background image

                                     
                                                               Rozdział 14
  
                                                         Spotkanie w Alejach
      
      Dni upływały z niewiarygodną  szybkością.
      Miesiąc maj miał się  ku końcowi,  gdy doktor Eljot zezwolił Li-Fangowi zejść  po raz pierwszy 
      do ogrodu,   przylegającego do lecznicy.  Ramię,  w ramię,  mocno przytuleni do siebie,  szli 
      alejką,   pośród kwitnących krzewów i drzew,  Janka i jej ukochany Li-Fang .
      Miłość ich wzrosła w dwójnasób,  gdyż poznali się nawzajem jeszcze bliżej.  Każde z nich 
      oceniło wartość drugiego, uczuli się związani nierozerwalnymi więzami, które tylko  śmierć 
      rozerwać może.
      Oczy obojga jaśniały  nadziemskim szczęściem, a  serca ich  wypełniało jedno tylko pragnienie:
      połączyć się  jak najprędzej węzłem małżeńskim.
      Jedna tylko myśl  zamącała sen o szczęściu dziewczęcia, myśl, że pozostawi w osamotnieniu  
      chorego  Karola  i rozłączy się na zawsze z grobem,   gdzie jej ojciec spoczywa.
      Wiedziała od doktora Eljota,  że biedny Karolek na długi czas jeszcze  pozostanie w lecznicy.
      Cichy zgrzyt kół na żwirowanej drodze  i oto ujrzeli obydwoje zbliżający się wózek do 

 przewożenia chorego.   Posługacz,   popychający wózek,  chciał wyminąć idących.  Janka i 
Li-Fang poznali jednocześnie chorego,  który spoczywał oparty o poduszkę.      Był to    Karol 
Garlicz.  I on  również  poznał ich,  skinął na nich z uśmiechem,  po czym poprosił posługacza 
by zatrzymał wózek.
- Karolku,  drogi  Karolku,  jakże się cieszę,  że  doktor  pozwolił  ci   wyruszyć  na spotkanie
wiosny!  - zawołała Janka,  podbiegając ku niemu  i wyciągając doń  radośnie obie rączki.
- Tak,  Janeczko,  ja sam  nie spodziewałem się tego,  lecz,  dzięki Bogu,  stan mego zdrowia 
poprawia się coraz bardziej.  Teraz dopiero  wstąpiła w me serce niepłonna   nadzieja,  że 
powrócę do zdrowia!   - brzmiała nieco niepewna  odpowiedź chorego.
- Wyzdrowiejesz na pewno,  Karolku!  - zapewniła Janka.  - Jak to cudownie,  że spotykamy się 
w ogrodzie,   podczas gdy wiosna rozkwita!
- Li-Fang !   - zawołał radośnie Karol,  spostrzegając swego przyjaciela,  który zbliżał się doń, 
ociągając się,  z wahaniem.
Milcząc podali sobie dłonie   i wzruszeni spojrzeli sobie w oczy.
- Uczyń ją  szczęśliwą   - szepnął cicho Karol.  - Ustępuję ci kobietę,  którą kocham,   gdyż 
wiem,  że kochasz ją z całego serca.
- Dziękuję,  Karolu!  - rzekł wstrząśnięty Li-Fang.  - Więc się nie gniewasz na mnie? 
Zapomnisz o tym,   że ja,  twój najlepszy przyjaciel,  zabrałem ci twą ukochaną?
- Drogi mój przyjacielu  - odparł spokojnie Karol  - cóż możemy uczynić przeciwko losowi? 
Czy mogłem walczyć z Przeznaczeniem,  wiedząc,  że Janka nie jest mi sądzona?   Nie mówmy 
już nigdy o tym, dobrze?
Li-Fang własnoręcznie ujął wózek i potoczył go do altany,  gdzie oczekiwał nań posługacz,  by 
ułożyć  chorego w cieple słonecznym.
Zakochana  para  pożegnała  się  z  Karolem,  nie  chcąc  mu  przeszkadzać  i   przyrzekając 
jednocześnie,  że niebawem powrócą.
Oddalając  się,   Li-Fang  milczał  w  zamyśleniu.  Gdy  jednak  dostrzegł,  że  zaniepokojona
dziewczyna  wpatruje się weń, objął ją ranieniem i rzekł:  Tęsknię za światem,  za życiem,  tam, 
na zewnątrz,  Janeczko!  Dusi mnie ta szpitalna atmosfera,  chciałbym zmienić otoczenie.  Co 
powiesz na mą propozycję,  by przejechać się autem  do Łazienek,  tam gdzie ujrzeliśmy się po 
raz pierwszy?
- Pójdę wszędzie za tobą,  najdroższy!  - odparła dziewczyna z uśmiechem.
- A  więc jedźmy natychmiast!  - zawołał uradowany młodzieniec.  - Chodź, wydostaniemy się 
stąd na ulicę  przez furtkę w murze.  Przywołamy taksówkę  i pojedziemy.  Sądzę,  że doktor nic 
nie będzie miał   przeciwko temu.

background image

Tak też się stało.  Niebawem czuła para zakochanych  siedziała po raz pierwszy  razem w aucie,
które podążało w stronę  Alej Ujazdowskich. 
Szczęście jaśniało na obliczach obojga. Nie dostrzegli jednak,  że drugie auto podążało w ślad 
za nimi,  w którym siedział stary Chińczyk  i nie spuszczał z nich oka  ani na jedną sekundę.
Wesołość zakochanej pary wywołała posępną chmurę na pomarszczonej twarzy prześladowcy.
- Strzeżcie się!  - mruknął zjadliwie  i palce jego skurczyły się jak szpony  - tym razem udało 
się wam,  lecz nie ujdziecie mi,  o,   nie!  Już będę wiedział,  jak was dosięgnąć w chwili,  gdy 
najmniej się tego spodziewacie!
Li-Fang i Janka,  nie przeczuwając  niebezpiecznego wroga ze ich plecami,  cieszyli się wiosną 
jak małe dzieci.  Z zachwytem  przyglądali się  rozkwitłym drzewom na ulicach i  placach,  oraz 
tłumom,  spacerującym w pełnym blasku majowego słońca.
Książę Li-Fang  opowiadał ukochanej o swej dalekiej,  przybranej ojczyźnie,  opowiadał,  jak 
przepięknie rozkwitają  tam drzewa  i jak przecudnie pachną kwiaty.
Janka słuchała go,  zapominając o całym świecie. W wyobraźni swej stąpała po cudnych 
ogrodach dalekich Chin.     Auto powoli zbliżało się  do Łazienek.  Ludzie na ulicach mieli 
rozradowane twarze.  Wszystkich zwabił  piękny,   słoneczny dzień wiosenny,    z dusznych 
mieszkań do rozkwitającego parku.   Janka marzyła.   Spośród tych wszystkich ludzi  wybrała 
sobie  człowieka,   którego  pokochała  nad  życie.
Wtem wzrok jej padł   na wymijające ich auto,  w którym  siedział stary Chińczyk. Tak, bez 
wątpienia, był to Chińczyk,  lecz,  o Boże! Jakże straszną nienawiścią  zapłonęły jego oczy,  gdy
przelotnie skierował je w stronę Li-Fanga. 
Janka zadrżała;  Chińczyk,  spoglądający na jej najdroższego z śmiertelną nienawiścią!  Czy to 
nie jest przypadkiem   ten sam Chińczyk,  który?...
Z ust jej wydarł się okrzyk przestrachu.  Czyżby to był wróg Li-Fanga,  morderca jej ojca?
- Janeczko,  co ci? Co się stało,  dlaczego jesteś taka przerażona?
Dziewczyna  wyciągnęła rękę przed siebie i wyjąkała :    Tam...  tam...  spójrz!  Ten Chińczyk...
twój wróg...  śmiertelny wróg!...
Li-Fang uniósł się,  podniecony,  lecz w następnej chwili  opadł z powrotem na siedzenie auta,
śmiertelnie blady.  Z gardła jego wydarł się  głuchy okrzyk przerażenia.
- Li-Fang,   na  miłość  Boską!   - krzyknęło dziewczę   - ty  znasz  tego  człowieka,   znasz  jego
nazwisko!  Kto to jest?   Mów,  mów prędko!  Powiedz mi wszystko!  I jednocześnie przerażony
wzrok jej nie odrywał się od twarzy Chińczyka w aucie. 
- Patrz,  patrz,   on wysiada!   - szepnęła.  - Zmieszał się z tłumem spacerujących. Znika mi z 
oczu!  Zwróciła się do Li-Fanga:
- Ukochany!  - zawołała  – czemu nie odpowiadasz?  Dlaczego pozwalasz,  by umknął nam ten 
człowiek?  O,   ja  jestem  święcie  przekonana,   że to on,  a  nie kto inny,   skradł  twój 
talizman i zamordował mego ojca!
Li-Fang chwycił jej rączki. W oczach jego odmalował się  głęboki ból i bezsilna  rozpacz.
- Czy jesteś pewna,   że nie mylisz się,  Janko?  - zapytał drżącym głosem.
- Nie,   nie mylę się!  -  zawołała podniecona.  -  Spojrzenie,   jakie skierował  na nas,   tchnęło 
bezdenną nienawiścią.  W oczach jego czaiła się żądza krwi,  chęć mordu i dzikiej zemsty! Lecz 
dlaczego przeraził cię  widok tego człowieka?  

 Jak to wytłumaczyć,   że dotychczas  nie wymieniłeś jego nazwiska?
- Jego nazwiska?   - wykrztusił Li-Fang   i potarł dłonią spocone czoło -  nie,   nie,   Janeczko,
omyliliśmy się oboje. Ten człowiek, o którym myślę, nie może być w Europie, a  tym mniej w 
Warszawie.
Jest to bowiem najzaciętszy wróg Europejczyków,  a  zarazem jeden z najpotężniejszych ludzi
zjednoczonych Chin.  Ten potentat szczyci się,  że nigdy jeszcze nie opuścił swej ojczyzny,  że 
nigdy noga jego   nie postała w obcym kraju.
Nienawidzi cudzoziemców do tego stopnia,  że nigdy jeszcze żaden obcy człowiek nie 
przestąpił progu jego wspaniałej rezydencji,  gdyż obecność obcego poczytałby  jako osobistą 
zniewagę.

background image

Wybacz  mi,  Janko,  że ci wszystko opowiadam,  lecz pragnę ci udowodnić,  że podobieństwo
twarzy zmyliło nas obojga.
- Rozumiem cię,  najdroższy  – rzekła cicho Janka. -  Czemu jednak nie wymienisz mi nazwiska
tego człowieka, o którym opowiadasz?
- Mogę ci je wyjawić, pomimo że człowiek ten znajduje się obecnie w Chinach   - odparł 
Li-Fang, z trudem maskując trwogę i udając zupełną swobodę, by uspokoić dziewczynę.
- Jego nazwisko brzmi:  Czang-Czu       i on jest krewnym mych przybranych rodziców.
- Czang-Czu!  - wyszeptało dziewczę i zimny dreszcz przebiegł po jej ciele.
- On jest twoim krewnym,  najdroższy? Powiedz mi czy nienawidząc Europejczyków, nie może
również i ciebie,  znienawidzieć? Przecież jesteś Polakiem z pochodzenia, a stałeś się ostatnim 
potomkiem prastarej chińskiej arystokracji. Prócz tego żenisz się z Europejką.  Czyż to nie 
wystarczający powód, by ten człowiek, zapragnął naszej śmierci?
- Nie obawiaj się,   Janeczko!  Czcigodny Czang nie ma nic wspólnego ze mną. Jego olbrzymie
posiadłości,  leżą zbyt daleko od mego domu.
Wobec tego, że nie znasz mej historii pozwolisz, że opowiem ci wszystko od samego początku.
Przede wszystkim muszę ci powiedzieć, że z mych prawdziwych rodziców nazywam się 
Karwicki, na imię mam Julian.  Lecz ta okoliczność nie ma obecnie najmniejszego znaczenia 
wobec tego, że po śmierci mych rodziców zostałem zupełnie legalnie zaadoptowany, jako małe 
dziecko, przez przepotężnego księcia Tola-Wang, władcy krainy Ti-Ki-Leng, krainy wielkich 
puszcz i jezior.
Nie wspomniałem ci dotychczas, że nie tylko ja jeden zostałem następcą, księcia Tola- Wang. 
Mam siostrę,  kochane,  miłe i    piękne dziewczątko. Na  imię jej jest, Li. 
Tola-Wang wychował nas po europejsku. Otrzymaliśmy wszechstronne wykształcenie, 
nauczyliśmy się języków, i obyczajów europejskich. W ten sposób pokochaliśmy Europę.
Gdy podrośliśmy, Tola-Wang podarował nam pałac na wyspie, pośród olbrzymich jezior Ti-ki. 
Wyspa ta, to istny raj na ziemi. 
W mym pałacu panują zwyczaje europejskie, przy czym     Li,    moja siostrzyczka, nie rozstaje 
się z Angielką, panną do towarzystwa. Wiedząc, że nie jest samotna, mogłem śmiało 
przedsięwziąć podróż do Europy. Zobaczysz, że  Li przyjmie cię z otwartymi ramionami.
- Li!...  - szepnęła Janka  - cieszę się, że masz siostrę,  Li-Fang .
 - Lżej mi na sercu, gdy pomyślę,  że w twym kraju będę miała przyjaciółkę, która nauczy mnie 
waszych obyczajów.
- Li jest po tobie,   najsłodszą istotą na świecie,  - odparł młodzieniec z radością. Jestem pewny, 
że polubicie się na wzajem. 
Wzrok Janki błądził w zamyśleniu, po spacerujących tłumach.
Auto sunęło po gładkim asfalcie Alej Ujazdowskich.
- Wracamy do domu!  - odezwała się nagle.
- Obawiam się spotkać tego człowieka, który tak podobny jest do Czanga. Ach Li-Fang, a jeśli 
nie omyliliśmy  się?  Jeżeli to był naprawdę  Czang-Czu? Widzisz, mój ojciec ma wroga 
Chińczyka. Nienawiść ta musiała być okropna, skoro przetrwała całe dwadzieścia lat od czasów, 
gdy ojciec mój przebywał w Chinach jako Polak-oficer     byłej armii niemieckiej.
   -Twój ojciec był w Chinach?
   - Oczywiście, czyś nie wiedział o tym? 
- Ojciec wyznał mi na łożu śmierci, że przebywał w Chinach, i  przerażony przepowiadał, że 
przy twym boku grożą  mi tysięczne nieszczęścia.
- Li-Fang, jedyny mój, czy pojmujesz to?
-  Nie przychodzi ci na myśl, że mój ojciec wzbudził śmiertelną nienawiść w Czangu?
 Czy nie wydaje ci się, że mój ojciec więcej o tobie wiedział, niż mógłbyś przypuszczać?
Twarz księcia była nieruchoma, lecz w oczach jego zjawiło się niezwykłe naprężenie. 
Dziewczyna nie dostrzegła jednak nagłego zatroskania, jakie zagościło na jego twarzy w ciągu 
jednej sekundy.
- Czang-Czu nie przebywa w Europie!  -  wybąkał młodzieniec.  

background image

-  Nie,   nie, to nie był Czang-Czu.
- Czemu nienawidzi cudzoziemców?  - nalegała Janka.  - powiedz, jaka   tkwi w tym 
przyczyna?
- Nienawiść ta datuje się od dawna. Nie znam jej przyczyny. Zresztą, wrogość względem 
cudzoziemców spotyka się dość często wśród chińskiej arystokracji. 
- Czy  Tola-Wang, twój przybrany ojciec pobłogosławi naszemu małżeństwu?
- Gdy cię ujrzy, na pewno cię polubi,  - odpowiedział niepewnym tonem Li-Fang.   - Lecz 
zostaw to mnie; nie łam sobie niepotrzebnie główki nad przyszłością, moja ukochana. Czy nie 
jesteś   moją? Nikt nie ośmieli się ruszyć włosa na twej główce i będziemy szczęśliwi, bardzo 
szczęśliwi.
Auto zawróciło.  Milcząc, powracali do lecznicy doktora    Eljota.
Wtem dziewczyna położyła swą rączkę, na jego ręku i rzekła:
  - Najdroższy, nie mogę zapomnieć tego spotkania i ciągle mi się zdaje,  że czyha na nas 
wielkie niebezpieczeństwo.  Li-Fang, jestem przekonana,   że wróg mego ojca jest zarazem 
twoim wrogiem,  i nazywa się Czang-Czu!  Błagam cię, rozwiąż tę tajemnicę. Przekonaj się, 
kim jest ten Chińczyk.  Śledź go,  rozmów się z nim, wybadaj go,  najdroższy!
Li-Fang pogłaskał czule jej drżącą rączkę i zamyślił się.
   - Może Janka ma słuszność?   - pomyślał  - możliwe, że Czang opuścił swą ojczyznę i podążył 
w ślad za nim do Warszawy.    Dlaczego?.  Przecież nigdy dotąd stary Czang, aczkolwiek 
okrutny i mściwy z natury, nie okazywał zbytniej niechęci względem niego, i Li, siostry jego.
Czyżby nienawiść miała podłoże polityczne?.
Może pragnie mej śmierci, jako jedynego spadkobiercy olbrzymich, niezmierzonych obszarów 
Toli-Wanga?  Czang-Czu ma syna, który odziedziczyłby królestwo  Tola-Wang, gdybym ja 
umarł.       Na myśl o tym zimny dreszcz przebiegł po plecach    Li-Fanga.
  Tymczasem auto zatrzymało się przed lecznicą i zakochana para wysiadła. 
Janka uspokoiła się nieco i odetchnęła z ulgą, kiedy przestąpiła próg kliniki, a drzwi zamknęły 
się za nimi.
- Li-Fang, już nigdy nie pojadę z tobą  do Łazienek  - szepnęła, tuląc się doń.  - Pozostaniemy 
tutaj, w tym bezpiecznym zakładzie jak najdłużej!
Biedne moje maleństwo!   - szepnął młodzieniec, obejmując ją ramieniem.   - Sądzę, że nie 
zmieniłaś swego zamiaru i pojedziesz ze mną jako moja słodka żoneczka do   Chin?
Dziewczyna zadrżała mimo woli i zapytała strwożonym głosem:
- Tak prędko, najdroższy?      Czy nie możemy odłożyć wyjazdu?
Młodzieniec wzdrygnął się i zapytał ze smutkiem:  - Janeczko, czyżbyś obawiała się jechać 
ze    mną?
- O,  najdroższy!  - zaprzeczyła cichym głosem.  - Nie ciebie się obawiam, o, nie! Lecz boję się 
Czang-Czu i twego przybranego ojca, Tola-Wang, choć nie znam go jeszcze.
  Najdroższa, co za przywidzenie?   - zapytał bezdźwięcznie.  - Mój kraj jest przyjazny, 
słoneczny, kraj miłości i kwiatów.  
 - Ale ja będę obcym przybyszem,   intruzem!  Przeze mnie znosić będziesz wiele przykrości, 
będziesz musiał zwalczać ogólną nienawiść twej rodziny.
- Jestem wolnym człowiekiem i posiadam własną wolę!  - Oświadczył stanowczo książę.
- Biada temu, kto ośmieli przeciwstawić się mej woli. Zresztą jeśli nie będziesz szczęśliwą w 
Krainie Słońca, udamy się tam, dokąd tylko zechcesz.
- Li-Fang!   Janka objęła go za szyję i ucałowała gorąco.
Wówczas młodzieniec przycisnął ją do swej piersi i zapominając o swych troskach i 
niepokojach, począł tak długo okrywać jej twarzyczkę pocałunkami, aż dziewczę poczęło się 
śmiać i nazwało siebie głuptaską,    która widzi wszystko w czarnych kolorach.
Ledwie jednak rozstali się z sobą,  posępna chmura osiadła na czole młodzieńca.
- Muszę koniecznie upewnić się, czy ten Chińczyk    jest to czcigodny Czang-Czu. Jeśli 
przypuszczenia Janki są słuszne, będę miał pewność, że potężny starzec pragnie mej śmierci, by 
syn jego Minre  - książę Mu-Ta,   przejął moje dziedzictwo.

background image

Jeden tylko człowiek może rozwikłać tę zagadkę, a tym człowiekiem jest komisarz Siodłowski.
Jadę do niego.
Opuścił lecznicę i pojechał do urzędu śledczego.
Komisarz przyjął go w swym gabinecie.
- Przybywa pan jak na zawołanie!  - zawołał uradowany.  - Miałem właśnie zamiar odwiedzić 
pana w lecznicy.
Otóż na Starym Mieście znajduje się knajpa, której właścicielką jest nasza agentka. Przed 
godziną była tutaj u mnie i opowiedziała mi ciekawą historię. Nazajutrz po nocnym napadzie
na Bogdana Linieckiego, przy stoliku w knajpie siedział niezwykły gość. Był to elegancko 
ubrany stary Chińczyk, który uważnie przeglądał gazetę. Człowiek ten okazywał wielkie 
zdenerwowanie.
Po pewnym czasie do knajpy wszedł drugi Chińczyk, znacznie młodszy i przysiadł się do 
tamtego, po czym obaj poczęli prowadzić szeptem tajemniczą rozmowę.
Niebawem opuścili obaj zakład,   przy czym stary Chińczyk pozostawił gazetę na stole.
Szynkarka wzięła ją do ręki i zauważyła, że artykuł opisujący napad na Linieckiego, został 
zakreślony niebieskim ołówkiem. 
Niestety, szynkarka przyszła za późno, gdyż obaj Chińczycy opuścili zapewne Polskę 
natychmiast po wykonaniu napadu.
Są jeszcze w Warszawie  - oświadczył Li-Fang,  zrywając się z fotela,  na którym siedział. Przed
niespełna godziną widziałem na własne oczy starego Chińczyka . Było to podczas przejażdżki
w Alejach Ujazdowskich.
- Pan go widział?   - Komisarz podniósł się również.   - Jak on wyglądał?
 Stary,     odpychający mężczyzna,    o  pergaminowym obliczu!
- Tak,   Tak,   zgadza się!   To ten sam człowiek!  Co dotyczy zaś młodszego Chińczyka,  to jego 
opis zgadza się z wyglądem Azjaty, który wynajął pokój w hotelu, w którym pan zamieszkał.
Jestem szczęśliwy,  książę,  że śledztwo postąpiło wielki krok naprzód. Postaram się znaleźć 
tych dwóch Chińczyków.  Czy twarz starca jest panu znajoma?
- Nie!  - odparł książę znużonym głosem.  - Nie znam go!  W tym wszystkim tkwi jakaś 
zawikłana tajemnica.
Młodzieniec pożegnał się z komisarzem.  Powrócił do lecznicy.
- Szukałam cię wszędzie!  - zawołała zaniepokojona Janka.  - Gdzie byleś, najdroższy?
- Udałem się do komisarza Siodłowskiego  - odpowiedział książę, przyciągając ją ku sobie.
- Chodź, opowiem ci co odkryto w ostatnich dniach.

background image

                                                          Rozdział 15.
 
                                                   Droga przeznaczenia.

Li-Fang pozostał w lecznicy doktora Eljota, podczas gdy Janka powróciła do swego domu, by 
poczynić ostatnie przygotowania, do mającego nastąpić ślubu. Jednocześnie kazała służbie 
pakować kufry i walizy, które miały być wysłane do dalekich Chin.
Wreszcie nadszedł dzień, gdy dziewczę po raz ostatni udało się do lecznicy doktora Eljota, by z 
ciężkim sercem pożegnać się, z Karolem Garliczem.
Nieszczęsny młodzieniec,  leżąc na leżaku,   wygrzewał się na słońcu.
Blady i wynędzniały, wyciągnął ku niej ręce i rzekł że smutkiem:
- Wiem, Janeczko, że przyszłaś pożegnać się ze mną. Chodź, usiądź przy mnie i pozwól, że 
potrzymam twe małe, kochane rączki w mych dłoniach.
- Podążysz niebawem w ślad za nami,  Karolku!  - rzekła cichym głosem dziewczyna.
- Ach, gdybyż to było możliwe, Janeczko!  - westchnął chory.  - Jakże chętnie podążyłbym 
razem z wami!
- Karolu,   drogi mój przyjacielu,  mam do ciebie pewną prośbę,  - rzekła nagle piękna 
dziewczyna  - jestem pewna, że mi nie odmówisz.  Otóż, gdy wyzdrowiejesz, zamieszkasz w 
naszym domu. Widzisz, kocham nasz stary, poczciwy pałacyk i nie chcę go stracić. 
Służba będzie opłacana przez rejenta, tobie pozostaje tylko dopilnować, by wszystko pozostało 
na miejscu. Czy chcesz podjąć się zarządu mego domu?
- Jakże chętnie, Janeczko!  - odpowiedział wzruszony młodzieniec.  - Będę szczęśliwy, mogąc 
przebywać w domu, gdzie ty wyrosłaś i mieszkałaś.
- Dziękuje ci Karolku!  - Odetchnęła z ulgą dziewczyna.   - Teraz rozstanie z mym domem 
będzie lżejsze, skoro wiem, że znajdować się będzie pod dobrym dozorem. Nie zapomnij 
również o grobie mego ojca, drogi przyjacielu! A teraz żegnaj mi!
To mówiąc, wyciągnęła rękę i odwróciła głowę, by nie dostrzegł łez w jej oczach.
- Do zobaczenia, Janeczko!  - wyszeptał chory i mgła przesłoniła jego smutne oczy. 
- Bądź zdrowa i niech Bóg ma cię w swej opiece!
Janka dostrzegła rozpacz Karola. Wzruszona i współczująca, nachyliła się nad nim, ucałowała 
go w pobladłe usta i uciekła, powstrzymując łzy.
A biedny młodzieniec przycisnął ręką bijące serce i szeptał:
- Żegnaj,   żegnaj,  ukochana!  Nigdy,  ach,  nigdy nie zapomnę ciebie!
Dzień minął i nastąpiła noc  - ostatnia noc, którą Janka spędziła w drogiej, kochanej Polsce.
Dziewczyna prosiła Li-Fanga, by pozostawił ją samą. Chciała bez świadków pożegnać się z 
domem ojcowskim i ze starym parkiem, do którego tak przywykła.
Zamyślona i ze ściśniętym sercem podążała ścieżką wśród wiekowych dębów i kasztanów.
Księżyc jasno świecił na niebie, a dokoła panowała cisza, przerywana miłosną pieśnią słowika, 
unoszącą się z gęstwiny drzew.
Dziewczę usiadło na swej ulubionej ławeczce nieopodal muru. Myśli jej krążyły dokoła 
podróży. Oto wyruszała ze swym ukochanym do dalekiej, nieznanej krainy, a jednak nie była 
szczęśliwą. 
Ale dlaczego,       dlaczego?
Czyż nie pozostawiła wszystkiego poza sobą, czyż nie jedzie na spotkanie szczęścia?
Nagle Janka drgnęła. Do uszu jej wyraźnie doleciał odgłos kroków. Ktoś szedł w pobliżu.
- Zapewne kot lub inne jakieś zwierzątko,  - pomyślała Janka.
Teraz usłyszała, jak za jej plecami rozległ się trzask łamanych gałęzi.
Ktoś się zbliżał od strony drzew parkowych.
Zlodowaciała ze strachu dziewczyna odwróciła się i w świetle księżyca ujrzała skurczoną postać 
ludzką.
Jakiś twardy, biały przedmiot - padł u jej stóp, po czym tajemnicza zjawa znikła nagle bez 

background image

śladu.
Przerażona dziewczyna długo stała na miejscu, znieruchomiała z trwogi i nie miała odwagi 
poruszyć się i oddychać, wpatrzona w miejsce,  gdzie ujrzała tajemniczą postać.
Wreszcie nachyliła się i podniosła przedmiot.  Był to kamień, owinięty w biały kawałek papieru.
Janka odwinęła papier i zdjęta nagłym strachem,  poczęła uciekać jak szalona do domu.
Biegnąc przez park,  krzyknęła przeraźliwie,  gdyż drogę zagrodziła jej ludzka postać. 
Lecz tym razem był to stary służący,     Tomasz,  który niespokojny o swą młodą panią, wyszedł 
za nią do parku.
- Co się stało, panienko?  - zapytał stary sługa,  zbliżając się.
- Tomaszu!  - wykrzyknęła dziewczyna  - prędko zwołaj całą służbę na pomoc!   Jakiś człowiek 
znajduje się w parku.  Stal tuż za mymi plecami,    i uciekł,  gdy się obejrzałam!
Przerażony lokaj pobiegł po służbę,  a Janka wbiegła do pałacu,  i wpadła do gabinetu swego 
ojca.   Zaświeciła lampę na biurku   i wstrząsana dreszczem trwogi,  poczęła odczytywać kartkę,
którą podrzucono jej:
                               Cofnij się, zanim będzie za późno.  Zagraża
                               ci niebezpieczeństwo, a może nawet śmierć.
Z głośnym jękiem padła dziewczyna na krzesło.
- słowa mego umierającego ojca!  - szepnęła, drżąc cała.  - Ojciec mówił to samo!
Papierek wysunął się z rąk Janki. Padła zemdlona na tym samym miejscu, gdzie pamiętnej nocy
znalazła swego rannego ojca.
Tomasz powrócił,  by zameldować,  że w parku nikogo nie znaleziono.
Wtem wzrok jego padł na Jankę,  leżącą bez ruchu na podłodze.   Obok niej leżała zmięta 
karteczka.
Przerażony służący krzyknął i wypadł z pokoju, wzywając pomocy.
Nikt jednak nie dostrzegł mężczyzny, który z błyskawiczną szybkością wślizgnął się do pokoju
drzwiami, wiodącymi na taras parkowy.
Tajemnicza postać nachyliła się nad ciałem zemdlonej, zabrała papier, leżący obok niej, po 
czym znikła podobnie cicho i szybko, jak przyszła.
Promień księżyca oświetlił na przeciąg jednej sekundy    twarz Chińczyka, pod głęboko 
nasuniętym kapeluszem.
                                                                  *
 
                                                          *               *
 
Doktor Eljot czytał jakąś rozprawę medyczną w swym gabinecie lekarskim, gdy rozległ się 
przenikliwy dzwonek telefonu na biurku.
- Jakiś pacjent zapewne!  - pomyślał, unosząc słuchawkę.
Wtem twarz jego pobladła, a ręka,  trzymająca słuchawkę telefonu,  zadrżała.
- Natychmiast przybywam na miejsce,  - zawołał głośno,  - proszę na mnie zaczekać!
To mówiąc,  rzucił słuchawkę,  po czym pobiegł do pokoju księcia  Li-Fanga.
- Doktorze,  co się stało?  - zapytał z przestrachem książę, podbiegając ku niemu.  - Czy 
przytrafiło się coś   Jance?
- Prędko, chodź pan ze mną i nie pytaj o nic,  książę!  Jedziemy do panny Janiny!  Wzywa mnie 
Tomasz, jej służący.
Obaj wybiegli z lecznicy i skoczyli do auta, które ruszyło pełnym gazem.
Niebawem przybyli na miejsce i obaj jednocześnie wbiegli głównym wejściem do pałacu.
W hallu,  na dole,  wybiegł im na przeciw stary Tomasz.
- Tam, tam,  w gabinecie jej ojca znalazłem ją bez życia!  - zawołał,  załamując ręce i drżąc na 
całym ciele.  - Znalazłem panienkę na tym samym miejscu,  na   którym leżał nieboszczyk pan 
Liniecki.
Książę nie czekał na dalsze wyjaśnienia.  Szarpnął gwałtownie drzwi gabinetu i wpadł do 
pokoju.

background image

Ukląkł obok Janki, która nieprzytomna leżała na podłodze, i uniósł jej jasnowłosą główkę.
- Janko,  mój skarbie jedyny, co ci się  stało?  Odezwij się!  - wołał głosem pełnym rozpaczy.
W ślad za nim przybiegł stary lekarz i pochylił się nad nieruchomą postacią dziewczęcia.
Ujął jej bezwładną rękę i zbadał puls, po czym westchnął z ulgą.
- Nic poważnego, książę  - rzekł  - jedynie głębokie omdlenie. Puls regularny, aczkolwiek 
bardzo slaby. Obawiam się że panna Janina doznała silnego wstrząsu pod wpływem nagłego 
przestrachu.
Li-Fang wziął ukochane dziewczę na ręce i zaniósł na kanapę.
Teraz dopiero Janka obudziła się z omdlenia. Dziewczę ujrzało zatroskane twarze obydwu 
mężczyzn i z głośnym okrzykiem zarzuciło ręce na szyję ukochanego.
- Kochany,  jedyny!  - zawołała, szlochając  - dzięki Bogu, że jesteś przy mnie!  Ach,  jakie to 
było straszne! Kartka, gdzie jest ten kawałek papieru?    Czy znalazłeś go?
- Jaki papier, najdroższa?   
- Jakiś nieznany mężczyzna podrzucił mi w parku kamień, zawinięty w papier! Uciekłam do 
tego pokoju i przeczytałam treść tej karteczki. O,  mój najdroższy, to były tę same słowa, które 
wypowiedział przed śmiercią mój ojciec...
- Wielkie nieba,   Janko!  - zawołał książę przerażony.  - Jakie słowa zawierała ta kartka?
- Przeczytaj ją sam!  - łkała dziewczyna.  - Kartka  leży tam, na podłodze! 
Słysząc to doktor Eljot, począł szukać, lecz kartki nie znalazł.
- Znikła!  - oświadczył Li-Fang.
- O  Boże!  - wzdrygnęła się dziewczyna  - to jest niemożliwe! Pamiętam dobrze, kartka spadła 
na podłogę!
- A  więc, powiedz mi, mój skarbie, jaka była jej treść?  - nalegał Li-Fang, tuląc  w swych 
dłoniach jej zimne rączki.
Janka spojrzała nań wilgotnymi oczyma i rzekła cicho,bardzo cicho:
 - Były to ostatnie słowa mego ojca, ostrzeżenie: Cofnij się, zanim nie będzie za późno. Grozi ci 
wielkie niebezpieczeństwo, a może nawet śmierć! Li-Fang wzdrygnął się i na obliczu jego 
zjawił się bolesny skurcz.
Doktor Eljot znikł nagle z pokoju. Po paru jednak minutach, powrócił posępny i nachmurzony.
- Pańska narzeczona nie omyliła się   - rzekł powoli, zwracając się do Li-Fanga.  - Tomasz 
również widział papierek w jej ręku. Poza tym odźwierny dostrzegł człowieka, który uciekał, 
przesadzając mur, okalający park pałacowy.
- Gdzież jednak podziała się ta kartka?  - Zapytał niespokojnie młodzieniec.
Wzrok starego lekarza powędrował w kierunku otwartych drzwi prowadzących na taras.
- Obawiam się, że ten nocny intruz dostał się do pokoju, podczas gdy pańska narzeczona 
zemdlała, a Tomasz pobiegł do telefonu. Dostał się do pokoju i zabrał kartkę, by zniszczyć 
wszelki ślad swej winy.
- Z pewnością tak było  - wyszeptała Janka.  - Najdroższy, zabierz mnie ze sobą do lecznicy 
doktora Eljota. Nie mogłabym pozostać tutaj ani minuty dłużej. Dom mego ojca, gdzie 
spędziłam tyle szczęśliwych chwil mego życia, wzbudza obecnie we mnie nieopisaną trwogę. 
Tylko przy tobie czuję się bezpieczna.
- Dobrze, Janeczko, pójdziesz ze mną!  - odpowiedział wzruszony młodzieniec i, poczynając od 
tej chwili, nie rozstaniemy się już nigdy w życiu.    Co zaś dotyczy zaginionej kartki,  sądzę,  że 
ktoś,  komu zależy na tym,  by przeszkodzić naszemu szczęściu, chciał po prostu cię nastraszyć.
- Hrabia Winters!  - wyszeptała z drżeniem dziewczyna, lecz młodzieniec nie potwierdził jej 
domysłu.
Myśli jego krążyły przy człowieku, widzianym przelotnie w Alejach Ujazdowskich. Myślał o 
człowieku, podobnym do czcigodnego Czang-Czu, potężnego władcy niezmierzonych 
przestrzeni i licznych poddanych.
 
 
 

background image

 
                                                       Rozdział 16.
 
                                                        Dzień ślubu.
 
Był pogodny majowy dzień. Doktor Eljot, poprowadził pannę młodą, która szła do ślubu w 
skromnej sukience, ze względu na żałobę po ojcu.
Ślub miał być nader skromny  i   ściśle prywatny.
Kapłan połączył ich dłonie. Słoneczny uśmiech szczęścia,     rozświetlił oblicza młodej pary.
Młoda małżonka uczuła, że ramię jej męża drży lekko. Uniosła uszczęśliwione spojrzenie i 
wzrok jej skrzyżował się  ze wzrokiem Li-Fanga, jaśniejącym nadziemską miłością i 
nadludzkim wprost uwielbieniem.
Po raz ostatni powróciła Janka w towarzystwie swego męża do pałacu ojca.
Przywitała ją serdecznie zebrana służba, składając najgorętsze życzenia szczęścia    i 
pomyślności.
Kolację spożyto w ścisłym kółku rodzinnym, po czym pożegnano się serdecznie.
Janka wymknęła się do swego pokoju, by przebrać się do podróży,   przy pomocy pokojówki.
Wreszcie, gdy nałożyła skromną żałobną sukienkę, garderobiana oddaliła się, a Janka stanęła 
przy oknie, żegnając się ze łzami w oczach ze starymi, wiekowymi drzewami, przyjaciółmi jej 
szczęśliwej  młodości. 
Pogrążona w smutnych myślach, nie dosłyszała dyskretnego pukania do drzwi,   nie zwróciła 
również uwagi na lekkie kroki, które zagłuszył puszysty dywan, zaścielający podłogę.
Nagle uczuła dwoje silnych ramion, które objęły ją i przycisnęły w gorącym uścisku. Ujrzała
kochaną twarz swego męża.   Objęła z uniesieniem jego szyję i szepnęła poprzez łzy:
- Nie odchodź ode mnie, najdroższy, czuwaj nade mną. Ach,  ty nie wiesz nawet, jak bardzo cię 
kocham!.
Młodzieniec przycisnął ją mocniej do   swej piersi i począł gorąco całować. Ujął jej jasną 
główkę w obydwie dłonie i szepnął:
- Nareszcie jesteś moją, ukochana!    Nie będziesz nigdy tego żałować,  gdyż czuję się     taki 
mocny, że gotów jestem podjąć każdą walkę o twe bezpieczeństwo.
Nastąpiły namiętne szepty, zaklęcia i przysięgi   wiecznej miłości.
Wtem ręka Li-Fanga zawadziła przypadkiem o jedwabny sznurek, okalający łabędzią szyję 
Janki. Owalny talizman wysunął się i przerażony młodzieniec znieruchomiał. 
Oczy jego, rozszerzone przestrachem i zdumieniem, wpiły się w owalny krążek, zawieszony na 
jej szyi, ręce jego poczęły drżeć. 
- Co się stało najdroższy?   Czy przestraszył cię ten mały talizman, który znalazłam w stalowym 
schowku mego   ojca? Nie wiem, co mnie skusiło, by zawiesić go na szyi, lecz jakieś 
wewnętrzne przeczucie mówiło mi, że uchroni mnie przed niebezpieczeństwem.
Janko!  - wykrztusił Li-Fang, nie spuszczając przerażonego wzroku ze złotego owalu.  – Czy nie 
wiesz?,   w jaki sposób ojciec twój zdobył ten   talizman.
Janka potrząsnęła przecząco głową i obejmując Li-Fanga, zapytała z trwogą:
- Co ci się stało, najdroższy?  Ty znasz zapewne ten talizman!  O, ty domyślasz się, skąd  on 
pochodzi i co oznaczają te tajemnicze znaki!  Powiedz mi, co to jest?
- Znam ten talizman  - odpowiedział młodzieniec zdenerwowanym głosem  - jest to talizman
Tola-Wang.
- Twego przybranego ojca?  - zawołała Janka blednąc  - jakże to możliwe, najdroższy?
- Opowiadają,  że talizman ten został skradziony przed wielu laty księciu Tola-Wang, który 
bardzo cierpiał z tego powodu. Podobno po jego stracie, zwaliły się na jego barki różne 
nieszczęścia, tragedie i cierpienia. Nigdy nie wspominał mi o tej tragedii swego życia, która 
dziś jeszcze sprawia mu ból i wypełnia serce goryczą. Doszło nawet do tego,   że każdemu, kto 
w jego obecności wspomina o talizmanie, grozi śmiercią i wiecznym potępieniem. W ten sposób 
ta smutna historia powoli popada w zapomnienie!.

background image

-  A ja znalazłam to w sejfie, mego ojca?.  - wyjąkała Janka  - Li-Fang, do tego był sznurek
o jedwabistym połysku, na którym   zawieszony jest talizman.  Spójrz najdroższy  - ten sznurek
spleciony został z miękkich włosów kobiecych!   
Li-Fang ręką dotknął czarnego sznurka. Oczy jego wyrażały zgrozę i dziwny strach. W 
następnej jednak chwili przemógł się i widocznie zmieszany rzekł:   
- Nie wiem doprawdy, co ten sznur oznacza! Gdyby żył jeszcze twój ojciec mógłby zapewne 
wytłumaczyć nam tę zagadkę. O jedno tylko proszę cię,  Janko:   - nie noś tego talizmanu, 
albowiem spaść może na ciebie zemsta Toli-Wanga, gdyż.....
Tutaj Li-Fang urwał i zamilkł,  przestraszony,  lecz Janka zrozumiała co on chciał powiedzieć.
Cicho jak tchnienie, zabrzmiały jej słowa, przerywane łkaniem:
- Gdyż Tola-Wang będzie uważał, że mój ojciec był tym złodziejem, który skradł talizman i 
wywarłby swą zemstę na córce złodzieja. Tego się obawiasz, nieprawdaż, najdroższy? 
Zatroskany młodzieniec spojrzał na swą młodą i piękną żoneczkę. 
Jej rozpacz wstrząsnęła nim do głębi duszy.
- Nie noś go,  lecz   zabierz ze sobą,  gdyż może się nam jeszcze udać rozwiązać tajemnicę 
twego ojca, a wtedy talizman będzie nam potrzebny. Kto wie?, dlaczego ty właśnie znalazłaś 
ten    owal.
Nie myśl źle o mym ojcu!  - zawołało dziewczę chwytając jego rękę   - to był bardzo dobry 
człowiek, o nim nikt nigdy nie słyszał złego słowa. Ojciec mój pomagał wszędzie, gdzie tylko 
mógł. Myślę, że talizman został kupiony od kogoś, na Końskim Targu lub w antykwariacie.
Może kupił go od złodzieja?, który okradł   Tola-Wanga.
- To prawda, Janko!  - zgodził się książę Li-Fang  - na pewno tak było. Zresztą nie zaprzątajmy 
sobie nadal umysłu rzeczami, które należą do dalekiej przeszłości! Weź  talizman ze sobą, lecz
nie noś go na szyi, zanim wszelkie niebezpieczeństwo przeminie.
- Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, co oznaczają te znaki i chińskie litery wypisane na talizmanie? 
- zapytała Janka.
Li-Fang wziął owal do ręki, uważnie przyjrzał się tajemniczemu pismu, po czym rzekł:
-Znaki te wyrył pewien kapłan buddyjski, nazwiskiem Hanoi. Pod tym nazwiskiem, wypisane 
są następujące słowa: „Błogosławieństwo Boże nad tobą i twoim domem”.  - To jest zaklęcie 
buddyjskie.
Młode małżeństwo opuściło pokój. Na dole, w hallu, była zebrana służba pałacowa.
Janka podała każdemu rękę, z trudem tłumiąc łzy, powtarzała:
- Bądźcie zdrowi i czuwajcie nad domem mego ojca!...
Przed pałacem czekali w aucie, doktor Eljot i   lotnik Wiktor Tarowski, kolega Karola Garlicza.
Wiktor Tarowski miał odwieźć młodą parę samolotem do Triestu, skąd  wyruszał statek do 
Chin.
Auto sunęło powoli ulicami Warszawy, dążąc na Okęcie, gdzie znajduje się lotnisko.
Niebawem przybyli na miejsce.
Wielki samolot stał gotowy do drogi. Była to ta sama maszyna, na której Karol Garlicz dokonał 
swego słynnego lotu dookoła świata. Teraz nastąpiło ostateczne pożegnanie z doktorem 
Eljotem.
- Drogi, kochany przyjacielu!  - szlochała Janka  - dziękuję panu za wszystko, co pan dla nas 
uczynił!
Starzec przycisnął ją do piersi, ucałował serdecznie i rzekł, głęboko wstrząśnięty:
 - Życzę ci szczęśliwej podróży   i niech Bóg    ma cię w swej opiece. 
Poczynając od tej chwili, nie wolno ci płakać, drogie dziecko....
A    nie zapomnij, starego doktora Eljota...  
Samolot uniósł się powoli w powietrze.
Janka  i Li-Fang poszybowali do Triestu na drogę swego przeznaczenia.
 
 
 

background image

 
                                                        Rozdział 17.
 
                                                      Podróż poślubna.
 
Wieczorem samolot wylądował na lotnisku w Trieście.
Lotnik Wiktor Tarowski nie towarzyszył nowożeńcom na statek, lecz wysiadając z samolotu, 
wręczył Jance bukiet przepysznych róż, mówiąc:
- Róże wręczył mi dla pani, Karol Garlicz. Życzę państwu szczęśliwej podróży!
Janka zbladła  i  pochyliła posmutniałą twarzyczkę nad wiązanką kwiatów. 
- Dziękuję wam obu   serdecznie    - rzekła, podając lotnikowi rękę  - życzę Karolowi, by 
wyzdrowiał, jak najprędzej. I pozdrów pan ode mnie    kochaną Warszawę!
Po czym młoda para nowożeńców wsiadła do auta, które ruszyło do portu.
Li-Fang wykupił dwa bilety na włoski statek  „Aleksandria”. Dwie eleganckie kabiny pierwszej 
klasy czekały na nich.
Janka wstąpiła na pokład statku z bijącym sercem. Miała uczucie, jak gdyby zerwana została 
ostatnia nić, wiążąca ją z ojczyzną. Jednocześnie w sercu jej zapanował spokój. 
Niebawem  „Aleksandria” wypłynęła na morze.
Zapadał zmrok.
Janka stała oparta o burtę, tuląc się do swego męża. 
Oboje milczeli, przyglądając się nieopisanemu zgiełkowi, towarzyszącemu odcumowaniu 
parowca.   
Powoli wciągnięty został trap, łączący statek z wybrzeżem, maszyny zahuczały, a powietrze 
rozdarł   ogłuszający ryk syreny.
Widok zebranych tłumów na wybrzeżu był wstrząsający. Ludzie płakali, śmiali się i machali 
białymi chusteczkami, żegnając się, może na zawsze,  z odjeżdżającymi. 
Z pięknych oczu młodej mężatki trysnęły gorące łzy. Dlaczego właściwie ona   płacze?. Czyż 
nie stoi obok niej mężczyzna, który jest dla niej, wszystkim    na świecie? Czyż nie wspiera ją, 
jego silne ramię?  Zapewne sprawia mu przykrość swymi łzami, gotów jeszcze pomyśleć, że 
ona nie jest z nim szczęśliwą!
A może,    nie jest szczęśliwa?
- Nie,    jestem bardzo szczęśliwa  - odezwało się jej serce  - kocham bowiem Li-Fanga ponad 
wszystko!
Janko!   - rozległ się nagle cichy szept nad jej uszkiem,  - moja słodka żoneczko. Jedziemy do 
krainy miłości i szczęścia!
Coraz dalej, coraz prędzej, mknął parowiec na pełnym morzu. Ląd uciekał poza nimi,  a ludzie
na przystani wyglądali w oddali jak małe czarne punkciki. Wreszcie wszystko znikło na 
widnokręgu     ląd  i  ludzie.
Statek pruł błękitne fale morza Adriatyckiego. Ostatnie promienie zachodzącego słońca 
zabarwiały toń wodną na złotawy kolor.
Gdy zmrok zapadł, pasażerowie olbrzyma morskiego, zebrali się w wspaniałych jadalniach, 
by spożyć kolacje. 
Cicho dźwięczały noże i widelce, mieszając się z dźwiękami okrętowej orkiestry.
Zwinni stewardzi roznosili potrawy i napoje.
Obcy sobie ludzie, stłoczeni na statku i mając przed sobą perspektywę przebywania ze sobą 
kilka tygodni, szybko nawiązali znajomości.
Rozległy się ożywione rozmowy i wesołe śmiechy. W jadalni zebrali się ludzie wszystkich 
narodowości. Wszystkie prawie języki świata rozbrzmiewały w powietrzu.
Niejednokrotnie ciekawe spojrzenia kierowały się w jeden punkt przy stole, gdzie trzy krzesła 
pozostały niezajęte.
Nagle drzwi się rozwarły i na salę weszli trzej spóźnieni pasażerowie. 
Jeden z nich był to starszy pan, który opierając się na dwóch laskach, z trudem zbliżał się do 

background image

stołu.  W ślad za nim kroczyli młodzi małżonkowie; Janka i książę Li-Fang.
Rozmowy ucichły, zebrani goście z podziwem przyglądali się pięknej parze. Podziwiano dumną 
postawę Li-Fanga i niezwykłą urodę jego młodej małżonki.
Bardzo gustowna  acz skromna suknia, uwydatniała piękno jej wysmukłej postaci. Urocza, 
blada twarzyczka, okolona jasnymi lokami, wywierała niezapomniane wrażenie. Błękitne jej 
oczy błądziły niespokojnie dokoła i badawczo zatrzymywały się na twarzach obecnych 
pasażerów. 
Wreszcie zbliżyła się do stołu i zajęła miejsce obok Li-Fanga.
Starzec o dwóch kijach usiadł obok niej po prawej stronie i mruknął swe nazwisko, którego 
Janka nie dosłyszała.
Sąsiad ten wydał się pięknej małżonce Li-Fanga bardzo niesympatyczny. Jego długa, biała 
broda i okulary o ciemnych szkłach, wywarły na niej odpychające wrażenie.
Współbiesiadnicy starali się wciągnąć piękną księżnę Li-Fang do rozmowy, lecz Janka 
odpowiadała tylko półsłówkami.
Na statku wszyscy już wiedzieli, że piękna warszawianka, córka znanego przemysłowca 
Bogdana Linieckiego, udaje się w podróż poślubną do Chin wraz ze swym małżonkiem, 
księciem Li-Fang.
Toteż obecność tej Książęcej pary wzbudzała nie byle jaką sensację.
Li-Fang miał niezwykłe powodzenie u pięknych pań. Jego dumna postawa, miłe obejście i 
znajomość wielu języków jednały mu wszystkie sympatie.
Niejedne piękne oczy spoglądały nań z zachwytem, niejedno serduszko niewieście żywiej 
zabiło na jego widok.
Janka była dumna ze swego męża. Widząc powodzenie, jakim cieszył się wśród pań, cieszyła 
się na myśl że Li-Fang kocha ją, jedyną tylko i do niej tylko należy.
Po kolacji część pasażerów udała się do wielkiej sali, gdzie orkiestra przygrywała do tańca. 
Janka i Li-Fang udali się na pokład. 
Wtem młoda mężatka drgnęła i pobladła.
- Znów ten człowiek!  - szepnęła zatrwożona.
- Co się stało, Janeczko?  - zapytał młodzieniec, tuląc ją do siebie.  - Jaki człowiek?
- Ten siwobrody starzec w ciemnych okularach!  - wyjąkała.  - Ten który siedział obok mnie! 
Ach, boję się go, sama nie wiem dlaczego!
- Jesteś zdenerwowana, najdroższa, toteż lękasz się obcych ludzi! Jeśli sobie tego życzysz, 
poproszę zarządzającego, by posadził tego starca na innym miejscu.
- Ach, sama nie wiem co mi jest. Na widok tego starca odczuwam paniczny lęk. 
Chcąc uspokoić żonę, Li-Fang począł przechadzać się z nią po pokładzie. 
I znów Janka ujrzała starca, który przechodząc obok, prawie się o nią otarł. 
Nie nosił teraz ciemnych okularów i dziewczę spostrzegło czarne, błyszczące oczy.
Boże, gdzie ona je   widziała?      Skąd  zna to złowrogie   spojrzenie?
Nie powiedziała jednak swemu najdroższemu o tym spostrzeżeniu, nie chcąc go niepokoić 
niepotrzebnie.
- Jesteś znużona, słodka moja żoneczko!  - szepnął Li-Fang lekko drżącym głosem.
Gorący rumieniec zawstydzenia oblał jej śliczną twarzyczkę. Wówczas Li-Fang pogłaskał jej 
jasne włosy i rzekł wzruszony:
- Nie obawiaj się, moja żoneczko! Zobaczysz, że będziesz ze mną szczęśliwa! 
Janka przytuliła się jeszcze mocniej do niego. Młody małżonek zaprowadził ją do wspaniałej 
kabiny, oświetlonej przyćmionym, matowym światłem kryształowej lampy.
Nasza pierwsza noc poślubna  w  kajucie „Aleksandrii”, moje najsłodsze dziewczątko  
- szepnął,   obejmując ją namiętnie i pokrywając jej twarzyczkę   niezliczonymi pocałunkami.
 
 
 
 

background image

 
                                                      Rozdział 18.
                                                   W obliczu śmierci.

Powoli mijały tygodnie. Podróż stała się jedną nieprzerwaną przyjemnością,   gdyż na pokładzie
statku panowało przy sprzyjającej pogodzie wesołe, beztroskie życie.
Dziób parowca „Aleksandria” dumnie pruł fale morskie.
Janka i Li-Fang, nachyleni nad burtą, podziwiali igrające w wodzie delfiny i małe latające 
rybki. Morze Czerwone pozostało dawno za nimi, a na razie „Aleksandria” pruła fale Oceanu 
Indyjskiego. Jak w bajce przesuwały się czarowne miasta wschodu przed zachwyconymi 
oczyma Janki.  Wszystkie te obce, nieznane krainy wzbudzały w Jance zachwyt.
Obecnie przestała się lękać obcych, dalekich Chin, o których Li-Fang tak pięknie umiał 
opowiadać. Wszystkie ciężkie przeżycia zostały zapomniane. Coraz częściej na twarzyczce jej 
ukazywały się rumieńce i przez to stawała się jeszcze   piękniejsza.
Nawet odpychający siwobrody starzec w ciemnych okularach poszedł w zapomnienie. Od 
pewnego czasu nie ukazywał się przy stole. Mówią, że zachorował i leży w swej kabinie pod
opieką swego służącego. 
Po kilku dniach statek zatrzymał się w Singapurze, ostatnim porcie przed Hong-Kongiem.
I tutaj znów Janka odczuła dziwny łęk, który wzrastał w miarę, jak czas upływał. Nie pomagało 
nawet to, że Li-Fang stawał się coraz bardziej kochający, że po prostu odczytywał z jej oczu 
każde życzenie. Janka lękała się coraz bardziej, sama nie wiedziała czego.
Było to pewnego, niezmiernie gorącego wieczora.
Do Li-Fanga zbliżył się nagle oficer okrętowy z telegramem w ręku.
- Telegram z Hong-Kongu do księcia Li-Fanga  - rzekł, wręczając mu depeszę.
- Najdroższy, jest to zapewne wiadomość od twej siostrzyczki,  Li?!   - zawołała Janka, 
ponaglając go do kabiny.     Wtem uderzyła ją niezwykła bladość jego twarzy. Co się stało? 
Dlaczego zaniepokoił się tą depeszą?
W kabinie Li-Fang usiadł w fotelu, drżącymi rękami otworzył telegram i począł go odczytywać.
Nagle zerwał się ze swego miejsca, oblicze  jego jakby zdrętwiało, a dłoń zacisnęła się gniotąc
blankiet telegraficzny.
- Najdroższy, co się stało?!  - zawołała Janka, podbiegając ku niemu.    -  Czy zła wiadomość?
Nie ukrywaj nic przede mną! 
Zamiast odpowiedzi, Li-Fang porwał ją w ramiona i szepnął:  - Bądź odważną,    ukochana!  
- wyszeptał. Otrzymałem właśnie wiadomość, że Tola-Wang, mój ojciec ciężko zaniemógł.
Umilkł nagle, lecz Janka zarzuciła mu ramiona na szyję i poczęła błagać:
- Powiedz mi wszystko, nie ukrywaj nic przede mną, jedyny. Jestem przecież twoją wierną i 
oddaną ci żoneczką, która gotowa jest ponieść z tobą najcięższe nawet brzemię!
- Ty moje szlachetne, kochane dziewczątko   - odpowiedział cichym głosem   - nie stało się nic
złego, lecz przeraziła mnie myśl, że nie będę mógł na razie towarzyszyć ci do Ti-Ri, do mego 
domu!          - Nie jedziemy do Ti-Ri?   - przestraszyła się Janka.
- Pojedziesz sama , beze mnie, gdyż muszę podążyć do mego ojca, księcia Tola-Wang. 
Obowiązek mnie wzywa.   Tola-Wang jest chory, a jego kraj potrzebuje regenta. Przecież wiesz,
że jestem następcą tronu.
- Moje przeczucia!   - wyjąkała Janka, a z oczu jej trysnęły łzy   - moje przeczucia nie zawiodły 
mnie.  Czy musimy się rozstać?      Dlaczego nie możesz wziąć mnie ze sobą? 
- Nikt bowiem nie wie, że stałaś się moją  żoną. Nie lękaj się, najdroższa, lecz obyczaje tego 
kraju są nieco odmienne od obyczajów europejskich. Nieco później, może po upływie kilku dni,
zawezwę cię do siebie, gdyż nie mógłbym długo żyć z dala od ciebie. Nie rozpaczaj więc, moja 
słodka żoneczko!
- O, najdroższy, najdroższy!  - szlochała  - nie opuszczaj mnie,  błagam cię! Czy nie rozumiesz,
że nie zniosę naszego rozstania?
- Janko, czy już mi nie ufasz?  - zapytał Li-Fang, uśmiechając się gorzko.  - przecież i ja będę 

background image

cierpiał, tęskniąc dzień i noc za tobą! Odprowadzę cię do Ti-Ri i oddam pod opiekę Li,   mej 
siostry. Ona oczekuje nas, gdyż uprzedziłem ją telegraficznie, że ożeniłem się i przybywam z 
żoną.       Dni rozstania miną szybko,     Janeczko.      Doprawdy, nie powinnaś się zbytnio tym 
przejmować.
Łzy w oczach Janki obeschły. Z bezgraniczną ufnością spojrzała mu w oczy.
- Nie zawiedziesz się na mnie   - szepnęła, starając się być odważną.   - Zostanę z twą siostrą i 
będę wyczekiwać cię, gdyż wiem, że nie pozostawisz mnie zbyt długo z dala od siebie.
- Powiedz mi, najdroższy, kto wysłał ten telegram i jaka jest jego treść?
- Moja siostra wysłała tę wiadomość   - odpowiedział Li-Fang i podał jej depeszę.
              Treść była w angielskim języku.      Janka przeczytała następujące słowa.
                          Książę Tola-Wang ciężko chory. Przyjazd
                           Waszej  Książęcej  Mości konieczny.
                                                                                 Botang.
- Botang jest mężem zaufania mego przybranego ojca.   - objaśnił Li-Fang.
Janka położyła papier na stoliku i zamknęła oczy. 
- Boli mnie głowa.  - szepnęła, sadowiąc się w głębokim fotelu. Wszystko działało jej na nerwy:
szum fal, ryk syreny oraz hałas na pokładzie. - Tak bym chciała  wypocząć   - szeptała.
Li-Fang wyszedł cichutko z kabiny, sądząc że zasnęła.
Czy spała naprawdę? Janka nie zdawała sobie z tego sprawy. Obudził ją nagle, jakiś dziwny
szelest w kabinie. Otworzyła oczy i przekonała się ze strachem, że znajduje się w ciemności.
Kto zgasił światło?
Serduszko zaczęło gwałtownie kołatać w piersi, gdyż instynktownie wyczuła zbliżające się 
niebezpieczeństwo, lecz strach skuł wszystkie jej członki. Nie była w stanie poruszyć się z 
miejsca.      
Wąska smuga światła padła z zewnątrz poprzez małe okienko i oświetliła stolik w kabinie.
W tej smudze światła zdawało się Jance, że widzi wąską rękę ludzką.  Na jednym palcu tej ręki 
błysnął wielki diament. Janka siedziała jakby skamieniała, nie śmiąc nawet oddychać. Oczy jej, 
nieruchome z przerażenia, wlepione były w tę niesamowitą rękę, która poruszała się powoli, po 
omacku, po stoliku.
Nagle Janka usłyszała szelest papieru.
- Telegram!  - błysnęła nagle myśl w jej odrętwiałym mózgu.  - Ktoś kradnie telegram!
Z trudem powstrzymała krzyk, cisnący się jej do gardła.
Jakiś obcy człowiek wtargnął do jej kabiny. Gdzież podział się Li-Fang?   Wielki Boże,  co to 
wszystko  znaczy?
Nadludzkim wysiłkiem przemogła strach, zerwała się z krzesła i skoczyła naprzód, chwytając 
oburącz  tajemniczą rękę.
Zabrzmiało ciche przekleństwo. Ręka wykręciła się, jak ciało żmii, po czym zaczęła się 
wycofywać pomimo jej wysiłków, by rękę tę zatrzymać.
W ręce tej tkwiła niezwykła siła.
Janka usłyszała krótki, urywany oddech, po czym ręka znikła.
W rączkach przerażonej kobiety nic nie zostało, prócz małego skrawka papieru.
Drzwi  kabiny zatrzasnęły się z hukiem.   Wszystko to trwało nie dłużej,  niż kilka sekund.
Ze straszliwym krzykiem rzuciła się naprzód i padła na kolana.
W tym samym momencie drzwi otworzyły się gwałtownie i na progu stanął Li-Fang.
 - Janko!   - krzyknął głośno.   - Janko, gdzie jesteś?!  Czy to ty krzyczałaś?    Wielki Boże, kto 
zgasił światło?   I nie czekając odpowiedzi, nacisnął klawisz, światło zalało kabinę.
- Janeczko, na litość Boską!   - krzyknął, przypadając do zemdlonej i biorąc ją na ręce.   - Janko,
odezwij się!
Lecz nie otrzymał odpowiedzi. Jak szalony skoczył do drzwi i posłał przechodzącego 
posługacza po lekarza okrętowego.
Doktor Martini, sympatyczny lekarz okrętowy, przybył niebawem i zbadał zemdloną.
- Głębokie omdlenie   - zawyrokował i pokiwał głową.   - Pańska małżonka musiała się czegoś

background image

przestraszyć. Podsunął pod nos zemdlonej środek trzeźwiący i w ten sposób udało mu się 
wyrwać Jankę z omdlenia.     - A teraz zaaplikuje jej pan środek nasenny   - rzekł, wychodząc   - 
to będzie najlepsze dla nerwów pańskiej żony.
- Li-Fang   - rzekła słabym głosem Janka.  - O, jesteś wreszcie przy mnie! To było straszne!
Ta ręka...  ta okropna ręka, sunąca powoli wśród ciemności w stronę stolika...
Ręka?   - zapytał Li-Fang z trwogą.    - Czyja ręka?
- Nie widziałam tego człowieka, najdroższy, słyszałam tylko jego oddech. Chwycił telegram, 
leżący na stoliku,   więc ogarnęła mnie obawa, że ukradnie depeszę. Chwyciłam tę rękę, lecz mi 
się wydarła.
Li-Fang, zdenerwowany w najwyższym stopniu, wziął skrawek papieru, wydarty przez Jankę,
przekonał się z przerażeniem, że była to dolna część depeszy, którą dzisiaj otrzymał.
Treść depeszy znikła. A więc tajemniczy wróg znajdował się na pokładzie „Aleksandrii”  i 
obserwował każdy ich krok.   
 Kim był ten nieznany przeciwnik?     Dlaczego pragnął zdobyć telegram?  
- Li-Fang, podejdź bliżej!   - błagała Janka.   - O, nie opuścisz mnie teraz ani na sekundę, 
okropnie lękam się o ciebie. Nie pojadę bez ciebie do Ti-Ri.
Spokojnie, ukochana, leż spokojnie   - prosił Li-Fang, podając jej środek nasenny, który 
posłusznie przełknęła, po czym zasnęła w jego ramionach.
 
                                                              *
 
                                                  *                     *
 
 Książę Li-Fang doniósł kapitanowi statku o kradzieży telegramu. Przeszukano więc każdy 
zakątek na okręcie,    lecz nikogo podejrzanego nie znaleziono.
Książę był zasępiony. Janka nie opuszczała teraz swej kabiny całymi dniami, lecz tylko pod 
wieczór spacerowała ze swoim mężem na pokładzie.
Tymczasem „Aleksandria” zbliżała się do Hong-Kongu. Jeszcze dwa dni, a cel podróży zostanie 
osiągnięty. 
Przedostatniego wieczora książęca para zjawiła się po raz pierwszy w salonie okrętowym.
W salonie byli zupełnie sami. Usiedli na kanapie i trzymając się za ręce zatopili w sobie 
spojrzenia, usiłując ukryć przed sobą rosnący niepokój.
Janka wyczuwała zbliżające się nieszczęście. Przeczucie to przytłaczało ją do tego stopnia, że 
tylko wielkim wysiłkiem powstrzymywała łzy cisnące się do oczu. 
I wówczas stało się coś strasznego. Rozległ się  ogłuszający, podobny do gromu, huk i parowiec
wywrócił się na bok, jakby od silnego ciosu.
Jance wydało się, że świat wywrócił się do góry dnem. Uchwyciła rozpaczliwie swego męża za 
ramię i jęknęła:       - To już koniec najdroższy!  Wiedziałam, przeczuwałam że to nastąpi!
Li-Fang porwał swą żonę na ręce i skoczył do drzwi. Wpadł do sali balowej. Rozgrywały się tu 
sceny iście dantejskie. Śmiertelnie przerażeni ludzie miotali się jak szaleni i tłoczyli się przy 
schodach, prowadzących na pokład. Li-Fang dotarł z trudem do bocznego wyjścia, którego 
ludzie nie dostrzegli w zamieszaniu. Chwiejąc się, bliski upadku, popychany i potrącany 
wydostał się wreszcie na pokład. Tutaj jednak wydarł się z jego piersi okrzyk przerażenia, ujrzał 
bowiem płomień, unoszący się wysoko na samym środku parowca.
- Ogień na statku!  - głośny i wyraźny okrzyk rozległ się wśród nocy.
Załoga potraciła na razie głowy. Marynarze biegali tam i z powrotem. Lecz wnet rozległy się 
krótkie słowa komendy i strumienie wody z sikawek zostały skierowane na szalejące płomienie.
Janka i Li-Fang, przytuleni do siebie, stali bez ruchu na pokładzie i patrzyli na szalejący żywioł.
Na pokład runęła rycząca, obłąkana tłuszcza ludzka. Rozpoczęła się dzika walka na śmierć i 
życie,    przy łodziach ratunkowych.
Obok Janki i Li-Fanga przebiegł doktor Martini. Poznał ich i zatrzymał się na chwilę, krzycząc:
- Eksplozja na statku! Zbrodniczy zamach! Ratujcie się! Na tyle statku jest jeszcze jedna łódź!

background image

Znajdzie się dla was miejsce!
- Idź, ukochana moja!   - wyszeptał Li-Fang.   - Musisz się ratować! 
- Nie jedyny mój! Moje miejsce jest przy tobie! Jeśli nie wsiądziesz ze mną do łodzi, wówczas
umrzemy razem!   Uczepiła się go z całych sił, lecz Li-Fang pociągnął ją na tył statku.
- Żegnaj, najdroższa!   - zawołał.   Kobiety, mają pierwszeństwo. Muszę pozostać, gdyż 
mężczyźni ratują się na ostatku.
Wepchnął ją do łodzi, lecz Janka pociągnęła go za sobą. Li-Fang stracił równowagę i wpadł w 
ślad za nią. 
Tymczasem zaś na pokładzie rozpętało się piekło. Dzikie wrzaski mężczyzn, przeraźliwe krzyki
kobiet, huki wystrzałów rewolwerowych, tworzyły szatańską całość.
Płomienie wznosiły się coraz wyżej. Obecnie ogarnęły takielunek i z przerażającą szybkością 
ogarniały cały statek. 
Doktor Martini znajdował się już w łodzi. Obciął liny i łódź zakołysała się na wzburzonych 
falach.
Żywioły jakby sprzysięgły się przeciw ludziom. Do pożaru na statku przyłączyła się burza na 
morzu. Począł dąć przeraźliwy wicher, a potężne bałwany unosiły kruchą łódź, jak skorupę 
orzecha.
Li-Fang   oraz doktor Martini ujęli wiosła i łódź poczęła oddalać się od płonącego statku.
- Człowiek na morzu!   - krzyknął nagle Martini.   - Możemy go wyratować. Pomóż mi, książę!
Chwycili tonącego i wciągnęli wspólnym wysiłkiem do łodzi.
Janka przyglądała się tej scenie szeroko rozwartymi oczyma. Wtem z ust jej uleciał okrzyk 
przestrachu. Poznała bowiem człowieka, którego wyratowano. Był to ów siwobrody, 
odpychający starzec ze statku. Obecnie leżał nieprzytomny na dnie łodzi, twarzą do dołu. 
Nikt jednak nie troszczył się o niego, gdyż każdy był zajęty ratowaniem łodzi wśród 
rozszalałych fal morskich.
Janka zamknęła oczy, bowiem widok „Aleksandrii”, płonącej w oddali jak pochodnia, był dla 
niej zbyt okropny.
Nagle  łódź otrzymała silny cios. Rozległ się suchy trzask oraz zgrzytanie żelaza. 
Janka wpadła do wody. Doktor Martini gdzieś zniknął, a do uszu jej doleciał przerażony 
śmiertelnie krzyk Li-Fanga:    Janko!!, Janko!!, gdzie jesteś?!
Nie zdawała sobie sprawy, co się stało. Przed nią kołysał się na falach jakiś jacht motorowy, 
który roztrzaskał swym dziobem kruchą  łódź ratunkową.
Rozpaczliwie walcząc z falami, spoglądała jednocześnie jak urzeczona na ten jacht.
Oparty o burtę stał jakiś mężczyzna. W świetle płonącej „Aleksandrii” Janka ujrzała twarz tego 
człowieka. Był to Chińczyk, który uśmiechał się szatańsko z dzikim triumfem. Tuż za nim 
wykrzywiała się szyderczo wstrętna maska drugiego    Chińczyka.
Janka krzyknęła. Poznała go. Był to Chińczyk z Alej Ujazdowskich, wróg Li-Fanga, oraz 
morderca jej ojca.
W tej samej chwili jacht zniknął jej z oczu. Olbrzymi bałwan uniósł ją na swym grzbiecie.
- Li-Fang!   - rozległ się jej rozpaczliwy krzyk    - najdroższy, pomocy!
Nikt jednak nie odpowiedział.    Ryk bałwanów zagłuszył jej słaby głos.
Janka trzymała się kurczowo kawałka drzewa. Wtem jakiś przedmiot otarł się o nią. Przy 
nikłym świetle płonącego statku Janka spostrzegła, że była to postać kobieca.
Wytężyła wszystkie siły i przyciągnęła tonącą do siebie. Woda zalała ją, lecz Janka znów 
wypłynęła i objęła nieruchome ciało kobiety.     Zaczęła tracić przytomność.
- Boże, pomóż nam!   - błagała.    - Pozwól nam żyć jeszcze!  Och, Li-Fang, gdzie jesteś?
Wtem na powierzchni morza zajaśniała silna struga światła.   Był to reflektor statku.
- Pomoc, pomoc nadchodzi!   - wyszeptała.   - Jesteśmy uratowane!
Ta myśl dodała jej nowych sił.   Poczęła wzywać ratunku, lecz nagle głos jej zamarł w krtani.
Statek wyłonił się z ciemności. Był to ten sam niesamowity chiński jacht. 
Na pokładzie jego stali jacyś ludzie.
 Spuszczono łódź ratunkową, która skierowała się prosto w jej kierunku.

background image

Janka krzyknęła.  Czy ma zostać uratowaną przez mordercę jej ojca, czy ma dostać się w jego 
ręce?         - Lepiej śmierć! - jęczała przerażona.
Lecz co to było?      
Ludzie wychylili się z łodzi i wydobyli ciało jakiejś kobiety, po czym powiosłowali z powrotem 
do jachtu.     A więc nie ją mieli ratować, lecz inną kobietę?
W oczach Janki pociemniało.
Nieprzytomna prawie, czepiała się kurczowo zdrętwiałymi palcami swego zbawczego kawałka 
drzewa.
A Li-Fang, uczepiony resztek łodzi ratunkowej, borykał się ze wzburzonymi falami oceanu.
Daremnie, wołał Jankę ile sił w płucach starczyło, nie otrzymał jednak odpowiedzi.
- A więc koniec wszystkiego   - wołał z rozpaczą!   - Moja w tym wina,   moja wina!
Wtem coś go potrąciło. Było to ciało jakiegoś mężczyzny. Li-Fang sięgnął po niego, lecz ręka 
jego natrafiła na pustkę. 
W następnej chwili objęły go silne ręce i poczęły ciągnąć w toń wodną.
Li-Fang na próżno starał się uwolnić od fatalnego uścisku.
- Jakiś obłąkaniec, rozbitek oszalały ze strachu - pomyślał książę, usiłując wydrzeć się z tych 
objęć.
W pewnej chwili nieznajomy puścił go i uczepił się szczątka łodzi.
Nowa fala pognała ich obu w kierunku płonącego statku.
I tutaj ujrzał Li-Fang w przeciągu ułamka sekundy oblicze tego człowieka. Był to ów starzec, 
którego tak obawiała się Janka, a którego doktor Martini wyciągnął z wody.
Długa, siwa broda zniknęła nagle, jak również siwa peruka.  Li-Fang krzyknął przerażony:
- Hrabia Winters?!   - To pan?
- Ja!  - ryknął z wściekłością towarzysz niedoli.   - To ja jestem we własnej osobie! Czyś pan 
sądził że oddam ci Jankę, która do mnie należy dobrowolnie i bez walki? Podróżowałem z wami 
pod tym przebraniem. He, he!   Piękna pani wyczuła mą obecność! Zlękła się mnie, choć nie 
wiedziała że to ja jestem! No, a teraz nie będzie miała żadnego z nas. Ani ty, ani ja, drogi książę
Li-Fang, gdyż oto zbliża się nasz koniec... śmierć wszystkich trojga!
- Łotrze!  - krzyknął Li-Fang z determinacją.
Wtórował mu okrzyk wściekłości Wintersa, który puścił szczątek łodzi, by zaatakować swego 
śmiertelnego wroga.
Lecz wysoka fala pokrzyżowała nagle jego mordercze zamiary, unosząc go w zupełnie innym 
kierunku.
Li-Fang znów pozostał sam jeden,    - Janko,  Janko!   - rozległ się jego okrzyk wśród okropnej 
nocy.
- Książę... daj rękę...   na litość Boską...  ja tonę!
Wśród ciemności rozległ się głos doktora Martini. Li-Fang sięgnął ręką i natrafił na ramie 
człowieka.     - Doktor Martini?  - zapytał głośno.
- Ja...   dzięki Bogu...   Jestem uratowany. To drzewo będzie nas niosło razem!    A gdzie jest 
księżna? 
Li-Fang nie odpowiedział. Głuche łkanie wydarło się z jego piersi i lekarz wszystko zrozumiał.
A rozszalały żywioł igrał tymczasem rozbitkami, jak piłką. Długo trwała rozpaczliwa walka 
ludzi z falami. Mijały minuty czy godziny?  Nikt z nich nie wiedział jak długo przebywa w 
wodzie.
W oddali usłyszeli potężny huk. Trysnął wysoki słup wody, po czym płonący olbrzym zatonął.
Zaległy nieprzejrzane ciemności. I oto na widnokręgu zajaśniały światła reflektorów. 
Na pomoc rozbitkom spieszył jakiś statek, zwabiony rozpaczliwymi sygnałami  S O S         
tonącej „Aleksandrii”.