background image

 

Nędza duszy 

 

Łatwiej  znosić  udrękę  niż  nieszczęście.  Żona  brutala,  pijaka  czy  zboczeńca  zyskuje  przy-

najmniej współczucie otoczenia oraz masochistyczną satysfakcję. Opuszczona kobieta, wystawia-

jąca na widok publiczny swoją niedolę, która miałaby usprawiedliwić swoje nadużywanie narko-

tyków, picie lub seks z przygodnymi partnerami, faktem, że jest ofiarą przestępstwa, jakiego do-

konało  na  niej  społeczeństwo,  nie  budzi  jednak  aż  tak  głębokiego  współczucia,  jakie  budzi  co-

dzienne, jałowe nieszczęście kobiet, które pozornie nie mają się na co uskarżać. Na każdej twarzy 

starzejącej  się  kobiety  można  dostrzec  ślady  ponurego  cierpienia.  Linie  zmarszczek  powstały  z 

ciągłego napięcia i stłumienia; to objawy zamartwiania się, a nie dojrzałej troski. Kiedy te kobiety 

się rozluźniają, ze zmarszczek można odczytać ich historie, ale jeśli tylko spostrzegą, że są obser-

wowane, zaraz z poczuciem winy ocierają oczy, unoszą brody, a na ich twarzach pojawia się wy-

raz fałszywego spokoju. Społeczny obyczaj jest taki, że skargi czy protesty mężatek są bardzo po-

dejrzane,  a  jeśli  publicznie  wyrażą  znudzenie  czy  niezadowolenie,  będzie  to  uznane  za  głęboki 

brak  lojalności,  niewdzięczność  i  akt  amoralny.  Przyznaje  się  wprawdzie,  że  małżeństwo polega 

na ciężkiej pracy wymagającej ciągłego dostrajania się partnerów, że to naprzemienne dawanie i 

branie, jednak niezbyt często dodaje się, że w tym układzie mąż - pan i władca - jest stałą, kobieta 

zaś zmienną. 

„W dzień wszystko jest w porządku, bo jestem zajęta. Ale wieczorem, od ósmej do północy, 

siedząc nad robótką lub oglądając

 

telewizję, czuję się jak więzień. Ponieważ mój mąż pracuje w 

lokalu, jeżeli gdzieś wychodzę, to albo z siostrą, albo na kursy wieczorowe. Przecież godzina spę-

dzona w towarzystwie męża późnym wieczorem to zbyt mało, prawda? Czuję się jak współczesny 

Kopciuszek i nie wyobrażam sobie, jak zniosę następne dwanaście lat, jeśli mają wyglądać tak jak 

te poprzednie. Opiekunek do dzieci brakuje i trudno coś zorganizować, bo w okolicy jest bardzo 

niewiele matek w mojej sytuacji". 

Powiedzmy  sobie  szczerze:  twój  mąż  nie  zmieni  się  nagle  po  dwunastu  latach  małżeństwa. 

Nie widzi nic złego w swoim postępowaniu i im częściej się skarżysz, tym bardziej będzie go cią-

gnęło, żeby uciekać przed wymówkami i zaszywać się w swoim barze. 

Mimo to możesz coś zrobić - możesz zmienić siebie. Po pierwsze, pomyśl o tym, ile to wspa-

niałych cech ma twój mąż, a potem postaraj się, żeby czas, który spędzacie razem, był tak cudow-

ny, że z przykrością będzie opuszczał dom. 

background image

I  w  końcu  zorganizuj  sobie  jakieś  życie  towarzyskie.  Gdybyś  zapraszała  przyjaciół  na  karty 

lub  kolacyjkę  dwa  razy  w  tygodniu,  oczywiście  nie  byłoby  tak  jak  z  mężem,  lecz  przynajmniej 

pozwoliłoby  ci  to  tyle  o  nim  nie  myśleć.  Pomyśl  też,  że  gdyby  był  marynarzem,  wyjeżdżałby  z 

domu nawet na cały rok. Po prostu pogódź się z tym, że masz męża, którego często nie ma w do-

mu, a jeśli on zauważy, że nie zwracasz na to zbytniej uwagi, może zechce częściej zostawać w 

domu. 

Jedynym liczącym się osiągnięciem kobiety jest uszczęśliwienie męża, natomiast rozumie się 

samo przez się, że on może mieć ważniejsze sprawy na głowie niż zajmowanie się szczęściem żo-

ny. Kiedy już jest tak niezadowolona, że zaczyna mu to przeszkadzać, uświadamia sobie, że może 

powinien więcej z nią rozmawiać, czasem gdzieś z nią wyjść, kupować jej róże i bombonierki i od 

czasu do czasu powiedzieć komplement. W końcu to niewiele kosztuje. 

 

Jestem podziwiana, bo robię dobrze różne rzeczy. Gotuję, szyję, robię na drutach,  

konwersuję, pracuję i jestem dobra w łóżku. Dlatego jestem drogocenną rzeczą.  

Beze mnie by cierpiał. Z nim jestem zupełnie sama.  

Jestem samotna jak wieczność i czasem czuję się głupia jak but. Cha, cha, cha! Nie myśl!  

Zachowuj się tak, jakby wszystkie rachunki były zapłacone. 

Christine Billson, You Can Touch Me (Możesz mnie dotknąć), 1961, str.  

 

 

Ale jeśli już jest wiecznie poirytowana lub apatyczna, co jest charakterystyczne dla syndromu go-

spodyni domowej, to i tak nic będzie w stanie rozmawiać, zawsze jest zbyt zmęczona, żeby gdzieś 

wyjść, a kwiaty odbiera jako kpinę lub czuje się, jakby dostawała łapówkę. 

Zrzędzenie, nadwaga, przedwczesne starzenie się to zewnętrzne oznaki nędzy kobiecej sytu-

acji.  Jest  to  tak  częste  wśród  kobiet  naszego  społeczeństwa,  że  nikt  się  już  szczególnie  tym  nie 

przejmuje.  Kobiety  jednak  mają  z  tego  powodu  poczucie  winy,  bo  stan  ten  może  znaczyć,  że 

„przestały  się  starać”.  Wynajdują  najróżniejsze  wymówki,  tłumaczą  rozdrażnienie  zmęczeniem 

lub chorobą i znajdują dolegliwości, które zaistniały dopiero wtedy, kiedy zostały wymyślone: na 

przykład chroniczny ból głowy, bóle pleców, brak apetytu, reumatyzm. Jak zauważyła Betty Frie-

dan,  jest  jednak  mniej  gospodyń  domowych,  które  cierpią  z  powodu  nieszczęsnej  dolegliwości 

pań domu, czyli „wielkich, krwawiących pęcherzy na rękach” niż kobiet, które nie mają tak rzuca-

jących się w oczy znamion choroby. Rośnie liczba kobiet, które poddaje się operacjom narządów 

kobiecych, choć nie można znaleźć organicznych przyczyn ich chorób. Bardziej dokładny i reali-

styczny  obraz  sytuacji  mogłyby  przynieść  badania  rynku  dotyczące  firm  reklamujących  takie 

ś

rodki,  jak:  „werwa",  „wigor",  „energia",  „witalność",  „krzepa",  „zadowolenie",  „wewnętrzny 

background image

blask"  -  specyfiki,  które  „pomogą  ci  cieszyć  się  życiem",  „raz  a  dobrze  postawią  cię  na  nogi", 

sprawią, że będziesz „zrelaksowana, pewna siebie i będziesz miała ochotę zmierzyć się z życiem", 

a także „pomogą ci znów stać się sobą". Produkty, które można reklamować pod tymi hasłami, w 

większości  nie  zawierają  substancji  uzależniających,  ale  nawet  okrężna  sugestia,  że  środki  prze-

ciwbólowe  mogą  być  formą  psychoterapii  czy  sposobem  na  zwalczenie  depresji  i  rozdrażnienia 

nerwowego,  jest  dość  ryzykowna.  Nie  prowadzi  się  statystyk,  które  określałyby,  ile  osób  w  tym 

kraju uzależniło się od aspiryny i kodeiny, ponieważ oba te środki można dostać bez recepty. Nie 

prowadzi  się  też  publicznych  kampanii,  które  by  ostrzegały  kobiety  przed  niebezpieczeństwami 

zażywania salicylanów. Od czasu do czasu na stronach z fachowymi poradami w magazynach dla 

kobiet  znajdziemy  opis  typowego  syndromu  gospodyni  domowej.  Tu  znów  pomoże nam Evelyn 

Home: 

„Być może mój problem jest nieco skomplikowany, doktorze Meredith, ale zawsze czuję się 

przemęczona do szpiku kości i nie chce mi się dosłownie nic robić. A przy piątce dzieci (z których 

trójka chodzi do szkoły), jak może sobie pan wyobrazić, mam mnóstwo do zrobienia. 

Kiedy  się  budzę,  czuję  się  tak  wykończona,  że  nie  wiem,  jak  sobie  poradzić  z  nastającym 

dniem i w ogóle jak zabrać się do pracy. Prawie nie tykam prac domowych, czasem ubieram naj-

młodsze dziecko tuż przed powrotem męża z pracy, ponieważ inaczej by się na mnie wściekł. 

Mój mąż nazywa mnie „zmęczeniotyzmem”. 

Tak  bardzo  zazdroszczę  kobietom,  które  potrafią  wstać  o  szóstej,  uporać  się  ze  wszystkimi 

pracami  i  jeszcze  czują  się  wspaniale.  Chciałabym  móc  zrobić  chociaż  połowę  tego,  co  one,  ale 

teraz jestem naprawdę załamana i nawet nie mam ochoty próbować. Ostatnio naprawdę przerażają 

mnie własne myśli, tym, co powstrzymało mnie od ich zrealizowania, było przypomnienie sobie, 

ż

e mam dzieci, które naprawdę kocham, choć może tego nie widać.” 

Oto wszystkie typowe objawy. Poczucie winy, ponieważ literatura kobieca trąbi o kobiecych 

stachanowcach wykrzykujących: „Patrzcie, jak dobrze robię to, czego się nie da zrobić: kochajcie 

mnie wszyscy!”, poczucie niemocy, dziwaczna relacja z mężem, pełniącym tu rolę krytyka, i peł-

ne niepewności uczucia wobec dzieci, której nie rozproszy oględne zdanie, dające się odczytać ja-

ko: „Naprawdę je kocham (ale tego nie czuję)”. 

Choć naprawdę trudno wymyślić tu jakieś skuteczne wyjście, odpowiedź Evelyn Home nale-

ż

y do typowych i zapewne żaden lekarz nie podziękowałby jej za nią. 

„Ma pani rację, jestem pewna, że to sprawa kwalifikująca się do interwencji lekarskiej. Niech 

pani odwiedzi swojego lekarza i wszystko mu opowie: o swoim wyczerpaniu, depresji, znużeniu, 

a on pani pomoże.

background image

I jeszcze jedno: proszę nie tracić ducha! Wiele kobiet, które mają na głowie mniej niż pięcio-

ro dzieci i męża o popędliwym języku, czuje się gorzej niż pani i robi znacznie mniej. Wszystko z 

panią w porządku, poza tym, że jest pani chora (!). Po pierwsze, trzeba zatroszczyć się o zdrowie, a 

wszystko inne samo się ułoży". 

Cóż, w takim wypadku wszystko zależy od lekarza. Przypuśćmy, że ta kobieta jest silna jak 

koń i nie ma niedoboru żelaza? Przypuśćmy, że lekarz zaaplikuje jej jednak kurację wzmacniającą 

i witaminową? Przypuśćmy, że każe jej wziąć się w garść, do czego byłaby zdolna większość le-

karzy  ogólnych?  A  może  zaleci  jej odpoczynek, wakacje, na które ona nie może sobie pozwolić 

albo które przekształcą się w kolejne ciężkie zadanie do wykonania lub okażą się klęską? Żadne 

cuda się nie zdarzą. Może powinna pić dziennie jeden lub dwa kieliszki lekkiego wina? Ale bar-

dziej  prawdopodobne,  że  jej  lekarz,  kiedy  odpowiednio  przyciśnie  się  go  do  muru,  przepisze  jej 

pigułkę szczęścia, amfetaminę, środek antydepresyjny lub pobudzający. Angielskie gazety od cza-

su do czasu donoszą pobieżnie o rosnącym uzależnieniu gospodyń domowych od środków pobu-

dzających i barbituranów. 

W którymś z niedawno emitowanych programów telewizyjnych podano, że ponad milion ko-

biet w Wielkiej Brytanii jest uzależnionych od środków uspokajających. Dla tych, którzy ich nigdy 

nie zażywali, brzmi to szokująco, ale tylko ci z nas, którzy sami są od nich zależni, wiedzą, jakie 

to straszne.  

„Od ponad roku zażywam pewną pigułkę, określaną jako środek antydepresyjny i relaksujący. 

Ś

rodki uspokajające zaczęłam stosować, idąc za radą lekarza rodzinnego, do którego zgłosiłam się 

z problemami małżeńskimi.” 

List ten ukazał się w magazynie „Forum” jako ostrzeżenie dla innych kobiet, którym by od-

powiadało takie „leczenie” symptomów sytuacji, której nie mogą już dłużej znosić. Pani J.S., ni-

czego  nie  podejrzewając, zużyła dwa opakowania pigułek, po czym odkryła, że ma objawy uza-

leżnienia: 

„Kiedy  skończyło  się  ostatnie  opakowanie,  starałam  się  obyć  bez  pigułek.  Pierwszego  dnia 

trochę  mnie  nosiło,  ale  po  kilku  drinkach  wieczorem  moje  nerwy  się  uspokoiły.  Następny  dzień 

był  już  gorszy.  Strasznie  złościłam  się  na  męża  i  dzieci.  Miałam  palpitacje  serca,  pociły  mi  się 

dłonie.  W  ciągu  kolejnych  dni  zrozumiałam,  że  nic  innego,  tylko  uzależniłam  się  od  środków 

uspokajających. Po prostu musiałam zdobyć kolejne opakowanie pigułek.” 

Kobieta poszła do innego lekarza, żeby pomógł jej wyleczyć się z uzależnienia, a on przepisał 

jej  kolejne  pigułki.  Teraz  przynajmniej  samo  uzależnienie,  jako  jej  najpilniejszy  problem,  ze-

pchnęło na drugi plan jej niemożliwą do zniesienia sytuację domową. Ta historia nie ma rozwią-

zania: 

„Musiałam nadal przyjmować środki uspokajające, żeby przestać się martwić moimi nowymi 

background image

troskami. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez moich pigułek, tak jak alkoholik nie może przeżyć 

bez drinka. W zeszłym tygodniu rozmawiałam z przyjaciółką, która chodzi do psychiatry. Opo-

wiedziała mi, jak cudowną rzeczą jest analiza i jak bardzo pomógł jej ten lekarz. Spędziłam z nią 

kilka godzin i zauważyłam, że w tym czasie dwa razy sięgała do torebki i połykała maleńką piguł-

kę. Mogłabym przysiąc, że bierze te same co ja. Myśli, że mogą zdziałać cuda. Nawet nie zadałam 

sobie trudu, żeby jej powiedzieć, że próżne to nadzieje.” 

Michael Ryman, psychiatra pracujący na oddziale uzależnień w All-Saints Hospital w Bir-

mingham, stwierdził, że od jedenastu lat notuje coraz większą liczbę gospodyń domowych (do-

kładnych danych brak) trafiających do szpitala na odtrucie z powodu dużych dawek barbituranów, 

ś

rodków uspokajających i pobudzających. 

 

W

tedy pani Simmons, żona hollywoodzkiego reżysera i producenta Richarda Brooksa, wyjaśniła: 

„Czułam  się  ogromnie  samotna,  kiedy  Richard  wyjeżdżał  kręcić  filmy.  Było  dokładnie  tak,  jak  pokazują  na 

ekranie.  Siedziałam  w  domu,  gapiłam  się  w  telewizor  i  popijałam.  To  naprawdę  fatalne  połączenie.  Kładłam  dzieci 

spać i noc w noc siedziałam przed telewizorem, pijąc kolejne drinki. 

Przebywanie z dziećmi jest takie miłe. Trący ma już trzynaście lat, a Kate osiem. Rzecz jasna, mają swoje towa-

rzystwo. Kiedy jest się samą w ogromnym domu całe noce, można się czuć bardzo samotną. I w taki sposób picie sta-

ło się moim ogromnym problemem". 

„News of the World", 5 kwietnia 1970

 

 

Przyznał też, że mają stosunkowo niewielką liczbę wyleczeń. Jednak okazało się, że ma do 

sprawy podejście moralistyczne, podobnie jak inni profesjonaliści. Mówił, że kobiety stosują pi-

gułki nasenne, „gdyż nie mogą zasnąć albo znieść seksualnych zakusów natarczywych mężów” 

(cóż za mistrzowski popis demagogii), że „uciekają się do środków uspokajających, gdy w domu 

pojawiają się najmniejsze oznaki napięcia" i „połykają środki antydepresyjne, żeby przetrwać 

nudny dzień pełen nużących obowiązków". „Rzecz to ogólnie znana, że osoby uzależnione od 

ś

rodków uspokajających biegną po tabletki nawet przy okazji tak drobnych incydentów, jak przy-

palenie obiadu, zbicie żarówki czy cotygodniowe pranie”. 

Ryman nie zastanawia się jednak nad tym, dlaczego kobiety doprowadzają się do takiego sta-

nu, że nie mogą znieść najzwyklejszych spraw. Trudno się dziwić, że ma tak niewielkie sukcesy w 

leczeniu, jeśli jego pacjentki mogą liczyć tylko na taki poziom analizy. Komitet Szkockiego Kró-

lewskiego Stowarzyszenia Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Dzieci w Glasgow donosi, że coraz 

większa liczba matek w tym mieście bierze narkotyki, „żeby uciec od rzeczywistości” - znów ja-

kieś moralnie podejrzane zachowanie matek. 

Ż

ycie gospodyni domowej nie jest prawdziwym życiem; jest anachroniczne, jest jak kamień u 

background image

szyi. Kobiety znają już dostatecznie wiele innych sposobów życia żeby spokojnie i pogodnie wy-

cofać się między cztery ściany i spędzać cały czas z ludźmi, którzy sięgają im do kolan czy ponad 

kolano. Jeśli odrzuca się ten sposób życia, jako dający egzystencjalne spełnienie, to nie jest to tym 

samym, co odmową uznania rzeczywistości. Wszystkie objawy, takie jak chroniczne zmęczenie, 

znużenie, „nerwy” (jak nazywają to kobiety), są objawami nerwic o skomplikowanym pochodze-

niu psychosomatycznym. Nie pomogą lekarstwa, już prędzej pomoże pranie mózgu, w którego 

trakcie uda się wmówić kobietom, że ich monotonny i ciągły domowy kierat ma wzniosły cel i 

przysparza określonego dobra. Praca gospodyni domowej nie daje żadnych trwałych efektów,  

trzeba po prostu w kółko powtarzać te same zajęcia. Chowanie dzieci nie jest prawdziwą pracą, 

 

 

 

 

 

 

bo dzieci będą takie same, czy są wychowywane czy nie. Nie ma jasności co do tego, co jest w jej 

pracy niezbędne, a straszna liczba błędów, które na pewno popełni, albo już popełniła ta nieszczę-

sna kobieta (jak twierdzą wszyscy naokoło, kiedy coś się nie układa), oznacza tyle, że kobieta nie 

wie, co robić, a mimo to jest obciążona ogromną odpowiedzialnością. 

Kobiety  wyobrażają  sobie  często,  że  nie  byłyby  aż  tak  nieszczęśliwe,  gdyby  były  bogatsze. 

Być może niektóre potrzebują tylko opiekunki do dzieci, pomocy domowej, długich wakacji i ży-

cia bez kłopotów finansowych. Ale istnieją dowody na to, że, im mniej drugorzędnych problemów 

maskujących  sytuację  pojawia  się  w  życiu,  tym  większą  uwagę  zyskuje  problem  podstawowy, 

czyli  sama  relacja  małżeńska.  W  kulturze  zachodniej  prawdziwym  człowiekiem  sukcesu  został 

astronauta. Żony astronautów świecą odbitym blaskiem mężów i opływają w pieniądze. Kosmo-

nauta to amerykański arystokrata - spotykają się z nim prezydenci, on sam modli się w imieniu ca-

łego narodu, stojąc na Księżycu - a zatem jego dom musi mieć wszystkie możliwe udogodnienia, 

jakie tylko są dostępne na rynku. Podobno pewien psychiatra pracujący dla NASA stwierdził, że 

Cape Kennedy jest największą wylęgarnią rozwodów na świecie. Rzeczywiście, liczba rozwodów 

przewyższa  tam  dwukrotnie  średnią  krajową.  Alkoholizm  wśród  gospodyń  domowych  jest  naj-

wyższy w Ameryce, z wyjątkiem Waszyngtonu. „Wydaje się, że przemysł kosmiczny okrada ludzi 

z  uczuć”.  Celowe  zmniejszanie  poziomu  wrażliwości  astronautów  rodzi  określone  problemy,  bo 

co prawda potrafią oni zachowywać zimną krew na Księżycu, ale są równie zimnokrwiści w każ-

dej innej sytuacji, nie wyłączając małżeńskiego łoża, jako że poziom aktywności seksualnej męż-

czyzn  na  Cape  jest  bardzo  niski.  Możemy  uważać,  że  komputerowa  społeczność  Cape  Kennedy 

stanowi  logiczne  rozwinięcie  tendencji,  jakie  przejawia  nasz  wysoce  zorganizowany  chaos,  wi-

(...) nadajcie ich egzystencji jakiś cel wypełnijcie im czas jakimś zajęciem, bo inaczej zły humor,     

rozczarowanie i apatia zrodzona z bezczynności nieuchronnie wypaczy im charakter (...) 

 

Z listu Charlotte Bronte

 

background image

doczne  nawet  w  biednej  i  zacofanej  Anglii,  gdzie  ludzie  nie  mogą  sobie  pozwolić  na  rozwody. 

Ż

ona kosmonauty nie może być gruba i kłótliwa, jest raczej skazana na to, żeby wyrażać swą nie-

dolę przez pijaństwo i promiskuityzm, które przynajmniej uchodzą za przyzwyczajenia stylowe i 

drogie.  W  Anglii  „zaniedbywana",  „zostawiona  samej  sobie",  „znudzona"  czy  „samotna" gospo-

dyni  domowa  najprawdopodobniej  po  prostu  zacznie  się  przejadać  niezdrowymi  rzeczami.  Re-

klama batoników i ciasteczek w tym kraju odwołuje się ostatnio do ucieczki w jedzenie. Powiada 

się  nam,  że  ten  czy  ów  wypluty  przez  maszynę  ulepek  porwie  nas  „orgią  smaku",  „eksplozją", 

„ekscytacją" i „wizją egzotycznych miejsc". Telewizyjne reklamy cukierków obiecują wizje, ha-

lucynacje i orgazmy. No i jednak batonik Mars kosztuje mniej niż rozwód. 

Bunt kobiet przybiera ciekawe i pokrętne formy, ale największy „podatek" kobieta nakłada na 

siebie. Często z prawdziwie głęboką złośliwością odpycha od siebie męża i niweczy wszelkie jego 

wysiłki, żeby się z nią kochać, ponieważ wszystkie jego zachowania wydają się jej nie takie, jak 

trzeba. Oziębłość kobiet jest jednym z głównych problemów, ale sama wiedza na temat budowy 

 

Mam za złe, że mój mąż nie chce się ze mną zbyt często kochać, jednak w tych rzadkich sytuacjach, kiedy to ro-

bi, mam mu to nawet bardziej za złe, staję się nieczuła, bo wydaje mi się, że on tylko w ckliwy sposób czaruje, udaje, 

ż

e coś nas jeszcze łączy albo że nie spotyka się z inną (jestem pewna, że ma kilka kochanek). Często się o to kłócimy; 

niekiedy zaprzecza, a czasem mówi, że sama go popycham do innych, bo jestem wobec niego taka zimna. Ale jak ko-

bieta może się ciepło odnosić do mężczyzny, który nigdy nie mówi ani nie robi nic romantycznego? 

(Pani) C.T., „Forum", vol. 2, nr 2 

 

 

kobiecego ciała i natury orgazmu nie zmieni tego. Z powodu całego wychowania kobietom trudno 

jest zaakceptować rzeczywistość seksualną i orgazm. Mężowie często twierdzą, że żona, która na 

początku małżeństwa lubiła seks, potem staje się oziębła. Ale miłość seksualna nie sprowadza się 

do kwestii orgazmu czy romantyzmu. Wyruszając ku sobie od przeciwległych biegunów, mężowie 

i żony mijają się w ciemności i obejmują duchy. Kwestia braku antykoncepcji także zaburza sek-

sualność  kobiety.  To  zdumiewające,  lecz  najpopularniejszą  formą  antykoncepcji  w  Anglii  nadal 

jest prezerwatywa, a jedna brytyjska para na pięć stosuje stosunek przerywany. Jeden i trzy czwar-

te  miliona  angielskich  kobiet  —  co  nie  stanowi  nawet  jednej  ósmej  populacji  gospodyń  domo-

wych - stosuje pigułkę. Ale nawet jeśli kobiety używają pigułek, problemy nie znikają. Co tydzień 

prasa  przedstawia  kolejny  wypadek  horroru  pigułkowego,  opisując  młodą  żonę,  która  umiera  na 

trombozę po kilku tygodniach małżeństwa. Magazyn „News of the World" zamieszcza ostrzeżenie 

Stowarzyszenia Planowania Rodziny, w którym jest informacja, że 400 000 kobiet, które otrzyma-

ły odeń pigułkę, cierpi z powodu jednego lub kilku skutków ubocznych. 

background image

Profesor Victor Wynn z St Mary's Hospital w Paddington twierdzi, że zażywanie pigułki mo-

ż

e prowadzić do trombozy, schorzeń wątroby, otyłości i depresji. Jeśli tak utrzymuje, to może po-

winniśmy mu wierzyć, choć kiedy ja sama w okresie zażywania pigułki uskarżałam się na obrzęki 

i apatię, to mój lekarz prychnął tylko z pobłażaniem na te moje fochy. W licznych listach opubli-

kowanych  w  piśmie  „Lancet"  w  lecie  1969  r.  dyskutowano  kwestię  depresji  związanej  z  zaży-

waniem pigułki antykoncepcyjnej i przyznawano, że zawarty w niej hormon zakłóca wydzielanie 

tryptofanu — „dietetycznej substancji chemicznej będącej podstawą dobrego samopoczucia, która 

ma  też  związek  z  nastrojem”.  Z  rynku  wycofano  szesnaście  rodzajów  pigułek,  co  w  niewielkim 

stopniu  zmieniło  sytuację  kobiet,  które  stosują  pozostałe.  Co  do  spirali,  to  z  przykrością  stwier-

dzono, że zawodzi w około dwudziestu procentach przypadków, poza tym jej obecność w macicy 

może być dla kobiety nieprzyjemna. Pani Monica Foot przedstawiła w „Sunday Times" mrożący 

krew w żyłach opis nieoczekiwanego przerwania ciąży spowodowanego spiralą i za swoją otwar-

tość została obrzucona obelgami. Diafragma także ma swoje wady: kobieta odczuwa jej obecność, 

a sperma w zetknięciu z wydzielinami pochwy daje dodatkowe odczucia na otaczającą diafragmę 

błonę. Poza tym mąż, jeśli akurat zależy mu na zapłodnieniu, może diafragmę wydostać. Kobiety 

nie będą zachowywać się bardziej racjonalnie i spokojnie w dziedzinie seksu, skoro to one muszą 

myśleć o antykoncepcji, martwić się o pigułki, prezerwatywy etc, i one też szaleją z niepokoju za 

każdym  razem,  kiedy  okres  się  spóźnia.  Absolutnie  powszechna  dolegliwość,  jaką  jest  napięcie 

przedmiesiączkowe, nęka dziś kobiety dotkliwiej niż dawniej, a nerwicowe postawy tylko pogar-

szają problem. Udręka, udręka, udręka. 

Kobiety  częściej  niż  mężczyźni  dokonują  prób  samobójczych  i  więcej  kobiet  przebywa  w 

szpitalach  psychiatrycznych.  Co  roku  setki  dzieci  doznają  obrażeń  z  rąk  zdesperowanych  rodzi-

ców,  notuje  się  też,  że  obłąkane  matki  powodują  wypadki  śmierci  niemowląt.  Rozpoznano  syn-

drom depresji poporodowej - niektóre kobiety cierpią na nią nawet rok po urodzeniu dziecka. Wo-

kół nielicznych morderczyń dzieci i zabójczyń mężów prasa wzbudza dzikie skandale. Większość 

kobiet wlecze się apatycznie, noga za nogą, w kolejny dzień, mając nadzieję, że robią to, co nale-

ż

y, i właściwie nie oczekując uznania. Pracująca żona czeka, kiedy jej dzieci wyrosną na ludzi i 

udowodnią tym samym, że jej znój miał w ogóle jakiś sens, po czym patrzy na dzieci, które robią, 

co chcą, wynoszą się z domu, popadają w najróżniejsze nałogi i oddalają się od rodziców. Teraz 

ż

ona, która nie ma już stałego zajęcia w domu, zbiera się w sobie i rusza do szkół, przy czym trak-

tuje dyscypliny akademickie jak zabawę i często przyswaja wiedzę w niedobry sposób i z niewła-

ś

ciwych powodów. Moja własna matka, kiedy już wiecznym zrzędzeniem doprowadziła najstarszą 

córkę  do  ucieczki  z  domu  (czego  nigdy  nie  przyjęła  do  wiadomości  i zawsze mówiła o niej tak, 

jakby  moja  siostra  była  w  domu,  choć  matka  nie  miała  pojęcia,  co  porabia),  zaczęła  chodzić  na 

lekcje baletu, mimo że był to czysty nonsens, uczyła się księgowości i niezmiennie oblewała koń-

background image

cowe egzaminy, próbowała religioznawstwa, narciarstwa, aż w końcu nauczyła się włoskiego. Ale 

tak naprawdę już dużo wcześniej nie była w stanie skoncentrować się choć na tyle, żeby przeczy-

tać  powieść  czy  tylko  gazetę.  Każde  zajęcie  traktowała  obsesyjnie,  dopóki  trwało  -  a  niektóre 

trwały zaledwie miesiąc i było ich naprawdę za dużo, żeby je wszystkie wyliczyć. Matka „ciągnę-

ła" na oglądaniu telewizji, urządzaniu domu i robieniu na drutach - na tych zwyczajowych narko-

tykach  gospodyń  domowych.  Nie  grała  w  bingo  czy  housie-housie,  po  części  z  powodu  charak-

terystycznego dla klasy średniej snobizmu. Nie zakochała się też w żadnym psie ani w papużce. 

Inne kobiety - owszem. 

Rzecz jasna, niezamężnych kobiet wcale nie ominie to kobiece nieszczęście - z małżeństwem 

jako miernikiem sukcesu wiąże się ogromna presja. Zajmując się jakąś drugorzędną pracą, gdzie 

nie było szansy na awans, spędzały czas na marzeniach, a inni patrzyli na nie jak na nieszczęsne 

istoty. Trudno zrozumieć takie zjawisko - które nie ma odpowiednika wśród mężczyzn - jakim są 

niezamężne  kobiety  poświęcające  życie  starzejącym  się  rodzicom,  jeśli  nie  przyjmiemy,  że  tymi 

kobietami  powodują  motywy  podobne  do  tych,  jakie  mają  zakonnice,  idące  do  klasztorów.  Dla 

tych, którzy kpią ze starych panien i zgorzkniałych kobiet, pewnym usprawiedliwieniem jest to, że 

te kobiety faktycznie demonstrują niezadowolenie, nietolerancję i użalają się nad sobą. Jak zwykle 

jest to błędne koło. 

Zważywszy  na  to,  jak  trudne  jest,  jako  sposób  życia,  małżeństwo  i  że  staropanieństwo  jest 

jeszcze  trudniejsze,  kobiety  nie  mogą  się  uważać  za  szczęśliwe,  bo  szczęście  jest  pozytywnym 

osiągnięciem. Ostatecznie to, co kobieta może dać najlepszego swojej społeczności, to własne za-

dowolenie i poczucie szczęścia, na razie droga do tego szczęścia wiedzie przez manifestację buntu 

i odrzucenia odpowiedzialności - i to nam pokazuje, jak bardzo wszystko musiałoby się zmienić, 

ż

eby bycie kobietą zyskało jakiś ludzki sens.