background image

Nastroje w polskich zbiorowościach

Początkowo znaczna część Polaków traktowała zesłanie jako wydarzenie 

krótkotrwałe, które musi się rychło skończyć za sprawą takich czy innych czynników i 
nastąpi powrót do Polski, a tym samym i do normalności. Poglądy na temat jakie to 
konkretnie siły zapewnić miały ów powrót były różnorodne. Bardzo ważną przesłanką 
nadziei na rychłą odmianę losu, była wiara w zachodnich sojuszników Polski: Francję 
i Wielką Brytanię. Nadzieje te opierały się zarówno na rozpowszechnionym już przed 
wojną przekonaniu, że Polska nie mogła zostać pozostawiona sama sobie, a także na 
światowym charakterze konfliktu wojennego. Ważnym źródłem wiadomości o 
przebiegu wydarzeń międzynarodowych, a raczej o łączonych z nimi spekulacjach, 
była docierająca do zesłańców korespondencja z kraju, w której często dość naiwnie 
maskowane przez autorów "rewelacje" podsycały nadzieję i wiarę w odmianę losu. 
Panowało przekonanie, że Francja i Anglia upomną się o deportowanych obywateli 
polskich, wymuszą na Rosjanach ich powrót do rodzinnych domów, a nawet że już 
podjęły stosowne zabiegi. Niekiedy rozciągano te rachuby także na rząd 
amerykański. Pojawiały się wręcz plotki, że już niedługo mają wyjechać do Wielkiej 
Brytanii czy USA. "Skąd ta pogłoska przybyła i czy była prawdziwa nikt nie wiedział i 
nie pytał, fakt, że była powtarzana z ust do ust i magicznie dodawała sił do 
przetrwania ciężkich chwil, które nas tu czekały" - zapisała w swoich wspomnieniach 
jedna z Polek. Wiara w potęgę Francji napawała nadzieją, iż Niemcy w konflikcie z nią 
poniosą klęskę, a wtedy powstaną warunki, by rząd polski upomniał się o swych 
obywateli. Najczęściej były to wszystko spekulacje i oczekiwania nie oparte na 
żadnych faktach. Zesłańcy nie dysponowali bowiem informacjami, pozwalającymi im 
na śledzenie wydarzeń międzynarodowych. Źródłem wiadomości były gazety 
rosyjskie, dochodzące z reguły z dużym, w przypadku gazet centralnych nawet 
parotygodniowym, opóźnieniem, plotki krążące wśród miejscowej ludności, 
wymieniane zwłaszcza na bazarach w miastach, także korespondencja nadchodząca 
od rodzin z kraju.

Niektórzy uważali, że same władze radzieckie zmienią swe decyzje, że trzeba 

tylko interweniować na najwyższym szczeblu.

Pisali więc listy do władz w tej sprawie: do Stalina, Woroszyłowa, Mołotowa, 

Kalinina. Nigdy nie otrzymali odpowiedzi. Nadzieje te jednak miały wszelako czasem 
bardzo poważne skutki zupełnie innej natury, powodowały np., iż mimo możliwości nie 
posadzono ziemniaków, w przekonaniu o bezcelowości tego typu poczynań, skoro z 
pewnością rychło stamtąd wyjadą. Inni łudzili się, że władze będą zmuszone jesienią 
odesłać ich do kraju, "bo wrócą pasterze z wypasów i gdzie będą mieszkali?". W 
swym konkretnym wymiarze, poszukującym przesłanek decyzji władz radzieckich w 
tego typu zjawiskach, był to zapewne sposób myślenia, który łatwo uznać za naiwny. 
Ale odzwierciedlał on także zasadnicze odrzucenie perspektywy biernego 
przystosowania, poddania się, pogodzenia z zaistniałą sytuacją. Był wyrazem nadziei, 
ta zaś stanowiła niezwykle istotny czynnik przetrwania. "W latach wojny 

1

background image

najważniejszą siłą witalną była dla Polaków nadzieja" - zapisał w swych 
wspomnieniach jeden z zesłańców. - "Gdyby nie wiara w szczęśliwy powrót, nasza 
gromadka stopniałaby jeszcze bardziej. A tak można było przetrzymać tyfus brzuszny 
i plamisty, malarię, szkorbut".

Położenie życiowe i codzienna walka o przetrwanie nie skłaniały raczej do 

głębszego zajmowania się innymi sprawami. "Nie czytaliśmy gazet. Przestały dla nas 
istnieć problemy międzynarodowe. Wyparł je strach, by w zimie nie zmarznąć i nie 
zdechnąć. Czepialiśmy się konwulsyjnie wszystkiego, co dawało minimalne korzyści 
materialne. [...] W tym codziennym borykaniu się z nędzą zapomnieliśmy niemal o 
ojczyźnie. Sprawy międzynarodowe wydały nam się dalekie. Jakby nie z naszej 
planety". Zapewne to jednostkowa relacja i w skali całej zbiorowości przerysowana, 
choć nie ulega wątpliwości, iż przytłoczenie wszystkimi przeżyciami podróży i nowej 
sytuacji na zesłaniu, szok wywołany zetknięciem się z zupełnie obcym, w dużej 
mierze wrogim otoczeniem ciążyło na spojrzeniu na świat. Nawet jednak i autorka 
tych słów przyznała, że ofensywa niemiecka na zachodzie w 1940 r. wywołała 
zainteresowanie zesłańców.

Z takich czy innych źródeł przynajmniej niektórzy zesłańcy wiedzieli o wojnie 

toczącej się w Norwegii, potem w Belgii, Holandii i Francji. Nie dawali wiary 
doniesieniom radzieckim w przekonaniu, że Rosjanie sprzyjając Niemcom donoszą 
nieprawdziwie o ich sukcesach. Samo starcie pobudzało raczej nadzieję na rychły 
koniec wojny i odbudowę Polski. "Czepiałyśmy się, zwłaszcza Mamusia, każdej 
nadziei. Łudziłyśmy się, że alianci rozbiją wkrótce Niemców i zmuszą rosyjskiego 
alianta Niemców do oddania zajętych ziem polskich i uwolnienia nas. Liczyłyśmy na 
to, że to nastąpi prędko, w czasie najbliższych miesięcy". Szczególnie istotny był fakt, 
że wojna nie skończyła się wraz z klęską Polski, że trwała nadal i uczestniczyli w niej 
polscy żołnierze.

Tym większym wstrząsem była wiadomość o upadku Francji, która wywołała 

szok i wyraźnie odcisnęła się na nastrojach, wywołując sytuację o cechach kryzysu.. 
"Był to dla nas wszystkich Polaków cios olbrzymi. Zdawało się, że świat się dla nas 
po raz trzeci zawalił, że nie będzie już ratunku". "Wiadomość o upadku Francji była 
dla nas katastrofą. Mamusia z początku wprost nie chciała w nią uwierzyć, twierdząc, 
że to kłamstwo rosyjskich gazet. Ale w końcu trzeba było uwierzyć i pogodzić się z 
tym, że ratunku dla nas w drodze rozwoju wydarzeń nie można się spodziewać 
prędko". Zdawała się potwierdzać głoszona przez czynniki radzieckie teza o 
nieodwracalności upadku Polski, a tym samym i losu zesłańców.

Oczekiwanie na zmianę położenia, a nawet pewność, że musi ona nastąpić, 

stwarzała dobry grunt dla wszelkiego rodzaju plotek, pogłosek, domysłów. "Ktoś 
przyniósł wiadomość z wiarygodnego źródła: na Boże Narodzenie wracamy do Polski. 
Nikt się wówczas nie zastanawiał, jak to się miało stać, kto miał się upomnieć o nas? 
To jednak pozwalało nam przetrwać - oczekiwanie, wiara, nadzieja". To nic, że 
nadchodziło owo Boże Narodzenia, a sytuacja nie ulegała zmianie. Natychmiast 
pojawiała się równie "pewna" informacja, iż do domu wrócą na Wielkanoc i znowu w 

2

background image

to wierzono. Sama wiara była bowiem ważniejsza, niż jej przedmiot. "W zimie mówiło 
się, że wojna skończy się na wiosnę, a gdy ta mijała, nasz powrót odwlekał się do 
jesieni"- wspominał kto inny.

Owe nadzieje i oczekiwania konfrontowane były z częstokroć przekazywanymi 

zesłańcom zapewnieniami funkcjonariuszy władzy, a zwłaszcza NKWD, iż do Polski 
już nie powrócą, że Polski nie ma i nie będzie, a oni na zawsze pozostaną tam, gdzie 
się znaleźli. Boleśnie uderzało to w morale deportowanych.

Dla podtrzymywania nastrojów ogromne znaczenie miały paczki i listy od rodzin 

i znajomych w kraju. Były tym, co "podtrzymuje na duchu i dodaje sił do dalszej 
pracy". Oczywista była waga materialnych dóbr przysyłanych w paczkach: żywności, 
odzieży, różnych drobiazgów. Pozwalały one wzbogacić jedzenie, dokonać wymiany z 
miejscową ludnością, zapłacić za mieszkanie itp. Ale bezcenny był sam fakt kontaktu 
z pozostawionym gdzieś daleko światem. "Już sam fakt, że jest ktoś, kto myśli, aby 
nam pomóc, napawał otuchą". Dzięki tym paczkom w dużej mierze wielu zesłańcom 
udało się odświętnie przeżyć pierwsze Boże Narodzenie na zesłaniu, a to właśnie 
święto w polskiej tradycji odgrywało przecież tak wielką rolę. Przysłany z kraju opłatek 
był symbolem więzi z najbliższymi, z Polską, ze znanym sobie światem. Był 
dowodem, że są ci, którzy pamiętają. Wspólna modlitwa, w której łączono się z 
bliskim, wspólnie śpiewane kolędy tworzyły nie tylko nastrój tego dnia, ale wzmacniały 
wiarę w lepszą przyszłość, oddalały poczucie osamotnienia, wyobcowania, 
zagubienia w "innym świecie", "oswajały" ponurą rzeczywistość codzienności. Nawet 
jeśli święta były bolesne przez wspomnienie dawnych czasów w kraju, dostatnich dni, 
szczęśliwego dzieciństwa.

Wspomnienia zresztą były jednym z istotnych czynników kształtowania 

nastrojów i zarazem swoistym odzwierciedleniem sytuacji aktualnej. Wraz z 
pogarszaniem się sytuacji żywnościowej nastał czas wspomnień i marzeń 
kulinarnych, im trudniej było przeżyć zwykły dzień, tym chętniej sięgano do 
wspomnień o niegdysiejszych balach, zabawach, spotkaniach towarzyskich, świętach 
itp. "Były więc bale i rauty, spotkania towarzyskie i rodzinne, święta Bożego 
Narodzenia i Wielkanoce, tak zawsze uroczyste i pogodne, kiedy nie przeczuwaliśmy 
wcale tego, co nas czeka w przyszłości. W pamięci rysowały się korowody 
polonezów, słyszeliśmy niemal melodie uroczych walców, mazurków, oberków".

Zimą 1940/1941 w oczy zesłańców coraz częściej zaglądał głód. To musiało 

wywoływać nastroje przygnębienia, rozpaczy, zwątpienia. W jednym z wysłanych 
wówczas do Polski listów znalazł się taki oto zapis: "Nadzieja lepszego jutra zaczyna 
zamierać i przestajemy się pocieszać i łudzić powrotem w nasze strony, a przecież tu, 
w tych stronach nie chce się żyć i zostawić kości na obcej ziemi". Wtedy właśnie po 
raz pierwszy pojawiła się na szerszą skalę psychoza głodowa i jednocześnie nastał 
ów czas kulinarnych wspomnień i marzeń: "W tym okresie nasze panie ogarnęła 
mania wymiany przepisów kulinarnych. Przepisy te stały się głównym, jeśli nie 
jedynym, tematem rozmów. [...] Delektowały się przepisami dzisiaj, kiedy nie było 
mowy o zdobyciu koniecznych składników [...] W marzeniach przesypywały bielutką 

3

background image

mąkę, łączyły ją z masłem, dodawały jaj, cukru, korzeniu, rumu. Później w obłędnych 
rojeniach urządzały herbatki, częstując swym dziełem zachwyconych gości. Zebrane 
czasami w trójkę czy czwórkę wyobrażały sobie uczty, ba - orgie obżarstwa, rzucając 
w siebie nazwami przeróżnych przysmaków". W tej samej relacji czytamy dalej: "[...] 
postanowiliśmy sobie solennie, że po powrocie do Lwowa zbierzemy się razem tak, 
jak jesteśmy i urządzimy sobie prawdziwą ucztę, tylko że z kazaskim menu i z górami 
wszystkiego. A więc stosy lepioszek, półmichy pierożków, wiadra prażonej pszenicy, a 
wszystko podlane morzem lanego ciasta na mleku i słodkim czajem. A po lepiankach i 
chatach skulone z zimna dzieci słuchały z przejęciem -zamiast bajek z tysiąca i jednej 
nocy - opowiadań o tych smakowitych dziwach".

Głód dominował nad wszystkimi myślami i odczuciami zesłańców. Był 

zasadniczym czynnikiem kształtującym ich nastroje, postawy i zachowania. W miarę 
jak stawał się powszechnym zjawiskiem, zwłaszcza od końca zimy 1940/1941 r., 
wszystkie myśli zesłańców zaczynały krążyć wokół spraw pożywienia. "Chlebowe 
sny", marzenia o najedzeniu się do syta, o ucztach z ogromnymi ilościami tego 
wszystkiego, czego tak bardzo brakowało w codzienności, marzenia o wyszukanych 
potrawach stawały się powszechne. "Noc w noc śniły mi się półki chleba, białego, 
razowego, bochenki długie, okrągłe, świeże [...] A gdy brałam te chleby z półki, niosąc 
je do ust, sen się przerywał" - zapisała w swych wspomnieniach Z.K.Kawecka. 
"Uczucie głodu towarzyszyło nam stale" - wspominała natomiast G.Jonkajtys-Luba. - 
"Przeszło w rodzaj obsesji i zabijało wszystkie inne doznania. Nie było miejsca ani 
godziny, żebyśmy nie myśleli i zdobyciu czegoś do jedzenia".

Stopniowo zesłańców coraz bardziej przygnębiał jednak brak perspektyw, 

niepewność jutra związana z dramatyczną sytuacją materialną napawała coraz 
większymi obawami o fizyczne przetrwanie. Narastać zaczynała świadomość, że 
przemiany w ich losie, jeśli nastąpią, nie będą tak szybkie, jak początkowo wielu 
sądziło.

Swego rodzaju reakcją na beznadziejność położenia, a zarazem przejawem 

ciągłego poszukiwania oparcia dla jakiejkolwiek nadziei było rozpowszechnienie się 
wśród zesłańców seansów spirytystycznych. Usiłowano przywoływać duchy, by 
dowiedzieć się od nich kiedy nastąpi powrót do Polski, czy żyją najbliżsi, a zwłaszcza 
aresztowani wcześniej ojcowie itp. Seanse takie z reguły przynosiły pozytywne 
odpowiedzi na pytania zadawane duchom. Służyły wszak "pokrzepieniu serc".

W relacjach samych zesłańców można znaleźć sprzeczne opinie na temat 

wzajemnych stosunków w obrębie polskich zbiorowości. Oto jedna z nich, odnosząca 
się do końca 1940 r.: "Polacy w stosunku do siebie stawali się coraz bardziej oziębli, 
zamknięci, każdy w tajemnicy przed drugim urządzał się, a wszystkich opanowywał 
skrajny egoizm - i co było bardzo już dostrzegalne u większości - apatia!". Ale 
przeciwstawić jej można relację całkowicie odmienną: "Polacy solidaryzowali się ze 
sobą, zbierali się na rozmowy, mimo że było to surowo zabronione. Nie tracili nadziei, 
ani ducha polskości. Marzyli o powrocie do kraju, suszyli chleb na drogę i wierzyli, że 
odzyskają wolność i wrócą do rodzinnych stron".

4

background image

Kolejnym momentem znaczącym dla kształtowania się nastrojów polskich 

zesłańców był wybuch wojny niemiecko-radzieckiej. Rekacja na ten fakt okazała się 
psychologicznie dość złożona, bowiem nałożyły się w tym wypadku na siebie 
odczucia różnych jego wymiarów. Jak można sądzić z wypowiedzi zesłańców, w 
pierwszym momencie wiadomość o konflikcie między zaborcami wywoływała radość, 
w której pojawiały się też odczucia satysfakcji z porażek radzieckich. "Znowu w nasze 
serca wstąpiła nadzieja - a więc jeszcze nie koniec wojny" - wspominała po latach 
jedna z zesłanych. - "Wiedząc o militarnej potędze Niemiec, liczyliśmy na szybkie 
zagrabienie Rosji i na reakcję całego świata, który znając ekspansywne zamiary 
Hitlera będzie musiał stawiać im opór. Dziwne, jak szybko wypadki światowej wagi 
zaczęły się zmieniać. Niemcy - nasi wrogowie, w tej chwili byli naszą nadzieją, że 
może pośrednio staną się powodem końca naszej katorgi". Rodziło się przekonanie, 
że wojna rozsadzi mury zniewolenia, że musi zmienić układy polityczne, w rezultacie 
czego powstanie wolna Polska i nastąpi wyzwolenie zesłańców. Budziła się znów 
nadzieja na powrót do ojczyzny. Pojawił się nastrój pełen nadziei, który usuwał na bok 
pojawiające się pogorszenie warunków, m.in. rygorów pracy. "Nie wiedząc, nie 
rozumiejąc jeszcze jak to się stanie, zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że walka 
między tymi naszymi dwoma wrogami może - musi otworzyć nam drogę ratunku". 

Dopiero stopniowo, pod wpływem najbliższego otoczenia odbierającego wybuch 

konfliktu jako osobistą tragedię, pociągającą za sobą śmierć mężów, synów, braci, w 
świadomości zesłańców zarysował się inny wymiar tej wojny. W walczących po 
stronie radzieckiej dostrzeżono nie tylko przedstawicieli systemu, ale mężczyzn i 
chłopców, którzy z tym systemem nie mieli nic wspólnego, którzy często wyrwani 
zostali na bój z tych domów, w których mieszkali zesłańcy, którzy poszli na nią, by 
bronić rosyjskiej ziemi, własnej ojczyzny. Wojna zyskała także dla polskich zesłańców 
oblicze znanego sobie człowieka, sąsiada, znajomego, przyjaciela. 

I wreszcie wybuch wojny wywołał także lęki i obawy. "Z jednej strony znów 

błyskała iskierka nadziei, z drugiej strach tego, co nas bezbronnych, opuszczonych 
na tych olbrzymich obszarach, czeka w obliczu nowych wydarzeń, ale i 
niebezpieczeństw". "Rozpoczęcie wojny niemiecko-sowieckiej odczuliśmy na swojej 
skórze. Nie dość, że teraz musieliśmy bardzo uważać i ciężko pracować, bo 
rzeczywiście hasło - Ťwszystko dla frontuť było mocno przestrzegane, to jeszcze do 
tego urwała się nam korespondencja z Polską i przestały docierać do nas paczki. I to 
odbiło się na naszej egzystencji i na naszej psychice. Byliśmy całkowicie odcięci od 
świata - od Polski, od wiadomości o bliskich. Odczuwaliśmy bardzo brak tych słów 
otuchy, słów miłości, słów współczucia, jakie w listach otrzymywaliśmy".

Prawdziwy przełom w nastrojach nastąpił po podpisaniu układu Sikorski-Majski, 

ogłoszeniu tzw. amnestii i uruchomieniu polskich placówek na terenie ZSRR. 
Zesłańcy o układzie polsko-radzieckim i jego następstwach dowiadywali się w bardzo 
różnym czasie. Do wielu osad informacja o tych wydarzeniach docierała stosunkowo 
szybko, choć czasem przypadkowo. Inni dowiadywali się o tych tak ważnych dla nich 
wydarzeniach dopiero we wrześniu i jesienią 1941 r. Ale były przypadki, gdy stało się 

5

background image

to jeszcze później: w związku z wizytą gen. Sikorskiego w Moskwie czy nawet na 
początku 1942 r. Nie pociągało to za sobą jakiejś automatycznej zmiany sytuacji, 
zwłaszcza materialnej. "Umowa Sikorskiego ze Stalinem nie wpłynęła na zmianę 
życia Polaków w pawłodarskiej obłasti. Normy pracy były większe, wiadomości z 
frontu gorsze, a wszystkiego coraz mniej. Gdzieś w centralnej Rosji tworzyło się 
Polskie Wojsko, ale działo się to tysiące kilometrów od nas! Żyliśmy jednak nadzieją, 
że może prędko coś się zmieni, może ujrzymy drogie nam osoby, może będziemy 
wkrótce miały szansę dołączyć do polskiego wojska!"

Wiadomość o przywróceniu stosunków dyplomatycznych między Polską a 

ZSRR i o następstwach układu polsko-radzieckiego, a zwłaszcza o perspektywie 
objęcia ludności polskiej opieką ambasady i o tworzeniu polskiej armii w ZSRR 
wywarła na zesłańcach ogromne wrażenie. Oto jak zapisał swoje ówczesne przeżycia 
jeden z zesłańców: "Późne lato. Popołudnie. Byłem w domu sam. Nagle z głośnika, 
małej skrzynki zawieszonej nisko na ścianie, tak zwanego kołchoźnika, usłyszałem: 
ŤJeszcze Polska nie zginęłať. Zamarłem z wrażenia, serce zaczęło szybko bić. 
Przywarłem do głośnika. Ktoś w ojczystym języku przemawiał do nas, Polaków, 
rozproszonych po rozległych terenach Kraju Rad. Mówił o nawiązaniu stosunków 
dyplomatycznych, o wspólnej walce i tworzeniu się Polskiej Armii. Obiecywał również 
materialną pomoc. Wydawało mi się, że śnię, że to nieprawda. Trudno sobie 
wyobrazić naszą radość, radość nielicznej grupy rodaków zamieszkałych w 
Presnowce". We wszystkich chyba relacjach zesłańczych, w których mowa jest o 
wydarzeniach lata 1941 r., obok informacji o układzie polsko-radzieckim i amnestii 
nieodłącznie pojawia się słowo "nadzieja". Pojawił się niebywale silny, może nawet 
irracjonalny impuls podtrzymujący nieraz i zachwianą wiarę, że przetrwają, że wrócą 
do kraju, że będzie znów wolna Polska. Drugi, niezwykle silnie działający i 
kształtujący nastroje i postawy Polaków czynnik w tym okresie, to poczucie, że nie są 
sami, że nie są już zagubionymi na wielkich obszarach ZSRR rozbitkami 
pozbawionymi oparcia. Świadomość, że jest oto ktoś, kto się o nich zatroszczy, kto 
się o nich upomni, wspomoże, obroni, że jest polski rząd reprezentujący 
państwowość, a oni nie są niczym gorszym od innych: są obywatelami polskimi, nie 
tylko dodawała otuchy, ale wręcz stawała się podstawą bytu psychicznego. Tak na ten 
temat pisał ambasador Kot do ministra spraw zagranicznych w listopadzie 1941 r.: 
"Zwolnienie, dokonane dzięki paktowi, wywołało niesłychanie dodatni wstrząs wśród 
ludności polskiej, pewnego rodzaju mistyczną wiarę w rację bytu Państwa Polskiego. 
Przekonano się, że choć poza Krajem i bez środków, istnieje gdzieś daleko 
reprezentacja tego Państwa, wcielona w Rządzie, który nie tylko ogrania swoją troską 
los obywateli, zamkniętych na drugim krańcu świata i skazanych na zagładę, ale 
także ma dość powagi i siły, aby tych obywateli przywrócić do warunków choćby 
najskromniejszego ludzkiego bytu. [...] Gdzie jest ten Rząd i kto go stanowi, ogół nie 
wiedział. Znane tylko było wszędzie nazwisko Gen. Sikorskiego, które wśród mas, 
przebiegających z północy, jak donoszą placówki ze stacji węzłowych, nabrało cechy 
religijnego kultu. Ta świadomość siły Rządu Polskiego na uchodźstwie wywołała wiarę 
w wielką przyszłość Państwa Polskiego. Ta wiara przyczyniła się do wysokiego 

6

background image

napięcia atmosfery moralnej wśród ludności cywilnej i wśród wojska". To 
przywrócenie ludziom wiary i nadziei, dumy i poczucia wartości było jednym z 
najważniejszych skutków układu Sikorski-Majski.

Ogromne znaczenie dla deportowanych miało pojawienie się polskiego słowa 

drukowanego. Choć organ prasowy ambasady "Polska" i pismo wojskowe "Orzeł 
Biały" docierały do stosunkowo nikłej części zesłańców, to przecież rola tych pism 
była nieporównanie większa, niżby świadczył o tym ich nakład. Teraz z polskich gazet 
ludzie dowiadywali się najważniejszych wiadomości, kolportowanych potem ustnie, 
mogli dowiedzieć się o losach innych polskich zbiorowości na obczyźnie, choćby 
fragmentarycznie zapoznać się z rzeczywistością w okupowanym kraju, przeczytać 
fragmenty arcydzieł polskiej literatury. Dla wielu dzieci polskich te gazety stawały się 
podręcznikami języka polskiego. To wszystko krzepiło ducha, podtrzymywało 
nadzieję.

Polskie placówki nie tylko przynosiły bezcenną pomoc materialną, ale stawały 

się jakby skrawkiem ojczyzny. "Od czasu do czasu chodziliśmy do miasta po 
wiadomości i cieszyć się tą namiastką wolności w Polskiej Delegaturze, gdzie 
wszystko było swoje, polskie, gdzie nabierało się otuchy na zmianę naszej sytuacji" - 
zapisał jeden z zesłańców. A w innej relacji czytamy: "Otuchą - dla nas Polaków - było 
już samo istnienie Polskiej Delegatury w Pawłodarze, a co dopiero jak już 
zauważalnie przejawiać poczęła swoją działalność. Przede wszystkim dokonywali 
spisu wszystkich Polaków przebywających i w Pawłodarze i w całej obłasti. 
Przygotowano dla Polaków Ťdowody tożsamościť. Arkusz A-4 podzielony na trzy 
części: w języku polskim, rosyjskim, angielskim. Dowodu tego strzegłam przez lata 
zsyłki jak źrenicy oka. Do tej chwili wszyscy byli Ťanonimamiť - bez Ťpapierkať. Z 
polskimi dowodami poczuliśmy się mocniejsi".

Pojawiający się w polskich skupiskach wysłannicy armii nie tylko przynosili 

szansę wyrwania się do wojska polskiego, a z czasem nadzieję na wyrwanie się z 
radzieckiej rzeczywistości. Byli też żywymi symbolami. Polski mundur, orzełki na 
czapkach i guzikach - to były elementy robiące ogromne, długo pamiętane wrażenie.

Oczywiście dla podniesienia nastrojów zasadnicze znaczenie miał konkretny 

wymiar pomocy materialnej i opieki ze strony ambasady i jej placówek. Wielokrotnie 
przecież oznaczała ta pomoc po prostu ucieczkę od najgorszego: od śmierci głodowej 
czy porażki w walce z szerzącymi się chorobami, oznaczała wydobycie się z 
łachmanów, uzyskanie szansy podjęcia pracy, dotąd niemożliwego z uwagi na brak 
odzieży czy obuwia. Była to zresztą nie tylko sprawa fizycznego przetrwania, ale i 
podniesienia głowy, poczucia się znowu człowiekiem, a nie zaszczuwanym 
zwierzęciem. To prawda, że pomoc nie docierała wszędzie i była dalece 
niewystarczająca. Ale też trudno przecenić jej materialne i moralne znaczenie, 
zwłaszcza w kontekście coraz większej nędzy panującej w ZSRR. Nie dziwi więc 
stwierdzenie zesłańca, iż wtedy zaczęły się dla Polaków "dobre czasy". Niestety, nie 
trwały one długo.

7

background image

Likwidacja delegatur, a następnie przejęcie polskich placówek opiekuńczych 

przez władze radzieckie, brutalnie przeprowadzona paszportyzacja, a wreszcie 
zerwanie przez Moskwę stosunków dyplomatycznych z rządem polskim, 
przeprowadzone w atmosferze antypolskiej nagonki propagandowej i oskarżeń o 
kolaborację z III Rzeszą, spowodowały, iż Polaków ogarnęły nastroje niepewności, 
obaw, strachu, zwątpienia i rozpaczy. Gdy w wyniku presji musieli przyjąć 
obywatelstwo ZSRR pojawiały się myśli: "My też jesteśmy teraz Sowietami. Już nikt o 
nas się nie upomni i chyba nigdy nie wrócimy do Polski". W takich okolicznościach 
każdy symptom zmiany tego położenia działał niezwykle silnie na nastroje: np. 
wypowiedzi Sikorskiego o konieczności przywrócenia stosunków polsko-radzieckich 
czy podróż polskiego premia na Bliski Wschód były z ogromnymi nadziejami 
odbierane jako zwiastun ponownej zmiany sytuacji.

Tym większym wstrząsem dla polskich skupisk w ZSRR musiała być wiadomość 

o śmierci gen. Sikorskiego. Z nim osobiście wiązano wielkie nadzieje, on 
symbolizował Polskę, perspektywę wolności i powrotu do kraju. Tragiczny charakter 
tego faktu był tym głębszy, że śmierć polskiego premiera nie była odległa w czasie od 
fali represji, jaka spadła na Polaków po zerwaniu stosunków polsko-radzieckich. W 
wielu relacjach właśnie z tym faktem łączone są stwierdzenia, że zapanowała "czarna 
rozpacz", "brak perspektyw", poczucie beznadziejności. "Ogół ogarnął przestrach i 
rozpacz" - czytamy w jednej z relacji. - "Zginął nie tylko naczelny wódz, ale cała nasza 
nadzieja na przyszłość i powrót do kraju".

Na tak kształtujące się nastroje nakładało się poczucie coraz większej 

beznadziejności położenia bytowego. Po bardzo trudnych poprzednich latach, po 
przerwaniu działalności opiekuńczej polskich placówek, w sytuacji, gdy wyczerpały 
się już wszystkie zasoby, a za najcięższą nawet pracę trudno było Polakom uzyskać 
pożywienie wystarczające do przeżycia, perspektywy rysowały się w najczarniejszych 
barwach. Polacy tracili nadzieję na przeżycie, a tym bardziej na wyzwolenie.

"Coraz częściej zaglądało widmo beznadziejności, załamywania się i strachu 

przed oczekującą nas najbliższą przyszłością".

Podjęcie działania przez ZPP w środowiskach polskich przyjmowane było w 

sposób zróżnicowany. O jego istnieniu dowiadywano się zresztą nie od razu, a do 
niektórych skupisk wieść ta dotarła bardzo późno. Tak czy inaczej wywoływała ona 
wątpliwości i rozterki, choć poruszała nieraz głęboko. Przesłanek do wątpliwości i 
nieufności wszak nie brakowało. Dopiero co zostały zlikwidowane placówki polskiej 
ambasady, zerwano stosunki z rządem polskim, większości Polaków narzucono 
ponownie obywatelstwo radzieckie, uciekając się przy tym do brutalnych metod 
nacisku i przemocy. W propagandzie opluwano ten rząd i związane z nim środowiska, 
oskarżano go o kolaborację z Niemcami, przypisywano mu faszystowski charakter, a 
czynnie uczestniczyli w tym ludzie firmujący swymi nazwiskami powstającą 
organizację. Co bardziej świadomi i zorientowani zdawali sobie sprawę z charakteru 
ZPP, z kierowania nim przez komunistów i z politycznej wymowy akcesu. Powstanie 
takiej organizacji i dywizji kościuszkowskiej przyjęto więc "burzą z piorunami", jak 

8

background image

określiła to jedna z pamiętnikarek. Zdecydowanie wrogie reakcje wywołały głoszone 
przez przywódców ZPP koncepcje rezygnacji z kresów wschodnich. Wizja Polski bez 
Lwowa potraktowana została jako produkt zaprzedania i Targowicy.

Z drugiej jednak strony ZPP zapewniał pewną pomoc materialną, ułatwiał 

organizowanie życia polskim środowiskom, był jedyną organizacją polską. To 
przemawiało za wiązaniem się z nim, powodowało, że przynajmniej w część Polaków 
"wstąpił nowy duch", tym bardziej, iż w jakimś sensie - przy wszystkich zastrzeżenia - 
działalność ZPP zaświadczała, że - jak napisała jedna z zesłanych - "o nas nie 
zapomniano, że dostrzeżono nas jako Polaków". Tym bardziej, gdy dzięki ZPP 
powstawać zaczęły polskie instytucje oświatowe i wychowawcze, wychodziła polska 
prasa i polskie książki, można było usłyszeć audycje radiowe w języku polskim, 
organizowano uroczystości związane z polskimi świętami. Po dotychczasowych 
przejściach, to właśnie było z pewnością bardzo ważne. Ten właśnie fakt, że ZPP był 
postrzegany jako organizacja polska i mogąca udzielić konkretnej pomocy, 
powodował, iż częstokroć bez większych dyskusji zapisywali się doń prawie wszyscy 
Polacy w danym miejscu. Pytanie czy zapisać się do ZPP było jednak żywo 
dyskutowane w wielu polskich środowiskach, tych o wyższym poziomie świadomości 
społecznej i politycznej, zwłaszcza w kontekście perspektywy powrotu do kraju, a 
więc sprawy dla Polaków najważniejszej. Powstanie ZPP i rozwinięcie przezeń 
aktywności obudziło nadzieje, a nawet pewność na ten powrót, a zarazem 
wyznaczało pole odniesienia się do samego Związku, niezależnie od oceny sił 
politycznych nim sterujących.

Niemniej jednak nastroje wśród ludności polskiej zdominowane były raczej 

przez warunki bytu, a te zimą 1943/1944 były szczególnie trudne. Nieurodzaj 1943 r. i 
rosnące obciążenia na rzecz państwa i frontu postawiły większość Polaków w 
Kazachstanie w obliczu ostatecznych zagrożeń związanych z głodem. "Nikt nie 
słuchał radiowych komunikatów z frontu, nikt nie czytał gazet. Ludzie przestali się 
pozdrawiać. Przestali sobie współczuć. Zrobili się twardzi, nieczuli. Wszyscy mieli na 
twarzach wypisany stygmat strachu przed najokrutniejszą żniwiarką świata: głodową 
śmiercią". Taki obraz przedstawiła jedna z mieszkających w Kazachstanie Polek. Być 
może jest on przerysowany, indywidualne doświadczenie rozciąga na całą 
zbiorowość, ale tragizm ówczesnego położenia jest obecny w większości relacji 
kazachstańskich odnoszących się do tego właśnie okresu. "Coraz częściej zaglądało 
widmo beznadziejności, załamywania się i strachu przed oczekującą nas najbliższą 
przyszłością" - zanotował inny Polak. 

Sytuacja zmieniła się nieco w 1944 r. Pojawiły się zresztą nowe ważne czynniki 

kształtujące nastroje ludności polskiej. Oczywiście, nadal wielki wpływ wywierała na 
nie codzienna udręka, ustawiczne borykanie się z nędzą i wszystkimi zjawiskami 
występującymi już wcześniej. Ale jednak od zbiorów 1944 r. żyło się już nieco lżej. W 
1945 r. na większą skalę docierała pomoc zagraniczna i od rządu polskiego. 
Równocześnie jednak nasilały się rozmaite obawy i niepokoje związane z 
perspektywą dalszych losów. Wyzwolenie w 1944 r. spod okupacji hitlerowskiej części 

9

background image

ziem polskich rozbudziło wśród Polaków w ZSRR nadzieję na rychły już powrót do 
kraju. Wzmocniły te nadzieje decyzje władz radzieckich dotyczące statusu prawnego 
części ludności polskiej, a mianowicie dekret Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 22 
VI 1944 i 14 VII 1944 r.o prawie przyjęcia obywatelstwa polskiego przez przez 
obywateli radzieckich narodowości polskiej pełniących służbę wojskową w armii 
polskiej w ZSRR, pomagających tej armii w walce o wyzwolenie Polski spod okupacji 
niemieckiej oraz przez rodziny tych obywateli. Powstawały tym samym przesłanki 
przygotowań do rychłej, jak wielu sądziło, repatriacji. Tymczasem część ludności 
przesiedlono na Ukrainę, natomiast powrót do ojczyzny ciągle nie następował.

Koniec wojny nie stanowił, jak można sądzić na podstawie źródeł 

pamiętnikarskich, istotnego momentu w kształtowaniu się nastrojów polskich 
zbiorowości. Niewiele osób w ogóle odnotowało ten fakt w swych relacjach. Zapewne 
pozostawał w cieniu odczuć związanych z oczekiwaniem na powrót do kraju. Zresztą 
do niektórych skupisk wiadomość o zakończeniu działań zbrojnych w Europie 
docierała ze znacznym, kilkutygodniowym nawet opóźnieniem, niczego przy tym nie 
zmieniając w położeniu Polaków. Przynajmniej w niektórych środowiskach 
zakończenie wojny nie wywołało entuzjazmu także i dlatego, że dostrzegano skutki 
zajęcia Polski przez wojska radzieckie, rozumiano tragedię powstania warszawskiego 
i pamiętając o wrogości ZSRR wobec "pańskiej Polski" nie wyciągano z tego 
wszystkiego optymistycznych wniosków na przyszłość.

Rachuby na bliski powrót do Polski tworzyły swego rodzaju nastroje 

"walizkowe": ludzie z dnia na dzień oczekiwali zasadniczych decyzji i informacji o 
wyjeździe. Na to nakładały się uczucia związane z decyzjami terytorialnymi. Znaczna 
część ludności polskiej w Kazachstanie uświadamiała sobie, że wprawdzie może 
wrócić do Polski, ale nie w rodzinne strony. Z tym wiązały się obawy o losy 
najbliższych pozostawionych na dawnych kresach, o możliwość ponownego z nimi 
połączenia.

Władze ZPP z jednej strony starały się możliwie najszerzej rozwijać akcję 

propagandowo-wyjaśniającą, odnoszącą się do zmiany terytorialnych i ustrojowych 
powojennej Polski, z drugiej strony apelowały do nowych władz Polski o wydanie 
oficjalnych oświadczeń w sprawie powrotu Polaków do kraju. Między innymi 
spowodowano wygłoszenie stosownych przemówień radiowych przez Wandę 
Wasilewską i Zygmunta Modzelewskiego (sprawującego funkcję ambasadora w 
Moskwie), których teksty opublikowano następnie w "Wolnej Polsce". Wypowiedzi te 
wpłynęły ponoć rzeczywiście na pewne uspokojenie nastrojów i złagodzenie 
niepokojów. Niemniej przedłużające się oczekiwanie na powrót do Polski generowało 
amtosferę nerwowości, a nawet zwątpienia. Nowym impulsem stało się podpisanie 6 
lipca 1945 r. umowa między Tymczasowym Rządem Jedności Narodowej a rządem 
ZSRR o prawie do opcji i repatriacji Polaków i Żydów z głębi ZSRR. Po podpisaniu tej 
umowy władze ZPP podjęły w centrali i w terenie energiczne działania zmierzające do 
przygotowania transferu ludności. Powoływano komitety repatriacyjne, prowadzono 
szeroką kampanię propagandową, organizowano wiece i zebrania informacyjne itp., 

10

background image

co utwierdzało ludność w przekonaniu, iż repatriacja jest sprawą dni, w najgorszym 
razie tygodni. Jako pierwszy w głębi ZSRR powstał komitet repatriacyjny w Kzył 
Ordzie.

Tymczasem nic z tych nadziei nie ziszczało się i było coraz bardziej oczywiste, 

że w 1945 r. przemieszczenie ludności polskiej nie nastąpi. Wprawdzie pewna liczba 
Polaków opuściła Kazachstan indywidualnie, na podstawie imiennego wezwania ze 
strony rodzin z tzw. Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi i stamtąd wraz z 
przesiedlaną ludnością przeniosła się na nowe terytorium Polski, ale zasadnicza 
część byłych zesłańców z rosnącym niepokojem czekała na dopełnienie swego losu. 
Wraz z upływem czasu nastroje ulegały zdecydowanemu pogorszeniu, były bliskie 
załamania. Ponownie zaczęły szerzyć się wieści, że Polacy nigdy nie zostaną 
wypuszczeni z ZSRR. Do tego dochodziły odgłosy wydarzeń w Polsce, informacje o 
przebiegu okupacji niemieckiej i losach, często tragicznych, środowisk, z których 
wywodzili się zesłańcy, a także z Zachodu o stratach polskiej armii, w której przecież 
wielu miało swych ojców, braci i synów. Dopiero sprawne przygotowania do zimy i 
zarządzenia zapowiadające oficjalne prawo opcji obudziły nadzieje i zaufanie w 
perspektywę repatriacji. ZPP rozwinął szeroką działalność polityczno-propagandową. 
Odbywały się liczne zebrania, zaktywizowano sekcje artystyczne i pracę świetlic, na 
niespotykaną wcześniej skalę prowadzono akcję prelekcyjną. Wszystko to miało z 
jednej strony uspokoić ludność i utwierdzić ją w przekonaniu, że nowe władze Polski 
dokładają starań o zapewnienie jej jak najlepszego losu, z drugiej strony przygotować 
byłych zesłańców do funkcjonowania w nowych realiach i zadbać, by stali się ich 
rzecznikami. Warto jednak przytoczyć komentarz Polki doświadczającej tych przeżyć: 
"Dopiero teraz zrozumiałam przyczynę odłożenia repatriacji. To nie kraj, lecz my nie 
byliśmy Ťprzygotowaniť do życia w nowej ojczyźnie. Zaczęły się więc prelekcje, 
pogadanki Ťinformacyjneť, dyskusje, wieczory przyjaźni, wiece. Robiono wszystko, co 
było możliwe, by znieść narosły osad uraz i żalów. Ludziska na to masowe 
Ťuświadamianieť odpowiadali masowym milczeniem. Nie było argumentu, który by 
tym zżartym cierpieniem i tęsknotą wygnańcom otworzył usta. [...] ŤWychowanieť szło 
opornie".

Zasadniczą zmianę przyniosły dopiero bezpośrednie przygotowania do wyjazdu 

i sama repatriacja. Spełniały się wreszcie nadzieje i najgorętsze pragnienia. Ci, co 
przetrwali przeżywali chwile euforii, gdy otrzymywali dokumenty wyjazdowe i - nieraz 
po długim oczekiwaniu - wsiadali zńow do wagonów, tym razem by udać się w podróż 
do kraju. "Wracaliśmy także w wagonach towarowych z półkami" - wspomina jedna z 
Polek nie bez cienia goryczy. - "Tylko że tych wagonów tym razem trzeba było o wiele 
mniej, bo wielu tam zostało na zawsze, wielu nie wypuścili, a ci, co wracali, byli 
prawie dosłownie goli, bez żadnego bagażu. Wracaliśmy do nowej, ale innej biedy - 
do naszej polskiej biedy". Wracano radośnie, ale przecież nie bez obaw, że "Polska 
już nie ta, że Polska jest w tej chwili pod zarządem rosyjskim" "Nasza ogromna 
radość przeplatała się ze smutkiem - zapisała inna repatriantka - bo każdy z nas na 
tej ziemi pozostawił osobę najbliższą, najdroższą, jedną lub więcej". Nie mógł też 

11

background image

poprawiać nastrojów fakt, iż wracali wynędzniali, obdarci, bez żadnego niemal 
dobytku.

Po długiej, uciążliwej podróży, nie pozbawionej wielu przykrych momentów, 

choć tym razem w otwartych wagonach i z nieporównanie lepszą aprowizacją, po 
niejednej jeszcze chwili dramatycznej, docierali do granicy. Charakterystyczne, że w 
niewielu relacjach spotkać można szczegółowe opisy tego, zdawać by się mogło, 
niesłychanie ważnego momentu. Trudno się dziwić - wszak dla wielu byłych 
zesłańców było to ostateczne rozstanie nie tylko z dalekim Kazachstanem, "ziemią 
niewoli", ale i z rodzinną ziemią, z "małą ojczyzną". Wjeżdżali do nowej Polski, nowej 
w sensie terytorialnym i ustrojowym. A jednak warto na zakończenie przytoczyć słowa 
jakże znamienne i w ostatecznym rachunku chyba najważniejsze: "Przekroczyliśmy 
granicę przed świtem. Ktoś usłyszał okrzyk Ťhaloť, wszyscy się zerwali ze snu, z 
radości płakali i krzyczeli - n a s z a P o l s k a" (podkr. - S.C.).

12