background image
background image

Barry B. Longyear

MÓJ WŁASNY WRÓG

(Enemy Mine)

Przełożyła Danuta Górska

background image

Trójpalczaste   dłonie   Drakona   drgnęły.   W   żółtych   oczach

stwora odczytałem pragnienie, żeby zacisnąć te trzy palce na
broni albo na moim gardle. Ja też zgiąłem palce i wiedziałem, że
on odczytał to samo w moich oczach.

— Irkmaan ! — wypluł stwór.
— Ty drakoński glucie. — Wyciągnąłem ręce przed siebie i

wykonałem zapraszający gest. — No chodź, Draku, chodź, to
dostaniesz. 

— Irkmaan vaa, koruum su !
— Chcesz gadać czy walczyć? No, chodź!
Na plecach czułem bryzgi morskiej wody — szalejąca kipiel

spienionych   bałwanów   groziła,   że   mnie   pochłonie   tak,   jak
wcześniej pochłonęła mój myśliwiec. Zatopiłem własny statek.

Drak katapultował się, kiedy jego myśliwiec został trafiony

w górnej warstwie atmosfery, ale przedtem zdążył uszkodzić
mój   generator.   Z   trudem   dopłynąłem   do   szarej,   kamienistej
plaży   i   wylazłem   na   bezpieczny   ląd.   Za   plecami   Draka

background image

widziałem jego kapsułę ratunkową, sterczącą spomiędzy skał
na nagim pagórku.

Wysoko   nad   nami   jego   i   moi   ludzie   wciąż   się   zabijali,

walcząc o prawo własności do tej pustej, odległej, niegościnnej
planety.

Drak stał bez ruchu, a ja wyrecytowałem zdanie, którego

nauczono   nas   na   szkoleniu   —   zdanie   obliczone   na   to,   żeby
doprowadzić każdego Draka do białej gorączki. 

— Kiz da yuomeen, Shizumaat!
Znaczenie:   Shizumaat,   najbardziej   poważany   drakoński

filozof, zjada odchody kiz. Coś jakby muzułmanin opychał się
wieprzowiną. 

Wstrząśnięty Drak otworzył usta, potem zacisnął szczęki i

pod wpływem furii dosłownie zmienił kolor z żółtego na czer-
wonawo-brązowy. 

— Irkmaan, yaa głupia Myszka Miki jest!
Ślubowałem   walczyć   i   zginąć   za   wiele   spraw,   ale   bynaj-

mniej nie za tego szacownego gryzonia. Ryknąłem śmiechem i
śmiałem się tak długo, aż wyczerpany i osłabiony wesołością
upadłem na kolana. Z wysiłkiem uniosłem powieki, żeby nie
tracić z oczu mojego wroga. Drak biegł w głąb lądu, oddalając
się   od   brzegu   i   ode   mnie.   Zdążyłem  wykonać   pół  obrotu   w
stronę   morza   i   na   mgnienie   dostrzegłem   miliony   ton   wody,
zanim zwaliły się na mnie i pozbawiły mnie przytomności.

background image

* * *

— Kiz da yuomeen, Irkmaan, ne?
Oczy   piekły   mnie   od   soli,   powieki   miałem   oblepione

piaskiem, ale jakaś część mojej świadomości stwierdziła: "Hej,
ty żyjesz".

Chciałem zetrzeć piasek z oczu, ale odkryłem, że nie mogę

poruszyć   rękami.   Przez   rękawy   kombinezonu   przeciągnięto
prosty   metalowy   pręt,   do   którego   przywiązano   moje
nadgarstki. Kiedy łzy wypłukały mi piasek z oczu, zobaczyłem
Draka, który siedział na gładkim czarnym głazie i spoglądał na
mnie. Widocznie wyciągnął mnie z kąpieli.

— Dzięki, żabolu. A te wiązania?
— Ess?
Próbowałem   pomachać   rękami,   ale   wykonałem   tylko

nieudolną   imitację   atmosferycznego   myśliwca   kiwającego
skrzydłami.

Siedziałem na piasku, oparty plecami o skałę.
— Rozwiąż mnie, ty drakoński glucie!
Drak   uśmiechnął   się   odsłaniając   górne   i   dolne   zęby,

podobne   do   ludzkich   —   tyle   że   zamiast   oddzielnych   zębów
tworzyły jedną całość. 

— Eh, ne, Irkmaan. 
Wstał, podszedł do mnie i sprawdził moje więzy.
— Rozwiąż mnie!

background image

Uśmiech zniknął.
— Ne! — Stwór wskazał na mnie żółtym palcem. — Kos son

va

—   Nie   mówię   po   drakońsku,   żabolu.   Znasz   esper   albo

angielski?

Drak   bardzo   po   ludzku   wzruszył   ramionami,   po   czym

dotknął własnej klatki piersiowej.

— Kos va son Jeriba Shigan. — Znowu pokazał na mnie.
— Kos son va
— Davidge. Nazywam się Willis E. Davidge.
— Ess
Spróbowałem wymówić obce sylaby.
— Kos va son Willis Davidge.
—  Eh.   —   Jeriba   Shigan   kiwnął   głową,   potem   poruszył

palcami. — Dasu , Davidge.

— I nawzajem, Jerry.
— Dasu, dasu! — Jeriba okazał lekkie zniecierpliwienie.
Wzruszyłem   ramionami   najlepiej,   jak   potrafiłem.   Drak

pochylił się, chwycił obiema rękami za przód mojego kombi-
nezonu i postawił mnie na nogi.

— Dasu, dasu, Kizlode
— No dobrze! Więc "dasu" znaczy "wstawaj". Co to znaczy

"Kizlode"? 

Jerry roześmiał się.

background image

— Gavey "kiz"
— Tak, Gavey.
Jerry wskazał na swoją głowę.
— Lode. 
Pokazał moją głowę.
— Kizlode, gavey? 
Zrozumiałem,   a   potem   zamachnąłem   się   usztywnionymi

ramionami   i   trafiłem   Jerry'ego   metalowym   prętem   w   bok
głowy. Drak zatoczył się na skały. Ze zdumioną miną podniósł
rękę do głowy i cofnął dłoń umazaną tym bezbarwnym śluzem,
który   Drakowie   mają   zamiast   krwi.   Spojrzał   na   mnie   ze
śmiercią w oczach.

— Gefh! Nu gefh , Davidge!
— Chodź, to dostaniesz, Jerry, ty kizlode sukinsynu!
Jerry skoczył na mnie, a ja próbowałem znowu walnąć go

drągiem, ale on złapał mnie obiema rękami za prawy przegub i
wykorzystując   impet   mojego   wymachu,   pchnął   mnie   tak
mocno,   że   uderzyłem  plecami   o   następny   głaz.   Zanim  odzy-
skałem   oddech,   Drak   podniósł   mniejszy   głaz   i   zbliżył   się,
wyraźnie zamierzając rozwalić mi łeb. Zaparłem się plecami o
głaz, uniosłem stopę i kopnąłem Draka w brzuch, przewracając
go na piasek. Teraz ja z kolei gotów byłem rozwalić mu łeb, ale
on pokazał coś za moimi plecami. Obejrzałem się i zobaczyłem
następną spienioną falę przypływu, pędzącą w naszą stronę. 

— Kiz! 

background image

Jerry podniósł się i pobiegł w głąb lądu, a ja deptałem mu

po piętach. Ścigani przez ryczący przypływ, kluczyliśmy wśród
czarnych głazów tkwiących w wodzie lub w piasku, aż dotar-
liśmy   do   kapsuły   ratunkowej   Draka.   Jerry   zatrzymał   się,
podparł ramieniem jajowaty pojemnik i zaczął go wtaczać pod
górę.

Zrozumiałem   jego   zamiar.   Kapsuła   zawierała   jedyny

dostępny nam sprzęt i żywność, konieczne do przetrwania.

— Jerry! — wrzasnąłem, przekrzykując huk nadciągającej

fali.

— Wyjmij ten cholerny kij, to ci pomogę!
Drak spojrzał na mnie spode łba.
— Kij, wyjmij ten kij, kizlode ! — Ruchem głowy wskazałem

moje wyciągnięte ramię.

Jerry   podparł   kapsułę   kamieniem,   żeby   się   nie   stoczyła,

potem   szybko   rozwiązał   mi   ręce   i   wyciągnął   pręt.   Razem
popchnęliśmy  kapsułę  i  szybko przetoczyliśmy ją  na  wyższe
miejsce.   Fala  uderzyła   o   brzeg,   wezbrana   woda  natychmiast
sięgnęła nam do piersi. Kapsuła podskakiwała jak korek, a my
przytrzymywaliśmy   ją   ze   wszystkich   sił,   dopóki   woda   nie
opadła,   osadzając  jajowaty  kształ  pomiędzy  trzema   wielkimi
głazami. 

Stałem   i   dyszałem.   Jerry   osunął   się   na   piasek,   oparł   się

plecami   o   jeden   z   głazów   i   patrzył,   jak   woda   odpływa   z
powrotem do morza.

background image

— Magasienna! 
— Tyś powiedział, bracie.
Padłem na piasek obok Draka. Milcząco zgodziliśmy się na

chwilowy rozejm i obaj szybko zasnęliśmy.

Otwarłem oczy na niebo kipiące czernią i szarością.
Nieznacznie przechyliłem głowę na lewe ramię i zerknąłem

na Draka. Ciągle spał. W pierwszej chwili pomyślałem, że to
idealna okazja, żeby go załatwić. Potem pomyślałem, jak głupio
wygląda   nasz   samotny   kawałek   złomu   na   tle   rozszalałego
morza.   Dlaczego   ekipa   ratunkowa   nie   przyleciała?   Czy
drakońska flota starła nas na miazgę? Dlaczego Drakowie nie
przylecieli po Jerry'ego? Czy wszyscy wytłukli się nawzajem?
Nawet nie wiedziałem, gdzie jestem. Na wyspie. Tyle zdążyłem
zobaczyć z góry, ale jaka wyspa, w jakiej okolicy? Fyrine IV:
planeta nie miała nawet nazwy, ale była dostatecznie ważna,
żeby za nią umierać. 

Z   trudem   podniosłem   się   na   nogi.   Jerry   otworzył   oczy,

szybko   odepchnął   się   ramionami   od   ziemi   i   przykucnął   w
obronnej pozycji. Machnąłem ręką i potrząsnąłem głową.

— Spokojnie, Jerry. Tylko się rozejrzę.
Odwróciłem się do stwora plecami i poczłapałem pomiędzy

głazy. Przez kilka minut wspinałem się pod górę, aż dotarłem
na płaski wierzchołek. 

Tak,   to   była   wyspa,   w   dodatku   niezbyt   duża.   Na   oko

wznosiła się najwyżej jakieś osiemdziesiąt metrów nad poziom

background image

morza,   miała   około   dwóch   kilometrów   długości   i   niecały
kilometr szerokości.

Wiatr szarpiący materiałem kombinezonu przynajmniej go

podsuszył,   kiedy   jednak   zobaczyłem   gładkie,   obłe   głazy   na
szczycie wzniesienia, zrozumiałem, że Jerry i ja powinniśmy się
przygotować na większe fale niż ta skromna kąpiel, którą prze-
żyliśmy. 

Z   tyłu   za   mną   stuknął   kamień.   Odwróciłem   się   i   zoba-

czyłem, że Jerry wspina się na zbocze. Kiedy dotarł do szczytu,
rozejrzał się wokoło. Przykucnąłem obok głazu i przesunąłem
ręką   po   wygładzonej   powierzchni,   a   potem   wskazałem   na
morze. Jerry kiwnął głową.

—  Ae, gavey.  — Pokazał na kapsułę w dole, a potem na

miejsce, gdzie staliśmy. — Echey masu, nasesay.

Zmarszczyłem brwi, potem wskazałem na kapsułę.
 Nasesay? Kapsuła?
— Ae, kapsuła nasesay. Echey masu. — Jerry znowu pokazał

na grunt pod nogami.

Pokręciłem głową.
— Jerry, jeśli ty gavey, co wygładziło te skały — wskazałem

na jeden z głazów — to powinieneś gavey , że nasuwanie twojej
nasesay  tutaj na górę ni cholery nam nie pomoże. — Wyko-
nałem ręką posuwisty ruch zmiatania. — Fale. — Wskazałem
na morze w dole, a potem na miejsce, gdzie staliśmy. — Fale na
górze. Fale, echey. 

background image

— Ae, gavey. — Jerry rozejrzał się po płaskim wierzchołku i

potarł   bok   twarzy.   Potem   przysiadł   obok   kilku   mniejszych
kamieni i zaczął ustawiać jeden na drugim. — Viga, Davidge. 

Przykucnąłem   obok   niego   i   patrzyłem,   jak   jego   zręczne

palce   układają   kamienny   krąg,   który   szybko   urósł,   tworząc
miniaturową arenę. Jerry stuknął palcem w środek kręgu.

— Echey, nasesay. 

* * *

Dni na Fyrine IV wydawały się trzykrotnie dłuższe niż na

każdej   innej   nadającej   się   do   zamieszkania   planecie,   jaką
odwiedziłem.   Używam   określenia   "nadająca   się   do   zamiesz-
kania" ze sporymi zastrzeżeniami. Prawie cały pierwszy dzień
zabrało   nam   żmudne   wtaczanie  nasesay  Jerry'ego   na   wierz-
chołek wzgórza.

Noc była za ciemna do pracy i lodowato zimna. Wyjęliśmy

fotel z kapsuły, dzięki czemu obaj zmieściliśmy się w środku.
Ciepło ciał trochę nas rozgrzało. Pomiędzy okresami snu zabija-
liśmy   czas,   skubiąc   batoniki   z   żelaznej   racji   żywnościowej
Jerry'ego   (smakowały   trochę   jak   ryba   zmieszana   z   serem
cheddar) i próbując się dogadać w kwestii języka.

— Oko.
— Thuyo.
— Palec.

background image

— Zurath.
— Głowa.
Drak roześmiał się.
— Lode.
— Ho, ho, bardzo śmieszne.
— Ho, ho.

* * *

O świcie drugiego dnia wtoczyliśmy kapsułę na szczyt
wzniesienia i zaklinowaliśmy ją pomiędzy dwoma wielkimi

głazami,   liczyliśmy,   że   przewieszka   na   jednym   z   nich   osłoni
kapsułę   przed   uderzeniami   wielkich   fal.   Wokół   głazów   i
kapsuły ułożyliśmy fundament z wielkich kamieni, a szczeliny
wypełniliśmy   mniejszymi   kamieniami.   Zanim   mur   urósł   do
kolan, przekonaliśmy się, że konstrukcja z tych gładkich, okrą-
głych kamieni nie utrzyma się bez zaprawy murarskiej. Po kilku
eksperymentach nauczyliśmy się rozbijać kamienie tak, żeby
uzyskać płaskie powierzchnie, odpowiednie na budulec. Trzeba
podnieść jeden kamień i walnąć nim w drugi z góry. Zmienia-
liśmy   się   po   kolei,   jeden   walił,   a   drugi   budował.   Skała   była
krucha prawie jak obsydian, więc musieliśmy po kolei wyciągać
sobie nawzajem odłamki z różnych części ciała. Zbudowanie
muru   zabrało   nam   dziewięć   nie   kończących   się   dni   i   nocy,

background image

podczas których woda kilkakrotnie podchodziła blisko, a raz
zalała nas do kostek.

Przez   sześć   z   tych   dziewięciu   dni   padało.   Wyposażenie

kapsuły zawierało plastykowy koc, który posłużył nam za dach.
Zapadał się na środku, więc zrobiliśmy w tym miejscu dziurę,
dzięki   czemu   prawie   nie   mokliśmy   i   mieliśmy   stały   dopływ
świeżej wody.

Gdyby   nadeszła   większa   fala,   mogliśmy   pożegnać   się   z

naszym dachem; ale obaj pokładaliśmy zaufanie w murze, który
miał prawie dwa metry grubości u podstawy i co najmniej metr
u szczytu.

Kiedy   skończyliśmy,   usiedliśmy   i   podziwialiśmy   nasze

dzieło przez jakąś godzinę, zanim dotarło do nas, że właśnie
straciliśmy jedyne zajęcie.

— Co teraz, Jerry?
— Ess
— Co teraz będziemy robić?
— Teraz czekać, my. — Drak wzruszył ramionami. — Co

innego, ne

Kiwnąłem głową.
— Gavey
Wstałem i podszedłem do korytarza, który zbudowaliśmy.
Ponieważ nie mieliśmy drewna, żeby zrobić drzwi w murze,

wygięliśmy   jedną   ścianę   na   zewnątrz   i   poprowadziliśmy
wzdłuż   drugiej   na   odcinku   trzech   metrów,   z   wejściem   od

background image

strony   przeciwnej   do   najczęstszego   kierunku   wiatru.
Nieustanny wiatr ciągle  atakował,  ale deszcz przestał padać.
Chałupa nie wyglądała nadzwyczajnie, ale sam jej widok tutaj,
na środku bezludnej wyspy, poprawił mi nastrój. Jak zauważył
Shizumaat:   "Inteligentne   życie   stawia   czynny   opór   wszech-
światowi." Tyle przynajmniej zrozumiałem z kulawej angielsz-
czyzny Jerry'ego. 

Wzruszyłem   ramionami,   podniosłem   ostry   odłamek

kamienia i wyżłobiłem następną kreskę na dużym pionowym
głazie, który służył mi za kalendarz. Razem dziesięć kresek, a
pod siódmą mały krzyżyk dla zaznaczenia szczególnie wysokiej
fali, która zalała wierzchołek wyspy. 

Odrzuciłem odłamek kamienia. 
— Cholera, nie znoszę tego miejsca.
— Ess? — Głowa Jerry'ego wysunęła się zza załomu muru.
— Do kogo mówi, Davidge?
Popatrzyłem   ze   złością   na   Draka,   potem   machnąłem   na

niego ręką. 

— Do nikogo.
— Ess va "nikogo"?
— Nikt. Nic.
— Ne gavey, Davidge.
Stuknąłem palcem we własną pierś.
— Do siebie! Mówię do siebie! Gavey coś takiego, żabolu? 
Jerry potrząsnął głową.

background image

— Davidge, teraz ja śpi. Mów nie dużo do nikogo, ne ?
Głowa ponownie zniknęła w wejściu.
— Pocałuj mnie gdzieś, ty maminsynku!
Odwróciłem   się   i   ruszyłem   zboczem   w   dół.   Tylko   że

dokładnie biorąc, żabolu, ty nie masz matki — ani ojca. "Gdybyś
miał wybór, z kim chciałbyś zamieszkać na bezludnej wyspie?"
Ciekawe, czy ktoś kiedyś wybrał wilgotny, lodowaty zakątek
piekła, dzielony z hermafrodytą. 

Przez   połowę   drogi   w   dół   maszerowałem   ścieżką,   którą

oznaczyłem   kamieniami,   aż   dotarłem   do   skalnego   basenu,
który nazwałem "Ranczo Ślimak". Basen otaczały liczne wygła-
dzone przez wodę kamienie, a pod tymi kamieniami żyły tak
tłuste pomarańczowe ślimaki, jakich jeszcze żaden z nas nie
widział.

Dokonałem   tego   odkrycia   podczas   przerwy   w   budowie

domu i pokazałem to Jerry'emu.

Jerry wzruszył ramionami.
— I co?
—   Jak   to   co?   Słuchaj,   Jerry,   te   racje   żywnościowe   nie

wystarczą na długo. Co będziemy jeść, kiedy się skończą? 

—   Jeść?   —   Jerry   spojrzał   na   ruchliwą   masę   robactwa   i

skrzywił się paskudnie. —  Ne  , Davidge. Przed tym ratunek.
Szukać nas znajdą, potem ratunek.

— A jeśli nas nie znajdą? Co wtedy?

background image

Jerry   znowu   się   skrzywił   i   zawrócił   do   zbudowanego   w

połowie domu. — Wodę my pije, aż dopóki ratunek. 

Burknął coś o odchodach kiz i moich kubkach smakowych,

po czym zniknął.

Od   tamtej   pory   podwyższyłem   murek   wokół   basenu   w

nadziei, że dodatkowa ochrona przed nieprzyjaznym środowi-
skiem powiększy moją trzódkę. Zajrzałem pod kilka kamieni,
ale nie zauważyłem wyraźnego przyrostu pogłowia. I znowu
nie mogłem się zmusić, żeby przełknąć któryś okaz. Odłożyłem
kamień na miejsce, wstałem i popatrzyłem na morze. Chociaż
wieczna   powłoka   chmur   nadal   nie   dopuszczała   gorących
promieni Fyrine do powierzchni planety, deszcz ustał i nawet
mgła się rozwiała.

W kierunku, skąd pierwszego dnia dopłynąłem do plaży,

morze ciągnęło się aż po horyzont. Pomiędzy białymi grzywami
fal woda była szara niczym serce komornika. Równoległe linie
bałwanów tworzyły się w odległości około pięciu kilometrów
od wyspy.

Środek fali rozbijał się o wyspę, na której stałem, a reszta

płynęła dalej. Po prawej, na linii fal wypatrzyłem drugą małą
wysepkę,   odległą   o   jakieś   dziesięć   kilometrów.   Powiodłem
wzrokiem dalej w prawo wzdłuż szeregów grzywaczy i tam,
gdzie białoszare morze stykało się z jaśniejszą szarością nieba,
zobaczyłem czarną kreskę na horyzoncie.

background image

Z wysiłkiem próbowałem przypomnieć sobie szkoleniowe

mapy   masywów   lądowych   Fyrine   IV,   ale   wszystko   mi   się
pomieszało.

Jerry też niczego nie pamiętał — przynajmniej niczego nie

chciał   mi   powiedzieć.   Po   co   mielibyśmy   pamiętać?   Bitwa
rozgrywała się w kosmosie, jedna strona próbowała wykopać
drugą z orbitalnych pozycji bojowych w systemie Fyrine. Żaden
z przeciwników nie chciał lądować na Fyrine, a już na pewno
nie   zamierzał   tutaj   walczyć.   Tak   czy   owak   na   horyzoncie
majaczył stały ląd, znacznie większy niż kupa piachu i kamieni,
którą zajmowaliśmy.

Jak się tam dostać — oto pytanie. Bez ognia, drewna, liści i

skór zwierzęcych Jerry i ja byliśmy nędzarzami, biedniejszymi
od   przeciętnego   jaskiniowego   człowieka.   Jedyna   rzecz   na
wyspie, która mogła pływać, to była  nasesay. Kapsuła. Czemu
nie?

Jedyny   prawdziwy   kłopot   polegał  na   tym,   jak  przekonać

Jerry'ego do mojego pomysłu.

Tego wieczoru, kiedy szarość nieba powoli przechodziła w

czerń,   siedzieliśmy   z   Jerrym   przed   chatą,   żując   ćwiartki
batonów   żywnościowych.   Żółte   oczy   Draka   badały   ciemną
kreskę na horyzoncie. Potem stwór potrząsnął głową.

— Ne, Davidge. Niebezpieczne jest.
Wsadziłem resztę batonu do ust i mówiłem trochę niewy-

raźnie.

— Bardziej niebezpieczne niż zostać tutaj?

background image

— Szybko ratunek, ne?
Popatrzyłem w te żółte oczy.
—   Jerry,   sam   w   to   nie   wierzysz.   —   Pochyliłem   się   do

przodu i wyciągnąłem ręce. — Słuchaj, będziemy mieli większe
szanse na stałym lądzie. Osłona przed wielkimi falami, może
jedzenie...

— Nie może, Ne? — Jerry wskazał na wodę. — Jak nasesay

steruje, Davidge? W tym, jak steruje? Ess eh fale, bałwany, poza
ląd zabiorą, GaveyBresha. — Jerry klasnął w dłonie. — Ess eh
bresha
 na skała, ne? Wtedy my śmierć. 

Podrapałem się w głowę.
— Fale idą stąd w tamtym kierunku, tak samo wiatr. Jeśli

ląd jest dość duży, nie musimy sterować, gavey?

Jerry prychnął.
— Ne dość duży, to co?
— Nie mówiłem, że to pewne na sto procent. 
— Ess?
— Na sto procent, całkiem pewne, gavey
Jerry kiwnął głową.
— I nie roztrzaskamy się na skałach — ciągnąłem — bo

tam pewnie jest taka sama plaża, jak tutaj.

— Na sto procent całkiem pewne, ne?
Wzruszyłem ramionami. 
— Nie, to nie jest całkiem pewne, ale chcesz tutaj zostać?

background image

Nie   wiemy,   jak   wysoko   sięgają   te   fale.   A   jeśli   przyjdzie

wielka fala i zmyje nas z wyspy? Co wtedy?

Jerry spojrzał na mnie zwężonymi oczami.
— Co tam, Davidge? Irkmaan baza, ne?
Parsknąłem śmiechem.
— Mówiłem ci, nie mamy żadnej bazy na Fyrine IV.
— Więc czemu chcesz tam?
—   Już   ci   mówiłem,   Jerry.   Myślę,   że   tam   mamy   większe

szanse.

— Ummm. — Drak skrzyżował ramiona. — Viga, Davidge,

nasesay zostaje. Ja wiem.

— Co wiesz?
Jerry uśmiechnął się znacząco, wstał i wszedł do chaty. Po

chwili wrócił i rzucił mi pod nogi dwumetrowy metalowy pręt.
Do tego samego pręta przywiązał mi ręce pierwszego dnia. 

— Davidge, ja wiem.
Wzruszyłem ramionami i pytająco uniosłem brwi.
— O czym ty mówisz? Czy to nie wypadło z twojej kapsuły?
— Ne, Irkmaan.
Pochyliłem  się   i   podniosłem  pręt.   Powierzchnia   nie   była

skorodowana, a na jednym końcu znajdowały się arabskie cyfry
— numer seryjny. Przez chwilę wezbrała we mnie nadzieja, ale
szybko opadła, kiedy uświadomiłem sobie, że był to cywilny
numer. Rzuciłem pręt na piasek.

background image

— Nie wiadomo, jak długo to tutaj leżało, Jerry. To cywilny

numer seryjny, a żadna cywilna wyprawa nie odwiedzała tej
części galaktyki od wojny. Może został po jakiejś starej misji
osiedleńczej albo wyprawie badawczej...

Drak trącił pręt czubkiem buta.
— Nowe, gavey?
Podniosłem na niego wzrok.
— Ty gavey nierdzewną stal?
Jerry prychnął i odwrócił się w stronę chaty.
— Ja zostaje, nasesay zostaje; ty idzie, gdzie chce, Davidge! 

* * *

Długa, czarna noc trzymała nas w mocnym uścisku, a wiatr

się wzmagał, świstał przez dziury w murze, huczał i zawodził.

Plastykowy dach łopotał tak gwałtownie, jakby próbował

zerwać się z uwięzi i odfrunąć w ciemność. Jerry siedział na
ubitym  piasku  podłogi,   oparty  plecami   o  nasesay  ,  wyraźnie
dając do zrozumienia, że Drak i kapsuła pozostają nierozdzielni,
chociaż wzbierający przypływ zdawał się osłabiać jego przeko-
nanie. 

— Morze teraz złe jest, Davidge, ne ?
— Po ciemku nie widać, ale przy tym wietrze... — wzru-

szyłem ramionami bardziej na własny rachunek niż ze względu
na Draka, ponieważ we wnętrzu chaty nie było widać niczego

background image

poza odrobiną światła przefiltrowanego przez dach. W każdej
chwili mogło nas zmyć z tego kawałka skały.

— Jerry, nie miałeś racji z tym prętem. Sam wiesz najlepiej. 
—  Surda  —   odparł   Drak   żałosnym   tonem,   niemal   ze

skruchą. 

— Ess?
— Ess eh "surda"?
— Ae.
Jerry milczał przez chwilę.
— Davidge, gavey "nie pewne nie jest"?
Posortowałem w myślach zaprzeczenia.
— Chodzi ci o "może", "chyba", "prawdopodobnie"?
—  Ae,   możechybaprawdopodobnie.   Drakońska   flota

Irkmaan  statki ma. Przez wojną kupuje; po wojnie zdobywa.
Pręt możechybaprawdopodobnie drakońska jest. 

— Więc jeśli na stałym lądzie jest tajna baza, surda to jest

drakońska baza?

— Możechybaprawdopodobnie, Davidge.
—   Jerry,   czy   to   znaczy,   że   chcesz   spróbować?   Popłynąć

nasesay

— Ne.
—  Ne?   Dlaczego,   Jerry?   Jeśli   gdzieś   tam   jest   drakońska

baza... 

— Ne! Ne mówi! — Drak jak gdyby zakrztusił się słowami.

background image

—   Lepiej   mów,   Jerry,   dobrze   ci   radzę.   Skoro   muszę

zdechnąć na tej wyspie, mam prawo wiedzieć dlaczego.

Drak milczał przez długi czas.
— Davidge.
— Ess?
— Nasesay ty bierze. Pół jedzenie ty zostaje. Ja zostaje. 
Potrząsnąłem głową, żeby lepiej zrozumieć.
— Chcesz, żebym sam zabrał kapsułę?
— Ty tak chcesz, ne ?
—  Ae, ale dlaczego? Chyba sam rozumiesz, że nie będzie

żadnego ratunku.

— Możechybaprawdopodobnie.
— Surda, nic z tego. Wiesz, że nie będzie żadnego ratunku.

Co jest? Boisz się wody? I tak mamy większe szanse...

— Davidge, się zamknij. Nasesay ty ma. Ty ne potrzebuje ja,

gavey?

Kiwnąłem   głową   w   ciemnościach.   Kapsuła   należała   do

mnie; po co miałem ciągnąć ze sobą naburmuszonego Draka —
zwłaszcza jeśli nasz rozejm mógł się skończyć w każdej chwili?
Odpowiedź wprawiła mnie w zakłopotanie — bardzo ludzkie
uczucie. Tylko obecność Draka chroniła mnie przed całkowitą
samotnością. No i pozostała jeszcze drobna kwestia przeżycia.

— Powinniśmy popłynąć razem, Jerry. 
— Czemu?

background image

Poczułem, że się czerwienię. Skoro ludzie odczuwają stałą

potrzebę towarzystwa, dlaczego stale muszą się tego wstydzić? 

— Po prostu powinniśmy. Będziemy mieli większe szanse.
— Sam większe szanse masz, Davidge. Twój wróg ja jestem.
Ponownie   kiwnąłem   głową   i   skrzywiłem   się   pod   osłoną

ciemności. 

— Jerry, ty gavey "samotność"?
— Ne gavey.
— Samotny, sam jeden, bez nikogo.
— Gavey ty samotny. Bierz nasesay ; ja zostaje.
— Chodzi o to... rozumiesz, viga , ja nie chcę.
—  Chcesz  razem  płynie?   —  Cichy,   nieprzyjemny  chichot

dobiegł z  drugiej strony  chaty.   — Ty  Drakon  lubi?   Ty  mnie
śmierć,  Irkmaan.   —   Jerry   znowu   zachichotał.   —  Irkmaan
poorzhab
 na głowa, poorzhab.

— Mniejsza z tym!
Odsunąłem się od ściany, wygładziłem piasek i zwinąłem

się w kłębek na podłodze, plecami do Draka. Wiatr jakby trochę
przycichł.   Zamknąłem   oczy   i   próbowałem   zasnąć.   Po   chwili
trzeszczenie   plastykowego   dachu   zaczęło   zlewać   się   z
nieustannym gwizdem wiatru i poczułem, że odpływam w sen,
kiedy nagle szeroko otwarłem oczy, zaalarmowany odgłosem
kroków na piasku.

Napiąłem mięśnie, gotów do skoku.
— Davidge? — odezwał się Jerry bardzo cichym głosem.

background image

— Co?
Usłyszałem, że Drak siada na piasku obok mnie.
— Ty samotny, Davidge. Trudno o tym ty mówi, ne ?
— I co z tego?
Drak mruknął coś, ale zagłuszył go świst wiatru. 
— Co? 
Odwróciłem się i zobaczyłem, że Jerry wygląda przez dziurę

w ścianie. 

— Dlaczego ja zostaje. Teraz tobie ja powie, ne?
— Okay, czemu nie? — Wzruszyłem ramionami.
Jerry jakby walczył ze sobą, kilkakrotnie otwierał i zamykał

usta. Nagle wytrzeszczył oczy.

— Magasienna !
Usiadłem.
— Ess?
— Fala! — Jerry wskazał na dziurę w murze.
Odepchnąłem go i wyjrzałem przez dziurę. W stronę naszej

wyspy   pędziła   niewiarygodnie   olbrzymia   góra   spienionych
bałwanów. W ciemności niewiele było widać, ale pierwsza fala
wydawała się wyższa od tej, która przed paroma dniami zalała
wierzchołek   wzgórza.   Następne   były   jeszcze   większe.   Jerry
położył mi rękę na ramieniu. Spojrzałem w oczy Draka.

Jednocześnie   rzuciliśmy   się   do   kapsuły.   Słyszeliśmy

pierwszą falę uderzającą o zbocze, kiedy po ciemku próbowa-

background image

liśmy namacać klamkę umieszczoną w zagłębieniu. Właśnie ją
znalazłem, kiedy fala uderzyła w chatę i zerwała dach. W pół
sekundy znaleźliśmy się pod wodą, obracani przez wewnętrze
prądy niczym skarpetki w pralce automatycznej. 

Woda opadła. Przetarłem oczy i zobaczyłem, że nawietrzna

ściana chaty zapadła się do środka.

— Jerry!
Za rozwaloną ścianą dostrzegłem Draka, krążącego w kółko

chwiejnym krokiem. Następna fala wzbierała za jego plecami. 

— Irkmaan?
— Kizlode , co ty tam robisz, do cholery? Właź tutaj! 
Odwróciłem   się   do   kapsuły,   wciąż   tkwiącej   mocno

pomiędzy   dwoma   głazami.   Znalazłem   klamkę   i   otworzyłem
drzwi. Jerry przelazł przez rozwaloną ścianę i oparł się o mnie.

— Davidge... zawsze idą dalej fale! Zawsze!
— Właź do środka!
Przepchnąłem Draka przez drzwi i wskoczyłem za nim, nie

czekając,   aż   zrobi   mi   miejsce.   Wylądowałem   na   głowie
Jerry'ego   i   zatrzasnąłem   drzwi   w   ostatniej   chwili,   zanim
uderzyła druga fala. Czułem, jak kapsuła unosi się i ociera z
chrzęstem o przewieszkę na jednym z głazów.

— Davidge, my płynie?
—  Nie.   Skały   nas   trzymają.  Wszystko   będzie  dobrze,   jak

przejdą te fale.

— Ty się posuń.

background image

— Och. 
Zlazłem z klatki piersiowej Jerry'ego i wcisnąłem się w kąt

kapsuły. Po chwili kapsuła osiadła nieruchomo. Czekaliśmy na
kolejną falę.

— Jerry?
— Ess ?
— Co mi miałeś powiedzieć?
— Dlaczego ja zostaje?
— Właśnie.
— O tym ja trudno mówi, gavey ?
— Wiem, wiem.
Nadeszła kolejna fala i znowu poczułem, jak kapsuła unosi

się i obija o skałę.

— Davidge, gavey "vi nessa" ?
— Ne gavey.
— Vi nessa... mały ja, gavey ?
Kapsuła huknęła o głaz i znieruchomiała.
— Jaki znowu mały ty?
— Mały ja... mały Drak. Ze mnie, gavey ?
— Chcesz mi powiedzieć, że jesteś w ciąży?
— Możechybaprawdopodobnie.
Potrząsnąłem głową.
—   Zaraz,   chwileczkę,   Jerry.   Chciałbym   uniknąć   nieporo-

zumień. W ciąży... czy zostaniesz rodzicem?

background image

—  Ae,   rodzicem,   dwa-zero-zero   w   rodzie,   bardzo   ważne

jest, ne?

— Wspaniale.  Co to ma  wspólnego  z tym,  że  nie  chcesz

płynąć na drugą wyspę?

— Przedtem, ja vi nessa, gavey? Tean śmierć.
— Twoje dziecko, ono umarło?
— Ae! — Szloch uniwersalnej matki wydarł się z ust Draka.

— Ja w upadek krzywda. Tean śmierć.  nasesay  w morze nas
rzuca. Tean krzywda, gavey ?

— Ae, gavey.
Więc Jerry bał się, że straci następne dziecko. Podróż w

kapsule na pewno nieźle nami potrząśnie, ale siedzenie na tej
wysepce również nie poprawi naszych szans. Kapsuła już od
dobrej   chwili   spoczywała   nieruchomo,   więc   postanowiłem
zaryzykować zerknięcie na zewnątrz. Małe okienko w dachu
wydawało się oblepione piaskiem. Uchyliłem drzwi, wyjrzałem
i zobaczyłem, że reszta muru legła w gruzach. Spojrzałem w
stronę morza, ale niczego nie zauważyłem. 

— Wygląda bezpiecznie, Jerry... — podniosłem wzrok ku

czerniejącemu niebu. Nad moją głową spiętrzyła się biała piana
gigantycznej fali.

— Maga-szlag-sienna!!!
Zatrzasnąłem drzwi.
— Ess, Davidge?
— Trzymaj się, Jerry!

background image

Huk   wody   spadającej   na   kapsułę   rozrywał   bębenki   w

uszach.

Uderzyliśmy o skałę raz, dwa razy, potem kapsuła zawi-

rowała   i   wystrzeliła   w   górę.   Próbowałem   się   czegoś   przy-
trzymać, ale chybiłem, kiedy kapsuła gwałtownie zjechała w
dół. Upadłem na Jerry'ego, potem poleciałem w drugą stronę i
walnąłem głową o ścianę. Zanim straciłem przytomność, usły-
szałem krzyk Jerry'ego:

— Tean! Vi tean!

* * *

Porucznik   nacisnął   guzik   zdalnego   sterowania   i   jakaś

postać   —   wysoka,   żółta,   humanoidalna   —   pojawiła   się   na
ekranie. 

—   Dracki   glut!   —   wrzasnęła   publiczność   złożona   z

rekrutów.

Porucznik odwrócił się twarzą do rekrutów.
— Prawidłowo. To jest Drak. Zauważcie, że rasa Draków

jest jednolita pod względem koloru: wszyscy są żółci. 

Rekruci zachichotali uprzejmie. Oficer lekko się napuszył.

Potem   świetlną   wskazówką   zaczął   pokazywać   kolejne   cechy
postaci.

background image

—   Trójpalczaste   dłonie   oczywiście   są   wyraźną   oznaką,

podobnie jak prawie beznosa twarz, która upodabnia Draka do
żaby.

Przeciętnie wzrok mają trochę lepszy od ludzi, słuch mniej

więcej   jednakowy,   a   zapach...   —   porucznik   zrobił   pauzę.   —
Zapach jest okropny!

Rozpromienił się słysząc ryk rekrutów. Kiedy publiczność

ucichła,   wskazał   świetlnym   prętem   fałdę   na   brzuchu   żółtej
postaci. 

— Tutaj Drak trzyma swoje klejnoty rodzinne... wszystkie. 
Publiczność znowu zarechotała.
— Zgadza  się,  Drakowie  to hermafrodyci,   każdy  osobnik

posiada  zarówno  męskie,  jak i  żeńskie  organy  rozrodcze.  —
Porucznik   odwrócił   się   do   rekrutów.   —   Nigdy   nie   mówcie
Drakowi, żeby sobie wsadził, bo on może to zrobić! 

Śmiech ucichł i porucznik wyciągnął rękę w stronę ekranu.
— Jak zobaczycie takiego stwora, co macie zrobić?
— ZABIĆ!

* * *

...oczyściłem   ekran,   a   komputer   namierzył   następnego

drackiego myśliwca, wyglądającego jak podwójne X na displeju.

Drak skręcił ostro w lewo, potem znowu w prawo. Czułem,

jak autopilot prowadzi mój statek śladem myśliwca, sortuje i

background image

ignoruje   fałszywe   obrazy,   próbując   złapać   Draka   w   elektro-
niczny celownik. 

— No chodź, żabolu... trochę bardziej w lewo...
Podwójny krzyż nasunął się na pierścienie dalmierza i

poczułem, jak odłączył się pocisk przymocowany do brzucha
mojego myśliwca. 

— Mam cię!
Przez wizjery zobaczyłem błysk, kiedy pocisk detonował.

Na ekranie drakoński myśliwiec spadał, wirując bezwładnie, w
stronę przesłoniętej chmurami powierzchni Fyrine IV. Zanur-
kowałem   za   nim,   żeby   potwierdzić   trafienie...   temperatura
powłoki wzrosła, kiedy mój statek otarł się o górną warstwę
atmosfery. 

— No dalej, wybuchaj, do cholery!
Przestawiłem   systemy   statku   na   lot   w   atmosferze,

ponieważ stało się oczywiste, że będę musiał dopaść Draka na
ziemi.   Tuż   ponad   chmurami   drakoński   myśliwiec   przestał
wirować i zawrócił. 

Uderzyłem w wyłącznik automatycznego sterowania i ścią-

gnąłem drążek do siebie. Statek zatoczył się, próbując nabrać
wysokości.   Wszyscy   wiedzą,   że   drakońskie   statki   lepiej
manewrują w atmosferze... zbliża się do mnie po kursie koli-
zyjnym...   dlaczego   ten   glut   nie   strzela?...   tuż   przed   samym
zderzeniem Drak się katapultuje... generator nie działa; muszę
lądować bez napędu. Śledzę kapsułę spadającą poprzez brud-

background image

noszare   chmury;   zamierzam  odnaleźć  tego   drackiego  gluta   i
dokończyć robotę...

* * *

Mijały długie sekundy lub lata, kiedy badałem otaczającą

mnie ciemność. Czułem dotyk, ale dotykane części mojego ciała
wydawały   się   bardzo,   bardzo   odległe.   Najpierw   dreszcze,
potem gorączka, potem znowu dreszcze. Miękka dłoń chłodziła
moją   rozpaloną   głowę.   Rozchyliłem   powieki   i   przez   szparki
oczu   zobaczyłem   Jerry'ego,   który   pochylał   się   nade   mną   i
okładał mi czoło czymś chłodnym. Zdołałem wyszeptać: 

— Jerry.
Drak spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się. 
— Dobrze jest, Davidge. Dobrze jest.
Odblask   na   twarzy   Jerry'ego   zamigotał,   poczułem   woń

dymu.

— Ogień.
Jerry  odsunął się   i  wskazał na  środek podłogi  z  ubitego

piasku.   Powoli   przekręciłem   głowę   i   odkryłem,   że   leżę   na
posłaniu z miękkich, sprężystych gałęzi. Naprzeciwko mojego
łóżka   zobaczyłem   drugie   łóżko,   a   pomiędzy   nimi   wesoło
buzowało ognisko. 

— Ogień teraz mamy, Davidge. I drewno. — Jerry pokazał

dach zbudowany z drewnianych pali i strzechę z szerokich liści.

background image

Rozejrzałem się dookoła, potem złożyłem obolałą głowę na

posłaniu i przymknąłem oczy.

— Gdzie jesteśmy?
— Duża wyspa, Davidge. Fala z wysepki nas zmyła. Wiatr i

fale nas tutaj przyniosły. Rację miałeś.

— Ja... ja nie rozumiem; ne gavey. Potrzeba kilka dni, żeby

dopłynąć z wysepki na dużą wyspę.

Jerry kiwnął głową i wrzucił coś, co wyglądało na gąbkę, do

dziwnej skorupy wypełnionej wodą.

— Dziewięć dni. Ty ja przywiązał do nasesay , potem tutaj

na plaży my ląduje.

— Dziewięć dni? Byłem nieprzytomny przez dziewięć dni?
Jerry pokręcił głową.
—   Siedemnaście.   Tutaj   lądujemy   osiem   dni...   —   Drak

machnął za siebie ręką.

— Temu... osiem dni temu.
— Ae.
Siedemnaście   dni   na   Fyrine   IV   to   więcej   niż   miesiąc   na

Ziemi.

Ponownie  otworzyłem oczy i spojrzałem na Draka. Jerry

prawie podskakiwał z podniecenia.

— Jak twój tean , twoje dziecko?
Jerry poklepał się po nabrzmiałym brzuchu.
— Dobrze jest, Davidge. Ty bardziej nasesay ranny.

background image

Powstrzymałem się od kiwnięcia głową.
— Cieszę się ze względu na ciebie.
Zamknąłem   oczy   i   odwróciłem   twarz   do   ściany,   zbudo-

wanej z tyczek przeplecionych liśćmi.

— Jerry?
— Ess?
— Uratowałeś mi życie.
— Ae
— Dlaczego?
Jerry długo siedział w milczeniu.
— Davidge. Na wysepce ty mówi. Samotność teraz gavey.
— Drak potrząsnął mnie za ramię. — Masz, teraz jesz.
Odwróciłem się i zajrzałem do skorupy, wypełnionej paru-

jącym płynem. 

— Co to jest, rosół z kurczaka?
— Ess?
—  Ess  va?   —   Wskazałem   na   skorupę   i   dopiero   wtedy

uświadomiłem sobie, jaki jestem słaby.

Jerry zmarszczył brwi.
— Jak ślimak, tylko długie.
— Węgorz?
— Ae , ale węgorz z ląd, gavey ?
— To znaczy wąż?

background image

— Możechybaprawdopodobnie.
Kiwnąłem głową i przysunąłem wargi do brzegu skorupy.
Nabrałem   rosołu   do   ust,   przełknąłem   i   poczułem,   jak

uzdrawiające ciepło rozchodzi się po moim ciele.

— Dobre.
— Ty chce custa ?
— Ess?
—  Custa.  —   Jerry   sięgnął   za   siebie   i   podniósł   z   ziemi

kanciastą   bryłkę   półprzezroczystej   skały.   Popatrzyłem   na
bryłkę, poskrobałem ją paznokciem, potem dotknąłem końcem
języka. 

— Halit! Sól kamienna!
Jerry uśmiechnął się.
— Custa ty chce?
Parsknąłem śmiechem.
— Co za luksusy. Jasne, koniecznie chcę custa.
Jerry   wziął   bryłkę   halitu,   niedużym   kamieniem   odłupał

kawałek, potem zmiażdżył odłamki pomiędzy dwoma kamie-
niami.

Podał   mi   na   dłoni   maleńką   górkę   białych   granulek.

Wziąłem dwie szczypty, wrzuciłem do swojej wężowej zupy i
zamieszałem palcem.

Potem  pociągnąłem  długi   łyk   przepysznego   rosołu.   Obli-

załem wargi. 

background image

— Fantastyczne.
— Dobre, ne ?
— Więcej niż dobre: fantastyczne. 
Łyknąłem jeszcze raz, demonstracyjnie oblizując się i prze-

wracając oczami.

— Fantastyczne, Davidge, ne ?
— Ae — przytaknąłem. — Chyba już wystarczy. Spać mi się

chce.

— Ae, Davidge, gavey.
Jerry zabrał miskę i postawił przy ogniu. Wstał, podszedł

do drzwi i odwrócił się. Przez chwilę wpatrywał się we mnie
żółtymi ślepiami, potem kiwnął głową, odwrócił się i wyszedł.
Zamknąłem oczy i pozwoliłem, żeby uśpiło mnie ciepło ogniska.

* * *

Po dwóch dniach zacząłem już wstawać i spacerować po

chacie, a po następnych dwóch dniach Jerry pomógł mi wyjść
na zewnątrz.

Chata   stała   na   szczycie   długiego,   łagodnego   wzniesienia,

wśród   karłowatych   drzew;   żadne   nie   przekraczało   pięciu,
sześciu metrów wysokości. U stóp wzniesienia, ponad osiem
kilometrów od chaty falowało wzburzone morze. Drak zaniósł
mnie   na   górę.   Nasza   wierna  nasesay  wypełniła   się   wodą   i
zabrało   ją   morze,   kiedy   Jerry   wyciągnął   mnie   na   suchy   ląd.

background image

Razem z nią zatonęły resztki racji żywnościowych. Drakowie są
bardzo   wybredni   pod   względem   jedzenia,   ale   głód   zmusił
wreszcie   Jerry'ego   do   wypróbowania   kilku   gatunków   miej-
scowej flory i fauny — głód oraz ludzki wrak, który marniał w
oczach z braku pożywienia. Drak zdecydował się na mączysty,
łagodny w smaku korzeń, zielone jagody, które po wysuszeniu
dawały znośną herbatę, oraz mięso węży. Zwiedzając okolicę,
odkrył   częściowo   zerodowany   pokład   soli.   W   następnych
dniach,   kiedy   nabrałem   trochę   sił,   dodałem   do   naszej   diety
kilka   rodzajów   morskich   małży   oraz   owoc   przypominający
skrzyżowanie śliwki z gruszką.

Dni stawały się coraz chłodniejsze, więc Drak i ja musie-

liśmy wreszcie przyjąć do wiadomości, że na Fyrine IV istnieje
zima. Wobec tego powinniśmy również założyć, że zima będzie
dostatecznie surowa, żeby uniemożliwić zdobywanie żywności
— i opału. Wysuszone nad ogniem jagody i korzenie dawały się
długo   przechowywać,   próbowaliśmy   także   solić   i   wędzić
wężowe   mięso.   Jerry   i   ja   zszywaliśmy   wężowe   skórki   na
zimowe ubranie, używając łyka z jagodowych krzaków zamiast
nici.   Model,   który   zaprojektowaliśmy,   składał   się   z   dwóch
warstw skórek, wypełnionych w środku puchem ze strączków
jagód i następnie przepikowanych. 

Obaj zgodziliśmy się, że chata nie wystarczy na zimę. Trzy

dni trwało, zanim znaleźliśmy pierwszą jaskinię, a kolejne trzy
zabrało znalezienie takiej, która nam odpowiadała. Z wejścia
widać było wiecznie wzburzone morze, ale wylot znajdował się

background image

pośrodku   niewielkiego   urwiska,   wysoko   ponad   poziomem
morza.

Wokół wejścia do jaskini znaleźliśmy sporą ilość suchego

drewna i leżących luzem kamieni. Drewno zebraliśmy na opał;
kamienie   wykorzystaliśmy   do   zamurowania   wejścia,   zosta-
wiwszy miejsce tylko na drzwi. Zrobiliśmy je z drewnianych
pali powiązanych jagodowym łykiem, a zawiasy sporządziliśmy
z wężowej skóry.

Pierwszej   nocy   po   zamontowaniu   drzwi   morski   wiatr   je

rozerwał.   Postanowiliśmy   wrócić   do   oryginalnego   modelu
drzwi, który zastosowaliśmy na wysepce.

W głębi jaskini urządziliśmy kwatery mieszkalne, w prze-

stronnym pomieszczeniu z piaskową podłogą. Jeszcze głębiej
znajdowały się naturalne baseny z wodą, doskonałą do picia,
ale za zimną do kąpieli. Pomieszczenie z basenem wykorzysta-
liśmy   na   spiżarnię.   Wyłożyliśmy   wiązkami   drewna   ściany
komory mieszkalnej i zrobiliśmy nowe posłania ze skórek węży
i puchu nasion.

Pośrodku   komory   zbudowaliśmy   porządne   palenisko   z

dużym,   płaskim   kamieniem   służącym   jako   ruszt.   Pierwszej
nocy spędzonej w nowym domu odkryłem, że po raz pierwszy,
odkąd   utknąłem   na   tej   przeklętej   planecie,   nie   słyszę   wycia
wiatru.

Podczas długich nocy siadywaliśmy przy ognisku, szyjąc ze

skóry węży różne rzeczy — rękawiczki, kapelusze, plecaki — i

background image

rozmawialiśmy.   Dla   urozmaicenia   monotonii   mówiliśmy   na
zmianę jednego dnia po angielsku, drugiego po drakońsku. 

Zanim   nadeszła   zima   z   pierwszym   lodowym   sztormem,

każdy z nas swobodnie mówił językiem drugiego. 

Rozmawialiśmy o oczekiwanym dziecku Jerry'ego.
— Jak mu dasz na imię, Jerry?
— On już ma imię. Widzisz, ród Jeriba ma pięć imion. Ja

nazywam się Shigan; przede mną był mój rodzic, Gothig; przed
Gothigiem był Haesni; przed Haesni był Ty, a przed Ty'em był
Zammis. Dziecko nazywa się Jeriba Zammis.

— Dlaczego tylko pięć imion? Ludzkie dziecko może dostać

każde   imię,   jakie   wybiorą   dla   niego   rodzice.   Zresztą   kiedy
dorośnie, może przybrać takie imię, jakie mu się podoba.

Drak spojrzał na mnie z żalem i współczuciem.
— Davidge, jaki ty musisz być zagubiony. Wy, ludzie... jacy

musicie być zagubieni.

— Zagubieni?
Jerry przytaknął.
— Skąd pochodzisz, Davidge?
— Pytasz o moich rodziców?
— Tak.
Wzruszyłem ramionami.
— Pamiętam moich rodziców.
— A ich rodziców?

background image

— Pamiętam ojca mojej matki. Kiedy byłem mały, jeździ-

liśmy do niego w odwiedziny.

— Davidge, co wiesz o tym przodku?
Potarłem brodę.
— Trochę mi się miesza... chyba zajmował się rolnictwem...

nie wiem.

— A jego rodzice?
Potrząsnąłem głową.
— Pamiętam tylko, że gdzieś w rodowodzie mam Anglików

i Niemców. Gavey Niemcy i Anglicy?

Jerry kiwnął głową.
—   Davidge,   ja   mogę   wyrecytować   historię   mojego   rodu

wstecz   aż   do   zasiedlenia   naszej   planety   przez   Jeribę   Ty'a,
jednego z pierwszych osadników, sto dziewięćdziesiąt dziewięć
pokoleń temu.  W  naszych  rodowych  archiwach  na   Drako  są
rejestry, które sięgają przez kosmos do Sindie, ojczyzny naszej
rasy, i siedemdziesiąt pokoleń wstecz do Jeriby Ty'a, założy-
ciela rodu Jeriba.

— Jak się zakłada ród?
— Tylko pierworodny przedłuża ród. Potomstwo z drugich,

trzecich i czwartych narodzin musi zakładać własne rody.

Pokiwałem głową z wrażenia.
— Dlaczego tylko pięć imion? Po prostu żeby łatwiej było

zapamiętać? 

Jerry potrząsnął głową.

background image

— Nie. Imiona to coś, do czego dodajemy wyróżnienia; są

takie same, jednakowe dla wszystkich, żeby nie przyćmiewały
czynów,   które   wyróżniają   ich   właścicieli.   Imię,   które   noszę,
Shigan, służyło wielkim żołnierzom, uczonym, studentom filo-
zofii i kilku kapłanom. Imię mojego dziecka nosili naukowcy,
nauczyciele i badacze. 

— Pamiętasz wszystkie czyny swoich przodków?
Jerry przytaknął.
— Tak, wszystko, co zrobili i gdzie to zrobili. Każdy musi

wyrecytować swój rodowód przed rodowymi archiwami, żeby
uznano go za dorosłego, tak jak ja dwadzieścia dwa lata temu.
Zammis zrobi to samo, tylko że będzie musiał rozpocząć recy-
tację - Jerry uśmiechnął się — od mojego imienia, Jeriba Shigan.

—   Potrafisz   wyrecytować   prawie   dwieście   biografii   z

pamięci? 

— Tak.
Wróciłem do łóżka i wyciągnąłem się na posłaniu. Kiedy

wpatrywałem się w dym wsysany przez szparę w sklepieniu
jaskini,  zacząłem rozumieć, co Jerry mówił o poczuciu zagu-
bienia.   Drak   noszący   za   pasem   kilkadziesiąt   pokoleń   z
pewnością wiedział, kim jest i po co żyje. 

— Jerry?
— Tak, Davidge?
— Wyrecytujesz je dla mnie?

background image

Odwróciłem głowę i zdążyłem zobaczyć, jak wyraz całko-

witego zaskoczenia na twarzy Draka przeradza się w radość.
Dopiero   po   wielu   latach   miałem   się   dowiedzieć,   że   wyrzą-
dziłem Jerry'emu wielki zaszczyt prosząc o historię jego rodu.
Wśród Draków jest to dowód wyjątkowego szacunku, nie tylko
dla jednostki, ale dla całego rodu. 

Jerry   odłożył   na   piasek   kapelusz,   który   zszywał,   wstał   i

rozpoczął: 

—   Oto   stoję   tutaj   przed   wami,   Shigan   z   rodu   Jeriba,

zrodzony z Gothiga, nauczyciela muzyki. Muzyk wysokiej klasy,
miał wśród swoich studentów Datzizha z rodu Nem, Perravane
z rodu Tuscor oraz wielu pomniejszych muzyków. Wyuczywszy
się muzyki w Shimuram, Gothig stanął przed archiwami w roku
11051   i   mówił   o   swoim   rodzicu   Haesni,   budowniczym
statków...

Słuchając   śpiewnej,   formalnej   recytacji   po   drakońsku,

poznając   biografie   od   tyłu   —   najpierw   śmierć,   potem
dojrzałość   —   doznałem   wrażenia,   jakby   czas   się   zaginał,
jakbym   mógł   dotknąć   przeszłości.   Bitwy,   rozkwit   i   upadek
imperiów,   odkrycia   i   wynalazki,   wielkie   czyny   —   wycieczka
przez dwanaście tysięcy lat historii,  ale historii postrzeganej
jako żywy, wyraźny konkret. 

W porównaniu z tym: ja, Willis z rodu Davidge, stoję przed

wami, zrodzony z Sybil, gospodyni domowej, i Nathana, drugo-
rzędnego   inżyniera,   jedno   z   nich   zrodzone   z   dziadka,   który

background image

prawdopodobnie miał coś wspólnego z rolnictwem, zrodzony z
nikogo w szczególności. 

...cholera, nawet nie to! Mój starszy brat przedłużał ród, nie

ja. Słuchałem i dojrzewała we mnie decyzja, żeby nauczyć się
rodowodu Jeriba.

* * *

Rozmawialiśmy o wojnie:
—   To   była   całkiem   sprytna   sztuczka,   wciągnąć   mnie   w

atmosferę, a potem staranować.

Jerry wzruszył ramionami.
— W drakońskiej flocie są najlepsi piloci, wiadomo. 
Uniosłem brwi.
— Więc dlaczego odstrzeliłem ci tyłek?
Jerry wzruszył ramionami, zmarszczył brwi i dalej zszywał

skrawki wężowej skóry.

— Dlaczego Ziemianie najechali tę część galaktyki, Davidge?

Mieliśmy tysiąc lat pokoju, zanim przybyliście.

—   Ha!   A   dlaczego   Drakowie   prowadzą   inwazję?   My   też

żyliśmy w pokoju. Co wy tu robicie?

— Zasiedlamy te planety. To drakońska tradycja. Jesteśmy

odkrywcami i kolonistami.

background image

— A myślisz, żabolu, że my to banda piecuchów? Ludzkość

opanowała podróże kosmiczne niecałe dwieście lat temu, ale
zasiedliliśmy prawie dwa razy więcej planet od Draków...

Jerry podniósł palec.
— Właśnie! Wy, ludzie, rozprzestrzeniacie się jak zaraza.

Wystarczy! Nie chcemy was tutaj!

— No, ale jesteśmy tutaj i zostaniemy. I co zrobicie? 
— Widzisz, co robimy, Irkmaan, my walczymy!
— Fiuu! To miała być walka, ta nasza drobna potyczka?

Cholera,   Jerry,   wykopaliśmy   was   z   orbity   jak   zardzewiałe
puszki... 

—   Ha,   Davidge!  I   dlatego   siedzisz   tutaj,   zajadając

wędzonego węża! 

Wyjąłem to draństwo z ust i wyciągnąłem do Draka.
— Tobie też śmierdzi wężem z gęby, Draku!
Jerry prychnął i odwrócił się od ognia. Poczułem się głupio,

po   pierwsze   dlatego,   że   we   dwóch   naiwnie   próbowaliśmy
rozwikłać konflikt, który trapił setkę światów od ponad stu lat.
Po drugie, chciałem, żeby Jerry sprawdził moją recytację. Zapa-
miętałem już ponad sto pokoleń. Drak siedział bokiem do ognia,
padało na niego tylko tyle światła, ile potrzebował do szycia. 

— Jerry, nad czym pracujesz?
— Nie mamy o czym rozmawiać, Davidge.
— Daj spokój, co to jest?

background image

Jerry obejrzał się na mnie, potem znowu spojrzał na własne

kolana i podniósł maleńki kombinezon z wężowej skóry.

— Dla Zammisa — uśmiechnął się, a ja potrząsnąłem głową

i wybuchnąłem śmiechem. 

* * *

Rozmawialiśmy o filozofii.
— Studiowałeś Shizumaata, Jerry; dlaczego nie opowiesz

mi o jego naukach?

Jerry spochmurniał.
— Nie, Davidge.
— Czy nauki Shizummata są tajne, czy jak?
Jerry potrząsnął głową.
—   Nie,   ale   my   za   bardzo   szanujemy   Shizumaata,   żeby

mówić.

Poskrobałem się po brodzie.
— To znaczy za bardzo, żeby o tym mówić w ogóle, czy

żeby mówić z człowiekiem? 

— Nie z człowiekiem, Davidge, tylko z tobą.
— Dlaczego?
Jerry podniósł głowę, jego żółte oczy zwęziły się w szparki.
— Pamiętasz, co powiedziałeś... na wysepce.

background image

Podrapałem się po głowie i z trudem przypomniałem sobie

oszczerstwo dotyczące diety Shizumaata. Rozłożyłem ręce.

— Ależ Jerry, byłem wtedy zły, wściekły. Nie możesz mnie

winić za to, co powiedziałem w gniewie.

— Mogę.
— Czy to coś zmieni, jeśli przeproszę?
— Nic a nic.
Ugryzłem   się   w   język,   żeby   nie   powiedzieć   czegoś

paskudnego.

Potem w myślach cofnąłem się do tamtej chwili, kiedy Jerry

i   ja   staliśmy   naprzeciwko   siebie,   gotowi   skoczyć   sobie   do
gardeł.

Przypomniałem sobie pewien szczegół i zagryzłem wargi,

żeby powstrzymać uśmiech.

— Czy opowiesz mi o naukach Shizumaata, jeśli wybaczę

ci... to, co powiedziałeś o Myszce Miki?

Pochyliłem głowę pozornie z szacunkiem, ale naprawdę po

to, żeby zdusić chichot.

Jerry podniósł wzrok, na jego twarzy malowało się bolesne

poczucie winy. 

— Przykro mi z tego powodu, Davidge. Jeśli mi wybaczysz,

opowiem ci o Shizumaacie.

— Więc wybaczam ci, Jerry.
— Jeszcze jedno.

background image

— Co?
— Musisz mi opowiedzieć o naukach Myszki Miki.
— Ja... ee, postaram się.

* * *

Rozmawialiśmy o Zammisie.
— Jerry, jaki według ciebie powinien być mały Zammis? 
Jerry wzruszył ramionami.
— Zammis musi zasłużyć na swoje imię. Chcę, żeby zrobił

to z honorem. Jeżeli Zammis tego dokona, nie żądam niczego
więcej. 

— Zammy sam sobie wybierze zawód?
— Tak.
— Ale nie chciałbyś czegoś specjalnego?
— Owszem, chciałbym — przytaknął Jerry.
— Czego?
— Żeby pewnego dnia Zammis znalazł sposób ucieczki z tej

nędznej planety. 

Kiwnąłem głową.
— Amen.
— Amen. 

background image

* * *

Zima wlokła się tak długo, że Jerry i ja zaczęliśmy już się

zastanawiać, czy nie trafiliśmy na początek epoki lodowej. Na
zewnątrz   wszystko   skuwała   gruba   warstwa   lodu,   a   niska
temperatura i nieustający wiatr sprawiały, że każde wyjście z
jaskini groziło śmiercią, albo przez upadek, albo przez zamarz-
nięcie.   Jednakże   za   obopólną   zgodą   obaj   wychodziliśmy   na
zewnątrz, żeby się załatwić. Głęboko w jaskini znajdowało się
kilka izolowanych komór; obawialiśmy się jednak zanieczyścić
nasz zapas wody, nie wspominając o powietrzu. Na zewnątrz
największym   ryzykiem   było   spuszczenie   gaci   na   lodowatym
wietrze, który zamrażał parę oddechu, zanim przedostała się
przez   cienkie   maski,   sporządzone   z   resztek   kosmicznych
kombinezonów.

Nauczyliśmy się nie guzdrać.
Pewnego   ranka   Jerry   był   na   zewnątrz,   załatwiając   natu-

ralną potrzebę, a ja przy ogniu rozgniatałem suszone korzenie z
wodą na naleśniki. Od wylotu jaskini dobiegło mnie wołanie
Jerry'ego:

— Davidge!
— Co?
— Davidge, chodź szybko!
Statek! Na pewno! Postawiłem miskę z muszli na piasku,

nałożyłem kapelusz i rękawiczki i pobiegłem korytarzem. Kiedy

background image

dotarłem do drzwi, rozwiązałem maskę zawieszoną na szyi i
naciągnąłem   ją   na   nos   i   usta,   żeby   ochronić   płuca.   Jerry,   z
twarzą podobnie obwiązaną, zaglądał przez drzwi, ponaglając
mnie niecierpliwym machaniem.

— O co chodzi?
Jerry odsunął się od drzwi, żeby mnie przepuścić.
— Chodź, popatrz!
Słońce.   Błękitne   niebo   i   słońce.   W   oddali   nad   morzem

zbierały się nowe chmury, ale nad naszymi głowami niebo było
czyste.

Żaden z nas nie mógł patrzeć prosto w słońce, ale unie-

śliśmy   twarze   ku   niebu   i   poczuliśmy   promienie   Fyrine   na
skórze.

Oblodzone skały i drzewa lśniły i migotały w blasku słońca.
— Pięknie.
—  Tak.   —  Jerry   chwycił   mnie   za  rękaw  urękawicznioną

dłonią.

— Davidge, wiesz, co to znaczy?
— Co?
— Sygnały świetlne w nocy. W pogodną noc wielki ogień

będzie widać z orbity, Ne ?

Popatrzyłem   na   Jerry'ego,   potem   znowu   spojrzałem   w

niebo. 

— Nie wiem. Jeśli rozpalimy wystarczająco wielki ogień i

jeśli noc będzie bezchmurna, i jeśli ktoś akurat wtedy spojrzy w

background image

dół... — Zwiesiłem głowę. — Zakładając, że ktoś tam jest na
orbicie.   —   Poczułem   ból   nasilający   się   w   palcach.   —   Lepiej
wracajmy do środka.

— Davidge, to jest nasza szansa!
—   A   czego   użyjemy   zamiast   drewna,   Jerry?   —   Wycią-

gnąłem rękę w stronę drzew wokół jaskini. — Wszystko, co się
pali, ma na sobie co najmniej piętnaście centymetrów lodu.

— W jaskini...
— Nasze drewno na opał? — Potrząsnąłem głową. — Jak

długo jeszcze potrwa ta zima? Jesteś pewien, że mamy dosyć
drewna, żeby marnować je na sygnały świetlne?

— To jest szansa, Davidge. To jest szansa!
Nasze   życie   zawieszone   na   cienkim  włosku.  Wzruszyłem

ramionami. 

— Czemu nie?
Przez następne kilka godzin przenosiliśmy jedną czwartą

naszego pracowicie zebranego opału i składaliśmy na zewnątrz
wylotu   jaskini.   Zanim   skończyliśmy,   na   długo   przed
zmierzchem,   niebo   znowu   powlokło   się   szczelną   warstwą
chmur.  Co noc  kilkakrotnie  sprawdzaliśmy  pogodę,  czekając,
żeby   pokazały   się   gwiazdy.   Za   dnia   często   musieliśmy
poświęcać parę godzin na rozbijanie lodu okrywającego stos
drewna.  Jednakże  to  podtrzymywało  w  nas  nadzieję,  dopóki
drewno w jaskini się nie skończyło i nie musieliśmy uszczuplić
sygnałowego stosu. 

background image

Tej   nocy   po   raz   pierwszy   Drak   wydawał   się   całkowicie

pokonany. Siedział przy palenisku, wpatrując się w płomienie.

Sięgnął ręką za wycięcie kurtki z wężowej skóry i wyciągnął

małą   złotą   kostkę,   zawieszoną  na   szyi   na   łańcuszku.   Ścisnął
kostkę w obu dłoniach, zamknął oczy i zaczął mamrotać coś po
dracku.

Przyglądałem   się   z   łóżka,   dopóki   Jerry   nie   skończył.

Westchnął, kiwnął głową i wsunął przedmiot pod kurtkę.

— Co to jest?
Jerry   spojrzał   na   mnie,   zmarszczył   brwi,   potem   dotknął

kurtki na piersiach.

— To? To jest mój Talman... po waszemu Biblia.
— Biblia to książka. No wiesz, z kartkami, żeby ją czytać. 
Jerry wyciągnął przedmiot zza kurtki, wymamrotał coś po

dracku   i   przekręcił   mały   zatrzask.   Ze   złotej   kostki   wypadła
druga złota kostka, którą mi podał.

— Bądź z tym bardzo ostrożny, Davidge.
Usiadłem,   wziąłem   przedmiot   i  obejrzałem  go   w  świetle

płomieni.   Trzy   złote   płytki   na   zawiasach   tworzyły   oprawę
sześciennej   książeczki   o   boku   dwa   i   pół   centymetra.   Otwo-
rzyłem   książkę   i   zobaczyłem   podwójne   kolumny   kropek,
kresek i zawijasów.

— To po drakońsku.
— Oczywiście.
— Ale ja nie umiem tego przeczytać.

background image

Jerry uniósł brwi.
—   Mówisz   po   drakońsku   tak   dobrze,   że   zapomniałem...

chciałbyś, żebym cię nauczył?

— Czytać?
— Czemu nie? Spieszysz się na jakieś spotkanie?
— Nie — wzruszyłem ramionami. Dotknąłem książeczki i

próbowałem   przewrócić   maleńką   stroniczkę.   Przewróciłem
jakieś pięćdziesiąt na raz. — Nie potrafię rozdzielić kartek.

Jerry pokazał niewielką wypukłość na krawędzi grzbietu. 
— Wyciągnij szpilkę. Do odwracania stronic.
Wyciągnąłem krótką igłę i dotknąłem nią kartki, która ześli-

znęła się z następnej i furknęła na drugą stronę.

— Kto napisał twój Talman , Jerry?
— Wielu. Wszyscy wielcy nauczyciele.
— Shizumaat?
Jerry kiwnął głową.
— Shizumaat jest jednym z nich.
Zamknąłem książkę i położyłem na dłoni.
— Jerry, dlaczego właśnie teraz ją wyjąłeś?
— Potrzebowałem pociechy. — Drak wyciągnął ramiona. —

To miejsce. Może zestarzejemy się tutaj i umrzemy. Może nigdy
nas nie  znajdą.  Widzę  to  dzisiaj,  kiedy zabraliśmy drewno  z
sygnałowego ogniska. — Jerry położył dłonie na brzuchu. —

background image

Zammis urodzi się tutaj.  Talman  pomaga mi zaakceptować to,
czego nie mogę zmienić.

— Zammis, jak długo jeszcze?
— Niedługo — uśmiechnął się Jerry.
Spojrzałem na małą książeczkę.
— Chciałbym, żebyś nauczył mnie czytać, Jerry.
Drak zdjął z szyi łańcuszek z kasetką i podał mi.
— Musisz przechowywać w tym Talman.
Przez chwilę trzymałem łańcuszek w dłoni, potem potrzą-

snąłem głową. 

— Nie mogę przyjąć tej książki, Jerry. Na pewno ma dla

ciebie wielką wartość. A jeśli ją zgubię?

— Nie zgubisz. Zatrzymaj ją, dopóki będziesz się uczył. To

powinność ucznia.

Założyłem łańcuszek na szyję.
— Wyświadczasz mi wielki zaszczyt.
Jerry wzruszył ramionami. 
— Znacznie mniejszy, niż ty mi wyświadczyłeś zapamię-

tując rodowód  Jeriba.  Twoja  recytacja jest  dokładna  i wzru-
szająca. 

Jerry wyjął kawałek węgla drzewnego z paleniska, wstał i

podszedł do ściany. Tej nocy poznałem trzydzieści jeden liter i
dźwięków drakońskiego alfabetu, a także dodatkowe dziewięć
znaków i liter używanych w oficjalnym drakońskim piśmie.

background image

* * *

Drewno wreszcie się skończyło. Jerry był bardzo ciężki i

bardzo,   bardzo   chory,   kiedy   Zammis   przygotowywał   się   do
przyjścia na świat; Drak nie mógł nawet wyjść na zewnątrz o
własnych   siłach,   więc   musiałem   go   wyprowadzać,   żeby   się
załatwił. W tej sytuacji zbieranie drewna, czyli wychodzenie na
zewnątrz   i   obtłukiwanie   lodu   z   martwych   drzew   naszym
ostatnim kijem spadło na moje barki, podobnie jak gotowanie.

Pewnego   szczególnie   pochmurnego   dnia   zauważyłem,   że

lód   na   drzewach  jest  cieńszy.   W   końcu   minęliśmy  półmetek
zimy i zbliżaliśmy się do wiosny. Rozbijając lód, cieszyłem się
na myśl o wiośnie i wiedziałem, że Jerry również ucieszy się z
nowiny.

Zima naprawdę go przygnębiała.
Pracowałem w lesie nad jaskinią, zbierałem wiązki drewna

i zrzucałem na dół, kiedy usłyszałem krzyk. Zamarłem i rozej-
rzałem się dookoła. Nie zobaczyłem niczego, tylko lód i morze.
Potem krzyk rozległ się ponownie.

— Davidge!
To   był  Jerry.   Upuściłem  naręcze   drewna  i   pobiegłem  do

szczeliny w skalnym zboczu, która służyła jako drabina. Jerry
znowu   wrzasnął.   Pośliznąłem   się   i   stoczyłem   aż   do   wylotu

background image

jaskini. Szarpnąłem drzwi i pobiegłem korytarzem do komory
mieszkalnej.

Jerry skręcał się na posłaniu, wbijając palce w piasek.
Upadłem na kolana obok niego.
— Jestem tutaj, Jerry. Co się stało? Co ci jest?
—  Davidge!   —   Drak   wywrócił   oczy,   kierując  ślepe   spoj-

rzenie   na   sufit;   jego   usta   poruszyły   się   bezgłośnie,   potem
eksplodowały kolejnym krzykiem.

— Jerry, to ja! — Potrząsnąłem Draka za ramię. — Jerry, to

ja, Davidge!

Jerry odwrócił do mnie głowę, skrzywił się, potem zacisnął

palce na moim lewym nadgarstku z siłą cierpiącego człowieka.

— Davidge! Zammis... coś złego się stało!
— Co? Co mogę zrobić?
Jerry  znowu krzyknął  i  opadł  bezwładnie   na   posłanie  w

półomdleniu.   Po   chwili   z   wysiłkiem   pokonał  słabość  i   przy-
ciągnął moją głowę do swoich ust.

— Davidge, musisz przysiąc.
— Co, Jerry? Co mam przysiąc?
—   Zammis...   na   Drako.   Żeby   stanął   przed   rodowymi

archiwami. Obiecaj. 

— O co ci chodzi? Mówisz, jakbyś umierał.
—   Umieram,   Davidge.   Zammis   dwusetne   pokolenie...

bardzo ważny. Przedstaw moje dziecko, Davidge! Obiecaj!

background image

Wolną ręką otarłem pot z czoła.
— Ty nie umrzesz, Jerry. Trzymaj się!
—   Wystarczy!   Nie   okłamujmy   się,   Davidge!   Ja   umieram!

Musisz nauczyć Zammisa rodowodu Jeriba... i książka, Talman,
gavey ? 

— Przestań! — Panika przygniotła mnie niemal jak fizyczny

ciężar.   —  Przestań   tak   mówić!   Ty   nie   umrzesz,   Jerry.   Dalej,
walcz, ty kizlode sukinsynu...

Jerry wrzasnął. Oddychał coraz słabiej, co chwila tracił

przytomność. 

— Davidge.
—   Co?   —   Dopiero   teraz   spostrzegłem,   że   płaczę   jak

dziecko.

— Davidge, musisz pomóc wyjść Zammisowi.
— Co... jak? O czym ty mówisz, do cholery?
Jerry odwrócił twarz do ściany jaskini.
— Podnieś mi kurtkę.
— Co?
— Podnieś mi kurtkę, Davidge. No już!
Podciągnąłem do góry kurtkę z wężowej skóry, odsłoniłem

rozdęty brzuch Jerry'ego. Fałda na środku była jasnoczerwona i
sączył się z niej przezroczysty płyn.

— Co... co mam zrobić?
Jerry dyszał szybko, potem wstrzymał oddech.

background image

— Rozerwij mnie! Musisz mnie rozerwać, Davidge!
— Nie!
— Zrób to! Zrób to albo Zammis umrze!
— Co mnie obchodzi twój przeklęty dzieciak, Jerry! Co mam

zrobić, żeby ciebie uratować?

—   Rozerwij   mnie...   —   wyszeptał   Drak.   —   Zaopiekuj   się

moim   dzieckiem,  Irkmaan.   Przedstaw   Zammisa   przed
archiwami Jeriba. Przysięgnij, że to zrobisz.

— Och, Jerry...
— Przysięgnij!
Skinąłem głową, gorące łzy spływały mi po policzkach.
— Przysięgam.
Jerry   rozluźnił   uścisk   na   moim   ręku   i   zamknął   oczy.

Klęczałem obok posłania, oszołomiony i przerażony.

— Nie. Nie, nie, nie, nie.
"Rozerwij mnie! Musisz mnie rozerwać, Davidge!"
Wyciągnąłem   rękę   i   z   wahaniem   dotknąłem   fałdy   na

brzuchu Jerry'ego. Wyczułem życie szamoczące się w środku,
próbujące   wyrwać   się   z   bezpowietrznej   ciasnoty   rodziciel-
skiego łona.

Nienawidziłem   tego   przeklętego   życia;   nienawidziłem   go

jak niczego przedtem. Szamotanina osłabła, potem ustała.

"Przedstaw Zammisa przed archiwami Jeriba. Przysięgnij,

że to zrobisz..."

background image

"Przysięgam..."
Uniosłem   drugą   rękę,   wsunąłem   kciuki   w   fałdę   i   pocią-

gnąłem lekko. Pociągnąłem mocniej, potem szarpnąłem brzuch
Jerry'ego   jak   szaleniec.   Fałda   pękła,   zalewając   przejrzystym
płynem   przód   mojej   kurtki.   Rozchyliłem   płaty   ciała   i   zoba-
czyłem   nieruchomy   kształt   Zammisa,   skulony   w   głębi   jamy
wypełnionej płynem.

Zwymiotowałem.   Kiedy   nie   miałem   już   czym   rzygać,

sięgnąłem w głąb jamy i wsunąłem dłonie pod drackiego nowo-
rodka. Wyjąłem go z płynu, otarłem usta w lewy rękaw i przy-
łożyłem do ust Zammisa, rozwarłszy mu szczęki prawą dłonią.
Trzy razy, cztery razy wdmuchnąłem powietrze do płuc nowo-
rodka. Potem dzieciak zakaszlał. Potem zapłakał. Podwiązałem
łykiem dwie pępowiny i przeciąłem je. Jeriba Zammis uwolnił
się od martwego ciała swojego rodzica.

* * *

Uniosłem kamień nad głową i z całej siły spuściłem na lód.
Odłamki odskoczyły w miejscu uderzenia, odsłaniając ciem-

noszarą skałę. Ponownie podniosłem i spuściłem kamień, odłu-
pując następny kamień. Podniosłem go, wstałem i podszedłem
do zwłok Draka, częściowo już obłożonych kamieniami.

— Drak — szepnąłem. 
Dobrze. Nazywaj go po prostu "Drak". Ropucha. Żabol. 

background image

Wróg. Nazywaj go, jak chcesz, żeby tylko zmniejszyć ból.
Spojrzałem   na   stos   nagromadzonych   kamieni   i   zdecydo-

wałem, że to wystarczy. Potem przyklęknąłem obok grobu. Z
trudem powstrzymywałem łzy, kiedy układałem kamienie na
stosie.

Wilgotny śnieg, niesiony porywistym wiatrem, zamarzał na

mojej   kurtce.   Zabijałem   ręce,   żeby   przywrócić   krążenie.
Nadchodziła   wiosna,   ale   wciąż   jeszcze   niebezpiecznie   było
zostawać dłużej na dworze. A ja długo budowałem grób dla
Draka. Podniosłem następny kamień i położyłem na miejsce.
Kiedy   ciężar   kamienia   spoczął   na   okryciu   z   wężowej   skóry,
zrozumiałem, że ciało już zamarzło.

Szybko ułożyłem resztę kamieni i wstałem.
Wiatr   popchnął   mnie   i   prawie   pośliznąłem   się   na   oblo-

dzonej ziemi. Spojrzałem na kipiące morze, ciaśniej owinąłem
się kurtką, potem spojrzałem w dół, na stos kamieni. Trzeba coś
powiedzieć. Nie można tak zwyczajnie pogrzebać umarłego i
pójść na obiad. Trzeba coś powiedzieć. Ale co? Nie byłem reli-
gijny,   podobnie   jak   Drak.   Jego   formalna   filozofia   na   temat
śmierci   była   taka   sama,   jak   moje   nieformalne   odrzucenie
rozkoszy   islamu,   pogańskiej   Walhalli   i   cukierkowego   jude-
ochrześcijańskiego nieba. Śmierć to śmierć, koniec, finis; uczta
dla robaków. A jednak trzeba coś powiedzieć. 

Sięgnąłem   pod   kurtkę   i   zacisnąłem   dłoń   w   rękawicy   na

złotej   kostce  Talmanu.   Przez   rękawicę   poczułem   ostre
krawędzie  kostki.  Zamknąłem oczy  i  przywołałem  z pamięci

background image

słowa  wielkich  drakońskich  filozofów.   Ale   żaden  nie   napisał
niczego stosownego na tę chwilę.

Talman był księgą życia. Talman znaczy 

"życie" i tym zajmuje się drakońska filozofia. Nie zajmuje się
śmiercią. Śmierć to koniec życia.  Talman  nie mógł mi podpo-
wiedzieć   żadnych   słów.   Lodowaty   wiatr   przenikał   mnie   na
wskroś, dygotałem z zimna, straciłem już czucie w dłoniach i
stopy zaczynały mnie boleć. A jednak trzeba coś powiedzieć.
Ale jedyne słowa, jakie przychodziły mi na myśl, mogły tylko
przerwać tamę i zalać mnie potopem bólu — poprzez świa-
domość, że Drak odszedł. A jednak... a jednak trzeba coś powie-
dzieć. 

— Jerry, ja... — nie znajdowałem słów. Odwróciłem się od

grobu, moje łzy zmieszały się z marznącym deszczem.

* * *

W   ciszy   i   cieple   jaskini   usiadłem   na   swoim   materacu,

oparty plecami o skalną ścianę. Próbowałem skupić się na grze
świateł i cieni, którą tworzył odblask ognia na ścianie naprze-
ciwko.

Obrazy  uformowane  w połowie   znikały,  zanim zdążyłem

coś w nich zobaczyć. W dzieciństwie obserwowałem chmury,
dostrzegałem   w   nich   twarze,   zamki,   zwierzęta,   smoki   i
olbrzymów. To był świat fantazji — ucieczka od rzeczywistości,

background image

przygoda   i   bajka,   dodatkowa   atrakcja   w   nudnym,   uregulo-
wanym życiu chłopca z klasy średniej. Teraz na ścianie jaskini
widziałem tylko wizerunek piekła: groteskowe sylwetki potę-
pionych   dusz   skręcały   się   w   płomieniach.   Wybuchnąłem
śmiechem  na  tę   myśl.  Wyobrażamy   sobie   piekło   jako   ogień,
nadzorowany   przez   rechoczącego   sadystę   w   czerwonych
trykotach. Fyrine   IV nauczyła  mnie  czegoś innego:  piekło  to
głód, samotność i nieustanne zimno.

Usłyszałem kwilenie i spojrzałem w głąb jaskini, na mały

materacyk leżący w cieniu. Jerry uszył dla Zammisa worek z
wężowej skóry wypchany puchem nasion. Dziecko ponownie
zakwiliło. Pochyliłem się do przodu, tknięty niepokojem.

Właściwie co jada drakoński noworodek? Drakowie nie są

ssakami.

Na szkoleniu uczyli nas tylko, jak rozpoznać Draka — i jak

go zabić. Potem ogarnął mnie prawdziwy strach. Cholera jasna,
z czego zrobię pieluszki?

Dziecko   znowu   zakwiliło.   Podniosłem   się   na   nogi,   prze-

szedłem kilka kroków po piaskowej podłodze i ukląkłem obok
noworodka.   Z   zawiniątka,   którym   był   stary   kombinezon
bojowy Jerry'ego, wystawały dwie pulchne trójpalczaste rączki.
Podniosłem   zawiniątko,   zaniosłem   do   ognia   i   usiadłem   na
kamieniu.  Położyłem dziecko  na  kolanach i  ostrożnie  rozwi-
nąłem.   Zobaczyłem   żółty   błysk   oczu   Zammisa   pod   żółtymi,
ciężkimi od snu powiekami. Żółta barwa, prawie beznosa twarz
i zrośnięte zęby sprawiały, że Zammis wyglądał zupełnie jak

background image

miniaturka Jerry'ego — gdyby nie tłuszcz. Dzieciak dosłownie
pływał w wałeczkach tłuszczu.

Zajrzałem dalej i z ulgą zobaczyłem, że nie było żadnego

nieporządku. 

Spojrzałem w oczy Zammisa.
— Chcesz coś zjeść?
— Gu.
Szczęki   miał   całkowicie   rozwinięte.   Pomyślałem,   że

Drakowie na pewno jedzą stały pokarm od pierwszego dnia
życia. Sięgnąłem za siebie, znalazłem kawałek suszonego węża i
przyłożyłem do ust noworodka. Zammis odwrócił głowę.

— No dalej, jedz. Nie dostaniesz tutaj nic lepszego.
Ponownie   podsunąłem   mu   węża.   Zammis   wyciągnął

pulchną   rączkę   i   odepchnął   poczęstunek.   Wzruszyłem
ramionami. 

— No dobrze, poczekamy, aż zgłodniejesz.
— Gu mu! 
Dzieciak przechylił głowę w przód i w tył, zacisnął małą

trójpalczastą rączkę na moim palcu i znowu zakwilił.

— Nie chcesz jeść, nie masz mokro, więc czego chcesz? Kos

va nu ? 

Twarzyczka   Zammisa   zmarszczyła   się,   tłusta   rączka

ścisnęła mój palec. Druga rączka sięgnęła w górę. Podniosłem
Zammisa, żeby poprawić kombinezon, a wtedy obie małe rączki
chwyciły za moją kurtkę z wężowej skóry i pulchne ramionka

background image

przyciągnęły dziecko do mojej piersi. Objąłem malca, a on oparł
policzek na mojej piersi i od razu zasnął.

— No... niech mnie.
* * *
Przed   śmiercią   Draka   nie   zdawałem   sobie   sprawy,   jak

bardzo zbliżyłem się do krawędzi szaleństwa. Samotność była
jak rak — rozrastała się we mnie i karmiłem ją nienawiścią:
nienawiścią   do   tej   planety   z   wiecznym   zimnem,   wiecznym
wiatrem i wieczną izolacją; nienawiścią do bezradnego żółtego
dziecka, domagającego się opieki, jedzenia i miłości, której nie
mogłem   mu   dać;   i   nienawiścią   do   siebie   samego.   Przyłapy-
wałem się na robieniu rzeczy, które mnie przerażały i odstrę-
czały. Wrzeszczałem, śpiewałem i gadałem do siebie, próbując
rozbić   gruby   mur   samotności   —   ryczałem,   przeklinałem   i
bełkotałem bez sensu.

Dzieciak miał otwarte  oczy,  machał tłustą rączką  i popi-

skiwał. Wybrałem wielki głaz, przydźwigałem go do posłania
dziecka i uniosłem nad drobnym ciałkiem.

— Mogę to upuścić, mały. I co wtedy będzie? — Usłyszałem

własny śmiech. Odrzuciłem głaz na bok. — Po co brudzić w
jaskini?   Na   zewnątrz.   Wyniosę   cię   na   minutę   z   jaskini   i
umrzesz! Słyszysz? Umrzesz! 

Dziecko pomachało trójpalczastymi rączkami w powietrzu,

zamknęło oczy i zapłakało. 

— Dlaczego nie jesz? Dlaczego nie sikasz? Dlaczego nie

background image

robisz   nic,   jak   należy,   tylko   płaczesz?   —   Dziecko   zapłakało
głośniej. — Ba! Powinienem upuścić ten głaz i skończyć z tobą.
Tak właśnie powinienem zrobić... 

Fala   wstrętu   odebrała   mi   głos.   Wróciłem   do   swojego

posłania, zabrałem czapkę, rękawiczki, maskę i wyszedłem na
zewnątrz.

Zanim   jeszcze   dotarłem   do   zawalonego   głazami   wylotu

jaskini, poczułem ukąszenie wiatru. Na zewnątrz zatrzymałem
się, spojrzałem na niebo i morze — przygnębiająca panorama
majestatycznej   czerni,   bieli   i   szarości.   Smagnął   mnie   poryw
wiatru,   aż   zatoczyłem   się   z   powrotem   w   stronę   wejścia   do
jaskini.   Odzyskałem   równowagę,   podszedłem   do   krawędzi
urwiska i pogroziłem pięścią oceanowi. 

— No, dalej! Dalej, dmuchaj, ty  kizlode  sukinsynu! Jeszcze

mnie nie zabiłeś!

Zacisnąłem piekące od wiatru powieki, potem otworzyłem

oczy   i   spojrzałem   w   dół.   Czterdziestometrowy   spadek   do
następnej   skalnej   półki,   ale   gdybym   się   odbił   z   rozpędu,
ominąłbym   tę   przeszkodę.   Wówczas   poleciałbym   sto   pięć-
dziesiąt metrów w dół, prosto na skały. 

Skacz.
Cofnąłem się od krawędzi urwiska.
— Skacz! Jeszcze czego! — Potrząsnąłem głową w stronę

oceanu.

background image

— Nie będę cię wyręczał! Jak chcesz mnie zabić, musisz sam

się pofatygować! 

Spojrzałem w górę, ponad wylot jaskini. Niebo pociemniało.

Za   kilka   godzin   ciemności   okryją   krajobraz.   Podszedłem   do
szczeliny w skale, która prowadziła do karłowatego lasu ponad
jaskinią.

Przykucnąłem   obok   grobu   Draka   i   wpatrywałem   się   w

kamienie, które sam ułożyłem, spojone już warstwą lodu.

— Jerry. Co ja mam robić?
"Drak siedział przy ogniu, obaj szyliśmy. I rozmawialiśmy. 
— Wiesz, Jerry, to wszystko... — podniosłem Talman — już

to wszystko słyszałem. Spodziewałem się czegoś innego.

Drak   odłożył   szycie   na   kolana   i   przyglądał   mi   się   przez

chwilę. Potem potrząsnął głową i wrócił do roboty.

— Nie jesteś wielkim myślicielem, Davidge.
— Co to ma znaczyć?
Jerry wyciągnął przed siebie trójpalczastą dłoń.
—   Wszechświat,   Davidge...   wokół   nas   jest   wszechświat,

wszechświat życia, rzeczy i zdarzeń. Istnieją różnice, ale to jest
zawsze ten sam wszechświat i wszyscy podlegamy tym samym
uniwersalnym prawom. Myślałeś kiedyś o tym?

— Nie.
— Właśnie o to mi chodziło, Davidge. Nie jesteś filozofem. 
Prychnąłem.

background image

— Mówiłem ci, że już słyszałem te kawałki. Więc to chyba

dowodzi, że ludzie są takimi samymi filozofami jak Drakowie.

Jerry parsknął śmiechem.
—   Zawsze   próbujesz   wyciągnąć   jakiś   rasowy   wniosek   z

moich obserwacji. To, co powiedziałem, dotyczyło ciebie, a nie
rasy ludzkiej..."

Splunąłem na zamarzniętą ziemię.
— Wy, Drakowie, uważacie się za cholernych mądrali.
Wiatr się wzmagał, czułem na wargach smak soli. Nadcho-

dziła kolejna wielka burza. Niebo przybrało ten dziwny odcień,
który zawsze wydawał mi się bardziej granatem niż czernią. 

Odłamek lodu dostał mi się za kołnierz. 
— Co w tym złego, że jestem tylko sobą? Nie każdy we

wszechświecie   musi   być   cholernym   filozofem,   żabolu!   —
Takich jak ja były miliony... miliardy, może więcej. — Co za
różnica, czy zastanawiam się nad sensem istnienia? Istnieję i
tyle mi wystarczy. 

"Davidge, nie znasz nawet własnego rodu oprócz rodziców,

a   teraz   twierdzisz,   że   nie   chcesz   wiedzieć   o   swoim   wszech-
świecie nawet tego, czego możesz się dowiedzieć. Jak odnaj-
dziesz   swoje   miejsce   w   porządku   istnienia,   Davidge?   Gdzie
jesteś? Kim jesteś?" 

Potrząsnąłem głową wpatrując się w grób, potem odwró-

ciłem   się   twarzą   do   morza.   Za   jakąś   godzinę   zrobi   się   zbyt
ciemno, żeby widzieć białe grzywy fal.

background image

— Ja jestem sobą.
Ale czy to "ja" trzymałem kamień nad Zammisem, grożąc

śmiercią bezbronnemu dziecku? Poczułem ucisk w piersi, kiedy
straszliwa samotność uzbrojona w kły i pazury zaczęła rozszar-
pywać resztki mojego zdrowego rozsądku. Ponownie odwró-
ciłem się do grobu, zamknąłem oczy, otworzyłem oczy. 

— Jestem pilotem myśliwca, Jerry. Tak już lepiej?
"To jest to, co robisz, Davidge; to nie jest to, czym lub kim

jesteś".

Przykląkłem obok grobu i obiema rękami szarpałem skute

lodem kamienie. 

— Przestań mnie pouczać, Draku! Ty nie żyjesz!
Umilkłem, kiedy sobie uświadomiłem, że słowa, które usły-

szałem, pochodzą z  Talmanu , dopasowane do mojej sytuacji.
Opadłem bezsilnie na kamienie, poczułem nacisk wiatru, potem
podniosłem się na nogi.

— Jerry, Zammis nie je. To już trzy dni. Co mam robić?
Dlaczego nic mi nie powiedziałeś o drackich noworodkach,

zanim...   —   Zakryłem   twarz   rękami.   —   Spokojnie,   chłopie.
Trzymaj się, to wrócisz do domu.

Opuściłem ręce i odszedłem od grobu. Wiatr dmuchał mi w

plecy. 

* * *

background image

Siedziałem w jaskini, wpatrując się w ogień. Nie słyszałem

wiatru   przez   warstwę   skał.   Drewno   było   wysuszone,   więc
ogień płonął cicho i spokojnie. Zabębniłem palcami po kolanie,
potem zacząłem nucić. Jakiś dźwięk, cokolwiek, żeby odpędzić
natrętną samotność. 

— Sukinsyn — zaśmiałem się i kiwnąłem głową. — Taak,

owszem, i  Kizlode  va nu, dutschaat. — Zachichotałem przypo-
minając sobie wszystkie przekleństwa i nieprzyzwoite wyra-
żenia po dracku, których nauczyłem się od Jerry'ego. Znałem
ich całkiem sporo. Postukałem stopą o piasek i znowu zacząłem
nucić.

Przerwałem, zmarszczyłem brwi, a potem przypomniałem

sobie tę piosenkę. 

Kiłka, piłka i mogiłka,
Czy nam tutaj źle?
Zyg zag, niech to szlag, 
Jesteśmy szwadron B.

Oparłem się o ścianę jaskini, próbując przywołać z pamięci

następną zwrotkę. 

"Pilot to ma pieskie życie / Każdy o tym wie /
Służy żonie generała / W nocy i we dnie".

background image

—   Cholera!   —   Trzepnąłem   się   w   kolano,   próbując

odgrzebać z pamięci twarze innych pilotów w sali klubowej.
Niemal   poczułem   łaskoczące   w   nosie   opary   whisky.   Vadik,
Wooster,   Arnold   —   ten   ze   złamanym   nosem   —   Demerest,
Kadiz.   Znowu   zaśpiewałem,   kołysząc   do   taktu   wyimagino-
wanym kubkiem przydziałowego grogu, trzymanym za wyima-
ginowane ucho.

Jak się komu nie podoba,
Wiecie, co zrobimy?
Wsadzimy mu śrubę w tyłek
I fest dokręcimy.

Jaskinia   rozbrzmiewała   echem   mojego   śpiewu.   Wstałem,

uniosłem ramiona i wrzasnąłem: 

— Juuuhuuuuuu!
Zammis   zaczął   płakać.   Zagryzłem   usta   i   podszedłem   do

tłumoczka leżącego na materacu. 

— No? Zjesz coś nareszcie?
— Un, un, łee. — Niemowlak zakołysał głową w przód i w

tył.

Podszedłem do ognia, wziąłem kawałek wężowego mięsa i

wróciłem.

Ukląkłem obok Zammisa i przysunąłem mu mięso do ust.

Dzieciak znowu odepchnął jedzenie.

background image

— No, ty, przestań. Musisz jeść.
Spróbowałem ponownie,  z  tym  samym  skutkiem.  Rozwi-

nąłem dzieciaka i obejrzałem go dokładnie. Widać było, że traci
na   wadze,   chociaż   nie   wydawał   się   osłabiony.   Wzruszyłem
ramionami, znowu go zawinąłem i chciałem wrócić na swoje
posłanie.

— Gu, łee. 
Odwróciłem się. 
— Co?
— Aa, gu, gu.
Nachyliłem   się   i   wziąłem   dziecko   na   ręce.   Oczy   miał

otwarte, spojrzał mi prosto w twarz i uśmiechnął się.

—   Z   czego   się   cieszysz,   brzydalu?   Powinieneś   zobaczyć

własną gębusię.

Zammis   parsknął   krótkim   śmiechem,   potem   zagulgotał.

Wróciłem na swoje posłanie, usiadłem i posadziłem Zammisa
na kolanach.

— Guma, buch, buch. — Jedna rączka chwyciła luźną fałdę

mojej kurtki i pociągnęła.

— I tobie też guma, buch, buch. No więc co robimy? Może

zacznę cię  uczyć rodowodu Jeribów? Kiedyś  musisz się tego
nauczyć, więc możemy zacząć teraz.

Rodowód   Jeribów.   Moja   recytacja   była   jedyną   rzeczą,   za

którą Jerry mnie chwalił. Spojrzałem w oczy Zammisa.

background image

— Kiedy przyprowadzę cię przed archiwa Jeribów, powiesz

tak:

"Oto   stoję   tutaj   przed   wami,   Zammis   z   rodu   Jeriba,

zrodzony z Shigana, pilota myśliwca". — Uśmiechnąłem się na
myśl   o   uniesionych   żółtych   brwiach,   gdyby   Zammis   mówił
dalej: "...a ten Shigan był cholernie dobrym pilotem, skubaniec.
Słyszałem kiedyś, że oberwał serię w tyłek, ale przetrzymał to i
jeszcze   staranował   jednego  kizlode  sukinsyna,   znanego
powszechnie jako Willis E. Davidge..."

Potrząsnąłem głową.
—   Nie   zasłużysz   na   order,   jeśli   będziesz   recytował   po

angielsku, Zammis.

Zacząłem jeszcze raz:
—  Naatha   nu   enta   va,   Zammis   zea   does   Jeriba,   estay   va

Shigan, asaam naa denvadar...

* * *

Przez osiem długich dni i nocy martwiłem się, że dziecko

umrze. Próbowałem wszystkiego — korzenie, suszone jagody,
suszone   śliwki,   wężowe   mięso   suszone,   gotowane,   siekane   i
mielone.   Zammis   nie   chciał   niczego.   Często   sprawdzałem
pieluszki dziecka, ale wciąż były równie czyste jak wtedy, kiedy
je nałożyłem. Zammis tracił na wadze, ale jakby nabierał sił.

background image

Dziewiątego   dnia   raczkował   już   po   podłodze   jaskini.

Chociaż   mieliśmy   ogień,   w   jaskini   wcale   nie   było   ciepło.
Obawiałem się, że dzieciak przeziębi się raczkując nago, więc
ubrałem   go   w   maleńki   kombinezon   z   wężowych   skórek   i
czapeczkę,   które   uszył   dla   niego   Jerry.   Ubrawszy   Zammisa,
postawiłem go na nogi i spojrzałem mu w twarz. Potrafił już się
figlarnie uśmiechać i ten uśmiech, w połączeniu z błyskiem w
żółtych oczach oraz kombinezonem i czapeczką, nadawały mu
wygląd elfa.

Podtrzymywałem   Zammisa   w   pozycji   stojącej.   Dzieciak

wydawał się mocno stać na nogach, więc go puściłem. Zammis
uśmiechnął   się,   pomachał   dookoła   chudnącymi   rączkami,
potem wybuchnął śmiechem i zrobił niepewny krok w moją
stronę. Chwyciłem go, zanim upadł.

Mały Drak zapiszczał.
Po następnych dwóch dniach Zammis już chodził i właził

wszędzie,   gdzie   tylko   dało   się   wleźć.   Przeżyłem   wiele   chwil
paniki, szukając malca w zakamarkach jaskini po powrocie z
zewnątrz. Wreszcie, kiedy przyłapałem go przy wylocie jaskini,
zmierzającego w szybkim tempie do wyjścia, miałem dosyć.

Sporządziłem  uprząż   ze  skóry  węża,  przymocowałem  do

niej smycz  i przywiązałem  drugi  koniec smyczy do  występu
skalnego nad moim posłaniem. Zammis nadal wszędzie właził,
ale przynajmniej mogłem go znaleźć.

Cztery dni po tym, jak nauczył się chodzić, zaczął wreszcie

jeść. Drakońskie dzieci są chyba najwygodniejszymi i najmniej

background image

wymagającymi niemowlakami w całym wszechświecie. Odży-
wiają się własnym tłuszczem przez trzy do czterech ziemskich
tygodni i przez cały ten czas nie brudzą. Kiedy już nauczą się
chodzić   i   potrafią   same   korzystać   z   ubikacji,   dopiero   wtedy
zaczynają jeść i wydalać produkty przemiany materii. Tylko raz
pokazałem   Zammisowi,   do   czego   służy   ustęp,   który   zbudo-
wałem, i to wystarczyło. Po pięciu czy sześciu lekcjach dzieciak
sam radził sobie z ubieraniem i rozbieraniem. Patrząc, jak mały
Drak rozwija się i rośnie, zacząłem rozumieć tych pilotów z
mojego szwadronu, którzy zanudzali wszystkich dookoła — i
siebie nawzajem — niezliczonymi fotografiami brzydkich dzie-
ciaków,   a   każde   zdjęcie   opatrywali   półgodzinnym   komen-
tarzem. Zanim lody stopniały, Zammis już mówił. Nauczyłem
go, żeby nazywał mnie "wujkiem". 

* * *

Z braku lepszego słowa nazwałem porę topnienia lodów

"wiosną". Dużo czasu jeszcze miało upłynąć, zanim karłowaty
las okryje się zielenią i węże wypełzną z lodowych kryjówek.
Niebo wciąż przesłaniała gruba powłoka ciemnych, groźnych
chmur, marznący deszcz ze śniegiem wciąż pokrywał ziemię
śliską, twardą warstwą lodu. Ale następnego dnia lód topniał i
ciepłe powietrze docierało o milimetr dalej w głąb gruntu.

Zrozumiałem, że nadeszła pora na zbieranie drewna. Przed

zimą Jerry i ja do spółki nie zdążyliśmy zebrać wystarczającej

background image

ilości opału.  Krótkie  lato trzeba będzie  poświęcić na groma-
dzenie   zapasów   żywności   przed   następną   zimą.   Chciałem
zbudować   szczelniejsze   drzwi   w   wejściu   do   jaskini   i   przy-
rzekłem sobie, że wymyślę jakiś rodzaj kanalizacji. Spuszczanie
gaci w środku zimy było niebezpieczne. Rozmyślałem o tych
projektach wyciągnięty na materacu, obserwując, jak dym kłębi
się wokół szczeliny w suficie. Zammis siedział w głębi jaskini i
bawił się kamykami.

Widocznie zasnąłem, bo obudziło mnie szarpanie za ramię.
— Wujku?
— Hę? Zammis?
— Wujku. Patrz.
Przekręciłem   się   na   bok,   przodem   do   Draka.   Zammis

wyciągnął przed siebie prawą dłoń z rozłożonymi palcami.

— O co chodzi, Zammis?
— Patrz. — Wskazał na każdy swój palec po kolei. — Raz,

dwa, trzy. 

— No?
— Patrz. — Zammis podniósł moją prawą dłoń i rozłożył

palce.

— Raz, dwa, trzy, cztery, pięć!
Kiwnąłem głową.
— Więc potrafisz liczyć do pięciu.
Drak   zmarszczył   brwi   i   zrobił   niecierpliwy   gest   małą

piąstką.

background image

—  Patrz.  —  Położył swoją  rączkę  na  mojej dłoni.  Drugą

ręką pokazywał najpierw na swój palec, potem na mój.

— Raz, raz. — Żółte oczy zerknęły na mnie, żeby sprawdzić,

czy zrozumiałem.

— Tak.
Dzieciak pokazał drugi palec.
— Dwa, dwa.
Podniósł na mnie wzrok, potem znowu spojrzał na nasze

złączone dłonie i pokazał:

— Trzy, trzy.
Potem chwycił moje dwa pozostałe palce.
— Cztery, pięć ?
Puścił moją rękę i pokazał na bok własnej dłoni.
— Cztery, pięć?
Potrząsnąłem głową. Zammis, liczący sobie niecałe cztery

ziemskie   miesiące   życia,   odkrył   pierwszą   różnicę   pomiędzy
ludźmi   a   Drakami.   Ludzkie   dziecko   nie   zadaje   takich   pytań,
zanim nie skończy — ilu? — pięciu, sześciu czy siedmiu lat.
Westchnąłem.

— Zammis.
— Tak, wujku?
— Zammis, ty jesteś Drakiem. Drakowie mają tylko po trzy

palce. — Wyciągnąłem rękę przed siebie i poruszyłem palcami.

— Ja jestem człowiekiem. Mam pięć palców.

background image

Przysięgam,   że   łzy   wezbrały   w   oczach   dziecka.   Zammis

wyciągnął dłonie  przed siebie, popatrzył na  nie i potrząsnął
głową. 

— Wyrośnie cztery, pięć?
Usiadłem   prosto   i   spojrzałem   malcowi   w   oczy.   Zammis

chciał wiedzieć, gdzie się podziały jego pozostałe cztery palce. 

— Posłuchaj, Zammis. Ty i ja jesteśmy różni... różne rasy

istot, rozumiesz?

Zammis pokręcił głową.
— Wyrośnie cztery, pięć?
— Nie wyrośnie. Jesteś Drakiem. — Stuknąłem się w pierś.

— Ja jestem człowiekiem. 

To nie prowadziło do niczego.
— Twój rodzic, od którego pochodzisz, był Drakiem. Rozu-

miesz?

Zammis zmarszczył czoło.
— Drak. Co to Drak?
Przez   chwilę   miałem   wielką   ochotę   posłużyć   się

odwiecznym wykrętem: "Zrozumiesz, kiedy będziesz starszy".
Potrząsnąłem głową. 

— Drak ma trzy palce u każdej dłoni. Twój rodzic miał trzy

palce u każdej dłoni. — Podrapałem się w brodę. — Mój rodzic
był człowiekiem i miał pięć palców u każdej dłoni. Dlatego ja
też mam pięć palców u dłoni.

Zammis uklęknął na piasku i przyjrzał się swoim palcom.

background image

Podniósł na mnie wzrok, potem znowu popatrzył na swoje

ręce i znowu na mnie.

— Co to rodzic?
Spojrzałem  uważnie   na   dzieciaka.   Widocznie   przechodził

jakiś   kryzys   osobowości.   Byłem   jedyną   osobą,   jaką   kiedy-
kolwiek widział i miałem pięć palców u dłoni.

— Rodzic to... taka osoba... — ponownie podrapałem się w

brodę. — Posłuchaj... wszyscy skądś się bierzemy. Ja miałem
matkę i ojca... dwoje różnych osobników... którzy dali mi życie,
którzy mnie stworzyli, rozumiesz?

Zammis rzucił mi spojrzenie mówiące wyraźnie: "Przestań

mnie nabierać, facet". Wzruszyłem ramionami.

— Nie wiem, czy potrafię to wyjaśnić.
Zammis wskazał na własną pierś.
— Mój matka? Mój ojciec? 
Rozłożyłem   ręce,   opuściłem   ramiona,   zagryzłem   wargi,

podrapałem się w brodę i ogólnie grałem na zwłokę. Przez cały
czas Zammis wpatrywał się we mnie i nawet nie mrugnął. 

— Posłuchaj, Zammis. Ty nie masz ojca i matki. Ja jestem

człowiekiem,   więc  mam  dwoje   rodziców.   Ty   jesteś   Drakiem,
więc masz tylko jednego rodzica... jednego, rozumiesz?

Zammis potrząsnął głową. Spojrzał na mnie, potem stuknął

palcem we własną pierś.

— Drak.
— Zgadza się.

background image

Zammis stuknął w moją pierś.
— Człowiek.
— Znowu się zgadza. 
Zammis cofnął rękę i opuścił na kolana.
— Skąd się biorą Draki?
Słodki   Jezu!   Spróbujcie   wytłumaczyć   hermafrodytyczne

rozmnażanie dziecku, które nawet nie powinno jeszcze racz-
kować! 

— Zammis... — rozłożyłem ręce i opuściłem na kolana. —

Posłuchaj. Widzisz, ile jestem większy od ciebie?

— Tak, wujku.
—   Dobra.   —   Szukając   natchnienia,   przeczesałem   włosy

palcami, żeby zyskać na czasie. — Twój rodzic był duży, taki jak
ja.

Nazywał się... Jeriba Shigan. — Dziwne, jak samo wymó-

wienie imienia sprawiało ból. — Jeriba Shigan był taki jak ty.
Miał tylko po trzy palce u dłoni. Wyrosłeś w jego brzuchu. —
Szturchnąłem Zammisa w żołądek. — Zrozumiałeś?

Zammis zachichotał i zasłonił brzuch rękami.
— Wujku, jak Drak tam rośnie?
Wyprostowałem nogi i wyciągnąłem się na posłaniu. Skąd

się biorą małe Draki? Zerknąłem na Zammisa i zobaczyłem, że
dzieciak chłonie  każde  moje  słowo.  Skrzywiłem się  i  powie-
działem prawdę. 

background image

— Nie mam zielonego pojęcia, Zammis. Nie mam zielonego

pojęcia. 

Trzydzieści   sekund   później   Zammis   znowu   bawił   się

kamykami.

* * *

W lecie nauczyłem Zammisa, jak chwytać i oprawiać długie

szare węże, a potem — jak wędzić mięso. Dzieciak przykucał na
płyciźnie nad błotnistą kałużą i wpatrywał się żółtymi oczami
w wężowe nory na brzegu, czekając, aż któryś z mieszkańców
wychyli łeb. Wiatr dmuchał ostro, ale Zammis nawet nie drgnął.
Potem pojawiał się płaski, trójkątny łeb z maleńkimi błękitnymi
oczkami.   Wąż   sprawdzał   kałużę,   odwracał   się   i   sprawdzał
brzeg, potem sprawdzał niebo. Wysuwał się odrobinę z nory i
sprawdzał wszystko od początku. Często węże patrzyły prosto
na   Zammisa,   ale   Drak   przypominał   posąg   wyrzeźbiony   z
kamienia. Nie poruszał się, dopóki wąż nie odpełznął za daleko
od   nory,   żeby   wciągnąć   się   tam   ogonem   naprzód.   Wtedy
Zammis atakował, chwytał węża obiema rękami tuż za głową.
Węże nie miały kłów i nie były jadowite, ale dostatecznie silne,
żeby kilka razy strącić Zammisa do wody.

Rozkładaliśmy skóry, owijaliśmy wokół pni drzew i przypi-

naliśmy   kołeczkami,   żeby   wyschły.   Pniaki   trzymaliśmy   na
dworze, w pobliżu wejścia do jaskini, ale pod przewieszką osła-

background image

niającą od morskiej wilgoci. Około dwie trzecie tak spreparo-
wanych skórek wysychało; pozostała jedna trzecia gniła.

Za   suszarnią   znajdowała   się   wędzarnia:   skalna   komora,

gdzie   wieszaliśmy   rzędami   wężowe   mięso.   W   zagłębieniu
podłogi rozpalaliśmy ogień z zielonych gałęzi; potem zatyka-
liśmy niewielki wylot kamieniami i ziemią.

— Wujku, dlaczego mięso nie psuje się po uwędzeniu?
Zastanowiłem się nad tym.
— Nie jestem pewien; po prostu o tym wiem.
— Skąd wiesz?
Wzruszyłem ramionami.
— Wiem i już. Chyba gdzieś o tym czytałem.
— Co to znaczy czytałem?
— Czytać. Jak wtedy, kiedy siedzę i czytam Talman.
— Czy Talman wyjaśnia, dlaczego mięso się nie psuje?
— Nie. Chciałem powiedzieć, że czytałem o tym w innej

książce. 

— Czy mamy więcej książek?
Potrząsnąłem głową.
— Czytałem o tym, zanim przyleciałem na tę planetę.
— Dlaczego przyleciałeś na tę planetę?
— Już ci mówiłem. Twój rodzic i ja rozbiliśmy się tutaj
podczas walki. 
— Dlaczego ludzie i Drakowie walczą?

background image

—   To   bardzo   skomplikowane.   —   Machnąłem   obiema

rękami. Ludzka wersja głosiła, że Drakowie dokonali inwazji na
nasze terytorium. Drakońska wersja głosiła, że ludzie dokonali
inwazji na ich terytorium. A prawda? 

— Zammis, chodzi o kolonizację nowych planet. Obie rasy

się rozwijają i obie rasy zgodnie z tradycją badają i kolonizują
nowe   planety.   Pewnie   po   prostu   weszliśmy   sobie   w   drogę.
Rozumiesz? 

Zammis   kiwnął   głową,   a   potem   na   szczęście   umilkł   i

zamyślił się głęboko. Drakoński dzieciak nauczył mnie głównie
tego,  że  na  większość pytań  nie  znam odpowiedzi.  Jednakże
byłem z siebie dumny, ponieważ wytłumaczyłem Zammisowi
kwestię wojny i dzięki temu nie zdradziłem swojej ignorancji w
kwestii wędzenia mięsa.

— Wujku?
— Tak, Zammis?
— Co to jest planeta?

* * *

Kiedy zimne, mokre lato dobiegło końca, jaskinia była wyła-

dowana po sufit opałem i zakonserwowaną żywnością.

Zakończywszy te przygotowania, skoncentrowałem się na

systemie  kanalizacji,  do  którego   chciałem  wykorzystać natu-

background image

ralne baseny położone w głębi jaskini. Wanna nie stanowiła
problemu.

Wrzucając rozgrzane kamienie do basenu, mogliśmy dopro-

wadzić   wodę   do  całkiem  znośnej  — a   nawet  przyjemnej  —
temperatury. Po kąpieli mogliśmy użyć pustych łodyg rośliny
podobnej   do   bambusa,   żeby   odprowadzić   brudną   wodę.
Następnie   mogliśmy   napełnić   wannę   z   położonego   wyżej
basenu.   Kłopot   polegał   na   tym,   dokąd   odprowadzić   brudną
wodę. Kilka komór miało dziury w podłodze.

Pierwsze   trzy,   które   wypróbowaliśmy,   wypluły   swoją

zawartość do głównej komory i zalały niską półkę w pobliżu
wejścia.

Poprzedniej zimy Jerry i ja zastanawialiśmy się nad wyko-

rzystaniem jednej z tych dziur jako toalety, którą spłukiwali-
byśmy   wodą   z   basenu.   Powstrzymaliśmy   się   przed   tym,
ponieważ nie wiedzieliśmy, dokąd popłyną odchody.

Czwarta dziura, którą wypróbowaliśmy z Zammisem, miała

odpływ poniżej wejścia do jaskini, na zboczu urwiska. Nie było
to   idealne   rozwiązanie,   ale   lepsze   niż   spuszczanie   gaci   w
samym   środku   zamieci   śnieżnej   połączonej   z   gradobiciem.
Przerobiliśmy dziurę na ściek dla wanny i toalety.

Zammis i ja po raz pierwszy mogliśmy wziąć gorącą kąpiel.
Ściągnąłem   z   siebie   wężowe   skóry,   sprawdziłem   tempe-

raturę wody dużym palcem u nogi i wszedłem do wanny.

— Wspaniale!

background image

Odwróciłem   się   do   Zammisa,   jeszcze   nie   całkiem   roze-

branego. 

— No, wskakuj, Zammis. Woda jest fajna.
Zammis gapił się na mnie z otwartymi ustami.
— O co chodzi?
Dzieciak szeroko otworzył oczy i pokazał na moje ciało trój-

palczastą dłonią. 

— Wujku... co to jest?
Spojrzałem w dół.
—   Och   —   potrząsnąłem   głową   i   podniosłem   wzrok.   —

Zammis, już ci tłumaczyłem, pamiętasz? Jestem człowiekiem. 

— Ale do czego to jest?
Usiadłem   w   ciepłej   wodzie,   żeby   usunąć   z   widoku

przedmiot dyskusji. 

— To jest do wydalania płynnych produktów przemiany

materii... i do innych rzeczy. A teraz wskakuj.

Zammis   ściągnął   kombinezon,   spojrzał   na   swój   własny

gładki, szczelnie osłonięty brzuch i wszedł do wanny. Zanurzył
się w wodzie po szyję, wpatrując się we mnie żółtymi oczami.

— Wujku?
— Tak?
— Do jakich innych rzeczy?
No więc powiedziałem mu. Po raz pierwszy Drak wydawał

się nieufnie  traktować moje wyjaśnienia, zamiast jak zwykle

background image

przyjąć na wiarę każde słowo. Właściwie jestem przekonany, że
Zammis uważał, że go okłamałem — zresztą chyba miał rację.

* * *

Płatki   śniegu   wirujące   lekko   na   wietrze   zapowiedziały

początek zimy. Zabrałem Zammisa do karłowatego lasu ponad
jaskinią.   Trzymałem   rączkę   dziecka,   kiedy   staliśmy   przed
stosem   kamieni   stanowiących   grób   Jerry'ego.   Zammis
podciągnął kurtkę dla osłony przed wiatrem, pochylił głowę,
potem odwrócił się i spojrzał mi w twarz. 

— Wujku, to jest grób mojego rodzica?
Przytaknąłem.
Zammis ponownie popatrzył na grób i potrząsnął głową.
— Wujku, co powinienem czuć?
— Nie rozumiem, Zammis.
Dzieciak wskazał na grób.
— Widzę, że jesteś smutny, kiedy tutaj stoisz. Myślałem, że

chcesz, żebym czuł to samo. Chcesz?

Zastanowiłem się i potrząsnąłem głową.
— Nie, nie chcę, żebyś był smutny. Chciałem tylko, żebyś

wiedział, gdzie to jest.

— Czy mogę już iść?
— Jasne. Na pewno znasz drogę z powrotem do jaskini?

background image

— Tak. Chciałem tylko sprawdzić, czy moje mydło znowu

się nie przypala.

Odwrócił się i pobiegł. Patrzyłem, jak znika wśród nagich

drzew, potem odwróciłem się w stronę grobu.

—   No,   Jerry,   co   myślisz   o   swoim   dziecku?   Zammis   użył

popiołu,   żeby   oczyścić   muszlę   z   tłuszczu,   potem   postawił
muszlę na ogniu i nalał do niej wody, żeby wygotować resztkę
mięsa. Tłuszcz i popiół. Potem się okazało, Jerry, że zrobiliśmy
mydło.   Po   pierwszej   kąpieli   mało   skóra   nam   nie   zlazła,   ale
Zammis robi postępy... 

Spojrzałem na niebo, a potem w dół, na morze. Daleko nad

horyzontem gromadziły się niskie, ciemne chmury. 

— Widzisz to? Wiesz, co to znaczy, prawda? Lodowy sztorm

numer jeden. 

Wiatr dmuchnął mocniej. Przykucnąłem obok grobu, żeby

położyć na miejsce kamień, który stoczył się ze sterty.

— Zammis to dobry dzieciak, Jerry. Chciałem go zniena-

widzić... potem, jak umarłeś. Chciałem go znienawidzić. 

Odłożyłem kamień i znowu popatrzyłem na morze.
— Nie wiem, jak się wydostaniemy z tej planety, Jerry... 
Kątem oka dostrzegłem w górze jakiś ruch. Odwróciłem się

w   prawo   i  spojrzałem  ponad   wierzchołki   drzew.   Po   szarym
niebie płynął czarny punkcik. Odprowadzałem go  wzrokiem,
dopóki nie zniknął w chmurach. 

background image

Wytężyłem  słuch   w  nadziei,   że   usłyszę   ryk  silników,   ale

serce mi waliło tak mocno, że słyszałem tylko wiatr. Czy to był
statek?   Wstałem,   przeszedłem   parę   kroków   w   kierunku,   w
którym   zmierzał   punkcik,   potem   przystanąłem.   Obejrzawszy
się   zobaczyłem,   że   kamienie   na   grobie   Jerry'ego   okryła   już
cienka   powłoka   rzadkiego   śniegu.   Wzruszyłem   ramionami   i
zawróciłem w stronę jaskini.

— Pewnie to tylko ptak.
* * *
Zammis   siedział   na   materacu,   nakłuwając   kościaną   igłą

kawałki   wężowej   skóry.   Wyciągnąłem   się   na   własnym
materacu i patrzyłem, jak dym kłębi się pod szparą w suficie.
Czy to był ptak? A może statek? Cholera, ale mnie wzięło. Przez
całe lato starałem się nie myśleć o ucieczce z tej planety, zako-
pałem to marzenie, ukryłem głęboko w podświadomości. Ale
teraz wszystko powróciło.

Znowu   spacerować   w   blasku   słońca,   nosić   ubranie,

korzystać z centralnego ogrzewania, jeść posiłki przygotowane
przez kucharza, znowu być... wśród ludzi. 

Przekręciłem się na prawy bok i zapatrzyłem w ścianę obok

materaca. Ludzie. Istoty rodzaju ludzkiego. Zamknąłem oczy i
przełknąłem ślinę. Ludzkie dziewczyny. Osoby płci żeńskiej.

Obrazy   przesuwały   się   przed   moimi   oczami   —   twarze,

ciała, roześmiane pary, tańce po locie treningowym... jak ona
miała na imię? Dolora? Dora? 

background image

Potrząsnąłem głową, przekręciłem się i usiadłem twarzą do

ognia.   Dlaczego   musiałem   na   to   patrzeć?   Wszystkie   rzeczy,
które   chciałem   pogrzebać   —   zapomnieć   —   wypłynęły   na
powierzchnię. 

— Wujku?
Popatrzyłem na Zammisa. Żółta skóra, żółte oczy, beznosa

żabia twarz. Potrząsnąłem głową.

— Co?
— Czy coś się stało?
Czy coś się stało, ha. 
—   Nie,   tylko   dzisiaj   zdawało   mi   się,   że   coś   widziałem.

Pewnie to nic nie było.

Sięgnąłem   do   paleniska   i   zdjąłem   z   rusztu   kawałek

suszonego   wężowego   mięsa.   Podmuchałem   na   niego   i
odgryzłem żylasty kęs. 

— Jak to wyglądało?
— Nie wiem. Poruszało się w taki sposób... wydawało mi

się, że to statek. Zniknęło tak szybko, że nie miałem pewności.
To mógł być ptak.

— Ptak?
Zagapiłem się na Zammisa. Nigdy nie widział ptaka; ja też

nie widziałem ptaków na Fyrine IV.

— Zwierzę, które lata.
Zammis kiwnął głową.

background image

— Wujku, kiedy zbieraliśmy drzewo w karłowatym lesie,

widziałem coś, co latało. 

— Co? Dlaczego mi nie powiedziałeś?
— Chciałem, ale zapomniałem.
—   Zapomniałeś!   —   Zmarszczyłem   brwi.   —   W   jakim

kierunku to leciało? 

Zammis wskazał w głąb jaskini.
— W tę stronę. Od morza. — Odłożył szycie. — Możemy

pójść zobaczyć, dokąd poleciało?

Potrząsnąłem głową.
— Zima dopiero się zaczęła. Nie wiesz, jak to wygląda.
Umarlibyśmy po paru dniach.
Zammis znowu zaczął dziurawić wężowe skórki. W zimie

nie przeżylibyśmy takiej wyprawy. Ale wiosną to co innego.

Przeżyjemy,   jeśli   zabierzemy   podwójne   kombinezony

wypchane   puchem   nasion   i   namiot.   Musimy   mieć   namiot.
Zammis i ja przez zimę możemy zrobić namiot i plecaki. Buty.
Potrzebujemy   mocnych   butów.   Trzeba   będzie   nad   tym
pomyśleć...

Dziwne,   jak   iskierka   nadziei   rozpala   się   i   rośnie,   aż

pochłonie całą rozpacz. Czy to był statek? Nie wiedziałem. Jeśli
to   był   statek,   startował   czy   lądował?   Nie   wiedziałem.   Jeżeli
startował, pójdziemy w złym kierunku. Ale naprzeciwko było
morze. Wszystko jedno. Z nadejściem wiosny wyruszymy przez
karłowaty las i zobaczymy, co jest po drugiej stronie.

background image

* * *

Zima minęła nam szybko; Zammis pracował nad namiotem,

a ja ćwiczyłem się w starożytnej sztuce szycia butów. Obryso-
wałem   kontury   naszych   stóp   na   wężowej   skórze   i   po   kilku
eksperymentach   odkryłem,   że   gotowanie   skóry   ze   śliwkami
nadaje   jej   miękkość   i   elastyczność.   Składałem   razem   kilka
gumiastych   warstw,   obciążałem   je   i   zostawiałem   do
wyschnięcia;   w   rezultacie   otrzymywałem   twardą,   giętką
podeszwę.   Zanim   skończyłem   szyć   Zammisowi   buty,   Drak
potrzebował już nowej pary. 

— Są za małe, wujku.
— Jak to za małe?
Zammis wskazał w dół.
— Cisną w palcach. Nogi mnie bolą.
Przykucnąłem   i   pomacałem   wypuczony   wierzch   dzie-

cięcych butów.

—   Nie   rozumiem.   Brałem   miarę   najwyżej   dwadzieścia,

dwadzieścia pięć dni temu. Na pewno się nie poruszyłeś, kiedy
ci mierzyłem stopy?

Zammis potrząsnął głową.
— Nie ruszałem się.
Zmarszczyłem brwi i podniosłem się z kolan.

background image

— Stań prosto, Zammis.
Drak wyprostował się, a ja stanąłem obok niego. Czubek

jego   głowy   sięgał   mi   do   piersi.   Jeszcze   sześćdziesiąt   centy-
metrów i dzieciak dogoni rodzica.

—  Zdejmij  je,   Zammis.   Zrobię   większą   parę.   Spróbuj  nie

rosnąć tak szybko.

* * *
Zammis rozbił namiot wewnątrz jaskini, nałożył do środka

żaru z paleniska, a potem natarł skórę tłuszczem, żeby nie prze-
makała. Drak dalej rósł, więc wstrzymałem się z robieniem dla
niego butów, dopóki nie upewnię się co do rozmiaru.

Próbowałem   opracować   prognozę:   mierzyłem   stopy

Zammisa co dziesięć dni i proporcjonalnie przedłużałem linię
aż do wiosny.

Według   moich   obliczeń   dzieciak   miałby   stopy   wielkości

transporterów   bojowych,   zanim   śniegi   stopnieją.   Do   wiosny
Zammis powinien osiągnąć pełny wzrost. Stare buty lotnicze
Jerry'ego rozpadły się jeszcze przed urodzeniem dziecka, ale
zachowałem resztki. Wykorzystałem podeszwy jako szablon i
modliłem się, żeby pasowały.

Pracowałem   nad   nowymi   butami,   a   Zammis   pilnował

uszczelniania namiotu. Obejrzał się na mnie.

— Wujku?
— Co?
— Egzystencja to pierwsze założenie?

background image

Wzruszyłem ramionami.
— Tak mówi Shizumaat i ja to przyjmuję.
— Ale wujku, skąd wiemy, że egzystencja jest rzeczywista?
Opuściłem   ręce,   popatrzyłem   na   Zammisa,   potrząsnąłem

głową i wróciłem do zszywania butów.

— Uwierz mi na słowo.
Drak skrzywił się.
— Ale wujku, to nie jest wiedza; to jest wiara.
Westchnąłem,   wspominając   swoje   studenckie   lata   na

Uniwersytecie   Narodowym   —   banda   młodocianych   snobów
gnieżdżąca się w tanim mieszkaniu, eksperymentująca z wódą,
prochami i filozofią. W wieku trochę ponad jeden ziemski rok
Zammis zamieniał już się w intelektualnego nudziarza.

— Czy wiara to coś złego?
Zammis prychnął.
— Wujku, daj spokój. Wiara?
—   Pomaga   niektórym   dźwigać   ten   przemoczony   dom

duszy.

— Dom duszy?
Podrapałem się w głowę.
— Kruchy dom duszy; życie. Chyba to z Szekspira.
Zammis zmarszczył brwi.
— Tego nie ma w Talmanie.
— Jego, nie tego. Szekspir był człowiekiem.

background image

Zammis   wstał,   podszedł   do   ognia   i   usiadł   naprzeciwko

mnie. 

— Czy on był filozofem jak Mistan albo Shizumaat?
— Nie. Pisał sztuki... takie opowieści, które się odgrywa.
Zammis potarł brodę.
— Pamiętasz coś z Szekspira?
Uniosłem palec.
— "Być albo nie być; oto jest pytanie".
Drak z wrażenia otworzył usta, potem gwałtownie kiwnął

głową.

— Tak. Tak! Być albo nie być; oto jest pytanie! — Rozłożył

ręce. — Skąd wiemy, że na dworze wieje wiatr, skoro tego nie
widzimy? Czy morze wciąż faluje, jeśli tego nie czujemy?

Kiwnąłem głową.
— Tak.
— Ale wujku, skąd to wiemy?
Spojrzałem na Draka spode łba.
— Zammis, mam dla ciebie pytanie. Czy następujące twier-

dzenie jest prawdziwe, czy fałszywe: to, co teraz mówię, jest
kłamstwem.

Zammis zamrugał.
— Jeśli to kłamstwo, w takim razie twierdzenie jest praw-

dziwe. Ale... jeśli to prawda... twierdzenie jest fałszywe, ale... —

background image

Zammis znowu zamrugał, potem odwrócił się i zaczął nacierać
namiot tłuszczem. — Przemyślę to sobie, wujku.

— Zgoda, Zammis.
Drak   zastanawiał   się   przez   jakieś   dziesięć   minut,   potem

odwrócił się do mnie.

— Twierdzenie jest fałszywe.
Uśmiechnąłem się.
—   Ale   twierdzenie   właśnie   to   mówi,   dlatego   jest   praw-

dziwe, chociaż... — znacząco zawiesiłem głos. Och, próżności,
kusisz nawet świętych. 

—   Nie,   wujku.   Twierdzenie   nie   ma   sensu   w   danym

kontekście.

—   Wzruszyłem   ramionami.   —   Widzisz,   wujku,   to   twier-

dzenie   zakłada   istnienie   prawdziwych   wartości,   które   mogą
określać się nawzajem, niezależnie od wszelkich innych czyn-
ników. Uważam, że logika Lurrveny w Talmanie dostatecznie to
wyjaśnia, i jeśli brak sensu równa się fałszowi...

Westchnąłem.
— No, tak...
—   Widzisz,   wujku,   musisz   najpierw   ustalić   kontekst,   w

którym twoje twierdzenie posiada sens.

Pochyliłem się do przodu, zmarszczyłem brwi i podrapałem

się w brodę.

— Rozumiem. Znaczy, na naukę nigdy nie jest za późno. 

background image

Zammis   popatrzył   na   mnie   dziwnie   i   zdziwił   się   jeszcze

bardziej, kiedy upadłem na posłanie, rechocząc jak kretyn.

* * *
—   Wujku,   dlaczego   ród   Jeriba   ma   tylko   pięć   imion?

Mówiłeś, że ludzkie rody mają wiele imion.

Kiwnąłem głową.
— Pięć imion rodu Jeriba noszą ci, którzy muszą do nich

dodać czyny. Czyny są ważne, nie imiona.

—   Gothig   jest   rodzicem   Shigana,   a   Shigan   jest   moim

rodzicem. 

— Oczywiście. Wiesz o tym ze swojej recytacji.
Zammis spochmurniał.
— W takim razie  muszę  nazwać moje dziecko  Ty,  kiedy

zostanę rodzicem?

— Tak. A Ty musi nazwać swoje dziecko Haesni. Co w tym

złego?

—   Chciałbym   nazwać   swoje   dziecko   Davidge,   twoim

imieniem.

Uśmiechnąłem się i potrząsnąłem głową.
— Imię Ty nosili wielcy bankierzy, kupcy, wynalazcy i... no,

sam wiesz najlepiej. Imię Davidge nie ma takich tradycji.

Pomyśl, co straciłby Ty nie będąc Ty'em. 
Zammis zastanawiał się przez chwilę, potem kiwnął głową.

background image

— Wujku, myślisz, że Gothig jeszcze żyje?
— O ile mi wiadomo.
— Jaki jest Gothig?
Przypomniałem sobie, jak Jerry opowiadał o swoim rodzicu

Gothigu. 

— On uczy muzyki i jest bardzo silny. Jerry... Shigan mówił,

że   jego   rodzic   potrafił   zginać   w   palcach   metalowe   sztaby.
Gothig jest również bardzo dostojny. Przypuszczam, że ostatnio
Gothig jest również bardzo smutny. Na pewno myśli, że ród
Jeriba się skończył. 

Zammis zmarszczył brwi, jego żółte czoło się pofałdowało.
— Wujku, musimy jakoś dotrzeć na Drako. Musimy powie-

dzieć Gothigowi, że ród trwa. 

— Powiemy.
* * *
Zimowe lody zaczęły topnieć, namiot, buty i plecaki były

gotowe. Nasze nowe ocieplane kombinezony wymagały tylko
ostatecznego wykończenia. Ponieważ Jerry dał mi  Talman  na
czas nauki, złota kostka wisiała teraz na szyi Zammisa. Drak
często wyjmował z futerału małą złotą książeczkę i studiował ją
całymi godzinami. 

— Wujku?
— Co?
— Dlaczego Drakowie mówią i piszą w jednym języku, a

ludzie w innym?

background image

Roześmiałem się.
—   Zammis,   ludzie   mówią   i   piszą   wieloma   językami.

Angielski to tylko jeden z nich.

— Więc jak ludzie ze sobą rozmawiają?
Wzruszyłem ramionami.
— Nie zawsze rozmawiają; jeżeli chcą rozmawiać, zatrud-

niają tłumaczy... ludzi, którzy znają oba języki.

— Ty i ja, obaj znamy angielski i drakoński; czy możemy

być tłumaczami?

— Pewnie możemy, jeśli znajdziemy gdzieś Draka i czło-

wieka, którzy chcą ze sobą rozmawiać. Pamiętaj, że trwa wojna.

— Jak mogą zakończyć wojnę, jeśli nie chcą rozmawiać?
— Pewnie kiedyś zaczną rozmawiać.
Zammis uśmiechnął się. 
— Chciałbym zostać tłumaczem i pomóc zakończyć wojnę.

— Odłożył szycie i wyciągnął się na nowym materacu. Wyrósł
już   nawet   ze   starego   materaca,   którego   używał   teraz   jako
poduszki.

— Wujku, myślisz, że znajdziemy kogoś za tym karłowatym

lasem?

— Mam nadzieję.
— Jeśli znajdziemy, czy polecisz ze mną na Drako?
— Obiecałem twojemu rodzicowi, że polecę.

background image

— Ale potem? Później, kiedy już przedstawię swoją recy-

tację, co będziesz robił?

Zapatrzyłem się w ogień.
— Nie wiem. — Wzruszyłem ramionami. — Podczas wojny

nie będzie łatwo dostać się na Drako.

— A co potem?
— Chyba wrócę do służby.
Zammis oparł się na łokciu.
— Wrócisz do służby jako pilot myśliwca?
— Jasne. Nic więcej nie potrafię.
— I do zabijania Draków?
Odłożyłem własne szycie i popatrzyłem na Draka. Wiele się

zmieniło, odkąd Jerry i ja walczyliśmy ze sobą — więcej, niż
przypuszczałem. Potrząsnąłem głową.

—   Nie,   chyba   nie   będę   pilotem...   nie   w   czynnej   służbie.

Może   znajdę   pracę   na   statku   handlowym.   —   Wzruszyłem
ramionami. — Może służba nie zostawi mi żadnego wyboru.

Zammis usiadł prosto, milczał przez chwilę, potem wstał,

podszedł do mojego posłania i ukląkł obok mnie na piasku.

— Wujku, nie chcę cię opuścić.
—   Nie   bądź   głuptasem.   Będziesz   wśród   swoich.   Twój

dziadek Gothig, rodzeństwo Shigana, ich dzieci... szybko o mnie
zapomnisz. 

— A ty zapomnisz o mnie?

background image

Spojrzałem   w   żółte   oczy,   potem   wyciągnąłem   rękę   i

dotknąłem policzka Zammisa.

—   Nie,   nie   zapomnę   o   tobie.   Ale   pamiętaj   o   jednym,

Zammis: ty jesteś Drakiem, a ja jestem człowiekiem i tak już jest
podzielony nasz wszechświat.

Zammis zdjął moją dłoń ze swojego policzka, rozłożył palce

i przyjrzał się im. 

— Cokolwiek się stanie, wujku, nigdy cię nie zapomnę.

* * *

Lody stopniały.  Drak i ja  staliśmy obok grobu w zacina-

jącym   deszczu,   objuczeni   plecakami.   Zammis   był   równie
wysoki jak ja, czyli trochę wyższy od Jerry'ego. Ku mojej uldze
buty pasowały.

Zammis   wyżej   podsunął   plecak   na   ramionach,   potem

odwrócił   się   od   grobu   i   popatrzył   na   morze.   Podążyłem
wzrokiem za jego spojrzeniem tam, gdzie spienione bałwany
rozbijały się o skały.

Obejrzałem się na Draka. 
— O czym myślisz?
Zammis spuścił głowę, potem odwrócił się do mnie.
— Wujku, nie myślałem o tym przedtem, ale... będę tęsknił

za tym miejscem.

background image

—  Bzdura!  Za   tym  miejscem?   —  Zaśmiałem  się   i  pokle-

pałem Draka po ramieniu. — Dlaczego będziesz tęsknił za tym
miejscem?

Zammis znowu spojrzał na morze.
— Nauczyłem się tutaj wielu rzeczy. Nauczyłeś mnie tutaj

wielu rzeczy, wujku. Spędziłem tutaj życie.

— Tylko początek, Zammis. Masz całe życie przed sobą. —

Kiwnąłem głową w stronę grobu. — Pożegnaj się.

Zammis podszedł do grobu, stanął nad nim, potem uklęknął

obok i zaczął zdejmować kamienie. Po chwili odsłonił szkie-
letową   dłoń   z   trzema   palcami.   Kiwnął   głową,   a   potem
zaszlochał.

— Przepraszam, wujku, ale musiałem to zrobić. Dla mnie to

był tylko stos kamieni. Teraz to coś więcej.

Odłożył kamienie na miejsce i wstał. Machnąłem ręką w

stronę lasu. 

— Idź pierwszy. Dogonię cię za chwilę.
— Tak, wujku.
Zammis wszedł pomiędzy nagie drzewa, a ja popatrzyłem

na grób. 

— I co myślisz o Zammisie, Jerry? Jest większy od ciebie.

Chyba wężowa dieta mu służy. — Przykucnąłem obok grobu,
podniosłem nieduży kamień i dodałem do stosu. — No, to już
wszystko. Albo dotrzemy na Drako, albo zginiemy. 

Wstałem i popatrzyłem na morze.

background image

— Tak, chyba nauczyłem się tutaj paru rzeczy. Też będę

trochę tęsknił.

Stojąc obok grobu, zarzuciłem plecak na ramiona.
— Ehdevva sahn, Jeriba Shigan. Na razie, Jerry.
Odwróciłem się i ruszyłem za Zammisem pomiędzy drzewa.

* * *

Następne   dni   były   dla   Zammisa   pełne   zdumiewających

odkryć.

Dla mnie niebo wyglądało tak samo, posępne i szare, a kilka

nowych odmian flory i fauny nie wyróżniało się niczym szcze-
gólnym. Przekroczywszy karłowaty las, przez jeden dzień wspi-
naliśmy   się  po   łagodnym   stoku,   a   potem  znaleźliśmy   się   na
płaskiej, szerokiej, bezkresnej równinie. Rosły tam purpurowe
zielska,   które   sięgały  nam  do  kostek i  zostawiały na  butach
plamy tej samej barwy. Noce nadal były za zimne na wędrówki,
więc   zamykaliśmy   się   w   namiocie.   I   natłuszczony   namiot,   i
kombinezony   dobrze   spełniały   swoje   zadanie,   chroniąc   nas
przed niemal ustawicznym deszczem. 

Wędrowaliśmy   już   od   prawie   dwóch   długich   fyrińskich

tygodni, kiedy to zobaczyliśmy. Ryknęło nad naszymi głowami i
znikło za horyzontem, zanim któryś z nas zdążył powiedzieć
słowo. Nie miałem wątpliwości, że statek, który właśnie zoba-
czyłem, podchodził do lądowania.

background image

— Wujku! Czy on nas widział?
Potrząsnąłem głową.
—   Nie,   raczej   nie.   Ale   wylądował.   Słyszałeś?   Wylądował

gdzieś niedaleko.

— Wujku?
— Idziemy dalej! O co chodzi?
— Czy to był drakoński statek, czy ludzki statek?
Ochłonąłem z pierwszego zapału. Wcale o tym nie pomy-

ślałem.

Machnąłem ręką.
—   Wszystko   jedno.   Idziemy.   Tak   czy   owak   wrócisz   na

Drako. Nie jesteś żołnierzem, więc siły SZZ nic do ciebie nie
mają, a jeśli to Drakowie, zabiorą cię do domu.

Zaczęliśmy znowu maszerować.
— Ale wujku, co będzie z tobą, jeśli to drakoński statek?
Wzruszyłem ramionami.
—   Jeniec   wojenny.   Drakowie   podobno   przestrzegają

międzyplanetarnych   konwencji   wojennych,   więc   nic   mi   nie
zrobią.

—   Akurat,   powiedziała   tylna   część   mojego   umysłu   do

przedniej   części   mojego   umysłu.   Podstawowe   pytanie
brzmiało:   czy   wolę   zostać   jeńcem   wojennym   Draków,   czy
stałym mieszkańcem Fyrine IV.

Odpowiedź znalazłem już dawno.

background image

—  No  chodź,  szybciej.  Nie  wiemy,  jak daleko   stąd  wylą-

dował statek ani kiedy odleci.

Lewa, prawa, marsz, marsz. Poza krótkimi przerwami na

odpoczynek nie zatrzymywaliśmy się — nawet w nocy. Wysiłek
nas   rozgrzewał.   Horyzont   jakoś   wcale   się   nie   przybliżał.   Im
dłużej   wędrowaliśmy,   tym   większe   otępienie   ogarniało   mój
umysł. Minęło kilka dni i mózg miałem już równie odrętwiały
jak   stopy,   kiedy   wpadłem   w   dziurę   ukrytą   w   purpurowym
zielsku. Natychmiast wszystko pociemniało i poczułem ból w
prawej nodze. Z ulgą powitałem nadchodzące omdlenie, spokój,
ciepło, odpoczynek. 

* * *

— Wujku? Wujku? Obudź się, proszę!
Poczułem uderzenia w twarz, chociaż jakby z daleka. Ból

wdzierał mi się do mózgu, rozpraszał mroki nieświadomości.

Cholera jasna, chyba złamałem nogę. Podniosłem wzrok i

zobaczyłem zarośnięte zielskiem krawędzie jamy. Siedziałem
na tyłku w kałuży wody. Zammis przykucnął obok mnie.

— Co się stało?
Zammis wskazał w górę.
—   Ta   dziura   była   zakryta   tylko   cienką   skorupą   ziemi   i

roślin.

Widocznie woda wypłukała glebę. Jak się czujesz?

background image

— Noga. Chyba złamałem nogę. — Oparłem się plecami o

błotnistą ścianę. — Zammis, będziesz musiał iść dalej sam.

— Nie mogę cię zostawić, wujku!
— Słuchaj, jeśli kogoś znajdziesz, przyślesz mi pomoc.
— A jeśli tutaj zbiera się woda? — Zammis zaczął obma-

cywać moją nogę, aż się skrzywiłem. — Muszę cię stąd wynieść.
Co powinienem zrobić z nogą?

Dzieciak   mówił   całkiem   słusznie.   Nie   miałem   w   planach

utopienia. 

— Potrzebujemy czegoś sztywnego. Przywiąż nogę, żeby ją

unieruchomić. 

Zammis ściągnął plecak, klęcząc w wodzie i błocie otworzył

pakunek, potem rozwinął namiot. Unieruchomił moją nogę za
pomocą kołków namiotowych i obwiązał wężowymi skórami
oderwanymi od namiotu. Potem sporządził dwie pętle ze skóry,
wsadził   w   nie   moje   nogi   i   założył   sobie   pętle   na   ramiona.
Podniósł mnie, a wtedy zemdlałem.

Leżałem na  ziemi,  przykryty resztkami  namiotu.  Zammis

potrząsał moim ramieniem.

— Wujku? Wujku?
— Tak? — szepnąłem.
— Wujku, jestem gotowy do drogi. — Zammis pokazał na

ziemię obok mnie. — Masz tutaj jedzenie, a kiedy będzie padać,
po   prostu   naciągnij   namiot   na   twarz.   Oznakuję   trasę,   żeby
znaleźć drogę powrotną. 

background image

Kiwnąłem głową.
— Uważaj na siebie.
Zammis wyciągnął do mnie rękę.
— Wujku, mogę cię nieść. Nie powinniśmy się rozłączać.
Słabo pokręciłem głową.
— Chyba żartujesz, mały. Nie dałbym rady. Znajdź kogoś i

sprowadź   pomoc.   —   Poczułem,   że   żołądek   podchdzi   mi   do
gardła i zimny pot występuje na skórę. — No, idź już.

Zammis chwycił swój plecak i wstał. Zarzuciwszy plecak na

ramiona, odwrócił się i ruszył biegiem w kierunku, w którym
leciał statek. Odprowadzałem go wzrokiem, dopóki nie zniknął.

Potem spojrzałem w zachmurzone niebo.
— Tym razem prawie mnie dostałeś, ty Kizlode sukinsynu,

ale  nie   uwzględniłeś   Draka...   ciągle   zapominasz...   że  jest   nas
dwóch... 

Odpływałem   w   nieświadomość   i   powracałem.   Poczułem

deszcz na twarzy, więc naciągnąłem namiot na głowę. Po chwili
ciemność znowu mnie pochłonęła.

* * *

— Davidge? Porucznik Davidge?
Otworzyłem oczy i zobaczyłem coś, czego nie widziałem od

czterech ziemskich lat: ludzką twarz.

background image

— Kto ty jesteś?
Twarz, młoda i pociągła pod linią krótkich blond włosów,

uśmiechnęła się.

— Jestem kapitan Steerman, oficer medyczny. Jak się pan

czuje? 

Rozważyłem pytanie i odpowiedziałem uśmiechem.
—   Jakby   mnie   naszprycowali   najlepszym   towarem   na

rynku. 

— Bo tak jest. Był pan w bardzo złym stanie, kiedy zespół

geodezyjny pana znalazł.

— Zespół geodezyjny?
—   Chyba   pan   nic   nie   wie.   Stany   Zjednoczone   Ziemi   i

Drakoński Parlament utworzyły wspólną komisję, żeby nadzo-
rować kolonizację nowych planet. Wojna się skończyła.

— Skończyła?
— Tak.
Ciężki kamień spadł mi z serca.
— Gdzie jest Zammis?
— Kto?
— Jeriba Zammis, ten Drak, z którym byłem.
Lekarz wzruszył ramionami. 
— Nic o tym nie wiem, ale przypuszczam, że żabole się nim

zajmują. 

background image

Żabole. Sam kiedyś używałem tego określenia. Kiedy usły-

szałem go z usta Steermana, wydawało mi się inne: obce, obrzy-
dliwe. 

— Zammis jest Drakiem, nie żabolem.
Doktor zmarszczył brwi, potem wzruszył ramionami.
—   Oczywiście.   Jak   pan   woli.   Proszę   odpoczywać,   zajrzę

znowu do pana za parę godzin.

— Czy mogę zobaczyć Zammisa?
Lekarz uśmiechnął się.
— O nie. Lecimy z powrotem do bazy SZZ w Delphi. Ten...

Drak pewnie jest już w drodze na Drako. 

Skinął głową, odwrócił się i wyszedł. Boże, czułem się taki

zagubiony. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że leżę na oddziale
pokładowego szpitala. Łóżka po obu stronach były zajęte.

Mężczyzna po prawej potrząsnął głową i wrócił do czytania

magazynu. Facet po lewej spojrzał na mnie ze złością.

— Ty cholerny dracki pachołku! 
Obrócił się na lewy bok i pokazał mi plecy.

* * *

Obca Ziemia. Te dwa słowa jako pierwsze przyszły mi do

głowy, kiedy zszedłem po rampie na poligon SZZ w Orleanie.
Obca Ziemia.

background image

Popatrzyłem na tłumy pracowników SZZ biegające w kółko

niczym zaaferowane  mrówki,  wciągnąłem w  nozdrza  zapach
cywilizacji i splunąłem na rampę.

— Chcesz sobie odpocząć na koszt państwa?
Spojrzałem w dół i zobaczyłem szeregowca Sił Policyjnych

w białej czapce mierzącego mnie gniewnym wzrokiem. Scho-
dziłem dalej po rampie.

— Spadaj. 
—  Quoi  ? — Żandarm podszedł bliżej i zaczekał na mnie

przy końcu rampy.

—   Spadaj.   —   Wyciągnąłem   dokumenty   zwolnienia   z

kieszeni na piersiach i pomachałem mu przed nosem. — Gavey
krótkoterminowy, Kizlode ? 

Żandarm wziął moje papiery, przejrzał je z nadąsaną miną,

potem pokazał mi długi, niski budynek na skraju poligonu.

— Continuez tout droit.
Uśmiechnąłem się, odwróciłem i ruszyłem przez poligon,

myśląc o Zammisie pytającym, jak ludzie rozmawiają ze sobą.
Gdzie był teraz Zammis? Potrząsnąłem głową i wszedłem do
niskiego budynku.

Większość   ludzi   w   środku   tłoczyła   się   w   przejściach   do

rejestracji   albo   przesiadki.   Zobaczyłem   dwójkę   znudzonych
urzędników   za   dwoma   długimi   stołami   i   pomyślałem,   że   to
miejscowa   odprawa   celna.   Wielojęzyczny   napis   nad   stołami
potwierdził   moje   przeczucie.   Zatrzymałem   się   przed

background image

pierwszym stołem. Celniczka spojrzała na mnie, a potem wycią-
gnęła rękę. 

— Votre passeport? 
Wyjąłem błękitno-białą książeczkę, podałem jej i czekałem

z założonymi rękami. Poczułem napięcie mięśni na karku, kiedy
zauważyłem   stary   antydrakoński   propagandowy   plakat   na
ścianie za plecami celniczki. Pokazywał dwie żółte, pazurzaste
łapy trzymające miniaturową Ziemię przed paszczą pełną kłów.
Kły i pazury. Podpis głosił w siedmiu językach: "Oni nazywają
to zwycięstwem." 

— Avez-vous quelque chose a declarer? 
Zmarszczyłem brwi.
— Ess
Ona też zmarszczyła brwi.
— Avez-vous quelque chose a declarer? 
Ktoś mnie klepnął w ramię.
— Czy pan mówi po angielsku?
Obejrzałem się i zobaczyłem drugiego celnika. Podwinąłem

górną wargę, obnażając zęby.

— Surda; ne surda. Adze Dracon? 
Brwi   podjechały   mu   do   góry,   kiedy   bezdźwięcznie

wymówił słowo "Drak". Odwrócił się do koleżanki, wziął od niej
mój paszport i spojrzał na mnie. Postukał czubkami palców w
paszport,   potem   otworzył   go,   przeczytał   kartkę   z   moimi
danymi i znowu popatrzył na mnie. 

background image

—   Pan   pozwoli   ze   mną,   panie   Davidge.   Musimy   poroz-

mawiać.

Odwrócił   się   i   wszedł   do   małego   gabinetu.   Wzruszyłem

ramionami i poszedłem za nim. Wskazał mi krzesło i sam usiadł
za biurkiem. 

— Dlaczego pan udaje, że nie mówi po angielsku?
—   Dlaczego   trzymacie   ten   plakat   na   ścianie?   Wojna   się

skończyła. 

Urzędnik   zatarł   ręce,   potem   oparł   dłonie   na   biurku   i

potrząsnął głową. 

— Walka się skończyła, panie Davidge, ale wojna minęła nie

dla wszystkich. Żabole zabiły wielu ludzi.

Przechyliłem głowę na bok.
— Zginęło też kilku Draków. — Wstałem. — Mogę już iść?
Urzędnik odchylił się do tyłu w krześle.
— Przekona się pan, że taka postawa nie ułatwi panu życia

na tej planecie.

— To moje życie.
Celnik   wzruszył   ramionami,   potem   machnął   w   stronę

drzwi.

—   Może   pan   iść.   I   powodzenia,   panie   Davidge.   Szczerze

panu współczuję. 

* * *

background image

"Dracki   pachołek".   W   tym   obelżywym   określeniu   dźwię-

czały echa innych historycznych obelg — heretyk, kolaborant,
pedał,  murzyński sługus,  wszystkie  połączone  w  jedno.  Były
pilot wojskowy nie miał szans na rynku pracy, nie czekała na
niego   żadna   posada,   zwłaszcza   na   pilota,   który   nie   latał   od
czterech   lat,   który   miał   felerną   nogę   i   który   był   drackim
pachołkiem.

Transport   do   Ameryki   Północnej,   a   potem   do   Dallas   po

okresie   samotnej   wędrówki.   Prześladowały   mnie   osiemset-
letnie   słowa   Mistana   z  Talmanu   :   Misnuuram   va   siddeth.  W
twoich myślach jest samotność. Samotność to coś, co sami sobie
robimy.

"Jerry   tylko   raz   potrząsnął   głową,   potem   wycelował   we

mnie żółtym palcem, szukając właściwych słów. 

Davidge... dla mnie samotność jest nieprzyjemna... niewy-

godna, sprawia mi przykrość, ale nie budzi lęku. Myślę, że ty
wolałbyś umrzeć niż zostać sam ze sobą".

Mistan   powiada:   "Jeżeli   jesteś   samotny   ze   sobą,   zawsze

będziesz   samotny   wśród   innych".   Sprzeczność?   Samo   życie
udowodniło prawdziwość tego twierdzenia. Czułem się obco na
własnej planecie i chodziło o więcej niż nienawiść, której nie
mogłem   dzielić,   czy   miłość,   która   innym   wydawała   się
niemożliwa — perwersyjna. W gruncie rzeczy wcale nie potrze-
bowałem istoty zwanej "Davidge". Przed Fyrine IV miałem inne
powody   —   powody,   których   już   nie   pamiętałem;   ale   teraz

background image

znałem powód. Z własnej lub cudzej winy zdradziłem brzyd-
kiego, żółtego stwora imieniem Zammis, a także jego rodzica. 

"Przedstaw Zammisa przed archiwami
Jeriba. Przysięgnij, że to zrobisz.
Och, Jerry...
Przysięgnij!
Przysięgam..."

* * *

Otrzymałem czterdzieści osiem tysięcy kredytów zaległej

gaży, więc nie miałem kłopotów finansowych. Kłopot polegał
na tym, co ze sobą zrobić. Wreszcie w Dallas znalazłem pracę w
małym wydawnictwie, gdzie tłumaczyłem książki na drakoński.
Drakowie najwyraźniej przepadali za westernami:

— Ręce do góry, naagusaat !
— Nu geph , szeryfie. — Bang, bang! Błyskają rewolwery i

następny Kizlode shaddsaat gryzie ziemię.

Rzuciłem tę robotę.

* * *

W końcu zadzwoniłem do rodziców. "Dlaczego nie dzwo-

niłeś   wcześniej,   Willy?   Tak   się   martwiliśmy...   Miałem   parę

background image

spraw do załatwienia, tato... Nie, właściwie nie... No cóż, rozu-
miemy, synu... To musiało być okropne... Tato, chciałbym na
krótko przyjechać do domu".

Zanim   jeszcze   wyłożyłem   pieniądze   na   używanego

Dearmana Electric, wiedziałem, że popełniam błąd. Chciałem
wrócić   do   domu,   ale   nie   do   tego,   który   opuściłem   w   wieku
osiemnastu lat.

Ale pojechałem tam, ponieważ nie miałem dokąd pójść.
Prowadziłem Dearmana samotnie w ciemnościach, wybie-

rając   tylko   stare   drogi,   gdzie   jedynym   dźwiękiem   był   cichy
pomruk  silnika.   Grudniowa   noc  była   pogodna   i  przez   przej-
rzystą kopułę samochodu widziałem gwiazdy. We wspomnie-
niach powróciła Fyrine IV, szalejący ocean, nieustanny wiatr.
Zjechałem z drogi na pobocze i wyłączyłem światła. Po kilku
minutach   moje   oczy   przywykły   do   ciemności.   Wysiadłem   z
samochodu   i   zatrzasnąłem   drzwi.   Niebo   nad   Kansas   jest
ogromne, gwiazdy wydawały się tak bliskie, niemal w zasięgu
ręki. Śnieg chrzęścił pod nogami, kiedy obracałem się, szukając
Fyrine wśród tysięcy jasnych gwiazd. 

Fyrine   znajduje   się   w   konstelacji   Pegaza,   ale   miałem   za

mało wyćwiczony wzrok, żeby wypatrzyć skrzydlatego konia
wśród   mnóstwa   gwiazd.   Wzruszyłem   ramionami,   poczułem
dojmujący   chłód   i   postanowiłem   wrócić   do   samochodu.
Sięgając do klamki, zobaczyłem na północy konstelację, którą
rozpoznałem,   zawieszoną   tuż   nad   horyzontem:   Drako.   Smok
wiszący na niebie do góry nogami, z ogonem owiniętym wokół

background image

Ursa Minor. Eltanin, nos Smoka, to ojczysta gwiazda Draków. Jej
druga planeta Drako była domem Zammisa. 

Oślepiły   mnie   światła   nadjeżdżającego   samochodu.   Wóz

zahamował obok mnie, otworzyło się okno po stronie kierowcy
i nieznajomy głos przemówił z ciemności:

— Potrzebuje pan pomocy?
Potrząsnąłem głową.
— Nie, dziękuję. — Podniosłem rękę. — Tylko patrzyłem na

gwiazdy. 

— Piękna noc, prawda?
— Właśnie.
— Na pewno nie trzeba panu pomóc?
Ponownie potrząsnąłem głową.
—   Dziękuję...   chwileczkę.   Gdzie   jest   najbliższy   handlowy

kosmoport? 

— W Salina, jakąś godzinę drogi.
— Dziękuję.
Zobaczyłem rękę machającą z okna, potem obcy samochód

odjechał.   Spojrzałem   jeszcze   raz   na   Eltanin   i   wsiadłem   do
własnego samochodu.

* * *

background image

Dziewięć tygodni później stałem przed małym szarym czło-

wieczkiem, który prowadził Wydawnictwo Samotna Gwiazda,
SA.

Spojrzał na mnie z nachmurzoną miną.
— Więc czego chcesz? Myślałem, że odszedłeś.
Rzuciłem mu na biurko tysiącstronicowy manuskrypt.
— Tego.
Szturchnął manuskrypt palcem. 
— Co to jest?
— Drakońska biblia, nazywa się Talman.
— No i co?
— No i to jest jedyna książka przetłumaczona z drakoń-

skiego na angielski, i wyjaśnia postępowanie każdego Draka, i
zarobi pan na niej kupę kredytów.

Wydawca pochylił się do przodu, przerzucił kilka kartek i

podniósł na mnie wzrok. 

— Wiesz, Davidge, nie lubię twojej gęby.
Wzruszyłem ramionami.
— Ja też pana nie lubię.
Wrócił do przeglądania manuskryptu.
— Dlaczego właśnie teraz?
— Bo teraz potrzebuję pieniędzy.
Wzruszył ramionami.

background image

— Mogę dać góra jakieś osiem, dziesięć tysięcy. To jest nie

sprawdzony materiał.

— Potrzebuję dwadzieścia cztery tysiące. Jak pan tyle nie

da, pójdę do kogoś innego.

Popatrzył na mnie i zmarszczył brwi.
— Dlaczego myślisz, że ktoś inny będzie zainteresowany?
—   Przestańmy   się   bawić   w   podchody.   Wojnę   przeżyło

wielu ludzi, cywilów i wojskowych, którzy chcieliby zrozumieć,
co się stało. — Pochyliłem się i postukałem w manuskrypt. —
Wszystko jest tutaj.

— Dwadzieścia cztery tysiące to dużo za pierwszą książkę.
Zebrałem kartki.
— Znajdę   kogoś,   kto  nie   boi  się   więcej zainwestować  w

pewniaka. 

Wydawca położył rękę na manuskrypcie.
— Zaczekaj, Davidge. — Zmarszczył czoło. — Dwadzieścia

cztery tysiące? 

— Ani kredytu mniej.
Zacisnął usta i spojrzał na mnie.
—   Pewnie   będziesz   stawiał   idiotyczne   warunki   przy

końcowej umowie. 

Potrząsnąłem głową.
— Chcę tylko pieniędzy. Może pan zrobić z książką, co się

panu podoba.

background image

Odchylił się do tyłu w krześle, popatrzył na manuskrypt i

znowu na mnie.

— Pieniądze. Po co ci pieniądze?
— Nie pański interes.
Pochylił się do przodu i przekartkował jeszcze parę stronic.
Podniósł brwi i spojrzał na mnie.
— Nie będziesz się czepiał umowy?
— Jeżeli dostanę pieniądze, może pan to przerobić na "Mein

Kampf". 

Znowu przerzucił parę kartek.
— To są dosyć radykalne kawałki.
— Z pewnością. Znajdzie pan te same kawałki u Platona,

Arystotelesa, Augustyna, Jamesa, Freuda, Szasza, Nortmyera i w
Deklaracji Niepodległości. 

Odchylił się na oparcie krzesła.
— Co to dla ciebie znaczy?
— Dwadzieścia cztery tysiące kredytów.
Przekartkował   kilka   następnych   stronic,   potem   jeszcze

kilka.

Dwanaście godzin później opłaciłem przelot na Drako.

* * *

background image

Sześć   miesięcy   później   stałem   przed   starożytną   bramą

wyciosaną z kamienia i zastanawiałem się, co ja wyprawiam
najlepszego.   Podróż   na   Drako,   pod   koniec   w   towarzystwie
samych Draków, przekonała mnie o prawdzie słow Namvaaca:
"Pokój to często wojna bez walki". Pisemne kontrakty dawały
mi prawo wstępu na planetę, ale drakońscy biurokraci i spece
od papierkowej roboty udoskonalili taktykę spławiania petenta
dużo   wcześniej,   zanim   ludzkość   zrobiła   pierwszy   krok   w
kosmosie.

Konieczne   były   groźby,   łapówki,   długie   dni   wypełniania

formularzy,   przewlekłe   badania   lekarskie,   kontrole   celne,
wielokrotne   sprawdzanie   powodu   wizyty,   wypełnianie
kolejnych formularzy, ponowne wypełnianie formularzy, które
już wcześniej wypełniłem, znowu łapówki i czekanie, czekanie,
czekanie... 

Na   statku   spędzałem   większość   czasu   w   kabinie,   ale

ponieważ   drakoński   steward   nie   chciał   mnie   obsługiwać,
chodziłem do jadalni na posiłki. Siedziałem samotnie, wysłu-
chując komentarzy na mój temat z sąsiednich boksów. Przy-
jąłem   linię   najmniejszego   oporu,   czyli   udawałem,   że   nie
rozumiem, co tamci mówią.

Powszechnie uważano, że ludzie nie mówią po drakońsku.
— Czy musimy jeść w jednej kabinie z tym Irkmaan glutem?
— Popatrz tylko na tę krostowatą bladą skórę... i ta śmier-

dząca strzecha na głowie! Fuj! Co za smród! 

Zgrzytnąłem zębami i wbiłem wzrok w talerz.

background image

— Talman nie mógł przewidzieć, że wszechświat będzie na

tyle zepsuty, żeby wyprodukować takiego stwora.

Odwróciłem   się   twarzą   do   trzech   Draków,   siedzących   w

boksie naprzeciwko, po drugiej stronie przejścia. Powiedziałem
po drakońsku: 

— Gdyby twoi przodkowie byli dostatecznie przewidujący,

żeby nauczyć wioskowe  kiz  stosowania środków antykoncep-
cyjnych, nie byłoby cię na świecie. 

Wróciłem   do   jedzenia,   podczas   gdy   dwaj   Drakowie

wspólnymi siłami przytrzymywali trzeciego Draka.

* * *

Na Drako nie miałem kłopotów ze znalezieniem posiadłości

Jeribów. Kłopot polegał na tym, jak się dostać do środka.

Posiadłość   otaczał   wysoki   kamienny   mur,   przez   bramę

widziałem wielki kamienny budynek, który opisywał mi Jerry.
Powiedziałem strażnikowi przy bramie, że chcę się zobaczyć z
Jeribą Zammisem.

Strażnik wytrzeszczył na mnie oczy, potem wszedł do niszy

za  bramą.   Po  chwili  następny  Drak  wyłonił się  z  budynku  i
szybko   przeszedł   przez   szeroki   trawnik   do   bramy.   Kiwnął
głową   strażnikowi,   potem   zatrzymał   się   i   spojrzał   na   mnie.
Wyglądał wypisz wymaluj jak Jerry.

— Ty jesteś ten Irkmaan , co chciał widzieć Jeribę Zammisa?

background image

Skinąłem głową.
—   Zammis   na   pewno   mówił   ci   o   mnie.   Jestem   Willis

Davidge. 

Drak przyjrzał mi się dokładnie.
— Jestem Estone Nev, przyrodni Jeriby Shigana. Mój rodzic,

Jeriba Gothig, chce cię widzieć. 

Drak   odwrócił   się   gwałtownie   i   ruszył   z   powrotem   do

budynku.

Poszedłem za nim, czując zawrót głowy na myśl, że znowu

zobaczę  Zammisa.  Prawie  nie  zauważałem otoczenia,  dopóki
nie   wprowadzono   mnie   do   wielkiej   sali   z   kamiennym   skle-
pionym   sufitem.   Jerry   powiedział   mi,   że   dom   miał   cztery
tysiące lat. Wierzyłem mu. 

Drak siedzący w głębi sali wstał i podszedł do mnie. Był

stary, ale rozpoznałem go.

— Ty jesteś Gothig, rodzic Shigana.
Żółte oczy wpatrzyły się we mnie.
— Kim jesteś, Irkmaan ? — Drak wyciągnął pomarszczoną

trójpalczastą dłoń. — Co wiesz o Jeribie Zammisie i dlaczego
mówisz językiem Draków z akcentem i stylem mojego dziecka
Shigana? Po co tutaj przyszedłeś?

—   Mówię   po   drakońsku   w   ten   sposób,   ponieważ   Jeriba

Shigan nauczył mnie tak mówić.

Stary Drak przechylił głowę na ramię i zmrużył żółte oczy. 
— Znałeś moje dziecko? Kiedy?

background image

— Czy komisja geodezyjna nic ci nie powiedziała?
— Zawiadomiono mnie, że mój potomek Shigan zginął w

bitwie na Fyrine IV. To było ponad sześć naszych lat temu. Jaką
grę prowadzisz, Irkmaan ? 

Obejrzałem się na Neva. Młodszy Drak przyglądał mi się z

równie   podejrzliwym   wyrazem   twarzy.   Odwróciłem   się   z
powrotem do Gothiga. 

— Shigan nie zginął w bitwie. Obaj rozbiliśmy nasze statki

na Fyrine IV i mieszkaliśmy tam razem przez rok. Shigan zmarł
przy narodzinach Jeriby Zammisa. Rok później odnalazła nas
komisja geodezyjna i...

—   Dosyć!   Dosyć   tego,  Irkmaan  !   Czy   przyszedłeś   po

pieniądze   albo   chcesz   użyć   moich   wpływów   do   zdobycia
koncesji handlowej... po co?

Zmarszczyłem brwi.
— Gdzie jest Zammis?
Łzy gniewu wezbrały w oczach starego Draka.
— Nie ma żadnego Zammisa, Irkmaan ! Ród Jeriba skończył

się ze śmiercią Shigana!

Szeroko otworzyłem oczy i potrząsnąłem głową.
—   To   nieprawda.   Wiem.   Opiekowałem   się   Zammisem...

niczego się nie dowiedziałeś od komisji?

—   Przejdź   do   sedna   twojego   planu,  Irkmaan.   Nie   mam

całego dnia. 

background image

Popatrzyłem na Gothiga. Stary Drak niczego się nie dowie-

dział od komisji. Drakońskie władze zabrały Zammisa i dzieciak
wyparował. Gothigowi nic nie powiedzieli. Dlaczego?

— Byłem z Shiganem, Gothigu. W ten sposób nauczyłem się

waszego języka. Kiedy Shigan umarł dając życie Zammisowi...

—  Irkmaan  , jeżeli natychmiast nie przedstawisz swojego

planu, będę musiał poprosić Neva, żeby cię wyrzucił. Shigan
zginął w bitwie na Fyrine IV. Drakońska flota zawiadomiła nas
już po paru dniach.

Kiwnąłem głową.
— Więc powiedz mi, Gothigu, skąd znam rodowód Jeriba?

Chciałbyś, żebym ci go wyrecytował?

Gothig prychnął.
— Powiadasz, że znasz rodowód Jeriba?
— Tak.
Gothig machnął na mnie ręką.
— Więc recytuj.
Zaczerpnąłem   tchu   i   zacząłem.   Zanim   doszedłem   do   sto

siedemdziesiątego   trzeciego   pokolenia,   Gothig   klęczał   na
kamiennej   podłodze   obok   Neva.   Drakowie   pozostali   w   tej
pozycji przez trzy godziny recytacji. Kiedy skończyłem, Gothig
pochylił głowę i zapłakał.

— Tak, Irkmaan , tak. Musiałeś znać Shigana. Tak. — Stary

Drak podniósł na mnie oczy ożywione nadzieją. — I mówisz, że
Shigan przedłużył ród... że narodził się Zammis?

background image

Przytaknąłem.
— Nie rozumiem, dlaczego komisja cię nie zawiadomiła.
Gothig podniósł się i zmarszczył brwi.
— Dowiemy się, Irkmaan... jak się nazywasz?
— Davidge. Willis Davidge.
— Dowiemy się, Davidge.

* * *

Gothig   zakwaterował   mnie   we   własnym   domu,   na

szczęście,   ponieważ   zostało   mi   niewiele   ponad   tysiąc   sto
kredytów.

Przeprowadziwszy   szczegółowe   śledztwo,   Gothig   wysłał

Neva i mnie do Centrum Parlamentarnego w Sendievu, stolicy
Drako. Ród Jeribów, jak się zorientowałem, posiadał znaczne
wpływy,   toteż   biurokratyczną   zwłokę   ograniczono   do
minimum.   Wreszcie   skierowano   nas   do   przedstawiciela
Wspólnej Komisji Geodezyjnej, Draka nazwiskiem Jozzdn Vrule.
Podniósł wzrok znad listu, który dał mi Gothig, i zmarszczył
brwi.

— Skąd to masz, Irkmaan ?
— Przecież na dole jest podpis.
Drak spojrzał na list i znowu na mnie.

background image

— Ród Jeriba należy do najbardziej szanowanych na Drako.

Mówisz, że Jeriba Gothig dał ci to?

—   Chyba   już   to   powiedziałem;   wyraźnie   czułem,   że

poruszam wargami... 

Nev wtrącił:
— Macie wszelkie daty i informacje dotyczące misji geode-

zyjnej   na   Fyrine   IV.   Chcemy   wiedzieć,   co   się   stało   z   Jeribą
Zammisem.

Jozzdn Vrule spochmurniał i znowu popatrzył na list.
—   Estone   Nev,   jesteś   założycielem   twojego   rodu,   czy   to

prawda? 

— To prawda.
— Chcesz ściągnąć hańbę na swój ród? Dlaczego widzę cię z

tym Irkmaanem ?

Nev uniósł górną wargę i skrzyżował ramiona.
—  Jozzdn  Vrule,  jeśli  w najbliższej  przyszłości  pragniesz

chodzić   po   tej   planecie   jako   wolna   istota,   lepiej   będzie   dla
ciebie, jeśli przestaniesz sobie strzępić język i zaczniesz szukać
Jeriby Zammisa.

Jozzdn  Vrule   spuścił   wzrok  i   popatrzył   na   własne   palce,

potem znowu spojrzał na Neva.

—   Jak   sobie   życzysz,   Estone   Nev.   Groziłeś   mi,   jeśli   nie

odkryję przed tobą prawdy. Myślę, że prawda będzie dla ciebie
większym   zagrożeniem.   —   Napisał   coś   na   kartce   i   podał   ją
Nevowi.

background image

—   Znajdziesz   Jeribę   Zammisa   pod   tym   adresem   i   prze-

klniesz dzień, kiedy go spotkałeś.

* * *

Weszliśmy   do   kolonii   szaleńców   z   mdlącym   uczuciem

odrazy.

Wszędzie wokół nas Drakowie gapili się pustymi oczami,

wrzeszczeli, toczyli pianę z ust albo zachowywali się jak zwie-
rzęta.   Na   miejscu   zastaliśmy   Gothiga.   Dyrektor   kolonii
zmarszczył brwi na mój widok i potrząsnął głową. 

—   Odejdź   stąd,   póki   jeszcze   możesz,   Jeribo   Gothigu   —

poradził. — Za drzwiami tego pokoju nie znajdziesz nic, tylko
ból i rozpacz. 

Gothig złapał dyrektora za ubranie na piersi.
— Posłuchaj mnie, robaku: jeśli Jeriba Zammis przebywa w

tych murach, sprowadź mojego wnuka! Inaczej potężny gniew
rodu Jeriba spadnie na twoją spiczastą głowę!

Dyrektor podniósł głowę i wykrzywił usta.
—   Proszę   bardzo.   Proszę   bardzo,   ty   nadęty  Kazzmidth  !

Próbowaliśmy   chronić   reputację   Jeribów.   Próbowaliśmy!   Ale
teraz zobaczysz.  — Kiwnął głową  i zacisnął usta.  — Tak,  ty
rzekomo postępowy bogaczu, teraz zobaczysz. — Napisał coś
na kartce i podał Gothigowi gestem nie znoszącym odmowy. —
Teraz   już   nie   masz   wyboru!   Weź   to!   Zaraz   zobaczysz   tego

background image

stwora, którego nazywasz Jeriba Zammis! Zobaczysz go i zapła-
czesz! 

* * *

Pośród drzew i trawy Jeriba Zammis siedział na kamiennej

ławie, wpatrując się w ziemię. Nie wykonywał żadnych ruchów,
nawet nie mrugał. Gothig spojrzał na mnie, ale ja nie miałem
teraz czasu dla rodzica Shigana. Podszedłem do Zammisa.

— Zammis, poznajesz mnie?
Drak ocknął się z głębokiego zamyślenia i podniósł na mnie

żółte oczy. Nie zobaczyłem błysku rozpoznania.

— Kto ty jesteś?
Przysiadłem   obok   niego,   położyłem   mu   dłonie   na

ramionach i potrząsnąłem lekko.

— Zammis, do cholery, naprawdę mnie nie znasz? Jestem

twoim wujkiem. Pamiętasz mnie? Wujek Davidge!

Drak skulił się na ławce i potrząsnął głową. Potem podniósł

rękę i gestem przywołał pielęgniarza.

— Chcę iść do mojego pokoju. Proszę, pozwólcie mi iść do

mojego pokoju.

Wstałem i chwyciłem Zammisa za przód szpitalnego szla-

froka.

— Zammis, to ja!

background image

Żółte oczy, puste i mętne, spojrzały na mnie obojętnie.
Pielęgniarz położył mi na ramieniu żółtą dłoń.
— Puść go, Irkmaan.
—   Zammis!   —   Odwróciłem   się   do   Neva   i   Gothiga.   —

Powiedzcie coś! 

Drakonski   pielęgniarz   wyjął   z   kieszeni   krótką   skórzaną

pałkę i postukał nią wymownie w otwartą dłoń.

— Puść go, Irkmaan.
Gothig wystąpił do przodu.
— Wytłumacz to!
Pielęgniarz popatrzył na Gothiga, Neva, na mnie i Zammisa. 
— Ten tutaj... ten stwór... przyszedł do nas głosząc miłość,

wyobrażacie sobie, miłość do ludzi! To jest poważne zboczenie,
Jeribo   Gothigu.   Rząd  próbował  cię   osłonić przed   skandalem.
Chcesz w to wciągać ród Jeribów?

Spojrzałem na Zammisa.
—   Coście   mu   zrobili,   wy  kizlode  sukinsyny?   Narkotyki?

Wstrząsy elektryczne? Pranie mózgu?

Pielęgniarz syknął na mnie, potem potrząsnął głową.
— Ty,  Irkmaan  , nie rozumiesz. On nie będzie szczęśliwy

jako  Irkmaan  vul...   ludzki   pachołek.   Pomagamy   mu   funkcjo-
nować w drakońskim społeczeństwie. Uważasz, że źle robimy? 

Popatrzyłem   na   Zammisa   i   potrząsnąłem   głową.   Pamię-

tałem aż za dobrze, jak potraktowali mnie moi ludzcy bracia. 

background image

— Nie. Nie uważam, że źle robicie... po prostu nie wiem.
Pielęgniarz zwrócił się do Gothiga.
— Proszę zrozumieć, Jeribo Gothigu. Nie mogliśmy narazić

rodu Jeribów na taką hańbę. Twój wnuk już prawie wyzdrowiał
i wkrótce rozpocznie program reedukacji. Najpóźniej za dwa
lata będziesz miał wnuka godnego nosić rodowe nazwisko. Czy
to źle?

Gothig   tylko   potrząsnął   głową.   Przykucnąłem   przed

Zammisem i spojrzałem w jego żółte oczy. Ująłem jego prawą
dłoń w obie ręce. 

— Zammis?
Zammis spojrzał w dół, wyciągnął lewą rękę, podniósł moją

lewą dłoń i rozłożył palce. Dotknął wszystkich palców po kolei,
potem spojrzał mi w oczy i jeszcze raz popatrzył na moją dłoń. 

— Tak... — ponownie przeliczył palce. — Raz, dwa, trzy,

cztery, pięć! — Podniósł na mnie wzrok. — Cztery, pięć!

Kiwnąłem głową
— Tak. Tak.
Zammis przyłożył moją rękę do policzka i przytulił mocno. 
— Wujku... wujku. Mówiłem ci, że nigdy cię nie zapomnę.

* * *

background image

Nigdy nie liczyłem lat, które minęły. Mistan ma słowa dla

tych, którzy liczą upływ czasu, jakby w ten sposób określali
swoje miejsce we wszechświecie. Rankami, kiedy na Fyrine IV
trochę się przejaśniało, odwiedzałem grób mojego przyjaciela.

Obok   niego   Estone   Nev,   Zammis,   Ty   i   ja   pochowaliśmy

Gothiga.

Rodzic Shigana zlikwidował posiadłość rodu Jeriba, zabrał

podleczonego   Zammisa   i   przeniósł   się   z   całym   kramem   na
Fyrine   IV.   To   Ty   po   wysłuchaniu   tej   historii   nadał   planecie
nazwę "Przyjaźń". 

Pewnego   burzliwego   dnia   klęczałem   pomiędzy   grobami,

poprawiłem   kilka   obsuniętych   kamieni   i   dołożyłem   kilka
następnych.   Ciasno   zapiąłem   kurtkę   z   wężowej   skóry   dla
osłony przed wiatrem, potem usiadłem i patrzyłem na morze.
Fale   wciąż   się   pieniły   pod   szaro-czarną   pokrywą   chmur.
Wkrótce   nadejdą   mrozy.   Spojrzałem  na   moje   pomarszczone,
zniszczone dłonie, a potem na grób.

— Nie mogłem mieszkać z nimi w kolonii, Jerry. Nie zrozum

mnie źle: tam jest miło. Cholernie miło. Ale ciągle wyglądałem
przez okno, widziałem ocean i myślałem o jaskini. W pewnym
sensie jestem samotny. Ale to dobrze. Wiem, kim jestem i czym
jestem, Jerry, i tylko to się liczy, prawda?

Usłyszałem   hałas.   Przeniosłem   ciężar   ciała   na   pięty,

oparłem dłonie na moich wysuszonych kolanach i dźwignąłem
się na nogi.

background image

Od   strony   kolonii   nadchodził   Drak   z   dzieckiem   w

ramionach. 

Podrapałem się po brodzie.
— Aha, Ty, więc to twoje pierwsze dziecko?
Drak przytaknął.
— Byłbym ci wdzięczny, wujku, gdybyś nauczył go tego, co

musi wiedzieć: rodowodu, Talmanu i życia na Przyjaźni.

Wziąłem   tłumoczek   w   ramiona.   Pulchna   trójpalczasta

rączka   pomachała   w  powietrzu,   potem   chwyciła   fałdę   mojej
kurtki. 

— Tak, Ty, to jest prawdziwy Jeriba. — Podniosłem wzrok

na Ty'a. — Jak tam twój rodzic, Zammis?

Ty wzruszył ramionami.
—   Nie   gorzej,   niż   można   się   spodziewać.   Mój   rodzic

przesyła ci pozdrowienia.

Kiwnąłem głową.
— I nawzajem, Ty. Zammis powinien wyjść z tej klimatyzo-

wanej kapsuły i zamieszkać ze mną w jaskini. To mu dobrze
zrobi.

Ty zachichotał i kiwnął głową.
— Powiem mojemu rodzicowi, wujku.
Stuknąłem się kciukiem w klatkę piersiową.
— Popatrz na mnie! Nie wyglądam na chorego, prawda?
— Nie, wujku.

background image

—   Powiedz   Zammisowi,   żeby   wykopał   za   drzwi   tego

doktora i wrócił do jaskini, słyszysz? 

—   Tak,   wujku   —   uśmiechnął   się   Ty.   —   Potrzebujesz

czegoś?

Przytaknąłem i podrapałem się w kark.
—   Papier   toaletowy.   Kilka   rolek.   Może   kilka   butelek

whisky... nie, zapomnij o whisky. Zaczekam, aż ten tutaj, Haesni,
skończy rok. Tylko papier toaletowy.

Ty ukłonił się.
— Tak, wujku, i życzę ci wielu szczęśliwych poranków.
Niecierpliwie machnąłem ręką.
— Dobrze,  dobrze.  Tylko  nie  zapomnij o  papierze  toale-

towym. 

Ty ukłonił się ponownie.
— Nie zapomnę, wujku.
Odwrócił się i ruszył przez karłowaty las z powrotem do

kolonii. Mieszkałem z nimi przez rok, ale potem przeniosłem
się do jaskini. Nazbierałem drewna, uwędziłem wężowe mięso i
przetrwałem zimę. Zammis oddał mi na wychowanie małego
Ty'a,   a   teraz   Ty   oddał   mi   Haesni.   Pokiwałem   głową   nad
niemowlakiem.

— Twoje dziecko będzie nosiło imię Gothig, a potem...
— Spojrzałem w niebo i poczułem na twarzy wysychające

łzy.

—...a potem dziecko Gothiga będzie nosiło imię Shigan.

background image

Kiwnąłem głową i ruszyłem do rozpadliny prowadzącej w

dół, na poziom jaskini. 

KONIEC

background image

W 1986 roku książka doczekała się znakomitej ekranizacji.

Film w reżyserii Wolfganga Petersena nosi taki sam tytuł jak

książka. W rolach dwóch wrogów wystąpili 

Dennis Quaid i Louis Gossett, Jr.