background image

Boris

AKUNIN

Fantastyka

Z rosyjskiego przełożył

Jerzy Czech

background image

Tytuł oryginału

FANTASTIKA

Projekt graficzny serii

Cecylia Staniszewska

Ewa Łukasik

Zdjęcie na okładce

Playboy Archive/Corbis

Redaktor prowadzący

Ewa Niepokókzycka

Redakcja

Elżbieta Rawska

Redakcja techniczna

Małgorzata Juźwik

Korekta

Maciej Korbasiński

Jadwiga Piller

Copyright © B. Akunin, 2005

Copyright © for the Polish translation by

Bertelsmann Media sp. z o.o., 2007

Świat Książki

Warszawa 2007

Bertelsmann Media sp. z o.o. ul. Rosola 10, 02-786 Warszawa

Skład i łamanie

Plus 2

background image

Druk i oprawa

GGP Media GmbH, Póssneck

ISBN 978-83-247-0101-8

Nr 5387

background image

I

D

AR

 

PRZYPADKOWY

background image

Rozdział pierwszy

Wypadek o znaczeniu lokalnym

Gdyby to się zdarzyło dekadę później, w łasej na „czarne” wiadomości epoce kapitalizmu, o 

tragedii doniosłyby natychmiast wszystkie gazety i stacje telewizyjne. Ale radzieckie środki 

masowego przekazu nie miały zwyczaju niepokoić obywateli drobiazgami. Pod względem 

liczby ofiar wypadek miał „znaczenie lokalne”, dlatego milczał o nim program telewizyjny 

„Czas” i główne organy prasowe. Z centralnych gazet jedynie tygodnik milicji drogowej „O 

bezpieczeństwo ruchu” zamieścił na ostatniej stronie w rubryce „Kronika wypadków” krótką 

notkę.

OBWÓD   MOSKIEWSKI,   REJON   BASMANOWSKI.   10   maja.   Na   drugim  

kilometrze Szosy  Kolinogórskiej autobus linii podmiejskich wypadł na zakręcie z 

trasy i uległ rozbiciu. Są ofiary w ludziach. Dochodzenie w tej sprawie wykazało, że 

przyczyną wypadku był poważny błąd kierowcy, który nie opanował pojazdu.

Obwodowej   gazecie   „Sztandar   Leninowski”   specjalną   uchwałą   biura   komitetu 

obwodowego pozwolono dać dziesięć linijek petitem. Co prawda razem z nagłówkiem.

Podnieść poziom wyszkolenia

Na   zebraniu   aktywu   gospodarczego   organizacji   partyjnej 

zakładów   Mosobwspołsamtrans   rozpatrzona   została   sprawa 

niedawnej   katastrofy   autobusu   podmiejskiego   linii   685 

(Zwienigorod   -   stacja   Pierchuszkowo),   której   skutkiem 

były   ofiary   w   ludziach.   Członkowie   partii   zażądali   od 

kierownictwa   zakładów,   by   podjęło   starania   mające   na 

background image

celu   podniesienie   poziomu   wyszkolenia   kierowców. 

Postanowiono   zorganizować   na   wszystkich   trasach   Miesiąc 

Bezpieczeństwa Ruchu.

I tylko rejonowa „Basmanowska Prawda” wydrukowała dosyć szczegółowy opis tego, co 

się   stało.   Nie   można   było   zresztą   postąpić   inaczej,   bo   o   wydarzeniu   mówiono   w   całym 

rejonie, a w dodatku opowiadano różne bzdury: że autobus wjechał rzekomo na pełnym gazie 

w kolumnę marszową Dywizji Tamańskiej, rozbił się o stalowe opancerzenie, a zginąć miało 

prawie stu pasażerów.

Żeby   w   zarodku   stłumić   rozprzestrzenianie   się   plotek   rzucających   cień   na   honor 

czołgistów   z   dywizji   gwardyjskiej,   odznaczonej   Orderem   Czerwonego   Sztandaru   (którzy 

faktycznie owego dnia odbywali manewry, ale w całkiem innym miejscu), redakcja podjęła 

śmiałą decyzję: przydzieliła drażliwemu społecznie materiałowi całe pół szpalty na drugiej 

stronie. Zamierzano przy tym jednak przenieść akcent z negatywów na pozytywy, tak by 

artykuł, pomimo tragicznej treści, nie miał pesymistycznego wydźwięku, głosił natomiast 

afirmację życia.

Trzeba przyznać, że to się udało.

W czepku urodzeni

Majowy wieczór był rześki i pogodny, nad brzegami rzeki Moskwy snuła się 

leciutka, zwiewna mgła. Piękny dzień zbliżał się do końca; światełka zapalające się 

w   oknach   wiejskich   domów   i   dacz   stwarzały   nastrój   przytulności.   Nic   nie 

zapowiadało nieszczęścia.

Podmiejski autobus pracowicie wzbijał tumany pyłu na Kolinej Górze, jadąc w 

stronę   Szosy   Rublowsko-Uspienskiej.   Ludzi   było   niewielu   -   w   sobotę   główny 

strumień pasażerów, jak wiadomo, kieruje się ze stolicy w stronę obwodu, a nie na 

odwrót.

Sosny na sławnym osiedlu luminarzy nauki i sztuki spokojnie szumiały nad 

pustą   szosą,   wzmagając   senną   atmosferę.   Natura   spała,   spał   sosnowy   bór, 

pasażerom   również   opadały  głowy.   Kto   wie,   może   i   trzydziestoośmioletni   Sz., 

kierowca autobusu, zdrzemnął się na chwilę na swoim fotelu. Tak czy owak, temu, 

background image

co   się   stało,   zapobiec   już   nie   można.   Na   ostrym   zakręcie   wielotonowy  pojazd 

zniosło na przeciwny pas...

Specjaliści   spróbowali   odtworzyć   przebieg   zdarzenia.   Sądząc   po   śladach 

hamowania, tym żałobnym zawijasie, który pozostał na asfalcie, pojazd musiało 

znieść najpierw w lewo, a potem gwałtownie rzuciło go w prawo.

Oto rekonstrukcja zdarzenia, dokonana przez sztab dochodzeniowy, w którego 

skład weszli najbardziej doświadczeni funkcjonariusze prokuratury i pracownicy 

inspekcji drogowej.

Do   wypadku   doszło   wskutek   tragicznego   splotu   dwóch   czynników.   Po 

pierwsze,   nieuwagi   kierowcy,   który   próbując   się   utrzymać   na   nawierzchni, 

zmuszony   był   uciec   się   do   gwałtownego   hamowania.   Po   drugie,   leżącego   w 

poprzek drogi kloca. Zablokowane przednie koła najechały na przeszkodę, wskutek 

czego autobus dosłownie stanął dęba i sam zmiażdżył się własnym ciężarem. Co 

prawda kloc drewna znaleziono nie na drodze, ale w rowie, piętnaście metrów od 

miejsca wypadku, eksperci jednak zakładają, że został odrzucony siłą uderzenia.

W   zasadzie   wszystkie   dziewiętnaście   osób,   które   znajdowały   się   się   w 

zmasakrowanym autobusie, powinny były zginąć. Wydarzył się jednak prawdziwy 

cud!   Dwaj   młodzi   pasażerowie,   który   zajmowali   tylne   siedzenia,   R.,   uczeń 

dziesiątej   klasy,   i   S.,   uczeń   technikum,   wyszli   cało   z   wypadku.   I   to   nie   tylko 

przeżyli, ale w dosłownym sensie wyszli cało! Obaj chłopcy oczywiście znajdują 

się w stanie szoku, ale lekarze naszego szpitala rejonowego im. Siemaszki, którzy 

gruntownie ich zbadali, zapewniają stanowczo, że nie odnieśli oni poważniejszych 

obrażeń. W dawnych czasach o takich szczęściarzach powiedziano by „w czepku 

urodzeni”. My jednak powiemy inaczej: „Chłopcy, urodziliście się jakby po raz 

drugi. Czeka was piękne, ciekawe życie. Warto, abyście przeżyli je godnie”.

Korespondent   nic   nie   skłamał   i   nie   przekręcił   -   uczciwie   opisał   wszystko,   czego 

dowiedział się w sztabie dochodzeniowym. Może poza jedną, drugorzędną okolicznością, 

która wytworzyłaby tylko niepotrzebny zamęt w głowach czytelników. Chodzi o to, że w 

background image

sprawie sławetnego kloca eksperci mieli poważne wątpliwości. Po pierwsze, kloc był cały, nie 

nosił żadnych śladów uszkodzeń, a po drugie, sądząc po warstwie kurzu, musiał leżeć w 

rowie   przynajmniej   kilka   godzin.   Ekipa   dochodzeniowa   nie   potrafiła   jednak   przedstawić 

żadnej   innej,   choćby   trochę   wiarygodnej   wersji   zdarzenia,   a   kierownictwo,   jak   to 

kierownictwo,   nalegało   na   szybkie   ustalenie   przyczyn.   Dlatego   też   winę   za   „wypadek 

drogowy,   który  pociągnął   za   sobą   śmierć   dwóch   lub   więcej   osób”,   przypisano   niememu 

drzewu oraz równie milczącemu kierowcy Sz., którego zdeformowane szczątki w tym czasie 

spoczywały już na cmentarzu w Basmanowie.

Nikt zatem się nie dowiedział, co naprawdę stało się wieczorem 10 maja 1980 roku na 

drugim kilometrze Szosy Kolinogórskiej.

R., uczeń dziesiątej klasy

Rob nie czuł zimna, dopóki kluczył między wysokimi płotami, szukając najpierw szosy, a 

potem przystanku autobusowego. Trzy drinki (prawdziwa whisky z prawdziwą wodą sodową) 

jeszcze nie wywietrzały z głowy, poza tym marsz go rozgrzewał. No i oczywiście nerwy 

robiły swoje.

Roba trzęsło ze złości i z poczucia krzywdy; to już krewa, kanał, kompletny syf, do budy 

lepiej nie chodzić. A zostało mu jeszcze trzy tygodnie nauki, i potem tylko egzaminy. A może 

skończyć ze sobą? Nie, bez kitu. Tak czy siak, jest po wszystkim, koniec, po takim wstydzie. 

Żeby chociaż zepsuć gnojkom bal maturalny. Nazamawiali u starych włoskich garniturów, 

naszyli sukienek u Stawy Zajcewa. Będziecie chodzili w czerni, a może ktoś nawet zapłacze, 

mściwie rozmyślał Rob, wpatrując się w zardzewiałą tabliczkę z rozkładem jazdy. Ostatni 

autobus o 22.45, teraz jest za dwadzieścia jedenasta. Przynajmniej tym razem miał szczęście.

Ale   minęło   pół   godziny   i   stało   się   jasne,   że   rozkład   jest   zupełnie   fikcyjny,   z 

rzeczywistością nie ma żadnego związku. Ostatni autobus albo już przejechał, albo w ogóle 

nie pojedzie.

Rob spróbował złapać okazję i niepewnie uniósł kciuk - zachodnim zwyczajem - ale 

samochodów   było   mało   i   oczywiście   żaden   się   nie   zatrzymał.  A  potem   droga   w   ogóle 

opustoszała. W górze sosny i czarne niebo, wokoło szare parkany. I zimno, kurde mol, jak 

zimno!

background image

Szczękał   zębami   pod   rozbitą   latarnią,   pochlipywał,   mełł   w   ustach   przekleństwa   - 

rosyjskie i angielskie.

Idiotyczna, bezsensowna sytuacja, całkiem w duchu całej jego zasranej biografii. Wrócić 

na   daczę?   W   życiu,   to   lepiej   już   zdechnąć   tu   z   zimna.   Iść   na   piechotę?   To   dobrych 

dwadzieścia pięć kaem, do linii okrężnej metra. W kieszeni pięćdziesiąt kopiejek, a za darmo 

chuja tam kto powiezie, tu nie Kalifornia.

Poczerwieniał ze złości, kiedy przypomniał sobie, jak stracił drogocenną piątkę. Przez 

dwa miesiące oszczędzał forsę, nie jadł śniadań w bufecie. Chciał zaszpanować przed Reginą, 

kupił węgierski dżin Marina za cztery pięćdziesiąt. A Reginka tylko skrzywiła nos, u niej na 

stole stały wyłącznie trunki z „Bieriozki”, za waluty: dżin Beefeater, whisky Teachers czy 

nawet ajerkoniak Adwokat. No więc schowała po cichu demoludowe siki świętej Weroniki, a 

Rob udał, że tego nie widzi.

-   Nie   warto   było   się   pchać   ze   swoim   bimberkiem,   szanowny   Robercie   Łukiczu   - 

powiedział na głos.

Imię odojcowskie dodawał do własnego tylko w przystępie ostatecznego masochizmu. 

Robert Łukicz! Kombinejszyn nie dla nerwowych. Już za samo to powinno się było starych 

pozbawić praw rodzicielskich.

Nazwisko   Rob   miał   nawet   niezłe,   dobrze   brzmiące:   Darnowski.   Że   dziadek   nazwał 

starego „Łuka”, to też zrozumiałe. Przecież był duchownym, a czego można wymagać od 

byłego popa? Ale tatulek, pieprzony kajakarz! Albo mamińska, pracownica kultury! Co za 

ptasi móżdżek trzeba było mieć, żeby dać synowi na imię „Robert”?! To dla nich, dla tych 

debilów z lat sześćdziesiątych, idolem był poeta Robert Rożdiestwienski. Mamińska nawet 

teraz czasem zamyka oczy i zaczyna: „Bluźnierczo kocham życie! Lecz przyjdzie taka pora, 

że - nocą czy o świcie - i ze mną się upora”. Eeech, rzygać się chce.

Robert Łukicz Darnowski, no jak? Można się zsikać ze śmiechu!

Póki człowiek jest młody, to jeszcze ujdzie, ale co będzie, jak się zestarzeje? Na szczęście 

do tego jeszcze daleko, jakieś dwadzieścia lat. Może zdąży już wyjść z mody to idiotyczne 

posługiwanie się imieniem odojcowskim i będzie u nas tak jak w Ameryce: po prostu Robert 

Darnowski. A jeszcze lepiej Rob albo Robbie. Jankeski prezydent Carter ma na imię po prostu 

Jimmie i już, a nie James Łukicz, czy jak mu tam po ojcu.

Haniebna nieprzemakalna kurteczka nie grzała, tylko okropnie szeleściła, więc Rob cały 

background image

ładunek mizantropii skierował na swego bohaterskiego rodzica, bo to właśnie on kupił kurtkę. 

Na   urodziny.   Rob   widział   te   produkty   przodującego   radzieckiego   przemysłu   lekkiego   w 

sklepie z przecenionymi towarami, za czternaście rubli. Pewnie, starszy inżynier pensyjkę ma 

podłą, a jeszcze alimenty dla mamińskiej, no i w dodatku zafundował sobie dwójkę nowych 

bachorów. Już by lepiej nic Robowi nie dawał. Albo dał pieniądze. A tak to niech go cholera. 

To właśnie przez starego Rob miał przerąbane. Uczyłby się w normalnej szkole, z dziećmi 

zwykłych   rodziców,   i   czułby   się   nie   gorzej   niż   reszta.   Na   nieszczęście   koło   ich   domu 

znajdowała się sławetna szkoła numer dwanaście, gdzie nie przyjmowano byle kogo; ale 

tatulek wyniuchał, że jest jakiś procent miejsc zarezerwowanych dla dzieci z dzielnicy, polazł 

aż do Wydziału Oświaty i w końcu wepchnął syna do tej elitarnej budy. „Niech się chłopak 

uczy języka, przyda mu się w życiu”.

Takich   jak   Rob,   przyjętych   w   ramach   procentu,   w   klasie   nazywano   „tubylcami”. 

„Tubylcy” nie mieszkali w samodzielnych mieszkaniach, tylko w komunalnych, nie jadali 

domowych kanapek z szynką, tylko szkolne śniadania, i nie jeździli latem do starych do 

Waszyngtonu   albo   Tokio,   ale   na   obozy   pionierskie.   Po   ośmiu   latach   w   dwunastce 

rozgęszczano   klasy   i   wszystkich   tubylców   wypieprzono   w   cholerę,   tak   że   poszli   do 

zwyczajnej szkoły. Ocalało tylko dwóch: Szyłow, którego ojciec był inwalidą wojennym, i 

Darnowski, za bardzo dobre stopnie.

Szczęśliwa   młodość   upływała   Robowi   następująco:   wstawał   o   szóstej,   bo   z 

Nowogiriejewa,   gdzie   mamińskiej   dali   mieszkanie   w   ośmiopiętrowym   bloku,   do   szkoły 

jechało się półtorej godziny. Siedział w pierwszej ławce, skrobał pracowicie swoim piórem 

kulkowym  za   trzydzieści  pięć  kopiejek  -  w   całej  klasie  takimi   pisali   tylko  on  i   Szyłow, 

pozostali głównie parkerami. Kiedy nikt na niego nie patrzył (to znaczy prawie zawsze), 

zerkał ukradkiem na Reginkę Kirpiczenko, bohaterkę romantycznych i erotycznych snów. Ta 

oczywiście nawet się tego nie domyślała, bo była seksbombą, córką dyplomaty i w ogóle 

egzystowała w przestrzeni, która z wielkopłytowym Nowogiriejewem w żadnym punkcie się 

nie przecinała.

Jeden jedyny raz przeszedł Rob na drugą stronę jej czarodziejskiego lustra, i jaką porutą 

się to wszystko skończyło!

Pociągnął nosem, zakrztusił się zimnym powietrzem, zaczął kaszleć. Z piersi wydobyło 

się żałosne bulgotanie, a Rob pomyślał: no świetnie, zapalenie płuc, będę chorował do końca 

roku  szkolnego,  a   potem  tylko  zdam  egzaminy i   cześć,  na   balu  maturalnym  jakoś  sobie 

background image

poskaczecie beze mnie.

Ale przecież nie będzie nocował na tym pieprzonym przystanku. Jeszcze naprawdę tu 

zdechnie jak pies pod płotem.

Wcisnął głowę w ramiona, zgiął ręce w łokciach i podreptał przed siebie. Żeby chociaż 

dostać się do zakrętu na Szosę Rublowsko-Uspienską. Może jednak ktoś podwiezie go do 

Moskwy za pięćdziesiąt kopiejek. Nie, za czterdzieści pięć, przecież piątka musi zostać na 

metro.

Przeszedł jakieś sto metrów, gdy nagle z tyłu usłyszał terkot silnika. Obejrzał się - zza 

rogu najpierw wychynęły smugi reflektorów, potem ukazała się szara, prostokątna bryła.

Czyżby to autobus? „By zebrać ich wszystkich, idących na dno, z bulwarów, rozbitków”

*

, 

jak śpiewał Okudżawa mamińskiej?

Co sił w nogach Rob popędził z powrotem pod betonowy daszek i jeszcze zamachał 

rękami. A nuż się nie zatrzyma?

Ale   autobus   przystanął.   Wydał   z   siebie   ciężkie   westchnienie,   jak   gdyby   chciał 

powiedzieć: „Oj, jak mi wszyscy obrzydliście”, i otworzył drzwi.

Jeszcze nie wierząc w niespodziewany sukces, Rob wdrapał się po stopniach.

W   środku   paliło   się   słabe   światło,   radio   darło   się   (w   moskiewskiej   komunikacji 

publicznej coś takiego byłoby nie do pomyślenia), za szybą ziewał kierowca.

- Proszę opłacić przejazd - zahuczał głośnik, zagłuszając jazgot tranzystora. - Dziesięć 

kopiejek.

Rob rzucił monetę do kasy, oderwał dwa pięciokopiejkowe bileciki.

Gdzie by tu usiąść?

Ludzi w autobusie nie było dużo. Wszyscy co do jednego spali rozwaleni na siedzeniach 

- jedni parami, inni w pojedynkę. Rob nie miał ochoty przepychać się do okna, więc ruszył 

przejściem, wypatrując miejsca bez chrapiącego sąsiada.

Dotarł tak aż do końca autobusu. Co prawda tam też siedział jakiś chłopak, ale w samym 

kącie, a siedzenie było długie, więc Rob wcisnął się w drugi kąt. Chwilę się powiercił, żeby 

się wygodniej usadowić.

Zanim odwrócił się do okna, zerknął na chłopaka, ale dostrzegł tylko ciemny ponury 

*

 Przełożył Andrzej Mandalian.

background image

profil i nasuniętą na oczy cyklistówkę w stylu „trudne dzieciństwo”.

S., uczeń technikum

Na pewno trzeba było dać w łapę; dychę albo nawet dwadzieścia pięć rubli, ponuro 

rozmyślał   Szary.   Wtedy   by   się   i   łóżko   znalazło.   Tylko   skąd   wziąć   taką   forsę?   Stypa 

dwadzieścia dwa pięćdziesiąt na miesiąc, i wszystko zabiera Rożnow.

Z internatu gówno wyjdzie, to jasne. Znaczy się, cały rok przepadł na darmo. Na darmo 

Szary tłukł się kolejką podmiejską i autobusem aż do sąsiedniego rejonu, na darmo męczył się 

na praktyce w garażu. Szlag by trafił to całe technikum samochodowe, chodził tam tylko po 

to,   żeby   mieć   internat;   obiecali   mu,   że   po   pierwszej   klasie   dostanie   miejsce.   Żeby   nie 

mieszkać w domu, nie patrzeć co dzień na tego skurwiela Rożnowa.

„Są problemy z miejscami - powiedział administrator. - Może zimą coś się znajdzie. 

Musisz się dowiadywać, Dronow”. I jeszcze się, gnój, śmieje. No jasne, naprasza się, żeby 

coś mu dać. Przecież mają w internacie łóżko po jednym z trzeciej klasy, wypieprzyli go za 

chlanie.

Zresztą co za różnica, mają czy nie mają. Ważne, że nie dali.

No i co, musi jeszcze pół roku mieszkać z Rożnowem? Lepiej chyba zdechnąć. Chłopaki 

mówili, że jak się złoży podanie do komisji, to mogą wziąć do wojska na ochotnika już od 

siedemnastu lat. Byłoby fajnie. Ale do siedemnastu trzeba jeszcze dożyć (Szary miał urodziny 

dopiero we wrześniu).

Najgorzej, że rano, kiedy wyjeżdżał do technikum, myślał, że to już koniec, aut, że już 

nie wróci. Tak że zasunął Rożnowowi tekstem: „Tylko uważaj, gnido. Jak będziesz matkę lał, 

to cię załatwię”. Tamten ryknął, mało nie zleciał z sofy - cały czerwony, z obrzmiałym ryjem. 

„Coś powiedział, ty szczylu?!”. I zaczął bluzgać. Ale Szary już trzasnął drzwiami i zbiegał po 

schodach, przeskakując po dwa stopnie. Wiedział, że po pijaku ojczym go nie dogoni.

Ale też nie zapomni. Rożnowowi, nieważne, ile wypił, film się nigdy nie urywał. To był 

silny byk i prawdziwa kanalia. W młodości odsiedział dwa lata za nieumyślne zabójstwo - 

stuknął w bójce faceta, tamten przywalił głową o jakiś kant, i po zawodach. Ten wyczyn i 

odsiadka,   która   potem   nastąpiła,   były   najważniejszymi   wydarzeniami   w   życiu   Rożnowa. 

Wszystkie jego opowieści dotyczyły łagru, wszystkie piosenki znał stamtąd. W domu też 

background image

zaprowadził lagrowe porządki. Szary musiał więc niekiedy spać „pod pryczą” (czyli łóżkiem) 

i bywał „kiepskim” przez cały tydzień (to znaczy jadał nie przy stole, ale siedząc w kucki, 

dziurawą łyżką aluminiową), a czasem zostawał w ogóle bez żarcia - jeśli Rożnow wsadzał go 

do   karcu.   A   przedtem,   skurwiel,   recytował   z   pamięci   instrukcję:   „Odbywający   karę 

pozbawienia wolności, umieszczeni w izolatorze więziennym, nie mają prawa do widzeń, 

rozmów telefonicznych, otrzymywania produktów żywnościowych, listów oraz paczek”.

No, a co ojczym urządzi za dzisiejsze głupie gadanie, nawet strach było sobie wyobrażać. 

Do późnego wieczora Szary siedział w technikum, odwlekał czas powrotu, ale co ma się stać, 

to się stanie - ostatnim autobusem wrócił jednak do Basmanowa, gdzie Rożnow nie mógł się 

już go doczekać.

Najgorszy   w   ojczymie   był   zapach.   Pracował   jako   technik   sanitarny   w   administracji 

budynków, mycia nie uznawał, i przez to mieszkanie przesiąkło ohydnym, kwaśnym odorem. 

Jak to się stało, że matka poleciała na takiego śmierdziela? Jeszcze parę lat temu była z niej 

kobita do rzeczy, a życie z Rożnowem zmieniło ją w siwą staruchę - wiecznie pijaną i prawie 

tak samo brudną jak ten gnój.

Szary jednak nie winił matki, bo miała jeszcze gorzej niż on sam. Kiedy była trzeźwa, to 

cały czas ryczała. Z przedszkola, gdzie pracowała jako sprzątaczka, wychrzanili ją i jeszcze 

zagrozili, że złożą donos do sądu - bo tyle, mówią, nakradła naczyń i pościeli. A co miała 

robić? Gdyby nie dała ojczymowi forsy na wódę, toby ją wytłukł.

Ale   on,   Szary,   też   jest   niezły   palant.   „Załatwię”   -   powiedział   i   od   razu   dyla,   taki 

gówniany  obrońca.  A  Rożnow   już   pewnie   odegra   się   na   matce,   da   jej   do   wiwatu.  Taka 

rozgrzewka, zanim pasierb wróci.

A pasierb nigdzie nie uciekł i już dojeżdża do Kolinej Góry. Oj, dostanie od Rożnowa, 

dostanie jak nigdy dotąd, to już ma jak w banku.

Na przystanku ktoś wsiadł i zajął miejsce na tej samej ławce co Szary, tylko w drugim 

kącie. Okularnik, z Moskwy.

Kochanek Lady Własnołapskiej

W autobusie było jasno, a na zewnątrz ciemno, dlatego Rob widział swoje odbicie w 

oknie   prawie   jak   w   lustrze.   Widok   własnej   twarzy   nie   poprawił   mu   nastroju.   Parszywe 

background image

okularki   fasonu   „dożyjemy   do   poniedziałku”,   za   nimi   malutkie   oczka,   włosy   proste   jak 

patyki, czoło - pryszcz na pryszczu, i monumentalny nochal jak góra Ararat pośrodku bladych 

równin - spadek po babce Ormiance.

Ty pokrako o śmiesznym imieniu i bez przyszłości, powiedział Rob do swojego czarnego 

odbicia. Siedemnaście lat, a już przegrany na całej linii.

W chwili goryczy dalsze życie stanęło przed nim w całej swojej bezlitosnej oczywistości.

Bo   będzie   tak.   Najpierw   spróbuje   się   dostać   na   filologię,   na   szczęście   egzaminy  na 

uniwersytet są w lipcu. Zabraknie mu punktów, bo nie ma mocnych „pleców” i na egzaminie 

nie zapanuje nad nerwami. W sierpniu skapituluje. Pójdzie zdawać do pedagogicznej, gdzie 

absolwenta dwunastki oczywiście przyjmą z pocałowaniem ręki. Na czwartym roku, nękany 

przez hormony, ożeni się z taką samą jak on okularnicą, która da mu dopiero po ślubie. A 

potem przez dwadzieścia lat będą odkładali po dwadzieścia rubli z pensji na mieszkanie, tak 

jak Akakiusz Akakijewicz z Gogola na nowy płaszcz.

A jego weseli koledzy tymczasem ukończą swoje instytuty spraw międzynarodowych i 

rozjadą się po zagranicach. Za dziesięć lat, kiedy Rob będzie dymał po pracy z siatką na 

zakupy (to znaczy kefir i makaron), a wiatr naturalnie będzie wiał w oczy, przy chodniku 

nagle zatrzyma się elegancka łada albo nawet wołga, z której wychyli się Pietia Sołncew i 

krzyknie: „Darnowski! Robin-Bobin! Haj! Long tajm noł si! Nawet okulary masz te same! 

Siadaj, podwiozę!”. No i oczywiście nie będzie pamiętał, jak przy wszystkich, przy Regince, 

pogrążył kolegę do reszty. Krzywdę pamiętają tylko skrzywdzeni, winowajcy mają krótką 

pamięć.

O tym, że Regina Kirpiczenko urządza party na daczy, w klasie wiedziano już przed 

pierwszym maja. Jej starzy machnęli się na tydzień do Picundy, a córkę zostawili samą. 

Zawarli z nią dżentelmeńską umowę: niech pod żadnym pozorem nie zaprasza kumpli do 

mieszkania w Moskwie, gdzie są dywany, kryształy i drogi sprzęt, za to domek letni jest do jej 

całkowitej dyspozycji.

Rob   obserwował   ożywienie,   które   ogarnęło   klasę   (kogo   zaprosi,   a   kogo   nie),   jak 

Kopciuszek siostry wybierające się na królewski bal: nie żeby całkiem obojętnie, ale bez 

większego zaangażowania. Jego samego takie szczęście nie mogło spotkać, wszelkie więc 

intrygi i zabiegi nie miałyby sensu.

background image

No   i   nagle   piątego   maja,   po   godzinie   wychowawczej,   poświęconej   rocznicy  urodzin 

Karola Marksa, podchodzi do Roba Reginka, obdarza go łaskawym spojrzeniem i mówi:

- Robik, dziesiątego robię party. Na daczy, z noclegiem. Jak chcesz, to przyjedź.

Stała przy oknie oświetlona słońcem, włosy przewiązane granatową wstążką błyszczały i 

mieniły się, a Robowi zaschło w gardle, w skroniach mu załomotało, aż poczuł gorąco, a w 

piersiach, przeciwnie - chłód.

Była   taka   piękna!   Nawet   gdyby   jej   stary   był   nie   przedstawicielem   handlowym,   ale 

stróżem, to przygarbionemu okularnikowi taka laska w życiu by się nie dostała.

Była z niej nie tylko ładna, ale i równa dziewucha. Od razu się domyślił przyczyny tego 

niespodziewanego   zaproszenia.   Parę   dni   wcześniej   kuratorium   zrobiło   im   sprawdzian   z 

algebry, a Regince z matmą szło tak sobie. Rzuciła przez rząd ławek karteczkę: „SOS!”. Rob 

od razu zostawił swoją  pierwszą grupę, szybko rozwiązał zadania z drugiej  i w ten sam 

sposób odesłał z powrotem zgnieciony karteluszek. Tak że to nie na jego pryszcze poleciała 

Reginka; chciała po prostu odwdzięczyć się za pomoc na klasówce.

- Dziesiątego? - upewnił się jakby od niechcenia. - Chyba dam radę. Okej, przyjadę.

Ale nie zdołał utrzymać fasonu - rozpromienił się w uśmiechu.

Jednak   kiedy   oprzytomniał,   poczuł   się   okropnie.   W   co   się   ma   ubrać?   Przecież   nie 

pojedzie na daczę w granatowym szkolnym mundurku. Można sobie wyobrazić, ile tamci 

mieliby radochy. Im to dobrze z „Bieriozkami” i zagranicznymi łachami, a on nie ma nawet 

przyzwoitych dżinsów.

A jak trwoga, to do matki, bo więcej przecież nie miał do kogo. Wiedział, że mamińska 

chowa   jakieś   zaskórniaki,   w   końcu   nie   na   darmo   wieczorami   prowadzi   dwa   kółka 

zainteresowań w tej swojej bibliotece.

O markowych łachach nie było z nią sensu gadać, bo i tak by nie wyczuła. Do tej pory 

dżinsy   nazywała   „teksasami”,   a   adidasy  -   „tenisówkami”.   Dlatego   Rob   zaczął   mówić   w 

dostępnym   dla   niej   języku:   że   jest   tak   a   tak,   zaprosiła   go   jedna   dziewczyna   z   bardzo 

porządnej rodziny, więc nie chciałby wyglądać jak obdartus. Dotknął też romantycznej struny.

To  ostatnie  okazało  się   strzałem  bez   pudła.  Odkąd  stary dał   od  niej   nogę,  Lideczka 

Lwowna (tak matkę nazywali wszyscy jej współpracownicy) machnęła ręką na swój wygląd i, 

jak to się mówi, kompletnie spiczniała. Ani włosów nie ufarbuje, ani tapety nie nałoży na 

facjatę, a już jak się ubiera, to można tylko zaintonować marsza żałobnego. Ale czarodziejskie 

background image

słowa: „Wiesz, mamo, ta dziewczyna tak mi się podoba...”, podziałały na Lideczkę Lwownę 

jak dźwięk trąbki na starego konia kawaleryjskiego: potrząsnęła półroczną ondulacją, błysnęła 

oczami i zarecytowała ulubionego poetę:

- „Starym sportowcom śnią się rekordy, poetom śnią się nowe pomysły, a zakochanym w 

mieście ogromnym śnią się bezludne wyspy!”.

-   No   właśnie   -   przytaknął   Rob.   -   Rozumiesz,   mamo,   tam   na   daczy   wszyscy   będą 

odstrzeleni, w markowych ubraniach, a ja w czym pójdę? W dresach i pionierkach?

- Wszystko rozumiem, możesz się nie martwić - powiedziała mamińska tonem dobrej 

wróżki.

Prawdę mówiąc, Rob nie pokładał w niej specjalnych nadziei, ale Lideczka Lwowna 

wzniosła się na wyżyny matczynej miłości: poszła do komitetu, narobiła szumu, powołała się 

na wszystkie socjalistyczne świętości i wydębiła talon na prawdziwe adidasy z trzema białymi 

paskami i symbolem olimpiady. Z wierzchu były zamszowe, w środku zachwycająco miękkie 

- Rob obejrzał je, obmacał i ucieszył się.

W   rezultacie   pojechał   na   daczę   w   dobrym   nastroju,   bo   wyekwipował   się   dosyć 

przyzwoicie:   rumuńska   koszula   w   pomarańczowo-zieloną   kratkę   wyglądała   znośnie, 

nieprzemakalną kurtką przewiązał się w pasie, żeby zasłaniała marne indyjskie dżinsy, za to 

buty miał naprawdę ekstra.

Kiedy jednak dotarł do sosnowego kolinogórskiego raju, szybko spuścił nos na kwintę.

Po pierwsze, dacza zwaliła go z nóg. Nawet nie podejrzewał, że mogą być i takie: nie 

żadne tam sześć arów, ale cały kawał lasu. I okna od podłogi do sufitu, i olbrzymi kominek, i 

skóry zwierząt rozesłane na podłodze.

Po   drugie,   koledzy.  Wszyscy   w   dżinsowych   garniturach,   w   skórzanych   kurtkach,   w 

ciemnych   okularach.   Jedni   palili   kenty,   inni   nawet   moory,   szczękali   piezoelektrycznymi 

zapalniczkami.

No,   ale   całkiem   dobił   go   Pietka   Sołncew.   Chciał   zrobić   wrażenie,   więc   specjalnie 

przyjechał   ostatni.   Nie   autobusem,   jak   Rob,   i   nawet   nie   taksówką,   jak   większość,   ale 

jasnoczerwonym   motocyklem   Yamaha.   Cały   w   szeleszczącej   skórze,   w   sznurowanych 

wysokich butach.

Potem woził po działce dziewczyny, a przede wszystkim Reginkę.

background image

Kiedy Darnowski patrzył, jak Reginka trzyma się Pieti, pomyślał, że gdyby go tak złapała 

z tyłu i przycisnęła się do niego swoim biustem numer sześć, z pewnością dostałby ataku 

serca.

Wieczorem,   kiedy  zaczęły  się   tańce-przytulańce,   było   już   wyraźnie   widać,   że   Pietka 

całkiem serio wziął na cel gospodynię daczy. Atmosfera, jak to mówią, temu sprzyjała. Było 

już całkiem odjazdowo, na kanapie Witka i Miłka całowali się z języczkiem, Sieriożka i 

Lenka poszli bez krępacji na górę (wszyscy wiedzieli, że od dawna ze sobą żyją), a reszta 

policzek przy policzku odstawiała tango przy wtórze chrypienia grupy Smokie:

A summer evening on Les Champs Elysees

A secret rendez-vous they plannedfor days...

*

Za stołem gęsto zastawionym firmowymi butelkami zostało ich tylko troje: Darnowski i 

Pietia z Reginką. Rob w skupieniu sączył przez słomkę whisky and soda (okropne świństwo), 

udając,   że   się   zamyślił,   a   w   rzeczywistości   z   zamierającym   sercem   śledził   manipulacje 

Sołncewa. Ręka tamtego już dwukrotnie opadła - niby to przypadkiem - na ramię Reginki i 

została łagodnie zdjęta.

Trzecią próbę jednak uwieńczył sukces. Czy to Regince znudziło się robić ceregiele, czy 

to podziałała na nią muzyka, dość, że pokryta złocistymi włoskami dłoń Pieti opanowała plac 

boju i stopniowo zaczęła go poszerzać: ześlizgnęła się pod pachę, w pobliże drugorzędnej 

cechy płciowej.

Rob śledził te osiągnięcia już nie z zazdrością, ale z ponurą, beznadziejną zawiścią.

Ładny, dowcipny blondynek... i czarny pas w dżudo, i tatuś w KC, i japoński motocykl... 

Rob nie miał z nim najmniejszych szans.

Czy   na   pewno   ani   jednej?   -   pisnęła   nieszczęsna,   zahukana   ambicja.  A  jeśli   ruszyć 

mózgiem? Jeśli podejść do zadania beznamiętnie, matematycznie?

Intelekt podjął wyzwanie i od razu podpowiedział: kultura - sztuka. Sołncew w życiu nie 

miał w ręku nic prócz „Radzieckiego Sportu” i „Piłki Nożnej”.

- No, a jak ten Lawrence i Aksionow? - spytał Rob Reginkę.

*

 Letni wieczór na Champs Elysees, spotkanie w tajemnicy, które od dawna planowali...

background image

Po zaproszeniu na daczę ośmielił się i wysłał delikatny sygnał: dał jej do poczytania 

Kochanka Lady Chatterley po angielsku i opowiadanie Wasilija Aksionowa, swoje ulubione. 

Kombinacja była nieprzypadkowa, przemyślana.

- Lawrence jakoś mi nie podchodził, nudnawy - ochoczo odezwała się Reginka. - Ale 

opowiadanie klasa. I fajnie się nazywa: Szkoda, że was tam nie było. Koniec też fajny. Jak w 

bajce.

- Bo to właśnie jest bajka. - Rob uśmiechnął się smutno. - Naprawdę nie zrozumiałaś 

tego? Główny bohater nie zyskał sławy, nie ożenił się z gwiazdą filmową. To tylko jego 

fantazje, skutek tęsknoty i samotności.

Powiedział   to   odpowiednim   tonem   -   lekkim,   niedopraszającym   się   współczucia.   Na 

Reginkę chyba podziałało. Popatrzyła na Roba jakoś szczególnie, jak gdyby pierwszy raz go 

zobaczyła.   Lekko   się   odchyliła,   niedbałym   gestem   strąciła   rękę   Pietki.   Robowi   serce   aż 

podskoczyło z radości.

No nie, coś między nimi wyraźnie w tamtym momencie zaskoczyło, zawibrowało czy jak 

tam to nazwać.

Lekko, od niechcenia, szedł dalej:

- Ale że zostawiłaś Kochanka Lady Chatterley, to niedobrze. Przez początek faktycznie 

ciężko przebrnąć. Za to potem są takie sceny miłosne, że w ogóle obłęd.

Pietka Sołncew nie czytał książek, ale głupi nie był - zrozumiał, że schodzi na drugi plan. 

I zasunął Robowi fangę: i z lewej, i z prawej, i w gębę, i poniżej pasa.

Popatrzył   na   Darnowskiego,   siedzącego   nonszalancko,   z   nogą   założoną   na   nogę; 

zatrzymał wzrok na lipnym indyjskim materiale. Z udanym podziwem powiedział:

- Oho, dżinsy - prawdziwe Milton, z tygrysem na tyłku. Chyba wystałeś je w kolejce w 

Świecie Dziecka. No, gratulacje.

Przechylił się i poklepał po policzku Roba, którego aż skręciło.

A wtedy właśnie jak na złość skończyła się kaseta i na werandzie zrobiło się cicho. 

Wszyscy słyszeli: Sołncew rozdeptuje rywala.

-  A  to   co?   O,   kurde!   -   Pietka   dotknął   palcem   dumnie   prezentowanego   adidasa.   - 

Prawdziwy   adidas!   Gdzie   dostałeś?   Mówią,   że   w   czasie   olimpiady   stróżom   i   babciom 

klozetowym będą takie dawać bezpłatnie.

background image

Ale widać i tego mu było mało.

- No, Robin-Bobin, wyglądasz jak pierwszy amant z pisma „Robotnik”. - Pietka mrugnął 

i   zrobił   nieprzyzwoity   gest.   -   „Kochanek   Lady Własnołapskiej”.   Z   tym,   to   wiesz,   lepiej 

ostrożnie, bo nigdy się od pryszczy nie uwolnisz.

Wszyscy ryknęli śmiechem. Nawet  Reginka,  zdrajczyni, zachichotała. A Rob jedynie 

mrugał oczami, bo podły Pietka nie tylko dotknął bolesnych miejsc, ale w ogóle trafił w 

dziesiątkę: i z kolejką po dżinsy za dwanaście rubli, no i oczywiście z „tym”.

Ej, gdyby nie to haniebne zacukanie, nie żałośnie opadnięta szczęka, nie krew, która 

napłynęła do twarzy!

Co do Lady Własnołapskiej wystarczyło tylko się skrzywić: fe, sir, cóż za trywialny 

dowcip! A w sprawie adidasów i dżinsów odpowiedzieć spokojnie, z godnością: „Z czego 

jesteś taki dumny, Piotrusiu? Że ci tatulek kupił jednoślad i garniturek skórzany, no i co? A w 

ogóle czy to męska rzecz, gadanie o szmatach?”.

Ale   skapitulował   wobec   takiej   jawnej   agresji.   Zachował   się   jak   kompletny   kretyn: 

poczerwieniał i przy akompaniamencie ogólnego rechotu poderwał się i wybiegł z domu. To 

znaczy faktycznie przyznał, że z niego wieśniak, robol, męczychujek. Przy wszystkich, przy 

Regince!

Jak żyć po czymś takim? - spytał Rob swego odbicia. A ono po mefistofelesowsku się 

skrzywiło, zafalowało - to pojazd zakołysał się na wyboju.

W radiu inteligencki głosik przynudzał coś do rymu, chyba z Puszkina.

Autobus   zwolnił   na   zakręcie,   a   potem   ni   stąd,   ni   zowąd   skręcił   w   bok,   i   to   tak 

gwałtownie, że Rob walnął głową o szybę.

Do gruppenführera

Nagle Szary drgnął, bo naszła go niespodziewana, szalona myśl.

A gdyby tak wytłuc samego Rożnowa?

Jasna sprawa, nie samemu.

Może by tak poprosić Müllera?

background image

A co? Że Rożnow jest po wyroku, to Müller ma w dupie, bo sam odsiedział wyrok w 

kolonii.

Dla Müllera nie sztuka załatwić nawet dorosłego faceta. Szczególnie jeśli do pomocy 

miałby chłopaków z komanda.

W zeszłym tygodniu na przykład zdarzyło się coś takiego.

Szary szedł betonową drogą z Lesgorodka razem z innymi „sondziarzami”: Müllerem, 

Gazerem,   Wową   i   Piszczkiem.   Nagle   widzą,   że   na   poboczu   stoi   żiguli   z   moskiewskim 

numerem, a jakiś wujo się rozkraczył i zmienia koło. A wieczór blisko, na drodze nie ma 

nikogo.

Müller mówi szeptem:

Soldaten, widzieliście łopatnik?

I rzeczywiście, gościowi z tylnej kieszeni wystawał portfel z krokodylowej skóry. Albo 

wężowej - krótko mówiąc, drogi, błyszczący.

- Piszczek, Wowa, Szary - w krzaki! - rozkazał Müller. - Gazer, idź z tyłu, dziesięć 

metrów za mną.

I ruszył do samochodu, bez pośpiechu, rozkołysanym krokiem.

Szary patrzył na to z krzaków i serce mu głośno waliło. Czyżby faktycznie tamten chciał 

obrobić frajera? To przecież nie to samo, co wytrząsać dychy z gówniarzy przed szkołą, to już 

jest paragraf „rozbój”.

A moskwianin obejrzał się na odgłos kroków, ale nic złego nie pomyślał. Müller nie 

wygląda znowu tak strasznie: niemrawy, jasnowłosy chłopak, krótko ostrzyżony, cały ubrany 

na czarno. Na oko nie przypomina bandyty.

Prawdziwe   nazwisko   szefa   „sonderkommanda”   brzmiało:   Mielnikow;   przełożone   z 

rosyjskiego na niemiecki to by było „Müller”, jak ten z serialu o Stirlitzu. Gość miał palmę na 

punkcie Szwabów. Kazał się nazywać „gruppenführerem”; język można połamać. Chłopaków 

z   ulicy   Kujbyszewa   zawsze   nazywali   „sondziarzami”,   bo   ograniczali   się   do   drobnych 

kradzieży   kieszonkowych.  Ale   Müller   przerobił   to   po   swojemu,   powiedział:   „Teraz   nie 

jesteśmy   sondziarze,   tylko   sonderkommando.   Jasne?”.   No   fakt,   nie   można   zaprzeczyć, 

„sonderkommando” lepiej się słyszy.

No więc podchodzi Müller do frajera, zatrzymuje się, coś tam do niego mówi albo może 

background image

się pyta. Facet odpowiada, nie odwracając się. Wtedy Müller jak się nie zamachnie i - rrryz 

kantem dłoni w pochylony kark. Tamten tylko rymnął gębą o zderzak. A z tyłu już Gazer 

podlatuje, i z glana, i z glana!

Kiedy Szary z resztą podbiegli, łopuch już był w rękach u Müllera, a Gazer wyciągał 

frajera za nogi, bo tamten ze strachu wlazł pod swoją furę.

Müller wyjął dokumenty, przeczytał na głos nazwisko, imię, odojcowskie też, adres.

- Patrz - mówi do wuja. - Jak nas zakapujesz, to koniec z tobą.

A po facecie było widać, że nikogo nie zakapuje, takiego ma cykora.

Tylko się prosił:

-   Chłopaki,   oddajcie   mi   dowód   i   prawo   jazdy,   co?   Müller   nic   nie   oddał,   tylko   dał 

tamtemu kopa w żebra, rzucił wypatroszony łopuch i po sprawie.

Potem   podzielił   forsę,   całych   pięćdziesiąt   pięć   rubli:   sobie   trzy   dychy,   piętnaście 

Gazerowi. A Wowa, Piszczek i Szary dostali dychę na trzech. Jeszcze im powiedział:

- Tacy z was pomocnicy. Przylecieli na gotowe. Volkssturm, a nie sonderkommando. Z 

jednego Gazera jest dobry żołnierz, ale ma rondel zamiast głowy.

Co to jest „volkssturm”, Szary nie wiedział, ale że w mieście „sondziarze” nie mieli 

dużego autorytetu, to fakt. I chłopaków mało, i prawdziwych byków nie było. Gazer chłop 

silny, ale tępy; co prawda, to prawda. A Müller oczywiście znał wszystkie ciosy typu kantem 

dłoni w szyję, jednak przeciwko takim żołnierzom jak „syczowski” Baniak to był za cienki, a 

co dopiero mówić o Sztyku z jego „dworcowymi”.

Ale wpieprzyć gnojowi Rożnowowi, żeby sobie nie pozwalał, to dla Müllera tyle co 

splunąć. A już Szary to odpracuje, odwdzięczy się. Ej, czemu nie wpadł na to wcześniej?! No, 

wstydził się. Jak mu opowiedzieć, że jego, szesnastoletniego chłopaka, ojczym łoi pasem po 

gołym tyłku i zagania spać „pod pryczę”?

Tyle że teraz Szary nie myślał o wstydzie - życie go do tego zmusiło. Bardzo już scykał 

się przed powrotem do domu.

Trzeba zajrzeć do kotłowni. Może chłopaki jeszcze tam są. Jeśli już się rozeszli, to musi 

iść do Müllera do mieszkania. No, kijowo jest. Bo stary Müllera to solidny facet, kierownik 

magazynu   meblowego,   nie   pozwala   synowi   zadawać   się   z   ferajną.   Gruppenführer   się 

rozzłości, ale co robić? Chyba się powiesić.

background image

Szary westchnął ciężko.

Wtedy radio, jak gdyby podsłuchało jego ponure myśli, spytało wierszem:

Darze dziwny, przypadkowy,

Życie, na coś mi jest dane?

I zakrztusiło się. Bo autobus rzuciło w bok - tak silnie, że Szaremu aż czapka spadła z 

głowy.

Biała Kolumna, czyli Biały Słup

Pozostałymi pasażerami też rzuciło, ale dalsze wypadki przebiegały tak szybko, że chyba 

żaden z nich nie zdążył się obudzić. A jeśli nawet zdążył, co to za różnica? Tak czy siak, nic 

już nie opowiedzą.

Robert Darnowski popatrzył  do przodu, na kabinę kierowcy,  i przez podwójne szkło 

zobaczył na środku drogi coś bardzo dziwnego: wysoką i szeroką białą kolumnę, nawet nie 

żeby   białą,   ale   jak   gdyby   wypełnioną   w   środku   jakimś   światłem,   jaskrawym   albo   i 

niejaskrawym.   Sama  zaś   kolumna   była   niby  szklana,   ale   to   na   pewno  w   niej   odbiły  się 

reflektory.

Siergiej Dronow zobaczył to samo, tylko trochę pod innym kątem, i nazwał w duchu 

kolumnę Białym Słupem.

Dlaczego kierowca tak ostro skręcił w lewo, było jasne: wyleciał zza zakrętu, zobaczył 

nieoczekiwaną   przeszkodę   i   próbował   uniknąć   zderzenia.   Niepojęte   było   coś   innego   - 

dlaczego w następnej chwili tak samo skręcił kierownicę z powrotem.

„Odbito mu czy co?” - przemknęło Robowi przez głowę.

A Szary pomyślał po prostu: „Zaraz się rozpieprzymy”.

Obaj mimo woli zmrużyli oczy, czekając, aż usłyszą brzęk rozbitego szkła, ale usłyszeli 

coś zupełnie innego, przy czym jeden i drugi wcale nie te same dźwięki.

Ale najpierw lepiej powiedzieć, co zobaczyli.

background image

Kiedy  obaj   otworzyli   oczy  (i   Rob,   i   Szary  mieli   wrażenie,   że   to   stało   się   najwyżej 

sekundę później), zobaczyli nad sobą bielony, popękany sufit. Tylko że Darnowski widział 

pęknięcia podłużne, a Dronow przeważnie poprzeczne i z żółtawymi smugami.

Nietrudno wyjaśnić tę zbieżność widoku, który odsłonił się ich oczom: chłopcy ocknęli 

się   na  tym   samym   oddziale  reanimacji   w   rejonowym   szpitalu   w   Basmanowie,   w   dwóch 

sąsiednich separatkach.

background image

Rozdział drugi

Symfonia - rapsodia

Co się tyczy Roba, to jeszcze coś usłyszał. Był to wielogłosowy dźwięk orkiestry, na który 

składały   się:   słodkie   piłowanie   skrzypiec,   zachwycone   szlochy   trąbek,   zwycięski   łoskot 

perkusji, a w dodatku łaskoczący dusze śpiew jakichś nieznanych mu instrumentów. Kiedy 

uczeń dziesiątej klasy już się ocknął, ale jeszcze nie całkiem przyszedł do siebie, pomyślał: 

„No,   nieźle   dają,   choć   to   klasyka;   ale   nie   nudzą.  W  swoim   rodzaju   nie   gorsze   niż   Led 

Zeppelin. Może to Vivaldi?”. I najpierw odruchowo poszukał oczami źródła, skąd płynęła ta 

cudowna symfonia-rapsodia, czy jak się to tam nazywa.

Właśnie wtedy zauważył bielony sufit, ściany pomalowane na kazionny, sinawy kolor i 

szklano-metalową   konstrukcję,   którą   rurka   łączyła   z   jego   zabandażowanym   łokciem.   Nie 

dostrzegł ani radioodbiornika, ani magnetofonu. Ale metamorfoza, jakiej uległ autobus, do 

tego stopnia zdumiała ucznia dziesiątej klasy, że na pewien czas zapomniał o melodii i zaczął 

mrugać   oczami,   a   także   potrząsnął   głową,   wskutek   czego   kroplówka   zabulgotała   z 

niezadowoleniem. Muzyka zresztą nie znikła, ale jak gdyby pozostała w tle, tak jak w kinie.

Potem otworzyły się drzwi i do sali wszedł brodaty człowiek w białym kitlu. Symfonia-

rapsodia zredukowała głośność niemal do zera, ale mimo wszystko nie ucichła zupełnie.

-   Gdzie   ja   jestem?  W  szpitalu,   tak?  A  co   się   stało?   -   spytał   Rob   jakimś   nieswoim, 

ochrypłym głosem.

Lekarz usiadł obok, poprawił kroplówkę, ujął pacjenta za przegub i popatrzył na zegarek.

- Miałeś szczęście, chłopcze. Powinni cię w muzeum pokazywać. Po takim uderzeniu 

wszystkie organy wewnętrzne powinny były popękać, a kręgi połamać się w diabły. Z tych, 

co   siedzieli   z   przodu,   zrobiła   się   marmolada,   a   ty   nic.   Nawet   puls   masz   normalny.  A 

znajdujesz   się   teraz   w   szpitalu   imienia   Siemaszki,   na   reanimacji,   to   znaczy   na   oddziale 

intensywnej opieki medycznej. Ale to tylko na wszelki wypadek. Jesteś cały i zdrowy, możesz 

choćby   jutro   jechać   do  Afganistanu,   spełnić   internacjonalistyczny   obowiązek.   -   Brodaty 

roześmiał   się,   odłączając   rurkę   od   łokcia.   Rob   skrzywił   się,   kiedy  igła   wyszła   z   żyły.   - 

Rodzinę zawiadomiliśmy, bądź spokojny. Dobrze, że miałeś dowód w kieszeni. Co to było z 

background image

tym autobusem? Śledczy się tu do ciebie pcha, chce to wyjaśnić. Zdążyłeś coś zauważyć?

Muzyka,   która   na   pewien   czas   ucichła,   znowu   zaczęła   grać   głośniej   i   jakoś   bardzo 

dziarsko, jak nakręcona. Gdzieś tu mają głośniki, czy co? E, nie, skąd w zakichanym szpitalu 

rejonowym mieliby sprzęt takiej jakości? A tu są wyraźnie i dolby, i basy, i częstotliwość 

klasy luks. Dziwne. Darnowski rozejrzał się na wszystkie strony, ale żadnej aparatury nie 

zobaczył.

Brodatemu lekarzowi chciał najpierw opowiedzieć o białej kolumnie na szosie, ale potem 

się zawahał. Najprawdopodobniej mu się przywidziała, już po tym, jak stracił świadomość. 

Co by miała robić kolumna pośrodku drogi, jeszcze w dodatku szklana?

Nagle doktor go spytał:

- Czego tak głową kręcisz? W oczach ci się nie dwoi? W uszach nie dzwoni, nie szumi? 

No, podnieś brodę. Popatrz tutaj. - Położył pacjentowi ręce na skroniach.

Trzeba mu powiedzieć o muzyce, pomyślał Rob. Ale nagle spotkał się wzrokiem ze 

spojrzeniem lekarza i wzdrygnął się: oczy brodacza błysnęły zielonym kocim płomieniem, 

zaczęły fosforyzować. To było tak niespodziewane i okropne, że uczniowi dziesiątej klasy 

serce omal nie podskoczyło do gardła.

Muzyka umilkła zupełnie. Zamiast niej uczeń dziesiątej klasy usłyszał smętny, piskliwy 

głos,   który   szybciutko   mamrotał:  Teń-tere-teń.   Kapuśniaczku   gorącego,   klopsików   do 

menażki, drzwi na klucz i znowu łyczka. Jak ręką. Teń-tere-teń.

- Nie szarp się. Patrz w oczy! - krzyknął lekarz basem na dygoczącego Roba.

Nikogo więcej w pokoju nie było, absolutnie nikogo!

Głosik zapiszczał znowu, wprost w uszach Darnowskiego: Źrenice, źrenice. Jefimyczowi 

trzeba powiedzieć, niech on. Łyczka, łyczka...

Oczy doktora już nie świeciły tym przerażającym blaskiem. No jasne, to był omam.

- Leżę sam w pokoju? Czy ktoś tu jeszcze jest? - ostrożnie spytał Rob, łypiąc okiem. Na 

razie nie mógł odwrócić głowy - brodacz nadal ściskał mu skronie.

- Sam. Jak von baron - odrzekł wesoło tamten, cofając dłonie. - Wiesz ty co, wybrańcze 

losu? Nie wpuszczę do ciebie śledczego. Nie podoba mi się, jak mrugasz i trzęsiesz głową. 

Niech cię obejrzy lekarz naczelny. A ty sobie odpocznij. Apetytu na razie nie masz ani nie 

możesz mieć, a ja, bratku, zgłodniałem. Zajrzę do twojego sąsiada, potem zjem obiad i znowu 

background image

wrócę do ciebie. Tylko mi nie wstawaj, leż. Tu jest dzwonek, jakby co, to naciśnij guzik.

Boogie-woogie

Ledwo doktor wyszedł, Rob zerwał się z łóżka i obejrzał pokój jak należy. Wszystkie te 

cuda zdrowo mu dokuczyły.

Spokojnie, powiedział do siebie. Po prostu są tu cienkie przepierzenia. Może nawet z 

dykty.

Przyłożył ucho do jednej ze ścian - spokój. Do drugiej - to samo. Z zewnątrz dochodziły 

zwykłe zaokienne dźwięki: daleki hałas ulicy, szelest liści, gruchanie gołębi.

Uczeń dziesiątej klasy zakończył rekonesans, znowu się położył i przymknął oczy, żeby 

wyeliminować omamy wzrokowe i skoncentrować się wyłącznie na słuchowych.

Piskliwy głos już się nie włączał - to dobrze. Za to muzyka pozwalała sobie na więcej niż 

poprzednio. Skrzypce i dęte zamilkły, teraz było solo na bębnie, dziarskie brzęki wydawał z 

siebie instrument w rodzaju gitary hawajskiej, a do tego dudnił kontrabas. Darnowski leżał i 

drżał ze strachu o swoją uszkodzoną psychikę, ale nieznana orkiestra miała to w nosie. Łupała 

teraz   coś   w   rodzaju   boogie-woogie.   Właściwie   należało   wstać   i   puścić   się   w   tany.   Ta 

niewytłumaczalna   i   niewskazana   audiowesołość   sprawiła,   że   Rob   poczuł   się   naprawdę 

strasznie. Położył się i naciągnął kołdrę aż po oczy.

Kiedy weszła salowa, brzęcząc aluminiowym czajnikiem, ucieszył się, jakby zobaczył 

kogoś   bliskiego,   chociaż   baba   była   naprawdę   okropna:   z   brodawką   na   czole,   wąsata,   w 

rozdeptanych pantoflach. Na leżącego nawet nie spojrzała - pewnie traktowała pacjentów jak 

meble.

Nalała do szklanki słabej herbaty; na talerzyk rzuciła dwie kostki cukru. Potem, stękając, 

pochyliła się, wyciągnęła spod łóżka kaczkę, ale ta była pusta - Rob jej nie użył.

Dopiero teraz salowa zaszczyciła go wzrokiem wyrażającym niezadowolenie, zupełnie, 

jakby w czymś zawinił.

Robowi   okrzyk   uwiązł   w   gardle,   bo   oczy   starej   strzeliły   takimi   samymi   zielonymi 

iskrami jak niedawno brodatemu doktorowi.

- Czego się rzucasz? Ataki masz, czy co? - odezwała się salowa skrzekliwym głosem, bez 

background image

zainteresowania patrząc na Darnowskiego. - Co tak wytrzeszczasz gały?

Jeszcze   by   miał   nie   wytrzeszczać!   Muzyka,   która   szarpała   jego   błony   bębenkowe, 

zniknęła   gdzieś   i   zamiast   żwawego   boogie-woogie   zabrzmiał   głęboki   i   dźwięczny   głos 

kobiecy (to się chyba nazywa kontralt):  Trawy, trawy, trawy, nie zdążyły się napić srebrnej 

rosy... Piosenka urwała się w środku zwrotki. Kontralt zaczął złorzeczyć: Patrzcie no, pusta. 

A potem zleje mi się do łóżka.

- Hę? Co? - wyszeptał Rob, oglądając się z przestrachem.

- Patrzcie, jaki nerwus - wyburczała stara, odwracając się. - Oj, jak wy mi wszyscy 

obrzydliście...

Zabrała czajnik i wyszła, klapiąc rozdeptanymi kapciami.

I   od  razu   wdarło   się   do  uszu   Darnowskiego   boogie-woogie   -   takie   triumfalne,   takie 

radosne, jakby wkrótce miało się zacząć długo oczekiwane święto.

Rob jęknął, zasłonił uszy rękami i nawet schował głowę pod poduszkę. Ale muzyka nie 

zaczęła grać ciszej. Raczej przeciwnie.

Wówczas na pomoc nieszczęsnemu uczniowi dziesiątej klasy przyszedł najważniejszy i 

jedyny sojusznik - racjonalne myślenie; nie bez powodu Darnowski był najlepszym uczniem 

ostatniej klasy w szkole ze stołecznej czołówki.

Spokojnie, powiedział do siebie. Lekarz się myli, nie jestem ani cały, ani zdrowy. Kości 

mam, owszem, całe, ale psychikę - w strzępach. Po pierwsze, halucynacje  wzrokowe, te 

wampirze   błyski   w   oczach   brodatego   i   baby.   Po   drugie,   słuchowe:   natrętna   wewnętrzna 

muzyka i nieistniejące głosy. Może nawet pojawią się jeszcze inne symptomy.

Na pewno mam jakiś uraz albo utajony wstrząs mózgu. Trzeba wszystko szczegółowo 

opisać   naczelnemu   lekarzowi.   Nie   szkodzi,   wyleczą   mnie.   Jeśli   sam   człowiek   ma 

świadomość, że mu się trochę we łbie pokręciło, to nie jest wariatem.

Wtedy jednak wystąpiło trzecie zjawisko, które coś w końcu Robowi wyjaśniło.  Nie 

wszystko oczywiście, wcale nie wszystko, ale pewien kluczowy szczegół.

Do   drzwi   ktoś   energicznie   zapukał.   Nie   czekając   na   zaproszenie,   do   sali   wszedł 

niemłody,  ale młodzieżowo ubrany mężczyzna: wytarta skórzana kurtka, spiczaste buty z 

miedzianymi   podkówkami,   lipne   polskie   dżinsy   Odra.   U   boku   nieznajomego   wisiał 

background image

kwadratowy futerał.

- Jak samopoczucie? - zatrajkotał od progu i podszedł do łóżka, zawczasu wyciągając 

rękę. - Korespondent czołowej gazety rejonu, Wostriakow. Gdzie ten czepek? - Pokazał na 

spraną pościel szpitalną, w której leżał Rob.

- Jaki znowu czepek? - spytał w napięciu Darnowski (nie pytanie go zastanowiło, ale 

muzyka, która przy kimś obcym od razu schodziła na dalszy plan, nie tracąc przy tym jednak 

radosnego tonu).

- Ten, w którym się urodziłeś - zaśmiał się reporter, ściskając rękę choremu. - W ogóle to 

nie wolno cię odwiedzać, nawet gliniarzy tu nie wpuszczają, ale dla prasy nie ma przeszkód: 

„Na starym łaziku, po cichu, bez krzyku, pierwsi wjeżdżali do miast”.

Głos miał pasujący do wyglądu - lekko się łamiący, ale pełen animuszu, natarczywy.

Korespondent   nie   patrzył   na   Roba;   mocował   się   z   dyktafonem,   który   wyciągnął   z 

kwadratowego futerału.

-   Raz-raz.   Jedenasty   maja,   akurat   niedziela.   Szpital   rejonowy.   -   Przewinął   taśmę, 

odsłuchał, był usatysfakcjonowany. - No, szczęściarzu. Opowiadaj.

I   wyczekująco   popatrzył   na   ucznia   dziesiątej   klasy   bezbarwnymi,   podpuchniętymi 

oczkami.

To znaczy, bezbarwne były tylko w pierwszej chwili, a w następnej wyraźnie zazieleniły 

się i rozjarzyły.

Ponieważ była to już trzecia powtórka, Rob nawet się nie zdziwił, tylko wcisnął się w 

poduszkę.

Moskiewski-mózgiewski  -  zabębnił mu w głowie skrzekliwy głos. -  Do Miszki, jak mu 

tam, z „b” podobny, Sosnowskiego, nie, Sosnickiego. No dalej, kurde mol, gadaj coś. Bateria 

się wyczerpie.

W końcu monetka wpadła wreszcie do środka. Robert, jak to mówią, zaskoczył. Sala 

zaczynała   gadać   różnymi   głosami   i   wygadywać   bzdury  za   każdym   razem,   kiedy  patrzył 

komuś w oczy i napotykał zielone iskry.

Reporter   czołowej   gazety   rejonu   nie   wydobył   z   niego   nic,   ani   słowa.   Rob   leżał   z 

przymkniętymi oczami, żeby już nie widzieć złowieszczego, fosforyzującego blasku. I zatkał 

uszy. Uwolnił się tym samym od skrzypiącego głosu. Od muzyki - nie.

background image

Darnowski nie zauważył, kiedy korespondent wyszedł; nic go to nie obchodziło.

Spokojnie, bez paniki, powtarzał sobie w myślach. Emocje odłóżmy na potem, najpierw 

racjonalne podejście.

Wersja numer jeden, z dziedziny zjawisk paranormalnych. Chodzi o pomieszczenie; jest 

najwyraźniej jakieś dziwne. To sala nasyła muzykę, zmieniając zwykłych ludzi w odmieńców, 

włącza i wyłącza bezcielesne głosy. Miejsce jest szczególne - reanimacja. Pewnie wielu na 

tym samym łóżku kopnęło w kalendarz. Może słyszę głosy zmarłych?

To jeśli sięgnąć po wyjaśnienie nadprzyrodzone.

Teraz   spróbujmy   materialistycznego,   wersja   numer   dwa.   Jeszcze   okropniejsza   niż 

pierwsza.

Szok sprawił, że się panu, Robercie Łukiczu, pomieszało w głowie. Dlatego nie może pan 

spojrzeć   ludziom   w   oczy;   od   razu   następuje   przesunięcie   w   fazie,   wpycha   się   coś 

bezsensownego.   Że   dźwięki   płyną   z   głowy,   a   nie   z   zewnętrznego   źródła,   to   oczywiste: 

przecież odwiedzający go nie słyszą żadnych głosów ani muzyki.

Tu potrzebny jest psychiatra. A im prędzej, tym lepiej.

Rob   już   wyciągnął   drżący  palec   w   stronę   dzwonka;   jeszcze   sekunda,   a   przywołałby 

siostrę.   Przyszedłby   wtedy   lekarz,   wysłałby   ucznia   dziesiątej   klasy   na   badania   do 

psychiatryka, skąd Darnowski ze swoimi wyjątkowymi objawami z pewnością w życiu by nie 

wyszedł. 

Tak by się właśnie stało,

Blues

gdyby   w   tym   samym   momencie   drzwi   znowu   nie   otwarły   się   na   oścież,   i   to   tak 

energicznie, że z rozpędu uderzyły o ścianę, a w szklance z herbatą brzęknęła łyżeczka.

Do   separatki   na   oddziale   reanimacji   wdarła   się   blada,   potargana   mamińska:   bluzka 

nierówno zapięta, wzrok szalony, a w ręku siatka z czterema guzkowatymi pomarańczami.

- Robik! Syneczku! - krzyknęła z rozpaczą Lideczka Lwowna.

- Mamo! - jeszcze głośniej zawołał pomylony uczeń dziesiątej klasy i rozszlochał się; 

background image

gorzko, na pełny regulator, jak z pewnością już od pięciu lat nie płakał.

Siatka upadła na podłogę, oranżowe kule potoczyły się po linoleum. Mamińska objęła 

przestraszonego   syna,   zaczęła   go   głaskać,   całować   w   rozczochraną   głowę.   Sama   też 

pochlipywała, opowiadając chaotycznie:

-   Zadzwonili   do   mnie,   proszę   się   nie   martwić,   jest   cały,   co   za   szczęście,   jakie   to 

szczęście,   a   ja   kompletnie   nie   rozumiem,   jakie   znowu   szczęście,   ach   ty,   ach   ty.   Jakieś 

Basmanowo,   szpital   rejonowy,   a   ja   nawet   nie   wiem,   z   którego   dworca   to   się   jedzie.   Z 

Kijowskiego,   pociąg   o   dwunastej   pięćdziesiąt   pięć,   dwadzieścia   minut   do   odjazdu,   a   na 

peronie kolejka, dają pomarańcze, to stanęłam i myślę, nie zdążę, ach ty, ach ty, jakby to 

miało jakieś znaczenie. Ale zdążyłam, minuta do odjazdu, a o, tu są, gdzie upadły, tylko 

kilogram na osobę, mówię, że synowi do szpitala, a oni mówią, wszyscy tutaj do szpitala, 

Boże mój kochany, dopiero co byłam u naczelnego lekarza, Siemiona Jefimowicza, ten mi 

mówi, że nic, wszystko dobrze, miał szczęście, nawet nie zdążyłam się przestraszyć...

Rob poczuł się tak dobrze, tak spokojnie w tym strumieniu świadomości; muzyka nie 

żeby zupełnie zniknęła, ale zrobiła się cicha, uspokajająca, bez walenia w tarabany.

-   Mamo,   przecież   wszystko   w   porządku,   jestem   cały   -   wymamrotał   przez   nos,   już 

zawstydzony, że się tak rozkleił.

Otarł łzy, włożył okulary, popatrzył mamińskiej w oczy...

- Aa!

Z rozpaczą wcisnął głowę w ramiona.

Iskry! Zielone! Z oczu! Rodzonej matki!

No, to już był prawdziwy film grozy.

-   Co?   Co?   -   spłoszyła   się   Lideczka   Lwowna,   ale   inny  głos   -   nieco   zachrypnięty,   z 

przydechem, zagłuszył jej zawodzenie:  Ach ty, ach ty, ten Jefimowicz, no, wiadomo, szpital  

rejonowy,   mój   biedny   chłopiec,   do   pierwszego   miejskiego,   prawdziwi   specjaliści,   Zina 

Prokofjewna ma brata, ach ty, ach ty, blady jakiś, bledziutki, i oczy jak małe dziecko, kiedy 

ospę, samochód do Moskwy, prędzej...

Rob zastygł, wsłuchując się w ten ochrypły głos. Jeszcze nie całkiem się pokapował, ale 

już: ciepło, ciepło, nawet gorąco. Głos był całkiem obcy, nieznajomy, ale słowa mamy: i to 

„ach ty, ach ty”, i dyrektorka biblioteki, Zinaida Prokofjewna, której brat jest ordynatorem 

background image

oddziału w szpitalu miejskim numer 1.

Słyszę myśli mamińskiej, dotarło w końcu do naszego prymusa. A przedtem słyszał myśli 

lekarza - o klopsikach, o łyczkach w zamkniętym gabinecie, o jakimś Jefimyczu, który jest z 

pewnością właśnie naczelnym lekarzem, Siemionem Jefimowiczem. Niańka myślała o kaczce 

i podśpiewywała. Dziennikarz denerwował się, że bateryjka w magnetofonie mu wysiądzie, i 

kogoś mu tam przypominałem, chyba szkolnego kolegę.

Kiedy popatrzę komuś prosto w oczy, ta anomalia znowu się pojawi. Najpierw widzę 

zielony błysk, jak gdyby iskra przeskakiwała, potem słyszę głos wewnętrzny. Jakim cudem 

wcześniej tego nie skapowałem? Widocznie podczas wypadku naprawdę nieźle stuknąłem się 

w cylinder i mózg nie funkcjonuje dobrze.

Ścisnął palcami rozpalone czoło. Od tego niesamowitego odkrycia całego go trzęsło, a 

muzyka w głowie grała już bardzo nie do taktu - taka smutna, zawodząca. Prawdziwy blues.

background image

Rozdział trzeci

Kastalety

Szary ocknął się w sali szpitalnej i też usłyszał coś cudacznego, ale nie symfonię czy 

blues, tylko dźwięczne, suche postukiwanie, mniej więcej takie: „To tak, to tak. To tak, to 

tak”.

Najpierw, póki w głowie się nie przejaśniło, pomyślał: zegar tyka. Ale po minucie czy 

dwóch, kiedy trochę przyszedł do siebie i rozejrzał się po białym pokoju, zobaczył, że nie ma 

tu żadnego zegara. Wtedy doszedł: o kurde, to mnie tak we łbie strzela!

Postukiwanie było energiczne, donośne. Gdzieś już słyszał coś takiego. I z początku o 

niczym innym nie potrafił myśleć, aż tak ważne wydało mu się, żeby sobie przypomnieć, 

gdzie właściwie to słyszał. Na pewno jeszcze nie całkiem dobrze się czuł.

Wreszcie zdobył się na wysiłek i przypomniał sobie.

W   telewizji.  Takie   kobiety,   Hiszpanki,   tańczyły   i   strzelały   palcami.   No,   znaczy,   nie 

palcami, tam miały takie kostki, stukaczki, jak je tam, cholera...

Kastalety chyba.

Przypomniał sobie i wtedy ostatecznie przyszedł do siebie. Zastanowił się, co to za pokój, 

i właściwie dlaczego on, Szary, leży w łóżku, i co to za takie gówno, z którego wąż ciągnie 

się aż do jego ręki.

Ale niedługo łamał sobie nad tym głowę. Przyszedł brodaty lekarz i wszystko Szaremu 

wyjaśnił.

Że autobus, którym jechał, roztrzaskał się. Że Szaremu i jeszcze jakiemuś chłopakowi się 

upiekło, bo resztę pasażerów trzeba było zeskrobywać z asfaltu.

Czyżbyśmy o ten szklany słup tak się rozpieprzyli, chciał spytać Szary, ale doktor akurat 

kazał mu otworzyć usta i pokazać język - a wtedy trudno człowiekowi coś nawijać.

- Jesteś Siergiej Dronow, zgadza się? - mówił lekarz, naciskając szpatułką wysunięty 

język.   -   Tak   było   napisane   w   legitymacji   uczniowskiej.   Znaleźliśmy   twój   adres   i 

background image

zadzwoniliśmy. W domu był jakiś pijany człowiek. Może ojciec? Albo sąsiad?

Kiedy brodaty wyjął szpatułkę, Szary odpowiedział ponuro:

- Ojczym.

To tak, to tak, to tak, postukiwały kastalety.

- No, a jak ogólne samopoczucie, szczęściarzu? Nie mdli cię? W oczach się nie dwoi?

- Chyba wszystko w porządku - powiedział Dronow i palnął bez sensu o tym stukaniu w 

głowie.

Lekarz najpierw poruszył brwiami i przysunął się. Odciągnął Szaremu jedną powiekę, 

potem drugą. Odchrząknął. Od brodacza jechało gorzałą wypitą wczoraj. Ten zapach akurat 

Szary znał dobrze.

- Stukanie, mówisz? Z echem czy bez? Hm. Nie podoba mi się to. Encefalogram ci 

zrobiliśmy, w zasadzie nic nie wykazał. Ale z psychiką nie ma żartów. Taka katastrofa to, 

bratku, nie byle co. Trzeba sprawdzić. Kości i mięśnie masz cale, organy wewnętrzne też, 

uszkodzeń   głowy   nie   stwierdzono,   tak   że   tu   nie   warto   cię   już   trzymać.   Po   południu 

przewieziemy cię do Buzykina, do szpitala psychiatryczno-neurologicznego. Tam nad tobą 

popracują specjaliści, wszystko zbadają. Diabli wiedzą, co to jest.

Szarego aż zimny pot oblał. Słyszał o psychiatryku w Buzykinie. Rożnow przesiedział 

tam kiedyś dwa tygodnie na leczeniu przymusowym. Mówił, że to gorsze niż zona ścisłego 

reżimu. Sanitariusze walą gumowymi pałkami po nerach, do żarcia dają pomyje, a jak się 

tylko skrzywisz, to cię mogą wsadzić choćby na dziesięć lat, bez sądu, i nie ma zmiłuj. A 

chłopaki opowiadali, że w Buzykinie robią eksperymenty z psycholami. Że niby wstrzykną 

normalnemu   człowiekowi,   no,   może   tam   trochę   nerwowemu,   jakieś   świństwo   albo 

nafaszerują go tabletkami, i ten zostaje idiotą na całe życie. A i sam Szary, kiedy jeszcze był 

mały, właził przez płot do wariatkowa - popatrzeć na psycholi, pośmiać się. Chodzą tam 

łachudry w podartych szlafrokach, jeden rękami macha, inny płacze, jeszcze inny włosy sobie 

stroszy. A kiedyś to na pewno byli normalni ludzie.

- Może ci zapiszą serię zastrzyków. Albo tabletki do łykania. Halucynacje słuchowe, 

Sierioża, to poważna rzecz - rzekł brodaty surowo, zamykając zeszyt z wyrokiem.

Jak   tylko   Szary   usłyszał   o   zastrzykach   i   tabletkach,   to   ze   strachu   serce   omal   nie 

wyskoczyło mu z piersi.

background image

I stukanie we łbie przeszło ze spokojnego: „To tak, to tak, to tak, to tak”, na szybkie jak 

karabin maszynowy: „Toko tak, toko tak, toko tak”.

- Nie pojadę do Buzykina! - krzyknął. - Nie macie prawa!

Lekarz bardzo powoli podniósł głowę.

- Coooooś tyyyy powieeeeedziaaaaał? - wyrzekł bardzo dziwnym głosem, jakoś strasznie 

leniwie rozciągając słowa.

- Jestem normalny! I nic mi w głowie nie stuka!

(Szary skłamał, bo kastalety waliły mu w głowie na całego, jak gdyby cały tabun koni 

dudnił podkowami po jezdni).

- Eeeee, braaaatkuu, jeeeszczeee mooowę maaaasz zaaakłóócooną - zaśpiewał brodacz i 

płynnie,   jak   gdyby   w   takt   jakiejś   tęsknej   pieśni,   pokiwał   głową.   -   Niiiic   nieee 

rooozuuumieeem. Aaa coooś tyy taaakii blaaadyy? Poookaaaż nooo puuuls.

Widać nigdzie się draniowi nie śpieszyło. Bardzo powoli wziął Szarego za rękę i potem 

strasznie długo gapił się na tarczę zegarka.

Szary nie wytrzymał, też popatrzył na zegarek. Zdziwił się. Lekarz, mało że był jakiś 

niemrawy,   to   na   dodatek   głupi.   Za   cholerę   nie   skapował,   że   zegarek   stoi.   Sekundowa 

wskazówka ni chuja się nie ruszała. To znaczy, ruszała się, ale ledwo ledwo, między jedną 

kreską a drugą można było doliczyć do dziesięciu.

Szary   popatrzył   na   pokrakę,   od   której   teraz   zależał   jego   los,   i   zobaczył,   że   brwi 

brodaczowi powoli pełzną, podnosząc się coraz bardziej do góry.

- Iiileeee? Teeń, teree, teeeń - ciągnął tamten. - Cooo tooo zaaa... - Nie dokończył, zaczął 

wstawać   z   krzesła,   jakoś   strasznie   ospale.   -   Nooo,   pooołóóż   sieee   iii   nieee   ruuuszaaaj. 

Zaaaraaaz wraaacaaam! Tyylkooo siee trzyyymaaaj, niee mdleeej miiii tuuu!

I niby popędził do drzwi, ale też jak pokraka. Podniesie nogę, potrzyma w górze, potem 

opuszcza.   Niby   się   śpieszy,   a   ledwie   rusza   nogami.   O,   to   on   sam   raczej   się   nadaje   do 

wariatkowa.

Krótko mówiąc, brodaty zniknął. Na pewno chce, żeby Szarego szybciej odwieźli do 

czubków.

Tu nie było co marudzić. Ledwie drzwi zamknęły się za konowałem, Szary zerwał się z 

łóżka i skoczył do okna.

background image

E tam, to parter.

Szarpnął ramę. Była widocznie całkiem stara, spróchniała, bo wyleciała z zawiasów. I 

szkło się posypało. No i chuj z nim!

Szary miał  na  sobie  majtki  i  szpitalną  koszulę.  Głupio  tak  chodzić  po ulicy.  Ale  co 

zrobić?

Włożył na nogi kazionne kapcie z ceraty, żeby się nie pokaleczyć o odłamki. Nakrył 

parapet kołdrą.

Hop, i już był na zewnątrz. Chyba nikt nic nie widział.

Przez podwórze szpitalne wolno pełzła ciężarówka.

Szary pochylił się i ruszył biegiem wzdłuż budynku.

Potem skok przez trawnik do płotu. Podskoczył, i to tak zręcznie, że od razu chwycił za 

krawędź. Lekko przeskoczył na drugą stronę, zeskoczył na chodnik i dopiero wtedy uspokoił 

się, odetchnął z ulgą.

A chuja wsadzicie mnie do Buzykina!

Kastalety też się uspokoiły, wystukiwały już nie „toko tak”, ale poprzednie niespieszne 

„to tak, to tak”.

Uff!

Teraz trzeba było się zastanowić, dokąd iść.

Chyba do domu. Ubrać się normalnie i dać dyla, zanim przyjedzie sanitarka zabrać go do 

czubków.

Ale w domu jest ojczym.

To co robić?

Nagle Szary przypomniał sobie, że w autobusie, na chwilę przed katastrofą, przyszła mu 

do głowy myśl: poprosić Müllera, żeby nastraszył Rożnowa i dał gadzinie po ryju.

Czas   był   odpowiedni:   trzecia.   Chłopaki   na   pewno   już   ciągną   do   kotłowni,   gdzie 

sonderkommando ma stykówę, albo, jak kazał mówić Müller, sztab.

Ze szpitala do kotłowni jest niedaleko. Można tam nawet w majtkach się przekraść.

background image

Obcina wyszła

Z początku wydało mu się, że wszystko gra. W sztabie zastał Gazera i Wowę, a wkrótce 

przyszedł sam Müller. I tak fajnie go powitali: podnosili oczy do góry, klepali po ramieniu, 

mówili,   że   teraz   Szary,   kurde,   przeżyje   sto   lat,   i   tak   dalej.  Ale   kiedy   odwołał   na   bok 

gruppenführera i przedstawił sprawę, wszystko poszło w pizdu.

- Ty co, masz nierówno pod sufitem? - zdziwił się Müller. - A bo to mój interes szarpać 

się z twoim ojczymem? Za kogo mnie masz - Figaro tu, Figaro tam? Nie wciągaj kommanda 

w swoje domowe układy. To twoja broszka, nie moja.

Słuchając stukania za Chiny niechcących wylecieć z głowy kastaletów („to tak, to tak”), 

Szary   smętnie   patrzył   na   żelazny   krzyż,   wyglądający   spod   skórzanej   kurtki   Müllera. 

Gruppenführer chwalił się, że krzyż jest prawdziwy, ściągnięty rzekomo ze szkieletu Niemca 

znalezionego w lesie, na bagnach. Ale chyba zalewał. Jego ciotka pracuje w Mosfilmie i 

pewnie podwędziła z magazynu, tam mają różne mundury i blaszki.

- To gdzie ja pójdę? - cicho powiedział Szary. - W domu Rożnow chleje już któryś dzień. 

Szpital naśle gliniarzy, zawiozą mnie do psychicznych. A ja, sam widzisz, nie mam ani siana, 

ani łachów. I ani kopiejki. Mniej niż zero.

- Dobra, kopsnę ci piątkę, to się na razie przemelinujesz - okazał wspaniałomyślność 

gruppenführer.

A chłopaki jakoś go tam ubrali. Wowczik poszedł i przyniósł stare pepegi i koszulę. 

Gazer przytachał z garażu kombinezon ojca, cały czarny od smaru.

Szary się ubrał i znowu poszedł do Müllera. Nie miał ochoty się prosić, ale trzeba było. 

Opuścił głowę i jeszcze raz spróbował:

- Wiesz, żeby chociaż zgred cykora dostał, co? Powiedziałbyś mu coś takiego... „Jak 

jeszcze raz Szarego ruszysz, to ci kosę sprzedamy”. Wtedy na pewno w pory nawali. Dostanie 

trzęsiączki.

Gruppenführer nie odpowiedział. Wtedy Szary podniósł  oczy i  zobaczył,  że samemu 

Müllerowi trzęsie się dolna warga - opadła i drży. Szef sonderkommanda patrzył gdzieś ponad 

ramieniem Dronowa.

Wtedy Szary zauważył, że ucichła i reszta sondziarzy, którzy byli w kotłowni. Gazer 

background image

spochmurniał, a Wowczik mrugał oczami i zrobił się cały blady.

Szary się obejrzał i też zamrugał.

W drzwiach kotłowni stało czterech syczowskich: Arbuz, prawa ręka ich szefa, Baniaka, 

a z nim żołnierze. Jeden to Skok, drugi Bryka, a ksywy trzeciego Szary nie znał - zgarbiony, 

w ośmioklinowej cyklistówce, a łapy jak kleszcze zwisają mu, niczym małpie, prawie do 

kolan.

Mordy mieli wszyscy czterej takie, że Szaremu momentalnie zaczęły dygotać kolana.

- Co, sondy, w dupach się wam poprzewracało? - spytał Arbuz i splunął. - Obmyłeś 

frajera   na   betonówce,   Müller?   Czy   cię   Baniak   nie   ostrzegał:   siedź   cicho   na   swojej 

Kujbyszówce   i   nie   leź,   gdzie   nie   trzeba?   I   co,   gdzie   Kujbyszówka,   a   gdzie   betonówka? 

Obcina wyszła, sam sobie możesz podziękować. Bo odpowiesz za to.

- Co ty mi tu lepisz? - Müller próbował trzymać fason. Przygryzł wargę, żeby nie drżała. 

- Jakiego frajera?

-   Nie   lej   wody.   Ty   go   robiłeś,   nikt   inny:   blondyn   w   czarnym.   Frajer   poszedł   na 

mendownię, do majora Jewdokimowa, i wyszczebiotał. Major wezwał Baniaka i mówi: o 

niczym nie wiem, betonówka to twój rejon. Oddajesz szmal i papiery, a jak nie, to sam wiesz. 

No więc tak, śmieciu. Papiery oddajesz, pięćdziesiąt pięć to samo. I jeszcze dwa razy po 

pięćdziesiąt pięć. Kara.

Wyszło na to, że pobity wujo poszedł i zakapował psom! Podstawił marnych sondziarzy 

samemu Baniakowi, hersztowi syczowskich, z którymi kto zacznie, ten już nie ma po co żyć.

Choć tamtych było czterech i sondziarzy też czterech, o walce nawet nie było co myśleć. 

Taki paker jak Arbuz sam by wszystkich załatwił, na leżąco wyciska sto osiemdziesiąt kilo, 

Szary widział to na własne oczy.

- A skąd ja tyle siana wezmę? - spuścił z tonu sondziarski gruppenführer. - Trzy razy po 

pięćdziesiąt pięć? Sto sześćdziesiąt pięć, kurna!

- A nie chcesz w...? - Gazer zacisnął pięści i ruszył bykiem na syczowców.

Arbuz   nawet   nie   wyjął   rąk   z   kieszeni,   tylko   dał   Gazerowi   potwornie   mocnego   i 

szybkiego kopa w krocze. Gazer zgiął się wpół.

A to baran! Przez niego teraz wszystkim połamią kości!

Ze strachu kastalety tkwiące w głowie Szarego zapomniały o „to tak” i dały po czaszce 

background image

gęstym „toko tak, toko tak!”.

- Dalej, bić ich! - rozkazał Arbuz.

Szary chciał dać dyla do wyjścia, przeskoczyć między syczowskimi, ale źle obliczył i 

uderzył barkiem Arbuza. A już całkiem parszywie wyszło, że Arbuz zawadził o coś obcasem, 

czy jeszcze z jakiegoś innego powodu od tego uderzenia runął na wznak. I najwyraźniej 

solidnie pierdolnął głową o beton.

Szary dosłownie zamarł z przerażenia.

Trzeci z syczowskich byków, ten z nieznaną ksywką, powoli obrócił się do Szarego, 

wyszczerzył zęby i uniósł pięść z przerażającą powolnością.

Wtedy Szary pisnął, pchnął go w pierś, wyleciał jak strzała z kotłowni i jak nie da w 

długą przez podwórze! Szalony stukot kastaletów popędzał go niczym zająca.

Czyli teraz już miał przechlapane na całej linii.

Zostawił kolegów w biedzie - to raz.

Wariatkowo go ściga - to dwa.

No, a w domu - Rożnow.

Trzeba się wynosić z Basmanowa, pędzić, gdzie oczy poniosą. Dla Szarego nie ma już 

tutaj życia.

Ale   do   domu   trzeba   zajrzeć.   Dokąd   pojedzie   ubrany   jak   strach   na   wróble,   w 

wytłuszczonym kombinezonie? I skąd weźmie forsę? Müller jednak nie zdążył dać mu tej 

piątki. Chociaż trochę trzeba wyciągnąć od matki. No i pożegnać się.

Może Rożnow już się schlał i śpi?

Toko tak!

Ale i tutaj Szary miał pecha. Widać całe jego szczęście wyczerpało się w wypadku.

Nie   mógł   otworzyć   domu   kluczem,   bo   ten   został   w   szpitalu,   razem   z   ubraniem   i 

dokumentami. Musiał zadzwonić.

Nie   otworzyła   matka,   tylko   Rożnow.   Był   w   szarawarach,   w   wiszącej   na   plecach 

background image

futbolówce. Szary od razu wyczuł, że ojczym osiągnął najgorszy etap pijackiego ciągu: nie 

może spać, jeść też nie, nawet płuca nie chcą wciągać tytoniu. Tylko chleje i szlag go trafia.

Jak   Szary   zobaczył   u   Rożnowa   niezapalonego   papierosa   w   kąciku   ust,   oczy   w 

czerwonych   żyłkach,   liliową   barwę   policzków,   to   od   razu   zrozumiał,   że   po   ptokach.   I 

kastalety znowu przeszły na szybkość karabinu maszynowego.

-   A-a-a-a-a-a,   jeeeesteeeeś   -   zaśpiewał   ojczym,   szyderczo   rozciągając   sylaby   -   a 

pieeeprzyyyliiii, żee pooooood aaautooobuuus wpaaaadłeeeś. Chcieeeli mnieee naaaabrać? 

Rooożnooowaaaa   niiikt   nieeee   naabieeerzee.   Nooo,   witaaamy   gooościaaa,   weejdź, 

młooodyyy człooowieeekuu!

Powoli, z lubością zaczął cofać prawą rękę, ściskając palce w pięść. Pewien był, drań, że 

Szary nigdzie nie ucieknie. Nie będzie śmiał ani uciec, ani nawet zasłonić się przed ciosem. 

Nie śpieszył się więc, rozkoszował zemstą.

Włochata pięść uniosła się ku twarzy Szarego, celując prosto w nos. Rożnow miał taki 

zwyczaj, kiedy był wyjątkowo wściekły: najpierw oślepi ciosem w nos, żeby się człowiek 

zalał krwią, potem lewą w żołas, ciosem w kark przewróci go na podłogę, a później będzie 

flekował, dopóki mu starczy zapału.

Ale dzisiaj jakoś wolno mu to szło. Widać za dużo wypił. Szary zdążył przysiąść, pięść 

trzasnęła zaś z całą siłą w futrynę. Chrupnęło solidnie, soczyście.

- Ooo, kuuurrrr... - zaklął ojczym, ale Szary, bojąc się następnego uderzenia, pchnął go 

dłonią.

Nie   można   powiedzieć,   żeby  silnie,   Rożnow   jednak   odleciał   do   tyłu   na   przedpokój, 

rąbnął o ścianę i osunął się na podłogę.

Wybałuszył   oczy   z   niedowierzaniem.   Z   rozbitej   dłoni   sączyła   się   krew.  A   gęba   z 

czerwonej, wściekłej, nagle zrobiła się szara, przestraszona.

Nieoczekiwanie Szary poczuł się bardzo dobrze, po prostu wspaniale.

Podszedł i z glana przyłożył ojczymowi w ucho - aż głowa poleciała w lewo.

Potem z drugiej strony; wtedy poleciała w prawo.

Rożnow przymknął oczy i zachrypiał.

- Jak jeszcze raz ryja na mnie otworzysz, to ci kark skręcę. A za matkę - zabiję! - obiecał 

mu Szary. - Dowiem się, przyjadę i zabiję.

background image

Przestąpił   przez   skulonego   ojczyma   i   wszedł   do   pokoju.   Odszukał   świadectwo 

ukończenia ośmiolatki, metrykę urodzenia (dowód, niestety, został w szpitalu). Wyjął ubranie.

Potem ruszył do kuchni. Strasznie mu się chciało coś wszamać.

Tylko że w lodówce było pusto, jakby ją wymiotło. W oknie świeciło jaskrawe słońce, 

Szary zmrużył oczy.

Żeby chociaż wody się napić.

Z kranu wysunął się tęczowy pęcherzyk. Powoli, bardzo powoli opadł i stuknął o blachę 

zlewu. Pac!

Toko tak, toko tak, toko tak! - odpowiedziało szalone stukanie w skroniach.

background image

Rozdział czwarty

Eksperymenty

W   szpitalu   miejskim,   dokąd   z   rejonowego   mamińska   jednak   przeniosła   syneczka, 

potwierdzono diagnozę: fizycznych obrażeń nie ma, a o zadziwiającej anomalii psychicznej 

Rob   nic   nie   powiedział.   Zaproszono   sławnego   profesora   neurologa,   Kacnelsona,   ale 

Darnowski, jak mógł, starał się zachowywać naturalnie i nie zaglądał w oczy luminarzowi 

neurologii. Bał się, że jeśli znowu zobaczy zielone iskierki, to się zdradzi. Kacnelson mimo 

wszystko coś przewąchal. Może właśnie dlatego, że uczeń dziesiątej klasy z uporem odwracał 

od niego wzrok.

Wyrok luminarza był następujący:

- Silny wstrząs, ale to nic dziwnego. Następstwa tak poważnej traumy psychicznej są 

trudne do przewidzenia. Istnieje tak zwany SS, Survivor Syndrome, zjawisko bardzo złożone i 

słabo zbadane przez naukę. Wiadomo jedno: tak jak każdy, kto przeżył katastrofę, musi pan 

na nowo ułożyć swoje relacje z życiem. Jak gdyby urodził się pan po raz drugi, ponownie 

osiągnął stan niemowlęctwa. Będzie pan musiał znowu uczyć się wszystkiego: chodzenia po 

ulicach, jazdy środkami komunikacji, nawiązywania stosunków z otoczeniem. Proszę się nie 

śpieszyć, nie denerwować. To proces powolny, obfitujący w najróżniejsze ryzykowne sytuacje 

i nagłe odkrycia.

Rob skorzystał więc z rady profesora, który nawet nie podejrzewał, jak bardzo trafił w 

sedno sprawy.

Uczeń dziesiątej klasy Darnowski nie czuł się niemowlęciem. Właściwsze tutaj byłoby 

inne porównanie: jak gdyby człowiek do siedemnastego roku życia był ślepy i nagle przejrzał, 

nauczył się widzieć, no, może nie cały otaczający go świat, ale na pewno ludzi. Okazali się 

wcale nie tacy, jak ów człowiek wyobrażał sobie na podstawie słuchu, węchu, dotyku i czego 

tam jeszcze? Aha, smaku.

Ludzie   byli   zarazem   i   prostsi,   i   bardziej   skomplikowani,   niż   Rob   myślał.  A  przede 

background image

wszystkim przerażający.

Weźmy na przykład właśnie Kacnelsona. Jeden raz zajrzeć mu w oczy jednak było trzeba 

- kiedy świecił latarką w źrenice. Naturalnie, posypały się wtedy iskry. Dał się też wówczas 

słyszeć prawdziwy głos profesora, stary-stareńki, jakby ten miał sto lat. Przeżył - odezwał się 

ze   smutkiem   schowany   w   psychoneurologu   staruszek.   -  Dlaczego   akurat   on?   Pospolity, 

nieładny,   pryszczaty,   fałszywe   oczka.   A   Miszeńka...   Lepiej   żeby   ten   leżał   z   roztrzaskaną 

czaszką... Stop. Stop. Stop. Spokojnie.

Za „pospolitego” i „nieładnego” Rob strasznie się obraził, ale potem, już po konsultacji, 

dowiedział się od zarządzającego oddziałem (właśnie owego brata Ziny Prokofjewny), że syn 

luminarza   w   zeszłym   roku   miał   wypadek   na   motocyklu   -   przejechała   go   furgonetka. 

Darnowski się uspokoił: widocznie teraz Kacnelson po prostu nie może patrzeć na młodych 

ludzi.

A kiedy jechali ze szpitala do domu, zdarzyło się coś jeszcze gorszego. Niechcący - samo 

tak wyszło - zajrzał mamińskiej w oczy i podsłuchał taki tekścik, że omal nie padł:  Dzięki 

Bogu, wszystko w porządku, wszystko w porządku, w domu zupa ogórkowa, jego ulubione  

kotlety, potem do łóżka, doktor o mocnym śnie, i można do Rafika, można, teraz można, ach 

ty, ach ty, zmienić majtki, stanik czarny, z koronkami...

Robert się przeraził. Rafik to na pewno Rafaił Sigizmundowicz, kolega mamy z roku, 

łysy, z brzuszkiem, cały kołnierz w łupieżu. Coś ostatnio często przychodził w odwiedziny, 

ale Robowi oczywiście nawet do głowy nie przyszło, że... Mamińska ma kochanka?! Stanik z 

koronkami? Czterdzieści cztery lata i koronki?!

Mamińska   obmyślała   jeszcze   coś   zupełnie   pornograficznego,   ale   Rob   zamknął   oczy, 

potrząsnął głową.

- Co? Co? Głowa boli? - spłoszyła się mamińska. - Chciałam wieczorem skoczyć do 

biblioteki, popracować przy katalogu, ale jeśli źle się czujesz...

- Nie, czuję się okropnie dobrze. Lepiej nie można się czuć. Po wypadku - powiedział 

mściwie.

* * *

background image

W ogóle od samego początku zrobiło się jasne, że życie z Prezentem od Losu (tak Rob 

nazwał swoją nowo nabytą zdolność) nie jest usłane samymi różami. Ciekawa rzecz, ale przy 

tym niebezpieczna. Można się takich rzeczy nasłuchać, że głowa boli.

O tym właśnie myślał pierwszego poszpitalnego dnia: jak dalej żyć.

Do muzyki, która teraz w nim nic milkła, po prostu  rock around the clock,  Darnowski 

przywykł   dosyć  szybko.   Była   w   nim   przez   cały  czas,   nawet   we   śnie.  To   melodyjna,   to 

nowocześnie nerwowa, to już w ogóle jak paznokciem po szkle. Parę dni później prawie nie 

zwracał na nią uwagi. Cóż, brzęczy sobie, to niech brzęczy; ale z rzeczywistością ten fenomen 

akustyczny nie miał bezpośredniego związku. Taki koncert, ale nie życzeń. Jedynym jego 

skutkiem było to, że Rob zupełnie zostawił w spokoju magnet, a przed wypadkiem nic tylko 

zmieniał kasety. Disco nie uznawał, tylko hardrocka albo, dla nastroju, Elvisa. Ale muzyka 

mechaniczna w żaden sposób nie nakładała się na wewnętrzną, gówno z tego wychodziło. 

Jeśli nie skończy się to non stop, które zaczęło się we łbie dziesiątego maja, to magnet i 

kasety można sprzedać, nie będą już potrzebne.

Ale muzyka - kij z nią. O wiele bardziej Roba zajmował Prezent. Było to narzędzie wiele 

obiecujące,   ale   wyraźnie  niełatwe   w  użyciu,  wymagające   doświadczenia.  W  dodatku   bez 

instrukcji obsługi.

Właśnie tym - opanowaniem swoich nowych zdolności - Darnowski postanowił się zająć, 

na szczęście czasu było dosyć, brat Ziny Prokofjewny dał ofierze wypadku zwolnienie aż do 

końca roku szkolnego.

W szkole oczywiście dowiedzieli się o katastrofie. Dzwoniła i wychowawczyni, i starosta 

klasy, i nawet Reginka, ale Rob przykazał mamińskiej, żeby go nie wolała do telefonu. A kij 

im wszystkim w oko, tutaj, jak mówi książę duński, miał magnes bardziej przyciągający.

A zatem mechanizm Daru (to słowo brzmiało chyba lepiej niż Prezent) w istocie jest 

prosty, rozmyślał uczeń dziesiątej klasy. Wystarczy spotkać się z kimś wzrokiem, a potem 

słyszy   się   jego   myśli   i   głos   wewnętrzny,   który   może   dać   klucz   do   zrozumienia   istoty 

osobowości tego kogoś.

Część   teoretyczna   była   więc   mniej   więcej   jasna.   Teraz   należało   wypróbować   ją   w 

praktyce. Powiększyć bazę danych.

Z eksperymentami na żywej mamińskiej Rob dał sobie spokój, wolał nie ryzykować. 

Lepiej potrenować na obcych.

background image

Właśnie nadszedł czas badań terenowych.

Rano,   ledwie   Lideczka   Lwowna   poszła   do  pracy,   strasznie   zdenerwowany  właściciel 

Daru zrobił pierwszy wypad, na razie niedaleki - do własnej bramy, do skrzynek pocztowych. 

Stał, stękał, zgrzytał zamkiem, jak gdyby nie mógł wyciągnąć klucza.

Pierwszych dwoje mieszkańców zabrało pocztę, nie patrząc na ucznia, a tym samym nie 

podnosząc wzroku. Potem zeszła gruba baba, chyba  z czwartego piętra, i Rob specjalnie 

głośno powiedział jej dzień dobry. Odwróciła się może na pół sekundy. Okazało się, że do 

odczytania (a raczej odsłuchania) myśli wystarczy nawet tyle. Podsłuchana myśl, co prawda, 

nie zawierała wiele treści:  Z siódmego chyba. Albo z szóstego. Syn tej tam, bibliotekarki.  

Cukier, cukier. I biały ser, jak będzie.

Co   jednak   było   ważne:   o   cukrze   i   białym   serze   baba   myślała   wtedy,   gdy   się   już 

odwróciła, a mimo wszystko było słychać, tylko głos się zrobił cichszy. To znaczy, że nie 

potrzeba gapić się w oczy przez cały czas? Popatrzy człowiek, potem się odwróci, a głos 

przez jakiś czas nadal jest słyszalny. Aha.

Okej, Rob wyszedł na podwórze i przeprowadził eksperyment numer dwa: na chwilę 

spotkał się oczami ze stróżem i sprawdził na zegarku, przez ile czasu słyszy cudze myśli bez 

kontaktu wizualnego. Okazało się, że jeśli nie zwraca uwagi na dźwięki uboczne i trochę się 

wysili, to dosyć długo: całe dwadzieścia pięć sekund. Tak że nasłuchał się i o psach, które 

srają, gdzie popadło, i o ich właścicielach, którym trzeba by gębę wetknąć do psiego łajna, i o 

jakimś Lifanowie, któremu, jeśli dzisiaj nie odda trzech rubli, trzeba nakłaść po ryju. Roba 

interesowało teraz wszystko, nawet Lifanow.

Ośmielony i ogarnięty zapałem badawczym, wyszedł na ludną ulicę Nowogiriejewską, z 

wielką ciekawością zaglądając napotkanym przechodniom w oczy.

Ani jednego pudła! Jeśli udawało się przechwycić czyjeś spojrzenie, to bezwarunkowo 

migała w nim zielona iskra i od razu rozlegał się głos wewnętrzny.

Wiele z tego, co podsłuchał, nie dawało się zrozumieć. Okazuje się, że większość ludzi 

myśli   króciutkimi   urywkami   zdań,   oddzielnymi   słowami,   przy   czym   dosyć   często 

nieistniejącymi, oczywiście wymyślonymi na rodzinny albo czysto osobisty użytek. Rob w 

swoim wewnętrznym, nieprzeznaczonym dla obcych leksykonie też miał takie słówka. Na 

przykład „nutr” to człowiek o niemiłej, drapieżnej twarzy. Albo „lula” - to figurzasta laska. 

Na przykład gdyby ktoś posłuchał tego, co Rob myśli, ot, choćby o tej parce: „Taka lula z 

takim nutrem”, też by ni chuja nie pokapował.

background image

Co go najbardziej zdumiało: ludzie absolutnie nie czuli, że napotkany chłopak grzebie im 

w głowie. Nawet żal mu się ich zrobiło, tacy, durnie, byli naiwni. Nie mają pojęcia, jakie to 

niebezpieczne - pozwolić sobie popatrzeć w oczy.

Jeden okazał się mieszkańcem republiki nadbałtyckiej - może Łotysz, może Estończyk. 

Jego wewnętrzny głos Rob też usłyszał, ale ni cholery nie zrozumiał, tylko wyczuł totalne 

zdenerwowanie i wychwycił słowo „prokuratura”. To znaczy, że ludzie myślą w określonym 

języku?

Żeby sprawdzić, specjalnie pojechał na ulicę Gorkiego, do hotelu „National”, i długo się 

tam kręcił, podsłuchując zagranicznych turystów. Zepsuł sobie humor, bo z anglojęzycznych 

myśli nie zrozumiał prawie nic, mimo że chodził do elitarnej szkoły.

A potem zdarzyło się coś, co samo w sobie nie było może zbyt ciekawe, ale w życiu 

Roberta Darnowskiego dokonało po prostu rewolucyjnego przewrotu.

Pod „Nationalem” podszedł do niego jakiś człowiek i złapał go za rękaw.

- A ty czego się tu kręcisz? Chciałeś wymendzić ciuchy u zagraniczników? No, jazda! - 

Potem nagle zniżył ton, fałszywie się uśmiechnął. - A może nie mam racji, że się czepiam? 

Może tylko czekasz na znajomego?

Ale kiedy Rob popatrzył mu w oczy, usłyszał: Inteligencik, tacy drobnicą nie handlują. 

Nie szalej, towarzyszu lejtnancie. To może jakiś szczupak. Nie spłoszyć, wezwać trzeciego, 

tego wziąć do oddziału i potrząsnąć.

Co takiego w wewnętrznym języku towarzysza lejtnanta znaczyło słowo „szczupak”, Rob 

nie wiedział, ale się domyślał - pewnie „poważna sprawa” albo „grubsza zdobycz”. No, a z 

tym „trzecim” to jasne.

- Chciałem tylko wymienić odznakę, proszę pana. - Rob udał idiotę i pokazał palcem na 

klapę kurtki, gdzie zawsze miał emblemat „Spartaka”. Darnowski nie był kibicem, nie cierpiał 

futbolu,   ale   odznakę   nosił,   żeby   nie   zaczepiła   go   nowogiriejewska   żulia,   co   do   jednego 

wielbiciele „Spartaka”.

- Ja ci wymienię! - Wzrok lejtnanta przygasł, myśl natomiast zadźwięczała taka: Kurna, 

do obiadu jeszcze dwie godziny. - Rwij mi stąd. Żebym cię tu więcej nie widział!

Po pierwsze więc, Rob uniknął dużych nieprzyjemności, a po drugie, skombinował, że 

Dar, jeśli sensownie się go użyje, może przynieść praktyczną korzyść. Nawet dziwne, że tak 

oczywistą rzecz zrozumiał nie od razu, a przecież miał się za inteligentnego.

background image

Nagle w głowie ucznia dziesiątej klasy zaczęły się takie ruchy Browna, że stracił sen i 

apetyt.

Przez następne cztery dni nie wychodził z domu, od rana do wieczora spacerował po 

pokoju,   obijając   się   o   ściany.   Perspektywy   zapierały   mu   dech   w   piersiach.   Umiejętność 

czytania cudzych myśli i widzenia obcego człowieka na wskroś mogła mu dać wiele, bardzo 

wiele.

Piątego dnia Rob oświadczył mamińskiej:

- Dobra, dosyć tego leniuchowania. Jestem zdrowy. Jutro idę do szkoły.

Zachód Sołncewa

Na spotkanie ze świadkami jego kolinogórskiej wpadki Rob szedł z zaciśniętymi zębami. 

Specjalnie   poczekał   na   dzwonek   -   nie   starczyło   mu   odwagi,   żeby   wejść   do   klasy  przed 

nauczycielem. Cała nadzieja w tym, że historia z katastrofą autobusową jakoś utemperuje 

prześmiewców. Żeby wzbudzić większą litość, kochanek Lady Własnołapskiej zabandażował 

sobie głowę, a rękę umieścił na czarnym temblaku (to już dla lepszego efektu).

Postał chwilę przed drzwiami, nabierając śmiałości. Zapukał.

- No, kto tam znowu? - rozległ się surowy głos Borisa Siergiejewicza. - Wejść! A gdybyś 

tak miał na pociąg albo samolot się spóź...

Ale kiedy nauczyciel zobaczył, jak zza drzwi wylania się zabandażowane czoło Roberta, 

jego twarz wyraźnie złagodniała.

-  Aha,   to   Darnowski.   Wypisali   cię?   -   Widać   było,   że   belfer   chce   powiedzieć   coś 

życzliwego, ale nie potrafi. Taki już z Borisa Siergiejewicza był gbur, nie bez powodu zyskał 

miano Tutenchamona. - No dobrze, miejmy nadzieję, że do wesela się zagoi. - Wzniósł się na 

wyżyny współczucia, próbując niezręcznie zażartować.

-   Nie   zdąży   -   głośno   powiedział   z   ławki   Pietia   Sołncew.   -   Darnowski   żeni   się   już 

niedługo. Z pewną lady.

Rob zmartwiał. Tego się właśnie obawiał. Czyżby cała klasa orientowała się, jak został 

zhańbiony?

background image

Ale  prychnął śmiechem tylko Saszka  Łucenko, przydupnik Sołncewa.  Poza  tym nikt 

nawet się nie uśmiechnął; w tym także ci, co byli na daczy u Reginki. Na Roba i jego lipne 

rany patrzono ze współczuciem, a ta i owa spośród dziewcząt skrzywiła się żałośnie.

A  dlaczego   Sołncew   tak   się   rzuca?   -   pomyślał   nagle   Rob.   Dziwne.   Mimo   wszystko 

kolega, można powiedzieć, wrócił z tamtego świata. Coś tu się nie zgadza.

Uważnie popatrzył w uśmiechniętą twarz prześladowcy. Jedno oko Sołncewa mrugnęło 

wyzywająco, potem błysnęły oba i rozległ się urywany głosik, który cichutko wyszeptał: Wie 

czy nie wie? Chuja. A skąd.

- Wiem, wiem - głośno powiedział Rob, choć nie zrozumiał wcale, czego się Sołncew 

boi.

Pietka zamrugał. Aha! W dziesiątkę!

-   Co   wiesz?   -   z   roztargnieniem   spytał   Boris   Siergiejewicz.   -   Siadaj   na   miejsce. 

Kontynuujemy lekcję. A więc, jak zwykle, najpierw krótka rozgrzewka z chronologii.

Darnowski zajął swoje miejsce, ale na razie nie patrzył na prawo, tam gdzie siedziała 

Reginka. Do tego potrzebna była odpowiednia doza męstwa.

Na historii Rob odnosił sukcesy mniejsze niż w reszcie przedmiotów. Siły wytwórcze, 

stosunki produkcji, walka klasowa - to jeszcze pół biedy, ale kucie dat na pamięć mu nie szło. 

Oprócz   tego   miał   niedobre   przeczucie,   że   Boris   Siergiejewicz   zamierza   postawić   mu   na 

drugie półrocze (a co za tym idzie, na koniec roku) czwórkę, a wtedy - żegnaj, medalu!

Nauczyciel podniósł oczy znad dziennika i zapytał:

- Może ktoś na ochotnika?

Rob od razu podniósł rękę.

- Hm, szaleństwu dzielnych śpiewamy pieśni... - wymruczał Boris Siergiejewicz, patrząc 

na niego sponad okularów szarymi oczami. - No proszę, pokój w San Stefano?

Osiemsetsiedemdziesiątósmy - od razu usłyszał Rob łagodny głos, z zaśpiewem.

- Tysiąc osiemset siedemdziesiąt osiem - powiedział z przekonaniem.

I dalej poszło jak po maśle: zadając pytanie, nauczyciel w myślach na nie odpowiadał. 

Cóż może być prostszego?

- Powstanie Pugaczowa?

background image

- Od tysiąc siedemset siedemdziesiątego trzeciego do piątego.

- Doskonale. Zniesienie pańszczyzny?

- Tysiąc osiemset sześćdziesiąt jeden.

- A może pamiętasz dzień?

- Dziewiętnasty lutego.

- No, a... zdobycie Izmaiłu?

- Tysiąc siedemset dziewięćdziesiąt.

- Brawo. Widzę, że wypadek wyszedł twojemu umysłowi tylko na korzyść.

A śpiewający głos dodał:  Piętkę, jasne, piątkę, i niech idzie do diabła. To już chyba 

łajdakiem trzeba być. Chłopak cudem ocalał.

Boris Siergiejewicz zasępił się, postawił w dzienniku ptaszka, a Rob zastanowił się: kto 

ma   iść   do   diabła?   Czyżby   dyrektor?   To   on   żąda   od   Tutenchamona,   żeby   odebrał 

Darnowskiemu medal? Aha, zapamiętamy.

Całą   resztę   lekcji   szykował   się   do   tego,   żeby   spotkać   się   wzrokiem   z   Reginą.   Cóż 

wyczyta w jej oczach? Litość? Drwinę?

Ledwie zadźwięczał dzwonek, energicznie odwrócił się w prawo.

Ale Regina, dotąd co chwila na niego popatrująca (widział to, zerkając w jej stronę), 

szybko spuściła głowę. Miała wygląd winowajczyni.

Wokoło wszyscy łomotali krzesłami, trzaskali teczkami, zbierali się do wyjścia, a Rob i 

Regina zostali na swoich miejscach.

Krótko odpowiadając tym, którzy pytali go, jak się czuje (wszystko okej, tylko trochę 

głowa i szkłem przeciąłem rękę, nie ma o czym mówić), Darnowski czekał, kiedy w końcu 

zostaną we dwoje.

Nie doczekał się.

Podszedł  Pietka,  któremu,  jak  się  okazało, też  nie  było  spieszno  na  przerwę,  mocno 

chwycił Roba za rękę powyżej łokcia i wysyczał mu do ucha:

- O czym to niby wiesz, męczychujku?

Darnowski podniósł głowę, popatrzył na niego i wyczytał groźbę w błękitnych oczach. 

background image

Ale też i popłoch. Wewnętrzny głos Sołncewa drżał: Czyżby widział? Niemożliwe! Ani razu  

się nie odwrócił.

No i nadal nie wyczuł, cóż takiego mógł widzieć i gdzie ani razu się nie odwrócił, ale 

szepnął:

- Widziałem, Piotrusiu, wszystko widziałem. Ale nie pękaj, nikomu nie powiem.

Na pięknego sportsmena żal było teraz patrzeć, taki zrobił się szary i przygasł.

Rob,   czując,   że   zwyciężył,   chociaż   nie   wiadomo   jakim   sposobem,   protekcjonalnie 

klepnął Sołncewa w policzek - raz i drugi. A tamten nic, nie zaprotestował.

- Dobra, Pietka, idź, ja mam tu do pogadania.

I nowa zagadka: Sołncew tylko pociągnął nosem. Wyszedł bez słowa, zostawiając Roba 

sam na sam z Reginką.

Ta siedziała jak przedtem z opuszczoną głową. Pierś pod szkolnym fartuchem szybko 

podnosiła się i opuszczała. Aż musiał sam siebie upomnieć: patrz w oczy, a nie na cycki.

- Wybacz mi - powiedziała cicho miss klasy. - To ja jestem wszystkiemu winna. Przeze 

mnie omal nie zginąłeś. Trzeba było nie drzeć się na głupiego Pietkę, tylko od razu kazać mu 

pobiec  za tobą.  Żeby cię przeprosił  i przyprowadził z  powrotem. Wtedy złapałby cię na 

przystanku autobusu, i nic by się nie stało.

- A on poszedł za mną? - zdziwił się Rob.

- Tak. Ale już pojechałeś. Przecież minęło co najmniej dziesięć minut.

Ach, to o to chodzi, zrozumiał Rob. Na przystanku czekałem nie dziesięć minut, tylko pół 

godziny.   To   znaczy,   że   Sołncew   mnie   widział,   ale   nie   zawołał,   żebym   wracał.  A  teraz 

kombinuje, czy widziałem go wtedy, czy nie. Bo wychodzi na to, że przez niego nie wróciłem 

na daczę i miałem wypadek. I to przez to robi w pory? Ej, słaby ten Pietka. Dlatego ma taki 

cienki głosik.

- Wybaczysz mi, tak? - powtórzyła Reginka. - Proszę cię.

W końcu podniosła oczy, na rzęsach pobłyskiwały jej dwie łezki jak kryształki. Nie, nie 

jak kryształki, jak szmaragdy.

Pójdzie zadzwonić, że go wygnaliśmy z daczy. Albo gorzej, zaszczuli. Nie, nie pójdzie.  

Pęknięty - powiedział nieznajomy głos kobiecy - ani zły, ani dobry, najzwyklejszy w świecie, 

trochę nudny.

background image

Rob nachmurzył się: co to za „pęknięty”? Aha, że pękł, zabujał się? Takie Reginka ma 

widać słówko na określenie swoich wielbicieli.

- Rzeczywiście omal przez ciebie nie zginąłem - powiedział surowo. - A ty dobrze o tym 

wiesz. Mamy o czym pomówić.

Myśli Reginki zaczęły miotać się w panice:  Tato! Niedobrze! Jak z jajkiem. Nie tutaj!  

Irka!

Ostatnie niewątpliwie odnosiło się do Irki Saprykinej, która akurat wsunęła do klasy 

swoje ciekawskie oblicze.

- Spotkajmy się po lekcjach - zaproponowała Regina. Cichutko, żeby Irka nie słyszała. - 

Wiesz gdzie? - Na sekundę zamilkła, patrząc w bok. Intymka, la, la, mur, mur, za uszkiem, jak  

z jedwabiu. - W gabinecie chemicznym, mam klucz.

- Dobra.

Regina ciągle łypała okiem na Saprykiną i dalszych jej myśli już nie usłyszał. Zresztą 

muzyka zagrała mu w głowie taki tusz, takiego marsza Mendelssohna, że Rob na chwilę 

ogłuchł, nie wierząc własnemu szczęściu. Czy mógł przedtem o czymś takim marzyć? Tête-à-

tête z samą Reginką Kirpiczenko! Z obietnicą „intymki” i „lamuru”!

Ach, cóż za cudowne możliwości odkrywał przed nim ten Dar!

Węglan sodowy

Reginka miała klucz do gabinetu chemicznego całkowicie w zgodzie z prawem - jako 

przewodnicząca szkolnego kółka „Młody chemik”.

Komórka,   której   wszystkie   ściany   były   zastawione   szafami   pełnymi   kolb,   retort, 

probówek i reszty szkła, znajdowała się na ostatnim piętrze, obok auli. Na randkę po prostu 

ekstra.

Po  szóstej   lekcji,  kiedy  szkoła  opustoszała,  Rob z  rozpaczliwie  tłukącym   się sercem 

wszedł po schodach i prześlizgnął się obok na wpół otwartych drzwi auli, gdzie miał próbę 

zespół wokalno-instrumentalny „Szkolne Lata”.

- Raz-dwa, raz-dwa - dudnił mikrofon. - Zaczynamy. „Starego walca będą grali nam, 

background image

kiedy przyjdziemy żegnać się ze szkołą. Nasz wychowawca znów zostanie sam...”.

Rob skrzywił się boleśnie, zwłaszcza kiedy zaczęła wibrować gitara elektryczna. Nawet 

zatkał   uszy;   źle   teraz   znosił   wszelką   muzykę   oprócz   swojej   własnej.   Tym   bardziej   że 

wewnętrzna orkiestra w danym momencie wykonywała dla jedynego słuchacza coś bardzo 

kuszącego i rzewnego, ze wschodnimi melizmatami.

Puk-puk-puk, zakochany uczeń dziesiątej klasy cichutko zapukał do gabinetu.

Lekkie kroki, obrót klucza. Szept: „No już, wchodź prędzej”.

Niespodzianka numer dwa: Kiedy Reginka wpuściła Roba i zamknęła drzwi, podeszła do 

okna i odwróciła się. Jak tu teraz zajrzeć w jej myśli?

Trzeba było zaczynać na ślepo, jak to się mówi, na czuja.

- Myślałem o tobie przez cały czas - zaczął Rob cicho, ale z uczuciem. - Nawet kiedy 

leżałem na reanimacji, pod kroplówką. Jak mogłaś? Przecież uciekłem wtedy z daczy nie 

dlatego, że się obraziłem. Po prostu poczułem się obrzydliwie. Ta ameba Pietka zasunął tekst 

na   swoim   poziomie   i   wszyscy  zaczęli   rechotać.   Co   mi   tam,   gwiżdżę   na   nich,   ale   ty,   ty 

przecież   też   się   uśmiechnęłaś!   Dlaczego?   Przecież   nie   jesteś   taka   jak   tamci.   Nie   jesteś 

trywialna.

Mówiąc to wszystko, stanął trochę z boku. Czekał, aż na niego spojrzy.

W końcu się doczekał.

Spojrzał z ukosa, ledwie na sekundę, po czym ona znowu obróciła się profilem, ale nawet 

ta sekunda wystarczyła.

Równy, mądry i zabujany na całego. Szkoda, że sznajder - usłyszał Darnowski.

Zmieszał się. Cóż to ten „sznajder”?

Natężył się, żeby nie zgubić gasnącego głosu. Zrozumiał jeszcze tyle: Gdyby nie pryszcze 

na czole. I okulary, koszmar, oczywiście.

Na pryszcze nic nie mógł poradzić, ale okulary zdjął, potarł powieki ręką (tą na czarnym 

temblaku) - zmęczonym, smutnym ruchem. Ładny gest, widział to w kinie. Zarazem rozrzucił 

włosy, żeby opadły na czoło i przykryły ślady nadmiernej aktywności gruczołów potowych.

Pomogło!

Kiedy Reginka spojrzała na niego po raz drugi, usłyszał: Tak w ogóle to niczego sobie.  

background image

Oczy smutne. Rzęsy.

Wtedy Darnowski popełnił błąd - uśmiechnął się. I Reginka od razu troszkę się odsunęła. 

Zaraz. Obślinionymi wargami.

Ach tak?

Rob   specjalnie   zaczął   sapać   i   przysunął   się   bliżej,   jak   gdyby   naprawdę   zamierzał 

cmoknąć   ją   w   policzek.  W  rzeczywistości   dopiero   co   zrobił   ważne   odkrycie:   po  drugim 

zetknięciu się spojrzeniem uchwycił jej głos wewnętrzny mocniej, i ten już teraz nie milknął, 

chociaż   Reginka   nie   patrzyła   na   wielbiciela.   Okazuje   się,   że   na  myśli   rozmówcy  można 

nastawiać się jak na falę radiową? Ciekawe!

Tylko żeby nie urazić. Że jesteś fajny, ale nie w moim typie. Nie, fajny, ale nie ten,  

przyjaciel. Tak, coś o przyjaźni...

- Co to jest węglan sodowy? - spytał Darnowski, z zainteresowaniem oglądając słoik 

pełen jakiegoś niebieskawego świństwa.

- Nie, to kryształki siarczanu miedzi. - Hura, bez buziaczków. Ale o czym on mówi?

Doskonale: odczuwa nie tylko ulgę, ale i rozczarowanie. Urażona ambicja. Tak trzymać.

Odsunął się, ale nie gwałtownie; ostrożnie, tak żeby nie zgubić fali.

Zapadło milczenie, nie wrogie jednak, tylko przyjazne. A myśli Reginki pobiegły we 

właściwym kierunku:  Fakt, że ładny. Nie Delon, to jasne. Bez wariantów. Ale przyjaciel. 

Książki i takie tam. La la, tak od serca.

Ja ci dam la la. Darnowski zmrużył oczy. A co to w jej języku „delon”? Chłopak, który 

nadaje się na amanta. Dobra, kotku, zaraz będziesz miała i Delona, i Belmondo na dodatek.

- Co myślisz o Ludce Dejneko? - zapytał o ładną dziewczynę z klasy „b”, z którą Reginka 

od dawna rywalizowała.

- A bo co? Skąd tutaj Ludka? O czym on?... - Odwróciła się i spojrzała na niego.

Ale on specjalnie nie patrzył na nią, nadawszy twarzy marzycielski wyraz.

- Ładna - westchnął. - Podobna do Brooke Shields.

- Rzecz gustu. Nie widziałeś jej w szatni... Też coś, ma żyłki na cyckach. Szkoda, że nie  

mogę. A może powiedzieć?

- W szatni? Chętnie bym popatrzył. Wyobrażam sobie ten biust. - Rob podniósł oczy do 

background image

góry.

Prawdziwy głos Reginki ze wzburzeniem zatrajkotał:  Co, nie buja się? Czy w Ludce?  

Biust. Ona biust? Chyba ślepy?

- Jak kozie wymię - powiedziała miss szkoły, wykrzywiając usta.

- Naprawdę? - spytał Rob z niedowierzaniem.

I zabębnił palcami po szkle, tak jakby się z nią nudził. Albo może myślał o Ludce.

Reginka wytrzymała niedługo, może z pól minuty.

Profil ma niczego. No to zobaczysz. Ludka, tak? Ludka? No dobra, to na całość.

Leciutko dotknęła jego ramienia i miodowym głosem zaśpiewała:

- Robik...

Dalej, dalej, odwróć się, rękę na ramieniu. W oczach mgła. Popatrzeć chwilę i oczy w 

dół. Piersi ach, ach. Zadziała. Tylko nie zanadto, bo będzie lizanie.

- Aha? - spytał, odwracając się, roztargnionym głosem. - Co takiego?

Jej twarz była całkiem blisko. Oczy zamglone (lekko poruszyła rzęsami, żeby białka oczu 

były   wilgotne),   biust   szóstka   chodzi   raz-raz,   usta   wpółotwarte.   Spomiędzy   drobnych, 

równych zębów wysuwa się koniuszek języka.

Ale Rob nie dawał się nabrać. Wytrzymał pauzę.

Zaczęła panikować: Nie działa? Nie działa! Inny by pocałował. No! No! No, proszę!

Dopiero kiedy doczekał się tego „proszę”, energicznie wziął ją w ramiona, i jak pisze się 

w starych powieściach, przywarł ustami do jej ust.

Przedtem jeszcze raz zajrzał jej w oczy. Kontakt? Jest kontakt!

A, a tak, tak! Masz, Ludka! Dobrze! Odsunąć się! Jeszcze pięć sekund i dos... raz dwa 

trzy, cztery pięć, sześć, siedem. Ale nie tak, głupku! Jak Pietka, koniuszkiem górną.

Jak to koniuszkiem? Czego koniuszkiem? Języka? Po górnej wardze, tak?

Spróbował.

Głębiej, no, nie rozumiesz?

Rozumiem panią. Wsunął język głębiej, przesunął po jej wardze, ale od wewnątrz, i od 

razu został wynagrodzony.

background image

No, nareszcie! I tutaj, tutaj. Tak! Lepiej niż Piętka, lepiej! A ręka tam! Tylko nie jak  

Pietka, wszystko zepsuje. Tam, a nie tam!

To już było trochę trudne. Gdzie niby „tam” i gdzie „nie tam”?

Darnowski na chwilę oderwał się od ust, popatrzył jej w oczy i od razu było jasne, gdzie 

się pchać w żadnym wypadku nie należy, a gdzie koniecznie trzeba, przy czym tak prędko, 

jak tylko się da.

„Nie tam” to jest pierś. Widocznie szóstka sprawiała, że wszystkie pietki najpierw łapały 

za biust, a ona tego nie lubi.

„Tam” to plecy, na to by za Chiny nie wpadł.

Rozpiął guziki na szkolnym fartuchu, pogłaskał gołe ciało nad zapięciem stanika i skóra 

pokryła się wdzięcznymi mrówkami.

Oj, oj, dobrze. A teraz tam. Nie, nieśmiały, będzie się bał.

Ale Darnowski się nie bał.

Podniósł sukienkę, pogmerał troszeczkę ręką w jakichś jedwabnych łaszkach i gumkach, 

ale się nie obawiał, że zabłądzi, skoro wewnętrzny głos Reginki podpowiadał, dokąd ma 

podążać.

Do celu jednak nie dotarł, bo całkiem blisko, za drzwiami, zadudniła jakaś blacha, a po 

podłodze zaczęła szurać szmata.

- Ciocia Masza! Przyszła sprzątać! - Reginka oderwała się od jego ust i wyswobodziła.

Jej twarz pokrywał rumieniec, wargi miała obrzmiałe i mocno czerwone.

- Przyjdź w sobotę. Starzy pojadą na daczę, a ja zostanę, powiem, że muszę przygotować 

się do egzaminów - powiedziała lekko ochrypłym głosem, doprowadzając do porządku ukryte 

pod sukienką szczegóły garderoby. - Przyjdziesz?

Tam nam nikt nie przeszkodzi - dokończyły oczy o nienaturalnie rozszerzonych źrenicach.

Do domu Rob szedł, lekko się chwiejąc, jak pijany. I naprawdę był trochę upojony.

Po pierwsze, niewiarygodnym, fantastycznym zwycięstwem w gabinecie. Co prawda, 

upojenie   leciutko   psuła   myśl,   że   Reginka   dostała   mu   się   nieuczciwie,   a   ponadto   owe 

wszystkie  zabiegi  lekko  obniżyły  jej  wartość  w  oczach  Roberta.  Przedtem  była   królową, 

wyrażając się wzniosłym stylem, władczynią marzeń. A zmieniła się w jakiegoś robota z 

background image

instrukcją obsługi: Nacisnął na guzik numer jeden - piszczy, pogłaskał płytkę numer dwa - 

mruczy. Że w sobotę posunie tę Lady Chatterley, co do tego nie miał wątpliwości.

No i dobrze.

O wiele mocniej upajała go świadomość, że jego Dar jest sto, tysiąc razy cenniejszy, niż 

wydawało mu się na początku.

Za pomocą Daru Rob mógł osiągnąć wszystko, czego zapragnie. Był panem świata!

Samoramaszel, albo historyczne znaczenie Rewolucji Październikowej

Jak już mówiliśmy, po ukończeniu szkoły Rob zamierzał najpierw spróbować szczęścia 

na filologii, a gdyby się obciął, to skoczyć ze spadochronem do Szkoły Pedagogicznej imienia 

Lenina. Ale panu świata nie wypadało kisnąć na tej siermiężnej uczelni, Darnowski podjął 

więc  śmiałą  do  szaleństwa  decyzję:   zdawać  do  Instytutu  Spraw   Międzynarodowych,  i   to 

wprost na wydział stosunków międzynarodowych, do najbardziej ze wszystkich obstawionej 

enklawy,   gdzie   dwie   trzecie   miejsc   zawczasu   jest   zajęte,   a   reszta   zarezerwowana   dla 

absolwentów   szkoły   dla   wzorowych   robotników.   Chodziły   słuchy,   że   „z   ulicy”   do   tego 

carskosielskiego liceum dostawało się najwyżej parę osób, i to tylko z medalami.

To znaczy, że trzeba będzie zdobyć medal, musowo. Problem polegał na tym, że według 

rozdzielnika na szkołę przypadał jeden złoty krążek, a w równoległej klasie „b” uczyła się 

Miłka   Zajczycka,   córka   członka   Biura   Politycznego.   Nawiasem   mówiąc,   też   piątkowa 

uczennica, tak że wcale nie zapowiadało się na medal dla Roba, nawet jeśli historyk Boris 

Siergiejewicz okaże się człowiekiem z zasadami.

Dawny   Darnowski   westchnąłby   i   dał   sobie   spokój,   ale   teraz,   kiedy   nazwisko   Roba 

odkryło swój utajony sens (pochodziło bowiem od słowa „Dar”, tu nie było dyskusji), nie 

wypadało poddawać się bez walki.

Milka była cichutką okularnicą, przypominała myszkę. Nikt się do niej nie przyklejał; nie 

dlatego nawet, że taka potwora, ale że się bali tatusia. Nie mówiąc już o tym, że Zajczycką 

przywożono do szkoły wielkim czarnym samochodem, a potem do końca lekcji w szatni 

czekał ochroniarz, rozwiązując krzyżówki.

Rob podszedł na przerwie do Miłki i od razu chwycił byka za rogi.

background image

- Słuchaj, na co ci potrzebny ten medal? - zapytał z wymówką w głosie, patrząc w oczy 

dygnitarskiej myszce.

O czym on?... Jaki medal? - rozległ się ze szczerym zdumieniem delikatny, zacinający się 

głosik.

- Jaki medal? - zdziwiła się Miłka. Jej głos zewnętrzny, niestety, brzmiał gorzej niż ten 

wewnątrz.

- Ten, który chcą ci wepchnąć dyrektor i jego zastępca. Żeby się przypodobać twojemu 

ojcu. A ty i bez medalu dostaniesz się, gdzie zechcesz, wystarczy, że kiwniesz palcem.

Miłka zaczęła szybko mrugać oczami.

O Boże, jaki wstyd, jaki wstyd, naprawdę!

- To pewna sprawa? Z tym dyrektorem i zastępcą?

- Absolutnie pewna.

Po co on to?

- A... a dlaczego mi o tym mówisz?

- Dlatego, że tobie ta pozłacana blaszka na nic się nie przyda. A dla mnie to jedyna 

szansa, żeby dostać się tam, gdzie chcę. Ale portretów mojego taty nie nosi się na placu 

Czerwonym, dlatego medal dadzą tobie.

Jest uczciwy. Nie kłamie. Nie taki jak inni. I oczy.

Kiedy Rob usłyszał o oczach, przełknął ślinę. Ja piórkuję, przecież gdybym chciał - 

byłaby moja. Córka samego Zajczyckiego! Najważniejsze, że dziewucha jest w porządku. Co 

w sercu, to na języku, pierwszy raz taką widzę.

Ale syknął na siebie: stop, wycofać się. Do bara-bara się nie nadaje. Po pierwsze, szkapa. 

Po drugie, mogą mi głowę urwać. A o małżeństwie za wcześnie myśleć. To nic, z Darem 

zaliczę każdą królewnę, mam czas.

- Co... Co mam zrobić? - cicho spytała Miłka. - Powiedz, to zrobię.

Jeśli byłby taki. Tak, właśnie taki...

- Idź do dyrektora i powiedz: bardzo proszę, żeby pan nie dawał mi medalu, tacie się to 

nie spodoba. Nigdy ci tego nie zapomnę.

I popatrzył na nią wymownie, nawet przenikliwie.

background image

- Dobrze... - Blade policzki głuptaski poróżowiały.

Krótko mówiąc, Rob dostał swój medal. Żaden tam złoty,  po prostu lekki metalowy 

krążek,   pokryty   mikronową   warstwą   pozłoty.  Ale   nieważne,   skoro   był   to   klucz   do   wrót 

zaczarowanego pałacu. A raczej dopiero pierwszy z kluczy.

Medaliści musieli zdać dwa egzaminy - wypracowanie i angielski - i zdobyć łącznie 

dziewięć punktów. Ale główna rzeź w instytucie odbywała się podczas tak zwanej rozmowy, 

jeszcze przed wszystkimi egzaminami. Tam mogli spytać człowieka, o co chcieli, albo po 

prostu odesłać go bez podania przyczyn. Zostawiali tylko swoich, „z listy”, i jeszcze dla 

niepoznaki pewną liczbę ofiar, które potem nie przejdą z punktacji.

Nadszedł   wreszcie   dzień   krwi   i   chwały.   W   audytorium,   do   którego   wszedł   blady   i 

zdecydowany   Darnowski,   siedziała   za   stołem   trzyosobowa   komisja:   pośrodku 

przewodniczący w okularach, z olbrzymią, jak gdyby rozdętą głową i pożyczką na malinowej 

łysinie; jeszcze dwoje po bokach: chłopak i baba, ale na tych Rob ledwie spojrzał. Było jasne, 

że decyduje tutaj ów Buldog Pożyczkowicz. To walka Rusłana z Głową Olbrzyma, dodał 

sobie odwagi Rob, przyglądając się pagórkowatej glacy przewodniczącego.

Kiedy ten usłyszał nazwisko abiturienta, nagle się uśmiechnął i zachęcająco zmrużył 

zapuchnięte oczka.

Darnowski, Darnowski... był taki, zdaje się, tak, na pewno był.

Co, co? Niby gdzie byłem?

Rob się najeżył.

Ale przewodniczący przekartkował notes i nachmurzył się.

Nie, tu jest Tarnowski. A ten - Darnowski. Ale ma kinol, Żyd chyba, bezczelny naród,  

nawet do instytutu się pchają. Co by tu mu zasunąć?

No i zasunął:

- No, młody człowieku, proszę nam opowiedzieć o historycznym znaczeniu Wielkiej 

Socjalistycznej Rewolucji Październikowej, w punktach.

Pytanie było podle, podstępne. Żaden normalny człowiek za cholerę nie spamiętałby tych 

wszystkich punktów; zawsze o jakimś się zapomni.

Rob zaczął dziarsko:

-   Wielka   Socjalistyczna   Rewolucja   Październikowa   umożliwiła   rozwiązanie 

background image

najistotniejszych   problemów,   powstałych   w   trakcie   rozwoju   historycznego:   społeczeństwa 

przyszłości,   postępu   społecznego,   wojny   i   pokoju.   Potwierdziła   ona   leninowską   teorię 

rewolucji socjalistycznej...

Potem mniej więcej od dziesiątego punktu zwolnił tempo, dając Buldogowi możliwość 

włączenia się - i myślowych podpowiedzi.

Wszystko poszło jak trzeba, jak pod dyktando:

- ...i ostatni, szesnasty punkt: Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa wpłynęła 

na powstanie i rozwój nowych, rewolucyjnych form sztuki humanistycznej.

A to zaraza. No nic, dam ci teraz ruchy narodowowyzwoleńcze...

- Zaraz, chwileczkę... - z zakłopotaniem rozłożył ręce przewodniczący - jak można było 

pominąć taki czynnik o globalnym znaczeniu, jak...

-   Tak,   tak   -   Wielka   Socjalistyczna   Rewolucja   Październikowa   stanowiła   punkt 

przełomowy  w   rozwoju   ruchów   narodowowyzwoleńczych   i   stała   się   początkiem   kryzysu 

systemu kolonialnego.

A to dopiero... - nieoczekiwanie do myśli Pożyczkowicza wskoczyło brzydkie słowo - 

ust mi wyjął, zasraniec. Pokręcił głową z niezadowoleniem.

-   Trzeba   mówić   szybciej,   pewniej.   Przecież   to   Wielka   Socjalistyczna   Rewolucja 

Październikowa. Dobrze, damy panu jeszcze szansę.

Spróbował ściąć go na datach, ale nie z Robem takie numery po Borisie Siergiejewiczu.

Wtedy   paskudny   Buldog   zaatakował   z   drugiej   flanki   -   zaczął   pytać   o   nazwiska 

przywódców bratnich partii.

Ale dla Roba to była pestka, po prostu wystarczyło powtarzać za wewnętrznym głosem 

tamtego Gustav Husak, Nicolae Ceausescu, Erich Honecker, i tyle.

Ale   kiedy   w   ruch   poszli   liderzy   krajów   afrykańskich   i   azjatyckich,   które   wybrały 

niekapitalistyczną drogę rozwoju, delikwent zaczął się denerwować. To już było skończone 

chamstwo. Załatwi go ten kundel, dołoży mu, jak nie kijem, to pałką.

- ...Samoramaszel...Mengistuhajlemariam - powtarzał głośno za wewnętrznym  głosem 

przewodniczącego (ohydnym, warto dodać) tę całą abrakadabrę, ale też, jak mógł, sam ruszał 

mózgiem.

Trzeba było przejść od obrony do ataku, inaczej wyleci na aut.

background image

Po raz pierwszy obdarzył uwagą pozostałych członków komisji, którzy przez ten czas nie 

wypowiedzieli ani słowa.

Zadbana, miła kobieta w średnim wieku patrzyła na męczennika z wyraźną sympatią. 

Biedaczek, wszystko umie. Jakież to jednak niesprawiedliwe... Ta nawet chętnie by pomogła, 

ale nic nie może. Kij z nią.

Popatrzył na młodego faceta. Pewnie asystent. Gapi się na Roba z zaciekawieniem, nawet 

z aprobatą.  Cudowny dzieciak! Hipopotam się z nim zdrowo namorduje. Dalej, okularniku, 

niech się pomęczy.  Ten też nie rokował nadziei. Tak samo jak baba, robił tu za doniczkę z 

paprotką.

A Hipopotam (bardzo trafne określenie) już zaczynał się wściekać. Jego wewnętrzny głos 

coraz gęściej rzucał mięsem. Mądrala... Żydek z całą pewnością. Niby mama z tatą Rosjanie,  

tak ma w papierach... Ale babcia pewnie jakaś Sara Mojsiejewna... No właśnie - matka Lidia  

Lwowna. Hm. Lwowna.

- Proszę wybaczyć, że pcham się z radami - z uśmiechem zakłopotania powiedział Rob. - 

Ale   lepiej   by   pan   zrobił,   sprawdzając   moją   umiejętność   logicznego   myślenia.   Przecież 

rozumiem,   jakie   to   ważne   dla   przyszłego   dyplomaty.  A  pamięć   też   mam   fenomenalną, 

odziedziczyłem   ją   po   dziadku   ze   strony   matki,   Lwie   Iwanowiczu   Sokołowie.   Był 

arcymistrzem szachowym.

Tu już trochę skłamał, ale w dopuszczalnych granicach: dziadek był zaledwie mistrzem 

Swierdłowska. O babce Maro Aszotownie pewnie lepiej było nie wspominać. Hipopotam 

mógł nie lubić i Ormian.

A tamten otarł czoło chustką. Jezu Chryste, jak mi to cale chujostwo obrzydło. W wolny  

dzień stary płaszcz, kapelusz na oczy i kolejką do Ławry, świętym relikwiom się pokłonić,  

oczyścić duszę przed ojcem Jewłampijem.

I po tłustej facjacie przemknął cień błogiego uśmiechu. Z Jewlampijem? Aha.

- A dziadek ze strony ojca - Darnowski dalej grał naiwnego - w ogóle umiał na pamięć 

całą Biblię - i Stary Testament, i Nowy. Był synem diaka, a dosłużył się do archijereja.

Teraz Hipopotam drapieżnie zmrużył oczy.

Kłamie! Wpadł.

- Niech  pan przyjmie  do wiadomości, młody człowieku, że  archijerejowie  należą do 

background image

duchowieństwa zakonnego, to znaczy składają śluby bezżenności i nie mogą mieć dzieci. 

Taaa,   ma   pan   zbyt   bujną   fantazję.   A   dla   tych,   którzy   lubią   fantazjować,   miejsca   w 

Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych być...

- Ależ on po rewolucji przeszedł na stronę władzy radzieckiej. - Rob uśmiechnął się 

prostodusznie. - Zrzucił sutannę, ożenił się. Miał już wtedy przeszło pięćdziesiątkę.

To   akurat   było   szczerą   prawdą.   Niech   sprawdzają,   jeśli   chcą.   Dziadek   Serafim   miał 

szczęście: jako buchalter spokojnie pracował w fabryce tekstylnej do trzydziestego siódmego 

roku, a potem znowu mu się poszczęściło: nie zginął w łagrze, tylko zwyczajnie miał wylew...

I   nagle   coś   drgnęło   w   mrocznej   duszy   przewodniczącego   komisji   egzaminacyjnej. 

Pomógł Robowi dziadek nieboszczyk, archijerej.

Chłopczyna wygląda jak ten Warfołomiej Niestierowa.

- Lubi pan malarstwo? - innym już, łagodniejszym tonem spytał Hipopotam.

- Bardzo. - Rob szedł bezczelnie na całość. - Szczególnie obrazy pędzla Niestierowa. Nie 

uwierzy pan, jak pójdę czasem do Galerii Trietiakowskiej, to patrzę godzinami, nie mogę się 

oderwać... A najbardziej podoba mi się obraz z młodzieńcem Warfotomiejem. Zna pan? Jak 

gdyby serce w człowieku rosło, trudno to wyjaśnić słowami.

Przewodniczący groźnie wysmarkał nos. Poruszył brwiami.

… … …!  Było nie było! W końcu tylko jeden. W ostateczności. Tarnowski, Darnowski,  

powiem, że pomyliłem. Jak chcą, to niech go zetną na egzaminie. Złoto nie chłopak.

Rob wyszedł z rozmowy kwalifikacyjnej spocony, ale zadowolony.

Na podwórzu czekała Reginka, okropnie przejęta. Sama miała wszystko pozałatwiane, 

tato - przedstawiciel handlowy - zaklepał jej dawno miejsce na ekonomii.

- No jak, Robik?

- W porządku.

- Hura!

Objęła   go,   pocałowała   namiętnie,   ledwo   się   od   niej   oderwał.   Zdający   patrzyli   na 

Darnowskiego z zazdrością. Taka Marilyn Monroe wiesza mu się na szyi, a ten jeszcze się 

krzywi. Reginka wyszeptała rzeczowo:

background image

- Mam klucze od daczy. Pojedziemy, uczcimy to?

A to wampirzyca nienasycona! Cóż to, wynajęła go? To do mieszkania, to na daczę. 

Zdrowie można stracić.

- Nie teraz, muszę szykować się do egzaminu.

Wypracowanie   o   Pawce   Korczaginie   napisał   bardzo   ostrożnie,   żeby   nie   zrobić   ani 

jednego   błędu.   Dostał,   ma   się   rozumieć,   nie   piątkę,   tylko   czwórkę   za   „niedostateczne 

rozwinięcie tematu”; nie znaleźli nic innego, żeby się przyczepić.

Ale o angielski można się było nie martwić, zdawało się tylko ustny.

Egzaminatorka o wyglądzie starej panny, z upiętym na tyle głowy płowym warkoczem, 

mrugała bezradnie umalowanymi oczami; jeszcze, króliczka, zsunęła na nos okulary.

Darnowski uśmiechnął się przebiegle i w myślach zaśpiewał: „Patrzę na jasne warkocze, 

spotykam ufny twój wzrok”.

Głośno zaś powiedział z emfazą:

- Good morning! What a nice day we are having today!

background image

Rozdział piąty

Sieg heil!

Kiedy wrócił z kuchni na korytarz, ojczyma już tam nie było, tylko na linoleum ciemniało 

kilka kropel krwi.

Rożnow dobrze go wyczuł. Szary miał ochotę dać tej świni jeszcze parę razy po ryju. I 

przy okazji potrząsnąć łobuzem, czy aby nie schował gdzie trzech rubli albo choćby jednego.

Trzeba   było   się   śpieszyć,   żeby   zdążyć   przed   glinami.   Podobno   w   takim   pogotowiu 

psychiatrycznym sanitariusze gorsi są od glin. Jak cię zwiążą, to nawet jęknąć nie będziesz 

mógł.

O syczowskich strach było choćby myśleć. Idź teraz i tłumacz, że nie chciałeś popchnąć 

Arbuza. Nie kogoś tam, tylko samego Arbuza! Za niego syczowscy urządzą takie polowanie, 

że nie wiadomo, czy człowiek wyjdzie z tego żywy.

No i ze swoimi, sondziarzami, niewiele lepiej. Że syczowscy nieźle stłukli Müllera i 

chłopaków, to gwarantowane. A za to popchnięcie Dronowa dostaną podwójnie. I on za to 

odpowie.

Szary wzdrygnął się, kiedy sobie przypomniał, jak gruppenführer zrobił sąd nad jednym 

chłopaczkiem   z   sonderkommanda.   Biedak   nic   takiego   znowu   nie   przeskrobał.   Zgubił   po 

prostu osiemnaście rubli z kopiejkami, a to była ich wspólna forsa.

Rozprawa odbyła się w kotłowni, ze wszystkimi szykanami. Müller usiadł na skrzynce, 

cały w czerni, chłopaki stanęli za jego plecami. A Worek (tak nazywano chłopaka) sterczał 

przed nimi sam jeden, na baczność. Błagał o wybaczenie, obiecał, że zdobędzie forsę w ciągu 

tygodnia.

A Müller tylko się uśmiechał - rola sędziego wyraźnie mu odpowiadała. Ogłosił wyrok i 

od razu kazał wykonać. Każdy po kolei podszedł do skazańca i napluł mu w twarz, a ocierać 

się tamten nie mógł. Potem musiał stanąć w drzwiach, nachylić się, a Müller rozpędził się i 

dał  mu   kopa,  aż  tamten   wyleciał  z   kotłowni.  I  oświadczył  pozostałym:   teraz  Worek  jest 

podczłowiekiem i każdy honorowy chłopak z ferajny, kiedy spotka takiego na podwórzu, 

background image

może, a nawet musi dać mu w ucho.

Worek nie zniósł takiego życia, po tygodniu najął się na budowę, układać Bajkalsko-

Amurską Magistralę.

Szary też zwiałby na jakąś budowę, żeby tylko nie trafić na rozprawę do Müllera. Ale jak 

to zrobić bez dowodu?

Ogólnie wychodziło, że w którąkolwiek stronę by się obrócił - kanał.

Jedyną nadzieję stanowiła matka. Teraz, kiedy ją wypieprzyli z przedszkola, tymczasowo 

zatrudniła się w stołówce jako sprzątaczka. Przynajmniej to czy tamto podsunie do zjedzenia, 

w końcu musi człowiek żreć. To może i pożyczy synowi trzy ruble.

Dronow zabrał z domu wszystko, co można opylić: elektryczną golarkę Rożnowa, album 

ze znaczkami (do szóstej klasy zbierał, potem rzucił), kij hokejowy z autografem Bałdorisa. 

Ale kij można było sprzedać tylko komuś ze swoich, którzy widzieli, jak ubiegłej zimy Szary 

miał takiego farta, że po meczu CSKA - „Dynamo” Ryga dostał się do szatni. Obcy nie 

uwierzy, udowodnij mu, że nie nabazgrał sam flamastrem.

Z bramy wyskoczył objuczony jak wielbłąd. Na ramieniu kij hokejowy, na nim tobołek z 

resztą barachła.

Nagle zobaczył, jak na jego widok wstaje z ławki Müller. Kołnierz podniesiony, ręce w 

kieszeniach. I co najdziwniejsze - czysta gęba, bez siniaków.

Sieg heil, Szary. Dokąd zasuwasz?

Szary kaput

- W hokeja grać? Zima się chyba skończyła?

Gruppenführer był najstraszniejszy właśnie wtedy, kiedy tak miauczał jak kot i rozciągał 

grube wargi w półuśmiechu. Wartuje przy bramie! Może i reszta z nim przyszła?

Dronow ostrożnie powiódł oczami dookoła, ale innych chłopaków nie było. Jaką karę 

obmyślił dla niego Müller za tchórzliwą ucieczkę?

- Ale dałeś! - Gruppenführer pokręcił głową. - Zadziwiłeś mnie.

Szary zwiesił głowę i czekał. Niech już będzie, co ma być. W pierwszej sekundzie chciał 

background image

rzucić kij i wyrywać przez podwórze, ale nagle oklapł, jak gdyby uszło z niego powietrze.

- Jak to ty tego Arbuza? Co? Musieli go wynosić. Kraba też uszkodziłeś - czysty nokaut. 

Czego się tajniaczyłeś, że tak możesz przylać?

Natrząsa się z niego, czy co?

Ale   nie,   we   wzroku   Müllera   nie   było   drwiny;   gruppenführer   patrzył   na   niego   z 

bojaźliwym zachwytem.

Podszedł, pomacał biceps Szarego, wzruszył ramionami.

- Niby zwyczajny. A tak mu jebnąłeś, że nawet się nie spostrzegłem. Normalnie jak Bruce 

Lee.

- Kto?

- Taki Kitajec, wszystkich kładzie. Stary ma na wideo, jak przyjdziesz do mnie, to ci 

pokażę.

Szaremu szczęka opadła; tak się zdziwił, że nawet nie spytał, co to jest „wideo”. Żeby 

gruppenführer kiedy zaprosił kogoś do domu? To się jeszcze nie zdarzyło.

-   Nauczyliśmy   syczowskich   klasa.   Popamiętają.   -   Müller   sposępniał   i   powiedział   z 

zażenowaniem: - Tylko że trochę chujowo wyszło. Bryka, jak spieprzał, to powiedział: „No, 

sondziarze,   za  to   zapłacicie,  jak   dorośli.  Tylko  poczekajcie”.  A ja   mu:  „Baniakiem  mnie 

straszysz? Zetrzemy go na drobnej tarce”. Tak mu powiedziałem.

- Zetrzemy? Baniaka? - przeraził się Dronow.

Syczowski Baniak był największym kozakiem w Basmanowie. Nawet Sztyk, brygadier 

dworcowców,   pierwszej   bandy   Basmanowa,   obchodził   go   szerokim   łukiem.   Rzepa   miał 

dwadzieścia   lat,   ale   nie   brali   go   do   wojska,   bo   był   po   wyroku.   Jeszcze   jak   chodził   do 

zawodówki, jednemu chłopakowi z Klary Zetkin złamał grzbiet w bójce, teraz babka tamtego 

wozi po ulicy w wózku. A zeszłego Pierwszego Maja Baniak jednemu bykowi z Odincowa 

odgryzł nos na cacy, kiedy tarzali się po ziemi; potem lekarze próbowali mu przyszyć, ale nie 

dali rady. Chodzi teraz po Odincowie z bandażem w poprzek ryła. Szary pokręcił głową.

- Jak chcesz go zetrzeć?

- Dlaczego ja? - Müller klepnął go po ramieniu. - Ty. Ja zaraz syczowskim zasunąłem: 

„Jak wasz Baniak nie nasra w pory, to niech przyjdzie na Nieżdankę i z naszym Szarym się 

nawala”.

background image

„Toko   tak,   toko   tak,   toko   tak”   -   wybuchło   stukanie   kastaletów.   Podwórze   dookoła 

zakołysało się, widać je było jak za mgłą. Kotka biegnąca wzdłuż krawężnika zatrzymała się i 

dalej szła cichuteńko, skradając się strasznie powoli.

Nie bój nic, próbował Dronow przemówić sobie do rozsądku, i spytał niedbale:

- Niby kiedy?

A gwizdać na to, pomyślał. I tak zwiewam. Teraz skoczę do matki, wyciągnę forsę i na 

pociąg. Sami się z Baniakiem bawcie.

- Cooo? - zaśpiewał gruppenführer pytająco. Nie dosłyszał.

- Kiedy mam iść? Na Nieżdankę? - powtórzył Szary wolniej.

- Nooo, teeraaaz, zaaraaz. Maasz, łyykniij... Caały jesteeeś blaaadyy.

I powoli wyciągnął ćwiartkę z kieszeni swojej czarnej skóry.

Szary łyknął na zdrowie. I nic, pomogło. Po pół minucie stukanie ucichło, przeszło na 

zwyczajne „to tak, to tak”.

Miał   teraz   w   dupie   cały  świat.   Co   będzie,  to   będzie.   Jeśli   Sieriodze   Dronowowi   od 

urodzenia pisane było, że kopnie w kalendarz, zanim skończy siedemnaście lat, to widać taki 

jego los. Niech lepiej Baniak na śmierć go zatłucze, niż miałby mu złamać kręgosłup albo 

odgryźć nos. Jak można żyć bez nosa?

- Nie sraj w gacie, Szary. Damy radę - mrugał do niego Müller, ale w jego  oczach 

wyraźnie widać było strach, już się nie cieszył, że tak szpanował przed tamtymi. - Walnij go 

tak, jak wtedy Arbuza. I po zawodach. Padnie jak kawka.

- Nie jestem żaden Szary - czknął Dronow. - Że ty jesteś czarny, to ja nie muszę być od 

razu szary, rozumiesz?

Nigdy mu się ta ksywka nie spodobała. Co to on, walonek jest, czy co?

Gruppenführer uniósł obie dłonie: nie ma sprawy.

- Rozumiem, z Szarym koniec. A jak mamy do ciebie mówić?

Dronow ruszał mózgiem, jak mógł, ale tak z punktu nie umiał wymyślić nic sensownego.

- Sierioga.

- Dobra, niech będzie Sierioga. Idziemy, Sierioga. Czas na nas.

background image

Blond bestia

Nieżdanka to była zapuszczona cerkiew; nikt nie pamiętał, dlaczego ją tak nazwano.

Kiedyś, dawno temu, mieścił się tam rejonowy magazyn towarów, ale już chuj wie ile lat 

stała   pusta,   zabita   deskami.   Miejsce   wygodne,   na   granicy   trzech   miejskich   dzielnic   - 

Leninowskiej, Swierdłowowskiej i Dworcowej - tak jakby niczyje, kiedy więc coś było nie 

tak, dintojra odbywała się zawsze w Nieżdance.

Do   rozprawy   z   syczowskimi   Müller   zebrał   całe   sonderkommando,   nawet   dwóch 

szczawików z zawodówki. W sumie jedenastu ludzi. Weszli z podwórza przez okno, tam 

gdzie deski się rozsuwały.

Syczowskich w środku jeszcze nie było.

Pod   dziurawą   kopułą   krakały   od   czasu   do   czasu   wrony;   wysoki,   półokrągły   strop 

nieprzyjaźnie chował się w mroku, więc sondziarze jakoś od razu zbili się w kupę. Zgrywali 

oczywiście   odważnych.   I   klęli,   i   nawet   śmiali   się,   ale   grube   mury   odzywały   się   takim 

przykrym echem, że od razu miało się ochotę mówić ciszej, a najlepiej w ogóle szeptem.

Gruppenführer, jak mógł, dodawał otuchy swemu tchórzącemu wojsku:

-  Soldaten,  Baniak naszemu Sieriodze nie podskoczy. Gazer, powiedz im, jak Sierioga 

położył Arbuza - nie pięścią nawet, tylko barkiem.

Gazer zahuczał ponuro:

- Ja tam nie widziałem. Jak mnie Arbuz zaprawił, to byłem denat.

Sam Dronow stał oparty plecami o ścianę. Wóda ze łba jeszcze mu nie wywietrzała i był 

jak w półśnie. Po prostu czekał i słuchał swojego „to tak, to tak”.

Ale zauważył, że chłopaki trzymają się na dystans i gapią się na niego tak, jakby go 

pierwszy raz widzieli. Albo ostatni. Jak na trupa, pomyślał leniwie.

Pół godziny dreptali tak w miejscu. Pijackie otumanienie pomału zaczęło ustępować i w 

głowie Dronowa pojawiły się dwa niepodobne, ale widocznie pokrewne uczucia: strach i 

nadzieja. Może Baniak nie przyjdzie? Różnie bywa; mógł na przykład wyjechać. Albo pobici 

syczowscy nie mogli go znaleźć?

background image

Już nabrał w płuca powietrza, żeby powiedzieć: „Baniak nawalił w pory. Nie przyjdzie. 

To co, idziemy?” - ale wtedy na całą cerkiew zadudniło, zatrzeszczało, aż wrony w górze z 

przestrachem zaczęły machać skrzydłami. To zabite na krzyż drzwi rozleciały się pod czyimś 

silnym uderzeniem.

Baniak uważał włażenie przez okno za coś poniżej godności, więc wyważył kopniakiem 

drzwi.

Przystanął w nich. Pokazał się w całej krasie.

Pierwszy wojownik Basmanowa miał łeb jak sagan, wielki i całkiem okrągły. Za tę głowę 

właśnie tak go nazwano. Wzrostu był niedużego, a za to równie szeroki, jak wysoki.

Obejrzał się i splunął.

- No, jesteśmy. Który to?

Zza ramienia wysunął się Arbuz, pokazał palcem Sieriogę.

- Ten tam, pod ścianą.

Baniak kiwnął głową, zrobił krok do przodu, a za nim gęsto ruszyły syczowskie byki - 

dużo, ze dwudziestu.

Sondziarze zgodnie cofnęli się w odległy kąt, z przodu został tylko Müller. No i jasna 

rzecz, Dronow; bo gdzie miał się podziać?

Baniak popatrzył na niego z niedowierzaniem i zapytał:

- Co jest, szczylu? Odbiło ci? Żyć się odechciało?

Sieriodze język przysechł do podniebienia. Chciałby nawet odpowiedzieć, ale nie mógł.

- Umowa była: jeden na jednego. - Müller obejrzał się na markotne sonderkommando. - 

Żeby wszystko było uczciwie, według zasad.

- Koszuli nie ma co krwią paćkać - powiedział Baniak sam do siebie, półgłosem, jak 

gdyby głośno się zastanawiając.

Zdjął koszulę, podkoszulek; nie patrząc, rzucił swoim, a tamci je złapali.

Stanął pośrodku cerkwi goły do pasa, cały w tatuażach: i baba tam była, i finka, i kopuła 

z krzyżem, różności.

To   bandyckie   malarstwo   ostatecznie   dobiło   Sieriogę.   Ulotnił   się   alkoholowy   zapał, 

ulotniło otępienie.

background image

Nagle jakby prąd go kopnął, aż zęby zaczęły szczękać, o kurna, w co ja wdepnąłem?!

Toko tak, toko tak, toko tak, podchwyciły kastalety. Szybciej, jeszcze szybciej niż zęby.

-   Nooo,   gnooojkiii   -   Baniak   z   lubością   rozciągał   słowa   -   zaaaraaaz   teee   waaaszoo 

pluuuskwee rooozgnioootę i wszyyystkiich rooozdeeepczee!

Ruszył ku Sieriodze, kołysząc się; prawa ręka za plecami, lewa trochę wystawiona do 

przodu. Płynnie podskoczył i wyciągnął tę lewą w kierunku szyi Dronowa.

Jak baletnica, przemknęło tamtemu przez głowę, chyba szpanuje. Bez trudu uchylił się 

przed rozczapierzoną dłonią - po prostu zrobił jeden krok.

Baniak łagodnie wylądował, obrócił się na obcasie i zrobił zamach nogą, żeby trafić 

przeciwnika w kolano. Ale znowu się spóźnił, przedobrzył - Dronow zrobił dwa szybkie kroki 

do tyłu.

Widok   był   okropny.   Małe   oczka   Baniaka   nabiegły   krwią,   baba   na   jego   piersi 

spurpurowiała.

Zaryczał głucho i rzucił się na Sieriogę; trochę szybciej niż poprzednio, ale ten i tak 

zdążył   odsunąć   się   i   obrócić,   tak   że   znalazł   się   z   tyłu,   za   Baniakiem.   Zobaczył   jego 

muskularne   plecy,   szeroki   kark   z   tłustą   fałdą.   Nagle   przypomniał   sobie,   jak   Müller 

kopniakiem wyrzucił Worka z kotłowni. I z całej siły kopnął w zad w dżinsach z miedzianymi 

ćwiekami.

A wtedy stało się coś przedziwnego. Rozkraczony Baniak wyleciał w górę i po chwili 

rąbnął o fresk na ścianie, prosto w bladego starca z siwą brodą. Potem osunął się, zostawiając 

czerwoną smugę na wyblakłej riasie świętego.

Sierioga   zdrętwiał.   Przykopał   tamtemu   rzeczywiście   zdrowo,   z   całej   duszy,   ale   żeby 

stukilowy kloc pofrunął do góry jak piłka?

Myślał, że teraz Baniak podniesie się i oszaleje do reszty, ale syczowski herszt leżał 

nieruchomo. Gruba ręka była dziwnie wykręcona, palce się rozgięły.

Nie żyje?!

Z tyłu rozległ się hałas.

W obawie, że teraz reszta byków rzuci się na niego, Sierioga zrobił w tył zwrot. Ale 

zobaczył tylko plecy. Syczowcy, bezładnie popychając się i depcząc, pognali do drzwi, a 

niektórzy wiali nawet przez okno.

background image

Müller zgiął się w czarny zakrętas, lewą ręką uderzył w łokieć prawej, zaciśniętej w 

kułak, i przeciągle zawołał:

- Wieeecieee juuuż, gnooojee, kto tuuu jeeest paaan?

Koniec,   dotarło   do   Sieriogi.   Już   po   walce.   Od   razu   oklapł.   Ciężko   mu   się   teraz 

oddychało.   Z   czoła   ściekał   pot.   Za   to   „toko   tak”   przestało   bębnić   w   uszach.   Podszedł 

gruppenführer, objął go za ramiona.

- Wiesz co, Sierioga? Ty jesteś nadczłowiek. - Po czym dodał coś niezrozumiałego: - 

Blond bestia.

Ale Dronowowi nie zagadki były w głowie. Nachylił się, przewrócił Baniaka na plecy. 

Zobaczył błyskające białka oczu. Przełknął ślinę.

- Nieżywy?

Müller pomacał grubą jak pień szyję.

- Oddycha. Zaraz go ocucę.

Zaczął rozpinać spodnie, ale Sierioga odsunął gruppenführera.

- Nie rób tego. Za to cię rozwali, na śmierć. Kiedy ja wyjadę.

- Dokąd?

- Nie wiem. Tutaj nie mogę zostać.

I powiedział mu o szpitalu, o rozbitym oknie, no, a przede wszystkim o wariatkowie. 

Müller zaśmiał się.

- Nie mają prawa. Trzymaj ty się mnie, Sierioga, a ja cię nie dam tknąć. Jakby co, to 

włączę do sprawy ojczulka. Ja dla ciebie teraz gwiazdkę z nieba bym ściągnął, jasne? My, 

dwaj nadludzie, na całe pierdolone Basmanowo. I wszystkich będziemy mieli o, tu...

Potrząsnął zaciśniętą pięścią.

- Idź do domu, Sierioga, odpocznij. Zasłużyłeś. I nie zawracaj sobie głowy pierdołami. 

Wszystko będzie grało. Słowo gruppenführera.

Ach, to tak?

background image

W progu matka rzuciła mu się na szyję.

- Sieriożka, kochanieńki, co też pan doktor mówi? - zaczęła mamląc (przednie zęby 

Rożnow wybił jej jeszcze w pozaprzeszłym roku). I dalej go obejmować, obmacywać. - Że się 

rozbiłeś w autobusie?

Dronow odsunął się - od matki mocno jechało alkoholem.

- Jestem cały, wszystko w porządku. Jaki znowu doktor?

- A ten tam. - Wskazała w stronę korytarza.

I nagle - masz ci los, dawno go nie widział - z pokoju wylazł brodacz ze szpitala.

Sieriodze „to tak” skoczyło na „toko tak”, ale na parę sekund, nie więcej. Przypomniało 

mu się, co mówił Müller.

- Czego pan? Nie ma pan prawa! Nie pojadę! - cofnął się Dronow i cały się napiął: a co 

będzie, jak doktor ma ze sobą sanitariuszy od czubków?

-   Nie   denerwuj   się,   nie   wolno   ci!   -   powiedział   lekarz   szybko,   ale   spokojnie.   - 

Przywiozłem ci ubranie, dokumenty. Dlaczegoś uciekł? Potrzebny ci jest spokój. Masz silną 

arytmię.   Puls   trzysta   dwadzieścia,   cztery   razy   szybszy   niż   normalny.   To   bardzo 

niebezpieczne. Serce może nie wytrzymać. No dalej, wejdź do pokoju, siadaj. Albo lepiej się 

połóż.

W pokoju brodacz zaczął mierzyć puls Sieriodze.

- Nic nie rozumiem... Normalny, siedemdziesiąt pięć.

Za to Sierioga zrozumiał. Kiedy ze strachu serce mu się ściska i we łbie z „to tak” 

przechodzi na „toko tak”, wtedy puls robi się cztery razy szybszy. To nie znaczy, że wszyscy 

dookoła zaczynają powoli mówić i poruszać się, tylko on sam jest cztery razy zwinniejszy. 

Ach, to tak! Dlatego nie wpierdolił mu ani Rożnow, ani nawet Baniak. Wydawało mu się, że 

poruszają się niczym senne muchy. Albo ludzie na filmie w zwolnionym tempie. A naprawdę 

to tamci byli normalni, tylko on skakał jak Charlie Chaplin.

- A co ze stukaniem w głowie? - spytał zakłopotany doktor. - Nie dokucza ci?

- Przeszło. - Sierioga machnął ręką. - Jak wyszedłem na ulicę, od razu wiatr mi głowę 

ochłodził. A nie pomyliło się coś panu z tym trzysta dwadzieścia?

Nie bał się już teraz brodatego ani trochę.

background image

- Mogło się zdarzyć - wymamrotał zafrasowany lekarz. - Daj, to zmierzę jeszcze raz.

Teraz wyszło nawet siedemdziesiąt.

- Trzeba mniej pić. - Sierioga wyswobodził rękę. - Lekarzowi nie wypada.

A myślał sobie: cztery razy szybciej! Czterokrotnie!

Nowy Ład

Kiedyś Sierioga Dronow sądził, że tylko w kinie życie może odmienić się tak szybko. 

Albo w bajce. Że niby żył sobie mizerota, pomiatał nim każdy, kto chciał, i nagle - ciach, 

złapał   czarodziejskiego   szczupaka   albo   Konika   Garbuska.   I   od   razu   wszystko   pcha   się 

drzwiami i oknami: i to, i tamto, i pól królestwa na dodatek.

Po pierwsze, Rożnow. Tyle się męczył Sierioga z tą zarazą, a tu - szast-prast, i nie ma 

Rożnowa.

Po dintojrze w Nieżdance Sierioga myślał, żeby spuścić ojczymowi prawdziwe manto - i 

za karcery, i za wybite zęby mamy, ale Rożnow już się w domu nie pokazał. Tak się przeraził 

dziarskiego pasierba, że nawet swoich łachów nie zabrał. Nawet z administracji się zwolnił. 

Wyjechał w świat i cześć, tak jakby go nigdy nie było.

Mama przepłakała cały dzień, a potem przestała. Sierioga miał z nią poważną rozmowę: 

jak będziesz chlać, to uważaj. Matka tylko głowę w ramionach schowała, i od tej pory nie 

widział jej pijanej. Pewnie taką już ma duszę, że się musi kogoś bać, jak nie męża, to syna.

W domu odtąd było dobrze. Czysto, spokojnie. Jak chce się żreć, to w lodówce jest zupa, 

kotlety. W nocy nikt się nie drze, nie wymyśla, śpij, człowieku, ile chcesz.

Dronow spał teraz do późna. Dlatego, że za dnia i wieczorami roboty było do licha i 

trochę.   Pomagał   Müllerowi   zaprowadzać   Nowy   Ład   w   Basmanowie.   W   tym   sensie,   że 

sonderkommando od tej chwili w mieście jest najważniejsze; jak powie jego gruppenführer, 

tak ma być.

Zaczął od dwóch sąsiednich ferajn, wziął je pod swoją komendę, nazwał „brygadami”. 

Poszło mu z tym łatwo. Zabrał ze sobą Sieriogę, powiedział: ty nic nie gadaj, wystarczy, jak 

będziesz ze mną.

background image

O tym, że Sierioga załatwił Arbuza i samego Baniaka rozsmarował na ścianie, wszyscy 

już wiedzieli. Dronow cieszył się teraz w mieście wielkim autorytetem.

Dawnych   sondziarzy   Müller   też   przechrzcił   na   brygadę.   Sieriogę   mianował 

brigadeführerem i swoim pierwszym pomocnikiem.

Potem pogadał z tym i owym spośród syczowskich. Ci, bez Baniaka, którego zawieziono 

do szpitala ze złamaniami i pękniętą śledzioną, zaczęli się gryźć między sobą: jedni stali 

murem za Baniakiem, inni się odsunęli, uznali Arbuza za wodza. No, a ten powiódł ich pod 

rozkazy Müllera i też został brigadeführerem.

Teraz można było stanąć w szranki z dworcowymi.

Tam za pierwszego w grupie był Sztyk, dorosły chłopak. Nie zajmował się drobnicą, znał 

poważnych ludzi z Moskwy, robił geszefty z tirowcami.

Müller wezwał go na spotkanie, na rozmowy. Ze sobą wziął tylko Sieriogę. Ostrożny 

Sztyk przyprowadził ośmiu.

- Dasz radę, jakby co? - kątem ust wyszeptał gruppenführer, kiedy zobaczył tyle luda.

- Łatwiutko. - Dronow wzruszył ramionami, pewny, że „toko tak” go nie zawiedzie.

- A jak wyjmą kosy?

- Nie ma sprawy. Tylko ty odejdź na bok, żeby cię nie pocięli.

Też   coś   -   kosy.   Zanim   tamci   się   zamachną,   on   przejdzie   między   nimi,   jakby   stali 

nieruchomo. Nim zdążą mrugnąć, dostaną po uszach. A cztery razy szybszy cios pięścią to jak 

rąbnięcie zderzaka ciężarówki pędzącej sześćdziesiątką.

- Dobra - zgodził się Müller. - Jak powiem „Wal!”, to walisz, Sztyka - pierwszego.

Tym razem Sierioga omal się nie obciął.

Rozmowie wcale się nie przysłuchiwał, czekał na komendę. Prawdę mówiąc, miał ochotę 

jeszcze raz sprawdzić swoje „toko tak”.

Sztyk zerkał na niego z obawą, byki też nie spuszczały oka. Miło było.

Ale kiedy układy się zerwały i Müller krzyknął: „To tak? Wal ich, Sierioga!” - nic się nie 

stało. Serce się nie obudziło, po dawnemu wystukiwało swój rytm „to tak, to tak”.

Sierioga zrozumiał, co jest grane, ale za późno. Bardzo już był pewny siebie, nie czuł 

strachu. A bez tego „toko tak” był jak silnik bez zapłonu - nie zacznie działać.

background image

Zamachnął się, żeby Sztykowi przyłożyć w ryło, ale wyszło słabiutko. Tamten odskoczył 

i jak nie ryknie:

- Chłopaki, kosami ich!

Trzech wyciągnęło knypy,  rzucili się na Sieriogę. A wtedy jego motor z przestrachu 

zaskoczył. Można powiedzieć, z półobrotu.

Toko tak, toko tak, toko tak!

Dalej  było już  łatwo. Wygrzmocił całą ósemkę, wystarczyło góra pół minuty.  Potem 

popędził za Sztykiem, który nawiewał co sił w stronę prospektu. Starał się, biedak, łokciami 

wiosłował i zdążył odbiec daleko - dwieście metrów. Tyle że Sierioga przy swoim „toko tak” 

dogonił go raz-dwa. Podstawił mu nogę, dołożył po karku i szef dworcowych rąbnął gębą o 

asfalt. Dronow przydepnął go nogą, żeby się nie rzucał, i trzymał tak, dopóki nie nadszedł 

Müller.

Puls   Sieriogi   wrócił   już   do   normy,   więc   gdyby   Sztyk   chciał,   łatwo   mógłby   się 

wyswobodzić. Ale skąd miał o tym wiedzieć? Leżał spokojnie, bez ruchu.

A kiedy Müller wyjaśnił mu, jakie teraz w Basmanowie zapanują porządki, Sztyk nie 

protestował, siedział jak mysz pod miotłą.

Nie wytrzymał tylko, kiedy gruppenführer powiedział:

- Będziesz mi od swoich tirów odpalał po dwie stówy na tydzień.

- Co ty? - wychrypiał Sztyk spod buta Sieriogi. - Po dwie nie mogę, jeszcze z Moskwą 

muszę się dzielić. Najwyżej jedną.

Zaczęli się targować, ale Sieriodze nie forsa była teraz w głowie. Mocno się przestraszył, 

że kastalety kiedyś go zawiodą.

Krótko mówiąc, był nerwowy. I chodził nieswój przez kilka dni.

Na szczęście pomógł mu przypadek.

Przyszywał sobie guzik i wbił igłę pod paznokieć. Zabolało jak cholera.

Nagle kastalety same z siebie jak nie zaczną: toko tak, toko tak, toko tak!

Wtedy Sierioga zrobił ważne odkrycie: na przyśpieszenie wpływa nie tylko strach, ale 

także ból.

A  potem  okazało   się,   że   można   obejść   się   i   bez   bólu. Wyjaśniło   się  to   na   naradzie 

background image

wszystkich   basmanowskich   brygadierów,   którą   zwołał   Müller,   by   obgadać   Nowy   Ład. 

Sieriogę oczywiście wziął ze sobą, a ten nie głupi, schował igłę do kieszeni. Jak będzie kanał, 

to wetknie ją sobie pod paznokieć, a wtedy już nikt mu niestraszny.

No i był taki moment, kiedy się wydawało, że zaraz będzie ogólne mordobicie.

Kiedy Müller haftował o swoim Nowym Ładzie - o brigadeführerach i jeszcze jakimś 

szwabskim chujostwie, tamci spokojnie go słuchali. Kiedy powiedział, że z miejskiego rynku 

trzeba   wygnać   „nie-Aryjczyków”,   nawet   gorąco   go   poparli,   i   Tiucha,   brygadier,   to   jest 

brigadeführer   thälmanowców,   krzyknął,   bo   nie   dosłyszał:   „Tak,   od  Asyryjczyków   trzeba 

ściągać forsę, bo obrastają w tłuszcz, wołgami się rozbijają!”.

Ale potem gruppenführer naskoczył na Sztyka, a wtedy zapachniało zadymą.

- Z tirowcami - powiedział - sam będę pracował. Ty mnie będziesz robił w lewo.

Sztyk pobladł.

- Chcesz mnie załatwić?

Wstał, a razem z nim trzech byków, których ze sobą przyprowadził.

Sierioga   też   się   zerwał,   ale   serce   nie   chciało   przyśpieszyć,   trzeba   było   wyjąć   igłę. 

Wystarczyło, by zbliżył ją do palca i przypomniał sobie, jaki ból czuł wtedy pod paznokciem, 

a puls zerwał się, załomotał jak szalony.

Obeszło się bez mordobicia. Sztyk popatrzył na Dronowa, który bez słowa stanął za 

plecami gruppenführera, i smutny się zrobił, usiadł z powrotem.

Od tego wypadku igiełka stała się najlepszą, nierozłączną przyjaciółką Sieriogi. Nigdy się 

z nią nie rozstawał. Nawet kiedy się kąpał w rzece, wtykał igłę do kąpielówek.

Zdarzenie na przejeździe

Sierioga   szedł   kiedyś   samotnie   wzdłuż   torów.   Z   Nieżdanki,   gdzie   Müller   miał   teraz 

bunkier, do domu. Miejsce odludne, prawie nikt tamtędy nie chodził, szczególnie po zmroku, 

ale on przecież nie musiał się nikogo bać.

Nagle z tyłu usłyszał szmer. Odwrócił się - od płotu oderwały się dwa cienie. Popatrzył 

na tamtych spokojnie, poczekał, aż podejdą.

background image

To był Sztyk, a z nim jeszcze jakiś chłopak, z wyglądu może dwudziestopięcioletni. W 

dżinsowym   garniturze   i   bejsbolówce   z   idiotycznie   długim   daszkiem.   Kiedy   się   zbliżyli, 

okazało się, że chłopak ma twarz płaską i prawie bez ust, a spojrzenie nieruchome: nie mrugał 

oczami.

Sierioga nie przestraszył się ani trochę. Nic złego nie przyszło mu na myśl. Przecież 

Sztyk nie jest wariatem, żeby z jednym bykiem chodzić na niego, Sieriogę Dronowa?

Domyślił się: chcą go przekupić.

Kiedy stał się pierwszym brigadeführerem przy Müllerze, dostawał po setce na tydzień. 

Ubrał się ekstra, matce nakupił ubrań, zaczął przemyśliwać o motorze „Ural”. Ale Sztyk nie 

taką forsę dostawał od szoferaków, którzy wozili lewy towar do Moskwy. Müller mówił, że 

grube tysiące.

Nie żeby Sierioga chciał sprzedać kumpla za bańkę albo nawet dwie, ale ciekaw był, ile 

też mu zaproponują.

Ale Sztyk nic nie zaproponował.

- Ten? - spytał go płaskolicy.

- Ten. Jak jego nie będzie, to się skończy ten syf. Bez niego Müller jest jak dziura od 

obwarzanka.

Wtedy Sierioga popatrzył uważnie na chłopaka. Mówił, jakby był z Moskwy, rozciągając 

słowa. Ale nie o wymowę chodziło. Oczy miał straszne. Jak dwie czarne dziurki.

Samo to spojrzenie, bez żadnej igły, sprawiło, że Sieriodze włączył się system.

Moskwianin,   nie   śpiesząc   się   (chociaż   w   rzeczywistości   pewnie   strasznie   szybkim 

ruchem), wyciągnął z kieszeni czarny przedmiot.

Pistolet! Prawdziwy!

Zaczął go podnosić.

Jak tylko Sierioga zobaczył, że palec naciska na spust, a lufę w środku rozjaśnia wybuch 

prochu, ocknął się i szarpnął na bok.

Prawie nie słyszał wystrzału (po torach akurat jechał z hukiem skład towarowy), tylko 

coś świsnęło mu koło ucha.

Nie mógł biec z powrotem na ulicę - Sztyk i chłopak zagrodzili mu drogę. Z prawej był 

background image

wysoki płot. Z lewej pędził pociąg. Pozostawało jedno - biec wzdłuż torów. Tylko kula mimo 

wszystko go dogoni, jest nie cztery razy, ale sto razy szybsza.

Nie pobiegł, na tyle miał rozumu. Cofnął się, nie odwracając oczu od pistoletu.

I znowu w samym momencie strzału skoczył na bok. I jeszcze raz. I jeszcze.

Bach! Bach! Bach!

- Ale szybki, skurwiel! - zaklął moskwianin, wystawił rękę ze spluwą do przodu i ruszył 

prosto na Dronowa.

Ten zawrócił i pogonił wzdłuż szyn, ile miał siły w nogach, starając się biec nie wprost, 

tylko zygzakami.

Towarowy przejechał, a Sieriodze już niewiele zostało do przejazdu z automatycznie 

opuszczanym szlabanem. A tam jeżdżą samochody, świecą latarnie - byle tylko dobiec.

Teraz rąbnęło głośno, a kula świsnęła tuż koło szyi.

Sierioga z przestrachu przymknął oczy i... nie zauważył kamienia pod nogami. Z rozpędu 

wyrżnął gębą o ziemię, mało co nie fiknął kozła. Boli!

Chciał się podnieść, a tu prawa noga odmówiła posłuszeństwa! Skręcił ją. Może w ogóle 

złamał.

Niedaleko   uszedł   pogoni,   trzydzieści   metrów.   Gdyby   nie   ta   noga,   toby   zwiał,   a   tak 

koniec, po zawodach.

Moskwianin nieśpiesznie truchtał do niego dróżką, w biegu zmieniając magazynek. Sztyk 

podążał za nim.

Nagle ktoś głośno zawołał:

- Eeeej, chłooopaaakiii! Cooo tuuuu sieee uuu waaas wyyyyraaabiaaa?

Na przejeździe, po tamtej stronie torów, stał jakiś facet, lepszy gość - w kapeluszu, w 

krawacie. Na pewno nie słyszał wystrzałów, bo ze strachu wiałby, gdzie pieprz rośnie.

Moskwianin się zatrzymał, obejrzał na Sztyka.

Tamten machnął ręką: zmywamy się!

Jasne,  po  co  im  świadek?  Co  innego  stuknąć   Sieriogę  Dronowa  i  potem  rzucić  pod 

pociąg. A całkiem co innego rozwalić solidnego gościa w kapeluszu. Tym bardziej że stała 

tam jeszcze czarna wołga z zapalonymi światłami. Zdaje się nawet, że w środku siedział 

background image

kierowca.

Po Sztyku i jego moskiewskim kumplu nawet śladu nie zostało.

Obywatel zbliżył się.

Najpierw ledwo się ruszał, ale kiedy Sierioga zrozumiał, że przeżyje, i wyłączyło się 

„toko tak”, krok nieznajomego od razu zrobił się szybszy.

- Za co chcieli cię zastrzelić? - spytał z ciekawością, przysiadając w kucki.

To znaczy, że jednak słyszał wystrzały? I nie uciekł? Dziwne!

- Nogę sobie uszkodziłeś? - Facet pomógł Sieriodze się podnieść, doprowadził go do 

sągu drewna i posadził na nim. - Szkoda. O takie nogi trzeba dbać! Co za szpurt!

- Co takiego? - zaniepokoił się Dronow.

- Szpurt. Ostry bieg do przodu. Nie mierzyłem, ale tak na oko wygląda mi na rekord 

świata. Oczywiście, kiedy człowiekowi celują w plecy z makarowa, to każdy wyciąga nogi, 

ale takiej szybkości jeszcze nie widziałem. No, więc dlaczego ten chłopak do ciebie strzelił?

Nie   „strzelał”,   ale   „strzelił”?  To   znaczy,   że   wujo   widział   tylko   sam   koniec   -   kiedy 

Sierioga gnał, pochylony, wzdłuż torów. No jasne, wcześniej towarowy mu zasłaniał.

- Nie wiem. Jakaś żulia się przyczepiła - burknął Sierioga i pomacał kostkę. Zdaje się, że 

spuchła.

- A ty sam kto jesteś? - Ciekawski w kapeluszu trzymał temat.

Tak w ogóle to uratował mi życie, pomyślał Sierioga i odpowiedział uprzejmie:

- Sierioga jestem. Dronow.

- A ja - Iwan Pantelejewicz. Poznajmy się.

Mocno uścisnął rękę Dronowowi.

Potem odwrócił się w stronę samochodu i krzyknął:

- Ej, Wołodia, chodź no tu!

Jeździ czarną wołgą, i to jeszcze z szoferem; widać jakaś szycha.

Wóz przejechał na drugą stronę torów i podjechał tuż pod sąg-

- Dobra, nawróć teraz. Poświeć tutaj długimi.

Sierioga   zasłonił   oczy   przed   mocnym   światłem,   a   Iwan   Pantelejewicz   przysiadł, 

background image

rozsznurował mu but i ostrożnie poruszał stopą.

- Cicho, nie szarp się... Dzięki Bogu, złamania nie ma. I więzadła chyba całe. Miałeś 

szczęście, i sokoły też.

O jakich sokołach mówi, Sierioga nie przyswajał. Pomyślał, że może źle usłyszał.

- Pan jest lekarzem, tak?

Bo facet obmacywał nogę bardzo wprawnie, tak że nawet nie bolało.

- Nie, Siergiej, nie jestem doktorem - odpowiedział wesoło Iwan Pantelejewicz, prostując 

się. - Jestem człowiekiem, który dowierza swojej intuicji. A skoro ona nie wiadomo czemu 

każe   mi   nie   siedzieć   przy   zamkniętym   szlabanie,   tylko   wysiąść   na   chwilę   z   wozu   i 

pooddychać świeżym powietrzem, to jej słucham.

Ile ten wujo ma lat, trudno było wyczuć. Twarz miał może niemłodą, ale też niestarą. 

Przyjemną twarz, mocną.

- A poza tym, Sierioża, jestem członkiem kierownictwa klubu sportowego „Leninowskie 

Sokoły”.   Teraz   pojedziesz   ze   mną,   bo   i   tak   na   jednej   nodze   daleko   nie   doskaczesz. 

Pojedziemy do pewnego dobrego szpitala, gdzie ci założą elegancki opatrunek. A po drodze, 

Siergiej, musimy odbyć bardzo poważną rozmowę.

background image

II

S

PEŁNIENIE

 

MARZEŃ

background image

Rozdział szósty

Przedstawiciel silnego genderu

Dzisiaj od rana soundtrack był jak oszalały. Robert jeszcze dobrze się nie obudził, a już 

usłyszał   westchnienia   trąbek   i   nerwowe   piski   smyczków.   Wystarczyło   otworzyć   oczy   i 

zmrużyć   je   od   słonecznego   blasku,   wypełniającego   sypialnię,   by   zabrzmiała   uwertura: 

potężna, uroczysta, z momentami, które sprawiały, że Robertowi zamierało serce.

Muzyka zachowywała się niebanalnie także później, kiedy mył się, golił i brał prysznic. 

Potem  niespiesznie  „jadł  swoje   śniadanie”  (lubił  anglicyzmy,   uważał,  że  przydają  mowie 

niepowtarzalności i wdzięku) z żoną - wychodziła do pracy przed dwunastą, u niego zaś 

czwartek był „dniem bibliotecznym” - i ciągle przysłuchiwał się melodycznym breweriom w 

duszy   czy   też   może   w   mózgu?  Tej   zagadki   zresztą   przez   dziesięć   lat   nie   udało   mu   się 

rozwiązać. Jeśli człowiek ma duszę, to chyba jednak w duszy.

Kiedy Robert był jeszcze smarkaczem i dopiero przyzwyczajał się do życia z Darem, 

nazwał swoją wewnętrzną muzykę „soundtrackiem do life story”. To wcale nie takie głupie 

określenie: spojrzenie na życie jak na film, w którym gra człowiek główną rolę. Co prawda, 

nigdy   nie   widział   reżysera   i   nie   czytał   scenariusza,   ale   to   samo   można   powiedzieć   o 

wszystkich. Robert przynajmniej słyszy muzykę, a inni nawet tego nie mają. Muzyka do 

filmu Życie R. Darnowskiego była wysokiej jakości, nie taka jak w kiczowatych produkcjach 

filmowych, gdzie jeśli na ekranie jest coś smutnego, to jęczą flety i skrzypce, a jeśli ktoś 

zażartował albo poślizgnął się na skórce od banana, za kadrem rozlega się „cha-cha-cha”. 

Soundtrack Roberta często nie pokrywał się albo nawet kontrastował z tym, co się działo na 

zewnątrz. Tutaj, powiedzmy, jest dzień jak co dzień, niczego specjalnego się człowiek nie 

spodziewa, a muzyka obiecuje: uważaj, bądź w pogotowiu, dzisiaj coś się wydarzy.

Dlatego   Darnowski   od   rana   był   czujny,   uważnie   patrzył   i   słuchał,   bo   wiedział,   że 

soundtrack nigdy nie oszukuje.

Instrumentalne bogactwo i symfoniczny rozmach koncertu zapowiadały niezwykły dzień, 

ale na razie wszystko toczyło się zwykłą koleją. No, kawa z mlekiem, trochę przypalona 

grzanka, w radiu śpiewał Walerij Leontjew, żona mówiła o czymś nudnym.

background image

Jak zawsze opuściła swoje słynne puszyste rzęsy i niegłęboko zaciągając się papierosem, 

leniwie opowiadała o spotkaniu z koleżanką z roku, córką byłego sekretarza KC. Robert słabo 

pamiętał   tę   Maszę   Demiancewą,   dlatego   ledwie   słuchał   opowieści,   koncentrując   się   na 

wewnętrznej ścieżce dźwiękowej.

- No, a co ona robi? - spytał z roztargnieniem.

- Odjeżdża - westchnęła żona, strącając słupek popiołu czerwonym paznokciem.

- W jakim sensie?

- W zwyczajnym. Bierze dragi i potem ma odjazd. Kiedy tatusia pochowali w murze 

kremlowskim, mężulek od razu dał nogę. A sama ni cholery nie umie. Wyprzedaje antyki i 

szprycuje się różnymi świństwami. Inną by już dawno wsadzili, ale cóż, ona nosi nazwisko 

Demiancewa.

- Jasne. - Robert stłumił ziewanie. - Jedziesz od razu do pracy?

- Tak. Potem pojadę do Ludki, obiecałam dziewczynom przywieźć nowe towary.

Żona   Roberta   miała   godną   zazdrości   pracę,   w   Sowperfimeksie;   tata   jej   załatwił.   Z 

wyjazdami zagranicznymi, z dogodnymi godzinami pracy, a co najważniejsze, zawsze miała 

zapas firmowych flakoników z próbkami perfum, komplety kosmetyków, puderniczki i inne 

deficytowe   towary.   Sprzedając   te   drobiazgi   przyjaciółkom   i   przyjaciółkom   przyjaciółek, 

osiągała dochody dziesięć razy większe od pensji.

Była   samodzielna.   Złoto   nie   żona.   Nawet   jeździła   własną   „siódemką”.   Dwa   auta   w 

rodzinie... Jeszcze niedawno uważano by to za szczyt burżujstwa, ale czasy się zmieniły. 

Teraz to nic specjalnego. Niektórzy jeżdżą nawet zagranicznymi samochodami i nikt krzywo 

na nich nie patrzy.

Darnowski obrzucił spojrzeniem kuchnię - przestronną, dwunastometrową, z kompletem 

fińskich mebli i jugosłowiańską zmywarką. Zaopatrzenie jak należy: i prawdziwa Nescafe w 

słoiku,   i   ser   Viola,   i   dżem   pomarańczowy   -   to   dzięki   dostępowi   teścia   do   „koryta”   dla 

wybrańców.  Ale   w   ostatnim   czasie   wszystkie   te   nomenklaturowe   wspaniałości   przestały 

Robertowi wystarczać. Coś się psuło w państwie sowieckim.

Ile sił, ile nerwów, a co więcej, ile Daru zostało zużyte, i po co? System się rozwala, 

rozsypuje w diabły. To, co wcześniej wydawało się brylantem, zmienia się w zwykłe szkiełko.

Weźmy   choćby   mieszkanie.   Południowo-zachodni   rejon   Moskwy,   solidny   ceglano-

background image

wielkopłytowy dom, sześćdziesiąt dwa metry powierzchni, czysta winda, nawet konsjerżka w 

bramie. Ale ajenci i właściciele firm teraz wykupują w centrum duże komunałki, płacą za nie 

pięć   albo   i   dziesięć   tysięcy,   wyburzają   ściany   i   urządzają   prawdziwe   apartamenty   na 

europejskim poziomie. A jakie nazwy nadają tym cudeńkom: galeria, patio, ogród zimowy.

Albo taki samochód. Jeszcze rok temu, kiedy Robert jeździł swoją eksportową, wiśniową 

„dziewiątką”, wszyscy się gapili na niego z zazdrością. A teraz w Moskwie nawet mercedes 

nie jest rzadkością.

A jeśli chodzi o pracę, sytuacja też podobała mu się coraz mniej.

Nie   tak   dawno   myślał,   że   na   dobre   osiodłał   fortunę,   zagwarantował   sobie   świetlaną 

przyszłość. Teść oczywiście dużo pomógł, główną zasługę Robert przypisywał jednak sobie. 

A dokładnie: swojemu Darowi. Chociaż nie wiadomo, jak postąpiłby z takim podarunkiem 

losu ktoś głupszy, ze słabego genderu.

Dawno temu, jeszcze w instytucie, Robert stwierdził, że ludzkość dzieli się na dwie płci, 

albo,   jak   się   teraz   mówi,   na   dwa  gendery.   Przy  czym   nie   na   mężczyzn   i   kobiety,   bo  te 

wszystkie cycki czy brody to tylko pozory. Słabi ludzie przez całe życie starają się być nie 

gorsi od innych. A silni za wszelką cenę muszą być od nich lepsi. Nieważne przy tym, co 

człowiek rozumie pod słowem „lepszy”: bogactwo, karierę, talent czy zalety moralne.

Najciekawsze,   że   w   odróżnieniu   od   fizjologicznego   gender   mentalny   nie   jest   dany 

człowiekowi raz na zawsze. Można go zmienić, tak jak to zrobił Robert. W poprzednim życiu, 

przed   katastrofą,   był   typowym   słabeuszem:   ze   wszystkich   sił   starał   się   nie   odstawać   od 

otoczenia i za diabła mu to nie wychodziło. Ale kiedy zyskał cudowny Dar Losu, przerzucił 

się do innej kategorii. Od tej chwili musiał wyprzedzać innych; i z tym świetnie dawał sobie 

radę. Bo ma łeb nie od parady, silną wolę, a w rękawie dżokera nie do przebicia.

W  ciągu   minionych   lat   Robert   zrósł   się   z   Darem   na   śmierć   i   życie.   Gdyby  mu   go 

odebrano, stałby się jak ślepy. Gorzej niż ślepy. Z czasem Dar zmienił się w główny organ 

zmysłów, niczym węch u psa. Pies może oślepnąć czy ogłuchnąć i nie zginie, ale bez węchu 

staje się absolutnie bezradny.

Darnowski robił wiele eksperymentów ze swoim skarbem. Starając się określić granice 

jego możliwości, niekiedy popadał w marazm.

Na przykład jeszcze na pierwszym roku usiadł przed telewizorem i długo starał się złowić 

wzrok Leonida Breżniewa, kiedy ów stary gensek, z trudem obracając językiem, dukał coś z 

background image

kartki. Może uda się odczytać myśli kierującego partią i państwem wprost z ekranu? Och, 

jakie perspektywy otworzyłyby się przed przyszłym specjalistą od spraw międzynarodowych!

Śmiech wspominać.

Bo do tego, by usłyszeć wewnętrzny głos człowieka, potrzebny jest bezpośredni kontakt 

wzrokowy.

No nic, z takim narzędziem można było i tak osiągnąć bardzo wiele.

Jak sportowcy podnoszą sztangę i wyrabiają sobie mięśnie, tak samo Robert rozwinął 

swoją   „maskulaturę”   do   perfekcji.   Nauczył   się   w   czasie   jednosekundowego   „seansu” 

wyciągać z człowieka dwie albo nawet trzy minuty myśli.

Z czasem wypracował w sobie nawyk, żeby bez szczególnej potrzeby nie patrzeć ludziom 

w oczy, bo inaczej zwalało się na niego zbyt wiele informacji; zbędnej, a niekiedy nawet 

przykrej. Jeśli zaś człowiek i jego głos wewnętrzny z jakichś powodów Roberta interesowali, 

zachowywał   się   tak:   spoglądał   raz   i   odwracał   wzrok.   Potem,   za   jakiś   czas,   znowu. 

Nieznającym go wydawało się, że jest nieśmiały.

Miał   jeszcze   jedną   zabawę.   Poznawał   kogoś   i   przez   tydzień   albo   dwa   starał   się   nie 

spotykać   z   nim   wzrokiem.   Wyrabiał   sobie   na   jego   temat   jakiś   pogląd,   używając   tylko 

środków dostępnych zwykłym ludziom. Potem podsłuchiwał myśli i sprawdzał, czy dobrze 

zrozumiał nowego znajomego. Prawie zawsze okazywało się, że to najważniejsze przeoczył. 

Homo sapiens to dziwaczny stwór: na języku ma jedno, a w myślach całkiem co innego.

W instytucie Robert studiował z zapałem, absolutnie poważnie, szczególny nacisk kładąc 

na języki obce. Wiedział, że pomogą mu w świetlanej przyszłości. Siedzi się przy stole, 

rozmawia z jakimś cudzoziemskim dyplomatą i widzi się gołąbeczka na wskroś, jak pod 

rentgenem.

Angielski był u Roberta na pierwszym miejscu, francuski na drugim, a od trzeciego roku 

Darnowski zaczął jeszcze chodzić na lektorat z niemieckiego, który potem najbardziej mu się 

przydał.   Po   pierwszym   roku   przy   pomocy   Daru   trochę   pokombinował   i   dostał   się   do 

międzynarodowej brygady budowlanej, pojechał latem do Karl-Marx-Stadt kopać fundamenty 

pod   Dom   Przyjaźni   Radziecko-Niemieckiej.   Od   tej   chwili   przestawił   się   definitywnie   na 

kierunek niemiecki.

Na piątym roku pojechał na staż do RFN-u (tu już pomógł mu teść, który w tym czasie 

jeszcze nie był teściem), a przed samym dyplomem znalazł się w szeregach członków KPZR - 

background image

to   uważano   za   wielkie   osiągnięcie,   ponieważ   limit   procentowy   dla   studentów   był   mały, 

przyjmowano   wyłącznie   działaczy  z   najwyższą   protekcją.  Ale   znowu   pomógł   mu   Dar,   a 

Wsiewołod Ignatjewicz, w tym czasie już faktyczny teść, w  odpowiednim momencie też 

zadzwonił, gdzie trzeba.

Robert   urządził   się   w   miejscu   po   prostu   bajecznym   -   w   Instytucie   Krajów 

Kapitalistycznych.   Dwie   stałe   delegacje   zagraniczne   co   roku,   przed   dwudziestym   piątym 

rokiem życia zagwarantowany doktorat i etat starszego pracownika naukowego (z dodatkami 

trzysta   rubli),   a   potem   można   było   zostać   szefem   sektora,   co   to   już   w   ogóle   otwierało 

wszystkie drogi. Na przykład bez problemu załatwiało się wyjazd na trzy latka do dobrej 

ambasady,   żeby   podreperować   się   materialnie   i   zebrać   materiał   do   pracy   habilitacyjnej. 

Gdzieś   około   połowy   lat   dziewięćdziesiątych,   ledwie   przekroczywszy   trzydziestkę, 

Darnowski  byłby cennym pracownikiem, doktorem habilitowanym.  Taki może być  nawet 

radcą dyplomatycznym. Albo kierownikiem oddziału (to już nomenklatura KC). Zresztą czy 

to  nie  fantastyczne  - trafić  bodaj  na  plac  Stary  do Komitetu  Centralnego  jako  instruktor 

wydziału międzynarodowego lub ideologicznego. Byłoby oczywiście nudno, ale w  sensie 

kariery to jest to, o co chodzi.

Kariera byłaby jeszcze szybsza, gdyby równocześnie poszedł inną drogą: po linii służb 

specjalnych,   jak   niejeden   z   jego   kolegów.  W  tej   sprawie   Robert   naradzał   się   z   teściem, 

człowiekiem mądrym i zdrowo myślącym. Wsiewołod Ignatjewicz powiedział jednak: nie 

warto. Nie sztuka ożenić cię z Urzędem, ale teraz tylu się namnożyło tych „bigamistów”, że w 

przyszłości   pozycja   „monogamiczna”   może   rokować   większe   nadzieje.   Szczególnie   jeśli 

będziesz   miał  szansę  na  posadę   w  jakiejś  poważnej  organizacji  międzynarodowej.  Tamci 

przecież też nie są głupi i wiedzą, kto z naszych jest mundurowy w cywilu, a kto nie.

Rada, jak zwykle, okazała się dobra. Mimo że w bezpiece Robert ze swoim talentem 

mógłby osiągnąć ho-ho jakie sukcesy. Gdzieś na raucie przy szklaneczce dżinu z tonikiem 

zamienić  parę  słów  z  zagranicznym   rezydentem,  od niechcenia  spojrzeć   mu  w  oczy.  Oj, 

gdyby ojczyzna wiedziała, jaki rycerz niewidzialnego frontu przepada!

Ale jakoś robota w ONZ czy w UNESCO ominęła Darnowskiego; ci, którzy tam trafili, 

trzymali się mocno, tak że buldożerem się ich nie usunie. A jego macierzysty Instytut Krajów 

Kapitalistycznych wprost marniał w oczach. Krótkoterminowy wyjazd za granicę przestał być 

Bóg wie jakim przywilejem; teraz jeździło wielu, nawet tacy, którym kiedyś nie pozwalano. 

No, owszem, został kierownikiem sektora, i co z tego ma? Pensja przy dzisiejszych cenach - 

background image

śmiechu   warta.   Gdyby   nie   teść   i   jego   koryto   i   gdyby   nie   żona   z   jej   kosmetyczno-

perfumeryjnym dorabianiem, Robert żyłby jak każdy człowiek pracy: jadłby zupę z przecieru 

pomidorowego i „kawior” z mintaja z kapustą morską.

W dzisiejszych czasach już nie Instytut Krajów Kapitalistycznych, ale, strach powiedzieć, 

nawet KC KPZR przestał być miejscem pracy godnym zazdrości. Mądrzy ludzie starali się 

przesiąść na inny pojazd. Na przykład Wsiewołod Ignatjewicz dawno zrejterował z Komitetu, 

i Robert też mógłby wziąć z niego przykład. Przeszkadzała jedynie siła bezwładu. A poza tym 

żal   mu   było   straconego   czasu.   I   Daru   zużytego,   jak   się   okazało,   na   głupstwa   -   na 

przynależność do zbankrutowanej partii, na idiotyczną habilitację, wyrabianie pożytecznych 

znajomości i inne głupstwa.

Rodzina

Takie właśnie smętne myśli owładnęły Robertem Darnowskim, kiedy po śniadaniu palił 

w kuchni papierosa i ze zdumieniem słuchał soundtracku, który ni w pięć, ni w dziewięć 

urządził sobie jakiś koncert galowy. Cóż ma znaczyć ta Oda do radości? Co zapowiada?

Potem do kuchni zajrzała pacykująca się żona, powiedziała swoim głębokim głosem: 

„Czego tak siedzisz? Nawet talerzy nie sprzątnąłeś”, więc od razu zapomniał o wszystkim. Co 

jak co, ale sztukę kosmetyki Inna znała doskonale.

To bzdura, że do piękna człowiek się przyzwyczaja. Do brzydoty pewnie tak, ale do 

piękna nigdy.

Robert  w   życiu  nie  widział  ładniejszej  kobiety  niż  Inna. Chyba  że  w  kinie.  Isabelle 

Adjani w czymś ją przypomina, ale diabli wiedzą, jaka ta Isabelle jest w życiu - pewno nie 

dorasta Innie do pięt.

Nie chodziło nawet o urodę, prędzej czy później człowiek się nią nasyci. Podziwiać 

podziwia, ale nie czuje głodu. Tym jednak, czym Inna zdobyła znanego playboya i któryś już 

rok mocno trzymała, była tajemniczość. To haczyk, z którego nigdy żaden mężczyzna się nie 

zerwie.   Szczególnie   taki,   któremu   zazwyczaj   wystarczy  (cha,   cha)   mrugnąć   okiem,   żeby 

odsłonić najbardziej nawet skrywaną tajemnicę.

Do   dwudziestego   siódmego   roku   życia   Robert   Darnowski   poznał   ludzkość   w   takim 

stopniu, że trudno go było zadziwić mrokami człowieczej duszy. Jak mówi poeta: „Kto żył i 

background image

myślał, ten nie może nie gardzić bliźnim aż do głębi

*

 - a jeśli jeszcze ten ktoś słyszał jego 

myśli, to tym bardziej. Dlatego Robert miał dostateczne podstawy do wysokiej (ale całkiem 

uzasadnionej) samooceny.

Był z niego facet, jak się patrzy: wyrazisty nos, linia szerokich ust, znamionująca energię, 

eleganckie okulary w masywnej  oprawie, proste włosy,  stylowo  rozczesane na boki, a la 

Turgieniew. Kobiety oglądały się za Darnowskim. A która popatrzyła mu w oczy - już była 

stracona. Ileż on ich rozdłubał w swoim czasie i prowadził potem jak na smyczy! Pierwszy 

eksperyment z niezapomnianą Reginką Kirpiczenko to były miłe dziecinne zabawy. Zdarzało 

się później Robowi oswajać  kobiety o wiele wyższej  klasy.  I ani  jednej  porażki  w całej 

karierze   playboya.   Tylko   że   to   nudne.   Coś   jak   gra   na   pieniądze   z   partnerem,   który   ma 

przezroczyste karty. Dochodowa, owszem, jest, ale prędko się przykrzy.

Do   trzeciego   roku   Robert   nahulał   się   i   nabaraszkował   do   syta.   Zaczął   lustrować 

ewentualne narzeczone; szczęściem na uczelni ich nie brakowało. Władca ludzkich myśli miał 

duże wymagania: żeby miała odpowiedniego ojczulka, sama nie była zdzirą, ale i nie ropuchą, 

to jasne. Zdarzyło się kilka niezłych wariantów. Na jednym już się prawie zatrzymał. Tatunio 

wiceminister, dziewczyna milutka, typu wierna małżonka i troskliwa matka. Zamierzał już 

zrobić jej dzieciaka, żeby przyśpieszyć proces. Ale wtedy na jakimś party spotkał Innę. Była o 

rok wyżej od Roberta, studiowała w tym samym instytucie, tylko że dziennikarstwo. Dziecię 

nomenklatury w trzecim pokoleniu, angielski-francuski od czwartego roku życia, i tak dalej. 

Ale Rob poleciał nie na to „arystokratyczne” pochodzenie, lecz na senną urodę rusałki.

Inna   miała   regularne,   wręcz   idealne  rysy,   ale   przy  tym   lekko   wiedźmowaty  wygląd: 

pełne, obrzmiałe usta, bardzo biała skóra i cienie pod oczami, jak gdyby ślady namiętnej nocy 

(w rzeczywistości rzucały je długie i gęste rzęsy). Kiedy przy pierwszym spotkaniu spróbował 

zajrzeć jej w oczy, nic z tego nie wyszło. Takich rzęs u nikogo już nie spotkał. W dodatku 

Inna prawie nie podnosiła wzroku na rozmówcę, taką już miała manierę. Patrzyła w dół i w 

bok, a jeśli nawet spojrzała, to krótko: błyśnie oczami przez tę puszystą przegrodę, i tyle. To 

migotliwe,   nieuchwytne   spojrzenie   podziałało   na   Roba   niczym   celna   seria   na   samolot 

myśliwski: zestrzelony, zadymił tylko i runął w dół korkociągiem.

Najpierw   zagrała   podrażniona   ambicja.   Nieustannie   starał   się   Innę   przechytrzyć   i 

podsłuchać jej głos wewnętrzny, o mało nie skręcił szyi. A kiedy zrozumiał, że przypadek jest 

beznadziejny, że nie zdoła się wedrzeć, po raz pierwszy w życiu zaczął się zalecać na serio, 

bez   oszukiwania   i   podglądania.   Najbardziej   zdumiewające   było   to,   że   się   udało!   Diabli 

*

 Przełożył Adam Ważyk.

background image

wiedzą, czym podbił Rob prześliczną rusałkę, ale widocznie coś w nim zobaczyła, coś się 

przedarło przez te jej rzęsy.

Kiedy wychodził od niej po pierwszej nocy, czuł się naprawdę szczęśliwy.

Znalazła   się   dziewczyna,   której   miłości   nie   zawdzięczał   swojemu   Darowi.   I   to   jaka 

dziewczyna! A w duszę zajrzeć jej jeszcze zdążę; będzie okazja, powiedział sobie tego ranka.

Powiedział i pomylił się.

Z czasem okazało się, że Inna nigdy nie patrzy wprost, nie tylko zresztą na ludzi, ale i na 

przedmioty. Tylko ukradkiem, przez rzęsy. Może miała rozwinięte widzenie peryferyjne, a 

może chodziło o niedostatek ciekawości.

Tylko sobie przyglądała się długo, i to wcale nie spod rzęs. Mogła przesiedzieć dwie 

godziny przed lustrem, nakładając kosmetyki albo zajmując się swoimi cudownymi włosami. 

Niekiedy rozpuszczała je na ramiona, niekiedy splatała w warkocz, a czasem staroświecko 

zaczesywała do góry i lekko zmierzwiła, ale w każdej fryzurze było jej do twarzy.

Faceci na ulicy oglądali się za Inną, a ich twarze przybierały wtedy jednakowo pożądliwy 

wyraz, ale Robert nie był zazdrosny o żonę. Wiedział przecież, że mężczyźni wcale jej nie 

interesują. Po prostu ich nie zauważa.

Ta Śpiąca Królewna żyje we własnym świecie, do którego nikt nie ma wstępu. Ale przy 

tym jest i spostrzegawcza, i praktyczna, i bardzo bystra. Jak to wszystko się u niej łączy - Bóg 

jeden wie.

Po jakimś czasie Robert porzucił próby, by złowić jej spojrzenie. Dlatego, że zachorował 

na nią zupełnie poważnie. Przypuszczalnie na całe życie.

Niech zatem będzie na świecie jedna taka kobieta, najważniejsza ze wszystkich, która 

pozostanie dla niego tajemnicą. Przecież odgadnąć tajemnicę to znaczy zabić ją. I kogo w ten 

sposób się ukarze? Przede wszystkim samego siebie.

Po pierwsze, to głupie. Po drugie, nieuczciwe. A po trzecie, z ręką na sercu, czyżbyśmy 

chcieli wiedzieć, co naprawdę myślą bliscy ludzie? Wystarczy przypomnieć sobie dawny 

eksperyment z mamą...

Tylko z rzadka Robert pozwalał sobie zajrzeć przez dziurkę od klucza do podwodnego 

królestwa swojej rusałki, i to w całkiem określonym momencie - od razu po orgazmie, który 

zdarzał się u Inny bardzo rzadko. W takiej chwili, czując się bohaterem, delikatnie, jak gdyby 

background image

ją pieszcząc, lekko rozsuwał jej powieki palcami. W oczach żony, wypełnionych blaskiem, 

posłusznie zapalały się kocie światełka, ale za każdym razem Robert słyszał jedno i to samo:

Jak dobrze, jak dobrze, mmm, dobrze, a to królik.

Kiedy za pierwszym razem zrozumiał, że sam jest tym „królikiem”, obraził się. Na głos 

nigdy go tak nie nazywała. Ale zastanowił się i uspokoił. Ludzie robią sobie różne zabawy. 

Tym bardziej że Inna uwielbiała króliki, miała je wszędzie - na breloczku od kluczy, na 

lusterku samochodu. Nawet na zimowej czapce pysznił się uszaty emblemat „Playboya”. Jeśli 

to był fetyszyzm, to ksywkę „Królik” należało uważać za pochlebną.

A  nieuchwytne   spojrzenie,   jak   się   okazało,   było   dziedziczne   w   rodzinie   Strojewów. 

Aleksandra Wasiljewna, teściowa, której inni mogli pozazdrościć, prawie nie otwierała ust, 

kiedy młodzi z rzadka odwiedzali rodziców. Patrzyła tylko na męża albo na nakryty stół, a jak 

co, to od razu zrywała się, żeby coś zrobić w kuchni. U Roba w domu pojawiła się właściwie 

jeden raz, na parapetówie. Przesiedziała cały wieczór, przekładając z miejsca na miejsce noże 

i widelce. Zdaje się, że nawet na rodzoną córkę nigdy nie patrzyła. Nigdy nie zdarzało im się 

poplotkować przez telefon, jak to zwykle robią normalne córki i matki. Widocznie Aleksandra 

Wasiljewna całą energię swojej leniwej duszy, cały skromny zasób namiętności, otrzymany od 

natury, zainwestowała w męża, błyskotliwego i żywiołowego Wsiewołoda Ignatjewicza.

Ten zaś monopolizował temperament swojej rodziny. Nie dziwota, że jego kobiety były 

takie niemrawe: większego ładunku elektryczności nie zniosłyby ściany żadnego mieszkania.

Diabli tam z teściową, choćby się nawet prosiła, ale teściowi Robert chętnie zajrzałby w 

oczy.   Dałby  wiele,  żeby posłuchać  jego  prawdziwego  głosu  i  myśli. Tylko  właściwie  po 

cholerę? Wsiewołod Ignatjewicz nie należał do mruków, nie chował wzroku, ale nigdy nie 

rozstawał   się   z   ciemnymi   okularami.   W   młodości,   jako   asystent   na   wydziale   fizyczno-

technologicznym, był uczestnikiem tajnych eksperymentów i, jak sam mówił, „szczenięca 

ciekawość” sprawiła, że znalazł się zbyt blisko wybuchu. Od tej pory zupełnie nie mógł 

znieść mocnego światła. Okulary miał specjalne, „kameleony”: przy świetle dziennym albo 

oświetleniu elektrycznym ciemniały do całkowitej czerni. No i patrz, człowieku, komuś w 

oczy przez takie okulary.

Ale   poza   szwankującym   wzrokiem   Wsiewołod   Ignatjewicz   był   wyjątkowo   zdrowym 

człowiekiem. W zimie jeździł na nartach, latem grywał w tenisa. Nosił tweedowe marynarki, 

doskonale   okrywające   jego   wysportowaną   sylwetkę,   poruszał   się   lekkim,   sprężystym 

krokiem, potrafił nawet chodzić na rękach. Robert chciałby tak wyglądać, gdy będzie miał 

background image

pięćdziesiątkę.

Wsiewołod Ignatjewicz miał następujący życiorys. Jego ojciec pracował w organach w 

najcięższych,   najgorszych   latach.   Zaczął   za   Dzierżyńskiego,   skończył   za   Andropowa. 

Najwyraźniej miał mocne nerwy i bezbłędne poczucie miary. Kiedy współpracownicy rwali 

się do góry, on trzymał się w cieniu, uchylał od awansów. Czuł, że na górze jest najgorzej. A 

w górę poszedł, kiedy zrobiło się bezpiecznie, w latach pięćdziesiątych. Nagle okazało się, że 

jest   świetnym   organizatorem,   weteranem   z   czasów   leninowskich,   wszyscy   poprzedni 

szefowie (którzy co do jednego okazali się szkodnikami) go nie doceniali. Tak więc dziadek 

Inny   zajął   dokładnie   to   stanowisko,   które   chciał   zająć,   i   przesiedział   na   nim   do   samej 

emerytury.   Dostawał   emeryturę   taką   jak   działacz   państwowy,   umarł   na   daczy   w   wieku 

osiemdziesięciu pięciu lat, łowiąc ryby we własnym stawie. Robert nie poznał już staruszka, 

ale wnioskując z opowieści, musiał to być bardzo mądry człowiek.

Synem pokierował też nader roztropnie. Nie oddał go do Wyższej Szkoły KGB, tylko 

pchnął na wydział fizyczno-technologiczny. We współczesnym świecie fizyka jest nauką na 

wagę   złota,   a   reszta   już   sama   się   ułoży.   No   i   rzeczywiście:   absolwenta   z   czerwonym 

dyplomem i w dodatku z takim ojcem Urząd przyjął, jak to się mówi, z otwartymi ramionami.

Kiedy   Robert   zszedł   się   z   Inną,   Wsiewołod   Ignatjewicz   Strojew   byi   już   młodym 

generałem   i   miał   absolutnie   fantastyczne   znajomości.   Mógłby   jak   Knurow   z  Panny   bez 

posagu  powiedzieć   sobie:   „Mnie   nie   wystarcza   niemożliwe”.   Pracował   wtedy,   w 

osiemdziesiątym czwartym roku, w jakiejś straszliwie utajnionej komórce - nawet Inna nie 

wiedziała, czym się tam zajmuje.

W osiemdziesiątym szóstym jednak pozwolił sobie na niespodziewany wyskok: podał się 

do dymisji i stanął na czele potężnej organizacji ekologicznej o dźwięcznej nazwie Centrum 

SOS   (nieco   naciągany   skrót   hasła   „Spróbujmy   Ocalić   Środowisko”,   które   wtedy,   po 

Czarnobylu, było bardzo na czasie).

Dopiero po paru latach Robert docenił, jak przewidujący był teść, który wcześniej niż 

inni   zorientował   się,   że   epoka   KGB   przemija,   i   zawczasu   zapewnił   sobie   bezpieczne 

lądowanie w terenie niezabagnionym, wiele za to obiecującym. Tutaj również czekały na 

niego zagraniczne delegacje i konferencje, finansowanie budżetowe i pozabudżetowe, hojne 

granty organizacji międzynarodowych, a nawet z góry ustalony procent miejsc w organach 

przedstawicielskich.

Wsiewołod Ignatjewicz jeździł teraz nie wołgą, ale lincolnem, prezentem od kolegów z 

background image

Ameryki. Żył nie z pensji, tylko ze stypendium; nie studenckiego oczywiście, lecz Światowej 

Organizacji   Zdrowia,   w   odpowiedniej   walucie   i   z   dużą   liczbą   zer.   Centrum   nie   miało 

wprawdzie żadnych osiągnięć w dziedzinie ekologii i gazety nie pisały o nim zbyt często, ale 

ważne było to, że w ZSRR istnieje taki pozarządowy organ, cieszący się autorytetem. Pod 

koniec dwudziestego wieku każdy cywilizowany kraj powinien mieć coś takiego. Centrum 

zajmowało spory ogrodzony obszar za moskiewską obwodnicą. Darnowski nie był tam ani 

razu, nie miał ochoty; parę razy tylko podwiózł teścia do bramy. W Centrum SOS bez końca 

przeprowadzano jakieś kosztowne i, jak podejrzewał Robert, absolutnie lipne doświadczenia z 

florą i fauną. Niekiedy teść udzielał jakiegoś wywiadu prasie: „Problem ratowania jenota 

barguzińskiego został rozwiązany” albo „Nic już nie zagraża fiołkowi ałtajskiemu”.

Łeb facet ma nie od parady, któż zaprzeczy.

Zły dzień

Od wizyty Wsiewołoda Ignatjewicza wszystko się zaczęło. Właśnie wtedy najzwyklejszy 

ze wszystkich ranek wywinął numer, zapowiedziany przez soundtrack.

Kiedy w głowie Roberta kłębiły się zawistne myśli o teściu, który zawczasu ewakuował 

się na zbawcze brzegi ekologii, zadzwonił dzwonek u drzwi.

To właśnie był on, o wilku mowa.

Swoim zwyczajem wpadł do środka jak huragan.

- Córuniu, alarm lotniczy! Podjęto uchwałę o zamrożeniu kont walutowych ludności. 

Zarządzenie jest już na biurku u Pawłowa, dzisiaj ma je podpisać.

- Co ty mówisz?! - krzyknęła Inna. - Ja w Zagranbanku uskładałam z delegacji prawie 

dwa tysiące!

- A mnie z krwawych czasów nomenklatury zostało dziesięć tysięcy - rzucił wesoło teść. - 

Nie przerywaj, kochana, pozwól ojcu skończyć. Umówiłem się z magazynem Zagranhandlu, 

mają tam lodówki Rosenlev, telewizory Panasonic i jakieś inne drobiazgi. Tylko szybko, do 

trzech dni. Potem wywąchają to pracownicy i rzucą się hurmą. Zbieraj się, żywo! Gotowość 

za dwie minuty. Robert, jedziesz z nami?

Pytał tylko dla porządku. Wsiewolod Ignatjewicz wiedział, że zięć nie jest entuzjastą 

background image

handlu.

- Niech Inna sama decyduje.  Ja muszę wyszlifować artykuł o współpracy radziecko-

niemieckiej.

Żona stukała drzwiami szafy, dudniła po półkach, starała się w dwie minuty zrobić to, co 

zwykle zajmowało jej co najmniej pół godziny. Ojciec był jedynym człowiekiem na świecie, 

który mógł sprawić, by się pośpieszyła.

Tymczasem teść usiadł naprzeciwko Roberta i skrzywił się, czując dym tytoniowy (sam 

nie pił i nie palił).

- Czegoś taki skwaszony? Słońce świeci, ptaszki śpiewają, żona piękna, przywiezie ci 

jeszcze jedną fińską lodówkę, wideo. Potem wykaże się inicjatywą, wciśnie to komuś za cały 

worek   rubli.  A  ty   zwiesiłeś   nos   na   kwintę.   Germanisto   mój,   czego   ci   trzeba,   chłopcze, 

przyznaj się, czego ci brak? Czy też masz dzisiaj zły dzień?

Co  to  znaczy bezpieczniacka szkoła!  Sobie  do  duszy wleźć  nie  pozwala,  ale  w  mig 

wyczuł nastrój zięcia.

Oczywiście   nie   po   dwóch   minutach,   ale   też   i   nie   po   trzydziestu   huragan   opuścił 

mieszkanie, zabierając ze sobą Innę.

Robert został sam.

Teść   zabił   mu   ćwieka.   Zły   dzień?   Rzeczywiście,   cóż   to   mu   dzisiaj   tak   doskwiera? 

Majowe słońce, liście, a sercu coraz smętniej i smętniej.

Zdarzają się takie dni w życiu. Człowiek nagle uświadamia sobie, że pełzał po ziemi jak 

ta mrówka, zbierał na kupkę świerkowe igiełki i wiórki, a tu zawiał wiatr i rozwalił mu 

wszystko w diabły. No i po co się tak męczyłem? - pyta człowiek. Po co się krzątałem?

Robert rozzłościł się na siebie. To ci Eklezjasta się znalazł: marność nad marnościami i 

wszystko marność. Cały kraj teraz został z niczym, a on może się uważać za szczęśliwego, bo 

całkiem nieźle się urządził.

Głupi byłem, że poszedłem do instytutu, pomyślał nagle. Trzeba było do konserwatorium, 

na wydział kompozycji. Wystarczyłoby nauczyć się nut, i już, zapisuj, człowieku, muzykę, 

która od rana do nocy dźwięczy ci w głowie, a w dodatku przez te wszystkie lata ani razu się 

nie powtórzyła.

Ach,   co   za   cudownego   marsza   grano   teraz   w   Darnowskim:   wzruszał,   wzywał,   żeby 

background image

dokądś   wyruszyć,   może   na   spotkanie   czegoś   radosnego,   a   może   niesamowitej   przygody. 

Przypominał uwerturę z filmu Dzieci kapitana Granta, tylko miał jeszcze więcej ikry, aż w 

nosie kręciło. No dalej, dalej, dokąd wzywa go ta muzyka?

Natężył się, czując, że jeszcze chwila, a domyśli się, melodia podpowie, dlaczego dzień 

jest dzisiaj szczególny i co w takim dniu trzeba robić.

Przeszkodził, wszystko zepsuł telefon.

W dodatku zupełnie nieważny, od mamińskiej. Co u ciebie, jak się czujesz, i takie tam.

Odpowiadał   monosylabami,   ze   złością.   Muzyka   prawie   ucichła   i   w   końcu   nic   nie 

podpowiedziała.

- ...Byłam na rynku. Wołowina po dwadzieścia rubli kilo. Rzodkiewka po pięćdziesiąt 

kopiejek!   Wszyscy   powariowali.   Pół   pensji   wydałam.   A   co   miałam   zrobić?   Rafaił 

Sigizmundowicz przyjdzie z wizytą. Nadano mu tytuł zasłużonego pracownika kultury...

Robert   prawie   całkiem   się   wyłączył;   nie   lubił   słuchać   o   absztyfikancie   mamińskiej; 

jednak   nie   przyzwyczaił   się   do   myśli,   że   Lideczka   Lwowna   może   mieć   swoje 

przedklimakteryczne przyjemności.

Potem jak zwykle  zaczęła mówić o wnuku  (a jeszcze lepiej - wnuczce): czy się nie 

zdecydowali.

- Nie - po raz tysięczny odpowiedział Rob. - Inna uważa, że jeszcze za wcześnie. Wiesz 

co, mamo - popatrzył na zegarek, chociaż matka w żaden sposób nie mogła tego widzieć - 

wybacz, ale teraz czekam na telefon, mają dzwonić z pracy.

- Już, już - zreflektowała się mamińska. - Przecież nie dlatego zadzwoniłam. Dzisiaj mija 

dziesięć lat. Pamiętasz? Boże! - Zaszlochała. - Przecież cudem, cudem się uratowałeś!

Wtedy   wreszcie   Darnowski   zajarzył,   co   dzisiaj   za   dzień.   Dziesiąty  maja!   Dokładnie 

dziesięć lat!

I muzyka jak nie huknie, na cały regulator: tak, tak, gorąco! Naprzód!

„Naprzód”, ale dokąd?

Wsłuchał się w siebie i zrozumiał dokąd.

Od dawna zamierzał przejechać się w tamto miejsce, ale jakoś nie starczało mu odwagi. 

A teraz poczuł: dzisiaj można. Nawet trzeba. Koniecznie.

background image

Tym bardziej że to jubileusz. Okrągła rocznica.

background image

Rozdział siódmy

Sensej

Tego samego dnia, to znaczy w czwartek, dziesiątego maja 1990 roku, zasłużonego mistrza 

sportu,   kawalera   Orderu   Czerwonego   Sztandaru   Pracy,   członka   KC   Komsomołu, 

wielokrotnego mistrza świata Siergieja Dronowa obudził dzwonek telefonu.

Dronow   otworzył   oczy,   popatrzył   na   żyrandol.   Kryształowe   wisiorki   pobłyskiwały 

tęczowo, ranek był, zdaje się, ładny. Na jego prawej ręce spoczywała czyjaś głowa. Siergiej 

spojrzał leniwie. Twarzy nie zobaczył; zasłaniały ją rozrzucone jasne włosy. Wziął lok w 

palce, przyjrzał się. Farbowane.

Nie zwracając uwagi na wściekający się telefon, Siergiej wyswobodził rękę, przeciągnął 

się. Przez okna widać było ogród, który zaczął się już zielenić. Teraz nieźle byłoby wskoczyć 

do basenu, pomyślał. A co - zbudować to przecież nie problem. Działka, chwalić Boga, jest 

wystarczająco duża, ośmioarowa. A dostać pozwolenie to zupełny drobiazg. Wybulić trzeba 

by pięćdziesiąt tysięcy, nad czym tu się zastanawiać.

Na szafce stała butelka koniaku i kieliszek. Siergiej akurat nie potrzebował alkoholu, ale 

piła  ta,  jak  jej.   Gala  chyba. A  może  Ola.  Z  zespołu  „Brzózka”,  wczoraj   wyhaczył   ją  na 

otwarciu klubu golfowego.

Nieźle jej dogodził. Chrapie jak pod narkozą. Siergiej twarzy sobie nie przypomina, ale 

ładna, to na sto procent. Te „brzózki” wszystkie są ładne. Tyle że farbowana.

Wstał, zrobił parę przysiadów, pomachał rękami. Odkąd skończył z treningiem po cztery 

godziny dziennie, ciało już nie było takie lekkie jak kiedyś. Trzeba mimo wszystko chociaż 

parę razy na tydzień wybrać się na stadion - zrobić trochę okrążeń, poskakać.

Telefon w salonie wciąż się pieklił. Wyłączyć go nie miał ochoty, podnieść słuchawki też 

mu się nie chciało. Nie było na świecie ludzi, od których telefon byłby ważny dla Siergieja 

Dronowa. Nie szkodzi, zadzwonią drugi raz. Trzeba się umyć, wziąć prysznic.

Serce stukało równo: to tak, to tak. I nagle, ni stąd, ni zowąd, podskoczyło.

Toko tak, toko tak, toko tak!

background image

W powietrzu zastygła mucha. Widział teraz powolne ruchy przezroczystych skrzydełek.

Co za diabeł? Dlaczego akurat teraz?

Po kilku sekundach Rytm wyłączył się, też sam z siebie; ale dlaczego się włączył? Coś 

takiego nigdy się nie zdarzyło. Chyba że w nocy, kiedy śni się coś strasznego.

Siergiej bardzo się zdumiał. I zaniepokoił.

A tutaj jeszcze telefon nie chciał się uspokoić. W końcu ostatecznie mu dopiekł.

Dronow podniósł słuchawkę i spytał z rozdrażnieniem:

- No co?

A jednak nie miał racji. Był człowiek, od którego telefon się dla niego liczył.

- Gówno drogą szło! - rozległ się w słuchawce rozgniewany głos Senseja. - Co ty tam, 

babę od rana posuwasz? Dziesięć minut czekam jak głupi, wciąż tylko sygnał i sygnał...

- Sensej, pan przecież... - Siergiej chciał powiedzieć „rano nigdy nie dzwoni”, ale w porę 

przypomniał   sobie   o   wczorajszej   umowie.   -   Wszystko   okej.   Uprzedziłem.   Czekają   o 

dwunastej. Mówił pan, że przyjedzie o wpół do dwunastej, a oni będą o dwunastej. W porzo. 

Pokażą działki, a potem pojedziemy...

- Nie dam rady - przerwał Sensej. - Mam posiedzenie, pilne. Jedź sam!... - Zaklął, na co 

rzadko sobie pozwalał, tylko kiedy był wyjątkowo wściekły. - Sekretarkę automatyczną byś 

sobie sprawił, jak nie podnosisz słuchawki. Ile ja czasu przez ciebie... straciłem.

Rozłączył się.

Nieładnie wyszło. Nie dzwoni przez sekretarkę, tylko osobiście. A Dronow kazał czekać 

takiemu człowiekowi. Można powiedzieć, najważniejszemu w swoim życiu.

Gdyby   nie   szczęśliwe   spotkanie   z   tym,   którego   Siergiej   miał   zwyczaj   nazywać 

„Sensejem” (po japońsku znaczy to „nauczyciel”), to nie byłoby niczego - ani medali, ani 

stanowiska, ani mieszkania przy prospekcie Lenina, ani daczy. W ogóle niczego. Najpewniej 

jacyś   groźni   bandyci   wykończyliby   zwinnego   Sieriogę;   jeśli   nie   wtedy,   na   przejeździe 

kolejowym,   to   następnym   razem.   Głupi   był,   że   sam  nie   skumał,   jaką   los  mu   podarował 

szczęśliwą kartę.

Pomógł Siergiejowi przypadek. Iwan Pantelejewicz pojechał w swoich sprawach w teren, 

a   kiedy   w   powrotnej   drodze   samochód   zatrzymał   się   przed   szlabanem,   zapragnął   nagle 

wysiąść i pooddychać wieczornym powietrzem. A gdyby nie zapragnął?

background image

Wtedy,   po   drodze   do   centrum   medycznego   w   klubie   sportowym,   odbyli   zasadniczą 

rozmowę.

- Jesteś z ferajny? - spytał Sensej. Siedział z przodu, obok kierowcy, a Sierioga z tyłu. - 

Nie kłam, na głupiego nie trafiłeś. Ja sam od tego zaczynałem. Bo byłem głupi, dookoła same 

zamknięte   drzwi,   a   siła   bije   wszystkimi   porami.   Pokażę   ci,   gdzie   tej   siły   użyć.   Jeśli 

oczywiście będziesz chciał.

- Gdzie? - Żółtodziób, szesnastoletni Dronow, wyciągnął szyję.

- W sporcie.

- Aaa - rzekł rozczarowany Sierioga.

A on, głupi, myślał, że obywatel z wesołymi oczami zaraz zwerbuje go do wywiadu, żeby 

łapał szpiegów.

- Co „aaa”? W twoim wieku najważniejsze to wyrobić sobie charakter. A sport to jest 

właśnie to. Jeśli oczywiście człowiek ma dane fizyczne. Ty je masz, sam widziałem. No dalej, 

sprawdzimy reakcję. Łap.

I rzucił mu w twarz landrynkę w papierku (zawsze miał je w kieszeni, lubił kwaśne, 

berberysowe). Ruch błyskawiczny, ledwo dostrzegalny - i cukierek trafił Sieriogę prościutko 

w nos.

- Nie śpij!

Rzucił jeszcze raz. Dronow, chociaż był przygotowany, nie zdążył nawet podnieść ręki.

- Jeszcze raz!

Teraz chyba nawet w porę podniósł rękę, rozczapierzył palce, ale i tak się nie udało - ku 

jego niezmiernemu wstydowi landrynka uderzyła go w czoło.

- Ej, bratku, może się omyliłem co do ciebie?

To   już   dotknęło   Sieriogę   do   żywego.   Lewą   ręką   wyszarpnął   z   kołnierza   igiełkę, 

ukradkiem przyłożył ją do paznokcia i przestraszył sam siebie: „Jak cię teraz wsadzę!”.

Zadziałało.

Następne pięć landrynek złapał bardzo łatwo.

- Nieźle! - Iwan Pantelejewicz uśmiechnął się. - Jest ruda, będzie i metal. Tylko uważaj, 

Sierioża, nie zmarnuj swojego talentu. To największa zbrodnia, jaką może popełnić człowiek. 

background image

Słuchaj mnie, a ja zrobię z ciebie prawdziwego człowieka, wyprowadzę cię na szerokie wody.

Sierioga zaufał mu wtedy, od razu. Bo nigdy w życiu takich ludzi nie spotykał.

No i dobrze zrobił, że zaufał.

Cały ten sport!

Siergieja umieszczono w hotelu „Leninowskich Sokołów” i bez egzaminów wstępnych 

przyjęto do Instytutu Kultury Fizycznej, gdzie studiował pięć lat, prawie nie przychodząc na 

zajęcia. Po pierwsze, miał indywidualny program nauki i treningu, a po drugie, jakie też sesje 

i zaliczenia mogą obchodzić mistrza?

Kiedyś   klub   sportowy,   którego   nazwa   wkrótce   stała   się   nieodłączna   od   nazwiska 

Siergieja Dronowa, należał do sił powietrznych i nazywał się trochę inaczej - „Stalinowskie 

Sokoły”. Aktualnie znajdował się pod opieką ministerstwa lotnictwa cywilnego, ale była to 

sprawa   czysto   formalna,   taka   jak   związek   „Spartaka”   z   przemysłem   mięsnym   i 

mleczarstwem.   „Sokoły”   były   organizacją   samodzielną,   bardzo   potężną   i   cieszącą   się 

autorytetem. Klub nie stawiał na piłkę nożną czy hokej - w tych dyscyplinach była za duża 

konkurencja - ale starał się utrzymać prym w lekkiej atletyce, i tu nie miał sobie równych nie 

tylko   w   Sojuzie,   ale   chyba   w   całym   świecie.   Nie   bez   powodu   w   gazetach   nazwę 

„Leninowskie   Sokoły”   wymieniano   zawsze   z   zaszczytnym   dodatkiem   „kuźnia   rekordów 

świata”.  A  wraz   z   pojawieniem   się   nowego   talentu   młoty   w   sławnej   kuźni   zastukały   z 

podwójną (nie, z poczwórną) szybkością.

Iwan   Pantelejewicz   Dybajło   (Sensej   miał   takie   niezwykłe   nazwisko   -   mocne,   o 

metalicznym   brzmieniu)   w   ogóle   nie   był   zatrudniony   w   „Leninowskich   Sokołach”.   Ten 

wysoko postawiony człowiek, działacz państwowy, sportem zajmował się społecznie; niby że 

takie miał hobby. Kierownictwo klubu wprost tańczyło wokół niego, bo stanowił jego oparcie 

i nadzieję. Mógł wszystko - załatwić bazę treningową, przydzielić importowany sprzęt czy 

nawet zbudować nowy stadion.

O   swojej  zasadniczej  pracy  Sensej   nigdy nie   mówił.  To  zrozumiałe  -  „Sokołami”,   a 

szczególnie Dronowem, zajmował się z potrzeby duchowej, to znaczy, żeby odpocząć od 

ważnych spraw, na chwilę o nich zapomnieć. W dodatku (Siergiej z czasem to zrozumiał) 

Iwana   Pantelejewicza   jako   potężną   szychę   nomenklaturową   kilkakrotnie   przenoszono   z 

background image

jednego   kierowniczego   stanowiska   na   inne.   W   pierwszej   połowie   lat   osiemdziesiątych 

pracował chyba w Centralnej Radzie Związków Zawodowych - w każdym razie Sierioga 

zajeżdżał po niego do jej siedziby przy prospekcie Lenina. Potem miejscem pracy Senseja stał 

się plac Stary, a ściślej, jeden z gmachów Komitetu Centralnego. Ale czymkolwiek tam, na 

swoich   urzędowych   wysokościach,   się   zajmował,   namiętność   miał   jedną:   sport,   któremu 

poświęcał cały swój wolny czas. A ile z Dronowem, szczeniakiem z obwisłymi uszami, się 

namordował, to już mu się za to człowiek przez całe życie nie odwdzięczy, nie odpłaci. 

Osobiście   prowadził   rokującego   nadzieje   sportowca,   przy   czym   nie   po   amatorsku,   ale 

profesjonalnie, jak trener o najwyższych kwalifikacjach.

Wtedy   latem   osiemdziesiątego   roku   przeczołgał   Sieriogę   przez   wszystkie   chyba 

dyscypliny sportu i wybrał najlepszą.

Ciężką atletykę odrzucił od razu, powiedział, że chłopak ma zbyt kruchy szkielet, a i 

szybka reakcja nie jest tam rzeczą najważniejszą.

Boks też wykluczył - refleks świetny, ale sił trochę za mało.

Nie bardzo również nadawał się Dronow do biegów na długie i nawet średnie dystanse - 

rozpędzał się, że ho, ho, ale potem szybko się męczył.

Za to kiedy Sensej kazał mu pobiec na setkę, Sierioga (ma się rozumieć, za pomocą 

ukrytej igiełki) miał wynik trzy i pół sekundy! Iwanowi Pantelejewiczowi aż pot wystąpił na 

czoło.

- Wiesz co - powiedział ochrypłym głosem - aż tak szybko nie biegaj. Bo rozwalisz w 

diabły całą światową lekką atletykę. Niedługo minie dziesięć lat, jak nikt nie może pobić 

rekordu Jima Hinesa - 9,95, a ty masz trzy i pól! Naucz się powściągać szybkość, twoje 

zadanie to 9,90, rozumiesz?

Dobra, potem poszli na pływalnię. Sierioga pływał pieskiem, jak wieśniak, ale kiedy się 

puścił   wzdłuż   basenu,   to   woda   po   prostu   zakipiała.   Stumetrowy   dystans   przepłynął   w 

dwadzieścia dwie sekundy z hakiem. A rekordzista świata, Jim Montgomery, jak się okazało, 

na olimpiadzie w Montrealu w stylu wolnym ledwie osiągał pięćdziesiąt.

W dal wyłącznie dzięki szybkiemu rozbiegowi Dronow dał susa na dziesięć z hakiem, a 

przecież rekord Boba Beamona (8,90) był niepobity od przeszło dziesięciu lat.

Wzwyż skoczył dwa metry osiemdziesiąt siedem, i to bez żadnych treningów.

Po pierwszym rekordzie Sieriogi Iwan Pantelejewicz zatroszczył się o to, żeby dalsze 

background image

próby przeprowadzać bez świadków.

- Trzeba by na tobie przybić pieczątkę „ściśle tajne” - mówił podekscytowany i zacierał 

ręce. - Jesteś bombą wodorową radzieckiego sportu. No, jeszcze nam zatańczą!

W sumie Sensej  uznał, że Dronow nadawał się świetnie do ping-ponga, tenisa, piłki 

nożnej, hokeja, ale wybór padł mimo wszystko na lekką atletykę.

- Masz taki zapas mocy, że mógłbyś co roku bić nowy rekord. Będziesz stopniowo coraz 

mniej powściągliwy, i już. Kiedy wytrenujesz mięśnie i wyrobisz sobie technikę, to uzyskasz 

rezultat   półtora   raza   lepszy   od   obecnego.   Nie   zadzieraj   nosa,   nie   naruszaj   dyscypliny,   a 

zostaniesz największym sportowcem wszech czasów, gwarantuję ci.

Ej, szczęśliwe to były lata.

Sierioga   przestał   używać   głupiego   słówka   „kastalety”.   Żeby   określić   tajemnicze 

wewnętrzne stukanie, bardziej nadawało się piękne słowo „metronom”. Dronow umiał teraz 

bezbłędnie nastawiać Metronom na Rytm. Niekiedy nie trzeba było nawet wyjmować igły, 

wystarczyło przypomnieć sobie, że ma ją przy sobie, w specjalnej kieszonce spodenek czy 

kąpielówek.

A co do kastanietów (nie „kastaletów”, jak mówił dawny ćwok z Basmanowa): gdyby 

chciał, to mógłby nawet w tańcu osiągnąć wielkie sukcesy. Na dyskotece czy gdzie tam się 

tańce odbywały, Metronom raz-dwa dostrajał się do muzyki, a Dronow ciałem, nogami, szyją 

wyrabiał   takie   rzeczy,   że   wszyscy   dookoła   zamierali   z   podziwu.   Gdyby   na   przejeździe 

kolejowym trafił się wtedy Sieriodze nie działacz sportowy, ale, powiedzmy, Igor Moisiejew, 

byłby teraz artystą ludowym, jakimś Machmudem Esambajewem.

Ale Iwan Pantelejewicz interesował się nie rytmami, tylko metrami i ułamkami sekund. 

Tamtego lata w Moskwie odbywała się olimpiada, na którą Sierioga oczywiście się spóźnił. 

Za to pod kierownictwem Senseja dublował wówczas wszystkie konkurencje lekkoatletyczne, 

bijąc dziesięć czy nawet piętnaście rekordów świata, i to jakich!

- Nie szkodzi - rzekł trener z przekonaniem. - Następna olimpiada będzie twoja.

Co do tego to się, trzeba przyznać, pomylił, ale to już nie wina Sieriogi, a na pewno nie 

Senseja. O tym będzie mowa później, ale tak w ogóle w owych latach spadł na Dronowa istny 

grad rekordów, tytułów i złotych medali, tak że nawet zaczęło mu się to nudzić.

Dobrze, że oprócz sportu w życiu były i inne fajne rzeczy - tańce i seks.

background image

Z dawnego basmanowskiego kaczątka wyrósł piękny mężczyzna: jasnowłosy, z gęstymi, 

zrośniętymi u nasady nosa brwiami, otwartym i pewnym siebie spojrzeniem. Wzrost metr 

osiemdziesiąt siedem, a o sylwetce, postawie to nawet nie ma co mówić. Takiemu zuchowi 

wystarczy gwizdnąć, żeby zaciągnąć babę do łóżka. Ale Siergiej nie rozmieniał się na drobne, 

przy wyborze przyjaciółek był bardzo wybredny, interesowały go wyłącznie piękności. Nie 

miał się za babiarza. Babiarz chce tylko przelecieć, wszystko jedno którą, żeby jak najwięcej 

zaliczyć; i już, skacze dalej, na inny kwiatek. Siergiej natomiast stawiał na jakość. Jak już 

kobieta trafiła do niego do łóżka, to powinna go przez całe życie pamiętać; obojętne, ilu by 

potem miała chłopów. Nie było trudno to osiągnąć, wystarczyło wciągnąć ją w swój własny 

Rytm. I - do omdlenia, do zamknięcia oczu. Niech wie, jak ma być: toko tak, toko tak, i tylko 

tak. Nie inaczej.

Złamane skrzydła

Cudowny atleta, jak przystało na „sokoła”, szybko wzleciał na szczyty. Do końca roku 

olimpijskiego Siergiej Dronow został mistrzem Spartakiady Wszechzwiązkowej w sześciu 

konkurencjach, zimą po raz pierwszy pojechał na zawody międzynarodowe, wywołał sensację 

i zyskał przezwisko Mr Mercury: „Pan Rtęć”. Rtęć, a zarazem bóg Merkury - ten właśnie, 

którego przedstawiają ze skrzydłami u nóg. Klip  My, rekordziści,  w którym Mr Mercury w 

parze ze swoim imiennikiem ze sławnej grupy rockowej wytańcowywał u czaszy z ogniem 

olimpijskim, przez kilka miesięcy utrzymywał się na listach przebojów czołowych kanałów 

telewizyjnych; raz nawet pokazano go na pierwszym programie radzieckim, w noworocznej 

„Czarodziejskiej Latarni”. Co prawda Dronow nie dostał za to pieniędzy, wszystkie miliony 

inkasował Goskomsport, ale to nic, on też nie miał krzywdy, grzech byłoby się skarżyć. Kraj 

Rad   umiał   się   troszczyć   o   swoich   bohaterów.   Obdarował   Siergieja,   czym   tylko   mógł: 

cudownym mieszkaniem w domu Komitetu Centralnego przy prospekcie Lenina, aż dwoma 

(!) samochodami, ładą i wołgą, a co najważniejsze - miłością państwa, która warta była więcej 

niż miliony dolarów kapitalistów.

W ogóle wszystko w życiu Dronowa się udało. Poza jedną sprawą.

Na próżno tańczył na Akropolu wokół znicza, na próżno udawał mieszkańca Olimpu. Nie 

udało mu się stanąć na najwyższym podium sportowej sławy.

background image

Związek Radziecki nie uczestniczył w olimpiadzie w Los Angeles w 1984 roku - obraził 

się za bojkot sprzed czterech lat. Reakcyjne zaś kierownictwo MKOL-u postanowiło rozegrać 

następne   igrzyska   w   Korei   Południowej,   której   marionetkowemu   reżimowi   kraje 

socjalistyczne   zdecydowanie   odmawiały   uznania.  A  rok   1992   wydawał   się   fantastycznie 

odległy; Sierioga miałby wtedy prawie trzydziestkę, dla lekkoatlety to już wiek emerytalny. 

W dodatku po dwóch nieudanych olimpiadach wydawało się, że dni dziecięcia barona de 

Coubertina są już policzone.

Ale zdarzył się cud - pierestrojka. Jak gdyby specjalnie dla Siergieja Dronowa po kilku 

zgrzybiałych dziadach na fotel genseka wgramolił się żwawy i gadatliwy reformator, wiele 

zatem rzeczy, które wczoraj jeszcze, zdawałoby się, były absolutnie nie do pomyślenia, nagle 

stało się możliwe. Na przykład uczestnictwo w olimpiadzie bez oglądania się na fakt, że 

ZSRR i Korea Południowa nie mają stosunków dyplomatycznych. Czy to nie fantastyczne?

Do Seulu jechał Dronow z zamiarem zdobycia co najmniej dziesięciu żółtych krążków, 

po czym z pewnością stałby się najjaśniejszą gwiazdą w historii sportu. Nadchodziła pora, by 

Księgę rekordów Guinnessa przemianować na księgę Dronowa.

Ale zamiast niebywałego triumfu skończyło się na niesłychanym skandalu.

Podczas   kontroli   medycznej   przed   startem,   przewidzianej   przez   regulamin,   Siergieja 

użądliła w szyję podła południowokoreańska osa. Pod wpływem bólu Rytm włączył się sam, 

a wszystkie wskaźniki zwariowały. Lekarze się spłoszyli, uznali, że Rosjanie wynaleźli jakiś 

nowy   stymulator,   odesłali   Dronowa   na   powtórną   kontrolę   antydopingową,   a   tamtejsi 

gestapowcy w pogoni za sensacją zdyskwalifikowali Mr Mercury’ego bez żadnego ale.

Nasi oczywiście narobili hałasu, że to nikczemna prowokacja, że spisek mający na celu 

pozbycie się głównego konkurenta, i tak dalej, ale nieszczęścia już nie dało się naprawić. Do 

Siergieja zadzwonił osobiście sekretarz generalny KC KPZR, powiedział mu wiele ciepłych 

słów, niemniej fakt pozostał faktem: z wielkim sportem - skończone.

Kilka miesięcy Dronow przeżył jak we śnie - ciągle nie mógł przyjść do siebie, uwierzyć 

w to, co się stało.

„Leninowskiemu   sokołowi”,   Sieriodze   Dronowowi,   złamano   skrzydła   w   szczytowym 

momencie lotu, kiedy miał niecałe dwadzieścia pięć lat. Jak w poemacie prozą Gorkiego: „I 

upadł sokół z piersią rozbitą”.

Państwo nie pozwoliło skrzywdzić ofiary seulskich intryg, co do tego akurat nie ma 

background image

wątpliwości. Dano mu do wyboru kilka świetnych możliwości: pracę trenerską, społeczną, 

nawet członkostwo Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej. Siergiejowi było wszystko jedno. 

Kiedy w Goskomsporcie poradzono mu, by objął stanowisko w Federacji Lekkiej Atletyki 

(delegacje, rozdzielnik, zagranica, perspektywy awansu), zgodził się.

W tym trudnym okresie życia najwięcej pomógł mu Iwan Pantelejewicz, oczywiście w 

sensie moralnym.

Powiedział   mu   bardzo   ważną   rzecz:   „Jeśli   znalazłeś   się   w   najniższym   punkcie,   nie 

załamuj się; przecież stamtąd jest tylko jedna droga - w górę. Kto nie upadał, nie wzleci 

wysoko. Czekaj, patrz, wsłuchuj się w siebie. Wewnętrzny głos ci podpowie, w którą stronę 

masz dalej iść - może w najbardziej nieoczekiwaną”.

Ostatecznie zgnębiony Siergiej nie przydał wtedy większego znaczenia tym słowom. Na 

taką wysokość, z której spadł, drugi raz nie wzleci. Cóż to miałaby być za „nieoczekiwana 

strona”?   Jaką   może   osiągnąć   korzyść   z   Metronomu   poza   sportem?   Przecież   nie   zostanie 

tancerzem; nie będzie robił z siebie durnia.

Tymczasem   okazało   się,   że   Sensej,   jak   zwykle,   miał   rację.   Życie   na   tym   się   nie 

skończyło.

Zwycięstwo pierestrojki w jednej dzielnicy

W drugim miesiącu nieróbstwa, to znaczy pracy w Federacji, kiedy Siergiej już zaczynał 

się zastanawiać, czy nie rzucić tego w diabły i nie pójść do cyrku, żeby zostać akrobatą czy 

innym ekwilibrystą, do gabinetu weszła sekretarka.

- Siergieju Iwanowiczu, interesant do pana.

Na wizytówce - pomysłowej, z emblematem: rycerzem w hełmie, widniał napis:

Młodzieżowy Kompleks Mieszkaniowy „Ruski Witeź”

Andriej Wieniaminowicz Mielnikow

Prezes zarządu

background image

Siergiej westchnął. Znowu będą go zapraszać jako honorowego gościa na jakąś zakichaną 

spartakiadę rejonową. Albo na spotkanie z komsomolcami.

Wszedł mężczyzna niedużego wzrostu, tęgawy, dziwnie ubrany: we frencz ochronnej 

barwy, jak Stalin na filmach. Do tego granatowe spodnie z czerwonymi lampasami i buty 

wyczyszczone do połysku. Czyżby jakiś rezerwista? Z Afganistanu?

- Cześć, Sierioga. Nie poznajesz? - powiedział niepewnie wchodzący i dopiero wtedy, po 

uśmiechu (usta się uśmiechają, oczy nie), Dronow go poznał.

- Müller!

Teraz   były   protektor   Dronowa   bardziej   przypominał   gruppenführera   Müllera.   Twarz 

nalana, blond włosy wyraźnie przerzedzone.

- Jestem Mielnikow. - Müller z zakłopotaniem machnął ręką. - Dobre rosyjskie nazwisko. 

A tamto to była zabawa, miałem nasrane w głowie.

Siergiej   ucieszył   się   na   widok   starego   kumpla.   Prosto   z   gabinetu   zawiózł   go   do 

„Uzbekistanu”, przecież w pracy ni cholery nie miał do roboty. W restauracji okazało się, że 

obaj nie piją. Dronow powiedział, że ze względu na sport (chociaż w rzeczywistości chodziło 

o Metronom - ten po alkoholu zaczynał wariować), a Mielnikow był z zasady przeciwnikiem 

pijaństwa.

Gorączkując się, mówił, że naród rosyjski jest nikczemnie, planowo rozpijany i wiadomo, 

kto za tym stoi. Potem, kiedy jedli gorące danie, przeszli na wspomnienia.

- Kiedy zwiałeś z Basmanowa, źle ze mną było. Nie mówię tego, żeby cię krytykować - 

pośpiesznie dodał Müller. (Ani Mielnikowem, ani Andriejem dla Dronowa jednak nie został). 

- Wszystko gra, była szansa, to wykorzystałeś. No i w ogóle super, broniłeś honoru ojczyzny. 

Narodowy bohater, rosyjski witeź. Nie o to chodzi. Pamiętasz Sztyka?

Jak tu nie pamiętać? Siergiej przytaknął.

- Bez ciebie zrobił się bezczelny, trzeba było z nim dzielić miasto. Ale w zeszłym roku 

Sztyka   stuknęli   Azerowie,   tak   że   teraz   Basmanowo   jest   jedno   i   niepodzielne.   W   stu 

procentach moje. - Müller przełknął kawałek szaszłyka, popił wodą mineralną. - Kontroluję 

rynek, kapujesz? Handel samochodami, benzyną. Kompleks mieszkaniowy to tylko szyld, 

żeby zwiększyć limit materiałów budowlanych. Buduję oczywiście też, chociaż nawet z tym 

background image

mam teraz problemy. A w ostatnim czasie ciasno mi już jest w mieście, chcę wyjść na cały 

rejon.   Wszystko   zaplanowałem   i   przygotowałem.   Brakuje   mi   tylko   wsparcia 

administracyjnego.

Już było wiadomo, że Müller nie przyszedł ot tak, pogawędzić ze starym przyjacielem. 

Ma konkretną sprawę. Dronow nie popędzał go, nie wypytywał; tamten sam powie.

No i powiedział.

- Pamiętasz kołchoz „Świetlana Droga”? Pięć kilometrów od miasta? Jest plan, żeby nam 

odpalili lasek, piętnaście ha. Dogadałem się z przewodniczącym. Muszę mu tylko załatwić 

dziesięć traktorów - wymiana barterowa, żeby się papiery zgadzały. Jemu samemu - nową 

wołgę, żonie futro z norek i jeszcze dwadzieścia sztuk na rękę. Ale bez partii i komitetu 

wykonawczego rejonu nie dam rady. Próbowałem i nic, ściana. Nie mój szczebel, sam tego 

nie przepchnę, ale gdybyś ty się podłączył... W naszym rejonie jesteś drugi po Leninie. - 

Müller   uśmiechnął   się   pod   wąsem.   -   Naprzeciwko   komitetu   wisi   tablica   „Oni   są   chlubą 

Basmanowa”,   i   twój   portret   jest   największy.  Władza   z   okien   codziennie   podziwia   twoją 

fizjonomię.

- Wiem - powiedział Siergiej z zażenowaniem. - Matka mi mówiła. I co, chcesz się zająć 

leśnictwem?

Müller zarechotał i zrobił się podobny do dawnego Müllera.

- Co, pogięło cię? Pomyśl, jakie tereny są u nas za miastem - bór sosnowy, dwie rzeki, 

Moskwa o rzut beretem. A z dacz są tylko państwowe i dawne spółdzielcze, tak jak Kolina 

Góra.   Gdyby  to   posprzedawać,   działki   poszłyby  przeciętnie   po   tysiąc   za   ar,   leciutko.  W 

Moskwie teraz dzianych gości jest od metra, raz-dwa rozkupią. Zarejestrowałoby się to jako 

teren   leśny,   a   potem   podzieliło   na   działki,   i   po   sprawie.   Tylko   żeby   władza   się   nie 

dopieprzyła. Ja dla nich jestem ferajna, element kryminalny. A dla ciebie załatwić coś takiego 

to tyle co splunąć. Popatrz, Sierioga: jeśli zapewnisz nam przykrywkę, to możesz liczyć na 

dobrą kasę, bo ja żydzić nie będę. Półtora tysiąca arów, przeciętnie po tauzenie, wyczuwasz, 

ile to będzie. Wystarczy i dla komitetu rejonowego, i dla nas obu. Sto pięćdziesiąt masz jak w 

banku. No, dwieście, i koniec, dobra?!

Dwieście   tysięcy   rubli!   Pomimo   wszystkich   delegacji   i   premii   za   medale   Dronow 

oczywiście na oczy nie oglądał takiej kasy.

- A co miałbym robić? - spytał ostrożnie.

background image

-   Założymy   fundację   użyteczności   publicznej.   „O   zdrowy   styl   życia”   czy   tam, 

powiedzmy, „Dla weteranów sportu”. Ty będziesz prezesem, ja zastępcą. Pojedziesz ze mną 

do paru naczelników. Zjesz z nimi szaszłyczek, opowiesz o wielkich ludziach - i wszystkie 

basmanowskie kacyki pomdleją ze szczęścia. A szczegóły to już potem ja z nimi omówię. 

Wszystko grzecznie, zgodnie z prawem. Jedyne, co jeszcze może być potrzebne, to telefon z 

komitetu obwodowego. Dasz radę załatwić?

- Jasne. Mogę nawet z KC. Mam tam znajomych.

- No właśnie - ucieszył się Müller. - Teraz takie czasy, Sierioga, że nie można być łosiem. 

Trzeba iść do biznesu. Sam widziałeś, jak ci narobili siary na tej olimpiadzie. Chuj tam ze 

sportem. Niech teraz inni pobiegają za ciebie i poskaczą.

Wszystko   poszło   jak   z   płatka,   bez   żadnych   problemów   -   jeszcze   łatwiej,   niż   mówił 

Müller. Nawet telefon okazał się niepotrzebny. Rejonowa władza sfotografowała się z żywą 

legendą, pierwszy sekretarz wypił z Sieriogą bruderszaft. Fundacji „Zdrowie i Sport” (taką 

nazwę   przyjęła   nowo   powstała   organizacja)   obiecano   zielone   światło   jako   inicjatywie 

społecznie użytecznej.

Po   trzech   tygodniach   Siergiejowi   wręczono   dyplomatkę   wypełnioną   sturublówkami. 

Müller   powiedział,   że   to   dopiero   początek.   Bo   zdrowie   i   sport   to   nie   tylko   domki   w 

sosnowym lesie, ale także zdrowa żywność, rozrywki, bilardy i Bóg wie co jeszcze.

Zdumiewające   było   to,   że   Sensej   zdemaskował   Dronowa   od   razu   przy   pierwszym 

spotkaniu. Rzucił okiem na pierścień z brylantem (Siergiej kupił go na Arbacie, w komisie, za 

siedemnaście tysięcy), na zegarek marki Rolex, i wziął Dronowa na spytki: dalej, gadaj, skąd 

masz na takie szpanerstwo.

Dronow   musiał   rzecz   wyjaśnić,   wobec   Iwana   Pantelejewicza   nie   miał   zwyczaju 

ściemniać. Był przekonany, że ten natrze mu uszu, ale Sensej uważnie wysłuchał i zamyślił 

się.

Potem zmrużył oczy i powiedział jak gdyby sam do siebie:

- Jest teraz taki trend, że mamy się bawić w kapitalizm. No cóż, to będą mieli kapitalizm, 

zgodnie   ze   wszystkimi   prawami   dżungli.   A   przy   okazji   skorzystamy   z   doświadczeń 

budownictwa socjalistycznego.

Siergiej ni czorta z tego nie zrozumiał. Poprosił raz jeszcze o wyjaśnienie. A wtedy Iwan 

background image

Pantelejewicz go zadziwił.

- Niech ta twoja durna fundacja sobie działa. Ale pod moim nadzorem; nie będę tolerował 

chałupnictwa. Co to za gadanie: władza rejonowa obiecała, że się nie będzie przyczepiać do 

waszych letniskowych machlojek. A jak za rok władza się zmieni, to co? Nie, bratku, tu trzeba 

działać rozumnie, jak to robią dorośli ludzie. Jest decyzja partii, żeby rozwijać indywidualną 

gospodarkę rolną. W tym celu będzie się przydzielać grunty. Oczywiście różnej klasy i na 

pewno nie każdemu. Ale organizacjom o społecznym znaczeniu przede wszystkim. Według z 

góry ustalonej kolejności. Kapujesz?

Sensej naszkicował schemat.

Najważniejszą sprawę - otrzymanie zezwolenia na przydział ziemi - bierze na siebie. Z 

drobnym bandytą Mielnikowem nie chce się zadawać bezpośrednio, do tego się nie zniży. 

Kontakt   tylko   przez   Dronowa.   Były  gruppenführer   może   załatwiać   mniej   ważne   sprawy, 

zajmować się bieżączką i lokalnymi problemami, jeśli takie będą.

- Za to będziecie mieli obaj jedną trzecią zysków, do spółki. Jak się podzielicie, to już 

wasza sprawa. Dwie trzecie będziesz oddawał mnie. A jak twój Müller zacznie podskakiwać, 

to wezmę go pod obcas i rozdepczę.

- Nie zacznie - obiecał Siergiej, oszołomiony otwierającymi się perspektywami. - Potrafi 

myśleć.

Odtąd Siergiej zaczął żyć tak, że pozostawało mu tylko łamać sobie głowę, na co by tu 

jeszcze wydać forsę.

Do   tej   pory  uważał   się   za   bogatego,   ale   dopiero   teraz   dowiedział   się,   co   to   znaczy 

prawdziwe bogactwo.

Przeniósł się do piętrowego domu, z cegły, do dawnej daczy rządowej, wykupionej za 

śmieszne pieniądze - sześć tysięcy. Wołga i łada już drugi rok stały pokryte kurzem w garażu. 

Siergiej rozbijał się teraz dżipem Grand Cherokee, a do bardziej eleganckich eskapad służyło 

mu audi.

Osiemdziesięciometrowe mieszkanie na prospekcie Lenina oddał mamie. Od dawna już 

nie   pracowała,   żyła   za   pieniądze   syna,   a   teraz   w   ogóle   się   rozbestwiła:   wstawiła   sobie 

porcelanowe implanty, zrobiła lifting w Centrum Urody i wyglądała po prostu jak Edyta 

Piecha, a nawet lepiej. A co ma sobie żałować, nie jest taka znowu stara. Lat czterdzieści pięć, 

background image

a   jeszcze   ma   chęć.   Niech   sobie   użyje   za   całą   poprzednią   poniewierkę.   Futra   nie   futra, 

pierścionki   nie   pierścionki,   manikiur-pedikiur  -  daj  Boże   zdrowie.  Spodobało  się   kobitce 

wydawanie forsy, ciągle jej mało. Dobra, niech ma. No bo dla kogo to całe siano? Przecież 

nie dla koni.

Na zakręcie

Sierioga nigdy nie był pazerny. To, co miał, w zupełności mu wystarczało. Ale wlazłeś 

między wrony,  musisz krakać jak i ony. Sensej zawsze działał z rozmachem, letniskowy 

biznes tak rozkręcił, że ho, ho. Dronowowi nie brakowało roboty.

No więc dziś trzeba było gnać za rzekę, oglądać nowe działki - nadają się, nie nadają. 

Lepiej   by   było   oczywiście   z   Iwanem   Pantelejewiczem,   ten   ma   oko,   widzi   wszystko 

perspektywicznie, na lata naprzód. Ale i Siergiej przez półtora roku tego i owego też się 

nauczył.

Krótko mówiąc, wsiadł do dżipa i pojechał.

Skręcił ze swojej Szosy Lubawińskiej na Rublowkę, popędził przez rezerwat, który - 

Sensej obiecał - wkrótce też zostanie rozparcelowany. Wtedy dopiero się nazbiera kasy. Że 

ceny   od   osiemdziesiątego   ósmego   poszły   w   górę,   to   mało   powiedziane;   teraz   za   działki 

letniskowe brano wyłącznie w zielonych. Kiedyś za operacje walutowe na szczególnie dużą 

skalę dawano czapę, a teraz ludzie ani trochę się nie boją. Wolność.

Kiedy hamulce na zakręcie zapiszczały jakoś wyjątkowo przenikliwie, Siergiej zerknął na 

szybkościomierz.

O kurde! Sto osiemdziesiąt! Jak to się stało, że jeszcze nie wyleciał z trasy?

Okazuje   się,   że   serce   pracowało   w   Rytmie,   bębniło   czterokrotnie   szybciej.  A  on   się 

zamyślił, nie zauważył.

Dronow gwałtownie zwolnił, potem w ogóle zahamował.

Co jest grane? Drugi raz w ciągu dnia. Może jest chory?

Nagle go olśniło.

Z przodu, ledwie o sto metrów dalej, był zakręt na Kolinogórę, potem most, a za nim 

background image

zakręt, gdzie wtedy zobaczył Biały Słup i o mało nie przejechał się na tamten świat.

Może Metronom poczuł bliskość miejsca, gdzie zaczął kiedyś wystukiwać swoje „to tak” 

i „toko tak”?

E, nie. Tą szosą w ciągu minionych lat Dronow jeździł wiele razy, ale nic podobnego się 

nie zdarzyło.

Trzeba zresztą powiedzieć, że dotąd ani razu nie skręcił w prawo. Jeśli trzeba było się 

wybrać w tamtą stronę, jeździł dookoła. Nie z jakiegoś konkretnego powodu, ale po prostu 

tak. Jakoś nie miał serca.

Dzisiaj zaś serce wyraźnie podpowiadało: skręć tam, skręć.

No więc skręcił. Serca trzeba słuchać.

background image

Rozdział ósmy

Szczęśliwej drogi

Na   wąskiej   Szosie   Rublowskiej   Darnowski   wlókł   się   czterdziestką,   bo   przed   sobą   miał 

wywrotkę. Wyminąć jej nie mógł - podwójna ciągła linia, a zasad ruchu z przyzwyczajenia 

nie   naruszał;   uważał,   że   wszystkie   nieszczęścia   Rosji   biorą   się  właśnie   stąd,   że   nikt   nie 

stosuje   się   do   przepisów.   Ludzie   przechodzą   ulicę   na   czerwonym   świetle,   parkują   w 

miejscach niedozwolonych, rzucają śmieci na chodnik, a potem się dziwią, że w kraju jest 

burdel.

Muzyka   tymczasem   grała   coraz   szybciej,   coraz   wdzięczniej,   jak   gdyby   zarazem   i 

przynaglała, i wabiła.

Nawet powiedział głośno i z rozdrażnieniem:

- No, wiem, wiem. Przecież jadę.

Czy mógł podejrzewać, że ma kalendarz wmontowany w podświadomość? Jakaś szara 

komórka   zareagowała   na   połączenie   słów   „dziesiąty   maja”   i   samorzutnie   się   włączyła. 

Ciekawe,   czy  gdyby  mamińska   nie   przypomniała,   on  sam   by  się   domyślił,   że   dzisiejszy 

koncert jest jubileuszowy?

Wywrotka w końcu skręciła, a Robert rozpędził się do dozwolonych sześćdziesięciu na 

godzinę. Z mapy wynikało, że zaraz będzie pole, a potem posterunek drogówki i zakręt w 

prawo, na most.

Skręcił.

Soundtrack  od  razu  zmienił  rytm i  tonację,  muzyka  stała  się  cicha, liryczna,  ale  nie 

uspokajała; przeciwnie, sprawiała, że serce się ściskało.

To nic, powiedział sobie Robert, o, już widać most. A za nim będzie zakręt. Wkrótce 

zagadki   zostaną   wyjaśnione.   Nie   wydarzy   się   oczywiście   nic   szczególnego.   Po   prostu 

wysiądę, złożę imaginacyjny wieniec, postoję chwilę. I tą minutą ciszy koncert raczej się 

zakończy. Szara komórka się uspokoi i poczeka cicho do następnego jubileuszu.

Na moście trwały chyba jakieś roboty naprawcze; napływające bez końca z naprzeciwka 

background image

potoki aut sprawiły, że „dziewiątka” Darnowskiego stanęła w długiej kolejce.

Zdaje   się,   za   Koliną   Górą   była   wtedy  wieś   i   puste   pole,   przypomniał   sobie   Robert, 

rozglądając się dookoła. A teraz gdzie tylko popatrzeć - same budowy, wille, wille; z pola nie 

został ani skrawek. Boom na domy letniskowe.

A   ile   samochodów!   Przy   czym   ani   jednego   zaporożca   albo   starego   moskwicza, 

przeważnie łady i wołgi, drogie modele, niemało też zagranicznych marek. Jeździ nimi nowa 

wersja dawnych nepmanów z lat dwudziestych. Bawią się w kantrylajf, małpują Zachód. A 

obok limuzyn uwijają się przedstawiciele „przedsiębiorczości indywidualnej”, jeszcze jeden 

produkt pierestrojki: wyrostki o zakazanych gębach proponują umycie szyb, jakaś babcia 

niesie miskę z pierożkami, jednonogi inwalida sprzedaje broszurki, a chudziutka dziewuszka, 

okutana w chustkę - bukieciki konwalii.

Te wszystkie ajencje i tak zwana legalizacja szarej strefy to pic i fotomontaż. Teść ma 

rację: osłona dla nomenklaturowego złodziejstwa, żeby można było kraść bez obawy. Nic 

sensownego nigdy w tym kraju nie powstanie (ten wniosek Robert już sam wyciągnął), żadna 

prywatna inicjatywa, żaden tam „kapitalizm z ludzką twarzą”. Sklepy jak były, tak będą puste. 

A cały kapitalizm to ci chłopaczkowie o martwych oczach, którzy najpierw mazną brudną 

szmatą   po   czystej   szybie,   a   potem   bezczelnie   żądają   rubla.   Babcia   ze   swoimi 

niehigienicznymi wypiekami. I zerwane wbrew wszelkim zakazom konwalie, które niedługo 

w ogóle znikną z podmoskiewskich lasów.

Akurat wtedy podeszła kwiaciarka.

Miała na sobie stary płaszcz ortalionowy, jakich od stu lat nikt już nie nosił, i gumowe 

kalosze, zbyt obszerne dla jej szczupłych łydek. Spod chustki wysuwał się kosmyk włosów 

miodowej  barwy,  bardzo popularnej  wśród  firm wytwarzających  farby do włosów, ale  w 

naturze występującej niezwykle rzadko.

Robert pomyślał o dziewczynie: jaka nieładna, biedulka. Trójkątna twarz, szerokie usta, 

perkaty nos. Nie ratują jej nawet wielkie, zamknięte ze znużenia oczy; wręcz przeciwnie. 

Taka żabka z oczami ważki.

Kwiaciarka w milczeniu podała mu bukiecik przez opuszczoną szybę.

- Zrywanie w lesie konwalii jest prawnie zakazane - rzekł surowo Darnowski. - Co, nie 

wiedziała pani?

Myślał,   że   mieszkanka   wsi   coś   mu   odszczeknie,   ale   tamta   się   nie   odezwała.  Wyraz 

background image

twarzy też miała jakiś dziwny. Mówiąc ściśle, jej twarz nie miała żadnego wyrazu, czego się 

na ogół nie spotyka. Zasłużony antropolog Robert wiedział to dobrze.

Stuknięta, domyślił się. Dlatego wygląda jak sierota i nie otwiera ust.

Na sekundę zdjęła go ciekawość, co taka wariatka może mieć w głowie?

Popatrzył w oczy ważki, które najpierw okazały się niebywale niebieskie, potem, jak 

należy, błysnęły zielonymi światełkami i po chwili znowu zrobiły się niebieskie.

Zdumiewające, ale Darnowski nie usłyszał żadnych myśli. Jej rozum śpi, czy jak? Zero 

emocji   czy   chociażby   jakiegokolwiek   bełkotu?   Po   raz   pierwszy   zetknął   się   z   takim 

fenomenem, że w czyimś wnętrzu panuje absolutna cisza.

Wtem rozległ się głos, cichy i bardzo piękny, absolutnie nieodpowiadający wyglądowi 

zewnętrznemu.

- Szczęśliwej drogi - rzekł.

Wtedy z Robertem coś się stało. I to nie z jego słuchem, ale ze wzrokiem.

Zaskoczony, zamrugał oczami, a kiedy po ułamku sekundy podniósł powieki, zamarł ze 

zdumienia.

Nie, nie zobaczył nic nowego. Patrzył po nowemu.

Ta sama dziewczęca twarz, ale, mój Boże, cóż za wytworny kontur, cóż za delikatne usta, 

cóż   za   nos,   jak   gdyby   wyrzeźbiony   z   alabastru!   A  skóra,   jak   gdyby   podświetlona   od 

wewnątrz!

Ja cię kręcę, cóż za piękność, co za fantastyczna piękność, pomyślał wstrząśnięty Robert. 

Jak mogłem od razu tego nie dostrzec?!

A oczy, co za oczy! Słoneczne światło w błękitnej wodzie.

Ale   jako   człowiek   z   natury   skłonny   do   refleksji   zaraz   się   skrzywił   z   niesmakiem. 

„Słoneczne   światło   w   błękitnej   wodzie”.   Gratuluję,   Robercie   Łukiczu,   tak   banalnego 

określenia! Fu! „Chodźcie, bo piękne kwiaty mam, to tylko chwila krótka, do klapy różę 

przypiąć wam postara się Aniutka”.

Potrząsnął głową, odganiając przywidzenie. Odwrócił oczy.

Ze schowka, gdzie leżały pięciorublówki dla milicjantów, wyciągnął papierek i podał 

dziewczynie przez okno.

background image

- Masz. Nie potrzebuję twoich konwalii. - Odsunął ręką bukiecik.

Akurat wtedy sznur samochodów ruszył do przodu, Robert nacisnął więc na pedał gazu.

Kiedy jechał powoli przez most, ciągle kręcił głową.

Co to było? Cóż to za transformacja, a raczej zakłócenie odbioru, bo przecież dziewczyna 

została taka, jaka była? A jeśli naprawdę jest taka ładna, dlaczego od razu nie dostrzegł jej 

zjawiskowej urody?

Dziwne, że muzyka prawie ucichła, nie mógł dosłyszeć melodii.

Nagle wzdrygnął się.

Kwiaciarka powiedziała: „Szczęśliwej drogi” - wyraźnie to słyszał. Ale jej wargi się nie 

poruszyły, przecież na nie patrzył!

To znaczy,  że  tak pomyślała?  Naprawdę życzyła  szczęśliwej  drogi nieznajomemu, w 

dodatku takiemu, który ją szorstko potraktował? Zdumiewające.

Tymczasem bezwiednie dojechał do końca mostu i ocknął się dopiero, kiedy do celu 

jazdy, czyli do pamiętnego zakrętu, została już bardzo niewielka odległość.

Co robisz, idioto? Zawróć!

„Przegapiłeś szczęście” - przemknęła mu przez głowę niespodziewana myśl, absolutnie 

irracjonalna, a przez to jeszcze bardziej uderzająca. Robert nie wiedział, jakie to szczęście, 

dlaczego   je   przegapił,   ale   poczucie   straty  -  ogromnej,   nie   do  odrobienia   -   dosłownie   go 

przytłoczyło.

Jakieś dwieście metrów przed zakrętem Darnowski zrobił coś, na co nigdy sobie nie 

pozwalał i za co zawsze trąbił z przyganą na innych: po chamsku, przed samym nosem 

jadących z naprzeciwka żiguli, zawrócił przez podwójną linię. Tamci oczywiście też na niego 

zatrąbili. A co mu tam.

Pędził z powrotem, na drugą stronę rzeki, chociaż był przekonany, że dziewczyny tam już 

nie ma. Poszła, zniknęła. Może w ogóle nie istniała.

Akurat wstrzymano ruch w obie strony. Na środku mostu utknęła ciężarówka, szofer 

grzebał pod otwartą maską.

A niech to cholera!

Robert wysiadł i stanął na palcach, wypatrując dziewczyny na tamtym brzegu.

background image

Nie zniknęła!

O,   tam,   jest,   to   jej   nylonowa   chustka!   Kwiaciarka   stała   obok   sporego   dżipa   z 

przyciemnionymi szybami, podając bukiecik.

Robert omal nie rozpłakał się z ulgi. Jeszcze minuta czy dwie, a znowu zobaczy słońce w 

błękitnej wodzie!

Coś nie w porządku z moimi nerwami, pomyślał zirytowany, strącając łzę z policzka. 

Trzeba się leczyć.

Maria

Piękne czasy nastają, dobre czasy, myślał Dronow, stukając palcami o kierownicę. Dżip 

stał w miejscu, przed mostem utworzył się korek. Kto ma energię i łeb na karku, będzie w 

końcu mógł żyć po ludzku. Wszędzie dookoła ludzie się budują, i to przeważnie solidnie, 

domy z cegły. Na razie oczywiście nie wygląda to zbyt ładnie. U nas nie potrafią budować z 

głową, poprowadzić najpierw porządną drogę, ustawić wagoniki dla robotników. Nie, muszą 

nablocić, zapaskudzić wszystko dookoła. Ale to nic, z czasem się nauczą.

Sensej mówi: gdyby przywódcy nie pozwalali od razu na wszystko, ale spokojnie, po 

kolei, kraj doszedłby do siebie, ludzie nauczyliby się i pracować, i zarabiać. Taki Teng Siao-

ping w Chinach wie, że najpierw trzeba nakarmić głodnych, stworzyć trwale funkcjonujący 

system   gospodarczy,   a   potem   dopiero   dawać   wolność.   Głodny   obibok   nie   zasługuje   na 

swobodę, tylko zgłupieje przez nią. A nasz gensek Garbaty nie może pojąć tej prostej prawdy, 

dlatego wszystko idzie w diabły.

Siergiej spytał: a co z demokracją? Iwan Pantelejewicz tylko westchnął. Nie, powiedział, 

nie ma na świecie żadnej demokracji. Przeważająca większość ludzi, jeśli nie mąci im się w 

łepetynach, jest szczęśliwa, że ktoś nimi rządzi. Tylko rządzący muszą mieć olej w głowie, a 

nie sieczkę, jak nasz Miszka. Rządź dobrze ludźmi, a nikt ci złego słowa nie powie, że jesteś 

bogatszy od innych i masz więcej praw. To nagroda dla ciebie za to, że nie zabiegasz tylko o 

własną korzyść i nie boisz się podejmować ważnych decyzji.

Dronow   wiedział,   że   sam   urodził   się   jako   rządzony,   ale   dzięki   Metronomowi 

przekwalifikował się na rządzącego.

background image

O tam, po tamtej stronie rzeki, znajduje się miejsce, gdzie szesnastoletni wyrostek Szary 

miał zakończyć swój nędzny żywot, a zamiast tego narodził się na nowo.

Nie bez powodu serce wystukuje: toko tak, toko tak.

Wzdłuż rzędu samochodów powoli szła smukła dziewczyna w żółtej chustce. Że powoli, 

to normalne: kiedy Siergiej jest w Rytmie, wszystko dokoła jest spowolnione, ale dziewczyna 

poruszała się jakoś niezwykle pięknie, miękko. W ręku trzymała konwalie.

Zauważyła, że Siergiej się na nią gapi, podeszła, uśmiechnęła się, a on - osłupiał.

Przywykł do ładnych dziewuch, ale aktorki i modelki, z którymi się zazwyczaj zadawał, 

były zwykłymi czupiradłami przy tej królewnie. W dodatku nieznajoma zamaszystym gestem 

zdjęła z głowy chustkę. Na ramiona niespiesznymi falami spłynęły włosy miodowego koloru, 

a nad nimi - słowo honoru - zalśniła złocista aureola!

Rytm wyłączył się tak samo niespodziewanie, jak przedtem się włączył.

To tak, to tak, stukało zaczarowane serce.

Siergiej wychylił się z okna.

- Jak ci na imię?

Milczała. Już się nie uśmiechała, patrzyła na niego badawczo i poważnie. Oczy miała 

olbrzymie, zielonkawe. Takiej barwy nigdy nie widział.

Dlaczego nie odpowiada - pomyślał.

Nagle zrozumiał. Nie, poczuł.

Powinien sam odgadnąć jej imię, to bardzo ważne!

Jak nie odgadnę, to będzie koniec. Ale koniec czego, sam nie wiedział.

Myśl była dziwaczna, nawet idiotyczna, a Dronow jednak nie miał żadnych wątpliwości.

Strasznie zdenerwowany zapytał:

- Maria?

Dziewczyna skinęła głową. Zgadł!

- Pojedziesz? Ze mną? - zapytał nieśmiało, bo teraz to była najważniejsza sprawa.

Milczała, wciąż patrząc mu w oczy.

Nie  pojedzie,  pomyślał  z rezygnacją.  Taka królewna, a  tu chuj  wie z kim, chuj  wie 

background image

dokąd...

Ale dziewczyna imieniem Maria nagle skinęła głową. Nie kokieteryjnie, nie radośnie, 

tylko ze smutkiem. Czy raczej - też z rezygnacją.

Dronow zerwał się, o mało nie runął z wysokiego stopnia; ledwie utrzymał się na nogach. 

Obszedł dżipa wokoło, przy czym jeszcze dwukrotnie się potknął, bo nie odwracał oczu od 

Marii. Otworzył drzwi. Chciał dziewczynę chwycić za rękę, ale się powstrzymał.

- Wsiadaj.

Weszła na stopień, chwilę się wahała, więc Siergiej ostrożnie podtrzymał ją za szczupły 

łokieć.

To lekkie dotknięcie spowodowało, że utajony Metronom ocknął się i przeskoczył na 

drobne „toko tak”.

Maria sadowiła się w fotelu nieskończenie długo, więc Dronow strasznie się denerwował, 

myśląc, czy aby dziewczyna się nie wycofa.

Za to kiedy znów usiadł za kółkiem, zawrócił i nacisnął gaz, zostawił za samochodem 

tylko sinawy obłoczek dymu.

background image

Rozdział dziewiąty

Słowo z książek

Siergiej pędził z szaloną prędkością, ale patrzył tylko na Marię. Omal nie wpadł przez to do 

rowu na zakręcie; ledwo zdążył zapanować nad kierownicą. Okropnie się przestraszył - o nią, 

nie o siebie. Każda inna narobiłaby pisku po takim szalonym zygzaku, ale ta nie wydała z 

siebie żadnego dźwięku. Nie odwróciła nawet głowy, patrzyła prosto przed siebie.

Dlaczego ciągle milczy? Żeby powiedziała choć słowo!

Teraz spoglądał na szosę, jechał ostrożnie, osiemdziesiątką, a ponieważ Rytm działał, 

wydawało mu się, że dżip ledwie pełznie.

Starając się mówić powoli i wyraźnie, zapytał:

- Gdzie mieszkasz, Masza? W Łyczkowie?

Tak nazywała się wieś, w której pobliżu Maria sprzedawała kwiaty.

Milczała, jak gdyby nie słyszała jego słów.

Spróbował jeszcze raz:

- Marusiu, ile masz lat? Mieszkasz z rodzicami czy...

Głos mu zadrżał. O tym „czy”, że ma męża czy kogoś tam, wolał nie myśleć.

Znowu nie zaszczyciła go odpowiedzią. Jakby nie słyszała.

Siergiej pomyślał: może nie podoba jej się, że tak do niej mówię - Masza, Marusia?

Zrobił trzecią próbę:

- No, powiedz, Mario, mieszkasz z kimś?

Dopiero wtedy na niego spojrzała, a on zrozumiał: tak, trzeba się do niej zwracać pełnym 

imieniem - Maria.

Ale   ust   mimo   wszystko   nie   otworzyła,   pokazała   tylko   palec,   z   różowym,   nierówno 

obciętym paznokciem.

- Sama?

background image

Kiwnęła głową.

- Co to, jesteś niemową? - zrozumiał w końcu Dronow.

Spytał   niezręcznie,   niedelikatnie.   Ale   Maria   się   nie   obraziła,   tylko   łagodnie   się 

uśmiechnęła.   Lekko   pochyliła   głowę   (czy   to   odpowiadając   „tak”,   czy  też   wyrażając   coś 

innego tym gestem) i znowu zaczęła obserwować drogę.

No i dobrze, że niemowa, powiedział sobie w duchu Siergiej. Na pewno dlatego jest taka 

wyjątkowa. Przecież nie zwyczajnie ładna, tylko właśnie wyjątkowa. Gdyby nie była niema, 

toby teraz coś paplała, psując całe wrażenie.

- Słuchaj, Maria, chciałabyś pomieszkać u mnie? - powiedział to, jakby rzucał się w 

przepaść. No i zapomniał, że normalny człowiek jego szybkiej mowy po prostu nie rozumie. - 

Nie, nie myśl sobie nic takiego, po prostu pomieszkać. Mam duży dom w Żuczyłowce. I 

mieszkam sam.

Znowu zwróciła się ku niemu i popatrzyła na niego przeciągle, jak wtedy.

A on bał się odwrócić głowę, ledwie żywy trzymał kierownicę. Nerwy spowodowały, że 

wyprzedził na trzeciego, tuż przed nosem jadącej z naprzeciwka ciężarówki, i omal na nią nie 

wpadł.

Za to kiedy Maria powoli, w zadumie, kiwnęła głową, i to niejeden raz, był po prostu 

wniebowzięty.

Poczucie   szczęścia,   a   zarazem   zwolnienie   Metronomu   sprawiły,   że   zaczął   gadać   bez 

sensu:

- No i bardzo dobrze. Nie pożałujesz. Jeszcze nie wiesz, kim jestem. Jestem Siergiej 

Dronow. Słyszałaś o takim?

Pokręciła głową i z zakłopotaniem podniosła brwi.

- Coś ty? - zdumiał się. - W telewizji o mnie film leciał wiele razy. Nazywa się  Lot 

sokoła.  I w wiadomościach. Jestem dwudziestoczterokrotnym mistrzem świata, zdobywcą 

rekordów...

Wtedy parsknęła dziewczęcym śmiechem, zasłaniając usta dłonią, i Dronow się zamknął, 

poczerwieniał.   Cholera   wie,   dlaczego   zaczęła   chichotać.   Dobrze   jeszcze,   jeśli   miało   to 

znaczyć „no, ale bujać to ty potrafisz” - to się da naprawić. Ale najwyraźniej nie był to śmiech 

niedowierzania, tylko jakiś taki... No, jakby smarkacz przechwalał się swoimi zabawkami czy 

background image

papierkami od cukierków, a dorosłego to rozbawiło. Taki to był śmiech.

Siergiej się rozzłościł, nawymyślał sobie samemu: no, czego się krygujesz, baranie, co ją 

tak obskakujesz?  Zwyczajna moskiewska  dziewuszka, po prostu bardzo ładna. No dobra, 

poprawił się, może nie zwyczajna, tylko wyjątkowa, niech będzie. Drugiej takiej może nie ma 

na całym świecie - ani w Ameryce, ani w Azji, nigdzie. Ale mimo wszystko kobieta. Cóż to 

on, nie zna babskich sztuczek? Jak jesteś dorosły facet, to zachowuj się rzeczywiście jak 

dorosły, jak facet.

- Trzeba by cię ubrać - powiedział, patrząc na jej płaszczyk i bawełniane pończochy. - No 

i w ogóle... Makijażyk, manikiur, pedikiur. Co, masz coś naprzeciwko?

Chciałby zobaczyć taką dziewczynę, która by miała coś naprzeciwko.

Maria   w   pierwszej   chwili   jakby   nie   zrozumiała;   lekko   zmarszczyła   czoło.   Potem 

potrząsnęła kosmykiem włosów i energicznie przytaknęła.

No właśnie - dziewczyna jak dziewczyna, ulżyło Siergiejowi. Nawet, jak się okazuje, 

potrafi   się   też   normalnie   uśmiechać,   a   na   nasadzie   nosa   ma,   dopiero   teraz   zauważył, 

bladozłote plamki piegów. No, też coś - piegi... Ale to odkrycie sprawiło, że serce omal 

znowu nie przeskoczyło na Rytm, ale się rozmyśliło, zadrżało tylko i znowu szybko wróciło 

do   stanu   poprzedniego.   Pewnie   właśnie   to   nazywa   się   „czułością”   -   przyszło   na   myśl 

Dronowowi słowo, którego w życiu nie używał i o którym zawsze myślał, że istnieje tylko w 

książkach.

Kopciuszek i królewicz

Skoro tak, to Siergiej pojechał nie do Żuczyłowki, tylko najpierw na prospekt Kalinina, 

do Centrum Urody.

Dyrektor   niedawno   dostał   działkę   letniskową,   więc   przyjął   Dronowa   z   otwartymi 

ramionami. Ucałował dłoń jego towarzyszki, na jej wyjątkową powierzchowność nie zwrócił 

uwagi (w pracy kobieca uroda na pewno już mu się opatrzyła) i od razu zaczął wypytywać, 

czy nie można by dostać cegły sylikatowej i tłucznia, przez Andrieja Wieniaminowicza, czyli 

Müllera.

- Widział pan? - przerwał Siergiej, wskazując Marię. - Dziewczyna prosto z ekspedycji, 

background image

przyjechała w tym, co miała. Geolog, dwa miesiące w tajdze. Z zimna straciła nawet głos. A 

wieczorem mamy przyjęcie w ambasadzie włoskiej. Proszę, niech pan ją obsłuży według 

pełnego programu. Różne tam maseczki, masaż, paznokietki - no, sam pan wie. Kosmetyki, 

oczywiście, nie żadne tam polskie, tylko francuskie...

Dyrektor podjął temat:

- Dla pana, Siergieju Iwanowiczu, wyjmę z sejfu prawdziwego Lancóme’a, dopiero co 

dostałem komplet z nowej kolekcji. A co do włosów, proszę się nie niepokoić, zadzwonię do 

Albiny Pietrowny, do „Czarodziejki”. Tam dzisiaj jest Pierre, niech mu zabierze któregoś z 

klientów. Proszę wrócić przed szóstą, nie pozna pan swojej przyjaciółki. To jak będzie z tą 

cegłą i tłuczniem?

- Nie ma sprawy.

Z prospektu Kalinina Siergiej popędził po delikatesy z rozdzielnika KC, potem szybko na 

rynek Centralny, stamtąd do Wandy, czarodziejki w dziedzinie ciuchów - u niej wydał cztery i 

pół bańki. Mieszkanie Wandy wyglądało jak magazyn - pudełka z obuwiem sięgały sufitu, 

szafy  pękały  od   szmatek,   szuflady  od   różnych   rajstop,   szali   itepe,   diabeł   się   w   tym   nie 

rozezna.  Trzeba   było   zadzwonić   do   Centrum   Urody,   żeby   Marii   zmierzono   obwód   talii, 

bioder, podano rozmiar obuwia. Wybrał najlepsze rzeczy, według swego gustu.

No i tuż przed szóstą podążył na Kalinina.

Ale niepotrzebnie się tak śpieszył, bo wokół Marii uwijał się jeszcze wielki fryzjer Pierre. 

Setkę weźmie, co najmniej. A niech tam.

Siergiej   przekazał   asystentce   torby   i   pudło   z   obuwiem.   Usiadł   w   fotelu   i   czekał. 

Zdenerwowany, przeglądał „Burdę”.

Maria wyszła za kwadrans siódma. Wyglądała tak, że Dronowowi żurnal wypadł z rąk na 

podłogę.

Nie, nie była piękniejsza, bo nie mogła być. Ale z usmolonego Kopciuszka zmieniła się w 

taką laskę, że choćby się z nią człowiek pokazał na najbardziej odlotowym wernisażu, i tak 

zostałaby królową. Nie na darmo Siergiej wydał tyle kasy na gipiurową bluzkę, przez którą 

przeświecał liliowy stanik, na skórzaną minispódniczkę, na zamszowe botki powyżej kolan i 

czerwone siatkowe rajstopy.

Maria z ciekawością przeglądała się w lustrze, mrugając przyklejonymi rzęsami - to tak 

się   obróci,   to   siak.   Pociągnęła   się   za   włosy,   potargane   tak,   jakby   nocowała   na   sianie. 

background image

Zachichotała.

Mademoiselle, proszę nie dotykać fryzury - spłoszył się Pierre, z dumą oglądając swoje 

dzieło.   -   To   delikatna   konstrukcja.   I   po   ulicach   proszę   nie   chodzić.   Do   samochodu,   z 

samochodu, i tyle.

Niedbałym gestem wziął od Dronowa banknot.

Merci. Może pan zabrać swoją gadulską. Ani słowa przez bitą godzinę. Po raz pierwszy 

widzę taką klientkę. Oczywiście, do tej fryzury lepiej pasowałaby czarna suknia koktajlowa i 

klapki na obcasie. A to już całkiem nie pasuje. - Pierre, krzywiąc się, wskazał na czerwone 

rajstopy.

Marię   jego   słowa   najwyraźniej   zaniepokoiły.   Znowu   spojrzała   do   lustra,   potem   na 

Dronowa. Jakże lubił u kobiet to spojrzenie pełne wątpliwości!

Podniósł kciuk do góry i zamknął oczy. Roześmiała się.

- Nie szkodzi, sama potem zobaczy, co jej się spodoba. Ma wybór.

Co prawda, to prawda - całe tylne siedzenie dżipa zawalone było pudłami, torbami i 

pakunkami.

Zanim Dronow zabrał Marię, zdążył jeszcze skoczyć do „Pragi”, zarezerwował stolik na 

dwie osoby, z widokiem na plac Arbacki, ale teraz pomyślał: po jakiego grzyba „Praga”? Do 

domu i żeby nikogo więcej nie było. Tylko my sami, we dwoje.

O miłości

Ledwie Maria wsiadła do samochodu, od razu zasnęła. Na pewno z nadmiaru wrażeń. 

Dronow prowadził dżipa bardzo spokojnie, tak jak nigdy. Nie zjeżdżał na lewy pas, nawet 

nikogo nie wyprzedził. Serce nie wskakiwało w Rytm, ale kołatało się na samej jego granicy. 

Na światłach patrzył na dziewczynę, nie odrywając oczu, i ciągle nie mógł się napatrzyć.

Odrzuciła   głowę   do   tyłu,   otworzyła   usta;   między   cienkimi,   bladoróżowymi   wargami 

błyszczały wilgotne zęby, na szyi pulsowała błękitna żyłka.

Tak  sobie  marzył:   oby nie  obudziła  się  aż  do samego domu, usnęła  mocno,  mocno. 

Żebym mógł przenieść ją przez próg.

background image

I tak się stało!

Nacisnął guzik pilota, brama bezszelestnie się rozsunęła. Żwir na podwórzu zaskrzypiał 

trochę, ale cicho. Drzwi się otworzyły, prawie nie zgrzytając, i pozostały otwarte. Drugie też 

nie zawiodły.

Tracąc nieomal dech od owego książkowego uczucia, Siergiej ostrożnie wziął Marię na 

ręce. Ta, nie budząc się, objęła go za szyję i cmoknęła ustami jak dziecko. Czterdzieści kilo, 

Boże kochany. Płatek śniegu.

Stąpając na palcach, zaniósł ją do sypialni; nie do swojej, ale bocznej, gdzie nocowała 

matka, gdy przyjeżdżała w odwiedziny.

Położył dziewczynę na łóżku, zdjął jej leciutkie pantofelki. Przykrył ją pledem.

Rozpalił ogień w kominku, postarał się, żeby stół ładnie wyglądał: świece w srebrnym 

lichtarzu, róże z rynku, butelka „Złotego Szampana”. Porozkładał sztućce, ułożył na talerzach 

delikatesowe   specjały   z   rozdzielnika   KC.   Kilka   razy   podszedł   i   zajrzał   przez   szparę   w 

drzwiach. Stojąc nieruchomo, przyglądał się rozsypanym na poduszce lokom - ze sturublowej 

fryzury zostało niewiele (a do diabła z nią). Na zwieszające się z łóżka nagie ramię starał się 

nie patrzeć, bo Metronom nie wytrzymywał.

O tym, co nastąpi po kolacji, bał się myśleć. Przecież była jak dziecko. Ale tylko z 

wyglądu, bo w rzeczywistości to kobieta, najprawdziwsza z kobiet, do czego jak do czego, ale 

do tych spraw Siergiej miał nosa. Małolat nie znosił, po prostu nie cierpiał, chociaż wieszały 

się   na   nim   dosłownie   jak   winogrona.   Jedna   wielbicielka   w   Czelabińsku   czy   też   w 

Swierdłowsku wlazła nawet przez balkon do jego pokoju hotelowego. Wymalowana, włosy 

farbowane, cyce po parę kilo każdy, a miała najwyżej szesnaście lat - zdradził ją szczenięcy 

zapach. „Najpierw trzeba dorosnąć” - powiedział Siergiej i wrzeszczącej dziewczynie kazał 

wrócić tą samą drogą, którą weszła, przez balkon.

Ale Maria pachniała jak trzeba. Oj, jak pachniała...

Tylko że była bardzo delikatna, bał się, że ją uszkodzi. Była taka jak te jej konwalie. Jak 

kielich z cienkiego szkła. Jak złota rybka w akwarium.

* * *

background image

Nie śmiał jej budzić. Wyszła z sypialni sama, dosyć szybko, a może to czas tak prędko 

mu zleciał.

Zobaczyła   stół,   rozpromieniła   się   -   doceniła   starania   Dronowa.   Skosztowała   i 

czerwonego kawioru, i czarnego, spróbowała krabów, fińskiego salami, ananasowi zaś, nim 

wzięła kawałek, długo się przyglądała. Może nigdy nie widziała takiego owocu.

Siergiej   siedział,   jak   idiota,   z   butelką   szampana,   której   w   żaden   sposób   nie   mógł 

otworzyć, tak trzęsły mu się ręce. Kiedy rozlewał wino do kieliszków, wylał połowę trunku.

Wtedy podniosła na niego oczy, spojrzała pytająco.

- Kocham cię - ochryple wyrzekł Dronow słowa, jakich nikomu nigdy nie mówił i nie 

spodziewał się, że kiedykolwiek je wypowie. A przecież tyle razy klarował zakochanym w 

nim babom: w tej sprawie słowa nie zdadzą się na nic.

Maria kiwnęła głową, uśmiechnęła się. Zrozumiał to tak: no cóż, dziękuję.

Podszedł, niepewnie wyciągnął do niej ręce, gotów cofnąć je przy najmniejszej oznace 

niezadowolenia czy bojaźni.

Ale ona podniosła się ku niemu, zamknęła oczy i wyciągnęła stulone wargi.

Wszystko szło świetnie, po prostu cudownie.

Spokojnie, spokojnie, przykazał Siergiej sercu. Nie wariuj, to szczególny przypadek.

Ostrożnie wziął Marię na ręce. Teraz, kiedy nie spała, wydało mu się, że w ogóle nic nie 

waży.

U siebie w sypialni miał już zawczasu pościelone łóżko - olbrzymie, z rumuńskiego 

kompletu w stylu Ludwika XVI, białe ze złotymi ozdóbkami.

Ale nie starczyło mu opanowania. Doniósł ją płynnie, ułożył  ostrożnie, kiedy jednak 

zaczął dziewczynę rozbierać, nie wytrzymał. Załomotało serce, wybuchł Metronom, i więcej 

Siergiej już nic nie słyszał, tylko „toko tak, toko tak, toko tak!”.

Wszystko   poszło   znakomicie.   Jeszcze   lepiej   niż   zazwyczaj.   Inne   kobiety   jak   gdyby 

ustępowały jego rytmowi, a ta - jedyna z nich wszystkich - sama go podjęła, z taką samą 

szybkością jak Siergiej. A może nawet z jeszcze bardziej zawrotną. Po raz pierwszy poczuł, że 

otrzymał nie mniej, niż ofiarował.

Tylko jedno niemile go dotknęło. Jakoś nie miał wątpliwości, że jest niewinna, że nie 

miała nikogo przed nim.

background image

Długo zbierał się na odwagę. Już odetchnął, wrócił do zwykłego rytmu. Głaskał ją po 

ramieniu, wzdychał. W końcu wykrztusił:

- Nie jestem twoim pierwszym...

Ona   roześmiała   się   bezdźwięcznie,   pokręciła   głową   i   pokazała   mu   palec.   „Tak, 

pierwszym”. A może: „Ty jesteś moim jedynym”.  Tym samym palcem połaskotała go w 

czubek nosa. A Dronow też się roześmiał. Po prostu musiał jej uwierzyć.

Szczęśliwy Dronow

Zaczęło się szczęśliwe życie.

Rankiem budził się pierwszy i oparty na łokciu patrzył na nią, śpiącą - nigdy mu się to 

nie znudziło.

A serce, przeczuwając, już niecierpliwie się rozpędzało, podprowadzając go pod Rytm.

Kochali się zawsze długo - tak mu się w każdym razie wydawało. Rozłączali się mokrzy 

od potu, ale zegar pokazywał, że wszystko trwało nie więcej niż pięć minut. To powodował 

czterokrotnie szybszy upływ czasu. Może „toko tak” było nawet szybsze niż cztery razy, nikt 

przecież w takich chwilach nie mierzył Siergiejowi pulsu.

No, a jeśli trzeba było z rana trochę wcześniej wyjechać w sprawach Fundacji, Dronow 

wstawał po cichutku i do wieczora nosił w sobie niezaspokojony głód, gromadził energię, i to 

też było szczęście.

W dzień przez  cały czas był  w rozjazdach,  uganiał się po rejonie:  po obiektach, do 

komitetu,   jednego,   drugiego,   do   biur   obwodowych,   w   których   zawsze   miał   jakiegoś 

znajomego od interesów, czyli, jak teraz mówiono, „biznes partnera”.

Nie wiedział, czym Maria zajmowała się w ciągu dnia; przez telefon nie mógł z nią 

rozmawiać,   a   wieczorem   też   mu   przecież   nic   nie   powie.   Próbował   ją   wypytywać,   ale 

rozmowy nie były długie.

- Czytałaś książkę?

Kręci głową.

- Oglądałaś telewizję?

background image

Też kręci (chociaż w domu są aż trzy telewizory, i wszystkie japońskie).

- A wideo?

To samo.

Zajmuje się kwiatami, stwierdził Siergiej, kiedy zauważył, że ogród zrobił się ładniejszy i 

bujniejszy.   Lubił   zieleń,   a   w   pokojach   było   do   licha   i   trochę   roślin   w   doniczkach   i 

skrzynkach; tylko kiedyś źle się przyjmowały, schły, a teraz tak się rozrosły, że dom zaczął 

przypominać oranżerię.

Zrobiło się też czysto. Kobieta z sąsiedztwa, która przychodziła sprzątać, powiedziała, że 

więcej nie przyjdzie, bo nie ma po co. Ani okruszyny, ani odrobiny kurzu.

A jednak, jeśli nawet Siergiej wracał wcześnie albo udawało się mu skoczyć do domu w 

połowie dnia, nigdy nie zastał Marii z konewką albo odkurzaczem w ręku. Kiedykolwiek 

wszedł, zawsze była w tym samym miejscu, jak kotka: siedziała w salonie, w głębokim fotelu, 

i przeglądała najnowsze żurnale. Przywoził je tonami, wszystkie jak leci. A zanim Maria 

podniosła   głowę   i   zauważyła,   że   Siergiej   na   nią   patrzy,   miała   wyraz   twarzy   małej 

dziewczynki, która ujrzała coś niezwykłego: oczy szeroko otwarte, usta na wpół rozchylone, 

języczek przesuwa się po wargach. Na świecie nie ma z pewnością nic piękniejszego niż ten 

obraz.  Wieczorny  zmierzch,   cisza,   ma   człowiek   własny  dom   i   swoją   własną,   siedzącą   z 

podkulonymi nogami w fotelu kobietę, na którą pada łagodne światło lampy.

Szorstka nieco dusza Dronowa z trudem przywykała do czułości, jego myśli więc w owej 

bezcennej chwili były nie łagodne, ale przeciwnie, gwałtowne: no, niech kto tylko spróbuje 

tknąć ją palcem albo choćby spojrzeniem. Siergiej zgrzytał wtedy zębami, wyobrażając sobie, 

co zrobi z takim śmierdzielem.

W jego nowym szczęśliwym życiu wieczór był najlepszą porą dnia. Siergieja czekało 

wówczas jeszcze tyle rzeczy - i kolacja we dwoje, i wspólne milczenie przed kominkiem, i 

oczywiście miłość, nasłuchiwanie, aż ona zacznie równo oddychać; wreszcie pozostawało mu 

tylko uśmiechnąć się i zasnąć samemu.

Za to dni bardzo nie lubił. Robił wszystko, czego od niego wymagano, ale nie żył tym, 

zaledwie to znosił, i co chwila spoglądał na zegarek. Okazało się, że życie też ma dwa rytmy - 

powolny, kiedy nie ma Marii, i przyśpieszony, kiedy jest.

To, że była niemową, wcale mu nie przeszkadzało, nawet przeciwnie. W dwudziestym 

roku   życia,   gdy  Siergiej   wypróbował   już   sto   czy  dwieście   bab,   dokonał   odkrycia:   twoja 

background image

prawdziwa kobieta to ta, przy której słowa nie są potrzebne. Słowa mogłyby tu co najwyżej 

zaszkodzić.

Szkoda tylko, że nie miał możliwości zapytać jej, czego by chciała. To po prostu męka i 

skaranie boskie: forsy jak lodu, możliwości prawie nieograniczone, a jak chce dać ukochanej 

prezent   -   to   ma   problem.   Kwiaty   jej   oczywiście   przywoził,   codziennie,   ale   raczej   z 

przyzwyczajenia. W ogrodzie były i róże, i tulipany, i lilie - czego dusza zapragnie. Próbował 

pokazywać palcem ilustracje w jej ulubionych pismach. Pokaż, co ci mam kupić. Maria tylko 

się śmiała, kręciła głową. Zdaje się, że lubiła oglądać nie modne szmatki, tylko ładne i ładnie 

ubrane modelki.

Ale z czasem Dronow nauczył się odgadywać jej życzenia, to było o wiele milsze. Na 

przykład zauważył, że Maria marszczy brwi za każdym razem, kiedy popatrzy na palisadę 

wokół domu - czterometrowy parkan. Domyślił się. Zmienił parkan na ażurową kutą kratę, 

wybulił trzydzieści tysięcy, ale chłopaki się postarali, postawili nowe ogrodzenie w trzy dni. 

Marii się spodobało, teraz, patrząc na podwórze, uśmiechała się, a ogród też od razu zrobił się 

jasny, radosny.

Kiedy   we   dwójkę   siedzieli   przy   kominku,   słuchając,   jak   trzaska   ogień   w   palenisku, 

Siergiejowi  wydawało się, że  rozmawiają  właśnie  o czymś istotnym, ważnym,  czego  nie 

sposób wyrazić zwykłymi słowami. W sercu czuł niepokój, ale zarazem błogość. Coś w nim 

drgało, napinało się, jak gdyby duszę ciągnęło w dwie różne strony, i to mocno, prawie ją 

rozrywając. Kiedyś Dronow się domyślił. To jego dzienne i nocne życie nie chcą już być 

dłużej ze sobą. Dlatego, że Müllera, przewałów i przekrętów, chciwych gąb urzędasów nic nie 

łączy z Marią, kiedy tak siedzi w fotelu, patrzy na ogień, a jego odblaski czynią jej twarz na 

wpół przezroczystą.

Problem na produkcji

A  w   życiu   dziennym,   co   tu   kryć,   zdarzały  się   rzeczy  najrozmaitsze,   w   tym   także   i 

straszne.

A już to, co zdarzyło się w pierwszym tygodniu nowego, szczęśliwego życia Dronowa, to 

była prawdziwa masakra.

Bardzo   długo   ciągnął   się   syf   z   leśną   działką,   należącą   do   domu   wypoczynkowego 

background image

„Swoboda”. Na górze Sensej już załatwił przekazanie ziemi, w rejonie dawno dali zgodę, ale 

dyrektor okazał się upartym mułem i za nic nie chciał ustąpić. Müller podchodził do niego i 

tak, i owak - a ten nic, uparł się i już. No więc poprosił o pomoc Senseja, niby żeby okazać 

szacunek   weteranowi.   Weteranowi.   Bo   ten   baran   wysłał   już   nawet   zawiadomienie   do 

prokuratury.

Dobra.   Umówili   się   na   spotkanie   w   kawiarni   „Na  Wodzie”,   którą   ochraniał   jeden   z 

chłopaków Müllera.

Wszystko  grzecznie  i  z  kulturą: tabliczka  „Obsługa  specjalna”,  żadnych  obcych,  stół 

nakryty na trzy osoby. Ale bez kelnerów, żeby dyrektor nie scykał się świadków. Tylko w 

kącie, przy osobnym stoliku siedział ochroniarz Müllera, Fieduł (od nazwiska Fiedułow czy 

Fiedulin, jakoś tak, Siergiej nie pamiętał dokładnie). Od jakiegoś czasu Müller się bez niego 

nie ruszał, nadepnął na odcisk wielu ludziom, w tym także poważnym, więc nie zawadziło 

być  ostrożnym.   Fieduł  był   żołnierzem  specnazu,  afgańskim  weteranem.  Strach  człowieka 

przejmował, jak się popatrzyło na jego gębę.

A zatem Müller urabiał dyrektora nazwiskiem Wasiljew, Fieduł siedział przy nietkniętej 

szklance wody mineralnej, a Siergiej, chociaż niby uczestniczył w rozmowie, ale głównie 

uśmiechając się i przytakując, tak naprawdę myślał o Marii, o tym, że za dwie godziny znowu 

ją zobaczy.

I tak się rozmarzył, że przegapił moment, od którego sprawa zaczęła się sypać. Niby 

nawet słyszał, że tamci zaczęli mówić podniesionymi  głosami, ale włączył  się za późno, 

dopiero kiedy Wasiljew walnął dłonią w stół. Gęba czerwona, oczy błyszczące. Facet był 

przysadzisty, już niemłody, siwy nawet, i mówił basem.

- Mielnikow, ty mnie nie próbuj straszyć! Jestem pułkownikiem Armii Radzieckiej, w 

Wietnamie   nie   bałem   się   napalmu,   to   ciebie,   gnojku   zaczesany,   tym   bardziej   się   nie 

przestraszę!

A naprawdę winę ponosił tu Siergiej - nie włączył się w porę, nie zorientował, czemu 

dziadyga jest taki wkurwiony. Najpewniej chodziło o córkę. Müller po drodze mówił: „A jak 

nie weźmie kasy, to go przycisnę przez dziewczynkę. Późno mu się córka urodziła, to ma 

hopla na jej punkcie”. Na pewno przycisnął, idiota.

Ale i Wasiljew nie powinien był mówić o zaczesywaniu. Müller bardzo się denerwował, 

jak   mu   przypominali   o   łysince;   niedawno   wywalił   pięć   tauzenów   na   przeszczep.   Nie 

pomogło.

background image

Zrobił się cały blady, przechylił się przez stół, i łaps starego za krawat. A ręce miał silne, 

czarny pas w karate. Dyrektor zachrypiał, rękami zaczął macać po stole, na ślepo.

- Koniec, obrzydłeś mi, kundlu! Jutro wycofasz swoje zawiadomienie z prokuratury. A 

jak nie wycofasz, to moi ludzie złapią po szkole twoją Ludkę i przelecą sztafetą. Masz to u 

mnie jak w banku! - pienił się Müller.

Siergiej widział, że ręka Wasiljewa natrafiła na nóż i zacisnęła się na rękojeści. Ale Rytm 

się nie włączył, więc Dronow zdążył tylko krzyknąć:

- Müller!

A dziad już się zamachnął i jak nic wsadziłby tępe żelazo Müllerowi w szyję czy gdzie 

tam,   ale   wtedy   Fieduł   walnął   ze   swojego   makarowa   -   i   dyrektorowi   tylko   łepetyna   się 

zakołysała. Czerwone bryzgi na obrus, na półmisek z sandaczem w galarecie.

Müllerowi szczęka opadła. Rozluźnił ręce i Wasiljew bez krzyku, bez jęku runął razem z 

krzesłem na podłogę.

Akurat wtedy zastukało Siergiejowe „toko tak”, ale za późno.

- Coś narobił, pokrako! - krzyknął, nie wiadomo, czy do Müllera, czy do Fieduła, sam 

tego nie wiedział.

- Cooooo? - zaśpiewał Müller, zakłopotany, bo nic nie zrozumiał. - Odbiiiiłooo miiii, 

Sieeeriooogaaa. Chuuuj z niiim, zaaaraaz mu skrzyyynkeee piiiiwaaa przyyywiąąążeeemy i 

do rzeeekiii.

A tuż pod tarasem płynie Istra, dlatego właśnie lokal nazywa się „Na Wodzie”.

-   Jaką   skrzynkę,   bydlaku?   -   wydarł   się   Dronow,   którego   wściekłość   ogarnęła,   kiedy 

pomyślał,   że   tego,   co   się   stało,   już   nie   da   się   odwrócić.   -   To   członek   biura   komitetu 

rejonowego! Kierowca czeka na niego w bryce! Jego też chcesz do rzeki? Wołgę też?

- Cooo? - Müller znowu nie zajarzył.

Siergiej złapał go wtedy za kołnierz i rrryz gębą w zakrwawioną rybę, tak że kolesiowi z 

nosa pociekło i dodało barwy galarecie.

- Ręeeceeee wooon! - zaryczał wtedy Fieduł, podnosząc się, i znowu sięgnął pod pachę.

Ale gdzie tam specnazowiec mógł się mierzyć z Dronowem, gdy ten był w Rytmie!

W dwóch skokach Siergiej znalazł się na drugim końcu pokoju i zanim Fieduł zdążył 

background image

wyciągnąć spluwę z kabury, przylutował mu z całej siły. Tamten walnął o belkę, aż chrupnęło 

paskudnie, osunął się i ucichł.

„Toko tak” od razu się wyłączyło.

- Sierioga, ja go przegonię precz - wybełkotał Müller, strącając z twarzy zieloną natkę 

pietruszki. - A jak chcesz, to w ogóle dam mu w czapę. Na ciebie nie miał prawa otwierać 

dzioba...

Podszedł do nieruchomego ochroniarza, kopnął go - i nagle przysiadł w kucki.

- Sierioga, tyś go przecież... załatwił na cacy. Nie oddycha.

Zabiłem człowieka, powiedział sobie w duchu Siergiej, i nie poczuł nic oprócz smutku. 

Maria, Maria! Müller zaczął się miotać bezradnie.

- Kurwa, co tu teraz robić? Dwa trupy!

- Poczekaj - rozkazał mu Dronow i zaczął wydzwaniać do Senseja. W nim teraz cała 

nadzieja.

Bogu dzięki, zastał go w domu.

- Co ty mi gadasz jakimiś rebusami? - przerwał mu Iwan Pantelejewicz, kiedy go już 

posłuchał przez minutę czy dwie. - Mów otwartym tekstem, mnie nie ma kto podsłuchiwać.

No więc Siergiej powiedział otwarcie, co i jak.

Sensej gwizdnął.

- Oj, chłopcy, pionierzy tak nie postępują.

I umilkł.

Dronow czekał z zapartym tchem.

- Kierowca słyszał wystrzał? - spytał powoli Iwan Pantelejewicz.

- Kierowca słyszał? Sprawdź! - Siergiej machnął ręką na Müllera.

Ten   podszedł   do   okna.   W   odległości   trzydziestu   metrów   pod   latarnią   stała   wołga 

Wasiljewa.

- Chyba nie, są pakiety szybowe, niemieckie... Na pewno nie. Siedzi tam i kiwa głową, 

pewnie włączył muzę.

- Nie słyszał - zameldował Siergiej do słuchawki.

background image

- No to zrób tak. Niech ten twój bandzior odeśle kierowcę, że niby my już później sami 

dyrektora odwieziemy. Potem niech wsadzi do swojej bryki zwłoki ochroniarza, za kółko. 

Obok dyrektora. Tam niedaleko jest most, tak?

- Tak.

- Nocą, kiedy nikogo nie będzie na drodze, niech zepchnie brykę z mostu do rzeki. Stop. 

Kula w głowie?

- Kula w głowie? - przeadresował Siergiej pytanie do Müllera.

Tamten przysiadł, z obrzydzeniem podniósł głowę Wasiljewa.

- Nie, przeszła na wylot.

Dronow powtórzył:

- Nie, na wylot. Ale przecież ekspertyza...

- To nie twój problem! - Po raz pierwszy w głosie Senseja zadźwięczał metal. - Ty, 

Sieriożka, już pokazałeś swoje zdolności intelektualne. Teraz odpocznij. Żadnej ekspertyzy 

nie będzie. Zwyczajny wypadek. I już. Spadaj stamtąd. I to szybko. Müller sam sobie poradzi, 

a ty nie masz co ryzykować. Do domu, dalej. Przyjadę do ciebie.

I upiekło się. Śledztwo oczywiście było, ale zwykłe, takie jak przy wypadku. Z leśną 

działką  też  wszystko   udało  się  załatwić.  Ale  tego  wieczoru  Dronowowi  oberwało   się  od 

Senseja za wszystkie czasy.

- Nie będę ci prawił morałów. Zapytam o jedno: Jak mogłeś do tego dopuścić? Ten twój 

faszysta to drań i łajdak, dlatego go trzymamy. Ale ty? Ty? W co się wpakowałeś?! A gdzie 

twój sławetny refleks, gdzie miałeś mózg?

Mięśnie   grały   na   kamiennym   obliczu   Iwana   Pantelejewicza.   Siergiej   słuchał   ze 

spuszczoną głową, bo nic nie miał na swoje usprawiedliwienie.

- Uważaj, Sierioża, jeśli mnie rozczarujesz, to raz i na zawsze.

Powiedział to takim tonem, że Dronowowi ciarki przeszły po grzbiecie.

Iwan Pantelejewicz zrozumiał, że to wystarczy. Zmienił ton.

-  A  cóż   to   za   interesująca   osoba   zameldowała   się   u   ciebie?  W  kapciach   chodzi,   w 

szlafroku. Chyba nie twój typ? - spytał wesoło.

Siergiej   nie   przedstawił   mu   Marii,   nie   był   to   właściwy   moment;   sama   wyjrzała   do 

background image

przedpokoju,   żeby   popatrzeć,   kto   przyjechał   o   tak   późnej   porze.   Iwan   Pantelejewicz 

pozdrowił ją, ona kiwnęła głową - ot, i cała znajomość.

- Dlaczego nie mój? - nachmurzył się Siergiej.

-   Bo   ty   lubisz   figurne,   z   cukierkowym   pyszczkiem,   a   ta   chuda   okropnie.   Gdzie   ją 

namierzyłeś?

- W Łyczkowie - odrzekł Dronow niechętnie, urażony takim lekceważeniem Marii.

- Kiedy?

- W zeszły czwartek, a co?

- A nic. Wiesz chociaż coś o niej?

- To, co mnie interesuje, wiem.

Po głosie Sensej poznał, że nie ma co przeciągać struny.

- Dobra, nie warcz na mnie. Rozumiem cię. Jest w niej jakiś pieprzyk. Oczy ma ładne.

I zaśpiewał „O, oczy piwne, oczy dziwne...”.

Siergiej burknął:

- Jakie znowu piwne?

- A jakie mają być? - zdziwił się Iwan Pantelejewicz. - Właśnie piwne, z aksamitnym 

odcieniem. Ej, mistrzu, zabujałeś się nie na żarty. Pierwszy raz cię takiego widzę. Może 

myślisz o żeniaczce?

Ale zobaczył, że Siergiej nasrożył się na dobre, zmienił więc temat i zaczął mówić o 

sprawie.

Szczęście się skończyło

Szczęście   Siergieja   Dronowa   trwało   cztery   miesiące   z   hakiem.   A   wieczorem 

dwudziestego pierwszego września się skończyło.

Wrócił do domu nie późno, o szóstej, z naręczem mokrego bzu; narwał go w ogrodzie, 

kiedy padał deszcz.

Od progu krzyknął wesoło:

background image

- Uff, cały jestem zmoknięty! Teraz od razu do wanny, rozgrzeję się. Chcesz wskoczyć ze 

mną?

Nie mogła oczywiście odpowiedzieć, ale czekał, że wybiegnie mu na spotkanie.

Nie wybiegła. W salonie też było cicho - nie zaskrzypiał fotel, nie rozległy się kroki.

Zajrzał: pali się stojąca lampa, na podłodze poniewiera się pled i kolorowe pismo. I co 

ciekawe, okno otwarte na oścież. A jak już wiemy, padał rzęsisty deszcz, wiał wiatr. Skrzydła 

okna kołyszą się to w jedną, to w drugą stronę.

Pod Siergiejem ugięły się kolana. Jeszcze nic nie wiedział na pewno - może wyszła do 

toalety albo jeszcze gdzieś - ale serce już mu podpowiedziało.

A przecież zawsze, każdego dnia swojego niedługiego szczęścia, wiedział, że tak się to 

właśnie skończy. Przyszła znikąd, donikąd odejdzie. Siergiej wróci kiedyś i zastanie pusty 

dom. Odleciało szczęście, wyfrunęło przez okno.

Usiadł ciężko na podłodze i zaczął głucho, bezradnie szlochać.

background image

Rozdział dziesiąty

Przygłupia Anka

W czwartek dziesiątego maja 1990 roku o drugiej po południu Robert Darnowski zwariował.

W żaden inny sposób nie da się wyjaśnić jego zachowania w ostatnich dniach.

Do   tej   chwili   kierownik   sektora   Instytutu   Krajów   Kapitalistycznych   był   rozsądnym, 

trzeźwo myślącym, pełnym energii człowiekiem, miał, jak to się mówi, nordycki charakter, a 

tu nagle zmienił się w jakiegoś Dymitra Karamazowa.

Logika i żelazna wola pękły w chwili, kiedy Robert zawrócił swoją „dziewiątką” przez 

podwójną   linię   ciągłą,   ostatecznie   zaś   rozleciały   się   w   kawałki,   gdy   zobaczył,   jak 

zadziwiająca kwiaciarka wsiada do wielkiego czarnego dżipa, który zaraz z niewiarygodną 

szybkością uwiózł ją z dotychczasowej placówki.

Darnowski zachował się jak ostatni idiota, wstyd wspomnieć. Najpierw zaczął krzyczeć. 

Potem rzucił się w pogoń - pieszo. Później przypomniał sobie o samochodzie, wrócił za 

kierownicę. I nie mógł ruszyć z miejsca, taki był korek.

Dalej było jeszcze gorzej.

Serce   nagle   ogarnęła   tak   nieznośna,   zwierzęca   tęsknota,   taki   ból   po   stracie,   że 

przedstawiciel silnego genderu zapłakał, a raczej zawył. Bo dawno już oduczył się płakać.

Nastąpił całkowity rozpad osobowości Roberta. Na szczęście krótkotrwały.

Niesamowitym wysiłkiem woli Darnowski wziął się w  garść i nadał emocjonalnemu 

chaosowi strukturę, racjonalną postać.

Pytanie pierwsze: czy dziewczyna istniała? Może zdrzemnął się za kierownicą i wszystko 

mu się przyśniło? Albo padł ofiarą halucynacji?

Sprawdził. Istniała. W schowku było o pięć rubli mniej. Jeśli masy w jednym miejscu 

ubyło, to musiało jej przybyć w innym. Prawo Łomonosowa.

Pytanie drugie: czy istniał dżip?

Darnowski zahamował na zakręcie przy posterunku drogówki. Podszedł do milicjanta.

background image

- Dzień dobry. Pięć minut temu przejeżdżał tędy dżip, taki solidny.  Nie zwrócił pan 

uwagi? To jechał mój przyjaciel, jechałem za nim, niestety, zostałem z tyłu.

Nie tak znowu wiele eleganckich czarnych dżipów jeździ po naszych drogach. Gliniarz 

powinien był zauważyć, jeśli nie gapił się gdzie indziej.

Robert wpił się wzrokiem w opuchłe, skacowane oczy.

Kumpel Bronowa?’Nie wygląda. Buja. A jak nie buja? A diabli z nimi i ich sprawami.

- Nie widziałem - odpowiedział lejtnant beznamiętnie.

- To przepraszam.

Ustalone zatem zostały trzy ważne fakty, a nawet cztery: dżip był, należał do człowieka 

nazwiskiem Dronow, najwyraźniej znanego w tutejszej okolicy, i to z nie najlepszej strony. 

Jeśli już milicjant woli z „ich sprawami” nie mieć nic do czynienia... Pewnie tutejszy mafioso.

Martwił go jednak los dziewczyny o błękitnych oczach. Może spotkało ją nieszczęście? 

Emocje   i   psychoza   na   nic   się   tu   nie   zdadzą,   powiedział   sobie   w   duchu   Robert.   Żaden 

normalny mężczyzna na moim miejscu tak by tego nie zostawił.

Co począć?

Ruszył głową i wymyślił.

Trzeba się popytać u tej hałastry, która handluje w pobliżu. Może coś o niej wiedzą.

Chłopaczkowie myjący szyby akurat zrobili sobie przerwę na papierosa. Przysiedli w 

kucki i głośno rechotali, klęli, dziarsko spluwali. Ale Darnowski zostawił ich w spokoju. A 

niech ich, tych gawroszy, zaczną się tylko popisywać jeden przed drugim.

Inwalida   sprzedający   broszurki   to   inna   sprawa.   Chodzi   o   szczudle,   czyli   najpewniej 

miejscowy. Z daleka na kuli by nie przyskakał.

Darnowski podszedł, udał, że ogląda jego towar.

Kamasutra   po   rosyjsku,   Jak   się   ustrzec   uroku,   Protokoły   mędrców   Syjonu,   Byłam 

kochanką Stalina, Groszowe okładki, szary papier. I to dla takiej wolności druku odkręcono 

śruby cenzury.

-   Wziąłbym   zbiór   krzyżówek,   o   ten,   gruby   -   powiedział,   wybierając   trochę   droższą 

książkę. - I jeszcze markiza de Sade.

- A?

background image

- Tutaj, Sto dni Sodomy. Reszty nie trzeba, to dla pana.

Oczka miał inwalida czerwone, całe w żyłkach. Myśli do przewidzenia: Jeszcze tryndel i 

fertig, starczy, żeby dać w gaz.

Tryndel to trzy ruble? Cóż, pomożemy weteranowi w rozwiązaniu problemu.

Robert pomachał portfelem, jak gdyby miał wątpliwości.

- Ile ten kalendarz z babami?

Piątaka. Ba.

- Trojaka - powiedział jednak inwalida; widać w ostatniej chwili uznał, że lepiej nie 

przesadzać. - Patrz pan, jakie niunie, każda jedna.

Otworzył   stronę   „Styczeń”,   gdzie   w   trzech   kolorach   wydrukowano   skradzioną   z 

„Playboya” fotografię.

- Styczeń - furknąl Robert. - A na świecie maj. No i baba marna. U was tutaj taka jedna 

sprzedawała konwalie, wcale nie jest gorsza. Zna ją pan?

- Ankę? Te głupkowatą? - zdziwił się stary. - Któż by jej nie znał? Codziennie tutaj 

sterczy.

Tak właśnie jest - nienormalna, westchnął w myślach Darnowski. Ładna by z nas była 

para: ona stuknięta, ja wariat.

- A gdzie ta Anka mieszka?

Patrzcie kozła w okularach, Anki mu się zachciewa, a chuja w dupę nie łaska?

- Nie wiem - rzekł krótko inwalida. - Bierzesz pan czy nie?

Robert nie wypytywał dłużej. Nie chce gadać, to nie. Dalsze śledztwo była już tylko 

kwestią techniki.

Podszedł do baby sprzedającej pierożki. Kupił parę z mięsem. Spytał, gdzie mieszka Ania 

kwiaciarka, i tyle: momentalnie uzyskał wszystkie potrzebne informacje, częściowo ustne, 

częściowo wizualne.

Trzeci   dom   od   drogi,   z   czerwonym   blaszanym   dachem.   Tam   właśnie   „niemowa 

głuptaska” mieszka razem z babcią. Babcia nazywa się Daria Michajłowna. Kiedyś pracowała 

w jakichś „Brzózkach”; diabli wiedzą, co to takiego, ale nazwę pierożkarka wymówiła z 

zazdrością i szacunkiem. Pod nosem nazwala babcię „pijaczką” - Robert zapamiętał to sobie.

background image

Odszedł trochę dalej i wyrzucił pierożki. Jeszcze tego brakowało, żeby miał się struć tym 

świństwem.

Opowieść babci

Dom pod blaszanym dachem (rzeczywiście pokrytym obłażącą minią), sądząc z wyglądu, 

pamiętać musiał lepsze czasy. Był z żółtej, deficytowej niegdyś cegły, z monumentalnym 

gankiem, ale cegły w rogach popękały, a poręcze na ganku pogięły się. Dzwonek nie działał, 

trzeba było długo pukać.

W końcu drzwi się uchyliły, przez szparę wyjrzała tłusta, mocno pijana staruszka.

- Czego? - Zmrużyła oczy podejrzliwie. - Do kogo to?

Jej   wzrok   ześlizgnął   się   w   dół,   na   dwie   butelki   ohydnego   portwajnu,   które   młody 

człowiek przyciskał do piersi. Nic lepszego w sklepie wiejskim nie mieli, a i po tę truciznę 

musiał odstać w kolejce pół godziny. Ale sądząc po błysku chciwości, który mignął w oczach 

starej, Robert dokonał trafnego wyboru.

-   Mam   problem.   -   Darnowski   rozpłynął   się   w   uśmiechu.   -   Chciałbym   wypić,   ale 

potrzebuję szklanki. Na ulicy, bez zakąski, a tym bardziej z butelki, z zasady nie piję. Nie 

zaprosiłaby mnie pani?

- To „Trzy Siódemki”? - spytała rzeczowym tonem babcia Daria Michajłowna. - Tak, są 

szklanki.   Nawet   kieliszki,   czeski   kryształ.  A  zagryziemy   jabłuszkiem   -   mam   własne,   z 

zeszłego roku.

- Pasuje.

Pokój, gdzie usiedli przy stole, ku zdziwieniu Darnowskiego wcale nie wyglądał ubogo, 

jak   na   sowieckie   standardy.   Komplet   mebli,   na   ścianie   kilim,   a   kieliszki   naprawdę 

kryształowe. Co zaś najważniejsze, było czysto, czego zazwyczaj nikt by się nie spodziewał 

po mieszkaniu starej alkoholiczki i jej nienormalnej wnuczki.

Spojrzenie staruszki złowić było niełatwo, patrzyła tylko na portwajn. Ale od razu po 

pierwszym łyku poczerwieniała, rozgadała się, a oczka zrobiły jej się maślane - nie było po co 

w nie nawet zaglądać. Robert wiedział z doświadczenia, że takie moczymordy zwykle co 

mają w sercu, to i na języku. O złowieszczym czarnym samochodzie na razie Darnowski nie 

background image

chciał mówić. Diabli ją wiedzą, tę Ankę. Może na szosie nie tylko kwiatki sprzedaje i takie 

przejażdżki dżipem to dla niej nie nowina.

Ale poza tym miał wielką ochotę dowiedzieć się jak najwięcej o tej dziwnej kwiaciarce.

Najpierw musiał wysłuchać, jakie to dawniej były dobre czasy i jakie złe nadeszły teraz, 

o   łajdaku   Gorbaczowie   i   o   tym,   że   Stalina   na   nich   trzeba.   Najchętniej   jednak   Daria 

Michajłowna   rozprawiała   o   epoce   swojej   świetności,   kiedy   pracowała   jako   kucharka   w 

pobliskim   pensjonacie   rządowym   „Brzózki”.   Miała   stamtąd,   co   tylko   chciała,   i   jeszcze 

ludziom przynosiła, nie za darmo oczywiście. Co lato córkę, a potem wnuczkę woziła do 

Gagr, i proszę, jaki dom postawiła, a wszystko sama, bez chłopa. Ale w pozaprzeszłym roku, 

jak ten Gorbacz zaczął walczyć z przywilejami, w „Brzózkach” zwolnili połowę obsługi. Ją 

samą też wysłali na emeryturę, a ta emerytura dziewięćdziesiąt pięć rubli. Jak tu żyć we dwie? 

Sprzedały pianino, bo i tak stało bez pożytku. Enerdowską maszynę do szycia. Meblościankę 

„Olcha dekor”. No bo jak? Teraz na rynku za dziesięć jajek już co najmniej dychę biorą. 

Anka, chociaż pomylona, ale apetyt ma, że daj Boże zdrowie, nastarczyć nie można.

Teraz bardzo na czasie byłoby ten potok informacji skierować w odpowiedni nurt. Robert 

tak właśnie zrobił.

- Pomylona? Od urodzenia, czy jak?

- Nie. Jako dziecko była normalną dziewczynką. Nawet pierwszą uczennicą w klasie. 

Bystra taka, zmyślna dziewuszka. U nas w pensjonacie na wyjściu była kontrola, żeby nie 

wynosili jedzenia. To ja przyuczyłam Ankę: niech przyjdzie do mnie, niby że chce babcię 

odwiedzić. A ja jej wtedy daję torbę. Paróweczki, antrykoty, kiełbasy, farsz. Pięć kilo, więcej 

by nie uniosła. I potem przez portiernię przechodzę czysta, macie, rewidujcie. A wnuczka 

czeka, aż się zrobi ciemno. Jak wczasowicze rozejdą się do pokojów czy tam pójdą do kina, to 

ona pędzi do płotu. Chudziutka, między prętami się przeciśnie i za dziesięć minut już jest w 

domu.

Daria Michajłowna roześmiała się, wspominając dobre czasy. Wypiła, possała cząstkę 

jabłka. Westchnęła z goryczą.

- A potem coś się stało. Siedzę, czekam na nią, a tej nie ma i nie ma. Już noc, a biedactwa 

ani śladu. Przepadła! Potem znaleźli w krzakach torbę z jedzeniem, a mojej Aneczki - nie. 

Dwa dni milicja jej szukała. Ile ja łez wypłakałam, myślałam już, że jej żywej nie zobaczę... - 

Stara chlipnęła i łyknęła jeszcze. - Myśliwy znalazł ją w lesie. Siedziała na pieńku, cała 

brudna, i tylko się trzęsła jak nienormalna. Co z nią się działo, dlaczego po lesie chodziła 

background image

przez dwa dni, nikt się nie dowiedział. Myśleli, że ją zgwałcił jakiś łobuz, ale nie, calusieńka. 

Tylko zaniemówiła od tamtej pory i zrobiła się jakby niespełna rozumu. Nie, nie żeby całkiem 

bez rozumu - mądrzejsza ona niż inni. Ale nic nie mówi, i koniec, rób, co chcesz! Czytać i 

pisać się oduczyła. Gdzie podziać sierotę?

- Dlaczego sierotę? - spytał Robert, który słuchał bardzo uważnie. - A rodzice?

- Nie ma - ucięła babka i ze złością plasnęła dłonią o stół. - Ojca nie było, a matka suka. 

Ja jestem dla Aneczki i mamą, i babcią. Gdzie masz drugą? Otwieraj.

Przy  drugiej   butelce   jednak   padła,   nie   dała   rady  pić   dalej.   Do   chwili   jednak,   kiedy 

opuściła głowę na stół i chrapnęła, Robert zdążył dowiedzieć się rzeczy następujących:

Po wypadku dziewczynkę oddano do internatu dla dzieci upośledzonych, ale tam omal jej 

nie zmarnowali, więc Daria Michajłowna pożałowała sieroty i zabrała ją do domu. I póki 

pracowała w pensjonacie, żyły nieźle. Ale na emeryturze babcia, jak się wyraziła, zaczęła 

„chorować na nerwy i łykać”, wnuczka zaś sprzedawać kwiaty przy drodze: latem irysy, 

jesienią chryzantemy i astry. Wiosną pierwiosnki, konwalie, a zimą plotła ładne wianki ze 

świerkowych gałązek i szyszek. Z tego, co mówiła stara, wynikało, że jakoś starczało im i na 

jedzenie, i na lekarstwo na te jej „nerwy”.

Kiedy w końcu Darnowski opowiedział o czarnym dżipie, Daria Michajłowna była już 

dobrze wstawiona. Beztrosko machnęła ręką.

- Nie szkodzi, znajdzie się. Moja Anka zawsze się znajduje. Niekiedy przez miesiąc jej 

nie ma albo dłużej, a potem nic, wraca do babci.

To była ważna informacja, zasługująca na to, by ją przeanalizować.

Więcej   już   niczego   istotnego   Robert   się   nie   dowiedział.   Jeszcze   tylko   jedno   zdanie 

zapadło mu w pamięć.

Babka   powiedziała:   „Żadna   tam   z   niej   głuptaska,  jest   po   prostu   inna.  Gdyby   była 

głuptaską, toby nie była taka czysta”.

Jest po prostu inna.

Darnowski zrozumiał, że babki już nie dobudzi, i przeszedł się po domu. Pokój Ani 

rozpoznał bez trudu. Rzeczywiście było tu bardzo czysto i żadnej zbędnej rzeczy: obrazka na 

ścianie,   książki   czy  jakiegoś   drobiazgu.   Nic   tylko   łóżko,   szafka,   szafa   na   ubrania.   Jakaś 

mnisia cela. Niewątpliwie brak osobistych przedmiotów świadczył o chorobie psychicznej, o 

background image

braku osobowości jako takiej. Właśnie dlatego milczał jej głos wewnętrzny. Jeśli pominąć 

fakt, że życzyła mu szczęśliwej drogi...

Wracając do miasta, Robert podsumował.

Dziewczyna z poważnymi odchyleniami psychicznymi, w dodatku niemowa. Obyczajów 

wyraźnie nie anielskich, skoro wsiada do cudzych samochodów i zdarza się, że przepada na 

miesiąc. Niepokoiło go to, że tym razem wpadła w łapy jakiegoś podejrzanego typa, którego 

obawia   się   nawet   milicja.   Strach   pomyśleć,   co   może   zrobić   taki   bandyta   bezbronnej 

dziewczynie. Nie można tego tak zostawić.

Nie okłamuj przynajmniej siebie, szlachetny rycerzu, skrzywił się Robert. Gdyby nie była 

wyjątkową pięknością, akurat byś na nią tracił czas!

To była prawda, chociaż nieprzyjemna z punktu widzenia samooceny.

Dokuczała   też   Darnowskiemu   inna   myśl,   męcząca:   gdyby   zawrócił   wcześniej, 

dziewczyna nie trafiłaby do dżipa, do owego strasznego Dronowa.

Co tamten z nią teraz robi?

Źle było z tą myślą Robertowi, bardzo źle.

Diagnoza

A  pod   wieczór,   kiedy   wrócił   do   domu,   poczuł   się   jeszcze   gorzej,   już   nie   w   sensie 

moralnym,   ale   fizycznym.   Temperatura   mu   podskoczyła,   szczękał   zębami,   serce   stukało 

nierówno - to wolniej, to szybciej.

Inna się przestraszyła - jej mężowi nigdy coś takiego się jeszcze nie przytrafiło. Najpierw 

chciała   wezwać   pogotowie,   ale   wiadomo,   jaki   jest   pożytek   z   bezpłatnej   służby  zdrowia. 

Zadzwoniła   więc   do   ojca,   czy   nie   mógłby   załatwić   dyżurnego   lekarza   z   lecznicy 

kremlowskiej.

Wsiewołod   Ignatjewicz,   niezastąpiony   w   każdej   sytuacji   kryzysowej,   zareagował 

natychmiast.   Przyjechał   sam,   wsadził   trzęsącego   się   zięcia   do   lincolna   i   z   szaleńczą 

szybkością, wrzuciwszy na dach „koguta”, który został mu jeszcze z poprzedniego miejsca 

pracy,   zawiózł   Roberta   do   Kuncewa.   Osobiście   dopilnował,   żeby   chorego   położono   w 

oddzielnej sali, i pomimo późnej pory postawił na nogi wszystkich niezbędnych specjalistów.

background image

Z diagnozą był kłopot. Ordynator oddziału oznajmił:

- Będziemy wykluczać kolejno wszystkie warianty, poczynając od najgorszego.

Przez   kilka   godzin   pacjenta   wożono   z   gabinetu   do   gabinetu:   różne   analizy, 

elektrokardiogram, USG, tomografia mózgu itede, itepe.

- No cóż - rzekł w końcu ordynator, kiedy przestudiował wyniki. - Wszystko niby w 

normie, a ogólny stan ciężki. Drżączka, arytmia, ból głowy, przygnębienie. Mamy tu raczej do 

czynienia z silną neurozą. Trzeba się skonsultować z Tichwińskim.

Nazajutrz   zbadał   chorego   profesor   Tichwiński,   najważniejszy   autorytet   w   dziedzinie 

chorób nerwowych o nietypowych objawach.

Robert,   otępiały   po   pastylce   nasennej   i   bardzo   slaby,   opowiedział,   co   się   wczoraj 

zdarzyło. Oczywiście poza podsłuchanym w myślach dziewczyny życzeniem „szczęśliwej 

drogi”. Profesor odniósł się do wszystkiego z najwyższą uwagą, poprosił też, by historię o 

tym, jak kwiaciarka nagle zmieniła się w miss piękności, Darnowski opowiedział mu raz 

jeszcze, z najdrobniejszymi szczegółami. Zwłaszcza zainteresowały go oczy przypominające 

słoneczne promyki w błękitnej wodzie.

- Promyki, aha, tak, tak. - Tichwiński pokiwał głową. - Teraz rozumiem.

- Co pan rozumie?

- Na pana, młody człowieku, by użyć dawnego określenia, rzucono urok - najspokojniej 

w świecie wyjaśnił profesor, gryzmoląc coś w historii choroby.

-   Co,   co?   -   spytał   Darnowski   dosyć   głupio   i   spróbował   zajrzeć   lekarzowi   w   oczy 

(wcześniej jakoś nie miał nastroju - tak źle się czuł).

Ciekawe, ciekawe, mhm, po prostu klasyka, ja jeszcze w siedemdziesiątym czwartym, no  

nic, dajcie trochę czasu, materiału coraz więcej, więcej, do Nobla się dokulamy jak nic  

mruczał sympatyczny głos.

Słuchało się Robertowi profesora lepiej, niż podsłuchiwało - takie niesamowite rzeczy 

opowiadał.

- Tak zwany urok, albo inaczej „złe oko”, nie jest przesądem ani wymysłem folklorystów. 

Naukowo to nazywa się „zombifikacją wizualną” - czyli oddziaływaniem za pomocą wzroku 

na stan emocjonalny innej osoby. Różni Kaszpirowscy i Czumacy, których teraz wszyscy 

background image

nazywają   szarlatanami,   w   rzeczywistości   nie   są   zwykłymi   showmanami,   ale   ludźmi 

roztaczającymi energię wizualną o szczególnej intensywności. Pierwszy artykuł na temat tego 

mało zbadanego przez naukę zjawiska opublikowałem jeszcze w siedemdziesiątym czwartym 

roku. - Widać było, że profesor wsiadł na swego ulubionego konika, i teraz jemu samemu 

zaczęła się sączyć z oczu „energia wizualna”. - Zdolności tego rodzaju bardzo często spotyka 

się u ludzi o zaburzonej osobowości i o skłonnościach psychopatycznych. Do tej ostatniej 

kategorii niewątpliwie zalicza się pańska kwiaciarka. Z pewnością uważa się za oszałamiającą 

piękność, przy której cała reszta kobiet to szare myszki. Dopóki nie spotkał się pan z nią 

wzrokiem, widział ją pan taką, jaka jest w rzeczywistości. Ale wystarczyło, by nawiązała z 

panem   kontakt   wzrokowy,   a   swoje   przekonanie   od   razu   przekazała   panu.   Tego   rodzaju 

oddziaływanie   jest   szokiem   dla   psychiki.   Pański   mózg   chce   wrócić   do   normy,   odrzucić 

narzucony z zewnątrz ideogram. Stąd też pańskie paskudne samopoczucie.

- Ale... Ale ona jest naprawdę niesamowicie piękna - wyszeptał Darnowski. - Gdyby pan 

ją widział!

- No, to dopiero sprawdzimy. Spróbujmy odtworzyć wizerunek pańskiej rusałki. Kształt 

głowy?

Wziął papier, ołówek i gumkę i bardzo zręcznie, stosując się do wskazówek Roberta, 

naszkicował kobiecą twarz. Jeśli jakiś szczegół się nie zgadzał, korygował go, ścierał gumką, 

poprawiał.   Po   dziesięciu   minutach   z   kartki   patrzyła   na   Darnowskiego   Anna,   jakby 

sportretowana z natury.

- Dobra, spróbujmy to uporządkować. - Tichwiński pochylił głowę, oglądając portret. 

Skrzywił się. - Twarz nieproporcjonalnie wydłużona, trójkątna. Usta wąskie, prawie bez warg, 

niemal od ucha do ucha. Nos lepiej byłoby przedstawić z profilu, wówczas zobaczyłby pan, 

że niewiele jej brakuje do Pinokia. Zmiłujże się, młody człowieku, przypomnij pan sobie 

Nieznajomą Kramskoja! Wenus Botticellego! Kobiety Renoira! Przecież to okropna głuptaska 

ta pańska femme fatale.

Robert sam to teraz widział. Jak gdyby spadła mu zasłona z oczu, poczuł nawet falę 

gorąca ze wstydu.

Na sławnego mądralę, kowala swego losu, rzuciła urok wiejska idiotka!

- Wie pan, tylko proszę nie mówić tego mojej żonie - poprosił ze spuszczoną głową. - I 

teściowi. Raczej coś tam, że to nagła depresja, przemęczenie. Tylko bez szczegółów, dobrze?

background image

-   Proszę   mnie   nie   uczyć   etyki   lekarskiej.   -   Profesor   wyprostował   się.  Kapitalny 

przypadek, kapitalny, w sam raz do odczytu w Larnace, dwudziestosiedmioletni pacjent D. 

Mmm, nieco podatny na sugestię, mmm... - No jak, lepiej się teraz czujemy?

Robert wsłuchał się w siebie i nagle zrozumiał. Że jest całkiem zdrowy. Ani bólu głowy, 

ani kłucia w sercu. Tichwiński zdjął z niego urok. To się nazywa lekarz!

- Tak, wszystko w porządku.

-   Mimo   to   niech   pan   poleży   jeszcze   na   oddziale,   poobserwuje;   łagodne   środki 

uspokajające też nie zaszkodzą. Zombifikacja wizualna - to nie żarty. Pan i tak łatwo się 

wywinął.

„My spod Moskwy”

Po tygodniu Robert wrócił do normalnego życia i o wstydliwym majowym epizodzie 

wolał   nie   pamiętać.   Świadomość,   że   jest   „nieco   podatny   na   sugestię”,   nie   była   zbyt 

przyjemna.

A to ci Dar. Okazuje się, że niektórzy mają silniejszy dar niż on. I bardziej niebezpieczny.

Polujący na cudze spojrzenia sam może okazać się ofiarą.

Skończył   się   maj   (tfu!),   lato   rozkwitło   i   zwiędło,   nadeszła   ostatnia   jesień   wielkiego 

imperium. Ceny w sklepach jeszcze się trzymały, ale produkty znikały jedne po drugich. 

Najpierw przepadła kawa, potem ser, kiełbasa. Herbatę można było kupić tylko krasnodarską, 

trzeciego gatunku, a i po nią wystawało się w kolejce. Co chwila znikały papierosy, alkohol 

sprzedawano tylko na wymianę za puste butelki, „po dwie jednostki handlowe na osobę”. A 

na obrzeżach kraju już pachniało dymem i krwią, „niezłomny związek republik swobodnych” 

trzeszczał i zgrzytał, jak stary rzęch, gotowy rozsypać się, jeśli nie na najbliższym wyboju, to 

na następnym.

Temat pracy habilitacyjnej, którą pisał Robert, stracił wszelką aktualność, a sam cel, 

który niegdyś wydawał mu się kuszący (docent przed trzydziestką) - wszelki sens. Oznaki 

statusu i prestiżu się zmieniły, a Darnowski nadal przedzierał się przez dżunglę tam, gdzie już 

nie było żadnego Eldorado.

Sam zresztą to doskonale rozumiał, ale z przyzwyczajeniem i siłą bezwładu nie jest łatwo 

background image

wygrać.   Razem   z   olbrzymią   większością   rodaków   popadł   w   dziwne   odrętwienie, 

zafascynowany widokiem powszechnego rozkładu i rozpadu.

Robert   ocknął   się   w   deszczowy,   wrześniowy   wieczór,   kiedy   siedział   i   bezmyślnie 

prztykał pilotem telewizora, zmieniając kanały. Na każdym z nich zatrzymywał się najwyżej 

na   chwilę.   Na   trzecim   szedł   nudny   program   „My   spod   Moskwy”   -   o   jakiejś   fundacji 

troszczącej się o zdrowie i dobrą kondycję obywateli rodzimego rejonu basmanowskiego. Na 

ekranie  ukazał się prezes  cudownej  fundacji, młody przystojny chłopak, i  bełkotał coś o 

godnych następcach. Twarz wydała się Robertowi jakby znajoma. Nagle wyskoczył napis: 

Siergiej Dronow, wielokrotny mistrz świata. Ach, prawda, ten lekkoatleta. Był z nim jakiś 

skandal na ostatniej olimpiadzie, często go wtedy pokazywano w telewizji.

Nagle Roberta jakby prąd kopnął.

Rejon basmanowski! Dronow!

Mistrz-prezes   przeciął   wstęgę,   otwierając   jakiś   obiekt   sportowy   dla   dzieci.   Kamera 

przejechała się po publiczności i pokazała ją w ogólnym planie.

Bandyckie gęby, za wszelką cenę starające się zachowywać przymilny wyraz. W oddali 

sznur samochodów, wśród nich wielki czarny dżip - ten sam albo taki sam.

Robert zerwał się i zaczął przechadzać po pokoju.

- Co ci jest? - Inna oderwała się od „Nowego Świata”. Ale popatrzyła nie wprost na 

męża, tylko trochę w bok.

To   jednak   dosyć   dziwna   maniera   nie   patrzeć   na   człowieka,   z   którym   się   rozmawia, 

pomyślał z nagłym rozdrażnieniem, chociaż, zdawałoby się, przez sześć lat mógł do tego 

przywyknąć.

- Nic - burknął Robert.

I nagle pomyślał: warto się przejechać do tego, jak mu tam, Łyczkowa. Sprawdzić, czy 

dziewuszka wróciła, czy też nie. Jeśli nie...

Zabrakło mu tchu - znowu zaczęło się z nim dziać coś niezrozumiałego.

Jeśli kwiaciarka wtedy przepadła, to Dronow będzie musiał jednak parę rzeczy wyjaśnić. 

Może być sobie królem u siebie w Basmanowie, ale teść Roberta, Wsiewołod Ignatjewicz, ma 

jeszcze w organach dość przyjaciół, i to na szczeblu o wiele wyższym niż rejon.

background image

Tutaj Darnowski troszkę się zawahał. Co właściwie miałby tłumaczyć teściowi? Poza 

tym pomylona Anka z pewnością już dawno wróciła do swojej babci. Na co ta głuptaska 

pięknemu sportowcowi? No, zabawił się trochę i odesłał ją tam, skąd przyszła. Sam nie 

wygląda zresztą na Kubę Rozpruwacza.

Ale mimo wszystko lepiej pojechać. Sumienie będzie spokojniejsze.

A przy okazji  sprawdzić, czyj Dar jest silniejszy.  Tamtym razem go zaskoczyła. Ale 

uprzedzony jest uzbrojony. No, a jeśli okaże się, że znowu zzombifikuje go wzrokiem, i 

brzydkie   kaczątko   zmieni   się   w   rajskiego   ptaka,   metoda   leczenia   jest   znana:   do   doktora 

Tichwińskiego, a ten raz-dwa sprawi, żeby główka znowu pracowała.

W pierwszy dzień biblioteczny Darnowski popędził do Łyczkowa.

Dom z czerwonym dachem stał z zamkniętymi okiennicami, zabity na głucho.

Sąsiadka opowiedziała, że Daria Michajłowna jeszcze w czerwcu miała wylew. Umarła w 

szpitalu.

- A wnuczka Ania? - szybko spytał Robert.

- Dawno się nie pokazywała. Jeszcze od wiosny.

Do samochodu szedł, mamrocząc bezładnie:

-  Alarm,   alarm.   Dronow,   Dronow...   Na   milicję.   Nie,   na   milicję   nie.   Dzwonić,   jak 

najprędzej zadzwonić...

Ale kiedy trochę się uspokoił, zdecydował, że nie zadzwoni do teścia. Po pierwsze, po 

tak długim czasie nie warto się już śpieszyć. Jeśli stało się coś złego, to już tego nie naprawi. 

Po drugie, Wsiewołod Ignatjewicz pomyśli sobie Bóg wie co. Czemuż to zięć tak się niepokoi 

o jakąś dziewuszynę spod Moskwy? Jako były generał KGB skojarzy fakty, przypomni sobie 

załamanie   nerwowe   zięcia   z   maja...   No   i   przede   wszystkim   sprawa   nie   jest   znowu   taka 

skomplikowana, można się obejść bez organów. A już na pewno podczas wstępnego zbierania 

informacji.

Lekka

background image

Nieprzeciętna inteligencja raz-dwa ułożyła plan działania.

Po półgodzinie Darnowski był już w centrum rejonu. W rejonowym wydziale informacji 

od razu podali mu nazwę i adres fundacji Dronowa („Zdrowie i Sport”): ulica Czerwonych 

Komunardów szesnaście.

Robert   najpierw   przejechał,   a   potem   przeszedł   piechotą   obok   piętrowego   budynku, 

bardzo solidnego,  wykończonego według  zachodnich standardów - nawet  w Moskwie  na 

razie   takich   było   niewiele.   Nie   zatrzymywał   się,   bo   przed   wejściem   z   imitacji   marmuru 

przechadzał się mięśniak w czarnym garniturze i krawacie, a znad drzwi wystawała kamera 

wideo. Od razu widać, że to poważna instytucja.

Na parkingu stało kilka samochodów; same zagraniczne, ale znajomego dżipa nie było.

Darnowski usiadł na ławce, na mizernym skwerku po przeciwnej stronie ulicy, i w końcu 

się doczekał. Pod budynek z dużą szybkością podjechała czarna terenówka i stanęła jak wryta. 

Na chodnik z wysokiego stopnia lekko zeskoczył chłopak w kremowym garniturze. Dronow!

Ochroniarz rzucił się do otwierania drzwi, a Robert dziwnym trafem zapamiętał porę. 

Piętnasta czterdzieści trzy.

Uśmiechnął   się   sam   do   siebie:   a   to   się   znalazł   detektyw!   Pomyślał:   a   po   co   mi   to 

wszystko potrzebne? Powygłupiałeś się i jedź do domu.

Ale dobrze wiedział, że nigdzie nie pojedzie.

O dziewiętnastej osiemnaście Dronow wyszedł w towarzystwie jakiegoś obrzydliwego, 

nadętego faceta, z pożyczką na głowie. Porozmawiali krótko, potem nadęty wsiadł do saaba, 

gdzie czekał na niego kierowca, Dronow do dżipa i rozjechali się w różne strony.

Robert w te pędy pobiegł do swojej „dziewiątki”, zaparkowanej za rogiem.

Ruszył z piskiem opon, jak w kinie. Na szczęście dżip stał na światłach, bo inaczej by go 

zgubił.

Nikt nie uczył Darnowskiego, jak się prowadzi obserwację, ale terenówka łatwo dawała 

się   śledzić   -   czarny   garb   wystawał   ponad   płaskie   dachy   rodzimych   aut,   a   i   ruch   w 

Basmanowie nie był taki jak w Moskwie. „Dziewiątka” trzymała się o sto metrów za grand 

cherokee,   i   nic,   w   porządku.   Kiedy   wyjechali   za   miasto,   Dronow   dał   gazu   na   sto 

sześćdziesiąt, jeśli nie szybciej. Robert nie mógł nadążyć, nie ta pojemność silnika i mocy ciut 

za mało. Dżip oderwał się od „dziewiątki”, jakby ta stała w miejscu.

background image

Ale Darnowski nadal pędził szosą, jak gdyby z góry wiedział, że jego upór zostanie 

wynagrodzony.

Po paru kilometrach ukazało się osiedle letniskowe. Nowiutkie, czyściutkie, z ładnymi 

domami i sporymi działkami. Na tabliczce był napis „Żuczyłowka”.

Robert zmniejszył prędkość do dwudziestu. Jechał, kręcąc głową w lewo i w prawo.

Nagle za ładnym kutym ogrodzeniem zobaczył tego czarnego potwora.

Jest!

Sportowy mafioso miał elegancki dom, najprawdziwszą willę. A ogród to już po prostu 

prześliczny - ze wspaniałymi krzakami róż, z oranżerią. Ale Robertowi najbardziej spodobało 

się ogrodzenie: niezbyt wysokie; przez takie można przeleźć, nawet nie będąc alpinistą. Poza 

tym nie słychać szczekania psa, też okej.

Wówczas przyszły docent zamrugał oczami, potrząsnął głową. Oprzytomniał.

Co pan, Robercie Łukiczu, nierówno ma pod sufitem? Co za alpinista? Jaki pies? Też mi 

Fanfan Tulipan.

Tak się na siebie rozzłościł, że kiedy wsiadał do samochodu, trzasnął drzwiami z całej 

siły. Ruszył przed siebie, nawet się nie obejrzał.

Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że nocą nie mógł zasnąć. Soundtrack nucił 

coś tęsknego, niejasno przypominającego piosenkę o sierocie: „Zapomniany, porzucony...”. 

Robert długo się kręcił w łóżku, potem wstał po cichu. Nie wiedzieć czemu się ubrał.

Siedział w kuchni i palił papierosa.

Kiedy za oknem zaczęło szarzeć, z korytarza wyszła żona, podobna do wypływającej z 

odmętów najady (zawsze spała nago). Nie otwierając oczu, spytała sennym głosem:

- A to co? Jest piąta. Bezsenność? Weź elenium.

-   Muszę   jechać   na   lotnisko,   przyjeżdża   delegacja   z   Badenii-Wirtembergii   -   skłamał 

Robert niespodziewanie dla siebie samego.

- Aha.

Zniknęła w toalecie, a on nagle zabrał się i pojechał.

Po niecałej godzinie znalazł się koło domu Dronowa.

background image

Jeszcze nie świtało, ale o dach samochodu bębnił drobny deszczyk.

Dosyć, pora dać sobie spokój z tym domem wariatów. Poświęcę na to jeszcze dzisiejszy 

dzień i koniec, twardo poprzysiągł sobie Darnowski.

* * *

Dżip wyjechał z bramy o wpół do dziewiątej. Dronow sam siedział za kierownicą.

Jeszcze pół godziny później na ganek wyszła kobieta, i w tej samej sekundzie zza chmur 

wyjrzało słońce, jak gdyby specjalnie czekało tylko na nią.

Ona? Nie ona?

Z bijącym sercem Robert wysiadł z „dziewiątki”, stanął tuż obok ogrodzenia, ale tak, 

żeby zasłaniały go zarośla.

Ona! Nie mogło być pomyłki, poznał szczupłą, bodaj nawet kanciastą sylwetkę.

Dziewczyna  powoli szła dróżką, ścinając  chryzantemy do bukietu. Długo stała przed 

każdym   krzaczkiem.   Pochylała   głowę,   przyglądała   się,   niekiedy  nawet   dotykała   pąka   -   i 

najczęściej szła dalej. Jak gdyby przysłuchiwała się, czekała na jakiś sygnał. Ścięła w sumie 

sześć kwiatków, a zużyła na to przynajmniej dwadzieścia minut.

Robert na razie nie widział jej twarzy; dziewczyna była do niego odwrócona plecami.

No co, przekonałeś się, cymbale? Jest cała, zdrowa; straszny mafioso jej nie zamordował, 

nie porąbał na kawałki. Stuknięta Anka mało, że żyta, ale jeszcze była superodstrzelona.

Miała na sobie takie kimono, jakim nie pogardziłaby nawet wybredna Inna. Domowe 

pantofle   od   Gucciego   z   ostatniego   katalogu   -   żonie   Roberta   na   ich   widok   ciekła   ślinka, 

mówiła,   że   strasznie   drogie.   Proszę,   jaką   królewną-łabędzicą   stało   się   dawne   brzydkie 

kaczątko.

W ogóle można było z czystym sumieniem wracać do domu, ale Robert zwlekał. Bardzo 

chciał,   żeby   się   odwróciła.   Jeszcze   raz   spojrzałby   na   jej   twarz,   żeby   przekonać   się,   że 

zombifikacja, czy inaczej urok, już na niego nie działa.

Figurka   rzeczywiście   nic   specjalnego.   Łokcie   ostre,   na   karczku   wystające   kręgi. 

Przysiadła w kucki, obnażając zbyt chude nogi i kościste kolana.

background image

Ale dziewczyna nagle odwróciła się, odprowadzając wzrokiem fruwającego nad dróżką 

motyla - i Darnowski wczepił się obiema rękami w ogrodzenie.

Jak   mógł   uwierzyć   profesorowi,   temu   idiocie?   Jak   mógł   zapomnieć   te   policzki,   ten 

niepowtarzalny kształt oczu, delikatny rysunek ust?

A z tą zombifikacją to bzdury, brednie. Przecież ona nawet na niego nie patrzyła, w ogóle 

go nie widziała.

Kiedy dziewczyna znowu obróciła się w stronę kwiatów, Robert lekko jęknął, jakby go 

coś zabolało - nie mógł się na nią napatrzyć.

Przycisnął gorące czoło do żelaznego pręta.

Znowu zaczynało kropić.

Anna (a nie żadna Anka!) zadrżała z zimna i wróciła do domu. Chciał ją zawołać, ale nie 

był w stanie.

To   nie   szaleństwo,   powiedział   sobie   w   duchu   Darnowski.   Szaleństwem   było 

zmarnowanie aż czterech miesięcy!

Nie wiedział, jak długo tak stał, przyciśnięty do kraty, ale chyba długo. Nie zauważył, że 

się zachmurzyło, że deszcz przybiera na sile.

Dopiero kiedy za kołnierz wlała się mu zimna strużka, podniósł głowę, i od razu okulary 

miał mokre.

Przedstawiciel silnego genderu otrzepał się jak pies i schował je do kieszeni, po czym 

zaczął się  wspinać  po kracie  ogrodzenia.  Ześlizgnął  się. Znowu wlazł.  Za drugim razem 

sforsował przeszkodę. Zeskoczył.

Zdumiewające.   Przez   całe   życie   rozważał   każde   swoje   posunięcie,   każdy   uczynek, 

wszystkie za i przeciw, a teraz ani chwili się nie zastanawiał.

Jedno okno na pierwszym piętrze roztaczało łagodny blask. Tam siedzi, pomyślał Robert. 

Zapaliła światło, dlatego że w pokoju było ciemno.

Nie chciał wchodzić przez drzwi wejściowe. Może w domu ktoś jest?

Zbliżył się do oświetlonego okna. Spróbował się podciągnąć, ale nie starczyło mu sił.

Wtedy odszedł, rozpędził się, podskoczył. Złapał za ramę, nogę oparł o gzyms. Dosyć 

mocno rąbnął kolanem o mur, ale nie poczuł bólu.

background image

Jakoś się podciągnął, usiadł na parapecie.

Włożył okulary.

Dziewczyna  siedziała całkiem blisko, można było dotknąć jej ręką. Usadowiła się w 

fotelu, z podwiniętymi nogami, i przykryła pledem. Stojąca lampa świeciła pomarańczowo. 

Na stoliku parowała herbata w filiżance, czuło się aromat jaśminu.

Czemu tak uważnie się przypatruje?

To album albo jakiś magazyn ilustrowany.

Anna nie słyszała, jak Robert szturmuje okno, zagłuszał to szum deszczu.

Mógłby długo tak na nią patrzeć. Patrzeć i słuchać muzyki, która w nim dźwięczała.

Ale Anna poczuła jego wzrok na sobie i obejrzała się.

Pojawił się zielony blask, który na chwilę jej niebieskim oczom przydał odcienia wody 

morskiej, i rozległ się głos - ten sam, który niegdyś życzył mu szczęśliwej drogi.

To on. Ale jaki brzydki.

Pierwszemu zdaniu (które właśnie było najciekawsze) Robert nie przydał znaczenia, tak 

nieprzyjemnie uderzyło go drugie. Pewnie, włosy miał potargane i zamszowa marynarka na 

ramionach pociemniała od deszczu, ale „jaki brzydki”? Cóż to znowu?

Nie   szkodzi,   to   się   da   poprawić  -   ciągnął   głos   i   powiedział   rzecz   jeszcze   bardziej 

zdumiewającą. - Słyszysz mnie? No pewnie. Ja jeszcze wtedy zrozumiałam.

Ale   Robert   i   to   puścił   mimo   uszu   -   śpieszył   się,   by   wypowiedzieć   zawczasu 

przygotowane słowa, wyjaśnić swoje nagłe wtargnięcie:

- Witaj, Anno - rzekł ochrypłym głosem. - Szukałem cię. Żeby... żeby powiedzieć, że 

twoja babcia...

Zaciął   się,   bo   zrozumiał,   że   o   śmierci   Darii   Michajłowny   należałoby   powiadomić 

dziewczynę jakoś bardziej taktownie. Mimo wszystko stara alkoholiczka była dla niej jedyną 

bliską osobą.

Anna ze smutkiem pokiwała głową.  Wiem. Poczułam to. Najpierw bardzo ją zabolało, 

ale to trwało niedługo. Potem usnęła. A potem już jej nie było... Możesz nie mówić, ja cię i tak 

usłyszę.

Wtedy ostatecznie do niego dotarło. Ona wie, że on słyszy jej myśli! I też umie słuchać. 

background image

To o to chodzi! To dlatego jej widok tak na niego działa! Są właścicielami Daru, ona i on są 

jednej krwi!

- Ty... też... - mimo wszystko wypowiedział na głos.

Połapał się, zacisnął usta i w myślach ciągnął:...umiesz czytać myśli?

Ja   nie   czytam.   Ja   czuję.   Wiedziałam,   że   prędzej   czy   później   po   mnie   przyjdziesz.   I 

przyszedłeś.

Teraz pozostawało powiedzieć - nie, pomyśleć - tylko jedno:

Chodź do mnie, zabiorę cię stąd. Ja... bez ciebie już teraz nie mogę.

W   myślach   wypowiadając   słowa,   których   na   głos   raczej   by   nie   wypowiedział   bez 

rumieńca wstydu, Robert zrozumiał, że to, co wyznał, nie jest przesadą, ale czystą prawdą. 

Cokolwiek by się z nim miało stać, nie odejdzie stąd bez niej.

Wiem.  Odwróciła   oczy,   spojrzała   na   pokój   -   a   Robert   przestał   ją   słyszeć,   chociaż 

powinien był, kontakt nie mógł tak nagle ustać. Kiedy Anna znowu odwróciła się w jego 

stronę, twarz miała smutną.

Dobrze. Idziemy.

Wstała.   Pled   ześlizgnął   się   na   podłogę,   magazyn   upadł.  Tak   jak   stała,   w   domowym 

kimonie, podeszła do okna.

Robert zeskoczył w dół, pod lejące się z dachu strugi, uniósł ręce, a Anna zsunęła się na 

nie.

Była bardzo lekka.

background image

Rozdział jedenasty

Szczęśliwy Robert

Wieziesz mnie do siebie do domu? - spytała w samochodzie, strząsając krople wody z włosów.

Nie, będziemy mieszkać... w innym miejscu. Robert odwrócił się. Żeby nie usłyszała jego 

dalszych myśli, choć nawet nie był pewny, że ten wybieg pomoże - zdaje się, że Anna władała 

Darem nie gorzej niż on, a może nawet lepiej.

Zresztą myśl najbardziej niebezpieczną, o żonie, od razu odpędził od siebie: potem, o tym 

później.

A dokąd zawiezie Annę, już wiedział. Co dziwne, niby nie mógł się pozbierać, niby 

wyrabiał nie wiadomo co, ale wrodzony pragmatyzm go nie opuszczał, mózg pracował, szare 

komórki funkcjonowały.

- Wstąpimy na chwilę do mnie, do pracy - powiedział na głos, niby dlatego, że w czasie 

jazdy musiał patrzeć przed siebie.

I chociaż nie spoglądał na Annę, usłyszał odpowiedź:

Dobrze. Tylko się nie denerwuj. I nic się nie bój.

Okazuje się, że może z nim rozmawiać bez kontaktu wizualnego. To znaczy, że słyszy 

jego głos wewnętrzny? Z całą pewnością.

Robert zaczął więc myśleć o sprawach bezpiecznych: jaka jest piękna i jakie to szczęście, 

że z nim pojechała. Z tym nie miał żadnej trudności.

Uderzające,   ale   żadnej   zwykłej   rozmowy,   całkiem   naturalnej   w   podobnych 

okolicznościach, między nimi nie było: nie wyznawał jej szalonej miłości, nie opowiadał o 

sobie, nie wymienił nawet swego imienia, ona zaś o nic go nie pytała. Był jakoś dziwnie 

pewny, że i bez wyjaśnień wszystko o nim wie.

* * *

background image

Robert zostawił ją w samochodzie koło instytutu i pognał do działu francuskiego; Miszka 

Łabaznikow składał tam dzisiaj sprawozdanie z przebiegu stażu. Miszka od półtora roku 

obijał się na Sorbonie, gdzie dostał się nie bez protekcji Roberta. Do Moskwy przyjechał na 

tydzień, a potem leciał z powrotem do Paryża.

Darnowski wyciągnął dłużnika na korytarz i od razu zapytał o najważniejsze:

- Pamiętasz, proponowałeś mi klucze od chaty. Nadal stoi pusta? Nie wynająłeś jej?

- Coś ty? Lenka trzęsie się o kolekcję swojej babci. A co, potrzebujesz kluczy? - Miszka 

się ożywił. - Oj, świnia z ciebie. Robisz w lewo swoją miss świata?

- Dasz klucze czy nie?

-   Jasne,   że   dam.   O   szóstej   jadę   na   lotnisko.   Klucze   zostawiam   u   sąsiadki,   pod 

czterdziestym szóstym. Tylko się tam zanadto nie kotłujcie, nie wytłuczcie Lence porcelany. - 

I Łabaznikow szepnął konspiracyjnie: - A kogo ty tam masz? Czyżby ładniejsza od Inki?

- Ładniejsza. Słuchaj - Robert stał się jeszcze bardziej bezczelny - Lenka sobie pewnie 

nakupiła ciuchów w Paryżu, to moskiewskich szmat nie będzie nosić.

- Aha, prowincjuszka - ze zrozumieniem kiwnął głową Miszka. - „Ładnam ci ja, ładna, 

tylko nieubrana”. No bierz, oczywiście. Lenka tyle razy mówiła: jak wrócę, to powyrzucam 

wszystko z szafy. Tylko jakie ta twoja lala ma wymiary? Moja Lenka to sam wiesz, istota 

efemeryczna. Ubrania rozmiar czterdziesty drugi, buty trzydziestkapiątka.

- To akurat w sam raz.

Załatwił wszystko - i z chatą, i z garderobą.

Do wieczora jeździli po mieście. Zjedli zwyczajny obiad, w pierogami. Tak jak do tej 

pory, nie próbował zaglądać Annie w oczy, nie słyszał więc jej myśli. A im bliżej było do 

chwili, kiedy pojadą do Miszki, tym bardziej się denerwował.

O   siódmej   weszli   do   eleganckiego   mieszkania   na   prospekcie   Kutuzowa,   pełnego 

szklanych etażerek, zastawionych figurkami z porcelany. Anna się do nich od razu przypięła, 

obejrzała wszystkie co do jednej, a niektóre nawet pogłaskała.

Robert czekał na nią w sypialni, pod olbrzymią kopią Tańca Matisse’a w złoconej ramie, 

przed szerokim arabskim łożem (Miszka i Lenka mieli nieszczególny gust). Teraz powinno 

było się odbyć to, dla czego romantyczni młodzieńcy porywają piękne dziewoje. Ale Robert 

background image

nie czuł erotycznego podniecenia, tylko niepojęty strach.

Stal  tak  przez dziesięć  minut,  coraz bardziej  zdenerwowany,  kiedy w  końcu zajrzała 

Anna.

Co tutaj robisz?

Oczy   jasne,   całkiem   niewinne,   bez   żadnych   ukrytych   myśli   (to   już   Darnowski,   ich 

właściciel, wiedział bardzo dobrze).

Pośpiesznie ruszył w jej stronę, objął ją i spuścił oczy, żeby nie wyczytała w nich strachu. 

Zaczął całować Annę w szyję.

Coś nie tak? Co mu przeszkadza?

Inna?

Nie, o niej teraz nie myślał.

Czy to, że nie dostaje podpowiedzi, jak w dawnych donżuanowskich czasach? Nie może 

się zabawić w „ciepło-zimno”? Ale przez lata monogamicznego małżeństwa z Inną przywykł 

przecież obchodzić się bez suflera.

Nie, to nie to. Coś innego przeszkadzało Robertowi zapomnieć o całym świecie i umrzeć 

ze szczęścia w ramionach najpiękniejszej z kobiet.

Ujęła go dłońmi za skronie i łagodnie podniosła jego głowę.

To można tylko wtedy, kiedy nie da się inaczej. A ty tego nie potrzebujesz. Lepiej napijmy  

się herbaty. Jest tu herbata?

Ma rację - pomyślał Robert, czyli tak jakby powiedział. - Nie teraz, potem. Kiedy będzie 

odpowiedni moment.

Herbata u Łabaznikowów się znalazła, i to przyzwoita, „Trzy Słonie”. W ogóle, jak się 

okazało, gospodarna Lenka zadbała o zapasy, samych puszek była chyba setka. Widocznie 

kiedy wyjeżdżała do Paryża, zakładała, że podczas jej nieobecności w Moskwie z jedzeniem 

będzie   beznadziejnie.   W   szafkach   była   i   kawa   rozpuszczalna,   i   zielony   groszek,   i 

skondensowane mleko, i konserwy mięsne, i węgierskie marynaty warzywne.

Gniazdko miłosne zaopatrzone pierwsza klasa, tylko z miłością się nie układa, ponuro 

myślał Darnowski, rozpakowując herbatniki i otwierając dżem.

background image

Ale   to   było   jedynie  pro   forma.  W  rzeczywistości   kiedy  wyniósł   się   od   gołodupców 

Matisse’a i arabskiego łoża namiętności, doznał niesamowitej ulgi. Od razu poczuł się lekko, 

dobrze i... naturalnie, tak trzeba to nazwać.

Czuł się teraz po prostu wspaniale. Patrzył, jak Anna dmucha na gorącą herbatę, jak 

smaruje herbatniki dżemem. Albo po prostu zwyczajnie się uśmiecha.

Już teraz nie chował przed nią oczu, odkąd się okazało, że wewnętrzny głos może też 

obchodzić się bez słów. W duszy grała cicha muzyka, przypominająca szelest liści albo plusk 

fal, Robert był więc przekonany, że Anna także to wszystko słyszy. Po raz pierwszy dawał 

posłuchać swojego soundtracku komuś innemu, a to jest tysiąc razy intymniejsze od seksu, 

nawet najcudowniejszego. Miłość mógł uprawiać z każdą. Dzielić swoją tajemną muzykę - 

tylko z tą.

Wszystko to trzeba było przemyśleć.

Kiedy Anna myła naczynia, Robert palił przy oknie papierosa i patrzył na ulicę: ciemność 

wieczoru rozjaśniały odblaski neonów na mokrym asfalcie i czerwone światła samochodów. 

Po raz pierwszy w tym zwariowanym dniu zaczął myśleć racjonalnie.

Nie było to bezpieczne zajęcie.

Od razu ogarnęło go zakłopotanie, a nawet przerażenie. Z sytuacji, w którą zapędził się 

sam, a przy okazji dziewczynę - jedyną na świecie - nie było absolutnie żadnego wyjścia.

Żona!!! Co począć z Inną?

Nie   można   przecież   tak   po   prostu   sobie   zniknąć.   Trzeba   do   niej   zadzwonić.   I   co 

powiedzieć? „Już do ciebie nie wrócę, pokochałem inną”? Tak ni z gruszki, ni z pietruszki? 

To okrutne, podłe; ludzie odpowiedzialni tak nie robią. Trzeba wyjaśnić... Nie, czegoś takiego 

nie da się wyjaśnić. Dobra, ale trzeba powiedzieć wszystko, co powinno zostać powiedziane. 

Tylko w oczy, a nie do słuchawki. Trzeba jechać.

Ale   nie   można   tutaj   zostawić  Anny   samej.   Jest   niezwykła,   jest   właścicielką   Daru. 

Zarazem jednak funkcjonuje jak dziecko w świecie dorosłych. Kiedy Robert błagał, żeby z 

nim pojechała, nie przyznał się przecież, że jest żonaty.

Już   prawie   północ.   Inna   na   pewno   odchodzi   od   zmysłów.   Obdzwoniła   wszystkich, 

których się dało. Też stoi w kuchni przy oknie, nerwowo zaciąga się papierosem, patrzy, czy 

„dziewiątka” nie wjeżdża na podwórze...

background image

Darnowski zacisnął zęby, żeby nie jęknąć.

Co robić?

Na jego ramieniu spoczęła szczupła ręka, długie palce połaskotały jego szyję.

Wracaj do domu. Jestem zmęczona, chcę spać. Przyjedziesz jutro.

Szybko się odwrócił. Usłyszała! Zrozumiała!

Nie, przyjadę dzisiaj. Pomówię... z nią i wrócę.

Jutro. A teraz idź. Mnie się nic nie stanie.

Robert od razu się uspokoił, jak carewicz Iwan, któremu Piękna Wasylisa obiecała, że 

ranek mądrzejszy będzie od wieczora.

Do domu jechał z mocnym postanowieniem, że porozmawia o wszystkim z żoną. Nawet 

do drzwi zadzwonił gwałtownie, zdecydowanie.

Ale kiedy Inna otworzyła, był zszokowany.

- Gdzie byłeś? - zaszlochała, patrząc mu prosto w pierś. Łagodnie walnęła go w nią 

piąstką, a potem oparła się o nią czołem. - Ja tacie... On na milicję... wszystkie wypadki z 

udziałem wiśniowych „dziewiątek”... Dlaczego nie zadzwoniłeś?

Szok nie polegał na tym, że żona płakała (chociaż to zdarzało się bardzo rzadko). Roberta 

uderzyło coś innego.

Zawsze uważał, że uroda Inny powala wszystkich na kolana, i wszyscy dokoła w tym 

mniemaniu go utwierdzali. Ale drzwi otworzyła jakaś baba z wielkim nochalem, grubymi 

wargami i szeroką gębą. No i potwornie długimi rzęsami, włochatymi jak gąsienice. Kiedy ta 

paskuda przywarła  do niego i  wpiła się weń swoimi  drapieżnymi  czerwonymi  pazurami, 

wzdrygnął się z obrzydzenia.

Nie powiedział więc tego, co chciał powiedzieć. Dlatego, że zrobiło mu się jej strasznie 

żal. Królewna zmieniona w żabę to postać głęboko tragiczna.

Coś tam nakłamał o Szwabach, którzy się do niego przyczepili, i o przeciągającej się 

kolacji w lokalu, a Inna uwierzyła tak szybko i ochoczo, że aż serce mu się ścisnęło.

Potem,   jak   w   poprzednich   dniach,   do   wpół   do   drugiej   siedzieli   przed   telewizorem   i 

oglądali film z amerykańskiej retrospektywy, jedną z pierwszych hollywoodzkich jaskółek, 

background image

które przyleciały na radziecki mały ekran.

Teraz Roberta czekało jeszcze jedno odkrycie. Znana w całym świecie aktorka, której 

urodą   zachwycał   się   jeszcze   wczoraj,   też   okropnie   zbrzydła.   Nos   toporny,   ciężka   dolna 

szczęka, twarz podobna do rzodkiewki, a biust jak u krowy. Za to inna, która grała głuptaskę, 

okazała się niczego sobie: miała ładny podbródek, zwężający się ku dołowi, i wąskie usta o 

regularnym wykroju.

Stop, rzekł do siebie Robert. To nie Inna ani Demi Moore tak gwałtownie zbrzydły, to 

moje kryteria piękności się zmieniły... Posiadaczka idealnej twarzy (trójkątnej, z szerokimi 

ustami i ostrym, zadartym noskiem) śpi teraz w cudzym mieszkaniu na prospekcie Kutuzowa.

- Co za bzdura - powiedział Robert, wstając. - Przecież ty też nie oglądasz. Chodźmy 

spać, co? Muszę wcześnie wstać. Mam zapieprz w pracy, trzeba będzie siedzieć do późna, 

nawet dni biblioteczne przepadły.

Inna bez zainteresowania kiwnęła swoim mięsistym nochalem.

Wczesnym   rankiem   Robert   wpadł   do   dyrektora   instytutu.   Poprosił   o   zwolnienie   z 

kierownictwa   sektora   i   przeniesienie   z   powrotem   na   stanowisko   starszego   pracownika 

naukowego;   potrzebuje   wolnego   czasu   na   zrobienie   habilitacji.   Dyrektor   był   szczerze 

zdziwiony. Pomyślał:  Pewnie chytrus upatrzył sobie jakąś niezłą posadkę. Szykuje się do  

odejścia. Na pewno teść mu załatwił. Oj, i mnie by się przydało. Ale przychylnie odniósł się 

do prośby i życzył Robertowi sukcesów w nauce.

Prosto z pracy, gdzie teraz mógł się w ogóle nie pokazywać, Darnowski pojechał na 

prospekt Kutuzowa. Kwiaty kupił po drodze, jedzenie zabrał z domowej lodówki (przecież 

nie samymi konserwami będzie karmił najpiękniejszą dziewczynę planety).

Anna jeszcze spała, jak dziecko wsunąwszy dłonie pod policzek.

Zatrzymał się w drzwiach sypialni i długo patrzył, doświadczając bardzo silnego, ale 

nieznanego   uczucia,   całkiem   nie   takiego,   jakie   należałoby   żywić   na   widok   pięknej 

dziewczyny z rozrzuconymi  na poduszce włosami i wysuniętym  spod kołdry obnażonym 

ramieniem. Robert wcale nie pragnął chwycić jej w objęcia i wedrzeć się w gorącą, podatną 

kobiecość, ale delikatnie pogłaskać ją i nie budząc, leciutko pocałować.

Cóż   to   się   ze   mną   dzieje?   Pokręcił   głową.   Ale   zrobił   właśnie   to,   co   zamierzał. 

Przykucnął,   pogłaskał   wgłębienie   nad   obojczykiem   i   ledwo   dotknąwszy   Anny   ustami, 

background image

pocałował ją.

Uśmiechnęła się, otworzyła oczy.

To ty. Jak dobrze.

Robert  zbladł, tak  dojmujące, prawie  bolesne było  uczucie absolutnego  szczęścia. W 

oknie, inaczej niż wczoraj, świeciło słońce; żółknące wierzchołki drzew na tle nieba były tak 

piękne, że aż kiczowate.

In i An

Zaczęło się życie wyraźnie podzielone na dwie połowy.

Od rana do wieczora Robert był z Anną, od wieczora do rana - z Inną. W miarę tego, jak 

jesień nabierała siły, a potem ją traciła, przechodząc w zimę, kolor każdej połowy stawał się 

coraz wyraźniejszy. Życie z Anną było białe, radosne. Z Inną czarne, pełne męki i poczucia 

winy. Robert ponuro żartował: oto dwa chińskie żywioły - In i An.

Wieczorem, kiedy się ściemniało (z każdym dniem wcześniej), zaczynał mu się psuć 

nastrój.  Anna   to   czuła.   Powiedziała   (teraz   wydawało   mu   się,   że   ona   naprawdę   z   nim 

rozmawia), że jest istotą natury, zimą dużo śpi, i naprawdę niemal o szóstej zaczytana ziewać, 

oczy jej się kleiły. O ósmej, a w grudniu niekiedy nawet wcześniej, energicznie oświadczała, 

żeby się zabierał - ona musi się umyć i lulu.

Kiedy przyjeżdżał rano, jeszcze spała. Robert miał wrażenie, że gdyby nie przyjechał, 

wcale by się nie obudziła. Kiedyś się spóźnił, przyjechał o drugiej - i rzeczywiście, Anna 

jeszcze spała.

Z Inną żyło się całkiem inaczej.

Ze   wstydu   i   ustawicznego   poczucia   winy  traktował   ją   bardzo   uprzejmie   i   ostrożnie. 

Zręcznie   i   przekonująco   kłamał   o   obowiązkach   w   pracy   -   na   szczęście   Inna   nie   miała 

zwyczaju dzwonić do instytutu.

Coś   z   pewnością   wyczuwała;   o   wiele   częściej   niż   kiedyś   czuł   na   sobie   jej   bystre 

spojrzenie z ukosa. Teraz mógłby nawet spróbować w nie zajrzeć, i bardzo możliwe, że by mu 

się   udało.  Ale   nawet   przypadkowo   starał   się   nie   stykać   z   Inną   wzrokiem.   Czuł   wyrzuty 

sumienia, i prawdę mówiąc, przykro było na nią patrzeć, taka, biedaczka, była brzydka. Żeby 

background image

nie domyśliła się, jak bardzo jest w jego oczach nieatrakcyjna, Darnowski kochał się z nią 

każdej nocy. Od miodowego miesiąca to się nie zdarzało. Wystarczyło przymknąć powieki, 

wyobrazić sobie Annę, i dalej już wszystko szło samo. To dziwne: w białej połowie życia, gdy 

Anna była w pobliżu, nie miał seksualnych pragnień, a gdy jej nie było, wystarczyło samo 

przypomnienie, jak na spacerze zdejmuje sweter przez głowę czy tylko wytrząsa śnieg z buta, 

żeby płomień ogarnął Roberta.

W końcu rozwiązał tę zagadkę. Spacerowali akurat po parku.

Kiedy   Robert   przebywał   z  Anną,   jak   gdyby   wracał   do   dzieciństwa.   To   jeździli   na 

łyżwach, to znowu obrzucali się śnieżkami, to po prostu się wygłupiali. No więc woził ją na 

sankach, biegł kłusem, udając konia. Rżał, wyciągał szyję, a ona się zaśmiewała. Kiedyś 

odwrócił się, zobaczył jej zarumienione policzki, błyszczące oczy - z wyglądu można jej było 

dać dwanaście lat - i nagle przeszyła go myśl: to moja siostrzyczka! Tak, nie ukochana, ale 

siostra! Kto będzie ciągnął siostrę do łóżka?

To było bardzo dziwne.

Najgorsze były wolne dni. Sobota jeszcze data się znieść. Tego dnia Inna odwiedzała 

rodziców, a on jechał do matki. Tyle że teraz Darnowski bezczelnie żonę nabierał. Wpadał do 

rodzicielki na pół godziny, najwyżej godzinę, a potem - do Anny.

Za to w niedzielę Anna musiała siedzieć zupełnie sama. Nienawistny, niekończący się 

dzień.  Ale   ona   ani   razu   się   nie   poskarżyła.   Kiedy  pytał,   gdzie   była   i   co   robiła,   zawsze 

odpowiadała jednakowo: spacerowała. Jeśli Robert nie dawał za wygraną i wypytywał ją o 

szczegóły, odwracała oczy; wtedy od razu przestawał ją słyszeć.

Chyba nigdy się nie nudziła. Książek w ogóle nie czytała (może naprawdę nie umiała 

czytać?), telewizję oglądała w dziwny sposób - nie wiadomości, nie filmy i przeróżne talk-

show,   jak   wszyscy   normalni   ludzie,   tylko   kreskówki,   albo   bajdurzenie   na   kanale 

edukacyjnym:   o   termitach   albo   wędrówkach   ptaków.   Lubiła   przeglądać   albumy   z 

reprodukcjami, przez godzinę wpatrywać się w jakieś  Poddanie Bredy  albo  Ostatni dzień 

Pompei.

Po zakupy nie chodziła, Robert sam zapełniał lodówkę. Babcia nieboszczka nabujała z 

tym apetytem wnuczki. Anna jadła jak ptaszek. Tylko piła dużo herbaty. Za pierwszym razem, 

kiedy Robert wychodził, położył na telewizorze plik banknotów - żeby miała na wydatki. 

Potem ciągle sprawdzał, ale ani jednego papierka nie ubyło.

background image

Dziwny rok

W owym dziwnym roku, kiedy kraj osuwał się w przepaść, Robert miał akurat dużo 

pieniędzy. I to nie „drewnianych”, czyli rubli (wtedy w Moskwie była ich cała kupa, tylko że 

nic nie można było za nie kupić), ale prawdziwych, zielonych.

To dzięki teściowi.

Ten najpierw pomógł mu korzystnie zamienić samochód. Prawie nowy golf, prosto z 

Niemiec, nic właściwie nie kosztował Roberta, który zapłacił niewiele więcej, niż dostał za 

sprzedaną wiśniową „dziewiątkę”.

Potem Wsiewołod Ignatjewicz wyświadczył zięciowi nieocenioną przysługę: załatwił mu 

kapitalną   chałturę:   przekłady   z   angielskiego,   niemieckiego   i   francuskiego   rozmaitych 

ekologicznych bla-bla. Przekłady opłacała międzynarodowa organizacja, przy tym według 

stawek   europejskich,   dwadzieścia   dolarów   za   stronę.   Za   godzinę   stukania   na   maszynie 

Darnowski dostawał po prostu swoją trzymiesięczną pensję. Jesienią rząd po raz pierwszy 

zdewaluował   rubla   i   potem   zrobił   to   jeszcze   kilka   razy,   tak   że   solidne   pięćset   rubli   w 

instytucie zmieniło się w żałosne piętnaście dolców.

W kwietniu mieli wrócić Łabaznikowowie, ale Robert zawczasu zdążył przenieść Annę; 

za cztery tysiące dolarów kupił jej kawalerkę koło parku Kuźmińskiego - teraz już wolno było 

mieć dwa mieszkania.

Czuł się tam o wiele lepiej niż u Inki (tak w myślach nazywał swoją nocną kwaterę), a 

nawet   na   Kutuzowa.   Ku   jego   zaskoczeniu   Anna   wykazała   się   talentem   w   urządzaniu 

gniazdka. Zaprowadziła Roberta do sklepu, ustawiła go w długiej kolejce po tapety i farby, a 

remont   zrobiła   sama.   Gdzie   się   tego   nauczyła,   nie   wiadomo.   Przez   tydzień   chodziła 

usmarowana i bardzo zadowolona. Darnowski był natomiast od czarnej roboty. O nic go nie 

pytała,   nie   interesowało   jej   jego   zdanie,   wydawała   tylko   polecenia:   podaj,   przynieś, 

potrzymaj, nie tak, głuptasie.

Zamieniła   mieszkanie  w  prawdziwy raik,   jasny,  miły,  odświętny  i,  co  najważniejsze, 

wszędzie   czuło   się   obecność   Anny.   Mieszkanko   było   obszarem   absolutnego,   niczym 

niezmąconego szczęścia.

W dzień Robert żył w raju, wieczorem wracał do nocnego piekła, ale oba jego czasy: 

background image

jasny i ciemny, pędziły z niewiarygodną szybkością. Kraj, który przyjął niegdyś dziwaczną, 

niegeograficzną   nazwę   „Związek   Radziecki”,   spadał   w   przepaść   z   przyprawiającym   o 

mdłości przyśpieszeniem.

Życie zmieniało się gwałtownie i nieodwracalnie, przy czym wyłącznie na gorsze. Wielu 

ludzi zapomniało o swoim pionierskim dzieciństwie i komsomolskiej młodości, uwierzyło 

nagle w Chrystusa i zaczęło czytać Biblię. Największą popularnością wśród neofitów cieszyło 

się Objawienie świętego Jana. Okazało się, że Czarnobyl to po ukraińsku piołun, wszyscy 

zaczęli więc mówić o bliskości apokalipsy, ponieważ w Piśmie napisane było: „A imię onej 

gwiazdy zowią piołunem: i obróciła się trzecia część wód w piołun, a wiele ludzi pomarło od 

onych wód; bo się stały gorzkie”.

W moskiewskich sklepach wprowadzono niesłychane porządki - sprawdzano dowody 

osobiste i wpuszczano tylko zameldowanych w stolicy. Przy tym na pólkach i tak nie było nic 

prócz plastikowych reklamówek i trzylitrowych słojów  z sokiem brzozowym. W domach 

towarowych   widok   był   już   całkiem   surrealistyczny.  Tłum   stał   przed   pustymi   stoiskami   i 

czekał, czy nie rzucą czegoś - nieważne czego. Od jesieni zaczęły się problemy z chlebem. 

Nawet w Instytucie Krajów Kapitalistycznych, zawsze zaopatrywanym w żywność tak jak 

Komitet   Centralny,   teraz   można   było   dostać   w   najlepszym   wypadku   chudego,   zsiniałego 

kurczaka i puszkę sajry. Walka z przywilejami wykończyła nawet wieloletniego przyjaciela 

domu - „koryto”, do niedawna jeszcze sprawnie zaopatrujące Wsiewołoda Ignatjewicza w 

salami, jesiotry i inne rarytasy.

I   cóż   na   to   generał   rezerwy  Strojew?   Może   przestraszył   się,   popadł   w   melancholię, 

pozwolił rodzinie zginąć? Nigdy w życiu.

Wspaniałe Centrum SOS, poza innymi dobrodziejstwami, okazało się adresem, na który 

przysyłano pomoc humanitarną, napływającą z byłego Świata Forsy do byłego Imperium Zła. 

Wsiewołod Ignatjewicz opowiadał ze śmiechem, że w Centrum - w całkowitej zgodzie z 

normami   międzynarodowymi   -   otwiera   się   przesyłki,   by   poddać   je   kontroli   sanitarnej   i 

ekologicznej. Produkty szybko psujące się (to znaczy wszystkie z wyjątkiem cukru i kasz) są 

rekwirowane   i   profilaktycznie   niszczone.   Tymi   właśnie   „profilaktycznie   zniszczonymi” 

wędlinami, serami, małżami, a czasem nawet gęsimi wątróbkami żywił teść ukochaną córkę i 

niewiernego zięcia, i to nawet lepiej niż w czasach przywilejów nomenklatury. Co jadła reszta 

mieszkańców, było dla Roberta zagadką. Ale z głodu nikt nie umierał, więc jakoś tam sobie 

radzili. I czekali na rychłe rozwiązanie, bo wszyscy czuli, że tak dalej żyć nie można.

background image

W republikach nadbałtyckich i na Zakaukaziu tubylcy zapragnęli niepodległości, za co 

strzelano do nich z automatów i okładano ich ostrymi saperskimi łopatkami.

Delegaci na zjeździe żądali dymisji prezydenta.

Najśmielsi i najbardziej przewidujący członkowie KPZR publicznie zwracali legitymacje 

partyjne.

Analitycy w gazetach przepowiadali dwa możliwe wyjścia: albo faszystowska dyktatura 

w   rosyjskim   (to   znaczy   jeszcze   gorszym   niż   niemieckie   wydaniu),   albo   wojna   domowa. 

Wolnomyślna inteligencja skłaniała się ku drugiemu wariantowi.

Odczucie ogólnonarodowego  obłędu znakomicie odpowiadało wewnętrznemu stanowi 

Roberta. Też nie był zdrów na umyśle, codziennie przemieszczając się z maniakalnej strefy 

dziennej   w   depresyjną   nocną.   Żadna   psychika   nie   wytrzymałaby   tego   kontrastowego 

prysznicu, tej naprzemiennej gorączki. Darnowski czuł się winny wobec wszystkich - i Anny, 

i Inny, i teścia-dobroczyńcy.

Gdyby   żona   choć   raz   się   oburzyła,   gdyby   spróbowała   przyłapać   go   na   kłamstwie, 

wybuchnąłby i wszystko powiedział; niech będzie, co ma być. Ale Inna była cicha, łagodna i 

ufna.

Robert   już   ostatecznie   pozbył   się   skrupułów   i   nawet   w   niedzielę   zaczął   uciekać   na 

Kuźminki. Najpierw na godzinkę, potem na dłużej. Żona zniosła i to. Kiedy był z nią, czuł się 

łajdakiem,   bydlakiem,   katem.  Tym   bardziej   gorączkowo   wyrywał   się   z   krainy  mroku   do 

krainy światła.

Bardzo dawno już tak dużo nie chodził piechotą. Anna nie lubiła samochodu, spacerowali 

więc po ulicach. Jak się popatrzy z boku - no cóż, idzie para, trzymają się za ręce. Nie patrzą 

na siebie, milczą. A w rzeczywistości rozmawiali, tylko nie na głos. Rozmawiali o wszystkim. 

Niektóre   z   rozmów   trudno   byłoby   nawet   zapisać,   bo   nie   ma   takich   słów.  Ale   niektóre 

rozmowy można przekazać w całości.

Rozmowy z Anną

Na przykład taką - o Darze.

background image

Anna   nie   opowiadała,   skąd   się   u   niej   wziął.   Robert   sądził,   że   najprawdopodobniej 

podczas tego dziwnego epizodu, kiedy przez dwa dni błąkała się po lesie, a potem nagle 

oduczyła się mówić na głos. Próbował zapytać, ale Anna od razu się wyłączyła - potrafiła 

czynić swoje myśli nieodgadnionymi, jeśli nie chciała poruszać jakiegoś tematu.

Jakoś samo się ustaliło, że pochodzenie Daru jest poza wszelką dyskusją, nie wolno o nie 

pytać. Robert zresztą też nie miał ochoty mówić o wypadku i Białej Kolumnie. Nawet z nią.

A  Dar  Anny,   jak   się   okazało,   miał   trochę   inny  charakter.   Być   może   nawet   zupełnie 

odmienny.

Ty słyszysz ludzi, ja ich widzę. Ty ich czytasz, a ja jakbym oglądała film. Właśnie dlatego, 

że nie  słyszała  sensu wewnętrznego, ale go  widziała,  wygląd zewnętrzny człowieka albo 

wcale dla niej nie istniał, albo nie miał znaczenia. O urodzie i brzydocie decydowały jakieś 

inne czynniki.

Wyszło   to   na   jaw   kiedyś   w   styczniu,   kiedy   zdrętwiały   Robert   oglądał   reportaż   o 

wydarzeniach   na   Litwie.   Popularny   spiker   sławił   wyczyn   desantowców,   którzy   zabili 

kilkunastu bezbronnych ludzi i zajęli wieżę telewizyjną w Wilnie.

- Nadejdzie dzień, kiedy postawi się spiżowy pomnik tym stu sześćdziesięciu chłopcom, 

którzy ocalili Litwę - wieszczył z patosem piękny blondyn.

Robert krzywił się boleśnie.

Anna,   całkowicie   obojętna   wobec   polityki,   z   roztargnieniem   podniosła   wzrok   znad 

albumu z reprodukcjami.

Jak można takich pokazywać na ekranie?

Tak, to skończony łajdak, zgodził się Darnowski.

Zdziwiła się.

Czy można tak mówić, kiedy się nie zna człowieka? Może on kocha psy. Albo konie.  

Pomaga jakiejś staruszce. Ale ten biedaczek jest taki brzydki. Prezenter telewizyjny powinien  

jednak ładnie wyglądać.

Brzydki? Robert obejrzał się na nią i zrozumiał, że dziewczyna nie żartuje. To kto w takim 

razie jest ładny?

Pozwól.

Anna wzięła pilota, popstrykała przyciskami. Tylko najpierw wyłączyła dźwięk - zawsze 

background image

oglądała programy bez fonii; mówiła, że to jej przeszkadza.

Patrz tutaj, jaka ładna.  Na czwartym kanale pokazano jakąś grubą babę z obwisłym 

podbródkiem  i   zaniedbanymi   włosami.  Jak   z   Kustodijewa   albo   Renoira.   Pewnie   aktorka 

filmowa. Anna westchnęła marzycielsko.

Robert już kiedyś widział tę babę, pokazywano ją nie po raz pierwszy. Ta wariatka, mając 

trójkę własnych dzieci, wzięła jeszcze siedmioro z domu dziecka, w dodatku ułomne. Jak 

zamierzała wyżywić tę hałastrę, nie wiadomo. Darnowski potępiał taką bezmyślną, żebraczą 

filantropię, uważał, że to brak odpowiedzialności.

Inną skończoną pięknością w mniemaniu Anny okazała się postrzelona obrończyni praw 

człowieka, Nowodworska; Robert nie podzielał jej ekstremistycznych poglądów i tłumaczył 

je wyłącznie tym, że kobita wygląda odpychająco i nie potrafi sobie ułożyć życia. Coś ty? 

zdumiała   się  Anna.   -  Popatrz,   jakie   ma   oczy,   jaki   uśmiech!   Od   razu   widać,   że   nie   jest  

wyrachowana i wierzy w to, co mówi. Gdybym była mężczyzną, zakochałabym się w niej bez  

pamięci.

Wtedy coś mu się przypomniało.

Poczekaj. Kiedy wlazłem do ciebie przez okno, powiedziałaś: „Jaki brzydki”. To znaczy,  

że Nowodworska jest urodziwa, a ja jestem brzydalem?

Anna zawahała się.

Od tamtego czasu bardzo wyładniałeś. Słowo daję. Może dlatego, że bardzo się dręczysz. 

Kiedyś   miałeś   taką   niesympatyczną,   zadowoloną   z   siebie   twarz,   a   teraz   jesteś   zupełnie  

niczego sobie.

Ale przecież jestem podły! - wyrwała się Robertowi niebezpieczna myśl.

Myśl to nie słowo; trudno ją powstrzymać.

Podłego człowieka nie boli dusza - rzekła Anna mentorskim tonem i ziewnęła, bo zbliżał 

się już wieczór. - Tylko brzuch. Albo zęby.

Była jeszcze inna sprawa.

Kiedyś   rozmowa   zeszła   na   politykę,   która,   jak   już   mówiliśmy,   wcale   Anny   nie 

interesowała. Było jej absolutnie wszystko jedno - komuniści, demokraci czy nacjonaliści. 

Nie   oceniała   ludzi   według   poglądów   i   nawet   nie   wedle   uczynków,   ale   jakichś   innych 

kryteriów.

background image

Nie było wcale łatwo trzymać się z dala od wydarzeń politycznych tej zimy. W Moskwie 

na niekończących się wiecach i demonstracjach zbierały się olbrzymie tłumy.

Na największe zgromadzenie, kiedy na plac Maneżowy wyszło prawie pół miliona ludzi, 

Robert przyprowadził też Annę; niech sobie popatrzy.

Wielu   ludzi   stało   z   własnoręcznie   zrobionymi   transparentami   i   plakatami,   ciągle 

hałasowali; coś skandowali, krzyczeli „Hura!” albo „Precz!”.

Anna rozglądała się z ciekawością. Patrz, mężczyzn jest tu o wiele więcej niż kobiet.

Rob   zaczął   się   wymądrzać.   Że   niesankcjonowane   przez   władze   demonstracje   to 

zapowiedź rewolucji, czyli Chaosu, a Chaos należy do męskiej sfery działalności; płeć żeńska 

odpowiada za Porządek.

Zazwyczaj Anna nie podtrzymywała rozmów na oderwane tematy. Może nie interesowały 

jej pojęcia abstrakcyjne, może nie bardzo je rozumiała. Tak się Robertowi w każdym razie 

wydawało. No i wtedy go zadziwiła.

Nie o to chodzi. Po prostu mężczyzna odpowiada za Wielki Świat, a kobieta za Mały, czyż 

tego nie rozumiesz?

A cóż to za umniejszanie roli kobiet? - odparł z uśmiechem.

Dlaczego umniejszanie? Mały Świat jest o wiele ważniejszy niż Wielki -  odpaliła bez 

namysłu. - Mały świat  -  to świat miłości do człowieka, a Wielki - do ludzkości. Prawdziwa 

Kobieta nigdy nie zdradzi swojego dziecka albo ukochanego dla idei, ojczyzny czy nawet  

zbawienia rodzaju ludzkiego. A Prawdziwy Mężczyzna nigdy nie zdradzi idei, ojczyzny, nie  

mówiąc już o losach ludzkości, dla ukochanej kobiety czy dziecka. Dlatego, że dla mężczyzny 

zdradzić wiarę to zdradzić samego siebie, nieważne, w jaką bzdurę wierzy. A kiedy zdradzi 

siebie,   przestanie   być   Prawdziwym   Mężczyzną.   A   wtedy   Prawdziwa   Kobieta   pierwsza 

przestanie go kochać, bo taki jej nie jest potrzebny. Wybaczy mu raczej to, że zdradził ją, ale 

nie zdradę samego siebie... Chmurzysz się?... Niedobrze ci tłumaczę?

Dobrze czy niedobrze, Roberta zaniepokoiło coś innego.

Dlaczego mówisz o zdradzie?

Dlatego, że prędzej czy później trzeba będzie wybierać. - Pokręciła głową ze smutkiem. - 

To   straszny   wybór.   W   każdym   wypadku   człowiek   staje   się   zdrajcą;   albo   Wielkiego,   albo 

Małego Świata.

background image

Robert wzdrygnął się i powiedział:

To ja nie chcę być Prawdziwym Mężczyzną.

Teraz ona powiedziała coś niezrozumiałego:

A któż tego chce?

Takie   właśnie   milczące   rozmowy   prowadzili   między   sobą.  A  może   nie   prowadzili. 

Niewykluczone, że całą tę wymianę poglądów Robert wymyślił sam, patrząc w oczy Anny, 

niebieskie i z iskierkami.

Znowu dziesiąty maja

Apokalipsa apokalipsą, ale po zimie jak zwykle nadeszła wiosna. Od kwietnia światła 

było więcej niż ciemności, niepewna równowaga we wszechświecie Darnowskiego uległa 

więc zakłóceniu. Biała połówka życia zaczęła coraz mocniej wypierać czarną. Coraz trudniej 

było   przebywać   z   Inną,   rozmawiać   z   nią   o   nieważnych   sprawach,   obejmować   jej 

nieprzyjemnie tęgie, krągłe ciaio.

Umacniało się w nim przeczucie: coś się stanie, coś się zbliża. Soundtrack za dnia prawie 

milczał, za to od wieczora zaczynał nadawać jakieś msze i marsze żałobne.

Zza kwietniowych szarych chmur wychynął swawolnik maj, najważniejszy miesiąc w 

życiu Roberta. Tym razem nie miał zamiaru zignorować pamiętnej daty. Dlatego, że była to 

nie tylko rocznica otrzymania Daru. Mijał dokładnie rok od dnia, kiedy po raz pierwszy 

zobaczył Annę.

Jej natomiast jubileusz chyba wcale nie obchodził. Robert miał wrażenie, że bieg czasu 

dla niej w ogóle nie istnieje. W każdym razie nigdy nie wiedziała, jaki jest dzień tygodnia, 

odróżniała tylko niedzielę, i to jedynie dlatego, że budziła się rankiem sama, bez Roberta.

Na przykład przed Nowym Rokiem bardzo cierpiał, że zostawi ją samą w taką noc. W 

żaden sposób nie mógł zebrać się na odwagę, żeby jej o tym powiedzieć. Co może być 

straszniejszego niż samotnie witać bicie kurantów? Kiedy czerwony ze wstydu zaczął prosić o 

wybaczenie, Anna bardzo się zdziwiła. Noc jak noc, położę się spać i już.

background image

Nigdy nie wspominała minionych czasów, nie mówiła o przyszłości. Jej świat nazywał 

się „Tu i Teraz”. Popełniliby jednak błąd, nie czcząc dziesiątego maja. Anna jak sobie chce, 

ale dla Roberta z dwóch powodów był to dzień szczególny.

Na serio szykował się więc do święta.

Rozsnuł całą intrygę, żeby uwolnić się od żony. Wysłał ją na tygodniową wycieczkę do 

Skandynawii; Inna dawno o niej marzyła. To oznaczało, że przez ów tydzień będzie spędzał z 

Anną nie tylko dni, ale i noce.

Może w końcu dojdzie do  tego.  Oczywiście  to  wyniknie samo z siebie, w naturalny 

sposób, albo dlatego że, jak wyraziła się wtedy Anna, „nie można inaczej”. A tamto z siostrą i 

pokrewieństwem to bzdury. Tak, oczywiście, Anna jest dla niego siostrą, ale w zależności od 

sytuacji bywa i córką, i matką; wszystkie kobiece role się w niej łączą. Jak zatem można 

pominąć tę najważniejszą? On jest mężczyzną, ona Kobietą, The Woman, to znaczy tą jedyną 

w całym świecie. W dodatku sama powiedziała, że wyładniał i teraz jest „niczego sobie”.

Damowski miał zatem wielkie plany na dziesiątego.

Rano odwiózł Innę na Szeremietiewo i dalejże na Kuźminki, budzić Annę.

Nie przyjechał z pustymi rękami. Z ogromnym bukietem róż, z butelką prawdziwego 

Veuve Clicquot ze sklepu dewizowego i z prezentem o szczególnym znaczeniu - elegancką 

białą sukienką, dokładnie na figurę Anny. Wydał na to dwie roczne pensje statystycznego 

obywatela ZSRR.

Z niewinną miną powiedział:

- Trzeba ją nosić na gołe ciało, taki fason.

Powiedział to na głos, bo Anna przyciskała do piersi zwiewny produkt mediolańskich 

czarodziejów, nos wsadziła w bukiet i z zamkniętymi oczami wdychała aromat róż. Bardzo w 

porę - bo nie powinna była teraz zaglądać do myśli Roberta.

Jak to? - spytała, odkładając bukiet i rozkładając sukienkę. - Przecież to nieprzyzwoite.

- Przyzwoite. Tkanina jest cienka, ale gęsta. Ja wyjdę, a ty ją włóż.

Kiedy po pięciu minutach wrócił do pokoju, Anna stała przed lustrem. Sukienka była 

śmiała, na cienkich białych ramiączkach. W Robercie obudziły się uczucia, których w żaden 

sposób nie można nazwać braterskimi. Ucieszył się. Ale w lustrze odbiło się spojrzenie Anny 

- pytające i wyraźnie pełne obawy. Darnowski czym prędzej się odwrócił.

background image

Dzisiaj wszystko się rozstrzygnie, zdążył usłyszeć.

Cóż, był tego samego zdania.

A skoro tak, to postanowił zmienić świąteczny program. Zamiast kolacji przy świecach 

będzie uroczyste śniadanie. W świetle dnia wszystko pewnie wypadnie naturalniej, przecież 

ciemność nie jest żywiołem Anny.

Kiedy jak sztukmistrz wyciągał z torby różne smakołyki i ustawiał je na stole, Anna była 

cicha jak nigdy. To znaczy, cicha była oczywiście zawsze, ale teraz siedziała, nie podnosząc 

oczu, więc Robert nie słyszał jej myśli.

Wreszcie skończył nakrywać.

Chciał otworzyć butelkę i nagle poczuł, że to niepotrzebne. Wszystko odbędzie się zaraz 

teraz, bez głupich ceremonii, bez sakramentalnego picia francuskiego wina musującego.

Denerwował się okropnie, ale denerwował się akurat tak jak trzeba przy takich okazjach. 

Anna też się zarumieniła; to pożądany objaw.

Robert odstawił butelkę. Ruszył w stronę Anny, wziął ją za ręce, podniósł z krzesła i 

zaczął całować jej maleńką dłoń. W odpowiedzi Anna słabo poruszyła palcami, ale tylko tyle.

Na pomoc przyszła sukienka, jak gdyby w dowód wdzięczności za wydatek.

Ramiączko samo z siebie płynnie zsunęło się na bok, całkowicie obnażając szczupłe 

ramię. Robert zaraz wpił się w nie wzrokiem.

Nie chodziło o bezbronną nagość. Zdarzało mu się przecież oglądać i bardziej intymne 

części ciała Anny, która nie należała do wstydliwych. Tak samo jak Inna, spała nago, więc 

kiedy Robert rano przychodził ją budzić, często musiał naciągać na nią kołdrę, która się 

ześlizgnęła. A raz, jeszcze zimą, tak przemarzli w parku, że Anna zaciągnęła go do gorącej 

wanny. I też nic - było im po prostu wesoło. Pluskali się we dwójkę jak dzieci w stawku.

Ale teraz patrzył na jej obnażone ramię - tylko ramię - i nie mógł ani nabrać powietrza, 

ani wypuścić go z płuc.

Z   wysiłkiem   podniósł   oczy  i   powiedział   wszystko,   co   zamierzał;   o   wiele   lepiej,   niż 

wypowiedziałby to słowami.

Wzrok   Anny   pociemniał.   Robert   usłyszał:  Oczywiście,   tak,   jeśli   ty   tak...  To 

niedopowiedzenie, a raczej niedomyślenie, zawierało właśnie wielokropek, w którym wyczuł 

pewne oczekiwanie, i to nie radosne, ale trwożne.

background image

Nie mogło go to jednak powstrzymać.

Zrobił   to,   co   było   celem   takiego   właśnie   wyboru   sukienki:   rozsunął   zamki   po   obu 

bokach, zsunął ramiączko z drugiego ramienia i biały jedwab opadł sam.

Wówczas   do   Roberta   dotarło,   do   czego   potrzebne   były   mu   te   długie   platoniczne 

miesiące. Żeby namiętność, jak spiętrzona rzeka, nabrała mocy, z hukiem przerwała tamę i 

rozlała się aż po horyzont.

Teraz będzie między nimi tak, jak u żadnej pary jeszcze nie było - to wiedział na pewno.

Drżącymi rękami ściągał koszulę przez głowę, guziki sypały się dokoła. Anna stała przed 

nim z opuszczonymi rękami. Oczy miała zamknięte.

Właśnie w tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi.

- Do diabła z nim - głośno wymamrotał Robert. - Pomyłka. Nic mnie to nie obchodzi.

Ale Anna otworzyła oczy, on zaś usłyszał: To właśnie to.

Jakie to? Nie zwracaj uwagi. Podzwonią i przestaną.

Nie przestaną. Musisz otworzyć.

Ale po co?

On i tak wejdzie.

Kto?

Dzwonek rzeczywiście się nie uspokajał; do niego dołączył się łomot, i to jaki!

Mieszkanie było nieduże, z pokoju do przedpokoju ledwie pięć kroków.

Darnowski zaklął i poszedł do drzwi; nie żeby otworzyć, ale wyjrzeć przez wizjer, komu 

tak pilno.

Drzwi jednak same wyleciały z przerażającym trzaskiem i łoskotem.

Za nimi do małego przedpokoju wdarł się mężczyzna.

Zobaczył  Roberta, na chwilę zamarł, i wtedy Darnowski  go poznał. To był  Dronow, 

mistrz   sportu,   a  zarazem  Ojciec   Chrzestny z  Basmanowa. Wzrok  szaleńca  niemal   parzył 

Roberta: Zabiję! Potem prześlizgnął się po jego ramieniu. A niech tam!... Boże, jaka śliczna!

W   tym   okrzyku   było   tyle   cierpienia   i   zachwytu,   że   Robert   pomimo   niebezpiecznej 

sytuacji obejrzał się.

background image

I też zamarł.

Anna stała pośrodku pokoju, przykrywając się dłońmi. Zasłaniała nie ciało, ale twarz. 

Pofałdowana biała tkanina leżała u jej stóp.

Robertowi zaczęły przebiegać przez głowę gwałtowne, niepowiązane ze sobą myśli.

Jak Afrodyta z piany... Ja sam cię zabiję, gadzino. Za nią zabiję!

Ale  w  następnej   chwili  potworna  siła  podrzuciła  Roberta  w  górę,  tak  że  wzleciał w 

powietrze i spadł plecami na stół.

Trzask łamiących się nóg mebla, brzęk szkła, rozpaczliwy krzyk Anny; potem potężny, 

zagłuszający   wszystko   wybuch   soundtracku   i   -   Darnowski   na   kilka   sekund   stracił 

przytomność.

background image

Rozdział dwunasty

Wiśniowa „dziewiątka”

Tamtego   wieczoru,   kiedy   Maria   zniknęła,   w   Siergieju   jak   gdyby   coś   się   załamało,   i 

początkowo wszystko wskazywało na to, że załamanie jest ostateczne.

Powinien był przecież wpaść w szał - no, powiedzmy, miotać się po domu, wrzeszczeć, 

wymachiwać pięściami. A on się skulił, osunął na podłogę, schował twarz w osieroconym 

pledzie i zapłakał. Bo od razu zrozumiał, że to na zawsze. Nigdy już nie zobaczy Marii. Nigdy 

nie   rozbudzi   jej   pocałunkiem.   Nigdy  nie   zobaczy,   jak   Maria   siedzi   w   fotelu   i   przegląda 

magazyn. Na biednego eksmistrza spadło tyle takich „nigdy” naraz, że zaryczał z bólu.

Nagle przyszło mu do głowy: a może Marii w ogóle nie było? Może mu się przyśniła? To 

był długi, obłędny sen, ale wszystkie sny prędzej czy później się kończą.

Zerwał się. Jak wariat zaczął biegać po pokojach.

Nie, nie sen. Tam są jej szmatki w szafie. Na poduszce długi włos, ciemnozłoty. Skórzane 

kapcie, kupił je za sto baksów.

Zrobiło   się   tak   strasznie   smutno,   jak   gdyby   świat   wywinął   kozła,   złamane   zostały 

wszystkie prawa przyrody. No bo już wieczór, a Marii nie ma. Sam to Siergiej może być w 

dzień, ale wieczorem i nocą jest zawsze z nią! Czyż może być inaczej?

Nigdy nie bal się ciemności, nawet jako smarkacz, a teraz, kiedy się ściemniło, zatrząsł 

się ze strachu.

To nie szczęście się skończyło. To życie dotarło już do mety.

Nagle   całego   go   skręciło.   Stop!   On   się   czuje   strasznie,   okropnie,   a   serce   niemrawo 

wystukuje „to tak, to tak, to tak”.

Czyżby razem za Marią porzucił go i Metronom?

Dronow sięgnął do klapy, wyciągnął igłę.

Nic.

Ukłuł się w palec.

background image

Cisza.

Wsadził pod paznokieć, do krwi, i zabolało go, bardzo zabolało, ale - ni cholery.

W panice rzucił się do łazienki, capnął z półki żyletkę „Gilette”, ciachnął po nadgarstku. 

Znowu zabolało, ciemna krew popłynęła do umywalki.

To tak, to tak, to tak.

Dronow przejechał po żyle jeszcze raz, i jeszcze raz, już w dzikiej panice.

Rytm się nie włączał.

I   wówczas   Siergieja   ogarnęło   takie   przerażenie,   jakiego   chyba   jeszcze   w   życiu   nie 

doświadczył. Zawył głośno, z rozmachu rąbnął czołem o lustro tak, aż się rozbiło.

Nie od razu, ale pewnie po jakichś pięciu czy dziesięciu sekundach gdzieś w samej głębi 

jego istoty na przerażenie odezwało się słabe echo. Serce się poruszyło, jak gdyby obudzone. 

Wybicie, skok. W końcu, stopniowo się rozpędzając, silnik zapalił.

Toko tak, toko tak, toko tak!

Krew trysnęła z ran jak z węża - na rozbite lustro, na kafelki.

Siergiej zajęczał z ulgi. Metronom ocalał. Życie trwa nadal.

Przewiązał ręcznikiem pochlastaną rękę i od razu znalazł się w salonie, koło telefonu.

Wykręcił domowy numer Senseja.

- Sieeeriooooża, tooo tyyy? - sennie przeciągnął Iwan Pantelejewicz. Była już noc, a 

Dronow tego nawet nie zauważył. - Nieee rooozuuumieeem cieeee. Móóów wooolnieeej.

Siergiej zmusił się do wyjścia z Rytmu. Wytłumaczył, co się stało.

Sensej, facet z żelaza, od razu zrozumiał, że chłopaka spotkało nieszczęście i trzeba mu 

pomóc.

- Jak się twoja Maria nazywa? Imię ojca? Gdzie jest zameldowana?

- ...Nie wiem. Spotkałem ją koło Łyczkowa, taka wieś, przy Szosie Kolinogórskiej.

- Oj, ta dzisiejsza młodzież - burknął Iwan Pantelejewicz. - Razem mieszkają, ale nie 

wiedzą z kim. No dobra. Włączę w to, kogo trzeba. Tylko bez histerii, uspokój się.

Ale Siergiej się nie uspokoił. Obudził Müllera. Tamten słyszał o Marii, ale jej nie widział; 

Dronow nie chciał wpuszczać go do jasnej części swego życia.

background image

Powiedział Müllerowi, że dziewczyna przepadła, trzeba ją znaleźć. Opisał, jak wygląda. 

Nieszczególnie liczył na chłopaków Müllera, ale niech pomyszkują, przeryją całą ziemię.

Nie   wiedział,   co   jeszcze   mógłby   zrobić,   siedzieć   jednak   w   pustym   domu   też   nie 

zamierzał.   Dlatego   wsiadł   do   samochodu   i   do   rana   uganiał   się   po   szosach,   zajrzał   do 

Łyczkowa.   Może   Maria   błądzi   gdzieś   sama,   na   jesiennym   deszczu.   Jak   ci,   jak   im   tam, 

lunatycy. Mimo wszystko jest dziwna, nie taka jak inni.

Pierwszy zgłosił się Müller, po dwóch dniach. Coś niecoś wyjaśnił. Sąsiadka z domu 

naprzeciwko   widziała   tamtego   ranka   zaparkowaną   „dziewiątkę”   wiśniowej   barwy. 

„Dziewiątka” stała długo, potem zniknęła.

Przepytali ludzi z całej ulicy, do nikogo nikt nie przyjeżdżał taką bryką. Sklepów ani biur 

tu   nie   ma.   Po   co   stała?  A  chuj   ją   wie,   może   po   prostu   silnik   wysiadł.  To   chyba   jakieś 

głupstwo.

Siergiej  początkowo  nie   przydał   znaczenia  tej  „dziewiątce”,   bo  czekał  na  telefon  od 

wszechmocnego Iwana Pantelejewicza.

Ale Sensej go dobił.

- Nic nie ma. Nie ma we wsi Łyczkowo dziewczyny o podobnych cechach, która miałaby 

na imię Maria. Wszystkie Marie, jakie tam mieszkają, są na miejscu.

Wtedy Dronow powiedział o podejrzanym samochodzie: czy przez drogówkę nie można 

by zdobyć numeru rejestracyjnego wiśniowej „dziewiątki”?

- Zwariowałeś? - odburknął Sensej. - Ty wiesz, ile jest wiśniowych „dziewiątek? Mam 

tych twoich pomysłów o, potąd, zafajdany Romeo. Czy ty w ogóle zamierzasz pracować? Jak 

będziesz   się   zachowywał   jak   baba,   to   się   w   ogóle   pożegnamy.   Ze   wszystkimi 

konsekwencjami.

Siergiej zdobył się na wysiłek, powstrzymał od reakcji. Tego jeszcze brakowało, żeby 

został teraz bez pensji, bez wsparcia.

Udał, że wszystko jest okej; mało to dziewuch na świecie.

No   i   niby   wrócił   do   zwykłego   życia:   rozjazdy,   spotkania   biznesowe,   wizyty   u 

odpowiednich ludzi.

Ale sens jego życia sprowadzał się teraz do jednej rzeczy - do poszukiwań.

background image

Pozostawało mu tylko szukać „dziewiątki”, innych śladów nie było. Dronow chwycił się 

więc kurczowo tej jedynej nici. W milicji miał też swoje własne kontakty, niezależne od 

Iwana   Pantelejewicza.   Dzięki   naczelnikowi   obwodowej   drogówki   zdobył   spis   numerów 

wszystkich   wiśniowych   „dziewiątek”,   zarejestrowanych   w   okolicach   Moskwy.   A  potem 

również   w   stolicy.   Model   był   nowy,   kolor   raczej   rzadki.  W  spisie   znalazło   się   dwieście 

dziewiętnaście samochodów, nie tak znowu dużo.

Dalej było tak:

Spośród chłopców od Müllera wybrał czterech najbardziej sensownych, wszystko byli 

gliniarze. Wytłumaczył, co mają robić.

Zebrać krótkie informacje o tym czy też o tych, którzy jeżdżą każdą z bryk: nazwisko, 

zawód   plus   zdjęcie   ukrytą   kamerą.   Nie   rozdrabniać   się;   wystarczy   po   jednym   dniu   na 

„dziewiątkę”. Na pierwszym etapie najważniejsze to zrobić odsiew.

Chłopcy  szukali   przez   dwa   miesiące   bez   wolnych   dni   i   w   rezultacie   prawie   polowa 

„dziewiątek” została wykluczona.

Po pierwsze, staruszkowie, po drugie, baby (Dronow odrzucił te dwie kategorie), potem 

samochody, które w tym dniu były w remoncie albo w dalekiej podróży. Kilka „dziewiątek” 

już   sprzedano,   a   poza   tym   niektórych   właścicieli   Siergiej   wykluczył,   kiedy   spojrzał   na 

zdjęcie, bo Maria nie odjechałaby z takim zakazanym typem, w życiu.

Nic w tych poszukiwaniach nie miało sensu; wszystko było głupie, ot, zamki na piasku. 

Dronow   jednak   wierzył,   że   w   końcu   namierzy   tego   skurwiela,   który   porwał   Marię.   Był 

bowiem absolutnie pewny, że została porwana i że zrobił to jakiś skurwiel.

Po   pierwszym   etapie   zostało   stu   dwunastu   kandydatów   na   skurwieli.   Teraz   sprawa 

potoczyła się wolniej. Z każdym trzeba było się guzdrać, koło każdego węszyć. Jedni odpadli 

szybko, z innymi zabawa ciągnęła się do tygodnia, albo i dłużej. Kilka razy wydawało się, że 

ślad jest obiecujący, a potem wszystko brało w łeb. Dziesięć kochanek, parę przypadków 

bigamii i jeden kurier narkotykowy - to był plon pięciu kolejnych miesięcy.

W marcu już wiedział, że sieć jest pusta, wszystkie rybki w niej pozdychały. Żadna ze stu 

dwunastu „dziewiątek” nie miała związku z Marią.

Siergiej nie wpadł w rozpacz. Wrócił do tamtych odsianych, zaczął przeglądać dane od 

nowa. Oprócz tego polecił chłopcom, by zajęli się sprzedanymi samochodami - tymi, które 

we wrześniu miały jednego właściciela, a teraz innego.

background image

No i pierwszy z takich wozów od razu doprowadził go do celu.

Lepiej byłoby nie znaleźć

To było trzydziestego kwietnia.

Jeden z czterech chłopaków, którzy już ósmy miesiąc szukali „dziewiątki”, zadzwonił i 

powiedział:

- Halo, tu Stas. Pracuję nad facetem, który sprzedał numer Ż3214 MO siedemnastego 

października   ubiegłego   roku,   nazwisko   Darnowski,   jeździ   teraz   volkswagenem   golfem. 

Widziałem go z ba... to znaczy z kobietą. Ładna, że ocipieć można. Taka, jak pan mówił, 

dokładnie. Prawdziwa aktorka. Tylko nie dało rady zrobić fotki. Dzwonię z automatu, jestem 

koło ich domu.

- Aktorka? - ochrypłym głosem upewnił się Siergiej. - Dawaj adres, zaraz tam będę.

Wkrótce był na miejscu.

- Prawdopodobnie tamte okna na czwartym. Zapaliły się dziewięćdziesiąt sekund po tym, 

jak weszli do bramy.

-   Daj.   -   Dronow   wyrwał   Stasowi   z   rąk   lornetkę,   profesjonalną,   z   funkcją   nocnego 

widzenia.

Po kilku minutach za zasłonką mignął cień - kobiecy, szczupły.

„Toko tak, toko tak, toko tak”, poderwało się serce. Siergiej chciał zaraz tam pobiec, 

wyważyć drzwi i dalej niech się dzieje, co chce, ale, dzięki Bogu, zdołał się opanować.

- Jesteś wolny, dalej ja sam.

Całą noc przesiedział w dżipie, prawie nie odrywając się od lornetki. O wpół do drugiej 

światło w oknach zgasło.

Siergiejowi wcale nie chciało się spać. Co tam. Wydawało się, że czas, więcej niż pół 

roku drzemiący w trybie „to tak, to tak”, w końcu się przebudził, ruszył z miejsca.

Nadszedł świt. Z bram do pracy wyszli mieszkańcy; jedni wsiadali do samochodów, inni 

drałowali w stronę metra.

O dziewiątej czterdzieści siedem firanki na jednym z okien gwałtownie się rozsunęły. 

background image

Młody facet, okularnik, włosy modnie rozczesane na dwie strony. Czyżby ten? Palce tak 

ścisnęły lornetkę, że w środku coś żałośnie chrupnęło.

Trzy kwadranse  później kandydat  na skurwiela  wyszedł  z  bramy  i  poszedł  w  stronę 

granatowego golfa (brykę Siergiej już dawno zidentyfikował). Odjechał.

Co robić? Wejść do mieszkania, zadzwonić?

Strach. Co powie Maria? Jeśli to oczywiście ona.

Za szybą coś się poruszyło, więc Dronow drżącymi rękami podniósł do oczu lornetkę.

Z nerwów nie od razu znalazł odpowiednie okno. A kiedy znalazł, jęknął rozczarowany.

Nie było tam żadnej Marii, tylko kobieta o grubych wargach i pucołowatych policzkach, 

z mocno podmalowanymi oczami, albo może miała przyklejone sztuczne rzęsy.

Tfu! Znowu pudło!

Siergiej zazgrzytał zębami i z miejsca się rozpędził, na wyjeździe z podwórza wyprzedził 

granatowego golfa i popędził prospektem Wiernadskiego. I tak zmarnowałby swoją szansę, 

gdyby nie światła przy stacji metra Południowo-Zachodnia.

Zatrzymał   się   na   czerwonych,   spojrzał   do   lusterka   -   i   nagle   zobaczył,   że   fircyk   w 

okularach wylazł z auta i kupuje w kiosku bukiet kwiatów. Do pracy? Może faktycznie ktoś 

tam ma urodziny albo inne święto, ale czerwone róże, i aż tyle?

Serce Siergieja nie wpadło w Rytm, ale coś go tam zakłuło.

Zwolnił i pozwolił golfowi się wyprzedzić.

Fircyk   przejechał   całe   centrum   bez   zatrzymywania   się,   po   czym   skręcił   na   Szosę 

Wołgogradzką.   Do   pracy   na   pewno   tak   daleko   nie   jeździ,   ocenił   Dronow;   w   godzinach 

szczytu to dwie godziny do tyłu.

No i rzeczywiście, gościu nie jechał do roboty. Zatrzymał się przy czteropiętrowym domu 

mieszkalnym, niedaleko parku Kuźmińskiego.

Przez prawie godzinę Siergiej czekał na podwórzu, na chybił trafił szukając lornetką po 

oknach.

Potem z bramy wyszedł okularnik. Pod rękę z Marią. Oboje się śmiali.

Siergiej też się roześmiał; tak dobrze się poczuł, kiedy ją zobaczył po dwustu szesnastu 

dniach rozłąki.

background image

Śmiech zamarł mu na ustach dopiero potem, w pięć sekund później, kiedy przechodzili 

całkiem blisko i było widać, jaką skurwiel ma zadowoloną gębę. Dronow musiał wczepić się 

rękami w kierownicę. Żeby go nie zabić.

Sprawa była poważna, najpoważniejsza na świecie; nie wolno jej było zawalić. No więc 

Siergiej się nie śpieszył; teraz nigdzie mu nie uciekną.

Kilka dni zeszło mu na zbieraniu informacji, za to dowiedział się wszystkiego o łotrze w 

okularach.

Niepojęte było jedno: co Maria widziała w tym mięczaku. Według wszelkich ogólnie 

przyjętych norm Darnowski nie mógł Siergiejowi podskoczyć ani ze swoimi warunkami, ani z 

majątkiem, w dodatku był  żonaty. Jak on może żyć  z tym swoim kaszalotem, kiedy ma 

Marię? Zagadka.

A następna: Dronow ani razu nie widział, żeby gnojek obejmował Marię albo całował.

W domu naprzeciwko Siergiej wynajął mieszkanie, ustawił urządzenie optyczne, dobre, z 

termowizorem, żeby było widać przez zasłony. Myślał: kiedy zobaczę, jak tam się kotłują w 

łóżku, to umrę. Ale do niczego nie doszło, nigdy. Maria i Darnowski zazwyczaj po prostu 

siedzieli naprzeciwko siebie i milczeli. Albo pili herbatę. Albo oglądali telewizję. Wieczorem 

on wracał do domu na Wiernadskiego, a ona zostawała sama.

Dronow wyznaczył więc dzień, kiedy rozwiąże te wszystkie zagadki. I policzy się z 

Marią raz na zawsze.

Szczególny dzień, dziesiąty maja.  Dokładnie rok od czasu, kiedy zobaczył  ją po raz 

pierwszy.

Dziesiątego maja wszystko się zaczęło, niech i dziesiątego się zakończy.

Przezroczysty dym

Na parapecie, obok ustawionej na trójnogu rury do podglądania (miała jakąś specjalną 

nazwę,   trudno   zapamiętać),   leżał   pistolet.   Pożyczył   go   od   Müllera.   Nie   na   tego   gnoja 

okularnika,   jemu   wystarczy   raz   przyłożyć,   jak   wtedy  Fiedułowi.  Ale   uderzyć   Marię?  To 

niemożliwe. Absolutnie. Dlatego właśnie miał makarowa.

background image

Zada jej jedno pytanie: „Dlaczego?”. Odpowiedzieć nie odpowie, ale może chociaż z jej 

oczu się coś wyczyta. Potem jeden strzał dla niej, drugi dla siebie.

Taki mniej więcej plan opracował Dronow.

Już wczesnym rankiem zasiadł przy swojej chytrej rurze i patrzył. Najpierw specjalnie 

nie było na co. Maria leżała w łóżku. Spała. Po pokoju spacerowały słoneczne zajączki.

Potem pojawił się skurwiel, ze sporym bukietem, z jakimiś torbami. Jak gdyby domyślił 

się,   że   dzisiaj   jest   szczególny   dzień.   Ostatni,   najostatniejszy.   Przynajmniej   dla   trzech 

zainteresowanych osób.

Maria włożyła coś białego, gnojek nakrył stół. Postawił butelkę. W zasadzie można było 

już   tam   do   nich   pójść,   odkreślić   wszystko   grubą   linią,   ale   Siergiej   czekał.   Chciał   się 

dowiedzieć, co to za święto urządzają.

W końcu się doczekał.

Darnowski, ta gnida, obłapił Marię, zaczął rozpinać na niej tę sukienkę, a ona nic, stoi, 

opuściła ręce, nie broni się.

Dalej nie mógł patrzeć. Rytm zagotował mu krew, poderwał go z miejsca i po pięciu, 

może   dziesięciu   sekundach   Dronow   był   już   w   domu   naprzeciwko,   przy   obitych   skórą 

drzwiach. W ręku trzymał  saszetkę, w niej  miał pistolet. Przecież nie będzie biegł przez 

podwórze z wycelowaną giwerą.

Dzwonił,   dzwonił,   pukał,   pukał   -   nie   otwierali.   Wydawało   mu   się,   że   przez   całą 

wieczność naciska na guzik i wali o futrynę, ale to przez Metronom.

W końcu mu się znudziło. Rozpędził się i skoczył na drzwi. Cios był mocny: drzwi 

wpadły do środka, zawiasy wyleciały „z mięsem”.

Naprzeciwko stał gnojek, nagi do pasa. Oczy wybałuszone, usta otwarte.

A za jego plecami, w pokoju, zobaczył Marię nagusieńką, taką jaką ją matka urodziła - 

dokładnie taką samą, jaka śniła się nocami Dronowowi. Co za bydlę z tego faceta!

Chudzinę Roberta pchnął tak, że tamten frunął w powietrze i zwalił się na stół, a potem 

runął razem z nim na podłogę.

Pod nogami Siergieja też stuknęło metalicznie. To urwał się uchwyt saszetki. A chuj z nią.

background image

Maria schyliła się, podniosła suknię i włożyła ją na siebie. To go najbardziej zraniło. To 

znaczy, że nie zasłaniała się przed okularnikiem, a jego się wstydzi!

- Ty... z nim? - wymamrotał głupio, bez sensu. - Ty do niego... Po co?

Patrzyła swoimi olbrzymimi oczami, w których nie było strachu ani winy. I oczywiście 

milczała - przecież to niemowa.

Wtedy zapytał o najważniejsze:

- Ty go... Tak? Kochasz?

Maria kiwnęła głową, nie odwracając wzroku. Dronow omal się nie rozszlochał. Chociaż 

dlaczego „omal”? Szlochał, i to jak jeszcze.

- A... A mnie?

Znowu kiwnęła głową. Zresztą patrzyła na niego czule, dobrze patrzyła. Jak wtedy.

Siergiej wkrótce przestał cokolwiek rozumieć.

- Kochasz mnie? - spytał jeszcze raz.

Po   raz   trzeci   przytaknęła,   a   w   dodatku   podeszła   i   pogłaskała   go   po   policzku,   po 

podbródku - Dronowem rzuciło, jakby go prąd poraził.

Z   tyłu   rozległ   się   szmer.   Siergiej   obejrzał   się   w   popłochu.   Skurwiel   wracał   do 

przytomności. Stanął na wprost Dronowa, wyszczerzył zęby.

„Dobrze, że torba z pistoletem mi wypadła - pomyślał Siergiej - to bym dopiero narobił. 

Kocha! Ona mnie kocha!”.

Ostrożnie   wziął   ją   za   ramiona,   popatrzył   w   oczy   i   przekonał   się:   kocha,   nie   ma 

wątpliwości.

„Toko tak” umilkło. W ogóle zresztą zrobiło się cicho, wszystko dookoła się uspokoiło.

Darnowski na czworakach pełznął do drzwi, rzucało nim to w jedną, to w drugą stronę. 

Niech się zwija, ma szczęście.

- Ja... bez ciebie... oszalałem... - drżącym głosem wyrzekł Siergiej. - Normalnie odbiło 

mi.

Szczęknął metal.

Siergiej odwrócił się i zobaczył, że śmieć-okularnik siedzi na podłodze w przedpokoju, a 

background image

w ręku trzyma jego pistolet. Nie wiadomo, jak się domyślił, że w saszetce jest broń, ale po 

wykrzywionej gębie widać było: zaraz wystrzeli. Dronow zresztą na jego miejscu też by 

wystrzelił.

Prędzej w Rytm, przemknęło mu przez głowę. Ręka przesunęła się do klapy, gdzie miał 

igłę.

-   Ja   ci   dam   igłę   -   zasyczał   fircyk.   Odbezpieczył   giwerę,   dosłał   nabój   do   komory. 

Krzyknął do Marii, nazywając ją innym imieniem: - Anno, odejdź!

Skąd wie o igle? Przecież nikt inny, nawet Sensej, o tym nie wiedział!

Koniec pieśni, zrozumiał Dronow i przesunął się na bok, żeby kula, przelatując na wylot, 

nie trafiła Marii.

Skurwiel też na nią spojrzał. Wtedy coś z nim się stało. Zamrugał, zaczął ruszać brwiami. 

Rękę z pistoletem trochę opuścił.

Siergiej nie czekał; drugiej takiej szansy przecież nie dostanie. Chociaż nie był w Rytmie, 

to jednak jako sportowiec przez tyle lat pracował nad szybkością reakcji, po sześć czy siedem 

godzin dziennie, że błyskawicznie skoczył do przodu i kopnął lufę.

Pistolet walnął o ścianę; huknął strzał. Siergiejowi aż uszy zatkało, ale nie widział, w co 

trafiła kula; wczepił się draniowi w szyję.

Fircyk go mimo wszystko zadziwił. Taki cherlak, a jedną ręką rozerwał przeciwnikowi 

wargę; w dodatku starał się przegryźć mu gardło, krzycząc przy tym:

- Moja! Moja!

Dronow też zawył:

- Moja!

Walnął i z prawej, i z lewej, ale okularnik nie odczepił się, tak był rozjuszony. Wyjście 

było jedno: igła. Siergiej ją już wyciągnął, ale Darnowski złapał go za rękę i nie pozwalał się 

ukłuć.

Maria miotała się nad nimi niby biała łabędzica. Wykrzykiwała coś bez związku, jakimś 

ptasim głosem. Nie wiadomo, czy była przerażona, czy zła.

Potem jak się zamachnie i jak nie kopnie Roberta, nadal dobierającego się Siergiejowi do 

gardła. Dronow obrócił ku niej głowę z uśmiechem i też dostał kopniaka, tyle że w kark.

background image

Dzyń!

To brzęknęła szyba, pojawił się w niej okrągły otworek, od niego zaś na wszystkie strony, 

jak   promyki   słońca,   rozbiegły   się   szczeliny.   Coś   głucho   rąbnęło   w   ścianę,   odleciało   na 

podłogę, zakręciło się. Nabój, nie nabój, rurka, nie rurka... Jakaś nieduża, podłużna rzecz, z 

której zaraz buchnął przezroczysty dym.

Dronow gapił się przez kilka sekund na to dziwo, przewrócił oczami, po czym upadł na 

wznak. Nieprzytomny.

Ile czasu tak przeleżał, nie wiadomo. A kiedy przecierał oczy, wracając do przytomności, 

pierwszym   człowiekiem,   którego   zobaczył,   był   skurwiel   Robert.   Siedział   przyciśnięty  do 

ściany i tak samo mrugał oczami.

Nie było za to Marii. Zniknęła.

Dronow chwiejnie wstał. Zajrzał do kuchni, do ubikacji. Nie, nigdzie jej nie ma!

- Gdzie ją podziałeś? - spytał podleca, z trudem obracając językiem. - Gdzie ona jest?

Tamten, też z trudem, wykrztusił:

- Nie wiem...

background image

III

P

RZYWIDZIAŁO

 

SIĘ

?

background image

Rozdział trzynasty

Siła i myśl

Zniknął także pistolet. W suficie został otwór po kuli, ale samej broni na podłodze nigdzie nie 

było.

- Barany z nas - westchnął buhaj z Basmanowa. - Skoczyliśmy sobie nawet do gardeł. A 

ona uciekła. Tylko czemu zabrała spluwę?

- To ty jesteś baran! - Robert wciągnął powietrze pełną piersią, przez co znowu zakręciło 

mu się w głowie. - Myślisz, że co to wleciało przez okno? Ptaszek? Zesłał na nas słodki sen?

- Co? - włamywacz wybałuszył gały. W jego oczach czytało się: Jaki ptaszek? Mów po 

ludzku, draniu.

- A to! Porwali Annę!

- To znaczy Marię? Kto?!

- A skąd mogę wiedzieć? Ten albo ci, którzy nas śledzili.

Darnowski podbiegł do przestrzelonego okna.

- To ja was śledziłem - powiedział bandyta Dronow, bo nie zrozumiał. - Ale ja byłem 

tutaj. No to kto w takim razie?

Robert popatrzył z nienawiścią na pitekantropa, który zburzył jego szczęście. Usłyszał 

niespodziewane:  To On. Bo to dziesiąty maja. On dal, On wziął I z Metronomem też tak  

będzie. Dziesiątego maja dał, dziesiątego zabierze. Może za rok, a może za dziesięć.

O zagadkowym Metronomie, na którym Dronow polegał jako na źródle siły, Robert już 

wiedział. Podsłuchał wszystko w czasie bójki. „Metronom” włączał się za pomocą jakiejś 

igły, sportowiec chciał się ukłuć nią w palec. Wszystko to było bardzo ciekawe, w innej 

sytuacji Darnowski podłubałby w mózgu pierwotniaka i dowiedział się, co i jak. Ale teraz 

miało znaczenie tylko jedno: Anna; cała reszta była nieważna.

Mimo wszystko jednak wspomnienie o dziesiątym maja, kiedy jakiś „On” (chyba Bóg) 

daje i zabiera, wstrząsnęło Robertem. Do tego stopnia, że zawołał:

background image

- Co ci dali dziesiątego maja? Jaki znowu metronom?

Dronow zamrugał oczami.

- ...Skąd wiesz? Czy ty... też? Dziesiątego maja?

Autobus. Biały Słup. Rożnow. Ciemno... Kołina Góra. Toko tak - plótł donośny baryton. 

Robert nie zrozumiał nawet połowy, ale i to, co zrozumiał, wystarczyło.

- Ty byłeś w tamtym autobusie?! W osiemdziesiątym, tak? Z sąsiedniej sali, chłopak z 

zawodówki!

- Sam jesteś z zawodówki, ja się uczyłem w technikum... A ty jesteś ten szczawik z 

Moskwy?!

Wstrząśnięci patrzyli nawzajem na siebie.

- No więc co za „metronom” dostałeś? - spytał Darnowski, bo w myślach tępawego 

rozmówcy przeważały nie słowa, ale jakiś rytmiczny stukot.

-   Mogę   się   poruszać   cztery   razy   szybciej   niż   normalnie.   Teraz   nawet   pięć,   bo   się 

wyćwiczyłem - nie całkiem składnie wyjaśnił tamten, ale biorąc pod uwagę to, co Robert 

podsłuchał, wszystko było już mniej więcej jasne.

- I w tym celu musisz przejść w szczególny rytm? Za pomocą igły, tak?

Dronow spojrzał na niego z przestrachem.

- A... A tobie co dali?

Ano właśnie ci powiedziałem, pomyślał Robert.

- Zdolności umysłowe.

- Bystrzak jesteś, tak? Raz-dwa wszystko czaisz - i o igle, i to, że Maria nie uciekła 

sama?

Maria! Kto? Po co? Gdzie ona jest? - wykrzyknął baryton i Dronow zaczął miotać się po 

pokoju.

- Ty śledziłeś nas, a ktoś śledził ciebie - wyjaśnił mu Robert, podnosząc z podłogi wielki 

metalowy nabój.

Powąchał i znowu zakręciło mu się w głowie, jak poprzednio.

- To jakiś gaz usypiający o szybkim działaniu. Strzelili przez okno i wyautowali nas. 

background image

Kiedyśmy leżeli jak trupy, tamci zabrali Annę.

- To trzeba ich dogonić! Czemu marudzimy?

Sportowiec rzucił się do przedpokoju, ale Darnowski złapał go za rękaw.

- Popatrz na zegarek, kretynie. Kiedy wywaliłeś drzwi, była za dziesięć jedenasta. A teraz 

prawie dwunasta. Przekimaliśmy całą godzinę.

- To co robić?

Patrząc na zakłopotaną twarz eksmistrza, Robert rozmyślał gorączkowo.

- Trzeba ją znaleźć. Ci, którzy ją porwali, działają na serio. Najważniejsze: ustalić, kim 

są.

- To nie ludzie - przeszedł na szept Dronow, rozglądając się. - To On. Albo Ona.

- Masz na myśli Diabła albo Siłę Nieczystą? - Robert pokiwał głową z poważną miną (nie 

było trudno zrozumieć, kto ukrywa się pod zaimkami - basmanowiec powiedział to otwartym 

tekstem). - Jako hipoteza robocza ciekawe. Ale po co Sile Nieczystej dziewczyna? Co ma do 

tego Anna? Przecież w autobusie jej nie było i Białej Kolumny (czyli, jak ty to nazywasz, 

Białego Słupa) nie widziała.

- Przecież Maria też stamtąd pochodzi! - Podekscytowany Dronow machnął rękami. - Ze 

wsi Łyczkowo! Do mostu jest tam sto metrów!

- I co z tego? - Damowski wzruszył ramionami. - Nie traćmy czasu na głupoty. Proponuję 

tymczasowy sojusz.

- Co? - Rambo z Basmanowa podejrzliwie zmrużył oczy: Jaki sojusz. Chce wyrolować, 

łajdak.

Chcę i wyroluję, obiecał mu w myślach Robert.

-   Wzajemne   porachunki   odkładamy   na   później   -   zaczął   mówić   powoli,   starając   się 

używać   języka   zrozumiałego   dla   ameby.   -   Szukamy  Anny   razem,   a   gdy   ją   znajdziemy, 

rozstrzygniemy jak dorośli, z kim zostanie. Ci, którzy ją porwali, nie wiedzą, z kim mają do 

czynienia. Nie jesteśmy pierwsze lepsze łachudry, co?

-   Co   ty  rozmawiasz   ze   mną   jak   z   jakimś   głupkiem?   Mów   normalnie,   ja   też   jestem 

doktorem,   tak   jak   i   ty   -   odgryzł   się   Dronow   (macie   amebę).   -   Co   prawda   wychowania 

fizycznego, ale zawsze.

background image

- Chcesz normalnie, niech będzie normalnie. Ty jesteś Siła, ja - Myśl. Kombinacja nie do 

pokonania. Jeśli obaj damy z siebie wszystko. A ja dla Anny...

Zabrakło mu tchu.

- Ja też - ponuro oświadczył Dronow. - Tylko przestań Marię nazywać Anną.

- Będę ją nazywał, jak chcę. Maria! - fuknął Robert. - Też wymyślił.

- A skąd wiesz, że ma na imię Anna?

- Sama mi powiedziała.

- Gadasz farmazony. Przecież jest niemową. Ja ją spytałem: jesteś Maria? A ona kiwnęła 

głową.

- Żeby się odczepić od osła. Bobyś zaczął wymieniać wszystkie imiona po kolei.

- Ech, ty, gnido! Ja cię i bez Rytmu rozgniotę na ścianie.

Znowu chwycili się za gardła. Robert chciał już rąbnąć terminatora kolanem w pachwinę, 

ale w porę przypomniał sobie, że w powstającym właśnie sojuszu on miał odpowiadać za 

myślenie.

-   Dobra,   niech   dla   ciebie   będzie   Maria,   a   dla   mnie  Anna.   Nieważne.   Zajmiemy  się 

dedukcją. No, to znaczy...

-   Sam   wiem,   co   znaczy   „dedukcja”!   -   warknął   Dronow.   -   Przestań   szpanować, 

pracowniku naukowy, bo cię...

- Stop, stop! - Robert podniósł dłoń. - Rozmowa znowu zaczyna przybierać destrukcyjny 

charakter. Zaczniemy od początku. Hipotezę roboczą o Sile Nieczystej, wysuniętą przez pana, 

drogi kolego, odrzućmy od razu jako skończoną bzdurę. I proszę odtąd nie wciągać mnie w te 

mroki średniowiecza. W razie wątpliwości proszę biec do cerkwi po wodę święconą, pokropić 

tu wszystkie kąty, a wtedy złe czary się rozwieją.

Doktor wychowania fizycznego słuchał, nieżyczliwie błyskając oczami. Niech szpanuje, 

śmieć. Byleby gadał z sensem.

To słuszne podejście, pochwalił Darnowski i przeszedł z tonu ironicznego na rzeczowy.

- Co tu mamy? - Pokazał na nabój. - Fakt pierwszy. Porywacze dysponują środkami 

technicznymi   najnowszej   generacji.   Czytałem   o   takim   gazie.   Czegoś   podobnego   użyli 

niedawno francuscy komandosi przy uwalnianiu zakładników z samolotu.

background image

- A co, tu się wmieszało NATO? - Dronow wybałuszył oczy.

-   Gównato.   Prosiłem   przecież   -   bez   mroków   średniowiecza.   Siłę   Nieczystą,   teorię 

spiskową   i   zachodnich   szpiegów   zostawmy   idiotom.   Dobrze?   Przechodzimy   do   faktu 

drugiego.

Podszedł do okna; dotknął pęknięć, otworu.

- Popatrz. Szyba podwójna, a oba otwory są na jednym poziomie. To znaczy, że nie 

strzelano z dołu, tylko gdzieś z naprzeciwka. To znaczy z tamtego czteropiętrowego domu, 

tylko stamtąd. Odległość - trzydzieści metrów, góra trzydzieści pięć. Nie można spudłować. 

Zgadzasz się, Herkulesie Goliatowiczu?

- Mam na imię Siergiej.

- Bardzo mi przyjemnie. Tylko bez podawania rąk, dobra?

- Ale tam są moje okna - powiedział Dronow. - To z nich palnęli?

Robert najpierw nie zrozumiał, potem wsłuchał się w sens jego słów. Ach, o to chodzi! 

Basmanowski mafioso założył w sąsiednim domu punkt obserwacyjny. Dlatego włamał się 

tak bardzo nie w porę.

- Nie,  nie moje  - powiedział Siergiej,  patrząc przez  dziurkę. - Nie  ta trajektoria. To 

sąsiednie mieszkanie, dokładnie. Dalej, mądralo, za mną!

Robert rzucił się biegiem, wciągając koszulę.

-   O,   to   -   zatrzymał   się   Dronow   przed   niczym   niewyróżniającymi   się   drzwiami   w 

sąsiednim   domu.   -   Do   mojego   mieszkania   wchodzi   się   z   trzeciej   klatki;   sąsiaduje   przez 

ścianę. - Wyjął igłę, ale nawet nie doniósł jej do palca - wetknął z powrotem w klapę. - Odź. 

Nawszkidek.

- Co?

- Odejdź. Na wszelki wypadek - bardzo szybko powiedział Siergiej. - Zraz dzie.

Jego ruchy stały się bardzo szybkie, zlewały się jeden z drugim, jak machanie skrzydełek 

konika polnego.

Trrach! Noga z szaloną siłą rąbnęła o dermę. Drzwi pękły w połowie.

TRRACH! Obie połowy z trzaskiem wpadły do mieszkania.

background image

Robert nie zdążył nawet zamknąć ust, gdy Dronow już zniknął w środku.

To była kawalerka, taka sama jak Anny. Całkiem pusta. Tylko pod oknem stała metalowa 

skrzynka,  podobna  do  przedpotopowego  projektora  filmowego, na  którym  kiedyś  rodzice 

wyświetlali   amatorskie   filmy   o   wędrówkach   turystycznych   i   bezgłośnym   śpiewie   przy 

ognisku.

- Aparaturka trochę lepsza od mojej - rzekł Dronow tonem znawcy. - Taki termowizor 

kosztuje do dwudziestu tauzenów, i jeszcze spróbuj go przewieźć przez granicę.

- Patrz, a to co? - pokazał Darnowski na czarną skrzyneczkę, przymocowaną wprost do 

tapet. Zwisały z niej dwa sznury, jeden z nausznikiem, drugi z małym okularem.

Robert zajrzał przez szkiełko i zobaczył taki sam pokój, tylko umeblowany. Widok był 

znakomity, tyle że jakiś wypukły, jak odbicie w kropli wody.

- Daj no. - Siergiej odsunął go ramieniem. Też zajrzał i zagwizdał. - To przecież moja 

chawira. Śledzili mnie. No, nieźle. Światłowodowy z szerokokątnym obiektywem. I podsłuch 

z   czujnikami   piezo.   Mam   znajomych   chłopaków   w   Siódmym   Wydziale,   pracują   na 

obserwacji. Nawet oni nie mają takiego sprzętu.

-   Tyle   co   do   Siły   Nieczystej   -   zauważył   Darnowski,   ale   nie   złośliwie   raczej;   z 

niepokojem.

Tu pracowali naprawdę poważni ludzie. Bardzo poważni.

-  Co będziemy robić,  intelekcie? Urządzimy  zasadzkę?  To  niedobrze,  że  wyłamałem 

drzwi.

- Tamci nie wrócą. Nie są idiotami.

- A jak mamy teraz szukać Marii? My tutaj w kulki gramy, a oni może akurat ją mordują. 

Albo...

Dronow nie skończył, ale Robert i tak usłyszał.

- Co do „albo”, uspokój się. To nie są maniacy seksualni. Tu chodzi o coś specjalnego. 

Nieprzypadkowo zostawili nas żywych i na wolności, tylko zabrali pistolet. Czegoś od nas 

chcą...

Ugryzł się w język. Stop. Jeśli tamci dotąd prowadzili taką ścisłą obserwację, to teraz 

pewnie też ich śledzą. Może właśnie w tej sekundzie. Nietrudno przecież było się domyślić, 

że punkt obserwacyjny zostanie wykryty na podstawie linii lotu pocisku.

background image

Eureka!  Właśnie   tego   się   chwycimy.   Szkoda,   że   z   Dronowem   nie   można   łączyć   się 

myślami, jak z Anną. Nie da się wyjaśnić.

- Marsz za mną! - powiedział Robert. - Pojedziemy w pewne miejsce.

- Dokąd?

- Zobaczysz.

- Daleko?

- No, nie tak blisko.

- Jeśli nieblisko, to lepiej moim Szerokim.

- Nie, pojedziemy golfem.

W bramie Darnowski się zatrzymał i ledwie dosłyszalnie szepnął Dronowowi na ucho:

-   Ja  prowadzę,   ty  uważasz.   Patrz   w   lusterko.   Jak   zauważysz   ogon,  zabieramy  go   w 

bezpieczne miejsce i bierzemy pod włos. Rozumiesz?

Dronow zrozumiał, że mogą ich podsłuchiwać, i bez słowa pokazał palec.

- Dobra, tylko zabiorę kurtkę z dżipa.

I   mrugnął,   jak   gdyby   planował   jakąś   niespodziankę.   Ale   z   Robertem   nie   było 

niespodzianek. Stas zostawił kamerę w bagażniku, teraz się przyda, podsłuchał Darnowski i 

kiwnął głową z aprobatą.

Dronow   umieścił   pod   tylnym   podgłówkiem   małą   profesjonalną   kamerę   wideo, 

automatyczną; z wierzchu przykrył ją kurtką.

No i pojechali. Do centrum, stamtąd do Bieskudnik, potem do Jasieniewa. Przejeździli 

sześć   godzin.   Robert   specjalnie   wybierał   mniej   ludne   ulice,   kilka   razy   łamał   przepisy, 

przejeżdżał   na   czerwonym,   ale   nie   zauważył   żadnej   obserwacji.   Dronow   też,   chociaż 

dosłownie przywarł oczami do lusterka.

„Kaseta się kończy. Gdzieś trzeba sprawdzić”, napisał Siergiej na kartce.

Jest takie miejsce, odpowiedział Robert skinięciem głowy. Dopisał: „Na Lenina, pokażę”.

- A dobrze prowadzisz? - spytał, mrugając.

Mistrz zrozumiał.

background image

- Lepiej niż ty.

Zamienili się miejscami. Wypracowanym gestem Dronow wyciągnął igiełkę na sekundę, 

schował   z   powrotem   i   ręka   na   dźwigni   biegów   zaczęła   się   poruszać   jak   u   walącego   w 

instrument perkusisty rockowego.

Kulturalny golf, nieprzywykły do takiego traktowania, żałośnie zaskrzypiał, zapiszczał, 

ale okiełznany silną ręką, wyskoczył z potoku, w mig rozpędził się do niezwyczajnych dla 

siebie   stu   pięćdziesięciu   na   godzinę   i   lawirując   między   samochodami,   śmigał   w   stronę 

prospektu Lenina. Doścignąć ten meteor można byłoby chyba tylko na myśliwcu.

Robert wskazywał gestami kierunek. Kiedy z prawej strony ukazał się budynek IKK, 

pokazał po prostu palcem: tam.

Pracownicy już powychodzili, w salce audiowizualnej było pusto.

Robert   przyniósł   kawę   rozpuszczalną,   zagotował   wodę,   po   czym   obaj   usiedli,   żeby 

przejrzeć kasetę. Ani jeden, ani drugi nie miał ochoty jeść. Najmniejszej.

We dwóch, i ze stop-klatkami, poszło im lepiej niż na żywo.

Dronow   zauważył   pierwszy   z   samochodów,   który   pojawił   się   w   kadrze   powtórnie 

(najpierw na Szosie Wołgogradzkiej, potem na Dmitrowce). Biała „kopiejka”. Powiększenie 

dało też numer rejestracyjny: M 3400 MO. W środku siedzieli dwaj mężczyźni.

Potem znalazł się drugi - granatowa wołga, też kierowca i pasażer.

Trzeci.

Czwarty.

Piąty.

Szósty.

Siódmy.

Ósmy.

Nic  dziwnego,  że  Robert  i  Siergiej,   siedząc  w  golfie,  nie  zauważyli   żadnego  ogona. 

Tamci   prowadzili   ich   wyjątkowo   sprytnie,   z   częstą   zmianą   samochodów   i   oczywiście   z 

łącznością radiową. Jechali i z przodu, i z tyłu, także równoległymi ulicami.

- No, to nie zabawa - podsumował czempion. - Co teraz?

- Pozwolimy się znaleźć. Jedziemy do mnie, na Wiernadskiego. Na pewno tam czekają. 

background image

Trochę  odpoczniemy.   I trzeba  coś wciągnąć,  bo padniemy.  Jedziemy,  jedziemy,  dom jest 

pusty. Żona wyjechała.

-   Wiem,   lot   Moskwa-Helsinki,   o   dziewiątej   piętnaście   -   powiedział   ohydny   szpicel 

Dronow.

Polowanie na myśliwych

W  domu   jedli   w   skupieniu   zimne   kotlety,   które   zostawiła   Inna.   Nie   rozmawiali.   Po 

pierwsze, może i tutaj był podsłuch; cholera wie. Jeśli już osiem samochodów prowadzi ich 

ulicami, to wszystko jest możliwe. A po drugie, ten Ilja Muromiec bardzo się Robertowi nie 

podobał. Wnosząc z myśli Dronowa, z całkowitą wzajemnością.

To nic, tylko mi znajdź Marię. A potem to jak komara, mniej więcej takie teksty emitował 

wewnętrzny głos sojusznika.

A ja cię jak niedźwiedzia - rohatyną w brzuch, myślał Robert. Ale na razie pooddychaj 

tlenem, przydasz się.

- Dobra. Chyba już czas - powiedział, wstając.

Wsiedli do samochodu, Dronow prowadził. Zakręcili w stronę obwodnicy. I prawie od 

razu na ogonie siadła im czerwona „czwórka”, jedna z tamtych. Trzymała dystans, ale teraz 

wiedzieli, na jakie wozy zwracać uwagę.

Za pierścieniem „czwórkę” zmieniła niwa, numer ósmy na kasecie.

Dokąd jechać, decydował Dronow; lepiej znał te okolice. Skręcił z trasy na prawo, na 

pustą szosę. Stamtąd do lasu, gdzie był zakaz wjazdu. Światło reflektorów wyłowiło z mroku 

szyld z napisem „Leśnictwo Artiuchowo”.

- Zaraz będzie zakręt - powiedział Siergiej i mrugnął. - To jest dogodne miejsce.

Darnowski nie zrozumiał, co oznaczała myśl: sucha osika.

Golf zatrzymał się od razu za zakrętem.

Dronow   wysiadł   bez   słowa,   zrobił   jakieś   czary   ze   swoją   igiełką   i   z   fantastyczną 

szybkością pobiegł z powrotem szosą. Robert próbował za nim nadążyć, ale gdzie tam.

Nagle usłyszał głośny trzask. Zasapany Darnowski zobaczył, jak w poprzek asfaltowej 

background image

jezdni upada suche drzewo: pewnie ta osika.

- Schsie! - rozkazał człowiek-motor.

Robert zrozumiał i schował się za krzakiem.

Doleciał ich zbliżający się szum opon.

Niwa podjechała do przeszkody, zahamowała.

Kierowca włączył długie światła, oświetlił drzewo.

Było widać, jak człowiek siedzący obok kierowcy mówi coś do słuchawki.

Skrzypnęły drzwi z prawej.

Wysiadł chłopak w bejsbolówce. Rozejrzał się ostrożnie, trzymając rękę w kieszeni.

Nie dostrzegł jednak i nie usłyszał nic podejrzanego, podszedł do osiki i próbował ją 

przesunąć.

- O kurde, Locha! Wyjdźże, pomóż mi!

Ledwie   drugi   dotknął   nogą   asfaltu,   z   ciemności   wyleciał   huragan.   Trzeba   oddać 

sprawiedliwość   „bejsboliście”,   że   błyskawicznie   wyszarpnął   pistolet   z   kieszeni,   a   nawet 

zdążył zrobić pól obrotu. Ale nie więcej.

Dronow wykonał gigantyczny skok, uniósł się w powietrze i kopnął tamtego w głowę. I 

natychmiast, bez chwili przerwy, przefrunął przez maskę i otwartą dłonią trzepnął Lochę w 

ucho. Robert skrzywił się, słysząc głośne stuknięcie. Można sobie wyobrazić, jak się poczuł 

Locha, który przewrócił się i nie wstał.

Darnowski podbiegł do „bejsbolisty”  i od razu zrozumiał, że nie będą z niego mieli 

pożytku. Oczy wywrócone, usta otwarte, noga konwulsyjnie podryguje. Wstrząs mózgu, co 

najmniej. Podniósł z ziemi pistolet, wielki i ciężki; nigdy takiego nie widział. Pogrzebał w 

kieszeniach, wyciągnął ciemnoczerwoną legitymację z godłem. Otworzył, i serce skoczyło do 

gardła.

Komitet Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR, Iwan Dmitrijewicz Frołow, kapitan, z-ca 

naczelnika wydziału.

I zdjęcie w mundurze.

Dronowowi na razie nie zamierzał nic mówić, żeby tamten nie stchórzył.

Krzyknął:

background image

- Co tam twój? Ten na cacy. Zanadto się postarałeś.

- Mój w porządku - wesoło odezwał się Siergiej, odciągając osikę z drogi. Mówił już 

normalnym głosem, bez trajkotania. - Trochę przymulony, niedługo się ocknie.

- To siadaj za kierownicą, jedziemy. Moja bryka niech tu zostanie. A tego swoi zabiorą.

- Ech, ty - powiedział Dronow, widząc dziwny pistolet w ręku towarzysza. - Prawdziwy 

stieczkin. Niezłych chłopców mamy na karku.

Locha, jak się okazało, nie miał broni. Dokumentów też, nawet prawa jazdy.

Wciągnęli „języka” na tylne siedzenie, związali mu ręce. Robert siadł obok niego.

Ledwie ruszyli, zapiszczał radiotelefon.

Darnowski poderwał się i sięgnął przez fotel po słuchawkę.

- Trzeci? No, jak tam u was? Co z tym drzewem?... Odpowiedzcie! Skrzynka trzy, obudź 

się! - huczał mu do ucha władczy głos.

Dronow wykonał półobrót - też chciał słyszeć.

Robert   wahał   się   przez   sekundę,   przesunął   paznokciem   po   ochronnym   kołpaczku 

mikrofonu, potem odsunął się jak najdalej i zawołał:

- Źle was słychać! Antenę zaczepiło!

- Co? Kto mówi?

- Frołow! Tu Frołow! Słychać mnie? - wysilał się Robert, dla pewności przykrywając 

usta dłonią.

- Nie! Mów głośniej!

- Antena! An-te-na uszkodzona! - i znowu zaczął drapać mikrofon, udając zakłócenia.

Siergiej pewnie prowadził niwę ciemną drogą, przysłuchując się rozmowie.

- Nie słyszę cię, kapitanie. Dobra, najważniejsze, że ty mnie słyszysz. - Słuchawka trochę 

się uspokoiła.

Przy słowie „kapitan” samochód zrobił zygzak; do Dronowa dotarło, że to nie bandyci.

- Zapamiętaj, Iwan. Na mapie droga się rozwidla. Z prawej przejmie was skrzynka jeden, 

z lewej siedem. A wy walcie do domu. Tak czy siak, nie ma z was pożytku, skoro nie macie 

łączności. Zrozumiałeś mnie?

background image

- Tak - odpowiedział lewy kapitan.

- No dobra. Bez odbioru.

Hamulce gwałtownie zapiszczały.

-   Gliny?   -   głucho   spytał   Dronow.   I   sam   sobie   odpowiedział.   -   Nie,   skąd   by   mieli 

stieczkina? KGB.

- A ty się bałeś, że siła nieczysta. - Robert starał się dodać mu otuchy.

Nie udało się.

Superman z Basmanowa zaklął ponuro.

Westchnął. Rzekł z desperacją:

- A gówno tam. Tak czy owak, trzeba uwolnić Marię.

- Najpierw trzeba zawrócić. Słyszałeś, że przechwytują nas z lewej i z prawej.

- Z tyłu też ktoś jedzie i ubezpiecza.

Dronow   ruszył   z   miejsca,   w   napięciu   wpatrując   się   w   ciemność.   Nagle   obrócił 

kierownicą i przez pobocze wjechał prosto w zagajnik.

- Co robisz?!

- Siedź i trzymaj się mocno. Specjalnie skręciłem do Lasu Artiuchowskiego. Jest tutaj 

jedno   miejsce,   bardzo   dobre   do   szczerej   rozmowy.   Jeździłem   tam   dżipem,   to   i   tą   bryką 

dojadę. Silnik wirnikowy, jakieś dwieście koni, da radę.

Okazało się, że nie jedzie na ślepo, tylko ścieżką. W świetle reflektorów Robert zobaczył 

koleiny.

Trzęsło okropnie. Jeniec Locha walnął głową w drzwi i jęknął.

- Dokąd jedziemy? - spytał Darnowski.

-   Nad   rzekę.   Piekliśmy   tam   szaszłyki   z   naszymi   ludźmi   z   komitetu.   Fajne   miejsce. 

Nikogo   w   pobliżu   nie   będzie,   szczególnie   nocą.   Pogadamy   z   naszym   Lochą,   a   potem 

zjedziemy  po   zboczu.   Jeśli   ostrożnie,   to   się   uda.   Stamtąd   polną   drogą,   potem   na   szosę. 

Uciekniemy.

Robert   nieufnie  popatrzył  na  telefon.   Nie  bardzo  sobie   wyobrażał,  jak   to  urządzenie 

działa.   Może   na   pilocie   mogą   się   podłączyć   i   podsłuchać,   o   czym   się   rozmawia   w 

background image

samochodzie. No i są przecież jakieś wykrywacze, urządzenia namiarowe, przynajmniej na 

filmach szpiegowskich bywają. Wszystko to warto by wyjaśnić.

Niwa wyjechała z lasu na małą polanę, za którą czerniała pustka. Silnik umilkł, a wtedy 

usłyszeli, jak w dole pluska woda.

Stromy brzeg,  zrozumiał  Robert,  wysiadłszy z  samochodu.  Dosyć  wysoki,  piętnaście 

metrów. Za rzeką ciemne, szerokie pole. W oddali światła.

- Bierz go za ręce, ja za nogi - powiedział Darnowski. - Wyciągamy go. Przyszedł do 

siebie czy nie?

Locha miał oczy zamknięte, ale powieki jakby lekko drgnęły.

- Przyszedł. I sam wyjdzie - oświadczył Siergiej i z rozmachem

Jakieś wariactwo

dał jeńcowi pięścią w gębę.

Tamten zrozumiał, że nie ma co dłużej udawać. Otworzył oczy. Właśnie tego zresztą od 

niego oczekiwano. Niski, porykujący głos pytał nerwowo: Co oni ze mną? Zabiją? Z mutkami 

wszystko możliwe. Jeśli się już włączyli. Na pewno włączyli! Dać znać do sanatorium! Pilnie. 

Ech, żeby tak latarenkę.

Jakie sanatorium? Robert ni cholery nie rozumiał. Pozytywem było tylko to, że nie mają 

w niwie radiolatarni. Teraz trzeba było wyjaśnić sprawę telefonu.

- Proszę powiedzieć - uprzejmie spytał Darnowski, biorąc na siebie wynalezioną właśnie 

przez nich, czekistów, rolę „dobrego gliny” - czy z tego aparatu można zadzwonić jak ze 

zwyczajnego numeru? Czy tylko przez operatora?

A   może   się   nie   włączyli?   Boby   przecież   nie   pytał.  Locha   znowu   pomyślał   coś 

niezrozumiałego.

- Można przez szóstkę - powiedział głośno.

Dalej, naciśnij! Szóstka, pomóż!

Co   to   jest   szóstka?   Pewnie   włącza   mikrofon   na   pulpicie,   pomyślał   Robert.   Nacisnął 

pierwszą lepszą siódemkę cyfr, bez szóstki, śledząc wzrok kagebisty. Ten nie odrywał oczu od 

background image

tarczy.

2341874, gnojek, nie nacisnął szóstki. 2341874, nie zapomnieć.

Dobrze,   że   telefon   jest   czysty,   inaczej   by   nie   musiał   zapamiętywać.   Robert   odłożył 

słuchawkę.

- Co się z nim cackasz? - nie wytrzymał Dronow.

Złapał jeńca za kołnierz, wywlókł z samochodu, cisnął na trawę.

- Gdzie ona jest? Bo ci mózg uszkodzę!

Zaraz uderzy! Szukają! Jej! Stary miał rację!

- Kto? - zapytał szybko Robert.

- O kim wy, ludzie kochani? Coś nie kapuję - rzekł Locha powoli.

Darnowski powstrzymał pięść mistrza, już gotową znowu opaść na „języka”.

- Aleksiej, wiemy więcej, niż pan myśli. Gdzie ona jest? Dokąd ją zabraliście?

- Naprawdę nie rozumiem.

Ale wyraźnie zabrzmiało: Czarnoposadzka, Czarnoposadzka. Kłamie, chce zastraszyć.

- Numer domu?

Gówno ci powiem. Osiem.

Okazało   się,   że   takie   przesłuchanie   to   pestka.   Jakby   wykładowcy   kazano   zdawać 

egzamin.

- Że numer ósmy, to wiemy, ale gdzie dokładnie ją trzymają? - dobrodusznie, tak właśnie, 

jak wypada chytremu śledczemu, spytał Robert.

- A? - zdumiał się Siergiej.

No, a w oczach Lochy mignęło przerażenie.  Skanuje! Stary uprzedzał! Lusia, czy już 

nigdy? Będziesz mnie miała za drania...

Lusia to był najwyraźniej problem osobisty, niemający związku ze sprawą.

- Będzie się łamał. - Robert mrugnął. - Bo pojedziemy do sanatorium, do starego. Jego 

spytamy.

Walnął na ślepo, ale reakcja przeszła wszelkie oczekiwania.

background image

To nie mutek! Policaj! Stary się pomylił! Teraz i mnie! Nie! Lepiej zdechnąć!

Chociaż Darnowski słyszał nutę histerii w wewnętrznym głosie jeńca, mimo wszystko 

zaskoczyło go to, co działo się potem.

- Leżeć! - ryknął Siergiej, ale Locha zręcznie przekręcił się przez głowę, zerwał się na 

nogi, nawet związane ręce mu nie przeszkodziły.

- Trzymaj!

Robert był pewien, że kagebista da nogę do lasu, ale stało się inaczej.

Kilkoma skokami Locha dotarł na skraj urwiska i szczupakiem skoczył w dół.

- Odpłynie, gnój! - krzyknął Dronow.

Ale kiedy po sekundzie sojusznicy spojrzeli w dół, było jasne, że jeniec nigdzie nie zwiał. 

Nad polem i meandrem rzeki świecił księżyc, dobrze więc było widać biały piasek, a na nim, 

ledwie przykrytą wodą, czarną sylwetkę z nienaturalnie wykręconą głową.

- Idiota! Żeby chociaż patrzył, gdzie skacze - wybełkotał wstrząśnięty Siergiej.

Robert wyjaśnił:

- On nie nurkował. Chciał zdechnąć.

- E tam - nie uwierzył tępy towarzysz. - No dobra, Łukicz, teraz jesteśmy regularnymi 

przestępcami. Jednemu czekiście przylutowaliśmy, drugiegośmy stuknęli. Teraz udowodnij, 

człowieku, że to on sam.

- Trzeba wiać. Mówiłeś, że dasz radę zjechać po zboczu?

- Tak, tam jest łagodny zjazd. - Siergiej pokazał. - Coś ty mu tam nawijał? Jaki numer 

ósmy? Jakie sanatorium?

- Nie wiem. Kiedy był jeszcze nieprzytomny, wymruczał: „Zameldować do sanatorium. 

Numer ósmy”. Nie słyszałeś, bo wyłaziłeś z samochodu.

- Aha. Sanatorium to ich urząd. - Doktor wychowania fizycznego wykazał się nagłą 

bystrością. - Ale po co bezpiece Maria?

- Anna - poprawił doktor nauk politycznych. - Nie wiem.

Dronow miał takie myśli:

Urząd to całkiem co innego niż bandziory. Sanatorium, kurde. Trzeba zadzwonić. Tylko  

background image

on, nikt inny nie pomoże.

- Co zrobimy? - zapytał z ciekawością Darnowski. - Bo nie mam pojęcia. Kompletna 

ściana. Masz pomysł?

Dronow ostrożnie, ale pewnie zjeżdżał po pokrytym już młodą trawą zboczu.

- Pomysł nie. Ale jest jeden fajny gościu. On pomoże.

background image

Rozdział czternasty

Zwinął się

- No to dzwoń do swojego fajnego gościa. - Mądrala podał słuchawkę. - Aparat jest czysty.

- Skąd wiesz?

- Wiem.

Coś   ty   ściemniasz,   facet,   już   nie   pierwszy   raz   pomyślał   Siergiej.   Dobra,   potem   cię 

sprawdzimy. Kiedy znajdziemy Marię.

Nie zdradził koledze numeru Senseja; sam wybrał cyfry, zerkając na tarczę.

Po jakimś dziesiątym sygnale Iwan Pantelejewicz w końcu się odezwał.

- Nabrałeś miłego zwyczaju budzenia mnie po nocach - oznajmił. - Skąd dzwonisz?

- Z pola.

Po czym opowiedział, jakie tu piwo się warzy. Starał się mówić krótko, ale nic ważnego 

nie opuścił.

Sensej najpierw przerywał mu krótkimi uwagami. Kiedy usłyszał o KGB - gwizdnął i 

obiecał wyjaśnić, co i jak. Kiedy doszło do trupa, odchrząknął i powiedział: „Będziesz musiał 

się zamelinować”. A potem nagle rozmowa się urwała.

Było tak.

-  I  co   jeszcze   -  Siergiej   przypomniał  sobie   szczegół,   który  mógł   coś  podpowiedzieć 

Iwanowi   Pantelejewiczowi.   -   Ten   baran,   który   skoczył   z   urwiska,   wspominał   o   jakimś 

sanatorium. Że niby musi tam zameldować. Pomyślałem, że to nie jakieś zwykłe sanatorium, 

tylko...

- Sanatorium? - przerwał mu Sensej dziwnie zmienionym głosem. - Nie przesłyszałeś się?

Dronow popatrzył na mądralę, który nadstawiał ucha niemal przy samej słuchawce. Ten 

kiwnął głową.

- Na pewno nie. A co to za...

background image

- Wiesz co, kochany? - Iwan Pantelejewicz odkaszlnął nerwowo. - Nie dzwoń już do 

mnie. I niech cię Bóg broni, żebyś mi się kiedykolwiek pokazał na oczy. Gnojku, w co ty 

mnie chciałeś wciągnąć? Chcesz radę? Dam ci radę. Najlepsze, co możesz teraz zrobić, to 

wrócić na tamto urwisko i też się z niego rzucić.

Dronow   wytrzeszczył   oczy   i   popatrzył   na   piszczącą   ze   złością   słuchawkę.   Po   raz 

pierwszy w ciągu tej dość koszmarnej nocy poczuł się naprawdę koszmarnie.

- Nigdy nie słyszałem, żeby tak rozmawiał. Cóż to za sanatorium, jeśli sam Sensej się go 

przestraszył!

A mądrala, który nawet nie miał pojęcia, jaki z Iwana Pantelejewicza mocny facet, nie 

przydał temu większego znaczenia. Wzruszył ramionami:

- Tak czy owak, zamelinować się to nie jest dla nas wyjście. Trzeba ratować Annę.

- Marię - poprawił Sergiusz dla zasady.

Wstyd mu się zrobiło, że tak speniał. Darnowski, chociaż słabeusz, nie pęka, mówi do 

rzeczy. Widać Maria pokochała go nie bez powodu.

Na tę myśl serce mu się okropnie ścisnęło, ale po strachu nie zostało ani śladu.

- Dokąd jedziemy? Tam, przed nami, jest szosa. Na lewo do Moskwy, na prawo - obwód 

podmoskiewski.

- Do Moskwy - rozkazał mądrala. - Dalej, gaz do dechy. Już prawie dzień.

Siergiej   nacisnął   pedał   gazu.   Kagebiści   mieli   brykę   super.   Lepszą   niż   Szeroki.   Na 

posterunku drogówki gliniarz zagwizdał, zamachał pałką, ale kiedy dojrzał numer, stuknął w 

dach. Cudo nie jazda.

A skoro tak, to Dronow  już się nie przejmował i popędził pod prąd; na szczęście z 

Moskwy samochodów było mało, przeważnie ludzie jechali do miasta, do roboty.

Na światłach mimo wszystko trzeba było stanąć, prostopadłą Szosą Antonowską poruszał 

się taki sam sznur pojazdów.

Od budki, kołysząc się, szedł milicjant. Myślał, że za jazdę pod prąd zgarnie co najmniej 

dychę albo nawet ćwierć setki.

Widać nie dostrzegł numeru. Podszedł, nygus, od strony pasażera i wsadził łeb do środka.

Robert podetknął mu pod nos otwartą legitymację. Widzisz, cymbale?

background image

Gliniarz cofnął się, wyprostował, zasalutował. Wtedy zapaliło się żółte światło, a Siergiej 

dodał gazu.

Ledwie odjechali, mądrala rozkazał:

- Stój!

Dronow zahamował.

- Coś ty?

Darnowski   miał   twarz   pełną   złości,   a   może   tylko   napiętą.   I   zdławiony   głos;   mówił 

urywanymi zdaniami.

- Szybko! Wyskakujemy. Łap okazję i spieprzaj. Dalej!

Wyskoczył z samochodu jak oparzony. Siergiej za nim.

- Ale co się stało?

Mądrala stał na poboczu, machał ręką i od razu zatrzymał się moskwicz.

-   Znaczy  tak   -   szybciutko   i   szeptem   zaczął   mówić   Darnowski,   już   otwierając   drzwi 

samochodu.   -   Do   nikogo   z   tych,   których   znasz.   Siądź   gdziekolwiek   i   siedź.   O   siódmej 

wieczorem, przy wejściu do Centralnego Telegrafu. Wchodzisz i po chwili wychodzisz. Ja 

podejdę   do   ciebie.   Jeśli   nie   podejdę,   przyjdź   nazajutrz.   Następnego   dnia   to   samo.   I   tak 

codziennie. Szefie, jedziemy!

- Chwileczkę! - Siergiej złapał go za ramię. - Ja z tobą!

- Nie możemy. Zbyt charakterystyczna para.

Odepchnął go, trzasnął drzwiami i zwinął się, ściemniacz przeklęty.

Dziewięć ciężkich dni

Siergiej oczywiście też pomachał ręką. Prawie od razu zatrzymał się następny samochód, 

wołga. Dronow jechał w stronę Moskwy, nic nie rozumiejąc. Nagle z tyłu syrena i metaliczny 

głos megafonu: „Na pobocze! Na pobocze!”.

Przywódców kraju wiozą do pracy, czy co?

Obejrzał się.

background image

Po pasie rozdzielającym, migając kogutem, pędziło zwyczajne żiguli.

Nie, niezwyczajne.

Samochód numer cztery, z wczorajszej listy! Za nim jeszcze trzy, też stamtąd.

Przeleciały obok z szaloną prędkością - też śpieszno im do Moskwy.

Parę minut wcześniej, i nakryliby ich! Skąd Darnowski się dowiedział, że z tylu już jest 

pogoń?

Zagadka.

Kolejne pytanie: dokąd teraz?

Siergiej miał jak zawsze pieniądze przy sobie, ale trudno powiedzieć, żeby dużo: parę 

franklinów i paczkę drewnianych.

Mądrala powiedział, że do znajomych nie wolno. Do hotelu pewnie tym bardziej.

- Dalej, na Dworzec Kurski - rzekł Dronow do szoferaka.

To jest  miejsce,  gdzie przyjezdny człowiek tanio i bez  zameldowania  może  wynająć 

tymczasowe lokum - na tydzień czy na jedną noc, wszystko jedno.

Od razu u pierwszej babci Siergiej wynajął pokój w Izmajłowie, po piątce za dobę.

- Na jak długo? - spytała.

- Potem się zobaczy.

Siergiej usiadł w wynajętej chacie i zaczął się zastanawiać.

Po pierwsze, nad Darnowskim. Tutaj mieszały się złość, nadzieja i strach: a co, jeśli 

mądrala   uciekł   nie   tylko   przed   pogonią?   Może   mózg   podarowany   przez   Biały   Słup 

podpowiedział mu nagle, jak znaleźć Marię, i teraz sam chce jej szukać?

Po   drugie,   nad   tajemniczym   sanatorium.   Cóż   to   za   instytucja,   jeśli   sam   Iwan 

Pantelejewicz, człowiek wpływowy i nieustraszony, tak się jej przeraził?

Krótko mówiąc, Dronow miał same pytania, a żadnych odpowiedzi.

Ledwo ledwo doczekał do wieczora.

Dokładnie o siódmej wszedł z ulicy Gorkiego do Centralnego Telegrafu. Dreptał tam w 

kółko przez chwilę. Wyszedł z powrotem. Darnowskiego nie było.

background image

To znaczy, że jutro.

Nazajutrz - dokładnie to samo.

Rano i w dzień siedział w pokoju, tępo patrząc w przedpotopowy czarno-biały telewizor. 

O siódmej znowu był przed Telegrafem.

Zero.

Tak samo na trzeci i czwarty dzień.

Siergiej poczuł się fatalnie, prawie tak samo fatalnie jak po pierwszym zniknięciu Marii. I 

coraz silniej umacniało się w nim podejrzenie, że mądrala go nabrał. Może teraz siedzą we 

dwoje   w   Soczi   albo   w   Picundzie.   Grzeją   się   w   słońcu,   jedzą   szaszłyki   i   śmieją   się   z 

naiwniaka. To znaczy, oczywiście, nie Maria się śmieje, tylko ten śmierdziel.

Żeby można było zasnąć, wieczorem Dronow wymyślił, jak redukować napięcie. Koło 

północy, w zupełnych ciemnościach, biegał po parku Izmajłowskim - w Rytmie. Pędził prosto 

przez las, szybko lawirując między drzewami. To ćwiczenie wymagało pełnej koncentracji, 

inaczej rozwaliłby się na śmierć.

Czasem   na   boki   pryskały   małolaty   z   ferajny   albo   parki   zakochanych,   przerażone 

zygzakowatym wichrem, który wyleciał z mroku.

Do siebie wracał zmordowany. Padał na łóżko, zasypiał, i nic mu się nie śniło.

Rano przecierał oczy, patrzył najpierw na zegarek - ile zostało do dziewiętnastej zero 

zero.

Darnowski pojawił się dopiero dziewiątego dnia, kiedy Siergiej stracił już nadzieję.

Sekretna willa

Wchodził  po schodach, nie  rozglądając  się dokoła, bo już  niczego właściwie  się nie 

spodziewał. Nagle z tyłu ktoś go klepnął w ramię.

Odwrócił się i - zobaczył mądralę.

- O kurna! - Siergiej o mało się nie rozpłakał. - Gdzieś ty był tyle czasu?

- Potem - rzucił Darnowski, dając mu znak, żeby szedł za nim.

background image

Dronow  w ciągu tych  dni opuścił  się; kupiona  na targu radziecka golarka  źle  goliła 

szczecinę,   i   w   ogóle   wyglądał   nieszczególnie.   Za   to   okularnik   zadbał   o   siebie   i   dobrze 

wyglądał. Chyba nawet perfumami od niego pachniało. Kobiecymi!

- Gdzieś ty się szlajał? - nie wytrzymał Siergiej, kiedy dopędził współtowarzysza (to było 

już w przejściu podziemnym).

- U znajomej.

- Sam mówiłeś, żeby nie pchać się do znajomych.

- To do starych. A ta jest nowa. Poznaliśmy się na ulicy. Gębę ma straszną, ale baba w 

porządku.

Siergiej trochę się uspokoił.

- Jak ty możesz z innymi... po Marii?

I odwrócił się; trudno mu było zadać to pytanie.

Mądrala westchnął i nic nie odpowiedział.

Prowadził Siergieja koło teatru MChAT na most Kuźniecki, potem Pietrowką koło Łaźni 

Sandunowskich, i do góry, garbatą przecznicą. Szli szybko.

Dronow bał się spytać o rzecz najważniejszą. W końcu zebrał się na odwagę.

- No jak? Wyjaśniło się coś?

Darnowski zwyczajnie, bez krygowania się, odpowiedział:

- Znalazłem ją.

- Gdzie jest?! - Siergiej się zatrzymał. - Gdzie ją ukryłeś?

- Gdybym ją ukrył, tobym nie przyszedł po ciebie. - Darnowski obejrzał się ponuro. - Na 

co   ty  właściwie   jesteś   potrzebny?!  Wolałbym   cię   już   w   życiu   nie   oglądać.   Przez   ciebie, 

głupka, wszystko to się stało.

- Przeze mnie?! - Dronow zacisnął pięści, ale się opanował. To nie był czas na bijatykę. - 

Gdzie jest Maria, mów, gnoju!

- Annę trzymają w pewnej sekretnej instytucji. I bez ciebie jej stamtąd nie wyciągnę. 

Zaraz pokażę ci to miejsce.

Szli przecznicą za ulicą Żdanowa; Siergiej słabo znał tę okolicę. Na tabliczce widniał 

background image

napis „Czarnoposadzka”.

Darnowski pewnym krokiem wszedł do bramy starego dwupiętrowego domu - brudnego, 

z zakurzonymi, częściowo wybitymi szybami. Jasne: do rozbiórki, wykwaterowali lokatorów.

Pod oknem w wielkim pustym mieszkaniu, gdzie pachniało śmieciami i myszami, stał 

zachlapany farbą taboret. Na parapecie - kilka pustych butelek po kefirze i wodzie mineralnej.

- Co tutaj jest? - spytał Siergiej, rozglądając się.

- Mój  punkt obserwacyjny.  Przesiedziałem tu przeszło tydzień, od rana do wieczora. 

Obserwowałem tamten dom.

Dronow spojrzał tam, gdzie pokazywał mądrala, ale nie zobaczył domu, tylko wysokie 

murowane   ogrodzenie.   Portiernia,   solidna   brama,   zamykana   automatycznie.   Zza   muru 

sterczały   wierzchołki   drzew,   a   w   głębi   widniał   pozieleniały   blaszany   dach.   Chyba   więc 

zwykła moskiewska willa, w starych dzielnicach jest takich pełno. Koło wejścia wisiał jakiś 

szyld, ale stąd się go nie odczyta. Co jeszcze? Tabliczka z numerem domu: osiem.

Stop! To tamten chłopak wspominał o domu numer osiem, który skoczył z urwiska. To 

znaczy nie dom skoczył, tylko chłopak. Locha miał na imię.

- Sanatorium, tak? - nie wiadomo czemu szeptem spytał Siergiej. - To Sanatorium?

- A chuj go wie. Ale ona jest tam na pewno.

Skąd wiesz, chciał spytać Dronow, ale z wyrazu twarzy towarzysza zrozumiał, że tamten 

nie powie. Dobra, nieważne.

- A czemu nie podejdziemy bliżej, tylko stąd się gapimy, co?

- Widzisz kamery?

Siergiej przyjrzał się: no, fakt. W jednym rogu kamera wideo, w drugim tak samo.

-   W   uliczce,   na   którą   wychodzi   prostopadła   ściana,   są   jeszcze   dwie   kamery.   I   z 

przeciwnej strony też. Tutaj wszystko jest na serio.

- A co jest napisane na szyldzie?

Darnowski wyjął z kieszeni lornetkę teatralną.

- Dobra, ośmiokrotne powiększenie, pożyczyłem od znajomej.

INSTYTUT MEDYCYNY SĄDOWEJ. LABORATORIUM NR 4, przeczytał Siergiej, 

kręcąc śrubą. Medycyny sądowej?

background image

- Pic na wodę. Dowiadywałem się: W IMS nie ma żadnego laboratorium nr 4. Nawet nie 

słyszeli o takim. Dom numer 8 na Czarnoposadzkiej należy do KGB, jak połowa budynków w 

tej   dzielnicy.   Wyjaśniłem,   że   w   tej   willi   za   Stalina   mieścił   się   jeden   z   wydziałów 

Speclaboratorium. Słyszałeś o takim?

Dronow pokręcił głową.

- Strasznie utajniona placówka, gdzie zajmowano się eksperymentami chemicznymi i 

medycznymi.   Różne   trucizny,   środki   psychotropowe   i   inne   paskudztwa   do   walki   z 

faszyzmem, imperializmem i wrogami ludu. Pewnie i teraz ślęczą nad czymś specjalnym. W 

każdym razie pracują tam sami w okularach, tacy jak ja. Już wszystkich znam z wyglądu.

- A ochrona jak?

- Sześciu, poznać ich po mordach - bez okularów i choćby śladów intelektu. Zmieniają 

się co dobę - trzech na trzech.

- Trzech to nic - uspokoił go Siergiej.

- Milo to słyszeć. Tylko jak dostać się do środka? Pracownicy wchodzą i wychodzą o, 

przez tę portiernię. Jeśli ktoś jest samochodem - otwiera się brama, ale ochroniarz ma się na 

baczności, nikt się nie prześlizgnie.

- Pracowników dużo?

- Nie. - Darnowski wyciągnął notesik. - Ze stale przychodzących naliczyłem siedmiu 

facetów i trzy baby. Czworo przyjeżdża samochodami, reszta przybywa pieszo. Bywają  i 

odwiedzający. Jeden raz przyjechało pogotowie. I to jaki wypas, merc. Co jeszcze? Szefem 

jest taki łysy, starszy gość. W dni powszednie przywożą go wołgą, a w dni wolne (on siedzi tu 

i w soboty, i w niedziele) przyjeżdża „piątką” sam, numer K4400 MO.

- To zastrzeżony. Takich gliny nie zatrzymują.

- Oni tu pracują do późna, gdzieś tak do wpół do ósmej, ale łysy zawsze zostaje dłużej. 

Wczoraj wyjechał o dziesiątej, a czasem nawet później. Pracoholik.

Z portierni wyszedł mężczyzna w kapeluszu.

- Siódma dwadzieścia dziewięć - powiedział Robert. - Zaraz będą wyjeżdżać.

No i rzeczywiście: w ciągu dziesięciu minut zza murów wyjechały trzy samochody, a 

dwóch facetów i dwie baby wyszli pieszo.

- W laboratorium (jeśli to laboratorium) został łysy. Wołga ani razu nie przyjechała po 

background image

niego wcześniej niż o dziewiątej. - Darnowski sprawdził w notesie. - I jeszcze powinna być 

młoda blondynka, farbowana. Jeśli oczywiście nie wyszła wcześniej, kiedy byłem po ciebie.

- Laboratorium? - Doszło nagle do Siergieja. - I Marię tutaj przywieźli? A... A co z nią 

robią?!

- Skąd mogę wiedzieć?! - obruszył się Darnowski i zrobiło się jasne, że to pytanie też nie 

daje mu spokoju. - Nie pytaj, tylko słuchaj. Plan mam taki. Wczoraj wyśledziłem łysego. Nie 

mam auta, musiałem nająć prywatnego szoferaka. Powiedziałem mu, że żona mnie zdradza. 

Dobra, nieważne. Ważne, że mieszka na prospekcie Lenina, w stalinowskim gmachu. Jutro 

sobota,   tak?   Pojedzie   swoją   „piątką”.  Ty   go   przechwytujesz   od   razu   na   podwórzu.   Bez 

obrażeń  cielesnych,  ostrożnie.  Siadamy  do bryki,  ja  z  nim  sobie  szczerze  porozmawiam. 

Wyjaśnię wszystko, co trzeba. Powie nam, co tu robią z Anną. Potem przewiezie nas do 

środka;   my  schowamy  się   z   tyłu.   Jego   samochodu   nie   sprawdzają,   ochroniarz   po   prostu 

macha ręką, i po krzyku. No, a w środku będziemy działać stosownie do okoliczności. Jak 

oceniasz plan?

- Do dupy - przyciął mu Siergiej. - Ty tu przeszło tydzień bawisz się w partyzanta, a ją 

tam może męczą! I jeszcze mamy czekać do jutra? A gówno.

- Baranie, pokazywałem ci: tutaj są kamery, a mury na trzy metry.

- Trzy dwadzieścia, trzy trzydzieści - poprawił go Dronow, patrząc przez lornetkę. - 

Gówno, Łukicz. Przekombinowałeś. Marię wyciągniemy dzisiaj. Teraz, zaraz.

Jak w dzieciństwie

Cały czas patrząc pod nogi, Siergiej chodził po pokojach, gdzie na podłodze walało się 

rozmaite barachło.

Mądrala łaził za nim, ciągle chciał zajrzeć mu w twarz.

- Co wymyśliłeś? Czego tak szukasz?

Siergiej wziął starą szelkę, naciągnął. Nie, za słaba. Wyrzucił.

Znalazł w łazience gumowy termofor - to właśnie to, czego mu potrzeba. Odciął z niego 

pasek, pociągnął kilka razy i ucieszył się. Połowę roboty miał za sobą.

background image

Teraz widełki. Pod ścianą stały plecy od żelaznego łóżka. Przeszedł w Rytm, rozwalił 

spojenia. Przymierzył i tak, i siak. Nie wychodziło.

- Chodź, pójdziemy na piętro.

Darnowski   już   nie   pchał   się   z   pytaniami,   tylko   zaglądał   Siergiejowi   w   twarz.   Ten 

odwracał się od niego jak od natrętnej muchy; teraz mądrala mu przeszkadzał.

Na pierwszym piętrze drzwi mieszkań były zabite, ale to głupstwo; wystarczyło jedno 

dobre kopnięcie. Znalazło się i to, czego Siergiej szukał - rama dziecięcego rowerka. Zbędne 

części odłamał, zostawił żelazne widły w kształcie litery Y.

-   Cóż   ty  robisz?   -   nie   wytrzymał   Darnowski,   patrząc,   jak   Siergiej   mocuje   pasek   do 

kawałka żelaza.

Dronow naciągnął, przymierzył się.

- Od razu widać, żeś inteligencja, Łukicz. Nie miałeś dzieciństwa. Nie strzelałeś nigdy do 

wróbli.

- Aha, to proca?

- U nas na podwórzu się mówiło „widełki”. Rozeschnięte okno absolutnie nie chciało się 

otworzyć, trzeba było znowu na chwilkę przejść do Rytmu.

Za to potem zobaczyli nie tylko ścianę, ale i górną część willi, która okazała się całkiem 

nieduża, parterowa. Był tam i ganek z kolumnami, i schodki.

- Przynieś tu nakrętki, śruby, wszystko, co znajdziesz - polecił Siergiej Robertowi.

Pierwszy   pocisk   uderzył   w   mur   daleko   od   kamery,   o   półtora   metra   w   bok.   Mimo 

wszystko Siergiej nie strzelał od piętnastu lat.

Drugi trafił bliżej. Trzeci tuż obok.

Za czternastym razem Dronow trafił w obiektyw. Z kamery bryznęły iskry, rozległo się 

solidne brzęknięcie; nawet przez ulicę było dobrze słychać.

Na dworze tymczasem już prawie się ściemniło, a latarń jeszcze nie zapalono - o to 

chodziło.

- Za mną!

Siergiej przeszedł na „toko tak” i zbiegł po schodach; dopadł muru w polu widzenia 

rozbitej kamery. Podskoczył na dwa metry, łatwo się podciągnął i od razu rozpłaszczył na 

background image

murze. Z tyłu strasznie powoli tuptał mądrala.

Dronow wychylił się i podał mu rękę. Tamten podskoczył, chwycił jego dłoń, ale w 

żaden sposób nie umiał wleźć, bezradnie suwał nogami po ścianie.

Siergiej stęknął i wciągnął towarzysza na mur. Zeskoczył na ziemię z drugiej strony i 

pomógł zejść inteligentowi. Darnowski sapał jak parowóz; miał naciągnięte ramię, ale tak w 

ogóle trzymał się dzielnie. Szeptem spytał:

- Aaa daaaleeej?

W krzaki, pokazał Dronow.

Schowali się.

Od chwili udanego strzału minęło półtorej minuty, nie więcej.

Z domu leniwie wyszedł „kark” w ciemnym kombinezonie. Podszedł do ściany. Zadarł 

głowę, popatrzył na wyłączoną kamerę.

- Cooo taaam? - Z budki portierni wyjrzał inny ochroniarz, z gazetą w ręku.

- Kaaameraa niee dziaałaa. Niee maaa oobraaazuuu. Iiidee pooo Sieeemioonyyyyczaaa.

Wrócił do willi i po pięciu minutach przyprowadził trzeciego typa, który na ramieniu 

niósł składaną drabinę, a w ręku skrzynkę, pewnie z narzędziami.

- Suuupeeer! - chuchnął mądrala Siergiejowi do ucha. - Wszyyscyyy trzeeej soo tuuutaaj. 

Daaleej,   tyylkoo   zaaałaatw   iiich   naa   ameen,   żeebyy   niee   wstaaalii.   Zaa   jeeednyym 

zaamaacheem.

Też  się znalazł  doradca. Tak jakby Siergiej  sam nie  wiedział. Ten, którego  nazywali 

Siemionycz, powoli wlazł na drabinę i gramolił się w kierunku kamery.

-   Niee,   saamii   niee   damy   raadyy.   Peękłaaa.   Dzwooń,   Waaasiaa,   nieech   przyyyśloo 

Gaaawriiłeee z teechniczneeeego.

Dronow porwał się z miejsca. Ochroniarza, który stał pod drabiną, walnął pięścią w kark, 

aż chrupnęło. Spod Siemionycza wyszarpnął drabinę, a kiedy ten spadał powoli na ziemię, 

ruszył do budki i solidną fangą w nasadę nosa załatwił czytelnika gazet na dobrych kilka 

godzin, a może na zawsze.

Tam, z powrotem - dwie sekundy. Siemionycz zdążył i trzasnąć się, i wrzasnąć, a nawet 

sięgnąć pod pachę, ale oczywiście nie zdążył wyjąć spluwy. Siergiej już był pod murem i dał 

background image

kopa w skroń ostatniemu z ochroniarzy.

Po czym, nie tracąc czasu, ruszył ku gankowi; z Rytmu na razie nie wychodził.

To właśnie uratowało mu życie.

Dronow wpadł do niewielkiej dyżurki i pierwsze, co zobaczył - to szereg monitorów z 

boku   nad   kontuarem.   Siedem   z   nich   pokazywało   przylegające   uliczki   i   podwórze,   jeden 

wypełniał drobny śnieżek, w tym, który był na górze, widniała ścieżka wiodąca od bramy, a 

ścieżką, ledwo unosząc nogi, biegł Darnowski. To byłoby nieźle, tyle że za kontuarem stał 

krótko   ostrzyżony   facet   w   garniturze   i   w   krawacie.   W   lewej   ręce   trzymał   słuchawkę 

telefoniczną, w prawej - automat stieczkin, dokładnie taki sam, jaki mądrala zdobył w lesie.

- Stać! - rozkazał.

A to łoś z Darnowskiego! „Tylko trzech”!

Gdy Siergiej odrobinę się poruszył, ochroniarz puścił serię.

Dronow ledwo zdążył przysiąść. Po raz drugi ktoś strzelał do niego, stojąc z nim prawie 

oko w oko, ale ten był o wiele szybszy niż tamten bandzior, a i gnata miał lepszego.

Siergiej zaczął skakać po niedużym pomieszczeniu niczym pajac, myśląc nie o tym, jak 

załatwić ochroniarza, tylko żeby wyjść z tego cało. Skoczył na parapet, tam zrobił salto i 

wylądował na wieszaku; potem dał susa w stronę lustra.

Krótkie, drapieżne serie prawie że za nim nadążały. Rozniosły w drzazgi parapet, dały 

rykoszet od okna (szyby mieli chytre, kuloodporne). Rozpieprzyły w kawałki lustro.

- Ta ta ta! - Do terkoczących serii stieczkina przyłączył się drugi, taki sam odgłos.

Ochroniarza odrzuciło na stół, strzelanina się skończyła.

W drzwiach stał Darnowski, bardzo blady, z pistoletem w ręku. Najwyraźniej miał go 

przy sobie, a koledze nic nie powiedział.

- Ty Stirlitzu zasrany! - warknął na niego Siergiej - Mówiłeś, że jest tylko trzech! Mało 

mnie tu nie załatwił przez ciebie!

- Cooo? - Towarzysz nie zrozumiał jego szybkiej mowy, ale sam zaczął mówić to samo. - 

Nieee rozuuumieem, skood wzioooł siee jeszcze jeeeden. Może czwaaarty zmieeeniaa siee 

noocooo? Dobraaa, niewaaażnee. Daaleeej!

Dronow bez niego wiedział, że trzeba się ruszać żwawiej,  bo łysy naczelnik albo ta 

background image

farbowana   laska,   o   której   mówił   Darnowski,   po   takiej   kanonadzie   pewnie   już   złapali   za 

telefon.

Co do dziewuchy się jednak omylił. W korytarzu wpadł na nią od razu za pierwszym 

zakrętem. Biały kitel, usta otwarte, wytrzeszczone oczy za okularami. Zastygła i stoi. Pewnie 

usłyszała strzelaninę i osłupiała. Albo może wyskoczyła z gabinetu popatrzeć, co się dzieje, a 

tu z naprzeciwka - Siergiej, człowiek-błyskawica.

-   Trzyyymaaj   jooo!   -   zawołał   z   tyłu   Darnowski.   Podbiegł,   odepchnął,   wczepił   się 

dziewusze palcami w ramiona i przewiercał wzrokiem jej twarz.

Pytanie składało się tylko z jednego słowa:

- Gdzie?

- Ktooo? - pisnęła cieniutko blondynka.

- Sama wiesz!

Nic nie odpowiedziała, tylko przełknęła ślinę, ale mądrala ni stąd, ni zowąd rzekł:

- Taak, pootrzeebuujeemy Iiljiii Pieetroowiicza. Gdziee jeegoo gaabiineet? Proowaadź!

Okularnicy krew odpłynęła z twarzy. Ale nie próbowała się opierać. Pokazała gdzieś 

drżącym palcem:

- Too taam...

-   Prędzej,   bo   łysy   wezwie   posiłki!   -   krzyknął   Siergiej,   który   nie   mógł   już   znieść 

powolności tamtych dwojga.

Darnowski go zrozumiał. Może już pomału przywykł do prędkiego mówienia?

- Nie wezwie. Jest w pomieszczeniu dźwiękoszczelnym. Nie mógł słyszeć strzałów.

- Skąd wiesz?

Mądrala tylko uśmiechnął się swoim przeklętym uśmieszkiem. Kiedyś będzie musiał go 

połknąć razem z zębami, obiecał sobie Dronow, a towarzysz od razu spoważniał. Jak gdyby 

go słyszał.

Korytarz kończył się drzwiami zamykanymi elektronicznie.

- Otwieraj! - rozkazał Robert.

A Siergiej już wyszedł z Rytmu. Nie można go nadużywać; zabiera zbyt dużo sił, a te 

background image

jeszcze mogą się przydać. Blondynka powiedziała cicho:

- Kod zna tylko Ilja Pietrewicz...

Darnowski znowu ujął dziewczynę za ramiona, jak gdyby miał zamiar ją pocałować.

- To wywołaj go.

Domyślił się, że łysego Ilję Pietrewicza można wywołać! Mądrala to mądrala.

Okularnica nacisnęła jakiś guziczek:

- Tak - odezwał się miły męski głos.

Na wszelki wypadek Siergiej wziął blondynkę dwoma palcami za kark i nacisnął - niby 

że „w razie czego skręcę ci kark”. Darnowski też wniósł swój wkład: do skroni przystawił jej 

stieczkina.

- Iljo Pietrewiczu, to ja, Alina.

Pisnął zamek, drzwi się otwarły.

Cicha woda

Siergiej od razu złapał igłę i ruszył do przodu. „Toko tak, toko tak!”.

Pokój   bez   okien.   Sztuczne,   silne   światło.   Jakieś   wymyślne   urządzenia,   szafy   z 

próbówkami,   niezrozumiałe   schematy   na   ścianach.   Za   dużym   biurkiem,   zawalonym 

papierami - łysy wujo w złotych okularkach. Z wyglądu profesor.

Zobaczył gości i sięgnął ręką gdzieś w dół, ale gdzieżby tam mógł wyprzedzić Dronowa. 

Siergiej skoczył wprost od drzwi na biurko, pchnął owego Pietrowicza, ale nie silnie; tak żeby 

razem z fotelem na kółkach odjechał od guzika (albo co tam miał).

Mimo wszystko pchnięcie było solidne - łysy zatrzymał się dopiero na ścianie; przy 

okazji rąbnął o nią tyłem głowy, ale niezbyt silnie, w każdym razie nie stracił przytomności.

Od razu zbladł, okulary mu się zsunęły, usta zaczęły drżeć. Zorientował się, co jest grane.

Darnowski siłą usadził w drugim fotelu blondynkę imieniem Alina. Uprzedził ją:

- Jak chcesz żyć, to siedź cicho.

Potem przechylił się przez stół i miło, choć z naciskiem zapytał:

background image

- Gdzie ona jest?

- Pan jest Darnowski. A pan - Dronow...

Pietrowicz   przeniósł   wzrok   z   jednego   na   drugiego   i   nagle   zamknął   oczy.   Pewnie   z 

przestrachu...

Farbowana baba zawołała: „Oj!”, i też zasłoniła oczy dłońmi.

- Patrzeć tu! - warknął Robert.

Profesor pokręcił głową.

- Siergiej, zmuś go, żeby otworzył oczy!

- Po co? - zdziwił się Dronow. - Gdyby zatkał uszy, to inna sprawa. A pytać możesz i tak.

- Rób, co mówię! - rozzłościł się mądrala.

- A jak go mam zmusić?

- Nie wiem! Przyłóż mu!

Nagle Siergiej się rozzłościł. Tym bardziej że już wypadł z Rytmu.

- Idźże ty! Co to ja, gestapo jestem? Niech gada zwyczajnie. A jak nie będzie gadał, to 

mu łysinę na pępek wciągnę.

- Nie jest pan na bieżąco, Siergieju Iwanowiczu - powiedział profesor, nie podnosząc 

powiek. - Pański przyjaciel potrafi skanować przez oczy emanację substancji podkorowej.

- Co?

- Czyta cudze myśli. Ma taki dar.

Siergiej z początku pomyślał, że Pietrewicz robi z niego durnia. Ale potem coś sobie 

przypomniał i powoli odwrócił się do tego judasza Roberta. Gdzie by ci wpieprzyć, gadzino 

podła, w okulary czy w szczenę?

- Ja ci wpieprzę! - Darnowski szybko zasłonił twarz, czym ostatecznie się zdradził. - Co, 

nie zrozumiałeś, Einsteinie? Ilja Pietrowicz chce nas skłócić.

Obszedł stół dookoła i rękojeścią stieczkina jak nie trzaśnie łysego w łeb!

- Gdzie jest Anna?

Rację miał Robert, bydlak, po tysiąckroć rację. Nie czas na kłótnie, potem się policzymy.

- Tak, gdzie jest Maria? - warknął Dronow i pokazał profesorowi pięść.

background image

- Tutaj jej nie ma.

- Nie kłam! - krzyknęli obaj naraz, a Darnowski znowu stuknął Pietrewicza, tym razem w 

łysinę.

- Tylko nie w głowę, proszę - żałośnie poprosił tamten. - Nie odmawiam odpowiedzi na 

wasze pytania. Pani, której szukacie, rzeczywiście przebywała tu przez pewien czas. Potem 

została   przewieziona   w   inne   miejsce.   Jeśli   się   nie   mylę,   dwunastego.   Nie,   przepraszam, 

trzynastego. Skończyliśmy robotę, więc nie było sensu jej tu dłużej trzymać.

- Jaką robotę? - drżącym głosem spytał Dronow.

-   Badania   kompleksowe:   fizjologiczne,   neurologiczne,   psychometryczne,   analiza 

chemiczna. Stwierdziliśmy, że nie jest zomboidem, i wysłaliśmy ją do Sanatorium.

- Zomboidem?

Siergiej popatrzył z zakłopotaniem na Roberta, ale ten też najwyraźniej nie rozumiał.

- No, że nie jest policajem - wyjaśnił profesor, nadal nie otwierając oczu.

- Co ty mi tu farmazony opowiadasz?! - wybuchnął Dronow. - Zaraz ci wydrę gały, żeby 

w nie Łukicz zajrzał! Gdzie jest Maria?

Łysy aż się skurczył.

- Przysięgam, że zawieziono ją specjalnym samochodem do Sanatorium.

- Trzynastego? - Robert przejrzał notes. - Karetką, o piętnastej dwadzieścia jeden?

- Nie pamiętam, o której. Zdaje się, że tak, w środku dnia. Sam pan może sprawdzić.

Zasłaniając oczy przed Darnowskim, podjechał na fotelu do biurka i zaczął przeglądać 

teczki.

Siergiej zauważył, że Alina zerka przez palce, ale za każdym razem, kiedy Robert patrzy 

w jej stronę, znowu szczelnie się zasłania.

A  to   ci   cwanizna,   ten   Robik!  To   w   ten   sam   sposób   grzebał   Marii   w   myślach?   Nic 

dziwnego, że zawrócił dziewczynie w głowie.

- O, proszę.

Profesor pokazał ciemnoniebieską teczkę z naklejką:

background image

M.I. Dolina, ur. 1970, kategoria Z/M (?)

- Co to jest kategoria Z/M? - nachmurzył się Darnowski.

-   Zomboid   albo   mutant.   My   się   zajmujemy   pierwszymi,   drugimi   -   Sanatorium. 

Obywatelka Dolina nie należy do nas, dlatego została tam wysłana.

Patrzcie, okazuje się, że nazwisko jej brzmi „Dolina”. Ładnie, a co do imienia...

-   M.I.!   Widziałeś?   -   rzeki   Siergiej   z   triumfem   do   mądrali,   profesora   popychając   z 

powrotem do ściany, żeby nie sięgał do guzika. - Mówiłem, nie żadna Anna, tylko Maria. I 

co?

- Jakie zomboidy, jakie mutanty? - Robert potrząsnął głową, a na Siergieja machnął ręką. 

- Sam jesteś Maria. Dawaj to tutaj.

Otworzył teczkę, przeczytał na głos:

- Nazwisko: Dolina. Imię: Marianna. Imię odojcowskie: Igorjewna...

Wymienili spojrzenia. Marianna, tak ma na imię. To znaczy i Maria, i Anna...

Siergiej zajrzał do akt.

Po danych ankietowych, których Robert, śpiesząc się, nie czytał dokładnie, nastąpiły 

jakieś   schematy,   diagramy,   sprawozdania,   naszpikowane   niezrozumiałymi   terminami,   i 

kolorowe zdjęcia. Właśnie zdjęciom Siergiej najuważniej się przyglądał.

Twarz Marii, to znaczy Marianny,  en face,  z profilu, głowa z tyłu. Oczy zamknięte, a 

włosy, cudowne włosy miodowej barwy, ostrzyżone do skóry. To świnie!

Chociaż nawet ogolona na zero wydała mu się niezwykle piękna. Nigdy by nie pomyślał, 

że naga głowa kobieca wygląda tak bezbronnie, tak... no co, seksownie, a czemu by nie?

- Dlaczego ją ostrzygliście? - nieprzyjemnym tonem spytał Robert.

-  To   niezbędna   procedura   przy  noografii   -   odpowiedział   Pietrowicz,   znów   używając 

niezrozumiałego terminu.

- A dlaczego oczy ma zamknięte?

- Jest po zastrzyku usypiającym.

Były jednak w teczce zdjęcia jej otwartych oczu, prawego i lewego oddzielnie.

background image

-   Nawiasem   mówiąc,   pani   Marianna   ma   niezwykłe   oczy.   Tęczówka   w   różnym 

oświetleniu zmienia światło, nawet zaczęliśmy się spierać co do tego, który z odcieni jest 

bazowy. W naturze coś takiego spotyka się wyjątkowo rzadko.

Siergiej chciał powiedzieć, że Maria ma zielone oczy, ale zobaczył następną fotografię i 

zaniemówił.

Leżała tam całkiem naga: na plecach, potem na brzuchu.

Dalej były już same wzory.

- Nic pan z tego nie zrozumie - ostrożnie wtrącił się profesor. - Niech pan popatrzy na 

sam koniec.

Na ostatniej stronie widniał zapis: 13.05.90 o 15.15 wysłana do Sanatorium z diagnozą 

„M”.

- Widzicie, przecież mówiłem.

- Kto to jest „policaj”? - nagle ni w pięć, ni w dziewięć spytał Robert. - Kiedy pańska 

pomocnica zobaczyła nas w korytarzu, jej pierwszą myślą było: „Policaje! Czyżby błędna 

diagnoza?”.

Ilja Pietrowicz milczał.

- Co z nami zrobicie? Zabijecie nas? - drżącym głosem spytała Alina.

- Jak będziecie się rzucać, na pewno was sprzątniemy - obiecał Siergiej. - Pytaj, Robik!

Mądrala zaczął cedzić słowa:

- Pytanie pierwsze: co to są „policaje”? Pytanie drugie: co to są „zomboidy”? Pytanie 

trzecie: co to są „mutanty”? Pytanie czwarte: czym zajmuje się Sanatorium? Pytanie piąte: jak 

tam trafić? To pierwsza porcja pytań. Chce pan dożyć do drugiej - niech pan odpowiada.

I szczęknął bezpiecznikiem. Łysy zadrżał. Jeśli już wykończyć, to najpierw  tę blond 

cholerę, pomyślał Dronow. Ona mniej wie, a Pietrowicz niech zobaczy, co go czeka. Robert 

też chyba doszedł do takiego wniosku.

- Nie, zaczniemy od pani. Ladies first.

Przeniósł lufę na Alinę.

Ta szybko odpowiedziała:

- Ilja Pietrowicz was oszukał. Teczka jest fałszywa. Wasza przyjaciółka jest tutaj, na 

background image

podziemnym piętrze. W separatce.

Gwałtownie odwróciła się do profesora.

Ten z pretensją w głosie wymamrotał:

- Ach, Alina, Alina... - i powoli, niechętnie skinął głową.

- Dalej, wstawać - rozkazał strasznie zdenerwowany Dronow. - Prowadźcie!

Szli w takiej kolejności: z przodu Pietrowicz i Siergiej, z tyłu Robert ciągnął pod rękę 

przerażoną Alinę.

Z korytarza do piwnicy wiodły schody kończące się stalowymi drzwiami.

- Ja znam ten kod - powiedziała blondynka. Widać naprawdę nie chciała umierać.

Podotykała przycisków paluszkami i masywne drzwi się otworzyły. Za nimi było coś w 

rodzaju przedsionka, długiego na trzy metry, a potem jeszcze jedne drzwi. Alina podkapowała 

szefa:

- Drugi kod zna tylko Ilja Pietrowicz.

- Pietrowicz nam otworzy, prawda? - Siergiej z lekka szturchnął łysego łokciem pod 

żebra.

- Tak, tak, oczywiście - wymamrotał tamten.

Był mocno zdenerwowany - nie mógł trafić na właściwe przyciski.

A Siergiej aż dygotał, taki był podniecony. Czyżby miał zaraz zobaczyć Marię?

- Jeśli wy, dranie, cokolwiek jej...

- Nie, nie, zapewniam pana, jest całkiem zdrowa!

Nareszcie.

Drugie drzwi też się otwarły.

- Jeśli pan pozwoli, ja pierwszy - powiedział profesor. - Tu trzeba wiedzieć, gdzie się 

zapala światło.

I ruszył do przodu w ciemność.

Dronow chciał pójść za nim, nagle z tyłu usłyszał krzyk, huk.

Obejrzał się i zobaczył, że Robert zgiął się wpół, a blond cicha woda z rozmachem wali 

go kantem dłoni w szyję.

background image

Pistolet upadł na podłogę, Darnowski zgiął się już chyba w dziesięcioro. Siergiej ruszył 

ostro do przodu, ale Alina zdążyła wyskoczyć z powrotem na schody i zatrzasnąć za sobą 

drzwi. Obrócił się w drugą stronę, by zobaczyć, że drugie drzwi też się zatrzaskują.

Rytm już się włączył, ale co z tego?

Dronow walnął w jedne drzwi, w drugie. Gdzie tam. Nawet granatem się ich nie rozwali.

A jednak tak się wściekł, że raz za razem rzucał się, kopał, tłukł o stal pięściami; aż piana 

leciała mu z ust.

Darnowski,   jedną   ręką   trzymając   się   za   pachwinę,   drugą   za   kark,   zaczął   jęczeć 

przeciągle:

- Uuspookóój siee, buuldożeeerze! Aaaż weee łbieee huuuczyy. Niee roozuumieeeesz? 

Tooo kooonieec. Juuuuż pooo naaas...

background image

Rozdział piętnasty

No, tośmy się obudzili

Melodia, jak zwykle, obudziła się pierwsza.

Najpierw Robert usłyszał jej potężny, triumfalny łoskot; potem otworzył oczy, zobaczył 

biały   sufit   i   kroplówkę   przy   łóżku,   wciągnął   w   nozdrza   specyficzny   szpitalny   zapach   i 

powiedział w duchu: „Właśnie ocknąłem się po wypadku, powinno się wydarzyć ze mną coś 

cudownego - jestem tego pewny”.

Przetarł oczy,  bo obraz  rozpływał się  i dwoił - o wiele silniej,  niż gdyby po prostu 

zdejmował okulary.

Ale nie zaczął lepiej widzieć. Wtedy przekręcił głowę, zobaczył szafkę i zaczął macać po 

niej ręką.

Okularów nie było. Rozbiły się może? Szkoda, mimo wszystko to Dior.

Dziwne. Mam okulary od Diora, a chodzę w indyjskich dżinsach za dwanaście rubli. 

Zmarszczył czoło, z trudem doprowadzając do ładu mechanizm myślenia i pamięci.

Doprowadził.

Przypomniał sobie.

Wstał gwałtownie.

Cholera! Gdzie są okulary? Nic porządnie nie może zobaczyć!

Robert   nie   miał   dużej   wady  wzroku,   ledwie   minus   dwa,   i   mógłby  na   dobrą   sprawę 

obchodzić się bez okularów, jeśliby, oczywiście, nie prowadził samochodu. Ale w czasie, 

kiedy był nieprzytomny, jego wzrok katastrofalnie się pogorszył. Zamiast okna widział jasną 

plamę, zamiast lampy pod sufitem - koło, a kąty dosyć obszernej sali (czy celi?) w ogóle się 

rozpływały.

Spokojnie, powiedział sobie w duchu Darnowski. Trzeba zaprowadzić w tym chaosie 

porządek. Odtwórzmy wypadki po kolei.

Dziesiąty maja - pamiętam.

background image

Szaloną pogoń po Lesie Artiuchowskim, a potem przez pole - pamiętam.

Potem podsłuchał wewnętrzny głos gliniarza: To oni, kuma! Zaraz trzeba zameldować!, 

zrozumiał, że porwana niwa jest ścigana. Rozstał się z Dronowem. Co potem? Ach, prawda, 

Nina.

Skrzywił się.

Kiedy trzeba było znaleźć jakiś azyl czy tak zwaną melinę, Robert się nie patyczkował. 

Poszedł do kulturalnego miejsca, do Teatru na Tagance; poczekał na ulicy, aż będzie przerwa i 

publiczność   wyjdzie   na   papierosa,   a   wtedy   zaczął   szukać   wzrokiem   samotnych   kobiet. 

Przeczytał u jednej - o sobie: Patrzy na mnie, niechby lepiej podszedł. Sympatyczny i chyba  

nie żłób. Daj sobie spokój, Ninka. Nie dla ciebie taki fart. Wszystkie kobiety dookoła, ma się 

rozumieć,   wydawały   mu   się   okropnie   brzydkie,   ale   ta   była   brzydka   nawet   według 

standardowych pojęć: grubawa, kaczy nos, niezbyt zadbana. W ogóle, typical: „stara panna, 

sawantka”. Pokręcił się koło niej, kompletując informacje. Samotna. Tłumaczy z angielskiego 

i   udziela   korepetycji.   Nieźle   zarabia.   Mieszka   sama.   Faceta   nie   ma   i   już   straciła   na   to 

nadzieję. Mówi o sobie „Ninka”.

Właśnie u niej się przechował, kiedy prowadził obserwację willi na Czarnoposadzkiej. 

Chodził tam jak do pracy, nie było go od rana do późnego wieczora, a nocami płacił za azyl - 

pocieszał   panią   domu   za   pomocą   psychoanalizy   i   seksoterapii.   Z   tą   ostatnią   nie   było 

problemów.   Ledwie   wspomniał  Wenus   Anadyomene,  od   razu   stawał   się   seksualnym 

stachanowcem.

Ninki oczywiście szkoda. Wykorzystał poczciwą babę i zwiał bez pożegnania. Chociaż 

kto z kogo korzystał, właściwie trudno powiedzieć. Do samej emerytury będzie miała co 

wspominać.

Gorzej   z   Inną.   Powinna   wrócić   dwudziestego   czwartego,   a   dzisiaj   już...   którego 

właściwie?  Czy jeszcze ciągle  jest dziewiętnasty maja?  Zmrużył  oczy,  bo z  okna padało 

mocne światło. Nie, już dwudziesty. Ile godzin przeleżał bez świadomości?

Wczoraj wieczorem obaj z Dronowem, jak dwaj idioci, dali się złapać w najprostszą w 

świecie   pułapkę.   Cicha   myszka   Alina   owinęła   ich   wokół   palca,   a   Ilja   Pietrowicz   z 

przymrużonymi oczami w lot ją zrozumiał. Nie było tam w piwnicy żadnej Anny, to jasne.

W pułapce musieli tkwić dosyć długo, już nie starczało im tlenu, na całym ciele wystąpił 

wstrętny pot. „Koniec, udusimy się”, powiedział Dronow. Wtedy jednak pod sufitem rozległo 

background image

się jakieś lekkie syczenie, powietrze się zakołysało, a Robert poczuł znajomy zapach. Piękne 

dzięki, już wąchałem; tak samo pachniał pojemnik wstrzelony przez okno.

Obaj, nauczeni doświadczeniem, zatkali nosy, a Siergiej jeszcze zasłonił usta mokrą od 

potu koszulą.

Ale po sekundzie Robert się rozmyślił.

- Niech nas usypiają - powiedział. - To znaczy, że jeszcze nie koniec. Oddychaj nosem, 

Rambo. Jaki mamy wybór? Sleep tight

*

Na tym wspomnienia się, naturalnie, skończyły. Dalej były tylko sny; długie, ciężkie, 

jednostajne, tak jak zwykle widzenia senne pochodzenia chemicznego. Wtedy, w mieszkaniu 

na Kuźminkach, czy to nawdychali się mniej, czy też skład był trochę inny - dość, że obudzili 

się szybko. A teraz całe ciało zdrętwiało, a na dworze był ranek albo już w ogóle dzień - 

proszę, jak leniwie świeci słońce.

Ale co mu się właściwie śniło?

Jakiś głos cały czas zadawał pytania. Inny, niejasno znajomy, na nie odpowiadał. Każde 

słowo dudniło donośnym echem. Rozmowa była niekończącą się udręką, ale czego dotyczyła, 

trudno orzec.

Robert znowu przetarł oczy, mając nadzieję, że mgła się rozwieje.

Nie, nie rozwiała się, ale - rzecz ciekawa - jego paznokcie były krótko przycięte. A miał 

je długie i niezbyt czyste, to dobrze pamiętał. Właśnie ten, na wskazującym, się ułamał, kiedy 

na Czarnoposadzkiej właził na ścianę. A teraz był w zupełnym porządku.

Proszę, co za obsługę tu mają, ironicznie stwierdził Darnowski dla dodania sobie odwagi: 

robią nawet manikiur.

Drzwi cichutko skrzypnęły. Wszedł człowiek, ale przez mgłę ani twarzy, ani ubrania nie 

można było dostrzec. Tylko że ciemny na dole i pośrodku, a góra biała. Pewnie siwy.

- No, tośmy się obudzili - powiedział wesoło dziwnie znajomy głos, chociaż Robert był 

przekonany, że słyszy go po raz pierwszy. - Kroplówka już nam niepotrzebna. Zaraz napijemy 

się świeżej kawki, pobudzającej miksturki i będziemy jak nowi.

Podszedł do łóżka, usiadł.

Robert mocno zmrużył oczy i dojrzał mądrą, pomarszczoną twarz, starannie zaczesaną 

*

  Miłego snu (ang.)

background image

siwiznę.

- Gdzie jestem? Kim pan jest?

- Jest pan w Sanatorium. Tak, tak, w tym właśnie. A ja jestem pułkownik Wasiljew, 

Aleksander Aleksandrowicz.

Stary! Na pewno ten. Ten właśnie, którego w myślach wspominał samobójca Locha.

Lekkie   kroki,   melodyjne   pobrzękiwanie,   aromat   kawy.   W   ubogim   polu   widzenia 

Darnowskiego pojawiła się wysoka kobieta w bieli.

- Dziękuję, Lusiu. Niech pani tu postawi. Kroplówkę proszę. Zręczne palce zajęły się 

łokciem Roberta - coś tam pociągnęły, coś posmarowały i chyba nawet przypudrowały.

- Czy coś jeszcze, Aleksandrze Aleksandrowiczu?

- Ubranie jest tutaj? Aha. No, to już wszystko. A pan, Robercie Łukiczu, niech wypije to. 

Pomoże panu uwolnić się od niepożądanych objawów.

Darnowski   ochoczo   sięgnął   po   szklankę.   Miał   szaloną   chęć   uwolnić   się   od 

niepożądanych   objawów,   szczególnie   od   tej   diabelskiej   mgły.   Żeby   popatrzeć   w   oczy 

towarzyszowi pułkownikowi.

Wypił do ostatniej kropli pachnącą mentolem miksturę. W głowie rzeczywiście mu się 

rozjaśniło. W oczach, niestety, nie.

- Co jest z moimi oczami? - spytał Robert - Proszę mi oddać okulary.

- Okulary są w kieszeni na piersi pańskiej kurtki; wisi, o tam, na krześle. Tyle że nic panu 

nie pomogą. Zakropiono panu atropinę, żeby zbadać dno oka. Proszę się nie obawiać, wzrok 

ma   pan   dosyć   przyzwoity.   Niewielka   krótkowzroczność.   Jeśli   pan   zechce,   można 

skorygować.   Mamy   dobre   układy   z   Centrum   Mikrochirurgii   Oka   profesora   Fiodorowa, 

załatwimy zabieg poza kolejnością.

Cholera, jak nie w porę, pomyślał Darnowski, a potem przypomniał sobie o profesorze 

Ilji Pietrowiczu. Pułkownik kituje z tym dnem oka. Po prostu kagebiści wiedzą o Darze. 

Dlatego wpuścili mu atropinę do oczu, żeby nie mógł czytać im w myślach.

- Lubi pan czarną, mocną arabikę, z trzema łyżkami cukru - Aleksander Aleksandrowicz 

nie spytał, ale jak gdyby sobie przypomniał.

- Skąd pan wie?

background image

Dziwaczny   pomysł:   aresztowali   Innę   i   przesłuchali,   od   nikogo   więcej   nie   mogli   się 

dowiedzieć o takim szczególe. E, bzdury! O co ją wypytywali, o kawę?

- Ja wszystko o panu wiem.

- Od kogo?

- Od pana, Robercie Łukiczu. Pan sam przecież mi to wszystko opowiedział w czasie 

naszych rozmów.

Darnowski zamrugał oczami.

- Czyżbyśmy się kiedyś spotkali? Jakoś sobie nie przypominam.

Wasiljew roześmiał się, ale dobrodusznie, nie szyderczo.

- Wiele, wiele razy. Pan tego po prostu nie pamięta. Widocznie panu się zdaje, że przespał 

pan kilka godzin, a w rzeczywistości gości pan u nas już długo.

A więc to nie były sny, te pytania, dudniące pod czaszką odpowiedzi...

- Pan mnie przesłuchiwał nafaszerowanego jakimś świństwem, paraliżującym wolę?

- Nie  tylko wolę. Co nie mniej  istotne, ten  preparat  ściera  w substancji  podkorowej 

wszelkie   wspomnienia   o   przesłuchaniu,   oprócz   najbardziej   podstawowych.  Wiem   o   panu 

wszystko. Absolutnie wszystko. I to, co nas interesowało z zawodowego punktu widzenia, i 

to, co pomogło nam po prostu odtworzyć strukturę pańskiej osobowości. Chce pan, żebym 

powiedział, jak nazywała się pańska przedszkolna miłość? Miła Brusnikina. A o zacnego 

Rafaiła   Sigizmundowicza,   przyjaciela   mamy,   jest   pan   zazdrosny   całkiem   niepotrzebnie. 

Pańskie  koszmary  erotyczne  nie  mają  w  tym  wypadku  żadnych  podstaw. Trzy lata  temu 

Rafaiła Sigizmundowicza operowano na raka prostaty i obecnie ich stosunki z Lidią Lwowną 

są czysto platoniczne.

Teraz   Robert   pożałował,   że   nie   posiadł,   jak   Dronow,   daru   błyskawicznych   ruchów. 

Wziąłby zaraz gładkiego sukinsyna za frak i walnąłby tą szlachetną siwizną o ścianę.

- Po cholerę mnie pan budził, pułkowniku? - wycedził Robert. - Dłubałby pan sobie w 

moim mózgu dalej; to zajęcie godne pańskiej instytucji.

-   No,   w   pańskich   ustach   taki   zarzut   brzmi   dosyć   dziwnie.   -   Wasiljew   znowu   się 

roześmiał.

W dziesiątkę, pomyślał Darnowski.

background image

- A wybudziliśmy pana, bo taka była decyzja kierownictwa. Z początku zamierzaliśmy 

wziąć pana na długoterminowe przechowanie kriopsychiczne...

- Co to takiego?

- „Krio” to - zimno, „psycho” - no, sam pan wie. Niektórzy pańscy... koledzy leżą u nas w 

izolatkach po kilka lat. Tylko przewracamy ich jak kłody i robimy masaż, żeby nie dostali 

odleżyn. Ale pana postanowiliśmy zaktywizować.

- Jacy znowu koledzy? Nie mam żadnych kolegów! I dlaczegóż to postanowiliście mnie 

zaktywizować? - Teraz Robert skrzywił się. Bardzo mu się to słowo nie spodobało.

-   Dlatego,   że   musi   pan   podjąć   pewną   decyzję   -   odpowiedział   pułkownik   na   drugie 

pytanie, pierwsze puściwszy mimo uszu.

Darnowski pomyślał: czegoś ode mnie potrzebują. Czego właściwie, nie jest teraz takie 

ważne. Najważniejsze, że mam punkt oparcia, mogę więc przejść do ataku.

I zapytał o rzecz najważniejszą:

- Gdzie jest Anna?

Aleksander Aleksandrowicz pokiwał głową z satysfakcją.

- Cały czas czekałem, kiedy pan o to spyta. Pański towarzysz na przykład zainteresował 

się   losem   wyjątkowej   kobiety,   ledwo   otworzył   oczy.  Ale   to   zrozumiałe:   nie   jest   typem 

refleksyjnym tak jak pan, lecz zdecydowanie emocjonalnym.

- Gdzie jest Anna? - powtórzył z uporem Robert.

- Marianna Igorjewna też przebywa u nas, gdzie by indziej. Niech się pan o nią nie 

martwi, wszystko jest w absolutnym porządku.

- Chcę ją zobaczyć.

Pułkownik westchnął; chyba już zaczęło go to nudzić.

- Może najpierw wysłucha mnie pan do końca? Proszę mi wierzyć, powiem panu dużo 

ciekawych rzeczy.

- Nie - uciął Darnowski. - Najpierw muszę ją zobaczyć. A jeśli pan mnie okłamał... - Nie 

dokończył zdania, poprzestał na tonie groźby, bo nie wiedział, czym można przestraszyć tego 

dobrodusznego i pewnego siebie dżentelmena.

Oczywiście, Wasiljew ani myślał się bać. Uśmiechnął się i rozłożył ręce.

background image

- No taaa... W stanie pasywnym rozmawiało mi się z panem o wiele łatwiej. Ale za to w 

aktywizowanym ciekawiej.

I wesoło odchrząknął.

- Co w tym śmiesznego? - spytał szorstko Robert.

- To, że różnica między wami i obywatelem Dronowem, mimo całej gamy przeciwieństw, 

absolutnie   znika,   kiedy   sprawa   dotyczy   pewnej   miłej   panny.   Reakcja   jest   po   prostu 

identyczna. Siergiej Iwanowicz, którego iloraz inteligencji jest prawie dwukrotnie niższy niż 

pański, oświadczył mi to samo: O niczym nie chcę słyszeć, dopóki jej nie zobaczę.

Darnowski spojrzał wrogo na rozmówcę.

- Nawet IQ mi pan sprawdził?

- Sprawdziliśmy wszystko, co tylko było możliwe.

- Dosyć tej paplaniny! - warknął Robert. Ten stary potwornie go drażnił. - Gdzie jest 

Anna?

Aleksander Aleksandrowicz westchnął ze smutkiem.

- Oj, nieładnie, nie szanuje pan starszych. To skutek megalomanii, którą wytworzył w 

panu tak zwany Dar. No dobra. Jak to się mówi, ustępuję w obliczu przemocy. - Nie, jednak 

robił sobie jaja, teraz to było jasne. - Pańskie ubranie, jak już mówiłem, jest tutaj. Szczoteczka 

do zębów i grzebień są w łazience. Golić się pan nie musi, zrobiła to Lusia godzinę temu, 

kiedy pan jeszcze spał. Kiedy doprowadzi się pan do porządku, proszę iść korytarzem na 

lewo. Na końcu są drzwi.

Pułkownik wstał.

- I tam będzie Anna? - spytał Robert z niedowierzaniem.

- Już tam jest.

Scena druga i trzecia

Przy dziwnym akompaniamencie marsza i bolera Darnowski szedł jasnym korytarzem z 

sympatycznymi akwarelkami na ścianach. Pomylić drzwi niepodobna; znajdowały się tam 

tylko jedne, na samym końcu.

background image

Serce tłukło się, prawie jak u Dronowa, kiedy był w Rytmie. Czyżby za drzwiami była 

Anna?

Oparł   się   ręką   o   ścianę,   czując,   że   powinien   złapać   oddech.  A  i   nogi   miał   jakby 

drewniane. Mięśnie tak zesztywniały, czy co?

Za oknem widać było trawnik, drzewa. Tuż przy oknie kołysała się gałąź. Robert wytężył 

wzrok   i   zobaczył,   że   liście   na   niej   nie   są   młode,   jak   jeszcze   wczoraj,   to   znaczy 

dziewiętnastego maja, ale grube, nasycone słońcem. Ile to już tygodni?

Przed samymi drzwiami zatrzymał się znowu. Westchnął głęboko. Nacisnął klamkę.

Duży pokój, w otwartym oknie poruszają się zasłony, pachnie świeżością i kwiatami.

Cztery fotele. W jednym chyba siedzi Wasiljew, w każdym razie ktoś siwy, pozostałe trzy 

- jak gdyby stały puste.

- Scena druga - powiedział siwy. Tak, to był pułkownik. - Ona i on.

Robert zrobił kilka kroków i nagle zobaczył, że skrajny fotel z prawej nie jest pusty, z 

podwiniętymi nogami i obejmując rękami ramiona, siedzi w nim... tak, tak!

- Anna!

Rzucił się do niej.

Myślał, że jest ogolona na zero - przecież na własne oczy widział to na zdjęciu - ale Anna 

na   głowie   miała   stylowego   jeżyka,   bardzo   jej   pasującego.   Żeby  na   tyle   odrosnąć,   włosy 

potrzebują trzech miesięcy, co najmniej. Czyżby minęło aż tyle czasu?

Nieważne!

Objął ją i ona też objęła go za ramiona. Nie pocałowali się, ale prawie dotykając się 

czołami, patrzyli sobie prosto w oczy, a to było o wiele ważniejsze.

Ty żyjesz! Co oni z tobą robili?

Nie wiem. Dopiero co się obudziłam. Gdzie jesteśmy?

To jakaś siedziba KGB, nazywa się „Sanatorium”. Boże, jak długo cię nie widziałem!

Czyżby?  - W niebieskich oczach mignęło zdziwienie. -  Pamiętam przezroczysty dym, 

upadlam... i obudziłam się tutaj. Dlaczego ostrzygli mi włosy? Jestem brzydka, tak?

Trzeba   było   oddać   sprawiedliwość   pułkownikowi.   Taktownie   milczał,   pykał   tylko   z 

fajeczki, wypuszczając kłęby wytwornie pachnącego dymu. Zresztą Robert o nim zapomniał.

background image

Jesteś piękna. Jeszcze piękniejsza niż poprzednio.  Przypomniał sobie biedną Innę z jej 

włosami mysiego koloru, pulchnym ciałem, namiętnym posapywaniem, i aż go skręciło z 

obrzydzenia.

Szczęknęła klamka u drzwi.

- Scena trzecia - z komiczną powagą obwieścił Wasiljew. - On, ona i rywal.

Robert odwrócił się i zmrużył oczy.

- Maria!

Od przeciwległych drzwi, niezgrabnie rozkładając ręce, biegł Dronow.

- Odczep się od niej!

Ordynarnie odepchnął Darnowskiego. Objął Annę, zaczął ją całować.

Robert poczuł wściekłość. Zamachnąwszy się, chciał przyłożyć chamowi, ale diabelska 

atropina mu przeszkodziła - pięść przesunęła się po policzku rywala. Terminator na chwilę się 

odwrócił i pchnął Darnowskiego w pierś, tak że ten opadł na fotel.

- Panowie rywale, break! - rzucił zaniepokojony Aleksander Aleksandrowicz. - Robercie 

Łukiczu, niech pan nie wstaje! A pan, Siergieju Iwanowiczu, niech siada!

Okej, usiedli. Ale kiedy Robert przysunął fotel bliżej, żeby widzieć oczy Anny, Dronow 

zaraz wrzasnął:

- Nie klej się do niej!

- Nic nie widzę - powiedział Darnowski z godnością. - Zapuścili mi atropinę! Widzisz, 

gnoju, jakie mam źrenice?

Dronow zaczął sapać.

- Wyglądasz, jakbyś przez tydzień pił na umór.

- Że na umór, to fakt, ale boję się, że dłużej niż tydzień...

Wasiljew postukał fajką w oparcie fotela.

- Proszę o uwagę! Prośba panów została spełniona - Marianna Igorjewna jest przed wami. 

Jak widzicie, cała i zdrowa. Teraz może zechcą mnie panowie wysłuchać.

Posłuchajmy go, powiedziało spojrzenie Anny.

- Niech pan mówi, słuchamy - przytaknął Robert. Obok niej czuł się dobrze.

background image

- Wal pan - przytaknął i Dronow, który razem z fotelem przysunął się do Anny z drugiej 

strony.

- Zabieraj rękę! - syknął na niego Robert. - Myślisz, że jestem całkiem ślepy? Bo ja też 

zacznę!

- Dobra, dobra - warknął mistrz sportu.

Aleksander   Aleksandrowicz   roześmiał   się,   ale   jakoś   z   roztargnieniem.   Wyraźnie 

szykował się do poważnej rozmowy.

-   No   więc   tak.   Jestem   Aleksander   Aleksandrowicz   Wasiljew,   pracownik   pewnej 

specjalnej instytucji, która - ujmijmy to tak - jest związana z Komitetem Bezpieczeństwa 

Państwowego.   To,   że   z   wami   rozmawiam,   oznacza,   że   pomyślnie   przeszliście   bardzo 

skomplikowaną   i   wieloetapową   procedurę   sprawdzania.   Mówiąc   językiem   prawników,   w 

waszych czynach nie dopatrzyliśmy się znamion umyślnego działania. A i same czyny...

Oni o mnie wiedzą, dlatego zabrali mi moje normalne widzenie  -  mówił tymczasem 

Robert do Anny. - A ty? Twoje oczy w porządku?

Tak.

Znakomicie. Będziesz moimi oczami. Mów mi, co ten człowiek myśli naprawdę. Jakim go  

widzisz?

Na kilka sekund się odwróciła, przypatrując się mówiącemu.

Nie nazywa się ani Aleksander Aleksandrowicz, ani Wasiljew. To człowiek mądry, chytry,  

ale o niczym nie decyduje. Jest ktoś inny, którego rozkazy ten wykonuje.

Debil Dronow głośno szepnął:

- Odsuń się od niej, palancie!

Nie z tej ziemi

-   W   naszych   czynach   nie   dopatrzono   się   znamion   przestępstwa?   -   przerwał   Robert 

fałszywemu Aleksandrowi Aleksandrowiczowi, machając ręką na byłego towarzysza.

- Tak. Pan i Siergiej Iwanowicz zabiliście czterech pracowników KGB i jeszcze dwóm 

zadaliście   ciężkie   obrażenia   cielesne,   niemniej   postanowiono   nie   pociągać   was   do 

background image

odpowiedzialności. Po pierwsze, my w Sanatorium sami nie trzymamy się norm prawa - jak 

się  to mówi,  gdzie  drwa  rąbią,  tam  wióry lecą  (ale  o  tym  trochę  później). A  po drugie, 

reagowaliście tak, jak powinniście byli reagować. Powtarzam: nie jesteście o nic oskarżeni i 

jeśli chcecie, możecie sobie iść, dokąd dusza zapragnie. Nikt was nie będzie straszył ani 

szantażował.   Wybór,   którego   musicie   dokonać,   powinien   być   nie   wymuszony,   ale 

dobrowolny.

Pułkownik (stopień chyba jednak był prawdziwy) podniósł dłoń, uprzedzając pytania.

- A teraz zdradzę wam absolutnie tajną informację. - Wytrzymał pauzę i cicho, z powagą 

rzekł: - Ludzkości grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie wewnętrzne, ale z zewnątrz.

- Pewnie przybysze z innej planety? - parsknął Robert.

- Tak. I niepotrzebnie się pan uśmiecha, Robercie Łukiczu. To nie komiks ani thriller, ale 

autentyczny, chociaż ściśle utajniony, fakt. Istnieje jakaś pozaziemska siła, znajdująca się na o 

wiele wyższym poziomie rozwoju. Od dawna obserwuje naszą planetę. Prawdopodobnie już 

od stuleci. My zaś ledwie czterdzieści lat temu dowiedzieliśmy się, że mają nas na oku. 

Dopiero wtedy nasza nauka i technika na tyle się rozwinęły, że zdołaliśmy stwierdzić istnienie 

pozaziemskiego monitoringu; odkrycia dokonała w 1947 roku obrona przeciwlotnicza USA. 

Od początku lat sześćdziesiątych supermocarstwa zdecydowały się na aktywną obronę przed 

nieproszonymi   obserwatorami.   Olbrzymie   wydatki   na   loty  kosmiczne   i   badania   w   latach 

siedemdziesiątych oraz pierwszej połowie osiemdziesiątych tłumaczyć należy właśnie tym. 

Państwo radzieckie, nie najbardziej dostatni kraj świata, przeznaczyło miliardy nie na to, żeby 

„na Marsie kwitły jabłonie”. Razem z Amerykanami staraliśmy się zbudować system obrony 

kosmicznej.  Ale   kilka   lat   temu   kompetentne   organy  doszły   do   wniosku,   że   te   wysiłki   i 

nakłady finansowe nie dają właściwych rezultatów. Dla Migrantów nasze stacje orbitalne i 

wahadłowce to po prostu dziecinne zabawki. Amerykanie na razie jeszcze się upierają, ale to 

już   ich   sprawa   (chcą   wyrzucać   pieniądze   w   błoto,   niech   wyrzucają);   Związek   Radziecki 

wybrał inny sposób walki z Migrantami, tańszy i bardziej efektywny.

-   Dlaczego   nazywacie   ich   Migrantami?   -   spytał   Darnowski,   oszołomiony   tym,   co 

usłyszał.

- Dlatego, że i my, i nasi partnerzy z NATO jesteśmy zgodni: celem „obserwatorów” jest 

przygotowanie  odpowiednich  warunków  osiedlenia  się na Ziemi.  Działają bez  pośpiechu, 

ostrożnie. Może tam u nich żyje się dłużej, a może w ogóle czas biegnie dla nich w całkiem 

innym tempie. Ale nasza planeta wyraźnie ich interesuje. A co się tyczy ludzi, to Migranci się 

background image

nam przyglądają i zastanawiają, co będzie lepsze: przystosować nas, byśmy im usługiwali, 

czy   zniszczyć.   Zdaje   się,   że   skłonni   są   wybrać   drugi   wariant,   przy   czym   zadanie   to 

pozostawiają chyba nam samym.

- Jak to? - nie zrozumiał Dronow.

- Przez samolikwidację. W dodatku taką, by środowisko poniosło jak najmniejsze straty. 

Jest   właściwie   pewne,   że   pomysł   i   zasadę   działania   bomby   neutronowej   podrzucili 

Amerykanom   właśnie   Migranci.   Chcą   nas   wytępić   jak   karaluchy,   nie   niszcząc   przy   tym 

planety.

Ale trik został zdemaskowany i się nie udał. Właśnie toczą się tajne rozmowy radziecko-

amerykańskie, których rezultatem będzie zakaz i likwidacja broni neutronowej. Nie ulegnie 

natomiast   zniszczeniu   strategiczna   broń   jądrowa.   Wcale   nie   dlatego,   że   wielkimi 

mocarstwami rządzą maniacy czy samobójcy;  obrońcy pokoju  niepotrzebnie się więc  tak 

ciskają. Tak jakby kierownicze elity nie rozumiały, że Ziemia jest beczką prochu, gotową w 

każdej chwil wybuchnąć! Ale na tym właśnie polega gwarancja naszego przeżycia: Dopóki 

mamy ów sławetny guzik, Migranci nas nie tkną. Bo możemy rozwalić planetę w drobny 

mak, a wtedy oni będą się musieli obejść smakiem.

- No, nieźle - rzeki na to były mistrz.

Anna zaś patrzyła na pułkownika pytająco, tak że Robertowi nie udawało się spotkać z 

nią wzrokiem.

- Dlatego nasi wrogowie sięgnęli po nową metodę. - Wasiljew już od dłuższego czasu się 

nie uśmiechał, jego twarz była skupiona i surowa. - Aktywnie propagują ideę powszechnego 

rozbrojenia nuklearnego. Tak zwane odprężenie, jeśli zwróciliście uwagę, zaczęło się od razu 

po   katastrofie   czarnobylskiej.   Zbieżność   ta   nie   jest   przypadkowa.   Mamy   informacje,   że 

Migranci bardzo się przestraszyli, by ludzkość nie zniszczyła Ziemi przez własną głupotę i 

nieostrożność. Darnowski podniósł rękę.

- Chwileczkę. Czegoś tu nie rozumiem. Powiedział pan: „aktywnie propagują”. Ale w 

jaki sposób? Cóż to, mają u nas swoje przedstawicielstwa, czy jak?

-   Nie   przedstawicielstwa,   tylko   przedstawicieli.   Migranci   potrafią   wpływać   na 

zachowanie   się   ludzi,   podporządkowywać   ich   swojej   woli.   Szczególnie   interesują   ich 

działacze   państwowi   i   społeczni.   Nasi   wrogowie   torują   drogę   na   górę   swoim   agentom, 

pomagają im robić kariery, dochodzić do kluczowych stanowisk. Dlatego właśnie w wielkich 

background image

państwach stworzono ściśle tajne struktury w rodzaju naszego Sanatorium. Ich zadaniem jest 

kierowanie   oporem   przeciwko   Migrantom:   demaskowanie   zdrajców   i   agentów, 

przeciwdziałanie ich intrygom. Już na początku lat sześćdziesiątych przy KGB stworzono 

„wydział kosmiczny”. Wówczas pracowało w nim ledwie piętnastu pracowników. Trafiłem 

tam jako chłopiec, od razu po ukończeniu studiów. Następnie, kiedy rozmiary zagrożenia 

stały się   wyraźniejsze,   wydział   przekształcono  w   poważną  strukturę   o  pokojowej   nazwie 

Centrum Działań Profilaktycznych. Sanatorium to nazwa nieoficjalna, od łacińskiego sanatio 

-   to   znaczy   sanacja,   uzdrowienie.  Analogiczne   instytucje   znajdują   się   w   USA,   Wielkiej 

Brytanii, Francji, Japonii i RFN. Niestety, zimna wojna sprawiła, że współpraca między nami 

przez długi czas prawie nie istniała. Niektórzy są zdania, że rywalizacja Wschód-Zachód też 

została spowodowana przez Migrantów. Stara zasada: „Dziel i rządź”.

Robertowi w końcu udało się ściągnąć wzrok Anny.

Co ty o tym wszystkim sądzisz? I jeszcze: co naprawdę myśli ten pułkownik?

Nie wiem. Nie wiem... Ale ten człowiek naprawdę wierzy w to, co mówi. Bądź ostrożny.  

Kiedy będziesz podejmował decyzję, decyduj nie rozsądkiem, ale duszą.

Darnowski ściągnął brwi.

Jaką decyzję?

Wkrótce się dowiesz.

Jak to duszą?

Sam zrozumiesz.

I znowu się odwróciła.

Pułkownik zaś, nieświadomy tej bezgłośnej wymiany poglądów, ciągnął swój wykład:

- Nasze radzieckie Sanatorium pierwsze stwierdziło, że kontaktu z intruzami nie uzyska 

się, latając w kosmos prymitywnymi blaszankami. Może go natomiast dać praca agenturalna, 

czyli to, w czym my, czekiści, jesteśmy tradycyjnie mocni. Przecież największym problemem 

w   tej   wojnie   jest   prawie   całkowity   brak   informacji   o   przeciwniku.   Nie   wiemy,   kim   są 

Migranci, gdzie znajduje się ich planeta, jak wyglądają. Wnioskując z tego, że pociągają ich 

warunki naturalne Ziemi, ich fizjologia powinna być zbliżona do ludzkiej. Do tej pory jednak 

żaden   z   Migrantów   nie   dostał   się   w   nasze   ręce   -   ani   żywy,   ani   martwy.   Kilka   razy 

znajdowaliśmy  mikroskopijne   resztki   aparatów   latających,   owych   sławetnych   UFO,   które 

background image

uległy rozbiciu albo szczęśliwym trafem strącone zostały przez nasze rakiety. Ale nie było z 

nich   wielkiego   pożytku;   najprawdopodobniej   pojazdy   mają   wmontowany   mechanizm 

samoniszczący.   Zdecydowaliśmy   zatem,   że   będziemy   dobierać   się   do   tych   istot   poprzez 

zwerbowanych przez nich agentów. Po pierwsze ludzie-renegaci coś z pewnością wiedzą o 

swoich panach z innych planet. A po drugie, prędzej czy później przy pomocy podwójnego 

agenta złapiemy i kosmicznego gościa.

Robert   spojrzał   z   niepokojem   na   Annę   -   czy   zrozumiała,   dokąd   zmierza   weteran 

antymigranckiego ruchu oporu. Ale dziewczyna nadal nie patrzyła na niego; twarz miała 

jakby nieobecną.

- Działamy jak partyzanci na Białorusi - rzekł z gorzkim uśmiechem pułkownik. - Nie 

walczymy z Niemcami, tylko z rodakami - „policajami”

*

. Właśnie „policajami”; tak u nas w 

Sanatorium nazywamy świadomych zdrajców ludzkości. Czasem te wyrzutki dochodzą do 

bardzo   wysokich   stanowisk,   mając   poparcie   swoich   protektorów,   a   oprócz   tego   - 

nietuzinkowe zdolności. O, Migranci potrafią dobierać kadry. - Znowu niewesoły uśmiech. - 

Międzynarodowy termin dla takich ludzi to „zomboidy”, dlatego że należą nie do siebie, ale 

do tych, którzy ich zombifikowali. Tego materiału nie da się już użyć dla dobra ludzkości.

Troje mutków

-   Oprócz   zomboidów   istnieją   jednak   tak   zwani   mutanci,   albo,   jak   nazwali   ich   nasi 

chłopcy, mutki. To ludzie, którzy z tej lub innej przyczyny znaleźli się w polu widzenia 

Migrantów,   zostali   poddani   obróbce   i   odznaczają   się   różnego   rodzaju   niezwykłymi 

zdolnościami.   Jeden   na   przykład   potrafi   oddychać   pod   wodą,   inny   latać,   jeszcze   inny   - 

możecie się śmiać - być źródłem prądu.

Ale nikt się nie śmiał. Nawet do Dronowa coś w końcu dotarło: z trwogą popatrzył na 

Roberta.

Aleksander Aleksandrowicz wciąż tym samym konfidencjonalnym tonem ciągnął:

- Co do tego, w jakim celu Migranci to robią, zachodzi różnica poglądów. Możliwe, że 

eksperymentują, czy nie można ludzi użyć do obsługi, przydzielając im rozmaite użyteczne 

*

 Policaj - w czasie II wojny światowej na okupowanych przez Niemców terenach ZSRR nazywano tak 

pogardliwie obywateli radzieckich, służących w pomocniczej policji (przyp. tłum.)

background image

funkcje:   człowiek-ptak,   człowiek-ryba,   człowiek-generator   i   tak   dalej.   Zgodnie   z   drugą 

hipotezą mutki to swego rodzaju miny o opóźnionym działaniu. Migranci rozrzucają ich w 

najróżniejszych miejscach, żeby kiedyś aktywizować w jakichś swoich celach. Kiedy uda się 

nam   natrafić   na   kogoś   takiego,   bierzemy   go   pod   uważną   obserwację.   Mutków   śledzą   z 

pewnością także Migranci, a to znaczy, że jest szansa prędzej czy później schwytać kogoś z 

nich   albo   choćby   „policaja”...   -   Pułkownik   uśmiechnął   się   rozbrajająco.   -   Zrobię   teraz 

przerwę, bo widzę po waszych twarzach, że już rozumiecie, ku czemu zmierzam.

- Jesteśmy mutkami? - oburzył się Dronow.

- Tak, jesteście mutantami.

- Szczęście, że nie policajami - zauważył zjadliwie Darnowski.

- Tak, tego mogę wam pogratulować. - Wasiljew popatrzył na niego poważnie. - Żeby 

zdjąć   z   was   to   podejrzenie,   potrzebowaliśmy   długotrwałych,   gruntownych   badań.   Tak 

naprawdę należałoby kontynuować je jeszcze przez kilka miesięcy, bo nie wszystkie testy 

zostały przeprowadzone, ale kierownictwu potrzebni byliście właśnie teraz.

-   Dlaczego?   -   Robert   wysunął   się   do   przodu,   starając   się   dostrzec   wyraz   twarzy 

Aleksandra Aleksandrowicza.

- O tym wkrótce się pan dowie. Nie ode mnie.

- A co to był ten Biały Słup? - spytał nagle Dronow. - No, ten, w który wjechał autobus?

-   Ma   pan   na   myśli   incydent   z   dziesiątego   maja   osiemdziesiątego   roku?   -   uściślił 

Wasiljew. - Autobus wjechał w aparat latający Migrantów, który właśnie wylądował nocą na 

szosie. Analogiczny wypadek zdarzył się w Nevadzie w roku sześćdziesiątym czwartym, ale 

tam  zginęli  wszyscy  pasażerowie.   Statki   Migrantów  wykonane  są  z  jakiegoś  nadzwyczaj 

trwałego materiału, rakieta „ziemia-powietrze” rozbija się o niego w drobny mak, jeśli tylko 

przypadkowo nie trafi w  dyszę. Wy dwaj,  rzecz jasna, też zginęliście, ale byliście mniej 

zdeformowani niż reszta, więc Migranci zdołali przywrócić was do życia. Nie znaleźliśmy na 

waszych ciałach śladów interwencji medycznej, ale to dlatego, że nasz sprzęt znajduje się na 

zbyt niskim poziomie. Na pożegnanie Migranci zrobili prezent każdemu z was. Być może 

zresztą wasze nadzwyczajne zdolności są po prostu ubocznym efektem operacji; to też jedna z 

wersji.

Robert bardzo chciał się dowiedzieć, co o tym wszystkim myśli Anna. Zwrócił się do niej 

i nagle zobaczył, że dziewczyna śpi, zwiesiwszy głowę na ramię.

background image

- Co się z nią stało? - zawołał. - Jest chora?

- Nie, nie. - Aleksander Aleksandrowicz podniósł ręce w uspokajającym geście. - Po 

prostu usnęła. Fizycznie jest słabsza niż wasza dwójka. I w dodatku znajdowała się w stanie 

pasywnym   o   dziesięć   dni   dłużej.   Niech   odpocznie.   Jest   tutaj   osobą   drugiego   planu, 

wspomagającą.

- No właśnie! - spostrzegł się Darnowski. - Co ma z tym wspólnego Anna? Przecież nie 

było jej w autobusie.

- Właśnie nad tym łamaliśmy sobie głowę przez cały ostatni rok, kiedy tylko pojawiła się 

w pobliżu was dwóch. Najpierw  przeważał pogląd, że Marianna Dolina jest zomboidem, 

podesłanym,   żeby   zaktywizować   naszych   mutantów.   A   być   może   po   to,   żebyście   się 

nawzajem   zlikwidowali,   bo  okazaliście   się  nieprzydatni   dla   jakiegoś   nieznanego   celu.  W 

pewnej chwili, kiedy skoczyliście sobie do gardeł, wydało się nam, że prawdziwa jest druga 

wersja.   Grupa   obserwacyjna   podjęła   spontaniczną   decyzję,   żeby   was   dwóch   ocalić,   a   ją 

zabrać   na   obserwację   do   laboratorium.   Ale   Marianna   Igorjewna   nie   jest   zomboidem. 

Najpewniej też należy do kategorii mutantów. Co prawda natura jej daru nie jest do końca 

jasna. Najprawdopodobniej  to hipertroficzna intuicja, to znaczy ponadracjonalna zdolność 

przeczuwania   wydarzeń.   Poza   tym   Marianna,   sądząc   po   niektórych   objawach,   potrafi   w 

sposób niewerbalny oddziaływać na emocje otoczenia. A co łączy ją z wami, to akurat wiemy. 

Swój trudny do zidentyfikowania talent otrzymała w tym samym czasie i właśnie tam, gdzie 

wy.

- Jak to? - zdziwił się Dronow.

- W roku osiemdziesiątym miała dziewięć lat. Szła do domu z pensjonatu „Brzózki”, 

niosła   torbę   z   produktami   żywnościowymi.   Prowiant   był   kradziony,   dlatego   właśnie 

dziewczynka   znalazła   się   na   szosie   o   tak   późnej   porze.   Prawdopodobnie   wyglądało   to 

następująco.   Kierowca   autobusu   wyleciał   zza   zakrętu,   najpierw   zobaczył   pośrodku   drogi 

dziwny obiekt, skręcił w lewo, żeby uniknąć zderzenia, dostrzegł na poboczu, tuż przed sobą, 

zamarłą z przerażenia dziewczynkę i odruchowo skierował pojazd w prawo... Grupa śledcza 

znalazła ślady dziecięcych nóżek w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca wypadku. Ten fakt był 

podkreślony   w   protokole;   przypuszczano,   że   dziecko   mogło   widzieć   katastrofę   i   złożyć 

zeznania w tej sprawie. Co mała Marianna tam zobaczyła, nie wiemy. Możliwe, że widok 

zderzenia wywołał u niej głęboki wstrząs nerwowy i nasi litościwi kosmiczni przyjaciele też 

ją   trochę   „podleczyli”.   Niestety,   nie   możemy   przesłuchać   Marianny   Igorjewny,   nawet   w 

background image

stanie pasywnym - nie posiada aparatu mowy.

- To znaczy, że nie dowiedzieliście się o niej niczego? - spytał Robert.

- Ależ przeciwnie; dowiedzieliśmy się wszystkiego. - Pułkownik zajrzał do książeczki. - 

Ustalono,   kto   jest   biologicznym   ojcem   dziewczynki:   to   Igor   Siergiejewicz   Łaptiew.   Nikt 

interesujący: był pod Moskwą w studenckiej brygadzie budowlanej, miał małą przygodę z 

panną z Łyczkowa, matką Marianny; o istnieniu córki nie wie; pracuje jako specjalista od 

bhp. Następnie matka, Jewdokia Prokofjewna Dolina. Zostawiła córkę w wieku niemowlęcym 

i   wyjechała.   Obecnie   jest   zamężna,   ma   dwoje   dzieci,   mieszka   w   Kaliningradzie.   Przed 

mężem, mechanikiem okrętowym, ukrywa fakt istnienia nieślubnej córki. W ogóle osoba na 

poziomie, nie ma co. Szczególnego gustu trzeba, żeby wiejskiej dziewczynce dać na imię 

Marianna - oznajmił Wasiljew z oburzeniem, tak jakby to było największą zbrodnią Jewdokii 

Dolinej. - Cała ta liryka ankietowa niczego nam nie wyjaśniła. Wiadomo jedno: wasza trójka, 

w jednym i tym samym miejscu, w jednym i tym samym czasie, można powiedzieć, narodziła 

się na nowo.

- Trojaczki, znaczy się? - zaśmiał się Dronow.

O, święta prostoto! Wesoło mu się zrobiło!

Pułkownik   jednak   nie   był   wesoły.   Przeciwnie,   z   każdą   minutą   stawał   się   coraz 

poważniejszy. Chyba nawet napięty.

-   Można   to   i   tak   ująć.   -  Wasiljew   umilkł.   -   No   więc,   Robercie   Łukiczu   i   Siergieju 

Iwanowiczu, opowiedziałem panom wszystko, do czego mnie upoważniono. Teraz musicie to 

sobie   dobrze   przemyśleć.   Nie   tak   znowu   łatwo   uświadomić   sobie,   że   nasz   świat   jest 

niezupełnie taki, jak się wydaje niedoinformowanej większości.

- Właśnie, dlaczego nie informujecie ludzkości o zagrażającym jej niebezpieczeństwie? - 

spytał   Robert   zaczepnie.   -   Po  cholerę   ta   cała  tajemniczość?   Lubicie   czuć   się  kapłanami, 

strażnikami wielkiej tajemnicy?

-  W   tej   sprawie   różnimy   się   z   Zachodem   -   spokojnie   wyjaśnił   pułkownik.   -   Nasze 

kierownictwo uważa, że nie ma sensu wzbudzać paniki. Są kompetentne organy, niech one się 

tym zajmują, a po co niepotrzebnie denerwować obywateli. Na Zachodzie natomiast działają 

inaczej.   Już   od   trzydziestu   lat   po   cichu   pracują   nad   tym,   by   w   skali   masowej   ludzie 

uświadomili   sobie   pozaziemskie   niebezpieczeństwo.   Czyż   nie   widzicie,   ile   w   Hollywood 

kręci się filmów na ten temat? Amerykanie uważają, że to pomoże ludzkości uniknąć szoku 

background image

psychicznego. No, nie wiem, pożyjemy, zobaczymy...

Spojrzał na zegarek.

- To wszystko, panowie. Mój czas się kończy. Musicie pozbierać myśli, zanim każdy z 

was podejmie decyzję.

Dronow wybuchnął:

- Decyzję, decyzję, ale jaką decyzję?

- O tym porozmawia z wami dyrektor. - Wasiljew uroczyście podniósł palec. - Osobiście.

- Kiedy?

- Tego nie umiem powiedzieć. To człowiek bardzo zajęty. Jeśli chcecie, pospacerujcie po 

terenie, u nas jest bardzo ładnie. I stołówka doskonała. Jak w komunizmie - wszystko jest, i to 

bezpłatnie.

- Stop! - Darnowski się nasrożył. - Mówił pan, że jesteśmy wolni i możemy iść, gdzie 

chcemy, a teraz „pospacerujcie po terenie”...

- Możecie iść do domu albo dokąd macie ochotę. Dyrektor sam panów znajdzie. Tylko 

Marianna Igorjewna będzie musiała przez pewien czas tu pozostać.

Jako zakładniczka, zrozumiał Robert. Pogrzebali nam w mózgach i teraz dobrze wiedzą, 

że bez niej nigdzie się nie ruszymy.

- A to po co? - Dronow wstał z fotela z bojową miną.

-   Wiem,   o   czym   panowie   pomyśleli.   -   Pułkownik   westchnął   z   wyrazem   urażonej 

godności. - Marianna Igorjewna też jest absolutnie wolna. Ale widzicie, w jakim stanie się 

znajduje.   Musi   przejść   kurs   rehabilitacji   -   to   trzy,   cztery   dni,   góra   pięć.  Wolno   wam   ją 

odwiedzać, kiedy chcecie. Można byłoby zatrzymać ją w łóżku i w domowych warunkach, 

ale... - Taktownie zniżył  głos. - Jeśli się orientuję, problem jest nadal otwarty.  W czyich 

domowych warunkach ma przebywać? To nie moja sprawa i nie śmiem się wtrącać, ale jako 

człowiek starszy i ze sporym doświadczeniem pozwolę sobie dać wam radę. Pozwólcie, żeby 

Marianna Igorjewna sama dokonała wyboru. Tak będzie najlepiej.

Byli współpracownicy popatrzyli na siebie i szczęki obu złowrogo się zacisnęły.

- Poczekam tutaj, aż się obudzi - rzekł twardo Robert.

- I ja - podchwycił Dronow. - A potem się zobaczy.

background image

- Proszę bardzo. - Zmęczony Aleksander Aleksandrowicz przetarł oczy. - Tymczasem 

pójdę do siebie do gabinetu, popracuję. Nie żegnam się, bo się jeszcze zobaczymy.

Kiedy wyszedł,  w pokoju  zapadła absolutna  cisza,  słychać było  tylko równy oddech 

śpiącej Anny.

- Porozmawiamy? - szepnął Dronow.

Robert pokazał na ściany: nie tutaj.

Siergiej kiwnął głową.

- Chodźmy na dwór, zapalimy i obgadamy sprawę.

Otworzył okno, zręcznie przeskoczył przez parapet. Robert ze stęknięciem podążył w 

jego ślady.

Nic bez niej

Już z tamtej strony okna obaj, nie umawiając się, spojrzeli na dziewczynę w fotelu.

- Jak sama, to sama - powiedział Robert. - Tak będzie uczciwie. Zgadzasz się? Obaj 

wiemy, jak jest bez niej, ale dajmy sobie teraz słowo, po męsku. Jeśli wybierze mnie - zwijasz 

się. Na amen, bez gadania. I ja tak samo. Chociaż według mnie lepiej się wtedy powiesić.

- Tylko bez twoich hipnotycznych sztuczek - zjeżył się Dronow.

-   Hipnotyzować   nie   umiem.   Gdybym   umiał,   chodziłbyś   u   mnie   na   łańcuchu   jak 

tresowany niedźwiedź. To co? Umowa czy wolnoamerykanka?

Dronow zamknął oczy; widocznie nie bardzo wierzył w tę atropinę. Pomyślał. Przytaknął 

ruchem głowy.

- Dobra.

Uścisnęli sobie ręce. Chociaż Robert wierzył w zwycięstwo, mimo wszystko na moment 

stracił oddech.

Dookoła   nie   było   żywej   duszy.   Nad   klombami   fruwały  motyle;   starannie   wytyczone 

ścieżki posypane były żółtym piaskiem. Rzeczywiście sanatorium, co tu mówić.

Teraz, kiedy najważniejsze zostało ustalone, musieli zmienić temat.

background image

- Czego od nas chcą, jak myślisz?

Siergiej wzruszył ramionami.

- To jasne. Chcą przerzucić nas do tych Migrantów jako podwójnych agentów.

- Co, uwierzyłeś w tę bujdę? - Darnowski uśmiechnął się, mrużąc oczy. Od światła bolały 

go rozszerzone źrenice.

- Przecież to odpowiedzialny pracownik KGB! - zdumiał się Dronow. - Z najtajniejszego 

wydziału! Nawet Iwan Pantelejewicz spasował. Tacy ludzie nie będą zgrywać głupków.

- W tajnych służbach psychol siedzi na psycholu i psycholem pogania. Im tajniej, tym 

bardziej są pieprznięci. Jacy przybysze z innych planet? Nikt nie widział, skąd przylatują, nie 

wiadomo,   czego   chcą   -   też   mi   coś,   same   hipotezy.   A   przy   okazji   cała   sfora   dostaje 

niesamowitą kasę, może bezkarnie łapać ludzi i robić im wodę z mózgu. Prawo mają w dupie, 

robią,   co   chcą,   bo   ojczyzna   pozwala.   Kilku   chytrych   skurwysynów   z   różnych   krajów,   z 

wielkimi gwiazdami na pagonach, wymyśliło ten pic, żeby trzymać cały świat za gardło. 

Planeta   w   niebezpieczeństwie!   Zbawiciele   ludzkości,   macie  carte   blanche.  A   wszystko 

dlatego,   że   na   świecie   pełno   jest   ludzi,   którzy   chętnie   wierzą   w   spiski,   tajne   zmowy   i 

podstępnych wrogów. Przecież na tym opierają się te wszystkie CIA, KGB i inne Intelligence 

Service. Sierioża, przynajmniej ty nie wariuj.

- A Dar, twój i mój? Skąd się wziął według ciebie?

- Mało jest na świecie niezbadanych zjawisk? Może to skutek śmierci klinicznej?

- A Biały Słup?

-   Halucynacja.  Albo   jakiś   piorun   kulisty   o   nietypowej   konfiguracji.   Nie   wiem!   Ten 

Wasiljew mówi, że Anna była na szosie i wszystko widziała. Ale o żadnym Białym Słupie mi 

nie mówiła.

- Jak mogła mówić, kiedy jest niema?

- To dla ciebie jest niema!

Stanęli naprzeciwko siebie, każdy gotowy do skoku.

- To ją jednak hipnotyzowałeś, gnoju! - wychrypiał blady Dronow. - Ja ci gardło za nią 

przegryzę.

Rzucił krótkie spojrzenie przez okno i nagle się rozpromienił.

background image

- Obudziła się!

Robert też się obudził, ale nic nie zobaczył - tylko niejasne zarysy.

A Dronow już się gramolił na parapet. Padł na kolana, chwycił jej dłonie i jeszcze, drań, 

zaczął je całować.

-   Jak   się   czujesz,   kochana?   Lepiej   ci,   słoneczko?   -   przemawiał   jak   do   dziecka;   ona 

pozwalała ślinić sobie palce, ale patrzyła tymczasem na Roberta, twarzą w twarz!

Całującemu skinęła głową, pogłaskała go po włosach, a ten triumfalnie obejrzał się na 

Darnowskiego: no i co?

Niech się cieszy. Za to Robert prowadził z nią rozmowę.

Ci ludzie to niebezpieczni wariaci. Wyciągnę cię stąd.

Nie,  nie są  szaleni. Stary  mówił  prawdę. Ci, których  nazywa Migrantami, naprawdę 

istnieją. To oni uratowali nam życie i zostawili podarki na pamiątkę.

Robert wstrząśnięty zaczął mrugać oczami. Annie musiał uwierzyć.

To znaczy, że niebezpieczeństwo dla Ziemi rzeczywiście istnieje?

Tego nie wiem. Stary wierzy w to, co mówi, ale on jest zły, tylko udaje dobrego. A u złych  

ludzi nawet prawda jest zła. Ciągle tylko o ludzkości i o ludzkości, a żadnej ludzkości nie ma. 

Jesteś ty, jestem ja, każdy człowiek osobno. Jeden człowiek jest wart tyle samo, co pozostałe 

miliardy ludzi. A dla starego jeden człowiek nic nie znaczy. On widzi las, ale nie widzi drzew.

Nie rozumiem cię. - Robertowi kręciło się w głowie. - To Biała Kolumna była? Widziałaś 

ją?

Widziałam. Ale to nie była kolumna i nie slup. To był promień. Świecił z góry na dół.  

Oparł się o ziemię. Robił się krótszy, coraz krótszy. A w środku było światło. Żywe.

W jakim sensie?

Nie wiem. Białe, żywe światło, dobrze to pamiętam. A potem z ciemności pojawiło się  

inne światło - żółte, martwe. Zgrzyt, trzask, krzyki. Dalej nic nie było. Ale ja wiem: ci, których  

stary nazywa Migrantami, nie są źli. I nie trzeba im przeszkadzać.

Ty coś o nich wiesz?

Nic. Ale ja to czuję.

- Kochana, zostanę tutaj z tobą, póki nie wydobrzejesz - powiedział Dronow. - Nigdzie 

background image

nie pójdę.

Tak, tak będzie lepiej. A ty idź - usłyszał Darnowski i zachwiał się jak od ciosu w twarz.

Nie zostawię cię tutaj! Z nimi. A zwłaszcza z nim!

Nie bój się. My się już nie rozstaniemy. Zawsze będę mogła rozmawiać z tobą, nawet jeśli  

będziesz daleko - powiedziało mu czułe, niebieskie spojrzenie.

Nie rozumiem...

Ja też. Ale tak jest. Kiedyś nie mogłam, a teraz mogę. Odwróć się. Słyszysz mnie?

Tak.

A teraz podejdź do drzwi. Słyszysz?

Słyszę.

Nie mogę na razie stąd odejść. Zupełnie brak mi sił. Jestem bardzo zmęczona. Odejdź i 

nic się nie bój. Będę z tobą.

Kiedy mu to obiecała, Robert od razu  się uspokoił.  Obejrzał  się na Dronowa,  nadal 

chodzącego   na   kolanach,   uśmiechnął   się   z   uczuciem   żałośliwej   wyższości   i   wyszedł   na 

korytarz.

Na spotkanie, dymiąc z fajeczki, szedł mu pułkownik Wasiljew.

- Odchodzi pan? Polecę, żeby pana odwieziono do domu. Proszę iść główną aleją na 

prawo.   Jest   długa,   półtora   kilometra.   Rozprostuje   pan   mięśnie,   pooddycha   świeżym 

powietrzem. Na wieczór zapowiadają deszcz, ale teraz jest cudownie. Niech pan wyjdzie 

przez portiernię - przepuszczą pana - i poczeka na zewnątrz. Samochód tam podjedzie.

Robert szedł długą prostą dróżką, mrużył oczy, kiedy promienie słońca przebijały się 

przez listowie, i rozmawiał z Anną.

Widzisz, mogę mówić z tobą, odległość między nami już nie istnieje.

A ja? Jak mam cię wezwać?

To się kiedyś samo stanie. Po prostu musisz bardzo tego zapragnąć... Dzisiaj podejmiesz 

ważną decyzję. Już wiem, jaka będzie. I ty też wiesz.

Nie, nie wiem.

Wiesz. Oni cię znajdą.

background image

Kto? Migranci? Jak? Kiedy?

Nic się nie zmieniło, dokładnie tak samo świeciło słońce i nogi szurały po asfalcie, ale 

Anny już z nim nie było. Jej głos umilkł.

background image

Rozdział szesnasty

W dyrekcji

Siergiej trzymał ją za ręce, czuł ciepło. Byli we dwójkę; ściemniacz Robert wreszcie sobie 

poszedł. Zrozumiał, że ma pecha, bo Maria już dokonała wyboru.

Jedno go tylko martwiło: że wcale na niego nie patrzy i wzrok ma jakiś nieobecny, 

nietutejszy. Nie wiadomo, o czym myśli.

Przycisnął   się   czołem   do   jej   kolan,   objął   je.  Wówczas   lekka   ręka   pogłaskała   go   po 

głowie, zmierzwiła włosy.

Dronow spojrzał w górę. Teraz Maria patrzyła na niego; oczy miała takie, jak gdyby 

bardzo chciała mu coś powiedzieć.

- Wszystko zrobię dla ciebie, muszę tylko zrozumieć. Czego byś chciała, powiedz?

Ale   nie   mógł   wyczuć,   jakkolwiek   się   starał.   Zauważył   tylko,   że   w   kącikach   jej   ust 

pojawił się uśmiech, a na policzki wystąpił rumieniec. Ten sam, na którego wspomnienie 

przez długie miesiące ogarniał go płomień.

I akurat jak na złość do pokoju musiał wparować pułkownik. Przy czym najpierw wszedł, 

a potem dopiero zapukał - żeby dać o sobie znać.

- Siergieju Iwanowiczu, dyrektor czeka na pana. Chodźmy, ja poprowadzę.

- Wrócę - powiedział Dronow do Marii.

- Oczywiście, wróci pan. I to bardzo szybko. Rozmowa nie będzie długa - zapewnił go 

Wasiljew.

A Siergiej z niezadowoleniem pomyślał: „Skąd on wie? Może jeszcze będę się certował”.

- Dokąd idziemy? - spytał na dworze.

W pobliżu nie było widać innych budynków - same krzewy i drzewa.

- Raczej jedziemy. Tereny są tu bardzo ładne, ale do dyrekcji będzie z kilometr.

Wsiedli   do   czarnej   wołgi;  Aleksander  Aleksandrowicz   usiadł   za   kierownicą.   Zdjął   z 

background image

siedzenia skórzaną teczkę, niedbale rzucił z powrotem, włączył radio i samochód potoczył się 

po asfalcie.

Przez   radio   nadawano   wiadomości.   Najpierw   Dronow   prawie   ich   nie   słuchał.   Potem 

wzdrygnął się, nadstawił uszu.

- ...Przy czym pojedyncze elementy ekstremistyczne czy też po prostu gorące głowy, nie 

orientując   się   w   sytuacji,   usiłują   wznosić   barykady   wokół   tak   zwanego   Białego   Domu. 

Decyzją   Komitetu   Bezpieczeństwa   Państwowego   w   sprawie   sytuacji   nadzwyczajnej   od 

dwudziestej   pierwszej   zero   zero   w   Moskwie   zostaje   wprowadzona   godzina   milicyjna. 

Obywatelom   nie   wolno   opuszczać   domów,   jeśli   nie   posiadają   odpowiedniej   przepustki. 

Naruszający   godzinę   milicyjną   będą   zatrzymywani   przez   funkcjonariuszy   służb 

porządkowych.   W   celu   utrzymania   ładu   i   porządku   do   miasta   zostanie   wprowadzony 

dodatkowy kontyngent wojsk wewnętrznych, w tym także czołgi i wozy bojowe piechoty. 

Obywatele proszeni są o zachowanie spokoju i powstrzymanie się od używania prywatnych 

pojazdów w celu uniknięcia nieszczęśliwych wypadków. Tymczasowo pełniący obowiązki 

prezydenta towarzysz Janajew...

- O kurna, co to się porobiło?! - spytał oszołomiony Siergiej.

- Ano, takie rzeczy się dzieją - odrzekł pułkownik posępnie. - Rozstrzyga się kwestia 

istnienia Związku Radzieckiego. Właśnie dlatego dyrektor podjął decyzję, żeby wyprowadzić 

was ze stanu pasywnego, chociaż nie wszystkie testy zostały wykonane.

- A po co jesteśmy mu potrzebni?

- Nie  wy,  tylko pan, Siergieju  Iwanowiczu.  Właśnie  pan, przede  wszystkim. Ale  już 

jesteśmy na miejscu. Dyrektor sam to panu wyjaśni.

Samochód   zatrzymał   się   przed   niedużym,   sympatycznym   budynkiem,   do   którego   w 

żaden sposób nie pasowała oficjalna nazwa „Dyrekcja”. Z okapu zwieszała się gęsta zasłona 

dzikiego  wina,  w   wysokich   oknach  z   otwartymi   drewnianymi   okiennicami  bielały  lniane 

zasłonki. Takie domy Dronow widział tylko na filmach - francuskich czy włoskich.

- Proszę, proszę - ponaglił go pułkownik. - Ja potem.

W holu na kanapie siedział człowiek w białej koszuli i krawacie i patrzył w telewizor. Na 

ekranie pokazywano plac, całkowicie zapełniony przez tłum. Potem balkon, a na nim Jelcyna, 

który potrząsał kosmykiem na głowie i coś mówił; ochroniarz osłaniał tarczą kuloodporną 

prezydenta Republiki Rosyjskiej.

background image

- Na placu przed Białym Domem odbył się dziś wielotysięczny wiec na znak poparcia dla 

prezydenta   Rosyjskiej   Federacyjnej   Republiki   Radzieckiej,   Borysa   Jelcyna,   oraz   rządu 

rosyjskiego - mówił głos zza kadru.

Dronow   nigdy   jeszcze   nie   słyszał,   żeby   telewizyjnemu   spikerowi   głos   drżał   ze 

wzruszenia.

Krótko obejrzawszy się na wchodzącego, człowiek w białej koszuli machnął ręką ze 

słowami:

- Proszę tam - i dalej patrzył w ekran.

W  środku   dom  okazał   się   większy,   niż   wydawało   się   z   zewnątrz.   Siergiej   przeszedł 

korytarzem, gdzie na podłodze leżał wiejski chodniczek domowej roboty.

Uchylił drzwi, myśląc, że trafi do poczekalni albo sekretariatu.

Ale trafił od razu do gabinetu dyrektora. Wskazywały na to rozmiary pomieszczenia, 

stoły ustawione w kształt litery T, telefony, których tam było od metra, i mapa świata na 

ścianie. No i jeszcze flaga państwowa, stojąca w kącie.

Dronow, co prawda, nie mógł obejrzeć wszystkiego jak należy; słońce już powoli się 

zniżało, a okna gabinetu wychodziły właśnie na zachód, tak że trzeba było mrużyć oczy i 

nawet przysłaniać je dłonią.

Pod ścianą też mrugał telewizor, spory, półtora metra przekątnej. Widok ten sam - wiec 

przed Białym Domem. Tylko bez fonii. A przy parapecie stał mężczyzna i podlewał kwiaty z 

konewki. Na tle oślepiająco jasnego prostokąta było widać jedynie sylwetkę.

Mężczyzna odwrócił się i powiedział znajomym głosem:

- No chodź, Sierioża. Co tak stoisz?

To był Sensej, taki sam jak zawsze, zadbany, w eleganckim niebieskim blezerze; siwy 

jeżyk włosów połyskiwał na słońcu.

Policaj Czubaty

- To pan? - Dronow prawie omdlał. - A... a co pan tutaj robi?

- Pracuję, Sierioża. Już od wielu lat.

background image

Iwan Pantelejewicz podszedł, po przyjacielsku objął wychowanka za ramię, posadził go 

w fotelu, a sam przysiadł obok, na podłokietniku, tak że Siergiej musiał zadzierać głowę.

- Sam wszystko urządzałem, obmyślałem. Nawet ten dom zaprojektowałem sam. W nim 

można spokojnie pracować i myśleć. „Okno weneckie i dzikie wino, które wspina się aż po 

sam dach” - z uczuciem zacytował kogoś Sensej. - Teraz często zaczniesz tutaj bywać.

- To pan nie pracował w związkach zawodowych? Ani w KC? - Dronow ciągle nie mógł 

ochłonąć.

- Nie, Sierioża. Już długo, od lat siedemdziesiątych, stoję na czele urzędu do walki z 

Migrantami. Najpierw był to wydział, potem ośrodek, urząd, teraz Sanatorium, ale cel naszej 

działalności się nie zmienił. Chcę uchronić naszą biedną planetę przed okupacją, i to jest 

sensem   mojego   życia.   Wasiljew   mówił   wam,   że   szczególną   uwagą   darzymy   wszystkich 

mutantów. Nie obrażaj się za to słowo; zdolność do mutacji to niezbędny warunek ewolucji i 

w ogóle doskonalenia się. Ciebie prowadziłem osobiście od samego początku. Po pierwsze, 

dlatego że  był  z  ciebie  chłopak  rzeczywiście  obiecujący.  A  po drugie,  dlatego  że  mi  się 

spodobałeś.   Jesteś   nie   tylko   posiadaczem   drogocennego   Daru,   ale   osobowością,   masz 

charakter. Hodowałem cię powoli i z miłością, jak perłę w muszli - wybacz mi to poetyckie 

porównanie. Od dawna jesteś dla mnie jak syn. Wiedziałem, że kiedyś przyniesiesz ojczyźnie 

i ludzkości bezcenną korzyść. Ten czas nadszedł.

-   Niech   pan   poczeka,   Iwanie   Pantelejewiczu!  Ale   ja   przecież   do   pana   dzwoniłem, 

mówiłem   o   Sanatorium,   a   pan...   -   Siergiej   porwał   się   z   krzesła,   dyrektor   jednak   go 

powstrzymał.

-  W  tamtej   chwili   nie   mogłem   postąpić   inaczej.   Nie   mieliśmy   pewności.   Obaj,   ty  i 

Darnowski,   jakbyście   się   zerwali   z   łańcucha,   więc   nabraliśmy   podejrzeń,   czy   nie 

wymknęliście   się   nam   z   rąk.   Może   Migranci   nas   wyprzedzili   i   zdetonowali   minę   o 

opóźnionym działaniu? Zadanie w tamtym momencie było jedno: jak najszybciej znaleźć was 

i unieszkodliwić. Mówiłem z tobą tylko tyle, żeby telefon mogli wykryć i zlokalizować. - 

Sensej   się   uśmiechnął.   -  Ale   okazaliście   się   sprytniejsi.   Wystawiliście   do   wiatru   moich 

chłopaków. Brawo!

-   A...   A   dlaczego   pan   od   samego   początku,   jeszcze   w   osiemdziesiątym   roku,   nie 

powiedział mi, jak to ze mną jest?

-   Chcieliśmy   cię   poobserwować,   to   było   dla   nas   bardzo   ważne.   W   jakim   kierunku 

będziesz   się   rozwijał,   kto   się   będzie   kręcił   wokół   ciebie?   Prędzej   czy   później   Migranci 

background image

nawiązaliby z tobą kontakt, a wtedy być może udałoby się nam ująć któregoś z nich. To 

znaczyłoby   więcej   niż   zwycięstwo   Związku   Radzieckiego   w   drugiej   wojnie   światowej, 

naprawdę,   możesz   mi   wierzyć.   Ale   to   nic,   do   Migrantów,   Siergiej,   jeszcze   się   razem 

dobierzemy. Na razie musimy się bronić przed policajami. Ci zrobili się całkiem bezczelni, 

wyłażą ze wszystkich nor. Powiedz mi tylko jedno: po czyjej jesteś stronie?

- Co za pytanie? Pewnie, że po waszej - rzeki z urazą Siergiej.

- Nie spodziewałem się innej odpowiedzi. No więc słuchaj. - Iwan Pantelejewicz wstał, 

podszedł do telewizora, w którym ciągle jeszcze widać było tłum przed Białym Domem. - 

Sytuacja   jest   krytyczna.   Od   pewnego   czasu   odbieraliśmy   sygnały,   że   Gorbaczow   jest 

zomboidem. To Migranci umieścili go w Biurze Politycznym, a potem zrobili sekretarzem 

generalnym, to znaczy liderem jednego z dwóch supermocarstw. Cała tak zwana pierestrojka 

łączy się z odprężeniem - to precyzyjnie zaplanowana dywersja, żeby rozwalić system obrony 

nuklearnej   naszej   planety.   Na   nadzwyczajnym   spotkaniu   kompetentnych   osób   podjęto 

decyzję,   żeby   zadać   przeciwuderzenie.   Zdrajca   ludzkości   został   izolowany   na   krymskiej 

daczy,   władzę   przejął   Komitet   Państwowy   Spraw   Nadzwyczajnych,   KPSN.   Natrafiliśmy 

jednak na potężny opór. Parę spraw pokpiliśmy sami, ale najgorsze, że nie doceniliśmy potęgi 

i bezczelności Migrantów. Uniemożliwili nam aresztowanie Czubatego. - Iwan Pantelejewicz 

kiwnął   głową   w   stronę   ekranu,   gdzie   znowu   potrząsał   siwym   kosmykiem   prezydent 

Rosyjskiej Republiki Federacyjnej Jelcyn. - On też jest policajem, to fakt stwierdzony. W 

rezultacie  powstała  patowa  sytuacja.  W  samym   centrum stolicy  rośnie  zrakowaciały  guz, 

którego nie umiemy zoperować...

Zadzwonił jeden z telefonów.

- Tak? - powiedział Sensej ostro. - To znaczy jak to? Co on, zwariował? No, przyciśnij 

go, daj mu waleriany, czy czego tam!... Dalej, kochany, dalej, duś szefa. Bo inaczej - sam 

wiesz...

Ze złością trzasnął słuchawką.

- O czym to ja?... Aha, patowa sytuacja. Czubaty zasiadł w Białym Domu. Otacza go 

żywy pierścień dziesiątków tysięcy bałwanów, którzy nie rozumieją, o co tu naprawdę chodzi. 

O jaką to, u licha, demokrację, jaką, u licha, wolność! To przecież piąta kolumna obcej, 

wrogiej   siły.   -   Iwan   Pantelejewicz   ze   złością   machnął   zaciśniętą   pięścią.   -   Czas   pracuje 

przeciwko nam. Wszystkie czołowe kanały informacyjne prowadzą bezpośrednią transmisję. 

Na prowincji z każdą godziną policaje robią się coraz bezczelniejsi; tam też jest ich mnóstwo. 

background image

Jeśli dzisiaj w nocy nie skończymy z tym burdelem, to koniec, już po państwie. Będziemy 

działać zdecydowanie. Jak chirurdzy. Bez przelewu krwi, być może wielkiego przelewu, z 

pewnością się nie obejdzie. Nie szkodzi, na świecie przez parę lat pokrzyczą i zapomną. Tak 

jak zapomnieli Tien-an-men, tam przecież było to samo. Teng Siao-ping podjął ciężką, ale 

jedynie słuszną decyzję, rozjechał czołgami kilkuset głupich chłopaczków i dziewczątek. To 

oczywiście okropne, ale za to Chiny uratowane zostały od chaosu i wojny domowej, w której 

zginęłyby miliony...

- Niech mnie pan nie agituje - przerwał dyrektorowi Siergiej, ściągając brwi z troską. - 

Niech pan mówi, co mam robić.

W   oczach   Iwana   Pantelejewicza   błysnęło   wzruszenie.   Odchrząknął,   nie   chcąc 

oczywiście, by zadrżał mu głos.

- Dzięki, Sierioża. Nie omyliłem się co do ciebie. A robić trzeba rzecz następującą - 

wskazał   podbródkiem   w   stronę   ekranu.   -   Dostać   się   do   Białego   Domu   i   zlikwidować 

Czubatego. Bez niego to wszystko się rozwali. A najważniejsze - wrócić cało z powrotem, 

jeszcze przed rozpoczęciem operacji grupy specjalnej Alfa. Przydasz się ojczyźnie do innych 

ważnych spraw. Najważniejszą wojnę mamy przed sobą, bitew będzie sporo. No jak, dasz 

radę? Czubatego strzegą bardzo czujnie. Mogą tam być i mutki.

- Jak trzeba, to zrobię - powiedział Dronow z przekonaniem.

Sensej spojrzał na zegarek.

- No tak. Rozmowa zajęła dziewięć minut. A ja mówiłem Wasiljewowi, że dziesięć. Że co 

najwyżej dziesięciu minut potrzebuję po to, żeby Sierioga stanął do szeregu; tego chłopaka to 

ja znam. Zostań tutaj. Zawołam Aleksandra Aleksandrowicza. Udzieli ci instrukcji.

Podał rękę Dronowowi, ale nie wytrzymał, jeszcze dodatkowo go uścisnął. Szepnął:

- Dzięki.

Wyszedł.

Po minucie pojawił się pułkownik. Pod pachą trzymał tę samą skórzaną teczkę, którą 

miał w samochodzie.

- A więc - zaczął bez wstępów - zaczniemy od planów każdego z pięter siedziby rządu 

Federacji Rosyjskiej.

background image

Rozdział siedemnasty

Mógłby wcześniej

Robert powoli szedł długą prostą aleją, starając się znowu złapać zbawczą falę. Niestety, 

słyszał tylko muzykę, dziwnie smutną. Anny już więcej nie słyszał.

Dookoła było bardzo pięknie, prawdziwy raj. Niestety, cholerna atropina była powodem, 

że   niczego   dokładnie   nie   udawało   się   dojrzeć.   Zza   drzew   tu   i   ówdzie   wystawały   dachy 

domów,   jakieś   szklane   dachy   o   wyglądzie   oranżerii,   nawet   kort   tenisowy.   Nie   można 

powiedzieć, obrońcy ludzkości dobrze się urządzili.

Wreszcie ujrzał przed sobą bramę.

Tak jak obiecał pułkownik, Darnowskiego nikt nie zatrzymał.

Młody człowiek w garniturze nacisnął guzik, otwierając drzwi. Uprzejmie powiedział:

- Do widzenia. Samochód zaraz podjedzie. Proszę chwilę poczekać.

- Żegnam - rzekł ponuro Robert.

Za ogrodzeniem rozpościerało się pole, na którego dalekim końcu widać było szosę; na 

niej niekończący się sznur samochodów. Jeszcze dalej gęsto sterczały korpusy bloków.

Pewnie obwodnica; mrużąc oczy, Darnowski starał się określić położenie.

Dziwne, ale widok wydał mu się znajomy. Z pewnością nieraz tędy przejeżdżał i po 

prostu nie zwracał uwagi na to miejsce, które w końcu niczym się nie wyróżniało. Czy to 

mało otoczonych wysokim murem instytucji znajduje się za granicami miasta?

Przystanął   na   dłuższą   chwilę.   Przeszedł   się   w   jedną,   drugą   stronę.   Dziwną   melodię 

nadawał soundtrack - niby spokojną, a nawet, używając banalnego epitetu, czarującą, ale 

mimo wszystko smutną. Typu „Sam w końcu nie wiem już, dlaczego do mych oczu płyną 

łzy”. Jak gdyby oczekiwało go coś bardzo dobrego, ale nie bez goryczy. Zresztą to nie miało 

żadnego   znaczenia,   z   doświadczenia   wiedział,   że   wyobrażenia   jego   i   nieznanego 

kompozytora o tym, co jest dla niego dobre, a co złe, nie zawsze się pokrywają.

Gdzie obiecany samochód? - zaczynał się złościć Darnowski. Posłać go do diabła, dojść 

background image

do szosy piechotą i tam złapać okazję?

Ze złością odwrócił się do portierni i nagle zauważył szyld z boku. Granatowe litery na 

białym tle. No proszę, ciekawe. Jaką przykrywkę wybrał sobie najtajniejszy urząd kraju?

I znowu wydało mu się, że wszystko to już kiedyś widział.

Podszedł blisko i niemal dotknął nosem tabliczki.

Centrum Naukowo-Badawcze

Spróbujmy Ocalić Środowisko

No jasne! Przecież to tutaj pracuje teść, Robert parę razy podwoził go pod bramę zacnej 

instytucji ekologicznej!

Posiadacz wyróżniającego się IQ otworzył usta i jak idiota zaczął mrugać swoimi na 

wpół   oślepłymi   oczami.   A   tymczasem   brama   bezszelestnie   się   rozsunęła   i   do   Roberta 

podjechał   znajomy  lincoln.   Zza   opuszczonej   szyby  doleciały   dźwięki   radia.   Uchyliły   się 

drzwi, a z nich wysunął się Wsiewołod Ignatjewicz we własnej osobie.

- Siadaj, Rob. Wybacz, że ci kazałem czekać.

Aha, to tak! Ale w takim razie...

Darnowski nie zdążył dopowiedzieć w myślach, co w takim razie, i osłupiały wsiadł do 

samochodu.

Teść   przesunął   ręką   po   siwym   jeżyku   na   głowie   (zawsze   strzygł   się   krótko,   po 

sportowemu) i roześmiał się.

- No, ale masz facjatę, zięciu!

Był jak zawsze elegancki: blezer ze złotymi guzikami, szkocki krawat w kratkę, ciemne 

okulary.

- To pan jest dyrektorem Sanatorium - wymamrotał Robert. - A jest nim chyba owo 

pańskie Centrum „SOS”. Mógłbym się wcześniej domyślić.

- Mógłbyś - zgodził się Wsiewołod Ignatjewicz. - W końcu Bóg ci rozumu nie poskąpił. 

Już raczej intuicji. Czemu mrużysz oczy? Słońce cię oślepia? Masz, włóż.

Zdjął okulary, podał mu. Po raz pierwszy Darnowski widział jego oczy, i gdyby nie 

background image

atropina, mógłby w nie zajrzeć.

Zaraz, chwileczkę. Przecież gdyby nie atropina, teść by za nic nie zdjął okularów.

- Aha, to dlatego pan zawsze chował oczy...

- Oczywiście. Dosyć prędko ustaliliśmy, na czym polega twój Dar. Potrzebne mi to, żeby 

mutek szperał w moich myślach?

Lincoln zgrabnie wkręcił się w rząd samochodów, szybko zjechał na lewy pas. Robert już 

dawno wiedział, że Wsiewołod Ignatjewicz dobrze prowadzi samochód.

Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu. Daje  mi czas, żebym przyszedł do siebie, 

zrozumiał Darnowski.

- Widzisz, co się dzieje? - Teść wskazał na dziwne, potężne ciężarówki, stojące wzdłuż 

trasy.

Robert przyjrzał się - nie, to nie ciężarówki. To transportery opancerzone.

- Jakaś defilada? - spytał. - Którego dziś mamy?

- Dwudziestego sierpnia. To nie defilada, ale walka o przyszłość naszego państwa. A 

pewnie też całej planety. - Niepoprawny dowcipniś powiedział to bardzo poważnie. - Podjęto 

decyzję, żeby położyć koniec temu bajzlowi. Dosyć już chaosu. Sprawy zaszły zbyt daleko. 

Nie możemy sobie pozwolić na to, by stać się dla nieprzyjaciela łatwym łupem. Nadszedł 

czas, żeby pokazać nieugiętość i ukarać zdrajców. Bierzemy władzę w swoje ręce.

Robert poczuł dotkliwy ból w sercu. Koniec, goodbye, glasnost. Pesymistyczne prognozy 

się sprawdzają.

- Kto „my”? KGB? - spytał smętnie.

- Nie. Klub.

Wariant Kappa

- Co? - niezbyt inteligentnie zapytał doktor nauk, myśląc, że się przesłyszał. - Klub?

- Tak. Czyżbyś uważał, że naszym wielkim państwem kierowali ci niedołężni starcy, ci 

żałośni popierdacze, wszystkie te breżniewy i czernienki? Nie, Robercie. Już od lat wszystkie 

ważne   decyzje   w   kraju   podejmuje   pewien   nieoficjalny   organ,   klub   skupiający   ludzi   o 

background image

podobnych zainteresowaniach. Dlatego tak właśnie został nazwany.  Cele mamy wiadomo 

jakie:   potęga   ojczyzny  i   obrona   ludzkiej   cywilizacji.   Członkowie   Klubu   zajmują   wysoką 

pozycję,  ale nie są najbardziej widoczni; drugi i trzeci rząd ma o wiele więcej swobody 

manewru niż pierwszy.

- I pan jest jednym z członków?

- Tak.

Darnowski pokręcił głową.

- To znaczy, że ci przybysze z innych planet to bujda. Wiedziałem od razu. Taki straszak, 

żeby uzyskać carte blanche, tak?

- Nie, to nie bujda. Ludzkości naprawdę zagraża śmiertelne niebezpieczeństwo. Właśnie 

dlatego mam zaszczyt należeć do Klubu, że stoję na czele urzędu, którego znaczenie rośnie z 

każdym   rokiem.   Dlatego   też   mam   szczególne   uprawnienia   i   pełnomocnictwa.   -   Teść   na 

moment się uśmiechnął, i wtedy przypominał dawnego żartownisia. - Jak James Bond.

- Licencja na zabijanie? Dla Sanatorium prawo nie istnieje, to zrozumiałem.

Teść   sprytnie   przejechał   skrzyżowanie   na   żółtym   świetle.   Wyprzedził   dudniącą 

żelastwem   kolumnę   czołgów.   W   odróżnieniu   od   obwodnicy   w   mieście   osobowych 

samochodów prawie nie było;  nigdy jeszcze Robert  nie widział  wczesnym wieczorem w 

Moskwie   takich   pustych   ulic,   nawet   w   niedzielę.   Zresztą   nie   wiedział,   jaki   jest   dzień 

tygodnia.

-   Istotnie,   powszechnie   obowiązujące   prawa   nas   nie   dotyczą   -   potwierdził   szorstko 

Wsiewołod   Ignatjewicz.   -   Zrozum,   prowadzimy   nierówną   walkę   z   o   wiele   silniejszym 

przeciwnikiem. Tamci wiedzą o nas wszystko, my o nich prawie nic. W ostatnich latach 

Migranci kompletnie się rozbrykali, przy czym jako pole bitwy obrali akurat nasz kraj; czyli 

najsłabsze   ogniwo   w   łańcuchu   mocarstw   atomowych   -   w   całkowitej   zgodności   z   teorią 

Lenina. Nasz Klub nie stanął na wysokości zadania, nie spostrzegliśmy w porę, że do roli 

przywódcy partii i państwa podsunięto nam policaja. Nie ma się czemu dziwić. Migranci mają 

do dyspozycji bogaty arsenał. Mają i zombifikację, i pranie mózgów, i sztuczne stwarzanie 

dowolnych sytuacji - czy to w polityce, czy też w przyrodzie. Jesteśmy przy nich jak dzicy z 

łukami   i   strzałami   przeciwko   kolonizatorom   uzbrojonym   w   najnowsze   środki   bojowe. 

Powiem ci z całą szczerością: mamy niewiele szans na zwycięstwo. Właściwie tylko jedną. - 

Teść uderzył kantem dłoni o kierownicę. - Jesteśmy młodą, barbarzyńską cywilizacją, nasza 

background image

krew jeszcze nie ostygła. A oni są starzy i entropijni, w ich żyłach, czy co tam mają, płynie 

woda. Ustalili jakieś własne reguły, zgodnie z którymi działają, i granice, których bardzo 

sztywno się trzymają. To znaczy, że powinniśmy być nieprzewidywalni, prowadzić walkę bez 

reguł. Niech zobaczą, że mogą sobie na nas połamać zęby. Niech poszukają jakiejś innej 

planety,   z   mieszkańcami   o   ciut   słabszym   charakterze.   Przecież   my,   wielkie   mocarstwo, 

zrejterowaliśmy z małego Afganistanu. Bo w końcu zobaczyliśmy: tamci prędzej zdechną, niż 

się poddadzą. Dwadzieścia lat temu Amerykanie w Wietnamie zetknęli się dokładnie z taką 

samą sytuacją.

Rozległ się telefon. Robert nawet nie wiedział, że lincoln teścia posiada telefon.

-   Tak?...  Tak   właśnie   powiedział?   -   Wsiewołod   Ignatjewicz   dosyć   głośno   zazgrzytał 

zębami. - Cóż to, zapomniał, kto go wysunął? Pogadaj z nim po męsku. Niech się nie trzęsie. 

To   generał   czy   szmata?   Czołgi   po   to   istnieją,   żeby   z   nich   strzelać!  A  gąsienice,   żeby 

miażdżyć!... Dalej, czekam.

Chyba po raz pierwszy Robert widział teścia tak rozdrażnionego.

- Będziecie ludzi miażdżyć gąsienicami? Zgodnie z zasadą: bij swoich, żeby obcy się 

bali? Wsiewołodzie Ignatjewiczu, niech pan powie, a może wy, z waszymi sanatoriami i 

klubami, jesteście gorsi od Migrantów, co?

Powiedział i sam się przestraszył. Mądry człowiek tym się różni od głupiego, że nie rąbie 

prawdy w oczy, tylko przepuszcza ją przez filtr, w zależności od rozmówcy.

Ale teść się nie obraził. Na chwilę umilkł, jak gdyby zastanawiając się nad pytaniem, po 

czym odpowiedział spokojnie, z rozwagą:

- Co tu gadać. Może i nie jesteśmy słodcy. Ale przynajmniej swoi. Urodziliśmy się na 

Ziemi, ona nas wykarmiła, i tutaj umrzemy. Możeśmy grzeszni, ale mamy swój rozum, nie 

biegamy na smyczy, obcych panów nam nie potrzeba. Zgadzasz się ze mną?

Zerknął na Roberta.

- A skąd pan wie, że Migranci chcą nas okupować? Może to tylko pańskie domysły? A 

jeśli chcą nam jedynie pomóc?

- Podarować rajską  szczęśliwość?  - Wsiewołod Ignatjewicz  uśmiechnął się gorzko.  - 

Najpierw robią prezenty poszczególnym przedstawicielom, takim jak ty i Sieriożka, a potem 

uszczęśliwią   całą  resztę.  Wiesz,   jaki   kryptonim   ma   międzynarodowy  program  obserwacji 

mutantów? „Dary mędrców”.

background image

- Dlaczego?

-   Jankesi   mieli   pewną   teoryjkę:   ot,   taka   paplanina.   Że   Jezus   Chrystus   to   jedna   ze 

wczesnych prób, które podjęli Migranci, żeby przeprogramować ludzkość. No, dać ludziom 

nowe   wytyczne   moralne.  Według   jakichś   parametrów   przybysze   z   innych   planet   wybrali 

niemowlę i udzielili mu szczególnych darów. Gwiazda Betlejemska miała być, zgodnie z tą 

teorią, statkiem kosmicznym. A mędrcy ze Wschodu jego załogą. - Teść roześmiał się, ale 

znowu niewesoło. - Tylko jakoś słabo im wyszło. Przecież nie jesteśmy robotami, nie trzeba 

nas programować, sami damy sobie radę z naszymi problemami.

Darnowski zrobił sceptyczny grymas.

- Jest pan tego pewien?

- A jak nie damy rady, to widać taki nasz los.

Znowu zadzwonił telefon.

- Co znaczy „w prostracji”? - krzyknął Wsiewołod Ignatjewicz. - I ręce mu drżą. A 

źrenice?... Aż tak?... - Zaklął paskudnie, co mu się nigdy nie zdarzało. - Te same symptomy co 

u pozostałych!

W gniewie trzasnął słuchawką o tablicę. Gwałtownie zahamował przy chodniku i przez 

kilka sekund siedział, zasłaniając twarz dłońmi. Taki wybuch emocji sprawił, że Robert zaczął 

się denerwować.

- Co się stało? Co?

Teść nie odpowiedział od razu, ale kiedy odjął dłonie od twarzy, był znowu skupiony i 

opanowany.

-   Koniec   -   powiedział.   -   Przepadło.   Okazali   się   silniejsi.   Zbyt   długo   zwlekaliśmy. 

Migranci zdążyli zadać kontruderzenie. Zaaplikowali psychopenetrację członkom Komitetu 

Nadzwyczajnego.

- Co takiego?

- Skupione promieniowanie psychopenetracyjne. Amerykanie uprzedzali nas, że Migranci 

władają podobną technologią. To potężne oddziaływanie promieni na psychikę człowieka. 

Wszyscy członkowie KPSN i szefowie resortów siłowych opuścili ręce, chociaż są to ludzie o 

wyjątkowo silnej woli, można nawet powiedzieć, stalowi. Zupełnie stracili chęć działania. 

Chociaż każdemu z nich przydzielono członka Klubu, ale ci nic nie mogą zrobić. To są 

background image

zawsze te same objawy: drżenie rąk, rozbiegany wzrok, nadmierna nerwowość, całkowity 

zanik umiejętności podejmowania decyzji. Migranci nas ograli.

- I co pan teraz zrobi?

- Mamy jeszcze niejakie odwody, ale ich użycie mija się z celem. Szanse na zwycięstwo 

są  zbyt   małe,   sytuacja   wymknęła   się   spod   kontroli.   Nocny  szturm   Białego  Domu  trzeba 

będzie odwołać. Inaczej zamiast wariantu chińskiego rozpocznie się ogólnokrajowa krwawa 

łaźnia... Tak, postanowione!

Wziął żałośnie popiskującą słuchawkę, wykręcił numer.

- San Sanycz? Orientujesz się, tak?... Dobra, emocje później. No więc słuchaj. Grupa 

Alfa ma wolne - to po pierwsze. Kończ ten instruktaż. Akcja odwołana... Tak, nie ma sensu. 

Wycofaj   Dronowa.   Co   do   reszty  -   ogólna   ewakuacja   według   wariantu   Kappa.   No   dalej. 

Wykonać.

Lincoln płynnie ruszył z miejsca.

- Z czego to wycofuje pan Dronowa? - zapytał zaniepokojony Robert.

Wsiewołod Ignatjewicz chyba nie dosłyszał. Patrzył przed siebie, w skupieniu o czymś 

rozmyślał.

-   Cóż,   na   danym   odcinku   policaje   wzięli   górę.   Ale   przegrana   bitwa   nie   oznacza 

przegranej   wojny.   Przewidywaliśmy   taki   wariant,   wszystko   przewidzieliśmy.   Zgodnie   z 

planem Kappa opór będziemy stawiali w podziemiu. Jeśli się nie szarpać, nie gorączkować, 

może z czasem, za dziesięć lat, znowu znajdziemy się u steru. Ludzkie rezerwy przecież 

istnieją. Nie znikną instrumenty, dzięki którym wpływamy na ludzi. Migranci mają swoich 

agentów,   my  swoich.   Klub   też   nigdzie   nie   wyparuje.   Po  prostu   na  jakiś   czas  usunie   się 

bardziej w cień. Jasne jest jedno: Klubowi przyda się świeża krew. O tym zresztą chciałem 

właśnie z tobą porozmawiać. Jest propozycja, żeby włączyć cię do składu stałych członków. - 

Wsiewołod   Ignatjewicz   triumfalnie   podniósł   palec.   -   Nawet   sobie   nie   wyobrażasz,   jakie 

możliwości otworzą się wtedy przed tobą. No i oczywiście, jaką to nakłada odpowiedzialność. 

Ile masz lat? Dwadzieścia osiem. Ja, kiedy wstąpiłem, miałem czterdzieści, i jeszcze uważano 

mnie za cudowne dziecko. Ale przyszedł czas, żeby odmłodzić skład; dzisiejsze fiasko to 

najlepszy   dowód.   Poręczyłem   za   ciebie,   bo   masz   wszystkie   potrzebne   cechy:   rozum, 

konsekwencję   w   postępowaniu,   stałość   charakteru.   W   końcu   dobrze   cię   znam.   No   i 

oczywiście twój Dar też nam się przyda.

background image

Darnowski pomyślał i spytał:

- Dronowa też bierzecie?

- Nie, Siergiej ma swoją wytyczoną drogę. Mówiąc stylem biblijnym, nie jest Mężem 

Rady, ale Mężem Siły, Klub to nie miejsce dla niego. Nad Dronowem popracują specjaliści, 

przygotują go jak należy, i stanie się naszym radzieckim Batmanem. Wspomniany już agent 

007   w   porównaniu   z   Sieriogą   znaczyłby   tyle,   co   komar.   A   do   zadań   o   znaczeniu 

strategicznym będziemy wykorzystywać waszą grupę w całości. To będzie nasza tajna broń.

- „Grupa” to znaczy ja i Dronow?

- Nie, wy troje. Kiedyś powiedziałeś do Dronowa (słyszałem nagranie tej rozmowy): „Ty 

jesteś Siłą, ja Myślą, razem kombinacja nie do pokonania”. Ale Siła i Myśl to za mało, czego 

dowodem   było   wasze   włamanie   do   laboratoriów.   Dopiero   teraz   zrozumiałem,   że   idealną 

komórkę bojową tworzy wasza trójka: Intelekt, Siła plus Intuicja. To jest połączenie, które 

pokona każdą przeszkodę i rozwiąże wszelkie problemy. Ty oczywiście będziesz w tej grupie 

starszym   -   jako   członek   Klubu.   Ale   myślę,   że   o   faktycznym   przywództwie   zdecyduje 

konkretna   sytuacja:   to,   co   jest   w   danej   chwili   ważniejsze   -   inteligencja,   wyczucie   czy 

działanie.  Wszyscy  troje   jesteście   po  prostu  dla   siebie  stworzeni.   Nawet  nazwiska  macie 

podobne: Darnowski, Dronow i Dolina.

No, niby prawda, pomyślał Robert. Wychodzi 3-D. Ale lepiej, żeby były tylko dwa D, o 

jedno jest wyraźnie za dużo.

- Dlaczego ona jedna na nas dwóch? - spytał ponuro swego mądrego teścia.

Ten filozoficznie wzruszył ramionami.

- Też o tym myślałem. Być może po to, żebyście obaj z Sieriożą stale wytężali siły, 

wykorzystując Dar w pełni. Ty i Dronow jesteście anodą i katodą, a Marianna przenosi prąd 

między wami. Dokąd ten miłosny trójkąt was zaprowadzi, kogo ona wybierze - nie wiem, sam 

jestem ciekaw. Ja bym postawił na ciebie. Więź duchowa jest mocniejsza niż cielesna.

„Wie, o wszystkim wie! - zorientował się Robert. - Nawet o tym, że między mną a Anną 

nic nie było. Sam pewnie mu wypaplałem w czasie przesłuchań”.

- Tylko że ona drugiego też nie wypuści ze swoich sieci - ciągle tym samym, pełnym 

dumy   głosem   ciągnął   Wsiewołod   Ignatjewicz.   -   Cóż,   trójkąt   to   bardzo   stabilna   figura 

geometryczna. Poza tym niezbędna dla dobra sprawy.

background image

Działanie atropiny pomału zaczynało słabnąć. Darnowski nagle zorientował się, że już 

może   rozróżnić   kontury   domów.   Popatrzył   dookoła.   Coś   bardzo   długo   jechali   -   jeśli 

oczywiście teść wiózł go do domu, na Wiernadskiego.

Ej, przecież to Szosa Wołgogradzka! Zajęty rozmową nie zauważył, że przejechali niemal 

przez całe miasto. No tak, nie ma żadnego ruchu.

- Dokąd mnie pan wiezie? - Robert zaczął się kręcić na fotelu.

Wsiewołod Ignatjewicz zdziwił się.

- Jak to dokąd? Przecież chciałeś do domu? Właśnie wiozę cię na Kuźminki, do waszego 

gniazdka. Ona troszkę się wzmocni i dostarczymy ci ją w znakomitej formie.

Darnowski poczerwieniał i spuścił oczy, po czym spytał nieśmiało:

- A... A co z pańską córką? Inną?

O Boże, dopiero teraz do niego dotarło. Przecież minęły trzy miesiące! Jak tam Inna? Co 

jej ojciec powiedział? I czy w ogóle cokolwiek mówił?

Teść beznamiętnie odpowiedział:

- Po pierwsze, nie nazywa się Inna. Po drugie, nie jest moją córką. To nasza pracownica, 

wykonująca   długoterminową   misję,   która   właśnie   się   skończyła.   Nie   dręcz   się   tak   z   jej 

powodu. Bo w czasie przesłuchań urządziłeś prawdziwą dostojewszczyznę: „Jestem podlec, 

łajdak, zdrajca”. Z Inną wszystko w porządku. Dla niej byłeś zawsze tylko „królikiem”.

-   Kim?   -   wyszeptał   Robert,   który   przypomniał   sobie,   że   właśnie   tym   słowem   żona 

nazywała go w myślach, kiedy była rozluźniona po stosunku.

- No, mamy takie słówko w Sanatorium. „Królik” to mutant znajdujący się pod stałą 

obserwacją. Tak jak doświadczalny. To taki żart, nie obrażaj się. No bo jak dotarliśmy do 

ciebie i Siergieja? Mamy specjalny wydział, który zajmuje się monitoringiem wszystkich 

dziwnych, trudnych do sensownego wyjaśnienia zdarzeń. Przegląda prasę prowincjonalną, 

sprawdza plotki i tak dalej. No więc mieliśmy wypadek drogowy, w którym autobus ni stąd, 

ni zowąd rozbija się w drobny mak, nie wiadomo o co, przy czym dwaj pasażerowie pozostają 

cali i zdrowi. To dosyć typowy wypadek. Na przykład, jeśli nagle rozbije się samolot, a ktoś z 

pasażerów czy załogi w cudowny sposób ocaleje, mamy dziewięćdziesiąt dziewięć procent 

pewności,   że   bez   Migrantów   się   nie   obeszło.   Obu   was   wzięliśmy  więc   pod   obserwację. 

Przekonaliśmy się: bez pudła, to nasze kadry. Osobiście prowadziłem ciebie i Sieriożę. Potem 

background image

włączyłem Innę. Przepracowała z tobą siedem lat, z lejtnanta awansowała na kapitana.

- A... a teściowa? No, Aleksandra Wasiljewna?

- To też nasza pracownica, major rezerwy. Rob, ja naprawdę mam syna i córkę. Żona jest 

bardzo mądrą kobietą. Koniecznie muszę was poznać.

Wtedy Robert zamilkł na długo. Pewnie na pięć minut. Trzeba było się rozeznać we 

własnych uczuciach.

Czy czuł się poniżony? Tak, z pewnością. Ale stokroć silniejsze było uczucie ulgi. To tak 

jakby łańcuchy krępujące duszę pękły i opadły.

Jest wolny! Nikomu nic nie jest winien! Co za szczęście!

Tymczasem lincoln już wjeżdżał na podwórze czteropiętrowego bloku.

- Tam stoi twój golf, zabraliśmy go z lasu. - Wsiewołod Ignatjewicz pokazał wóz. - 

Drzwiczki   nie   są   zamknięte.   Klucze   od   stacyjki   i   od   mieszkania   masz   w   schowku.   W 

mieszkaniu wstawili ci szyby, nawet posprzątali. W lodówce jest pełno jedzenia. Odpocznij. 

No, do rychłego.

I uścisnął rękę byłemu (a raczej fikcyjnemu) zięciowi.

- Jak to? I nie spyta pan, co postanowiłem? - Darnowski zmrużył oczy.

- Dzisiaj nie. Pobądź trochę w samotności, pomyśl. - Dyrektor Sanatorium uśmiechnął 

się. - Ej, ej! Nie wpijaj się tak we mnie wzrokiem! - Zdjął Robertowi okulary, nasadził je 

sobie na nos. - A niech cię, źrenice już się zmniejszają.

Pomachał ręką na pożegnanie, pojechał.

Mądry facet. Darnowski popatrzył w ślad za nim. Mocny. Gdyby nie Anna, wykiwałby 

mnie. Przełknąłbym wszystko i nawet się nie zakrztusił.

Wszedł na górę, przespacerował się po pokoju. W szafie wisiała biała sukienka, ta sama. 

Robert przycisnął twarz do materiału. Suknia pachniała Anną.

Rzeczywiście tutaj mieszkała, to nie był sen. I wkrótce znowu zamieszka.

Dobre pytanie

background image

Siedział w nocy sam. Przez cały czas oglądał bezpośrednią transmisję w CNN. Myślał: 

wszyscy powariowali, nawet Amerykanie. Jak gdyby nie było na świecie innych wiadomości.

Najważniejsze, że nic się nie dzieje, sylwetka Białego Domu w oddali, ciemność, parę 

razy niebo przecięły serie pocisków smugowych i tyle. Komentatorka mówi, mówi. Głos ma 

niespokojny, ale nowych informacji właściwie nie ma; powtarza w kółko jedno i to samo.

I przecież wiedział już, czym to się skończy, ale nie mógł oderwać się od ekranu.

Muzyka uprzedzała: szykuj się. Teraz wydarzy się coś strasznego. Czekaj.

W końcu się doczekał.

W jakiejś chwili soundtrack urwał się, wyciszył prawie do zera, słychać zaś było cichy 

oddech. Darnowski drgnął.

Anna!

Słyszę cię, kochana! Mów. Jestem w domu. W naszym domu. Jak się czujesz? Kiedy 

przyjdziesz? Chcesz, to przyjadę zaraz po ciebie?!

Nie trzeba - ze smutkiem odpowiedziała Anna. - Muszę zostać z nim. Wybacz mi.

To było tak niespodziewane, tak niewiarygodne, że poczuł się zupełnie oszołomiony.

Z kim? Z Dronowem? Ty... kochasz jego, a nie mnie?

Kocham ciebie. Bardzo kocham. Ale nie mogę go zostawić. Zginąłby beze mnie. Nie może  

być sam.

A ja mogę?  - Robert zerwał się, zamachał rękami, choć przecież nie była w stanie go 

widzieć. - Ja też nie mogę żyć sam!

Nie jesteś sam. Tamci zaopiekują się tobą, zapewnią ci dobrą ochronę. A on wybrał tych,  

będzie mu trudniej, więc nie mogę go rzucić.

Stój, ale przecież ty sama popchnęłaś mnie do takiego wyboru! Ja też mogę być z tymi,  

byleby z tobą!

Nie możesz. Żegnaj, kochany. To nasza ostatnia rozmowa, więcej mnie nie usłyszysz.

Dlaczego?

Będzie mi ciebie bardzo brakowało, ale nie mogę już więcej z tobą rozmawiać. - Jej głos 

stawał się coraz cichszy. - Nie wiem dlaczego, ale czuję to. Nie wiem. Pewnie dlatego, że to 

byłaby zdrada. Żegnaj. Słuchaj melodii, w niej jest odpowiedź.

background image

Więcej   już   nie   usłyszał   ani   słowa.   Może   z   powodu   muzyki.   Przeklęty   soundtrack 

zabrzmiał głośniej i ostatecznie zagłuszył głos Anny.

Jaka odpowiedź? Po co mi melodia, jeśli nie ma ciebie? Anno! Anno! Odezwij się!

Dopiero kiedy z dołu zaczęli stukać, Robert zorientował się, że krzyczy naprawdę.

Od chwili, kiedy Anna umilkła, Darnowski nie mógł ani siedzieć, ani stać. Ciskał się po 

pokoju, wpadał na ściany, mruczał jakieś słowa bez związku.

Nie mógł przebywać w domu, w którym jej już nigdy nie będzie.

Sam nie wiedział, kiedy wypadł z bramy. W ręku miał breloczek z kluczami od golfa.

Słusznie! Jechać, dokąd oczy poniosą. Wzrok był już prawie w porządku; w każdym 

razie po ciemku i w okularach widział całkiem normalnie.

Nigdy   jeszcze   Robert   nie   pędził   po   Moskwie   z   taką   szybkością,   nie   przestrzegając 

żadnych zasad.

Ale i Moskwa nigdy taka nie była. Ani jednego milicjanta na całkiem pustych ulicach. 

Martwe, bezludne miasto, tylko okna świeciły się okropnym niebieskim blaskiem. Wszyscy 

dostali fioła, nikt nie śpi - oglądają telewizję.

Pędzący   Sadowym   Robert   zobaczył   tłum.   Na   środku   jezdni   płonął   trolejbus,   dokoła 

krzyczeli ludzie, czymś wymachiwali.

Wyminął   zbiegowisko,   nic   go   nie   obchodziło.   Szalona,   urywana   melodia   gnała   go 

naprzód, naprzód.

Wszyscy   dookoła   zwariowali.   Wsiewołod   Ignatjewicz   ze   swoimi   Migrantami, 

moskwianie, CNN. Nawet Anna.

Kiedy człowiek nagle uświadamia sobie, że tylko on jeden jest normalny, a cała reszta 

zwariowała, to już jest diagnoza.

Robercie Łukiczu, porąbało pana na całego. I pewnie już dawno.

Ulica zaczęła się rozpływać, jak gdyby tajać. Znowu atropina, pomyślał Darnowski, a 

potem uświadomił sobie: nie, to łzy. Płakał.

Dlaczego? Nad kim?

Nad Anną? Nie, jej nie ma co żałować. Zawsze wiedziała, co robić. To skała, nie kobieta, 

nie do ruszenia.

background image

Nad sobą? Wcale siebie nie żałował.

Płakał nad Darem, to była przyczyna jego płaczu.

Jak rozporządziłeś swoim Darem, ktokolwiek ci go dał - Bóg, którego nie ma, przybysze 

z innej planety, których też nie ma, czy też po prostu wstrząs mózgu? Mogłeś przeniknąć 

tajemnice   ludzkiej   świadomości   i   podświadomości,   zostać   genialnym   psychoterapeutą, 

pocieszycielem strapionych albo głosem niemych, a zamiast tego przez dziesięć lat grzebałeś 

w kupie gnoju, wydłubując stamtąd żałosne okruszyny. A może prawdziwym darem wcale nie 

było gmeranie w cudzych myślach, tylko właśnie Melodia.

Jak gdyby na potwierdzenie tych myśli soundtrack wybuchł jeszcze bardziej natrętnym, 

po prostu latynoskim rytmem.

Ale i muzyka zwariowała... Z czego się cieszy? Samotny wariat nie ma po co żyć na 

świecie. Jeszcze dodać gazu i na pierwszym ostrym zakręcie wszystko się skończy. Melodia 

się urwie i dalszego ciągu nie będzie.

Dlaczego droga nagle pociemniała, zniknęły domy?

Aha, szalony kierowca zapędził się na zamiejską szosę, tę samą, Rublowską. Wychodzi 

na to, że ręce nie kręciły kierownicą ot, tak sobie; wiedziały, dokąd jechać.

Wszystko układało się po prostu znakomicie. Gdzie się wszystko zaczęło, tam też się 

skończy.

Kiedy skręcił na Koliną Górę, omal się nie przewrócił - dwa lewe koła oderwały się od 

ziemi.

Nie, tutaj byłoby jeszcze za wcześnie.

Teraz trzeba minąć most, a za nim będzie zakręt, gdzie przy takiej szybkości się nie 

wyrobi. Jeszcze pół minuty, najwyżej.

Nagle   Roberta   oświeciło.  A  może   naprawdę   zginął   wtedy,   w   autobusie?   I   koniec,   a 

wszystko   to,   co   potem,   było   jedynie   przedśmiertną   chimerą,   produktem   jego   gasnącej 

świadomości?

- Zaraz się o tym przekonamy - powiedział z pasją i nacisnął pedał gazu.

Przez most przeleciał jak wicher. Obrócił kierownicą, chociaż nie miał wątpliwości: zaraz 

wpadnie na drzewa stojące po tamtej stronie drogi.

Ale za zakrętem nie było drzew. Dotykając nieba, stała tam Biała Kolumna, wypełniona 

background image

żywym światłem.

Ostatnią   jego   myślą,   już   w   momencie   zderzenia,   było:   Melodia   nadal   dźwięczy.  To 

znaczy, że jeszcze nie koniec? Dalszy ciąg nastąpi?