background image

Szkoła wyrównująca szanse to utopia. Jeśli pochodzisz z dobrego domu, szkoła pomoże 
ci w dalszej drodze życiowej. Jeśli nie - wypluje. Rozmowa z Alicją Sadownik o 
wykluczonych i elicie  

 
Badała pani, cz

szkoła

 publiczna wyrównuje szanse uczniów. Najpierw w "Sorbonie", 

potem w jednym z najbardziej prestiżowych liceów w Polsce. Jak panią przyjęli 
uczniowie "Sorbony"?
 
 
- "Z panią? Co pani w ogóle ma? Komórka firmy szajs, bluzka firmy szajs". 
 

A oni co? Firmowe ciuchy? 
 
- Niepisany uniform to: dresy albo "nisko zawieszone" dżinsy, bluza z kapturem z napisem 
Nike albo Fishbone. Podróbki albo kradzione. Duże komórki ze wszystkimi bajerami. 

 
Kradzione? 
 
- Tak. "A pani załatwić?" - pytali. 
 
Początkowo nie chcieli rozmawiać z "człowiekiem marki szajs". Moment przełomowy 
zawdzięczam Romanowi Giertychowi. Kiedy został ministrem edukacji, zaczęto pilnować 
zakazu palenia w szkole. Uczniowie przenieśli się do toalet. Bezsilni nauczyciele regularnie 
dzwonili po policję. Ta przyjeżdżała, wypisywała mandaty. Ja też dostałam. Wtedy zostałam 
uznana za swoją. Uczniowie darli je i wyrzucali do kosza. Ja pogniotłam, ale włożyłam do 
kieszeni. Zapłaciłam wieczorem. 
 
Policjanci nie reagują na prowokacje? 
 
- Niewiele mogą zrobić. Policjanci musieli przyjeżdżać co dzień. Uczniowie tylko na to 
czekali. Ustawiali się rzędem przed drzwiami toalety, uderzali pięścią w dłoń. Jeden mówił: 
„To jest »Sorbona « i my tu mamy swoje tradycje”. A cały szereg: „Mamy tradycję. Jebać 
policję”. 
 
Uczniowie "Sorbony" gdzieś wychodzą: do muzeum, teatru, na basen? 
 
- III klasę, samych dorosłych mężczyzn, wysłano do kina na „Kubusia Puchatka i 
Hefalumpy”. W tramwaju zaczęli symulować objawy zaburzeń psychicznych. „ »Sorbona « 
jedzie, pan ustąpi miejsca”. Pasażerowie wysiedli na następnym przystanku. 
 
W szkole też się tak zachowują? 
 
- Tam życie zaczyna się przed 7.30. Uczniowie stoją pod szkołą. Każdego, kto przychodzi, 
witają: "Cześć Downie", "Siemano, szkoło specjalna!", "No i co? Porażenie mózgu na 

background image

Sorbonę zachrzania?". To rytuał. Powtarzają diagnozę, by się z nią oswoić, bo ta diagnoza jest 
jak wyrok. 
 
Diagnoza, która spowodowała, że wylądowali w szkole specjalnej? 
 
- Tak. Brzmi ona: "Niepełnosprawny intelektualnie w stopniu lekkim". Wystawia ją 
psycholog w rejonowej poradni psychologiczno-pedagogicznej na podstawie testu inteligencji 
Lawrence'a Weschlera. Problem w tym, że o wyniku testu przesądza kapitał kulturowy, który 
u tych dzieci jest stosunkowo niski. O ogólnym ilorazie inteligencji przesądza inteligencja 
werbalna, tzn. zdolność do tworzenia konstrukcji zdaniowych, zasób słownictwa i wiedza 
ogólna o świecie. W teście są pytania: "Kim był Newton?", "Wyjaśnij pojęcie: metafora", 
"Wymień cztery atrakcje turystyczne Europy". 
 
Kto wysyła na takie badania? 
 
- Szkoła albo rodzic. 72 procent uczniów "Sorbony" ma sześcioro rodzeństwa. Jeżeli któreś ze 
starszych dzieci było zdiagnozowane jako niepełnosprawne intelektualnie, rodzice przekonali 
się, że za tym idą świadczenia materialne (ok. 150 zł miesięcznie). Nie przypadkiem ludzie są 
tu do 26. roku życia, czyli do kiedy mogą pobierać zasiłki przysługujące z racji uczenia się. 
Uczniowie opowiadali, że mamy ich prosiły, by na teście udawali "głupszych, niż są": "Jak 
pani ci pokaże jakieś klocki, to nie dotykaj". "Brat chodził do szkoły specjalnej, ty też 
pójdziesz, to dobra szkoła". 
 
Kim są ich rodzice? 
 
- 90 procent to bezrobotni z wykształceniem zawodowym. Wiele dzieci wychowują matki, o 
ojcach nie ma informacji. W wywiadach uczniowie opowiadali, że mama często znika na 
kilka dni. Wtedy najstarsze z rodzeństwa bierze odpowiedzialność za dom. 

 
Jakich zawodów ucz

szkoła

? 

 
- Kucharz, ślusarz spawacz, malarz tapeciarz, pracownik obsługi hotelowej. Z wywiadów 
wynika, że jedyny zawód, który daje szanse na zatrudnienie, to ślusarz spawacz. Nauka 
kończy się egzaminem zawodowym, ale mało kto go zdaje, bo żadna placówka nie chce mieć 
uczniów szkoły specjalnej na praktyce. Zgodził się na to jeden hotel z Gdańska i zatrudnia ich 
do "czarnej roboty". 
 
Jak się ląduje w "Sorbonie"? 
 
- Większość uczniów ma za sobą zakłady poprawcze i policyjną izbę dziecka. Tam 
przebywają młodociani przestępcy oskarżeni o pobicia, kradzieże, nawet morderstwa. Razem 
z nimi siedzą dzieci, które nie mają się gdzie podziać, bo np. ojciec poszedł w cug. Jeden z 
uczniów "Sorbony" został tam dotkliwie pobity. Nauczył się, że silniejszemu należy się 

background image

szacunek. Po powrocie do szkoły - w odpowiedzi na niepowodzenia związane z zaległościami 
- w podobny sposób wymuszał respekt. I zaczęło się: nagany, wagary, wyrzucanie z 
kolejnych szkół. "Aż wreszcie dopadła mnie ta szkoła specjalna" - powiedział. 
 
Wielu przeszło podobną drogę, ich pozaszkolne doświadczenie życiowe jest podobne. Nawet 
porachunki z dzielnicy załatwiają w szkole. 

 
Mieszkają w jednej dzielnicy? 
 
- W szkole jest 58 uczniów. 39 z nich, czyli prawie 70 procent, mieszka na Oruni Dolnej. 
Reszta pochodzi z małych wiosek kaszubskich i mieszka w internacie położonym blisko 
Oruni. 
 
Orunia Dolna jest bardzo biedną dzielnicą Gdańska. Słynie z przestępstw, narkotyków, 
alkoholizmu, kradzieży. W przewodnikach Pascala są przestrogi, żeby na Orunię nie chodzić. 
Uczniowie mówili mi z dumą: "Jak się jakiś pedał zapuści na dzielnicę, to ma wpierdol". 
 
Uczniowie usprawiedliwiają nieobecnych kolegów: podłapał fuchę. "Fucha" jest taka: dwóch 
niemieckich turystów zapuściło się w niebezpieczny rejon miasta. Żeby uniknąć pobicia, 
musieli zapłacić 400 euro. Mając taką kasę, nie chodzi się do szkoły, tylko baluje. 
 
Między dyrekcją a uczniami jest niepisana umowa, że jeśli ktoś znajdzie pracę, może nie 
chodzić do szkoły. Dyrekcja pomaga dopełnić formalności, pisząc - czasami nawet za 
uczniów - podania o urlop. Uważa, że w ten sposób szkoła dba o ich interes. Uczniowie to 
doceniają. "Dyra jest wporzo, pogadać z nią można". Zamiast upokorzeń serwuje się im 
zrozumienie. To dla nich pierwsze doświadczenie zrozumienia przez legalną instytucję. 
Dlatego są tu długo. Boją się rynku pracy. Często nie są zatrudniani dlatego, że mają w 
papierach szkołę specjalną. 
 
Kółko się zamyka? 
 
- Domyka. A zamyka wtedy, gdy zaczyna się duma z bycia na marginesie - występowanie 
przeciw przyjętym normom, pokonanie strachu: "Do szkoły codziennie odwoziła mnie 
policja, tylko frajerzy się ich boją", "Mogłam im nabluzgać, co mi zrobią?". Bycie na 
marginesie staje się polem do budowania własnej wartości i godności. "System nie może mi 
nic zrobić" - mówią uczniowie "Sorbony". Ale przecież wszystko już zrobił.  
 
Nie wszystko. Mogą im odciąć prąd, eksmitować, zamknąć w areszcie. 
 
- "No i co z tego?". "No to pójdę do więzienia. Brat już siedzi". Wyrzucenie poza społeczną 
grę daje dziwną wolność: dopóki grasz, masz coś do zyskania, ale i coś do stracenia, jesteś w 
całej sieci zależności. Młodzi z "Sorbony" osiągają wolność negatywną: od wszystkiego. Ale 
nie mają żadnej "wolności do", do realizacji celów i marzeń. Pod tym względem są 

background image

kompletnie zniewoleni. 
 
Wniosek jest taki: to warunki bytowe "robią" niepełnosprawnych intelektualnie z 
badanych przez panią uczniów. Ale może oni są po prostu leniwi? 
 
 
- W USA niepełnosprawność intelektualną najczęściej diagnozuje się wśród Latynosów i 
czarnych, w Niemczech, Francji, Włoszech - wśród dzieci emigrantów. Mamy nie zauważyć 
tej prawidłowości? Czy wszyscy Latynosi, Murzyni, Turcy są bardziej leniwi? Powód 
usunięcia poza edukację głównego nurtu jest ten sam - inny kapitał kulturowy. 
 
A konkretnie? 
 
- To, co daje tzw. dobry dom: majątek i poziom wykształcenia rodziców, które przekładają się 
na kod językowy, jakim mówi się w domu. Moje badania, podobnie jak badania socjologów 
brytyjskich, pokazują, że uczniowie mający mniejszy zasób słów, operujący prostymi 
zdaniami, są uciszani przez nauczycieli albo milczą (co częściej dotyczy dziewcząt). Jeżeli 
używają mowy potocznej, którą znają z domu i podwórka - są karani za samo odezwanie się. 
Dla nich szkoła nie jest miejscem przyjaznym, więc rzucają ją i idą do pracy. W ten sposób 
zasilają kolejne pokolenia klasy niższej. Szkoła uniemożliwia ich społeczny awans. Kapitał 
kulturowy jest nie tylko samą wiedzą, ale m.in. zainteresowaniami, motywacjami do 
zdobywania nowej wiedzy, sposobem mówienia, myślenia i zachowania się. 
 
Czyli inteligencją. 
 
- USA, Wielka Brytania czy Australia mają za sobą dyskusję o dyskryminacji związanej z 
diagnozowaniem ilorazu inteligencji. W tych krajach na poziomie inteligencji niższej niż 
przeciętna plasowały się głównie dzieci dwujęzyczne, dzieci emigrantów, kolorowa młodzież 
z biednych dzielnic, która nie miała okazji do zdobycia "prawomocnej" wiedzy. Podobnie jak 
uczniowie z "Sorbony". W innych krajach obcość kulturowa dotyczy ras, płci, etniczności, 
religii, narodowości. U nas - osób społecznie marginalizowanych. 

 
Jak rozpoznać, czy ktoś się do nich zalicza? 
 
- Jednym ze "wskaźników" może być sposób traktowania przyszłości. To świetny przykład, 
jak nierówny dostęp do dóbr ekonomicznych determinuje doświadczanie codzienności, obraz 
siebie i społeczeństwa. Uczniowie prestiżowego liceum, pytani o przyszłość, rzucają hasła - 

studia

 za granicą: prawo, medycyna, architektura. Harvard, Oxford, szkoły artystyczne w 

Londynie. Doktorat. Staż w korporacji na stanowisku kierowniczym. 
 
Spontaniczna odpowiedź ucznia "Sorbony" brzmi: "Jeszcze nie wiem, co będę robił 
wieczorem". Koncentracja na "tu i teraz" pomaga odeprzeć jedyną zgodną z prawem 
możliwość kariery - pracy w supermarkecie i pensji nieprzekraczającej 600 zł. 
 

background image

Badała pani uczniów szkoły specjalnej, a potem prestiżowego liceum. Po co? 
 
- Początkowo chciałam opisać świat tej pierwszej grupy. W trakcie badań okazało się, że 
uczniowie "Sorbony" pochodzą z jednej, niskiej klasy społecznej, a ich kariery szkolne 
przebiegają w podobny sposób. Wtedy postanowiłam sprawdzić, czy w prestiżowym liceum 
zachodzi ten sam proces. I zbadać, jak do niego dochodzi: kto gdzie trafia i kto co dostaje w 
polskim systemie edukacji. 

 
Skąd rekrutują się uczniowie prestiżowego liceum, które pani badała? 
 
- Ta młodzież dzieli się na trzy grupy: "elitę", "internat" i tych pomiędzy. "Elita" ma za sobą 
wspólną ścieżkę edukacyjną, która zaczyna się w szkole podstawowej nr X, 

gimnazjum

 nr Y i 

kończy w liceum nr Z. Żeby dostać się do X, uczeń musi przejść trzy rozmowy 
kwalifikacyjne. Dyrekcja rozmawia też z rodzicami, sprawdza, na ile przejmują się edukacją 
dziecka. 
 
Po takiej selekcji wiadomo, że problemów z dziećmi nie będzie? 
 
- Jeśli któreś się zbuntuje, najwyżej pomaluje sobie włosy na czerwono. 
 
"Elita" trzyma się razem, bo znają się "od zawsze". Są z tej samej klasy społecznej, ich status 
ekonomiczny jest bardzo wysoki. Rodzice to głównie sławne nazwiska świata biznesu. Ważne 
wydarzenia w życiu ich dzieci to: wyróżnienie w konkursach, wymiany zagraniczne z Danią 
czy Irlandią, obóz językowy w USA, obóz przetrwania w Szwajcarii, nagroda prezydenta 
miasta itd. Chłopcy z elity są finalistami olimpiad, mogli iść do każdej szkoły w Polsce. 
Wszyscy po liceum Z idą na studia: to "naturalne". Przy wejściu do szkoły stoi drogo- 
 
wskaz ze strzałkami do najlepszych uczelni świata. 
 
Gdzie mieszkają uczniowie z Z? 
 
- W willowej części miasta, gdzie metr kwadratowy 

mieszkania

 kosztuje od 12 500 zł wzwyż. 

Na Oruni Dolnej nie ma mieszkań na sprzedaż. Jeśli jakieś się pojawi, kosztuje ok. 1500 zł za 
metr. Większość z badanej przeze mnie grupy licealistów, oprócz mieszkania rodziców, ma 
już swoje lokum lub specjalny fundusz na "te sprawy". 
 
"Te sprawy", czyli co? 
 
- Niektórzy ostentacyjnie marnotrawią dobra materialne. Chłopcy są bardzo przejęci 
wyglądem i modą. Jeden z uczniów odmówił mi wywiadu, mówiąc: "Idę dziś do mojego 
fryzjera Roberto. Roberto jest Włochem, gejem, wizytę trzeba rezerwować na pół roku w 
przód, bierze 1000 zł za strzyżenie, ja muszę tam iść, to chyba oczywiste?". Poza tym chłopak 
z liceum Z "po prostu musi pachnieć Armani Code" - jak się wyraził inny badany. Jeżeli 

background image

chodzi o ciuchy, najlepiej widziane są te od projektanta, nie ze sklepu. 
 
Łatwo rozpoznać ich na ulicy? 
 
- Nie rzucają się w oczy. Żadnych krzykliwych kolorów. To gra w kosztowne niuanse. 
 
Osoby trochę bardziej wyróżniające się wyglądem - dredy, kolczyki, nieco awangardowe 
ciuchy - to mieszkańcy internatu, kolejna część klasy. Ich rodzice nie są tak bogaci, nie 
pochodzą z dużych miast, ale wiedzą, że w edukację dzieci należy inwestować. Czasami cała 
rodzina pracuje na to, by dziecko mogło uczyć się w tej szkole. 
 
"Internat" jest w kontrze do "elity"? 
 
- Ci uczniowie właściwie żyją razem: mieszkają, gotują, uczą się. I to bardzo dużo. "Elita" ma 
swoje pasje, uczy się "świadomie i selektywnie", bo i tak odniesie sukces. Uczniowie z 
internatu wkładają w edukację szkolną dużo więcej trudu, wkuwają wszystko. Czują, że nie 
mogą zawieść pokładanych w nich nadziei rodziny. Są w swoistej pułapce społecznego 
awansu. 

 
To znaczy? 
 
- "Rodzice się starają, ale nie bardzo mam z nimi o czym rozmawiać. Przecież nie czytali o 
malarstwie romantycznym". "Elita" ich odrzuca, bo "nie są stąd". 
 
Dam taki przykład: kiedyś kolega zrobił z dzieciakami z Oruni projekt artystyczny. Bez 
nakładów finansowych - nawet kostiumy zrobili ze śmieci. Wygrali konkurs. Osiągnęli 
sukces. Dzieciaki dostały "pozytywnego kopa", poszły do lepszych szkół, miały ambicje 
artystyczne. Dziś nie jest im łatwo. Dawne środowisko nie spełnia ich potrzeb, a nowego nie 
mają: śmietanka artystyczna ciągle nie uważa ich za swoich. 
 
Własna klasa społeczna często odrzuca awansującego, bo on "się wywyższa", zaczyna mieć 
inne aspiracje. A wyższa klasa identyfikuje go jako "dorobkiewicza". 
 
Czyli wnioski pesymistyczne: nie należy wyskakiwać ze swojej pozycji społecznej, tylko 
biernie się na nią zgadzać, bo inaczej człowiek skazuje się na alienację.
 
 
- Na tym polega uwewnętrznienie: obiektywne bariery społeczne zaczynamy postrzegać jako 
granice własnego ja. Zajmujemy miejsce, które nam przeznaczono, choć myślimy, że robimy 
to z własnej woli. 

 
Czy "elita" wie, że jest w czepku urodzona? 
 

background image

- Zaskakujące, ale tak. Mówią: "Mnie się udało, bo urodziłem się w burżujskiej dzielnicy". 
Potrafią dostrzec opresję, która ich nie dotyczy. 
 
Uczniowie z "Sorbony" też ją widzą? 
 
- Tak, ale nie potrafią powiedzieć, z czego ona wynika. Mówią: "Oni mi zabrali", "Oni 
zrobili", "Oni trzymają forsę". Mają ograniczoną świadomość społeczną. 
 
"Elita", podobnie jak uczniowie "Sorbony", ma swoje rytuały? 
 
- Ona musi dbać o wizerunek. "Ja nie mogę z każdym porozmawiać, proszę pani - mówi jeden 
z uczniów. - Zaraz wszyscy będą gadali, z kim to rozmawiał dziś Iksiński na długiej 
przerwie". "Spotkałam koleżankę w Ross-mannie. Mam nadzieję, że mnie nie widziała! Co za 
obciach! Przecież ja kupuję kosmetyki tylko w Sephorze". 
 
Czego jeszcze nie wolno elicie? 
 
- Kupować w hipermarketach z tanim jedzeniem. Jeździć do szkoły autobusem. "Raz 
jechałem. Wszystko mnie potem bolało. Już nigdy nie pojadę". Za bardzo przejmować się 
nauką. Trzeba zademonstrować tzw. jazdę na luzaku. W klasie, którą badałam, był chłopak, 
który robił ranking "kujoństwa" uczniów. W rubryczki wpisywał: "T. długo myśli, nim 
podniesie rękę. Denerwuje się. Odwołuje się do cytatu. Kujon". Kujonami są zazwyczaj ci z 
internatu. Źle być kujonem, bo kujon to ktoś, kto się stara. Elita nie musi: ona "po prostu ma 
to w sobie". 
 
W liceum Z uczniowie zgotowali sobie piekiełko. W "Sorbonie" jest chyba dużo milej?! 
 
- W liceum Z wszyscy "zasuwają" w kierunku kariery i samorealizacji. Program jest 
wypełniony po brzegi, sprawdzenie listy trwa 5 sekund. W "Sorbonie" - 20 minut. W Z 
dyrekcja dała mi jedynie 15 lekcji na przeprowadzenie badań. Razem z wywiadami zajęło to 
trzy tygodnie. W "Sorbonie" byłam półtora roku. 
 
Spędzałam z uczniami każdą chwilę, siedziałam z nimi na lekcjach lub na przysłowiowym 
murku. Robiłam wywiady z młodzieżą, nauczycielami i dyrekcją. Uczniów pytałam o dom, 
stosunek do szkoły, ważne wydarzenia w życiu, plany na przyszłość, poglądy, sposób 
spędzania wolnego czasu, marzenia. 
 
Dla uczniów "Sorbony

szkoła

 jest bastionem bezpieczeństwa. Tu mogą rozładować stres z 

zewnętrznego świata. W ich życiu nie ma spokoju, wielu ma tiki, nerwice. Tu mogą być na 
luzie, wyjść z klasy, jak jest klasówka, na którą poprzedniego dnia nauczyciel podał pytania. 
A nawet jeśli nie podał, to da wszystkim piątki, bo każdy 

sprawdzian

 można poprawiać w 

nieskończoność. Zresztą większość uczniów pamięta dokładnie te same sprawdziany z 
poprzednich lat nauki. 
 

background image

O ile w Z obowiązuje niepisana umowa o maksymalnym wykorzystaniu czasu, w "Sorbonie" 
- o nieuczeniu się. Tu nikt nie traktuje szkoły poważnie. Na tym stosunku do ucznia opiera się 
reprodukcja nierówności społecznych: ludziom, którzy są wykluczeni ze świata dóbr, pozwala 
się na tyle, by nie chcieli nic zmieniać. 
 
A gdyby chcieć zmieniać? 
 
- To trzeba im dać narzędzia, edukację, która odpowie na ich potrzeby, pracę i płacę, która by 
ich nie upokarzała. Albo tak mocno docisnąć śrubę, że wybuchnie rewolucja. 

 
Czy "edukacja odpowiadająca na potrzeby" oznacza zmianę programu nauczania?  
 
- Przede wszystkim oznacza dobór treści kształcenia w zależności od doświadczeń uczniów. 
Jeden z nich powiedział mi: "Z kim ja, pani, pogadam o Ikarze, co se te skrzydła zjarał?". 
Trzeba zadać sobie trud, by np. program "Sorbony" przystosować dla ludzi, którym nikt nigdy 
nie czytał, którzy z dzieciństwa nie znają bajek, za to znają np. lęk przed zimnem lub głodem. 
Jeśli lektury mają się nijak do życia uczniów - nie mają szans ich zrozumieć. Więc tracą 
zainteresowanie, a kadra umywa ręce, mówiąc: sami sobie winni, bo nie chcą się rozwijać.  
 
Czy drogi uczniów obu szkół gdziekolwiek się przecinają? 
 
- Nie. Oni nie istnieją dla siebie. Żyją w osobnych światach. 

 

W teorii 

szkoła

 to miejsce wyrównywania szans. Pani badania pokazały, że jest 

odwrotnie. 
 
- W szkole dzieci są nagradzane za wiedzę, której oczekuje nauczyciel. Wiedzę tę zdobywają 
na podstawie doświadczeń. Ale dostęp do nich kosztuje. Bogate dziecko, które jeździ na narty 
w Alpy szwajcarskie, jest lepsze z geografii, bo przeżyło tę wiedzę na własnej skórze. Biedne 
dziecko patrzy na mapy jak na abstrakcyjne znaki, nie ma motywacji do uczenia się o 
miejscach, w które nigdy nie pojedzie. Dostaje gorsze oceny. 
 
Za szkołą publiczną stoi demokratyczne marzenie o równości, oświeceniowa idea edukacji 
dla wszystkich. W praktyce, jeśli pochodzisz z tzw. dobrego domu, szkoła pomoże ci w 
dalszej drodze życiowej. Jeśli nie - prędko wypluje poza swoje mury. 
 

Ma pani jeszcze kontakt z uczniami "Sorbony"? 
 
- Nie. Pod koniec badań czułam się bardzo depresyjnie. Tam nic się nie zmienia. 
 
I nie zmieni? 
 

background image

- Szkoła wyrównująca szanse to utopia. Istnieją wyspy emancypacji tzw. grup słabych. To 
przykłady albo działania charyzmatycznych nauczycieli, albo dobrego promieniowania szkoły 
na społeczność lokalną lub społeczności na szkołę. Szkoła może stać się przestrzenią 
emancypacji jednostek i grup, jeśli przeformułuje treści i formy kształcenia. 
 

Jak? 
 
- Tak, by odnosiły się do doświadczenia uczniów i uczennic, jakiekolwiek by one były. By 
zapraszały do aktywności, a nie bezmyślności, do dyskusji, a nie milczenia, do tworzenia, a 
nie odtwarzania, do mówienia własnym głosem, a nie powtarzania.  
 
Dziś uczeń z zainteresowaniami artystycznymi, który słabo wypadnie na teście 
ponadgimnazjalnym, w najlepszym wypadku może uczyć się fryzjerstwa w szkole 
zawodowej. Mnóstwo uczniów z zainteresowaniami sportowymi, teatralnymi, podróżniczymi, 
muzycznymi przepada na tym właśnie etapie. Umożliwianie dostępu do różnego rodzaju 
wiedzy może stworzyć antidotum na segregację i reprodukcję biedy. Może stworzyć łącznik 
między edukacją głównego nurtu a edukacją specjalną. 
 
Także między enklawami biedy i bogactwa? 
 
- Uczeń, który ma okazję do mówienia własnym głosem, dokonywania wyborów, który ma 
poczucie realnego wpływu na świat, potrafi dostrzec niesprawiedliwości społeczne i na nie 
zareagować. Szkoła może w tym pomóc.