background image

 

1947 Madras, Bombay 

 
 

A New Approach to Life; The Way of Living; The Way of Peace: Three 
Radio Talks. 
 
Wembley: Krishnamurti Writings 1948, ss. 16. 
 

Przełożyła Wanda Dynowska 

 
Wydane jako: Nowe podejście do życia. 
 

Biblioteka Polsko-Indyjska, Bangalur 1948. Następne wydania: Madras 

1954, Bombaj 1975. 
 
NOWE PODEJŚCIE DO ŻYCIA 
 
Przemówienie radiowe w Madrasie 16 kwietnia 1947 

 
Zdajemy sobie dobrze sprawę z chaosu i cierpienia, jakie panują w nas 
samych i wokół nas. Chaos ten, z punktu widzenia politycznego i 
społecznego, nie jest przejściowym kryzysem, jakich wiele bywało w 

historii, lecz przełomem o wyjątkowej doniosłości. W różnych okresach 

historii miewaliśmy wojny, ekonomiczne zastoje i wstrząsy społeczne. 
Dzisiejszego kryzysu nie można porównać do tamtych, powtarzających się 
co pewien czas zaburzeń, gdyż nie jest on zjawiskiem zachodzącym w 
jakimś poszczególnym kraju, ani też wynikiem jakiegoś jednego systemu, 
religijnego czy społecznego; jest to katastrofa sięgająca samej istoty 

wartości i znaczenia człowieka. Nie należy więc myśleć o kompromisowych 
wyjściach, o łataniu tego co jest reformami, ani też usiłować zastąpić 

jeden system drugim. Aby móc stan dzisiejszy zrozumieć, musimy sami 

przejść rewolucję uczuć i myśli. Bowiem nie tylko zewnętrzne wypadki - 
jakkolwiek straszne były i wstrząsające - sprowadziły obecny chaos i 

mękę; są one raczej wynikiem chaosu i nędzy wewnątrz nas. A więc zanim 

nie zrozumiemy zagadnień jednostki, które stanowią i zagadnienia świata 
całego, nie może być mowy o ładzie w nas samych, a więc i na zewnątrz 
nas. A że to my sami - wy i ja - sprowadziliśmy tę nędzę i upodlenie, 

bezcelowym jest spodziewać się, iż jakikolwiek system dopomoże nam w 

przetworzeniu obecnego stanu. Jako że my sami - wy i ja - jesteśmy 

odpowiedzialni za panujący dziś chaos, więc wy i ja musimy w sobie 
samych dokonać przewartościowania wszystkich wartości. 
 
Owej przemiany wartości nie można wprowadzić żadnym prawodawstwem, ani 

narzucić żadnym zewnętrznym przymusem. Jeśli na nich zechcemy się 
oprzeć, znajdziemy się w nowym wydaniu tego samego chaosu i nędzy. Do 

background image

obecnego stanu tarć i walk przywiodło nas nadawanie największej wagi 
wartościom materialnym i zmysłowym, a te sprowadzają zawsze tępotę 
myśli i chłód serca i czynią życie nasze beztwórczym i mechanicznym. 

 

Pożywienie, odzież, mieszkanie, nie są celem samym w sobie: lecz stają 
się nim, gdy nie rozumiemy czym jest człowiek jako istota psychiczna. 
Odrodzenie może przyjść tylko wówczas, gdy człowiek, jako jednostka, 

jasno zrozumie, jakie czynniki ograniczają jego myśl i uczucia. 

Ograniczenia te sami sobie stwarzamy, bowiem cała nasza umysłowość 
wciąż dąży do zabezpieczenia się, za pomocą własności, rodziny, idei 

czy wierzeń. Owo psychologiczne zjawisko nieustannego dążenia do 
bezpieczeństwa wytwarza konieczność doskonalenia i pomnażania 
przedmiotów - wytworów myśli i rąk. Przedmioty, podobnie jak imię, 

rodzina, wiary i przekonania, nabierają ogromnego znaczenia, gdyż w 
nich szukamy zadowolenia i szczęścia, a gdy nie mogą nam tego dać, myśl 

stwarza sobie inne, wyższe formy wierzeń i zabezpieczeń się. Ale dopóki 
wciąż dążymy do własnej ochrony i bezpieczeństwa, na zrozumienie 
istotnego stosunku człowieka da człowieka nie ma miejsca; stosunek ten 

sprowadza się wówczas do szukania własnej przyjemności i zadowolenia, a 
nie jest procesem odkrywania siebie. Zrozumienie istotnych stosunków 
pomiędzy ludźmi jest niezmiernie ważne. Nie ma życia w odosobnieniu. 
Istnieć znaczy być w pewnym stosunku do wszystkiego co nas otacza; nie 
ma istnienia bez związków i stosunków. Każdy stosunek składa się z 

wyzwania i odpowiedzi. Wzajemne stosunki ludzi stanowią społeczność; 
nie jest ona niezależna od nas, tłum nie jest czymś samoistnym i od nas 
oddzielonym, jest wytworem naszym, naszego stosunku do innych. Stosunki 
i związki tworzą się ze świadomości wzajemnego oddziaływania na siebie. 

Na czymże opierają się one wśród nas? Mówimy, iż na współzależności i 

na wspomaganiu się wzajemnym; ale poza sentymentalnym parawanikiem, 
który przed sobą stawiamy, co jest ich aktualnym, konkretnym podłożem? 
Czyż nie szukanie własnej przyjemności? Jeśli nie spodobam się wam, 
postaracie się mnie pozbyć, jakimkolwiek sposobem, a jeśli się 
spodobam, jesteście gotowi mnie przyjąć za sąsiada, przyjaciela, żonę 

lub nauczyciela. Czyż nie jest to niezaprzeczalnym faktem?. Szukamy 
takich kontaktów z ludźmi, które dają nam przyjemność, a jeśli jej nie 
znajdujemy, lub odmawiają jej nam, odwracamy się i szukamy gdzie 
indziej; staramy się o rozwód lub znosząc niechętnie to, co jest, 

gonimy za zadowoleniem w innym kierunku; zmieniamy nauczyciela, 

wstępujemy do innej organizacji itd. Rzucamy się od jednego stosunku do 
drugiego, zanim nie znajdziemy takiego, który da nam zadowolenie, 
wygodę, spokój itd. Ale gdy w stosunkach z ludźmi szukamy tylko 
samozadowolenia, konflikt staje się nieunikniony. Gdy chodzi nam o 
zabezpieczenie się, zaasekurowanie pewności, która nam się stale 

wymyka, zjawia się walka o posiadanie danego człowieka, o władzę nad 

nim, a w ślad za nimi męka zazdrości i niepewności. Żądza posiadania, 
agresywne żądania, chęć psychologicznego zabezpieczenia się i uciechy, 
są zaprzeczeniem miłości. Mówi się o miłości jako o odpowiedzialności, 
o obowiązku itd. Ale miłości w tym nie ma, co rzuca się w oczy w 

strukturze współczesnego społeczeństwa. Sposób, w jaki traktujemy 

naszych znajomych, przyjaciół, żony, mężów i dzieci, wykazuje zupełny 
brak miłości w naszych wzajemnych stosunkach. 

 
Jakież więc mają znaczenie nasze związki z ludźmi? Obserwując siebie w 
stosunkach z ludźmi, czyż nie dostrzeżemy, iż są one procesem 

odkrywania siebie samych? Czyż nie odsłania nam naszego stanu kontakt z 
innym człowiekiem, jeśli tylko jasno zdajemy zeń sprawę? A więc 
stosunki i związki moje z ludźmi są odkrywaniem siebie, stają się 

background image

pomocą w samowiedzy; uciekamy od tych, które odsłaniają nam 
nieprzyjemne, niepokojące myśli i czyny, do innych, które łagodzą i 
dają nam wygodę. A przecież te, które się opierają na wzajemnym 

zadowoleniu, mają tak małą wartość, i odwrotnie, cenne są te, w których 

odkrywamy siebie. Miłość nie jest stosunkiem. Dopiero gdy ten drugi 
człowiek staje się ważniejszy aniżeli sama miłość, rozpoczyna się 
stosunek rozkoszy i bólu. Ale gdy kochając oddajemy siebie do dna i bez 

reszty, nie ma w tym ani stosunku wzajemnego zadowolenia, ani też 

odkrywania siebie. Miłość nie ma nic wspólnego z samozadowoleniem. 
Piękna jest taka miłość. Nie ma w niej żadnych tarć, jest to stan 

całkowitości i pełni, ekstatycznego bytu. Znamy te momenty, rzadkie, 
szczęśliwe chwile. Gdy przedmiot naszego uczucia staje się ważniejszy 
aniżeli miłość, miłość cofa się i poczyna się konflikt zazdrości, lęku, 

żądzy posiadania itd. Wówczas miłość oddala się jeszcze bardziej, a im 
więcej się oddala, tym bardziej palące staje się zagadnienie stosunku, 

zatraca się jego sens i wartość. Nie można sprowadzić miłości żadną 
dyscypliną, żadnymi określonymi środkami, ani intelektualną do niej 
tęsknotą. Jest to stan bycia, który przychodzi, gdy ustaje działanie 

osobistej jaźni. Ruchów naszej osobowości nie należy opanowywać ani 
tłumić, ani też obawiać się, czy starać ujmować w karby dyscypliny; 
trzeba je rozumieć, trzeba jasno zdawać sprawę z przejawów jej 
działania we wszystkich jej poziomach i warstwach. 
 

Bez samowiedzy nie może istnieć prawdziwa myśl; a myśl zgodna z prawdą 
może zaistnieć w każdym z nas tylko wtedy, gdy widzimy jasno nasze 
codzienne czyny, myśli i uczucia. W takim jasnym, spokojnym zdawaniu 
sobie sprawy, bez cienia potępiania, usprawiedliwiania, czy też 

utożsamiania się, każda myśl może być zrozumiana i doprowadzona do 

swego końca. Tym sposobem, tj. przez wolną od wyborów, jasną świadomość 
umysł oswobadza się od wszelkich stworzonych przez siebie więzów i 
przeszkód; tylko w tym stanie wolności może zaistnieć prawda. 
 
Nie chodzi więc o wyznawanie jakiegokolwiek systemu, religijnego czy 

politycznego, a o to, abyśmy jako jednostki uświadomili sobie jasno 
chaos, konflikt i cierpienie w nas samych. Ale z chwilą, gdy zaczynamy 
być świadomi naszego bólu i walki, niezwłoczną odpowiedzią jest chęć 
ujścia od nich, uciekając w wierzenia, w pracę społeczną czy 

polityczną, identyfikując się z jakimś politycznym ruchem, lewicy czy 

prawicy, albo też w zabawę. Ale uciec od męki i walki nie znaczy 
znaleźć rozwiązanie; odwrotnie, uchodzenie od nich tylko je wzmaga. 
Wyjścia, które podają organizacje religijne jako środki zaradcze na 
obecny chaos, są niegodne uwagi myślącego człowieka; bowiem Bóg, o 
którym mówią, jest Bogiem bezpieczeństwa i spokoju, a nie daje wcale 

zrozumienia chaosu i męki, w jakich żyjemy. Bałwochwalstwo, tj. cześć 

oddawana przedmiotom, wytworom ludzkiej myśli i rąk, tylko pobudza do 
powstania człowieka przeciwko człowiekowi, nie daje żadnego wyjścia, 
nie wskazuje, jak zniweczyć ludzki ból, a tylko jak najłatwiej uciec 
lub odwrócić uwagę, co jeno stępia uczucia i myśl. Podobnie i w 

systemach politycznych ludzie znajdują łatwą ucieczkę od życia obecnej 

chwili, bowiem poświęca się w nich zawsze teraźniejszość dla 
przyszłości. A przecież właśnie teraźniejszość jest jedyną bramą, przez 

którą może przyjść rozumienie. Przyszłość jest zawsze niepewna; tylko 
teraźniejszość może być przetworzona, gdy ogarniemy i zrozumiemy 
głęboko i w całej pełni to, co jest. Więc ani zorganizowane religie ani 

systemy polityczne nie mogą rozwiązać trudności, ani zapobiec chaosowi 
i cierpieniu ludzi. 
 

background image

Człowiek sam, tj. wy sami musicie stanąć twarzą w twarz z obecnym 
chaosem, odrzucić wszystkie systemy i wierzenia i starać się zrozumieć, 
co się w tej chwili w was samych dzieje. Bowiem czym my jesteśmy, tym 

jest świat; nie może być odrodzenia w świecie, zanim nie przetworzymy 

wpierw siebie. Więc punkt ciężkości nie leży w przerabianiu świata, ale 
w przetworzeniu jednostki, tj. nas samych. My jesteśmy światem i nie ma 
świata bez nas. 

 

Dla dokonania się tej przemiany przywódca, kierownik - duchowy czy 
świecki - jest niepotrzebny, jest raczej przeszkodą, staje się 

czynnikiem degeneracji społeczeństwa. Odrodzenie może nastąpić po 
odrzuceniu wszystkich przeszkód, jakimi są zorganizowane religie i 
wierzenia, nacjonalizmy i wszelkie przegrody dzielące człowieka od 

człowieka i podburzające jednego przeciw drugiemu, jak klasy, kasty, 
rasy, systemy itd. Odrodzenie przychodzi gdy zaczynamy zdawać sobie 

jasno sprawę z naszych codziennych myśli, uczuć i czynów. 
 
Prawdę poznamy dopiero wówczas gdy uwolnimy myśl od wszelkich wartości 

i zmysłowych podniet, od wytworów myśli i rąk człowieka. Żadna droga 
nie prowadzi do prawdy. Trzeba zapuścić się na nieznane, nie odkryte 
oceany, by ją spotkać. Nie można nikomu przekazać prawdy, bowiem 
wszystko, co da się przekazać, jest znane, a to, co jest znane, nie 
może być rzeczywistym. Szczęście nie leży w mnożeniu programów i 

systemów, ani w wartościach, które współczesna cywilizacja wytwarza; 
szczęście znajduje się w wolności, którą daje prawość; nie jest ona 
sama w sobie celem, ale ma zasadnicze znaczenie, bowiem tylko w 
wolności, którą przynosi, może zaistnieć prawda. Pogoń za materialnymi 

i zmysłowymi wartościami i nieustanne ich pomnażanie może prowadzić 

tylko do pogłębienia chaosu i nędzy, do dalszych wojen i katastrof. 
 
Pokój i ład mogą zapanować na świecie tylko gdy my, jako jednostki, 
przez samowiedzę, a więc zgodne z prawdą myślenie, nie zaczerpnięte z 
żadnej z ksiąg, nie naśladujące żadnego nauczyciela, odrzucimy to 

wszystko, co wytwarza chaos, starcia i walki. 
 
Celem człowieka nie jest nieustanna męka i walka, jest nim 
urzeczywistnienie miłości i szczęścia, które przychodzą wraz z prawdą. 

 

JAK ŻYĆ? 
 
Przemówienie radiowe w Bombaju 16 lutego 1948 
 
Świat, w którym żyjemy, składa się z jednostek, bez nich nie byłoby 

społeczności. Wszystkie problemy świata sprowadzają się do zagadnienia 

stosunku człowieka do człowieka. Można więc powiedzieć, iż zagadnienie 
jednostki jest zagadnieniem świata. Cały świat nie jest niczym innym 
jak jednostką w jej stosunku do innych, opartym na jej pojęciu o sobie 
samej. 

 

Człowiek jest wytworem całokształtu procesów życia, nie zaś oddzielną 
od świata energią; jego istota nie wyrasta z antagonizmów. Wszystko, co 

oddziałuje na jednostkę, oddziałuje też głęboko na cały świat; nie 
można tych procesów rozdzielić; odrodzenie jednostki odbija się 
niezwłocznie i w całej pełni w przemianie świata. 

 
Głęboka, zasadnicza rewolucja nie może się dokonać bez odrodzenia 
jednostki. A bez rewolucji, od samych podstaw, wszystkich wartości, 

background image

prawdziwy ład nie jest możliwy. Chodzi nam właśnie o wywołanie takiej 
rewolucji. Jest to rewolucja myśli i uczuć, a stąd i czynu. Te trzy 
czynniki nie są oddzielne, stanowią jednolity proces i są współzależne. 

 

Zrozumienie Rzeczywistego - a tylko ono może zapewnić trwałe szczęście 
ludzkości - może dokonać się tylko gdy w naszym własnym życiu zapanuje 
pokój i ład, gdy sami wyjdziemy z panującego chaosu. Zanim tego nie 

zrozumiemy, wszystko, cokolwiek byśmy robili, tylko powiększy chaos i 

cierpienie, prowadząc do dalszych katastrof. 
 

Wy sami, tj. każda jednostka, jest nieskończenie ważniejsza od 
wszystkich systemów religijnych i społecznych. Systemy utrudniają 
człowiekowi zrozumienie jego zagadnień; a nadajemy im dziś więcej wagi 

aniżeli cierpieniu człowieka. Wszelkie wzory i przepisy postępowania 
przekreślają swobodę człowieka i prowadzą do chaosu i męki. Tylko w 

zrozumieniu tego, co jest, teraźniejszości, aktualności, tkwi możliwość 
jej przetworzenia. Można przemienić świat tylko teraz, zaraz, w 
teraźniejszym, nie kiedyś w przyszłości, tylko tutaj, nie gdzie 

indziej. 
 
Jeśli oglądamy się na systemy, które dają zawsze gotowe wzorce 
postępowania, z konieczności wytwarzamy przywódców i kierowników, a ci 
oddalają nas od zasadniczego problemu, tj. naszego własnego cierpienia. 

Nie można pokonać cierpienia żadnym naśladownictwem ani przepisem 
postępowania; żaden przywódca religijny czy polityczny nie jest w 
stanie zaprowadzić ładu w nas; każdy sam musi pojąć swój ból i chaos, 
jaki w nim panuje; jeden i drugi rzutujemy ciągle w świat. Społeczność, 

z całym jej gwałtem i upodleniem, jest to projekcja nas samych. 

Cierpienie nasze pojawia się w różnych warstwach naszej świadomości, 
naszej fizycznej i psychicznej istoty; w każdym może przybierać 
rozmaite formy, lepiej jednak nie zwracać uwagi na te, które są w nas 
odrębne od innych, a skupić się na tych, które są nam wszystkim 
wspólne. 

 
Wszędzie panuje dziś chaos ekonomiczny, a przyczyna jego leży w 
nadawaniu zbytniej wagi przedmiotom materialnym i doznaniom zmysłowym. 
A przecież usiłujemy wciąż usunąć chaos przez dalsze wzmacnianie tych 

samych czynników, przez wzmaganie produkcji, tj. wyrabianie coraz 

większej ilości przedmiotów. Spodziewamy się, iż nowe maszyny dostarczą 
nam coraz więcej zadowolenia, czyli główny nacisk kładziemy na 
posiadanie różnych rzeczy, na własność, imię, klasę. Spójrzmy uważnie 
na siebie i wokół, a przekonamy się, iż własność, imię i klasa nabrały 
dziś niezmiernego znaczenia, a przerost ich musi niechybnie wywoływać 

konflikty pomiędzy ludźmi. Używamy przedmiotów-wytworów ludzkich rąk 

lub maszyny - jako środków do przysłonięcia naszych wewnętrznych 
konfliktów i udręczeń, do ucieczki od tego, co nas trapi. 
 
A więc żaden nowy układ rzeczy, wedle jakiegokolwiek programu, czy to 

lewicy czy prawicy, nie będzie miał znaczenia, zanim nie zrozumiemy 

psychicznej nędzy, chaosu i udręki, w których żyjemy. 
 

Największy nacisk należy położyć na stan walki i konfliktu w nas 
samych. Nieustanne usiłowanie zaprowadzenia ładu w zewnętrznych 
warunkach naszego życia nie ma żadnej wartości, gdyż czynniki 

psychiczne wezmą zawsze górę nad zewnętrznością, choćby była 
najsprytniej zorganizowana i wzięta w mocne karby prawodawstwa. 
 

background image

Wewnętrzne konflikty w nas samych są czynnikiem najważniejszym; 
przejawiają się one w naszym stosunku do przedmiotów, do ludzi i pojęć. 
Właśnie ów fałszywy stosunek jest główną przyczyną cierpienia. Stworzyć 

stosunki i związki pełne prawdy jest zadaniem każdego z nas, którzy 

chcemy znaleźć wyjście z potwornej męki i chaosu świata. 
 
Nie można żyć w odosobnieniu od świata, bowiem istnieć znaczy 

pozostawać w pewnym stosunku i związku ze wszystkim, co nas otacza. Bez 

zrozumienia tego stosunku nie istnieje prawdziwy czyn; to, co zwykliśmy 
nazywać czynem, jest jeno poruszaniem się w ciasnych ramach jakiejś 

ideologii; a taki ruch musi niechybnie sprowadzać dalsze nieszczęścia i 
mękę. Stosunek istotny jest jednoczeniem się z drugim człowiekiem, a to 
staje się niemożliwe gdy silnie akcentujemy naszą odrębność, gdy się 

oddzielamy. W stosunku naszym do ludzi oraz rzeczy kierujemy się 
zazwyczaj chęcią zabezpieczenia się w jakiejkolwiek dziedzinie naszego 

życia. Pogoń za przyjemnością i zadowoleniem, szukanie ich w 
przedmiotach, ludziach i ideach, stwarza wokół nas mur, zamyka i 
oddziela od innych, utrudniając, lub wręcz uniemożliwiając 

zjednoczenie. Łudzimy się sądząc, iż obcujemy bezpośrednio z innymi, w 
istocie spoglądamy na nich z poza muru odosobnienia, nigdy sami spoza 
niego nie wychodząc; stan ten wytwarza coraz większe cierpienie, jak 
dla nas tak dla innych. Stosunki z ludźmi, spoza muru odosobnienia, 
zawsze prowadzą do lęku i okrucieństwa. 

 
Ale związki nasze z ludźmi wcale nie muszą prowadzić do zamykania się i 
oddzielania; mogą być procesem odkrywczym, który nam ukazuje nas samych 
i prowadzi do zrozumienia siebie. Rozumienie takie jest procesem 

jednolitym i wszechstronnym. Prawdziwej samowiedzy, którą zdobywamy 

przez istotny stosunek do ludzi i rzeczy, nie znajdziemy w książkach, 
ani przy pomocy przywódców i nauczycieli duchowych. Jeśli oglądamy się 
na nich, przez to samo uchylamy się od bezpośredniego czynu. 
 
A więc zdanie sobie sprawy ze znaczenia i funkcji naszego stosunku do 

przedmiotów, ludzi i idei ma pierwszorzędną wagę. Cierpienie zjawia się 
nieuniknienie tam, gdzie ów stosunek zamiast być procesem odkrywania 

prawdy o sobie staje się odosabnianiem się. 
 

Gdy przychodzi ból, nie szukajmy ujścia, nie uchylajmy się odeń, 

zwróćmy raczej uwagę na nasz stosunek do różnych rzeczy, bo jest on 
zawsze główną przyczyną naszego cierpienia. Ból jest skutkiem jakiegoś 
fałszu w intencji, w naszych stosunkach i związkach z ludźmi; gdy 

szukamy w nich samozadowolenia, ucieczki lub zabezpieczenia się i 
pewności, gdy zbliżamy się do drugiego człowieka z pewnym z góry 

ułożonym zamiarem lub oczekiwaniem, w podejściu takim tai się zawsze 

pewna forma wyzysku i okrucieństwa. Dlatego tyle jest dziś na świecie 
gwałtu, że istnieje on w samym naszym stosunku do ludzi i rzeczy. 

 

Ideał łagodności jest tylko ucieczką przed zbadaniem i zrozumieniem, 
czym jest gwałt sam w sobie. Człowiek wyznający ten ideał, usiłujący 

nie zadawać żadnej przemocy nikomu, nie szuka przez to samo zrozumienia 

i przetworzenia samego gwałtu od podstaw. Łagodność jest tylko ideałem, 

a gwałt - istniejącą aktualnością; można go zgłębić, pojąć i 
przetworzyć gdy usuniemy fikcję ideału. Pojęcie odwrotnej wartości 
staje się zawsze przeszkodą w zrozumieniu tego, co jest. W odwrotności 

gwałtu ukrywa się także gwałt; nie jest to nigdy miłość, która ukrywa w 
sobie tylko swą własną wieczność. Człowiek goniący za ideałem nie może 
poznać tej miłości nigdy, bowiem interesuje go wciąż stawanie się 

background image

łagodnym, czyli czymś innym niż jest, a to jest zawsze wyrazem naszego 
"ja" (osobowości) w pozytywnej, negatywnej, stwierdzającej czy 
zaprzeczającej formie. Chcąc znaleźć wyjście z cierpienia trzeba 

odrzucić ideał, gdyż nigdy nie można zrozumieć teraźniejszego przez 

pryzmat przeszłego, ale można zrozumieć przeszłe w świetle 
teraźniejszego. 
 

Nie można myślą rozwiązać zagadnienia gwałtu, gdyż zarówno myśl, jak i 

gwałt pochodzą z tego samego źródła. Gwałt zniknie gdy proces myślenia 
ustanie. Ustaje on z chwilą gdy jasna, wszechstronna świadomość, wolna 

od wszelkiego potępiania i usprawiedliwiania, ogarnia i gwałt swym 
współczującym rozumieniem. 
 

W owym zawieszeniu myślenia staje się byt, a bycie jest zawsze twórcze. 
Dopiero w nim jest rzeczywiste, którego szczęście trzeba samemu odkryć, 

aby je przeżyć. 
 
Gwałtów i okrucieństw panujących dziś na świecie nie przezwycięży się 

czynem wzorowanym na żadnych programach, czy to lewicy czy prawicy. 
Gwałt jest symptomem wewnętrznej pustki, której ani on, ani jego 
odwrotność nie może wypełnić; samo usiłowanie zapełnienia tej próżni 
prowadzi do coraz większych okrucieństw. A więc chcąc być wolnym od 
okrucieństwa i gwałtu trzeba przede wszystkim zrozumieć tę swoją 

pustkę, a dokonać się to może gdy będziemy samotni lecz nie 
odosobnieni. 
 
Samotność jest swobodą, wolnością od wszelkich wierzeń, które jak 

rumowiska zapełniają nasze życie. Tylko w takiej wolności - a jest ona 

pełna miłości i rozumienia - przychodzi Rzeczywiste. 
 
Lecz miłość taka nie rodzi się ze stłumienia nienawiści i gwałtu. Tylko 
ten ją pozna, kto spojrzał w twarz nienawiści i nie odwrócił się od 
niej i nie przykrył jej ideałem, bo ideał sam w sobie jest gwałtem, tak 

w intencji jak w rezultacie. 
 
Miłość nie jest celem, ani dalekim końcem naszej żmudnej drogi; ukrywa 
się ona w przyjęciu tego, co jest, to jest prawdy. 

 

W miłości życia jest prawda, ale nie w ideale, który prawdzie tego, co 
jest, w tej chwili zadaje gwałt. Tylko prawda może nas wyswobodzić. A 
tylko w wolności może zaistnieć miłość człowieka. 
 
Wolność, o której mówię, nie jest brakiem zależności, co jest tylko 

odosobnieniem; nie ma ona żadnych, stworzonych przez człowieka granic. 

Jest to swoboda duszy, zrodzona ze współczującego zrozumienia. Jest ona 
zawsze wolnością indywidualną, a nie ekonomiczną czy polityczną utopią. 
Jest ona nieustannym, wewnętrznym odkrywaniem. Nikt nie może nam jej 
udzielić; nie jest ona też wynikiem własnego wysiłku i walki. 

Przychodzi sama, nagle i w milczeniu, gdy patrzymy na własne 

ograniczenia, pełni pokornego rozumienia. 
 

Tylko taka wolność może odnowić świat. Tylko ci, w których zaistnieje, 
nie znają, co to gwałt, bowiem nie zadają go prawdzie; są oni 
zwiastunami największej rewolucji, bo rewolucji ku Prawdzie.  

 
JAK OSIĄGNĄĆ POKÓJ? 
 

background image

Przemówienie radiowe w Bombaju 3 kwietnia 1948 
 
 Każdy z nas, gdziekolwiek się dziś znajduje, zdaje sobie sprawę, iż 

chaos wzmaga się wciąż na świecie. Zatracenie orientacji moralnej i 

upadek wszelkich wartości nie ogranicza się dziś do jakiegoś jednego 
kraju czy klasy; wszędzie, gdzie żyjemy, w każdej warstwie społecznej, 
widzimy, tak w stosunku do zewnętrznego jak i wewnętrznego świata 

pojęć, ten sam chaos, rozterkę, cierpienie, które zdają się nie mieć 

końca. 
 

Wiele proponowano wyjść; ekonomicznych, politycznych, religijnych, 
społecznych; a jednak żaden z istniejących systemów nie przynosi 
pokoju. Wszystkie systemy, ze swymi programami i ideologiami, 

interesują się tylko wprowadzaniem pewnych zewnętrznych zmian, 
załagodzeniem ostrości konfliktu, lecz nie stać ich na dokonanie 

radykalnej przemiany, gdyż dążą do rezultatu, stawiają sobie określony 
cel, wynikający z bardzo powierzchownej wiedzy, wyrachowania, lub 
uprzednich zawodów. Wiedza ich nie jest wszechstronna i jednolita. 

Specjaliści, którzy dostarczają gotowych, obmyślanych formułek, myślą 
tylko o uplanowanych z góry osiągnięciach, a nie umieją zrozumieć 
złożonej psychiki człowieka, dróg jego myśli i uczuć.  
 
Wszystkie systemy, troszcząc się o rezultaty, a nie o środki, jakich 

używają, mogą dostarczyć tylko programów i wzorów działania, oraz 
różnych wariantów tych samych ideologii. Dopóki uważa się, iż pokój 
może przyjść jako wynik przewagi którejś z przeciwstawnych ideologii i 
uzależnia się go od zwycięstwa którejkolwiek z nich, dopóty pokój nie 

może zaistnieć; bowiem i zwycięzca staje nieuchronnie przed klęską, 

gdyż chcąc zwyciężyć, w samym procesie walki wyzwala siły, które go 
obezwładniają. Jeśli naprawdę chcemy pokoju, musimy przede wszystkim 
uznać za nonsens dotychczasowe przekonanie, iż może on przyjść jako 
następstwo walk, jako wynik starć militarnych czy ideologicznych 
wrogów. Pokój nie może być skutkiem żadnych zmagań i walk; pokój jest 

wartością, która zostaje gdy wszystkie konflikty topnieją w ogniu 
rozumienia. Nie jest on odwrotnością walki, ani syntezą przeciwieństw.  
 
Systemy filozoficzne i ekonomiczne są produkowane w znacznych ilościach 

przez specjalistów, z których każdy rywalizuje z innymi o pierwszeństwo 

i władzę. A przecież eksperci mogą tylko przedstawić własne zdanie, ale 
nie są w stanie znaleźć istotnego rozwiązania, gdyż to leży poza 
obrębem wszystkich systemów. Jakiś system może się zdawać technicznie 
dobrym, a jednak być niemożliwym do zastosowania bez użycia siły, a 
pokoju nie można narzucić ani stworzyć przymusem. Nie może być pokoju 

bez usunięcia przyczyn chaosu. Każdy z nas musi jasno zobaczyć 

przyczyny cierpienia zanim da się je usunąć; ale my wolimy oglądać się 
na specjalistów, aniżeli sami przemyśleć całe zagadnienie, bo łatwiej 
jest polegać na ekspertach, politykach i ekonomistach, tworzących 
wspaniałe plany. Ale wszak pokój nie należy do dziedziny pojęć, każdy z 

nas może sam sprawdzić, iż nie jest on wytworem myślowego procesu. 

 
Myśl nasza jest jednostronna, uwarunkowana, przeto ograniczona; a 

ograniczone myślenie jest nieuchronnie błędne i z konieczności rodzi 
konflikty. Poleganie na systemach, choćby teoretycznie doskonałych, 
jest usuwaniem się od odpowiedzialności zajęcia własnego stanowiska 

wobec sprawy pokoju i bezpośredniego dla niej działania. 
 
Wojna, owa wciąż wzrastająca tragedia, jest właściwie tylko krwawym i 

background image

jaskrawo rzucającym się w oczy odbiciem naszego codziennego życia. 
Wojna nie jest przypadkowym zjawiskiem wśród wolnego od 
odpowiedzialności społeczeństwa. Nędza, gwałt, potworny chaos panujący 

dziś w świecie, są bezpośrednim skutkiem naszego codziennego 

postępowania, w stosunku od przedmiotów, ludzi i pojęć; dopóki ten 
stosunek nie zostanie głęboko i w całej pełni zrozumiany, nie może być 
mowy o pokoju. Ani pokój, ani szczęście nie rodzą się same przez się, 

nie rządzi też nimi przypadek. Chcąc zaznać pokoju i szczęścia trzeba 

dać za nie pewną cenę; może się ona wydawać olbrzymia, ale właściwie 
nie jest wcale wielka; jedyną a nieodzowną ceną jest intencja, czyli 

zdecydowane postanowienie utrzymania pokoju w sobie i życia w pokoju z 
naszym bliźnim. Postanowienie to jest zasadnicze. Chcąc osiągnąć pokój 
musimy sami oswobodzić się od wszystkiego, co stwarza tarcia, 

antagonizmy, zazdrości i przemoce. Pokój to jest pewien sposób życia, a 
nie wynik strategii, ze strony jednostki czy też grupy; jest to życie, 

w którym przemoc i gwałt nie są przytłumione przez odwrotny ideał, ale 
głęboko zrozumiane, we wszystkich swych przyczynach i skutkach i 
przetworzone dzięki temu rozumieniu. 

 
Żeby zrozumieć gwałt trzeba sobie jasno zdawać sprawę z różnych jego 
odmian i wyrazów; przyczyny jego bowiem są liczne i złożone. 
Antagonizmy klasowe i nacjonalistyczne, żądza posiadania i zdobywania 
rzeczy oraz władzy, i niezliczone wierzenia obarczające nasz umysł, 

wszystkie one rodzą gwałt. Żądza posiadania, która leży u podstaw 
naszej obecnej cywilizacji, wpłynęła na podział ludzi i rzucenie ich 
przeciw sobie; w naszej żądzy posiadania i rządzenia ludźmi, ich 
myślami, uczuciami i pracą, podzieliliśmy się zarówno na klasy - 

klasowe walki, klasowe rządy, klasowe wojny - jak i na Hindusów i 

Muzułmanów, Amerykanów i Rosjan, na narodowości i wyznania, chłopów i 
robotników. Władanie przedmiotami wytworzonymi pracą rąk jest najmniej 
niebezpieczne i zgubne, ale niewola myślowa, psychiczna, podleganie w 
tej dziedzinie jednego człowieka drugiemu, jest straszliwie niszczące, 
prowadzi do poniżenia i odczłowieczenia. Prawdziwe przyczyny wojny tają 

się w nas samych, w naszej niechęci do zdobycia i utrzymania 
wewnętrznej swobody. Dopóki nie jesteśmy gotowi odrzucić naszych 
wierzeń, dogmatów, ideologii, systemów myślowych, przepisów 
postępowania i różnych przymusów, które są tylko więzami ustanowionymi 

przez społeczeństwo dla łatwiejszego rządzenia, dopóty będą istnieć 

gwałty i wojny. Owe narzucone nam więzy wprowadzają nieuniknienie chaos 
i cierpienie w każdy system społecznego, politycznego, religijnego czy 
ekonomicznego odrodzenia. 
 
A przecież moglibyśmy żyć niezmiernie prosto i mądrze, a więc i w 

pokoju, gdyby myśli nasze i serca nie były obarczone żądzą posiadania 

wartości fizycznych czy psychicznych, wytworów myśli czy rąk. Nasze 
potrzeby w odzieży, pożywieniu i mieszkaniu, mogłyby być z łatwością i 
rozsądnie zaspokojone gdyby nasze życie było wolne od gwałtu. Całkowita 
wolność od przemocy i gwałtu - to miłość. Specjaliści, w ekonomicznej, 

politycznej, społecznej czy religijnej dziedzinie, wiodą nas do 

katastrofy. Każdy z nas powinien postawić sobie za zadanie zbudowanie 
nowej społeczności i nowej kultury, wolnej od przyczyn, które 

spowodowały upadek i rozkład dzisiejszego świata. A więc każdy z nas, 
indywidualnie, powinien zrozumieć, iż tylko jego własna przemiana i 
gotowość dania za pokój właściwej ceny, chętne odrzucenie 

nacjonalizmów, klasowych zabezpieczeń się, ideologii i zorganizowanych 
religii, mogą pokój sprowadzić na świat. Nasza własna przemiana ma 
najwyższą wagę i doniosłość, bowiem my sami jesteśmy przyczyną chaosu w 

background image

świecie, który nas otacza; nasz sposób życia przetwarza niezwłocznie 
świat wokół nas albo też pogłębia jego chaos i cierpienie. 
 

Rzeczą najdonioślejszą jest to, czym sami jesteśmy, a nie twierdzenia 

ekspertów. Nasze codzienne postępowanie jest decydującym czynnikiem w 
sprowadzeniu pokoju; nie ruchy masowe, wywołane fizycznym czy 
psychicznym przymusem dadzą pokój i szczęście ludziom. Zanim nie 

przestaniecie ulegać naciskowi - fizycznemu czy psychicznemu, 

religijnemu czy politycznemu - będziecie wciąż twórcami, a zarazem 
ofiarami, tej potwornej nędzy i męki. Dlatego to wy, jednostki, 

jesteście zagadnieniem całego świata; zagadnieniem jedynym, gdyż 
wszystkie inne problemy wynikają z waszej niechęci zabrania się 
najpierw za siebie i zrozumienia siebie dogłębnie i całkowicie. 

 
Wszystkie problemy świata są waszymi własnymi problemami, tylko 

pomnożonymi i w większej skali. Nie są wam one pod żadnym względem 
obce, są to te same zagadnienia żywności i schronienia, miłości i 
swobody, pokoju i szczęścia. Jesteście cząstką i wyrazem całego świata, 

który też odbija się w was w całej swej pełni. Nie możemy oddzielić się 
od otaczającego nas świata, wpływa na nas wciąż, a my, chcemy czy nie 
chcemy, oddziałujemy nań również. Wszelkie usiłowania usunięcia się od 
świata wiodą nieuchronnie do stępienia myśli i stwardnienia serca. Sami 
stworzyliśmy ten świat takim, jakim jest, sami tez musimy go 

przemienić. Tylko przez nasze własne postępowanie i sposób życia, przez 
odrodzenie siebie do dna, możemy stworzyć nowy świat, wolny od nędzy i 
walki, od wyzysku i wojen. Owo całkowite odrodzenie, owa gruntowna, 
dogłębna przemiana, dokona się w nas, jeśli będziemy świadomi naszych 

myśli, uczuć i czynów. Starajcie się zdawać sobie sprawę z waszego 

postępowania w codziennym życiu, z tego, jak was ogranicza przeszłość i 
otoczenie, jak pamięć kieruje każdym czynem, a także chciwość, 
naśladownictwo i poddawanie się innym. Nie potępiajcie siebie, miejcie 
dla siebie współczucie, ale nie usprawiedliwienie. Wolni zarówno od 
usprawiedliwień, jak i potępień, starajcie się widzieć siebie takimi, 

jakimi jesteście; obserwujcie siebie, swoje myśli, uczucia, czyny, aż 
zrozumienie siebie zaświta. W płomieniu takiego rozumienia rozplątują 
się wszystkie zawiłości, nastaje prawdziwa prostota. I właśnie ta 
prostota myśli i serca dokona przemiany jednostki i sprowadzi 

niezwłocznie zmianę świata, w którym się obraca. 

 
Wówczas staniecie się też świadomi przemocy w waszym codziennym życiu. 
Jeśli potępiacie ją, stworzycie odwrotność, tj. przeciwny ideał, który 
tylko utrwali gwałt, wciągając was w nieskończone ze sobą konflikty. A 
pozostawanie w stanie rozterki jest samo w sobie gwałtem; wyznawanie 

ideału łagodności i dobroci, a jednocześnie życie wciąż w przemocy, 

jest obłudą, zdradą prawdy aktualności, a więc największym gwałtem. 
Ideał jest zawsze czymś, czego nie ma, jest wyobrażoną fikcją, 
odwrotnością tego, co jest. Aktualność jest jedyną rzeczą, która 
konkretnie istnieje. Ideał, będąc fikcją, nie może być skuteczny, 

raczej utrzymuje on nadal gwałt, w takiej czy innej formie. A w 

całkowitej, czujnej i giętkiej świadomości, czym jest gwałt, ze 
wszystkimi jego odmianami, jest właśnie wyzwolenie, wyswobodzenie się 

odeń, a nie tylko podstawianie jakiejś innej jego odmiany. 
 
Tylko miłość może przetworzyć świat. Żaden system, z lewa czy z prawa, 

choćby najsprytniej, najbardziej przekonująco obmyślany, nie może 
przynieść pokoju i szczęścia ludziom. Miłość nie jest ideałem, pojawia 
się tam, gdzie jest szacunek i współczucie, na które wszystkich nas 

background image

stać i niejednokrotnie je odczuwamy. A okazywać je należy wszystkim. 
Jest to wyraz bycia naszej istoty, przychodzi sam przez się, wraz z 
żywością rozumienia. Gdzie pleni się chciwość i zazdrość, gdzie panują 

dogmaty i wierzenia, tam nie może być miłości. Gdzie rządzi nacjonalizm 

i przywiązanie do zmysłowo-wrażeniowych przeżyć, tam nie ma miłości. A 
przecież tylko miłość rozwiązuje wszystkie nasze ludzkie trudności. Bez 
miłości życie jest puste, jałowe, okrutne. Ale aby ujrzeć prawdę 

miłości, każdy z nas musi być wolny od tych zamykających, 

oddzielających procesów psychicznych, które przynoszą rozkład 
jednostce, a zniszczenie i zgubę światu. Pokój i szczęście zjawiają się 

gdy umysł i serce są wolne od wszystkiego, co dzieli człowieka od 
człowieka.  
 

Miłości i Prawdy nie znajdzie się w żadnej księdze, świątyni czy 
religijnej organizacji; przychodzą one same wraz z prawdziwą 

samowiedzą. Obserwowanie i poznawanie siebie jest procesem dość 
żmudnym, ale prostym; tylko wtedy praca ta staje się nad wyraz trudną, 
gdy chcemy osiągnąć określony skutek. Ale patrzenie i proste, jasne 

zdawanie sobie sprawy z naszych myśli, uczuć i czynów, z godziny na 
godzinę, niczego nie potępiając ani usprawiedliwiając, daje samo przez 
się swobodę, przynosi wyzwolenie, w którym jest szczęście i prawda. 
Właśnie ta prawda sprowadzi pokój na świat. Ta prawda uczyni każdego z 
nas, we wszystkich naszych stosunkach, źródłem szczęścia i 

błogosławieństwa dla innych. 
 
Wojny, która zdaje się zbliżać katastrofalnie a nieuniknienie, nie 
zatrzyma żaden spazmatyczny wysiłek dyplomacji, żadna gra zjazdów i 

konferencji, żadne pakty ani traktaty. Tylko dobra wola i życzliwość 

mogą położyć kres wciąż powtarzającym się wojnom. Wszystkie ideologie z 
samej swej natury rodzą konflikty i antagonizmy, a stąd chaos, i 
niweczą wszelką dobrą wolę. 
 
Ideologie stają się najważniejszą rzeczą, a nie jednostka ludzka, 

której szczęście traci się z oczu. Stajemy się wówczas pionkami w grze 
tych, którzy walczą o władzę, a tam, gdzie jest żądza władzy 
indywidualnej czy kolektywnej, tam musi być męka i rozlew krwi. 
 

Droga do pokoju jest prosta, jest to droga miłości i prawdy, a 

rozpoczyna się od jednostki. Tam, gdzie jednostka uznaje, iż jest 
odpowiedzialna za wojny i gwałty, tam pokój znajduje swój pierwszy 
punkt oparcia. Chcąc zajść daleko, trzeba zacząć blisko. Pokój nie 
rodzi się gdzieś poza nami; a serce człowieka od niego samego zależy. 
By pokój zaistniał, trzeba go mieć w sobie. Chcąc położyć kres gwałtom 

każdy z nas musi dobrowolnie oswobodzić się, w sobie, od przyczyn 

gwałtu. Trzeba zacząć z całą pilnością przetwarzać siebie. Myśli i 
serca nasze muszą stać się proste, twórczo przejrzyste i czujne. 
Wówczas dopiero może się zrodzić miłość. A tylko miłość przyniesie 
światu pokój, tylko przez nią pozna człowiek szczęście rzeczywiste. 

 

 
 

1953 Londyn 
 
PRZEMIANA CZŁOWIEKA 

 
 
 

background image

Krishnamurti’s Talks, 1953. Ojai: Krishnamurti Writings 1953, ss. 24. 
Talks in London. 
 

Przełożyła Wanda Dynowska. 

 
Dogłębna przemiana człowieka jako jedyne wyjście z obecnego chaosu. 
Madras: Biblioteka Polsko-Indyjska 1954, ss. 96. Następne wydania: 

Przemiana człowieka. Bombaj: Biblioteka Polsko-Indyjska 1969, 1975. 

 
Tekst na podstawie wydania z 1975. Pozostawiłem interpunkcję, 

wprowadzając zmiany jedynie w paru oczywistych przypadkach; 
uwspółcześniłem pisownię, zamieniłem "strach" na "lęk", dokonałem dwóch 
czy trzech innych drobnych zmian. W.S. 

 
Mowa w Londynie, 30 marca 1953 

 
Zdaje się, iż jednym z najbardziej palących zagadnień w chaosie 
dzisiejszego świata jest pytanie - "co robić?" 

 
W Azji jest głód. Światu grozi wojna. Widzimy niezwykły postęp nauki, a 
niedorozwój w dziedzinie moralnej, pomimo naszych chęci by i w niej 
temu postępowi dorównać. Wśród całego zamieszania jakie  nas otacza, 
najtrudniej, choćby intelektualnie, zrozumieć - co robić, jak myśleć, 

jak postępować. Bo choć oglądamy się jeszcze wciąż na przywódców, ludzi 
nauki czy intelektualnej filozofii, zdaje się jednak iż utraciliśmy 
zaufanie do wszystkich filozofów, wychowawców i uczonych. Im więcej 
obserwujemy co się wokół nas dzieje, tym jaśniej widzimy iż jeszcze 
większy chaos się zbliża. Możemy zrealizować dobrobyt państwowy, nie 

przyniesie to jednak rozwiązania, gdyż sami jesteśmy wewnętrznie 
ubodzy. Możemy mieć wszystkie zewnętrzne warunki składające się na 
wygodne życie - odzież, żywność i dom - ale w sobie czujemy wciąż 

pustkę, niepewność i chaos. Nie jesteśmy wcale radośni, raczej 
zatraceni wśród ogromnej ilości zagadnień i pełni niepokoju; nie wiemy 

gdzie szukać wyjścia, gdzie się zwrócić by znaleźć szczęście i to 
poczucie istoty i treści życia, które nie zależy od żadnej religii, 

żadnej filozofii. 
 

Widząc to wszystko czy nie należałoby zdać sobie sprawy co właściwie 

nazywamy życiem etycznym, moralnością i czy może ona iść równolegle z 
postępem; oraz czy można ją świadomie, wedle z góry ułożonego planu 
rozwijać, tak, aby sprostała temu niezwykłemu postępowi jaki ludzkość 

czyni w innych dziedzinach. Spytajmy siebie czy wewnętrzny postęp jest 
w ogóle możliwy? I czy człowiek nie mógłby być szczęśliwy nie 

podejmując wcale takiego świadomego, umyślnego wysiłku ku moralności? 

Czy można moralność uprawiać? A gdy się ją świadomie rozwija, czy 
prowadzi to do swobody, szczęścia i wewnętrznej twórczości? A może 

moralność jest czymś co się w ogóle nie da kultywować, co jest 

przemianą wewnętrzną nagłą i nieświadomą? 
 

Możemy wprawdzie uprawiać cnotę, rozwijać w sobie i współczucie i 
miłość, ale czy taki intelektualnie postanowiony, świadomie podjęty 
wysiłek by stać się czymś - dobrym, szlachetnym, kochającym - może nam 

przynieść samorzutną, nieświadomą wolność od wszelkich przymusów i 

nakazów jakie współczesne społeczeństwo i nasze własne ograniczenia 

ciągle nam narzucają?  Czyż nie jest więc ważne abyśmy zbadali czy 

takie nieustanne zmagania się i wysiłek ku coraz większemu rozwojowi 
intelektu może nam pomóc w rozwiązaniu choćby jednego z naszych 

background image

palących problemów? Czy nie istnieje przypadkiem zgoła inne do tych 
spraw podejście? Gdy przyjmę świadomie jakiś plan działania i ułożę 
wedle niego swe życie, gdy go przemyślę i intelektualnie zanalizuję, a 

potem wprowadzę w czyn, oczywiste jest iż osiągnę pewne rezultaty, ale 

czy dadzą mi one to poczucie swobody, to napięcie twórcze, które jest 
istotą prawdziwego działania? A może owa twórczość i swoboda przychodzą 
zgoła inaczej, może się je osiąga innymi drogami? 

 

Może byśmy zatrzymali się nieco nad tym zagadnieniem, starając się 
zbadać czy umyślnie podjęte procesy kultury myśli i różne narzucone 

sobie z góry metody, mogą nam pomóc do przekroczenia intelektu? Wszak w 
rozwoju umysłowym zaszliśmy bardzo daleko, ilość zdobytych 
intelektualnych wiadomości jest ogromna; ale wewnętrznie nie ma w nas 

pełni ani bogactwa, jesteśmy ubodzy, a w naszym psychicznym 
"dobrobycie" wciąż od innych zależni. Czai się w nas lęk, szarpie 

niepokój, dręczy poczucie niewoli, spętania. Czy da się przełamać cały 
ten intelektualizm i wyrwać się zeń przez kultywowanie jakiejś jednej, 
a choćby wielu, cnót? Czyż może intelekt oswobodzić nas z naszych 

własnych więzów, czy może uwolnić od lęku lub zbudzić w nas moc 
współczucia? A jednak wciąż tak sobie poczynamy jakby mógł to uczynić. 
Czyż naprawdę może? 
 
Choćbyśmy mieli państwo zabezpieczające dobrobyt obywateli, gdzie 

wszystko byłoby za nas przewidziane i ułożone, będziemy zawsze odczuwać 
brak kochania, głód miłości i ten dojmujący lęk, co się kryje na dnie 
duszy każdego z nas. Czując go staramy mu się przeciwstawić, szukamy 
intelektualnie różnych sposobów obrony - wprost zaprzeczając jego 

istnieniu, lub rozpatrując go i jak najstaranniej analizując, ale 

zawsze myślą, intelektem. A czyż intelekt może zniweczyć to, co sam 
stworzył? 
 
Staramy się uprawiać cnoty i etykę aby dotrzymać kroku postępowi jaki 
czynimy w innych dziedzinach; ale czy takie intelektualne kultywowanie 

moralności przyniesie człowiekowi dobro i szczęście? 
 
Czy to właśnie nie jest dziś jednym z głównych naszych zagadnień? W 
nauce świat czyni niebywałe postępy, więc mówimy sobie "trzeba też 

koniecznie dbać o postęp moralny". Ale im bardziej staramy się uprawiać 

cnotę, tym większy napotykamy opór, i opór ten daje nam poczucie 
"siebie", swego "ja". Czyż tak nie jest? Gdy świadomie, umyślnie 
kultywuję pokorę lub nieustraszoność, czyż przez to jestem naprawdę 
pokorny i wolny od lęku? A gdy usiłuję względem nikogo nie używać 
przymusu, czyż już przez to samo staję się łagodny i kochający? A może 

cnota jest czymś co się nie daje w ogóle kultywować? Człowiek który 

uważa siebie za etycznego, na pewno nim nie jest. A jednak moralność 
musi istnieć; musi istnieć taki stan moralnej tężyzny, nieświadomego 
wewnętrznego zdrowia, który nie jest wynikiem intelektualnego 
uprawiania cnoty. 

 

Nie wiem czy wyrażam się dość jasno. Wydaje mi się iż to zagadnienie 
jest w naszych czasach jednym z najdonioślejszych, gdyż oczywistym się 

staje że aby dorównać i zrównoważyć postęp nauki, człowiek musi uwolnić 
się od swego ciasnego "ja". Jeśli nie zdoła tego uczynić sprowadzi na 
siebie coraz większe nieszczęścia i klęski. A czy można uwolnić się od 

swego "ja" przez uprawianie jakiejś cnoty? Wszak wszystkie religie 
zalecały zawsze swoim wyznawcom wyrabianie cnót, ale owa umyślna, z 
góry postanowiona kultura rozwijała intelekt, ale nie cnoty. Im 

background image

bardziej świadomie uważam się za cnotliwego, tym mniej nim jestem. A 
przecież każda działalność ludzi religijnych, czy też reformatorów 
usiłujących znaleźć rozstrzygnięcie palących problemów, w dzisiejszym 

przełomowym okresie historii świata, opiera się na takim świadomym 

wysiłku ku wyrabianiu w sobie cnót i moralności. Jest to wciąż 
własnowolnie podejmowane usiłowanie. A ja zapytuję czy taki umyślny 
wysiłek może stworzyć istotną etykę i sprowadzić zdrowie moralne, a 

przez to sprostać postępowi wiedzy? 

 
Czy istotna, rewolucyjna przemiana może zależeć od intelektu, czy nie 

dokonuje się ona w jakiejś innej dziedzinie? Wszelka z góry zaplanowana 
rewolucja - ekonomiczna, społeczna czy jakakolwiek inna - należy zawsze 
do sfery intelektu, a ten nigdy nie jest w stanie dokonać przemiany 

zasadniczej, dogłębnej, może tylko tworzyć ciągłość, przedłużając z 
pewnymi odmianami to, co już istniało, a to nie jest prawdziwa 

rewolucja. Zmiany ekonomiczne, intelektualnie przemyślane i 
zaplanowane, nie są przemianą istotną, obejmującą całokształt życia i 
dobrobytu człowieka, są to jeno zmiany na pewnym wąskim odcinku życia. 

A jeśli chcemy pełnej i całkowitej przemiany człowieka, a nie rozwoju 
jakiejś jednej jego cechy, na jednej płaszczyźnie życia, czy nie 
powinno nam chodzić nie tylko o zmianę powierzchniowej warstwy jego 
psychiki, ale o stokroć głębszą, obejmującą jej całość? 
 

A czyż umysł nasz, ten świadomy intelekt jest w stanie sięgnąć w głąb, 
zanalizować całość naszej nieświadomej psychiki i wywołać w niej przez 
to tak zasadniczą przemianę? A przecież jest jasne i oczywiste że 
wewnętrzna przemiana nas samych - podstawowa, dogłębna - jest dziś 

nieodzowną koniecznością. Tej intelekt nie sprowadzi nigdy. To 

całkowite przeistoczenie dokonać się może tylko tam, gdzie jest 
bezpośrednie doznanie Boga, prawdy czy też rzeczywistego, nazwijmy to 
jak chcemy. Umysłowość, intelekt, nie może nigdy tego doświadczyć; 
żadnym, choćby największym wysiłkiem, nie jest w stanie poznać prawdy. 
A każde wierzenie, doktryna, teoria, czy też uprawianie moralności 

należą do dziedziny intelektu, do powierzchniowych warstw naszej 
psychiki. A jednak wciąż usiłujemy doświadczać i pochwycić intelektem 
to, co jest dlań nieosiągalne, co jest całkowicie poza i ponad nim. 
 

Czy można odkryć Boga, prawdę, rzeczywiste myślą, poznać intelektem? 

Czy nie musi to być przeżyte do dna, całą naszą istotą, nie tylko jej 
świadomą, powierzchowną cząstką, ale i całą głębią nieświadomej - gdy 
wszelka myśl ucicha i nic już w nas nie szuka, nie walczy, nie goni za 
jakimś rezultatem, ani też usiłuje wznieść się ponad siebie. Sądzę iż 
niezmiernie ważnym jest byśmy to zrozumieli. Wszystkie nasze wysiłki 

skupiają się jak dotąd w dziedzinie intelektu, jest on bowiem jedynym 

narzędziem jakie posiadamy, rozwijanym przez wiele pokoleń. I tym 
intelektem chcemy znaleźć rzeczywiste, prawdę, Boga, spodziewając się 
iż to nam da szczęście, cnotę i dobro wewnętrzne. Czyż naprawdę sądzimy 
iż można to znaleźć intelektem? A przecież bez sięgnięcia w to co 

rzeczywiste, wszystko co będziemy robić, wszelki, choćby największy 

postęp techniczny, wytworzy tylko coraz większy chaos, sprowadzi coraz 
większe cierpienia, wojny, walki, konflikty. Bez poznania prawdy, cały 

nasz postęp nie ma żadnej wartości. 
 
Jakże więc można odkryć ten nowy stan? Jak obudzić się ku tej 

rzeczywistości, ku tej istotnej, najgłębszej twórczości, która nie jest 
tylko formalnym wyrazem, ani też mitem, legendą czy fantazją? Znaleźć 
ją musimy. Nie ma innego wyjścia. Ale nie intelektem. Intelekt nasz 

background image

jest tworem czasu, pamięci i różnych reakcji - jest lamusem wiedzy 
przeszłości Intelekt sam jest przeszłością. Sama jego natura jest 
urabiana przez czas, przez wieki. A my wszak chcemy znaleźć coś, co 

jest poza czasem, czego nie można nazwać, ani zamknąć w słowa, czego 

nigdy nie ujmie żadne określenie. Bez odkrycia tego jednego, całe życie 
ma tak mały sens; jest tylko nieskończonym szeregiem zmagań się, walk, 
smutków i udręki, nieustających niepokojów i trosk. Jakże więc mamy 

odkryć to rzeczywiste? 

 
Czy stan ten nie odsłania się nam - a raczej czy nie nastaje - gdy 

wielka cisza ogarnia całą naszą istotę? Gdyż o nic wówczas nie proszę, 
niczego nie pragnę, nie jestem cnotliwy ani niecnotliwy; nie myślę o 
własnym postępie, wzroście, ani osiągnięciach, nic nie zdobywam, ani 

się nie spodziewam; znika również ambicja by nowy ład zaprowadzić na 
świecie. Ów ład może nastać gdy znajdę rzeczywiste i prawdę; ona sama - 

bez żadnego z mej strony wysiłku - sprowadzi porządek i ład. Czyż nie 
jest więc ważne by przede wszystkim poznać i zrozumieć siebie, 
wszystkie drogi i wyżłobione koleiny własnych myśli? Bo takie 

rozumienie sprowadza ów stan ciszy, w której dokonuje się nieświadome 
przeistoczenie; przemiana, w której nasze "ja" przestaje być ważne. Gdy 
widzę wszystko to jasno, intelekt uspokaja się, myśl ucicha, i nie 
rzuca się już w poszukiwaniu czegoś, nie żąda, nie wysila się aby się 
czymś stać. I w tym spokoju, w tej wielkiej ciszy, objawia się 

Rzeczywiste. Nie jest to fantazja, ani jakiś wschodni mistycyzm. Bez 
poznania tej prawdy, cokolwiek będziemy robić nie zdołamy odwrócić 
coraz gorszych wojen, katastrof i zniszczeń, bez tego człowiek zawsze 
powstanie przeciw człowiekowi. 

 

Sądzę iż rzeczywistość ta nie może objawić się tam, gdzie nie ma 
samopoznania, tj. poznawania i odkrywania siebie ciągle, w każdej 
chwili, przez obserwowanie siebie w zwierciadle naszego stosunku do 
ludzi i wszystkiego co nas otacza. Tylko to może nam pomóc pozbyć się 
wszystkich co do siebie złudzeń i uchronić myśl od snucia fantazji, w 

które później sama się chroni. Gdy wyrywamy się z sieci różnych pojęć i 
wierzeń, poczynamy rozumieć "to, co jest", tzn. "to, co jest" w 
stosunku naszym do innych. I tak przez nieustanne zdawanie sobie sprawy 
z naszego "ja" w działaniu, odkrywamy drogi i chwyty naszego intelektu; 

a jest to księga której nie sposób odczytać od razu. Człowiek który 

mówi "muszę ją zaraz odczytać i w pełni zrozumieć", nie zrozumie siebie 
nigdy. Jest to księga którą trzeba odczytywać ciągle, od chwili do 
chwili; ale nie należy tego co się odczytało gromadzić jako wiedzy, 
gdyż taka wiedza jeno przeszkadza w doznaniu prawdy; wiedza jest 
nagromadzeniem wspomnień, pamięcią, należy do dziedziny czasu, to tzw. 

postępu. A prawda i rzeczywiste jest poza czasem, nie można tego 

uskładać, ani nagromadzić ku użytkowi. Jawi się gdy myśl jest 
najcichsza; ale ciszy takiej nie przywołają żadne metody ani ćwiczenia, 
rodzi się ona sama, z wszechstronnego rozumienia naszego "ja", dróg i 
działania naszej myśli, przez jasne zdawanie sobie sprawy ze stosunku 

naszego do ludzi i całego świata wokoło. 

 
Więc żadna metoda, żadna kultura cnót nie zbliży nas do prawdy, do 

rzeczywistego; wyrabianie cnót staje się tylko zawadą, przeszkodą; a 
bez doznania prawdy wszelkie zagadnienia i węzły jakie życie wokół nas 
stwarza będą nieustannie się powtarzać. Myśl uspokaja się gdy poczynamy 

rozumieć siebie, i tylko w tym spokoju, w tej zupełnej ciszy całej 
naszej istoty, może objawić się owa rzeczywistość i prawda.  
 

background image

Przysłano mi kilka pytań, postaram się na nie odpowiedzieć, wpierw 
jednak chciałbym wyjaśnić parę punktów. Jeśli ktokolwiek z moich 
słuchaczy spodziewa się odpowiedzi która zagadnienie rozwiąże, czeka go 

zawód; gdyż sam problem jest ważniejszy aniżeli możliwa odpowiedź; 

nasze podejście do zagadnienia jest bardziej pouczające niż szukanie 
jego rozstrzygnięcia. Jeśli wiemy jak podejść i ująć dany problem 
właściwie, przekonany się iż w nim samym, a nie poza nim, kryje się 

jego rozwiązanie. Ale tacy jesteśmy niecierpliwi, tak nam chodzi 

zazwyczaj by od razu znaleźć odpowiedź i środki zaradcze, tak chcemy by 
nam powiedziano co mamy robić, że nigdy nie badamy dostatecznie samego 

problemu. 
 
I jeszcze jedno: jest niezmiernie ważne umieć słuchać. Słuchamy rzadko; 

tyle w nas własnych myśli się tłoczy, tyle kryje sprzeciwów i 
przesądów, lub też tacy jesteśmy oczytani i obarczeni wiadomościami, 

doświadczeniem i wiedzą własną, oraz innych ludzi, iż wszystko to 
przeszkadza nam wsłuchiwać się prawdziwie, nie tylko w to co mówi dany 
mówca, ale w ogóle we wszystko co nas otacza. A im wsłuchiwanie się 

jest głębsze, tym bardziej wzrasta nasze rozumienie. Ale słuchać nie 
jest łatwo. Aby móc prawdziwie słuchać musi w nas panować spokój, nie 
skoncentrowanie gdyż to jest zawsze procesem coś wykluczającym z pola 
naszej uwagi. Ale gdy słuchamy czegoś, gorąco chcąc to zrozumieć i 
ogarnąć, wówczas istotnie możemy odkrywać rzeczy nowe, bo nie ma w nas 

w tej chwili żadnej zapory, ani psychicznych żądań i własnych 
projekcji, bo jesteśmy otwarci i cisi. 
 
Czyż nie jest więc rzeczą doniosłą umieć słuchać - nie tylko mnie - ale 

wszystkiego, przyjaciela, własnej żony, lub dzieci, a nawet polityków, 

tak aby z samego tego procesu słuchania powstawała ufna pewność, która 
nie jest przejawem naszego codziennego "ja". Większość z nas nie 
posiada w ogóle żadnej pewności, przeto staramy się ją wyrobić, a tym 
samym zmienia się ona w egocentryczną pewność siebie, swego "ja" i 
zamyka nas w jego kręgu. 

 
Gdy umiem się wsłuchać, nie tylko we wszystko w koło, ale i we własne 
wewnętrzne impulsy, żądania, napory, wsłuchać się uważnie, a bez 
wyjaśnień ani nadawania im specjalnych interpretacji, wówczas poczynam 

rozumieć "to co jest". Teraz przejdę do odpowiedzi na pytania. 

 
Pytanie: Jeśli człowiek należy do państwa zapewniającego mu wszelki 
dobrobyt, jaki ma cel uczęszczanie na takie jak dzisiejsze zebrania? 
 
Krishnamurti: Istotnie wszelkie nasze fizyczne potrzeby mogą być 

zaspokojone przez państwo. Ale cóż z tego? Czy nie warto zbadać 

dlaczego człowiek tak uparcie goni za utopią w tym fizycznym świecie i 
w nim chce znaleźć zbawienie? Chcemy mieć świetnie zorganizowane 
społeczeństwo, pragniemy widzieć doskonałego człowieka i doskonałe 
państwo, i zatracamy się w tych projektach i planowaniach, zapominając 

o całokształcie procesów jakim jest człowiek. Wszak człowiek to nie 

tylko ta zewnętrzna, fizyczna istota; a gdzież jego wewnętrzny, 
psychiczny świat? Te ogromne opory, lęki, sprzeciwy, troski i 

zahamowania? Jeśli będziemy brali pod uwagę tylko jedną część wielkiej 
całości jaką jest człowiek, pomijając i nie rozumiejąc wszystkich jego 
procesów, nie zapewnimy mu wszechstronnego dobrobytu i szczęścia. Czyż 

nie jest więc ważne by poznać i inne czynniki jego natury, głębokie, 
ukryte pokłady jego psychiki, a nie skupiać uwagi na fizycznym 
dobrobycie jedynie? 

background image

 
Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć aby ten ostatni należało 
zaniedbać, lub usunąć się gdzieś w samotnię, w klasztorne zacisze. Ale 

czyż nie powinniśmy wziąć pod uwagę całego człowieka, i wszystkich jego 

procesów? Jeśli będziemy kłaść nacisk tylko na postęp ku doskonałej 
Utopii, pomijając całą psychiczną głębię człowieka, ten jego ogromny 
świat - trudności, zmagań, pragnień, lęków - zagadnienie człowieka 

pozostanie nie rozwiązane. 

 
Nie sądzę aby można było zrealizować Utopię bez zrozumienia całego 

świata człowieka. Religia - nie wyznania, ani zorganizowane rytuały 
itd. - ale prawdziwa religia, jest odkrywaniem pełnej, całkowitej 
istoty ludzkiej i wszystkich jej wewnętrznych procesów, procesów więc i 

tego co jest poza intelektem. Intelekt nie jest w stanie rozwiązać 
żadnego z naszych problemów, potrzeba nam więc jakiegoś innego 

czynnika, a ten może zaistnieć tylko w wewnętrznej, dogłębnej 
przemianie. 
 

Być może iż większość moich słuchaczy przyszła na to zebranie chcąc się 
przekonać, czy istnieje dla jednostki jakakolwiek możliwość 
przekroczenia ograniczeń swego umysłu i wyjścia poza warunkujące go 
wpływy, aby to własnym przeżyciem odkryć. Ja sądzę że bez przeżycia 
prawdy i rzeczywistego samo ekonomiczne planowanie i wysiłki by 

stworzyć doskonałe państwo, nie zaprowadzą nas daleko. Myślę że 
zaczynamy od złego końca. Jeśli rozpoczniemy właściwie tj. od poznania 
prawdy, wówczas i tamto stanie się możliwe; wówczas doskonałe państwo, 
doskonałe społeczeństwo stanie się osiągalne i będzie miało wartość. 

Ale zaczynać od usiłowań stworzenia doskonałej społeczności, pomijając 

prawdę i rzeczywiste, prowadzi tylko do dalszego chaosu, wraz z obozami 
koncentracyjnymi i likwidowaniem tych z którymi się nie zgadzamy, czyli 
do nie kończących się nigdy walk pomiędzy ludźmi. Ale rozumiejąc cały 
proces naszych zależności i ograniczeń, widząc jakim sposobem umysł im 
podlega - a jakiekolwiek byłyby jego działania i projekcje, intelekt 

będzie zawsze uwarunkowany - rozumiejąc to, może zdołamy go 
przekroczyć. Być może po to właśnie niektórzy z moich słuchaczy 
znaleźli się tutaj. 
 

Pytanie: Obserwuję moje myśli i uczucia, ale nie widzę aby to mnie 

prowadziło naprzód; wciąż wpadam z powrotem w stare koleiny, w rutynę 
myśli powierzchownych i rozbiegających się. Więc co mam robić? 
 
Krishnamurti: Mały, ciasny umysł, obserwujący myśli i odczucia 
pozostaje wciąż w obrębie swoich ograniczeń, nieprawdaż? Jeśli 

umysłowość moja jest płytka, powierzchowna i małostkowa, mogę 

obserwować moje myśli ad infinitum i oczywiście do niczego mnie to nie 
doprowadzi; bo tenże ciasny intelekt spodziewa się zawsze jakichś 
skutków, a wiec patrzy i obserwuje chcąc pewnych określonych 
rezultatów; a że jest płytki i drobnostkowy więc i wszystko co pomyśli 

będzie płytkie i małe - wszystkie moje wiary i bogi, działania i 

sprzeciwy, metody i reguły, będą wciąż ciasne, małe, powierzchowne, 
uwarunkowane moimi własnymi ograniczeniami. Toteż istotnym zagadnieniem 

nie jest: "jak obserwować nasze myśli" ale: "czy jest w ogóle możliwe 
aby intelekt, przy całej swej ciasnocie i płytkości, zdołał sam siebie 
przekroczyć". 

 
Samo obserwowanie myśli i odczuć nic ciasnemu umysłowi nie pomoże; 
obserwuję myśli chcąc je zmienić, czucia aby je przetworzyć; ale istota 

background image

obserwująca, która chciałaby je przerabiać, sama jest ich wytworem, nie 
jest czymś od nich różnym i odrębnym. Wprost bez tych uczuć i myśli nie 
miałaby własnego istnienia. Wszak jestem tworem moich myśli, uczuć, 

przeżyć, doświadczeń, zależności itp., sam jestem tym wszystkim. I oto 

jedna cząstka mnie mówi: "będę obserwować różne moje myśli i uczucia i 
starać się je zmienić, będę usiłować sprowadzić przemianę". Ale to 
"ja", które chce coś z tymi myślami "zrobić" znajduje się samo w 

obrębie i w polu tychże myśli, czyli umysł, ta część mnie która się 

oddziela jako coś wyższego, i stara się opanować i nadać kierunek 
myślom i uczuciom, sama stanowi ich nieodłączną część. 

 
Proszę postarać się przemyśleć tę kwestię teraz, tu, razem ze mną. Czyż 
jestem czymś odrębnym od moich myśli i uczuć? Wszak one to "ja". Jestem 

ich wypadkową; te lęki, niepokoje, tęsknoty, zahamowania, zniechęcenia 
i niezliczone pragnienia i chęci - to "ja", jestem sam tym wszystkim. 

Więc gdy część mnie obserwuje te myślo-czucia i chce im nadać pewien 
kierunek, oczywiście nie doprowadza to do niczego. Wprawdzie mogę je 
nieco przerobić i zmodyfikować, ale istota która tę zmianę wprowadza 

pozostaje nadal mała i ciasna. Cóż więc mam robić? Bowiem widzę 
konieczność zasadniczej, dogłębnej przemiany w całym sposobie mojego 
myślenia i czucia; chciałbym pozbyć się ambicji, lęku w jego 
rozlicznych odmianach i tylu innych czynników mej psychiki. Widzę jasno 
istotną tego konieczność. Ale cóż mam w takim razie zrobić? "Ja", które 

samo składa się z ambicji, lęków, zatorów, zahamowań i pragnień, to 
"ja", które jest tego wszystkiego nieodłączną częścią, starając się to 
przekroczyć, lub sięgnąć poza nie, stworzy tylko nowe powikłania i nowe 
zatory. 

 

Jeśli jasno widzę tę prawdę iż cokolwiek będę robić w stosunku do mych 
zahamowań i zatorów - np. starać się być pogodnym i radosnym, lub coś 
zdobywać, czy też odwrotnie, pozbyć się chęci jakichkolwiek zdobyczy i 
osiągnięć - doprowadzi mnie to nieuniknienie do dalszych powikłań i 
zahamowań; jeśli istotnie ujrzę tę nagą prawdę, czyż nie uznam bezsensu 

borykania się z jakimkolwiek zahamowaniem? Gdyż widzę wówczas iż nie ma 
po co obserwować swych czucio-myśli; obserwowałem chcąc wprowadzić 
jakąś zmianę, chcąc opanować je i urobić na modłę pewnego wzoru 
myślenia i postępowania, ale gdy widzę że "ja" nie różni się od tych 

myśli i uczuć pojmuję iż nie jest ono w stanie ich przetworzyć, może je 

tylko trochę zmodyfikować, ułożyć w nieco inny wzór ale nie zdoła 
radykalnie, rewolucyjnie przemienić całego naszego myślenia. Takie 
przeistoczenie może się stać tylko wówczas gdy "ja" nie jest świadome 
żadnego wysiłku ku zmianie. 
 

Postarajmy się to zrozumieć. Gdy chcemy zmienić jakąś myśl lub czucie, 

zazwyczaj robimy umyślny, świadomy w tym kierunku wysiłek; a przecież 
ta świadomość jest sama wytworem i wypadkową walk, tarć, zmagań się i 
cierpień, oraz chęci rezultatu. Jest to więc z góry uplanowanym 
działaniem naszego intelektu, naszego "ja" i pewnego określonego 

myślowego procesu. A to nie jest przeistoczeniem. Jest to tylko nieco 

zmienioną kontynuacją pewnej myśli. Czyż nie widzimy konieczności i 
wagi przemiany dogłębnej, zasadniczej, sięgającej dna nieświadomego, 

przemiany która musi przyjść samorzutnie, bez żadnego z naszej strony 
wysiłku? Takie przeistoczenie może zaistnieć gdy zrozumiemy całokształt 
procesu naszego myślenia. Toteż rozmyślnie nie robię wówczas nic, 

pojmując iż każda świadoma z mojej strony akcja może tylko zahamować je 

i utrudnić. 
 

background image

Zasadnicza, całkowita przemiana dokonuje się w nas bez udziału woli. 
Póki chcę działać w pewnym określonym kierunku, tylko wzmacniam i żywię 
moje "ja", które wciąż pragnie coś pozmieniać, coś zdobyć, osiągnąć 

jakiś rezultat. Zastanówmy się nad tym, a przekonany się że póki chcemy 

zmienić jakieś przyzwyczajenie, lub sposób myślenia, albo nasz do kogoś 
stosunek, czy też uwolnić się np. od lęku , dopóki świadomie 
postanawiamy i umyślnie zabieramy się do tego przetworzenia, nie udaje 

się nam to nigdy. Ale jeśli potrafimy zdać sobie jasno sprawę z samego 

zjawiska lęku i jego procesu w nas, a potem dać mu spokój, więcej o nim 
nie myśleć, przekonamy się iż coś się w nas dokonuje w głębi, jakaś 

wielka a nieświadoma przemiana, w której lęk znika. 
 
Ale większości z nas przeszkadza nieustanny impuls do działania, do 

robienia czegoś, wprowadzania ciągle jakichś zmian; tymczasem intelekt 
nie jest w stanie nigdy sprowadzić zmiany istotnej i radykalnej. Może 

on tylko to samo nieco inaczej układać czy kształtować; ale nie może 
nigdy uwolnić nas całkowicie od lęku, gdyż sam jest tego lęku wytworem. 
Ale jeśli się zrozumie całość tego procesu, jeśli teraz, od razu, w 

miarę słuchania, ujrzymy go jasno, przekonamy się iż zupełnie 
niezależnie od naszych świadomych wysiłków jakaś przemiana dokonuje się 
w głębi, która uwalnia naszą świadomą psychikę od lęku. 
 
Świadomy intelekt nie może uwolnić nas od niczego; może coś przesuwać, 

przekładać, modyfikować, ale pomimo to lęk wciąż pozostaje na dnie. Aby 
uwolnić się odeń radykalnie, trzeba jasno zdawać z niego sprawę, trzeba 
widzieć go w sobie, a potem odwrócić się niejako, zostawić go, bez 
żadnego osądu, ani wysiłku aby coś z nim "zrobić". Po prostu widzieć że 

w nas jest i trwać cicho, w zupełnym spokoju, a zasadnicza wewnętrzna 

przemiana dokonuje się sama i nie będzie w niej już  miejsca na lęk. 
 
STRONA GŁÓWNA 
 
 

 
UWAGI O ŻYCIU 
 
 

 

Commentaries on Living. From the Notebooks of J. Krishnamurti, t. 1, 
wyd. D. Rajagopal, Victor Gollancz, London 1956.  
 
Tłumaczyła Wanda Dynowska 
 

Uwagi o ludziach i życiu. Biblioteka Polsko-Indyjska, Madras 1959; wyd. 

2 Bombay 1970 
 
 
TRZECH ŚWIĄTOBLIWYCH EGOISTÓW 

 

Przed paru dniami przyszło do mnie trzech świątobliwych egoistów. 
Pierwszy był Sanjaainem, (tj. człowiekiem, który się wyrzekł świata); 
drugi orientalistą, a zarazem wyznawcą wszechludzkiego braterstwa; 

trzeci pracował z całym przekonaniem nad urzeczywistnieniem wspaniałej 

utopii. Każdy z nich był całkowicie oddany swej pracy i patrzył z góry 

na działalność i postawę życiową innych ludzi, każdy też czerpał 

natchnienie i siły z własnych przekonań. Wszyscy trzej byli namiętnie 
przywiązani do swych poglądów, a w każdym na swój sposób zaznaczała się 

background image

dziwna bezwzględność. 
 
Mówili mi - zwłaszcza ów utopista, - iż gotowi są wyrzec się 

wszystkiego dla swych przekonań, nawet siebie i przyjaciół poświecić. 

Byli na pozór łagodni i skromni -najbardziej ten od braterstwa - a 
jednak była w nich jakaś twardość, nieczułość serca i owa szczególna 
nietolerancja, właściwa ludziom którzy się czują czymś lepszym od 

innych. Uważali się za wybranych, którzy są powołani do wskazywania 

drogi innym bowiem sami posiedli wiedzę i są pewni swej słuszności. 
 

Sanjasin w toku poważnej rozmowy, stwierdził że przygotowuje się do 
następnego żywota. Obecny - mówił - może mu dać niewiele, albowiem 
potrafił już przeniknąć na wskroś wszystkie światowe ułudy i oswobodzić 

się od doczesnych spraw. Przyznawał iż ma pewne wady, oraz trudności w 
koncentracji, ale - dodał - w następnym wcieleniu musi dorosnąć do 

ideału, który już dziś widzi przed sobą. Całe jego zainteresowanie i 
energia skupiały się w przekonaniu iż ma się stać kimś wybitnym w 
następnym swym życiu. Rozmawialiśmy dość długo a on wciąż podkreślał z 

naciskiem doniosłość jutra, przyszłości. Przeszłość - mówił - istnieje 
tylko w związku z przyszłością, a teraźniejszość jest jeno przejściem w 
przyszłość; "dziś" może być ciekawe tylko przez wzgląd na jutro. Gdyby 
to jutro nie istniało, po cóż byśmy mieli podejmować jakiekolwiek 
wysiłki? Można by równie dobrze wegetować, lub jak cielę trwać w miłym 

spokoju. 
 
Całe życie było dlań nieustannym przesuwaniem się przeszłości w 
przyszłość poprzez chwilową teraźniejszość; powinniśmy więc używać jej 

- mówił, - aby się stać w przyszłości człowiekiem wybitnym - silnym, 

rozumnym, współczującym. Zarówno teraźniejszość, jak przeszłość 
przemijają, ale w jutrze dojrzewa owoc. Podkreślał wciąż iż dziś jest 
jeno szczeblem i nie należy o nie zbytnio się troszczyć, ani mu nadawać 
wielkiego znaczenia, trzeba natomiast widzieć jasno ideał jutra przed 
sobą i wytrwale ku niemu dążyć, a osiągnie cię cel. Teraźniejszość 

niecierpliwiła go i męczyła niewymownie. 
 
Wyznawca braterstwa był bardziej wykształcony, używał też bardziej 
poetycznego języka; umiał świetnie operować słowami, mówił łagodnie, 

miękko i przekonywująco. On również stworzył idealny obraz siebie w 

przyszłości. Musi stać się nie byle kim. Idea ta wypełniała jego serce, 
toteż już zawczasu starał się gromadzić swoich przyszłych uczniów. 
Śmierć - mówił - jest piękna, gdyż zbliża nas do tej boskiej wizji nas 
samych w przyszłości; a myśl o niej czyni nam życie w tym brzydkim i 
smutnym świecie znacznie łatwiejszym. 

 

Pragnął gorąco przetwarzać i upiękniać świat i pracował szczerze dla 
urzeczywistnienia braterstwa ludzi. Uważał iż ambicja wraz z 
nieodłącznym od niej okrucieństwem i amoralnością jest nieodzowna na 
tym świecie gdzie wszak należy niejednego dokonać; twierdził również, 

iż chcąc prowadzić różne organizacyjne prace, trzeba -  niestety - mieć 

dość twardą rękę. Praca nasza jest ważna, - mówił - gdyż ma pomagać 
ludzkości, więc każdy kto się jej przeciwstawia musi być odsunięty - 

oczywiście łagodnie. Organizacja stworzona dla wykonywania tej pracy ma 
najwyższą wartość, toteż nie możemy dopuścić aby jej utrudniano. "Inni 
mają swoje drogi i metody - dodał, - ale w istocie nasza jest 

najważniejsza, a każdy kto nam w tej pracy przeszkadza, nie jest jednym 
z nas." 
 

background image

Utopista był dziwnym połączeniem idealisty i człowieka na wskroś 
praktycznego. Ewangelią jego nie było dawne, lecz nowe; w to nowe 
wierzył bez zastrzeżeń. Twierdził, iż wic co przyszłość niesie, 

albowiem ta nowa ewangelia dokładnie ja, przepowiedziała. Planem jego 

było najpierw szerzyć zamęt, a potem organizować i przeprowadzać swoje. 
Teraźniejszość - mówił - jest zgniła, trzeba ją zburzyć doszczętnie i 
dopiero po zniszczeniu jej coś nowego zbudować. Trzeba poświęcić 

teraźniejszość dla jutra; człowiek przyszłości jest ważny, los 

człowieka dzisiejszego ma małe znaczenie. "Wiemy dobrze, jak stworzyć 
tego człowieka przyszłości" - mówił - "możemy z łatwością ukształtować 

jego umysł i urobić serce, ale aby dokonać czegoś dobrego, musimy 
wpierw zdobyć władzę; gotowi jesteśmy poświęcić siebie i innych, aby 
stworzyć nowy porządek na świecie; zniszczymy każdego, kto nam stanie 

na drodze, bowiem jakość środków nie ma żadnego znaczenia; cel uświęca 
wszystkie środki". 

 
"Dla osiągnięcia ostatecznego celu tj. pokoju, można używać każdej 
formy gwałtu i przymusu; dla zapewnienia swobody jednostce w 

przyszłości, ucisk i tyrania są dziś nieuniknione. Gdy pochwycimy 
władzę w swe ręce," - stwierdzał" - „będziemy używali wszelkiego 
rodzaju przymusu, byle za wszelką cenę zbudować nowy porządek na 
świecie; by zorganizować bezklasowe społeczeństwo, nie mające żadnych 
kapłanów. Nie odstąpimy nigdy od naszej podstawowej tezy, 

zjednoczyliśmy się z nią całkowicie, ale będziemy zmieniać strategię i 
taktykę w zależności od zmieniających się warunków. Planujemy, 
organizujemy i działamy w jednym celu: by zniszczyć człowieka 
dzisiejszego, a stworzyć człowieka jutra". 

 

Sanjasln, wyznawca braterstwa i utopista, wszyscy trzej żyją dla jutra, 
dla przyszłości. Nie mają, w zwykłym tego słowa znaczeniu, wygórowanych 
ambicji, nie pragną zaszczytów, bogactwa, sławy czy uznania; ambicje 
ich są o wiele subtelniejsze. Utopista utożsamił się z pewną grupą i 
wierząc w jej siłę był pewien iż jest zdolna nadać nowy kierunek życiu 

całego świata; wyznawca braterstwa marzył o wzniesieniu się na wyżyny; 
a Sanjasin o osiągnięciu swego celu - doskonałości. Wszyscy trzej są 
pochłonięci swym własnym stawaniem się, rozwojem i ekspansją swego 
"ja". I nie dostrzegają że właśnie te pragnienia są zaprzeczeniem 

pokoju, braterstwa, prawdziwego szczęścia. 

 
Ambicja w jakiejkolwiek formie - żywiona w imieniu grupy, czy z 
pragnienia osobistego zbawienia lub duchowych osiągnięć - jest 
tłumieniem i odwlekaniem bezpośredniego czynu. Pragnienie wybiega 
zawsze w przyszłość; chęć stania się czymś jutro, kiedyś, w 

przyszłości, hamuje czyn w "dziś". A właśnie "dzisiaj" o wiele więcej 

znaczy aniżeli jutro; chwila obecna zawiera całość czasu; dogłębne 
zrozumienie tego wyzwala nas z więzów czasu. Stawanie się czymś 
dokonywa się zawsze w czasie, jest jego przedłużaniem, a więc i 
przedłużaniem męki. Stawać się jest czymś zgoła innym aniżeli być.   

Być można tylko w teraz, a wejść w stan bytu jest największą z 

przemian. Stawanie się czymś jest jeno formą ciągłości, przedłużaniem 
czasu; a przemiana dogłębna i całkowita, może dokonać tylko w "teraz"; 

tylko w teraz można być. 
 
UTOŻSAMIANIE SIĘ 

 
Co jest przyczyną, że identyfikujemy się z czymś poza sobą, z grupą, 
organizacją, narodem? Dlaczego nazywam siebie chrześcijaninem, hindusem 

background image

czy buddystą, albo zostają członkiem którejś z niezliczonych sekt? 
Należymy do tej czy też innej, religijnej albo politycznej grupy, 
dzięki tradycji lub przyzwyczajeniu, dzięki własnemu impulsowi lub 

przesądom, czy też z lenistwa albo naśladownictwa. A wzorując się na 

innych utożsamiamy się z daną grupą, co kładzie kres wszelkiej twórczej 
myśli i rozumieniu; i człowiek staje się pionkiem w rękach partyjnego 
czy religijnego kierownika, albo swego ulubionego przywódcy. 

 

Parę dni temu ktoś powiedział iż czuje się wyznawcą Krishnamurtiego, o 
kimś innym zaś wspomniał, że tamten należy do innej grupy. Ale mówiąc 

to nie zdawał sobie zupełnie sprawy, co znaczy taka przynależność; a 
nie był to wcale człowiek niemądry, był kulturalny, oczytany, rozsądny, 
nie był też sentymentalny i nie traktował spraw emocjonalnie, raczej 

odwrotnie, patrzył jasno i trzeźwo. 
 

Dlaczegóż został wyznawca, Krishnamurtiego ? Najpierw szedł za wzorem 
innych, należał do rozmaitych grup i organizacji, aż wreszcie poczuł 
się nimi znużony i znalazłszy nowego człowieka stał się jego wyznawcą i 

z nim się utożsamił. Ze słów jego można było wywnioskować że swe 
poszukiwania uważa za skończone. Zarzucił kotwicę, i na tym kończy swe 
wędrówkę odkrywczą. Wybrał i nic już nie będzie mogło ruszyć go z tego 
stanowiska. Zapuści teraz wygodnie korzenie i będzie stosował się z 
żarliwością do wszystkiego co było już, lub jeszcze będzie powiedziane. 

 
Czy takie utożsamianie się z innym człowiekiem jest dowodem miłości? 
Czy obejmuje ono odkrywcze eksperymentowanie? Czy może odwrotnie, 
wszelkie utożsamianie się kładzie kres miłości i samodzielnemu 

odkrywaniu? Wszak identyfikowanie się z czymkolwiek bądź jest formą 

posiadania, stwierdzaniem własności, a czyż uczucie posiadania nie jest 
zaprzeczeniem miłości? Uważać coś za swą własność to upewnić się w 
poczuciu bezpieczeństwa, otaczać się murem, który nas chroni i czyni 
niedosięgalnym. W każdym utożsamianiu się kryje się zawsze mniej lub 
bardziej subtelny opór, a czyż miłość jest rodzajem samoobronnego 

oporu? Czy miłość może w ogóle istnieć tam gdzie jest samoobrona? 
 
Miłość jest bezbronna, giętka, odbiorcza, jest najwyższą wrażliwością, 
a identyfikowanie się niweczy wszelką wrażliwość; nie idzie ono nigdy w 

parze z miłością, jedno wyklucza drugie. Identyfikowanie się z 

czymkolwiek bądź jest w samym swym założeniu procesem myślowym, który 
dąży do zabezpieczenia się i ekspansji; w tym procesie stawania się 
czymś, człowiek musi bronić się i sprzeciwiać, posiadać i odrzucać; 
może w nim zdobyć więcej sprytu i twardości, ale cóż to ma wspólnego z 
miłością? Utożsamianie się niweczy wolność, a tylko w pełnej swobodzie 

może istnieć ta najwyższa forma wrażliwości jaką jest miłość.  

 
Czy identyfikowanie się z czymś jest potrzebne aby móc odkrywać i 
eksperymentować? Czy sam akt poddania się czemuś, czy komuś, nie ucina 
wszelkiej możliwości dociekliwego badania ? Nie można doznać szczęścia 

jakie rodzi się z prawdy, gdy nie eksperymentujemy w odkrywaniu siebie. 

A identyfikowanie się uniemożliwia odkrywczość; jest ono jedną z odmian 
lenistwa; jest jakby doświadczaniem zastępczym - poprzez kogoś innego - 

a więc czymś sztucznym i nieprawdziwym. 
 
Aby móc samemu doświadczać, trzeba skończyć z wszelkim utożsamianiem 

się, jak i ze strachem; lęk uniemożliwia prawdziwe doznania. A u 
podłoża wszelkiego utożsamiania się - z człowiekiem, grupą, ideologią, 
czy teorią - kryje się zawsze strach. Lęk zawsze się czemuś 

background image

przeciwstawia, coś tłumi, budzi chęć samoobrony; a w tym stanie czyż 
można się puścić na nieznane morza? Nie da się znaleźć prawdy i 
szczęścia jeżeli nie podejmiemy takiej odkrywczej wędrówki, badając 

drogi i działania naszego "ja". Wszak nie można odpłynąć od brzegu 

stojąc na kotwicy. Utożsamianie się jest schronem. A wszelkie 
schronienie wymaga obrony; a to, co jest bronione niszczeje szybko. 
Identyfikowanie się z czymkolwiek sprowadza nieodmiennie swe własne 

zniszczenie; stąd powstają ustawiczne starcia i konflikty pomiędzy 

różnymi wiernościami. 
 

Im bardziej staramy się utożsamić z czymś albo odwrotnie walczymy 
przeciw temu, tym większe powstają w nas przeszkody ku rozumieniu. Gdy 
jasno zdamy sobie sprawę z całego procesu utożsamiania się z różnymi, 

zarówno zewnętrznymi jak wewnętrznymi, czynnikami i zrozumiemy że jego 
zewnętrzne wyrazy są tylko projekcją naszej własnej wewnętrznej chęci i 

potrzeby, dopiero wówczas prawdziwe odkrywanie i radość stają się 
możliwe. Ale człowiek, który się z czymś na stałe utożsamił, nigdy nie 
pozna wolności. A tylko w wolności jawi się Prawda. 

 
PLOTKI l ZGRYZOTY 
 
Jakże uderzająco są do siebie podobne! Jedne i drugie rodzą się z 
niespokojnej, rozproszonej myśli. Umysł pełen niepokoju i 

powierzchniowej ruchliwości lubuje się w różnorodnych i ciągle 
zmieniających się wyrazach i działaniach; musi być wciąż czymś zajęty, 
pożąda coraz silniejszych wrażeń i zmiany przedmiotów przyciągających 
jego uwagę; a plotki i obmowy tego wszystkiego mu dostarczają. 

 

Zajmowanie się plotkami jest antytezą wrażliwości i głębszego 
odczuwania. Mówienie o innych, czy to źle czy dobrze, jest ucieczką od 
siebie, a ta z kolei staje się przyczyną rozedrgania myśli. Wszelka 
ucieczka jest z samej swej natury pełna niepokoju. Większość ludzi 
zajmuje się z upodobaniem cudzymi sprawami; wyraża się to między innymi 

w chętnym czytaniu niezliczonych czasopism, które zapełniają cale 
szpalty opisami kradzieży, zabójstw, rozwodów itp. 
 
Interesuje nas co inni o nas myślą, chcemy więc i o nich wszystko 

wiedzieć; liczymy się z ich opinią, stąd powstają różne, brutalne i 

subtelne, formy snobizmu i hołdowania autorytetom. I rozpraszamy się 
coraz bardziej, uzależniając się od rzeczy zewnętrznych; a wewnątrz 
szerzy się w nas pustka. Im więcej uwagi kierujemy ku zewnątrz, tym 
więcej potrzebujemy wrażeń i rozrywek, a ich wpływ czyni całą psychikę 
niespokojną, a myśl rozproszoną, nie zdolną do głębszych odkryć i 

dociekań. 

 
Zajmowanie się plotkami to wyraz rozedrgania myśli; ale samo 
powstrzymywanie się od nich nie dowodzi że umysł jest cichy. Cisza i 
spokój umysłu nie rodzą, się z jakiegokolwiek zaprzeczenia czy 

wyrzeczenia się, przychodzą one wraz z rozumieniem tego co jest. Aby 

zrozumieć to co jest trzeba być niesłychanie czujnym i ogarniać w lot 
każdą rzecz, bowiem to co jest nie pozostaje w bezruchu, nie jest nigdy 

statyczne. 
 
Większość z nas nie czułaby wcale że żyje gdybyśmy się wciąż o coś nie 

kłopotali i nie martwili; nieustanne borykanie się z trudnościami jest 
dla wielu ludzi jakby potwierdzeniem ich własnego istnienia. Po prostu 
nie możemy sobie wyobrazić życia bez jakiejś troski czy kłopotu, i 

background image

zdaje się nam że im więcej nas pochłania jakaś sprawa, tym żywsi 
jesteśmy i bardziej aktywni. A przecie nieustanne naprężenie myśli 
zajętej jakimś problemem -najczęściej przez nią samą stworzonym - tylko 

nuży umysł i stępia wrażliwość. 

 
Co jest przyczyną tego nieustającego zaabsorbowania myśli jakąś 
trudnością lub zagadnieniem? Czy kłopotanie się, jakby cięgle 

przeżuwanie, trosk i zmartwień może coś pomóc i rozwiązać? Czy też 

odpowiedź na nurtujące nas zagadnienie przychodzi sama gdy myśl się 
ucisza? Ale większości ludzi spokój i cisza myśli wydają się czymś 

przerażającym; boją się takiej ciszy w sobie, bo któż wie co się z niej 
może nagle, nieoczekiwanie wyłonić, a ciągłe troskanie się o coś jest 
przed tym ochroną. Psychika która się obawia odkrywać w sobie 

nieoczekiwane musi z konieczności utrzymywać postawę obronną, a 
nieustanne kłopotanie się jest jej samoobroną. 

 
Powierzchniowe warstwy naszego umysłu stały się nazbyt ruchliwe i 
rozedrgane pod wpływem otaczających warunków, przyzwyczajeń, oraz 

ciągłego naprężenia; życie współczesne wzmaga tę zewnętrzną ruchliwość 
i rozproszenie, i to się zmienia również w formę samoobrony. Wszelka 
postawa obronna jest rodzajem oporu i utrudnia rozumienie. 
 
Kłopotanie się o coś jak i plotkowanie jest na pozór wyrazem żywego i 

głębszego zainteresowania, ale przy bliższym badaniu przekonujemy się 
iż wcale nie wynika z żywości odczuwania, lecz po prostu z chęci wrażeń 
i podniet; te wciąż się zmieniają dlatego też przedmioty naszych trosk 
jak i obmów są coraz to inne. Ale ta zmiana jest tylko zmodyfikowane 

formą tego samego. Zarówno plotki jak i zgryzoty mogą zniknąć dopiero 

wówczas, gdy zrozumiemy przyczyny rozproszenia myśli. Samoopanowywanie, 
ćwiczenia i urabianie myśli nie sprowadzą spokoju, tylko stępią i 
zacieśnią umysł i zmniejszą naszą wrażliwość. 
 
Ciekawość nie prowadzi do rozumienia, przychodzi ono wraz z poznawaniem 

siebie. Człowiek który cierpi nie jest niczego ciekaw; sama ciekawość 
wraz z jej spekulatywnymi odmianami, stanowi przeszkodę w samopoznaniu. 
Spekulacje myślowe jak i ciekawość dowodzą tylko niepokoju i 
rozedrgania myśli; a rozproszony choćby najzdolniejszy umysł niweczy 

szczęście i rozumienie. 

 
MIŁOŚĆ A MYŚL 
 
Myśl, z całą swą emocjonalną zawartością, to nie miłość. Myśl 
nieodmiennie miłości zaprzecza, gdyż podstawą jej jest pamięć, a miłość 

nie ma nic z pamięcią wspólnego. Gdy myślimy o kimś kochanym, owa myśl 

nie jest miłością. Możemy sobie przypominać przyzwyczajenia, ruchy, 
sposób bycia, upodobania czy antypatie przyjaciela, i myśleć o miłych 
lub smutnych chwilach czy zdarzeniach w naszym wzajemnym stosunku, ale 
obrazy, które nam pamięć podsuwa, to nie miłość. Myśl z samej swej 

natury zawsze dzieli i wyodrębnia. Poczucie czasu i przestrzeni, 

rozłąki i bólu rodzę się wszystkie z myślowego procesu, a miłość może 
istnieć tylko tam, gdzie len proces ustaje. 

 
Intelekt nieuniknienie wytwarza poczucie własności, ów zmysł 
posiadania, z którego świadomie lub nieświadomie rodzi się zazdrość; a 

gdzie jest zazdrość tam nie może być miłości; a jednak większość ludzi 
uważa właśnie zazdrość za wyraz miłości. Zazdrość i zawiść są zawsze 
wytworem myśli, reakcją emocjonalnych składników intelektu. Gdy 

background image

poczucie posiadania lub bycia posiadanym, napotyka zaporę i 
zahamowanie, tworzy się pustka, którą wypełnia zazdrość zamiast 
miłości. Tyle zawiłych komplikacji i cierpienia powstaje właśnie 

dlatego że myśl chce grać rolę miłości. 

 
Gdy nie myślimy często o kimś bliskim jesteśmy skłonni przypuszczać że 
go nie kochamy; ale czy myślenie o kimś jest miłością? Gdybyśmy na 

przykład spostrzegli że nie myślimy o przyjacielu, którego - wedle 

naszego przekonania - kochamy, bylibyśmy tym niemal przerażeni, 
nieprawdaż? Podobnie gdybyśmy nie zwracali się myślą do kogoś drogiego 

który umarł, wyrzucalibyśmy sobie oziębłość, obojętność, brak 
wierności, i w tym poczuciu staralibyśmy się specjalnie zwracać ku 
niemu myśl, stawialibyśmy przy sobie i wpatrywali się w jego 

fotografie, lub we własne o nim wspomnienia - czyli obrazy myślą lub 
ręką ludzką stworzone; - ale wypełniać serce obrazami wyobraźni to nie 

zostawiać w nim miejsca na miłość. Gdy przyjaciel jest z nami nie 
myślimy o nim, prawda? Tylko w jego nieobecności pamięć przywołuje 
sceny i zderzenia przeżytych z nim, a minionych chwil; czyli poczyna 

odtwarzać to, czego już nie ma, co umarło. I to ożywianie 
nieistniejącej, martwej przeszłości, jakże często nazywamy miłością. - 
Czyli dla wielu ludzi miłość jest ożywianiem tego, co jest już martwe; 
a to jest zaprzeczaniem samemu życiu. Żyjemy więc wciąż martwą 
przeszłością, tym czego nie ma, toteż sami jesteśmy jakoby martwi, choć 

nazywamy to miłością. 
 
Wszelkie procesy myślowe zaprzeczają zawsze miłości. To myśl, a nie 
miłość, stwarza różne komplikacje emocjonalne. Myśl jest największym 

wrogiem miłości. Oddziela to, co jest, od tego co powinno być; i na tym 

podziale i odróżnieniu opiera się cała nasza moralność; ale zarówno 
ludzie moralni jak i amoralni, nie wiedzą, czym jest miłość. Wskazania 
moralne stworzone przez intelekt, aby utrzymać w pewnych ramach 
wzajemne stosunki ludzkie w społeczeństwie, nie mają nic wspólnego z 
miłością; stanowię raczej proces tężenia, na kształt twardniejącego 

cementu. 
 
Myśl nie jest nigdy drogą do miłości; nie może budzić jej ani rozwijać, 
bowiem miłości nie da się hodować jak roślin w ogrodzie. Sama chęć 

wyrabiania jej i kultywowania jest procesem myślowym. 

 
Każdy kto potrafi z pewną dozą czujności obserwować siebie, stwierdzi z 
łatwością, jak wielką rolę odgrywa w jego życiu myśl. Ma ona oczywiście 
swe właściwe miejsce, spełnia swoje zadanie, ale nie ma ono nic 
wspólnego z miłością. Tylko to, co ma jakiś związek z myślą, może być 

przez myśl zrozumiane; a tego, co nie ma z nią żadnego związku, 

intelekt nigdy nie zdoła uchwycić. Spytacie, czymże tedy jest miłość? 
Miłość jest stanem duszy, w którym myśl całkowicie ucicha. Ale samo 
określanie miłości jest procesem intelektualnym, więc nie ma z nią nic 
wspólnego. 

 

Trzeba zrozumieć myśl samą w sobie, a nie starać się schwytać miłość 
myślą. Jednak samo odsunięcie wszystkich myśli nie sprowadza jeszcze 

miłości. Można uwolnić się od intelektualizmu, gdy zrozumiemy w pełni 
prawdziwe znaczenie procesów myślowych; a na to potrzeba głębokiego 
rozumienia siebie; płytkie i powierzchowne o sobie twierdzenia na nic 

się tu nie zdadzą. Umiejętność prawdziwej medytacji, a nie 
przyzwyczajenia myślowe, jasna świadomość i czujność wobec siebie, a 
nie określenia i definicje, odsłaniają nam istotę procesów myślowych. A 

background image

bez doświadczalnego ich poznania miłość się nie objawi. 
 
SAMOTNOŚĆ A OSAMOTNIENIE 

 

Słońce już zaszło, a sylwetki drzew rysowały się. wyraźnie na tle 
ciemniejącego nieba. Szeroka, majestatyczna rzeka płynęła spokojnie i 
cicho; księżyc podnosił się znad horyzontu, wychylając się spoza pni 

dwóch wielkich drzew, ale długie cienie nie kładły się jeszcze na 

ziemię. 
 

Szliśmy spadzistym brzegiem rzeki, a potem ścieżyną biegnącą wzdłuż 
zielonych, pszenicznych pól. Starożytna to była droga; liczyła wiele 
stuleci, tysiące ludzi od wieków nią chadzało; była bogata w tradycją i 

ciszę. Biegła między polami, wśród wielkich mangowych drzew i 
opuszczonych światyniek. Duże ciemniejące plamy ogrodów zaznaczały się 

wyraźnie w zbliżającym cię zmierzchu, a urocza woń groszków pachnących 
unosiła się w powietrzu. Ptaki układały się po gniazdach do snu, a w 
dużym stawie odbijały się pierwsze gwiazdy. 

 
Przyroda nie była słodka ani łaskawa w ten wieczór. Drzewa spowite 
milczeniem i mrokiem wydawały się surowe i skupione w sobie. Minęło nas 
na rowerze paru żywo rozprawiających wieśniaków i znów zapanowała ta 
sama głęboka cisza, spokój który nastaje, gdy rzecz wszelka zdaje się 

samotna i w sobie skupiona. 
 
Ale samotność te nie jest samotnością bolesną ani przerażającą, jest 
ona inna. Jest to samotność samego istnienia, niczym nie skażona, 

bogata pełnią, doskonała. To drzewo tamaryszku opodal, samo w sobie 

skupione, jest tylko i jedynie sobą. Podobnie samą, zwartą i całkowitą 
w sobie jest ta samotność. Człowiek jest sam - jak ogień, jak kwiat, 
ale nie zdaje sobie sprawy z ogromu i nieskazitelności tego stanu. 
Tylko trwając w takiej samotności można wejść w kontakt i prawdziwe 
obcowanie ze wszystkim co nas otacza. Ta samotność to nie zamykanie 

się, ani odpychanie czegokolwiek bądź. Jest ona oczyszczeniem, 
uwolnieniem się od wszelkich motywów, pragnień, dążeń i celów. 
Samotność ta nie jest wytworem umysłu ani jego celem; nie można jej 
chcieć. Gdy taka chęć się w nas pojawia jest ona tylko ucieczką od 

smutku iż nie potrafimy z niczym wejść w żywy kontakt, w prawdziwe 

zjednoczenie. 
 
Samotność bolesna to osamotnienie, z jego lękiem i udręką, nieunikniony 
skutek działania naszego małego "ja". Właśnie ten proces odosabniania 
się - czy to ograniczony i ciasny, czy w swym zasięgu szeroki - stwarza 

zamęt, chaos, konflikty i cierpienia. Odosabnianie się nie może nigdy 

zrodzić prawdziwej samotności; musi ono całkowicie zniknąć, aby mogła 
się pojawić samotność istotna. Ta jest jednolita i niepodzielna; a 
odosabnianie się jest zawsze dzieleniem i wyodrębnianiem. To, co jest 
samo w sobie samotne, jest zarazem giętkie, a więc wytrzymałe. Tylko 

owo samoistnie samotne może wejść w kontakt z tym, co jest bezgraniczne 

i bezprzyczynowe. Dla człowieka który, zna taką samotność - życie jest 
wieczne, nie ma dlań śmierci. Bo to, co jest samoistne nie może 

przestać być. 
 
Księżyc wznosił się teraz ponad wierzchołki drzew, a cienie stawały się 

coraz ciemniejsze i głębsze. Pies gdzieś zaszczekał gdyśmy przechodzili 
koło wioski, wracając brzegiem rzeki. Nurt jej był tak cichy, iż 
chwytał odbicie gwiazd i świateł wielkiego mostu w oddali. Na wysokim 

background image

brzegu stały dzieci; aż do nas dobiegał ich śmiech i kwilenie jakiegoś 
niemowlęcia. Rybacy wytrząsali i układali swe sieci. Nocny ptak cicho 
przeleciał. Z drugiego brzegu dolatywała tęskna pieśń, słowa jej 

brzmiały wyraźnie i przejmująco. Oto znów ta wszechprzenikająca 

samotność życia, które samo w sobie skupione trwa. 
 
OBRZĘDY 

 

Na obszernym dziedzińcu, wśród drzew, stał kościół. Wchodzili tam 
ludzie biali i ciemnoskórzy. Wewnątrz było więcej świateł aniżeli w 

europejskich kościołach, ale urządzenie było zupełnie takie same. 
Właśnie odbywał się piękny obrzęd. Po skończonym nabożeństwie zaledwie 
paru ludzi kolorowych zwróciło się do białych, i odwrotnie; i każdy 

poszedł w swoją stronę. 
 

A na innym kontynencie, na drugim końcu świata, była świątynia, gdzie 
śpiewano sanskryckie strofy i odprawiano Pudżę - obrzęd Hinduizmu. 
Tutaj wierni wypełniający chram należeli do innego typu kultury. Ton i 

rytm słów sanskryckich jest przejmujący i mocny, posiada dziwną powagę 
i głębię. 
 
Można się nawrócić z jednego wyznania na drugie, przejść od jednych 
dogmatów i wierzeń do innych, ale nie można się nawrócić ku rozumieniu 

Rzeczywistego i Prawdy. Można zmienić zdanie i wierzenie, ale Prawda -
Bóg - nie jest sprawą przekonań; jest to doznanie nie oparte na żadnym 
dogmacie ani wierzeniu, ani też na żadnym uprzednio doświadczonym 
przeżyciu. Jeśli przeżywamy coś, co się rodzi z naszego wierzenia 

przeżycie to będzie reakcją przez nie uwarunkowaną. Jeśli przychodzi 

jakieś nagłe, zupełnie nieoczekiwane i bezpośrednie doznanie, a my 
potem na nim opieramy następne, nowe, wówczas będą one tylko ciągłością 
pamięci, reagującej na kontakt z chwilą obecną. Pamięć jest zawsze 
rzeczą martwą, ożywającą tylko przy kontakcie z wiecznie żywą 
teraźniejszością. 

 
Nawrócenie jest zamianą jednego dogmatu lub wierzenia na inne, 
przejściem od jednego rodzaju obrzędów do innych - które nam w danej 
chwili dają więcej zadowolenia, - ale to nie otwiera nam bynajmniej 

drogi do Prawdy. Odwrotnie: szukanie tego, co nam da większe 

zadowolenie przeszkadza ujrzeć Rzeczywiste i Prawdę. A przecież właśnie 
do takich nawróceń dążą różne zorganizowane religie i wyznaniowe grupy; 
usiłują one nawracać ludzi ku bardziej lub mniej logicznym dogmatom, 
przesądom, nadziejom i oczekiwaniom. Zapraszają nas do lepszego 
więzienia. Może ono być wygodne lub niewygodne, to zależy od naszej 

natury i upodobań, ale jest zawsze i w każdym razie więzieniem. 

 
Zarówno w religii jak polityce, na różnych poziomach kultury odbywają 
się wciąż takie nawracania. Organizacje ze swymi przywódcami kwitną i 
prosperują przez utrzymywanie ludzi w obrębie ideologii jakie im 

przedstawiają, czy będą one religijne, czy ekonomiczne. I w tym 

procesie kryje się wzajemny wyzysk. Prawda jest poza wszelkimi 
schematami i ideologiami, poza strachem i nadzieją. Jeśli chcecie 

odkryć najwyższe szczęście Prawdy, musicie zerwać z ograniczeniami 
ideologii, obrzędów i ceremonii. 
 

Intelekt znajduje zabezpieczenie w religijnych i politycznych 
schematach i czerpie z nich silę; właśnie ten fakt nadaje żywotność 
wszelkim zrzeszeniom. Są w nich zawsze starzy bywalcy i nowicjusze; oni 

background image

to utrzymują ruch w organizacjach i podtrzymują ich lokaty i stan 
posiadania; a zasięg wpływów i prestiż stowarzyszenia przyciągają ku 
niemu ludzi hołdujących powodzeniu i światowym mądrościom. Gdy intelekt 

spostrzega że dotychczasowe ramy ideologiczne już go nie zadawalają i 

nic wzmagają jego żywotności, zwraca się do innych wierzeń i dogmatów, 
które nowych dostarczają podniet i zadowolenia i więcej dodaję sił. 
Intelekt jest więc wytworem środowiska, żywi się i odświeża 

zewnętrznymi wrażeniami i utożsamianiem tj. jednoczeniem się z różnymi 

ideologiami; dlatego też trzyma się uparcie reguł postępowania, 
schematów myślenia, itp. Dopóki umysł jest wytworem przeszłości, nigdy 

nie odkryje Prawdy, a nawet nie dopuści by Prawda się objawiła. 
Trzymając się zrzeszeń i organizacji tym samym oddala od siebie 
szukanie Prawdy. 

 
Oczywistym jest że obrzędy stwarzają atmosferę w której uczestnicy 

czują się zazwyczaj miło i dobrze; zarówno jednostkowe jak zespołowe 
rytuały dają pewien spokój myśli i stanowią uderzającą przeciwwagę nudy 
i -uciążliwości codziennego życia. Posiadają dużo swoistego piękna, 

harmonii, rytmu; ale w istocie są podnietami, które, podobnie jak 
wszystkie inne środki podniecające z czasem przytępiają myśl i 
wyziębiają serce. Obrzędy stają się przyzwyczajeniem, tak iż trudno bez 
nich się obejść. I ową tęsknotę do nich, czy też potrzebę ich, uważa 
się za duchowe odnowienie, za wzmocnienie sił by lepiej stawić czoło 

życiu, za codzienną czy cotygodniową medytację itp.; ale wnikając nieco 
głębiej w ten proces, zauważymy iż są one próżnym powtarzaniem, dającym 
wspaniałą, a wielce "szanowną" ucieczkę od konieczności poznawania 
siebie. A bez niego wszelki czyn ma niewielką wartość.  

 

Powtarzanie słów, zdań, śpiewów, chociaż na razie może się zdawać 
podnietą i czynnikiem podnoszącym, w istocie działa usypiająco, A gdy w 
takim przytępionym stanie przychodzą różne przeżycia są one tylko 
projekcjami naszego "ja". Jakkolwiek byłyby przyjemne są zawsze złudne. 
Doznanie Prawdy nie przychodzi pod wpływem żadnych praktyk, ani 

powtarzanych obrzędów. Prawda nie jest celem jakiegoś procesu, ani 
rezultatem dążeń i wysiłków. Nie można jej przywoływać, albowiem nie 
należy do dziedziny myśli. 
 

BOGATY I BIEDNY 

 
Było gorąco i parno, a hałas dużego miasta napełniał powietrze. Ciepły 
wiatr niósł się od morza, a od czasu do czasu zalatywał zapach benzyny 
i smoły. Choć czerwone słonce zapadało już w morze, upał jeszcze nie 
zelżał. Grupa osób która zapełniała przed chwilą pokój, rozeszła się, a 

my wyszliśmy na ulicę.  

 
Papugi jak lśniące zielone błyskawice powracały właśnie na nocne 
legowiska; wylatują one wczesnym rankiem kierując się ku północy, do 
sadów i pól zielonych, w szeroką przestrzeń, a nad wieczorem wracają by 

spędzić noc wśród gałęzi miejskich drzew. Ciekawy jest ich lot, nigdy 

równy, raczej gwałtowny, zuchowaty, hałaśliwy. Nie lecą wprost przed 
siebie, jak inne ptaki, a zataczają kręgi, to w lewo to w prawo, lub 

spadają nagle w listowie drzew. Ze wszystkich ptaków mają chyba 
najbardziej niespokojny lot; ale jakie są piękne, o tym połyskliwym 
złoto-zielonym upierzeniu i czerwonym dziobie! Sępy szpetne i ciężkie, 

długo krążyły nad drzewami aby wreszcie usadowić się na palmach do snu. 
 
Zbliżał się do nas jakiś człowiek grając na fujarce; szedł pod górę nie 

background image

przestając grać. Poszliśmy za nim, Skręcił w jedną z małych uliczek 
wciąż grając. Jakże dziwnie brzmiała ta pieśń fujarki wśród gwaru 
miasta; dźwięki jej przenikały głęboko w serce. Było w nich coś z 

prawdziwego piękna.  

 
Idąc w pewnym oddaleniu za grajkiem, minęliśmy parę wąskich uliczek, aż 
znaleźliśmy się na szerszej i lepiej oświetlonej. Na brzegu chodnika 

siedziała tu grupa ludzi, grajek przyłączył się do niej, a my 

uczyniliśmy to samo. l oto siedzieliśmy wokół niego, a on grał. 
Słuchaczy stanowili przeważnie posługacze, kierowcy taksówek i stróże 

nocni, było też kilkoro dzieci i opodal parę psów. Samochody mknęły 
ulicą; w jednym z nich szofer był przy kierownicy, a w jasno 
oświetlonym wnętrzu siedziała pięknie ubrana dama. Drugi samochód 

przystanął, kierowca wyskoczył i przyłączył się do naszej grupy. 
Wszyscy rozmawiali głośno i wesoło, śmiejąc się i gestykulując; ale 

pieśń fujarki nie przerywała się ani na chwilę; a w tonach jej było coś 
porywającego. 
 

Wkrótce odeszliśmy w stronę morza, szeroką drogą, mijając rzęsiście 
oświetlone domy ludzi zamożnych. Bogatych otacza zazwyczaj swoista, im 
tylko właściwa atmosfera; choćby byli najbardziej kulturalni, 
delikatni, o starożytnych tradycjach i wielkiej ogładzie, cechuje ich 
zawsze jakaś wyniosłość i nieprzystępność, owa niezachwiana pewność 

siebie i jakaś twardość, którą tak trudno przełamać. To nie oni 
posiadają bogactwo, a bogactwo posiadło ich; a to w swych skutkach jest 
gorsze od śmierci. Filantropia jest wyrazem ich pychy i zarozumiałości; 
mniemają iż są włodarzami swych dóbr, dają dużo na cele humanitarne, 

ustanawiają fundacje, tworzą stypendia, więc uważają się za 

dobroczyńców, budowniczych i twórców. Wznoszą kościoły i świątynie. Ale 
ich bóg jest bogiem ich złota. Wobec tak wielkiej nędzy i poniżenia 
wokoło, trzeba doprawdy być bardzo nieczułym aby móc być bogaczem. 
Czasem przychodzą pytać, dyskutować, dociekać jak znaleźć prawdę. Ale 
ludziom bardzo bogatym jak i bardzo ubogim jest niezmiernie trudno 

znaleźć Rzeczywiste. Biedni pożądają bogactw i władzy, a bogaci są 
schwytani w tryby własnego postępowania; a jednak łudzą się że mogą do 
Prawdy się zbliżyć. Spekulują nie tylko w handlu, ale i na temat 
ostatecznej Prawdy; zdają się brać lekko tak jedno jak drugie; ale mogą 

osiągnąć tylko to, co się ukrywa w ich własnym sercu, Ich wierzenia i 

obrzędy, nadzieje i obawy nic mają nic wspólnego z Rzeczywistym, gdyż w 
sercach ich panuje pustka. Im większe są zewnętrzne, na pokaz 
roztaczane zbytki, tym większe wewnętrzne ubóstwo. 
 
Wyrzec się dostatków, wygód i stanowisk i odejść od świata - jest 

rzeczą stosunkowo łatwą; ale na to by odrzucić żądzę bycia czymś i chęć 

stawania się ciągle większym, potrzeba mądrości i rozumienia. Władza 
jaką daje bogactwo jest przeszkodą w rozumieniu Prawdy, podobnie jak i 
siła płynąca z różnych uzdolnień i talentów. Swoisty rodzaj pewności 
siebie, jaki temu towarzyszy, jest najoczywiściej przejawem naszego 

"ja". Ale to poczucie władzy i pewności siebie można przecie odrzucić, 

choć nie jest to łatwe. Natomiast znacznie trudniejsze, bardziej 
subtelne i utajone są impulsy i żądza władzy kryjące się w chęci 

stawania się czymś. Ekspansja, powiększanie swego znaczenia w 
jakiejkolwiek formie - czy to przez bogactwo, czy przez cnotę - jest 
zawsze procesem agresywnym, wytwarzającym tarcia i antagonizmy. 

Intelekt obciążony żądzą stawania się nie może być nigdy spokojny; 
spokoju nie zdobywa się przez ćwiczenia i praktyki, nie jest on również 
wytworem czasu. Spokój jest stanem rozumienia, a żądza stawania się 

background image

temu rozumieniu zaprzecza i je uniemożliwia. Stawanie się - "ja będę" - 
wytwarza poczucie czasu, które jest w istocie odkładaniem rozumienia na 
przyszłość. Myśl: "ja będę" jest ułudą zrodzoną z przekonania o swej 

własnej ważności. 

 
Morze było w lej chwili niespokojne, jak i miasto, ale niespokojność ta 
miała jakowąś głębię i treść. Nisko nad horyzontem zabłysła wieczorna 

gwiazda. Wracaliśmy ulicą pełną autobusów, taksówek i tłumów ludzkich. 

Na chodniku leżał śpiący, prawie nagi, człowiek; był to żebrak, 
wyczerpany, niedożywiony; trudno go było obudzić. A po drugiej stronie 

ulicy rozciągały się zielone trawniki i rozkwiecone krzewy publicznego 
parku. 
 

WIEDZA 
 

Czekaliśmy na pociąg; było późno. Dworzec kolejowy był brudny, 
zatłoczony i hałaśliwy, a powietrze duszne i ciężkie. Duży tłum 
oczekiwał na pociąg jak my; dzieci krzyczały, opodal matka karmiła 

niemowlę, sprzedawcy głośno zachwalali swój towar, roznoszono kawę i 
herbatę, było rojno i gwarno. Chodziliśmy tam i z powrotem po peronie 
obserwując ruch otaczającego nas życia. Wtem zbliżył się do nas jakiś 
człowiek i łamaną angielszczyzną począł mówić; wyjaśniał iż bacznie się 
nam przyglądał i poczuł jakiś wewnętrzny nakaz przemówienia do nas. 

Mówił z dużym wzruszeniem; przyrzekał iż będzie odtąd prowadził życie 
uczciwe i czyste, że od tej chwili nie będzie palił; dodał iż nie 
posiada wykształcenia, jest tylko chłopcem od rikszy. Miał dużo siły w 
wyrazie oczu i miły uśmiech. 

 

Wkrótce nadszedł pociąg. W wagonie przedstawił się nam jakiś pan; był 
to znany uczony, władał kilkoma językami, posługując się każdym 
swobodnie. Był podeszły w latach, dostatni, dumny ze twego 
wykształcenia i pełen ambicji. Mówił dużo o medytacji, ale miało się 
wrażenie że nie opiera się na własnym doświadczeniu. Jego bóg był 

bogiem książkowym. A jego stosunek do życia był tradycyjny i 
prawowierny; wierzył w celowość wcześnie układanych małżeństw i był 
zwolennikiem surowych reguł postępowania. Był przekonany o wyższości 
swej klasy, uważał również iż są duże różnice w umysłowych zdolnościach 

różnych kast. Zdradzał dziwną próżność - dumę z wiedzy i stanowiska. 

 
Słońce zachodziło. Pociąg biegł przez malowniczą okolicę. Stada 
powracały z pastwisk, wzbijając tumany złotawego pyłu. Znad horyzontu 
podnosiły się wielkie czarne chmury, raz po raz dawał się słyszeć 
daleki grzmot. Jakże radośnie śmiała się zieleń pól, jak miło wyglądała 

wioska tuląca się do stóp góry! Zapadał zmierzch. Dostrzegliśmy dużego 

jelenia pasącego się spokojnie na łące, nawet nie podniósł głowy, by 
spojrzeć na przelatujący pociąg. 
 
Wiedza jest błyskiem światła na wąskim odcinku pomiędzy ogromem ciemni 

nieznanego; ale nie jest w stanie ponad ten mrok się wznieść, ani weń 

przeniknąć. Wiedza jest nieodzowna dla techniki, jak węgiel dla 
lokomotywy, ale nie może nigdy sięgnąć w nieznane. Niewiadome nie daje 

się włączyć w kręg znanego. Trzeba odsunąć wszystko co się wie, aby 
niewiadome mogło się objawić. Ale jakież to trudne! 
 

Całą istotą tkwimy w przeszłości, myśl nasza wysnuwa się z tego co 
minęło. Przeszłość to znane, a reakcja przeszłości rzuca zawsze cień na 
to, co jest teraz, co znane nie jest. To nie przeszłość jest nieznana, 

background image

a teraźniejszość. Przyszłość jest jeno przedłużeniem przeszłości 
torującym sobie drogę w jutro poprzez nieznana teraźniejszość. Ów 
odstęp, ów interwał pomiędzy przeszłością a przyszłością wypełniają raz 

po raz świetlne błyski wiedzy, przysłaniając próżnię teraźniejszości; 

ale właśnie w tej próżni ukrywa się cud życia. 
 
Namiętne oddawanie się wiedzy, podobnie jak każdy nałóg, może być 

ucieczką od lęku przed pustką, zawodem, osamotnieniem, od lęku że 

jesteśmy "niczym". Wiedza jest jakby cienką świetlną zasłonką na 
powierzchni niezgłębionego mroku, w który myśl nie jest w stanie 

przeniknąć. Człowiek w lęku przed tym niewiadomym uchodzi w teorie, 
nadzieje, wiedzę, wyobraźnię, i ta wiedza staje się przeszkodą w 
wejściu i rozumieniu nieznanego Odrzucić wiedzę to dopuścić lęk; a nie 

polegać na intelekcie - jedynym narzędziu postrzegania jakie posiadamy 
- to stać się otwartym i bezbronnym wobec smutków jak i radości życia. 

Ale nie łatwo jest odrzucić wszystko co wiemy. Być ciemnym i 
niewykształconym nie znaczy to jeszcze być wolnym od gromadzonej 
wiedzy. Właściwą ciemnotą - niewiedzą - jest brak czujnej 

samoświadomości (self-awareness); a wiedza jest niewiedzą gdy nie 
rozumiemy dróg i reagowań naszego "ja". Zrozumienie siebie jest 
jednocześnie uwolnieniem się od wiedzy. 
 
Można się od niej uwolnić gdy zgłębimy pobudki naszych pożądań i cały 

proces zdobywania i gromadzenia. Ustawiczna chęć zbierania, 
śpichlerzowania wynika z pragnienia bezpieczeństwa i pewności. Szukamy 
zabezpieczenia się w posiadaniu, w potępianiu lub usprawiedliwianiu, a 
z tego rodzi się strach, który uniemożliwia wszelki bezpośredni kontakt 

z życiem. Tam gdzie ten kontakt jest żywy i staje się jednoczeniem się, 

gromadzenie traci swój sens. Wszelkie gromadzenie jest procesem 
samoobrony, który nas oddziela od życia, a wiedza ten proces wzmaga. 
Cześć dla wiedzy jest rodzajem bałwochwalstwa. Nie usuwa ona tarć, 
konfliktów i nędzy naszego istnienia. Płaszcz wiedzy ukrywa wzrastające 
wokół rozterki i cierpienia, ale nigdy nie może nas od nich uwolnić. 

Procesy myślowe nie prowadzą do Prawdy, ani do szczęścia które ona 
daje. Być pewnym swej wiedzy to odwracać się od niewiadomego. 
 
ZACNOŚĆ 

 

Twierdził, iż nie jest chciwy, że zadawala się małym, a życie było dlań 
dotąd łaskawe, choć oczywista i on miał różne udręki, tak nieodłączne 
od ludzkiego żywota. Był to człowiek spokojny i skromny, lubiący aby 
nie naruszano jego łatwej niefrasobliwości. Mówił iż nie jest ambitny, 
ale prosił Boga o zachowanie wszystkiego co posiadał, modlił się za 

rodzinę i za równy bieg swego życia. Był wdzięczny iż los go nie 

zmuszał do stawiania czoła różnym trudnościom i konfliktom, jak to się 
działo z wieloma jego przyjaciółmi. Darzono go coraz większym 
szacunkiem; dawało mu to radość, a myśl że staje się jednym z elity 
była mu miła. Nie pociągały go nigdy kobiety, a życie rodzinne upływało 

harmonijnie, choć oczywiście zwykłe utarczki w małżeńskim stadle nie 

były mu obce. Nie miał specjalnych nałogów, ani rzucających się w oczy 
wad; modlił się często i wielbił Boga. 

 
"Nie mam żadnych osobistych trudności ni problemów, co to może 
oznaczać?" Spytał mnie i nie czekając na odpowiedź z zadowolonym, a 

jednak nieco żałosnym uśmiechem mówił dalej o swej przeszłości, o 
wychowaniu jakie dał dzieciom itd. Zaznaczył mimochodem iż nie jest 
hojny, ale daje coś niecoś, od czasu do czasu, na ile go stać. Był 

background image

przekonany że każdy musi walczyć aby wyrobić sobie w świecie 
stanowisko. 
 

Zacność jest to "nieszczęście", wysusza ona serce i myśl; wślizguje się 

niepostrzeżenie i niweczy wszelką miłość. Być "szanownym" - zacnym - to 
czuć, iż nam się dobrze wiedzie, to wyrobić sobie w świecie stanowisko, 
to wznieść wokół siebie mur pewności i zabezpieczenia, jakie daje 

majątek, powodzenie, władza, zdolności lub cnota. Ta ekskluzywność i 

pewność siebie rodzą niechęć i antagonizm w ludzkich stosunkach, z 
których się składa społeczeństwo. Ludzie szanowni i zacni stanowią 

zazwyczaj śmietankę towarzyską i są nieodmiennie przyczyną tarć i 
trudności. Człowiek "szanowny" jak i lekceważony, obaj są zawsze na 
łasce warunków i okoliczności; wpływ środowiska, ważkość tradycji mają 

dla nich ogromne znaczenie, gdyż ukrywają ich wewnętrzne ubóstwo. Owi 
"zacni" zajmują najczęściej stanowisko obronne wobec życia, są pełni 

obaw i podejrzeń. Lęk kryje się w ich sercu; "święte oburzenie" jest 
ich cnotliwością, a poczciwość i nabożność puklerzem ochronnym. Są jak 
bęben, pusty w środku, lecz głośny gdy się weń uderzy. Nie potrafią 

nigdy otworzyć serca na Prawdę, Rzeczywiste, gdyż podobnie jak i 
pogardzanych pochłania ich troska o własne doskonalenie. Szczęście jest 
nie dla nich, albowiem unikają Prawdy. 
 
Brak chciwości i brak hojności łączą się ściśle ze sobą. Jedno i drugie 

jest procesem zamykania się w sobie, bierną formą egocentryzmu. Będąc 
chciwym trzeba być aktywnym; człowiek żądny czegoś musi walczyć, 
zdobywać, współzawodniczyć, być agresywny. Ale gdy nie ma tego impetu 
nie oznacza to braku chciwości, jest to po prostu zamknięcie się w 

sobie. Wszelki czyn jest ruchem, jest niepokojący, przerywa nasz bierny 

spokój, a nieraz jest trudną i bolesną walką; toteż egocentryzm - owo 
zamykanie się w sobie - pokrywamy słowami: "nie jestem chciwy". Mieć 
hojną rękę nie jest tym samym co mieć szerokie wielkoduszne serce. 
Hojność ręki jest sprawą dość prostą, zależy w dużej mierze od 
zwyczajów i kultury w jakiej wychowaliśmy się; ale szerokość serca ma 

nieskończenie głębsze źródła; znaczenie jego jest bardziej doniosłe, 
albowiem może płynąć tylko z prawdziwego wszechstronnego rozumienia 
(awareness). 
 

Nie być hojnym to znów przyjemne, dogadzające nam, a pełne zaślepienia 

pochłonięcie sobą, w którym trwamy jak w skorupie, nie wychylając się z 
niej na zewnątrz. Człowiek w takim stanie działa, ale jakby w pół śnie; 
a jego własne ruchy nie mogą go obudzić. Obudzenie się jest 
nieprzyjemne, może nawet bolesne, więc zarówno starzy jak młodzi wolą 
aby ich pozostawiono w spokoju, wolą stać się "szanowni" i zacni, czyli 

- martwi. Podobnie jak szczodrość serca tak hojność ręki, jest ruchem 

ku zewnątrz, ku ludziom, a to jest niejednokrotnie przykre, zwodnicze, 
i demaskujące nas wobec siebie samych. Hojność ręki nie jest trudna, 
spotyka się ją często. Szerokości serca nie da się rozwijać ani 
wyrabiać; jest to wolność od żądzy gromadzenia. 

 

Przebaczać może  tylko ten, kto się wpierw uczuł dotknięty, 
skrzywdzony, a to poczucie powstaje u ludzi którzy musieli rozwinąć w 

sobie wpierw dumę i miłość własną. Wielkoduszność i szerokość serca nie 
mogą się zrodzić dopóki istnieje w nas nieustanna pamięć siebie, owego 
- "ja" i "moje". 

 
 
 

background image

Uwagi o życiu SG 
 
J. Krishnamurti: Commentaries on Living; First series, 34. Sincerity 

 

przetłumaczył Szczęsny Górski 
 
34. WIERNOŚĆ ZASADOM 

 

Przed domem ścielił się skrawek trawnika obrzeżony jaskrawymi kwiatami, 
znakomicie utrzymany wielkim staraniem, bo słońce z całej mocy wypalało 

trawę i kwiaty. Za tym uroczym ogródkiem ciągnęły się domy, a dalej 
połyskiwało niebieskie morze z białym żaglem. Z okna rozpościerał się 
widok na ogród, domy i szczyty drzew. Wczesnym rankiem i wieczorem 

morze przyjemnie koiło wzrok.  W ciągu dnia jaskrawy odblask od wody 
trudny był do zniesienia; lecz żagiel nie znikał nawet w samo południe. 

Słońce o zachodzie zatapiało się w falach, znacząc czerwono lśniącą 
smugę. Bez zmierzchu, nad horyzontem zapalała się wieczorna gwiazda i 
rychło nikła. Tuż przed odejściem wieczoru zjawiał się cienki sierp 

młodego księżyca i zaraz także pogrążał się w ruchliwym morzu. Nad 
wodami zapadały ciemności. 
 
Mówił długo o Bogu, o swych porannych i wieczornych modlitwach, 
postach, ślubach, o palących żądzach. Wyrażał się jasno i precyzyjnie. 

Bez wahań znajdował właściwe słowa. Umysł miał doskonale wyćwiczony, 
jak tego wymagał jego zawód. Oczy błyszczały bardzo przytomnie, choć 
była w nim jakaś sztywność. Z całej postawy przebijała nieustępliwa 
stanowczość i brak giętkości. Czuło się jego potężną wolę i choć się 

łatwo uśmiechał, wola nie traciła napięcia, czujna i dominująca. Życie 

miał bardzo uregulowane, a od swych ustalonych nawyków odstępował tylko 
z rozmysłem. Bez woli - powiedział - nie ma cnoty; wola jest konieczna, 
aby przełamać zło. Walka dobra ze złem jest ustawiczna i tylko wola 
może utrzymać zło w szachu. Miał też w sobie pewną subtelność, bo 
uśmiechał się, patrząc na trawnik i barwne kwiaty, lecz nigdy nie 

pozwalał swemu umysłowi zapuszczać się poza granice zakreślone przez 
wolę. Chociaż starannie unikał ostrych słów, gniewu i wszelkich 
przejawów zniecierpliwienia, jego wola nadawała mu szczególny rys 
gwałtowności. Piękno gotów był zaakceptować, jeśli zgadzało się z jego 

planami; lecz zawsze w tle był lęk przed zmysłowością i związanym z nią 

bólem, nad którym starał się zapanować. Był oczytany i gładki w 
obejściu, lecz jego wola towarzyszyła mu jak cień. 
 
Wierność zasadom nigdy nie może być prosta; wierność zasadom  jest 
pożywką dla woli, a wola nie potrafi odsłonić obyczajów  jaźni. 

 

Poznawanie siebie nie jest wynikiem działania woli. Samopoznanie zjawia 
się, gdy obecna jest czujność na reakcje wobec tego co życie niesie. 
Wola odcina te spontaniczne reakcje, a tylko one mogą ujawnić strukturę 
jaźni. Wola stanowi samą istotę pragnienia; jest przeszkodą w jego 

zrozumieniu. Wola nigdy nie może być bierna; a tylko w bierności, w 

czujnej ciszy może pojawić się prawda. Konflikt ma miejsce zawsze 
między pragnieniami, na każdym możliwym ich poziomie. Umacnianie 

jednego pragnienia wobec innych rodzi tylko narastający opór, a opór 
ten jest wolą. Zrozumienie nigdy nie może nastąpić dzięki 
przeciwstawianiu się. Ważne jest nie to, aby pokonać jakieś pragnienie, 

lecz to, aby pragnienie zrozumieć.  
 
Pragnienie aby osiągnąć, zyskać coś, jest podłożem dla wierności 

background image

zasadom; a to dążenie, powierzchowne czy głębokie, sprzyja 
przystosowywaniu się, co jest  zaczątkiem lęku. Lęk ogranicza 
samopoznanie do tego co już zostało doświadczone i tak ginie sposobność 

wyjścia poza doświadczenie. Powstaje w ten sposób ograniczona 

samowiedza, która poszerza tylko i pogłębia poczucie 'ja', przenosząc 
je z czasem na coraz to inne poziomy, a konflikt i ból wciąż trwają. 
 

Możesz z rozmysłem zapomnieć o sobie, czy zatracić się w jakiejś 

działalności, w uprawianiu ogrodu, w ideologii, w rozniecaniu w 
społeczeństwie ostrych nastrojów wojennych; lecz oto utożsamiłeś się z 

krajem, z ideą, z działalnością, z bóstwem. Im bardziej wzniosłe 
utożsamienie, tym szczelniejsza zasłona okrywa twój konflikt i ból. Owo 
pragnienie zjednoczenia się z wybranym przedmiotem rodzi właściwy dla 

wierności zasadom konflikt, który zupełnie zaprzecza prostocie. Możesz 
posypywać głowę popiołem, ubierać się bardzo skromnie, zostać żebrzącym 

pielgrzymem, jednak nie na tym polega prostota. 
 
Prostota i wierność zasadom nie mogą iść nigdy w parze. Ktoś kto się z 

czymś utożsamił, na jakimkolwiek poziomie, może być temu wierny, lecz 
nie jest prosty. Wola bycia kimś jest wręcz przeciwieństwem prostoty. 
Prostota pojawia się wraz z wolnością od zachłannego dążenia do 
osiągnięć. Osiągnięcie polega na utożsamieniu się, zaś utożsamianie się 
jest wyrazem woli.  

 
Prostota to czujna, bierna uważność, w której nie ma miejsca na 
obserwatora utrwalającego w pamięci obserwację. Samo - analiza 
uniemożliwia  tego rodzaju negatywną czujność; w przypadku analizy 

obecny jest zawsze motyw - aby być wolnym, aby zrozumieć, aby coś 

uzyskać - a to pragnienie jedynie umacnia świadomość odrębnego 'ja'. 
Także introspekcyjne wnioski unieruchamiają nurt poznawania jego 
natury. 
 
 

 
1968 Madras 
The Art of Seeing, w: The Awakening of Intelligence, London: Victor 
Gollancz 1973, s. 187-195. 

 

© Krishnamurti Foundation Trust Ltd 
 
przełożył Wojciech Sady 
 
Madras, 3 stycznia 1968 

 

Mówiliśmy niegdyś, jak bardzo ważne jest obserwowanie. To prawdziwa 
sztuka i musimy jej poświęcić ogromną uwagę. Widzimy w sposób 
niesłychanie cząstkowy, nie spostrzegamy kompleksowo, całym umysłem lub 
pełnym sercem. Jeśli zaś nie opanujemy tej nadzwyczajnej sztuki, to 

wydaje mi się, że będziemy funkcjonować, żyć, używając drobnej tylko 

części naszego umysłu, bardzo małego segmentu mózgu. Nie widzimy 
niczego w pełni z różnych powodów: jesteśmy tak zaabsorbowani własnymi 

problemami, lub tak uwarunkowani, obarczeni takim ciężarem wierzeń, 

tradycji, przeszłości, że to faktycznie uniemożliwia nam widzenie lub 

słyszenie. Nie widzimy drzewa, widzimy to drzewo poprzez wyobrażenie, 

jakie o nim mamy, poprzez pojęcie o nim; ale pojęcie, wiedza, 

doświadczenie to coś całkiem innego niż to faktyczne drzewo. Tutaj 
otacza nas na szczęście mnóstwo drzew i jeśli, w miarę jak będę mówił 

background image

na temat widzenia, rozejrzycie się wokół, jeśli faktycznie popatrzycie, 
to stwierdzicie, jak niesłychanie trudno jest widzieć to wszystko tak, 
aby żadne wyobrażenie, żadne sito nie pojawiało się między widzeniem a 

rzeczywistym faktem. Proszę, uczyńcie to, nie wpatrujcie się we mnie - 

popatrzcie na to drzewo, stwierdźcie, czy możecie widzieć je w pełni. W 
pełni, to znaczy całym umysłem i sercem, nie ich fragmentami, to 
bowiem, w co chcemy wniknąć tego wieczoru, wymaga takiej obserwacji, 

takiego widzenia. Jeśli tego naprawdę nie zrobicie (nie teoretyzując, 

intelektualizując czy podnosząc różne nieistotne kwestie), to obawiam 
się, że nie będziecie umieli dokładnie śledzić omawianego tu wspólnie 

przedmiotu. 
 
Nie widzimy, nie słyszymy naprawdę tego, co mówi ktoś inny; jesteśmy 

albo uczuciowi, albo sentymentalni, albo bardzo intelektualni - co 
oczywiście uniemożliwia nam prawdziwe widzenie tej barwy, piękna tego 

światła, drzew, ptaków, słyszenie tych kruków; nigdy nie nawiązujemy 
bezpośredniej więzi z tymi rzeczami. I bardzo wątpię, czy wchodzimy z 
czymkolwiek w związek, nawet z własnymi ideami, myślami, motywami, 

wrażeniami; zawsze istnieje wyobrażenie, które obserwuje, nawet gdy 
obserwujemy samych siebie. 
 
A zatem koniecznie trzeba zrozumieć, że akt widzenia jest jedyną 
prawdą; innej nie ma. Jeśli wiem, jak widzieć ptaka, drzewo lub piękną 

twarz, albo uśmiech dziecka - one są, niczego więcej czynić nie muszę. 
Ale to widzenie ptaka, liścia, słyszenie ptasiego świergotu, staje się 
niemal niemożliwe z powodu wyobrażeń, któreśmy wznieśli, nie 
dotyczących tylko przyrody, ale i innych. I te wyobrażenia faktycznie 

uniemożliwiają nam widzenie i odczuwanie; odczuwanie nie mające nic 

wspólnego z sentymentalizmem i wzruszeniami. 
 
I, jak powiedzieliśmy, widzimy wszystko fragmentarycznie, będąc od 
dzieciństwa przyuczeni, by patrzeć, obserwować, uczyć się, żyć we 
fragmencie. Istnieje zaś ogromny obszar umysłu, z którym się nie 

stykamy i którego nie znamy; ten umysł jest ogromny, bezgraniczny, my 
jednak się z nim nie stykamy, nie znamy tej jego cechy, nigdy bowiem 

nie patrzyliśmy na nic w pełni, całością naszego umysłu, serca, naszych 
nerwów, oczu, uszu. Dla nas niesłychanie ważne jest słowo, pojęcie, a 

nie akt widzenia i działania. Ale posiadanie pojęcia, będącego 

przekonaniem, ideą - posiadanie go - życie pojęciowe uniemożliwia nam 
rzeczywiste widzenie i działanie. Dlatego właśnie powiadamy, że mamy 
problemy z działaniem - co czynić, a czego nie - i między działaniem a 

pojęciem powstaje konflikt. 
 

Proszę, obserwujcie to, o czym mówię, nie słuchajcie tylko słów mówcy, 

ale obserwujcie siebie, używając mówcy jako lustra, w którym widzicie 
własne odbicie. To, co mówca ma do powiedzenia, jest zupełnie nieważne, 

sam zaś mówca w ogóle ważny nie jest, ważne jest tylko to, co zyskacie 

obserwując siebie. Albowiem dokonać się musi totalna rewolucja, 
globalne przeobrażenie naszych umysłów, sposobów życia, uczuć, 

codziennych zachowań. Wywołanie zaś takiej fundamentalnej, głębokiej 
rewolucji możliwe jest jedynie wtedy, gdy wiemy, jak patrzeć; jeśli 
bowiem naprawdę patrzycie, to patrzycie nie tylko oczami, ale i 

umysłem. Nie wiem, czyście kiedykolwiek prowadzili samochód; w trakcie 

jazdy nie tylko wzrokowo zdajecie sobie sprawę z nadjeżdżającego 

samochodu, ale umysł jest daleko z przodu, nadzorując zakręt drogi, 

drogę boczną, inne mijane samochody. A jest to widzenie nie tylko za 
pomocą oczu i nerwów, jest to widzenie sercem, umysłem. Nie możecie zaś 

background image

widzieć w ten pełny sposób jeśli żyjecie, funkcjonujecie, myślicie, 
działacie w obrębie fragmentu całego umysłu. 
 

Spójrzcie, co dzieje się w świecie - jesteśmy uwarunkowani przez 

społeczeństwo, przez kulturę, w jakiej żyjemy, a ta kultura jest 
wytworem ludzi - nie ma w niej niczego świętego, boskiego, wiecznego. 
Kultura, społeczeństwo, książki, radio, wszystko czego słuchamy i co 

oglądamy, liczne wpływy, z których zdajemy sobie sprawę lub nie, 

wszystko to popycha nas do życia w obrębie bardzo małego fragmentu 
ogromnego pola umysłu. Przechodzicie przez szkołę, uczelnię i uczycie 

się sposobów zarabiania; przez następnych czterdzieści czy pięćdziesiąt 
lat trwonicie swe życie, czas, energię, swą myśl w tym 
wyspecjalizowanym, ograniczonym polu. A istnieje ogromne pole umysłu. 

Dopóki w tym pokawałkowaniu nie dokonamy radykalnej zmiany, nie będzie 
mogła dokonać się żadna rewolucja; przeprowadzane będą modyfikacje 

ekonomiczne, społeczne i tak zwane kulturowe, ale człowiek nadal będzie 
cierpiał, nadal będzie w stanie konfliktu, wojny, nędzy, cierpienia i 
rozpaczy. 

 
Nie wiem, czyście jakiś czas temu czytali, jak to jeden z marszałków 
armii radzieckiej, składając raport Biuru Politycznemu, opowiadał o 
ćwiczeniu swych żołnierzy pod hipnozą. Czy wiecie, co to oznacza? 
Hipnotyzują cię i uczą, jak zabijać, jak być bez reszty posłusznym, 

funkcjonować w pełni niezależnie, ale w ramach schematu, podlegając 
autorytetowi dowódcy. A kultura i społeczeństwo robią dokładnie to samo 
z każdym z nas. Kultura i społeczeństwo was zahipnotyzowały. Proszę, 
słuchajcie tego z całą uwagą, to robi się nie tylko w armii w Rosji, to 

robi się na całym świecie. Kiedy bez końca czytacie Bhagawadgitę lub 

Koran, albo powtarzacie jakąś mantrę, te same nieustannie słowa, 
robicie dokładnie to samo. Gdy mówicie "Jestem hinduistą", "Jestem 
buddystą", "Jestem muzułmaninem", "Jestem katolikiem", powtarza się ten 
sam wzór, ulegacie mesmeryzacji, hipnozie. Technologia zaś czyni 
dokładnie to samo. Możesz być zdolnym prawnikiem, znakomitym inżynierem 

lub artystą, wielkim naukowcem, ale wciąż pozostajesz w obrębie 
fragmentu całości. Nie wiem, czy to widzicie, nie dlatego że ja to 
opisuję, ale czy naprawdę widzicie, co się dzieje. Robią to komuniści, 
robią to kapitaliści, wszyscy, rodzice, szkoły, system wychowawczy, 

wszyscy oni kształtują umysł tak, by funkcjonował w obrębie pewnego 

wzorca, pewnego fragmentu. I zawsze zajęci jesteśmy dokonywaniem zmian 
w ramach tego schematu, w obrębie tego fragmentu. 
 
Jak zatem mamy to pojąć, nie teoretycznie, nie jako zwykłą ideę, ale 
ujrzeć, że tak jest faktycznie - rozumiecie, ujrzeć to, co rzeczywiste? 

Rzeczywiste, czyli to, co się na co dzień dzieje i co opisują gazety, o 

czym mówią politycy, co przekazują kultura, tradycja i rodzina i co 
sprawia, że nazywacie siebie Hinduistami czy może jakoś inaczej. Jeśli 
to widzicie, to musicie się nad sobą zastanowić (jestem pewien, że tak 
by było, gdybyście to ujrzeli) - i właśnie dlatego tak ważnym jest 

zrozumienie tego, jak widzicie. Gdybyście to faktycznie widzieli, 

pytanie by brzmiało "Jak może działać umysł całkowity?" (Nie chodzi o 
fragment, o umysł uwarunkowany, wykształcony, wyrafinowany, umysł, 

który się obawia, który powiada "istnieje Bóg" lub "nie ma Boga", 
"istnieje moja rodzina, twoja rodzina, mój naród, twój naród".) 
Zapytacie wówczas "Jak może zaistnieć ta pełnia umysłu, jak on może 

funkcjonować w sposób całościowy, nawet gdy opanowuje pewną technikę?" 
Choć musi opanować pewną technikę i żyć w związkach z innymi, w naszym 
dzisiejszym, pełnym chaosu społeczeństwie - pamiętając o tym zadać 

background image

musimy to podstawowe pytanie: "Jak całość umysłu może zyskać pełną 
wrażliwość, tak że wrażliwy staje się nawet ów fragment?" Nie wiem, 
czyście pytanie moje zrozumieli; rozpatrzmy go zatem w inny sposób. 

 

Obecnie brak nam wrażliwości; są na tym obszarze miejsca wrażliwe, 
wrażliwe gdy nasza własna osobowość, nasze własne nawyki lub nasze 
własne przyjemności zostają zagrożone - wtedy następuje walka. Jesteśmy 

wrażliwi w pewnych miejscach, we fragmentach, ale brak nam wrażliwości 

całościowej. Pytanie zatem brzmi: "W jaki sposób fragment, będący 
częścią całości, który przez powtarzanie stał się tępy, w jaki sposób 

tę część, podobnie jak całość, można uwrażliwić?" Czy to pytanie jest 
dość jasne? Odpowiedzcie. 
 

Być może jest to dla was pytanie nowe, zapewne nigdy go sobie nie 
zadaliście. A to dlatego, że wszystkich nas cieszy, gdy mamy w życiu 

możliwie najmniej kłopotów i konfliktów, w tej małej części owego pola 
będącego naszym życiem; gdy żyjemy ceniąc piękną kulturę tej małej 
części, jako przeciwieństwo innych kultur, zachodniej, starożytnej czy 

jeszcze innej. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z następstw tego życia w 
drobnym fragmencie, w zakątku bardzo obszernego pola. Nie dostrzegamy, 
jak głęboko związani jesteśmy z tą małą częścią, a odpowiedź na nasz 
problem próbujemy znaleźć w obrębie owego fragmentu, w obrębie małego 
zakątka tego ogromnego życia. Zapytujemy siebie, w jaki sposób umysł 

(który teraz w tym ogromnym polu jest półprzytomny, zajęci bowiem 
jesteśmy jedynie tą małą częścią), w jaki sposób możemy w pełni sobie 
to wszystko uświadomić, zyskać pełną wrażliwość? 
 

Przede wszystkim nie istnieje żadna metoda. Każda bowiem metoda, 

system, powtarzanie lub nawyk, jest z istoty częścią zakątka tego pola. 
(Czy wędrujemy razem, ruszamy w podróż, czy też wleczecie się z tyłu?) 
Przede wszystkim, trzeba ujrzeć ten mały zakątek takim, jakim 
faktycznie jest, a także, czego on pożąda. Potem możemy zapytać: "Jak 
całe to pole w pełni uwrażliwić?" - to bowiem jest jedyna prawdziwa 

rewolucja. Gdy całość umysłu zyska pełną wrażliwość, będziemy działać 
inaczej; całe nasze myślenie, odczuwanie należeć będzie do innego 
wymiaru. Nie ma jednak żadnej metody. Nie mówcie "W jaki sposób mam 
dotrzeć, osiągnąć, stać się wrażliwym?" - na nic się nie zda chodzenie 

do szkoły, na nic czytanie książek czy słuchanie rad, co robić, by 

wrażliwość zyskać. To właśnie czyniliście w obrębie zakątka owego pola, 
a to sprawiało, że coraz bardziej wrażliwość traciliście, co widać w 
waszym życiu codziennym, pełnym nieczułości, brutalności i gwałtu. (Nie 
wiem, czyście widzieli w gazetach zdjęcia rannych żołnierzy 
amerykańskich i wietnamskich. Na ich widok powiecie może "Tak mi 

przykro", ale to nie zdarzyło się wam, ani waszej rodzinie, ani waszemu 

synowi.) Staliśmy się zatem nieczuli, bowiem funkcjonujemy, żyjemy, 
działamy w obrębie małego, podrzędnego zakątka zniekształconego pola. 
 
Nie istnieje metoda. Proszę, zrozumcie to, bo jeśli to zrozumiecie, 

będziecie wolni od przygniatającego ciężaru wszelkich autorytetów, a 

zatem wolni od przeszłości. Nie wiem, czy to widzicie. Przeszłość tkwi 
ukryta w naszej kulturze, o której myślimy, że jest tak piękna 

(tradycja, wierzenia, wspomnienia, posłuszeństwo wobec niej), a 
wszystko to zostaje odrzucone bez reszty i na zawsze gdy pojmujecie, że 
nie ma metody jakiegokolwiek rodzaju, która z tego małego zakątka 

sprowadziłaby wolność. Ale musicie na temat tego małego zakątka 
wszystkiego się nauczyć. Wówczas uwalniacie od ciężaru, który pozbawia 
was wrażliwości. Żołnierze przyuczani są do zabijania, trenują to dzień 

background image

po dniu, dzień po dniu, bezlitośnie, aż w końcu nie zostają w nich 
żadne ludzkie uczucia. I to właśnie, codziennie, nieustannie, robią z 
wami gazety, przywódcy polityczni, nauczyciele duchowi, papież, 

biskupi, wszędzie, na całym świecie. 

 
Skoro nie ma metody, co należy czynić? Metoda pociąga za sobą praktykę, 
uzależnienie. Twoja metoda, moja metoda, jego droga i droga kogoś 

innego, mój guru, który wie trochę lepiej, ten guru, który jest 

fałszywy i ten, który nie jest. Ale wszyscy guru - tybetańscy lamowie, 
katolicy czy hinduiści - są fałszywi, możecie to od samego początku 

przyjąć za pewnik, wszyscy oni są fałszywi, ponieważ wciąż funkcjonują 
w obrębie bardzo małej części pola, która została zbrukana, zdeptana i 
zniszczona. 

 
Co należy czynić? Czy rozumiecie teraz moje pytanie? Problem jest 

następujący: nie znamy głębi i ogromu umysłu. Można o tym czytać, można 
czytać współczesnych psychologów lub starożytnych nauczycieli, którzy 
na ten temat rozprawiali - nie ufajcie im, bowiem to wy sami musicie 

odkryć, nie naśladując nikogo. Nie znacie tego - umysłu - nie znacie 
tego, a zatem nie macie o tym żadnego pojęcia. Czy rozumiecie, o czym 
mówimy? Nie macie o tym żadnych wyobrażeń, żadnych opinii, żadnej 
wiedzy. A zatem jesteście wolni od wszelkich założeń, od jakiejkolwiek 
teologii. 

 
A więc raz jeszcze, co należy czynić? Wszystko, co nam pozostaje, to 
widzieć. Widzieć ten zakątek, mały dom, który wznieśliśmy w zakątku 
wielkiego, bezgranicznego pola. A żyjąc tam, walcząc, kłócąc się, 

ulepszając (znacie to wszystko, co się tam dzieje), widzieć to. Właśnie 

dlatego tak ważne jest zrozumienie, co znaczy widzieć; ponieważ w 
chwili, gdy pojawia się konflikt, należycie do tego izolowanego 
zakątka. Tam, gdzie jest widzenie, nie ma konfliktu. Oto dlaczego od 
samego początku - nie, nie od początku, ale teraz - musimy uczyć się 
widzieć. Nie jutro, bo jutra nie ma - to tylko poszukiwanie 

przyjemności, lęk lub ból wymyślają "jutro". Naprawdę psychologicznie 
nie istnieje jutro, to mózg, umysł, wymyślił czas; tym jednak zajmiemy 
się później. 
 

A zatem musimy widzieć. Nie można zaś widzieć, jeśli nie jest się 

wrażliwym; a nie jest się wrażliwym, jeśli między człowieka a widzianą 
rzecz wkracza wyobrażenie. Rozumiecie? Tak więc widzenie jest aktem 
miłości. Czy wiecie, co uwrażliwia cały umysł? - tylko miłość. Można 
opanować technikę, a jednak kochać; ale jeśli opanowaliście technikę, a 
brak wam miłości, to niszczycie świat. Proszę, obserwujcie to w sobie, 

wniknijcie w to w waszych umysłach i sercach, a wtedy sami to ujrzycie. 

Widzenie, obserwowanie, słuchanie są to największe z dokonań; nie można 
bowiem widzieć, jeśli spogląda się z tego małego zakątka: nie można 
widzieć, co dzieje się na świecie, widzieć rozpaczy, niepokoju, 
bolesnej samotności, łez matek, żon, kochanków ludzi zabitych. Ale 

musicie to wszystko widzieć, nie emocjonalnie, bez sentymentalizmu, bez 

mówienia "Tak, jestem przeciwny wojnie" lub "Popieram wojnę". Ten 
sentymentalizm bowiem i emocjonalizm to najbardziej destruktywne z 

rzeczy - unikają one faktów, a zatem unikają tego, co jest. Widzenie 
jest zatem najważniejsze. Widzenie jest rozumieniem; nie możecie 
rozumieć umysłem, intelektem czy fragmentem. Rozumienie przychodzi 

jedynie wtedy, gdy umysł całkowicie milknie, a więc gdy nie ma żadnych 
wyobrażeń. 
 

background image

Widzenie niszczy wszelkie bariery. Spójrzcie, Panowie, dopóki 
oddzieleni jesteście od tego drzewa, ode mnie i od swoich sąsiadów 
("sąsiadów" oddalonych o tysiące mil albo siedzących tuż obok), dopóty 

trwać musi konflikt. Podział oznacza konflikt, to bardzo proste. My zaś 

żyliśmy w stanie konfliktu, przyzwyczajeni jesteśmy do konfliktu i do 
podziałów. Postrzegacie Indie jako odrębną całość - geograficzną, 
polityczną, ekonomiczną, społeczną, kulturową. A to samo dzieje się w 

Europie, w Ameryce, w Rosji: oddzielne całości, jedna przeciw drugiej, 

a cały ten podział nieuchronnie prowadzi do wojny. To nie znaczy, że 
wszyscy musimy się zgadzać, lub że jeśli się nie zgodzimy, to będę z 

tobą walczył. Gdy widzicie coś takim, jakim jest, to w ogóle nie ma 
zgody lub niezgody. Jedynie wtedy, gdy na temat tego, co widzicie, 
macie swoje opinie, pojawiają się niezgoda i podziały. Gdy ty i ja 

widzimy, że to jest Księżyc, to nie ma niezgody, jest Księżyc. Ale 
jeśli myślisz, że to jest coś, a ja myślę, że to jest coś innego, 

wówczas musi pojawić się podział, a zatem konflikt. Tak więc w widzeniu 
drzewa, jeśli je naprawdę widzicie, nie ma rozdziału pomiędzy wami a 
tym drzewem, nie ma obserwatora widzącego to drzewo. 

 
Któregoś dnia rozmawialiśmy z bardzo uczonym lekarzem, który zażył 
narkotyk zwany L.S.D., niewielką dawkę, za nim zaś stało dwóch lekarzy 
z magnetofonem zapisującym to, co mówił. Po paru chwilach na stojącym 
przed nim stole zobaczył kwiaty, a nic go od tych kwiatów nie 

oddzielało. Nie znaczy to, iż utożsamiał siebie z tymi kwiatami, ale że 
niczego pomiędzy nim a nimi nie było, a więc nie było tego, który 
obserwuje. Nie namawiamy was na zażywanie L.S.D., ponieważ ma to swoje 
szkodliwe skutki; a poza tym zażywając takie rzeczy stajecie się ich 

niewolnikami. Ale istnieje o wiele prostszy, bardziej bezpośredni, 

bardziej naturalny sposób, polegający na tym, byście sami obserwowali 
drzewo, kwiat, ludzką twarz; patrzyli na którąś z tych rzeczy i to w 
taki sposób, by nic was od nich nie oddzielało. A możecie tak patrzeć 
jedynie wtedy, gdy panuje miłość (jakżeż tego słowa nadużywano). 
 

Odłóżmy na jakiś czas pytanie o miłość, ale jeśli macie to poczucie 
rzeczywistej obserwacji, rzeczywistego widzenia, wówczas widzenie to w 
ten nadzwyczajny sposób unicestwia czas i przestrzeń, co następuje gdy 
nastaje miłość. A nie możecie zaznać miłości bez poznania piękna. Można 

o pięknie mówić, pisać, można je zaprojektować, ale jeśli nie macie 

miłości, to nic nie jest piękne. Życie bez miłości oznacza, że brak wam 
pełnej wrażliwości. A ponieważ brak wam pełnej wrażliwości, to ulegacie 
degeneracji. Ten kraj ulega degeneracji. Nie mówcie: "Czy inne kraje 
też się nie degenerują?" - oczywiście tak. Ale wy się degenerujecie, 
choć technicznie jesteście może doskonałymi inżynierami, wspaniałymi 

prawnikami, technikami znającymi się na obsłudze komputerów. Ale 

ulegacie degeneracji, bo nie jesteście wrażliwi na cały proces życia. 
 
Naszym podstawowym problemem jest zatem nie to, jak powstrzymać wojny, 
nie to, który Bóg lepszy jest od innych Bogów, nie to, który polityczny 

czy ekonomiczny system jest lepszy, nie na którą partię warto głosować 

(wszystkie one są w taki czy inny sposób nieuczciwe). Najbardziej zaś 
podstawowym problemem dla człowieka, czy to w Ameryce, Indii, Rosji czy 

gdziekolwiek indziej, jest pytanie o wolność od "tego małego zakątka". 
A ten mały zakątek to my sami, ten mały zakątek to wasz tandetny mały 
umysł. My stworzyliśmy ten mały zakątek, bowiem to nasze umysły są 

pokawałkowane i dlatego właśnie niezdolne do bycia wrażliwymi na 
całość. Pragniemy, aby ta mała część była bezpieczna, spokojna, cicha, 
satysfakcjonująca, przyjemna i by w ten sposób unikała wszelkiego bólu, 

background image

w istocie bowiem szukamy przyjemności. Ale gdybyście zbadali 
przyjemność, własną przyjemność, gdybyście ją obserwowali, śledzili, 
wniknęli w nią, to ujrzelibyście, że tam, gdzie jest przyjemność, jest 

ból. Nie możecie mieć jednego bez drugiego. My zaś zawsze pożądamy 

więcej przyjemności, a zatem narażamy się na większy ból. I na tym 
wznieśliśmy tę część, którą nazywamy ludzkim życiem. Widzieć to wejść z 
tym w bezpośredni kontakt, a nie można być z tym w bezpośrednim, 

prawdziwym kontakcie, jeśli ma się pojęcia, wierzenia, dogmaty czy 

opinie. 
 

Trzeba zatem nie uczyć się, ale widzieć i słuchać. Słuchać ptaków, 
słuchać głosu swej żony, jakkolwiek by nie był piękny, brzydki czy 
irytujący, słuchać go i słuchać własnego głosu, pięknego, brzydkiego 

czy niecierpliwego. A słuchając w ten sposób stwierdzicie, że nikną 
wszelkie podziały pomiędzy obserwującym a tym, co obserwowane. A przeto 

nie ma żadnego konfliktu, wy zaś obserwujecie tak uważnie, że sama ta 
obserwacja jest dyscypliną i nie musicie sobie dyscypliny narzucać. I 
to jest piękno, panowie (o ile to tylko urzeczywistnicie), to jest 

piękno widzenia. Jeśli umiecie widzieć, to nic więcej do zrobienia nie 
macie. Albowiem w tym widzeniu tkwi cała dyscyplina, cała cnota - czyli 
uwaga. W tym widzeniu tkwi całe piękno, a wraz z nim miłość. Gdy zaś 
panuje miłość, nic więcej już do zrobienia nie pozostało. Wówczas tam, 
gdzie jesteście, jesteście w raju; wówczas ustają wszelkie poszukania. 

 
 
 
MEDYTACJE 1969 

 

Meditations 1969. From the Notebooks of J. Krishnamurti. Beckenham : KF 
1969, ss. 15. 
 
Przedruk w: J. Krishnamurti, Freedom, Love, and Action,  
 

Boston & London: Shambala 1994, s. 137-169.  
 
© Krishnamurti Foundation Trust Ltd 
 

Przełożył Wojciech Sady  

 

 
W przestrzeni, którą myśl stwarza wokół siebie, nie ma miłości. Ta 
przestrzeń oddziela człowieka od człowieka, w niej jest wszystko, co 

się staje, bitwa życia, udręka i lęk. Medytacja to zanik tej 

przestrzeni, zanik "ja". Wzajemny związek nabiera wówczas zupełnie 
innego sensu, ponieważ w tej przestrzeni, która nie jest tworem myśli, 
inny nie istnieje, gdyż ty nie istniejesz. 
 

Medytacja nie jest więc dążeniem do osiągnięcia jakiejś uświęconej 

przez tradycję wizji. Jest ona raczej bezkresną przestrzenią, do której 
myśl nie ma wstępu. Mała przestrzeń stworzona przez myśl wokół niej 

samej, będąca moim "ja", jest dla nas nadzwyczaj ważna, gdyż jest to 
wszystko, co umysł zna, utożsamiając się ze wszystkim, co się w tej 
przestrzeni znajduje. W niej rodzi się lęk przed nieistnieniem. Gdy 

jednak to rozumiemy, to w medytacji umysł wejść może w taki wymiar 
przestrzeni, w którym działanie jest nie-działaniem. 
 

background image

Nie wiemy, czym jest miłość, bowiem w przestrzeni stworzonej przez myśl 
wokół siebie jako moje "ja", miłość jest konfliktem pomiędzy "ja" a 
"nie-ja". Ten konflikt, ta udręka nie jest miłością. Myśl jest samym 

zaprzeczeniem miłości i nie może wejść w tę przestrzeń, gdzie "ja" nie 

istnieje. W tej przestrzeni jest to błogosławieństwo, którego człowiek 
szuka i nie może znaleźć. Szuka go w granicach myśli, myśl zaś niszczy 
ekstazę tego błogosławieństwa. 

 


 

Postrzeganie bez słowa, a zatem bez myśli, to jedno z najdziwniejszych 
zjawisk. Wówczas postrzeganie, nie tylko umysłem lecz również 
wszystkimi zmysłami, jest o wiele przenikliwsze. Nie jest ono 

fragmentarycznym postrzeganiem intelektu ani sprawą emocji. Można je 
nazwać postrzeganiem całkowitym, to zaś stanowi część medytacji. 

Postrzeganie bez postrzegającego w medytacji to zjednoczenie z ogromem 
i głębią bezkresu. To postrzeganie nie ma nic wspólnego z widzeniem 
przedmiotu bez obserwującego, bowiem w postrzeganiu medytacji nie ma 

przedmiotu, a zatem nie ma doświadczenia. Medytacja może się jednak 
odbywać gdy oczy są otwarte i jest się otoczonym przez wszelkiego 
rodzaju przedmioty. Ale przedmioty te nie mają wówczas żadnego 
znaczenia. Widzi się je, nie zachodzi jednak proces rozpoznawania, a to 
oznacza, że nie ma doświadczenia. 

 
Jakie znaczenie ma taka medytacja? Ona nie ma znaczenia, nie ma z niej 
pożytku. Ale w medytacji tej jest ruch wielkiej ekstazy, której nie 
wolno mylić z przyjemnością. Ta właśnie ekstaza sprawia, że oko, mózg i 

serce stają się proste. Gdy nie postrzega się życia jako czegoś 

całkowicie nowego, jest ono rutyną, nudą, nie ma sensu. A zatem 
medytacja jest niesłychanie ważna. Otwiera drzwi do tego, co 
niepoliczalne, bezgraniczne. 
 

 
Gdy obracasz głowę od jednego krańca horyzontu po drugi, oczy twe widzą 
rozległą przestrzeń, w której ukazują się wszystkie rzeczy nieba i 
ziemi. Ale ta przestrzeń zawsze kończy się tam, gdzie ziemia styka się 

z niebem. Przestrzeń w umyśle jest zbyt mała. Wydaje się, że w tej 

małej przestrzeni ma miejsce cała nasza działalność: codzienne życie i 
ukryte zmagania ze sprzecznymi pragnieniami i motywami. W tej małej 
przestrzeni umysł szuka wolności, a więc jest zawsze więźniem samego 

siebie. Medytacja to zanik tej małej przestrzeni. Uważamy, że działanie 
wprowadza ład w tej małej przestrzeni umysłu. Istnieje jednak inna 

działalność, która nie wprowadza ładu w tej małej przestrzeni. 

Medytacja to działanie, które następuje, gdy umysł tej małej 
przestrzeni się wyzbył. Tą rozległą przestrzenią, do której umysł, 

"ja", nie potrafi sięgnąć, jest cisza. Umysł wewnątrz siebie nigdy nie 

może być cichy, cisza trwa jedynie wewnątrz tej rozległej przestrzeni, 
do której myśl sięgnąć nie może. Z tej ciszy wyłania się działanie, 

którego nie rodzi myśl. Medytacja jest tą ciszą. 
 

 

Medytacja to jedna z najniezwyklejszych rzeczy i jeśli nie wiesz, czym 

ona jest, jesteś niczym ślepiec w świecie żywych barw, cieni i 

ruchomych świateł. Nie jest ona sprawą intelektu, ale gdy serce wnika 
do umysłu, umysł zupełnie się przeobraża; staje się wówczas naprawdę 

background image

nieograniczony, nie tylko w swej zdolności do myślenia, do sprawnego 
działania, ale również w poczuciu życia w tej rozległej przestrzeni, 
gdzie jesteś częścią wszystkiego. 

 

Medytacja jest ruchem miłości. Nie jest to miłość jednej czy wielu 
osób. Jest niczym woda, którą każdy może pić, ze złotego czy glinianego 
dzbana; jest niewyczerpalna. I dzieje się coś dziwnego, czego nie da 

się wywołać narkotykiem czy autohipnozą: jest to tak, jak gdyby umysł 

wniknął sam w siebie, zaczynając od powierzchni i przenikając wciąż 
głębiej, aż głębia i wysokość tracą swe sensy i nikną wszelkiego 

rodzaju porównania. W tym stanie panuje zupełny spokój - nie 
zadowolenie płynące z zaspokojenia - ale spokój, który znamionują ład, 
piękno i intensywność. To wszystko można zniszczyć, tak jak można 

zniszczyć kwiat, a jednak z powodu samej swej bezbronności jest 
niezniszczalne. Medytacji tej nie można nauczyć się od kogoś innego. 

Musisz zacząć niczego o niej nie wiedząc i postępować od prostoty ducha 
do prostoty ducha. 
 

Gleba, w której medytujący umysł może zacząć, jest glebą codziennego 
życia, walki, bólu i chwilowych radości. Tam musi rozpocząć, 
zaprowadzić ład i stamtąd ruszać bez końca. Jeśli jednak interesuje cię 
tylko zaprowadzanie ładu, wówczas sam ten ład wytworzy swe własne 
ograniczenia, a umysł będzie jego więźniem. W całym tym ruchu musisz 

jakoś zacząć z innego końca, z drugiego brzegu, a nie troszczyć się 
nieustannie o ten brzeg albo o to, jak przebyć rzekę. Musisz rzucić się 
w wodę nie wiedząc jak pływać. A piękno medytacji polega na tym, że 
nigdy nie wiesz gdzie jesteś, dokąd zmierzasz, czym jest kres. 

 


 
Czy w medytacji zyskujemy nowe doświadczenia? Pragnienie doświadczeń, 
wyższych doświadczeń wykraczających poza i ponad codzienność i banał 
jest tym, co sprawia, że źródło jest wciąż puste. Żądza nowych 

doświadczeń, wizji, wyższych spostrzeżeń, takich czy innych 
urzeczywistnień sprawia, że umysłu szuka na zewnątrz, co nie różni się 
od jego zależności od otoczenia i ludzi. Szczególna rola medytacji 
polega na tym, że zdarzenie nie jest przetwarzane na doświadczenie. 

Jest ono niczym nowa gwiazda na firmamencie, poza pamięcią chwytającą 

je i zatrzymującą, bez zwyczajnego procesu rozpoznawania i reakcji w 
kategoriach lubienia i niechęci. Nasze poszukiwania skierowane są 
zawsze na zewnątrz, umysł szukający jakiegoś doświadczenia wychodzi na 
zewnątrz. Dążenie do wewnątrz w ogóle nie jest poszukiwaniem - jest to 
postrzeganie. Reakcja jest zawsze powtórzeniem, pochodzi bowiem zawsze 

z tego samego banku pamięci. 

 

 
Po deszczach wzgórza były wspaniałe. Były nadal brązowe od letniego 

słońca, a teraz rozwinąć się miały te wszystkie zielone rzeczy. Lało 

porządnie i piękno tych wzgórz było nieopisywalne. Niebo wciąż 
zasłaniały chmury, a w powietrzu unosił się zapach sumaku, szałwi i 

eukaliptusów. Wspaniale było przebywać wśród nich. I opanowało cię 
niezwykłe milczenie. W przeciwieństwie do leżącego daleko w dole pod 
tobą morza, te wzgórza trwały w całkowitym bezruchu. Gdyś tak czuwał i 

patrzył wokół siebie, zostawiłeś wszystko w dole w tym małym domku - 
twoje ubrania, twoje myśli i dziwaczne drogi życia. Tutaj podróżowałeś 
bardzo lekko, bez żadnych myśli, bez żadnego brzemienia i z uczuciem 

background image

całkowitej pustki i piękna. Te małe zielone krzaczki zazielenią się 
wkrótce jeszcze bardziej, a za kilka tygodni ich zapach się nasili. 
Przepiórki krzyczały, a kilka z nich przeleciało powyżej. Nic o tym nie 

wiedząc umysł był w stanie medytacji, w którym rozkwitała miłość. 

Przecież tylko na glebie medytacji kwiat ten może się rozwinąć. To było 
naprawdę cudowne i, o dziwo, towarzyszyło ci przez całą noc; a gdy 
zbudziłeś się na długo przed wschodem słońca, trwało wciąż w twoim 

sercu wraz ze swą niewiarygodną radością, bez żadnego w ogóle powodu. 

Było bezpodstawne i zupełnie oszołamiające. Trwać będzie przez cały 
dzień, bez żadnych z twej strony wezwań czy próśb, by z tobą pozostało. 

 

 

Przez całą noc i cały dzień padał ulewny deszcz, teraz zaś żlebami 
błotnisty strumień wlewał się do morza barwiąc je na czekoladowo. Gdyś 

spacerował po plaży fale były ogromne i łamały się ze wspaniałą furią i 
siłą. Szedłeś pod wiatr i nagle poczułeś, że nie ma niczego pomiędzy 
tobą a niebem i że to otwarcie jest rajem. Być tak całkowicie otwartym, 

bezbronnym - wobec wzgórz, morza i ludzi - oto prawdziwa istota 
medytacji. 
 
Nie stawiać oporu, nie odgradzać się wewnętrznie od niczego, być 
rzeczywiście, całkowicie wolnym od wszelkich drobnych pobudek, 

przymusów i żądań ze wszystkimi ich małymi konfliktami i hipokryzją, to 
iść w życie z otwartymi ramionami. I tego wieczoru, spacerując wśród 
mew po mokrym piasku, odczułeś niezwykły nastrój otwartej wolności i 
wielkie piękno miłości, która nie była w tobie czy poza tobą - ale 

wszędzie. 

 
Nie uświadamiamy sobie, jak ważne jest być wolnym od dokuczliwych 
przyjemności i ich trosk, tak że umysł pozostaje sam. Jedynie umysł, 
który jest całkowicie samotny, jest otwarty. Poczułeś to wszystko nagle 
niczym wielki wiatr, który przemknął ponad lądem i na wylot przez 

ciebie. Byłeś - pozbawiony wszystkiego, pusty - i dlatego całkowicie 
otwarty. Piękno tego nie zawierało się w słowie czy uczuciu, ale 
wydawało się być wszędzie - wokół ciebie, w tobie, ponad wodami i wśród 
wzgórz. Tym jest medytacja. 

 


 
Był to jeden z tych pięknych poranków, jakiego nie było nigdy przedtem. 
Słońce właśnie wschodziło, widoczne między eukaliptusem a sosną. 
Unosiło się nad wodami, złote, promienne - takie światło, jakie 

istnieje jedynie między tymi górami a morzem. Był taki czysty poranek, 

bez najmniejszego powiewu wiatru, pełen tego dziwnego światła, które 
ogląda się nie tylko oczami ale i sercem. A gdy to widzisz, wtedy 
niebiosa są bardzo blisko ziemi, ty zaś zatracasz się w tym pięknie. 
Cóż, nigdy nie powinieneś medytować publicznie, z kimś drugim, w 

grupie: powinieneś medytować tylko w samotności, w spokoju nocy albo w 

ciszy wcześnie rano. Kiedy medytujesz w samotności, musi to być 
samotność. Musisz być zupełnie sam, nie stosując się do żadnego 

systemu, metody, nie powtarzając słów, nie podążając za myślą czy 
kształtując myśl zgodnie ze swym pragnieniem. 
 

Taka samotność nastaje, gdy umysł uwolni się od myśli. Gdy znajdujesz 
się pod wpływem pragnień lub rzeczy, do których umysł dąży, czy to w 
przyszłości czy w przeszłości, wtedy samotności nie ma. To osamotnienie 

background image

nastaje tylko w ogromie teraźniejszości. I wtedy, w cichej 
tajemniczości, w której znikł wszelki kontakt, w którym nie ma 
obserwującego z jego niepokojami, głupimi zachciankami i problemami - 

tylko wtedy, w tym spokojnym osamotnieniu, medytacja staje się czymś, 

czego słowami wyrazić się nie da. Medytacja jest wówczas wiecznym 
ruchem. 
 

Nie  wiem, czyś kiedykolwiek medytował, czy byłeś kiedykolwiek sam, sam 

ze sobą, z dala od wszystkiego, od wszystkich ludzi, od wszelkich myśli 
i dążeń, czy byłeś kiedykolwiek zupełnie sam, nie odizolowany, nie 

zamknięty w jakimś fantastycznym śnie czy w wizji, ale z dala, tak że 
nie ma w tobie niczego, co dałoby się rozpoznać, niczego, co byś 
dotknął myślą lub uczuciem, tak daleko, że w tej pełnej samotności sama 

cisza staje się jedynym kwiatem, jedynym światłem i bezczasową cechą, 
której myśl nie może do niczego porównać. Tylko w takiej medytacji 

istnieje miłość. Nie martw się o wyrażenie tego: to wyrazi się samo. 
Nie używaj go. Nie próbuj wprowadzać tego w czyn: to zadziała, a 
działanie to będzie wolne od bólu, sprzeczności, wszelkich ludzkich 

nieszczęść i mozołów. 
 
Medytuj więc sam. Zagub się. I nie próbuj pamiętać, gdzie byłeś. Jeśli 
spróbujesz to zapamiętać, to będzie to czymś, co martwe. A jeśli 
czepiasz się tego wspomnienia, to nigdy nie będziesz już sam. Medytuj 

zatem w tej bezkresnej samotności, w pięknie tej miłości, w prostocie 
ducha, w tym, co nowe. Wtedy istnieje błogość, która nie przemija. 
 
Niebo jest bardzo błękitne. Błękit taki nastaje po deszczu, a te 

deszcze przyszły po wielu miesiącach suszy. Po deszczu nieba są umyte 

do czysta, wzgórza radują się, a ziemia trwa bez ruchu. I każdy liść ma 
na sobie światło słońca, ty zaś czujesz wielką bliskość tej ziemi. 
Medytuj zatem w prawdziwie tajnych kryjówkach twego serca i umysłu, 
gdzieś nigdy przedtem nie był. 
 


 
Tego ranka morze przypominało jezioro albo ogromną rzekę, bez 
zmarszczki i tak spokojne, że wczesnym rankiem widać było odbicia 

gwiazd. Świt jeszcze nie nadszedł i tak na wodzie były gwiazdy, odbicie 

skalnego urwiska i odległe światła miasta. A kiedy słońce wzeszło ponad 
horyzont nakreśliło na bezchmurnym niebie złotą ścieżkę i było rzeczą 
niezwykłą widzieć to światło Kalifornii napełniające ziemię, każdy liść 
i źdźbło trawy. Gdyś tak patrzył, wniknął w ciebie wielki bezruch. 
Umysł sam zupełnie zamilkł, nie reagował, nie drgnął nawet, odczucie 

tego olbrzymiego bezruchu było zdumiewające. "Odczucie" nie jest 

właściwym słowem. Mózg tej ciszy, tego bezruchu nie czuje; to jest poza 
nim. Mózg może pojmować, wysławiać się lub sporządzać plany na 
przyszłość, ale ten bezruch jest poza jego zasięgiem, poza wszelką 
wyobraźnią, poza wszelkim pragnieniem. Trwasz w takim bezruchu, że 

twoje ciało staje się bez reszty częścią ziemi, częścią wszystkiego, co 

nieruchome. 
 

A gdy od wzgórz nadszedł lekki powiew i poruszył liśćmi, ten bezruch, 
ta nadzwyczajna własność ciszy, nie zostały zmącone. Dom wznosił się 
nad morzem, za nim znajdowały się  wzgórza. I gdyś spoglądał na morze, 

tak bardzo nieruchome, naprawdę stałeś się częścią wszystkiego. Byłeś 
wszystkim. Byłeś światłem i pięknem miłości. Powiedzieć jednakże "ty 
byłeś częścią wszystkiego" jest również źle: słowo "ty" jest 

background image

nieodpowiednie, naprawdę bowiem cię tam nie było. Nie istniałeś. Trwał 
tylko ten bezruch, to piękno, to nadzwyczajne uczucie miłości. Słowa 
"ja" i "ty" oddzielają rzeczy. Podział ten w tej przedziwnej ciszy i 

bezruchu nie istnieje. I gdy patrzyłeś za okno przestrzeń i czas 

wydawały się niknąć, a przestrzeń, która dzieli, straciła realność. Ten 
liść, ten eukaliptus i ta niebiesko jaśniejąca woda nie były od ciebie 
odrębne. 

 

Medytacja jest naprawdę bardzo prosta. Komplikujemy ją. Tkamy wokół 
niej pajęczynę idei, czym jest a czym nie jest. Ale to nie jest żadna z 

tych rzeczy. Ponieważ jest tak bardzo prosta, wymyka się nam, umysł 
nasz bowiem jest tak skomplikowany, tak sterany czasem i w czasie 
ugruntowany. I ten umysł kieruje działalnością serca, a wtedy zaczynają 

się kłopoty. Ale medytacja nastaje w sposób naturalny, nadzwyczaj 
łatwo, gdy spacerujesz po piasku, gdy wyglądasz za okno lub gdy widzisz 

te cudowne wzgórza wypalone słońcem ubiegłego lata. Dlaczego jesteśmy 
tak umęczonymi istotami ludzkimi, ze łzami w oczach i z fałszywym 
uśmiechem na wargach? Gdybyś mógł spacerować samotnie pomiędzy tymi 

wzgórzami, po lasach, czy wzdłuż długich, białych plaży, to w tej 
samotności wiedziałbyś, czym jest medytacja. Ekstaza samotności 
nastaje, gdy nie lękasz się być sam, nie należący więcej do świata czy 
przywiązany do czegokolwiek. Wtedy, niczym świt, który nadszedł tego 
ranka, nastaje ona cicho i kreśli złotą ścieżkę w tym właśnie bezruchu, 

który był na początku, który jest teraz i który istnieć będzie zawsze. 
 
10 
 

Szczęście i przyjemność nabyć możesz za pieniądze na targowisku. Ale 

błogości kupić nie możesz, ani dla siebie ani dla innego. Szczęście i 
przyjemność wikłają nas w czas. Tylko w całkowitej wolności istnieje 
błogość. Szczęścia, tak jak przyjemności, szukać możesz na wiele 
sposobów i na wiele sposobów je znaleźć. Ale one przychodzą i odchodzą. 
Błogość, to przedziwne poczucie radości, nie ma motywu. Nie możesz w 

żaden sposób jej szukać. Skoro już jest, zależnie od jakości twojego 
umysłu, to pozostaje - bezczasowa, bezprzyczynowa, rzecz niemierzalna 
czasem. Medytacja nie jest dążeniem do przyjemności czy poszukiwaniem 
szczęścia. Przeciwnie, jest ona stanem umysłu, w którym nie ma pojęcia 

czy formuły i dlatego jest całkowita wolność. Jedynie w taki umysł, nie 

szukana i nie zapraszana spływa ta błogość. Gdy już jest, to choć żyć 
może będziesz w świecie z całym jego hałasem, przyjemnością i 
brutalnością, tego umysłu one nie dotkną. Gdy już jest, konflikt znikł. 
Ale zniknięcie konfliktu nie koniecznie jest całkowitą wolnością. 
Medytacja jest ruchem umysłu w tej wolności. W tej eksplozji błogości 

wzrok zyskuje niewinność, a miłość jest wtedy błogosławieństwem. 

 
11 
 
Medytacja nie jest zwykłą kontrolą ciała i myśli, ani też systemem 

wdechów i wydechów. Ciało musi być spokojne, zdrowe i bez napięć; 

wrażliwość uczuć musi być wyostrzona i ciągła, umysł zaś z całą swą 
paplaniną, niepokojami i błądzeniem po omacku musi zniknąć. To nie od 

organizmu trzeba zacząć, pilnować raczej musimy umysłu wraz z jego 
opiniami, uprzedzeniami i zainteresowaniem samym sobą. Gdy umysł będzie 
zdrowy, żywotny i energiczny, uczucie ulegnie intensyfikacji i osiągnie 

najwyższą wrażliwość. Wtedy ciało, ze swą wrodzoną inteligencją nie 
niszczoną przez nawyki i upodobania, będzie funkcjonować tak, jak 
powinno. 

background image

 
Trzeba więc zacząć od umysłu, a nie od ciała, od umysłu będącego myślą 
i różnorodnością jej wyrazu. Zwykła koncentracja zawęża myśl, czyni ją 

ograniczoną i kruchą, ale koncentracja przychodzi w sposób naturalny 

gdy uświadamiamy sobie drogi myśli. To uświadomienie nie pochodzi od 
tego, który myśli, który wybiera i odsuwa, czepia się i odrzuca. Jest 
to uświadomienie niewybiórcze, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrzne; 

jest zlaniem się obojga tak, że podział na to, co wewnętrzne i to, co 

zewnętrzne, niknie. 
 

Myśl niszczy uczucie, uczucie będące miłością. Myśl oferować może tylko 
przyjemność, a w pogoni za przyjemnością miłość usuwa się na bok. 
Przyjemność jedzenia i picia ma swój dalszy ciąg w myśli, a sama tylko 

kontrola czy stłumienie tej wywołanej myślą przyjemności nie mają 
sensu; stwarzają tylko różne formy konfliktu i przymusu. 

 
Myśl, która jest materią, nie może szukać tego, co jest poza czasem, 
myśl bowiem jest pamięcią, a pamiętane doświadczenie jest tak martwe, 

jak liście ubiegłej jesieni. 
 
Gdy jesteśmy tego wszystkiego świadomi rodzi się uwaga, która nie jest 
wytworem nieuwagi. To nieuwaga dyktowała przyjemnościowe nawyki ciała i 
rozcieńczała intensywność uczuć. Nieuwagi nie można przekształcić w 

uwagę. Uświadomienie nieuwagi jest uwagą. 
 
Widzenie tego całego złożonego procesu jest medytacją. Tylko ona w tym 
zamęcie wprowadza ład. Ten ład jest tak absolutny, jak ład w 

matematyce, a z niego bierze początek działanie, czyn bezpośredni. Ład 

to nie szyk, wzór i proporcja; te przychodzą dużo później. Ład bierze 
początek z umysłu, którego nie zaśmiecają sprawy myśli. Gdy myśl milczy 
istnieje pustka, która jest ładem. 
 
 

 
DZIENNIK KRISHNAMURTIEGO 
 
Krishnamurti's Journal, Victor Gollancz 1982 

 

© Krishnamurti Foundation Trust Ltd 
 
przełożył Wojciech Sady 
 
PRZEDMOWA 

 

We wrześniu 1973 r. Krishnamurti nagle zaczął pisać dziennik. Przez 
prawie sześć tygodni każdego dnia robił zapiski w notatniku. Pierwszy 
miesiąc spędził wówczas w Brockwood Park, Hampshire, a resztę czasu w 
Rzymie. Wrócił do pisania osiemnaście miesięcy później w Kalifornii. 

 

Prawie każdy tekst zaczyna się od opisu jakiejś przyrodniczej scenerii, 
znanej mu bezpośrednio, ale tylko w trzech przypadkach te relacje 

odnoszą się do miejsca, w którym aktualnie przebywał. Tak więc na 

pierwszej stronie znajdujemy opis alei w parku w Brockwood, ale na 

drugiej Krishnamurti wyraźnie przenosi się w wyobraźni do Szwajcarii. I 

dopiero w trakcie pobytu w Kalifornii w 1975 r. znów opisuje swe 

aktualne otoczenie. Wszędzie gdzie indziej wspomina miejsca, w których 
żył, a czyni to z jasnością świadczącą o tym, jak żywe są jego 

background image

wspomnienia dotyczące przyrodniczych scenerii, wywołane intensywnością 
obserwacji. Ten dziennik ukazuje również, do jakiego stopnia jego 
nauczanie inspirowane jest bezpośrednim związkiem z przyrodą. 

 

W całym tekście Krishnamurti odnosi się do siebie w trzeciej osobie, a 
przy okazji mówi o sobie coś, czego wcześniej nie mówił. 
 

 Mary Lutyens 

 
[Całość składa się z 46 fragmentów, które będą pojawiać się sukcesywnie 

na tej stronie. W.S.] 
 
BROCKWOOD PARK, HAMPSHIRE 

 
14 września 1973 

 
Owego dnia, wracając z długiej przechadzki wśród pól i drzew, 
przeszliśmy aleją w pobliżu dużego, białego domu. Wchodząc tam przez 

furtkę natychmiast odczuł intensywny spokój i bezruch. Nawet listek nie 
drgnął. Wydawało się, że przechodzić tą aleją, stąpać po ziemi, jest 
świętokradztwem; profanacją było mówić, oddychać nawet. Wielkie sekwoje 
trwały w absolutnym bezruchu; północnoamerykańscy Indianie nazywają je 
drzewami milczącymi i teraz one naprawdę milczały. Nawet pies nie 

polował na króliki. Stałeś bez ruchu ledwie śmiejąc oddychać; czułeś 
się intruzem, gdyż wcześniej gadałeś i śmiałeś się, a wejście w tę 
aleję bez wiedzy, co się tam kryje, było niespodzianką i szokiem, 
szokiem nieoczekiwanego błogosławieństwa. Serce biło wolniej, oniemiałe 

z zachwytu. Było to centrum całego tego miejsca. Za każdym razem, gdy 

wchodzisz tam teraz, panuje to piękno, ten bezruch, ten dziwny bezruch. 
Przyjdź kiedy zechcesz, a to tam będzie, pełne, bogate i nienazywalne. 
 
Żadna forma świadomej medytacji nie jest medytacją rzeczywistą: być nią 
nie może. Rozmyślna próba, by medytować, nie jest medytacją. Ona musi 

się przydarzyć, nie można jej przywołać. Medytacja nie jest grą czy to 
umysłu, czy pragnienia i przyjemności. Uświadamiaj sobie jedynie to, co 
myślisz i co robisz, nic więcej. Widzenie, słyszenie jest działaniem, 
bez lęku i kary. Umiejętność postępowania polega na umiejętności 

widzenia, słyszenia. Każda forma medytacji prowadzi nieuchronnie do 

zakłamania, do złudzeń, gdyż pragnienie oślepia. Był to piękny wieczór, 
a łagodne światło wiosny otulało ziemię. 
 
15 września 1973 
 

Dobrze jest być samemu. Być z dala od tego świata, a jednak chodzić po 

jego ulicach, to być samemu. Być samemu idąc pod górę drogą wzdłuż 
rwącego, hałaśliwego górskiego strumienia, pełnego źródlanej wody i 
topniejącego śniegu, to uświadamiać sobie to rosnące na pustkowiu 
drzewo, samotne w swym pięknie. Samotność człowieka na ulicy jest bólem 

życia; on nigdy nie jest sam, oddalony, nietknięty i bezbronny. 

Rozległa wiedza podsyca nie kończącą się niedolę. Tym chodzącym po 
ulicach człowiekiem jest żądza ekspresji, z jej frustracjami i bólami; 

on nigdy nie jest sam. Smutek jest ruchem tej samotności. 
 
Ten górski strumień był przepełniony topniejącym śniegiem i 

wczesnowiosennymi deszczami. Wielkie głazy pod naporem rwących wód 
wydawały głuche odgłosy. Wysoka, ponad pięćdziesięcioletnia sosna, 
zwaliła się w wodę, drogę zalewało. Błotnisty strumień miał kolor 

background image

łupków. Na polach ponad nim rosło mnóstwo dzikich kwiatów. Powietrze 
było czyste, panował niepojęty urok. Na wysokich wzgórzach wciąż leżał 
śnieg, a świeży padał na lodowce i wielkie szczyty; będą one 

niezmiennie białe przez całe lato. 

 
W ten piękny ranek mogłeś iść przed siebie nieprzerwanie, nie czując 
stromizny wzgórz. W powietrzu unosił się zapach, czysty i silny. Nikt 

tą ścieżką nie szedł, ani w górę ani w dół. Byłeś sam z tymi ciemnymi 

sosnami i rwącą wodą. Niebo tylko w górach bywa tak przedziwnie 
błękitne. Patrzyłeś na nie przez liście i wyniosłe sosny. Nie było 

nikogo, z kim można by porozmawiać, również umysł w kółko nie paplał. 
Czarno-biała sroka przeleciała i znikła w lesie. Ścieżka oddaliła się 
od hałaśliwego strumienia i zapanowała absolutna cisza. Nie cisza po 

ustaniu hałasu, nie ta cisza, która nastaje wraz z zachodem słońca. Nie 
cisza muzeów i kościołów, ale coś nie związanego z czasem i 

przestrzenią. Nie ta cisza, jaką umysł stwarza dla siebie. Słońce 
przypiekało, a cienie niosły ulgę. 
 

Dopiero niedawno odkrył, że podczas tych długich spacerów, po 
zatłoczonych ulicach lub odludnych ścieżkach, nie pojawiała się ani 
jedna myśl. Od lat chłopięcych tak było, żadna myśl nie przedostawała 
się do jego umysłu. Patrzył i słuchał i nic więcej. Myśl, ze swymi 
skojarzeniami, nie powstawała. Nie tworzyły się wyobrażenia. Pewnego 

dnia nagle sobie uświadomił, jakie to niezwykłe; często próbował 
myśleć, ale żadna myśl nie przychodziła. W czasie tych spacerów, z 
ludźmi lub bez nich, nie następowały żadne poruszenia myśli. Oto co 
znaczy być samemu. 

 

Ponad ośnieżonymi szczytami tworzyły się chmury, ciężkie i ciemne; 
zapewne później miało padać, ale teraz cienie były bardzo ostre, a 
słońce jasne i czyste. W powietrzu nadal unosiła się ta przyjemna woń, 
inny zapach miały przynieść deszcze. Do pensjonatu w dole było daleko. 
 

18 września 1973 
 
Jest to wciąż jedna z najpiękniejszych dolin. Otoczona ze wszystkich 
stron wzgórzami, pełna gajów pomarańczowych. Przed wielu laty wśród 

drzew i ogrodów stało tam ledwie kilka domów, teraz jednak jest ich o 

wiele więcej; drogi poszerzono, wzrósł ruch, wzmógł się hałas, 
szczególnie na zachodnim krańcu doliny. Ale wzgórza i wysokie szczyty 
pozostały takie same, nietknięte przez człowieka. W wysokie góry wiodą 
liczne ścieżki, po których chadzał bez końca. Spotykał niedźwiedzie, 
grzechotniki, jelenie, a pewnego razu rysia. Ryś stał przed nim, na 

schodzącej w dół ścieżce, mrucząc oraz ocierając się o skały i niskie 

pnie drzew. Powiew szedł ku górze, tak że mógł podejść dość blisko 
zwierzęcia. Ryś naprawdę się cieszył, zachwycony swym światem. Krótki 
ogon sterczał w górę, spiczaste uszy kierowały się do przodu, rdzawa 
sierść była jasna i czysta; zupełnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że 

ktoś stoi jakieś sześć metrów za nim. Schodziliśmy szlakiem może 

kilometr, żaden z nas nie czynił najmniejszego hałasu. Było to naprawdę 
piękne zwierzę, pełne życia i gracji. Gdy doszliśmy do wąskiego 

strumienia, nie chcąc go przestraszyć wyszeptał łagodne pozdrowienie. 
Nie obejrzał się ani na moment, byłaby to strata czasu, ale odskoczył i 
znikł bez śladu w ciągu paru sekund. A jednak przez jakiś czas byliśmy 

przyjaciółmi. 
 
Dolinę wypełnia zapach kwiatów pomarańczowych, który niemal przytłacza, 

background image

zwłaszcza wczesnym rankiem i wieczorem. Czuło się go w pokoju, w 
dolinie i w każdym zakątku ziemi, a bóg kwiatów tę dolinę błogosławił. 
Latem bywało tam naprawdę gorąco, a to miało swą specyficzną własność. 

Przed wielu laty, gdy tu przybył, panowała cudowna atmosfera i w 

mniejszym stopniu panuje nadal. Ludzie ją psują, tak jak psują 
najwyraźniej większość rzeczy. Będzie taka, jak była. Kwiat może 
zwiędnąć i obumrzeć, ale znów ożyje wraz ze swym pięknem. 

 

Czyś się kiedykolwiek zastanowił, dlaczego ludzie błądzą, ulegają 
zepsuciu, zachowują się nieprzyzwoicie - agresywnie, gwałtownie i 

przebiegle? Nie należy winić środowiska, kultury czy rodziców. Chcemy 
zrzucić odpowiedzialność za to zwyrodnienie na innych lub na jakieś 
wydarzenie. Wyjaśniania i przyczyny to łatwe wyjścia. Starożytni 

Hindusi nazwali to Karmą: zbierasz, coś posiał. Psycholodzy zrzucają 
cały problem na rodziców. To, co twierdzą tak zwani ludzie religijni, 

oparte jest na ich wierze i dogmacie. Pytanie jednak pozostaje. 
 
Są też inni, z urodzenia szczodrzy, dobrzy, odpowiedzialni. Nie 

zmieniają ich środowisko czy jakieś naciski. Pozostają tacy sami na 
przekór całej tej wrzawie. Dlaczego? 
 
Wszelkie wyjaśnienia niewiele znaczą. Każde wyjaśnienie jest ucieczką, 
unikiem przed rzeczywistością tego, co jest. A tylko to się liczy. To, 

co jest, można całkowicie przekształcić za pomocą energii, którą 
marnotrawi się na wyjaśnienia i poszukiwanie przyczyn. Miłości nie ma 
ani w czasie ani w analizie, w ubolewaniu i wzajemnym obwinianiu się. 
Jest wtedy, gdy nie pragnie się pieniędzy, stanowiska, gdy nikną 

sprytne podstępy jaźni.