  do  olimpiady”  Kusocińskiego.  Zaczęły  mnie  intere-

sować  biegi.  Sam  bardzo  lubiłem  biegać.  Fascynowały  mnie  średnie  i  długie  dystanse.
Może  wynikało  to  z  tego,  że  biegi  dłuższe  nie  mają  takiej  nerwowej  atmosfery  jak  inne
lekkoatletyczne dyscypliny. Stumetrówka to jest dziesięć sekund napięcia. Długie dystanse
tworzą cały spektakl, w którym o sukcesie decydują kondycja i taktyka. To mi się podo-
bało. Imponował mi maraton. Do dziś marzy mi się, żeby móc przynajmniej raz w życiu
wystartować na tym dystansie.

background image

54

W ogólniaku zacząłem się interesować fizyką. Szczególnie fizyką nowoczesną – teorią

względności,  budową  materii,  astrofizyką.  Kiedyś  skonstruowaliśmy  z  kolegami  lunetę.
Było to dużo trudniejsze, niż się spodziewaliśmy. Luneta powinna być zrobiona z układu
kilku soczewek – wtedy może być krótka. Dla nas to było nieosiągalne. Zrobiliśmy prosty
układ  dwóch  soczewek.  Jedna  jak  najmniejsza,  druga  –  jak  największa.  Żeby  uzyskać
czterdziesto-, pięćdziesięciokrotne powiększenie, musieliśmy mieć rurę metrowej długości,
i to taką, która nie będzie się wyginała. W żaden sposób nie mogliśmy jej zdobyć, a nie
chcieliśmy prosić nikogo o pomoc. Poszukiwania trwały kilka tygodni, aż w końcu zwró-
ciliśmy się do mojego ojca i on pomógł nam ją skonstruować. Złożyliśmy wszystko, usta-
wiliśmy, popatrzyliśmy parę razy – i zaraz nam się znudziło. Na niebie nic się nie działo.

Ogólniak  skończyłem  w  Ośrodku  Szkolno-Wychowawczym  im.  Ludowego  Lotnictwa

Polskiego. Składałem papiery gdzie indziej, ale – na moje szczęście – przesłali je właśnie
do tej szkoły. Wtedy była to nowo oddana szkoła, w której nauczycielami byli młodzi lu-
dzie, przeważnie świeżo po studiach. Nawet wychowawczyni była od nas starsza zaledwie
o  siedem  czy  osiem  lat.  Mieliśmy  własny  basen,  halę  sportową,  a  niedawno  na  naszym
boisku położyli tartan.

Przez  cały  ogólniak  trzymaliśmy  się  taką  fajną  paczką.  Czterech  chłopaków,  czterech

najlepszych w klasie. Zawsze uczyliśmy się razem i siedzieliśmy obok siebie. Dużo dys-
kutowaliśmy o filozofii, o polityce, o przyszłości. Zastanawialiśmy się wspólnie, co dalej.
Co po szkole.

To  było  nasze  zasadnicze  pytanie,  od  którego  wszystko  się  zaczynało  i  na  którym

wszystko się kończyło. Byliśmy grupką na tyle niezależnych przyjaciół, że nikt nikomu nic
nie  narzucał.  Nie  było  wśród  nas  jakiegoś  autorytetu,  który  by  resztę  za  sobą  pociągnął.
Każdy z nas poszedł na zupełnie inny kierunek studiów. Jeden skończył chemię na UW,
drugi mechanikę precyzyjną, trzeci wydział mechaniczno-technologiczny,  a ja zdałem na
fizykę, ale skończyłem coś zupełnie innego.

J.Ż.–  W  swoim  opowiadaniu  wyglądasz  na  człowieka  cholernie  poważnego,  na  naukowca

zapatrzonego  w  teorię.  Nie  ma  w  twoich  wspomnieniach  głupich  kawałów,  prywatek,
dziewczyn. Słowem: „chodząca powaga”.

L.C.– Bo ja jestem człowiekiem bardzo poważnym. W dużym stopniu wynikało to z tego, że

my – to znaczy: moje  rodzeństwo  i  ja  –  bardzo  wcześnie  musieliśmy  się  usamodzielnić.
Kiedy przeprowadziliśmy się na Wawrzyszew, mama nie chciała zmienić pracy i codzien-
nie dojeżdżała do Pruszkowa. Wychodziła z domu przed szóstą, a  wracała po piątej wie-
czorem.  Wszystkie  gospodarskie  obowiązki  spoczywały  na  nas.  Sami  dbaliśmy  o  piece,
dom, ogródek.
To nie znaczy, że nie znaliśmy nic poza nauką i pracą. Wręcz przeciwnie. Była nas w do-
mu  spora  gromadka,  więc  najróżniejszym  zabawom  nie  było  końca  –  tym  bardziej  że
przeważnie dołączała do nas grupa kolegów z bliższej i dalszej okolicy.

Za domem przebiegał rów melioracyjny, a tuż obok zaczynało się spore obniżenie tere-

nu. Po większych deszczach woda często nie zdążała spłynąć i rozlewała się na polu. Je-
sienią specjalnie zatykaliśmy ten rów i czekaliśmy, aż zrobiło się rozlewisko o powierzch-
ni przyzwoitego lodowiska. Całą zimę graliśmy tam w hokeja, a wiosną urządzaliśmy bi-
twy morskie na tratwach.

Często byliśmy sami w domu, więc kiedy pogoda się psuła, przenosiliśmy się całą wa-

tahą do środka. Kiedyś – pamiętam – spadło sporo śniegu, a my chcieliśmy natychmiast,
póki jeszcze jasno, zagrać w hokeja. Oczyszczenie lodu normalną tekturą trwałoby pewnie
z pół godziny. Nam się spieszyło. Nie chcieliśmy tracić tyle czasu. Wyjęliśmy z framugi
drzwi od pokoju i szybciutko odgarnęliśmy nimi cały śnieg. W zapale zabawy nie zauwa-
żyliśmy, co się stało. Dopiero w domu okazało się, że drzwi się porysowały, politura starła,

background image

55

że nie da się tego w żaden sposób ukryć przed rodzicami. Tylko kilka razy widziałem mo-
jego ojca tak zdenerwowanego jak wówczas.

Wychowywaliśmy się wprawdzie w Warszawie, ale było to dzieciństwo zgoła wiejskie

–  z  bieganiem  po  polach,  wiosennym  paleniem  traw  i  długimi  domowymi  wakacjami.
Właściwie brakowało nam w okolicy tylko prawdziwej, nadającej się do kąpieli wody. W
dzisiejszych ciasnych osiedlach nie ma już mowy o takich beztroskich zabawach, na jakie
mogliśmy sobie wówczas pozwolić.

W liceum przez jakiś czas trenowałem ciężary. Już wtedy bardzo wyrosłem, ale w dal-

szym  ciągu  byłem  chudy  jak  patyk.  Szwagier  kolegi  powiedział  nam,  jak  wyglądają  po-
szczególne kulturystyczne konkurencje. Na podstawie tych jego opowiadań urządziliśmy u
mnie w domu małą, prowizoryczną siłownię. Ćwiczyłem zapamiętale, ale kiedy po miesią-
cu czy dwóch wciąż nie widać było żadnych efektów, uznałem, że  najwyraźniej samymi
hantlami nie można przemienić komara w niedźwiedzia, i dałem sobie spokój.

Na rok przed maturą postanowiliśmy z bratem wybrać się autostopem do Zakopanego.

Rozbiliśmy namiot w ZSP-owskiej bazie na Cyrhli. Zaraz obok zaczynał się szlak – wtedy
nie wiedzieliśmy nawet, dokąd prowadził.

Któregoś dnia weszliśmy tym  szlakiem  na  Kopieniec.  Cały  nasz  pobyt  w  Zakopanem

trwał może pięć dni, ale po powrocie do Warszawy – autostopem, z mnóstwem przygód –
wiedziałem już, że będę się wspinał.

Trudno mi właściwie powiedzieć, skąd brała się ta pewność. Nie  wiem, czy byłem aż

tak zachwycony górami, czy aż tak zaimponowali mi taternicy. Chociaż zdaje się, że żad-
nych taterników nawet nie spotkałem.

W mojej rejonowej bibliotece znalazłem półkę z książkami o alpinizmie. Kiedy już na-

czytałem się różnych relacji, zacząłem szukać jakiegoś podręcznika alpinizmu, ale wtedy
jeszcze takiej książki nie było.

Ponieważ, jak zauważyłeś, już wtedy byłem człowiekiem bardzo poważnym, więc po-

stanowiłem, że tymczasem odłożę sprawę alpinizmu, ale gdy tylko zdam na studia, zaraz
zapiszę się do klubu i zacznę chodzić po górach. Na razie postanowiłem zabrać się do na-
uki.

Wierzyłem wtedy, że mam tej nauki strasznie dużo, że wszystko muszę opanować. Wy-

dawało nam się, że materiał jest cholerny, że program jest strasznie przeciążony. Dopiero
potem, na studiach, przekonałem się, jak dużo można zrobić w o wiele krótszym czasie.

Z maturą nie miałem kłopotów. Zaczęliśmy przygotowywać się do egzaminów na stu-

dia.  Znów  dość  dużo  robiliśmy  razem  w  tej  naszej  czwórce,  bo  wszyscy  zdawaliśmy  na
kierunki ścisłe – i w rezultacie wszyscy dostaliśmy się za pierwszym podejściem.

Po egzaminach, nie czekając nawet na wyniki, wyjechaliśmy do Łeby. Dość szybko do-

staliśmy z domów wiadomość, że trzeba wracać, bo przyszły papiery z uczelni i mamy je-
chać na praktyki robotnicze. Mnie wysłali do Sandomierza. Pracowałem w zakładzie bu-
dowlanym i nawet przez ten miesiąc nieźle zarobiłem. Dostałem ponad trzy tysiące. Dzie-
sięć lat temu to była kupa forsy. Jeszcze w liceum udzielałem jakiemuś nieukowi korepe-
tycji, ale to była sprawa dość wyjątkowa, i zarabiałem zupełne  grosze. Oczywiście dosta-
waliśmy  też  od  rodziców  kieszonkowe,  więc  od  najmłodszych  lat  każdy  z  nas  uczył  się
czymś symbolicznie gospodarzyć.

Potem, na studiach, mieliśmy z uczelni stypendia, bo ani ojciec, ani mama nie zarabiali

zbyt dużo. Umowa była taka, że my tych stypendiów nie oddawaliśmy, tylko musieliśmy z
nich  pokryć  wszystko  poza  mieszkaniem,  jedzeniem  w  domu  i  ubraniem.  Musiało  nam
starczyć na obiady w stołówkach, książki, zeszyty, przejazdy, kino.

Fizyka uniwersytecka, którą zacząłem studiować, była czymś zupełnie innym, niż to so-

bie wyobrażałem. Okazało się, że większość czasu zajmują teoretyczne wykłady z bardzo
trudną matematyką, fizyką abstrakcyjną, geometrią. Materiał był olbrzymi. Szczególnie al-

background image

56

gebra wprowadzała poziom zupełnie odbiegający od tego, do którego przygotowywała nas
szkoła. Od początku mówili nam, że to są studia bardzo trudne i niewdzięczne, bo więk-
szość z nas trafi potem do szkół, a tylko nieliczni będą mogli pracować w instytutach czy
laboratoriach.

Dość szybko przestało mi się to podobać. Często tak jest, że jak się człowiek czymś bli-

żej zainteresuje, to okazuje się, że to nie jest to. W końcu, podobnie zresztą jak blisko po-
łowa moich kolegów z roku, postanowiłem zrezygnować z fizyki.

Tym razem chciałem zdawać do Szkoły Morskiej.  Rodzice,  którzy  uznawali  moją  sa-

modzielność, nawet się temu specjalnie nie sprzeciwiali. Obeszło się bez krzyków, lamen-
tów, załamywania rąk. Cała dyskusja ograniczyła się do cierpkiego: „Skoro tak zdecydo-
wałeś...”

Wysłałem  papiery  do  Gdyni  i  niebawem  dostałem  do  wypełnienia  olbrzymią  ankietę.

Musiałem  zrobić  kilkadziesiąt  mniej  i  bardziej  szczegółowych  badań  lekarskich.  Od  ich
wyników  zależało,  czy  dopuszczą  mnie  do  egzaminów.  Na  szczęście  wszystkie  badania
wypadły pozytywnie.

W połowie czerwca pojechałem na  egzaminy. Przez ostatnie pół roku przygotowywa-

łem  się  do  nich  bardzo  solidnie,  więc  zdałem  leciutko,  ze  średnią  powyżej  cztery  i  pięć
dziesiątych. Wydawało mi się, że mam już indeks w kieszeni, ale okazało się, że po egza-
minach jeszcze raz będą przeprowadzali wszystkie badania. Tego bałem się najbardziej, bo
wiedziałem, że jedno oko mam sporo słabsze. W Warszawie u okulisty jakoś udało mi się
podejrzeć drugim, ale tu natychmiast wykryli te dwie dioptrie różnicy.

Po  kilku  dniach  przysłali  do  domu  wiadomość,  że  z  powodu  warunków  zdrowotnych

niestety nie mogą mnie przyjąć. Dla mnie to była wtedy prawdziwa tragedia. Próbowałem
coś załatwić przez znajomych ojca, ale okazało się, że mogą mnie przyjąć jedynie na wy-
dział intendentów albo maszynowy, ale na nawigacyjny – absolutnie nie.

Nie widziałem siebie ani w magazynach, ani w maszynowni, tylko na mostku kapitań-

skim  przy  sterze.  Chciałem  być  prawdziwym  marynarzem,  oficerem,  z  czasem  –  kapita-
nem. Nie miałem zamiaru spędzić całego życia pod pokładem.

Ponieważ zdałem tak dobrze, Szkoła zaproponowała mi pomoc przy  znalezieniu miej-

sca  na  innej  uczelni.  Najpierw  próbowałem  załatwić  coś  na  wydziale  geografii  właśnie
otwartego Uniwersytetu Gdańskiego, bo geografia wydawała się najbliższa moim zaintere-
sowaniom. Rozmawiałem nawet z prorektorem, ale okazało się, że jest już za późno i mają
nadkomplet.  Potem  próbowałem  załatwić  coś  w  Warszawie.  Na  wydziale  geografii  UW
wszystkie miejsca były zajęte, natomiast na Politechnice Warszawskiej powiedzieli mi, że
mają jeszcze sporo wolnych miejsc, i tak trafiłem na geodezję, chociaż nie bardzo jeszcze
wtedy wiedziałem, co to w ogóle jest.

Kiedy tylko zaczął się rok akademicki, zabrałem się ostro do realizacji postanowienia o

zapisaniu się do  Akademickiego  Klubu  Alpinistycznego.  Ojciec  pogodził  się  z  tym  dość
łatwo, ale mama za wszelką cenę chciała mnie od tego odwieść. Wytaczała najcięższe ar-
gumenty, ale ja z góry odrzucałem wszelką dyskusję. Wiedziałem, że nigdy jej nie przeko-
nam.

O  alpinizmie  mogę  mówić  bez  końca  i  każdego  jakoś  do  tego  przekonam.  Każdego,

oprócz moich najbliższych. Oni zawsze będą mieli przynajmniej jeden nie dający się ode-
przeć argument: „Pomyśl, ile to nas kosztuje nerwów – te twoje wyjazdy, ciągłe niebezpie-
czeństwa, ciągłe ryzyko... A gdyby ci się coś stało... Pomyśl, co my byśmy przeżyli, gdyby
ci się coś przydarzyło”.

Zajęcia  zaczęły  się  drugiego  października.  Czwartego  byłem  już  w  klubie,  bo  to  była

środa, a w gablocie stało jak wół, że zebrania odbywają się w każdą środę. Nie zastałem
oczywiście nikogo. Starsi koledzy nie wrócili jeszcze do Warszawy. Przypadkiem spotka-

background image

57

łem prezesa. Spojrzał na mnie trochę zdziwiony i powiedział grzecznie, że zebranie oczy-
wiście będzie, ale nie wcześniej niż za dwa tygodnie – jak się rok akademicki trochę rozkręci.

W końcu ogłosili zapisy. Zgłosiło się sporo osób. Była już połowa listopada, więc zaraz

zaczęły się przygotowania do tradycyjnego, wielkiego obozu na święta Bożego Narodze-
nia.

Po  raz  pierwszy  znalazłem  się  w  głębi  Tatr.  W  Morskim  Oku  było  mnóstwo  śniegu.

Chodziliśmy na długie wycieczki, a ja rwałem się do torowania drogi.  Za drugim podej-
ściem udało nam się przekopać na Żabią Czubę. Zrobiło to już na mnie pewne wrażenie.
Na  zakończenie  obozu  postanowiono  zabrać  najlepszych  nowicjuszy  na  Mnicha.  Poszli-
śmy we czwórkę: Krzysiek Ulanicki, Mirek Dąbrowski, koleżanka z kursu i ja. Zrobiliśmy
dość łatwą trójkową drogę

26

, ale najadłem się przy tym strachu, bo wszystko było obsypa-

ne  śniegiem,  który  musieliśmy  zgarniać,  żeby  nie  obsunął  się  razem  z  nami.  W  końcu
zmordowani, ale szczęśliwi weszliśmy na szczyt. To była moja pierwsza prawdziwa wspi-
naczka. Bardzo mi się to podobało, chociaż kiedy sobie przypomnę, jaki mieliśmy wtedy
sprzęt, to włosy mi się na głowie jeżą...

Odpowiadała mi taka forma przebywania na świeżym powietrzu, bo dawała możliwość

zdrowego, fizycznego zmęczenia. Poza tym z samej wspinaczki czerpałem mnóstwo satys-
fakcji. Były takie miejsca, które moi starsi koledzy przeszli jak burza, a ja męczyłem się,
męczyłem, w żaden sposób nie mogłem znaleźć drogi. Połechtało to moją ambicję – skoro
oni mogą, to ja też powinienem sobie poradzić.

Spodobała mi się niemal familijna atmosfera małego klubu, w którym wszyscy się do-

brze znali i przeważnie lubili, ale oczywiście najbardziej zachwyciły mnie Tatry. Piękne,
imponujące, ze wspaniałymi przewyższeniami w okolicach Morskiego Oka. Odpowiadała
mi sama specyfika wysiłku. Do dziś pamiętam to torowanie w głębokim, puszystym śnie-
gu.  Pamiętam  zmęczenie,  które  czuliśmy  po  powrocie  do  schroniska,  i  dumę,  która  nas
rozpierała, bo doszliśmy do jakiegoś miejsca i wydawało nam się, że to już wielki sukces,
że na te warunki, to bardzo daleko.

Podobał mi się nastrój schroniska. Specyficzna atmosfera, której nigdzie indziej się nie

spotka – atmosfera wspólnoty, solidarności, niemal komuny w warunkach surowego, gór-
skiego życia.

Alpinizm  wydał  mi  się  sportem,  w  którym  można  się  bez  końca  doskonalić.  Można

przechodzić coraz trudniejsze drogi, coraz bardziej  skomplikowane  warianty.  Zafascyno-
wał mnie lęk, który z początku czułem. Na tej pierwszej wspinaczce, pod sam koniec, był
taki blok szczytowy, zupełnie eksponowany

27

, na który trzeba się było niemal wczołgać po

bardzo marnych, ośnieżonych, śliskich chwytach.

Przedtem bardzo dużo czytałem o taternictwie i muszę powiedzieć, że już na tym pierw-

szym obozie spełniły się moje oczekiwania. Znalazłem tu to, czego się spodziewałem po
przeczytaniu pewnej ilości książek. Potem każdy obudowuje to w  różne teorie, ale z po-
czątku jest to po prostu kwestia zainteresowania samą wspinaczką jako konkurencją spor-
tową. Chodzeniem po pionowej ścianie, w dużej ekspozycji, przy pewnym ryzyku. Po tym
pierwszym wejściu byłem bardzo dumny, bardzo szczęśliwy, że właśnie mnie na tę drogę
zabrali i że tam wszedłem.

Bałem się, ale ten strach mi pomógł, bo poganiał mnie, zmuszał do działania. Koledzy

mówili: „Nie spiesz się, spokojnie, zobacz, gdzie masz stopnie, gdzie chwyty”, a ja chcia-
łem zrobić to przejście jak najszybciej. Byłem asekurowany z góry i z dołu, więc nie mia-
łem żadnych racjonalnych powodów, żeby się bać. Czułem tylko  atawistyczny lęk  przed
ekspozycją, lęk, z którym trzeba się oswoić. Nawet po wielu latach wspinaczki, na począt-

                                                     

26

 Trójkowa droga – droga trudna. W sześciostopniowej skali trudności dróg skalnych wyróżnia się: nieco trudno

(I), dość trudno (II), trudno (III), bardzo trudno (IV), nadzwyczaj trudno (V) i skrajnie trudno (VI).

27

 Ekspozycja – przepaścistość.

background image

58

ku każdego sezonu, ekspozycja robi jednak spore wrażenie. Przeważnie musi upłynąć kilka
dni, zanim się człowiek do niej przyzwyczai, zanim o niej zapomni i zacznie się czuć w
ścianie tak jak na ulicy.

Po powrocie z obozu ani przez chwilę nie pomyślałem, żeby się wycofać. Wpadłem już

w nurt i płynąłem z prądem. Najpierw musiałem skończyć kurs teoretyczny i zaliczyć zaję-
cia  na  bunkrach  pod  Warszawą.  Z  początku  traktowałem  te  wyjazdy  jako  możliwość  fi-
zycznego  zmęczenia  się,  wyrobienia  kondycji,  mięśni.  Potem  pojechałem  na  kurs  prak-
tyczny w skałki koło Zawiercia. Była to dla mnie wielka frajda. Można było zrobić sporo
dróg kształcących technikę, piętrzących trudności i pozwalających zdobyć wyczucie skały.
Co najważniejsze, wszystko to robiło się niemal bez ryzyka – przy doskonałej, stałej, gór-
nej asekuracji. Dzięki niej można było porywać się na miejsca znacznie trudniejsze niż te,
które zrobiłoby się w Tatrach. Odpadało się, zjeżdżało na linie, próbowało się jeszcze raz,
drugi, trzeci, aż w końcu jakoś się przechodziło.

W skałkach można sobie dość szybko wyrobić doskonałą technikę, ale między tym, co

robi  się  tam,  a  wspinaczką  tatrzańską  istnieje  przepaść  wynikająca  nie  tyle  z  trudności
technicznych,  co  ze  skali.  W  skałkach  po  przejściu  dwudziesto-,  trzydziesto-,  czterdzie-
stometrowej drogi można sobie odpocząć i dopiero zabierać się do następnej. W Tatrach
najpoważniejsze  trudności  zaczynają  się  zazwyczaj  pod  koniec  długiej,  często  wielogo-
dzinnej wspinaczki. Kiedy dłonie już są obolałe, a mięśnie zmęczone, trzeba się zdobyć na
największy końcowy wysiłek. Myślę, że jest to przyczyna, dla której tak wielu wyśmieni-
tych skałkowców, którzy do perfekcji opanowali  technikę  skalną,  rzadko  jeździ  w  praw-
dziwe góry.

Kiedy skończyłem kurs, zaczęły się kłopoty ze znalezieniem partnera. W środowiskach

tak dużych jak warszawskie zawsze jest z tym sporo problemów, bo na początku słabo zna
się kolegów, zwłaszcza tych starszych, a właśnie z nimi powinno się wspinać. Od kogoś
przecież  trzeba  się  uczyć.  Nowi  szukają  doświadczonych  partnerów,  a  ci  doświadczeni
mają już swoje stałe pary.

Zacząłem się wspinać z Krzyśkiem Kleczkowskim. Jego rodzice pracowali w Szwajca-

rii i dzięki temu Krzysiek miał trochę sprzętu. Wtedy raki, czekan, lepsze haki czy kara-
binki  to  były  dla  nas  rzeczy  zupełnie  nieosiągalne.  Właśnie  z  Krzyśkiem  zrobiłem  moją
pierwszą  samodzielną  tatrzańską  drogę  na  Mylną  Przełęcz  przez  Płytę  Lerskiego  i  Grań
Kościelców. Razem spędziliśmy miesiąc w obozowisku taternickim na Hali Gąsienicowej.
Potem przenieśliśmy się do Morskiego Oka i zrobiliśmy jeszcze trzy drogi.

Po trzech tygodniach na Hali „zakosiliśmy” słynną, owianą mitem Zamarłą Turnię. Wi-

dać po tym, jak duży wpływ miały na nas tomy taternickich opowieści, które połykaliśmy
w zaciszu mieszkań. Każdy chyba, kto zaczyna się wspinać, musi przez to przejść. Każde-
go ciągnie, żeby zmierzyć się ze ścianą mającą opinię morderczej. Taką opinię miała Za-
marła dwadzieścia czy trzydzieści lat temu, kiedy pisano czytane przez nas książki. Od te-
go czasu pokonało ją wiele zespołów, lecz mit pozostał. Może nie był już tak silny, ale w
dalszym ciągu oddziaływał na wyobraźnię takich jak my żółtodziobów.

Tę drogę na Zamarłej do dziś wspominam jako jedną z przyjemniejszych wspinaczek w

moim  życiu.  Idąc  na  nią  byliśmy  obaj  strasznie  naładowani  emocjami,  bo  wprawdzie
pierwsze udane przejście zrobiono już w 1910 roku, ale przez wiele lat Zamarła uchodziła
za jedną z najtrudniejszych tatrzańskich ścian.

Na takich klasycznych, mających już swoją historię drogach, każde miejsce, każdy trawers,

każda prawie szczelina ma swoją własną nazwę. Dolny Trawers, Górny Trawers, Rysa Broni-
kowskiego, Blok Czecha. To fascynuje. Aż nam się ręce trzęsły, żeby już, jak najszybciej zro-
bić drogę na tej ścianie. Żeby zmierzyć się nie tylko ze ścianą, ale też z mitem.

background image

59

Okazało się, że trudności techniczne nie były większe niż na innych drogach, które ro-

biliśmy,  ale  musieliśmy  pokonać  barierę  psychiczną  stworzoną  przez  śmierć  Bronikow-
skiego czy sióstr Skotnicównych.

Pewnie dlatego do Zamarłej podeszliśmy tak poważnie jak do żadnej innej drogi. Co by

nie mówić, robi ona spore wrażenie dzięki temu, że jest mocno eksponowana. Właściwie
cały  czas  ma  się  pod  sobą  powietrze.  Trzeba  powiedzieć,  że  na  większości  tatrzańskich
dróg samej czystej wspinaczki jest o wiele mniej, niż to się laikowi wydaje. W ścianie jest
mnóstwo  zaklęśnień,  kociołków,  półek  trawiastych,  tarasów.  Nawet  na  stosunkowo  po-
ważnych drogach jest wiele miejsc, przez które można by poprowadzić turystyczną ścież-
kę.

Mimo ekspozycji, mimo emocji, które wynikały z mitu tej drogi, byliśmy urzeczeni ka-

pitalną wspinaczką w suchej, ciepłej, ciekawie uformowanej  skale.  Zupełnie  zapomnieli-
śmy o niebezpieczeństwach i ulegliśmy czarowi drogi. W końcu, kiedy już weszliśmy na
szczyt, byliśmy solidnie zaskoczeni, że poszło nam tak łatwo.

Usiedliśmy bardziej ze zdziwienia niż ze zmęczenia i zaczęliśmy się zastanawiać, czy

przy okazji nie zrobić jakiejś innej drogi. Przewertowaliśmy przewodnik Paryskiego

28

, ale

jakoś  nie  mogliśmy  znaleźć  w  okolicy  nic  ciekawego.  W  końcu,  kiedy  zdaliśmy  sobie
sprawę, że znajdujemy się w jakiejś wyjątkowej euforii, że choć tego nie czujemy, jeste-
śmy jednak zmęczeni, postanowiliśmy nie ryzykować i wrócić do naszego namiotu.

Wtedy po raz pierwszy miałem uczucie całkowitego fizycznego wyzwolenia. Praktyka,

którą  zdążyłem  już  zdobyć,  pozwalała  mi  zapomnieć  o  hakach,  linie,  doborze  chwytów.
Poruszałem się szybko, sprawnie, z pajęczą niemal lekkością. Po raz pierwszy poczułem
się w pełni wyzwolony od prawa ciążenia. Czułem się tak, jakbym szedł po warszawskim
chodniku,  i  pomyślałem,  że  człowiek  z  zaskakującą  łatwością  mógłby  odwrócić  ograni-
czający  go  układ  współrzędnych,  a  nasze  przywiązanie  do  poziomu  jest  tylko  przyzwy-
czajeniem – niczym więcej.

Na zakończenie sezonu postanowiliśmy zrobić jeszcze jedną legendarną drogę. Tym ra-

zem miała to być klasyczna droga na Mnicha. Znów mieliśmy dość sporą tremę, ale kiedy
już byliśmy w ścianie, okazało się, że wygrzana, sucha ściana jest o wiele łaskawsza, niż
się spodziewaliśmy. Poszło nam wspaniale, a sama droga wydała się na tyle ciekawa, że
kiedy w grudniu przyjechałem tu na obóz klubowy, postanowiłem powtórzyć ją w zimo-
wych warunkach.

Wtedy właśnie przeżyłem swój pierwszy taternicki zawód. Droga, cudowna latem, zimą

okazała się nużąca i nieprzyjemna. Nie dlatego, że był mróz, a marne, cienkie buty bardzo
szybko przemokły. Nie dlatego, że twarz marzła, a ręce grabiały. Okazało się, że teraz, gdy
skałę pokryła kilkucentymetrowa warstwa śniegu, nie było już miejsca na lekką, finezyjną
wspinaczkę, która tak mnie urzekła. Jej miejsce zająć musiało twarde, siłowe zdobywanie
terenu. Z czasem nauczyłem się, że najwspanialsze letnie drogi, w których dominuje do-
brze ukształtowana skała, zimą okazują się nieciekawe, bo śnieg zasłania drobne chwyty i
uniemożliwia wykorzystanie tarcia.

Droga była ciężka i nieprzyjemna. Przez cały czas prowadziłem i dość często musiałem

przeciągać koleżankę z klubu, z którą się wybrałem. Bardzo lubiłem prowadzić, bo wtedy
czułem się bardziej niezależny. Idąc jako pierwszy miałem prawo wyboru drogi, chwytów
lub szczelin, w które należy wbić hak. Doznawałem tego nieopisanego uczucia, które jest
udziałem  odkrywców  nieznanych  lądów  i  zdobywców  szczytów.  Tylko  wtedy  czułem
prawdziwą radość wspinaczki.

Latem znów pojechałem na obóz, tym razem centralny, organizowany przez ZSP. By-

łem tam prawie sześć tygodni, ale dość często musiałem zmieniać partnerów, bo inni  na
ogół nie mieli aż tyle czasu.

                                                     

28

 Witold Henryk Paryski, „Tatry Wysokie – przewodnik taternicki” Sport i Turystyka, Warszawa

background image

60

Najpierw wspinałem się  z  Maćkiem  Piątkowskim.  Zrobiliśmy  sporo  fajnych  dróg,  ale

ostatniego dnia pobytu na najważniejszą – drogę Łapińskiego na  Kazalnicy – Maciek nie
chciał już iść. Taternicy są często bardzo przesądni, a Maciek  poprzedniej zimy, właśnie
ostatniego dnia przed wyjazdem, złamał sobie na nartach rękę.

Potem przyjechał Janusz Dąbrowski. Wspinał się bardzo dobrze, miał wyczucie skały,

dobrą technikę i niezłą kondycję, ale mimo to chodzenie z nim wydawało mi się niebez-
pieczne. Zbyt lekceważąco traktował wspinaczkę, zbyt małą wagę  przywiązywał do pod-
stawowych zasad „starej szkoły”, które pozwalają zmniejszyć ryzyko do minimum. Wie-
działem, że takie lekceważące podejście bardzo często kończy się wypadkiem i sam dużą
wagę przywiązywałem do asekuracji. Nauczyłem się tego od ludzi, którzy prowadzili mnie
na pierwsze, jeszcze półturystyczne górskie drogi. Takiej samej pedantycznej ostrożności
wymagałem  od  moich  późniejszych  partnerów.  Alpinizm  jest  sportem  zbyt  niebezpiecz-
nym, żeby pozwalać sobie na zaniedbywanie środków ostrożności – nawet tych pozornie
bezsensownych,  podręcznikowych.  Ciekawą,  błyskotliwą  wspinaczkę  można  ryzykować
tylko wtedy, kiedy się jest odpowiednio asekurowanym.

Z Januszem wspinało mi się bardzo dobrze, bo był tak samo szybki jak ja, a nic nie de-

nerwuje mnie bardziej niż powolność w ścianie. Lubię poruszać się szybko. Nawet w mie-
ście, na ulicy, niemal biegam, bo szkoda mi czasu – bez względu na to, czy się spieszę, czy
nie.

Pod koniec lata pojechałem na obóz klubowy do Doliny Kieżmarskiej na Słowacji. Ma-

rzyło mi się wtedy wejście na Mały Kieżmarski Szczyt drogą Stanisławskiego, która pro-
wadzi pięćsetmetrowym kominem w pięknej, czysto skalnej ścianie. Formalnie nie byłem
jeszcze  taternikiem  w  całym  tego  słowa  znaczeniu.  Miałem  zaledwie  stopień  „członka
uczestnika” i na drogi – jak ta – szóstkowe mogłem chodzić tylko w towarzystwie wspina-
cza ze stopniem „członka zwyczajnego”. Jedyny „zwyczajny” – kierownik obozu – nie dał
się namówić na tę wspinaczkę, więc musiałem ją odłożyć na kiedy indziej. Tymczasem z
Januszem Skrzeszowskim zrobiłem sporo łatwiejszych, ale też dość ciekawych dróg.

Nie  zrealizowałem  swojego  głównego  celu,  jakim  była  droga  Stanisławskiego,  więc

obóz mógłbym w zasadzie uznać za nieudany, gdyby nie to, że właśnie  wtedy  poznałem
Tomka  Czarskiego  –  później  mojego  wieloletniego,  doskonałego  partnera.  Tymczasem
Tomek  wspinał  się  z  Jackiem  Szczepańskim.  Obaj  pochodzili  z  Radomia  –  znali  się  od
małego – i kiedy dostali się na elektronikę, zaczęli się razem wspinać.

Po powrocie z Doliny Kieżmarskiej Jacek zaczął mieć dość poważne kłopoty na uczel-

ni, musiał ograniczyć wyjazdy, a my z Tomkiem postanowiliśmy pojechać razem na sezon
zimowy.

Wspinało  się  nam  doskonale.  Depresję  Niższych  Rysów,  na  której  poprzedni  zespół

męczył się trzy dni, zrobiliśmy spokojnie w osiem godzin. W ciągu kilkunastu dni  prze-
szliśmy sporo dość trudnych, typowo zimowych dróg i wiedzieliśmy już, że będziemy się
razem wspinali. To oczywiście nie było nigdy powiedziane, ale zapadła między nami taka
cicha umowa, której jedyną gwarancją było przekonanie o wzajemnej przydatności.

Obaj byliśmy bardzo spokojni, opanowani i raczej małomówni. Mieliśmy podobny sto-

sunek do wspinaczki, bardzo solidnie traktowaliśmy zasady bezpieczeństwa i asekuracji, a
przede  wszystkim  nasze  umiejętności  były  mniej  więcej  na  tym  samym  poziomie.  Obok
wielu podobieństw istniała między nami jedna poważna różnica. Ja byłem narwany, napa-
lony na robienie najtrudniejszych, legendarnych dróg, a Tomek uważał, że przede wszyst-
kim  liczy  się  stopniowe  zdobywanie  umiejętności.  Miał  swój  własny  wieloletni  program
przewidujący stopniowe zwiększanie trudności z sezonu na sezon.

Najważniejsze było to, że umieliśmy się ze sobą dogadać bez słów. Bardzo szybko na-

uczyliśmy się zgodnie milczeć. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach nie potrzebowaliśmy

background image

61

naradzać się nad wyborem taktyki. Prowadzący decydował, a drugi nie podejmował dys-
kusji, bo wiedział, że jest to najlepsze możliwe wyjście z sytuacji.

Niełatwo  jest  znaleźć  takiego  partnera.  Ja  –  przed  Tomkiem  –  właściwie  z  nikim  nie

potrafiłem się tak dogadać. Potem spotkałem jeszcze tylko dwóch takich ludzi. Jednym był
Andrzej Młynarczyk, z którym byłem na Shisparé i który zginął podczas wyprawy na Ma-
kalu 

(wys.  8481  m)  w  1978  roku.  Z  Andrzejem  wspinało  mi  się  doskonale,  ale  nasza

współpraca funkcjonowała na zasadzie dopełnienia. Andrzej był ogromnie żywy, szaleją-
cy,  gadatliwy, ciągle coś  mówił  –  po  prostu  roznosił  go  temperament.  Tworzyliśmy  wy-
śmienitą,  wyjątkowo  zgraną  parę,  bo  każdy  z  nas  mógł  się  doskonale  wykazać,  a  zalety
jednego uzupełniały wady drugiego.

Trzecim człowiekiem, z którym potrafię się tak dogadać, jest Krzysiek Wielicki. Mamy

dość podobne charaktery, ale on jest bardziej otwarty, wylewny, impulsywny. Ja z kolei je-
stem  spokojny,  zrównoważony,  czasem  nawet  oschły.  Obaj  natomiast  jesteśmy  uparci,
czasem wręcz zacięci, obaj lubimy walkę i ryzyko, obaj dużą wagę przywiązujemy do ase-
kuracji.

Po tym pierwszym sezonie z Tomkiem Czarskim pojawiły się możliwości wyjazdu w

Alpy. Oczywiście my w Akademickim Klubie Alpinistycznym koniecznie chcieliśmy zor-
ganizować taki wyjazd. Wiosną zdałem egzamin na „członka zwyczajnego” i mogłem się
wspinać, gdzie tylko chciałem.  Zaraz zająłem się całą organizacyjno-formalną stroną na-
szego wyjazdu. Przede wszystkim musieliśmy załatwić przydziały dewiz, i to właśnie oka-
zało się głównym problemem.

Na Politechnice odprawili nas z kwitkiem. Żadne starania, odwołania,  prośby,  naciski

nam nie pomogły. Trzeba było szukać innej drogi. Na szczęście w Stołecznym Komitecie
Kultury Fizycznej udało nam się dotrzeć do człowieka, który był kiedyś członkiem nasze-
go klubu i bardzo chętnie przydzielił te kilka promes.

Pojechaliśmy w masyw Mont Blanc 

(wys. 4807) od strony włoskiej. Ciągle jeszcze by-

liśmy  niepewni  własnych  możliwości  i  koniecznie  chcieliśmy  zmierzyć  się  z  mitem  naj-
słynniejszych alpejskich dróg.

Najbardziej niepokoiła nas sprawa wysokości – jak będziemy reagowali na rozrzedzone

powyżej dwu i pół tysiąca metrów powietrze, czy nie przeszkodzi nam ono we wspinaczce,
czy nie stracimy kondycji.

Pierwszego dnia wyjechaliśmy linową kolejką na trzy tysiące czterysta metrów i wyda-

wało nam się, że  jesteśmy  już  diabelnie  wysoko.  Byliśmy  przecież  blisko  tysiąc  metrów
powyżej wierzchołka Rysów. Po raz pierwszy w życiu widzieliśmy prawdziwy górski lo-
dowiec. Jakiś czas poświęciliśmy na rozchodzenie się w nowych warunkach, a potem po-
stanowiliśmy zrobić słynną drogę Bonattiego na wschodniej ścianie Grand Capucin w ma-
sywie Mont Blanc du Tacul.

Liczyliśmy trochę na to, że może uda nam się przejść Kapucyna w jeden dzień, chociaż

nikt z Polaków tego jeszcze nie dokonał. Wyruszyliśmy nocą i po ciemku zrobiliśmy tra-
wers prowadzący do właściwej drogi. Z pierwszym słońcem zaczęliśmy prawdziwą wspi-
naczkę.  Było  pięknie.  Od  samego  rana  zrobiło  się  ciepło,  ale  nie  za  gorąco.  Cały  dzień
wspinaliśmy się w bardzo trudnym, wymagającym stosowania sztucznych ułatwień

29

 tere-

nie. Poprzedniego lata zrobiłem już w Tatrach kilka takich hakowych dróg, ale dla Tomka
była to zupełna nowość. Prowadziłem niemal bez przerwy. Szliśmy w pięknym, wspaniale,
prawie nieprzerwanie eksponowanym terenie.

Klasycznej wspinaczki było tu niewiele. Na całej drodze znaleźliśmy tylko trzy miejsca,

w których dało się usiąść. Cała moja robota polegała więc na wbijaniu kolejnych haków i

                                                     

29

 Technika sztucznych ułatwień – wspinaczka, przy której sprzęt (haki, lina, pętle itp.) jest niezbędny do poko-

nania terenu. Podczas wspinaczki klasycznej służy on w zasadzie tylko do ubezpieczania wspinacza przed skut-
kami ewentualnego odpadnięcia.

background image

62

zakładaniu ławeczek. Mimo to czułem się niemal tak doskonale jak na Zamarłej. Wkrótce
zapomniałem o uciążliwej technice i mogłem się skupić na samej wspinaczce.

Imponowała mi ogromna, kilkusetmetrowa ekspozycja i łatwość, z  jaką się poruszam.

Moje ruchy stawały się niemal automatyczne. Czułem się tak, jakbym całe życie poruszał
się tylko w pionie, jakby chodzenie po pionowej lub przewieszonej ścianie

30

 było czymś

najzwyklejszym,  najbardziej  naturalnym.  W  pewnej  chwili  złapałem  się  na  tym,  że  cho-
dzenie po płaskiej ziemi wydało mi się tak niezwykłe, jak kiedyś wydawała mi się akro-
batyczna wspinaczka moich kolegów.

Zmrok zastał nas mniej więcej w dwóch trzecich drogi. Zabiwakowaliśmy na najwyż-

szej nadającej się do tego półce. Rano bez większych kłopotów dotarliśmy do szczytu, ale
tu nasz wysiłek wcale się nie kończył. Zejście z Kapucyna jest niewiele łatwiejsze od wej-
ścia. Trzeba zrobić kilka długich zjazdów, potem schodzić dość  trudnym kuluarem, znów
zjeżdżać.

To była moja pierwsza wielka alpejska droga. Właśnie wtedy uwierzyłem, że stać mnie

na takie duże, poważne wspinaczki, o których marzy każdy początkujący taternik, ale do
których wielu nigdy nie dorasta. Kiedy opowiadam o Kapucynie, często pytają mnie, jakie
wrażenie robi tamtejsza ekspozycja, i bardzo się dziwią, kiedy  mówię, że jest wspaniała.
Ludzie chcą wiedzieć, czy boję się wysokości. Nie wierzą, kiedy mówię, że nie. Owszem,
czuję specyficzny dreszczyk, kiedy patrzę w dół z wysokości pięciuset czy tysiąca metrów,
ale  jest  to  dreszczyk  emocji,  a  nie  strachu.  Człowiek,  który  boi  się  ekspozycji,  bardzo
szybko  musi  wycofać  się  z  tego  sportu,  żeby  się  nie  wiem  jak  dobrze  wspinał.  Nie  wy-
trzyma powodowanych przez lęk stresów. Dla mnie w pełni sezonu nie ma znaczenia, czy
mam pod sobą pięć czy pięćset metrów. W ogóle tego  nie  zauważam.  Natomiast  potem,
kiedy wychodzę na płaski teren, przeżywam moment zaskoczenia –  jakbym stracił punkt
odniesienia. Mija długa chwila, zanim przestawię się na życie w poziomie.

W czasie tego wyjazdu zrobiliśmy jeszcze jedną liczącą się drogę, która zresztą do tej

pory ceniona jest na ogół wyżej niż droga Bonattiego na Grand Capucin. We wszystkich
notatkach o naszych osiągnięciach umieszczają ten lewy filar Freney na Mont Blanc, który
w przeciwieństwie do Kapucyna nie zrobił na mnie prawie żadnego wrażenia. Często tak
jest, że nasze indywidualne oceny i przeżycia w dużym stopniu nie pokrywają się z tym, co
głosi teoria. Drogi piękne, trudne i wspaniale eksponowane, które każdy wysoko sobie ce-
ni,  są  niżej  notowane  od  innych,  mniej  emocjonujących,  ale  z  jakichś  względów  uważa-
nych za przynoszące chwałę.

Tak czy inaczej te przejścia w jakiś sposób ustawiły nas, wykazały jasno, że stać nas na

wiele, i dawały nam już miejsca w szerokiej czołówce warszawskiego Klubu Wysokogór-
skiego.

Czasem,  kiedy  to  opowiadam,  ludzie  się  dziwią.  „Dwa  przejścia  –  mówią  –  i  już  w

czołówce?”  Tylko  że  te  dwa  przejścia  nie  były  ani  pierwsze,  ani  przypadkowe.  Ich  rola
ograniczała  się  do  podsumowania  pewnego  okresu,  do  potwierdzenia,  że  zakończyliśmy
pewien  etap  alpinistycznej  kariery,  że  teraz  oto  jesteśmy  gotowi  wyzwać  wszystkie  naj-
trudniejsze ściany.

Alpiniści  nie  są  ludźmi  nierozważnymi.  Wręcz  przeciwnie,  każdy  się  dobrze  zastana-

wia, czy na jakąś drogę może sobie pozwolić, i jeżeli jej próbuje, to nie jest to przypadek,
to znaczy, że reprezentuje odpowiedni poziom.

Kiedy  wróciliśmy  do  kraju,  w  pełnym  toku  były  już  przygotowania  do  akademickiej

wyprawy w góry najwyższe. Oczywiście podstawową sprawą było zdobycie odpowiedniej
ilości dewiz. W Polsce nie dałoby się tego progu przeskoczyć, więc moi koledzy z klubu
zaprosili  czterech  zachodnioniemieckich  wspinaczy  do  zorganizowania  wspólnej  wypra-
wy. Alpiniści z RFN-u mieli pokryć koszty dewizowe, a my całą resztę, to znaczy jedzenie

                                                     

30

 Ściana przewieszona – górna część ściany odchylona od pionu w kierunku ekspozycji.

background image

63

i sprzęt. Wkrótce przyszło z Pakistanu pozwolenie na atakowanie szczytu Shisparé należą-
cego do grupy najwyższych nie zdobytych siedmiotysięczników. Ze swoimi 7619 metrami
byłoby  Shisparé  drugim  –  po  mającym  7852  metrów  Kunyang  Chhish  –  wynikiem  pol-
skiego alpinizmu.

Na początku roku akademickiego zabraliśmy się do zbierania funduszy. Obliczyliśmy,

że  potrzebujemy  co  najmniej  pół  miliona,  ale  ani  nasz  klub,  ani  Uczelnia,  ani  ZSP  nie
miały wtedy takiej masy pieniędzy. Po długich bojach i podchodach udało nam się zebrać
połowę tej kwoty. Na resztę nie mieliśmy praktycznie nadziei.

Wtedy właśnie doszło do decydującego o zatwierdzeniu wyprawy spotkania w Polskim

Związku  Alpinizmu.  Pamiętam  nasze  ogromne  zaskoczenie,  kiedy  przedstawili  nam  ofi-
cjalną  opinię  Związku.  Pierwszy  zarzut  dotyczył  kierownika  wyprawy.  Uważali,  że  nasz
kandydat  jest  za  młody  i  ma  zbyt  mało  doświadczenia,  żeby  kierować  takim  poważnym
przedsięwzięciem. Zaproponowali nam współpracę. W zamian za zatwierdzenie wyprawy i
pokrycie  połowy  kosztów  chcieli  mieć  prawo  do  wyznaczenia  części  uczestników  i  kie-
rownika, którym miał zostać Janusz Kurczab.

Nie było rady. Musieliśmy przyjąć ich warunki. Wtedy, szczerze mówiąc, robiliśmy to

pod presją. Teraz jednak myślę, że było to szczęśliwe rozwiązanie. My sami, będąc w czy-
sto  akademickim  składzie,  najprawdopodobniej  nie  weszlibyśmy  na  szczyt.  Brakowało
nam doświadczenia; nikt z nas nie był wcześniej na takiej wyprawie, nie znaliśmy wyso-
kich gór, a przede wszystkim sami nigdy nie zdołalibyśmy zapewnić takiego zaopatrzenia
w sprzęt.

Ostatecznie pojechało na Shisparé dziesięciu Polaków i czterech Niemców z RFN-u. Ja

pojechałem z puli AKA, czyli z mojego Akademickiego Klubu Alpinistycznego.

Blisko rok zajęły mi prace związane z organizacją wyprawy, a przez ostatnie kilka mie-

sięcy  nie  robiłem  już  praktycznie  nic  innego.  Byłem  zafascynowany  wyjazdem  i  szansą,
jaką on przede mną otwierał. Nie mając żadnego himalajskiego doświadczenia, dość łatwo
obiecałem sobie, że – żeby nie wiem co się działo – ja muszę wejść na szczyt. Nawet gdy-
by była najgorsza pogoda,  gdyby  inni  uznali,  że  to  nie  ma  sensu,  gdybym  miał  iść  sam,
pójdę i wejdę, na przekór wszystkim przeciwnościom.

Przyszło mi to tym łatwiej, że moje pojęcie o tym, co się tam będzie działo, było jeszcze

bardzo  mierne.  Sam  Shisparé  –  nasz  cel  –  znaliśmy  przecież  z  jednego  tylko,  delikatnie
mówiąc,  mało  dokładnego  zdjęcia.  Zupełnie  nie  wiedzieliśmy,  jak  wygląda  dojście  do
szczytu, jaki jest układ lodowców, ani  z  której  strony  najlepiej  atakować.  Dopiero  przed
samym  wyjazdem  dostaliśmy  od  naszych  niemieckich  kolegów  mapę  terenu  zrobioną
przez RFN-owską wyprawę, która wcześniej operowała w tamtej okolicy.

Na  wyprawie  wszystko  było  dla  mnie  nowe,  wszystkiego  musiałem  się  uczyć.  Przez

ostatnie dwa lata pełniłem na ogół funkcje leadera. Prowadziłem w ścianie, uczyłem młod-
szych kolegów, pomagałem im, doradzałem. Przywykłem do tego, że ludzie uważają mnie
za dobrego, w miarę doświadczonego wspinacza. Tu okazało się, że jestem nie tylko naj-
młodszym,  ale  też  najbardziej  „surowym”  członkiem  wyprawy.  Uczyłem  się,  pytałem,
podpatrywałem kolegów i obiecywałem sobie, że zrobię, co w mojej mocy, żeby się wyka-
zać.

Miesiące, które zajęła mi ta wyprawa, były chyba najintensywniejszym okresem mojego

życia. Pierwsze wielkie wrażenia przyniosła już podróż. Z Polski jechaliśmy do Pakistanu
wypożyczonym  w  Starachowicach  starem.  Trasa  wiodła  przez  Czechosłowację,  Węgry,
Rumunię, Bułgarię, Turcję, Iran i Afganistan. Pierwszy raz znalazłem się w Azji i zrobiła
ona na mnie ogromne wrażenie. Fascynowały mnie nie tylko orientalne miasta, takie jak
Teheran czy Stambuł, ale też, a może nawet przede wszystkim, małe, zdaje się, zagubione
miasteczka, w których nawet nie mieliśmy czasu się zatrzymać. Ich spokój, senność, bez-
ruch były tak dalekie od tego wszystkiego, co widziałem dotychczas, że wydawały mi się

background image

64

wręcz  nierzeczywiste,  nieprawdziwe.  Już  sama  ta  podróż  warta  była  kilkumiesięcznych
trudów przygotowań.

Po kilku tygodniach dotarliśmy wreszcie do miejsca naszego przeznaczenia. Z początku

akcja posuwała się bardzo szybko. W kilka dni założyliśmy obóz pierwszy, potem drugi i
trzeci.  Czułem  się  wyśmienicie.  Zaaklimatyzowałem  się  bardzo  szybko  i  miałem  dosko-
nałą kondycję. Rwałem się do roboty, żeby pokazać wszystkim, że choć jestem najmłod-
szy,  stać  mnie  na  wiele.  Bardzo  szybko  uczyłem  się  dziesiątek  czynności  specyficznych
dla działania w górach wysokich. Nie miałem przecież pojęcia o poręczowaniu, zakładaniu
obozów, wybieraniu bezpiecznej drogi przez lodowiec.

Mając  trzy  pierwsze  obozy  musieliśmy  jeszcze  założyć  czwarty,  a  potem  już  tylko

wejść na szczyt, co wydawało nam się raczej proste. Między miejscem, w którym miał sta-
nąć obóz czwarty, a założonym już obozem trzecim droga prowadziła przez bardzo ostrą
grań, pokrytą z obu stron niebezpiecznym, grożącym obsunięciem śniegiem. Jako pierwsi
mieli  iść  Janek  Holnicki  i  Jacek  Poręba  oraz  dwaj  Niemcy  –  Hubert  Bleicher  i  Herbert
Oberhofer. Zależało nam, żeby to wejście było naprawdę wejściem polsko-niemieckim. Ja
znalazłem  się  w  drugiej  czwórce  z  Andrzejem  Młynarczykiem,  Januszem  Kurczabem  i
Markiem Grochowskim.

Ci pierwsi bez kłopotów doszli do obozu trzeciego i próbowali iść dalej, żeby założyć

obóz  czwarty,  a  następnego  dnia  zaatakować  szczyt.  Przeszli  może  pięćdziesiąt  metrów
grani, kiedy góra jakby się z nich otrząsnęła. Śnieg obsunął się i porwał ich ze sobą.  Na
szczęście dość szybko udało im się wyhamować, więc nikomu nic się nie stało, ale dalszy
marsz uznali za zbyt niebezpieczny.

Wczesnym  popołudniem  doszliśmy  do  obozu  trzeciego.  O  tej  porze  grupa  szturmowa

powinna już być w czwórce, więc zdziwiliśmy się ogromnie, kiedy zobaczyliśmy, że obóz
nie jest pusty.

Tego  dnia  doszło  w  „trójce”  do  dramatycznego  zebrania,  które  miało  zadecydować  o

dalszych losach wyprawy. Janek, Jacek, Hubert i Herbert z pierwszego zespołu uważali, że
grań jest absolutnie nie do pokonania. Siedzieliśmy w ośmiu w małym trzyosobowym na-
miocie i nie mogliśmy się zdecydować, co robić dalej. W końcu Janusz zadał wszystkim
pytanie zasadnicze: „Kto jutro pójdzie na grań”. Zapadła cisza.

Po  tym  wszystkim,  co  mówili  nasi  koledzy,  można  było  odnieść  wrażenie,  że  każda

próba ataku musi się zakończyć niepowodzeniem, może nawet tragedią.  Nie było jednak
innej drogi na szczyt. Nie było też chętnych. W namiocie zapanowała długa, nerwowa ci-
sza. Zrozumiałem, że nikt nie ma na ten atak ochoty, a dla mnie – najmłodszego wiekiem i
wysokogórskim stażem – może on być ogromną szansą.

W  końcu  zgłosiliśmy  się  z  Andrzejem  Młynarczykiem.  Janusz  wyglądał  na  bardzo

zdziwionego, ale nie było innych kandydatów, więc musiał się zgodzić, choć pozostali pa-
trzyli na nas jak na samobójców.

Wystartowaliśmy bardzo wcześnie rano. Inni szli za nami w bezpiecznej, kilkunastomi-

nutowej odległości. Weszliśmy na pierwszy wierzchołek, przeszliśmy łagodną przełączkę i
w  momencie  kiedy  dochodziliśmy  już  do  drugiego  wierzchołka,  prawie  spod  moich  nóg
oderwała się ogromna masa śniegu.

Wyglądało to tak, jakby góra zrzuciła z siebie jakiś gigantyczny, zbyteczny już płaszcz.

Ogromna  śnieżna  deska  zsuwała  się  po  ponad  tysiącmetrowym  stoku  –  najpierw  wolno,
majestatycznie, potem coraz szybciej i szybciej, unosząc w  górę przesłaniające wszystko
tumany białego pyłu.

Kiedy  minęło  pierwsze  wrażenie,  odwróciłem  się  do  Andrzeja  i  zobaczyłem,  że  stoi

jeszcze w wyczekującej, pełnej niepokoju postawie. Wiedziałem,  że myśli o tym samym
co ja. Gdyby lawina urwała się metr, dwa metry wyżej...

background image

65

Za  drugim  wierzchołkiem  droga  prowadziła  już  dość  łatwym  i  bezpiecznym  terenem.

Wieczorem rozbiliśmy obóz na wysokości siedmiu tysięcy metrów, a rano, bez większych
kłopotów, weszliśmy na szczyt. Shisparé był nasz

31

.

Moja pierwsza wyprawa zakończyła się sukcesem. Dla mnie był to  sukces podwójny.

Nie  tylko  dowiodłem,  że  nadaję  się  do  działania  w  górach  najwyższych,  i  wszedłem  na
szczyt,  ale  też  przyczyniłem  się  do  przełamania  psychozy,  która  mogła  przekreślić  cały
nasz wysiłek.

Co  najważniejsze,  szybki  i  dość  łatwy  sukces  przekonał  mnie  do  himalaizmu.  Odpo-

wiadała mi atmosfera solidarnego, zespołowego wysiłku, który rozciąga się na wiele eta-
pów i trwa wiele tygodni. Imponowała mi ogromna wysokość egzotycznych gór i łatwość,
z jaką się do niej przystosowałem.

Podobały mi się kilkumiesięczne wyjazdy, dające możliwość zupełnego oderwania się

od tego wszystkiego, czym żyje się w kraju. Od układów, studiów, pracy, domu. Przez te
kilka miesięcy żyje się przecież zupełnie innym, niespotykanie  jednostronnym,  surowym
życiem, w którym liczą się tylko: droga, szczyt, pogoda i stosunki między zjednoczonymi
przez wspólny cel ludźmi.

Tego wszystkiego nie dostaje się za darmo. Wielkie góry wymagają odpowiednich wy-

rzeczeń.  Przede  wszystkim  trzeba  zrezygnować  z  prawdziwej  skalnej  wspinaczki.  Jeżeli
cztery czy pięć miesięcy poświęca się na wyprawę, w kraju nie starcza już czasu na kilku-
dniowe wypady w Tatry, a o Alpach nie ma nawet co marzyć. To jednak można jeszcze ja-
koś przeboleć. Zamiast radości perfekcyjnego poruszania się w pionowej skale ma się sa-
tysfakcję z właściwego wyboru drogi, miejsc na obozy, wreszcie – taktyki, która na dużych
wysokościach okazuje się sprawą zasadniczą. Himalaizm eksploracyjny ma w sobie wiele
z piętnasto- czy szesnastowiecznych podróży wielkich odkrywców. Sprzęt, kondycja, tak-
tyka mogą na pewnym etapie decydować o powodzeniu, ale sprawą zasadniczą jest wybór
drogi. Do ostatniej niemal chwili nie wie się, czy gdzieś tam za zasłaniającymi widok fał-
dami, wierzchołkami, serakami nie pojawi się następna nie dająca się pokonać przeszkoda.

Ta moja pierwsza wyprawa nie obeszła się, niestety, bez tragicznego wypadku. Lubiłem

Heinza – najbardziej z całej zachodnioniemieckiej czwórki. Widziałem, jak ciągnął w górę,
jak się cieszył, jak coś go pchało. Na kilka dni przed śmiercią miał pierwszy dość poważny
wypadek – przeleciał pięćset metrów po lodowej ścianie. Skończyło się na złamaniu palca,
ale równie dobrze mógł zginąć już wtedy. Po tym wypadku powinien był zostać w bazie.
Sam  wiedział,  że  na  wejście  na  szczyt  nie  ma  już  szans,  ale  koniecznie  chciał  dojść  do
„trójki”. Sam prawie pchał się w tę tragedię mając świadomość, że przekracza barierę do-
puszczalnego ryzyka. My też o tym wiedzieliśmy, ale nie mogliśmy go powstrzymać. Tak
bardzo chciał tam pójść...

Znałem go dość krótko. Może dlatego ta śmierć zrobiła na mnie mniejsze wrażenie niż

późniejsze śmierci moich kolegów, z którymi się wspinałem.  Ich  znałem nie tylko z gór.
Bywałem u nich w domach, rozmawiałem z matkami, żonami. Te śmierci były  dla mnie
bardziej bolesne, bo odczuwałem je bardziej osobiście, bardziej prywatnie.

Po powrocie z Shisparé mówiliśmy, że „wyprawa była udana, chociaż mieliśmy wypa-

dek  śmiertelny”.  Ta  śmierć  zmniejszyła  nasze  zadowolenie,  ale  go  nie  przekreśliła.  Nikt
przecież  ani  przez  chwilę  nie  pomyślał,  że  „wyprawa  zakończyła  się  tragicznie,  chociaż
udało nam się wejść na szczyt”. Wielu z nas widziało przecież tyle wypadków! Ci, którzy
nie potrafią się z nimi pogodzić, muszą po prostu zrezygnować ze wspinaczki, bo z czasem
bagaż tych przeżyć staje się dla nich zbyt ciężki, aby go udźwignąć.

Kiedy  wróciłem  do  kraju,  mówiło  się  już  o  organizowanej  przez  Wandę  Rutkiewicz

wyprawie na Gasherbrumy w Karakorum w 1975 roku. Miała to być wyprawa czysto ko-
bieca, ale Wanda bała się,  że  po  prostu  nie  dadzą  rady.  Ostatecznie  postanowiono,  że  w

                                                     

31

 Wyprawa polsko-niemiecka zdobyła szczyt w dniu 21 lipca 1974 r.

background image

66

skład  centralnej  wyprawy  kobiecej  wejdzie  grupa  warszawskich  alpinistów,  którzy  będą
mieli osobny cel, ale pomogą w prowadzeniu akcji.

Muszę przyznać, że byłem zaskoczony, kiedy Wanda zapytała mnie, czy nie zabrałbym

się z nią na tę wyprawę. Nie znała mnie, mało o mnie wiedziała, a tu chodziło o ewentual-
ny  rekord  Polski.  Gasherbrum  II  ze  swoimi  8035  metrami  miał  być  pierwszym  polskim
ośmiotysięcznikiem.

Z początku wydawało mi się, że propozycja jest wręcz fantastyczna, ale potem zaczą-

łem  mieć  poważne  wątpliwości.  Zauważyłem,  że  Wanda  nie  dobiera  najlepszych,  lecz
tych, którzy nie będą stanowili zbyt dużej konkurencji dla niej i jej kobiecego zespołu. W
rezultacie grupa męska składała się z alpinistów, którzy nie stanowili czołówki polskiego
alpinizmu.  Bardzo  długo  nie  mogłem  się  zdecydować.  Dopiero  Janusz  Kurczab  doradził
mi, żebym jechał, bo cel jest poważny i szkoda by było zmarnować taką szansę.

Posłuchałem Janusza i ani przez chwilę tego nie żałowałem. Na wyprawie czułem się

wręcz wyśmienicie. Z doskonałej, jeszcze lepszej niż na Shisparé formy nie wybiła mnie
ani  długa,  ponad  dwutygodniowa  karawana,  ani  mozolna,  ciężka  praca  przy  zakładaniu
kolejnych obozów. Cały czas chodziłem często i z dużą radością, więc znów udało mi się
znaleźć w grupie szturmowej. Razem z Januszem Onyszkiewiczem i Krzysztofem Zdzito-
wieckim  dokonałem  drugiego  polskiego  wejścia  na  ośmiotysięcznik.  Tylko  o  kilka  dni
wyprzedzili  nas  wrocławianie  ze  środowiskowej  wyprawy  na  Broad  Peak  Middle 

(wys.

8016 m). Trudno po prostu opisać, co czułem, kiedy po wielogodzinnej, trudnej wspinacz-
ce stanęliśmy w końcu na Gasherbrumie II – najwyższym zdobytym do tej pory przez Po-
laków szczycie. Radość, ogromna radość i duma, że właśnie ja, najmłodszy uczestnik wy-
prawy, dokonałem tego, choć niedawno wątpiono jeszcze, czy w ogóle jesteśmy w stanie
pokonać ten szczyt.

Za to szczęście i gigantyczną satysfakcję przyszło mi jednak dość drogo zapłacić. Nie

mając  dostatecznego  himalajskiego  doświadczenia  nie  zauważyłem,  kiedy  palce  u  nóg
straciły czucie. Jak małe miałem wówczas pojęcie o odmrożeniach, najlepiej świadczy to,
że dopiero w nocy, kiedy stopy już odtajały i zaczęły boleć, zorientowałem się, że z pal-
cami jest coś nie w porządku.

Odmrożenia wyłączyły mnie z dalszej akcji. Nie mogłem wziąć udziału w następnym

wielkim sukcesie – zdobyciu najwyższego wówczas dziewiczego szczytu – Gasherbrum III
– piętnastego szczytu świata 

(wys. 7952 m).

Byłem o krok od drugiego sukcesu, więc bardzo mnie to wyłączenie bolało, ale kto wie,

czy nie dzięki niemu udało mi się uniknąć odmrożenia kilka lat później, kiedy walczyliśmy
o Everest.

Była to wówczas na pewno najbardziej udana, zakończona największym sukcesem pol-

ska  wyprawa  w  góry  najwyższe.  Zdobyliśmy  dwa  szczyty,  w  tym  najwyższy  dotąd  nie
zdobyty.  Pobiliśmy  polski  rekord  wysokości,  a  Halina  Krüger-Syrokomska  i  Anna  Oko-
pińska dokonały pierwszego w świecie czysto kobiecego wejścia na szczyt ośmiotysięcz-
ny. Głośny film Andrzeja Zajączkowskiego „Temperatura wrzenia”, ukazujący atmosferę
wyprawy i wyjątkowo złe stosunki panujące między Wandą a resztą uczestników, zaważył
jednak na opinii o całym przedsięwzięciu. To prawda, że rzadko słyszy się o wyprawie tak
skłóconej  i  tak  jednogłośnie  przeciwstawiającej  się  wszystkim  niemal  zarządzeniom  kie-
rownika. Nie znaczy to jednak, że wszystkie decyzje Wandy były złe, ani tym bardziej, że
nie nadaje się ona do kierowania dużymi wyprawami. Wszyscy byliśmy jeszcze wtedy na
dorobku. Uczyliśmy się dopiero himalajskiej taktyki. Błędy i zmiany decyzji musiały być
wliczone do naszego rachunku, a dzięki ciągłym dyskusjom czy kłótniom udawało nam się
wybierać optymalne warianty. Tego niestety film Zajączkowskiego nie pokazuje.

To zdobyte na Gasherbrumach doświadczenie zaowocowało kilka lat później naszymi

sukcesami na Evereście. Gdyby nie ono, najprawdopodobniej nie udałoby mi się zejść ze

background image

67

szczytu,  bo  chociaż  przy  ataku  najważniejsza  jest  kondycja,  do  bezpiecznego  wycofania
się potrzeba wielu lat praktyki, która pozwala nie myśleć o całej technicznej stronie wspi-
naczki.

Po  tej  drugiej  wyprawie  przestałem  wierzyć  w  to,  co  niektórzy  moi  koledzy  piszą  o

zmianach psychicznych na dużych wysokościach. Zanim jeszcze zacząłem jeździć na wy-
prawy, dość często spotykałem się w literaturze fachowej z twierdzeniem, że w górach wy-
sokich alpiniści stają się bardziej nerwowi, skłonni do sprzeczek, agresywni. Nic takiego
nie  udało  mi  się  zauważyć.  Wręcz  przeciwnie.  Wielu  z  nas,  szczególnie  ci,  którzy  mieli
kłopoty z aklimatyzacją, często popadało w apatię. Byli raczej  przygnębieni i potulni niż
nerwowi i agresywni; raczej zapatrzeni w swój organizm, bacznie obserwujący swoje re-
akcje i starający się odkryć pierwsze symptomy choroby niż skłonni do konfrontacji z in-
nymi. Na kłótnie, awantury, agresję nikt po prostu nie miał siły. Jeśli atmosfera w pewnym
momencie stawała się napięta, to dlatego, że ludzie czuli się bezradni wobec żywiołów, z
którymi walczyli, a potrzeba sukcesu była w całym zespole bardzo silna. Kiedy na skutek
załamania pogody wyprawa utyka w martwym punkcie, kłótnie wybuchają tylko dlatego,
że po okresie ogromnego wysiłku przychodzi moment absolutnej bezczynności i bezradno-
ści.

Sylwestra 1975 roku spędziłem jak zwykle na klubowym balu w Morskim Oku. Wcze-

śnie rano wyszedłem ze schroniska i przez Dolinę Pięciu Stawów pobiegłem do Zakopane-
go. Kiedy tam doszedłem, dowiedziałem się, że mamy przed sobą kolejną wielką szansę.
Dostaliśmy  pozwolenie  na  atakowanie  K2  –  drugiego  pod  względem  wysokości  szczytu
świata 

(wys. 8611 m).

Kierownikiem wyprawy miał być Janusz Kurczab. Dwa lata wcześniej byłem z nim na

Shisparé, a więc mogłem mieć nadzieję, że Janusz wybierze mnie do składu.

Była to moja pierwsza naprawdę wielka wyprawa. Sam cel wymagał solidnych, długo-

trwałych  przygotowań  i  organizacyjnego  rozmachu.  Już  w  kilka  dni  po  otrzymaniu  ze-
zwolenia  Janusz  włączył  mnie  do  pracy.  Na  podstawie  zrobionej  przez  Włochów  mapy
miałem przygotować wykresy średniego nachylenia możliwych do otwarcia dróg.

Skład wyprawy dobierano tak, aby stworzyć jak najlepszy, jak najbardziej wszechstron-

ny zespół.  Kryterium  stanowiły  nie  tylko  indywidualne  kwalifikacje,  ale  też  umiejętność
współżycia i gotowość pełnienia różnych, często niewdzięcznych ról.

Nasz zapał był naprawdę ogromny. Do tej pory K2 poddał się tylko włoskiej wyprawie

w 1954 roku. Od przeszło dwudziestu lat bronił się skutecznie,  zadając wielu wyprawom
tragiczne często ciosy.

Na miejscu czułem się wyśmienicie. Szybko zdobyłem aklimatyzację. Chodziło mi się

lekko, lżej niż większości moich kolegów. Nigdy przedtem ani potem nie czułem się tak
wyśmienicie.

Mimo to do szczytu zabrakło nam ponad dwieście metrów. To się wydaje niewiele, ale

dla nas było to ogromnie dużo. Tak dużo, że przekreśliło cały nasz wysiłek, całą kilkuty-
godniową pracę osiemnastoosobowego zespołu.

Poprowadziliśmy  zupełnie  nową,  bardzo  ambitną,  niebezpieczną,  usianą  poważnymi

trudnościami drogę na wysokości ponad siedem tysięcy metrów. Zrobiliśmy wszystko, na
co nas było stać, i do sukcesu zabrakło nam bardzo niewiele – może odrobiny szczęścia,
może trochę doświadczenia. Dziś, po Evereście, to się wydaje mniej ważne, ale wtedy od-
sądzano nas od czci i wiary.

Razem z Jankiem Holnickim poprowadziliśmy pierwszy atak szczytowy, ale udało nam

się pokonać tylko pierwszą z trzech barier seraków. Następnego dnia do ataku poszli Gie-
nek Chrobak i Wojtek Wróż. Oni z kolei utknęli na trzeciej barierze – sto pięćdziesiąt me-
trów wyżej niż my. Może nawet weszliby na szczyt, ale zabrakło im tlenu.

background image

68

Do kraju wracaliśmy ze spuszczonymi na kwintę nosami, a winni wszystkiemu byliśmy

my – Janek i ja.

Kiedy nie mogąc poradzić sobie z drugą barierą, zdecydowaliśmy się na odwrót, wyrzu-

ciliśmy z plecaków puste butle i zdjęliśmy maski. Do schodzenia nie musieliśmy używać
tlenu, choć w plecakach zostały jeszcze dwie prawie pełne butle.

Właśnie one były przyczyną niezliczonych wysuwanych przeciwko nam oskarżeń. Kie-

dy Chrobak i Wróż wrócili z nieudanego ataku, okazało się, że główną przyczyną ich nie-
powodzenia  był  nasz  błąd  albo  –  jak  woleli  niektórzy  –  złośliwość.  Gdybyśmy  zamiast
znosić butle do obozu zostawili je pod drugą barierą, następni mogliby z nich skorzystać i
kontynuować atak.

Zaczęły się dociekania: „Dlaczego nie zostawiliście butli? Dlaczego woleliście męczyć

się przy znoszeniu, niż pomóc innym? Dlaczego...?”

Mogliśmy  udzielić  najprostszej,  usuwającej  wszystkie  zarzuty  odpowiedzi:  „Baliśmy

się, że będziemy potrzebować tlenu przy zejściu”. To  zamknęłoby  wszystkim  usta.  Taka
decyzja nie podlegałaby dyskusji – każdy ma prawo postępować tak, jak każe mu intuicja.
Podjęcie lub niepodjęcie ryzyka zależy tylko i wyłącznie od tego, kto ma ponosić ewentu-
alne konsekwencje.

Mogliśmy tak powiedzieć, ale to nie byłaby prawda. Kiedy już po łączności z obozem

piątym ruszyliśmy w drogę powrotną, po prostu nie wpadło nam do głowy, żeby te pełne
butle też zostawić na górze. Byliśmy przybici porażką, martwiło nas trudne, długie zejście
i  szczerze  mówiąc,  nie  myśleliśmy  o  następnym  ataku  ani  o  ciążących  w  plecakach  bu-
tlach. Co ważniejsze – nie myślał też o nich żaden z siedzących w obozie piątym kolegów i
nikt nam nie przypomniał, że możemy je zostawić. Ale winni byliśmy my.

Męczyło  mnie  to  przez  wiele  miesięcy.  Wiele  razy  analizowałem  wszystkie  sytuacje.

Przeżywałem godzinę po godzinie, krok po kroku, myśl po myśli. Po raz pierwszy czułem
naprawdę gorzki smak porażki, zrozumiałem, że góry najwyższe to nie tylko błyskotliwe
sukcesy, o jakie w Alpach niezwykle trudno, ale też wyjątkowo dramatyczne niepowodze-
nia.  Niepowodzenia,  które  w  dodatku  miesiącami  są  roztrząsane  przez  ludzi,  którzy  nie
byli na miejscu. Absurd rozliczeń osiągnął po tej wyprawie swoje apogeum. Zarząd PZA
oceniał  nie  tylko  całą  naszą  działalność  i  decyzje  kierownika,  ale  wystawiał  stopnie
wszystkim uczestnikom.

Najbardziej bolało nas to, że do oceniania każdego niemal naszego kroku zabrali się lu-

dzie, którzy nigdy nie byli w górach wysokich i mieli mgliste pojęcie o tym, w jakich wa-
runkach tam się działa. Ci ludzie uznali, że cała nasza praca, cały nasz wysiłek jest niczym
wobec jednego nieudanego ataku. Nie mając pojęcia o naszym wkładzie w pozytywne do-
konania wyprawy orzekli, że nie sprawdziliśmy się.

Na to wszystko nałożyła się jeszcze rywalizacja między Januszem a Zawadą, który też

chciał być kierownikiem tej wyprawy. On sam co prawda nie włączył się do dyskusji, ale
jego zwolennicy krytykowali, co się dało – często zupełnie bez sensu. Ostatecznie na fali
totalnego potępienia zapomniano, że prowadząc zupełnie nową drogę na najtrudniejszym
ośmiotysięczniku  świata,  zrobiliśmy  dużo  i  byliśmy  bardzo  bliscy  sukcesu.  Przed  nami
tylko  Włosi,  idący  znacznie  łatwiejszą  drogą,  osiągnęli  tu  więcej.  Żaden  z  „fotelowych”
recenzentów nie przyznał tego, co nam wydawało się oczywiste – że wyprawa była od po-
czątku do końca przeprowadzona w sposób absolutnie wzorowy. Zabrakło nam tylko łutu
szczęścia.

Chociaż minęły już cztery lata, zmienili się ludzie, zmieniły się układy, zadra z K2 cią-

gle jeszcze we mnie tkwi. Może teraz, po Evereście, jakoś to się zagoi – i we mnie, i w in-
nych – bo w pewnym momencie zacząłem już wątpić w sens jeżdżenia na wyprawy. Po-
święca  się  przecież  pół  roku  na  przygotowania,  potem  parę  miesięcy  na  samą  wyprawę,
daje się z siebie wszystko, rezygnuje się z tysiąca rzeczy i w  końcu można nawet bardzo

background image

69

dużo zrobić, ale jeżeli nie wejdzie się na szczyt, to cały ten wysiłek zostaje automatycznie
przekreślony.  Tu  nie  ma  srebrnych  medali  ani  zaszczytnych  miejsc  w  drugiej  dziesiątce.
Zdobywa się złoto albo nie kończy się biegu.

Po tej całej historii z K2 uświadomiłem sobie, że w gruncie rzeczy najważniejsze nie są

sukcesy  obiektywne,  potwierdzone  gratulacjami  i  przyklepane  przez  prasę;  że  przede
wszystkim liczy się moja subiektywna ocena własnej sprawności,  przydatności i świado-
mość, że zrobiło się naprawdę wszystko.

Przydało  mi  się  to  po  następnej,  także  nieudanej,  wyprawie  na  Makalu  w  1978  roku.

Tym  bardziej,  że  zakończyła  się  ona  szczególnie  tragicznie.  Nie  tylko  nie  osiągnęliśmy
celu, ale zginął tam mój przyjaciel Andrzej Młynarczyk, z którym byłem na Shisparé.

Tym razem miałem świadomość, że naprawdę zrobiliśmy wszystko, na co było nas stać,

ale  zabrakło  nam  szczęścia.  Najpierw  zepsuł  się  samochód,  którym  jechaliśmy  z  Polski,
potem nie chcieli nas wpuścić do Indii, bo ktoś w PZM-ocie zapomniał załatwić nam od-
powiednie ubezpieczenie. W góry dotarliśmy o miesiąc za późno.

Kończyła się już jesień. Nie byliśmy przygotowani do działania w tak trudnych warun-

kach. Zmogły nas potężne listopadowe huragany. Musieliśmy się wycofać, bo każdy na-
stępny dzień zwiększał tylko ryzyko, nie dając nadziei na poprawę pogody.

Wiedziałem, że dałem z siebie wszystko, że nikt w naszej sytuacji nie zrobiłby  chyba

więcej, i że ta świadomość jest w gruncie rzeczy najważniejsza, ale miałem w sobie gorycz
drugiej z rzędu porażki. Nie spłukały jej dwa następne, bardzo udane sezony alpejskie.

Ta gorycz, która ciągle we mnie tkwiła, pchała mnie  dwa  lata  później  na  Everest.  To

ona kazała mi podjąć ryzyko, którego chyba nie podjąłbym cztery lata wcześniej. Nie wie-
działem tego, kiedy pchaliśmy się do góry, ale teraz już wiem, że wtedy na szczyt ciągnęły
mnie cztery rzeczy, gorycz, obowiązek wobec kolegów, zapał Krzyśka i mit Everestu.

To może się wydać dziwne, ale mnie zawsze przyciągały drogi z mitem. Nie robiłem

pierwszych  przejść,  nie  rozwiązywałem  nowych  problemów.  Wolałem  powtarzać  słynne
drogi na Zamarłej, na Mnichu, na Kapucynie, w końcu na północnej ścianie Matterhornu
(wys. 4477 m). Prawdziwą przyjemność sprawiało mi mierzenie się z ich legendami, zaw-
sze pełnymi ofiar, dramatycznych sytuacji, wielkich nazwisk, takich jak Bonatti, Zaruski,
Terray czy Hillary. Szukałem w nich sensu alpinizmu, a tym sensem nie może być samo
zdobywanie gór. Dla mnie takim sensem mogło natomiast być mierzenie się z mitem.

background image

70

Aż mnie zniosą

Gdy rozstawaliśmy się ósmego kwietnia, Krzysiek miał właśnie jechać do Zakopanego,

żeby poddać się operacji przeszczepu skóry na odmrożonych palcach nóg. Ponieważ ope-
racja  i  leczenie  musiały  trwać  dwa  do  trzech  tygodni,  umówiliśmy  się,  że  w  tym  czasie
skontaktuję się z nim i przyjadę do Zakopanego na rozmowę o jego drodze na Everest.

Kiedy w ostatnich dniach kwietnia znalazłem w końcu czas i zadzwoniłem do Zakopa-

nego, okazało się, że leczenie przedoperacyjne bardzo się przedłużyło, a Krzysiek nie do-
czekawszy zabiegu postanowił wracać do domu.

Tę rozmowę odbyliśmy już u niego w Tychach. Zaledwie dwa dni wcześniej wrócił do

domu  po  blisko  trzytygodniowym  pobycie  w  szpitalu.  Co  chwila  otwierały  się  drzwi  do
pokoju, w którym siedzieliśmy. Marcin ciągle jeszcze nie mógł się nacieszyć ojcem.

– Tata...
– Prosiłem, żebyś nie przeszkadzał!
– Ale, tata...
Było mi głupio. Wprawdzie nie nalegałem, skłonny byłem odłożyć spotkanie jeszcze o

kilka dni, a Krzysiek sam zaproponował dzisiejszą datę, ale czułem się tak, jakbym odbie-
rał dziecku ojca. Nie tylko dziecku.

Jolka też się jeszcze nie nacieszyła mężem, a tu wszystko zaczyna walić się na głowę.

Wszyscy proszą na spotkania, znajomi się nagle rozmnożyli, a bankowa pożyczka i plac
pod szeregowy domek czekają już od roku. Jolka chciałaby zacząć budowę, ale Krzysiek
wybił się z rytmu. Nie może wrócić do życiowej równowagi. Już ponad miesiąc ma zwol-
nienie  lekarskie,  palce  ciągle  bolą,  od  powrotu  do  kraju  nie  miał  na  nogach  normalnych
butów. Jeszcze niedawno ludzie oglądali się za nim na ulicy, i to nawet nie dlatego, że po-
znawali  twarz,  bo  przy  informacji  o  zdobyciu  Everestu  dzienniki  wydrukowały  zdjęcie
Gajewskiego. Oglądali się, bo na dworze leżał jeszcze śnieg, a Krzysiek chodził w sanda-
łach. Zresztą nie tylko on. Zawada też.

Ale my mieliśmy rozmawiać o sprawach, które – choć dawno przebrzmiały – znalazły

przecież jakieś odbicie w jego walce o Everest.

J.Ż.– Chciałbym, żebyś mi opowiedział o sobie – to znaczy o swojej drodze na Everest. Od

czasu,  kiedy  tam  wszedłeś,  udzieliłeś  już  kilkudziesięciu  wywiadów,  ale  wciąż  wiemy  o
tobie niewiele więcej, niż zawierała oficjalna papowska notatka:

„Krzysztof Wielicki, 30-letni inżynier elektronik z Wrocławia. Zdobywca kilku najtrudniejszych dróg alpini-
stycznych w Kaukazie. Autor pierwszego wejścia lewym filarem północnej ściany Kohe Szachaur (7116 m)
w Hindukuszu Afgańskim w 1977 r. Zdobywca Piku Korzeniewskiej (7105 m) oraz Piku Komunizma (7483
m) w Pamirze w 1978 r. W Himalajach zdobył szczyt Annapurny Południowej (7219 m) w 1979 r.”

Chciałbym, żebyśmy spróbowali znaleźć w twoim życiorysie te wszystkie osoby, które

zadecydowały,  że  spośród  kilkudziesięciu  milionów  Polaków  i  kilku  tysięcy  taterników
właśnie ty wszedłeś zimą na Everest.

K.W.–  Wspinać  zacząłem  się  bardzo  późno.  Pierwsze  skałkowe  drogi  zrobiłem  na  trzecim

roku studiów, chociaż już wcześniej dość dużo chodziłem po górach. Taternikiem zostałem
w zasadzie przez przypadek, ale myślę, że w mojej drodze na Everest był jakiś logiczny
ciąg.

background image

71

Ten  ciąg  zaczął  się  blisko  trzydzieści  lat  temu  w  Szklarce  Przygodzkiej  koło  Ostrze-

szowa, gdzie mój ojciec był kierownikiem wiejskiej szkoły i gdzie spędziłem całe prawie
dzieciństwo.

Moi rodzice pochodzili z Wielkopolski. Urodzili się w tych stronach i tu spędzili całe

swoje życie. Ojciec skończył przed wojną seminarium nauczycielskie. Jako początkujący
nauczyciel dostał pracę w Szklarce, i tu, gdzieś w połowie lat  trzydziestych, poznał moją
mamę. Pobrali się w 1936 roku, ale pierwsze dziecko, mój starszy brat, urodziło się dopie-
ro dziesięć lat później – już po wyzwoleniu.

Szklarka była małą, położoną wśród lasów i pól wioską. W tych lasach i na polach spę-

dzałem większość czasu. Rodzice zawsze dawali mi bardzo dużo swobody. Całymi dniami
biegałem po dworze, a latem razem z kuzynem, który spędzał u nas wakacje, na wiele dni
wynosiłem  się  z  domu.  Zabieraliśmy  pełne  chlebaki  jedzenia  i  uciekaliśmy  do  lasu.
Mieszkaliśmy w ukrytych wśród drzew szałasach, grzaliśmy się przy ogniskach, uczyliśmy
się  samodzielności.  Po  jakimś  czasie,  kiedy  skończyły  się  zapasy,  brudni,  zmordowani,
głodni wracaliśmy do domu jak synowie marnotrawni. Co najdziwniejsze – rodzice zawsze
traktowali  nas  pobłażliwie.  Nie  przypominam  sobie,  żebym  kiedykolwiek  zauważył,  że
denerwowali się naszą długą nieobecnością.

Chociaż mieszkałem na wsi, przyroda zawsze mnie fascynowała, a przebywanie w lesie

sprawiało mi ogromną przyjemność. Najchętniej wyprowadziłbym się z domu i żył w ja-
kimś szałasie albo ziemiance, gotował na ognisku, jadł to, co dałoby się znaleźć albo upo-
lować.

Zawsze marzyło mi się, żeby zbudować tratwę i popłynąć nią gdzieś daleko – najlepiej

na koniec świata. Szybko przekonałem się jednak, że nie jest to taka prosta sprawa.

Pamiętam, byłem już w liceum, a mój brat przyjechał do domu na pierwsze studenckie

wakacje. Złapałem go za rękaw i mówię: „Pomóż mi, starszy bracie. Oblicz, jak zbudować
tratwę”. Usiedliśmy w jakiejś pustej klasie i zabraliśmy się do roboty. Brat zaczął liczyć,
pisać jakieś wzory, rozwiązywać równania. Strasznie mi wtedy zaimponował. Liczył belki,
przekroje, ciężar, ciężar właściwy. Niby byłem już w ósmej klasie, ale wydawało mi się to
bardzo trudne.

Po godzinie miałem projekt tratwy mogącej unieść dwie osoby i kilkadziesiąt kilo baga-

żu. Wyszło nam, że musi być długa na trzy i szeroka na dwa metry. Na taką tratwę trzeba
mnóstwo drewna, więc poszliśmy z kuzynem nad staw, zrąbaliśmy kilka drzew,  ale cały
czas byliśmy w wielkim strachu, że nas leśniczy złapie. W końcu wyobraziliśmy sobie, ile
trzeba by narąbać, ile by to trwało, ile razy może w tym czasie przyjść leśniczy, więc pod-
daliśmy się z wielkim bólem, ale z wiarą, że to jeszcze nie koniec, że jeszcze kiedyś spró-
bujemy.

Niby  miałem  dzieciństwo  zubożone  o  wartości  szerszego  świata  –  nigdzie  nie  jeździ-

łem, niczego poza najbliższą okolicą nie widziałem – ale za to uczyłem się sam sobie ra-
dzić. Ojciec nas nigdy nie pytał, czy odrobiliśmy lekcje. Nawet w szkole, jako nauczyciel,
jakby się nami nie interesował. Do domu też mogliśmy wracać, o której chcieliśmy. Niko-
go nie obchodziło, czy przyszedłem o  ósmej  czy  o  jedenastej  –  taki  przyjęli  sposób  wy-
chowania.  Za  to  jak  zrobiliśmy  coś  nie  tak,  komuś  niegrzecznie  odpowiedzieliśmy  albo
skłamaliśmy, ojciec spuszczał nam takie lanie, że odechciewało nam się raz na zawsze.

Bił rzadko, ale jak już bił, to zupełnie bez litości. Jeszcze sprzed wojny zachował taką

nauczycielską trzcinkę, którą  w razie potrzeby wbijał w nas dobre maniery. Dzięki temu
dość szybko nauczyłem się, gdzie są granice, których nie wolno mi przekroczyć. Te grani-
ce dotyczyły tylko naszych stosunków z innymi, a nigdy tego, co robimy sami – jak spę-
dzamy wolny czas, jak się uczymy, jak pracujemy. Zresztą pracy nie było wiele. Rodzice
nie prowadzili gospodarstwa, więc jeżeli kopałem z chłopakami kartofle albo pasłem kro-
wy, to na ogół dla przyjemności – bo paliło się przy tym ognisko, puszczało latawce.

background image

72

Kiedy w ślad za starszym bratem poszedłem do liceum w Ostrzeszowie – bardzo mi te-

go kontaktu z przyrodą brakowało. Pewnie dlatego (też wzorem brata) tak dużo czasu po-
święcałem harcerstwu.

Jeszcze w Szklarce, gdy tylko poszedłem do szkoły, zapisałem się do drużyny zucho-

wej, a po kilku latach automatycznie zostałem harcerzem, ale prawdziwym fanatykiem or-
ganizacji stałem się dopiero w liceum.

Ostrzeszów był wtedy małym, prowincjonalnym miasteczkiem, w którym po lekcjach i

nauce właściwie nie miałem co ze sobą zrobić. Nie było klubu ani teatru. O telewizji mó-
wiło się jeszcze jak o lotach kosmicznych. Całe nasze pozaszkolne życie wypełniało har-
cerstwo, które wciągało, uczyło samodzielności, odporności, odwagi, i unikało wszelkich
zbędnych formalności.

Nie  mieliśmy  nawet  swojej  własnej  świetlicy  czy  harcówki.  Wszystkie  zajęcia  bez

względu na porę roku odbywały się na dworze. Ciągle urządzaliśmy rajdy, biwaki, gry te-
renowe. Uczyliśmy się Morse’a, szyfrów, chodzenia według mapy, a latem jeździliśmy na
obozy. Dzięki tym obozom po raz pierwszy zobaczyłem góry i od razu mnie one zafascy-
nowały. Po drugiej klasie pojechaliśmy na obóz do Jarkowic w Sudetach i tam pierwszy
raz dostałem naprawdę w kość.

Na obozach nizinnych – nad jeziorami czy w lesie – nigdy po żadnych podchodach czy

grach  nie  byłem  tak  zmordowany  jak  po  jednym  dłuższym  marszu  w  górach.  Wszystko
było tu automatycznie trudniejsze. Wszystkie czynności – zebranie chrustu, wycięcie pali-
ków na prycze, przyniesienie czegoś ze sklepu – wymagały większego wysiłku i dawały
więcej radości.

Takich  obowiązkowych  czynności  było  wtedy  dużo  więcej  niż  teraz,  bo  nikomu  nie

śniło się nawet wożenie łóżek, materacy czy kuchni. Wszystko robiło się na miejscu, sa-
memu, więc kiedy obóz już stał, można było się cieszyć każdym dosłownie drobiazgiem –
łóżkiem, ławką, obiadem – bo samemu się je zrobiło. Jeżeli się do czegoś nadawały, to tyl-
ko dzięki naszej własnej pracy i pomysłowości.

Nasz szczepowy,  druh  komendant  harcmistrz  Stawski  uczył  dyscypliny,  samodzielno-

ści, obcowania z przyrodą. Dla mnie powodem do największej dumy było zdobycie słyn-
nych „trzech piór”. Żeby je otrzymać, trzeba było przez cały dzień nic nie mówić, przez
dobę nic nie jeść, a na koniec ukryć się w lesie i nie dać się złapać przez co najmniej dwa-
dzieścia  cztery  godziny.  Dla  kilkunastoletniego  dzieciaka  nie  były  to  sprawy  łatwe,  ale
dawały poczucie własnej wartości, ogromną satysfakcję i splendor.

Dość  dużo  czasu  poświęcaliśmy  w  drużynie  na  sport.  Nie  chodziło  oczywiście  o  wy-

czyn. Nikt z nas nie miał wtedy takich ambicji. Musieliśmy się po prostu wyżyć, wyłado-
wać, zmęczyć.

Lubiłem biegać, grać w siatkówkę, koszykówkę, piłkę nożną. Do dziś jest mi obojętne,

w co gram, byle grać do upadłego – aż mnie zniosą. Kiedy idziemy na salę, gram tak dłu-
go, aż zostajemy we dwóch i schodzimy na kolanach. Właściwie jest mi obojętne, co robię,
bylebym się zmordował do cna. Siadam dopiero wtedy, kiedy nie mogę już ruszyć ręką ani
nogą.  Od  czasu  do  czasu  potrzebuję  takiego  ekstremalnego  wysiłku.  Pewnie  dlatego  tak
bardzo odpowiada mi alpinizm.

W szkole nigdy nie miałem określonych zainteresowań. Lepiej mi szły przedmioty ści-

słe, ale z humanistycznych też trzymałem się w normie. Miałem sporo szczęścia, bo w li-
ceum trafiłem na wspaniałego nauczyciela matematyki – profesora Kaczorowskiego, który
zobaczył we mnie jakiś wyjątkowy talent. Doszło do tego, że nie kazał mi pisać klasówek,
nie brał mnie do odpowiedzi, ale za to dawał mi do domu zadania, które normalnie robi się
dopiero  na  studiach.  Kiedy  okazywało  się,  że  nikt  w  klasie  nie  umie  rozwiązać  jakiegoś
problemu, robił dumną minę i mówił: „Chodź no tu, maleńki. Pokaż, jak to zrobić”.

background image

73

Dzięki niemu na elektronikę we Wrocławiu zdałem niemal z marszu, ale mimo to nie

dostałem stypendium ani akademika. Ojciec zarabiał dość mało. Na wynajęcie pokoju nie
było mnie stać, więc przez pierwsze parę tygodni musiałem „waletować” u brata.

Co  wieczór  wyciągałem  spod  łóżka  dmuchany  materac  i  kimałem  sobie  na  podłodze.

Brat i koledzy, którzy z nim mieszkali, byli już wtedy na piątym roku. Nauki mieli mało,
więc prawie całymi dniami miło spędzali czas, a ja chciałem się uczyć, bo ciągle jeszcze
się bałem, że mnie wyleją. Ustawiali mnie, jak chcieli. Wyobraź sobie, cztery stare byki i
ja – prowincjonalny szczawik. Kiedy chciałem coś poczytać albo porobić zadania, wyrzu-
cali mnie do świetlicy, żebym nie psuł atmosfery. Wieczorem cichutko wyciągałem mate-
rac i przepraszając, że żyję, próbowałem zasnąć.

W  końcu  zdobyłem  się  na  odwagę  i  poszedłem  do  prorektora.  Molestowałem  go  tak

długo i rozpaczliwie, że w końcu musiał wygrzebać skądś jeszcze jedno miejsce. Dopiero
wtedy poczułem się prawdziwym studentem.

Na wydziale nas specjalnie nie oszczędzali. Po dwóch miesiącach, nie czekając nawet

na koniec semestru,  wyrzucili  pięćdziesiąt  osób.  Wtedy  po  raz  pierwszy  w  życiu  upiłem
się. Kolega z pokoju dostał dwie dwóje, więc kupił wódkę, chleb i przed odejściem urzą-
dził brydża dla przyjaciół. Siedzieliśmy we czterech i karty nam coraz bardziej opadały, aż
w końcu nic nie widzieliśmy, asy myliły się z damami i wszystko stało się zupełnie obojęt-
ne.

Od początku studiów bardzo brakowało mi harcerstwa i kontaktów z przyrodą. Po kilku

tygodniach zapisałem się do klubu turystycznego. Tam dopiero odżyłem. W każdą sobotę,
w każdą niedzielę jeździliśmy na rajdy – przeważnie w góry albo na podgórze. Już po kil-
ku wyjazdach powstała spora paczka ludzi, którzy nie widzieli innej możliwości spędzenia
wolnego  czasu, jak tylko na świeżym powietrzu poza  miastem.  Co  tydzień  byłem  w  gó-
rach. Turystyka górska wydawała mi się najciekawsza, bo dawała możliwość prawdziwe-
go, solidnego zmęczenia.

Na trzecim roku, jesienią, pojechaliśmy w Góry Sokole, w tak zwane skałki wrocław-

skie. Akurat wspinali się tam jacyś ludzie. Kiedy zobaczyłem, co oni robią w tej skale, to
najpierw  z  pół  godziny  stałem  i  gapiłem  się  jak  zauroczony,  a  potem,  już  bez  namysłu,
polazłem gdzieś na bok i sam zacząłem próbować.

Wszedłem w małą, może ośmiometrową skałkę. Intuicyjnie chwytając się wszystkiego,

czego  się  dało,  zrobiłem  ze  cztery  metry  i  utknąłem.  Dalej  ani  rusz.  Spojrzałem  w  dół.
Wydawało się dość wysoko, a nierówny, kamienisty teren uczyniłby skok bardzo niebez-
piecznym.  Dobrą  minutę  stałem  tak  nie  wiedząc,  co  dalej  robić,  aż  w  końcu  coś  się  we
mnie przełamało, przegryzło, znalazłem jakiś chwyt, i znów zacząłem się wspinać. Kiedy
wlazłem na górę, czułem się jak po torturach. Cały byłem obolały, ręce mi się trzęsły, ale
wiedziałem już, że będę się wspinał.

Moje zderzenie z taternictwem było zupełnie nagłe. Wszystko zdecydowało się w ciągu

jednej minuty, kiedy zastanawiałem się, czy się wycofać,  czy brnąć dalej. Potem sprawa
stała się jasna. Zaraz zabrałem się do następnej skałki, potem do jeszcze jednej. Zrobiłem
chyba z pięć czy sześć dróg.

Do akademika wróciłem zupełnie wyczerpany. Ręce bolały, sił prawie nie miałem, ale

wiedziałem, że to jest właśnie to, czego mi trzeba.

Nie doczekałem nawet do najbliższej soboty. Dwa czy trzy dni później znów pojecha-

łem w skałki. Znów się wspinałem. Szło mi coraz lepiej. Po jakimś czasie zapisałem się do
Klubu Wysokogórskiego. Zostałem członkiem-sympatykiem i mogłem już chodzić na ze-
brania. Byłem strasznie napalony. Chciałem jeździć w  góry, wspinać się, ale nie miałem
sprzętu i właściwie nic nie umiałem, a starsi koledzy zachowywali się tak, jakby ktoś kazał
im zniechęcać młodych do tego sportu. Nikt nie chciał chodzić z nami, nikt nie chciał po-

background image

74

życzyć  nam  sprzętu.  Kiedy  prosiliśmy  o  młotki,  czekany,  raki,  zawsze  słyszeliśmy:
„Chcesz się wspinać, to zakombinuj. Trzeba se zakombinować”.

Jedyną  osobą,  która  okazała  nam  trochę  zainteresowania,  była  wtedy  Wanda  Rutkie-

wicz.  Mówiła,  kiedy  będą  wyjazdy  w  skałki,  pokazywała,  jak  się  wspinać,  radziła,  skąd
kombinować sprzęt, którego nie można było nigdzie dostać.

Wiosną  siedemdziesiątego  pierwszego  roku,  a  dokładnie  dwudziestego  piątego  kwiet-

nia, „walnąłem” w skałkach pierwszego groźnego kozła. Była sobota, padał deszcz, skała
zrobiła się śliska, więc wszyscy rozsądni koledzy wrócili do miasta. Tylko my nie mogli-
śmy się powstrzymać, żeby nie przejść chociaż jednej ścianki.

Szedłem pierwszy, po paru metrach minąłem półkę  i  trochę  nad  nią  wbiłem  pierwszy

hak. Podszedłem jeszcze kawałek i próbowałem zmienić chwyt, kiedy noga obsunęła  mi
się z mokrego stopnia. Spadłem na półkę, walnąłem lędźwiami i poleciałem jeszcze niżej.
Zawisłem dopiero metr nad ziemią, ale to już nie miało znaczenia. Najważniejsze było to
walnięcie w półkę.

Partner opuścił mnie na ziemię. Leżałem w błocie i kląłem, na czym świat stoi. Nawet

nie  dlatego,  że  się  poślizgnąłem,  nie  dlatego,  że  spadłem.  Byłem  wściekły,  bo  w  swojej
młodzieńczej naiwności myślałem, że mnie coś takiego nigdy nie spotka.

Z trudem podniosłem się i przy pomocy kolegów dowlokłem do stacji. Wczesnym po-

południem wróciliśmy do Wrocławia. Ból jakby się trochę zmniejszył, więc z wizytą u le-
karza postanowiłem zaczekać do poniedziałku.

W poniedziałek założyli mi gipsowy gorset. Lekarz twierdził, że mam dużo szczęścia,

bo odpryski kręgosłupa nie uszkodziły splotów nerwowych. Po czterech dniach uciekłem
ze  szpitala.  Był  maj.  Na  dworze  gorąco,  sesja  za  pasem  –  w  żaden  sposób  nie  mogłem
wyleżeć. Uprosiłem siostrę, żeby przyniosła mi ubranie, i zwiałem. Gips kazali mi nosić
przez trzy miesiące, ale pod koniec maja miałem świadkować na ślubie brata. Wyobrazi-
łem sobie, jak zareagowaliby rodzice, gdyby zobaczyli mnie w tym pancerzu, więc na kil-
ka dni przed wyjazdem zdjąłem go, obiecując sobie, że przynajmniej przez miesiąc będę
na siebie uważał. Z tych obietnic, jak zwykle, niewiele wyszło. Już tydzień później grałem
z chłopakami w piłkę.

W czerwcu, kiedy jeszcze powinienem nosić gorset, pojechałem na kurs tatrzański, na

Halę Gąsienicową.

Nie chcieli mnie zabrać oficjalnie, bo byłem świeżo po wypadku, więc musiałem „wa-

letować”  i  chodzić  na  trzeciego,  ale  zrobiłem  wszystkie  drogi  wymagane  do  zaliczenia
kursu. W sierpniu wybraliśmy się na Słowację do Doliny Batyżowieckiej. Przy okazji mu-
siałem oczywiście zaliczyć Wielicki Szczyt, ale zamiast dumy najadłem się tam wstydu, bo
wokół prowadzącej do Polskiego Grzebienia ścieżki, którą schodziliśmy, walały się stosy
puszek, papierów, butelek. „Mój” szczyt wyglądał jak podmiejskie śmietnisko.

Przez dwa miesiące wspinaliśmy się całymi dniami, nocując w kolebach.
Kiedy  w  połowie  października  wróciłem  na  studia,  miałem  już  za  sobą  kilkadziesiąt

ładnych trójkowych i czwórkowych tatrzańskich dróg. Znów przyszedł czas skałek. Życie
początkującego wspinacza dzieli się między cotygodniowe wypady w skałki i rzadsze wy-
jazdy w Tatry.

Skałki mają swoją niepowtarzalną specyfikę. Nigdzie indziej nie można zdobyć tak do-

skonałej techniki skalnej. Nigdzie indziej wspinaczka nie ma tak kameralnego, a zarazem
kolektywnego charakteru. W skałkach zawsze spotyka się mnóstwo kolegów, znajomych;
wieczorami wszyscy zbierają się przy ogniskach, opowiadają o najtrudniejszych drogach,
dzielą się najświeższymi wrażeniami. Największy taki zlot odbywa się zawsze pierwszego
listopada. Zjeżdżają się wtedy naprawdę wszyscy członkowie klubu, żeby przy wspólnym
ognisku wspomnieć tych, którzy zginęli w górach.

background image

75

W lutym 1972 roku pojechałem na organizowany przez Wandę Rutkiewicz obóz w Do-

linie Pięciu Stawów Spiskich. Po kilku dniach postanowiliśmy z Cześkiem Bajsarowiczem
zrobić drogę Petrika na Lodowym Szczycie.

Ruszyliśmy  o  siódmej  rano.  Szło  się  nam  dość  dobrze,  ale  na  trzecim  czy  czwartym

wyciągu  popełniłem  błąd,  który  zakończył  się  moim  pierwszym  prawdziwym  lotem,  a
mógł mnie kosztować życie.  Nie  zauważyłem,  że  hak  dziwnie  łatwo  wszedł  w  szczelinę
pod sporym granitowym blokiem. Kiedy chwilę później musiałem go obciążyć, opór liny
nagle zmalał, a ja znalazłem się w powietrzu. Gwałtownie szarpnięty głaz oderwał się od
podłoża, przeleciał obok Cześka i roztrzaskał się u podnóża ściany. Leciałem w ogromną,
kilkusetmetrową przepaść. Przekoziołkowałem kilka razy, odbiłem się od ośnieżonej ścia-
ny  i  minąwszy  przerażonego  partnera  zawisłem  na  pożyczonym  od  Wandy  małym  au-
striackim haczyku. Nic mi się właściwie nie stało, ale byłem dość solidnie przestraszony.

Szybko zebrałem się w sobie i znów zacząłem się wspinać. Mimo wypadku ani przez

chwilę nie pomyśleliśmy, żeby się wycofać.

Zmrok zastał nas przy nadzwyczaj trudnym – piątkowym – zacięciu. Według opisu w

ścianie miały być dwa takie zacięcia. Jedno w połowie drogi, a drugie już pod sam koniec,
na  dwa  wyciągi  przed  szczytem.  Byliśmy  pewni,  że  jesteśmy  przy  pierwszym,  więc  nie
chcąc ryzykować nocnej wspinaczki, postanowiliśmy zabiwakować w tym miejscu.

Noc była straszna. Zamiast zjechać w trochę łatwiejszy teren, cały czas tkwiliśmy pod

tym zacięciem, w miejscu, gdzie nie można było nawet dobrze usiąść. Z trudem udało mi
się znaleźć stopień na oparcie nogi i maleńką półkę, na której raczej opierałem się, niż sie-
działem.  Z  kolei  mój  partner  siedział  wprawdzie  dość  dobrze,  ale  jego  oparcie  na  stopę
było tak niewygodne, że co chwila musiał zmieniać podtrzymującą ciężar ciała nogę.

Po zmroku zrobiło się bardzo zimno. Wyjąłem z plecaka śpiwór i  próbowałem nacią-

gnąć  go na  nogi,  ale  śliski  ortalion  łatwo  wysunął  się  ze  zgrabiałych  palców  i  unoszony
wiatrem wylądował na dole kilkadziesiąt metrów od ściany. Nie mieliśmy wtedy jeszcze
kurtek  puchowych,  więc  wsunąłem  tylko  nogi  do  plecaka  i  chociaż  założyłem  na  siebie
całe zapasowe ubranie, do rana trząsłem się z zimna.

Z literatury wiedzieliśmy, że na takim biwaku  absolutnie nie wolno  zasnąć,  bo  wtedy

krążenie staje się słabsze i wystarczy byle  cisnący pasek czy krawędź buta, żeby się od-
mrozić. Trochę dlatego, a trochę dla rozgrzewki przez  całą  prawie  noc  śpiewałem  jakieś
bezsensowne piosenki, zupełnie nie dbając o to, żeby się nie powtarzać i żeby tekst paso-
wał do melodii.

Z pierwszym słońcem znów zabraliśmy się do wspinaczki. Dość szybko zrobiliśmy za-

cięcie, potem około czterdziestu metrów trudnego terenu, kawałek łatwego śniegu – i już
byliśmy na szczycie. Okazało się, że w ferworze walki nie zauważyliśmy pierwszego za-
cięcia i całą noc siedzieliśmy w odległości zaledwie godziny marszu od szczytu. Gdyby-
śmy o tym wiedzieli, już poprzedniego dnia po ciemku skończylibyśmy tę drogę i spędzili-
byśmy komfortową noc w schronisku.

Schodząc klęliśmy w duchu swoją własną głupotę, chociaż wiedzieliśmy, że wszystkie

przygody – mój lot, zgubienie śpiwora, niepotrzebny biwak  w  złym  miejscu  –  były  nor-
malną  ceną,  którą  trzeba  płacić  za  zdobycie  górskiego  doświadczenia.  Rok  czy  dwa  lata
później takie głupie wpadki nie mogły nam się już przydarzyć.

W marcu znów pojechaliśmy do Morskiego Oka. Tym razem chcieliśmy „zakosić” pół-

nocno-wschodni  filar  Wielkiego  Mięguszowieckiego  Szczytu.  Przedsięwzięcie  było  tym
poważniejsze, że wybraliśmy trudniejszy wariant w kopule szczytowej. Znów musieliśmy
zabiwakować w ścianie i znów popełniliśmy dość podstawowy błąd.

Wydawało nam się, że na biwaku najlepiej jest się położyć. Walnęliśmy się w śnieg i

przez  noc  tak  cholernie  zmarzliśmy,  że  rankiem  z  trudem  zdołaliśmy  się  rozgrzać.  Nie
śmiej  się...  Na  początku  człowiek  jest  strasznie  głupi.  Przez  pierwsze  dwa,  trzy  lata

background image

76

wszystko jest nowe, a w książkach nie o wszystkim piszą. W tym  sporcie frycowe może
kosztować  życie.  My  po  prostu  nie  wpadliśmy  na  to,  że  siedząc  marznie  się  znacznie
mniej, bo tylko nogami i tyłkiem dotyka się zimnego śniegu.

Poza tym biwakiem wszystko poszło nam jak z płatka. Drugiego dnia bez trudu weszli-

śmy na szczyt. To było moje pierwsze większe osiągnięcie.

W  kwietniu  też  wyrwaliśmy  się  w  góry,  i  chociaż  nie  zrobiłem  żadnych  ciekawych

dróg, znów sporo się nauczyłem. Dzięki temu po pierwszym zimowym sezonie byłem już
wspinaczem w miarę doświadczonym. Zasmakowałem wszystkich podstawowych trudno-
ści  i  wiedziałem,  jak  zachować  się  w  wielu  poważnych  sytuacjach.  Góry  miały  jeszcze
przede mną wiele tajemnic, ale przebrnąłem już przez pierwszy, najbardziej niebezpieczny
okres wspinaczkowej inicjacji. Osiągnąłem dość dużo, ale muszę przyznać, że stało się to
kosztem nie tyle wyrzeczeń, co raczej świadomych rezygnacji. Przez cały rok w domu by-
łem tylko kilka razy i na palcach mogę policzyć dni, które spędziłem z moją dziewczyną.

Poznaliśmy się, kiedy skończyłem pierwszy rok studiów. Na prośbę  mojego  dawnego

szczepowego zgodziłem się spędzić miesiąc jako oboźny. Obóz, którym kierowałem, nie
różnił się niczym od innych harcerskich obozów i pewnie dość szybko bym o nim zapo-
mniał, gdyby nie to, że właśnie wtedy poznałem Jolkę. Była ode mnie o dwa lata młodsza i
chodziła jeszcze do liceum. Właściwie nie wiem, dlaczego spośród kilkudziesięciu harce-
rek właśnie ona wpadła mi wtedy w oko.

Po obozie widywaliśmy się dość rzadko. Ona mieszkała w Ostrzeszowie, a ja we Wro-

cławiu.  Przez  pierwsze  cztery  lata  było  to  takie  raczej  korespondencyjne  narzeczeństwo.
Spotykaliśmy się, kiedy była wyjątkowo zła pogoda, bo tylko wtedy mogłem zrezygnować
z wyjazdu w skałki i wybrać się do Ostrzeszowa. Prawie nigdy nie jeździliśmy razem w
góry. Raz czy dwa byliśmy razem na rajdach, ale na częstsze wyjazdy nie pozwalała Jolce
szkoła. Zresztą jej rodzice też by się na pewno nie zgodzili, żeby jeździła gdzieś z chłopa-
kiem, więc nawet nie próbowałem ich o to prosić.

Dzięki osiągnięciom poprzedniej zimy latem siedemdziesiątego drugiego roku zostałem

wysłany na studencki obóz do Chamonix. Nie zrobiliśmy tam żadnych superdróg, ale za to
wspinaliśmy się codziennie z bardzo dobrymi francuskimi przewodnikami. Chodziliśmy w
bardzo różnych rejonach, ścianach i warunkach. Dało mi to bardzo dużo. Nauczyłem się
poruszać  w  nie  spotykanych  w  Tatrach  warunkach  lodowcowych,  stosować  najnowsze
techniki, wspinać w lodzie. Cały czas błyskaliśmy oczami w stronę słynnych dróg, ale bar-
dzo precyzyjny program przewidywał tylko wspinaczki w drugorzędnych, najwyżej piąt-
kowych  ścianach.  Po  raz  pierwszy  posługiwałem  się  najlepszym,  supernowoczesnym
sprzętem, który w Polsce był dla mnie zupełnie nieosiągalny. Pewnie wyda ci się to dziw-
ne, ale przez te dwa tygodnie w Chamonix nauczyłem się więcej niż przez cały sezon w
Tatrach.

Jesienią  siedemdziesiątego  drugiego  roku  skończyłem  studia  i  zacząłem  pracować  w

Zakładzie Elektroniki Górniczej w Tychach. Ściągnęli nas tam osiemnastu z jednego roku.
Pamiętam, po szóstym semestrze przyjechał do nas na giełdę stypendystów facet z ZEG-u i
obiecywał złote góry – mieszkania, dobre pensje, najnowszą technikę. Technika rzeczywi-
ście była doskonała. Wtedy o układach scalonych mówiło się u nas jak o żelaznym wilku.
Na Politechnice uczyli nas, że coś takiego jest, mówili, jak działa,  ale  tylko  raz  asystent
zdobył gdzieś jeden taki element i przyniósł, żeby nam pokazać. W ZEG-u walało się tego
mnóstwo – tylko siadać i konstruować, ale na technice skończyło się spełnianie obietnic.
Pensje dali takie sobie, mieszkanie zastępcze w hotelu pracowniczym.  Trochę  nas  to  za-
wiodło, bo samą pracą, choćby nie wiem jak ciekawą, nie można przecież żyć.

W 1975 roku, kiedy już budowała się Fabryka Samochodów Małolitrażowych, jeden z

jej  dyrektorów  zaproponował  mi,  żebym  wyjechał  do  Włoch  na  kurs  obsługi  mini-
komputerów, a potem przeszkolił ich ludzi. Wziąłem sobie w ZEG-u urlop wypoczynkowy

background image

77

i pojechałem. Po kursie wróciłem normalnie do pracy i zaraz zaczęły się telefony. Co ze
szkoleniem? Kiedy zaczynasz?

W FSM-ie bardzo szybko doszli do wniosku, że to szkolenie właściwie nie ma sensu i

lepiej byłoby, gdybym po prostu przyszedł do nich do pracy. Zaczęło im na mnie zależeć.
W ZEG-u miałem bardzo dużo roboty i zupełnie nie mogłem zabrać się do tego szkolenia,
a  kiedy  zaproponowali  mi  przeniesienie  –  postawiłem  dość  twarde  warunki.  Przede
wszystkim  musiałem  dostać  mieszkanie.  Byłem  już  żonaty,  żona  w  ciąży,  więc  w  dniu
podpisania  umowy  miałem  w  ręku  klucze  do  M-3.  Załatwiłem  formalności,  przeniosłem
rzeczy i następnego dnia poszedłem już do nowej pracy.

Zanim do tego doszło, była jeszcze zima siedemdziesiątego drugiego roku. W Wigilię,

którą jak zwykle spędziłem w Tatrach, zrobiliśmy z Cześkiem Bajsarowiczem i Bogdanem
Nowaczykiem pierwsze zimowe przejście skrajnie trudnej drogi Pająków na Galerii Gan-
kowej. Robiliśmy ją dwa dni i dostaliśmy dobrze w skórę, szczególnie przy zejściu, bo za-
czął wiać halny i warunki gwałtownie się pogorszyły. To był mój chrzest na ekstremalnych
zimowych drogach.

W sylwestra znów wybraliśmy się na bardzo trudną wspinaczkę drogą Kurtyki na Ma-

łym Młynarzu. Nowy Rok witaliśmy w ścianie. Na dole, w schroniskach, puszczali ognie,
bawili się, a my w ciszy, spokoju czekaliśmy na świt, żeby znów zacząć się wspinać. Ta
wspinaczka dała nam opinię szaleńców. Bo nikt normalny nie wychodzi w sylwestra nawet
na  stosunkowo  łatwe  drogi.  Każdy  początkujący  taternik  nasłuchał  się  o  sylwestrowych
akcjach GOPR-u, więc wyjście tego dnia uchodzi za kuszenie losu.

Te dwa przejścia spowodowały, że znów mówiło się o środowisku wrocławskim. Uzna-

no, że we Wrocławiu rośnie jakaś nowa, licząca się siła. Poza Wandą Rutkiewicz i Bogda-
nem Jankowskim do czołówki zbliżało się kilku młodych – Marek Kęsicki, Andrzej Wi-
lusz, Czesiek Bajsarowicz, Bogdan Nowaczyk.

Dzięki temu w lutym powołano nas na obóz unifikacyjny, który umożliwiał już udział

we wszystkich wyjazdach i wyprawach.  Zostaliśmy  członkami zwyczajnymi klubu i  we-
szliśmy do szerokiej czołówki.

Latem zabraliśmy się z Bogdanem Nowaczykiem na śląski wyjazd do Włoch – w Do-

lomity. Siedzieliśmy tam prawie miesiąc, zrobiliśmy trochę dróg, ale mieliśmy pecha, bo
cały czas utrzymywała się fatalna pogoda. Byliśmy właściwie jedynymi wspinaczami, któ-
rzy codziennie, twardo, pchali się do  góry.  Zrobiliśmy między innymi drugie czy trzecie
powtórzenie słynnej drogi włosko-francuskiej na ścianie Civetty. Jako pierwsi przeszliśmy
ją w jeden dzień, chociaż szczęście wyraźnie nam nie sprzyjało.

Już z samego rana dostałem w głowę strąconym przez Bogdana kamieniem. Miałem na

sobie kask, ale kamień przebił go i uderzył w głowę. Trysnęła krew, na chwilę straciłem
przytomność. Bogdan zjechał do mnie i obejrzał ranę. Miałem szczęście – skończyło się na
przecięciu skóry.

Wspinaliśmy się do nocy. Ściana była bardzo trudna. Zerwała się burza. Już po ciemku

osiągnęliśmy kominy wyjściowe, którymi lała się woda. Kiedy wieczorem wychodziliśmy
na szczyt, byliśmy przemoczeni do cna.  Wzięliśmy  ze  sobą  maszynkę  butanową,  ale  nie
mogliśmy jej zapalić, bo zapałki przemokły razem ze wszystkimi niesionymi w plecakach
rzeczami.

Nocą przeszedł przymrozek. Mokrzy, zziębnięci, siedzieliśmy w ciasnej płachcie biwa-

kowej i nie mogliśmy nawet zrobić sobie herbaty. Zęby nam latały, łapały nas kurcze, a ból
w mojej rozciętej głowie ciągle nie ustępował.

Rano czekało nas trudne, wymagające kilku poważnych zjazdów zejście, a potem wi-

zyta  u  początkującego  lekarza,  który  zakładając  mi  klamrę,  zabronił  wspinania  się  przy-
najmniej przez tydzień.  Kiedy  to  mówił,  kiwaliśmy  posłusznie  głowami,  bo  przecież  nie
sposób było mu wytłumaczyć, jak wiele znaczy dla nas te kilka dni w górach.

background image

78

Pod  koniec  roku  znów  udało  mi  się  dostać  kilka  dni  urlopu.  Z  Markiem  Kęsickim  i

Bogdanem Nowaczykiem zrobiliśmy w Tatrach pierwsze zimowe przejście filaru Kazalni-
cy z ostrogą, Zaczęliśmy się wspinać wczesnym rankiem dwudziestego ósmego grudnia, a
skończyliśmy w sylwestra przed południem. Trzy biwaki, trzy nie przespane noce w ścia-
nie, prawie  cała doba bez kropli wody w ustach – bo  szliśmy  w  przewieszonym  terenie,
gdzie śnieg się nie trzymał – dały mi mnóstwo nowych doświadczeń.

Przez  dwa  miesiące  mogłem  spokojnie  poświęcić  się  pracy,  ale  w  marcu  nie  wytrzy-

małem już monotonii miejskiego życia i w okolicach świąt wielkanocnych wyrwałem się z
Cześkiem Bajsarowiczem i Bogdanem Nowaczykiem na  kilka  dni  do  Doliny  Pięciu  Sta-
wów Spiskich. Zrobiliśmy wtedy dwie piękne drogi – pierwsze zimowe przejście Czarnego
Filaru Wielkiego Jaworowego Szczytu i drogę Palenička na Łomnicy. Obie – w  dobrym
stylu i bez większych kłopotów, ale zima była dość sroga, więc  umordowaliśmy się, wy-
marzliśmy, nabraliśmy wrażeń na następne parę miesięcy.

W  lipcu  siedemdziesiątego  czwartego  roku  wyznaczono  mnie  na  centralny  wyjazd  w

rejon  Bezingi  na  Kaukazie.  Bezingę  nazywają  małymi  Himalajami.  Wysokości  nie  są  tu
specjalnie duże – raptem pięciotysięczne – ale ogromne zalodzenie stwarza nie spotykane
gdzie indziej problemy.

Z Andrzejem Pawlikiem i Andrzejem Mierzejewskim zrobiliśmy tam  tysiąc ośmiuset-

metrowy, szóstkowy filar Krumkoła 

(wys. 4676 m). Wywarło to na mnie wielkie wrażenie.

Góry ogromne, lodowcowe. Trzy dni szliśmy do góry, potem schodziliśmy prawie na dru-
gą stronę Kaukazu. Wracaliśmy dwa dni. Innymi lodowcami, innymi dolinami, cały czas w
obcym terenie. Rosjanie mówili:  „Idźcie  po  skałkach  na  lodowiec,  potem  na  jedną  prze-
łęcz, przekroczycie lodowiec, następna przełęcz – tylko idźcie na tę wyższą – stamtąd na
jeszcze jedną, zejście, i już tylko dwanaście kilometrów do Bezingi”.

Szliśmy pełne dwa dni i całą noc. Wchodziliśmy nie na te przełęcze co trzeba, gubili-

śmy drogę, nadrabialiśmy. Wchodzimy na przełęcz – nie ma jak zejść, a Rosjanie mówili,
że będzie łatwo. Trzeba się przebijać granią do następnej. Błądziliśmy tak i błądziliśmy, aż
w końcu drugiego dnia udało nam się znaleźć naszą dolinę.

To  jest  właśnie  cały  urok  Kaukazu.  W  Alpach  podjeżdża  się  kolejką  pod  ścianę,  „łoi

się”, potem zejście i znów kolejką do schroniska. Wszystkie drogi zna się na pamięć, za-
nim jeszcze wyjedzie się z kraju. W Kaukazie jest pełna improwizacja. Prawie jak w Hi-
malajach.

We wrześniu znów wyskoczyłem na kilka dni w Tatry, a w październiku – już ślub. Jol-

ka  od  dwóch  lat  pracowała  jako  nauczycielka  w  okolicy  Tych,  ale  ciągle  zwlekaliśmy  z
małżeństwem. Latem znalazła pracę na miejscu i przeniosła się do kuzynki, która miesz-
kała w Tychach. Sześć miesięcy po ślubie mieliśmy już własne M-3, a niecały rok później
urodził się Marcinek.

Dwa miesiące po ślubie zostawiłem żonę i na Wigilię razem z Markiem Łukaszewskim

wybraliśmy się do Morskiego Oka. Jolka z żoną Marka pojechały do Szczyrku, a my mie-
liśmy dobić do nich na sylwestra.

Tymczasem próbowaliśmy zrobić Superdirettissimę na Kazalnicy. Jednego dnia weszło

w ścianę chyba z sześć zespołów. Wszyscy nieśli ze sobą choinki, wygłupiali się, ścigali,
ale pod wieczór przyszło kompletne załamanie pogody i większość zespołów wycofała się
do schroniska. My liczyliśmy jeszcze na poprawę warunków, więc przeczekaliśmy noc w
ścianie i dopiero rano, kiedy dalsza wspinaczka okazała  się  zupełnie  niemożliwa,  zdecy-
dowaliśmy się poddać. Jak ostatni  idioci!  Przesiedzieliśmy  całą  noc  w  ławeczkach,  żeby
rano  w  ciągu  pół  godziny  zjechać  na  dół  i  po  godzinie  być  już  w  schronisku.  Byliśmy
wściekli jak nigdy. Cały ten absurd wziął się z naszego napalenia się na Superdirettissimę
– ostatnią wtedy nie zrobioną zimową drogę na Kazalnicy.

background image

79

W  marcu  znów  wyskoczyłem  na  kilka  dni  –  tym  razem  z  Bogdanem  Nowaczykiem.

Superdirettissima była już zrobiona przez Alka Lwowa i Mańka Piekutowskiego. Cały czas
utrzymywała się tak fatalna pogoda, że nie mogliśmy nawet wychylić nosa ze schroniska.

Latem chciałem jechać w Alpy, ale wysłali mnie do Bezingi. Powiedzieli, że muszę je-

chać na Kaukaz, bo już tam byłem, znam warunki i wiem, jak chodzić. Zrobiliśmy kilka
ważnych  powtórzeń  –  między  innymi  drogę  Simonika  na  Kosztan-Tau 

(wys.  5145  m).

Wtedy właśnie nabrałem szacunku dla Walka Fiuta. Obaj bardzo chcieliśmy zrobić nowa
drogę  na  Szcharze 

(wys.  5201  m).  Wynieśliśmy  sprzęt,  mieliśmy  niezłą  pogodę,  ale  w

ostatniej chwili odwiódł nas od tego Andrzej Posiewnik. Powiedział, że może być załama-
nie pogody, że obóz się kończy, więc lepiej zrobić jakieś powtórzenie, niż nie zrobić nic.
Potem, kiedy okazało się, że cały czas pogoda była wspaniała – słońce, cieplutko – klęli-
śmy z Walkiem jak cholera. W Kaukazie przekonałem się, że Fiut nie tylko umie się wspi-
nać, ale jest też strasznie ambitny i ma odwagę podejmować supertrudne zadania. Dlatego,
kiedy po powrocie z Everestu słyszałem, jak niektórzy wieszają na Walku psy, diabli mnie
brali, bo wiedziałem, że on zrobił wszystko, na co było go wtedy stać, i gdyby nie zszedł
do bazy, na pewno byłby na szczycie.

Wszystkie te nieporozumienia w czasie wyjazdu kaukaskiego stały się nieważne wobec

tragedii, która wydarzyła się w tym czasie i o której dowiedzieliśmy się zaraz po powrocie
do kraju.

W Karakorum, schodząc z pierwszego polskiego ośmiotysięcznika – Broad Peak Mid-

dle – zginął między innymi Bogdan Nowaczyk, mój partner od serca i od liny, z którym
uczyłem się wspinać i z którym zrobiłem większość najważniejszych przejść.

Bogdan  był  świadkiem  na  moim  ślubie.  Mam  nawet  takie  zdjęcie  zrobione  zaraz  po

uroczystości.  Stoimy  we  trzech:  Czesiek  Bajsarowicz,  ja  i  Bogdan  Nowaczyk.  Wszyscy
uśmiechnięci, rozradowani.  Z  tej  trójki  zostałem  już  tylko  ja.  Czesiek  zginął  przysypany
lawiną pod Żabim Szczytem Niżnim.

Wiadomość o śmierci Bogdana przyszła do kraju, kiedy ja wspinałem się na Kaukazie.

Kilka dni później moja żona, która była wówczas w siódmym miesiącu ciąży, dostała od
niego list. Pisząc go był pełen optymizmu i wiary w sukces,  snuł  najróżniejsze  plany  na
przyszłość. Nawet nie przeczuwał tego, co miało go spotkać cztery dni później.

Wyobraź sobie, co ona wtedy czuła, co myślała, czego się mogła spodziewać. Kobiety

w tym stanie stają się przecież szczególnie wrażliwe, a tu list od nieżyjącego przyjaciela,
mąż wspina się gdzieś w Azji. Listów ode mnie ciągle nie było. Nie wiedziała nawet, czy
dojechałem szczęśliwie na miejsce.

Kiedy wróciłem i zrozumiałem, co ona musiała przeżywać, czułem  się jak przestępca.

Taka sytuacja, a ona sama. Czułem się wobec niej winny i chciałem jej to wynagrodzić.
Przez następny rok prawie się nie wspinałem. Siedziałem w domu, zajmowałem się dziec-
kiem, próbowałem ją i siebie przekonać, że wcale nie muszę się  wspinać, że potrafię po-
wiedzieć sobie: nie!

Święta – po raz pierwszy od wielu, wielu lat – spędziłem z rodziną. W lutym wyrwałem

się tylko na kilka dni na Słowację, a potem znów udawałem przykładnego ojca i męża, któ-
rym chyba nigdy nie będę. Największym moim gestem wobec rodziny była rezygnacja z
bardzo atrakcyjnego letniego wyjazdu w Pamir.

Dopiero  zimą  siedemdziesiątego  siódmego  roku  wróciłem  do  prawdziwej  aktywnej

wspinaczki. Najpierw spędziłem tydzień na Polanie pod Wysoką, a potem pojechałem na
obóz klubowy w Dolinie Wielickiej. Przez sześć dni byliśmy tam z żoną, a raczej niedale-
ko siebie, bo ja chodziłem po górach, a ona siedziała w schronisku. Był to jedyny wolny
czas, który udało nam się spędzić razem.

Latem wyjechałem na moją pierwszą egzotyczną wyprawę. Pojechaliśmy w Hindukusz

Afgański, żeby wejść jednym z filarów Kohe Szachaur 

(wys. 7116 m), a udało nam się za-

background image

80

liczyć dwa. Lwów, Pietkiewicz i ja zrobiliśmy lewy  filar,  a Kulis z Wilkońskim i Stasz-
kiem Wacławem – prawy. Nasz okazał się znacznie trudniejszy, ale obie drogi były nowe,
miały swoją renomę i poważnie liczyły się wśród osiągnięć alpinizmu w siedemdziesiątym
siódmym roku. Wagę naszego sukcesu zwiększało to, że osiągnęliśmy go systemem alpej-
skim – bez zakładania obozów, bez poręczowania, niosąc wszystko na własnych plecach.

Dla  mnie,  poza  tymi  sportowymi  osiągnięciami,  liczył  się  sam  wyjazd  –  zetknięcie  z

egzotyką. Zobaczyłem kawał świata, sprawdziłem swoje umiejętności organizacyjne. Wy-
prawa  była  malutka,  sami  musieliśmy  wszystko  załatwiać,  pakować,  wysyłać.  Potem
Afganistan. Wschód. To już jest zupełnie coś innego niż wyjazd w Alpy. Siedzisz w mie-
ście i czekasz na samochód. Śpieszysz się, poganiasz, a na nich nie robi to żadnego wraże-
nia. Nie wiedzą, co to pośpiech, nie rozumieją, dlaczego tak bardzo zależy ci, żeby poje-
chać dziś, a nie jutro albo za tydzień. Zupełnie nie mają poczucia czasu.

Ta pierwsza wyprawa bardzo mi się podobała. Nie tylko dlatego, że odnieśliśmy liczący

się sukces i zobaczyliśmy kawałek Azji. Podobały mi się stosunki, które między nami pa-
nowały. Było nas sześciu wspinających się i lekarz. Dawało nam  to doskonałą operatyw-
ność i zgranie, bo każdego wszystko musiało obchodzić. Każdy wiedział, jaka jest sytuacja
i co w danej chwili powinien robić. Mała grupka ma tę przewagę nad wyprawą-molochem,
że potrafi stworzyć bardzo silne więzy między uczestnikami. Ludzie wiedzą, że więcej za-
leży od nich samych, i gotowi są więcej z siebie dać, a interes wyprawy traktują jak swój
własny. Widać to nawet przy wydawaniu pieniędzy. Na wielkich wyprawach w pewnym
momencie przychodzi uczucie wyobcowania. Ktoś to zorganizował,  ktoś za to płaci. Nie
przywiązuje się wagi do tego, czy jakaś usługa będzie kosztowała parę centów mniej czy
więcej. My w Afganistanie targowaliśmy się dosłownie o byle grosz, bo wiedzieliśmy, że
mamy określoną sumę, że musimy za nią dojechać w góry i wrócić. Myślało się o tym na
każdym kroku.

Po powrocie z Hindukuszu znów dość  dużo  siedziałem  w  domu.  Zimą  tylko  parę  dni

wspinałem się z Cześkiem Bajsarowiczem na Słowacji, ale za to latem pojechałem w Pa-
mir na Alpiniadę.

Z  Walkiem  Fiutem,  Andrzejem  Czokiem  i  Krzyśkiem  Pankiewiczem  zrobiliśmy  tam

dwa dobre wejścia na Pik Korzeniewskiej i Pik Komunizma. Ten ostatni – systemem alpej-
skim, w rekordowym czasie – w dwa dni! Trzy dni po wyjściu z bazy byliśmy już z po-
wrotem.  Nasi  rosyjscy  gospodarze  po  prostu  nie  chcieli  uwierzyć,  że  coś  takiego  jest  w
ogóle możliwe.  Inne  grupy  przeprowadzały  oblężenia,  wynosiły  sprzęt,  zakładały  obozy.
My wzięliśmy dwa leciutkie namiociki, trochę jedzenia, sprzęt i pognaliśmy na nic się nie
oglądając. Podchodząc spotykaliśmy grupy, które weszły na szczyt po miesięcznej akcji, a
schodząc przegoniliśmy je jeszcze przed bazą. W trzy dni zrobiliśmy siedem tysięcy me-
trów w pionie.

Trzy z rzędu alpejskie wejścia na siedmiotysięczniki nie dawały się już nie zauważyć.
W ciągu roku znów wspinałem się niewiele. Żona starała się nie poruszać tego tematu,

ale  czułem,  że  zaczynają  ją  męczyć  moje  ciągłe  wyskoki  w  Tatry  i  coroczne  kilkutygo-
dniowe wyjazdy. Ciągle jeszcze nie mogła otrząsnąć się po śmierci Bogdana.

Mimo to wiosną 1979 roku zgodziłem się – niestety  –  wziąć  udział  w  jeleniogórskiej

wyprawie na Annapurnę Południową. Mówię „niestety”, bo była to jedna z najbardziej tra-
gicznych wypraw himalajskich, o jakich słyszałem. Dość długo nosiłem się z decyzją. Cel
wyprawy wydał mi się niewspółmiernie poważny do możliwości uczestników. Skład  był
tak słaby, że komisja sportowa PZA zaleciła dołączenie kilku bardziej doświadczonych al-
pinistów. Wybór padł na Mańka Piekutowskiego i na mnie, bo Jelenia Góra i Wrocław tra-
dycyjnie dość blisko ze sobą współpracowały, ale od początku dawano nam odczuć, że je-
steśmy ci obcy, ci z Wrocławia, w pewnym sensie narzuceni przez Związek.

background image

81

Sześć osób, w tym my, poleciało samolotem, a reszta miała dojechać samochodem wio-

zącym sprzęt. Tymczasem założyliśmy bazę i zaczęliśmy  rozglądać się w okolicy.  Zaraz
na  początku  zdarzył  się  pierwszy  tragiczny  wypadek.  Poszliśmy  z  Marianem  Piekutow-
skim i Józkiem Koniakiem zrobić rekonesans wschodniej grani. Wszystko było dobrze –
pogoda, samopoczucie, droga w porządku.

Zaczęliśmy schodzić. Ja asekurowałem ze stanowiska po przeciwnej stronie grani. Pie-

kutowski szedł pierwszy, Koniak za nim. Maniek doszedł do półki, usiadł i zaczął zwijać
linę. Józek przechodził właśnie krótki skalisty odcinek, kiedy spod uzbrojonej w raki stopy
wyjechał mu kamyk.  Zachwiał się, stracił równowagę, upadł. Spadając potrącił  Mariana.
Zanim zrozumiałem, że coś się stało, zanim wkopałem czekan, przyczepiłem do niego linę
i zszedłem w  dół,  Józek  już  nie żył.  Udusił  się  pasem  asekuracyjnym,  na  którym  zawisł
przeleciawszy pięć, może sześć metrów w pionie. Wisiał dwadzieścia centymetrów nad lo-
dową  półką,  która  mogła  mu  uratować  życie.  Nie  umiał  zrzucić  ciężkiego  plecaka,  nie
umiał uwolnić się z duszącego go pasa. Ktoś bardziej doświadczony, z większą wysoko-
górską praktyką, pewnie by sobie w jego sytuacji poradził.

Chwilę wcześniej, po odebraniu ode mnie haków potrzebnych do założenia stanowiska,

natychmiast  ruszył  w  dół.  Zanim  zdążyłem  wybrać  kilkumetrowy  luz  liny,  było  już  po
wszystkim.

Tymczasem Maniek, który spadł dobre piętnaście metrów, po kilku minutach odzyskał

przytomność, zrzucił plecak i po napiętej linie wdrapał się  na  półkę.  Podchodząc  słyszał
jeszcze wzywającego pomocy Koniaka.

Solidnie  przyduszony,  działając  w  szoku,  nie  mógł  się  jednak  posuwać  dość  szybko.

Kiedy  znalazł  się  obok  Józka,  ten  już  nie  żył.  Wysiłek,  pośpiech,  wszystko  okazało  się
bezsensowne.

W tym mniej więcej momencie udało mi się do nich dotrzeć. Maniek stał się sinofiole-

towy. Widać było, że sam jest w ciężkim szoku, ale próbował coś jeszcze robić. Miał jesz-
cze nadzieję, myślał, że może jakimś cudem uda mu się uratować wiszącego na linie kole-
gę. Do dziś widzę takiego fioletowego, chwiejącego się na nogach Mańka On przecież też
był o krok od śmierci.

O tym, co przeżywaliśmy potem, mówiło się niewiele, ale było to straszne, może naj-

straszniejsze z moich dotychczasowych doświadczeń. Trzy dni szliśmy do bazy bez jedze-
nia i picia, bo wszystkie zapasy wpadły do przepaści. Wyobraź sobie – trzy dni ogromnego
wysiłku i nic konkretnego do jedzenia.

Po naszym powrocie w bazie odbyło się głosowanie. My wstrzymaliśmy się od głosu, a

wszyscy pozostali wypowiedzieli się za kontynuowaniem wyprawy.

Kilka dni później Marian Piekutowski, Zbyszek Czyżewski, Kazik Śmieszko i ja wyru-

szyliśmy pod zachodnią ścianę. Marian, który jak zwykle miał pecha, jeszcze przed ścianą
źle się poczuł i musiał wrócić do bazy. Zastanawiałem się, czy  nie zrezygnować z ataku.
Właściwie  nie  znałem  moich  partnerów.  Obaj  byli  bardzo  młodzi,  jeden  dziewiętnaście,
drugi  –  dwadzieścia  cztery  lata,  obaj  nie  mieli  żadnych  pozatatrzańskich  doświadczeń,  a
moja wysokogórska praktyka wydawała mi się zbyt mała, żeby udźwignąć ciężar kierowa-
nia  takim  zespołem.  Ostatecznie  zdecydowałem  jednak  brnąć  dalej,  choć  dziś  ta  decyzja
wydaje mi się niesłychanie ryzykowna.

Piątego dnia prowadzonej systemem alpejskim akcji stanęliśmy z  Kazikiem Śmieszko

na szczycie Annapurny Południowej. Po ostatnim, czwartym biwaku Zbyszek czuł się tak
źle,  że  musieliśmy  zostawić  go  w  namiocie.  Pierwszy  raz  widziałem  kliniczny  prawie
przypadek  choroby  wysokogórskiej.  Zobaczyłem,  jak  to  wygląda,  kiedy  człowiek  nie
przyjmuje pokarmów, nie rozumie, co się do niego mówi, denerwuje się bez powodu, nie
chce się ruszyć, więc trzeba go ubierać w niskim, ciasnym namiocie na siedmiotysięcznej
wysokości. Dowiedziałem się, co to znaczy, kiedy na siedmiu tysiącach trzeba opuszczać

background image

82

faceta  na  linie.  Musieliśmy  zrobić  trzynaście  zjazdów.  To  nawet  w  niskich  górach  jest
mordercza  robota.  Co  dopiero  tam  –  przy  dużym  zmęczeniu,  przy  rozrzedzonym  powie-
trzu. Trzeba samemu zjechać, założyć stanowisko, drugi spuszcza chorego. Trzeba go ode-
brać, potem zjeżdża ten drugi, ściąga się linę. Tak trzynaście razy po czterdzieści metrów.
Obłęd. Im niżej schodziliśmy, tym Zbyszek lepiej się czuł. Młody organizm szybko wracał
do równowagi, ale ja się wtedy porządnie odmroziłem.

Wyprawa  skończyła  się  tragicznie.  Owszem,  zrobiliśmy  nową,  bardzo  trudną,  liczącą

się  drogę  na  renomowanym  siedmiotysięczniku.  Nasze  wejście  było  dużym  sportowym
osiągnięciem polskiego alpinizmu w 1979 roku, ale jego cena okazała się zbyt wielka. W
czasie gdy my wracaliśmy do bazy, na północnej ścianie zaginęli Julian Ryzner i kierow-
nik wyprawy Jerzy Pietkiewicz, którzy nie mając odpowiedniej aklimatyzacji ani sprzętu,
próbowali wejść na szczyt z drugiej strony.

Niemal  prosto  z  lotniska  pojechałem  do  Zabrza  na  operację  odmrożonych  stóp.  W

szpitalu dostałem list, którego pierwsze zdanie pamiętam do dziś. „Czy chcesz pojechać na
narodową wyprawę na Mount Everest?” Tym razem nie miałem się nad czym zastanawiać.
Przecież o niczym więcej nie marzyłem. Jedno mnie tylko męczyło – czy po kolejnej wy-
prawie Marcin nie zacznie mówić do mnie: „wujku”.

J.Ż.– I nie zaczął?
K.W.– Nie, ale w jednym z listów kazał Jolce napisać, „żeby tata uważał, żeby się gdzieś nie

przewrócił i żeby się nie odmroził, bo znów będzie leżał w szpitalu”. Tylko popatrz, jak to
dzieciak wszystko rozumie!

background image

83

PIĘTNO EVERESTU

część III

background image

84

Znajdujemy to w górach

J.Ż.– Mamy dziś podsumować nasze rozmowy. Zacznijmy może od pytania dość stereotypo-

wego. Co dało wam wejście na Mount Everest?

L.C.– Jeżeli myślisz o sprawach materialnych, to od razu wyjaśnijmy, że alpinizm jest spor-

tem, do którego się ciągle dokłada.

K.W.–  Zyskaliśmy  natomiast  ogromną  satysfakcję.  Oczywiście  mają  też  swoje  satysfakcje

inni członkowie wyprawy, organizatorzy, współorganizatorzy, ale wydaje mi się, że nasza
satysfakcja jest najpełniejsza. W końcu to my stanęliśmy na najwyższej górze świata i w
tym sensie jest to nasz  sukces,  a  koledzy  mogą  nam  zazdrościć.  To  oczywiście  liczy  się
tylko  między  nami,  w  wąskiej  grupie  uczestników  wyprawy.  Dla  innych  jest  to  nasz
wspólny sukces, bo w gruncie rzeczy odnieśliśmy go wysiłkiem całego dwudziestoosobo-
wego zespołu.

L.C.–  Wchodząc  na  tę  górę  zrealizowaliśmy  swoje  największe  marzenie,  które  jest  marze-

niem każdego alpinisty.

Everest nie jest szczytem pięknym. Prawdopodobnie, gdyby cała okolica była położona

o  tysiąc  metrów  niżej,  nikt  by  tu  nie  zajrzał.  Przyjechałaby  jedna  wyprawa,  zrobiłaby
pierwsze wejście i na tym by się skończyło. Everest niższy o tysiąc metrów byłby niewiele
wart. Nietrudny, nieładny. Jego ogromna atrakcyjność bierze się stąd, że jest bezwzględnie
najwyższy, a nasza stechnicyzowana cywilizacja wymaga wyników dających  wyrazić się
w kategoriach obiektywnych.

K.W.– Można by postawić pytanie odwrotne. Co zabrało mi wejście na Everest? Co przez nie

straciłem? Wszedłem przecież na najwyższy szczyt świata  i  wielu  ludzi,  którzy  z  alpini-
zmem nie mają nic wspólnego, uważa, że powinienem już przejść na taternicką emeryturę.
„Czego jeszcze chcesz? – pytają. – Nigdzie wyżej nie wleziesz!” Mnie te pytania zresztą
też nachodzą. – Po co? Co jeszcze? – Ale chyba tylko pod wpływem ciągłego stawiania te-
go problemu przez ludzi z zewnątrz.

Dla  mnie  Everest  przyszedł  za  wcześnie.  Byłoby  to  piękne  ukoronowanie,  a  na  nie

przecież jeszcze za wcześnie. Jeszcze jestem w biegu i nie mam  zamiaru się wycofywać.
Everest  był  po  prostu  jednym  z  wielu  startów.  Jego  ranga  okazała  się  ogromna,  ale  to
wcale nie znaczy, że teraz jestem już za ważny, żeby pójść chociażby na Mnicha.

L.C.–  Ja  poza  satysfakcją  uzyskałem  dzięki  Everestowi  dość  specyficzny  dystans  do  wielu

spraw. Ciągle jestem zabiegany, zaganiany, ciągle coś mi się przez to nie układa, coś się
nie  udaje,  ale  wystarczy,  że  przez  chwilę  pomyślę:  „Byłem  na  Evereście”  –  i  wszystkie
problemy stają się mniej ważne.

J.Ż.– Czy właśnie tego szukaliście tam, na szczycie?
K.W.– Myślę, że tym razem chodziło o coś więcej, o wielką szansę polskiego alpinizmu. W

tym przypadku naprawdę nie było takie ważne, kto tam wejdzie. Niby zawsze się tak mó-
wi; „Nieważne kto, liczy się  sukces  wyprawy”,  ale  tym  razem  to  nie  była  nawet  sprawa
wyprawy, to była sprawa całego polskiego alpinizmu. To, że jako pierwsi dostaliśmy po-
zwolenie, że mieliśmy szansę, która już się nigdy nie powtórzy, szansę otwarcia zimowej
drogi na Everest – otwarcia nowego himalajskiego sezonu, i to od razu od jednego z naj-
trudniejszych jego problemów.

J.Ż.– Co wam to dało w waszym codziennym życiu?

background image

85

L.C.– Nawet moja żona zauważyła, że jak mamy kłopoty, to ja się mniej denerwuję. „Ciągle

powtarzasz: jakoś się to załatwi” – wyrzuca mi, a ja po prostu na wiele spraw patrzę teraz z
większym dystansem.

J.Ż.– „Bo cóż to jest wobec Everestu?”
L.C.– Tego nie mówię, ale trudności, które tam musiałem pokonać, dały mi świadomość, że

stać mnie na więcej, że więcej mogę wytrzymać. Ty, Krzysiek, też to chyba czujesz?

K.W.– Czy ja wiem? Na co dzień raczej nie. Nie uśmiecham się do Everestu. Czasem uśmie-

cham się do siebie, bo sprawdziłem się w jakimś sensie, ale przez to wcale nie jest mi ła-
twiej  godzić  się  z  niektórymi  sprawami.  Siedzenie  na  gwoździach  nie  staje  się  przyjem-
niejsze tylko dlatego, że było się na Evereście. Dla mnie jest to raczej potwierdzenie całej
mojej  taternickiej  drogi.  Człowiek  zaczynający  się  wspinać  oczekuje  sukcesu,  dopingu,
potwierdzenia, że jest w tym dobry. Dla mnie wejście na Everest było właśnie takim po-
twierdzeniem alpinistycznej przydatności, ale nie zmieniło mojego podejścia do życia. Na
co dzień pozostałem taki sam jak przedtem. Aż mnie to dziwi. Kiedyś inaczej wyobraża-
łem sobie ludzi dokonujących największych himalaistycznych wyczynów.

L.C.– Jedna rzecz denerwuje mnie ostatnio u wielu ludzi. Zauważyłem to nawet w mojej ro-

dzinie. Dawniej potępiali mnie za wspinanie się. „To jest niebezpieczne –  mówili  –  a  ty
masz rodzinę i musisz o niej myśleć”. Teraz, kiedy przyszedł ten sukces, wszyscy się do
niego  przyznają,  a  przecież  Everest  nie  był  bardziej  bezpieczny  od  moich  poprzednich
wspinaczek.  Dopiero  teraz,  kiedy  okazało  się,  że  to,  co  robię,  ma  społeczny  rezonans  –
wszyscy zaczęli się z tego cieszyć.

„(...) Nie sądźmy jednak, że dla wirtuoza alpinizm nie kryje w sobie żadnego niebezpie-

czeństwa. Najlepsi nawet mogą popełnić błąd, a nikt nie potrafi uniknąć pecha. Podobnie
jak piloci czy kierowcy wozów wyścigowych, bywają wspaniali wspinacze, którzy umie-

rają ze starości, i bywają ci, którzy giną w górach. (...)”

32

J.Ż.– Więc przynieśliście ze szczytu trzy rzeczy: poczucie własnej wartości, dystans do spraw

codziennych i społeczne uznanie tego, co robicie.

K.W.–  Ale  to  uznanie  jest  bardzo  iluzoryczne,  bo  wcale  nie  oznacza  zrozumienia.  Chwalą

nas, gratulują i mówią: „To już teraz przestaniesz się chyba wspinać”. Kiedy tłumaczę, że
nie, że to tylko etap, pytają zdziwieni, co jeszcze możemy zrobić, po co nam to.

L.C.– Nawet w stosunku do tegorocznej wiosennej wyprawy wysuwają takie zarzuty. „Po co

dublować? Przecież byliście już na Evereście. Po co wchodzić tam jeszcze raz?” Nie ro-
zumieją, że liczy się nie tylko to, czy się było, ale też – w jakim stylu, którędy, kiedy. Lu-
dzie myślą, że szliśmy na Everest tylko po sławę. Nie rozumieją, że to był po prostu jeden
z etapów naszej pasji, która się na Evereście ani nie zaczyna, ani nie kończy.

J.Ż.– A gdzie się kończy?
L.C.–  Nigdzie.  Może  się  skończyć  w  nas  samych,  jeżeli  się  kiedyś  wypalimy  albo  jeżeli

wcześniej coś się nam przydarzy... ale o tym się nie myśli.

J.Ż.– Krzysiek, który już po raz drugi odmroził sobie palce u nóg, powinien chyba o tym my-

śleć.  Czy  wejście  na  Everest  rzeczywiście  warte  jest  aż  tak  wiele?  Nie  chcę  pytać,  czy
warte jest życie, ale powiedzcie, czy warte jest palce?

K.W.– Odpowiem: tak i nie. Są tacy, co oddaliby nawet więcej niż palce, ale ja zawsze sobie

kalkuluję. Nie chodzi mi nawet o palce,  chodzi o to, żeby móc się dalej wspinać. Nigdy
sobie nie powiedziałem: wejść i umrzeć, wejść za wszelką cenę. Żadna góra nie może być
sama w sobie celem życia. „Ręce, nogi – pal sześć, byle na szczyt”. Nie wspinam się prze-
cież dla historii, wspinam się dla własnej  przyjemności.  Kiedy  szedłem  na  Everest,  wie-
działem, że z paluchami nie jest dobrze, ale nie spisałem ich na straty. Nie powiedziałem
sobie: „Oddam trzy palce za Everest”. Uważałem, że trzeba zrobić wszystko, żeby przy jak
najmniejszym  ryzyku  wejść  jak  najwyżej.  Pomogło  mi  doświadczenie.  Głupio  mówić  o

                                                     

32

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

background image

86

doświadczeniu w odmrażaniu się – Zawada nazwałby to raczej brakiem doświadczenia –
ale dzięki temu wiedziałem, co mi grozi, i robiłem wszystko, żeby uratować nogi. Wykal-
kulowałem sobie, ile czasu zajmie nam atak. W tym czasie można było solidnie przemro-
zić palce, ale potem można przywrócić w nich czucie. Można odmrożeniom zapobiec lub
je osłabić biorąc odpowiednie środki. Zrobiłem wszystko, żeby uratować palce. Gdybym
po godzinie czy dwóch poczuł, że są już drętwe, tobym nie poszedł, musielibyśmy się wy-
cofać, bo zdrowie jest jednak ważniejsze.

L.C.– Każdy ma własny pogląd na te sprawy. Jeszcze w bazie rozmawialiśmy na ten temat – i

co człowiek, to było inne zdanie. Jedni mówili, że jeden palec by oddali, drudzy, że dwa,
trzy, pięć. Tylko Heinrich powiedział, że nie oddałby nawet paznokcia. Każdy sam wyzna-
cza sobie cenę, jaką gotów jest zapłacić za wejście na szczyt.

Ja  w  każdym  razie  nigdy  i  nikomu  nie  oddałbym  tego  wszystkiego,  co  przeżyłem  na

Evereście. Z radością bym to wszystko jeszcze raz przeżył.

J. Ż.– Ale po co?
K.W.–  Na  pewno  nie  dlatego,  że  czuje  się  presję  społeczną,  ale  już  choćby  dlatego,  że  na

przykład tylko jeden może zrealizować cel całej wyprawy.

J.Ż.– Ale w imię czego to poświęcenie? Komu to potrzebne?
K.W.– Głupio jest mówić, że robi się to dla rozsławienia imienia Polski, chociaż w Himala-

jach to się często do tego sprowadza.

J.Ż.– Ryzykuje się nie tylko w Himalajach i nie tylko tam podejmuje się tego typu decyzje.
L.C.– Zanim wyjedzie się na taką wyprawę jak Everest, ma się tysiąc okazji, żeby się z tego

sportu wycofać. Ci, którzy zostają, mają chyba wrodzony ciąg do góry. Każdy z tych, któ-
rzy tam byli, ma już za sobą ileś decyzji wytrwania w ataku, mimo że wycofanie się można
było  bardzo  łatwo  i  logicznie  umotywować.  Może  nawet  inni  by  się  nie  dziwili.  Powie-
dzieliby,  że  to  bardzo  mądra  decyzja,  rozsądna,  prawidłowa,  zgodna  z  doświadczeniem.
Kiedy jest ciężko, bardzo łatwo można sobie powiedzieć: „Ja już tego nie wytrzymam”, a
jeszcze łatwiej: „Tego się nie da wytrzymać”, tylko że wtedy wraca się z niesmakiem, bo
nie poznało się prawdziwej granicy swoich możliwości.

K.W.– Poza tym w taką wyprawę zaangażowanych jest mnóstwo ludzi, środków, pieniędzy.

To zobowiązuje do wzmożonego wysiłku.

J.Ż.– Tylko że inni dają pieniądze, a ty swoje zdrowie, swoje palce.
K.W.– Ale jak wejdę, to ja będę miał największą satysfakcję, a inni tylko po okruszku. Poza

tym co innego jest wspinać się, kiedy boli serce, kiedy jest się osłabionym albo kiedy nie
ma się ręki. Wtedy świadomie narażasz się na tragedię. Z odmrożeniami jest inaczej. Naj-
pierw ci te paluchy drętwieją powoli. Czujesz to, ale nie wiesz, jak to się skończy. Może
czucie wróci, może pomogą środki rozszerzające. Cały czas masz nadzieję, że wszystko się
dobrze skończy. Właściwie nie podejmujesz świadomej decyzji. To nie jest tak, że jak pój-
dziesz, to ci obetną palce, a jak zostaniesz – to nie. Cały czas myślisz, że może uda ci się je
rozgrzać, może skończy się na zejściu paznokcia. Zresztą tak dużo się nad tym nie zasta-
nawiasz. Jesteś skoncentrowany. Martwisz się, żeby nie zgubić drogi, żeby zdążyć przed
zmrokiem, żeby starczyło ci sił.

Kiedy szliśmy na Everest, Leszek co chwila pytał mnie – jak nogi? A dla mnie ten pro-

blem nie istniał. Wiedziałem, że ryzykuję, ale kiedy zdecydowałem się już iść, wynikło ty-
siąc poważniejszych spraw, na których musiałem się skupić.

L.C.– Gdybyśmy się bali ryzyka, to musielibyśmy przestać się wspinać, bo alpinizm z samej

swojej natury niesie wiele niebezpieczeństw. Gdybym idąc na szczyt bał się, że może stra-
cę nogi, to musiałbym zostać w bazie. Na dobrą sprawę decyzja o tym ataku nie zapadła na
Przełęczy ani w obozie trzecim. Ona zapadła już dziesięć lat temu, kiedy obaj zaczynali-
śmy się wspinać. Już wtedy zaakceptowaliśmy niebezpieczeństwa wiążące się z tym spor-
tem w zamian za satysfakcje, które on daje.

background image

87

„(...) Alpinista przestrzegający wszystkich zawartych w podręcznikach zasad ostrożno-

ści praktycznie skazany byłby na bezczynność. Narażanie się na niebezpieczeństwo nie jest

celem tej gry, ale stanowi jej część. (...)”

33

K.W.–  Jedną  rzecz  musisz  zrozumieć.  Nie  dlatego  uprawiamy  alpinizm,  że  wiąże  się  on  z

ryzykiem. Ryzykujemy dlatego, że jest to konieczne, żeby uprawiać alpinizm.

J.Ż.– Co wobec tego trzyma was przy tym sporcie mimo tych wszystkich trudności?
L.C.– Nie bardzo wiem, co mógłbym robić, gdybym się nie wspinał. Oczywiście zostałaby mi

rodzina, praca ze studentami na uczelni, która daje mnóstwo satysfakcji. Tylko że dla mnie
to  wszystko  byłoby  za  mało,  takie  życie  byłoby  niepełne,  schematyczne.  Alpinizm  daje
ogromną szansę przeżyć, które wzbogacają osobowość i w których można znaleźć sens ży-
cia. W żadnym innym sporcie kontakt człowieka z wielką przyrodą nie jest tak bezpośred-
ni.  Sukces  lub  porażka  zależą  tu  przecież  tylko  od  alpinisty.  Nie  od  trenerów,  nie  od
sprzętu, tylko od umiejętności, siły i odwagi jednego człowieka. Idziesz przeciwko górze
sam, bez całego bagażu techniki, który występuje w żeglarstwie czy w sportach samocho-
dowych.

J.Ż.– A raki, śruby, tlen, najwymyślniejsze haki i technika sztucznych ułatwień?
L.C.–  One  umożliwiają  pokonanie  szczególnie  trudnych  odcinków,  ale  przez  to  stwarzają

nowe, dawniej nie znane problemy. Wszystko, co sztuczne w alpinizmie, służy asekuracji
lub  umożliwia  przejścia,  ale  nie  zastępuje  alpinisty.  Lina  chroni  przed  upadkiem,  tlen
przed odmrożeniami, technika hakowa pozwala przejść przewieszki, które inaczej byłyby
nie do pokonania.

K.W.– W alpinizmie sukces nie jest taki tani jak w innych sportach. Tu nie wystarczą same

mięśnie, trzeba mieć głowę. Trzeba umieć współżyć, podejmować decyzje, błyskawicznie
reagować, porozumieć się za granicą, samemu załatwić wiele spraw. Wspinacz musi być
zupełnie  samodzielny.  To  też  daje  sporą  satysfakcję.  Często  trzeba  dokonywać  rzeczy
zdawałoby  się  niemożliwych  –  nawet  tu,  przy  organizowaniu  wyprawy,  przy  zbieraniu
środków. Potem ma się przyjemność z każdego kroku – bo się wyjdzie, bo się zabiwakuje,
bo jest co jeść, bo pada śnieg albo nie pada, bo człowiek sobie poradził albo nie poradził.
Walka  alpinisty  z  przyrodą  to  nie  tylko  sama  wspinaczka,  ale  też  cała  towarzysząca  jej
działalność, której z dołu się nie dostrzega.

L.C.– A technika, żeby nie wiem jak doskonała, nie może nas zastąpić. Nic nie przeniesie nas

w cudowny sposób z bazy do obozu trzeciego. Wszystkie trudności musimy pokonać sami.
Jeżeli człowiek sam nie da rady, to nie ma żadnej siły, która by go wciągnęła na górę. Wy-
soko w górach liczy się tylko człowiek i jego własne możliwości. Wszystkie układy, za-
leżności, hierarchie zostają na dole.

K.W.– Myślę, że większość z nas szuka w alpinizmie odmiany. Pracujesz w zakładzie czy na

uczelni, co dzień  cieplutkie  mieszkanko,  gorący  obiadek,  biała  pościel,  aż  tu  nagle  wpa-
dasz w młyn. Mokry namiot, mokry śpiwór, ty nie umyty, nie uczesany, niewyspany, zmę-
czony, często głodny. Po prostu dostajesz w kość. Kiedy wracasz, inaczej patrzysz na krze-
sło,  na  stół,  na  całą  tak  zwaną  szarą  codzienność.  Jakby  się  ona  odnawiała.  Dla  mnie  te
powroty  to  jest  chyba  największa  przyjemność.  Nie  wyjazdy,  nawet  nie  wspinaczka,  ale
powroty. Jestem rozładowany, zmęczony, od nowa uczę się swojego mieszkania, codzien-
nego,  normalnego  życia.  Wśród  alpinistów  panuje  taki  niespokojny  duch.  Nie  wystarcza
nam żona, dziecko, M-4, mały fiat, dwa tygodnie wczasów i praca, praca.

„(...) Czy nie na tym polega właśnie jedna z zalet alpinizmu, że nadaje on znów wartość

rzeczom tak banalnym jak jedzenie i picie ?(...)”

34

L.C.– Poza tym jest cholerna frajda wspinania się. Szczególnie latem, kiedy się jest w formie,

wielką radość sprawia szybkie poruszanie się w skale, pokonywanie trudności.

                                                     

33

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

34

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

background image

88

„(...)  We  wspinaczce  nade  wszystko  kochaliśmy  uczucie,  które  dać  ona  może,  gdy

uprawiana jest z wirtuozerią, świadomość, że człowiek przezwyciężyć potrafi prawa ciąże-
nia, że może tańczyć ponad przepaścią, że może biec pionowo w górę. Jak pilot w prze-
stworzach i narciarz na śniegu, alpinista czuje się wyzwolony od losu pełzającej po ziemi

poczwarki i staje się kozicą, wiewiórką, prawie ptakiem. (...)”

35

K.W.– Potem taką przyjemność sprawia też wspinanie się zimą. Nie dlatego, że marzną ręce i

ma się mokro w butach – to by był masochizm. Dlatego, że mimo tego mrozu i śniegu –
jednak wejdzie się na jakiś szczyt, przejdzie się jakąś drogę. Ma się dzięki temu dodatkową
satysfakcję. Ta satysfakcja jest bardzo intymna, bardzo cicha, prywatna. Nie wynika z te-
go, że przyjeżdżają redaktorzy, telewizja, rozdaje się autografy.

Wracamy do schroniska i często nawet nikomu nie mówimy, co przeżyliśmy. Czasem

ktoś z klubu zapyta, co robiliśmy. – „Kiełkowskiego na Kazalnicy”. – „I jak było?” Wtedy
się mówi: „Biwak, trzy dni, fajna droga”. To, co się przeżyło, zostawia się dla siebie, nikt
się tego nie dowie. Zostaje własna cicha satysfakcja.

„(...) W samotności i ciszy gór alpinista walczy o tę jedyną, jaką daje triumf nad prze-

szkodami, które sam sobie narzucił, walczy o tę dumę, jaka płynie z poczucia, że jest silny
i odważny. Żadna inna gra nie jest bardziej wolna od przyziemności ludzkiej natury, żaden
inny  typ  działalności  nie  jest  czystszy  i  bardziej  bezinteresowny  niż  alpinizm  w  swojej

pierwotnej formie. (...)”

36

J.Ż.– Tej satysfakcji nie dałaby wam żadna codzienność...
L.C.– Ale chodzenie po górach jest częścią tej codzienności, bo alpinizm to właściwie nie jest

sport, lecz styl życia. Niektórzy myślą, że alpinista to taki facet, który ma normalny dom,
normalną pracę, a od czasu do czasu dostaje bzika i jedzie się  powspinać. Potem wraca i
znów dom, praca, dom. My przez cały rok tak sobie wszystko ustawiamy, żeby móc potem
wyjechać na miesiąc czy dwa. Żeby dostawać urlop na wyprawy, musimy na co dzień in-
tensywniej pracować. Musimy więcej czasu poświęcać rodzinie, żeby się nie zbuntowała.
Chcemy mieć ciekawą pracę i normalny dom, bo naszym ideałem jest życie jak najpełniej-
sze, przynoszące jak najróżnorodniejsze doświadczenia. Na ogół  udaje nam się to, bo je-
steśmy ludźmi lubiącymi życie na wyższych obrotach. To właśnie jest ten nasz specyficz-
ny styl.

J.Ż.– Zaledwie miesiąc temu ukazała się w „Kulturze” rozmowa Eugeniusza Pudlisa z dr. hab.

Zdzisławom Rynem

37

. W tej rozmowie Ryn – alpinista i psychiatra – dość czarno rysuje

sylwetki psychiczne himalaistów:

„Jeden typ, to osoby zamknięte  w sobie, skryte, o trudnym  kontakcie z otoczeniem,  skłonne  do  marzy-

cielstwa, o dużej wrażliwości uczuciowej, ale z kłopotami uzewnętrzniania tych uczuć. Drugi typ (określiłem
ich jako asteniczno-neurotycznych) to alpiniści, u których dominują: niepewność siebie, zmniejszone poczu-
cie własnej wartości, którzy są znerwicowani, mają problemy w rodzinie, pracy, na studiach. Wspólną cechą
natomiast jest wysoka, ponadprzeciętna inteligencja, przewaga zainteresowań humanistycznych”.

Co wy na to? Do której z tych grup byście się zaliczyli?

K.W.– To jest zupełna bzdura. Jedno, co się na pewno zgadza, to inteligencja. Rzeczywiście,

prawie  wszyscy  jesteśmy  studentami  albo  mamy  już  ukończone  wyższe  studia.  Często
mówi się, że alpinizm to sport znudzonych, sfrustrowanych mieszczuchów – ale to nie jest
prawda. Wysoki poziom wykształcenia wiąże się z tym, że niektóre wrażenia człowiek za-
czyna odbierać dopiero po przekroczeniu pewnego progu rozwoju umysłowego. Poza tym
przeciętny  alpinista  niewiele  różni  się  od  przeciętnego  żeglarza,  polarnika,  kierowcy  raj-
dowego. Alpinizm pociąga raczej tych, którzy potrzebują sukcesu wobec siebie, a nie wo-
bec innych.

                                                     

35

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

36

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

37

 „Kultura”, 9 marca 1980 r.

background image

89

„(...) Z rzadkimi wyjątkami alpinista nie ma co spodziewać się sławy, nie może nawet

liczyć na widza, który dodałby mu otuchy. (...)”

38

J.Ż.– Ale jednak alpinista czymś się różni...
L.C.– Każda grupa czymś różni się od innej i dlatego w ogóle funkcjonuje. Tylko że różnice

między alpinistą a żeglarzem nie są większe niż między żeglarzem a rajdowcem czy mię-
dzy pilotem a narciarzem.

J.Ż. – Więc uważacie, że nie pasujecie do żadnej z wyodrębnionych przez Ryna grup?
K.W.– Nie pasujemy my i nie pasuje dziewięćdziesiąt procent naszych kolegów, chociaż jak

w każdej zbiorowości, tak i w tej jest pewna grupa sfrustrowanych, mających trudności we
współżyciu czy nadmiernie skrytych.

J.Ż.– Jak wobec tego waszym zdaniem wygląda sylwetka psychiczna przeciętnego alpinisty?
K.W.– Mówmy może o tych, którzy są z alpinizmem związani przez  wiele lat i mają jakieś

sukcesy w tym sporcie, bo przez kursy, obozy, kluby przewija się mnóstwo ludzi, którzy
bardzo szybko rezygnują.

Prawdziwi  alpiniści  muszą  być  przede  wszystkim  twardzi,  nie  rezygnować  w  obliczu

trudności, nie załamywać się zbyt łatwo. Muszą mieć naturalną potrzebę walki. Nie myślę
tu nawet o walce w ścianie, o trudnościach, które pokonuje się  w górach. Przede wszyst-
kim trzeba umieć w te góry dojechać, a to jest często największy kłopot. Szefowie nie chcą
dawać urlopów, w sklepach nie ma sprzętu, kluby nie mają pieniędzy na dalsze wyjazdy.
Zanim przystąpi się do ataku szczytowego, trzeba przełamać milion barier pozornie nie do
pokonania.  Wiele  szczytów  zachowało  dziewictwo  tylko  dlatego,  że  ludziom  zabrakło
sprzętu albo pieniędzy. Wiele wypraw nie wyjechało tylko dlatego, że ktoś nie miał wy-
starczającej  siły  przebicia.  Zresztą  może  to  nawet  lepiej,  że  nie  wyjechały,  bo  potem,  w
Himalajach, też trzeba mieć dużo siły woli, wiary w sukces i organizacyjnego sprytu. Zła
organizacja może tak samo rozłożyć wyprawę, jak zła kondycja czy brak umiejętności.

L.C.–  Tacy  ludzie  nie  mogą  mieć  trudności  w  nawiązywaniu  kontaktów,  nie  mogą  być  za-

kompleksieni, nieśmiali, bo wtedy nie umieliby po prostu załatwić tych wszystkich organi-
zacyjnych spraw. Wrażenie, że alpiniści są skryci, małomówni, mają kłopoty z uzewnętrz-
nianiem uczuć, wynika ze społecznej dezaprobaty dla ich pasji. Trudno otwierać się przed
człowiekiem, który wita cię pukając się w czoło.

J.Ż.– Ale czy sam alpinizm nie wynika z nieakceptacji, nie jest ucieczką przed nie akcepto-

wanym społeczeństwem?

L.C.–  O  nieakceptacji  można  by  mówić,  gdybyśmy  nie  zakładali  rodzin,  nie  podejmowali

pracy – a przecież jest wręcz przeciwnie. Większość z nas ma żony, dzieci, dom – prze-
ważnie bardzo tego potrzebujemy. W pracy też z reguły jesteśmy dość wysoko notowani,
chociaż tutaj naszą pozycję osłabiają ciągłe, często kilkumiesięczne wyjazdy. Tylko że to
wszystko nam nie wystarcza. Szukamy czegoś jeszcze – i znajdujemy to w górach.

J.Ż.– Jednakże ci dobrze ustawieni, cenieni specjaliści, kochający ojcowie chwytają pewnego

dnia zew natury, rzucają wszystko i uciekają w Tatry. W Tatry – to znaczy w samotność,
czyli że uciekają przed swoją codziennością.

K.W.– Ale z jaką rozkoszą wracają do tej codzienności! Po to się jeździ, żeby potem wrócić.

Kiedy zszedłem z Everestu, nie myślałem już o niczym innym, tylko o powrocie. Czułem
się tak, jakbym spełnił jakieś powołanie i teraz mógł już spokojnie wrócić do domu.

J.Ż.– W ciągu ostatnich czterdziestu lat wielki alpinizm przeżył skok, który całkowicie zmie-

nił jego oblicze. Miejsce kameralnych zmagań pary wspinaczy zajęły święte wojny prowa-
dzone przez kilkudziesięcioosobowe ekspedycje wyposażone w niemal wszystko, co naj-
nowsza technika jest w stanie zaoferować. Pojedynczy wspinacz stał się jednym z trybów
wyprawowej machiny. Stracił swoją swobodę i autonomię. Czy taki alpinizm nie zagubił
przypadkiem romantyzmu tradycyjnej wspinaczki?

                                                     

38

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

background image

90

„(...)  W  moich  oczach  alpinizm  to  przede  wszystkim  doświadczenie  indywidualne,  to

coś  w  rodzaju  sztuki.  Tymczasem  warunki,  z  jakimi  człowiek  spotyka  się  na  wielkich
szczytach świata są takie, że nie może on sam zwyciężać natury, lecz musi wykorzystywać
poważną  aparaturę  techniczną  i  gigantyczny  wysiłek  kolektywu.  W  rezultacie  przygoda
himalajska  była  dla  mnie  bardziej  przedsięwzięciem  militarnym  niż  prawdziwą  sztuką.

(...)”

39

K.W.– Częściowo zagubił, ale w zamian zyskał nowy romantyzm wynikający z egzotyki te-

renu, w którym działamy, z rozmiarów tych gór, z ich warunków klimatycznych, a przede
wszystkim  ze  specyfiki  działania  zespołowego.  Nie  wystarczy  już  dogadać  się  z  jednym
partnerem. Trzeba znaleźć swoje miejsce w dużej grupie ludzi, a to okazuje się często do-
datkowym utrudnieniem.

L.C.– Zresztą człowiek w Himalajach nie jest mniej samotny, niż był kiedyś w Alpach czy w

Tatrach. Dwójka atakująca szczyt jest często o dzień lub dwa dni drogi od swoich towarzy-
szy i praktycznie może liczyć tylko na siebie. Końcowy akt ataku rozgrywa się w idealnej
niemal samotności. Każdy  zdobywca musi sam o własnych siłach wdrapać się na  wierz-
chołek, i to bez względu na to, czy wyprawa liczy pięć, czy pięćdziesiąt osób.

J.Ż.– Mimo to wyłania się dość delikatna kwestia moralna. Dziesięciu czy dwudziestu ludzi

przez miesiąc lub dwa pracuje do utraty tchu, naraża zdrowie, życie, ryzykuje często bar-
dzo niebezpieczne przejścia. Robią to wszystko w zespole i jako zespół. Często odmrażają
się, czasem nawet giną. Potem na szczyt może wejść tylko dwóch spośród nich. Tylko ci
dwaj zyskują sławę, tylko oni zostaną uznani za zwycięzców. Inni, grzecznościowo wspo-
minani jako uczestnicy, zostaną szybko zapomniani. O nich nikt nie napisze książek, nikt
nie poprosi ich o wywiad, choćby w dzieło zdobycia szczytu wnieśli nie wiem jak wielki
wkład.

L.C.– Ale to nie jest tak, że ośmiu trzeba poświęcić, żeby dwóch mogło wejść. Ci dwaj to nie

są piękne rumaki, którym koledzy-perszerony wydeptują drogę na szczyt. Oni pracują tak
samo jak wszyscy, często nawet więcej, a najczęściej są to po prostu jedyni, którzy mogą
wejść.

K.W.– Taka jest specyfika tego sportu i nikt nie robi z tego problemu. Nikt nie obraża się na

zwycięzców, chociaż każdy woli być tym, który wszedł, niż tym, który nie dał rady.

J.Ż.–  Występujące  na  dużych  wysokościach  zmęczenie  i  wycieńczenie  organizmu  wzmaga

reakcje obronne polegające na apatii, osłabieniu woli, skłonności do bezczynności. Jedno-
cześnie  jest  wiele  prac  takich,  jak  gotowanie,  rąbanie  lodu,  rozstawianie  namiotu,  które
trzeba jakoś podzielić, a wiadomo przecież, że każdy ruch, każdy wysiłek powoduje  do-
datkowe osłabienie. Czy na tym tle nie dochodzi między wami do nieporozumień?

K.W.– Nie, bo tak się nie myśli. To może się zdarzyć w bazie, gdzie każdy jest rozleniwiony,

może się jeszcze zdarzyć w obozie pierwszym  czy  drugim,  ale  nigdy  przy  ataku.  Wtedy
myśli się już tylko o sukcesie, a samemu nic się przecież nie zdziała. Jeżeli widzę, że part-
ner jest bardziej zmęczony niż ja, to staram się sam wszystko zrobić, żeby mógł odpocząć,
żeby w decydującym momencie jego słabość nie zamknęła naszej drogi na szczyt. Nawet
kiedy rusza się do ataku i trzeba podzielić bagaże, silniejszy sam decyduje się wziąć wię-
cej.  Trzeba  szczerze  powiedzieć,  że  nie  robi  się  tego  z  pobudek  altruistycznych,  ale  ze
zwykłej konieczności.

„(...) Połączeni w jeden zespół linowy mieliśmy o wiele większe możliwości w porów-

naniu z tym, co mogliśmy zrobić w pojedynkę. W istocie nasze charaktery i zdolności fi-
zyczne, tak bardzo różne, świetnie się uzupełniały; zalety jednego zastępowały wady dru-

giego. (...)”

40

                                                     

39

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

40

 Lionel Terray, „Niepotrzebne...”

background image

91

L.C.–  To  samo  w  marszu.  Prowadziłem  prawie  całą  drogę  z  Przełęczy  na  Everest,  chociaż

kosztowało  mnie  to  bardzo  dużo  wysiłku.  Bałem  się  po  prostu,  że  Krzysiek,  który  szedł
przecież z odmrożonymi nogami, wysiądzie mi gdzieś w połowie drogi i będziemy musieli
się wycofać.

K.W.– Wszystko, co się robi – robi się dla zespołu, bo w kategoriach zespołu rozgrywają się

sprawy najważniejsze. Nie myśli się już nawet o sobie per „ja”, tylko per „my”, bo „ja”
nigdy nie wszedłbym na szczyt, a „my” mamy szansę. Tymi kategoriami myśli się nie tyl-
ko przy ataku, ale też wcześniej, i jeżeli dochodzi do nieporozumień na tle podziału obo-
wiązków,  to  przeważnie  między  zespołami,  a  nie  między  poszczególnymi  uczestnikami.
Nam  z  Leszkiem  nigdy  nie  zdarzyło  się  rozmawiać  na  temat  podziału  obowiązków.  Te
sprawy rozwiązywały się jakoś samoistnie. Kiedy jeden zaczynał gotować, drugi rąbał lód,
ale przecież nie umawialiśmy się, kto ma co robić.

L.C.– To jest właśnie cała ludzka psychika. Kiedy jest łatwo – tak jak w bazie – zaczynają się

jakieś  bezsensowne  problemy,  nieporozumienia,  kłótnie.  W  sytuacjach  krytycznych  nie
może  być  nieporozumień,  bo  to  by  było  dodatkowe  obciążenie,  na  które  po  prostu  nie
można już sobie pozwolić. Wraz ze zmęczeniem i trudnościami rośnie solidarność. Intuicja
nakazuje działać zgodnie i myśleć kategoriami zespołu.

J.Ż.– Wspominaliście o dramacie Hannelore Schmatz, której zwłoki znaleźliście schodząc z

Everestu, i o Szerpie, który ją tam zostawił. W kontekście waszych ostatnich wypowiedzi
wydaje się to dość dziwne.

L.C.– To może dziwić kogoś kto zna tylko dwa fakty: Schmatz została, a Szerpa zszedł. Ktoś,

kto wspinał się w górach najwyższych, znacznie łatwiej zrozumie tę sprawę. Oni weszli na
szczyt w czwórkę. Ponieważ szli dość wolno, zmrok zapadł, gdy tylko zaczęli schodzić. W
trójkę postanowili zabiwakować, a jednemu z Szerpów udało się zejść do obozu czwarte-
go. W nocy umarł Amerykanin Ray Genet. Rano bardzo już osłabiona Hannelore Schmatz
i Szerpa, który miał odmrożone ręce i nogi, zaczęli razem schodzić. Szerpa, mimo odmro-
żeń,  był  w  znacznie  lepszej  kondycji  niż  jego  partnerka.  Mógł  iść  znacznie  szybciej  od
niej. Mimo to związali się liną i szli razem. Po przejściu dwustu metrów w pionie Schmatz
nie miała już sił. Usiadła na śniegu i powiedziała, że zostanie.

Musisz sobie uświadomić, że na tych wysokościach żaden człowiek nie działa z taką re-

zerwą sił, żeby mógł wziąć kogoś na plecy i znieść do obozu. Takich rzeczy można jeszcze
próbować na sześciu tysiącach, może na sześciu i pół, ale tu absolutnie nie. Tu, żeby do-
nieść  na  Przełęcz  swoje  własne  ciało,  trzeba  sięgnąć  do  najgłębszych  fizycznych  i  psy-
chicznych rezerw.

On nie mógł jej pomóc. Mógł najwyżej usiąść przy niej i razem z nią umrzeć. Ale to jest

tłumaczenie z pozycji miękkiego fotela. Tam, przy maksymalnym fizycznym zagrożeniu,
zaczyna się myśleć już tylko o sobie. Zaczyna działać instynkt samozachowawczy i nawet
nie ma siły ani czasu na rozmyślania nad tym, czy umrzeć razem  z tym drugim człowie-
kiem,  czy  ratować  się  samemu.  To  dzieje  się  automatycznie.  Szerpa  i  tak  zrobił  dla
Schmatz wszystko, co mógł, żeby mieć szansę uratowania własnego życia. Mógł zostawić
ich na biwaku, mógł schodzić sam, ale został, a rano, mimo odmrożeń, związał się z nią li-
ną i pomagał schodzić. Kiedy się poddała, nie mógł już nic dla niej zrobić.

J.Ż.– Leszku, czy gdybyście znaleźli się w takiej sytuacji, zdecydowałbyś się zostawić Krzyś-

ka?

L.C.– Musiałbym tak zrobić. Przyjacielowi trzeba pomóc, ale tylko wtedy, kiedy jest szansa,

że chociaż jeden przeżyje. W przeciwnym razie popełnia się zwykłe, głupie samobójstwo.

J.Ż.– Czy myślałbyś tak samo jak Leszek, gdybyś się znalazł na miejscu Hannelore Schmatz?
K.W.– Wtedy już się nie myśli, wtedy się umiera. Gdybym myślał, to kazałbym mu iść. Gdy-

bym go prosił o pomoc, to byłoby tak, jakbym go sam zabił.

background image

92

L.C.– To są sytuacje, które się śnią po nocach. Każdy z nas ma nadzieję, że nigdy nie stanie

wobec takiego wyboru. Nawet się o tym nie mówi, żeby nie zapeszyć.

J.Ż.– Porozmawiajmy o przyszłości. W Himalajach już teraz zrobiło się ciasno. Wiosną, jak

dobrze  pójdzie,  Polacy  wytyczą  nową  drogę  na  Mount  Everest

41

.  Wkrótce  skończą  się

wielkie  tematy  na  najwyższym  szczycie  świata.  Podobny  los  spotka  niebawem  inne
ośmiotysięczniki  i  wysokie  siedmiotysięczniki.  Co  dalej,  co  stanie  się  ze  sportowym  hi-
malaizmem?

K.W.–  Nie  można  powiedzieć,  że  kończą  się  problemy,  bo  jest  jeszcze  mnóstwo  dróg  na

siedmio- i ośmiotysięczniki.

J.Ż.– Ale wypraw jest coraz więcej, a dziewiczych ścian coraz mniej. W końcu, pewnie jesz-

cze za waszych czasów, skończą się nowe problemy w najwyższych górach.

L.C.– Po pierwsze – tych nowych problemów starczy jeszcze na dobre kilkadziesiąt lat. Po

drugie – doszły ostatnio nowe sezony. Można będzie robić pierwsze zimowe przejścia sta-
rych  dróg.  Po  trzecie  –  nie  wszyscy  chcą  robić  nowe  drogi.  Szczególnie  na  Zachodzie
wiele jest wypraw, które stawiają sobie za cel zdobycie jakiegoś szczytu bez względu na
to, czy ktoś tam już wszedł tą drogą, czy nie.

K.W.– Po czwarte – już teraz zaczyna się mówić o stylu w odniesieniu do wejść himalajskich

i na to będzie się prawdopodobnie zwracało większą uwagę. Coraz większe znaczenie bę-
dzie miało to, w jakim czasie pokonało się drogę, jaką techniką, w ile osób.

Ja  bym  był  ostrożny.  Problemów  himalajskich  tak  prędko  nie  zabraknie.  Gór  jest  na-

prawdę  tak  dużo,  że  starczy  ich  jeszcze  na  kilka  pokoleń.  Są  przecież  szczyty  pięcio-,  -
sześciotysięczne, nie mniej trudne od himalajskich olbrzymów, tyle tylko, że trochę niżej
położone.

L.C.–  A  poza  tym  zostaje  jeszcze  rzecz  najważniejsza  –  indywidualna  satysfakcja  i  ocena

każdego wspinacza. Z tego, że byliśmy na Evereście, nie wynika wcale, że nie potrafimy
sobie  wymyślić  trudniejszej  sytuacji  i  trudniejszego,  dającego  więcej  satysfakcji  szczytu
gdzieś  w  Alpach  czy  nawet  w  Tatrach.  Być  może,  że  tu  będziemy  musieli  dać  z  siebie
jeszcze więcej, żeby w ogóle przeżyć. Dla indywidualnego wspinacza alpinizm nigdy się
nie skończy, bo nikt nie jest w stanie pokonać wszystkich  dróg  na  wszystkich  szczytach
świata.

K.W.– Może alpinizm wróci z czasem do cichej, samotnej walki człowieka, walki, która inte-

resuje tylko jego, i do niepotrzebnych zwycięstw, których nikt nie notuje i o których prasa
nawet nie wspomina. Może sukcesy znów zaczną się liczyć tylko w skali jednostki – „zro-
biłem te i te  drogi,  wszedłem  na  te  i  te  szczyty”  –  a  nie,  jak  teraz,  w  skali  narodowej  –
„Polacy weszli, Polacy zrobili”.

Zresztą, szczerze mówiąc, myślę, że zanim skończą się dla alpinistów poważne tematy

na Ziemi, zaczniemy już masowo latać na Księżyc, a tam przecież też są wspaniałe góry i
mnóstwo nowych problemów – ciążenie sześć razy mniejsze, skała inna...

„(...) A nie brak i wielu innych możliwości przygody, czy to wśród gór, w powietrzu,

czy na morzu, we wnętrznościach ziemi, czy na dnie oceanu. A jeszcze i Księżyc pozostaje

do zdobycia. (...)”

42

Warszawa, marzec – maj 1980 r.

                                                     

41

 Dnia 19 maja 1980 r. osiągnęli szczyt nową drogą Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka.

42

 John Hunt, „Zdobycie..”

background image

93

Everest oblige

Nie widzieliśmy się trzy lata. Od zakończenia pracy nad pierwszym wydaniem „Rozmów
o Evereście” do naszego ponownego spotkania w mieszkaniu Wielickich w Tychach mi-
nęło dokładnie trzydzieści osiem miesięcy. Ten okres na każdym  wycisnął swoje  piętno.
Jechałem więc z pewnym niepokojem. Czy aby nie zniknęła ta łatwość, z jaką poprzednio
znaleźliśmy wspólny język.

Na miejscu – zaskoczenie.  Przyjmują  mnie  tak,  jakbyśmy  rozstali  się  wczoraj.  Zanim

się spostrzegłem, już zagadaliśmy się. To fatalny błąd. Wiem z  doświadczenia, że to, co
zostało powiedziane prywatnie, nigdy nie da się już powtórzyć do mikrofonu. Przerywam
więc pogawędkę i włączam magnetofon.

J.Ż.– Kiedy rozstawaliśmy się w maju 1980 roku, zarzekaliście się, że nie spełniły się jeszcze

wasze alpinistyczne ambicje  i  że  Everest  wiele  w  waszym  życiu  nie  zmieni.  Chciałbym,
żebyśmy dziś spróbowali odnaleźć w waszych doświadczeniach z tych trzech lat elementy,
które potwierdzą lub obalą te zapowiedzi.

L.C.–  Z obaleniem miałbyś chyba kłopot, bo wszystko, co się działo,  potwierdza  ówczesne

przypuszczenia. Przede wszystkim okazało się, że Everest rzeczywiście nie był końcowym
akordem naszej alpinistycznej czy himalaistycznej działalności. Nie przestaliśmy się wspi-
nać,  jeździliśmy  na  kolejne  wyprawy,  chodziliśmy  po  Tatrach.  Na  jednej  poważnej  wy-
prawie byliśmy razem. Na jednej, mniej zobowiązującej, Krzysiek był sam.

J.Ż.– Wcześniej, o ile wiem, był wyjazd Krzyśka w Alpy Nowozelandzkie?
K.W.–  Tak,  to  było  zimą  1981  roku.  Właściwie  chciałem  jechać  wtedy  do  Ameryki  Połu-

dniowej, w Andy, ale coś z tym wyjazdem nie wyszło, a za to pojawiła się Nowa Zelandia.
Nie była to jednak wyprawa, tylko raczej wyjazd rekonesansowy,  bo Polacy nigdy się w
Alpach Nowozelandzkich nie wspinali.

J.Ż.– Jak wyglądają te góry?
K.W.–  Mniej  więcej  tak,  jak  Alpy  europejskie.  Może  tylko  warunki  klimatyczne  są  trochę

trudniejsze. Bardzo silne wpływy oceanu powodują, że w ciągu jednego dnia pogoda po-
trafi się dwa razy zupełnie zmienić. Dużo większa jest też wilgotność, a więc i zalodzenie.
Za  to  z  nowozelandzkich  szczytów  można  zobaczyć  ocean,  z  czym  nie  spotkałem  się  w
żadnych  innych  wysokich  górach.  To  jest  naprawdę  fascynujące.  Wchodzisz  na  szczyt,
masz  przed  sobą  lodowiec,  widzisz,  jak  on  się  zwęża,  potem  zamienia  się  w  strumyk,
strumyk w rzeczkę, a rzeczka wpływa do oceanu.

J.Ż.– Więc był to wyjazd raczej ulgowy i beztroski.
K.W.– Ulgowy może tak, ale na pewno nie beztroski. Pamiętaj, że to był początek 1981 roku.

Kiedy  my  wspinaliśmy  się  w  Alpach  Nowozelandzkich,  w  Polsce  narastał  kryzys,  trwał
spór o wolne soboty, była Bydgoszcz, przygotowania do strajku generalnego. Tam, w No-
wej Zelandii, wyglądało to chyba jeszcze groźniej niż u nas. Prasa i telewizja umiały to ja-
koś tak przedstawić, że my tylko nasłuchiwaliśmy, czy w Warszawie już są czołgi na uli-
cach, czy jeszcze nie. Wszędzie pokazywali manewry, niespokojne ulice, mówili o ruchach
wojsk. Po prostu drżeliśmy o to, co się stanie z naszymi bliskimi, którzy zostali w kraju.

Zauważyłem, że Nowozelandczycy podchodzili do tego nie mniej emocjonalnie niż my

sami. Oczywiście, kiedy coś się gdzieś dzieje, zawsze cały świat się temu przygląda – to
jest naturalne. Ale oni jakoś tak bardzo osobiście traktowali nasze problemy, bardzo brali
je sobie do serca. Było widać, że bardzo by chcieli, żeby tam, na drugim końcu świata, w

background image

94

Polsce, jednak nie stało się nic złego. My w każdym razie zastanawialiśmy się, czy w tej
sytuacji powinniśmy przyspieszyć nasz powrót do kraju, czy też go raczej opóźnić.

W  końcu  zdecydowaliśmy,  że  tymczasem  polecimy  do  Frankfurtu  i  tam  podejmiemy

ostateczną decyzję. Z Frankfurtu to wszystko wyglądało już znacznie spokojniej, więc na-
sze  wątpliwości  zupełnie  się  rozwiały.  Okazało  się,  że  odległość,  zamiast  pomniejszać,
potęguje  emocje.  Pierwszy  raz  to  wówczas  zauważyłem.  Gdy  znaleźliśmy  się  w  Polsce,
okazało się, że ludzie odbierali to wszystko jeszcze  spokojniej,  niż  można  by  sądzić  ob-
serwując bieg zdarzeń z Frankfurtu.

L.C.–  Kiedy  się  jest  gdzieś  daleko,  zawsze  znacznie  głębiej  przeżywa  się  kłopoty  najbliż-

szych, którzy zostali w kraju. Oddalenie wywołuje nie tylko nostalgię, ale wzmaga też nasz
niepokój o los bliskich, bo mamy poczucie winy, że wspinamy się gdzieś na końcu świata,
podczas  gdy  oni  sami  borykają  się  z  życiem.  To  się  bardzo  często  odczuwa  w  sposób
ogromnie dojmujący. Ale opowiedz, Krzysiek, jaką przygodę miałeś w rocznicę Everestu –
to też jest bardzo symptomatyczne.

K.W.– Tak, to jest doskonały przykład, jakie groźne mogą być góry alpejskie i jak nigdy nie

można ich lekceważyć.

Wspinaliśmy  się  na  najwyższy  szczyt  Nowej  Zelandii,  Mount  Cook 

(wys.  3764  m).

Było to dokładnie siedemnastego lutego, w pierwszą rocznicę naszego wejścia na Everest.
Mt Cook to nie jest bardzo wymagająca góra. Wybraliśmy sobie drogę filarem i uznaliśmy,
że przejdziemy ją bez trudu w jeden dzień.

Wyruszyliśmy z Ryśkiem Pawłowskim bardzo wcześnie. Po czterech godzinach, gdzieś

o dziewiątej rano, pogoda zaczęła się szybko zmieniać. Byliśmy już powyżej trzech i pół
tysiąca metrów, kiedy rozpadało się na dobre. Deszcz, który stawał się coraz gęstszy, za-
marzał jeszcze przed spadnięciem na ziemię. Nie wzięliśmy ze sobą kurtek, więc zimno i
wilgoć bardzo szybko zaczęły nam się dawać we znaki. Tymczasem  padało coraz silniej.
Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem – z nieba lał się  na nas lód z wodą. Ni to
grad, ni to deszcz, ni to śnieg. Coś, co było mokre i twarde.

Wykopaliśmy z Ryśkiem jamę pod głazem, zasłoniliśmy się płachtą, i tak tam siedząc,

trzęsąc  się  z  zimna,  szczękając  zębami,  przetrzymaliśmy  do  rana  następnego  dnia,  czyli
prawie  całą  dobę.  Przekląłem  ten  dzień,  i  wtedy  uświadomiłem  sobie,  że  to  jest  właśnie
siedemnasty lutego, czyli akurat rocznica Everestu.

J.Ż.–  Nie  wydało  ci  się  to  jakimś  znakiem  dawanym  przez  Opatrzność  albo  może  karą  za

przyniesioną z Everestu pychę?

K.W.– Nie, aż tak poważnie tej zbieżności dat nie traktowałem. Natomiast bałem się o to, jak

zachowa się mój partner. Było naprawdę wyjątkowo ciężko – nic nie dało się zagotować,
nie można było nawet wygodnie usiąść. Wiesz, jak bywa w takich  sytuacjach.  Ludzie je
bardzo różnie znoszą. Nie wiedziałem, jak Rysiek się zachowa, i on zresztą też  nie  wie-
dział, jak ja się zachowam. Na szczęście okazało się, że obaj dotrwaliśmy do rana bez żad-
nych objawów załamania, chociaż te dwadzieścia godzin należało do najcięższych w moim
życiu. Nie wiadomo zresztą, co by się stało, gdyby rano pogoda się nie poprawiła...

J.Ż.– To znaczy, że nie znałeś swojego partnera przed wyjściem na Mt Cook?
K.W.– Znałem go tak jak ciebie, ale nie wspinaliśmy się razem, a to jest zasadnicza różnica.

Dopóki wszystko jest w porządku, nie gra to takiej roli, ale gdy coś się wydarzy, gdy znaj-
dujesz się w sytuacji skrajnie trudnej, mogą się już pojawić kłopoty.  Niektórzy załamują
się, wpadają w panikę. Dlatego tak ważne jest, żeby znać swojego partnera naprawdę, żeby
być pewnym, że w takiej skrajnej sytuacji też możesz na niego liczyć.

J.Ż.– Ciekaw jestem, czy Everest pomógł ci przetrwać tę noc pod Mt Cook?
K.W.– Tak, i to bardzo. 

Noblesse oblige

43

 – Everest zobowiązywał. Wiedziałem, że skoro tam

wytrzymałem, tutaj też muszę wytrzymać. To mnie wzmacniało. Zdawałem sobie sprawę,

                                                     

43

 Noblesse oblige (fr.) – szlachectwo zobowiązuje (do szlachetnego postępowania).

background image

95

że Rysiek wie o Evereście i że liczy na mnie. Po prostu nie wypadało mi się załamać. Na
szczęście rano wzeszło słoneczko i zaraz pojawił się helikopter, który przyleciał, żeby zo-
baczyć, czy nam się nic nie stało.

J.Ż.– Już zaczęli was szukać.
K.W.– Tak, tak. Oni są tam wyśmienicie zorganizowani. Ten rejon gór stanowi park narodo-

wy, którego zarząd doskonale wie, gdzie kto się wspina. Zawsze można liczyć na ich po-
moc. Potem, kiedy byliśmy już blisko szczytu, helikopter przyleciał drugi raz, żeby spraw-
dzić, jak nam idzie. Pamiętali jeszcze, że rok wcześniej na Mt Cook w bardzo podobnych
okolicznościach zginęli trzej Japończycy.

Na szczęście nie mieliśmy już kłopotów. Rano okazało się, że do szczytu zostało nam

tylko  sto  pięćdziesiąt  metrów  w  pionie  i  przeszliśmy  je  bez  większych  trudności.  Kiedy
znaleźliśmy się na dole, dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia na  całej wyspie połu-
dniowej nastąpiło załamanie pogody – bardzo silne wiatry, duże opady, spadek temperatu-
ry,  niektóre  tereny  nawiedziła  powódź,  było  nawet  niewielkie  trzęsienie  ziemi.  Krótko
mówiąc, mały kataklizm, jakich na Nowej Zelandii zdarza się kilka co roku.

Prasa pisała potem, że „bohaterscy Polacy wyszli cało z tornada”. W każdym razie było

ostro.

J.Ż.– Lekcja szacunku dla niskich gór.
K.W.– O tak, to była niezła nauczka i trochę mnie ostudziła. Już mi się wydawało, że po Eve-

reście nie ma na mnie mocnych, aż tu masz: trzy i pół tysiąca metrów, jednodniowe podej-
ście, a o mały włos byśmy się przejechali...

L.C.–  Mówiłem  wtedy,  zaraz  po  powrocie  z  Himalajów,  że  wyobrażam  sobie,  iż  nawet  w

niższych górach, może nawet w Tatrach, mogą nam się przydarzyć takie sytuacje, w któ-
rych będziemy musieli dać z siebie jeszcze więcej niż na Evereście.

K.W.– Więcej czy mniej, to trudno powiedzieć, ale na pewno Himalaje nie mają monopolu na

ekstremalne sytuacje, na zmuszanie alpinisty do ekstremalnego wysiłku. Nie wiem, czy na
Mt Cook musiałem dać z siebie więcej niż na Evereście, czy mniej, ale na pewno i tam, i tu
znalazłem się w skrajnej sytuacji. W każdym razie był to dla mnie szok, bo jadąc do Nowej
Zelandii,  nie  wyobrażałem  sobie  warunków,  które  mogłyby  wymagać  ode  mnie  wysiłku
porównywalnego z Everestem. Kiedy staliśmy w tym deszczu i szczękaliśmy zębami, by-
łem na siebie zły, że dałem się tak zaskoczyć.

L.C.– To wszystko potwierdza moją tezę, że ekstremalne sytuacje nie muszą się w alpinizmie

wiązać z najwyższymi górami. Wystarczy, że się ktoś źle przygotuje, wyjdzie w nieodpo-
wiedniej porze, zabraknie mu kondycji lub nagle zmieni się pogoda.

K.W.–  Dlatego  nie  może  być  obiektywnej  klasyfikacji  stopnia  trudności  dróg  wspinaczko-

wych. Klasyfikacja, której się używa, ma elementy obiektywne, ale ma też wiele subiek-
tywnych. Coś, co dla jednego jest trudne, dla innego może być łatwe. Bywa, że ktoś przej-
dzie jakąś drogę, trafi akurat na dobrą pogodę albo ma swój dobry dzień, i uzna ją za „taką
sobie”, dosyć trudną. Nazajutrz pójdzie tam ktoś inny, komu ta droga nie leży, trafi w do-
datku na złą pogodę, i uzna tę samą drogę za skrajnie trudną. Jest to po prostu sport, w któ-
rym  trudności  są  oceniane  bardzo  subiektywnie.  W  każdej  chwili  można  się  natknąć  na
przeszkody nie do przebrnięcia. W każdym terenie trzeba się pilnować, niezależnie od sta-
żu, wieku, umiejętności. W końcu Terray, który był chyba największym francuskim alpini-
stą, zginął w skałkach...

L.C.– Ale to już może być kwestia przypadku.
K.W.– Nie tylko. Każdy z nas ma swoje słabe punkty i gorsze dni. A poza tym łatwe drogi też

potrafią być groźne przez swoją przewrotność i złośliwość – zresztą przekonasz się o tym,
kiedy natkniesz się na swoją górę.

J.Ż.– Wróćmy do Alp Nowozelandzkich. Czy wspinałeś się jeszcze po tej przygodzie na Mt

Cook?

background image

96

K.W.– Tak. Mt Cook był naszym najważniejszym celem, ale wspinaliśmy się także w innym

rejonie. O jakimś ekstremalnym wyczynie nie mogło jednak być mowy. W górach typu al-
pejskiego, żeby się porywać na wyczyn, trzeba najpierw dobrze poznać teren.

J.Ż.– Nie szkoda ci było czasu na takie ulgowe wspinaczki?
K.W.– Nie, potrzebowałem trochę dystansu. To był mój pierwszy wyjazd po Evereście, i do-

brze się stało, że nie pojechałem od razu w Himalaje.

L.C.– Bo duża wyprawa niesie za sobą odpowiedzialność za wynik.
K.W.–  Potrzebowałem  relaksu  psychicznego  po  Evereście  i  po  tym,  co  się  później  działo.

Zresztą obserwuję podobne zachowanie u wielu ludzi wracających z gór najwyższych. Po
Himalajach każdy marzy o wyjeździe w Tatry, o Zamarłej Turni, o ciepłej, suchej skale.
Rodzi się głód klasycznej wspinaczki. Ma się dość tej ciągnącej się tygodniami walki, nie-
pogody, czekania. Myśli się o powrocie do tego, od czego się zaczynało, i co wydaje się
najprzyjemniejsze, o ucieczce od himalajskich zmagań.

L.C.– Chodzi o to, żeby nie musieć walczyć o wynik, żeby pójść sobie na niezobowiązujący

spacer w ścianie, żeby zrobić coś bez tego psychicznego napięcia, które wiąże się z wielką
wyprawą.

J.Ż.–  Powiedz  mi  jeszcze,  skąd  w  tych  ciężkich  czasach  wzięliście  pieniądze  na  tak  daleką

wyprawę. Wyobrażam sobie, że musiała ona kosztować majątek.

K.W.– Wtedy nie był to taki wielki problem, bo można było całą  podróż opłacić w złotów-

kach, i kosztowało to coś około stu tysięcy.

J.Ż.– Każdy musiał tę kwotę sam zapłacić?
K.W.– Niezupełnie każdy sam, ale musieliśmy sami te pieniądze zarobić.
L.C.–  To  jest  właśnie  bardzo  charakterystyczne  dla  polskiego  alpinizmu  po  1980  roku  –

GKKFiS daje pozwolenie na wyprawy, ale pieniądze klub musi zdobyć we własnym za-
kresie.  Na  szczęście  przyznano  klubom  prawo  prowadzenia  działalności  gospodarczej,
więc przyjmuje się różne zlecenia na prace wysokościowe. My je wykonujemy, część pie-
niędzy dostajemy od razu do ręki, a reszta wędruje do kasy klubu i można z nich finanso-
wać działalność sportową.

K.W.–  Dlatego,  mimo  kryzysu,  wyjazdów  klubowych  jest  teraz  nie  mniej  niż  w  1979  czy

1980 roku.

J.Ż.– Chciałbym namówić Krzyśka, żebyśmy wrócili jeszcze do Mt Cook i Everestu. Ciekaw

jestem, jak ta przygoda wpłynęła na twój odbiór Everestu, na ocenę tamtego sukcesu?

K.W.– Myślę, że przygoda na Mt Cook nie miała większego wpływu na moją ocenę tego, co

zrobiliśmy na Evereście. Muszę natomiast powiedzieć, że doceniłem Everest dopiero wte-
dy,  kiedy  okazało  się,  że  następne  wyprawy,  które  ruszyły  po  nas,  miały  tam  olbrzymie
kłopoty.

L.C.– Do tej pory było już kilka wypraw zimowych na Everest, ale tylko jedna zakończyła się

sukcesem. Było to wejście japońskie w 1982 roku, ale ten, który wszedł na szczyt – Kato –
zginął razem z towarzyszem, który dotarł do wierzchołka południowego. Wszystkie kolej-
ne wyprawy nie doceniały  trudności, jakie  występują  zimą  w  Himalajach.  Ci,  którzy  nie
odczuli ich na własnej skórze, wyobrażali sobie, że jest tylko  trochę trudniej niż jesienią
czy wiosną. Dopiero na miejscu okazywało się, że byli za słabo przygotowani.

K.W.– Mieli za sobą ten ogromny atut, że my przełamaliśmy już psychiczną barierę niemoż-

ności  wspinania  się  w  Himalajach  zimą,  a  bariery  psychiczne  odgrywają  w  tym  sporcie
ogromną rolę. Wcześniej, przez wiele lat, wszyscy bali się wchodzić na szczyty ośmioty-
sięczne bez tlenu. Wystarczyło, że Messner dał przykład nie używając tlenu, i natychmiast
poszli za nim inni.

L.C.– To samo było w skoku wzwyż. Ktoś skoczył dwa trzydzieści, przełamał barierę, i na-

tychmiast posypały się jeszcze lepsze wyniki.

background image

97

K.W.– To rzeczywiście pomaga, bo gdzieś jednak psychika sprzęga się z resztą organizmu.

Dużo łatwiej jest zrobić coś, o czym wiadomo, że to można zrobić. Mimo to, ci którzy po-
szli po nas, nie dawali rady. To o czymś świadczy. Tym bardziej, że nie były to słabe wy-
prawy.

J.Ż.– Zdaje się, że były poważne wątpliwości co do ważności waszego wejścia?
L.C.– Jak wiesz, jadąc na Everest mieliśmy zezwolenie na działalność w okresie od pierwsze-

go grudnia do dwudziestego ósmego lutego. Potem, kiedy byliśmy  już w górach, władze
nepalskie próbowały skrócić ten okres. Chodziło po prostu o to, że gdyby wyprawa trwała
do końca lutego, to nasi Szerpowie nie zdążyliby wrócić do Katmandu, odpocząć i zabrać
się jeszcze na wyprawę wiosenną. W związku z tym w następnym roku rząd Nepalu zaczął
wydawać zezwolenia tylko na grudzień i styczeń. Nie znaczy to jednak, że w Himalajach
zima  kończy  się  trzydziestego  pierwszego  stycznia,  bo  przecież  decyzją  administracyjną
nie można zmienić pory roku, zmniejszyć siły wiatru, ani podwyższyć temperatury.

K.W.– Tak czy inaczej sezon zimowy w Nepalu kończy się teraz nie dwudziestego ósmego

lutego, ale trzydziestego pierwszego stycznia. W związku z tym niektórzy uważali, że na-
sze wejście dokonane siedemnastego lutego nie może być uważane za zimowe.

L.C.–  W  tym  roku  odbyło  się  posiedzenie  UIAA,  czyli  Międzynarodowej  Federacji  Towa-

rzystw  Alpinistycznych,  gdzie  naszym  przedstawicielem  był  prezes  PZA  Andrzej  Pacz-
kowski. Równolegle odbywała się „Konferencja Himalajska”, na którą zaproszony był Jó-
zef Nyka – redaktor „Taternika”. Messner, który jak zwykle chciał zrobić wokół siebie jak
najwięcej szumu, znów reklamował swoją ostatnią ekspedycję jako „pierwszą zimową wy-
prawę  na  ośmiotysięcznik”.  Była  to  bzdura  oczywista,  bo  ośmiotysięczniki  atakowali
wcześniej nie tylko Polacy, ale też wiele innych wypraw. W związku z tym delegacja pol-
ska zaczęła zabiegać o oficjalne potwierdzenie uznania naszego wejścia na Everest za wej-
ście  zimowe.  W  rezultacie  uznano,  że  skoro  podobnie  jak  Europa,  Północna  Ameryka  i
większość Azji, Himalaje leżą na półkuli północnej, to sezon zimowy należy tam liczyć od
dwudziestego  pierwszego  grudnia  do  dwudziestego  pierwszego  marca  –  tak  samo  jak  w
Tatrach, Alpach, na Alasce, czy w Kaukazie.

K.W.– Nawet Japończycy, którzy początkowo to swoje tragicznie zakończone wejście rekla-

mowali jako pierwsze, zgodzili się, że nie ma lepszego rozwiązania, niż ustalenie natural-
nych, kalendarzowych granic sezonów i uznali pierwszeństwo Polaków.

L.C.– Messner nie chciał jednak ustąpić.  Twierdził, że  o  uznaniu  wejścia  decyduje  kraj,  na

którego terytorium góra się znajduje, czyli w przypadku Everestu – Nepal. Józef Nyka po-
wiedział wtedy, że w pełni zgadza się z kolegą Messnerem, i pokazał wystawiony  przez
władze  nepalskie  certyfikat  stwierdzający,  że  polska  wyprawa  zdobyła  Everest  zimą.  Na
tym stanęło.

J.Ż.– Krótko mówiąc, Polacy dwa razy zdobyli Everest zimą. Raz – w Himalajach, a raz – na

sali obrad.

L.C.– I myślę, że to świadczy o randze tego wejścia. Kiedy w 1953 roku rozeszła się wiado-

mość,  że  Hillary  i  Tenzing  zdobyli  szczyt  Everestu,  też  zaczęły  się  plotki,  że  może  to
wcale nieprawda, że może wcale nie oni byli pierwsi. Mówiono, że na wierzchołku mieli
znaleźć ślady Mallory’ego, który miałby tam wejść jeszcze przed wojną i zginąć dopiero
schodząc  do  obozu.  Spekulowano,  kto  był  pierwszy  na  szczycie:  Tenzing  czy  Hillary,  i
wobec tego, do którego kraju należy pierwszeństwo. W końcu zaczęły się absurdalne po-
dejrzenia, że może oni tam wcale nie byli, ale z czasem te wszystkie wątpliwości zniknęły.
Dziś ich pierwszeństwo nie podlega dyskusji. Tak samo będzie z nami, więc nie ma co się
przejmować tymi zabiegami, bo świadczą one przede wszystkim o wadze naszego sukcesu.

J.Ż.–  Rozumiem,  że  sprawę  pierwszeństwa  rozstrzygnęliśmy  definitywnie.  Jesteście  pierw-

szymi,  którzy  weszli  zimą  na  Everest  i  basta!  Wróćmy  teraz  do  gór.  Pomijając  nowoze-
landzką  eskapadę  Krzyśka,  która  miała  jednak  nieco  inny  charakter,  dla  was  obu  pierw-

background image

98

szym  poważnym  sprawdzianem  po  Evereście  była  wyprawa  na  drugi  szczyt  Ziemi:  K2
(wys. 8611 m). O ile wiem, obaj nie mieliście kłopotu z zakwalifikowaniem się na nią, i w
jakiejś mierze zawdzięczacie to zapewne Everestowi. Myślę tu szczególnie o Krzyśku, któ-
ry  w 1979 roku był przecież zaledwie na liście  rezerwowych.  Chciałbym,  żebyście  teraz
opowiedzieli o tej wyprawie. O ile pamiętam, wspominało się o niej, już kiedy wróciliście
z Everestu.

L.C.– Tak, wyprawa była już wtedy zgłoszona, mieliśmy pozwolenie i trwały przygotowania.

Była to jedna z pierwszych dużych wypraw organizowanych w nowych warunkach finan-
sowych.  To  znaczy,  że  za  udział  każdego  swojego  członka  klub  musiał  zapłacić  trzysta
pięćdziesiąt tysięcy. Właściwie wszystkie koszty złotówkowe zostały pokryte z tych opłat.
Natomiast  z  dolarami  było  inaczej.  Piętnaście  tysięcy  dał  PZA.  Resztę  wpłaciło  sześciu
Meksykanów, którzy pojechali razem z nami. Zapłacili po sześć tysięcy dolarów. Dla nas
to była ogromna kwota. Dla nich – niespełna połowa normalnych kosztów wyjazdu w Hi-
malaje, bo unikali kosztownego lotniczego transportu sprzętu.

J.Ż.– Czyli ekspedycja nie była polska, tylko polsko-meksykańska?
K.W.– Tak, ale bez nich byśmy sobie nie poradzili, bo K2 leży w Pakistanie,  a tam koszty

wyprawy są przeciętnie dwa razy wyższe niż w Nepalu.

L.C.– Większe są opłaty za pozwolenie, dużo dłuższe są karawany, więcej płaci się kulisom.

W każdym razie zdobycie w Polsce koniecznej ilości dewiz było absolutnie niemożliwe.
Nawet kobieca wyprawa Wandy Rutkiewicz, która oblegała K2 w tym samym czasie  co
my  i  miała  status  wyjazdu  centralnego,  to  znaczy  finansowanego  przez  GKKFiS,  nie
otrzymała  dość  dolarów.  Dziewczyny  zarobiły  dewizy  reklamując  zachodnie  firmy,  któ-
rych sprzęt i ubrania alpinistyczne wzięły na wyprawę.

J.Ż.– Zdaje się, że tym razem pobiliście rekord w opóźnieniu wyjazdu.
K.W.– Nie był to może rekord, ale rzeczywiście opóźnienie mieliśmy solidne. Jest to zresztą

stary grzech polskich wypraw. Zawsze potem albo zdobywa się szczyt w ostatnich dniach
zezwolenia, kiedy właściwie należałoby się już pakować, albo też nie zdąża się, i cały wy-
siłek idzie na marne. Wiele naszych wypraw nie zakończyło się zdobyciem szczytu tylko
dlatego, że za późno dotarły w rejon działania. Szalenie trudno jest u nas takie przedsię-
wzięcie zorganizować. A już tym razem po prostu wszystko zwracało się przeciwko nam.

L.C.– Ale działo się tak nie bez powodu. W kraju obowiązywał wtedy stan wojenny, wszyst-

kie wyprawy zostały zablokowane i niemal do końca nie mieliśmy pewności, czy GKKFiS
nas nie wstrzyma.

J.Ż.– Kiedy powinniście byli wyruszyć?
L.C.– To trudno powiedzieć, bo rusza się wtedy, kiedy wszystko jest gotowe.
J.Ż.– A od kiedy było zezwolenie?
L.C.– Od piętnastego czerwca 1982 roku.
K.W.–  I  w  dodatku  to  zezwolenie  zostało  źle  zinterpretowane.  Uważaliśmy,  że  piętnastego

czerwca możemy przekroczyć granicę Pakistanu. Okazało się, że wtedy mogliśmy już roz-
począć działalność w górach.

L.C.– W rezultacie bazę założyliśmy o trzy tygodnie za późno.
J.Ż.– A wszystko organizowaliście nie mając zgody władz na wyjazd?
L.C.– Zgodę władz otrzymaliśmy jeszcze przed stanem wojennym, ale potem wszystkie de-

cyzje zostały zawieszone. Janusz Kurczab,  który  był  kierownikiem  tej  wyprawy,  chodził
przy niej przez cały czas, ale nikt nie chciał mu powiedzieć, czy w końcu będziemy mogli
jechać,  czy  nie.  W  pewnym  momencie  powiedziano  nam,  że  co  prawda  nie  ma  jeszcze
pewności,  że  będziemy  mogli  jechać,  ale  żebyśmy  mimo  to  prowadzili  przygotowania.
Potem tę decyzję wstrzymano, bo uznano, że wyprawa ma małe szanse powodzenia. Osta-
teczną zgodę dostaliśmy na kilka dni przed wyjazdem.

J.Ż.– Kiedy udało wam się wyruszyć?

background image

99

L.C.– Samochód z rzeczami ruszył dopiero dwudziestego dziewiątego maja. Z przejazdem też

wynikł  kłopot,  bo  nie  można  było  jechać  najkrótszą  drogą  –  przez  Afganistan.  Podróżo-
wałem  ciężarówką  i  muszę  powiedzieć,  że  droga  była  rzeczywiście  bardzo  męcząca.  Je-
chaliśmy przez Wielką Słoną Pustynię w Iranie i przez pustynie  Beludżystanu w Pakista-
nie.  Obciążonym  ponad  miarę  jelczem  musieliśmy  tam  pokonać  przeszło  dwieście  kilo-
metrów kompletnego bezdroża w potwornym skwarze i pyle.

Jechałem już podobną trasą w 1974 roku w czasie wyprawy na Shisparé, więc była to

dla  mnie  podróż  podwójnie  ciekawa,  bo  miałem  skalę  porównawczą.  Rzeczywiście,  w
tamtym rejonie zmieniło się niezwykle dużo. Przede wszystkim zupełnie innym krajem jest
teraz Iran, ale sporo zmieniło się też w Turcji.

Jechaliśmy w sumie trzy tygodnie, cały czas walcząc z może niezbyt dużymi, ale jednak

dokuczliwymi awariami samochodu. Prawie cały dzień staliśmy na granicy irańskiej. Irań-
czycy  nie  uznają  żadnych  plomb  celnych,  i  kazali  nam  rozładować  całą  ciężarówkę.  Do
Islamabadu dojechaliśmy siedemnastego czerwca i tego samego dnia przylecieli Meksyka-
nie. Dwa dni wcześniej dotarła tam reszta polskiej wyprawy.

J.Ż.– O ile wiem, była to bardzo duża wyprawa.
K.W.–  Tak,  razem  z  Meksykanami  było  dwudziestu  dwóch  uczestników,  ale  mieliśmy  też

przed sobą bardzo poważny cel.

L.C.– K2, czyli drugi szczyt Ziemi, mieliśmy zdobyć nową drogą prowadzącą jego północno-

zachodnią granią. W 1975 roku tą samą drogą próbowali wejść Amerykanie. Prowadzi ona
przez przełęcz Savoya 

(wys. 6250 m), powyżej której wyrastają trzy ostre, bardzo trudne

wspinaczkowe turnie. Amerykanie załamali się już na tych pierwszych turniach, osiągając
wysokość zaledwie sześciu tysięcy siedmiuset pięćdziesięciu metrów. My natomiast, chcąc
uniknąć powtórzenia ich błędu, postanowiliśmy ominąć turnie, wejść do położonego poni-
żej nich kociołka, i trawersując lodową ścianę – wyjść na grań na wysokości sześciu tysię-
cy ośmiuset metrów. Tam zaczyna się właściwa północno-zachodnia grań K2.

K.W.– Plan był bardzo dobry, ale jak już ci mówiliśmy, cała wyprawa odbywała się w po-

śpiechu.

L.C.– Przez to nie najlepsze było też wyposażenie. Brakowało odpowiedniego sprzętu, żyw-

ności, ubrań. Na szczęście zyskaliśmy trochę czasu na karawanie, która była bardzo dobrze
zorganizowana. Za pośrednictwem specjalnej agencji zatrudniliśmy dwustu siedemdziesię-
ciu tragarzy i sirdara, który wziął na siebie wszystkie sprawy  organizacyjne.  Ostatecznie
po dwóch tygodniach marszu, ósmego lipca, założyliśmy bazę.

K.W.– Był to akurat koniec okresu złej pogody.  Od razu mogliśmy zacząć działalność, i to

było dobre, ale złe było to, że dopiero wtedy zaczynaliśmy. Większość wypraw miała już
w tym czasie bardzo zaawansowane prace. Założyli już dwa czy trzy obozy i czekali tylko
na lepszą pogodę, żeby przeprowadzić atak szczytowy.

L.C.–  Po  jednym  dniu,  który  poświęciliśmy  na  założenie  bazy,  od  razu  ruszyliśmy  w  górę.

Jako pierwszy wyszedł zespół czwórkowy: Krzysiek, Janek Holnicki, Alek Lwów i ja. Te-
go dnia założyliśmy obóz pierwszy, położony na wysokości sześciu tysięcy metrów, czyli
siedemset  metrów  powyżej  bazy.  Przed  wyjazdem  z  Polski  baliśmy  się,  czy  znajdziemy
odpowiednie miejsce, bo kociołek, w którym miał się znajdować obóz, wydawał się bardzo
narażony na lawiny. Okazało się, że nieco z boku tego kociołka znajduje się niewielka bu-
la, na której mogliśmy bezpiecznie rozbić namioty. Doszliśmy tam w bardzo gęstej mgle,
więc z wybraniem miejsca czekaliśmy, aż się rozwidni. Kiedy zeszła mgła, okazało się, że
stoimy właśnie w tym jedynym bezpiecznym miejscu, gdzie można postawić namioty. W
każdym razie ten pierwszy odcinek był raczej dość łatwy i nie mieliśmy z nim specjalnych
kłopotów.

K.W.– Ale ja zaliczyłem swoją pierwszą szczelinkę.

background image

100

L.C.– Krzysiek szedł pierwszy. Ja jakieś dwadzieścia metrów za nim. Nagle patrzę, a jego nie

ma.

K.W.– Zdarzyło się to w miejscu, w którym nigdy bym się szczeliny nie spodziewał. Prze-

ważnie na szczelinie są jakieś zagłębienia, rysy, nierówności, widać, że coś jest nie w po-
rządku. A tu nic, była wręcz wypukłość. Nagle: tak jak pan Wielicki stoi, tak pana Wielic-
kiego nie ma.

L.C.– Została tylko mała dziurka.
K.W.– Pierwszy raz tak leciałem. Okazuje się, że lecąc też się myśli, i to bardzo intensywnie.

Cały czas czekałem, kiedy mnie ta lina w końcu szarpnie. Zastanawiałem się, co jest grane.
Leciałem niby niewiele, bo ze dwadzieścia metrów, ale trwało to potwornie długo, zanim
poczułem szarpnięcie. Na szczęście nic mi się nie stało – trochę sobie nadwerężyłem nogę
w kostce, ale poza tym nic.

L.C.– Obok nas szli Holnicki i Lwow, więc podeszli do szczeliny przekonać się, czy Krzyś-

kowi nic nie jest.

K.W.– W końcu rzucili mi dwie liny. Chwyciłem je i opierając się rakami o ścianę szczeliny,

wyszedłem na górę. Najbardziej przykre było to, że śnieg nawłaził mi dosłownie wszędzie.
Topniał mi pod ubraniem, we włosach, w kieszeniach.

L.C.– Wyglądał jak ucharakteryzowany. Kiedy go zobaczyliśmy, zamiast mu współczuć, wy-

buchnęliśmy śmiechem.

K.W.– Tak, to była taka drobna przygoda, która mnie trochę speszyła, bo jednak nie jest to

najlepszy znak, kiedy w ten sposób zaczyna się pierwszy dzień akcji.

L.C.– Kolejnym etapem było wyjście na grań. Od obozu pierwszego trzeba było iść jeszcze

jakieś dwieście metrów prawie płaskim terenem. Dalej zaczynała się lodowa ściana o śred-
nim nachyleniu sześćdziesięciu stopni. Musieliśmy ją pokonać, żeby wyjść na grań już po-
za turniami, gdzieś na wysokość sześciu tysięcy siedmiuset pięćdziesięciu metrów. W lip-
cu, kiedy poręczowaliśmy tę ścianę, była ona jeszcze pokryta dosyć twardym śniegiem, po
którym można się było stosunkowo łatwo poruszać. Dwa tygodnie później śnieg zsunął się
całkowicie. Wtedy chodziło się już po ścianie lodu, którą porównywaliśmy nawet do słyn-
nej drogi lodowej „Deska” na Les Courtes w Alpach francuskich. Na szczęście mieliśmy
już wówczas założone poręczówki, bo raki w ten lód nie wchodziły i trzeba było iść pod-
ciągając się na linie.

K.W.– Drogę do obozu drugiego poręczowali niemal w całości Wróż, Chrobak, Karolczak i

Bebak. Kiedy oni wychodzili, pogoda była przeważnie dobra. Kiedy natomiast wychodziły
inne zespoły, na ogół udawało się tylko wynieść dodatkowy sprzęt, nie można zaś było po-
ręczować, bo albo schodziły lawinki, albo też była zła widoczność.

L.C.– Po ośmiu dniach poręczowania tej ściany udało nam się założyć obóz drugi, położony

już na grani. Byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy osiągnęli ją w tym miejscu. Mieliśmy już
stamtąd widok na stronę chińską i – co świadczy o panującym w górach najwyższych tłoku
– zobaczyliśmy Japończyków atakujących K2 filarem północnym. W linii prostej dzieliło
nas od nich mniej niż dwa kilometry.

K.W.–  Po  założeniu  obozu  drugiego  mieliśmy  przed  sobą  dość  krótki  odcinek  stosunkowo

łatwej,  rozpłaszczonej  w  plateau  grani,  która  następnie  przechodziła  w  stromą  ścianę,  a
potem znów łagodniała.

L.C.– Na tym stromym odcinku znów musieliśmy poręczować, ale jeszcze zanim się do tego

zabraliśmy, porwała nas z Krzyśkiem lawinka.

K.W.–  Wyszliśmy  z  „dwójki”  na  rekonesans.  Śnieg  był  tak  kopny,  że  ledwie  dało  się  iść.

Zboczyliśmy trochę z grani. W pewnym momencie coś pode mną stęknęło. Leszek był ni-
żej. Spod moich nóg wyjechała na niego lawina długości jakichś trzydziestu metrów i gru-
bości pół metra. Stałem na tym zboczu i czekałem na szarpnięcie liny. Leszek był trzydzie-
ści metrów ode mnie, ale wydawało mi się, że minęła wieczność,  zanim ta lawina doszła

background image

101

do niego. W końcu poczułem potężne szarpnięcie i poleciałem w dół. Wciągnęło mnie pod
śnieg, który natychmiast zakleił mi okulary. Zrobiło się zupełnie ciemno.

L.C.– Siedziałem na wierzchu lawiny i tylko pilnowałem, żeby nie dostać się pod śnieg.
K.W.– W końcu lawina stanęła i udało mi się wyhamować. Przetarłem szkła i zacząłem się

rozglądać za Leszkiem. Patrzę: jest! Siedzi na śniegu i do mnie macha.

J.Ż.– Daleko pojechaliście?
K.W.– Nieee...
L.C.– Ze sto metrów...
K.W.– My byliśmy na samej górze tej lawiny i dzięki temu tak spokojnie się to skończyło, ale

jej czoło zeszło niestety na sam dół ściany, którą robiliśmy. Po drodze z tego puchu, w któ-
rym ledwie się kopaliśmy, zrobiły się bryły jak z kamienia – tak to się wszystko rozgrzewa
w ruchu. Takich przygód nigdy jeszcze nie miałem.

J.Ż.– Rzeczywiście zaczęliście fatalnie.
L.C.– To już nie był początek, bo od dojścia do bazy minęły prawie dwa tygodnie. Natomiast

po założeniu obozu drugiego pojawiły się  kontrowersje  co  do  wyboru  dalszej  drogi.  Nie
było wiadomo, czy lepiej będzie iść prosto  granią, czy trawersować po stronie  chińskiej.
Między innymi na skutek tej kontrowersji rozpadł się najlepszy dotychczas zespół Chrobak
– Wróż. Chrobak chodził potem z nami, a Wróż zaczął się wspinać z Karolczakiem.

K.W.– Ale mimo to po dwóch wyjściach udało się założyć obóz trzeci, chociaż znów trzeba

było poręczować prawie całą drogę.

L.C.– Obóz trzeci stał zaledwie czterysta metrów powyżej drugiego i był usytuowany w bar-

dzo trudnym, alpejskim terenie – w skalnej, przetykanej śniegiem ścianie. Właściwie nie
bardzo było gdzie postawić namioty. Pierwszy raz mieliśmy obóz złożony z dwóch odda-
lonych od siebie o sześćdziesiąt metrów namiotów.

K.W.– Tak, to był chyba najbardziej niewygodny obóz, jaki widziałem w życiu, ale był. Na-

tomiast skoro ten obóz był niewygodny i właściwie zbyt mały, obóz czwarty musiał być
już bardzo solidny. Postanowiliśmy więc założyć go na filarze po stronie chińskiej. Zmu-
szało nas to do nadrobienia drogi, ale nigdzie indziej nie mogliśmy znaleźć dobrego miej-
sca. Znów prawie całą drogę trzeba było poręczować i zajęło nam to kolejne kilka dni.

J.Ż.– O ile wiem, nie zdążyliście jeszcze tego obozu założyć, gdy waszą akcję przerwała tra-

gedia, która wydarzyła się w wyprawie kobiecej.

L.C.– Tak, to się zdarzyło dokładnie trzydziestego lipca 1982 roku, a my przypadkiem stali-

śmy się w pewnym sensie świadkami tej tragedii. Otóż obie wyprawy miały takie same ra-
diotelefony,  nasze  bazy  słyszały  się  doskonale.  Żeby  uniknąć  wzajemnego  zakłócania,
umówiliśmy  się,  że  my  będziemy  prowadzić  swoją  łączność  od  pełnej  godziny  do  wpół
do...,  a  dziewczyny  od  wpół  do...  –  do  pełnej  godziny.  Byłem  akurat  w  bazie  i  miałem
łączność z obozem trzecim, kiedy dokładnie pięć po piątej zaczęły nam się włączać dziew-
czyny. Naskoczyłem na nie, że włączają mi się w naszym czasie nadawania, ale po chwili
usłyszałem, że z bazy podają, jak stosować sztuczne oddychanie. Wtedy oczywiście prze-
rwaliśmy własną łączność i przeszliśmy na nasłuch.

J.Ż.– Zanim opowiecie o całej tej akcji, chciałbym, żebyście powiedzieli jeszcze parę słów o

wyprawie kobiecej.

L.C.–  Mówiliśmy  już,  że  była  to  wyprawa  centralna,  kierowana  przez  Wandę  Rutkiewicz.

Dziewczyny tak samo jak my atakowały K2, ale wybrały klasyczną drogę pierwszych zdo-
bywców  z  1954  roku  –  „Żebrem  Abruzzi”.  Jest  to  droga,  która  miała  już  kilka  przejść.
Pierwsi byli Włosi, potem w 1977 roku Japończycy i w 1979 roku – Messner z Dacherem.

Dziewczyny  założyły  swoją  bazę  jeszcze  później  niż  my,  bo  dopiero  dziewiętnastego

lipca 1982 roku. Trafiły więc od razu na okres doskonałej pogody, ostro ruszyły do akcji i
bardzo  szybko  zdobyły  stosunkowo  dużą  wysokość.  Nikt  dotychczas  nie  poruszał  się  na
K2  w  takim  tempie.  Włosi  –  pierwsi  zdobywcy  –  żeby  wejść  na  szczyt,  założyli  osiem

background image

102

obozów i biwak. Dwadzieścia trzy lata później drudzy zdobywcy – Japończycy – założyli
sześć  obozów,  a  wyprawa  Messnera  już  tylko  cztery.  Ponieważ  droga  była  coraz  lepiej
znana, a kluczowe odcinki zaporęczowane, odległości między obozami wydłużano. Z bazy
wysuniętej na wysokości pięciu tysięcy trzystu pięćdziesięciu metrów do obozu pierwsze-
go dziewczyny miały prawie siedemset metrów w pionie.

K.W.–  Ponieważ  w  tym  samym  co  one  terenie  działała  jednocześnie  wyprawa  austriacka,

która zaporęczowała przejście i założyła dwa obozy, dziewczyny już pierwszego dnia akcji
miały gotową „jedynkę”.

L.C.–  Tak  samo  było  z  „dwójką”.  Znów  siedemset  metrów  w  pionie,  znów  gotowe  porę-

czówki i założony obóz. Posuwały  się  więc  błyskawicznie.  Było  to  zarazem  dobre  i  złe.
Dobre, bo przyspieszało akcję i dawało szansę na sukces, mimo fatalnego opóźnienia wy-
jazdu z kraju. Złe, bo w ten sposób nie uzyskuje się odpowiedniej aklimatyzacji.

K.W.– Dziewczyny, będąc pod jeszcze większym niż my pręgierzem  czasowym, nie mogły

sobie  pozwolić  na  taką  powolną  aklimatyzację,  okoliczności  zaś  w  wyjątkowy  sposób
sprzyjały szybkiemu zdobywaniu wysokości.

J.Ż.–  Chciałbym,  żebyśmy  wrócili  do  tego  wypadku,  o  którym  zaczęliście  opowiadać.  Ty,

Leszku, siedziałeś w waszej bazie i słyszałeś akcję dziewczyn.

L.C.– Zorientowałem się, że rozmowę prowadzą Jolka Maciuch – lekarka wyprawy kobiecej

– i Anka Okopińska. Po jakimś czasie domyśliłem się, że Anka siedzi w obozie drugim i że
musiała  tam  zasłabnąć  jej  partnerka  Halina  Krüger-Syrokomska.  Później  zorientowałem
się, że Anka nie prowadzi akcji sama – tłumaczy tylko polecenia Jolki Austriakom, którzy
przybiegli z sąsiedniego namiotu.

K.W.– Zresztą posłuchaj... 

(włącza magnetofon).

– „Halo, baza. Halo, baza. Tu obóz drugi. Czy mogę rozmawiać z Wandą? Odbiór.
– Cześć, Anka. Tu mówi Jola z bazy. Wanda prawdopodobnie jeszcze jest w drodze do

bazy wysuniętej. Co u was słychać? Odbiór.

– Halina straciła przytomność! Ona nie oddycha! Odbiór.
– Czy ona... Jak... jak długo nie oddycha? I czy... czy... ma  reakcję bólową, czy żyje,

krótko mówiąc? Odbiór.” 

(wyłącza magnetofon).

Jolka cały czas pytała o reakcje. „Jak Halina, powiedz mi, jak Halina”. Anki nie słysze-

liśmy, ale jej odpowiedzi mogliśmy się domyślać z tego co mówiła Jolka.

L.C.– Jolka, z początku bardzo spokojna, z czasem stawała się coraz bardziej zdenerwowana,

zaczął jej się łamać głos.

K.W.– Po dziesięciu minutach wszyscy zdaliśmy już sobie sprawę, że na uratowanie Haliny

nie  ma  szans,  chociaż  od  razu  podano  jej  tlen  i  przeprowadzono  wszystkie  możliwe  do
wykonania zabiegi reanimacyjne.

L.C.– Na prośbę Anki Austriacy prowadzili reanimację przez całą godzinę, chociaż wszyscy

wiedzieli, że szans właściwie nie ma. Kiedy akcja się skończyła, zaczęły się rozważania,
co dalej. Wszyscy razem zastanawialiśmy się co zrobić z ciałem Haliny. Z reguły w takich
sytuacjach zostawia się zwłoki na miejscu śmierci, ale dziewczyny bardzo nalegały, żeby
Halinę  znieść  do  bazy.  Nie  wyobrażały  sobie  zostawienia  jej  w  namiocie.  Któraś  z  nich
powiedziała: „Jak my tam będziemy koło Niej przechodzić”.

K.W.– Austriacy znaleźli się bardzo pięknie i zadeklarowali pomoc w zniesieniu Haliny. Na-

zajutrz,  przed  piątą  rano,  wyszliśmy  z  naszej  bazy  i  koło  siódmej  byliśmy  już  w  bazie
dziewczyn.  Pięć  godzin  później  doszliśmy  do  ich  obozu  pierwszego.  Tam  przejęliśmy
ciało Haliny od Austriaków, którzy spuścili je przez najtrudniejszy na całej trasie pas ska-
łek między obozem drugim a pierwszym.

L.C.– Było nas sześciu: my dwaj, Alek Lwów, Janek Holnicki, Krzysiek Pankiewicz i Gienek

Chrobak – wszyscy, którzy byli w bazie i nazajutrz mieli wychodzić do góry. Wieczorem
udało  nam  się  dotrzeć  z  ciałem  do  położonej  pod  ścianą  K2  bazy  wysuniętej.  Nazajutrz

background image

103

dołączyli nas Wojtek Kurtyka i Jurek Kukuczka, którzy był na sąsiednim ośmiotysięczniku
Broad Peak. Z naszej bazy doszedł tam jeszcze lekarz Grzegorz Benke i Meksykanie.

K.W.– Znów pojawiły się wątpliwości, czy pochować Halinę już tutaj, czy znieść ją jeszcze

cztery kilometry do bazy głównej. Teren był miejscami bardzo trudny, bo trzeba było iść
między  serakami,  czasami  przez  bardzo  wąskie  przejścia.  W  końcu  zrobiliśmy  prowizo-
ryczne nosze i rano znieśliśmy ciało do bazy.

L.C.– Nieco poniżej tradycyjnej bazy na K2, z żebra Angelusa, tam gdzie łączą się lodowce

Savoya  i  Godwin  Austen,  schodzi  w  lodowiec  grzęda,  na  której  był  już  wcześniej  grób
Włocha – Mario Puchoza, zmarłego na obrzęk płuc w  czasie wyprawy zdobywczej. Rok
wcześniej w tym samym miejscu ustawiono kopiec Arthura Gilkey’a, który zginął w 1953
roku podczas nieudanego ataku na K2. Jego ciała co prawda nie znaleziono, ale usypano tu
z  kamieni  ten  właśnie  dwumetrowy  kopczyk.  Tam  pochowaliśmy  Halinę  Krüger-
Syrokomską.

K.W.– Muszę powiedzieć, że śmierć Haliny była dla nas wszystkich czymś bardzo wstrząsa-

jącym. Nie dlatego nawet, że było to zaskoczenie, szok, i nie dlatego, żebyśmy byli przera-
żeni. Po prostu Halina tworzyła historię polskiego taternictwa, alpinizmu i himalaizmu, i
wszyscy znaliśmy ją od lat.

L.C.– W latach sześćdziesiątych zaszokowała całe środowisko, gdy jako jedna z pierwszych

kobiet zaczęła się wspinać bardzo poważnie, robiąc najtrudniejsze hakowe drogi na Kazal-
nicy. Potem, już w Alpach, wspinając się z Wandą Rutkiewicz, zrobiła pierwsze kobiece
przejścia wielu skrajnie trudnych dróg. W 1975 roku brała udział w pierwszym, czysto ko-
biecym wejściu na szczyt ośmiotysięczny, zdobywając Gasherbrum II 

(wys. 8035 m).

Halina była już kimś, kiedy ja jeszcze nawet nie myślałem o wspinaniu się. Potem, gdy

zdobywałem kolejne stopnie górskiego wtajemniczenia, ona cały czas utrzymywała się w
ścisłej czołówce. Rozumiała to środowisko jak nikt, zresztą sam wiesz, jak doskonale znała
się na sprawach  górskich, bo  była  przecież  współredaktorem  pierwszego  wydania  naszej
książki.

K.W.– Dla nas wszystkich, szczególnie dla starszych, Jej śmierć była  czymś na kształt me-

mento mori. Myślę, że nawet wśród najmłodszych taterników, tych zaraz po kursach, nie
było takiego, dla którego Halina nie byłaby legendą. Wszyscy bardzo głęboko przeżyliśmy
Jej utratę. Tym bardziej, że to nie była zwykła górska śmierć. Halina nie zginęła pod lawi-
ną, nie odpadła od ściany, nie zasłabła z wycieńczenia w czasie ataku. Po prostu usiadła w
namiocie i umarła.

L.C.– Po pogrzebie dziewczyny zostały same, a my  wróciliśmy do  naszej przerwanej  akcji.

Poręczówki były już doprowadzone do obozu czwartego. Jeden dzień zatrzymaliśmy się w
bazie, a Holnicki i Lwów od razu poszli do góry i piątego sierpnia założyli „czwórkę”. Na-
stępnego dnia dotarł tam zespół Pankiewicz – Chrobak oraz ja z Krzyśkiem i rozbudowali-
śmy ten obóz.
Byliśmy już na wysokości siedmiu tysięcy sześciuset metrów i znów musieliśmy dokonać
wyboru  drogi.  Nieco  powyżej  naszego  obozu  natrafiliśmy  na  poręczówki  japońskie,  ale
kawałek  dalej  nasze  drogi  rozchodziły  się.  Japończycy  poszli  logicznym  przedłużeniem
filaru  północnego,  my  natomiast  chcieliśmy  trzymać  się  naszej  drogi  granią  północno-
wschodnią. Wobec tego wróciliśmy do niej trzystumetrowym trawersem, i zaczęliśmy się
zastanawiać, co dalej. Okazało się, że samą granią nie da się iść, bo jest ona poszarpana
stromymi turniami, których pokonanie zajęłoby nam na tej wysokości bardzo dużo czasu.
Ruszyliśmy więc nieco poniżej grani. Droga ta prowadziła przez system śnieżnych kuluar-
ków, poprzecinanych skalnymi, trudnymi technicznie progami.

K.W.–  Po  przenocowaniu  w  obozie  czwartym  ruszyliśmy  do  góry  we  czwórkę:  Chrobak,

Pankiewicz, Leszek i ja. Udało nam się dojść prawie do wysokości ośmiu tysięcy metrów,

background image

104

poręczówki zaś dociągnęliśmy do siedmiu tysięcy osiemset. Do miejsca, w którym potem
stanął obóz piąty, zabrakło nam tylko pięćdziesięciu metrów.

L.C.– Schodząc postanowiliśmy zatrzymać się w obozie drugim i tam przeczekać do kolejne-

go wyjścia, żeby startować już z tak zwanego odbicia. Przesiedzieliśmy tam jeden dzień,
ale potem pogoda zupełnie się popsuła i musieliśmy jednak zejść do bazy.

Na dobrą sprawę był to już koniec wyprawy. Wiadomo było, że nasze szanse są bardzo

małe, bo czasu zostało niewiele, a zaczął się okres silnych wiatrów i niewielkich, ale re-
gularnych opadów śniegu. Ponieważ wcześniej ustaliliśmy datę  wymarszu  powrotnej  ka-
rawany na ósmego września, mogliśmy tylko czekać na chwilową poprawę pogody, żeby
podjąć jeszcze jakąś desperacką próbę przeprowadzenia ataku szczytowego.

K.W.– Pod koniec sierpnia, mimo że wciąż utrzymywała się fatalna pogoda, zdecydowaliśmy

się ruszyć do góry. Wcześniej było już kilka takich prób, ale wszystkie kończyły się naj-
dalej w obozie czwartym.

L.C.–  Baliśmy  się,  że  okres  dobrej  pogody  może  być  zbyt  krótki,  żeby  dotrzeć  z  bazy  na

szczyt,  więc  postanowiliśmy  przeczekać  nieco  wyżej.  Przespaliśmy  dwie  noce  w  obozie
pierwszym, potem doszliśmy do „dwójki”, znów przenocowaliśmy, ale okazało się, że na-
sze  nadzieje  są  złudne.  Na  początku  września  większość  z  nas  nie  myślała  już  nawet  o
możliwości podjęcia jakiegokolwiek ataku...

K.W.– Wszyscy byli po prostu załamani, bo albo wiało, albo padało, i wydawało się, że nie

ma sensu nawet wychodzić z bazy.

L.C.– Potwierdziło się, już kolejny raz, że po piętnastym sierpnia nie ma czego szukać w Ka-

rakorum – przynajmniej jeżeli nie jest się przygotowanym na działalność zimową. W koń-
cu,  mimo  tego  powszechnego  pesymizmu,  zebraliśmy  czteroosobowy  zespół  i  trzeciego
września wyruszyliśmy do ataku.

Chrobak, Wróż, Krzysiek i ja doszliśmy do obozu czwartego, który podobnie jak „trój-

kę” zastaliśmy kompletnie zniszczony. Jeden namiot był zupełnie zdemolowany, wywiało
z niego śpiwór, nasypało śniegu. Noc przespaliśmy we czterech w drugim, lepiej zachowa-
nym, ale też pozbawionym masztu.

Cały czas wiało bardzo mocno, płótno namiotu waliło nas po twarzach, huczało, łomo-

tało. Rano, po nie najlepszej nocy, wyruszyliśmy bardzo obciążeni, bo musieliśmy wynieść
wyposażenie „piątki”, butle z tlenem i liny na poręczówki. Na miejsce dotarliśmy dopiero
wieczorem,  i  już  o  zmroku  zaczęliśmy  rozbijać  obóz  piąty.  Założyliśmy  go  pięćdziesiąt
metrów powyżej miejsca, do którego dotarliśmy miesiąc wcześniej i w którym odnaleźli-
śmy teraz zostawiony wówczas depozyt.

Na miejscu okazało się, że Chrobak nie czuje się najlepiej. Sytuacja nie była zbyt we-

soła. Siedzieliśmy we czterech w jednym namiocie, wiało wściekle, na dodatek nie mieli-
śmy menażki, więc prawie całą noc topiliśmy śnieg w puszce po butanie.

K.W.– Przy pomocy czekana udało nam się zrobić w niej tylko małą dziurkę, więc tej wody

starczyło zaledwie na zmoczenie ust.  Było  tak  ciasno  i  tak  potwornie  wiało,  że  całą  noc
przesiedzieliśmy podpierając ścianki namiotu.

L.C.–  Namiot  mieliśmy  zupełnie  nie  dopasowany  do  takich  warunków,  więc  rozkładaliśmy

go chyba  z  półtorej  godziny.  Nadmroziłem  palce  u  rąk,  a  Krzysiek  –  u  nóg.  Wieczorem
było  już  widać,  że  właściwie  nie  mamy  szans.  Kolejną  noc  spędziliśmy  praktycznie  bez
tlenu i niemal bez snu.

K.W.– Z „piątki” nie było jeszcze widać rozwiązania dalszej drogi. Widzieliśmy następne sto,

może sto pięćdziesiąt metrów. Dalej ściana się przełamywała i nie wiadomo było, co nas
tam  czeka.  Do  szczytu  mieliśmy  jeszcze  przeszło  pięćset  metrów  w  pionie.  Przy  naszej
słabej aklimatyzacji, bo przecież ostatnie trzy tygodnie siedzieliśmy w bazie, pięćset me-
trów to było bardzo dużo, nawet gdyby teren okazał się łatwy.

background image

105

L.C.– Wieczorem stało się jasne, że jeden z nas musi zejść z Geniem, a pozostała dwójka mo-

że ewentualnie próbować ataku.

K.W.– Teoretycznie kierownikiem całej czwórki był Wróż, ale ułatwiłem mu decyzję i sam

zaproponowałem, że zejdę.

L.C.–  Wyruszyliśmy  dopiero  koło  dziewiątej  rano,  mając  pełną  świadomość,  że  właściwie

jesteśmy bez szans na sukces. Liczyliśmy tylko na to, że wejdziemy trochę wyżej, strawer-
sujemy nieco poniżej grani i może tam nie będzie wiało. Gdyby było cicho, to prawdopo-
dobnie udałoby nam się zajść dość daleko, może nawet na sam szczyt.

Idąc  skalistym,  wymiecionym  ze  śniegu  terenem,  wyszliśmy  sto  pięćdziesiąt  metrów

ponad  obóz  i  doszliśmy  do  krawędzi  grani.  Okazało  się,  że  wieje  tam  tak  samo  mocno.
Spróbowaliśmy jeszcze zrobić trawers na drugą stronę grani, ale tam z kolei natknęliśmy
się na przepaść. Zrobiło się późno, nie mieliśmy tlenu, nie widzieliśmy dalszej sensownej
drogi.

K.W.– My tymczasem posiedzieliśmy jeszcze godzinę w obozie. Kiedy w końcu wyruszyli-

śmy, zdążyliśmy przejść może pięćdziesiąt metrów, gdy zobaczyliśmy, że Leszek i Wróż
wracają, więc byliśmy o nich spokojni.

Zanim jeszcze wyszli, byłem pewien, że nie wejdą, i traktowałem ten atak jako próbę,

która nie ma szans powodzenia, ale której nie wolno nie podjąć. Czasem, nawet w bezna-
dziejnych sytuacjach, trzeba próbować, żeby uwolnić się od wątpliwości, że „może jednak
to by się dało zrobić”. Trzeba było się przekonać, że to jest nie do zrobienia. To nie zna-
czy, że nie chciałem iść. Chciałem, ale wiedziałem, że idzie Leszek, więc byłem spokojny,
że on już tę sprawę dobrze zbada. To było prawie tak, jakbym tam szedł ja sam. On był
moją cząstką w tym zespole.

L.C.– Wycofując się, wiedzieliśmy, że nikt nie ma już szans wejść na szczyt. Mieliśmy świa-

domość,  że  przegraliśmy  naszą  walkę  z  przeciwnościami  pogody,  ale  wiedzieliśmy,  że
zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, i to też dawało nam satysfakcję.

J.Ż.– A gdyby chodziło o Everest, poszedłbyś dalej?
L.C.– To są rzeczy zupełnie nieporównywalne.
J.Ż.– Na Evereście też kończyło  się  pozwolenie,  nikt  inny  nie  miał  już  szans  i  była  fatalna

pogoda.

K.W.– Ale tu, już na starcie, wiedzieliśmy, że nie mamy zbyt wielkich szans. Na Evereście

jednak te szanse widzieliśmy. Byliśmy pewni, że nam się uda.

L.C.– Tutaj już dojście do obozu czwartego i założenie „piątki” wymagało prawie tyle, co tam

wejście na szczyt. Wszystko robiliśmy przeciw pogodzie.

K.W.– Poza tym inne było nasze nastawienie psychiczne. Kiedy działasz zimą i od początku

dostajesz w  tyłek,  to  zimowe  warunki  wydają  ci  się  zupełnie  naturalne.  Ale  kiedy  latem
napotykasz taką pogodę, wydaje ci się ona zupełnie nieznośna. Zresztą my nie byliśmy na
takie warunki przygotowani. Nie mieliśmy zimowego sprzętu.

L.C.– Na  Evereście przetrwaliśmy najgorszą pogodę i doczekaliśmy się poprawy,  a  tu  było

coraz gorzej, nie doczekaliśmy tego momentu przełamania.

J.Ż.– Ale wasza sytuacja psychiczna też była inna, bo inna była ranga celu i wartość sukcesu.
L.C.– Dla mnie inna była przede wszystkim atmosfera. Inny był zespół. Na Evereście też co

prawda nie było za nami następnych, ale czuło się potężne oddziaływanie i zaangażowanie
nawet tych, którzy siedzieli w bazie.  Także  ci,  którzy  nie  wierzyli,  że  to  się  może  udać,
bardzo chcieli, żeby ktoś wszedł. Na K2 nie było tego zapału. Nawet gdyby nam się udało
wejść, nie byłoby takiej powszechnej radości. Na Evereście czuliśmy cały czas, że jeżeli
nam się uda, to zrobimy tym ludziom cholerną frajdę.

K.W.– Była atmosfera meczu, walki, hazardu...
J.Ż.– A to, że chodziło o Everest i o pierwsze zimowe wejście na ośmiotysięcznik, nie wydaje

się wam równie ważne?

background image

106

K.W.– Nie, na pewno na K2 ani Leszek, ani ja nie kalkulowaliśmy, że to tylko K2 i wobec

tego nie opłaca się zanadto wysilać...

L.C.– Dla mnie wejście na K2 byłoby w tej chwili znacznie więcej warte niż Everest. Choćby

dlatego,  że  już  dwa  razy  byłem  na  wyprawie  na  K2  i  dwa  razy  nie  udało  nam  się  tam
wejść.

J.Ż.– Więc nigdy więcej nie powinni cię zabierać, bo może przynosisz pecha.
L.C.– Umówmy się, że do trzech razy sztuka.
K.W.–  Poza  tym  pamiętaj,  że  nasze  ambicje  nie  zależą  od  wysokości  góry.  Tak  naprawdę

każdy z nas ma różne ambicje ulokowane na różnych, nie najwyższych szczytach, o któ-
rych  inni  może  nawet  nie  słyszeli.  Zresztą  nie  można  mówić,  że  na  K2  nie  zrobiliśmy
wszystkiego, na co było nas stać. Najlepszy dowód, że Wróż i Leszek zdecydowali się na
ten atak rozpaczy, o którym było wiadomo, że praktycznie nie ma szans.

L.C.– Kiedy tak się dyskutuje po nieudanych wyprawach, zawsze przychodzi mi do głowy ta

sama myśl. Gdyby tu chodziło nie o K2, ale o szósty szczyt Ziemi, Dhaulagiri, który ma
osiem  tysięcy  sto  sześćdziesiąt  siedem  metrów,  to  bylibyśmy  na  nim  dwa  razy.  I  wtedy
mówiłoby  się,  że  wyprawa  była  udana,  że  odnieśliśmy  sukces.  Nikt  by  nawet  nie  wspo-
mniał o opóźnieniu, złej pogodzie, czy rozdźwiękach w zespole.

K.W.– Ja mogę powiedzieć, że zrobiłem wszystko, na co było mnie stać. Więcej nie dało się

zrobić. Była to moja pierwsza wyprawa, z której wróciłem na tarczy. Kiedy już popsuła się
pogoda i czułem, że jest z nami krucho, cały czas myślałem, jak to będzie, jeżeli wrócę do
Polski bez góry, bez sukcesu. Myślę, że w przełknięciu niepowodzenia bardzo mi pomógł
Everest. Wspomnienie tamtego sukcesu  osłodziło  teraz  gorycz  porażki.  Z  drugiej  strony,
K2 jest tak piękną górą, że wiele bym dał, żeby tam móc kiedyś wrócić i jeszcze raz spró-
bować.

L.C.– Bo to jest jedyny ośmiotysięcznik, na którym trudności rosną wraz z wysokością. Moż-

na płakać, że się tam nie weszło, ale z kolei dzięki temu, że się nie weszło, ma się pretekst,
żeby wracać. I to jest moje największe marzenie.

Wiesz, jak dzieci malują góry? Taki regularny stożek. Ale góry najczęściej tak nie wy-

glądają. Tylko K2 wygląda tak, jak chcą tego dzieci: ogromna, niebotyczna, górująca nad
całą okolicą. To jest marzenie każdego alpinisty. Góra wspaniała. Z każdej strony jest taka
sama – surowa, piękna, niedostępna. Mam nadzieję, że jeszcze raz jej spróbujemy, bo szy-
kuje się kolejna, tym razem zimowa wyprawa na K2. Prawdopodobnie będzie to wyprawa
polsko-kanadyjska, kierowana przez Andrzeja Zawadę.

K.W.– Zawada idzie za ciosem. Wygrał z Everestem, mierzy się na K2.
L.C.– Tylko że K2 jest znacznie trudniejsza technicznie i w dodatku leży w głębi gór, prze-

szło  półtora  tysiąca  kilometrów  bardziej  na  północ  od  Everestu,  więc  jest  tam  znacznie
zimniej. W tym roku, pod koniec zimy,  Zawada z Kanadyjczykiem pojechali na  rekone-
sans pod K2. Wrócili co prawda pełni optymizmu, ale już

 

na lodowcu napotkali temperatu-

ry poniżej minus trzydziestu stopni. Zawada mówił potem, że śniegu nie leżało dużo, ale
po dwóch tygodniach marszu byli jeszcze pięć dni od przyszłej bazy.

K.W.– A tragarze uciekli, kiedy zobaczyli, ile tam jest śniegu.
J.Ż.– Czuję, że za następne dwa – trzy lata będziemy musieli usiąść do kolejnej rozmowy i w

końcu, jak tak dalej pójdzie, nasza książka rozrośnie się do jakichś horrendalnych rozmia-
rów. Zostawmy teraz góry. Powiedzcie mi, co ważnego wydarzyło się jeszcze w waszym
życiu przez te trzy lata.

L.C.–  My  z  Majką,  po  siedemnastu  latach  należenia  do  spółdzielni  i  w  sześć  lat  po  ślubie,

zimą 1983 roku dostaliśmy wreszcie własne mieszkanie. Natomiast Krzyśkowi urodziła się
córka.

J.Ż.– I nie ma to wpływu na wasze dalsze plany? Nie trzyma was to bliżej domu?

background image

107

K.W.– Trochę może tak, ale to nie znaczy, że przestanę się wspinać. W tym roku jadę na Ga-

nesh II, a w przyszłym – może na K2. Za to kiedy jestem w Polsce, muszę poświęcać wię-
cej czasu rodzinie, bo Ania wdała się we mnie, i kiedy tylko zostawi się ją na chwilkę sa-
mą, zaraz ustawia jakieś konstrukcje i wdrapuje się pod sam sufit. Od małego ma ten ciąg
w gorę.

L.C.– Poza tym napisaliśmy książkę.
J.Ż.– I jak się czujecie jako bohaterowie książki?
L.C.– Raczej bez zadęcia. To się zdarza alpinistom.
K.W.– Ja to traktuję jako jeszcze jedno doświadczenie życiowe, jedno z wielu doświadczeń –

zresztą też dość ciekawe, bo przekonaliśmy się, jak dziwne są mechanizmy odbioru takiej
książki.

L.C.– Muszę powiedzieć, że równie ciekawe było to, jak głęboko przeżyło Everest całe nasze

środowisko. Nie myślę o ogromnej radości i fetowaniu sukcesu po naszym powrocie z Hi-
malajów, tylko o tym, że mimo wszystkiego, co działo się wówczas w Polsce, nie zapo-
mnieli o Evereście. Gdzieś na początku lutego 1981 roku zadzwoniła do mnie Hania Wik-
torowska – Sekretarz Generalny Polskiego Związku Alpinizmu – i jakby nigdy nic popro-
siła,  żebym  wpadł  do  niej  siedemnastego.  Skojarzyłem  tę  datę,  wziąłem  ze  sobą  Majkę,
zabraliśmy butelkę wina, przyszło jeszcze trochę znajomych i zrobiła się mała uroczystość.
Rok  później  Hania  znów  pamiętała  i  znów  przyszło  kilka  osób.  Na  trzecią  rocznicę,  w
1983  roku,  Rysiek  Dmoch  przygotował  nam  niespodziankę.  Już  w  grudniu  rozesłał  spe-
cjalnie wydrukowane zaproszenia, na których znalazły się między innymi fragmenty roz-
mów ze szczytu. Rysio jest bardzo wrażliwy. Wszystko odbiera bardzo emocjonalnie, więc
kiedy zobaczył slajdy, kiedy usłyszał te nasze charkoty z wierzchołka Everestu, zaraz się
rozczulił, i nam wszystkim też się ten nastrój udzielił. Okazało się, iż mimo że minęły trzy
długie lata, tych kilkunastu uczestników wyprawy, którzy spotkali się u Ryśka, ciągle łą-
czy jakaś szczególna wspólnota. To nawet wśród alpinistów nie tak często się zdarza.

J.Ż.– Ciekaw jestem, jak z dzisiejszej perspektywy odpowiedzielibyście na pytanie, które po-

przednio zadałem wam w maju 1980 roku: „Co dało wam wejście na Everest?”

K.W.– Mówiliśmy ci już, że świadomość tamtego sukcesu była dla nas swoistą obligacją, ale

też ułatwiła pogodzenie się z porażką, która po nim nastąpiła.  Ja teraz obserwuję jeszcze
cos innego. Mianowicie, kiedy spotykam ludzi, których dawno nie widziałem, bardzo czę-
sto pytają mnie: „Zdaje się, że nareszcie przestałeś łazić po górach?” To właściwie nie jest
pytanie, tylko wręcz stwierdzenie. Ludzie myślą, że skoro nie pisze o nas prasa, to widać
już nic nie robimy. Nie zdają sobie sprawy z tego, że w prasie ukazuje się tylko czubek gó-
ry  lodowej,  jaką  jest  cała  nasza  działalność.  Wiele  wypraw  „nie  zasługuje”  nawet  na
wzmiankę w gazecie.

J.Ż.– Ale zdaje się, że ty też nie jesteś już taki napalony. Nie uciekasz w Tatry na każdą wol-

ną chwilę.

K.W.– Na pewno nie wspinam się w Tatrach tak często jak kiedyś, ale to jest zupełnie inna

sprawa. Po prostu coraz więcej czasu muszę poświęcać rodzinie.

J.Ż.– A czy nie jest przypadkiem tak, że znalazłeś już w alpinizmie swoje spełnienie i teraz

wspinasz się tylko „z rozpędu”?

K.W.–  Nie,  na  pewno  nie.  Everest  nie  był  pod  tym  względem  żadnym  przełomowym  mo-

mentem, chociaż wiem, że wiele osób tak może uważać. Wiem, że o mnie mówią: „Wie-
licki, ten, co był na Evereście”.  I to jest niedobre. Dlaczego  nikt na przykład  nie  powie:
„Wielicki, ten, co ostatnio pomalował komin”? Wiem, że mam już  everestowską łatę. To
jest efekt zapotrzebowania społecznego, bo społeczeństwo lubi rzeczy wielkie, znamienne.
Z takimi sprawami się ludzi kojarzy – nie z takimi, które są dla nich samych wartościowe
czy ważne w życiu. Everest połączył nas z Lechem na dobre i złe, i tak samo na każdym z

background image

108

nas wyrył swoje piętno. Od tego się już nigdy nie uwolnimy, nikt i nic nam tych łatek nie
odklei.

L.C.– Tak właśnie jest i ma to swoje dobre i złe strony.
K.W.–  Tak  samo  jak  Kozakiewicza  wszyscy  będą  pamiętać  z  jego  słynnego  gestu  –  nawet

żeby zdobył jeszcze dwadzieścia medali olimpijskich. Nie wiem, czy on jest z tego zado-
wolony, ale taka jest rzeczywistość i musimy się z nią pogodzić. Ja nie mówię, czy to jest
dobre, czy złe, tylko opisuję pewien stan, który jest efektem propagandy i sterowania ludz-
ką wyobraźnią.

J.Ż.– Ponieważ w jakimś sensie czuję się, niestety, reprezentantem tej propagandy, powiedz, z

czym byś chciał być kojarzony – może uda nam się ten stereotyp zmienić...

K.W.– Pozwól, że ci nie odpowiem, bo nic stosownego nie przychodzi mi do głowy. Zresztą

Everest nie jest skojarzeniem najgorszym.

L.C.– Ja, szczerze mówiąc, nie jestem specjalnie zdziwiony, że  ludzie nie wiedzą nic o na-

szych następnych wyprawach. Everest był świętem polskiego himalaizmu. Bardzo dużo się
o nim w Polsce mówiło i pisało. Natomiast potem, jak to zwykle  po imieninach, wrócili-
śmy do naszej szarej himalaistycznej rzeczywistości. Odbyła się cała masa kolejnych wy-
praw, odnosiliśmy wspaniałe sukcesy i doznawaliśmy niepowodzeń. Jednak o alpinizmie
wówczas prawie się nie pisało. Zresztą już po depeszy do papieża, w której dzieliliśmy się
z Nim naszym sukcesem – o Evereście dość szybko przestało się pisać i po kilku miesią-
cach cała sprawa przycichła.

K.W.– Ale znów zrobiła się głośna, kiedy zaczęto kwestionować nasze wejście. Zaraz poja-

wiły się w prasie artykuły  pod hasłem:  „Nie  pozwolimy  odebrać  sobie  Everestu”.  Wielu
ludzi bardzo się tym przejęło. Zaczepiali mnie i mówili: „Podobno chcą nam zabrać Eve-
rest”.

L.C.– Żadna wyprawa nie stała się już w Polsce tak popularna, jak tamta zimowa wyprawa na

Everest, ani nawet tak  głośna, jak  wiele wcześniejszych  ekspedycji.  Pojawiły  się  sprawy
ważniejsze, wobec których zdobywanie szczytów okazało się niczym, i na które zwróciły
się oczy wszystkich. Przez to zupełnie niezauważenie przeszedł na przykład ogromny suk-
ces Jurka Kukuczki, który w 1981 roku wszedł sam – w pojedynkę – z bazy na szczyt Ma-
kalu 

(wys. 8481 m), piątej góry Ziemi. Na palcach jednej ręki można policzyć alpinistów,

którzy  od  początku  do  końca  samotnie  zdobyli  jakiś  ośmiotysięcznik.  Kukuczki  zaś  nie
wzięto  nawet  pod  uwagę  przy  wyborze  sportowca  roku,  chociaż,  żeby  to  zrobić,  musiał
dysponować  doskonałą  kondycją,  przygotowaniem  i  nie  spotykanymi  predyspozycjami
psychicznymi.

Dla nas takie niezauważanie osiągnięć jest z jednej strony nieprzyjemne, bo czujemy się

niedowartościowani. Ale z drugiej strony,  dzięki  temu,  mimo  uprawiania  dość  ekstrawa-
ganckiej dyscypliny sportu, możemy jednak pozostać zwykłymi ludźmi. Ja to sobie cenię,
bo dla mnie Everest jest przeżyciem bardzo intymnym, bardzo osobistym.  Zawsze  mogę
do tego wrócić, ale wcale nie miałbym ochoty wszystkim wszystkiego opowiadać. Pomyśl
tylko, ile można przeżyć w czasie pięciu godzin monotonnego marszu z jednego obozu do
drugiego. To przecież jest czas intensywnego myślenia w absolutnej samotności. Poza że-
glarstwem żaden sport nie dostarcza człowiekowi możliwości takiego intymnego przeży-
wania. Dlatego między innymi alpinizm nie jest tylko sportem. Jest stylem bycia, stylem
życia, stylem spędzania czasu.

K.W.– I na tym polega jego wielki urok. Ale tego nie można chyba zrozumieć, jeżeli nigdy

nie chodziło się po górach. To trzeba poznać na własnej skórze.

Tychy – Warszawa, sierpień 1983 r.

background image

109

Od wydawcy

Pomieszczona na łamach „Życia Literackiego” polemika wywołana ukazaniem się pierw-
szego wydania „Rozmów o Evereście” w istotnym stopniu – naszym zdaniem – je uzupeł-
niła.  Dotknęła  bowiem  w  zasadniczy  sposób  podstawowych  dla  człowieka  wartości  oraz
wyborów moralnych w sytuacjach często – acz nie wyłącznie – ekstremalnych. Spór o owe
wartości  pomiędzy  himalaistą  dr.  Zdzisławom  Rynem  i  Janem  Pawłem  Gawlikiem,
wsparty refleksją jednego z autorów „Rozmów” red. Jacka Żakowskiego – uzupełnia dru-
gie poszerzone wydanie tej książki.
Ufny w Twoją, Czytelniku, wrażliwość wydawca pragnie pozostać bezstronny...

background image

110

Zdzisław Ryn

GORZKI SMAK EVERESTU

44

Wydawało się, że lato roku 1982 będzie bardzo chude dla polskiego alpinizmu. Zanosiło
się na to, że tym razem żadnej wielkiej wyprawy w żadne wielkie góry, a tymczasem...

Jak dobry sen wspominamy lata, kiedy tylko w Hindukuszu ostrzyli swe górskie ostrogi

uczestnicy dziesięciu polskich wypraw. W jednym sezonie, jednego lata! Sto kilkadziesiąt
osób; i ci najlepsi, pokonujący coraz śmielsze sportowe drogi na wysokości siedmiu tysię-
cy metrów, i ci, co pierwszy raz opuścili tatrzańskie podwórko  i po raz pierwszy smako-
wali „wysokogórskiego rausza”.

A tymczasem, jakby w konspiracji, wyruszyła narodowa wyprawa na drugi, a zarazem

najpiękniejszy szczyt świata – na K2; w dodatku wyprawa czysto kobieca, po raz pierwszy
w historii światowego himalaizmu. Passa ostatnich lat została podjęta na nowo, jakby na
przekór ogólnym trudnościom... Wielki żal, że się nie powiodła.

Żywiołowy rozwój polskiego alpinizmu w ostatnich latach musiał zaprowadzić wysoko.

To właśnie Polacy przełamali bariery tradycjonalizmu i rozpoczęli nowy rozdział w świa-
towym alpinizmie – na najwyższe szczyty świata otwarli zimowe drzwi. Najpierw zimowe
wejście na najwyższy szczyt Hindukuszu afgańskiego – Noszak, a potem wejście wejść –
wprost na Mount Everest, też zimą. Tymczasem „babska” wyprawa osiąga triumfy na Ga-
szebrumach, a potem lider tej wyprawy, Wanda Rutkiewicz, jako pierwsza Europejka staje
na Evereście. Seria sportowych wejść w Himalajach, w Pamirze, w Hindukuszu, sukcesy w
Andach – od Wenezueli do Patagonii... Cała imponująca lista.

Przez góry świata powiało polskością, na alpinistycznych śmietnikach przybyło puszek

z  nadrukami  „made  in  Poland”,  dziennikarze  światowych  agencji  łamali  sobie  języki  w
wypowiadaniu nazwisk polskich tygrysów gór: Rutkiewicz, Zawady, Cichego, Wielickie-
go i innych, a także tego, który w historii polskich wypraw odegrał podobną rolę jak Grze-
gorz Lato w sukcesach polskiego futbolu, a więc Zygmunta Andrzeja Heinricha. Nie było
znaczącej wyprawy bez jego udziału. To on głównie zakładał kolejne obozy, zawieszał po-
ręczówki na himalajskich lodospadach, rozprowadzał zespoły i obmyślał taktykę, czuwał i
ostrzegał przed niebezpieczeństwami gór. Trudno więc uwierzyć, że nie on stanął na Eve-
reście, choć najbardziej na to zapracował. Bo tak bywa w alpinizmie, że choćbyś dał siebie
całego, możesz do szczytu nie dotrzeć, bo zabrakło ożywczego słońca lub tlenu w butli, bo
akurat ten słabszy złapał drugi oddech w decydującym momencie,  bo po prostu zabrakło
odrobiny szczęścia, a może wiary w powodzenie...

Zamiast więc Zawady i Heinricha zimą na Evereście stanęli jako pierwsi, i na razie jako

jedyni, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Przecież wcale nie lepsi od kilku innych człon-
ków polskiej wyprawy, od wielu mniej doświadczeni i mniej zahartowani w wysokogór-
skim żywiole, mniej dojrzali, a w ogóle mniej znani tzw. opinii publicznej. A himalaizm
bardziej  dojrzałości  niż  młodości  wymagał.  Czomolungma  nie  dopuściła  do  tej  pory  na
swój wierzchołek żółtodziobów. Kilkadziesiąt ofiar, jakie  góra  gór pochłonęła, to niemal
bez wyjątku stare wygi, doświadczeni z doświadczonych i uparci z upartych.

                                                     

44

 Artykuł zamieszczony w „Życiu Literackim”, nr 9 (1614) z dnia 27 lutego 1983 r.

background image

111

Do  „Rozmów  o  Evereście”

45

  przeprowadzonych  z  Leszkiem  Cichym  i  Krzysztofom

Wielickim,  a  spisanych  przez  Jacka  Żakowskiego,  chciałoby  się  po  prostu  włączyć.
Zwłaszcza, że interlokutor uczynił to, sięgając do zamieszczonej kiedyś w „Kulturze” mo-
jej rozmowy z E. Pudlisem, niezbyt fortunnie przez redakcję zatytułowanej – „Czy alpini-
ści są normalni?” Wspomniana książka skłania do kilku refleksji ogólniejszej natury.

UDRĘKA BEZ EKSTAZY
Jackowi Żakowskiemu wcale udała się ta rozmowa, co tu ukrywać – nie tyle o Evereście,
co właśnie o jego zimowych zdobywcach. Autor umiejętnie wykorzystał sytuację: a więc
jeszcze zmęczenie, jeszcze oszołomienie wielką górą i jej wysokością, upojenie – jakkol-
wiek by na to spojrzeć – wielkim sportowym wyczynem. Jeszcze nie nacieszyli się spotka-
niem z rodziną, jeszcze synka Wielickiego trzeba było zamknąć w kuchni, żeby nie prze-
szkadzał, jeszcze odmrożonych palców nie udało się amputować, a Żakowski zadawał py-
tania, nagrywał, notował; aż tysiąc stron notatek. Chyba wszyscy dotychczasowi zdobyw-
cy tej góry razem wzięci tyle się nie nagadali.

To, co pomieścił na 170 stronach – to żywa rozmowa, bezpośrednia relacja, nawet nie

do  końca  uładzona  stylistycznie;  to  esencja  dziania  się,  następujących  po  sobie  zdarzeń,
które raz harmonijnie, raz zupełnie zaskakująco tworzyły ciąg, prowadzący rozmówców z
jakąś nieodgadnioną determinacją na szczyt. Szli ku niemu z początku różnymi drogami, z
innymi partnerami i dopiero w końcowej fazie związali się wspólną liną i tym samym lo-
sem.  Jeden  z  nich  był  od  początku  imponująco  pewny  zwycięstwa,  właściwie  spokojny;
drugi gryzł w sobie obawę o to, czy odmrożone niedawno stopy i świeże przeszczepy wy-
trzymają, czy „puszczą” w decydującym momencie. Niepewna i nieznana była jedynie po-
goda i warunki śnieżnolodowe na Evereście, a także temperatura. Ale w pewnym momen-
cie nawet i to stało się jakby mało ważne. Uwierzyli, że nawet jeśli zakrzepnie rtęć w ter-
mometrze, to i tak nic ich nie powstrzyma przed wejściem na szczyt, „aż mnie zniosą” –
powie jeden z nich. Już wchodząc na szczyt martwili się o to, jak zejdą, czy doniosą zwy-
cięstwo do bazy, bo dopiero wtedy będzie ono ostateczne...

Żakowskiego  interesowały  głównie  zewnętrzne  okoliczności  wyprawy,  a  więc  czysta

faktografia, chęć odtworzenia drogi na szczyt godzina po godzinie, krok po kroku i może
dzięki  temu  udało  mu  się  obalić  jeden  z  mitów  o  alpinizmie.  Pokazał,  że  zdobywanie
ośmiotysięczników  –  to  w  gruncie  rzeczy  jedno  pasmo  morderczego  wysiłku,  ciągle  na
skraju ludzkich możliwości; to jedna wielka, niewypowiedziana udręka duchowa, podpo-
rządkowanie wszystkich możliwości tylko jednemu celowi: jak zrobić jeszcze jeden krok
w górę, i jeszcze jeden, i jeszcze ten ostatni, a potem, jeśli świadomość jasna, jak zejść do
bazy, a potem powrócić w swój świat. Funkcjonowanie człowieka sprowadza się wówczas
do przetrwania. Co pozostało w pamięci zdobywców Everestu z tego okresu:

„Żurka boli głowa, mnie szumi pod czaszką” (Wielicki). „Znacznie gorsze od wstawa-

nia było ranne oddawanie moczu. Nie mówiąc już nawet o nocnym, ani załatwianiu się...
Schodząc wywinąłem kozła. Miałem kłopoty ze schodzeniem, bo dokuczały mi odmroże-
nia...  Na  odmrożonych  dawniej  palcach  miałem  jeszcze  nie  wygojone  przeszczepy.
Przemrożona  na  nowo  skóra  zaczęła  pękać,  krwawić.  Próbowałem  nogi  stawiać  bokiem,
żeby nie obciążać palców, i przez to się potknąłem. Gdybym nie  wyhamował, to »po za-
wodach«”(Wielicki). „Ja musiałem jeszcze zapiąć raki, pas, maskę tlenową – wtedy wła-
śnie przymroziłem sobie palce u rąk” (Cichy).

A więc tyle? Czynności sprowadzone do najprostszych, elementarnych, niemal fizjolo-

gicznych: oddychać, aby się nie udusić, zjeść i wypić, a przy tym nie zwymiotować, czu-

                                                     

45

 L. Cichy, K. Wielicki, J. Żakowski: „Rozmowy o Evereście”, Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa

1982.

background image

112

wać  nad  zanikającym  czuciem  w  odmrożonych  stopach,  panować  nad  gasnącą  chwilami
świadomością, nad napadową sennością, by nie usnąć na zawsze...

Składa się to na obraz przeżyć raczej ponury i pełen cierpienia. Ale czyżby istotnie tyl-

ko  tyle?  Żadnych  doznań  estetycznych?  Żadnych  zapierających  dech  widoków,  stąd,  z
ośmiu tysięcy metrów?

Żadnych! Bo pole świadomości i uwaga są zawężone jedynie do najbliższego otoczenia,

gdzie i jak bezpiecznie postawić następny krok, czy najbliższa skała lub bula śnieżna to już
wierzchołek, czy jeszcze nie... I tym razem, zimą, wierzchołek Everestu zwodził zdobyw-
ców swoją bliskością, oddalał się jakby niemal w nieskończoność, i wtedy ratunkiem oka-
zał się ostateczny mechanizm obronny – zautomatyzowanie czynności. Wszystkich czyn-
ności. Także psychicznych, bo oczekiwanie, pragnienie, także myślenie – to procesy  po-
chłaniające energię, a więc trzeba je „wyłączyć”. „Wpada się w trans, który powoduje, że
ruchy stają się niemal automatyczne”. Następuje więc głęboka regresja do poziomu auto-
matyzmów, z wyłączeniem niemal świadomości, także z wygaszeniem emocji, zwłaszcza
pozytywnych. Ale i odczuwanie tych negatywnych zostało zmniejszone (obronnie), bo do
jakiego stopnia można odczuwać cierpienie? I ono ma pewne granice, których przekroczyć
nie sposób.

Jak poważny musiał być niedostatek tlenu w organizmie, już w drodze zejściowej, jeśli

jeden z alpinistów stracił chwilowo wzrok:

„Przez, długą chwilę widziałem tylko białe plamy. Żadnych kształtów, proporcji, barw.

Przede  mną  stanęła  biała,  nieprzenikniona  ściana.  Straciłem  poczucie  czasu  i  kierunku...
Bałem się ruszyć, kurczowo chwyciłem głowę czekana i czekałem...” (Wielicki).

Podobne trudności przeżywał drugi:
„Nagle  przed  oczami  zaczęły  mi  latać  czarno-czerwone  plamy,  a  biały  lśniący  stok

rozmył się gdzieś w oddali. Przez chwilę stałem zupełnie otumaniony. Traciłem wzrok...
Przemknęło mi przez myśl, że może jednak trzeba było zabrać znalezioną po drodze na pół
wyczerpaną  butlę.  Teraz  wszystko  zależało  od  oczu.  Nie  widząc  drogi  przed  sobą,  nie
miałem żadnych szans. Jeżeli tego dnia miałem w oczach widmo śmierci...” (Cichy).

Wystarczy cytatu. Nie wymaga on komentarza. Może tylko wyjaśnienia, że mózg jako

organ najbardziej wrażliwy na niedostatek tlenu jest zaopatrywany do końca, tzn. dopóki
utrzymuje się czynność oddychania i dopóki pracuje serce. Jeśli wystąpiły objawy niedo-
tlenienia mózgu, niebezpieczeństwo stawało się poważne i „widmo śmierci” wcale realne.
W  tych  warunkach  i  w  tym  stanie  psychofizycznym,  zwłaszcza  przy  braku  tlenu,  nawet
drobna przeszkoda utrudniająca zejście na mniejszą wysokość mogła być powodem kata-
strofy.

Wyprawa  zakończyła  się  szczęśliwie  ogromnym  sukcesem,  jakkolwiek  by  ten  sukces

rozumieć: sportowo, prestiżowo, społecznie, propagandowo, czy nawet... politycznie, bo i
takie  przecież  bywają  wymiary  sportu.  Chyba  i  kierownik  wyprawy,  Andrzej  Zawada,
choć nie stanął na szczycie, choć omal życiem nie przypłacił swej próby, ma powody do
zadowolenia,  tego  szerzej  rozumianego,  choć  przecież  najpiękniejszy  sukces  uczestnika
wyprawy nie zrównoważy osobistego niepowodzenia jej kierownika...

Powróćmy  jednak  do  umordowanych,  potłuczonych,  poodmrażanych,  niedotlenionych

zdobywców Everestu. Nie byli oni wówczas, schodząc z Everestu, zdolni do bardziej per-
spektywicznej refleksji. Ich troska o sukces ograniczała się do zejścia ze szczytu do bazy
wyprawy, gdyż w ich odczuciu w tym momencie wszystko się kończy. A przecież w pew-
nym sensie dopiero wtedy coś się zaczyna. Zaczyna się ten rozdział w ich indywidualnym i
społecznym życiu, na którym zaciążyło – w najlepszym tego słowa znaczeniu – pierwszeń-
stwo na świecie w zimowym zdobyciu Everestu. Następni, którzy pójdą ich śladami, a naj-
pewniej  nie  nastąpi  to  szybko,  zostaną  zaledwie  odnotowani  w  himalajskich  kronikach.
Można przewidzieć tego konsekwencje.

background image

113

Dobrze wiemy z lekarskiego doświadczenia, że przeżycie sytuacji krańcowej, a więc ta-

kiej, kiedy życie narażone było na poważne niebezpieczeństwo, zwykle pozostawia  ślad,
nieraz trwały, nieraz korzystny, ale przecież najczęściej niekorzystny. Dlatego też każdej
lekarskiej próbie interpretacji ludzkiego przeżycia i doświadczenia, a za taką uważam swój
głos w „Rozmowach...” o  zdobywcach  Everestu,  powinna  towarzyszyć  refleksja  progno-
styczna,  a  więc  próba  odpowiedzi  na  pytanie,  jaki  będzie  dalszy  los  naszych  bohaterów,
jak poradzą sobie z naporem sukcesu, ale też, jak ich udręczone organizmy zdołają zabliź-
nić górskie rany. Pozostałości po odmrożeniach nie muszą nadmiernie utrudniać życia w
zwykłych warunkach, ale skutki niedotlenienia – nieraz jednorazowego – mogą być kłopo-
tliwe i jak poucza doświadczenie, niełatwe do leczenia. Warto więc perspektywę ostatecz-
nej oceny przedłużyć co najmniej o kilka lat i wtedy wrócić do „Rozmów...”

Na pytania, czy warto było zdobywać Everest zimą i co to dało i czy w ogóle gra była

opłacalna, nie uzyskaliśmy odpowiedzi. Jednego zdobywcy Everestu nie uzyskali – przy-
najmniej nie wynika to z ich wypowiedzi – a mianowicie wglądu w głębsze motywy upra-
wiania wspinaczki górskiej, choć sposób rozmów i ich treść, zwłaszcza zawarta w drugiej,
bardzo osobistej i miejscami bardzo intymnej części książki, mogły z powodzeniem do te-
go wystarczyć. O taką pogłębioną interpretację nie pokusił się też autor książki. Odczuwa
się istotny brak, niedosyt, chyba że interpretację tego, kim właściwie są zimowi zdobywcy
Everestu, jacy oni są, dlaczego się wspinają po górach, zamiast np. nurkować w morskich
głębinach, pozostawił autor wyłącznie czytelnikowi. Zaś sylwetki psychiczne obu ewere-
stowców, choć tak różniące się od siebie, byłyby wdzięcznym tematem analizy i interpre-
tacji  psychologicznej.  Jawią  się  w  nich  bowiem  wszystkie  zasadnicze  motywy,  które  po
części  nieświadomie  decydują  o  wyborze  wspinaczki  górskiej  jako  najważniejszej  pasji
życia. Analiza taka jest możliwa. Obaj rozmówcy dokonaliby bowiem swoistej „wiwisek-
cji” psychicznej, wystawili niejako „wszystko na sprzedaż”. Wtedy okazałoby się może, że
opisane charakterystyczne sylwetki psychiczne polskich alpinistów nie są „całkowitą bzdu-
rą”, jak to kwituje wprost Wielicki. Być może obaj ewerestowcy zgodziliby się z nimi nie
tylko w ocenie wysokiego poziomu inteligencji alpinistów. Sylwetki psychiczne Cichego i
Wielickiego pod wieloma względami przypominają cechy osobowości alpinistów opisane
też  przez  Lestera  i  Graya  w  środowisku  brytyjskim.  Na  usprawiedliwienie  warto  może
podkreślić, że sama inteligencja nie zawsze wystarcza do uzyskania tzw. wglądu we wła-
sną osobowość i zrozumienie samego siebie. Szczególnie dotyczy to alpinistów oraz tajni-
ków  psychologicznych  alpinizmu,  nadal  przecież  nie  poznanych.  Jest  to  dziedzina,  którą
nie  tylko  uprawiamy,  każdy  na  swój  sposób,  ale  i  na  którą  patrzymy  –  każdy  na  miarę
swoich możliwości.

KIEPSKA LEKCJA ETYKI ALPINIZMU
Nie można przejść do porządku dziennego nad stwierdzeniami Leszka Cichego, spisanymi
w ostatnim rozdziale książki zatytułowanym „Znajdujemy to w górach”. Jacek Żakowski,
ośmielony powodzeniem w dotychczasowych rozmowach, wkroczył bowiem w końcu na
teren najbardziej niebezpieczny, a mianowicie zajął się etyką alpinizmu. Dobrze wiemy, że
najważniejszy problem stanowi tu lojalność wobec partnera (lub zespołu), zaufanie i soli-
darność. Lina wspinaczkowa nie bez powodu stała się w tym sporcie czymś znacznie waż-
niejszym niż instrumentem ubezpieczania, czyli asekuracji, stała się symbolem więzi nie-
rozerwalnej,  złączenia  losu  wspinaczy  nie  tylko  na  dobre,  ale  przede  wszystkim  na  złe.
Wiele pięknych słów napisano już na ten temat.

Tymczasem nasi bohaterowie – a szczególnie drastycznie czyni to Leszek Cichy – roz-

prawiają się bezceremonialnie z tą kardynalną zasadą alpinizmu. Jakże bowiem traktować
inaczej niż slogan stwierdzenie L. Cichego:

background image

114

„W sytuacjach krytycznych nie może być nieporozumień, bo to by było dodatkowe ob-

ciążenie, na które po prostu nie można już sobie pozwolić. Wraz ze zmęczeniem i trudno-
ściami rośnie  s o l i d a r n o ś ć  (podkr. moje). Intuicja nakazuje działać zgodnie i myśleć
kategoriami zespołu”.

Już  bowiem  na  następnej  stronie  całkowicie  usprawiedliwia  zachowanie  się  dwóch

Szerpów (tym razem chętnie napisałbym to słowo małą literą), którzy pozostawili na Eve-
reście  dwoje  amerykańskich  alpinistów,  Hannelore  Schmatz  i  Raya  Geneta.  Jak  wiemy,
oboje zmarli tam z wycieńczenia. W pojęciu Leszka Cichego o tym, czy należy lub można
być solidarnym ze swoim górskim partnerem, ma decydować... wysokość.

„Takich rzeczy (znosić słabnącego partnera, ratować jego życie, Z. R.) można jeszcze

próbować na sześciu tysiącach, może na sześciu i pół, ale tu  a b s o l u t n i e  n i e  (podkr.
moje). Tu, żeby donieść na Przełęcz własne ciało, trzeba sięgnąć do najgłębszych fizycz-
nych i psychicznych rezerw”.

I usprawiedliwia Cichy decyzję Szerpy:
„On nie mógł jej pomóc. Mógł najwyżej usiąść przy niej i też umrzeć (...). Tam, przy

maksymalnym fizycznym zagrożeniu, zaczyna się myśleć już tylko o sobie. Zaczyna dzia-
łać instynkt samozachowawczy i nawet nie ma siły ani czasu na rozmyślania nad tym, czy
umrzeć razem z tym drugim człowiekiem, czy ratować się samemu. To dzieje się automa-
tycznie”.

I już potem konsekwentnie i, jakby przygwożdżony pytaniem Żakowskiego, Leszek Ci-

chy mówi:
„J.Ż. – Gdybyście znaleźli się w takiej sytuacji, zdecydowałbyś się zostawić Krzyśka?
L.C.  –  Musiałbym  tak  zrobić.  Przyjacielowi  trzeba  pomóc,  ale  tylko  wtedy,  kiedy  jest
szansa, że chociaż jeden przeżyje. W przeciwnym razie popełnia się zwykłe, głupie samo-
bójstwo.
J.Ż.  –  Czy  myślałbyś  tak  samo  jak  Leszek,  gdybyś  się  znalazł  na  miejscu  Hannelore
Schmatz? K.W. – Wtedy się już nie myśli, wtedy się umiera”.

Przyznam, że dreszcz przerażenia przebiega po grzbiecie, gdy czyta się te słowa, okrut-

ne słowa. A więc przyjacielowi należy pomagać tylko wtedy, kiedy jest szansa...

Otóż nie! Przyjacielowi trzeba pomóc zwłaszcza wtedy, kiedy żadnej szansy nie ma, po

prostu w biedzie, zwłaszcza w górskiej biedzie, jak zrobili to, przypłacając życiem, Klimek
Bachleda, Wawrzyniec Żuławski i tylu, tylu innych. W Pana pojęciu śmierć Bachledy w
Tatrach, czy Żuławskiego w Alpach, musi się wydawać czymś anachronicznym, jeśli Pana
w Himalajach nie byłoby na nią stać, gdyby tego wymagała taternicka więź liny, taternicka
solidarność.

Warto się zastanowić, co czują dziś obaj Szerpowie, którzy uratowali swe życie zosta-

wiając swoich himalaistów z dalekiego kraju tam, pod szczytem Everestu? Czy zaangażo-
wałby ich Pan do udziału w swej następnej himalajskiej wyprawie? Bo ja nie!

Można sobie jedynie wyobrazić, jakie byłoby Pańskie życie, gdyby Pan np., co nie daj

Boże, zostawił Krzysztofa Wielickiego zamarzającego gdzieś nad Przełęczą Everestu? Ta-
kich pytań można by Panu postawić wiele, prowokuje je Pan swoją postawą.

To  zupełnie  co  innego  pozostawić  w  górach  lub  gdziekolwiek  indziej  nieżyjącego

przyjaciela i nie tylko przyjaciela, niż zostawić go samego umierającego, ale jeszcze prze-
cież żyjącego. W tej kwestii nie ma stanowisk pośrednich, nie ma też warunków, np. na ta-
kiej czy innej wysokości. Nie można być bowiem bardziej lub mniej moralnym. Tu chodzi
wyłącznie o alternatywę: tak lub nie.

Gdyby Pan takie stanowisko zaprezentował tam, na ośmiu tysiącach metrów, ba! nawet

gdyby Pan tak jak mówi postąpił, zapewne znalazłoby się wiele okoliczności usprawiedli-
wiających, ale Pan to stwierdza – i podkreśla całą świadomość tego rozróżnienia – „z po-
zycji miękkiego fotela”. Pozbawia więc Pan „obronę” wszelkich argumentów.

background image

115

Warto wiedzieć, że pozostanie przy umierającym – nawet za cenę własnego życia, także

dobrowolny  wybór  własnej  śmierci  za  uratowanie  cudzego  życia,  niekoniecznie  bywa
uznane za „zwykłe, głupie samobójstwo”. Maksymiliana Kolbego taka postawa wyniosła
na ołtarze...

W  uprawianiu  alpinizmu  trzeba  być  dojrzałym  wszechstronnie,  a  to  nie  takie  proste.

Krzysztof Wielicki wyraził to w prosty sposób:

„Dla  mnie  Everest  przyszedł  za  wcześnie.  Byłoby  to  piękne  ukoronowanie,  a  na  nie

przecież jeszcze za wcześnie. Jeszcze jestem w biegu...”

Niestety ten bieg wydaje się biegiem na oślep, jakby bez opamiętania: co wyprawa, to

ginie ktoś bliski i nie starcza czasu (czytaj: refleksyjności) na zastanowienie się nad przy-
czynami.  Przecież  sięgają  one  głębiej,  niż  zwykło  się  je  widzieć  usprawiedliwiającym
okiem; przecież nie bez powodu werdykty różnych komisji dyscyplinarnych bywały kry-
tyczne.

Można by wydłużać tę listę i znacznie głębiej sięgać w uwarunkowania himalajskich – i

nie  tylko  –  tragedii  Polaków.  Śmierć  alpinisty  w  górach  jest  zwykle  końcem  wyprawy,
choć i tej generalnej zasadzie zaprzeczyli właśnie Polacy. Taka śmierć inicjuje pasmo cier-
pień tych, którzy zostali, głównie rodziny, bo po alpinistach żałoba jakoś szybciej spływa...

Postawy, jakie prezentują zdobywcy Everestu, budzą mój sprzeciw, dlatego mam wąt-

pliwość, czy „Rozmowy o Evereście” w ogóle powinny trafić do szerokiego kręgu czytel-
ników, a zwłaszcza do młodzieży...

Do  uprawiania  alpinizmu  nie  wystarcza  być  dojrzałym  intelektualnie  i  sprawnym  fi-

zycznie. Można być nawet fizycznym łamagą i porywać się – czasem skutecznie – na naj-
trudniejsze  drogi.  Ten  mit  alpinisty-Goliata  miałem  już  kiedyś  okazję  poddać  w  wątpli-
wość. Alpinizm wymaga o wiele bardziej dojrzałości moralnej, a ta wydaje się raczej pew-
ną dyspozycją „daną” przez naturę niż zdolnością, której można by się nauczyć. Podczas
wspinaczki górskiej – co w moim odczuciu najważniejsze – właśnie z moralnej dojrzałości
zdaje  się  egzamin  w  pierwszym  rzędzie.  Dlatego  alpinizm  tak  bardzo  odstaje  od  innych
sportów,  wyróżnia  się  swoja  bezinteresownością,  daje  w  efekcie  wartości  subiektywne,
nieporównywalne z innymi, dlatego może tak trudne do zwerbalizowania.

Magiczna  moc  Everestu  wyraża  się  w  jego  niebotycznej  wysokości.  Niektórzy  jego

zdobywcy przeżywali na wierzchołku stan jakby nirwany, niektórzy zostali tam na zawsze,
niektórzy nie pamiętają z pobytu na szczycie nic! Jeszcze inni  po powrocie w doliny nie-
wątpliwie oszaleli. Nie słyszałem wszakże o takich, na których  Everest nie pozostawiłby
żadnego piętna.

background image

116

Jan Paweł Gawlik

MORALISTA?

46

Zdumiewający tekst przeczytałem w 1614 nrze „Życia Literackiego”. Pan Zdzisław Ryn –
jak wynika z lektury: lekarz – w artykule „Gorzki smak Everestu” flekuje dwu jego pol-
skich  zdobywców  (Leszka  Cichego  i  Krzysztofa  Wielickiego)  zarówno  za,  oburzające
szersze grono wspinaczy, pierwsze zimowe wejście na szczyt świata w stanie oczywistej
alpinistycznej i środowiskowej niekompetencji, jak i za ich wypowiedzi dotyczące etyki, z
którymi  autor  głęboko  się  nie  zgadza.  Nie  znam  żadnego  z  wymienionych  panów,  moje
doświadczenia alpinistyczne sprowadzają się do kilku ceprowskich spacerów po Orlej Per-
ci – a i to przed laty – ale wiem, że tekstu tego nie wolno pozostawić bez odpowiedzi, i to
zarówno ze względu na metodę polemiki, jak i na zaprezentowane stanowisko wobec fun-
damentalnych norm ludzkiej moralności, które autor artykułu w „Życiu Literackim” – bro-
niąc ich! – deprecjonuje w istotny sposób.

Już samo  podjęcie  tematu  zaskakuje  szczególną  arbitralnością:  autor  powiadamia  nas,

że to nie Cichy i Wielicki winni byli znaleźć się na szczycie, ale... Zygmunt Andrzej Hein-
rich („trudno uwierzyć, że nie on stanął na Evereście, choć najbardziej na to zapracował”) i
Andrzej Zawada jako kierownik wyprawy. Obaj zdobywcy natomiast, „wcale nie lepsi od
kilku innych członków  polskiej  wyprawy,  od  wielu  mniej  doświadczeni  i  mniej  zaharto-
wani w wysokogórskim żywiole, mniej dojrzali, a w ogóle mniej znani tzw. opinii publicz-
nej”, znaleźli się na szczycie najwidoczniej przez przypadek. Tym bardziej że „himalaizm
bardziej  dojrzałości  niż  młodości  wymagał.  Czomolungma  nie  dopuściła  do  tej  pory  na
swój wierzchołek żółtodziobów”. Aby więc sprawiedliwości stało się zadość, a głupie nie-
spodzianki  nie  mąciły  nam  odtąd  obrazu  świata,  surowy  moralista  daje  do  wiwatu  obu
żółtodziobom.  Demaskuje  ich  wewnętrzną  nicość  i  pożałowania  godne  okoliczności  wy-
czynu.  Żadna  głębsza  refleksja  nie  zaprzątała  bowiem  ich  obecności  na  szczycie!  Żadna
ekstaza  nie  została  ujawniona!  W  ten  prosty  sposób  wyrządzono  niepowetowaną  stratę
polskiej  himalaistyce,  która  zamiast  w  budujące,  pobudzające  ducha  opowieści  obrasta
nam zgrzebnie w dzieje uporu, udręki i krańcowego wyczerpania:

„Czynności sprowadzone do najprostszych, elementarnych, niemal fizjologicznych: od-

dychać, aby się nie udusić, zjeść i wypić, a przy tym nie zwymiotować, czuwać nad zani-
kającym czuciem w odmrożonych stopach, panować nad gasnącą chwilami świadomością,
nad napadową sennością, by nie usnąć na zawsze... (...) Ale czyżby istotnie tylko tyle; żad-
nych  doznań  estetycznych?  Żadnych  zapierających  dech  widoków,  stąd,  z  ośmiu  tysięcy
metrów?  Żadnych!”  i  dalej:  „Następuje  głęboka  regresja  do  poziomu  automatyzmów,  z
wyłączeniem niemal świadomości, także z wygaszeniem emocji, zwłaszcza pozytywnych”.

Zdzisław Ryn nie pisze tego ze współczuciem. Nie pisze też z uznaniem lub zrozumie-

niem. Nie widzi – a przynajmniej nie zdradza się z tą wiedzą – najwyższej ceny, jaką płaci
się za sukces i za wytrwałość. Nie odbiera moralnego sensu tej sytuacji, która, podjęta do-
browolnie, czyni z obu zimowych zdobywców Everestu bohaterów najwyższej miary, za-
sługujących na prawdziwy szacunek. Nie może umniejszyć tego fakt, że ktoś inny był bar-

                                                     

46

 Artykuł zamieszczony w „Życiu Literackim”, nr 12 (1617) z dnia 20 marca 1983 r.

background image

117

dziej  godny  czy  nawet  bardziej  przygotowany.  Liczą  się  tylko  fakty,  reszta  to  „wielkie
cmentarze obietnic”.

Ryn wie, że „nie byli wówczas, schodząc z Everestu, zdolni do bardziej perspektywicz-

nej refleksji”, ale ma im to za złe, bowiem „Na pytania, czy warto było zdobywać Everest
zimą i co to dało, i czy gra w ogóle była opłacalna, nie uzyskaliśmy odpowiedzi”. Ten po-
żałowania  godny  fakt  autor  łagodzi  jednak  powiadamiając  czytelników,  że  uprawianie
wspinaczki „jest to dziedzina, którą nie tylko uprawiamy każdy  na swój sposób, ale i na
którą  patrzymy  na  miarę  swoich  możliwości”.  Możemy  więc  spać  spokojnie,  pewni,  że
gdyby trafiło na naszego moralistę, mielibyśmy nie tylko wspaniałe opisy wejścia i zejścia,
ale i najgłębsze refleksje, których tak boleśnie zabrakło w relacjach obu żółtodziobów. Nie
wszystko jednak ujdzie im bezkarnie.

„Dobrze wiemy z lekarskiego doświadczenia – pisze lekarz-alpinista – że przeżycie sy-

tuacji krańcowej (...) zwykle pozostawia ślad, nieraz trwały, nieraz korzystny, ale przecież
najczęściej  niekorzystny  (...)  skutki  niedotlenienia  –  nieraz  jednorazowego  –  mogą  być
kłopotliwe i jak poucza doświadczenie, niełatwe do leczenia. Warto więc perspektywę (?)
ostatecznej oceny przedłużyć co najmniej o kilka lat...”

Jeśli jest to taternicza, alpinistyczna lub himalaistyczna norma taktu, przystępuję do że-

glarzy.  Jest  jednak  pewien  bardziej  ogólny  sens  wydrukowanego  w  „Życiu  Literackim”
artykułu. Oto jeden ze zdobywców „góry świata” w książce napisanej przez Jacka Żakow-
skiego  –  a  ona  stała  się  właśnie  przedmiotem  omówienia  –  wypowiada  twarde  słowa  o
ludzkiej solidarności i odpowiedzialności za cudze życie. Czy obowiązuje ona zawsze, w
każdych warunkach, czy też w sytuacjach skrajnych, tam, gdzie nie ma już żadnej szansy,
jesteśmy od niej uwolnieni? Czy złączeni taterniczą liną, symbolem solidarności i zaufa-
nia, powinniśmy zawsze razem umierać, bo tego żąda od nas surowy międzyludzki kodeks
moralny, czy też wolno nam się próbować ocalić, gdy nie ma wątpliwości, że mogą być co
najwyżej dwie, a nie jedna ofiara?

„Gdybyście znaleźli się w takiej sytuacji, zdecydowałbyś się zostawić Krzyśka?” – pyta

autor omawianej książki. „Musiałbym tak zrobić –  odpowiada  zapytany.  –  Przyjacielowi
trzeba pomóc, ale tylko wtedy, kiedy jest szansa, że chociaż jeden przeżyje. W przeciw-
nym razie popełnia się zwykłe, głupie samobójstwo”. „Czy myślisz tak samo jak Leszek” –
pyta  drugiego  zdobywcę  Everestu  autor  książki  i  słyszy  odpowiedź:  „Wtedy  się  już  nie
myśli, wtedy się umiera”.

Na te właśnie słowa „dreszcz przerażenia przebiega po grzbiecie” pana doktora. Powia-

damia nas, że „nie można być bardziej lub mniej moralnym”, oraz że „w uprawianiu alpi-
nizmu  trzeba  być  dojrzałym  wszechstronnie”,  bo  „podczas  wspinaczki  górskiej  –  co  w
moim odczuciu najważniejsze – właśnie z moralnej dojrzałości zdaje się egzamin w pierw-
szym rzędzie”. Wspiera się nawet postacią Ojca Kolbe. A przecież są to różne sytuacje i
nieporównywalne  przypadki.  Inna  jest  też  alternatywa.  Wprowadzenie  do  polemiki  tego
nazwiska wydaje się więc czystą demagogią.

To, co powiedzieli obaj polscy zdobywcy Everestu, jest okrutne, ale prawdziwe. Przed-

stawia pewną sytuację szczególną, o ogromnej doniosłości moralnej. Sytuację o charakte-
rze archetypu. Nazbyt pochopna jej wykładnia, opowiadanie się za pozostaniem za wszel-
ką cenę – ściślej: za cenę własnego życia – nie tylko nie stwarza żadnej normy, ale przez
swoją  fałszywość  deprecjonuje  zarówno  sam  problem,  jak  i  sugestie  jego  rozwiązania.
Moim zdaniem tam, gdzie nie ma już żadnej szansy, a tylko narastające zagrożenie, gdzie
nie może być dwu ocalonych, a tylko co najwyżej dwu umarłych, każdy ma prawo odejść.
Ma takie prawo i żaden kodeks moralny nie może mu tego zabronić. Jeśli oczywiście jest
kodeksem ludzi żywych i chce służyć moralności, a nie abstrakcji. Nie znaczy to, że w opi-
sanej sytuacji każdy musi z tego prawa korzystać. Jeśli nie skorzysta, nie będzie to jednak
decyzja wynikająca z moralnego obowiązku, ale będzie to decyzja heroiczna – ponieważ to

background image

118

właśnie jest istotą heroizmu. Heroizmem bowiem jest wierność własnemu moralnemu od-
czuciu – poza granice obowiązku, a za to często za cenę życia. Tak jak zdarzyło się to Ojcu
Kolbe.  Jak  zrobił  to  również  Janusz  Korczak.  A  z  bohaterów  literatury  –  Lord  Jim.  Ich
działalność miała wszelkie cechy takiej postawy. Była postawą heroiczną. Obowiązku nikt
nie ważył się, jak dotąd, deklamować. Zrobił to dopiero Zdzisław Ryn.

Nie dostrzegać tego, przesuwać poprzeczkę ponad odczucie moralne znakomitej więk-

szości ludzi, stwarzać sztuczne, abstrakcyjne normy przekreślając sens i siłę instynktu sa-
mozachowawczego w sytuacjach skrajnych, mocniejszych zazwyczaj od ludzkiej refleksji,
to znaczy pozbawiać nasze czyny i naszą świadomość moralną najwyższego rejestru!  To
znaczy  s p ł a s z c z y ć  w istocie cały problem. Zubażać naszą moralność i całe doświad-
czenie ludzkości o wartości najwyższe, a więc najbardziej potrzebne.

Niedawno przeżyliśmy wszyscy dwie poważne, morskie tragedie. Ludzie, zanim umie-

rali, spotykali się z sobą w wodzie, walczyli o czas, o przetrwanie. Czy ktokolwiek ośmie-
liłby się postawić ocalonym pytanie o umarłych? Dlaczego żyjesz? Dlaczego z nami roz-
mawiasz, skoro kolega twój utonął? Dlaczego nie podtrzymałeś go? Nie pomogłeś? Żyjesz
– więc jesteś winny?... A co zdarza się w kopalniach w chwili nieszczęścia? Nawet jeśli w
opisanych  sytuacjach  nie  odnajdujemy  całkowitej  tożsamości,  a  tylko  pewne  podobień-
stwa, bo na statku nie ma liny, która jak obrączka łączy ludzi na dobry i zły los – to prze-
cież  nie  można  fetyszyzować  obowiązku  wynikającego  z  istnienia  wspólnoty.  Zgadzam
się, że nakłada ona na partnerów szczególną odpowiedzialność. Czy jednak nie mówi nic o
jej  granicach?  Czy  naprawdę  żąda  samounicestwienia,  gdy  jest  jeszcze  nadzieja,  przy-
najmniej dla jednego z dwóch? Czy z możliwości wyboru rozpiętego między heroizmem a
strachem czyni jedynie obowiązek, który aż tak bardzo umniejsza zasługę? A w przypadku
sprzeniewierzenia się tej nieludzkiej normie – nie łagodzi winy? Pachnie to bardzo moral-
nym maksymalizmem. Wygląda aż za bardzo na etyczną skrajność. Zawsze niebezpieczną,
gdy  nie  stoi  za  nią  prawdziwa  świętość.  Zwłaszcza  gdy  potępiający  oburza  się,  a  nie
współczuje i nie szuka usprawiedliwienia. Gdy nie rozumie, co jest tu prawdą, a co wła-
snym, i to dość abstrakcyjnym, wyobrażeniem. Prawdą, która nie zawsze poddaje się teo-
retycznej normie, wymyślonej w dodatku z dala od miejsca próby, w ciszy gabinetu...

A taki jest właśnie wymiar tego problemu. Taka jest jego ludzka perspektywa. Obaj hi-

malaiści  odpowiedzieli  uczciwie  i,  jak  sądzę,  zgodnie  z  sumieniem.  Była  to  odpowiedź
trudna,  a  dla  pięknoduchów  i  moralnych  mitomanów  nawet  szokująca.  Ale  prawda  nie
zawsze jest łatwa. Prawda nie zawsze nam się podoba. Namnożyło się ostatnio moralistów,
należy więc uważnie słuchać, co mówię, by nie tworzyć mitów, które nie tylko niczemu
nie służą, ale wielu poważnym wartościom w istocie zagrażają.

Zostawmy sztuce poruszane problemy. Zawierzmy je literaturze. One też z czegoś żyją i

czymś się zajmują. Nazbyt obcesowe traktowanie podobnych sytuacji i dylematów etycz-
nych, wymagających szczególnej wrażliwości moralnej oraz dużej rzetelności i dokładno-
ści myślenia, załatwianie ich przy pomocy demagogii i świętego oburzenia nie jest, jak są-
dzę, najlepszą metodą. Nawet gdy rozgrywają się w ciszy dalekich gór. Gdy osłania je – i
wywyższa – cień Czomolungmy.

background image

119

Jacek Żakowski

OSTATNIE SŁOWO

Kiedy w maju 1980 roku składaliśmy w wydawnictwie maszynopis ostatnich fragmentów
„Rozmów o Evereście”, doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie jest to typowa książka
alpinistyczna.  Takie  zresztą  było  moje  założenie.  Napisanie  takiej  właśnie  nietypowej
książki  zaproponowałem  kilka  miesięcy  wcześniej  Leszkowi  Cichemu  i  Krzysztofowi
Wielickiemu.

Nie chciałem przykładać ręki do wypełniania wysokogórskiej półki kolejną opowieścią,

jak to „z bazy na szczyt” i „ze szczytu do bazy”. Nie chciałem po raz tysięczny powtarzać,
że  lina  łączy  nie  tylko  ciała,  ale  też  dusze  i  serca  wspinaczy.  Nie  chciałem  pisać  laurki.
Chciałem  napisać  książkę  o  wysokogórskiej  codzienności,  o  znoju  i  radości,  mordędze  i
satysfakcji, ambicji i koleżeństwie, o emocjach i rozsądku.

Mniej interesowały mnie zmagania człowieka z górą, a bardziej z samym sobą; mniej

eschatologiczne  refleksje,  jakie  mógłby  nasunąć  widok  z  najwyższego  miejsca  Ziemi,  a
bardziej poczucie bezradności człowieka ślepnącego wśród śnieżnej pustki. Nie chciałem
umacniać  żadnego  z  otaczających  alpinizm  i  fałszujących  jego  prawdziwy  obraz  mitów.
Mitów, które nierzadko stworzyli sami poszukujący społecznej aprobaty wspinacze.

Takie  były  moje  założenia,  ale  ciężar  ich  realizacji  i  odpowiedzialność  za  ostateczną

wymowę książki ponieść musieli przede wszystkim moi rozmówcy. Ja bowiem tylko py-
tałem, a oni musieli odpowiadać. Ja mogłem podsuwać pewne myśli. Oni musieli zaprze-
czyć im lub je potwierdzić.

Dla dziennikarza przeprowadzającego wywiady kwestia odpowiedzialności będzie zaw-

sze poważnym i – być może – nie dającym się rozwiązać problemem. W interesie dzienni-
karza leży bowiem jak najostrzejsze zarysowanie stanowisk, jak najbardziej jednoznaczne
sformułowanie opinii rozmówcy i wreszcie eliminacja opinii banalnych oraz nadmiaru za-
strzeżeń,  którymi  udzielający  wywiadu  skłonni  są  zazwyczaj  opatrywać  każde  istotne
oświadczenie. Jeżeli to się udaje, dziennikarz zbiera laury, zaś jego rozmówca baty. To on
musi  się  tłumaczyć  z  każdego  słowa,  przepraszać  obrażonych  przez  nieuwagę  kolegów,
wysłuchiwać pretensji środowiska (bo kogoś nie pochwalił, kogoś innego pochwalił nazbyt
pochopnie).

Ta nierównoważność odpowiedzialności nakłada na dziennikarza obowiązek szczegól-

nej  dbałości  o  precyzyjne  przedstawienie  poglądów  rozmówcy  i  o  taki  kształt  rozmowy,
który  wykluczy  komplikacje  wynikające  z  niedopowiedzeń  lub  z  zastosowania  skrótów
myślowych. Mam głębokie przekonanie, że pisząc „Rozmowy o  Evereście” taką dbałość
wykazałem. Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, żeby przedstawić prawdziwy ob-
raz  wyprawy  i  wiernie  sportretować  swoich  rozmówców,  a  zarazem  uchronić  ich  przed
niepotrzebnymi  atakami.  Nie  byłem  jednak  w  stanie  zapobiec  pretensjom  mogącym  wy-
niknąć z całkowicie odmiennego systemu wartości, lub nieuważnego czytania książki.

Taki  właśnie  charakter  ma  większość  zastrzeżeń  wysuniętych  przez  pana  Zdzisława

Ryna. Podjęcie z nimi polemiki w miejscu i czasie wybranym przez pana Ryna nie było dla
mnie możliwe. Teraz jednak, skoro wydawnictwo nalega na zamieszczenie w książce za-
równo tej recenzji, jak też broniącego moich rozmówców tekstu pana Jana Pawła Gawlika,
czuję się w obowiązku podnieść rzuconą rok temu rękawicę.
KIEPSKA LEKCJA ETYKI

background image

120

Najbardziej bolesny dla nas i zarazem najpoważniejszy jest zarzut wysunięty pod śródty-
tułem „Kiepska lekcja etyki alpinizmu”, a sprowadzający się do oskarżenia o propagowa-
nie  postaw,  zdaniem  recenzenta,  nieetycznych,  w  związku  z  czym  (co  wynika  z  bardzo
specyficznego rozumienia  kodeksu  etycznego  intelektualisty)  wyraża  on  wątpliwość,  czy
książka ta „w ogóle powinna trafić do szerokiego kręgu czytelników”. Moralną ocenę tego
faktu pozostawiam innym,  gdyż sam nie znajduję w  sobie  kompetencji  do  dyskutowania
etyki donosu. Zostawmy jednak detale.

Czego konkretnie pan Ryn wymaga od moich rozmówców? Otóż, mówiąc krótko, do-

maga się od nich gotowości do popełnienia samobójstwa, i jego pochwały, której w naszej
książce nie znalazł. Nie znalazł, bo za wartość najwyższą, wyższą nawet od niejednej le-
gendy, uważamy ludzkie życie. Przyjaźń, wierność, miłość – wszystkie te wzniosłe uczu-
cia  znajdują  się  wedle  naszej  skali  etycznej  na  miejscach  dalszych;  także  dlatego,  że  w
swoich zasadniczych zrębach mogą trwać tylko dopóty, dopóki trwa życie.

Przyjąwszy tak brzmiący aksjomat, nie możemy zgodzić się na świadome rezygnowanie

z życia wszędzie tam, gdzie na przeciwważnej szali znajdują się inne niż życie wartości.
Podziwiamy więc św. Maksymiliana Kolbe, który ofiarował swoje życie w zamian za ży-
cie bliźniego. Sceptycznie natomiast patrzymy na japońskich kamikaze.

Nie znaczy to, że nawołujemy do tchórzostwa i egoizmu. Trzeba jednak zdecydowanie

oddzielić samobójstwo od narażania życia, które bywa konieczne, czy to dla ratowania ży-
cia innych, czy też (niejednokrotnie te sprawy się łączą) dla obrony wartości kulturowych,
takich  jak  naród,  honor  czy  państwo.  Podziwiamy  więc  Wawrzyńca  Żuławskiego,  który
życiem przypłacił próbę odszukania zaginionych alpinistów. Podziwiamy też tysiące Pola-
ków, którzy oddali życie w walce z kolejnymi najeźdźcami. Podziwiamy także wielu in-
nych, którzy żyją, choć spełniając swój moralny obowiązek odważyli się na największe ry-
zyko.  Gdyby  jednak  ich  ryzyko  nie  tłumaczyło  się  nadzieją  uratowania  życia  drugiego
człowieka lub którejś z naczelnych wartości kulturowych, nie moglibyśmy znaleźć dla nie-
go usprawiedliwienia.

Dokładnie na odwrót stawia sprawę pan Ryn. Jego zdaniem: „przyjacielowi trzeba po-

móc zwłaszcza wtedy, kiedy żadnej szansy nie ma”. Muszę przyznać, że zrozumienie in-
tencji  tego  zdania  sprawia  mi  kłopot  szczególny.  Rozumiem,  że  ma  ono  być  zachętą  do
bezgranicznego heroizmu, ale jak ma wyglądać owa pomoc, gdy „żadnej szansy nie ma”?
Jaki ma być sens  wystawiania  na  szwank  własnego  życia,  kiedy  nikogo  nie  może  to  już
uratować. Mocno pachnie mi to bohaterszczyzną. Bohaterszczyzną, o którą nie odważył-
bym się pomawiać powoływanych przez pana Ryna: św. Maksymiliana, Klimka Bachledy
i Wawrzyńca Żuławskiego, ani nawet nie powoływanego Janusza Korczaka, którego czyn
należałoby wedle etyki Ryna uznać za coś zupełnie naturalnego, normalnego, zwyczajne-
go. Otóż nie! Czyn Korczaka był czymś absolutnie wyjątkowym i miał miejsce w sytuacji
absolutnie niepowtarzalnej. Wartość tego, co zrobił Stary Doktor, nie wynika zaś stąd, że
działał on przeciw nadziei, lecz stąd, że właśnie tę nadzieję w swoich wychowankach pod-
trzymywał. Dlatego oddajemy mu hołd. Nie dlatego, że dał się zabić.

Wróćmy jednak do książki. Pan Ryn zarzuca moim rozmówcom odcinanie się od spu-

ścizny Bachledy, Żuławskiego i wielu innych, którzy zginęli niosąc pomoc zaginionym w
górach. „W Pana pojęciu – zwraca się do Cichego – (ich) śmierć musi się wydawać czymś
anachronicznym, jeśli Pana w Himalajach nie byłoby na nią stać”.

Co żywy może odpowiedzieć na tak postawiony zarzut? Że byłoby go stać? Że byłby

skłonny  podjąć  największe  nawet  ryzyko,  gdyby  była  nadzieja,  choćby  cień  nadziei,  że
może uratować czyjeś życie? Toż w oczach pana  Ryna  prawdziwie  szlachetny  jest  tylko
ten, kto zginął. Nie jest przy tym ważne, czy jego śmierć była potrzebna. Ważne, że złożył
życie w ofierze. Nam, żyjącym, pozostaje tylko dać słowo honoru, że my też nie jesteśmy
tchórzami.

background image

121

Cichy  i  Wielicki  dają  tego  dowody,  których  przykłady  nietrudno  znaleźć  w  naszej

książce – chociażby owe wieczorne wyjście w poszukiwaniu zaginionego na stokach Eve-
restu Andrzeja Zawady. Czy to mało? Myślę, że nasz opis tej sytuacji jest wystarczająco
sugestywny,  żeby  umożliwić  wyobrażenie  sobie  ryzyka,  które  obaj  podejmowali.  Gdyby
wówczas zginęli, byliby dla Ryna bohaterami. Ponieważ przeżyli, może bezkarnie oskar-
żać ich o najgorsze.

Zostać  przy  umierającym  i  umrzeć  razem  z  nim,  to  brzmi  bardzo  pięknie.  Tylko  że

świat się na tych dwóch śmierciach nie kończy. Zostają przecież żywi. „Można sobie jedy-
nie  wyobrazić,  jakie  byłoby  Pańskie  życie,  gdyby  Pan  np.,  co  nie  daj  Boże,  zostawił
Krzyśka Wielickiego” – zwraca się do Cichego nasz surowy polemista. Mnie łatwiej jest
sobie wyobrazić, jakie byłoby życie Jolki Wielickiej i Majki Cichej, gdyby któraś kolejna
wyprawa ich mężów miała się tak tragicznie skończyć. Ale to już pana Ryna nie interesuje.

Na ten temat można bez końca. Można wytoczyć całą baterię argumentów wszystkich

chyba kalibrów, można przytaczać klasyków (jestem głęboko przekonany, że zarówno pan
Ryn, jak i my znaleźlibyśmy na poparcie naszych tez dość autorytetów, żeby  uskładać  z
nich wcale nieźle wyposażony panteon). Spór nie jest bowiem nowy, ma już pokaźną bro-
dę  i  stanowi  jeden  z  odprysków  odwiecznego  sporu  romantyków  z  pozytywistami  albo
idealistów z  pragmatykami,  w  którym  my  plasujemy  się  gdzieś  w  centrum,  nasz  zaś  ad-
wersarz... Zresztą obejdźmy się bez tej łatki.

Zostawmy  już  ten  temat,  podkreślając  tylko  tyle,  że  w  odróżnieniu  od  pana  Ryna  nie

czujemy się upoważnieni do narzucania komuś innemu swoich koncepcji etycznych. Każ-
dy sam musi wybrać sobie swoją skalę wartości. Nasza skala skonstruowana jest na miarę
naszych ograniczonych przecież możliwości i odpowiada naszym wyobrażeniom o takich
elementarnych wartościach, jak dobro, zło, obowiązek i prawo. Leszek Cichy i Krzysztof
Wielicki  mieli  odwagę  jasno  przedstawić  swój  kodeks  etyczny.  Mieli  też  okazję  znaleźć
się w sytuacjach, które udowodniły szczerość ich oświadczeń. A  przecież sytuacji wysta-
wiających naszą moralność na najpoważniejszą próbę nie trzeba szukać aż na Evereście.

EKSTAZA
Choć w odróżnieniu od mojego adwersarza nie jestem lekarzem psychiatrą, idę o zakład,
że swoją recenzję pisał on w uniesieniu. Widać to po niezbyt uładzonej stylistyce. Widać
też po wyraźnym lekceważeniu faktów, na które, jako naukowiec, na co dzień zapewne so-
bie nie pozwala.

Skąd na przykład wzięła się myśl, że podczas naszej rozmowy „synka Wielickiego trze-

ba  było  zamknąć  w  kuchni”?  Informacja  to  niby  nieistotna,  ale  przedstawia  nas  trzech
(mówiąc delikatnie) w nie  najlepszym  świetle.  Otóż  zapewniam  solennie,  że  ani  Cichy  i
Wielicki „na skutek poważnego niedotlenienia, którego doznali w czasie ataku szczytowe-
go”,  nie  popadli  w  aż  tak  głęboką  znieczulicę,  ani  też  ja  nie  jestem  aż  tak  bezwzględną
hieną dziennikarską, żeby małego wówczas Marcina internować w kuchni. Trzeba zresztą
zupełnie zapomnieć, co znaczy małe dziecko, żeby nie zdawać sobie sprawy, jak coś takie-
go musiałoby się skończyć.

Są też inne wyssane z palca informacje. Choćby autorytatywne stwierdzenie, że „hima-

laizm  bardziej  dojrzałości  niż  młodości  wymagał”.  Otóż  Cichy  i  Wielicki,  którym  Ryn
wypomina grzech młodości, wchodząc na Everest mieli po trzydzieści lat. Nie jest to tak
mało, zważywszy, że Edmund Hillary jako pierwszy stanął na wierzchołku góry gór mając
lat  trzydzieści  cztery  i  należąc  do  najmłodszych  uczestników  brytyjskiej  wyprawy.  Wy-
starczy wziąć – publikowaną przecież – listę zdobywców, żeby przekonać się, że moi roz-
mówcy byli w 1980 roku w średnim, jak na Everest, wieku. Wystarczy sięgnąć do literatu-
ry  alpinistycznej,  żeby  przekonać  się,  że  jeżeli  wyprawa  działa  w  trudnych  lub  skrajnie
trudnych warunkach, a mimo to odnosi sukces, bardzo często jego bezpośrednimi autorami

background image

122

nie są wcale alpiniści najbardziej doświadczeni, tylko żółtodzioby, którymi w 1980  roku
ani Wielicki, ani Cichy już nie byli. Obaj mieli już za sobą po dziesięć lat wspinaczki i kil-
ka himalajskich wypraw.

Wreszcie sprawa nie mniej ważna. Uparcie przez pana Ryna forsowana teza, że „zdo-

bywanie ośmiotysięczników to w gruncie rzeczy jedno pasmo morderczego wysiłku”. Otóż
jest to tylko część prawdy. Zdobywanie ośmiotysięczników (podobnie zresztą jak zdoby-
wanie sześcio-, pięcio- i siedmiotysięczników, jak maraton, wyścigi kolarskie, żeglarstwo
oceaniczne i wiele innych rodzajów ludzkiej działalności) to przede wszystkim mocowanie
się człowieka z samym sobą. To próba pokonania własnych słabości, zapanowania ducha
nad  ciałem,  przekroczenia  nieprzekraczalnych,  zdawałoby  się,  barier.  Zaś  wysiłek,  zmę-
czenie, nawet ryzyko występują przecież nie tylko w górach wysokich.

Jako „pasmo morderczego wysiłku” można bez trudu opisać zmaganie pisarza z materią

(ileż takich opisów zawiera literatura!), walkę długodystansowca, pracę niejednego dzien-
nikarza, robotnika, czy gospodyni domowej. Tylko że z tego nic jeszcze nie wynika, a już
na  pewno  nie  jest  to  klucz  do  zrozumienia  pobudek  kierujących  działaniami  tych  ludzi,
których organizmy nierzadko odmawiają ponoszenia nałożonych na nie ciężarów i którzy
niejednokrotnie na skutek przemęczenia trafiają także do gabinetu psychiatry.

Takich nieścisłości jest w recenzji pana Ryna znacznie więcej. Oparta jest na nich cała

w zasadzie konstrukcja tekstu. Kto przeczyta książkę, zauważy, że wbrew pretensjom pana
Ryna wiele miejsca poświęcamy próbie udzielenia odpowiedzi na pytanie: „dlaczego alpi-
nizm?” Kto myśli logicznie, nie będzie się dziwił, czemu po wejściu na szczyt nasi bohate-
rowie nie podziwiali pięknych widoków (wiatr, zadymka), kto przejrzał choćby spis treści,
wie, że wyrażenie Wielickiego „aż mnie zniosą” nie odnosi się do ataku szczytowego, lecz
do sytuacji całkiem nizinnej, i oddaje raczej jego zadziorność niż brak rozsądku.

De moralis non est disputandum, chciałoby się powiedzieć, parafrazując starożytnych.

Warszawa, styczeń 1984

background image

123


Document Outline