background image

 
 
 
 

BENITO PĒREZ GALDŌ

 
 
 
 

ZJAWA 

 

TYTUŁ ORYGINAŁU: LA SOMBRA MADRID 

PRZEKŁAD: JADWIGA KONIECZNA-TWARDZIKOWA 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO LITERACKIE KRAKÓW 1978 

background image

 
 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Doktor Anzelm  

 

 

Wypada  zacząć  od  początku,  to  jest  od  powiadomienia  czytelnika  o  tym,  kim  był  ów 

don Anzelm: od opowiedzenia o jego życiu, obyczajach, o jego charakterze i wyglądzie, nie 
pomijając  faktu,  iż  wszyscy,  którzy  go  znali,  uważali  go  za  osobę  pomyloną.  Była  to  opinia 
powszechna, jednogłośna, głęboko tkwiąca w umysłach i nie mogły jej zmienić częste przeja-
wy  geniuszu tego niezwykłego  człowieka, chwile, w których rozsądnie i  z dużą elokwencją, 
przy  tym  pełen  ujmującej  grzeczności,  opowiadał  najciekawsze  wydarzenia  swojego  życia, 
robiąc w tych opowieściach dyskretny użytek ze swej nadzwyczajnej imaginacji. Mówiono o 
nim, że popełnił w życiu głupstw i dziwactw bez liku i że oddaje się dziwnym i niepojętym 
praktykom, których nie podejmuje nikt rozsądny; wreszcie, że nigdy nie zdarzyło mu się zro-
bić żadnej rzeczy jak należy ani nawet tak, jak to robimy wszyscy w naszym banalnym życiu. 

Niewiele  osób  utrzymywało  z  nim  stosunki;  ledwie  skąpa  ich  garstka  mogłaby  się  na-

zwać jego przyjaciółmi; większość pogardzała nim, a wszyscy, którzy nie znali poprzednich 
faktów z jego życia, nie potrafili dostrzec wyjątkowych i nadzwyczajnych walorów jego du-
szy, patrzyli nań z lekceważeniem, a nawet odrazą. Czy mieli słuszność? Niełatwo jest na to 
odpowiedzieć, jak również nie jest prostym przedsięwzięciem dokonanie szczegółowej chara-
kterystyki  tego  człowieka,  która  pozwoliłaby  już  to  umieścić  go  wśród  geniuszów,  już  to 
przyznać  mu  miejsce  obok  największych  pomyleńców,  jacy  w  ogóle  przyszli  na  świat.  On 
sam ujawni nam w ciągu tego opowiadania pewne sprawy, które pozwolą osądzić go tak, jak 
na to zasługuje. 

Mieszkał na czwartym piętrze obskurnego domostwa, którego nie opuszczał nigdy, chy-

ba że wzywany przez sprawy bardzo pilne. Dom ów znajdował się w takim stanie, że w innej, 
mniej zaaferowanej kłopotami epoce, fantazja ludzka umieściłaby w nim sabaty czarownic. 

Podówczas  przebywała  tam  tylko  jedna  czarownica,  niejaka  doña  Monika,  pełniąca 

obowiązki stróżki, służącej i gospodyni. 

Mieszkanie doktora przypominało laboratorium, z tych, jakie oglądamy w niejednej po-

wieści,  jakie  też  służą  za  tło  wielu  obrazom  holenderskim.  Rozjaśniała  je  taka  sama  mela-
ncholijna  lampa,  jaka  w  teatrach  i  na  malowidłach  oświetla  trupią  twarz  doktora  Faustusa, 
mistrza Klaesa, średniowiecznych delatorów, dzielnego markiza Villeny czy włoskich fabry-
kantów  trucizn  i  mikstur.  To  powodowało,  że  bohater  nasz  zdawał  się  niewiele  ustępować 
czarnoksiężnikom  i  bezbożnikom,  lecz  nie  był  ani  jednym,  ani  drugim,  choć  w  jego  domu, 
niezwykłym, o czym przekonamy się później, zwisały z sufitu dziwaczne zwierzęta, kłębiące 
się pod sklepieniem stado, będące jakby realizacją snu Teniersa. 

Nie  było  tu  gotyckiego  sklepienia  ani  misternie  oprawionego  okna,  ciemnego  tła  ani 

tajemniczych światłocieni, przy których pomocy malarze zwykli nam przedstawiać zakamarki 
pracowni  chemików,  którzy,  ogarnięci  znużeniem  i  spowici  we  wspaniałe  pajęczyny,  tkwią 
pochyleni  nad  księgą  pełną  gryzmolastych  zapisów.  Gabinet  doktora  Anzelma  należał  do 
zwyczajnych  pomieszczeń,  takich  w  jakich  wszyscy  mieszkamy.  Składały  się  nań  cztery  li-
szajowate ściany i niszczejący sufit, na którego powierzchni gips, odpadający wskutek beztro-
ski  czasu  i  niedbalstwa  mieszkańców,  zostawiał  liczne  i  duże  dziury.  Nie  było  tapet  ani  in-
nych kobierców, oprócz pajęczyn snujących z kąta w kąt swoje skomplikowane osnowy. 

Na głównym miejscu widać było szkielet, który nie stracił grobowego humoru, tak sze-

background image

roko rozwierały się w przeraźliwym uśmiechu jego bezzębne szczęki, a osobliwość jego wi-
doku powiększał kociołek, który doktor umieścił na czaszce, niewątpliwie dlatego, że nie zna-
lazł dlań lepszego miejsca. Obok znajdowała się drewniana szafka z niezliczoną ilością wsze-
lakiego rodzaju rupieci, wśród których niepoślednią rolę odgrywały nadtłuczone szklanki — 
gdyż oddawały nieocenione usługi — i naczynia z najzwyklejszej miejscowej gliny. Wypcha-
ny  ptak,  nieco  uszkodzony,  przydawał  blasku  temu  gratowi  połyskliwym  kolorem  resztek 
piór,  a  obok  niego  wąż  wypchany  słomą  kreślił  na  ścianie  skręty  swego  ciała,  którego  łuski 
zachowały jeszcze słaby połysk. W niewielkiej od nich odległości widniała zbroja tak zaśnie-
działa  i  pokryta  rdzą,  jakby  od  czasów  Rolanda  (być  może  należała  właśnie  do  niego)  nikt 
nigdy jej nie czyścił. Wisiało tam też kilka sztuk broni białej i palnej, wszystko w zgodzie z 
wielką  patelnią,  której  trzonek  dotykał  stóp  postaci  Chrystusa.  Była  to  jedna  z  tych  figur  o 
pobladłym  ciele,  powykręcanych  członkach,  boleściwej  twarzy  i  posiniałych  dłoniach,  z 
zakrwawionym  całunem  i  krzyżem,  które  stworzyła  sztuka  hiszpańska,  żeby  budzić  strach  u 
pobożnych  kobiet  i  wprawiać  w  osłupienie  proboszczów.  Chrystus  był  zżółkły,  ściemniały, 
połyskliwy,  sztywny  jak  wypchane  zwierzę;  twarz  miał  zniekształconą  cynobrem,  a  stopy 
niknęły mu wśród zwojów wielkiej kokardy, która bez wątpienia była miejscem pielgrzymek 
dla wszystkich much z całej dzielnicy, gdyż zostawiły tu swoje trwałe ślady. Po drugiej stro-
nie widniały muszle ślimaków, sztych przedstawiający jakiegoś męczennika, koncha perłowa, 
dwa pistolety i różaniec z muszelek, opleciony na sczerniałej od kurzu gałązce korala. Dwie 
duże  rycerskie  ostrogi  i  siodło  zwisały  z  innego  haka,  obok  przybrudzonej  odzieży,  z  której 
fałdów wystawał gryf gitary wykwintnie inkrustowany masą perłową i kością słoniową. 

Jedyna pogięta struna, niemy świadek dawnej świetności, mogła rozbrzmiewać współ-

czesnemu  pokoleniu  zaledwie  echem  minionych  harmonii.  Buty  wojskowe  poniewierały  się 
na  podłodze  obok  gitary,  naprzeciw  wisiały  kasak  i  surdut  z  ubiegłego  wieku,  pełne  dziur  i 
plam. Trójgraniasty  kapelusz nałożony był na dzban, który zastępował mu głowę,  a niefore-
mna  lampka  oliwna  w  kształcie  sakralnego  świecznika  plamiła  resztkami  swojej  świeckiej 
oliwy  klęcznik  —  istne  dzieło  sztuki  —  obecnie  już  tak  zniszczony,  że  ledwie  pozwalał  się 
domyślać swojego kształtu. Na pobliskiej ścianie wisiał zegar, który stanął przed pięćdziesię-
ciu  laty;  jego  werk  był  teraz  kwaterą  główną  pająków.  Olbrzymie  ciężarki  ołowiane,  które 
spadły z hukiem przed dwudziestu pięciu tysiącami nocy, uszkodziły taboret. Gliniany dzban 
i Dzieciątko Jezus leżały na podłodze nieruchomo i majestatycznie niczym dwa meteoryty. 

Ten,  kto  wchodził  do  owego  wnętrza,  nie  mógł  się  oprzeć  zdumieniu.  Skąpe  światło 

lampy wywoływało najdziwniejsze efekty. Oprócz przedmiotów, które opisaliśmy, znajdowa-
ło się tam bez liku naczyń o najbardziej skomplikowanych i przedziwnych kształtach. Alem-
biki,  które  przypominały  szklane  węże,  ukazywały  swoje  spirale  na  tle  olbrzymich  brzucha-
tych  retort,  stale  podgrzewanych  na  ogniu.  Lśniła  odbitym  światłem  tarcza  elektrycznej  ma-
chiny i cały ten aparat przerażał stale jakimiś nieprzyjemnymi efektami. Głuchy szum płomie-
nia  na  palenisku,  trzask  płonących  węgielków,  podobny  do  dalekiej  wibracji  tajemniczego 
instrumentu, zapach kwasów, emanacja gazów, astmatyczna zadyszka miecha, który działał z 
trudem  i  niepewnie  niczym  chore  płuca,  wszystko  to  budziło  u  widza  trwogę  i  uporczywe 
wrażenie czegoś przykrego, trudnego do opisania. 

Kiedy  piszący  te  słowa  miał  zaszczyt  dostać  się  do  gabinetu  czy  laboratorium  doktora 

Anzelma,  zdumienie  jego  nie  miało  granic,  i  zmuszony  jest  wyznać,  że  poczuł  jednocześnie 
wielkie  przerażenie,  łagodzone  jedynie  myślą,  że  człowiek  ów  był  najbardziej  życzliwym  i 
bezbronnym spośród wszystkich istot ludzkich. Ponadto czy znalazłby się ktoś, kto by stwier-
dził  z  całym  przekonaniem,  że  doktor  Anzelm  jest  czarnoksiężnikiem  i  wyznawcą  którejś  z 
diabelskich  sztuk  starożytności?  Wątpliwe  czy  ktokolwiek  brał  na  serio  jego  prace;  raczej 
miano go w okolicy za pomylonego niż za jakiegoś mędrca, przynajmniej w potocznym tego 
słowa  znaczeniu.  On  jednakowoż  poświęcał  się  bez  reszty  swoim  nieustannym  zajęciom,  w 
których nigdy nie osiągnął żadnego rezultatu. Sądząc jednak po powadze, z jaką rozdmuchi-

background image

wał  żar,  i  niespokojnej  trosce,  z  jaką  śledził  zielone  i  czerwone  płyny  krążące  w  szklanych 
alembikach, dzierżył w swych rękach jakieś wielkie i transcendentalne problemy. 

Upodobanie do chemii było u niego czymś nowym; jeszcze do niedawna nie pociągały 

jego myśli ani zioła lecznicze, ani związki chemiczne. Większą część swojego czasu poświę-
cał  prawie  zawsze  lekturze  wszelkiego  rodzaju  dzieł,  chyba  że  ktoś  niedyskretny,  szukając 
towarzystwa,  przyszedł  posłuchać  jego  barwnych  opowiadań,  które  zmuszały  do  podziwu 
błyskotliwością i górnolotnością imaginacji. Rozmowa z doktorem Anzelmem krążyła zawsze 
wokół wydarzeń jego życia, do których odwoływał się przy każdej okazji. Nigdy nie dał się 
prosić,  a  jego  opowieści  były  tak  niezwykłe,  że  wielu  było  przekonanych,  iż  jest  to  czysta 
fantazja.  Wspominając  swoją  przeszłość,  przypatrywał  się  tym  wszystkim  rzeczom,  które 
zgromadził, i śmiał się z łagodnym smutkiem mówiąc: 

— Ja też byłem młody, rycerski, byłem artystą, malarzem, muzykiem; dużo podróżowa-

łem, zdobywałem kobiety, ścigano mnie, miałem pojedynki. Znałem świat, kochałem życie i 
gardziłem nim. Kochałem i nienawidziłem. 

Kiedyś po takich słowach przyłożył swój żółty, chudy i sztywny palec do jedynej struny 

gitary,  która  zadrżała  w  głuchej  skardze,  zrzucając  przy  tym  drganiu  cały  kurz,  jaki  spokój 
dwudziestu  lat  na  niej  zgromadził.  On  sam  zamilkł  pogrążając  się  w  zadumie,  wpatrzony 
uporczywie w krążenie czerwonej cieczy wewnątrz szklanego wąskiego naczynia, które prze-
mieszczało z jednego zbiornika do drugiego tę delikatną materię. 

W owych chwilach ciszy, mąconych jedynie przez delikatne drżenie struny, szum pło-

mienia i te niezrozumiałe i uroczyste odgłosy całego tajemniczego miejsca, największe prze-
rażenie  budziły  we  mnie  poszczególne  przedmioty  mieszkania  uczonego.  Wydawało  mi  się, 
że to wszystko żyje i nabiera ruchu; że kasak się porusza, jak gdyby jego fałdy okrywały cia-
ło, jakby rękawy miały wewnątrz ręce. Zdawało mi się też, jakoby trójgraniasty kapelusz krę-
cił się raz w jedną, raz w drugą stronę, zależnie od woli i humoru dzbana, który go podtrzy-
mywał; zdawało mi się, że buty spinają ostrogami klęcznik, a muszle uderzają jedna o drugą, 
niby kastaniety przymocowane do palców jakiejś andaluzyjskiej dłoni. Że szkielet ziewa i że 
kociołek spadł mu na oczy, przechylając się na bakier, iżby mu nadać figlarny wygląd. Wyda-
wało  mi  się,  że  widzę,  jak  szkielet  wysuwa  lewą  nogę  jak  ktoś,  kto  zaczyna  tańczyć,  i  jak 
opiera dłonie na szerokim na dwa palce pasie. 

Wydawało  mi  się  też,  że  zegar  idzie,  z  pośpiechem  i  pilnością  instrumentu  chcącego 

przebiec w ciągu minut całe lata, nagromadzone, rzec by można, wskazówka po wskazówce, 
kółeczko po kółeczku; zewsząd słyszałem tik-tak i zdawało mi się, że widzę kołysanie się wa-
hadła  wymierzającego  to  z  tej,  to  z  tamtej  strony  uderzenia  wszystkim  wypchanym  ptakom, 
które usiłowały poderwać się do lotu poruszając z wysiłkiem rzadkimi piórami swoich popsu-
tych  skrzydeł,  i  wreszcie  w  owym  tumulcie  zacząłem  odnosić  wrażenie,  jakoby  i  Chrystus 
wysuwał ramiona i szyję, przeciągając się z wyrazem najwyższego znużenia. 
 
 
 

II 

 

Zapoznajmy się z osobą don Anzelma. 
Wydawać się może, że jest on typem trochę niezwykłym, z tych które się spotyka raczej 

w sztucznym świecie powieści i teatru niż na scenie życia, gdzie wszyscy tworzymy ten wie-
lki tłum, który dziś się nam wydaje bezwzględnie pospolity i być może taki jest. Don Anzelm, 
przedstawiony  w  tej  niezwykłej  scenerii,  którą  opisaliśmy,  pośród  najprzedziwniejszych 
przedmiotów i rupieci, z tymi średniowiecznymi przyrządami czarowników albo poszukiwa-
czy kamienia filozoficznego, powinien się okazać indywiduum całkowicie obcym współcze-
snej  społeczności,  żyjącym  w  świecie  iluzji,  iluzji  bez  znaczenia  i  pożytku,  a  nie  wiernym 

background image

obrazem  naszego  bliźniego.  Wszystkie  te  przekonania  rozwieją  się  jak  dym,  kiedy  czytelnik 
się dowie, że doktor Anzelm był mężczyzną o wyglądzie tak mało romantycznym, tak typo-
wym  dla  naszych  czasów  i  okolic,  że  nikt  nie  zwróciłby  na  niego  uwagi,  gdyby  nie  stał  się 
znany dzięki swoim nie widywanym tutaj dziwactwom i śmiesznościom wskutek swego bez-
ładnego, chaotycznego sposobu mówienia. 

Był już stary, zniszczony, chudy i jakby chorowity. Raczej nieduży niż wysoki, o twa-

rzy, która nie pozwala odróżnić się w tłumie, jeśli jej się nie przypatrzyć ze szczególną docie-
kliwością. Lecz kiedy mówił, widać było na jego obliczu ślady niepospolitej żywości. Małe i 
zapadnięte  oczka  miały  wtedy  wiele  blasku,  a  usta,  nadzwyczaj  ruchliwe,  posługiwały  się 
systemem  znaków  bardziej  zróżnicowanych  i  wyrazistych  niż  jamo  słowo.  Utykał  na  jedną 
nogę — nie wiadomo dlaczego — i jego lewa ręka była lekko sztywna; głos miał bardzo ostry 
i chrapliwy. Chodził zawsze prosto, nie zbaczając z raz obranego kierunku, i tak pogrążony w 
myślach, że zderzał się ze wszystkimi. Wydawało się, że tkwi w nim jakaś uporczywa myśl, 
która  nie  daje  mu  wytchnienia  i  nie  pozwala  skierować  uwagi  na  cokolwiek  innego.  Gdy 
szedł, widać było, jak wpada w podniecenie, zmienia się na twarzy, gestykuluje i robi różne 
miny, niczym ktoś, kto prowadzi żywą rozmowę z niewidzialnymi interlokutorami. Rozmowa 
z samym sobą była dla niego więcej niż zwyczajem, była nieustanną czynnością, zaś jego ży-
cie — monologiem bez końca. 

Nie zwracał na siebie uwagi ubraniem, tutaj gdzie na ulicach trwa stała wystawa śmie-

szności.  Czy  jego  surdut  był  przedmiotem  zainteresowań  z  przyczyny  nadmiernie  szerokich 
klap, lśniących od tłuszczu i piętnastu lat noszenia, nie znajdujemy na to żadnego dowodu u 
kronikarzy traktujących o tym nadzwyczajnym człowieku, jak również żadnych danych, które 
wskazywałyby, iż publiczność zwracała uwagę na rozmiary jego kamizelki, zdolnej zmieścić 
czterech  doktorów,  lub  na  rzadko  spotykany  fason  jego  krawata,  który  czasem  —  zjawisko 
częste u wielu uczonych i wszystkich tych, którzy mają zwyczaj mówić do siebie — przekrę-
cał mu się tak, że węzeł znajdował się na karku. 

Jego  zwyczaje  były  przykładem  prostoty  i  czystości:  jadł  mało,  pił  jeszcze  mniej  i  nie 

sypiał za wiele. W swoich snach, podczas tych nielicznych godzin swobody, jakie dawała mu 
jego  imaginacja,  również  nie  zaznawał  spokoju,  tyleż  śniąc  we  śnie,  co  na  jawie.  Większą 
część  swojego  czasu  poświęcał  zajęciom  naukowym,  z  których,  to  prawda,  nie  miał  nigdy 
żadnego pożytku, i owszem, wikłał się jeszcze bardziej w zamęt chybionych pomysłów, jakie 
kłębiły mu się w głowie. 

Żył z pewnej skromnej renty, którą dostawał nie wiadomo skąd i z wyprzedaży resztek 

swojej  fortuny.  Przypominał  —  żeby  podsumować  to,  cośmy  o  nim  dotąd  powiedzieli  — 
jednego  z  tych  anachoretów,  którzy  się  unicestwiają  jako  ofiary  swojej  żarliwości,  uducho-
wiają się, tracąc stopniowo nawet wygląd zwykłych ludzi, i kończą jako członkowie rodziny 
pomyleńców,  którzy  nie  na  wiele  się  przydają,  a  jeśli  do  czegoś  służą,  to  głównie  jako  po-
śmiewisko  dla  próżniaków.  Lubił  opowiadać;  to  był  jego  zwyczaj,  jego  temperament,  jego 
żywioł. Kiedy mówił o czymś, był sobą, doktorem Anzelmem, prawdziwym, jak najbardziej 
prawdziwym. Jego opowiadania, choć oparte na wydarzeniach z życia, były na ogół podobne 
do nadprzyrodzonych i baśniowych przedsięwzięć błędnych rycerzy, którym lot jego fantazji 
przydawał cudowności. Opowiadając te historie, zawsze odnoszące się do jakiegoś własnego 
przeżycia,  posługiwał  się  najbardziej  wyszukanymi  środkami  retorycznymi  i  dygresjami, 
świadczącymi o wielkiej erudycji, którymi sypał obficie i z wielką swobodą. Jego stylowi nie 
brakowało  znamion  sztuki,  i  chociaż  można  mu  było  zarzucić  rozwlekłość,  to  jednak  nie 
można było odmówić żywości i malowniczości. 

Czytelnik  gotów pomyśleć, że mamy do czynienia z jakimś potępionym  przez krytykę 

literatem, pozbawionym łask publiczności, jednym z tych, którzy oddają swoje życie nudzie i 
nędzy,  niezdolni,  aby  wprzęgnąć  się  w  służbę  sztuki  i  pełnej  rozkoszy  sławy.  Nie,  doktor 
Anzelm  nie  był  literatem,  nikt  nawet  nie  wie,  czy  spod  jego  pióra  wyszło  kiedykolwiek  coś 

background image

poza  nieumiejętnie  sporządzonymi  rachunkami  rozrzutnych  wydatków  domowych  i  jakimś 
memoriałem wskazującym prawa do renty. Był człowiekiem, w którego głowie tkwiła opętań-
cza myśl. Może poznawszy niektóre szczegóły z jego życia i zwróciwszy baczniejszą uwagę 
na wydarzenie, o którym on sam nam opowie, zrozumiemy, w jaki sposób ten umysł doszedł 
do takiego stopnia zamętu i jak w tym mózgu zagościło tyle tak szalonych obrazów przemie-
szanych z trzeźwymi myślami i tyle wielkiej nieroztropności razem z pomysłami tak wspania-
łymi, że wydają się owocem najzdrowszego i najbardziej światłego rozumu. 

Miał nasz bohater młodość bardzo burzliwą i od wczesnych lat widać było u niego wie-

lką gwałtowność uczuć, zamęt wyobraźni, niestałość w zachowaniu i ciągłe przerzucanie się 
od bierności do działania, co mu przyniosło opinię człowieka niezrównoważonego i nie kieru-
jącego się rozsądkiem. Opowiadają, że spędzał całe tygodnie sam, smutny i znudzony, zagu-
biony w czczych ekstazach jak eremita; nie pomagały wtedy nawet prośby przyjaciół. Kiedy 
indziej jego ożywienie i radość były tak wielkie, że celował w zabawie i trudno było nie pod-
dać się jego figlom, którymi zarażał wszystkich. Ale trwało to krótko i znowu pogrążał się w 
samotności i oderwaniu od życia, jak Szymon Słupnik, jak ci, co utkwiwszy wzrok w niebo, 
wyciągając palec w oczekiwaniu na głos z wysokości. Takim go zastała śmierć ojca, który mu 
zostawił  znaczną  fortunę,  a  wśród  innych  rzeczy  wspaniały  dom,  gdzie  —  będąc  wielkim 
kolekcjonerem sztuki — zgromadził niezliczone ilości arcydzieł renesansu. Rodzina doktora 
Anzelma należała do najznamienitszych w Andaluzji: nosił nazwisko Afán de Ribera. Ze stro-
ny matki pochodził z rodu Silíceos, pyszniąc się, że jest krewnym arcybiskupa o tym nazwi-
sku. 

Opisując pałac, jaki zostawił mu ojciec, doktor posługiwał się najświetniejszymi kolora-

mi; nadawał swojemu opowiadaniu przebłyski czegoś tak fantastycznego, że trudno było w to 
uwierzyć i trudno wyzwolić się od myśli, iż imaginacja opowiadającego była głównym archi-
tektem tej pięknej siedziby. 

Ożenił się nasz bohater z młodą dziewczyną, o której urodzie mówił zawsze w pompa-

tycznych słowach. Co zaszło w tym małżeństwie, nikt nie wie, i jeżeli jest prawdą to, co z ust 
samego  doktora  mamy  usłyszeć,  trzeba  wyznać,  że  sprawa  jest  dziwna  i  zasługuje,  by  ją 
umieścić  wśród  najdziwniejszych  zdarzeń  tego  świata.  Osoby  zasługujące  na  zaufanie  opo-
wiadają,  że  podczas  trwania  małżeństwa,  jego  szaleństwo  i  ekstrawagancja  osiągnęły  punkt 
kulminacyjny: uciekał wtedy od ludzi, poszukiwał miejsc ustronnych, niekiedy szalał z gnie-
wu, niekiedy zaś pogrążał się w głębokiej melancholii, jakby ospałości, co nadawało mu wy-
gląd  człowieka  bezrozumnego.  Ledwie  kilka  razy  widziano  go  z  żoną,  której  nie  okazywał 
najmniejszej nawet uprzejmości, jaką okazuje najbardziej oschły mąż swojej żonie. Nienawi-
dził  swoich  teściów,  robił  tysiące  głupstw,  aż  czujna  na  wszystko  obmowa  wdarła  się  do 
domu i nie zostawiła na nim suchej nitki. 

Jak tam było naprawdę, tego nikt nie wie, Helena, gdyż tak się nazywała jego małżonka, 

umarła  w  kilka  miesięcy  po  ślubie  i  od  tej  pory  Anzelm  zaczął  pędzić  swój  niedorzeczny 
żywot.  Nie  odzyskał  jasności  i  spokoju  umysłu,  zajmując  się  od  tego  czasu  sprawami  bez 
związku i sensu, coraz mniej rozumiany przez otoczenie, pogrążony bez reszty w rozmowach 
z samym sobą i ożywiany zawsze tą opętańczą myślą, która stopniowo stała się częścią jego 
natury psychicznej. 

Stracił majątek, nie tylko dlatego, że go zaniedbał. Wdał się w błahy proces sprowoko-

wany przez swojego krewnego, który palestra umiała tak wykorzystać, że w niedługim czasie 
obie strony znalazły się w nędzy. Ktoś powiedział: „Jest wielkim filozofem; zobaczcie, z jaką 
rezygnacją  przyjmuje  przeciwieństwa  losu”.  Inni  mówili:  „To  wariat;  popatrzcie,  z  jaką 
obojętnością zapomina o swoich sprawach”. Jego stoicyzm był przedmiotem kpin. Niektórzy 
chcieli mu pomóc, współczując jego nieszczęściu, ale prawdopodobnie był dumny i niechętny 
myśli  o  przyjmowaniu  jałmużny.  Było  też  paru  młodzieńców,  tak  bardzo  naiwnych,  że  wi-
dzieli w nim twórcę nowego systemu filozoficznego, który miał zadziwić świat. Wynikało to 

background image

stąd, że stawszy się ubogim i zamieszkawszy na poddaszu, zabrał się do książek, które czytał 
całymi  wieczorami  bez  jakiegokolwiek  wypoczynku.  W  miarę  jednak  jak  nie  dostrzegano 
żadnej  treści  w  jego  nieustannej  pracy,  zaczęto  dostrzegać  coraz  bardziej  jego  szaleństwo. 
Uciekli  od  niego  ci,  którzy  dawniej  darzyli  go  przyjaźnią  lub  litością,  i  pozostała  mu  tylko 
garstka osób, przychodząca słuchać jego opowieści o pełnych przygód podróżach, które sam 
na pewno wymyślił, gdyż nie było nikogo, kto by prowadził bardziej osiadły tryb życia. 

Tytuł  doktora  nie  był  żadnym  stopniem  akademickim,  jak  to  bywa  u  większości 

uczonych; był raczej przydomkiem, jaki nadali mu przyjaciele, kpiąc sobie z jego obyczajów 
mędrca.  Ci,  którzy  przychodzili  słuchać  jego  opowiadań,  nie  skarżyli  się  na  brak  rozrywki, 
gdyż były one jak zdumiewająca tkanina zdarzeń: nieprawdopodobnych, lecz niezwykle inte-
resujących, upiększonych przez malownicze dygresje, które opisane przez zwinne pióro były-
by może czytane z przyjemnością. Odnosiły się one na ogół do pojawiań się jakiegoś widma, 
które  miało  wędrować  swobodnie  po  świecie,  a  które  on  przedstawiał  jako  symbol  pewnej 
idei;  miał  upodobanie  do  wszelkiego  rodzaju  symboli  i  w  jego  opowiadaniach  roiło  się  za-
wsze od istot nadprzyrodzonych, które tworzyły coś w rodzaju współczesnej mitologii. 

Do tego dochodziła jeszcze jego erudycja, nabyta przez pilne lektury, która stanowiła w 

nim  rodzaj  bezładnego  archiwum.  Bóg  jeden  wie!  Może  gdyby  w  owej  głowie  istniał  jakiś 
porządek, doktor Anzelm byłby znany jako jeden z najbardziej niezwykłych umysłów.  
 
 
 

III 

 

Doktor trwał zapatrzony w swój diaboliczny aparat; w zupełnym roztargnieniu, z wyra-

zem twarzy, jaki pojawia się zawsze, ilekroć myśl nasza błądzi daleko od miejsca, w którym 
przebywamy. 

Można by sądzić, że niewiele dlań znaczył wynik eksperymentu i że poznanie prawdy 

naukowej, która wraz z płynem krążyła po naczyniu, nie uraduje go ani też nie zmartwi. 

— Ale jak to się stało, że pan się poświęcił chemii? — spytałem go, pewien że uczony 

nie da mi jednoznacznej odpowiedzi. 

—  Żeby  powściągnąć  mą  nieokiełznaną  wyobraźnię  —  odparł  —  żeby  ją  skrępować  i 

zmusić, by przestała mnie męczyć. Ja muszę być zawsze czymś zajęty; książki dostarczały mi 
pewnej  rozrywki,  ale  w  końcu  znużyłem  się  czytaniem.  Niedawno  napotkałem  w  pewnych 
książkach  sprawy,  które  zwróciły  moją  uwagę,  lecz  ich  nie  zrozumiałem.  „Zobaczę,  co  to 
takiego, powiedziałem sobie; odczuwam potrzebę zagłębienia się w eksperymentach”. Kupi-
łem te naczynia, wypełniłem je i przystąpiłem do badań. Nomenklatura i podręcznik wystar-
czyły,  żeby  mnie  rozerwać  przez  parę  dni.  Ale  w  tym  nie  ma  nic  poza  rozrywką:  kultywuję 
ciekawość,  choć  wiem,  że  bezowocną.  Niechaj  nikt  nie  oczekuje  po  tym  żadnego  postępu 
wiedzy.  Prawda  jest  taka,  że  kiedy  rozgrzewam  mój  aparat  i  destyluję  te  ulotne  płyny,  nie 
myślę o innych rzeczach i tak mi jakoś czas schodzi. 

—  Szalona  wyobraźnia!  —  odparłem  na  to.  —  Bardzo  słusznie  określa  pan  ją  w  ten 

sposób. Faktem jest, że gdyby pan nad nią trochę zapanował, zamiast pana męczyć, mogłaby 
się stać ożywczą krynicą tworzenia, a nikt od pana nie zna lepiej jej wartości. Dlaczego pan 
się nie poświęcił sztuce? 

— Och! Do uprawiania sztuki — rzekł odwracając się plecami do aparatu — potrzebna 

jest  wyobraźnia,  której  żar  i  obfitość  mieści  się  w  granicach  naturalnych;  wyobraźnia,  która 
byłaby talentem ze wszystkimi swoimi właściwościami jako takimi, a nie chorobą jak u mnie, 
skrzywieniem, ułomnością organizmu. Ta cenna zdolność, chociaż u niektórych wybujała, nie 
owłada nimi aż do tego stopnia, żeby narzucić im drugie życie, nie stanowi, jak u mnie, poło-
wy natury. Sam nie wiem, czemu przyszedłem na świat z tą potworną przywarą. Ja nie jestem 

background image

człowiekiem  albo  raczej  jestem  jak  ci  ludzie  odrażający  i  zniekształceni,  którzy  włócząc  się 
demonstrują swe nieprawdopodobnie ułomne ciała i bluźnią nimi Stwórcy. Moja wyobraźnia 
nie jest mocą twórczą, która daje życie istotom inteligentnym, ukształtowanym i skończonym; 
jest mocą szaleńczą, trwającą w ciągłym ruchu, wytwarzającą wciąż nowe i nowe przywidze-
nia.  Jest  jak  kołowrotek,  który  nie  ustaje  w  pracy.  Przędzie  wciąż  swoje  nici  —  niczym  te 
wysnuwane z owczego runa — skręca je, zwija bez końca. Ta nić nie kończy się wcale i do-
pókim żyw, będzie mi tkwiła w głowie ta prządka, ta bolesna maszyna, która kręci się i kręci 
bez ustanku. 

—  To  prawda  —  powiedziałem  machinalnie,  pełen  podziwu,  że  w  swoim  szaleństwie 

potrafi wyrażać tak dobrze i w sposób tak malowniczy podupadły stan swego umysłu. 

—  Jestem  jej  niewolnikiem  —  mówił  dalej.  —  Moja  wyobraźnia  wyniszczała  mnie 

wewnętrznie  już  od  dziecka.  Ona  sprawiła,  że  w  wieku  lat  pięćdziesięciu  mam  lat  trzysta. 
Tak: fałszywe wrażenia, których ja, choć odsunięty od spraw tego świata, doświadczyłem w 
swoim życiu, byłyby w stanie wypełnić życie sześciu ludzi; żyję zbyt intensywnie, gdyż wy-
obraźnia obdarzyła mnie czasem miliona dni. 

— No tak — rzekłem do siebie, podczas gdy potakiwałem mu pełnym szacunku ruchem 

głowy — daleko już zaszedłeś w swoim obłędzie i teraz błądzisz w mrokach nocy. 

—  Jestem  bardzo  nieszczęśliwy,  najnieszczęśliwszy  z  ludzi  —  mówił  dalej  doktor.  — 

Moje  niedole  nie  mają  sobie  równych  w  świecie  ani  nie  są  podobne  do niczego,  o  czym  się 
czyta.  Inni  ludzie,  jeśli  już  przeżywają  udręki,  to  udręki  przynależne  swej  naturze,  podczas 
gdy moje udręki przekraczają powszechne prawa ludzkiego bólu. Gdyż jestem istotą podwój-
ną:  mam  w  sobie  drugiego  człowieka,  on  jest  ze  mną  wszędzie  i  stale  mi  opowiada  o  tysią-
cach spraw, które wstrząsają mną nieustannie i trzymają mnie w wiecznej gorączce duchowej. 
A  najgorsze  jest  to,  że  ta  gorączka  nie  niszczy  mnie  jak  gorączki  cielesne.  Przeciwnie:  ona 
mnie  pokrzepia;  czuję,  że  ten  płomień  wewnętrzny,  jakby  regenerował  moją  naturę,  aby  ją 
potem wydawać na łup codziennym śmierciom. 

—  To  szczególne  —  rzekłem,  nie  rozumiejąc  nic  z  tego  o  płomieniu  wewnętrznym,  o 

podwójnym istnieniu i o kołowrotku, który się kręci bez przerwy. 

— Nie znajduję nikogo podobnego do siebie — ciągnął dalej. — Mogę nazwać bliźnimi 

jedynie mistyków hiszpańskich, którzy żyli pełnym życiem idealnym na równi z życiem rze-
czywistym. Oni mieli jakąś obsesję, drugie „ja” tkwiące w ich umyśle. Czasem przychodzi mi 
do głowy myśl o pasożycie, który zamieszkuje nasz mózg, który żyje tam w środku, odżywia-
jąc się naszym sokiem i myśląc naszymi myślami. 

—  Och!  Zechciej  pan  to  nieco  lepiej  wytłumaczyć  —  rzekłem  zadowolony,  że  don 

Anzelm wkracza na ścieżkę ekstrawagancji, która rokowała nadzieje na coś zabawniejszego. 

—  To  tylko  taka  nie  sprecyzowana  myśl...  Gdybym  ja  mógł  wyjawić,  wyrazić  wszy-

stko, co jest we mnie, z pewnością osłupiałoby wielu, którzy dziś się śmieją z mojego życia. 

— Ach! Gdyby pan pisał pamiętniki, don Anzelmie — rzekłem udając wielką powagę, 

żeby nie stracił zaufania — nie byłoby wśród starożytnych ani współczesnych dzieł, które by 
im dorównały. 

— To prawda — odparł don Anzelm, którego oczy zapłonęły nagłym błyskiem. — Nikt 

by  mi  nie  dorównał.  Moje  życie  stałoby  się  wszechstronnym  streszczeniem  całego  życia 
ludzkiego; czyż nie tak? 

— Ach, z pewnością! Któż może w to wątpić? 
— Pan, który już słyszał ode mnie o niektórych wydarzeniach, pan to zrozumie. Czyż to 

nieprawda, że nie ma niczego bardziej niezwykłego nad moje małżeństwo? Nie pamięta pan 
tego niepospolitego wydarzenia, o którym panu opowiadałem, kiedy to znalazłem się wobec 
najdziwniejszego fenomenu, jaki zdarzyło się oglądać człowiekowi? 

— Nie pamiętam, o czym pan mówi. 
— O moim małżeństwie. Tak, opowiadałem panu o tym. To, co się wtenczas mówiło, to 

background image

kłamstwo. Nikt nie znał prawdy o tym osobliwym wydarzeniu. 

—  Mnie  pan  nic  o  tym  nie  opowiadał  —  powiedziałem,  pamiętając,  że  mimo  swojej 

otwartości i gadatliwości nie mówił o tym nigdy, wspominał tylko  coś niewyraźnie o owym 
tajemniczym wydarzeniu. 

— Że panu tego nie opowiadałem! Przysiągłbym, że któregoś wieczoru referowałem tę 

sprawę punkt po punkcie. 

— Zapewniam pana, że nie znam żadnego szczegółu. 
— Nie opowiadałem panu o mojej żonie, o owym mężczyźnie... o tym demonie?... 
— Nic o tym nie wiem. 
— Nie rozmawiałem z panem o moim pałacu? 
—  O  pałacu  tak,  ale  pobieżnie  —  rzekłem  przypominając  sobie  w  jak  fantastycznych 

barwach przedstawiał często swój dom. 

—  Och,  był  wspaniały,  cudowny!  Mój  ojciec  był  miłośnikiem  sztuki.  Jakie  tam  były 

precjoza, jakie klejnoty! 

—  Tak,  musiał  być  znakomity  —  powtórzyłem,  żeby  podniecić  go  do  mówienia,  a 

samemu zanurzyć się rozkosznie w potokach jego zawsze pompatycznej i bujnej wymowy. 

— Jeszcze mi się wydaje, że tam jestem — powiedział z rodzajem ekstazy w głosie — i 

widzę moją żonę chodzącą powoli i majestatycznie, tak jak miała zwyczaj chodzić; tam we-
szła, ówdzie zamknęła drzwi; wyobrażam sobie, że słyszę szelest jej opadających szat, dźwięk 
jej grubego bursztynowego naszyjnika chowanego do szkatułki. 

— Och! Niech pan mówi, niech pan mówi. 
— Północ sprzyja imaginacji. Przechodziła przede mną, zostawiając jakby ślad światła. 

Ja nie spałem, gdyż czuwałem, mając słuch zawsze wyczulony na ten odrażający głos. 

— Na głos Heleny? 
— Nie, nie — powiedział z furią. — Na głos... Krew płynęła z rany... 
— Pana małżonka musiała się skaleczyć. 
— Nie, to on. Co mu nie przeszkadzało pokazywać mi swój haniebny uśmiech i swoje 

diabelskie spojrzenie. 

—  Widzę,  że  to  jest  skomplikowany  wypadek.  Występuje  tu  jakaś  osoba,  o  której  nic 

nie wiem? 

— Tak, pan go zna, wszyscy go znamy, jest niedaleko. Ja go widzę codziennie; był tu 

kilka nocy temu. 

— Kto to? 
— To ten... Ale opowiem panu dokładnie — powiedział jak ktoś, kto po długim waha-

niu decyduje się wyjawić jakąś ważną sprawę. — Pan musiał słyszeć, co mówią o mojej żonie 
i  o  mnie;  musiał  pan  słyszeć  tysiące  głupstw,  które  różnią  się  bardzo  od  prawdy.  Opowiem 
teraz szczerą prawdę. 

Doktor Anzelm zaczął z czarującą rozwlekłością opowiadać o swoim dziwnym zdarze-

niu. Nie darował żadnej  okazji dla rozwinięcia swej elokwencji; opisywał miejsca w sposób 
jak najbardziej szczegółowy i tak żywo, że fascynował swoim językiem. Były jednak w tym 
opowiadaniu pewna niejasność i zamieszanie i trzeba było przyzwyczaić się do jego swoiste-
go stylu, żeby znaleźć doń klucz, który niewątpliwie istniał. Na początku, kiedy jego imagina-
cja  była  bardziej  wypoczęta,  odbiegał  stale  od  tematu  przeplatając  opowieść  wymyślonymi 
przez siebie maksymami czy opiniami, które czasem były zadziwiająco oryginalne, a czasem 
graniczyły w swej naiwności z głupotą. Nie trzeba podkreślać, że było w tym wszystkim dużo 
fantazji i że szczególnie przy opisach puszczał wodze językowi. Śmiech budził opisami swo-
jego pałacu, który — gdyby istniał w tej formie — nie miałby sobie równych w czasach naj-
większego rozkwitu sztuki. Gdy dochodził do tego miejsca, pozwalał ponosić się wenie swo-
jej  erudycji  i  ani  rozsądek,  ani  obawa,  iż  może  wydać  się  kłamcą,  nie  były  zdolne  go  po-
wstrzymać. Nie wiemy, czy łgarstwa, które wygłaszał, a które zamierzamy przedstawić, mogą 

background image

— uporządkowane i usystematyzowane — okazać się interesujące i nie pozbawione zdrowe-
go rozsądku. Może okażą się mniej szalone, niż to się na pierwszy rzut oka wydaje; być może 
pojawi  się  w  nich  jakiś  przebłysk  logiki,  jeśli  się  je  potraktuje  jako  utwór  metafizyczny. 
Może, nie zdając sobie z tego sprawy, doktor przetworzył najbardziej gorzkie chwile swojego 
życia  w  najzwyklejszą  baśń;  lub  nawet  tego  nie  podejrzewając,  dodawszy  do  swojego  opo-
wiadania tysiące wymysłów i egzageracji, spłodził niewielkie dzieło sztuki mogące nie tylko 
bawić, ale i pouczać. 

Na krótko zanim rozpoczął, weszła doña Monika, którą przyciągało ciepło pieca, jedyne 

źródło ciepła, jakim w zimowe wieczory dysponował ten dom. Między nimi obojgiem pano-
wała  swoboda  godna  czasów  patriarchalnych:  ona  miała  zwyczaj  przysuwać  się  do  aparatu 
chemicznego  i  tam,  jeśli  nie  robiła  na  drutach,  drzemała  pełna  ukojenia,  co  wzbudzało  za-
chwyt  uczonego.  Wychudły  kot,  który  wyglądał  tak,  jakby  żywił  się  chlorkiem  i  bromkami, 
zrobił kilka kroków po pokoju, jak gdyby czegoś szukał, zbadał kilka miejsc i ulokowawszy 
się najpierw na książce, a potem między dwoma ogniwami Volty, nie zaaprobował w końcu 
żadnej z tych rzeczy, rozciągając się leniwie u stóp swej pani. 

Don Anzelm rozpoczął tymi słowy: 

 
 
 

IV 

 

— Pragnę najpierw dać panu pewne pojęcie o tym, jaki był mój pałac, ów pałac, który 

odziedziczyłem po ojcu, najbardziej entuzjastycznym kolekcjonerze dzieł sztuki, jaki żył kie-
dykolwiek.  Pojmie  pan,  poznając  dzięki  memu  opowiadaniu  ową  siedzibę,  że  słusznie  mógł 
oczekiwać  szczęścia  ten,  kto  takie  środki  posiadał;  równocześnie  zdziwi pana,  że  ja,  młody, 
bogaty  i  pełen  —  choć  mnie  samemu  trudno  o  tym  mówić  —  cennych  przymiotów,  jestem 
najnieszczęśliwszą  istotą  na  ziemi.  Ożeniłem  się zgodnie  z  wolą  mojego  serca,  ożeniłem  się 
szczęśliwy, pełen entuzjazmu, zakochany jak młody chłopak. Żona moja mieszkała ze mną w 
owym  domu  do  śmierci.  Zobaczy  pan,  ile  rzeczy  zdarzyło  się  w  tak  krótkim  czasie.  Jakie 
tortury, jakie męki, jakie przerażające cierpienie moralne! 

Dom  mój  był  zbudowany  bardzo  niezwykle:  z  zewnątrz  nie  przedstawiał  nic  godnego 

uwagi, ot jeszcze jedno domostwo w Madrycie,  spuścizna ubiegłego wieku. Wewnątrz znaj-
dowały się wszystkie jego cuda: podobnie jak pałace arabskie był zbudowany zarazem z wie-
lkim  egoizmem  i  z  przesadną  dyskrecją.  Ojciec  mój  zawarł  w  nim  swoje  marzenia,  wyraził 
wszystko, co wiedział lub o czym marzył. Nie wiem, jakich środków użył do tego ani jacy mi-
strzowie pracowali nad tym dziełem: wydawało się ono raczej wymyślone przez siły wyższe, 
wydawało się tworem, który wyłonił się z wnętrza ziemi za sprawą jakiejś diabolicznej woli. 
Dom  ów,  badany  wnikliwie,  przedstawiał  niejako  historię  i  rozwój  sztuki  w  ciągu  całych 
dziejów. 

Ojciec mój był wielkim miłośnikiem starożytności i pragnął uczynić tam jej przybytek. 

Jego dom był raczej realizacją marzenia artysty niźli majakami symbolizującymi bogactwo i 
estetykę miliona. Jaspis, statuy, płaskorzeźby, pojawiające się i znikające linie, gzymsy i wy-
pukłości, gładka powierzchnia marmuru posadzki, która odbijała całą tę konstrukcję na wpół 
mroczną, na wpół świetlistą, wklęsłość sklepień, zworniki łuków, geometryczny układ świa-
teł,  przestrzeń,  rozmiar  i  wysokość  olśniewały  każdego,  kto  po  raz  pierwszy  tam  wkraczał. 
Potem  widowisko  stawało  się  jeszcze  wspanialsze,  gdyż  wystawiały  się  na  pokaz  i  podziw 
jeszcze  większe  i  piękniejsze  przestrzenie.  Każdy  łuk  otwierał  przejście  do  innych  pomie-
szczeń, łuki załamywały się w gzymsy, kreśląc najbardziej śmiałe linie, przekazywały światło 
jedne drugim i światło to biegnąc od nawy do nawy, iżby oświetlić coraz większe przestrze-
nie, wydawało się potęgować, jakby działała tam moc refrakcyjna olbrzymich ukrytych luster. 

background image

— To musiało być wspaniałe — powiedziałem w chwili, kiedy doktor zatrzymał się dla 

nabrania tchu. 

— Mówiłem dotąd zaledwie o westybulu — stwierdził — bo reszta... 
— Więc jeśli to jest zaledwie westybul, reszta będzie tak piękna, że przewyższy wsze-

lkie  opisy...  —  zauważyłem,  nie  mogąc  powstrzymać  zdumienia  wobec  przesadnej  inwencji 
mojego przyjaciela, która wydawała się nie mieć granic i przewyższała wszystko, czego zwy-
kliśmy się spodziewać po umysłach błądzących po manowcach szaleństwa. 

—  Wszedłszy  w  głąb  —  kontynuował  —  dostrzegało  się,  że  panowała  tam  starożytna 

architektura  w  całej  zmienności  swoich  najpiękniejszych  stylów.  Ozdoby  stawały  się  coraz 
piękniejsze, jednakże ich obfitość nie szkodziła w najmniejszym stopniu czystości harmonii. 
Najpierw  znajdowała  tam  swe  odbicie  pełna  wdzięku  prostota  starożytnych  świątyń  w  Ate-
nach,  te  same  formy  nabywały  potem  smukłości  i  gracji  stylu  jońskiego.  Dalej  monotonna 
gładkość marmuru znikała wśród barw jaspisu, pozłota błyszczała na akantach kapiteli koryn-
ckich,  na  ząbkowaniach  i  meandrach.  Postać  ludzka  zaczynała  się  pojawiać  w  zwornikach 
łuku, w trójkątnych płaskorzeźbach konch, w olbrzymich potworach galopujących na fryzie, 
w  głowach  satyrów,  w  groteskowych  maszkarach,  których  usta  skurczone  grymasem  bachi-
cznej  wesołości  miotały  kwiaty  i  girlandy.  Wyżej  kariatydy  podtrzymywały  skąpo  zdobiony 
architraw, a dalej, na ścianie, pojawiły się już całe postacie ludzkie: z jednej strony centaury, 
z drugiej zaś amazonki towarzyszące ich zażartym zapasom. Zgromadzone na frontonie nimfy 
wieńczyły różami głowę błagalnej ofiary; atlanty podtrzymywały sufit, na płaskorzeźbach zaś 
przewijały się wspaniale wszystkie mity o wielkich herosach Grecji, o Herkulesie i Tezeuszu. 
Figury były tu większe, a ich postawy i kształty  zbliżały się do granic doskonałości staroży-
tnego ideału. Wszystkie postacie były boskie, od Prometeusza do Dejaniry; wszystkie monstra 
były ludzkie, od Polifema do Briareusa... Nawet czworonogi, kształtowane tak zręcznym dłu-
tem, miały jakby ludzki wyraz. Tu Pegaz był królem, który biegnie kłusem i ulatuje w powie-
trze, zaś Cerber szczekający trzema pyskami — niewolnikiem. 

— Ale widzi pan, żeby zmieścić tyle rzeczy, trzeba było ogromnej przestrzeni — ode-

zwałem się, poirytowany już tą lawiną kłamstw, którą mnie karmił zacny don Anzelm, chcąc 
dać  mu  do  zrozumienia,  że  jeśli  chce  kpić  sobie  ze  mnie,  to  nie  jestem  aż  tak  łatwowierny, 
żeby można mnie było faszerować taką ilością łgarstw. 

I naprawdę w głowie mi się już kręciło od tego pompatycznego opisu kolumn, jaspisu, 

kariatyd i tysiąca innych bzdur spłodzonych w głowie mego przyjaciela. Wiedziałem, z tego 
co opowiadali niektórzy starsi ludzie, że pałac tenże nie miał w sobie nic szczególnego poza 
kilkoma  jakimiś  obrazami,  kilkoma  wazami  i  dwiema  lub  trzema  antycznymi  szafami,  które 
ojciec don Anzelma kupił na jakiejś licytacji. Musiało więc tym bardziej dziwić, że zafascy-
nowany narrator przydawał artystycznemu bogactwu pałacu aż takich rozmiarów. Przytoczy-
łem mu kilka argumentów zdumiewając się, iżby tu, w Madrycie, istniał tak niezwykły dosta-
tek, dzieł sztuki, ale on udawał głuchego i dalej ciągnął swoje. 

— W miejscu, które stanowiło centralną część budynku — dodał z taką powagą, że nie 

sposób  było  nań  patrzeć,  nie  odczuwając  pokusy  śmiechu  —  pod  najwyższym  sklepieniem, 
widać  było  niezliczone  rzeźby.  Były  tam  grupy  przedstawiające  najsłynniejsze  wydarzenia 
mitologii  greckiej  i  klasyczne  postacie  o  nieporównywalnej  piękności,  nazwane  imionami 
głównych bóstw. Nieszczęścia Ajaksa, syna Oileusa, męki Prometeusza i Tantalosa tworzyły 
serię  rzeźb,  które  przedstawiały  czyny  równie  sławne,  jak  przygody  Don  Juana  z  Olimpu. 
Biedne  ofiary  jego  niewstrzemięźliwości  były  pełnymi  gracji  figurami,  na  których  można 
było  zobaczyć  skutki  tej  samej  namiętności,  lecz  ukazane  rozmaicie,  zależnie  od  tego,  w 
jakiej  postaci  przedstawiał  im  się  nieśmiertelny  kpiarz.  Wszystkie  były  równie  piękne,  lecz 
Europa  nie  była  w  niczym  podobna  do  Latony  ani  Leda  do  Semele.  Natomiast  Jowisz  był 
zawsze tym samym rozpustnym i pewnym siebie bogiem, zarówno kiedy  pojawiał się w pe-
łnym majestacie Olimpu, jak i przeistoczony w byka lub zamaskowanego piórami płetwono-

background image

ga. 

— Cóż za szatan z tego Jowisza! Ten jegomość nie darował ani mężatce, ani dziewicy 

— zauważyłem, mając nadzieję, że drwiny zmuszą go do przerwania lotu bredzącej fantazji. 

Nic to nie pomogło. Don Anzelm mówił dalej: 
— Opisałem tu tylko część domu przeznaczoną do oglądania. Część wewnętrzna, mie-

szkalna, była jeszcze ciekawsza. 

— Jeszcze ciekawsza! — rzekłem do siebie. — Jeszcze ciekawsza! No to ładna historia! 

Na  czym  to  się  wreszcie  skończy?  Jeśli  jeszcze  nie  doszliśmy  do  właściwego  pałacu,  ten 
człowiek gotów mnie dziś zanudzić na śmierć. 

— Bo opisałem zaledwie krużganki! 
— Zaledwie krużganki!  O zgrozo! Aż strach pomyśleć o salonach i alkowach! — wy-

krzyknąłem zatrwożony. 

—  Główny  salon  nie  przypominał  w  niczym  owych  wspaniałych  konstrukcji,  gdzie 

dominowała architektura. Ściany jego nie miały własnego stylu: przeważały detale, były tam 
nagromadzone  liczne  i  tak  różnorodne  drogocenności,  że  na  próżno  usiłowałby  opisać  je  i 
wyliczyć najbardziej systematyczny klasyfikator. 

— No, to mnie dopiero czeka — pomyślałem. 
—  Było  to  muzeum  sztuki  zdobniczej,  gdzie  każdy  przedmiot  był  osobnym  cudem,  a 

doskonałość  każdego  z  nich  taiła  różnorodną,  lecz  zadziwiającą  perspektywę  całości.  Wspa-
niałe renesansowe meble, istny  cud artystycznego rękodzieła; weneckie lustra; zegary z cza-
sów Ludwika XV ozdobione mitologicznymi figurami; najdelikatniejsze stiukowe płaskorzeź-
by przedstawiające polowania i zabawy wiejskie; kandelabry, popiersia, trójnogi i medaliony, 
wszystko  to  znajdowało  się  na  ścianie  i  obok  niej,  ledwie  pozwalając  dostrzec  bogate  gobe-
liny  flamandzkie,  których  kolory,  zawsze  żywe,  zdradzały,  iż  projektował  je  Teniers  lub 
Brueghel. Nie brak było owych kapryśnych sekreter, których maleńkie szufladki pysznią się 
figurkami  o  wytwornym  guście,  mozaikami,  i  intarsjami  w  różnokolorowym  drewnie;  obok 
okrągłe stoliki o jednej nodze z porcelanowymi płytkami, na których subtelny pędzel nakreślił 
wesołe kurtyzany. Nie opodal tych niesłychanych piękności znajdowały się współczesne i sta-
rożytne wazy, amfory złocone niczym arabskie filigrany, dzbany z Indii i Oceanii, na których 
wiły się zielonkawe jaszczurki i fantazyjne drapieżniki o surowych kształtach. Bożki z Mala-
baru  z  wydętymi  brzuchami,  głębokim  pępkiem  i  olbrzymimi  uszami  ukazywały  po  kątach 
swą pijacką lub naiwną wesołość; a dalej wypchane jaskrawe amerykańskie ptaki przeplatały 
się  z  afrykańskimi  muszlami,  gałązkami  korali,  średniowiecznym  tryptykiem,  bizantyńskim 
krzyżem i egipskimi relikwiarzami, które... 

— Dość, dość — krzyknąłem wstając — dosyć! W głowie mi się już kręci. To niesamo-

wite pomieszanie rzeczy, jakie pan posiadał, nie nadaje się do opowiedzenia. 

Bez wątpienia wszystkie kociołki i naczynia, jakie doktor miał w domu, wydawały mu 

się  egipskimi  wazami  i  krzyżami  bizantyńskimi.  Nie  obraził  go  mój  gwałtowny  wybuch  i 
pełen entuzjazmu ciągnął dalej: 

—  Szukanie  symetrii  w  tym  muzeum  byłoby  niszczeniem  jego  głównego  uroku,  który 

polegał  na  różnorodności  i  bezładzie.  Po  doskonałościach  geometrycznych  krużganków,  po 
surowej  symetrii  stylu  doryckiego  i  olśniewającej  regularności  stylu  korynckiego  ów  zamęt 
rozmaitych przedmiotów... 

—  Nie  był  on  aż  tak  wielki  jak  ten,  który  ty  masz  w  głowie  —  rzekłem  do  siebie, 

zazdroszcząc kotu, który spał spokojnie, nie czując się zobowiązanym do podziwiania cudów 
renesansu. 

— Ten zamęt przedmiotów, z których część przedstawiała przeróżne style, to nagroma-

dzenie figur, mebli, waz, ozdób pochodzących z różnych krajów i różnych epok, ten aglome-
rat rzeczy pięknych, osobliwych albo dziwnych schlebiał rozumowi, zniewolonemu wcześniej 
przez symetrię, i dawał swobodę wzrokowi, poprzednio ujarzmionemu przez linię. Przedmio-

background image

ty zebrane tu w celowym bezładzie, z ciągłym brakiem dalszego ciągu, z kompletnym pomi-
janiem proporcji, dawały ogromną przyjemność i, zacierając wszelki punkt widzenia, pozba-
wiały  widza  fatygi,  jaką  powoduje  mimowolne  dokonywanie  pomiarów,  któremu  oddaje  się 
wzrok  oceniając  architekturę.  Wnętrza,  kiedy  są  piękne,  są  jak  otchłanie:  fascynują  wzrok  i 
widz nie może się obejść bez oceny proporcji i kreślenia w przestrzeni rozlicznych linii, gdyż 
jego wyobraźnia stara się zbadać średnicę łuku, wysokość trzonu kolumny i promień sklepie-
nia.  W  tej  mimowolnej  pracy,  wywołanej  przez  harmonię,  symetrię,  proporcję  i  elegancję, 
umysł  się  nuży  i  słabnie,  męczy  i  nabiera  obaw.  Kiedy  nie  ma  jednolitego  stylu,  lecz  boga-
ctwo szczegółów, kiedy nie obowiązuje określony punkt widzenia ani żaden klucz, wzrok się 
nie męczy, snuje się powoli, waha się, gubi, ale jest spokojny, gdyż nie stara się mierzyć ani 
porównywać; oddaje się nieładowi widowiska i błądząc zyskuje ocalenie. 

Powiedziawszy  to,  zamilkł  dla  zaczerpnięcia  tchu.  Przełknąłem  lekcję  perspektywy, 

jaką  Bóg  na  mnie  zesłał;  lekcja  wydawała  mi  się  szczytem  zamieszania  i  gmatwaniny,  ale 
muszę wyznać, że doktor wzbudzał we mnie szacunek, i nie odważyłem się powiedzieć nicze-
go, co mogłoby go obrazić. Tak więc, mimo całego mojego znudzenia, siedziałem z pochylo-
ną głową. Wypocząwszy przez chwilę, mówił dalej: 

— Z salonu tego przechodziło się do innych pomieszczeń, pełnych obrazów. 
— Tak... już pojmuję: obrazów bardzo pięknych. Widziałem wiele obrazów — oświa-

dczyłem, żeby sprowokować go do oszczędzenia mi nowej burzy, której nadciąganie już czu-
łem. 

— W jednym z tych pokoi znajdował się klucz do wydarzenia, które chcę opowiedzieć. 

Jeszcze  mi  się  wydaje,  że  go  tam  widzę  i  że  on  jest  tam  jeszcze,  z  tym  swoim  wymownym 
spojrzeniem, ze swoim perfidnym i podstępnym uśmiechem. 

— Kto tam był? 
—  Powiem  panu:  ojciec  mój  posiadał  dużą  kolekcję  obrazów  nieco  nieprzyzwoitych. 

Dużo  tam  było  prowokującej,  prawie  nieskromnej  nagości,  były  więc  ogrody  rozkoszy,  ba-
chanalia, zabawy wiejskie i toalety Wenus. Twórca owej galerii był wielkim epikurejczykiem 
i lubował się w znajdowaniu milczących świadków lub towarzyszy swych uciech. Wśród tych 
malowideł było jedno, które wyróżniało się szczególnie i bardziej przyciągało uwagę: przed-
stawiało Parysa i Helenę wypoczywających w cienistej grocie na wyspie Kranae. Piękna była 
twarz żony Menelaosa, ale młody Trojańczyk był jeszcze piękniejszy. Pędzel malarza dał mu 
tyle  życia,  że  wydawało  się,  jakby  mówił  i  przekazywał  Helenie  swoje  przewrotne  myśli. 
Zawsze byłem przekonany, że jest w nim coś żywego, że czasem za sprawą jakiegoś nie wy-
jaśnionego złudzenia Parys porusza się i śmieje. Na wszystkich robił wrażenie, a zwłaszcza na 
mnie.  Zapamiętaj  pan  to  dobrze,  żeby  łatwiej  zrozumieć  opowiadanie,  które  nastąpi.  Opo-
wiem przerażającą historię. 

— Więc od tego obrazu Parysa zaczyna się ta historia? Wobec tego musi być piękna. 
— Zaraz się pan przekona. Ożeniłem się. Moja żona mieszkała tam ze mną. Jakże ja ją 

kochałem!  Na  początku  przeżywałem  gwałtowne  lęki,  że  życie  moje  będzie  krótkie,  za  kró-
tkie, żebym mógł się nacieszyć moim szczęściem. Lecz niedługo po ślubie zaczęły nachodzić 
mnie melancholie i rozmaite myśli... Ja jestem z tych wiecznie nieufnych. Ubóstwiałem swoją 
żonę i byłem zazdrosny nawet o powietrze, którym oddychała. 

— Sprawa zaczyna się plątać — rzekłem do siebie — małżeństwo, obraz Parysa, nieu-

fna miłość do żony... To wszystko jest jeszcze bardziej pogmatwane niż salon ze starożytno-
ściami.  I naprawdę, zacząłem już żałować, że sprowokowałem tę nieszczęsną opowieść do-
ktora, w której nie znajdowałem niczego interesującego. Dygresje, dziwactwa, wszystko spro-
wadzało się do tego samego. Jednak, zrezygnowany, słuchałem. 

— W pierwszych dniach naszego małżeństwa — mówił dalej — były chwile niewysło-

wionego  szczęścia:  czułem  się  wniebowzięty,  uduchowiony,  oszalały,  czułem  jakiś  entu-
zjazm, chciałem biec, krzyczeć, przemawiać do całego świata. Lecz szybko wpadłem w prze-

background image

paść  swoich  podejrzeń,  pogrążając  się  we  własnym  smutku.  Nikomu  nie  udało  się  skłonić 
mnie do mówienia. W głowie tkwiła mi jedna myśl, jedna tylko udręka. Wie pan, co to było? 

— Skąd miałbym wiedzieć, na mą duszę? 
— Och! — wykrzyknął zaciskając pięści, z rozognioną twarzą i z najżywszym błyskiem 

w oczach. — Otóż myślałem... Pewnego dnia przyszedłem późno do domu, wszedłem i zoba-
czyłem...  

Doktor zatrzymał się na chwilę, zatopiony w myślach, kryjąc twarz w dłoniach. Chwilę 

trwał w milczeniu. 

Milczenie  to  pozwoliło  mi  na  chwilę  odpoczynku  i  rozejrzenie  się  wokół.  Wszystko 

tonęło w spokoju. Ciszę mąciło tylko głuche pomrukiwanie: to doña Monika chrapała z głową 
opuszczoną na piersi, wolna od trosk, szczęśliwa, puszczając wolno cugle swojemu duchowi, 
który latał gdzieś, nie wiadomo gdzie. Jej wargi, ocienione wąsikiem, wydłużały się w ryjek i 
tędy, a także przez jej spłaszczony mięsisty nos, przeistoczony siłą oddychania w prawdziwą 
piszczałkę organową, wydobywała się głośna symfonia, która mąciła głęboką ciszę laborato-
rium. Doktor, podniósłszy znów głowę, mówił dalej: 

— Mój ślub nastąpił szybko: nie był poprzedzony tymi intymnymi zbliżeniami, które by 

pozwoliły nabrać do siebie wzajemnego zaufania, tymi ukradkowymi kontaktami, które wiążą 
dusze,  zanim  osoby  zostaną  połączone  węzłem  kościelnym  i  cywilnym.  Nie  byłem  jej  wy-
brańcem;  była  to  raczej  sprawa  ułożona  przez  rodziców,  kierujących  się  rozsądkiem,  niźli 
spontaniczny związek dwojga kochanków, których męczy miłość platoniczna. Pobraliśmy się 
niedługo po naszym poznaniu i stąd, jak sądzę, pochodzą wszystkie moje nieszczęścia. Nie-
mniej jednak pokochałem ją gorąco od chwili, gdy postanowiłem połączyć z nią swoje losy. 
Ale nadszedł dzień, kiedy, nie wiem dlaczego, nabrałem przekonania, że widzę na jej twarzy 
raczej  oznaki  rezygnacji  niż  radości,  co  mnie  nad  wyraz  zasmuciło  i  skłoniło  do  medytacji, 
lecz gdy zacząłem wątpić, czy aby robię dobrze, już byłem żonaty. To nie przeszkodziło, bym 
doznał chwil pełnego szczęścia, jak mówiłem wcześniej, ale przechodziły one szybko, zosta-
wiając mnie pogrążonego w medytacjach. Wie pan, jaki był temat mojego wiecznego rozmy-
ślania? Myślałem bez przerwy o mojej żonie, wątpiąc w jej wierność w przyszłości. Ta myśl 
tkwiła w moim mózgu tak uporczywie, że ani na chwilę nie miałem od niej spokoju. Przycho-
dziło mi do głowy, że powinienem być dla niej tyranem, więzić ją, unikać wszelkich okazji, 
które pozwoliłyby jej mnie oszukiwać. Czasem wbijałem w nią wzrok i starałem się czytać w 
jej myślach. Zdumienia, z jakim patrzyła na moje zachowanie, zwłaszcza w pierwszym okre-
sie po ślubie, nie da się opowiedzieć; w końcu zaczęła odczuwać przede mną strach, bo napra-
wdę mogłem przerazić każdego wskutek mojej złowrogiej oschłości i pogrążenia się w sobie. 
Walczyłem, żeby odrzucić od siebie ową myśl, odwoływałem się do rozsądku, ale on wyda-
wał mi się czasami bardziej szalony niż fantazja, toteż w okowach ich obu doszedłem do kre-
su mojej męki. 

— Ale na czym pan się opierał, synu Barabasza, w tym pozbawionym podstaw podej-

rzeniu? — spytałem szukając cienia logiki w plątaninie myśli doktora Anzelma. 

— Z początku na niczym realnym. Potem pan zobaczy. Ona się mnie bała, ja wiedzia-

łem o tym. Ale to jest niewytłumaczalne, a pan nie może tego zrozumieć. 

I w istocie, nic nie rozumiałem z owych wyznań, z owych zdarzeń, w których wszystko 

było zamętem. 

—  Na  razie  nic  pan  nie  zrozumie,  dopiero  potem,  kiedy  wyjaśnię  wszystko,  co  mi  się 

zdarzyło. Pewnego dnia ona była w tym pokoju, który panu opisałem; stała przed wspaniałym 
płótnem Parysa i Heleny, o którym już mówiłem. „Jakaż to piękna postać!” — rzekła wskazu-
jąc na Parysa. „Tak” —  odparłem przypatrując mu się także.  I obydwoje  wpatrywaliśmy się 
przez  chwilę  w  nadzwyczajną  piękność  młodzieńca,  nie  dającą  się  porównać  z  żadną  inną. 
Potem odeszła, a ja za nią... 

— Coraz mniej rozumiem — rzekłem do siebie. 

background image

—  To,  co  właśnie  opowiedziałem,  wyjaśni  nieco  moje  zaskoczenie,  moje  przerażenie, 

kiedy pewnego wieczoru wszedłem do domu i ujrzałem... 

— Co takiego? — zapytałem, pragnąc dowiedzieć się, co ujrzał doktor w swoich halu-

cynacjach. 

— Żebyś pan to dobrze pojął, powinienem uprzedzić go co do wielu spraw, które miały 

wielki  wpływ  na  niezwykły  stan  mojego  ducha.  Jeszcze  pamiętam  jej  alkowę,  oświetloną 
przez tajemnicze światło. Wchodzę i widzę tam jej suknie porozrzucane w bezładzie, jej klej-
noty... Natężam uwagę i słyszę szmer jej oddechu; zbliżam się, uchylam drżącą ręką zasłonę 
łóżka,  unoszę  ją,  widzę...  siadam  obok...  jej  wargi  się  poruszają,  wydaje  mi  się,  że  chce  coś 
powiedzieć...  nie  mówi  nic,  nic,  ale  wydaje  mi  się,  że  jej  usta  wymówiły  bezgłośnie  jakieś 
słowo,  którego  nie  dosłyszałem...  zbliżam  się  bardziej...  wydaje  mi  się,  że  marszczy  brwi  i 
potem je wypogadza... natężam bardziej uwagę... ona jakby się uśmiecha... 

— To wszystko niczego nie wyjaśnia — zauważyłem z rozdrażnieniem widząc, że z ust 

uczonego wychodzą tylko jakieś plątaniny bzdur. 

— Wszystko to, mój przyjacielu, służy temu, aby wyjaśnić panu, jakie było moje osłu-

pienie, moje przerażenie, kiedy zobaczyłem... 

—  Coś  pan  zobaczył,  człowieku?  Dowiedzmyż  się  wreszcie  —  rzekłem  utraciwszy 

wszelką cierpliwość. 

— Zobaczyłem, zobaczyłem... 
Doktor nie mógł dokończyć, gdyż jakiś nagły przerażający hałas, jakiś straszny huk roz-

legł się w pokoju i bardzo ostra jasność, czerwona, piekielna, oświetliła nas wszystkich. 

Wydaliśmy  okrzyki  przerażenia.  Była  to  jedna  z  retort  grzejących  się  na  ogniu,  która 

pękła  z  hukiem.  Doktor  zapomniał  o  przeprowadzanym  eksperymencie,  a  płyn  rozszerzając 
się  znacznie  i  nie  znajdując  ujścia,  otwarł  je  sobie  eksplodując  w  zetknięciu  z  ogniem.  Była 
chwila,  kiedy  wszystko  wokół  wydawało  się  piekłem,  a  wszyscy  demonami.  Doña  Monika 
obudziła się przelękniona z krzykiem: „Pali się!” i zemdlała natychmiast, padając jak worek i 
miażdżąc głową gitarę, która znalazła się obok niej. Kot, na którego chlusnęła znaczna ilość 
wrzącego  płynu,  miotał  się,  wydając  piski  rozpaczy.  Biedak  miauczał,  biegał  z  palącą  się 
sierścią, z oczami jak płomienie, z przypalonymi wąsami. Biegał po całym pokoju z zawrotną 
szybkością; skakał na Chrystusa, na jego głowę, z ramienia na ramię, spadał na spiralne scho-
dki, wbiegał i zbiegał po wszystkim, co tam było, ślizgał się po butach do konnej jazdy, plątał 
się  w  gałązkach  korala,  skoczył  na  szkielet  i  drapał  oszalały  jego  grzechoczące  kości;  znów 
upadł  na  podłogę,  rzucił  się  na  wypchanego  ptaka,  którego  pióra  pofrunęły  w  górę,  po  raz 
pierwszy po  całym wieku spokoju, wyciągnął się, skurczył, wygiął się nieszczęśliwy, a jego 
ciało skwierczało jak na ruszcie; biegał, biegał bez przerwy, uciekając od siebie i od swojego 
bólu i wreszcie upadł, najeżony, napuchły, obolały, miotany konwulsjami, oszalały z pragnie-
nia i wściekłości; upadł na środku sali, gdzie wierzgał, miauczał, darł pazurami, bił w podłogę 
ogonem i wił się, wił w swojej powolnej i przerażającej agonii. 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Obsesja 

 

 

W końcu z dużym trudem ugasiliśmy ogień, nie dopuszczając, żeby płomień się rozsze-

rzył i pochłonął nas wszystkich. Jedyną ofiarą było owo nieszczęśliwe zwierzę, które oblane 
porcją  wrzącego  płynu  płonęło  jak  lont  i  zginęło,  jak  już  powiedzieliśmy,  w  strasznych  mę-
czarniach.  Podobny  los  przypadł  w  udziale  znacznej  części  fartucha  doñi  Moniki,  w  którym 
płomień  dokonał  wyłomu  i  poparzył  jej  palce,  gdy  usiłowała  go  gasić.  Uczony  nie  doznał 
poważniejszej szkody, poza całkowitą utratą kosmyka włosów, który z uporem, bardziej opie-
rając się działaniu czasu niźli pomadzie, sterczał był nad jego prawą skronią. W końcu pożar 
został  ugaszony,  a  kiedy  już  staruszka  odeszła  strapiona  szkodami  —  których  przyczynę 
widziała w czarnoksięskich sztuczkach pana — i bolejąca z powodu smutnego końca kiciusia, 
którego darzyła serdeczną sympatią, doktor odezwał się tymi słowy: 

— Nie wiem, na czym opierałem swoje podejrzenia, wiem tylko, że je miałem. Utkwiły 

we  mnie  głęboko,  podobnie  jak  te  myśli,  które  w  nas  żyją,  mówiąc  ściślej,  one  już  chyba 
tkwiły we mnie od urodzenia, czy ja wiem! Od samego początku lub nawet jeszcze wcześniej. 
Nie  wiem,  co  to  za  szatański  duch  podszeptuje  nam  pewne  rzeczy,  kiedy  pogrążamy  się  w 
medytacjach. Nie wiem, kto obmyśla te koncepty, które wnikają do naszego mózgu już goto-
we,  mocne,  ścisłe  w  swojej  piekielnej  logice  i  przerażająco  oczywiste.  Pewnego  dnia  wsze-
dłem  —  niech  pan  słucha  uważnie  —  wszedłem  do  mego  domu  opanowany  przez  te  myśli. 
Kiedy zbliżyłem się do  pokoju Heleny, byłem przekonany, że słyszę jakiś głos męski, który 
tam, w środku mówi coś bardzo spokojnie. Głos nagle zamilkł... Zauważyli moje przybycie... 
Potem wydawało mi się, że słyszę pospieszne kroki, jakby ktoś uciekał, starając się  robić to 
jak najciszej. Nie potrafię opisać nagłej furii, która mną owładnęła: zaślepiony rzuciłem się do 
drzwi, pchnąłem je mocno, otwarłem jednym uderzeniem z takim hukiem, że ściany zatrzęsły 
się w konwulsji budynków, jaka następuje pod naporem burzy lub trzęsienia ziemi, w której 
tkwią ich fundamenty. 

—  Mocarz  z  pana  —  rzekłem  ironicznie,  zauważając  jak  małe  podobieństwo  istnieje 

między  moim  nieszczęsnym  przyjacielem  a  jegomościem  z  opowiadania,  którego  można  by 
uznać za Samsona. 

— Tak, drzwi się otwarły i zobaczyłem przed sobą Helenę, przelęknioną, drżącą, z tak 

widocznymi  znakami  trwogi,  że  sam  z  kolei  zatrzymałem  się  zaskoczony.  Moje  pierwsze 
spojrzenie w jednej sekundzie przeszyło pokój. Nie było tam żadnego mężczyzny, okno było 
zamknięte,  drzwi  wewnętrzne  również.  Niemożliwe,  żeby  w  chwili  pomiędzy  usłyszeniem 
głosu i moim wejściem zdołał ktoś zamknąć zamki i zasunąć rygle, nie starczyłoby też czasu, 
żeby  ktoś  zdołał  wyjść  drzwiami  albo  wyskoczyć  przez  okno.  Zbadałem  wszystko:  nie  do-
strzegłem niczego. A przecież słyszałem ten głos, byłem tego pewien i niełatwo byłoby prze-
konać mnie, że to nieprawda, gdyż nie przemawiał do mnie ani fakt oczywisty, że nie znala-
złem tam żadnego mężczyzny, ani gorące protesty Heleny, która w swoim bólu znalazła sło-
wa wystarczająco mocne, żeby udzielić mi reprymendy, nazywając mnie dziwakiem i szaleń-
cem. Przysięgała mi, że była sama, że kiedy wszedłem w sposób tak gwałtowny, myślała, iż 
umrze  ze  strachu  i  że  nie  potrafi  wytłumaczyć  sobie  mojego  zachowania  inaczej,  jak  tylko 
zupełnym pomieszaniem rozumu. 

— Cóż za dziwne pomysły! — odezwałem się rozważając, jakie musiało być przeraże-

nie owej nieszczęsnej kobiety na widok swojego męża wpadającego z wściekłością i obłędem, 

background image

twierdzącego, że słyszał głos mężczyzny w pokoju. 

— Tak, dziwne — odparł doktor — lecz były coraz żywsze i wyraźniejsze. Nie mogłem 

odrzucić  od  siebie  tej  myśli;  wrażenie,  jakie  zrobił  na  mnie  ów  głos,  było  tak  wielkie,  że 
jeszcze  do  dziś  trwa  ono  we  mnie,  a  tamtego  dnia  chyba  tylko  zwątpiwszy  w  swoje  własne 
istnienie lub uwierzywszy, że nie jestem istotą realną, mógłbym potraktować to jako złudę. Z 
pewnością  nie  było  to  złudzenie  i  utwierdziłem  się  w  tym  jeszcze  bardziej,  kiedy  następnej 
nocy... 

— Biedaczka! Cóż za noc! Niewątpliwie następnej nocy ponowił pan swoje bezsenso-

wne okrucieństwo. 

— Tak — kontynuował — następnej nocy byłem świadkiem zjawiska, które ostatecznie 

odebrało mi nadzieję zrozumienia tego wszystkiego. To, co mi się zdarzyło, przyjacielu, prze-
kracza  już  granice  rzeczy  przyrodzonych  i  jeszcze  dziś  jest  dla  mnie  szczytem  zawiłości. 
Wszedłem do domu i zatopiony w myślach chodziłem przez dłuższy czas samotnie po owych 
salonach, gdzie wszystko budziło we mnie smutek i odrazę. Przeszedłem przez tę salę, którą 
opisałem,  gdzie  znajdował  się  obraz  Parysa  i  Heleny,  i  zamarłem  ze  zdumienia  na  widok... 
Najbardziej zdumiewające zjawisko, jakie można sobie wyobrazić: postaci Parysa na płótnie 
nie było. Pomyślałem, że chyba jestem w błędzie, zbliżyłem się, dotknąłem obrazu, zapaliłem 
światło, dużo świateł, patrzyłem i patrzyłem. Postać Parysa... znikła; Helena była sama i wy-
raz jej twarzy zmienił się całkowicie: była teraz smutna i niepocieszona, ona, która przedtem 
wyglądała  na  radosną  i  szczęśliwą.  Cóż  to za  piekielny  obraz,  z  którego  jedna  postać  znika, 
zamazuje się, odchodzi, jakby była z krwi i kości! Nie mogłem przestać wpatrywać się w to 
przeklęte płótno i rzekłem do siebie: „Ale gdzież się podział ten diabelski mężczyzna?” 

—  Tak,  gdzie  się  podział?  —  spytałem  zdziwiony,  że  halucynacje  doktora  sięgnęły 

takich granic. — Gdzie był ten diabelski mężczyzna? 

— Gdzie był? Ciągnięty jakąś przemożną siłą moich myśli, mojej zazdrości, pobiegłem 

do pokoju żony. Zbliżając się usłyszałem ten sam głos, który słyszałem poprzedniej nocy, te 
same  kroki.  Nie  mogę  opisać  mojej  furii.  „Więc  wczoraj  to  była  prawda  —  pomyślałem  i 
rzuciłem się do drzwi. — Och, zamknęli!” — krzyknąłem i uderzając w nie mocno, mówiąc 
ściślej, rzucając się na nie całym ciałem, wyłamałem je. Wpadając ujrzałem, że okno, które 
wychodzi  do  ogrodu,  jest  otwarte  i  że  jakiś  cień,  jakiś  kształt,  jakiś  mężczyzna  wyskakuje 
przez  nie.  Stało  się  to  tak  szybko,  że  ledwo  go  zobaczyłem:  dostrzegłem  tylko  jego  głowę, 
kiedy już znikała i jego  ręce w momencie odrywania się od parapetu. Podbiegłem,  wychyli-
łem się, ale nie zobaczyłem niczego; noc była bardzo ciemna. Wydawało mi się tylko, że sły-
szę  łomot  ciała,  które  upada.  Helena  patrzyła  na  mnie  osłupiała,  z  nieopisanym  strachem. 
Straciła  przytomność;  i  tym  razem  nie  powiedziała  mi,  że  jestem  dziwakiem  i  szaleńcem, 
gdyż słowa wyrzec nie mogła, i padła u mych stóp jak martwa. Myślałem tylko o tym, żeby 
ścigać tego człowieka, żeby go znaleźć i zabić. Rzuciłem się do ogrodu i przebiegałem go w 
gorączce nie do opisania. Mur był bardzo wysoki i choćby nie wiem jak zwinny i zręczny był 
ów mężczyzna, nie mógłby go przeskoczyć przed moim przybyciem. Zbadałem wszystko: w 
ogrodzie nie było nikogo. Ale ogród ów łączył się z odludnym patiem, otoczonym bardzo wy-
sokimi ścianami; skierowałem się tam i ledwie zrobiłem kilka kroków, dostrzegłem jakiś cień 
prześlizgujący się ostrożnie między stosami kamieni, z których miał być zbudowany jeden z 
pawilonów  pałacu.  Przyczaiłem  się,  żeby  zobaczyć,  czy  rzeczywiście  jest  mężczyzną,  czy 
jedną z tych zjaw, jakie tworzą we wzajemnej zmowie noc i wyobraźnia. Był to mężczyzna. 
Widziałem go, jak szedł pochylając się, aby nie być dostrzeżonym, i nie wiem dlaczego wy-
dawało mi się, że mimo ciemności nocy rozróżniam w jego twarzy rysy malowniczej postaci 
z obrazu, której zniknięcie tak mnie zaniepokoiło i zmieszało. Ów mężczyzna, owa zjawa czy 
cokolwiek to było, nadchodził bardzo powoli, zmierzał ku studni bez ocembrowania, która się 
tam znajdowała, jednej z tych, jakie murarze kopią przy budowie, żeby mieć blisko wodę. Ku 
mojemu  zdumieniu  wszedł  wolno  do  studni:  widziałem  go,  jak  schodził  stopniowo  w  dół  i 

background image

zniknął; najpierw widziałem go do piersi, potem samą głowę, w końcu dłoń, którą uczepił się 
brzegu.  Przez  chwilę  stałem  niezdecydowany,  patrząc  na  to  z  uwagą.  Po  chwili  wystawił 
ostrożnie głowę, jakby chcąc zobaczyć, czy go obserwuję, i natychmiast gwałtownie ją scho-
wał. W końcu dłoń też zniknęła. 

Podszedłem tam i przyszła mi do głowy straszna  zemsta. Jakby  całe moje ciało uległo 

szałowi,  który  się  we  mnie  rozpętał,  poczułem  w  sobie  zdwojone  siły  i  nadzwyczajną  moc; 
chwyciłem największy kamień, jaki mogłem udźwignąć, uniosłem go obiema rękami na wy-
sokość głowy, jednym skokiem znalazłem się nad brzegiem studni i wrzuciłem go z ogromną 
siłą  do  środka;  wydawało  mi  się  bowiem,  że  jego  własny  ciężar  nie  wystarczy.  Chwyciłem 
potem inny, większy, i wrzuciłem go z tą samą wściekłością, chwytając natychmiast za trzeci, 
gdyż szał podwajał moje siły. W ciągu dziesięciu minut wrzuciłem do środka ponad pięćdzie-
siąt kamieni. Nie wydawało mi się dosyć: chwyciłem za łopatę, która leżała obok i przez pół 
godziny sypałem tam ziemię. Znowu zacząłem wrzucać kamienie i po dwóch godzinach nie-
ustannej pracy studnia zniknęła, a płyty były doskonale wyrównane. Wydawało mi się, że to 
mało: usiadłem na swoim dziele, podniecony, drżący ze zmęczenia, i siedziałem tam całą noc, 
jak strażnik zwycięstwa zamieniony w pomnik nagrobny czuwający nad mogiłą i osłaniający 
ją. Czasami wydawało mi się, że jakiś Tytan podnosi od dołu wszystkie kamienie i wszystką 
ziemię,  którą  tam  wrzuciłem.  Pragnąłem  być  pomnikiem  z  ołowiu,  żeby  przygnieść  swoją 
ofiarę  na  wieki.  Świt  rozjaśnił  trochę  mój  umysł:  „Co  ja  zrobiłem?  Boże  mój!  —  rzekłem 
cofając  się  myślami  do  minionych  zdarzeń  i  szukając  w  zwykłych  logicznych  argumentach 
rozwiązania owej zagadki — czy był tu rzeczywiście jakiś mężczyzna, czy nie?” 

— Trzeba przyznać, przyjacielu — rzekłem nie mogąc się powstrzymać — że jeżeli był 

to mężczyzna, okazał się pan okrutnym barbarzyńcą, a jeżeli zjawa jakaś — to głupcem. 

— Niech pan mnie nie osądza, nie znając reszty — mówił dalej. — Kiedy wszedłem do 

domu, pierwsze kroki skierowałem do obrazu Parysa. Figura mężczyzny była na swoim miej-
scu.  Lecz nie mogłem opanować wstrząsu przerażenia i uczucia jakiegoś lodowatego zimna, 
kiedy  malowana  postać  Trojańczyka  zwróciła  do  mnie  swoje  oblicze,  spojrzała  na  mnie  i, 
przeklęta, uśmiechnęła się tak szyderczo, że włosy mi się zjeżyły. 

— To rzeczywiście ciekawe — odezwałem się — i przewyższa wszystko, co zdarzyło 

się do tej pory. 

— Nieprawdaż przyjacielu, że wydaje się to niewiarygodne? 
— Oczywiście! I jeszcze jak! 
— Owego dnia — mówił dalej — w pokoju mojej żony zapanowała konsternacja. Byli 

tam jej rodzice i otaczało ją kilkoro usłużnych krewnych, z tych, co to spieszą we wszystkich 
kłopotliwych momentach, zwłaszcza kiedy się ich nie prosi. Helena płakała, a porywczy hra-
bia de Torbellino, jej ojciec, oświadczył, że wydał swoją córkę za najdzikszego z potworów, 
jakiego można sobie wyobrazić. Jej matka, stara kokietka, starała się ją pocieszyć przekonu-
jąc, by sobie nic nie robiła z moich dziwactw i przyjmowała ze spokojem moje objawy szału, 
które tak jej dokuczają. Kiedy zostaliśmy sami, Helena rzuciwszy mi się do stóp, wyznała mi 
głośno  swoją  niewinność  dodając,  że  wszystko  to  tylko  moje  lęki,  że  nie  wchodził  tu  żaden 
mężczyzna, że nikt nie  wychodził przez balkon, że drzwi były otwarte; tyle różnych rzeczy, 
że nie mogąc się uwolnić od swoich myśli i pewny, że to,  co widziałem, było rzeczywiste, 
miotany  ogromnymi  wątpliwościami,  gdyż  jej  głos  rozbrzmiewał  najgłębszą  prawością,  po-
wziąłem przekonanie, żem zwariował. Doprowadziła mnie do tego owa zgubna, niesłychana 
wprost sytuacja, nie pozwalająca mi na chwilę wytchnienia. 

— Ależ na Boga — rzekłem — czyż nie było jakiegoś sposobu, żeby zdobyć całkowitą 

pewność? 

— Żadnego, gdyż wszystko się obracało przeciw mnie, każdy dzień przynosił mi nowe 

tortury, a wszystkie wydarzenia były tak niezwykłe, że nie pozwalały mi ochłonąć, poszukać 
spokoju i jakiegoś wyjaśnienia. Wydarzenia, z jakich panu zdałem sprawę, są ledwie przygo-

background image

towaniem lub prologiem do tych, o jakich teraz zamierzam panu opowiedzieć, a które nie ma-
ją sobie podobnych, jako że nie jest mi wiadomo, iżby jakiejś istocie ludzkiej zdarzyło się tak 
nadzwyczajne i przepastne nieszczęście. Przez pewien czas odczuwałem głębokie zadowole-
nie, gdyż sądziłem, że moim zdecydowanym nocnym wystąpieniem zakończyłem to nieszczę-
sne zajście. Uważałem już wszystko za skończone i kiedy tak myślałem, nawet poczucie, że 
popełniłem  wielką  zbrodnię,  nie  zdołało  zagłuszyć  radości,  jaką  czułem.  Ale...  niech  pan 
posłucha, oto szczyt niezwykłych dziwów. Spacerowałem sobie po pokoju, pogrążony w swo-
ich zwykłych medytacjach, kiedy zastukano lekko w drzwi. Zdziwiony, że ktoś wchodzi nie 
zaanonsowany,  powiedziałem:  „Proszę”.  Wyobraź  pan  sobie,  przyjacielu,  jakie  było  moje 
osłupienie, kiedy zobaczyłem, że przybyszem jest... kto, jak pan myśli? Sam Parys, taż sama 
postać z obrazu, tylko ożywiona, żywa. Mężczyzna, w końcu przecie półbóg, w surducie,  w 
kapeluszu, w rękawiczkach i z laską: ideał przemieniony w zwykłego caballero, jak wielu in-
nych. Ta sama złośliwa i pełna uroku twarz, ten jego ironiczny uśmiech, jego żywe i przeni-
kliwe spojrzenie, ten sam Parys, ta sama postać z obrazu, zamieniona w rzeczywistą istotę, w 
mężczyznę z XIX wieku. Zważ pan moje zmieszanie; myślałem, że śnię, cofnąłem się przera-
żony, chciałem wołać, przyszło mi na myśl, żeby uciekać, ale on gestem pełnym uszanowania 
zdjął kapelusz i czyniąc wszelkie atencje przekonał mnie, że mam przed sobą rzeczywistego i 
prawdziwego kawalera,  którego na  razie winienem traktować jako takiego, odpowiadając na 
jego kurtuazję i grzeczność. 
 
 
 

II 

 

— To jest już zbyt cudowne don Anzelmie, drogi przyjacielu — rzekłem do niego. — 

Czyż jest możliwe, żeby wyobraźnia, choćby nie wiem jak płomienna, miała dość mocy, iżby 
przyoblec w ludzkie ciało ideę tego rodzaju? 

—  Nie  wiem,  drogi  przyjacielu  —  odparł  —  ja  nie  wiem,  co  to  było,  nie  wiem  nic 

ponadto,  że  go  widziałem,  jak  teraz  pana  widzę.  Piękny,  o  niepospolitej  urodzie,  połączenie 
wszystkich  doskonałości  fizycznych,  jakiego  nie  widziałem  nigdy,  chyba  że  w  starożytnych 
dziełach sztuki. Ubrany z nienaganną elegancją, jak wszyscy ci, którzy mają prawdziwe wy-
czucie  i  dokładne  pojęcie  o  dobrym  ubieraniu  się.  Był  więc  doskonały  w  swojej  twarzy,  w 
figurze, w stroju, w manierach, we wszystkim. 

—  Rzecz  nader  szczególna!  —  wykrzyknąłem.  —  Ale  czy  pan  go  dotknął,  żeby  się 

upewnić, że to nie sen, zjawa, nie jedno z tych osobliwych i niepojętych zjawisk optycznych, 
które przy podatnym typie imaginacji wytwarza odbicie światła? 

—  Nie  wiem,  co  to  było;  jedyne,  co  mogę  stwierdzić,  to że  miał  ciało  prawdziwe,  jak 

pańskie, jak moje i głos o brzmieniu niepodobnym do niczyjego. 

—  Więc  co?  On  mówił?  —  spytałem  zdziwiony.  —  Myślałem,  że  sobie  poszedł  po 

złożeniu panu ukłonu, jak to robią wszystkie zjawy. 

— Poszedł! Ależ skąd. Zaraz pan zobaczy. Na początku nie wiedziałem, co robić. Nie 

wiedziałem, czy wołać czy uciekać, obawiając się, że z owej wizyty nie wyniknie nic dobre-
go, ale wreszcie opanowałem się z wysiłkiem i wybąkawszy kilka słów, wskazałem mu krze-
sło. Postanowiłem mówić wprost i spytałem: 

— Czy mogę wiedzieć...? 
— Z czym przychodzę? — odparł. — Tak, señor; przychodzę wyświadczyć panu zna-

czną przysługę. 

—  Przysługę?...  Zechce  pan  wyrazić  się  jaśniej,  gdyż  nie  jestem  zorientowany...  Nie 

miałem przyjemności poznać pana. 

—  Ależ  tak,  poznał  mnie  pan  i  to  całkiem  niedawno  —  odrzekł  ze  złośliwym  uśmie-

background image

chem. — Wczoraj w nocy, żeby nie szukać dalej... 

— Wczoraj w nocy! 
— Tak, wczoraj w nocy. Nie pamięta pan tej wściekłości, z jaką rzucał pan kamienie do 

studni, aż zasypał ją w końcu całą? 

Te  słowa  i  ten  uśmiech  zmroziły  mi  krew  w  żyłach.  On  wydawał  się  nie  przejmować 

moim zmieszaniem i mówił dalej: 

— Przyszedłem właśnie porozmawiać z panem i powiedzieć mu, że bezużyteczna jest ta 

cała broń, jakiej stara się pan użyć przeciwko mnie. Musi pan wiedzieć, caballero, że jestem 
nieśmiertelny. 

— Nie potrafię odmalować panu zamętu, jaki we mnie wzbudziło słowo: „Nieśmierte-

lny”! Ależ ten człowiek to demon! — pomyślałem i słowa nie mogłem wypowiedzieć, gdyż 
coś uwięzło mi w gardle. 

— Tak, señor, nieśmiertelny — powtórzył ze swobodą. 
— Kim pan jest? — spytałem dokonując ogromnego wysiłku. 
— Jestem Parys. 
— Parys! Myślałem, że to postać z mitologii lub z historii heroicznej. 
—  I  tak  jest  rzeczywiście,  ale  nie  twórzmy  teraz  dysertacji  na  temat  mojego  imienia  i 

pochodzenia,  spieszy  mi  się  i  nie  mogę  zatrzymywać  się  tu  długo.  Celem  mojej  wizyty  jest 
powiadomienie pana, że na próżno pan się męczy ścigając mnie; mnie się nie da zabić sztyle-
tem  ani  kulą,  ani  pogrzebać  żywcem.  Proszę  się z  tym  pogodzić,  tak,  don  Anzelmie!  Wszy-
stko na nic: nie ma innej rady, tylko pochylić głowę i milczeć. Ktoś tam w górze rozporządził 
sprawami w ten sposób. 

— Caballero — powiedziałem miotany najwyższą trwogą, lecz starając się zapanować 

nad  tak  szczególną  sytuacją  —  ostrzegam  pana,  że  nie  mogę  tolerować  tego  rodzaju  drwin. 
Zechce pan łaskawie opuścić ten pokój. 

—  Powoli,  powoli,  szanowny  panie.  Pan  masz  zły  charakter,  pan  jesteś  nieznośny, 

dlatego wzbudził pan taką odrazę u tej nieszczęsnej Heleny. 

— Jak pan śmie nazywać ją po imieniu? 
— Czemu nie, skoro ona mnie kocha! — wykrzyknął uśmiechając się. 
— Potworze! — krzyknąłem podnosząc się z wściekłością i grożąc mu. — Zamilcz, bo 

jeśli nie, to jak tu stoję... 

— Ostrożnie — krzyknąłem tym razem ja, cofnąwszy się na widok don Anzelma, który 

opowiadając o zajściu wstał, kierując się w moją stronę z zaciśniętymi pięściami, jak gdybym 
to ja był ową piekielną zjawą, która tak go wzburzyła. 

—  Kiedy  sobie  to  przypominam  —  ciągnął  dalej  już  spokojniej  —  irytuję  się  do  tego 

stopnia, że nie mogę się opanować. Gdy mu  groziłem, pozostał tak spokojny, jak  gdyby był 
tylko  przedmiotem.  Uśmiechał  się  przy  tym  i  patrzył  na  mnie  z  pogardliwą,  nieco  drwiącą 
litością, jaką wywołują czyny i słowa obłąkanych. Jego spokój napawał mnie jeszcze większą 
rozpaczą, jego uśmiech mnie zabijał; nie wiem, ile bym dał, żeby móc go udusić. Potem, jak 
gdyby wściekłość moja nie była warta więcej niż kaprysy dziecka, mówił dalej: 

—  Ona  mnie  kocha;  pokochaliśmy  się,  przeczuliśmy  naszą  miłość,  zbliżyliśmy  się  do 

siebie  wiedzeni  przeznaczeniem.  Pyta  mnie  pan,  kim  jestem,  spróbuję  panu  wytłumaczyć. 
Jestem tym, czego się pan boi, o czym pan myśli. Ta myśl, która stale w panu tkwi, to ja. Ten 
wewnętrzny  ból,  to  niewyjaśnione  złe  samopoczucie  —  to  ja.  Istnieję  od  początku  świata. 
Mam tyle lat, ile rodzaj ludzki, przemierzyłem wszystkie kraje, gdzie ludzie utworzyli społe-
czność, rodzinę, plemię. Byłem nazywany Demonem szczęścia małżeńskiego, lecz gardziłem 
zawsze tym przydomkiem i jemu podobnymi; postanowiłem nie mieć stałego imienia i dlate-
go  nazywam  się  Parys,  Aigistos,  Norris,  Paolo,  Buckingham,  Beltrán  de  la  Cueva  itd.,  zale-
żnie od ziemi, po której stąpam i ludzi, z którymi przebywam. 

Jeśli chodzi o wpływ mój na losy ludzkie, powiem, że wznieciłem srogie wojny, stwa-

background image

rzając okazje do największych nieszczęść publicznych i prywatnych. We wszystkich religiach 
istnieje dekret przeciwko mnie, przede wszystkim w waszej religii, która  poświęciła mi całe 
ostatnie przykazanie. Moraliści odważali się wyzywać mnie do walki, a filozofowie mieli ten 
nieszczególny pomysł publikować paszkwile przeciwko mojej skromnej osobie, niektórzy po-
zwalali sobie nawet na próby stosowania środków, żeby mnie zniszczyć całkowicie. Głupcy! 
Jak  gdybym  był  nagniotkiem  albo  wrzodem.  Usiłowali  położyć  mi  kres,  jak  gdybym  mógł 
umrzeć, jak gdyby nieśmiertelność była poddana działalności czynników śmiertelnych, jakimi 
dysponują. Tak więc godność i miłość własna nakazują mi nie ustawać w starannym spełnia-
niu roli siewcy nieszczęścia, przy użyciu wszystkich środków, do jakich jest zdolna moja po-
dwójna natura. I oto widzi mnie pan zawsze czynnego, zawsze działającego skutecznie. Wie-
lkie skupiska ludności są rezydencją, którą przedkładam nad inne, gdyż musi pan wiedzieć, że 
wsie, wioski, wioszczyny są mi antypatyczne i tylko od czasu do czasu zadaję sobie trud od-
wiedzania ich z czystej ciekawości. Stolice — oto miejsca, w których gustuję. Och! ukocha-
łem  te  miejsca,  gdzie  komfort,  wyrafinowana  kultura  i  eleganckie  próżniactwo  ofiarują  mi 
broń  nie  do  pokonania  i  najbardziej  skuteczne  środki.  Lubię  przepych  i  rozkosze:  jestem 
takim  sybarytą  jak  moja  starożytna  przyjaciółka  Semiramida,  której  dałem  nieśmiertelność. 
Niech mi pan wierzy, przyjacielu, że Babilon był więcej wart niż te miasta, które was napa-
wają  taką  zarozumiałością,  tak,  wart  był  więcej.  A  jeśli  chodzi  o  stroje,  wolę  lekkie  tuniki 
czasów  starożytnych  i  męczy  mnie,  że  muszę  naginać  się  do  wymogów  współczesnej  skro-
mności, złośliwej istoty, którą, jeśli chodzi o stroje, udało mi się tylko częściowo przekupić. 
Zresztą  nie  idzie  mi  źle;  moraliści  mnie  ganią,  a  mędrkowie  traktują  mnie  tak,  jakbym  był 
złym  sofistą,  ale  nie  przejmuję  się  tym.  Ci,  którzy  nie  są  dostatecznie  głupi  ani  nie  zatracili 
koniecznego dla filozofów rozsądku, oklaskują mnie, rozpieszczają i pokazują palcem. Kobie-
ty są moimi najszczerszymi przyjaciółkami; niektóre wprawdzie traktują mnie z pewną nieu-
fnością, wywołaną raczej kalumniami mędrców niż moim charakterem, inne okazują się za to 
nieco łaskawsze dla mnie, a niektóre opowiadają mi o swoich mężach, co mnie bawi i śmie-
szy. To jest moja literatura. 

Z  drugiej  strony  nie  jestem  ambitny;  należę  do  tych,  którzy  mówią:  ile  mam,  tyle  mi 

wystarczy. Mam wstręt do anarchii w małżeństwie, staram się ją zawsze poskromić, razem z 
niektórymi  domorosłymi  moralistami,  którzy  wiedzą,  jak  jej  nie  prowokować,  zapewniając 
sobie w ten sposób moją zawsze bezinteresowną przyjaźń. Nie lubię skandalu i stosuję najbar-
dziej  dyskretne  środki,  dążąc  do  celu  jeszcze  bardziej  dyskretnego;  porzuciłem  już  dawny 
zdewaluowany sposób wdzierania się, zaskoczeń i przekupstw, żeby odróżnić się od pewnego 
mojego  falsyfikatu,  który  chodzi  po  świecie,  niejakiego  Don  Juana,  bezczelnego  uzurpatora, 
nie  przynoszącego  zresztą  specjalnie  groźnych  nieszczęść.  Toteż,  przyjacielu,  odrzuć  lęki  i 
skończmy sprawę szybko. Niech pan zrozumie, że to przeznaczenie, jakby powiedział muzuł-
manin.  Jestem  jak  śmierć:  wybija  godzina  i  przychodzę.  Uniknąć  mnie  jest  rzeczą  równie 
niemożliwą, jak uniknąć jej, mojej kompanki. 

Kiedy słuchałem jego słów, postanowiłem uczynić wszystko, co możliwe, żeby odszy-

frować  tę  przerażającą  zagadkę.  Udając  pogodę  ducha,  której  nie  czułem  i  podchodząc  do 
sprawy z pełnym godności spokojem, który wydawał mi się właściwy, wstałem i odezwałem 
się w te słowa: 

—  Caballero,  dowiedz  się  pan,  że  nie  jestem  usposobiony  do  tolerowania  pańskich 

niestosownych  żartów.  Przyjm  pan  do  wiadomości,  iż  wiek  mój  nie  pozwala  mi  wierzyć  w 
czarnoksięskie sztuczki ani nie starcza mi cierpliwości, by znosić pańskie szaleństwa. 

— Ten człowiek nie chce mnie zrozumieć! Czy pan wie, że Helena jest moja? — rzekł 

roześmiawszy się hałaśliwie, z tym całkowitym brakiem skrępowania, jakie daje postanowie-
nie nieprzejmowania się niczym. 

— Nie wymawiaj pan więcej tego imienia — krzyknąłem nie mogąc pohamować wście-

kłości. 

background image

— Ależ ja właśnie po nią przychodzę... — odrzekł Parys z jakimś złowieszczym akcen-

tem, od którego włosy, zjeżyły mi się na głowie. 

— Nikczemniku! Co mówisz? Po nią? — wybuchnąłem. 
— Tak, po nią; ubiegłej nocy postanowiliśmy i... 
— Ubiegłej nocy? Ach, ja oszaleję! Demonie, człowieku piekieł, czy kimkolwiek jesteś, 

wyjaśnij mi tę ponurą zagadkę! Nie mogę tak żyć, chcę wiedzieć, co to jest... Przecież Helena 
jest niewinna: ona mi przysięgała, że nie widziała cię nigdy. 

— Ależ oczywiście, że mnie widziała. 
— Kiedy? 
— Zawsze, stale mnie widzi. Ale pan nie rozumie tych spraw; ja to panu wytłumaczę. 

 
 
 

III 

 

Zacny  don  Anzelm  odpoczywał  przez  czas  jakiś,  ponieważ  opowiadanie,  a  zwłaszcza 

dialogi,  bardzo  go  zmęczyły.  Kiedy  odetchnął,  starając  się  uspokoić  wzburzenie,  które  go 
ogarnęło, mówił dalej: 

— Zjawa, demon, półbóg, malowidło czy co to tam było, patrzył na mnie przez chwilę z 

tym  złośliwym  uśmiechem,  który  tale  świetnie  uchwycił  artysta  na  obrazie,  gdzie  przedtem 
się znajdował, a potem odezwał się do mnie tymi słowy: 

—  Ona  mnie  widziała,  ona  mnie  widzi  wszędzie.  Kiedy  wymawiała  owo  małżeńskie 

tak, które wbija w pychę jej małżonka, zobaczyła mnie w ołtarzu, w światłach, w bieli swojej 
sukni, w czerni pańskiego fraka. Od tego czasu spotyka mnie wszędzie we wszystkich refle-
ksach znajduje blask moich spojrzeń, we wszystkich echach słyszy mój głos, w swoim cieniu 
widzi  mój...  Otwiera  swój  modlitewnik  i  litery  układają  się  jej  w  moje  imię;  rozmawia  z 
Bogiem  i  niechcący  mówi  do  mnie;  myśli,  że  słyszy  szum  wiatru  i  głęboką  wiecznotrwałą 
pieśń  natury,  a  słucha  moich  słów;  budzi  się  i  oczekuje  mnie;  jest  sama  i  wspomina;  śpi  i 
przywołuje mnie. Jej myśli krążą podniecone, szukając mnie bez ustanku. Żyję w jej świado-
mości, gdzie tkam przędziwo, któremu nie ma końca; żyję w jej rozumie, gdzie zapaliłem pło-
mień,  który  podsycam  bez  przerwy,  Jej  uczucia,  jej  idee,  to  wszystko  ja;  zatem,  doprawdy, 
mam powody, żeby powiedzieć, że mnie widziała. 

— Duchu piekieł! — wykrzyknąłem oszołomiony, jakby owe czary udzieliły się i mnie 

— nie rozumiem ani słowa z tego bełkotu. Czyżbyś mówił, żeś nie przyszedł po nią? 

— Nie, wprost przeciwnie. 
— Nikczemniku! Opuść natychmiast mój dom — wykrzyknąłem, starając się ocknąć z 

tego stanu oszołomienia, w jakim się znalazłem. 

— Nie odejdę bez niej. 
— Przeklęty! Czyżbyś twierdził, że nie minęła epoka porwań? 
— Wytłumaczę ci: me pragnę zabrać osoby Heleny, lecz twoją żonę. 
— Sofista, oszust! A jakąż różnicę znajdziesz między moją żoną, a osobą Heleny? 
— Wielką, don Anzelmie — odparł. 
Snuł przede mną labirynty subtelnej i zawiłej opowieści, która doprowadziła mój skoła-

tany umysł do ostatniego stopnia zamętu. Nie mogę nie wyznać, że głos jego mnie fascyno-
wał i że wydawał mi się odmienny od wszystkich głosów, jakie przywykliśmy słyszeć. I nie 
skłamię, jeśli powiem, że wśród przerażenia i zmieszania, jakie czułem, jego elukubracje wy-
woływały we mnie rodzaj zdumienia graniczącego z upodobaniem. 

— Wyznaję, don  Anzelmie — rzekłem — że nigdy nie słyszałem o czymś, co byłoby 

podobne do tak osobliwego zdarzenia. Zjawa, która się ukazuje w ten sposób, jej mowa, pou-
fałość,  z  jaką  przemawia,  wszystko  wydaje  mi  się  tak  absurdalne,  że  gdyby  nie  pan  to  opo-

background image

wiadał, przysiągłbym, że to czysty wymysł, dzieło jakichś pisarczyków i innych wrogów pra-
wdy. 

— Ale to, że go widziałem i mówiłem do niego, a on mi powiedział o wszystkich tych 

sprawach, jest równie prawdziwe jak to, że pan i ja istniejemy i tutaj z sobą rozmawiamy. 

—  To  doprawdy  rzecz  niesłychana  —  oświadczyłem  —  żeby  imaginacja  bez  żadnego 

impulsu z zewnątrz mogła dać życie i ciało takim istotom, jak tenże demon Parys, który nie w 
porę  się  panu  przedstawił.  Niewątpliwie  kawaler  ten  był  tylko  personifikacją  pewnej  idei, 
owej  idei  stałej,  uporczywej,  która  od  dłuższego  czasu,  a  zwłaszcza  od  pańskiego  ślubu, 
tkwiła panu w mózgu. Nie potrafię sobie jednak wymyślić, jak owa idea nabyła materialnej i 
cielesnej egzystencji; nie wiem też, jakiemu rodzajowi spontanicznej twórczości zawdzięcza-
my owo zjawisko bez precedensu w historii halucynacji. Ale proszę, mów pan dalej, ciekaw 
jestem, jak to się skończy. 

—  To,  co  wtedy  powiedział,  wryło  mi  się  głęboko  w  pamięć  —  kontynuował  doktor 

wydawszy  głębokie  westchnienie.  —  Niczego  nie  pamiętam  równie  dobrze,  jak  jego  odpo-
wiedzi, gdy  go spytałem, jaka różnica istnieje dla niego między osobą Heleny, a moją żoną. 
Rzekł tak: 

— Nie pragnę osoby Heleny. Małżonka, przyjacielu, małżonka, oto, czego szukam. Pra-

gnę  wziąć  na  siebie  odpowiedzialność  za  połowę  twego  łoża  i  powiadomić  cię  o  tym  wszy-
stkich. Nie chcę zniszczyć przez to instytucji małżeństwa: szanuję sakrament, ale chcę zabrać 
jedną rzecz, która tę instytucję przewyższa i jest ponad sakrament... Trzy władze ustanawiają 
małżeństwo:  cywilna,  kościelna  i  owa  trzecia,  która  nie  spoczywa  w  rękach  wikarego  ani 
proboszcza, lecz jest w posiadaniu tego, co nazywacie pospólstwem, społeczeństwem, ludźmi, 
ogółem,  motłochem,  sąsiadami,  przyjaciółmi,  światem  w  końcu.  Wie  pan,  że  świat  potrafi 
rozbić  pewne  więzy,  które  wydają  się  niezniszczalne.  Więc  tak:  chcę  zabrać  stąd  to,  czego 
świat potrzebuje, żeby złamać owe więzy. Chcę zabrać zrzeczenie się osobowości małżonka, 
zezwolenie na jego słabość. I tym samym dam pożywienie pospólstwu, ludziom, którzy tym 
żyją. Wszyscy mnie będą pytać o ciebie i o nią; sama moja obecność będzie już wystarczającą 
odpowiedzią, ponieważ ja sam jestem zaprzeczeniem związku, który was łączy. Pragnę unieść 
ze sobą miłość, jaką ona mi wyznaje; uczynić wiadomością publiczną to, co dziś istnieje tylko 
w jej wyobraźni jako grzeszna myśl, co w twojej głowie jest dziś tylko podejrzeniem. Pragnę 
uczynić z twoich wątpliwości, z twojej zazdrości, z twoich zawodów, z twoich absurdalnych 
poczynań,  z  twoich  pragnień,  z  twoich  szalonych  złudzeń  —  wielką  księgę,  która  będzie 
przechodziła z rąk do rąk i będzie czytana, stale, z zapałem. Chcę zabrać stąd boleści, które 
cierpisz, odrazę i przerażenie, jakie w niej budzisz. Zostań sobie z jej osobą: ja jej nie pożą-
dam. 

Natomiast uniosę ze sobą i wystawię na widok publiczny spojrzenia, jakie ku mnie kie-

ruje, spotkania, które mi wyznacza, względy, jakie mi świadczy, lekceważenie, jakie ci oka-
zuje, niedomówienia, które się wyczuwa, kiedy mówi o tobie, epitet poczciwy, którym cię od 
czasu do czasu obdarza. Zabiorę opinię jej pokojówki i twojego lokaja, skłonnych do opowie-
dzenia za pieniądze tego lub owego wydarzenia; zabiorę historię twoich roztargnień w stoso-
wnych momentach, moich wizyt w samą porę. Zostań sobie z twoją małżonką; ja tylko prze-
spaceruję się przed nią na oczach wszystkich, przechwycę błyski jej oczu w obecności wielu 
osób, nasączę swoje ciało jej ulubionymi perfumami, będę przebiegał ulicami tak, by zawsze 
wyglądało  na  to,  że  wychodzę  stąd,  a  w  ciemności  nocy  będę  rzucał  cień  na  mur  twojego 
ogrodu. To wszystko, czego chcę. 

—  Kiedy  słuchałem  tego,  przyjacielu  mój,  ogarnął  mnie  szał  tak  wielki,  że  uczyniłem 

ruch,  żeby  go  uderzyć  i  wykonałbym  ten  zamiar,  gdyby  nie  jakaś  tajemna  siła,  jakiś  rodzaj 
wzbudzającego szacunek strachu, które mnie powstrzymały. 

—  Widzę,  że  ten  Parys,  który  zaczął  uprzejmie,  potraktował  pana  w  końcu  nazbyt 

poufale, nie okazując mu żadnego szacunku — odezwałem się do niego. — Zauważyłem, że 

background image

potem zwracał się już do pana przez ty. 

—  Tak,  ten  przewrotnik  po  krótkiej  chwili  rozmowy  ze  mną  zaniedbał  skromności: 

przybierał  w  fotelu  wygodne  pozycje,  mówił  do  mnie  przez  ty,  czasami  przechadzał  się  po 
pokoju z rękami w kieszeniach, a w końcu wyciągnął papierosa i zaczął palić z całą swobodą. 

— Ależ człowieku — przerwałem mu — czemuż pan nie spróbował, czy owa zjawa nie 

zniknie po dobrym laniu? 

— Zobaczy pan, co zrobiłem. Sytuacja moja była tak straszna, że postanowiłem podjąć 

energiczną decyzję. „Trzeba z tym skończyć od razu” — pomyślałem i stanąwszy przed nim 
powiedziałem: 

— Caballero, to jest jakieś oszustwo, a pan jesteś komediantem, który tu przybył, żeby 

kpić ze mnie. Myśli pan, że wierzę w te głupstwa, których pan naopowiadał o swojej podwój-
nej naturze, o swojej nieśmiertelności i tym podobne? Nie jestem szaleńcem, żeby w to uwie-
rzyć. Jeszcze dziś rozwalę panu głowę. Rozumie pan? 

— Chcesz się bić ze mną? — spytał z kpiącą poufałością. — Dobrze, będziemy się bić. 

Zabiję cię, co na jedno wychodzi. 

—  Och!  Będę  walczył  z  legionem  takich  jak  ty!  —  krzyknąłem  rozwścieczony.  — 

Zabiję cię, poderżnę ci gardło z większą rozkoszą, niż gdybym pokonał tygrysa, węża boa. 

— Więc zgoda. 
—  Zabiję  cię  —  krzyczałem  ze  zdwojoną  wściekłością,  —  choćby  cię  chroniły  wszy-

stkie potęgi piekieł. Nie umiem się posługiwać żadną bronią, lecz Bóg przyjdzie mi z pomocą. 
Mówisz, że przybyłeś pozbawić mnie honoru. Zatem ja zdobędę przewagę nad tobą, przewro-
tniku wszystkich czasów, geniuszu przewrotności wszystkich ziem. Na próżno usiłujesz roz-
broić  mnie  swoją  okrutną  ironią,  porazić  mnie  strachem  opowieści  o  tym,  czym  jesteś  i  co 
możesz. Jeśli jesteś człowiekiem, zabiję cię, jestem tego pewny. Jeżeli jesteś duchem, unice-
stwię  cię  także,  gdyż  Bóg  przybędzie  mi  z  pomocą,  uczyni  mnie  swoim  narzędziem,  żeby 
wyplenić tę potworność i to ogromne zboczenie, którym jesteś. 

—  Dobrze  —  odrzekł  Parys  rzucając  niedopałek  papierosa.  —  Będziemy  się  bić  tej 

nocy. 

— Jak to tej nocy? Dzisiaj, zaraz, teraz! 
Nienawiść przydała mi elokwencji. Jeśli idzie o decyzję bicia się z tą istotą nadnatura-

lną,  tłumaczy  się  ona  stanem  mojego  ducha.  Śmierć  mnie  nie  przerażała;  przedtem  —  być 
może, teraz wydawała mi się ulgą. Gdyby mnie zabił, zakończyłyby się wszystkie moje cier-
pienia.  Jeśli  jest  człowiekiem,  mógłbym  mieć  szczęście  i  pokonać  go.  Jeśli  jest  duchem... w 
końcu po cóż te rozważania? Podjąłem decyzję i nie było argumentu, dla którego bym od niej 
odstąpił. 

— Ależ przyjacielu — zwróciłem się do niego — czyż nie było zuchwalstwem zrobie-

nie tego kroku, ryzykowanie śmierci? 

—  Nie  wiem,  co  to  było.  Chciałem  skończyć  to  wszystko  —  odparł  doktor  —  i  nie 

widziałem innego sposobu znalezienia niewiadomej. 

— I biliście się? 
— Tak; nie chciałem sekundantów; pragnąłem,  żeby ten pojedynek odbył się w samo-

tności,  jak  moje  cierpienie.  Nic  dla  mnie  nie  znaczyła  śmierć.  Zdecydowany  nie  przedłużać 
swojej  agonii,  udałem  się  razem  z  nim,  tego  samego  popołudnia,  do  pewnego  miejsca  w 
pobliżu stolicy. 

— Ale człowieku, bez świadków! 
— Wzięliśmy dwa pistolety; udaliśmy się obaj moim powozem, a jego świetny humor 

w  czasie  drogi  upewniał  mnie  jeszcze  bardziej  o  nieuniknionej  bliskości  mojej  śmierci.  Dla 
mnie było to istotnie samobójstwo, którego dokonywałem w nowy i niezwykły sposób. 

— I jakiż był wynik? Ciekaw jestem, jak poczynał pan sobie z tak przerażającym prze-

ciwnikiem. 

background image

— Och, przyjacielu! — rzeki doktor — w całym tym wydarzeniu wynik jest najbardziej 

osobliwy  i  w  żaden  sposób  nie  może  się  pan  go  nawet  domyślać.  Zapewniam  pana,  że  jest 
całkowicie odmienny, od tego, co jest pan zdolny sobie wyobrazić.  
 
 
 

IV 

 

Wyznaję, że opowiadanie doktora Anzelma zaczęło mnie interesować; budziło we mnie 

prostą  ciekawość,  to  chyba  jasne,  bowiem  nie  potrafiłem  tu  dostrzec  niczego,  co  nosiłoby 
cechy rzeczywistości czy prawdopodobieństwa. 

Na dnie wszystkich tych niedorzeczności była jednak odrobina sensu, gdyż postać Pary-

sa,  istoty  z  krainy  wyobraźni,  której  nadała  złudne  istnienie  wielka  fantazja  mojego  przyja-
ciela,  mogła  z  powodzeniem  służyć  jako  personifikacja  jednego  z  głównych  występków  lu-
dzkości. Jeżeli doktor to wymyślił, należy przyznać, że w tej wymyślonej opowieści nie bra-
kowało  żadnej  intrygi;  jeśli  natomiast  wierzył  w  rzeczywistość  tego,  co  opowiadał,  bez  wą-
tpienia  był  jednym  z  największych  wizjonerów  wszystkich  czasów.  Chcąc  wiedzieć,  jak  się 
skończył ów nadzwyczajny pojedynek, namawiałem go, żeby mówił dalej. Nie dał się prosić. 

— Parys i ja udaliśmy się moim powozem na wybrane miejsce. Po drodze rozmawiali-

śmy niewiele, chociaż on starał się nawiązać konwersację, podniecając mnie przemyślnymi i 
złośliwymi oświadczeniami, których wolę sobie nie przypominać. Ja myślałem tylko o śmie-
rci, przeświadczony o jej bliskości, o śmierci, która wywoływała we mnie więcej uciechy niż 
żalu. Spokój mój nie był spokojem odwagi, lecz rezygnacji; w owej chwili świat, mój mają-
tek,  moja  małżonka  wywoływały  we  mnie  jedynie  wstręt  i  odrazę.  Widziałem  bliski  koniec 
tylu cierpień i ów mężczyzna, owo szatańskie monstrum w ludzkiej postaci, bardziej niż wro-
giem wydawał mi się wybawieniem. 

Kiedy  przybyliśmy  na  miejsce  pojedynku,  popołudnie  chyliło  się  już  ku  wieczorowi  i 

zachód  jaśniał  wspaniałymi  kolorami  i  odblaskami.  Powietrze  było  chłodne  i  wilgotne,  tak 
spokojne, że ledwie poruszały się liście drzew, pożółkłe już i osłabłe od chłodów jesieni. Nie 
trzeba było ich potrząsać, spadały od własnego ciężaru, umierając i blokując jeszcze na drze-
wie.  Pamiętam  owo  popołudnie,  jakby  to  było  wczoraj.  Powóz  zatrzymał  się,  wysiedliśmy  i 
odeszliśmy spory kawałek. 

— Ach, don Anzelmie, drogi przyjacielu! — rzekłem — przyznajmy, że sposób postę-

powania  w  tym  pojedynku  należy  do  nieprawdopodobnych  i  niezrozumiałych.  Chcieć  się 
zabijać  bez  świadków,  na  domiar  złego  wieźć  przeciwnika  we  własnym  powozie...!  To  by 
nigdzie nie przeszło i jestem pewien, że to pierwszy przykład tego typu pojedynku w nowo-
czesnych społeczeństwach.  

—  Nieprawdopodobieństwo!  —  wykrzyknął  don  Anzelm.  —  A  któżby  mówił  o  pra-

wdopodobieństwie przypadku, który jest poza granicami wszystkiego, co ludzkie? Niech pan 
tu nie szuka prawidłowości. Gdyby to była rzecz zwyczajna, nie opowiadałbym tego. 

Ten argument był nie do odparcia i zamilkłem. 
— Kiedy wybraliśmy miejsce, Parys rzekł do mnie: 
— A więc pistolety? 
— Są dobre — odparłem wręczając mu je. 
— Też tak myślę — odparł nie przypatrując im się — dla mnie każda broń jest dobra. 

Nabij je w mojej obecności, a potem będziemy ciągnąć losy, kto strzeli pierwszy. 

— Już są nabite. 
—  A  więc  jak  ciągniemy  losy?  —  spytał  Parys,  przechadzając  się  po  polu  z  tą  samą 

swobodą i brakiem jakiegokolwiek skrępowania, z jakim spacerował po moim pokoju. 

—  Za  pomocą  chusteczki  —  odparłem.  —  Zróbmy  węzeł  na  jednym  z  rogów  i  ten, 

background image

który... 

— Wydaje mi się, że cwaniak z ciebie — oświadczył Parys śmiejąc się z całą swobodą 

tego, który wie, że zabije swojego przeciwnika. 

— Rzuć monetę — rzekłem niecierpliwie, gdyż owe przygotowania, które miały dopro-

wadzić do bezspornego dla mnie końca, stawały się już męczące. 

— Dobrze. Więc jeśli będzie awers, strzelam ja. 
— Jeśli rewers wypadnie na mnie. 
— Zobaczymy. Rzucaj monetę. 
Rzuciłem  monetę,  upadła  na  ziemię  i  obaj  pochyliliśmy  się,  żeby  zobaczyć  znak. 

Awers:  mnie  przypadło  strzelać  pierwszemu.  Ustawiliśmy  się  w  odległości  dziesięciu  kro-
ków. Wycelowałem lub przynajmniej podniosłem rękę starając się skierować lufę pistoletu w 
pierś mojego wroga. Śmiał się patrząc, jak lufa chwieje się w powietrzu, i rzuci! kilka ostrych 
przytyków,  które  jeszcze  bardziej  zbiły  mnie  z  tropu,  zmuszając  do  opuszczenia  ręki,  gdyż 
palce, zmarzłe w wietrze popołudnia, nie miały jeszcze dość siły, iżby oddać strzał. Lecz szy-
bko wymierzyłem ponownie, żeby nie iść na drugi świat nie rozegrawszy roli, którą mi honor 
w  owym  zdarzeniu  narzucił.  Wymierzyłem  nie  celując  i  zamknąłem  oczy.  Huknął  strzał  i 
Parys padł na ziemię nie wydawszy ani krzyku: kula przeszyła mu pierś na wylot. 

—  Och,  demon!  —  wykrzyknąłem  widząc  nieoczekiwany  koniec  zdarzenia.  —  Więc 

martwy? 

— Widok żadnego cudu — ciągnął doktor — nie wywołałby u mnie takiego zdumienia, 

jak owo zwycięstwo odniesione nad tak strasznym adwersarzem. Zabicie podobnego człowie-
ka,  pokonanie  owego  geniusza  zła,  przekraczało  wszelkie  oczekiwanie  kogoś,  kto  nigdy  nie 
władał bronią ani nie nauczył się walczyć z przeciwnikiem z innego świata. Pokonałem naj-
większego wroga małżeńskiego spokoju. Jeśli był człowiekiem, uwolniłem świat od człowie-
ka przewrotnego; jeśli był personifikacją występku, plagą społeczną, klęską rodzaju ludzkiego 
wcieloną  w  harde  ciało  —  pozbawiłem  społeczeństwa  połowy  zgorszenia.  Uwierzyłem,  że 
jakieś  niebiańskie  bóstwo  przyszło  mi  z  pomocą.  Och,  mój  honor  —  pomyślałem  —  mój 
honor,  to  czyste,  doskonałe  uczucie,  był  dla  mnie  bóstwem  opiekuńczym,  które  prowadziło 
moją  rękę,  tchnęło  powiew  życia  w  kulę,  żeby  leciała  świadoma  i  gniewna  ku  owej  piersi  i 
przeszyła to serce, ośrodek przewrotności i kłamstw. Boże mój! jeśli pojedynek jest zbrodnią, 
jeśli to, co właśnie zrobiłem, jest morderstwem, wybacz mi wykroczenie będące zwiastunem 
dobra. Ty, który pozwoliłeś na obecność tego potwora; ty który jesteś panem i mądrym dawcą 
dobrodziejstw i kar; ty który zsyłasz żyzny deszcz, rosę, słońce i mannę, dopuszczasz zarazę, 
głód i ogień, przebaczysz, przebaczysz złożenie ci w ofierze tego, którego zesłałeś nam jako 
plagę, nakładając na nas równocześnie obowiązek pokonywania jej. 

Zbadałem uważnie ciało Parysa i zobaczyłem, że z jego rany tryska strumień krwi. Ale 

jeszcze  był  żywy:  oddychał,  ruszał  wolno  powiekami  i  patrzył  na  mnie  z  wyrazem,  którego 
nie potrafiłbym określić. 

W jego spojrzeniu nie było smutku ani bólu. Szczególny stan mojego umysłu kazał mi 

dostrzegać na jego wargach jakiś kpiący uśmiech. Lecz mimo to jego twarz była sina, a ciało 
omdlałe i osłabłe. Czy uwierzycie, że widząc go takim, zrobiło mi się go żal i była chwila, w 
której uśmierzyła się moja nienawiść? Jesteśmy przecież ludźmi. Ponadto, gdy go dotykałem, 
upewniając się własnymi zmysłami, że ciało ma ludzkie, znikło z myśli moich przekonanie, iż 
był  duchem,  zjawą  zrodzoną  w  umyśle.  W  owej  chwili  myślałem  tylko  o  tym,  że  jest  mło-
dzieńcem, który, odgadłszy moje uczucia, chciał ze mnie zakpić czy pożartować, ukazując mi 
się jako istota nadnaturalna. W sumie, widząc zranionego przeze mnie człowieka, który wy-
krwawiłby się zostawiony sam w polu, bez niczyjej pomocy, bez ulgi cielesnej czy duchowej 
łagodzącej mu nieco pewną już śmierć, zrobiło mi się go tak żal, że postanowiłem wsadzić go 
do powozu i zawieźć do domu, żeby udzielić mu tam pomocy. 

— Ale czy nie rozumiał pan — rzekłem do niego — iż wystawiał się na to, że go odkry-

background image

ją? 

—  Zostawiłbym  go,  gdyby  był  martwy.  Ale  żył,  oddychał.  Więc  jakże  go  było  zosta-

wić? Nie mieściło mi się to w głowie, ponadto moja nienawiść rozpłynęła się wobec zwycię-
stwa.  Nie  cofnąłem  się  przed  moim  postanowieniem,  umieściłem  go  w  powozie  z  pomocą 
służby i... do domu. 

— Ale czyż nie mógł go pan zawieźć gdzie indziej?... 
—  Nie,  w  moim  domu  nikt  by  go  nie  znalazł,  gdyż  miałem  podjąć  wszelkie  środki 

ostrożności, jakie tylko można sobie wyobrazić. Opuszczony lub przekazany komuś innemu, 
byłby odkryty natychmiast. Tak rozmyślałem w drodze do domu. Przybyłem już późną nocą. 
Nikt  mnie  nie  widział,  wniosłem  go  bardzo  ostrożnie  i  umieściłem  na  łóżku.  Dopiero  po 
chwili,  przyjrzałem  mu  się  bardzo  dokładnie:  żył  jeszcze.  Wielkie  moje  zdumienie  wywołał 
fakt, że miast być bardziej wycieńczonym, bardziej słabym, bliższym śmierci, gdyż rana była 
głęboka,  wydawał  się  żywszy  i  wpatrywał  się  pogodnym  i  badawczym  wzrokiem  w  przed-
mioty, które zdobiły pokój. Kiedy poczuł, że jestem blisko, wbił we mnie wzrok tak uporczy-
wie, że aż zadrżałem. Wydawał się badać mnie aż do dna duszy. Nie były to oczy umierające-
go.  Po  długim  i  nieruchomym  wpatrywaniu  się  we  mnie  jego  ręka,  zimna  jak  marmur, 
dotknęła  mojej  ręki,  przeszywając  mnie  lodowatym  prądem,  który  przebiegł  całe  ciało,  wy-
wołując wstrząsy o nie znanym mi charakterze; jego wargi się poruszyły, jakby chcąc wydać 
jęk  i  jakiś  głos,  który  wydawał  się  wychodzić  nie  z  jego  ust,  tylko  z  jakiejś  niewidocznej 
głębokości,  głos  o  niezwykłym  rezonansie  i  powadze,  mówiący  słowa,  których  nie  mogę 
wspominać bez przerażenia: „Głupcze, ja jestem nieśmiertelny”. 
 
 
 

 

— Nadal mi się wydaje, że na niego patrzę i że go słyszę — mówił dalej w roztargnie-

niu doktor. 

Potem zaczął się wpatrywać uważnie w sufit, jakby tam w górze było coś napisane. Po-

grążając się w zadumie, wzniósł oczy w niebo, przyjmując ową postawę świętego, która była 
dla niego tak charaktery styczna. A potem mówi! dalej: 

— Nie wiem, co wtedy myślałem. Przyszło mi na myśl, żeby go zamknąć tam i czekać 

dni, tygodnie i miesiące aż ten przeklęty osobnik nie umrze: ranny, sam, bez jedzenia i picia. 
Krew dalej płynęła z rany, lecz ciało nie słabło: przeciwnie, ożywiało się coraz bardziej potę-
gując  moją  rozpacz.  Niech  pan  powie,  czy  nie  można  było  oszaleć?  Być  stale  prześladowa-
nym przez demona, który również nie mógł mnie zabić, a który w końcu osiedlił się w moim 
domu,  obok  mnie,  żebym  zawsze  miał  go  przed  oczami,  aby  być  moim  sumieniem,  moimi 
myślami, i strachem! Moja wściekłość nie miała granic, kiedy zobaczyłem, że się podnosi na 
łóżku i usłyszałem jego słowa: 

—  Widzisz,  więc  nie  zdołałeś  usunąć  mnie  z  domu  Odważyłbyś  się  wyrzucić  z  niego 

człowieka,  któregoś  zranił,  człowieka,  który  krwawi  i  kona?  Jeśli  mnie  stąd  usuniesz,  nie 
uwolnisz  się  do  sławy  mordercy.  Wyda  się,  że  zamierzałeś  zabić  człowieka,  wkroczy  w  to 
sprawiedliwość, będzie skandal... Powiedzą, że ten poczciwiec don Anzelm zastał zalotnika w 
pokoju  swojej  małżonki  i  strzelił  do  niego.  Widzisz  już,  co  za  skandal!  Jeśli  chcesz,  żebym 
odszedł, odejdę; ale powiedziałem ci wyraźnie, że odchodząc z tego domu, uniosę z sobą twój 
honor.  Głupcze,  na  próżno  chcesz  górować  nade  mną,  nieśmiertelnym,  wszechpotężnym, 
boskim. Jestem wyższy nad ludzi; jestem częścią tego zła, które od początku ciąży nad waszą 
egzystencją i od którego nie możecie się uwolnić, ponieważ wyrokiem najwyższego trybunału 
zostało wam ono dane wraz z życiem. Jestem tu, w twoim domu; tego właśnie chciałem. Ona 
wie, że tu jestem; w mieście wiele osób wie o tym także. Jest to teraz tajemnicą poliszynela. 

background image

Jeśli  chcesz,  żeby  wybuchł  skandal,  jeśli  chcesz,  żeby  tysiące  głosów  mówiło  o  mnie,  jeśli 
chcesz,  żeby  rozgłaszano  po  ulicach  i  placach  —  proszę,  wyrzuć  mnie  stąd;  odejdę  chętnie, 
ale już wiesz, co zabiorę z sobą. 

— Czyżby nie było na ciebie żadnej siły? — wykrzyknąłem u szczytu wzburzenia. — 

Siły materii czy ducha, bo jakieś muszą cię w końcu pokonać, demonie niepojęty, gorszy od 
wszystkich, które kuszą ludzi i prowadzą ich po drogach występków. 

— Nic nie jest w stanie górować nade mną — odparł odzyskując stopniowo swój zwy-

kły dobry humor i żwawość. — Żadna broń nie może mnie zranić. Nie bierz poważnie tego, 
co  się  stało;  nie  sądź,  że  mnie  pokonałeś,  biedny  szaleńcze.  To,  co  widziałeś,  było  tylko 
specjalnie przygotowanym wydarzeniem, żeby cię jeszcze mocniej omotać. Ten dom jest już 
mój! Już do niego wszedłem i nie możesz mnie stąd wyrzucić. Wszyscy wiedzą, że Parys jest 
w twoim domu, i ty, choćbyś użył wszystkich swoich możliwości, wszystkich pieniędzy, ile 
ich tylko masz i ile jest warta twoja ziemia, nie przekonasz nikogo, że tak nie jest... 

—  Och,  co  mam  począć!  —  krzyknąłem  zrozpaczony.  —  Podpalę  ten  dom,  żebyśmy 

wszyscy zginęli. 

— Podpalić — rzekł śmiejąc się diabelsko i unosząc się na łóżku — podpalić! Wszak 

płomień  jest  moim  żywiołem,  wszak  ja  nim  żyję!  Ogień  jest  moją  krwią,  moim  oddechem, 
moim spojrzeniem, moim słowem: palę, trawię, unicestwiam. Nie przeciwstawiaj mojej mocy 
tych przedajnych żywiołów, które na jeden mój znak są mi bezwzględnie posłuszne. Powiem 
wiatrowi: „Porusz jej włosy, zanieś do jej uszu echa, żeby ją zatopić w leniwych medytacjach, 
z których pomieszania wyjdzie nieubłaganie wspaniała pierwsza grzeszna myśl”. I wiatr mnie 
posłucha.  Powiem  wodzie:  „Idź  i  pieść  jątrzącym  chłodem  lub  łagodnym  ciepłem  jej  ciało, 
które w falach kąpieli popada w gnuśność, rozprosz po całym ciele osłabłość i zmieszaj spo-
kój jej umysłu, wywołując lubieżne zawroty głowy, które oszukają sumienie i uczynią dostęp-
ną tę twierdzę wstydliwości”. I woda będzie mi posłuszna. I powiem ogniowi: „Przebiegnij jej 
żyły, jej serce i roznieć w jej myśli ową iskrę wzniecającą pożar, ową ostateczną rezygnację 
woli”.  I ogień będzie mi posłuszny.  I powiem światłu: „Odbij w zwierciadle piękne linie jej 
twarzy i zanieś z lustra do jej oczu obraz szyi, warg, włosów i kształtów, żeby zwiększyć jej 
miłość własną, potężną ostoję, na której się wesprę”. I światło mnie posłucha. Powiem ci coś 
jeszcze: to ja jestem tym szemrzącym wiatrem, tą wodą lubieżną, tym ogniem, który rozpala, 
tym światłem, które schlebia. Ślepcze! Patrzysz na mnie, myślisz, że jestem tu. Nie: ja jestem 
tam, przy niej, nie opuszczam jej nigdy,  gdyż jestem jej myślą, jej  grzeszną myślą, jej  grze-
sznym  pragnieniem,  nigdy  od  niej  nie  odchodzę.  Na  próżno  starasz  się  ścigać  tę  myśl  grze-
szną, to pożądanie, kiedy w szczególnych przypadkach pojawi się przed tobą w ludzkiej po-
staci. Tępy człowieku, nie rozumiesz, że mnie nie można pogrzebać pod stosem kamieni? Nie 
widzisz, że mnie nie można zastrzelić, jak się strzela do ptaka czy złodzieja? 

—  Zamilcz  na  litość,  potworze!  —  wykrzyknąłem  udręczony.  —  Co  ja  takiego  zrobi-

łem, że mnie spotykają takie męki? I skąd kara, jeśli nie znam winy? Ja, który ponad wszy-
stko cenię sobie prawość, wierność, wstrzemięźliwość, czym sobie zasłużyłem na taką torturę, 
która wywołuje zamęt we mnie całym i która doprowadza mnie do szaleństwa? 

— Twoja to. jest wina — rzeki Parys z powagą, już bez najmniejszych  oznak osłabie-

nia, jak gdyby jakiś nadnaturalny lekarz wyleczył czarami jego ranę. — Ty sam jesteś winien, 
ty,  któryś  mnie  przyzywał,  któryś  mnie  przyprowadził,  któryś  mnie  przywołał  siłą  swojego 
umysłu i swojej fantazji. 

— Więc w imię tej samej siły  cię zaklinam,  abyś mnie zostawił w spokoju. Nie mogę 

tak żyć, szatanie, duchu, tworze myśli lub czymkolwiek jesteś. Odejdź, wyrzucam cię ze swe-
go umysłu. Wypędzam cię z siebie, skoro nie chciałeś pozbawić mnie życia. Odejdź, gdyż jest 
to tysiąc razy gorsze niż śmierć. 

—  Odejść!  To  niemożliwe  —  odparł  mój  wróg  zapalając  papierosa  skręconego  w 

bibułce. — Nawet ja, choćbym chciał, nie rozporządzam taką mocą, która by mi pozwoliła cię 

background image

opuścić.  Dopóki  będziesz  myślał  i  czuł,  ja  tu  zostanę.  Wyrzecz  się  tego  wszystkiego,  a 
odejdę; poddaj się i zgódź się być nie człowiekiem myślącym i czującym, lecz automatyczną 
machiną pozbawioną życia duchowego; zgódź się być żywym kadłubem, a wtenczas odejdę. 

— Poddaję się. Chcę umrzeć albo przestać myśleć; chcę być zwierzęciem i nie czuć w 

głowie tego, co noszę od urodzenia na moją zgubę. 

— Nie bierz sobie tego tak do serca — odparł. — Te sprawy należy rozważać w spoko-

ju. Okaż się filozofem. Posiądź tę wspaniałą pogodę, która uczyniła sławnymi wielu mężów i 
nie chciej fałszywego punktu honoru przykładać do pewnych praw społecznych, którym nikt 
nie może się przeciwstawić. 

— Nie mąć już bardziej; chcę umrzeć; chcę złożyć się w ofierze owej myśli, która mnie 

strawiła całego. 

Mówiłem  to  z  największą  szczerością,  przyjacielu.  Pragnąłem  umrzeć  albo  żyć  bez 

świadomości  i  rozumu;  jeśli  to  w  ogóle  można  by  nazwać  życiem.  Był  we  mnie  jakiś  szał, 
takie podniecenie, że nigdy potem już nie doświadczyłem podobnej rzeczy. Wbiłem wzrok w 
owego człowieka, dotykałem go, patrzyłem na niego, miałem wszystkie konieczne podstawy, 
by uwierzyć w jego istnienie, a mimo to wydawało mi się wszystko jakimś snem. 

Czy zdarzyło się panu odczuć w trakcie tortur jakiegoś koszmaru niewiarę w tak wielki 

ból, który tkwi gdzieś głęboko i mówi, że „to sen”, jak gdyby jakaś iskierka rozumu czuwała, 
kiedy wszystko inne zachodzi mgłą, z wyjątkiem imaginacji, która panuje nad wszystkim ni-
czym  nieskrępowana?  No  więc  tak  samo  było  ze  mną.  W  owych  pełnych  udręczenia  maja-
kach mówiłem sobie czasami: „To tylko sen”. Ale rzeczywistość zadawała mi kłam: znajdo-
wałem się we własnym domu; zdawałem sobie sprawę, że nie śpię, podobnie jak teraz zdaję 
sobie sprawę, że jestem żywy. Chwytała mnie w swoje szpony i opuszczała na przemian jakaś 
straszna trwoga, lecz wszystko wokół mnie było rzeczywiste: osoby, przedmioty. Wyszedłem 
ze  swojego  pokoju  z  nadzieją,  że  może  pod  wpływem  tego,  co  jest  na  zewnątrz,  coś  mi  się 
rozjaśni,  ale  nic  nie  osiągnąłem.  Wreszcie  postanowiłem  oddalić  się  stamtąd.  Zamknąłem 
pokój zostawiając w nim rannego i poszedłem do pokoju Heleny. Kiedy wszedłem, żona moja 
przeraziła się, zadrżała i usiłowała mi coś powiedzieć, ale głos jej ugrzązł w gardle ze strachu. 
Nie  wiem,  jakie  wewnętrzne  przeświadczenie  zmuszało  mnie  do  przejrzenia  wszystkiego, 
zbadania wszystkiego, w podnieceniu, w konwulsjach, w szaleństwie. Nieszczęśliwa jęczała; 
sądzę, że źle się z nią obszedłem. Chodząc z kąta w kąt, przeglądałem wszystko pracowicie, a 
ogarnął mnie taki obłęd, że nawet pod krzesłami, wśród flakonów na jej toaletce i między ka-
rtkami książek usiłowałem znaleźć to, czego szukałem. Nic tam nie było; niczego nie widzia-
łem;  ale  byłem  głęboko  przekonany,  że  on  tam  jest:  w  powietrzu,  w  mroku,  w  zapachu,  w 
echu naszych głosów, we wszystkim czułem obecność tego potępieńca. 

— Gdzie on? — krzyknąłem. — On tutaj jest! 
— Kto? — rzekła ona w rozpaczy. 
— Ten — odparłem — ten potwór, ten duch, ten człowiek! Ja wiem, że tu jest, czuję go, 

słyszę. Tak, Heleno, jest tutaj. Ty go kryjesz. Widzę go w twoich oczach, słyszę w twoim gło-
sie. Jest tu. 

I w  efekcie  cień  wszystkich  przedmiotów  wydawał  mi  się  jego  cieniem,  echo  naszych 

głosów przypominało mi jego głos i w okruchach światła, w dźwięku, w dotknięciach zdawa-
łem  się  wyczuwać  coś  z  osoby,  z  tchnienia  tego  nienawistnego  demona.  Helena  płakała  tak 
rozpaczliwie, że nie potrafiłem jej dłużej obwiniać. Jedynie powtarzałem: „Tak, on tu jest, jest 
tutaj”. W końcu wyszedłem stamtąd, gdyż niepokój wzrastał we mnie coraz bardziej i powró-
ciłem  do  swego  pokoju,  gdzie  go  zostawiłem  zamkniętego  na  klucz.  Wchodząc  wydałem 
okrzyk  przerażenia:  rannego  nie  było.  Przerażenie  moje  było  tak  wielkie,  że  kroku  nie  mo-
głem zrobić i padłem na fotel. Siły mnie opuściły całkowicie na skutek ustawicznych i bole-
snych wrażeń owego dnia; osłabłem, zemdlałem i gdyby moja natura nie oddała się spontani-
cznie wypoczynkowi, nie wiem, co by się ze mną stało. Przez długie godziny pozostawałem 

background image

w  stanie  nieświadomości  i  jakby  umarły.  W  chwili,  gdy  odzyskałem  zmysły,  świtało  już. 
Usłyszałem jakieś odgłosy w drzwiach, spojrzałem: był to Parys, który wchodził w szlafroku, 
w pantoflach i z włosami w nieładzie, jak ktoś, kto wstaje z łóżka. Przeszedł obok spoglądając 
na mnie z tym szatańskim uśmiechem, który zawsze pełgał mu na wargach. Ja też spojrzałem 
na niego przeciągle, a osłupienie i jakieś odrętwienie duchowe nie pozwoliły mi przez dłuższy 
czas zwrócić się doń ani słowem. 
 

Kiedy  doktor  to  mówił,  opanowało  go  znowu  to  duchowe  odrętwienie,  o  którym  opo-

wiadał. Wzrok miał mętny, mówił powoli, oddychał z trudem. Był zmęczony i bez wątpienia 
wspomnienie tamtych wydarzeń budziło w nim głębokie wzruszenie. Stąd też, zważywszy na 
to,  ile  cierpiał  nieszczęśnik  przypominając  sobie  swoje  szalone  myśli,  nie  odważyłem  się 
przekazać  wielu  obserwacji,  jakie  przyszły  mi  do  głowy  odnośnie  do  wydarzeń,  refleksji, 
które ostudziłyby znacznie entuzjazm i wiarę, z jakimi o nich opowiadał.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Aleksander 

 

 

Owego wieczoru doktor nie zdołał dokończyć swojego osobliwego opowiadania, które 

przez  swą  niezwykłość  wzbudziło  moją  ciekawość.  Pragnąłem  się  dowiedzieć,  jaki  będzie 
końcowy wyczyn figlarnego bohatera czasów starożytnych, który zamierzał pozbawić rozumu 
mojego nieszczęsnego przyjaciela, jeśli ten w ogóle takowy posiadał. Wyraźnie rzucało się w 
oczy, że tak czy inaczej musi się to szybko zakończyć, gdyż nie wydawało się możliwie, żeby 
podobne fantazje, czy cokolwiek by to było, ciągnęły się dłużej niż ich prawo tego wymaga; 
ponadto zgodnie z tym,  co powiedział pod koniec mój przyjaciel, można  się było domyślać, 
że rozwiązanie nie jest już dalekie. Lecz owego wieczoru, jak już mówiłem, nie było mi dane 
zaspokoić  swego  pragnienia;  zacny  doktor  Anzelm  byłby  mi  pewnie  uczynił  zadość,  mimo 
zmęczenia  i  wrażenia,  pod  jakim  pozostawał  na  skutek  wspomnień  swych  nieszczęsnych 
przygód,  lecz  ja  nie  nalegałem  i  uzgodniliśmy  spotkanie  na  następny  wieczór.  Podejmując 
przerwany wątek swej relacji, uczony odezwał się w te słowa: 

—  Na  czym  to  się  zatrzymaliśmy?  Od  wieczora  bowiem  do  dziś  umysł  mój  trwał  w 

pomieszaniu;  zawsze  kiedy  wspominam  tamto,  następuje  jakiś  zamęt  w  moim  mózgu,  i  tak 
zwykle niezbyt zdrowym. 

—  Przerwaliśmy  w  nader  interesującym  momencie.  Pan  osłabł,  omdlał,  zapadając  w 

niezwykle głęboki sen — co do którego żywię przekonanie, że była to sprawka zaklęć owego 
jegomościa z piekieł — i budząc się już prawie za dnia, zobaczył pan Parysa wchodzącego w 
szlafroku i pantoflach, jak gdyby wstał z łóżka. 

— Tak, w istocie — rzekł. — I ja, jak już panu wspomniałem, przez długą chwilę nie 

mogłem wyrzec do niego ani słowa. Patrzyłem na niego, czując w sobie coś z tych dokuczli-
wości, które poprzedzają głęboki letarg. Patrzyłem, jak chodzi po pokoju z rękami w kiesze-
niach szlafroka, jak wyjmuje papierosy, jak zapala zapałkę pocierając ją  o pudełko, a potem 
pali spokojnie. 

— I nie rozmawialiście z sobą? 
— Tak, rozmawialiśmy. Osobliwe było, że ów szlafrok był mój, a leżał na nim jak ulał, 

jakby był szyty na jego miarę. 

— Widocznie ten farsant chciał przywłaszczyć sobie wszystko, co należało do pana — 

zauważyłem i pożałowałem po chwili tej uwagi. 

— Tak — odrzekł smutno. — Widząc w końcu, że nic nie mogę zrobić przeciw owemu 

nędznikowi; widząc, że go nie mogę pokonać, że go nie mogę zabić, że go nie mogę wyrzucić 
z własnego domu, postanowiłem poddać się boleści, poddać się, niezdolny opierać się dłużej. 
Nie  lżyłem  Parysa,  nie  złorzeczyłem  mu,  nie  usiłowałem  go  poniewierać,  gdyż  nic  nie  zna-
czyłem  wobec  niego.  Ostudziłem  tedy  mój  gniew,  zamieniając  go  na  spokojną  rezygnację  i 
wtedy doznałem czegoś na kształt ulgi. 

—  Odchodzę  —  rzekłem  —  zważywszy,  że  nie  mogę  z  tobą  walczyć.  Niepokonany 

demonie, zostawiam ci wszystko: mój dom, posiadłości, moją pozycję, moją żonę; wszystko 
zostaje w twoich rękach, nawet mój honor, którego nie potrafiłem przed tobą ustrzec. Mówię 
o moim honorze w opinii ludzkiej, gdyż honor w moim sumieniu, o! — ten należy do mnie i 
nie zdołasz mi go odebrać twoimi niecnymi sztukami. Wolę odejść daleko stąd, do nieznane-
go  kraju,  wzgardzony  przez  wszystkich,  ażeby  tam  znosić  swoją  mękę,  pozbawiony  najnie-
winniejszych rozkoszy domowego ogniska. Chcę uciec; zostań tu panem wszystkiego; uznaję 

background image

się za pokonanego. 

— Głupcze! — odparł spozierając na mnie. — Gdzieżbyś mógł odejść, abym ja nie po-

szedł za tobą? Pamiętaj, co ci powiedziałem ubiegłej nocy. Jeśli odchodząc stąd, zostawisz tu 
rozum i zdolność imaginacji, to co masz w sobie od Boga, to co cię odróżnia od zwierzęcia, 
możesz odejść w spokoju, nie będę ci się narzucał; lecz jeżeli nie, to nie ciesz się przedwcze-
śnie, gdyż pójdę za tobą, pod tą czy inną postacią. Bo kiedy się z kimś zwiążę, nie zostawiam 
go łatwo. 

—  Przecież  oddaję  ci  tu  wszystko!  —  odparłem.  —  Więc  czego  jeszcze  chcesz?  Nie 

boję się niesławy, nie boję się skandalu, nie boję się niczego. Możesz rozkoszować się swoim 
dziełem: mogą o mnie mówić, mogą mnie pokazywać, mogą mnie lżyć najbardziej oczernia-
jącymi przydomkami, nic mnie to nie obchodzi. Więc czego jeszcze chcesz ode mnie? 

— Uspokój się, Anzelmie! — wykrzyknął Parys. — Dokąd chcesz iść sam? Błąkać się 

po  świecie,  ścigany  zawsze  przeze  mnie,  choć  pod  różnymi  postaciami?  Uspokój  się,  zasta-
nów,  przemyśl  poważnie  swoją  decyzję.  Nie  widzisz,  że  jest  to  tchórzostwo  niegodne 
prawdziwego człowieka? Przyjm męczeństwo i znoś je do końca, jak postępuje ten, kto chlubi 
się  hartem  ducha  i  tą  prawością,  która  sławi  mężczyzn  bardziej  niż  szaleńcza  i  zuchwała 
odwaga.  To  tutaj  powinieneś  przebywać,  w  obecności  swojego  bólu,  na  swoim  stanowisku, 
wytrzymując jedną po drugiej udręki tego załamania, które nie jest w świecie niczym nowym 
i które niepokoiło już wielu. Tutaj, przyjacielu, tutaj. Nie powiesz, że nie jestem skrupulatny, 
że  nie  rozumuję  z  dojrzałością,  która  cechuje  osoby  poważne,  odróżniając  je  od  lekkomy-
ślnych i zrozumiałych chłopaczków. 

— Och, tego już za wiele! — powiedziałem. — Czyż nie mogę już nawet stąd odejść, 

opuścić  tego  domu? Czy  chcesz  mnie  również  prześladować  z  dala  od  tych  miejsc?  Tak  nie 
może być, a jeśli by tak było, przytępię swój umysł, jak to powiedziałeś, stanę się najbardziej 
tępym  i  nieokrzesanym  zwierzęciem.  Bo  jeśli  to  znaczy  być  człowiekiem,  przeklinam  mój 
stan i śmieję się z tych pompatycznych przemówień, którymi go sławią niektórzy, twierdząc, 
że jest królem stworzenia. Cóż za głupota! 

—  Tak,  to  znaczy  być  człowiekiem!  —  potwierdził  Parys.  —  To  znaczy  być  królem 

stworzenia.  Żyję  od  początku  świata  i  byłem  świadkiem  wielu  strasznych  wydarzeń,  tak 
osobistych  jak  i  społecznych.  Wiem,  czym  są  te  bóle,  których  waga  w  sferze  życia  jest  tak 
wielka,  że  niektórzy  przekroczyli  wszelkie  granice,  aby  poruszyć  świat,  ot,  choćby  podczas 
wojny  trojańskiej.  Jej  okoliczności  pamiętam,  jakby  to  było  wczoraj.  Od  tego  czasu  rozu-
miem, że oszukują się ci, którzy myślą, że potrafią się uchylić przed ciężarem udręk, jakimi 
płacicie  za  dumę  czucia  się  kwiatem  i  koroną  stworzenia.  Rozumiem  głęboką  prawdę,  jaką 
zawiera powiedzenie Goethego: „Ten, kto nie jest zdolny do rozpaczy, nie jest zdolny do ży-
cia”. Odwagi! Nie jesteś pierwszym, który się unicestwia spalając w ogniu życia, tak jak spala 
się ćma w płomieniu świecy. Nie jesteś pierwszym, jesteś tylko jednym z egzemplarzy boga-
tej kolekcji męczenników, którzy uczynili z życia piękną i zadziwiającą epopeję. 

—  A  wie  pan,  że  jego  wyjaśnienia  nie  były  pozbawione  rozsądku  —  powiedziałem 

stwierdziwszy, że Parys snuł swoje rozważania nad życiem z powagą, która — choć nie wo-
lna od dziwactw — przynosiła mu wszakże zaszczyt. 

— Ten potępieniec zabrał się do filozofowania, porzucając swoją cyniczną swobodę na 

rzecz refleksji, na rzecz rozważań w tonie, który wydawał mi się bardziej groteskowy niż jego 
żarty z poprzedniego dnia. 

—  A  co  zrobił  potem?  —  spytałem  oczekując,  że  zjawa  zdejmie  w  końcu  szlafrok  i 

pantofle mego przyjaciela, ażeby ubrać się i doprowadzić do porządku. 

—  Zobaczy  pan  —  dodał  doktor.  —  Nie  pozwalam  nikomu  tam  wchodzić,  ale  przez 

moje niedopatrzenie wszedł lokaj, anonsując teścia, hrabiego del Torbellino, i nie okazał lęku 
z  powodu  tego  ducha.  Sługa  jak  widać  sądził,  że  jestem  sam.  Zmierzałem  ku  wyjściu,  żeby 
przyjąć  czcigodnego rodzica mojej żony, kiedy tenże, nie robiąc zbytnich ceremonii, wszedł 

background image

sam  do  tego  pokoju.  Zadrżałem  pomyślawszy,  że  może  zobaczyć  Parysa.  Ale  nie,  Parys  był 
obok mnie, a hrabia go nie widział. Dla niego, podobnie jak i dla mego lokaja, znajdowałem 
się w pokoju sam. Rzecz niezwykle osobliwa! Kilka razy zjawa owa przeszła między nim a 
mną,  lecz  widziałem  ją  tylko  ja.  Tylko  ja  słyszałem  jego  kroki,  tylko  ja  odbierałem  pioruny 
jego  spojrzenia  o  nieopisanej  wprost  przenikliwości.  Lecz  w  miarę  jak  gościł  u  mnie  hrabia 
del Torbellino, Parys znikał. Rozglądałem się na prawo i na lewo, czy nie ukrył się w jakimś 
kącie; ale nie, zniknął. Widziałem tylko mój szlafrok i pantofle porzucone na krześle. 

Rozmowa z moim znakomitym teściem była niezwykle ważna i wypadałoby ją przyto-

czyć  dla  lepszego  zaznajomienia  się  z  tą  niezwykłą  historią,  która  nie  ma  sobie  podobnych. 
Ale przedtem zapoznam pana nieco z jego szacowną osobą. 
 
 
 

II 

 

— Hrabia del Torbellino — mówił dalej don Anzelm — był mężczyzną niespokojnym, 

nie  przez  to,  iżby  miał  charakter  porywczy,  gwałtowny  i  miłujący  waśnie,  lecz  dlatego,  że 
jego  dusza  —  w  istocie  spokojna  —  manifestowała  się  na  zewnątrz  w  sposób  głośniejszy  i 
bardziej donośny, niż to bywa zazwyczaj. Kiedy mówił jakieś błahostki, rzecz częsta u niego, 
jego głos, ostry z natury, osiągał najniższe rejestry skali; kiedy chciał kogoś przekonać, że jest 
ważną osobą i że interesy są jego żywiołem, mowa jego osiągała szczyty czczego patosu; jeśli 
nie  mówił  nic,  jego  oddech  przypominał  daleki  wicher.  Był  niczym  burza,  eksplozja,  która 
przybrała kształt człowieka. Miewał wielu słuchaczy: jego współbiesiadnicy znajdowali upo-
dobanie w słuchaniu grzmienia tego nadzwyczajnego głosu; lecz kiedy wybuchał śmiechem, 
tłum  rozmówców  rozpierzchał  się  błyskawicznie,  gdyż  śmiech  tego  poczciwca  ogłuszał  i 
oszałamiał. 

Pudło rezonansowe, które tak srogie dźwięki wywoływało, było proporcjonalne do nich 

samych.  Tęgi,  ciężki,  przepaścisty,  monumentalny,  hrabia  był  wspaniałą  postacią,  która  mo-
gła przynieść zaszczyt każdemu pomieszczeniu. Temuż mastodontowi nie brakowało godno-
ści ani gracji, przeciwnie, jego tężyzna i wzrost nadawały mu majestatyczny i władczy wy-
gląd. 

Twarz  jego,  raczej  urodziwa  niźli  brzydka,  przyozdobiona  była  z  obu  boków  gęstymi 

siwiejącymi faworytami; nos miał w sobie coś z korynckiej woluty; usta duże, o mięsistych, 
wywiniętych wargach, przypominały usta tych maszkar greckich, które wymiotowały girlan-
dami  i  festonami.  Dwie  wielkie  zmarszczki  utrzymywały  na  brzeżkach  tych  ust  wesołość  z 
odcieniem  zarozumiałości.  tak  typową  dlań  i  tak  ustawiczną,  że  można  było  powiedzieć,  iż 
uśmiech należał do trwałych rysów jego twarzy. Binokle były u niego czymś więcej niż bino-
klami,  były  jego  organem;  czoło,  na  którym  nieliczne  włosy  —  przygniecione  kapeluszem  i 
zlepione potem — rysowały jakby napis hieroglificzny, było niskie, cofnięte i czerwone, ale 
była  to  czerwień  intensywna  i  jak  gdyby  przezroczysta,  tak  jakby  mózg  tego  zacnego  pana 
zrobiony  był  z  cynobru.  Jego  ciało  było  dziełem  niezwykłej  solidności  architektonicznej; 
wszystkie  kończyny  tworzyły  harmonijną  kompozycję:  ramiona,  brzuch  i  plecy  stanowiły 
równie wspaniałe dzieła stereotomii mięśni, zaś jego stopy przypominały dwie tafle. Jednakże 
monolit  ten  poruszał  się  z  dużą  lekkością,  a  kiedy  mówił,  ramiona  obracały  mu  się  jak  dwa 
skrzydła wiatraka, grożąc ścięciem głowy temu, kto miał nieszczęście go słuchać. 

Co do walorów umysłu, hrabia uchodził wśród jednych za ignoranta, wśród innych zaś 

za  bardzo  światłego,  lecz  nie  był  ani  jednym,  ani  drugim.  Nie  będąc  specjalnie  wykształco-
nym, miał przecie dostateczny zasób wiedzy, ażeby mówić o wszystkim i nie popełniać cią-
głych głupstw. Jednakże na pewnych sprawach znał się rzetelnie, przede wszystkim na polity-
ce  i  finansach.  Zajmował  się  wiele  zwyżkowaniem  i  spadkiem  wartości  funduszów  publi-

background image

cznych i prowadził transakcje na kredycie państwowym, biorąc udział wraz z pierwszymi ka-
pitalistami kraju w najbardziej śmiałych operacjach handlowych, co umacniało jego doświad-
czenie  w  tych  kwestiach.  Jego  własne  sprawy  majątkowe  budziły  w  nim  poważny  niepokój, 
zwłaszcza  w  okresie,  o  którym  opowiadam,  a  złe  samopoczucie,  które  w  nim  wywoływały, 
zamieniłoby się z czasem w hipochondrię, gdyby małżeństwo córki nie stało się dobrą podpo-
rą dla jego fortuny. 

Wyróżniała  go  nadto  godna  uwagi  życzliwość  dla  ludzi.  Jego  uprzejmość,  chociaż 

grzmiąca  i  wybuchowa,  zjednała  mu  sympatię  wielu.  Nikt  nie  miał  większych  dowodów  tej 
uprzejmości niż ja: zawsze byłem przedmiotem jego szczególnej przychylności, ale nigdy tak 
bardzo jak wtedy. I właśnie w owym dialogu, który zamierzam panu przytoczyć z dokładno-
ścią, na jaką mi pamięć moja pozwoli, hrabia dowiódł mi swojej wielkiej sympatii. 

— Mój kochany zięciu — rzekł — przykro mi, że muszę z tobą o tym mówić, ale jest to 

konieczne. Helena nie może dłużej tak żyć. Nie gniewaj się, nikt lepiej niż ja nie zna twoich 
zalet, nikt nie usiłował cię usprawiedliwić bardziej niż ja, lecz sprawy posunęły się tak dale-
ko... twój charakter... 

— Nie rozumiem ani słowa z tego, co pan chce mi powiedzieć — odparłem, domyślając 

się w tych oznajmieniach czegoś poważnego. 

—  Wszyscy  w  domu  mówią,  że  jesteś  obłąkany  —  dodał  hrabia.  —  Jedynym,  który 

walczy z tą opinią, jestem ja, który poznałem twój charakter, zanim jeszcze wszedłeś do mojej 
rodziny. Ja wiem, że to nie jest obłęd: te afekta, które dziś ciebie atakują, tkwią już w tobie od 
dawna, chociaż teraz pogarsza je jakaś monomania, jeden z tych przejściowych stanów duszy, 
które wywołują w nas czasem takie dyspozycje, iż wydaje się, jakby nam brakowało rozumu. 

— Zechciej mi to pan wytłumaczyć lepiej, jeśli pan życzy sobie bym  go zrozumiał — 

rzekłem na to, mając już zbyt wielkie pomieszanie w głowie, iżby pojąć od razu nowy szereg 
intryg, w które mój teść mnie wplątywał. 

— Helena skarży się słusznie — odparł. — Biedaczka w tych dniach tak osłabła, że wy-

gląda  jak  nieboszczka.  Wszyscy  staramy  się  ją  pocieszyć.  Zważ,  że  zachowujesz  się  dziwa-
cznie! Dręczysz ją w sposób nader okrutny, przerażasz ją okrucieństwami bez liku. Do czego 
to  podobne?  Zgodnie  z  tym,  co  mówi,  wpadasz  niekiedy  nocą  przerażony  do  jej  pokoju, 
mówiąc, że słyszałeś tam męski głos; innymi razy poniewierasz ją, obrażasz, zapewniając, że 
widziałeś, jak ktoś wyskakiwał przez jej okno do ogrodu. Kiedy odzyska spokój i niczego się 
nie spodziewa, wpadasz wściekły, krzycząc i grożąc i dopytujesz się, gdzie on jest. Twój wy-
gląd budzi strach, twoje słowa są słowami szaleńca, twoje zachowanie jest pełne zuchwałości. 
Powiedz,  czy  istnieje  kobieta,  która  by  miała  na  tyle  siły  i  hartu,  by  patrzeć  w  spokoju  na 
takie rzeczy? Rozważ też, czy nie ma w twoim zachowaniu wystarczających motywów, żeby 
ściągnąć na siebie, nie powiem antypatii, lecz wręcz odrazy twojej żony? 

— Tak — odparłem — przyznaję, ale nie rozumie pan tego, że mam powody, aby tak 

postępować. 

— Powody! Nie bądź głupi! Jakież powody możesz mieć, żeby postępować w ten spo-

sób? Gdybyś się zdobył na filozoficzny spokój, jakiego trzeba, żeby móc żyć w tych czasach, 
które  nam  przypadły  w  udziale,  nie  zdarzyłoby  ci  się  to.  Bo  ty  przejmujesz  się  wszystkim, 
jesteś bardzo drażliwy, bierzesz sobie do serca wszystkie sprawy i wskutek tego... nie umiesz 
żyć. 

— Drogi mój teściu, zechciej mi proszę wytłumaczyć, może mi wyjaśnisz trochę sytua-

cję, w jakiej się znajduję. 

— Chcę powiedzieć, że  liczysz się zbytnio z opinią ludzką, którą należy  z reguły  gar-

dzić, zwłaszcza jeśli — tak jak obecnie — nie opiera się ona na niczym pozytywnym, tylko 
na wulgarnych posądzeniach, dziele moralnej dekadencji. 

—  Ale  cóż  mówią  ludzie?  —  spytałem.  —  Czyżby  ktoś  się  odważył  mówić  o  moim 

domu, o mojej rodzinie?... 

background image

— Powiem ci — odparł z afektacją — że nie powinieneś się martwić, gdyż poza tym, że 

jest to rzecz bez znaczenia, zbyt często się ją spotyka, by mogła wzbudzać obawy. Nie ma co 
się przejmować opinią próżniaków, którzy żyją czczą gadaniną i skandalami czyhając zawsze 
na najbardziej intymne sprawy w rodzinie... Nie martw się. Na podłość nikczemników, którzy 
nie uszanują niczego, nawet tego co najświętsze i najbardziej szanowane, odpowiada się tylko 
wzgardą. 

— Ale co o mnie mówią? 
— Posłuchaj: nie powinniśmy rozmawiać o tych sprawach, gdyż nawet wymienianie ich 

wydaje mi się nie na miejscu. Zostawmy to i koniec... Spróbuj się uspokoić... 

— Nie, ja chcę wiedzieć, od razu — odrzekłem poruszony. 
— A więc dobrze!—wykrzyknął hrabia del Torbellino zakładając binokle, które spadły 

mu w ogniu jego elokwencji. — Chcesz, żebym ci opowiedział o tym, o czym wiesz lepiej niż 
ja, co się stało przyczyną twych dziwactw w ciągu ostatnich dni? 

—  Ależ  ja  o  niczym  nie  wiem.  I  chcę  dowiedzieć  się  o  wszystkim,  o  czym  pan  mi 

wzmiankuje, wprawiając mnie w jeszcze większą konfuzję. 

— Więc powiadamiam cię z oburzeniem, drogi Anzelmie, że są osoby tak zuchwale, iż 

ośmielają się wątpić... znalazł się ktoś, kto ważył się rzucić oszczerstwo na samą cnotę... na 
moją córkę Helenę. Zapewniam cię, że gdybym poznał oszczercę; który... 

—  Ale  kto?  Gdzie?  Kto  tak  powiedział?  —  krzyknąłem  ogarnięty  lękiem  na  myśl  o 

strasznym potwierdzeniu tego, co przeszło mi przez głowę. 

—  Któż  tego  dojdzie?  A  jedyną  podstawą  jest  to,  że  twój  dom  odwiedza ten  młodzie-

niec... ten jakiś Aleksander. 

— Nie wiem, o kim pan mówi! — odparłem osłupiały. 
— Tak, ten... Dokładnie wczoraj widziałem, jak tu wchodził, widywałem go wiele razy 

— dorzucił, podając mi następnie opis owej piekielnej istoty, człowieka, demona czy zjawy, 
która tak mnie torturowała pod imieniem Parysa. — Rzecz w tym, że skoro młodzieniec ów 
cieszy  się  sławą  jednego  z  największych  burzycieli  ogniska  domowego,  jaki  kiedykolwiek 
istniał, więc kiedy go zobaczono, że tu bywa... 

— Lecz kto by go tu zapraszał? 
— Ja nie wiem, może ty będziesz wiedział. Faktem jest, że często odwiedza twój dom i 

z pewnością Helena traktuje go jak przyjaciela, nie podejrzewa, biedaczka, że choć niewinna, 
przyjmując go tu, wznosi gmach swojej niesławy. Lecz zarazem nie przyjąć go, oznaczałoby 
potwierdzenie  perfidii  przewrotnych  języków  i  w  pewien  sposób  pójście  z  nimi  na  ugodę. 
Najlepiej jest wzgardzić wszystkim, drogi Anzelmie. Widzisz już, że znam przyczynę twoje-
go szaleństwa i tylko śmiech mnie ogarnia, kiedy pomyślę sobie, że męczyłeś biedną Helenę z 
powodu tak błahej sprawy. Uspokój się człowieku, opanuj, jak ci to już mówiłem. Jeśli dlate-
go, że kilku łotrów mówi o tobie, uciekasz się do takich ekscesów, upodabniając się do naj-
większych szaleńców, jacy kiedykolwiek chodzili po świecie, co by ci przyszło zrobić, gdy-
byś miał powód rzeczywisty? 

Tak  mówił  hrabia  del  Torbellino,  a  jego  słowa  nie  tylko  nie  rozjaśniły  mi  tej  sprawy, 

lecz  wikłały  jeszcze  bardziej  myśli.  Przedtem  wątpiłem,  czy  osoba  Parysa  jest  rzeczywista, 
czy  też  stanowi  wytwór  jedynie  mego  umysłu,  wywołany  przez  jakieś  niepojęte  zjawiska; 
wątpliwość ta męczyła mnie bardzo. Teraz — jak wskazywały na to słowa mojego teścia — 
Parys  był  istotą  realną,  znaną  wszystkim.  Wobec  tego,  jakim  cudem,  ciężko  przeze  mnie 
raniony,  zdołał  przyjść  do  zdrowia  bez  najmniejszych  śladów  na  ciele?  Jak  to  zrobił,  że  się 
pojawiał i znikał tajemniczo? Wszystko to zwiększyło moje pomieszanie do tego stopnia, że 
kiedy mój teść odszedł, pogrążyłem się w zawiłych i skomplikowanych medytacjach, starając 
się dostrzec choćby jakiś promyk, który by rozświetlił te mroki. Boże mój! Ale to jeszcze nie 
koniec. Żeby dopełnić miary mego nieszczęścia, przyszła moja teściowa, która posługując się 
innymi niż jej mąż argumentami, rozmawiała ze mną przez dłuższą chwilę. 

background image

Teściowa moja była starą kokietką, w której lata nie stłumiły podstawowej cechy chara-

kteru  —  chęci  podobania  się.  Choć  niegdyś  bardzo  piękna,  dziś  jej  twarz  przedstawiała  już 
tylko żałosny widok i jedynie oczy zachowały w swoim blasku i ekspresji coś z owej piękno-
ści, która odeszła już na zawsze. To fatalne zeszpecenie nie było zbyt widoczne dzięki skom-
plikowanej toalecie i tysięcznym zabiegom, jakie stosowała, żeby ukryć spustoszenie w swo-
jej urodzie. Co do obyczajów, wyróżniało ją tylko upodobanie do ciągłych spacerów, co nie 
przynosiło  jej  dobrej  opinii,  choć  nigdy  nie  wyrażano  się  o  niej  bez  szacunku.  Lubiła  bawić 
się bardziej niż wielu młodych; i pod tym względem lata nie dokonały w niej żadnego wido-
cznego postępu; już posunięta w latach, nie przepuściła żadnego balu, żadnej komedii ani pro-
menady, żadnego zgromadzenia ani ceremonii, gdzie nie byłoby dużo młodzieży i dużo wrza-
wy. Zdawało się, że to ujmuje jej lat i odmładza ciało. 

I oto  ta  znakomita  dama,  która  —  jeśli  szło  o  opinię  —  wyznawała  teorie  bardzo 

osobliwe, przemówiła następującymi słowami: 

— Jesteś, Anzelmie, dzikus, brutal i okrutnik. Sama myśl, że moja córka mogłaby żyć 

długo z kimś takim jak ty, jest niedorzecznością. Naprawdę byłoby śmieszne, gdyby nie było 
tak smutne, to co się tu dzieje. Wystarczy zobaczyć, jaki budzisz w niej lęk, zjawiając się w 
nocy w jej pokoju obłąkany i, zdawać by się mogło, z umysłem zamroczonym jakąś złą my-
ślą... Naprawdę nie wiem, jak ta biedaczka może wytrzymać... Jest chora i obawiam się, że jej 
stan  jest  poważny,  gdyż  mówiąc  otwarcie,  któraż  osoba  wrażliwa  i  delikatna  wytrzymałaby 
próby, na jakie ją wystawiasz? Trzeba, ażebyś zmienił swe postępowanie; moja córka nie mo-
że tak żyć. A w ogóle, to cóż cię skłania do takich postępków?... Chcę wiedzieć! I pomyśleć, 
że Helena jest wzorem łagodności, taktu i roztropności! 

Doprawdy Anzelmie, widzę już, że nie może być dla młodej dziewczyny większej tortu-

ry niż życie z tobą. Przy tobie żadna nie znajdzie tego wdzięcznego zaufania, które jest funda-
mentem miłości; nie jesteś miły, ani trochę, wręcz przeciwnie, mimo twoich zalet, robisz się 
odpychający wskutek tych wybuchów, wskutek tej mizantropii, która cię pożera. Moja córka 
nie  znajdzie  w  tobie  żadnej  czułości  ani  tych  czułych  zwrotów,  które  —  z  pozoru  tak  mało 
ważne — mają dla nas kobiet przeogromne znaczenie. Wierz mi. Ponadto wydaje się, iż po-
stanowiłeś uczynić wszystko, żeby ona cię znienawidziła: całe dnie oddajesz się medytacjom, 
sam, zamknięty w tym przeklętym pokoju, gdzie czasem słychać twój głos, jak gdybyś kon-
wersował z duchami. 

— Słychać coś? — spytałem słuchając z przerażeniem tego opisu mojego życia. 
— Tak, tak mówi służba — mówiła dalej śmiejąc się. — Słyszano jak mówiłeś do sie-

bie. Czy to się nazywa mieć rozum, czy to się nazywa być człowiekiem? Potem wychodzisz i, 
wydając dzikie okrzyki,  udajesz się do Heleny, która drżąca i zdumiona patrzy, jak przeszu-
kujesz  jej  pokój,  jak  gdybyś  ścigał  jakieś  widmo.  Biedaczka,  zaczęła  się  tak  ciebie  bać,  że 
dygoce na sam dźwięk twojego głosu. Nie wiem, jak się to skończy. Cóż za osobliwy sposób 
zdobywania miłości swojej żony! Nie dotrzymujesz jej towarzystwa, nie prawisz komplemen-
tów ani nie starasz się jej rozerwać. Ona jest przyzwyczajona do ludzi, do rozrywek towarzy-
skich... A teraz tu, w samotności i zamknięciu!... Tylko ja się nią zajmuję; udało mi się zebrać 
tu kilkoro przyjaciół, którzy przychodzą do nas na pogawędki i wnoszą nieco rozrywki. Nie 
wiem, co takiego ma w sobie ten dom: jest smutny, podobnie jak jego pan; wszyscy z niego 
uciekają. W ostatnim czasie prawie nikt nie przychodził i ogarnęłaby nas wielka nuda, gdyby 
nam nie dotrzymywał towarzystwa Aleksander X... 

— Señora, ale kim jest ten caballero?... jestem ciekaw!... — odezwałem się żywo. 
— No, straciłeś także pamięć — odparła moja teściowa dobrodusznie. — Cóż za głowa! 

Więc  nie  znasz  też  Aleksandra?  Wychodził  stąd  dokładnie  w  momencie,  kiedy  ja  wchodzi-
łam... Skoro przychodzi codziennie... 

— Señora, ja nie wiem, o kim pani mówi. 
—  Ależ  ten  człowiek  jest  obłąkany!  Nie  poznaje  już  swojego  najlepszego  przyjaciela, 

background image

Aleksandra  X,  który  tak  często  bawi  w  jego  domu,  najsympatyczniejszej  osoby,  jaką  spoty-
kam  w  życiu,  twojego  przyjaciela,  wszyscy  o  tym  wiedzą.  Czy  ja  wiem,  czy  istnieje  ktoś, 
kogo  on  by  nie  znał...  Oczywiście,  jest  miły,  bystry,  dowcipny,  wesoły,  lecz  zarazem  pełen 
eleganckiej dyskrecji. 

— I mówi pani, że ja go znam? 
— Jesteś doprawdy szalony. Jakże miałbyś nie znać? Jeśli spacerujecie razem i te prze-

jażdżki, wspólne śniadania i obiady, i w ogóle... Aleksander, taki porządny człowiek — doda-
ła podnosząc głos, jakby rozmawiała z głuchym. — Niewątpliwie postradałeś rozum. 

— I mówi pani, że dotrzymuje wam towarzystwa? — spytałem u szczytu osłupienia. 
— Gdyby nie on, moja córka i ja zanudziłybyśmy się na śmierć. Dotrzymuje nam towa-

rzystwa i jest taki miły... Zabawia nas niezwykle, opowiadając poufne historie. Ach, nie zda-
jesz  sobie  sprawy,  jak  nas  zachwyca  rozmowa  z  nim,  przede  wszystkim  Helenę,  która  lubi 
słuchać  opowieści  o  jego  przygodach.  Ten  człowiek  wiele  podróżował  i  choć  młody,  zna 
świat, jakby żył na nim całe wieki. 

— I mówi pani, że ja go znam? — zapytałem z trwogą. 
—  Boże  mój,  co  za  człowiek!  Tak  jakbyś  pytał  czy  mnie  znasz.  Z  tobą  coś  nie  w 

porządku, Anzelmie, na Boga, ta twoja głowa... 
 
 
 

III 

 

W owym pamiętnym dialogu wymienialiśmy z teściową te i inne argumenty. Odeszła w 

pewnym  momencie  gdyż  jej  zaanonsowano,  że  Helena  zasłabła,  lecz  nim  zdążyłem  rozpa-
trzyć  się  nieco  w  tym,  co  mi  zasugerowała,  wszedł  mój  bardzo  bliski  przyjaciel.  On  także 
opowiedział mi o sprawach, których dla lepszego zrozumienia tych niezwykłych zdarzeń, nie 
powinienem pominąć milczeniem. 

— Przychodzę zapytać o twoją żonę — rzekł — słyszałem, że jest chora. 
— Tak — odparłem — nie czuje się dobrze. Od kilku dni coś niedomaga, nie wiadomo, 

co jej jest. Od kogo się dowiedziałeś? 

— Nie pamiętam, gdzie to słyszałem. 
— Już wiem, że mówią o mnie — oznajmiłem, gdyż zdałem sobie sprawę, że mój przy-

jaciel chce mi coś opowiedzieć i że czeka na stosowną okazję. 

— Co mówią o tobie? Nie wiem — rzekł z wahaniem. — No zresztą, nie będę zaprze-

czał, przeciwnie, zobowiązany naszą przyjaźnią, powiem ci o tej sprawie i jeżeli oznajmię, że 
doszedłem do takiego właśnie wniosku, nie skłamię, zapewniam cię. 

— Mów, proszę. 
— Oczywiście, pewne rzeczy powinieneś odrzucić z pogardą lub — mówiąc ściślej — 

nie odrzucać ich całkowicie; wypada zdać sobie z nich sprawę, przemyśleć je i potem posta-
nowić z rozwagą, co należy uczynić. Nie ma w tym nic nowego. Każdy, kto zajmuje tu taką 
pozycję jak ty, narażony jest na plotki. Trzeba się z tym pogodzić i nie irytować się, gdyż jeśli 
do czegoś należy podejść ze spokojem, to właśnie do tych spraw. 

—  Ze  spokojem!  —  odparłem  tracąc  panowanie  nad  sobą.  —  .  Mam  ze  spokojem 

patrzyć na moją hańbę! Już ja poszukam niecnego autora tej kalumnii! 

— Więc już się dowiedziałeś? 
— Tak — rzekłem — lecz nie wiem, domyślam się tylko, zgaduję. 
— No więc tak jest, przyjacielu — odparł. — Ale nie upadaj na duchu. Najsolidniejsze 

reputacje nie są wolne od ataków. 

— Przysięgam ci — rzekłem — że muszę zabić tego, kto zbezcześcił mój dom, i czy to 

będzie jeden, czy wielu, ta podłość nie ujdzie bezkarnie. 

background image

— Oj nie, tu trzeba inaczej. Z reputacją należy postępować przyjaźnie, żeby z kolei ona 

nami nie poniewierała, należy skapitulować wobec plotkarzy i poczynić pewne ustępstwa, by 
nie zniesławili nas do końca. Żeby odsunąć tę złośliwą żmiję, nie można z nią walczyć, trzeba 
jej schlebiać słodkimi słówkami. Żmijowate pospólstwo jest niepokonane, jeśli walczyć z nim 
wręcz, ale słabe, kiedy ślepą obronę zastępuje się przebiegłością. 

— Nie potrafię schlebiać tym nikczemnikom. Mój honor jest ponad nimi. 
— Wszystko, co mówisz, to święta racja, ale mówi się coś... No cóż... W naszych cza-

sach słowo jest groźniejsze niż czyn. Już rozumiesz, jaką siłę ma słowo „mówią”. Jeśli chcesz 
posłuchać mojej rady, wyjedź stąd na jakiś czas. Kiedy wrócisz, nikt już nie będzie pamiętał o 
niczym.  To  najlepszy  sposób,  żebyś  się  uwolnił  od  człowieka,  którego  ciągła  obecność  w 
twoim domu przynosi ci tyle szkody. Tak będzie najlepiej; w ten sposób wszystko się skończy 
bez skandalu, gdyż skandal, przyjacielu, utwierdza wydarzenia w umyśle tłumu, a wydarzenia 
utrwalone w ten sposób nie zmazują się łatwo. 

— Ale cóż to jest za człowiek? — spytałem. 
— Cóż za człowiek! — wyrzekł w osłupieniu, zdumiony, iżbym mógł nie wiedzieć, o 

kogo chodzi. — Aleksander X. Jestem pewien, że jego wizyty w naszym domu są niewinne, 
ale widzą go, jak tu wchodzi, a ponieważ ma złą opinię... 

— Naprawdę? — rzekłem, żeby sprowokować go do dokładniejszych wyjaśnień. 
— Tak — odparł — należy do tych, którzy chlubią się swoimi swobodnymi obyczaja-

mi. Dobra figura, wdzięk, trochę zepsuty. Nie ma innego fachu niż amory ani większych aspi-
racji,  niż  być  przedmiotem  poklasku  głupiego  tłumu,  zawsze  radującego  się  każdą  straconą 
czcią i każdym splamionym nazwiskiem. 

— Więc mówisz, że powinienem stąd wyjechać? 
— Tak. I to pilnie. Porzuć tamte mordercze zamiary. Zabijać, wyzywać do walki, wszy-

stko to zwiększy jeszcze skandal i plotki... 

— Nie, ja chcę zabić tego człowieka! — krzyknąłem w furii, zapominając w owej chwi-

li, że Parys jest nieśmiertelny. 

— Zabić? A kogo? Jego? I jesteś pewien, że zabijając ukarzesz winnego? Uważasz za 

oczywiste, że nastąpiło tu przewinienie, ale nie w tym rzecz. Chodzi tylko o pewne plotki, co 
do których powinniśmy przypuszczać, że nie mają żadnej podstawy. Sam powiedz, czy plotki 
ucichną, jeśli się kogoś zabije? 

— Ależ ja nie mogę stąd wyjechać — odparłem przypominając sobie groźbę Parysa, że 

uda się za mną wszędzie. — On pojedzie w ślad za nami. 

— Jak może jechać z tobą? — rzekł mój przyjaciel. — A jeśli to zrobi, od ciebie będzie 

zależało, iżby długo ci nie towarzyszył. Tu nie byłoby łatwo wyrzucić go z domu bez skanda-
lu, podczas gdy w podróży jest o wiele więcej możliwości, żeby się od niego uwolnić w ten 
czy inny sposób. 

Potem  rozmowa  dobiegała  kresu,  ale  to,  co  panu  opowiedziałem,  wystarczało,  żeby 

wprawić mnie w jeszcze większy zamęt. Powtarzałem sobie bez przerwy: „A zatem Parys jest 
istotą  realną,  ten,  którego  nazywają  Aleksandrem,  nie  jest  żadną  zjawą,  nie  jest  żadnym  du-
chem, jest mężczyzną, który przebywa w moim domu, i wszyscy go znają. Aleksander i Parys 
są  dwoma  różnymi  osobami;  ten,  którego  widziałem,  jest  repliką  lub  imitacją  pierwszego”. 
Zmęczony ową ciągłą torturą, postanowiłem wyjść, żeby u osób darzących mnie zaufaniem i 
uczuciem poszukać ulgi w tak okropnym cierpieniu. Postanowiłem udać się do kilku przyja-
ciół o wypróbowanej wierności, a ponadto wielkich znawców spraw życia, tusząc uzyskać od 
nich jakieś wskazówki, które by rozjaśniły straszliwą zagadkę. 

Wyszedłem. Według tego, co mi potem opowiadano, wzrok miałem błędny, kroki sta-

wiałem niepewnie i niezręcznie, a włożony w osobliwy sposób kapelusz i okrycie wywoływa-
ły śmiech. Nawet ludzie przyzwyczajeni już do moich dziwactw, stawali na mój widok, poka-
zując mnie sobie palcem. Chociaż miałem zamiar zasięgnąć rady określonych osób, nie skie-

background image

rowałem swych kroków wprost do nich. Chodziłem to tu, to tam, na los szczęścia, na ślepo. I 
proszę sobie wyobrazić, jakie było moje zdziwienie, kiedy przechodząc, sam nie wiem którą 
ulicą,  potknąłem  się...  i  już  miałem  upaść,  gdy  jakaś  ręka  chwyciła  mnie  mocno  za  ramię. 
Odwróciłem  się.  Był  to  Parys.  Nie  wiem,  co  czułem  w  owej  chwili.  W  innym  stanie  ducha 
spoliczkowałbym go na oczach wszystkich. Ale ta przeklęta postać budziła we mnie już tylko 
strach;  w  jego  obecności  moja  dusza  napełniała  się  lękiem,  słowa  więzły  mi  w  gardle,  moje 
siły słabły. Od kiedy stanął u mego boku, mój duch poddał się władzy owej piekielnej istoty, 
przygasł, jak gdyby odczuł swoją niższość. Od tej chwili przestałem być panem samego sie-
bie, byłem w jego rękach, w jego mocy. Ujął mnie za ramię i chodziliśmy przez dłuższy czas 
po najbardziej ruchliwych ulicach, nie odzywając się do siebie ani słowem. Spoglądaliśmy na 
ludzi, spotykaliśmy wielu moich znajomych, i zauważyłem, że mijając nas, szeptali do siebie i 
pokazywali nas sobie. Sam nie wiem kiedy, bez najmniejszego udziału mej woli, demoniczny 
Parys  zawiódł  mnie  na  Prado,  która  to  promenada,  z  powodu  przepięknego  jesiennego  dnia, 
była  tłoczna  jak  rzadko.  Rozsuwano  się,  żeby  nam  zrobić  przejście,  a  wielu  uśmiechało  się 
ukradkiem,  wbijając  w  nas  wzrok.  Teraz  wszyscy  mogli  go  oglądać;  już  nie  był  zjawą, 
dostrzeganą tylko przeze mnie, która w moim domu wyłaniała się z płótna obrazu; był posta-
cią realną i wszyscy go widzieli, wszyscy go witali, witali nas obu i spoglądali złośliwie, choć 
bez zaskoczenia, jak spacerujemy razem. 

I tak przeszliśmy Prado, kierując się potem na Recoletos. Nigdzie nie mogłem się nawet 

zatrzymać.  Ciągnął  mnie  w  taki  sposób,  że  gotów  byłem  uwierzyć,  iż  to  jakaś  dziwna  siła 
wprawia w ruch moje nogi. Ludzi przybywało i ną wszystkich znajomych obliczach widzia-
łem tę samą złośliwość. Niektórzy zatrzymywali się i spoglądali na nas przez dłuższą chwilę, 
inni zaś — tak mi się wydawało — tłumili śmiech. A myśmy szli i szli. Byłem czerwony ze 
wstydu,  twarz  mnie  piekła,  jak  pod  dotykiem  rozpalonych  węgli,  w  głębi  serca  pulsowała 
straszna nienawiść, głęboki ból, posępna udręka, która nie mogła wybuchnąć, gdyż byłem we 
władzy demona. Czułem w piersi jakby ognistą dłoń, która zaciskała się z całej siły, zawiera-
jąc  w  swojej  płonącej  pięści  wszystko,  co  we  mnie  żyło  i  czuło...  Spacerowaliśmy  bez  wy-
tchnienia: grube krople potu spływały mi z czoła, odczuwałem wielkie znużenie, lecz było to 
znużenie  czysto  duchowe,  gdyż  dało  moje  nie  było  zmęczone,  i  maszerowałem  poruszany 
jakąś  nie  znaną  mi  siłą.  Przeszliśmy  przez  całą  Castellana,  gdzie  było  jeszcze  więcej  ludzi, 
więcej znajomych i więcej natarczywości w spojrzeniach i złośliwych uśmiechach, które sta-
wały się już zuchwałe. Spacerowaliśmy bez przerwy, przebiegaliśmy kilkakroć całą promena-
dę, aż dzień zaczął się chylić ku wieczorowi, a ilość przechodniów zmalała. Moja dusza pełna 
była  żałoby;  zamgliły  mi  się  oczy,  widziałem  tylko  cienie  i  przeszywał  mnie  lodowaty 
dreszcz.  Nie  byłem  już  zdolny  zrobić  ani  kroku  dalej:  znajdowaliśmy  się  na  samym  końcu 
alei, za nami słychać było turkot odjeżdżających powozów i kroki jakiegoś spóźnionego prze-
chodnia. Wówczas jakbym odzyskał władanie nad słowem i poczuł w sobie rodzaj wolności, 
coś  jakby  odpoczynek,  jak  gdyby  piekielna  moc  tej  nienawistnej  istoty  przestała  mieć  już 
nade mną  władanie.  Nie wiem, dlaczego mój wzrok tak chłonął nadzwyczajny blask światła 
odchodzącego dnia, który na zachodzie barwił niebo jaskrawą purpurą. Patrzyłem na to z nie 
doświadczoną od dłuższego czasu rozkoszą, a kiedy odwróciłem wzrok, Parysa już nie było. 
Ulotnił się jak dym. Wskutek łatwo wytłumaczalnego złudzenia, kiedym znów spojrzał w za-
chodzące słońce, wydawało mi się, że widzę jego znienawidzone oblicze, nakreślone błyska-
wicami  czerwonawego  światła  i  fioletem  chmur.  Byłem  sam,  zupełnie  sam.  Odzyskiwałem 
panowanie nad sobą, ale wówczas zmęczenie duszy, jakiego doświadczyłem, objęło całe moje 
ciało i padłem na ławkę, oszołomiony i bezsilny. 
 
 
 
 

background image

 

IV 

 

—  Don  Anzelmie,  przyjacielu,  jeśli  mam  być  z  panem  szczery,  to  przygoda  ta,  trudna 

do wyjaśnienia, w miarę jak zbliża się do swego końca, wikła się i zaciemnia coraz bardziej. 
Na początku, kiedy postać Parysa pojawiła się w pańskim pokoju, rzecz cała ujść by mogła za 
wytwór pańskiej fantazji, jakiś omam pańskiego umysłu. Zdarzają się — choć rzadko — takie 
wypadki, kiedy chora wyobraźnia stwarza zjawiska nie mające realnego życia i żyjące tylko 
w osobie, która je tworzy. Postać, która znika z obrazu, głos, który, jak się panu wydaje, sły-
szy pan w pokoju Heleny, zjawę, którą pan widzi chowającą się w studni, wszystko to można 
wytłumaczyć pewną obsesją, która choć rzadka, nie jest jednak niemożliwa. Lecz okazuje się 
potem, że istnieje rzeczywista istota, niejaki Aleksander, widziany przez wszystkich, i że pań-
ski dom odwiedza identyczna ze zjawą osoba, której przeznaczeniem jest, jak mi się wydaje, 
mącić szczęście małżeństw. I to nie za pomocą jakichś fantastycznych środków, lecz sposoba-
mi realnymi, jak można wnioskować z dialogu pana z pańską teściową i przyjacielem. Czego 
się w takim razie trzymać? Jaka relacja zachodzi między Parysem a Aleksandrem? Przez jakiś 
zbieg  okoliczności,  nie  sądzę,  aby  przypadkowy,  te  dwa  imiona  nosił  właśnie  ten,  który 
porwał Helenę w legendzie o wojnie trojańskiej. 

No cóż: pan twierdzi, że nie znał tego Aleksandra. Bo gdyby pan go znał, gdyby przed 

wszystkimi tymi wydarzeniami był pan o niego zazdrosny, byłoby zrozumiałe, że opanowana 
tą  myślą  pańska  imaginacja,  mogłaby  osiągnąć  stan  patologiczny,  który  sprowadza  na  takie 
manowce.  Ale  tu  najpierw  była  obsesja,  a  potem  dopiero  potwierdzająca  ją  rzeczywistość. 
Czyż  nie  byłoby  bardziej  logiczne,  iżby  pierwszeństwo  miała  rzeczywistość  i  żeby  dopiero 
potem, jako konsekwencja stanu duszy, pojawiły się te wizje, które tak pana wzburzyły? 

—  Pomyślałem  dokładnie  tak  samo,  kiedy  uspokoiwszy  się  nieco,  chciałem  w  drodze 

powrotnej wyjaśnić sobie wszystkie wydarzenia. Muszę zaznaczyć, że już na długo przedtem, 
zanim się to stało, głowa moja znajdowała się w opłakanym stanie. Nie dość, że prawie cał-
kiem utraciłem pamięć, lecz nadto zagubiłem się w swych sądach tak dalece, iż nie byłem w 
stanie ich uporządkować ani wypowiedzieć. Wszystko to zauważyłem dopiero potem, dosze-
dłem do tego wniosku, kiedy badając uważnie przeszłość, zdołałem odsłonić coś, co tkwiło w 
moim umyśle już wcześniej. Gdy minął czas jakiś, zdołałem po długich medytacjach, dzięki 
łączeniu ze sobą faktów, odtworzyć te wydarzenia, choć nie na tyle jednak jasno, jak by tego 
wymagały. Zdołałem sobie wreszcie przypomnieć, iż rzeczywiście znałem Aleksandra, o któ-
rym opowiadali moi teściowie, mój przyjaciel i wreszcie cały Madryt. 

—  Wobec  tego  wszystko  się  wyjaśniło  —  rzekłem.  —  Zaprzątał  pan  sobie  tym  głowę 

dzień i noc, i myśl ta opanowała go całkowicie; przykucie myśli do jednego tematu wybitnie 
pobudziło pańską fantazję, osłabiając siły cielesne i pozwalając zapanować nad nimi duchowi. 
Stąd ten stan chorobliwy, który tak mu dokuczał. Zjawiska takie, chociaż rzadkie, są powsze-
chnie znane. Mistycy, którzy mówili o swoich widzeniach z taką wiarą będąc przekonani, że 
rozmawiali  z  Jezusem  i  Marią  Panną,  są  dowodem  tego  patologicznego  stanu,  który  daje 
olbrzymią przewagę imaginacji nad wszystkimi innymi przymiotami. 

No cóż, don Anzelmie, niech pan pomyśli dobrze i postara się sobie przypomnieć: czy 

przed  pojawieniem  się  Parysa  nie  zdarzyło  się  coś,  co  mogłoby  być  pierwszą  i  decydującą 
przyczyną  tej  serii  niepokojących  zjawisk?  Jest  oczywiste,  że  owe  perturbacje  były  konse-
kwencją jakichś poprzedzających je niepokojów. Trzeba, żeby pan powiedział, co się zdarzy-
ło, zanim zobaczył pan, jak z obrazu znika wymalowana postać. 

—  Zanim  opowiem  panu  koniec  tej  przygody  —  odparł  doktor  Anzelm  —  powtórzę 

również  to,  o  czym  mnie  powiadomił  pewien  dawny  przyjaciel  mojej  rodziny,  staruszek,  o 
którym  ja,  gdy  wyrosłem  z  dzieciństwa,  cokolwiek  zapomniałem.  Według  niego  mój  ojciec 
cierpiał  podobne  męki,  z  których  jedna  doprowadziła  go  nieomal  na  skraj  życia  i  śmierci, 

background image

gdyż obsesje odebrały mu nawyk i chęć do jedzenia, pogrążając go w głębokiej melancholii. 
Ojciec mój — tak jak ów starzec mi opowiadał — był również prześladowany przez jakąś zja-
wę, choć tym razem nie był to ów wróg małżeństw, lecz straszliwy wierzyciel, który domagał 
się wielkich sum strasząc przy tym przewlekłym procesem. Mój ojciec już od dawna czuł lęk 
przed procesami; to właśnie był jego obłęd, jego obsesja, szaleństwo. 

— Widzę, że jest to choroba rodzinna — rzekłem. — Kiedy ma się naturalną skłonność 

do życia wyimaginowanego, winno się prowadzić żywot ascety. Nieokiełznane zdolności, czy 
buntownicza gniewność, która nie podporządkowuje się prawom rozumu ani nie hamuje pod 
wpływem rozsądku, są odłogiem, który w niczym nie posłuży sztuce. Służą one tylko omdle-
niom i mistycznym halucynacjom, czynią z człowieka istotę, która żyje poza sobą, w zupełnie 
innym  świecie.  Zaludnia  ten  świat  tworami  własnej  fantazji,  obdarzając  je  niespójnym  i  po-
zbawionym logiki życiem, takim samym jak własne, wprowadzając je w akcję, przypisując im 
dziwne, niedorzeczne i absurdalne uczynki na kształt swoich własnych. 

— Zaś inny z moich przyjaciół — mówił dalej doktor — mąż wielkiego rozumu, które-

go również znałem od bardzo dawna, powiedział mi, że to rodzaj choroby; mówił o zaburze-
niach pracy mózgu i o tym że osie komórek mózgowych obierają wtedy pewien specjalny kie-
runek; mówił mi też, że taki stan zwiększa siłę działania związków arsenu i że nerwy wzroko-
we odczuwają widoczną zmianę, wytwarzając obrazy inaczej niż normalnie, a wrażenie wy-
chodzi najpierw z mózgu i potwierdza się w bodźcach z zewnątrz. 

— Nie znam się na medycynie — rzekłem — lecz nie ulega wątpliwości, że chodzi tu o 

pewien  stan  chorobliwy.  Przeczytałem  we  wstępie  do  Neuropatii,  która  wpadła  mi  przypad-
kiem w ręce, ciekawe rozważania o skutkach obsesyjnych myśli w naszym organizmie. Autor 
rozważał problem w sposób dziwny, lecz moim zdaniem nie pozbawiony podstaw. Mówił, że 
uwaga skierowana stale na jedną część ciała, wywołuje w niej przemiany tkanek i w ten spo-
sób  tłumaczył  sławne  rany  św.  Franciszka,  które  —  według  niego  —  były  tylko  uszkodze-
niem wywołanym przez koncentrację wszystkich zdolności, wszystkich sił ducha w miejscu, 
w którym się pojawiły. Jeśli obsesja potrafi wpływać aż tak wyraźnie na materię, jeśli posiada 
wystarczającą  moc,  żeby  przekształcać  tkanki  i  dokonywać  zakłóceń  w  strukturze  cielesnej, 
czegóż więc nie dokona w życiu duchowym, gdzie wszystko pozostaje w trwałym i jak najści-
ślejszym związku? Potrafię sobie wytłumaczyć pańską obsesję i pańskie dialogi z tą niepojętą 
istotą; potrafię sobie również wytłumaczyć pojedynek, który był najwyższym stopniem halu-
cynacji. Wszystko rozumiem, nie mogę jedynie zrozumieć braku wcześniejszych realiów czy 
wydarzeń,  które  by  mogły  sprzyjać  pańskiej  predyspozycji,  decydując  o  wspomnianych  zja-
wiskach psychologicznych. 

— Wydarzenia, tak, sądzę, że były — odparł. — Ostatnim, jakie zachowałem w pamię-

ci,  były  słowa  mej  żony  o  jakimś  młodzieńcu.  Ja  też  go  chyba  widziałem  i  rozmawiałem  z 
nim.  Ale  więcej  nic  nie  pamiętam.  Poza  tym  utkwiła  mi  w  pamięci  ta  noc,  gdy  usłyszałem 
czyjś głos w jej pokoju, tamto zniknięcie postaci z obrazu i wszystkie inne sprawy, o których 
tu mówiłem. 

— I nie zauważył pan, czy Parys powrócił na swoje miejsce? 
— Opowiem wszystko. Kiedy wróciłem do domu, od razu poczułem, że coś musiało się 

stać. Służba krzątała się zaniepokojona, słyszałem dojmujący i przenikliwy głos mojej teścio-
wej, który krzyżował się z szorstkim, donośnym tonem hrabiego del Torbellino. 

Powiadomiono mnie natychmiast, że małżonka moja jest poważnie chora: wskazywała 

na  to  także  obecność  dwóch  sławnych  lekarzy  i  konsternacja  wszystkich,  którzy  ją  otaczali. 
Stan jej pogorszył się nagle, doznała udaru krwi, którego skutki — jak mówili lekarze — nie 
należą  do  łagodnych.  Leżała  w  łóżku  bardzo  zmieniona,  czasem  niespokojna  i  majacząca, 
kiedy  indziej  omdlała  i  jakby  martwa.  Jej  matka  oznajmiała  krzykliwie  swą  rozpacz:  „Jakaż 
może być przyczyna tego nieszczęsnego ataku, jeśli nie dziwactwa Anzelma, który ją wpędzał 
do  grobu  narażając  na  nieustanne  przykrości!  Czyż  to  możliwe,  by  tak  delikatna  natura 

background image

wytrzymała  to  ciągłe  prześladowanie?”  A  potem  zapłakała  rzewnymi  łzami,  gdyż  —  choć 
kokietka  i  dziwaczka  —  nie  była  pozbawiona  macierzyńskich  uczuć.  Stan  Heleny  pogarszał 
się  z  każdą  chwilą.  Pomoc  wiedzy  okazywała  się  bezskuteczna.  Widząc  jej  długie  i  bolesne 
cierpienia, pojęliśmy wszyscy, że niezawodnie umrze, chyba że ocali ją jakiś cud. 

—  A  Parys?  —  spytałem,  gdyż  wydawało  mi  się  dziwne,  iż  ten  szatański  kpiarz  nie 

zaprezentował się w końcowej scenie, gdzie przypadałaby mu pewnie jedna z głównych ról. 

— Parys? Zaraz pan zobaczy. Ten demon pospieszył z ostatnim słowem. Widok agonii 

Heleny napełnił mnie takim żalem, że nie potrafiłem przebywać dłużej w jej pokoju. Nie mo-
głem patrzyć na nią bez głębokiego wzruszenia, czułem silny ból połączony z jakimś potwo-
rnym  wyrzutem  sumienia,  nad  którym  mój  rozum  nie  mógł  zapanować.  Widząc,  że  kona  w 
kwiecie wieku, w najpiękniejszym okresie życia, rozmyślałem, że może to właśnie ja — jak 
mówiła wśród szlochów moja teściowa — byłem faktycznym sprawcą tego smutnego końca, 
na który z całą pewnością nie zasługiwała. Zawsze uważałem, że śmierć jest ponad wszystki-
mi  i  wybiera  nie  zwracając  uwagi  na  racje,  jakie  moglibyśmy  jej  przeciwstawić,  lecz  nawet 
mimo to, gdyby Helena nie była złączona właśnie ze mną, nie umarłaby tak wcześnie. Jak już 
mówiłem,  przeszyty  bólem,  nie  mogąc  znieść  dłużej  tej  bolesnej  sceny,  poszedłem  schronić 
się do swojego pokoju. Był tam Parys: siedział, palił i uderzał laską o podeszwę buta; roztarg-
niony  i  z  miną  cokolwiek  nieuprzejmą,  nie  licującą  z  sytuacją,  w  jakiej  znajdował  się  mój 
dom. Kiedy wszedłem, odwrócił się w moją stronę i rzekł: 

— Odchodzę.  Bo w końcu zwyciężyłeś, lecz za jaką cenę! Musiałeś ją zabić, żeby się 

uwolnić ode mnie. 

— Ja! — krzyknąłem nie mogąc powstrzymać swojego gniewu.— Ja?... Mówisz, że to 

ja ją zabiłem! 

—  Tak,  ty,  tyś  ją  doprowadził  do  tego  stanu,  swoją  gwałtownością,  swoimi  atakami, 

tym nagłym wpadaniem do jej pokoju, przerażeniem, jakie w niej budziłeś, zamętem ducho-
wym, jaki w niej wywoływałeś. Czytałem — nie wiem już gdzie — że takie wstrząsy, spowo-
dowane  przez  silne  a  niespodziewane  wrażenia,  powtarzając  się  co  jakiś  czas,  wpływają  w 
takim stopniu na funkcjonowanie organizmu, doprowadzając  go do takiego rozkładu i braku 
równowagi,  że  w  końcu  nie  da  się  już  odzyskać  stanu  normalnego  i  śmierć  staje  się  nieuni-
kniona. 

—  To  nie  ja,  wstrętny  demonie!  —  wykrzyknąłem.  —  To  nie  ja  ją  zabiłem,  to  ty,  ty, 

który wniosłeś nieszczęście do mego domu, który  sprowadziłeś na mnie szaleństwo! Twoim 
zadaniem jest siać żałobę i wstyd; to ty mi odebrałeś honor, ty mnie zgubiłeś, ugodziłeś w to, 
co było dla mnie najdroższe, zdeptałeś moje serce, uczyniłeś moje uczucia przedmiotem kpin 
i  obelg,  zbezcześciłeś  to,  co  kochałem  najbardziej  w  świecie,  a  zwłaszcza  to,  co  miało  dla 
mnie  największą  wartość,  większą  niż  samo  życie,  mój  honor;  przez  ciebie  stał  się  kpiną, 
satyrą, żartem w ustach próżniaków i ludzi rozwiązłych. 

—  To  moje  przeznaczenie  —  odparł,  nie  zmieszany  bynajmniej  zniewagami,  jakie  do 

niego kierowałem. 

A  ja  mówiłem,  mówiłem  ogarnięty  szałem  wściekłości.  Nie  wiem,  dlaczego  ustał  lęk, 

jaki ten demon we mnie powodował... Wreszcie rzekłem: 

— Jesteś największym błędem ludzkości; jesteś jednym z tych okropieństw, które towa-

rzyszą człowiekowi niczym ciężka kara za nie wiedzieć nawet jakie, wiecznie i nieświadomie 
popełniane przewinienie. 

— Głupcze! — wykrzyknął. — To ty mnie przywołałeś, ty mi dałeś życie, gdyż jestem 

twoim dziełem. Przypomnę ci, choć porównanie nie będzie właściwe, dawną legendę o naro-
dzinach  Minerwy.  Wyszedłem  oto  z  twojej  głowy  jak  owa  zacna  dama  z  głowy  Jowisza; 
jestem twoją uczłowieczoną myślą. Lecz nie sądź z tego powodu, żebym nie posiadał realnej 
egzystencji;  żyję  podobnie  jak  ty,  znają  mnie  wszyscy,  mam  imię  i  nazwisko,  tak  samo  jak 
każdy.  Dla  innych  jestem  Aleksandrem,  osobą  dobrze  znaną,  o  której  się  dużo  mówi;  dla 

background image

ciebie jestem Parysem, który cię męczy, tą zjawą, która cię prześladuje, tą myślą, która jest ci 
torturą. Żegnaj! Nic tu już po mnie. Twoja małżonka kona. Bądź zdrów! 

W owej chwili usłyszałem przejmujące krzyki dochodzące z głębi domu. Helena uma-

rła. Parys zniknął, a ja poczułem się wolny i odetchnąłem. Wydawało mi się, że nie oddycha-
łem od trzech dni; w ten sposób pierś moja dawała upust uldze i wytchnieniu. Równocześnie 
głęboki ból napełnił mi duszę, kiedy zdałem sobie sprawę, że zabrakło w moim domu jednego 
życia, owego ducha, który odszedł w ucieczce przede mną. W owej chwili, chwili najbardziej 
dojmującego bólu, zdało mi się, że ją dostrzegłem, jak błyskawicę, jak leciutką chmurę, lecz 
nie  dość  smukłą  i  szybką,  bym  nie  mógł  dostrzec  rysów  jej  twarzy,  zmienionych  przez  to 
tajemne piętno, jakim śmierć znaczy nawet najpiękniejsze twarze. Przesunęła się przed mymi 
oczami, pogrążając je na chwilę w olśnieniu. 

— A Aleksander? — spytałem tym samym tonem i z tą samą intencją, z jaką przedtem 

pytałem: A Parys? 

— Ten Aleksander przyszedł natychmiast, skoro tylko dowiedział się o śmierci Heleny. 

I  według  tego,  co  słyszałem,  poczciwiec  był  nader  skonsternowany  i  nieco  płaczliwy.  Przy-
szedł na pogrzeb, był na cmentarzu i powiedziano mi, że nawet przez kilka dni nosił żałobę. 

—  Ten  caballero  —  rzekłem  —  był  prawdziwą  materialną  realizacją  owego  nienawi-

stnego Parysa, który pana męczył. Oto prawdziwy Parys. 

— Tak — potwierdził — widziałem go potem wiele razy, lecz nigdy nie chciałem wy-

mienić z nim ukłonu. Zawsze, ilekroć go spotykam, trzęsę się. Dziś jest już starcem, jeszcze 
czułym  na  wdzięki  dam,  choć  już  o  nieświeżej  cerze  i  nieco  chromym.  Ujmę  to  wszystko 
razem:  zazdrość,  którą  obudził  we  mnie  ten  człowiek,  przyjęła  w  mojej  głowie  postać  owej 
zjawy, o której tu panu opowiedziałem. Dziwna to sprawa. I słusznie przyznałem, że imagina-
cja moja jest dziką i szaleńczą mocą, chorobą raczej niźli jakimś przymiotem. 

— Logiczny porządek tego opowiadania — rzekłem — jest następujący: dowiedział się 

pan, że ten młodzieniec zaleca się do pańskiej żony; rozmyślał pan o tym dużo, wyłącznie o 
tym, odsunął się pan od ludzi; uparta myśl opanowywała pana stopniowo i wreszcie doprowa-
dziła do szaleństwa, gdyż ten niepoczytalny stan nie zasługuje na inną nazwę. 

—  Tak,  tak  —  odparł  doktor  —  tylko  że  ja,  żeby  nadać  mojej  przygodzie  bardziej 

prawdziwy charakter, opowiedziałem ją tak, jak mi się wydarzyła, to znaczy na odwrót. Oka-
zało  się,  że  w  moim  umyśle  zapanowało  kompletne  rozprzężenie  i  kiedy  nastąpiła  pierwsza 
halucynacja, trwając w bolesnej chorobie duszy, nie pamiętałem już poprzednich. 

—  A  Helena?...  —  zagadnąłem  z  zamiarem  postawienia  pewnego  śmiałego  pytania, 

lecz powstrzymała mnie obawa, by nie urazić doktora. 

— Wiem już, o co pan chce mnie zapytać — odparł — chce pan wiedzieć, co sądzę o 

jej  czci,  czy  była  mi  wierna,  czy  nie.  Na  tę  sprawę  rzucam  zasłonę  i  niech  mnie  pan  nie 
skłania, bym ją unosił. Nie wiem i nigdy nie chciałem tego sprawdzić. Wolę niepewność. 

Powiedziawszy to, doktor zamilkł pogrążając się w swoich zwykłych medytacjach. Nie 

chciałem już stawiać mu więcej pytań i skłoniwszy się wyszedłem, gdyż mimo zainteresowa-
nia, jakie pragnął wzbudzić swoim opowiadaniem, ogarnęła mnie senność, której nie mogłem 
zwalczyć. Idąc po schodach przypomniałem sobie, że nie spytałem go o jedną ważną sprawę i 
że warto byłoby ją wyjaśnić, a mianowicie, czy postać Parysa wróciła z powrotem na płótno, 
co  byłoby  chyba  naturalne.  Postanowiłem  wrócić  na  górę,  ażeby  pozbyć  się  wątpliwości  i 
zadowolić  swoją  ciekawość,  lecz  nie  zrobiłem  jeszcze  dwu  kroków,  kiedy  pomyślałem,  że 
właściwie nie warto, gdyż nie interesuje mnie zbytnio, jak to było naprawdę, a czytelnika też 
chyba nie.  
 
 
 
 

background image

 

Posłowie 

 
 

Wiek  XIX  przyniósł  ostateczny  upadek  potęgi  Hiszpanii, jej  polityczną  zależność  i izolację, a 

także  towarzyszące  przemianom  społecznym  i  gospodarczym  konflikty  klasowe.  Wojny  domowe, 
powstanie  ludowe  i  wojskowe  zamachy  stanu,  a  w  latach  1790—1840  emigracja  hiszpańskiej  elity 
intelektualnej — składają się na ten obraz. Głównym  celem liberalnej, powstającej wtedy, klasy śre-
dniej stała się walka z pozostałościami feudalizmu: absolutyzmem i klerykalizmem. To w jej ideologii 
powieść  Galdosa  odnajduje  swą  krytyczną  silę  i  realistyczny  rozmach;  z  jej  rozczarowań,  niepowo-
dzeń  i  doświadczeń  czerpie  obrazoburczą  niekiedy  i  idealistyczną  romantyczność  oraz  pozytywisty-
czny pragmatyzm w spojrzeniu na historyczną przeszłość i polityczną teraźniejszość Hiszpanii. 

Benito Pérez Galdós, autor 77 powieści historycznych i współczesnych, twórca licznych drama-

tów,  wybiera  najczęściej  swoich  bohaterów  z  postępowej,  liberalnej  klasy  średniej  —  klasy,  która 
miała się stać podmiotem przeobrażeń społecznych w tym kraju. Powstaniu klasy średniej towarzyszą 
narodziny  powieści  pozytywistycznej,  a  także  polemika  z  zachowawczymi  tendencjami  niesionymi 
przez powieść regionalną Fernana Caballero, Alarcona, a zwłaszcza José Marii de Pereda. Powieścio-
wa  postać  wywodząca  się z  klasy  średniej  miała  być  medium,  przez  które  przemawia  „duch  czasu”. 
Reprezentuje  ona  grupę  zdobywającą  w  walce  swą  świadomość,  która  powstaje  w  wyniku  rozkładu 
struktur  feudalnych.  Jest  więc  w  tym  samym  stopniu  niepewna  w  swej  nowej  roli  społecznej,  co 
skazana na ofensywność. Fakt, iż składa się ona z przedstawicieli klas i warstw najniższych oraz tych, 
którzy tracą swe panowanie i znaczenie w hierarchii społecznej — czyni zeń najbardziej reprezentaty-
wny symbol nowej dramatycznej rzeczywistości, żywy symbol konfliktów społecznych, które wokół 
niej narosły. Powieściowy bohater z tej klasy pozwala na ukazanie wszystkich najistotniejszych pro-
blemów  i  sprzeczności  upadającego  imperium  hiszpańskiego;  jest  on  wszakże  przedstawicielem  siły 
„nowego”.  Wybór  Galdosa  to  zatem  wybór  świadomy.  Jest  on  przekonany,  że  konflikty  społeczne  i 
sprzeczności rozdzierające współczesną Hiszpanię można ukazać tylko poprzez wprowadzenie takiego 
bohatera. Towarzyszy  mu przeświadczenie, że odwrotu od perspektywy reform już nie ma. Tymcza-
sem „niewygodne” sąsiedztwo rewolucyjnej, potem zaś zaborczej Francji przyspieszyło upadek postę-
powych tendencji reformatorskich z końca XVIII wieku, a wojna napoleońska poddała naród działaniu 
patriotyczno-reakcyjnych  haseł,  przywołanych  w  obliczu  zagrożenia  wolności.  Rządy  hrabiego 
Floridablanca położyły kres propagandzie rewolucyjnych i liberalnych idei w Hiszpanii wchodzącej w 
wiek XIX. 

Autor  Epizodów  narodowych  usiłował  dostrzec  w  historii  przede  wszystkim  to,  co  aktualne  z 

punktu widzenia teraźniejszości i pomyślnej przyszłości narodu. Żywił przeświadczenie, że historia to 
nie tylko zbiór faktów, lecz głównie porządek społeczny, który kieruje pamięcią i intencjami history-
ków  współczesnych.  Obiektem  Galdosowskiej  krytyki  stają  się  wobec  tego  feudalne  porządki,  ich 
reprezentanci i obrońcy, moralność władców, formy życia społecznego, a także dominacja polityczna 
Kościoła. Tymczasem rzeczywistość dostarcza wciąż nowych rozczarowań. Możliwość trwałej libera-
lizacji życia politycznego oraz postępowych zmian pod naporem sił zachowawczych odsuwa się wciąż 
w  czas  nieokreślony.  Konserwatywny  charakter  narodowy,  a  także  wizja  historycznej  przeszłości 
domagają  się  radykalnej  krytyki  i  często  drastycznej  analizy  —  tego  żąda  polityczny  realizm. 
Rozczarowanie  i  marazm  przynosi  porażka  rządów  republikańskich  Serrabo-Prima  (1868—1874)  i 
restauracja monarchii. Rok 1898 jest rokiem klęski Hiszpanii w wojnie ze Stanami Zjednoczonymi — 
utraty kolonii. Jest ona w pierwszym rzędzie porażką restaurowanej monarchii. W tym okresie nasila 
się  działalność  reformatorska  i  intelektualna  „pokolenia  klęski”,  „pokolenia  98”  (jego  główni 
przedstawiciele to: Unamuno, Ortega y Gasset, Pio Baroja, Antonio Machado), które przejmuje ciężar 
krytyki i buntu wobec rzeczywistości hiszpańskiej. Wysuwa ono hasło odnowy ducha narodowego. 

Przed powieścią stoi więc zadanie dokonania rozrachunków moralnych z historią. Galdós podjął 

to  zadanie  już  wcześniej  w  swojej  twórczości,  uzupełniając  model  powieści  realistycznej  romanty-
cznym idealizmem, zgodnie zresztą z wielkimi cervantesowskimi wzorami. Ten romantyczny pierwia-
stek, który na trwałe osadził się w charakterze narodowym, w kulturze, stanowi także o oryginalności 
hiszpańskiej powieści realistycznej. Jeśli przyjmiemy, że „prawdziwy realista” szuka sensu życia „w 
tym,  co  normalne  i  zwyczajne”  —  jak  chce  autor  Historii  literatury  hiszpańskiej,  Ángel  del  Rio  — 

background image

musimy również spostrzec, że godnie kontynuująca dziedzictwo realizmu hiszpańskiego i francuskie-
go powieść Galdosa posiada cechy, które nie pasują do tego realistycznego wzorca i ideału. Jak łatwo 
się przekonać na przykładzie jego wczesnej powieści Zjawa (La sombra), dar obserwacji obyczajowej 
i  psychologicznej  jest  tu  świadomie  „skażony”  przez  pierwiastek  fantastyczny  i  liryczny,  przez 
upodobanie  do  groteskowej  przesady  i  skłonność  do  nieco  patetycznego,  ale  barwnego  dialogu 
sokratycznego, który je uwydatnia. Podkreślali to niejednokrotnie krytycy, rezerwując dla tego nurtu 
powieści hiszpańskiej nazwę „realizmu idealistycznego”. 

Jedną z zasadniczych cech powieściowego bohatera ma być z pewnością i to, że jego fikcyjny 

byt był w równym stopniu idealny, co realny. Tę intencję pisarza można wykryć w słowach głównej 
postaci  Zjawy,  Don  Anzelma,  który  mówi:  „Mogę  nazwać  bliźnimi  jedynie  mistyków  hiszpańskich, 
którzy  żyli  pełnym  życiem  idealnym  na  równi  z  życiem  rzeczywistym”.  Jednostka  miałaby  „stre-
szczać” tu całe życie ludzkie. 

Ta  ciekawa  koncepcja  bohatera  powieściowego  ma  również  odbicie  w  powieściopisarstwie 

historycznym Galdosa. Bo właśnie rozkwitająca w wieku dziewiętnastym powieść realistyczna, oby-
czajowa i historyczna znajduje w Galdosie swego najwybitniejszego hiszpańskiego twórcę. Grunt dla 
jej  pojawienia  się  przygotował  romantyczny  nurt  postępowej  krytyki  społecznej  zwany  kostumbry-
zmem.  Dała  mu  początek  twórczość  krytyka  i  eseisty,  romantycznego  poety  Mariana  José  de  Larra. 
Jego  obrazki  obyczajowe  (artículos  de  costumbres)  oraz  artykuły  Mesonera  Romanosa  są  raczej 
postępowym portretem Hiszpana i Hiszpanii pierwszej połowy XIX wieku. 

Stąd  wywodzi  się  charakterystyczna  dla  Galdosa  i  właśnie  dla  pisarzy  „pokolenia  98” 

prezentacja  charakteru  narodowego  oraz  jego  ideału  w  typowej  jednostce.  Sam  pisarz  wcześnie  tę 
świadomość posiadł i przekazał w swoich dziełach. W 1870 roku, w Observaciones sobre la novela 
contemporánea en España
, pisał: 

„Największym  błędem  większej  części  naszych  powieściopisarzy  jest  stosowanie  elementów 

obcych, konwencjonalnych, przyniesionych przez mody pomijające zupełnie elementy społeczeństwa 
narodowego i współczesnego, które nam samym przedstawia się tak często. (...) Zrobiliśmy trochę w 
sferze  powieści romantycznej, (...) legendarnej  i  bajkowej, ale  powieść  prawdy  i  charakterów, lustro 
wierne społeczeństwa, w którym żyjemy, jest dla nas zasłonięte. (...) W sumie jesteśmy marzycielami, 
którzy nie potrafią wyjść z najbardziej wysublimowanych manowców, i, w literaturze, tak samo jak i 
w polityce, chodzimy w tych chmurach, jakbyśmy nie byli w wieku XIX, w kącie tej starej Europy, 
która  w  tak  wielkim  stopniu  ekscytuje  się  rzeczywistością.  (...)  Współczesna  powieść  obyczajowa 
powinna być ekspresją złego i dobrego, które istnieje u podstaw tej klasy (klasy średniej — H. Cz.), 
niezmordowanego  wysiłku,  który  podejmuje,  tego  zadania,  które  manifestuje  się  w  podejmowaniu 
pewnych  ideałów  i  rozwiązywaniu  problemów,  które  zajmują  wszystkich,  i  poznawania  źródeł  i 
lekarstw  na  pewne  zła  i  troski,  które  wzburzają  rodziny.  Wielką inspiracją sztuki  literackiej  naszych 
czasów jest dać formę temu wszystkiemu”. 

Powieść realistyczna ma być zatem w tym ujęciu diagnozą charakteru narodowego i środkiem 

terapii  społecznej.  Galdós  już  wtedy  postawił  przed  powieścią  te  same  zadania,  które  później,  na 
gruncie  przede  wszystkim  filozoficznym,  podjął  Miguel  de  Unamuno  —  jeden  z  najgłośniejszych 
przedstawicieli „pokolenia 98”. Rozwinął on koncepcję „intrahistorii” i historii „zewnętrznej”, której 
odpowiada  koncepcja  swoistej  sprzeczności  między  noumenem  historycznym  (duchem  historii,  jej 
kwintesencją, historyczną „rzeczą samą w sobie”) a fenomenem historycznym (tu: zjawiskiem, faktem 
historycznym).  I  tak  np.  w  symbolicznej  postaci  Don  Kichota  (postaci  noumentalnej)  zawiera się — 
jak  sądzi  Unamuno  —  istota  (kwintesencja)  rzeczywistości,  duch  i  forma  historii.  Postać  ta,  jako 
symbol i idea zarazem, nadaje formę czasom, w  których się pojawia. To, co jest tylko fenomenalne, 
jest powierzchowne i nieistotne. 

Kim są więc z tego punktu widzenia bohaterowie naszej skromnej powieści (mikropowieści?): 

don Anzelm, Parys i wreszcie narrator? 

To nic, że monologi doktora Anzelma są wygłaszane najprawdopodobniej w stanie ostrej psy-

chozy, albowiem zgodnie z sugestiami narratora nie możemy być tego zupełnie pewni. Jego fantazja 
ma  swoje  specyficzne  prawa:  każde  wydarzenie  życiowe  przenosi  on  na  plan  idealny,  w  platońskie 
królestwo  cieni  i  zjaw  —  zresztą,  jak  zawsze  w  obłędzie,  życie  od  zjawy  jest  tu  nieoddzielne.  Nie 
dziwi  nas  przeto  fakt,  że  „jego  opowiadania,  choć  oparte  na  wydarzeniach  z  życia,  były  na  ogół 
podobne do nadprzyrodzonych i baśniowych przedsięwzięć błędnych rycerzy, którym lot jego fantazji 
przydawał cudowności” — jak czytamy w Zjawie

background image

Istnieniem  i  istotą  Parysa  jest  wyobraźnia  ludzka  —  tylko  w  niej  mogą  się  objawiać  personi-

fikacje  zazdrości  i  lęku.  W  ten  sposób  przebiega  uosobienie  idei  w  jednostce.  W  światopoglądzie 
literackim  Galdosa  można  odnaleźć  istotne  ślady  filozofii  duńskiego  myśliciela  Sorena  Kirkegaarda 
—  jeśli  to  prawdopodobne,  że  autor  Zjawy  czytał  np.  napisane  w  latach  1841—42  Stadia  erotyki 
bezpo
średniej. Pod jego znacznym wpływem pozostawał przecież Miguel de Unamuno. 

Niewątpliwie don Anzelm ma być tym szalonym i cudownym pośrednikiem między światem a 

ideałem — w nim oba światy się zbiegają, prowadzą przezeń ze sobą dialog, jak w  micie. Z punktu 
widzenia medycznego zdrowego rozsądku, to pęknięcie jednolitego przecież świata posiadałoby cechy 
schizofrenicznego rozdwojenia, gdyby nie ten baśniowy kontakt, dzięki któremu żaden z tych światów 
ostatecznie  Anzelma  nie  zdominował  —  a  zresztą  takie  pęknięcie,  jak  się  wydaje,  Galdós  skłonny 
byłby przypisywać każdemu myślącemu człowiekowi. Dzięki niemu człowiek może nawiązać dialog z 
rzeczywistością, określić się w nim wobec niej. Połączenie tych dwóch światów, ich integracja na wy-
ższym poziomie wymagają wysiłku, nieustannej wymiany zdań i właśnie dialogu. Nawet dziwaczne 
monologi Anzelma były tylko rozmowami z „niewidzialnymi interlokutorami”, a „rozmowa z samym 
sobą była dla niego więcej niż zwyczajem, była nieustanną czynnością, zaś jego życie — monologiem 
bez końca”. Każde przekroczenie normy społecznej „skazuje” nas na monolog. Tylko geniuszom dana 
jest możliwość ciągłego przekraczania magicznego kręgu ich światła. Tylko oni powracają „z mroku” 
bezkarnie, bogatsi i mądrzejsi, w przeciwieństwie do chorych. Ciągła oscylacja między tymi dwoma 
światami sprawia, że żyjemy jakby we mgle — i to zapewne miał na myśli między innymi Unamuno 
piszący  powieść  pt.  Mgła,  albowiem  życie  we  wszystkich  swych  formach  jest  „mgliste”,  senne  i 
baśniowe, zatem także szaleństwo z rozsądkiem są w nim przemieszane. 

Galdós  daje  swemu  bohaterowi  powierzchowność  zwyczajną,  przeciętną  i  wtapia  go  w  takiż 

tłum. Każe nam domyślać się, że każdy z nas może gościć widma. Każdy z nas może mieć kontakt z 
cieniem  platońskiej  idei,  z  personifikacjami  lęków  i  ideałów,  które  tworzy  wyobraźnia  i  sumienie 
wówczas, gdy czujemy się zagrożeni w naszym życiu i posiadaniu. Gdyby nam przyszło rzecz przed-
stawić w bardziej nowoczesnych kategoriach, powiedzielibyśmy: każdy może nawiązać kontakt z mi-
tem, przez który przemawia do nas kolektywna nieświadomość. Zresztą sam Galdós pisze, że opowie-
dania Anzelma odnosiły się „na ogół do pojawień jakiegoś widma, które miało wędrować swobodnie 
po świecie, a które on przedstawiał jako symbol pewnej idei; miał upodobanie do wszelkiego rodzaju 
symboli  i  w  jego  opowiadaniach  roiło  się  zawsze  od  istot  nadprzyrodzonych,  które  tworzyły  coś  w 
rodzaju  współczesnej  mitologii”.  Ten  glos  wewnętrzny  otwiera  przed  nami  świat  zjaw  i  szaleństwa. 
Jest on tą gorączką duchową, która krzepi człowieka, „regeneruje jego naturę”, „aby potem ją wyda-
wać na łup codziennym śmierciom”. A gdy mówi się w tej powieści o Parysie: „wszyscy go znamy”, 
to właśnie ten głos ma na myśli narrator. Nasza wyobraźnia — czytamy tu — jest drugą połową jego 
(czyt.  naszej)  natury,  jest  „żywą”  siłą  porównywalną  do  „bolesnej  maszyny”,  człowiek  zaś  jest  jej 
„niewolnikiem”. 

W świetle światopoglądu powieściowego Galdosa, don Anzelm jest personifikacją idei zazdro-

snego  męża,  podobnie  jak  Parys  —  kochanka  i  uwodziciela.  Tak  zgrabnie  racjonalizujący  i  chyba 
również koloryzujący swe przeżycia doktor Anzelm jest zazdrosny w stopniu właściwym chyba tylko 
południowcom  (w  myśl  naszych  o  nich  wyobrażeń!).  Sam  zaś  narrator  nie  jest  pewny,  czy  w  połą-
czeniu z abnegacją, ascetyzmem i skłonnością do mizantropii, zazdrość ta nie ma chorobliwego, psy-
chopatycznego  charakteru. Co  więcej,  tak  filozoficznie  do  życia  nastawiony  nasz  bohater  nie potrafi 
go jednak przez pryzmat swej wiedzy uporządkować, mimo tego iż wyrzekł się wszelkiej aktywności 
życiowej. Czy to wycofanie się może o czym innym świadczyć, niż tylko o zajęciu obronnej postawy 
lękowej? Okazuje się, o ironio! że nawet Parys — twór chorej wyobraźni — posiada więcej zdrowego 
rozsądku i trzeźwości, niż zaplątany przez swą podejrzliwość w mglisty świat urojeń i tworów fantazji 
filozof!  Ba,  jest  on  nie  tylko  ideałem  kochanka,  który  zawsze  taktownie  znika  w  odpowiednim  mo-
mencie zatroskany o Jej cześć (i swoją sławę!) — lecz jest także pełen wyrozumiałości i tolerancji dla 
dziwactw skołowanego męża, udziela mu rad, aby doprowadzić zazdrość Anzelma do absurdalnych i 
groteskowych  form.  Szaleństwo  —  zmagania  z  sumieniem,  ze  swym  cieniem  —  zmienia  tu  świat. 
Anzelm jest „skazany” na współżycie ze światem jawy (teść i teściowa) i zjaw (Parys). Cóż mu więc 
pozostaje? Poddanie się autoiluzji psychotycznej. Przyjmuje grę — pojedynkuje się ze swym konku-
rentem,  a  potem  nawet  leczy  go  z  ran!  Czyżby  więc  ostatecznie  uległ  wyobrażeniu  kulturowemu  o 
postaci kochanka żony: podporządkował się w ten sposób tworowi super ego? 

Bohater  Zjawy,  znajdujący  się  na  spięciu  idealnej  i  realnej  rzeczywistości,  snuje  się  w  blasku 

background image

subtelnej ironii i humoru, służy mu retoryka i patos stylu utworów Cervantesa. Dysonans, demaskują-
cy patologiczne formy emocjonalności narodowej oraz „wysokie” wyobrażenia o świecie, wprowadza 
tu zawsze rzeczywistość zdroworozsądkowa — jest nim np. rezonerstwo narratora, a także nieoczeki-
wana eksplozja w pracowni. Czyż można zabić kogoś, kto „istnieje od początku świata”?, a wreszcie 
kogoś,  kto  pragnie  uczynić  z  wątpliwości  Anzelma,  jego  zazdrości,  zawodów,  pragnień,  szalonych 
złudzeń  i  absurdalnych  poczynań,  „wielką  księgę,  która  będzie  przechodziła  z  rąk  do  rąk  i  będzie 
czytana,  stale,  z  zapałem”?  —  mówi  „przewodnik  wszystkich  czasów”.  Don  Anzelm  tak  zżył  się  ze 
swym  monstrum — częścią własnej osobowości, do której obecności zdążył się przyzwyczaić, a na-
wet  przywiązać  —  że  w  pewnym  momencie  „bardziej  niż  wrogiem”  wydawało  mu  się  „wybawie-
niem”. Zresztą czyż można zniszczyć kogoś, kto posiada tak bogate życiowe doświadczenie, kto zro-
zumiał, „że oszukują się ci, którzy myślą, że potrafią się uchylić przed ciężarem udręk, jakimi płacicie 
za dumę czucia się kwiatem i koroną stworzenia”. Kto tak mądrze radzi i skutecznie pociesza, by dać 
do zrozumienia, że bez niego nie da się już obejść: „Rozumiem głęboką prawdę, jaką zawiera powie-
dzenie  Goethego:  «Ten,  kto  nie  jest  zdolny  do  rozpaczy,  nie  jest  zdolny  do  życia»”.  „Odwagi!  Nie 
jesteś  pierwszym,  który  się  unicestwia  spalając  w  ogniu  życia,  tak  jak  spala  się  ćma  w  płomieniu 
świecy...” — ironizuje Parys.  

Świat don Anzelma zmienia się przez chorobliwą aktywność wyobraźni — na inną aktywność 

już go nie stać. Jego izolację pogłębia jednoznaczna opinia otoczenia o jego chorobie. Wycofując się z 
życia umożliwia sobie urojeniową manipulację światem i popada w coraz głębszą zależność od swych 
iluzji. Lękowi przed chaosem i niespodzianką, które przynosi nam świat zewnętrzny, odpowiada chaos 
jego  opowieści..  W  ten  sposób  poprzez  zabieg  powieściowej  idealizacji  Galdós  odsłania  siły  dnia  i 
nocy  człowieka,  któremu  często  bardziej  odpowiada  porządek  iluzji,  niż  nieład  i  przypadek  wrogiej 
rzeczywistości.  Don  Anzelm  dąży  do  racjonalizacji  swych  przeżyć  i  uprzedmiotawia  świat,  aby 
stworzyć sobie iluzję wyjaśnienia ich genezy. W rezultacie, zamiast wnieść ład w swe życie, oddaje 
się we władzę mitowi i fantazji, treściom podświadomości. Jego choroba ujawnia właśnie indywidua-
lne treści podświadome i lęki, a także wydobywa te treści, które tkwią w kulturze, w nieświadomości 
zbiorowej — to gorzki przywilej chorych. Zjawa, z mroku się wyłania i w mroku się rozpływa: Parys 
„przechodzi” z nieświadomości zbiorowej do świadomości jednostkowej — jakbyśmy, modernizując 
problematykę, dziś powiedzieli. 

Ta wczesna powieść ujawnia istotę oryginalności dojrzałego pisarstwa i wielkiego talentu epi-

ckiego Galdosa, które sprawiły, że nawet we frankistowskim państwie nie można było wykreślić jego 
postępowego  w  swej  wymowie  dzieła  z  historii  literatury.  Nie  bez  powodu  też  współczesna  Benito 
Pérez Galdosowi krytyka stawiała go w jednym rzędzie z Cervantesem, a niejednokrotnie potem uwa-
żano go nawet za jego następcę. 
 

Henryk Czubała  

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
Rozdział pierwszy — Doktor Anzelm 

 

 

 

 

 

02 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

02 

II 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

04 

III 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

07 

IV 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

10 

Rozdział drugi — Obsesja 

 

 

 

 

 

 

 

16 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

16 

II 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

19 

III 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

22 

IV 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

25 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

27 

Rozdział trzeci — Aleksander 

 

 

 

 

 

 

31 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

31 

II 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

33 

III 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

37 

IV 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

40 

Posłowie