background image

Po śmierci wrócę i dam ci znak 

11 maja, 07:09 Fundacja Nautilus  

 

Zdarza się, że osoby zafascynowane życiem po śmierci proszą swoich umierających 
bliskich, by będąc już "po drugiej stronie" w jakiś sposób się odezwali. A oni często 
faktycznie to robią! 
 

Jedną z takich historii opowiedział nam w Bazie FN nasz znajomy jasnowidz. Jego bliski 
kolega był już – jak to zwykliśmy mawiać na pokładzie Nautilusa – w „hali odlotów” na 
lotnisku kończącym naszą podróż po Ziemi.  

Ponieważ jego godziny były policzone, rozmawiali bardzo szczerze. Umierający kolega 
obiecał, że tuż po tym, jak zerwie się nić łącząca jego ducha z ciałem materialnym „przyjdzie 
do niego”. I dokładnie tak się stało. Jasnowidz, jako osoba mająca dar postrzegania duchów, 
dostrzegł jasną, białą kulę światła, która nagle pojawiła się w jego mieszkaniu, po czym 
rozmyła się w przestrzeni. W tym samym momencie pękła szklanka, która stała w kuchni 
zamknięta w szafce. Stało się jasne, że oto stary przyjaciel spełnił swoją obietnicę…  

Historia związana z podobnym wydarzeniem została opisana przez czytelnika serwisu FN, 
który jest osobą niewidomą. (...)  

"Historia, którą chcę opisać jest jak najbardziej prawdziwa, a dzięki niej, moja wiara w życie 
po śmierci pozostanie już niewzruszona.  

Wszystko zaczyna się od choroby mojego dziadka. Pracując wiele lat w warunkach 
szkodliwych, dziadek nabawił się pylicy płuc. Po operacji, w trakcie której stracił większość 
prawego płuca jakiś lekarz powiedział mu, że wszystko jest dobrze i spokojnie dziadek pożyje 
jeszcze z dziesięć lat.  

background image

Jako prosty człowiek przyjął bezkrytycznie tę, dość dwuznaczną diagnozę i tak się nią przejął, 
że wielokrotnie powtarzał mi, którego roku umrze.  

Pamiętaj, że jak umrę, to przyjdę do ciebie. Tylko się mnie nie bój - dodawał często. 
Słyszałem to tak wiele razy z jego ust, że zupełnie przestałem zaprzątać sobie tym głowę.  

Minęło dziesięć lat i przyszedł rok 2000. Dziadek źle się poczuł i trafił do szpitala. 
Zdiagnozowano zapalenie otrzewnej. Było już tak źle, że do dziadka wezwano księdza, co 
potraktowaliśmy w rodzinie jako zapowiedź rychłej śmierci. Minęły jednak dwa dni i ku 
zdziwieniu wszystkich dziadek poczuł się dużo lepiej. Lekarze byli tak dobrej myśli, że 
następnego dnia mieli go wypisać ze szpitala...  

Był późny wieczór. Siedziałem na łóżku w swoim pokoju i słuchałem muzyki. Zasłonięte 
żaluzjami okno było lekko uchylone. Od tego okna szpital w linii prostej oddalony był o 
jakieś dwieście metrów. W pewnym momencie poczułem, tak... poczułem, jak coś bardzo 
szybko leci od strony szpitala i wpada, a raczej wskakuje przez okno do mojego pokoju. 
Żaluzje zadrżały, okno otworzyło się na oścież. Zastygłem w bezruchu. Wyłączyłem muzykę 
i zacząłem w ciszy nasłuchiwać choćby najdrobniejszego szmeru. Słuch był jedynym 
zmysłem, na którym mogłem polegać, ponieważ rok wcześniej straciłem wzrok.  

Nic jednak nie słyszałem, ale byłem pewien, że ktoś jest w moim pokoju. Czułem to wyraźnie 
w jakiś dziwny sposób. Siedziałem tak w zupełnym bezruchu kilka minut, z silnym 
wrażeniem czyjejś obecności. W końcu jednak otrząsnąłem się i przerwałem ciszę, ponownie 
włączając muzykę. Minęło jeszcze kilka minut, po których do pokoju wbiegła moja zapłakana 
siostra. "Dzwonili ze szpitala, że dziadek umarł" - powiedziała. Pamiętam tylko moje 
absolutne zaskoczenie w tamtej chwili.  

Minęło pięć lat, gdy w mojej rodzinie wydarzyła się tragedia. Ojciec, tak zawsze zdrowy i 
pełen życia nagle poważnie zachorował. W wyniku pękniętego tętniaka doznał bardzo 
poważnego wylewu krwi do mózgu. W stanie nieprzytomnym został przewieziony karetką do 
szpitala (...) i umieszczony na oddziale intensywnej opieki medycznej. To był duży, 
kilkupiętrowy budynek, w którym ojciec nigdy wcześniej nie był. Po kilku dniach przeszedł 
poważną operację, po której wiele dni leżał w stanie "półprzytomnym". Gdy go 
odwiedzaliśmy, często majaczył i mówił zupełnie od rzeczy. Wreszcie jego stan poprawił się 
na tyle, że lekarze postanowili przenieść go z OIOM-u na zwykłą salę oddziału neurologii. 
Wszyscy bardzo cieszyliśmy się, że ojca przenoszą, ale zupełnie oniemieliśmy, kiedy ojciec 
zmartwionym głosem wyraził obawę, że - boi się, że teraz dziadek go nie znajdzie
Przyzwyczailiśmy się do tego, że ostatnio zdarzało mu się mówić od rzeczy i powyższe słowa 
potraktowalibyśmy także jako przejaw choroby, gdyby nie jeden istotny szczegół...  

Ojciec zaczął opowiadać nam, że dziadek codziennie do niego przychodził i grali razem w 
karty - a raz nawet - powiedział - poszliśmy razem do kaplicy. Na nasze wyjaśnienia, że 
dziadek od pięciu lat nie żyje zareagował najpierw wielkim zdziwieniem, a następnie 
niedowierzaniem i powątpiewaniem.  

Uwierzył naprawdę dopiero wówczas, gdy po wyjściu ze szpitala mama zabrała go na 
cmentarz i pokazała mu grób dziadka. Jak jednak wspomniałem powyżej, pewien istotny 
szczegół wprawił nas w osłupienie. Otóż ojciec ze szczegółami opisał nam drogę prowadzącą 
do szpitalnej kaplicy, a także jej wygląd. Po sprawdzeniu okazało się, że wszystko zgadza się 
co do joty i żeby tak dokładnie opisać kaplicę, ojciec musiał w niej po prostu być. Do tej pory 

background image

zastanawiam się, jak jest to możliwe. Ojciec nigdy wcześniej nie był w tym szpitalu, a 
przykuty do łóżka w stanie półprzytomnym i po ciężkiej operacji nie mógł się ruszyć. Raz 
nawet, gdy chciał się podnieść, pielęgniarka przypięła go do łóżka pasami. Teraz, po latach, 
ojciec jeszcze czasem wspomina tę historię. Zastanawiający jest też fakt, że z okresu tamtych 
tragicznych wydarzeń nie pamięta zupełnie nic. Nic poza tą historią z dziadkiem. Mam go 
przed oczami tak żywo i wyraźnie, jakby to było wczoraj
 - mówi niekiedy.  

Wspomniałem powyżej, że kilka lat temu straciłem wzrok. Chciałbym jeszcze wspomnieć o 
pewnych dziwnych zdarzeniach, które czasem mnie spotykają. Otóż dość często wychodzę z 
domu bardzo wcześnie rano, by dojechać na uczelnię do innego miasta. O godzinie 5.30 
miasto pogrążone jest jeszcze we śnie, i kiedy idę z białą laską na przystanek, rzadko kiedy 
spotykam innych ludzi. Czasem zdarza się, że stracę na chwilę orientację i zatrzymuję się 
lekko zdezorientowany, starając się ustalić kierunki. Także jeśli chcę przejść przez ulicę i nie 
ma nikogo w pobliżu, zdarza się że nie wiem, kiedy mam zielone światło. Wówczas zdarza 
się coś dziwnego. Jest cisza, miasto śpi. Zdezorientowany stoję na chodniku nie wiedząc czy 
mogę iść dalej bezpiecznie. Wtedy nagle słyszę za sobą zbliżające się kroki.  

Kroki mijają mnie, zmierzając zawsze we właściwym dla mnie kierunku, przechodzą też 
przez ulicę zawsze na zielonym świetle. Idę więc spokojnie za odgłosem tych kroków, a kiedy 
już odnajduję drogę lub jestem po drugiej stronie ulicy, kroki kilka metrów przede mną nagle 
znikają. Po prostu pojawiają się nagle kilka metrów za mną, a później kilka metrów przede 
mną znikają. Dodam tylko, że w takiej porannej ciszy miasta słyszę, jak ktoś idzie w 
odległości kilkudziesięciu metrów. A te kroki pojawiają się dopiero kilka metrów za mną i tak 
samo szybko cichną. Nie wiążę jednak tych zdarzeń z dziadkiem, ponieważ przeważnie są to 
kroki kobiety w butach na wysokim obcasie".