background image

 

Niemy lud polski 

Bronisław Łagowski* 

 

     

2007-11-03

  

 

 

 

 

Historyczna słabość lewicy w Polsce wiąże 
się  z  tym,  że  właściwie  w  Polsce  lud  nie 
miał 

historii. 

Wstydził 

się 

swojej 

tożsamości  i  przyjmował  mitologię  klasy, 
która go wcześniej uciskała. 

Adam Leszczyński: LiD dostał w wyborach 
12 proc. głosów. To sukces? 

Bronisław 

Łagowski: 

To 

oczywista 

porażka.  Choćby  z  tego  powodu,  że  sam 
SLD  ma  więcej  wyborców.  Pomysł  LiD  był 
wadliwy.  Liderzy  obu  partii  może  są  w 
bliskich 

stosunkach 

politycznych 

towarzyskich,  ale  połączenie  Sojuszu 
Lewicy 

Demokratycznej 

Partią 

Demokratyczną  jest  sztuczne,  bo  ich 
elektoraty  są  bardzo  różne  i  wzajemnie 
niechętne.  Potencjalni  wyborcy  Partii 
Demokratycznej  nie  chcieli  głosować  na 
koalicję,  której  głównym  elementem  jest 
SLD. Część wyborców SLD nie głosowała z 
powodu 

niechęci 

do 

Partii 

Demokratycznej. 

 

background image

 

Załóżmy,  że  dawni  wyborcy  Unii  Wolności  nie  chcieli  głosować  na  Olejniczaka  czy 
Kalisza  ze  względów  historyczno-biograficznych.  Ale  dlaczego  wyborcom  SLD  miał 
przeszkadzać Onyszkiewicz czy Lis? 

- Nie chodzi o osoby. To są ugrupowania z dwóch obozów, które nie przestały być sobie 
wrogie. Wyborcy SLD czują się bezustannie obiektem ataku. Jeżeli nie politycznego, to 
propagandowego.  W  III  RP  -  i  jeszcze  bardziej  w  IV  RP  -  uważali  się  za  obywateli 
drugiej kategorii. 

Przecież  SLD  rządziło.  Dwa  razy!  Chodziło  o  kwestie  światopoglądowe?  Obecność 
Kościoła w życiu publicznym, sprawę przerywania ciąży? 

-  Wyborcy  SLD  opowiadają  się  za  swobodami  obyczajowymi,  ale  nie  są  one  dla  nich 
najważniejsze.  Wyobraża  pan  sobie,  żeby  wyborcy  SLD  z  Sosnowca  czy  Włocławka 
toczyli  boje  o  prawa  gejów  czy  aborcję?  Nowoczesna,  kulturowa  lewica  libe ralna  w 
kulturze  oraz  w  obyczajowości  interesuje  mnie.  To  ciekawe  zjawisko,  ale  nie  nabrało 
jeszcze  wagi  politycznej.  W  Polsce  na  razie  nie  ma  żadnych  szans  na  zauważalną 
reprezentację  polityczną,  bo  Polacy  tym  nie  żyją.  Problemy  gejów  może  oburzają 
publiczność moherową, ale nawet ją prawica musi do tego pobudzać. Dla zwolenników 
SLD  ma  znaczenie  to,  że  odebrano  im  de  facto  część  praw  obywatelskich,  niektóre 
stanowiska  są  dla  nich  niedostępne.  Sa  szykanowani,  traktuje  się  ich  podejrzliwie,  są 
obiektem  bezustannego  ataku  propagandowego  ze  strony  właściwie  całego  obozu 
postsolidarnościowego.  Nawet  kiedy  rząd  był  obsadzony  ludźmi  z  SLD,  postsolidarność 
miała  w  rękach  główne  ogniwa  władzy,  cała  mediokracja  była  przeciw  niemu.  To,  co 
mówi  się  o  telewizji  Kwiatkowskiego,  to  czyste  zmyślenie.  Służby  specjalne  ciągle 
szukały haków to na Millera, to na Oleksego. Cała edukacja państwowa, z IPN na czele, 
z  podręcznikami  szkolnymi  włącznie  jest  nastawiona  na  to,  żeby  tę  formację 
dyskredytować. To prawda, że rządy SLD niczego autentycznie lewicowego nie wniosły. 
Może  nie  potrafili.  Może  nie  mogli.  Może  nie  chcieli.  Sprawowali  je  jednak  pod 
nieustannym  naporem  przeciwników.  Skończyło  się  triumfem  "Gazety  Wyborczej", 
która  w  końcu  odpolityczniła  problem  SLD  -  bo  po  aferze  Rywina  przekonaliście 
wszystkich, że to partia skorumpowana. Udało się wam. 

Mówi  pan  jak  premier  Kaczyński  po  przegranych  wyborach.  To  nie  jest  za  wygodne 
wytłumaczenie? Kiedy politycy przegrywają, zawsze winny okazuje się Michnik?  

- Mówię panu, jak myśli wielu ludzi z SLD. Zgodzi się pan ze mną, że pewne stanowiska 
nie  są  dla  ludzi  z  SLD  dostępne.  Szef  CBA  otwarcie  powiedział,  że  nie  będzie  w  CBA 
pracował żaden SLD-owiec. To samo w IPN. Zauważył pan to? Oni tak. Nagle proponuje 
się  tym  wyborcom,  żeby  głosowali  na  koalicję  z  partią,  która  nie  ma  poparcia  wśród 
wyborców  i  jest  głównym  beneficjentem  -  jeżeli  nie  ekonomicznym,  to  moralnym  - 
ustroju,  w  którym  SLD  czuje  się  dyskryminowane.  To  się  przyczyniło  do  fiaska 
wyborczego LiD. 

background image

 

Za Kaczyńskich ludzie SLD rzeczywiście nie mieli szans na udział we władzy. Spodziewa 
się pan jakiejś zmiany za PO? 

-  Wydaje  mi  się  oczywiste,  że  nie  będą  stosowali  takich  terrorystycznych  metod  jak 
aresztowanie  ludzi  na  podstawie  niepewnych  podejrzeń.  Nie  wyobrażam  sobie,  żeby 
szanowanych  biznesmenów  można  było  traktować  jak  pierwszych  lepszych  oszustów  i 
tak  ich  przedstawiać  w  swojej  propagandzie.  Nie  wiem,  czy  zajdą  inne  zmiany.  W 
Platformie  istnieje  frakcja  bardzo  propisowska,  właściwie  nieodróżnialna  od  PiS.  Nie 
sądzę,  żeby  SLD  przestało  być  stygmatyzowane.  Mówi  się  cały  czas  "lewica 
postkomunistyczna".  To  jest  język  propagandy,  nie  opisu.  Nawet  Michał  Głowiński, 
który  tropi  nadużycia  języka  w  celach  propagandowych,  nie  zwraca  uwagi  na  sposób 
użycia terminu "komunizm" albo "postkomunizm", bo prawdopodobnie wydaje mu się to 
naturalne.  

Jakie  jest  w  takim  razie  miejsce  dla  lewicy  w  Polsce?  W  kraju,  w  którym  70  proc. 
głosów  zdobywają  dwie  partie  prawicowe,  jedna  konserwatywno-narodowa,  a  druga 
konserwatywno-liberalna? 

- To mnie za bardzo nie dziwi. To naturalna reakcja na 40 lat rządów socjalistycznych  - 
czy  z  nazwy  komunistycznych.  To  były  rządy  lewicy.  Niektórzy  ideowi  lewicowcy  dziś 
przekonują, że PZPR nie była prawdziwą lewicą, bo lewica jest za wolnością, a w PRL 
wolności nie było, lewica jest za wolnością słowa, a była cenzura... Nie wikłajmy się w 
grę  słów.  PRL  to  były  rządy  lewicy  i  na  wielu  płaszczyznach  -  gospodarczej  czy 
społecznej  -  realizowała  ona  lewicowy  program.  Jeżeli  taki  system  upada,  to  - 
psychologicznie rzecz biorąc - właściwie na kilkadziesiąt lat dla lewicy nie powinno być 
miejsca.  W  obozie  solidarnościowym  podziały  typu  prawica  -  lewica,  konserwatyzm  - 
liberalizm,  chadecja  -  socjaldemokracja  zostały  skrajnie  osłabione,  nad  wszystkim 
dominuje  antypeerelizm  zwany  antykomunizmem.  Poza  tym  nie  zgadzam  się,  że  obie 
czołowe  partie  w  Polsce  są  prawicowe.  Obie  partie  w  swojej  demagogii  socjalnej 
głoszą  poglądy,  które  kiedyś  były  lewicowe.  Nie  widzę  w  nich  nic  specjalnie 
prawicowego  czy  lewicowego.  Widzę  tam  ludzi  o  wybitnie  lewicowych  poglądach, 
takich jak Romaszewski w PiS. Kiedy PiS podejmował decyzje w sprawach społecznych i 
gospodarczych, robił to samo, co robiliby socjaldemokraci, i to samo, co będzie robiła 
PO. 

Podatek liniowy? Prywatyzacja szpitali? Te pomysły nie odróż niają liberałów od lewicy? 

- Tu trzeba powiedzieć coś zasadniczego: podział na lewicę i prawicę dziś istnieje, ale 
ma trzeciorzędne znaczenie. Możemy wchodzić w niuanse, definiować lewicę i prawicę 
mniej  lub  bardziej  dokładnie,  ale  ten  podział  się  zdezaktualizował.  Rozróżnienie  na 
lewicę  i  prawicę  rozpoczęło  się  wraz  z  Wielką  Rewolucją  Francuską.  Od  tego  czasu 
lewica  zawsze  definiowała  się  ze  względu  na  stosunek  do  rewolucji  -  tych,  które  się 
toczą,  tych,  które  przeminęły,  lub  tych,  których  się  oczekuje.  Do   samego  fenomenu 

background image

 

rewolucyjnej  zmiany.  W  XIX  w.  pojawiały  się  różne  rewolucje  i  różne  rewolucyjne 
programy,  i  ten  podział  utrzymywał  się  przez  cały  czas.  Pojawiła  się  nowa, 
marksistowska idea rewolucji, i wtedy też powstała nowa, marksistowska  - czy jak pan 
woli  komunistyczna  albo  socjaldemokratyczna  -  lewica,  bo  komuniści  od 
socjaldemokratów  odróżnili  się  dopiero  po  rewolucji  bolszewickiej.  Po  rewolucji 
bolszewickiej  rozróżnienie  na  lewicę  i  prawicę  w  Europie  i  na  całym  świecie  stało  się 
bardzo  proste.  Były  odpryski  takie,  które  trudno  zdefiniować,  ale  zasadniczo  prawica 
była  przeciwnikiem  tej  bolszewickiej  rewolucji,  a  lewica  -  często  z  zastrzeżeniami  - 
sympatyzowała z tym projektem lub przynajmniej potępiała antykomunizm. Rewolucja 
rosyjska wcieliła się w  państwo radzieckie, kompletnie się skompromitowała i upadła. 
Przedstawia  się  ją  jako  absolutne  zło.  Nie  ma  rewolucji,  wobec  której  można  żywić 
kult. Mit rewolucji upadł. 

Brakuje  utopii?  Wszyscy  -  od  lewa  do  prawa  -  akceptują  wolny  rynek  i  liberalną 
demokrację? Kiedy Fukuyama napisał, że historia się skończyła, miał rację?  

- Nie ma projektu rewolucji, nie ma nastroju rewolucyjnego. Młodzi ludzie mają jakieś 
tęsknoty,  ale  nie  wyrażają  się  one  intelektualnie.  Nie  wiadomo,  jak  zdefiniować 
lewicę.  Nie  ma  punktu  odniesienia.  Drugim  elementem  tożsamości  lewicy  jest  idea 
postępu. Rewolucja francuska  - i następne - dokonywane były w imię postępu. Ma pan 
rację,  że  to  było  związane  z  utopią:  mieliśmy  -  to  znaczy  przewodnie  siły  społeczne 
miały  -  idealną  wizję  przyszłości  i  wierzyły,  że  postęp  do  niej  przybliżał.  Realny, 
materialny  postęp  się  nie  skończył.  Upadła  wiara  w  postęp.  To  bardzo  zasadnicza 
zmiana w stosunku do historii, która była rozumiana jako ciąg zmian ku lepszemu. Od 
pewnego  czasu  utopia  jako  gatunek  literacki  zmieniła  bardzo  charakter.  Przedtem  to 
była  literatura  optymistyczna.  Utopie  XX  wieku  są  pesymistyczne.  Dziś  nikomu  nawet 
nie wystarcza wyobraźni, żeby projektować wielkie społeczne przemiany.  

Dlaczego? Co się zmieniło? 

-  W  porównaniu  z  naszymi  przodkami  żyjemy  w  utopii  zrealizowanej.  Warunki  życia  - 
ten dzisiejszy świat łatwości, obfitości, kiedy nikt nie jest głodny  - dają nam swobodę. 
Ludzie  głodują  tu  i  ówdzie,  ale  raczej  w  skutek  zaniedbania,  a  nie  konieczności. 
Technika dała nam wolność, której wcześniej sobie nie wyobrażano. Żaden reformator 
moralny  nie  byłby  w  stanie  tak  zmienić  obyczajowości  seksualnej  jak  pigułka 
antykoncepcyjna.  A  takich  "pigułek"  w  innych  dziedzinach  życia  cywilizacja 
technotroniczna (określenie Zbigniewa Brzezińskiego) dostarcza coraz więcej, ona jest 
największą  rewolucjonistką.  To  właściwie  przekroczyło  wyobraźnię  utopijną.  Ludzie 
oczywiście  w  dalszym  ciągu  pozostają  istotami  biologicznymi,  zakochują  się  czy 
nienawidzą, chociaż mam wrażenie, że temperatura tych uczuć też osłabła. 

Może  w  takim  razie  lewicowe  marzenie  uznać  za  zrealizowane?  Powiedzieć:  "nasza 
misja się skończyła, osiągnęliśmy cel"? 

background image

 

-  Podział  lewica  -  prawica  pokrywał  się  z  podziałem  na  lud  i  uprzywilejowanych.  W 
Polsce  jeden  z  głównych  podziałów  klasowych  można  wyrazić  za  pomocą 
polonistycznych  metafor  Kordiana  i  Chama.  Był  on  bardzo  widoczny  w  okresie 
międzywojennym,  a  dziś  istnieje  w  postaci  utajonej.  Przed  wojną  w  II  RP  partie 
ludowe  miały  swoja  wyrazistą  ideologię,  tożsamość,  określaną  z  zewnątrz  przez 
pogardę  dla  chłopstwa.  Pani  prof.  Barbara  Skarga  powiedziała  kiedyś,  że  lewica  w 
Polsce  powinna  nawiązywać  do  postaci  Wincentego  Witosa  i  jego  uznać  za  swojego 
głównego  bohatera  historycznego.  Podpisuję  się  pod  tym  zdaniem,  a  fakt,  że  to  już 
niemożliwe, uważam za oznakę, że lewica poszła w niewłaściwym kierunku i oderwała 
się od ludu. 

Lud polski chętnie głosował wówczas także na obóz narodowy. 

- Tego nie jestem pewien, drobnomieszczaństwo tak, ale ruch ludowy stale zyskiwał na 
znaczeniu,  aż  do  Mikołajczyka.  Historyczna  słabość  lewicy  w  Polsce  wiąże  się  m.in.  z 
tym,  że  właściwie  w  Polsce  lud  nie  miał  historii.  Na  Zachodzie  -  np.  we  Francji  -  lud 
miał  świadomość,  że  jest  podmiotem  historii.  Że  odgrywał  w  niej  ważną  rolę  -  we 
frondach,  w  rewolucjach,  zwłaszcza  XIX-wiecznych.  Polski  lud  zyskiwał  świadomość 
narodową,  przyjmując  mitologię  szlachecko-inteligencką.  Stał  się  obiektem  przemocy 
symbolicznej  -  może  lepiej  powiedzmy  dominacji  symbolicznej,  bo  nikt  nie  stosował 
tego  rozmyślnie.  Inteligenci,  którzy  nieśli  "oświatę"  w  lud,  próbując  go  narodowo 
uświadomić,  nieśli  w  naturalny  sposób  też  cały  swój  bagaż  światopoglądowy,  swoją 
rzekomo narodową, a w istocie stanową wizję historii Polski. Nie zdajemy sobie sprawy 
z  tego,  że  chłopstwo  w  Polsce  znajdowało  się  w  sytuacji  gorszej  niż  niewolnicy  w 
Ameryce Północnej, w gorszej niżeli niewolnicy w starożytnym Rzymie, bo niewolnik w 
Rzymie  mógł  się  wyzwolić  i  zrobić  karierę  na  dworze  cezara.  W  Polsce  to  było  nie  do 
pomyślenia.  Myśmy  mieli  "Liber  Chamorum"  [księga  chamów]  Trepki,  który  sprawdzał, 
czy  jakiś  chłop  nie  uzurpował  sobie  przypadkiem  szlacheckiego  tytułu.  Określenie 
"chłop"  było  skrajnie  dyskryminujące.  Miało  taką  wymowę  jak  "negro"  ("czarnuch")  w 
Ameryce.  To  była  istota  spoza  społeczeństwa.  Nasze  społeczeństwo,  jeżeli  w  ogóle 
rodowód  ma  jakieś  znaczenie,  wywodzi  się  w  dużym  stopniu  z  klasy,  która  była  w 
położeniu  gorzej  niż  niewolniczym.  Spadek  po  Polsce  niepodległej  to  z  jednej  strony 
anarchia  na  górze,  a  z  drugiej  najskrajniejszy  ucisk  i  poniżenie  olbrzymiej  większości 
narodu. Pańszczyzna została zniesiona wtedy, kiedy w Ameryce niewolnictwo. Więc lud 
wyszedł z historii, wstydząc się swojej tożsamości. Tym łatwiej przyjmował mitologię, 
poglądy, samoświadomość klasy, która go uciskała. Taki lud jest bardzo słabą podstawą 
dla  lewicy.  Dziś  w  Nowej  Hucie  ciągle  chrzczą  ulice  nazwiskami  to  sanacyjnych 
dygnitarzy,  to  sanacyjnych  generałów.  I  lud,  którzy  przyszedł  do  Nowej  Huty  z  chat, 
gdzie  mieszkano  nieraz  przez  ścianę  z  nierogacizną,  dziś  czuje  się  bardzo 
pokrzywdzony  przez  komunę  i  utożsamia  się  z  tą  postszlachecką,  postsanacyjną, 
inteligencką  mitologią.  To  jest  niesamowite  zafałszowanie  świadomości  i  obrazu 

background image

 

historii.  Ludowcy  jednocześnie  czczą  Mikołajczyka  i  tych,  którzy  kazali  gnać  go 
piechotą z Małopolski do Poznania. 

Czyli głosując masowo na PiS i PO, lud postąpił wbrew własnym interesom? 

- To jasne. 

Może  po  prostu  prawicy  udało  się  dokonać  w  Polsce  konserwatywnej  rewolucji? 
Przestawić umysły Polaków na prawo? Badania socjologów pokazują, że młodzi Polacy 
stają się bardziej konserwatywni od rodziców, nierzadko też bardziej religijni.  

-  Jakby  pan  zajrzał  do  książki  opisującej  stosunki  we  Francji  w  okresie  restauracji 
Burbonów po rewolucji i Napoleonie, byłby pan zdziwiony analogiami z polską  sytuacją. 
W  XVIII  w.  wydawało  się,  że  Kościół  schodzi  z  areny  politycznej  i  religia  staje  się 
prywatną 

sprawą. 

Kiedy 

nadszedł 

romantyzm 

razem  z 

powrotem 

do 

przedrewolucyjnego  systemu  rządów  -  nastąpił  też  nawrót  religijności.  Wtedy  we 
Francji  powstała  silna  partia  klerykalna  i  wprowadzono  ustawodawstwo  karne  mające 
na  celu  przeciwdziałanie  wszelkiej  krytyce  Kościoła  i  religii.  Nazywało  się  to  "ustawy 
przeciw  świętokradztwu".  Obecna  restauracja  polityczna  sięgająca  do  przeszłości  w 
naturalny  sposób  zwiększyła  wpływy  religii.  To  Kościół  ma  wielkie  wpływy,  a  nie 
polityczny,  doktrynalny  konserwatyzm,  który  jest  w  Polsce  niezobowiązującą  pozą. 
Marek  Jurek  bardzo  ładnie  wykłada  szlachetne  poglądy  konserwatywne  na  piśmie,  ale 
kiedy  jest  politykiem,  postępuje  jak  mściwy  plebejusz,  który  się  cieszy,  że  dopadł 
wreszcie  upadłego  władcę  Jaruzelskiego.  Takim  samym  konserwatystą  jest  obecny 
minister kultury i nie on jeden. Polski konserwatyzm jest pochodzenia książkowego. To 
często  kalki  amerykańskiego  konserwatyzmu.  Ni  przypiął,  ni  przyłatał  do  polskich 
stosunków. 

PiS  też  nie  reprezentuje  polskiego  ludu?  Stara  się  przecież  przedstawić  jako  partia 
zwykłych ludzi. 

-  PiS  ma  skrajnie  manipulatorski  i  cyniczny  stosunek  do  warstw,  które  dziś  są  ludem. 
Zanim  przejął  wyborców  Leppera,  przejął  jego  agresywną  demagogię  socjalną,  którą 
połączył 

kiczowatym, 

heroistycznym 

elitarystycznym 

nacjonalizmem. 

Zakompleksionym warstwom plebejskim taka oszałamiająca mikstura mogła się bardzo 
podobać. Tak naprawdę panów Kaczyńskich ożywiają ciągle emocje z czasów pierwszej 
Solidarności,  kiedy  to  boleśnie  przeżywali,  że  oni,  genetyczni  akowcy  i  powstańcy 
warszawscy  -  nie  brak  takich  i  w  PO  -  mogli  odgrywać  tylko  drugorzędną  rolę,  a  nie 
kierowniczą. To jest twarde jądro ich polityki, reszta to  dyletantyzm, za który Polska 
już drogo płaci. 

Wróćmy  do  politycznego  konkretu:  jaką  politykę  powinien  prowadzić  teraz  LiD?  Gdzie 
mają pole do prowadzenia lewicowej polityki? 

background image

 

-  Nie  mam  tu  absolutnie  nic  do  powiedzenia.  Przez  lata  pisywałem  do  tygodnika 
"Przegląd"  z  nadzieją,  że  może  trafi  to  do  lewicowych  środowisk.  Jedynym  efektem  - 
który  bardzo  cenię  -  tych  publikacji  było  to,  że  przynosiły  one  pewną  ulgę  ludziom  o 
lewicowych poglądach, którzy czuli się przygnieceni i upokorzeni przez propagandową 
nawałę  postsolidarności.  Podchodzą  do  mnie w  kawiarni  albo  piszą  listy,  dziękują.  Na 
środowisko  partyjno-lewicowe  żadnego  wpływu  to  nie  miało.  Nie  rozumiem  postawy 
polityków SLD. Nie rozumiem ich myślenia. Wiem tylko, że chcą stworzyć partię, dzięki 
której  SLD  mógłby  wyzbyć  się  piętna  tzw.  postkomunizmu,  żeby  ludzie  brali  ich  za 
kogoś innego niż dotychczas. Nie chcą być bezustannie stygmatyzowani. To zrozumiałe. 
Widzę  też,  że  SLD  nie  chce  mieć  wyborców,  którzy  utrudnialiby  im  zerwanie  z  PRL. 
Chcą młodych, których nauczono, że antypeerelizm czy antykomunizm to wielka idea, 
z  której  wyrośnie  świetlana  przyszłość.  Wyczuwam  jakąś  zasadniczą  dysharmonię 
pomiędzy  ich  myśleniem  i  moim.  Zupełnie  nie  wiem,  w  jakim  kierunku  pójdą.  Nie 
rozumiem  Olejniczaka,  który  dość  sympatycznie  wygląda,  ale  to,  co  mówi,  nie 
przystaje do rzeczywistości. Zadziwia mnie, że oni są tak zadowoleni z siebie, mimo że 
idą  od  błędu  do  błędu  i  coraz  mniej  znaczą.  W  Polsce  jest  potrzebna  partia  nie  tyle 
lewicowa,  ile  motywowana  realistyczną  filozofia  polityczna.  Może  coś  takiego 
ukształtuje  się  wokół  prof.  Jana  Widackiego,  który  obecnie  wydaje  mi  się  jedną  z 
najmocniejszych głów w polskiej polityce. 

Rozmawiał Adam Leszczyński 

*prof. Bronisław Łagowski 

ur. w 1937 r., filozof polityki, historyk idei. Profe sor w Instytucie Filozofii i Socjologii 
Akademii  Pedagogicznej  w  Krakowie.  Autor  m.in.  "Filozofii  politycznej  Maurycego 
Mochnackiego", "Listu otwartego do trzydziestolatków" (1991) oraz zbiorów esejów "Co 
jest  lepsze  od  prawdy"  (1986),  "Liberalna  kontrrewo lucja"  (1994),  "Szkice 
antyspołeczne"  (1997),  "Łagodny  protest  obywatelski"  (2001),  "Duch  i  bezduszność  III 
Rzeczypospolitej. Rozważania" (2007) 

Źródło: Gazeta Wyborcza 


Document Outline