background image

Gaup Ailo   
 
 
  Podróż na dzwiękach szamańskiego bębna

background image

terytoria skandynawskie 

background image

Ailo Gaup 
Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna 
Przełożyła Maria Sibińska 

background image

Trommereisen 
Projekt graficzny i typograficzny / Janusz Górski Redakcja / Ewa 
Penksyk-Kluczkowska Korekta / Ludmiła Jezierska Skład / Piotr 
Górski 
Druk i oprawa / WZDZ - Drukarnia Lega, Opole, ul. Malopolskal8 © 
Copyright by Gyldendal Norsk Forlag AS 1988 
© Copyright for the Polish edition by wydawnictwo slowo/obraz 
terytoria, Gdansk 2004 
This translation has been published with the financial support of 
NORLA Fiction/NORLA Non-fiction 
wydawnictwo slowo/obraz terytoria, 80-244 Gdansk, ul. 
Grunwaldzka 74/3 
tel.: (058) 345 47 07 dział handlowy 
tel.: (058) 341 44 13 redakcja 
fax: (058) 520 80 63 
e-mail

slowo-obraz@terytoria.com.pl

 

www.terytoria.com.pl

 

background image

Jon jechał przez cały dzień. Nastał już wieczór. Jon czuł się zmęczony, 
zmierzał ku przełęczy. Powodem tej podróży była seria snów o bębnie. 
Jon pamiętał wyraźnie pierwszy sen. Wynurzył się on ze słonecznego 
królestwa światła i ognia, spoza snu. Na liżących językach ognia unosił 
się bęben, niczym łódź na falach. Byl to bęben drewniany, w kształcie 
czary, ozdobionej żywymi ornamentami. Zadziwiające, że bęben nie zajął 
się ogniem i nie spłonął. 
Następnej nocy bęben znowu przybył z królestwa światła i ognia. Tym 
razem Jonowi ukazała się skóra bębna. Na skórze namalowane były 
tajemne symbole i znaki. Wiele z nich rozpoznawał, między innymi znak 
Boga Słońca, czworokąt z wychodzącymi z rogów wiązkami promieni. 
Trzeciej nocy w membranę uderzał młoteczek, tak jakby bębna używał 
szaman, noaidi. Najpierw brzmiało to jak grzmot nad widdą . Potem jak 
bicie wielkiego serca. Z serca wydobywała się obca melodia, która 
jednocześnie wydawała się znajoma. Dojrzał zarysy twarzy wokół ognia 
rady, daleko, daleko stąd, w innym czasie, który jednak był tuż obok. 
Miał wrażenie, że szaman, bęben, ogień rady i krąg plemienny tkwią w 
jego głowie. 
Sny te były tak jasne i żywe. Czuł się związany z duchami pomocniczymi. 
Naprowadziły go na trop zapomnianego, tego, czego szukał, 
rzeczywistego wyjaśnienia albo Wielkiej Tajemnicy Plemiennej. 
Gdy położył się czwartego wieczoru, upłynęło dużo czasu, zanim zasnął. 
Nie miał też żadnego snu. Noce upływały, napięcie 

background image

osłabło, aż w końcu tylko czasami myślał o tamtych trzech snach. 
Jesień stała się zimą, zima wiosną i latem. 
Pewnej nocy bęben wypłynął gwałtownie z królestwa słońca, zbliżył się 
do Jona otoczony zachłannymi płomieniami. Jon pojął od razu, że coś się 
zmieniło. Coś było nie w porządku. Magiczny bęben przeraził go. Jon 
zaczął biec, lecz nie miał najmniejszej szansy, by uciec. Gnany przez 
syczącą kulę ognia, znalazł się na krawędzi klifu. 
Następnej nocy groźba powróciła. Noc po nocy żeglował ku niemu 
płonący bęben, zmuszał go do ucieczki na brzeg przepaści. Jon stał się 
nerwowy i poirytowany, czuł się prześladowany przez wroga, z którym 
nie mógł się zmierzyć. 
To Lajla postanowiła, że powinni pojechać na Północ. Wtedy znikły 
groźne sny o Bębnie Słońca. 
Teraz to nie bęben go tropił. To on był na tropie bębna. 
Gdy jechał tędy poprzednim razem, droga od wybrzeża wiła się 
zygzakiem. Teraz była przebudowana i prawie bez zakrętów. Dotarł na 
płaskowyż wcześniej, niż się spodziewał, skręcił na parking. Wyłączył 
silnik i siedział w ciszy. Lajla ciężko oddychała. Spała. Obudził ją. Starła 
z oczu sen, poprawiła długie czarne włosy i przeciągnęła się. 
- Gdzie jesteśmy? - zapytała. 
- Przespałaś dwieście kilometrów. 
Wyszli z samochodu, na wiatr i w mrok. Ale z chwilą, gdy obudziła się 
zdolność widzenia w ciemności, z mroku pod półksiężycem wychyliły się 
wzgórza i widda, jak w powolnym procesie wywoływania krajobrazu i 
fantazji. 
- Poznaję okolicę. - Lajla wciąż była trochę senna. 
- Ja nie poznawałem, dopóki nie wjechaliśmy na płaskowyż. 
Wyprostowali drogę - odrzekł. 

background image

Widda wokół nich była otwarta i bezkresna. Nagie, kobiece formy dotarły 
do niego nagle, dotarły w głąb gruczołów, namiętności, snów. Kobiece 
ciało krajobrazu przemawiało do niego z sylwetek wyłaniających się 
spoza innych sylwetek. Zaokrąglone pagórki i ostre wierzchołki były 
wokół niego niczym biodra i piersi. Wrócił do domu. 
Niedawno minęli osadę nad brzegiem morza. Skrywała się teraz pod 
wzgórzami rzucającymi mroczne cienie. Mieli jednak otwarty widok na 
morze, gdzie promienie księżyca błyskały na falach. 
- Widzisz linię oddzielającą morze od horyzontu ? - zapytał Jon. 
Stała tuż przy nim i dotarło do niego ciepło jej ciała. Słyszał teraz ciszę, 
jako coś tkwiącego w nim, a nie tylko nieobecność szumu silnika. 
- Widzisz? - powtórzył. 
Skinęła głową, jaśniejącą twarz wtuliła w jego szyję, a usta dotknęły 
skóry w najczulszym miejscu, tuż pod grdyką. Objął ją, a jego prawa ręka 
wpełzła pod jej kurtkę, pod koszulę, przesunęła się po brzuchu, ku 
piersiom. Dotknięcie zbudziło w nim tęsknotę, w której zawarta była 
czułość całego ich związku, od pierwszego razu aż do tej chwili. Nagle 
ugryzł ją w ramię. Drgnęła lekko, zaśmiała się, a potem objęła go i 
przytuliła mocno do siebie. Uścisk był teraz inny, uczucie bardziej 
podniecające. Jej intensywność, otaczający ich kobiecy krajobraz i to, że 
dotarł do domu, przejęły go dreszczem. 
Gdy opuścili samochód i rozpalali ogniska, wiał ożywczy wiatr. Teraz w 
kubkach nie było już kawy, żar wygasł, a powietrze znieruchomiało. 
- Tak tu cicho. - Drgnął na dźwięk swego głosu. 
- Podoba mi się - powiedziała. 

background image

- Zrobiło się tak martwo i nieprzyjemnie. 
- Pochłodnialo - odparła. 
Lajla zeszła do samochodu. Jon został jeszcze na chwilę. Usłyszał, że 
zatrzasnęła za sobą drzwiczki. 
Właśnie wtedy, niczym echo trzaśnięcia, doszedł go inny głos, 
przypominający bardzo wysoki gwizd. Odwrócił się w stronę, skąd 
dobiegał dźwięk, dostrzegł coś, co nadpływało ponad wzgórzem w jego 
stronę. Punkt ten nieprzyjemnie szybko zmienił się w czarną postać z 
olbrzymią głową. Z dużych ust wystawała rura. Otwór był wystarczająco 
szeroki, by go wessać. Stał jak skamieniały, a tymczasem rura została 
wycelowana w niego. 
Wówczas u jego stóp zakumkała żaba. Jon odskoczył w bok. Widmo 
rozpłynęło się. Niebezpieczeństwo minęło. A żaba znikła niczym srebrny 
punkt w świetle księżyca oświetlającego wzgórze. 
Poszedł w stronę samochodu, nie oglądając się za siebie. To był stary 
sposób. Nie oglądać się do tyłu, cokolwiek by się słyszało lub czuło. 
Musiał się uspokoić, dojść do siebie. Usiadł, oparłszy się plecami o skalną 
płytę, spoglądał na widdę. Droga wiła się wzniesieniami jak blady, 
asfaltowy wąż. W dole, na szybach i chromowanych częściach 
samochodu, odbijał się blask księżyca. Promienie iskrzyły się na 
oszronionym wrzosie i płytkach miki tkwiących w nagiej skale. Jego 
wzrok wędrował od jednego do drugiego świecącego punktu. Chmara 
migocących punkcików ożyła i zaczęła tańczyć wokół niego. Tańczyć w 
ruchu kolistym, jakby tworząc pary. Pary oczu. A między oczami tkwiły 
czarne błyszczące nosy. 
- Tutaj w górach Niemcy ponieśli swą pierwszą porażkę. Ten, którego 
widziałeś, to pewnie upiór z czasów wojny - orzekła Lajla. 
- To nie był żaden martwy żołnierz. To było coś zupełnie innego. 

background image

- Co? - spytała. 
- Nad wzgórzami przeleciał zabójca. 
- A niedźwiedzie, nie przestraszyły cię? 
- Wyściubiły tylko nosy spod ziemi. 
Trzymała jego twarz w dłoniach. Pocałowała go lekko w oczy, w czoło. 
Najpierw, aby scałować to, co ujrzał. Potem zrozumiała, że robiła to 
również, aby uspokoić siebie samą. Było zimno. Miała przeczucie, że coś 
nastąpi, coś niebezpiecznego, i że to się właśnie zaczęło. 

background image

Krajobraz pojawiał się przed nimi w stożkach świateł samochodu i znikał 
za nimi, połykany przez ciemność. 
- Szybko jedziesz - odezwała się Lajla. 
Zauważyła, że jej uwaga zirytowała go. Wpatrywał się prosto przed 
siebie, sztywno, aby pokazać, że nie dosłyszał jej słów. I nie zwolnił. 
Znała go tak dobrze. Nie tylko profil, nos, kości policzkowe i kark pod 
czarnymi włosami z odrobiną siwizny. Wiedziała, w jaki sposób reaguje, 
wiedziała, że jego oczy zmieniają barwę, stają się czarniejsze, węższe. 
- Musimy być na miejscu dziś wieczorem - odpowiedział w końcu. 
Był zły na nią. Przespała dwieście kilometrów i nie dotrzymywała mu 
towarzystwa. A teraz jeszcze się go czepiała. 
- Pamiętam, że kiedyś powiedziałeś to samo - dorzuciła. 
A więc pamiętała. Miał wtedy inny samochód. Jechali do domu na święta 
Bożego Narodzenia, a on chciał ustanowić życiowy rekord na zimowej 
trasie z Oslo. Przebili zwał śniegu pozostawiony przez pług i poszybowali 
swobodnie w dół zbocza, gdzieś w północnej Finlandii. 
Teraz byli w innej podróży. Rozpoczęło się poszukiwanie. Czuł się tak, 
jakby wyruszył na wojnę religijną. Kiedyś trwała wojna religijna. Palono 
bębny w imię państwa i Kościoła. Palono też szamanów. Sztukę 
szamańską, duchową siłę plemienia, stopniowo zniszczono. Wielki obraz 
plemienia rozpadł się. 
Było jednak pewne „ale". Pewnego razu słyszał, jak ktoś używa bębna. 
To było wiele lat temu na Północy. Pewnego zimowego 

background image

wieczoru wszedł do jakiegoś domu. Ludzie siedzieli cicho w kuchni, nie 
padło ani jedno słowo. Z pokoju za kuchnią dochodziło owo monotonne 
bębnienie. Usiadł na krześle i słuchał. On też się nie odezwał. Coś się 
wówczas stało, głośny trzask. Myślał najpierw, że pękła krokiew. Ale 
zarówno dach, jak i krokwie były całe. Dach się jednak otworzył. A on 
uniósł się przez otwór, ku gwiazdom. Minął je i znalazł się w ciemnym 
tunelu, którego nigdy przedtem nie widział. 
Noaidi był niskim tęgim mężczyzną o czarnych włosach: Przeszedł przez 
kuchnię tuż obok niego, z bębnem pod pachą. Jon dostrzegł kawałek 
uchwytu i czary. Był na niej wyrzeźbiony znak, który zaczął się żarzyć w 
półmroku kuchni. Potem żarzący się znak słońca odłączył się od 
drewnianej czary i wniknął w Jona jak strzała światła. 
Jednocześnie mężczyzna zatrzymał się na moment i zanim zniknął, rzucił 
na niego zaciekawione, badawcze spojrzenie. 
Jon był oszołomiony wydarzeniami, dachem, który się otworzył, 
symbolem słońca, który w niego wniknął, i badawczymi, utkwionymi w 
niego oczami mężczyzny. Był przekonany, że wszyscy obecni zwrócili na 
to uwagę. Ale tu spotkała go niespodzianka. Nie zauważono niczego 
niezwykłego. To, co się zdarzyło, przeznaczone było tylko dla jego oczu. 
Jeśli istniał bęben z takim symbolem, to rzeczywiście posiadał moc. 
Chciałby mieć taki bęben. 
Wsłuchiwał się w szum silnika wypełniający samochód. Tarcze 
wskaźników podświetlały kierownicę. Był niespokojny. Dlatego jechał 
tak szybko. Zmniejszył nacisk na pedał gazu. Zaczęło padać. Ustawił 
wycieraczki na niską częstotliwość. Ramię przesuwało się przez szybę i 
zlizywało krople. 
- Widziałaś? - zapytał Lajl. 
- Co? - odezwała się sennie. 

background image

Dostrzegł coś nad drogą, ale ona znowu zasypiała. Wolałby towarzystwo 
kogoś innego niż kobiety wypełniającej samochód gęstym snem. To było 
zaraźliwe i oczy same mu się zamykały. 
- Lajla - odezwał się, ale nie otrzymał odpowiedzi. 
Jon skoncentrował uwagę na drodze. Schodziła z widdy w dół, w dolinę. 
Zbocza doliny stawały się coraz wyższe, a cienie na jej dnie coraz 
ciemniejsze. Droga biegła teraz płasko wokół odgałęzienia fiordu. Deszcz 
się nasilił, bębnił o szybę i asfalt. Jon zwiększył maksymalnie 
częstotliwość ruchu wycieraczek. 
Na zakręcie głowa Lajli pochyliła się do przodu. Ciemne włosy zwisały, 
okrywając twarz. Prawą ręką odgarnął je do tyłu, uniósł jej głowę i wtedy 
się przebudziła. 
- Sądzisz, że będziesz mógł odnaleźć dom, w którym widziałeś bęben? - 
spytała nagle. 
- Tak, tak sądzę - odpowiedział. 
- A sądzisz, że powiedzą ci, kim był ten mężczyzna? 
- Mam nadzieję. 
Ulewa przeszła równie gwałtownie, jak się pojawiła. Jon wyłączył 
wycieraczki. 
- To wcale nie jest takie pewne, że powiedzą, kim był. 
- Zaufają mi. 
- Może zmienili zdanie. Może uważają, że ten mężczyzna był w zmowie z 
diabłem. 
- Być może. 
- Wiesz przecież, co mówią księża. 
- Wiem. 
- Dowiedziałeś się, skąd był? 
- Nie. Jedyne, czego się dowiedziałem, to że nazywał się Jon. 
Lajla znowu zasnęła. On też był zmęczony. 
- Obudź się i dotrzymuj mi towarzystwa! - krzyknął. 
Nie obudziła się, nie odpowiedziała. Oczy miała zamknięte, 

background image

a i jego powieki stawały się coraz cięższe. Na przedniej szybie zalegały 
drobniutkie kropelki wody, jedna przy drugiej. 
Po omacku odnalazł drążek i włączył wycieraczki w chwili, gdy światło 
wypełniło wyrwę w szosie tuż przed nim. Drogę zagradzało stado 
zwierząt. Wydawały się niezmiernie duże i rogate. Stopa odnalazła 
hamulec i wcisnęła go do oporu. Ale wiedział, że jest za późno. Nie mógł 
zatrzymać samochodu na tak krótkim odcinku. 
Zwierzęta odwróciły głowy i poroża, wszystkie razem, jak wielogłowy 
troll. Sekunda rozciągała się jak guma do żucia. Czekał tylko na miękkie 
uderzenia futer, mięsa i ciał o nadjeżdżający samochód, tuż przed jego 
nogami. 
Samochód stał nieruchomo. Lajla obudziła się. Patrzyła na niego 
zaskoczona. Jeszcze bardziej zaskoczona spojrzała przed siebie. Z głową 
na wysokości ich własnych głów i pyskiem tuż przy przedniej szybie stał 
rogaty, długonogi łoś. Jak w zwolnionym tempie obrócił się, wyskoczył 
ze snopu światła i zniknął. 
- Mało brakowało - powiedział cicho Jon. 
Wciągnąwszy głęboko powietrze, otworzył drzwiczki, wyskoczył na 
zewnątrz i stał przez chwilę z kolanami drżącymi po doznanym szoku. 
Łoś zniknął, ale zarówno przed, jak i za samochodem przechodziło przez 
drogę stado reniferów. 
Jon obejrzał samochód. Żadnych wgnieceń na masce, żadnej krwi ani 
sierści na zderzaku. Jon przyniósł latarkę, przebiegł snopem światła po 
poboczu i po stadzie reniferów. Nie zobaczył ani rannych, ani martwych 
zwierząt. 
- Poczułeś jakieś zderzenie? - spytała. 
- Nic nie czułem. 
- I nic nie widziałeś? 
- Chyba przysnąłem - odpowiedział. 
- Obudziłam się, gdy hamulce zadziałały. 
- Dobrze, że zadziałały - odrzekł. 

background image

Stado reniferów znikło w ciemności. Ale owe szare, prehistoryczne 
zwierzęta trwały wciąż na siatkówce jego oczu. 
- Albo ten samochód dostał skrzydeł, albo zwierzęta zostały uniesione w 
górę i postawione z powrotem, całe i nietknięte. To mogło zmienić się w 
krwawą łaźnię - powiedział Jon. 
- To był po prostu cud - orzekła Lajla. 
- A tak w ogóle, to co się z tobą dzieje? - zapytał Jon. - Zazwyczaj 
ożywiasz się pod wieczór i trzeba cię zaganiać do łóżka. 
- Nie wiem. Poczułam się taka zmęczona. 
- Kiepski z ciebie towarzysz podróży. Przejechałem przez pół Norwegii z 
susłem. Zły jestem. 
Było ciemno. Kropił deszcz. Dolina wydawała się ciasna. Chciał jechać 
dalej, ale Lajla go zatrzymała. 
- Słyszysz śpiewające dzwonki? - spytała. 
- Gdzie? 
- Tam w górze. Na zboczu. 
Nasłuchiwał. Potrząsnął głową. Niczego nie słyszał. 
- Czyż to nie piękne? - powiedziała. 

background image

Mokra, naga, ciemna skała zalśniła, gdy padło na nią światło 
wchodzącego w zakręt samochodu. 
Lajla wyciągnęła mapę ze schowka, rozłożyła ją. 
- Będziemy na miejscu za pół godziny. - Odłożyła mapę na miejsce. 
Przez drogę znowu przechodziło stado reniferów. Ale tym razem 
widoczność była dobra i odległość bezpieczna. Skręcił na pobocze, 
zaparkował, wyłączył światła. Wyszli z samochodu w wilgotny mrok. 
Stado przechodziło przed nimi powolnym strumieniem. Nad nimi 
wznosiła się góra, jak ciężki, czarny cień. 
- Nieprzyjemnie tu - stwierdziła Lajla. 
Jakiś samochód jechał w ich stronę. Potem światła znikły, pochłonięte 
przez cienie. 
- Będę zadowolona, gdy znowu znajdziemy się na widdzie - mówiła dalej. 
- Też czujesz ciężar góry? - zapytał. 
Wtedy usłyszeli strzały, wiele strzałów przygłuszonych deszczem. 
Ostrzegawczo podniósł palec do ust. Bez słowa wsiedli do samochodu. 
Strzały tutaj, gdzie były renifery, na dodatek w nocy, oznaczały tylko 
jedno. Ktoś się zaopatrywał w mięso, i to nie całkiem legalnie. 
- Zapalaj, zaskoczymy ich. 
Uruchomił silnik, włączył reflektory i podjechał do przodu. Zaparkowany 
samochód skąpał się w świetle. Za nim pochyliła się jakaś postać i znikła 
niczym cień. 

background image

- Poświeć - Lajla podała mu latarkę. 
Jon podjechał do samochodu, poświecił przez szybę. Nic nie zauważył. 
Pojazd wyglądał jak pierwszy lepszy samochód dostawczy zaparkowany 
na poboczu, oczekujący na właścicieli wypoczywających w domku 
letniskowym. Ale gdzieś we mgle stał ktoś z bijącym gwałtownie sercem, 
być może z palcem na spuście. 
Pierwszą rzeczą, którą ujrzał Jon, był czubek rogu. To mogła równie 
dobrze być gałąź, ale specyficzny odblask sprawił, że Jon postanowił 
przyjrzeć się z bliska temu przedmiotowi. Leżał tam renifer. Był martwy, 
miał rozcięty brzuch, a żołądek i jelita wypłynęły na ziemię. Zwierzę było 
jeszcze ciepłe. Złodziej zaciągnął je w krzaki, by obedrzeć ze skóry. 
Gdy coś zaszeleściło w zagajniku, Jon pomyślał, że to właśnie złodziej. 
Skierował latarkę w stronę odgłosu. Ptak poderwał się do lotu. Potem 
trzepot ucichł. Jon słyszał szmer strumyka i ciężki szum nocy, jesieni i 
uderzeń serca. 
Z zagajnika powyżej znowu dobiegł jakiś odgłos. Jon bez zastanowienia 
rzucił się w stronę gęstwiny, skąd dochodził dźwięk. To nie był człowiek. 
To był postrzelony byk. Darł kopytami mech. Z rany ciekła krew. 
Wyciągnął nóż i pchnął zwierzę. Kark wygiął się w tył. Głowa, rogi, całe 
ciało zadrżało, wysunął się blady koniec języka i nadeszła śmierć. 
- Zameldujemy o tym - powiedziała Lajla. Jon oświetlił tablicę 
rejestracyjną. 
- Zapiszę to tutaj, żebyśmy nie zgubili. - Lajla zanotowała numer na 
osłonie przeciwsłonecznej w samochodzie. 
Mgła spłynęła ze wzgórz. Droga stała się kręta i wąska. 
- Powiedziałaś „pół godziny"? - zapytał Jon. 
- Widziałeś jakiś drogowskaz? - odpowiedziała pytaniem. 

background image

- Lajla, to ty czytasz mapę. 
Nie odpowiedziała. Widoczność była fatalna. Mgła otuliła samochód. 
Lajla rozłożyła mapę, wskazała na miejsce, w którym jej zdaniem się 
znajdowali. 
- Wkrótce będziemy na miejscu. 
- To dobrze. Ale czy powinniśmy widzieć morze? - zapytał. 
- Nie - odpowiedziała, oświetlając mapę latarką. 
- W takim razie co to jest? Morze, prawda? 
Zahamował, otworzył okno i słone morskie powietrze wypełniło 
samochód. Poniżej drogi była plaża, woda chlupotala o kamienie. 
- Musieliśmy zabłądzić - stwierdziła Lajla, patrząc w mapę. 
- To jest boczna droga, wąska jak nitka. Jak sądzisz, gdzie jesteśmy? 
Dokąd mamy jechać? 
Poirytowany wyrwał jej mapę. 
- Jesteś bezczelny - powiedziała. - Pokaż. 
- Spałaś zamiast pilnować. 
Ciągnęła mapę do siebie, ale on trzymał mocno, aż w końcu doszli do 
wniosku, że mapa nie może im pomóc. Były tam najważniejsze drogi 
spinające kraj. Brakowało jednak dróg lokalnych. Stali w środku nocy, we 
mgle, w ciemności, nie wiedząc, gdzie się znajdują. Zirytowany wrzucił 
bieg, pojechał dalej, w nieznane. 
Po cholerę brałem ją ze sobą - pomyślał. 
- A jaki urażony - odpowiedziała Lajla, jakby czytała w jego myślach. 
- Ty pilnowałaś mapy - odparł. 
- O, jaki zawiedziony. 
- Chcę być na miejscu dziś wieczorem. 
- O, jaki dumny. 
- Daruj sobie - rzekł i spojrzał na nią. 
- O, jaki mroczny wzrok i sztywny kark. 
- Suka. - Powiedziałby coś mocniejszego, ale zabrakło mu energii, by 
rzeczywiście wpaść w złość. 

background image

- O, jaki troskliwy i sympatyczny, i prostolinijny. Jakże nieczuły i 
dziarski, i męski. Nie okazywać żadnych względów. Zmieść wszystko to, 
co na drodze. 
-Uff. 
- Rzeczywiście, stała się rzecz straszna. Przecież możemy się zatrzymać, 
położyć się i przespać. Po prostu. Jutro znikną wszystkie problemy. 
Nie chciał się zatrzymywać, chociaż miała rację i chociaż byl 
przemęczony. Musiał dotrzeć na miejsce, wbrew rozsądkowi. Trzymał 
więc nogę na gazie, a dłonie na kierownicy. 
Już od dwóch dni patrzył przed siebie; wpatrywał się i wpatrywał w drogę 
wychodzącą mu naprzeciw, szeroką, dobrą drogę, drogę z białym pasem 
odblaskowym po prawej stronie i żółtą linią środkową, drogę bez żadnych 
oznakowań po prawej stronie, starą drogę asfaltową, drogę wysypaną 
żwirem. Teraz jechał po żwirze. Samochodem tak trzęsło, że aż było mu 
go żal. Kilometry przesuwały się wolno na liczniku. Kark mu sztywniał. 
Oczy bolały. 
- Teraz brakuje jeszcze tylko, byśmy ugrzęźli na tym pustkowiu z pustym 
bakiem. - Jon mówił w zasadzie do siebie. 
Nagle niebo się wypogodziło. Zupełnie jakby wyjechali z tunelu. 
Krajobraz wokół nich znowu stał się widoczny. Księżyc tkwił między 
wzgórzami. Światło było żółte. Wówczas Jon dostrzegł coś niezwykłego. 
Z górskiego zbocza wyglądało słońce. 
Pod oświetlonymi wzgórzami ujrzeli dom. Przed nim stał samochód, w 
oknie paliło się światło. 
- Możemy zapytać, jak daleko jeszcze. 
Kiwnął głową. Skręcił w boczną drogę prowadzącą do domu. Kiedy 
wyłączył silnik, poczuł, że dopada go zmęczenie. Byl zmęczony, aż do 
bólu. Ukrył twarz w dłoniach, przejechał palcami po powiekach i wzdłuż 
skroni. Chociaż stali nieruchomo i chociaż miał zamknięte oczy, to droga 
toczyła się ku niemu, coraz węższa i pełna zakrętów. 
- Marzę o tym, byśmy wskoczyli do łóżka - powiedział Jon. 

background image

W środku przy oknie siedzieli mężczyzna i kobieta. Mężczyzna palił. 
Wyglądało to tak, jakby na kogoś czekali. Kobieta miała na ramionach 
wełniany czerwono-biało-niebieski szal, tak jakby marzła. Mężczyzna 
zdusił papierosa, podniósł się i zniknął. 
- Nie wejdziemy? - zapytała Lajla. 
Zabłądzili wśród wąskich dolin i wysokich wzgórz. Z jej winy. Chciała 
się jak najszybciej dowiedzieć, gdzie się znajdują. 
W przedsionku pachniało stęchlizną. Korytarz w głębi oświetlała wisząca 
na przewodzie żarówka. Schody prowadziły na poddasze. 
Lajla zapukała do kuchennych drzwi. 
- Proszę - odezwał się czyjś głos. Otworzyła drzwi, weszła, a Jon ruszył za 
nią, ku kobiecie nadal siedzącej przy kuchennym stole. 
- Dobry wieczór. Przepraszamy, że przychodzimy tak późno - zaczęła 
Lajla. 
- Jest późno - potwierdziła kobieta. 
- Potrzebujemy pomocy - ciągnęła Lajla. 
- Musisz iść na górę - odpowiedziała kobieta. 
- W porządku. - Lajla odwróciła się, aby wyjść. 
- Nie ty, on - rzekła kobieta, wskazując na Jona. -Ja? 
-Tak. 
Na stole stała popielniczka. Cienka smużka dymu unosiła się z żarzącego 
się skręta, który pozostawił mężczyzna. 
- Ty tu zostaniesz - rzekła władczo do Lajli. 

background image

Jon przekraczał po dwa stopnie naraz. Dlaczego miał iść na górę, skoro to 
Lajla zaczęła wyjaśniać sprawę? Zapukał do najbliższych drzwi na 
poddaszu. 
- Tak - usłyszał i wszedł do środka. 
W środku, za stołem, siedział mężczyzna. Pokój był podłużny, oświetlony 
przez lampę stojącą na stole. Ściany z drewnianych belek były równie 
nagie jak w korytarzu. Ale lampa rzucała na tylną ścianę ciężki cień 
mężczyzny. 
- Późno przychodzisz - stwierdził obcy. 
- Przepraszam, jedziemy z daleka. 
- Oczywiście. 
- Potrzebujemy pomocy - rzekł Jon. 
- Oczywiście. - Mężczyzna podniósł się, podszedł do skrzyni, otworzył ją. 
- Zacznijmy więc - powiedział i wyciągnął coś ze skrzyni. Był to owalny 
przedmiot zawinięty w kawałek czarnego materiału. Mężczyzna odłożył 
przedmiot, zamknął skrzynię. Potem wziął pakunek i trzymając go w 
nienaturalny sposób, przeniósł na stół. Prawą ręką rozwinął czarną 
tkaninę. Pod spodem można było dostrzec kawałek ciemnoczerwonego 
aksamitu. 
Jon chciał coś powiedzieć i wyjaśnić nieporozumienie, które 
najwyraźniej zaistniało. Wówczas jego język zamarł i z ust nie wydobyło 
się żadne słowo. Czerwony aksamit zsunął się. Na stole leżał bęben w 
kształcie czary, na boku, z membraną obróconą w jego stronę. Rysunki 
były prawie zatarte, ale linie jeszcze błyskały czerwoną farbą. Jon był tak 
zaskoczony, że zrobiło mu się gorąco. 
Mężczyzna wyjął podłużne zawiniątko, wyłuskał prawą ręką młoteczek, 
podczas gdy lewa ręka leżała na stole przy bębnie. Z ręką było co 
dziwnego. Ale to przede wszystkim bęben przykuwał wzrok Jona. 
- Nie dosłyszałem twego imienia - rzekł mężczyzna. 

background image

- Nie wymieniłem go - odparł Jon, pilnując się, by nie powiedzieć za 
wiele. 
- Nie możesz wycofać się teraz, gdy już tu przyszedłeś, a ja jestem 
gotowy, aby zacząć bębnić. - Mężczyzna wsunął ową dziwną rękę w 
uchwyt bębna, a w prawą wziął młotek. Wówczas Jon odkrył, że 
mężczyzna ma sztuczną dłoń. 
- Tak, jest sztuczna, ale ramię jest w porządku. 
Jon słyszał, że szamani, którzy stracili zęby lub członki, tracili również 
moc. Tylko cali ludzie mogli używać bębna. Kotłowało mu się w głowie i 
nie był w stanie powiedzieć ani słowa, a mężczyzna z bębnem 
niecierpliwił się coraz bardziej. 
- Zaczynasz się denerwować? Nie śmiesz spojrzeć w przyszłość? 
- Przyszliśmy spytać o drogę. To musi być jakieś nieporozumienie. 
Zabłądziliśmy - wykrztusił wreszcie Jon. 
- Co takiego? - Obcy był zaskoczony. 
- Zabłądziliśmy. 
- To nie wy dzwoniliście? - zapytał, tak jakby nie wierzył w to, co 
powiedział Jon. 
-Nie. 
- Jak się nazywasz? 
- Jon - odrzekł Jon. 
- Zabłądziliście - powtórzył mężczyzna. W jego głosie zabrzmiała nuta 
zadumy, tak jakby Jon powiedział coś bardzo znaczącego. Było to na tyle 
dziwne, że Jon zwrócił na to uwagę. Przyjrzał się uważniej mężczyźnie. 
Miał jakieś pięćdziesiąt parę lat, ostre rysy i głęboką bruzdę rozdzielającą 
brwi i żłobiącą czoło aż do nasady włosów. 
- Chcieliśmy tylko zapytać, gdzie jesteśmy. Jechaliśmy przez cały dzień. 
Myśleliśmy, że można tu wynająć pokój na noc albo po prostu 
dowiedzieć się, jak daleko jest do motelu w Skibotn. 
Mówiąc to, Jon słyszał, jak jego słowa brzmią coraz dziwniej w tym 
pokoju. Mężczyzna pochwycił bęben. Gwałtownym ruchem zakrył 

background image

go kawałkami materiału, obrócił się szybko i włożył go do skrzyni. 
Wieko zamknęło się z trzaskiem, klucz obrócił się w zamku. 
- W tej zdrowej ręce jest tyle siły, ile w dwóch. - Uniósł Jona i prawie 
rzucił go o drzwi. 
- Trzeba było zobaczyć bruzdę na jego czole, gdy pojął całą sytuację. A 
potem rzucił mną o drzwi - opowiadał Jon. 
- Usłyszałam hałas. 
- Zrobił to zdrową ręką. Lewą ma sztuczną. 
- Dlaczego się tak wściekł? 
- Oczekiwał kogoś innego. A jednak było to dziwne. 
- Zapytałeś, skąd ma bęben? 
- Atmosfera nie sprzyjała zadawaniu pytań. 
Dojechali do skrzyżowania. Tuż za nim, w miejscu gdzie morze stykało 
się z lasem sosnowym, stał motel. Zaparkowali i wynajęli pokój. Pięć 
minut później leżeli w łóżku, przy zgaszonym świetle. Zazwyczaj po 
długim dniu za kierownicą widział zbliżającą się ku niemu drogę. Teraz 
widział nie drogę, lecz bęben, wypakowany, a potem na nowo schowany. 
Czy to możliwe, że był to ten sam bęben, który kiedyś zobaczył? 
- To nie był dobry człowiek - odezwała się Lajla w ciemności. 
- Nie był niebezpieczny - odrzekł Jon. 
- To był wilk - orzekła Lajla. 
- To tylko mały sprytny lis, któremu udało się wbić zęby w kawałek 
pieczeni. 
Przez chwilę było cicho. 
- Mylisz się. Istnieją źli ludzie i on był jednym z nich - dobiegły go jej 
słowa. 
- A co ona mówiła? - zapytał Jon. 
- Była miła, gdy poszedłeś. Zapytała, skąd jesteśmy. 
- Co odpowiedziałaś? 

background image

- Prawdę. Potem zapytała, co robimy. 
- Co powiedziałaś? 
- Ze jesteśmy na urlopie. Jest chyba krawcową lub kimś w tym rodzaju, 
bo wyciągnęła dużo igieł. Moim zdaniem, wyglądała na bardzo 
zmęczoną. Ale była miła i słuchała z zainteresowaniem. 
Słowa Lajli dźwięczały w ciemnym pokoju. Stały się małymi czarnymi 
punkcikami w świetlistym krajobrazie serca. Jon dojrzał dwie osoby 
zmierzające w ich stronę. 
- Widzisz ich, starego mężczyznę i kobietę? - zapytał Jon. 
- Nie - odparła. 
Gdy wydawało mu się, że widzi ich wyraźnie, znikli. 
- Kto to? 
- Znikli. 
- Czy to ci, których odwiedziliśmy? 
- Nie. Dwoje innych. Może ich kiedyś spotkamy - odpowiedział Jon. 
Położył się na boku, by zasnąć. Poczuł wtedy ciepłe, okrągłe pośladki 
Lajli układające się na miejsce, przy jego łonie. Wetknął nos w jej włosy, 
wypełnił go jej zapach i woń henny, którą farbowała włosy. Oddychała 
spokojnie i głęboko. Ostatnią rzeczą, którą słyszał, było wyraźne bicie jej 
serca. 

background image

Otworzył oczy, patrzył prosto na wąski klin skóry, tuż nad kręgami 
szyjnymi Lajli. Było rano, bardzo wcześnie, ale wystarczająco jasno, aby 
mógł dostrzec delikatne włosy na jej karku. Ugięły się lekko, gdy na nie 
dmuchnął. Znowu poczuł jej kuperek pardwy przy swoim łonie. Czuł się 
lekki, a zarazem ciężki, rozbudzony i zaspany. Ona w półśnie wydawała 
się bliska i odległa, i to go podnieciło. 
Potem znowu usnęli. Ocknął się wypełniony porannym snem. 
Wszedł do lasu. Dotarł do jeziora. Na brzegu skarpy, na której przysiadł, 
kwitły dwa dzwonki. Na dnie jeziora zobaczył żabę. Nagle żaba 
przemieniła się, stała się księciem. Również jezioro się przemieniło - w 
wysoką jasną salę, z kryształami zwisającymi z sufitu i kamieniami 
szlachetnymi zdobiącymi tapety. W czerwonych, turkusowych, zielonych 
i żółtych kamieniach błyszczało światło. 
- Jesteś zaskoczony - odezwał nagle jeden z dzwonków. Ale wtedy 
obudził się. Lajla brała prysznic. 
- Pojedziemy z powrotem i zobaczymy, czy dom tam stoi? - zapytała 
Lajla podczas śniadania. 
- Pojedziemy? - odpowiedział pytaniem. 
- Gdybyśmy nie zabłądzili, to nie zatrzymalibyśmy się przy tym domu. 
- Słusznie. 
- Jestem pewna, że ktoś zesłał na mnie sen. 

background image

- Że on to zrobił? 
- Dawniej potrafili zsyłać zarówno niepogodę, sen, jak i nieszczęścia. 
- Sądzisz, że ma taką moc? 
- Może nie on, lecz bęben - odpowiedziała Lajla. 
Pojechali, aby w świetle dnia przyjrzeć się zarówno temu miejscu, jak i 
domowi, i ludziom. Teraz było słoneczne przedpołudnie. Mogło się 
okazać, że to było dwoje całkiem zwyczajnych ludzi, nie takich, jakimi 
wydali się im, gdy zjawili się tam zmęczeni, przestraszeni, nie mając 
pojęcia, gdzie są. Ci ludzie zdziwili się pewnie, gdy dwójka obcych 
pojawiła się u nich tak niespodziewanie. Poranne słońce błyszczało w 
sosnowych szpilkach. Kuter nacinał błyszczącą, gładką powierzchnię 
fiordu. Nad kutrem zawisło stado mew. Dolina wydawała się fascynująca, 
nie tak ciemna i wąska, jak ostatniej nocy. 
- Możemy powiedzieć, że coś zgubiliśmy i teraz próbujemy to odnaleźć - 
zaproponowała Lajla. Była w dobrym humorze i zaraziła go tym. 
- Może ta pozioma bruzda na jego czole wygładziła się? Może ręka 
odrosła? - odrzekł. 
- Mógłbyś powiedzieć, że szukasz bębna, i zapytać, czy mógłby ci go 
pokazać. 
- No pewnie - odpowiedział, będąc nadal w dobrym nastroju. 
- Mógłbyś zapytać, skąd go ma. 
- Oczywiście - powiedział. 
- Mógłbyś też zapytać, czy nie zechciałby nauczyć cię posługiwać się 
bębnem - powiedziała. 
- Owszem. 
- A na koniec mógłbyś go poprosić o bęben. 
Dom był mały i opuszczony. Tylko ślady kół na ziemi mówiły, że ktoś 
niedawno tu był. Drzwi wejściowe były zamknięte. W po 

background image

pielniczce na stole kuchennym leżało kilka niedopałków. Zasłony w 
oknach z tyłu były zaciągnięte. Zauważył, że kit jest suchy, miejscami 
wykruszony, tak że widać gwoździki utrzymujące szybę w ramie. 
Wystarczyłoby je wyciągnąć, wyjąć szybę, odczepić haczyki, a droga do 
środka stanęłaby otworem. 
- Nie ma nikogo, kogo można by poprosić - odezwał się Jon. - O  co? 
- O bęben. -Nie. 
- Ale mogę wejść i go zabrać. To potrwa pół minuty. 
- Nie - rzekła Lajla. 
- Mogę wejść przez okno, zabrać bęben i wstawić szybę na miejsce. 
-Nie. 
- Mógłbym przynajmniej pójść na górę i zobaczyć, czy tam jest. Tylko 
rzucić okiem. 
- Nie rób tego - powiedziała. 
- Pomyśl, a jeśli bęben jest tam w środku? 
- Nie wolno ci. 
- To zajmie chwilę. Pięć minut - powiedział. - Okno jest przegniłe i kit się 
wykruszył. Wystarczy odgiąć kilka gwoździ i jestem w środku, potem na 
strych i raz, dwa, mogę sprawdzić to, o co mi chodzi. 
- Nie można się włamywać. 
- Niczego nie ukradnę. 
- Nie jestem tego taka pewna - rzekła Lajla. 
- Chcę tylko zobaczyć, czy to jest ten bęben, którego szukam. Mam do 
tego prawo. 
- Mimo wszystko nie rób tego - powiedziała. Ale on zaczął szukać noża. - 
Nie teraz. 
- Dlaczego nie teraz? 
- Ktoś może nadejść. 

background image

- Zaryzykuję. - Znalazł nóż i okrążył dom. Lajla podążyła za nim. Odgiął 
gwóźdź nożem i jednym ruchem wyjął go z przegniłej ramy. 
- A poza tym, co w tym złego, że go ukradnę? - zapytał. Właśnie wtedy ze 
szpary w ścianie wyleciała mucha, prosto 
Jonowi w twarz. Była duża, ospała i błękitna. Za każdym razem, gdy 
próbował ją uderzyć, umykała, lśniąc w słońcu niczym zły, brzęczący 
duch. Podczas gdy Jon wyciągał kolejny gwóźdź, krążyła, brzęcząc, 
wokół niego. Potem wleciała mu do ucha i znikła. 
Lajla usłyszała warkot samochodu. Mężczyzna był młodszy, niż sądził 
Jon. Nie miał nawet pięćdziesiątki, ale głęboka bruzda na czole sprawiała, 
że wyglądał na starszego. Był też znacznie wyższy niż wydał się wczoraj 
wieczorem w ciemności. Oczy mial szarozielone, przenikliwe i Jon 
poczuł je na sobie. Został zmierzony od stóp do głów, równie dokładnie, 
jak on mierzył stojącego przed nim mężczyznę. Uświadomił sobie nagle, 
że obcy jest bardziej niż równym mu przeciwnikiem. Wewnętrzna siła 
mężczyzny sprawiała, że jego obecność była dominująca i obezwład-
niająca. Jon był zadowolony, że stoi przy samochodzie, na zewnątrz, a nie 
został schwytany w środku na gorącym uczynku. Jednocześnie wydawało 
się, że mężczyzna wie o jego ukrytych planach. Jon zrozumiał, że ten 
człowiek ma inną moralność niż ta, która hamuje go nakazem „Nie 
kradnij". 
- Szukaliśmy tego. Zgubiliśmy wczoraj. - Jon pokazał nóż. Kobieta 
weszła do domu. Mężczyzna został. 
- I czekaliśmy na was. 
- Nie, nie czekaliście. 
- Miałem ochotę jeszcze raz zobaczyć bęben. Raz kiedyś widziałem 
bęben noaidi. To było dziesięć, piętnaście lat temu. 
- Dlaczego chcesz go zobaczyć? 

background image

- Jest stary i piękny. To musi być rzadkość. Widziałem takie bębny w 
muzeum. Dlatego chciałbym bardzo, byś powiedział mi 
jego funkcji. 
- Wiem, dlaczego tu się znalazłeś - odrzekł mężczyzna. 
- Pewnie. - Jon udawał, że nie zrozumiał podwójnego znaczenia słów 
mężczyzny. 
- Więc na przyszłość pilnuj się, abyś nie błądził i niczego nie gubił. 
- Chyba nie zrozumiałeś - próbował jeszcze Jon. Mężczyzna położył 
sztuczną dłoń na masce samochodu, wbił 
oczy w Jona. 
- Możesz udawać idiotę jak stąd do wieczności. Ale to ja mam bęben. 
- Jak go dostałeś? 
- Nie twoja sprawa. Nie zajmuj się tym. Nigdy się nie dowiesz. Nigdy 
więcej nie zobaczysz bębna. Nigdy więcej tu nie przychodź 
- powiedział. 
- Moim zdaniem to niedobrze, że masz bęben. 
- Dlaczego? - Głos mężczyzny brzmiał teraz podejrzliwie. 
- Gdyż tylko ludzie o wszystkich członkach mogą posiadać taki bęben jak 
ten - odrzekł Jon. 
- A więc tak uważasz! - rzucił ostro, przyciągając dłoń do siebie. 
- Byłoby lepiej dla ciebie, gdybyś zapomniał, że go widziałeś. Jeśli 
chociaż pomyślisz o tym, by tu wrócić, będziesz miał wizytę. 
- Wizytę? - Jon spróbował nadać głosowi ton zaskoczenia. Ale w środku 
go zmroziło. Wiedział, co oznacza takie sformułowanie. To była groźba. 
- Następnym razem to będzie coś więcej niż przywidzenia. 
- Mężczyzna ruszył w kierunku drzwi wejściowych. 
- Tracisz głowę równie szybko jak dłoń - wymknęło się Jonowi. Zanim to 
wypowiedział, mężczyzna obrócił się, z prędkością 
1 zręcznością rzadką u ludzi w jego wieku. 

background image

- Wielu groziło mi nożem, a potem tego żałowało. - Głos był zaskakująco 
spokojny, jakby mężczyzna tylko stwierdzał fakty. 
Jechali w dół doliny, wzdłuż fiordu, aż dotarli do wsi. Jon zatankował 
benzynę, zapłacił kartą. 
- Byłam przerażona - powiedziała. 
- Ja mu nie groziłem. To on groził. Ze będę miał wizytę. 
- Co to oznacza? 
- To oznacza zabójcę. 
- Ciekawe, co on ukrywa - zastanowiła się Lajla. 
- Ja w każdym razie niczego już nie ukrywam. Dobrze, że mogłem 
wyrzucić to z siebie. Nie żałuję ani sekundy. 
- On z ciebie wydobył wszystko. Ale ty się niczego nie dowiedziałeś - 
powiedziała. 
- Dowiedziałem się tego, co chciałem. Miałaś wczoraj rację. Jest złym 
człowiekiem. Grożenie wizytą to rozmowa wrogów. Nie jest lisem, lecz 
wilkiem. Miałaś rację. 
Droga prowadziła od fiordu w górę, do doliny, gdzie po obu stronach były 
pola uprawne. Stado owiec pasło się w wyschłej trawie. 
W dolinie, przez którą wybudowano drogę, miała swe koryto rzeka. 
Spadała z gór kaskadami. Najładniejszych wodospadów nie można było 
dostrzec z drogi. Aby je dojrzeć należało podejść w górę, wzdłuż jaru. 
Przez tysiące lat rzeka wyżłobiła wąwóz z wodospadami, cichymi 
głębinami i przedziwnymi kamiennymi formacjami. 
- Kiedyś ja i Heaika szukaliśmy takiego miejsca, które ma się znajdować 
w tym jarze. To dziura, lub coś w tym rodzaju, przez którą można 
zobaczyć drugi świat. To z religii plemiennych chrześcijaństwo wzięło 
swój obraz raju - rzeki Jon. 
-Aha. 

background image

- Słyszałaś o Kamieniu Dziadka? -Nie. 
- To sieidi, który ma gdzieś tu być. Przy nim można ujrzeć przyszłość. 
- Tak dużo dziś wiesz - odrzekła Lajla. 
Droga pięła się łagodnymi zakrętami poprzez porośnięte brzozami zbocza 
Helligskogen

2

. Gdy znaleźli się nieco wyżej, rozpostarł się przed nimi 

widok na góry. Na jednym z górskich grzebieni stało lawo o kształcie 
piramidy '. To proste schronienie przydało krajobrazowi doskonałej 
równowagi. 
Zatrzymali samochód w miejscu, z którego mieli dobry widok, wyszli na 
wiatr i słońce. 
- Oj, na szczytach leży już śnieg - powiedział. 
- Wszystko znowu powraca do ziemi. - Lajla wskazała na brzozę o 
czerwonych i żółtych liściach. 
- Nawet słońce zniknie wkrótce pod ziemią. 
- Pamiętasz ten bęben, na którym Bóg Słońce znika za horyzontem, we 
wnętrzu ziemi? - zapytał. 
- Niewielu wierzy, że we wnętrzu ziemi jest słońce - odrzekła. 
- Wiedza powraca. 
Daleko w dole leżało duże jezioro, intensywnie błękitne w jesiennym 
słońcu. Za nim, aż do graniczących z wybrzeżem wzgórz, rozpościerała 
się widda. Niebo było tak olbrzymie, jak bywa tylko na widdzie. 
- Jakie dzisiaj wszystko wydaje się klarowne - powiedziała Lajla. 
Postali chwilę bez słowa. Barwa nieba przeszła z jasnego, jasnego błękitu 
w róż, który z kolei zmienił się w ciemny, ciemny fiolet. 
- Jaki rześki wiatr. - Jon wciągał w nozdrza powiew znad gór. 
- Strach mnie ogarnął tam na dole. - Lajla objęła go, przytuliła. 
- Niech zabierze go wiatr - odparł Jon. 

background image

Było coś majestatycznego w górze Saanen leżącej po fińskiej stronie, tuż 
przy granicy. Nie była zbyt wysoka, lecz miała kształt, który sprawiał, iż 
dominowała nad krajobrazem i przykuwała wzrok. Przypominała grzbiet 
zwierzęcia gotującego się do skoku. 
Gdy zbliżyli się, jej profil zrobił się bardziej zaokrąglony. Wyglądało to 
tak, jakby nad widdę wystawał wierzchołek podziemnej czaszki. Szczyt 
porośnięty był mchem i wrzosami, ale zbocza były tak strome i gładkie, 
że nawet równie niewymagająca roślinność nie potrafiła znaleźć grama 
ziemi, by zapuścić korzenie. 
- Ta góra ma duszę - rzekł Jon. 
Lajla wyciągnęła szminkę, ustawiła lusterko na tylnej stronie osłony 
przeciwsłonecznej i podkreśliła usta. Potem przejechała szczotką po 
długich włosach. 
- Nie zatrzymamy się u Liisy i Heaiki? - Włożyła czerwoną szminkę z 
powrotem do torebki. 
- Jeśli dobrze zrozumiałem, chcesz do nich zajrzeć - odrzekł Jon. 
- Nawet jeśli uważasz, że ona za dużo mówi, to powinieneś utrzymywać 
kontakt. Przynajmniej z Heaiką. Przecież to twój stary przyjaciel. 
- Zgadza się. 
- Nie byliśmy tu już od roku. 
- Racja. 
- Możesz przecież siedzieć w oknie i patrzeć na tę swoją górę. - Zaśmiała 
się. 

background image

Zatrzymali się przed czerwonym domem. Do samochodu podbiegł 
czarny, ujadający pies. 
- Poznaje nas. - Pies obwąchał ich, zaczął merdać ogonem i lizać Lajlę po 
rękach wąskim czerwonym językiem. 
Przy każdym talerzu leżały ogryzione kości, jako że na obiad jedli mięso 
renifera. Heaika posprzątał ze stołu, kości dal psu. Nastawił kawę. 
- Ogryzione kości - powiedział Jon - przypominają mi szkielet wilka, 
który widziałem kiedyś w dzieciństwie na bagnach. Miałem wtedy pięć, 
sześć lat. Od wilczych zębów odbijało się słońce. 
- To przypomina mi sny, które miałam jako dziecko - wtrąciła się Lajla. 
- Jakie sny? - zapytała Liisa. 
- Śniło mi się, że jestem w górach. Była zima, pełnia księżyca. Nagle 
słyszałam wycie wilków. Przerażona, zaczynałam biec w stronę domu tak 
szybko, jak tylko mogłam. Wiedziałam, że z tyłu za mną są wilki. W 
końcu dobiegałam do domu, wbiegałam na schody. Czułam wtedy na 
karku wilczy oddech. 
Nagle otworzyły się drzwi i wszedł cicho jakiś mężczyzna. Liisa i Heaika 
podnieśli się, podali obcemu rękę. Rozmawiali z nim, stojąc, podczas gdy 
Lajla i Jon siedzieli przy stole. 
- Chciałbym się zaraz pożegnać, byśmy znowu nie musieli jechać przez 
pół nocy - powiedział Jon. Lajla skinęła głową. 
W tym momencie obcy obrócił się w ich stronę, zbliżył się do nich, 
rzucając zaciekawione spojrzenie spod krzaczastych brwi. Najpierw 
przywitał się z Lajlą, potem z nim. Jon nie dosłyszał imienia. Liisa była 
dziwnie niespokojna. 
- Jak się kończył twój sen, Lajla? - spytała. 
- Drzwi były zamknięte. Stałam na schodach, tak bliska ocalenia, a jednak 
zgubiona. W chwili gdy wilki miały zatopić we mnie kły, budziłam się. 

background image

- Kiedy wszedłeś, akurat opowiadała nam o swoim śnie - wyjaśniła Liisa 
obcemu. - Goniły ją wilki w świetle księżyca, po widdzie. Jak sądzisz, co 
to może oznaczać? - spytała. 
Właśnie wykipiała kawa. Heaika pobiegł, aby ściągnąć czajnik z 
kuchenki, a wokół rozniósł się zapach kawy. Heaika wrócił z czajnikiem i 
napełnił filiżanki. 
- Uważasz, że to był zły sen? - Obcy wrzucił do filiżanki kostkę cukru. 
- Wtedy mnie przerażał. Teraz niemal mi go brakuje - odrzekła Lajla. 
- Słyszałem wilki i widziałem wilki, prawdziwe wilki i wilki--duchy ze 
snu - powiedział obcy, podmuchał w parującą filiżankę i ostrożnie 
pociągnął łyk. - To nieprawda, że wilk jest wcieleniem Diabla. Wilk nie 
atakuje człowieka i nie daje rady zdrowym reniferom. Zabija słabe i 
uzdrawia stado. Wilk też musi żyć. Takie jest prawo natury. 
- A wilki-duchy? - zapytała Liisa. 
- To gońcy. Wtykają nos we wszystko. Robią to, co im się każe. Lubią 
tańczyć w świetle księżyca. 
Jon też śnił o zwierzętach. To był sen z tych dziwnych nocy, gdy miał 
dziesięć, dwanaście lat. Noce nigdy nie były tak ciemne jak wtedy. 
- Nasz przyjaciel siedzi zatopiony w myślach. Może chce nam coś 
powiedzieć? - Obcy spojrzał nagle na Jona. 
- Kiedyś miałem kudłatego przyjaciela. Mieszkał w jamie. To było 
miejsce tylko moje i jego; gdzieś daleko, daleko od innych. 
- I cóż oznacza taki sen? - Liisa spojrzała na obcego. Ale on milczał. 
W ciszy Jon usłyszał brzęczącą muchę. Potem jednak brzęczenie ucichło. 
Opróżniono filiżanki. Lajla spojrzała na Jona niespokojnymi oczami. Ale 
teraz mu się nie spieszyło. Coś było w tym mężczyź 

background image

nie, który mówił tak zwyczajnie o snach i duchach. Co on wiedział? 
- Czy masz nadal swojego kudłatego przyjaciela? - zapytał mężczyzna. 
- Tak. - Jon byl zaskoczony pytaniem i udzieloną przez siebie 
odpowiedzią. Jeszcze więcej ciążyło mu na sercu. 
Lajla wstała, chciała iść. 
Wolał, by nie niszczyła nastroju i kontaktu między nim a obcym. Nagle 
ważne się stało, by to podtrzymać jak najdłużej. 
- Jeśli mamy dotrzeć przed północą, musimy zaraz wyjechać - 
powiedziała Lajla. 
- Musicie już jechać? - zapytał Heaika. 
- Zanocujcie - poprosiła Liisa. 
- Planowaliśmy dotrzeć dzisiaj do domu - odpowiedziała Lajla. 
- Tak nam się spieszy? - Jon próbował powiedzieć to w sposób jak 
najbardziej niefrasobliwy. 
- Sądziłam, że chcesz dzisiaj dojechać. 
- Mam ochotę zostać. 
Lajla rzuciła mu zrezygnowane spojrzenie, usiadła. Liisa uśmiechnęła się, 
Heaika zebrał filiżanki. Jon na nowo pogrążył się w nastroju. Chciał, aby 
to trwało wiecznie. Wówczas obcy podniósł się i poszedł, wyszedł bez 
słowa pożegnania. Zniknął równie cicho, jak się pojawił. 
Dla Jona powstała przerwa w czasie. 
- Wiedziałem, że ci się spodoba. Zawsze opowiada takie dziwne rzeczy - 
rzeki Heaika. 
- Ale teraz poszedł, tak bez słowa - powiedział Jon. 
- Taki jest Abraha - wtrąciła Liisa. 
Heaika i Jon wyszli na dwór, by rozegrać zawody w rzucaniu zielonym, 
plastykowym lassem. Celem była głowa renifera umo 

background image

cowana na słupie. Odległość wynosiła około dziesięciu metrów. Heaika 
trafił osiem razy na dziesięć pierwszych rzutów. Potem Jon przejął lasso, 
ułożył je w zwoje. 
- Kiedyś byłeś lepszy - rzekł Heaika po kilku nieudanych rzutach. 
- Nie miałem lassa w ręku od naszych ostatnich zawodów. Ponad rok 
temu - odrzekł Jon. 
- Przedtem zawsze mnie pokonywałeś. Teraz ja jestem lepszy. Jon był 
kiedyś lepszy. Po mistrzowsku sprawiał, że pętla lassa 
otwierała się w ładne O. Teraz lasso plątało się lub formowało wąski owal 
i spadało obok rozłożystych rogów. Czasami mu się udawało, ale pięć 
trafień na dziesięć rzutów to kiepsko. 
Złościło go to, że Heaika jest o tyle lepszy. I że powiedział to głośno, 
nawet jeśli było to prawdą. 
- Chcę trafić - powiedział do siebie, spróbował raz jeszcze, bez skutku. 
Heaice natomiast udało się sprawić, że zwinięte w zwoje lasso popłynęło 
lekko, pętla otworzyła się tuż za pierścieniem

i opadła wokół rogów nie 

dotykając ich. 
Jak to się stało, że zapomniał umiejętności, w których kiedyś był tak 
biegły? 
Lajla wyszła, by popatrzeć, i wtedy, oczywiście, rzucał jeszcze gorzej. 
Cały czas zastanawiał się też, dlaczego obcy tak nagle odszedł. Nigdy nie 
mógł przyzwyczaić się do tego, że ludzie przychodzili i odchodzili bez 
uprzedzenia, bez pożegnania. 
Heaika trafił dziewięć razy na dziesięć, a Lajli udało się sześć na dziesięć. 
Wówczas wyszło mu kilka rzutów. Było to ekscytujące. Lasso pofrunęło 
niczym przedłużenie jego dłoni i ramienia. 
Koniec końców rezultat byl jednak niewiele lepszy. Linka lassa plątała 
się, pętla się nie otwierała, a gdy się otwierała, to spadała obok pala z 
rogami. 
- Co takiego robię źle? 

background image

- Próbujesz zbyt usilnie - rzeki Heaika. - Marszczysz czoło, sztywnieją ci 
mięśnie ręki. To wszystko przeszkadza. 
Znowu ułożył lasso w zwoje, bez wysiłku i z uśmiechem wyprowadził 
ramię łukiem na wysokości ramienia i wyrzucił plastykową linkę. Pętla 
otworzyła się i pochwyciła rogi. Heaika szarpnął, naprężył linkę, 
przyciągając ręce do siebie na wysokości bioder, pociągnął całym ciałem. 
- Siedzi - stwierdził. 
Potem rzucała Lajla i linka opadła na sam czubek rogu. Nie ześlizgnęła 
się jednak. Zaczepiła się i rzut był zaliczony. Jon spróbował raz jeszcze i 
po raz kolejny nie trafił. 
- A poza tym nie lubisz przegrywać - powiedział Heaika. 
Wieczór zjawił się wraz z różowymi i purpurowymi chmurami. Saanen 
przypominała ogromną głowę otoczoną glorią. Powietrze się ochłodziło. 
- Masz lasso? - zapytał Heaika, zwijając gładką zieloną linkę. 
- Już nie. 
- Weź to. Potrzeba ci treningu. Wiem, że potrafisz lepiej - rzekł Heaika, 
zwinął lasso i podał Jonowi. 
Lajla i Jon zeszli ścieżką do dużego jeziora leżącego poniżej domu. Przy 
pomoście stała przycumowana łódź. Jon powiosłował na wyspę leżącą na 
jeziorze, chciał odwiedzić zagadkowy kamień stojący tam między 
brzozami. 
- Dziwny jesteś - odezwała się Lajla. 
- Dlaczego? 
- Najpierw mówisz, że jedziemy. Potem nagle zmieniasz zdanie. I już nie 
jedziemy. Mam nadzieję, że nie zdecydujesz się na jazdę w środku nocy. 
- Miałem ochotę zostać. 
- Z powodu tego mężczyzny? 

background image

- Zgadza się. 
- I od razu, gdy tylko postanowiłeś zostać, odszedł? 
- Zgadza się. 
- Dobrze ci tak - wyszczerzyła zęby w uśmiechu. 
- Kochana z ciebie żmijka. 
- Nie, jestem kochaną i przymilną górską pardwą, która miała przeczucie, 
że coś się wydarzy. 
- Mądra po szkodzie - prychnął Jon. 
- To był test na twój szósty zmysł - odrzekła. 
Nie miał nic więcej do powiedzenia. Wiedział, że jej nie przegada. Jej 
słowa zawisły w ciszy. Słyszał chlupotanie drobnych fal. W półmroku 
przeleciały tuż nad nimi cztery dzikie kaczki i lądując, naznaczyły długi 
ciemny pas na jasnym lustrze wody. 
Potem nad wzgórzami po szwedzkiej stronie ukazał się księżyc, jasny, 
prawie przezroczysty, o nieistniejącej barwie: nie białej, nie żółtej, nie 
błękitnej, nie różowej. Płynął łagodnym łukiem nad wierzchołkami. W 
oddali zaszczekał pies. Jakiś samochód przejechał szosą. 
Nagle Lajla ujęła jego głowę w dłonie, pocałowała go. Pocałowała 
namiętnie. Jednym ruchem zrzuciła z siebie sweter i koszulę. Jej ciało 
połyskiwało w bladym świetle księżyca. Piersi kołysały się, ożyły, a w 
chwili gdy się wyprostowała, zmieniły punkt ciężkości. 
Podnieciło go to. I ona o tym wiedziała. 
Zrzuciła spodnie i wsparła się o kamień, wypinając pośladki. 
- Myślałem, że pardwy górskie nie parzą się jesienią - odezwał się do niej, 
patrząc, jak stoi i kręci ku niemu nagim kuperkiem. 
- Ta pardwa parzy się wtedy, kiedy ma na to ochotę. Ale może kogut 
zapomniał, jak to się robi. 
Z powrotem wiosłowała Lajla. Dulki skrzypiały przy każdym ruchu 
wiosłem. Księżyc zniknął za Saanen. Obszar między górą a nimi leżał w 
mroku, a jej ostry cień zalegał na wodzie. 
Wpłynęli prosto w górę, która stalą na głowie. 

background image

Wrócili do uśpionego domu i ciszy, która wchłaniała wszystkie dźwięki. 
Cisza wyłaniała się z ziemi i unosiła ku niebu, zabierając ze sobą 
skrzypienie ścian, tykanie zegara w kuchni i oddech śpiącej Lajli. 
Jedyne, co pozostało, to jego niepokój. 
Postanowił zasnąć, oczy miał jednak szeroko otwarte. Wyciągnął książkę 
z podróżnej biblioteczki, ustawił ją tak, by na kartki padało światło 
księżyca. W miarę czytania zauważył, że litery i słowa zamykają się przed 
nim. Nie rozumiał tego, co czytał, nie pamiętał nic z tego, co było tam 
napisane. Odłożył książkę, znalazł inną. Otworzyła się sama, a oczy 
zatrzymywały się na przypadkowej stronie, gdzie tekst napisany był 
małymi literami i językiem z ubiegłego stulecia. 
„Góry owe - czytał - traktuje Lapończyk jak święte i zwie je saivo. 
Przyczyna otaczania owych gór czcią jest następująca: otóż Szatan 
wmówił im, iż pod każdą takową górą mieszka anioł święty albo bóg 
podziemny, w którego mocy jest chronienie ich i pomaganie im we 
wszystkim, co przedsięwezmą". 
Wpadła mu w rękę książka o mitologii. Najwidoczniej napisana przez 
księdza, gdyż Szatan został tu ukazany jako ogromne zagrożenie. Ten 
okres historii przesunął mu się przed oczyma w przyspieszonym tempie. 
Dziś groźby straciły swą moc. To, co czytał, nie prowokowało go, lecz 
wręcz usypiało. Ale ponownie podniósł książkę, sylabizując z trudem. 
„Z takowych aniołów górskich wybiera Lapończyk jednego albo dwóch, 
a czasami trzech lub czterech, których joikiem szczególnym 

background image

przyzywa, gdy chce coś przedsięwziąć, zwłaszcza gdy chce w bęben 
szamański uderzyć albo w inny sposób do Szatana się zwrócić". 
Kilka razy musiał zaczynać to zdanie od początku, zanim doczytał je do 
końca i zrozumiał, co tam jest napisane. Dlaczego dawniej tak 
oszczędzano na kropkach? 
„Albowiem nie ma Lapończyka, który nie miałby swego saivo". 
Światło w pokoju było słabe. Litery były drobne i umykały mu. Ale 
dowiedział się, że Saam miał nadzieję, iż po śmierci dostanie się do 
wnętrza świętej góry. Tam mieszkali jego przodkowie. Tam czekały na 
niego duchy pomocnicze. Rozdział ten kończył się długim kazaniem, 
dotyczącym Szatana i wiecznych mąk czekających dusze potępione. Była 
tam również mowa o tym, co zrobiono i co jeszcze należało zrobić, aby 
ratować dusze przed zatraceniem. Dalsza lektura była dla Jona czystym 
lekarstwem nasennym. 
Noaidiby] wielkim, złym wilkiem, którego należało się pozbyć. Pilnował, 
by ludzie szli drogą przodków. Mieli mówić własnym językiem. Mieli 
zachowywać obyczaje. Nawet strojów nie mieli używać innych niż 
tradycyjne. Tak głosił noaidi. Ale Bóg nie mówił po saamsku. Bębny 
należało spalić. Jon ziewnął, byl na granicy snu. Znał to wszystko na 
pamięć. 
„Albowiem wierzą, iż po śmierci zostaną w saivo przemienieni w bogów" 
- przeczytał i odłożył książkę. 
Noaidi pozostał jednak słowem, którego Kościół państwowy nie zdołał 
unicestwić, mimo wszelkich gróźb. A teraz nadszedł nowy czas. Jon 
poszukiwał wiedzy, która płynęła z głębszego niż chrześcijaństwo 
miejsca w łonie historii. Pragnął bezpośrednich doświadczeń. Gdyby 
tylko mógł znaleźć szczeliny. Istniał inny kraj. Myślał o Niangali, kraju 
myśliwych. Kraju z migocącymi ogniskami obozowymi. Byl tam 
mężczyzna imieniem Tengel. Był złym. Stallo wędrował przez wszystkie 
obrazy plemienne. 
Jon nawet nie wiedział, jak nazywa się mężczyzna mający bęben. 

background image

Nie wiedział też nic o szczelinie prowadzącej na drugą stronę. 
Jona obudziło stukanie do okna. Podniósł się, odsunął zasłonę i spojrzał 
prosto w oczy sowy. Siedziała na parapecie i wpatrywała się w niego 
nieruchomo swymi zielonymi oczyma. Oczy te dotknęły czegoś, co przez 
wiele lat było uśpione. 
Wyfrunął przez sowie oczy, ponad jeziorem i wyspą, zataczając w 
powietrzu duży luk. Zobaczył przed sobą Saanen. Znał ten profil z wielu 
podróży samochodem i z wycieczki łodzią ostatniej nocy. Teraz jednak 
góra wyglądała inaczej, tak jakby się poruszała. 
Wówczas sowa znowu zapukała w szybę, ześliznęła się z parapetu i 
zniknęła. 
Jon się ubrał. Wzdrygnął się, gdy zaskrzypiały deski w podłodze. 
Przeżycie związane z lotem było naturalne, rzeczywiste i nie było w tym 
nic dramatycznego. Zaskoczyło go jednak. 
Powietrze jesiennej nocy było chłodne i rześkie. Księżyc zniknął. Jon 
zajrzał przez okno do domu. W łóżku spała Lajla, na półce leżała książka. 
Pod oknem na piasku leżało półkoliście wygięte piórko, lekkie jak płatek 
śniegu. 
Jon skierował się w stronę góry. Przeszedł przez szosę i odnalazł ścieżkę 
prowadzącą do jej podnóża. Góra rosła, a jej ciężar zwiększał się w miarę, 
jak Jon zbliżał się do niej. 
Ścieżka wiodła go przez brzozowy las w stronę nagiej, skalistej góry 
wyrastającej stromo z ziemi. Z biegiem czasu kamienie i skalne bloki 
wielkości chat i domów obluzowały się i stoczyły, tworząc osypisko 
między zboczem góry a brzozowym lasem. Ścieżka wiła się pomiędzy 
głazami, a potem biegła wzdłuż czarnej skały. Wzdrygnął się, gdy jakiś 
ptak zatrzepotał skrzydłami tuż przed jego stopami. Wyostrzywszy 
zmysły, posuwał się dalej. 

background image

Kilka kamieni obluzowało się w mroku ponad nim i potoczyło przez las. 
Ucichło. I wtedy przyszła lawina. Grzmiało i huczało, a skalne bloki 
ześlizgiwały się z wysoka, przeskakiwały ze skalnej półki na półkę. Grunt 
zatrząsł mu się pod stopami w chwili, gdy lawina uderzyła o podnóże. 
Słyszał trzask łamiących się brzóz. Potem przetoczyły się ostatnie głazy, 
kamyki, ziarenka piasku i wszystko się uspokoiło. Rozniósł się zapach 
spalenizny. 
Zgubił ścieżkę między blokami skalnymi, lecz wspinał się dalej. Przez 
moment wydawało mu się, że droga jest zagrodzona. Ale wtedy duży 
skalny blok jakby się przed nim otworzył, przedzielając się na pół. 
Pęknięcie było na tyle szerokie, że mógł przez nie przejść. Chropowata 
skała była chłodna na powierzchni, jej wnętrze emanowało 
bezpieczeństwem. 
Nagle znalazł się na płaskowyżu. Poczuł zapach dymu. Musiał dolatywać 
od strony lawiny albo domów stojących na dnie mrocznej kadzi. Jezioro 
w dole przypominało czarne lustro. Nagle z ciemności wyłonił się pies, 
obwąchał go i zniknął. Wówczas spostrzegł lawo. Dym dobywał się 
stamtąd. Jon podszedł do namiotu. 
W środku płonęło ognisko. W migocącym blasku siedział mężczyzna o 
imieniu Abraha. Dopiero wtedy Jon go rozpoznał. To Abraha pojawił się 
w jego śnie ostatniej nocy. 
- Odnalazłeś drogę przez mrok - rzekł Abraha. -Tak. 
- Na wszelki wypadek rozpaliłem ogień - ciągnął dalej Abraha. Jon usiadł 
przy płonącym żywo ognisku. 
- Góra się poruszyła - powiedział obcy. 
- Co takiego? 
- Nieczęsto góra tak się rusza, jak dzisiejszej nocy - odrzekł mężczyzna 
przy ognisku. 

background image

Znowu siedział na ziemi, nie na siedzeniu w samochodzie, nie na krześle. 
Żar tlił się między kamieniami paleniska, a nie w brzuchu pieca. Tak 
siadywali przodkowie. Nie tylko jego przodkowie, lecz przodkowie 
wszystkich. Wpatrywali się w żar po polowaniu, po pracy. Gotowali na 
ogniu, wróżyli z niego przyszłość lub wrzucali w płomienie swoje 
rozczarowania. 
W namiocie pociemniało. Cienie pokryły twarz po przeciwnej stronie 
paleniska. Skądś dobiegało ciche powarkiwanie śpiącego psa. Jon nie 
wiedział, co powiedzieć. Cisza przedłużała się. W ognisku zaświstało. 
Mężczyzna podniósł się, jak na dany sygnał, i wyszedł. 
Jon ruszył za nim przez płaskowyż, w górę ku osypisku. W pewnej chwili 
zatrzymali się, mężczyzna się pochylił. Jon sądził najpierw, że tam jest 
deszczówka, która nagromadziła się w skalnym zagłębieniu. Ale było to 
źródło. 
- Nigdy nie zamarza, nawet w najbardziej mroźne zimy - rzekł obcy i 
zaczerpnął dłonią kilka łyków wody. Potem przetarł nią oczy. 
- Ta woda jest dobra na wzrok. 
Jon zanurzył dłoń w wodzie. Była chłodna. Miała ożywczy smak. 
- Jest też dobra na słuch. - Abraha przemył nią uszy. Jon też przemył uszy, 
ale nie oczy. 
Abraha poszedł dalej w górę, między skalnymi blokami. Była tam wąska 
ścieżka prowadząca do ciasnej rozpadliny. Rozpadlina kończyła się 
ukośnym pęknięciem prowadzącym do wnętrza góry. 

background image

Abraha wszedł w pęknięcie, a Jon za nim. Jaskinia prowadziła coraz 
bardziej pochyło w dół i stawała się coraz węższa. 
Nagle Jon usłyszał pieśń w mroku przed sobą. To pewnie Abraha 
joikował. Ale gdzie się podział Abraha? Zniknął. Jon poczuł czyjś oddech 
na karku. Zesztywniał. W tunelu za nim coś było. Był unieruchomiony w 
wąskiej szczelinie, tak jakby góra uchwyciła go i trzymała nadludzką 
mocą. 
Jon uwolnił się, zawołał Abrahę. Ale odpowiedzi nie było. Głos zamarł w 
otaczającym go mroku. Jon po omacku posuwał się naprzód. Zrozumiał, 
że tunel dzieli się na kilka korytarzy. Którędy miał pójść? Zatrzymał się, 
próbował usłyszeć nieznajomego. Dobiegł go tylko szum, który 
stopniowo przeszedł w pieśń. 
Czuł się mały we wnętrzu tej góry. Sam. W ciemności. Pod ciężarem 
wielu tysięcy ton kamienia. Jedynym drogowskazem, którym mógł się 
kierować, był joik. To na pewno Abraha bawi się w jaskini jego kosztem. 
Zrobił kolejny krok w ciemności, upadł do przodu. Poczuł się 
zadziwiająco lekki, lżejszy od powietrza, spadał i spadał, tak jakby w dół 
tunelu. Tunel schodził w dół spiralą, zwężał się i rozszerzał. Jon odkrył 
wówczas, że może zmieniać swoje rozmiary, być duży lub mały, w 
zależności od potrzeby. 
Daleko pod sobą ujrzał światło. Zbliżało się ku niemu z oszałamiającą 
prędkością. 
Jon wiedział, że leży na brzuchu w nieprzeniknionej ciemności w jakiejś 
jamie, z twarzą i dłońmi w sypkim piasku. Część niego szybowała jednak 
w dół ku jasnej głębinie w łonie góry. W końcu wylądował w wielkim 
pomieszczeniu oświetlonym przez ognisko. 
Wokół ogniska siedziało czterech mężczyzn bawiących się ogniem. Brali 
go w dłonie, pozwalali mu pełzać w górę po rękach. Potem posyłali ogień 
z powrotem do ogniska. Wskazywali palcami, a ogień szedł w 
wyznaczonym kierunku. Jeden z siedzących 

background image

wziął ogień w obydwie dłonie, pozwolił, by ten podpełznął w górę 
wzdłuż rąk, ramion, głowy, aż cały mężczyzna siedział w ogromnym 
płomieniu. 
Wówczas jeden z czwórki skinął głową w stronę Jona. Nazywał się Jov. 
Jov wyjął bęben, zaczął w niego uderzać młoteczkiem w kształcie litery 
Y. Głos bębna nakazał ogniowi dopalić się. We wnętrzu góry 
pociemniało. Ukazało się rozgwieżdżone niebo. W najmroczniejszym z 
mroków jesiennego nieba tkwiły najbardziej błyszczące z błyszczących 
gwiazd. Trzy z nich zaczęły obracać się wokół swej osi w rytmie bębna. 
Ich światło mieszało się ze sobą, aż zapłonęły, gdzieś wysoko na 
nieboskłonie. Z tego ogniska wystrzelił nagle ognisty promień, prosto w 
stronę siedzących we wnętrzu otwartej góry. Z przerażającym szumem 
ogień spadł z gwiazd. Ognisko na ziemi zapłonęło. 
Jov zaśmiał się, odłożył bęben. 
W miarę jak widzenia znikały, Jon odzyskiwał czucie i ciężkość ciała. 
Teraz musiał tylko odnaleźć drogę powrotną z wnętrza góry. Usłyszał 
uspokajający joik. Ujrzawszy migocące ognisko, sądził, że jest znowu u 
czterech mistrzów ognia. Ale po przeciwnej stronie ogniska siedział 
Abraha. Jon rozejrzał się i zobaczył, że leży na skórze przy ognisku w 
namiocie. 
- Jak się tu dostałem? 
- Byłeś tu przez cały czas. 
- Byłem we wnętrzu góry. Spotkałem tam mężczyznę z bębnem, który 
potrafił przemówić - rzekł Jon. 
- Aha - odparł Abraha. 
- Nie weszliśmy do jaskini? 
- Poszliśmy do źródła. 
- Potem weszliśmy do jaskini. 
- Potem wróciliśmy do namiotu. 
- Ktoś joikował - powiedział Jon. 

background image

- Ja pikowałem - odrzekł mężczyzna. 
Jon musiał dowiedzieć się czegoś więcej o tym mężczyźnie i o 
magicznym joiku. Opowiedział, kim jest, skąd pochodzi. Urodził się na 
Royehodet, powiedział. To taka góra. Matka wtedy zmarła. Ojca nie znał. 
Abraha zachowywał się tak, jakby o wszystkim tym wiedział. 
- Jak się nazywasz? - zapytał Jon. 
- Antti. 
- Liisa nazwała cię inaczej. -Jak? 
- Abraha. 
Jon poczuł się niepewnie. Może to było przezwisko, imię, którego nie 
lubił. Powinien raczej zapytać o ten przedziwny joik. 
- Ty też masz dwa imiona - powiedział Abraha. 
- Mam tylko jedno imię, Jon - odparł. 
- Masz jeszcze jedno imię. 
- Masz na myśli Jovna

5

- Nazywasz się Banzo - rzekł Abraha. 
- Banzo? 
- Nigdy o tym nie słyszałeś? 
Stali przed namiotem. Gwiazdy bladły na niebie. Abraha, odwróciwszy 
się, sikał, aż z ziemi uniosła się para. Zamierzał wejść z powrotem do 
namiotu. Jon miał duszę pełną wrażeń, a głowę pełną pytań. Co znaczyło 
imię Banzo? A Abraha? 
- Znasz trzy gwiazdy, które mogą pluć ogniem? - zapytał. Abraha pokazał 
na Pas Oriona. 
- Tam są - odrzekł. 
- Widziałem, jak to się działo, gdy byłem we wnętrzu góry. 
- Czy byli tam jacyś tancerze gwiezdni? -Kto? 
- Tańczą na gwiazdach. 

background image

- Nie, wszyscy siedzieli na ziemi. 
- Albo ci, którzy podróżują na promieniach słonecznych. 
- Tam nie było słońca. 
- Jeśli zechcą, mogą sprawić, że słońce zaświeci w środku nocy. 
- Dokąd mogą udać się na słonecznych promieniach? 
- Do miejsca za słońcem i gwiazdami, tam, gdzie jest wiedza. Abraha 
ruszył w stronę namiotu. 
- Muszę cię o coś zapytać - rzekł pospiesznie Jon. Abraha obrócił się, 
zatrzymał. 
- Moje imię, Banzo, znaczy coś szczególnego? 
- Samiec renifera z dużym porożem, jesienią. Samiec w rui -powiedział 
Abraha zwyczajnym tonem. 
- A co oznacza twoje imię, Abraha? 
- Widzę, że chcesz wiedzieć więcej niż Liisa - odrzekł. - Abraha to nazwa 
najrzadszych reniferów, które można napotkać w stadzie. To te 
dwupłciowe, białe. 
Ziemia była zmrożona, gdy schodził ścieżką do domu. Emocje nocy 
zniknęły. Ale poranek zwlekał z nadejściem. Podobało mu się imię 
Banzo. Wyobraził sobie tego byka. Wiele takich było na widdzie, teraz w 
czasie wzmagającej się rui. Nigdy jednak nie widział dwupłciowego 
renifera, na dodatek białego. 
Na słupie siedziała nieruchomo sroka. Nawet pies się nie obudził, gdy 
człowiek-renifer w rui przeszedł obok, mijając wcinający się w jezioro 
cypel. 
Światło słoneczne przypominało najpierw ognisko za horyzontem. 
Gdzieś tam siedział największy z wszystkich noaidi i bawił się ogniem, 
który oświetlał i ogrzewał nasz system słoneczny. 
Potem promienie słoneczne doszły do wierzchołka góry, w której wnętrzu 
był. Czy kiedykolwiek nauczy się podróżować na tych promieniach 
przeszywających mrok? 

background image

Powoli ułamek słońca rozrósł się, stał się duży, okrągły, czerwony i 
ułożył się na linii horyzontu. Wydawało się, że się nie uwolni. Wtedy Jon 
zaczął śpiewać joik słońca. Słońce dostało wówczas skrzydeł, uniosło się 
ponad horyzontem, jakby joik dodał mu nowych sił. Stopniowo, podczas 
gdy światło się uwalniało, a promienie wypełniały doliny, słońce straciło 
swą intensywną barwę, zbladło. Nadszedł poranek. 
Jon zapomniał poprosić Abrahę, by ten nauczył go swego magicznego 
joiku. Musiał to zrobić w ciągu dnia. Musiał spotkać Abrahę raz jeszcze. 
Trzeba będzie zostać tu przynajmniej na jeszcze jedną noc. 

background image

- Nigdy nie śmiałabym go odszukać - odezwała się Liisa. Zjedli 
śniadanie. Jon opowiedział o wędrówce w głąb rozpadliny. 
- Nie bałeś się, że zostaniesz tam na zawsze, że nie odnajdziesz drogi 
powrotnej? - zapytała Liisa. 
- To zdarzyło się tak niespodziewanie. Nie miałem czasu, by się 
zastanawiać. Wszystko potoczyło się samo. 
- Byłeś odważny - stwierdzia Liisa. 
- Gdyby sowa nie zastukała do okna, to bym nie wyszedł. Tak to się 
zaczęło - rzekł Jon. 
- Tej nocy tak to się zaczęło - wtrąciła się Lajla. 
- To dziwne, że przyszedł wczoraj. W ogóle był tu przedtem tylko kilka 
razy - powiedział Heaika. 
- A wiesz, co znaczy Abraha? - Jon spojrzał na Liisę. 
-To tylko takie przezwisko. Chyba nie znaczy nic specjalnego. Wiesz, co 
to znaczy? - zwróciła się do Heaiki. 
- Dziwak - odpowiedział Heaika. 
- Tak, oryginał - rzekła Liisa. - Kiedyś był bogaty, ale potem wszystko 
stracił, zachorował, zdziwaczał. Prawda, Heaika? Przez całe lato mieszka 
sam w chacie za górą. Wydaje mi się, że nie lubi, gdy ludzie nazywają go 
Abraha. 
- Znacie tę jaskinię w górze? 
- Słyszałem, że gdzieś ma być jaskinia, ale nie wiem gdzie. - Heaika 
potrząsnął głową. 
- Jest tam też źródło, które nie zamarza bez względu na to, jak jest zimno 
- powiedział Jon. 
- O nim nigdy nie słyszałem. 

background image

Lajla miała ochotę raz jeszcze przed odjazdem odwiedzić wyspę. Ale 
chciała też dotrzeć dzisiaj do domu, gdyż czekali na nich rodzice. 
- Czujesz tę woń? - zapytała, wdychając zapach wiatru, wody i 
rozgrzanego słońcem dnia. - Przybyło tyle kolorów - zauważyła. 
- Dziwne, że Heaika nie wiedział, gdzie jest jaskinia i źródło. 
- Dziwne - zgodziła się Lajla. 
- Heaika mieszka tu przez całe życie. 
- Wiedzieli tak naprawdę, co oznacza to imię? - Lajla zerknęła na niego z 
zaciekawieniem. 
-Nie. 
- A co znaczy? 
- To nazwa białego, dwupłciowego renifera, najrzadziej spotykanego 
zwierzęcia w stadzie. 
- Miałeś szczęście, że go spotkałeś - rzekła Lajla. 
- Odszukał mnie. 
- Jak to? 
- Pamiętasz mężczyznę, którego widziałem wczoraj we śnie, tuż przed 
przebudzeniem? 
- To był on? -Tak. 
Jon odcumował, zepchnął łódź na wodę i usiadł przy wiosłach. 
- Spójrz, jak barwy odbijają się w wodzie - powiedziała. 
- Teraz pójdzie już szybko. 
- Po przyjeździe do domu popłyńmy do naszej gammy

6

. Nie moglibyśmy 

tam pomieszkać, Jon? 
- Chętnie. 
- A może już następnej nocy? 
- Zobaczymy. 
Dno łodzi zaszorowało o piach przy brzegu wyspy. Lajla wskoczyła na 
ląd i pociągnęła łódź ku sobie. Poszli do kamienia z poprzedniej nocy, i z 
wielu innych nocy. 

background image

- Chciałabym zaraz wyruszyć - rzekła. 
- Zobaczymy. 
W promieniach słońca kamień wcale nie wyglądał niezwykle. Nawet to, 
że spoczywał na czterech mniejszych kamieniach, tak iż nie leżał 
bezpośrednio na ziemi, nie wydawało się dziwne. Zmieniało jednak 
kamień i wyspę w coś specjalnego. 
- Czy to nie dziwne, że nie wiedzieli o szczelinie i o źródle? - powtórzył 
Jon. 
- Teraz to już przesadzasz. Wszyscy nie muszą wszystkiego wiedzieć. 
Wiedzieli o tym kamieniu, prawda? Nie każdemu go pokazują - 
powiedziała. 
- Myślisz, że wielu wie o tym miejscu? 
- Pewnie ktoś wie - rzekła - ale ja wierzę w moc tajemnicy. A pamiętasz, 
jak znaleźliśmy się tutaj po raz pierwszy? Coś wydarzyło się tamtej nocy. 
- Dziwi mnie, że wiedzę trzyma się w tajemnicy. Nawet dzisiaj. 
Rozumiem, że było to konieczne w czasie wojen religijnych. Ale nie 
teraz. Teraz trzeba spiętrzyć całą życiową wiedzę przeciw czarnej magii 
tkwiącej w przeczuciu zagłady. 
- Ludzie mówią, że wiedza zaginęła. 
- Ona tu jest - powiedział Jon. 
- Czy wiele zataiłeś z dzisiejszej nocy? - zapytała. 
- Wiedza jest we wnętrzu góry. Jest też w słońcu. Abraha powiedział, że 
można chodzić po promieniach słońca. 
- Nie rozumiem, o czym mówisz. 
- Wnętrze góry jest zamieszkane. Byli w środku, siedzieli przy ognisku. 
Joikowali. To był najpiękniejszy joik, jaki kiedykolwiek słyszałem. Nie 
mogę go sobie przypomnieć. Abraha na pewno go pamięta - powiedział. 
Lajla spojrzała na słońce. Podniosła się. 
- A ty nie chciałabyś go spotkać? - zapytał. 

background image

- Nie dzisiaj. 
- O tak wiele spraw chciałbym go zapytać. 
- To musi poczekać. 
- Nie możemy zostać jeszcze jedną noc? Mógłbym pokazać ci jaskinię. 
Albo możemy zanocować tutaj, pod gołym niebem. Może być tak, jak za 
pierwszym razem, gdy tu przyjechaliśmy. Ciemna noc z błyszczącymi 
gwiazdami, jak wtedy. I coś się z pewnością wydarzy. 
- Chcę jechać. A poza tym czekają na nas. 
- A gdybym tak zdecydował się zostać? 
- Jon, do cholery! Do tej pory ty decydowałeś. Teraz ja zadecyduję. Chcę 
do domu, a ty pojedziesz ze mną. 
- Przodkowie przemawiają tu do mnie, nie pojmujesz tego? 
- Jon spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem. 
- A ja myślę o moich rodzicach. Oni nas potrzebują. Nie czujesz już 
odpowiedzialności wobec nich? 
Jon nie znalazł żadnej odpowiedzi. 
- Łatwo ci tak mówić, bo ty nie masz rodziców - powiedziała Lajla. 
Postanowiła. Nie pozostawało nic innego, jak tylko pojechać, chociaż 
chętnie by został. Musi mieć więcej czasu, gdy przyjedzie następnym 
razem. Zszedł do łodzi, usiadł z tyłu i czekał na Lajlę. To się stało ich 
obyczajem. On wiosłował na wyspę, ona z powrotem. 
Lajla została przy kamieniu. Siedział w łodzi i czekał. Czyż to nie jej tak 
się spieszyło? 
- Idziesz? - krzyknął, ale nie odpowiedziała. 
Wreszcie pojawiła się, zanurzyła wiosła w wodzie. Po kilku silnych 
pociągnięciach odłożyła wiosła. 
- Patrz, co dostałam. - Między dwoma palcami trzymała kamyk. 
- Zamarznięty dzwonek. - Uniosła go pod światło, obracała w palcach. 

background image

- Skąd go masz? 
Lajla pocałowała kamyk, włożyła go do kieszonki koszuli i ujęła wiosła. 
- Dostałam go przy kamieniu. 
- Zabrałaś go? 
- Nie, on chciał być ze mną. 
- Zabrałaś go. 
- Wskoczył mi do ręki. 
- Nie żartuj. 
- Byliśmy przy kamieniu co najmniej dziesięć razy. Nigdy przedtem nie 
widzieliśmy kamiennego dzwonka. Ktoś mi go dał, obojętnie kto. 
Spakowali swoje rzeczy. 
Jon wziął z półki książkę, włożył ją do dużej, czarnej torby. Zawsze w 
podróży miał ze sobą zestaw książek. Praca w gazecie nie dawała mu już 
zbyt wiele. Zaczął pisać, najczęściej wiersze. To było najlepszą formą 
ekspresji. 

background image

Lajla prowadziła. Jon rozmyślał, podczas gdy kilometry znikały za nimi. 
Obok dnia dzisiejszego, współczesności, istniało coś, co on nazywał 
mitologicznym czasem teraźniejszym, czasem, w którym wszystko działo 
się po raz pierwszy, jak w momencie stworzenia. Mieli to w sobie przez 
cały czas, krajobraz, który, aby się ukazać, potrzebuje światła, albo sen, w 
którym można się przebudzić. Wielu sądzi, że ta tradycja umarła. Lecz 
ona jest częścią życia i oni do niej dotrą. Wiedza jest niezależna od ludzi. 
Stanowi ich, koduje, wyciska na nich swe piętno, formuje. 
Istnieją też ci, którzy potrafią kontaktować się z pomocnikami 
pojawiającymi się pod postacią zwierząt. W taki sposób należało 
pojmować Rytuał Niedźwiedzia. Niedźwiedź jest najsilniejszym 
zwierzęciem, niewiele rzeczy może mu zagrozić. Jest Królem. Spędza 
prawie pół roku pod ziemią. Żyje wtedy w czasie mitologicznym, czyli w 
Saivo, królestwie przodków. Niedźwiedź ma też swoje znaki na niebie. 
Kiedy jest mowa o zwierzętach mocy, wielu rozumie to opacznie. Nie o 
konkretnego niedźwiedzia przecież chodzi, lecz o niedź-wiedzia-ducha. 
Minęli ostatnie małe osady po stronie fińskiej. Migocące jeziora i pola 
uprawne otaczał sosnowy las. Po stronie norweskiej, jak sięgnąć okiem, 
rósł las brzozowy. 
Był blisko czegoś. Ujrzał bęben i spotkał mężczyznę o dwóch imionach. 
A teraz oddalał się. Dlaczego nie odłączył się i nie został u Liisy i Heaiki? 
I nie znalazł odpowiedzi na wszystkie ciążące mu na sercu pytania? 

background image

- Zapomniałem czegoś, musimy zawrócić - rzekł. 
- Żartujesz. - Jechała dalej. 
- Zapomniałem, jak wygląda ta góra. 
- Tylko tyle? - Jechała szybko. 
- Może powinienem zostać. 
- Cieszę się na przyjazd do domu - odpowiedziała. 
- To tak jakby przerwać polowanie, gdy się już odnalazło ślad. 
- Oni pewnie też cieszą się na nasz przyjazd. 
- Ślady mogły poprowadzić mnie do bębna, a teraz oddalamy się od niego 
- kontynuował Jon. 
- No wiesz co.... Ty chyba nie sądzisz, że odnajdziesz ten bęben tak, jak 
pies myśliwski odszukuje łosia? 
Samochód pędził suchym asfaltem, przez nowe osady, brzegiem 
podłużnego jeziora. Słońce zachodziło. Przejechali przez osławioną 
rzekę

7

 i znaleźli się w Kautokeino. Kilkadziesiąt kilometrów stąd leżało 

wzgórze, na którym się urodził. 
- Nie zatrzymamy się na filiżankę kawy? - zapytał. 
- Kawę dostaniemy w domu, gdy dojedziemy - odpowiedziała Lajla i 
włączyła światła. 
- Moglibyśmy przynajmniej odnaleźć dom, w którym widziałem bęben 
po raz pierwszy - zaproponował. 
- Chcę do domu. 
- Możesz chyba poświęcić trzy minuty. -Nie. 
Miejscowość zniknęła za nimi. Znowu przejechali na drugą stronę rzeki 
mostem zawieszonym nad wodospadem. Wodospad Kjelefossen. 
- Wątpisz w to, że znajdę bęben? - zapytał Jon po chwili. Lajla popatrzyła 
na niego po raz pierwszy w ciągu tego długiego popołudnia spędzonego 
w samochodzie. 
- Jeśli zechce być z tobą, to cię odszuka. Wpadnie ci w ręce, tak jak mnie 
kamienny dzwonek. 

background image

Wzdłuż ostrego zakrętu przed wjazdem do małej osady ustawiono 
odblaskowe znaki ostrzegawcze. Ostatnim razem ich nie było. Po 
następnej godzinie jazdy dotarli do rodzinnej miejscowości Lajli. 
Przejechała przez następną rzekę, skręciła w lewo. 
Wspomnienia przybywały do niej z każdego zakrętu. Zdziwiło ją to, że 
wzniesienia w rzeczywistości są aż tak łagodne. Były takie strome, gdy 
jako dziecko pokonywała je rowerem. Przypominała sobie ogniska na 
brzegu rzeki. Chłopaka, który odwiózł ją do domu na motorze. Była 
jesień... Chłopak zatrzymał motor, podeszli pod skalną półkę... 
Samochód zjechał z asfaltu na piaszczystą drogę. Im była bliżej, tym 
bardziej czuła się bezdomna. Gdzieś tutaj, kiedy dorastała, zagubiła coś 
istotnego. 
Lajla skręciła w bok, wyłączyła silnik i światła. Po lewej stronie rzeka 
wiła się w dół doliny. Lajla wiedziała, że po prawej stronie jest 
ogrodzenie broniące przejścia reniferom. Wyszła, zrobiła kilka kroków w 
mrok. Na niebie powiewała zorza polarna, ze wschodu ku zachodowi. 
- Wkrótce będziesz w domu - powiedział Jon. 
Potrafiła skłonić go do mówienia. Nie bardzo umiał pomóc, gdy go 
potrzebowała. Żył w swym własnym świecie. Liczył się on i ten bęben. 
On i książki. Miał ją. Wiedział, że go kocha. Ale czy on ją kochał? 
Dlaczego nie rozumiał, jak się czuje, i nie powiedział tego, co tak bardzo 
chciała usłyszeć. 
- Jestem głodny - powiedział. 
Potrzebowała trochę czasu, trochę czasu bez jego poganiania, aby dać 
sobie z tym radę, być znowu sobą. 
- Nie jedziemy? - zapytał. 
Jak to się dzieje, że on jej nie wyczuwa? On, który wyczuwał tak wiele. 
- Pewnie na nas czekają - dobiegło z drugiej strony samochodu. 

background image

- Poczekaj chwilę. - Odwróciła się w stronę lasu i ciemności, nie w jego 
stronę. Był teraz tak daleko od niej. Widziała przed sobą inną twarz, nie 
jego. Twarz z ostrą bruzdą na czole, twarz o surowych oczach, twarz jej 
ojca. 
- Cholera, Lajla! Jedziemy czy nie? Jestem głodny. Próbowała znaleźć 
szybką odpowiedź, aby załagodzić sytuację. 
Robiła tak przedtem. Teraz nie wiedziała, co powiedzieć. Słyszała, że 
obszedł samochód. Nagle zjawił się przy niej. 
Miała nadzieję, że będzie dobry i czuły. Ale on chwycił ją w pasie, 
przerzucił sobie przez ramię i poniósł do samochodu. 
- Puszczaj! - wrzasnęła. Ale stała już na ziemi. 
Chwyciła go za włosy i mocno szarpnęła. Wiedziała jednak, że to nie ma 
sensu, bo nie odczuwał bólu. Był durniem. Niczego nie rozumiał. Był 
gnojkiem. I był górą. 
- Ty gnojku! - Uderzyła go w twarz, ale niezbyt mocno. Nie śmiałaby. Ale 
mimo wszystko dobrze jej to zrobiło. 
- Jesteś beznadziejnym gnojkiem. 
Wsiadła, zatrzasnęła drzwiczki. Wsiadł. Wyciągnęła rękę, aby przekręcić 
kluczyk. Wtedy jego dłoń zamknęła się na jej dłoni. 
- Co jest? - zapytał. 
- Nic. Mamy przecież jechać. Jesteś przecież tak piekielnie głodny. Nie 
możesz poczekać nawet sekundy. 
- Co ty w sobie dusisz, Lajla? 
Próbowała uwolnić rękę, ale trzymał ją mocno. 
- Nie wygłupiaj się, daj mi zapalić. 
- Nie pojedziemy, dopóki tego nie wykrztusisz - odpowiedział. 
- Nie dostrzegasz mnie. Aranżujesz, załatwiasz, wszystko dla siebie. 
Mnie o nic nie pytasz. 
- Umiesz chyba odpowiedzieć. Ja nie czytam w myślach. 
- Traktujesz mnie jak coś oczywistego. Jak samochód. - Powiedziała to 
krótko i zimno, aby trzymać uczucia na uwięzi. Aby to z siebie 
wykrztusić, jak to on powiedział. 

background image

- Chyba mnie już nie kochasz - powiedziała tym samym zimnym tonem. 
Siedzieli, każde na swoim miejscu, wpatrzeni w przednią szybę. Słyszała, 
jak oddycha, ale nie patrzyła w jego stronę. 
- Nie umiesz mówić? - zapytała. 
- Jestem twoim mężem - powiedział w końcu. 
- Mówisz o sobie, jak zawsze. Czym ja dla ciebie jestem? Znowu 
przerwa. 
- To wszystko, co masz do powiedzenia? - Dotknęła kluczyków, chciała 
zapalić. 
- Jesteś moją kochaną pardwą - rzeki cicho. -Nie. 
- O rubinowych oczach - dopowiedział. -Nie. 
- Jesteś moją moroszką - mówił. -Nie. 
- Nauczyłaś mnie kochać. Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę mógł coś 
takiego przeżyć. Jesteś dla mnie najważniejszym człowiekiem. 
Potrzebuję cię. 
Silnik zapalił. Wskaźniki zaświeciły się. Włączyła przednie światła. 
- Ale co ty w sobie dusisz? - powtórzył Jon. Spokojnie. 
- Moja córka ma być najlepsza. - Naśladowała ojca. - Nic nie było 
wystarczająco dobre i nigdy nie powiedział przyjaznego słowa. Moja 
córka potrafi to, potrafi tamto. Jest dzielna. Dzielna jak chłopak. Wszyscy 
uważali, że jest taki miły. Ale w domu byl gnojkiem. 
- Zawsze zastanawiałem się, czy kochasz go tak bardzo, jak twierdzisz. 
- Jesteś bezczelny - prychnęła. 
- Wolno ci go też nienawidzić. 
- Myślałam, że podszedłeś, aby mnie objąć. A ty podrzuciłeś 

background image

mnie w górę jak worek. Nie ma cię nawet co szarpać za włosy. - Drapnęla 
go w policzek. -Au! 
- Teraz dostaniesz. 
- Nie mam teraz ochoty na jeszcze jedną kłótnię. Czy to nie ty chciałaś tak 
szybko do domu? Teraz straciliśmy godzinę, podczas gdy ja umieram z 
głodu. Wjedziesz wreszcie tym samochodem na drogę, wiedźmo jedna? 
- No dobrze, skoro jesteś grzecznym chłopcem. - Znowu była radosna. 
Wcisnęła sprzęgło, wrzuciła bieg i ruszyła do przodu. 
- Jesteś wiedźmą. 
- Wiem. Gdybym nie była wiedźmą, to nigdy bym cię nie utrzymała w 
ryzach. 
- Niesamowite, jak ty nagle poweselałaś. Jaka ofensywna, zwarta, szybka. 
Nie rozumiem kobiet - potrząsnął głową. 
- Powinieneś spróbować powiedzieć, że mnie kochasz. 
- Mówię to bez przerwy. 
- Przed chwilą też tego nie powiedziałeś. 
- A może byśmy skończyli? - zapytał. 
- Powiedziałeś, że mnie potrzebujesz. To nie to samo. 
- Zawsze musisz przeciągać strunę. - Jon westchnął. 
- Gdy tylko zacznę jakąś rozmowę, to się okazuje, że przesadzam. 
-1 zawsze musisz mieć ostatnie słowo, wiedźmo jedna. Muszę nauczyć 
się kończyć, gdy mam przewagę. 
- Masz ją kiedykolwiek? - zapytała. 
Tym samym większość z tego, co miało zostać powiedziane, zostało 
powiedziane. 

background image

Lajla oczekiwała, że najpierw w drzwiach pokaże się czarny kot. Ale to 
matka się pojawiła, w fartuchu narzuconym na błękitną sa-amską 
sukienkę w kwiaty

s

. Uściskała Lajlę, potem również Jona. 

- Pomalowaliście dom - zauważył Jon. 
- To ojciec - odrzekła Maja. - Pomaluje też stodołę. 
Lajla była dumna z matki. Trochę bardziej pomarszczona na twarzy, o 
nieco bardziej kościstych, wychudzonych nogach i rękach, lecz jeszcze 
nie całkiem posiwiała. 
- Nie ma już Monsa - powiedziała nagle matka. - Był stary. 
- Nie sprawiliście sobie nowego? - zapytała Lajla. 
- To właściwie ty chciałaś mieć kota. 
Wtedy na szczycie schodów ukazał się Tomas we własnej osobie. Ale nie 
zszedł do niej. To ona weszła na górę, do niego. Gdy uścisnęli sobie 
dłonie, wydawało się, że ucieszył się na jej widok. 
Podczas gdy Jon wychwalał go za wymalowanie domu, ojciec stal się 
znowu taki, jakim go znała. Udawał, że pochwały nic dla niego nie 
znaczą, bo to oczywiste, że jego dom i to, co posiada, jest w jak 
najlepszym stanie. 
Obudził się w niej smutny nastrój z lat młodzieńczych. 
Skurczył się, stał się mniejszy, starszy. Ale lód w jego wnętrzu nie 
stopniał. Promieniował z niego chłód. Przedtem była bezbronna. 
Przedtem nie śmiała odczuwać tego tak, jak w tej chwili. Przedtem była 
przekonana, że to z nią jest coś nie w porządku. Wniosła bagaże i 
trzasnęła drzwiami. Trzeba go przywołać do porządku. 
Słyszała, jak Jon rozpakowuje rzeczy w pokoju na górze. Chodził tam i z 
powrotem, układał pewnie książki, które zabrał ze sobą. 

background image

Dom tak bardzo przepuszczał dźwięki, że miało się wrażenie, iż również 
on stał się z wiekiem bardziej niedołężny i słaby. 
- Jak dobrze słychać wszystkie odgłosy - powiedziała, pomagając matce 
nakrywać do stołu. 
- Zawsze tak było. Zapomniałaś, jak ojciec stukał w podłogę, kiedy chciał 
spać, a wy hałasowaliście? 
Po kapuście z baraniną nastąpiła ta część rytuału, którą wymyślił ojciec, 
nieco szumna i pompatyczna. To była gra między nim a Jonem. 
- Nie zapomniałem - powiedział ojciec, wchodząc z dużą miską kremu z 
moroszek. - Myślałeś, że zapomniałem, co? Przyznaj się. 
Jon udawał, że zapomniał. Robił to całkiem dobrze. Udawał, że mu 
głupio i przykro, nie przesadzając przy tym. Ojcu zastygła twarz. Matka 
też była niemile poruszona. 
Wtedy Jon wyjął butelkę koniaku. 
Ojciec miał zaserwować krem z moroszek. To matka pewnie zbierała 
moroszki i ubiła śmietanę. Jon miał przywieźć butelkę koniaku. Kupiła ją 
Lajla. 
Dlaczego nie mógł po prostu zażyczyć sobie butelki koniaku, zamiast 
robić takie zawody w pamiętaniu? O wszystko trzeba było konkurować, a 
stary miał być najlepszy we wszystkim. 
Zjedli w kuchni, tak jak zawsze. Koniak ojciec chciał jednak podać w 
pokoju dziennym. Poszedł tam, pewnie aby przelać koniak do karafki. 
Lajla posprzątała ze stołu. Matka przełożyła resztki kapusty z baraniną do 
miski, wstawiła ją do spiżarni. Lajla widziała, że matce ulżyło, gdy 
okazało się, iż pamiętali. Jon przyszedł po kieliszki. 
- Mamy kury. - Matka mówiła cicho do Jona. - Chce teraz przebudować 
oborę na kurnik. 
- Dobrze się trzyma - rzekł Jon. 
- I chce mieć więcej owiec. 

background image

- Więc i w przyszłości będzie kapusta z baraniną - odpowiedział Jon. 
- Ma nadzieję, że ktoś to przejmie - szepnęła Maja w odpowiedzi. 
Siedzieli wokół owalnego stołu. Jon napełnił kieliszki. Lajla wiedziała, że 
ojciec zezwoli na dwie kolejki. To było lekarstwo. Wiedziała też, że 
będzie chciał konkurować w tym, kto ostatni opróżni kieliszek. Matka 
wychyliła swój jako pierwsza. Lajla widziała, że ojciec to zauważył, ale 
nie rzeki ani słowa. Słowa nie były tu potrzebne. 
Nikt nie mógł nalać sobie po raz drugi, dopóki ostatni kieliszek nie został 
opróżniony. I to oczywiście był jego kieliszek. Wygrał. Dlatego zasłużyli 
wszyscy na jeszcze jeden, ale tylko jeden. 
Teraz Tomas napełniał kieliszki, nie uroniwszy przy tym ani jednej kropli 
na stół. 
Co za dureń - myślała. Lubiła przewidywać jego ruchy. Wkrótce zacznie 
przechwalać się swymi owczymi planami. 
Wychyliła kieliszek jednym haustem, wzięła butelkę i napełni^ ła go 
ponownie. Rozmowa została przerwana, a gulgotanie trunku zabrzmiało 
niestosownie wesoło. 
- Mam ochotę na koniak - powiedziała. 
- Możesz mi też nalać? - Jon przesunął kieliszek w jej stronę. Miał w 
oczach błysk sprzysiężenia i kochała go za to. Policzki 
matki poczerwieniały, a ojca stężały. Nie chodziło o to, że alkohol był w 
domu ograniczany. Chodziło o łamanie reguł. Teraz było tak cudownie 
niebezpiecznie, a serduszko pardwy gwałtownie łomotało. 
Dlaczego nastrój był zawsze taki przygnębiający, gdy ona i ojciec byli w 
tym samym pokoju? 
Przysłuchiwała się, jak ojciec i Jon rozmawiali o połowach łososia, które 
w tym roku nie były udane. Może było za późno? Może ojciec jest już za 
stary? Chciałaby zrobić coś dla niego, ale nie wiedziała co. 

background image

Przez ścianę do pokoju weszli prababka z pradziadkiem. Oboje skinęli jej 
głową. Oboje mieli na sobie jasne ubrania. Pradziadek miał na głowie 
piękny, ogromny pióropusz. Zniknęli równie prędko, jak się ukazali, a 
ściana pozostała równie nienaruszona. To pradziadek wykarczował 
ziemię, na której leżało gospodarstwo. Mieszkało się tu bezpiecznie, gdyż 
zabił on stallo. Stallo zmienił się po śmierci w duży kamień, a jego pies 
stal się małym kamieniem. 
Lajla odczytała to jako znak, jako potwierdzenie. Poszła na spacer. Od 
strony bramy nie było już widać rzeki, gdyż brzozowy zagajnik zasłonił 
cały widok. Zaczął nawet zajmować ziemię uprawianą przez jej 
pradziadka. Żaden z jej braci nie chciał przejąć gospodarstwa. Ona też 
nie. Na szczęście również Jon nie był tym zainteresowany. 
Ścieżka prowadząca do rzeki pełna była wspomnień. Lajla zeszła do 
zatoczki, w której zazwyczaj się kąpali. Chociaż nie mieszkała już tutaj, 
towarzyszył jej zabójca stallo. 
Gdy wróciła, dostrzegła światło w oborze. Jon i ojciec rozmawiali między 
gdaczącymi kurami. Złościło ją to, że Jon aż tak wychodzi ojcu 
naprzeciw. Mówił „tak, tak", kiwał głową, a kark trzymał przegięty w ten 
szczególny sposób, znamionujący uważne przysłuchiwanie się. 
Z pokoju zniknęły kieliszki i butelka. Matka joikowała psalm. 
Lajla poczuła przepływający przez nią prąd ciepła. Nie wiedziała, co z 
tym zrobić. 
Leżeli ciasno spleceni, w wąskim łóżku, w pokoju, w którym dorastała, 
ona na nim, podobni do poziomych belek w ścianach. Była niezwykle 
podniecona, doszła od razu, gdy tylko się w nią wsunął. Miała ochotę 
głośno krzyczeć, ale przypomniała sobie, gdzie są, i opanowała się. 
Przyciągnęła go do siebie, ocierała się o jego ciało. 

background image

Pod kołdrą było ciepło, odrzuciła ją na bok i poczuła na skórze chłód, 
zwłaszcza w miejscach, gdzie była wilgotna. Jon chciał ją mieć teraz, ale 
musiała się załatwić. 
Pobiegła boso po zimnej drewnianej podłodze na korytarz, schodami w 
dół. Jon poszedł za nią. Przyglądał się, gdy siedziała na sedesie. Chwycił 
ją, gdy chciała wyjść z toalety, obrócił ją szybkim, mocnym ruchem i 
znalazł się za jej plecami. Poczuła się znowu jak pardwa, zerwała się, 
wpadła do kuchni. Chciała zabrać szklankę wody i pójść do łóżka. Ale on 
był tuż za nią, ze swym ciepłym, poruszającym się przy każdym kroku 
przyrządem. 
Złapał ją i pchnął w stronę kuchennego stołu. Próbowała się podeprzeć 
rękami, ale brzuch i piersi prześliznęły się po zimnym drewnianym 
blacie. Jej nos wypełnił się zapachem kapusty i kiełbasy. Namiętny i 
rozpalony był tuż nad nią, a jej podobała się ta jego dzikość. Nie chciała 
jednak tak po prostu ulec, stawiała opór, próbowała się uwolnić. Ale on 
przycisnął ją do stołu, położył się na niej. Była gotowa go przyjąć. Lecz 
on tylko pocierał główką o jej wargi, w górę i w dół, aż nagle przycisnął 
go do otworu, którego do tej pory mu wzbraniała. Przestraszyła się. 
Chciała się wyśliznąć. Ale on trzymał ją mocno i wchodził w nią coraz 
głębiej, nie zważając na jej skargi ani na to, że stół skrobie o podłogę. 
- Teraz pewnie ojciec zacznie stukać - pomyślała. 
Byli znowu na górze, wpełzli do łóżka. Objęła go mocno. 
- Pewnie ich obudziłeś. 
- Nie szkodzi - odrzekł, leżąc z twarzą oświetloną blaskiem księżyca. 
- Bolało - powiedziała. 
- Było wspaniale - stwierdził. 
- Jakoś przeżyłam. 
- Nie było dobrze? - zapytał, unosząc się na boku. 
- Było nie najgorzej. 

background image

- Zemdlałem. 
- Jesteś szalony - powiedziała cicho. - Szalony, szalony. 
- Teraz nie jesteś już dziewicą. - Jon spojrzał na nią. Jego oczy nie miały 
już tego bezczelnego wyrazu, który przybierały, gdy chciał ją podniecić. - 
Teraz jesteś moja. 

background image

Wypłynęła na jezioro starą łodzią. Pamiętała czas, gdy łódź była nowa. 
Była wówczas dziewczynką. Nie wolno jej było wtedy wypływać. 
Musiała stać na brzegu i patrzeć na odpływających braci. Była małą 
dziewczynką, która musiała stać na brzegu i patrzeć na to, co się dzieje. 
Ojciec był cieniem jej dorastania. Jon siedzący na rufie, kołysany rytmem 
wioseł, był słoneczną stroną ojca. 
Na środku jeziora obróciła łódź dookoła, rozglądała się. Brzegi wydawały 
się niskie. W oddali Daumannsholmen

9

, niczym ostrze noża, przecinała 

od spodu lustro wody. 
Wyciągnęła wiosła. Dryfowali. Gdy była młoda, woda była czymś 
groźnym. Wiele rzeczy było wtedy groźnych. Zanurzyła rękę w chłodnej, 
czystej wodzie. Woda żyła. Z łatwością unosiła łódź na swym grzbiecie. 
Woda i ona były ze sobą związane. Woda pomogła jej przeżyć i pójść 
własną drogą. Odejść z miejsca, które oferowało tak niewiele wyzwań. 
Tak niewiele celów, do których można było dążyć. A tyle ciasnoty. Tylu, 
którzy musieli się ugiąć i którzy zmuszali innych, by się ugięli. 
Lecz woda była silniejsza od niej, miała głębszą harmonię. Tego 
pięknego jesiennego dnia zaistniała równowaga między nią a wodą. 
Woda dała jej siłę. Czuła, że woda ją wypełnia. To nie było groźne. Woda 
wchłonęła też gniew, który wczoraj czuła wobec Jona, gdy ten stał i 
potakiwał, by zadowolić ojca. 
W tym momencie była wolna. Była Lajlą. Podobało jej się to imię, 
podobał jej się ten dźwięk. Dwie z pięciu liter były samogłoskami. 

background image

Przyjdziesz, czy przyjdziesz? śpiewa przejrzysta woda. 
Gdy ponownie zaczęła wiosłować, intensywne uczucie zmieniło się w 
fizyczną siłę. Cieszyło ją przenoszenie swej siły na wiosła. Popychała 
wiosłami ciężką, nasyconą wodą łódź, tak aż jej ramiona stały się niczym 
z ołowiu. Gdy łódź dobiła do brzegu, Lajla czuła, jak spływa po niej pot. 
To ona chciała popłynąć do gammy. Towarzyszył jej z uprzejmości. 
Wolałby mieszkać u starych. Tak byłoby najlepiej, gdyż chciałby szybko 
wracać. Do Saanen i do owego domku. Gdyby dostał jeszcze jedną 
szansę, zabrałby bęben. 
Ale musiał z nią pobyć, przynajmniej przez jedną noc. Pakując się, 
zabrała trzy chleby, kartonik jajek oraz inny prowiant na kilka dni. Był 
zły. Nie miał jej nic do powiedzenia. Oddalał się zarówno od Abrahy, jak 
i od bębna. Nawet blask słońca go irytował. To, że Lajla obracała łodzią 
wokół osi, demonstrując swą radość, nie polepszało sytuacji. 
Po otwarciu drzwi gammy uderzył go zapach wilgoci. Wewnątrz panował 
chłód i stęchlizna. Jeden ze słupów przy oknie porastała zielona pleśń. 
Podpalił korę i polana leżące w piecu. Wówczas Lajla podała mu siekierę. 
- Idź i poszukaj jakiejś suchej sosny. 
- Idź sama - odpowiedział. 
- No, idźże! - powtórzyła. 
- Chcę się ogrzać przy piecu. 
- Przecież widzisz, że nie ma drewna i w nocy będzie zimno. 
Ostrze siekiery było zimne, trzonek gładki. Wspinał się w górę, idąc po 
wrzosach, po sosnowych igłach, między wysokimi złotawymi pniami. 
To, co widział, nie odzy 

background image

walo się w nim żadnym echem. Stopy też nie pasowały do terenu. 
Znalazł się przy wejściu do doliny. Sączył się tam mizerny strumyczek. 
Jon poszedł wzdłuż niego. Dolina była mu nieznana. Ujrzał powalone 
przez wiatr drzewo: dużą, pustą w środku, suchą sosnę, której jeden z 
końców wysuwał się nad stromą skarpę. Zaczął wspiąć się ku niej, lecz 
pośliznął się na gładkiej gałęzi i stracił równowagę. Poleciał w dół, upadł 
między kamienie. Woda w strumieniu była czerwona jak krew. Kilka 
sekund potem, gdy leżał i próbował zorientować się, czy jest cały i nie 
połamany, wydrążony pień zbliżył się do niego. Zajrzał w tunel śmierci i 
zobaczył znajomą twarz. 
- Myślałeś o czymś, o czym myśleć nie powinieneś, a teraz masz 
odwiedziny - rzekł znajomy głos w momencie, gdy Jon został wessany do 
tunelu. 
Jon pochwycił siekierę, skierowawszy stal w stronę zagrożenia, i uwolnił 
się. 
Była noc. Leżał na posłaniu w gammie. Drzwiczki pieca były otwarte, 
polana trzaskały. Lajla joikowała w półmroku. Znów stał się czymś 
lżejszym od powietrza, czymś, co oderwało się od leżącego na łóżku ciała 
i uniosło w górę. 
Samiec renifera spoglądał na niego błyszczącymi, żółtymi oczami. Jon 
wylądował na jego grzbiecie. Sierść była czarna, poroże olbrzymie. 
Trzymał się mocno rogów, a zwierzę pokłusowało. Stopniowo nabierało 
szybkości. Jon nie mógł się utrzymać. 
- Wskocz w moje ucho - powiedział renifer. Zrobił tak. Siedział teraz 
bezpiecznie i wygodnie. 
- Dokąd jedziemy ? - zawołał w ucho renifera. 
- Zobaczysz. 
Zwierzę biegło w stronę górskiego szczytu. Gdy osiągnęło wierzchołek, 
zaczęło wznosić się w powietrze, coraz wyżej i wyżej. 

background image

Minęli wysokie drzewo i kierowali się ku słońcu. Jon zobaczył, że wielki 
biały renifer dźwiga słońce na swoich rogach. Nagle odezwał się do Jona. 
- Wezwałem cię - rzekł Nosiciel Słońca. 
Nie docierał już do niego joik Lajli, lecz usłyszał, gdy skończyła. 
Opuścił się z dużej wysokości, wylądował na szczycie góry. Wówczas 
joik powrócił. Przed sobą dostrzegł ognisko i cztery kobiece twarze w 
migoczącym świetle płomieni. Jon szedł i szedł w stronę tej czwórki, lecz 
odległość między nimi nie malała. Wtedy joik zamilknął na dobre. 
Chociaż tak bardzo chciał być razem z latającym reniferem, Nosicielem 
Słońca i kobietami na górze, wylądował z powrotem na pryczy, 
zaskoczony, lecz również zawiedziony. 
Lajla nigdy przedtem nie słyszała tego joiku. 
Joik wyśpiewał się prawie sam. Gdy to się działo, podeszły do niej cztery 
kobiety. Zaczęły joikować razem z nią. Wtedy pojawił się ten, który zabił 
stallo. Nie byl już Indianinem, lecz nosił strój saamski. 
Gdy przerwała, kobiety joikowały dalej i brzmiało to tak wyraźnie, jakby 
ona sama śpiewała. 
Miała wtedy chwilę, by im się przyjrzeć. Pochodziły z różnych stron. 
Świadczyły o tym ich stroje. Kobieta z Południa miała na chuście i pasku 
haft wykonany cynowym drucikiem. Kobieta z Zachodu miała na głowie 
rogatą czapkę

10

. To była pramatka Jona. A on był w niej, Lajli, podczas 

tego widzenia. 
- Nazywam się Isir - rzekła. 
Byli radośni. Najbardziej cieszył się ten, który zabił stallo. Tańcem 
pokazał im, w jaki sposób zwyciężył. Stallo był chytry, posługiwał się 
wszelkimi sztuczkami, lecz w końcu mężczyźnie udało się go zabić. 

background image

Po jakimś czasie kobiety przestały joikować. Przybysze pomachali ręką 
na pożegnanie, udali się w dalszą drogę. Na kolana Lajli wskoczył duży 
czarny kot. Usiadł i zaczął mruczeć. Patrzył na nią sennie zielonymi 
oczami. Potem polizał jej rękę czerwonym szorstkim języczkiem. 
Gdy Jon podniósł się, kot zniknął w jej brzuchu. 
Siedzieli naprzeciwko siebie przed piecem, trzymali się za ręce. 
- Spotkałam twoją pramatkę. Nazywała się Isir - odezwała się Lajla. - 
Miała na sobie czapkę przypominając poroże. 
- Skąd była? 
- Z zachodu. Przyszła razem z trzema innymi. Razem ze mną joikowały. 
- To nie ty śpiewałaś? 
- Zaczęłam. Potem przerwałam. 
- A potem zaczęłaś od nowa? - zapytał. 
- One zaczęły. To one śpiewały dalej. 
- Widziałem cztery kobiety. Siedziały na górze i prawie przywołały mnie 
joikiem do siebie. 
- Był tam też ten, który zabił stallo. Widziałeś go? Jon potrząsnął głową. 
- Miałem już dwa razy wizytę. Zarówno tej nocy, gdy zabłądziliśmy, jak i 
teraz. 
- Stallo używa brudnych sztuczek. Zabójca stallo mi to pokazał. 
- Muszę nauczyć się bronić. 
Położyli się. W Lajlę wskoczył kot i była teraz czułą kotką. Ocierała się o 
tak znane sobie ciało, całowała go w kark. Szalała za jego karkiem. Nie 
mogła się nim nasycić, wdychała jego zapach. Zakręciło jej się w głowie 
od własnych uczuć. Odnalazła swą kobiecą moc i pragnęła napotkać 
swego mężczyznę, napotkać jego pierś, jego dłonie, usta. Potrzebowała 
krzepkości jego uścisku 

background image

i siły, która ją wypełniała i pomagała nie zbaczać z drogi, aż wszystko 
stawało się dobre i jasne. 
W nocy miała ten sen. Ona i on byli na zawsze razem. Mieszkali w 
olbrzymim pająku. Byli całkiem bezpieczni. Z tworzywa Czasu Snu 
przędli nici przeznaczenia dla swego plemienia. 

background image

- Kiedy byłam mała, uważałam, że są wstrętne. Opuszczały się nie 
wiadomo skąd i osiadały na mojej twarzy. Bałam się, że gdy będę szła 
spać, to na poduszce znajdę pająki. 
- A teraz siedziałaś w jednym z nich. 
- Siedzieliśmy - poprawiła. 
- A czy nie było tam dla nas zbyt ciasno? - zapytał Jon. 
- Byliśmy nadzy, mali i w pełni rozwinięci. Wszystko było doskonałe. 
Byliśmy bezpieczni, jak w łonie matki. Nici, które przędliśmy, łączyły ze 
sobą wszystkich ludzi - opowiadała Lajla. 
- Ja też miałem sen. Znalazłem kamień, który promieniował światłem. 
Sen przypominał ten, który miałem, gdy znalazłem nóż. To też stało się 
przy kamieniu. Pamiętasz? Wydawało się, że cała widda jest pochwą. 
Wydobyłem nóż z mchu i stałem z nożem plemienia w ręku. 
- Ten sen się sprawdził. -Tak. 
- Wiesz, gdzie leży ten kamień? 
- Nie, ale chętnie porozmawiałbym z nim. 
- Gdzie masz ten stary nóż? 
- Leży w torbie, między książkami. 
- Na pochwie wyżłobiona jest taka ładna podobizna renifera. 
- Według mnie najładniejsze są łapy i głowa niedźwiedzia - powiedział 
Jon. 
- Jest coś dziwnego z tym piórem. Pióro. 
- Tak - odrzekł Jon. 
- Ciekawe, co myślał ten, który zrobił nóż? - zapytała. 

background image

- Nie wiem. 
- Ładny prezent zrobił ci wtedy Lasse. 
- Tak. Bałem się, że już nigdy go nie dostanę albo że da go komuś innemu. 
Bo to było tak, że obiecał mi nóż, ale dopiero gdy pójdzie na emeryturę. 
Wtedy do emerytury brakowało mu jeszcze roku. Przez cały ten rok 
byłem niespokojny. Bo rozpoznałem nóż. To był ten ukazany mi we śnie. 
Bałem się, że zapomni o obietnicy. Może zechce dać go komuś albo 
nawet sprzedać. 
- Ale dostałeś go. 
- Tak, nie było powodu do niepokoju. 
- Postąpił słusznie - powiedziała. 
- Opowiadałem ci, jak ten nóż znalazł się w jego rękach? 
- Nie - odrzekła. 
- Dostał zlecenie z muzeum na południu Norwegii. Natknął się wówczas 
na nóż. Wskoczył mu w ręce, tak jak ten kamień, który znalazłaś. 
- Dostał go? 
- Wziął go. A był sprytnym człowiekiem. Poszedł do archiwum, znalazł 
kartę katalogową i spalił ją. Nóż zrobił mój pradziadek. 
Wydrążony pień leżał jak zwykły pień, a strumień płynął jak zwykły 
strumień. Wydawało się, że sen o kamieniu poszedł przodem, otworzył 
dostęp do doliny. 
Teraz stopy Jona pasowały do podłoża. Sosny o prostych pniach rosły w 
górę zboczy. To była kraina niedźwiedzia. Wyczuwał ten zapach. Stąd 
było niedaleko do Anarjohka. Tam żyły niedźwiedzie. Włóczyły się po 
lasach i dolinach po tej stronie jeziora. Posuwał się cicho, czujny i 
baczny. 
Raz jeden widział Mchowego Starca. 
Jon przeszedł wtedy przez mokradła, położył się w brzozowym zagajniku 
na zboczu doliny i wypatrywał. Mchowy Starzec 

background image

przeszedł mokradła. Zatrzymał się, natrafiwszy na trop Jona. Stanął na 
dwóch łapach, węszył i węszył w jego stronę. Nagle Mchowy Starzec 
przemienił się. Stał się olbrzymi, wypełnił sobą całe mokradła i rozległą 
dolinę, rósł jeszcze bardziej, aż wszystko znalazło się pod jego łapą. A 
Mchowy Starzec opadł na czworaka i wolno się oddalił. Wówczas Jon 
poczuł moc i zrozumiał. 
Później za każdym razem rozpoznawał Moc płynącą z niedźwiedzich łap. 
W krzakach zatrzeszczało. Jon przykucnął za kamieniem. Coś w pełnym 
galopie wybiegło z brzozowego lasku. Dolinę przebiegł łoś, z pyskiem 
wysuniętym do przodu, głową zwieńczoną szerokim brunatnym porożem. 
Wielkie ciało frunęło na długich nogach, elegancko i zaskakująco 
bezszelestnie. W mgnieniu oka łoś wspiął się na szczyt zbocza i zniknął z 
pola widzenia. 
Przez moment naprawdę sądził, że to Mchowy Starzec we własnej osobie. 
Pod wpływem gwałtownie rozładowanego napięcia zrobiło mu się 
gorąco. 
Jon dostrzegł trzy kamienie, które wystawały z mchu. Były ułożone 
regularnie. Odkrył więcej kamieni. Leżały wokół głazu, za którym się 
ukrył. Poczuł w piersi skurcz. 
To był kamień ze snu. 
To był stary głaz, seide

u

Stał tuż przy ścieżce, między dwoma jeziorami. 

Wokół niego leżał krąg kamieni. Jon obwąchał kamień, wciągnął w 
nozdrza zapach mchu, skały i wilgotnej ziemi. 
Biały pas jaśniejszej skały przecinał na skos cały seide, pas z 
mlecznobiałych kryształów górskich. W niektórych miejscach szara skała 
była wypłukana i odsłoniła twarde ostre kryształy, błyszczące jak lód. To 
one przykuły jego wzrok. Kryształy górskie to najpiękniejsze dary, jakie 
można było złożyć seide. Były rzadsze i kosztowniejsze niż srebro. 

background image

Nagle jeden z kryształów otworzył się, wchłonął go do środka, do 
wnętrza niezwykle jasnego światła. Zanim oczy do niego przywykły, 
minęła chwila. Jon dostrzegł wokół siebie krajobraz. Wówczas nadleciał 
orzeł, chwycił go dziobem za kark, uniósł na szczyt góry. Siedział tam 
mężczyzna. Na szyi miał wisiorek z kryształu górskiego. Mężczyzna 
nazywał się Myrinn. Myrinn wydobył kryształowy nóż. Długim cięciem 
otworzył mu pierś i brzuch, lecz Jon nie poczuł bólu. 
-Jestem mistrzem minerałów - odezwał się Myrinn. - Wszyscy jesteśmy 
kryształami. Nawet krew składa się z kryształów. Chrząstki i kości są z 
kryształów - powiedział. - To da ci tarczę ochronną. Będzie ci potrzebna. 
Jesteś w niebezpieczeństwie. 
Myrinn przesunął dłoń po ranie. Zasklepiła się i ciało było równie całe jak 
przedtem, ale wyczuwało się zmianę. 
- Wiesz, że pomagając innym, pomagasz sobie? 
- Wiem - odrzekł Jon. 
- Wyślę ci pomocnika, gdyż jesteś kimś, kto będzie uzdrawiał dusze - 
zakończył Myrinn. 
Wówczas powrócił orzeł, znowu uchwycił Jona dziobem i wyfrunął z nim 
z kamienia. 
Jon schodził z powrotem do gammy. Odwrócił się. Kamień tworzył 
ciemną sylwetkę na tle nieba. Byl podobny do tańczącego niedźwiedzia: z 
głową odchyloną do tylu, pięknego, czujnego, dzikiego. Lśniący pas 
kryształów niczym biała szarfa noaidi ukosem na piersi. 
Wieczorem wypłynęli i zarzucili sieci w zatoczce przy Daumannsholmen. 
Powietrze było chłodne tuż nad powierzchnią wody i Lajla zmarzła. 
Dobrze napaliła w gammie, usmażyła jajecznicę. 
Gdy zjedli, Jon położył się na pryczy. Lajla zaczęła joikować. Próbowała 
przypomnieć sobie joik z poprzedniej nocy. Zniknął. 

background image

A Jon zasnął. W końcu i ona się położyła, przewracała się z boku na bok 
na wąskiej pryczy, zanim wreszcie zasnęła. 
Obudził ją Jon. Było wcześnie i chciało jej się spać. Nie miał ochoty 
tracić czasu na rozpalanie w piecu, gotowanie kawy. Napić się mogli w 
domu. Zebrali swoje rzeczy, pożegnali miejsce. 
Cienka warstewka lodu pokryła listki i źdźbła na brzegu. Trzaskały, gdy 
spuszczali łódź na wodę. 
Uważała, że Jon wyciągnął sieci niezdarnie. 
Oczyścili ryby na brzegu, w miejscu do tego przeznaczonym. Była wciąż 
śpiąca. Dobrze było robić coś praktycznego, na przykład patroszyć ryby, 
opłukiwać je z krwi. Lecz woda, tak przyjazna wczoraj, była zimna i 
wypijała z niej ciepło. Marzła, gdy wracali do domu. 
- Musisz znowu ufarbować włosy - rzeki, idąc za nią. 
- Dlaczego? 
- Widać blond przy cebulkach. 
Nawet on nie był z niej zadowolony. Do diabła. Mięśnie zesztywniały, 
wiklinowy koszyk na ryby uwierał ją w plecy, a włosy miała tłuste. 
Wyprzedził ją na ścieżce, spieszył się. Czuła, że chciał wyruszyć jak 
najszybciej. 

background image

Poszła prosto do łazienki. Chciała wziąć ciepły prysznic, pozbyć się 
chłodu z ciała. 
Gdy dorastała, podobał jej się ten prysznic. Teraz jego kształt wydawał jej 
się nienowoczesny, taka wąska rurka, która sięgała prawie sufitu, by tam 
zgiąć się ku dołowi. Wtedy ściany były pomalowane na czerwono. Teraz 
pomieszczenie było jasnoniebieskie, z wyjątkiem ściany przy drzwiach, 
gdzie stało duże lustro. Tam ściana wciąż była czerwona, niczym rama z 
przeszłości wokół lustra. 
Pod bosymi stopami miała zimną, cementową podłogę. Puściła wodę. Też 
była zimna. W końcu popłynęła ciepła. Nie można było objąć ciepłym 
strumieniem całego ciała. Główka prysznica pod sufitem nie 
rozpryskiwała wody bardziej niż dziurawy kałamarz. 
Ktoś zapukał do drzwi. 
- To ja - rzekł Jon, wchodząc do środka. Rozebrał się, też chciał wziąć 
prysznic. 
- Tu jest miejsce tylko dla jednej osoby. - Wcierała we włosy 
pomarańczowy szampon. 
- Mogę popatrzeć. 
Pomieszczenie powoli nagrzewało się, wypełniało się pomarańczą, i parą, 
która pokrywała lustro przy drzwiach. 
Wszedł pod strumień wody, objął ją w pasie i odsunął na bok. 
- OK, tylko się zamoczę, by się namydlić - powiedział. Wyszła spod 
prysznica, podeszła do lustra, starła parę. Tu 
piętnaście lat temu obserwowała, jak staje się kobietą. Była wciąż 
szczupła. Prawa pierś była nieco większa niż lewa, ale tylko tro 

background image

szeczkę. Jasnych włosów na łonie, gdy były mokre, prawie nie było 
widać. Teraz i ona dostrzegła odrosty. Któregoś dnia trzeba będzie 
nałożyć hennę. 
- Jesteś taka sexy i taka mokra - przesunął dłonią po jej brzuchu. Czuła, że 
mu sztywnieje. W tej chwili przeszkadzało jej to. Odepchnęła go. 
Chwycił ją, przyciągnął do siebie. Uwielbiała taką zabawę, ale nie tym 
razem. Próbował obrócić ją i wejść w nią od tyłu. Wstąpiła w nią złość. 
Wyrwała się z gibkością i siłą, które ją samą zaskoczyły. Prychnęła na 
niego, odepchnęła go z nieznaną sobie intensywnością. Ale było jej z tym 
dobrze. Znowu ją pochwycił. 
- Wystarczy, przestań - krzyknęła. Jej głos odbił się od szumu wody. Jon z 
włosami przylepionymi do głowy wciąż się uśmiechał, tak jakby nie 
rozumiał. Był pochłonięty swą rolą samca-renifera. Uderzyła go otwartą 
dłonią, aż klasnęło. 
- Au - krzyknął, ale nie przestawał, trzymał ją. Przejechała wtedy 
paznokciami przez jego pierś, jak rozzłoszczona kotka. 
Puścił. Jej gniew minął. Napotkała jego oczy. Spodziewała się małych 
czarnych szpilek, lecz on patrzył na nią prawie z zaciekawieniem. Stała w 
rogu przy lustrze, zrobiła krok do przodu, rozluźniła się. Zaczęła się 
śmiać. Stał tam nagi, mokry, z włosami przyklejonymi do głowy, 
brzuchem ociekającym szamponem i na wpół zesztywniałym członkiem. 
Przez jego pierś biegły ukośnie cztery czerwone ślady jej paznokci. 
Wycierał jej brzuch. 
- Piecze? - zapytała. 
- Tak. 
- Zezłościłeś się? 
- Tak. 
- Nie zauważyłam. 
- Opanowałem się. To było nawet ciekawe. 

background image

- Ciekawe? - odwróciła się i zaczął wycierać jej plecy. 
- Ile razy tu jesteśmy, mam na ciebie ochotę. 
- Zauważyłam. 
- A może konkuruję ze starym? 
- Jak to? 
- Chcę pokazać i jej, i jemu, że jesteś moja. 
- Tak jak na kuchennym stole - powiedziała. 
Pochylił się i wycierał jej uda i łydki. Potem jej małe stopy pardwy, na 
końcu skórę między palcami. Wiedział, że ona to lubi. Prosił o 
wybaczenie. 
- O naszym związku można powiedzieć wszystko, ale nie to, że jest 
nudno. - Jon zaczął się wycierać. 
- A jeszcze nie zjedliśmy śniadania - odparła. 
W kuchni pachniało świeżo smażoną rybą. Matka podeszła z patelnią. Po 
jednej stronie leżały ościste sieje o białym mięsie, po drugiej pstrągi. 
Mięso oddzieliło się od ości, tak jak to się zawsze dzieje, gdy rybę się 
usmaży. 
Tomas stwierdził, że gdy on stawia sieci, to napełnia rybami całą beczkę. 
Co najmniej. Ryb jest dosyć, jeśli zna się dobre miejsce. 
- Te złapaliśmy przy Daumannsholmen - powiedział Jon. 
- Ostatni raz, gdy tam byłem, złowiłem czterdzieści sztuk. 
- Dużo - odrzekł Jon. 
- Przeważnie pstrągi. Najmniejsze były takie jak ten - Tomas nałożył 
sobie jedną z większych ryb. 
Jon zrozumiał podtekst, nie chciał współzawodniczyć z Tomasem. 
- Skąd ta nazwa? - zapytał. 
- Nie ma się czym przejmować - odpowiedział Tomas. 
- Nazwa wzięła się od pewnego dawnego wydarzenia - wtrąciła się 
teściowa. 
- Maja! - rzekł stary surowo. Drobna kobieta spuściła na chwilę wzrok, a 
potem utkwiła go w oczach Jona. 

background image

- Powyżej w tej dolinie mieszkali przedtem ludzie. Jeden z nich mial na 
imię Matis. Nazywano go Mirko. Mial niewielkie gospodarstwo i 
stopniowo przybywało mu reniferów. Powiadano, że ma władzę nad 
duchami. 
- Zaprzedał się Szatanowi. - Tomas wstał od stołu, tak jakby zamierzał 
odejść. 
- No... - zawiesiła głos. 
- I w końcu Szatan po niego przyszedł - stwierdził Tomas. 
- Mirko wzbogacił się. Stado jego rozrastało się i rozrastało -opowiadała 
Maja. 
- Niektórzy powiadali, że stado sąsiada w równym stopniu malało - 
przerwał jej. 
- Sąsiad słyszał, że Mirko ma butelkę, a w tej butelce ducha, który spełnia 
wszystkie życzenia - ciągnęła Maja. 
- Pewnego dnia, gdy Mirko był w górach, a jego żony i dzieci nie było w 
domu, sąsiad włamał się do domu. Nie znalazł tam butelki. Włamał się 
więc do spiżarni. Wtedy butelka spadła na ziemię, stłukła się i duch się 
uwolnił. 
W tej samej chwili Mirko przeczuł niebezpieczeństwo. Pochwycił 
najbardziej rączego renifera, zaprzągł go do sań i pomknął w stronę 
kościoła. 
- Dał Szatanowi swą duszę w zastaw. - Stary wciąż stał przy stole. 
- Mirko wierzył, że jeśli dotrze do miejsca, skąd mógłby dojrzeć wieżę 
kościelną, to będzie uratowany. Wieżę można było zobaczyć, stojąc na 
drugim brzegu jeziora. Pędził tak szybko, jak tylko renifer dal radę. Lecz 
duch leciał w powietrzu i dogonił Mirko akurat wtedy, gdy sanie 
dojeżdżały do zamarzniętego jeziora. 
- Nadszedł dzień, gdy Szatan zażądał swego, a to nie żarty - powiedział 
Tomas. 
- Usiądź i nie przerywaj - wtrąciła się gwałtownie Lajla. 
- Nie trzeba wywlekać tych historii. - Tomas był poirytowany. 
- Nie chcesz słuchać, to wyjdź - odpowiedziała Lajla. 

background image

- Takie opowieści budzą do życia zło. - Twarz mu stężała. Policzki Mai 
nieco poczerwieniały, ale kontynuowała. 
- Gdy Mirko dojechał do wysepki, duch rzucił się na niego. Wywlókł go z 
sań. 
- I po Matisie. Kaput - rzekł Tomas. 
- Duch zdarł z niego ubranie, ciało rozerwał na strzępy i rozrzucił po 
śniegu. Wnętrzności zawisły na drzewach. Drzewa obumarły i nic tam od 
tej pory nie rośnie. 
- Teraz jego dusza płonie w piekle, to nie żarty. Stary usiadł. 
- Powinniśmy się cieszyć, że przesądy zostały pogrzebane, że odeszły w 
pogańską przeszłość - dorzucił. - Przedtem wierzono nawet, że kamienie 
potrafią mówić i pomagać we wszystkich sprawach. Ale trzeba było 
kamieniom składać ofiary. Im więcej ofiarowywano, tym więcej kamień 
się domagał. Ludzie składali w ofierze renifery, konie, srebro, złoto, aż 
się całkiem zrujnowali. Gdy już raz zaczęli, nie mogli się wycofać, bo 
inaczej moce podziemne zwracały się przeciwko nim. Nawet dzieci 
składali w ofierze. 
- No nie, ojcze, teraz to już fantazjujesz - przerwała mu Lajla. 
- To są prawdziwe historie. 
- Fantazjuje - rzekła krótko Maja. 
- Sam widziałem najlepsze mięso renifera i ryby, i srebrne guziki przy 
różnych kamieniach. Człowiek powinien pójść i pozbierać te wszystkie 
pieniądze, które leżą przy kamieniach na widdzie. Można by się 
wzbogacić. 
- Wstyd tak mówić - powiedziała cicho Maja. 
- My, którzy mamy trochę rozumu, powinniśmy pójść i pozbierać te 
pieniądze. Co myślą o nas inni? Ze czcimy kamienie. Jest taki kamień 
powyżej gammy, w jarze. 
- Ten otoczony kamiennym kręgiem? - zapytał Jon. 
- Kiedyś poszedłem tam, aby go przewrócić, ale wrósł w ziemię. Nie 
dałem rady. Najchętniej poprzewracałbym wszystkie seide. 

background image

- Były tam jakieś pieniądze? 
- Nie - odrzekł stary ostro. 
- Czy słyszałeś, że ktoś znalazł tu kryształy górskie? - zapytał Jon. 
- Nie - powiedział krótko. 
- A pewnie, że tak - wtrąciła się Maja. - Przodkowie wiedzieli więcej. 
Znajdowali złoto w rzece, a srebro w górach. Znajdowali też kryształy. 
Słyszałam, że znajdowano też magnes i wiele innych rzeczy. Pomagały 
im elfy i istoty podziemne - ciągnęła. 
- Słyszałem opowieści o ludziach, którzy pytali istoty podziemne o 
pozwolenie, gdy chcieli budować - powiedział Jon. 
- To było konieczne. Nie można było budować tuż nad ich domostwami. 
Jeśli postawiło się stodołę nad nimi i krowy robiły im na głowę, to 
wpadały w złość. Zaczynały wtedy tak dokuczać krowom i ludziom, że 
nie można było wytrzymać. 
- Nic innego nie robiły, jak tylko dokuczały ludziom - przerwał jej Tomas. 
- Nam nigdy - odrzekła Maja. - W tej zagrodzie zawsze byliśmy 
chronieni. Nawet w czasach, gdy niektórzy potrafili rzucać uroki złym 
spojrzeniem. 
- Wykręcały krowom kopyta, jeśli nie spełniało się ich życzeń - rzeki 
Tomas. 
- Nigdy czegoś takiego tutaj nie było, a mieszkają tu ludzie od sześciu 
pokoleń. 
- Po nas nikogo tu nie będzie - mruknął Tomas. Wstał od stołu i wyszedł. 
Jon znał ich stanowisko. Był jednak zaskoczony tym, jak głęboko tkwił w 
Tomasie lęk przed diabłem. Na Tomasa było już za późno. Bronił się 
przez cały czas. Za pierwszym razem, gdy Jon go sprowokował, niemalże 
się pobili. Tomas to zbyt stary Fin. Jak wielu z nich, opętany był myślą o 
ziemi. To fiński niewolnik przykuty do ziemi, zlaponizowany tylko przez 
język, jak wielu 

background image

innych fińskich imigrantów. Lecz duży nos i długie, chude ciało mówiły 
za siebie, na równi z jego upartą naturą. Lajla była podobna do matki. 
Miała jednak dwóch braci, wierne kopie ojca. Obaj byli dobrymi 
saamskimi politykami i znali się na pieniądzach. Nawet Lajla nie miała z 
nimi o czym rozmawiać. 
W kuchni znowu pojawił się Tomas. W ręku trzymał mały woreczek z 
wyprawionej skóry renifera. 
- Coś ci pokażę - zwrócił się do Jona. - Nie tylko w dawnych czasach 
znajdowano kosztowności w otaczającej nas naturze. 
Tomas rozsupłał woreczek i wyciągnął coś, co było zawinięte w kawałek 
czerwonego materiału. 
- Popatrz. - Trzymał w ręku kamień wielkości palca. Błyszczał w sposób 
zadziwiająco przezroczysty, jak sopel lodu w kwietniowym słońcu. 
- Kryształ górski - odezwał się Jon. 
- Znalazłem go - powiedział Tomas. 
- Gdzie? - zapytała Lajla. 
- W okolicy. 
Nagle kryształ zaczął emanować światłem. Ze światła wyszedł Myrinn, 
przemknął przez pokój i zniknął. 
- Nigdy mi go nie pokazywałeś - powiedziała Maja. 
- Zawsze mówiłaś, że się na tym nie znam. 
- Gdzie go znalazłeś, ojcze? - zapytała ponownie Lajla. 
- Znalazłem go w okolicy, a ponieważ wierzysz w kamienie, to chcę ci go 
dać. Masz odwagę wziąć? - zapytał wyzywająco, trzymając kryształ 
przed Jonem. 
- Z radością. 
- Znalazłeś go na naszej ziemi, ojcze? - Lajla była zniecierpliwiona. 
- Czy to nie wszystko jedno? - odrzekł kochający ojciec, trzymając w 
rękach skórzany woreczek, kawałek materiału i kryształ. - Cieszę się, że 
się go pozbywam. 

background image

- Dlaczego? - zapytał Jon. 
- Próbowałem go kiedyś wyrzucić. 
- Dlaczego? - przerwał mu Jon. 
- Bo towarzyszy mu niepokój - odpowiedział Tomas i kontynuował swoją 
historię. - Ale następnego dnia był tu znowu, jakby w jakiś sposób 
przyfrunął z powrotem. Dostaniesz go pod jednym warunkiem. 
- Jakim? - zapytał Jon. 
- Ze zabierzesz go ze sobą, gdy będziesz odjeżdżał. - Tomas podał mu 
trzymane w ręku przedmioty. 
- Obiecuję, pod jednym warunkiem - rzekł Jon, przyjmując podarunek. 
- Oczywiście, o co chodzi? 
- Musisz odpowiedzieć na moje pytanie. 
Stary znowu triumfował. Zapanował nad sytuacją. Wysunął dolną 
szczękę, niczym zwycięzca. 
- Pytanie wymaga prostej odpowiedzi, tak lub nie. Obiecaj, że odpowiesz. 
- Strzelaj. - Sprawiał wrażenie rozbawionego. 
- Czy znalazłeś ten kryształ przy seide, wewnątrz kamiennego kręgu? 
Szczęka opadła, a wesołość momentalnie zniknęła. Tomas zamrugał 
powiekami, spojrzał na Jona. Spojrzał na kobiety. Cała trójka wpatrywała 
się w niego. 
Skinął głową. 
- Wygrzebałem tam ich więcej. Były znacznie większe. Wrzuciłem je do 
jeziora. 

background image

Tego ranka, gdy ocknął się w gammie, postanowił odjechać. I to sam. 
Wiele razy miał ochotę o tym powiedzieć. Nie potrafił jednak. 
Niespodziewane zajścia przy śniadaniu zburzyły jego plany. Teraz było 
już popołudnie. 
Lajla siedziała naprzeciw niego przy stole i oburącz trzymała filiżankę z 
kawą. Teraz musi powiedzieć. Jeśli dobrze ją zna, to będzie wojować o to, 
by jechać z nim. 
Jon podniósł się, by przynieść sobie drugą filiżankę kawy z kontuaru w 
kafeterii miejscowego domu towarowego. Przed nim w kolejce ustawiła 
się grupa licealistów. Hałasowali, śmiali się, niezdecydowanie 
wybierając ciastka, colę, herbatę, zamieniając co chwila napoje. Uporanie 
się z zamówieniem zabrało im całą wieczność. Jakby tego nie było dość, 
zajęli stoliki po obu stronach miejsca, w którym siedział razem z Lajlą. 
Ponad ich głowami przebiegała rozmowa o jakimś beznadziejnym 
nauczycielu. Chociaż irytował go hałas, nie mógł nie współczuć 
nieszczęśnikowi, który poświęcał swe siły i zdrowie na nauczenie tej 
bandy matematyki. Opróżnił drugą filiżankę, koncentrując się na tym, co 
musiało zostać powiedziane. 
- Lajla, to ty? - zabrzmiało pytająco. Zarówno on, jak i Lajla odwrócili się 
w stronę, skąd dobiegł głos. 
Lajla podniosła się, podeszła szybko do zbliżającej się do nich kobiety, 
padły sobie w objęcia. 
- Prawie cię nie poznałam, z tymi czarnymi włosami. 
- To jednak ja. 
Obie dziewczyny witały się głośno, przygłuszając paplaninę licealistów. 
Wszyscy na nie patrzyli i zdaniem Jona było to krępujące. 

background image

- Siedziałam i przyglądałam ci się. Było w tobie coś znajomego, lecz nie 
mogłam sobie przypomnieć, skąd cię znam. Ale wtedy zauważyłam, jak 
obejmujesz filiżankę obiema dłońmi. To mogłaś być tylko ty. 
Przyniosła swoją kawę, przysiadła się do ich stolika. 
- Mieszkasz teraz tutaj? - zapytała nieznajoma kobieta. 
- Jestem na urlopie. A ty? 
- Na kursie - odrzekła. 
- Pamiętasz... - zaczęty obie jednocześnie. Wybuchnęły śmiechem. 
- Byłyśmy razem na uniwersytecie ludowym - powiedziała Lajla i 
przedstawiła Johanne. Johanne zajmowała się rzemiosłem artystycznym. 
Jon nigdy jej przedtem nie widział. A wydawało mu się, że zna 
wszystkich. 
- To twój mąż? - zapytała Johanne. Lajla przytaknęła. 
- A teraz opowiadaj, co ze zdjęciami? Wciąż fotografujesz? Lajla znowu 
przytaknęła. 
Wtedy pojawił się jakiś mężczyzna. Stanął przy stoliku, przysłuchiwał się 
ich rozmowie. 
- Z tego żyję - powiedziała Lajla. - Ale teraz nie zabrałam aparatu ze sobą. 
Zrobiłam sobie wolne od zdjęć, czasopism, agencji fotograficznych. 
- A co robi twój mąż? - zapytała Johanne. 
- Nic szczególnego. Próbuje zostać noaidi. 
Johanne uśmiechnęła się, spoglądając w górę na stojącego obok 
mężczyznę. 
- To jest Paul - powiedziała. 
Przedstawiając się, Paul uścisnął mdło rękę Jona. To był ten rodzaj 
uścisku, który przyprawiał Jona o gęsią skórkę. Paul wziął filiżankę z 
kawą, pił, stojąc obok stolika. 
- Oboje jesteście na kursie ? - zapytała Lajla. 

background image

johanne potaknęła za siebie i za Paula. Wyglądało na to, że Paul myśli o 
czymś innym. 
- Powinnaś zobaczyć, co teraz robię - powiedziała Johanne. 
- Co takiego? 
- Bęben. 
- Bęben szamański? - zapytała Lajla. 
- Robię kopię bębna, który kiedyś widziałam - przytaknęła Johanne. 
- W muzeum? 
- Odkąd się tym zajmuję, dzieje się tyle dziwnych rzeczy - odpowiedziała 
Johanne. 
- Co na przykład? 
- Dostałam stypendium, by jeździć po muzeach, w których mają takie 
stare eksponaty. 
- To wspaniale! 
Paul stal przy stoliku, pił kawę. Patrzył w dal, tak jakby osoby przy 
stoliku nie istniały lub to, o czym mówią, nie było warte uwagi. 
- Ależ usiądź - zwrócił się Jon do Paula. 
- Musimy zaraz iść - odpowiedział Paul. 
- Mamy jeszcze piętnaście minut. - Johanne spojrzała na zegarek. 
Paul stal w dalszym ciągu przy stoliku, tak jakby nie był zainteresowany 
podtrzymywaniem rozmowy. 
- Gdzie widziałaś ten bęben? - powtórzyła Lajla. 
- Nie wiesz, że ten, kto pije kawę na stojąco, staje się zazdrosny i wplątuje 
się w bijatyki? - spytała Johanne. 
Dopiero wtedy jej stojący małżonek udał się na poszukiwania krzesła. 
- No gdzie? 
- Wciąż cię jeszcze interesuje stara sztuka - odrzekła Johanne. Lajla 
skinęła głową. 

background image

- W ostatnim roku nauki na uniwersytecie ludowym spotkałam starego 
mężczyznę. Okazało się, że na niejednym się zna. Mial bęben. Oglądałam 
go wiele razy, był naprawdę stary. Ludzie przychodzili do mężczyzny po 
poradę. Nikt właściwie o tym nie mówił. Wtedy wszystko było okryte 
tajemnicą. 
- Czy to był bęben wróżebny? - zapytała Lajla. -Tak. 
- Gdzie teraz jest? 
Paul zdobył wolne krzesło, usiadł obok niej. 
- Nikt tego nie wie, prawda Paul? 
- Mężczyzna nie żyje - odrzekł Paul, tak jakby nie chciał o tym 
rozmawiać. 
- Bęben zaginął. Dlatego robię nowy - powiedziała Johanne. - Mężczyzna 
zginął w wypadku samochodowym. Zmiażdżyło mu głowę - dorzuciła. 
Paul patrzył w bok. 
- Właśnie widziałem bęben w pewnym domu na wybrzeżu. Też był stary - 
odezwał się Jon. 
Miał ochotę opowiedzieć więcej, ale napotkał oczy Paula. Przeszyły go. 
We wnętrzu Jona zaczęła migotać pochodnia. Być może Paul był 
zazdrośnikiem, obawiającym się o swoją kobietę. Johanne była świetną 
dziewczyną o błyszczących oczach, czyste przeciwieństwo tego milczka. 
Może wyobrażał sobie, że Jon zaczął tę opowieść, by smalić do niej 
cholewki. Dlatego przerwał swoje opowiadanie. Lajla też była dziwnie 
milcząca. 
Jon zauważył, że Paul myśli o czymś, o czym nie chciał rozmawiać. 
Wyglądało to tak, jakby chciał milczeniem powstrzymać rozmowę. Może 
był jednym z tych, którzy nie lubią rozmów o bębnach i szamanach. 
- Gdy wrócę do domu, naciągnę skórę na ten, który teraz robię. 
Odtwarzanie figur na skórze będzie ekscytujące, ale i trudne -odezwała 
się Johanne. 

background image

- Dlaczego? 
- Niewiele pamiętam. Byłam głupia, że ich nie naszkicowałam. Ty byś 
pewnie tak zrobiła. 
- Ja bym je sfotografowała. 
- Jasne. 
- Ale coś przecież pamiętasz? 
- Zapamiętałam znak Boga Słońca i to, że membrana podzielona była na 
trzy części. Nie pamiętam zbyt dobrze, jak wyglądały inne figury. Nie 
wiem też, co oznaczały. Niewielu teraz się na tym zna. 
Jon chciał usłyszeć coś więcej o bębnie, lecz nie zapytał. W jego wnętrzu 
migotała pochodnia. Nie chciał prowokować Paula. Mogło to się 
skończyć równie źle, jak wtedy, gdy po raz pierwszy sprowokował 
Tomasa. Wokół stolika zapanowała cisza. Jon słyszał gadaninę 
licealistów. Paul spojrzał na zegarek. 
- Musimy chyba już iść. - Johanne podniosła się. 
- Nie moglibyście zajść do mnie? Mieszkam teraz u rodziców. 
Porozmawiamy - zaproponowała Lajla. 
- Chętnie - odrzekła Johanne. - Będziemy mogli przesiedzieć razem do 
późnej nocy, pić herbatę i grzać dłonie o filiżanki. Pamiętasz te wszystkie 
noce? - zapytała. 
Lajla skinęła głową. 
- Przyjdziecie? 
- Tak. - Teraz oboje z Paulem stali. Johanne pożegnała się z Lajlą. Jon 
powiedział do widzenia. Chociaż usta Paula nieznacznie poruszyły się, 
nie dobiegł z nich żaden głos. 
Jechali do domu. 
- Domyślam się, że jutro pojedziesz - odezwała się Lajla. Przejrzała się w 
lusterku, przeczesała dłonią swe długie włosy. 
- Zgadza się. 
- Do Abrahy? 

background image

- Pierwszy przystanek w Kautokeino, tam gdzie nie chciałaś się 
zatrzymać. Odszukam ten dom. 
- A potem? 
- Abraha. 
- A potem? 
- Krok po kroku do celu. 
- Nie masz wątpliwości, że znajdziesz ten bęben? 
- Mówiąc szczerze, czuję, że podążam tam, gdzie powinienem być. Tam, 
gdzie mogę najwięcej się nauczyć. 
- Ponieważ nie chcesz, bym z tobą jechała, mogę potraktować to w ten 
sam sposób. Zostanę w domu, w miejscu, gdzie mogę najwięcej się 
nauczyć. 
- Tutaj nie masz już domu. Twój dom jest przy mnie. A poza tym, kto 
powiedział, że nie pojedziesz ze mną? 
- Chciałeś mi to powiedzieć przez cały dzień. Tylko że nie potrafiłeś tego 
z siebie wydusić - odrzekła Lajla. Uprzejma jak zwykle. 
Gdy zbliżali się do zabudowań, Jon zapytał: 
- Sądzisz, że Paul jest zazdrosny? 
- Nie sądzę. 
- Zaprzątało go coś, o czym nie chciał mówić. 
- Jest ostrożny. 
- Dostałem gęsiej skórki, gdy uścisnął mi dłoń. 
- Wiesz co, Jon? Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że jesteś 
nieprzyjemnym zarozumialcem. Sceptycyzm emanował z ciebie przez 
cały dzień. Pokazałeś tyle kolców, co przestraszony jeż. 
Lajla powiedziała, że Jon chce odwiedzić krewnego i że nie będzie go 
przez parę dni. Ona miała zostać. Tomas przyniósł kartonik jajek, które 
Jon miał wziąć ze sobą, świeżo zniesionych przez pierwszoligowe kury. 
Maja uśmiechnęła się jednym ze swych zmęczonych uśmiechów. I oboje 
starzy poszli spać. 

background image

Światło reflektorów przebiło mrok, zbliżyło się do zabudowań. Przez 
bramę wjechał samochód, zatrzymał się przed domem. Byli to Johanne i 
Paul. 
- Rozmawialiśmy potem - rzekła Johanne. 
- Uważam, że dziwnie brzmią opowieści o tym, że chcesz zostać noaidi - 
odezwał się Paul. 
- Słucham? - zapytał Jon. 
- „Nic szczególnego, po prostu noaidi" - powtórzył Paul. 
- Myśmy w ten sposób często rozmawiały, prawda Lajla? - zapytała 
Johanne. 
Lajla przytaknęła. 
- No, widzisz. To było tak dla żartu. - Johanne patrzyła na Paula. 
W tym momencie Jon poczuł coś więcej niż tylko zimny dreszcz. Brała 
go złość. A więc Paul był jednym z tych, którzy nie mogli nawet znieść 
tego, że ktoś wymawiał słowo noaidi. 
- Obiecałam wam herbatę - powiedziała Lajla. Johanne skinęła głową. 
Gdy herbata była już podana i cała czwórka siedziała przy stole, odezwał 
się Paul: - Nigdy nie wierzyłem w to, że bęben spalili jego krewni, jak 
twierdzono. Ani Johanne, ani ja w to nie wierzyliśmy. 
- Nie. Sądziliśmy, że tak powiedzieli, by zachować bęben dla siebie. Żeby 
nie musieli go oddawać do muzeum albo czegoś w tym rodzaju. 
- To nie był też zwykły wypadek samochodowy - powiedział Paul. 
- Co do tego nie możemy mieć pewności - odparła Johanne. 
- Ja jestem pewien. Nie wierzę w to, że ten stary człowiek ukradł 
samochód i wyleciał z szosy. I że w ten sposób zmiażdżył sobie głowę. 
- Kiedy to się stało? - zapytał Jon. 

background image

- Gdzieś przed rokiem - odrzekła Johanne. 
- A gdzie? 
- Kilkadziesiąt kilometrów od granicy. 
- Słyszałem, że w samochodzie było więcej osób. Nie był sam, chociaż 
właśnie tak powiedziano policji - powiedział Paul. 
- A może to nie był wypadek? 
Paul skinął głową. - To nie był wypadek. I bęben nie został spalony. 
- Sądzicie, że to może być ten sam bęben, który ja widziałem? 
- Tego nie wiemy. A tak przy okazji, ten człowiek, który został zabity, 
miał na imię Jon - oznajmiła Johanne. 
Leżał z Lajlą w ciemności w małym pokoiku. 
- Czy ktoś mógłby zrobić coś takiego po to, by zdobyć bęben? - zapytał 
Jon. 
- Sam widziałeś tego mężczyznę. W dalszym ciągu uważasz, że to tylko 
lis? 
- Moim zdaniem, na takiego wyglądał. Może jest kimś, kto potrafi się 
przemieniać? 
- To zły człowiek - rzekła Lajla. 
- Sądzisz, że mógł to zrobić? 
- A ty tak nie uważasz? 
- Wezmę to pod uwagę. 
- Nie. Masz działać tak, jakby on to zrobił na pewno i jakby mógł to 
zrobić raz jeszcze - powiedziała. 
Jona przejął dreszcz. 
- Dobrze - odpowiedział. 
- Czuję niebezpieczeństwo od tej nocy, gdy zabłądziliśmy. Zbyt dużo się 
tamtej nocy wydarzyło. To nie było przypadkowe. Dawniej używano 
bębna, by zsyłać nieszczęścia i niepogodę. Sądzę, że ten człowiek jest 
odpowiedzialny za to całe zło. 
- Też o tym myślałem.. 

background image

Jon spostrzegł, że sen wypełniał jego ciało i pełznął w głąb świadomości, 
tam, gdzie wcześniej w ciągu dnia przyczaił się dreszcz. 
- Wiesz, o czym zapomnieliśmy? - zapytała nagle. 
- O czym? 
- Zapomnieliśmy zameldować o złodzieju reniferów. 
- No, oczywiście. Zajmę się tym po powrocie. 
- Paul był rzeczywiście przygnębiony czymś, o czym nie chciał 
rozmawiać. 
- A nie mówiłem? 
- Mówiłeś. - Lajla pocałowała go kark. 
Wreszcie uznała jego intuicję. Ciepło pokonało zimny dreszcz. Przyjazne 
fale snu przepłynęły przez niego i pociągnęły ze sobą. 
- Czy to dziwne, że nie od razu o wszystkim opowiedział, skoro 
zachowywałeś się jak mruk? - dorzuciła, wyciągając go z przyjaznych fal. 
- Dlaczego powiedziałaś, że mam odwiedzić rodzinę? - zapytał. 
- Tak mi się powiedziało - doszło z jej ust wtulonych w poduszkę. 
- Przecież nie mam żadnych krewnych, których bym odwiedzał. 
- Powinieneś odwiedzić tę krewną, którą masz. 
- Ponieważ powiedziałaś, że mam odwiedzić krewnych, to on przyszedł z 
kartonem świeżo zniesionych jaj. 
- Wiem. 
- I teraz muszę ciągnąć ze sobą dwa tuziny jajek. 
- No i co z tego? - zapytała Lajla z głębi poduszki. 
Właściwie, i co z tego? Leżał i próbował wymyślić szybką odpowiedź, 
jaką powinien od razu jej posiać. Wreszcie dał spokój. Lajla dawno już 
spala. 

background image

- Dlaczego to robisz, Jon? Dlaczego jedziesz dalej? - zapytała rano Lajla. 
- Z powodu snów, które miałem - odpowiedział. 
- Chodzi tylko o sny? 
- Aby uwolnić bęben. 
- Od amputowanej ręki? 
- Nie, z rąk czarnej magii. 
- To może być niebezpieczne. 
- Robię to, by odzyskać wiedzę. Nie tylko dla siebie i nie tylko dla 
naszego plemienia. 
- Rozumiem - odparła. 
- Wiedza to dar dla wszystkich. Im więcej dzielisz, tym więcej jest do 
podziału. 
Jon wsiadł do samochodu, zapalił motor. 
- To zly człowiek. Ale ona jest dobra. Polubiłam ją. Pomoże ci w razie 
potrzeby. - Były to ostatnie słowa Lajli przed jego odjazdem. 
Jon znowu był w drodze. Śpiewał. Pochodnia paliła się silnym, jasnym 
płomieniem w jego brzuchu. Myrinn wrzucił mu do ręki kryształ, który 
leżał teraz w skórzanym woreczku na tablicy rozdzielczej. 
Ale jajek zapomniał. 
Przyhamował przed ostrym zakrętem. Zakręt był pułapką na wąskiej 
drodze i Jon czuł przed nim respekt. Po chwili zobaczył samochód. 
Mężczyzna za kierownicą pozdrowił go, lecz Jon nie zdołał dojrzeć, kto 
to. 

background image

Wjeżdżając do osady, poczuł niezwykłą siłę. Zatrzymał się przy kiosku, 
kupił colę light, otworzył i napił się. 
- Hej, Jon, podejdź tu! - zawołał głos z samochodu. Dłoń pokiwała w jego 
stronę. Jon zbliżył się. 
- Hej, to ty, Anders? - odezwał się. 
- Yes, jak leci? 
- Nie najgorzej - odpowiedział Jon. 
- Dzieje się coś nowego? - zapytał Anders. 
- No jasne. 
- Nowe sensacje? -No. 
- Widzę, że wciąż masz tę starą brykę - Anders wskazał jego samochód. 
- A ty zmieniłeś. 
- Zmieniam co roku. Opłaca się - powiedział Anders. 
- Aha. 
- Ty przecież też nieźle zarabiasz. Za jedną historię dla tygodnika możesz 
zgarnąć z dziesięć tysięcy, no nie? 
Na siedzeniu obok Andersa siedział jakiś człowiek. Pochylił się do 
przodu. 
- Mam historię dla ciebie - rzeki. 
Zaczął opowiadać o drodze, która będzie przebiegać przez pastwiska 
reniferów. Ludzie byli przeciwni, ale drogę i tak budowano. 
- O czymś takim będą chcieli przeczytać na Południu - zakończył. 
- Nie jestem tego taki pewny. 
- Nie ma wątpliwości. Patrz, ile pisali podczas Alty. 
- Zużyto wówczas cały przydział zainteresowania. 
- Mylisz się. 
- A tak w ogóle, byłeś nad Altą ? - zapytał Jon. 
- Nie. Oszalałeś? -Nie? 

background image

- Protest przeciw rządowi nie miał sensu. Wszystko poszło tak, jak 
przewidywałem - rzekł obcy. 
- Napisz raczej jakieś porządne, parujące seksem opowiadanie 
łonie natury - rzekł Anders szczerząc zęby w uśmiechu. 
- Pisz o ludziach i zwierzętach w rui. Tego oczekujemy. Soczysty seks w 
lawo, na skórze renifera. Nie musisz wymieniać nazwisk dziewczyn. 
- To byś przeczytał, co? - mruknął Jon. 
- Rozumie się. Musiałbym przeczytać, by się dowiedzieć, o kim piszesz. - 
Anders zapalił i odjechał, pozostawiając chmurę kurzu 
1 żwiru. 
Dziesięć kilometrów od wioski minął stare pasterskie siedlisko. Stały 
między niewysokimi sosnami na wcinającym się w rzekę cyplu. Po 
prawej stronie drogi wybudowano kilka domków wypoczynkowych. 
Wzdłuż ściany jednego z nich wylegiwało się kilka owiec. 
Był w pobliżu mocy. Uczucie to podrażniło jego gruczoły, aż zrobiło mu 
się gorąco. Wielki obraz plemienny dotyczył wszystkich. Obejmował 
ludzi jeszcze przed narodzinami i sięgał poza grób. A pierwszym krokiem 
do wiedzy było odnalezienie szczelin. 
Nagle na drodze położył się ciężki cień. Jon wcisnął hamulec. Lecz opony 
nie uchwyciły asfaltu. Wyglądało tak, jakby zabójca cisnął samochodem 
niczym śmieciem ku szczelinie między głazami oddzielającymi szosę od 
przepaści. 
Wówczas wokół niego eksplodowało światło. Światło odrzuciło zabójcę i 
hamulce zadziałały. 
Samochód stał na krawędzi urwiska. Tuż przed nim była przepaść. Przez 
boczne szyby Jon mógł spojrzeć na osypisko, dziesięć, piętnaście metrów 
poniżej. Kamienie na dnie przypominały rząd wyszczerzonych zębów. 
Jon zaczął oddychać głęboko i spokojnie, wdech, wydech. Wtedy widmo 
zniknęło. Kamienie straciły ma 

background image

giczną moc. Nie można zapomnieć o oddychaniu, myślał, wrzucił bieg 
wsteczny, wyjechał na asfalt. 
Zaparkował po bezpiecznej stronie drogi. Przez chwilę wszystko wisiało 
na włosku. Słońce zaglądało przez przednią szybę. Słoneczne światło 
tworzyło tęczę wokół kryształu. Dotknął go. Sparzył się, cofnął rękę. 
Widda wydawała się nieskończenie szeroka, pusta, bez ostrych konturów, 
bez granic, bez życia. Zycie, które miał, zostało z niego wyssane. Czy 
podróż miała teraz jakiś sens? Dawniej powiadali, że jeśli podróż 
rozpoczyna się wypadkiem, to potem przynosi już tylko katastrofę. A 
może równie dobrze mógłby zawrócić? Siedział spięty za kierownicą, nie 
czuł kontaktu z samochodem. 
Słońce zaszło. 
Chłodny, gwiaździsty wieczór nastał prawie niezauważalnie. Jon zmarzł, 
włączył ogrzewanie. Osnuway go nici przeznaczenia, o których 
wspomniała Lajla. Zaciskały się wokół niego. 
Ktoś powiedział, że gdy człowiek się boi, szybko się uczy. 
Jon odnalazł drogę do domu, w którym wiele lat temu zobaczył po raz 
pierwszy bęben i gdzie zagłębił się w niego znak słońca. Lecz dom był 
spalony. Ostały się tylko fundamenty i komin. Piwnica była do połowy 
wypełniona piachem, cegłami i przegniłymi resztkami belek. 
Z pogorzeliska wyskoczył duch niedźwiedzia o brunatnej sierści i 
bezszelestnie wskoczył w Jona. 
Jon poszedł do najbliższego sąsiada. Dowiedział się tam, że właściciele 
domu zmarli. 
Na zakręcie Jon zabrał autostopowicza. Był to starszy mężczyzna z 
zielonym plecakiem. 
- Zaakceptujesz mnie? - zapytał autostopowicz. 

background image

- Co masz na myśli? 
j - Dobro przychodzi samo z siebie - powiedział mężczyzna. - Przed nim 
nie trzeba się pilnować. Ale złego musimy się strzec. Pojawia się w 
chwilach radosnych i nachodzi nas, gdy mocno kochamy. Przybiera różne 
formy. I jeśli nie może dosięgnąć nas z przodu, to atakuje z tyłu. Czai się 
wzdłuż każdej obranej przez nas drogi. I 
W samochodzie zapanowała cisza. Minęli kilka "domów stojących na 
bezkresnej widdzie. Z przeciwnej strony zbliżył się trailer, przetoczył się 
obok nich, a pęd powietrza powstały po przejeździe olbrzyma pchnął 
lekki samochód w stronę pobocza. Jon koncentrował się na prowadzeniu. 
Było coś dziwnego w jego pasażerze; w tym, jak z nim rozmawiał. 
Jon przywołał ducha niedźwiedzia i zauważył, że niepokój zniknął. 
- Nie boję się - zwrócił się do obcego. Ale autostopowicza już nie było. 
Zarówno on, jak i plecak zniknęli. 
Zatrzymał się i wysadził tego człowieka? Zabierał go w ogóle ze sobą? 
Zwodziła go wyobraźnia? To na tym odcinku drogi pewien mężczyzna 
zabił się, jadąc samochodem. Albo też został zabity. 
Rozbolała go głowa, tak jakby uderzono go czymś twardym. 
Na znak stojącego w oknie celnika Jon przejechał granicę i znalazł się w 
Finlandii. Wrzucił bieg. Pasy odblaskowe wzdłuż drogi były świeżo 
namalowane. Obcy pojawił się w jego samochodzie, dał mu ostrzeżenie i 
zniknął. 
Wówczas znowu dostrzegł niedźwiedzia. Niedźwiedź nazywał się Ij, był 
samicą. Biegła obok samochodu, jak gdyby sto kilometrów na godzinę 
było czymś oczywistym. Ij skakała tam i z powrotem ponad 
samochodem. Potem oddaliła się, przyspieszyła i zniknęła w ciemności. Ij 
pobiegła przed nim w noc, uporządkowała wszystko i zabrała ze sobą 
jego ból głowy. 

background image

Jon obejmował pień sosny, próbując przez oddech zakorzenić się w 
ziemi. Nie udawało się jednak. Spojrzał w górę, wzdłuż pnia, między 
koronę drzewa. Miał wrażenie, że pochodzi skądś z wysoka. Właściwie 
należał do gwiezdnego ludu i pewnego dnia miał powrócić do domu. 
Przyłożył policzek do szorstkiej skóry pnia. 
Poczuł się tak, jakby spadał w górę. 
Ostatnie dni minęły w szybkim tempie, pełne niezwykłych wydarzeń. 
Wymagały od niego stałej czujności. Dostawał energię i spalał ją. Teraz 
odnalazł właściwą drogę. Rozluźnił się. Fotel kierowcy przyjął jego ciało. 
Tuż przed północą dostrzegł Saanan, niczym cień na tle bladej 
księżycowej poświaty. Chmury szybko nadciągały znad wybrzeża, 
przysłaniały odpływający księżyc, potem znowu się rozsuwały. 
Samochód huśtał się na falistej tarce szosy. A góra rosła. 
W domu było ciemno. Samochodu nie było widać i nikt się nie obudził, 
gdy zapukał. A więc Liisy i Heaiki nie było w domu. Czy miał wspinać 
się na Saanen w nadziei, że znajdzie tam Abrahę? 
Jon wjechał z powrotem na szosę. Księżyc oświetlał górę w taki sposób, 
że rzucała cień na szosę. Jon przyspieszył. Celnicy jednym ruchem ręki 
wypuścili go z Finlandii i wpuścili do Norwegii. Podjął decyzję. Jechał 
nocą, aby znaleźć bęben. Jeśli jeden dom spłonął, to znajdzie ten drugi. 
Wejdzie do domu i sprawdzi, czy jest tam bęben. Jeśli będzie, to go 
zabierze, tak jak ten stary zrobił z nożem. Jeśli go tam nie będzie, to 
znajdzie może jakiś ślad, który poprowadzi go dalej. 

background image

Minął posterunek lensmana we wsi. Akurat teraz nie było czasu, by 
zameldować o złodzieju reniferów. Posterunek był zamknięty, a on sam 
był na złodziejskiej wyprawie. 
W domu pod wzgórzem nie można było dostrzec światła. Jon minął go 
wolno. Powyżej domu zawrócił i pozwolił, by samochód potoczył się w 
dół. Chciał zaparkować poniżej. Skręcił ścieżką w las, podjechał tak 
daleko, że samochodu nie było widać z szosy. Przymocował do pasa nóż, 
wziął ze sobą śrubokręt i latarkę. 
Szedł cicho między sosnami w górę zbocza, zatrzymał się przy skalnej 
płycie, skąd miał widok na dom. Wydawał mu się mniejszy, niż pamiętał 
od ostatniego razu. Nawet chmury były po jego stronie, zgęstniały, 
przysłaniając księżyc. 
Przez chwilę stał z wyostrzonymi zmysłami i obserwował. Nie zauważył 
śladów życia. Za skalną płyta dostrzegł jamę. Kłęby mgły opadały z gór, 
podczas gdy on szybko i cicho zbliżył się do białego domu. 
Ich samochód zniknął, w domu nie było więc nikogo. Jon odczyta! to jako 
znak, czuł, że duchy znów są z nim. 
Obszedł dom, posłał strumień światła w głąb kuchni. Popielniczka z 
niedopałkami stała, tak jak ostatnio, na stole. Na podłodze leżała równo 
mata. Drzwi kuchenne były lekko uchylone. Dostrzegł schody. W pokoju 
na piętrze stała skrzynia i do owej skrzyni pragnął zajrzeć Jon. 
Usunął resztki kitu z okna. Znowu zabrzęczała mucha. Po chwili ucichła. 
Bez kłopotu odgiął gwoździki w przegniłej framudze. Potem, wci-
snąwszy koniec noża między ramę a szybę, podważył ją. Szyba wyszła. 
Jon położył ją na ziemi. Odrzucił przy pomocy noża górny haczyk. Potem 
pozostało już tylko otworzyć okno i wsunąć się do środka. 
Stal wewnątrz wąskiego pokoju. Nie dochodził go żaden dźwięk. Przy 
jednej z krótszych ścian dojrzał zarysy kanapy i niskiego 

background image

stołu. Poświecił latarką. Na ścianie wisiał warczący wilk, zdjęcie 
wyrwane z jakiegoś czasopisma. Pokój od dawna nie był wietrzony. W 
dalszym ciągu nie dochodził go żaden dźwięk. Czul się bezpiecznie. 
Zgasił latarkę. 
W kuchni poczuł zapach ludzi, tytoniu oraz zapach smoły pochodzący z 
przygotowanego przy piecu drewna. Bezszelestnie przeszedł przez 
kuchnię i wszedł na korytarz. Już tu kiedyś był. Dostał się na górę, 
pokonując po dwa stopnie naraz. Znalazł się na strychu. Włączył latarkę, 
rozejrzał się, zgasił. 
Serce biło mu gwałtownie. Poza tym panowała cisza. Jon wiedział, dokąd 
ma iść. Kiedyś klamka miała drewniany uchwyt. Teraz pozostał tylko 
ostry metalowy hak, który pod naciskiem ugiął się. Drzwi się otworzyły. 
Na łóżku leżał człowiek. 
Pomylił się. To tak tylko wyglądało. Pokój był pusty. Stół i krzesło, na 
którym siedział obcy, stały na miejscu. Jon przeszedł obok. W świetle 
latarki zobaczył skrzynię. Była zamknięta na kłódkę. Sztabę mocowały 
cztery śruby. 
Dwie pierwsze śruby puściły bez kłopotu. Trzecia siedziała mocno. 
Śrubokręt raz po raz wysuwał się z nacięcia na główce. Drgnął i przerwał. 
Czy coś było na zewnątrz? Zastygł na klęczkach, czujnie, cicho jak mysz. 
Ale nie doszły go żadne nowe dźwięki. Próbował dalej odkręcić upartą 
śrubę. Nacięcie na główce ścierało się. Dłonie miał spocone, śrubokręt się 
wyślizgiwał. 
Przez mrok przeszła seria odgłosów. Przypominały skradające się kroki. 
Zamarł. Serce zaczęło bić gwałtowniej. Ciało zesztywniało w 
niewygodnej pozycji. Podniósł się wolno ze śrubokrętem w dłoni. Czy 
ktoś właśnie otwierał drzwi? Wszystko nagle ucichło. 
Jon usłyszał, że ktoś wchodzi po schodach. Zrobił kilka szybkich kroków, 
znalazł się za na wpół otwartymi drzwiami. Osoba na 

background image

schodach zatrzymała się i zawróciła. Jonowi wydawało się, że drzwi 
wejściowe zostały otwarte, potem znowu się zamknęły. 
W domu zapanowała cisza. Jon powrócił do odkręcania. Wyjął upartą 
śrubę. Z ostatnią poszło lekko. Odsunął sztabę, chwycił wieko. Wówczas 
poczuł, że jest obserwowany. Odwrócił się szybko. Zerwał się na nogi. 
Szybkie kroki na korytarzu. Ktoś stal na schodach. Jon wpadł prosto na 
niego. Potoczyli się w dół. 
Jon poderwał się pierwszy, zbiegł po stopniach, szarpnął za klamkę. 
Drzwi były zamknięte. Usłyszał, że ten drugi podnosi się na dole przy 
schodach. Jon wbiegł do kuchni. Stała tam inna osoba, gotowa stawić mu 
czoło. Jon zatrzymał się, pośliznął się na macie i upadł w momencie, gdy 
przeciwnik próbował uderzyć go polanem. Upadek sprawił, że 
mężczyzna chybił. Nie ustąpił, próbował uderzyć go w głowę. Trafiał 
jednak w deski podłogi. Za trzecim razem udało mu się. Jon akurat się 
podnosił. Cios zamiast na głowę trafił w ramię. Wtedy mężczyzna 
zniknął. 
Jon wypadł z kuchni. Okno było już zamknięte. Odrzucił haczyki i mial 
właśnie wyskoczyć na zewnątrz. Oczekiwała go tam trzecia osoba. Jon 
odwrócił się, trzymał w dłoni śrubokręt. Jeśli okaże się to konieczne, 
będzie się bronił. 
Kuchnia była pusta, drzwi wejściowe otwarte. Jon rzucił się naprzód. Zza 
rogu wyłonił się jakiś cień. Jon odskoczył w bok, pobiegł przed siebie. 
Wokół panował mrok. Przed nim pojawił się nowy cień. 
Znowu dosięgnąl go cios. Pałki. Cios trafił w bark. Wydawało mu się, że 
usłyszał trzaśnięcie. Stracił czucie w ręce. Wypuścił śrubokręt. Ale biegi 
dalej w stronę wzgórza. Zbliżali się ze wszystkich stron. Wykorzystywał 
cień i mrok. Zmusił się, by oddychać bezgłośnie. Musiało ich być trzech, 
czterech. Okrążali go. Albo zmieni się w kamień, albo prześliźnie między 
nimi. 
Wyżej na zboczu było ciemno jak w grobie. Uszy wyłapywały dźwięki, a 
oczy - poruszające się cienie. Stopy odnajdywały dro 

background image

gę wolną od suchych gałązek i obluzowanych kamieni. Wymknie się im. 
Musi. Nie dostaną go. Przedzierał się w ciemności, biegi, nasłuchiwał, 
biegł. Lecz im wyżej się wspinał, tym bliżej byli jego prześladowcy. 
Teraz słyszał, jak szepczą ze sobą. Bolały go bark i ramię. 
Nagle Jon rozpoznał teren. Był przy skalnej płycie, w miejscu, w którym 
stał i obserwował dom. Widział tam też wejście do jamy. Zniknie w niej; 
jeśli trzeba będzie, to przeleży tam do następnej nocy. 
Odnalazł otwór, wsunął się do środka. Dotarł do końca. Było tam ciemno 
i cicho. Zwinął się jak płód, myślał tylko o tym, by zniknąć. Z wolna puls 
się uspokajał. Nie słyszał już pogoni. Ogarniał go spokój. Czuł ból w 
barku. Musiał zmienić pozycję. 
W jamie było przyjemnie. Była ciepła. Tak, jakby żyła. Nikt go tu nie 
znajdzie. Był bezpieczny. 
Wtedy zauważył, że jama się porusza. Skurczyła się, zacisnęła wokół 
niego, uchwyciła. Jon zaczął się rzucać. 
Jakiś człowiek trzymał go mocno w swych dłoniach i śmiał się. Był to 
głośny, szalony śmiech, dźwięczący w ciszy. Oszukano go. Był w 
pułapce, wpadł prosto w ręce jednego z prześladowców. 
Byl przerażony. I wściekły. Poczuł siłę, której się u siebie nie spodziewał. 
Nikomu dobrowolnie nie ulegnie. Wyrywał się. Chwycił ręce, które go 
unieruchamiały. Nie udało mu się ich rozewrzeć. Musi odnaleźć palce, 
wyłamać je, aby samemu nie zostać zmiażdżonym. 
Jedna z trzymających go dłoni była twarda, zimna i gładka. Prawda 
podziałała jak paraliżująca trucizna. Wpadł w ręce człowieka, którego za 
wszelką cenę pragnął uniknąć. 

background image

Jon obudził się, otworzył oczy. Spowijało go mlecznoszare światło. Kilka 
bladych gwiazd ukazało się i odpłynęło. Marzł. Leżał wciśnięty między 
drzewo a duży głaz. Podniósł się. Ból go otrzeźwił. Musiał się znowu 
położyć, rozluźnić się. Wstał ostrożnie, nie używając barku, oparł się o 
drzewo. Poniżej ujrzał biały dom. Wyglądał na równie opuszczony, jak 
wczoraj wieczorem. Jak ktoś mógł wpaść na pomysł budowania domu na 
dnie górskiego parowu? 
Co się właściwie stało? Bił się, został dwukrotnie silnie uderzony w bark. 
Za pierwszym razem, gdy próbował wydostać się przez drzwi wejściowe, 
były zamknięte. Za drugim razem były otwarte. 
Na końcu wpadł w pułapkę. I to jaką! O mało nie został zgnieciony w 
żelaznym uścisku. Uratował się dzięki sztucznej ręce. Zrobił się mały. 
Wówczas miejsca było dość. Prześliznął się między sztywnymi 
nieruchomymi palcami. 
Tak uratował życie. 
Liisy i Heaiki wciąż nie było w domu. Jon zaparkował. Wyciągnął plecak, 
włożył kryształ do jednej z kieszeni, przypiął śpiwór i wyruszył w stronę 
obozowiska pod Saanen. W sklepie kupił trochę jedzenia na drogę. 
Na płaskowyżu odnalazł żerdzie namiotowe. Płachta zniknęła. Kamienie 
paleniska były zimne. Abraha zabrał swoje rzeczy. Miał domek za 
Saanen. Ale tam widda była rozległa. Miał się udać na poszukiwania? 
Czy wrócić do domu? 

background image

Słońce prześwitywało przez lekką mgiełkę. Było jeszcze wczesne 
przedpołudnie. 
Zgłodniał. Rozpalił ognisko. Przyniósł wody ze źródła. Przygotował 
kawę. Pokroił czarny, fiński chleb, posmarował go margaryną. Dlaczego 
Finowie nie potrafią piec porządnego chleba? Jon jadł, chociaż jedzenie 
mu nie smakowało. Dokuczał mu bolący bark. Byl zmęczony. Wpełznął 
do śpiwora. 
Zasnął, podczas gdy ognisko zamarło, a słońce powędrowało w górę. 
Śniło mu się, że umie latać. Przed nim wyrosło wysokie, gęste 
ogrodzenie. Górna część okręcona była drutem kolczastym, a kolce rosły, 
w miarę jak się zbliżał. Ale we śnie się zdecydował. Da sobie radę. Musi 
się przedostać. Wtedy skrzydła usłuchały i przeniosły go. 
Czuł świeży podmuch z tylu i nie było trudno lecieć. Krajobraz pod nim 
był jasny i otwarty. Wówczas dostrzegł coś daleko w dole. To właśnie 
tego szukał, domku nad jeziorem. Jon obudził się i spakował swoje 
rzeczy. Spieszył się. Musi odnaleźć Abrahę. Poszedł ścieżką okrążającą 
górę. Prowadziła na niewielkie wzniesienie. Posuwał się szybko w 
nadziei, że ścieżka doprowadzi go do tego, kogo szukał. Powietrze było 
czyste. Odległości wydawały się mniejsze niż rzeczywiste. Chociaż biegł 
truchtem, minęło sporo czasu, zanim odlegość między nim a Saanen 
zmniejszyła się. 
Gdy znalazł się na wzniesieniu, ścieżka zniknęła. Kierował się w tym 
samym kierunku. Znowu biegł. Tu, gdzie widda schodziła w dół, było 
łatwiej. Było mu gorąco, pocił się. Musiał uważać na bark. Po chwili stal 
na skraju rozległego bagna. Powinien był podążyć grzbietem wzniesienia, 
zamiast schodzić na podmokłe tereny. Saanen też już nie było widać. 
Słońce zeszło w dół, ku mgiełce na horyzoncie. Było czerwone, ale jego 
kolor po chwili zbladł. 
Jon wszedł w brzozowy lasek. Drzewa rosły przyczepione do małych 
pagórków. Poszycie z chrobotków chrzęściło pod jego stopami. 
Elastyczność mięśni jednak zniknęła. Chociaż biegł, było 

background image

mu zimno. Zaczynał też tracić odwagę. Widda była bezkresna. Abraha 
mógł równie dobrze mieszkać w zupełnie innych stronach. Właśnie 
wtedy dostrzegł przed sobą rzekę. Zrobił przerwę. Miał ochotę na kawę, 
ale nie chciało mu się rozpalać ogniska. Położył się na ziemi, 
wypoczywał. Zdążyłby z powrotem do domu przed nocą. Jeśli pójdzie 
dalej i nie znajdzie chaty, będzie musiał nocować pod gołym niebem. 
Położył się na brzegu rzeki i ugasił pragnienie. Leżąc, zobaczył cztery 
dzikie kaczki nadpływające z prądem rzeki. Leżał na samym skraju, 
przyglądał się im. W chwili, gdy się z nim zrównały, odwróciły się pod 
prąd i trwały tam nieruchomo. Potem popłynęły dalej w dół rzeki, tak 
jakby prosiły go, by nie tracił odwagi i podążył za nimi. Wędrował 
najwyżej pięć minut, gdy ujrzał przed sobą jezioro. Na brzegu jeziora, 
przy ujściu rzeki, stała chata. 
Nikt nie odpowiedział, gdy zapukał, ale drzwi nie były zamknięte na 
klucz. Wszedł, powiedział „Halo". 
W chacie pachniało rybami, a piec był ciepły. Czajnik z kawą stał na 
płycie. W czerwonej plastykowej misce moczyło się kilka talerzy i 
kubków. Na stole leżały chleb i margaryna, obok nich torebka soli i 
pudełko z kostkami cukru. Za kuchnią było jeszcze jedno pomieszczenie. 
Zobaczył ławę do spania i stół. Na stole stało radio. Za oknem na stojaku 
wisiały sieci. 
W czajniku było trochę kawy. Jon wyciągnął z miski kubek, wytarł go 
papierem toaletowym. 
A więc tu mieszkał Abraha. 
W chwili, gdy napełniał filiżankę kawą, otworzyły się drzwi i ktoś wszedł 
do środka. Jon obrócił się. 
Stała tam kobieta, całkiem obca kobieta, a nie mężczyzna, którego szukał. 
Była niewysoka i miała chyba z sześćdziesiąt lat. Jej włosy były siwe, ale 
oczy młode. Jon odstawił czajnik i kubek. Oczywiście 

background image

musiała pojawić się akurat teraz, gdy się częstował. Przywitał się. Zanim 
dotknęła jego dłoni, wytarła ręce w sukienkę. Jej dłoń była wilgotna, 
chłodna. Nie tylko miała sześćdziesiąt lat, ale pewnie była grubo starsza. 
Nazywała się Akko i wydawała się dziwnie znajoma. 
Zaczął wyjaśniać. Szuka Anttiego. Myślał, że to właśnie chata Anttiego. 
Chciało mu się pić i poczęstował się. 
- Po co ci ten stary? - spytała Akko. 
- Miałem go o coś zapytać. 
- Szukasz go? 
Nagle cała historia wydała mu się nieprawdopodobna. Stał tu, przed starą 
kobietą o przenikliwym spojrzeniu, starszą od Tomasa. Czy mógł jej 
powiedzieć, że we śnie widział bęben? Że go szukał, że chciał go ukraść? 
By go odnaleźć, dopuścił się nawet włamania. Uznałaby, że jest 
dziwakiem, że okrada domy i chaty. Pamiętał, co powiedział Tomas 
kiedyś, przed wieloma laty: „O starych szamańskich bębnach nie 
rozmawiamy". 
- Tak, a wiesz, gdzie mieszka? 
- Nie tutaj. 
Spuściła z niego przenikliwy wzrok, obróciła się gwałtownie i zniknęła w 
drzwiach. Bez słowa. 
Jon zastanawiał się przez chwilę, co powinien zrobić. Poczeka na Akko. 
Może równie dobrze wypić kawę. Kawa była mocna i letnia. 
Ściemniało się, zarówno w chacie, jak i na dworze. Wraz z wieczorem 
nadszedł chłód. Żar zamarł w piecu. Znalazł więc drewno i napalił. Stara 
kobieta nie zniknęła chyba na dobre? Może była zjawą, tak jak 
mężczyzna w samochodzie, albo kimś, kto pojawia się, gdy on próbuje 
zrobić coś nielegalnego? Jak ostatniej nocy. 
Jon rozpakował śpiwór, ułożył go przy ścianie. Dzisiaj już nie mógł iść 
dalej, równie dobrze mógł przenocować tutaj. Akko znała Abrahę. Po co 
mu ten stary, przedrzeźniał ją. Niemożliwe, 

background image

by dobrze go znała. Nie miała dość rozumu, by to pojąć. Typowe. Gdy 
ktoś jest inny, patrzą na niego jak na pomyleńca. 
Po chwili spędzonej w mroku podniecenie opadło. Był zmęczony. 
Najbardziej własnym towarzystwem. Samotność nie była teraz niczym 
dobrym. Dotykanie uczuć było jego metodą uzdrawiającą. Gdy sądził, że 
czegoś dotknął, to coś znikało. Ale tutaj nie było uzdrowienia. 
Niedźwiedź zabierający ból głowy też gdzieś się zapodział. Jon był pełen 
nieokreślonego niepokoju. Niepokój był dla niego złym słowem, 
podobnym do niepogody, nieurodzaju, nieszczęścia, niepomyślności, 
nieprawdy. Niepokój jest przyzywaniem czegoś niechcianego, zapisał 
kiedyś. Miłość jest przyzywaniem czegoś dobrego. 
Oby tylko Akko wróciła. Byłoby to w każdym razie coś, chociaż to nie 
Lajla. Towarzystwo tej upartej baby o przenikliwym spojrzeniu było 
lepsze niż przebywanie z własnym niepokojem. Położył się na śpiworze. 
Wydawało mu się, że patrzy na wskroś sufitu, na chmury. Krążył w nich 
mężczyzna, a był on czarniejszy od chmur. Mężczyzna tropił i polował. 
Na niego. 
Jona obudziło światło, które zapłonęło i wypełniło pomieszczenie. 
Spojrzał spod uchylonych powiek na osobę, która zapaliła lampę. Stała 
tam obca kobieta, nie Akko. 
Wówczas usłyszał głosy na zewnątrz. Dwie osoby weszły do chaty. 
Zmrużył oczy, zobaczył, jak każda z nich odkłada swój tobołek. Zerkały 
na niego. Nie znał żadnej z nich. Na koniec przyszła czwarta. 
Najpierw nie poznał Akko. Weszła, śpiewając. Jej włosy się zmieniły. 
Teraz były gładkie, czarne, już nie siwe. 
Obudził się rzeczywiście? 
Czy też przebudził się we śnie lżejszym od powietrza? 

background image

Akko była kobietą z jego snu, kobietą, która pojawiła się z Abrahą. 
Razem z Akkąbyły Isir, Ellen i Ylwira. Znał je, ale nie pamiętał, gdzie je 
przedtem widział. Isir postawiła latarnię na podłodze. We cztery usiadły 
wokół niej. Latarnia stała się trzaskającym ogniskiem. Chata sama 
odpłynęła. Znaleźli się na górującym nad doliną szczycie. Poniżej było 
jezioro. Z jeziora wypływała rzeka, wiła się przez dolinę i znikała. 
- On tu jest - rzekła nagle Akko i wskazała go ruchem głowy. 
- Da sobie radę? - spytała Isir. 
- Sam odnalazł drogę - odparła Akko. 
- Nie wygląda na silnego - powiedziała Isir. 
- Ma spojrzenie dziecka - rzekła Ellen. 
- Nie sądzę, by dal sobie radę - rzuciła Isir. 
- Przyszedł sam - powtórzyła Akko. 
- Pomożemy mu? - zapytała Ylvira. 
- Możemy w każdym razie spróbować - stwierdziła Ellen. 
Z jakiegoś powodu rozmawiały o nim. Isir była nastawiona do niego 
sceptycznie. Nie rozumiał tylko, dlaczego. Dlaczego mówiły o nim tak, 
jakby był nieobecny? I dlaczego nie mógł im odpowiedzieć? 
Wtedy Isir zaczęta joikować. To była melodia, którą już kiedyś słyszał. 
To mogło być nieskończenie dawno temu. Nie mógł sobie przypomnieć, 
kiedy. Gdy wydawało mu się, że umiejscowił to w czasie, znowu mu 
umknęło. Isir podobna była do Lajli, ale rysy miała bardziej mongolskie. 
Lawina obrazów powiodła go wstecz, poza to życie, do miejsca, do 
którego praojcowie przywędrowali ze Wschodu i odnaleźli Europę. To 
było, zanim nadeszły inne plemiona, indoeuropejskie. Zobaczył to w 
ciemnej nocy historii wśród zbliżających się gwiazd. Cztery kobiety 
śpiewały joik. On sam nie mógł, chociaż próbował. Nie mógł już ani 
mówić, ani śpiewać. 
Ylvira zaczęła tańczyć przy ognisku. Przeskakiwała je w tył i w przód. 
Jon stwierdził, że ona nie jest już starszą, tęgą kobietą. 

background image

Była młoda, ubyło jej lat. Pozostałe przeglądały się w jej ruchach. 
Rytmicznie uderzały stopami o ziemię. Ciała chwyciły rytm. To był 
taniec, który znały. Próbował się przyłączyć, ale mu się nie udawało. Czuł 
się niezdarny. Kobiety potrafiły coś, z czym on nie dawał sobie rady. 
Ellen zaczerpnęła wody i spryskała gorące kamienie w ognisku, tak że 
uniosła się para. Akko podtrzymywała ogień. 
Jon patrzył, nie rozumiejąc, co się dzieje. Był poirytowany, czuł się 
wyłączony. Tęsknił za Lajlą. Nigdy jej nie było, gdy mu była potrzebna. 
Zimny podmuch dosięgną! go w ciemności. Cofnął się. Chciał, by tu była. 
Też dostała joik. Zamierzał odejść. 
Wtedy Akko wciągnęła go gwałtownie w środek kręgu. 
Spojrzał na otaczające go cztery kobiety. Utrzymywały jeden rytm. Były 
jedną siłą. Znajdował się w kręgu kobiet. Był spięty, myślał najpierw, że 
są przeciwko niemu. Joikowały, ale nie dla własnej przyjemności. Nie 
były przeciwko niemu. Ich taniec miał wyraźny cel. Robiły to dla niego. 
Walczyły z czymś, czego on nie widział. Miały wiedzę, której mu 
brakowało. Używały broni, której on nie mógł użyć, przeciwko wrogowi, 
którego nie mógł dostrzec, lecz którego obecność, mimo wszystko, czuł. 
O coś toczyła się gra. 
Spełniały rytuał. 
Spełniały rytuał, aby mu pomóc. 
Sprawiało to wrażenie, jakby od tego zależało ich życie. 
Stopy jego odnalazły wówczas rytm, głos trafił w odpowiednie tony. 

background image

- Co się stało? - zapytał Jon. 
- Nie zrozumiałeś? - zapytała Akko. 
- Pomogłyście mi. 
Cztery kobiety skinęły głowami. 
- Jak się czujesz? - spytała Akko. 
- Dobrze. 
Kobiety znowu skinęły głowami. 
- Zjednoczyłem się z wami. Wypełniła mnie moc. Znowu skinięcie. 
Twarze kobiet promieniały. 
- Byłeś blady, gdy przyszedłeś - rzekła Isir. 
- Miałeś pożółkłe oczy - powiedziała Ellen. 
- Zużyłeś swą energię - dokończyła Ylvira. 
- Teraz czuję się mocny. 
- To dlatego, że możesz się otworzyć i przyjąć pomoc - powiedziała 
Akko. 
- Dlaczego chcecie mi pomóc? 
- Miałeś sen - rzekła Akko. 
- Tak - potwierdził Jon. 
Ognisko płonęło cicho, jakby ułożono je z twardego drewna. Noc wciąż 
była ciemna. Mrok utracił jednak trochę ze swej gęstości. Siedzieli na 
płaskiej, twardej, udeptanej przez stopy ziemi. Nie tylko przez ich stopy, 
ale też stopy tych przed nimi. Domyślił się, że jest to dawne miejsce 
tańców. 
- Skąd wiecie o śnie? - zapytał Jon. 
Nikt mu nie odpowiedział. Siedział pogrążony we własnych myślach. 
Wpatrywał się w ognisko. Robił to wiele razy przedtem. 

background image

Ognisko rozżarzyło się. Przybrało taki sam kolor, jak horyzont na 
wschodzie. I wówczas słońce uniosło się, okrągłe, połyskujące jak złoto. 
Światło zostało pochwycone przez wzgórza, przez ich miękkie grzbiety, 
przez widdę, a potem wypełniło dolinę leżącą poniżej. Słońce błyszczało 
w wodach rzeki. Wtedy Jon zobaczył coś, co poruszało się wzdłuż 
brzegu. Przyjrzał się dokładniej. To był niedźwiedź. Niedźwiedź 
wskoczył do rzeki, stanął w nurcie. Łowił ryby. Uderzał łapami i 
wyrzucał łososie na brzeg. 
- Spójrzcie na niego - powiedział wskazując na niedźwiedzia. 
- Mchowy Starzec dobrze się bawi - odrzekła Akko. Niedźwiedź 
poczłapał na brzeg, uniósł się na dwóch łapach 
i obrócił ku słońcu. Potem zniknął między drzewami. Słońce płynęło nad 
horyzontem. Krajobraz był niezwykle zielony i żyzny. Nawet światło 
było zielone. 
Rzekła Isir: - Jestem tu najstarsza. Pamiętam Córkę Słońca. Ona była 
pierwsza. Teraz jest wielu, którzy mówią, że pochodzimy od Syna 
Słońca. Ale to Córka Słońca urodziła synów. Jest pramatką. Córka Słońca 
była dobra dla zwierząt. Strzegła pilnie swego stada. Dobrze mu się 
wiodło i stało się liczne. Oddała stado swym potomkom. Mieli je 
traktować równie serdecznie. Córka Księżyca nazywała się Askovit. Źle 
obchodziła się ze swoim stadem. Dlatego wymarło. Również wiedza 
wymarła w jej rodzie. 
- Dlaczego mi to mówisz? - zapytał. 
- Wychowałeś się wśród ludzi Księżyca. 
Rzekła Ellen: - Jestem druga z kolei. Wiem, że ród Córki Słońca był 
rodem wodzów. Byli więksi od innych ludzi. Ale z czasem wodzów z 
rodu Córki Słońca było coraz mniej. Potomkowie Córki Księżyca 
polowali na nich, zabijali ich. Jednemu zawsze udawało się przeżyć i 
potem powracał. 

background image

- Jak zostaje się wodzem? - zapytał Jon. 
- Być wodzem oznacza „żyć w kręgu wiedzy". 
Rzekła Ylwira: - Jestem młodsza niż Ellen, lecz starsza niż Akko. Orzeł 
jest ptakiem plemienia. Szybując w górze widzi wszystkich. Spotkałam 
białego orla nad górami. Powiedział, że nadchodzi nowy wódz. Stary 
bęben pomoże wodzowi. Pewnego dnia bęben przywiedzie wodza do 
siebie. Dziś bęben używany jest do czynienia zła. Lecz mężczyzna, który 
jest w posiadaniu bębna, nie umie nim kierować. 
- Czy bęben ma wolę? - spytał Jon. 
- A jakże inaczej dostałby się w twoje sny? 
Rzekła Akko: - Jestem najmłodsza. Gdy byłam młoda, słyszałam stare 
joiki. Teraz ludzie o nich zapomnieli. Śpiewają je tylko gwiazdy nocą, 
słońce i wiatr. Ale joiki są u przodków. Przodkowie zaczęli przysyłać je z 
powrotem. 
- W jaki sposób? 
- Zsyłają wiedzę do nas, gdzieś spoza słońca i gwiazd - powiedziała 
Akko. 
Zaczęły razem joikować. Nie mogły usiedzieć spokojnie. Uniosły się. 
Kołysały się w jednym rytmie, tak jakby były trzymane i huśtane przez 
jakieś olbrzymie dłonie. Zaczęły podskakiwać i wytupy-wać rytm. Stare 
kobiety skakały niczym młode dziewczyny. 
- Wszyscy o nas wiedzą, ale niewielu o nas mówi - ciągnęły. 
Był tak zafascynowany tańcem i joikiem, że na chwilę umknęły mu 
słowa. Po chwili znów rozumiał tekst i pojął, że śpiewają joik o nim. 
Cienie zbierają się. Lecz on jest żywy. Potrzebuje mocy. Bo jest żywy. 
Cienie zbierają się. 

background image

Lecz on jest żywy. Idzie ku światłu. Bo jest żywy. 
Śpiewały to wciąż od nowa, aż Jonowi zakręciło się w głowie. Wydawało 
mu się, że widzi ogromnego białego ptaka. Jego skrzydła przysłaniały 
całe niebo. Wtedy kobiety zmieniły tekst, dołożyły nowe słowa. 
Stań się silny, stań się silny. 
Stań się silny dzięki miłości. 
Stań się silny, stań się silny. 
Stań się silny dzięki śmiechowi. 
Stań się silny, stań się silny. 
Stań się silny dzięki joikom. 
Stań się silny dzięki wierze. 
Stań się silny, stań się silny. 
Stań się silny dzięki miłości. 
Stań się silny dzięki zdecydowaniu. 
Stań się silny dzięki stawianiu czoła strachowi. 
Na piasku były ślady niedźwiedzich łap. 
Kobiety rozebrały się. Jon przywykł do tego, że starsze kobiety wstydzą 
się swego ciała. Lecz one rozebrały się bez skrępowania, potem weszły do 
wody. Chlapały i opryskiwały się wodą. Ich brzuchy i piersi kołysały się. 
Były wspaniałe. Wydawało się, że należą do wody. Jego też wzięła 
ochota na kąpiel. Rozebrał się, wszedł do rzeki zawstydzony swą 
nagością, białą skórą, miękkim, kołyszącym się członkiem, skurczonym 
pod wpływem chłodnego powietrza. 
Kobiety ochlapały go wodą. Otaczały go z wszystkich stron. Opryskiwał 
je, zaskoczony tym, że o tej porze roku woda jest tak ciepła. Wtedy 
poczuł, że przyszło podniecenie. Czuł się skrępo 

background image

wany, nie mógł tego ukryć. Otaczające kobiety nie czuły skrępowania. 
Rozochociły się. Lajla mówiła, że woda żyje. Że woda pochłania jej 
słabość. Teraz woda pochłaniała jego skrępowanie. Skrępowanie 
powodowane przekonaniem, że erekcja jest czymś grzesznym i 
wstydliwym. Był z niej dumny. Chciałby ją pokazać, chciałby, by 
wszyscy zobaczyli. On nie był nieczysty. One nie były nieczyste. Ciała 
były święte i czyste. Kołyszące się, śliskie piersi były święte, jego wzwód 
i ich wilgotne pochwy były święte, a także ręce, które dotykały jego ciała, 
oraz głosy, które pieściły, dając mu słowa, których pragnął. Właśnie tego 
chciał on i tego chciały one. Groźna, spiczasta kościelna wieża, 
zbudowana z kar, strachu przed płcią i z NIE BĘDZIESZ, rozsypała się w 
gruzy wokół niego. 
Tańczył z nimi na brzegu, tańczył z nimi taniec słońca, tak jak Mchowy 
Starzec robił to wcześniej tego ranka. 
Zastanawiał się potem, czy kochał się z wszystkimi czterema, tam na 
plaży. Co się właściwie stało? Czuł się nowo narodzony i niezwykle 
silny. Jego ciało dostało moc od słońca, rozbłysło. Bycie nagim było 
prawdą. Był oczyszczony, był gotowy. Bawili się razem, odgrywali rytuał 
z wielkiego obrazu plemiennego, rytuał żartobliwy, codzienny, 
zmysłowy i łagodny. Zaczął się śmiać. Ujrzał w myślach kapłanów w ich 
dostojnych szatach i usłyszał uroczyste, pełne namaszczenia i potępienia 
słowa z ambony. To-bylo bezduszne i bezpłciowe. Słyszał tak wiele 
kazań, które raziły jego zmysł religijny. Nigdy radości, zawsze zimne 
potępienie. Mało ciepła, nigdy zmysłowości. 
Ambona wzniesiona ponad ludźmi była bastionem patriarchatu, była 
synem królestwa i przyrodnim bratem armii. Ambona była siłą 
patriarchatu. Stąd patriarchat zarządzał duszami i popędami; nawet 
dzisiaj, gdy rytuał stał się pustym gestem, a rozkazy martwymi słowami z 
ust państwowych sług. 
Ludzie władzy zużyli moc wiary, tę moc, którą stworzył Jezus, poszcząc 
przy kamieniu na górze. 

background image

Jon zobaczył, jak upadła wieża kościelna. Zaczął się śmiać. Śmiał się tak, 
aż się przewrócił. Usłyszał, że Akko zaczęła joikować, i poczuł, że 
kobiety położyły na nim swoje dłonie, klepały go w równym rytmie, tak 
jakby uderzały w bęben. One cztery były najlepszymi w świecie 
uzdrowicielkami. Jego ciało zaczęło najpierw płonąć. Potem rozluźnił się, 
tak jakby opadał i opadał. Tam w głębi został pochwycony przez ból, 
który nie chciał go puścić. 
Był synem Córki Słońca wychowanym przez plemię Córki Księżyca. 
Jako dziecko został wysłany do obcych. Nie pojmowali jego dziedzictwa. 
Próbowali zabrać mu wszystko - język, tożsamość, godność - nie 
dobrocią, lecz złością, krzykiem i biciem. To, co przydarzyło się jemu, 
przypominało to, przez co przeszło jego plemię. Państwo próbowało 
zabrać im wszystko, co miało jakąś wartość - wiarę, język, ziemię, 
wszystko. Państwo nie starało się osiągnąć tego dobrem, tylko złem. 
Wszystko to wezbrało w nim, stało się oczywiste, przetopiło się, podczas 
gdy kobiety klepały go rytmicznie, a Akko śpiewała joik. 
Przez pólprzymknięte oczy zobaczył, jak Isir pochyla się nad nim. 
Zaczęła masować okrężnymi ruchami jego brzuch. Pod wpływem 
dotknięcia brzuch wydawał się coraz cieplejszy. Otworzył się. Wówczas 
kobieta zaczęła wyciągać z niego coś, co się w niego wgryzało. 
- Masz to? - w głosie Ellen słychać było napięcie. 
- Wychodzi - odpowiedziała Isir. 
- Masz całego? 
- Teraz mam całego. 
- Spójrz na tę głowę. 
- Po jednej na każdym końcu - rzuciła Isir. 
- Teraz i ja widzę. Ale szczupak jest bez skóry i łusek - powiedziała Ellen. 
- On jest łuskami szczupaka - odpowiedziała Isir. 

background image

Jon nie widział ryby, o której mówiły. Ale czuł, że coś zostało 
wyciągnięte. Słyszał, że różne duchy, duchy-gady i duchy-insekty mogły 
mieszkać w człowieku i żyć tam jako pasożyty. A więc wyciągnięto mu z 
brzucha szczupaka o dwóch paszczach, wyrastających z obu końców 
tułowia. Zobaczył w myślach tego bez-skórego i bezluskiego potwora, 
skulił się i bezskutecznie próbował zwymiotować. 
Isir wypowiedziała jakąś formułę. Nie zrozumiał jej, bo używała języka 
duchów. Ale dzięki temu obrzydliwa istota zniknęła. 
- Widzisz coś wokół serca? - spytała Ylvira. 
- Chwileczkę - odrzekła Isir. 
- Tam coś jest - powiedziała Ylvira. 
- Co? - spytała Isir. 
- Ja to wezmę - rzekła Ylvira. 
Jon poczuł, że inne ręce zaczęły gładzić jego serce. Wydawało mu się, że 
słyszy brzęczenie much. 
- Wychodzą - powiedziała Ylvira. 
- Widzę je - odrzekła Isir. 
- Ja też. Pełzną po twoich dłoniach - włączyła się Ellen. 
- Ktoś je na niego nasłał? - spytała Ellen. 
- Być może - odpowiedziała Ylvira. 
- Z całą pewnością - powiedziała Isir. 
Znów wypowiedziały formułę, której nie zrozumiał. Była długa, dziwnie 
rytmiczna, chwilami zlewała się z joikiem śpiewanym przez Akko, 
czasami odnajdywała swój własny rytm. Dłonie uderzały w niego lekko i 
miękko. Uzdrowienie nadeszło szybko. Nudności ustąpiły. Ustąpił 
również głęboki ból, usunięty przez cieple dłonie. Siła męskości 
rozprzestrzeniła się w jego ciele. Pochodnia w brzuchu świeciła niczym 
słońce. 
W samym środku serca ujrzał krajobraz. Na górze, przy kamieniu, 
siedział mężczyzna. Miał aureolę wokół głowy. To był Jezus. Wówczas 
nadszedł Jov. Jov i Jezus byli dobrymi przyjaciółmi, 

background image

mieli o czym rozmawiać. Często byli razem w górach i zbierali siły, by 
pomóc ludziom. Jov miał ze sobą bęben. Siedzieli i rozmawiali o bębnie. 

background image

Kobiety wzbiły się w powietrze, poleciały w stronę chaty. Przelatywały, 
jedna nad drugą, jak łabędzie. On też zapragnął unieść się w powietrze. 
Rozpędził się, skoczył w dół stoku, lecz upadł, jak zwykle. Zeskoczył z 
kamienia, ale i wówczas mu się nie udało. Gdyby ośmielił się skoczyć ze 
szczytu góry, to może wtedy mógłby polecieć. 
- Kobiety są silniejsze w powietrzu - odezwała się Akko, zatoczyła nad 
nim krąg i zniknęła z pozostałymi. 
Pobiegł za nimi do chaty. Dopiero teraz, po tych wszystkich tańcach, 
skokach i biegach, dotarło do niego, że nie boli go już bark. 
Siedziały przy stole, gdy wszedł do środka. Zapomniały już o rytuale i 
powietrznej podróży. Teraz zaprzątało je coś innego. 
- Podejdź, Banzo - Akko przyzwała go ruchem dłoni. 
12 
Na stole stała komsa . Akko podniosła ją, obróciła, tak że mógł ją obejrzeć 
z wszystkich stron. Komsa była stara. Skóra renifera pokrywająca 
drewniany kadłub miała ciemną, prawie czarną barwę. Czerwone, żółte i 
niebieskie lamówki wyblakły. Trzy tkane ręcznie pasy biegły od budki 
osłaniającej główkę dziecka do przeciwległego końca komsy. Pasy 
przymocowane były do srebrnych guzów i miały przytrzymywać szal, 
którym przykrywano śpiące dziecko. 
Czegoś jednak brakowało. Nie było tkaniny, w którą można by otulić 
dziecko. Jakieś strzępy wisiały wzdłuż brzegu kołyski, tam gdzie tkaninę 
przyszyto. 
- Oddarłam ją - Akko zademonstrowała gwałtownym ruchem to, co 
zrobiła. Pozostałe kobiety uśmiechnęły się. Jon zrozumiał, że musiał 
istnieć jakiś szczególny powód takiego zachowania. 

background image

- Dlaczego? - zapytał. 
- Gdy zobaczyłam, co założyli na komsę, musiałam się tego pozbyć. 
- On nie wie, o co chodzi - odezwała się Isir, wskazując Jona ruchem 
głowy. 
- Weszłam i pochwyciłam kołyskę - mówiła Akko. - Wokół mnie tłoczyli 
się ludzie. Odtrąciłam kogoś, kto złapał mnie za ramię. A gdy ona sama 
pojawiła się, wrzeszcząc, walnęłam o ladę butelką wódki. „Masz to z 
powrotem, a ja biorę kołyskę". 
- Tak jej powiedziałaś? 
- Tak jej właśnie powiedziałam, a ona próbowała wyrwać mi kołyskę z 
rąk. Lecz ja nie puściłam. 
- Co ona wtedy zrobiła? - Ellen zapytała tak, jakby znała odpowiedź, lecz 
chciała się nią nacieszyć. 
- Zawołała męża, który przybiegł natychmiast. „To złodziejka!" - 
warczała wściekle kobieta. Otaczał nas krąg ludzi. Mężczyzna chciał mi 
zabrać komsę. 
- Ale ty nie puszczałaś - powiedziała Ellen. 
- Nie puszczałam. „Co tu się właściwie dzieje?" - zapytał mężczyzna, 
wypuszczając komsę z rąk. 
- I co wtedy zrobiłaś? - zapytał Jon. 
- „Jest moja" - odpowiedziałam. „Dostaliście ją za butelkę wódki. Tu jest 
butelka, a ja biorę kołyskę ze sobą. Nie mogłam przeszkodzić, gdy to 
stało, ale mogę zabrać ją teraz z powrotem". 
- Jędza zachowywała się coraz gorzej. Szarpała komsę, wyzywała mnie 
od złodziejek, a ludzi przybywało. Stałam tam otoczona obcymi twarzami 
i cudzoziemcami, wśród kolekcji starych guksi

u

pułków

14

, wśród futer 

rosomaków, czapek, przedmiotów ze srebra, obrazów, książek, i 
trzymałam najładniejszą komsę w całym pomieszczeniu. I miałam ochotę 
się śmiać. 
- „Nie, komsa nie jest twoja, jest nasza" - odezwał się mężczyzna, 
przemawiając niezwykle głębokim i spokojnym tonem, tak 

background image

by uspokoić nastroje. To wtedy oderwałam materiał, który przyszyli do 
komsy. Ukazały się moje inicjały. Wycięłam je kiedyś po wewnętrznej 
stronie. „Spójrzcie, tu jest napisane AMnK, to moje imię. W tej kołysce 
położyłam swoje dziecko, gdy się urodziło, ja też w niej leżałam jako 
niemowlę. Ja jej nie zabieram. Ja ją odkupuję i płacę podwójnie, gdyż 
wyście wytargowali ją za pól butelki od tego durnia, który jest ojcem 
dziecka". 
- Mężczyzna otarł pot z czoła, kobieta wypuściła komsę z rąk. Ludzie się 
odsunęli. Z komsą w ramionach wymaszerowałam z pomieszczenia 
pełnego przedmiotów należących do moich przodków. Ktoś zaklaskał, 
gdy przechodziłam przez drzwi. 
A więc trzeba było do tego starej kobiety. Po prostu poszła tam i zabrała. 
Nie brakowało jej odwagi, której brakło tak wielu ludziom, którzy 
chodzili i przyglądali się przedmiotom codziennego użytku, srebrnym 
guzikom i ozdobom należącym kiedyś do ich dziadków. Choć serce 
krwawiło, udawali, że nic to dla nich nie znaczy, i z podkulonymi 
ogonami opuszczali prywatne muzea kupców. Przypominało to historię o 
nożu. Mężczyzna ukradł go z odległego muzeum. Ona zrobiła to w 
rodzinnej osadzie. 
- Tu są inicjały - rzekła Akko i pokazała je. 
- Rzeczywiście - przyznał, przyglądając się literom w drewnie. 
- A tu jest imię mojej matki - powiedziała, pokazując jakieś litery, prawie 
zatarte przez miękkie dziecięce ciałka. Gdy Jon przyjrzał się dokładniej, 
jeszcze jedno imię ukazało się w sosnowym drewnie. 
- Tu jest jeszcze jedno imię. - Był podekscytowany. 
- Tak - odpowiedziały kobiety. 
- To sięga pewnie wiele generacji wstecz - stwierdził z dumą. Ledwie 
wyrzekł te słowa, ujrzał, ku swemu zdumieniu, kolejne 
inicjały, a imiona na dnie kołyski rozrastały się w szeregi matek. 
- To sięga daleko wstecz - przytaknęły kobiety. 

background image

- Tu masz inicjały moje i mojej matki - pokazała Ylvira. 
- Tu są moje i mojej matki - powiedziała Ellen. 
- A tu moje i mojej matki - dokończyła Isir. 
- O, Boże - szepnął Jon. 
- To sięga wiele generacji wstecz, aż do Córki Słońca - powiedziała Isir. 
- Przyszyję nowy materiał - odezwała się Akko, a pozostałe skinęły 
zgodnie głowami. 
- Może komsa znów będzie potrzebna - w kącikach ust Isir pojawił się 
uśmiech. 
- Nigdy nie wiadomo, co się wydarzy, gdy ma się mężczyznę w gościnie - 
dodała Ylvira. 
- Może ożeni się ze mną i spłodzi nową gromadę dzieci - powiedziała 
Akko. Wówczas cała czwórka wybuchła śmiechem, aż stół się zatrząsł, a 
Akko ze swym obfitym ciałem o mało nie straciła równowagi i nie spadła 
z krzesła. 
Jon rozglądał się za krzesłem, żeby usiąść przy stole. W chacie nie było 
więcej krzeseł. A cztery kobiety zacieśniły krąg, tak że widział tylko ich 
plecy. Gdy chciał się przyłączyć do rozmowy, cztery pary oczu odsunęły 
go na bok. 
Jon usiadł na śpiworze. Nogi w pozycji lotosu, plecy oparte 
ścianę. Taniec rytualny odbywał się w kręgu. Narady plemienne były 
okrągłą geometrią. Energia obiegała krąg, a potem z głów, serc i 
narządów płciowych promieniowała ku środkowi. To była wymiana 
energii. Cztery kobiety wokół stołu rozmawiały ze sobą, dotykały się, 
poruszały w jednym rytmie. Głosy podnosiły się 
1 opadały, przechodząc od cichych, poufnych słów do okrzyków, 
chichotów i śmiechu. 
Chciał znaleźć się w centrum ich energii. Ceremonia się skończyła. Był 
zmarznięty i zmęczony. Noc nie miała końca. A jednak przemijała. 

background image

Chciał o coś zapytać przed nadejściem dnia. Nie śmiał zwrócić się do Iris, 
najstarszej. Wątpiła w niego przed rozpoczęciem ceremonii. Lepiej 
zapytać inną. Chciał porozmawiać z Ylwirą. To ona pierwsza 
zdecydowała się mu pomóc. 
Czy da sobie radę? Czy odnajdzie bęben? 
Ale Ylwira nie odpowiedziała na jego pytania. Ani Ellen. Zniknęły jedna 
po drugiej. Jedna po drugiej zniknęły w Akko. 
W takim razie musiał zapytać Iris. Siedziała obrócona do niego plecami. 
Wyciągnęła przedtem coś obrzydliwego z jego brzucha. Pomogła mu. 
Gdy przypomniał sobie o tym, poczuł, że strach znika. Ale zanim 
wypowiedział pytanie, również i ona zniknęła wewnątrz Akko. 
Na końcu przy stole, na którym stała komsa, siedziała tylko stara kobieta. 

background image

Przebudzenie przypominało opadanie z niebios ku ziemi, chacie, ciału. 
Opadanie z ogromnej jasności, tkwiącej ponad ciemnościami nocy, ku 
światłu i grze cieni nadchodzącego dnia. Rozkoszował się szybowaniem 
w dół, zataczał szerokie kręgi na potężnych skrzydłach, niczym orzeł. 
Orzeł był najważniejszym ptakiem plemiennym. Stulił skrzydła i 
wylądował, syn niebios. 
Jon się przebudził. 
Leżał nieruchomo, nie zmieniając pozycji, aby zapamiętać uczucie lotu. 
Światło napełniało pokój, lecz on odgrodził się od niego, naciągając 
śpiwór na oczy. Jednak nastał dzień. Iluzja snu została przerwana. Miał 
mało czasu. Odrzucił śpiwór na bok. Bark był sztywny, lecz w lepszym 
stanie niż wczoraj. Po kolei wciągnął na siebie ubranie. Skarpety i 
adidasy były mokre. 
W drugim pomieszczeniu siedziała Akko i szyła. Na jej kolanach leżał 
kwiecisty, niebiesko-czerwony materiał. 
Miał ochotę porozmawiać o tym, co się stało. Musi dowiedzieć się, gdzie 
mieszka Abraha. Ale kontrolował swe uczucia. Kontrolował usta. 
- Zjem coś przed wyjściem. 
- Dobrze - rzuciła i odgryzła nitkę. 
Jon wyjął jedzenie, położył je na stole. Ukroił kromkę ciemnego 
fińskiego chleba, który mu nie smakował. Czajnik z kawą stał na piecu. 
Ale nie chciał częstować się sam, tak jak wczoraj. 
Jon rozglądał się za kołyską. Nie stała na stole, nigdzie nie było jej widać. 
Gdzie mogła się podziać? 

background image

Nadeszła Akko z surowym wyrazem twarzy. Usiadła. 
- Muszę pójść dalej i szukać Anttiego - odezwał się. 
- Jeśli musisz... 
- Nie wiesz przypadkiem, gdzie mieszka? 
- Nie wiem nic pewnego. 
- Aha. - Jon przeżuwał wysuszony chleb. 
- Dokąd pójdziesz? - zapytała. 
- Muszę szukać dalej. 
- Zanosi się na niepogodę - rzekła zamyślona. 
- Nie mogę zostać. - Jon zawinął chleb i ser, schował je do plecaka. 
- Co z barkiem? - zapytała nagle, gdy zakładał plecak. Jon skrzywił się. 
- Nie wydobrzał w ciągu nocy? - Uśmiechnęła się. Uśmiech przemienił ją 
całkowicie, tak jak słońce przemienia szary i smutny dzień. Wyjęła dwa 
kubki i nalała kawy. 
- Musisz się napić, zanim wyruszysz. Usiądź. 
- Dziękuję - odrzekł. Usiadł, pociągnął łyk. 
- A więc nie wydobrzało w ciągu nocy? - zapytała ponownie. 
- Jest całkiem w porządku. - Jon zachowywał samokontrolę. Podobała mu 
się ta nowa umiejętność. 
- Antti ma domek nad rzeką. Jakieś dziesięć kilometrów stąd. Jeśli się nie 
mylę, to jest tam teraz, stawia sieci, poluje na kaczki, czy jak nazwać to, 
czym się niby zajmuje - powiedziała. 
- Aha. - Jon opróżnił kubek. 
- Co jest takiego szczególnego w tym starym pomyleńcu, że przyjeżdżasz 
z daleka i przebiegasz przez pół widdy, by go spotkać? 
- Muszę z nim porozmawiać. 
- To mówiłeś już wczoraj. 
- Nie uważam, że Antti to stary pomyleniec - powiedział Jon. 

background image

- Znasz go? 
- Tak. A ty? 
- Tego możesz być pewien. Znałam go przez wszystkie najlepsze lata 
swego życia i już bym za nim po całej widdzie nie biegała. Nikomu w 
niczym nie pomoże. 
-Nie? 
- Kiedyś byliśmy mężem i żoną, póki nie postradał zmysłów i 
wszystkiego, co poza tym posiadał, biedny stary. 
- Mnie pomógł. 
- Jesteś pierwszy, który coś takiego powiedział. I pewnie ostatni. 
Gdy to mówiła, jej głos się zaostrzył, a twarz zamknęła się w sobie. 
- A waściwie, gdzie jest komsa? - zapytał Jon. Ledwo te słowa wypsnęły 
mu się z ust, poczuł, że mówi za dużo. 
Akko podniosła się, poszła do drugiego pomieszczenia i po chwili wróciła 
z komsą. To właśnie ją obszywała przed chwilą. 
- Widziałeś ją już kiedyś? - zapytała. 
- Pokazałaś mi ją wczoraj. 
- Naprawdę? 
Czyżby rzeczywiście nie pamiętała? Czyżby wszystko było tylko snem? 
Czy może nie chciała o tym rozmawiać? 
- Opowiadałaś też, jak po nią poszlaś. 
- Fantazjujesz. - Patrzyła na niego ostro. 
- Też bym tak zrobił. Dużo dostałaś za pół butelki wódki. 
- To prawda. 
- Widzę, że przyszyłaś już nowe przykrycie. Akko kiwnęła głową. 
Nagle powiedział tej kobiecie, że on też by tak zrobił. Przecież on też 
chciał coś odzyskać. Oboje stali po tej samej stronie. 
- Miałaś w nocy gości - powiedział w końcu. 
- Widziałeś je? 

background image

- Tak. Kto to był? 
- Śpiewałyśmy już przedtem dla ciebie joik. 
- Chcę, abyś ty i tamte kobiety, i wszyscy, którzy teraz mnie słyszą, 
wiedzieli, że jestem wdzięczny. 
To też mu się wymknęło, w trochę zbyt wzniosłym tonie. Zauważył, jak 
nieprzywykły jest do mówienia „dziękuję". Potrafił krytykować. Ale taki 
język był tu nieprzydatny. Znowu słowo na „nie", ale było tu na miejscu. 
Język polityki był nieprzydatny. Niezręczny. Niepełny. 
Niewystarczający. Dzisiejszy dzień potrzebował innego języka. Języka 
serca. Języka, który obejmował rozgwieżdżone nieba i tajemnicze 
pejzaże w świetle poza granicą ciemności. Języka obszernego, z nowymi 
przestrzeniami, nowymi uczuciami. Jego myśli rozjaśniały się, gdy 
wciągał w nozdrza wiatr. Było to klasyczne stwierdzenie pierwszego 
pisarza Johana Turi

15

Między nim a Akko panowała przez chwilę cisza. 
- Więc to prawda? - spytała w końcu. -Co? 
- Że widzisz duchy? Że rozumiesz ich język? Że to nie tylko wymysły 
starej zwariowanej kobiety, która cofnęła się dziś w nocy w dzieciństwo? 

background image

Jon biegł w górę rzeki ścieżką wydeptaną przez juczne zwierzęta. Biegł 
już pół godziny, może dłużej. Nogi poruszały się same, niczym u 
zwierzęcia łapy. Biegł, wypatrując przez cały czas chaty i myśląc o tym, 
jak wiele jeszcze musi się nauczyć. 
Dolina rozszerzyła się wokół niego. Daleko przed sobą ujrzał pianę 
wodospadu. Po lewej stronie wznosił się Saanen. 
Wiedza teraz powraca. Przybywa gdzieś spoza słońca i gwiazd, tak jak 
mówiła Akko i pozostałe powietrzne szamanki. 
Dzień był ładny - piękna dolina, oszałamiająca rzeka i ścieżka. Nad 
Saanen przepływała, wskazując coś, dłoń z chmur. Wodospad się 
przybliżał. Jon chciał dobiec na miejsce bez przystanków. Dopiero nad 
wodospadem zrobi sobie przerwę. Słyszał o biegaczach, którzy potrafią 
przedrzeć się przez wyczerpanie, ból, sztywnienie mięśni, do punktu poza 
tym wszystkim. Potem mogli już biec i biec przez równiny. Chciał tego 
spróbować. Biegł wzdłuż rzeki, przez głowę przemykały mu myśli. Czuł 
się prawie zjednoczony z naturą. To była jego przyroda. Kochał tę krainę. 
Dobrze było wiedzieć, że potrafi kochać. Dla tego uczucia warto było 
odbyć wyprawę w góry. 
Podczas gdy narastała w nim miłość, dało znać o sobie szybkie tempo. 
Zaczęły boleć mięśnie. Chciał ominąć ból. Zmusił się do myślenia o 
czymś innym. Równiny i wzgórza pełne były życia. Czas Snu się zbliżał. 
W Czasie Snu wszystko działo się po raz pierwszy. Był coraz bardziej 
zmęczony. Chwytał oddech. Ścieżka była nierówna i kamienista. Bał się, 
że skręci sobie nogę. Do wodospadu był jeszcze spory kawałek drogi. 
Teren zaczął się wzno 

background image

sić. Nie udało mu się przebiec obok bólu, do miejsca poza nim. Zaczął iść. 
Gdy dotarł do wodospadu, Saanen zmienił wygląd. A dłoń ponad 
szczytem sterczała jak róg. 
Wodospad mknął skalną rynną. Wodospad w dół się pochylał, Aż larwę 
przyszpilił na dnie. Ptak zniknął z larwą w dziobie. 
A on przez Czas Snu podróżował. Napotkał cztery siostry. Napotkał 
myślicielki przy ognisku. To, co pomyślały, ukazywało się ludziom. 
Myślicielki tańczyły przed nim. Ukazały mu tajemnice. Potrafiły mknąć 
jak wodospad. Wiedza z niebios spłynęła. 
Pierwszy Banzo miał siłę olbrzyma. Unosił głazy, których nikt nie uniósł. 
Tańczył z niedźwiedziem taniec słońca. A teraz Jon od kobiet nauczył się 
tańczyć. 
Jon rozstał się z wodospadem, poszedł dalej. 
Teren stawał się coraz bardziej niedostępny. Ścieżka zniknęła, by potem 
znowu się pojawić, wić się wzdłuż rzeki, która również najpierw zwęziła 
się, a potem powoli rozszerzyła koryto. 
Doznał uczucia, że ktoś za nim podąża. Zatrzymał się i nasłuchiwał, ale 
panowała cisza. Gdy znowu ruszył, słyszał za sobą trzask gałązek 
łamanych czyjąś stopą. 

background image

Oczyma wyobraźni widział złe istoty, zwane psimi pyskami, olbrzymy z 
mordami jak kundle. Gdy udało im się wywęszyć samotnych 
wędrowców, dopadały ich, zabijały i pożerały. 
Za jego bratem, zanim zmarł, chodziła w górach jakaś postać, szła 
równolegle z nim, po drugiej stronie rzeki. 
Jon skrył się błyskawicznie za skałkami. Kroki stały się wyraźniejsze, 
ktoś zmierzał prosto w jego stronę. Przylgnął do kamienia, wypatrywał, 
gotował się do ataku. 
Wówczas jakaś dłoń klepnęła go w ramię. Ból zapłonął, wtargnął w głąb 
barku. Zabójca jednym szarpnięciem przyciągnął go do siebie. Jakaś 
część Jona zniknęła, została oderwana. Jego wola zwiędła. Poddał się. 
W tej samej chwili pojawiła się Isir o surowej twarzy, w powiewającej na 
wietrze saamskiej sukni. Zabójca rozluźnił uchwyt i zniknął. 
Isir odwróciła się i ruszyła przed siebie. Dała Jonowi znak, by jej 
towarzyszył. Poszedł za nią, między skalami, do wnętrza jaskini, poprzez 
mrok. Im dalej wchodzili, tym lżejszy się czul, aż ponownie stał się 
lżejszy od powietrza. 
Znaleźli się w świetle, w krajobrazie we wnętrzu ziemi. Wokół nich pasło 
się stado białych reniferów. Przy zboczu góry stało kilka lawo. Nad osadą 
unosił się dym. Ludzie byli zajęci różnymi pracami. Szczekały psy. Byli 
tu nawet Indianie w pióropuszach. Mieli konie. 
- Jesteś w niebezpieczeństwie. 
Isir powiedziała to łagodnym głosem. Patrzyła na niego długo. I stojąc 
tam, stawała się coraz większa. 
- Wiem - powiedział; przerażenie go opuszczało. 
- Ktoś idzie za tobą. 
- Byłem przygotowany. 
- Pozwoliłeś mu zajść się od tyłu. 
- To prawda. 

background image

- Chcesz mieć ten bęben? -Tak. 
- Jest groźny, bo jest w złych rękach. 
- Wiem. 
- Wkrótce nadejdzie pora - powiedziała Isir. 
- Na co? 
- Aby go odebrać. 
- Dobrze. 
- Czy przyszedłeś z własnej woli? -Tak. 
- Nie. Przywołano cię. -Kto? 
- Masz odebrać bęben. Musisz ukazać moc tak niezłomną, by wszystko 
zmienić. 
- Kto mnie przywołał? 
- Źródła naszej mocy są w złych rękach. Dlatego jesteśmy słabym ludem. 
- Tak, ale kto mnie przywołał? 
- Ci, którzy przyszli przed tobą, wciąż się usprawiedliwiali. 
Usprawiedliwienia kradną moc i prowadzą do otępienia. Jeśli chcesz 
teraz pójść dalej, będziesz musiał albo wszystko zmienić, albo umrzeć. 
- Chcę pójść dalej. 
- W takim razie nie ma odtąd żadnych usprawiedliwień. 
- Chcę zdobyć ten bęben. 
- Musisz stać się myśliwym i znaleźć swą broń. 
- Dobrze. 
- Myśliwy, który panuje nad bronią, potrafi doprowadzić zdobycz do 
siebie - powiedziała Isir i położyła dłonie na bolącym barku Jona. Bark 
rozgrzał się, ból się spotęgował. 
- Myśliwy zna właściwe sposoby zabijania. Zabija z respektem. 
Prawdziwy myśliwy potrafi zabić na odległość, potrafi zabić sło 

background image

wem. Może zabić jeszcze ciszej, może zabić przez swych pomocników. 
Może zabić nawet myślą. 
- Nie zajmuję się czarną magią - odrzekł Jon. 
- Myśliwy nie może się pomylić. Inaczej wszystko skończone. Wtedy 
myśliwy sam na siebie ściągnie śmierć. 
- Kto mnie przywołał? - powtórzył pytanie Jon. 
- Dla wielu bęben jest tylko kawałkiem drewna, membrana - zwykłym 
kawałkiem skóry. Młoteczek kawałkiem rogu. Niektórzy sądzą, że to 
tylko zabytek. Inni, że narzędzie Szatana. 
- Wiem o tym. 
- Pilnuj się - ciągnęła Isir. - Ten, który ma bęben, będzie walczył 
wszelkimi sposobami, by go zatrzymać. To zly człowiek. Źli są naj-
niebezpieczniejsi. Ty uważasz, że prawo moralne wystarczy. 
-Tak. 
- Jesteś marzycielem. 
- Chcę postępować zgodnie z regułami. 
- Jakimi regułami? - zapytała Isir. 
- Chcę uzdrawiać dusze. 
- Zanim zaczniesz uzdrawiać, musisz zdobyć bęben. 
- Nie chcę nikomu zaszkodzić. 
- To usprawiedliwienie. 
- Jakie są w takim razie reguły? 
- Stąd nie ma już drogi powrotu. Albo zdobędziesz bęben, albo stracisz 
wszystko. 
Isir zdjęła dłonie z jego barku. Już nie bolał. 
- Szuka cię zabójca. 
- Będę walczył - powiedział Jon. 
- Zły człowiek posłał go za tobą. Chce ci zabrać duszę. Wtedy przegrasz. 
Umrzesz jako słaby człowiek. A my pozostaniemy słabym ludem - 
powiedziała Isir. 
- Tylko nad jedną rzeczą ów złoczyńca nie panuje, a miano 

background image

wicie nad bębnem. Pytałeś, kto cię wezwał. To bęben cię wezwał. Bęben 
ma własną wolę. Jestem z nią związana. 
Isir odłupała kawałek kory, skręciła ją w pochodnię i podpaliła. Potem 
przesunęła płomień wzdłuż jego ciała, aż pochodnia zatrzymała się na 
wysokości jego brzucha i serca. Kora paliła się długo w ciszy. Płomień 
wydłużał się. Nagle zaczął migotać, giąć się, tak jakby walczył z kimś, 
kto próbował go zdmuchnąć. Kora trzasnęła, a płomień wystrzelił z 
pochodni niczym włócznia. 
- Przypiekł się - powiedziała Isir. -Kto? 
- Zabójca. Potraktowałam go ogniem. 
- Rozumiem. 
- Eksplodował. Zły może teraz posmakować swego własnego lekarstwa. 
Isir w dalszym ciągu ocierała o niego pochodnię z kory. Ogień znowu 
płonął cicho, aż całkiem zamarł. 
- Spaliłaś go? 
- Zniknął. Ale przyjdą inni, w inny sposób. Jeśli się boisz, przegrasz 
walkę. 
Isir zniknęła w srebrnoszarej mgle, która pochłonęła wszystko i 
wszystkich. 
Jednocześnie na dach białego domku spadł kamień. Potoczył się w dół po 
dachówkach, spadł z głuchym dźwiękiem na ziemię tuż przy ścianie. 
Mieszkańcy domu wyszli, aby zobaczyć, co się stało. Mężczyzna 
rozpoznał kamień. Widział go po raz pierwszy przed rokiem: w dniu, w 
którym wydarzyło się to, o czym miał już zawsze pamiętać. 
Zabrali wtedy kamień z miejsca zbrodni. Zatopił kamień w bagnie, tam 
gdzie wyrzeźbił zabójcę i dał mu zadanie. Miał wtedy nadzieję, że kamień 
zaginie na zawsze. 

background image

A teraz kamień przeszył powietrze i stłukł dachówkę nad ich głowami. To 
była jednoznaczna wiadomość. 
Mężczyzna chciał wypłynąć na morze i zatopić kamień w głębinie. Ale 
ona mu go zabrała. Nie mógł się jej sprzeciwić. Poszła zboczem w górę, 
ukryła kamień w miejscu, w którym nie mógł go odnaleźć. 

background image

Srebrnoszara mgła była w jego głowie, miał ją przed oczami. Powoli 
uniosła się, odpłynęła. Odeszła również Isir. Siedział przed stromymi 
skałami, zagubiony, szumiało mu w głowie. 
Zostań myśliwym. Znajdź swoją broń. Zabijaj we właściwy sposób. 
Chciał być myśliwym. Myśliwym, który wabi do siebie zdobycz. 
Wtedy bęben wpłynął w jego świadomość. Na skórze bębna zauważył 
niedźwiedzia, renifera i pióro. 
Pobiegł dalej wzdłuż rzeki prawie niewidoczną ścieżką. Do chaty. Do 
Abrahy. 
Akko powiedziała, że Abraha szukał jaskiń, srebra, saamskich skarbów. 
Znalazł kiedyś skarb głęboko w skale. Wydobył go na powierzchnię. 
Zobaczył wówczas, że cały świat ogarnia pożar. Aby nie dopuścić do 
zniszczeń, odniósł skarb z powrotem. Wtedy ogień wygasł. 
W skałach jest złoto. I kryształy. Są inne siły, potężniejsze niż żelazo, 
miedź, srebro, złoto, uran, jakkolwiek by nazwać to, co się wydobywa z 
ziemi. Ale nie należy tego wykopywać. Wtedy bowiem stanie się to, 
czego doświadczył Abraha. Cały świat stanie w płomieniach. 
Abraha był na tyle mądry, by odłożyć złoto na miejsce. Kto jeszcze byłby 
tak mądry? 
Musiał odnaleźć Abrahę. Potrzebował pomocy. Odzyskanie bębna to 
zadanie dla całej wspólnoty. Wszyscy powinni w tym uczestniczyć. Ale 
krąg wspólnoty został przerwany. Dlatego musiał odnaleźć Abrahę. Tego, 
co niemożliwe dla jednej osoby, 

background image

można było dokonać wspólnie. To, co jednemu czowiekowi groziło 
śmiercią, kilkorgu mogło się udać. 
Jon zbliżył się do jeziora. Zobaczył domostwo. Była to gamma. Większa 
od tej, którą wybudował Jon. Stała przy zatoczce, w miejscu, w którym 
kończył się brzozowy las i gdzie łączka schodziła w dół do piaszczystego 
brzegu przy ujściu rzeki. 
- Abraha! - krzyknął, zatrzymał się i nasłuchiwał, lecz nie otrzymał 
odpowiedzi. Zrozumiał, że Abrahy tam nie ma. Nad chatą nie unosił się 
dym, a łódź wyciągnięto na brzeg. 
Jon otworzył drzwi. 
Gamma była pusta, a piec zimny. Oczywiście. 
Pomieszczenie było okrągłe i wyłożone drewnem. Miało drewnianą 
podłogę i dwa okna. Łóżko było przybite na stałe do ściany, materac 
postawiono na sztorc, a pościel wisiała na sznurze pod sufitem. Na stole 
stało kilka kubków do góry dnem, czajnik ukazywał czarny od sadzy 
spód. 
Nie lubił węszyć po domach. A to już trzeci raz w ciągu dwóch dni. 
Wyszedł, zamknął za sobą drzwi. Leciutka mgiełka połknęła słońce. 
Jon odłożył plecak, zszedł nad jezioro. Kilka kaczek z szumem rozpiętych 
skrzydeł zeszło do lądowania. Ale gdy dostrzegły dwunożną istotę, 
przyspieszyły, swisz, swisz, swisz. Formacja uniosła się, ptaki 
wyrównały lot i zniknęły, zataczając łuk, za jedną z wysepek. Z zachodu 
nadciągały ciemne chmury. Było bezwietrznie. Zbliżały się cicho, były 
coraz bliżej. 
Zdjął adidasy, poszedł boso w stronę pokrytego drobnym piaskiem 
brzegu przy zatoczce. Suchy piasek grzał skórę. Tam, gdzie piach był 
mokry, stopy zostawiały wyraźne odciski. Woda była chłodna. 
Rozpalił ogień na palenisku przed chatą, patrzył, jak płomienie zaczynają 
lizać czarny czajniczek. Siedział niczym jog, ze skrzyżowanymi nogami, 
przed chatą na widdzie. 

background image

Zrodziło się w nim obce uczucie, niepokój. 
Jon skoncentrował się, lecz istota uczucia mu umknęła. Miało to coś 
wspólnego z zadaniem. Z tym, że ma zostać myśliwym. Znaleźć broń. 
Albo ze strachem przed przegraną. Uczucie nie dało się zlokalizować w 
ciele ani ująć w słowa oznaczające ból. Wypakował resztę fińskiego 
chleba i masło, trochę sera. Woda gotowała się, wsypał kawę. Postawił 
czajnik na jednym z kamieni, by kawa naciągnęła. 
Zobaczył wtedy tańczącego ducha-niedźwiedza i zrozumiał. 
To odwiedził go duch, a nie nękały kłopoty. 
Niedźwiedź usiadł spokojnie na ziemi, z brzuchem pełnym jagód. Jego 
oczy błyszczały jak dwa słońca. Nagle podniósł się gwałtownie, nagle 
niczym ptak. Skoczył do przodu. Obnażył kły. Z pyska toczyła sie piana. 
Uniósł się na dwóch łapach. Dwie łapy na ziemi. Dwie wyciągnięte ku 
słońcu. Błysnęły pazury, ciemne, ostre. 
Lekki i ciężki czuły i silny jednocześnie. Drży z emocji, 
gdy widzi tańczącego niedźwiedzia. Ktoś powiedział 
pamiętaj, w tobie płynie niedźwiedzia krew. 
Duch opiekuńczy nie znał strachu, który był przy nim, nie znał słabości, 
która go przepełniała, niewiedzy, z którą on musiał walczyć. 
- Pomóż mi. Jestem w niebezpieczeństwie. Bez ciebie jestem niczym - 
rzeki Jon. 
Wtedy zrozumiał, że wiedza przychodziła nie tylko spoza słońca i 
gwiazd. Przychodziła również spod mchu, tak jak Ij. 

background image

Niebo pociemniało od burzowych chmur. W oddali przetoczył się grzmot, 
błyskawica rozcięła mrok między chmurami a bru-natnojesienną widdą. 
Grzmoty się przybliżyły. Schronił się w gammie, liczył sekundy dzielące 
błyskawice od grzmotów, aż w końcu nie potrafił już ich oddzielić. 
Wyszedł na zewnątrz. Błyskawice uderzały jednocześnie we wszystkie 
strony świata. Rozszczepiały czarne chmury. Wystrzeliwały z gór. 
Ziemia trzęsła się i kołysała. Od dzieciństwa nie pamiętał takiej burzy jak 
teraz. 
Jon znalazł ścieżkę wiodącą ku Saanen i wyruszył w drogę. 
Wtedy nadciągnął wiatr i deszcz. Krople spadały najpierw rzadko, duże i 
ciężkie, w ostrych porywach wiatru. Jon podążał szybko w stronę góry. 
Po jakimś czasie dosięgnęla go gęsta, gwałtowna ulewa, która wkrótce 
całkowicie go przemoczyła. Deszcz padał skośną ścianą i zatapiał 
krajobraz wokół niego. Ubranie kleiło się do ciała. Deszcz uspokoił się na 
chwilę, lecz zaraz ponownie uderzył. Krople chłostały skórę, myły go do 
czysta. Krople trafiały ziemię i odskakiwały od niej, myły ją do czysta. 
Krople rozbijały się o zbocza góry, myły je do czysta. Potem zbierały się 
w kałużach, formowały potoczki, które razem spływały ku rzekom. 
Jon słyszał o pasterzach, którzy przebywali na dworze w taką pogodę. 
Potem zaskakiwał ich mróz i zamarzali w zbrojach z lodu. Znajdowano 
ich przemienionych w lodowe rzeźby. Jon byl przemoczony, lecz ciepły 
od wewnętrznego ognia, od pochodni. 
Po jakimś czasie mgła opuściła się na zbocza góry i połknęła ją. 
Wkrótce cała okolica leżała we mgle. W środku tej waty mozolił się 
człowiek, chciał utrzymać się na ścieżce, będącej najkrótszą drogą do 
domu. W tej samej mgle wzniósł się biały orzeł, poleciał ku niebu. Po 
chwili nadciągnął wiatr. Podczas gdy niebo się rozjaśniało, kropił jeszcze 
deszcz. Nad Saanen zawisł napięty łuk tęczy. 

background image

Niedaleko pewien mężczyzna skończył swe wyczerpujące zadanie. 
Mężczyznę bolał kikut - w miejscu, w którym umocowana była sztuczna 
dłoń. Pracował ciężko od chwili, kiedy spadł kamień; bębnił całe 
przedpołudnie. 
Na skórze bębna narysował wilka. Pokropił rysunek krwią i 
skoncentrował wolę, aż wilk ożył. 
Dal wilkowi do powąchania śrubokręt znaleziony w obejściu. Wyznaczył 
mu zadanie i posłał w drogę. 
Zapakował bęben, zamknął go w skrzyni. 
Kobieta wyciągnęła swoje igły, naprowadziła je na cel i ułożyła w 
szeregu na stole. 
Brala ostatnią iglę w szeregu, wypowiadała nad nią formułę i kładła ją 
jako pierwszą w rzędzie. Tak aż wszystkie igły dotarły na brzeg stołu i 
zniknęły. 
Spojrzeli po sobie. Zrobione. Teraz pozostało już tylko czekać na to, co 
miało nastąpić w najbliższych dniach. 

background image

Heaika i Liisa siedzieli w domu. Jon był zmarznięty i przemoczony. 
Dobrze było wejść do domu, gdzie w rogu stal piec trzaskający ogniem. 
Przebrał się w suche ubranie, w małej szklaneczce dostał coś ciepłego do 
wypicia. Opowiedział, gdzie był, że szukając Abrahy, spotkał Akko. 
- Jaka niesamowita, magiczna była pogoda - dodał Jon. 
- Wracaliśmy podczas największej ulewy. Przez szybę nic prawie nie było 
widać, chociaż wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach - 
odpowiedziała Liisa. 
- Czyż nie wspaniale fajerwerki? 
- Byłam zadowolona, że siedziałam w samochodzie. Słyszałam, że 
samochód chroni przed błyskawicami, prawda, Heaika? 
- To była pogoda Bajana; na zdrowie - powiedział Jon. 
- Co to takiego, ta pogoda Bajana? - Liisa też wzniosła kieliszek. 
- Bajan jest Bogiem Piorunów - wyjaśnił Heaika. 
- Było nieprzyjemnie - powiedziała. 
- Dziwne o tej porze roku - stwierdził Heaika. 
- I ta tęcza. - Jon opróżnił kieliszek. 
- Nie widzieliśmy jej - powiedziała. 
- Ja widziałem - przytaknął Heaika. 
- W dawnych czasach mówili, że można było po niej pójść na spotkanie z 
przodkami. 
- Fascynujące - powiedziała Liisa. 
- A tak w ogóle, to gdzie byliście? 
- Ja byłem na zebraniu - odrzekł Heaika. 
- Co się działo? 
- Niewiele teraz się dzieje. Wszyscy mają dość polityki. Ty też. Na 
zdrowie - Heaika zwrócił się do Jona. 

background image

- Moja praca ma charakter polityczny. 
- Dołączyłeś, gdy fala wzbierała. Teraz, gdy opadła, wycofałeś się. 
- Pracuję nad innymi sprawami. 
- Stajesz się samotnym dziwakiem, takim jak Antti. Biegasz sam po 
górach, szukasz jaskiń, skarbowi snów. Wkrótce zaczniesz pewnie czcić 
święte kamienie. 
Kiedyś już przez to przechodzili, również w czasie, gdy obaj byli 
zaangażowani w politykę. Wtedy Jon zachował swoje myśli dla siebie, 
dla dobra Sprawy, dla dobra Jedności. 
- Najbardziej zajmuje mnie ciemiężona cząstka naszej tożsamości. W tej 
sferze byliśmy prześladowani również przez siebie samych. 
Odrzuciliśmy duchowe dziedzictwo przodków. Naród bez przeszłości 
jest narodem bez przyszłości - zareplikowal Jon. 
- Boję się, że zapominamy o polityce. Społeczeństwo wokół nas jest 
politycznie zaangażowane i oczekuje tego samego od nas. Ludzie są 
całkiem rozsądni, o ile jesteśmy na boisku i gramy w ich grę. - Ciągnął 
dalej Heaika, tak jakby nie słyszał słów Jona. 
- Chcą, abyśmy grali w ich grę. Wtedy są pewni, że przegramy. Musimy 
grać we własną grę. Dopiero wtedy coś stworzymy. 
- Teraz nie ma już żadnej sprawy, która zjednoczyłaby ludzi. - W głosie 
Heaiki słychać było zmęczenie. 
- Są tysiące dobrych spraw, tuż za progiem. Ekologia. Walka 
pokój. Nie brakuje spraw, lecz ludzi - zauważyła Liisa. 
- Nie mamy przywódców - odparł Heaika. 
- Sprawy stworzą przywódców. 
- Niełatwo narodowi, który jest tak rozdrobniony jak my. Nasze siły się 
wyczerpały. Pochłonęła je walka o Altę. Na dobrą sprawę jesteśmy 
zniszczonym narodem. 
Liisa pokiwała głową. 
- Ludzie jeżdżą na zebrania, aby sobie pomieszkać w hotelu 
1 dostać pieniądze za benzynę. Wszystko toczy się wokół chleba 

background image

i wygód. Wtedy było inaczej, Jon, gdy objeżdżaliśmy całą północną 
Skandynawię, spotykaliśmy się z ludźmi w chatach, w lawo, 
planowaliśmy. 
- To wypływało z korzeni - odpowiedział Jon. 
- Dawało też rezultaty. 
- To prawda. 
- Teraz walczymy w ciemnościach, w nocy stallo, podczas gdy ty chcesz 
spacerować po tęczy. 
- Wtedy język polityki spełniał swą funkcję. Wewnętrzną i zewnętrzną. 
Wtedy słowa były kluczami. Otwierały się drzwi do głębszego 
zrozumienia. Teraz konieczne są nowe słowa, które otworzą drogę do 
nowego zrozumienia, a bardzo nam go potrzeba - rzekł Jon. 
- Pewnie - odpowiedział Heaika. 
- Szukam tego języka. 
- I sądzisz, że znajdziesz go w sztuce szamańskiej? W urokach rzucanych 
za pomocą much? W tańcach na cmentarzu? W umarłych? 
- To, czego szukam, to sztuka uzdrawiania ciał i dusz. 
- Nie wierzę w tych dzisiejszych uzdrawiaczy i dotykaczy. Moja siostra 
była u takiego jednego. Bolało ją kolano. Dotykał i dotykał, coraz wyżej i 
wyżej, wzdłuż uda. 
- Są ludzie, którzy wiedzą o szczelinach prowadzących do drugiego 
świata - Jon nie ustępował. 
- Wierzysz w to? 
- Sam ich spotkałem. Wiedza powraca z góry, spoza gwiazd, i z dołu, 
spod mchu. Jesteśmy jedynyni w Europie, u których przetrwało takie 
dziedzictwo. 
- I ty coś o tym wiesz? -Tak. 
Wymknęło mu się. Nie miał zamiaru tego mówić. A jednak było to 
słuszne. Jeśli ze swym przyjacielowi nie mógł się tym 

background image

podzielić, to do kogo mial się zwrócić? Gdy przyjdzie co do czego, to 
Heaika zrozumie. Teraz Heaika pewnie przemyśliwal to, co zostało 
powiedziane. Z pewnością przyniesie to jakiś oddźwięk. Jon posłał myśl 
w stronę ducha-niedźwiedzia. A może Heaika zechce brać udział w 
polowaniu? 
- Szczerze mówiąc, nie wiem, o co ci chodzi. - Heaika przerwał ciszę. 
- Mówię o tym, czego nam dzisiaj brakuje. 0 tym, co może wypełnić 
pustkę. Może przywrócić żar. I radość. 
- Przydałoby się coś takiego. Ci, którzy dorwali się do politycznego 
kąska, stają coraz ważniejsi, z każdym rokiem coraz bardziej pewni 
siebie, budzą strach - odpowiedział Heaika. 
- Patrząc na to z takiej perspektywy, chyba nie masz nic przeciwko temu? 
- zapytała Liisa. 
Heaika nie odpowiadał. Jon zrozumiał. Heaika uważał, że to brednie. Był 
zbyt delikatnym człowiekiem, by powiedzieć to prosto z mostu. 
- A co ty sądzisz, Liiso? 
- Ja jestem Szwedką z Finlandii. 
- Wiem o tym. 
- Właściwie nie mam z tym nic wspólnego. 
- Nie żartuj. Te czasy mamy już za sobą. To dotyczy wszystkich. - 
Zauważył, że Liisa czuje się niepewnie. - Każdy może mieć własne 
zdanie - dorzucił. 
- To nie brzmi aż tak przerażająco - odrzekła. 
Jon chciał opowiedzieć im o Akko, jej siostrach, o duchu-niedź-wiedziu. 
To mógłby być decydujący argument. Ale powstrzymał się. 
Zaakceptował to, że nie byli otwarci na taką wiedzę, że nie nadszedł 
jeszcze odpowiedni czas. Kiedy wiedza o mitologii i siłach duchowych 
będzie równa świadomości politycznej? - zapytał sam siebie. 
- Próbowałeś szukać jaskini? - zwrócił się do Heaiki. 

background image

Nie próbował. Na tym pytaniu rozmowa zamarła, tak jakby słowa, które 
mogłyby ją unieść, jeszcze nie powstały. 
- Próbowałeś trenować z lassem? - rzucił na koniec Heaika, 
doprowadzając do remisu, gdyż Jon zupełnie o lassie zapomniał. 
Jon jechał w stronę Norwegii i przejścia granicznego, sam, bez 
autostopowicza, bez Heaiki. Przepuszczono go jednym machnięciem 
ręki, bez żadnych formalności. 

background image

Oczywiście, przejeżdżając poprzednio przez osadę, zapomniał 
zameldować o kradzieży reniferów. Wówczas chciał tylko wydostać się 
stamtąd. Tym razem miał zamiar przejść się do lensmana, by po prostu 
poinformować o zajściu. A gdy nadejdzie zmrok, pojedzie do tego 
cholernego białego domku. Na przeszpiegi. 
Po stronie norweskiej droga schodziła długimi łagodnymi pochyłościami. 
Mknął w dół asfaltem. Za nim pojawił się niebieski samochód. Jon 
spojrzał w lusterko. Utrzymywał dużą szybkość, mimo to samochód 
przyczepił się do niego. Był coraz bliżej, zaczął migać światłami. Jon 
zwolnił do prędkości dozwolonej. Czyżby policja rzeczywiście czekała w 
gotowości, gdy wjeżdżał do Norwegii? 
Samochód był całkiem blisko. Kiwnięcie dłonią. Jon skręcił na parking, a 
niebieskie volvo zaparkowało przed nim. Miał nadzieję, że nie zapomniał 
prawa jazdy. Otworzył schowek, przeszukał go, ale dokumentów nie 
znalazł. 
Z samochodu wyskoczył czarny pies. Potem pojawił się plecak, strzelba, 
ręka i mężczyzna. Mężczyzna zatrzasnął za sobą drzwiczki. Kierowca 
zawrócił i pojechał z powrotem drogą, którą przybył. Mężczyzna na 
poboczu pomachał mu na pożegnanie. Podszedł do Jona, który właśnie 
opuścił szybę. 
- Podwieziesz mnie? - zapytał mężczyzna. Był to Abraha. 
Jon otworzył drzwi. Pies wskoczył na tylne siedzenie. Plecak i strzelba 
wylądowały obok. Na końcu wsiadł Abraha. 
- Jak mnie znalazłeś? 
- Skoro ty mnie nie znalazłeś, to ja musiałem. 

background image

Abraha uśmiechał się. Jon uruchomił silnik. Szukał. Nie znalazł. 
Przemknęła mu przez głowę strofa wiersza, który kiedyś napisał: 
Posłał w świat skrzydło, po to jedynie, by odkryć, że nie chciało odnaleźć 
drogi, lecz krążyło wokół siebie. 
Dolina, w którą wjechali, rozszerzała się. Na prawo lśniło w wodzie 
słońce. Do jeziora wpływała rzeka. Na drugim końcu jezioro 
wypuszczało ją znowu. Otwarta widda opadała ku zębom nadmorskiego 
pasma wzgórz. 
Otwarte widdy, kapłańskie kołnierze, złamane rogi, spalone bębny. 
Przejął go znany, smutny nastrój, pomimo słonecznego światła, pomimo 
dobrego, suchego asfaltu, pomimo nienagannej pracy silnika. I pomimo, 
że to nie policja się zjawiła, lecz Abraha. 
Fala melancholii przypominała o tym wszystkim, co zostało zniszczone. 
O dobrej woli i podniosłej wierze nazywanej dziś przesądami. O obrazach 
plemiennych, dziś zapomnianych. 
Kto dziś wie o przymierzu między reniferem a ludźmi? Kto składa ofiary 
Sarakce

16

? Albo Bajanowi? Kto rozumie język ptaków i kwiatów? Komu 

brakuje bębnów spalonych przez misjonarzy? Kto nosi żałobę po 
spalonych szamanach? 
Życie jest takie krótkie, tak szybko przemija, że każdy wysiłek 

background image

jest próżny, bez celu. To, co człowiek robi, myśli, nie ma w zasadzie 
znaczenia. Żadnych konsekwencji. 
Abraha wskazał ręką stado reniferów. Przemierzało widdę niczym 
ruchomy las rogów. Wzmocniło to tylko uczucie niepokoju, które 
zagnieździło się pod sercem Jona. 
- Jestem najstarszym synem. Ojciec hoduje renifery. Wyrastałem z dala 
od tego wszystkiego - odezwał się Jon. 
Abraha obrócił się, śledził wzrokiem stado, dopóki się nie rozpłynęło w 
krajobrazie. 
- Ja też kiedyś miałem czworonożny kapitał. - Zabrzmiało to tak, jakby się 
śmiał. Pies zaszczekał. 
- Śmiejesz się? 
- Ja jestem tutaj. One są tam. Muszą biegać na własnych nogach, podczas 
gdy my toczymy się wygodnie do domu. Czy tak nie lepiej? 
- Doprawdy? - rzucił Jon. 
- Chciałbyś się zamienić? 
- A ty nie? - odpowiedział pytaniem Jon. 
- Kiedyś miałem stado. Było dobrze. Ale zdarzyło się coś takiego, że 
wszystko straciłem. 
- W jaki sposób? 
- To, co miałem, zginęło. -Jak? 
- Natrafiło na stal. 
- To znaczy? 
- Stado zostało wybite. 
- Przez kogo? 
Nagle Jon usłyszał swój własny głos. Natarczywy. Domagający się. 
Twardy. Chciał wiedzieć wszystko. Abraha spojrzał na niego, lecz nie 
odpowiedział. 
- Akko ci nie opowiadała? - odezwał się w końcu. 

background image

- O czym? 
- Dlaczego wszystko straciłem. -Nie. 
- Powiedziała ci na pewno, że znalazłem skarb. -Tak. 
- Skarb też straciłem. 
- Nie. Postąpiłeś słusznie - powiedział Jon. 
Droga wiła się szerokimi zakrętami i ginęła w jarze. Po lewej stronie 
rzeka spadała w dół stromym korytem. 
- Chcesz wiedzieć? -Co? 
- Jak wszystko straciłem? 
- Jeśli chcesz opowiedzieć... 
- Dostałem ducha opiekuńczego - rzekł Abraha. 
- A więc dostałeś, a nie straciłeś. 
- Nie chciałem go przyjąć, ale on mnie dręczył. Aż oszalałem. Trwało to 
cały rok. Zachowywałem się jak szaleniec. Nie mogłem znieść widoku 
żony i dzieci. Krążyłem samotny po widdzie. W końcu zamknęli mnie w 
szpitalu. Leżałem tam, faszerowany lekarstwami, a ci, którzy zostali, 
zajęli się moim stadem, które topniało z dnia na dzień. 
- W jaki sposób wyszedłeś? 
- Powiedziałem duchowi „tak". 
- Dlaczego nie zgodziłeś się od razu? 
- Opierałem się, bo się bałem. Rozchorowałem się, bo się bałem. 
Straciłem wszystko, bo się bałem i nie rozumiałem, że jestem słaby, a 
duch potężny. 
- Rozumiem. 
- Myślałem, że to diabeł chce mojej duszy. Myślałem, że jestem skazany 
na zagładę. Słyszałem to w szkole i w kościele i drogo mnie to 
kosztowało. 
- Rozumiem. 

background image

- Gdy wyszedłem, zostawiła mnie, a moje stado zniknęło. 
- Całe? 
- Całe. 
- Co z tym zrobiłeś? 
- Nie zameldowałem, nie mściłem się. Nigdy nie zajmowałem się czarną 
magią. Chciałem zajmować się białą. Ona jest najważniejsza. To muszą 
pojąć wszyscy, bo wiedza trwa - powiedział. 
- W takim razie jak zdobywasz mięso renifera? - zapytał Jon. 
- Przychodzą do mnie, gdy ich potrzebuję. Zawarłem pakt z Bogiem 
Reniferów - odrzekł Abraha ze śmiechem, tak jakby niekoniecznie trzeba 
było wierzyć w to, co mówi. 
Droga wąwozem biegła w dół ostrymi zakrętami i Jon zwolnił. Stopniowo 
pole widzenia rozszerzyło się, dostrzegli morze i wysepki. 
Zjawił się wtedy duży ptak, żeglujący na szeroko rozpostartych 
skrzydłach. Zdawało się, że zawisnął tuż przed samochodem. 
- Popatrz - zawołał Jon. Abraha pochylił się w jego stronę, zacisnął 
powieki. 
- Jastrząb - powiedział. 
- Sprawdza nas. 
- Ma ostry wzrok. 
Jastrząb unosił się pięć metrów przed samochodem, pływał w powietrzu. 
Wiatr szarpał mu pióra. Ptak poruszył lekko lotkami, zakreślił szeroki łuk 
nad doliną i zniknął. 
- To tutaj, w tych jarach, wszystko się zaczęło. Byłem wtedy młodszy niż 
ty teraz - opowiadał Abraha. - Jechałem na nartach. Byłem zapalonym 
myśliwym. Miałem przeczucie, że w gawrze, w pobliskim wąwozie, leży 
niedźwiedź. Czułem to. Powietrze mi o tym mówiło. Czułem zapach. 
- Rozumiem - odezwał się Jon. 
- Szukałem i szukałem, chciałem powalić tego olbrzyma. Przyniosłoby mi 
to sławę. Wierzyłem też, że da mi jakąś tajemną silę. 

background image

Taką, jaką otrzymywali ci, którzy w dawnych czasach zabijali 
niedźwiedzia włócznią. 
- Znalazłeś gawrę? 
- Nie. Nie znalazłem gawry - odrzekł Abraha. 
- Zaprzestałeś poszukiwań? 
- Nie mogłem zapomnieć tego napięcia, które przeżyłem tamtej wiosny. 
Szukałem Mchowego Starca przez całe lato. Zawsze ze strzelbą na 
ramieniu. Biegałem tak po jarach, aż zaczęto mnie uważać za pomyleńca. 
- I powaliłeś go w końcu? -Nie. 
- Nie znalazłeś go? 
- On mnie znalazł. -Jak? 
- W parowie nad rzeką zaginęło kilka reniferów, pojechałem więc, by 
sprawdzić. To był jesienny wieczór. Nagle wynurzył się spod ziemi, 
stanął na dwóch łapach i tak trwał. Był świetnym celem. Złożyłem się do 
strzału i wypaliłem. Jeden strzał, drugi, następne, lecz Mchowy Starzec 
stał na tylnych łapach, wymachiwał przednimi. Przestraszyłem się, 
zacząłem uciekać, a niedźwiedź deptał mi po piętach. Albo dostałem cios 
łapą, albo upadłem i uderzyłem głową o coś twardego. Zemdlałem. Gdy 
tak leżałem, niedźwiedź przesunął kamień. Pod nim znajdowało się 
przejście prowadzące w dół na półkę w skale. Kompletnie ogłuchłem, a 
lekarze nie wiedzieli dlaczego. 
- Znalazłeś coś na półce? 
Znajdowali się na dnie doliny, tam gdzie droga szerokim zakrętem 
omijała uprawne pola. Na kozłach wciąż jeszcze wisiało siano. Kamping 
nad rzeką opustoszał. Jon podrapał się po brzuchu. 
Napotkali karawanę składającą się z trzech samochodów, Abraha 
pomachał ręką w ich stronę. Na przedzie jechał samochód terenowy na 
szerokich oponach, nowy model, z czerwono-żółty 

background image

mi pasami. Potem wyładowana ciężarówka i samochód dostawczy. 
Żerdzie do lawo przymocowano na przyczepie. Kierowcami wszystkich 
samochodów były kobiety. 
- Jesienny przepęd reniferów - odezwał się Abraha. 
- Zgadza się - przytaknął Jon. 
- Voui - szepnął Abraha. 
- To była tylko półka? 
- Tak, półka. 
- Półka i nic więcej? 
- Półka, którą lubiłem odwiedzać. Tajemnica, którą miałem. Po długim 
czasie odzyskałem słuch. 
- A dlaczego go straciłeś? 
- Zabrał mi go niedźwiedź za to, że do niego strzelałem. 
- Aha. - Jon kiwnął głową. 
- Przy zrównaniu dnia z nocą, w najgłębszych ciemnościach, dane mi 
było spotkać tych, którzy byli przed nami. Dowiedziałem się, co się tu 
działo. 
- Co takiego? - zapytał Jon i znowu podrapał się po brzuchu. 
- O tym opowiem później. Z tym miejscem związana jest przepowiednia. 
- Możesz mi ją opowiedzieć? - zapytał Jon. 
- Pewnego dnia powróci wiedza. Nadejdzie gdzieś zza słońca i gwiazd, 
spod kamieni i mchu. Doczekam tego dnia. Do tej chwili muszę 
podtrzymywać ogień. 
Jon gwizdnął cicho. Abraha spojrzał na niego. 
- Znasz tę przepowiednię? - zapytał. -Tak. 
- Znasz jej ciąg dalszy? -Nie. 
Jon nie dopytywał się o ciąg dalszy. Był zaskoczony, słysząc te słowa z 
ust Abrahy. Jechali długo w ciszy. Jona dochodziły popiskiwania 
śpiącego psa. 

background image

- Mchowy Starzec musiał mnie uderzyć, gdyż polowałem na niego. 
Zabrał mi słuch, gdyż strzelałem. Widzisz, jak nic nie rozumiałem, gdy to 
się zaczynało. Chciałem strzelać do wszystkiego, nawet do duchów. Nikt 
mi nie powiedział, co to znaczy żyć między światami. Nikt nie mógł mi 
pomóc. Ale to było dawno temu, prawie czterdzieści lat - mruknął 
Abraha, właściwie sam do siebie. 
Jon drapał się po brzuchu. Użądlił go owad, a może oblazło go jakieś 
robactwo? Odpiął koszulę, spojrzał na brzuch. Był pokryty zaognioną 
wysypką. Nigdy nie mial wysypki. Lajla mawiała, że jego skóra jest 
miękka i gładka jak u dziecka, bez jednego pryszcza czy wągra. A teraz 
miał na brzuchu wysypkę, i to właśnie w miejscu, gdzie Isir dotykała go i 
skąd wyciągnęła duchy-pasożyty. 
Zbliżali się do osady w głębi fiordu. Przed nimi było skrzyżowanie. 
- Dokąd właściwie jedziesz? - zapytał Jon. 
- Musiałem cię odszukać, abyśmy mogli zrobić to, co mamy do zrobienia 
dziś w nocy. 
- Muszę najpierw coś załatwić w osadzie - odparł Jon. 
- Pójdziesz ze mną. Teraz. 
- A to dlaczego? Dokąd mamy iść? - dopytywał się Jon. 
- Pójdziemy na skalną półkę. 
- Ale dlaczego akurat teraz? 
- Bo dziś jest zrównanie dnia z nocą. 

background image

Szli w ciemnościach w górę rzeki. Parów byl wąski. Wodospady dudniły. 
Kamienie były śliskie. Ale Abraha znał ścieżkę. Szedł pewnie, ze 
sprężystością, która zadziwiła Jona. Niemal frunął po zboczu. Jon 
posuwał się naprzód po omacku i przyszło mu na myśl, że stary specjalnie 
narzucił takie tempo, by mu zaimponować. 
Wiatr niósł wzdłuż zboczy wilgotną kurzawę, tuman rozdrobnionych 
kropel wody, wzbijanych w górę ciśnieniem powietrza. 
Wspinali się coraz wyżej i Jon widział światła domów stojących nad 
brzegiem morza. Czuł, jak rośnie w nim napięcie, inne niż to, którego 
źródłem była ciemność i zawrotna wysokość. Szli ku miejscu, o którym 
opowiadano legendy. Zrozumiał, że Abraha nie biegnie niczym śnieżny 
kozioł, by mu zaimponować, lecz ponieważ odczuwa podobne 
podniecenie i to ono daje siłę staremu ciału. 
Abraha zszedł z perci, podszedł wąską krawędzią do urwiska. Widzieli 
skalną ścianę na drugim brzegu rzeki. Wzdłuż perci rosły karłowate 
brzózki i wrzosy, leżały kamienie, które stoczyły się z góry. 
Wydostali się na pogrążony w ciemnościach płaskowyż, który 
nieznacznie nachylał się w dół. Nie zatrzymując się, nie wahając, bez 
słowa, Abraha skierował się w stronę niewielkiego głazu, odsunął go na 
bok. Zniknął w głębi jamy, wchłonięty przez ziemię. 
Jon, cały spięty, włożył w otwór stopę, badał nią wnętrze. Stopa znalazła 
oparcie. Ześliznął się aż do następnego występu. Zrozumiał, że zrobiono 
tu schody, że schodziło tędy wielu przed nim. W koń 

background image

cu poczuł pod stopami płaski grunt. Był we wnętrzu jaskini. Zobaczył 
przed sobą światło, podszedł. Abraha rozpalał ognisko. Znajdowali się na 
tarasie wyżłobionym w zboczu góry. Nad nimi było kamienne sklepienie. 
Otwór znajdował się tuż nad jarem. Pod nimi płynęła rzeka, pieniły się 
wodospady, lecz ich odgłosy były tak stłumione, że słyszeli tylko cichutki 
szum. Pośrodku tarasu stał niezwykły kamień. 
- Przy nim możesz zobaczyć to, o co poprosisz - odezwał się Abraha. 
Z tyłu za kamieniem skalna półka wwiercała się w głąb ściany. Jon 
wdrapał się na nią. Stopniowo zrobiło się tak wąsko, że musiał się 
czołgać. 
Wytknął głowę z otworu w skalnej ścinanie. Pod sobą dostrzegł nocne 
kontury doliny, wioski i rozciągające się za nią morze. Od tego widoku 
zakręciło mu się w głowie. 
Ognisko już tylko się tliło. 
- Północ. Siądź przy kamieniu - polecił Abraha. 
Jon bardzo niepewnie podszedł do głazu, usiadł, krzyżując nogi, 
próbował odnaleźć właściwy nastrój. Czuł coraz większe zmęczenie. Tak 
jakby góra wmuszała w niego swój sen. Chciał czuwać. 
Poprosił, by mógł zobaczyć bęben. 
Ukazał się poruszający się róg. Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, 
co się dzieje, ale mial wrażenie, że kamień się otwiera. Nagle jego dusza 
została wyssana z ciała, wciągnięta do szczeliny i wyrzucona przez otwór 
w skalnej ścianie. W momencie, gdy został ciśnięty przez skalny otwór i 
zaczął unosić się nad przepaścią, stał się cięższy ze strachu przed 
upadkiem. Wtedy zauważył, że jest lżejszy od powietrza, że może latać. 
Ruchome światło w kamieniu stało się potężną tarczą słoneczną otoczoną 
promieniami ze złota. Jeden z promieni oderwał się. Na nim Jon 
pogalopował ku słońcu, potem przez nie, na drugą stronę. Wyszedł dziurą 
na dnie jeziora, 

background image

popłynął w górę, ale nie był mokry. Przebił powierzchnię wody i wyszedł 
na leżący powyżej ląd. 
Świtało już, gdy doszedł do siebie. Abraha zrobił mu legowisko w głębi 
jaskini. Zanurzył się w sen, jak nurek w wodę. Gdy się obudził, było już 
popołudnie. 
- Zobaczyłeś to, o co prosiłeś? - zapytał Abraha. - Dzielenie się 
przeżyciami jest częścią rytuału. 
Jon opowiedział o mężczyźnie, którego spotkał po wyjściu z jeziora. 
- Co ci powiedział? 
- Jak zrobić bęben i co oznaczają symbole. Abraha pokiwał głową. 
- Zabrał mnie do dużego lawo, gdzie pracowali mistrzowie. Najpierw 
zobaczyłem znak symbolizujący moc Mchowego Starca. Potem 
zobaczyłem wiele innych znaków i uzdrawiających symboli. 
- Podróżowaliście? 
- To była rozległa równina, kraj łowców z pasmem gór na horyzoncie. 
Było tam wielu ludzi - myśliwi, nomadowie. Zajmowali się tym, co lubią 
najbardziej. Indianie polowali na bizony. Sa-amowie znaczyli swe stada 
reniferów. 
- Wiedza trwa - odezwał się Abraha. 
- Długo byłem nieobecny? 
- Kilka godzin. 
- Wydawało mi się, że to tylko chwila, może dziesięć minut. 
- Czas Snu jest poza czasem. Tam wszystko zdarza się po raz pierwszy. 
- Czy to ty śpiewałeś joik ? 
- Tak. Tak trzeba. 
- Co by się stało, gdyby cię tam nie było? 
- Byłem tam. Joikowałem. Postępowałem zgodnie z regułami. Jeśli je 
łamiesz, może się zdarzyć nieszczęście. 

background image

- To znaczy? 
- Uwolniona dusza może zgubić drogę do domu, udać się w przeciwnym 
kierunku. Albo utkwi w skalnej szczelinie lub pod korzeniem drzewa. 
- I co wtedy? 
- Wtedy pęka struna. 
- Co masz na myśli? 
- Nazywają to śmiercią. 
- Co to za miejsce? Obiecałeś mi powiedzieć. 
- Kiedyś była tu szkoła szamanów. Tu uczyli się o duchach i przechodzili 
próby. 
- Próby? 
- Uczeń siadał razem z mistrzem w jaskini. Noaidi przywoływał duchy. 
Uczeń nie zdawał egzaminu, jeśli ich nie dostrzegł lub nie poczuł. Jeśli 
zauważył przechodzące obok niego duchy, to zaliczał próbę i mógł 
zaczynać praktykę szamańską. 
- Podróżowali tak jak ja? 
- Tu uczyli się podróżować. Odwiedzali zarówno świat nadziemny, jak i 
podziemny oraz różne miejsca na kuli ziemskiej. Niektórzy byli 
nieobecni przez wiele dni, przebywali na Islandii lub we Włoszech. 
Niektórzy uważali nawet, że ludzkość nie ma przed nimi tajemnic. Znali 
smutki i radości białych, żółtych, czarnych, czerwonych. Zjeździli cały 
świat. 
- Podróże duszy? -Tak. 
- A nie potrzebowali bębnów? 
- Ja nigdy nie używałem bębna - odparł Abraha. 
- Ale oni używali? 
- Tak - odpowiedział. - Pamiętasz przepowiednię, o której ci 
opowiedziałem? 
-Tak. 
- Nie powiedziałem ci wszystkiego. Przepowiednia głosi dalej, 

background image

że bęben przybędzie ze słońca. Będę trzymał go w rękach, zanim 
przeminie mój czas. Ale to ktoś inny nauczy się nim posługiwać. 
- Kiedy usłyszałeś tę wróżbę? 
- Byłem młodszy niż ty teraz. 
Abraha znowu rozpalił ognisko. Upiekł mięso. Zjedli. Jon był czujny w 
nieznany sobie sposób. 
W głębi jaskini zobaczył coś, co przykuło jego wzrok. Przyjrzał się temu 
uważniej, zdrapał mech. Wtedy ukazał się jego oczom owalny rysunek. 
Nagle zrozumiał, co to jest. Znalazł wyryty w skale rysunek bębna. Bęben 
podzielony był na trzy obszary, każdy z nich pokrywały symbole. 
- Bywam tu od trzydziestu lat i nie zauważyłem tego - mruknął Abraha, 
podczas gdy Jon dotykał poszczególnych figur. 
Gdy wyszli z tunelu na płaskowyż, promienie słońca padały na górską 
rozpadlinę. Zasunęli za sobą kamień, usiedli, rozkoszując się słońcem i 
wspaniałym widokiem. Płaskowyż był otwarty, olbrzymi, przyjazny. Nie 
taki jak wczoraj. 
- Trzeba się jeszcze dużo nauczyć, prawda? - zapytał Jon. 
- Teraz wiesz to, co najistotniejsze. Wiesz o szczelinach. Jon skinął 
głową. 
- Pewnego dnia zdobędę bęben. 
- Mam nadzieję, że ten dzień wkrótce nadejdżie - rzekł Abraha - bo wiem, 
co się stanie ze mną tego dnia. 
Głos Abrahy byl radosny, chociaż mówił o śmierci. 
- Wiedza będzie trwać - dorzucił. 
- Dziwne, że tak wielu zapomina - powiedział Jon. 
- Tak już jest, lecz nie ma się o co martwić. Wiesz, że w tym miejscu 
szamani się bawili? Wylegiwali się, akumulowali moc słońca w swych 
ciałach. Masowali się. 

background image

- Masowali? 
- Nie sądzisz chyba, że szamani przez cały czas pościli i się umartwiali? 
Nie, staruszku, tak nie było. Bawili się, a przy tym uczyli się wysysania, 
dmuchania, masowania. Mieli uzdrawiać innych, więc sami musieli być 
zdrowi. Były też szamanki. 
Abraha i Jon siedzieli po obu stronach kamienia. Jon wyobraził sobie, jak 
swego czasu rozwijano tu skóry reniferów, wypoczywano, wygrzewano 
się w słońcu. Szamani masowali się, wysysali z ciał pasożyty, uczyli się 
nawzajem joików, wypróbowywali siłę niedźwiedzia. 
- Pomocujemy się? - zapytał nagle Jon. 
Zaczęli się mocować na ręce. Stary mężczyzna był mocny i żylasty. Jon 
dał mu wygrać. Potem chwycili się za bary. Tarzali się w mchu, sapali, 
pocili się. 
W pewnym momencie Abraha wyśliznął się i silnym chwytem 
unieruchomił Jona pod sobą. 
- Ciekawe, czy w tym ciele jest jeszcze dość siły, by cię przytrzymać? 
Chociaż Jon próbował na wszystkie sposoby, nie udało mu się uwolnić. 
Abraha leżał na nim, uśmiechając się z zadowoleniem. Zaczął pocierać 
udem o krocze Jona i sytuacja stawała się jednoznaczna. Jonowi to się nie 
podobało. Wtedy pomógł mu niedźwiedź. Jon uwolnił się z uścisku. 
Siedzieli w słońcu rozgrzani, zmęczeni, zamyśleni. Jon rozebrał się do 
pasa. Chciał wystawić wysypkę na działanie promieni słonecznych, ale w 
ciągu nocy prawie zniknęła, pozostawiając kilka suchych krost. Ból w 
barku również minął. 
- Nie rozbierzesz się całkiem? - zapytał Abraha. 
- A po co? 
- Żebym zobaczył, czy konar ci stoi. 
- To też należy do tradycji? - Jon uśmiechnął się. 
- Szamani musieli pomagać niepłodnym kobietom i mężczyznom, którym 
się nie podnosił. 

background image

- Stoi, kiedy trzeba. Ale tak poza tym, to przydałby mu się uzdrawiający 
masaż. Dużo czasu upłynęło od ostatniego razu -rzekł Jon. 
- Jesteś jeszcze niczego sobie, nie tak stary i niedołężny jak ten tutaj. 
Abraha uniósł się na klęczki. Wyjął go. Trzon był miękki, a skóra na nim 
pomarszczona. Główka miała barwę głębszą niż u Jona, jasnofioletową, 
jak język młodego renifera, lecz wciąż była jeszcze gładka i błyszcząca. 
- Wszystkie włosy posiwiały - odezwał się Abraha. 
Schodzili z powrotem do osady. Jon starał się zapamiętać, którędy 
biegnie ścieżka, by móc potem odnaleźć to miejsce. Czul się mocny. 
Abraha szedł powoli. Wydawał się dwadzieścia lat starszy niż wczoraj. 
Jonowi przeszło wówczas przez myśl, że Abraha zrzucił z siebie wiedzę i 
moc, które on teraz miał ponieść dalej. 

background image

Jon wrzucił drugi bieg, pokonując stromy podjazd do głównej drogi. 
Naprzeciwko pojawił się niebieski samochód terenowy, który widzieli 
poprzedniego dnia. Jon zatrzymał się. Znowu prowadziła kobieta. Obok 
niej siedział mężczyzna. Abraha pomachał do niego ręką, mężczyzna mu 
odpowiedział. Kierunkowskazy i światła stopu stworzyły iluminację. 
Siedzieli na skałce o zaokrąglonym wierzchołku, po drugiej stronie drogi. 
- Zawróciliśmy, by poszukać stada, które gdzieś się zagubiło - odezwał 
mężczyzna. 
- Aha - odpowiedział Abraha. 
- Zniknęło, schodząc w dolinę. Nie widzieliście go przypadkiem? 
- Nie widzieliśmy żadnych reniferów. 
- Ale może widziałeś je trzecim okiem? - zapytał mężczyzna z 
uśmiechem. 
Abraha siedział cicho, dziobał patykiem leżące na ziemi sosnowe igły. 
- Pasą się spokojnie w jednym z jarów. Około pięćdziesięciu sztuk. 
- Tyle ich mniej więcej było. 
- Aha. 
- Są po tej stronie drogi, czy przeszły na drugą? - dopytywał się 
mężczyzna. 
- Nie przechodziły przez drogę - odpowiedział Abraha. 

background image

Mężczyzna wyciągnął lornetkę z kieszeni na piersi. Zaczął penetrować 
dolinę, jary, zbocza. Potem schował lornetkę do skórzanego futerału. 
- Skąd wracacie? - zapytał. Abraha wskazał w stronę jaru. 
- Co jest w tym jarze? Nawet Ruth nie chce o nim mówić. Widziałem tam 
Kamień Dziadka, ale nikt nie chce nic powiedzieć o tym wąwozie. 
- Nie. - Abraha wpatrywał się prosto przed siebie. 
- Byliście tam dziś w nocy? - zapytała Ruth. 
- Tak. Przedtem zajrzeliśmy jeszcze do domu. 
- A cóż to za figurę masz ze sobą? - zapytał mężczyzna. 
- Nazywam się Jon. Interesuje mnie dawna wiedza. Właśnie w ten sposób 
poznałem Anttiego. 
- A więc jesteś jednym z nich - rzeki mężczyzna. 
- Słyszeliście o kimś w pobliżu, kto ma bęben noaidi? - zapytał Jon. 
- Już dawno zgnili w ziemi. I musisz wiedzieć, że byli narzędziami diabła. 
Zsyłali choroby na ludzi i zwierzęta. Powietrzem, wodą, a nawet ziemią. 
Człowiek musiał cały czas się pilnować, nigdzie nie można było czuć się 
bezpiecznie. Diabelska moc panowała wszędzie. Nie mówmy o tym, bo 
zbudzą się duchy, nawet tu, pod naszymi tylkami - ostrzegł. 
- Gdzie stoi Kamień Dziadka? - zapytał Jon. 
- Niedaleko stąd - odezwała się Ruth. - Mogę opowiedzieć 
nim wiele historii, jeśli cię to interesuje. Kiedyś przez wiele dni 
opowiadałam je ludziom z Instytutu Saamskiego. Gdy już mieli 
przesłuchać nagrania, okazało się, że magnetofon jest zepsuty, 
1 musiałam opowiadać raz jeszcze. 
- Przyjechali tu z jakimś rupieciem - wtrącił mężczyzna. 
- Ale teraz mają to nagrane. 
- Opowiadałaś im o Kamieniu Dziadka? - zapytał Abraha. 

background image

-Tak. 
- Byłaś tam? - Abraha wydawał się zaskoczony. 
- Nie, ale dużo o nim słyszałam. 
- Nie wiedziałem, że on cię interesuje - powiedział Abraha. 
- To tam dziadkowi poszczęściło się z reniferami - odparła. 
- Może powinniśmy tam teraz pojechać. - Mężczyzna wyszczerzył zęby w 
uśmiechu. 
- Co powiedziałaś o kamieniu? - dopytywał się Abraha. 
- Stamtąd wyszło białe stado dziadka. Dostał stado, gdy cisnął nożem nad 
kamieniem. 
- Ty też powinieneś tam pojechać, Antti. I zabierz ze sobą dużo noży - 
odezwał się mężczyzna. 
- Cicho, nie gadaj głupot, Aslat - przerwała mu Ruth. 
- Uważam tylko, że szczęście zsyłane hodowcom przez kamień to 
przesądy. Ludzie w dawnych czasach podtrzymywali się w ten sposób na 
duchu. Teraz wiadomo, że renifery nie wychodzą z kamieni. - Aslat 
patrzył na Jona i mówił dalej: - Dawniej posługiwali się bębnem, by 
straszyć innych, zdobywać srebro i ziemię. Żądali dobrej zapłaty. Poza 
tym były z tego tylko niesnaski. Jeden noaidi straszył, że pożre innego, i 
tak to się ciągnęło bez końca. A ja mam własne wytłumaczenie tych 
wszystkich wizji. Przyczyną były pijaństwa trwające tygodniami. Upijali 
się kiepskim alkoholem, awanturowali się po pijanemu. Po przebudzeniu 
mieli delirium i wyrzuty sumienia. Widzieli i złego, i Renifera 
Przeznaczenia. By się uspokoić, szli do człowieka, który cieszył się sławą 
uzdrowiciela. I to wszystko. 
- Jest tyle dziwnych rzeczy na niebie i na ziemi - odparł Jon 
dyplomatycznie. 
- Teraz mamy tu spokój i możemy pracować - powiedział Aslat. - 
Powiedz, czy ja cię kiedyś nie widziałem? Czy to nie ty pisujesz do gazet 
w Oslo? 
- Tak. 

background image

- Bo ja mam historię, która powinna się znaleźć w gazetach 
- mówił dalej. 
- Akurat teraz nie pracuję. 
- Przydałaby się nam pomoc. Wojsko potrzebuje nowych terenów, a nas 
już nie stać na adwokatów. Wydaje się, że nic w tej sprawie nie 
osiągniemy. 
- A więc nie ma spokoju - mruknął Abraha. 
- Za tym stoi państwo. 
- To jest ten rzeczywisty niepokój. Państwo bierze sobie trochę tu, trochę 
tam, a te nieliczne dystrykty, których to akurat nie dotyczy, są 
zadowolone i siedzą cicho. Aż do dnia, w którym rozbudowa nie dotknie 
właśnie ich. To jest właśnie przeciwieństwo pokoju. To, że każdy 
zagarnia dla siebie jak najwięcej. 
- Nie musisz aż tak brać w obronę hodowców, ty, który nie masz ani 
jednego renifera, ale za to zawsze masz kawałek mięsa między zębami - 
rzekł Aslat. 
- Gdyby wielcy nie musieli rosnąć i zjadać innych, wystarczyłoby miejsca 
dla wszystkich. Nie, staruszku, pognębiając się wzajemnie, nie 
stworzymy pokoju. 
- Trzeba mieć mocne nerwy, gdy chce się być największym 
- odparł krótko mężczyzna. 
Pojawił się jakiś samochód, podpełznął szosą w górę, zbliżył się, minął 
ich. Potem zniknął za grzbietem wzgórza. Aslat skręcił papierosa, zapalił, 
zaciągnął się. Zawsze się wydaje, że samochody szybciej znikają niż się 
pojawiają. Zza chmur wyjrzało słońce. Strome zbocze góry lśniło niczym 
brąz. Jonowi wydawało się, że tam wysoko dostrzega znajomy taras, ale 
mógł równie dobrze pomylić go z tyloma innymi tarasami i pólkami. 
- Już przedtem słyszałem o Kamieniu Dziadka. Jest znany. Widać go 
stąd? - zapytał Jon. 
- Stoi wysoko w górach. 

background image

- Sądziłem, że w jarze. 
- Nie, w rozpadlinie nad jeziorem. Ten, który uświęcił kamień, siadywał 
tam na skórze renifera za każdym razem, gdy przechodziło stado. 
Mówiono, że wkładał swe najpiękniejsze ubranie. Wszyscy inni też 
musieli się tak ubierać. Musieli też zdejmować czapkę i mijać to miejsce z 
odkrytą głową. On miał rzeczywiście szczęście do reniferów. Niekiedy 
stado było tak liczne, że przechodziło przez trzy dni i przez cały ten czas 
stary siedział przy kamieniu. Nikt nie mógł go stamtąd odciągnąć. 
- Odpoczywał sobie po trudach - wtrącił Aslat. 
- Składał ofiary i modlił się - szybko odrzekła Ruth. 
- Do kogo? 
- Nie wiem. Nie byłam tam. 
- Może miał pakt z czarnym. 
- Miał białe renifery, najbielsze stado, jakie gdziekolwiek istniało - 
mówiła dalej Ruth. 
- I to byl twój dziadek? 
- Jego ojciec. Prawda, Antti? - zapytała. 
- To był dziadek dziadka. Nigdy nikomu nie groził, nie mścił się, a jeśli 
któryś z jego parobków kradł renifery, to go wyrzucał. Dawał tym, którzy 
mieli niewiele. 
- Jest w tym tyle prawdy, co w opowieściach o złotych i srebrnych 
skarbach. - Aslat zdusił papierosa i podniósł się. Ponownie wyjął 
lornetkę, zaczął przyglądać się zboczom i kotlinkom. Jon miał ochotę 
pożyczyć lornetkę i odszukać znajomą półkę skalną. 
- Cieszę się, że nie zacząłem składać ofiar. Birro jest nienasycony, żąda 
coraz więcej. W końcu człowiek zostaje bez niczego i nikt mi nie powie, 
że wtedy można dostać od kamienia jakieś nowe stado. 
Aslat przeszedł przez drogę, zajrzał do samochodu Jona, obszedł go z 
drugiej strony. Jon usłyszał strugę moczu uderzającą o żwir. 

background image

- Gdy byłam mała, dostałam od dziadka magiczny kamyk. Miałam go 
przechować, aż dorosnę. Wtedy miałam wypowiedzieć trzy życzenia, a 
kamyk miał je spełnić. Nie potrafiłam jednak czekać i wypowiedziałam 
życzenia, gdy byłam bardzo młoda - opowiadała Ruth. 
- Co się stało? - zapytał Abraha. 
- Dostałam to, o co prosiłam. Znalazłam w lesie przyjaciela. Przychodził 
do mnie, gdy go zawołałam. Bawiliśmy się razem, jedliśmy. Był moim 
najlepszym przyjacielem. Nie miał rodziców. Było mi go żal, 
przynosiłam mu jedzenie. Potem zostaliśmy kochankami. Nikt o tym nie 
wiedział, a on był taki piękny. Myślałam, że jest dla innych niewidzialny, 
że tylko ja mogę go zobaczyć. Ale tato mnie szpiegował. Dostałam lanie i 
potem wyrzuciłam kamyk. Nigdy przedtem o tym nie opowiadałam. 
- Jak ten kamyk wyglądał? 
- Był błyszczący, sześciokątny, o ostrym końcu. 
Aslat wyszedł ponownie na drogę. 
- Czas już jechać - powiedział i skierował się w stronę samochodu. Ruth 
kiwnęła głową. 
Mężczyzna otworzył drzwiczki, wsiadł do samochodu. 
- Nie powinieneś gniewać się na niego ani rzucać na niego uroku - 
powiedziała Ruth do Abrahy, gdy Aslat zniknął z pola widzenia. 
- Wiesz, co o nim myślę - odpowiedział. 
- Dobrze radzi sobie w górach - rzekła. Abraha milczał. 
- Wydarzyły się też inne rzeczy - zaczęła. 
Wtedy mężczyzna nacisnął klakson. Ruth podniosła się, zawahała się. 
- To nieprawda, że nie byłam przy Kamieniu Dziadka. Gdy dorosłam, 
żałowałam, że wyrzuciłam kamyk szczęścia. Więc poszłam raz do 
rozpadliny, usiadłam przy kamieniu. Zaczęło padać. 

background image

Marzłam. Nic się nie działo. Już miałam iść do domu. Ale z jakiegoś 
powodu siedziałam dalej. 
Ruth spojrzała na samochód, tak jakby czekała, aż dźwięk klaksonu 
przerwie jej opowiadanie. 
- Wtedy kamień otworzył się. Najpierw wyfrunął stamtąd biały orzeł i 
zniknął. Potem wyszedł duży biały renifer z młodym cielakiem. Polował 
na nie wilk. Byk walczył z wilkiem. Odganiał go ciosami rogów. W tym 
czasie cielak uciekał z góry w stronę wybrzeża. Ale to właśnie jego chciał 
dopaść wilk. Wywęszył trop i pobiegł nim. W końcu dogonił cielaka i już 
miał się na niego rzucić. Wtedy pojawił się brunatny niedźwiedź, powalił 
wilka. Wziął cielaka w łapy i poniósł go na widdę. Ale na widdzie cielak 
nie był już cielakiem. 
- Czym się stal? 
- Bębnem. 
- Bębnem szamańskim? -Tak. 
- A stary renifer, co się z nim stało? - zapytał Abraha. 
- Stracił poroże. 
- A wilk? 
- Padł. 
- Co się stało z orłem? 
- Miał powrócić, gdy nadejdzie czas spełnienia się przepowiedni. 
- Pamiętasz przepowiednię o wiedzy, która miała powrócić? Tę, którą 
słyszeliśmy, gdy byliśmy dziećmi? - zapytał Abraha. 
- Ta opowieść jest jej dalszym ciągiem. A dzisiaj widziałam białego orła. 
Leciał nad Saanen - odpowiedziała. 
Niebieski samochód zamigał kierunkowskazem i wyjechał z pobocza. 
Szerokie opony chwyciły się asfaltu. Pozostawiając za sobą drżącą 
mgiełkę spalin, samochód rozpłynął się w wieczornym niebie. Jon 
wjechał na drogę i podążył za nimi. 
- To była twoja siostra? 

background image

- Oczywiście. 
- Lubisz swego szwagra? 
- Nie jest stąd. Po prostu zjawił się i z nią ożenił. To było wtedy, gdy mnie 
się zaczęło źle wieść. Teraz to on jest właścicielem wszystkiego. 
- Źle ci się powiodło? Naprawdę tak myślisz? 
- Gdy chodziliśmy do szkoły, byłem pierwszy, który nauczył się pisać. 
Mieliśmy zawody w pisaniu opowiadań. Pewnego razu napisałem całą 
stronę. Nauczyciel mnie pochwalił i nazwał pisarzem. Tak mi dokuczano, 
że przestałem pisać. 
- Szkoda - rzekł Jon. 
- Mógłbym zostać nauczycielem. Albo księdzem. Mógłbym sprawować 
urząd - Abraha uśmiechnął się lekko. 
- Może nie księdzem - powiedział Jon. 
- Pewnie księdzem nie - przyznał Abraha. 
- Albo może właśnie księdzem. 
- Ruth dostała kamyk. Ja odziedziczyłem dirri. Strzałę noaidi. Po 
dziadku. Próbowałem różnych zawodów, ale nie potrafię nic innego, 
tylko widzieć. Widzę trzecim okiem, jak to powiedział Aslat. Za każdym 
razem, gdy próbowałem jakiejś innej pracy, powstrzymywały mnie 
duchy. 
- Widziałeś stado, o które pytał? 
- Widziałem. Ale pierwszym miejscem, które sprawdzi, nie będzie to, w 
którym widziałem zwierzęta, ale to, z którego przybyliśmy. 
- Dlaczego? 
- Nie zauważyłeś, że sprawdzał twój samochód? Moim zdaniem szukał 
kradzionego mięsa. 
- Masz w sobie strzałę noaidi. A wiesz, co ja dostałem? -Nie. 
- Znak z bębna noaidi odłączył się i wniknął we mnie. 
- Jaki znak? 
- Znak słońca. 

background image

Na skrzyżowaniu skręcili w prawo, przejechali przez sosnowy zagajnik, 
zbliżyli się do fiordu. Znowu minęli posterunek lensma-na. Teraz byl 
zamknięty. Wybierze się tu jutro. 
Po lewej stronie leżał fiord, połyskujący i spokojny. Droga biegła wzdłuż 
brzegu. Za stacją benzynową skręcili w prawo. 
Najpierw ujrzeli duży nowy dom. Na spotkanie wybiegły dwa ujadające 
psy. Mieszkali tu Aslat i Ruth. Niebieski samochód terenowy stał przed 
domem. Czterokołowy motocykl terenowy i dwa skutery śnieżne stały 
obok stabbur

v

Powyżej domu droga zwężała się i była jak tarka. Zaczęło się już 
ściemniać, gdy zaparkowali przed niewielkim domem, zniszczonym 
wiatrem i deszczem. Stary pies podbiegi do nich, oparł się łapami o 
Abrahę, obwąchał Jona, podreptał za Abrahą w stronę drzwi. 
Jon poszedł za dom się wysikać. Zobaczył wtedy coś, czego nie zauważył 
poprzedniego dnia. 
Gdy Jon wszedł do domu, Abraha klęczał i wkładał polana do pieca. 
- Więc też masz samochód - powiedział. 
- Tak, to mój samochód. - Abraha wziął do ręki pudełko zapałek. 
- Ach, tak. 
- Widziałem, że masz zapisany mój numer na osłonce przeciwsłonecznej. 
- Abraha zapalił zapałkę. 
-Tak. 
- Jak się zakończyła ta sprawa? - Abraha spojrzał na Jona. 
- Chciałbyś się dowiedzieć? 
Abraha skinął głową. Płomień wspiął się po zapałce, sparzył palce 
Abrahy. 
- A więc? - Abraha otworzył pudełko i wyjął nową zapałkę. 
- Czyżbym rzeczywiście zapomniał opowiedzieć ci o tym? 

background image

Jon przebudził się z niejasnego snu. Leża! na kanapie w pokoju. Drzwi do 
kuchni były otwarte. Wewnątrz w kącie spał pies. Abraha też spał. 
Przez dłuższą chwilę przewracał się z boku na bok, zanim ponownie 
zasnął. Wówczas powrócił sen, a Jon obudzony zerwał się gwałtownie, 
niczym zając czujący polującego rosomaka. 
Stał na podłodze z bijącym sercem. Zarówno w pokoju, jak i na dworze 
było ciemno. Panowała nieziemska cisza. Usłyszał coś na dworze. Wokół 
domu dreptały czyjeś łapy. Pazury zaskrobaly o drzwi wejściowe, a nos 
węszył przy szparze w drzwiach. 
Obudził go Abraha. Czuł się tak, jakby spał tylko chwilę. Najchętniej 
zapadłby znowu w bezczasowość snu, ale coś we wzroku Abrahy kazało 
mu się podnieść. Gdy wciągał na siebie ubranie, czuł, że ciało ma 
zmarznięte i zesztywniałe. Nawet pies warczał pod stołem, gdy Jon usiadł 
i sięgnął po kawę. 
- Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje - zauważył Jon. Ale pies warczał 
nadal, a Abraha wpatrywał się w swój kubek. 
Jon chciał porozmawiać i odtworzyć nastrój poprzedniego dnia. Wczoraj 
dom żył i skrzył się śmiechem. Teraz wydawało się, że pomieszczenia i 
mieszkańcy skurczyli się od chłodu i wrogości. Niezwykła opowieść o 
tym, jak wciąż zapominał zameldować o kradzieży reniferów, sprawiła 
dużo uciechy. 
- Wyjąłem to z twojej głowy - powiedział Abraha, kiedy siedzieli i 
obgryzali kości z mięsa. 

background image

Jon spojrzał nagle z niechęcią na kości. Zrzucił je na ziemię. Każdy 
normalny pies zatopiłby w nich zęby, ale ten warczał jeszcze bardziej. 
Abraha pochylił się. Zebrał kości na talerz, tak jakby to było cenne 
jedzenie lub coś jeszcze bardziej wartościowego. 
- Dlaczego to robisz? - spytał Jon, wskazując na kości ruchem głowy. 
- Jesteś jeszcze głodny? - odezwał się Abraha. Starł ze stołu, postawił 
chleb i masło. 
- Po co ci te resztki? 
- Tylko to zostało. 
- O co ci chodzi? To tylko kości. 
- Powstanie na nich nowe mięso. 
Nagle powróciło nieprzyjemne uczucie z minionej nocy, gdy jakieś 
zwierzę skrobało do drzwi. 
- Zauważyłeś coś w nocy? - zapytał. 
- Nie możesz dać się oszukać, gdy masz zrobić to, co musisz. Musisz 
porozmawiać z Jovem. Musisz użyć trzeciego oka. 
- Znasz Jova? 
- Wciąż jeszcze nie jesteś dostatecznie chytry. Wierzysz w prawo 
moralne. Ten, który poluje na ciebie, postępuje według innego prawa. 
Przeszedłby przez ściany i okna, gdyby nie było tu mnie i psa. Musisz 
pokazać, że jesteś Banzo. Musisz posłużyć się sprytem plemienia, i nie 
tylko. Musisz posłużyć się mądrością i siłą myśliwych. Uśmiech może 
okazać się nożem. 
- Nie pójdziesz ze mną? 
- Moja walka już się skończyła. Teraz twoja kolej. Takie są reguły. 
Zgodnie z przepowiednią. 
- Bzdura. Tam wilk ścigał cielaka. 
- Wilk jest na tropie. 
- O czym ty mówisz? Żyjemy w dwudziestym wieku. Wilków już nie ma. 
- Teraz jest więcej wilków niż kiedykolwiek. A myśliwi plemienia 

background image

zapomnieli, jak się wilki zabija. Myśliwi mają na wszystko wymówkę. 
Tylko się skarżą, nie walczą. Wilki chodzą chyłkiem po górach. Węszą 
wokół domów, skrobią do drzwi. Idź - rzeki nagle. -Iść? 
- Teraz. 
Jon zrozumiał. Miał odejść. Nie wiedział, dokąd. Musiał odnaleźć bęben. 
Nie miał żadnego wyraźnego tropu. Zjadł kromkę chleba, spakował się. 
Był gotowy. 
- Widziałem w nocy różne rzeczy. Wiem, że czas nadszedł. Wilki polują 
między wzgórzami. 
- Czy duchy-wilki są aż tak groźne? 
- Chwytają dusze pamiętające wiedzę. Będą polować tak długo, aż 
zniknie ostatni, który pamięta. Uważaj. 
- Rozumiem. 
- Idź ścieżką promieni słonecznych. Pewnego razu wielki noaidi wciągnął 
słońce do lawo. Świat pogrążył się w mroku, podczas gdy on i jego 
plemię mieli słońce przez cały czas. Dopiero gdy Jov rozwiązał supły, 
słońce powróciło na swą drogę. 
- Jov nie może uwiązać duchów-wilków? 
- Sami musimy to zrobić. 
- Dlaczego? 
- By odzyskać siłę i umiejętności. Kiedyś wszyscy przybywali tu po radę. 
Królowie i przywódcy przysyłali swoich synów i córki na naukę. 
Wodzowie, zanim wyruszyli na wojnę, radzili się jasnowidzących z 
plemienia Córki Słońca. Wszyscy darzyli nas szacunkiem. Wtedy 
zaczęliśmy zapominać. Banzo był wielkim wodzem. Sprzeciwiał się. Był 
obrońcą mocy. Banzo jest teraz razem z Jovem. Ostatni bęben słońca 
należał do Banzo. Nie moim zadaniem było go odebrać. Miałem 
przekazać dalej wiedzę o szczelinach. Jesteś z rodu Banzo. To ty masz 
odebrać bęben. Nadszedł czas. Idź. Przynieś bęben. 
- Dobrze. 

background image

- Teraz możesz zażądać zapłaty za przeszłość. 
- Za co? 
- Za przemoc z przeszłości. 
- Za to, co nam wyrządzono? 
- Tak - odrzekł Abraha. 
- Poradzę sobie z tym. 
- Lecz również za to, co wyrządziliśmy sami sobie i wiedzy, 
sprzeciwiając się jej, zapominając o niej. 
- Z tym będzie gorzej - odparł Jon. 
- To jest jednak najważniejsze. 
- To mój słaby punkt. Żyłem wiele lat z dala od plemienia. 
- Dlatego jesteś silny. 
- Doprawdy? - zapytał Jon. 
- Jeśli się zlękniesz, pozbądź się lęku. Poślij na morze. Rób to samo, gdy 
się zmęczysz. Niech niedźwiedź zje zmęczenie. I strzeż się kobiety - rzekł 
Abraha. 
- Jest miła. Ona tylko szyje. To on jest zły. 
W samochodzie było zimno. Ciężka, wilgotna mgła nadpłynęła znad 
oceanu. Dostał gęsiej skórki, a cienkie naczyńka krwionośne tuż pod 
powierzchnią skóry się skurczyły. Ręce zmarzły i zbielały, a palce 
nabrały trupiego wyglądu. 
Musiał wyrwać się z ponurego nastroju minionej nocy i poranka. Te 
rozmowy o Banzo, wróżbach i wilkach. Prowadził dobry samochód po 
szerokiej, asfaltowej drodze. Nawet mgła zaczęła się unosić. Z daleka 
dochodził odgłos łodzi motorowej, która płynęła, zostawiając za sobą 
długie bruzdy. Wysoko na niebie pojawił się samolot. A żadnych wilków 
nie było. 
Samochód skręcił w boczną drogę prowadzącą do domu, w którym 
mieszkał ten, u którego był bęben. Jeśli istnieje coś takiego, jak 
automatyczne pismo, to istnieje też coś, co nazywa się automatyczną 
jazdą. 

background image

Wjeżdżając coraz głębiej w wąską dolinę, zrozumiał, że to, co ostatnimi 
czasy przeszedł, to był trening. Teraz czekała go ostateczna próba. Cel 
widział przed sobą. Leżał zapakowany w czarny materiał i schowany w 
skrzyni na piętrze małego białego domku. Pragnął mieć ten bęben. 
Mężczyzna nie zechce oddać go dobrowolnie. Dojdzie do walki. 
Gdy zaczęły się wzniesienia, Jon zredukował bieg. 
Włączone ogrzewanie wypełniło wnętrze samochodu przyjaznym 
powiewem. Ciepło kłuło w uszy i policzki, rozprzestrzeniało się ku 
stopom i dłoniom. Zacisnął pięści i boksował wokół siebie. Joikował, 
podczas gdy samochód mozolnie posuwał się na trzecim biegu pod górę, 
zakrętami, ku celowi. 
Należymy do zachodniej gałęzi wschodniego plemienia Północy. Na tych 
widdach i wzniesieniach, nad fiordami, pod podwójnym 
rozgwieżdżonym niebem jest nasz dom. Do niego wkroczyła Europa z 
krzyżami, królami, chaosem i wojną. 

background image

Jon zaparkował poniżej domu, tak jak poprzednio. 
Wyjął plecak i śpiwór, zauważył lasso. Przełożył sobie zwój przez głowę 
i pod ramieniem. Niewielki plecak mógł bez problemów nałożyć na 
przerzucone przez plecy lasso. Kryształ miał w kieszeni, duży saamski 
nóż tkwił za pasem. Chciał wspiąć się na zbocze, poobserwować dom z 
tamtej strony. Odnalazł ścieżkę między drzewami. Skręcała w 
przeciwnym kierunku, więc z niej zszedł. Zaledwie uszedł kilka kroków, 
gdy spadł na niego cień. Jon padł na ziemię, odwrócił się. Sowa wpłynęła 
bezszelestnie pomiędzy sosny i znikła. Kiedyś został zaatakowany przez 
sowę w świetle dnia. Lecz było to wczesnym latem. Sowa pilnowała 
wtedy jaj lub młodych i broniła swego rewiru. Lecz o tej porze roku 
młode umiały już latać i dwunożna istota nie stanowiła zagrożenia. 
Poszedł dalej. 
Znowu dostrzegł sowę. Bezszelestnie wyleciała spomiędzy drzew. Sunęła 
w jego stronę, prześliznęła się tuż nad głową. Była mistrzynią lotów. 
Znowu zawróciła i, usiadłszy na czubku sosny, nie odrywała od niego 
wzroku. Jon zrobił kilka kroków do przodu. Sowa sfrunęła w dół, szybko 
i w groźnej ciszy poszybowała ku niemu. Jon rzucił się w bok. Lecz ptasie 
szpony zahaczyły o ramię, wyszarpnęły dziurę w dżinsowej kurtce. Sowa 
ponownie usiadła na czubku sosny i śledziła go wzrokiem. 
W porządku, sygnał był jednoznaczny. 
To również sowa skontaktowała go z Abrahą. A więc tędy ma nie iść. 

background image

Znalazł się znowu na ścieżce. Prowadziła w górę zbocza, ale w przeciwną 
stronę niż ta, gdzie stał dom. Góra stawała się coraz bardziej stroma, tak 
że w końcu musiał wspinać się na czworakach. 
Jon przysiadł na skałce. Domu nie było widać. To go uspokoiło. A więc 
nikt nie mógł go dostrzec. Przeszedł go dreszcz. 
W stromą skałę nad nim wrzynała się półka. Wyglądała obiecująco. Może 
stamtąd będzie miał dobry widok. Jon zaczął ją badać. 
Poradź się Jova, powiedział Abraha. Ale gdzie go szukać? Wtedy odkrył 
szparę. 
Wszedł w głąb wąskiego pęknięcia w skale, rozpadliny powstałej na 
skutek przesunięć warstw skalnych przed piętnastoma, dwudziestoma 
tysiącami lat. Rozpadlina była symetryczna i biegła od dna, gdzie się 
znajdował, do górnego wylotu, jakieś sto metrów nad jego głową. Z tej 
odległości światło wyglądało niczym wąskie nacięcie, a promienie były 
przytłumione, jakby przefiltro-wane przez wodę. Skała zamknęła się nad 
posuwającym się w głąb korytarza Jonem. Otoczył go głęboki mrok. 
Zapalił zapałkę. Korytarz prowadził pochyło w dół. Jon zrobił kilka 
kroków. Zapałka wypaliła się, zapalił nową. Paliła się czystym, 
spokojnym płomieniem. Doszedł do końca jaskini. Najdalsza komnata 
była zaokrąglona, jak gawra po długim i smacznym śnie zimowym. 
Jon rozwinął śpiwór, usiadł na nim. Daleko przed sobą dostrzegł tańczący 
promień światła. Nie docierał do dna, po drodze połykał go mrok. Ani 
jednego muśnięcia powietrza o skórę. Ani jednego dźwięku. Tylko jego 
oddech, serce i krew przepływająca przez naczynia krwionośne. To była 
cisza wnętrza ziemi. 
Dobro dbało samo o siebie. Lecz cały czas trzeba było pilnować się przed 
ziem. Przygotowując się do spotkania z mężczyzną, którego imienia 
nawet nie znał, przypomniał sobie ostrzeżenie dane mu przez 
autostopowicza. 

background image

Wyciągnął kryształ z kieszeni, dotknął sześciu gładkich przezroczystych 
ścianek i sześciokątnego czubka w kształcie piramidy. 
Wtedy kamyk zaczął wibrować. Otworzył się, zaczął rosnąć, wessał go w 
światło płynące ze słońca wewnątrz kryształu. 
Stał tam Jov z bębnem. 
Stał na czele wojowników. 
Ubrany byl w saamski kaftan i gwiaździstą czapkę. 
Jovbył wodzem. Wojownicy stali za nim w milczeniu, ich twarze 
promieniały siłą i zdecydowaniem. 
Wówczas Jov oddał bęben. Ktoś inny go wziął, odniósł na bok. Po chwili 
powrócił z włócznią, którą podał Jovowi. Drzewce włóczni było grube i 
solidne, grot ostry. Do drzewca, tuż u nasady, przywiązane były dwa 
pióra. Jov, szaman, ten, który posyła wiedzę z powrotem, uzbroił się. Stał 
się wojownikiem. 
Była to ceremonia, w czasie której Jov podjął się nowego zadania. 
- Idź tą drogą, lecz trzymaj się w ukryciu - odezwał się nagle Jov. Wskazał 
kierunek włócznią, tak aż pióra zatańczyły. Jon zrozumiał i kiwnął głową. 
Jov wskazywał bowiem na dom i podjazd. Dom był widoczny, chociaż 
siedzieli we wnętrzu najciemniejszej góry. Dostał oczywistą wskazówkę. 
Nie wiedział, dlaczego ta droga jest najlepsza. Jov wiedział. 
- Rozumiem - odpowiedział Jon. 
- To twój bęben. Teraz możesz go odzyskać - rzekł Jov. 
Kryształ zamknął swą moc pod gładką, twardą powierzchnią. Jon 
powrócił do swego ciała. To był przedziwny kamień. Przeczytał kiedyś, 
że kryształ górski jest najtwardszym minerałem po diamencie. 
Kryształów używano we współczesnych systemach komunikowania się, 
począwszy od radia, na komputerach skończywszy. Jedna z tajemnic 
kryształu otworzyła się przed Jonem. 
Był szczęśliwy, bezpieczny. Wiedza była w drodze powrotnej. 

background image

Jov powiedział, że bęben należy do niego. Była to ostatnia i 
najważniejsza rzecz, którą musiał wiedzieć, zanim mógł przystąpić do 
walki. 
Ostatniej nocy spał niewiele. Był niewyspany. Wpełznął do śpiwora, jak 
niedźwiedź do zimowego legowiska. 
Było już późne popołudnie, gdy znów znalazł się na płaskowyżu. W dole, 
na dnie doliny zebrały się chmury, niczym mętna woda na dnie garnka. 
Zmierzał pospiesznie w stronę samochodu, w stronę białego domu, ku 
ostatecznej rozprawie. 
Gdy zszedł w dolinę, nad szczytami było jeszcze jasno. Rozpoznał 
górskie zbocze. Wracał właśnie z miejsca, w którym ukazało mu się 
słońce, gdy pierwszej nocy przyjechali tu z Lajlą. 
Mężczyzna chodził po strychu tam i z powrotem. Po zmroku zapalił 
świecę. Na stole leżał bęben. Ze względu na kształt czary przechylony byl 
na jedną stronę. Wszystkie figury na skórze bębna jarzyły się w półmroku 
głęboką czerwienią. Mężczyzna studiował je wiele razy, zanim zrozumiał 
ich znaczenie. Kiedyś w poprzek skóry biegły dwie linie dzielące rysunki 
na trzy grupy. 
Bębnił dzisiaj i przez cały wczorajszy dzień. Pracował ciężko, dał 
wilkowi nowe siły. 
Jon nie widział wielkiego szarobiałego wilka, który pojawił się na 
opuszczonej przez niego półce skalnej. Wilk poszedł jego śladami do 
jaskini, zatrzymał się tam, węszył. Potem wybiegi z nosem przy ziemi. 
Wilk sprawiał wrażenie nienaturalnie rozrośniętego, z niezwykle dużą 
głową, potężną klatką piersiową, z chudymi łapami i niewielkim 
tułowiem. Podwinięty ogon zwisał między tylnymi łapami. Zwierzę było 
zdenerwowane. Podskakiwało, gdy łapało obce dźwięki i zapachy. 
Poruszało się gwałtownymi ruchami, tak 

background image

jakby nadane mu kształty sprawiały, iż miało problemy z utrzymaniem 
równowagi. 
Gdy zapach stał się świeższy i ostrzej podrażnił nozdrza, wilk nabrał 
ochoty i odwagi. 

background image

Jon odłożył plecak i śpiwór do samochodu, lecz lasso zatrzymał na 
ramieniu. Nabrało bowiem dla niego specjalnego znaczenia. Zrozumiał 
wiadomość przesłaną przez bęben. Odpiął od pasa duży saamski noż, 
wyjął z torby nóż plemienny. To była jego broń. Na pochwie wyryto 
niedźwiedzia, renifera i pióro. Lasso, nóż i kryształ tworzyły jego 
tożsamość, dawały mu poczucie bezpieczeństwa. 
Cienie zgęstaniały. Szedł pod górę główną drogą, w stronę domu, który 
miał odwiedzić. Jov, pomocnik, odłożył bęben i wydobył włócznię. Jov 
się uzbroił. Mogło to oznaczać tylko jedno, a mianowicie wojnę. 
Wiedza schodzi gdzieś 
zza słońca i gwiazd 
i wychodzi gdzieś 
spod kamieni i mchu. 
Był czujny, zdecydowany. Na szczęście nie widział żadnego samochodu. 
Żaden pies nie zaszczekał ostrzegawczo. 
Naród bez przeszłości 
jest narodem bez przyszłości. 

background image

Oczy przywykły do mroku. Poniżej leżała dolina. Gdzieś tam daleko był 
fiord. Teren powyżej drogi, aż do granicy lasu, porośnięty byl sosnami. 
Ponad lasem wznosiły się szczyty. 
W narośli, w wybrzuszeniu na sosnowym pniu, dostrzegł oko. Wokół oka 
uformowała się twarz. Ktoś rzucał na niego czary? Próbował się z nim 
zmierzyć? Twarz wykrzywiła się, zaśmiała. Ach tak. Jon zaśmiał się w 
odpowiedzi i pokazał język. Wtedy pień drzewa otworzył się i ukazał się 
człowiek. Piękny, nagi mężczyzna, znacznie mniejszy od Jona. 
- Wiesz, dokąd idziesz? - zapytał mężczyzna. Jon znieruchomiał. 
- Powinieneś wiedzieć. Wchodzisz teraz między światy - rzekł 
mężczyzna i zniknął. 
Z chrześcijańską, królewską surowością palili misjonarze bębny, 
szamanów i święte miejsca. 
Rzeczywiście, płonął. To zaczęło się dawno temu. Zaprowadziło go 
daleko. Tak jakby jego życie, jego przeszłość ogarnął pożar. Przeszłość 
nie zniknęła, lecz jej ciężar już nie przygniatał. Ogień uczynił go lekkim, 
dał mu energię. Czuł, jak przepalają się nici przeznaczenia. Te, które 
szamani musieli czasem przegryzać, by chory pozbył się więzów z 
chorobą i wyzdrowiał. To nie były płomienie piekielne. To był ogień, 
który go uwolnił. 
Zobaczył kiedyś bęben, którego nie można było spalić. Poszukiwał go 
teraz. Z okien domu stojącego u stóp góry padało światło, tak jak tamtej 
nocy, gdy przyszedł tu po raz pierwszy. 
Wyostrzywszy zmysły, Jon stanął za drzewem koło domu. Zajrzał do 
środka przez kuchenne okno. Siedziała tam kobieta 

background image

i szyła, światło połyskiwało na igłach. Drzwi otworzyły się, wszedł 
mężczyzna. Chodził tam i z powrotem. Opisywał coś, gestykulując. 
Wyglądał na podnieconego. Momentami znikał jonowi z oczu. Potem 
znowu się pojawiał. Chwilami jon widział tylko jedną lub dwie 
wymachujące ręce. 
jon podszedł bliżej, stanął tak, by ściana go zasłaniała. Mężczyzna mówił. 
Kobieta się podniosła, odpowiedziała mu. Oboje wyglądali na 
podekscytowanych. Mężczyzna chwycił ją za bluzkę. Wymierzyła mu 
policzek. Puścił, zrobił krok w tył. Skurczył się, zebrał się w sobie, 
niczym zwierzę przed skokiem. Potem przyskoczył. Krzesło się 
przewróciło i oboje upadli na ziemię. Nie widział ich, lecz słyszał 
podniesione głosy. Kobieta podniosła się, ale mężczyzna pochwycił ją 
swym długim ramieniem. Spleceni w uścisku, przetaczali się po podłodze 
tam i z powrotem. Bili się. Kobieta ponownie mu się wyrwała. Jej potężne 
ciało nabrało szybkości. Pokonała całe pomieszczenie jednym skokiem, 
otworzyła drzwi i wypadła z kuchni z mężczyzną depczącym jej po 
piętach. 
Krótko mówiąc, damski bokser, jon poczuł, że wzbiera w nim złość. 
Drzwi frontowe otworzyły się z hukiem. Oboje wypadli zza rogu niczym 
bomba, pognali w stronę drogi. Kobieta okazała się nieoczekiwanie 
szybka i zwinna. Mimo to nie miała szans. Mężczyzna biegi tuż za nią, 
pochylony, dudniąc stopami. Pochwycił ją. Nie mogła się wyrwać, 
chociaż uderzała na oślep obiema rękami. 
- Tym razem, cholera, oberwiesz! - Szarpnął ją i przewrócił na ziemię. 
- Nie, nie, nie! - jej krzyk przeszedł w długi skowyt. Próbowała strząsnąć 
go z siebie. 
Jon musiał się powstrzymywać, by nie rzucić się na tego typa. Leżeli nie 
więcej niż pięć metrów od niego. Mężczyzna, klnąc, przyduszał ją do 
ziemi. Jego ramię uniosło się. Pięść była zaciśnięta. Padł cios, kobieta 
krzyknęła. 

background image

Wówczas Jon zapomniał o ostrzeżeniach, zrobii krok do przodu, chciał 
krzyknąć. Coś drgnęło u jego stóp i, kumkając, oddaliło się w 
podskokach. Zatrzymał się, ale żaba zniknęła. 
Podnieśli się z ziemi, stali spokojnie, jakby nic się nie stało. Mężczyzna 
wyciągnął do niego rękę, przywitał się. Na imię miał Henry. Jon również 
się przedstawił. Kobieta podała mu rękę, lecz nie wymieniła swego 
imienia. 
Na jej twarzy nie było śladu łez ani ciosów. Nawet ubranie było w 
największym porządku, nawet jej długie włosy. 
Jon doznał dziwnego uczucia, że go oszukano. 
Weszli do kuchni. Krzesła były starannie dosunięte do stołu. Maty leżały 
równo, tak jak powinny. Żadnych śladów bijatyki. 
Mężczyzna usiadł przy stole, przysunął Jonowi krzesło. Jon usiadł i 
wtedy poczuł ból w barku. Nie dokuczał mu przez cały wczorajszy i 
dzisiejszy dzień, aż do teraz. 
- A to niespodzianka - odezwał się Henry. 
- Mam sprawę do załatwienia - odrzekł Jon. 
- Cóż to może być? 
- Przyszedłem po coś. 
- Nie widzę, żebyś tu czegoś zapomniał, oprócz tego. - Henry wyciągnął 
rękę w jego stronę. Byl to zgubiony przez niego śrubokręt. Po raz kolejny 
mężczyzna był górą. 
- Jest jeszcze coś. - Jon schował śrubokręt do kieszeni kurtki. 
- Co takiego? - zapytał mężczyzna. 
- Bęben Słońca. 
Kobieta zabrała materiał i igły. Na stole pojawiły się filiżanki i talerz z 
ciastem. Nalała kawy do filiżanek. Henry przelał płyn na spodek, 
podmuchał, wypił. Jon słysżał, że duchy-zabójcy nie mogą żyć we 
wrzątku, tylko w letnich płynach. Dlatego napił się również. Kawa była 
zabójczo dobra. 
Henry nalał sobie ponownie kawy na spodek, wziął kawałek 

background image

ciasta, umoczył go w kawie i zjadł. Kobieta szyła przy kuchennym blacie, 
tak jakby ci, którzy siedzieli przy stole, zupełnie jej nie obchodzili. Przez 
cały czas była w tle. To Henry był główną postacią. 
Jon porównywał z nim swe siły. Nie miał wątpliwości, że przed nim 
siedzi przeciwnik, którego nie można lekceważyć. Ktoś, kto, gdyby miał 
tylko okazję, z chęcią pochwyciłby jego duszę. Noaidi pożerający dusze. 
Twarz była jednocześnie otwarta i zamknięta. Głęboka bruzda nad 
czołem sprawiała wrażenie, że głowa lada chwila się rozpadnie. Jon czuł 
siłę bijącą z małych oczek ukrytych pod krzaczastymi brwiami. Również 
z dziurek w nosie wystawały włosy. Nawet z uszu. Szare włosy. Skóra 
twarzy też zdawała się szara. Przy sztucznym świetle oczy przybrały 
żółtawą barwę, tak jakby się przemieniły. 
Filiżanka i talerzyk zostały opróżnione. 
- Co z twoim barkiem? - odezwał się Henry, nadając pytaniu niewinny 
ton. 
Jon poczuł, że kontuzja się odnawia. Przywołał niedźwiedzia, który 
połknął ból i zniknął. 

background image

Pozostawili kobietę z jej igłami, poszli na strych. Usiedli po obu stronach 
stołu, na którym leżał bęben, na tych samych krzesłach co przedtem. Jak 
na arenie, pomyślał Jon. Spotkanie gladiatorów. Na świeczniku stała 
samotna świeca, wypalona do połowy. Stopiona parafina ściekała wzdłuż 
świecznika. 
- Nie jest twój. - Jon wskazał bęben ruchem głowy. 
- To mój dom i wszystko, co w nim jest, jest moje - odparł mężczyzna. 
- Wszystko oprócz bębna. 
- Uważasz, że jest twój? -Tak. 
- Jakim cudem coś, co jest moje, może należeć do ciebie? 
- Jestem Banzo i przychodzę po bęben należący do Banzo. Przychodzę, 
by się rozliczyć. 
Słowa przyszły do niego same, przeszły przez niego. Zrobiło mu się od 
nich gorąco, a mężczyzna zbladł. 
- Rozliczyć się - powtórzył niezwykle spokojnym głosem. - Jak bęben 
dostał się w twoje ręce? 
- Tego nie powiem. 
- Nie zrobiłeś go. Nie zdobyłeś go w uczciwy sposób. Milczeli. 
- To bęben plemienny, bęben praojców - dorzucił Jon. 
- Oni leżą w grobach i tam pozostaną. A gdybyś chciał ich wywołać, to cię 
powstrzymam. - Mężczyzna zareagował niespodziewanie szybko. 
- To również mój bęben - rzekł Jon. 

background image

- Cóż jest takiego niezwykłego w tym kawałku starego spróchniałego 
drewna? - zapytał nagle Henry i pochwycił bęben. 
Henry odwrócił bęben. Wówczas Jon zauważył coś, czego nie było 
widać, gdy bęben leżał na stole. W drewnianej czarze byl rzeczywiście 
wyżłobiony znak słońca, czworobok o promieniach rozchodzących się w 
cztery strony. Był to znak Boga Słońca. Już go kiedyś widział, wiele, 
wiele lat temu. To musiał być ten sam bęben. W każdym razie taki sam 
znak wtargnął weń tego dnia, gdy po raz pierwszy zobaczył bęben 
podobny do tego. 
Zrobiło mu się gorąco z podniecenia, lecz użył samokontroli, by ukryć 
ogarniające go wzruszenie. 
- Albo powiedz, co jest takiego niezwykłego w tej wysuszonej skórze, 
która prawie nie wydaje dźwięku - kontynuował Henry. 
Szybkim ruchem przysunął bęben do świecy, jakby chciał się przekonać, 
czy skóra wytrzyma wysoką temperaturę, lub jakby chciał ją spalić. Może 
chciał tylko przestraszyć Jona. 
Jon przesunął świecznik, który skapująca parafina przykleiła do stołu. 
- Wystraszyłeś się? - zaśmiał się Henry. 
- Pokaż go. 
Henry trzymał bęben nieruchomo, tak że Jon mógł przyjrzeć się skórze. 
Najpierw dostrzegł figury namalowane niedawno. Czy to Henry je 
namalował? Była tam postać zwierzęcia i coś jeszcze, namalowane 
czerwonym flamastrem. 
Potem zobaczył pierwotne rysunki. Były słabo widoczne, lecz olchowy 
barwnik jeszcze zachował swój żar. Ponownie musiał użyć samokontroli, 
by nie zdradzić zapału. Kolejne ciemnoczerwone rysunki potwierdzały 
bowiem to, o czym marzył, co jednak zdawało się niemożliwe. 
- Opowiedz mi o figurach, to i ja ci coś powiem - odezwał się Henry. 
Jon potrząsnął głową. 

background image

Wówczas Henry przyciągnął bęben do siebie. Jona z rozczarowania 
rozbolał żołądek. Może mógłby go wziąć, wyrwać, teraz, w tej chwili. 
Nie może jednak tak po prostu go zabrać, chociaż jest jego własnością. 
Musi go zdobyć, zasłużyć na niego, a dokona tego, unieszkodliwiając 
Henry'ego. Takie są reguły i musi ich przestrzegać. 
- Pójdziesz na wymianę? - zapytał Henry. 
- Wiesz coś, co chciałbym usłyszeć? 
- Jeśli jesteś Banzo, to tak. 
- Co takiego? 
- W jaki sposób zdobyłem bęben. 
- Sądzę, że jest coś innego, o czym musisz opowiedzieć. 
- Jeśli jesteś Banzo, to nie możesz odrzucić prośby. Mężczyzna wydał się 
Jonowi mały i niegroźny. Przedtem Jon 
się go obawiał, lecz teraz mężczyzna jakby się skurczył. Nawet cień 
tańczący na ścianie za jego plecami zdawał się mniejszy. Przyglądali się 
sobie w milczeniu. 
- Masz rację. Coś mi ciąży na sercu - przyznał w końcu Henry. - Coś, o 
czym muszę powiedzieć. 
- Prawda ujrzy światło dzienne - powiedział Jon. 
- Tak, lecz najpierw powiedz mi, co jest niezwykłego w tym bębnie. 
- Dlaczego? 
- Wtedy go dostaniesz. 
- Umowa? - zapytał Jon. 
- Umowa. 
Jon opowiedział. Dlaczego bęben jest podzielony na trzy obszary: świat 
nadziemny, świat podziemny i świat środka. Rysunki przedstawiają 
duchy pomocnicze Banzo. Banzo narysował je tak, jak je zobaczył. 
Rysując, związał je z bębnem. Gdy Banzo uderzał w bęben, przybywały 
do niego. Przybywały albo ze świata podziemnego, albo z nadziemnego, 
gotowe zrobić to, o co poprosił, lub odpowiedzieć na pytanie, które im 
zadał. 

background image

Jon się pilnował. Wiele spraw przemilczał. Między innymi to, że bęben 
byl czymś więcej niż tylko odzwierciedleniem czyichś życzeń. Ze kopia 
bębna wykuta była w skale na tajemniczym tarasie górskim. Nie 
wspomniał też o swoich snach ani o przepowiedniach. Ani też o joiku, 
który wypłynął z wnętrza bębna. I ani słowa o tym, iż bęben ma własną 
wolę. 
- Czy duchy pomocnicze są wciąż związane z bębnem? - zapytał Henry 
po wysłuchaniu opowieści. 
- Tak. - Jon skinął głową, czuł się dziwnie pusty. - Teraz twoja kolej, by 
spełnić warunki umowy. 
- Tak, teraz się rozliczymy. - Henry wziął bęben, spojrzał na niego. 
Podniósł się, stanął częściowo odwrócony, podrapał paznokciami w skórę 
bębna. Jona przejął dreszcz, tak jak wówczas, gdy wilk drapał do drzwi i 
chciał wejść do środka. Czuł zapach zwierzęcia i czekał tylko, aż ruszy 
ono do ataku. 
Z głębi mózgu przedostał się do świadomości obraz: Kryształowa Tarcza. 
Ustawił ją wokół siebie. Obezwładniające dreszcze ustąpiły. Henry 
przestał skrobać, stał nieruchomo i wpatrywał się przed siebie. Nagle 
pochylił się nad świecą i zdmuchnął ją. 
Jon poderwał się, próbował pochwycić mężczyznę w ciemnościach, lecz 
otrzymał cios w pierś. Mężczyzna popchnął go, prześliznął się między 
jego rękami, wybiegł przez drzwi, schodami w dół. 
Mocno oszołomiony, osunął się na krzesło. Cios sztucznej ręki na 
szczęście tylko otarł się o przewieszony przez ramię zwój lassa. Henry 
mierzył w jego głowę. 
Rozczarowany, pogrążony w chaotycznych myślach, zrozumiał, że go 
oszukano. Nie tylko raz. Oszukano go podwójnie. Bójka na jego 
powitanie była złudzeniem. I cała ta scena, gdy sprawił, że 

background image

Jon poczuł się jak szaman Banzo. Mężczyzna wywołał w Jonie 
współczucie. To była tylko gra. Dał się złapać. Niepozorna, skutecznie 
przeprowadzona gra złudzeń, niewielki apel skierowany do jego serca, a 
cała czujność zniknęła. Henry wyssał go. Henry prawie pożarł jego duszę. 
A teraz Henry zniknął wraz z bębnem, młoteczkiem, wróżebnym 
wskaźnikiem i tym, co Jon mu opowiedział. 
Niedźwiedź zawarczał w jego kierunku z rogu pokoju. Jon poczuł, że 
piana ze zwierzęcego pyska parzy mu skórę. Niedźwiedź pchnął go 
łapami. Jon zerwał się z miejsca, wybiegł. Nasłuchiwał w mroku. 
Toczące się po zboczu kamyki wydawały szeleszczący dźwięk. Henry 
wspinał się pod górę. 
Wówczas eksplodował w nim gniew. Mężczyzna nie miał prawa umknąć. 
Ani po to, by ukryć bęben, ani po to, by go spalić, ani by użyć do jakiegoś 
nowego draństwa. 
- Nigdy ci się nie uda! - ryknął, posłał za nim w górę zbocza niedźwiedzia 
i sam skierował się w stronę dochodzących go dźwięków. Nie przebiegł 
daleko, gdy gwałtownie zatrzymał go niedźwiedź. 
Była to znowu sztuka iluzji Henry'ego. Raz jeszcze prawie dał się 
oszukać. Henry nie pobiegł zboczem w górę. Jego myśli miały taką moc, 
że mógł zmusić człowieka, by widział to, o czym Henry myślał. 
Jon zatrzymał się, nasłuchując i węsząc w ciemnościach. Wówczas 
odkrył nową, bardziej delikatną sferę zmysłów. Wiedział, dokąd udał się 
Henry, chociaż ani go nie widział, ani nie słyszał. A jednak był pewny - 
tak jak wtedy, gdy fale radaru wskazują zdobycz okrętowi podwodnemu. 
Ponownie wysiał niedźwiedzia w drogę. Tym razem zwierzę nie 
powróciło. 

background image

Jon podążał wzdłuż rzeki. Biegł tak prędko, jak tylko mógł. Teren byl 
wilgotny, mech śliski, kamienie gładkie. Wody rzeki płynęły niczym 
naprężony czarny mięsień między spadzistymi brzegami. Pewnie szedł 
tropem Henry'ego, tak jakby działo się to w ciągu dnia. Henry znajdował 
się gdzieś przed nim w mroku. Niezbyt daleko. Nie trzeba było się 
skradać. Henry z pewnością wiedział, że Jon depcze mu po piętach. 
Jon dotarł do wiszącego mostu. Most kołysał się przy każdym jego kroku. 
Po raz pierwszy ogarnęły go wątpliwości co do drogi. Wtedy usłyszał, że 
most mówi „nie" przy każdym jego następnym stąpnięciu. Nie zawahał 
się ani chwili, zawrócił. 
Teren nachylił się lekko. Rzeka wżerała się coraz głębiej w swe wąskie 
koryto. Przejście przez nią byłoby teraz niemożliwe. Prąd był zbyt rwący, 
a brzegi zbyt strome. 
Ścieżka ginęła w rozległym bagnie. Powinien je obejść czy iść prosto 
przed siebie? Gdyby szedł dookoła, bardzo nadłożyłby drogi. Dlatego 
zdecydował się iść przez bagno. Przeskakując z kępy na kępę, 
zastanawiał się, czego Henry tu chciał. Dlaczego zdecydował się na tak 
wyczerpującą nocną wędrówkę? Jaką miał tu sprawę? Uciekał? Chciał 
zniknąć ze swym skarbem? 
Jeśli chciał się ukryć, to jest to zdecydowanie jedno z najlepszych miejsc, 
myślał Jon. Był już mokry do kolan, lecz nie miało to dla niego znaczenia. 
Czul falę ciepła. Zgoda, był zmęczony. Ale za każdym razem, gdy czuł 
sztywność i zmęczenie, zbierał to 

background image

w jednym punkcie i posyłał ponad wzgórzami do morza, tak jak nauczył 
go Abraha. Potem brał nowe siły od tańczącego stada reniferów, które 
widział za pasmem wzgórz kilka dni temu. 
W końcu prawie mu się udało przebyć mlaskające mokradło. Teren 
wzniósł się, rozwinął się przed nim, płaski i kamienisty. Jon sprężył się, 
by skoczyć z ostatniej kołyszącej się kępki. Wtedy stopy straciły oparcie. 
Wpadł w bagno. Na szczęście nie upadł na osłabione ramię. Na szczęście 
nie poczuł bólu. Na szczęście wygrzebał się. Ociekający wodą, ubłocony, 
z bijącym sercem. Oczyścił się z błota i trawy, otrząsnął się niczym 
zwierzę. Rozsznurowal buty, wylał z nich wodę, wyżął skarpety. 
Między nagimi brzozami dostrzegł szarobiały cień. 
Wilk rzucił się prosto na niego, obalił go. Jon kopnął, trafił zwierzę w 
nieosłonięty brzuch, aż się poturlalo. Jon zerwał się na nogi, wyciągnął 
nóż. Za plecami miał gęsty zagajnik. 
Obserwował zdeformowane zwierzę o chudym ciele i ogromnej głowie. 
Zataczało się pod ciężarem łba i paszczy. Zęby łyskały jak żółte 
płomienie zza uniesionych warg. Sierść jeżyła się na karku. Głowa mu się 
chwiała, wciągało nozdrzami zapach Jona i warczało z głębi gardzieli. 
Jon zaatakował wilka nożem, lecz zwierzę uskoczyło i kłapnęło w 
odpowiedzi zębami. Był to jednak niebezpieczny przeciwnik, 
rozdrażniony. Otrzymał wyraźne zadanie: zabić. 
Niech atakuje. 
Wilkowi się nie spieszyło. Krążył wokół Jona w odległości kilku metrów. 
Był zaskoczony oporem człowieka, na którego kazano mu zapolować. 
Zwierzę ponownie rzuciło się do przodu, lecz zatrzymało się nagle tuż 
przed czubkiem noża, powstrzymane mocą bijącą ze stali. Kłapnęło 
zębami, próbując chwycić rękę. Jon pozwolił mu tańczyć przed ostrzem. 
Wilk skoczył na prawą, na lewą stronę, 

background image

obrócił się gwałtownie i próbował złapać dłoń. Potem zaatakował. Nóż 
prześliznął się po piersi zwierzęcia, zagłębił się w jego brzuch. Futro 
zostało naznaczone długim, głębokim nacięciem, wilk stracił równowagę. 
Paszcza zacisnęła się na zwiniętym lassie. Jon poczuł mdlący zapach, 
bijący z wycofującego się wilczego pyska. 
Jon na razie nie poniósł żadnego uszczerbku. Wilk w bezpiecznej 
odległości lizał swą ranę. Krew wypływała na futro, skapy-wala na 
ziemię. Zwierzę mierzyło go zwężonymi oczami. Rozstawiło łapy i 
otwarło olbrzymi pysk. Miało jeszcze siłę. Wtem ściągnęło łopatki. Jon 
opadł na kolana i napiął mięśnie, kryjąc się za przedramieniem, dłonią i 
ostrym nożem. 
Zwierzę nie nadchodziło. 
Nagle obróciło łeb, przestraszone dźwiękiem dochodzącym od strony 
zbocza. Węszyło. Straciło pewność, patrzyło to na Jona, to w stronę 
czegoś ukrytego w ciemności. Jona dobiegł hałas z zagajnika. 
Wykorzystując ten krótki moment nieuwagi, wilk skoczył na niego. 
Cielsko uderzyło o nóż, który zagłębił się całkowicie w piersi zwierzęcia. 
Ramię Jona wygięło się do tyłu pod wpływem siły i ciężaru wilczego 
ciała. Jon, na ile był w stanie, osłaniał twarz i szyję, odpychał wilka 
dłonią. Paszcza odtrąciła jednak jego rękę i próbowała sięgnąć 
odsłoniętego gardła. 
Wówczas odezwał się ryk, który zagłuszył warczenie wilka. Olbrzymia 
łapa podniosła wilka w powietrze i odrzuciła na bok. Jon poczuł, jak inny 
ostry zapach wypełnia mu nozdrza, wyrósł nad nim czarnobrunatny cień. 
Wilk wycofał się pomiędzy drzewa i zniknął. 
I wszystko się skończyło. Jon nie doznał ani jednej rany, ani nawet 
zadrapania. Mdlący zapach wilka zniknął. Nie było widać żadnych 
szczególnych śladów na ziemi. To nie mogło być nic innego, jak tylko 
przywidzenie. 
Wtedy odkrył, że zniknął nóż. Szukał na ziemi. Nie znalazł. 

background image

Straci! swą broń. Pochwa była pusta. A z wilkiem jeszcze nie skończył. 
Zaczynał marznąć, szczękał zębami. Bose stopy były niczym kawałek 
lodu. Wstał, musiał się ruszać. Zesztywniały i obolały biegł wzdłuż rzeki, 
usłyszał przed sobą pomruk wodospadu. Nie mógł się rozgrzać. 
Skoncentrował się, użył siły woli, skupił strach i chłód z wszystkich 
zakątków ciała i duszy. Zebrał stopniowo kwas mlekowy. Tą samą drogą 
powoli spłynęła mętna woda strachu. Odesłał to wszystko do punktu w 
okolicach pępka. Wówczas zawołał Ij, niedźwiedzicę. Zjawiła się, 
połknęła złośliwą grudkę i zniknęła ponad morzem. 
Urodziłem się na Royehodet, 
górze w królestwie Człowieka Szronu. 
Kiedy nadeszli moi przodkowie, kraj ten byl 
pusty. Cząstkę tego noszę w sobie; 
cieszą mnie spotkania ze współplemieńcami. 
Możemy siedzieć w promieniach słońca, 
czuć ich ciepło. Jest nam dobrze. 
To był jego mit o początku. Wezwał moc plemienia, moc płynącą z 
zamieszkanej w środku góry i od Boga Słońca. 
A potem sięgnął po odwagę tkwiącą w rzeczach bliskich, w godzinach 
poprzedzających dzisiejsze wydarzenia, w czasie, w którym jechał w 
stronę domu, śpiewając joik, boksując powietrze i czując się 
niezwyciężony. 
Po chwili dotarł na skraj skalnego nawisu. Rzeka wyżłobiła sobie 
głębokie koryto, spadała ze skały grzmiącym promieniem wodospadu. 
Przymocował lasso do pnia sosny, uchwycił się liny i wychylił się nad 
przepaścią tak daleko, jak tylko mógł. Chmura kropelek 

background image

wody, huk i powietrze eksplodowały mu prosto w twarz. Wodny promień 
wybiegał poza skraj urwiska, zawisał jakby nieruchomo w powietrzu, a 
potem spadał swobodnie w dół. Skała drżała pod stopami Jona, niczym 
samochód z szaloną szybkością pędzący po tarce drogi. 
Wybrał niewłaściwy brzeg. Henry byl po drugiej stronie, gdzie brzeg 
przechodził w wysoką skałę. Jon zawrócił. W najwęższym miejscu rzeka 
nie miała nawet dziesięciu metrów szerokości. Brzegi były jednak 
wysokie i strome, a prąd rwący. Gdyby szedł naokoło, potrwałoby to całą 
noc. Znowu mógł natknąć się na wilka. Co stałoby się tym razem, gdy już 
nie miał noża? A co Henry zrobi przez ten czas z bębnem? Musiał być 
inny sposób, szybszy, na pokonanie rwącego prądu, głównej przeszkody. 
Gdy Jon pojął sytuację, poczuł zawrót głowy. Na moście dokonał złego 
wyboru. Owo „nie" wypowiadane przez deski mostu było tylko grą 
złudzeń wywołaną przez Henry'ego. A teraz stał tu, gdzie 
dziesięciometrowe koryto spienionej rzeki uniemożliwiało mu przejście 
na drugą stronę. Był tak blisko, a jednak tak daleko, tak daleko od celu. 
Pełen rozczarowania osunął się na ziemię. 

background image

- Powiemy mu o tym? 
Jon usłyszał pytanie, rozejrzał się. Nikogo nie zauważył. 
- Możemy mu powiedzieć - odparł inny głos. 
Wtedy Jon dostrzegł dwa dzwonki kwitnące na samym skraju urwiska. 
Rzeczywiście znajdował się między światami. Były to kwiaty praojców. 
Widział i słyszał je wyraźnie, a jednocześnie czuł zapach wody i ziemi i 
czuł grunt pod stopami. 
- Idź wzdłuż rzeki, aż do urwiska - poradził pierwszy dzwonek. 
- Postaw stopę na wodnej pianie - powiedział drugi. Widzenie zniknęło. 
Magiczny nastrój rozwiał się. Jon podniósł 
się i idąc w górę rzeki, czuł się, mimo wszystko, bardziej rześki. 
Miał wrażenie, że wchodzi w starą opowieść o Banzo i stallo, przekazaną 
przez Abrahę. 
Zdarzyło to się wtedy, gdy Banzo i jego żona przepędzali stado z 
wybrzeża w głąb lądu. 
- Poczekaj tu - powiedział do żony - a ja przejdę przez rzekę i przywitam 
gościa. 
Niejaki Hannu zazdrościł Banzo, gdyż ten miał większe szczęście do 
reniferów niż on. 
Hannu wyciął stallo z torfu, złożył mu ofiarę z krwi i zapalił na nim 
ognisko. Oddał mu połowę dobytku i pieniędzy oraz swego życia, by 
stallo zechciał zabić Banzo. 
Banzo przeszedł przez rzekę i spotkał stallo za wzgórzem. Zaczęli się 
mocować, bili się od rana aż do nastania zmierzchu. Banzo udało się 
pochwycić go za pas, podnieść i rzucić tak, że stallo uderzył głową w 
kamienne osypisko. Stallo stracił przy 

background image

tomność. Banzo wbił w niego nóż, zabił jego psa i oboje ich pogrzebał. 
Jednocześnie zmarł Hannu. Bo gdy czas stallo się zakończył, to i jego 
czas dobiegł końca. 
Chcę nocy. Chcę ziemi. 
Chcę najgłębszych obrazów ze snu. To jest życie utkane ze wspomnień. 
Gdy próbuję pamiętać, zapominam. 
Niepokój to wezwanie czegoś niechcianego. 
Jon doszedł do długiego mokradła, chciał je obejść. Zobaczył stromą 
skałę wznoszącą się nad rzeką. Dzwonek mówił coś o skale. Rzeka 
wdzierała się pod skałę, płynęła, pieniąc się, dziesięć metrów niżej. Jon 
odkrył wąski żleb prowadzący w dół, do rzeki. 
Jon ześliznął się kamienną rynną, stanął na półce, tuż nad rwącym 
nurtem. Skalny blok spadł kiedyś do rzeki. Udałoby mu się zeskoczyć na 
ten głaz, ale raczej nie mógłby wskoczyć z powrotem, gdyby dalej nie 
można było przejść. 
Rozpędził się i przeskoczył przez wodne masy. Stopy znalazły oparcie na 
gładkim kamieniu, udało mu się nań wdrapać. Od kamienia do drugiego 
brzegu było jeszcze kilka metrów. Prąd byl silny, tak jakby chciał mu 
podciąć nogi. Jeśli rzeka była w tym miejscu nawet tylko na metr głęboka, 
i tak nie miał szans przejść na drugą stronę. 
Lecz stopa dotknęła dna, zanim woda dotarła do kolan. Ostrożnie, krok po 
kroku, przedostał się na drugi brzeg. 

background image

Niepokój to wezwanie czegoś niechcianego. 
Jon byl znowu na tropie. Ślad prowadził w stronę stromej skały, 
poczerniałej ze starości i wilgoci. Była poszarpana występami oraz 
dużymi i małymi rozpadlinami. Stanowiła idealne schronienie dla 
parających się czarną magią. Przeszukanie wszystkich kryjówek 
zabrałoby dużo czasu. Jon wchodził w szczeliny, ześlizgiwał się w 
rozpadliny, przeskakiwał z bloku na blok. Lecz nie znalazł mężczyzny, 
który, czego byl pewien, znajdował się w pobliżu. 
Musiał spróbować innych sposobów. Skoncentrował się na wewnętrznym 
oku. Nic już jednak nie widział okiem, które go tu przyprowadziło przez 
nocne ciemności. Bez względu na to, w którą stronę się obrócił, wisiała 
przed nim nieprzenikniona ciemna zasłona. Posłał wtedy zagęszczoną 
strzałę myśli do Jova, który objawił się natychmiast. Stanowił 
imponujący widok: w pełnej gali, otoczony promieniującym światłem. 
Nakazującym ruchem wskazał włócznią kierunek. Ostrze włóczni urosło. 
Świeciło nadal, chociaż Jov odszedł. Było coś szczególnego w tej 
włóczni. 
Jon wstał, zaczął posuwać się naprzód, w stronę urwiska. Tam odnalazł 
skalną półkę. Ostrożnie zszedł na nią. Jakaś postać wyszła mu na 
spotkanie. Jon gotował się do rozprawy. 
- Masz wizytę - odezwał się Jon twardym głosem. 
- Nie ma go tu. Nie wychodził z domu. - Mężczyzna podszedł do Jona, 
łagodny, niczym pierwszy lepszy saamski nomada. To nie był Henry. To 
był Abraha. 
- Zawracaj - mówił dalej Abraha. 
- Dokąd? 
- Do domu, skąd przychodzisz. Jon zawahał się. 
- Idź z wizytą. Zabierz bęben. Nie pozwól, by miał go dłużej. 

background image

Nie pozwól znowu się oszukać. Nie pozwól mu raz jeszcze pożreć twej 
woli. 
Jon chciał coś powiedzieć, jakieś usprawiedliwienie, ale Abraha przerwał 
mu gwałtownie. - Idź już. Ruszaj. 
Słowa padły twardo. Paliły Jona przez całą długą drogę do punktu 
wyjścia, do domu u stóp gór. 
Dom stał niczym szarawy poranny cień na tle czarno brunatnych 
jesiennych gór. Zajrzał przez okna. Pomieszczenia były puste. Dom spał. 
Samochód spał. Jon miał nadzieję, że śpią również mieszkańcy. 
Drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz. Jon wszedł do sieni. 
Wiedział, dokąd iść. Miał złożyć wizytę. Wszedł po schodach na piętro, 
nie dbając o żadne środki ostrożności. Na końcu korytarza zobaczył 
uchylone drzwi. Zajrzał przez szparę. Leżeli i spokojnie spali, ona i on. 
Cały dom był cichy, jakby czas wstrzymał oddech. Przeszedł cicho przez 
korytarz, do pokoju z bębnem. 
Wieko skrzyni było otwarte, a skrzynia pusta. Śruby były ponownie 
przykręcone i wszystko uporządkowane. Rozejrzał się w porannym 
świetle. Pokój był pusty. Abraha posłał go z powrotem, a on stał 
bezradnie, nie mogąc znaleźć tego, po co przyszedł. 
Jon wyszedł ostrożnie na korytarz, ponownie zbliżył się do uchylonych 
drzwi. Powoli otworzył je szerzej. Na stole przy oknie dostrzegł bęben 
przykryty czarnym szalem. Ośmieli się. Krok po kroku przeszedł obok 
łóżka ze śpiącą parą, zbliżył się do stołu. 
Ani się nie obrócili, ani nie usiedli, ani nie zbudzili. 
Ostrożnie ściągnął szal. 
Ukazał się nie bęben, lecz niewielka owalna szkatułka. Położył szal na 
miejsce. Ani szkatułka, ani biżuteria nie interesowały go. 
Jon rozglądał się po pokoju. Był pusty, bez żadnej szafy, w której mógłby 
znajdować się bęben. Ukląkł, zajrzał pod łóżko. Stało tam kilka par 
butów, lecz nie to, na co polował. 

background image

Zszedł po schodach do kuchni. Oczy szukały bezskutecznie. Potem 
wszedł do pomieszczenia za kuchnią. Na ścianie, tak jak ostatnio, 
szczerzył zęby wilk. Sprawdził dwa kartony. Jeden był pełen tygodników. 
W drugim leżały sztywne, zakurzone zasłony. Zajrzał do szafy w rogu. 
Gdzie mógł być bęben? Może Henry ukrył go na zewnątrz? Albo w łóżku, 
pod kołdrą? Powinien pójść na górę, zedrzeć z nich kołdrę i sprawdzić? 
Gdyby się zbudzili, odkryci, i zobaczyli go stojącego nad nimi, to pewnie 
umarliby ze strachu. 
Wykrzywił twarz w stronę warczącego wilka, podszedł do drzwi i znalazł 
się ponownie w kuchni. 
- Tego chcesz? - odezwał się głos za jego plecami. Jon wzdrygnął się, 
gwałtownie się obrócił. Henry stał przy ścianie, trzymał przed sobą 
bęben. Jon skinął głową, zareagował spontanicznie, wyciągając po niego 
ręce. 
Gdy pochwycił bęben, przeszył go prąd. 
Nie mógł się poruszyć. 
Był sparaliżowany. 
Zmrożony. 
Henry uśmiechał się z zadowoleniem, obszedł go dookoła. Chociaż ciało 
zostało zmrożone, myśli jeszcze nie zamarzły. Posłały błyskawicę w głąb 
pamięci. Akko opowiadała. O związywaniu i uwalnianiu tego, co 
związane. 
Ty, który zamykasz skałę w strumieniu ty, który zamykasz słońce i 
gwiazdy zamknij ptaka w przestworzach, zamknij złodzieja w beczce. 
Stał tu jak złodziej zamknięty w beczce. Jak brzmiało zaklęcie zaradcze? 

background image

Ty, który wypuszczasz sztormy ty, który wypuszczasz spadające gwiazdy 
ty, który wypuszczasz duszę z piekła wypuść złodzieja z beczki. 
Wtedy wola i siły powróciły. Był wolny. Poprzednio został w tym pokoju 
pokonany. Nie powinno się to powtórzyć, nie teraz. Miał wolną 
przestrzeń wokół siebie, przestrzeń dla ramion i nóg. 
To była godzina rozrachunku. 
Henry nie miał teraz sztucznej dłoni, lecz przymocowane do ręki szydło. 
Jon pochwycił krzesło, trzymał je przed sobą. Szydło trafiło w spód 
krzesła, ostrze wbiło się w drewno. Henry szarpnął, lecz nie zdołał go 
wyciągnąć. Jonowi udało się przycisnąć go do ściany. 
- Lepiej porozmawiać niż się bić - wydyszał Jon. 
- Będziesz miał wizytę. 
- A może to ciebie odwiedzi wilk - odrzekł Jon. 
Wtedy Henry uderzył go bębnem. Drewniana obudowa trafiła Jona w nos 
i usta, aż trysnęła krew. 
- Tracisz swą moc, zły człowieku - zasyczał Henry. 
Jonowi momentalnie zrobiło się słabo, jakby jego dusza straciła część 
mocy. 
- Teraz wycieka nieczysta krew. Niech całkiem wycieknie. Henry 
wyszarpnął z krzesła szydło. 
Zaczął tańczyć po pokoju. Tańczące ciało zatraciło swe kontury i stało się 
niewidoczne. 
- Patrz okiem wewnętrznym - powiedział kiedyś Abraha. Podczas gdy 
cienie Henry'ego wciąż tańczyły wokół niego, Jon 
zdołał zobaczyć, co się stało. Taniec też był grą złudzeń. Henry uwolnił 
się od tańczących cieni, wyszedł z pokoju i zniknął, zabierając bęben. 

background image

Przed domem Henry zaczął krążyć na czworakach wokół karłowatej 
sosny, kąsając przy tym i warcząc. Czubek sosny był nadłamany i 
wskazywał kierunek południowy. Mężczyzna sunął w stronę słońca. 
Stopniowo zaczął porastać sierścią, pojawił się ogon, a zamiast twarzy - 
wilczy pysk. Po trzecim okrążeniu spomiędzy sosnowych gałązek 
wybiegł wilk. Trzymając w pysku bęben, pognał zboczem w górę. Kulał 
na przednią łapę. Przez cały czas oglądał się do tyłu, jakby bał się 
myśliwych lub wrogów swego gatunku. 
Po krótkiej chwili z zarośli wyrwała się kobieta-ptak i trzepocząc 
skrzydłami, podążyła zboczem, śladem wilka. Jonowi wydało się, że ją 
rozpoznaje. To była żona Henry'ego. Miała w dłoniach wielki kamień i 
dlatego nie mogła się wzbić w powietrze. 
Potem pojawił się jeszcze jeden wilk, o szarobiałej sierści, z 
zakrwawionym brzuchem i nożem w piersi. Tego osobnika Jon znal 
dobrze. 
Akko pojawiła się znikąd. 
- Stój jak skała w strumieniu - nakazała i zatamowała krwotok z nosa. Jej 
ręce wygarnęły z ciała zmęczenie, tak jak inni zgarniają ze stołu okruchy. 
Napełniła go siłą i nadzieją. 
Wyszedł, podziękował Akko. Zmieniła się nagle w młodą kobietę, objęła 
go. 
Dowiedział się wówczas, czym jest tajemnicze drżenie w ciele i duszy. 
Starzy ludzie mówili mu o tym. Nazywali to likkatusak, uniesienie lub 
poruszenie. Praktykowali to, nawet w kościele. Podskakiwali w 
kościelnych ławkach, aż cały kościół tańczył i trząsł się. To było 
szczęście. Owe tajemnicze drżenia w ciele i duszy mają swe źródło w 
czasie przed nastaniem książkowej religii, w czasie przed nastaniem 
kościelnych wież i zakazów, w czasie gdy wielki obraz plemienny 
obejmował wszystkich. 

background image

Tak, dobrze mi. Jestem silny i rozgrzany Wielka moc jest teraz we mnie. 
Nie przygniata już mnie swą gwałtowną siłą. Ona mnie unosi. Ona mnie 
prowadzi. 
Widzę wszystko wyraźnie. 

background image

Jon natknął się na Henry'ego w niecce, tam gdzie rzeka wypływała z 
jeziora. Henry znowu był człowiekiem i pracował nad czymś na bagnach. 
Widda była królestwem Jona. Czuł się tu jak w domu, lepiej niż w 
ciasnych górskich dolinach. Tu czuł w nozdrzach wiatr i jego myśli się 
rozjaśniały. 
Henry-pożeracz nacinał nożem torf. Praca szła wolno, gdyż torf 
stwardniał na skutek porannego przymrozku. Ale Henry tak długo ciął i 
rąbał, aż w końcu podniósł z bagna postać. Jon ustawił wokół siebie 
kryształowe tarcze. Oszronionym wzniesieniem w stronę Henry'ego. 
Mężczyzna był całkowicie zaabsorbowany tym, co robił. Podskakiwał 
dookoła człowieka z torfu. 
Jon poklepał go po ramieniu. 
- Masz wizytę - rzekł. 
Tamten zaczął wymachiwać nożem w jednej ręce i szydłem 
przytwierdzonym do drugiej. Jon odskoczył w tył, nadepnął na postać z 
torfu. Gdyby zaszła potrzeba, mógł użyć śrubokrętu jako broni. 
- Nie będziesz mi tu łaził! Odejdź - syknął Henry. 
- Przychodzę po bęben. 
- Nie myśl, że go dostaniesz. 
- Zabiorę go. 
- Wkrótce dostanie cię człowiek z torfu. 
- Daj mi bęben - poprosił Jon. 
- Nie wiesz, gdzie jest. Nigdy go już nie zobaczysz. 
Henry zaśmiał się głośno, wygiął ciało niczym wyjący wilk. Zaczął 
obiecywać torfowemu człowiekowi połowę swego życia, 

background image

połowę swych dni na ziemi i połowę swego gospodarstwa, byle tylko ten 
zrobił to, o co go proszono. 
- Ożyj, ożyj, ożyj. - Henry prosił i błagał. Lecz człowiek z torfu 
pozostawał sztywny jak lód. 
- Wynoś się! - krzyknął Henry. Zgrzytał zębami, próbował dźgnąć Jona 
szydłem i nożem. 
- Odejdź, zły człowieku. Odejdź. 
Jon rozejrzał się. Henry był tu sam, bębna nie było. Ale przecież miał go, 
idąc na widdę. Był więc w pobliżu. 
Nad moczarami powiał wiatr, a w wietrze Jon usłyszał znajomy joik. Joik, 
który słyszał wcześniej w ciągu dzisiejszej doby. Był to joik z wnętrza 
bębna. Wchodził prosto w jego wnętrze, jak srebrna nić, cieńsza od 
najcieńszej. Nić znalazła w nim zaczepienie, ciągnęła go w stronę 
jednego z bliźniaczych wierzchołków. 
Nieszczęśnik na moczarach próbował rozpalić ognisko na torfowym 
człowieku, aby go rozgrzać, wypełnić żarem. Ale zmrożony torf nie 
chciał zająć się ogniem, a wiatr zdmuchiwał płomień zapalniczki. 
- Nie ożywisz tego swego zabójcy. Podeptałem go. - Jon splunął na torf, 
tam gdzie mężczyzna tańczył i próbował czarnych zaklęć. 
Był sobie pewnego razu lud 
wielkich plemiennych obrazach. To byliśmy my. Wtedy. 
Zanim nadszedł pierwszy stallo 
1 przerwał nasz wspólny krąg. 
Potem nadchodził jeden stallo za drugim. 
Każdy wziął swoje. 
Każdy wyznaczył granice. 
Ludzie naśladowali, 
uczyli się płodzić własne ciemne moce, 

background image

szczuć je na siebie. 
Lud straci! plemienne obrazy. 
To jesteśmy my. Teraz. 
Jon biegi, tak jak nigdy przedtem, biegi przez jesienne moczary, ku 
szczytowi. Joik dobiegał go coraz wyraźniej. Miał znowu zwierzęce łapy 
i szybko pokonywał odległość. Zauważył, że coś za nim podąża, i 
wzmógł wysiłek jeszcze bardziej. 
Po chwili znowu usłyszał, że coś się zbliża. Znowu wydłużył krok, 
przyspieszy! nieco tempo. Prześladowca zosta! w tyle. 
Górskie zbocze zaczęło się wznosić. Zrobiło się stromo. Jon nie mógł 
dłużej utrzymać tempa. Nie musiał długo czekać, by ponownie usłyszeć 
za sobą ciężki oddech. Wkrótce obok niego przemknął wilk, długimi 
łukowatymi susami pobiegł w górę. 
Na szczycie wiatr szarpał jego czarne włosy. Joik stal się potężny, jak na 
spotkaniach CSV

1S

, gdy rozpalały się namiętności. W miejscu osłoniętym 

przed wiatrem, w zagłębieniu skalnym, Henry ułożył stos z kory i 
usiłował go podpalić. Na ziemi, membraną do góry, leżał bęben, a jego 
unoszony wiatrem joik potężniał z każdą chwilą. Płomienie zaczęły lizać 
korę. Wówczas Jon skoczy! do przodu, rzucił się kierunku bębna, lecz 
Henry przyciągnął go do siebie. Jon odepchnął jego i bęben od 
trzaskającego ognia. 
Jak biały cień, za plecami podstępnego, chytrego mężczyzny, pokonując 
stromiznę, pojawił się zdeformowany, okrwawiony wilk. 
Jon zrozumiał, zbladł. Henry bardziej czuł niż pojął niebezpieczeństwo. 
Szybko odwrócił się, zobaczył, co się zbliżało - odpłata. 
Henry z całej siły cisnął bęben z urwiska w głąb wąwozu. Wbił szydło w 
pierś wilka, lecz zwierzę wczepiło się w niego zębami i obaj potoczyli się 
w kierunku stromizny. 
Wiatr porwał stary bęben, uniósł go tak, jakby to był śpiewający latawiec, 
brzęczek tkwiący na końcu srebrnej nici biegnącej 

background image

z wnętrzności Jona. Poszybował wysoko ponad Jonem, ku wznoszącej się 
nad nim górskiej ścianie. 
Wtedy wysunęło się długie ramię i pochwyciło lecący bęben. Polującym 
na bęben była kobieta, częściowo ubrana w saamską sukienkę, częściowo 
pokryta piórami ptaka. To pewnie Akko. Twarz Jona się wydłużyła, gdy 
zobaczył, że to żona Henry'ego uratowała bęben. Wylądowała tuż obok 
Jona. Upierzenie zniknęło, a falbana przy sukience trzepotała wokół jej 
kolan. 
„Kobiety są w powietrzu silniejsze" powiedziała kiedyś Akko. Kobiety 
były najpotężniejszymi powietrznymi szamanami. 
- Dlaczego chcesz mieć ten bęben? - zapytała kobieta. 
- Chcę się nauczyć sztuki szamańskiej. 
- Od kogo? 
Nie odpowiedział. 
Wyciągnęła bęben w jego stronę. Gdy już miał go dosięgnąć, 
przyciągnęła bęben do siebie. 
- Od kogo? - powtórzyła. 
I tym razem Jon nie odpowiedział. A ona odsunęła gwałtownie bęben, 
gdy próbował go pochwycić. 
- Od kogo? 
Również za trzecim razem nie odpowiedział, że nauczyć miał się od 
bębna. 
Ponownie próbował złapać wyciągnięty ku niemu bęben, ponownie mu 
się nie udało. Stawał się coraz bardziej nerwowy, a na jej twarzy pojawiał 
coraz to szerszy uśmiech. 
- Nie sprawdzisz, co się stało z tym, który spadł? - zapytał. Roześmiała się 
tylko. 
- Śmiejesz się? 
- Nic nie wiesz - odparła krótko, z akcentem na nic. 
- Może potrzebować pomocy. Teraz ona nie odpowiadała. 
- Może być ranny, a nawet martwy. 

background image

- Da sobie radę. 
- Jak ci na imię? - zapytał. Znowu nie odpowiedziała. 
- Nazywam cię Askovit - rzekł nagle Jon. 
- Askovit, cóż to za imię? 
- Twoje imię. 
- Co oznacza? 
- Jeśli dostanę bęben, to ci powiem. 
- Nie będziesz rzucał na mnie imienia - odrzekła Askovit. Zaczęła 
otrzepywać nogi i ramiona, otrzepywać włosy, otrzepywać ciało i 
ubranie, aby coś z siebie strząsnąć. W trakcie tych czynności jej twarz 
stawała się coraz ciemniejsza. 
- Jesteś Askovit, teraz to widzę - odezwał się Jon. 
- Nie - zaprzeczyła. 
- Wędrujesz ścieżką słońca? - zapytał. 
- W każdym razie nie jestem Askovit. 
-Jesteś Askovit i nią pozostaniesz, a wszystko, czego dotykasz, umiera. 
Przybrała sprytny wyraz twarzy. Spryt był tym, czym potrafiła się 
posługiwać. Chciała się sprytnie wymknąć. 
- Jesteś bogatym człowiekiem z południa. Żyjesz w dostatku i dużo wiesz. 
Nie tak jak my, saamscy biedacy, którzy nie znają niczego oprócz tych 
gór i fiordów, sierści reniferów i komagów

19

- I bębna? 
- Tak, nieszczęsny bęben jest wszystkim, czemu możemy zaufać - 
powiedziała. - Jesteś jednym z nas. Miałeś szczęście, że cię stąd wysłano i 
mogłeś do czegoś dojść. Powinieneś nam raczej pomóc, a nie gonić starą 
kobietę po górach i przezywać ją Askovit, Królową Księżyca. Ja nie stoję 
po księżycowej stronie. Ciągnie mnie do słońca. A teraz, gdy Banzo 
powrócił, to pokaże nam drogę. 
- Tak - powiedział Jon i przejrzał jej grę. Przez cały czas, mó 

background image

wiąc, odsuwała się drobnymi kroczkami. Będzie próbowała umknąć, 
odlecieć? 
- Askovit, tędy ci się nie uda. Stoi tam niedźwiedź i zagradza drogę. 
Szedł w jej stronę, by odebrać bęben. Odwróciła się szybko, podskoczyła, 
próbując wznieść się w powietrze i odlecieć, lecz pióra nie wyrosły. 
Krąg zacieśniał się. Gdy już zdawało mu się, że ją obejmuje, 
wyślizgiwała się w jakiś tajemniczy sposób. W końcu zapędził ją pod 
skalne wzniesienie. Była zmęczona. Widział to. Był pewien, że jeszcze 
bardziej niż Henry będzie chciała zatrzymać bęben. W przeciwieństwie 
do męża, należała do plemienia. Dobrze wiedziała, o co tu chodzi. 
- Teraz się rozliczymy - powiedział, akcentując każde słowo, i wyciągnął 
ku niej ręce. 
Ale znowu uchwycił powietrze. Kobieta pobiegła szybkimi krokami ku 
przepaści, skoczyła i trzepocząc ramionami poszybowała w dół siedem, 
osiem metrów, po czym przysiadła na skale. 
- Teraz się rozliczymy. - Wymachiwała bębnem. Jej śmiech dotarł do 
niego wraz z wiatrem. 
- Wiem, od kogo miałeś się uczyć sztuki szamańskiej. Miałeś się uczyć od 
Bębna Słońca. Ale on jest u mnie i zostanie spalony. Nigdy go nie 
dostaniesz. 
Do miejsca, w którym siedziała, prowadziła grań nie szersza niż dłoń. Po 
obu stronach krawędzi opadała w głąb gładka i stroma ściana. 
- Chodź tu, jeśli się nie boisz. Ale musisz się spieszyć. 
Zza pazuchy wyjęła zapałki i kawałki kory. Próbowała zapalić zapałki, 
osłaniając je dłonią. Pierwsza zgasła, druga i trzecia też. Rzucała je w 
gniewie na wiatr. Jon zaczynał wierzyć, że Bóg Wiatru raz jeszcze chciał 
pomóc jemu i bębnowi. 
Ale wówczas udało jej się podpalić wstążkę kory, potem jeszcze 

background image

jedną. Wkrótce w skalnym zagłębieniu płonęło małe ognisko. Jon miał 
mało czasu. 
Ruszył granią. Miał uczucie lekkości, jakby frunął. Pośrodku skalna 
krawędź była popękana i zwietrzała. Askovit kiwała do niego, trzymając 
w ręku bęben. 
- Przypatrz się, bo po raz ostatni oglądasz bęben Banzo. - Podskakiwała 
wokół nikłego ogniska, które trzepotało na wietrze. 
Jon zatrzymał się, spojrzał na nią. Znowu był oszołomiony, 
zahipnotyzowany. Zerknął w dół. Grunt zachwiał się pod jego stopami. 
Żwir i drobne kamienie obluzowały się i poleciały w dół, niemal w 
zwolnionym tempie, tak jakby chciały pociągnąć go za sobą. A kamienie 
daleko w dole wyprężyły się, uniosły ręce ku niemu, gdy tak stał, 
chwiejąc się, nad brzegiem przepaści. Nie sprawiały groźnego wrażenia. 
Raczej wyglądało na to, że chcą dobrze go przyjąć, chcą, by miękko 
wylądował. 
Chwiejąc się, stał zesztywniały i obezwładniony nad przepaścią 
sprawiającą bezpieczne wrażenie. 
- Teraz rozliczymy się ostatecznie - zawołała ta, którą obaj z Lajlą 
uważali za miłą osobę. 

background image

Poprzez wiatr dotarł do niego inny głos. 
- Oddychaj - powiedział. - Oddychaj. 
jon zebrał resztki woli i uniósł głowę. Ten niewielki ruch wymagał 
ogromnego wysiłku. Lecz uratował go od upadku. Stała tam jakaś inna 
osoba, spokojna, mocna. To nie była Askovit. To była Akko. 
Jon wciągnął powietrze, poczuł, jak przechodzi z nosa do płuc. Zwolniło 
to blokadę myśli i blokady mięśni. Stopniowo, wraz z 
rozprzestrzeniającym się w organizmie powietrzem, powracało 
odczuwanie własnego ciała i wola życia. 
Przemógł swe skamienienie. 
- Połóż się - krzyknęła Akko. 
Niemal padł na brzuch, zwieszając prawe kończyny po jednej, a lewe po 
drugiej stronie krawędzi i przyciskając ciało do chropowatej skały. 
- Obróć się - poleciła Akko. 
Przypominało to ćwiczenia akrobatyczne na równoważni na dużej 
wysokości, gdzie wiatr stanowił jedyny punkt oparcia. 
Rozłożył równomiernie ciężar ciała na zniszczonej erozją krawędzi, 
potem skręcił tułowiem, a ramiona i nogi przerzucił, umieszczając je po 
stronie przeciwnej. Lasso nie zawadzało, raczej było podporą. Kręciło mu 
się w głowie z powodu wysokości, lecz była to słabość, nad którą mógł 
zapanować. 
Właśnie wtedy z kieszonki na piersi wysunął się śrubokręt i długo spadał 
w głąb przepaści. 

background image

Jon wczołgał się na bezpieczny, stały grunt. 
Nadeszła Akko, trzymając w jednej ręce bęben, a w drugiej Askovit, która 
prychała i rzucała przekleństwa, dopóki nie została zamknięta w 
kamieniu. 
- Weź bęben. - Akko wręczyła mu go i zniknęła. Wówczas pojawił się 
Henry ze śmiercionośną ssawką w dłoni. 
Wyglądał kiepsko, okrwawiony, w podartym ubraniu i ze śladami 
ugryzień na piersi. Kikut był obnażony, nie było tam już groźnego szydła. 
Lecz w lewej ręce Henry trzymał rurkę, przytknął ją do ust i zaczął ssać. 
Nie odnosiło to żadnego skutku, bo Jona chronił teraz bęben. Henry 
wyglądał dość głupio, stojąc tam z mosiężną rurką w ustach. 
Mimo wszystko jedna z figur na skórze bębna zaczęła drgać, tak jakby 
chciała się uwolnić. To była jedna z nowych figur, domalowanych przez 
Henry'ego czerwonym flamastrem, a mianowicie ssawka stallo. 
- To koniec z mocą stallo. już nikogo więcej nie pożresz. Przyznaj to i się 
poddaj - odezwał się Jon. 
Mężczyzna wybuchnął ponurym śmiechem. 
- Nie możesz tak po prostu wziąć bębna i zniknąć, bo wtedy nic ci się już 
nigdy nie uda. Musimy postępować zgodnie z regułami - odparł Henry i 
ruszył w stronę Jona. 
- To miejsce nadaje się do porachunków - rzekł Jon. 
- Ten, kto wygra, zatrzyma bęben, takie są reguły. - Henry stanął tuż przy 
Jonie. 
- Od dawna chciałem tej walki - odparł Jon. 
- Najpierw musimy wykopać grób. Tak mówią reguły - dorzucił Henry. 
Wykopali grób na skraju podmokłej łąki. Potem wrócili na miejsce 
pojedynku. 
Henry uderzył go ssawką. Cios trafił Jona w bark, w obolałe 

background image

miejsce. Ból zaognił się, sięgnął czubków palców, by potem obezwładnić 
całą rękę. 
- Teraz walczymy jak równy z równym - Henry zarechotał i odrzucił 
rurkę. 
Jon nie mógł uchwycić Henry'ego jedną ręką. Za to Henry, z jedną ręką o 
podwójnej sile i kikutem, zamknął go w uścisku. Jon został uniesiony w 
górę i ciśnięty o skałę. Jon zerwał się, lecz Henry chwycił go ponownie i 
rzucił nim o ziemię. 
Pozbieranie się zajęło tym razem Jonowi więcej czasu. Zrozumiał, że 
może się mu nie powieść. Henry rzucił się na niego, z twarzą i oczami 
nabiegłymi krwią, pochylony, szeroko rozstawiając nogi. Jonowi udało 
się uchylić, tak że krążyli wokół siebie na skraju przepaści. Jon 
wymachiwał przed sobą lewą ręką. Henry uchwycił ją, przyciągnął go do 
siebie i uniósł do góry. 
Wtedy pojawił się tam Jov, celując włócznią w Henry'ego. Henry padł na 
plecy. Gdy się podniósł, kikut zwisał bezwładnie, tak jakby ktoś go 
odłamał. 
- Dopiero teraz walczymy jak równy z równym - wyjęczał Jon. Znowu 
krążyli wokół siebie, wymachując rękami, nie mogąc 
chwycić przeciwnika. Cios Jona ugodził Henry'ego w pierś. Świeża krew 
ciekła z rany, kapała na ziemię. 
- Oto wycieka twoja moc. - Jon zauważył, że walka rozwija się pomyślnie 
dla niego. 
Wówczas Henry skoczył do przodu, oparł się zdrową ręką o skalną 
ścianę, wykonał w powietrzu salto mortale i stopami uderzył w pierś 
Jona, tak że go odrzuciło na metr do tyłu. Na szczęście zwoje lassa 
złagodziły uderzenie, bo mogłoby się to źle skończyć. 
Jon podniósł się. Henry, brocząc krwią, skoczył raz jeszcze, podpierając 
się ręką. Znowu cios dosięgnąl Jona, odrzucając go na trzy metry, bliżej 
przepaści. Ledwie zdołał stanąć na nogi. Niewiele 

background image

mógł już wytrzymać. Wtedy ostatnie uderzenie trafiło go w pierś i posłało 
siedem metrów w tył, na sam brzeg otchłani. 
Henry zostawił go w spokoju, lecz rzucił się na bęben. Napychał go 
brzozową korą, podczas gdy Jon próbował się do niego pod-czolgać. 
- Dlaczego chcesz go spalić? - Jon dostał kopniaka w nos. Poddał się 
wtedy, nie będąc już w stanie wyszeptać ani błagania, ani przekleństwa, a 
już na pewno nie mogąc się podnieść, by ratować bęben. 
- Nie słucha mnie - odrzekł wreszcie Henry. 
Wyjął zapalniczkę, podpalił. Kora zaczęła trzaskać we wnętrzu bębna. 
Podsunął płonący bęben Jonowi pod twarz, tak blisko, iż płomień osmalił 
mu skórę. Jon odwrócił gwałtownie głowę. 
- Ogień weźmie to, co jego, i zapanuje mrok. Nie będzie już żadnego 
Bębna Słońca. 
Henry śmiał się, a kora, trzaskając, płonęła. Suche drewno zajęło się 
ogniem, paliło się jasnym płomieniem. Ciemniejszy dym wydobywał się 
z otworu w czarze bębna. Wewnątrz było jeszcze za mało tlenu, ale 
płomienie stawały się coraz większe. 
- To jest ostateczny rozrachunek. - Henry zaśmiał się złośliwie, położył 
bęben metr od twarzy Jona. Czujnie patrzył to na Jona, to na bęben. 
Jon próbował obrócić się, przetoczyć ciało przez płomienie, ale wyszło 
mu małe, nieznaczące szarpnięcie. Nie mógł się poruszyć. Skopany, 
musiał tam leżeć i patrzeć, jak bęben płonie. 
Płomienie rozświetliły bęben od wewnątrz. Wówczas Jon zobaczył, czym 
właściwie był bęben. 
Był dawcą życia, doradcą, obrońcą. 
Cały ten obszar, który Jon znał i uważał za swój kraj, byl narysowany na 
środku membrany, ze wzniesieniami, fiordami, rzekami, widdą. W górnej 
części narysowano Jova wraz z czterema tańczącymi siostrami oraz 
Boginią Ognia, Bajanem i wieloma 

background image

innymi przodkami. Zauważył tam samego Banzo i innych, o których 
czytał. Nawet Jezus tam był. 
W dolnej części bębna, w dolnym świecie, zobaczył najpierw Ij, 
niedźwiedzicę. Za Ij postępowały podziemne renifery, ryby, wieloryby i 
ptaki. Potem koń. Potem jednorożec. W końcu giganty z wnętrza ziemi, 
giganty o tajemniczych imionach, ale nie wrogie. To one podtrzymywały 
skorupę ziemi. Nawet góra, na której leżał, była narysowana. Góra, na 
której po raz pierwszy spotkał stallo, była jednym z granicznych 
szczytów. 
Ogień wgryzał się coraz mocniej w brzuch bębna. Wszystkie figury 
zaczynały się żarzyć. 
Nagle skóra bębna pękła z hukiem, a płomienie wydostały się na zewnątrz 
czary. 
Wszystkie figury uwolniły się, unosiły się przez chwilę swobodnie w 
płomieniach, w powietrzu, by potem odnaleźć swój kierunek. Stare figury 
skupiły się razem, tworząc kształt bębna, który Jon widział w swoich 
snach. Następnie wniknęły w Jona, jedna po drugiej, z wyjątkiem 
symbolu słońca. Ten zniknął w przestworzach, niczym świetlana strzała. 
Muchy i ssawka stallo również uwolniły się i wniknęły w Henry'ego. 
Wilk stał długo bez ruchu. Patrzył na Jona. Potem odwrócił głowę w 
stronę Henry'e-go. Tułów drżał pod ciężarem ogromnej głowy. Wilk 
warknął i z kłapnięciem paszczy zniknął w Henrym. / - Czy będzie dla 
mnie nadzieja w ostatnim dniu? - wyjęczal cicho Henry. 
- Nie ma żadnego ostatniego dnia, żadnego końca. 
- Czy będzie mi kiedykolwiek dana nowa szansa? 
- Teraz masz swoją nową szansę. 
Henry długo się nie odzywał. Wyglądało na to, że stracił przytomność. 
- Widziałem kiedyś, jak roztrzaskano komuś głowę. Kamieniem. - Jego 
głos brzmiał cicho, twarz była odwrócona. 

background image

- Wtedy, gdy zabrałeś bęben? 
- „Za rok będziesz miał wizytę" rzekł ten, któremu roztrzaskano głowę. 
- I ja się pojawiłem. 
- Właśnie, co do dnia. 
- Nawet imię miałem takie samo. 
- Tak - powiedział Henry. 
- Czy to ty trzymałeś kamień w ręce? Henry nie odpowiedział. 
- Również mnie próbowałeś zatrzymać - rzekł Jon. -Tak. 
-1 zabić. 
Henry ponownie zamilkł. 
- Jak ty właściwie do mnie dotarłeś? - zapytał Henry. 
- Bęben mnie tu doprowadził. 
- Ale to ja posiadałem bęben. 
- Jego wola była silniejsza od twojej. 
Henry pogrążył się w stanie, w którym nie był świadomy obecności Jona. 
Po pewnej chwili gwałtownym ruchem przysłonił ręką oczy, jakby 
dojrzał coś, czego nie chciał zobaczyć. 
- Znowu nadchodzi - wyszeptał. -Kto? 
-On. 
Jonowi wydawało się, że widzi cień niewielkiego mężczyzny, którego 
wiózł kiedyś samochodem, mężczyzny, który ostrzegł go przed złem, 
mężczyzny, który przed wieloma, wieloma laty wbił w niego 
zaciekawiony wzrok w pewnej małej kuchni. 
- Nie możesz uciekać od siebie samego - odezwał się Jon. Skurcz wygiął 
ciało Henry'ego w łuk. Jęknął, nie mógł złapać 
powietrza. Świeża krew wypływała rytmicznie z rany na piersi. Po chwili 
opadł bezwładnie. 

background image

- Askovit, pomóż mi. - Zabrzmiało to jak modlitwa. Kamień wokół niej 
rozkruszył się, opadł. Była wolna. Uklękła 
przy umierającym mężczyźnie. Szalem otarła mu z twarzy krew. Potem 
przycisnęła szal do rany na piersi. Z delikatnością i czułością, które 
zafascynowały Jona, zajmowała się nim, rozmawiała. Promieniowała od 
nich intymność, która wzbudziła w Jonie szacunek. Wydobyła coś z jego 
rany, włożyła to za pazuchę. Nóż. Potem przeciągnęła mężczyznę za 
stromą skałę. 
Nagle Askovit powróciła. Twarz jej poszarzała, oczy poczerniały, włosy 
dziko powiewały. W dłoniach trzymała duży kamień, który z każdym 
krokiem unosiła coraz wyżej. Nie było wątpliwości, co zamierzała z nim 
uczynić. 
Jon odepchnął się zdrową ręką i potoczył się jej pod nogi. Ka- ■ mień 
uderzył z trzaskiem o skałę, tam gdzie przed chwilą była jego głowa. 
Askovit potknęła się o niego, lecz poderwała się natychmiast i pobiegła za 
kamieniem, który potoczył się wzdłuż skalnego występu ku przepaści. 
Jon zrozumiał. 
- Ty to zrobiłaś, ty rzuciłaś wtedy kamień - zawołał. 
- Tak, ja - odparła, dobywając noża. Czym mógł się bronić? 
- To ty, nie on - powtórzył, próbując ją zagadać. 
- Biedny Henry, uciekł - powiedziała, zbliżając się z uniesionym nożem. 
Śrubokręt mógłby posłużyć za broń, ale go zgubił. Wyciągnął z kieszeni 
kryształ, zwrócił ostrym końcem ku niej. 
- Dostanę cię - wysyczała, a Jon uskoczył w bok. 
- Nigdy mnie nie dosięgniesz. 
- To cię dosięgnie. - Askovit wymachiwała nożem. 
- Nigdy mnie nie dosięgnie. 
Dźgnęła gwałtownie. Ostrze rozcięło nogawkę, lecz nie trafiło w nogę. 

background image

- Zadrasnąć lekko, najpierw lekko zadrasnąć - mruczała monotonnie, 
jakby właśnie osiągała ekstazę. 
Z wysiłkiem sunął na czworakach ku rozwścieczonej kobiecie. W końcu 
natknął się na skalną przeszkodę. Nie mógł iść dalej, był w pułapce. Jego 
siła się wyczerpała. Wydobył całą, nawet tę z piwnicznych głębi, teraz 
było już pusto. Koniec. 
- Najpierw lekko zadrasnąć, nie zadźgać, najpierw lekko zadrasnąć - 
mruczała monotonnie Askovit, machając mu przez twarzą nożem. 
Jon miał nadzieję, że kryształ sprawi cud, roztapiając ostrze lub 
przemieniając nóż w muchę. Lecz to powinno stać się już teraz. Za minutę 
może być za późno. Kryształ jednakże ani się nie żarzył, ani nie 
emanował magiczną mocą. 
Na niebie dostrzegł Pas Oriona. Jego trzy gwiazdy zaczęły wirować. 
Usłyszał potężny szum, tak jak wtedy u szamana ognia, we wnętrzu góry. 
- Uważaj, teraz z gwiazd uderzy płomień - zawołał. 
- Nie, teraz ty trafisz na stal. 
W momencie, gdy wymierzyła w jego pierś, odchylił tułów w bok. Ostrze 
weszło między zwoje lassa, zostało powstrzymane, zanim zadało ranę. 
Przy następnym ciosie ujrzał błysk ostrza na tle skalnej ściany. Trafiła. 
Ostrze wbiło się w udo. 
Wydało mu się, że powietrze wypełnił odległy grzmot. Askovit również 
to usłyszała, odwróciła się, zaczęła rozglądać. 
Znad linii horyzontu nadlatywał ku nim ptak. Miał olbrzymie skrzydła i 
zakrzywiony dziób. 
Askovit odrzuciła nóż, zaczęła uciekać. 
Ptak byl głodny. Polował. A on leżał tu jak na wpół sprawione rzeźne 
zwierzę, jak padlina. Światło gwiazd odbijało się matowo w grubych 
niczym ludzkie ramię szponach. Atak jednak nie nastąpił. Pióra na ptasiej 
szyi zadźwięczały jak dzwonki reniferów w chwili, gdy ptak przeleciał 
nisko nad nim i zniknął. 

background image

Był to Guoddan, ptak stworzony przez złego człowieka i nasłany na ludzi, 
by zabijać. 
Jon usłyszał krzyk kobiety w szponach Guoddana. 
Jon byl na dnie głębokiego mętnego morza i wolno wypływał na 
powierzchnię. Dusił się. Nie mógł przyspieszyć, bez względu na to, jak 
bardzo wymachiwał nogami. 
To nie był sen. Ani też śmierć. 
Gdy zbliżał się do powierzchni, zobaczył, że czeka tam na niego kobieta. 
Jon spróbował zawrócić na dno, gdzie mógłby się ukryć, nie chciał raz 
jeszcze spotkać Askovit. 
Ale wtedy kobieta uśmiechnęła się. To była Lajla. Wyglądała obco. 
Gdy Jon doszedł do siebie, żar wygasi, a popiół rozwiało po skałach. 
Podniósł się z obolałymi mięśniami. Bark był w nieco lepszym stanie. 
Kości całe. Miał wiele zadrapań i otarć. Cios w udo nie był groźny, a krew 
sama się zatamowała. Kryształ był zimny niczym lód. 
Jon zbierał siły. Musiał zejść ze szczytu. Zbliżał się świt. Nagle otworzyło 
się niebo i zatańczyła na nim zorza polarna. 
Zna szczelinę w górze 
zamieszkanej w środku. 
Byl tam. 
Dowiedział się, 
że małe kwiatki rosną 
we wnętrzu ludzkich oczu. 
Gdy oczy zamkną się na dobre 
kwiaty płyną dalej 
jako niebiańska zorza. 

background image

Szukał Henry'ego, lecz ten zniknął. Askovit też zniknęła. 
Nastał poranek o przedziwnych, zielonych chmurach. 
Po raz ostatni objął spojrzeniem szczyt. Oczy zatrzymały się na nożu 
porzuconym przez Askovit. 
Był to jego nóż. Ten, który wbił w wilka, ten, który Askovit wyjęła z 
piersi Henry'ego, gdy go opatrywała. 
Podniósł go, włożył do pochwy. 
Jon schodził w dolinę. Zachował życie. Odzyskał nóż. Jednak bęben 
spłonął. Mimo wszystko odnalazł najważniejsze, a mianowicie bęben, 
którego nie można było spalić. Bęben, którego miejsce było w 
płomieniach. Właściwy Bęben Słońca. 
Miał go ze sobą. We wnętrzu. 
Drogą zbliżał się ku niemu jakiś samochód. Gdy Jon dojrzał kierowcę, 
ogarnęła go wściekłość. Pochwycił kamień. Miał ochotę zatłuc tego 
człowieka i zepchnąć samochód w przepaść. Lecz w chwili, gdy unosił 
kamień, zauważył drzewo, w którym zamieszkiwał mały mężczyzna. 
Drzewo zostało w nocy powalone i leżało na poboczu z rozcapierzonymi 
korzeniami. Wówczas przypomniał sobie. Wciąż znajdował się między 
światami, nie mógł znieść widoku ludzi, nie mógł znieść zakłóceń, nie 
mógł znieść nawet zalewającego go dziennego światła. A to, że drzewo 
leżało powalone, wydawało się zemstą za to, że go ostrzegło. 
Jon wczołgał się do swego samochodu, zaciągnął zasłony, owinął się 
śpiworem. Spał nieprzerwanie przez cały dzień i noc, aż do następnego 
ranka. 

background image

Ą 
Abraha był w domu, gdy nadszedł Jon. 
- Zrobiłeś to, co miałeś zrobić? - odezwał się Abraha. -Tak. 
- Masz bęben? - zapytał z napięciem w głosie. 
- Nie. Spalili go. 
- To znaczy, że przepowiednia nie spełniła się? 
- Jest teraz znacznie bliższa spełnienia. 
- To dobrze. 
- Wygląda na to, że ci ulżyło - zauważył Jon. 
- Byłem niespokojny - przyznał Abraha. 
- Dziękuję za pomoc. 
- Więc zauważyłeś, że tam byłem. 
- Widziałem cię. Rozmawiałem z tobą. 
- Powiedziałem psu, żeby był cicho i nie przeszkadzał, bo Jon potrzebuje 
pomocy. Musiałem się skoncentrować, rozumiesz. 
-Tak. 
- Niedźwiedź rzucił się na wilka, prawda? 
- Niedźwiedź odrzucił wilka, gdy ten mnie zaatakował. W końcu wilk 
zniknął w Henrym. 
Jon opowiadał. O wędrówce między światami. O pomocy, którą otrzymał 
od Akko i Jova. O walce z mocami stallo, kamieniu i nożu. O tym, że 
Henry i Askovit zniknęli. O tym, co działo się, gdy płonął bęben. O 
iskrzącej się zorzy. I o tym, że bark wydo-brzał. 

background image

- Żałuję, że nie miałem więcej sił, gdy tam leżałem. Może udałoby się 
uratować bęben przed spaleniem. 
- Nic nie zaginęło. 
- Nie, ale szkoda, że nie udało się go uratować. 
- Pewnie. 
- Ale dlaczego ci ulżyło, gdy pojawiłem się bez bębna? 
- Nie myśl, że boję się śmierci. Nie ma śmierci. Ale dobrze jest żyć, gdy 
wiedza powraca. 
- Tak. Trzeba wszystkim opowiedzieć o szczelinach i Drodze 
Słonecznych Promieni. 
- Słyszałem, że takie jest twoje zdanie. 
- Nie uważasz, że wiedza jest dla wszystkich? Nie tylko dla plemienia? Że 
musimy dotrzeć do wszystkich, których to zainteresuje? 
- Słyszałem, że tak uważasz. 
- A ty nie? 
- Nigdy nie opowiadałem o szczelinach nikomu spoza plemienia - odrzekł 
Abraha. 
- Musimy o tym porozmawiać. 
- A jest o czym mówić? 
- Sądzę, że powinniśmy dotrzeć do wszystkich zainteresowanych i 
nauczyć ich tego, co nam dane. Im więcej dzielisz, tym więcej jest do 
dzielenia. 
- Czy warto opowiadać o tym, że czyjaś głowa została zmiażdżona jak 
skorupka jajka i że niemal to samo przytrafiło się tobie? 
- Nie mam na myśli przestępstw, czarnej magii, lecz uzdrawianie dusz. 
Sam mówiłeś, że dawno temu szamani uczyli synów królewskich. 
Dzielenie się z innymi nie jest więc niczym nowym. 
- Nie powinienem opowiadać tylu historii. 
- Bo sztuka szamańska sama w sobie jest wytłumaczeniem, prawda? 
- Być może. 

background image

- To dar dla wszystkich. 
- Czego ty właściwie chcesz uczyć? 
- Jak uzdrawiać siebie i otoczenie. Potrzeba tego zarówno tu, jak i tam, w 
wielkich społeczeństwach. Tyle jest pustki w ludziach. 
- Nie dostrzegają wiedzy. 
- Musimy robić to, co do nas należy, by przekazać wiedzę. Tylko tak 
można uniknąć pożaru świata. Czyż to nie jest słuszne? Czyż to nie jest 
zgodne z regułami? 
- Jestem przeszłością. Ty przyszłością. Nie pytaj mnie. 
- A kogóż mam pytać? 
- Pytaj Jova. 
Pies wyszedł spod stołu, zaczął szczekać, drapać w drzwi. 
- A teraz co znowu? - odezwał się Abraha, podchodząc do okna. 
Ścieżką zbliżało się troje ludzi. * - Znasz ich? - zapytał Abraha. Stanęli w 
oknie, przyglądając się nadchodzącej trójce. 
- To chyba Liisa i Heaika - powiedział Jon. 
- Zdaje się. Ale kto idzie w środku? 
- Kogoś mi przypomina. Ale nie wiem, kto to. 
- Przyprowadzili kogoś obcego - stwierdził Abraha. 
Znowu usiedli. Pies położył się z nosem przy szparze w drzwiach. 
- Henry'ego Szweda nazywaliśmy starym wilkiem. Obwąchiwał garnki z 
mięsem jak wilk stado reniferów - zaczął Abraha. 
- Znałeś Jona, tego zabitego? 
- Wiedziałem, kim był. Nigdy nie wierzyłem w historię z wypadkiem 
samochodowym. Zwłaszcza gdy usłyszałem, że Henry przeniósł się na 
wybrzeże i że nawiedzają go nieboszczycy. Poza tym Henry stracił rękę w 
tym wypadku. 

background image

- To nie on to zrobił. 
- Kto w takim razie? 
- Ona. Zrobiła to, by zdobyć bęben. Pierwszy sen o bębnie miałem tego 
dnia, gdy zginął Jon, a oni zabrali bęben - powiedział Jon. 
- Nie wiedziałem, że Jon miał bęben. O tym nie wiedziałem, chociaż 
wiedziałem, kim był Jon. 
- Nie rozmawialiście o tym? 
- Nigdy nie mówiliśmy o tych sprawach, tylko o pogodzie, znajomych. 
Właściwie mieszkał w Szwecji. 
- Opowiemy komuś o tym, że to nie był wypadek? - zapytał Jon. 
- Kto nam uwierzy? 
- Nie zameldujemy nawet policji? 
- Nie ma sensu. - Jon zauważył, że Abraha użył słowa „sens". 
- Naprawdę? 
Abraha nie odpowiedział, a Jonowi zostało wypomniane, że zawsze chce 
chodzić na policję. 
- Wierzysz, że Henry nie żyje? - zapytał Jon 
- Albo nie żyje, albo uciekł, by lizać swoje rany. 
- Widziałem potężną zorzę polarną. Najpierw sądziłem, że to przodkowie 
mnie pozdrawiają. Potem pomyślałem, że tamtędy uleciała jego dusza. 
- On był obcy. Jego dusza nie wybrałaby tej drogi - stwierdził sucho 
Abraha. 
- Myślisz, że zabrał ją Ptak Śmierci? -Nie. 
- Powinieneś zobaczyć pozdrawiającą mnie zorzę. Nigdy nie widziałem 
czegoś podobnego - rzekł Jon. 
- Czy wiesz, że Jon, ten zabity, był z tobą spokrewniony? -Co? 
- Nazywaliśmy go Banzo. -O... 

background image

- Był twoim ojcem. 
Usłyszeli kroki w obejściu. Pies stał, wymachując ogonem i drapiąc w 
drzwi, które od dawna miały głębokie bruzdy od pazurów. Abraha 
podniósł się, wyszedł z domu. Jon wyszedł za nim, oszołomiony, pusty. 
Kto szedł między Liisą a Heaiką? Jona ogarnęło dziwne ciepło. Ale 
minęło jeszcze kilka sekund, zanim zrozumiał, kto to jest. 
- Ojej - wyrwało mu się. Dzielące ich metry przebył szybkimi krokami. 
Objął ją w pół. Lajla ścięła swe długie, czarne włosy. Jej głowa była 
pokryta jasnym puchem. Gdy ją wypuścił z objęć, ukryła twarz w 
dłoniach ruchem tak przepełnionym czułością i onieśmieleniem, że Jon 
na chwilę zapomniał o wszystkim innym. 
Nadeszło popołudnie. Znowu opowiadał o swoich przeżyciach, o 
wszystkim, nie tylko o rzucaniu kamieniem i o Banzo. Zjedli razem 
posiłek, mieli jechać. 
- Szkoda, że nie udało ci się odzyskać bębna - odezwała się Liisa. 
- Mam go w sobie. 
- Ale pomyśl, mieć prawdziwy bęben szamański... - ciągnęła. 
- Sam mogę teraz zrobić porządny bęben. 
- Czy to będzie to samo? 
- To będzie prawdziwy bęben. 
- Nie rozumiesz, co mam na myśli. Ten spalony był jednym ze starych 
bębnów. 
- Nie spłonął. 
- Przecież sam opowiadałeś, że został spalony. 
- Nie można go spalić. 
- Ale zniknął, zamienił się w popiół, prawda? - Liisa miała w oczach 
wyraz niepewności. 

background image

- Nic nie zniknęło - wtrącił się Abraha. 
- Nie. Ale jeszcze nie cała przepowiednia się spełniła - rzekł Jon. 
- Czy to jest tamta wiedza, która teraz powraca? Spoza gwiazd i spod 
mchu? - zapytał Heaika. 
- Tak, ale jest jeszcze coś - powiedział Abraha. 
- O czym jeszcze mówi przepowiednia? - zapytała Lajla. 
- Zapytaj tego tam. - Abraha wskazał na Jona. 
- O tym mogę opowiedzieć później - rzekł Jon. Bo co to właściwie 
oznaczało, że samiec stracił poroże? Stracił swą moc? Umarł? Ruth nie 
wyjaśniła tego bliżej. Poruszał się po niepewnym gruncie. A co się stało z 
Askovit i Henrym? Dlatego zbył ich taką odpowiedzią. Poza tym był 
zmęczony mówieniem. Potrzebował teraz ciszy. Cała ta gadanina 
wydawała się absurdalna, a jego serce płakało. 
- Wiesz, czego brakuje? - Liisa zwróciła się do Heaiki. 
- Jeszcze coś było - stwierdził Heaika. Ale cóż on mógł wiedzieć. 
Powiedział tak, by nie przyznać się jej, że nie zna całej przepowiedni. 
Wyszli z domu, zbierali się do odjazdu. Heaika zajrzał do samochodu 
Jona, zobaczył lasso na przednim siedzeniu. 
- Musisz zacząć porządnie trenować albo nie dasz rady więcej niż pięć na 
dziesięć - rzeki. 
- Dobrze, obiecuję. Następnym razem będę godnym ciebie 
przeciwnikiem - odparł Jon. 
To Jon opowiedział mu o przepowiedni. Jon wiedział o niej więcej. Ale 
Heaika przypomniał mu, że to on był lepszy w rzucaniu lassem. Tym 
samym zremisowali. 
- Ale lasso uratowało mi życie, przez samo to, że miałem je na sobie - 
dorzucił Jon. 

background image

Jon przesunął dłonią po krótko ostrzyżonych włosach Lajli, wyczul zarys 
głowy, szwy czaszkowe pod włosami i skórą. 
- Wiedziałeś, że czaszka u nowo narodzonych dzieci nie jest zrośnięta? - 
zapytała. 
-Nie. 
- To żeby główka mogła się ścisnąć, i potem łatwiej wyjść na zewnątrz. 
- O j ! 
- Tu na górze jest takie miejsce nazywane ciemiączkiem. Zarasta dopiero 
po urodzeniu. Pomacałam kiedyś główkę noworodka i pomiędzy moim 
palcem a mózgiem dziecka była tylko skóra i żadnej kości. 
Dotknął jej ciemiączka, małego zagłębienia na czubku głowy. Przejął go 
dreszcz. Uczucie, jakiego doznał jego koniuszek palca, było gwałtownym 
przypomnieniem o śmiertelności ciała. Bez włosów wydawała się taka 
bezbronnie naga. Myśli o ojcu, którego nie miał, i o tym, co się z nim 
stało, krążyły w jego głowie. Było mu gorąco od łez, które nie znajdowały 
ujścia. 
Długie, białe włosy Abrahy powiewały na wietrze. Jak na wrzesień, jak 
na późne popołudnie tuż przed zachodem słońca, wiatr był zaskakująco 
łagodny. Spienione fale unosiły się i opadały na powierzchni fiordu. 
- Sądzisz, że ludzie wyszli z morza, tak jak twierdzą niektórzy? - zapytał 
Jon. 
- Jeśli tak było, to dlaczego teraz nie wychodzi z morza więcej ludzi? - 
odparł Abraha z uśmiechem. - Ja jestem gwiezdnym wędrowcem i 
wkrótce powrócę do gwiazd - dorzucił. 
- Jaki jest sens naszych trudów i wysiłków? - ciągnął Jon, celowo 
używając słowa „sens". 
- Sens? - Abraha wymówił słowo z naciskiem. 
- Trudu, wysiłku, szarpaniny, wypełniających ten krótki czas, kiedy 
stoimy na nogach. 

background image

- Nie można odpowiedzieć na to pytanie - stwierdziła Liisa. 
- A jaki jest sens według ciebie? - zwrócił się do niej Abraha. 
- A jest w ogóle jakiś sens? Co można zrobić, gdy świat tak wygląda? 
Mam na myśli... - To, co Liisa miała na myśli, zawisło w powietrzu, 
niewypowiedziane. 
- Sensem jest walka o nasze prawa - odezwał się Heaika. 
- Sensem jest chronienie natury i siebie nawzajem - dorzuciła Lajla. 
- A ty co uważasz, Jon? - zapytał Abraha. 
- Uzdrawianie dusz, byśmy się czuli bezpieczni, by nam było dobrze. 
Powiedzieli swoje i spojrzeli pytająco na starego mężczyznę o 
rozwianych śnieżnobiałych włosach. 
- Sensem jest trwająca wiedza - odpowiedział Abraha. 

background image

Minęli lśniący błękitny samochód. Szczekające psy trzymały się ich, aż 
skręcili na główną drogę. 
- Miałam czarne włosy, bo ojciec życzył sobie czarnowłosego syna - 
opowiadała Lajla. 
- Teraz obcięłaś włosy? 
- Odcięłam kilka nici z przeszłości. Pająk mnie do tego zachęcił. 
- Co powiedział Tomas? 
- Tomas się nie zmienił. Najważniejsze, że mam teraz duchy pomocnicze. 
Jon skinął głową. Krajobraz zbliżał się do niego i znikał. Po-
wstrzymywało to łzy. 
- Przedwczoraj w nocy śniło mi się, że mnie potrzebowałeś - powiedziała. 
- Aha - skwitował Jon. 
- Potrzebowałeś mnie? 
- Ukazałaś mi się. Prawie cię nie poznałem. Taka ostrzyżona. 
- Odpowiedz, potrzebowałeś mnie? - powtórzyła. 
- Poznałem cię dopiero wtedy, gdy byłaś dwa metry ode mnie. Myślałem 
najpierw, że to idzie jakiś mężczyzna. Ale podoba mi się twoja nowa 
fryzura. 
- Podoba ci się naprawdę? - zapytała. 
- Podoba mi się. A poza tym potrzebowałem cię właśnie wtedy, gdy się 
pojawiłaś. 
Jon kupił trochę owoców i paczkę rodzynek. 
- Widziałeś samochód Abrahy? - zapytała Lajla podczas dalszej jazdy. 

background image

- Tak, to na niego natknęliśmy się tamtej nocy. Rozmawiałem z nim o 
tym. 
- A więc to był on. 
- Tyle razy mówiłaś, że powinniśmy o tym zameldować. Lecz za każdym 
razem umykało nam to. Czy to nie dziwne? - zapytał Jon. 
Minęli posterunek lensmana, na skrzyżowaniu skręcili w prawo. 
- Podoba ci się, naprawdę? - Lajla przeglądała się w lusterku. 
- Świetna jest. Pozwól dotknąć. 
- Dotykałeś. 
- Ale jeszcze raz - poprosił. 
Przysunęła się do niego, pochyliła ku niemu głowę. 
- Co jest z tą przepowiednią? - zapytała po chwili. 
- Pewnego razu żył na widdzie duży biały renifer. Miał cielaka. Cielaka 
chciał porwać wilk, lecz renifer stanął w jego obronie. Walczył z wilkiem, 
a cielakowi udało się uciec. Cielak chciał się ukryć nad brzegiem morza. 
Ale wilk go wywąchał. Gdy już miał się na niego rzucić, pojawił się 
niedźwiedź i jednym ciosem odrzucił wilka na bok. 
- To przytrafiło się tobie, prawda? - zapytała Lajla prostując się. 
- Niedźwiedź poniósł cielaka z powrotem na widdę. Gdy położył go na 
ziemi, był to już bęben, mówiła przepowiednia. 
- Co się stało z białym reniferem? 
- Stracił rogi. 
- A jak skończył wilk? 
- Padł. 
- Co Abraha mówi o przepowiedni? 
- Powiedział, że jego zadaniem było przekazanie wiedzy o szczelinach. O 
bębnach nic nie wie. Ale pewnego dnia będzie miał okazję wziąć bęben 
do ręki. W tym dniu wypełni swe zadanie. 
- Co jest źródłem przepowiedni? 
- Kamień Dziadka. 

background image

Potem Lajla opowiedziała, co się jej przydarzyło. 
- Zaniepokoił mnie mój sen. Najpierw myślałam, iż to dlatego, że jesteś w 
niebezpieczeństwie, że mnie potrzebujesz. Wtedy wyjęłam kamień w 
kształcie dzwonka. 
- I?  
- Z szumem nadleciały igły. 
- Trafiły cię? 
- Kamień je powstrzymał. Ale wtedy przyfrunął wielki, czarny ptak. Jego 
dziób rozszczepił kamień. 
- To był ptak Askovit - rzekł Jon. 
- Ptak próbował mnie połknąć. Zgadniesz, kto mi pomógł? 
- Pająk. 
- Nie, kot. Wyskoczył z mego brzucha, był znacznie większy niż ptak. 
Odgonił ptaka z powrotem do niej. 
- Ptak ją porwał - potwierdził Jon. 
- To ona rzuciła na mnie sen tamtej nocy, gdy tu jechaliśmy. 
- Próbowała również roztrzaskać mi głowę i prawie jej się to udało - 
dorzucił Jon. 
- A ja myślałam, że to miła kobieta. 
- To również ona zabiła Jona. Stało się to tej nocy, gdy miałem pierwszy 
sen o bębnie. Zmiażdżyła mu głowę głazem - opowiadał Jon. 
- Czy ona żyje? 
- Żyje. 
- To ona jest groźna, nie on. 
- Mężczyzna, którego zabiła, był, nawiasem mówiąc, moim krewnym. 
- Bliskim? 
- Moim ojcem. 
Przyjrzał się uczuciom, które nosił w sobie, nie mając o tym pojęcia. 
Krzyczała przez niego tęsknota, przez wszystkie lata. 

background image

Teraz tęsknota otrzymała imię. Nie znał tego mężczyzny. I to było 
najsmutniejsze. 
W samochodzie brzmiała piosenka Leonarda Cohena, gdy uruchomiwszy 
ponownie silnik, skierował się poprzez jesienny krajobraz w stronę 
górskiej przełęczy. 
- A teraz chcę popatrzeć na twój kark - rzuciła Lajla gwałtownie i 
odgarnęła mu włosy. - Przyprawia mnie o szaleństwo. - Przycisnęła do 
karku twarz, całowała go, chwytała zębami za skórę. 
- Gdy podjedziemy wyżej, musimy znaleźć sobie miejsce z ładnym 
widokiem - powiedziała. 
Nie miał ochoty się kochać, odsuwał się, gdy Lajla rozpinała mu koszulę. 
Odpięła jednak guziki, zaczęła gładzić go dłonią po brzuchu, wokół 
pępka. 
Gdy skończyła, brakowało mu ciepła dłoni. Zrozumiał, choć niechętnie, 
że topnieje. 
- Gdzie się podziały ręce? 
- O, jaki rozczarowany - odpowiedziała czymś zajęta. 
- Co ty tam wyrabiasz? - zapytał niecierpliwie. 
- O, jak się złości. 
Położyła coś zimnego na jego pępku. Co to takiego? 
- Mam ochotę na rodzynki. - Scalowywała je z pępka wprost do ust. 
Potem położyła rodzynki w rządku, od jego czoła aż do zagłębienia w 
miejscu, gdzie uda spotykają się z kością biodrową. Za każdym razem, 
gdy dotykała go językiem, jego ciało przenikał dreszcz. Zjadała rodzynki 
z zadowoleniem, wdychała zapach jego skóry, dmuchała na nią. 
Łaskotało go to. Stopniowo przeszło to w inne, pochodzące z głębin ciała 
uczucie. 
Robiło mu się gorąco. 
Jej język i usta całowały i łaskotały, zęby delikatnie gryzły. 

background image

Powoli takie połączenie miękkich ust z zębami stało się więcej niż 
przyjemne. Było wspaniałe. Nie mógł uleżeć bez ruchu. 
- Spokojnie - rozkazała. 
- Nie mogę. 
- To przestanę. 
- Nie przestawaj. 
- To się nie ruszaj. 
Rozebrał ją. Włożył jej rodzynkę do pępka. Potem pochylił się nad nią, 
zlizał rodzynkę szybko, jak niedźwiedź zjadający jagody. 
Wzdrygnęła się. 
- Leż cicho - powiedział. 
- Dobrze. 
- Z zamkniętymi oczami. 
Położył jej kilka rodzynek na piersiach, pozbierał je potem ustami, nie 
dotykając sterczących sutków. 
- A sutki? - zapytała. 
- Niech poczekają. 
Poukładał rodzynki w zgłębieniach przy obojczyku, niczym pomrukujący 
niedźwiedź obwąchał jej szyję. Lajla wzdrygnęła się. Rodzynki się 
rozsypały. 
- Leż! - rozkazał. 
- To takie niesamowite! Nie mogę. 
Poukładał na niej rodzynki, wzdłuż kości biodrowej, wokół trójkąta. Gdy 
pochylał się do przodu, usłyszał, jak łomocze mu serce. 
Lajla wyciągnęła ramiona, zatrzepotała ku niemu drżącymi, 
wyciągniętymi rękami, niczym skrzydłami pardwy. 
- Chodź, prędko. Musisz - powiedziała, pochwyciła go i pociągnęła w dół 
na materac. 

background image

Usiedli po dłuższej chwili. Okna były zaparowane od środka, ale w 
samochodzie było zimno. Narzucili na siebie koszule, zapakowali się do 
śpiworów. 
Położyła mu głowę na piersi, a on ją głaskał. 
- Tak spokojnie bije twoje serce - powiedziała. -Tak. 
- Masz mnie, wiesz o tym. 
- Wiem. 
- Nie znałeś nawet tego mężczyzny - powiedziała. 
- Nigdy go nie było. I już nie przybędzie. Teraz wiem. Głowa Lajli 
spoczywała na jego piersi. 
- Dopiero teraz wiem, jak bardzo mi go brakowało. 
Zasnął, ale już się obudził. Na niebie, nad szczytami gór, tkwił księżyc w 
pierwszej kwadrze. Jon czuł się znacznie lepiej. To prawda. Miał ją. 
Spała, leżąc na boku na materacu. Pikowany śpiwór zsunął się z niej, 
obnażając biodro. 
Otworzyła się w nim duża, nowa komnata wiedzy i uczuć. Musi ją 
zbadać, musi odkryć, co zawiera. Coś tam żyje, w pustce, w tęsknocie, w 
dużej, czarnej dziurze. Mimo wszystko lepiej wiedzieć to, o czym się 
dowiedział, niż żyć w niewiedzy. Właściwie miał szczęście, mimo 
wszystko. Dał sobie radę. Wiele się nauczył. Otaczało go dużo nowo 
narodzonej wiedzy, dużo życia, tak wiele nasion i niedźwiedzi. 
Lajla obróciła się we śnie. Okrycie zsunęło się. Widok jej pośladków 
rozpalił go. Potrzebował teraz tego uczucia. To był punkt stały, kontekst, 
niewielki krąg. Pragnął, aby mogli być razem całkowicie i zupełnie. Jako 
niepodzielne istoty, chociaż przez minutę, jeden jedyny raz. Mogło się to 
zdarzyć kiedyś w przyszłości. Ale najpierw on sam musiał stać się 
całością. Na to trzeba będzie czasu, dużo czasu, po tym, co zaszło. Musiał 
pozbierać wszystkie cząstki. Nikt nie mógł wiedzieć, co przyniesie 
przyszłość. 

background image

Czy to, co zniszczone, mogło zostać kiedykolwiek uzdrowione? 
Wtedy wolno podszedł do niego niedźwiedź na swych miękkich łapach. 
Niespodziewanie rzucił się na niego, rozszarpał i zniknął. Joń stopniowo 
przychodził do siebie. Kawałek po kawałku składał od nowa, w nowe 
ciało, w nową całość. Czuł się tak, jakby ponownie się rodził, bardziej 
spójny niż kiedykolwiek. Zrozumiał, że nic nie zostało zniszczone. 
Wszystko się ze sobą łączyło. Tylko było przedtem niewidzialne. Teraz 
ukazywały się przyczyny, podobnie jak owe sny, które tkwiły u źródeł tej 
podróży. Miał wrażenie, że kiedyś już to wszystko przeżył. Musiał to 
tylko ponownie odkryć. Wciąż jeszcze wiele musiał się dowiedzieć. 
Lajlę przeszedł dreszcz, gdy opowiedział jej o niedźwiedziu i o 
pokawałkowaniu. 
- Czy nie stałeś się odmieńcem przez te przeżycia z duchami? 
- Nie ma z tym żartów. Abraha opowiadał, że noaidi wariują, gdy 
zjawiają się duchy wróżebne i zabierają człowieka między światy. 
- Wariują? W jaki sposób? - zapytała. 
- Unikają żony, dzieci, przyjaciół i muszą wędrować w samotności, przez 
pustkowia, z dala od ludzi. 
- Aby się uspokoić? 
- Nie, po prostu ogarnia ich złość i dzikość i nie można z nimi wytrzymać. 
Nie znoszą widoku ludzi. Abrahę zamknięto w szpitalu, a ja wczoraj, gdy 
schodziłem z gór, o mało nie ukamienowałem nieszczęsnego kierowcy. 
Chwyciłem kamień, uniosłem ramię i chciałem mu rzucić nim prosto w 
twarz. 
- Co ci zrobił? 
- Nigdy go przedtem nie widziałem. Po prostu nadjechał. Ja byłem 
między światami. Wtedy człowiek traci równowagę. Wystarczy zobaczyć 
żywą twarz. 
- Mogłeś go zabić. - Patrzyła na niego przestraszonym wzrokiem. 

background image

- Na szczęście zostałem ostrzeżony przez małego człowieczka, który 
wyszedł z drzewa - odpowiedział. 
Widział, że Lajla jest zmartwiona. 
- Chyba posunąłeś się za daleko z tymi siłami duchowymi - powiedziała 
ostrożnie. 
- Kochanie, to się jeszcze nie zaczęło. 
- Nie jest po wszystkim? 
- Nie, właśnie teraz się zaczyna. 
- Nie, teraz jest po wszystkim. Znowu jesteśmy razem - powiedziała. 
- Teraz znajdę odpowiednie tworzywo i zrobię sobie prawdziwy bęben 
wróżebny. Nauczę się sztuki przepowiadania. Już czuję, że wzywają mnie 
duchy, wciągają mnie między światy. Jednym z tych duchów jest Banzo. 
Lajla przyglądała mu się uważnie. Potem cicho zapytała: 
- Banzo? 
- Bóg Reniferów. Próbuje trafić mnie rogami. 
Wyraz jej twarzy zmieniał się od zatroskania, przez niedowierzanie, do 
zdziwienia i zwątpienia. Zrozumiała prawdę. 
- Przerażasz mnie - powiedziała, przygarnęła jego głowę, ugryzła mocno 
w kark. Potem długo wąchała jego włosy i szyję. 
- Jest tu jakiś nowy zapach. Pachnie reniferem. 
- Duch już się wessał - odpowiedział Jon. 
Chwyciła go wtedy obiema dłońmi za włosy, mocno i gwałtownie. 
- Wciąż mnie straszysz. Nie wolno ci, najdroższy. Trzymała go za włosy, 
nie puszczała. Zaczęła nim potrząsać, 
tak jak tylko ona potrafiła, by wyrazić swe najgłębsze uczucia. 
Kautokeino, sierpień 1987 - sierpień 1988 

background image

Przypisy tłumaczki 

1

 widda (norw. vidde, od vid - szeroki, rozległy) - porośnięty roślinnością 

tundrową, lekko pofałdowany krajobraz wyżynny z licznymi 
torfowiskami, głazami narzutowymi, małymi jeziorami w skalnych 
misach i pojedynczymi, górującymi nad okolicą, wzniesieniami. Stanowi 
jedną z form skandynawskich fieldów. Jest krajobrazem wpisanym w 
tradycyjną kulturę saamską. 

2

 Helligskogen (norw.) - Święty Las. 

3

 lawo - pasterski namiot Saamów. 

4

 Linka przewleczona przez pierścień - wykonany najczęściej z rogu 

renifera - tworzy pętlę lassa. 

r>

 Jovna - saamska forma imienia Jon. 

6

 gamma - typ saamskiej lepianki na drewnianym szkielecie, ze ścianami 

z kilku warstw kory i wierzchniej warstwy torfu. 

7

 Mowa o rzece Alta. Budowa na niej tamy na przełomie lat sie-

demdziesiątych i osiemdziesiątych wywołała masowe protesty ludności 
saamskiej. „Sprawa Alty" dała początek konsolidacji i emancypowaniu 
się Saamów w Norwegii. 

8

 Saamskie stroje mają formę zakładanego przez głowę kaftana, 

zbieranego w talii szerokim pasem i obszytego ozdobnymi lamów-kami. 
Sukienki kobiet różnią się od męskich kaftanów w zasadzie tylko 
długością, a na lato zamiast z jednokolorowego filcu szyte są często z 
kwiecistego materiału. 

9

 Daumannsholmen (norw.) - Wysepka Nieboszczyka. 

10

 Czapka będąca częścią tradycyjnego stroju saamskiego, rodzaj 

rogatywki z denkiem o wyraźnie wydłużonych rogach, również zwana 
czapką gwiaździstą. 

11

 seide - święty kamień w mitologii saamskiej. 

12

 komsa - wydrążana z kawałka pnia saamska kołyska o łódko-watym 

kształcie. 

background image

13

 guksi (saam.) - czarka wykonana najczęściej z drewna brzozowego, 

służąca jako kubek lub czerpak, często o uchwycie rzeźbionym lub 
inkrustowanym płytkami z rogu renifera. 

14

 pułk - drewniane sanie o łódkowatym kształcie, przypominające 

budową indiański tobogan. 

15

 Johan Turi (1854-1936) autor pierwszej książki w języku saam-skim 

Muitalus sdmiid birr a (1910, Opowieść o Saamach). 

16

 Sarakka - bogini płodności i ogniska domowego. 

17

 stabbur (norw.) - drewniana komórka służąca za spiżarnię lub magazyn 

skór, stojąca na słupach uniemożliwiających zniszczenie zapasów przez 
zwierzynę. 

18

 CSV - polityczny ruch saamskich aktywistów. 

19

 komagi - tradycyjne obuwie saamskie ze skóry renifera, rodzaj 

mokasynów. 

background image

Posłowie tłumaczki 
Saamowie zamieszkują północne regiony Norwegii, Szwecji, Finlandii i 
Rosji (półwysep Kola). Poza Skandynawią wciąż jeszcze najczęściej 
nazywani są Lapończykami, ale oni mówią o sobie sdpmi albo sdpmelaś, 
a o swoim kraju Sami lub Sdpmi. Przypuszczalnie jest ich około 
sześćdziesięciu tysięcy. Nie ma jednak zgodności co do tej liczby, gdyż 
kryteria przynależności etnicznej sformułowane są w sposób pozwalający 
na dużą swobodę interpretacji. Jedna z definicji stwierdza, że „Saamem 
jest ten, czyim językiem ojczystym jest saamski, i/lub ten, kto się za 
Saama uważa". 
Do początków XX wieku kultura saamska była w zasadzie kulturą oralną. 
Istniały co prawda tłumaczenia tekstów religijnych, a w roku 1844 
saamski kaznodzieja Lars Levi Laestadius (1800-1861) wydal utrzymane 
w formie eseistycznej Tdluts Suptsasah, Jubmela pirra ja Almatji pirra 
(Dawne opowieści o Bogu i ludziach). Pierwszą jednak napisaną po 
saamsku książką, która zdobyła pewien rozgłos, była traktująca o 
obyczajach, legendach i medycynie ludowej Muitalus sdmiid birra 
(Opowieść o Saamach) z 1910 roku Johana Turi (1854-1936). Wzbudziła 
zainteresowanie na tyle duże, że przetłumaczono ją między innymi na 
duński, szwedzki, niemiecki, angielski, fiński i węgierski. Dwa lata 
później ukazała się pierwsza saamska powieść, Beaive-dlgu (Świt) 
Andersa Larsena (1870-1949), a w roku 1915 Pedar Jalvi (1888-1916) 
wydal zbiór nowel i poezji zatytułowany Muohtaćalmmit (Płatek śniegu). 

background image

Szkicując dzieje saamskiej literatury oralnej, wskazuje się niezmiennie na 
trzy elementy: dwa teksty poetyckie pojawiające się w dziele 
uppsalskiego profesora Johannesa Schefferusa (1621-1679), prace 
etnograficzne Jacoba Fellmana (1795-1875) i poematy epickie 
opracowane przez Andersa Fjellnera (1795-1876). W swej pochodzącej z 
roku 1673 książce zatytułowanej Lapponia Schefferus umieścił między 
innymi dwa joiki o tematyce miłosnej, spisane przez saamskiego studenta 
teologii Olausa Sirmę. Książkę Schefferusa stosunkowo szybko 
przetłumaczono na angielski, niemiecki, francuski i holenderski, a oba 
joiki pojawiły się w 1711 roku w „The Spectator". 
W latach dwudziestych dziewiętnastego wieku fiński duchowny i etnolog 
Jacob Fellman, którego zasługą było między innymi przetłumaczenie na 
saamski katechizmu Lutra, zebrał teksty pieśni saamskich krążących po 
fińskiej stronie rzeki Tana. Były to tak zwane joiki epickie, które pod 
względem treści można podzielić na dwie grupy: teksty opowiadające o 
dawnych mieszkańcach Sapmi oraz o pojedynkach między dobrym a 
złym szamanem, między białym a czarnym noaidi. 
W połowie wieku dziewiętnastego Anders Fjellner, duchowny i pisarz 
pochodzenia saamskiego, spisał - istniejące w formie ustnych podań - 
poematy epickie o Dzieciach Słońca. Najbardziej znany tekst opowiada o 
uprowadzeniu kobiety z kraju olbrzymów. Potomstwo Syna Słońca i 
olbrzymki dało początek ludowi saam-skiemu. Peive-parnen Suongoh 
Jettanasi ilmin 
(Konkury Syna Słońca w kraju olbrzymów) jest 
poematem o na tyle dopracowanej formie, iż często kwestionuje się jego 
ludowe pochodzenie, uważając, że autor wzorował się na Kalevali. Sam 
Fjellner twierdził natomiast, że spisał historię tak, jak mu ją 
opowiedziano w Juk-kasjara w Tornea i że to samo podanie słyszał 
również w swych rodzinnych stronach, w Harjedalen w północnej 
Szwecji. Najprawdopodobniej jednak w wypadku całego cyklu o 
Dzieciach Słońca 

background image

mamy do czynienia z autentycznym materiałem dopracowanym 
artystycznie przez Fjellnera. 
Joik 
Teksty, które przetrwały dzięki Olausowi Sirmie i Jacobowi 
Fell-manowi, zwane są joikami. Joik (saam. juoigat - śpiewać joik, 
joiko-wać) jest formą muzyczno-poetycką, mającą swe źródła w 
saamskiej kulturze przedchrześcijańskiej, należącą przy tym do 
kluczowych zjawisk stanowiących o specyfice współczesnej twórczości 
artystycznej Saamów. Inspiruje zarówno muzyków, jak i pisarzy. 
Tekst w joiku często ma postać krótkiej frazy modyfikowanej i 
powtarzanej, frazy bez wyraźnego początku i końca. Odtwórca może ją 
dowolnie modelować za pomocą tak zwanych słów-wy-pełniaczy (na 
przykład onomatopei typu lo-li-lo-la). Może być bardzo krótki, 
składający się tylko z jednosylabowych onomatopei, lub przybrać formę 
epickiego poematu. Melodia joika jest na ogól stosunkowo prosta, 
komponowana w skali pięciotonowej, lecz strofa melodyczna podlega 
przekształceniom rytmicznym przy kolejnych powtórzeniach. Joik 
śpiewa się przy bardzo napiętych strunach głosowych, co nadaje mu 
charakterystyczne brzmienie. Ma przybliżyć osobę, miejsce, zwierzę, 
wydarzenie. W joikach śpiewa się kogoś lub coś, nie o kimś lub o czymś. 
Joik był sposobem porozumiewania się i ważnym elementem 
konstruującym tożsamość Saama. Nie tylko świadczył o jego in-
dywidualności, lecz również zaznaczał przynależność do rodu. Ktoś, kto 
otrzymał swój joik osobisty, stawał się członkiem społeczności. Tekst 
wraz z melodią tworzyły jego portret i jednocześnie potwierdzały jego 
miejsce w grupie, łącząc w sobie społeczne funkcje chrztu i konfirmacji. 
Poza tym, jak twierdzi badacz saamskiej literatury Harald Gąski, z 
joikiem związana była sytuacja podwójnej komunikacji. 

background image

Służył do porozumiewania się między wtajemniczonymi. Powierzchnia 
tekstu niosła uproszczoną informację. Przesłanie ukryte, którym mógł 
być na przykład intymny portret osoby śpiewanej, czytelne było tylko dla 
znających odpowiedni kod. 
Wykonywanie joików nie było zastrzeżone dla szamana, było jednak 
istotnym elementem szamańskiego seansu. Joikując i bębniąc, szaman 
wprowadzał się w trans. Poza tym część tekstów epickich osadzona była 
w mitologicznym kontekście i ukazywała przedchrześcijański model 
świata. Ze względu na powiązanie z tradycją pogańską joikowanie było 
przez wiele pokoleń (w niektórych gminach skandynawskich aż do 
drugiej połowy dwudziestego wieku) praktyką zakazaną. 
Nils-Aslak Valkeapaa (1944-2001), urodzony na terenach Finlandii 
saamski poeta, muzyk i plastyk, którego poetycko-fotogra-ficzną suitę 
Beawi, Ahćdźan (Słońce, mój ojciec) uhonorowano w roku 1991 literacką 
nagrodą Rady Nordyckiej, po raz pierwszy wyróżniając w ten sposób 
twórcę reprezentującego Sapmi, tak charakteryzuje istotę joiku: 
„Joik nigdy nie miał być prezentowany jako sztuka. Ta bowiem zakłada 
istnienie publiczności. Joik służy do przywoływania przyjaciół, a nawet 
wrogów. Lądów i krajów. Zwierząt. Joik jest też środkiem, krokiem. 
Krokiem w inny świat - i to nadaje mu cechy religijne. A jego technika? 
Gdy joik porównuje się z muzyką zachodnią, widać wyraźnie, że są to 
dwa różne środki wyrazu, których funkcje są również odmienne. 
[...] Jeśli nadal zechcemy analizować strukturę joiku, możemy porównać 
go do wody płynącej w harmonii z krajobrazem lub wiatru dotykającego 
powierzchni widdy. Joik jest niczym wirujący w powietrzu krąg. Nie ma 
wersów. Muzyka zachodnia ze swymi walcami i marszami wydaje się 
nam kanciasta. Joik ma rytm swobodny, podobny rytmom natury - a jego 
glos unosi się i opada, zgodnie z jego treścią. Joik trwa tak długo, jak sam 
tego 

background image

chce. [...] Pradawna magia joiku ma swe źródło właśnie w jego trwaniu. 
Joik musi krążyć we krwi". 
Etniczna rewitalizacja 
Pod koniec lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku nastąpił rozkwit 
saamskiej literatury, a od 1981 roku działa teatr, Beaiwaś Sami Teahter, z 
siedzibą w Kautokeino, na północy Norwegii. W jego repertuarze, oprócz 
klasyków sceny (Holberg, Goethe, Brecht), pojawiają się spektakle 
autorstwa rodzimych twórców. 
Pamiętać jednak należy, że rynek czytelniczy jest niewielki i wszelkie 
publikacje uzależnione są od dotacji państwowych, co w znacznym 
stopniu wydłuża cykl wydawniczy. Poza tym część saamskich pisarzy 
tworzy w językach skandynawskich. Czasami jest to wybór świadomy, 
próba bezpośredniego dotarcia do szerszej grupy czytelników. Często jest 
to jednak konieczność, jako że cale pokolenia poddawane były 
bezwzględnemu wynaradawianiu i asymilacji, skutkiem czego wiele osób 
czujących się Saamami nie włada językiem ojczystym. W Skandynawii 
dopiero od połowy lat pięćdziesiątych w gminach zdominowanych przez 
ludność saamskiego pochodzenia zaczęto wprowadzać systematyczne 
nauczanie języka saamskiego w szkołach. 
Wykształcenie się w Skandynawii rodzimego środowiska pisarzy 
związane jest z rosnącym zainteresowaniem Saamów swoim językiem i 
kulturą. Nie bez znaczenia jest też debata wokół tożsamości etnicznej, co 
w dużym stopniu stanowi konsekwencję politycznego uaktywnienia, 
widocznego najwyraźniej w Norwegii. Na przełomie lat 
siedemdziesiątych i osiemdziesiątych doszło do słynnego konfliktu 
wokół budowy elektrowni na północnonorweskiej rzece Alta. Spiętrzone 
wody Alty stanowiły zagrożenie dla dużych połaci pastwisk 
wykorzystywanych przez hodowców reniferów. Chociaż obecnie 
hodowla reniferów jest źródłem utrzymania nie więcej niż 

background image

dziesięciu procent ludności pochodzenia saamskiego, związany z nią 
model życia nomadów stanowi nadal jeden z najbardziej wyrazistych 
elementów definiujących saamską kulturę, a liczebność stada wciąż jest 
wyznacznikiem statusu w lokalnych społecznościach. Nic też dziwnego, 
że plany rządowe odebrano jako jeszcze jeden atak na etniczną tożsamość 
Saamów. Zarówno w północnej Norwegii, jak i w Oslo odbywały się 
demonstracje saamskie, wspierane aktywnie przez radykalne grupy 
Norwegów. W roku 1979 przed budynkiem norweskiego parlamentu 
stanęły saamskie namioty, lawo, a zdeterminowani aktywiści podjęli 
strajk głodowy. Przez wiele dni i nocy w stolicy Norwegii rozbrzmiewał 
joik. Obecnie wielu polityków norweskich przyznaje, że budowa 
elektrowni na Alcie była błędem, zarówno ze względu na politykę 
energetyczną kraju, jak i ochronę środowiska naturalnego. 
Walkę o Altę przegrano. Problem saamski przestał jednak być lokalnym 
konfliktem północnych regionów Skandynawii, a następstwem 
aktywności politycznej była rewitalizacja saamskiej kultury. Stopniowo 
stała się ona integralną częścią skandynawskiego krajobrazu. 
Nieprzypadkowo jednym z artystów uświetniających otwarcie igrzysk 
olimpijskich w Lillehammer był Nils--Aslak Valkeapaa. 
Ailo Gaup - poeta i szaman 
Losy Ailo Gaupa, saamskiego pisarza tworzącego po norwesku, mogą 
służyć za egzemplifikację losu całej grupy etnicznej. Gaup urodził się w 
roku 1944, w północnonorweskim Finnmarku, w pobliżu Kautokeino. 
Wkrótce po urodzeniu krewni zmusili samotną matkę do porzucenia 
dziecka, a po kilku latach pobytu w sierocińcu chłopca zaadoptowali obcy 
z południa Norwegii. 
„W świecie saamskich legend istnieje coś, co nazywane jest eapparaś. 
Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o eapparaś, poczułem, 

background image

że to ma coś wspólnego ze mną. Eapparaś to dusze dzieci pozo-
stawianych na pustkowiu, by umarły. Dzieci rodzonych we wstydzie. 
Nieochrzczonych. Co dziewięćdziesiąt lat można usłyszeć, jak w 
ciemności na widdzie płaczą bezimienne dusze. Jeśli do namiotu wleci 
pardwa ze złamanym skrzydłem, to wiadomo, z czym ma się do 
czynienia. [...] Urodziłem się na wierzchołku góry, w pobliżu wielkich 
rozpadlin. Była sama. Dlaczego tam właśnie poszła? Co jej tak naprawdę 
chodziło po głowie? Nigdy się nie dowiedziałem. Nigdy nie ośmieliłem 
się zapytać. Dużo myślałem o eapparaś". 
Tak pisze Gaup w autobiograficznym eseju. 
Swoje dzieciństwo wspomina Gaup jako bolesne bytowanie wśród 
nieprzyjaznych mu ludzi. Poddany procesowi wynaradawiania, stracił 
kontakt z konstytuującą jego tożsamość kulturą, a jednocześnie nie 
potrafi odnaleźć się na nowym gruncie. Nie znal na tyle języka 
naturalnych rodziców i krewnych, by stal się dla niego językiem oj-
czystym, norweski natomiast często nie przystawał do świata, do którego 
postanawia w końcu powrócić. W latach siedemdziesiątych, podróżując 
jako dziennikarz „ Aftenposten" po Finnmarku, na północy Norwegii, po 
raz pierwszy spotkał swych krewnych. 
Fakty biograficzne wpłynęły na kształt jego projektu poetyckiego, w 
którym istotnym elementem jest próba samookreślenia. Próba ta dotyczy 
zarówno jednostki, jak i całej grupy etnicznej. Jego pisarstwo jest próbą 
odtworzenia „obrazów plemiennych", które u Gaupa można 
interpretować jako metaforę mitologicznej matrycy jego ludu. Droga do 
siebie samego jest dla Gaupa drogą do przez wieki wykorzenianej i 
stopniowo zapominanej wiedzy, umożliwiającej pełniejszy kontakt z 
Naturą i minionymi pokoleniami. Narzędzi koniecznych do osiągnięcia 
wiedzy o sobie, o tym, że Saamowie są Dziećmi Słońca, i o wynikających 
z tego faktu obowiązkach wobec Ziemi i innych ludzi, szuka w 
szamanizmie. Istotne znaczenie w jego twórczości ma też motyw 
powrotu, w którym rolę utraconego domu obejmuje 

background image

krajobraz - u Gaupa o wyraźnych cechach kobiecych. Krajobraz ma cechy 
matki i kochanki. 
Gaup zadebiutował w roku 1982 zbiorem wierszy Joiken og kniven (Joik i 
nóż). Dwa łata później ukazał się I Stallos natt (W nocy Stallo), gdzie 
stallo, złośliwa istota z saamskich baśni, nabiera cech kolonizatora. W 
obu zbiorach pojawiają się teksty o wyraźnie politycznym przesłaniu, 
które mogą razić agitator-stwem, przede wszystkim jednak uwagę 
przykuwa poezja wykorzystująca materiał mitologiczny i nawiązująca do 
doświadczeń szamańskiego transu. W roku 1986 ukazało się poetyckie 
opowiadanie Under dobbel stjernehimmel (Pod podwójnym 
rozgwieżdżonym niebem), którego głównym motywem jest wędrówka po 
podziemnym świecie we wnętrzu saivo, świętej góry. 
Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna (1988) jest pierwszą z dwóch 
dotychczas opublikowanych powieści Gaupa. Tytuł oryginału, 
Trommereisen, można interpretować dwojako: jako wędrówkę duszy, 
podróż, którą podejmuje szaman, noaidi, w transie wywołanym 
dźwiękami bębna, ale to również podróż, którą odbywa główny bohater 
poszukujący szamańskiego bębna. Jej kontynuacją jest wydana w roku 
1992 Natten mellom dagene (Noc między dniem a dniem). 
Podróże na dźwiękach bębna 
Szamanizm, jedno ze źródeł twórczości Gaupa, nie jest religią, lecz 
praktyką religijną. Dla Mircei Eliadego jest sposobem kontaktowania się 
z ponadzmysłową rzeczywistością w celu zażegnania wszelkich sytuacji 
kryzysowych, przy tym w specyficzny sposób określa miejsce człowieka 
w świecie. Pierwsze opisy szamanizmu związane są ze studiami kultur 
arktycznych. Potem zjawisko to rozpoznano jako rozpowszechnioną we 
wszystkich pierwotnych kulturach formę religijnego zachowania. 

background image

Szaman nie jest teologiem. Ustanawia łączność między plemieniem a 
światem duchów, jest przewodnikiem po tym świecie. W podróże w inny 
wymiar wybiera się w poszukiwaniu inspiracji i mądrości, w celu 
uzdrawiania chorych, po to, by spotkać swego nauczyciela lub 
pomocnika. Do jego obowiązków należy dzielenie się przeżyciami 
doznanymi podczas wędrówki duszy, które interpretuje, posługując się 
pewnym ustalonym modelem, zaakceptowanym i znanym jego 
słuchaczom. 
Atrybutem szamana saamskiego, podobnie jak u wielu innych 
koczowniczych ludów, był magiczny bęben, pełniący u Saamów również 
funkcję wróżbiarską. Miedziany pierścień lub niewielki wskaźnik 
wędrujący po membranie pod wpływem wibracji umożliwiał 
odczytywanie przesłania. Ze względu na konstrukcję możemy wyróżnić 
b ę b n y  o b r ę c z o w e  (saam. giewie), o membranie napinanej na owalną 
lub kolistą obręcz, oraz b ę b n y  c z a r k o  w e (saam. goavddis), 
których pergaminową skórę napinano na drewnianą czarę. Zarówno 
obręcze, jak i czary były zdobione i-wyposażone w poprzeczny uchwyt. 
Szaman w czasie seansu, klęcząc lub w siadzie skrzyżnym, trzymał bęben 
lewą ręką, a w prawej dzierżył rogowy młoteczek i nim uderzał w bęben. 
Kultura Saamów, będąc kulturą oralną, nie miała własnych, 
konwencjonalnie pojmowanych świętych pism. Szamańskie bębny 
można jednak zakwalifikować jako specyficzne nośniki świętego 
przesłania. Dekorujące membranę rysunki miały określone znaczenie i 
niekiedy kojarzone były z runami. Częściowo poddają się interpretacji 
etnografów i religioznawców, wiele z nich kryje jednak swe pełne 
znaczenie przed niewtajemniczonymi. Obok służących za miejsca ofiarne 
seide, bębny pełniły jedną z najistotniejszych ról w saamskim życiu 
religijnym. Wiedza o tym, jak należy posługiwać się bębnem, 
przechodziła nierzadko z ojca na syna i ceniono zwłaszcza te bębny, które 
służyły wielu pokoleniom. 

background image

Na terenach Sapmi istniały różne sposoby nanoszenia symboli na 
membranę. Bębny poludniowosaamskie charakteryzowały się centralnie 
umieszczonym symbolem słońca. Zwany czworokątnym krzyżem, miał 
postać rombu, z którego wierzchołków wychodziły promienie. Na 
obszarach centralnych występowały bębny o skórze podzielonej na dwie 
części, w dolnej często umieszczano „czworokątny krzyż", ewentualnie 
inny symbol słońca. Bębny północnosaamskie dzielono natomiast na pięć 
- czasami na trzy - strefy reprezentujące saamski kosmos: świat ludzi, 
sfera (lub sfery) niebiańska i sfera (lub sfery) podziemna. 
Gaup, zapytany w wywiadzie o funkcję bębnienia podczas szamańskiego 
seansu, twierdzi, że monotonne uderzenia w bęben bronią dostępu innym 
dźwiękom, a towarzyszące temu wibracje oddziałują na fale mózgowe, 
potęgując zdolności wizjonerskie noaidi. Wibracje, jego zdaniem, mogą 
przejawiać się w formie widma, a bęben w sposób dosłowny przenosi 
człowieka w inne wymiary, zmieniając się na przykład w renifera. 
Mówiąc o podróżach duszy, Gaup nie ukrywa, że powołuje się na własne 
doświadczenia. Od dawna interesuje się szamanizmem, zarówno 
saamskim, jak i innych grup etnicznych (między innymi Indian 
amerykańskich), i przeszedł wtajemniczenia. 
Między Dniem a Czasem Snu 
Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna opowiada między innymi o 
zetknięciu się człowieka z mitami. Wielowarstwowość mitycznego 
wymiaru powieści budują zarówno liczne odniesienia do mitologicznego 
kanonu saamskiego, jak i doświadczenia bohatera, który spotyka zjawy, 
bóstwa, duchy swoich przodków i zmarłych szamanów. Wydarzenia 
przeżyte w ekstatycznej podróży są dla Gaupa „mitem z pierwszej ręki". 
Mity znane z opracowań takich badaczy, jak Knud Leem (Beslmvelse 
over Finmarkens Lapper, deres 

background image

Tungemaal, Levemaade ogforrige Afgudsdyrkelse - Opis Lapończyków z 
Finnmarku, ich języka, obyczajów i dawnych pogańskich wierzeń, 1767) 
czy Jens Andreas Friis (Lappisk Mythologi - Mitologia lapońska, 1871), 
to dla niego mity już przetworzone, „wtórne". Oprócz tego w stronę 
mitycznego doświadczenia odsyłają czytelnika poetyckie inkrustacje 
przywołujące fragmenty wcześniejszych utworów Gaupa. Czasami 
odnosi się wrażenie, że powieść dopisuje kontekst do stworzonej 
uprzednio przez niego poezji, ukonkretnia metafory, umiejscawiając je w 
mitologicznej rzeczywistości. 
Narracja w powieści Gaupa jawi się dzięki temu jako palimpsest, w 
którym poetycki strumień przebija się przez warstwę prozy. Takie 
rozkruszanie prozatorskiego dyskursu poetycko-mityczny-mi 
migawkami można odczytywać jako próbę opowiedzenia o swoistej, 
wieloplanowej rzeczywistości. Świat powieści jest zderzeniem realnego 
krajobrazu i krajobrazów doświadczanych w trakcie ekstatycznych 
podróży. Czas i przestrzeń zostają poszerzone o wymiar mitologiczny, 
zacierający granicę między dzisiaj, wczoraj a jutrem, między światami 
zwierząt, duchów, roślin i ludzi. Wędrówka Jona przebiega jednocześnie 
na co najmniej dwóch planach: w konkretnych krajobrazach Finnmarku 
oraz przez krainy snu i wizji. Również próba, którą musi przejść, by 
odzyskać bęben, ma wymiar fizyczny i duchowy. Poetyckie fragmenty 
sygnalizują wielowymiarowość zdarzeń i przenikanie się pozornie 
zamkniętych sfer. Taka konstrukcja rzeczywistości odpowiada 
doświadczeniu transu szamańskiego, pozwalającego noaidi na 
transcendencję czasu i przestrzeni: 
Jestem nomadą. Wędruję 
między Dniem a Czasem Snu. 
Europa nie widzi Czasu Snu, 
nawet tutaj, gdzie jest on tak bliski. 
We Śnie wszystko dzieje się po raz pierwszy. 

background image

Tu Bóg Reniferów wznosi swe poroże. Baśniowa ryba wypływa spod 
skały 
(z: Pod podwójnym tozgwieżd żonym niebem, 1996) 
Kamienie seide 
Kamień seide Kamień 
jest odpryskiem Basse varri. 
Dostał 
róg renifera, 
dał całe stado. 
Dostał 
głowę ryby, 
dał bogaty połów. 
Dostał serce ze srebra, dał miłość. 
(W nocy Stallo, 1984) 
Pisarstwo Gaupa to przykład m n i e j s z e j  l i t e r a t u r y ,   czyli - idąc 
śladem rozważań Gilles'a Gauttari i Felixa Deleuze - literatury tworzonej 
przez etniczną mniejszość w języku większości. Wprowadza ona pojęcia i 
zjawiska, które są refleksem Innego, a tym samym podminowuje od 
wewnątrz ów „przywłaszczony" język. 
Gaup w roli pisarza jest niczym werbalizujący doświadczenia 
ekstatycznej podróży noaidi. Z tym że opowieści szamana były 

background image

przeznaczone dla wtajemniczonych, Gaup zaś podporządkowuje je 
wymogom literackiego dyskursu, otwierając tym samym literaturę na 
nowe, nieznane obszary. 
Czytelnym sygnałem nieznanego w jego książkach są saamskie słowa 
wszczepiane przez autora w norweskojęzyczny tekst. Najczęściej są 
określeniami zjawisk mitologicznych, czasami związków rodzinnych czy 
też pojęcia czasu. Konotują etniczność i odrębność, lecz otwierają też 
szczeliny prowadzące do innej kultury, w której owe tajemnicze słowa 
mają znaczenie. Są również metaforą ukrytych w podświadomości 
okruchów doświadczeń, które nie zawsze potrafimy nazwać w dostępnym 
nam języku, choć są niezbędne do posklejania obrazu własnego „ja". Jego 
teksty umożliwiają nam spotkanie z obcą kulturą, ale mogą być też 
inspiracją do podróży w głąb siebie. 

background image

Sf. 8. 
Bęben szamański, obok młoteczek z rogu renifera i miedziany pierścień z 
nanizanymi na niego czterema małymi kółkami, wykorzystywany do 
wróżenia. (J. A. Friis, Lappisk Mythologi, 1871) Z boku zaznaczono 
miejsce mocowania rogowego uchwytu, biegnącego w poprzek . W 
wypadku bębnów czarkowych uchwytem były dwa wydrążone w dnie 
czary podłużne otwory. 

background image

Dwa etapy seansu szamańskiego: noaidi uderza w bęben, a następnie 
wpada w trans. (J. Schefferus, Lapponia, 1673). Bęben na pogrążonym w 
transie szamanie leżał membraną do dolu. 

background image

Jedno ze słynniejszych seide w Finnmarku (Jens Andreas Friis, Lappisk 
Mythologi, 
1871) 
Szczególnie wyróżniające się elementy krajobrazu uważane były za 
święte i służyły jako miejsca składania ofiar. Zwano je seide (sieidi) 
mogły nimi być skały, jeziora, wodospady. By zapewnić sobie 
pomyślność, ofiarowywano między innymi srebrne ozdoby, górskie 
kryształy, ryby, kości lub rogi renifera.