background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

 

 

 

Dziwy Indji 

 

Helena.P.Bławatska 

 

 

I

 

 

Akurat sze dziesi t cztery lata temu t. j. w ko cu 1818 r. we wrze niu, niedaleko 

Malabarskiego wybrze a Indji południowych i raptem o 350 mil (ang,) od piekła Drawidyjskiego, 

zwanego Madrasem, dokonano przypadkowo odkrycia całkiem nieoczekiwanego rodzaju. Wydało 

si  ono wtedy wszystkim do tego stopnia dziwne, wprost nie prawdopodobnem,  e z pocz tku 

nikt w to nie wierzył. W jednej chwili powstały m tne, fantastyczne słuchy, naprzód  ród ludu, 

potem i w wy szych sferach. Lecz kiedy dostały si  do gazet miejscowych i zamieniły w 

rzeczywisto  oficjaln , gor czka wyczekiwania przeszła u wszystkich w stan zgoła febryczny.

 

W wolno poruszaj cych si  i z powodu upału prawie zanikaj cych w bezczynno ci 

mózgach madraskich Anglików dokonała si  perturbacja molekularna, mówi c j zykiem znanych 

fizjologów. Wszystko, z wyj tkiem limfatycznych mudiljarów, ł cz cych w sobie temperamenty 

aby i salamandry, poruszyło si , zakotłowało i j ło nagłos bredzi  o jakim  cudnym chłodnym 

edenie, w samem łonie ,,Gór Bł kitnych"

 (po ind.-ang. Nilgluri), odkrytym rzekomo przez dwóch 

dzielnych my liwców. Wedle ich informacji, jest tam raj ziemski: wonne zefiry i chłodek, jak rok 

długi; kraina, ponad mgłami Coimbatore *), gdzie szumi  wspaniałe wodospady, gdzie od 

stycznia do grudnia panuje wieczna europejska wiosna, kwitn  dzikie ró e i heliotropy, pachn  

wielkie jak dzbany lilje **), gdzie bujaj  na swobodzie, s dz c po ich wielko ci, przedpotopowe 

bawoły i mieszkaj  guliwerowscy olbrzymi i lilipuci; ka da dolina, ka dy przesmyk górski tej 

cudnej indyjskiej Szwajcarji przedstawia sob  oddzielony od reszty  wiata zak tek raju 

ziemskiego itp.

 

Od tych opowie ci w wielce szanownych ojcach „Wschodnio-Indyjskiej Kompanji" 

poruszyła si  senna i niemniej od mózgów w stanie atrofji b d ca w troba, i  linka poszła im do 

ust. Z pocz tku nikt nie wiedział, gdzie mianowicie odkryto takie cuda, ani

 

 

*) Jak przypuszczaj , wskutek silnego upału w paruj cych błotnistych miejscowo ciach mgła  ciele si  na 

wysoko ci 3—400 stóp nad póz. morza wzdłu  całego ła cucha gór Coimbatorskich.— stały bł kitny tuman, 

niezwykle  ywej barwy, zamieniaj cy si  w okresie mtisonów w chmury deszczowe.

 

**) Nie jest to przesadzony opis najznamienniejszej, by  mo e, na  wiecie, florv: krze ró  wszelkich 

barw wyrastaj  ponad dachy domów, heliotropy dosi gaj  20 stóp wysoko ci; lecz najciekawsze s  lilje, o 

kielichach wielkich, jak karafka, odurzaj cej woni, rosn ce k pami, w szczelinach nagich skał, nie ni ej 7000 stóp 

nad póz. morza; najpi kniejsze, na cyplu Toddawcckim (około 9000 stóp) kwitn  przez dziesi  miesi cy w roku. 

 

dok d i jak jecha  po tak n c cy we wrze niu chłód. Wreszcie „ojcowie" zadecydowali,  e nale y 

wzmocni  odkrycie drog  oficjaln  i wywiedzie  si  przedewszystkiem, co to mianowicie 

odkryto. My liwców zaproszono do Głównego Zarz du Prezydentury i wówczas dowiedziano si , 

e w pobli u Coimbatore zdarzyła si  rzecz taka.

 

Lecz, naprzód, co to jest Coimbatore?

 

Coimbatore — to główne miasto powiatu tej nazwy, a sam powiat le y o trzysta mil od 

Madrasu, stolicy Indji południowych, i wyró nia si  pod wielu wzgl dami. Przedewszystkiem, 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

był on ziemi  obiecan  dla my liwych, poluj cych na słonie i tygrysy, jak równie  na drobniejsz  

zwierzyn , bowiem ten powiat, poza innemi urokami, słynie z moczarów i kniej. Czuj c  mier , 

słonie, niewiadome dlaczego, zawsze wychodz  z puszczy w błota. Tam wła  w gł boki ił, gdzie 

w spokoju gotuj  si  do nirwany. Dzi ki takiemu szczególnemu ich przyzwyczajeniu moczary 

obfituj  w kły słoniowe, które wydobywa si  tam (lub raczej wydobywało si  ongi ) do  łatwo.

 

Mówi  „wydobywało si " w przeszło ci. Niestety, dla biednych Indji wszystko od tego 

czasu zmieniło si ! Teraz w nich nic si  nie wydobywa i nikt nie mo e niczego wydoby , chyba 

tylko wicekról, któremu wicekrólowanie daje honory monarsze i szalone pieni dze, zreszt  

niekiedy z domieszk  zgniłych jaj od sierdzistych Indo-Anglików. Mi dzy „ongi" a „teraz" legła 

przepa  bryta skiego „presti u",

 wpoprzek której stoi widmo lorda Beaconsfielda... *) Ongi 

„ojcowie Kompanji" wydobywali, kupowali, odkrywali i zachowywali. Teraz, rada 

wicekrólewska otrzymuje, pobiera, odbiera i niczego nie zachowuje. Ongi „ojcowie" byli sił  

p dn  w kr eniu zastygaj cej krwi Indji, któr , chocia  ssali, lecz niekiedy i od wie ali, 

dolewaj c nowej krwi w prastare  yły tej krainy. Teraz za  wicekról ze sw  rad  dolewaj  chyba 

tylko  ółci. Wicekról jest  rodkowym punktem ogromnego imperjum, z którem nie ma nic wspól-

nego, nawet sympatji. „Ojcowie", je li byli w pewnym sensie chwastem ojczyzny po wi tnej 

krowy, byli jednak i soczystym łopianem,  ywi cym miljony łagodnych osłów. A wicekról to 

wspaniały kwiat, sztucznie zaszczepiony na ro linie, zwanej Cesarstwem Indji, który wyczerpuj c 

jej siły, zabija powoli sam  ro lin . Według poetycznego wyra enia sir Ryszarda Temple'a 

„wicekról—to mocna o , dokoła której winno si  kr ci  koło Cesarstwa..." Przypu my: tylko  e 

owo koło od pewnego czasu zacz ło si  kr ci  z tak szalon  szybko ci ,  e ka dej chwili grozi 

strzaskaniem si .

 

 

Lecz, jak ongi tak i teraz, Coimbatore słynie nie tylko ze swych puszcz i błot, lecz był 5 

jest uwa any za rozsadnik tr du, febry i elefantiazisu (słoniowa-lo  nóg). Powiat, nosz cy t  

nazw , to wła ciwie

 

 

*) Jak wiadomo,  yda, Benjamina Disraeli, wyznawc  idei „protekcjonizmu" (eleganckie słowo dla 

oznaczenia rabunku), przeciwnika politycznego wodza liberałów, szlachetnego Gladstone’a. 

 

wyniosła kotlina górska, dwie cie mil długa a zaledwie dwadzie cia szeroka; wrzyna si  ona 

ostrym klinem w Góry Słoniowe, ł cz c si  jednym z boków z dziewiczemi prawie lasami i 

d unglami, drugim wznosz c si  stopniowo ku dalszym wy ynom. To tropikalna, wiecznie 

zielona od wyparów błot, pustelnia słonia i dzi  ju  wymieraj cego boa-dusiciela. Od strony 

Madrasu wygl da na górzysty trójk t, gdzie wej cia do kotliny jakby strzegło przez natur  

postawionych dwóch olbrzymów-szyldwachów: ostre szczyty Nilghiri i Mukkartebet (8760 i 8380 

stóp), przezwane w miejscowej anglo-indyjskiej geografji „Teneryfami Indji".

 

Od niepami tnych czasów góry te słyn ły jako niedost pne dla zwykłych  miertelników. 

Taka ich sława przeszła w podania miejscowe, i cała kraina, do której broniły wst pu, uwa ana 

była za dziedzin  po wi tn  i przez to zaczarowan ; jej rubie e przest pi , nawet mimowolnie, 

było  wi tokradztwem, godnem  mierci. Siedlisko to bowiem bogów i wy szych duchów 

(dewów). Tam jest s warga (raj) i tam równie  naraka (piekło), pełne „a urów" *) i „piza-czów" 

**). W ten sposób, pod osłon  religijnego podania, okolica Nilghiri przez ci g długich wieków 

była zupełnie nieznana reszcie Indji. Tem mniej w owych odległych czasach istnienia 

„czcigodnej" (Right Honourable) Wschodnio-Indyjskiej Kompanji,

 

 

*)    A ury — duchy- piewacy,   sprawiaj cy rozkosz uszom bogów pieniami.

 

**)    Pizaczt — duchy-wampiry.

 

 

t. j, w drugim dziesi tki! lat ub. wieku, mogło przyj  do głowy komukolwiek z Europejczyków 

zbadanie zamkni tej ze wszystkich stron wewn trznej miejscowo ci w górach; nie dlatego,  eby 

kto  z nich wierzył w  piewaj ce duchy, lecz dlatego,  e, wierz c w nie-dost pno  tych wy yn, 

nikt nawet nie podejrzewał istnienia tam tak uroczych zak tków, do tego zamieszkiwanych przez 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

inne stworzenia prócz dzikich zwierz t i w ów. Zdarzało si  czasem,  e Anglik-sportsmen lub 

my liwy z eurazjatów (mieszaniec Europejczyka z Indusem), doszedłszy do podnó a tych 

zaczarowanych wy yn, nalegał,  eby tubylec-szikari (my liwiec) powiódł go kilkaset stóp wy ej.

 

Pod tym lub owym pozorem przewodnicy zawsze wymawiali si  od tego. Najcz ciej 

upewniali saaba (pana),  e dalej wogóle i  niemo na: niema tam bowiem ani lasów, ani 

zwierzyny, a s  jeno przepa cie, skały do chmur i wertepy, zamieszkane przez złe licha — 

przedni  stra  dewów. I  aden szikari, za  adne pieni dze nie zgadzał si  i  powy ej pewnej 

rubie y na tych górach.

                       

 

Co to jest „szikari"? Współczesny przedstawiciel tej klasy ludno ci pozostał tem samem, 

czem był w legendowych czasach króla Ramy. W Indjach ka da profesja staje si  dziedziczna, a 

potem przechodzi do kasty. Czem był ojciec, tem b dzie i syn. Całe pokolenia krystalizuj  si  i 

jakgdyby zastygaj  w tej samej socjalnej formie. Szikari zazwyczaj odziany jest w strój zło ony z 

kordelasów, rogów bawolich z prochem i staro ytnej skałkówki, dziewi  razy na dziesi  

strzałów pal cej na panewce — na zupełnie nagiem ciele. Cz sto ma on wygl d zgrzybiałego 

starca, z niemo liwie zapadni tym brzuchem, jakgdyby obolałym. Lecz nie dlatego szikari ledwie 

wlecze si , zgi ty we troje: jest to wynik długiego, z racji jego fachu, przyzwyczajenia. Niech 

tylko przywoła go saab-sportsmen, poka e mu i zaproponuje kilka rupji — szikari momentalnie 

prostuje si  i zacznie si  targowa  o pój cie na wszelkiego zwierza. Ugodziwszy si , znów zegnie 

si  w kabł k, opasze si  pachn cemi trawami,  eby nie zdradzi  si  przed zwierzem kształtem, i 

eby ten nie poczuł człowieka, i przesiedzi szereg nocy, schowany, niby drapie ny ptak, w 

g stwinie li ci na drzewie, mi dzy „wampirami" mniej drapie nemi od niego. Nie zdradzaj c 

swej obecno ci nawet półwestchnieniem, w tły z pozoru Nemrod gotuje si  z zimn  krwi   ledzi  

ko-nanie, uwi zanego przeze  do drzewa, na przyn t  dla tygrysa nieszcz snego kozła lub 

bawolika. A potem, wyszczerzywszy z by na widok bestji od ucha do ucha, pocznie 

przysłuchiwa  si , bez drgnienia jednego muskułu,  ałosnemu bekowi i wchłania  z rozkosz  

zapach  wie ej krwi, zmieszany z dobrze mu znanym ostrym specyficznym odorem pr gowalego 

kata puszczy. Rozchyliwszy ostro nie i bezszele-stnie gał zie, b dzie długo i czujnie obserwowa  

ucztuj cego tygrysa — i gdy zwierz, ci ko st paj c okrwawionemi łapami po wyschłej ziemi, 

oblizuj c si  i ziewaj c, obróci si  raz jeszcze, zwyczajem wszystkich pr gowatych, by popatrze  

na resztki swej ofiary, wówczas szikari wypali   ze    swej   skalkówki i napewno poło y bestj  

trupem od jednego strzału. „Strzelba    szikari    nigdy nie pali w panewce    przy strzale do 

tygrysa" mówi starodawna gadka,  która mi dzy my liwcami przeszła w  aksjomat,    A je eli 

saab ma ochot  zabawi  si  sam strzelaniem do le nego „bara — saaba" (wielkiego pana) *), 

wtedy szikari, wy ledziwszy z drzewa, dok d tygrys udał si  na legowisko, skoro  wit, zeskoczy 

ze swej gał zi, pop dzi co tchu do wsi, najmie ludzi, urz dzi obław  i b dzie cały dzie , pod 

pal cemi promieniami sło ca, biega  od jednej grupy do drugiej ,wydawa  rozkazy, krzycze , 

giestykulowa , póki „saab" Nr, nie zrani z bezpiecznej wysoko ci swego słonia „saaba" Nr, 2, 

którego jednak b dzie musiał dobi , ze swej starodawnej broni, szikari.    Dopiero wtenczas, o ile 

nie zajdzie nic szczególnego, my liwiec uda si  pod pierwszy napotkany kierz, gdzie jednocze nie 

i jednorazowo   zje   wspaniałe    niadanie,   obiad,   podwieczorek i wieczerz , zło one z gar ci 

st chłego ry u i błotnistej wody,

                                                      • 

Otó  z trzema, takiemi zuchami — szikarami, jak si  rzekło, we wrze niu 1818 r„ pod 

koniec wakacji letnich, dwóch Anglików, geometrów, urz dników

 

 

*) To przezwisko daj  krajowcy zarówno ka demu angielskiemu urz dnikowi lub my liwemu, jak i 

tygrysowi. Dla łagodnego Indusa niema znów mi dzy jednym a drugim tak wielkiej ,. ró nicy, chyba ta,  e 

przy strzale do pierwszego, na jego niezasłu one szcz cie, strzelba nieszcz snego tubylca, przy ka dej 

próbie narodowej, zawsze paliła na panewce. 

 

Kompanji, udało si  na polowanie do Coimbatore, zabł dziło i doszło do ówczesnych kra ców 

my liwskiej okolicy, do wodospadu Colacambe (680 stóp wysokiego). Nad niemi, daleko i 

wysoko pod obłokami, wyrywaj c si  z modrawej rzadkiej mgły, widniały skaliste cyple Nilghiri 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

i Mukkartebetu. To terra inco-gnita,  wiat zaczarowany, tajemnicze Góry Bł kitne, siedziba bóstw 

nieznanych.

 

Skoczybrózdom angielskim zachciało si  spróbowa  szcz cia i rozkazali szikarom 

prowadzi  ich dalej. Lecz dzielni szikarowie, jak nale ało si  tego spodziewa , kategorycznie 

odmówili. Z raportu tych dwóch Anglików dowiadujemy si ,  e ci starzy, do wiadczeni i odwa ni 

my liwi, t piciele tygrysów i słoni, na pierwsze słowo o tem,  eby i  dalej, za wodospad, rzucili 

si  do ucieczki. Schwytani i sprowadzeni z powrotem •—- wszyscy trzej padli na twarz przed 

grzmi cym potokiem i według naiwnego wyznania jednego z geometrów, Kindersley'a „poł czo-

ne usiłowania naszych dwóch t gich harapów nie mogły postawi  ich na nogi".,, dopóki nie 

uko czyli swych gło nych modłów błagalnych do dewów, by nie karali i nie gubili ich, 

niewinnych szikarów, za takie przest pstwo. Dr eli jak li  osiny, tarzali si  po mokrej trawie 

brzegu, jakby w ataku epilepsji — „Nikt nigdy nie postawił stopy za rubie  wodospadu 

Colacambe" — mówili — i, kto wkroczy w te wertepy, ten nigdy  yw stamt d nie wróci".

 

Tak oto tym razem, a raczej tego dnia, Anglikom nie udało si  przekroczy  linji górskiej 

za wodospadem. Nie było rady: musieli powróci  do wsi, z której wyruszyli rankiem. Bez 

przewodników Anglicy bali si  zabł dzi , i dlatego ust pili krajowcom. Lecz poprzysi gli sobie 

zmusi  innym razem szikarów i  dalej. Powróciwszy na nocleg, wezwali prawie cał  wie  i 

odbyli ze starszyzn  narad . To, co usłyszeli, jeszcze bardziej rozpaliło ich ciekawo .

 

W ród ludu kr yły   o   zaczarowanych górach niewiarogodne słuchy,  i wielu  drobnych  

„zeminda-rów"    (rolników)    powoływano si  na miejscowych plantatorów i urz dników—

eurazjatów, jako na osoby, wiedz ce prawd  o  wi tej miejscowo ci i pojmuj ce dobrze 

niemo no  dostania si  tam.    Opowiedzieli cał  epopej  o pewnym plantatorze    indy-ga, 

posiadaj cym wszelkie cnoty, prócz wiary w bogów indyjskich. Pewnego dnia mr. D,,  cigaj c 

zwierza, niebaczny na ostrze enia powa nych braminów, zapu cił si  za wodospad, i odt d 

wszelki słuch o nim zagin ł.  Dopiero po  tygodniu  dowiedziały si   władze o jego 

prawdopodobnym losie, i to jeno dzi ki starej „ wi tej" małpie z s siedniej pagody, .Szanowne 

małpisko miało, jak wida ,  zwyczaj składania w wolnym od zaj  religijnych czasie wizyt w 

okolicznych plantacjach, gdzie je fetowali nabo ni kulisi. Pewnego ranka stara małpa zjawiła si  z 

butem na głowie. Okazało si ,  e jest to but z nogi plantatora;    wła ciciel buta nie znalazł   si     

nigdy.    „Bez najmniejszej  w tpliwo ci  zuchwalec  został rozszarpany w sztuki przez „pizacze" 

— zadecydował lud. Coprawda, Kompanja podejrzewała o ten akt zemsty

 bogów braminów 

pagody, którzy zdawna procesowali si  z przepadłym bez wie ci o ziemi , lecz ,,to  saaby zawsze 

i o wszystko podejrzewaj  tych  wi tych m ów, osobliwie w Indjach południowych"— mówiła 

zebrana starszyzna wioskowa.

 

Podejrzenie nie przeobraziło si  jednak w  ledztwo. Biedny plantator przeszedł na wieki w 

daleki i w one czasy jeszcze mniej od Gór Bł kitnych zbadany przez władze i uczonych  wiat, 

wiat bezcielesnej my li; a na ziemi przemienił si  w podanie, o którem pami  wiekuista, pod 

postaci  starego buta, stoi i po dzi  dzie  za szkłem, w szafie kan-celarji policji powiatowej.

 

Mówiono... có  jeszcze mówiono na radzie? Aha: z tej strony „chmur deszczowych" góry 

s  niezamieszkane; dotyczy to oczywi cie jeno zwykłych, dla ka dego widzialnych 

miertelników; za  po tamtej strony „gniewnej wody", wodospadu, t. j. na wysoko ci  wi tych 

szczytów mieszka nieziemskie plemi , plemi  czarodziejów i półbogów.

 

Tam panuje wieczna wiosna, niema ani deszczów, ani suszy, ani upału, ani zimna. 

Czarodzieje tego plemienia nietylko  e si  nie  eni , lecz i nie umieraj , nawet nie rodz  si : 

niemowl ta ich spadaj  gotowe z podniebia. Nikomu ze  miertelnych nie udało si  jeszcze by  na 

tych wy ynach i nie uda si  — chyba po  mierci. Wówczas stanie si  to mo liwe, poniewa , jak 

dobrze wiedz  o tem bramini — a któ  to ma lepiej od nich wiedzie ? — niebia scy

 mieszka cy 

Gór Bł kitnych, ze czci dla boga Brahmy, odst pili mu cz

 swej góry pod swarg  (raj).

 

Pewnego razu szikari z ich sioła, po pijanemu, udał si  noc   ledzi  tygrysa i niechc cy zabrn ł za 

wodospad. Nazajutrz znaleziono go u podnó a góry nie ywego.

 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Podnieceni takiemi opowie ciami, a co najwa niejsza, widocznemi przeszkodami i 

trudami wyprawy, nasi dwaj my liwi postanowili dowie  raz jeszcze krajowcom,  e dla 

„wy szej", panuj cej nad niemi rasy, słowo „niemo liwo " nie istnieje. Dla bry-ta skiego 

„presti u" było niezb dne za wiadcza  o sobie zawsze, w przeciwnym razie mogliby ludzie o nim 

zapomnie .

 

Dostawszy si  mi dzy dwa ognie: „presti u" władców ziemskich i zabobonnego strachu 

przed władcami piekieł i ich zemst , nieszcz ni Drawidzi poczuli si  jakby  ci ni ci w 

kleszczach strasznego dylematu. Nie min ł i tydzie , gdy oto angielscy saa-bi razili mieszka ców 

wioski jak gromem o wiadczeniem,  e za trzy dni, po przybyciu kilku  ołnierzy z najbli szego 

garnizonu i geometrów, cały oddział zamierza wyruszy  na zbadanie  wi tych szczytów Gór 

Bł kitnych.

 

Usłyszawszy straszn  dla siebie nowin , kilku zemindarów ofiarowało si  na dcharn , t, j. 

mier  głodow  u drzwi saabów, póki ci nie zmiłuj  si  i nie wyrzekn  si  swego przedsi wzi cia. 

Wioskowi munsyfowie (sołtysi) rozdarłszy szaty, co przyszło im Z łatwo ci , ogolili głowy swym 

onom i kazali im na znak powszechnej  ałoby i nieszcz cia drapa  sobie ( onom, oczywista) 

twarze do krwi. Bramini wymawiali nagłos zakl cia, w których posyłali Anglików do wszystkich 

djabłów. Wie  rozbrzmiewała zawodzeniem rozpaczliwem całe trzy dni. Nic to nie po-mogło. 

Uczyniono, jak zapowiedziano. Wyszykowawszy oddział z wybranych  ród pracowników Kom-

panji zuchów, nowi Kolumbowie zdecydowali si  wyruszy  w drog  nawet bez przewodników. 

Sioło opu-stoszało, jak po pogromie wojennym; mieszka cy rozbiegli si  i poukrywali, ł 

geometrom, kierownikom ekspedycji, nie pozostało nic innego, jak i  samym odszukiwa  drog . 

Zbł kali si  jednak i powrócili. Lecz badacze nie upadli na duchu. Udało im si  pochwyci  dwóch 

Malabarczyków; wzi li ich jako je ców i postawili im ultimatum: „Albo prowad cie — i oto 

macie złoto; albo odmawiajcie i mimo to pójdziecie, bo was poprowadz  sił  — lecz w tym wy-

padku zamiast złota czeka was wi zienie". A w owe błogosławione dla Kompanji czasy słowo 

„wi zienie" było synonimem, nietylko w obwodzie Madraskim, tortury. Gro ba poskutkowała. 

Biedni Malabarczycy opu cili głowy i pół ywi, powiedli Europejczyków do Colakambe. 

Dziwne, je li stało si  potem to, co opowiadaj : a  e tak było, por cza nam to oficjalnie 

dwóch geometrów.

 

Zanim wyprawa doszła do wodospadu, na postoju, jednego z Malabarczyków, mimo jego 

niepon tnej chudo ci, porwał tygrys, zanim ktokolwiek

 z my liwych zauwa ył bestj . Krzyki 

nieszcz liwego zwróciły ich uwag , gdy było ju  za pó no: „strzały albo chybiły, albo te  zabiły 

ofiar , która wraz z rabusiem znikn ła z oczu, jak gdyby ziemia si  pod niemi rozst piła" 

powiedziano w raporcie. A drugi tubylec, przeprawiwszy si  przez bystry potok na tamten 

„zakazany" brzeg, o mil  od wodospadu, gdzie oddział zanocował w pierwszym dniu wyprawy, 

nagle zmarł, najprawdopodobniej ze strachu. Ciekawa jest opinja naocznego  wiadka o tym dziw-

nym zbiegu okoliczno ci. Opisuj c ten wypadek (w Madras Courrier z 3 listopada 1818 r.) 

urz dnik Kindersley pisze tak:

 

„Przekonawszy si  o niesymulowanej  mierci drugiego murzyna (nigger) nasi  ołnierze, 

szczególniej zabobonni Irlandczycy, mocno si  tem stropili. Lecz my z Whish'em (nazwisko 

drugiego geometry) powzi li my odrazu decyzj : cofn  si  — znaczyłoby okry  siebie ha b  

bez korzy ci, sta  si  na zawsze po miewiskiem towarzyszów i zamkn  na wieki dost p do gór 

Nilghirskich i ich cudowno ci (je li tam one si  znajduj ) wszystkim innym Anglikom., Posta-

nowili my tedy ruszy  dalej bez przewodników, tem-bardziej,  e ani obaj zmarli Malabarczycy, 

ani inni  ywi nie lepiej od nas znali drog  po drugiej stronie wodospadu".

 

Z dalszego opisu notujemy nast puj ce wa niejsze epizody:

 

Posun wszy si  wy ej, daleko za rubie  mgieł nasi awanturnicy natkn li si  na ogromnego boa-

dusiciela. Jeden z nich niespodziewanie upadł na „co   liskiego i mi kkiego". Owo „co " 

poruszyło si , za-szele ciało, wstało i okazało si  tem, czem było w istocie, t. j. nader 

nieprzyjemnym towarzyszem. Dusiciel na powitanie owin ł si  dokoła jednego z zabobonnych 

Irlandczyków i zd ył, przed otrzymaniem kilku kuł w rozwart  paszcz ,  cisn  „Patryka" w 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

swych zimnych obj ciach z tak  sił ,  e nieszcz nik w kilkana cie minut potem zako czył  ycie. 

Nie bez trudu ubiwszy potwora i zmierzywszy zdart  skór , podró nicy zobaczyli ze 

zdziwieniem,  e boa miał 26 stóp długo ci! Nale ało potem wykopa  dla biednego Irlandczyka 

grób, czego dokonali z du ym wysiłkiem, ledwie zdoławszy ocali  zwłoki od zlatuj cych si  ze 

wszystkich stron białych s pów. Mogił  t  pokazuj  do dzi  dnia. Znajduje si  ona pod skał , 

nieco powy ej Kunnuru. 

Pierwsi osadnicy angielscy zrobili składk  i ozdobili mogił  przyzwoitym nagrobkiem, dla 

upami tnienia „pierwszego pioniera, który zgin ł podczas wyprawy w góry".

 

Nad dwoma „murzynami" nic nie postawili, cho  oni to wła nie byli pierwszemi ofiarami 

ekspedycji i pierwszemi, aczkolwiek wbrew woli, pionierami. Lecz je li w oczach Anglika nawet 

zawsze nienawistny mu Irlandczyk jest jednak czem  w rodzaju człowieka, krajowiec w Indjach 

— to nawet nie bydl : w przeciwnym razie uj łoby si  za nim Towarzystwo opieki nad 

zwierz tami, czego, jak wszystkim wiadomo, nie czyni. Straciwszy dwóch czarnych

 pionków i 

jednego białego człowieka, Anglicy pole li dalej i spotkali si  ze stadem walcz cych ze sob  

słoni. Słonie na szcz cie nie zauwa yły ich, wi c i nie tchn ły, lecz wywołały rozsypk  

przera onego oddziału. Gdy chcieli si  zebra  na nowo, okazało si ,  e rozbili si  na grupki, po 

dwóch, trzech ludzi w jednej. Po całonocnem bł kaniu si  po lesie, siedmiu powróciło nast pnego 

dnia o ró nych porach do wioski, z której ekspedycja wyruszyła. Trzech europejczyków 

przepadło bez  ladu. Pozostawieni sami sobie, Kindersley i Whish tłukli si  jeszcze przez kilka 

dni i nocy po zboczach gór, to wdrapuj c si  na wyniosło ci, to spuszczaj c si  w w wozy. Cały 

czas musieli  ywi  si  jagodami i grzybami, znajdowanemi w obfito ci. Co wieczór ryk tygrysów 

i słoni zmuszał ich do szukania schronu na wysokich drzewach i sp dzania nocy bez snu, 

czuwaj c kolejno i oczekuj c co chwila  mierci.

 

Niefortunni poszukiwacze kilkakrotnie usiłowali zawróci  z powrotem; lecz, mimo 

wszelkie wysiłki, cho  szli prosto nadół, co chwila napotykali takie przeszkody, i  z konieczno ci 

musieli skr ca  w bok i, szukaj c obej cia skały lub wzgórza, znajdywali siebie znowu w 

wertepie bez wyj cia. Narz dzia ich, a nawet bro , z wyj tkiem wisz cych na nich strzelb i 

pistoletów, pozostały w r kach reszty uczestników wyprawy. Nie byli w stanie ani si  

zorjentowa , ani znale  drogi wdół i mogli uczyni  tylko jedno: wdr .-pywa  si  coraz wy ej. 

Je li we miemy pod uwag ,  e od strony Coimbatore Nilghiri tworzy drabin  olbrzymich 

prostopadłych skał od 5000 do 7000 stóp wysoko ci,  e wiele tych skał tworzy straszne przepa ci 

i  e geometrzy wybrali wła nie t  drog  — to łatwo sobie wyobrazi , z jakiemi trudno ciami 

przyszło im si  zmaga , W miar  ich posuwania si  wzwy  natura jakgdyby zamykała im odwrót. 

Cz sto musieli wdrapywa  si  na wierzchoły drzew,  eby stamt d przeskakiwa  urwiska. 

Nareszcie, dziewi tego dnia w drówki, straciwszy wszelk  nadziej  znalezienia w tych 

górach czegokolwiek prócz  mierci, postanowili raz jeszcze spróbowa  powrotu, spuszczaj c si  

prosto zgóry i unikaj c o ile mo na, wszelkich skr tów w bok. Wskutek takiej decyzji, uplanowali 

dosta  si  na najwy sze wzniesienie przed sob ,  eby stamt d rozejrze  si  po okolicy i lepiej 

zorjentowa  co do powrotnej drogi. Znajdowali si  wówczas na polanie, w niewielkiej odległo ci 

od wysokiego, niezbyt stromego wzgórza, z niedu emi, na oko, skałami na szczycie.  eby dotrze  

do nich, zdawało si , wystarczy wbiedz na wzgórze, co, s dz c z jego wygl du, nie było rzecz  

trudn . Ku ich zdumieniu, goni c resztkami sił, gramolili si  tam około dwóch godzin. Pokryte 

g st  traw , któr  tu nazywaj  „atłasow " (satin grass), wzgórze okazało si , było tak  lizkie,  e 

odrazu od pierwszych kroków musieli posuwa  si  prawie pełzaj c i chwytaj c si  trawy i 

krzaków, by nie stoczy  si  w dół. Wdrapywa  si  po takiej trawie, to jakby chcie  wej  na 

szklan  gór . Dobrn wszy wreszcie, po niesłychanych wysiłkach do szczytu,

 obadwaj   padli do 

cna wyczerpani i byli przygotowani, jak pisze Kindersley, na gorsze.

 

To było obecnie znane powszechnie w tych stronach, słynne „wzgórze grobowców", które 

geometrzy wzi li z pocz tku za skały. To, jak i wiele innych wzgórz ła cucha Nilghirskiego, jest 

usiane temi zabytkami nieznanej lecz gł bokiej staro ytno ci.

 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Kiedy w dwadzie cia lat potem zacz to rozkopywa  grobowce, w ka dym z nich 

znaleziono du  ilo   elaznych, bronzowych i glinianych naczy , niezwykłych kształtów pos ki 

i metalowe, grubej roboty ozdoby. Ani pos ki, zapewne bałwanki, ani naczynia i ozdoby w 

niczem nie przypominaj  tego rodzaju przedmiotów, u ywanych w innych cz ciach Indji i  ród 

innych narodów  wiata. Zwłaszcza wyró niaj  si  sw  form  wyroby gliniane: jakby prawizerun-

ki gadów, które pełzały w chaosie przy stworzeniu  wiata. Co si  tyczy samych grobowców, 

kiedy i przez kogo były one pobudowane, dla jakiej rasy ludzkiej słu yły za ostatni schron na 

ziemi, równie  nic powiedzie  niemo na, ani nawet przypu ci , gdy  ka da hy-poteza rozbija si  

o ten lub ów szkopuł. Co oznaczaj  te dziwne figury geometryczne, kamienne, ko ciane i 

gliniane, te trójk ty, pi cio, sze cio i o miok ty, jak-najbardziej prawidłowej formy, te wreszcie, 

figurki z gliny o baranich i o lich głowach na ptasiem ciele? Grobowce, t. j. otaczaj cy mogił  

mur, ma zaw

sze kształt owalny, jest na dwa do trzech metrów wysoki i zło ony z du ych, 

nieobciosanych głazów bez

 wapna ").  ciana ta jest zawsze obramowaniem gł bokiej niekiedy do 

sze ciu jardów (około 5 i pół metrów) mogiły, pokrytej sklepieniem i wyło onej niekiedy, jak 

sklepienie, gładkiemi kamieniami, cho  przewa nie sklepienia trudno rozpozna  pod warstw  

ziemi, głazów i korzeniami drzew. Kształt grobowców przypomina w ogólnych zarysach 

staro ytne mogiły w innych cz ciach  wiata, lecz sam przez si  mało rzuca  wiatła na ich 

pochodzenie. Takie zabytki spotyka si  w Bretanji, w Walji, w Anglji, zarówno jak w górach 

Kaukazu, Oczywi cie u angielskich uczonych i tym razem nie obeszło si  bez wsz dy obecnych 

Scytów i Fartów, Tylko,  e zachowane w tutejszych grobowcach szcz tki archeologiczne w 

adnym razie nie s  scytyjskie; przytem dotychczas nie znajdywano w nich nigdy ani szkieletów, 

ani czegob d , podobnego do or a. Napisów równie  niema  adnych, cho  wydobyto kamienne 

tablice, gdzie w naro nikach były wydrapane jakby hieroglify, w rodzaju spotykanych na 

wykopaliskach w Meksyku.  ród wszystkich pi ciu szczepów, zamieszkuj cych góry Nilghirskie, 

ludzi całkiem odmiennych ras (o czem b dzie dalej), nie znalazł: si  nikt, ktoby mógł da  

jak kolwiek wskazówk , co do pochodzenia tych nieznanych nikomu grobów, Toddowie, 

najstaro yt-niejsze z tych pi ciu plemion, równie  nic o nich nie wiedz . „Nie nasze i nie mo emy 

powiedzie , czyje,

 

 

*) Murowaniu z kamieni bez wapna (plerrfs Uchei) znane były w staro ytno ci. Mówi o nich Flaubert w 

„Salambo". Przyp. tłom.

                                                  •

 

 

ojcowie nasi i pierwsze pokolenia zastały je lulaj, i nikt ich nie budował za naszej pami ci" — oto 

stała odpowied  Toddów na indagacje archeologów. Je li przy tem zwa y si , jak gł bok  

staro ytno  przypisuj  swemu plemieniu sami Toddowie, wyniknie,  e w tych grobowcach 

chowano praojców Adama i Ewy. Obrz dy pogrzebowe u tych pi ciu szczepów całkowicie si  

ró ni  mi dzy sob : Toddowie pal  swych nieboszczyków wraz z ich ulubionemi bawołami; Muł-

łu-Kurumbowie chowaj  ich w wodzie; Erullarowie przywi zuj  do wierzchołków drzew i t, d.

 

Gdyby zbł kani w drowcy, przyszedłszy do siebie, wstali i zacz li rozgl da  si  po 

okolicy, roz cie-łaj cej si  przed niemi dokoła na wiele dziesi tków mil (ang.), to zapewne 

uprzedziliby mnie w opisie jednej z najwspanalszych panoram Indji *).

 

Na tej wy ynie panuje wieczna wiosna. Nawet grudniowe i styczniowe mro ne noce nie 

potrafi  wygna  jej st d w południe. Tutaj wszystko  wie e i zielone, wszystko kwitnie i pachnie, 

jak rok długi, i Góry Bł kitne jawi  si  tutaj w całym uroku u miechaj cego si  nawet przez łzy 

dzieci cia, pi kniejsze by  mo e, w okresie deszczów, ni  w innej porze roku **). I wogóle, na 

tych wy ynach wszystko jakgdyby dopiero si  rodziło, jawiło si  pierwsze na  wiat bo y,

 

 

l,*) Blawatska zwiedzała Góry Bł kitne i opisuje „wzgórze grobowców" i widok st d z własnych wra e ; 

podaj  z tego opisu tylko wyj tki. (W. R.)

 

 

*") Gdy u stóp gór pada deszcz ulewny, tutaj tylko kropi par  godzin i to z przerwami. 

 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Gniewny potok górski tutaj jest w kolebce. By je z pod rodzimego głazu cienk  smug , biegn c 

dalej szumi cym strumykiem, na którego przezroczystem dnie le  atomy przyszłych gro nych 

złomów skalnych. W swym podwójnym obrazie natura jawi si  tutaj jako symbol całokształtu 

ycia ludzkiego: czysta i jasna, jak wiek dzieci cy, na tych wysoko ciach; surowa i poszarpana, 

jak samo  ycie w walce  ywiołowej — ni ej. Lecz wszystko, i na górze i w dole, kwitnie o 

wszystkich porach roku, wszystkiemi t czowe-mi farbami czarodziejskiej palety Indjł. W tych gó-

rach przybyszowi z dolin wszystko wydaje si  niezwykłem, obcem, pot nem. Tu ogorzały, 

piernikowej barwy kulis zamienia si  w bladolicego, rosłego Tod-da, który niby zjawa 

staro ytnego Greka czy Rzymianina, z dumnym profilem, dostojnym ruchem drapuj c si  w biał  

lnian  tog , niemaj c  w sobie podobie stwa do  adnego stroju w Indjach, patrzy na Indusa z 

yczliw  pogard  byka, wpatrzonego z zadum  w czarn  ropuch . Tu  ółtonogi pstrokaty jastrz b 

nizin zjawia si  w postaci pot nego skalnego orła; a wyschłe byliny i przysmalony  arem łopian 

pól ma-draskich wyrasta w gigantyczn  traw , w całe lasy trzciny, gdzie sło   miało mo e si  

bawi  w chowanego, nie boj c si  ludzkiego oka. Tu  piewa nasz słowik ł kukułka składa jaja w 

gnie dzie  ółtodziobej majny (rodzaj szpaka), zamiast gniazda swej północnej przyjaciółki, 

głupiej wrony, która w tych lasach obraca si  w srogiego czarnego kruka. Tutaj wsz dzie kontrast; 

gdziekolwiek rzucisz okiem — anomalja, Z g stego listowia dzikiej jabłoni wylatuj  w  wietlane 

południe melodyjne d wi ki,  wierkanie i  piew nieznanych w dolinach Indji ptaków; a z mro-

cznego boru dochodzi niekiedy złowieszczy ryk tygrysa i porykiwania dzikiego bawola. Raz wraz 

uroczyst  cisz , panuj c  na wy ynach, przerywaj  ciche, tajemnicze d wi ki, to znów dziki, 

chrapliwy krzyk. Poczem znowu wszystko milknie, zamiera w wonnych falach czystego 

górskiego powietrza i z powrotem rozgaszcza si  nieprzerywane  adnym d wi kiem milczenia.

 

Tak. Niełatwo zapomnie  o Bł kitnych Nilghiri temu, kto w nich przebywał! W tym 

cudnym klimacie, macierz-przyroda, zebrawszy swe rozproszone siły, zł czyła je w jedno dla 

powołania do  ycia wszystkich wzorów swej wielkiej twórczo ci. Jakby naprzemiany ukazuje si  

w przejawach to północnych, to południowych stref globu ziemskiego. Dlatego to o ywia si , 

budz c si  do działania, to znów zamiera, znu ona i leniwa. Widzisz j  dumn  i dzik , przypo-

minaj c  o swej mocy kolosalnemi ro linami lasów tropikalnych i rykiem zwierz t-olbrzymów;'a 

odejdziesz krok w przeciwn  stron  — ł oto pada ona. jakgdyby wyczerpana ostatecznym 

wysiłkiem, i słodko zasypia na kobiercu północnych fijołków, niezapominajek i konwalji, pod 

rojem nigdzie niewidywa-nych czarodziejsko-pi knych motyli....

 

Obecnie podnó e Nilghiri otacza potrójny pas gajów eukaliptusowych, zasianych tu r k  

wczesnych plantatorów — Europejczyków. To australijskie

 drzewo, rozrastaj ce si  w ci gu 

trzech, czterech lat tak bujnie jak inne i w ci gu dwudziestu nie zdoła, jako  rodek znakomicie 

oczyszczaj cy powietrze od wszelkich miazmatów, czyni klimat Gór Bł kitnych jeszcze 

zdrowszym. Wszyscy przedstawiciele Europy w okr gu Madraskim, wyczerpani zbyt 

monotonnemi gor cemi pieszczotami przyrody indyjskiej, rw  si  w poszukiwaniu wytchnienia i 

ozdrowienia na łono tych gór; zł czywszy jakby w jeden bukiet wszystkie klimaty, flor , zoologi  

ornitologj  pi ciu cz ci  wiata, duch gór ofiaruje to wszystko w imieniu swej władczyni — 

Natury, ka demu znu onemu w drowcowi, który wybrał si  w Nilghiri.

 

Góry Bł kitne to karta wizytowa z całkowitym wykazem zasług i tytułów, któr  przyroda, 

zła macocha Europejczyka w Indjach, zostawia na znak zupełnego pojednania si , swemu, przez 

ni  sam  um czonemu pasierbowi.

 

Godzina takiego pojednania wybiła i dla naszych biednych bohaterów. Zupełnie rozbici, 

ledwie mogli utrzyma  si  na nogach. Silniejszy i mniej od Whisha wyczerpany Kindersley, 

odpocz wszy, zacz ł obchodzi  wzgórze. Starał si  wypatrze  st d, w chaosie skał i lasów, 

roztaczaj cym si  przed nim, najdogodniejsz  do powrotu drog . Wydało mu si ,  e widzi w 

pewnem miejscu dym i spiesznie wrócił do towarzysza, by mu obwie ci  t  nowin  — gdy naraz 

zatrzymał si , jak ra ony gromem. Przed nim stał, wpół obrócony plecami, blady  miertelnie i 

dygoc cy jak w febrze Whish. Wyci gn wszy r k , wskazywał palcem w dal. Wówczas 

Kindersley spojrzał w kierunku palca i w odległo ci zaledwie kilkuset stóp od nich, w parowie, u 

background image

  

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

podnó a wyniosło ci, ujrzał z pocz tku jak  sadyb , a dalej — i ludzi. Widok ten, który 

kiedyindziej uradowałby ich niesłychanie, teraz, niewiadomo dlaczego, napełnił obydwóch 

przera eniem. Coprawda, budowla była jaka  dziwna, o niewidzianej dot d przez nich nigdzie 

strukturze. Nie miała ani okien, ani drzwi, była okr gła jak baszta, z piramidalnym, cho  

zaokr glonym u Szczytu dachem. Co za  si  tyczy ludzi, to na pierwszy rzut oka obaj urz dnicy 

wahali si  nawet, czy to s  ludzie. Instynktownie rzucili si  za poblizkie krzaki i, rozchyliwszy 

gał zie, wytrzeszczali oczy na osobliwe ruszaj ce si  przed niemi figury. To, co ujrzeli, opisuje 

Kindersley, jako „grup  olbrzymów, a wpobli u nich— kilka grup niesłychanie poczwarnych 

karzełków". Niepomni całej swej dawnej brawury i wy miewa , gotowi byli serjo wzi  ich za 

bo ków i gnomów tych gór, lecz wkrótce okazało si ,  e byli to poprostu ogromni Toddowie, ich 

lennicy ł czciciele — Badcla-gowie i słudzy tych lenników, najpotworniejsze w  wiecie karły-

dzikusy, Mułłu-Kurumbowie,

 

Straciwszy cał  amunicj , zgubiwszy jedn  ze strzelb i nie czuj c si  na siłach, w swem 

kra cowem osłabieniu, stawi  opór napadowi nawet takich liliputów, geometrzy zamierzali da  

drapaka, staczaj c si , jak kł bek, cichaczem ze wzgórza, gdy naraz zauwa yli zachodz cego im 

tyły drugiego nieprzyjaciela. Podkradły si  ku nim i zasiadły powy ej nich, na drzewie małpy i 

stamt d rozpocz ły kanonad  bardzo nieprzyjemnemi pociskami — grudkami błota. Ich jazgot i 

wojownicze krzyki  ci gn ły uwag  pas cego si  w pobli u stada ogromnych bawołów. 

Teraz.zary-czały bawoły, podnosz c wysoko łby ku szczytowi pagórka, a wreszcie i ludzie 

widocznie dostrzegli w drowców, gdy  niebawem pojawiły si  przed niemi wstr tne karły i bez 

najmniejszego oporu wzi ły do niewoli dwóch pół ywych bohaterów. Kindersley, jak twierdził, 

„zemdlał od samego smrodu, wydzielanego przez potwornych dzikusów". Ku ich wielkiemu 

zdumieniu karzełki jednak ich nie po arły i nawet niebardzo poturbowały: „Skakali jeno przed 

nami i pl sali,  miej c si  na całe gardło" — pisze Kindersley. „Olbrzymi, to jest Toddowie, 

znale li si  jak d entelmeni (sic!)". Zaspokoiwszy sw  zrozumiał  ciekawo  na widok 

dotychczas, jak si  okazało, nieznanych im ludzi białych, Toddowie napoili ich wy-bornem 

bawołem mlekiem, nakarmili serem i potraw  z grzybów, a potem uło yli na spoczynek w zau-

wa onym przez w drowców piramidalnym domku, gdzie było „ciemno lecz ciepło i sucho, ł 

gdzie te  spali jak zabici a  do rana". Cał  noc, jak si  potem okazało, Toddowie sp dzili na 

walnej naradzie. Po latach, kiedy mister Sullivan, którego dotychczas nazywaj  „bratem 

ojcowskim" — najszanowniejsze po „ojcu" miano *) — zaskarbił sobie ich szczer  miło  

 

*) Toddowie nie uznaj   adnych krewnych, prócz ojca, a i to nawet najcz ciej nominalnie. Dla Todda 

ten jest ojcem, kto go usynowi.

 

 

i zaufanie, Toddowie, opowiadaj c mu o tej pami tnej dla nich nocy, mówili,  e ju  oddawna 

spodziewali si  u siebie, w górach „ludzi od strony zachodz cego sło ca". Na pytanie Sullivana, 

sk d o tem mogli wiedzie , odpowiadali niezmiennie tem samem zdaniem: „tak nam oddawna 

oznajmiły bawoły, a one zawsze i wszystko wiedz ".

 

Tej nocy starcy rozstrzygn li los Anglików i równie  odwrócili now  kart  w ksi dze 

swych własnych dziejów. Nazajutrz, widz c,  e Anglicy ledwie powłócz  nogami, Toddowie 

rozkazali swym lennikom sporz dzi  dla chorych co  w rodzaju noszy, na których te  ponie li ich 

Baddagowie, Anglicy zauwa yli,  e Toddowie z samego rana gdzie  wysłali karłów. „Od tej 

chwili i a  do powrotu z wyprawy nie zetkn li my si  z niemi i nawet nigdzie my ich nie 

widzieli", opowiada Kindersley. Jak dowiedziano si  pó niej, szczególniej z opowiada  

misjonarza Metza, Toddowie nie bez przyczyny obawiali si  dla swych go ci wrogiej obecno ci 

Mułłu-Kurumbów: wysłali ich z powrotem w ich le n  głusz, surowo zakazuj c im patrzenia na 

białych w drowców. Taki, nieco dziwny, zakaz motywowali wobec misjonarza tem,  e „spoj-

rzenie Kurumba zabija nieprzywykłego do  i l kaj cego si  go człowieka", a  e boja liwy wstr t 

Anglików do tych karłów oczywi cie nie uszedł uwagi Toddów od chwili ich pojawienia si , 

wskutek tego zabronili Kurumbom patrze  na przybyszów.

 

background image

  

10 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Biedni, szlachetni Toddowie!    Kto wie, jak cz sto potem  ałowali ich starcy,  e nie 

pozostawili na  pastw  złego oka Mułłu-Kurumbów tych ludzi, od których powrotu do Madrasu i 

raportu zale ały dalsze losy Nilghiri!..,. Lecz „tak oddawna zdecydowały bawoły... a one 

wiedz !..." Wolno i ostro nie niesieni przez Baddagów, dziwi c si  i oczywi cie ciesz c si  ze 

swego niespodziewanego, szcz liwego ocalenia, Anglicy mieli teraz okazj  lepiej przyjrze  si  

drodze i okolicy. Zdumiewała ich sw  Ogromn  rozmaito ci  tutejsza flora, ł cz ca w sobie 

prawie wszystkie gatunki podzwrotnikowe a wraz z tem i klimatu północnego.

 

Nierzadko napotykali gigantyczne stare sosny, których sp kane pnie gin ły u korzeni w 

aloesach i kaktusach. Fijołki kwitły u stóp palm, a białokora brzoza ł dr ca osina odbijały si  w 

ciemnych cichych wodach jeziorka obok królewskiego kwiatu Egiptu i Indji, dumnego lotusa. W 

drodze widywali drzewa owocowe wszystkich krajów, jagody wszelkich odmian, od bananów do 

jabłoni i od ananasów do malin i poziomek. Kraina obfito ci, błogosławiony zak tek ziemi! Góry 

Bł kitne najwidoczniej zostały wybrane przez przyrod , jako jedno z miejsc jej wszech wiatowej 

wystawy.

 

Przez cały czas spuszczania si  z gór dokoła w drowców szumiały setki strumieni; ze 

szczelin skalnych biła zdrowa woda kryniczna, wznosiła si  para ze  ródeł mineralnych, a wsz dy 

wiało miłym chłodem, o którym dawno zapomnieli w upalnych Indjach.

 

Podczas pierwszej nocy w powrotnej drodze spotkała ich zabawna przygoda. Baddagowie, 

po

 krótkiej naradzie gwałtem chwycili ich, rozebrali do naga i, nie zwa aj c na ich rozpaczliwy 

opór, zanurzyli w ciepł  wod  mineraln  bajorka, gdzie obmyli im rany i zadra ni cia. Poczem, 

trzymaj c ich kolejno na skrzy owanych r kach wy ej poziomu wody i akurat nad ciepł  par , 

j li zawodzi  co  w rodzaju zakl , przy akompanjamencie takich okropnych grymasów i dzikich 

pokrzyków, pisze Kindersley, „ e w pewnej chwili byli my przekonani, i  gotuj  si  zło y  nas 

na ofiar  jednemu z bóstw le nych".

 

Lecz Anglicy byli w bł dzie, cho  dopiero nad ranem przekonali si , jak niesprawiedliwe 

było ich podejrzenie. Natarłszy im obolałe nogi jakim  ciastem z gliny i ziół, Baddagowie 

zawin li ich w ciepłe opo cze i „literalnie u pili nad ciepł  par   ródła". Zbudziwszy si  nazajutrz 

rano, w drowcy uczuli nadzwyczajn  ulg  w całem ciele a szczególniej krzep-ko  w muskułach. 

Wszelki  lad bólu w nogach i stawach znikł, jakby pod działaniem czarów. Stali si  zupełnie 

zdrowi i wzmocnieni. Uczuli my popro-stu wstyd wobec tych, tak niesłusznie pos dzonych przez 

nas, dzikusów" — mówi Whish w li cie do przyjaciela. Koło południa opu cili si  tak nisko,  e 

zacz ło im by  do  gor co, i zauwa yli,  e przekroczyli Hnj  mgieł i znajduj  si  ju  po stronie 

Coimba-tore. Whish pisze,  e jednemu nie mogli si  do  nadziwi : przy wchodzeniu na góry 

spotykali wci   lady obecno ci ró nych dzikich zwierz t: musieli dobrze wytrzeszcza  oczy 

dokoła i zachowywa  wszelkie  ro   

dki ostro no ci, by nic wpa  na legowisko tygrysa, nie natkn  si  na słonie lub stado czytt.., *) 

„Teraz za  w powrotnej drodze, las jakby wymarł: nawet ptaki szczebiotały, zda si , w oddali, nie 

podlatuj c ku nam... Nie przebiegł nam drogi nawet rudy zaj c". Baddagowie wiedli ich wdół 

w ziutk , kr t  i ledwie widoczn   cie k , nie przecinan , najwidoczniej,  adnemi przeszkodami.

 

Przed samym zachodem sło ca wyszli z lasu i niebawem zacz li spotyka  mieszka ców 

siół podgórskich. Lecz nie doszło do zapoznania ich z przewodnikami. Dostrzegłszy zdaleka 

gromad  powracaj cych z roboty kulisów, Baddagowie znikn li w okamgnieniu, skacz c ze skały 

na skał , niby stado wystraszonych małp. W tak cudowny sposób ocaleni Anglicy zostali znowu 

sami. Lecz teraz znajdowali si  na skraju lasu i wszelkie niebezpiecze stwo min ło.

 

Przywołali ludzi i dowiedzieli si  od nich,  e s  prawie w Malabarze, w Uindi, t.j. w 

okolicy djame-tralnie przeciwległej w stosunku do Coimbatore. Cały ła cuch górski odgradzał ich 

w ten sposób od wodospadu Colacambe i wsi, z której wyruszyli. Malabar-czycy wyprowadzili 

ich na trakt, i na odwieczerz znale li si  ju  pod go cinnym dachem munsyfa (sołtysa) małej 

wioski. Nazajutrz wystarali si  o konie i wieczorem pomy lnie przybyli do znanej im wsi, tej sa-

mej, z której pu cili si  w drog  w zakl te góry akurat dwana cie dni temu.

 

 

background image

  

11 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

*)    Czytta — ptak drapie ny z gatunku s pów.

 

 

 

Wie  o pomy lnym powrocie blu nierczych saa-bów z siedliska bogów rozeszła si  po 

wsi i jej okolicach lotem strzały, „Dewy nie ukarały zuchwalców — nie tkn ły nawet feringów 

(obcych), którzy tak  miało wdarli si  w ich, od wieków zamkni te przed reszt   wiata, 

dzier awy... Co to znaczy? Czy by oni byli wybra cami Saddu?..." Oto co szeptano, opowiadano 

sobie i komunikowano z sioła do sioła, póki fakt ten nie stał si  niezwykłym wypadkiem dnia. 

Bramini zachowywali złowrogie milczenie. „Taka tym razem — mówili starcy — wola 

błogosławionych dewów; lecz co poka e przyszło ? To tylko im samym (t. j. bogom) wiadome". 

Poruszenie umysłów rozszerzyło si  daleko poza granice powiatu. Całe tłumy zabobonnych 

Drawidów  ci gały, by pada  plackiem przed Anglikami i składa  im wszystkie przewidziane dla 

„wybra ców bogów" honory. Geometrzy tryumfowali. „Brytyjski presti " pu cił gł bokie ko-

rzenie i utrwalił si  na długie lata u podnó a Gór Bł kitnych. 

 

 

II 

 

Dotychczas, nie bacz c na dane, zaczerpni te prze eranie z drukowanych opowiada  

Kindersleya i Whisha, cała ta historja wygl da jednak na bajk . Nie chc c, by mnie pos dzono 

nawet o przesad , prowadz  dalszy opis wedle słów samego coimbatorskie-go zarz dcy, „wielce 

szanownego" (Hight Honourable) J. Sullivan'a, z ogłoszonych w owym roku drukiem jego 

raportów dla Wschodnio-Indyjskiej Kompanji. W ten sposób nasza opowie  nabierze czysto 

oficjalnego charakteru. Nie b dzie ju , jak to si  mogło wydawa  dot d, wyci giem z napoły 

fantastycznej relacji ledwie  ywych, głodnych my liwców, w paro-ksyzmie wywołanej 

przej ciami maligny, ani te  powoływaniem si  na bajdy zabobonnych Drawidów — lecz 

dosłownem powtórzeniem doniesie  urz dnika angielskiego ł wywodem z jego pó niejszych prac 

statystycznych, dotycz cych Gór Bł kitnych, Mr, J, Sul-livan mieszkał w Nilghiri i rz dził jego 

pi ciu szczepami długi czas. Pami  o tym sprawiedliwym i dobrym człowieku nie zniknie tu 

jpszcze przez wiele lat — jak  yje dotychczas w tych górach, uwieczniona przez wybudowany 

przeze  Utta-Camand, ze swojem uroczem jeziorem i kwitn cemi ogrodami, a jogo ksi ki, 

dost pne dla ka dego, słu  za  wiadectwo i potwierdzenie tego, co czytelnik znajdzie dalej.

 

Sprawdziwszy w czasie własnego pobytu w górach dokładno  bada  nad Toddami i 

Kurumbami całej gromady urz dników i misjonarzy i porównawszy spostrze enia ich z danemi z 

ksi ek Mr, Sulli-vana oraz z ustnych informacji generała Morgana i jego  ony — r cz  za 

autentyczno  wiadomo ci o tych zagadkowych plemionach górskich Indji. Kronik  prowadz  

dalej od tego dnia, gdy po swem ocaleniu geometrzy powrócili do Madrasu,

 

Słuchy o nowoodkrytej ziemi i jej mieszka cach,  go cinno ci, a szczególnie o przysłudze, 

wy wiadczonej przez Toddów bohaterom pierwszego rozdziału, urosły dzi ki stug bnej famie do 

takich rozmiarów,  e władze W,-I, Kompanji ockn ły si  i zabrały wreszcie energicznie do dziel .   

Posłali umy lnego z Madrasu do Coimbatore.   Teraz podró  t  mo na odby  w dwana cie 

godzin, lecz   wówczas   wymagała   ona dwunastu  dni.   Przyszedł  rozkaz  od   władz  naczel-

nych do naczelnika powiatu (t, zw, kolektora)': „Poleca si  panu kolektorowi, Mr.   Johnowi   

Sulliyanowi, zbada  i sprawdzi  brednie o   „Górach   Bł kitnych"

 

1  niezwłocznie zło y  raport władzy przeło onej".

 

Nie trac c czasu, kolektor zorganizował wypraw  *).

 

 

*)    Opis  tej  nowej  ekspedycji w krain   Toddów,  ogłoszenie jej za posiadło   Imperjum 

Bryta skiego  oraz  dane  natury 

 

background image

  

12 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Wreszcie wpadli na  lad istotnych mieszka ców i władców gór Nilghitskich, Toddów i 

Kurumbów.  eby nie wraca  do tego przedmiotu, powiemy ju  teraz,  e Baddagowie pojawiali 

si  niekiedy na polanach Coimbatore, gdzie mieszka pokrewny im szczep — natomiast ani 

Toddów, ani Kurumbów krajowcy podgórza zupełnie nie znali. I teraz, (autorka pisze to w r. 

1882), gdy oddawna istnieje prawidłowa, codzienna komunikacja mi dzy Uttacamandem a 

Madrasem, olbrzymy i karły nigdy nie schodz  ze swych gór. Długo nie wiedziano, czemu 

przypisa  takie nienaturalne milczenie Baddagów o istnieniu dwóch, razem z niemi 

mieszkaj cych ras. Teraz doszli Anglicy do przekonania i zdaje si , całkiem słusznego,  e tajem-

nic  t  nale y sobie tłomaczy  jedynie przes dem, którego  ródło i przyczyna wci  zreszt  s  dla 

Europejczyka niepoj te — dla ka dego za  tubylca zupełnie zrozumiałe. Nie mówili Baddagowie 

o Tod-dach dlatego, poniewa  Toddowie to dla nich istoty nieziemskie, które ubóstwiaj ; a 

wymawia  imiona swych familijnych, raz obranych bóstw *) to w oczach

 

 

fizjograficznej z raportu Suliivana — wobec wyznaczonej obj to ci polskiego przekładu — opuszczam i podejmuj  

opowiadanie autorki od miejsca, w którem wyprawa wpadła na  lady siedlisk prawowitych władców Nilghiri. Przyp. tłom.

 

*) Ka da rodzina Indusów, cho by nale ała do jednej kasty i jednej sekty z innemi rodzinami, wybiera sobie swoje własne, familijne bóstwo, 

z 33 milionów narodowego panteonu; i o tem bóstwie, cho  wszystkim członkom rodziny jest ono wiadome, nie mówi  nigdy, uwa aj c 

ka de wymówione o niem słowo za pTnfanarj .

 

 

Indusa najwy sza dla tych bóstw znirwaga, wyszydzanie, na co nie wa y si   aden krajowiec, 

nawet pod groz   mierci. A Kurumbów nienawidz  oni, l kaj c si  ich tak, jak Toddów 

ubóstwiaj . Samo cho by cicho wymówione imi  „Kurumb"  ci ga, według ich mniemania, 

nieszcz cie na tego, kto je wymawia.

 

Gdy uczestnicy wyprawy znale li si  na wysoko ci 7000 stóp i weszli na falist  rozległ  

polan , znale li tu u podnó a skały grup  budowli, w których Kindersley i Whish natychmiast 

rozpoznali widziane ju  przez nich domy Toddów. Kamienne budynki bez okien i drzwi, z ich 

piramidalnetni dachami, zbyt dobrze utkwiły im w pami ci, by mogli je zapomnie . Zajrzawszy 

wewn trz przez jedyny otwór, słu cy w tych domach wraz za okno i wej cie, nie znale li w nich 

nikogo, cho  wyra nie były one zamieszkałe. Dalej, o jakie  dwie mile od tej pierwszej „wsi", 

ujrzeli:

 

„...Obraz, godny p dzla malarza, przed którym zatrzymali my si  w nieopisanem 

zdumieniu, a towarzysz cy nam krajowcy-sipaje w wielkim zabobonnym strachu" — doniósł 

kolektor. — „Przed naszymi oczyma ukazała si  scena jakby z  ycia patrjarchów zamierzchłych 

czasów. W ró nych miejscach rozległej, obramowanej dokoła urwiskami doliny pasły si  stada 

ogromnych bawołów z dzwonkami i srebrnemi grzechotkami na nogach.., A dalej — grupa 

długowłosych, z siwemi brodami, o dostojnym wygl dzie starców, zawini tych w białe 

opo cze..."

 

To była, jak dowiedzieli si  potem, starszyzna, 

oczekuj cych na nich Toddów i po wi tne bawoły To-uela (zagrody chramu) tego plemienia. 

Wokół nich wpółle eli, siedzieli, chodzili i stali, „w pozach, od których bardziej malowniczych 

nie mo na sobie wyobrazi ", m czy ni z odkrytemi głowami. Było ich z osiemdziesi ciu. Na 

sam widok takich „pi knych, rosłych Goljatów", pierwsz  my l , jaka błysn ła w głowie 

szanownego Anglika i patrjoty, była ewentualna mo liwo  „sformowania z tych zuchów spe-

cjalnego oddziału i posłania go do Londynu, jako podarek dla króla!..," Pó niej sam Sullivan 

ujrzał nie-praktyczno  takiej my li; lecz w pierwszych dniach Toddowie ol nili go i całkowicie 

oczarowali sw  uderzaj c , zgoła nie induskiego typu, pi kno ci ", O jakich dwie cie kroków od 

m czyzn siedziały ich kobiety, z długiemi, gładko zaczesanemi z przodu i roz-puszczonemi na 

plecach włosami i w takich samych opo czach. Naliczył ich z pi tna cie, a z niemi z pół-tuzina 

dzieciaków, zupełnie gołych, nie bacz c na chłód styczniowy.

 

W innym opisie gór*) towarzysz Sulłivana, pułkownik Hennesey rozwodzi si  na 

dziesi ciu stronicach o ró nicy mi dzy Toddami a wła ciwemi Indusami, z któremi wobec 

nieznajomo ci j zyka i obrz dów Toddów długi czas ich mieszano.

 

background image

  

13 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

„Jak Anglik ró ni si  od Chi czyka, tak Todd odró nia si  we wszystkiem od innych 

krajowców" — pisze, — „Teraz, gdy poznałem ich lepiej, staje si  dla mnie prawie zrozumiałem, 

dlaczego Beddagowie, któ-

 

 

The   Tribes of the Nilgfierry Hllls.

 

 

rym pokrewny szczep spotykali my i przedtem, w górach Majsuru, patrz  na tych ludzi, 

jak na wy sz  , niemal bosk  ras ... Toddowie istotnie podobni s  do bogów, tak, jak ich 

przedstawiali staro ytni Grecy.  ród kilkuset junaków (fine men) tego szczepu nic widziałem 

jeszcze ani jednego, któryby miał mniej ni  6 i jedna czwarta stóp wzrostu. Zbudowani s  wspa-

niale i rysy twarzy maj  czysto klasyczne... Prosz  doda  czarne, l ni ce, g ste włosy, obci te 

równo na czole, a za uszami spadaj c  na plecy ci k  mas  k dziorów — a otrzyma si  pewne 

wyobra enie o ich urodzie. W sy ich i brody, których nigdy nie strzyga, s  te  krucze. Wielkie 

czarne, czasem ciemnotalowe a nawet niebieskie oczy patrz  na was gł bokiem, miłem, prawie 

kobiecem wejrzeniem... Usta, nawet u s dziwców, ozdabiaj  mocne, białe, cz sto wspaniałe z by. 

Cera twarzy ja niejsza, ni  gdziekolwiek w Indjach. Ubieraj  si  wszyscy jednakowo: rodzaj 

rzymskiej białej togi z płótna; jeden koniec zarzucony naprzód pod prawe rami  a potem wtył na 

lewe, W r kach laska z fantastycznemi wyci ciami. Gdy dowiedziałem si  o jego mistycznem 

przeznaczeniu i wierze wła cicieli w jego magiczn  sił , ten mały, długo ci półtrzeciej stopy 

bambus nieraz wywoływał we mnie nieprzyjemne uczucie. Lecz nie  miem, nie mam prawa, 

widz c nieraz to, co widziałem, zaprzecza  słuszno ci takiego ich o wiadczenia i wiary. 

Pomimo i  w oczach chrze cijanina wiara w magj  zawsze winna si  wydawa  grzeszn , nie 

poczuwam, si  w prawie obala  i wy miewa  to, co uwa am, nie bacz c na wstr t, za fakt 

niezbity".

 

Słowa te zostały napisane przed wielu laty. Zarówno Sullivan jak i Hermesey widzieli 

wtedy Toddów po raz pierwszy i odzywali si  o nich oficjalnie. Lecz nawet w tej urz dowej 

relacji o faktach słyszy 4g si  niepewno , przegl da z niej to samo pow ci gliwe zdziwienie i 

ciekawo  w stosunku do tego tajemniczego szczepu, które wida  i we wszystkich innych 

publikacjach.

 

„Co to za jedni?" — zastanawia si  Sullivan w swym raporcie. — „Cho  widzieli białych ju  po 

raz wtóry, ich imponuj cy spokój i dumna postawa zbiły mnie z tropu, tak mało ich zachowanie 

si  było podobne do tego, co my przywykli widzie  w przypodchlebnych manierach induskich 

krajowców. Oni jak gdyby oczekiwali naszego przybycia. Z gromady wyst pił wysoki starzec i 

ruszył na nasze spotkanie; za nim szło dwóch jeszcze, nios c w r kach czary

 

z kory, napełnione mlekiem. O kilkana cie kroków od nas zatrzymali si  i zacz li do nas 

przemawia  w nieznanym nam zupełnie j zyku. Widz c,  e nie zrozumieli my ani słowa, 

natychmiast zamienili go na

 

W   mało-jalimski, a potem na kanarezyjski, (którym mówi  Baddagowie), poczem rozmówili my 

si  łatwiej. Dla tych dziwnych tuziemców my byli my jakgdyby lud mi z innej planety. „Wy nie 

jeste cie z naszych gór. Nasze sło ce to nie wasze sło ce i nasze bawoły s  wani nieznane" — 

mówili do mnie starcy. — „Wy rodzicie si , jak rodz  si  Baddagowie, a nie my" (?!) — 

zauwa ył drugi, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, Z ich słów slawało si  dla ims jasne,  e 

byli my dla nich mieszka cami ziemi, o której co  nieco  wiedzieli, cho  dotychczas nigdy nie 

widzieli ani jej, ani ludzi, tam  yj cych, lecz,  e samych siebie uwa ali za szczególn , osobliw  

ras ". 

 

Kiedy wszyscy przybysze zasiedli na g stej trawie, w pobli u starców, a reszta Toddów 

stan ła zdała, o wiadczono Anglikom,  e spodziewano si  ich ju  od kilku dni. Baddagowie, 

słu cy Toddom do owej chwili za jedyny ł cznik mi dzy niemi, a reszt   wiata t. j. Indjami, 

zd yli ju  ich uprzedzi ,  e biali rad owie, dowiedziawszy si  od dwóch ocalonych przez 

Toddów my liwców o „siedzibie bawołów", id  do nich w góry. Oznajmili jednocze nie Mr. 

Sullivanowi,  e od wielu ju  pokole  istniało u nich proroctwo, głosz ce,  e przyjd  do nich 

ludzie zza morza i osiedl  si  u nich, jak przedtem osiedlili si  Baddagowie;  e b d  musieli 

background image

  

14 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

ust pi  im cz

 posiadło ci i  y  z niemi, jak bracia, tworz c jedn  rodzin . „Taka ich wola"—

dodał jeden ze starców, wskazuj c bawoły— „oni lepiej wiedz , co dla ich dzieci dobre a co złe".

 

Na to Mr. Sullivan czyni tak  uwag  w swej relacji: „Wówczas nie zrozumieli my tego 

zagadkowego zdania o bawołach ł w przyszło ci dopiero dowiedzieli my si  jego znaczenia. A 

sens, chocia  dziwny, lecz zgoła nie nowy dla nas — w Indjach, gdzie na krow  patrz , jako na 

istot   wi t  i nietykaln ",

 

W Toddach, nie bacz c na ich własne podania,przy których trwaj  uporczywie, angielscy 

etnolodzy pragn liby widzie  szcz tki „pewnego dumnego plemienia", którego zreszt  ani nazwa, 

ani cechy nie s  im wiadome. Na takiej mocnej podstawie buduj  swoj  hypotez , polegaj c  na 

tem,  e to dumne plemi  „prawdopodobnie" zajmowało ongi (a mianowicie kiedy — 

niewiadome) nadrzeczne niziny Dekkanu; pasło swoje po wi tne stada bawołów, (które, nie od 

rzeczy tu doda , nigdy w Indjach nie były uwa ane za po wi tne), nadługo przed epok , w której 

ich pó niejsze rywalki, krowy, zmonopolizowały pobo no  narodow . Nast pnie przypuszcza 

si ,  e to samo dumne plemi  „w okrutny sposób odpierało i powstrzymywało inwazj  

przychodz cych wci  zza północnych gór (t. j. Himalajów) plemion aryjskich lub Max-

Mullerowskłch brahmanów „z Oksusu". 

Ta wdzi czna i na pierwszy rzut oka prawdopodobna hypoteza, niestety, rozlatuje si  w 

kawałki wobec znanego faktu,  e Toddowie, cho  istotnie s  „dumnem plemieniem" nietylko 

sami nie nosz   adnej broni, lecz nie zachowali o niej nawet najsłabszego wspomnienia. A skoro, 

jak powiedziano, nie maj  przy sobie no a dla obrony przed dzikim zwierzem, ani nawet psa dla 

nocnej ochrony, to widocznie posiadaj  oni inne sposoby odpierania wroga, ni  sil  or a. 

Zdaniem Mr. Sullivana, Toddowie zupełnie słusznie zgłaszaj  prawa do Gór Bł kitnych, jako do 

swej odwiecznej posiadło ci. Głosz  je, a mieszkaj cy obok nich od stuleci s siedzi potwierdzaj  

to prawo dawno ci własn   wiadomo ci . Wykazuj

 jednogło nie,  e Toddowie władali ju  

górami, gdy zjawili si  najwcze niejsi osadnicy z innych plemion, mianowicie, Mułłu-

Kurumbowie, za niemi Baddago-wie, a za Baddagami Chottowle i Erullarzy;  e wszystkie te 

plemiona prosiły Toddów, którzy poprzednio mieszkali tu sami, i otrzymali od nich pozwolenie 

osiedlania si  w górach. Za to przyzwolenie wszystkie cztery szczepy zawsze płaciły Toddom 

danin , nie pieni dzmi, gdy  do czasu zjawienia si  Anglików pieni dze były nieznane w górach, 

lecz w naturze: pewn  ilo  ziarna z ka dego uprawianego pola od Baddagów; narz dzia  elazne, 

niezb dne do budowy domów i gospodarstwa domowego, od Chottów: korzenie jadalne, jagody i 

owoce od Kurumbów i t.d.

 

Wszystkie te pi  ras we wszystkiem jaskrawo ró ni  si  jedna od drugiej, jak to zaraz 

zobaczymy poni ej. Ich j zyki, wierzenia, obyczaje, tak samo jak typy, nie maj  za sob  nic 

wspólnego. Według wszelkiego prawdopodobie stwa wszystkie te plemiona to resztki 

przedhistorycznych ras autochtonów Indji Południowych, lecz, je li i dowiedziano si  czego  o 

Bad-dagach, Chottach, Kurumbach i Erullarach, na Tod-dach historja ugrz zła, jak na mieli nie. 

S dz c ze staro ytnych grobowców na „wzgórzu" oraz niektórych ruin gontyn, nie tylko 

Toddowie, lecz i Kurum-bowie zapewne osi gn li jeszcze w czasach przedhistorycznych pewien 

stopie  cywilizacji: Toddowie maj  niew tpliwie co  w rodzaju pisma, jakie  znaki,*, 

przypominaj ce napisy klinowe staro ytnych Persów.

 

Ale czemkolwiek byli Toddowie w zamierzchłej przeszło ci, teraz s  ludem zgoła 

patryarchalnym, którego całe  ycie ogniskuje si  na jego po wi tnych bawołach,

 

Z tego wielu pisz cych o Toddach wyci gn ło wniosek,  e czcz  bawoły jako bóstwa, to 

jest wyznaj  zoolatrj . Lecz jest to zapatrywanie bł dne. O ile nam wiadomo, religja ich ma 

charakter o wiele wznio lejszy, ni  zwykłe i ordynarne ubóstwianie zwierz t.

 

Drugi i dalsze raporty Mr. Sullivana s  jeszcze bardziej interesuj ce. Lecz, poniewa  

cytuj  słowa szanownego urz dnika angielskiego tylko dla potwierdzenia własnych spostrze e  i 

uwag, nie tu miejsce na powtarzanie ich. Pozwalam sobie jedynie przedstawi  jeszcze niektóre 

uwagi statystyczne, zarówno jego, jak i innych urz dników, o pi ciu szczepach Nilghiri.

 

Oto zwi złe informacje z pracy statystycznej o nich pułkownika Torntona:

 

background image

  

15 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

„1) Pierwszych, na zboczach gór, za rubie  wodospadu, spotyka si  Erullarów. Mieszkaj  

oni w istotnych norach ziemnych i  ywi  si  korzonkami. Teraz, po przybyciu Anglików, stali si  

mniej dzikie-mi.  yj  skupinami, po trzy do czterech rodzin, i licz  ich na tysi c głów.

 

2) Powy ej mieszkaj  Kurumbowłe. Ci dziel  si  na dwa rozgał zienia: a) poprostu 

Kurumbowie, zamieszkuj cy lepianki, które tworz  osiedla, i b) MuŁ-łu-Kurumbowie, o 

ohydnym wygl dzie i niezwykle małego wzrostu ludzie,  yj cy w przedziwnych gniazdach na 

drzewach i podobni bardziej do du ych małp, ni  do istot ludzkich".

 

Uwaga. Cho  i w innych okolicach Indji s  szczepy, podobne w ogólnych rysach i nawet 

nosz ce takie  miana, ró ni  si  one jaskrawo od tych dwóch szczepów, szczególnie od 

Kurumbów, straszydeł i złych duchów, unikanych przez wszystkie inne plemiona, prócz Toddów, 

królów i władców w Górach Bł kitnych.

                                                               

;

 

Kurumban — wyraz tamilski, znaczy „karzeł"; lecz, gdy Kurumbowie nizin to poprostu 

mali tubylcy, nilghirscy Kurumbowie cz sto nie przewy szaj  trzech stóp wysoko ci. Oba te 

szczepy (Kurumbowie gór i Erullarzy) nie maj  nawet poj cia o niezb dnych, 

najelementarniejszych potrzebach  yciowych i nie wyszły ze stanu zupełnych dzikusów, 

wykazuj c cechy najpierwotniejszej rasy ludzko ci. Mówi  j zykiem, bardziej przypominaj cym 

szczebiot ptaków i gardłowe d wi ki małp, ni li mow  ludzk , cho  niekiedy trafiaj  si  u nich 

słowa z wielu starych narzeczy drawidyjskich Indji. Liczebno  Erullarów i Kurumbów nie 

przenosi tysi ca w ka dym szczepie..

 

3) Kochtarzy albo Choty to jeszcze dziwniejsza rasa. Nie maj  poj cia o rozró nianiu kast 

i nie s  podobni ani do innych plemion górskich, ani do krajow-ców-Indusów. Równie dzicy i 

pierwotni jak Erullarzy i Kurumbowie, mieszkaj c jak krety w norach i na drzewach, s —rzecz 

szczególna—wybornemi złotnikami, płatnerzami i garncarzami. Posiadaj  oni sekret wyrabiania 

stali i  elaza; ich no e i inna bro  spr ysto ci , wyostrzeniem i sw  prawie niezniszczaln  

trwało ci  przewy szaj    wszystk  wyrabian  kiedykolwiek w Azji łub Europie. Kochtar nie u y-

wa innej broni prócz wa kiego obosiecznego jakby ro na.   Idzie z nim i na dzika i na tygrysa, 

nawet na słonia i zawsze pokonywa zwierza *).   Kochtarzy nie wyjawiaj  swej tajemnicy   za   

adne   pieni dze.    aden szczep w górach nie zajmuje si  takiem   rzemiosłem. Gdzie mogli oni 

zapozna  si  z niem, to jeszcze jedna zagadek dla naszych etnologów. Religja ich nie ma nic 

wspólnego z religjami innych autochtonów,   Kochtarzy nie maj    wyobra enia o bogach   

braminów i oddaj  cz

 jakim  fantastycznym bóstwom, nie maj cym swych wizerunków.    

Liczba Kochtarów,  według zebranych przez nas wiadomo ci, nie przekracza półtrzecia tysi ca,

 

4)  Baddagowie albo „biirgerzy".    Najliczniejsze, najbogatsze i najbardziej   

cywilizowane   ze   wszystkich pi ciu górskich   plemion   Nilghiri,   S  to brami-mi ci i dziel  si  

na kilka klanów. Jest ich około dziesi ciu tysi cy i prawie wszyscy trudni    si    rolnictwem, 

Baddagowie niewiadomo dlaczego oddaj  cze  bosk  Toddom; stoj  oni w oczach Baddagów 

daleko wy ej od ich boga Sziwy.

 

5)  Toddowie, nazywani tak e Todduwarami,   Ci

 

 

") Teraz, gdy dawno stało si  wiadome,  e Kochtarzy posiadaj  takł sekret, wszyscy staraj  si  

zamawia  u nich no e i daj  bro  do wyostrzenia. Za zwykły, z ordynarn  r koje ci  nó , zrobiony przez 

Kochtara, płaci si  kilka razy wi cej ni  za nó  z najlepszej szeffildskiej stali.

 

 

dziel  si  na dwie du e kasty. Pierwsza z nich, kasta kapłanów, znana jest pod nazw  teralli; 

nale cy do niej Toddowie po wi caj  si  słu eniu bawołom, skazali si  na bez e stwo i 

wykonywuj  jakie  niepoj te obrz dy, które bardzo starannie ukrywaj  przed Europejczykami i 

nawet przed wszystkiemi, nienale ce-mi do ich szczepu, krajowcami. Druga kasta to kutto-wie, 

zwykli  miertelnicy. O ile nam wiadomo, pierwsi stanowi  arystokracj  plemienia. W tem 

nielicznem plemieniu narachowali my siedemset osób i, s dz c z informacji Toddów, liczebno  

ich nigdy nie przewy szała tej cyfry".

 

background image

  

16 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

eby pokaza , i  temat tej opowie ci zasługuje bezwzgl dnie na uwag , dodam do 

powy szych rewelacji opinj  autorów ksi ki, wydanej w r. 1853 na zlecenie Wschodnio-

Indyjskłej Kompanji „The States of India". W rozd/iale, traktuj cym o Nilghiri, mówi si

 

o Toddach co nast puje:

 

„To male kie plemi   ci gn ło w ostatnich latach na siebie pełn  zachwytu uwag  

nietylko odwiedzaj cych Nilghiri, lecz i londy skich etnologów. Zainteresowanie, wzbudzone 

przez Toddów, jest nader znamienne. Zjednali sobie oni niezwykł  (in no ordinary degree) 

sympatj  władz madraskich. Tych dzikusów opisuj  jako wspaniale zbudowan  atletyczn  ras  ol-

brzymów, znalezionych w zgoła nieoczekiwany sposób w łonie gór. Ich zachowanie si  jest pełne 

wdzi ku

 i godno ci, a powierzchowno    mo na   opisa    tak". Tu nast puje ju  znany opis 

powierzchowno ci   Todów.

 

 

Ust p o nich ko czy si  zaznaczeniem faktu, na który umy lnie kład  nacisk, wobec jego 

znamiennego i bezpo redniego stosunku do wyja nienia zdarze , jakich byli my  wiadkami, i 

zarazem przyznaniem si  do zupełnej niewiedzy co do ich dziejów i pochodzenia:

 

„Toddowie nie u ywaj   adnej broni, prócz krótkiej trzciny bambusowej, której nigdy nie 

wypuszczaj  z prawej r ki. Wieloletnie starania, by dowiedzie  si  czego  o ich przeszło ci, o 

j zyku i religji, nie doprowadziły do  adnych wyników. Jest to najbardziej tajemnicze plemi  ze 

wszystkich narodowo ci Indji" (tam e, str. 692).

 

W krótkim czasie Mr. Sullivana zupełnie podbili „Nilghirscy Adonisi", jak Toddów 

przezwali osadnicy i plantatorzy w Górach Bł kitnych. Był to pierwszy, by  mo e, jedyny 

przykład w Indjach angielskich,  eby wysoki urz dnik, bar-saab, otwarcie bratał si , nawi zywał 

tak bliskie, przyjacielskie stosunki z pod-władnemi mu autochtonami, jak to czynił coimbator-ski 

kolektor. W nagrod  za podarowanie Kompanji jeszcze kawałka terytorjum w Indjach, 

niezwłocznie awansowano go na „głównego administratora Gór Bł kitnych". Tam Mr. Sullivan 

prze ył około trzydziestu lat; tam te  umarł.

 

Co go tak poci gn ło do tych ludzi? Co mógł mie  w samej rzeczy wspólnego 

cywilizowany Europejczyk z lud mi tak zupełnie prymitywnemi, jak Toddowie? Na to pytanie, 

jak i na wiele innych, nikt nam jeszcze nie mógł da  odpowiedzi. Czy nie mo na tego obja ni  

tem,  e wszystko, nieznane, tajemnicze, poci ga nas, niby pusta przestrze  i, wywołuj c zawrót 

głowy, wabi ku sobie, jak otchła ? Z praktycznego punktu widzenia, oczywi cie, Toddowie nie s  

niczem wi cej jak dzikusami, nieznaj cemi si  na podstawowych zasadach naszej cywilizacji i 

nawet z wygl du, nie bacz c na sw  fizyczn  pi kno , dosy  brudnemi. Lecz idzie tu nie o ich 

zewn trzno , a o wewn trzny, duchowy  wiat tego ludu. Po pierwsze, Toddom obce jest zupełne 

kłamstwo. W ich j zyku niema nawet zupełnie takich słów, jak „nieprawda" lub „kłamstwo". 

Kradzie  lub cho by przywłaszczenie sobie czego , co do nich nie nale y, równie  s  im 

nieznane. Wystarczy przeczyta , co o nich mówi kapitan Harkness w ksi ce swojej, 

zatytułowanej „Dziwne plemi  autochtonów": *)

 

„...Prze yłem około dwudziestu lat w Uttacaman-dzie i twierdz  stanowczo,  e nie 

spotkałem nigdy ludu, zarówno w krajach cywilizowanych, jak i w pierwotnych, któryby  ywił 

takie religijne poszanowanie prawa „meum et tuum", jak Toddowie. Wdra aj  to poczucie 

dzieciom od male ko ci. My (Anglicy) nie znale li my  ród nich jeszcze ani jednego zlqdzieja!.„ 

Oszustwo i kłamstwo s  im nieznane „wydaj  si  niemo liwe" (Str. 18). I dalej: „Jak i u 

krajowców nizinnych okolic Indji Południowych, kłamstwo w przekonaniu tego plemienia to 

najnikczemniejszy, niewybaczalny wyst pek. Za praktyczny dowód tego, wrodzonego im uczucia 

słu y  mo e ich jedyna  wi tynia na cyplu Toddabet, po wi cona bóstwu - Prawdzie

 

 

*)    „A itrange aborigenal race" by  captain Herkness, str. 37. 

 

 

background image

  

17 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

(Tempie of Truth). Podczas gdy  ród mieszka ców dolin zarówno symbol, jak i samo bóstwo zbyt 

cz sto s  zapominane, Toddowie oddaj  cze  obydwóm,  ywi c i dla idei i dla symbolu, w teorji 

i w praktyce, najszczersze, niewzruszone uczucie szacunku"... .  

Otó  wła nie taka czysto  moralna Toddów i ich

 rzadkie zalety duchowe poci gn ły 

nietylko Mr. Sulli-vana, lecz i wielu misjonarzy. Nale y wzi  pod uwag  znaczenie takiej 

pochwały w ustach ludzi, nieprzywykłych do odzywania si  z uznaniem o tych, na których oni 

sami nie wywarli najmniejszego wra enia *). A na Toddach przybycie misjonarzy i wogóle 

Anglików od pierwszego do ostatniego dnia wywarło nie wi ksze wra enie, ni  gdyby te dzikusy 

były kamien-nemi pos gami, nie  ywemi lud mi. Znali my misjonarzy, a nawet jednego biskupa, 

którzy nie zawahali si  stawia  moralno ci Toddów za przykład swej, „wysokourodzonej" 

owczarni, publicznie w ko ciołach na niedzielnem kazaniu.

 

Lecz jest w nich istotnie co  jeszcze wi cej poci gaj cego, je li nie dla publiczno ci 

wogóle a statystyków w szczególno ci, to dla tych, którzy po wi cili si   całkowicie zbadaniu 

bardziej oderwanej strony natury ludzkiej: mianowicie, tajemniczo , któr  czuj  wszyscy w 

Toddach, i ta siła psychiczna, jak  posiadaj  w niezwykłym stopniu. O lem b dziemy mieli dalej  

du o do powiedzenia.

 

 

*) Dotychczas, t. j. do r. 1883, mimo wszelkie wysiłki misji, nie było ani jednego przykładu nawrócenia 

Todda na wiar  chrze cija sk .

 

 

Kolektor, sp dziwszy w górach dziesi  dni, wrócił do Coimbatore, a stamt d udał si  do 

Madrasu,  eby osobi cie zło y  całkowite sprawozdanie głównemu zarz dowi Kompanjł ze swej 

podró y w Góry Bł kitne. Dopełniwszy tego obowi zku, Sulliwan niezwłocznie powrócił do 

n c cej go krainy i do mocno go ju  interesuj cych Toddów. Tam on pierwszy zbudował sobie 

dom europejski, „na który ka dy kamie  przynie li mu Toddowie".

 

Od pierwszego dnia kolektor stał si  druhem, opiekunem i protektorem Toddów i w ci gu 

lat trzydziestu kruszył o nich kopje, broni c tych ludzi i ich interesów przed chciwo ci  i 

wyzyskiem Wschodnio-Indyjskiej Kompanji, Nie mówił o nich w papierach urz dowych 

inaczej.jak o „prawnych wła cicielach ziemi" (the legał lords of the soil) i zmusił „szanow- 

nych 

ojców" do liczenia si  z Toddami, W ci gu długich lat Kompanja płaciła im czynsz dzier awny za 

odst pione przez nich lasy i ł ki. Póki  ył Sullivan, nikomu nie było wolno krzywdzi  i zagarnia  

ziemi  na terenach, które Toddowie uprzednio wskazali Anglikom, jako swe po wi tne pastwiska 

i zawarowali sobie ich nietykalno  w umowach.

 

Efekt relacji Mr. Sullivana w Madrasie był olbrzymi. Kto tylko skar ył si  na klimat, kto 

cierpiał na w trob , febr  i inne choroby, któremi lak hojnie obdarzaj  Europejczyków zwrotniki, 

a miał  rodki na podró  — wszystko to rzuciło si  w kierunku Coimbatore. Z n dznej osady 

Coimbatore stało si  w kilka lat miastem powiatowem. Zaprowadzono wnet regu-larn  

komunikacj  mi dzy Metopollamem, u podnó a Nilghiri a Uttacamandem *), miasteczkiem, 

zało onem w roku 1822 na wysoko ci 7500 stóp. Niebawem zacz ła si  tam przenosi  na czas od 

marca do listopada cała biurokracja madraska. Willa za will , dom za domem, zacz ły wyrasta  

na kwietnych stokach gór, niby grzyby po deszczu. Po  mierci Mr. Sullłvana plantatorzy 

zawładn li prawie cał  okolic  mi dzy Kochtaghiri a Utti. Korzystaj c z tego,  e „wła ciciele 

gór" wymówili sobie najwy sze miejsca na Nilghiri na pastwiska dla „ wi tych" bawołów, 

Anglicy zagarn li dla siebie dziewi  dziesi tych Gór Bł kitnych. Misjonarze skorzystali z okazji, 

eby wyszydzi  krajowców i ich zabobonne wiar  w bóstwa i duchy górskie. Nic to nie pomogło. 

Baddagowie w dalszym ci gu .trzymali si  swych specjalnych pogl dów na ras  Tod-dów, cho  

ci w krótkim czasie musieli zadowoli  si  nagiemi szczytami skał. „Ojcowie" kompanji, a po nich 

i biurokraci pa stwowi, cho  nadal na papierze tytułowali Toddów „prawnemi wła cicielami 

ziemi", w samej rzeczy i podchmieliwszy sobie, j li podawa  siebie, jak zawsze, za „lordów nad 

baronami" *).

 

Na Kurumbów narazie nie zwracali uwagi. Przy pierwszem    pojawieniu si  Anglików,    

Kurumbowie,

 

background image

  

18 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

 

*) Wszyscy je nazywaj  w skróceniu „Utli". Tak w dalszym ci gu i my b dziemy je nazywa .

 

*) Tak nazywaj  Anglików Rad ystanie, gdzie oni oficjalnie tytułuj  rad ów „baronami" — Ihe feuJal barons of 

Raji-ilan — a sami przy ka dej sposobno ci przypominaj  im,  e s  tylko ich wasalami.

 

 

jakgdyby istotnie byli tem, na co wygl dali, ohydne-mi gnomami, przepadł i bez  ladu. Nie 

słyszano o nich, ani nie widziano ich zupełnie w pierwszych latach po odkryciu. Potem zacz li 

powoli ukazywa  si  i osiedla  na moczarach i pod okapami wilgotnych skał. Jednak e niebawem 

dali zna  o sobie. W jaki sposób — o tem potem; obecnie zajmiemy si  naprzód Toddami i 

Baddagami.

 

Gdy Anglicy zacz li porz dkowa  i opisywa  nowe gospodarstwo, etnolodzy natkn li si  

na nieprzewidziane trudno ci i po raz pierwszy bodaj tutaj musieli wyzna ,  e w sprawie 

pochodzenia Toddów dowiedzie  si  o nich co kolwiek pewnego jest równie niemo liwe, jak i 

zaliczy  ich do któregokolwiek z innych plemion Indji. „Łatwiej dotrze  do bieguna północnego, 

ni  do duszy Todda" pisze misjonarz Metz. Na co odpowiada pułk. Hennesey: „Jedyna 

wiadomo , jak  zdołali my wydrze  z nich po tylu latach, wygl da tak: Toddowie twierdz ,  e 

od czasu gdy „król Wschodu" (?) darował im te góry, mieszkaj  w nich i ani razu nie schodzili z 

tych wy yn'. Lecz do jakiego mianowicie okresu mamy zaliczy  epok  tego niewiadomego króla 

Wschodu? Odpowiadaj  nam,  e mieszkaj  na „Górach Bł kitnych" oto ju  sto dziewi dziesi te 

siódme pokolenie! Liczmy po trzy pokolenia na ka de stulecie (cho  widzimy,  e Toddowie s  

wyj tkowo długowieczni) — oka e si ,  je li im wierzy , i  osiedlili si  tutaj około 7000 lat temu. 

Upieraj  si  przy tem,  e praszczury ich przy-byli na wysp  Lank  w tem jak i w innych imionach 

niema bł du — to jest widoczne) ze Wschodu,

 

„od strony wschodz cego sło ca", i słu yli praojcom króla Rawany, legendowego króla - demona, 

pokonanego przez niemniej legendowego króla Ram , około dwudziestu pi ciu pokole  wstecz; 

to znaczy,licz c według przyj tej rachuby około 1000 lat,  e je li dodamy t  cyfr  do poprzedniej, 

rodowód ich obejmuje 8000 lat! Okazuje si , i  albo musimy przyj  t  bajk , albo otwarcie 

wyzna ,  e prócz tych niema

  adnych innych     ladów ich zagadkowej przeszło ci! 

 

Có  to wi c koniec ko ców za ludzie? Zadanie, oczywi cie, trudne, gdy si  we mie pod 

uwag ,  e kwestja ta nie posun ła si  ani na krok naprzód od r. 1822. Po dzi  dzie  starania wielu 

zje d aj cych tu z Londynu i z Pary a w ró nych czasach filologów, etnologów, antropologów i 

wszelkich innych logów nie zostały uwie czone najmniejszem powodzeniem. Przeciwnie, im 

wi cej starali si

 o nich -wywiedzie , tem mniej otrzymywane wiadomo ci nadawały si  do 

wy wietlenia kwestji. Cały zdobyty materjał daje si  stre ci  tak: Toddowie nie nale  do zwykłej 

ludzko ci. Rodz  si  i umieraj  tylko pozornie; ich misj  na ziemi jest osłania  ich wiernych sług, 

Baddagów, od podst pów złych Ku-rumbów itd.

 

Rzecz zrozumiała, i  takie dane nie mogły zna-

 

 

*)    Cejlon.

 

*

)     The Nilgherri  TaJJas,

 

 

le  dla siebie miejsca w „Ilislorji ludów Indji". W braku pewniejszych wiadomo ci pp. uczeni 

pocieszyli si  hypotezami własnego wynalazku.

 

Oto niektóre z nich.

 

W ród teoretyków tego zagadnienia pierwszym chronologicznie jest przyrodnik 

Lechenault de la Tour, botanik króla francuskiego. Jego listy w tej kwestji s  bardzo interesuj ce 

ze wzgl du na swoj  oryginalno  (cz

 ich drukowała w latach 1820—21 „Gazeta Madraska"). 

Szanowny uczony, wskutek jakich , jemu tylko wiadomych, rozwa a , widzi w Toddach 

wyrzuconych przez rozbicie si  statku na brzeg malabarski breto skich czy te  normandzkich 

krzy owców. W górach kaukaskich znale li si  przecie krzy owcy, uznani w Chewsurach i 

Tuszy -cach: dlaczego by wi c nie miało ich by  i w górach malabarskich? Z pocz tku my l ta 

u miechn ła si  wielu badaczom.

 

background image

  

19 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Niestety rychło została wyja niona pewna okoliczno , która odrazu zniweczyła takie 

poetyczne przypuszczenie: Toddowie nie posiadaj  nie tylko w swym j zyku, lecz nawet i w 

my lach takich słów, jak: Bóg, krzy , modlitwa, religja, grzech lub jakiego  podobnego 

wyra enia, wskazuj cego bodaj na monoteizm i deizm, ni mówi c ju  o chrze cija stwie. 

Toddów niemo na nazwa  nawet poganami, poniewa  nie ubóstwiaj  nikogo i niczego, prócz 

własnych bawołów, tylko własnych, gdy  bawoły cudze, innych plemion, nie s  przez nich wcale 

czczone. Nabiał oraz owoce i jagody z ich lasów stanowi  jedyne po ywienie tych górali; raczej 

umr  z głodu ni  tkn  mleka, sera lub masła od innych bawolic prócz ich własnych,  wi tych 

karmicielek. Nigdy nie jedz  mi sa, nie siej  i nie orz , uwa aj c wszelk  prac  poza dojeniem 

bawolic i pasterstwem za co  w rodzaju ha by.

 

Ju  taki tryb  ycia dostatecznie wskazuje, jak mało jest wspólnego mi dzy 

redniowiecznemi krzy owcami a Toddami. Przytem, jak było ju  powiedziane, nie umiej  oni 

włada  broni  i nigdy nie przelewaj  krwi, wzbudzaj cej w nich niejako  wi t  odraz . Kaukascy 

górale na północo-wschód od Ty-flisu, zarówno Pszawy i Chewsury *), jak i Tuszy -cy, 

zachowali u siebie wiele  redniowiecznego or a i sprz tów: równie  widzimy u nich pewne 

obyczaje chrze cija skie. Tymczasem u Toddów nie znajdziemy nietylko  redniowiecznego, ale 

nawet zwykłego, współczesnego no a. Wszystko to w zwi zku z głównym, wy ej zaznaczonym 

faktem,  e Toddo-wie nie maj  najmniejszego wyobra enia o bóstwie, czyni teorj  Lechenault de 

la Tour'a zupełnie niewła ciw .

 

Potem poszła w kurs cho  oklepana, lecz ulubiona i zbawienna w takich wypadkach teorja 

o Celto-Scytach. Lecz i ta, jak zwykle, padła. Gdy Todd umiera, pal  jego zwłoki z zachowaniem 

ciekawych obrz -

 

 

*) Bli sze szczegóły o tem osobliwem plemieniu na Kaukazie znajdzie czytelnik w mojej impresji „U 

progów Azji", w miesi czniku „Naokoło  wiata" n-r pa dziernikowy z r. b.'* _j

 

Przyp. tłom.

 

 

dów, wraz z jego ulubionym bawołem, a je li nieboszczyk nale ał do kasty kapła skiej, na ofiar  

całopalenia idzie od siedmiu do siedemnastu sztuk tych zwierz t. Lecz bawoły to jednak nie 

konie; a typ twarzy Toddów, zupełnie europejski, mocno przypominaj cy południowych 

Włochów lub Francuzów, dosy  trudno uzgodni  z typem Scyta, o ile o nim wiemy. Lechenault 

de la Tour walczył uporczywie z przeszkodami, lecz gdy go o mieszono, porzucił natychmiast 

sw  teorj  j hypoteza za  o Scytach, mimo całego bezsensu takiego przypuszczenia, trzyma si  w 

pewnych kołach dotychczas.

 

Nast pnie pojawiła si  na scenie wci  pobijana i znowu od ywaj ca teorja o dziesi ciu 

„zaginionych plemionach Izraela". Misjonarz, Niemiec Metz, przy pomocy niektórych swych 

współbraci z po ród Anglików, obdarzonych równie bujn  wyobra ni , zacz ł z entuzjazmem 

opracowywa  t  teorj . Lecz, dla obalenia tej fantazji wystarczy powtórzy  nieraz ju  wy ej 

powiedziane,  e Toddowie nigdy nie mieli i nie maj   adnego boga — tem mniej boga Izraela.

 

Trzydzie ci trzy lata mieszkał  ród Toddów i borykał si  z niemi biedny, poczciwy Niemiec,  ył 

ich  yciem codziennem, przenosz c si  wraz z niemi z miejsca na miejsce*); mył si  raz do roku, 

ywił si  wył cznie nabiałem, wreszcie roztył si  i do-

 

 

*) Chocia  Toddowie nie s  plemieniem koczowniczem i mieszkaj  w domach, jednak, wybieraj c dla 

swych bawołów jaknajlepsze pastwiska, cz sto przenosz  si  z jednego osiedla do drugiego. 

 

stał wodnej puchliny. Przywi zał si  do nich cał  moc  swej miłuj cej zacnej duszy i chocia  nie 

ochrzcił ani jednego Todda, chwalił si ,  e wyuczył si  doskonale ich j zyka i zapoznał trzy 

pokolenia Toddów z religj  Chrystusa. Lecz gdy zasi gni to informacji, okazało si ,  e rzecz 

przedstawia si  zgoła inaczej.

 

Po pierwsze, dowiedziano si ,  e Metz nie znał ani słowa z ich j zyka. Toddowie 

wyuczyli go narzecza kanarezyjskiego, którym sami mówi  z Bad-dagami i z kobietami swego 

szczepu. Lecz z tego tajemnego j zyka, w którym starszyzna prowadzi obrady na swych 

background image

  

20 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

zgromadzeniach i którego u ywaj  podczas swych nieznanych nikomu obrz dów w tiri-ri *). 

Metz nie rozumiał ani jednego d wi ku. Tego j zyka nie rozumiej  kobiety Toddów, lub mo e 

nie wolno im u ywa  go. Co si  za  tyczy chrze cija skiego o wiecenia Toddów, biedny Metz, 

przywieziony do Utti chory, prawie umieraj cy, wyznał z cał  szczero ci ,  e podczas tych 

trzydziestu trzech lat obcowania z niemi nie udało mu si  ochrzci  nawet jednego Todda, ani 

dorosłego, ani dziecka. Zreszt , miał jednak nadziej ,  e „ e posiał w nich ziarna przyszłej 

o wiaty".

 

Lecz i tu czekało go rozczarowanie. Przybyli tu z zachodniego brzegu malabarskiego 

ojcowie Jezuici,  ywi cy znów nadziej  wykrycia w Toddach kolonj

 

 

*)  wi te i bardzo surowo strze one przez nich miejsce, niekiedy pod ziemi , za obor  bawołów, 

tirieri jest chramem, po wi conym zupełnie nieznanemu nikomu, prócz Toddów, kultowi.

 

 

staro ytnych chrze cijan syryjskich lub przynajmniej Manichejczyków *), bardzo długo zbierali 

informacje. Ze zwykł  im zr czno ci  zdołali wej    w   stosunki z Taddami.    Pozyskali oni 

zaufanie,  zawarli znajomo  z temi zazwyczaj małomówieniami, powa nemi dzikusami i 

potrafili dowiedzie  si  od nich, ku swej wielkiej rado ci, — gdy  wol  oni pogan ni  prote-

stantów— e Metz mógł był prze y  z niemi wiek cały w naj ci lejszej przyja ni a jednak nie 

sprawiłby na nich  adnego wra enia,    „Słowa białego człowieka to to samo, co gadanie majny 

(rodzaj szpaka) lub jazgot małpy" mówili starzy Toddowłe Jezuitom, darz c   ich    obosiecznym   

komplimentem.    „Słuchamy i u miechamy si .    Na co nam wasze dewy, skoro mamy nasze 

wspaniałe bawoły?" dodawali, opowiadaj c, jak Metz proponował im zamiast wiary w bawoły — 

wiar  w boga tych, którzy zagarniali im pastwiska i krzywdzili ich codziennie. **)

 

Nie bacz c na ten sam los, który spotkał Metza, Jezuici o mieszyli rywala i rozpu cili o 

nim anegdoty po całych Indjach Południowych.

 

Działo si  to dziesi  lat temu.   Odt d misjona-

 

 

*) Przez pewien czas Jezuici starali si  dowie ,  e Toddowie, jak staro ytni Manichejczycy, czcz  

„ wiatło" słoneczne, ksi ycowe a nawet zwykłej lampy. Lecz, zreszt  to wcale nie dowodzi ich 

manicheizmu. Toddowie  miali si  z tej idei w rozmowach z generałow  Morgan i ze mn . Przeciwnie, maj  

wstr t do  wiatła ksi yca.

 

**) Oeuorts tl traoaux dti miaslonairei Ptris Jtitiittt sur lit ctles Ju Malakar (str. 233), 

 

rze obydwóch wyzna  zostawili Toddów w spokoju. Teraz oddawna ju  stało si  wiadomem,  e 

wszelkie usiłowania nawrócenia ich byłyby tylko strat  czasu. Nie bacz c na brak w tem 

plemieniu jakiegokolwiek uczucia religijnego, według jednogło nych  wiadectw pisarzy i 

wszystkich mieszka ców Utti, niemasz w całych Indjach uczciwszego, moralniejszego i lepszego 

ludu. A przytem Toddowie nietylko nie s  t pi, czego dowodem łatwo  mówienia w kilku 

j zykach, lecz nawet bardzo poj tni. Sullivan wspomina w swych notatkach,  e rozmawiał z 

niemi godzinami i  e zdumiewał si , słysz c jak odzywali si  o Anglikach, „jak szybko i trafnie 

poj li nasz charakter narodowy i dostrzegli wszystkie nasze wady".

 

Zaznajomiwszy czytelników z Toddami w ogólnych rysach, opowiedziawszy wszystko 

lub prawie wszystko, co wiadomo o nich w Indjach, mog  przyst pi  do opowie ci o swych 

własnych przygodach i spostrze eniach  ród tego, tak mało znanego i zagadkowego plemienia.

 

 

 

III 

 

Scena w Madrasie, w pierwszej połowie lipca 1883 roku. Dmie wiatr zachodni, 

poczynaj c od 7-ej rano, t. j, niebawem po wschodzie sło ca, i cichn c dopiero około 5-ej 

popołudniu. Dmie tak ju  sze  tygodni, a ko ca nale y si  spodziewa  dopiero u schyłku 

sierpnia.  e u nas mało kto wie, co to jest wiatr  „zachodni" w Indjach Południowych, postaram 

si  da  o tym nieubłaganym wrogu Europejczyka cho  słabe poj cie. Wszystkie drzwi i okna, w 

background image

  

21 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

których kierunku idzie ten równy, stały, aksamitnie  mi kki  wietrzyk, zasłoni te s  g stemi tatti, 

matami z wonnej trawy. Wszystkie szczeliny i otwory poutykane wat , uwa an  niewiadomo 

dlaczego, za najlepsz  zapor  dla działania zachodniego wiatru. Jednak to mu bynajmniej nie 

przeszkadza przenika  wsz dzie nawet poprzez takie substancje,    które  byłyby dostatecznie 

nieprzenikalne dla wody. Wiatr ten przedostaje si  nawet przez  ciany, i jego równe, spokojne 

tchnienie wywołuje takie ciekawe zjawisko: na drodze wiatru., zachodniego, ksi ki, gazety, 

r kopisy i wszelki papier poruszaj  si  jak  ywe. Karta za kart  powstaje,niby podnoszona 

niewidzialn  r k , i pod naporem nie do wytrzymania upalnego tchnienia ka da kartka zaczyna 

skr ca  si  coraz bardziej, póki si  nie skr ci w cienk  rurk ; poczem kartki jeno si  kołysz , 

drgaj c pod ka dym nowym powiewem. Na meble i rzeczy kładzie si  z pocz tku ledwie 

dostrzegalny pył, coraz g stszy. Je li pokryje materje, nie wytrze-pie jej ju  stamt d  adna 

szczotka. A na meblach, o ile ich si  nie wyciera raz wraz, pod wieczór nagromadzi si  takiego 

kurzu na dwa centymetry. 

W taki czas, jedyny ratunek — „panka": otworzy  szeroko usta, odwróci  si  twarz  ku 

wschodowi i siedzie  lub le e  bez ruchu, wchłaniaj c powietrze ochłodzone sztucznie przez 

kołysanie si  olbrzymiego, przeci gni tego wpoprzek pokoju wachlarza. Dopiero po zachodzie 

sło ca mo na oddycha  czystem, cho  mocno nagrzanem, powietrzem.

 

W marcu, europejskie towarzystwo madraskie,  ladem władz miejscowych, zawsze 

przenosi si  na Góry Bł kitne — do listopada. I ja zdecydowałam si  emigrowa  na czas pewien, 

lecz nie na wiosn , a wła nie w połowie lipca, kiedy wiatr zachodni zd ył ju  wysuszy  mnie do 

szpiku ko ci. Otrzymawszy zaproszenie w go cin  od przyjaciół, rodziny generała Mor-gana, 

siedemnastego lipca, nawpół uduszona skwarem, zebrałam raz dwa trzy manatki i o szóstej wie-

czorem wsiadłam do poci gu. Nazajutrz przed południem byłam ju  w Metopolamie, u podnó a 

Nilghiri.

 

Tutaj zetkn łam si , oko w oko, z angloindyjsk  eksploatacj , która u nas zwie si  

cywilizacj ,

 

a jednocze nie i z Mr, Sullivanem, synem zmarłego coimbatorskiego kolektora,   członkiem   rady   

rz dowej. Eksploatacja ukazała si  w postaci podłego pudła na dwóch kołach z płócienn  bud  

nad niem, za które zapłaciłam ju  z góry w Madrasie,  pod jego pseudonimem „zamkni tej, 

wygodnej karety na resorach". A Mr. Sullivan wydał mi si  duchem opieku czym gór, z du ym 

wpływem, oczywi cie na pi trz cych si  przed nami wy ynach, lecz jak i ja, bezsilnym wobec  

eksploatacji    prywatnych    bryta skich spekulantów u podnó a Nilghiri. Mógł mnie tylko po-

ciesza .    Przedstawiwszy si  i opowiedziawszy,     e powraca na wezwanie rz du na jego łono, z 

własnej gdzie  tam plantacji, dora nie dał mi przykład pokory, siadaj c bez protestu i jak mógł w 

drugiej dwu-kółce.  Wielcy „wy szej rasy",  tak  wynio li  wobec braminów, robi  si  małemi i 

cz sto dr  przed ni -szemi swego narodu — w Indjach.    Zauwa yłam to nieraz. By  mo e, 

l kaj  si     zdemaskowania z ich strony, a bardziej jeszcze, zapewne, jadowitego j zyka i 

wszechmocnej obmowy.

                            ' ,

 

Tak sobie wytłomaczyłam zachowanie si  członka rady gubernatorskiej, który nie o mielił 

si  powiedzie  marnego słowa brudnemu funkcjonarjuszowi „agentury do przewozu pasa erów i 

baga u z Madrasu na Nilghiri", Gdy ten zuchwale oznajmił,  e w górach pada deszcz i nie b dzie 

ryzykował nowego lakieru zamkni tych pojazdów, poniewa  pasa erowie mog  jecha  i w 

otwartych wózkach dwukołowych, ani Mr. Sullivan, ani inni jad cy do Utti bryta czycy nie 

znale li dla  jednego bodaj z tych angloindyjskich giestów i spojrze , które rzucaj  na kolana 

najwy szego urz dem krajowca.

 

Nie było rady. Siadłszy bokiem na taratajk , wobec której tonga na drodze do Simli jest 

jak wagon królewski wobec komórki w wagonach kolei  elaznych, gdzie zamyka si  psy, 

zacz li my pi  si  pod gór . Dwukółk  ci gn ły dwa  ałosne szkielety niegdy  pocztowych 

kobył. Nie zd yli my odjecha  i pół mili, gdy jeden ze szkieletów, słabo podrygawszy tylnemi 

ko mi, zwalił si  z nóg, obaliwszy na siebie dwukółk , a razem z ni  i mnie. Wszystko to stało 

background image

  

22 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

si  o kilka cali od przepa ci, na szcz cie nie zbyt gł bokiej, do której zreszt  nie run łam. Sko -

czyła si  cała afera na nieprzyjemnem zdumieniu i podarciu ubrania.

 

Bardzo uprzejmie skoczył mi na pomoc jaki  Anglik, któremu wózek ugrz zł w czerwonej 

glinie; i gniew swój wywarł na wo nicy, do którego nie nale ała ani taratajka, ani zdechły na 

miejscu ko . Wo nica był krajowcem i zjednywa  go sobie byłoby daremne. Trzeba było czeka  

na inn  dwukółk  i dwie inne kobyły ze stacji. Lecz nie  ałowałam straconego czasu. 

Zaznajomiwszy si  z członkiem rady, w obliczu wspólnego zgn bienia nas przez agenta przewo-

zowego, rozgadałam si  i z drugim Anglikiem. Przez t  godzin  sp dzon  w oczekiwaniu sukursu 

ze stacji, dowiedziałam si  du o nowych szczegółów o odkryciu Nilghiri, o ojcu Mr. Sullivana i o 

Toddach. Pó niej widywałam si  cz sto w Utti  z obu  „dygnitarzami".

 

Po godzinie lun ł deszcz, i moja dwukółka szybko zamieniła si  w wann  z prysznicem. 

Na dobitk , w miar  jak wznosili my si , chłód zwi kszał si  dotkliwie. Po przyje dzie do 

Kochtaghiri, sk d mieli my jeszcze godzin  jazdy, dr ałam z zimna pod szub . Wje d ałam w 

Góry Bł kitne podczas okresu deszczów. G sta, czerwona od rozmi kłej ziemi woda potokami 

lała si  ku nam, i przepyszn  panoram  z obydwóch stron drogi przesłoniła mgła. Lecz widok był 

czaruj cy nawet w tak fatalnych warunkach podró y, a powietrze, chłodne i wilgotne, po dusznej 

atmosferze Madrasu sprawiało prawdziw  rozkosz. Przesycał je zapach fijołków i drzew 

ywicznych. Las pokrywał wszystkie stoki gór szmaragdowym pokrowcem. Ta szybka zmiana 

klimatu,    otoczenia i całej przyrody wydała mi si  czarnoksi stwem. Zapomniałam o chłodzie, 

deszczu, o wstr tnym    wózku z bud , pod któr  siedziałam na swych zachlapanych błotem, 

roztrz sionych walizkach — nabierałam w, płuca tego czystego, cudnego powietrza, którym nie 

oddychałam ju  wiele lat.,. Dopiero koło szóstej wieczorem podjechali my do Utti.

 

Była niedziela, i niebawem zacz li my spotyka  tłumy, powracaj ce z nieszporów. Byli to 

przewa nie eurazjaci, ci rozcie czeni „czarn " krwi  Europejczycy, chodz ce paszporty ze 

„znakami szczególnemi", które nosz  na sobie od urodzenia do grobu, w paznogciach, profilu, 

włosach i cerze. Nie znam nic  mieszniejszego i wstr tniejszego od eurazjaty w modnym 

akieciku i w melonie na male kiem czole, prócz chyba eurazjatki w kapeluszu z piórami, w 

którym wygl da jak karawaniarski ko  pod czarn  kap , w strusich piórach na łbie.  aden Anglik 

nie odczuwa a zwłaszcza nie okazuje takiej pogardy dla Indusa, jak eurazjata. Ów nienawidzi 

krajowca nienawi ci  proporcjonaln  do ilo ci wzi tej z autochtona krwi. Indusi płac  eurazjatom 

t  sam  monet , jeszcze z dodatkiem du ego procentu. „Łagodny" poganin przemienia si  w 

okrutnego tygrysa na samo imi  eurazjaty.

 

Lecz ja patrzyłam nie na niezdarnych miesza ców, grz zn cych w butach po kolana w 

gestem uttakamandzkiem błocie, zalewaj cem krwawem morzem ulice miasteczka. Z chwil  

zbli enia si  do Utti, wzrok mój zatrzymywał si  na gładko wygolonych misjonarzach, 

prawi cych kazanie pod parasolami i wymachuj cych patetycznie woln  r k  przed lej -cemi łzy 

drzewami. Nie, tych, których szukałam, nie było tutaj: Toddowie nie spaceruj  po ulicach i nie 

zbli aj  si  do miasta. Ciekawo  moja, jak si  niebawem dowiedziałam, była jałowa. 

Zaspokoiłam j  dopiero po kilkunastu dniach.

 

Poprzedni  noc sp dziłam w wagonie i dusiłam si  od niezno nego gor ca i braku 

powietrza. A teraz, nieprzyzwyczajona do chłodu, trz słam si  pod pierzyn , i w moim pokoju 

paliło si  na kominku do rana.

 

Prawie przez trzy miesi ce, do ko ca pa dziernika, pracowałam nad zdobyciem nowych 

wiadomo ci o Toddach i Kurumbach. Je dziłam na noclegi do pierwszych i poznałam prawie cał  

starszyzn  tych dwóch niezwykłych szczepów. Pani Morgan i jej córki, które wszystkie urodziły 

si  w tych górach i mówi  j zykiem Baddagów, i po temilsku, bardzo mi w mych badaniach 

pomagały i starały si  wzbogaca  codziennie nasz zapas faktów. Wszystko, cze-gom si  osobi cie 

dowiedziała od nich i od innych osób, a tak e dane, zaczerpni te z dostarczonych mi r kopisów, 

zebrałam tutaj. Oddaj  te fakty czytelnikom do rozpatrzenia si  w nich.

 

Mo na si  zało y , i  nie spotka si  na kuli ziemskiej plemienia podobnego do Toddów, 

Gdzie i kiedy, pytam, bywało plemi , o którem najbli si jego s siedzi, nawet współmieszka cy 

background image

  

23 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

zak tka w górach, Baddagowie wiedzieliby równie mało, jak Dra-widzi z odległych brzegów 

oceanu Indyjskiego, którzy nigdy nawet nie słyszeli o istnieniu Toddów do czasu ich odkrycia 

przed sze dziesi ciu laty? Baddagowie nietylko nie mog  udzieli   adnych wskazówek co do 

przeszło ci Toddów przed ich własnem przybyciem w te góry, lecz nie rozumiej  nawet j zyka 

tych, których uwa aj  za swych suwerenów, tytułuj c ich ze czci  „władcami gór". Cz

 plemie-

nia Baddagów, która przesiedliła si  tutaj z nizin, zacz ła pa  liczne stada toddyjskich bawołów, 

pracowa  na Toddów, słu y  im dobrowolnie i bezinteresownie; od pierwszego dnia, jak sami 

twierdz , j li si  modli  do tych władyków, patrz c na nich, jako na wy sze, boskie istoty. Na 

wszelkie pytania Anglików odpowiadaj  r. przekonaniem: „Toddowie to de-wy, posłani przez 

Brahni  na ziemi  bogowie". I tego si  trzymaj . Odkrycie „wewn trznej miejscowo ci" w górach 

nad Coimbatore bylo ongi dla Madrasn tem czem odkrycie Ameryki dla Starego  wiata. Ani 

Europejczycy, ani tubylcy nie podejrzewali na pocz tku XIX-go stulecia,  e nad samemi,  e tak 

si  wyra , głowami ich rozpalonych miast i wsi znajduje si  taka kraina;  e zaledwie o par  

tysi cy stóp nad ich piekłem jest prawdziwa Szwajcarja, z równym pogodnym klimatem, tem od 

niej ró na,  e posiada osobliw  w Indjach flor , faun  i plemi , niepodobne do  adnego innego. 

W ród wielu przeczytanych przezemnie dzieł, traktuj cych o Nilghiri, nie znalazłam jeszcze ani 

jednego, któreby si  nie ko czyło zrozumiale intryguj cem pytaniem: „Kim mog  by  ci 

Toddowie?" Sk d si  wzi li w istocie? Z jakiej krainy przybyli ci olbrzymi Gulliwerowscy? Z 

którego wyschłego 5 dawno obróconego w popioły odłamu ludzko ci spadł w Góry Bł kitne ten 

dziwny, nikomu nieznany owoc"? Przypu my,  e dla krajowców wogóle, a dla zabobonnych 

Malabarczyków z podgórza w szczególno ci Toddowie s  potomkami w prostej linji dewów, 

bóstw tych uroczych gór, którym, podobnie jak staro ytni Krete czycy swym „Ka-birom" oddaj  

cze  bosk , nie pytaj c o ich pochodzenie. Lecz dla mieszkaj cych w Indjach Południowych 

Europejczyków stanowczo s  niewyja nionem zjawiskiem, pytaniem, na które nie mo na 

otrzyma

 odpowiedzi. .Jak wy ej była mowa, na temat Toddów twrzono najniemo liwsze, dzikie 

hipotezy, które wreszcie porzucono, pozostawiaj c kwestje otwart . A teraz, gdy Anglicy prze yli 

pod ich bokiem zgó-r  lat czterdzie ci, dowiedziawszy si  o nich wszystkiego, co mo na było, t. j. 

bardzo niewiele, władze w Madrasie nieco si  uspokoiły i zmieniły taktyk . „ adnej tajemnicy w 

Toddach niema, a wi c nikt nie mógł jej rozwi za " — powiadaj  teraz. — „Niema, ani nie było 

w nich nic zagadkowego,,. Ludzie, jak ludzie. Nawet ich, na pierwszy rzut oka niepoj ty wpływ 

na Baddagów i Kurumbów obja ni  mo na w bardzo prosty sposób: zabobonnym l kiem ciem-

nych tubylców i potwornych karłów przed urod  fizyczn , wspaniałym wzrostem i sił  moralnie 

innego szczepu. Wniosek: Toddowie to bardzo pi kni, cho  brudni, dzicy, bez religji i bez 

wiadomej przeszło ci. Poprostu niepomne pokrewie stwa plemi , pół-zwłerz ta, jak zreszt  i 

wszyscy tubylcy Indji, ild. i t. d.

 

Zato wszyscy pracownicy administracji, wła ciciele ziemscy, plantatorzy, słowem cała 

napływowa ludno  od lat zamieszkała w Utti, Kochtaghiri i innych miasteczkach i osadach na 

stokach Nilghiri, patrzy na t  spraw  nieco inaczej. Wiedz  oni niejedno,o  czem si  jeszcze nie 

niło  wie o przybyłym angielskim „czynownikom", lecz roztropnie milcz . Co za przyjemno  

sta  si  po miewiskiem    dla    innych? Lecz s  -i tacy, którzy nie boj  si  mówi     otwarcie

 i  

gło no o tem, co wiadome jest jako prawda. 

 

Do nich nale y goszcz ca mnie rodzina, która od przeszło czterdziestu lat nie opuszczała 

Utti. Ta rodzina, poczynaj c od zasłu onego generała Rho-desa E, Morgana i jego miłej i 

wykształconej  ony, a ko cz c na o miu zam nych córkach i  onatych synach, ma swój własny, 

dawno ustalony pogl d na Toddów i na Kurumbów, szczególnie na ostatnich.—  ona i ja — 

mawiał nieraz szanowny generał angielski, zestarzeli my si  na tych wzgórzach. My i nasze 

dzieci władamy j zykiem Baddagów i rozumiemy narzecza innych szczepów miejscowych. 

Baddagowie i Kurumbowie setkami pracuj  na naszych plantacjach. Przywykli do nas, lubi  nas i 

uwa aj  za swoich, za przyjaciół i obro ców. Czyli, je li kto zna ich  ycie domowe, obyczaje, 

obrz dy i wierzenia, to my wła nie:  ona, ja i najstarszy syn, który, piastuj c tutaj urz d kolektora 

(starosty), wci  ma z niemi do czynienia. Dlatego te , opieraj c si  na niejednokrotnie 

background image

  

24 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

dowiedzionych w s dzie faktach, mówi  wprost: Toddowie i Kurumbowie istotnie i bezspornie 

posiadaj  jak  sił , obdarzeni s  moc , o jakiej nasi m drcy nie maj  poj cia. Gdybym był 

człowiekiem zabobonnym*), rozwi załbym t  zagadk  w bardzo prosty sposób. Powiedziałbym, 

naprzykład, jak mówi  nasi misjonarze: „Mułłu — Kurumbowie— pomiot piekieł i zrodził ich 

sam szatan, Toddowie za , cho  poganie, stanowi  ich odtrutk : s  oni naj-

 

 

*) Szanowny generał jest „wolnomy licielem", wyznawc  t. zw. naukowego agnoslycyimu Herberta 

Spencera i podobnych mu filozofów.

 

 

widoczniej, narz dziem, posłanem przez Boga dla osłabienia władzy i sideł djabelskich 

Kurumbów", Lecz nie wierz c w djabła, oddawna doszedłem do innego rodzaju prze wiadczenia: 

nie nale y odrzuca  w człowieku i w przyrodzie wszystkich tych sił, których nie pojmujemy. 

Nast pnie, je li nasza, dufna w siebie, nauka nierozumnie zaprzecza ich istnieniu, to tylko 

dlatego,  e nie umie ich obja ni  i sklasyfikowa , „Zbyt wiele zdarzyło mi si  widzie  przykła-

dów, wprost wskazuj cych na istnienie i obecno  takiej, nieznanej nam siły,  ebym mógł nie 

gani  sceptycyzmu w tym wzgl dzie nawet samej nauki" *).

 

To co widział i słyszał mój szanowny gospodarz i przyjaciel  ród Toddów i Kurumbów, 

mogłoby zapełni  całe tomy. Zacytuj  narazi  jeden wypadek. R cz  za jego prawdziwo  

zarówno generał, jak  ona jego i cała rodzina. Opowie  ta dowodzi, jak gł boko wierz  ci 

wykształceni ludzie w czary i sił  nieczyst  Mułłu — Kurumbów.

 

„Mieszkaj c długie lata na Nilghiri — pisze Mrs. Morgan (córka gen, gubernatora z 

Trawankoru, urodzona w Indjach) w swej ksi ce „Witchcraft on the Nilghiris" (Czary na 

Nilghiri") — otoczona setkami ró noplemiennych tubylców, których najmowałam do robót na 

naszych plantacjach, i dobrze znaj c ich j zyk, miałam sposobno  obserwowa  latami ich  ycie

 

 

*) Ust p z r kopisu gen. Morgana, zło onego Komitetowi „badania wierze , zabobonów, obrz dów 

i obyczajów drawi-dyjskich plemion górskich", powołanemu przez rad  naczeln  

 

i obyczaje. Wiem,  e cz sto uciekaj  si  oni do demonologji i czarnoksi stwa mi dzy sob , 

szczególniej Kurumbowie. Plemi  to dzieli si  na trzy odnogi. Pierwsza, poprostu Kurumbowie, 

osiadli mieszka cy lasów, którzy cz sto wynajmuj  si  do robót; druga — Teny - Kurumbowie 

(od słowa tejn, miód),  ywi cy si  miodem i korzonkami, i trzecia — Mułłu-Kurumbowie. Tych 

spotyka si  cz ciej od Tenów w cywilizowanych miejscowo ciach gór, t. j. w osadach 

europejskich i jest ich bardzo du o w lasach w dół Winjadu. U ywaj  łuków i strzał ł lubi  polo-

wa  na tygrysy i słonie. Istnieje u ludu tutejszego przekonanie, nieraz poparte faktami,  e Mułłu-

Kurumbowie (jak i Toddowie) maj  władz  nad wszy-stkiemi dzikiemi zwierz tami, szczególniej 

nad słoniami i tygrysami, i mog  nawet przyjmowa  na siebie obraz tych zwierz t w razie 

potrzeby. Zapomoc  likantropji (wilkołactwa) popełniaj  bezkarnie wiele przest pstw. S  bardzo 

m ciwi i  li. Inni Kurumbowie stale uciekaj  si  do ich pomocy. Gdy tubylec chce zem ci  si  na 

wrogu, udaje si  do Mułłu - Ku-rumba...

 

Kiedy   ród robotników na mej plantacji w Utta-kamandzie znajdowała si  cała partja 

Baddagów, ludzi młodych, zdrowych, którzy co do jednego wyro li w naszych posiadło ciach, 

gdzie ju  pracowali ich ojcowie i matki. Nagle, bez  adnej widocznej przyczyny, zacz ło ich 

ubywa . Prawie codziennie stwierdzałam brak to tego, to owego robotnika. Po zbadaniu rzeczy 

zawsze okazywało si ,  e nieobecny nagle zachorowywał i niebawem umierał.

 

W pewien dzie  targowy spotkałam monegara (sołtysa) wsi, do której nale ała moja parlja 

robotników. Ujrzawszy mnie, zatrzymał si  i podszedł w pokłonach.

 

—  Matko — rzekł do mnie, — jestem strapiony i wpadłem w wielk  niedol ! — i 

rozpłakał si .

 

—  Có  si  stało? Mów- e pr dzej...

 

—  Wszyscy moi parobcy umieraj  jeden za drugim, a ja nie  jestem w stanie ani pornódz 

im, ani powstrzyma  kl ski.„

 

background image

  

25 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Zabijaj  ich Kurumbowie!

 

Zrozumiałem i zapytałem o przyczyn  takiego ich rozw cieczenia.

 

Domagaj  si  pieni dzy bez ko ca... Oddajemy im prawie cały nasz zarobek. Lecz wci  

s  niezadowoleni. Zeszłej zimy powiadani im,  e nie mamy ju  pieni dzy, nie mog  da  wi cej, a 

oni na to: „Dobrze,., jak wam si  podoba, a my swoje otrzymamy!.,. Je li tak odpowiadaj , to my 

zgóry wiemy, co to znaczy. Takie słowa poci gaj  za sob  niechybn   mier  kilkunastu ludzi z 

naszej parafji... Noc , gdy wszystko dokoła nas we  nie pogr one, wszyscy budzimy si  raptem i 

widzimy,  e mi dzy nami stoi Kurumb. Nasza partja  pi przecie społem, w du ej szopie.

 

—  Dlaczegó  wi c nie zawieracie  na noc mocniej drzwi na zasuwy? — zapytałam 

sołtysa,

 

—  Zawieramy; lecz na có  si  zdadz  zasuwy? 

 

eby si  nie wiem jak zamkn , Kurumb dostanie si  wsz dzie, nawet przez mur...   Patrzysz, 

obudziwszy si  w strachu, a on ju  jest tutaj,  ród naszych: stoi i   przypatruje   si    ka demu.     

Podniesie   tak   palec i wskazuje nim to na tego, to na owego, na Mad , na Kurir , na D ogi   

(imiona   trzech   ostatnich   ofiar...) sam nie otwiera g by, milczy i tylko pokazuje — a potem 

raptem przepada z oczu.    Ani  ladu!    Po kilku dniach ci, na których on pokazał palcem, 

zapadaj  na zdrowiu, dostaj  gor czki,  brzuchy  zaczynaj   im si  wzdyma , jak góry, i trzeciego 

dnia albo te  trzynastego, umieraj .    Tak pomarło mi, w ci gu kilku ostatnich miesi cy,  

osiemnastu chłopaków na trzydziestu... Ot, i zastała nas gar  zaledwie! 

 I gorzko zapłakał.

 

—  Dlaczegó  wi c nie wniesienie skargi do rz du? — zapytałem,

 

—  A czy  saaby uwierz ? Któ  potrafi schwyta  Mułłu - Kurumba?

 

—  Wi c dajcie tym okropnym karłom to, czego  daj , te dwie cie rupji, i niech zło  

obietnic ,  e cho  pozostałych zostawi  w spokoju...

 

—  Tak, trzeba b dzie tak zrobi  — powiedział z westchnieniem.    I zło ywszy pokłon, 

odszedł".

 

Ten przykład jest jednym z wielu, cytowanych przez pani  Morgan, kobiet  rozumn  i powa n . 

Dowodzi on jasno,  e wiar  w czary dzieli z „przes dnemi", krajowcami nawet wielu Anglików,

 

—  Mieszkam  ród tych plemion przeszło czterdzie ci lat — nieraz mówiła mi 

generałowa. — Obserwowałam ich długo i starannie. Był czas, gdym i ja nie wierzyła w t  sił , 

nazywaj c j  absurdem. Lecz, przekonawszy si  o jej istnieniu, uwierzyłam, jak i wielu innych.

 

—  Lecz,   pani   wiadomo,    e   t    wasz    wiar  w czarnoksi stwo wy miewaj ? — 

zaznaczyłam mimochodem,

 

—  Wiem i dawno si  o tem przekonałam. Lecz opinja publiczna, s dz ca 

powierzchownie, nie mo e zmieni  mojej opinji, skoro jest ona oparta na faktach,

 

—  Mr. Butten mówił mi wczoraj przy obiedzie,  miej c si ,  e dwa miesi ce temu 

zetkn ł si  z Ku-rumbami, lecz,  e pomimo ich pogró ek, dotychczas  yje,

 

—  Co mianowicie opowiedział pani? — spytała z o ywieniem, zdejmuj c okulary i 

odło ywszy robot .

 

—   e na polowaniu zranił słonia, lecz ten uszedł w g szcz. Zwierz  było wspaniałe i nie 

chciał go straci .   Miał ze sob  o miu bfirgerów-Baddagów i nakazał im towarzyszy  sobie w 

pogoni za rannym słoniem.   Lecz zwierz zawiódł ich bardzo daleko'w puszcz , tak daleko,  e 

gdyby nie byli ujrzeli wreszcie trupa jego, szikarowie (my liwcy) nie poszliby dalej, pod 

pretekstem,  e mog  natkn  si  na Kurumbów, Ale to im nie pomogło, gdy  i tak spotkali si  z 

niemi nos   w  nos,   podszedłszy   do   słonia.   Kurumbowie o wiadczyli,  e sło  jest ich i  e 

dopiero co go zabili, pokazuj c na dowód z tuzin swych strzał w jego ciele. Lecz Butten odnalazł 

i ran  od swej kuli. Wyszło na to,  e Kurumbowie nie zabili słonia, lecz jeno do

bili ci ko ranione 

zwierz . Karły jednak upierały si  przy swem prawie do zdobyczy. Wówczas, według słów Buttena, 

nie bacz c na ich przekle stwa, rozp dził ich i, odci wszy nog  i kły, powrócił do domu... „No i oto 

background image

  

26 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

do dzi  dnia jestem zdrów i cały" —  miał si  — a urz dnicy — Indusi w moim departamencie ju  

byli pogrzebali mnie, usłyszawszy o mem spotkaniu z Kurumbami!"

 

Pani Morgan wysłuchała cierpliwie   mej   relacji i zapytała tylko:

 

—  Nic wi cej pani nie mówił?

 

—  Nie.

 

Obiad si  ko czył i zawi zała   si   ogólna   rozmowa.

 

—  A wi c ja sama  dopowiem   pani, to,  co on przepu cił; a potem   przywołam    wiadka,   

jedynego prócz Buttena, który prze ył to nieprzyjemne spotkanie.   A czy mówił pani,  e przy 

pierwszej jego próbie zabrania kłów słonia Kurumbowie krzykn li mu: „ten, kto tknie naszego słonia, 

ujrzy nas u siebie przed swoj   mierci "?,..  To jest zwykła ich formuła  przy gro eniu komu  

mierci ...    Gdyby jego Baddagowie pochodzili z tych stron, to raczej daliby mu si  ubi  na miejscu, 

ni  zlekcewa yliby te pogró ki.   Lecz on przywiózł ich ze sob  z Majsuru.   Butten zabił słonia, lecz, 

jak sam si  do tego przyznaje, brzydzi si  krajaniem na sztuki martwego zwierza. To tylko półmy-

liwy, londy ski cockney (lalu ) — dodała pogardliwie. — Odci li nog  i wyr n li   kły jego   

majsurscy szikarowie i oni te , uwi zawszy do  erdzi, zanie li je

 

do domu. Było ich o miu. A teraz 

chce pani wiedzie , ilu ich zostało przy  yciu?

 

Klasn ła w dłonie, przywołuj c słu cego, któremu kazała natychmiast sprowadzi  Purn .

 

Zjawił si  Purna, starzec-my liwiec, w stanie wielkiego osłabienia. Jego malutkie czarne oczy 

z  ółtemi białkami, jak per rozlaniu  ółci, l kliwe biegały od jego pani do mnie. Najwidoczniej nie 

mógł zrozumie  po co go wezwano do salonu saabów.

 

—  Powiedz mi, Purno — zacz ła stanowczym tonem generałowa, — ilu was, szikarów, 

chodziło dwa miesi ce temu z Butten-saabem na słonia?

 

—  O miu, mam-saab,  D otti chłopiec, dziewi ty — wychrypiał z trudem starzec, kaszl c.

 

—  Ilu was teraz zostało?

 

—  Ja sam   tylko,   mam-saab — westchn ł  szi-kari,

 

—  Co?   — zawołałam   z   nieudanem   przera eniem — czy  wszyscy inni, nawet chłopiec, 

pomarli?

 

—  Murcze   (pomarli),  wszyscy pomarli! 

c

— wy-j czał stary my liwiec.

 

—   Opowiedz   mam-saab,   jak   i   z   czego   pomarli, — rozkazała generałowa,

 

—  Mułłu-Kurumbowie ich   zabili,   brzuchy  spuchły jednemu po drugim, i tak wszyscy 

poumierali, ostatni — pi  tygodni temu.

 

—  No, a jak e ten ocalał? — zwróciłam si  do  „ pani domu.

 

— Posłałam go natychmiast do Toddów  na  wyleczenie — obja niła pani Morgan, — Innych 

nie przyj li.-., pij cych oni nie podejmuj  si  leczy  i zawsze odsyłaj  z powrotem: dlatego te  i moi 

dobrzy robotnicy pomarli... — jeden za drugim, ze dwudziestu ludzi, — dodała z westchnieniem, w 

formie dygresji. — A ten starzec wyzdrowiał: przytem nie dotykał si  słonia i niósł tylko strzelb , jak 

powiada. Butten, jak słyszałam od niego samego i od innych, groził szikarom,  e je li nie zanios  

trofeów słoniowych do domu, zmusi ich do zanocowania w puszczy z Kurumbami. Przera eni tak  

perspektyw , czem pr dzej odci li nog , wyr n li kły i zanie li do domu. 

Purna, który długo słu ył u mego syna w Majsurze, przybiegł do mnie i natychmiast odesłałam go 

razem z towarzyszami do Toddów. Lecz ci nie przyj li nikogo, oprócz Purny, który nigdy nie pije. No, 

a inni

 

zacz li od tego dnia kw ka . Chodzili w naszych oczach, jak widma, zieleniwychudli, z 

ogromnemi brzuchami i przed upływem miesi ca pomarli jeden

 

po drugim, na febr , wedle opinji 

lekarza wojskowego.

 

—  Ale to  biedny chłopiec nie mógł by  jeszcze pijakiem? — zapytałam, — Dlaczegó  cho  

jego nie

 

ocalili wasi Toddowie?

 

—  Tutaj teraz pi cioletnie dzieci a ju  pij  — odparła z wyrazem wstr tu w rysach. — Przed na-szem 

przybyciem w te góry w Nilghiri nigdy nie pachniało   spirytualjami.   To    jedno    z   dobrodziejstw

 

wniesionej przez nas cywilizacji.    Teraz....

 

—  Có , teraz?

 

—  Teraz wódka u nas gubi tylu  ludzi co i Kurumbowie. To ich najlepsza wspólniczka... W 

przeciwnym razie Kurumbowie w tak bliskiem s siedztwie z Toddami byliby nieszkodliwi.

 

background image

  

27 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Na tem si  nasza rozmowa zako czyła. Generałowa kazała zaprz dz dwa ogromne woły do karety i 

zaproponowała mi przeja d k  z ni  do jej wioski, po zioła. Wyruszyły my.

                          ,

 

W drodze cały czas opowiadała mi o Toddach i Kurumbach.    Pani Morgan to kobieta z 

zadziwiaj cym zmysłem spostrzegawczym   i   pami ci , kobieta energiczna, nadzwyczaj czynna i 

odwa na, A trzeba mie  du y zapas tych zalet by walczy , w ci gu lat czterdziestu, jak to ona czyniła, 

z anglo-indyjskiemi poj ciami społeczno-towarzyskiemi i ustalonemi normami  ycia..   Jeszcze wtedy, 

gdy była  on  biednego kapitana   Wschodnio-Indyjskiej   Kompanji,   któremu, jak ka demu z 

urz dników, niewolno było prowadzi  interesów prywatnych, postanowiła, widz c coroczne 

powi kszanie si  rodziny, zdoby  dla m a i dzieci maj tek.   Zakupiła obszary ziemi i lasów, 

sprzedawanych przed czterdziestu laty za bezcen na  wie o odkrytych górach i zacz ła gospodarowa .   

Sprowadzała nasiona, obsiała pierwsza kilkaset dziesi cin pustkowia eukaliptusem, krzewami herbaty 

i kawy, zaj ła si  hodowl  bydła, i w ci gu wielu lat mleko, masło i ser od jej dwóchset wspaniałych 

krów zapełniały wszystkie targi Nilghiri.   Prowadziła w dalszym ci gu to rozległe gospodarstwo, nie 

bacz c na wyrzekania dumnego anglo-indyjskiego towarzystwa, nawet, gdy jej m  z kapitana został 

generałem.   Na uwag  na

czelnego dowódcy, odpowiedziała mu wprost,  e poniewa  m  jej nie 

jest złodziejem a własnego maj tku nie posiada, rz d nie ma prawa pu ci  jej o mioro dzieci na 

ebry, zabraniaj c jej, osobie prywatnej, troszczy  si  o ich byt. Widziała owoce swej pracy. 

Charuj c dzie  i, noc, lubiona przez krajowców, a przez to maj c dobr  pomoc w robotnikach, w 

dwana cie lat, jak powiada, zarobiła sw  prac  pi  leków (lek—100000 rupji czyli 250000 

franków). Sprzedawała, kupowała i zebrała ogromne pieni dze. Dom jej, przez ni  sam  

wystawiony, jest najwi kszy i najokazalszy w Utti,

 

Dobra Mrs. Morgan bardzo lubi swe góry i dumna jest z nich. Z yła si  z niemi i uwa a 

wszystkich Toddów, a nawet najemników—Baddagów jakby za cz

 swej rodziny. Nie mo e 

darowa  rz dowi nieuznawania „czarów" i ich okropnych skutków.

 

— Rz d nasz jest po prostu głupi — mówiła w podnieceniu. — Odmawia powołania 

komisji do przeprowadzenia  ledztwa i nie chce wierzy  w to, w co wierz  wszyscy krajowcy, bez 

ró nicy kast, u ywaj c tych okropnych  rodków do popełnienia bezkarnych zbrodni daleko 

cz ciej, ni  mogłoby to komu przyj  do głowy! L k przed czarami jest tak wielki w naszych 

stronach,  e nieraz ludzie gotowi s  zabi  cały tuzin niewinnych osób czarnoksi stwem innego 

rodzaju, byleby wyleczy  jednego chorego człowieka, podejrzanego o niemoc od złego oka 

Kurum-ba... Pewnego razu jechałam konno; nagle mój wierzchowiec, chrapi c i parskaj c, 

niespodziewanie

 rzucił si  w bok i o mało nie wysadził mnie z siodła. Przyjrzawszy si , 

zobaczyłam po rodku drogi bardzo dziwn  rzecz. Był to du y, płaski koszyk, w którym le ała, 

wytrzeszczaj c na przechodniów martwe oczy, oder ni ta głowa barania, oraz orzech kokosowy, 

dziesi  rupji srebrem, ry  i kwiaty. Koszyk ten był postawiony w górnym k cie trójk tu, 

zło onego z trzech cienkich nitek, przywi zanych do trzech kołków. Wszystko to było urz dzone 

tak,  e ka dy, przechodz cy po tej lub tamtej stronie drogi, musiał koniecznie natkn  si  na te 

nitki, porwa  je i w ten sposób otrzyma  cios w całej jego mocy od zabójczego sunniumu, jak ten 

rodzaj czarów nazywa si  u nich. Ten  rodek jest powszechnie u ywany przez tubylców. Uciekaj  

si  do  bardzo cz sto w wypadkach chorób, gro cych  mierci . Wtedy przygotowuj  sun-nium. 

Kto dotknie si  do niego, cho by do jednej nitki, przejmie w sobie chorob , a chory wyzdrowieje. 

Sunnium, na który o mało co si  nie natkn łam, ustawiono pod wieczór na drodze do klubu, 

któr dy najwi cej chodz  po ciemku. Ocalił mnie ko , lecz utraciłam go: na trzeci dzie  zdechł. 

Prosz  po tem nie wierzy  w sunniumy i czary. A co mnie najbardziej irytuje, — ci gn ła — to 

to,  e  mier  wskutek czarnoksi stwa lekarze nasi zawsze przypisuj  jakiej , o niewiadomych 

własno ciach febrze. Osobliwa musi to by  febra, która tak m drze i bez omyłki umie wybiera  

swe ofiary. Nigdy nie atakuje tych,

którzy nie maj  nic wspólnego z Kurumbami. Pojawia si  

tylko wskutek nieprzyjemnego spotkania z niemi,kłótni lub ich zło ci na ofiar . A 

przedewszystkiem w Nilghiri niema i nigdy nie było  adnej febry. To jest najzdrowsza na kuli 

ziemskiej miejscowo . Dzieci moje nie chorowały od urodzenia ani przez jeden dzie . Niech 

pani popatrzy na Edyt  i Klar , na sił  i cer  tych dziewcz t — powiedziała, wskazuj c na córki,

 

background image

  

28 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Istotnie, ka da matka mogłaby by  dumna z takiego kwitn cego zdrowia swych dzieci. 

Nie znalazłszy miejsca w karecie, obie panny, biegn ce przeszło cztery mile bez odpoczynku 

obok jej drzwiczek, brały udział w naszej rozmowie z takim spokojem, jak-gdyby siedziały na 

miejscu. Ich ogromne, chłopczy -skie skoki przez rowy i kanały, w ci gu godziny, tylko 

zarumieniły silniej i bez tego ró owe policzki. Lecz pani Morgan nie słuchała moich szczerych 

komplimentów pod adresem córek, W dalszym ci gu ur gała lekarzom. Wreszcie przerwała swe 

wyrzekania okrzykiem:

 

— Niech pani popatrzy! Oto jedno z najładniejszych murrti, osiedli Toddów. Tu mieszka 

ich najstarszy i  wi ty kapłan, Toddowie, jak było ju  powiedziane, s  plemieniem nawpół 

koczowniczem. Od Rangasuarni do Toddabetti cala powierzchnia ła cucha górskiego usiana jest 

ich murrtami, osiedlami lub wioskami, je li grupa trzech, czterech piramidalnych domostw mo e 

by  uwa ana za wiosk .

 

Takie domostwa stoj  niedaleko jedno od drugiego, a mi dzy niemi, wyró niaj c si  

wielko ci  i staranniejsz  pobudow , zawsze wynosi si  tiriri

 

„po wi tna bawołownia"). W nim za pierwsz  „izb ", nocnem schroniskiem dla bawołów i 

oddzielnie dla bawolic, obor  ogromnych rozmiarów, wybudowana jest zawsze druga izba. Ta 

izba, w której panuj  ciemno ci, poniewa  niema ona ani okien, ani drzwi, a jedyne wej cie to 

poprostu dziura na metr kwadratowy, nie wi cej—to wła nie jest, jak si  zdaje,  wi tynia 

Toddów, ich Sancta Sanctorum, gdzie odprawiane s  nieznane nikomu, tajemnicze obrz dy. Na-

wet powy sza dziura znajduje si  w najciemniejszym k cie i bez tego ciemnej obory, tam, gdzie 

pragn cym dosta  si  do chramu przyszłoby długo szuka  tego wej cia. Tam nie mo e posta  

noga kobiety ani  onatego Todda, t. j. nikogo z kasty ludzi  wieckich czyli kutów. Tylko teralli 

(kapłani) maj  wolny wst p do wewn trznego tiriri.

 

Sam budynek zawsze jest otoczony w pewnej odległo ci do  wysokim murem z 

kamienia; podwórze wewn trz tego ogrodzenia te  uwa ane jest za po wi tne. Domki, 

zgrupowane dokoła tiriri, z oddali przypominaj  swym kształtem jurty Kirgizów. Lecz wszystkie 

s  z kamienia, na mocnym cemencie. Budowle te maj  zazwyczaj od 12 do 15 stóp długo ci i od 8 

do 10 szeroko ci; wysoko  ich od ziemi do brzegu piramidalnego dachu wynosi nie wi cej ni  

10 stóp.

 

Toddowie nie przebywaj  w tych budynkach we dnie: nocuj  w nich tylko.   Bez wzgl du 

na pogod ,., podczas wichury w okresie mussonów i ulewy, mo na ich widzie jak siedz  

grupami lub przechadzaj  si  po dwóch. Zaraz po zachodzie sło ca wła  w malutkie otwory 

swych miniaturowych piramid. Jedna wielka figura za drug  zaczyna znika  w nich; po-czem, 

zawarłszy wej cie od wewn trz pot nej grubo ci okiennic , bardzo pomysłowo obracaj c  si  na 

zawiasie, a zamykaj c  si  za pomoc  mocnej zasuwy i dwóch wy łobie  w  cianie, Todd ju  nie 

pokazuje si  a  do rana. Niemo na go ani widzie , ani wywabi  z mieszkania po zachodzie 

sło ca.

 

Toddowie dziel  si  na siedem klanów lub rodów; ka dy klan liczy po setce m czyzn i ze 

dwa tuziny kobiet. Według ich własnego zapewnienia, liczebno  ta si  nie zmienia i nie mo e si  

zmienia , istniej c ju  od pierwszej epoki ich osiedlenia si  w górach. Statystyka potwierdza to w 

okresie pi dziesi ciu ostatnich lat. Według opinji Anglików, ten dziwny fakt niezmienno ci 

stosunku ich urodzin do  miertelno ci, który jakgdyby zamkn ł liczb  Toddów w siedem setek na 

wiele wieków, nale y przypisa  poliandrji: Toddowie maj  jedn   on  na wszystkich braci jednej 

rodziny, cho by ich było dwunastu.

 

Znaczn  mniejszo  płci  e skiej w corocznej ilo ci narodzin przypisywano z pocz tku 

bardzo rozpowszechnionemu w ród plemion Indji dzieciobójstwu. Lecz tego nigdy nie 

dowiedziono. Pomimo wszelkich zarz dze  i niezmordowanego szpiegostwa, mimo nawet 

nagrody za denuncjacj , obiecanej przez Anglików, pałaj cych w jakim  celu  dz  schwytania 

Toddów na przest pstwie i udowodnienia im takiego czynu, dotychczas nie było mo na wy ledzi

 

ani jednego takiego wypadku. Toddowie jeno u miechaj  si  pogardliwie na wszystkie 

podejrzenia.

 

background image

  

29 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

— Poco mieliby my zabija  male kie matki? — powiadaj . — Gdyby nam nie były 

potrzebne, nie mieliby my ich. My wiemy, ilu m czyzn nam jest niezb dnych a ile matek, i 

zbytecznych nie b dziemy mieli.

 

Ten dziwny argument ka e statystykowi i geografowi, Tomowi, pisa  w swojej ksi ce o 

Nilghiri z jak  w ciekło ci : „Te dzikusy to idjoci... kpi  sobie z nas"—o wiadcza sam nie 

widz c,  e przypisuje idjotom zdolno  tak zr cznego mistyfikowania wy szej, intelektualnej 

rasy.

 

Lecz ludzie, którzy dawno znaj  Toddów i badali ich byt latami, s dz ,  e Toddowie 

składaj  swe zeznania całkiem serjo i  e wierz  gł boko w podany fakt. Id  oni jeszcze dalej i 

otwarcie czyni  przypuszczenia,  e Toddowie, jak i wiele innych plemion,  yj cych,  e tak 

powiem, wprost na łonie przyrody, znaj  daleko wi cej jej tajemnic a przez to obznajmieni s  i z 

fizjologj  praktyczn  lepiej ni  nasi lekarze. Ludzie ci s  najgł biej przekonani,  e powołuj c si  

na bezcelowo  uciekania si  do dzieciobójstwa, skoro liczba „matek" ich plemienia jest do ich 

dyspozycji, Toddowie mówi  szczer  prawd , chocia  ich modus operandi w tej ciemnej kwestji 

fizjologicznej stanowi dla wszystkich niewyja nion  tajemnic .

 

W j zyku Toddów słowa: „kobieta", „dziewczynka" lub „dziewczyna" nie istniej . Poj cie 

płci  e skiej zwi zane jest u nich nierozerwalnie z poj ciem  

macierzy stwa; dlatego te  nie maj  dla wyra enia jej innej nazwy.    Czy mówi  starej 

kobiecie, czy

 o rocznej dziewczynce, Toddowie zawsze j  nazywaj  „matk ", u ywaj c tylko dla 

jasno ci okre lenia takich przymiotników, jak „stara", „młoda" lub „male ka".

 

— Nasze bawoły — powiadaj  — oznaczyły raz na zawsze liczb  naszych ludzi; od nich te  

zale y  liczba matek.

 

Toddowie nigdy długo nie siedz  na jednym murrcie, lecz przenosz  si  z jednego na 

drugrj w miar  zu ycia pastwisk przez bawoły. Dzi ki własno ciom gleby i obfito ci ro lin w 

tych górach pasza ta nie ma sobie równej w ludjach. Dlatego, zapewne, ich bawoły przewy szaj  

te  wielko ci  i sił  wszystkie, spotykane nietylko w innych cz ciach kraju, lecz i  wiata, rasy. I 

Baddagowie, i plantatorzy maj  bawoły, karmione równie  doskonał  pasz : dlaczegó  wi c, 

nasuwa si  pytanie, te bawoły s  daleko mniejszego wzrostu i słabsze od tego samego bydła w 

„po wi tnych" stadach Toddów? Ich zwierz ta s  literalnie gigantycznej wielko ci, rzekłby , s  to 

ostatnie okazy ich przedpotopowych prarodziców. Wszystkim wiadomo,  e pomimo wszelkich 

ulepsze  rasy, zabiegi hodowców-plantatorów nie zostały uwie czone powodzeniem: ich bawoły 

nigdy nie mog  dorówna  bawołom Toddów, którzy przytem z uporem odmawiaj  wypo yczania 

swego bydła dla skrzy owania ras. Zreszt , dzi ki warunkom klimatu, brakowi much i b ków, 

wszystkie rasy bawołów i byków, jak

 równie  baranów, w tych górach s  wspaniałe i stanowi  

wyj tek w Indiach.

 

Ka dy klan, których, jak powiedziano, jest siedem, dzieli si  na kilka du ych rodzin: 

ka da rodzina, zale nie od liczby osób, posiada swój osobny domek, nawet dwa lub trzy domki w 

murrcie, na ka dem pastwisku, W ten sposób ka da rodzina ma gotowe domostwo, na 

którekolwiek pastwisko by si  przeniosła, a czasem i kilka takich do niej jednej nale cych osad, 

z nieuniknionym tiriri, chramem-bawołowni . Przed przyj ciem Anglików, zanim, jak pasorzyty, 

rozplenili si  po całej powierzchni Nilghiri, Toddowie, uchodz c z jednego murrta na drugi, 

zostawiali tiriri puste, jak i inne budynki. Lecz, zauwa ywszy nieprzyzwoite w cibstwo nowych 

przybyszów, którzy od pierwszego dnia swego wtargni cia tutaj starali si  dosta  do ich 

po wi tnych budowli, Toddowie stali si  ostro niejsi. Ju  nie dowierzaj , jak dowierzali 

przedtem, i wynosz c si , zostawiaj  przy tiriri kapłana—teralli"), który obecnie znany jest pod 

nazw  pollola **), z jego asystentem — kapillolem i dwiema bawolicami.

 

„Całe sto dziewi dziesi t siedem pokole   yli my w spokoju na naszych górach"—

skar yli si  Toddowie władzom — „i nikt, prócz naszych teralli, nie wa ył si  przest pi  

potrzykro   wi tego progu tiriri. Bawoły gniewaj  si ... zabro cie białym braciom

 

 

*       Bezcenny asceta, pustelnik,  

background image

  

30 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

**    Pollol —   stra nik,   a   kapillol — dosłownie„mniejszy stra nik".

 

 

 

podchodzi  do tuaelu   (po wi tnej  zagrody);   inaczej b dzie  le, bardzo  le !"

 

I władze roztropnie zabroniły osadnikom z dolin, w szczególno ci ciekawym i jeszcze 

cz ciej bezczelnym Anglikom i ich misjonarzom wdziera    si    do tuaelów i nawet podchodzi  

do nich.   Lecz uspokoili si  oni dopiero wtedy, gdy dwóch z nich w ró nych czasach zostało 

zabitych przez bawoły: wzi ły ich na ostre ogromne rogi i zmia d yły ci kiemi racicami na 

mier .   To zwierz  lekcewa y nawet tygrysa, którzy rzadko o miela si  zmierzy  z niem.

 

Tak oto, dotychczas nikt si  nie dowiedział, jaka tajemnica kryje si  w izbie   za   

bawołowni .   Nawet misjonarz Metz nie zdołał rozwi za  zagadki przez trzydzie ci lat 

współ ycia z Toddami.   Opisy i wiadomo ci w tym zakresie majora Tresera *) i innych etno-

logów i pisarzy okazało si , s  całkiem fantastyczne. Major „wlazł do izby za bawołowni  i 

znalazł w tym, tak interesuj cym wszystkich chramie, brudn  i zupełnie pust  izb ", poprostu 

dlatego,  e parcel  razem z budynkami na niej, Toddowie odst pili miastu, wza-mian za inne 

pastwisko, odleglejsze, lecz daleko wi ksze.    Wszystko, co było w domkach i w  wi tyni, 

zostało wyniesione i budynki pozostawione do rozbiórki.

 

Poza swemi bawołami Toddowie nie zajmuj  si   adn  inn  hodowl  bydła lub 

gospodarstwem. Nie trzymaj  ani krów, ani baranów, ani kóz, nawet  a-

 

 

*) The Toddas what  si known of them. („Toddowie — co o nich wiadomo").

 

 

dnego ptactwa. Nie znosz  kur, poniewa  „koguty zachowuj  si  niespokojnie w nocy i budz  

swem pianiem zm czone bawoły" — obja nił mnie pewien starzec. Toddowie, jak było ju  

powiedziane, nie trzymaj  nawet psów, cho  w domu ka dego Baddaga mo na znale  to 

po yteczne i nawet niezb dne w takich lesistych wertepach zwierz , Toddowie i teraz, jak przed 

przybyciem Anglików nie zajmuj  si   adn  prac : nie siej  i nie zbieraj  zbo a, a jednak, zda si , 

maj  wszystkiego w bród, cho  nie paraj  si  sprawami pieni nemi i na pieni dzach wogóle si  

nie znaj , z wyj tkiem niewielu starców. Kobiety ich, bardzo ładnie i oryginalnie wyszywaj  

brzegi swych białych, obszernych chust, jedynego okrycia ciała; lecz m czy ni otwarcie 

pogardzaj  wszelk  r czn  i wogóle fizyczn  prac . Wszystka ich miło , wszystkie my li i 

uczucia religijne skupiaj  si  na wspaniałych bawołach. Lecz kobiet nie dopuszczaj  do nich; 

dojenie i obrz dek przy bawolicach nale y wył cznie do m czyzn.

 

W kilkana cie dni po mym przyje dzie, 'w towarzystwie tylko pa  ł dzieci, udali my si  

na zwiedzenie murrti, le cego o pi  mil od miasta, W tem siole mieszkało teraz kilka rodzin 

Toddów i starzec teralli z cał   wit  „adeptów  wi tynnych", jak mi mówiono. Miałam ju  

sposobno  widzie  kilku Toddów, lecz nie widziałam jeszcze ani ich kobiet, ani obrz dów^ z 

bawołami. Jechali my z zamiarem przyjrzenia si , je li nam pozwol , ceremonji zap dzania 

bawołów do obory, o czem mi tak du o opowiadano i któr  miałam wielk  ochot  zobaczy .

 

Było ju  około pi tej po południu, i sło ce miało si  ku zachodowi, gdy zatrzymali my si  

na skraju lasu i wysiadłszy z karet, poszli my pieszo ku wielkiej polanie.    Toddowie byli zajad 

sp dzaniem bawołów i nie zwrócili na nas uwagi, nawet kiedy podeszli my do nich do  blisko.   

Lecz bawoły zaryczały.   Jeden z nich, widocznie główny, ze srebrnemi dzwoneczkami na 

ogromnych, zakr conych rogach, odł czył si  od stada i podszedł do samego brzegu drogi.   

Zwróciwszy ku nam wysoko wzniesiony łeb, wlepił w nas swe błyszcz ce, ogniste oczy i 

dono nie zaryczał, jak-gdyby si  pytał: Co cie za jedni?...

 

Powiadaj ,  e bawoły s  głupie i leniwe, i  e oczy ich nic nie wyra aj . W zupełno ci 

podzielałam ten s d, pókim si  nie zapoznała z bawołami Toddów, a zwłaszcza z tem, jakby 

odzywaj cem si  do nas w swym j zyku, zwierz ciem.  lepia mu płon ły jak dwa w gle i z jego 

kosego, niespokojnego wejrzenia wyra nie prze wiecało uczucie jakby zdumienia i wraz 

niedowierzania...

 

background image

  

31 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

— Prosz  nie podchodzi  do ! — zawołali na mnie towarzysze. — To ich prowodyr, 

najbardziej czczony z całego stada... Jest bardzo niebezpieczny!

 

Lecz mnie ani si   niło podchodzi ; przeciwnie, zacz łam rejterowa , gdy młodzieniec wysoki i 

zgrabny, niby Hermes  ród byków Jupitera, znalazł si  jednym skokiem pomi dzy bawołem a 

nami. Zło ywszy r ce, zgi ty przed „po wi tnym" pyskiem, szybko na chylił si  do ucha 

zwierz cia i j ł szepta  półgłosem dla nikogo nie zrozumiałe słowa. Wówczas stało si  co  bardzo 

dziwnego, tak dziwnego,  e, gdyby tego faktu nie potwierdzili mi inni, uznałabym go za ha-

lucynacj , wskutek mnóstwa słyszanych przeze mnie w owe dni historji i anegdot o tych 

po wi tnych zwierz tach.

 

Bawół na pierwsze słowa młodego teralli, obrócił ku niemu głow  i jakby słuchał i 

rozumiał. Spojrzawszy w nasz  stron , jakby chc c nas obejrze  jeszcze uwa niej, zacz ł kiwa  

głow , wypuszczaj c krótkie, urywane, mo naby rzec, maj ce swój sens, poryki, niby 

odpowiadaj c na pełne uszanowania uwagi teralli. Poczem, obrzuciwszy nasze towarzystwo ju  

oboj tnym wzrokiem, bawół odwrócił si  do drogi tyłem i powoli odszedł z powrotem do swego 

stada.

 

Cała ta scena była do tego stopnia komiczna i tak  ywo przypominała rozmow  

rosyjskiego chłopa z nied wiedziem na ła cuchu, ze znanej bajki,  e o mało nie wybuchn łam 

miechem.

 

Spojrzawszy na powa ne i nieco zmieszane twarze mych towarzyszek, powstrzymałam 

si .

 

— Widzi pani,  e mówi  prawd !,.. — pół tryumfuj co, pół boja liwie szepn ła mi do 

ucha pi tnastoletnia panienka. — Bawoły i teralli rozumiej  jeden drugiego, oni rozmawiaj  ze 

sob , jak ludzie.

 

Ku memu zdumieniu, matka nie powstrzymała panienki, nie zrobiła jej  adnej uwagi. Na 

me pytaj ce, zdziwione spojrzenie odpowiedziała tylko, jakby 

równie  nieco zmieszana: Toddowie s  pod ka dym wzgl dem dziwnem plemieniem,.. Rodz  si  

i  yj  mi dzy bawołami. Tresuj  je latami, i rzeczywi cie mo naby pomy le ,  e nawet prowadz  

ze sob  rozmowy..,

 

Poznawszy Mrs. T. i jej rodzin , kobiety Toddów wyszły na drog  i otoczyły nas. Było ich 

pi : jedna z dzieckiem, zupełnie nagiem, pomimo chłodnego, zwiastuj cego deszcz wiatru, trzy 

młode i bardzo urodziwe i jedna stara baba, wcale jeszcze przystojna, lecz zato bardzo ju  brudna. 

Ta podeszła wprost do mnie i zapytała, zapewne po kanarezyjsku, com za jedna. Pytania, 

oczywi cie, nie zrozumiałam, wi c odpowiedziała za mnie jedna z panienek. Lecz, gdy 

przetłomaczono mi i pytanie i odpowied , la wydała mi si  nader oryginaln , cho  i niebardzo 

prawdopodobn . W odpowiedzi tej zostałam przedstawiona publiczno ci, jako „cudzoziemska 

matka i kochaj ca córka bawołów", wedle zapewnienia tłomaczki. Widocznie ten opis uspokoił i 

nawet ucieszył brudn  bab , gdy  bez takiej rekomendacji, jak si  dowiedziałam pó niej, nie 

byłabym wogóle dopuszczona do asystowania przy wieczornych obrz dach z bawołami. Starsza 

zaraz pobiegła i zapewne powtórzyła wiadomo  drugiemu, starszemu teralli, który, otoczony 

gromadk  młodych adeptów kapła skich, stał w oddali, w malowniczej pozie, oparłszy si  

łokciem o czarny l ni cy grzbiet ju  nam znanego bawoła-prowodyra. Natychmiast przyszedł do 

nas i zacz ł rozmawia  z mrs. S., znaj c  ich j zyk nie gorzej od

 tubylca. Co za wspaniały starzec, 

jaka prezencja! Mi-mowoli porównywałam tego ascet -górala z lakiemi  ascetami Indusami i 

muzułmanami. O ile ci wydaj  si  osłabionemi, zmumifikowanemi, o tyle teralli-Todd uderzał nas 

zdrowiem i sił  swego pot nego, wysokiego i krzepkiego, jak stuletni d b, ciała. Siwizna ledwie 

srebrzyła jego brod  i g ste, spadaj ce ci kie-mi puklami na kark, włosy. Prosty jak strzała, pod-

chodził do nas, nie spiesz c si  i zdało mi si ,  e zbli a si  ku nam posta  Belizarjusza, który o ył 

i wyszedł ze swej ramy. Na widok tego, cudnie malowniczego, dumnego starca, wygl daj cego 

jak król, przebrany w siermi g , i jego sze ciu, ol niewaj co rosłych i pi knych kapillolów, 

zbudziło si  we mnie z now  sił  uczucie pal cej ciekawo ci, nienasycone pragnienie 

background image

  

32 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

dowiedzenia si  wszystkiego, co tyko było mo na, o jego plemieniu, a w szczególno ci o jego 

tajemnicach.  

Lecz było to daremne i, w owej chwili zgoła nie daj ce si  zaspokoi  pragnienie. Nie 

mówiłam nawet, jak wielu z mych europejskich znajomych, ich j zykiem. Nie pozostało mi nic 

innego, jak czeka -cierpliwie i bez szemrania, obserwowa  i przyjmowa  do wiadomo ci 

wszystko, co mi b dzie dane zobaczy . Tego wieczora zobaczyłam tylko nast puj c  cere-monj , 

któr  Toddowie powtarzaj  codziennie.

 

 

IV 

 

Zmuszona w tem opowiadaniu opiera  si  w stosunku do fenomenalnych cech Toddów i 

Kurumbów na  wiadectwie pani Morgan i jej rodziny, czuj ,  e w oczach niewierz cej 

publiczno ci jest to oparcie bardzo niepewne. Powiedz  nam prawdopodobnie: „Teozofowie, 

psychi ci, spiryty ci — to jedno licho, wy wszyscy wierzycie w to, w co nauka nietylko nie 

wierzy, lecz co zawsze odrzucała z nale yt  pogard .,. Wasze fakty to halucynacja, któr  

podzielacie wzajem, lecz w któr  nie uwierzy  aden rozs dny człowiek".

 

Na to jeste my oddawna przygotowani. Je eli  wiat naukowy, a za nim i tłum, pragn cy 

popisa  si  w jej  wietle, bezceremonjalnie odrzucili wyniki bada  w tej materji niektórych swycli 

wielkich uczonych, to nie my mo emy mie  nadziej  przekonania publiczno ci; je li  wiadectwo 

profesorów Hare'a, Wallace'a, Zollnera, Crookesa i tylu innych luminarzów nauki poszło na 

marnej skoro wiemy, jak te same tłumy, które jeszcze wczoraj wymawiały uni enie imiona swych 

wielkich uczonych, twórców wa nych odkry

 w nauce, mówi  o nich teraz nieomal z u miechem 

pogardliwego współczucia, jako o ludziach niespełna rozumu — to nasz  spraw  uwa a  musimy 

za zgóry przegran .  mieszne jest spodziewa  si ,  e zainteresujemy sceptyków,  e zmusimy ich 

popatrze  powa nie na   „czary"   dwóch   półdzikich   plemion,   skoro  wiadectwo i 

do wiadczenia naukowe  w dziedzinie zjawisk spirytystycznych wy ej wymienionych uczonych 

były wy miane.    Kto z interesuj cych si    zagadnieniami psychologicznemi nie pami ta, jak 

powa nie i sumiennie badał te wszystkie zagadnienia przez szereg lat chemik Crookes? 

Dowiódłszy niedaj cemi si  obali  do wiadczeniami zapomoc  aparatów naukowych,  e 

fenomeny niepoj tego charakteru dziej  si  niekiedy w obecno ci tak zwanych medjów, dowiódł 

tem samem i istnienia takich niezbadanych sił i zdolno ci w człowieku, o czem si  jeszcze nie 

niło królewskiemu towarzystwu *),   Za to odkrycie, które w swoim czasie wywołało wielkie 

wra enie w całej wierz cej a zwłaszcza niewierz cej Europie i Ameryce, wspomniane 

towarzystwo, jak Akademja    Francuska w stosunku do Charcota'a, **) omal nie wygnała prof. 

Crokes'a ze swego  rodowiska, głuchego i  lepego na wszelkie przejawy  wiata duchowego i psy-

chicznego.    Nie pomogły ani jego słynny wynalazek radiometru, ani odkrycie materji 

promienistej.

 

-    .                                  ,                                                                                                                                                                            ^

 

 

*)    Bada  Psychicznych w Londynie.   Przyp. tłum,  

*)    Dr. Charcot, znakomity neuropatolog paryski,  europejskiej sławy badacz chorób nerwowych 

(1825—1893).   Przyp. tłum. 

 

Doszedłszy do tego punktu, b dziemy jednak musieli uczyni  pewne zastrze enie.

 

Zechce czytelnik pami ta ,  e to opowiadanie nie jest bynajmniej propagand  spirytyzmu. Popro-

stu podajemy do wiadomo ci fakty i próbujemy otworzy  oczy publiczno ci na realno  wielu 

nienormalnych, dziwnych, jeszcze nie wyja nionych, lecz wcale nie nadprzyrodzonych zjawisk. 

Wierz c w fenomeny medjów, t. j. w ich istotne, nie sfałszowane wła ciwo ci, które, niestety, 

stanowi  przeszło 70 proc, przejawów medjumicznych, wi kszo  teozofów odrzuca teorj  

„duchów". Osobi cie, pisz ca te słowa nie wierzy ani w materjalizacj  dusz zmarłych, ani w 

obja nienia spirytystów; a najmniej w ich tak zwan  filozofj . Prawie wszystkie fenomeny, o 

background image

  

33 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

których tyle si  mówiło w ostatniem  wier wieczu, s  równie niew tpliwe, jak istnienie samych 

medjów. Lecz charakter tych zjawisk tyle  ma w sobie tego, co si  nazywa „spirytualite", co owi 

poczciwi kowale i cie le, przedstawiaj cy w widowiskach pasyjnych w południowych Niemczech 

i Francji apostołów, a którzy wybór swój nrzez sołtysów zawdzi czaj   ylastym r kom i 

wysokiemu wzrostowi.

 

Tak  wiar  w jedno i niewiar  w drugie podziela ze mn , jak powiedziano, wi kszo  

współczesnych tak zwanych spirytualistów i członków towarzystwa teozoficznego: z jednej 

strony — indyjscy bramini, z drugiej — kilkaset bardzo do wiadczonych w sprawach spirytyzmu 

i uczonych osób w Europie; do tych uczonych nale y i wielki chemik, Crookes — n'en de-plaise 

aux spirites, którzy mówi  zupełnie co innego, wskazuj c na  we wszystkich swych publikacjach, 

jako na zdecydowanego spirytyst . Spiryty ci grubo si  myl . Przez pewien czas, póki nie znałem 

osobi cie Mr. Crookes'a, te legendy wywoływały we mnie w tpliwo ci. Lecz w kwietniu 1884 

roku, w jego domu, w Londynie, postawiłem mu przy wielu  wiadkach a potem i bez  wiadków, 

to proste pytanie. Crookes odparł bez wahania,  e w opisane przeze  zjawiska z medjami wierzy 

równie silnie, jak w swoj  „materj  promienist ", któr  nam wtedy pokazywał i obja niał; lecz  e 

w po rednictwo duchów nie wierzy oddawna, cho  przez pewien czas skłaniał si  ku temu.

 

—  Wi c któ  to był „Katie    King"? — zapytali my,

 

— Nie wiem; najpewniej sobowtór miss. F. Cook (medjum)—odparł, dodaj c,  e jest 

powa na nadzieja, i  fizjologja i biologja w krótkim czasie przekonaj  si  o istnieniu takiego 

nawpółmaterjalnego sobowtóra w człowieku.

         .

 

Na to nam znowu, według wszelkiego prawdopodobie stwa, rzekn ,  e istnienie takich 

uczonych, którzy wierz  w sobowtóry i nawet w spirytyzm, nie dowodzi jeszcze realno ci ani 

sobowtórów, ani fenomenów medjów. Powiedz  nam,  e w ka dej rodzinie znajdzie si  wyrodek, 

e tacy uczeni stanowi  wreszcie mniejszo , a tacy, co odrzucaj  w rumel wszystko 

niedowiedzione jeszcze przez współczesn  nauk , s  w ogromnej wi kszo ci. Nie b dziemy si  

sprzeczali. Zauwa ymy tylko,  e argument mniejszo ci niczego nie dowodzi. Wi kszo  ma jedn  

jedyn  widoczn  przewag  nad mniejszo ci : przewag  brutalnej zwierz cej siły. Siada ona na 

mniejszo  i stara si  j  zmia d y  lub przynajmniej zagłuszy  jej głos. Widzimy to wsz dzie. 

Królewskie towarzystwa i akademje szykanuj  uczonych, o mielaj cych si  przekracza  — w 

imi  sponiewieranej prawdy '-— wyra nie zakre lone przez nie rubie e dokoła ich ciasnego ma-

terjalistycznego programu. 

Przekonawszy   si    ostatecznie,  e tak powa ne instytucje jak Królewskie Tow. 

Psychiczne i europejskie akademje nauk nigdy  (przynajmniej niepr dko jeszcze, nie za naszego 

ycia) nie przyjd  nam z pomoc ;  e wi kszo  uczonych postanowiła, zdaje si , wygna  na 

zawsze ze sfery swych bada  wszelkie tego rodzaju zjawiska psychologiczne;  e o wszyst-kiem  

powierzchownie  s dz ca  publiczno   pi tnuje stemplem grubego zabobonu wszystko to, czego 

nie rozumie  (wielu zapewni , boj c si  zrozumie );     e wreszcie wszyscy oni zgodz    si ,, 

nazywa    prawd  i faktem  wył cznie  własne,    dla   jakich    przyczyn przez nich przyj te 

wnioski—chocia  wi kszo  teo-rji naukowych, przy ka dym kroku naprzód wiedzy od  wieków  

p kała    kolejno:    widz c   to   wszystko i przekonawszy si , jak pró ne s  nasze wysiłki, by 

zmieni  ducha czasów, postanowili my działa  i szuka  wyja nie  sami.

 

Dwa lata zbierali my wiadomo ci i studjowali my „czarnoksi stwo" Kurumbów i 

przeszło pi  lat

 podobne przejawy tej samej siły u ró nych plemion Indji, Rada naczelna 

Towarzystwa*) powołała w tym celu komitet i przedsi wzi ła wszelkie  rodki przeciw mo liwym 

oszustwom. Nasi członkowie, wybrani z po ród najzawzi tszych sceptyków, jednogło nie doszli 

do takiego wniosku: „Wszystko, co opowiadaj  o tych plemionach, oparte jest na prawdziwych 

faktach. Odrzuciwszy oczywi cie, przesad  zabobonn  masy ludowej — fakty te niejednokrotnie 

były dowiedzione. Czem si  to dzieje, na zasadzie jakich wła ciwo ci, Toddowie, Kurum-bowie, 

Jannadowie i inne plemiona oddziaływuj  w pewien sposób na ludzi — nie wiemy i nie 

podejmujemy si  tego obja ni . Zeznajemy tylko to, co my sami widzieli". Tak mówili nasi 

członkowie — Indusi, wychowani we współczesnym duchu cywilizacji angielskiej, tj. materjali ci 

background image

  

34 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

w całem znaczeniu tego słowa, nie wierz cy ani we własnych bogów, ani w duchy spirytystów. 

Tak mówi  i ja, cho  mam silne podejrzenie, równaj ce si  przekonaniu,  e ta sil  w nilghirskich 

czarownikach jest to nasza stara znajoma: „siła psychiczna" d-rów Carpentera i Crookesa. Długi 

czas przygl dałam si  temu stulicemi Proteuszowi, który, zdarzało si , owładał i mn . Czyniłam 

do wiadczenia, równie skrupulatne, powa ne i bezstronne nad sob  jak i nad innemi. Przyszłam 

do wniosku,  e tak jak przed d-rami Charcotem i Croo-kesem, Zollnerem, tak samo przed mojemi 

oczyma— działała ta sama siła; lecz  e ró norodno  jej przejawów zale y głównie od takiej  

ró norodno ci ludzkich organizmów; dalej od  rodowiska i otoczenia, w jakich si  przejawia; w 

du ym stopniu od warunków klimatycznych j, wreszcie, od kierunku umysłowego tak zwanych 

„medjów".

 

Mówi c w dalszym ci gu o „czarach" i opieraj c si  na  wiadectwie mnóstwa osób, nie 

samej   tylko rodziny Morganów, oczywi cie, u ywam tego terminu w przeno ni.   Zrozumiałe 

jest te ,  e powołuj c si  na innych  wiadków, chc  tem samem odgrodzi  własne zeznania    od    

niezasłu onego    podejrzenia    nawet o przesad .   Innemi słowy, raczej  l kam si  przygany: a 

beau mentir qui vient de Ioin  (łatwo temu łga , co przybywa zdaleka), ni  szukam 

usprawiedliwienia wobec sceptyków.    Niema we mnie ani szacunku dla wszechprzecz cego 

ducha wiedzy współczesnej, ani strachu przed nim. Bior c za fundament, za kanw   e tak 

powiem, mego opowiadania zarówno    owoce bada  i hypotezy innych osób, jak i wyniki 

własnych spostrze e , mam na celu raczej prawd  ni  le ju'en dira-t-on (co o tem powiedz ) 

zaprzeczaj cych.   Dlatego te  w dalszym ci gu zapełniam t  kanw  faktami, przenosz c je nad 

wieczne hypotezy, wiecznie p kaj ce jak ba ki mydlane *),

 

 

*) Tu nast puje pełna zdumiewaj cej erudycji egzegeza „Ramajamy", „Mahabharaty" i „Bhagawat-

Ghity" i zestawienie elementów symboliczno-mistycznych z literatury sanskryckiej z danemi naukowemi z 

antropologii, archeologii, paleontologii etc. — jako próba rzucania  wiatła na pochodzenie Toddów, 

Kurumbów i Baddagów. Cały ten ust p, b, ciekawy, lecz zbyt specjalny, dla ogółu czytelników, opuszczamy. 

W. R.

 

 

 

O ile mogli my si  wywiedzie , Toddowie nie przedstawiaj  sobie bóstwa i nawet 

odrzucaj  dewów, których czcz  ich s siedzi, Baddagowie. Dlatego, skoro nic podobnego do 

tego, co przywykli my nazywa  religj , nie istnieje u tego dziwnego plemienia, mówi  o jego 

religji jest do  trudno. Stosowa  do nich w tym wypadku przykład buddystów, którzy równie  

nie uznaj  idei Boga, niepodobna: buddy ci, b d  co b d , maj  bardzo zawił  filozof je, gdy 

tymczasem, je li Toddowie maj  nawet jak  filozof je — nikt nic o niej nie wie.

 

Sk d e wi c zjawiły si  u nich takie wysokie poj cia o moralno ci, rzadkie i prawie 

nieznane u innych, bardziej cywilizowanych ludów, surowe zastosowanie do  ycia wszystkich 

oderwanych cnót, jak na-przykład, miło  prawdy, sprawiedliwo ci, poszanowania prawa 

własno ci i dotrzymywanie danego słowa? Czy  mamy traktowa  serjo hypotez  pewnego 

misjonarza - unitarzysty,  e Toddowie to przedpotopowa reszta rodziny Enocha, „bezgrzesznych 

miertelników"? Toddowie, o ile zdołali my wykry , maj

 osobliwe poj cia o  yciu 

pozagrobowem. Na pytanie, co czeka Todda, gdy ciało jego zamieni si  na stosie w popiół, jeden 

z teralli odpowiedział:

 

—  Ciało jego wyro nie    traw  na tych    górach i b dzie karmiło bawoły.   A miło  do 

dzieci i brata zamieni si  w ogie , wzniesie si  na sło ce i b dzie gorzała w niem wiecznym 

płomieniem, grzej c bawoły i innych Toddów.

 

Poproszony o ja niejsze wytłomaczenie, dodał, wskazuj c sło ce:

 

— Wszystek ogie  tego składa si  z ogni miło ci. — Ale  czy  tam płonie miło     

jedynie    Toddów? — zauwa ył jego rozmówca.

 

background image

  

35 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

—  Tak — odparł teralli — tylko Toddów, gdy  ka dy dobry człowiek, biały czy czarny, 

jest Toddem; a  li nie miłuj , dlatego nie mo e ich tam by .

 

I materjalizm, i transcendentalny mistycyzm Ró okrzy owców, strz pek, wyrwany z 

pogl du na  wiat staro ytnych egipskich hierofantów... Ou la philosophie va-t-elle se wicher!.

 

Raz do roku na wiosn  w ci gu trzech dni jeden kłam Toddów za drugim odprawia 

pielgrzymk  na cypel Toddabecki, gdzie teraz le y w ruinach  wi tynia Prawdy. W tej  wi tnicy 

dopełniaj  aktu w rodzaju publicznego kajenia si  i wzajemnej spowiedzi. Tam radz  i wyznaj  

sobie grzechy  wiadome i mimowolne. Powiadaj ,  e w pierwszych latach po przybyciu An-

glików jeszcze składano tam ofiary: winny zatajenia prawdy (prostego kłamstwa nie znaj ) dawał 

bawolika; za uczucie gniewu na brata — bawoła, którego

 niekiedy skrapiano krwi  z lewej r ki 

kaj cego si  Todda *). Wszystkie te obrz dy i strz pki ukrywanej przez nich filozofji, je li co  

podobnego istnieje u nich, ka  ludziom, obeznanym ze staro ytn  chaldejsk , egipsk , a nawet 

redniowieczn  magj , podejrzewa  ich o znajomo  je li nie całego systematu, to cz ci tak 

zwanych nauk tajemnych, czyli okultyzmu. Jedynie ten systemat, który dziel  od niepami tnych 

czasów na biał  i czarn  magj , mo e da  logiczne obja nienie takiego, godnego zazdro ci, 

uczucia szacunku dla prawdy i moralno ci u prawie pierwotnego półdzikiego plemienia, bez 

religji i bez przykładu czego  podobnego u innych, znanych mu narodów i plemion. Według 

naszej opinji — a przeszła ona teraz w niewzruszone przekonanie — Toddowie s  wyznawcami 

zwyrodniałem! i by  mo e, nawpół nie wia-domemi, staro ytnej wiedzy, białej magji, a Mułłu-

Kurumbowie to wstr tni wyznawcy czrnej magji, czyli czarnoksi stwa.

 

A oto dowody.

 

Nietrudno przytoczy   wiadectwa całego szeregu znanych w historji i literaturze m ów, 

od Pytagorasa i Platona do Paracelsa i Elifasa Lewi'ego, którzy, po wi ciwszy si  studjowaniu tej 

staro ytnej wiedzy, ucz ,  e biała czyli boska magja nie mo e by  dost pna tym, kto oddaje si  

wyst pkowi lub cho by skłonny jest do , w jakiejkolwiek postaci przejawiałby si

 

 

*) Pisze o tem kpt. Harkness w swej 'pracy z r. 1837. Nie mogli my odnale  ruin tego chramu; pani 

Morgan s dzi,  e autor pomieszał Toddów z Baddagami.]

 

 

wyst pek. Rzetelno , czysto  obyczajów, brak egoizmu i miło  bli niego — oto pierwsze 

niezb dne cechy maga. Jedynie czy ci dusz  „widz  Boga" mówi aksjomat Ró okrzy owców, 

Zarazem magja nie była nigdy czem  nadprzyrodzonem.

 

T  nauk  posiadaj  Toddowie w pełni. Do ich teralli przynosz  chorych, i oni przywracaj  

im zdrowie. Cz sto nawet nie ukrywaj  swego sposobu leczenia. Chorego kład  nawznak na 

sło cu i zostawiaj  tak na kilka godzin, podczas których Todd-lekarz wodzi po nim r koma, kre li 

sw  pałeczk  ró ne niepoj te figury po ró nych cz ciach ciała, szczególniej w chórem miejscu i 

dmucha na pacjenta. Potem bierze czark  mleka, wymawia nad ni  zakl cia, to jest spełnia 

zupełnie te same ceremonje i obrz dy co nasi znachorzy i znachorki, dmucha na czark  i nast -

pnie poi mlekiem swego pacjenta. Niema prawie przykładu,  eby Todd, zgodziwszy si  leczy , 

nie wyleczył chorego. A zgadzaj  si  oni rzadko. Do pijaka i rozpustnika nie dotkn  si  za nic. 

„Leczymy miło ci , która leje si  ze sło ca" — powiadaj  — „a na takiego złego człowieka ona 

nie podziała".  eby odró ni  zepsutego, czyli jak oni mówi , złego człowieka od dobrego w ród 

przyniesionych chorych, kład  ich przed bawołem-przodownikiem: je li chorego nale y leczy , 

bawół zacznie go obw chiwa ; je li za  nie nadaje si  do leczenia, bawół si  rozjusza, i chorego 

czempr dzej zabieraj .

 

Drugi dowód: magowie, zarówno jak ich nast pcy, teurgowie, surowo pot piali 

wywoływanie dusz zmarłych". Nie niepokój i nie wywołuj jej (duszy), i by uchodz c nie zabrała. 

ze sob  czego  ziemskiego" — mówi Pselliusz w Wyroczniach Chaldejskich. Toddowie wierz  w 

co , prze ywaj cego ciało, poniewa , według zezna  Baddagów, zabraniaj  im zadawa  si  z 

bhutami (widmami) i nakazuj  unika  ich tak, jak Kurumbów, słyn cych jako wielcy nekro-

manci.

 

background image

  

36 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Słusznie zaznacza prof. Molitor (w swej Filozofji historji i poda ) *),  e jedynie rzetelne 

przestudjowanie poda  wszystkich narodów i plemion mo e doprowadzi  wiedz  współczesn  do 

wła ciwej oceny wiedzy staro ytnej... Do tej wiedzy i tajemnicy—mówi— nale ała staro ytna 

magja, której uczył si  sam prorok Daniel, i która była dwojaka: boska inagja i szkodliwa magja 

czyli czarnoksi stwo. Zapomoc  pierwszej człowiek szuka kontaktu ze  wiatem duchowym i 

niewidzialnym; studjuj c drugi rodzaj magji stara si  posi

 władz  nad  ywemi i umarłemi. 

Adept białej magji d y do spełniania dobrych uczynków; adept czarnej wiedzy troszczy si  tylko 

o to,  eby spełnia  przeró ne djabelskie, zwierz ce post pki. Tutaj, wielebny biskup bardzo jasno 

przeprowadza ró nic  mi dzy Toddami a Kurumbami — jak i mi dzy okultysta-mi wszystkich 

wieków a dzisiejszemi medjami, które gdy nie s  oszustami i szarlatanami, staj  si  nie wiadomie 

nekromantami i czarownikami.Odrzuciwszy, dla satysfakcji materialistów, hypc-

 

 

*)    Philoicphy o/ hislory  and Iradllirm.    Str. 285. 

 

tez  o białej i czarnej magji, czem i jak obja ni  te tysi ce nieuchwytnych w swej abstrakcyjno ci, 

lecz zupełnie wyra nych i niedaj cych si  zaprzeczy  działa  i wzajemnych stosunków mi dzy 

Toddami a Muł-łu-Kurumbami? — zapytamy, dlaczego naprzykład Toddowie lecz  we dnie i na 

sło cu, a Mułłu - Kurum-bowie wykonywuj  swe szkodliwe zakl cia tylko przy ksi ycu i w 

nocy? Dlaczego jedni lecz  a drudzy zabijaj  i nasyłaj  choroby? Dlaczego wła nie Kurumb tak 

strasznie boi si  Todda,  e na widok jednego z tych ludzi, którzy nie tkn  i nie zrobi  krzywdy 

nawet psu, co ich ugryzł (gdyby jakiekolwiek zwierz  mogło ugry  Todda), ten odra aj cy 

karzeł, zbieraj c swe zioła, pada na ziemi , jak przy epilepsji? To zauwa yłam nie ja jedna, lecz 

wielu niewierz cych ani w biał , ani w czarn  magj  sceptyków. O tem pisało wielu autorów. 

Oto, co mówi, mi dzy innemi, misjonarz Metz:

 

...„Mi dzy Toddami a Kurumbami istnieje jaka  wroga siła, zmuszaj ca Kurumbów do 

posłusze stwa Toddom wbrew woli. Przy spotkaniu z niemi karzeł pada na ziemi  w ataku, 

podobnym do padaczki. Wije si  po ziemi, jak robak, dr y z przera enia i wykazuje wszystkie 

cechy raczej moralnego, ni  fizycznego strachu, Czemkolwiek byłby zaj ty wtedy, gdy zbli a si  

ku niemu Todd, — a Kurumb rzadko bywa zaj ty czem  godziwem, wystarczy,  eby Todd 

nietylko dotkn ł go si , lecz nawet pomachał w jego stron  sw  bambusow  lask  (bamboorod), 

by zmusi  Mułłu-Kurumba *) do ucieczki co sił w nogach. Lecz najcz ciej karzeł potyka si  i 

pada, czasem jak nie ywy, trwaj c a  do odej cia Todda w transie  miertelnym (dead trance), — 

czego nieraz byłem  wiadkiem...**)"

 

Evans w swym dzienniku: „Lekarz weterynarji na Nilghiri", mówi c o tem samem, 

ko czy zacz ty przez Metza obraz i dodaje: •—„Przyszedłszy do siebie po pa-roksyzmie, Kurumb 

zacz ł pełza  na brzuchu, jak w  ł zjada , zrywaj c z bami, wybierane przeze  na ziemi trawy, a 

nast pnie trze  i twarz o ziemi  — czynno , która słabo przyczyniała si  do powi kszenia jego 

wrodzonej urody. Mocno przesycon   elazem i ochr  ziemi  bradzo trudno zmy  z ciała. 

Wskutek tego, gdy mój nowy znajomy (Kurumb, usiłuj cy go okra ) powstał, zataczaj c si  jak 

pijany po niepo -danem spotkaniu, zjawił si  przed nami, podobny do cyrkowego klowna, cały 

upstrzony  ółto-czerwone-mi plamami i smugami"...

 

A oto jeszcze jeden fakt. Jak ju  było powiedziane, Toddowie nie maj  ani or a do 

obrony przed dzikiemi bestjami, ani nawet psa, coby uprzedził o gro cem niebezpiecze stwie. 

Mimo to nie znajdziecie we wspomnieniach najstarszych mieszka ców Utti ani

 

 

*) Poniewa  Kurumbowie dziel  si  na kilku gał zi i otrzymali sw  nazw  wskutek drobnego wzrostu, szczep 

Kurumbów nilghiryjskich nazwano dla odró nienia od innych karlich szczepów „Mułłu-Kurumbami" czyli karty-tlernle, 

gdy   yj  zazwyczaj w niedost pnych le nych matecznikach, gdzie przewa aj  ciernie (mułłu).

 

**) Remlnlicencet of llfe among Toddas, („Wspomnienia z  ycia w ród Toddów"). Str. 114 

 

jednego wypadku zabicia lub nawet poranienia Todda przez tygrysa -czy słonia.    Po arty przez 

dzikie zwierz ta bawolik—o bawole nawet mowy niema—ze stad Toddów jest wielk  rzadko ci ; 

porwanie przez tygrysa ich dziecka lub kobiety to rzecz niesłychana. I to, prosz  zwróci  uwag , 

background image

  

37 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

dzieje si  w okolicach, gdzie jeszcze i teraz, w 1883 roku, kiedy Góry Bł kitne s  g sto 

zamieszkałe, niema tygodnia,  eby obyło si  bez nieszcz liwego wypadku z lud mi, a jedna 

trzecia tabunów i stad zgóry uwa ana jest za przepadła, jako pastwa drapie nych bestii. Kulisi, 

pastuchy, dzieci tubylców, a i ojcowie ich równie  mniej lub  wi cej  nara eni  s   na  okrutn  

mier ,  zadan  przez krwio erczego tygrysa lub bł dz cego samopas, oszalałego słonia. Tylko 

Todd potrafi siedzie  po całych dniach na skraju puszczy i drzema  spokojnie, oboj tny i pewny 

swego całkowitego bezpiecze stwa. Jak e wi c mamy obja ni  sobie ten wszystkim wiadomy, 

przez wszystkich zauwa ony fakt?  Przypadkiem, jak obja nia si  u nas wszystko, czego 

niemo na obja ni ? Dziwny jednak przypadek; taki zbieg okoliczno ci powtarza ss , w oczach 

Anglików, oto ju  od sze dziesi ciu zgór  lat; i w ka dym razie, je li go trudno sprawdzi , a 

jeszcze trudniej dowie  w epoce przed przybyciem Europejczyków, obecnie sprawdzono go 

całkowicie. Nawet przysi gli statystycy wzi li pod uwag  i zanotowali ten fakt, cho  i tutaj 

sprawa nie obeszła si  bez naiwno ci.

 

„Toddowie prawie (?) nigdy nie podlegaj  napadom dzikich zwierz t"—czytamy w 

„Uwagach do tablic statystycznych" za r, 1881 — „prawdopodobnie dzi ki jakiej , im tylko 

wła ciwej, specyficznej woni, odpychaj cej zwierza"!

 

Bo e, có  za naiwno !,..

 

To „prawdopodobie stwo" specyficznej woni zasługuje na wydrukowanie złotemi 

literami!.,. Lecz nawet taka specyficzna bzdura milsza jest przysi głym sceptykom, ni  kłój cy 

ich w oczy niezbity fakt.

 

W tej niezaprzeczalno ci faktów, przed któr  Europejczyk, jak stru  zamyka oczy i 

chowaj c głow , łudzi si  nadziej ,  e nie zobacz  jej inni, le y wła nie rozwi zanie zagadki, 

dlaczego Toddowie budz  z jednej strony zbo n  cze , z drugiej l k, prawie we wszystkich 

innych plemionach, zaludniaj cych te góry. Baddagowie ich ubóstwiaj , a Mułłu-Kurumbowie 

dr  przed niemi.    Je eli    przy    spotkaniu    twarz.w twarz ze spokojnie id cym Toddem, który 

trzyma w r ku tylko nieszkodliw  i niewinn  z pozoru laseczk , — strach rzuca Kurumba na 

ziemi uczucie zbo nej miło ci i oddania ka e Baddagowi czyni  to samo, lecz dobrowolnie. 

Bacldag, zdaleka ujrzawszy Tódda, pada przed nim plackiem i w milczeniu czeka na po-

zdrowienie i błogosławie stwo; i Baddag jest zupełnie szcz liwy, gdy jego dew, musn wszy 

bos  nog  głow  swego czciciela, nakre li w powietrzu dla niego samego tylko zrozumiały znak i 

potem spokojnie oddali   si  „z obliczem  dumnem  i   beznami tnem, jak   

u greckiego boga" 

wedle wyra enia kapitana O'Gredy.

 

Lecz jak e patrz  na to fanatyczne  uczucie zbo nej czci Baddagów dla Toddów Anglicy i 

jak je obja niaj ? W sposób zgol  naturalny i prosty. Odrzucaj  jako głupi  bajd , podanie 

Baddagów o tem, jak i dlaczego zrodził si  w ich praszczurach taki stosunek, i obja niaj  t  

legend  po swojemu. Pułkownik Marschall, naprzykład pisze w swej pracy:

 

„Uczucie to jest tem dziwniejsze,  e według statystyki, Baddagów wykazywano od 

pocz tku jedena cie razy wi cej, ni  Toddów. Jest to proporcja dziesi ciu tysi cy do siedmiuset. 

Lecz nikt i nic nie odbierze przes dnemu Baddagowi przekonania o tem,  e Todd jest istot  

nadprzyrodzon , Toddowie fizycznie s  olbrzymami, a Baddagowie to ludzie niezbyt ro li, cho  

nadzwyczaj muskularni i silni, W tem cały sekret".

 

Wcale nie cały. Dlaczego naprzykład, ani Kochtarzy (Chotty), ani Erullarzy — oba 

plemiona bardzo małego wzrostu i słabej budowy w porównaniu z Baddagami — chocia  szanuj  

Toddów i zawsze s  z niemi w przyjaznych stosunkach, nie wykazuj  jednak wobec nich  adnej 

uni ono ci?  eby poj  t  zagadk , trzeba zna  historj  Baddagów i wierzy  im, je li nie 

bezwzgl dnie, to w ka dym razie nie odrzucaj c ich dobrowolnych zezna . Cala rzecz, naszem 

zdaniem, w tem,  e Baddagowie to bramini, chocia  bardzo spłowiali i zwyrodniali; Erullarzy za  

i Kochlarzy to popro  tu par jasi. Jako bramini z przedmuzułma skich czasów w Indjach, 

Baddagowie wiedz  wiele z tego, co dla innych pozostaje martw  liter . Co mianowicie, 

wyja nimy w nast pnym rozdziale; a narazie pomówimy troch  o Baddagach i ich religji. Jak 

wszystko na Górach Bł kitnych, nosi ona cechy oryginalno ci i niespodzianki.

 

background image

  

38 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Na nagiej wy ynie Rangasuamskiej turni stoi ich jedyna opuszczona  wi tnica. Cała ich 

religja składa si  z obrz dów, których sens dawno zatracili. Ta turnia to ich Mekka, dok d udaj  

si  dwa, trzy razy do roku wymawia  zakl cia przeciw wi kszo ci wła nie brami skich bóstw. 

Zdaniem pułkownika Aughtorle-ya, wielkorz dcy gór, Baddagowie to jedna z najbardziej 

tchórzliwych i zabobonnych ras Indji,.,. „ yj  oni w nieustannym strachu przed złemi duchami, 

kr

ce-mi w ich wyobra ni ustawicznie dokoła nich, i w ta-kiem  bezgranicznem przera eniu na 

sam  my l o Ku-rumbach. Przera enie, jakie w karłach budz  Toddowie, karły z kolei budz  w 

Baddagach",

 

Posłuchajmy, co do wiadczony pułkownik mówi w swem uczonem dziele o zabobonach 

biednych Baddagów:

 

„Chorob   ród ludzi, czy pomór bydła, słowem ka dy przykry wypadek w ich rodzinach, 

zw'łaszcza rujnuj cy Baddagów nieurodzaj, natychmiast przypisuj  oni urokom złych 

czarowników, Kurumbów; i lec  szuka  pomocy w przeciwdziałaj cych zakl ciach dobrego 

Todda... Do takiego stopnia zakorzenił si  we wszystkich plemionach Nilghiri ten głupi zabobon, 

e ju  musieli my bardzo cz sto oddawa  pod s d Baddagów za wymordowanie do nogi całych 

rodzin Ku- " rumbów, jak równie  za spalenie ich osiedli. W takich wypadkach niema nic 

trudniejszego, jak wydoby  zeznania przeciw Baddagom z innych plemion. Skoro tylko oka e si , 

e ofiar  był Kurumb, a przest pc  Baddag, prawie niepodobna rozwi za  j zyk  wiadka. 

Morderc  trzeba zawsze wiesza  z wielkiemi  rodkami ostro no ci,  eby nie wywoływa  

wzburzenia krajowców. Oburzenie i zdumienie plemion ntlghirskich z powodu wyroku jest 

jeszcze zrozumiałe. Wszczepione im przez religj  zasady ucz  ich,  e jedyny  rodek, by 

u mierzy  gniew bogów, wywołany  mierciono ne-mi czarami przeciw ludziom, bydłu lub 

zasiewom Ku-rumbów i innych złych czarowników, polega na tem,  eby winowajc  zło y  na 

ofiar  bóstwu „zemsty".

 

Lecz jak poj  lub obja ni  l k przed Toddami innych tubylców Indji, pochodz cych z 

dolin, l k, wywołany zabobonn  czci  Baddagów",

 

„Baddagowie zarazem nierzadko sami uciekaj  si  do pomocy i współdziałania 

Kurumbów, zwłaszcza gdy idzie o jaki  nieczysty lub nieprawny nabytek. Wówczas zwracaj  si  

oni, za po rednictwem karłów, do wyobra anych sobie u podległych Kurunbom złych duchów"... 

(Statistical Records of Nilgherry).

 

Tak wi c pisze wielkorz dca i pisze słusznie, cho  nie wdaje si  w szczegóły, w które 

stara si  nie wierzy . O jednem zreszt  nawet Anglicy musieli si  przekona : w takie „nieczyste" 

sprawy nigdy jeszcze nie był zamieszany  aden Todd. Pomocy, której Bad-dagowie nierzadko 

szukaj  i zawsze j  znajduj  u Kurumbów, nie mogliby si  spodziewa  od po rycersku 

prawychToddów i w tych razach zawsze przekupuj  czarowników...

 

Takie, zupełnie nienormalne i pełne wzajemnego antagonizmu uczucia Baddagów do 

Kurumbów s  nad zwyczaj interesuj ce z psychicznego punktu widzenia. Baddagowie 

nienawidz  Kurumba, dr  przed nim z przera enia a, mimo to, ustawicznie potrzebuj  go. 

Chciwo  i  dza zysku przezwyci aj  w nich i wrodzony strach, i zakaz Toddów u ywania 

czarowników w ciemnych sprawach.  aden posiew,  adna sprawa u Baddagów nie obejdzie si  

bez pomocy „czarnego zaklinacza", jak nazywaj  oni to wstr tne stworzenie — Mułłu-Kurumba...

 

„Na wiosn , w czasie siewów,  adna robota polna nie rozpocznie si , póki Kurumb nie 

po wi ci jej ofiar  z ko l cia lub koguta (zawsze czarnych) na polu, lub póki nie rzuci pierwszej 

gar ci ziarna, wymawiaj c wiadome zakl cia.  eby mie  dobry urodzaj, Baddagowie zwracaj  si  

do Kurumba o rozpocz cie bronowania, a podczas  niw i wogóle zbiorów o skoszenie pierwszego 

snopu lub zerwanie pierwszego owocu .

 

Dalej, tytułem uczonego obja nienia, autor stara si  wskaza  przyczyn  takiego godnego 

uwagi zabobonu. Na stronicach 65 i 66 czytamy co nast puje:

 

„Kurumb jest  miesznie (ridiculously) małego wzrostu. Jego chuderlawa, zwi dła 

powierzchowno  z całym lasem nieczcsanych i zwi zanych w wielki p k na czubku głowy 

włosów; jego wogóle budz ca obrzydzenie posta  w zupełno ci obja niaj  głupi przed nim strach 

background image

  

39 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

tchórzliwego Baddaga. Potkawszy

 si  z nim niespodzianie na drodze,   Baddag   umyka przed 

nim, jak przed dzik  bestj *). I je li nie zdołał uj  w por  od tak zwanego „ mijowego 

spojrzenia" (viper's glance) czarownika, Baddag natychmiast wraca do domu i, z bezradno ci  

skazanej nieodwołalnie ofiary, poddaje si  nieuniknionemu, według niego, losowi. Wykonywa 

nad sob  wszystkie, przepisane rytuałem obrz dy i przed miertne ceremonje: rozdzielaje li 

posiada jak  maj tno , swe nieruchomo ci, pieni dze i pola mi dzy krewnych; kładzie si  i 

gotuje na  mier , która (niedorzecznie nawet pomy le  o tem!) nast puje mi dzy trzecim a 

trzynastym dniem po spotkaniu! „Taka jest moc przes dnej imaginacji, — naiwnie obja nia autor 

—  e prawie nieuchronnie zabija w wyznaczonym czasie głupiego biedaka,.." Wspominam tak e 

o silnie zakorzenionym w ród ludu takim samym zabobonie, dotycz cym Toddów. Ci, według ich 

poj , posiadaj  jeszcze   godniejsz    uwagi   moc w dziedzinie magji: tylko  e Toddowie 

uwa ani s  za zacnych, dobrych czarowników (d addu). Mi dzy te-mi dwoma plemionami 

Baddagowie maj  równie niełatwe  ycie, jak osioł w stajni mi dzy dwoma ko mi. Musz  płaci  

danin  Toddom, na znak swego dla nich szacunku, a zarazem i Kurumbom,  eby ten nie zepsuł 

zasiewu. Zreszt  Kurtimbowie, o ile rz d zdołał

 

 

*) Autor powinien był zreszt  doda ,  e Baddag ucieka tylko przed Kurumbami, wrogo usposobionymi  dla Przed 

innymi Kurtimbami nie ma powodu ucieka . Lecz je li Kururnb zły jest na kogo , to, jak zaraz poka emy, staje si  rzeczywi cie 

niebezpieczny.

 

 

zbada  ich byt,  yj c tyle wieków w lasach, zdobyli du o wiadomo ci w zakresie własno ci 

ró nych ziół i korzeni. Umiej  oni wyleczy  nawet takich chorych, których kurowa  sami 

Toddowie nie podejmuj  si  *), przyczem oczywi cie, cz sto i zabijaj —„nie czarami i 

zamawianiem a poprostu jadem ro linnym i przez pomyłk ".

 

Tem uczonem obja nieniem kładzie si  trupem na miejscu wszelki „przes d". Prosz  

zwróci  uwag  na podkre lone wy ej ust py. W rozdziale trzecim czytali my opinj  o tych 

sprawach pani Morgan i zdarzenia z Butstenem. Oto drugi wypadek, bardzo podobny do tamtego, 

tylko  e z zupełnie innym wynikiem. Je eli sama moc przes dnej imaginacji zabija lub zdolna jest 

zabi  w wyznaczonym czasie, nastraszonego biedaka, to jak szanowny autor obja ni nast puj cy 

wypadek? Zdarzył si  on bardzo niedawno i w Nilghiri pami taj  go. Anglo-indyjscy „bar-

saabowie" maj  okazj  spotykania si  z pół-dzikiemi, brudnemi Kurumbami tylko w puszczy, to 

znaczy w dziewi ciu wypadkach na dziesi  podczas polowania. Dlatego te  i powtórne' starcie 

mi dzy angielskim urz dnikiem a Kurumbami wynikło równie  z powodu słonia.

 

Bohaterem tego wydarzenia był człowiek na do  wysokiem oficjalnem stanowisku. Znali go 

wszyscy, jako jednego z tuzów towarzystwa, a rodzina jego, zdaje si  jeszcze dotychczas nie 

opu ciła Kalkuty, gdzie młoda wdowa po nim mieszka u jego starszego brata,

 

 

*)    T. j. pijaków, z zara on  i zepsut  krwi  (patrz. Rozdz. III). 

 

Bardzo j  lubiła generałowa Morgan, i to jest jedynym powodem, dlaczego nie mog , jak w 

pierwszym wypadku, poda  jego całkowitego nazwiska. Obiecałam 

nie b d  go nazywała, 

cho  w opisie tego zdarzenia poznaj  go wszyscy, którzy bywali w Madrasie... Mr, K., jak go 

nazwiemy, pojechał na polowanie z kilku znajomemi,, kilkunastu szikarami (my liwcami — 

tubylcami) i liczn  słu b . Słonia zabito, i dopiero wtedy my liwi zauwa yli, i  zapomnieli zabra  

ze sob  specjalny nó  do wycinania kłów. Postanowili zostawi  zwierz  pod dozorem czterech 

my liwców — Baddagów,  eby zabezpieczy  je przed dzikiemi bestiami, i uda  si  na  niadanie 

do s siedniej   plantacji. Stamt d K, miał powróci  za dwie godziny po kły.

 

Program, zdawało si , nietrudny do wykonania. Mimo to, nie zd ył K. powróci , a ju  

powstała mała przeszkoda. Na słoniu zastał z dziesi ciu siedz cych Kurumbów, gorliwie 

pracuj cych nad wyj ciem kłów. Nie zwracaj c uwagi na dygnitarza, oznaimili mu z zimn  krwi , 

e poniewa  sło  został zabity na ich ziemi, uwa aj  i samo zwierz  za swoj  własno . Istotnie, 

lepianki ich znajdowały si  o kilkadziesi t kroków stamt d. Łatwo zrozumie , jak musiało 

rozw cieczy  takie zuchwalstwo wyniosłego Anglika. Rozkazał im wynosi  si , póki s  cali; w 

background image

  

40 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

przeciwnym razie ka e swym ludziom przep dzi  ich harapami. Kurumbowie roze mieli si  

bezczelnie i robili dalej swoje, nie spojrzawszy nawet na bar-saaba.

 

Wówczas K. krzykn ł na słu b ,  eby rozp dziła karłów sił . 

Było z nim ze dwudziestu my liwców uzbrojonych; sam K, był to rosły, przystojny 

m czyzna, trzydziestopi cioletni, znany zarówno ze swego kwitn cego zdrowia i wielkiej siły, 

jak i zapalczywo ci. Kurumbów było zaledwie dziesi ciu, prawie nagich i bez  adnej broni. 

Czterej Baddagowie, pozostawieni przy słoniu, rozbiegli si , podczas nieobecno ci reszty my-

liwych, na pierwsze  danie Kurumbów, Zdawało si , wystarczyłoby trzech ludzi  eby rozp dzi  

rabusiów— karłów. Jednakowo  rozkaz K, został bez skutku: nikt si  nie ruszył z miejsca.,.

 

Wszyscy stali, dygoc c ze strachu, zzieleniali, z opuszczonemi głowami. Cz

 

my liwców w tej liczbie kryj cy si  po krzakach Baddagowie, rzuciła si  do ucieczki i znikn ła w 

g stwinie le nej,

 

Kurumbowie, pokrywaj cy, niby  uki, trup słonia, patrzyli na Anglika  miało, szczerz c z by i 

jak-gdyby wyzywaj c go na rozpraw .

 

Mr. K, ostatecznie stracił panowanie nad sob .

 

—  Czy przep dzicie    wreszcie tych włócz gów, podii  tchórze?!... — krzykn ł.

                      

,

 

—  Niemo na, saabie, — zauwa ył siwy szikari— niemo na: to dla nas pewna  mier ... 

Oni s  na swej ziemi.,..

 

—  Na gniewne zakl cie   spiesznie    zsiadaj cego z konia K., wódz Kurumbów, 

potworny, jak wcielony grzech, nagle stan ł na łbie słonia i j ł w łama cach skaka  po niej, 

szczerz c z by i zgrzytaj c niemi, jak _ szakal. Potrz saj c ohydn  głow  i kułakami, wypro-

stowany teraz, Mulłu-Kurumb powiódł ziemi,  wiec cemi jak u  miji, wpadłemi oczkami po 

zebranych i krzykn ł: Kto pierwszy dotknie si  naszego słonia, rychło wspomni nas w dzie  swej 

mierci. Nie ujrzy nowiu!... 

Pogró ka ta była zreszt  zbyteczna. Słu ba urz dnika jakby si  zamieniła w kamienne 

pos gi.

 

Wówczas rozw cieczony K., pior c po drodze grubym harapem winnych i niewinnych, 

rzucił si  z przekle stwami na Kurumba, chwycił go za włosy i szmyrgn ł het od siebie na ziemi . 

Pozostałych, którzy, czepiaj c si  jak wampiry uszu i kłów martwego słonia, stawiali opór, 

poturbował nahajem i rozp dził w minut .

 

Uchodz c, zatrzymali si  o jakie  dziesi  kroków od K., który sam zabrał si  do 

wyrzynania kłów. Według słów jego słu by, podczas całej operacji karły nie spuszczały z niego 

oka.

 

Sko czywszy robot , K. oddał kły ludziom, by zanie li je do domu, a sam ju  miał wło y  nog  

w strzemi , gdy wzrok jego znowu spotkał si  ze wzrokiem pokonanego przeze  przywódcy 

Kurumbów.

 

—  lepia tej gadziny zrobiły na mnie wra enie spojrzenia ohydnej ropuchy... Uczułem 

dosłownie mdło ci — opowiadał tego  wieczora przy obiedzie zebranym u niego go ciom. — Nie 

mogłem powstrzyma  si  — dodał drganiem wstr tu w głosie — i uderzyłem go jeszcze kilka 

razy harapem... Karzeł, le cy dotychczas bez ruchu w trawie, tam, gdzie go cisn łem, szybko 

skoczył na równe nogi, lecz, kmojemu zdumieniu, nie uciekł, a tylko odszedł nieco dalej i wci  

patrzył na mnie uporczywie....

 

—  Szkoda,  e pan si  nie powstrzymał — kto  zauwa ył — te potwory rzadko 

przebaczaj ,

 

K. wybuchn ł  miechem:

 

—  Upewniali mnie co do tego i szikarowie.   Jechali do domu, jakby ich skazano na 

mier ,.. Oka si  boj !,..  Głupi,  przes dny lud.    Dawno  nale ało  im otworzy  oczy na to oko.   

Sławetny „wzrok bazyliszkowy" wzbudził we mnie tylko lepszy apetyt,..

 

I w dalszym ci gu wy miewał zabobon Indusów przez cały wieczór.

 

background image

  

41 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Nazajutrz, pod pretekstem,  e bardzo si  zm czył poprzedniego dnia, K. wstaj cy, jak wszyscy w 

Indjach, bardzo wcze nie, przespał południe. Wieczorem mocno go rozbolała prawa r ka.

 

—  Zastarzały reumatyzm — rzekł, — za kilka dni przejdzie.

 

Lecz nast pnego dnia rano uczuł si  tak słaby,  e ledwie mógł chodzi , a na trzeci dzie  — 

poło ył si  do łó ka nadobre. Lekarze nie znale li u niego  adnej choroby. Nie było nawet 

gor czki, tylko niepoj te osłabienie i jakie  dziwne znu enie we wszystkich członkach.

 

—  Zupełnie jakby wlano we mnie ołowiu, zamiast krwi — mówił do znajomych.

 

Apetyt, podniecony, jego zdaniem, przez „wzrok bazyliszkowy", odrazu przepadł; 

chorego zacz ła meczy  bezsenno .   Nie pomagały  adne  rodki usypiaj ce.   Zdrowy, jak byk, 

rumiany i atletyczny K. prze-mienił si  po czterech dniach w szkielet. Pi tej nocy, któr  sp dzał, 

jak zwykle od dnia polowania, z otwartemi oczyma, zbudził domowników i  pi cego w s siednim 

pokoju lekarza gło nym krzykiem:

 

—  Wyp d cie t  plugaw  gadzin !.,. — wołał.— Kto  miał wpuszcza  do mnie to 

zwierz ?... Czego ono chce?... Czemu tak patrzy?.,.

 

Zebrawszy reszt  sił, cisn ł w kierunku dla  tylko widzialnego przedmiotu ci kim 

lichtarzem, trafił w lustro i rozbił je w kawałki.

 

Lekarz orzekł,  e chory zacz ł bredzi . K. krzyczał i j czał do samego rana, upewniaj c, 

e widzi w nogach łó ka pobitego przez niego Kurumba. Nad ranem zjawa znikn la, lecz K, 

upierał si  przy s wojem:

 

—  To nie była maligna — szeptał z trudem, — Karzeł w jaki  sposób   zakradł   si .,.    

Widziałem  go w  ywem ciele, nie w wyobra ni.

 

Nast pnej nocy, cho  czuł si  jeszcze gorzej i zacz ł istotnie majaczy , nie widział ju  

nikogo. Lekarze zachodzili w głow , nic nie rozumiej c, i zadecydowali,  e była to jedna z 

licznych, nieuchwytnych odmian „febry błotnej" (jungle fever) Indji,

 

Dziewi tego dnia K, stracił mow , a trzynastego dnia zmarł. Je eli „moc przes dnej 

imaginacji zabija w wyznaczonym czasie głupiego biedaka", jaka  to siła zabiła niewierz cego w 

nic, bogatego i wykształconego d entelmena?

 

Dziwny zbieg okoliczno ci, odpowiedz  nam, prosty przypadek. Wszystko jest mo liwe. 

Tylko,  e

 ju  zbyt jest wiele takich przypadków w kronikach Nilghiri.  eby nie przedstawiały one 

arcydziwnego zjawiska, dziwniejszego od samej prawdy w tych sprawach.   Niechaj niewierz cy 

rozpylaj  przód serjo takich dawno osiadłych mieszka ców tych gór, jak generał Morgan i inni, 

naoczni  wiadkowie, a dopiero potem niech wyprowadzaj  swe wnioski. Je li bywały wypadki,  e 

ludzie umierali wskutek samego strachu i   imaginacji,   to   przecie    niemo na   i   nie   nale y 

zamienia  wyj tków w niezłomn  zasad .   A w tem wła nie le y cała trudno  zadania,  e, 

według zezna  wielu Anglików, nie było jeszcze wypadku,  eby tubylec a zwłaszcza Baddag, 

który dostał si  pod działanie „złego oka" rozdra nionego Kurumba, wyszedł z tego cało.   

Według ich słów, w takich razach jeden jest tylko ratunek: „uda  si  w ci gu pierwszych trzech 

godzin po spotkaniu do Toddów i błaga  ich o ratunek.    Wówczas, je eli teralli da swe przy-

zwolenie, ka dy Todd mo e z łatwo ci  wyci gn  jad z zatrutego okiem człowieka.    Lecz biada 

temu, kto si  znajduje wtedy dalej   ni    w   trzygodzinnej odległo ci od Todda, lub je eli Todd, 

popatrzywszy na urzeczonego okiem, z jakiegokolwiek powodu odmówi „wyci gni cia jadu".    

W takim wypadku choremu grozi pewna  mier .    Ten fakt,  e  Toddowie zawsze wylecz , gdy 

wezm  si  do tego, i  e urzeczeni okiem, którym odmówi  leczenia, zawsze umie- " raj ,  

dowodzi,   e  nie jest  to  pusta gadka  ludowa.  

Jak obja ni  tak  osobliwo ?

 

(Tu autorka, ul ywszy swemu bojowemu temperamentowi jedn  z wielu napastliwych, 

sarkastycznych dygresji pod adresem nauki oficjalnej, usiłuje dowie ,  e skoro ta nauka traktuje 

powa nie m-smeryzm i hypnotyzm, winna równie powa nie traktowa  ludowe czarnoksi stwo — 

synonim tamtych sił, istniej ce od czasów przedhistorycznych u ludów wszystkich ras, z 

jednakowemi zasadniczemi przejawami i z pokrewn  technik  zamawia , urzekania, zakl  i t. d. 

background image

  

42 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Przy sposobno ci krytykuje teorj  znakomitego neuropatologa Charcot'a, urz dzaj cego z 

niezliczonych rozgał zie  tej tajemnej siły (hypno-tyzmu), „skład wielkich i małych histerji".

 

Pozostawiaj c na stronie polemiczne wywody Bławatskiej, jak to czynili my dotychczas, 

dla nadania jednolitego, o ile tylko było mo na, charakteru temu opowiadaniu, zacytujemy z tego 

rozdziału jedynie znamienne zachowywanie si  władz angielskich w wypadkach zbrodni mi dzy 

krajowcami na tle wiary w czary. W. R.).

 

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- 

 

Wszyscy tu pami taj  straszn  tragedj  na wy ynach nilghirskich, jaka rozegrała si  we 

wsi Ebanaudzie, wszystkiego o kilkana cie mil od Utti. Sołtysowi zachorowało dziecko i zacz ło 

powoli zamiera . Poniewa  było ju  kilka tajemniczych wypadków  mierci w ci gu poprzedniego 

miesi ca — chorob  tego dziecka Baddagowie przypisali natychmiast „wzrokowi  mijowemu" 

Kurumba. Zrozpaczony sołtys upadł do nóg s dowi, t. j. podał skarg . Anglo-indusi za miewali 

si  z niej przez trzy dni, a monegara wygnali z s du na zbity łeb. Wówczas Baddagowie 

zdecydowali si  na samos d: spali  sioło Kurumbów do ostatniego człowieka. Zwrócili si  do 

jednego z Toddów, błagaj c,  eby poszedł razem z niemi podpala : bez Todda bowiem  aden 

Kurumb ani w ogniu nie spłonie, ani w wodzie nie utonie. Taka ju  jest fama ludowa, i wierz  w 

ni   wi cie. Zwoławszy narad , Toddowie zgodzili si : zapewne, ich „bawoły tak postanowiły". 

W towarzystwie jednego Todda wyruszyli Baddagowie, i oto pewnej ciemnej, wietrznej nocy 

podpalili z kilku stron osiedle-karłów. Ani jeden nie ocalał. Wyskakuj cych z płomieni 

Kurumbów chwytali na widły i wrzucali w ogie  z powrotem lub zabijali siekierami.

 

Zgin ło 167 czarowników ze swemi czarownicami i bachorami. Ocalała tylko jedna stara 

wied ma, która w czasie popłochu ukryła si  w krzakach. Ona te  zadenuncjowała podpalaczy. 

Aresztowano wielu Baddagów i z niemi Todda, pierwszego przest pc  od zało enia Utti, z tego 

plemienia. Lecz nie udało si  Anglikom powiesi  go, W wilj  egzekucji Todd przepadł gdzie , a 

ze dwudziestu Baddagów zd yło umrze  w wi zieniu „na rozd cie brzucha". Było to kilka 

miesi cy temu; a taki sam akurat dramat rozegrał si  przed trzema laty w Kataghiri. Na-pró no 

obro cy i nawet prokurator kładli nacisk na okoliczno ci łagodz ce, gł bok  wiar  wszystkich 

krajowców w czary i zło, jakie Kurumbowie bezkarnie, wyrz dzali pods dnym.  dali, je li nie 

uniewinnienia, to przynajmniej nie skazywania oskar onych na kar   mierci. Wszystko było 

daremne. Uczeni angielscy mog  jeszcze uwierzy , pod bardziej naukowym terminem, w istnienie 

„złego oka" i psucia czego  zapomoc  uroku. S dy angielskie — nigdy. A jednakowo  prawo, 

które raptem dwie cie lat temu skazywało rokrocznie tyle tysi cy czarowników i czarownic na 

stos i tortury, po dzi  dzie   yje w Anglji. Z prawa tego nie czyni si  w zasadzie u ytku, ale nie 

jest ono jeszcze skasowane. To te , gdy zjawi si  konieczno , w rodzaju ch ci zado uczynienia 

głupiej i zarozumiałej publiczno ci, w osobach  wi toszków i takich ateistów, jak prof. Lancaster, 

ukaraniem ameryka skiego medjum (Sleeda) — to staro ytne prawo dobywa si  z kurzu 

zapomnienia i stosuje do „przest pcy", którego cał  win  jest nie-popularno . Lecz w Indjach 

prawo to jest niepotrzebne. Przeciwnie, mogłoby si  sta  nawet szkodliwe, pokazuj c krajowcom, 

i  był czas, kiedy i ich władcy podzielali ich „zabobony". Pot ga opinji publicznej w Anglji jest 

tak wielka,  e przed ni  nawet prawo siedzi cicho!

 

 

 

VI 

 

Rozumie si  samo przez si ,  e urz dnicze lub oficjalne Anglo-Indje, zarówno jak i 

wszyscy sceptycy — Europejczycy, nie zwracaj   adnej uwagi na niepodlegaj ce do wiadczeniu 

cechy „psychizmu"— jakby si  wyraził dr. Carpenter — Toddów i Kurumbów. Dla nich te cechy 

nie istniej . Sceptycy albo pomijaj  ka dy taki wypadek milczeniem, albo te , w wypadkach 

background image

  

43 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

najbardziej ra cych, przypisuj  zagadkow   mier  tego, kto  ci gn ł na siebie zemst  

Kurumbów: je li to był Europejczyk — febrze błotnej *) Je li ofiar  stał si  krajowiec — 

przypadkowemu p kni ciu  ledziony. Jest to bardzo oryginalny w Indjach organ ciała 

człowieczego Je eli nauka w Europie nie zdołała jeszcze oznaczy  do  jasno funkcji  ledziony, 

to anglo-indyjscy urz dnicy poznali j  doskonale.  ledziona gra tutaj we wszystkich podejrzanych 

wypadkach nagłej  mierci, zwłaszcza

 

 

*)    Ten rodzaj febry  nie    cina człowieka z nóg do ostatniej chwili.    Choroba objawia si   

nieustannem działaniem w organizmie pal cego pragienia.   Chory, mo na powiedzie , umiera na nogach 

 

wskutek bójek i kiedy zwyci zc  został Anglik, tak  sam  uniwersaln  rol , jak  we Francji gra w 

zjawiskach jasnowidzenia le grand boyau hysteri ue (histeryczna kiszka gruba). Rozstrzygaj c 

łatwo i szybko najzawilsze dylematy w umysłach uczonych we Francji i s dziów w Indjach, oba 

te organy wy wiadczaj  tym sposobem nadzwyczajn  przysług  ludzko ci. Nie bez kozery 

nilghirscy lekarze z ich wieczn  febr  błotn  tak irytuj  szanown  pani  Morgan!

 

Do jakiego stopnia dochodzi u s dziów pogarda dla prawdy, i jak łatwo człowiekowi 

dosta  si  w Indjach do kryminału, je li jest krajowcem, wida  z nast puj cego zdarzenia, które 

si  stało niedawno w Galaghacie (Assam). Mowa, oczywi cie, znowu

 o  czarach *). 

Jakiego  bramina okradli. Mimo wszelkich stara , nie mógł on znale  ani złodzieja, ani 

rzeczy. Postanowił tedy uciec si  do wró by, znanej w As-samie pod nazw  Chuka-mella, czyli 

„ruszaj cy si  kij". Posłał po znanego w mie cie czarownika imieniem Machidchar, który, 

przyszedł do  do domu, uci ł na miejscu kij bambusowy, stan ł na progu

 

1 czekał na przechodniów, W tym samym czasie przechodził ulic  pisarz   komisjonera,   niejaki   

Rochpar. Przywołał go i, oznajmiwszy, o co chodzi, zapytał: czy chce   pomódz   braminowi   w   

odszukaniu   skradzionych rzeczy. Rochpar zgodził si  i zaraz wzi ł

 

 

*)    Palrz Assan Neto*, z 29 maja 1884 r.

 

 

 

do r ki kij, nad którym Machidchar dopiero co wymówił cały szereg zakl ...

 

Nie zd ył Rochpar dotkn  si  bambusu — ju  jakgdyby zawładn ła nim jaka  moc. 

Zacz ł bied , krzycz c,  e kij przyrósł mu do r ki i ci gnie go. Za nim oczywi cie pobiegł tłum i 

okradziony bramin. Przybiegłszy do niewielkiego tanku (woda stoj ca w cysternie), Rochpar 

odrazu wetkn ł trzcin  w nie-gł bok  wod  i powiedział: szukajcie tutaj. Spu cili wod , zacz li 

grzeba  i znale li cz

 skradzionych srebrnych rzeczy. Zach cony powodzeniem, bramin 

zapragn ł znale  reszt , Machidchar wymówił znowu swoje zakl cia nad trzcin  i ponownie 

wło ył j  w r k  Rochpara. Ta sama scena, to samo niepowstrzymane parcie naprzód. Tym razem 

pisarz pobiegł w innym kierunku, do drzewa, niedaleko od domu bramina.

 

— Kopcie tutaj! — krzykn ł na ludzi. Zacz li kopa  i znale li reszt  *). Zaczem policja, 

prawdopodobnie niezadowolona z takiego łatwego sposobu odnalezienia skradzionyph rzeczy,, 

przy którym nic z nich u niej nie przepadło, aresztowała Rochpara, oskar aj c jego samego o t  

kradzie . Wsadzili go do kozy na zasadzie tylko podejrzenia i, przetrzymawszy tam jaki  czas, 

powiedli do s du, przed gro ne oblicze s dziego, Mr. Try-

 

 

*) Podobne sceny widziałem w osadzie D ewad, na pograniczu Kaukazu i Persji, w stepie 

Muha skim. Tam popisywali si  zapomoc  „ci gn cej  erdzi" w drowni derwisze - szyici. Przyp, tłom. 

 

borna.  Oskar ony,  oczywi cie,  nie  przyznawał  si .

 

Wobec publiczno ci i całego s du opowiedział, jak było; mówił,  e przechodził koło 

domu bramina, którego nie znał, i  e zgodził si  na do wiadczenie, nawet nie wierz c w nie. W 

ka dym razie, mówił, gdyby on był złodziejem, z pewno ci  nie poszedł by t  ulic  i nie 

zgodziłby si  zosta  łapaczem. Nast pnie opowiadał,  e wzi wszy czarodziejski kij do r ki, tracił 

za ka dym razem  wiadomo ;  e nie on niósł kij, lecz sam kij wlókł go i t. d. Nie bacz c na to, 

background image

  

44 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

e prócz policji, nikt go nie oskar ał, a przeciwnie, wielki tłum obecny przy „chuka-melli" 

zeznawał na jego korzy ,  e jego zwierzchnik r czył za , s dzia skazał nieszcz snego 

młodzie ca-bramina na rok i trzy miesi ce wi zienia!

 

Rochpar apelował do wy szego s du. Lecz Mr. Luttmann Johnson, nowy s dzia, 

zatwierdził wyrok pierwszej instancji, na tej m drej podstawie,  e skoro odnalazł rzeczy nie 

wahaj c si , to znaczy, wiedział naprzód, gdzie one si  znajduj ; a skoro wiedział, to niema 

najmniejszej w tpliwo ci, „ e jest on albo samym złodziejem, albo paserem".

 

W ten sposób karjera młodego człowieka została nazawsze zwichni ta, a materjalista 

triumfuje.

 

Samo przez si  jest zrozumiałe,  e nie wierz  ani w czarodziejskie laski, ani we wró by w 

tej formie, w jakiej widzimy je w Indjach wogóle a w Górach Bł kitnych — w szczególno ci. 

Lecz wierz  w sił  magnetyczn , w jasnowidztwo i w somnambulizm. A kto wierzy w nie, ma 

prawo pot pia  s dziego, który, przecz c wszystkiemu, nie dopuszcza mo no ci tego nagle 

owładaj cego człowiekiem stanu, który magnetyzerowie nazywaj  elat lucide *). W ka dym b d  

razie ludzi pakuj  do wi zienia na rok za niedowiedzione przest pstwo tylko w Indjach 

(Rosjanka, pani Bławatska, b d c zdaleka od ojczyzny... zagalopowała si ! W. R.). Nie s dz , 

ebym si  bardzo myliła, wyra aj c opinj ,  e półdzicy Kurumbowie władaj  całym arsenałem tej 

siły, której dopiero cz

 narazi  odkryli uczeni hypno-tyzerowie szpitala Salperiere, i któr  w 

mniejszym lub wi kszym stopniu dysponuj  magnetyzerowie. To samo dotyczy Toddów; 

przechowali oni t  nauk , nabyt  prawdopodobnie przez ich praojców w czasach zamierzchłych.

 

Idzie zreszt  nie o to, czy oba te plemiona władaj  tak  sił , czy nie. Zaprzecza  

czambuł zeznaniom tylu niezainteresowanych w tem osób,  e zarówno Toddowie, jak i 

Kurumbowie obdarzeni s  „dziwn  sił  psychiczn ", według wyra e-

 

 

*) Tem mocniej wierz  w niewinno  Rochpara,  e' zapoznałam si  w Indjach z tym rodzajem 

czarnoksiestwaUkradziono mi złoty zegarek i broszk , i odnalazła je tego  dnia pi cioletnia dziewczynka, 

której fakir przywi zał do r ki taki kij. Dziewczynk  umy lnie przywie li w tym celu ze wsi, poniewa  była 

subjektem (un siujet). A fakir czyli tawa (ojciec) nie wzi ł nawet wynagrodzenia. Przyp. autorki.

 

e dar jasnowidzenia istnieje niezale nie od szeroko ci geogr., epoki i  rodowiska, dowodem znany z tego w Warsza-

wie pan O„ w którym przejawy tej siły s  bodaj bardziej zdumiewaj ce, ni  owe indyjskie. Przyp. tłom. 

 

ni  gen. Morgana, staje si  rzecz  trudn , je eli nie niemo liw . Dla nas, mieszkaj cych w 

Indjach, kwestja ta jest oddawna rozstrzygni ta.

 

Lecz teraz pozostaje nam dowiedzie  si : jaka istnieje ró nica (prócz oczywistych, z 

jednej strony dobroczynnych, z drugiej zabójczych jej rezultatów) mi dzy t  sił , tak jak ona 

przejawia si  u Toddów, a jak ujawnia si  u Kurumbów, Nast pnie, po rozstrzygni ciu tej kwestji, 

o ile to si  uda, wypadnie nam wybiera  mi dzy wiar  b d  w czary, b d  te  w mo liwo  tego, 

w co sama nauka zaczyna wierzy .

 

We wiadomo ciach, zebranych przez nas o Tod-dach i Kurumbach, jest wiele 

pojedynczych wypadków, gdzie mamy wyra ne objawy tego, co nazywamy mesmeryzmem, a 

obecnie hypnotyzmem. Je li Toddowie lecz , jak leczył niekiedy Hipokrates i staro ytni 

hierofanci  wi ty  egipskich, działaniem sło ca, korzystaj c z własno ci elektrycznych jego 

promieni, zapomoc  magnetycznych passów r kami lub magnetyzmu zwierz cego — Mułła-

Kurumbowie, podczas swych zakl  i czarów, u ywaj  istotnie wszystkich praktyk tessalskich 

czarownic, o ile o nich wiemy z klassyków. U ywaj  do tego ksi yca i jego szkodliwych w 

pewnych porach roku promieni, zbieraj  zioła i gotuj  z nich odwary czarnoksi skie, u ywaj  

krwi, posiadaj  wreszcie sekret, lecz najprawdopodobniej wrodzon  im, jak w om, własno  

oczarowywania wybranej ofiary wzrokiem. Magnetyzer robi to samo. Ró nica mi dzy uczonym 

hypnotyzerem, który daje rozkaz subjektowi w my li i zmusza biedn  uczciw  dziewczyn  do 

popełnienia, słowem i czynem bezwiednych spro no ci publicznie *), a Kurumbem, który, 

opanowawszy podst pnie łatwowiernego Baddaga, zmusza go do kradzie y i popełniania 

wszelkich innych przest pstw, „jakby w paro-ksyzmie kompletnej niepoczytalno ci, lub upoje-

background image

  

45 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

nia"**) — ró nica, powiadamy, jest niewielka. Mi dzy wykształconym pary aninem — 

hypnotyzerem a czarownikiem — Mułła-Kurumbem znajdujemy j  tylko w stopniu napi cia siły.

 

Francuz b dzie potrzebował jeszcze dwustu lat, zanim dojdzie do wiedzy Mułłu-

Kurumba, do jego sztuki rz dzenia po swojemu my leniem i działaniem arcysłabego w 

porównaniu z nim organizmu ludzkiego. Sztuka architektury rozwijała si  w ludzko ci przez 

tysi ce lat. Kret nie uczył si  w uniwersytetach, a podwodne budowle bobra posłu yły ludziom za 

wzór. Przyroda bywa cz sto najm drzejszym z profesorów. Niejedno dzieło budownictwa 

redniowiecznego poniewiera si , zakopane w kurzu bruków

 

 

*) Widziałam to osobi cie w Pary u, a blizka krewna, zwiedzaj c Salpetriere, oburzona była na dwóch 

uczniów d-ra Char-cofa, którzy w ten sposób bawili si  biedn , bezbronn  dziewczyn . To nazywa si  u nich ac/p.i 

por suagesfion.

 

Słowa z protokółu w sprawie, tocz cej si  w Kosza-*-girskim s dzie, w której oskar ano Baddaga o 

kradzie . Bad-dag przytaczał ten fakt na swe usprawiedliwienie.

 

 

włoskich;    mury    cyklopów    dotychczas stoj  niewzruszone...

 

eby unaoczni , do jakiego stopnia praktyki Europejczyka — hypnotyzera i Kurumba — 

czarownika podobne s  do siebie, i  e w zjawiskach, wywołanych przez obu, działa ta sama siła, 

przytocz  dwa przykłady: jeden — 2 do wiadcze  naukowych lekarza francuskiego; drugi — z 

obserwowanych przez nas wypadków w Nilghiri. „Ale to w Indjach!" — powiedz  nam — „w 

kraju ciemnoty i zabobonów!" Zaczniemy tedy od przykładu, który zdarzył si  we Francji, prawie 

w naszych oczach, zaledwie ubiegłej wiosny i wobec wielu  wiadków. W dziennikach 

francuskich a potem i w szwedzkich, w przekładzie, pojawił si  nadzwyczaj ciekawy artykuł, po 

którym nast pił szereg dalszych; a potem lekarz, co je nadsyłał do gazety (zdaje si  Temps) 

raptem — zamilkł. Ów lekarz — magnetyzer w Lilie, ju  od szeregu lat czyni godne uwagi 

do wiadczenia pod kierunkiem Char-cofa i innych luminarzów paryskich. W do wiadczeniach 

swych doszedł do tego,  e kierował u pionym subjektem my lowo, tj. nie wyra ał polecenia 

nagłos, a poprostu pomy lał je lub napisał na papierze i oddawał na przechowanie trzeciej osobie. 

Jak zapewniał, w ten sposób był w stanie spowodowa  nast puj ce, jeszcze niewidziane zjawisko, 

które Charcot nazwałby acte par suggestion, niekiedy nawet nie zaraz, a w do-

 

wolnie wyznaczonym czasie, po miesi cu, nawet po kilku miesi cach. Robił naprzykład, tak  

rzecz: stoj c przed u pionym subjektem, albo mówił mu cicho, prawie niedosłyszalnie, do ucha, 

albo te  poprostu powtarzał w my li, lub wreszcie, dla zaspokojenia sceptycyzmu przyjaciół, 

zapisywał takie zdanie:

 

„Za miesi c (lub za tyle a tyle dni), tego a tego dnia i godziny rozkazuj  mu (subjektowi) 

uczyni  to lub owo". Dalej szła tre  rozkazu i szczegóły jego wykonania. Subjekt budził si , nic 

nie pami taj c. Po miesi cu, tego a tego dnia i w oznaczonej przez hypnotyzera godzinie i 

minucie, czemkolwiek byłby subjekt wówczas zaj ty, wypełniał rozkaz dosłownie, z niesłychan  

dokładno ci  i nie bacz c na  adne przeszkody. Wykonywał to machinalnie, sam nie wiedz c, w 

jakim celu, i, cho  na minut  przedtem nie wiedział,  e wykona to lub owo, po spełnieniu aktu 

m tnie pami tał wszystko, aczkolwiek nie mógł obja ni , dlaczego to wła nie uczynił.

 

Te interesuj ce lecz i niebezpieczne eksperymenty doprowadziły do dramatu, i nast pnie 

zostały przerwane, zdaje si , na długo. W S. mieszkał i teraz jeszcze mieszka, gdy  to wszystko 

wydarzyło si  na wiosn  1884 roku, agent policyjny, un agent de surete, jak ich nazywaj , znany 

lekarzowi. Był to zdrowy jak rydz, t gi człowiek, trzydziestopi cioletni, nadzwyczaj nabo ny 

i poza słu b  bardzo łagodnego charakteru. Lekarz znalazł w nim wyborny subjekt. Po-

chwyciwszy biednego agenta w szpony swej władzy, robił z nim najrozmaitsze do wiadczenia. 

Oto co, po uprzedniem porozumieniu z przyjaciółmi, wreszcie urz dził: Agent spał. Ani 

roz arzone korki, ani gł bokie ukłucia szpilk  pod paznogcie, ani wystrzał z pistoletu nad samem 

uchem nie mogły go rozbudzi . Jednem słowem, znajdował si  w stanie kataleptycznym. 

Wówczas lekarz wyszedł z trzema przyjaciółmi do drugiego pokoju, i jeden z nich, napisawszy na 

kawałku papieru rozkaz, oddał go magnetyzerowi. Ów powrócił do subjektu, przeczytał sobie po-

background image

  

46 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

cichu to, co było napisane, i my lowo kazał agentowi spełni   ci le za trzy tygodnie, o drugiej po-

południu nast puj ce przest pstwo:

 

„Oto ostry malajski nó " — rzekł do  w my li, podaj c mu niewielk  drewnian  linj , — 

„Chowam go do tej oto szafy. Tego a tego dnia, o godzinie drugiej po południu we mie go pan, 

nie bacz c na zamki i zapory. Pójdzie pan z tym no em do ogrodu publicznego i zobaczy pan w 

(tej a tej) alei, przy siódmem drzewie ogrodnika, schylonego nad kwietnikiem i polewaj cego ro-

liny. Zakradnie si  pan niepostrze ony i zabije go, zatapiaj c ten nó  potrzykro  w plecy ofiary. 

Nast pnie we mie pan szpadel, wykopie u stóp drzewa dół, zakopie ciało i uda si  do prefektury 

policji, gdzie opowie pan swemu zwierzchnikowi

 o zbrodni, nie wydaj c jednak siebie, lecz 

zwalaj c win  na Niemca — rze nika, który, póki pan b dzie zakopywał ciało, sta  b dzie koło 

pana ł  mia  si "...

 

Agent ockn ł si , obudzony przez lekarza, oczywi cie, nic nie pami taj c. Jak byłby prze-

ra ony i oburzony poczciwy policjant, gdyby wiedział o danem mu poleceniu. W oznaczonym 

dniu magnetyzer, ze  miej cemi si  z góry z tego eksperymentu przyjaciółmi, przygotowywał si  

do oczekiwanej sceny i ulokował w pokoju, gdzie w szafie była schowana linijka. Tego dnia, 

punkt o drugiej, biedny stró  porz dku publicznego był na słu bie. Opu ciwszy swój posterunek 

na ulicy, zdezerterował, według wyra enia jego surowego naczelnika. On, najlepszy z agentów 

policyjnych, stawiany za wzór innym, popełnił tego dnia przest pstwo Nr. 1. Akurat na pi  minut 

przed drug  na ulicy wynikła bójka. Gdy przebrzmiało drugie uderzenie na najbli szym zegarze 

miejskim, policjant zapisywał w swym carnet de police nazwiska awanturników. Ku zdumieniu 

zebranej gawiedzi i dwóch łobuzów, którzy ju  szykowali si  wobec sporz dzenia protokółu, do 

sp dzenia nocy w ulu, agent naraz upu cił swój notatnik, wytrzeszczył oczy i szybko, jak automat, 

który puszczono w ruch, obrócił si  na pi cie, poszedł ulic , i skr ciwszy w przecznic , zgin ł z 

oczu obecnym. Wszystko to stało si  tak szybko,  e gdy, ochłon wszy ze zdumienia, tłum pobiegł 

za nim, nie znalazł ju  ani  ladu policjanta. Agent znikn ł, i wszyscy doszli do wniosku,  e 

zwarjował. 

W tej samej chwili wchodził on do domu lekarza, nie przez drzwi, które znalazł umy lnie 

zamkni te, lecz przez furtk  od ogrodu, któr  bez namysłu wyłamał. To było przest pstwo Nr. 2.

 

Wszedłszy do pokoju, gdzie siedział magnetyzer z przyjaciółmi, agent, w swym gł bokim 

stanie hypnotycznym nawet ich nie zauwa ył. Skierował si  prosto do szafy, gdzie le ała linijka, 

w jego wyobra ni „nó  malajski";  e szafa była zamkni ta, wyj ł z kieszeni  elazne policyjne 

kleszcze i złamał zamek. Wszystko to robił automatycznie, nie spiesz c si , ale szybko. Wyj wszy 

linijk , schował j  pod mundur i, rozgl daj c dokoła jakby w obawie, by go nie zauwa ono, 

ukradkiem wyszedł na ulic . Było to przest pstwo Nr, 3. i Doktor z przyjaciółmi, oczywi cie po-

szedł za nim i trzymał si  bardzo blizko policjanta, gdy  ten, oczywi cie, nie widział nikogo.

 

Potem agent udał si  do oznaczonego przez magnetyzera ogrodu publicznego. W ogrodzie 

pełno było bon i dzieci; lecz ta aleja, w któr  skierował si  dla dokonania czwartego i 

najstraszniejszego w tym dniu przest pstwa, była, ku zadowoleniu czterech obserwatorów, pusta...

 

Imaginowany dramat stawał si  coraz bardziej interesuj cy...

 

U wej cia do alei agent zatrzymał si  i zacz ł liczy  drzewa. Wida  było,  e jest teraz 

zdezorjentowany. Według opinji lekarza, my l, podana przeze  agentowi, niedo  jasno odbiła si  

w głowie subjektu: nie wiedział, po której stronie alei powinien był zobaczy  ofiar . Lecz wahał 

si  niedługo. Nie znalazłszy tego, czego szukał, z prawej strony, zacz ł liczy  drzewa po lewej 

stronie i nagle, schyliwszy si , przywarł do ziemi. Prawdopodobnie zobaczył ogrodnika i 

szykował si  do zabicia go...

 

W owej chwili wygl dał, jak dziki zwierz — opowiadali naoczni  wiadkowie. Jego mocno 

zaci ni te z by i wpółotwarte usta, jego szeroko rozwarte oczy, wyra aj ce mimo ich szklan  nie-

ruchomo , co  dzikiego, okrutnego i zdecydowanego: wszystko to razem przestraszyło swym 

realizmem eksperymentatorów. Lecz ich strach niebawem przeszedł w przera enie, gdy ich sub-

jekt j ł odgrywa  z uderzaj c  wierno ci  akt imaginowanego zwierz cego morderstwa. Pocz ł 

skrada  si  ku niewidzialnemu dla wszystkich, prócz niego samego, ogrodnikowi, cicho i 

background image

  

47 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

ostro nie, to przypadaj c do ziemi, to prostuj c si  .i daj c ogromne susy. Wreszcie dosi gn ! 

oznaczonego drzewa i, dobywszy linijk  zza pazuchy, run ł na ofiar  i wbił trzy razy linijk  w 

powietrze. Nachyliwszy si  jakby nad ciałem, długo patrzył na nie, ocieraj c cały czas linijk  ze 

krwi, która dla niego była, prawdopodobnie, tak  sam  realno ci , jak on sam był dla 

obserwuj cych go osób.

 

Jednem    słowem,    wykonał    do    najmniejszych szczegółów pomy lany przez lekarza 

dramat. Wykopawszy wyobra an  łopat  wyobra any dół, pochował w nim nieistniej ce ciało. 

Potem wyszedł z ogrodu i poszedł w kierunku prefektury policji. Lecz tutaj dramat urwał si , i 

uło ony epilog nie mógł by  rozegrany. Spotkał si  oko w oko ze swym zwierzchnikiem, którego 

zreszt  nie poznał. Komisarz, widz c,  e agent nie zwraca na  uwagi i nie odpowiada na jego 

wezwanie, przywołał dwóch policjantów i kazał go aresztowa , I wtedy ujawniła si  w całej swej 

realno ci siła mesmeryzmu, hypnotyzmu, czarnoksi stwa — nazwijmy to, jak nam si  podoba. 

Agent jednym zamachem r ki odrzucił precz od siebie dwóch towarzyszy, daleko od niego 

silniejszych, i szedł dalej tak spokojnie, jakby go nic nie zatrzymywało. W owym momencie, na 

szcz cie, zd ył zainterwenjowa  doktor - magnetyzer: wstrzymał r k  komisarza, który 

zamierzał strzeli  do zbuntowanego policjanta z rewolweru, i błagał go by poczekał jeszcze 

troch . 

Podbiegłszy do swego subjektu, zapomoc  kilkunastu passów wyprowadził go ze stanu 

hypnozy. Lecz ci ył na nim daleko trudniejszy obowi zek: uratowa  agenta od powa nych 

konsekwencji jego zachowania si , przekonawszy jego zwierzchnika,  e istotnie policjant od 

dwóch godzin znajdował si  w stanie niepoczytalnym;  e, je-dnem słowem, dopu cił si  w 

szeregu innych imaginowanych przest pstw wykrocze  słu bowych nie wiadomie i wskutek tego 

powinien by  uwolniony od odpowiedzialno ci.

 

Na tem wła nie polegała trudno  a zarazem tryumf mesmeryzmu. Do wiadczony 

hypnotyzer zwyci sko wyszedł z niełatwej sytuacji, Wykony-wuj c nad agentem to, co w j zyku 

magnetyzerów nazywa si  passes contraires, nakazał mu pami ta  nawet na jawie jego instrukcje. 

„Pami taj pan— rozkazywał mu w my li, —  e masz zwali  zbrodni  na rze nika. Poka  swemu 

zwierzchnikowi narz dzie  mierci, nó  malajski. Pan wie, jak i wszyscy znajomi rze nika,  e ten 

nó  jest jego własno ci ".

 

Teraz nast piła tragikomedja. Zupełnie rozbudzony A. (agent) naraz oszołomił zebran  pu-

bliczno  formalnym raportem przed naczelnikiem,  e opu cił swój posterunek dla zapobie enia 

przest pstwu, leczniestety, zjawił si  zapó no: wpadłszy do ogrodu, zastał tam rze nika nad 

zwłokami nieszcz snego ogrodnika i zd ył jeno wyrwa  mu nó , który oto składa władzy 

przeło onej.

 

I wyj wszy linijk , z powag , uroczy cie podał j  komisarzowi. Ów, rzecz prosta, jak i 

wszyscy obecni, wiedz c,  e „ce malheureux" nigdy nie pił, orzekł,  e agent dostał pomieszania 

zmysłów; Wówczas lekarz i jego trzej przyjaciele wyst pili naprzód i, prosz c naczelnika o 

zwłok  w wydaniu rozkazów, zacz li wyrzuca  policjantowi kłamstwo. „Do ohydnej zbrodni — 

mówil 

  

  —  dodaje pan jeszcze gorsze przest pstwo: oszczerstwo, rzucone na niewinnego 

człowieka. To pan sam zabił ogrodnika.  ledzili my pana, widzieli my, jak pan trzykrotnie wbił 

mu w plecy ten okropny nó  malajski... Niech pan lepiej przyzna si  do zbrodni... To jedno mo e 

złagodzi  pa ski los". Teraz ju  ani komisarz, ani rosn cy wci  tłum nic z tego wszystkiego nie 

rozumieli. Przez chwil  uwa ali tych wszystkich czterech ludzi za warjatów. Lecz co musiał 

uczu  naczelnik, gdy jego ulubiony agent, padłszy przed nim na kolana, gło no przyznał si  do 

swej strasznej zbrodni. Komisarz, powiadaj , pobladł i koniec ko ców uwierzył mu. Kazał si  

„przest pcy" zaprowadzi  na miejsce morderstwa, co ten bez wahania uczynił, raz jeszcze 

powtórzywszy,  e zakopał zwłoki pod drzewem, i  e widział to rze nik, na którego dlatego te  

chciał zwali  win ...

 

background image

  

48 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

,,Malheureux! malheureux!" powtarzał jego strapiony naczelnik, gdy podszedł lekarz i 

obja nił mu halucynacj  jego agenta. Wówczas komisarz strasznie si  rozgniewał i nie uwierzył 

słowom magne-tyzera. Dopiero gdy, rozp dziwszy gapiów, znalazł si  z kilku policjantami na 

„miejscu zbrodni", i ujrzał, jak agent, wci  jeszcze pod wpływem halucynacji, wskazał mu na 

nietkni te miejsce pod drzewem, upewniaj c,  e „oto krew.,, a oto i trup", i jak potem pienił si , 

nie rozumiej c, dlaczego inni nie widz  trupa, komisarz poj ł,  e to nie jest  art lekarza, lecz  e 

pod tem kryje

 si  co  powa niejszego, cho  nie mo e jeszcze zrozumie , jak si  to wszystko stało. 

Gdy zapytali agenta, udaj c,  e mu wierz , dlaczego on, uczciwy, zasłu ony sier ant, popełnił 

tak  okropn  bezcelow  zbrodni , odpowiedział, zwiesiwszy głow ,  e nie wie. „Wlokła mnie 

nieprzemo ona siła — mówił, — siła, której nie byłem w stanie si  oprze , i która zmuszała mnie 

my le  i czu ,  e post puj  dobrze i  e tak wła nie powinno si  sta ". Gdy kto  wspomniał mu o 

starej matce, której był jedynym synem, agent gorzko zapłakał, lecz w dalszym ci gu widział 

przed sob  zwłoki zamordowanego i oboj tnie potr cał je nog . Trwało to, dopóki nie 

sprowadzono rzekomo zabitego ogrodnika. Gdy ten podszedł do policjanta i zapytał, dlaczego 

spotwarza siebie, agent padł bez zmysłów.

 

— To nic, to nic — powtarzał zafrasowany lekarz. — Natychmiast u pi  go znowu i ,ka  

mu zapomnie  o wszystkich zdarzeniach dnia dzisiejszego... Wierzcie mi,  e to nie pozostawi po 

sobie  adnych smutnych nast pstw...

 

Lecz mylił si . Gdy agent przyszedł do siebie, ukazały si  wszystkie objawy białej 

gor czki. Przele ał w szpitalu trzy miesi ce i niedawno dopiero wyszedł z niego. Z 

dobrodusznego, wesołego i dobrego chłopa stał si   ywym szkieletem, chorobliwym, l kliwym, 

nerwowym i podejrzliwym. Wedle słów barona de G., naocznego  wiadka całego tego dramatu, 

,,1'impression fut tel-le, que la mort seule pourrait l'effacer du cerveau du pauvre diable!" 

Wzi ty w ognie zemsty komisarza i całej policji, skarg klerykałów i arcybiskupa, którzy widzieli 

w takiej przemocy jednego człowieka nad drugim djabelsk  spraw , biedny lekarz miał za swoje. 

Widział si  zmuszonym opu ci  miasto rodzinne i przeniósł si  do Pary a. Opowiadaj , jakoby 

publikacja tego wydarzenia była wstrzymana staraniem klerykałów i policji — pour 1'honneur du 

corps.

 

Lecz to nie- przeszkodziło niesamowitej historji wypłyn  na  wiat bo y. Popl tali j , 

zmienili szczegóły i, staraniem osób zainteresowanych, zrobili  andarma z policjanta, a z ogrodu 

publicznego w Lilie — ogród szpitalny w Pary u, Ale nawet gdyby my mieli si  zadowoli  

oficjaln  i nieco złagodzon  relacj *), to i tego byłoby a  nadto dla naszego porównania mi dzy 

praktykami hypnotyzerów a czarowników. ^ Gazety, rozwodz c si  o tem wydarzeniu ł cytuj c 

wiele innych cudów hypnotyzacji, dokonanych przez znanego w Pary u lekarza pod okiem J. B. 

Korrea, upro ciły opowie . „ andarma u pili — mówi  one — i lekarz rozkazuje mu popełni  

przest pstwo.  andarm budzi si , chwyta linijk  i zakrada si  do ogrodu; lecz

 

 

*)    Patrz:   Journal   of Medcdne (Londyn,   za  sierpie ), New-Yotk Home Journal (sierpie  1884) i 

gazety londy skie.

 

 

my  ledzimy go z okna i widzimy, jak podchodzi do drzewa" itd. itd. Wróciwszy do pokoju leka-

rza, w klinice, woła: „Aresztujcie mnie! Jestem morderc  i łajdakiem!,,. Splamiłem swe, dotych-

czas nienaganne,  ycie niepotrzebnem zabójstwem. Zar n łem człowieka!.,." — „Dlaczego to pan 

uczynił"? — „Nie wiem, co  mnie pchało. On nic mi nie zrobił, ale patrzał (tj, drzewo) na mnie w 

sposób wyzywaj cy. Miałem w r ku nó  (linijk ) i wbiłem mu go w plecy,,. Słyszałem, jak nó  

zaskrzypiał na jego  ebrach! Ratunku, ratunku!" I  andarm padł bez zmysłów.

 

Baron de G. był  wiadkiem całej historji; był on jednym z przyjaciół lekarza, którzy byli 

obecni przy tej sprawie od pocz tku do ko ca. Oczywi cie, policja nie chciała,  eby taki skandal, 

zrobiony cho by w stanie niepoczytalnym przez jednego ze „swoich", dostał si  w cało ci na 

łamy pism. Wskutek tego zaszła drobna zmiana dekoracji. Je li nawet rzecz odbyła si  tak, jak j  

opowiadaj  gazety i sam J, -B. Korrea (a zdarzyło nam si  widzie  jeszcze wi ksze dziwy) , to 

jednak jaka  jest ró nica mi dzy tak  władz  hypnolyzera a czarami?

 

background image

  

49 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Jako fakt równoległy,  opisz  praktyki czarnoksi skie pewnego Mułłu-Kurumba,  

dokonywane  na chłopcu,      którego    znałam    osobi cie    w    Górach Bł kitnych,      a      

potem    poprosz     o    porównanie -obydwóch historji.

 

Mi dzy    Kattaghiri    a    Utli    mieszka    rodzina eurazjatów, ludzi do  zamo nych. 

Składała si  ona przed kilku laty z matki w podeszłym wieku, dwóch synów i siostrze ca, 

wychowanego od kołyski przez staruszk , przez pami  o jej zmarłej młodszej siostrze. 

Pani Simpson była to kobieta dobra i bardzo nabo na. Synowie słu yli w kancelarji guber-

natora, a chłopiec, wówczas jedenastoletni, chodził do szkoły misjonarzy. Innemi słowy, po-

południu miał czas zupełnie wolny i robił, co mu si  podobało.

 

Jak i wszystkim dzieciom w zdrowych, malowniczych górach Nilghiri, pozwalano mu wa-

ł sa  si  po alejach i g szczach „miasta" do-woli. Utti jest miastem tylko na mapach Madra-su; w 

europejskiem znaczeniu słowa jest to miasto tylko z imienia. Prócz małej dzielnicy krajowców w 

du ym w wozie, na którego dnie ci gn  si  dwoma rz dami drewnianych szop sklepy i bazar, a 

dokoła, niby jaskółcze gniazda, widniej  poprzylepiane do stromych zboczy w wozu chatynki 

tubylców, w Utti niema ani jednej ulicy. Jest tam wspaniały ratusz, ko ciół, szpitale, kluby i nawet 

europejskie magazyny latem, ale ulic niema. Wille i cottage'e rozrzucone s , jak oazy, tam i sam, 

na nierównej powierzchni wzgórz, pokrytych du emi drzewami, a miejscami prawdziwym lasem. 

Budynki stoj  przewa nie u stóp pagórka lub skały, dla 

M

 ochrony od wiatru,  ród wielkich 

ogrodów, parków i plantacji, ogrodzonych  ywopłotem. Od tyłów domów prywatnych  cie ki 

wiod  cz sto do nieprzebytych prawie g szczy na stokach s siedniej góry, dok d rzadko zachodzi 

noga Europejczyka.

 

Wieczorami i w nocy jest dosy  niebezpiecznie wychodzi  z domu, zwłaszcza bez broni ł 

przechodzi  przez te g szcze. — Nieoczekiwane spotkanie z lampartem a niekiedy i z tygrysem, 

nie mówi c ju  o za artych dzikich kotach, zatrzymuje w domu wszystkich, kto mieszka daleko 

od centrum miasta lub nie ma ekwipa u.

 

Dom starej pani Simpson znajdował si  daleko od głównych alei Utti, i akurat za domem 

zaczynała si  taka g stwina. Chłopcu zabroniono tam chodzi . Lecz smyk przepadał za ptakami. 

Miał cał  szop , o wietlon  du emi oknami i zastawion  ro linami w kubłach, gdzie urz dził 

sobie ptaszarni . Znajdowały si  łam wszelkie odmiany ptasiego rodu, od papug do kolibrów Gór 

Bł kitnych, male kich jujmu. Brak było tylko nilghłrskiej jaskółki. To malutkie  ółte stworzenie, 

nadzwyczaj dzikie i czujne, lata bardzo wysoko, i prawie niepodobna zwabi  je w sidła.

 

Pewnego dnia, uniesiony sw  nami tno ci , zabrn ł daleko od domu, w gł b lasu. Przed 

nim skakała z drzewa na drzewo „jaskółka" i on staraj, si  schwyci  ptaka. Tak uganiał si  za ni , 

a  do zachodu sło ca.

 

Je li zmierzchu niema    w    dolinach    Indji,    to

 w Utti, otoczonem ze wszech stron du emi 

górami

 

i skałami, przej cie od dnia do ciemnej nocy dokonywa si  prawie momentalnie.

 

Zobaczywszy siebie w g stym lesie, prawie w zupełnej mgle, chłopiec zl kł si  i po pieszył do 

domu. Lecz w drodze stało si  z jego obuwiem co , co go zmusiło do zatrzymania si  na chwil . Siadł na 

kamieniu, zdj ł trzewik i zacz ł szuka  w nim kolki, która go ura ała. Podczas tego

 

.

           z drzewa zeskoczyła,    prawie mu na głow ,    dzika

 

kotka. Wówczas, widz c, jak niemniej od niego samego wystraszony  bik, z małem w pysku, zje- ył si , 

gotów do ataku, nieszcz sny malec strasznie si  przeraził i krzykn ł na całe gardło. Ale w tej e chwili dwie 

strzały wbiły si  w bok zwierza, i  bik, wypu ciwszy z pyska kociaka, stoczył si  koziołkuj c, w gł boki 

rów. Dwaj Kurumbowie, brudni, półnadzy, wstr tni, wyskoczywszy    z    zasadzki,    wnet    zabrali    

upolowan

 

zdobycz i zagadali z chłopcem,  miej c si  z jego tchórzostwa.

 

.

                 Mulłu-Kurumbowie nie s  osobliwo ci  w Utti.

 

Mo na ich zawsze spotka  na bazarzePodczas gdy „miodowy" Tejna-Kurumb nigdy nie podchodzi do 

sadyb ludzkich, „cierniowy" (Mułłu) jakgdyby szukał stosunków z białemi, u których mo-

 

e zdoby  jakie  anny i pejsy (drobne monety) za najpo ledniejsz  robot  i usługi. Dlatego te  i mały 

eurazjata, zamiast przestrachu, uczuł wdzi czno  dla dwóch karłów, którzy tak w por  wybawili go z 

pazurów  bika.

 

Chłopiec władał ich narzeczem, jak i wszyscy eurazjaci, urodzeni w tych górach. Boj c si  i  da-

lej sam, zaproponował im,  eby odprowadzili go do domu, obiecuj c wzamian da  im ry u i wódki. 

background image

  

50 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

Zgodzili si , i wszyscy trzej poszli wdół. W drodze opowiedział im o swych trudno ciach w zdobyciu 

jaskółki, i Kurumbowie obiecali mu,  e za niewielkie wynagrodzenie zwabi  kilka tych ptaszków w jego 

sieci, Kurumbowie słyn  ze swego łowieckiego kunsztu: z równ  łatwo ci  chwytaj  małego ptaka i 

zwierz tko, jak zabijaj  tygrysa i słonia. Jako łowcy zwierz t prym trzymaj  w górach. Uło yli si ,  e zaraz 

nazajutrz spotkaj  si  w dolinie i pójd  na łów ptaszków. Słowem, zaprzyja nili si .

 

Po powrocie do domu chłopiec opowiedział ciotce o przysłudze, wy wiadczonej mu przez karłów. 

Ta dała im troch  drobnych i wódki, lecz natychmiast odprawiła ich. Pani Simpson, jak i wszyscy 

eurazjaci, brzydziła si  „czarnemi" wogófe, Esprit fort, nazywała wszelkie opowie ci o pot dze „cza-

rowników" bajdami, ale jej odraza do małych potworów, tym razem zgoła naturalna, była bardzo silna. 

Zabroniła siostrzanowi jakichkolwiek stosunków z niemi, i chłopak, boj c si  straci  sposobno  zdobycia 

wreszcie dla swej kolekcji upragnionego okazu, nie powiedział jej ani słowa o uło onej na dzie  nast pny 
wyprawie po ptaki. Spotkali si , i tego wieczora powrócił do domu z par  

ółtych jaskółek. Ogarni ty 

sw  nami tno ci  do ptaków i podniecony łowami, biedny chłopiec zapomniał tego dnia o 

wszelkim wstr cie do karłów i nawet nie zauwa ył, jak cz sto jego r ce były w kontakcie z 

r kami Kurumbów, którzy kilkakrotnie dotykali go si . Pod pretekstem wychwalania jego 

jaskrawej kurtki w krat , wodzili r kami kilka razy po plecach chłopca. Biedne dziecko! Maj c 

dotychczas bardzo mało styczno ci z tubylcami, któremi od najmłodszych lat uczono go gardzi , 

jako bałwochwalcami, i „negrami", prawdopodobnie nawet nie słyszał o tem, do jakiego stopnia 

boj  si  tych karłów ci, czyjej krwi płyn ło pi dziesi t procent i w ich  yłach.

 

Tu nale y opowiedzie , jak Kurumbowie chwytaj  ptaki. Dla powierzchownego 

obserwatora sposób ten jest bardzo prosty, dla uwa nego — przedstawia ciekawe zjawisko. 

Karzeł bierze niewielk  tyk , kr ci j  w r kach, jakgdyby polerował, i umocowuje na jakie  dwie 

stopy od ziemi, poziomo, na pierwszym lepszym krzaku. Nast pnie kładzie si  na ziemi w pewnej 

odległo ci, na brzuchu i, utkwiwszy oczy w wybranego przeze  ptaka, je li tylko •skacze on tam, 

gdzie Kurumb mo e go widzie , czeka cierpliwie. Oto co opowiada C. Butlor, który nieraz był 

wiadkiem takiego polowania.

 

„Wtedy oczy Kurumba przyjmuj  dziwny wyraz... Widziałem taki sam tylko we wzroku 

w a, gdy, czyhaj c na zdobycz, wpija go w ofiar , oczarowuj c j  a równie  w  lepiach czarnych 

ropuch Majasuru. Nieruchomy, szklany ten wzrok płonic jakby wewn trznym zimnem  wiatłem, 

przyci ga do siebie i wraz odpycha. Za kilka rupji pewien Kurumb zgodził si  bym asystował 

przy jego łowach. Ptak  wierka ł fruwa, beztrosko czynny, wesoły. Raptem zatrzymuje si  i 

jakgdyby nasłuchuje. Przekr ciwszy główk  w bok, trwa kilkana cie sekund bez ruchu; potem 

zatrzepoce  si  i wyra nie usiłuje odlecie . Niekiedy istotnie odlatuje, lecz bardzo rzadko. 

Zazwyczaj, co  jakby go wci gało w zaczarowany kr g, i ptak boczkiem zaczyna zbli a  si  do 

dr ka. Piórka ma ustroszone; cicho i  ało nie piszczy, a jednak wci  po

     

si  posuwa naprzód 

nerwowemi, krótkiemi skokami... Wreszcie jest obok „zaczarowanego" dr ka, jednym 

podskokiem przeskakuje na  — i los jogo rozstrzygni ty!... Ju  teraz nie mo e ruszy  si  z 

miejsca i siedzi na dr ku, jak przyklejony. Kurumb rzuca si  na biedne, oczarowane stworzenie z 

szybko ci , jakiej pozazdro ciłaby mu  mija; dajcie mu tylko troch  miedzianych groszy 

naddatku do umówionej zapłaty, a po re ptaka  ywego na miejscu!...*)

 

W ten sposób dwóch Kurumbów    złowiło par   ółtych jaskółek dla małego Simpsona,    

Lecz wraz

 

 

') Butlor — znany w Madrasie my liwy, rodem z Kanady. Razem z W. Dawidsonem podró owali kilka 

lat z polecenia Tow. Ornitologicznego. Patrz: czasopismo Stray Fealhers, wydawane przez to Tow, i Birds of India.

 

 

 

tem złowili i samego chłopca. Jeden z Kurumbów „oczarował go", jak oczarowywał ptaka. Opa-

nował jego wol , zacz ł kierowa  my lami, uczyniwszy ze  poprostu nie wiadom  siebie rzecz, 

której te  u ywał jako swe narz dzie, według własnej woli, jak francuski hypnotyzer uczynił z 

agentem policyjnym. Cała ró nica mi dzy dwoma procesami polegała na tem,  e doktor zaczynał 

od widzialnych passów i u ywał naukowej metody hypnotyzowania. Kurumb nie czynił nic 

background image

  

51 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

podobnego: on, prawdopodobnie, tylko popatrzał na chłopca podczas łowienia ptaka, dotkn ł go 

si .

 

Od tego dnia w chłopcu zaszła widoczna zmiana.    Zacz ł si  nudzi ,    stał    si     

ospałym,    przestał bawi  si  i biega . Stan jego zdrowia nie zmienił si  i apetyt mu dopisywał; 

lecz jak-gdyby postarzał o kilka lat, i domownicy cz sto spostrzegali,  e chodzi jak we  nie. 

Niebawem w domu zacz ły gin  srebrne rzeczy, ły ka,cukiernice, nawet srebrny krucyfiks, a 

potem i złote przedmioty pani Simpson,  ród domowników powstał alarm. Pomimo wszelkich 

rodków przezorno ci i stara  schwytania złodzieja, rzeczy gin ły jedna za drug  z dobrze 

zamkni tej szafy, od której klucz pani S. zawsze miała przy sobie..,. Policja, do której si  

zwrócono, była bezsilna w wytropieniu złodzieja. Podejrzenie padało na •wszystkich, a nie mogło 

zatrzyma  si  na nikim. Słu ba w domu była dawna, i pani domu r czyła za ni , jak za siebie.

 

Kiedy  wieczorom, po otrzymaniu z Madrasu przesyłki z ci kim złotym pier cieniem, 

pani S., schowawszy pakiet do  elaznej szafki i wło ywszy klucz od niej pod poduszk ., 

postanowiła nie spa  cał  noc.  eby to si ; lepiej udało, wyrzekła si  wypicia swej zwykłej 

szklanki piwa przed snem. Zauwa yła od pewnego czasu, ze wypicie jej sprowadzało na ni  

oci ało , i  e zaraz zasypiała.

 

Chłopiec spał w alkierzyku, obok jej sypialni. Koło drugiej w nocy drzwi z alkierza 

otworzyły si , i przy  wietle nocnej lampki ujrzała wchodz cego siostrze ca. Omal nie zapytała 

gło no, czego chce; lecz zapanowała nad sob  i z zapartym tchem czekała, co b dzie dalej. 

Chłopiec działał, niby we  nie. Oczy jego były szeroko rozwarte, a twarz miała, jak polem /e/na-

wała w s dzie, wyraz surowy, prawie zwierz cy. Poszedł wprost do jej łó ka, ostro nie wyj ł 

klucz z pod poduszki, tak ostro nie i zr cznie,  e ona raczej widziała ni  czuła jego r k  pod 

głow . Polem otworzył szafk , pogrzebał w niej, zamkn ł, .zaniósł klucz z powrotem pod 

poduszk  i wrócił do alkierza.

 

Pani Simpson miała tyle przytomno ci umysłu,  e trwała nieruchoma jaki  czas potem. Jej 

ukochany siostrzeniec, dziecko — złodziejem! Lecz gdzie  on podziewał skradzione rzeczy? 

Postanowiła czeka  do ko ca i pozna  tajemnic  w całej pełni.

 

Ubrała si  szybko,   pocichu i zajrzała do alkierza. Siostrze ca tam nie było, lecz drzwi na 

dwór były otwarte. Id c po jego  wie ych  ladach, ujrzała cie  chłopca koło ptaszarni. Noc była 

jasna, ksi ycowa. Zobaczyła wyra nie, jak schylony pod oknem, co  zakopywał w ziemi . Wów-

czas zdecydowała si  czeka  do rana, „Chłopiec jest lunatykiem — pomy lała sobie, — zapewne i 

reszta rzeczy tam si  znajdzie. Budzi  go i przestrasza  teraz niema potrzeby".

 

Wróciła do siebie, lecz dopiero gdy si  przekonała,  e dziecko powróciło do swego 

alkierza.

 

Przechodz c obok jego komórki, przekonała si ,  e  pi mocno, cho  oczy miał równie 

szeroko rozwarte, jak wtedy gdy podszedł do jej po cieli po klucz. To j  zdumiało i strasznie 

przeraziło. Długo stała nad nim, lecz postanowienie „czeka  do rana" nie opu ciło jej.

 

Nazajutrz rano wezwała synów i opowiedziała im szczegółowo nocn  scen . Poszli z ni  

do zauwa onego miejsca koło ptaszarni i znale li miejsce  wie o rozkopane. Najwyra niej 

chłopiec miał spólników.

 

Jak tylko wrócił ze szkoły, rozumna stara kobieta, poj wszy,  e rozpytuj c go si , 

niezawodnie nie dowie si  niczego i tylko jeszcze bardziej utrudni wyja nienie tej ciemnej 

sprawy, przyj ła go jak zwykle, dała mu drugie  niadanie, i jeno czujnie obserwowała. Wstaj c po 

niadaniu,  eby umy  r ce, zdj ła pier cionek i umy lnie zostawiła go na stole. Na widok złotego 

przedmiotu oczy chłopca rozgorzały, i, odwróciwszy si  troch , pani Simpson wyra nie widziała, 

jak wsun ł pier cionek szybko do kieszeni. Poczem wstał i oboj tnie wyszedł z domu. Lecz teraz, 

schwyciwszy na gor cym uczynku, zatrzymała.

 

—  Gdzie mój pier cionek, Tom? — zapytała— Dlaczego  go wzi ł?

 

—  Jaki pier cionek? — oboj tnie odparł chłopiec. — Nie widziałem pier cionka ciotki....

 

background image

  

52 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

—  Masz go przecie  w kieszeni,    mały    nicponiu! — krzykn ła, wyci wszy mu 

naodlew policzek. I rzuciwszy si  na stoj cego spokojnie malca,    wyj ła mu z kieszeni 

pier cionek i pokazała. Chłopiec nie stawiał oporu.

 

—  To jest pier cionek?.,, gniewnie zwrócił si  do starej, — To garsteczka złotego 

ziarna... wzi łem j  dla swoich ptaków.,.    Za    co    mnie    ciotka bije?...

 

—  A  wszystkie  srebrne  i złote  rzeczy,  które  mi  ukradł  w  ci gu  ostatnich   dwóch  

miesi cy,    to te  tylko ziarna,    według ciebie,    nikczemny łgarzu i złodziejaszku!    Gdzie  je 

podział?,..    Gadaj mi tu zaraz — inaczej, po l  po policj ! — krzyczała rozsierdzona starucha,

 

—   adnych rzeczy ciotce nie kradłem...    Nigdy nic nie brałem bez pozwolenia,    prócz 

trochy ziarna i chleba... dla ptaków...

 

—  Gdzie  kradł ziarno?

 

—  Z szafy...    Ale przecie  ciotka sama pozwoliła mi bra  je.    Takiego złotego ziarna 

niema    na targu;   gdyby było, nie prosiłbym i o to... 

Pani Simpson zrozumiała,  e zetkn ła si  oko w oko z jak  niepoj t  dla niej zagadk , ze 

straszn  tajemnic , której wyja ni  sobie nie mo e, lecz zrozumiała równie ,  e chłopiec — czy 

jest to w nim paroksyzm obł du, czy te  chroniczny somnambulizm — mówi tylko prawd  lub to, 

w co sam najzupełniej wierzy,..

 

Domy liła si ,  e spudłowała. Tajemnica bynajmniej si  nie wy wietliła. Chłopiec musi 

mie  spólników, i ona ich wykryje... Udała,  e omyliła si  i przyznaje si  do omyłki. Serce 

krwawiło jej si , lecz doprowadziła swe do wiadczenie do ko ca.

 

—  Powiedz mi, Tom, — podj ła ju  łagodnie — czy  ty nie   pami tasz,   kiedy  dałam  ci  

pozwolenie bra  dla swych ptaków    złote    ziarno    z     elaznej szafki?...

 

—  Tego dnia,    gdy zdobyłem swe  ółte ptaszki, — surowo obja nił chłopiec. — Za có  

mnie ciotka zbiła?.,.    Sama  mi  powiedziała:    bierz    klucz u mnie  pod  poduszk ,    gdy ci  

b dzie    potrzebny; bierz złote ziarno, ono zdrowsze dla twych ptaków, ni  srebrne,..   No, wi c 

brałem,.,   ale ju  go si  mało tam zostało — dodał ze smutkiem, — a bez niego wszystkie moje 

ptaszki poumieraj !

 

—  Kto ci to powiedział?

 

—  ,,On", ten, który schwytał dla mnie ptaszki i pomaga mi karmi  je.

 

—  Któ  to jest ten „on"?

 

—  Nie    wiem  —  z   wysiłkiem    odpowiedziało dziecko, tr c czoło. — Nie wiem... 

„on", widziała go

 przecie ciotka nieraz... Był tutaj, trzy dni temu, w czasie obiadu, gdy wzi łem z 

talerza wuja srebrne ziarno, które on poło ył tam dla mnie... On powiedział: bierz; wuj kiwn ł mi 

głow , i ja wzi łem. Pani Simpson przypomniała sobie,  e trzy dni temu w tajemniczy sposób 

zgin ło ze stołu dziesi  rupji srebrem, które jej syn wła nie wyj ł,  eby zapłaci  rachunek. Była 

to zguba najbardziej tajemnicza i niepoj ta.

 

—  Komu  oddałe  ziarno?,..    Przecie     wieczorem nie karmi si  ptaków.,.

 

—  Oddałem jemu, za drzwiami.    On    wyszedł przed ko cem obiadu.    Tego    dnia    

przecie     jedli my obiad we dnie, nie wieczorem.

 

—  Jakto,    we    dnie?    O   ósmej   wieczorem — to dzie ?

 

—  Nie   wiem,   lecz   to   było   we   dnie...   nocy wcale nie było...    i ju  dawno jej 

niema!

 

—  O Bo e!  — rozpłakała si     stara    kobieta, plasn wszy    r koma    w    przera eniu.   

—  Dziecko zwarjowało,    zupełnie straciło rozum!...

        ,

 

Lecz nagle   o wieciła j  pewna my l.

 

—  No, to we  i to złote ziarno — rzekła,    podaj c mu swoj     broszk . — We  i nakarm 

ptaki, a ja si  przypatrz ...

 

Chłopiec  pochwycił  broszk   i  z  rado ci     pobiegł do ptaszarni.    Tam,    według 

opowiadania jego ciotki, odbyła   si    scena,   która    przekonała   j  • ostatecznie  o  rozstroju  

władz umysłowych  jej małego siostrze ca.    Biegał dokoła klatek i sypał wyobra ane sobie 

ziarno. Wiele klatek było pustych. Widocznie, ptaki cz sto były karmione w ten sposób. Lecz 

background image

  

53 

www.teozofia.org

 – Teozofia w Polsce 

 

 

chłopiec, oczywi cie, nie dostrzegał nieobecno ci ptaków: tarł broszk  mi dzy palcami, jakby 

zsypuj c z niej ziarno, rozmawiał z nieistniej cemi ptakami, gwizdał im i cieszył si . 

-— Teraz, cioteczko, zanios  reszt  na przechowanie jemu... Dawniej kazał rai zakopywa  

resztki o tutaj, pod oknem, lecz dzisiaj rano kazał przynosi  mu tam... Tylko, prosz  nie i  za 

mn ... bo on nie przyjdzie...

 

—  Dobrze, mój kochany.    Pójdziesz sam.

 

—  Zatrzymawszy  go  pod  jakim     pozorem  na pół godziny, pani Simpson w sekrecie 

przed chłopcem posłała po łapacza targowego i,    obiecuj c hojne  wynagrodzenie,    kazała    mu    

ledzi     chłopca, nie spuszczaj c go ani na chwil  z oczu, gdziekolwiekby poszedł.

 

—  Je eli   on   odda   co   komu — zarz dziła — prosz  aresztowa  tego człowieka: to 

jest złodziej.

 

Łapacz, wzi wszy sobie do pomocy towarzysza, cały dzie  szpiegował chłopca. Pod 

wieczór zobaczyli,  e idzie w kierunku le nej głuszy. Nagle zza krzaków wyskoczył potworny 

karzeł i zacz ł kiwa  na chłopca, który natychmiast poszedł ku niemu, jak automat. Ujrzawszy,  e 

dziecko sypie mu co  na r ce, łapacze wyskoczyli ze swej zasadzki i aresztowali Kurumba z 

corpus delicti — złot  broszk  w r kach,

 

Kurumb zreszt  wykpił si  z całej sprawy kilkunastu dniami aresztu. Przeciw niemu nie było 

adnych dowodów, prócz broszki, któr  chłopiec, jak o wiadczył oskar ony, oddawał mu 

dobrowolnie: „niewiadomo z jakiego powodu", W s dzie zeznania małego Simpsona, który 

bredził o „złotem ziarnie" i nie poznawał Kurumba, uznane zostały za niemiarodajne. Po 

pierwsze, był nieletni, a po drugie, lekarz uznał go za nieuleczalnego idjot . Jego  wiadectwo, jak 

równie  powikłane zeznanie pani Simpson, która wiedziała to tylko, co jej mówił ten 

niepoczytalny chłopiec, nie zawa yły na szali oskar enia. Nawet  wiadectwo łapacza, które 

miałoby wag , gdy  on znał tego Kurumba, jako pasera, nie mogło by  w s dzie przedstawione. 

W dniu aresztowania karła łapacz zaniemógł i po tygodniu, na kilka dni przed spraw , zmarł. 

Widocznie „ ledziona p kła"! Towarzysz jego, skonfrontowany z Kurumbem, przysi gał si ,  e 

nic nie widział i dlatego nic nie mo e powiedzie . Łapacz kazał aresztowa  człowieka, a on 

pomógł aresztowa . Pozatem absolutnie nic 'zezna  nie mo e. Tem si  cała sprawa sko czyła.

 

Widziałam nieszcz snego chłopca, który ma, zreszt , teraz dwadzie cia lat. Gdy mi go 

pokazano, ujrzałam grubego, z obwisłemi wargami eurazjat ; siedział na ławce za bram  i strugał 

pr ty na klatki (biedny szambelan z „Pana Jowialskiego" — gdzie to ma „dusze pokrewne!" W. 

R.), Ptaki wci  jeszcze, jak i dawniej, — jego główna nami tno . Wydaje si  umysłowo 

zdrowym w stosunku do wszystkiego, prócz pieni dzy i złotych i srebrnych przedmiotów, których 

nie przestaje nazywa  „ziarnem". Zreszt  po wysłaniu go przez rodzin  do Bombaju, gdzie 

sp dził pod dozorem lekarskim kilka lat, i ta manja zaczyna u niego wygasa . Nie wygasa tylko 

jedno: jego niepowstrzymane pragnienie bratania si  z Kurumbami. Znajduje si , cho  na 

swobodzie, lecz pod surowym dozorem krewnych. 

Zdajsi , byłoby zbyteczne dowodzi ,  e „warjacja", nasyłana na człowieka przez 

Kurumba, i „hypnotyzacja" francuskiego lekarza to jedna i ta sama siła — niechaj j  nazywaj , 

jak si  komu podoba.

 

 

 

KONIEC.