background image

 

 

 

 

J.D. ROBB 

DOTYK ŚMIERCI 

 

 

 

 

 

 

 

Grać każąc z woli przeznaczenia sztukę, 

Do której przeszłość była li prologiem. 

William Shakespeare 

przeł. Władysław Tarnawski 

 

Przemoc jest amerykańska jak placek z wiśniami. 

Rap (Hubert Gerold) Brown 

background image


 
Obudziła się w ciemności. Przez szpary w okiennych żaluzjach sączył 

się  szary  świt,  rzucając  ukośne  cienie  na  łóżko.  Miała  wrażenie,  że 
znajduje się w więziennej celi. 

Przez  chwilę  po  prostu  leżała,  drżąca,  uwięziona,  próbując  otrząsnąć 

się ze snu. Po dziesięciu latach służby wciąż miewała koszmarne sny. 

Sześć  godzin  wcześniej  zabiła  człowieka,  patrzyła,  jak  śmierć 

przesłania mu oczy  mgłą. Nie po raz pierwszy użyła broni i nie po raz 
pierwszy  majaczyły  jej  się  koszmary.  Nauczyła  się  akceptować  swoje 
czyny i ich konsekwencje. 

Prześladował ją obraz dziecka. Dziecka, którego nie zdążyła uratować. 

Dziecka,  którego  rozpaczliwe  wołanie  powracało  w  snach  echem  jej 
własnego krzyku. 

I ta krew, pomyślała, ocierając pot z czoła. Taka mała dziewczynka, a 

miała  w  sobie  tak  dużo  krwi.  Jednak  wiedziała,  że  koniecznie  musi 
odpędzić od siebie to wspomnienie. 

Zgodnie  z  obowiązującą  w  wydziale  procedurą  Eve  przez  cały  ranek 

będzie  poddawana  testom.  Wymagano,  by  każdy  policjant,  który  zabił 
człowieka, przeszedł badania psychiatryczne i psychotechniczne, zanim 
podejmie na nowo swe obowiązki. Ewę trochę irytowały te testy. 

Wyjdzie zwycięsko z tej próby, tak samo jak z poprzednich. 
Kiedy  wstała,  refleksy  światła  przesunęły  się  automatycznie  w  dół, 

oświetlając jej  drogę  do  łazienki.  Skrzywiła  się,  widząc  swe  odbicie  w 
lustrze.  Oczy  miała  zapuchnięte  z  braku  snu,  a  twarz  prawie  tak  samo 
bladą jak ciała, które przekazała lekarzowi sądowemu. 

Nie zastanawiając się nad tym dłużej, weszła pod prysznic, ziewając. 
- Odkręć na full - powiedziała i przesunęła się tak, by strumień wody 

padał prosto na jej twarz. 

Pozwoliła,  by  łazienka  wypełniła  się  parą,  po  czym  namydliła  ciało, 

przebiegając myślą wydarzenia ostatniej nocy. Testy miały się rozpocząć 
dopiero  o  dziewiątej,  więc  następne  trzy  godziny  wykorzysta  na 
uspokojenie nerwów i całkowite uwolnienie się od koszmarnego snu. 

Wątpliwości  i  wyrzuty  sumienia  były  często  wykrywane,  a  to  mogło 

oznaczać  powtórną  i  bardziej  intensywną  sesję  z  maszynami  i 
obsługującymi je technikami o sowich oczach. 

Nie miała zamiaru być poza wydziałem dłużej niż dwadzieścia cztery 

godziny. 

background image

Założywszy  szlafrok,  poszła  do  kuchni  i  zaprogramowała  swego 

autokucharza  na  czarną  kawę  i  lekko  opieczoną  grzankę.  Zza  okna 
dochodził  głośny  warkot  samolotów  wiozących  pierwszych 
pracowników  do  biur,  ostatnich  do  domów.  Wiele  lat  temu  wybrała  to 
mieszkanie,  ponieważ  wiodła  nad  nim  trasa  powietrzna,  a  ona  lubiła 
hałas  i  widok  zapchanego  samolotami  nieba.  Ziewnąwszy  ponownie, 
wyjrzała  przez  okno  i  powiodła  wzrokiem  za  starym  latającym 
autobusem,  z  grzechotem  przewożącym  robotników,  którzy  nie  mieli 
tyle  szczęścia,  by  pracować  w  mieście  czy  też  korzystać  z  połączeń 
miejscowych. 

Wywołała  na  monitorze  “New  York  Timesa”  i  przebiegła  wzrokiem 

nagłówki, czekając, aż podrabiana kofeina pobudzi jej system nerwowy. 
Autokucharz  znowu  przypalił  tosta,  ale  i  tak  go  zjadła,  myśląc  bez 
przekonania, że powinna wymienić zepsutą część. 

Marszczyła  czoło  czytając  artykuł  o  pladze  androidalnych  cocker 

spanieli,  kiedy  zamigotało  telełącze.  Eve  przełączyła  się  na  odbiór  i 
zobaczyła na ekranie twarz swego dowódcy. 

- Panie komendancie. 
-  Poruczniku.  -  Kiwnął  jej  dziarsko  głową  zauważając,  że  wciąż  ma 

mokre włosy i zaspane oczy. - Wypadek przy Dwudziestej Siódmej West 
Broadway, osiemnaste piętro. Obejmujesz sprawę.  

Eve zdziwiła się. 
-  Jeszcze  nie  przeszłam  testów.  Denat  zginął  o  dwudziestej  drugiej 

trzydzieści pięć. 

-  Ta  sprawa  ma  pierwszeństwo  -  powiedział  stanowczo.  -  Jadąc  na 

miejsce  wypadku,  proszę  wziąć  swoją  odznakę  oraz  broń.  Kod  Piąty, 
poruczniku. 

-  Tak  jest.  -  Gdy  jego  twarz  zniknęła  z  ekranu,  Eve  odsunęła  się  od 

komputera.  Kod  Piąty  oznaczał,  że  ma  meldować  się  bezpośrednio  u 
swego  przełożonego,  że  nie  będzie  jawnych  raportów  między-
wydziałowych ani współpracy z prasą. 

Co w istocie znaczyło, że dano jej wolną rękę. 
Na  Broadwayu  panował  tłok  i  zgiełk,  niczym  na  przyjęciu,  którego 

nigdy  nie  opuszczają  hałaśliwi  goście.  Ulice  i  chodniki  były  zapchane 
ludźmi i pojazdami. Pamiętała z dawnych czasów, kiedy pełniła jeszcze 
służbę  patrolową,  że  w  tej  okolicy  często  dochodziło  do  wypadków 
samochodowych oraz potrąceń turystów, którzy byli zbyt zaabsorbowani 
gapieniem się na to uliczne widowisko, by w porę zejść z jezdni. 

background image

Nawet o tak wczesnej godzinie unosiła się para z zainstalowanych na 

stałe budek i przenośnych straganów z jedzeniem, które przewalającym 
się  tłumom  oferowały  wszystko  od  makaronu  ryżowego  po  hot  dogi  z 
soi.  Musiała  skręcić  w  bok,  by  ominąć  namolnego  sprzedawcę 
smażonych  kiełbasek,  a  gdy  mężczyzna  pokazał  jej  środkowy  palec 
zgięty w wulgarnym geście, uznała to za rzecz zupełnie naturalną. 

Eve  zaparkowała  na  ulicy,  obok  innych  stojących  równolegle  do 

krawężnika  samochodów,  i  minąwszy  mężczyznę,  który  śmierdział 
gorzej od swojej butelki z piwem, weszła na chodnik. Najpierw obejrzała 
dokładnie budynek, pięćdziesiąt pięter błyszczącego metalu, który wbijał 
się  w  niebo  ze  swej  betonowej  podstawy.  Zanim  dotarła  do  wejścia, 
zaczepiono ją dwa razy. 

Nie  była  tym  zaskoczona,  ponieważ  tę  składającą  się  z  pięciu 

przecznic  część  Broadwayu  nazywano  pieszczotliwie  Pasażem  Pro-
stytutek. Błysnęła swoją odznaką umundurowanemu policjantowi, który 
pilnował wejścia. 

- Porucznik Dallas. 
-  Tak  jest.  -  Uruchomił  komputerową  blokadę  drzwi,  by  odstraszyć 

ciekawskich,  po  czym  zaprowadził  ją  do  wind.  -  Osiemnaste  piętro  - 
powiedział, gdy drzwi kabiny zamknęły się za nimi. 

-  Proszę  wprowadzić  mnie  w  sprawę.  -  Eve  włączyła  rekorder  i 

czekała. 

-  Nie  byłem  pierwszy  na  miejscu  zbrodni,  pani  porucznik.  To,  co 

wydarzyło  się  na  górze,  jest  trzymane  w  tajemnicy.  Obowiązuje  Kod 
Piąty. W mieszkaniu numer osiemnaście zero trzy czeka na panią oficer. 

- Kto zawiadomił nas o zabójstwie? 
- Nie dysponuję taką informacją. 
Pozostał  na  swoim  miejscu,  gdy  drzwi  windy  otworzyły  się.  Eve 

wyszła z kabiny i znalazła się sama w wąskim korytarzu. Zainstalowane 
ze  względów  bezpieczeństwa  kamery  były  skierowane  prosto  na  nią; 
niemal  bezszelestnie  przeszła  po  wytartym  puchowym  dywanie  do 
apartamentu  1803.  Nie  zawracając  sobie  głowy  pukaniem,  oznajmiła 
głośno swoje przybycie, po czym podsunęła odznakę pod oko kamery i 
poczekała, aż drzwi się otworzą. 

- Dallas. 
-  Feeney.  -  Uśmiechnęła  się  zadowolona  z  widoku  znajomej  twarzy. 

Ryan  Feeney  był  jej  starym  przyjacielem  i  eks  -  partnerem,  który 
zamienił  ulicę  na  biurko  i  wysoką  pozycję  w  Wydziale  Rozpoznania 
Elektronicznego. - Więc teraz przysyłają speców od komputerów. 

background image

- Chcieli starszego oficera, i to najlepszego. - Uśmiech wykrzywił jego 

szeroką,  pomarszczoną  twarz,  ale  oczy  pozostały  poważne.  Był  małym 
grubym  mężczyzną  z  małymi  grubymi  rękami  i  rudawymi  włosami.  - 
Wyglądasz na wykończoną. 

- Miałam ciężką noc. 
-  Słyszałem.  -  Z  torby,  którą  zawsze  nosił  ze  sobą,  wyjął  paczkę 

ocukrzonych  orzechów  i  poczęstował  nimi  Ewę.  Przyglądał  się  jej, 
próbując ocenić, czy jest przygotowana na to, co zobaczy w sypialni. 

Była  młodą  jak  na  swoją  rangę,  zaledwie  trzydziestoletnią  kobietą  o 

dużych brązowych oczach, które nigdy nie miały okazji patrzeć na świat 
z  młodzieńczą  naiwnością.  Jej  jasnobrązowe  włosy  były  krótko 
przycięte, raczej dla wygody niż chęci hołdowania modzie, ale pasowały 
do jej trójkątnej twarzy o ostro zarysowanych kościach policzkowych i 
małym dołeczku w policzku. 

Była wysoka, długonoga, i choć sprawiała wrażenie szczupłej, Feeney 

wiedział, że pod skórzaną kurtką kryje się muskularne ciało. Co więcej, 
Eve miała nie tylko muskuły, ale też serce i rozum. 

- Czeka cię przykry widok, Dallas. 
- Wiem. Kim jest ofiara? 
- Sharon DeBlass, wnuczka senatora DeBlassa.  
Nic jej to nie mówiło. 
- Feeney, polityka nie jest moją mocną stroną. 
-  To  dżentelmen  z  Wirginii,  skrajny  prawicowiec,  wywodzący  się  ze 

starego  bogatego  rodu.  Kilka  lat  temu  jego  wnuczka  opuściła 
niespodziewanie  dom,  przeniosła  się  do  Nowego  Jorku  i  została 
licencjonowaną damą do towarzystwa. 

- Była prostytutką.   
Dallas  rozejrzała  się  po  apartamencie.  Został  urządzony  w  natrętnie 

nowoczesnym stylu - szkło i chrom, sygnowane hologramy na ścianach, 
barek  w  kolorze  ostrej  czerwieni.  Za  barkiem  wisiała  ogromna  zasłona 
wymalowana  w  zlewające  się  ze  sobą  różnorodne  kształty  w  zimnych 
pastelowych kolorach. 

Schludna jak dziewica, zadumała się Eve, i zimna jak dziwka.  
-  Nic  dziwnego,  biorąc  pod  uwagę  miejsce,  w jakim  zdecydowała  się 

zamieszkać. 

-  To  delikatna  sprawa  ze  względów  politycznych.  Ofiarą  jest 

dwudziestoczteroletnia biała kobieta. Umarła w łóżku. 

Eve tylko uniosła brew. 

background image

-  Wydaje  się  to  dość  poetyczne,  skoro  była  kupowana  w  łóżku.  Jak 

zmarła? 

- To kolejny problem. Chcę, żebyś sama zobaczyła. 
Gdy  przeszli  przez  pokój,  każde  z  nich  wyjęło  mały  pojemniczek; 

spryskali sobie dokładnie ręce, by je natłuścić i nie zostawiać odcisków 
palców. Na progu sypialni Eve spryskała też podeszwy butów, nie chcąc, 
by  przyczepiały  się  do  nich  włókna,  zabłąkane  włosy  czy  fragmenty 
naskórka. 

Eve  była  ostrożna.  W  normalnych  okolicznościach  na  miejscu 

zabójstwa  byłoby  już  dwóch  innych  oficerów  śledczych,  rejestrujących 
dźwięk  i  robiących  zdjęcia.  Medycy  sądowi  czekaliby,  jak  zwykle 
niecierpliwie,  żeby  zabrać  się  do  roboty.  Fakt,  że  tylko  ona  i  Feeney 
zostali  przydzieleni  do  tej  sprawy,  oznaczał,  że  musi  uważać  na  każdy 
swój krok. 

- Kamery w hallu, windzie i na korytarzach - zauważyła Eve. 
-  Już  oznaczyłem  dyskietki.  -  Feeney  otworzył  drzwi  i  przepuścił  ją 

przodem. 

Nie wyglądało to ładnie. Zdaniem Ewy śmierć rzadko była spokojnym 

religijnym doznaniem. Na ogół oznaczała brutalny koniec, który nie miał 
nic  wspólnego  ze  świętym  i  grzesznikiem.  Ale  to,  co  tutaj  zobaczyła, 
było  szokujące  jak  teatralna  dekoracja,  którą  zbudowano  specjalnie  po 
to, by wywołać zgorszenie. 

Łóżko było ogromne, nakryte gładkimi atłasowymi prześcieradłami w 

kolorze  dojrzałej  brzoskwini.  Małe  reflektorki  rzucały  miękkie  światło 
na  środek  łoża,  gdzie  w  łagodnym  zagłębieniu  ruchomego  materaca 
leżała naga kobieta. 

Materac  falował  z  nieprzyzwoitym  wdziękiem  w  takt  muzyki,  która 

przepływała cicho przez wezgłowie łóżka. 

Kobieta  wciąż  była  piękna;  miała  profil  jak  z  kamei,  kaskadę 

zmierzwionych,  płomiennie  rudych  włosów,  szmaragdowe  oczy, 
patrzące szklanym wzrokiem na wyłożony lustrami sufit, białe jak mleko 
członki,  które  przypominały  obrazy  z  Jeziora  Łabędziego,  gdy 
poruszające się łóżko kołysało nimi delikatnie. 

Teraz nie były ułożone artystycznie, ale rozrzucone zmysłowo, tak że 

ciało martwej kobiety tworzyło literę X pośrodku łóżka. 

Dziewczyna  miała  dziurę  w  czole  i  w  piersi,  a  jeszcze  jeden 

makabryczny  otwór  widniał  między  jej  rozłożonymi  udami.  Krew 
obryzgała błyszczące prześcieradła, wyciekła na łóżko, utworzyła kałużę 
i zakrzepła. 

background image

Poplamiła także polakierowane ściany, które przypominały śmiertelne 

obrazy nabazgrane przez jakieś złe dziecko. 

Tak  ogromna  ilość  krwi  była  rzadką  rzeczą,  a  poprzedniej  nocy  Eve 

widziała  jej  o  wiele  za  dużo,  by  patrzeć  na  to  miejsce  zbrodni  ze 
spokojem, jakiego by sobie życzyła. 

Musiała przełknąć ślinę i zmusić się do wyrzucenia z pamięci obrazu 

dziecka. 

- Masz tę sypialnię na taśmie?  
- Tak. 
- Więc wyłącz to cholerstwo. - Odetchnęła z ulgą, gdy Feeney odnalazł 

urządzenie sterujące głośnością i przyciszył muzykę. Łóżko zatrzymało 
się. - Dziwne rany - mruknęła Eve, podchodząc bliżej, by je obejrzeć. - 
Zbyt kształtne jak na nóż. Zbyt krwawe jak na laser. 

-  Nagle  doznała  olśnienia  -  przypomniała  sobie  dawne  filmy 

szkoleniowe, dawne kasety video, dawne zbrodnie. 

- Rany boskie, Feeney, wyglądają jak rany postrzałowe.  
Sięgnął do kieszeni i wyjął opieczętowaną torebkę. 
-  Ten,  kto  to  zrobił,  zostawił  nam  upominek.  -  Podał  Ewie  torebkę.  - 

Taki  antyk  musi  oficjalnie  kosztować  osiem,  dziesięć  tysięcy,  a  na 
czarnym rynku dwa razy tyle. 

Eve z zaciekawieniem obróciła rewolwer w ręku. 
- Jest ciężki - powiedziała na wpół do siebie. - I duży. 
-  Kaliber  trzydzieści  osiem  -  odparł.  -  Pierwszy,  jaki  widzę  poza 

muzeum.  To  Smith  &  Wesson,  model  dziesiątka,  niebieskoszary.  - 
Popatrzył nań z pewną czułością. - Prawdziwa klasyczna broń, używana 
przez  policję  aż  do  lat  dwudziestych.  Przestali  ją  produkować  w 
dwudziestym  drugim  czy  dwudziestym  trzecim,  kiedy  wydano  zakaz 
posługiwania się bronią. 

- Masz bzika na punkcie historii. - Co tłumaczyło, dlaczego jest teraz z 

nią. - Wygląda na nowy. - Powąchała go przez torebkę; poczuła zapach 
oliwy  i  spalenizny.  -  Ktoś  bardzo  dbał  o  niego.  Wystrzelił  od  razu  - 
powiedziała z zadumą, oddając torebkę Feeneyowi. - Brzydka śmierć; w 
ciągu  mojej  dziesięcioletniej  służby  w  wydziale  po  raz  pierwszy 
spotykam się z tego typu zabójstwem. 

-  Ja  po  raz  drugi.  Jakieś  piętnaście  lat  temu,  w  Lower  East  Side, 

przyjęcie wymknęło się spod kontroli. Facet zabił pięć osób dwudziestką 
dwójką, zanim zrozumiał, że to nie zabawka. Urządził niezłą jatkę. 

background image

-  Dowcipniś  -  mruknęła  Eve.  -  Sprawdzimy  kolekcjonerów  broni, 

zorientujemy  się,  ilu  z  nich  może  posiadać  coś  takiego.  Któryś  z  nich 
mógł zgłosić kradzież. 

- Mógł. 
- Bardziej prawdopodobne, że został kupiony na czarnym rynku. - Eve 

spojrzała  przez  ramię  na  zwłoki.  -  Jeśli  trudniła  się  tym  fachem  przez 
kilka  lat,  to  musi  mieć  dyskietki,  rejestr  swoich  klientów,  notesy,  w 
których  zapisywała  daty  i  miejsca  spotkań.  -  Zmarszczyła  brwi.  -  Przy 
Kodzie  Piątym  będę  musiała  sama  sprawdzić  wszystkie  adresy.  To  nie 
jest  zwykły  mord  na  tle  seksualnym  -  powiedziała  z  westchnieniem.  - 
Ten,  kto  to  zrobił,  dopracował  każdy  szczegół.  Archaiczna  broń,  rany 
zadane  tak,  jakby  przyłożono  do  ciała  linijkę,  światła,  ułożenie  ciała. 
Feeney, kto wezwał policję? 

- Zabójca. - Poczekał, aż Eve na niego popatrzy. - Stąd. Zadzwonił na 

posterunek. Widzisz, że to urządzenie przy łóżku jest skierowane na jej 
twarz? Tak to załatwił. Przez video, sam nic nie powiedział. 

-  Lubi  makabryczne  widowiska.  -  Eve  wypuściła  powietrze.  - 

Inteligentny,  arogancki,  pewny  siebie  skurwysyn.  Najpierw  się  z  nią 
kochał.  Mogę  się  założyć  o  swoją  odznakę.  Potem  wstał  i  zrobił  to.  - 
Podniosła rękę, wycelowała i obniżając ją, liczyła: - Raz, dwa, trzy. 

- To zimne wyrachowanie - mruknął Feeney. 
-  Bo  on  jest  wyrachowany.  Po  zabójstwie  wygładza  prześcieradła. 

Widzisz, że nie ma na nich żadnej zmarszczki? Układa jej ciało, rozchyla 
nogi,  tak  by  nikt  nie  miał  wątpliwości,  jak  zarabiała  na  życie.  Robi  to 
starannie, niemal z linijką w ręku, więc jest idealnie ułożona. W środku 
łóżka,  ręce  i  nogi  rozłożone  pod  tym  samym  kątem.  Nie  zatrzymuje 
łóżka,  ponieważ  jego  falowanie  jest  częścią  widowiska.  Zostawia 
rewolwer,  gdyż  chce,  byśmy  od  razu  wiedzieli,  że  nie  jest  przeciętnym 
człowiekiem.  Ma  silnie  rozwinięte  ego.  Nie  chce  tracić  czasu  na 
czekanie, aż ktoś znajdzie ciało. Pragnie natychmiastowej nagrody. 

-  Proponowała  swoje  usługi  zarówno  mężczyznom,  jak  i  kobietom  - 

zauważył Feeney, ale Eve potrząsnęła głową. 

- To nie kobieta. Kobieta nie zostawiłaby jej w pozie, w której wygląda 

zarówno  pięknie,  jak  i  nieprzyzwoicie.  Nie,  nie  sądzę,  żeby  to  zrobiła 
kobieta. Zobaczmy, co uda nam się tu znaleźć. Czy wszedłeś już do jej 
komputera? 

- Nie. To twoja sprawa, Dallas. Ja jestem upoważniony tylko do tego, 

żeby ci asystować. 

background image

- Sprawdź, czy możesz się dostać do pliku z nazwiskami jej klientów. - 

Eve podeszła do komody i zaczęła przeglądać uważnie szuflady. 

Kosztowny gust, pomyślała. Znalazła parę rzeczy z czystego jedwabiu 

tak  wysokiej  klasy,  że  żadne  podrabiane  tkaniny  nie  mogłyby  mu 
dorównać.  Stojące  na  komódce  perfumy  były  ekskluzywne  i  pachniały 
jak kosztowny seks. 

W  szufladach  panował  wzorowy  porządek,  bielizna  była  starannie 

złożona,  swetry  poukładane  w  zależności  od  koloru  i  grubości.  Szafa 
wyglądała podobnie. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  ofiara  kochała  stroje,  miała  pociąg  do 

tego, co najlepsze, i że bardzo dbała o swoją garderobę. 

A umarła nago. 
- Prowadziła dokładne zapiski! - krzyknął Feeney. - Wszystko tu jest. 

Lista  jej  klientów,  spotkań  -  włącznie  z  wymaganymi  comiesięcznymi 
badaniami  lekarskimi  i cotygodniowymi  wizytami  w  salonie  piękności. 
Pierwsze załatwiała w Trident Glinie, drugie w Paradise. 

- Obie są na topie. Mam koleżankę, która od roku oszczędza, żeby móc 

spędzić  jeden  dzień  w  Paradise.  Niech  zakosztuje  tam  wszystkich 
przyjemności. 

-  Siostra  mojej  żony  udała  się  tam  z  okazji  swoich  dwudziestych 

piątych  urodzin.  Kosztowało  to  więcej  niż  ślub  mojego  dzieciaka.  Coś 
podobnego, mamy jej prywatny notes z adresami. 

- Świetnie. Skopiuj to wszystko, dobrze, Feeney? - Słysząc jego cichy 

gwizd,  zerknęła  przez  ramię  i  ujrzała  miniaturowy  komputer  o 
pozłacanych brzegach. - Co? 

-  Mamy  tu  nazwiska  wielu  wpływowych  ludzi.  Polityka,  rozrywka, 

pieniądze,  pieniądze,  pieniądze.  Ciekawe,  nasza  dziewczyna  ma 
prywatny numer Roarke'a. 

- Jakiego Roarke'a? 
-  Po  prostu  Roarke'a,  z  tego,  co  wiem.  Niesamowicie  nadziany  facet. 

To jeden z tych, którzy potrafią zamienić gówno w sztabki złota. Dallas, 
powinnaś czytać nie tylko rubrykę sportową. 

-  No  wiesz,  czytam  nagłówki.  Słyszałeś  o  tej  historii  z  cocker 

spanielami? 

- Roarke ciągle jest na pierwszych stronach gazet - wyjaśnił cierpliwie 

Feeney.  -  Jest  właścicielem  jednej  z  największych  na  świecie  kolekcji 
sztuki.  Zbiera  dzieła  sztuki  i  antyki  -  kontynuował,  widząc,  że  Eve 
przysłuchuje  mu  się  z  zainteresowaniem.  -  Ma  pozwolenie  na 
kolekcjonowanie broni. Krążą plotki, że potrafi się nią posługiwać. 

background image

- Złożę mu wizytę. 
- Będziesz miała szczęście, jeśli zbliżysz się do niego na milę. 
- Czuję, że będę je miała. - Eve podeszła do łóżka i wsunęła ręce pod 

materac. 

- Ten człowiek ma wpływowych przyjaciół, Dallas. Nie możesz sobie 

pozwolić na najmniejszą wzmiankę o jego związku z tą sprawą, dopóki 
nie będziesz miała jakichś konkretnych dowodów. 

-  Feeney,  wiesz,  że  niepotrzebnie  mi  o  tym  mówisz.  -  W  chwili  gdy 

zaczęła  się  uśmiechać,  jej  palce  dotknęły  czegoś,  co  leżało  między 
zimnym ciałem a zakrwawionymi prześcieradłami.  - Coś jest pod nią. - 
Eve uniosła ostrożnie ramię martwej kobiety i wsunęła głębiej rękę. 

- Papier - mruknęła. - Wodoszczelny. 
Natłuszczonym kciukiem starła z kartki plamę krwi i przeczytała: 
PIERWSZA Z SZEŚCIU 
-  Wygląda  na  pismo  ręczne  -  powiedziała  podając  list  Feeneyowi.  - 

Nasz chłoptaś jest wyjątkowo inteligentny i niezwykle pewny siebie. I to 
jeszcze nie koniec. 

Przez  resztę  dnia  Eve  robiła  to,  co  w  normalnych  okolicznościach 

zostałoby  zlecone  innym  funkcjonariuszom.  Przesłuchała  osobiście 
sąsiadów ofiary, spisując zeznania, wrażenia. 

Udało  jej  się  kupić  w  przelocie  kanapkę  od  tego  samego  ulicznego 

sprzedawcy,  którego  o  mały  włos  nie  rozjechała,  kiedy  parę  godzin 
wcześniej mknęła przez miasto. Po nocy i poranku, jakie miała za sobą, 
nie  dziwiła  się,  że  recepcjonistka  z  Paradise  patrzyła  na  nią  tak,  jakby 
Eve przed chwilą wstała z trumny. 

Wodospady  szumiały  harmonijnie  wśród  wspaniałej  roślinności 

zdobiącej salę recepcyjną najbardziej ekskluzywnego salonu piękności w 
mieście.  Klientom  siedzącym  w  niedbałych  pozach  na  wygodnych 
kanapach i fotelach podawano czarną kawę w malutkich filiżankach oraz 
gazowaną wodę albo szampana w wąskich szklaneczkach. Słuchawki na 
uszach  i  dyski  z  magazynami  mody  dopełniały  przyjemności. 
Recepcjonistka  miała  wspaniały  biust,  który  był  najlepszą  reklamą 
umiejętności  chirurgów  plastycznych  pracujących  w  salonie.  Dziew-
czyna  ubrana  była  w  krótki  wygodny  strój  w  kolorze  służbowej 
czerwieni i miała niesamowitą fryzurę - jej czarne jak heban włosy były 
poskręcane niczym węże. 

Eve była zachwycona. 

background image

-  Przykro  mi  -  powiedziała  kobieta  starannie  modulowanym, 

pozbawionym  wyrazu  głosem,  przypominającym  głos  komputera. 
Przyjmujemy tylko na zapisy. 

-  W  porządku.  -  Uśmiechnęła  się  i  niemal  z  żalem  zmusiła 

recepcjonistkę  do  porzucenia  tego  lekceważącego  tonu.  Niemal.  -  To 
powinno  wystarczyć.  -  Pokazała  swoją  odznakę.  -  Kto  zajmuje  się 
Sharon DeBlass?  

Recepcjonistka rozejrzała się po sali z przerażeniem. 
- Potrzeby naszych klientów otoczone są ścisłą tajemnicą. 
- Z pewnością. - Nieźle się bawiąc całą tą sytuacją, Eve oparła się po 

przyjacielsku  o  wycięty  w  kształcie  litery  U  blat.  -  Mogę  rozmawiać 
miło  i  cicho,  tak  jak  teraz,  rozumiemy  się,  Denise?  -  Błyskawicznie 
opuściła  wzrok  na  identyfikator  przypięty  dyskretnie  na  piersi 
dziewczyny.  -  Albo  mogę  mówić  głośno,  żeby  wszyscy  mnie  słyszeli. 
Jeśli ta pierwsza propozycja bardziej ci się podoba, to zaprowadź mnie 
do miłego cichego pokoju, w którym nie będziemy przeszkadzały żadnej 
z  twoich  klientek,  i  przyślij  mi  operatora  Sharon  DeBlass.  Czy  jak  go 
tam nazywacie. 

- Konsultanta - słabym głosem rzekła Denise. - Proszę pójść za mną. 
- Z przyjemnością. 
I rzeczywiście była to przyjemność. 
Tylko w kinie i na kasetach video Eve widziała taki przepych. Dywan 

przypominał  czerwoną  poduszkę,  W  której  z  błogością  zanurzało  się 
stopy. Z sufitu zwisały kryształowe krople, które rzucały wirujące krążki 
światła. Powietrze pachniało świeżością i zadbanymi ciałami. 

Nie mogła sobie wyobrazić, że spędza tu cały dzień, pozwalając, by ją 

smarowano  kremami,  natłuszczano  oliwkami,  masowano  i  poprawiano 
mankamenty figury, ale gdyby z próżności zdecydowała się to zrobić, to 
tracenie  czasu  w  tak  luksusowych  warunkach  byłoby  z  pewnością 
ciekawym doświadczeniem. 

Recepcjonistka wprowadziła ją do małego pokoju, w którym na jednej 

ze  ścian  widniał  hologram  przedstawiający  zieloną  łąkę.  Cichy  śpiew 
ptaków i szum wiatru rozbrzmiewał słodko w powietrzu. 

- Zechce pani tu poczekać. 
-  Nie  ma  problemu.  -  Eve  zaczekała,  aż  drzwi  się  zamkną,  po  czym 

opadła na niesłychanie wygodny fotel. Gdy tylko usiadła, stojący z boku 
monitor włączył się i pojawiła się na nim uśmiechnięta twarz androida. 

background image

-  Dzień  dobry.  Witamy  w  Paradise.  Pani  uroda  i  dobre  samopoczucie 

są naszą jedyną troską. Czy czekając na swego konsultanta miałaby pani 
ochotę czegoś się napić? 

- Jasne. Kawy, czarnej kawy. 
- Oczywiście. Jaką pani preferuje? Proszę wcisnąć przycisk C na pani 

klawiaturze, to zapozna się pani z wszystkimi propozycjami. 

Tłumiąc chichot, Eve wypełniła polecenie. Przez następne dwie minuty 

analizowała wszystkie możliwości, po czym zawęziła wybór do Riwiery 
Francuskiej i Kremu Karaibskiego, 

Drzwi  otworzyły  się,  zanim  zdążyła  podjąć  decyzję.  Wstała 

zrezygnowana  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z  wyszukanie  ubranym 
Straszydłem. 

Na  niebieskofioletową  koszulę  i  śliwkowe  spodnie  nałożył  długi 

rozpięty  kitel  w  obowiązującym  w  Paradise  czerwonym  kolorze.  Jego 
włosy,  zaczesane  do  tyłu  i  odsłaniające  nieprzyjemnie  szczupłą  twarz, 
przypominały odcieniem spodnie, które nosił. Uścisnął lekko rękę Ewy i 
popatrzył na nią łagodnym wzrokiem.  

- Bardzo mi przykro, pani oficer. Czuję się zakłopotany. 
- Potrzebuję informacji o Sharon DeBlass,  - Po raz  drugi Eve, wyjęła 

odznakę i pokazała ją swojemu rozmówcy. 

- Aha, porucznik Dallas. Proszę mnie zrozumieć. Zapewne pani wie, że 

karty  naszych  klientów  są  ściśle  tajne.  Paradise  znane  jest  zarówno  ze 
swojej doskonałości, jak i dyskrecji.  

- A pan zapewne wie, że mogę dostać nakaz rewizji, panie...?  
- Och, Sebastian. Po prostu Sebastian. - Machnął szczupłą, błyszczącą 

od pierścieni ręką.  - Nie kwestionuję pani władzy, pani porucznik. Ale 
czy mogłaby mi pani podać powód tego śledztwa? 

-  Prowadzę  śledztwo  w  sprawie  morderstwa  DeBlass.  -  Przerwała  na 

chwilę,  widząc  po  jego  oczach  i  pobladłej  twarzy,  że  ta  wiadomość 
wywołała u niego szok. - Nic więcej nie mogę panu powiedzieć. 

- Morderstwo. Boże drogi, moja śliczna Sharon nie żyje? To musi być 

jakieś  nieporozumienie.  -  Opadł  na  fotel,  odchylił  do  tyłu  głowę  i 
zamknął  oczy.  Kiedy  monitor  zaproponował  mu  coś  do  wypicia, 
ponownie  machnął  ręką.  Światło  odbiło  się  od  jego  ozdobionych 
klejnotami  palców.  -  Tak,  na  Boga.  Potrzebuję  brandy,  kochanie. 
Kieliszeczek Trevalli.  

Eve usiadła obok niego, wyjęła rekorder. 
- Niech pan mi opowie o Sharon. 

background image

-  Cudowna  istota.  O  oszałamiającej  urodzie,  oczywiście,  ale  chodziło 

nie  tylko  o  jej  wygląd.  -  Brandy  wjechało  bezszelestnie  do  pokoju  na 
automatycznym  wózku.  Sebastian  wziął  kieliszek  i  pociągnął  duży  łyk 
alkoholu. - Miała nieskazitelnie dobry gust, wspaniałomyślne serce, cięty 
dowcip. 

Znowu popatrzył na Ewę swymi łagodnymi oczami. 
- Widziałem ją zaledwie dwa dni temu. 
- Tutaj? 
- Miała stały terminarz wizyt. W jednym tygodniu sadzała tu pół dnia, 

w  następnym  -  cały.  -  Szybkim  ruchem  wyjął  kremowożółty  szalik  i 
przyłożył go do oczu. - Sharon bardzo o siebie dbała, wierzyła głęboko 
w skuteczność prezentowania własnego ja. 

- To pomagało jej w pracy. 
-  Naturalnie.  Pracowała  wyłącznie  dla  zabawy.  Mając  tak  bogatą 

rodzinę nie musiała zarabiać na życie. Lubiła seks. 

- Z panem? 
Jego  artystyczna  twarz  zmarszczyła  się,  różowe  usta  ściągnęły  z 

gniewu albo bólu. 

-  Byłem  jej  konsultantem,  powiernikiem  i  przyjacielem  -  oziębłym 

tonem oświadczył Sebastian, niedbałym gestem przerzucając szal przez 
lewe  ramię.  -  Byłoby  nierozważne  i  sprzeczne  z  etyką  zawodową, 
gdybyśmy zostali partnerami seksualnymi. 

- Więc nie pociągała pana seksualnie? 
- Żaden mężczyzna nie mógł pozostać obojętny na jej wdzięki. Ona... - 

Rozłożył szeroko ręce. - Pachniała seksem, tak jak inne kobiety pachną 
drogimi perfumami. Mój Boże. - Pociągnął kolejny łyk brandy. - Teraz 
to już wszystko przeszłość. Nie mogę w to uwierzyć. Nie żyje. Została 
zamordowana. - Jego wzrok znowu spoczął na Ewie. - Powiedziała pani, 
że to było morderstwo. 

- Zgadza się. 
-  Miała  okropne  sąsiedztwo  -  powiedział  ponuro.  -  Nikt  nie  mógł  jej 

namówić,  by  przeniosła się  do  lepszej  dzielnicy.  Podobało się jej  takie 
życie i to pod nosem swej arystokratycznej rodziny. 

- Nie zgadzała się ze swymi bliskimi? 
-  Zdecydowanie  nie.  Uwielbiała  ich  szokować.  Czuła  się  wolna  jak 

ptak,  a  oni  byli  tacy...  przeciętni.  -  Powiedział  to  takim  tonem,  jakby 
przeciętność  była  większym  grzechem  niż  morderstwo.  -  Jej  dziadek 
bezustannie  przedkładał  parlamentowi  projekty  ustaw,  które  miały 
doprowadzić  do  uznania  prostytucji  za  nielegalną.  Tak  jakby  minione 

background image

stulecie nie udowodniło, że takie sprawy powinny być uregulowane, by 
wyeliminować  niebezpieczeństwo  zarażenia  się  chorobą  i  zmniejszyć 
ilość  przestępstw  popełnianych  na  tle  seksualnym.  Występował  także 
przeciwko  regulacji  urodzin,  doborowi  płciowemu  oraz  zakazowi 
używania broni.  

Eve nadstawiła uszu. 
- Senator przeciwstawiał się zakazowi używania broni? 
-  To  jego  konik.  Sharon  mówiła  mi,  że  jej  dziadek  ma  sporo  tych 

niebezpiecznych  staroci  i  regularnie  wygłasza  bezmyślne  i 
nieodpowiedzialne mowy, w których domaga się przywrócenia prawa do 
handlowania  bronią.  Gdyby  dopiął  swego,  bylibyśmy  z  powrotem  w 
dwudziestym wieku, mordując się nawzajem na prawo i lewo. 

- Morderstwa wciąż się zdarzają  - mruknęła Eve.  - Czy kiedykolwiek 

wspominała  o  przyjaciołach  albo  klientach,  którzy  byli  z  niej 
niezadowoleni czy też zachowywali się agresywnie? 

- Sharon miała dziesiątki przyjaciół. Przyciągała do siebie ludzi, jak... - 

Szukając w myśli odpowiedniej metafory, znowu przyłożył rąbek szalika 
do oczu. - Jak egzotyczny i wonny kwiat. Z tego, co wiem, wszyscy jej 
klienci  byli  nią  zachwyceni.  Dobierała  ich  sobie  bardzo  uważnie. 
Wszyscy  partnerzy  seksualni  Sharon  musieli  sprostać  pewnym 
wymaganiom.  Brała  pod  uwagę  wygląd,  intelekt,  maniery  i  biegłość w 
sztuce kochania. Jak powiedziałem, lubiła seks, we wszystkich formach. 
Była... ryzykantką. 

To by się zgadzało z zabawkami, które Eve znalazła w jej mieszkaniu. 

Aksamitne kajdanki i bicze, wonne olejki i środki halucynogenne. To, co 
Eve  usłyszała  w  dwóch  hełmach  do  odbioru  rzeczywistości  wirtualnej, 
zaszokowało ją, chociaż była dosyć zblazowana. 

- Czy spotykała się z kimś na gruncie osobistym? 
-  Od  czasu  do  czasu,  ale  mężczyźni  szybko  ją  nudzili.  Ostatnio 

opowiadała o Roarke'u. Poznała go na przyjęciu i przypadł jej do gustu. 
Była  z  nim  umówiona  tego  samego  dnia,  kiedy  przyszła  tu  na 
konsultację.  Prosiła  o  coś  egzotycznego,  bo  mieli  zjeść  kolację  w 
Meksyku. 

- W Meksyku. To było przedwczoraj wieczorem. 
- Tak. Nie mogła przestać o nim mówić. Uczesaliśmy ją na Cygankę, 

nadaliśmy  całemu  ciału  bardziej  złocisty  odcień.  Położyliśmy  Rascal 
Red na paznokcie i narysowaliśmy na lewym pośladku małego uroczego 
motyla o czerwonych skrzydłach. By rysunek nie starł się zbyt szybko, 
zastosowaliśmy  specjalne  kosmetyki,  które  zachowują  trwałość  przez 

background image

dwadzieścia  cztery  godziny.  Sharon  wyglądała  niezwykle  efektownie  - 
powiedział zrywając się z miejsca. - Pocałowała mnie mówiąc, że może 
tym  razem  się  zakochała.  “Życz  mi  szczęścia,  Sebastianie”.  Tak 
powiedziała  przed  wyjściem.  I  to  były  ostatnie  słowa,  jakie  od  niej 
usłyszałem. 

background image


 
Nie  było  spermy.  Eve  zaklęła  czytając  raport  z  sekcji  zwłok.  Jeśli 

ofiara  kochała  się  z  zabójcą,  to  stosowane  przez  nią  środki 
antykoncepcyjne  zabiły  malutkich  żołnierzyków,  gdy  tylko  się  z  nimi 
zetknęły,  niszcząc  wszelki  ślad  po  nich  w  ciągu  trzydziestu  minut  od 
chwili wytrysku. 

Testy sprawdzające aktywność seksualną niczego nie wykazały, gdyż 

ciało  Sharon  zostało  zbyt  poważnie  uszkodzone.  Morderca  przestrzelił 
jej  kobiecość  albo  ze  względów  symbolicznych,  albo  dla  własnego 
bezpieczeństwa. 

Nie  ma  spermy,  nie  ma  krwi,  z  wyjątkiem  krwi  ofiary.  Nie  można 

ustalić DNA. 

Po  dokładnym  zbadaniu  miejsca  zbrodni  nie  znaleziono  odcisków 

palców  -  żadnych:  ani  ofiary,  ani  sprzątaczki,  która  przychodziła  co 
tydzień, ani mordercy, oczywiście. 

Wszystko zostało dokładnie wytarte, włącznie z bronią mordercy. 
Zdaniem  Ewy,  najbardziej  znaczący  był  obraz  zarejestrowany  przez 

ochronę budynku. 

Jeszcze  raz  puściła  na  swoim  biurkowym  monitorze  dyskietki  z 

podglądem windy. 

Dyskietki były oznakowane. 
Zespół Gorham. Winda A. 2 - 12 - 2058. 06:00. 
Eve przyspieszyła obraz, patrząc na mijające godziny. Drzwi windy po 

raz pierwszy otworzyły się w południe. Zwolniła prędkość, uderzając w 
monitor  krawędzią  dłoni,  po  czym  przyjrzała  się  niespokojnemu 
niskiemu mężczyźnie, który wszedł i poprosił o piąte piętro. 

Nerwowy  klient,  pomyślała  z  rozbawieniem,  kiedy  mężczyzna 

szarpnął  za  kołnierzyk  i  wsunął  do  ust  pastylkę  odświeżającą  oddech. 
Pewnie  ma  żonę,  dwoje  dzieci  i  stałą  posadę  w  jakimś  biurze,  dzięki 
której raz w tygodniu może wymykać się na małe bara - bara w południe. 

Wysiadł na piątym piętrze. 
Przez  parę  następnych  godzin  niewiele  się  wydarzyło,  jakaś 

prostytutka  zjechała  do  hallu,  kilka  wróciło  z  zakupami  i  znudzonymi 
minami. Paru klientów przyszło i wyszło. Ruch ożywił się koło ósmej. 
Niektórzy  mieszkańcy  wychodzili  w  szykownych  strojach  na  kolację, 
inni wracali do domów, by zdążyć na umówione spotkania. 

O  dziesiątej  do  windy  wsiadła  elegancka  para.  Kobieta  pozwoliła 

mężczyźnie  rozchylić  poły  futra,  pod  którym  nie  miała  nic  oprócz 

background image

szpilek  na  wysokim  obcasie  i  wytatuowanego  kwiatu  róży  z  łodyżką 
zaczynającą  się  w  kroczu  i  pączkiem  artystycznie  drażniącym  jej  lewą 
pierś. Mężczyzna zaczął ją pieścić, choć prawo zabraniało robienia tego 
na  terenie  strzeżonym.  Gdy  winda  zatrzymała  się  na  osiemnastym 
piętrze, kobieta owinęła się futrem i oboje wyszli, rozmawiając o sztuce, 
którą właśnie obejrzeli. 

Eve zapisała sobie, żeby następnego dnia przesłuchać tego mężczyznę. 

Był sąsiadem i znajomym ofiary. 

Przerwa w odbiorze nastąpiła dokładnie o 12:05. Obraz zanikł niemal 

całkowicie,  na  ekranie  pozostał  tylko  niewielki  punkcik.  Ponowna 
inwigilacja windy rozpoczęła się o 02:46. 

Dwie godziny i czterdzieści jeden minut straty. 
To samo stało się z zapisem obrazu zarejestrowanego w korytarzu na 

osiemnastym piętrze. Wymazano prawie trzy godziny. Eve zastanawiała 
się  nad  tym,  popijając  wystygłą  kawę.  Mężczyzna  orientował  się  w 
systemie zabezpieczeń, pomyślała, i wystarczająco dobrze znał budynek, 
by  wiedzieć,  gdzie  i  jak  spreparować  dyski.  I  nie  śpieszył  się.  Sekcja 
zwłok wykazała, że zgon nastąpił o drugiej nad ranem. 

Spędził  z  nią  prawie  dwie  godziny,  zanim  ją  zabił,  i  prawie  dwie 

godziny po jej śmierci. A mimo to nie zostawił żadnego śladu. 

Mądry chłopak. 
Jeśli Sharon DeBlass zanotowała, że ma się z kimś spotkać ha gruncie 

prywatnym  czy  też  zawodowym,  to  ta  wzmianka  również  została 
wymazana. 

Więc był z nią na tyle blisko, by wiedzieć, gdzie trzyma swoje pliki i 

jak się do nich dostać. 

Nabrawszy pewnych podejrzeń, znowu pochyliła się do przodu. 
- Komplex Gorhama, Broadway, New Jork. Właściciel.  
Jej oczy zwęziły się, gdy dane wyświetliły się na ekranie. 
Gorham  Complex,  własność  Roarke  Industries,  siedziba  zarządu  500 

Fifth  Avenue.  Roarke,  prezes  i  dyrektor  generalny.  Miejsce 
zamieszkania: Nowy Jork, 222 Central Park West.  

-  Roarke  -  mruknęła  Eve.  -  Ciągle  się  pojawiasz,  prawda?  Roarke  - 

powtórzyła.  -  Wszystkie  dane,  projekcja  i  wydruk,  i  nie  zważając  na 
wezwanie na sąsiednim łączu, czytała dalej, popijając kawę. 

Roarke  -  imię  chrzestne  nieznane  -  urodzony  10  -  06  -  2023,  Dublin, 

Irlandia.  Numer  identyfikacyjny  33492  -  ABR  -  50.  Rodzice  nieznani. 
Stan  cywilny  -  kawaler.  Prezes  i  dyrektor  generalny  przedsiębiorstwa 
Roarke  Industries,  założonego  w  2042.  Główne  oddziały  Nowy  Jork, 

background image

Chicago,  New  Los  Angeles,  Dublin,  Londyn,  Bonn,  Paryż,  Frankfurt, 
Tokio,  Mediolan,  Sydney.  Filie  pozaziemskie,  Stacja  45,  Bridgestone

Colony,  Vegas  II,  Free  -  Star  Jeden.  Sfery  zainteresowań: 
nieruchomości,  import  -  eksport,  flota  morska,  rozrywka,  produkcja 
przemysłowa,  farmaceutyki,  transport.  Szacunkowa  wartość  całego 
przedsiębiorstwa trzy biliony osiemset milionów.
 

Zajęty facet, pomyślała, unosząc brew, gdy lista jego filii wyświetliła 

się na ekranie. 

- Wykształcenie? - spytała. 
Nieznane. 
Notowany? 
Brak danych. 
Wywołaj Roarke, Dublin. 
Brak dodatkowych danych 
Cholera. Pan Tajemniczy. Opis i zdjęcie. 
Roarke. Czarne włosy, niebieskie oczy, sześć stóp, dwa cale, 173 funty. 
Eve chrząknęła, gdy komputer podał jego opis. Musiała przyznać, że w 

przypadku Roarke'a, zdjęcie było warte kilkuset słów komentarza. Jego 
podobizna patrzyła na nią z ekranu. Był niemal absurdalnie przystojny; 
wąska, ascetyczna twarz; ostro zarysowane kości policzkowe i usta tak 
kształtne,  jakby  zostały  wyrzeźbione.  Tak,  miał  czarne  włosy,  ale 
komputer nie powiedział, że są grube, gęste, i zaczesane do tyłu, dzięki 
czemu  odsłaniają  wysokie  czoło  i  spływają  prawie  do  samych  ramion. 
Jego  oczy  były  niebieskie,  ale  to  jedno  słowo  nie  mogło  oddać 
intensywności ich koloru ani siły ich spojrzenia. 

Nawet z tego zdjęcia widać było, że jest to człowiek, który po trupach 

dąży do celu. 

Tak,  pomyślała,  ten  człowiek  może  zabić,  jeśli  -  i  kiedy  -  ma  na  to 

ochotę.  Zrobiłby  to  obojętnie,  metodycznie  i  ani  jedna  kropla  potu  nie 
wystąpiłaby mu na czole. 

Zgarniając  wydruki  z  danymi,  postanowiła,  że  porozmawia  z 

Roarke'em. I to wkrótce. 

Gdy  Eve  opuściła  posterunek,  z  ciemnego  nieba  padał  już  drobny, 

ostry śnieg. Pogrzebała bez większej nadziei w kieszeniach i przekonała 
się,  że  rękawiczki  rzeczywiście  zostawiła  w  domu.  Bez  czapki,  bez 
rękawiczek,  w  skórzanej  kurtce,  będącej  jej  jedyną  ochroną  przed 
mroźnym wiatrem, jechała przez całe miasto do domu. 

background image

Naprawdę  zamierzała  oddać  auto  do  naprawy,  tylko  nie  miała  czasu. 

Ale  gdy  teraz  stała  w  korku  i  drżała  z  zimna  z  powodu  popsutego 
ogrzewania, miała mnóstwo czasu, by tego żałować. 

Przysięgła  sobie,  że  jeśli  dojedzie  do  domu,  nie  zamieniwszy  się 

przedtem w bryłę lodu, umówi się z mechanikiem. 

Ale  gdy  dotarła  na  miejsce,  myślała już  tylko  o  jedzeniu.  Otwierając 

drzwi,  marzyła  o  talerzu  gorącej  zupy,  furze  frytek, jeśli jeszcze jakieś 
jej zostały, i kawie, która nie smakowałaby tak, jakby ktoś spuścił ścieki 
do wodociągów. 

Od  razu  zauważyła  paczkę,  małe  kwadratowe  pudełko  leżące  tuż  za 

drzwiami.  Broń  natychmiast  znalazła  się  w  jej  ręce.  Przeczesując 
mieszkanie  wzrokiem  i  wymachując  bronią,  zatrzasnęła  kopnięciem 
drzwi.  Pozostawiła  paczkę  na  miejscu  i  sprawdziła  pokój  po  pokoju, 
dopóki nie upewniła się, że jest sama. 

Schowawszy broń do futerału, ściągnęła kurtkę i odrzuciła ją na bok. 

Schyliła się i podniosła ostrożnie owiniętą folią dyskietkę. Nie było na 
niej żadnej nalepki, żadnej wiadomości. 

Eve  zaniosła  ją  do  kuchni,  wyjmując  delikatnie  z  opakowania,  i 

włożyła do swego komputera. 

Kompletnie zapomniała o jedzeniu. 
Obraz był najwyższej jakości, podobnie jak i dźwięk. Usiadła wolno, 

wpatrując się w monitor. 

Naga  Sharon  DeBlass  leżała  w  nonszalanckiej  pozie  na  ogromnym 

falującym łożu, szeleszcząc atłasowymi prześcieradłami. Uniosła rękę i 
wsunęła ją we wspaniałą, zmierzwioną grzywę rudych włosów. 

-  Kochanie,  chcesz,  żebym  zrobiła  coś  specjalnego?  -  Zachichotała; 

podniosła  się  na  kolana,  ujmując  piersi  w  dłonie.  -  Dlaczego  tu  nie 
przyjdziesz...  -  Zwilżyła  językiem  usta.  -  Zrobimy  to  wszystko  jeszcze 
raz. - Popatrzyła w dół i oblizała się jak kotka.  - Wygląda na to, że jest 
całkowicie  gotowy.  -  Znowu  się  zaśmiała  i  odrzuciła  do  tyłu  włosy.  - 
Och,  chcemy  się  zabawić.  -  Wciąż  się  uśmiechając,  Sharon  podniosła 
ręce.  -  Nie  skrzywdź  mnie  -  poprosiła  płaczliwym  głosem,  drżąc  na 
całym  ciele,  mimo  że  jej  oczy  błyszczały  z  podniecenia.  -  Zrobię 
wszystko,  co  chcesz.  Wszystko.  Chodź  tu  i  zmuś  mnie.  Chcę  cię.  - 
Opuściła ręce i powoli wyciągnęła się na łóżku.  - Celuj do mnie z tego 
dużego ciężkiego rewolweru i gwałć mnie. Chcę, żebyś to zrobił. Chcę, 
żebyś... 

Wybuch  wstrząsnął  Ewą.  Żołądek  podszedł  jej  do  gardła,  -  gdy 

zobaczyła, że kobieta opadła do tyłu niczym popsuta lalka, krew trysnęła 

background image

z jej czoła. Drugi strzał nie był już takim szokiem, lecz Eve musiała się 
przezwyciężyć,  by  nadal  patrzeć  na  ekran.  Po  ostatnim  wystrzale  ciszę 
mąciła tylko przyciszona muzyka i urywany oddech. Oddech zabójcy. 

Kamera  zbliżyła  się  do  ciała,  pokazując  je  ze  wszystkimi  makab-

rycznymi  szczegółami.  Wtem,  za  sprawą  filmowego  tricku,  DeBlass 
leżała  znowu  w  tej  samej  pozycji,  w  której  Eve  zobaczyła  ją  po  raz 
pierwszy  -  rozpostarte  na  krwawych  prześcieradłach  ciało  tworzyło 
idealną literę X. Scena kończyła się napisem: 

PIERWSZA Z SZEŚCIU 
Po  raz  drugi  łatwiej  było na  to  patrzeć.  Albo  Eve  wmówiła  to  sobie. 

Tym  razem  zauważyła  lekkie  zachwianie  kamery  po  pierwszym 
wystrzale,  usłyszała  szybkie  ciche  sapnięcie.  Puściła  to  jeszcze  raz, 
wsłuchując  się  w  każde  słowo,  przyglądając  się  uważnie  każdemu 
ruchowi, mając nadzieję, że wpadnie na jakiś ślad. Ale on był na to za 
sprytny. I oboje o tym wiedzieli. 

Chciał, żeby zobaczyła, jaki jest dobry. Jaki zimny. 
I chciał jej powiedzieć, że wie, gdzie ją znaleźć, gdyby tylko zechciał. 
Wściekła, że nie może opanować drżenia rąk, podniosła się z miejsca. 

Zamiast  napić  się  kawy,  tak  jak  zamierzała,  wyjęła  z  małej  zimnej 
komórki butelkę wina i nalała sobie pól kieliszka. 

Opróżniła  go  jednym  haustem,  obiecując  sobie  dolewkę,  po  czym 

włożyła do komputera perforowaną kartę z kodem swego dowódcy. 

Odpowiedziała  żona  szefa;  widząc,  że  ma  w  uszach  błyszczące 

kolczyki,  a  także  świeżo  ułożone  włosy,  Eve  doszła  do  wniosku,  że 
przerwała jedno z jej słynnych przyjęć. 

-  Porucznik  Dallas,  pani  Whitney.  Przepraszam,  że  przeszkadzam  w 

kolacji, ale muszę porozmawiać z dowódcą. 

- Mamy gości, poruczniku. 
- Tak, madame. Proszę mi wybaczyć. - Pieprzona polityka, pomyślała 

Eve, zmuszając się do uśmiechu. - To pilne. 

- Jak zawsze. 
Zatrzymana  maszyna  szumiała  jednostajnie  -  szczęściem  koszmarna 

muzyka  ani  rozmowy  o  ostatnich  wydarzeniach  nie  dochodziły  z  głębi 
domu - przez całe trzy minuty, zanim dowódca pokazał się na ekranie. 

- Dallas. 
- Panie dowódco, muszę panu coś przesłać zakodowaną Unią. 
-  Mam  nadzieję,  że  to  pilne,  Dallas.  Moja  żona  każe  mi  za  to  drogo 

zapłacić. 

background image

- Tak jest, sir. - Gliny, pomyślała przygotowując przesłanie informacji 

wizyjnej do jego komputera, powinny prowadzić samotne życie. 

Splotła  nerwowo  ręce  i  położywszy  je  na  stole,  czekała.  Gdy  obrazy 

zaczęły przesuwać się po ekranie, obejrzała je ponownie, nie zwracając 
uwagi  na  ściskanie  w  dołku.  Po  skończeniu  nagrania,  na  monitorze 
znowu pojawiła się twarz Whitneya. 

- Skąd to masz? 
-  Sam  mi  przesłał.  Dyskietka  była  w  moim  mieszkaniu,  kiedy 

wróciłam z pracy. - Mówiła spokojnym bezbarwnym głosem. - Wie, kim 
jestem, gdzie jestem i co robię. 

Whitney milczał przez chwilę. 
-  Numer  mojego  biura  zero  siedemset.  Jutro  rano  proszę  przynieść 

dyskietkę, poruczniku. 

- Tak jest, sir. 
Kiedy  transmisja  została  zakończona,  Eve  zrobiła  dwie  rzeczy. 

Skopiowała dyskietkę i nalała sobie kieliszek wina. 

Obudziła  się  o  trzeciej nad  ranem,  drżąca,  spocona,  próbująca  złapać 

oddech,  by  móc  krzyczeć.  Skowyt  wydarł  się  z  jej  gardła,  gdy 
chrypiącym  głosem  rozkazała,  by  zapalono  światła.  Sny  zawsze 
wydawały się bardziej przerażające w ciemnościach. 

Dygocząc zwinęła się na łóżku. Ten sen był gorszy, o wiele gorszy od 

wszystkich koszmarów, które do tej pory majaczyły jej po nocach. 

Zabiła  człowieka.  Jaki  miała  wybór?  Był  za  bardzo  nafaszerowany 

prochami, żeby mogła przemówić mu do rozsądku. Chryste, próbowała, 
ale  on  tylko  szedł,  i  szedł,  i  szedł  z  dzikim  spojrzeniem  w  oczach  i 
zakrwawionym nożem w ręce. 

Mała  dziewczynka  już  nie  żyła.  Eve  nie  mogła  nic  zrobić,  by  temu 

zapobiec. Proszę cię, Boże, nie pozwól, by się okazało, że można było 
coś zrobić. 

Małe ciałko pocięte na kawałki, szaleniec z nożem ociekającym krwią. 

Potem spojrzenie jego oczu, kiedy wystrzeliła prosto w niego, i malująca 
się w nich śmierć. 

Ale to nie było wszystko. Nie tym razem. Tym razem mężczyzna szedł 

dalej.  A  ona,  kompletnie  naga,  klęczała  na  atłasowych  prześcieradłach. 
Nóż zamienił się w rewolwer trzymany przez mężczyznę, którego twarzy 
przyglądała się parę godzin wcześniej. Mężczyzna nazywał się Roarke. 

Uśmiechnął  się,  a  ona  zapragnęła  go.  Jej  ciało  drżało  z  przerażenia i 

pożądania, nawet kiedy do niej strzelił. W głowę, serce i między uda. 

I gdzieś w tle mała biedna dziewczynka krzyczała o pomoc. 

background image

Zbyt zmęczona, by walczyć z tym koszmarem, Eve przekręciła się po 

prostu na brzuch, wtuliła twarz w poduszkę i załkała. 

 
-  Poruczniku.  -  Punktualnie  o  siódmej  rano  komendant  Whitney 

wskazał Ewie krzesło w swoim biurze. Mimo tego, a może dzięki temu, 
że siedział za biurkiem od dwunastu lat, miał przenikliwe spojrzenie. 

Zauważył, że źle spała i starała się ukryć pod makijażem ślady ciężkiej 

nocy. Bez słowa wyciągnął rękę. 

Włożyła  dyskietkę  i  opakowanie  do  torby  z  dowodami.  Whitney 

zerknął na dyskietkę, po czym położył ją na środku biurka. 

- Zgodnie z przepisami muszę zapytać, czy chcesz, abym cię zwolnił z 

prowadzenia tej sprawy. - Odczekał chwilę. - A więc będziemy udawali, 
że dopełniłem regulaminu. 

- Tak jest, sir. 
- Czy twoje mieszkanie jest bezpieczne? 
- Tak mi się wydawało. - Wyjęła z teczki wydruk. - Po skontaktowaniu 

się  z  panem  jeszcze  raz  przejrzałam  dyski  ochrony.  Jest  w  nich 
dziesięciominutowy poślizg. Jak pan się przekona z mojego raportu, ten 
człowiek jest w stanie przechytrzyć ochronę, zna się na kasetach video, 
redagowaniu tekstów i na starej broni, oczywiście. 

Whitney wziął jej raport i odłożył na bok. 
- To nie bardzo zawęża pole działania. 
-  Nie,  sir.  Mam  jeszcze  kilka  osób,  które  muszę  przesłuchać.  W 

przypadku  tego  przestępcy,  elektroniczne  metody  śledcze  nie  są 
najważniejsze,  chociaż  pomoc  kapitana  Feeneya  jest  nieoceniona.  Ten 
facet zaciera za sobą ślady. Nie mamy żadnego punktu zaczepienia poza 
rewolwerem,  który  postanowił  zostawić  na  miejscu  zbrodni.  Feeney 
niczego  się  o  nim  nie  dowiedział  normalnymi  kanałami.  Musimy 
założyć,  że  został  kupiony  na  czarnym  rynku.  Zaczęłam  przeglądać 
notesy,  w  których  zaznaczała  spotkania  z  klientami  oraz  z  osobami 
prywatnymi. Lubiła się umawiać, więc zajmie mi to trochę czasu. 

- Czas nie jest tu bez znaczenia. Pierwsza z sześciu, poruczniku. Co to 

oznacza? 

- Że zamierza zamordować jeszcze pięć i chce, byśmy o tym wiedzieli. 

Lubi  to  robić  i  pragnie  być  w  centrum  naszej  uwagi.  -  Zaczerpnęła 
ostrożnie  oddechu.  -  To  za  mało,  by  określić  jego  psychikę.  Nie 
potrafimy  stwierdzić,  jak  długo  będzie  rozkoszował  się  tym 
morderstwem, kiedy poczuje potrzebę popełnienia następnej zbrodni. To 

background image

może nastąpić dzisiaj. To może nastąpić za rok. Nie możemy liczyć na 
to, że będzie nieostrożny. 

Whitney kiwnął tylko głową. 
- Gryzie cię poczucie winy? 
Nóż zalany krwią. Małe okaleczone ciałko u jej stóp. 
- Poradzę sobie. 
-  Na  pewno,  Dallas?  Przy  tak  delikatnej  sprawie  niepotrzebny  mi 

oficer, który będzie się martwił czy miał prawo użyć broni. 

- Z pewnością. 
Była jego najlepszym pracownikiem i nie mógł sobie pozwolić na to, 

żeby jej nie dowierzać. 

-  Jesteś  gotowa  pobawić  się  trochę  w  politykę?  -  Lekki  uśmiech 

wykrzywił  mu  wargi.  -  Senator  DeBlass  już  tu  jedzie.  Przyleciał  do 
Nowego Jorku wczoraj w nocy. 

- Dyplomacja nie jest moją mocną stroną. 
- Zdaję sobie z tego sprawę. Ale będziesz musiała stanąć na wysokości 

zadania. Senator chce rozmawiać z oficerem śledczym i zwrócił się z tą 
sprawą  do  mojego  szefa.  Rozkazy  przyszły  z  góry.  Masz  okazać 
senatorowi jak najdalej idącą pomoc. 

-  To  śledztwo  objęte  jest  Kodem  Piątym  -  stanowczym  tonem 

stwierdziła Eve. - Nie obchodzi mnie, czy rozkazy przyszły od samego 
Pana Boga, nie zamierzam przekazywać tajnych danych osobie cywilnej. 

Whitney  uśmiechnął  się  szerzej.  Miał  dobroduszną  pospolitą  twarz, 

pewnie już z taką się urodził. Ale kiedy się uśmiechał i naprawdę było 
mu wesoło na duszy, błysk białych zębów na tle śniadej skóry zmieniał 
jego pospolite rysy w zupełnie wyjątkowe. 

-  Nie  słyszałem  tego.  A  ty  nie  słyszałaś,  jak  ci  powiedziałem,  żebyś 

zapoznała  go  wyłącznie  z  oczywistymi  faktami.  Słyszysz  natomiast  to, 
poruczniku Dallas, że ten gentleman z Wirginii jest nadętym aroganckim 
dupkiem. Na nieszczęście ten dupek ma władzę. Więc uważaj. 

- Tak jest, sir. 
Zerknął  na  zegarek,  po  czym  wsunął  raport  i  dyskietkę  do  szuflady, 

którą zamknął na klucz. 

-  Jeszcze  zdążysz  wypić  kawę...  i,  poruczniku  -  dodał  wstając.  -  Jeśli 

nie  możesz  spać,  niech  lekarz  przepisze  ci  środki  uspokajające.  Chcę, 
żeby moi oficerowie zachowywali bystrość umysłu. 

- Proszę się nie obawiać. 

background image

Senator  Gerald  DeBlass  był  niewątpliwie  nadęty.  Był  bezsprzecznie 

arogancki.  I  po  spędzeniu  minuty  w  jego  towarzystwie  Eve  musiała 
przyznać, iż jest dupkiem. 

Senator  był  zwalistym  mężczyzną,  mającym  z  sześć  stóp  wzrostu  i 

ważącym  około  dwustu  dwudziestu  funtów.  Jego  jasna  czupryna  była 
przystrzyżona na jeża, przez co głowa wydawała się duża i okrągła. Miał 
ciemne oczy, które były niemal tak czarne jak krzaczaste brwi, duży nos 
i grube usta. 

Miał ogromne dłonie i kiedy podał Ewie rękę na powitanie, zauważyła, 

że jest gładka i miękka jak u dziecka. 

Przyprowadził  ze  sobą  swego  asystenta.  Derrick  Rockman  był 

energicznym  mężczyzną  po  czterdziestce.  Choć  miał  prawie sześć  stóp 
pięć cali wzrostu, Eve uważała, że jest szczuplejszy od DeBlassa o jakieś 
dwadzieścia  funtów.  Schludny,  zadbany;  na  jego  prążkowanym 
garniturze  i  szaroniebieskim  krawacie  nie  było  ani  jednej  zmarszczki. 
Miał poważną twarz o atrakcyjnych harmonijnych rysach, a gdy pomagał 
swemu  napuszonemu  senatorowi  zdjąć  kaszmirowy  płaszcz,  jego  ruchy 
były powściągliwe i opanowane. 

-  Co,  do  diabła,  zrobiliście,  żeby  znaleźć  tego  potwora,  który  zabił 

moją wnuczkę? - zapytał DeBlass. 

- Wszystko, co w naszej mocy, senatorze - Komendant Whitney wciąż 

stał. Choć poprosił DeBlassa o zajęcie miejsca, mężczyzna przechadzał 
się po pokoju, tak jakby przechadzał się po swojej ulubionej Senackiej 
Galerii w East Washington. 

-  Mieliście  na  to  dwadzieścia  cztery  godziny,  a  nawet  więcej  - 

tubalnym głosem odparł DeBlass. - Dowiedziałem się, że wyznaczył pan 
tylko dwóch oficerów do prowadzenia śledztwa. 

-  Owszem,  ze  względów  bezpieczeństwa.  Dwóch  moich  najlepszych 

oficerów - dodał dowódca.  - Porucznik Dallas nadzoruje dochodzenie i 
składa meldunki jedynie mnie. 

DeBlass skierował swe czarne surowe oczy na Ewę. 
- Jakie postępy pani poczyniła? 
-  Zidentyfikowaliśmy  broń,  ustaliliśmy  godzinę  śmierci.  Zbieramy 

dowody  i  przesłuchujemy  lokatorów  domu,  w  którym  mieszkała  panna 
DeBlass, a także sprawdzamy nazwiska znalezione w jej notesach. Poza 
tym,  pracuję  nad  zrekonstruowaniem  ostatnich  dwudziestu  czterech 
godzin jej życia. 

To powinno być oczywiste, nawet dla najbardziej powolnego umysłu, 

że została zamordowana przez jednego ze swoich klientów - zasyczał. 

background image

- W jej terminarzu nie ma  wzmianki  o  żadnym spotkaniu. Z ostatnim 

klientem,  który  udowodnił  swoje  alibi,  spotkała  się  parę  godzin  przed 
śmiercią. 

-  Proszę  przestać!  -  zażądał  DeBlass.  -  Mężczyzna,  który  płaci  za 

usługi  seksualne,  nie  będzie  miał  wyrzutów  sumienia  z  powodu 
popełnienia morderstwa. 

Choć  Eve  nie  mogła  dostrzec  współzależności  między  tymi  dwoma 

faktami,  przypomniała  sobie,  na  czym  polega  jej  zadanie  i  kiwnęła 
głową. 

- Pracuję nad tym, senatorze. 
- Chcę dostać kopie jej terminarzy spotkań. 
- To niemożliwe, senatorze - łagodnym tonem rzekł Whitney. 
-  W  sprawie  o  zabójstwo  wszystkie  dowody  są  tajne.  DeBlass  tylko 

prychnął i pokazał ręką na Rockmana. 

- Panie dowódco. - Rockman sięgnął do lewej kieszeni i wyjął złożoną 

kartkę  papieru,  opatrzoną  holograficzną  pieczęcią.  -  Ten  dokument 
wystawiony  przez  szefa  policji  umożliwia  panu  senatorowi  dostęp  do 
wszystkich dowodów i informacji, jakie zgromadzono w śledztwie. 

Whitney zerknął na oficjalne pismo, zanim odłożył je na bok. Zawsze 

uważał politykę za grę tchórzy i był zły, że musi brać w niej udział. 

-  Osobiście  porozmawiam  z  szefem.  Jeśli  podtrzyma  swoje  stano-

wisko,  kopie  będą  gotowe  jeszcze  dziś  po  południu.  -  Zbywszy 
Rockmana,  powrócił  wzrokiem  do  DeBlassa.  -  Utrzymanie  poufnego 
charakteru  dowodów  ma  pierwszorzędne  znaczenie  w  procesie 
śledczym.  Jeśli  pan  nalega  na  ich  odtajnienie,  ryzykuje  pan  dobro 
sprawy. 

- Ta sprawa, jak pan to ujął, to krew z mojej krwi i kość z mojej kości. 
- I dlatego mam nadzieję, że przede wszystkim będzie pan chciał nam 

pomóc w ujęciu mordercy. 

-  Służę  sprawiedliwości  od  ponad  pięćdziesięciu  lat.  Chcę  dostać  te 

informacje  do  południa.  -  Wziął  płaszcz  i  przerzucił  go  przez  swe 
muskularne ramię. - Jeśli dojdę do wniosku, że nie robicie wszystkiego, 
co  w  waszej  mocy,  by  złapać  tego  szaleńca,  dopilnuję,  żeby  usunięto 
pana  z  tego  gabinetu.  -  Odwrócił  się  w  stronę  Ewy.  -  I  żeby  pani, 
poruczniku,  następnym  razem  prowadziła  śledztwo  w  sprawie 
małolatów, którzy kradną w supermarketach. 

Gdy  przestał  wrzeszczeć,  Rockman  popatrzył  na  nich  przepraszająco 

swoim spokojnym, poważnym wzrokiem. 

background image

-  Proszę  wybaczyć  senatorowi.  Jest  podenerwowany.  Choć  był  w  nie 

najlepszych  stosunkach  z  wnuczką,  to  należała  przecież  do  rodziny.  A 
senator przedkłada rodzinę ponad wszystko na świecie. Jej śmierć, taka 
gwałtowna i bezsensowna, doprowadza go do szaleństwa. 

- To widać - mruknęła Eve. - Złość się w nim gotuje.  
Rockman  uśmiechnął  się;  potrafił  sprawiać  wrażenie  jednocześnie 

rozbawionego i zasmuconego. 

-  Dumni  mężczyźni  często  ukrywają  swój  ból  pod  maską  agresyw-

ności.  Mamy  pełne  zaufanie  do  państwa  umiejętności  i  wytrwałości  w 
dążeniu  do  celu.  Pani  porucznik,  panie  komendancie  -  skinął  głową.  - 
Oczekujemy  wszystkich  danych  dziś  po  południu.  Dziękuję,  że 
poświęcili nam państwo tyle czasu. 

- Jaki uprzejmy - mruknęła Eve, gdy Rockman zamknął za nimi cicho 

drzwi. - Chyba nie ulegnie pan naciskowi, panie komendancie. 

- Zrobię, co będę musiał. - W jego głosie kryła się tłumiona furia. - A 

teraz bierz się do roboty. 

Praca  w  policji  zbyt  często  bywa  nużąca.  Po  pięciu  godzinach 

wpatrywania  się  w  monitor  i  sprawdzania  nazwisk  umieszczonych  w 
notesach zamordowanej, Eve była bardziej zmęczona niż  gdyby wzięła 
udział w biegu maratońskim. 

Nawet  z  fachową  pomocą  Feeneya,  który  dysponując  lepszym 

sprzętem wziął na siebie część nazwisk, wciąż było ich zbyt wiele jak na 
jednego oficera śledczego.  

Sharon była bardzo popularna. 
Czując,  że  jeśli  zagwarantuje  swoim  rozmówcom  dyskrecję,  zyska 

więcej niż gdyby ich straszyła, Eve kontaktowała się za pomocą łącza z 
poszczególnymi  klientami  i  przedstawiała  im  sprawę.  Tych,  którzy  nie 
chcieli  się  zgodzić  na  rozmowę,  zapraszała  wesoło  do  odwiedzenia 
głównego  gmachu  policji,  uprzedzając,  że  zostaną  oskarżeni  o 
utrudnianie śledztwa. 

Do  popołudnia  udało  się  jej  porozmawiać  z  pierwszą  dwunastką 

klientów i postanowiła pojechać do Gorham. Sąsiad DeBlass, elegancki 
mężczyzna  z  windy,  nazywał  się  Charles  Monroe.  Eve  zastała  go  z 
klientką. 

Pociągająco  przystojny,  w  czarnym  jedwabnym  szlafroku  i  pachnący 

ponętnie seksem, Charles uśmiechnął się ujmująco. 

-  Okropnie  mi  przykro,  pani  porucznik.  Byłem  umówiony  o  trzeciej i 

do końca spotkania brakuje jeszcze piętnastu minut. 

background image

-  Poczekam.  -  Eve  bez  zaproszenia  weszła  do  środka.  W  przeci-

wieństwie  do  mieszkania  DeBlass,  w  tym  apartamencie  nie  brakowało 
wygodnych skórzanych foteli i grubych dywanów. 

-  Ach...  -  Najwyraźniej  rozbawiony  Charles  zerknął  przez  ramię  na 

dyskretnie  zamknięte  drzwi  do  sypialni.  -  Pani  rozumie,  intymność  i 
dyskrecja  odgrywają  zasadniczą  rolę  w  moim  zawodzie.  Moja  klientka 
może się zdenerwować, jeśli zobaczy policjantkę na progu mieszkania. 

- Nie ma sprawy. Jest tu kuchnia? 
Z jego piersi wyrwało się ciężkie westchnienie. 
- Jasne. Za tamtymi drzwiami. Proszę się rozgościć. Niedługo przyjdę. 
-  Niech  pan  się  nie  śpieszy.  -  Eve  przeszła  do  kuchni.  W  przeci-

wieństwie  do  eleganckiego  salonu,  urządzona  była  po  spartańsku. 
Charles chyba rzadko jadał w domu. Mimo to stała tu duża lodówka, w 
której znalazła taki rarytas jak schłodzona pepsi. Zadowolona usiadła, by 
ją wypić i poczekać, aż Charles zakończy swoje spotkanie. 

Wkrótce usłyszała szmer głosów mężczyzny i kobiety, a potem cichy 

chichot.  Chwilę  później  Charles  wszedł  do  środka  z  tym  samym 
beztroskim uśmiechem na twarzy. 

- Przykro mi, że musiała pani czekać. 
- Nie ma sprawy. Czy spodziewa się pan jeszcze kogoś? 
- Dopiero późnym wieczorem. - Wyjął dla siebie pepsi, zerwał pieczęć 

gwarantującą  świeżość  produktu  i  przelał  napój  do  wysokiej  szklanki. 
Zwinął  tubę  w  kulkę  i  wrzucił  do  utylizatora.  -  Kolacja,  opera  i 
romantyczne rendez - vous. 

-  Lubi  pan  takie  rzeczy?  Operę?  -  spytała,  gdy  błysnął  zębami  w 

szerokim uśmiechu. 

- Nienawidzę. Może pani sobie wyobrazić coś nudniejszego od baby z 

wielkim biustem, która wrzeszczy po niemiecku przez pół nocy? 

Eve zastanowiła się. 
- Nie. 
- Ale co robić. Ludzie mają różne gusta. - Jego uśmiech przygasł, gdy 

usiadł  obok  niej  w  kąciku  pod  oknem.  -  Słyszałem  o  Sharon  w 
porannych  wiadomościach.  Spodziewałem  się,  że  ktoś  przyjdzie.  To 
straszne. Nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje. 

- Dobrze ją pan znał? 
-  Byliśmy  sąsiadami  przez  ponad  trzy  lata...  i  od  czasu  do  czasu 

pracowaliśmy  razem.  Zdarzało  się,  że  któryś  z  naszych  klientów  miał 
ochotę na trio, więc wspólnie uczestniczyliśmy w zabawie. 

- A kiedy nie chodziło o interesy, też się razem zabawialiście? 

background image

-  Była  piękną  kobietą  i  uważała,  że  jestem  przystojny.  -  Poruszył 

okrytymi  jedwabiem  ramionami,  wędrując  wzrokiem  do  okna  z  przy-
ciemnionymi szybami, za którymi przeleciał tramwaj pełen turystów. 

- Jeśli jedno z nas miało ochotę na krótki przerywnik w pracy, drugie 

zazwyczaj  sprawiało  mu  tę  przyjemność.  -  Znowu  się  uśmiechnął.  - 
Rzadko  się  to  zdarzało.  Wie  pani,  jeśli  się  pracuje  w  sklepie  ze 
słodyczami,  szybko  traci  się  ochotę  na  czekoladę.  Była  moją  przyja-
ciółką, pani porucznik. I bardzo ją lubiłem. 

-  Chciałabym  wiedzieć,  co  pan  robił  między  dwunastą  a  trzecią  nad 

ranem tej nocy, kiedy zginęła? 

Uniósł brwi ze zdziwienia. Jeśli wcześniej przyszło  mu do  głowy,  że 

może  być  uważany  za  podejrzanego,  to  był  doskonałym  aktorem.  Nic 
dziwnego, pomyślała Eve, ludzie pracujący w takim fachu muszą  mieć 
talent aktorski. 

- Byłem z klientką. Została u mnie na noc. 
- Czy to normalna praktyka? 
-  Klientki  wolą  taki  układ.  Pani  porucznik,  podam  pani  jej  nazwisko, 

jeśli  będzie  to  absolutnie  konieczne,  ale  wolałbym  tego  nie  robić. 
Przynajmniej dopóki nie wyjaśnię jej okoliczności. 

-  Chodzi  o  morderstwo,  panie  Monroe,  więc  to  konieczne.  O  której 

przyprowadził pan tu swoją klientkę? 

-  Około  dziesiątej.  Zjedliśmy  kolację  w  U  Mirandy  w  podniebnej 

restauracji nad Szóstą ulicą. 

-  O  dziesiątej.  -  Eve  kiwnęła  głową,  przypomniawszy  sobie 

odpowiedni fragment nagrania. 

-  Kamera  inwigilująca  wnętrze  windy.  -  Znowu  uśmiechnął  się 

czarująco.  -  To  staroświeckie  przepisy.  Wiem,  że  mogłaby  pani  mnie 
załatwić, ale chyba szkoda na to czasu. 

-  Każdy  akt  seksualny  popełniany  na  terenie  strzeżonym  jest 

wykroczeniem, panie Monroe. 

- Charles, proszę. 
-  Możesz  narzekać,  Charles,  ale  mają  prawo  zawiesić  ci  licencję  na 

sześć miesięcy. Podaj mi jej nazwisko, a zapomnimy o całej sprawie. 

-  Chcesz  mi  odebrać jedną  z  moich  najlepszych  klientek  -  mruknął.  - 

Darleen Howe. Podam ci jej adres. - Wstał, by wziąć swój elektroniczny 
notes, po czym odczytał jej stosowne dane. 

- Dzięki. Czy Sharon rozmawiała z tobą o swoich klientach? 
- Byliśmy przyjaciółmi - powiedział ostrożnie. - Tak, rozmawialiśmy o 

pracy,  chociaż  nie  było  to  całkiem  etyczne.  Opowiadała  mi  zabawne 

background image

historie.  Ja  mam  bardziej  konwencjonalny  styl  pracy.  Sharon  była... 
otwarta  na  nietypowe  propozycje.  Czasami  wychodziliśmy  na  drinka  i 
wtedy  sporo  opowiadała.  Bez  podawania  nazwisk.  Miała  własne 
określenia  na  swoich  klientów.  Imperator,  łasica,  dojarka,  coś  w  tym 
stylu. 

-  Czy  kiedykolwiek  wspominała  o  kimś,  kto  jej  się  narzucał,  kto 

wzbudzał jej niepokój? O kimś, kto używał przemocy? 

-  Nie  miała  nic  przeciwko  przemocy  i  nie,  nikogo  się  nie  bała. Jedno 

trzeba  wiedzieć  o  Sharon  -  zawsze  miała  nad  wszystkim  kontrolę. 
Chciała  tego,  ponieważ  przez  większość  życia,  jak  mówiła,  była  pod 
kontrolą  innych.  Miała  ogromnie  dużo  żalu  do  swojej  rodziny.  Kiedyś 
mi  powiedziała,  że  nigdy  nie  zamierzała  zostać  prostytutką. 
Zdecydowała  się  na  ten  krok  tylko  dlatego,  że  chciała  rozwścieczyć 
swoją  rodzinę.  Ale  później  spodobało  jej  się  to,  co  robiła.  -  Znowu 
wzruszył ramionami, wypił łyk pepsi. - Więc pozostała w tym zawodzie 
i  upiekła  dwie  pieczenie  przy  jednym  ogniu.  To  jej  własne  słowa.  - 
Podniósł oczy. - Wygląda na to, że zabił ją jeden z tych skurwysynów. 

-  Taak.  -  Eve  wstała,  chowając  rekorder.  -  Nie  wyjeżdżaj  z  miasta, 

Charles. Będziemy w kontakcie. 

- To wszystko? 
- Na razie. 
Wstał, znowu się uśmiechając. 
- Miła jesteś jak na glinę... Ewo. - Przesunął na próbę opuszkiem palca 

po  jej  ramieniu.  Kiedy  uniosła  brew,  musnął  palcem  jej  policzek.  - 
Spieszysz się? 

- Dlaczego pytasz? 
- Cóż, mam parę godzin wolnych, a ty jesteś bardzo pociągająca. Duże 

złociste  oczy  -  mruknął.  -  Mały  dołeczek  w  bródce.  -  Może  zostaniesz 
trochę dłużej? 

Poczekała, aż opuścił głowę i jego usta zawisły nad jej ustami. 
- Czy chcesz mnie przekupić, Charles? Bo jeśli tak, a jesteś w połowie 

tak dobry jak myślę... 

-  Lepszy.  -  Ugryzł  ją delikatnie  w  dolną  wargę, jego  ręka  ześlizgnęła 

się na dół, by pieścić jej pierś. - O wiele lepszy. 

-  W  takim  razie...  musiałabym  oskarżyć  cię  o  przestępstwo.  - 

Uśmiechnęła się, kiedy odskoczył jak oparzony. - A to zasmuciłoby nas 
oboje.  -  Rozbawiona  pogłaskała  go  po  twarzy.  -  Ale  dzięki  za 
propozycję. 

Drapiąc się po policzku, odprowadził ją do drzwi. 

background image

- Eve? 
Zatrzymała się z ręką na gałce i zerknęła na niego przez ramię. 
- Tak? 
-  Abstrahując  od  łapówki,  gdybyś  zmieniła  zdanie,  chętnie  się  z  tobą 

spotkam. 

- Dam ci znać. - Zamknęła drzwi i ruszyła w stronę windy. Charlesowi 

Monroe,  pomyślała,  nie  byłoby  trudno  wymknąć  się  ze  swojego 
mieszkania, pozostawiając w nim śpiącą klientkę i złożyć wizytę Sharon. 
Szybki seks, szybkie morderstwo... 

Zadumana wsiadła do windy. 
Jako  mieszkaniec  tego  budynku  nie  miałby  trudności  z  dostaniem  się 

do  systemów  zabezpieczających.  Mógłby  spreparować  dyskietki,  a 
potem wrócić do łóżka, w którym spała jego klientka. 

Szkoda,  że  ten  scenariusz  jest  możliwy  do  przyjęcia,  pomyślała 

wychodząc do hallu. Polubiła Charlesa Monroe, ale dopóki nie sprawdzi 
dokładnie jego alibi, będzie pierwszy na jej krótkiej liście podejrzanych. 

background image


 
Eve  nienawidziła  pogrzebów.  Czuła  wstręt  do  sposobu  w  jaki  ludzie 

celebrowali śmierć. Kwiaty, muzyka, nie kończące się mowy i płacze. 

Może  Bóg  istnieje.  Nie  wykluczała  takiej  ewentualności.  A  jeśli 

istnieje,  pomyślała,  to  musi  się  śmiać  ze  stworzonych  przez  siebie 
bezsensownych rytuałów. 

Mimo to pojechała do Wirginii, aby wziąć udział w pogrzebie Sharon 

DeBlass. Chciała zobaczyć zgromadzonych w jednym miejscu członków 
rodziny  i  przyjaciół  zmarłej,  by  dokładnie  im  się  przyjrzeć  i  wyrobić 
sobie zdanie na ich temat. 

Senator stał z ponurą twarzą i suchymi oczami, a jego cień - Rockman 

- w ławce za nim. Miejsca z lewej strony DeBlassa zajmowali jego syn i 
synowa. 

Rodzice  Sharon  byli  młodymi,  atrakcyjnymi  ludźmi,  wziętymi 

adwokatami, którzy prowadzili własną firmę prawniczą. 

Richard  DeBlass  stał  z  pochyloną  głową,  opuszczonymi  oczami, 

niczym  bardziej  wymuskana  i  jakby  mniej  dynamiczna  wersja  swego 
ojca. Czy to przypadek, zastanowiła się Eve, czy też zostało ustalone, że 
Richard będzie stał w równej odległości między ojcem a żoną? 

Elizabeth  Barrister  wyglądała  skromnie  i  elegancko  w  ciemnym 

kostiumie;  jej  falujące  mahoniowe  włosy  lśniły,  sylwetka  była 
wyprostowana.  Eve  zauważyła,  że  do  zaczerwienionych  oczu  wciąż 
napływały łzy. 

Co  czuje  matka,  przez  całe  życie  zastanawiała  się  Eve,  kiedy  straci 

dziecko? 

Senator DeBlass miał także córkę, i to ona właśnie zajmowała miejsce 

po jego prawej stronie. Senator Catherine DeBlass poszła w ślady ojca i 
poświęciła  się  polityce.  Przerażająco  chuda,  stała  wyprostowana  po 
wojskowemu,  a  jej  osłonięte  czarną  sukienką  ramiona  wyglądały  jak 
małe kruche gałązki. Stojący obok niej mąż, Justin Summit, wpatrywał 
się w okrytą różami błyszczącą trumnę, którą umieszczono na przedzie 
kościoła. U jego boku ich syn Franklin, który wciąż był w tym okresie 
dorastania,  kiedy  młodzieniec  włóczy  się  z  całą  bandą,  wiercił  się 
niespokojnie. 

Przy końcu ławki, jakby z dala od reszty rodziny, stała żona DeBlassa, 

Anna. 

background image

Nie  wierciła  się  ani  nie  płakała.  Eve  nie  zauważyła,  żeby  choć  raz 

zerknęła na obsypaną kwiatami skrzynię, która kryła zwłoki jej jedynej 
wnuczki. 

Oczywiście,  byli  też  inni  żałobnicy.  Rodzice  Elizabeth  stali  razem, 

trzymając  się  za  ręce  i  głośno  płacząc.  Krewni,  znajomi  i  przyjaciele 
przykładali  chusteczki  do  oczu  albo  po  prostu  rozglądali  się  dokoła  z 
zaciekawieniem  lub  przerażeniem.  Prezydent  przysłał  swego  przed-
stawiciela,  a  kościół  był  bardziej  nabity  politykami  niż  senacka 
restauracja. 

Chociaż było tam ponad dwieście twarzy, Eve bez trudu dostrzegła w 

tłumie  Roarke'a.  Stał  w  ławce  razem  z  innymi,  ale  łatwo  zorientowała 
się,  że  jest  typem  samotnika.  Mogłoby  być  dziesięć  tysięcy  ludzi  w 
budynku, a on i tak trzymałby się od nich z dala. 

Jego  interesująca  twarz  nie  wyrażała  żadnych  uczuć:  ani  poczucia 

winy,  ani  żalu,  ani  zainteresowania  tym,  co  się  dzieje.  Równie  dobrze 
mógłby  oglądać  jakąś  kiepską  sztukę.  Eve  pomyślała,  że  to  chyba 
najlepsze określenie pogrzebu. 

Ludzie  odwracali  głowy  w  jego  stronę,  by  rzucić  mu  szybkie 

spojrzenie,  albo  -  jak  w  przypadku  zgrabnej  brunetki  -  jawnie  go 
kokietować. Roarke lekceważył jednych i drugich. 

Na  pierwszy  rzut  oka  wydał  się  jej  zimnym,  niedostępnym  niczym 

twierdza  człowiekiem,  który  ma  się  na  baczności  przed  wszystkim  i 
wszystkimi. Ale musiał mieć jakąś pasję. Do zbicia takiej fortuny w tak 
młodym  wieku  trzeba  czegoś  więcej  niż  dyscypliny  wewnętrznej  i 
inteligencji.  Trzeba  ambicji,  a  zdaniem  Eve,  ambicja  łatwo  roznieca 
płomień w sercu. 

Patrzył  przed  siebie,  gdy  zaintonowano  pieśń  pogrzebową,  po  czym 

bez ostrzeżenia odwrócił głowę i spojrzał przez nawę do tyłu, prosto w 
oczy Eve, która siedziała pięć ławek za nim. 

Zadziwiające,  że  musiała  bardzo  nad  sobą  panować,  by  wytrzymać 

jego  niespodziewane  i  władcze  spojrzenie.  Siłą  woli  powstrzymała  się 
przed mrugnięciem czy odwróceniem wzroku. Przez  chwilę patrzyli na 
siebie.  Potem  zostali  zasłonięci  przez  żałobników,  którzy  zaczęli 
opuszczać kościół. 

Kiedy Eve weszła do nawy, by go poszukać, nie było już po nim śladu. 
Włączyła  się  w  sznur  samochodów  i  limuzyn  jadących  na  cmentarz. 

Karawan  i  pojazdy  z  rodziną  leciały  uroczyście  nad  nimi.  Tylko 
wyjątkowi bogacze mogli sobie pozwolić na pogrzeb. Jedynie obsesyjni 
tradycjonaliści nadal składali w grobie zwłoki bliskich im osób. 

background image

Pukając  palcami  w  kierownicę  zaczęła nagrywać  swoje spostrzeżenia 

na  rekorder.  Kiedy  doszła  do  Roarke'a,  zawahała  się  i  jeszcze  mocniej 
ściągnęła brwi. 

-  Dlaczego  zadał  sobie  tyle  trudu,  by  przyjechać  na  pogrzeb 

przypadkowej  znajomej?  -  Mruknęła  do  rekorderu,  który  miała  w 
kieszeni. - Zgodnie z danymi, poznali się dopiero niedawno i byli tylko 
na  jednej  randce.  Jego  postępowanie  wydaje  się  niekonsekwentne  i 
niejasne. 

Przeszedł ją dreszcz i przejeżdżając przez łukowatą bramę cmentarza 

ucieszyła się, że jest sama w samochodzie. Uważała, że prawo powinno 
zabraniać wkładania kogokolwiek do dziury w ziemi. 

Dużo słów i płaczu, mnóstwo kwiatów. Słońce lśniło jak miecz, ale w 

powietrzu  czuło  się  przejmujący  chłód.  Kiedy  podeszła  do  grobu, 
wsunęła ręce do kieszeni. Znowu zapomniała rękawiczek. Długi ciemny 
płaszcz, w którym przyjechała, był pożyczony. Pod spodem miała swój 
jedyny szary kostium z wiszącym na jednej nitce guzikiem, który zdawał 
się błagać, by go wreszcie przyszyła. Kozaczki były wykonane z bardzo 
cienkiej skórki i stopy Ewy powoli zamieniały się w dwie bryłki lodu. 

Była tak zziębnięta, że nie myślała o nieszczęściu, z jakim kojarzył się 

widok  nagrobka,  nie  czuła  zapachu  świeżo  wykopanej  ziemi. 
Uzbroiwszy  się  w  cierpliwość,  poczekała,  dopóki  nie  przebrzmiało 
ostatnie  żałobne  słowo  o  nieśmiertelności  duszy,  po  czym  podeszła  do 
senatora. 

- Wyrazy współczucia dla pana i całej rodziny, senatorze DeBlass.  
Rzucił jej twarde i ostre spojrzenie. 
-  Niech  pani  sobie  oszczędzi  współczucia,  pani  porucznik.  Chcę 

sprawiedliwości. 

- Ja też. Pani DeBlass... - Eve podała rękę żonie senatora i wydało się 

jej, że jej palce ściskają wiązkę kruchych gałązek. 

- Dziękuję, że pani przyszła. 
Eve  skinęła  głową.  Wystarczyło  jej  jedno  spojrzenie,  by  się 

zorientować,  że  Anna  DeBlass  panuje  nad  sobą  dzięki  dużej  dawce 
środków  uspokajających.  Przesunęła  wzrokiem  po  twarzy  Ewy  i 
popatrzyła ponad jej ramieniem. 

-  Dziękuję,  że  pani  przyszła  -  powiedziała  dokładnie  tym  samym 

bezbarwnym tonem do następnej osoby, która złożyła jej kondolencje. 

Zanim  Eve  zdążyła  znowu  się  odezwać,  ktoś  ścisnął  ją  za  rękę. 

Zobaczyła Rockmana, który uśmiechnął się do niej z powagą. 

background image

-  Poruczniku  Dallas,  senator  i  jego  rodzina  doceniają  współczucie  i 

zainteresowanie,  jakie  pani  okazała,  przybywając  na  tę  smutną 
uroczystość.  -  Ze  zwykłym  sobie  spokojem  zaczął  wyprowadzać  ją  z 
cmentarza,  -  Na  pewno  pani  zrozumie,  że  rodzicom  Sharon  trudno 
byłoby rozmawiać nad grobem córki z oficerem prowadzącym śledztwo 
w sprawie jej śmierci. 

Eve pozwoliła mu się prowadzić przez jakieś pięć stóp, zanim wyrwała 

rękę. 

- Zna się pan na swojej robocie, Rockman. Rozumiem, że to delikatny 

i dyplomatyczny sposób powiedzenia mi, żebym zabrała dupę w troki. 

-  Wcale  nie.  -  Nadal  uśmiechał  się  uprzejmie.  -  Chodzi  po  prostu  o 

czas  i  miejsce.  Może  pani  liczyć  na  naszą  pełną  współpracę,  pani 
porucznik.  Jeśli  życzy  sobie  pani  przesłuchać  rodzinę  senatora,  chętnie 
to zorganizuję. 

-  Sama  zorganizuję  swoje  przesłuchania,  sama  wyznaczę  ich  czas  i 

miejsce.  -  Jego  spokojny  uśmiech  wyprowadzał  ją  z  równowagi,  więc 
postanowiła sprawdzić, czy potrafi go zgasić. - A co z panem, Rockman? 
Ma pan alibi na noc morderstwa? 

Uśmiech  zniknął  z  jego  twarzy,  co  sprawiło  jej  pewną  satysfakcję. 

Jednak Rockman szybko się pozbierał. 

- Nie podoba mi się słowo alibi. 
- Mnie także - odparła i również się uśmiechnęła. - Dlatego tak bardzo 

pragnę  rozwiać  wszelkie  wątpliwości.  Nie  odpowiedział  pan  na  moje 
pytanie. 

-  Tej  nocy,  kiedy  Sharon  została  zamordowana,  byłem  w  East 

Washington.  Pracowałem  z  senatorem  nad  przygotowaniem  projektu 
ustawy, którą zamierza przedstawić w przyszłym miesiącu. 

- Podróż stamtąd do Nowego Jorku nie trwa długo - zauważyła. 
-  To  prawda.  Jednak  nie  odbyłem  jej  tamtej  nocy.  Pracowaliśmy 

niemal do dwunastej, a potem położyłem się spać w pokoju gościnnym. 
O  siódmej  rano  następnego  dnia  zjedliśmy  razem  śniadanie.  Skoro 
Sharon,  zgodnie  z  pani  raportem,  została  zabita  o  drugiej,  to  miałem 
nikłe szansę, by to zrobić. 

-  Ale  je  pan  miał.  -  Powiedziała  to  tylko  po  to,  by  go  zdenerwować. 

Przekazując  DeBlassowi  akta  sprawy,  zataiła  informację  o 
sfałszowanych dyskietkach. Morderca był w Gorham już przed północą. 
Rockman nie powiedziałby, że przebywał z dziadkiem ofiary, gdyby to 
nie  było  prawda.  Fakt,  że  Rockman  pracował  o  północy  w  East 
Washington, wykluczał go całkowicie z grona podejrzanych. 

background image

Znowu  dostrzegła  Roarke'a  i  patrzyła  z  zainteresowaniem,  jak 

Elizabeth Barrister przywarła do niego, jak pochylił głowę i coś do niej 
szeptał. Niezwykły jak na nieznajomych sposób przekazywania wyrazów 
współczucia, pomyślała. 

Jej  brew  uniosła  się  ze  zdziwienia,  kiedy  Roarke  położył  rękę  na 

policzku  Elizabeth,  pocałował  ją  w  drugi  policzek,  po  czym  odszedł  i 
rozmawiał po cichu z Richardem DeBlass. 

Podszedł do senatora, ale rozmowa między nimi trwała krótko. Potem 

samotnie,  tak  jak  Eve  przewidziała,  Roarke  ruszył  przez  zmarznięty 
trawnik między zimnymi pomnikami, które żywi wznieśli umarłym. 

- Roarke! 
Zatrzymał  się  i  tak  jak  podczas  nabożeństwa,  odwrócił  głowę  i 

poszukał wzrokiem jej oczu. Wydawało się jej, że dostrzegła coś w jego 
spojrzeniu:  gniew,  smutek,  zniecierpliwienie.  Po  chwili  to  wrażenie 
minęło i jego oczy stały się po prostu zimne, niebieskie i niezgłębione. 

Nie śpieszyła się idąc w jego stronę. Coś jej mówiło, że ten mężczyzna 

jest  za  bardzo  przyzwyczajony  do  ludzi  -  z  pewnością  do  kobiet  - 
rzucających się na niego. Więc szła wolno a przy każdym kroku brzegi 
pożyczonego płaszcza ocierały się o jej zziębnięte nogi. 

-  Chciałabym  z  panem  porozmawiać  -  rzekła  stając  z  nim  twarzą  w 

twarz.  Wyjęła  odznakę,  zobaczyła,  że  zerknął  na  nią,  zanim  znowu 
popatrzył jej w oczy. - Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa Sharon 
DeBlass. 

- Ma pani zwyczaj przychodzić na pogrzeby swoich ofiar, poruczniku 

Dallas? 

Mówił  jedwabistym  głosem,  z  uroczym  irlandzkim  zaśpiewem, 

przypominającym bitą śmietanę na podgrzanej whiskey. 

-  A  pan,  Roarke,  ma  zwyczaj  przychodzić  na  pogrzeby  kobiet,  które 

ledwo pan zna? 

-  Jestem  przyjacielem  rodziny  -  odparł  po  prostu.  -  Skostniała  pani  z 

zimna, poruczniku. 

Wcisnęła zziębnięte ręce do kieszeni płaszcza. 
- Jak dobrze zna pan rodzinę ofiary? 
-  Wystarczająco  dobrze.  -  Pochylił  głowę.  Za  chwilę,  pomyślał,  ona 

będzie  szczękać  zębami.  Napastliwy  wiatr  rozwiewał  jej  źle  podcięte 
włosy wokół bardzo interesującej twarzy. Inteligentna, uparta, seksowna. 
Trzy  dobre  powody,  by  dokładniej  przyjrzeć  się  kobiecie.  -  Czy  nie 
wolałaby pani porozmawiać w jakimś cieplejszym miejscu? 

Nie mogłam pana złapać - zaczęła. 

background image

-  Podróżowałem.  Teraz  mnie  pani  złapała.  Rozumiem,  że  wraca  pani 

do Nowego Jorku. Czy dzisiaj? 

- Tak.  Za parę minut muszę wyjechać, by zdążyć na  rejs wahadłowy. 

Więc... 

-  Więc  wrócimy  razem.  Będzie  pani  miała  wystarczająco  dużo  czasu, 

by mnie przemaglować. 

-  Przesłuchać  -  powiedziała  przez  zęby,  zirytowana,  że  Roarke 

odwrócił się i odszedł. Musiała nieźle wyciągać nogi, by go dogonić. 

-  Zadam  panu  teraz  kilka  prostych  pytań,  Roarke,  i  możemy  umówić 

się na oficjalne przesłuchanie w Nowym Jorku. 

-  Nie  lubię  tracić  czasu  -  rzekł  lekko.  -  Mam  wrażenie,  że  pod  tym 

względem jest pani do mnie podobna. Wynajęła pani samochód? 

- Tak. 
-  Załatwię,  żeby  go  zwrócono.  -  Wyciągnął  rękę,  czekając  na  kartę 

uruchamiającą silnik. 

- To nie jest konieczne. 
-  Ale  tak  będzie  prościej.  Cenię  sobie  komplikacje,  poruczniku,  ale 

cenię  też  ułatwienia.  Jedziemy  w  to  samo  miejsce  dokładnie  w  tym 
samym  czasie.  Chce  pani  ze  mną  porozmawiać  i  chętnie  to  pani 
umożliwię.  -  Zatrzymał  się  przy  czarnej  limuzynie,  gdzie  kierowca  w 
służbowym stroju czekał, by otworzyć tylne drzwi. 

- Wszystko gotowe do drogi. Oczywiście, może pani pojechać za mną 

na  lotnisko,  wsiąść  do  rejsowego  samolotu,  po  czym  zadzwonić  do 
mojego biura, by umówić się na spotkanie. Albo może pani pojechać ze 
mną,  skorzystać  z  mego  prywatnego  odrzutowca  i  rozmawiać  ze  mną 
przez całą drogę. 

Wahała  się  tylko  przez  chwilę,  po  czym  wyjęła  z  kieszeni  kartę 

uruchamiającą  silnik  wypożyczonego  samochodu  i  włożyła  mu  ją  do 
ręki. Uśmiechając się, zaprosił ją gestem do zajęcia miejsca w limuzynie, 
a  gdy  wsiadała,  poinstruował  kierowcę,  co  ma  zrobić  z  wynajętym 
wozem. 

-  No,  to  w  drogę.  -  Roarke  usiadł  obok  niej  i  sięgnął  po  karafkę.  - 

Napije się pani brandy na rozgrzewkę? 

Nie. - W samochodzie było włączone ogrzewanie; zaczęła odczuwać 

miłe ciepło i bała się, że w konsekwencji dostanie dreszczy. 

- No tak. Jest pani na służbie. Może kawy? 
- Z przyjemnością. 

background image

Złoty zegarek błysnął na jego nadgarstku, gdy zamawiając dwie kawy 

wcisnął  odpowiedni  przycisk  na  automatycznym  kuchmistrzu 
wbudowanym w boczną ścianę.  

- Ze śmietanką? 
- Czarną. 
-  Mamy  identyczne  gusta.  -  Chwilę  później  otworzył  specjalne 

drzwiczki  i  podał  jej  porcelanową  filiżankę  z  kruchym  spodeczkiem.  - 
Na pokładzie samolotu będziemy mieli większy wybór - rzekł sadowiąc 
się wygodnie z filiżanką kawy w ręku. 

-  Nie  wątpię.  -  Para  unosząca  się  z  czarki  pachniała  niebiańsko.  Eve 

spróbowała napoju - i niemal jęknęła. 

Prawdziwa  kawa.  Nie  jej  namiastka  z  koncentratu  roślinnego,  którą 

zwykle pijano, dopóki silne deszcze, jakie nawiedziły lasy pod koniec lat 
dwudziestych,  nie  zniszczyły  zapasów  surowca.  Ta  była  prawdziwa, 
wyprodukowana z najlepszych kolumbijskich ziaren, nasycona kofeiną. 

Wypiła jeszcze jeden łyk i miała ochotę rozpłakać się ze szczęścia. 
-  Jakieś  problemy?  -  Bardzo  mu  się  podobała  jej  reakcja:  trzepotanie 

rzęs, lekki rumieniec, pociemniałe oczy; kobieta zachowuje się podobnie 
pod dotykiem męskich rąk. 

- Wie pan, jak dawno nie piłam prawdziwej kawy?  
Uśmiechnął się. 
- Nie. 
-  Ja  też  nie.  -  Bez  zażenowania  zamknęła  oczy  i  kolejny  raz  zbliżyła 

filiżankę  do  ust.  -  Proszę  mi  wybaczyć  tę  chwilę  słabości. 
Porozmawiamy w samolocie. 

- Jak pani sobie życzy. 
Patrzył  na  nią  z  prawdziwą  przyjemnością,  gdy  samochód  mknął 

autostradą. 

Dziwne, pomyślał, nie zorientował się, że jest gliną. Zwykle instynkt 

go nie mylił w takich sprawach. Podczas pogrzebu myślał tylko o tym, 
jaką ogromną stratą dla takiej młodej, szalonej i pełnej życia dziewczyny 
jak Sharon była śmierć. 

Potem  wyczuł  coś,  co  wprawiło  go  w  stan  wewnętrznego  napięcia. 

Poczuł  na  sobie jej  wzrok,  tak  wyraźnie,  jakby  został  uderzony.  Kiedy 
się  odwrócił,  kiedy  ją  zobaczył,  nastąpiło  kolejne  uderzenie.  Wolno 
zadany cios, od którego nie był w stanie się uchylić. 

To było fascynujące. 
Ale światełko ostrzegawcze nie zapaliło się w jego głowie. Światełko, 

które  powinno  go  zaalarmować,  że  to  glina.  On  widział  tylko  wysoką, 

background image

smukłą  kobietę  z  krótkimi  zmierzwionymi  włosami,  o  oczach  koloru 
miodu i ustach stworzonych do całowania. 

Gdyby go nie odszukała, on by ją odnalazł. 
Fatalnie, że jest gliną. 
Nie  odezwała  się  ani  słowem,  dopóki  nie  weszła  do  kabiny  jego 

odrzutowca Star 6000. 

Nie  chciała  znowu  dać  się  zaskoczyć.  Raz  mogła  sobie  pozwolić  na 

chwilę słabości, ale zupełnie nie zależało jej na tym, żeby oczy wyszły 
jej z orbit na widok luksusowej kabiny z miękkimi fotelami, kanapami i 
kryształowymi wazonami pełnymi kwiatów. 

We wnęce na przedniej ścianie wisiał ekran. W kabinie czekał na nich 

umundurowany  steward,  który  nie  okazał  zdziwienia  na  widok 
nieznajomej towarzyszącej Roarke'owi. 

- Brandy, sir? 
- Moja towarzyszka woli kawę, czarną Dianę. - Uniósł pytająco brew, 

czekając, aż Eve kiwnie głową. - Ja napiję się brandy. 

- Słyszałam o tym odrzutowcu. - Eve zrzuciła z ramion płaszcz, który 

steward błyskawicznie zabrał razem z płaszczem Roarke'a. - Przyjemny 
sposób podróżowania. 

- Dziękuję. Projektowaliśmy go przez dwa lata. 
- W Roarke Industries? - spytała siadając w fotelu. 
-  Zgadza  się.  Wolę  korzystać  z  własnego  środka  transportu,  kiedy  to 

tylko  możliwe.  Musi  pani  zapiąć  pasy  na  czas  startu  -  powiedział,  po 
czym pochylił się do przodu, by włączyć interkom. - Jesteśmy gotowi. 

-  Mamy  pozwolenie  -  odpowiedziano.  -  Startujemy  za  trzydzieści 

sekund. 

Zanim Eve zdążyła mrugnąć, znaleźli się w powietrzu, a start przebiegł 

tak  gładko,  że  ledwo  poczuła  przyspieszenie.  To  o  niebo  lepsze, 
pomyślała,  od  lotów  pasażerskich,  podczas  których  człowiek  jest 
wciśnięty w siedzenie przez pierwsze pięć minut podróży. 

Podano  im  drinki  oraz  paterę  z  owocami  i  serami,  na  widok  których 

Ewie ślinka pociekła do ust. Pora wziąć się do roboty, pomyślała. 

- Kiedy pan poznał Sharon DeBlass? 
- Niedawno, spotkaliśmy się w domu naszych wspólnych znajomych. 
- Powiedział pan, że jest przyjacielem rodziny. 
-  Raczej  jej  rodziców  -  lekkim  tonem  odrzekł  Roarke.  -  Znam  Beth  i 

Richarda  od  kilku  lat.  Najpierw  spotykaliśmy  się  na  gruncie 
zawodowym, potem prywatnym. Sharon była wtedy w szkole w Europie 

background image

i nasze drogi nigdy się nie zeszły. Po raz pierwszy umówiłem się z nią na 
kolację parę dni temu. Potem została zabita. 

Z  wewnętrznej  kieszeni  marynarki  wyjął  płaskie  pozłacane  pudełko. 

Oczy Ewy zwęziły się z gniewu, kiedy zobaczyła, że mężczyzna zapala 
papierosa. 

- Posiadanie tytoniu jest nielegalne - powiedziała. 
- Nie w wolnej przestrzeni powietrznej, na wodach międzynarodowych 

albo  na  terenie  prywatnej  posiadłości.  -  Uśmiechnął  się  przez  mgiełkę 
dymu. - Nie sądzi pani, poruczniku, że policja ma wystarczająco dużo do 
roboty bez czuwania nad naszą moralnością i stylem życia? 

Nie  chciała  się  przyznać  nawet  przed  sobą,  że  nikotyna  pachniała 

kusząco. 

-  Czy  dlatego  kolekcjonuje  pan  rewolwery?  Czy  jest  to  częścią 

pańskiego stylu życia? 

-  Uważam,  że  są  fascynujące.  Nasi  dziadkowie  mieli  konstytucyjnie 

zagwarantowane  prawo  do  posiadania  broni.  Kiedy  wprowadzaliśmy 
naszą cywilizację, manipulowaliśmy prawami konstytucyjnymi. 

-  Ale  dzisiaj  zabicie  albo  zranienie  kogoś  tego  rodzaju  bronią  jest 

raczej zboczeniem niż normą. 

- Lubi pani przepisy, poruczniku? 
Pytanie było  zadane  łagodnym  tonem,  ale  kryła  się w  nim  zniewaga. 

Wyprostowała się gwałtownie. 

- Brak przepisów grozi chaosem. 
-  Z  chaosu  rodzi  się  życie.  Bezsensowna  filozofia,  pomyślała  z 

irytacją. 

-  Czy  posiada  pan  Smitha  &  Wessona,  kaliber  trzydzieści  osiem, 

model dziesiątka, z roku mniej więcej tysiąc dziewięćset dziesiątego? 

Zaciągnął  się  wolno  dymem  z  papierosa,  którego  trzymał  w  długich, 

wypielęgnowanych palcach. 

- Chyba mam ten model. Czy z takiego rewolweru ją zabito? 
- Czy zechciałby pan mi go pokazać? 
- Oczywiście, kiedy tylko, pani zechce. 
Za  łatwo  poszło,  pomyślała.  Wszystko,  co  przychodziło  z  łatwością, 

budziło jej podejrzenia. 

- Jadł pan kolację z denatką na dzień przed jej śmiercią. W Meksyku. 
-  Zgadza  się.  -  Roarke  zgasił  papierosa  i  usadowił  się  wygodnie  z 

kieliszkiem brandy w ręku. - Mam małą willę na zachodnim wybrzeżu. 
Pomyślałem, że jej się tam spodoba. I miałem rację. 

- Czy utrzymywał pan kontakty fizyczne z Sharon DeBlass?  

background image

Jego oczy rozbłysły na chwilę, ale nie była pewna czy z gniewu, czy z 

rozbawienia. 

- Rozumiem, że pani pyta, czy kochałem się z nią. Nie, pani porucznik, 

choć nie sądzę, żeby miało to jakieś znaczenie. Zjedliśmy tylko kolację. 

- Zabrał pan piękną kobietę, zawodową prostytutkę, do swojej willi w 

Meksyku i ograniczył się pan do zjedzenia z nią kolacji? 

Nie  spieszył  się  z  odpowiedzią,  długo  wybierając  zielone  dojrzałe 

winogrona. 

-  Cenię  sobie  piękne  kobiety  i  lubię  spędzać  z  nimi  czas.  Nie 

zatrudniam  zawodowych  prostytutek  z  dwóch  względów.  Po  pierwsze, 
nie uważam, że za seks trzeba płacić. - Popijał brandy, przyglądając się 
Ewie  znad  kieliszka.  -  Po  drugie,  postanowiłem  oddzielić  pracę  od 
przyjemności. - Zamilkł, ale tylko na chwilę. - A pani?  

Żołądek podszedł jej do gardła, lecz zignorowała to. 
- Nie rozmawiamy o mnie. 
-  Ja  rozmawiam.  Jest  pani  piękną  kobietą  i  będziemy  tu  sami  jeszcze 

przez co najmniej piętnaście minut. A  mimo to wypiliśmy tylko razem 
kawę i brandy. - Uśmiechnął się widząc, że jej oczy rozbłysły gniewem. 
- Bohaterski wyczyn, prawda? Ciekawe, co mnie powstrzymuje. 

-  Powiedziałabym,  że  pana  związek  z  Sharon  DeBlass  miał  zupełnie 

inny posmak. 

-  Och,  całkowicie  się  z  panią  zgadzam.  -  Wybrał  jeszcze  jedną  kiść 

winogron i poczęstował ją nimi. 

Objadanie się jest przejawem słabości, przypomniała sobie Eve, biorąc 

winogrono i przegryzając cienką cierpką skórkę. 

- Widział się pan z nią po kolacji w Meksyku? 
-  Nie,  odwiozłem  ją  do  domu  około  trzeciej  nad  ranem,  po  czym 

wróciłem do siebie. Sam. 

- Może  mi pan powiedzieć, gdzie pan był przez następne czterdzieści 

osiem godzin? 

-  Przez  pierwszych  pięć  byłem  w  łóżku.  Przy  śniadaniu  odbyłem 

konferencję  telefoniczną.  Zacząłem  dzwonić  około  ósmej  piętnaście. 
Może pani sprawdzić nagrania. 

- Sprawdzę. 
Tym razem uśmiechnął się szeroko, z prawdziwie męskim wdziękiem, 

sprawiając, że serce mocniej w niej zabiło. 

- Nie wątpię. Fascynuje mnie pani, pani porucznik. 
- A po konferencji telefonicznej? 

background image

-  Skończyła  się  około  dziewiątej.  Pracowałem  do  dziesiątej,  parę 

następnych  godzin  spędziłem  w  moim  biurze,  które  znajduje  się  w 
centrum miasta, spotykając się z różnymi ludźmi.  - Wyjął małą, cienką 
kartę, w której rozpoznała terminarz. - Mam ich wyliczyć? 

- Wolałabym, żeby pan kazał zrobić wydruk i dostarczyć go do mojego 

biura. 

-  Zajmę  się  tym.  Wróciłem  do  domu  o  siódmej.  Zjadłem  kolację  z 

kilkoma przedstawicielami mojej japońskiej firmy produkcyjnej o ósmej, 
u mnie w domu. Czy mam pani przesłać menu? 

- Niech pan nie będzie złośliwy, Roarke. 
-  Jestem  tylko  dokładny.  Kolacja  wcześnie  się  skończyła.  Od 

jedenastej byłem sam, z książką i brandy, do mniej więcej siódmej rano, 
kiedy  wypiłem  pierwszą  filiżankę  kawy.  Ma  pani  ochotę  jeszcze  się 
napić? 

Życie  by  oddała  za  jeszcze  jedną  filiżankę  kawy,  ale  potrząsnęła 

przecząco głową. 

-  Aha,  był  pan  sam  przez  osiem  godzin,  Czy  rozmawiał  pan  z  kimś, 

widział się z kimś w tym czasie? 

- Nie. Z nikim. Następnego dnia miałem być w Paryżu, więc chciałem 

spędzić  spokojny  wieczór.  Kiepsko  wyszło.  Ale  z  drugiej  strony, 
gdybym zamierzał kogoś zamordować, to zapewniłbym sobie alibi; jego 
brak świadczyłby o mojej głupocie. 

- Albo o arogancji - odparła. - Pan tylko zbiera starą broń, Roarke, czy 

również z niej korzysta? 

-  Jestem  doskonałym  strzelcem.  -  Odstawił  pustą  karafkę  na  bok.  - 

Chętnie  pani  zademonstruję  swoje  umiejętności,  kiedy  przyjdzie  pani 
obejrzeć moją kolekcję. Czy jutrzejszy dzień pani odpowiada? 

- Całkowicie. 
-  O  siódmej?  Przypuszczam,  że  zna  pani  adres.  -  Kiedy  się  pochylił, 

zesztywniała i prawie syknęła, gdy musnął dłonią jej ramię. Uśmiechnął 
się tylko, zbliżając twarz i patrząc jej prosto w oczy. 

- Trzeba zapiąć pasy - powiedział cicho. - Zaraz lądujemy. 
Sam  zapiał  jej  pasy,  zastanawiając  się,  czy  zdenerwował  ją  jako 

mężczyzna, czy jako podejrzany o morderstwo, czy jako jeden i drugi. W 
tym momencie każdy wybór miał swoje zalety. 

-  Eve  -  mruknął.  -  Takie  proste  kobiece  imię.  Ciekaw  jestem,  czy 

pasuje do pani. 

Nie odezwała się, dopóki steward, który wszedł do kabiny, nie zabrał 

naczyń. 

background image

- Był pan kiedyś w mieszkaniu Sharon DeBlass? - zapytała.  
Twarda  sztuka,  pomyślał,  ale  był  pewien,  że  pod  tą  skorupą 

niewrażliwości  kryje  się  łagodna,  namiętna  kobieta.  Był  ciekaw,  kiedy 
będzie miał okazję przekonać się o tym. 

- Nie wtedy, kiedy tam mieszkała - odparł Roarke, siadając prosto. - W 

ogóle  sobie  nie  przypominam,  żebym  tam  był,  choć  istnieje  duże 
prawdopodobieństwo, że tak było. - Znowu się uśmiechnął i zapiął pasy. 
- Jestem właścicielem Gorham Complex, o czym pani już na pewno wie. 

Popatrzył  leniwie  przez  okno,  obserwując,  jak  ziemia  mknie  w  ich 

kierunku. 

- Zostawiła pani samochód na lotnisku, czy podrzucić panią do domu? 

background image


 
Kiedy  Eve  skończyła  raport  dla  Whitneya  i  wróciła  do  domu,  była 

zupełnie  wykończona.  I  wściekła.  Chciała  zaatakować  Roarke'a, 
wykorzystując  zdobytą  wcześniej  informację  o  tym,  że  jest  on 
właścicielem kompleksu Gorham. To, że sam jej o tym powiedział, i to 
równie  obojętnym  i  uprzejmym  tonem,  z  jakim  proponował  jej  kawę, 
zakończyło ich pierwszą rozmowę jego jednopunktową przewagą. 

Nie podobał jej się ten wynik. 
Pora go wyrównać. Była sama w salonie i nie miała pojęcia, która jest 

godzina; zasiadła przed komputerem. 

-  Włącza  się  Dallas,  Kod  Piąty.  NI  53478Q.  Proszę  otworzyć  plik 

DeBlass. 

Głos i NN rozpoznane, Dallas. Dalsze dyspozycje. 
- Proszę otworzyć podplik Roarke.  
Podejrzany  Roarke  -  znajomy  ofiary.  Według  Źródła  C,  Sebastiana, 

ofiara  pożądała  podejrzanego.  Podejrzany  odpowiadał  wymaganiom, 
jakie stawiała swoim partnerom seksualnym. Duże prawdopodobieństwo 
zaangażowania  emocjonalnego.  Okazja  do  popełnienia  morderstwa. 
Podejrzany jest właścicielem budynku, w którym mieszkała ofiara; łatwy 
dostęp  i  prawdopodobnie dobra  znajomość  systemu  zabezpieczającego. 
Podejrzany  nie  ma  alibi  na  noc  morderstwa,  włącznie  z  trzema 
godzinami,  które  zostały  wymazane  z  dyskietek  ochrony.  Podejrzany 
posiada dużą  kolekcję  starej  broni,  w tym  model,  z  którego  zastrzelono 
ofiarę.  Podejrzany  przyznaje,  że  jest  świetnym  strzelcem.  Cechy 
osobowości  podejrzanego.  Powściągliwy,  pewny  siebie,  chętnie 
folgujący  swym  zachciankom,  wyjątkowo  inteligentny.  Ciekawa 
równowaga między agresywnością a urokiem osobistym. Motyw... 

Z tym miała kłopot. Myśląc intensywnie, wstała z krzesła i przeszła się 

po pokoju, podczas gdy komputer czekał na dalsze informacje. Dlaczego 
człowiek  taki  jak  Roarke  miałby  zabić?  Dla  pieniędzy,  w  pasji?  Nie 
wierzyła w to. Majątek i status społeczny może zdobyć w inny sposób. 
Kobiety  -  kochanki  i  nie  tylko  -  na  pewno  może  mieć  bez  żadnego 
wysiłku.  Podejrzewała,  że  jest  zdolny  posunąć  się  do  przemocy,  i  że 
użyłby jej z zimną krwią. 

Uznano, że Sharon DeBlass została zamordowana na tle seksualnym. 

Zabójstwo  popełniono  z  wyjątkową  bezwzględnością.  Eve  nie  mogła 
pogodzić  się  z  myślą,  że  piła  kawę  w  towarzystwie  tego  eleganckiego 
mężczyzny. 

background image

Może właśnie o to chodziło. 
- Podejrzany uważa  moralność za sprawę osobistą, która nie powinna 

być regulowana normami prawnymi  - kontynuowała, wciąż chodząc po 
pokoju. - Seks, ograniczenie posiadania broni, narkotyków, papierosów, 
alkoholu oraz morderstwa wiążą się z tymi obszarami moralności, które 
zostały wyjęte spod prawa albo uregulowane przez prawo. Zabójstwo z 
nielegalnej  broni  licencjonowanej  prostytutki,  jedynej  córki  przyjaciół 
podejrzanego,  jedynej  wnuczki  jednego  z  najbardziej  wygadanych  i 
konserwatywnych  prawodawców  w  kraju...  Czy  była  to  ilustracja  wad, 
które  według  podejrzanego  tkwią  w  systemie  prawnym?  Motyw  - 
podsumowała  siadając  znowu.  -  Pobłażanie  sobie.  -  Odetchnęła  z 
zadowoleniem. - Oblicz prawdopodobieństwo. 

Komputer zajęczał, przypominając jej, że jeszcze jedną część maszyny 

trzeba wymienić, po czym zaczął cicho szumieć. 

Prawdopodobieństwo Roarke sprawcą morderstwa, biorąc pod uwagę 

aktualne  dane  i  przypuszczenia,  osiemdziesiąt  dwa  przecinek  sześć 
procenta.
 

Och, to możliwe, pomyślała Eve, odchylając głowę do tyłu. Był czas w 

przeszłości,  i  to  wcale  nie  takiej  dalekiej,  kiedy  dziecko  potrafiło 
zastrzelić kolegę, by zabrać mu buty. 

Co to było, jeśli nie ohydne pobłażanie sobie? 
Miał  okazję.  Miał  możliwości.  I  gdyby  uwzględnić  jego  pewność 

siebie, miał motyw. 

Więc  dlaczego,  pomyślała  Eve,  patrząc  na  swoje  własne  słowa 

migoczące  na  ekranie,  zastanawiając  się  nad  bezosobową  analizą 
dokonaną  przez  komputer,  dlaczego  nie  mogła  ułożyć  sobie  tego 
wszystkiego w głowie? 

Po prostu tego nie widziała. Po prostu nie mogła sobie wyobrazić, że 

Roarke  stoi  za  kamerą,  celuje  z  rewolweru  do  bezbronnej,  nagiej, 
uśmiechniętej  kobiety  i  faszeruje  ją  ołowiem  prawdopodobnie  chwilę 
potem, jak nafaszerował ją własnym nasieniem. 

Mimo  to  nie  można  pomijać  faktów.  Gdyby  zebrała  ich  dostatecznie 

dużo, mogłaby nakazać przeprowadzenie badania psychiatrycznego. 

Czyż to nie byłoby interesujące? - pomyślała z półuśmiechem. Podróż 

do umysłu Roarke'a byłaby fascynująca. 

Następny krok zrobi jutro o siódmej wieczorem. 
Gdy zabrzęczał dzwonek u drzwi, z irytacją zmarszczyła czoło. 
- Zachowaj i zabezpiecz, Dallas. Kod Piąty. Połączenie zakończone. 

background image

Monitor wyłączył się, gdy wstała, by zobaczyć, kto zakłóca jej spokój. 

Spojrzawszy na videofon, rozchmurzyła się. 

- Cześć, Mavis. 
-  Zapomniałaś,  prawda?  -  Mavis  Freestone  weszła  szybko  do  środka, 

pobrzękując  bransoletkami,  roztaczając  wokół  siebie  zapach  perfum. 
Dzisiejszego  wieczoru  jej  włosy  miały  siwy  odcień,  który  zmieni  się 
wraz  z  następną  zmianą  nastroju  Mavis.  Odrzuciła  je  do  tyłu,  gdzie 
srebrzyły  się  niczym  gwiazdy,  okrywając  jej  plecy  i  sięgając  do 
nieprawdopodobnie wąskiej talii. 

- Nie, nie zapomniałam. - Eve zamknęła drzwi na klucz. - A o czym? 
- O kolacji, tańcach, hulance. - Z ciężkim westchnieniem Mavis rzuciła 

swe  dyskretnie  przystrojone  dziewięćdziesiąt  osiem  funtów  na  sofę  i 
popatrzyła z pogardą na prosty szary kostium Ewy. - W tym nie możesz 
wyjść. 

Czując,  że  wygląda  nijako,  jak  to  często  o  sobie  myślała,  kiedy 

znalazła  się  w  odległości  dwudziestu  stóp  od  bezwstydnie  kolorowej 
Mavis, Eve spojrzała na swój kostium. 

- Chyba nie. 
-  Więc...  -  Mavis  pokiwała  palcem,  na  którego  czubku  znajdował  się 

szmaragd. - Zapomniałaś. 

To  prawda,  ale  już  sobie  przypomniała.  Zamierzały  sprawdzić  nowy 

klub,  który  Mavis  odkryła  w  kosmicznych  dokach  w  Jersey.  Według 
Mavis  kosmiczni  dżokeje  są  zawsze  jurni.  To  ma  coś  wspólnego  ze 
zwiększoną grawitacją. 

- Przepraszam. Wyglądasz wspaniale. 
Jak zawsze. Nawet kiedy osiem lat temu Eve aresztowała ją za drobną 

kradzież, dziewczyna wyglądała wspaniale. Czarny łobuziak o zręcznych 
palcach i zniewalającym uśmiechu, kręcący się po ulicach. 

Później jakoś tak się stało, że zaprzyjaźniły się ze sobą. Dla Ewy, która 

na  palcach  jednej  ręki  mogła  policzyć  swoich  przyjaciół  nie  - 
policjantów, ten związek był bardzo cenny. 

- Wyglądasz na zmęczoną - powiedziała Mavis, raczej z wyrzutem niż 

ze współczuciem. - I odpadł ci guzik. 

Palce  Ewy  automatycznie  powędrowały  do  żakietu  i  wyczuły 

zwisające nitki.  

- Cholera. Wiedziałam. - Ze wstrętem zrzuciła żakiet z ramion i cisnęła 

go na fotel. - Słuchaj, przepraszam. Rzeczywiście zapomniałam. Miałam 
dzisiaj mnóstwo spraw na głowie. 

background image

-  Do  załatwienia  jednej  z  nich  potrzebowałaś  mojego  czarnego 

płaszcza? 

- Tak, dzięki. Bardzo mi się przydał. 
Przez  chwilę  Mavis  siedziała  w  milczeniu,  stukając  ozdobionymi 

szmaragdami paznokciami w oparcie fotela.  

- Sprawy służbowe. A ja miałam nadzieję, że umówiłaś się na randkę. 

Naprawdę  powinnaś  zacząć  spotykać  się  z  facetami,  którzy  nie  są 
kryminalistami. 

-  Spotkałam  się  z  tym  wizażystą,  którego  mi  naraiłaś.  Nie  był 

kryminalistą. Był po prostu idiotą. 

- Jesteś zbyt wybredna; poza tym to było sześć miesięcy temu. 
Skoro  usiłował  zaciągnąć  ją  do  łóżka,  proponując,  że  zrobi  jej  za 

darmo  tatuaż  na  wardze,  Eve  pomyślała,  że  jeszcze  nie  jest  gotowa  na 
następne spotkanie, ale zachowała tę opinię dla siebie. 

- Pójdę się przebrać. 
- Wcale nie chcesz wyjść z domu, żeby się zabawić.  - Mavis zerwała 

się  z  miejsca,  pobłyskując  zwisającymi  do  ramion  kryształowymi 
kolczykami.  -  Ale  idź  i  zdejmij  tę  okropną  spódnicę.  Zamówię 
chińszczyznę. 

Eve  odetchnęła  z  ulgą.  Dla  Mavis  zniosłaby  wieczór  w  głośnym, 

zatłoczonym, wstrętnym klubie, oganiając się od krzykliwych pilotów i 
spragnionych seksu techników, którzy pracują w podniebnych stacjach. 
Perspektywa  zjedzenia  chińskiej  potrawy  w  ciszy  i  spokoju  wydała  jej 
się niezwykle kusząca. 

- Nie masz nic przeciwko temu? 
Mavis machnęła tylko ręką, łącząc się przez komputer z restauracją. 
- Każdą noc spędzam w klubie. 
- Taka praca - krzyknęła Eve, wchodząc do sypialni. 
-  Mnie  to  mówisz.  -  Przygryzając  język,  Mavis  studiowała  menu 

wyświetlone  na  ekranie.  -  Jeszcze  parę  lat  temu  powiedziałabym,  że 
zarabianie  na  życie  jest  kretynizmem  i  stratą  czasu.  Lepiej  wyłudzać 
pieniądze.  Okazało  się,  że  teraz  pracuję  ciężej  niż  wtedy,  gdy 
oszukiwałam turystów. Chcesz rolki z jajek? 

- Jasne. Chyba nie zamierzasz rzucić pracy? 
Mavis milczała przez chwilę, wybierając dla siebie potrawę. 
- Nie. Potrzebne mi uznanie. - Chcąc być wspaniałomyślna, obciążyła 

kosztami  kolacji  swoją  World  Card.  -  A  ponieważ  renegocjowaliśmy 
mój  kontrakt,  więc  dostanę  dziesięć  procent  od  dochodu  z  biletów 
wstępu; jestem typową kobietą interesu. 

background image

- Nie ma w tobie nic typowego - zaprzeczyła Eve. Wróciła do salonu w 

wygodnych dżinsach i podkoszulku. 

-  To  prawda.  Zostało  jeszcze  trochę  tego  wina,  które  przyniosłam 

ostatnim razem? 

-  Prawie  cała  druga  butelka.  -  Pomyślała,  że  to  najlepsza  propozycja, 

jaką usłyszała w ciągu całego dnia, wiec skręciła do kuchni, by napełnić 
kieliszki. 

- Nadal spotykasz się z tym dentystą? 
- Nie. - Mavis otworzyła plik rozrywki i zaprogramowała muzykę. 
- To stawało się zbyt intensywne. Nie miałam nic przeciwko temu, że 

zakochał się w moich zębach, ale on postanowił dostać wszystko. Chciał 
się ze mną ożenić. 

- Skurwiel. 
- Nikomu nie można ufać - zgodziła się Mavis. - Jak twoja praca? 
-  Teraz  mam  prawdziwe  urwanie  głowy.  -  Podniosła  wzrok  znad 

butelki, z której nalewała wino, kiedy zabrzęczał dzwonek u drzwi. 

-  Niemożliwe,  żeby  już  przywieźli  kolację.  -  W  chwili,  gdy  to 

powiedziała,  usłyszała,  jak  Mavis  stuka  wesoło  pięciocalowymi 
obcasami,  idąc  w  stronę  drzwi.  -  Sprawdź  na  videofonie,  kto  to  jest  - 
powiedziała szybko i była już w połowie drogi do drzwi, kiedy Mavis je 
otworzyła. 

W pierwszej chwili zaklęła, w następnej chwyciła za broń, którą nosiła 

przy sobie. Dopiero zalotny śmiech Mavis uspokoił jej nerwy. 

Eve  rozpoznała  uniform  spółki  zajmującej  się  dostarczaniem 

przesyłek,  zobaczyła  przyjemnie  zakłopotaną  twarz  niedoświadczonego 
chłopca, który wręczył Mavis paczkę. 

-  Po  prostu  uwielbiam  prezenty  -  powiedziała  Mavis,  trzepocząc 

srebrzystymi  rzęsami,  gdy  chłopiec  cofnął  się  i  spiekł  raka.  -  Nie 
wejdziesz? 

-  Zostaw  dzieciaka  w  spokoju.  -  Eve  wzięła  paczkę  od  Mavis  i 

zamknęła drzwi. 

-  Są  tacy  słodcy  w  tym  wieku.  -  Posłała  pocałunek  w  stronę  kamery, 

zanim odwróciła się do Ewy. - Czym się tak denerwujesz, Dallas? 

- Chyba sprawa, nad którą pracuję, wyprowadza mnie z równowagi. - 

Popatrzyła  na  złotą  folię i  wymyślnie  zawiązaną  kokardę  na  przesyłce, 
która budziła raczej jej nieufność niż radość. - Nie wiem, kto mógłby mi 
cokolwiek przysłać. 

-  Jest  wizytówka  -  oschłym  tonem  zauważyła  Mavis.  -  Spróbuj  ją 

przeczytać. Może naprowadzi cię na jakiś ślad. 

background image

-  Teraz  patrz,  kto  jest  słodki.  -  Eve  wyciągnęła  kartę  wizytową  ze 

złotej koperty. 

ROARKE 
Mavis przeczytała nazwisko zaglądając Ewie przez ramię i gwizdnęła 

cicho. 

- Chyba nie ten Roarke?! Niesamowicie bogaty, bajecznie przystojny, 

seksownie  tajemniczy  Roarke,  który  posiada  dokładnie  dwadzieścia 
osiem procent ziemi i jej satelitów? 

Eve odczuwała wyłącznie irytację. 
- Tylko tego znam. 
-  Znasz  go!  -  Mavis  przewróciła  swymi  zielonymi  zamglonymi 

oczami.  -  To  niewybaczalne,  że  tak  cię  nie  doceniałam,  Dallas. 
Opowiedz  mi  wszystko.  Jak,  kiedy,  dlaczego?  Spałaś  z  nim?  Przyznaj 
się,  że  z  nim  spałaś,  a  potem  wtajemnicz  mnie  w  najdrobniejsze 
szczegóły. 

- Przez ostatnie trzy lata łączyła nas namiętna miłość, z którą kryliśmy 

się przed światem; w tym czasie urodziłam mu syna, którego wychowują 
mnisi  buddyjscy  na  krańcu  księżyca.  -  Marszcząc  brwi,  potrząsnęła 
pudełkiem. - Opanuj się, Mavis, to musi mieć jakiś związek ze sprawą i - 
dodała, zanim Mavis zdążyła otworzyć usta - jest ściśle tajne. 

Mavis  nie  zawracała  już  sobie  głowy  przewracaniem  oczami.  Kiedy 

Eve  powiedziała  „ściśle  tajne”,  żadne pochlebstwa,  błagania  ani  płacze 
nie zmusiłyby jej do zmiany zdania. 

Okay, ale powiedz mi, czy w rzeczywistości wygląda tak dobrze jak 

na zdjęciach? 

- Lepiej - mruknęła Eve. 
- Chryste, naprawdę? - jęknęła Mavis i opadła na sofę. - Chyba właśnie 

miałam orgazm. 

-  Powinnaś  to  wiedzieć.  -  Eve  położyła  paczkę  i  popatrzyła  na  nią 

groźnym  wzrokiem.  -  Skąd  wiedział,  gdzie  mieszkam?  Nie  można 
wyciągnąć z katalogu adresu gliny. Skąd wiedział? - powtórzyła szybko. 
- I o co mu chodzi? 

-  Na  miłość  boską,  Dallas,  otwórz  to.  Pewnie  zakochał  się  w  tobie. 

Niektórym  facetom  podobają  się  oziębłe,  bezinteresowne  i  skromne 
kobiety.  Uważają  je  za  tajemnicze.  Założę  się,  że  to  diamenty  -  rzekła 
Mavis,  rzucając  się  na  paczkę,  gdy  jej  cierpliwość  się  wyczerpała.  - 
Naszyjnik.  Diamentowy  naszyjnik.  Może  rubinowy.  Wyglądałabyś 
oszałamiająco  w  rubinach.  Rozerwała  gwałtownie  kosztowny  papier, 

background image

odrzuciła na bok pokrywkę pudełka i wsunęła rękę w miękką bibułkę o 
pozłacanych brzegach. - Cóż to jest, u diabła? 

Ale Eve już poczuła, już - wbrew sobie - zaczęła się uśmiechać. 
- Kawa - mruknęła, nie zdając sobie sprawy, że jej głos złagodniał, gdy 

sięgnęła po zwykłą brązową paczkę, którą trzymała Mavis. 

-  Kawa.  -  Złudzenia  prysły.  Mavis  patrzyła  na  nią  szeroko  otwartymi 

oczami.  -  Facet  ma  więcej  pieniędzy  niż  sam  Pan  Bóg  i  przysyła  ci 
paczkę kawy? 

- Prawdziwej kawy. 
- Dobra, dobra. - Mavis machnęła z pogardą ręką. - Nie obchodzi mnie, 

ile kosztuje ta cholerna kawa. Kobieta chce błyszczeć. 

Eve zbliżyła paczkę do twarzy i wciągnęła w płuca jej zapach. 
- Nie ja. Ten skurwiel po prostu znalazł na mnie sposób. - Westchnęła. 

- I to nie jeden. 

Następnego  ranka  Eve  uraczyła  się  filiżanką  drogocennego  płynu. 

Nawet  jej  kapryśny  automatyczny  kuchmistrz  nie  był  w  stanie  zepsuć 
wyśmienitego  smaku  czarnej  kawy.  Choć  na  dworze  panował  ziąb  - 
temperatura spadła poniżej pięciu stopni i padał deszcz ze śniegiem - a w 
samochodzie  nadal  nie  działało  ogrzewanie,  przyjechała  do  pracy  z 
uśmiechem na ustach. 

Wciąż  się  uśmiechając,  weszła  do  swojego  biura,  gdzie  zastała 

czekającego na nią Feeneya. 

-  No,  no.  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie.  -  Co  było  na  śniadanie? 

Marihuana? 

- Tylko kawa. Po prostu kawa. Masz coś do mnie? 
-  Zebrałem  informacje  o  Richardzie  DeBlass,  Elizabeth  Barrister  i 

reszcie  klanu.  -  Podał  jej  dyskietkę,  opatrzoną  jaskrawoczerwonym 
napisem:  „Kod  Piąty”.  -  Żadnych  szczególnych  niespodzianek.  Nie 
znalazłem też nic ciekawego na temat Rockmana. Jako dwudziestolatek 
należał do grupy paramilitarnej znanej pod nazwą Sieć Bezpieczeństwa. 

- Sieć Bezpieczeństwa - powtórzyła Eve, marszcząc brwi. 
-  Dzieciaku,  miałaś  jakieś  dziesięć  lat,  kiedy  ją  rozwiązano  - 

powiedział  Feeney  z  drwiącym  uśmieszkiem.  -  Pewnie  o  niej słyszałaś 
na lekcjach historii. 

-  Coś  mi  się  kojarzy.  Czy  to  była  jedna  z  tych  grup,  które  stoczyły 

potyczkę z Chinami? 

-  Tak,  i  gdyby  przeprowadzili  swój  plan,  doszłoby  nie  tylko  do 

utarczki. Spór o przestrzeń międzynarodową mógłby źle się zakończyć. 
Na  szczęście  dyplomaci  zdołali  zapobiec  wybuchowi  wojny.  Parę  lat 

background image

później oddział rozwiązano, choć co jakiś czas dochodzą do nas plotki, 
że Sieć Bezpieczeństwa nadal działa w konspiracji. 

-  Słyszałam  o  nich.  Wciąż  się  o  nich  słyszy.  Myślisz,  że  Rockman 

związał się z grupą takich fanatyków? 

Feeney bez wahania potrząsnął przecząco głową. 
-  Sądzę,  że  jest  bardzo  ostrożny.  Władza  zobowiązuje,  a  DeBlass  ma 

jej mnóstwo. Jeśli dostanie się do Białego Domu, Rockman stanie u jego 
boku. 

-  Proszę  cię.  -  Eve  przycisnęła  rękę  do  brzucha.  -  Będą  mi  się  śniły 

koszmary. 

- Czeka go jeszcze długa droga, ale może liczyć na pewne poparcie w 

następnych wyborach. - Feeney wzruszył ramionami. 

-  Rockman  i  tak  ma  alibi.  Dzięki  DeBlassowi.  Byli  we  wschodnim 

Waszyngtonie. - Usiadła. - Coś jeszcze? 

-  Charles  Monroe.  Ma  ciekawe  życie,  ale  nie  robi  nic  podejrzanego. 

Badam  dzienniki  ofiary.  Wiesz,  czasami,  jeśli  człowiek  nieostrożnie 
zmienia  pliki,  zostawia  ruchome  cienie.  Wydaje  mi  się,  że  ktoś,  kto 
dopiero co zabił kobietę, mógł popełnić nieostrożność. 

-  Znajdź  cień,  Feeney,  usuń  szarość,  to  kupię ci skrzynkę  tej  ohydnej 

whiskey, którą lubisz. 

-  Umowa  stoi. Wciąż  pracuję  nad  Roarke'em  -  dodał.  -  Ten  facet jest 

bardzo ostrożny. Za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że przeszedłem 
przez dobrze strzeżony mur, trafiam na następny. Bez względu na to, o 
jakie dane chodzi, są dobrze zabezpieczone. 

- Wdzieraj się dalej na te mury. Ja spróbuję przekopać się pod nimi. 
Kiedy Feeney wyszedł, Eve podłączyła się do swojego terminalu. Nie 

chciała  tego  sprawdzać  w obecności  Mavis;  w  ogóle  w  tym  przypadku 
wolała skorzystać z biurowego urządzenia. Pytanie było proste. 

Wprowadziła  nazwę  i  adres  budynku,  w  którym  mieszkała.  Spytała: 

Właściciel? 

I odpowiedź też była prosta: Roarke. 
 
Lola  Starr  otrzymała  zezwolenie  na  uprawianie  seksu  zaledwie  trzy 

miesiące temu. Postarała się o licencję najwcześniej jak  mogła, w dniu 
swoich osiemnastych urodzin. Lubiła mówić swoim przyjaciołom, że do 
tego czasu była amatorką. 

W  tym  dniu  opuściła  dom  rodzinny  w  Toledo,  w  tym  samym  dniu 

zmieniła  personalia  i  przestała  się  nazywać  Alice  Williams.  Zarówno 
dom, jak i nazwisko były o wiele za nudne dla Loli. 

background image

Miała  śliczną  twarz  małej  figlarki.  Jęczała,  błagała  i  płakała,  dopóki 

rodzice  nie  zgodzili  się  kupić  jej  na  szesnaste  urodziny  bardziej 
wyrazistego podbródka i zadartego noska. 

Lola  chciała  wyglądać  jak  seksowna  psotnica  i  uznała,  że  jej  się  to 

udało.  Jej  czarne  jak  węgiel  włosy  były  krótko  obcięte  i  ułożone  w 
artystyczne  szpice.  Jej  skóra  była  biała  jak  mleko  i  jędrna.  Zarabiała 
wystarczająco  dużo,  by  zmienić  kolor  swoich  oczu  z  brązowego  na 
szmaragdowozielony,  bo  sądziła,  że  lepiej  pasuje  do jej  wizerunku.  Na 
szczęście miała kształtne ciało, które nie wymagało niczego więcej poza 
troskliwą pielęgnacją. 

Przez  całe  życie  pragnęła  zostać  licencjonowaną  damą  do  towarzys-

twa.  Może  inne  dziewczyny  marzyły  o  karierze  prawniczej  albo 
finansowej,  przygotowywały  się  do  pracy  w  przemyśle  czy  też  służbie 
zdrowia. Lecz Lola zawsze wiedziała, że jest stworzona do seksu. 

A  dlaczego  nie  miała  zarabiać  na  życie  robiąc  to,  co  jej  najlepiej 

wychodziło? 

Pragnęła być bogata, pożądana i rozpieszczana. Sen o pożądaniu łatwo 

się spełnił. Mężczyźni, szczególnie starsi, chętnie płacili duże pieniądze 
za  kogoś,  kto  miał  takie  atrybuty jak  Lola.  Ale  wydatki  związane  z jej 
zawodem  były  większe  niż  przewidywała,  kiedy  oddawała  się 
marzeniom w swoim ślicznym pokoju w Toledo. 

Opłaty  za  licencję,  obowiązkowe  badania  lekarskie,  czynsz,  podatek 

od uprawiania grzesznej działalności zżerały wszystkie jej dochody. Gdy 
przestała w końcu płacić za szkolenie, miała już tak mało pieniędzy, że 
mogła  sobie  pozwolić  tylko  na  małe  jednopokojowe  mieszkanie  na 
obskurnym krańcu Alei Prostytutek. 

Jednak  było  to  o  wiele  lepsze  od  pracy  na  ulicy,  do  jakiej  wiele 

dziewcząt było nadal zmuszonych. A Lola miała wielkie plany. 

Pewnego dnia zamieszka w apartamencie i będzie przyjmowała tylko 

najlepszych  klientów.  Będzie  jadała  w  najlepszych  restauracjach,  które 
zostały  urządzone  w  egzotycznych  miejscach  po  to,  by  podejmować 
bogatych i wysoko urodzonych. 

Była wystarczająco dobra i nie zamierzała tkwić długo na najniższych 

szczeblach drabiny społecznej. 

Napiwki  pomagały.  Zawodowa  prostytutka  nie  powinna  przyjmować 

gotówki  ani  prezentów.  Teoretycznie  nie.  Ale  wszystkie  przyjmowały. 
Wciąż  wolała  dostawać  te  śliczne  drobiazgi,  które  proponowali  jej 
niektórzy  klienci.  Ale  z  nabożeństwem  odkładała  pieniądze  do  banku  i 
marzyła o własnym apartamencie. 

background image

Dzisiaj  miała  przyjąć  nowego  klienta,  który  prosił,  by  nazywać  go 

Tatusiem.  Zgodziła  się  i  dopiero,  gdy  wszystko  zostało  uzgodnione, 
pozwoliła  sobie  na  drwiący  uśmiech.  Ten  facet  pewnie  myślał,  że  jest 
pierwszym,  który  chce,  by  została  jego  małą  dziewczynką.  W 
rzeczywistości,  po  zaledwie  paru  miesiącach  pracy,  pedofilia  szybko 
stawała się jej specjalnością. 

Więc usiądzie mu na kolanach, pozwoli, by dał jej klapsa, i cały czas 

będzie mu mówiła poważnym tonem, że nie musi jej karać. Naprawdę, to 
przypominało zabawę w jakąś grę i mężczyźni byli na ogół bardzo mili. 

Mając  to  na  uwadze,  wybrała  kokieteryjną  sukienkę  z  plisowaną 

spódniczką  i  białym  kołnierzykiem  w  ząbki.  Pod  spodem  miała  tylko 
białe  pończochy.  Usunęła  włosy  łonowe  i  była  tak  gładka  jak 
dziesięcioletnia dziewczynka. 

Przyjrzawszy się w lustrze swemu odbiciu, położyła trochę więcej różu 

na policzkach i nadała połysk swym odętym wargom. 

Słysząc pukanie do drzwi, wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a jej młoda 

i wciąż szczera twarz odpowiedziała w lustrze takim samym uśmiechem. 

Nie  mogła  sobie  jeszcze  pozwolić  na  videofon,  więc  spojrzała  przez 

wizjer na swego gościa. 

Był przystojny, co ją ucieszyło. I, jak oceniła, wystarczająco stary, by 

mógł być jej ojcem, co ucieszy jego. 

Otworzyła drzwi, przywołując na usta skromny, nieśmiały uśmiech. 
- Cześć, tatusiu. 
Nie  chciał  tracić  czasu.  Tego  jednego  miał  mało.  Uśmiechnął  się  do 

niej. Jak na dziwkę była pięknym stworzeniem. Kiedy drzwi  zamknęły 
się  za  jego  plecami,  wsunął  jej  rękę  pod  sukienkę  i  z  zadowoleniem 
stwierdził,  że  jest  naga.  Sprawy  potoczyłyby  się  dużo  szybciej,  gdyby 
mógł od razu się podniecić. 

-  Tatusiu!  -  Odgrywając  swoją  rolę,  Lola  zachichotała  wrzaskliwie.  - 

Nieładnie tak robić. 

-  Słyszałem,  że  jesteś  niegrzeczna.  -  Zdjął  płaszcz  i  odłożył  go 

starannie na bok, podczas gdy dziewczyna dąsała się na niego. Chociaż 
zabezpieczył  ręce  specjalnym  uszczelniaczem,  starał  się  nie  dotykać 
niczego oprócz jej ciała. 

- Byłam grzeczna, tatusiu. Bardzo grzeczna. 
-  Jesteś  nieznośną  małą  dziewczynką.  -  Wyciągnął  z  kieszeni  małą 

kamerę  video  i  ustawił  ją  tak,  by  jej  oko  było  skierowane  na  wąskie 
łóżko, na którym ułożyła poduszki i wypchane zwierzęta. 

- Masz zamiar to filmować? 

background image

- Zgadza się. 
Musi  mu  powiedzieć,  że  będzie  go  to  kosztowało  dodatkowe 

pieniądze, ale postanowiła z tym poczekać do końca spotkania. Klienci 
nie  lubią,  by  rzeczywistość  wdzierała  się  w  ich  fantazje  erotyczne. 
Dowiedziała się tego na kursie. 

- Połóż się na łóżku. 
-  Tak,  tatusiu.  -  Położyła  się  wśród  poduszek  i  szczerzących  zęby 

zwierząt. 

- Słyszałem, że lubisz się dotykać. 
- Nie, tatusiu. 
-  Nieładnie  jest  kłamać  tatusiowi.  Muszę  cię  ukarać,  ale  potem  cię 

pocałuję  i  nic  nie  będzie  bolało.  -  Kiedy  się  uśmiechnęła,  podszedł  do 
łóżka. - Podciągnij spódniczkę, dziecino, i pokaż mi, jak się dotykasz. 

Lola nie lubiła tej części swojej roli. Uwielbiała, jak ją pieszczono, ale 

dotyk  własnych  rąk  nie  bardzo  ją  podniecał.  Mimo  to  podciągnęła 
spódniczkę i zaczęła się głaskać, nieśmiało i z wahaniem, jak tego chciał, 
jej zdaniem. 

Posuwiste ruchy jej małych palców podnieciły go. W końcu kobieta do 

tego  została  stworzona,  żeby  wykorzystywać  siebie,  wykorzystywać 
mężczyzn, którzy ją chcą. 

- I jak tam jest? 
- Miękko - mruknęła. - Sam dotknij, tatusiu. Zobacz, jakie to miękkie. 
Położył rękę na jej dłoniach i gdy wsunął palec w jej delikatne ciało, 

poczuł  z  zadowoleniem,  że  sam  twardnieje.  To  będzie  szybkie,  dla 
obojga z nich. 

- Rozepnij kieckę - rozkazał. Gdy odpięła wszystkie guziki i rozchyliła 

poły swej skromnej sukienki, wydał następne polecenie. - Odwróć się. 

Kiedy przewróciła się na brzuch, dał jej w sterczące zuchwale pośladki 

parę  mocnych  klapsów,  od  których  poczerwieniała  mleczna  skóra; 
zgodnie z regułami gry Lola prosiła go płaczliwie, by przestał. 

Nieważne, czy ją to bolało, czy nie. Sprzedała mu się. 
-  Dobra  dziewczynka.  -  Teraz  miał  już  pełną  erekcję,  zaczynał 

pulsować. Mimo to rozebrał się ostrożnie i dokładnie. Nagi usiadł na niej 
okrakiem, wsunął pod nią ręce, by mógł ściskać jej piersi. Taka młoda, 
pomyślał,  i  zadrżał  z  rozkoszy,  jaką  sprawiał  mu  dotyk  ciała,  któremu 
brakowało jeszcze wyrafinowania. 

-  Teraz  tatuś  pokaże,  jak  nagradza  grzeczne  dziewczynki.  Chciał,  by 

go  wzięła  do  ust,  ale  nie  mógł  ryzykować.  Używane  przez  nią  środki 

background image

antykoncepcyjne, jakie były wpisane w jej karcie, zlikwidują całkowicie 
jego spermę w pochwie, ale nie w ustach. 

Więc  zeskoczył  z  niej  i  uniósł  jej  biodra,  głaszcząc  wolno  to  jędrne 

młode ciało, gdy się w nie wbijał. 

Był  brutalniejszy  niż  którekolwiek  z  nich  oczekiwało.  Po  pierwszym 

gwałtownym pchnięciu zatrzymał się. Nie chciał jej sprawić aż takiego 
bólu,  by  zaczęła  krzyczeć.  Chociaż  wątpił,  żeby  w  takim  miejscu  ktoś 
zwrócił na to uwagę albo się tym przejął. 

Mimo profesji, jaką uprawiała, była raczej niedoświadczona i naiwna. 

Zaczął  się  poruszać  w  powolniejszym  rytmie,  co,  jak  zauważył, 
dostarczało mu jeszcze większej rozkoszy. 

Dostroiła się do jego ruchów, zharmonizowała się z nim, wychodziła 

mu  naprzeciw.  Jeśli  się  nie  mylił,  nie  wszystkie  jej  krzyki  i  jęki  były 
udawane.  Poczuł  jej  drżące,  naprężone  ciało  i  uśmiechnął  się, 
zadowolony,  że  udało  mu  się  doprowadzić  dziwkę  do  prawdziwego 
orgazmu. 

Zamknął oczy i sam doszedł. 
Westchnęła  i  wtuliła  się  w  poduszkę.  To  było  dobre,  o  wiele,  wiele 

lepsze,  niż  oczekiwała.  I  miała  nadzieję,  że  znalazła  kolejnego  stałego 
klienta. 

- Byłam grzeczną dziewczynką, tatusiu? 
- Bardzo, bardzo grzeczną dziewczynką. Ale jeszcze nie skończyliśmy. 

Przekręć się na plecy. 

Gdy się odwróciła, wstał i wyszedł poza pole widzenia kamery. 
- Będziemy oglądali video, tatusiu? Potrząsnął tylko głową. Pamiętając 

o swojej roli, nadąsała się. 

- Lubię video. Możemy obejrzeć, a potem znowu mi pokażesz, jak się 

zachowuje grzeczna dziewczynka. - Uśmiechnęła się do niego, licząc na 
nagrodę. - Tym razem mogłabym cię dotykać. Chciałabym cię dotykać. 

Uśmiechnął  się  i  wyjął  z  kieszeni  płaszcza  rewolwer  SIG  210  z 

tłumikiem.  Kiedy  wymierzył  do  niej,  zmrużyła  oczy,  przyglądając  mu 
się z zaciekawieniem. 

- Co to? Zabawka? Mam się tym pobawić? 
Najpierw  strzelił  jej  w  głowę;  rozległ  się  tyko  stłumiony  trzask  i 

dziewczynę  odrzuciło  do  tyłu.  Spokojnie  strzelił  drugi  raz,  między  te 
młode jędrne piersi, i ostatni - w jej wygolone nagie łono. 

Wyłączywszy kamerę, ułożył starannie jej ciało wśród przesiąkniętych 

krwią  prześcieradeł  i  uśmiechniętych  zwierzaków,  podczas  gdy  ona 
patrzyła na niego martwymi, rozszerzonymi ze zdziwienia oczami. 

background image

-  To  nie  było  życie  dla  młodej  dziewczyny  -  powiedział  cicho,  po 

czym wrócił do kamery, by nagrać ostatnią scenę. 

background image


 
Jedynym  marzeniem  Ewy  był  słodki  baton.  Prawie  przez  cały  dzień 

zeznawała w sądzie, a przerwę na lunch straciła na spotkanie ze swoim 
informatorem.  Rozmowa  kosztowała  ją  pięćdziesiąt  dolarów  i 
dostarczyła niejasnej wskazówki w sprawie o przemyt, która zakończyła 
się  dwoma  zabójstwami  i  nad  którą  łamała  sobie  głowę  już  od  dwóch 
miesięcy. 

Chciała  tylko  szybko  kupić  namiastkę  cukierka,  zanim  pojedzie  do 

domu, by przygotować się na spotkanie z Roarke'em. 

Mogła  wstąpić  do  jednego  z  wielu  supermarketów  sieci  Insta,  ale 

wolała  mały  sklepik  ze  słodyczami  na  rogu  Siedemdziesiątej  Ósmej 
Zachodniej  -  pomimo  tego,  a  może  właśnie  dlatego,  że  prowadził  go 
Fransois, nieuprzejmy uchodźca o jadowitym spojrzeniu, który uciekł do 
Ameryki  jakieś  czterdzieści  lat  temu,  kiedy  to  Armia  Reform 
Społecznych  obaliła  francuski  rząd.  Nienawidził  Ameryki  i 
Amerykanów,  lecz  choć  w  sześć  miesięcy  od  zamachu  stanu  ARF 
została rozbita, Fransois pozostał w Stanach, klnąc, narzekając, miotając 
obelgi i  plotąc polityczne bzdury  za  ladą  małego  sklepu  ze  słodyczami 
przy Siedemdziesiątej Ósmej ulicy. 

Eve  mówiła  na  niego  Frank,  by  go  rozzłościć,  i  wpadała  do  sklepu 

przynajmniej  raz  w  tygodniu,  by  zobaczyć,  na  jaki  pomysł  wpadł,  aby 
ograniczyć jej kredyt. 

Pochłonięta  myślą  o  słodkim  batonie,  przeszła  przez  otwierane 

automatycznie  drzwi.  Dopiero  kiedy  zaczęły  się  cicho  za  nią  zamykać, 
instynkt ostrzegł ją, że coś jest nie w porządku. 

Mężczyzna  stojący  przy  kontuarze  był  odwrócony  do  niej  plecami, 

jego gruba kurtka z kapturem maskowała wszystko z wyjątkiem wzrostu, 
a ten był imponujący. 

Sześć stóp pięć cali wzrostu, oceniła, co najmniej dwieście pięćdziesiąt 

funtów  wagi.  Nie  musiała  patrzeć  na  szczupłą,  przerażoną  twarz 
Fransois,  by  wiedzieć,  że  ma  kłopoty.  Czuła  to  tak  samo  wyraźnie  jak 
ostry  i  cierpki  zapach  gulaszu  warzywnego,  sprzedawanego  dzisiaj  w 
ofercie specjalnej. 

W  ciągu  paru  sekund,  jakie  potrzebne  były  na  zamknięcie  się  drzwi, 

rozważyła i odrzuciła możliwość wyciągnięcia broni. 

- Chodź tu, dziwko. Szybko. 
Mężczyzna  odwrócił  się.  Eve  zobaczyła,  że  ma  jasnozłotą  karnację 

potomka  wielu  ras  i  oczy  straszliwego  desperata.  W  momencie,  gdy 

background image

zakończyła  w  myśli  jego  opis,  spojrzała  na  mały  okrągły  przedmiot, 
który trzymał w ręce. 

Bomba domowej roboty była wystarczającym powodem do niepokoju. 

Fakt,  że  trzęsła  się  w  drżącej  ze  zdenerwowania  ręce,  potęgował  ten 
niepokój. 

Nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  takie  skonstruowane  w  domu  urządzenie 

wybuchnie. Ten idiota może zabić ich wszystkich, jeśli się nie uspokoi. 

Rzuciła  sprzedawcy  szybkie  ostrzegawcze  spojrzenie.  Jeśli  nazwie  ją 

porucznikiem, to szybko zostanie z nich krwawa masa. 

-  Nie  chcę  żadnych  kłopotów  -  powiedziała,  starając  się,  by  jej  głos 

drżał  tak  nerwowo  jak  ręka  złodzieja.  -  Proszę,  mam  małe  dzieci  w 
domu. 

-  Zamknij  się.  Po  prostu  się  zamknij.  Na  podłogę.  Kładź  się  na  tę 

pieprzoną podłogę. 

Eve uklękła, wsuwając rękę pod kurtkę, gdzie czekała broń. 
- Wszystko - rozkazał mężczyzna, machając śmiertelnie niebezpieczną 

małą kulą. - Dawaj wszystko. Gotówkę, żetony. I to migiem. 

-  To  był  kiepski  dzień  -  jęknął  Fransois.  -  Musisz  zrozumieć,  że 

interesy nie idą tak dobrze jak kiedyś. Wy Amerykanie... 

-  Chcesz,  żebym  cię  tym  poczęstował?  -  spytał  mężczyzna, 

przysuwając bombę do twarzy Fransois. 

-  Nie,  nie.  -  Przerażony  Fransois  wbił  drżącymi  palcami  kod 

zabezpieczający.  Gdy  kasa  się  otworzyła,  Eve  zobaczyła,  że  złodziej 
zerknął  na  schowane  w  niej  pieniądze,  a  potem  na  kamerę,  która 
pracowicie rejestrowała całe zajście. 

Zobaczyła  to  w  jego  twarzy.  Wiedział,  że  wizerunek  jego  postaci 

został zamknięty w środku i że nie wymaże go za żadne pieniądze. Ale 
bomba może to zniszczyć; wystarczy, że rzuci ją za siebie i wybiegnie na 
ulicę, by wmieszać się w tłum. 

Wstrzymała  oddech,  niczym  nurek,  który  wchodzi  pod  wodę. 

Podniosła się gwałtownie, podbijając mu rękę. Silne uderzenie sprawiło, 
że  bomba  poszybowała  w  powietrze.  Krzyki,  przekleństwa,  modlitwy. 
Złapała ją koniuszkami palców, ubiegając obu mężczyzn. Gdy zacisnęła 
już na niej rękę, złodziej skoczył w przód. 

Rąbnął  ją  grzbietem  ręki,  a  nie  pięścią,  i  Eve  uznała,  że  miała 

szczęście.  Zobaczyła  wszystkie  gwiazdy,  gdy  uderzyła  w  stojak  z 
chipsami sojowymi, lecz nie puściła bomby. 

background image

Nie  ta  ręka,  cholera,  nie  ta  ręka,  zdążyła  pomyśleć,  gdy  stojak 

przewalił się pod jej ciężarem. Spróbowała wyciągnąć broń lewą dłonią, 
ale runęło na nią dwieście pięćdziesiąt funtów gniewu i desperacji. 

-  Włącz  alarm,  ty  palancie  -  krzyknęła  do  Fransois,  który  stał  jak 

skamieniały, otwierając i zamykając usta. - Włącz ten pieprzony alarm! - 
Po czym chrząknęła, gdy cios w żebra zatamował jej oddech. Tym razem 
użył pięści. 

Teraz  płakał,  drapał,  wczepiał  się  paznokciami  w  jej  rękę,  próbując 

dosięgnąć bomby. 

-  Potrzebne  mi  pieniądze.  Muszę  je  mieć.  Zabiję  cię.  Zabiję  was 

wszystkich. 

Udało jej się zdzielić go kolanem. Ten stary jak świat sposób obrony 

uwolnił ją od napastnika na parę sekund, ale nie zapewnił jej przewagi. 

Znowu  zobaczyła  wszystkie  gwiazdy,  gdy  jej  głowa  uderzyła  o  kant 

lady. Posypały się na nią dziesiątki batonów, o których tak marzyła. 

-  Ty  skurwysynu!  Ty  skurwysynu!  -  Usłyszała,  jak  powtarza  to  w 

kółko, zadając mu trzy szybkie ciosy w twarz. Krew trysnęła mu z nosa; 
rozwścieczony złapał ją za nadgarstek. 

Wiedziała,  że  złamie  jej  rękę.  Wiedziała,  że  poczuje  ten  ostry  ból, 

usłyszy cichy trzask, gdy kość pęknie. 

Ale  w  chwili,  gdy  zaczerpnęła  oddechu,  by  wrzasnąć,  gdy  jej  oczy 

zaszły mgłą z wysiłku, została uwolniona od jego ciężaru. 

Wciąż  ściskając  kulę  w  dłoni,  przewróciła  się  na  brzuch,  usiłując 

złapać oddech i powstrzymać wymioty. Leżąc w tej pozycji, zobaczyła 
czarne błyszczące buty, które zawsze oznaczały przybycie glin. 

-  Aresztujcie  go.  -  Kaszlnęła  krzywiąc  się  z  bólu.  -  Próba  kradzieży, 

posiadanie  broni,  noszenie  materiałów  wybuchowych,  napad.  - 
Chciałaby dodać napad na oficera i stawianie oporu policji, ale byłoby to 
naruszeniem przepisów, ponieważ nie podała swego stopnia po wejściu 
do sklepu. 

- Wszystko w porządku, proszę pani? Wezwać pogotowie?  
Nie chciała pogotowia. Chciała swój cholerny baton. 
-  Poruczniku  -  poprawiła  go  i  dźwignąwszy  się  do  góry,  sięgnęła  po 

swoją  odznakę.  Zauważyła,  że  złodziej  jest  skrępowany  i  że  jeden  z 
policjantów był na tyle mądry, by go ogłuszyć i przerwać walkę. 

-  Potrzebna  nam  czarna  skrzynka,  i  to  szybko.  -  Zobaczyła,  że  obaj 

gliniarze  pobledli,  gdy  zorientowali  się,  co  trzyma  w  dłoni.  -  Ta  mała 
bombka była na niezłej przejażdżce. Trzeba ją zdetonować. 

background image

- Pani porucznik. - Pierwszy glina wypadł błyskawicznie ze sklepu. Po 

dziewięćdziesięciu  sekundach  wrócił  z  ciemnym  pojemnikiem,  którego 
używano do transportu i detonowania ładunków wybuchowych. Nikt się 
nie odezwał. 

Bali się nawet oddychać. 
-  Aresztujcie  go  -  powtórzyła  Eve.  -  W  chwili  gdy  bomba  została 

włożona  do  skrzynki,  Ewie  zaczęły  drżeć  mięśnie  brzucha.  -  Prześlę 
swój raport. Wy, chłopcy, jesteście ze sto dwudziestego trzeciego? 

- Zgadza się, pani porucznik. 
-  Dobra  robota.  -  Wyciągnęła  zdrową  rękę  i  wybrała  baton  Galaxy, 

który nie został zmiażdżony przez walczącą parę. - Idę do domu. 

- Nie zapłaciłaś! - krzyknął za nią Fransois. 
- Odpieprz się, Frank! - wrzasnęła nie zatrzymując się. 
Przez  ten  incydent  spóźniła  się  na  spotkanie.  Gdy  przybyła  do  domu 

Roarke'a, była 7:10. Nałykała się proszków, by uśmierzyć ból w ręce i w 
ramieniu. Wiedziała,  że  jeśli  w  ciągu  paru  najbliższych  dni  nie  nastąpi 
poprawa, będzie musiała się przebadać. Nienawidziła lekarzy. 

Zaparkowała  samochód  i  przez  chwilę  przyglądała  się  domowi 

Roarke'a. Przypomina twierdzę, pomyślała. Jego cztery piętra górowały 
nad oszronionymi drzewami,  które rosły w Central Parku. To był jeden 
ze starych, liczących blisko dwieście lat budynków, i został wzniesiony z 
kamienia, o ile wzrok ją nie mylił. 

Dom  był  przeszklony,  z  okien  biły  złociste  światła.  Na  teren 

posiadłości  wjeżdżało  się  przez  dobrze  strzeżoną  bramę,  za  którą  rosły 
wiecznie zielone krzewy i szlachetne drzewa. 

Jeszcze  większe  wrażenie  niż  wspaniała  architektura  i  artystycznie 

zakomponowany ogród zrobiła na Ewie niczym nie zmącona cisza. Nie 
dochodziły  tu  żadne  odgłosy  miasta.  Nie  słychać  było  warkotu 
samochodów ani hałaśliwego tłumu pieszych. Nawet niebo nad jej głową 
trochę się różniło od tego, jakie zwykle oglądała w centrum. Tutaj widać 
było gwiazdy, a nie migotanie i błyski powietrznych środków transportu. 

Przyjemne  życie,  jeśli  można  sobie  na  nie  pozwolić,  pomyślała 

zapuszczając silnik. Podjechała do bramy, przygotowana na to, że będzie 
musiała  pokazać  odznakę.  Zobaczyła,  że  małe  czerwone  oko 
fotokomórki  mignęło,  po  czym  znieruchomiało.  Brama  otworzyła  się 
bezszelestnie. 

Więc  przepustka  dla  niej  została  wcześniej  wprowadzona  do  pamięci 

komputera, pomyślała. Sama nie wiedziała, czy powinno ją to rozbawić, 

background image

czy  zaniepokoić.  Minęła  bramę,  wjechała  na  podjazd  i  zostawiła 
samochód u podnóża granitowych schodów. 

Lokaj otworzył jej drzwi. Nigdy dotąd nie widziała lokaja poza starymi 

kasetami  video,  ale  ten  jej  nie  rozczarował.  Miał  siwe  włosy, 
nieodgadnione  spojrzenie,  ciemny  garnitur  i  starannie  zawiązany 
staromodny krawat. 

- Porucznik Dallas. 
Mówił z lekkim angielskim, a zarazem słowiańskim akcentem. 
- Jestem umówiona z Roarke'em. 
-  Oczekuje pani.  - Wprowadził ją do przestronnego, wysokiego hallu, 

który wyglądał raczej jak wejście do muzeum niż do domu. 

Wiszący  u  sufitu  żyrandol  w  kształcie  gwiazdy  rzucał  światło  na 

lśniącą drewnianą podłogę, którą zdobił dywan o wyraźnym czerwono - 
zielono  -  niebieskim  wzorze.  Środkowy  filar  skręcających  w  lewo 
schodów zastępowała rzeźba gryfa. 

Na  ścianach  wisiały  obrazy  -  w  rodzaju  tych,  które  oglądała  na 

wystawie  francuskich  impresjonistów  podczas  wycieczki  szkolnej.  W 
okresie Fascynacji Przeszłością, jaki nastąpił na początku dwudziestego 
pierwszego  wieku,  pochwalono  to  malarstwo  za  sielankowe  sceny  i 
cudownie przytłumione barwy. 

Nie  było  tu  żadnych  hologramów  ani  żywych  rzeźb.  Tylko  płótna  i 

farba. 

- Pozwoli pani, że wezmę jej okrycie?  
Przypomniała sobie, że nie jest tu sama i gdy się odwróciła, wydało się 

jej,  że  widzi  w  jego  tajemniczych  oczach  złośliwy  protekcjonalizm. 
Zrzuciła z ramion kurtkę i zauważyła, że lokaj dziwnie ostrożnie wziął 
skórę  między  swe  wypielęgnowane  palce.  Do  diabła,  przecież  w  miarę 
dokładnie oczyściła ją z krwi. 

-  Tędy  proszę,  pani  porucznik  Dallas.  Zechce  pani  chwilę  poczekać, 

Roarke'a zatrzymał telefon zza Pacyfiku. 

- Nie ma sprawy. 
Salon  też  przypominał  muzeum.  Na  ozdobionym  lazurytem  i  ma-

lachitem  kominku  płonęły  autentyczne  polana.  Dwie  lampy  świeciły 
niczym kolorowe klejnoty. Podwójne sofy o zakrzywionych oparciach i 
wykwintnych  obiciach  harmonizowały  z  szafirowym  kolorem  ścian. 
Meble  były  drewniane,  wypolerowane  do  niemal  przykrego  dla  oka 
połysku.  Tu  i  ówdzie  ustawiono  przedmioty  sztuki.  Rzeźby,  misy, 
kryształy. 

background image

Obcasy  jej  kozaków  zastukały  o  podłogę,  po  czym  odgłos  kroków 

został stłumiony przez dywan. 

- Napije się pani czegoś, pani porucznik? 
Zerknęła do tyłu i z rozbawieniem zobaczyła, że lokaj w dalszym ciągu 

trzyma jej kurtkę między palcami, niczym brudną szmatę. 

- Jasne. Co pan ma, panie...? 
- Summerset, pani porucznik. Po prostu Summerset. Jestem pewien, że 

możemy zaspokoić każde pani życzenie. 

-  Ona  lubi  kawę  -  rzekł  Roarke  od  progu  -  ale  sądzę,  że  chciałaby 

spróbować Montcarta rocznik czterdziesty dziewiąty. 

Ewie  wydawało  się,  że  dostrzegła  w  oczach  Summerseta  błysk 

przerażenia. 

- Czterdziesty dziewiąty, sir? 
- Zgadza się. Dziękuję, Summerset. 
- Tak, sir. - Dyndając kurtką, wyszedł wyprostowany. 
- Przepraszam, że kazałem pani czekać - zaczaj Roarke, po czym jego 

oczy zwęziły się, pociemniały. 

-  Nie  ma  sprawy  -  rzekła  Eve,  gdy  do  niej  podszedł.  -  Oglądałam 

właśnie... Hej... 

Szarpnęła podbródkiem, gdy ujął go w dłoń, ale nie rozluźnił palców, 

odwracając ją lewym policzkiem do światła. 

- Ma pani siniaki na twarzy - stwierdził obojętnym tonem. Także jego 

oczy, wpatrujące się w skaleczenia, nie zdradzały żadnych uczuć. 

Ale jego palce były ciepłe, naprężone i przyprawiły ją o wewnętrzne 

drżenie. 

-  Bójka  o  baton  -  powiedziała  wzruszając  ramionami.  Poszukał 

wzrokiem jej oczu i popatrzył w nie chwilę dłużej niż to było konieczne. 

- Kto wygrał? 
- Ja. Nie lubię, jak ktoś przeszkadza mi w jedzeniu. 
-  Zapamiętam  to  sobie.  -  Puścił  ją,  a  rękę  wsunął  do  kieszeni. 

Ponieważ  znowu  chciał  jej  dotknąć.  Martwiło  go  to,  że  chciał,  i  to 
bardzo, głaskać ją, dopóki nie zniknie siniec, który szpecił jej policzek. - 
Mam nadzieję, że kolacja będzie pani smakowała. 

-  Kolacja?  Nie  przyszłam  tu  po  to,  żeby  jeść,  Roarke.  Przyszłam,  by 

obejrzeć pana kolekcję. 

-  Zrobi  pani  jedno  i  drugie.  -  Odwrócił  się,  kiedy  Summerset  wniósł 

tacę, na której stała odkorkowana butelka wina koloru dojrzałej pszenicy 
i dwa kryształowe kieliszki. 

- Rocznik czterdziesty dziewiąty, sir. 

background image

-  Dziękuję.  Resztą  sam  się  zajmę.  -  Napełniając  kieliszki,  zwrócił  się 

do Ewy. - Pomyślałem, że ten rocznik będzie pani odpowiadał. Może ma 
mało subtelny smak... - Odwrócił się, podając jej wino. - Ale za to działa 
na  zmysły.  -  Stuknął  się  z  nią  kieliszkiem,  aż  kryształ  zadźwięczał, 
potem patrzył, jak próbuje wykwintny trunek. 

Boże, co za twarz, pomyślał. Ile w niej ekspresji, uczuć i umiejętności 

panowania nad sobą. Właśnie teraz, gdy poczuła na języku smak wina, 
starała  się  nie  okazać  swego  zdziwienia  i  zadowolenia.  Nie  mógł 
doczekać się chwili, kiedy sam poczuje jej smak. 

- Odpowiada pani? - spytał. 
- Jest dobre. - Miała wrażenie, że pije coś tak cennego jak złoto. 
- Cieszę się. Rozpocząłem produkcję win właśnie od Montcarta. Może 

usiądziemy przy kominku? 

Propozycja  była  kusząca.  Niemal  widziała,  jak  siedzi  z  nogami 

wyciągniętymi w stronę miłego ciepła, popijając wino, a lampy rzucają 
kolorowe niczym klejnoty refleksy światła. 

-  To  nie  jest  wizyta  towarzyska,  Roarke.  To  śledztwo  w  sprawie 

morderstwa. 

- Więc może pani mnie przesłuchać podczas kolacji. - Wziął ją za rękę, 

unosząc brew ze zdziwienia, gdy chciała stawić mu opór. 

-  Myślałem,  że  kobieta,  która  bije  się  o  baton,  doceni  dwucalową 

polędwicę, średnio dopieczoną. 

- Stek? - Z trudem walczyła ze ślinką cieknącą jej do ust. - Prawdziwy 

stek z krowy? 

Uśmiech wykrzywił mu usta. 
- Właśnie przyleciała z Montany. Polędwica, nie krowa.  - Widząc, że 

nadal się waha, pochylił głowę.  - Niech pani posłucha, pani porucznik. 
Nie  sądzę,  żeby  kawałek  krwistego  mięsa  przeszkodził  pani  w 
prowadzeniu śledztwa. 

-  Niedawno  ktoś  próbował  mnie  przekupić  -  mruknęła  myśląc  o 

Charlesie Monroe i jego czarnym jedwabnym szlafroku. 

- Czym? 
- Niczym tak interesującym jak stek. - Obrzuciła go długim spokojnym 

spojrzeniem. - Jeśli dowody będą wskazywały na pana, Roarke, to pana 
zniszczę. 

- Niczego innego nie oczekuję. Chodźmy na kolację.  
Wprowadził  ją  do  jadalni.  Więcej  kryształów,  więcej  błyszczącego 

drewna,  jeszcze  jeden  kominek  -  tym  razem  obłożony  różowym 
marmurem  -  na  którym  migotał  ogień.  Kobieta  w  czarnym  kostiumie 

background image

podała krewetki w sosie śmietankowym na zakąskę. Przyniesiono wino i 
napełniono kieliszki. 

Eve, która rzadko zastanawiała się nad tym, jak wygląda, żałowała, że 

nie  włożyła  na  tę  okazję  czegoś  bardziej  odpowiedniego  niż  dżinsy  i 
sweter. 

- Więc dlaczego jest pan taki bogaty? 
- Z różnych względów. - Odkrył, że patrzenie, jak Eve je, sprawia mu 

przyjemność. Prawdziwą przyjemność. 

- Niech pan poda choć jeden. 
-  Pożądanie  -  rzekł  milknąc  na  chwilę,  by  to  słowo  wypełniło  cały 

pokój. 

-  To  nie  jest  wystarczająco  dobry  powód.  -  Znowu  podniosła  do  ust 

kieliszek i ich oczy spotkały się. - Większość ludzi chce być bogata. 

-  Nie  pragną  tego  wystarczająco  mocno.  Nie  chcą  o  to  walczyć. 

Ponosić dla tego ryzyka. 

- Ale pan chciał. 
-  Owszem.  Bieda  oznacza...  niewygody.  A  ja  jestem  człowiekiem 

wygodnym.  -  Podsunął  jej  bułkę  na  srebrnej  miseczce,  gdy  podano 
sałatki - chrupiącą zieleninę przyprawioną delikatnymi ziołami. 

- Nie różnimy się wiele od siebie, Eve. 
- To prawda. 
-  Chciałaś  być  gliną  i  walczyłaś  o  to.  Ryzykowałaś  w  imię  tego. 

Uważałaś, że nie wolno łamać prawa. Ja dbam o pieniądze, ty o prawo. 
Ani jedno, ani drugie nie jest proste. - Odczekał chwilę. 

- Wiesz, czego chciała Sharon DeBlass? 
Jej  widelec  znieruchomiał,  po  czym  wbił  się  delikatnie  w  cykorię 

zerwaną zaledwie pół godziny temu. 

- Jak myślisz, czego? 
-  Władzy.  Często  można  ją  zdobyć  przez  seks.  Sharon  miała 

wystarczająco  duże  pieniędzy,  by  wieść  wygodne  życie,  ale  chciała 
czegoś więcej… Chciała mieć władzę nad swoimi klientami, nad sobą, a 
nade wszystko nad swoją rodziną. 

Eve odłożyła widelec. W świetle ognia, w tańczącym blasku świecy i 

kryształu  Roarke  wyglądał  groźnie.  Nie  dlatego,  że  budził  w  kobiecie 
strach,  ale  dlatego,  że  budził  w  niej  pożądanie.  Cienie  przysłaniające 
jego oczy nie pozwalały nic z nich wyczytać. 

- To ciekawa ocena kobiety, której jak twierdzisz, prawie nie znałeś. 
- Nie trzeba dużo czasu, by wyrobić sobie o kimś zdanie, szczególnie 

jeśli tę osobę można przejrzeć na wylot. Ona nie posiadała twojej głębi, 

background image

Ewo,  twojej  umiejętności  panowania  nad  sobą,  czy  też  twojej,  godnej 
pozazdroszczenia, ostrości widzenia. 

-  Nie  rozmawiamy  o  mnie.  -  Nie,  nie  chciała,  by  mówił  o  niej,  ani 

patrzył  na  nią  w  taki  sposób.  -  Twoim  zdaniem  pragnęła  władzy.  Tak 
bardzo jej pragnęła, że została zabita, zanim zdążyła się nią nacieszyć?  

- Ciekawa teoria. Pozostaje pytanie, władzy nad czym? Albo nad kim? 
Ta  sama  milcząca  służąca  zabrała  sałatki  i  przyniosła  porcelanowe 

półmiski pełne skwierczącego mięsa i złocistych frytek. Eve poczekała, 
aż zostaną sami, po czym odkroiła kawałek steku. 

- Kiedy człowiek zdobędzie duży majątek i wysoką pozycję społeczną, 

to ma wiele do stracenia. 

Teraz mówimy o mnie - jeszcze jedna ciekawa teoria. - Przyglądał się 

jej  z  zainteresowaniem,  ale  w  jego  oczach  wciąż  malowało  się 
rozbawienie. - Postraszyła mnie szantażem, a ja zamiast jej zapłacić albo 
wyśmiać jej  propozycję,  zabiłem  ją.  Czy  przedtem  poszedłem  z  nią  do 
łóżka? 

- Ty mi to powiedz - spokojnym tonem odparła Eve. 
- To byłby dobry pomysł na scenariusz, biorąc pod uwagę zawód, jaki 

wybrała.  Artykuły  na  temat  tej  sprawy  mogłyby  być  cenzurowane,  ale 
nie  trzeba  mieć  szczególnego  daru  dedukcji,  by  dojść  do  wniosku,  że 
chodziło  o  seks.  Wykorzystałem  ją,  potem  zastrzeliłem...  zgodnie  z  tą 
teorią. - Wziął do ust kawałek steku, pogryzł go i przełknął. - Jednak jest 
pewien problem. 

- Jaki? 
- Mam, jak może zauważyłaś, staromodne kaprysy. Nie lubię stosować 

przemocy wobec kobiet, w żadnej formie. 

-  Nie  brzmiałoby  to  staromodnie,  gdybyś  powiedział,  że  nie  lubisz 

stosować przemocy wobec ludzi, w żadnej formie. 

Wzruszył ramionami. 
-  Jak  powiedziałem,  to  kaprys.  Jest  mi  równie  nieprzyjemnie,  kiedy 

patrzę na ciebie i widzę, jak światło świecy przesuwa się po siniaku na 
twoim policzku. 

Zaskoczył  ją,  kiedy  wyciągnął  rękę  i  przesunął  delikatnie  palcem  po 

ciemnosinej plamie. 

-  Przypuszczam,  że  zabicie  Sharon  DeBlass  uznałbym  za  jeszcze 

bardziej nieprzyjemne. - Opuścił rękę i znowu zajął się jedzeniem. 

- Choć od czasu do czasu robię rzeczy, które są dla mnie nieprzyjemne. 

Kiedy jest to konieczne. Jak ci smakuje kolacja? 

background image

- Jest świetna. - Pokój, światło, jedzenie były nie tylko świetne. Miała 

wrażenie, że znajduje się w innym świecie, w innym czasie. 

- Kim ty, do diabła, jesteś, Roarke?  
Uśmiechnął się i napełnił kieliszki. 
- Jesteś gliną. Domyśl się. 
Domyśli się, obiecała sobie w duchu. Zrobi to, na Boga, zanim będzie 

za późno. 

Masz jeszcze jakieś teorie na temat Sharon DeBlass? 
-  Żadne, o których warto by  mówić. Lubiła podniecenie, ryzyko i nie 

bała się sprawiać kłopotów tym, którzy ją kochali. Mimo to była... 

Zaintrygowana Eve pochyliła się do przodu. 
- Jaka? Mów dalej, dokończ. 
- Godna litości - powiedział, a z tonu jego głosu Eve wywnioskowała, 

że dokładnie to miał na myśli. - Choć z pozoru promieniała szczęściem, 
miała w sobie jakiś smutek. Jedyną rzeczą, jaką w sobie szanowała, było 
ciało. Więc wykorzystywała je, by sprawiać przyjemność i zadawać ból. 

- I zaproponowała je tobie? 
- Naturalnie, i założyła, że przyjmę jej propozycję. 
- Dlaczego tego nie zrobiłeś? 
- Już ci wyjaśniłem. Mogę wniknąć w szczegóły i dodać, że wolę inny 

typ kochanki, i że nie lubię być do niczego zmuszany. 

Było jeszcze coś, ale postanowił zachować to dla siebie. 
- Zjesz jeszcze trochę steku? 
Zerknęła na talerz i zobaczyła, że jest pusty. 
- Nie, dziękuję. 
- Deser? 
Nie  chciała  z  niego  rezygnować,  lecz  już  wystarczająco  sobie 

pofolgowała. 

- Nie. Chcę obejrzeć twoją kolekcje. 
-  Więc  zostawimy  kawę  i  deser  na  później.  -  Podniósł  się  i  podał  jej 

rękę. 

Zmarszczyła  tylko  brwi  i  odsunąwszy  krzesło,  wstała  od  stołu. 

Rozbawiony  Roarke  wskazał  jej  gestem  drzwi  i  poprowadził  ją  z 
powrotem do hallu, a potem w górę krętymi schodami. 

- To wielki dom jak dla jednego faceta. 
- Tak myślisz? Ja raczej uważam, że twoje mieszkanie jest za małe jak 

dla  jednej  kobiety.  -  Kiedy  zmęczona  stanęła  na  szczycie  schodów, 
uśmiechnął  się  szeroko.  -  Ewo,  wiesz,  że  jestem  właścicielem  tego 
budynku? Sprawdziłaś to wtedy, kiedy przysłałem ci ten drobny prezent. 

background image

-  Powinieneś  się  postarać  o  jakiegoś  hydraulika.  Gorącej  wody  w 

prysznicu nie wystarcza na dłużej niż na dziesięć minut. 

- Zanotuję to sobie. Jeszcze jedno piętro. 
- Dziwię się, że nie ma tu wind - mruknęła, gdy znowu zaczęli wspinać 

się po schodach. 

- Są. To, że ja wolę wchodzić po schodach, nie oznacza, że służba też 

musi to robić. 

- Jaka służba? - ciągnęła. - Nie widziałam tu żadnych służących. 
- Mam kilku. Na ogół wolę ludzi od maszyn. To tutaj.  
Posługując się skanerem, w którym był zakodowany obraz jego dłoni, 

otworzył  podwójne  rzeźbione  drzwi.  Czujnik  włączył  światła,  gdy 
przeszli  przez  próg.  Choć  różnych  rzeczy  się  spodziewała,  ten  widok 
całkowicie ją zaskoczył. 

To było muzeum broni: rewolwery, noże, miecze, kusze. Zgromadzono 

tu  rozmaite  okrycia  ochronne,  począwszy  od  średniowiecznej  zbroi  po 
nieprzepuszczalne  cienkie  kamizelki,  używane  teraz  przez  wojsko. 
Chromowane,  żelazne  i  inkrustowane  rękojeści  błyszczały  zza  szyby, 
migotały na ścianach. 

Jeśli  reszta  domu  wydawała  się  jej  innym  światem,  chyba  bardziej 

cywilizowanym  od  tego,  który  znała,  to  te  eksponaty  nadawały  mu 
całkowicie odmienny charakter. Sławiły przemoc. 

- Dlaczego? - tylko tyle zdołała powiedzieć. 
-  Interesuje  mnie,  czym  ludzie  zabijali  innych  ludzi  na  przestrzeni 

wieków. - Przeszedł przez pokój i dotknął kolczastej kuli, która zwisała z 
łańcucha. - Rycerze używali ich do walki w turniejach i na polu bitwy 
jeszcze  przed  królem  Arturem.  Tysiąc  lat  temu...  -  Nacisnął  szereg 
guzików  na  gablocie  wystawowej  i  wyjął lśniącą  broń  wielkości  dłoni, 
ulubione narzędzie walki gangów ulicznych podczas Rewolty Miejskiej, 
do  jakiej  doszło  w  dwudziestym  pierwszym  wieku,  -  A  tu  mamy  coś 
bardziej poręcznego a równie śmiercionośnego. Postęp bez postępu. 

Odłożył broń na miejsce, zamknął i zabezpieczył gablotę. 
-  Ale  ciebie  interesuje  coś  nowszego  od  pierwszego  eksponatu  i 

starszego od drugiego. Powiedziałaś: kaliber trzydzieści osiem, Smith & 
Wesson, model dziesiątka. 

To straszny pokój, pomyślała. Straszny i fascynujący. Popatrzyła przez 

salę  na  gospodarza,  uświadamiając  sobie,  że  te  narzędzia  przemocy 
doskonale do niego pasują. 

- Zebranie tego wszystko musiało zająć ci wiele lat. 

background image

-  Piętnaście  -  powiedział  przechodząc  po  nie  pokrytej  dywanem 

podłodze  do  innego  działu.  -  Teraz  już  prawie  szesnaście.  Zdobyłem 
swój pierwszy pistolet, kiedy miałem dziewięć lat - od mężczyzny, który 
celował z niego w moją głowę. 

Zmarszczył brwi. Nie zamierzał jej o tym mówić. 
-  Domyślam  się,  że  spudłował  -  skomentowała  Eve,  podchodząc  do 

niego. 

- Na szczęście był trochę oszołomiony, bo kopnąłem go w krocze. To 

była 

półautomatyczna 

dziewięciomilimetrowa 

Beretta, 

którą 

przeszmuglował z Niemiec. Chciał się nią posłużyć, by zabrać mi towar, 
który mu dostarczyłem, i oszczędzić na opłacie za transport. W efekcie 
miałem należną mi sumę pieniędzy, towar i Berettę. I tak, z jego błędnej 
oceny  mojej  osoby,  narodziło  się  Roarke  Industries.  To  ten,  który  cię 
interesuje  -  dodał  wskazując  nań  palcem,  gdy  otworzyła  się  kolejna 
gablota  w  ścianie.  -  Domyślam  się,  że  będziesz  chciała  go  zabrać,  by 
zobaczyć, czy ostatnio z niego strzelano, sprawdzić odciski palców i tak 
dalej. 

Kiwnęła wolno głową, podczas gdy jej umysł pracował szybko. Tylko 

cztery osoby wiedziały, że broń pozostawiono na miejscu zbrodni. Ona, 
Feeney, jej dowódca i morderca. Roarke jest albo niewinny, albo bardzo, 
bardzo mądry. 

Ciekawa była, czy może być i niewinny, i mądry. 
- Doceniam twoją chęć do współpracy.  - Wyjęła ze swej konduktorki 

plastykową torebkę do przechowywania dowodów rzeczowych i sięgnęła 
po broń, podobną do tej, która była już w posiadaniu policji. Wystarczyła 
sekunda, by uświadomiła sobie, że nie jest to ten sam egzemplarz, który 
Roarke jej wskazał. 

Poszukała oczami jego oczu i wpatrywała się w nie przez chwilę. Och, 

przyjrzał się jej uważnie. Mimo, że jej ręka zawisła niezdecydowanie w 
powietrzu, pomyślała, że dobrze się zrozumieli. 

- Który? 
-  Ten.  -  Popukał  w  szybę  tuż  pod  trzydziestką  ósemką.  Gdy 

zabezpieczyła rewolwer i wsunęła go do torby, Roarke zamknął gablotę. 
- Nie jest naładowany, oczywiście, ale mam amunicję, jeśli chcesz wziąć 
próbkę. 

- Dziękuję. Odnotuję w raporcie, że chętnie ze mną współpracowałeś. 
-  Naprawdę?  -  Uśmiechnął  się,  wyjął  z  szuflady  pudełko  i  podał  je 

Eve. Co jeszcze odnotujesz, poruczniku? 

background image

- Wszystko, co ma związek ze sprawą. - Wrzuciła pudełko z amunicją 

do  torby,  wyjęła  z  niej  notes,  po  czym  wbiła  swój  numer 
identyfikacyjny,  datę  i  opis  wszystkiego,  co  wzięła.  -  Twoje  po-
kwitowanie.  -  Podała  mu  pasek  papieru,  kiedy  notes  go  wypluł.  -  Te 
rzeczy zostaną ci zwrócone tak szybko, jak to będzie możliwe, o ile nie 
zostaną zatrzymane w charakterze dowodu. Tak czy inaczej, zostaniesz o 
tym powiadomiony. 

Wcisnął papier do kieszeni, dotykając pakami czegoś, co wcześniej do 

niej schował. 

-  W  sąsiednim  skrzydle  jest  pokój  -  muzyczny.  Możemy  wypić  tam 

kawę i brandy. 

- Wątpię, byśmy mieli wspólne zainteresowania muzyczne, Roarke. 
-  Możesz  się  zdziwić  -  mruknął  -  ile  mamy  ze  sobą  wspólnego.  - 

Znowu  dotknął  jej  policzka,  tym  razem  przesuwając  rękę,  dopóki  nie 
znalazła się na jej karku. - I ile będzie nas jeszcze łączyło. 

Zesztywniała  i  podniosła  rękę,  by  zepchnąć  jego  dłoń.  Ale  on  tylko 

zacisnął  palce  na  jej  nadgarstku.  Pomyślała,  że  w  ciągu  sekundy  może 
powalić  go  na  łopatki.  Mimo  to  stała  bez  ruchu,  oddychając  ciężko, 
czując, jak mocno krew pulsuje jej w żyłach. 

Teraz się uśmiechał. 
- Nie jesteś tchórzem, Ewo. - Powiedział to cicho, zbliżając usta

 

do jej 

ust.  Nie  pocałował  jej  jednak;  trwali  w  bezruchu,  dopóki  ręka,  która 
miała  go  odtrącić,  nie  zacisnęła  się  na  jego  dłoni.  Dopiero,  wtedy 
przywarła do niego. 

Nie zastanawiała się nad tym, co robi. Gdyby pomyślała choćby przez 

chwilę, wiedziałaby, że łamie wszystkie przepisy. Ale chciała zobaczyć, 
chciała wiedzieć. Chciała czuć. 

Jego  wargi  były  miękkie,  raczej  uległe  niż  władcze.  Ugryzł  ją 

delikatnie w usta, zmuszając, by je rozchyliła i pozwoliła jego językowi 
wsunąć się w nie i zaćmić jej umysł smakiem pocałunku. 

Namiętność rozpaliła się w niej niczym kula ognia, zanim jeszcze jej 

dotknął,  zanim  jego  ręce  prześlizgnęły  się  po  obciągniętych  dżinsami 
biodrach i wsunęły uwodzicielsko pod sweter. 

Z nerwową rozkoszą poczuła, że robi się wilgotna. 
Myślał,  że  pragnie  jej  ust,  tych  pełnych  ponętnych  ust.  Ale  gdy  ich 

posmakował, zapragnął jej całej. 

Była przyciśnięta do niego; to silne, szczupłe ciało zaczęło drżeć. Jej 

mała jędrna pierś  spoczywała  w jego  dłoni.  Słyszał  namiętne  gardłowe 
pomruki, prawie czuł smak pożądania Ewy, gdy całowała go żarliwie. 

background image

Chciał  zapomnieć  o  cierpliwości  i  opanowaniu,  które  narzucał  sobie 

przez całe życie, i popełnić szaleństwo. 

Tutaj.  Ta  myśl  całkowicie  nim  owładnęła.  Musiał  to  zrobić.  Tutaj  i 

teraz. 

Pociągnąłby  ją  na  podłogę,  gdyby  go  nie  powstrzymała,  blada  i  bez 

tchu. 

- To nie może się stać. 
- Nic się nie dzieje, do diabła - odparł. 
Osaczyły  go  niebezpieczne  myśli.  Widziała  to  tak  wyraźnie,  jak 

widziała narzędzia przemocy i zbrodni, które ich otaczały. 

Są mężczyźni, którzy prowadzą negocjacje, kiedy czegoś chcą. Są też 

tacy, którzy po prostu biorą. 

- Niektórym z nas nie wolno sobie folgować. 
- Pieprz zasady, Ewo. 
Zrobił  krok  w  jej  stronę.  Gdyby  się  cofnęła,  poszedłby  za  nią,  jak 

każdy  myśliwy  za  swoją  ofiarą.  Ale  stanęła  wpatrzona  w  niego  i 
potrząsnęła głową. 

-  Nie  mogę  spaprać  sprawy  o  morderstwo,  bo  podejrzany  mnie 

pociąga. 

- Cholera jasna, nie zabiłem jej. 
Przeżyła  szok,  widząc,  że  traci  panowanie  nad  sobą,  słysząc 

wściekłość i smutek w jego głosie. I z przerażeniem uświadomiła sobie, 
że mu wierzy, a nie miała pewności, żadnej pewności, czy nie uwierzyła 
mu tylko dlatego, że było jej to potrzebne. 

-  Nie  wystarczy,  że  dasz  mi  na  to  słowo.  Mam  pracę  do  wykonania, 

obowiązki wobec ofiary, wobec systemu. Muszę być obiektywna, a ja... 

Nie mogę być, uświadomiła sobie. Nie mogę. 
Patrzyli  na  siebie,  gdy  komunikator,  który  miała  w  torebce,  zaczaj 

wysyłać wysokie krótkie sygnały. 

Jej  ręce  trochę  drżały,  kiedy  odwróciła  się  i  wyjęła  niewielkie 

urządzenie. Rozpoznała na wyświetlaczu kod siedziby policji i zgłosiła 
swój  NI.  Zaczerpnąwszy  tchu,  odpowiedziała  na  sygnał  czujnika 
rozpoznającego głos. 

- Dallas, porucznik Eve. Bez dźwięku, proszę, sam wyświetlacz. 
Roarke  widział  jej  profil,  gdy  czytała  przekazywany  tekst.  To 

wystarczyło,  by  zauważył,  że  jej  oczy  zmieniły  się,  pociemniały,  po 
czym stały się zimne i obojętne. 

background image

Odłożyła  komunikator  i  gdy  zwróciła  się  ku  niemu,  zobaczył,  że 

niewiele w niej pozostało z kobiety, która jeszcze przed chwilą drżała w 
jego ramionach. 

- Muszę iść. Skontaktuję się z tobą w sprawie twoich rzeczy. 
- Świetnie to robisz - mruknął Roarke. - Z miejsca wskakujesz w skórę 

gliny. A ona idealnie do ciebie pasuje. 

- Cieszę się. Nie kłopocz się odprowadzaniem mnie do drzwi. Znajdę 

drogę. 

- Eve! 
Zatrzymała się w progu i odwróciła głowę. Oto i on, postać w czerni 

otoczona wiekami przemocy. Serce jej mocno zabiło. 

- Zobaczymy się jeszcze?  
Skinęła głową. 
Możesz na to liczyć. 
Pozwolił jej odejść, wiedząc, że Summerset wynurzy się z mroku, by 

podać jej kurtkę i życzyć dobrej nocy. 

Gdy Roarke został sam, wyjął z kieszeni szary guzik, który znalazł na 

podłodze  swojej  limuzyny.  Ten  sam,  który  odpadł  od  żakietu  szarego 
kostiumu, jaki miała na sobie podczas ich pierwszego spotkania. 

Przyglądał mu się, wiedząc, że nie zamierza go jej oddać, i czuł się jak 

idiota. 

background image


 
Straż przy drzwiach do mieszkania Loli Starr pełnił rekrut. Eve wzięła 

go  za  takiego,  ponieważ  sprawiał  wrażenie  młokosa,  któremu  nie 
sprzedano  by  nawet  piwa,  a  jego  mundur  wyglądał  tak,  jakby  został 
wyciągnięty  ze  starych  wojskowych  zapasów  i  świetnie  pasował  do 
bladozielonego odcienia jego skóry. 

Po  paru  miesiącach  pracy  w  tej  okolicy  przestała  wymiotować  na 

widok  trupa.  Te  odrażające  ulice  pełne  były  ćpunów,  prostytutek  i 
zwykłych drani, napadających na siebie tyleż dla zabawy, co dla zysku. 
Z zapachu, jaki ją powitał, wywnioskowała, że ktoś niedawno tu umarł 
albo wozy utylizacyjne omijały to miejsce przez cały ostatni tydzień. 

- Szeregowy. - Zatrzymała się błyskając odznaką. Stanął na baczność, 

gdy wyszła z tej żałosnej namiastki windy. Instynkt słusznie ją ostrzegł, 
że  jeśli  szybko  się  nie  przedstawi,  zostanie  ogłuszona  bronią,  którą 
młody mężczyzna trzyma w trzęsącej się ręce. 

- Sir. - Jego oczy były przerażone i rozbiegane. 
- Proszę zdać sprawę ze stanu rzeczy. 
-  Sir  -  powtórzył  i  odetchnął  głęboko  dla  uspokojenia  nerwów.  - 

Właściciel  domu  zatrzymał  nasz  patrol  i  powiedział,  że  w  jednym  z 
mieszkań znajduje się martwa kobieta. 

- Czy to... - Jej wzrok powędrował szybko do plakietki z nazwiskiem, 

którą miał przypiętą nad kieszonką na piersi. - Szeregowy Prosky? 

-  Tak  jest,  sir,  ona...  -  Przełknął  z  trudem  ślinę  i  Eve  dostrzegła,  że 

wyraz przerażenia znowu pojawił się na jego twarzy. 

W jaki sposób ustaliliście, że ta osoba nie żyje, Prosky? Zbadaliście 

jej puls? 

Niezdrowy rumieniec zabarwił jego policzki. 
-  Nie,  sir.  Trzymałem  się  obowiązującej  procedury:  zabezpieczyłem 

miejsce zbrodni, powiadomiłem dowództwo. Stwierdziłem naocznie, że 
ofiara nie żyje, a mieszkanie nie zostało zdemolowane. 

- Czy właściciel domu wchodził do środka? - Tego wszystkiego mogła 

dowiedzieć się później, ale widziała, że chłopak stopniowo się uspokajał, 
kiedy zmuszała go do mówienia. 

-  Nie,  sir,  mówi,  że  nie.  Po  złożeniu  skargi  przez  jednego  z  klientów 

ofiary,  który  był  z  nią  umówiony  na  dziewiątą  wieczorem,  właściciel 
sprawdził  mieszkanie.  Otworzył  drzwi  i  zobaczył  ją.  Tam  jest  tylko 
jeden  pokój,  pani  porucznik,  a  ona  -  widać  ją,  gdy  tylko  otworzy  się 
drzwi. Po zrobieniu tego odkrycia przerażony właściciel domu wybiegł 

background image

na ulicę i zatrzymał nasz patrol. Natychmiast wróciłem z nim na miejsce 
zbrodni, stwierdziłem naocznie, że ofiara nie żyje, i złożyłem meldunek. 

- Opuszczaliście swój posterunek? Choćby na krótko?  
Wreszcie się uspokoił i udało mu się skupić na niej wzrok. 
- Nie, pani porucznik. Myślałem, że będę musiał, na chwilę. Pierwszy 

raz znalazłem się w takiej sytuacji i trudno mi było się powstrzymać. 

-  Moim  zdaniem  świetnie  sobie  poradziliście,  Prosky.  -  Z  policyjnej 

torby, którą ze sobą przyniosła, wyjęła spray zabezpieczający i użyła go. 
-  Wezwijcie  lekarza  sądowego  i  ekipę  śledczą.  Pokój  trzeba  dokładnie 
przeszukać, a ciało przewieźć do kostnicy. 

- Tak jest, sir. Czy mam pozostać na posterunku? 
- Do przybycia pierwszego zespołu. Potem możecie się odmeldować. - 

Skończywszy spryskiwać kozaki, popatrzyła na niego. - Jesteście żonaci, 
Prosky? - spytała wsuwając rekorder do kieszeni koszuli. 

- Nie, sir. Tak jakby zaręczony. 
-  Gdy  złożycie  już  raport,  poszukajcie  swojej  narzeczonej.  Ci,  którzy 

chodzą na kielicha, nie żyją tak długo jak ci, którzy szukają pocieszenia 
w  miłości  z  jakąś  miłą  dziewczyną.  Gdzie  mogę  znaleźć  właściciela 
domu? - spytała przekręcając gałkę u drzwi. 

- Jest na dole, w A jeden. 
-  Więc  powiedzcie  mu,  żeby  nie  ruszał  się  stamtąd.  Spiszę  jego 

zeznania, kiedy tu skończę. 

Weszła do środka, zamknęła drzwi. Eve, która nie była już rekrutem, 

nie  odczuła  mdłości  na  widok  podziurawionego  ciała  i  obryzganych 
krwią zabawek. 

Ale poczuła ból w sercu. 
Potem ogarnął ją gniew, głuchy, gwałtowny gniew, gdy jej wzrok padł 

na staroświecką broń wciśniętą w ramiona misia. 

To było jeszcze dziecko. 
Była  siódma  wieczorem.  Eve  wciąż  przebywała  poza  domem. 

Przespała  się  z  godzinę  przy  biurku,  gdy  komputer  szukał  informacji. 
Skoro sprawa Loli Starr nie była opatrzona Kodem Piątym, Eve  mogła 
swobodnie  korzystać  z  banku  danych  Międzynarodowego  Centrum 
Informacji  o  Przestępstwach  Kryminalnych.  Na  razie  MCIPK  nie 
znalazło nic, co pasowałoby do tej sprawy. 

Teraz Eve, blada ze zmęczenia, sztucznie pobudzona sztuczną kofeiną, 

patrzyła na Feeneya. 

- Dallas, ona była prostytutką. 

background image

-  Tę  pieprzoną  licencję  dostała  zaledwie  trzy  miesiące  temu.  Na  jej 

łóżku leżały lalki. 

Nie  mogła  spokojnie  o  tym  myśleć  -  o  tych  wszystkich  głupich 

dziewczęcych rzeczach, w których musiała grzebać, kiedy żałosne ciało 
ofiary leżało na tanich, przeładowanych ozdobami poduszkach i lalkach. 
Rozwścieczona  Eve  rzuciła  na  biurko  jedno  ze  zdjęć  zrobionych  przez 
fotografa policyjnego. 

-  Z  taką  buzią  powinna  być  maskotką  szkolnej  drużyny  sportowej.  A 

ona przyjmowała klientów i zbierała fotografie modnych apartamentów i 
jeszcze modniejszych strojów. Myślisz, że wiedziała, w co się pakuje? 

- Nie sądzę, żeby przypuszczała, iż zostanie zabita - spokojnym głosem 

odparł Feeney. - Chcesz analizować psychikę prostytutek? 

- Nie. - Jeszcze raz popatrzyła zmęczonym okiem na wydruk. - Ale nie 

mogę się z tym pogodzić, Feeney. Taki dzieciak. 

- Wiesz, jak to jest, Dallas. 
-  Niestety.  -  Zmusiła  się,  by  odpowiedzieć  ostrym  tonem.  -  Sekcja 

zwłok  powinna  zostać  przeprowadzona  z  samego  rana,  ale  z  moich 
oględzin  wynika,  że  gdy  ją  znaleziono,  nie  żyła  już  od  co  najmniej 
dwudziestu czterech godzin. Zidentyfikowałeś broń? 

- SIG dwa - dziesięć - prawdziwy rewolwerowy Rolls - Royce, z mniej 

więcej tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego, sprowadzony ze Szwecji. Z 
tłumikiem.  Te  stare  tłumiki  wystarczały  tylko  na  dwa,  trzy  strzały. 
Potrzebował go, ponieważ mieszkanie ofiary nie było dźwiękoszczelne, 
tak jak apartament DeBlass. 

-  I  nie  dzwonił  z  niego,  co  oznacza,  że  nie  chciał,  by  szybko  ją 

znaleziono.  Musiał  jakoś  się  stamtąd  wydostać  -  zadumała  się. 
Pogrążona  w  myślach  podniosła  zabezpieczoną  przez  policję  niewielką 
kartkę papieru. 

DRUGA Z SZEŚCIU 
- Co tydzień jedna - powiedziała cicho. - Jezus Maria, Feeney, nie daje 

nam dużo czasu. 

- Przeglądam jej terminarze spotkań. O ósmej wieczorem poprzedniej 

nocy była umówiona z nowym klientem. Jeśli sekcja potwierdzi podaną 
przez ciebie godzinę zgonu, to mamy faceta. - Feeney uśmiechnął słabo. 
- Nazywa się John Smith. 

-  Będziemy  z  nim  mieli  jeszcze  większe  kłopoty  niż  z  bronią 

mordercy.  -  Przez  chwilę  masowała  palcami  czoło.  -  MCIPK  odmówi 
szukania faceta, jeśli podamy takie nazwisko. 

background image

-  Ciągle  przeszukują  dane  -  mruknął  Feeney.  Bronił  MCIPK,  do 

którego miał pewien sentyment. 

Niczego nie znajdą. Mamy podróżnika w czasie, Feeney. Parsknął. 
- Historia jak z Mesa Verne'a. 
-  Zbrodnie  zostały  popełnione  w  dwudziestym  pierwszym  wieku  - 

powiedziała.  -  Rewolwery,  wyjątkowa  brutalność,  ręcznie  napisane, 
pozostawiane na miejscu zbrodni wiadomości. Więc może nasz zabójca 
jest  jakimś  historykiem  albo  przynajmniej  interesuje  się  przeszłością. 
Kimś, kto chce, żeby teraz było tak jak dawniej. 

-  Mnóstwo  ludzi  uważa,  że  wszystko  powinno  być  inaczej.  Dlatego 

świat pełen jest buntowników. 

Opuściła w zamyśleniu ręce. 
-  MCIPK  nie  pomoże  nam  dotrzeć  do  umysłu  tego  faceta.  Czy  to 

jeszcze  ludzki  umysł  wymyśla  takie  zabawy?  Co  on  robi,  Feeney? 
Dlaczego on to robi? 

- Zabija prostytutki. 
-  Dziwki  zawsze  były  łatwym  celem,  począwszy  od  Kuby  Roz-

pruwacza, prawda? To taka ryzykowna praca. Nawet teraz, gdy wszędzie 
zainstalowane  są  kamery,  nadal  zdarzają  się  klienci,  którzy  maltretują 
prostytutki, zabijają je. 

- To należy do rzadkości - z zadumą w głosie rzekł Feeney. 
-  Czasami  przy  tych  sadomasochistycznych  praktykach  kogoś  za 

bardzo  poniesie.  Ale  dziwki  są  w  większości  bezpieczniejsze  od 
nauczycielek. 

-  Wciąż  ponoszą  pewne  ryzyko,  pracując  w  najstarszym  zawodzie 

świata, bo z nim wiążą się najstarsze na świecie zbrodnie. Ale trochę się 
zmieniło. Ludzie z zasady nie zabijają już z broni palnej. Jest zbyt droga, 
zbyt  trudno  ją  kupić.  Seks  nie  dostarcza  już  tak  silnych  podniet  jak 
kiedyś,  jest  zbyt  tani,  zbyt  łatwo  można  go  kupić.  Mamy  inne  metody 
śledztwa i mnóstwo nowych motywów zbrodni. Jeśli jednak pominie się 
to  wszystko,  pozostaje  jeden  fakt  -  ludzie  nadal  zabijają  ludzi.  Szukaj 
dalej, Feeney. Muszę pogadać z paroma osobami. 

- Powinnaś się przespać, dziecino. 
-  Niech  on  śpi  -  mruknęła  Eve.  -  Niech  ten  skurwiel  śpi.  Zebrawszy 

siły,  zwróciła  się  ku  swemu  telełączu.  Nadeszła  pora,  by  skontaktować 
się z rodzicami ofiary. 

Gdy  Eve  weszła  do  okazale  urządzonego  foyer  w  biurze  Roarke'a, 

które  mieściło  się  w  centrum  miasta,  była  już  ponad  trzydzieści  dwie 
godziny na nogach. Wycierpiała katusze, mówiąc dwojgu przerażonym, 

background image

szlochającym rodzicom, że ich jedyna córka nie żyje. Wpatrywała się w 
monitor, dopóki dane nie rozpłynęły się przed jej oczami. 

Rozmowa  z  właścicielem  domu,  którą  przeprowadziła  w  następnej 

kolejności, dostarczyła jej swoistych wrażeń. Mężczyzna najwidoczniej 
zdążył już dojść do siebie, bo przez trzydzieści minut jęczał, że ta sprawa 
zrobiła mu złą reklamę i może nawet będzie musiał obniżyć czynsze. 

To tyle, pomyślała Eve, jeśli chodzi o ludzkie współczucie. 
Siedziba Roarke Industries w Nowym Jorku wyglądała w dużej mierze 

tak,  jak  Eve  sobie  wyobrażała.  Zgrabny,  błyszczący,  gładki  budynek 
wzbijał  się  swymi  stu  pięćdziesięcioma  piętrami  w  niebo  Manhattanu. 
Przypominał czarną lancę, skrzącą się niczym mokry  kamień, otoczoną 
tunelami  transportowymi  oraz  jasnymi  jak  diamenty  drogami 
powietrznymi. 

Tutaj  na  rogu  nie  stali  namolni  sprzedawcy  smażonych  kiełbasek, 

pomyślała.  Żadnych  ulicznych  handlarzy  z  najnowszymi  komputerami, 
uciekających  ochronie  na  pokłady  swych  kolorowych  samolotów.  Na 
tym  odcinku  Piątej  sprzedaż  była  dozwolona  wyłącznie  w  sklepach. 
Dzięki temu ta strefa była mniej hałaśliwa i trochę mniej niebezpieczna. 

Główny  hali  budynku,  zajmujący  powierzchnię  bloku  mieszkalnego, 

mógł  się  poszczycić  trzema  wytwornymi  restauracjami,  ekskluzywnym 
butikiem, kilkoma sklepami z wyrobami specjalnymi i małą salą kinową, 
w której wyświetlano filmy artystyczne. 

Podłoga wyłożona była białymi płytami o powierzchni jednego jarda, 

które  błyszczały  jak  księżyc.  Szklane  przezroczyste  windy  mknęły 
pracowicie w górę i w dół, ludzie posuwali się zygzakami w prawo i w 
lewo,  podczas  gdy  bezosobowe  głosy  kierowały  gości  do  różnych 
ciekawych miejsc, a jeśli przyszli tu w interesach, do właściwego biura. 

Dla  tych,  którzy  chcieli  sami  wędrować  po  tym  wieżowcu, 

przygotowano kilkanaście ruchowych map. 

Eve podeszła do monitora, który uprzejmie zaproponował jej pomoc. 
-  Roarke  -  powiedziała  zirytowana,  że  jego  nazwisko  nie  zostało 

umieszczone w głównym katalogu. 

Przykro mi. - Komputer mówił niesłychanie łagodnym głosem, który 

zamiast uspokoić Ewę, rozstroił jej już i tak napięte nerwy. - Nie wolno 
mi udostępnić tej informacji.
 

-  Roarke  -  powtórzyła,  przytrzymując  w  górze  odznakę,  by  komputer 

mógł  ją  sprawdzić.  Czekała  niecierpliwie,  gdy  maszyna  szumiała, 
niewątpliwie  sprawdzając  i  weryfikując  jej  numer  identyfikacyjny, 
powiadamiając osobę, z którą chciała się zobaczyć. 

background image

-  Proszę  przejść  do  wschodniego  skrzydła,  poruczniku  Dallas.  Ktoś 

będzie na panią czekał. 

Dobrze. 
Skręciła  na  końcu  korytarza,  minęła  marmurowe  ogrodzenie,  za 

którym rósł las śnieżnobiałych niecierpek. 

-  Pani  porucznik.  -  Kobieta  w  zabójczo  czerwonym  kostiumie,  o 

włosach  tak  białych  jak  niecierpki,  uśmiechnęła  się,  chłodno.  -  Proszę 
pójść ze mną. 

Wsunęła  do  otworu  cienką  kartę  identyfikacyjną,  położyła  dłoń  na 

czarnej  szybce,  sprawdzającej  odciski  palców.  Ściana  przesunęła  się, 
odsłaniając prywatną windę. 

Eve  weszła  do  środka  i  nie  zdziwiła  się,  kiedy  jej  przewodniczka 

poprosiła o najwyższe piętro. 

Eve była pewna, że Roarke może być usatysfakcjonowany tylko tym, 

co jest na samym szczycie. 

Podczas  jazdy  jej  towarzyszka  milczała,  rozsiewając  wokół  siebie 

dyskretną  woń  zmysłowych  perfum,  które  pasowały  do  jej  butów  i 
starannie uczesanych gładkich włosów. Eve podziwiała w duchu kobiety, 
które  zawsze  wyglądały  jak  spod  igły,  a  nie  wkładały  w  to  żadnego 
wysiłku. 

W  obliczu  tego  niczym  niezmąconego  przepychu  obciągnęła  z 

zażenowaniem  swoją  znoszoną  skórzaną  kurtkę,  zastanawiając  się,  czy 
kiedykolwiek  wydała  pieniądze  na  fryzjera,  zamiast  własnoręcznie 
przycinać włosy. 

Zanim  zdążyła  sobie  odpowiedzieć  na  to  doniosłe  pytanie,  drzwi 

otworzyły  się  z  szumem  -  zobaczyła  wyłożone  białym  dywanem  foyer 
wielkości małego domu. Było tam pełno roślin, żywych roślin: fikusów, 
palm i krzewów, które wyglądały jak kwitnące poza sezonem derenie. W 
powietrzu unosił się ostry aromatyczny zapach kwiatów rozkwitających 
w jaskrawym fiolecie i najróżniejszych odcieniach czerwiem. 

Ogród  otaczał  wytworną  poczekalnię,  w  której  stały  wygodne 

fiołkoworóżowe  sofy,  błyszczące  drewniane  stoliki  i  mosiężne  lampy 
rzucające kolorowe refleksy. 

W samym środku poczekalni znajdował się okrągły blat, wyposażony 

niczym  kabina  pilota  w  monitory  i  pulpity  sterujące,  przyrządy 
pomiarowe  i  telełącza.  Dwie  kobiety  i  dwóch  mężczyzn  obsługiwało 
urządzenia  pewnie  i  z  widoczną  znajomością  rzeczy,  tworząc  zgrany 
zespól. 

background image

Minęły  ich  i  weszły  w  przeszklony  korytarz.  Wystarczyło  zerknąć  w 

dół, by zobaczyć Manhattan. Z głośników sączyła się cicha muzyka, w 
której  Eve  rozpoznała  symfonię  Mozarta.  Interesowała  się  muzyką  od 
dziesiątego roku życia. 

Kobieta w zabójczym kostiumie znowu się zatrzymała, błysnęła swym 

perfekcyjnie  obojętnym  uśmiechem,  po  czym  powiedziała  do  ukrytego 
głośnika: 

- Porucznik Dallas, sir. 
- Caro, wpuść ją do mojego gabinetu. Dziękuję. 
Caro ponownie przycisnęła dłoń do czarnej gładkiej szybki. 
- Proszę wejść - zaprosiła ją, gdy szklane drzwi się rozsunęły. 
-  Dziękuję.  -  Eve  patrzyła  z  ciekawością  na  oddalającą  się  kobietę, 

zastanawiając  się,  jak  można  kroczyć  z  takim  wdziękiem  na 
trzycalowych obcasach. Weszła do gabinetu Roarke'a. 

Zgodnie  z  jej  przewidywaniami,  był  tak  samo  imponujący  jak  reszta 

nowojorskiej  siedziby.  Mimo  malowniczej  panoramy  Nowego  Jorku, 
którą  można  było  oglądać  z  trzech  stron,  mimo  wysokiego  sufitu  z 
morzem  świetlnych  punkcików  oraz  wyściełanych  mebli  wibrujących 
najrozmaitszymi  odcieniami  topazów  i  szmaragdów,  siedzący  za 
mahoniowym biurkiem mężczyzna przyciągał uwagę. 

Co on w sobie ma, u diabła, po raz kolejny pomyślała Eve, gdy Roarke 

wstał, obdarzając ją czarującym uśmiechem. 

-  Porucznik  Dallas  -  powiedział  z  tą  swoją  fascynującą  irlandzką 

śpiewnością - miło mi, że cię widzę, jak zawsze. 

- Może zmienisz zdanie, kiedy poznasz cel mojej wizyty.  
Uniósł brew. 
- Więc wejdź i powiedz, o co chodzi. Potem zobaczymy. Napijesz się 

kawy? 

-  Nie  próbuj  odwracać  mojej  uwagi.  -  Podeszła  bliżej.  Potem,  by 

zaspokoić ciekawość, przeszła się po pokoju. Był tak duży jak helikopter 

miał 

wszelkie 

udogodnienia 

pięciogwiazdkowego 

hotelu: 

zautomatyzowany barek, ekran na całą ścianę, wygodny wyściełany fotel 
z video i nastrojową muzyką. Z lewej strony umieszczona była ogromna 
wanna  z  biczem  wodnym  oraz  elektroniczna  suszarka.  Wszystkie 
standardowe,  lecz  najnowocześniejsze  urządzenia  biurowe,  były 
wbudowane w ścianę. 

Roarke  obserwował  Ewę  z  dobrotliwym  wyrazem  twarzy.  Podziwiał 

sposób,  w  jaki  się  poruszała,  w  jaki  jej  obojętne  oczy  ślizgały  się  po 
pokoju. 

background image

- Chcesz się przejść, Ewo? 
-  Nie.  Jak  możesz  pracować  w  takich  warunkach?  -  Rozłożyła  ręce, 

wskazując przeszklone ściany. - Zupełnie jakbyś był na dworze. 

-  Nie  lubię  przebywać  w  zamknięciu.  Masz  zamiar  usiąść  czy  kręcić 

się po pokoju? 

Mam zamiar stać. Muszę ci zadać parę pytań, Roarke. Twój adwokat 

może być przy tym obecny. 

- Chcesz mnie aresztować? 
- Na razie nie. 
-  Więc  dopóki  tego  nie  zrobisz,  dajmy  sobie  spokój  z  prawnikami. 

Pytaj. 

Choć  wbiła  wzrok  w  jego  oczy,  wiedziała,  że  wepchnął  ręce  do 

kieszeni spodni. Ręce zdradzały emocje. 

- Przedwczoraj w nocy - rzekła - między ósmą a dziesiątą wieczorem. 

Możesz powiedzieć, gdzie byłeś? 

- Wydaje mi się, że wyszedłem stąd parę minut po ósmej. - Pewną ręką 

dotknął  swego  biurkowego  terminarza.  -  Wyłączyłem  monitor  o  8:  17, 
wyszedłem z budynku i pojechałem do domu. 

- Pojechałeś - przerwała mu - czy zostałeś odwieziony? 
-  Pojechałem.  Nie  lubię  trzymać  pracowników  w  pogotowiu  przez 

wiele godzin po to, by spełniali moje zachcianki. 

-  Masz  cholernie  demokratyczne  zasady.  -  I  cholernie  nieprzydatne, 

pomyślała. Bardzo chciała, by miał alibi. - A potem? 

-  Nalałem  sobie  brandy,  wziąłem  prysznic,  przebrałem  się.  Zjadłem 

późną kolację z przyjaciółką. 

- Jak późną i z jaką przyjaciółką? 
-  Wydaje  mi  się,  że  przyjechałem  około  dziesiątej.  Lubię  być 

punktualny. Do domu Madeline Montmart. 

Eve  natychmiast  przypomniała  sobie  zgrabną  blondynkę  o  zmys-

łowych ustach i migdałowych oczach. 

- Madeline Montmart, tej aktorki? 
-  Tak.  Chyba  jedliśmy  pieczone  przepiórki,  jeśli  to  ci  w  czymś 

pomoże. 

Zignorowała jego pełną sarkazmu uwagę. 
-  Nikt  cię  nie  widział  między  ósmą  siedemnaście  a  dziesiątą 

wieczorem? 

-  Może  ktoś  z  personelu,  ale  w  końcu  dobrze  im  płacę,  więc  istnieje 

duże prawdopodobieństwo, że powiedzą to, o co ich poproszę. W jego 

background image

głosie  zabrzmiała  nuta  zdenerwowania.  -  Popełniono  następne 
morderstwo, prawda? 

-  Lola  Starr,  licencjonowana  prostytutka.  Niektóre  szczegóły  zostaną 

przekazane mediom w ciągu godziny. 

- A niektóre nie. 
- Czy masz tłumik, Roarke?  
Wyraz jego twarzy nie zmienił się. 
-  Nawet  kilka.  Wyglądasz  na  wykończoną,  Ewo.  Całą  noc  byłaś  na 

nogach? 

- Miałam robotę. Masz szwedzki rewolwer SIG dwa - dziesięć, z mniej 

więcej tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego? 

- Nabyłem taki jakieś sześć tygodni temu. Usiądź. 
-  Znałeś  Lolę  Starr?  -  Wyjęła  z  teczki  fotografię,  którą  znalazła  w 

mieszkaniu Loli. Piękna dziewczyna o twarzy elfa promieniała zuchwałą 
radością. 

Roarke  spojrzał  na  zdjęcie,  gdy  wylądowało  na  biurku.  Jego  oczy 

błysnęły gniewnie. Tym razem jego głos był przepełniony czymś, co Eve 
uznała za litość. 

- Jest za młoda, by dostać licencję. 
-  Skończyła  osiemnaście  lat  cztery  miesiące  temu.  Podanie  złożyła  w 

dniu swoich urodzin. 

- Nie miała czasu, by zmienić zdanie, prawda? - Podniósł na Ewę oczy. 

Tak,  była  w  nich  litość.  -  Nie  znałem  jej.  Nie  korzystam  z  usług 
prostytutek.  Ani  dzieci.  -  Wziął  do  ręki  zdjęcie  i  przez  biurko  podał  je 
Ewie. - Usiądź. 

- Czy kiedykolwiek... 
-  Siadaj,  do  cholery.  -  W  nagłym  przypływie  złości  chwycił  ją  za 

ramiona  i  popchnął  na  krzesło.  Jej  teczka  przewróciła  się  i  wypadły  z 
niej  zdjęcia  Loli,  która  niczym  nie  przypominała  tamtej  zuchwałej, 
rozradowanej dziewczyny. 

Mogła  pierwsza  je  zgarnąć  -  miała  tak  samo  dobry  refleks  jak  on. 

Jednak pewnie chciała, żeby je zobaczył. Widać potrzebowała tego. 

Przykucnąwszy,  Roarke  podniósł  jedno  ze  zdjęć  zrobionych  na 

miejscu zbrodni. Popatrzył na nie. 

-  Jezus  Maria  -  rzekł  cicho.  -  Uważasz,  że  jestem  zdolny  do  czegoś 

takiego? 

- Nieważne, co myślę. Prowadzenie śledztwa... - Przerwała, czując na 

sobie jego gniewny wzrok. 

background image

-  Uważasz,  że  jestem  zdolny  do  czegoś  takiego?  -  powtórzył  ostrym 

jak brzytwa głosem. 

- Nie, ale muszę wykonać swoją robotę. 
- Masz obrzydliwą robotę.  
Pozbierała zdjęcia i schowała je do teczki. 
- Czasami. 
- Jak możesz spokojnie spać po zobaczeniu czegoś takiego?  
Wzdrygnęła  się  nerwowo.  Zauważył  to,  mimo  że  błyskawicznie 

zapanowała  nad  sobą.  Intrygowały  go  jej  reakcje,  ale  zmartwił  się,  że 
sprawił jej przykrość. 

- Mogę, bo wiem, że dorwę faceta, który to zrobił. Zejdź mi z drogi.  
Nie ruszając się z miejsca, położył rękę na jej zesztywniałej dłoni. 
-  Człowiek  na  moim  stanowisku  musi  szybko  i  dokładnie  oceniać 

ludzi.  Patrząc  na  ciebie,  widzę,  że  jesteś  na  granicy  wytrzymałości 
nerwowej. 

- Powiedziałam, zejdź mi z drogi. 
Podniósł się i ścisnąwszy Ewę za rękę, podciągnął ją za sobą. Wciąż 

zagradzał jej przejście. 

-  On  znowu  to  zrobi  -  powiedział  cicho.  -  A  ty  zadręczasz  się 

pytaniem, kiedy i gdzie. 

- Przestań analizować moje uczucia. Mamy cały wydział psychiatrów, 

którzy biorą za to pieniądze. 

-  Dlaczego  nie  poszłaś  do  któregoś  z  nich?  Chwytasz  się  każdego 

wykrętu, by uniknąć testów. 

Jej oczy zwęziły się. 
Uśmiechnął się, ale nie był to radosny uśmiech. 
-  Mam  swoje  dojścia,  pani  porucznik.  Kilka  dni  temu  miałaś  przejść 

testy,  standardowe  badania  obowiązujące  w  twoim  wydziale  każdego, 
kto zabił człowieka. Ty to zrobiłaś tej samej nocy, której zginęła Sharon. 

Nie wściubiaj nosa w moje sprawy  - powiedziała rozwścieczona. - I 

niech szlag trafi twoje dojścia. 

- Czego się boisz? Boisz się tego, co znajdą, kiedy zajrzą do twojego 

umysłu? Do twojej duszy? 

-  Niczego  się  nie  boję.  -  Wyszarpnęła  rękę.  W  odpowiedzi  Roarke 

położył  jej  dłoń  na  policzku  tak  zaskakująco  łagodnym  gestem,  że 
zadrżała na całym ciele. 

- Pozwól mi sobie pomóc. 
- Ja... - Słowa niemal wyleciały z jej ust, jak fotografie z teczki. Jednak 

tym  razem  wykazała  się  refleksem  i  zamilkła.  -  Dam  sobie  radę.  - 

background image

Odwróciła się. - Możesz odebrać swoje rzeczy jutro, po dziewiątej rano. 
Przyjdź, kiedy będziesz mógł. 

- Eve? 
Cały  czas  miała  wzrok  utkwiony  w  drzwiach,  cały  czas  szła  przed 

siebie. 

- Słucham? 
- Chcę się z tobą spotkać dziś wieczorem. 
- Nie. 
Kusiło  go  -  ogromnie  go  kusiło  -  by  ją  dogonić.  Pozostał  jednak  na 

miejscu. 

- Mogę ci pomóc przy tej sprawie. 
Na  wszelki  wypadek  zatrzymała  się  i  odwróciła.  Gdyby  nie  to,  że 

wszystko  się  w  nim  skręcało  z  niezaspokojenia,  wybuchnąłby  głośnym 
śmiechem na widok drwiącej podejrzliwości malującej się w jej oczach. 

- W jaki sposób? 
-  Znam  ludzi,  których  znała  Sharon.  -  Zobaczył,  że  drwina  ustępuje 

miejsca zainteresowaniu. Ale wyraz podejrzliwości pozostał. - Nie trzeba 
dużej wyobraźni, by się domyślić, że będziesz szukała związku między 
Sharon a dziewczyną, której fotografie nosisz ze sobą. Zobaczę, czy uda 
mi się coś znaleźć. 

-  Informacje uzyskane od podejrzanego nie mają dużego znaczenia w 

śledztwie. Ale - dodała, zanim zdążył się odezwać - możesz dać mi znać, 
jeśli na coś trafisz. 

W końcu się uśmiechnął. 
- Czy to nie dziwne, że chciałbym cię widzieć nagą i to w łóżku? Dam 

ci znać, pani porucznik. - I wrócił za biurko. - Tymczasem prześpij się 
trochę. 

Kiedy drzwi zamknęły się za nią, uśmiech zniknął z jego oczu. Długo 

siedział  w  ciszy.  Obracając  w  palcach  guzik,  który  nosił  w  kieszeni, 
uruchomił swoją prywatną linię. 

Nie chciał, żeby ta rozmowa została zarejestrowana. 

background image


 
Podeszła  do  kamery  zainstalowanej  przy  wejściu  do  mieszkania 

Charlesa  Monroe  i  zaczęła  oznajmiać  swe  przybycie,  kiedy  drzwi 
otworzyły  się.  Monroe  miał  na  sobie  czarny  krawat,  kaszmirową 
pelerynę  narzuconą  niedbale  na  ramiona  oraz  kremowy  kaszmirowy 
szalik. Jego uśmiech prezentował się tak samo ładnie jak strój. 

-  Porucznik  Dallas.  Miło  panią  znowu  widzieć.  -  Jego  oczy  z 

zachwytem przesunęły się po niej. - Tak mi przykro, że muszę wyjść. 

- Nie zajmę panu dużo czasu.  -  Zrobiła krok do przodu, on  -  krok do 

tyłu.  -  Parę  pytań,  panie  Monroe,  tutaj,  nieformalnie,  albo  na  policji  z 
pańskim przedstawicielem lub adwokatem. 

Jego starannie wymodelowane brwi uniosły się. 
-  Rozumiem.  Sądziłem,  że  mamy  to  już  za  sobą.  Proszę  pytać,  pani 

porucznik. - Zatrzasnął drzwi. - Obejdzie się bez formalności. 

- Gdzie pan był przedwczoraj między ósmą a jedenastą w nocy? 
- Przedwczoraj w nocy? - Wyciągnął z kieszeni kalendarz i zajrzał do 

niego.  -  Ach,  tak.  O  siódmej  trzydzieści  podjechałem  po  klientkę  i 
zabrałem ją do Teatru Wielkiego na przedstawienie, które zaczynało się 
o  ósmej.  Grali  Ibsena  -  przygnębiająca  sztuka.  Siedzieliśmy  w  trzecim 
rzędzie,  pośrodku.  Spektakl  skończył  się  parę  minut  przed  jedenastą, 
potem  zjedliśmy  późną  kolację,  którą  przywieziono  nam  do  domu. 
Byłem zajęty z klientką do trzeciej nad ranem. 

Schował kalendarz i uśmiechnął się szeroko. 
Czy to oczyszcza mnie z podejrzeń? 
- Jeśli ta klientka potwierdzi pana zeznania.  
Uśmiech przeszedł w wyraz bolesnego rozczarowania. 
- Pani porucznik, zabija mnie pani. 
-  Ktoś  zabija  ludzi  z  pana  branży  -  warknęła  w  odpowiedzi.  - 

Nazwisko i numer telefonu, panie Monroe. - Poczekała, dopóki nie podał 
jej danych ponurym głosem. - Zna pan Lolę Starr? 

-  Lola,  Lola  Starr...  chyba  o  niej  nie  słyszałem.  -  Znowu  wyjął 

kalendarz  i  przejrzał  notes  z  adresami.  -  Na  pewno  nie.  Dlaczego  pani 
pyta? 

- Usłyszy pan o tym w porannych wiadomościach. - To było wszystko, 

co Eve mu powiedziała, otwierając drzwi. - Na razie giną tylko kobiety, 
ale  na  pana  miejscu  byłabym  bardzo  ostrożna  w  umawianiu  się  z 
nowymi klientami. 

background image

Głowa  pękała  jej  z  bólu,  gdy  szła  w  kierunku  windy.  Nie  mogła  się 

powstrzymać, by nie spojrzeć na drzwi mieszkania Sharon DeBlass, nad 
którymi migotało czerwone policyjne światełko. 

Powinnam się przespać, pomyślała. Powinnam pojechać do domu i nie 

myśleć  o  niczym  przez  godzinę.  Ale  zamiast  tego  przesunęła  swój 
identyfikator przez czytnik, by zwolnić blokadę, i weszła do mieszkania 
zamordowanej kobiety. 

Było  ciche.  I  puste.  Niczego  innego  się  nie  spodziewała.  Miała 

nadzieję,  że  wyczuje  coś  intuicyjnie,  ale  czuła  tylko  tępe  walenie  w 
skroniach. Nie zwracając na nie uwagi, weszła do sypialni. 

Szyby także zostały opryskane kryjącym sprayem, by dziennikarze czy 

też  chorobliwie  ciekawscy  ludzie  nie  latali  obok  okien  mieszkania 
Sharon  i  nie  oglądali  miejsca  zbrodni.  Poleciła,  by  zapalono  lampy; 
światło rozproszyło mrok, oświetlając łóżko. 

Prześcieradła  zdjęto  i  zabrano  do  laboratorium  medycyny  sądowej. 

Płyny  ustrojowe,  próbki  włosów  i  skóry  zostały  już  dokładnie 
przebadane,  a  wyniki  analiz  włączono  do  akt  sprawy.  Eve  zauważyła 
plamę  na  materacu,  tam  gdzie  krew  przeciekła  przez  atłasowe 
prześcieradła. 

Wezgłowie łóżka też było nią zaplamione. Zastanawiała się, czy ktoś 

już próbował je wyczyścić. 

Zerknęła  w  stronę  stołu.  Feeney  zabrał  mały  stołowy  komputer 

osobisty, by przejrzeć twardy dysk i dyskietki. Pokój został przeszukany 
i opróżniony. Nie było tu już nic do roboty. 

Mimo  to  Eve  podeszła  do  komódki  i  jeszcze  raz  przetrząsnęła 

szuflady.  Kto  zechce  wziąć  te  wszystkie  ubrania,  zastanowiła  się. 
Jedwabie  i  koronki,  kaszmiry  i  atłasy  należące  do  kobiety,  która  lubiła 
czuć, jak ciała bogaczy ocierają się o jej skórę. 

Może zabierze je matka Sharon. Dlaczego pani DeBlass nie poprosiła 

o oddanie rzeczy jej córki? 

Trzeba to przemyśleć. 
Przeszukała  komódkę,  jeszcze  raz  oglądając  spódnice,  sukienki, 

spodnie, modne czapki i kaftany, swetry i bluzki, sprawdzając kieszenie i 
bieliznę.  Potem  zajęła  się  butami  starannie  poukładanymi  w  pudełkach 
ze sztucznego tworzywa. 

Kobieta ma tylko jedną parę nóg, pomyślała z rozdrażnieniem. Żadna 

nie potrzebuje sześćdziesięciu par butów. Parskając lekko, wsunęła ręką 
w rząd szpilek, głęboki tunel utworzony z kozaków, przesunęła palcami 
po sprężyście miękkich koturnach. 

background image

Lola nie miała ich tak dużo, przypomniała sobie. Dwie pary pantofli na 

śmiesznie  wysokich  obcasach,  parę  dziewczęcych  sandałów  wiązanych 
na  rzemyki  i  parę  tenisówek  -  wszystkie  wepchnięte  do  jej  wąskiej 
szafki. 

Ale Sharon była tak dobrze zorganizowana, jak próżna. Jej buty były 

starannie poukładane w rzędach po... 

Błąd.  Czując,  że ciarki  chodzą jej  po  skórze,  Eve  cofnęła się.  Coś  tu 

nie grało. Szafa była tak samo duża jak pokój i wykorzystana w każdym 
calu. Teraz zobaczyła, że na półkach jest przerwa długości jednej stopy. 
Stało się tak, ponieważ buty były poukładane w sterty po sześć pudełek, 
a takich stert było w rzędzie osiem. 

Nie  leżały  tak,  kiedy  Eve  weszła  tu  po  raz  pierwszy,  ani  kiedy  stąd 

wychodziła. Były ułożone w zależności od koloru i charakteru. 

Po cztery pudełka w stercie, pamiętała doskonale, po dwanaście stert w 

rzędzie. 

Taki  drobny  błąd,  pomyślała  z  uśmiechem.  Lecz  człowiek,  który 

popełni jeden błąd, może zrobić i drugi. 

 
- Może pani powtórzyć, poruczniku? 
- Poprzestawiał pudełka z butami, panie komendancie. - Przebijając się 

przez  korki  uliczne,  drżąc  z  zimna,  gdyż  grzejnik  w  samochodzie 
dmuchał  ciepławym  powietrzem  tylko  na  jej  stopy,  Eve  nawiązała 
łączność  ze  swoim  szefem.  Sterowiec  z  turystami  trzymał  się  tuż  nad 
ziemią,  donośny  głos  przewodnika  radził,  jak  robić  zakupy  w 
podniebnych  sklepach.  Jakaś  kretyńska  ekipa  drogowa,  posiadająca 
zezwolenie  na  używanie  w  ciągu  dnia  maszyn  o  dużej  mocy,  wierciła 
dojazd  do  tunelu  na  rogu  Szóstej  i  Siedemdziesiątej  Ósmej.  Eve 
spróbowała przekrzyczeć hałas. 

-  Może  pan  obejrzeć  dyskietki  z  jej  mieszkania.  Pamiętam,  jaki  był 

układ szafy. Zrobiła na mnie wrażenie, bo nie sądziłam, że jedna osoba 
może mieć tyle rzeczy i trzymać je w takim porządku. Wrócił. 

- Wrócił na miejsce zbrodni? - spytał Whitney oschłym tonem. 
-  Komunały  biorą  się  z  faktów.  -  Mając  nadzieję,  że  sąsiednia  ulica 

będzie choć trochę spokojniejsza, skręciła w przecznicę i wylądowała za 
rozklekotanym mikrobusem. Czy żaden mieszkaniec Nowego Jorku nie 
pozostał  w  domu?  -  W  przeciwnym  razie  nie  byłyby  komunałami  - 
zakończyła  i  włączyła  automatycznego  kierowcę,  by  wsadzić  ręce  w 
kieszenie  i  w  ten  sposób  je  ogrzać.  -  Zauważyłam  też  inne  rzeczy. 
Trzymała  biżuterię  w  podzielonej  na  przegródki  szufladzie.  Pierścionki 

background image

w jednej przegródce, bransoletki w drugiej, i tak dalej. Kilka łańcuchów 
było splątanych, kiedy zajrzałam tam ponownie. 

- Ekipa techniczna... 
-  Sir,  obejrzałam  dokładnie  mieszkanie  po jej  wyjściu.  Wiem,  że  tam 

był.  -  Eve  czuła  się  zawiedziona  reakcją  Whitneya,  ale  wiedziała,  że 
wynika  ona  z  ostrożności.  Dowódcy  muszą  być  rozważni.  -  Poradził 
sobie z zabezpieczeniami i wszedł do środka. Szukał czegoś - czegoś, o 
czym zapomniał. Czegoś, co ona miała. Czegoś, co przeoczyliśmy. 

- Chcesz, żeby jeszcze raz przeszukano mieszkanie? 
-  Tak.  I  chcę,  żeby  Feenley  powtórnie  przejrzał  pliki  Sharon.  Gdzieś 

tam musi coś być. I to go martwi do tego stopnia, że postanowił wrócić, 
nie bacząc na ryzyko. 

- Dam ci pisemne upoważnienie. Szef nie będzie z tego zadowolony. - 

Dowódca milczał przez chwilę. Potem, jakby właśnie sobie przypomniał, 
że  jest  to  całkowicie  bezpieczna  linia,  parsknął.  -  Do  diabła  z  szefem. 
Powodzenia, Dallas. 

-  Dziękuję...  -  zaczęła,  ale  wyłączył  się,  zanim  zdążyła  dokończyć 

zdanie. 

Druga z sześciu, pomyślała w zaciszu swego samochodu i wzdrygnęła 

się nie tylko z zimna. Było jeszcze czworo ludzi, których życie miała w 
swoich rękach. 

Po wjechaniu do garażu zaklęła głośno, wściekła, że umówiła się z tym 

cholernym  mechanikiem  na  następny  dzień. Jeśli  grzejnik  rzeczywiście 
jest  uszkodzony,  to  facet  zabierze  jej  samochód  i  będzie  się  grzebał  z 
jakąś kretyńską usterką przez tydzień. Myśl o robocie papierkowej, którą 
musiałaby wykonać, by otrzymać pojazd służbowy, wydała jej się zbyt 
straszna, by miała ochotę w ogóle rozważać ten pomysł. 

Poza  tym  była  przyzwyczajona  do  swego  samochodu,  ze  wszystkimi 

jego  kaprysami.  Wszyscy  wiedzą,  że  umundurowani  policjanci  dostają 
najlepsze  pojazdy  ziemia  -  powietrze.  Detektywom  musiały  wystarczać 
stare gruchoty. 

Będzie musiała zdać się na transport publiczny albo zwędzić samochód 

z garażu policyjnego i później ponieść konsekwencje swego czynu. 

Zmarszczyła  brwi  na  myśl  o  czekających  ją  nieprzyjemnościach. 

Pomyślała, że musi spotkać się osobiście z Feeneyem i powiedzieć mu, 
by  przejrzał  dyskietki  nagrane  w  ciągu  ostatniego  tygodnia  przez 
ochronę kompleksu Gorham. Wjechała windą na swoje piętro. Gdy tylko 
otworzyła drzwi, automatycznie sięgnęła po broń. 

background image

Było  coś  niepokojącego  w  ciszy,  jaka  panowała  w  mieszkaniu. 

Natychmiast  się  zorientowała,  że  nie  jest  w  nim  sama.  Choć  czuła,  że 
ciarki chodzą jej po skórze, wyciągnęła ręce, w których trzymała broń, i 
szybko przesunęła wzrokiem po wnętrzu, przeskakując zgrabnie w lewo 
i w prawo. 

W słabo oświetlonym, pełnym cieni pokoju panowała absolutna cisza. 

Nagle  zauważyła  jakiś  ruch,  jej  napięte  mięśnie  zafalowały,  a  palec 
zawisł na spuście. 

- Doskonały refleks, pani porucznik. - Roarke wstał z fotela, w którym 

na wpół leżał i z którego ją obserwował. - Tak doskonały - kontynuował 
tym  samym  łagodnym  tonem,  gdy  zapalił  lampę  dotykiem  dłoni  -  że 
mam nadzieję, iż nie wykorzystasz go przeciwko mnie. 

Może to zrobi. Mogła go zabić. Jeden strzał i błogi uśmiech zniknąłby 

z  jego  twarzy.  Ale  każde  użycie  broni  oznaczało  robotę  papierkową, 
której nie miała ochoty wykonywać tylko po to, żeby się zemścić. 

- Co ty tu robisz, do cholery? 
-  Czekam  na  ciebie.  -  Nie  spuszczając  wzroku  z  jej  oczu,  podniósł 

ręce. - Jestem nieuzbrojony. Sama sprawdź, jeśli mi nie wierzysz. 

Bardzo wolno, z pewnym ociąganiem, schowała broń do kabury. 
- Domyślam się, że masz całą armię bardzo drogich i bardzo mądrych 

adwokatów,  którzy  oczyszczą  cię  z  zarzutów,  zanim  skończę  pisać  na 
ciebie raport. Ale może mi wytłumaczysz, dlaczego mam narażać siebie 
na  kłopoty,  a  miasto  na  wydatki,  wsadzając  cię  do  aresztu  na  parę 
godzin? 

Stwierdził  ze  zdziwieniem,  że  rozbawił  go  sposób,  w  jaki  na  niego 

napadła. 

-  Nic  by  to  nie  dało.  A  ty  jesteś  zmęczona,  Ewo.  Dlaczego  nie 

usiądziesz? . 

-  Nie  będę  zawracała  sobie  głowy  pytaniem  cię,  jak  tu  wszedłeś.  - 

Trzęsąc się ze złości, zastanawiała się,  jak dużą satysfakcję sprawiłoby 
jej  zakucie  jego  wypieszczonych  nadgarstków  w  kajdanki.  -  Jesteś 
właścicielem tego budynku, więc odpowiedź sama się nasuwa. 

- Jedną z rzeczy, którą w tobie podziwiam jest to, że nie tracisz czasu 

na sprawy oczywiste. 

- Moje pytanie brzmi: dlaczego. 
- Kiedy wyszłaś z mojego biura, złapałem się na tym, że myślę o tobie, 

i  w  sensie  zawodowym  i  osobistym.  -  Uśmiechnął  się,  szybko  i 
czarująco. - Jadłaś kolację? 

- Dlaczego? - powtórzyła. 

background image

Zrobił  krok  w  jej  stronę  i  padający  z  boku  strumień  światła  zadrgał 

lekko. 

-  Ze  względów  zawodowych,  bo  odbyłem  parę  rozmów,  które  mogą 

wydać  ci  się  interesujące.  Osobistych...  -  Zbliżył  rękę  do  jej  twarzy, 
muskając palcami policzek, dotykając kciukiem niewielkiego dołeczka w 
podbródku.  -  Zmartwił  mnie  wyraz  zmęczenia  w  twoich  oczach.  Z 
jakiegoś powodu czuję, że powinienem cię nakarmić. 

Chodź  wiedziała,  że  zachowuje  się  jak  rozkapryszone  dziecko, 

odsunęła się gwałtownie. 

- Jakich rozmów? 
Uśmiechnął się tylko i podszedł do jej telełącza. 
-  Mogę?  -  spytał  wystukując  jednocześnie  numer.  -  Tu  Roarke.  Już 

możecie przysłać jedzenie na górę.  - Rozłączył się i znowu uśmiechnął 
do Ewy. - Nie masz nic przeciwko temu, żeby to był makaron? 

-  Z  zasady  nie.  Ale  sprzeciwiam  się  temu,  w  jaki  sposób  mnie 

traktujesz. 

- To jeszcze jedna rzecz, która mi się w tobie podoba. - Skoro ona nie 

chciała,  on  usiadł  i  nie  zwracając  uwagi  na  jej  gniewnie  zmarszczone 
brwi,  wyjął  papierośnicę.  -  Uznałem,  że  łatwiej  się  odprężyć  przy 
gorącym posiłku. Za rzadko się odprężasz, Ewo. 

Nie znasz mnie wystarczająco dobrze, by wiedzieć co robię, a czego 

nie robię. I nie powiedziałam, że możesz tu palić. 

Zapalił papierosa, przyglądając się jej przez lekką, wonną mgiełkę. 
-  Nie  zaaresztowałaś  mnie  za  włamanie  się  do  twojego  mieszkania, 

więc  nie  zaaresztujesz  mnie  również  za  palenie.  Przyniosłem  butelkę 
wina. Zostawiłem ją w kuchni. Masz ochotę się napić? 

- To, na co mam ochotę... - Nagle doznała olśnienia i ogarnęła ją taka 

wściekłość,  że  miała  mgłę  przed  oczami.  Jednym  skokiem  znalazła  się 
przy komputerze, żądając sprawdzenia kodu wejściowego. 

To go zirytowało - wystarczająco mocno, by w jego głosie zabrzmiało 

napięcie. 

-  Gdybym  przyszedł  po  to,  żeby  grzebać  w  twoich  plikach,  to  raczej 

nie czekałbym na ciebie. 

-  Diabli  cię  wiedzą.  Taka  arogancja  jest  w  twoim  stylu.  -  Ale  jej 

zabezpieczenie  było  nienaruszone.  Nie  była  pewna,  czy  odczuła  ulgę, 
czy doznała rozczarowania, dopóki nie zobaczyła małej paczuszki obok 
monitora. - Co to? 

-  Nie  mam  pojęcia.  -  Wydmuchał  kolejny  obłok  dymu.  -  Leżała  na 

podłodze w przedpokoju. Podniosłem ją. 

background image

Eve  wiedziała,  co  to  było  -  po  wielkości,  kształcie,  ciężarze.  I 

wiedziała,  że  kiedy  odczyta  zapis  na  dyskietce,  zobaczy  scenę 
morderstwa Loli Starr. 

Coś,  co  zobaczył  w  jej  oczach,  które  gwałtownie  się  zmieniły, 

spowodowało, że wstał i spytał łagodnym tonem: 

- Co to jest, Eve? 
- Sprawa służbowa. Wybacz mi. 
Poszła prosto do sypialni, zamknęła i zablokowała drzwi. 
Teraz  z  kolei  Roarke  zmarszczył  gniewnie  brwi.  Wszedł  do  kuchni, 

znalazł kieliszki i nalał do nich burgunda. Skromnie mieszka, pomyślał. 
Niewielki bałagan, niewiele rzeczy, które mówiłyby o jej przeszłości, o 
jej  rodzinie.  Żadnych  pamiątek.  Kusiło  go,  by  wejść  do  jej  sypialni, 
skoro  mógł  swobodnie  poruszać  się  po  mieszkaniu,  i  zobaczyć,  czego 
tam mógłby się o niej dowiedzieć, ale powstrzymał się. 

I  to  w  dużej  mierze  nie  z  szacunku  dla  jej  prywatności,  ale  z  chęci 

sprostania wyzwaniu, jakie mu rzuciła, prowokując go, by wyrobił sobie 
o niej zdanie na podstawie obserwacji jej osoby, a nie jej otoczenia. 

Mimo  monotonnej  kolorystyki  wnętrza  i  braku  rozgardiaszu,  uznał  je 

za bardzo wymowne. Nie mieszkała tu, o ile mógł się zorientować, tylko 
tu przebywała. Mieszkała zapewne w swoim biurze. 

Wypił  łyk  wina,  uznał je  za  dobre.  Zgasiwszy  papierosa,  zaniósł oba 

kieliszki  do  salonu.  Rozwiązanie  zagadki,  którą  była  Eve  Dallas, 
zapowiadało się bardziej niż interesująco. 

Kiedy  prawie  dwadzieścia minut  później  weszła  do  pokoju,  kelner w 

białej marynarce kończył właśnie nakrywać mały stolik pod oknem. Ale 
nawet  smakowite  zapachy  nie  zdołały  pobudzić  jej  apetytu.  Głowa 
znowu pękała jej z bólu, a zapomniała wziąć lekarstwo. 

Roarke  odprawił  cicho  kelnera.  Nie  odezwał  się  do  czasu,  aż  drzwi 

zamknęły się i zostali sami. 

- Przykro mi. 
- Z powodu? 
-  Że  się  martwisz.  -  Z  wyjątkiem  rumieńca,  jaki  przemknął  jej  po 

twarzy  w  przystępie  złości,  przez  cały  czas,  od  chwili  gdy  weszła  do 
mieszkania, była blada. Ale teraz cała krew odpłynęła jej z policzków, a 
oczy  zupełnie  pociemniały.  Kiedy  ruszył  w  jej  stronę,  potrząsnęła 
gwałtownie głową. 

- Idź sobie, Roarke. 
- To byłoby proste. Zbyt proste. - Bardzo powoli objął ją ramieniem i 

poczuł, jak cała sztywnieje. - Odpręż się przez chwilę - przekonywał ją 

background image

łagodnym  tonem.  -  Czy  to  ma  znaczenie,  czy  to  naprawdę  ma  jakieś 
znaczenie dla kogokolwiek poza tobą, że zrobisz sobie krótką przerwę? 

Znowu  potrząsnęła  głową,  ale  tym  razem  w  tym  geście  kryło  się 

zmęczenie. Usłyszał, że z jej piersi wyrwało się ciche westchnienie, więc 
wykorzystując jej słabość, przytulił ją mocniej do siebie.  

- Nie możesz mi powiedzieć? 
- Nie. 
Kiwnął głową, ale w jego oczach pojawił się wyraz zniecierpliwienia. 

Wiedział  lepiej;  to  nie  powinno  mieć  dla  niego  znaczenia.  Ona  nie 
powinna  mieć  dla  niego  znaczenia.  Ale  zbyt  wiele  rzeczy  z  nią 
związanych miało znaczenie. 

- A zatem, jest ktoś inny - mruknął. 
-  Nie  ma  nikogo  innego.  -  Uświadomiwszy  sobie, jak  to  może  zostać 

zinterpretowane, odsunęła się. - Nie chciałam powiedzieć... 

- Wiem, że nie chciałaś. - Jego uśmiech był kwaśny i niezbyt wesoły. - 

Ale  żadne  z  nas  nie  będzie  miało  nikogo  innego,  przynajmniej  przez 
jakiś czas. 

Odsunęła się od niego nie z chęci ucieczki, tylko z chęci zachowania 

dystansu.. 

- Jesteś zanadto pewny siebie, Roarke. 
-  Skądże  znowu.  Niczego  nie  przyjmuję  za  pewnik.  Masz  mózg  jak 

komputer, pani porucznik. Bardzo skomplikowany komputer. Kolacja ci 
stygnie. 

Była zbyt zmęczona, by stać, zbyt zmęczona, żeby się kłócić. Usiadła i 

wzięła do ręki widelec. 

- Byłeś w mieszkaniu Sharon DeBlass w ciągu ostatniego tygodnia? 
- Nie, po co miałbym tam chodzić?  
Przyjrzała mu się uważnie. 
- Właśnie. Po co ktokolwiek miałby tam chodzić? 
Milczał  przez  chwilę,  potem  uświadomił  sobie,  że  pytanie  nie  było 

retoryczne. 

-  By  uspokoić  swoje  obawy  -  zasugerował.  -  By  się  upewnić,  że  na 

miejscu zbrodni nie pozostał żaden obciążający go dowód. 

-  A  jako  właściciel  budynku  mogłeś  tam  wejść  tak  samo  łatwo  jak 

tutaj. 

Jego usta zacisnęły się na chwilę. Z irytacji, uznała, irytacji człowieka, 

który jest zmęczony ciągłym odpowiadaniem na te same pytania. To był 
drobiazg, ale świadczył o jego niewinności. 

background image

-  Tak,  myślę,  że  nie  miałbym  z  tym  problemów.  Mam  główny  klucz 

elektroniczny, więc bez trudu dostałbym się do środka. 

Nie,  pomyślała,  jego  klucz  elektroniczny  nie  złamałby  kodu  ochrony 

policyjnej. To by wymagało wyższego poziomu dostępu albo fachowca 
od systemów zabezpieczeń. 

- Zakładam, że ktoś spoza waszego wydziału odwiedził to mieszkanie 

już po dokonaniu w nim zabójstwa. 

- Możesz przyjąć takie założenie - zgodziła się. - Kto zajmuje się twoją 

ochroną? 

-  Korzystam  z  usług  Lorimara,  zarówno  służbowo,  jak  i  prywatnie.  - 

Podniósł  kieliszek.  -  Tak  jest  prościej,  ponieważ  ta  spółka  należy  do 
mnie. 

-  Oczywiście,  że  należy.  Przypuszczam,  że  sporo  wiesz  na  temat 

ochrony. 

-  Można  powiedzieć,  że  od  dawna  interesuję  się  sprawami  ochrony. 

Dlatego  kupiłem  tę  spółkę.  -  Nabrał  przyprawiony  ziołami  makaron  na 
widelec, podsunął go jej do ust i ucieszył się, gdy wszystko zjadła. - Eve, 
wyznałbym  wszystko,  żebyś  tylko  przestała  się  smucić i  zaczęła jeść  z 
takim  samym  apetytem,  jak  ostatnim  razem.  Ale  choć  popełniłem 
niejedno przewinienie, nie mam na sumieniu morderstwa. 

Spojrzała na talerz i zaczęła jeść. 
- Co miałeś na myśli mówiąc, że mam mózg jak komputer? 
-  Bardzo  dokładnie  zastanawiasz  się  nad  wszystkim,  ważysz 

argumenty za i przeciw, rozpatrujesz różne możliwości. Nie jesteś osobą 
impulsywną, i choć uważam, że w sprzyjających okolicznościach można 
cię  uwieść,  to  takie  zdarzenie  byłoby  raczej  ewenementem  w  twoim 
życiu. 

Znowu podniosła na niego oczy. 
- To chcesz zrobić, Roarke? Uwieść mnie? 
-  Uwiodę  cię  -  odparł.  -  Niestety,  nie  dzisiejszej  nocy.  Ponadto,  chcę 

się  dowiedzieć,  co  sprawia,  że jesteś taka, jaka jesteś.  I  chcę  ci  pomóc 
dostać  to,  czego  potrzebujesz.  W  tej  chwili  najważniejszą  dla  ciebie 
sprawą jest złapanie mordercy. Masz poczucie winy - dodał. - To głupie i 
przykre. 

- Nie mam żadnego poczucia winy. 
- Spójrz do lustra - powiedział cicho Roarke. 
- Nie mogłam nic zrobić - wybuchnęła Eve. - Nie mogłam nic zrobić, 

aby zapobiec tym zbrodniom. Żadnej z nich. 

- Czy uważasz, że byłaś w stanie im zapobiec? 

background image

- Właśnie to powinnam była zrobić.  
Przechylił głowę. 
- W jaki sposób?  
Odsunęła się od stołu. 
-  Wykazując  się  sprytem.  Przybywając  na  czas.  Wykonując  swoją 

pracę. 

Chodzi o coś więcej, zadumał się. O coś poważniejszego. Splótł ręce i 

położył je na stole. 

- Czyż teraz tego nie robisz? 
Znowu stanęły jej przed oczami tamte koszmarne sceny. Trupy. Krew. 

Spustoszenie. 

-  Teraz  one  nie  żyją.  -  Na  myśl  o  tym  jej  serce  zalała  gorycz.  -  Na 

pewno mogłam coś zrobić, żeby temu zapobiec. 

-  Żeby  zapobiec  morderstwu,  trzeba  by  siedzieć  w  głowie  zabójcy  - 

powiedział cicho. - Kto mógłby to znieść? 

-  Ja  bym  mogła  -  odparła  ostrym  tonem.  I  była  to  święta  prawda. 

Mogła  znieść  wszystko  z  wyjątkiem  przegranej.  -  Służ  i  chroń  -  to  nie 
jest  tylko  pusty  frazes,  to  obietnica.  Jeśli  nie  mogę  dotrzymać  słowa, 
jestem  nikim.  Mogę  im  służyć  tylko  wtedy,  kiedy  nie  żyją.  Do  diabła, 
ona  była  jeszcze  dzieckiem.  Jeszcze  dzieckiem,  a  on  pociął  ją  na 
kawałki. Nie przyszłam na czas. Nie przyszłam na czas, choć powinnam 
była. 

Jej urywany oddech przeszedł w szloch, co ją zaskoczyło. Przyciskając 

rękę do ust, opadła na sofę. 

- Boże! - Tylko tyle zdołała powiedzieć. - O Boże! Boże! 
Podszedł  do  niej.  Wiedziony  instynktem  ścisnął  mocno  jej  ramiona, 

zamiast ją objąć. 

-  Jeśli  nie  możesz  albo  nie  chcesz  rozmawiać  ze  mną,  musisz 

porozmawiać z kimś innym. Wiesz o tym. 

- Dam sobie radę. Ja... - Ale reszta słów utknęła jej w gardle, gdy nią 

potrząsnął. 

-  Ile cię to kosztuje?  - spytał. - I czy  komukolwiek sprawi to różnicę, 

jeśli przestaniesz o tym myśleć? Po prostu nie myśl o tym przez chwilę. 

- Nie wiem. - To może być strach, uświadomiła sobie. Nie była pewna, 

czy potrafi zrobić użytek ze swojej odznaki, broni czy swego życia, jeśli 
będzie zbyt wiele rozmyślała, zbyt wiele czuła. - Widzę ją - powiedziała 
Eve,  oddychając  głęboko.  -  Widzę  ją,  gdy  tylko  zamknę  oczy  albo 
przestanę się koncentrować na tym, co muszę zrobić. 

- Opowiedz mi. 

background image

Wstała, wzięła ze stołu oba kieliszki, po czym wróciła na sofę. Duży 

łyk wina zwilżył jej wyschnięte gardło i pozwolił opanować nerwy. To 
zmęczenie, pomyślała, tak ją osłabiło, że nie mogła nad sobą zapanować. 

-  Wezwanie  przyszło,  kiedy  byłam  pół  przecznicy  dalej.  Właśnie 

zamknęłam  inną  sprawę,  skończyłam  wprowadzać  dane.  Dyspozytor 
wezwał  najbliższą  jednostkę.  Awantura  w  rodzinie  -  to  zawsze  jest 
nieprzyjemne,  ale  byłam  tuż  za  progiem.  Więc  je  przyjęłam.  Kilka 
sąsiadek stało przed domem, wszystkie mówiły jednocześnie. 

Ta  scena  znowu  stanęła  jej  przed  oczami,  bardzo  wyraźnie,  niczym 

dokładnie zaprogramowane video. 

-  Kobieta  była  w  szlafroku,  strasznie  płakała.  Miała  posiniaczoną 

twarz,  a  jedna  z  sąsiadek  próbowała  zabandażować  jej  rozciętą  rękę. 
Okropnie  krwawiła,  więc  powiedziałam  im,  żeby  wezwały  pogotowie. 
Cały czas powtarzała: On ją ma. Ma moje dziecko. 

Eve wypiła jeszcze jeden łyk wina. 
Rzuciła się na mnie, brocząc krwią, wrzeszcząc, płacząc i mówiąc, że 

muszę go powstrzymać, że muszę uratować jej dziecko. Powinnam była 
wezwać posiłki, ale wydawało mi się, że nie mogę czekać. Wbiegłam po 
schodach;  usłyszałam  go,  zanim  dotarłam  do  trzeciego  piętra,  gdzie 
zamknął się w jednym z mieszkań. Szalał z wściekłości. Wydaje mi się, 
że słyszałam krzyki dziewczynki, ale nie jestem pewna. 

Zamknęła  oczy,  modląc  się,  by  nie  miała  racji.  Chciała  wierzyć,  że 

dziecko już nie żyło, już nie czuło bólu.  Była tak blisko, zaledwie parę 
kroków od niego... Nie, nie mogła z tym żyć. 

- Kiedy znalazłam się przy drzwiach, zrobiłam to, co zwykle robi się w 

takich  przypadkach.  Jedna  z  sąsiadek  powiedziała  mi,  jak  ten  facet  się 
nazywa.  Zawołałam  go  po  nazwisku,  a  dziecko  po  imieniu.  Panuje 
przekonanie,  że  policjant  nawiązuje  bardziej  osobisty  kontakt  z 
przestępcą, gdy zwraca się do niego po nazwisku. Podałam swój stopień 
i  powiedziałam,  że  wchodzę.  Ale  on  dalej  zachowywał  się  jak  furiat. 
Słyszałam,  że  rozbija  różne  przedmioty.  I  nie  słyszałam  już  dziecka. 
Chyba wiedziałam.  Zanim wyważyłam drzwi, wiedziałam. Pociął ją na 
kawałki nożem kuchennym. 

Trzęsącą się ręką podniosła kieliszek do ust. 
- Tam było tak dużo krwi. Ona była taka mała, a krwi było tak dużo. 

Na  podłodze,  na ścianie,  na  nim.  Widziałam,  jak  ścieka  z  noża.  Twarz 
dziewczynki  była  zwrócona  w  moją  stronę.  Jej  mała  twarzyczka  z 
dużymi niebieskimi oczami. Jak buzia lalki. 

Przez chwilę milczała, po czym odstawiła kieliszek. 

background image

-  Był  za  bardzo  zdenerwowany,  żeby  można  było  go  ogłuszyć.  Nie 

przestawał iść. Był cały obryzgany krwią, czerwone krople skapywały z 
jego noża, a on nie przestawał iść. Więc spojrzałam mu w oczy, prosto w 
oczy. I zabiłam go. 

- A następnego dnia - powiedział cicho Roarke - rozpoczęłaś śledztwo 

w sprawie morderstwa. 

-  Testy  przełożono.  Poddam  się  im  za  dzień  lub  dwa.  -  Wzruszyła 

ramionami.  -  Psychiatrzy  pomyślą,  że  chodzi  o  to,  iż  zabiłam.  Mogę 
sprawić,  żeby  tak  myśleli,  jeśli  będę  musiała.  Ale  to  nieprawda. 
Musiałam go zabić. Mogę się z tym pogodzić. - Popatrzyła Roarke'owi w 
oczy i zrozumiała, że może mu powiedzieć to, do czego sama przed sobą 
nie  była  w  stanie  się  przyznać.  -  Chciałam  go  zabić.  Może  nawet 
odczuwałam  potrzebę  zrobienia  tego.  Kiedy  patrzyłam,  jak  umiera, 
pomyślałam: “Nigdy nie zrobi tego innemu dziecku”. I cieszyłam się, że 
to ja go powstrzymałam. 

- Myślisz, że to nie w porządku? 
- Wiem, że to nie w porządku. Wiem, że gdy zabijanie sprawia glinie 

przyjemność, to wkracza on na niebezpieczny teren. 

Pochylił się do przodu, zbliżając do niej twarz. 
- Jak ta mała miała na imię? 
-  Mandy.  -  Oddech  znowu  zamarł  jej  w  krtani.  Dopiero  po  chwili 

doszła do siebie. - Miała trzy latka. 

- Czy tak samo byś się zadręczała, gdybyś go zabiła, zanim skrzywdził 

dziecko? 

Otworzyła usta, po czym znowu je zamknęła. 
- Chyba nigdy nie będę tego wiedziała, a ty wiesz? 
-  Owszem.  -  Położył  rękę  na  dłoni  Ewy  i  nie  cofnął  jej,  nawet  gdy 

zobaczył,  że  zmarszczyła  brwi.  -  Wiesz,  że  przez  większość  życia  nie 
lubiłem  policji  -  z  tego  czy  innego  względu.  Wydaje  mi  się  to  bardzo 
dziwne,  że  w  tak  niezwykłych  okolicznościach  poznałem  policjantkę, 
którą szanuję i która jednocześnie mnie pociąga. 

Znowu  podniosła  wzrok  i  choć  nadal  miała  zmarszczone  brwi,  nie 

wyszarpnęła ręki. 

- To dziwny komplement. 
- Najwidoczniej łączą nas dziwne stosunki. - Wstał, podciągając ją na 

nogi.  -  Teraz  musisz  się  przespać.  -  Zerknął  na  kolację,  którą  ledwo 
tknęła. - Możesz to podgrzać, kiedy apetyt ci wróci. 

- Dziękuję. Następnym razem docenię to, że na mnie czekasz. 

background image

-  Co  za  postęp  -  mruknął,  gdy  doszli  do  drzwi.  -  Zgadzasz  się  na 

następny raz. - Z lekkim uśmiechem podniósł do ust jej dłoń. 

Zobaczył  zmieszanie,  skrępowanie  i,  jak  mu  się  wydawało,  za-

kłopotanie w jej oczach, kiedy musnął ustami jej knykcie.  

- Do następnego razu - powiedział i wyszedł. 
Eve  potarła  kostkami  palców  o  dżinsy  i  poszła  w  stronę  sypialni. 

Rozebrała  się,  rzucając  ubranie,  gdzie  popadło.  Wskoczyła  do  łóżka, 
zamknęła oczy i zapragnęła pogrążyć się we śnie. 

Właśnie  zasypiała,  kiedy  przypomniała  sobie,  że  Roarke  nie 

powiedział jej, do kogo dzwonił i czego się dowiedział. 

background image


 
Eve  zamknęła  na  klucz  drzwi  do  swojego  biura  i  przejrzała  z 

Feeneyem  dyskietkę  z  morderstwa  Loli  Starr.  Nie  wzdrygnęła  się, 
słysząc  cichy  wystrzał  z  rewolweru,  na  który  założony  był  tłumik.  Nie 
doznawała już wstrząsu na widok ciała uszkodzonego przez kulę. 

Na  ekranie  pojawił  się  napis:  Druga  z  sześciu.  Potem  nagranie  się 

skończyło.  Eve  bez  słowa  uruchomiła  dyskietkę  z  przebiegiem 
pierwszego  morderstwa  i  jeszcze  raz  zobaczyli,  jak  umarła  Sharon 
DeBlass. 

-  Co  możesz  mi  powiedzieć?  -  spytała  Eve  po  obejrzeniu  ostatniej 

sekwencji. 

-  Dyskietki  zostały  nagrane  na  mikrokamerze  Trident,  model  pięć 

tysięcy.  Była  dostępna  w  sklepach  tylko  przez  jakieś  sześć  miesięcy. 
Choć  bardzo  droga,  cieszyła  się  ogromnym  powodzeniem  w  grudniu 
zeszłego  roku.  Podczas  tradycyjnych  zakupów  świątecznych  tylko  na 
Manhattanie  kupiono  ponad  dziesięć  tysięcy  takich  kamer,  nie  mówiąc 
już  o  tych,  które  nabyto  na  czarnym  rynku.  Nie  sprzedano  ich  tyle,  co 
mniej kosztownych modeli, ale wciąż za dużo, by można było pójść tym 
tropem. 

Popatrzył na Ewę swymi sennymi jasnobrązowymi oczami. 
- Zgadniesz, kto jest właścicielem firmy Trident? 
- Roarke Industries. 
-  Brawo.  Istnieje  duże  prawdopodobieństwo,  że  jego  szef  jest 

posiadaczem takiej kamery. 

-  Na  pewno  ma  do  nich  dostęp.  -  Zanotowała  to  sobie,  starając  się 

odpędzić wspomnienie Roarke'a muskającego ustami kostki jej palców. - 
Zabójca używa ekskluzywnego sprzętu, który sam produkuje. Arogancja 
czy głupota? 

- Ten facet nie jest głupi. 
- Nie jest. Co z bronią? 
-  Kilka  tysięcy  sztuk  takich  rewolwerów  posiadają  prywatni 

kolekcjonerzy  -  zaczął  Feeney,  gryząc  owoc  nanercza.  -  Trzy  -  muzea 
miejskie.  -  To  egzemplarze,  które  są  zarejestrowane  -  dodał  z  lekkim 
uśmiechem. - Tłumików nie trzeba rejestrować, gdyż nie są uważane za 
broń. Nie ma szansy, by je wytropić. - Odchylił się do tyłu, stukając w 
monitor.  -  Jeśli  chodzi  o  pierwszą  dyskietkę,  to  przejrzałem  ją  bardzo 
dokładnie. Znalazłem kilka cieni. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że 
zabójca  nagrał  nie  tylko  morderstwo.  Lecz  nie  udało  mi  się  zwiększyć 

background image

ostrości. Ten, kto przygotował tę dyskietkę, znał wszystkie sztuczki albo 
miał dostęp do sprzętu, który wykonał je za niego. 

- A co z ponownym przeszukaniem mieszkania? 
-  Na  twoją  prośbę  komendant  polecił  to  zrobić  dziś  rano.  -  Feeney 

zerknął  na  zegarek.  -  Ekipa  powinna  już  tam  być.  Jadąc  do  biura, 
zabrałem dyskietki ochrony; zdążyłem je przejrzeć. Mamy dwadzieścia 
minut przerwy, począwszy od trzeciej dziesięć w nocy dwa dni temu. 

-  Właśnie  wtedy  ten  skurwiel  wszedł  sobie  wesoło  do  środka  - 

mruknęła. - To zasrana okolica, Feeney, lecz w tym domu mieszka kupa 
ludzi. A faceta nikt nie zauważył ani za pierwszym, ani za drugim razem, 
co oznacza, że umiejętnie wmieszał się w dum. 

- Albo są przyzwyczajeni do jego widoku. 
-  Ponieważ  był  jednym  ze  stałych  klientów  Sharon.  Powiedz  mi, 

dlaczego  ktoś,  kto  był  regularnym  klientem  drogiej,  doświadczonej, 
wziętej  prostytutki  wybiera  zupełnie  zieloną,  wulgarną  i  naiwną 
dziewczynę, taką jak Lola Starr, na swoją drugą ofiarę? 

Feeney ściągnął usta. 
- Lubi różnorodność?  
Eve potrząsnęła głową. 
- Może za pierwszym razem tak bardzo mu się to spodobało, że teraz 

nie zamierza grymasić. Jeszcze cztery mają zginąć, Feeney. Od razu nas 
powiadomił,  że  mamy  do  czynienia  z  seryjnym  mordercą.  Napisał  to, 
byśmy wiedzieli, że Sharon nie była szczególnie ważna. Była po prostu 
jedną z sześciu. - Niezadowolona odetchnęła głęboko. - Więc, dlaczego 
wrócił? - zastanawiała się na głos. 

- Czego szukał? 
- Może ekipa śledcza nam to powie. 
-  Może.  -  Podniosła  z  biurka  kartkę  ze  spisem  nazwisk.  -  Jeszcze  raz 

sprawdzę klientów Sharon, a potem zabiorę się za gości Loli. 

Feeney odchrząknął, po czym wyjął z torby następny owoc nanercza. 
-  Żałuję,  że  ja  muszę  ci  to  powiedzieć,  Dallas.  Senator  DeBlass 

domaga się najświeższych informacji. 

- Nie mam mu nic do powiedzenia. 
-  Będziesz  musiała  sama  mu  to  przekazać  dziś  po  południu.  We 

Wschodnim Waszyngtonie. 

Zatrzymała się krok od drzwi. 
- Szlag by to trafił! 
-  Polecenie  dowódcy.  Lecimy  o  drugiej.  -  Feeney  pomyślał  z 

rezygnacją, że jego żołądek fatalnie reaguje na podróże samolotem. 

background image

- Nienawidzę polityki. 
Wciąż  zgrzytając  zębami  na  wspomnienie  odprawy  u  Whitneya,  Eve 

weszła szybkim krokiem do biura ochrony DeBlassa w nowym budynku 
biur senackich we Wschodnim Waszyngtonie. 

Ich  identyfikatory  odłożono  na  bok,  oboje  z  Feeneyem  zostali 

przeszukani  i,  zgodnie  z  poprawką  do  Ustawy  Federalnej  z  2022  roku, 
musieli oddać broń. 

-  Zupełnie  jakbyśmy  zamierzali  zabić  tego  faceta,  kiedy  siedzi  za 

biurkiem  -  mruknął Feeney,  gdy prowadzono ich po czerwono  - biało - 
niebieskim dywanie. 

- Chętnie narobiłabym tym facetom trochę kłopotu.  -  Otoczona z obu 

stron przez garnitury i wypucowane buty, Eve stanęła w niedbałej pozie 
przed  błyszczącymi  drzwiami  gabinetu  senatora,  czekając,  aż 
wewnętrzna kamera ustali ich tożsamość. 

-  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  taka  psychoza  panuje  we  Wschodnim 

Waszyngtonie od czasu zamachu terrorystycznego. - Feeney uśmiechnął 
się  szyderczo  do  kamery.  -  Kilkudziesięciu  parlamentarzystów  zostało 
zabitych i nigdy o tym nie zapomniano. 

Drzwi  otworzyły  się  i  Rockman,  ubrany  w  elegancki  garnitur  w 

cieniutkie paseczki, kiwnął głową. 

-  Dobra  pamięć  przynosi  korzyści  w  polityce,  kapitanie  Feeney.  Pani 

porucznik  Dallas  -  dodał  kiwając  ponownie  głową.  -  Dziękuję,  że  tak 
szybko państwo przyjechali. 

-  Nie  miałam  pojęcia,  że  senator  i  mój  szef  są  ze  sobą  tak  blisko  - 

powiedziała  Eve,  wchodząc  do  środka.  -  Ani  że  obaj  będą  tak  chętnie 
tracili pieniądze podatników. 

-  Pewnie  obaj  uważają,  że  sprawiedliwość  jest  bezcenna.  -  Rockman 

poprowadził  ich  do  biurka  z  drzewa  czereśniowego,  z  pewnością 
bezcennego, przy którym siedział DeBlass. 

Senator,  o  ile  Eve  mogła  się  zorientować,  skorzystał  na  zmianie 

klimatu politycznego kraju, który jej zdaniem stał się zbyt umiarkowany, 
oraz  na  odwołaniu  Projektu  Ustawy  o  Dwóch  Kadencjach. 
Obowiązujące prawo pozwalało politykowi sprawować dożywotnio swój 
urząd.  Jedyne,  co  musiał  robić,  to  zmuszać  swoich  wyborców,  by  na 
niego głosowali. 

DeBlass z pewnością czuł się tu jak u siebie w domu. Jego wyłożony 

boazerią  gabinet  był  tak  cichy  jak  katedra,  i  tak  samo  dostojny,  z 
biurkiem  przywodzącym  na  myśl  ołtarz  i  krzesłami  dla  gości 
przypominającymi ławki w kościele. 

background image

- Proszę siadać - warknął i położył na biurku splecione ręce o dużych 

knykciach.  -  Z  ostatnich  informacji,  jakie  otrzymałem,  wynika,  że  tak 
samo  wam  daleko  do  złapania  tego  potwora,  który  zamordował  moją 
wnuczkę,  jak  tydzień  temu.  -  Nastroszył  groźnie  swe  ciemne  brwi.  - 
Trudno  mi  to  zrozumieć,  biorąc  pod  uwagę  środki,  jakimi  dysponuje 
nowojorska policja. 

-  Senatorze.  -  Eve  przypomniała  sobie  zwięzłą  instrukcję,  jaką 

otrzymała od swego dowódcy: bądź taktowna, pełna szacunku i nie mów 
mu  niczego,  czego  sam  nie  wie.  -  Wykorzystujemy  te  środki  do 
prowadzenia  śledztwa  i  zbierania  dowodów.  Chociaż  nasz  wydział  nie 
jest jeszcze gotów do wydania nakazu aresztowania, robimy, co w naszej 
mocy, by zabójca pańskiej wnuczki stanął przed sądem. Daję tej sprawie 
absolutny  priorytet  i  ma  pan  moje  słowo,  że  będzie  dla  mnie 
najważniejsza, dopóki nie znajdę winnego. 

Senator  wysłuchał  z  najwyższym  zainteresowaniem  tej  krótkiej 

przemowy. Potem pochylił się do przodu. 

-  Żyję  na  tym  świecie  dwa  razy  dłużej  od  pani  i  dobrze  znam  te 

pieprzone gadki - szmatki, pani porucznik. Więc niech mi pani nie mydli 
oczu. Nic pani nie ma. 

Do diabła z taktem, postanowiła natychmiast Eve. 
-  To,  co  mamy,  senatorze  DeBlass,  to  skomplikowane  i  delikatne 

śledztwo.  Skomplikowane,  jeśli  weźmie  się  pod  uwagę  naturę  zbrodni; 
delikatne, ze względu na drzewo genealogiczne ofiary. To mój dowódca 
doszedł  do  wniosku,  że  ja  najlepiej  nadaję  się  do  prowadzenia  tej 
sprawy.  Ma  pan  prawo się  z  nim  nie  zgadzać.  Ale  odciąganie  mnie od 
pracy po to, bym przyjeżdżała tutaj i tłumaczyła się z tego, co robię, jest 
stratą  czasu.  Mojego  czasu.  -  Wstała.  -  Nie  mam  panu  nic  nowego  do 
powiedzenia. 

Widząc  już  oczami  wyobraźni,  jak  oboje  zostają  wylani  z  pracy, 

Feeney także wstał, kłaniając się z szacunkiem. 

-  Na  pewno  pan  zrozumie,  senatorze,  że  prowadzenie  śledztwa  tak 

delikatnej natury często oznacza powolny postęp. Trudno pana prosić o 
obiektywizm, kiedy rozmawiamy o pana wnuczce, ale porucznik Dallas i 
ja nie mamy wyjścia, musimy być obiektywni. 

Niecierpliwym machnięciem ręki DeBlass kazał im usiąść. 
- Oczywiście, moje uczucia nie są tu bez znaczenia. Sharon odgrywała 

ważną rolę w moim życiu. Bez względu na to, kim się stała i jak bardzo 
byłem rozczarowany dokonanym przez nią wyborem drogi życiowej, w 
jej żyłach płynęła krew DeBlassów.  -  Zaczerpnął oddechu.  - Nie  mogę 

background image

być i nie będę usatysfakcjonowany strzępami informacji, jakie do mnie 
docierają. 

Nic więcej nie mogę panu powiedzieć - powtórzyła Eve. 
- Może mi pani opowiedzieć o prostytutce, która została zamordowana 

dwa dni temu. - Rzucił wzrokiem na Rockmana. 

- O Loli Starr - uzupełnił Rockman. 
- Domyślam się, że pańskie źródła informacji o Loli Starr są tak samo 

wyczerpujące jak nasze. - Eve postanowiła zwracać się bezpośrednio do 
Rockmana.  -  Owszem,  uważamy,  że  istnieje  związek  między  tymi 
dwoma morderstwami. 

-  Moja  wnuczka  mogła  zejść  na  złą  drogę  -  wtrącił  się  DeBlass  -  ale 

nie przestawała z takimi ludźmi jak Lola Starr. 

Więc  prostytutki  mają  własny  system  klasowy,  pomyślała  ze 

znużeniem Eve. Co jeszcze było nowego? 

- Nie ustaliliśmy czy się znały. Ale właściwie nie ma wątpliwości, że 

znały  tego  samego  mężczyznę.  I  że  ten  mężczyzna  je  zabił.  W  obu 
przypadkach  postępował  według  tego  samego  schematu.  To  nam 
pomoże go odnaleźć. Zanim, mam nadzieję, znowu zabije. 

- Pani uważa, że to zrobi? - wtrącił Rockman. 
- Jestem tego pewna. 
- A broń mordercy - spytał DeBlass. - Była tego samego typu? 
-  To  część  schematu  -  powiedziała  Eve.  Nic  więcej mu  nie  zdradzi.  - 

Istnieją  niezaprzeczalne  podobieństwa  między  tymi  dwoma 
zabójstwami. Nie ma wątpliwości, że popełnił je ten sam człowiek. 

Uspokoiwszy się trochę, Eve znowu wstała. 
-  Senatorze,  nie  znałam  pańskiej  wnuczki  i  nie  łączyły  mnie  z  nią 

żadne  więzy,  ale  żywię  do  mordercy  osobistą  urazę.  Ścigam  go.  To 
wszystko, co mogę panu powiedzieć. 

Przyglądał  się  jej  przez  chwilę.  Zobaczył  więcej  niż  spodziewał  się 

zobaczyć. 

- Świetnie, poruczniku. Dziękuję, że pani przyjechała. 
Eve uznała to za pożegnanie i razem z Feeneyem podeszła do drzwi. 

W  lustrze  zobaczyła,  że  DeBlass  dał  znak  Rockmanowi,  który 
odpowiedział lekkim skinieniem głową. Poczekała, dopóki nie wyszli z 
gabinetu, zanim się odezwała. 

- Ten skurwiel zamierza nas śledzić. 
- Hę? 
- Goryl DeBlassa. Zamierza chodzić za nami jak cień. 
- Po co, do diabła? 

background image

- Żeby zobaczyć, co zrobimy, dokąd pójdziemy. Po co śledzi się ludzi? 

Zgubimy  go  w  centrum  przewozowym  -  powiedziała  Feeneyowi, 
zatrzymując taksówkę. - Miej oczy otwarte i zobacz, czy poleci za tobą 
do Nowego Jorku. 

- Za mną? A ty dokąd się wybierasz? 
- Zdaję się na swój nos. 
To  nie  był  trudny  manewr.  Zachodnie  skrzydło  Portu  Lotniczego, 

gdzie  odbywała  się  odprawa  pasażerów,  zawsze  przypominało  dom 
wariatów.  Ale  największe  zamieszanie  panowało  tam  w  godzinach 
szczytu, kiedy wszyscy pasażerowie, którzy lecieli na północ, tłoczyli się 
w  kolejce  do  kontroli  osobistej,  poganiani  przez  skomputeryzowane 
głosy. 

Eve po prostu zgubiła się w tym tłoku i wciśnięta w tłum ludzi dotarła 

do południowego skrzydła, gdzie złapała metro do Virginii. 

Gdy  usadowiła  się  w  przedziale  kolejki  podziemnej,  wyjęła 

kieszonkowy informator. Zapytała o adres Elizabeth Barrister, po czym 
poprosiła o instrukcje. 

Jak  dotąd  miała  dobrego  nosa.  Wsiadła  do  właściwego  pociągu  i 

czekała ją tylko jedna przesiadka w Richmond. Jeśli szczęście będzie jej 
nadal dopisywało, to zdąży do domu na kolację. 

Podparłszy pięścią podbródek, bawiła się regulowaniem swego video. 

Ominęłaby  wiadomości  -  jak  to  miała  zwyczaj  robić  -  ale  kiedy  aż  za 
dobrze znajoma twarz pojawiła się na ekranie, przestała zmieniać kanały. 

Roarke,  pomyślała,  mrużąc  oczy.  Ten  facet  pojawia  się  zupełnie 

niespodziewanie.  Ściągnęła  usta,  włączyła  dźwięk  i  włożyła  słuchawkę 
do ucha. 

- ...w tym międzynarodowym projekcie, w który zostały zaangażowane 

multibiliony dolarów, Roarke Industries, Tokayamo i Europa zjednoczą 
się  dla  wspólnego  celu  -  oświadczył  mówca.  -  Trwało  to  trzy  lata,  ale 
wszystko wskazuje na to, że wreszcie rozpocznie się budowa tak bardzo 
oczekiwanego, tak bardzo kontrowersyjnego Kurortu Olimp. 

Kurort  Olimp,  zamyśliła  się  Eve,  przebiegając  myślą  fakty.  Raj  dla 

bogatych  i  wysoko  urodzonych,  przypomniała  sobie.  Planowana  stacja 
kosmiczna  ma  być  zbudowana  po  to,  by  dostarczać  przyjemności  i 
rozrywek. 

Żachnęła  się.  Czyż  to  nie  jest  w  jego  stylu,  żeby  marnować  czas  i 

pieniądze na tani blichtr? 

Pomyślała, że jeśli nie straci swej szytej na miarę, jedwabnej koszuli, 

to zbije jeszcze większy majątek. 

background image

- Roarke - jedno pytanie, sir. 
Patrzyła,  jak  Roarke,  który  schodził  z  wysokich  marmurowych 

schodów, zatrzymał się i uniósł brew - dokładnie tak, jak zapamiętała. 

-  Mógłby  mi  pan  powiedzieć,  dlaczego  poświęcił  pan  tyle  czasu  i 

wysiłku,  a  także  znaczącą  część  swego  majątku,  na  ten  projekt  -  na 
stację, która, jak twierdzą fachowcy, nigdy nie będzie latać? 

- Właśnie to będzie robić - odparł Roarke. - Latać, że tak się wyrażę. A 

jeśli  pyta  pan,  dlaczego,  to  na  Olimpie  będzie  można  wypocząć  jak  w 
raju.  Nie  mogę  sobie  wyobrazić  nic  innego,  czemu  warto  by  było 
poświęcić tyle czasu, wysiłku i pieniędzy. 

Nie możesz, zgodziła się Eve i podniosła wzrok w samą porę, by się 

zorientować, że mało brakowało, a przejechałaby swoją stację. Pobiegła 
do drzwi przedziału, przeklinając głos komputera, który skrzyczał ją za 
ten bieg, po czym przesiadła się do pociągu jadącego do Fort Royal. 

Kiedy  znowu  znalazła  się  na  dworze,  padał  śnieg.  Miękkie  płatki 

unosiły się leniwie wokół jej głowy i ramion. Przechodnie rozdeptywali 
je  na  chodnikach,  lecz  kiedy  wsiadła  do  taksówki  i  podała  adres,  białe 
wirujące gwiazdki wydały jej się bardziej malownicze. 

Wciąż  można  było  cieszyć  się  pięknem  przyrody,  jeśli  się  miało 

pieniądze albo prestiż. Elizabeth Barrister i Richard DeBlass mieli jedno 
i  drugie,  a  ich  dom  był  imponującą  dwupiętrową  budowlą  z  różowej 
cegły usytuowaną na stoku wzgórza i otoczoną drzewami. 

Biały  śnieg  pokrył  rozległy  trawnik,  przysypał  ogołocone  z  liści 

gałęzie drzew, które zdaniem Ewy mogły być drzewami czereśni. Brama 
wjazdowa  stanowiła  symfonię  pomysłowo  skręconych  metalowych 
prętów.  Choć  wyglądała  bardzo  dekoracyjnie,  Eve  miała  pewność,  że 
była mocna jak twierdza. 

Wysunęła  się  z  okna  taksówki  i  błysnęła  swoją  odznaką  przed 

skanerem. 

- Porucznik Dallas, z Wydziału Policji w Nowym Jorku. 
- Nie jest pani wymieniona w skorowidzu spotkań, pani porucznik. 
-  Prowadzę  śledztwo  w  sprawie  panny  DeBlass.  Mam  parę  pytań  do 

pani Barrister albo Richarda DeBlass. 

Zapadła cisza; Eve zaczynała już drżeć z zimna. 
-  Proszę  wysiąść  z  taksówki,  poruczniku  Dallas,  i  zbliżyć  się  do 

skanera celem dalszej identyfikacji. 

-  Nieźle  strzeżona  chałupa  -  mruknął  taksówkarz,  lecz  Eve  wzruszyła 

tylko ramionami i spełniła polecenie. 

background image

- Identyfikacja przeprowadzona. Proszę zwolnić samochód, poruczniku 

Dallas. Zajmiemy się panią. 

-  Doszły  mnie  słuchy,  że  ich  córka  została  zabita  w  Nowym  Jorku  - 

powiedział  taksówkarz,  gdy  Eve  płaciła  rachunek.  -  Pewnie  wolą  nie 
ryzykować. Chce pani, żebym tu na nią poczekał? 

- Nie, dzięki. Ale zgłoszę pana numer, kiedy będę chciała wracać. 
Pozdrowiwszy  ją  niedbałym  gestem,  taksówkarz  zawrócił  i  odjechał. 

Eve poczuła drętwienie w nosie, kiedy ujrzała mały elektryczny pojazd 
dojeżdżający do bramy. Żelazne wrota otworzyły się. 

- Proszę wejść i wsiąść do wozu - powitał ją komputer. - Zostanie pani 

odwieziona do domu. Pani Barrister spotka się z panią. 

- Wspaniale.  - Wsiadła do pojazdu, który podjechał bezszelestnie pod 

frontowe schody prowadzące do murowanego domu. 

Gdy  zaczęła  po  nich  wchodzić,  drzwi  otworzyły  się.  Albo  służący 

mieli obowiązek nosić czarne ubrania, albo dom nadal był pogrążony w 
żałobie. Eve została przeprowadzona przez hali i poproszona uprzejmie o 
wejście do pokoju. 

Choć  dom  Roarke'a  urządzony  był  z  przepychem,  tu  czuło  się 

wielowiekową fortunę. Dywany były  grube, ściany obite jedwabiem. Z 
dużych  okien  rozciągał  się  oszałamiający  widok  na  obsypane  śniegiem 
wzgórza.  Prawdziwe  pustkowie,  pomyślała  Eve.  Architekt  musiał 
wiedzieć, że ci, którzy tu zamieszkają, będą sobie cenili samotność. 

- Pani porucznik Dallas. - Elizabeth wstała. W jej rozważnych ruchach, 

pełnej  napięcia  pozie  i  zamglonych  oczach,  które  wciąż  przepełnione 
były bólem, kryła się nerwowość. 

- Dziękuję, że zechciała pani mnie przyjąć, pani Barrister. 
- Mój mąż ma spotkanie. Mogę mu je przerwać, jeśli będzie trzeba. 
- Nie sądzę, żeby zaszła taka konieczność. 
- Przyjechała pani w sprawie Sharon. 
- Tak. 
- Proszę usiąść. - Elizabeth wskazała jej fotel obity tkaniną w kolorze 

kości słoniowej. - Napije się pani czegoś? 

- Nie, dziękuję. Postaram się nie zająć pani dużo czasu. Nie wiem, na 

ile dobrze zna pani mój raport... 

- Znam go w całości - przerwała jej Elizabeth. - Tak sądzę. Wydaje mi 

się  dość  sumienny.  Jako  adwokat  wierzę,  że  kiedy  znajdzie  pani 
człowieka,  który  zabił  moją  córkę,  akt  oskarżenia  nie  będzie  miał 
słabych punktów. 

background image

-  Do  tego  zmierzam.  -  Denerwuje  się,  pomyślała  Eve,  widząc,  jak 

długie, zgrabne palce Elizabeth zaciskają się i rozwierają. - To musi być 
dla pani trudny okres. 

- Była  moim jedynym dzieckiem  - powiedziała po prostu Elizabeth.  - 

Mój  mąż  i  ja  byliśmy  -  jesteśmy  -  zwolennikami  idei  ograniczonego 
przyrostu ludności. Dwoje rodziców - powiedziała z bladym uśmiechem. 
- Jeden potomek. Ma pani dla mnie jakieś nowe informacje? 

-  Na  razie  nie.  Zawód  pani  córki,  pani  Barrister.  Czy  jej  decyzja 

wywołała sprzeczki w rodzinie? 

Jednym  ze  swych  powolnych,  rozważnych  gestów  Elizabeth  wy-

gładziła sięgającą do kostek spódnicę od kostiumu. 

- Nie był to zawód, o jakim marzyłam dla swej córki. Oczywiście sama 

dokonała tego wyboru. 

- Pani teść był temu przeciwny. Na pewno z powodów politycznych. 
-  Poglądy  senatora  na  temat  ustaw  dotyczących  życia  seksualnego  są 

powszechnie  znane.  Jako  przywódca  Partii  Konserwatywnej  walczy, 
oczywiście,  o  zmianę  wielu  obowiązujących  obecnie  przepisów,  które 
dotyczą kwestii moralności, jak to się potocznie nazywa. 

- Podziela pani jego poglądy? 
- Nie, nie wiem jednak, jaki to ma związek ze sprawą. 
Eve  przechyliła  głowę.  Och,  tak,  były  sprzeczki  na  ten  temat.  Eve 

zastanowiła  się,  czy  wyznająca  nowoczesne  poglądy  pani  adwokat 
zgadzała się w czymkolwiek ze swoim teściem. 

-  Pani  córka  została  zabita  -  może  przez  klienta,  może  przez 

przyjaciela.  Jeśli  miała  pani  do  córki  pretensje  o  jej  styl  życia,  to  nie 
sądzę, żeby opowiadała pani o swoich znajomych. 

-  Rozumiem.  -  Elizabeth  splotła  ręce  i  spróbowała  narzucić  sobie 

prawniczy  sposób  myślenia.  -  Zakłada  pani,  że  jeśli  byłam  jej  matką, 
kobietą, która podzielała niektóre jej poglądy, to Sharon rozmawiała ze 
mną,  może  nawet  zwierzała  mi  się  z  pewnych,  bardziej  intymnych 
szczegółów swego życia.  - Mimo starań, oczy Elizabeth zaszły  mgłą.  - 
Przykro  mi,  pani  porucznik,  nic  takiego  nie  miało  miejsca.  Sharon 
rzadko mówiła o sobie. A już nigdy o swojej pracy. Ona... trzymała się z 
dala od swego ojca i ode mnie. W gruncie rzeczy, od całej rodziny. 

- Nie wiedziałaby pani, gdyby miała prawdziwego kochanka - kogoś, z 

kim  łączyłyby  ją  bardziej  osobiste  stosunki?  Kogoś,  kto  mógłby  być 
zazdrosny? 

- Nie. Mogę pani powiedzieć, że nie wierzę, aby kogoś miała. Sharon... 

- Elizabeth zaczerpnęła oddechu dla uspokojenia nerwów. 

background image

-  Gardziła  mężczyznami.  Pociągali  ją,  to  prawda,  ale  w  duchu  nimi 

gardziła.  Wiedziała,  że  wydaje  się  im  atrakcyjna.  Wiedziała  to  od 
wczesnej młodości. I uważała, że są głupi. 

- Zawodowe prostytutki są bardzo dokładnie sprawdzane. Niechęć czy 

pogarda dla mężczyzn, jak to pani ujęła jest zazwyczaj wystarczającym 
powodem odrzucenia prośby o przyznanie licencji. 

-  Ale  Sharon  była  mądra.  Gdy  czegoś  chciała  w  życiu,  zawsze 

znajdowała  sposób,  by  to  dostać.  Z  wyjątkiem  szczęścia.  Nie  była 
szczęśliwą  kobietą.  -  Elizabeth  mówiła  dalej,  pokonując  wzruszenie, 
które cały czas ściskało ją za gardło. - Zepsułam ją, to prawda. Nikogo 
nie  mogę  o  to  winić,  tylko  siebie.  Pragnęłam  mieć  więcej  dzieci.  - 
Przycisnęła rękę do ust i nie odjęła jej, dopóki wargi nie przestały drżeć. 
- Z naukowego punktu widzenia byłam temu przeciwna, tym bardziej że 
mój mąż zajął jednoznaczne stanowisko w tej sprawie. Ale to nie zabiło 
moich  uczuć  macierzyńskich,  chciałam  mieć  dzieci,  by  je  kochać.  Za 
bardzo  kochałam  Sharon.  Senator  powie  pani,  że  ją  rozpuszczałam, 
rozpieszczałam, pobłażałam jej. I będzie miał rację. 

-  W  końcu  to  pani  przypadł  zaszczyt  opiekowania  się  dzieckiem,  nie 

jemu. 

W oczach Elizabeth pojawił się cień rozbawienia. 
- Takie były błędy, i to ja je popełniłam. Richard też nie jest bez winy, 

choć  kochał  ją  nie  mniej  ode  mnie.  Kiedy  Sharon  przeniosła  się  do 
Nowego  Jorku,  robiliśmy  wszystko,  by  wróciła.  Richard  ją  błagał.  Ja 
straszyłam. I odepchnęłam ją od siebie, pani porucznik. Powiedziała mi, 
że jej nie rozumiem - nigdy nie rozumiałam, nigdy nie zrozumiem - i że 
widziałam  tylko  to,  co  chciałam  widzieć,  chyba  że  chodziło  o  sprawy 
zawodowe; ale byłam ślepa na to, co działo się w moim własnym domu. 

- Co chciała przez to powiedzieć? 
-  Chyba  to,  że  byłam  lepszym  prawnikiem  niż  matką.  Gdy  odeszła, 

poczułam  się  zraniona,  zła.  Odsunęłam  się  od  niej,  pewna,  że  do  mnie 
przyjdzie. Nie przyszła, oczywiście. 

Przerwała na chwilę; żal wezbrał w jej sercu. 
- Richard pojechał ją odwiedzić raz czy dwa, ale to nic nie dało, tylko 

się zdenerwował. Daliśmy sobie z tym spokój, daliśmy jej spokój. Aż do 
niedawna, kiedy poczułam, że powinniśmy podjąć jeszcze jedną próbę. 

- Dlaczego? 
- Minęło parę lat - mruknęła Elizabeth. - Miałam nadzieję, że zmęczył 

ją  taki  styl  życia,  że  może  zaczęła  żałować  swej  decyzji.  Mniej  więcej 
rok  temu  pojechałam  się  z  nią  spotkać.  Ale  gdy  próbowałam  ją 

background image

przekonać, by wróciła do domu, ona tylko się złościła, broniła, a potem 
zaczęła mnie obrażać. Richard, choć stracił już nadzieję, zaproponował, 
że  pojedzie  i  porozmawia  z  nią.  Lecz  nie  chciała  się  z  nim  zobaczyć. 
Nawet Catherine próbowała - mruknęła i z roztargnieniem potarła bolące 
miejsce między oczami.  -  Widziała się z Sharon zaledwie parę tygodni 
temu. 

-  Członkini  Kongresu  Stanów  Zjednoczonych  pojechała  do  Nowego 

Jorku, by spotkać się z Sharon? 

-  Niezupełnie.  Catherine  zbierała  tam  pieniądze  i  zaproponowała,  że 

zobaczy się z Sharon i spróbuje z nią porozmawiać. - Elizabeth zacisnęła 
usta. - Prosiłam ją o to. Widzi pani, kiedy starałam się naprawić stosunki 
z Sharon, nie wykazała tym najmniejszego zainteresowania. Straciłam ją 
- powiedziała cicho Elizabeth - i zbyt późno wyciągnęłam rękę do zgody. 
Nie wiedziałam co robić, by ją odzyskać. Miałam nadzieję, że Catherine 
mi pomoże, bo należała do rodziny, a nie była matką Sharon.  - Znowu 
popatrzyła  na  Ewę.  -  Zapewne  pani  uważa,  że  powinnam  była  jeszcze 
raz do niej pojechać. To był mój obowiązek. 

- Pani Barrister... 
Lecz Elizabeth potrząsnęła głową. 
- Ma pani rację, oczywiście. Ale ona nie chciała mi zaufać. Uważałam, 

że powinnam szanować jej prywatność, tak jak zawsze do tej pory. Nie 
byłam jedną z tych matek, które czytają po kryjomu pamiętnik córki. 

- Pamiętnik? - Eve nastawiła uszu. - Prowadziła pamiętnik? 
- Nawet kiedy była dzieckiem. Regularnie zmieniała w nim hasło. 
- I jako osoba dorosła? 
-  Tak.  Ciągle  do  niego  nawiązywała.  Żartowała,  że  powierza  mu 

najskrytsze tajemnice i że ludzie przeraziliby się, gdyby wiedzieli, co o 
nich napisała. 

W spisie jej rzeczy nie było żadnego pamiętnika, przypomniała sobie 

Eve.  Tego  typu  rzeczy  mogą  być  tak  małe  jak  kobiecy  kciuk.  Jeśli 
funkcjonariusze  przeszukujący  mieszkanie  nie  zauważyli  go  za 
pierwszym razem... 

- Ma pani któryś z nich? 
-  Nie.  -  Elizabeth  spojrzała  z  uwagą  na  Ewę.  -  Chyba  oddała  je  do 

depozytu. Wszystkie. 

- Czy skorzystała z usług miejscowego banku w Virginii? 
-  Nic  o  tym  nie  wiem.  Zobaczę,  czego  uda  mi  się  dowiedzieć  w  tej 

sprawie. Mogę przejrzeć rzeczy, które tu zostawiła. 

background image

-  Będę  zobowiązana.  Jeśli  coś  sobie  pani  przypomni  -  obojętnie  co  - 

nazwisko, luźno rzuconą uwagę, proszę skontaktować się ze mną. 

-  Oczywiście.  Nigdy  nie  mówiła  o  swoich  przyjaciołach,  pani 

porucznik. Martwiłam się tym, mając jednocześnie nadzieję, że skoro ich 
nie  ma,  to  może  chętniej  wróci  do  domu.  Porzuci  życie,  które  sobie 
wybrała. Wykorzystałam nawet jednego z  moich przyjaciół, myśląc, że 
może on ją przekona szybciej niż ja. 

- Kto to był? 
- Roarke. - Elizabeth znowu stłumiła łzy, które napłynęły jej do oczu. - 

Na parę dni przed jej śmiercią zadzwoniłam do niego. Znamy się od lat. 
Zapytałam,  czy  może  postarać  się  dla  niej  o  zaproszenie  na  pewne 
przyjęcie,  na  które,  jak  wiedziałam,  sam  się  wybierał.  Opierał  się. 
Roarke  nie jest  typem  człowieka,  który  chciałby  się wtrącać  w  sprawy 
rodzinne.  Ale  powołałam  się  na  naszą  przyjaźń.  Gdyby  tylko  znalazł 
sposób,  żeby  się  z  nią  zaprzyjaźnić,  pokazać  jej,  że  atrakcyjna  kobieta 
nie  musi  wykorzystywać  swego  ciała,  by  wzbudzić  zainteresowanie 
mężczyzny... Zrobił to dla mnie i dla mojego męża. 

- Prosiła go pani, by rozwinął tę znajomość? - spytała ostrożnie Eve. 
- Prosiłam go, by został jej przyjacielem - poprawiła ją Elizabeth. - By 

był przy niej. Prosiłam go o to, bo do nikogo nie mam takiego zaufania 
jak do niego. Odcięła się od nas wszystkich, a ja potrzebowałam kogoś, 
komu  mogłabym  zaufać.  Wie  pani,  on  nigdy  by  jej  nie  skrzywdził. 
Nigdy nie skrzywdziłby nikogo, kogo kocham. 

- Ponieważ panią kocha? 
- Ponieważ dba o nią. - Richard DeBlass odezwał się z progu. - Roarke 

bardzo dba o Beth i o mnie. Ale kocha? Nie jestem pewien, czy chciałby 
się narażać na tak niepewne uczucie. 

-  Richardzie.  -  Elizabeth  wstała,  z  trudem  panując  nad  sobą.  -  Nie 

spodziewałam się ciebie tak wcześnie. 

-  Już  prawie  skończyliśmy.  -  Podszedł  do  niej  i  zamknął  jej  ręce  w 

swoich dłoniach. - Powinnaś była mnie zawołać, Beth. 

-  Nie  zrobiłam  tego,  bo...  -  Przerwała  patrząc  na  niego  bezradnie.  - 

Miałam nadzieję, że sama dam sobie radę. 

-  Nie  musisz  z  niczym  dawać  sobie  rady  sama.  -  Nie  puszczając  rąk 

żony, zwrócił się do Ewy. - Pani porucznik Dallas? 

-  Tak,  panie  DeBlass.  Miałam  parę  pytań  i  pomyślałam,  że  łatwiej 

będzie zadać je osobiście. 

background image

-  Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by pani pomóc.  - Pozostał w 

pozycji  stojącej,  co  Eve  oceniła  jako  chęć  okazania  siły  i  zachowania 
dystansu. 

W  mężczyźnie,  który  stał  obok  Elizabeth,  nie  było  nic  z  jej 

nerwowości  czy  wrażliwości.  Czuł  się  odpowiedzialny  za  żonę,  doszła 
do wniosku Eve, chronił ją i panował nad swoimi emocjami. 

- Pytała pani o Roarke'a - kontynuował. - Mogę wiedzieć dlaczego? 
-  Powiedziałam  pani  porucznik,  że  poprosiłam  go,  by  spotkał  się  z 

Sharon. By spróbował... 

-  Och,  Beth.  -  Potrząsnął  głową  wolnym  ruchem,  w  którym  kryło  się 

zarówno zmęczenie, jak i rezygnacja. - Co mógł zrobić? Po co go w to 
wplątałaś? 

Odsunęła się od niego, a na jej twarzy odmalowała się taka rozpacz, że 

Ewie serce ścisnęło się z bólu. 

-  Powiedziałeś  mi,  żebym  dała  sobie  spokój,  że  musimy  pozwolić  jej 

odejść. Ale musiałam podjąć jeszcze jedną próbę. Może związałaby się z 
nim, Richardzie. On był moją nadzieją. - Zaczęła mówić szybko, słowa 
wylatywały  jej  z  ust,  mieszały  się  ze  sobą.  -  Może  by  jej  pomógł, 
gdybym  wcześniej  go  o  to  poprosiła.  Dysponując  odpowiednią  ilością 
czasu  prawie  wszystko  potrafi  załatwić.  Ale  miał  za  mało  czasu.  Tak 
samo jak moje dziecko. 

-  Już  dobrze  -  mruknął  Richard,  kładąc  jej  rękę  na  ramieniu.  -  Już 

dobrze. 

Znowu zapanowała nad sobą, cofnęła się, skurczyła ramiona. 
- Teraz mogę się już tylko modlić o sprawiedliwość, pani porucznik. 
- Dopilnuję, żeby sprawiedliwości stało się zadość, pani Barrister.  
Zamknęła oczy, trzymając się kurczowo tej myśli. 
-  Sądzę,  że  tak.  Nie  byłam  tego  pewna  nawet  wtedy,  gdy  Roarke 

opowiedział mi przez telefon o pani. 

- Zadzwonił, żeby porozmawiać o sprawie? 
- Zadzwonił, żeby się dowiedzieć, jak się miewamy, i powiedzieć mi, 

że  jego  zdaniem  wkrótce  pani  przyjedzie,  żeby  osobiście  ze  mną 
porozmawiać. - Niemal się uśmiechnęła. - Rzadko się myli. Powiedział, 
że  uznam  panią  za  osobę  kompetentną,  dobrze  zorganizowaną  i 
zaangażowaną  w  sprawę.  I  miał  rację.  Cieszę  się,  że  miałam  okazję 
osobiście  się  o  tym  przekonać  i  dowiedzieć  się,  że  to  pani  kieruje 
śledztwem w sprawie morderstwa mojej córki. 

background image

-  Pani  Barrister.  -  Eve  wahała  się  tylko  przez  chwilę,  zanim 

postanowiła zaryzykować. - A gdybym pani powiedziała, że Roarke jest 
jednym z podejrzanych? 

Oczy  Elizabeth  rozszerzyły  się  ze  zdumienia,  po  czym  niemal 

natychmiast uspokoiły się. 

-  Doszłabym  do  wniosku,  że  pani  rozumowanie  idzie  w  wyjątkowo 

złym kierunku. 

- Ponieważ Roarke nie byłby w stanie popełnić morderstwa? 
-  Tego  bym  nie  powiedziała.  -  Odczuła  ulgę,  że  choć  przez  chwilę 

może  rozważać  to  obiektywnie.  -  Ale  nie  byłby  w  stanie  popełnić  tak 
bezsensownego  czynu.  Mógłby  zabić  z  zimną  krwią,  lecz  nigdy  nie 
podniósłby ręki na osobę bezbronną. Mógłby zabić, nie zdziwiłabym się, 
gdyby  zabił.  Lecz  czy  komukolwiek  zrobiłby  to,  co  zrobiono  Sharon  - 
przed, podczas, po? Nie, nie Roarke. 

- Nie - powtórzył jak echo Richard, znowu szukając dłonią ręki żony. - 

Nie Roarke. 

Nie  Roarke,  pomyślała  Eve, jadąc  taksówką  w  kierunku  stacji  metra. 

Dlaczego nie powiedział jej, że umówił się z Sharon na prośbę jej matki? 
Czego jeszcze jej nie powiedział? 

Szantaż. Jakoś nie widziała go jako ofiary szantażu. Nie dba o to, co o 

nim  mówią  albo  piszą.  Ale  pamiętnik  wszystko  zmieniał  i  czynił  z 
szantażu nowy intrygujący motyw. 

Tylko co Sharon tam napisała i gdzie są te przeklęte pamiętniki? 

background image


 
- Bez trudu wykołowałem tego faceta, który mnie śledził - powiedział 

Feeney, pakując sobie do ust to, co w stołówce policyjnej uznawano za 
śniadanie.  -  Widzę,  że  mnie  namierzył.  Rozgląda  się  dokoła,  szukając 
wzrokiem  ciebie,  ale  jest  straszny  ścisk.  Więc  wsiadam  do  tego 
pieprzonego  samolotu.  -  Feeney  bez  skrzywienia  popił  napromienione 
jajka kawą zbożową. - On także wsiada, ale zajmuje miejsce w pierwszej 
klasie. Kiedy wysiadamy, czeka i dopiero wtedy się domyśla, że ciebie 
tam  nie  ma.  -  Dźgnął  Ewę  widelcem.  -  Wścieka  się,  natychmiast  do 
kogoś  dzwoni.  Więc  postanawiam  go  śledzić  i  jadę  za  nim  do  hotelu 
Regent. Tam nie chcą puścić pary z gęby. Wystarczy błysnąć odznaką, a 
wszyscy się obrażają. 

- Ale ty wyjaśniłeś im uprzejmie, że powinni spełnić swój obywatelski 

obowiązek. 

-  Zgadza  się.  -  Feeney  wepchnął  pusty  talerz  do  utylizatora,  zgniótł 

pusty  kubek  w  ręce  i  też  wrzucił  go  do  otworu.  -  Wykonał  parę 
telefonów  -  jeden  do  Wschodniego  Waszyngtonu,  drugi  do  Virginii. 
Potem odbył rozmowę miejscową - z szefem policji. 

- Cholera jasna. 
-  Taak.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  Simpson  przyciska  guziki  dla 

DeBlassa. Ciekawe, które. 

Zanim  Eve  zdążyła  to  skomentować,  zabrzęczał  jej  komunikator. 

Wyciągnęła go i odpowiedziała na wezwanie od swojego dowódcy. 

- Dallas, masz być na badaniach. Za dwadzieścia minut. 
-  Sir,  o  dziewiątej  jestem  umówiona  ze  swoim  kapusiem  od  sprawy 

Colby'ego. 

Przełóż to. - Odparł stanowczym tonem. - Za dwadzieścia minut.  
Eve odłożyła wolno komunikator. 
- Chyba znamy już jeden z guzików. 
-  Wygląda  na  to,  że  DeBlass  osobiście  się  tobą  interesuje.  -  Feeney 

przyjrzał  się  jej  twarzy.  -  Nie  było  takiego  gliny  w  policji,  który  nie 
gardziłby testami. - Wytrzymasz to? 

-  Jasne.  Będę  tu  uwiązana  przez  większość  dnia.  Feeney,  wyświadcz 

mi przysługę. Przejedź się po bankach na Manhattanie. Muszę wiedzieć, 
czy  Sharon  DeBlass  miała  gdzieś  skrytkę  depozytową.  Jeśli  nic  nie 
znajdziesz, szukaj w innych dzielnicach. 

- Masz to załatwione. 
 

background image

Sekcja,  w  której  przeprowadzano  testy,  była  oddzielona  długimi 

korytarzami;  niektóre  z  nich  były  przeszklone,  inne  miały  ściany 
pomalowane  na  jasnozielony  kolor,  który  ponoć  działa  uspokajająco. 
Lekarze i technicy byli ubrani na biało. Kolor symbolizujący niewinność 
i,  oczywiście,  władzę.  Kiedy  przeszła  przez  kilkoro  drzwi  ze  szkła 
zbrojonego,  komputer  rozkazał  jej  uprzejmie,  żeby  oddała  broń.  Eve 
wyjęła  ją  z  pochwy,  położyła  na  tacy  i  zobaczyła,  jak  wysuwa  się  z 
pokoju. 

Bez  broni  poczuła  się  naga,  jeszcze  zanim  skierowano  ją  do  Pokoju 

Badań l - C i powiedziano, żeby się rozebrała. 

Położyła  ubranie  na  przeznaczonej  do  tego  ławce  i  spróbowała  nie 

myśleć  o  technikach,  którzy  obserwują  ją  na  swoich  monitorach,  ani  o 
nieprzyjemnie  cichych  maszynach  z  błyskającymi  bezosobowo 
światłami. 

Badanie lekarskie było proste. Musiała tylko stać na środku pokoju w 

kształcie  tuby  i  patrzeć, jak  błyskają światła,  podczas  gdy  sprawdzano, 
czy jej wewnętrzne organy i kości nie uległy jakiemuś uszkodzeniu. 

Potem  pozwolono  jej  włożyć  niebieski  kombinezon  i  usiąść; 

tymczasem maszyna przechyliła się, by sprawdzić jej oczy i uszy. Inne 
urządzenie,  które  wysunęło  się  ze  ściany,  przeprowadziło  standardowy 
test  na  refleks.  Jedynym  człowiekiem,  z  jakim  miała  kontakt,  był 
technik, który wszedł, by pobrać krew. 

Proszę  otworzyć  drzwi  z  napisem  Badanie  2  -  C.  Faza  pierwsza  jest 

zakończona, Dallas, porucznik, Eve. 

W  przyległym  pokoju  poinstruowano  ją,  że  ma  położyć  się  na 

wyściełanym stole, gdzie zostanie przeprowadzone badanie mózgu. Nie 
chcą, żeby jakiś glina z guzem  mózgu rozwalał cywilów, pomyślała ze 
znużeniem. 

Obserwowała  techników  przez  szklaną  szybę,  podczas  gdy  hełm 

wsuwał się jej na głowę. 

Potem rozpoczęły się gry. 
Ławka została ustawiona w pozycji siedzącej i Ewę poddano testowi w 

rzeczywistości  wirtualnej.  Siedziała  w  jakimś  pojeździe  podczas 
szaleńczego pościgu. Dźwięki eksplodowały jej w uszach: wycie syren, 
wydawane  podniesionym  głosem  sprzeczne  rozkazy  płynęły  z 
komunikatora  na  tablicy  rozdzielczej.  Widziała,  że  jest  to  typowa 
policyjna jednostka, w pełnym składzie. Jej zadaniem było prowadzenie 
pojazdu, więc musiała zbaczać z trasy i umiejętnie manewrować, by nie 
rozjechać przechodniów, których co chwila stawiano jej na drodze. 

background image

Jedną częścią mózgu zdawała sobie sprawę, że reakcje jej organizmu 

są  kontrolowane:  ciśnienie  krwi,  puls,  nawet  ilość  potu  lejącego  się  po 
skórze oraz śliny napływającej do ust. Było gorąco, nieznośnie gorąco. 
Ledwo  uniknęła  zderzenia  z  ciężarówką  przewożącą  żywność,  która 
wjechała z turkotem na jej pas. 

Zorientowała  się,  gdzie  jest.  Obok  starych  portów  po  wschodniej 

stronie.  Czuła  je:  wodę,  zepsute  ryby  i  wielodniowy  pot.  Przyjezdni 
noszący  swe  niebieskie  kombinezony  robocze  szukali  jałmużny  albo 
pracy  na  jeden  dzień.  Przemknęła  obok  nich,  usiłując  zająć  jak 
najdogodniejszą pozycję na ekranie. 

Osobnik uzbrojony. Miotacz płomieni, granat ręczny. Poszukiwany za 

kradzież i zabójstwo. 

Świetnie,  pomyślała  Eve,  przechylając  się  za  nim.  Świetnie,  jak 

cholera.  Przycisnęła  gaz,  skręciła  z  całej  siły  kierownicę  i  otarła  się  o 
zderzak ściganego pojazdu, tak że aż poszły iskry. Płomień przeleciał z 
szumem  koło  jej  ucha,  gdy  mężczyzna  do  niej  strzelił.  Właściciel 
portowej restauracyjki skulił się ze strachu i natychmiast kilku klientów 
poszło  w  jego  ślady.  Makaron  ryżowy  poleciał  w  powietrze,  a  wraz  z 
nim stek przekleństw. 

Znowu uderzyła w cel. 
Tym  razem  ścigany  pojazd  zatrząsł  się  i  przechylił.  Gdy  mężczyzna 

starał się odzyskać panowanie nad kierownicą, Eve zajechała mu drogę. 
Wyskakując  z  wozu,  podała  głośno  swoje  nazwisko,  stopień  oraz 
ostrzegła  bandytę  przed  grożącymi  mu  konsekwencjami.  Mężczyzna 
wysiadł, miotając przekleństwa. I wtedy go ogłuszyła. 

Uderzenie  poraziło  jego  system  nerwowy.  Patrzyła,  jak  podskakuje, 

oblewa się potem i upada. 

Ledwo  zdążyła  zaczerpnąć  oddechu,  by  przygotować  się  do  zmiany 

sceny, a ci pieprzeni technicy już ją wsadzili w zupełnie nową sytuację. 
Krzyki,  krzyki  małej  dziewczynki;  wściekły  ryk  mężczyzny,  który  jest 
jej ojcem. 

Zrekonstruowali  to  niemal  perfekcyjnie,  opierając  się  na  jej  raporcie 

oraz  zdjęciach  z  miejsca  zdarzenia,  i  teraz  widziała  na  ekranie 
odzwierciedlenie swych wspomnień. 

Eve  nawet  nie  próbowała  obrzucić  ich  przekleństwami;  stłumiła  w 

sobie  nienawiść,  smutek  i  puściła  się  biegiem  na  górę,  w  sam  środek 
koszmaru. 

Nie  słyszała  już  krzyków  małej  dziewczynki.  Walnęła  w  drzwi, 

wykrzyknęła swe nazwisko oraz stopień. Ostrzegła mężczyznę stojącego 

background image

po  drugiej  stronie  drzwi  przed  grożącymi  mu  konsekwencjami, 
próbowała go uspokoić. 

- Pizdy. Wszystkie jesteście pizdami. Wejdź ty jebana dziwko! Zabiję 

cię! 

Pod  naporem  jej  ramienia  drzwi  wygięły  się,  jakby  były  z  tektury. 

Weszła do środka, trzymając przed sobą broń. 

-  Była  taka  sama  jak  jej  matka  -  taka  sama  jak  jej  pieprzona  matka. 

Myślały,  że  odejdą  ode  mnie.  Myślały,  że  mogą.  Załatwiłem  ją. 
Załatwiłem je. Ciebie też załatwię, ty jebana glino. 

Mała dziewczynka patrzyła na nią dużymi martwymi oczami. Oczami 

lalki. Jej maleńkie bezradne ciałko okaleczone, krew rozlewająca się w 
kałużę. I ściekająca z noża. 

Powiedziała, by go przestraszyć: - “Ty skurwielu, rzuć broń! Rzuć ten 

pieprzony nóż!” Ale on szedł dalej. Ogłuszyła go. Ale on szedł dalej. 

W pokoju śmierdziało krwią, uryną i przypalonym jedzeniem. Niczym 

nie  osłonięte  żarówki  dawały  jaskrawe,  rażące  światło,  w  którym 
wszystko,  wszystko  widziała  ze  wstrząsającą  ostrością.  Lalka  z 
oderwaną  ręką  leżąca  na  podartej  kanapie,  wygięta  osłona  okna,  przez 
którą  wpadało  silne  czerwone  światło  neonu  jarzącego  się  po  drugiej 
stronie ulicy, przewrócony stolik z taniego tworzywa, uszkodzony ekran 
rozbitego telełącza. 

Mała dziewczynka o martwych oczach. Rozszerzająca się kałuża krwi. 

I błysk lepkiego ostrza noża. 

- Zaraz wepchnę ci go w pizdę. Tak jak jej to zrobiłem. 
Znowu go ogłuszyła. Jego oczy były dzikie, pijane od domowej roboty 

Zeusa,  tego  cudownego  narkotyku,  który  czynił  z  mężczyzn  bogów,  z 
całą siłą i szaleństwem, jakie stwarza iluzja nieśmiertelności. 

Nóż z purpurowym ostrzem przeciął ze świstem powietrze. 
I zabiła go. 
Szarpnięcie  sparaliżowało  jego  układ  nerwowy.  Najpierw  umarł  jego 

mózg, więc jeszcze przez chwilę ciało drgało konwulsyjnie, zanim oczy 
stały się całkiem szklane. Z trudem powstrzymała się, aby nie krzyknąć, 
i  usunąwszy  kopnięciem  nóż  z  jego  wciąż  zaciśniętej  dłoni,  popatrzyła 
na dziecko. 

Oczy  dużej  lalki  patrzyły  na  nią,  mówiąc  jej  -  raz  jeszcze  -  że  się 

spóźniła. 

Zmuszając swe ciało do relaksu, nie dopuszczała do swego umysłu nic 

poza raportem. 

background image

Pierwsza  część  testu  została  zakończona.  Ponownie  skontrolowano 

reakcje jej organizmu, zanim  została zabrana na końcową część badań. 
Rozmowę w cztery oczy z psychiatrą. 

Eve  nie  miała  nic  przeciwko  doktor  Mirze.  Ta  kobieta  była  oddana 

swojej  pracy.  Gdyby  miała  prywatną  praktykę,  mogłaby  zarobić  trzy 
razy tyle, co w policji i Wydziale Bezpieczeństwa. 

Miała cichy głos z lekkim akcentem klas wyższych z Nowej Anglii. Jej 

jasnoniebieskie oczy były  miłe i przenikliwe. Była zadowoloną z życia 
sześćdziesięcioletnią kobietą, która nie miała w sobie nic z matrony. 

Jej  złocistobrązowe  włosy  były  starannie  zebrane  na  karku  w  skom-

plikowany  węzeł.  Miała  na  sobie  schludny  kostium  w  różowym 
odcieniu, z delikatnym złotym kółkiem w klapie. 

Nie,  osobiście  Eve  nic  przeciwko  niej  nie  miała.  Po  prostu 

nienawidziła psychiatrów. 

- Porucznik Dallas.  - Mira wstała z  miękkiego niebieskiego fotela. W 

zasięgu  wzroku  nie  było  biurka  ani  komputera.  Eve  wiedziała,  ze  to 
jedna  ze  sztuczek  wymyślona  po  to,  by  badani  odprężyli  się  i 
zapomnieli, że są pod stałą obserwacją. 

- Pani doktor. - Eve usiadła w fotelu, który wskazała jej Mira. 
- Waśnie miałam napić się herbaty. Przyłączy się pani do mnie? 
- Jasne. 
Mira podeszła z wdziękiem do obsługiwacza, zamówiła dwie herbaty, 

po czym przyniosła filiżanki do części wypoczynkowej. 

- Złe się stało, że testy zostały przełożone, pani porucznik. - Usiadła z 

uśmiechem  i  wypiła  łyk  herbaty.  -  Badania  są  bardziej  wiarygodne  i  z 
pewnością przynoszą o wiele większą korzyść, kiedy są przeprowadzane 
w ciągu dwudziestu czterech godzin od wypadku. 

- Nic się na to nie poradzi. 
- Tak, wiem. Wstępne wyniki badań są zadowalające. 
- Świetnie. 
- Nadal nie chce pani poddać się autohipnozie? 
- To nie jest obowiązkowe. 
-  Nie.  -  Mira  założyła  nogę  na  nogę.  -  Ma  pani  za  sobą  ciężkie 

przeżycie,  pani  porucznik.  Są  oznaki  fizycznego  i  psychicznego 
wyczerpania. 

- Pracuję nad inną, bardzo trudną sprawą. Zabiera mi mnóstwo czasu. 
Tak, poinformowano mnie o tym. Czy bierze pani zalecane przez nas 

środki nasenne? 

Eve spróbowała herbaty. Była kwiatowa, sądząc po smaku i zapachu. 

background image

- Nie. Omówiłyśmy to już poprzednio. Mam prawo decydować czy je 

przyjmować, czy nie. Postanowiłam ich nie brać. 

- Ponieważ ograniczają możliwość kontroli nad sobą.  
Eve popatrzyła jej w oczy. 
-  Zgadza  się.  Nie  lubię  być  usypiana  i  nie  lubię  być  tutaj.  Nie  lubię 

prania mózgu. 

- Uważa pani te badania za pranie mózgu? Każdy rozgarnięty glina tak 

uważał. 

- Nie są dobrowolne, prawda?  
Mira stłumiła westchnienie. 
-  Zabicie człowieka, bez względu na okoliczności, pozostawia uraz w 

pamięci  każdego  oficera  policji.  Gdy  ten  uraz  wpływa  na  uczucia, 
reakcje i postawę funkcjonariusza, to jego praca może na tym ucierpieć. 
Jeśli  powodem  użycia  broni  był  jakiś  defekt  fizyczny,  to  trzeba  go 
znaleźć i usunąć. 

-  Znam  wytyczne  dowództwa,  pani  doktor.  Jestem  gotowa  do  ścisłej 

współpracy. Ale nie muszę tego lubić. 

- Nie, nie musi pani. - Mira trzymała z wdziękiem filiżankę na kolanie. 

- Pani porucznik, już po raz drugi zabiła pani człowieka. Choć nie jest to 
nic  niezwykłego,  jak  na  oficera  z  pani  stażem,  jednak  wielu 
funkcjonariuszy  nigdy  nie  musiało  podjąć  takiej  decyzji.  Chciałabym 
wiedzieć, jak pani ocenia swój wybór i jakie są jego skutki. 

Wolałabym  być  szybsza,  pomyślała  Eve.  Wolałabym,  żeby  ta  mała 

bawiła się teraz swoimi zabawkami, a nie została poddana kremacji. 

- Ponieważ miałam do wyboru albo dać się pociachać na kawałki, albo 

go powstrzymać, to uważam, że podjęłam słuszną decyzję. Uprzedziłam 
go  o  grożącym  mu  niebezpieczeństwie,  lecz  zignorował  moje 
ostrzeżenie. Próbowałam go ogłuszyć, ale nic to nie dało. Dowód tego, 
że zabójca nie żartuje, leżał między nami na podłodze w kałuży krwi. 

- Była pani wstrząśnięta śmiercią dziecka? 
-  Myślę,  że  każdy  byłby  wstrząśnięty  śmiercią  dziecka.  Takim 

brutalnym morderstwem bezbronnej osoby. 

-  I  dostrzega  pani  podobieństwa  między  tą  dziewczynką  a  sobą?  - 

spytała cicho Mira. Zauważyła, że Eve spochmurniała i zamknęła się w 
sobie. - Pani porucznik, przecież obie dobrze wiemy, co panią spotkało 
w  przeszłości.  Była  pani  wykorzystywana  fizycznie,  seksualnie  i 
emocjonalnie. Została pani porzucona, gdy miała osiem lat. 

- To nie ma nic do... 

background image

- Myślę, że to miało wiele wspólnego ze stanem pani umysłu i uczuć - 

przerwała jej Mira. - Przez dwa lata, między ósmym a dziesiątym rokiem 
życia, mieszkała pani w domu dziecka, kiedy trwały poszukiwania pani 
rodziców. Nic pani nie pamięta z pierwszych ośmiu lat swego życia - ani 
imienia, ani miejsca urodzenia, ani jakichkolwiek szczegółów. 

Choć oczy Miry wydawały się łagodne, były przenikliwe i świdrujące. 
-  Nazwano  panią  Ewą  Dallas  i  ostatecznie  umieszczono  w  rodzinie 

zastępczej.  Nie  miała  pani  na  to  wszystko  żadnego  wpływu.  Była  pani 
maltretowanym  dzieckiem,  zależnym  od  systemu,  na  którym 
niejednokrotnie się pani zawiodła. 

Tylko  przemożną  siłą  woli  Eve  zapanowała  nad  łzami  i  drżeniem 

głosu. 

-  A  teraz  ja,  część  systemu,  zawiodłam,  gdyż  nie  zdążyłam  ochronić 

tego dziecka. Chce pani wiedzieć, jak się teraz czuję, doktor Miro?  

Jestem nieszczęśliwa. Chora. Zmartwiona. 
- Czuję, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy. Przeszłam przez 

przygotowany przez panią test w rzeczywistości wirtualnej i zrobiłam to 
jeszcze  raz.  Bo  nie  można  było  tego  zmienić.  Gdybym  mogła  ocalić 
dziecko,  ocaliłabym  je.  Gdybym  mogła  zaaresztować  przestępcę, 
zaaresztowałabym go. 

Ale nie miała pani wyboru. Wredna dziwka. 
-  Miałam  wybór  -  użyć  broni  czy  nie.  Po  rozpatrzeniu  wszystkich 

możliwości,  wykonałam  swój  obowiązek.  Przeglądała  pani  mój  raport. 
Zabicie człowieka było w pełni uzasadnione. 

Mira  milczała  przez  chwilę.  Wiedziała,  że  jej  umiejętności  nie 

wystarczą, by przebić się przez mur obrony Eve. 

- Świetnie, pani porucznik. Jest pani całkowicie przekonana, że może 

wykonywać  swe  obowiązki  bez  żadnych  ograniczeń.  -  Mira  podniosła 
rękę, zanim Eve zdążyła wstać. - Poza protokółem. 

- Coś jest nie tak? 
Mira uśmiechnęła się tylko. 
-  To  prawda,  że  bardzo  często  umysł  sam  się  broni.  Nie  chce  pani 

pamiętać o pierwszych ośmiu latach swego życia. Ale te lata są częścią 
pani.  Mogę  je  pani  przypomnieć,  kiedy  będzie  pani  na  to  gotowa.  A 
także - dodała cicho - pomóc się z nimi uporać. 

- Sama siebie stworzyłam i mogę z tym żyć. Może nie chcę narażać się 

na ryzyko życia z takim balastem? - Wstała i podeszła do drzwi. Kiedy 
się  odwróciła,  Mira  siedziała  dokładnie  tak  samo  jak  przed  chwilą,  ze 

background image

skrzyżowanymi  nogami,  ze  śliczną  filiżaneczką  w  ręce.  Zapach 
kwiatowej herbaty unosił się w powietrzu. 

- Sprawa oparta na hipotezie - zaczęła Eve i poczekała, aż Mira kiwnie 

głową. - Kobieta należąca do elity towarzyskiej i mająca także zaplecze 
finansowe  postanawia  zostać  kurwą.  -  Gdy  Mira  uniosła  brew,  Eve 
zaklęła zirytowana. - Nie musimy tu upiększać terminologii, pani doktor. 
Ta dziewczyna postanowiła zarabiać na życie własnym ciałem. Obnosiła 
się  z  tym  ostentacyjnie  przed  całą  rodziną,  włącznie  ze  swym 
arcykonserwatywnym dziadkiem. Dlaczego? 

-  Trudno  podać  jeden  konkretny  motyw  na  podstawie  tak  ogólnej  i 

powierzchownej  informacji.  Najbardziej  oczywiste  wydaje  się  to,  że 
ofiara  uważała,  iż  jej  jedynym  atutem  jest  sprawność  seksualna.  Albo 
lubiła, albo nienawidziła się kochać. 

Zaintrygowana Eve odsunęła się od drzwi.  
- Jeśli tego nienawidziła, to dlaczego została prostytutką? 
- Żeby wymierzyć karę. 
- Sobie? 
- Z pewnością, i swoim najbliższym. 
Żeby wymierzyć karę, zadumała się Eve. Pamiętnik. Szantaż. 
-  Mężczyzna  morduje  -  kontynuowała.  -  Ze  złością,  brutalnie. 

Zabójstwo  ma  związek  z  seksem  i  jest  popełnione  w  nietypowy  i 
charakterystyczny  sposób.  Jego  przebieg  nagrywa  na  dyskietce, 
obchodzi  wymyślny  system  zabezpieczeń.  Dyskietkę  z  nagraną  sceną 
morderstwa  dostarcza  oficerowi  prowadzącemu  śledztwo.  Na  miejscu 
zbrodni zostawia wiadomość, wiadomość, z której przebija buta. Jaki on 
jest? 

- Dysponuję tak małą ilością informacji - poskarżyła się Mira, lecz Eve 

zauważyła,  że  udało  jej  się  wzbudzić  zainteresowanie  lekarki.  - 
Pomysłowy  -  zaczęła.  -  Podróżnik,  który  wszystko  dokładnie  planuje. 
Zarozumiały,  prawdopodobnie  zadowolony  z  siebie.  Powiedziałaś,  że 
morduje  w  charakterystyczny  sposób,  więc  pragnie  zostawić  po  sobie 
ślad,  chce  pokazać,  jaki  jest  sprawny  i  inteligentny.  Czy  na  podstawie 
własnych  obserwacji  i  dedukcji  sądzi  pani,  poruczniku,  że  znajduje  on 
przyjemność w mordowaniu? 

- Tak. Sądzę, że rozkoszuje się tym.  
Mira kiwnęła głową. 
- Więc z pewnością znowu zabije. 
- Już to zrobił. Dwa morderstwa w przeciągu niecałego tygodnia. Nie 

będzie długo czekał, zanim znowu zabije, prawda? 

background image

- To wcale nie jest takie pewne.  - Mira wypiła łyk herbaty, tak jakby 

rozmawiały o najnowszej letniej kolekcji. - Czy te dwa morderstwa coś 
ze sobą łączy poza sprawcą i metodą zabójstwa? 

- Seks - odparła krótko Eve. 
-  Aha.  -  Mira  przechyliła  głowę.  -  Mimo  całej  naszej  technologii, 

mimo  zadziwiającego  postępu,  jaki  dokonał  się  w  genetyce,  wciąż  nie 
jesteśmy  w  stanie  kontrolować  ludzkich  wad  i  zalet.  Pewnie  jesteśmy 
zbyt humanitarni, by pozwolić na manipulowanie nimi. Namiętności są 
motorem działania człowieka. Przekonaliśmy się o tym na początku tego 
stulecia, kiedy to inżynieria genetyczna niemal wymknęła się nam spod 
kontroli. Źle się dzieje, że niektóre namiętności splatają się ze sobą. Seks 
i  przemoc.  Dla  niektórych  to  wciąż jest  naturalne  połączenie.  -  W  tym 
momencie  wstała,  by  odnieść  filiżanki  i  postawić  je  obok 
automatycznego  obsługiwacza.  -  Chętnie  bym  się  dowiedziała  czegoś 
więcej  o  tym  mężczyźnie,  pani  porucznik. Jeśli  kiedyś  dojdzie  pani  do 
wniosku,  że  chce  mieć  jego  portret  psychologiczny,  mam  nadzieję,  że 
przyjdzie pani z tym do mnie. 

- Obowiązuje mnie Kod Piąty.  
Mira obejrzała się za siebie. 
- Rozumiem. 
-  Jeśli  nie  powstrzymamy  go  przed  popełnieniem  kolejnego 

morderstwa, może jakoś mi się uda obejść przepisy. 

- Będę do pani dyspozycji. 
- Dzięki. 
- Ewo, nawet silne kobiety, które same doszły do wszystkiego w życiu, 

mają swoje słabości. Nie bój się ich. 

Eve wytrzymała wzrok Miry. 
- Mam mnóstwo pracy. 
Badania  wyprowadziły  Ewę  z  równowagi.  Wyładowała  złość  na 

swoim informatorze, zachowując się wobec niego grubiańsko, przez co 
zraziła  go  do  siebie  i  niemal  straciła  ślad  w  sprawie  o  przemyt 
narkotyków.  Jej  nastrój  daleki  był  od  wesołości,  kiedy  wróciła  do 
Centrali. Nie było wiadomości od Feeneya. 

Inni w jej wydziale wiedzieli, gdzie spędziła dzień, i robili co mogli, 

by  trzymać  się  od  niej  z  daleka.  W  rezultacie  rozdrażniona  pracowała 
samotnie przez godzinę. 

Ostatnim wysiłkiem poprosiła o połączenie z Roarke'em. Nie była ani 

zdziwiona,  ani  szczególnie  rozczarowana,  kiedy  okazało  się,  że  jest 

background image

niedostępny. Przesłała mu wiadomość w internacie, prosząc o spotkanie, 
po czym zapisała w dzienniku, że skończyła pracę. 

Zamierzała  utopić  swoje  smutki  w  tanim  alkoholu  i  miernej  muzyce, 

przysłuchując się występowi Mavis w Blue Squirrel. 

Trzeba  było  sporo  dobrej  woli,  by  nie  uznać  tej  knajpy  za  spelunkę. 

Światło było przyćmione, klientela nerwowa, a obsługa żałosna. To było 
dokładnie to, czego Eve szukała. 

Fala  nie  zharmonizowanych  ze  sobą  dźwięków  muzycznych  uderzyła 

w nią, gdy tylko weszła. Mavis próbowała przebić się swoim namiętnym 
skrzeczącym  głosem  przez  zespół  składający  się  z  wytatuowanego  we 
wszystkich barwach tęczy szczeniaka, który grał na syntezatorze. 

Eve  odrzuciła  opryskliwym  tonem  propozycję  faceta  w  skórzanej 

kurtce  z  kapturem,  który  chciał  postawić jej  drinka w  jednej  z  prywat-
nych  kabinek  dla  palących.  Przecisnęła  się  do  stolika,  zamówiła  u 
zaganianej kelnerki screamera i rozsiadła się, by obejrzeć występ Mavis. 

Nie jest zła, doszła do wniosku Eve. Nie jest też dobra, ale klienci nie 

grymasili. Tego wieczoru Mavis była pomalowana, jej drobna postać z 
obfitym  biustem  przypominała  płótno  w  pomarańczowo  -  fioletowe 
paski, na które gdzieniegdzie rzucono szmaragdowe plamy. Bransoletki i 
łańcuchy  pobrzękiwały,  gdy  krążyła  w  tańcu  po  małej,  podwyższonej 
scenie. Stopień niżej tłum ludzi wirował z takim samym entuzjazmem. 

Eve zauważyła małą, zapakowaną w folię paczuszkę, którą podawano 

sobie z rąk do rąk na skraju parkietu. Narkotyki, oczywiście. Próbowali z 
nimi  walczyć,  zalegalizować  je,  zlekceważyć  i  ustalić  zasady  ich 
posiadania. Nic nie zdało egzaminu. 

Nie  zainteresowało  jej  to  na  tyle,  żeby  dokonać  aresztowań,  więc 

podniosła rękę i pomachała do Mavis. 

Wokalna  część  utworu  skończyła  się  -  piosenka  słaba,  bo  słaba,  ale 

została wykonana. Mavis zeskoczyła ze sceny, przecisnęła się przez tłum 
i oparła pomalowanym biodrem o krawędź stolika Ewy. 

- Hej, nieznajoma. 
- Świetnie wyglądasz, Mavis. Co to za artysta? 
- Och, taki znajomy.  - Przesunęła się, popukała calowym paznokciem 

w lewy pośladek. - Caruso. Widzisz, podpisał się na mnie. Zrobił mi to 
bezpłatnie w zamian za rozreklamowanie jego nazwiska. - Oczy wyszły 
jej z orbit, kiedy kelnerka postawiła przed Ewą wysoki smukły kieliszek 
z  pienistym  niebieskim  płynem.  -  Screamer?  Nie  wolałabyś,  żebym 
znalazła młotek i po prostu walnęła cię nim w głowę? 

background image

-  To  był  zasrany  dzień  -  mruknęła  Eve  i  wypiła  pierwszy  porażający 

łyk trunku. - Chryste. Zawsze tak się po nich czuję. 

Zmartwiona Mavis pochyliła się nad nią. 
- Mogę sobie zrobić małą przerwę. 
-  Nie,  wszystko  w  porządku.  -  Eve,  ryzykując  życie,  wypiła  jeszcze 

jeden łyk. - Po prostu chciałam sprawdzić twoją nową knajpę i trochę się 
rozluźnić. Mavis, ty nie bierzesz, prawda? 

-  Hej,  daj  spokój.  -  Bardziej  zmartwiona  niż  obrażona  Mavis 

potrząsnęła  Ewę  za  ramię.  -  Jestem  czysta,  wiesz  o  tym.  Puszczają  po 
sali  trochę  narkotyków,  ale  lekkich.  Trochę  pigułek  szczęścia,  trochę 
środków uspokajających, bardzo niewiele łataczy nastroju. - Odsunęła od 
niej swą pokerową twarz. - Jeśli przymierzasz się do nalotu na tę knajpę, 
to przynajmniej zrób to wtedy, kiedy mam wolne. 

-  Przepraszam.  -  Eve  zła  na  samą  siebie  potarła  twarz  rękami.  - 

Chwilowo  nie  nadaję  się  do  kontaktów  z  ludźmi.  Wracaj  na  scenę  i 
śpiewaj. Lubię cię słuchać. 

-  Jasne.  Ale  gdybyś  chciała  mieć  towarzystwo,  kiedy  będziesz 

wychodziła, daj mi znak. Załatwię to. 

-  Dzięki.  -  Eve  usiadła  wygodnie,  zamknęła  oczy.  Zdziwiła  się,  gdy 

muzyka stała się wolniejsza, nawet bardziej łagodna. Jeśli nie rozglądała 
się po sali, nie było tak źle. 

Za dwadzieścia kawałków mogłaby dostać okulary wywołujące dobry 

nastrój,  rozkoszować  się  światłami  i  kształtami,  które  zlewały  się  z 
muzyką. Wolała jednak zamknąć oczy. 

-  Trudno  uwierzyć,  że  w  takich  spelunkach  szuka  pani  zapomnienia, 

pani porucznik. 

Otworzyła oczy i spojrzała na Roarke'a. 
- Za każdym razem, gdy muszę dojść do siebie. 
Usiadł  naprzeciw  niej.  Stolik  był  na  tyle  mały,  że  zderzyli  się 

kolanami. Poprawił się, przesuwając uda wzdłuż jej ud. 

- Dzwoniłaś do mnie, pamiętasz? I podałaś mi ten adres. 
-  Chciałam  umówić  się  na  spotkanie,  ale  nie  szukałam  kompana  do 

picia. 

Zerknął  na  stojący  na  stole  kieliszek  i  pochylił  się,  by  powąchać 

trunek. 

- Nikogo nie namówisz na tę truciznę. 
- W tej knajpie nie podaje się szlachetnego wina ani starej whiskey.  
Położył  rękę  na  jej  dłoniach  tylko  po  to,  by  zobaczyć,  jak  się 

nachmurzyła i wyszarpnęła. 

background image

- Może pójdziemy gdzieś, gdzie to robią? 
-  Jestem  w  fatalnym  nastroju.  Wyznacz  spotkanie  w  dogodnym  dla 

siebie terminie, a potem spadaj. 

-  W  jakim  celu  mamy  się  spotkać?  -  Piosenkarka  przyciągnęła  jego 

uwagę. Uniósł brew, patrząc, jak przewraca oczami i robi dziwne ruchy 
ręką. - Jeśli wokalistka nie dostała jakiegoś ataku, to wydaje mi się, że 
daje ci znaki. 

Eve zerknęła na nią z rezygnacją i potrząsnęła głową. 
-  To  moja  przyjaciółka.  -  Potrząsnęła  głową  bardziej  zdecydowanie, 

gdy  Mavis  wyszczerzyła  zęby  w  uśmiechu  i  podniosła  oba  kciuki.  - 
Myśli, że szczęście mi dopisało. 

- Bo dopisało. - Roarke podniósł kieliszek i postawił go na sąsiednim 

stoliku,  gdzie  chciwie  wyrywano  go  sobie  z  rąk  do  rąk.  -  Właśnie 
ocaliłem ci życie. 

- Szlag by to... 
-  Ewo,  jeśli  chcesz  się  upić,  zrób  to  przynajmniej  czymś,  co  nie 

zrujnuje  ci  żołądka.  -  Przejrzał  kartę,  skrzywił  się.  -  A  tego  nie  da  się 
tutaj kupić. - Wziął ją za rękę i wstał. - Chodź. 

- Dobrze mi tutaj. 
Pochylił się cierpliwie, zbliżając twarz do jej twarzy. 
-  Mam  nadzieję,  że  będziesz  wystarczająco  pijana,  by  zadać  komuś 

parę  ciosów  pięścią,  nie  martwiąc  się  o  konsekwencje.  Przy  mnie  nie 
musisz  się  upijać,  nie  musisz  się  martwić.  Możesz  mnie  okładać 
pięściami, ile dusza zapragnie. 

- Dlaczego? 
- Bo masz jakiś smutek w oczach. I to mnie trapi. - Kiedy zastanawiała 

się  nad  tym  zadziwiającym  stwierdzeniem,  podniósł  ją  z  krzesła  i 
poprowadził w stronę drzwi. 

- Idę do domu - postanowiła. 
- Nie, nie idziesz. 
- Słuchaj, kompanie... 
Tyle zdążyła powiedzieć, zanim przycisnął ją do ściany i zmiażdżył jej 

usta  pocałunkiem.  Nie  walczyła  z  nim.  Dech  jej  zaparło;  jego 
gwałtowność wywołała w niej wściekłość i pożądanie, które odczuła tak 
silnie jak uderzenie pięścią. 

Minęło zaledwie parę sekund, zanim uwolnił jej usta. 
-  Przestań  -  zażądała  nienawidząc  się  za  to,  że  jej  głos  jest  tylko 

drżącym szeptem. 

background image

-  Bez  względu  na  to,  co  myślisz  -  powiedział  starając  się  zapanować 

nad  sobą  -  zdarzają  się  takie  chwile,  gdy  potrzebujesz  drugiego 
człowieka. W tym momencie mnie. - Wypchnął ją na dwór. - Gdzie jest 
twój samochód? 

Wskazała go ręką i pozwoliła poprowadzić się po chodniku. 
- Nie wiem, jaki masz problem. 
-  Chyba  ty  nim  jesteś.  Wiesz,  jak  wyglądałaś?  -  spytał  próbując 

otworzyć drzwi.  - Siedząc w tej spelunie z zamkniętymi, podsinionymi 
oczami? 

Ten  opis  tylko  rozpalił  jej  gniew.  Roarke  posadził  ją  na  miejscu  dla 

pasażerów i obszedł samochód, by usiąść za kierownicą. 

- Jaki jest twój pieprzony kod? 
Zafascynowana  jego  gwałtownym  temperamentem,  przesunęła  się  i 

sama otworzyła zamek. Roarke nacisnął starter i samochód oderwał się 
od krawężnika. 

- Próbowałam się odprężyć - powiedziała ostrożnie Eve. 
-  Nie  wiesz,  jak  to  robić  -  odparł.  -  Wpakowałaś  się  tam,  ale  nie 

pozbyłaś  się  kłopotu.  -  Chodzisz  po  linie,  Ewo,  lecz  to  jest  cholernie 
cienka lina. 

- Właśnie do tego jestem przygotowana. 
Tym razem nie wiesz, z czym masz kłopot.  
Jej palce zacisnęły się w pięść. 
- A ty wiesz? 
Milczał przez chwilę, tłumiąc własne uczucia. 
- Później o tym porozmawiamy. 
-  Wolałabym  teraz.  Wczoraj  pojechałam  zobaczyć  się  z  Elizabeth 

Banister. 

- Wiem. - Odzyskawszy spokój, przystosował się do nierównego rytmu 

jej samochodu. - Zmarzłaś. Włącz ogrzewanie. 

-  Nie  działa.  Dlaczego  mi  nie  powiedziałeś,  że  Elizabeth  Banister 

prosiła cię, byś spotkał się z Sharon i z nią porozmawiał? 

- Ponieważ Beth prosiła mnie o to w zaufaniu. 
- Co cię z nią łączy? 
- Jesteśmy przyjaciółmi. - Roarke obrzucił ją uważnym spojrzeniem. - 

Mam ich kilku. Ona i Richard zaliczają się do nich. 

- A senator? 
-  Nienawidzę  tego  pieprzonego,  napuszonego,  obłudnego  tłuściocha  - 

powiedział  cicho  Roarke.  -  Jeśli  z  ramienia  swojej  partii  będzie 

background image

kandydował na prezydenta, to włożę cały swój majątek w kampanię jego 
przeciwnika. Nawet gdyby był nim sam diabeł. 

-  Powinieneś  uważać  na  to,  co  mówisz  -  rzekła  i  uśmiechnęła  się.  - 

Wiedziałeś, że Sharon prowadziła pamiętnik? 

- To naturalne. Była kobietą interesu. 
- Nie mówię o dzienniku, w którym zapisywała spotkania z klientami. 

Chodzi mi o pamiętnik, osobisty pamiętnik. Sekrety, Roarke. Szantaż. 

W milczeniu rozważał jej słowa. 
- No, no. Znalazłaś swój motyw. 
- Zobaczymy. Masz mnóstwo sekretów, Roarke. 
Zaśmiał  się  cicho,  zatrzymując  samochód  przed  bramą  swojej 

posiadłości. 

-  Naprawdę  myślisz,  że  jestem  ofiarą  szantażu?  Że  jakaś  zagubiona, 

żałosna  kobieta,  taka  jak  Sharon,  wygrzebała  informację,  której  ty  nie 
możesz znaleźć, i wykorzystała ją przeciwko mnie? 

- Nie. - To byłoby łatwe. Położyła mu rękę na ramieniu. - Nie wjadę z 

tobą do środka. - To już nie byłoby łatwe. 

-  Gdybym  przywiózł  cię  tu  dla  seksu,  uprawialibyśmy  seks.  Oboje  to 

wiemy. Chciałaś się ze mną zobaczyć. Chciałaś postrzelać z takiej broni, 
z jakiej zabito Sharon i tę drugą dziewczynę, prawda? 

Wypuściła powietrze.  
- Tak. 
- Teraz masz okazję. 
Brama otworzyła się. Samochód wjechał do środka. 

background image

10 
 
Ten sam lokaj z kamienną twarzą stał przy drzwiach. Wziął płaszcz od 

Ewy z taką samą lekką niechęcią. 

-  Każ  przynieść  kawę  do  sali  strzelniczej  -  polecił  Roarke, 

wprowadzając Ewę po schodach. 

Znowu trzymał ją za rękę, lecz Eve  miała wrażenie, że robi to mniej 

przez sentyment, a bardziej z chęci upewnienia się, iż mu nie ucieknie. 
Mogłaby mu powiedzieć, że za bardzo ją zaintrygował, by gdziekolwiek 
poszła, lecz podobało jej się to gniewne rozdrażnienie kryjące się za jego 
pozornie spokojnym sposobem bycia. 

Kiedy  weszli  na  trzecie  piętro,  przejrzał  szybko  swoje  zbiory, 

wybierając  bez  zdenerwowania  czy  wahania  odpowiednie  egzemplarze 
broni.  Posługiwał  się  starymi  rewolwerami  ze  znajomością  rzeczy  i  z 
doświadczeniem  stałego  użytkownika.  Nie  kolekcjonera,  który  kupił  je 
tylko  po  to,  by  cieszyć  się  z  ich  posiadania,  ale  człowieka  robiącego 
użytek  ze  swoich  zbiorów.  Zastanawiała  się,  czy  Roarke  wie,  że  to 
przemawia na jego niekorzyść. Albo czy go to obchodzi. 

Gdy  wybrana  przez  niego  broń  leżała  bezpiecznie  w  skórzanej 

kaburze, podszedł do ściany. 

Zarówno  tabliczka  sterująca  drzwiami,  jak  i  one  same,  były  tak 

sprytnie  ukryte  w  obrazie  przedstawiającym  las,  że  nigdy  by  ich  nie 
znalazła. Drzwi rozsunęły się, odsłaniając wejście do windy. 

- Ta kabina zatrzymuje się tylko przy wybranych pokojach - wyjaśnił, 

gdy  Eve  wsiadła  wraz  z  nim  do  windy.  -  Rzadko  zabieram  gości  do 
salonu strzelniczego. 

- Dlaczego? 
-  Możliwość  oglądania  i  korzystania  z  mojej  kolekcji  mają  tylko  ci, 

którzy potrafią ją docenić. 

- Jak dużo egzemplarzy kupujesz na czarnym rynku? 
-  Glina  w  każdym  calu.  -  Błysnął  szerokim  uśmiechem.  -  Kupuję 

wyłącznie  z  legalnych  źródeł.  -  Zerknął  na  jej  konduktorkę.  -  Przynaj-
mniej wtedy, gdy masz włączony rekorder. 

Nie mogła stłumić uśmiechu. Oczywiście, że miała włączony rekorder. 

I  oczywiście  wiedział  o  tym.  Tak  bardzo  była  ciekawa,  że  otworzyła 
torbę, wyjęła rejestrator dźwięku i wyłączyła go. 

- A urządzenie zapasowe? - spytał natychmiast. 
- Jesteś za sprytny, źle na tym wyjdziesz. - Wsunęła rękę do kieszeni. 

Urządzenie  zapasowe  było  niemal  tak  cienkie  jak  kartka  papieru. 

background image

Unieruchomiła  je  kciukiem.  -  A  co  z  twoim  systemem  ochrony?  - 
Rozejrzała  się  po  windzie,  gdy  drzwi  się  otworzyły.  -  Urządzenia 
inwigilujące są zainstalowane w każdym kącie. 

- Jasne. - Znowu wziął ją za rękę i wyciągnął z windy. 
Pokój miał wysoki sufit i był zadziwiająco skromny, biorąc pod uwagę 

zamiłowanie Roarke'a do komfortu. Gdy tylko weszli do środka, zapaliły 
się światła, oświetlając gładkie, pomalowane na piaskowy kolor ściany, 
rząd prostych krzeseł z wysokimi oparciami i stoliki, gdzie postawiono 
już tacę ze srebrnym dzbankiem do kawy i porcelanowymi filiżankami. 

Nie zwracając na nie uwagi, Eve podeszła do długiego, błyszczącego, 

czarnego pulpitu sterowniczego. 

- Do czego to służy? 
-  Do  różnych  rzeczy.  -  Roarke  odłożył  przyniesioną  z  góry  kaburę. 

Przycisnął  dłoń  do  ekranu  identyfikacyjnego,  który  rozjaśnił  się 
łagodnym  zielonym  blaskiem,  gdy  rysunek  dłoni  Roarke'a  został 
odczytany i zaakceptowany, po czym zapaliły się światełka i tarcze. 

-  Trzymam  tu  zapas  amunicji.  -  Wcisnął  szereg  guzików.  Otworzyła 

się gablotka ukryta w podstawie konsoli. - To ci się przyda. - Z drugiej 
gablotki wyjął woskowe kulki do zatykania uszu oraz okulary ochronne. 

To jak hobby? - spytała Eve, zakładając okulary. Małe przezroczyste 

soczewki dokładnie osłaniały jej oczy, woskowe kulki idealnie pasowały 
do uszu. 

- Tak. Jak hobby. 
Jego głos przebił się słabym echem przez jej ochraniacze, odgradzające 

ją  od  wszystkich  innych  dźwięków.  Wybrał  trzydziestkę  ósemkę, 
załadował. 

- W połowie dwudziestego wieku to była standardowa broń policyjna. 

Pod  koniec  drugiego  milenium  preferowano  kaliber  dziewięć 
milimetrów. 

-  RS  -  pięćdziesiąt  były  uważane  za  oficjalną  broń  podczas  Rewolty 

Miejskiej  i  przetrwały  aż  do  trzeciej  dekady  dwudziestego  pierwszego 
wieku. 

Zadowolony uniósł brew. 
- Odrabiasz pracę domową. 
-  Cholernie  dokładnie.  -  Spojrzała  na  broń,  którą  trzymała  w  ręce.  - 

Żeby zrozumieć sposób myślenia zabójcy. 

-  Zatem  zdajesz  sobie  sprawę,  że  ręczny  laser,  który  masz 

przymocowany  z  boku,  zyskał  powszechne  uznanie  dopiero  jakieś 
dwadzieścia pięć lat temu. 

background image

Marszcząc lekko brwi, patrzyła, jak załadował bębenek. 
- Laser nowej generacji wchodzi w skład standardowego wyposażenia 

policji od dwa tysiące dwudziestego trzeciego. Nie zauważyłam żadnego 
lasera w twoich zbiorach. 

Popatrzył na nią, w jego oczach malowało się rozbawienie. 
-  To  zabawki  tylko  dla  glin.  Posiadanie  ich  jest  nielegalne,  pani 

porucznik,  nawet  dla  kolekcjonerów.  -  Wcisnął  przycisk.  Na  przeciw-
ległej ścianie wyświetlono z hologramu obraz. Widoczna na nim postać 
tak łudząco przypominała żywego człowieka, że Eve zamrugała oczami i 
wytężyła wzrok, zanim zorientowała się, o co chodzi. 

-  Świetny  obraz  -  mruknęła,  przyglądając  się  potężnemu,  mus-

kularnemu  mężczyźnie  trzymającemu  broń,  której  nie  potrafiła 
zidentyfikować. 

-  Ten  człowiek  jest  kopią  typowego  dwudziestowiecznego  bandyty. 

Trzyma w ręce AK - czterdzieści siedem. 

-  Racja.  -  Przyjrzała  mu  się  mrużąc  oczy.  Wyglądał  bardziej 

przerażająco niż na zdjęciach i kasetach video, które widziała. - Bardzo 
popularny wśród miejskich gangów i handlarzy narkotyków. 

-  Chętnie  wykorzystywany  podczas  napadów  -  mruknął  Roarke.  - 

Wygodny  w  użyciu.  Gdy  uruchomię  hologram  i  on  trafi  do  celu, 
poczujesz lekkie szarpnięcie. Raczej jakby cię poraził prąd o niewielkim 
napięciu niż jakbyś została postrzelona. Chcesz spróbować? 

- Ty pierwszy. 
- Świetnie. - Roarke uruchomił obraz. Bandyta na hologramie rzucił się 

do przodu, unosząc broń. Natychmiast włączyły się efekty dźwiękowe. 

Przerażona  piekielnym  hałasem  Eve  zrobiła  gwałtowny  krok  do  tyłu. 

Opryskliwe,  sprośne  wyrazy,  łoskot  uliczny,  przerażająco  szybki 
wystrzał z broni. 

Przyglądała się z rozdziawionymi ustami, jak obraz bluznął czymś, co 

aż za bardzo przypominało krew. Wydawało się, że buchnie ona także z 
szerokiej  piersi,  gdy  mężczyzna  poleciał  do  tyłu.  Broń  wypadła  mu  z 
ręki. Potem wszystko zniknęło. 

- Chryste! 
Trochę  zdziwiony,  że  się  przed  nią  popisywał  niczym  dzieciak  w 

salonie gier, Roarke opuścił broń. 

-  Trudno  sobie  wyobrazić,  jaką  krzywdę  może  wyrządzić  taka  broń, 

jeśli obraz nie jest wystarczająco realistyczny. 

- Chyba tak. - Musiała przełknąć ślinę. - Czy trafił w ciebie? 

background image

- Tym razem nie. Oczywiście, gdy jest jeden na jednego, a ty możesz 

przewidzieć każdy ruch swego przeciwnika, nietrudno jest wygrać swoją 
kolejkę. 

Roarke  nacisnął  jeszcze  parę  guzików  i  zabity  bandyta  znowu  się 

pojawił, cały, gotowy dalej walczyć. Roarke automatycznie złożył się do 
strzału.  Niczym  stary  glina,  pomyślała  Eve.  Albo,  posługując  się  jego 
słowami, doświadczony bandyta. 

Nagle mężczyzna rzucił się do przodu i gdy Roarke strzelił, w krótkich 

odstępach  czasu  pojawiły  się  inne  postaci.  Mężczyzna  z  jakąś  ohydną 
krótką  bronią,  burkliwa  kobieta  celująca  ze  strzelby  z  długą  lufą  - 
Magnum kaliber 44, doszła do wniosku Eve - małe przerażone dziecko, 
które niosło piłkę. 

Błyskali,  strzelali,  przeklinali,  wrzeszczeli,  krwawili. Kiedy  wszystko 

się skończyło, dziecko siedziało samotnie na ziemi, zalewając się łzami. 

- Strzelając na chybił trafił, tak jak teraz, jest o wiele trudniej trafić  - 

powiedział Roarke. - Dostałem w ramię. 

-  Co?  -  Eve  zamrugała  oczami,  znowu  skupiając  na  nim  wzrok.  - 

Twoje ramię... 

Uśmiechnął się do niej szeroko. 
- Nie martw się, kochanie. To tylko powierzchowna rana.  
Serce  waliło  jej  jak  dzwon,  choć  próbowała  sobie  tłumaczyć,  że  to 

absurdalna reakcja. 

- Piekielna zabawka, Roarke. Czas na prawdziwą grę i zabawę. Często 

grasz? 

- Od czasu do czasu. Jesteś gotowa, żeby spróbować? 
Eve  doszła  do  wniosku,  że  jeśli  uporała  się  z  rzeczywistością 

wirtualną, upora się i z tym. 

- Tak, włącz coś na chybił trafił. 
-  To  w  tobie  podziwiam,  pani  porucznik.  -  Roarke  wybrał  amunicję, 

załadował  broń.  -  Tę  bezustanną  chęć  działania.  Ale  najpierw  zrobimy 
suchą zaprawę. 

Wysunął zwykłą tarczę - koła i oczy byka. Stanął za Ewą, włożył jej 

trzydziestkę ósemkę w dłonie i trzymał je dalej. Przycisnął policzek do 
jej policzka. 

- Musisz wycelować, gdyż ten pistolet nie wyczuwa ciepła i ruchu, tak 

jak twoja broń. - Ustawiał jej ręce, dopóki nie znalazł właściwej pozycji. 
-  Kiedy  będziesz  gotowa  do  strzału,  naciśnij  spust,  nie  pompuj  go. 
Poczujesz  lekkie  szarpnięcie.  On  nie  jest  taki  łagodny  i  cichy  jak  twój 
laser. 

background image

- Rozumiem - mruknęła. - Głupotą było reagowanie na dotyk jego rąk, 

jego  ciała,  przyciskającego  się  do jej  pleców,  na jego  zapach.  -  Dusisz 
mnie. 

Przekręcił głowę wystarczająco mocno, by musnąć wargami płatek jej 

ucha. To było niewinne dotknięcie, miłe jak pieszczota dziecka. 

-  Wiem.  Musisz  być  przygotowana  na  to,  że  sprawi  ci  to  większą 

trudność  niż  zwykle. Twoją  reakcją  może  być  wahanie.  Nie  dopuść  do 
tego. 

- Nie waham się. - Na dowód czego nacisnęła spust. Ręce jej drgnęły, 

co  ją  zirytowało.  Strzeliła  drugi  raz,  i  trzeci;  trafiła  zaledwie  o  cal  od 
środka  tarczy.  -  Jezu,  czujesz  to,  prawda?  -  Poruszyła  ramionami, 
zafascynowana sposobem, w jaki się ułożyły, dopasowując się do broni 
w jej rękach. 

- Masz dobre oko. - Był pod wrażeniem, ale mówił łagodnym głosem. 

- Oczywiście, strzelanie do tarczy to zupełnie co innego niż strzelanie do 
człowieka. Nawet jego surogatu. 

Wyzwanie? - zastanowiła się. Cóż, była gotowa je przyjąć. 
- Ile strzałów mi pozostało? 
-  Załadujemy  cały  magazynek.  -  Zaprogramował  nową  serię. 

Powodowany ciekawością wybrał trudniejszą wersję. - Gotowa? 

Obrzuciła go szybkim spojrzeniem i złożyła się do strzału. 
- Taak. 
Pierwszą postacią była starsza kobieta ściskająca w obu rękach torbę z 

zakupami.  Eve  omal  nie  strąciła  głowy  przygodnego  widza,  zanim  jej 
palec  znieruchomiał.  Mechanizm  drgnął  w  lewo  i  zastrzeliła  rabusia, 
zanim zdążył walnąć łomem starą kobietę. Lekkie ukłucie w lewe biodro 
zmusiło ją do ponownego przesunięcia się i zabicia łysego  mężczyzny, 
który trzymał broń podobną do jej własnej. 

Potem szybko pojawili się następni. 
Roarke patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Nie, ani razu nie drgnęła, 

pomyślał. Cały czas miała obojętne szklane oczy. Oczy gliny. Wiedział, 
że  ma  przyśpieszony  puls,  a  poziom  adrenaliny  gwałtownie  się 
zwiększył. Jej ruchy były szybkie, ale tak zręczne i wprawne jak ruchy 
tancerki. Szczęki miała zaciśnięte, ręce pewnie trzymały broń. 

I pożądał jej, uświadomił sobie, rozpaczliwie jej pożądał. 
- Dwa razy mnie trafili - powiedziała niemal do siebie. Sama otworzyła 

komorę  i  załadowała  broń,  przypominając  sobie,  jak  Roarke  to  robił.  - 
Raz w biodro, raz w brzuch. To znaczy, że nie żyję, albo jestem ciężko 
ranna. Włącz jeszcze jedną serię. 

background image

Spełnił  jej  prośbę,  po  czym  wcisnął  ręce  do  kieszeni  i  patrzył,  jak 

strzela. 

Kiedy  skończyła,  powiedziała,  że  chciałaby  wypróbować  szwajcarski 

model.  Uznała,  że  bardziej  jej  odpowiada  pod  względem  ciężaru  i 
skuteczności.  Z  pewnością  ma  przewagę  nad  rewolwerem,  pomyślała. 
Jest szybszy, skuteczniejszy, ma większą siłę rażenia, a załadowanie go 
trwa zaledwie parę sekund. 

Ani jeden, ani drugi nie leżał tak wygodnie w dłoni jak laser, ale oba 

egzemplarze uznała za prymitywne i przerażająco skuteczne. 

Po  ich  użyciu  pozostawały  podziurawione  ciała  i  lejąca  się 

strumieniami  krew,  przez  co  śmierć  zamieniała  się  w  prawdziwą 
makabrę. 

- Trafili cię? - spytał Roarke. 
Mimo  że  obrazy  zniknęły,  wciąż  wpatrywała  się  w  ścianę,  gdyż 

postacie nadal przesuwały się w jej umyśle. 

-  Nie.  Nic  mi  się  nie  stało.  Co  one  robią  z  ciałem?  -  spytała  cicho, 

odkładając  broń.  -  Jak  można  było  ich  używać,  być  zmuszonym  do 
używania  ich  dzień  po  dniu,  wiedząc,  że  mogą  być  użyte  przeciwko 
tobie? Kto mógłby stawić temu czoło - zastanowiła się - i pozostać przy 
zdrowych zmysłach? 

-  Ty  byś  mogła.  -  Zdjął  okulary  i  wyjął  kulki  z  uszu.  -  Wrażliwe 

sumienie i poświęcenie się pracy nie są równoznaczne z jakimś rodzajem 
słabości.  Przeszłaś  przez  testy.  Drogo  cię  to  kosztowało,  ale  przez  nie 
przeszłaś. 

Ostrożnie odłożyła swoje ochraniacze. 
- Skąd wiesz? 
- Skąd wiem, że miałaś dzisiaj badania? Mam znajomości. Skąd wiem, 

ile cię to kosztowało? - Uniósł jej podbródek. - Bo widzę - rzekł cicho. - 
Twoje serce walczy z twoją głową. Chyba nie zdajesz sobie sprawy, że 
właśnie  dlatego  jesteś  taka  dobra  w  swojej  pracy.  Ani  że  dlatego  tak 
mnie fascynujesz. 

-  Nie  próbuję  cię  fascynować.  Staram  się  znaleźć  człowieka,  który 

strzelał  z  broni,  jakiej  przed  chwilą  użyłam;  nie  dla  obrony,  ale  dla 
przyjemności. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Ty nim nie jesteś. 

- Nie, nie jestem. 
- Ale coś wiesz. 
Zanim opuścił rękę, opuszkiem kciuka musnął dołek w jej policzku. 

background image

-  Może.  -  Podszedł  do  stołu,  nalał  kawę.  -  Dwudziestowieczna  broń, 

dwudziestowieczne zbrodnie, dwudziestowieczne motywy.  -  Zerknął na 
nią. - Mógłbym ci pomóc je znaleźć. 

- Do tego wystarczy prosta dedukcja. 
-  Ale  powiedz  mi,  pani  porucznik,  czy  potrafisz  bawić  się  w  gry 

dedukcyjne  dotyczące  historii,  czy  jesteś  zbyt  mocno  związana  ze 
współczesnością? 

Sama się nad tym zastanawiała. 
- Jestem elastyczna. 
- Nie, ale jesteś bystra. Ten, kto zabił Sharon, zna i darzy sentymentem 

przeszłość, a może nawet ma obsesję na jej punkcie. - Jego brew uniosła 
się  drwiąco.  -  Ja  dobrze  znam  pewne  fragmenty  przeszłości  i 
niewątpliwie darzę je sentymentem. Czy to obsesja? - Wzruszył niedbale 
ramieniem. - Sama będziesz musiała ocenić. 

- Pracuję nad tym. 
-  Jestem  tego  pewien.  Przeprowadźmy  wywód  logiczny  w  starym 

stylu,  żadnych  komputerów,  żadnych  analiz  technicznych.  Najpierw 
przyjrzyjmy  się  ofierze.  Uważasz,  że  Sharon  była  szantażystką.  I  to 
pasuje. Była rozzłoszczoną, zbuntowaną kobietą, która pragnie władzy. I 
chce być kochana. 

- Wywnioskowałeś to wszystko z przebiegu waszych dwóch spotkań? 
-  Owszem.  -  Podał  jej  kawę.  -  I  z  rozmów  z  ludźmi,  którzy  ją  znali. 

Przyjaciele i znajomi uważali ją za fantastyczną, energiczną kobietę, ale 
skrytą. Kobietę, która opuściła rodzinę, a mimo to często o niej myślała. 
Dziewczynę,  która  lubiła  szaleć,  a  jednak  często  pogrążała  się  w 
zadumie. Wydaje mi się, że wnioski z twojego i mojego dochodzenia są 
w dużej mierze zbieżne. 

Zatrzęsła się ze złości. 
- Nie wiedziałam, że bierzesz udział w śledztwie, Roarke. 
-  Beth  i  Richard  są  moimi  przyjaciółmi.  Traktuję  poważnie  swoje 

przyjaźnie.  Oni  się  martwią,  Ewo.  Nie  chcę,  aby  Beth  wciąż  się 
obwiniała. 

Przypomniała  sobie  jej  niespokojne  oczy  i  nerwowe  ruchy.  Wes-

tchnęła. 

- W porządku, mogę się na to zgodzić. Z kim rozmawiałeś? 
-  Z  przyjaciółmi,  jak  powiedziałem,  ze  znajomymi,  z  ludźmi 

związanymi z nią zawodowo. - Odstawił filiżankę, gdy Eve wypiła swoją 
kawę  i  zaczęła  chodzić  po  pokoju.  -  To  dziwne,  że  na  temat  jednej 
kobiety krąży tak wiele różnych opinii i spostrzeżeń. Jeden ci powie, że 

background image

Sharon  była  lojalna  i  wspaniałomyślna.  Inny,  że  była  mściwa  i 
wyrachowana. Jeszcze inny uważa ją za nałogową bywalczynię przyjęć, 
która  ciągle  szukała  nowych  wrażeń,  a  od  następnego  usłyszysz,  że 
wieczory  lubiła  spędzać  samotnie  w  domu.  Niezła  aktorka  z  tej  naszej 
Sharon. 

-  Przybierała  różne  twarze  dla  różnych  ludzi.  To  dość  częsty 

przypadek. 

-  Którą  twarz,  czy  też  którą  rolę,  zabił?  -  Roarke  wyjął  papierosa, 

zapalił go. - Szantaż. - W zadumie wydmuchał aromatyczny kłąb dymu. 
-  Mogła  być  w  tym  dobra.  Lubiła  wyciągać  ludzi  na  zwierzenia  i 
zapewne robiła to z dużym wdziękiem. 

- Ciebie też nim wabiła. 
-  Dość  uporczywie.  -  Znowu  uśmiechnął  się  niedbale.  -  Nie  byłem 

przygotowany do zdradzania informacji w zamian za seks. Nawet gdyby 
nie  była  córką  mojej  przyjaciółki  i  prostytutką,  nie  przemówiłaby  do 
moich  uczuć.  Wolę  inny  typ  kobiet.  -  Jego  wzrok  znowu  spoczął  w 
zamyśleniu na Ewie. - Albo tak mi się wydawało. Nadal nie rozumiem, 
dlaczego 

uczuciowa, 

zaganiana, 

wybuchowa 

kobieta 

tak 

niespodziewanie przemówiła do mojego serca.  

Wypiła jeszcze łyk kawy i popatrzyła na niego znad filiżanki. 
- To nie jest pochlebne. 
- Bo nie miało być. Chociaż jak na kogoś, kto ma ślepawego fryzjera i 

kto nie zwraca uwagi na modę, wyglądasz zadziwiająco ładnie. 

-  Nie  mam  fryzjera  ani  czasu,  żeby  latać  po  sklepach.  -  Ani  ochoty, 

pomyślała, żeby o tym rozmawiać.  - Wracając do sprawy. Jeśli Sharon 
DeBlass  została  zamordowana  przez  jedną  z  szantażowanych  przez 
siebie osób, to gdzie tu miejsce dla Loli Starr? 

-  Problem,  prawda?  -  Roarke  w  zamyśleniu  zaciągnął  się  dymem.  - 

Wydaje się, że nie miały ze sobą nic wspólnego, poza wybranym przez 
siebie  zawodem.  Wątpliwe,  żeby  się  znały  albo  miały  tych  samych 
klientów. Jednak był ktoś, kto znał je obie, przynajmniej przelotnie. 

- Ktoś, kto wybrał je obie.  
Roarke uniósł brew, kiwnął głową. 
- Lepiej to ujęłaś. 
- Co miałeś na myśli, mówiąc, że nie wiem, w co się ładuję?  
Jego  wahanie  było  tak  krótkie,  tak  dobrze  ukryte,  że  trudno  było  je 

zauważyć. 

- Nie jestem pewien, czy rozumiesz, jaką DeBlass ma władzę. Skandal 

wywołany morderstwem jego wnuczki może jeszcze ją zwiększyć. Chce 

background image

zostać  prezydentem  i  narzucić  naszemu  -  i  nie  tylko  -  społeczeństwu 
normy moralne. 

-  Uważasz,  że  mógłby  wykorzystać  śmierć  Sharon  dla  celów 

politycznych? W jaki sposób? 

Roarke zgasił papierosa. 
-  Mógłby  przedstawić  swoją  wnuczkę  jako  ofiarę  społeczeństwa,  a 

uprawiany dla zysku seks jako narzędzie zbrodni. Przecież świat, który 
pozwala 

na 

legalizację 

prostytucji, 

używanie 

środków 

antykoncepcyjnych,  swobodny  dobór  partnerów  seksualnych,  itd.,  itp., 
ponosi za to odpowiedzialność. 

Eve  mogłaby  wyrazić  uznanie  dla  jego  argumentacji,  ale  potrząsnęła 

głową. 

-  DeBlass  chce  także  doprowadzić  do  zniesienia  zakazu  posiadania 

broni.  Sharon  została  zastrzelona  z  pistoletu,  którego  nie  można 
oficjalnie kupić. 

-  Co  znaczy,  że  jest  jeszcze  bardziej  podstępny.  Czy  byłaby  w  stanie 

się obronić, gdyby posiadała broń? - Potrząsnął głową. - Nieważne, jaka 
jest  odpowiedź,  liczy  się  pytanie.  Czy  zapomnieliśmy  o  naszych 
przodkach  i  ich  zasadach?  O  prawie  do  noszenia  broni.  Kobiecie 
zamordowanej we własnym domu, we własnym łóżku, ofierze wolności 
seksualnej i bezbronności. O większym, tak, o wiele większym upadku 
moralnym. 

Podszedł i wyłączył pulpit sterowniczy. 
-  Och,  podniosą  się  głosy, że  morderstwa popełniane przez  bandytów 

były  regułą,  nie  wyjątkiem,  kiedy  każdy,  kto  chciał  i  miał  pieniądze, 
mógł kupić broń. Ale on je uciszy. Partia Konserwatywna staje się coraz 
silniejsza, a on jest jednym z jej przywódców. 

Widział, że zastanawia się nad jego słowami, popijając kawę. 
-  Przyszło  ci  do  głowy,  że  może  on  wcale  nie  chce,  by  złapano 

mordercę? 

Popatrzyła na niego z zainteresowaniem. 
- Dlaczego miałby nie chcieć? Pomijając względy osobiste, czy to nie 

mógłby  być  kolejny  argument  przemawiający  za  jego  tezą?  Oto  marna 
kreatura,  wyrzutek  społeczeństwa,  który  zamordował  moją  biedną, 
wykolejoną wnuczkę. 

-  To  ryzykowne,  prawda?  Może  morderca  był  filarem  swego 

środowiska  i  również  zszedł  na  manowce.  Lecz  kozioł  ofiarny  z 
pewnością jest potrzebny. 

Czekał przez chwilę, widząc, że zastanawia się nad tym. 

background image

-  Jak  myślisz,  kto  postarał  się  o  to,  żebyś  przeszła  testy  w  środku 

śledztwa?  Kto  obserwuje  każdy  twój  krok,  kontrolując  każdy  etap 
twojego dochodzenia? Kto grzebie w twojej przeszłości, w twoim życiu 
osobistym i zawodowym?  

Wstrząśnięta odstawiła filiżankę. 
-  Podejrzewam,  że  to  DeBlass  naciskał,  abym  przeszła  badania.  Nie 

wierzy  mi  albo  doszedł  do  wniosku,  że  nie  jestem  wystarczająco 
kompetentna, by prowadzić śledztwo. Poza tym kazał śledzić Feneeya i 
mnie  od  Wschodniego  Waszyngtonu.  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Skąd 
wiesz, że grzebie w moim życiu? Ponieważ ty to robisz? 

Nie przejął się ani gniewnym wyrazem jej oczu, ani zarzutem, jaki mu 

postawiła. Wolał to od niepokoju, jaki ktoś inny mógłby okazać. 

-  Nie,  ponieważ  go  obserwuję,  podczas  gdy  on  obserwuje  ciebie. 

Doszedłem do wniosku, że będę miał większą satysfakcję, jeśli sam cię 
poznam, zamiast czytać raporty na twój temat. 

Podszedł bliżej i przesunął palcami po jej wzburzonych włosach. 
-  Szanuję  prywatność  ludzi,  na  których  mi  zależy.  A  na  tobie  mi 

zależy, Ewo. Nie wiem dokładnie, dlaczego, ale ciągnie mnie do ciebie. 

Kiedy zaczęła się cofać, zacisnął palce. 
- Mam dosyć tego, że za każdym razem, gdy jestem z tobą, wyciągasz 

sprawę morderstwa. 

- Bo to morderstwo nas dzieli. 
- Nie. Jeśli sprawia ci to jakąś różnicę, to właśnie dlatego znaleźliśmy 

się  tutaj.  Czy  to  stanowi  jakiś  problem?  Czy  nie  możesz  pozbyć  się 
porucznik Dallas i poddać się uczuciu? 

- Nią właśnie jestem. 
-  Więc  jej  właśnie  pragnę.  -  Jego  oczy  pociemniały  z  nagłego 

pożądania, - Bał się, że będąc w stanie takiego podniecenia, lada chwila 
zacznie ją błagać. - Porucznik Dallas nie bałaby się mnie, nawet gdyby 
Eve się bała. 

Kawa  podziałała  na  nią  jak  środek  pobudzający.  Dlatego  była  taka 

zdenerwowana. 

- Nie boję się ciebie, Roarke. 
-  Naprawdę?  -  Przysunął  się  bliżej  i  położył  dłonie  na  klapach  jej 

bluzki. - Jak myślisz, co się stanie, jeśli przekroczysz pewną granicę? 

-  Zbyt  wiele  -  mruknęła.  -  Za  mało.  Seks  nie  jest  dla  mnie 

najważniejszą sprawą w życiu. Rozprasza moją uwagę. 

Złość malująca się w jego oczach przeszła w rozbawienie. 

background image

- Masz rację, u diabła. Kiedy jest dobry. Czy nie nadeszła pora, żebym 

ci pokazał, na czym to polega? 

Ścisnęła go za ręce, niepewna, czy chce się przysunąć, czy odsunąć. 
- To byłby błąd. 
- Więc będziemy musieli go popełnić - mruknął, zanim przycisnął usta 

do jej ust. 

Przysunęła się. 
Objęła go, zanurzając palce w jego włosach. Jej ciało przycisnęło się 

do  niego,  drżąc,  gdy  pocałunek  stał  się  gwałtowniejszy,  potem  nawet 
brutalny.  Jego  usta  były  zmysłowe,  niemal  rozpustne.  Zszokowana 
poczuła, że ogarnia ją płomień namiętności. 

Jego  szybkie  niecierpliwe  ręce  wyciągnęły  już  jej  bluzkę  z  dżinsów, 

odnajdując  nagie  ciało.  W  odpowiedzi  szarpnęła  za  jedwabną  koszulę, 
pragnąc dotknąć jego skóry. 

Oczami wyobraźni zobaczył, jak rzuca ją na podłogę, wbija się w nią, 

dopóki jej krzyki nie powtarzają się echem jak strzały z pistoletu, a jego 
orgazm nie wybucha niczym krew. To byłoby szybkie i ostre. I zaraz by 
się skończyło. 

Oddychając  chrapliwie,  szarpnął  się  do  tyłu.  Jej  twarz  pokrywał 

rumieniec, usta były nabrzmiałe. Rozerwał jej bluzkę na ramieniu. 

Atmosfera przemocy wypełniała pokój, zapach prochu wciąż unosił się 

w powietrzu, broń wciąż była w zasięgu ręki. 

- Nie tutaj. - Na wpół ją zaniósł, na wpół zaciągnął do windy. Zanim 

drzwi się otworzyły, oderwał rozerwany rękaw. Przycisnął ją do ściany, 
gdy drzwi kabiny zamknęły się, i zaczął niezdarnie odpinać jej kaburę. - 
Zdejmij to cholerstwo. Zdejmij to. 

Gwałtownym  ruchem  jedną  ręką  odpięła  kaburę,  a  drugą  próbowała 

rozpiąć mu guziki. 

- Dlaczego masz na sobie tyle rzeczy? 
-  Następnym  razem  będzie  ich  mniej.  -  Rozsunął  poły  postrzępionej 

bluzki.  Pod  spodem  miała  tylko  cienką,  niemal  przezroczystą  koszulę, 
odsłaniającą  małe,  jędrne  piersi  i  nabrzmiałe  brodawki.  Zamknął  je  w 
dłoniach i zobaczył, że popatrzyła na niego szklistym wzrokiem. - Gdzie 
lubisz, żeby cię dotykać? 

-  Dobrze  ci  idzie.  -  Musiała  przytrzymać  się  ściany,  by  nie  stracić 

równowagi. 

Kiedy  drzwi  znowu  się  otworzyły,  byli  spleceni  w  uścisku.  Nie 

przestając  się  obejmować,  wyszli  z  windy;  Roarke  drażnił  zębami  i 
drapał zmysłowo jej szyję. Upuściła na podłogę torbę i kaburę z bronią. 

background image

Rzuciła okiem na pokój: duże okna, lustra, przytłumione kolory. Pod 

nogami czuła puszysty dywan, a w powietrzu unosił się zapach kwiatów. 
Gdy zdejmowała pospiesznie spodnie, jej wzrok padł na łóżko

;

 

- Święty Boże. 
Było  ogromne  -  jezioro  granatu  ujęte  między  wysokie  rzeźbione 

poręcze z drewna. Stało na podwyższeniu pod kopulastym świetlikiem. 
Naprzeciw łóżka znajdował się kominek z jasnozielonego kamienia, na 
którym wonne drewno paliło się z trzaskiem. 

- Śpisz tutaj? 
- Dzisiaj nie zamierzam spać. 
Wciągnął ją po dwóch schodkach na podwyższenie i rzucił na łóżko. 
- Muszę się zameldować o siódmej zero zero. 
- Zamknij się, pani porucznik. 
- W porządku. 
Z tłumionym śmiechem wturlała się na niego i przycisnęła usta do jego 

ust.  Rozpierała  ją  dzika,  szaleńcza  energia.  Nie  poruszała  się 
wystarczająco prędko, ręce nie były wystarczająco szybkie, by zaspokoić 
jej żądze. 

Zrzuciła  kozaki,  pozwalając,  by  Roarke  ściągnął  jej  dżinsy  z  bioder. 

Zalała ją fala rozkoszy, kiedy usłyszała, że jęknął. Upłynęło wiele czasu 
od dnia, gdy czuła napięte, podniecone, męskie ciało, a jeszcze więcej od 
chwili, gdy pragnęła je czuć. 

Potrzeba  spełnienia  była  silna  i  paląca.  Pomyślała,  że  gdy  będą  już 

nadzy,  usiądzie  na  nim  okrakiem  i  zaspokoi  ją.  Ale  on  odwrócił  tę 
pozycję,  tłumiąc  jej  nerwowe  protesty  długim  gwałtownym 
pocałunkiem. 

-  Czemu  się  tak  spieszysz?  -  wymamrotał,  przykrywając  dłonią  jej 

pierś i obserwując wyraz twarzy Ewy, podczas gdy jego kciuk zadawał 
katusze jej sutce. - Nawet ci się nie przyjrzałem. 

- Pragnę cię. 
-  Wiem.  -  Dźwignął  się  i  przesunął  dłoń  z  jej  ramienia  na  udo, 

podążając  wzrokiem  za  swoją  ręką.  Krew  waliła  mu  w  lędźwiach. 
Ścisnął lekko jej pierś. - Mała. Bardzo delikatna. Kto by się spodziewał. 

- Chcę cię mieć w środku. 
- Chcesz mieć w środku tylko niewielką cząstkę mnie - mruknął. 
- Do diabła! - Jęknęła, gdy pochylił głowę i wziął jej pierś w usta. Wiła 

się  spazmatycznie,  gdy  ssał  jej  sutkę,  najpierw  tak  delikatnie,  że 
przeżywała  prawdziwe  męki,  potem  mocniej,  szybciej,  aż  w  końcu 

background image

musiała  zagryźć  usta,  by  nie  krzyczeć.  Jego  ręce  nie  przestawały  jej 
pieścić, rozniecając egzotyczne ognie żądzy. 

Nie  była  do  tego  przyzwyczajona.  Seks,  kiedy  już  się  na  niego 

decydowała,  był  szybki,  prosty  i  zaspokajał  podstawowe  potrzeby. 
Dzisiejszy  akt  ogarniał  ją  całą,  angażował  uczucia,  bombardował 
zmysły. 

Próbowała wsunąć między nich rękę, dotknąć go tam, gdzie twardy i 

ciężki  przyciskał  się  do  niej.  Ogarnęła  ją  panika,  kiedy  złapał  ją  za 
nadgarstki i podniósł jej ręce nad głowę. 

- Nie rób tego. 
W pierwszym odruchu byłby ją puścił, gdyby nie spojrzał jej w oczy. 

Malowała się w nich panika, nawet strach, ale także i pożądanie. 

-  Ewo,  nie  możesz  ciągle  nad  sobą  panować.  -  Pogłaskał ją  po udzie. 

Zadrżała,  obrzuciła  go  nerwowym  spojrzeniem,  kiedy  musnął  palcami 
wewnętrzną stronę jej kolana. 

- Nie rób tego - powtórzyła łapiąc z trudem powietrze. 
- Czego nie robić? Nie szukać słabego punktu, by go wykorzystać? 
-  Na próbę  zaczaj  pieścić wrażliwą skórę,  wodząc  palcami  w  górę,  w 

kierunku jej rozpłomienionej kobiecości i z powrotem.  

Dyszała ciężko, próbując odsunąć się od niego. 
-  Chyba  za  późno  -  wymamrotał.  -  Chcesz  zaspokojenia  bez  żadnych 

pieszczot? - Dotknął rozchylonymi wargami jej szyi i przesuwał je coraz 
niżej i niżej, czując, że jej ciało drży pod nim niczym drut elektryczny. - 
Do  tego  nie  potrzebujesz  partnera.  A  dzisiejszej  nocy  go  masz.  Mam 
zamiar dostarczyć ci tyle przyjemności, ile zdołam. 

-  Nie  mogę.  -  Naprężyła  się,  usiłując  zrzucić  go  z  siebie,  ale  każdy 

gwałtowny ruch dostarczał jej tylko nowych zabójczych doznań. 

-  Daj  się  ponieść  miłości.  -  Szalał  z  pożądania. Jej opór  rozwścieczał 

go i jednocześnie prowokował. 

- Nie mogę. 
- Sprawię, że dasz się ponieść miłości, a ja będę się temu przyglądał. - 

Znowu zaczaj się na nią wsuwać, czując każde drgnięcie jej ciała, dopóki 
jego  twarz  nie  znalazła  się  na  wysokości  jej  twarzy.  Przycisnął  mocno 
dłoń do wzgórka między jej udami. 

- Ty draniu. Nie mogę - syknęła przez zęby. 
-  Kłamczucha  -  rzekł  cicho,  po  czym  wsunął  w  nią  palec.  Jego  jęk 

zmieszał  się  z  jej  jękami,  gdy  dotknął  jej  zaciśniętej,  rozpalonej, 
wilgotnej kobiecości. Starając się za wszelką cenę zapanować nad sobą, 

background image

skupił  wzrok  na  jej  twarzy,  która  przybrała  wyraz  przerażenia,  potem 
bezgranicznego zdziwienia, a w końcu bezradności. 

Chciała  mu  się  wyślizgnąć,  uwolnić  się  od  niego,  ale  nie  dała  rady. 

Ktoś krzyknął, gdy zapadła się w otchłań, a jej ciało eksplodowało. Przez 
sekundę  cała  napięła  się  niebezpiecznie,  po  czym  przeszył  ją  dreszcz 
ostrej zmysłowej rozkoszy. Osłabła oszołomiona, zdezorientowana. 

Oszalał z pożądania. 
Podciągnął ją  do  góry,  tak  że  uklękła,  opierając  mu  ciężko  głowę  na 

ramieniu. 

-  Jeszcze  raz  -  zażądał,  odciągając  za  włosy  jej  głowę  do  tyłu  i 

szukając łapczywie jej ust. - Jeszcze raz, do cholery. 

-  Tak.  -  To  narastało  tak  szybko.  Czuła  gwałtowną  potrzebę 

zaspokojenia.  Pieszcząc  go  namiętnie,  wygięła  się  w  łuk,  by  jego  usta 
mogły jej dotykać gdzie i jak chciały. 

Jej  następny  orgazm  szarpnął  nim  niczym  ostry  pazur.  Z  dziwnym 

warknięciem pchnął ją na plecy, uniósł wysoko jej biodra i wszedł w nią. 
Objęła go mocno, niczym gorąca, chciwa miłości pięść. 

Jej  paznokcie  drapały  go  po  plecach.  Jej  biodra  poruszały  się 

rytmicznie, gdy zagłębiał się w niej. Kiedy jej ręce zsunęły się bez siły z 
jego ramion, wytrysnął w nią. 

background image

11 
 
Długo  się  nie  odzywała.  W  gruncie  rzeczy  nie  było  nic  do 

powiedzenia.  Z  pełną  świadomością  zdecydowała  się  na  nierozważny 
krok. Jeśli pociągnie on za sobą przykre konsekwencje, poniesie je. 

Teraz musi zachować resztki godności i wyjść stąd. 
-  Muszę  iść.  -  Odwróciwszy  głowę,  usiadła,  zastanawiając  się,  jak 

znajdzie swoje ubranie. 

-  Nie  sądzę  -  powiedział  Roarke  leniwym,  pewnym  siebie, 

rozwścieczonym głosem. W chwili, gdy zaczęła wstawać, chwycił ją za 
ramię i ponownie przewrócił na plecy. 

- Słuchaj, zabawa to zabawa. 
-  Z  pewnością.  Nie  wiem,  czy  to,  co  się  przed  chwilą  wydarzyło, 

można uznać za zabawę. Moim zdaniem było to zbyt gwałtownie jak na 
zwykłą  rozrywkę.  Jeszcze  z  tobą  nie  skończyłem,  pani  porucznik.  - 
Kiedy  jej  oczy  zwęziły  się,  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  -  Dobrze, 
właśnie chciałem... 

Dech mu zaparło, a słowa zamarły, gdy walnęła go łokciem w żołądek. 

W  mgnieniu  oka  odwróciła  ich  pozycje.  Dobrze  wycelowany  łokieć 
wciskał się niebezpiecznie w jego tchawicę. 

- Słuchaj, stary, przychodzę i wychodzę, kiedy chcę, więc hamuj swoje 

ego. 

Podniósł dłonie, niczym białą flagę, na znak pokoju. Jej łokieć uniósł 

się o pół cala, zanim Roarke przesunął się i podniósł gwałtownie. 

Była  uparta,  silna  i  inteligentna.  I  dlatego  wpadła  w  jeszcze  większą 

wściekłość, gdy po zaciętej walce znowu znalazła się pod nim. 

Napad na oficera będzie cię kosztował od roku do pięciu lat, Roarke. 

W więzieniu, nie w wygodnym areszcie domowym. 

-  Nie  masz  na  sobie  odznaki.  W  ogóle  nic  na  sobie  nie  masz.  - 

Uszczypnął  ją  po  przyjacielsku  w  policzek.  -  Nie  zapomnij  zaznaczyć 
tego w swoim raporcie. 

Tyle jeśli chodzi o zachowanie godności, pomyślała. 
- Nie chcę z tobą walczyć. - Ucieszyła się, że jej głos brzmi spokojnie i 

rozważnie. - Po prostu muszę iść. 

Przesunął  się,  zobaczył,  że jej oczy  rozszerzają się  ze  zdziwienia, po 

czym przymykają, kiedy znowu wsunął się w nią. 

- Nie zamykaj oczu - wyszeptał chrapliwie. 

background image

Więc obserwowała go, niezdolna oprzeć się przenikającej ją rozkoszy. 

Teraz  poruszał  się  w  powolnym  rytmie,  długimi,  mocnymi  suwami, 
które podniecały jej zmysły. 

Jej  oddech  stał  się  płytki,  przyśpieszony.  Widziała  tylko  jego  twarz, 

czuła  tylko  zmysłowe,  płynne  ruchy  jego  ciała  w  sobie,  niestrudzone 
tarcie, które doprowadziło ją do spazmu rozkoszy. 

Jego palce splotły się z jej palcami, a jego usta przycisnęły do jej warg. 

Poczuła, że jego ciało napięło się gwałtownie, zanim schował twarz w jej 
włosach.  Leżeli  cicho,  złączeni  w  uścisku,  zastygli  w  bezruchu. 
Odwrócił głowę i wycisnął pocałunek na jej czole. 

- Zostań - wymamrotał. - Proszę. 
- Dobrze. - Teraz zamknęła oczy. - Dobrze, zostanę. 
Nie spali. Jednak kiedy wczesnym rankiem Eve weszła pod prysznic w 

domu Roarke'a, dręczyło ją nie uczucie zmęczenia, ale zakłopotania. 

Nie  spędzała  nocy  z  mężczyznami.  Zawsze  przestrzegała  tego,  żeby 

seks  był  szybki,  prosty  i...  bezosobowy.  A  jednak  nazajutrz  o  poranku 
stała  w  jego  łazience  pod  strumieniem  gorącej  wody.  W  nocy  przez 
wiele godzin poddawała się jego zuchwałym pieszczotom. Zaatakował, a 
potem posiadł te części jej ciała, które uważała za nie do zdobycia. 

Próbowała  żałować  tego,  co  się  stało.  Wydawało  się  to  ważne,  że 

uświadomiła sobie i zrozumiała swój błąd. Ale trudno jej było żałować 
czegoś, co sprawiło taką rozkosz jej ciału i zapobiegło złym snom. 

- Dobrze wyglądasz, pani porucznik. 
Eve  odwróciła  głowę,  gdy  Roarke  przeszedł  przez  krzyżujące  się 

strumyczki wody.  

- Chyba będziesz musiał pożyczyć mi koszulę. 
-  Coś  dla  ciebie  znajdziemy.  -  Wcisnął  guzik  w  wyłożonej  kafelkami 

ścianie,  podstawił  dłoń  pod  zbiorniczek  i  nabrał  trochę  klarownego 
śmietankowego płynu. 

- Co robisz? 
-  Myję  ci  głowę  -  mruknął  wcierając  szampon  w  jej  krótkie,  mokre 

włosy.  -  Cieszę  się,  że  twoje  włosy  będą  pachniały  moim  mydłem.  - 
Wykrzywił  usta.  -  Jesteś  fascynującą  kobietą,  Ewo.  Oto  jesteśmy 
mokrzy, nadzy, oboje na wpół żywi po niezapomnianej nocy, a ty wciąż 
mi się przyglądasz wzrokiem obojętnym i bardzo podejrzliwym. 

- Bo jesteś podejrzanym osobnikiem, Roarke. 
- Uważam to za komplement. - Pochylił głowę, by ugryźć ją w wargę, 

gdy łazienka nasyciła się parą, a strumień wody zaczaj pulsować niczym 

background image

serce.  -  Powiedz  mi,  co  miałaś  na  myśli,  mówiąc  „nie  mogę”,  gdy 
pierwszy raz kochałem się z tobą? 

Odchylił jej głowę do tyłu; Eve zamknęła oczy, gdy woda spłukiwała 

jej szampon z włosów. 

- Nie pamiętam wszystkiego, co powiedziałam. 
- Pamiętasz. -  Z innego pojemniczka wyciągnął jasnozielone mydło o 

leśnym  zapachu.  Namydlił  jej  ramiona,  plecy,  piersi.  -  Przedtem  nie 
miałaś orgazmu? 

Oczywiście, że miałam. - Prawdę mówiąc, zawsze przyrównywała go 

do  delikatnego  wystrzału  korka  z  butelki,  a  nie  do  gwałtownego 
wybuchu,  który  zniweczył  jej  wieloletnie  osiągnięcia  w  kontrolowaniu 
swoich emocji. - Pochlebiasz sobie, Roarke. 

- Naprawdę? - Czyż nie wiedziała, że te obojętne oczy, ten mur oporu, 

który chciała za wszelką cenę odbudować, był wyzwaniem, któremu nie 
mógł  się  oprzeć?  Najwidoczniej  nie  wiedziała,  zadumał  się.  Pociągnął 
lekko za jej namydlone sutki, uśmiechając się, gdy wciągnęła powietrze. 
- Zaraz będę sobie jeszcze bardziej pochlebiał. 

-  Nie  mam  na  to  czasu  -  powiedziała  szybko  i  poczuła,  że  jej  plecy 

zostają  przyciśnięte  do  kafelków,  -  Wczoraj  popełniliśmy  błąd.  Muszę 
iść. 

-  To  nie  potrwa  długo.  -  Poczuł  gwałtowny  przypływ  pożądania,  gdy 

chwycił ją za biodra i podniósł. 

Oddychał  coraz  szybciej.  Był  oszołomiony  swą  nienasycona  żądzą, 

zakłopotany  bezsilnością  wobec  swoich  uczuć,  doprowadzało  go  to  do 
furii, że mogłaby stać się jego słabością przez sam fakt swego istnienia. 

-  Trzymaj  mnie  mocno  -  zażądał  chrapliwym,  podenerwowanym 

głosem. - Trzymaj mnie, do cholery. 

Już  to  zrobiła.  Przyszpilił  ją  do  ściany  i  wbił  się  w  nią  nabrzmiałym 

członkiem, który tak dokładnie ją wypełnił, że bała się, iż ją rozerwie. Jej 
szaleńcze bezradne miauczenie odbijało się echem od ścian. Chciała go 
znienawidzić za to, i za to, że przez niego stała się ofiarą swej własnej 
nieokiełznanej namiętności. Ale trzymała go mocno, zapamiętując się w 
miłości, pozwalając, by wszystko wirowało jej przed oczami. 

Doszedł gwałtownie, oparł się ręką o ścianę, by utrzymać równowagę, 

gdy  jej  nogi  zsunęły  się  powoli  z  jego  bioder.  Nagle  się  rozgniewał, 
zezłościł, że przez nią zatracił całą swą delikatność i już niczym się nie 
różnił od kopulującego zwierzęcia. 

-  Przyniosę  ci  koszulę  -  powiedział  szybko,  po  czym  wyszedł, 

ściągając ręcznik z półki i zostawiając ją samą w kłębach pary. 

background image

Gdy  już  się  ubrała,  czując  z  niezadowoleniem,  jak  surowy  jedwab 

ociera się o jej skórę, w części jadalnej sypialni czekała taca z kawą. 

Wiadomości  poranne  płynęły  cicho  z  ekranu  komputera,  na 

podglądaczu  w  lewym  dolnym  rogu  przesuwały  się  kolumny  cyfr. 
Giełda.  Na  monitorze  widniała  rozłożona  gazeta.  Nie  “Times”  i  nie 
żaden nowojorski dziennik, zauważyła Eve. Wyglądał na japoński. 

-  Masz  czas  na  śniadanie?  -  Roarke  usiadł  popijając  kawę.  Nie  był w 

stanie  skupić  uwagi  na  porannych  doniesieniach.  Z  przyjemnością 
patrzył, jak jej ręce się zawahały, zanim wciągnęły jego koszulę, jak jej 
palce szybko przebiegły po guzikach, jak kręciła biodrami, wciągając na 
siebie dżinsy. 

- Nie, dzięki. - Nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować. Przeleciał 

ją jak szaleniec pod prysznicem, a teraz odgrywa rolę dobrze ułożonego 
pana  domu.  Przypięła  kaburę  z  bronią,  zanim  przeszła  przez  pokój,  by 
wypić kawę, którą już jej nalał. 

-  Wiesz,  poruczniku,  nosisz  broń  w  taki  sposób,  w  jaki  inne  kobiety 

noszą perły. 

- To nie jest dodatek do stroju. 
-  Nie  zrozumiałaś  mnie.  Dla  niektórych  biżuteria  jest  częścią  ich 

samych. - Przechylił głowę, przyglądając się jej. - Ta koszula jest trochę 
za duża, ale dobrze ci w niej. 

Eve pomyślała, że w niczym, co kosztuje prawie tyle, ile ona zarabia 

przez tydzień, nie może być jej dobrze. 

- Oddam ci ją. 
-  Mam  kilka  innych.  -  Wstał  i  przesunął  opuszkiem  palca  po  jej 

brodzie,  przez  co  znowu  poczuła  się  onieśmielona.  -  Byłem  brutalny. 
Przepraszam. 

Te ciche i niespodziewane przeprosiny wprawiły ją w zakłopotanie. 
-  Zapomnij  o  tym.  -  Odsunęła  się,  dokończyła  kawę  i  odstawiła 

filiżankę. 

-  Nie  zapomnę,  ty  też  nie.  -  Uniósł  jej  rękę  do  ust.  Nic  nie  mogło 

ucieszyć  go  bardziej  niż  wyraz  podejrzliwości,  który  błysnął  jej  w 
oczach.  -  Nie  zapomnisz  mnie,  Ewo.  Będziesz  o  mnie  myślała,  pewnie 
bez czułości, ale będziesz o mnie myślała. 

-  Prowadzę  śledztwo  w  sprawie  morderstwa.  Jesteś  jego  częścią.  Na 

pewno będę o tobie myślała. 

-  Kochanie  -  zaczął  i  zobaczył  z  rozbawieniem,  że  na  dźwięk  tego 

czułego słowa zmarszczyła brwi. - Będziesz myślała o tym, co mogę ci 

background image

zrobić. Niestety, przez kilka następnych dni ja też będę mógł tylko o tym 
myśleć. 

Wyswobodziła rękę i sięgnęła po torebkę. 
-  Wyjeżdżasz  gdzieś?  -  zapytała  starając  się,  żeby  zabrzmiało  to 

obojętnie. 

-  Wstępne  prace  nad  kurortem  wymagają  mojej  obecności  na  kilku 

spotkaniach  z  kierownictwem  na  FreeStar  One.  Przez  dzień  lub  dwa 
będę oddalony od ciebie o kilkaset tysięcy mil. 

Nie chciała przyznać, że poczuła się rozczarowana. 
- Tak, słyszałam, że zawarłeś w końcu umowę, dzięki której dogodzisz 

kaprysom znudzonych bogaczy. 

Uśmiechnął się tylko. 
- Kiedy kurort zostanie zbudowany, zabiorę cię do niego. Może wtedy 

zmienisz  zdanie.  Tymczasem  proszę  cię  o  dyskrecję.  Te  spotkania  są 
ściśle tajne. Jeszcze nie wszystko zostało uzgodnione, a źle by się stało, 
gdyby moi konkurenci dowiedzieli się, że tak szybko startujemy. Tylko 
parę ważnych osobistości wie, że nie będzie mnie w Nowym Jorku. 

Przeczesała palcami włosy. 
- Dlaczego mi o tym powiedziałeś? 
-  Najwidoczniej  uznałem,  że  jesteś  ważna  -  powiedział  i  odprowadził 

ją do drzwi. - Jeśli będziesz chciała skontaktować się ze mną, powiedz o 
tym Summersetowi. Połączy cię. 

- Lokaj? 
Roarke uśmiechnął się, schodząc po schodach. 
- Zajmie się tym. Wyjeżdżam na jakieś pięć dni, najdłużej na tydzień. 

Po powrocie chcę znowu się z tobą zobaczyć. - Przystanął i ujął jej twarz 
w dłonie. 

Serce mocniej jej zabiło. 
- Roarke, co się dzieje? 
-  Pani  porucznik.  -  Pochylił  się,  dotknął  ustami  jej  ust.  -  Wszystko 

wskazuje na to, że mamy ze sobą romans. - Po czym zaśmiał się znowu 
ją pocałował, mocno i szybko. - Przypuszczam, że gdybym przystawił ci 
pistolet do głowy, nie miałabyś takiej przerażonej miny. Cóż, masz kilka 
dni na przemyślenie tego. 

Sądziła, że i kilka lat by na to nie wystarczyło. 
U  podnóża  schodów  stał  Summerset,  nieugięty,  z  kamienną  twarzą; 

przez  rękę  miał  przewieszoną  jej  kurtkę.  Zakładając  ją  zerknęła  na 
Roarke'a. 

- Udanej podróży. 

background image

- Dzięki. - Zanim wyszła, położył jej rękę na ramieniu. - Ewo, uważaj 

na siebie. Będę z tobą w kontakcie. 

-  Jasne.  -  Opuściła  pospiesznie  dom,  a  gdy  zerknęła  za  siebie, 

zobaczyła,  że  drzwi  są  zamknięte.  Kiedy  otworzyła  drzwiczki  do 
samochodu,  zauważyła  elektroniczny  dyktafon  na  siedzeniu  kierowcy. 
Zgarnąwszy  go,  usiadła  za  kierownicą.  Jadąc  w  kierunku  bramy, 
włączyła urządzenie. Usłyszała, jak Roarke mówi, cedząc słowa: 

-  Nie  chcę,  byś  drżała,  chyba  że  to  ja  doprowadzam  cię  do  takiego 

stanu. Trzymaj się ciepło. 

Wrzuciła  urządzenie  do  kieszeni,  po  czym  włączyła  na  próbę 

ogrzewanie.  Strumień  gorącego  powietrza  kompletnie  ją  zaskoczył. 
Uśmiechała się szeroko przez całą drogę do siedziby Centrali. 

Eve zamknęła się w swoim biurze. Miała dwie godziny do oficjalnego 

rozpoczęcia  służby  i  chciała  wykorzystać  je  co  do  minuty,  analizując 
morderstwa  DeBlass  -  Starr.  Kiedy  rozpocznie  służbę,  będzie  musiała 
zająć  się  różnymi  sprawami,  objętymi  mniej  lub  bardziej 
zaawansowanym postępowaniem śledczym. Teraz miała czas wyłącznie 
dla siebie. 

Rutynowo  poprosiła  MCIPK  o  przekazanie  wszystkich  aktualnych 

danych  oraz  o  ich  wydruk,  by  później  mogła  jeszcze  raz  je  przejrzeć. 
Przekaz był przygnębiająco krótki i nie wnosił nic nowego do sprawy. 

Trzeba znowu posłużyć się dedukcją, pomyślała. Na biurku rozłożyła 

zdjęcia obu ofiar. Teraz znała dokładnie obie te kobiety. 

Może  po  nocy  spędzonej  z  Roarke'em  lepiej  zrozumie  motywy  ich 

postępowania. 

Seks  jest  potężnym  narzędziem,  które  można  samemu  wykorzystać 

albo  które  może  zostać  wykorzystane  przeciwko  tobie.  Obie  te  kobiety 
chciały nim władać, mieć nad nim kontrolę. W rezultacie seks je zabił. 

Oficjalną przyczyną śmierci była kula w mózgu, lecz Eve uważała, że 

pociągnięto za spust z powodu seksu. 

To był jedyny związek między ofiarami i jedyne ogniwo łączące je z 

mordercą. 

W  zamyśleniu  podniosła  trzydziestkę  ósemkę.  Teraz  wyglądała 

swojsko  w  jej  ręce.  Wiedziała  dokładnie,  co  się  czuje,  gdy  się  z  niej 
strzela, jaki jest jej odrzut. Jaki dźwięk wydaje przy strzale. 

Nie  wypuszczając  broni  z  ręki,  uruchomiła  dyskietkę  i  jeszcze  raz 

obejrzała scenę śmierci Sharon DeBlass. 

background image

Co czułeś, ty skurwielu? - zastanowiła się. Co czułeś, kiedy nacisnąłeś 

spust  i  władowałeś  w  nią  ołowiane  kulę,  kiedy  trysnęła  krew,  kiedy 
wybałuszyła martwe oczy? 

Co czułeś? 
Zmrużyła oczy i jeszcze raz obejrzała dyskietkę. Teraz już była prawie 

całkowicie  uodporniona  na  obmierzłość  tej  sceny.  W  pewnym  miejscu 
zauważyła lekkie zachwianie obrazu, jakby potrącił kamerę. 

Czy twoja ręka drgnęła? - zastanowiła się. Czy byłeś zszokowany tym, 

że jej ciało zostało odrzucone do tyłu, że krew bryznęła tak daleko? 

Czy  dlatego  usłyszała  cichy,  gwałtowny  wdech,  a  po  nim  powolny 

wydech, zanim obraz się zmienił? 

Co  czułeś?  -  spytała  znowu.  Odrazę,  radość,  czy  miałeś  po  prostu 

zimną satysfakcję? 

Przybliżyła  wzrok  do  monitora.  Sharon  była  teraz  starannie  ułożona, 

kamera filmowała ją obiektywnie i tak, pomyślała Eve, zimno. 

Zatem skąd to drgnięcie? Skąd ten gwałtowny oddech? 
I  wiadomość.  Podniosła  zabezpieczoną  przez  policję  kartkę  i  jeszcze 

raz  ją  przeczytała.  Skąd  wiesz,  że  zadowoli  cię  zabicie  sześciu?  Już  je 
sobie upatrzyłeś? Wybrałeś? 

Niezadowolona  wymieniła  dyskietkę  i  odłożyła  trzydziestkę  ósemkę. 

Wprowadziwszy  dyskietkę  z  Lola  Starr,  wzięła  do  ręki  drugą  broń  i 
powtórzyła całą operację. 

Tym  razem  nie  zauważyła  żadnego  drgnięcia.  Żadnego  gwałtownego 

oddechu. Wszystko było wygładzone, dokładne, precyzyjne. Tym razem 
wiedziałeś, jak będziesz się czuł, jak ona będzie wyglądała i jak będzie 
pachniała krew. 

Lecz jej nie znałeś. Albo ona nie znała ciebie. Byłeś po prostu Johnem 

Smithem, który figurował w jej terminarzu jako nowy klient. 

Dlaczego twój wybór padł właśnie na nią? I w jaki sposób wybierzesz 

następną ofiarę? 

Tuż przed dziewiątą, kiedy Feeney zapukał do drzwi, studiowała plan 

Manhattanu.  Stanął  za  nią,  pochylił  się  nad  jej  ramieniem  i  chuchnął 
pastylkami miętowymi. 

- Zastanawiasz się nad miejscem kolejnego zabójstwa? 
- Badam teren. Rozszerz obraz o pięć procent - nakazała komputerowi, 

który  natychmiast  spełnił  jej  polecenie.  -  Pierwsze  morderstwo,  drugie 
morderstwo  -  rzekła  wskazując  maleńkie  czerwone  światełka  pulsujące 
na  Broadwayu  i  w  West  Village.  -  Mój  dom.  -  Zielone  światełko 
pulsowało tuż obok Ninth Avenue. 

background image

- Twój dom? 
-  Wie,  gdzie  mieszkam.  Był  tam  dwa  razy.  To  są  trzy  miejsca,  które 

odwiedził.  Miałam  nadzieję,  że  będę  w  stanie  ograniczyć  obszar  jego 
działania,  ale  to  niemożliwe.  Na  dodatek  te  systemy  bezpieczeństwa.  - 
Pozwoliła sobie na ciche westchnienie, siadając wygodnie na krześle.  - 
Trzy  różne  systemy.  W  domu  Starr  właściwie  nie  było  żadnego. 
Elektroniczny  portier  nie  funkcjonował,  i  to,  według  zeznań 
mieszkańców, od paru tygodni. DeBlass miała najlepszy z możliwych - 
klucz  elektroniczny;  płytka  odczytująca  linie  papilarne  dłoni, 
zabezpieczenie  całego  budynku  w  audio  i  video.  Musiał  zostać 
częściowo  unieruchomiony.  Przerwa  w  inwigilacji  budynku  dotyczy 
tylko  jednej  windy  i  korytarza,  w  którym  znajdowało  się  mieszkanie 
ofiary.  Mój  nie  jest  taki  wymyślny.  Mogłabym  włamać  się  do  środka, 
każdy  przyzwoity  fachowiec  mógłby  to  zrobić.  Ale  w  drzwiach  do 
mieszkania mam zainstalowany zamek policyjny - System Pięć Tysięcy. 
Trzeba być prawdziwym fachowcem, żeby go otworzyć, nie znając kodu 
głównego. 

Bębniąc palcami o blat biurka, popatrzyła groźnie na plan miasta. 
-  Jest  ekspertem  od  systemów  zabezpieczających,  zna  się  na  broni  - 

starej broni, Feeney. Orientuje się w sprawach wydziału na tyle dobrze, 
by  po  upływie  paru  godzin  od  pierwszego  morderstwa  wiedzieć,  że 
przydzielono  mi  prowadzenie  śledztwa.  Nie  zostawia  odcisków  palców 
ani  nasienia.  Nawet  cholernego  włoska  łonowego.  Jak  sądzisz,  kto  to 
może być? 

Feeney  wciągnął  powietrze  przez  zęby,  przechylił  się  do  tyłu  na 

obcasach. 

-  Glina.  Wojskowy.  Może  członek  organizacji  paramilitarnej  albo 

pracownik  rządowej  służby  bezpieczeństwa.  Może  hobbista  roz-
pracowujący  dla  przyjemności  systemy  bezpieczeństwa;  jest  mnóstwo 
takich  ludzi.  Ewentualnie  zawodowy  kryminalista,  ale  to  mało 
prawdopodobne. 

- Dlaczego? 
-  Jeśli  facet  żyje  z  przestępstw,  to  po  co  miałby  mordować?  Żadne  z 

tych zabójstw nie przyniosło mu korzyści materialnych. 

- Więc robi sobie wakacje - powiedziała Eve, ale wcale nie była o tym 

przekonana. 

-  Możliwe.  Poprosiłem  MCIPK  o  dane  dotyczące  notorycznych 

przestępców seksualnych. Sposób działania żadnego z nich nie pasuje do 

background image

naszego  mordercy.  Przejrzałaś  już  ten  raport?  -  spytał  wskazując  na 
informację przesłaną przez MCIPK. 

- Nie. Dlaczego? 
- Ja rzuciłem nań okiem dziś rano. Może cię to zdziwi, ale w zeszłym 

roku było około stu napadów z bronią w ręku na terenie całego kraju. I 
mniej  więcej  tyle  samo  incydentów  przypadkowego  użycia  broni.  - 
Szarpnął  ramieniem.  -  Nielegalny  przemyt,  własna  produkcja,  czarny 
rynek, kolekcjonerzy. 

- Ale nikt nie pasuje do naszego zabójcy. 
- Nie.  - Żuł w zamyśleniu gumę.  - Musimy także wykluczyć znanych 

policji  zboczeńców,  chociaż  przejrzenie  danych  jest  naprawdę 
pouczające. Mam swojego faworyta. Faceta z Detroit, który zabił cztery 
razy,  zanim  go  złapali.  Podrywał  dziewczynę  i  szedł  z  nią  do  jej 
mieszkania.  Usypiał  ją,  potem  rozbierał  i  spryskiwał  od  stóp  do  głów 
fosforyzującą czerwoną farbą. 

- Dziwne. 
-  Zabójcze. Skóra nie mogła oddychać, więc dziewczyna się dusiła, a 

kiedy umierała, zabawiał się z nią. Nie przelatywał jej, nie było śladów 
spermy  ani  próby  gwałtu.  Po  prostu  przebiegał  swymi  małymi 
rozgorączkowanymi rękami po jej ciele. 

- Chryste, to wariat. 
- Zgadza się. Ale wiesz, przy jednej trochę za bardzo się napalił, trochę 

za bardzo się niecierpliwił i zaczął ją pieścić, zanim farba wyschła. Starł 
z  niej  część  farby  i  niedoszła  ofiara  zaczęła  odzyskiwać  przytomność. 
Facet  przeraził  się  i  uciekł.  Ale  nasza  dziewczyna,  choć  była  naga, 
pokryta  farbą  i  ledwo  trzymała  się  na  nogach,  wpadła  we  wściekłość, 
wydostała  się  na  ulicę  i  zaczęła  wrzeszczeć.  Przyjechał  patrol,  szybko 
połapał się w sytuacji, bo dziewczyna świeciła niczym laser, i rozpoczął 
standardowe  poszukiwania.  Nasz  chłoptaś  był  zaledwie  parę  domów 
dalej. Więc go złapali... 

- Przestań. 
-  Z  czerwonymi  od  farby  łapami  -  powiedział  Feeney  ze  złośliwym 

uśmiechem. - Niezłe, co? Złapali go z czerwonymi łapami. - Gdy Dallas 
tylko  przewróciła  oczami,  Feeney  doszedł  do  wniosku,  że  chłopaki  z 
jego wydziału bardziej docenią tę opowieść. 

-  Tak  czy  inaczej,  możemy  mieć  do  czynienia  ze  zboczeńcem. 

Sprawdzę  wszystkich  zboczeńców  i  prostytutki.  Może  szczęście  nam 
dopisze. Bardziej odpowiada mi pomysł, że zrobił to ktoś z nich, niż że 
tak bawi się glina. 

background image

-  Mnie  też.  -  Zacisnąwszy  usta,  obróciła  się  i  spojrzała  na  niego.  - 

Feeney, masz małą kolekcję starej broni palnej, znasz się na niej. 

Wyciągnął ręce, przyciskając do siebie nadgarstki. 
- Przyznaję się. Możesz mnie aresztować.  
Omal się nie uśmiechnęła. 
- Znasz jeszcze jakiegoś gliniarza, który kolekcjonuje broń? 
-  Jasne,  nawet  kilku.  To  kosztowne  hobby,  więc  ci,  których  znam, 

zbierają  w  większości  kopie.  A  skoro  mowa  o  kosztownych  upodo-
baniach  -  dodał  wskazując  na  jej  rękaw.  -  Ładna  koszula.  Dostałaś 
podwyżkę? 

-  Jest  pożyczona  -  mruknęła  próbując  zapanować  nad  sobą,  by  nie 

spłonąć rumieńcem. - Spisz mi ich nazwiska, Feeney. Tych, którzy mają 
autentyczną starą broń. 

-  Och,  Dallas.  -  Uśmiech  zniknął  z  jego  twarzy,  gdy  pomyślał,  że 

będzie musiał donosić na swoich ludzi. - Nienawidzę tego gówna. 

- Ja też. Spisz ich. Na razie ogranicz się do gliniarzy z miasta. 
-  Dobra.  -  Odetchnął  głęboko,  zastanawiając  się,  czy  Eve  zdaje  sobie 

sprawę  z  tego,  że  jego  nazwisko  też  znajdzie  się  na  liście.  -  Paskudny 
sposób na rozpoczęcie dnia. A teraz mam dla ciebie prezent, dziecinko. 
Po  przyjściu  do  pracy  znalazłem  na  swoim  biurku  wiadomość.  Szef 
policji jedzie do biura naszego komendanta. Mamy się tam zgłosić. 

- Szlag by to trafił! 
Feeney tylko spojrzał na zegarek. 
-  Daję  ci  pięć  minut.  Może  chcesz  nałożyć  sweter  albo  coś  innego, 

żeby Simpson nie zobaczył tej koszuli i nie doszedł do wniosku, że za 
dużo zarabiamy. 

- To też by szlag trafił. 
Dowódca  Edward  Simpson  wyglądał  imponująco.  Miał  ponad  sześć 

stóp  wzrostu,  bojowy  nastrój,  ciemny  garnitur  i  kolorowy  krawat. Jego 
falujące brązowe włosy były przyprószone siwizną. 

Cały  wydział  dobrze  wiedział,  że  o  te  imponujące  szczegóły 

zatroszczył się jego wizażysta. Oczy Simpsona były stalowoniebieskie - 
kolor  budzący  zaufanie  wyborców,  jak  wykazały  sondaże  -  i  rzadko 
malowała  się  w  nich  wesołość,  jego  wąskie  usta  układały  się  do 
wydawania rozkazów. Patrząc na niego, widziało się władzę i autorytet. 

Jednak  wystarczyło  wiedzieć,  jak  nierozważnie  wykorzystuje  jedno  i 

drugie  do  zdobywania  coraz  to  wyższej  pozycji  w  brudnym  świecie 
polityki, by stracić co do niego złudzenia. 

background image

Usiadł  składając  jak  do  modlitwy  długie  białe  ręce,  na  których 

pobłyskiwały  trzy  złote  pierścienie.  Kiedy  przemówił,  jego  głos  wydał 
się głęboki i dźwięczny, niczym głos aktora. 

- Panie komendancie, panie kapitanie, pani porucznik, mamy delikatną 

sytuację. 

Dramatycznie  zawiesił  głos.  Milczał  przez  chwilę;  jego  przenikliwe 

niebieskie oczy prześlizgnęły się po twarzach obecnych W pokoju osób. 

- Wszyscy wiecie, jak media lubią sensacje  -  kontynuował.  - Podczas 

pięciu łat sprawowania przeze mnie funkcji szefa policji przestępczość w 
naszym  mieście  spadła  o  pięć  procent.  O  cały  jeden  procent  w  ciągu 
roku.  Jednak  w  związku  z  ostatnimi  wydarzeniami  ten  postęp  może 
zostać nie zauważony przez prasę. Już teraz wiele miejsca poświęca się 
tym dwóm zabójstwom. Ukazują się artykuły, w których kwestionuje się 
sposób prowadzenia śledztwa i żąda odpowiedzi na wiele pytań. 

Whitney,  nienawidzący  Simpsona  każdą  cząstką  swego  ciała, 

odpowiedział łagodnie. 

-  W  tych  artykułach  brak  szczegółów.  Kod  Piąty,  jaki  obowiązuje  w 

sprawie  DeBlass,  uniemożliwia  współpracę  z  prasą,  a  także 
przekazywanie jej jakichkolwiek materiałów. 

-  Nie  przekazując  dziennikarzom  żadnych  informacji  -  warknął 

Simpson  -  pozwalamy  im  na  spekulacje.  Dziś  po  południu  wydam 
oświadczenie.  -  Podniósł  rękę,  gdy  Whitney  zaczaj  protestować.  - 
Koniecznie  musimy  przedstawić  opinii  publicznej jakąś  ocenę sytuacji, 
bo tylko w ten sposób zdołamy ją przekonać, że policja ma wszystko pod 
kontrolą. Nawet jeśli tak nie jest. Jego oczy spoczęły na Ewie. 

-  Pani  porucznik,  jako  prowadząca  śledztwo,  także  przyjdzie  na 

konferencję. Moje biuro przygotowuje oświadczenie, które pani złoży. 

-  Z  całym  szacunkiem,  panie  dowódco  Simpson,  nie  mogę  ujawnić 

opinii publicznej żadnego szczegółu sprawy, bo mogłoby to zaszkodzić 
śledztwu. 

Simpson strzepnął pyłek z rękawa. 
-  Pani  porucznik,  mam  trzydziestoletnie  doświadczenie.  Wydaje  mi 

się,  że  wiem,  jak  postępować  z  mediami.  Po  drugie  -  kontynuował 
zapominając  o  niej  i  zwracając  się  znowu  do  Whitneya  -  musimy 
kategorycznie  zaprzeczyć  temu,  co  wypisuje  prasa  o  istnieniu  związku 
między zabójstwem DeBlass i Starr. Departament nie może dopuścić do 
tego, żeby senator DeBlass znalazł się w kłopotliwej sytuacji osobistej, 
albo żeby zniszczono jego pozycję przez łączenie obu tych spraw. 

background image

-  Morderca  zrobił  to  za  nas  -  wycedziła  Eve  przez  zęby.  Simpson 

nawet na nią nie spojrzał. 

-  Oficjalnie  nie  ma  między  nimi  związku.  Kiedy  będą  pytali,  trzeba 

zaprzeczać. 

- Kiedy będą pytali - poprawiła go Eve - trzeba kłamać. 
-  Zasady  etyczne  niech  pani  zachowa  dla  siebie.  Taka  jest 

rzeczywistość.  Skandal,  który  tu  zostanie  wywołany,  dotrze  do 
Wschodniego  Waszyngtonu  i  powróci  do  nas  niczym  monsun.  Sharon 
DeBlass zginęła ponad tydzień temu, a wy nadal nic nie macie. 

-  Mamy  broń  -  zaprzeczyła.  -  Mamy  przypuszczalny  motyw 

morderstwa - szantaż - oraz listę podejrzanych. 

Czerwieniąc się z gniewu, wstał z krzesła. 
-  Jestem  szefem  tego  wydziału  i  muszę  naprawić  to,  co  pani 

spaskudziła.  Pora,  żeby  przestała  pani  grzebać  się  w  tych  brudach  i 
zamknęła sprawę. 

- Sir. - Feeney zrobił krok do przodu. - Porucznik Dallas i ja... 
- Oboje możecie zostać odkomenderowani do drogówki w ciągu jednej 

pieprzonej chwili - dokończył Simpson. 

Zaciskając pięści, Whitney zerwał się na równe nogi. 
- Niech pan nie straszy moich oficerów, Simpson. Pan prowadzi swoją 

grę,  uśmiecha  się  do  kamer  i  podlizuje  tym  ze  Wschodniego 
Waszyngtonu,  ale  niech  pan  nie  wkracza  na  mój  teren  i  nie  straszy  mi 
ludzi. Pracują tutaj i zostaną tutaj. Jeśli chce pan to zmienić, niech pan 
mnie poprosi o zgodę. 

Simpson  jeszcze  bardziej  poczerwieniał.  Eve  patrzyła  z  zafas-

cynowaniem, jak pulsuje żyła na jego skroni. 

- Jeśli pańscy ludzie nacisną złe guziki, to zapłaci pan za to własnym 

tyłkiem. Na razie postaram się uspokoić senatora DeBlass, ale nie jest on 
zadowolony,  że  prowadząca  śledztwo  jedzie  ukradkiem  do  jego 
pogrążonej w bólu synowej, przyciska ją do muru, zakłóca jej spokój i 
zadaje  kłopotliwe,  nie  związane  ze  sprawą  pytania.  Senator  DeBlass  i 
jego rodzina są ofiarami, nie podejrzanymi, i  trzeba im okazać należny 
szacunek podczas prowadzenia tego dochodzenia. 

- Okazałam szacunek Elizabeth Barrister i Richardowi DeBlass. - Eve 

z  wyrachowaniem  powściągnęła  gniew.  -  Przesłuchanie  zostało 
przeprowadzone  za  ich  zgodą  i  przy  ich  współpracy.  Nie  byłam 
świadoma  tego,  że  powinnam  otrzymać  pozwolenie  od  pana  albo  od 
senatora na przeprowadzenie koniecznej dla śledztwa rozmowy. 

background image

- A ja nie chcę, by prasa zastanawiała się, dlaczego ten wydział nęka 

pogrążonych  w  bólu  rodziców,  albo  czemu  oficer  prowadzący 
dochodzenie nie zgodził się na przejście testów po zabiciu człowieka. 

-  Badania  porucznik  Dallas  zostały  przełożone  na  mój  rozkaz  - 

stwierdził Whitney pieniąc się z wściekłości. - I za moją aprobatą. 

-  Jestem  tego  świadom.  -  Simpson  przechylił  głowę.  -  Mówię  o 

spekulacjach  prasowych.  Wszyscy  będziemy  pod  lupą,  dopóki  ten 
człowiek  nie  zostanie  złapany.  Przeszłość  i  postępowanie  porucznik 
Dallas będą przedmiotem publicznej wiwisekcji. 

- Moja przeszłość to wytrzyma. 
-  A  pani  postępowanie?  -  rzekł  Simpson  i  uśmiechnął  się.  -  Jak 

odpowie  pani  na  zarzut,  że  wykorzystuje  pani  dochodzenie  i  swoją 
pozycję, by nawiązać osobisty kontakt z podejrzanym? A jak pani myśli, 
jaka  będzie  moja  pozycja,  jeśli  wyjdzie  na jaw,  że  spędziła  pani  noc  z 
podejrzanym? 

Dzięki  swemu  opanowaniu  nawet  nie  drgnęła,  zachowała  obojętne 

spojrzenie i spokojny głos. 

- Jestem pewna, że powiesiłby mnie pan, by ratować siebie, dowódco 

Simpson. 

-  Bez  wahania  -  zgodził  się.  -  Proszę  być  w  Ratuszu  punktualnie  o 

dwunastej. 

Gdy drzwi zatrzasnęły się za nim, komendant Whitney znowu usiadł. 
- Pieprzony skurwiel! - Po czym jego wzrok, wciąż ostry jak brzytwa, 

przeszył Ewę. - Co ty wyprawiasz, do cholery? 

Eve pogodziła się z myślą  - musiała się z nią pogodzić  -  że jej życie 

prywatne nie jest już ważne. 

-  Spędziłam  noc  z  Roarke'em.  To  była  moja  osobista  decyzja. 

Zrobiłam  to  w  czasie  wolnym  od  pracy.  Według  mojej  opinii,  oficera 
prowadzącego  śledztwo,  został  on  wyeliminowany  z  grona  podej-
rzanych. Jednak nie przeczę, że postąpiłam nierozsądnie. 

-  Nierozsądnie!  -  wybuchnął  Whitney.  -  Lepiej  powiedz:  kretyńsko! 

Lepiej  powiedz,  że  popełniasz  zawodowe  samobójstwo.  Cholera  jasna, 
Dallas, nie możesz trzymać na wodzy swoich chuci? Nie spodziewałem 
się tego po tobie. 

Ona też nie spodziewała się tego po sobie. 
- To nie wpłynie na przebieg śledztwa ani na sposób jego prowadzenia. 

Jeśli  sądzi  pan  inaczej,  jest  pan  w  błędzie.  Jeśli  pan  mi  zabierze  tę 
sprawę, może pan również zabrać moją odznakę. 

Whitney przypatrywał się jej przez chwilę, po czym znowu zaklął. 

background image

- Dallas, upewnij się, do cholery, że Roarke'a można skreślić z twojej 

krótkiej listy podejrzanych. Upewnij się, do cholery, albo zaaresztuj go 
w ciągu trzydziestu sześciu godzin. I zadaj sobie pytanie. 

-  Już  je  sobie  zadałam  -  przerwała  mu,  odczuwając  ulgę,  że  nie 

poprosił jej o odznakę  - na razie.  - Skąd Simpson wie, gdzie spędziłam 
noc?  Jestem  obserwowana.  Następne  pytanie  brzmi:  dlaczego.  Czy  to 
Simpson  wydał  takie  polecenie,  czy  DeBlass?  A  może  ktoś 
poinformował  o  tym  Simpsona,  by  podważyć  moją  wiarygodność,  a 
przez to wiarygodność śledztwa? 

-  Oczekuję,  że  to  wyjaśnisz.  -  Machnął  kciukiem  w  stronę  drzwi.  -  I 

pilnuj się podczas konferencji. 

Przeszli  korytarzem  nie  więcej  niż  trzy  kroki,  kiedy  Feeney 

wybuchnął. 

- O czym ty, do diabła, myślisz? Jezus Maria, Dallas. 
-  Nie  planowałam  tego,  w  porządku?  -  Nacisnęła  z  wściekłością 

przycisk windy, wepchnęła ręce do kieszeni. - Daj mi spokój. 

- On jest na tej liście. Jako ostatni widział Sharon DeBlass żywą. Ma 

więcej  pieniędzy  niż  sam  Pan  Bóg  i  może  kupić  wszystko,  włącznie  z 
wolnością. 

-  To  do  niego  nie  pasuje.  -  Wpadła  jak  burza  do  windy  i  podała 

burkliwie numer piętra. - Wiem, co robię. 

- Nie wiesz, do diabła. Znam cię od lat, a jeszcze nie widziałem, żebyś 

straciła głowę dla faceta. Właśnie teraz musiałaś się zakochać. 

- To był tylko seks. Nie wszyscy z nas prowadzą miłe, wolne od trosk 

życie u boku miłej beztroskiej żony. Chciałam mieć kogoś, kto by mnie 
pieścił, a on chciał być tym kimś. To nie twój cholerny interes, z kim idę 
do łóżka. 

Złapał ją za ramię, zanim wypadła jak burza z windy. 
- Do diabła z tym! Troszczę się o ciebie! 
Pohamowała wściekłość na to, że jest wypytywana, sprawdzana, że jej 

najbardziej  intymne  przeżycia  stały  się  obiektem  dyskusji.  Odwróciła 
się, zniżając głos, tak by ci, którzy przechodzili korytarzem, nie mogli jej 
usłyszeć. 

- Czy jestem dobrym gliną, Feeney? 
- Najlepszym, z jakim kiedykolwiek pracowałem. Dlatego...  
Podniosła rękę. 
- Jakie cechy decydują o tym, że człowiek jest dobrym gliniarzem?  
Westchnął. 
- Inteligencja, odwaga, cierpliwość, mocne nerwy, instynkt. 

background image

-  Moja  inteligencja  i  mój  instynkt  mówią  mi,  że  to  nie  Roarke.  Za 

każdym razem, gdy próbuję zmienić zdanie i go oskarżyć, walę głową w 
mur.  To  nie  on.  Feeney,  nie  brakuje  mi  odwagi,  cierpliwości  ani 
mocnych  nerwów,  by  prowadzić  to  śledztwo  dopóty,  dopóki  nie 
dowiemy się, kim jest morderca. 

Wpił się w nią wzrokiem. 
- A jeśli tym razem się mylisz, Dallas? 
- Jeśli się mylę, to nie będą musieli mnie prosić o oddanie odznaki.  - 

Musiała  zaczerpnąć  tchu  dla  uspokojenia  nerwów.  -  Feeney,  jeśli  mylę 
się  co  do  tej  sprawy,  co  do  niego,  to  jestem  skończona.  Pod  każdym 
względem. Bo jeśli nie jestem dobrym gliną, jestem nikim. 

- Chryste, Dallas, nie...  
Potrząsnęła głową. 
-  Przygotuj  tę  listę  gliniarzy,  dobrze?  Mam  parę  telefonów  do 

załatwienia. 

background image

12 
 
Konferencja prasowa zostawiła w niej niesmak. Stała na schodach do 

Ratusza,  obok  Simpsona,  który  miał  ten  swój  patriotyczny  krawat  i 
wpięty  w  klapę  złoty  znaczek  z  napisem  Kocham  Nowy  Jork. 
Przybierając  pozę  surowego  ojca  miasta  odczytał  swoje  oświadczenie 
głosem, który bezustannie wznosił się i opadał. 

Oświadczenie,  pomyślała  z  odrazą,  w  którym  roiło  się  od  kłamstw, 

półprawd  i  przesadnych  stwierdzeń.  Z  tego,  co  mówił  Simpson, 
wynikało, że nie zazna spokoju, dopóki morderca młodziutkiej Loli Starr 
nie stanie przed sądem. 

Zapytany  o  to,  czy  istnieje  jakiś  związek  między  zabójstwem  Starr  i 

tajemniczą śmiercią wnuczki senatora DeBlass, stanowczo zaprzeczył. 

To  nie  był  jego  pierwszy  błąd  i,  pomyślała  posępnie  Eve,  chyba  nie 

ostatni. 

Ledwo  skończył  mówić,  został  zaatakowany  przez  najlepszą 

dziennikarkę z Kanału 75, Nadine Furst. 

-  Panie  dowódco,  posiadam  informację,  która  wskazuje  na  to,  że 

zabójstwo Starr wiąże się ze sprawą DeBlass, i to nie tylko dlatego, że 
obie kobiety uprawiały ten sam zawód. 

-  Posłuchaj,  Nadine.  -  Simpson  błysnął  swym  cierpliwym 

wujaszkowatym  uśmiechem.  -  Wszyscy  wiemy,  że  ty  i  twoi  koledzy 
otrzymujecie  informacje,  które  często  są  niedokładne.  Dlatego  powo-
łałem Centrum Weryfikacji Danych, gdy tylko zostałem szefem policji. 
Wystarczy sprawdzić w CWD, czy wasze informacje są prawdziwe. 

Eve  zdołała  pohamować  gniewne  parsknięcie,  ale  Nadine,  ze  swymi 

przenikliwymi oczami kotki i błyskotliwym umysłem, nie dała się zbić z 
tropu. 

-  Moje  źródło  podaje,  że  Sharon  DeBlass  nie  zginęła  wskutek 

nieszczęśliwego  wypadku  -  jak  twierdzi  CWD  -  tylko  została 
zamordowana. Że obie, DeBlass i Starr, zostały zabite w ten sam sposób 
i przez tego samego człowieka. 

To  wywołało  wrzawę  wśród  zgromadzonych  przed  Ratuszem  ekip 

filmowych,  posypał  się  grad  pytań  i  pretensji  pod  adresem  Simpsona, 
który pocił się obficie w swojej koszuli z monogramem. 

- Policja stoi na stanowisku, że nie ma żadnego związku między tymi 

przykrymi  zdarzeniami!  -  krzyknął  Simpson,  lecz  Eve  zauważyła  błysk 
paniki  w  jego  oczach.  -  A  moje  biuro  popiera  stanowisko  oficerów 
prowadzących śledztwo. 

background image

Gdy  te  niespokojne  oczy  skierowały  się  na  Ewę,  w  jednej  chwili 

zrozumiała, że zostanie rzucona wilkom na pożarcie. 

-  Porucznik  Dallas,  doświadczony  oficer  z  ponad  dziesięcioletnim 

stażem prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa Starr. Chętnie odpowie 
na państwa pytania. 

Złapana w pułapkę Eve zrobiła krok do przodu, a tymczasem Simpson 

pochylił głowę, by jego pomocnik o szczurzej twarzy mógł pośpiesznie 
wyszeptać mu do ucha parę rad. 

Zarzucono ją pytaniami, ale milczała, dopóki nie padło takie, na które 

mogła odpowiedzieć. 

- W jaki sposób Lola Starr została zamordowana? 
-  Ze  względu  na  dobro  śledztwa  nie  wolno  mi  tego  wyjawić.  - 

Poczekała,  aż  umilkną  okrzyki  niezadowolenia,  przeklinając  w  duchu 
Simpsona.  -  Mogę  tylko  stwierdzić,  że  Lola  Starr,  osiemnastoletnia, 
licencjonowana  prostytutka,  została  zamordowana  brutalnie  i  z 
premedytacją.  Dowody  wskazują  na  to,  że  została  zamordowana  przez 
swojego klienta. 

To  zadowoliło  ich  na  chwilę.  Eve  zauważyła,  że  kilku  reporterów 

sprawdziło łącza z macierzystymi redakcjami. 

- Czy to była zbrodnia na tle seksualnym?  -  krzyknął ktoś, na co Eve 

uniosła brew. 

- Właśnie oświadczyłam, że ofiara była prostytutką, i że została zabita 

przez klienta. Proszę zestawić te dwa fakty. 

-  Czy  Sharon  DeBlass  także  została  zabita  przez  klienta?  -  spytała 

Nadine. 

Eve wytrzymała spojrzenie tych przebiegłych kocich oczu. 
-  Departament  policji  nie  wydał  oficjalnego  oświadczenia,  w  którym 

stwierdzałby, że Sharon DeBlass została zamordowana. 

- Moje źródła podają, że pani prowadzi oba postępowania. Czy pani to 

potwierdza? 

Grząski teren. Jednak nie mogła się cofnąć. 
- Tak, prowadzę kilka z toczących się postępowań. 
-  Dlaczego  oficer  z  dziesięcioletnim  stażem  został  wyznaczony  do 

zajęcia się sprawą nieszczęśliwego wypadku? 

Eve uśmiechnęła się. 
- Chce pani, żebym opisała całą tę biurokratyczną machinę?  
Parę osób zachichotało, ale Nadine nie dała się wywieść w pole. 
- Czy nadal toczy się śledztwo w sprawie DeBlass? 

background image

Bez względu na to, co odpowie, wsadzi kij w mrowisko. Eve wybrała 

prawdę. 

- Tak, i będzie się toczyło, dopóki nie będę zadowolona z jego wyniku. 

Jednak - kontynuowała przekrzykując wrzaski - śmierci Sharon DeBlass 
nie  będzie  się  poświęcało  więcej  uwagi  niż  innym  przypadkom. 
Włącznie  z  Lola  Starr.  Każda  sprawa,  która  trafia  na  moje  biurko,  jest 
tak  samo  traktowana,  bez  względu  na  pochodzenie  i  status  społeczny 
ofiary. Lola Starr była młodą kobietą, wywodzącą się z prostej rodziny. 
Nie  zajmowała  wysokiej  pozycji  społecznej,  nie  miała  ważnych 
przyjaciół.  Teraz,  po  paru  krótkich  miesiącach  spędzonych  w  Nowym 
Jorku, nie żyje. Została zamordowana. Zasługuje na jak najrzetelniejsze 
śledztwo, które mam zamiar przeprowadzić. 

Eve przebiegła wzrokiem tłum i utkwiła oczy w Nadine. 
- Pani chce mieć artykuł, pani Furst. Ja chcę mieć mordercę. Sądzę, że 

moje pragnienie jest ważniejsze niż pani, więc to wszystko, co mam do 
powiedzenia. 

Odwróciła  się  na  pięcie,  rzuciła  Simpsonowi  piorunujące  spojrzenie, 

po czym odeszła. Idąc do samochodu, słyszała, jak Simpson opędza się 
od dziennikarzy, którzy wciąż nękali go pytaniami. 

-  Dallas!  -  Podbiegła  do  niej  Nadine  w  wygodnych  stylowych 

pantoflach na niskim obcasie. 

- Powiedziałam, że skończyłam. Pogadaj z Simpsonem. 
- Hej, jeśli będę chciała usłyszeć jakieś bzdury, to zwrócę się do CWD. 

To było dość żarliwe oświadczenie. Nie brzmiało tak, jakby wyszło spod 
pióra człowieka, który pisze przemówienia dla Simpsona. 

-  Wolę  mówić  własnymi  słowami.  -  Eve  podeszła  do  samochodu  i 

zaczęła otwierać drzwi, gdy Nadine dotknęła jej ramienia. 

-  Lubisz  uczciwą  grę.  Ja  też.  Posłuchaj,  Dallas,  mamy  różne  metody 

działania,  ale  podobne  cele.  -  Zadowolona,  że  przykuła  uwagę  Ewy, 
uśmiechnęła się. Kiedy wykrzywiła usta, jej twarz przypominała trójkąt, 
w  którym  dominowały  te  kocie  zielone  oczy.  -  Nie  muszę  ci  chyba 
przypominać prawa opinii publicznej do informacji. 

- Tracisz czas. 
-  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  w  ciągu  tygodnia  zginęły  dwie  kobiety. 

Intuicja podpowiada mi, że obie zostały zamordowane. Nie sądzę, żebyś 
zechciała to potwierdzić. 

- I słusznie. 
- Chcę zawrzeć z tobą umowę. Powiesz mi, czy jestem na właściwym 

tropie,  a  ja  nie  będę  robiła  niczego,  co  mogłoby  zaszkodzić  śledztwu. 

background image

Kiedy znajdziesz coś pewnego i zdecydujesz się to wyciągnąć, zadzwoń 
do mnie. Ja pierwsza chcę zdać relację z tego aresztowania - na żywo. 

Dallas, niemalże rozbawiona tą propozycją, oparła się o samochód. 
-  Co  zamierzasz  mi  dać  w  zamian  za  to,  Nadine?  Uścisk  dłoni  i 

uśmiech? 

-  W  zamian  za  to  przekażę  ci  wszystko,  co  otrzymałam  od  mojego 

informatora. 

To wzbudziło zainteresowanie Ewy. 
- Włącznie z jego nazwiskiem? 
- Tego nie mogłabym zrobić, nawet gdybym musiała. Rzecz w tym, że 

go nie znam. Wszystko, co mam, Dallas, to dyskietka, którą dostarczono 
mi  do  studia.  Na  dyskietce  znajdują  się  kopie  raportów  policyjnych, 
włącznie z opisem sekcji zwłok obu ofiar oraz kilka makabrycznych ujęć 
zwłok jednej i drugiej kobiety. 

-  Chrzanisz.  Gdybyś  miała  połowę  tego,  co  mówisz,  to  natychmiast 

wystąpiłabyś przed kamerami. 

-  Myślałam  o  tym  -  przyznała  Nadine.  -  Ale  szkoda  marnować  taki 

materiał  na  zwykłą  relację.  Cholernie  szkoda.  Chcę  zrobić  z  tego  całą 
opowieść, Dallas, wstrząsającą opowieść, dzięki której dostanę Pulitzera, 
Międzynarodową Nagrodę za Wiadomość Roku i parę innych ważnych 
nagród. 

Jej oczy zmieniły się, pociemniały. Już się nie uśmiechała. 
-  Widziałam,  co  ktoś  zrobił  tym  kobietom.  Może  sfilmowanie  tej 

historii  jest  dla  mnie  najważniejsze,  lecz  nie  tylko  to  się  liczy. 
Przycisnęłam dzisiaj Simpsona do muru, przycisnęłam i ciebie. Podobał 
mi  się  sposób,  w  jaki  odpowiadałaś.  Możesz  przyjąć  moją  propozycję 
albo będę działała na własną rękę. Wybieraj. 

Eve  zastanawiała  się.  Minął  ich  sznur  taksówek  oraz  maxibus  z 

warczącym elektrycznym silnikiem. 

-  Zgadzam się.  - Zanim oczy Furst zdążyły rozbłysnąć triumfem, Eve 

ostrzegła  ją.  -  Jeśli  popełnisz  oszustwo,  najmniejsze  oszustwo,  jesteś 
skończona. 

- W porządku. 
- Spotkamy się w Blue Squirrel za dwadzieścia minut. 
Goście,  którzy  tego  popołudnia  zebrali  się  w  klubie,  byli  zbyt 

znudzeni,  żeby  zdobyć  się  na  coś  więcej  niż  na  rozmowę  przy  drinku. 
Eve  znalazła  stolik  w  kącie  sali,  zamówiła  Pepsi  Classic  i  spaghetti  z 
warzywami.  Po  chwili  Nadine  zajęła  miejsce  naprzeciw  niej. 
Zdecydowała  się  na  kurczaka  z  frytkami  smażonymi  bez  tłuszczu.  Oto 

background image

dowód,  pomyślała  posępnie  Eve,  ogromnej  różnicy  między  zarobkami 
gliny i reporterki. 

- Co masz? - spytała Eve. 
- Film wart kilkaset tysięcy słów. - Nadine wyjęła notebook z torebki - 

czerwonej skórzanej torebki, zauważyła z zazdrością Eve. Miała słabość 
do skóry i jaskrawych kolorów, a rzadko mogła sobie pozwolić na jedno 
i drugie. 

Nadine  włożyła  dyskietkę  i  podała  Ewie  notebook.  Szkoda  nerwów, 

doszła do wniosku Eve, gdy na ekranie pojawił się jej własny raport. W 
zamyśleniu  patrzyła  jak  na  monitorze  przesuwają  się  dane  dotyczące 
Kodu Piątego, oficjalne raporty medyczne, orzeczenia lekarza sądowego. 
Wyłączyła  komputer,  gdy  pokazała  się  scena  zabójstwa.  Nie  było 
potrzeby oglądania zwłok przy jedzeniu. 

-  Czy  wszystko  się  zgadza?  -  Nadine  spytała  Ewę,  gdy  ta  oddała  jej 

notebook. 

- Zgadza się. 
-  Więc  ten  facet  jest  jakimś  zwariowanym  miłośnikiem  broni, 

ekspertem  od  systemów  zabezpieczających,  a  poza  tym  stale  odwiedza 
swoich kolegów. 

- Dowody na to wskazują. 
- Czy udało ci się nakreślić jego sylwetkę? 
- Jak widać nie do końca. 
Nadine poczekała, aż jedzenie zostanie podane. 
-  Na  pewno  wywierany  jest  na  ciebie  nacisk  polityczny  -  zginęła 

sławna DeBlass. 

- Nie bawię się w politykę. 
-  Twój  szef  się  bawi.  -  Nadine  odgryzła  kawałek  kurczaka.  Eve 

uśmiechnęła  się  złośliwie,  gdy  grymas  niezadowolenia  pojawił  się  na 
twarzy dziennikarki. - Jezu, co za paskudztwo. - Ze spokojem zajęła się 
jedzeniem  frytek.  -  Nie  jest  tajemnicą,  że  tego  lata  DeBlass  będzie  się 
ubiegał  o  nominację  na  kandydata  na  prezydenta  z  ramienia  Partii 
Konserwatywnej.  Ani  to,  że  ten  dupek  Simpson  stara  się  o  fotel 
gubernatora.  Biorąc  pod  uwagę  przedstawienie,  jakie  dzisiaj  urządził, 
wygląda na to, że chce wszystko ukryć. 

- Oficjalnie nie ma związku między tymi dwiema sprawami. Ale to, co 

powiedziałam o równości, było szczere. Nadine, nie obchodzi mnie, kim 
jest dziadek Sharon DeBlass. Zamierzam znaleźć faceta, który ją zabił. 

- A kiedy go znajdziesz, to czy będzie sądzony za oba zabójstwa, czy 

tylko Loli Starr? 

background image

-  To  będzie  zależało  od  prokuratora.  Osobiście  gówno  mnie  to 

obchodzi, o ile zawiśnie na szubienicy. 

-  Na  tym  polega  różnica  między  nami,  Dallas.  -  Nadine  machnęła 

frytką, po czym ją ugryzła. - Ja chcę, żeby prawda wyszła na jaw. Kiedy 
go złapiesz, a ja opiszę całą historię, prokurator nie będzie miał wyboru. 
W rezultacie DeBlass będzie bardzo zajęty przez parę miesięcy. 

- No i kto tu bawi się w politykę?  
Nadine uniosła ramię. 
-  Hej,  ja  tylko  opisuję  tę  historię,  ja  jej  nie  tworzę.  A  jest  w  niej 

wszystko. Seks, przemoc, pieniądze. Fakt, że wmieszane jest w nią takie 
nazwisko jak Roarke, tylko zwiększy zainteresowanie czytelników. 

Eve bardzo wolno przełknęła makaron. 
- Nie ma dowodu na to, że Roarke ma związek z tymi zbrodniami. 
-  Znał  DeBlass,  jest  przyjacielem  rodziny.  Chryste,  jest  właścicielem 

budynku, w którym Sharon została zabita. Ma jedną z najwspanialszych 
na świecie kolekcji broni i krążą plotki, że jest zawołanym strzelcem. 

Eve podniosła do ust szklankę z Pepsi. 
- Nie stwierdzono, że broń użyta przez mordercę była jego własnością. 

Poza tym, nie utrzymywał kontaktów z Lola Starr. 

-  Może  i  nie.  Ale  powszechnie  wiadomo,  że  w  przeszłości  poważnie 

się  poróżnił  z  senatorem.  Ten  człowiek  ma  lód  zamiast  serca  -  dodała 
wzruszając ramionami. - Myślę, że byłby w stanie zamordować z zimną 
krwią  parę  osób.  Ale...  -  Przerwała,  by  się  napić.  -  Ma  także  fioła  na 
punkcie  prywatności.  Trudno  sobie  wyobrazić,  żeby  przechwalał  się 
swymi morderstwami, wysyłając dyskietki do dziennikarzy. Ten, kto to 
robi,  pragnie  rozgłosu  tak  samo  mocno,  jak  pragnie  uciec  przed 
sprawiedliwością. 

Ciekawa teoria. - Eve miała dość. Męczył ją narastający ból głowy i 

czuła, że makaron jej nie posłużył. Wstała, pochyliła się nad stolikiem, 
przybliżając  twarz  do  twarzy  Nadine.  -  Podsunę  ci  jeszcze  jedną, 
wysnutą  przez  glinę.  Chcesz  wiedzieć,  kto  jest  twoim  informatorem, 
Nadine? 

Jej oczy rozbłysły z ciekawości. 
- Chcę, do jasnej cholery. 
- Twoim informatorem jest zabójca.  - Eve  zamilkła, widząc, jak oczy 

Nadine  pochmurnieją.  -  Na  twoim  miejscu  uważałabym  na  siebie, 
przyjaciółko. 

background image

Eve  odeszła  od  stolika  i  skierowała  się  za  kulisy.  Miała  nadzieję,  że 

Mavis  będzie  w  wąskim  pokoiku,  który  służył  jej  za  garderobę.  Czuła 
potrzebę pogadania z kimś bliskim. 

Eve  zastała  ją  leżącą  pod  kocem  i  wycierającą  nos  w  postrzępioną 

chusteczkę higieniczną. 

- Cholernie się przeziębiłam. - Mavis spojrzała na nią wściekle swymi 

zapuchniętymi  oczami  i  dmuchnęła  w  chusteczkę  niczym  w  róg.  - 
Musiałam  zwariować,  żeby  w  tym  pieprzonym  obrzydliwym  lutym 
chodzić przez dwanaście godzin zupełnie nago, jeśli nie brać pod uwagę 
tego pieprzonego malunku. 

Eve na wszelki wypadek trzymała się od niej z daleka. 
- Bierzesz coś? 
-  Biorę  wszystko.  -  Wskazała  ręką  blat  stołu,  na  którym  walały  się 

sprzedawane bez recepty lekarstwa oraz próbki kosmetyków.  - To jakiś 
pieprzony  farmaceutyczny  spisek,  Dallas.  Zlikwidowaliśmy  niemal 
wszystkie  znane  zarazy,  choroby  i  infekcje.  Och,  co  jakiś  czas 
nadziewamy się na coś nowego, żeby dać naukowcom jakąś robotę. Ale 
żaden z tych bystrookich lekarzy, żaden z tych medycznych komputerów 
nie może znaleźć leku na zwykły pieprzony katar. Wiesz dlaczego? 

Eve  nie  mogła  stłumić  uśmiechu.  Poczekała  cierpliwie,  aż  Mavis 

przestanie wycierać nos. 

- Dlaczego? 
-  Ponieważ  towarzystwa  farmaceutyczne  muszą  zarabiać.  Wiesz,  ile 

kosztują  te  cholerne  tabletki  na  katar?  Taniej  byś  zapłaciła  za  zastrzyk 
przeciwnowotworowy. Przysięgam. 

-  Możesz  iść  do  lekarza,  dostać  jakiś  lek  na  receptę,  który  złagodzi 

objawy. 

- Już go dostałam. To cholerstwo działa tylko przez osiem godzin, a ja 

mam występ dziś wieczorem. Muszę czekać do siódmej, żeby to przyjąć. 

- Powinnaś być w domu i leżeć w łóżku. 
-  Przeprowadzają  dezynsekcję  budynku.  Jakiś  mądrala  powiedział,  że 

widział  karalucha.  -  Znowu  wytarła  nos,  po  czym  popatrzyła 
podejrzliwie na Ewę spod nie umalowanych rzęs. - Co tu robisz? 

- Załatwiam sprawy zawodowe. Słuchaj, odpocznij trochę. Później się 

zobaczymy. 

- Nie, zostań. Umieram z nudów. - Sięgnęła po butelkę z obrzydliwie 

wyglądającym  różowym  płynem,  który  wlała  sobie  do  gardła.  -  Hej, 
ładna koszula. Dostałaś nagrodę czy coś w tym stylu? 

- Coś w tym stylu. 

background image

-  Siadaj.  Miałam  do  ciebie  zadzwonić,  lecz  byłam  zbyt  zajęta 

zrywaniem sobie płuc. To Roarke przyszedł do naszego fantastycznego 
klubu wczoraj wieczorem, prawda? 

- Tak, Roarke. 
-  Mało  nie  zemdlałam,  kiedy  podszedł  do  twojego  stolika.  Co  to  za 

historia? Pomagasz mu zorganizować ochronę czy co? 

-  Spałam  z  nim  -  wygadała  się  Eve,  na  co  Mavis  odpowiedziała 

atakiem gwałtownego kaszlu. 

-  Ty  i  Roarke.  -  Z  załzawionymi  oczami  sięgnęła  po  kolejną 

chusteczkę;  -  Jezu,  Ewo,  ty  nigdy  z  nikim  nie  śpisz.  Chcesz  mi 
powiedzieć, że spałaś z Roarke'em? 

- Niezupełnie. Nie spaliśmy.  
Mavis jęknęła. 
- Nie spałaś. Jak długo?  
Eve wzruszyła ramieniem. 
Nie wiem. Spędziłam u niego noc. Jakieś osiem, dziewięć godzin. 
- Godzin. - Mavis wzdrygnęła się lekko. - I po prostu się kochaliście? 
- Głównie. 
-  Jest  dobry?  Głupie  pytanie  -  powiedziała  szybko.  -  Inaczej  byś  nie 

została.  Och,  Ewo,  co  cię  tak  wzięło,  poza  jego  niewiarygodnie 
energicznym kutasem? 

-  Nie  wiem.  To  było  głupie.  -  Przeczesała  palcami  włosy.  -  Nigdy 

przedtem tak nie było. Nie sądziłam, że tak może być - że ja mogę tyle 
czuć. Po prostu to nigdy nie było dla mnie ważne, i nagle - trach. 

- Cudownie. - Mavis wysunęła rękę spod koca i ścisnęła wyprostowane 

palce  Ewy.  -  Przez  całe  życie  blokowałaś  normalne  ludzkie  potrzeby  z 
powodu przejść, które ledwo pamiętasz. Po prostu ktoś pomógł ci z tym 
skończyć. Powinnaś być szczęśliwa. 

- To mu daje nade mną przewagę, prawda? 
- Och, to bzdury. - Mavis przerwała przyjaciółce. - Seks nie musi być 

manifestacją siły. I nie musi być karą, do cholery. Powinien być zabawą. 
A czasami, gdy się ma szczęście, seks dostarcza zupełnie wyjątkowych 
wrażeń. 

-  Możliwe.  -  Zamknęła  oczy.  -  Och,  Mavis,  moja  kariera  wisi  na 

włosku. 

- O czym ty gadasz? 
- Roarke jest zamieszany w sprawę, nad którą pracuję. 
-  Cholera!  -  Musiała  zrobić  przerwę  na  wytarcie  nosa.  -  Chyba  nie 

musisz go aresztować? 

background image

-  Nie.  -  Po  czym  dodała  z  większą  emfazą.  -  Nie,  ale jeśli nie  znajdę 

szybko  winnego,  wyrzucą  mnie.  Będę  skończona.  Ktoś  mnie 
wykorzystuje, Mavis. - Jej oczy znowu nabrały ostrego wyrazu.  - Chcą, 
by moje działania szły w określonym kierunku. Nie wiem dlaczego. Jeśli 
się tego nie dowiem, będzie mnie to kosztowało utratę wszystkiego, co 
mam. 

-  Zatem  będziesz  musiała  się  dowiedzieć,  prawda?  -  Mavis  ścisnęła 

palce Ewy. 

Dowie się, Eve obiecała sobie w duchu. Było już po dziesiątej wieczór, 

kiedy weszła do hallu swego budynku. Jeśli w tym momencie nie chciało 
jej  się  myśleć,  to  nie  było  to  zbrodnią.  Musiała  przełknąć  reprymendę, 
jaką  dostała  od  szefa  policji  za  to,  że  zmieniła  oficjalne  oświadczenie 
podczas konferencji prasowej. 

Nieoficjalne poparcie komendanta nie zmniejszyło jej niepokoju. 
Kiedy  weszła  do  mieszkania,  sprawdziła  wiadomości  przesłane  jej 

przez  Internet.  Wiedziała,  że  łudzenie  się  nadzieją,  iż  znajdzie 
wiadomość od Roarke'a, była głupotą. 

Nic od niego nie było. Ale to, co znalazła, przejęło ją grozą. 
Materiał  filmowy  był  przesłany  przez  anonimowego  nadawcę  z 

jakiegoś miejsca publicznego. Mała dziewczynka. Jej ojciec. Krew. 

Po  sposobie  filmowania  Eve  poznała,  że  jest  to  zapis  policyjny 

dokonany  po  to,  by  utrwalić  miejsce  zbrodni  i  usprawiedliwić 
konieczność użycia broni. 

Włączył  się  dźwięk.  Odtworzone  zostały  nagrane  przez  nią  krzyki 

dziecka.  Walenie  do  drzwi.  Ostrzeżenie,  po  którym  nastąpił  cały  ten 
horror. 

-  Ty  skurwielu  -  szepnęła.  -  Nie  złamiesz  mnie  w  ten  sposób.  Nie 

złamiesz mnie, wykorzystując tragedię dziecka. 

Ale  jej  palce  drżały,  gdy  wyjmowała  dyskietkę.  I  trzęsła  się,  kiedy 

rozległ się dzwonek interkomu. 

- Kto tam? 
-  Hennessy  z  mieszkania  dwa  -  D.  -  Blada  poważna  twarz  sąsiada  z 

dołu  mignęła  na  ekranie.  -  Przepraszam,  pani  porucznik  Dallas.  Nie 
bardzo wiedziałem, co robić. Właśnie byliśmy w mieszkaniu Finesteina. 
Mamy problem. 

Eve  westchnęła  i  przywołała  na  pamięć  obraz  starszego  małżeństwa. 

Spokojni, życzliwi, namiętnie oglądający telewizję. 

- Jakiś problem? 

background image

- Pan Finestein nie żyje, pani porucznik. Zemdlał w kuchni, gdy jego 

żona  grała  w  mahjongg  z  przyjaciółmi.  Pomyślałem,  że  może  zeszłaby 
pani na dół. 

-  Jasne.  -  Znowu  westchnęła.  -  Zaraz  tam  będę.  Proszę  niczego  nie 

ruszać,  panie  Hennessy,  i  w  miarę  możliwości  nikogo  tam  nie 
wpuszczać. - Z przyzwyczajenia przesłała meldunek; zgłosiła, że zdarzył 
się wypadek i że udaje się na miejsce tragedii. 

W  mieszkaniu  zastała  panią  Finestein,  która  siedziała  na  sofie  w 

salonie, ze splecionymi na podołku drobnymi białymi dłońmi. Jej włosy 
także  były  białe,  okalały  niczym  śnieg  twarz,  która  zaczynała  się 
marszczyć  mimo  stosowania  kremów  opóźniających  starzenie  i 
przeprowadzania kuracji odmładzających. 

Starsza pani uśmiechnęła się łagodnie do Ewy. 
- Przepraszam, że cię niepokoję, moja droga. 
- Wszystko w porządku. Dobrze się pani czuje? 
-  Tak,  dobrze.  -  Jej  łagodne  niebieskie  oczy  spoczęły  na  Ewie.  -  Co 

tydzień gram z dziewczętami. Kiedy wróciłam do domu, znalazłam go w 
kuchni.  Stracił  przytomność  podczas  jedzenia  ciasta  z  kremem.  John 
bardzo  lubił  słodycze.  -  Popatrzyła  na  pana  Hennessy,  który  stał 
przestępując niespokojnie z nogi na nogę.  - Nie bardzo wiedziałam, co 
robić, więc zapukałam do pana Hennessy. 

-  W  porządku.  Proszę  z  nią  zostać  przez  chwilę  -  zwróciła  się  do 

mężczyzny. 

Mieszkanie  było  podobne  do  jej  apartamentu.  Gdyby  nie  nadmiar 

świecidełek i pamiątek, panowałby w nim wzorowy porządek. 

Przy  kuchennym  stole,  po  środku  którego  stał  porcelanowy  wazon  z 

kwiatami, John Finestein stracił życie i niemało ze swej godności. 

Siedział z twarzą wbitą w puszystą kremową masę. Eve wzięła go za 

rękę, lecz nie wyczuła tętna. Jego ciało było znacznie oziębione. Na oko 
ustaliła, że śmierć nastąpiła o pierwszej piętnaście; oczywiście mogła się 
pomylić o kilkanaście minut. 

- Joseph Finestein  - wyrecytowała sumiennie.  - Mężczyzna, dokładny 

wiek sto piętnaście lat. Nie ma śladów włamania, nie ma śladów użycia 
siły. Nie ma żadnych śladów na ciele. 

Pochyliła się nad zwłokami, popatrzyła w wybałuszone ze zdziwienia 

oczy,  powąchała  ciasto.  Po  zrobieniu  wstępnych  notatek,  wróciła  -  ku 
radości  Hennessy'ego  -  do  salonu  i  przesłuchała  wdowę  po 
nieboszczyku. 

background image

Była  już  północ,  kiedy  wczołgała  się  do  łóżka.  Wyczerpanie  dawało 

się  jej  we  znaki  niczym  dokuczliwe  dziecko.  Pragnęła  zapomnieć  o 
wszystkim, tylko o to się modliła. 

Żadnych snów, nakazała swojej podświadomości. Nie może się poddać 

grozy nocy. 

W  chwili,  gdy  zamykała  oczy,  odezwało  się  umieszczone  przy  łóżku 

telełącze. 

-  Niech  cię  piekło  pochłonie,  kimkolwiek  jesteś  -  mruknęła,  po  czym 

posłusznie owinęła nagie ramiona prześcieradłem i włączyła łącze. 

-  Pani  porucznik.  -  Roarke  uśmiechnął  się  do  niej  z  ekranu.  - 

Obudziłem cię? 

- Jeszcze parę minut, a byś to zrobił. - Przesunęła się, gdyż dźwięk był 

nieczysty w związku z zakłóceniami międzyplanetarnymi. 

- Przypuszczam, że bez przeszkód dotarłeś na miejsce. 
-  Owszem.  Było  tylko  małe  opóźnienie  w  transporcie.  Miałem 

nadzieję, że cię złapię, zanim pójdziesz spać. 

- Z jakiegoś szczególnego powodu? 
-  Ponieważ  lubię  na  ciebie  patrzeć.  -  Jego  uśmiech  zgasł,  gdy  na  nią 

spojrzał. - Co się stało, Ewo? 

Od  czego  byś  chciał,  żebym  zaczęła?  -  pomyślała,  lecz  wzruszyła 

ramionami. 

-  Długi  dzień,  zakończony  śmiercią  jednego  z  twoich  lokatorów  przy 

wieczornej przekąsce. Skończył z twarzą w ciastku z kremem. 

-  To  chyba  nie  najgorsza  śmierć.  -  Odwrócił  głowę  i  mruknął  coś  do 

osoby,  która  znajdowała  się  w  pobliżu.  Eve  zobaczyła  kobietę,  która 
szybko przeszła za Roarke'em, po czym zniknęła jej z oczu. 

- Właśnie zwolniłem moją asystentkę - wyjaśnił. - Chciałem być sam, 

kiedy będę cię pytał, czy masz na sobie coś pod tym prześcieradłem. 

Zerknęła w dół, uniosła brew. 
- A sprawiam takie wrażenie? 
Dlaczego go z siebie nie zrzucisz? 
-  Ani  myślę  zaspokajać  twoich  lubieżnych  chuci  podczas  połączenia 

międzyplanetarnego. Puść wodze swej wyobraźni. 

- Właśnie puszczam. Wyobrażam sobie, co z tobą zrobię, kiedy znowu 

będę mógł cię dotknąć. Radzę ci dobrze wypocząć, pani porucznik. 

Chciała się uśmiechnąć, lecz nie mogła. 
- Roarke, musimy porozmawiać, kiedy wrócisz. 
-  To  także  możemy  zrobić.  Rozmowy  z  tobą  zawsze  uważałem  za 

podniecające, Ewo. Prześpij się trochę. 

background image

- Dobrze. Do zobaczenia, Roarke. 
- Myśl o mnie, Ewo. 
Gdy  zakończył  nadawanie,  długo  siedział  samotnie,  wpatrując  się  w 

zamyśleniu w zgaszony monitor. Coś było w jej oczach, pomyślał. Teraz 
je znał, potrafił dostrzec uczucia, jakie skrywały. 

Coś ją martwiło. 
Przekręciwszy krzesło, popatrzył na gwiazdy wypełniające przestrzeń 

międzyplanetarną. Przebywała tak daleko od niego, że mógł o niej tylko 
myśleć. 

I  jeszcze  raz  zadać  sobie  pytanie,  dlaczego  tak  bardzo  mu  na  niej 

zależy. 

background image

13 
 
Eve była zawiedziona po przejrzeniu raportu z poszukiwań bankowej 

skrytki  Sharon  DeBlass.  Nie  figuruje  w  rejestrze,  nie  figuruje  w 
rejestrze, nie figuruje w rejestrze. 

Niczego  nie  znaleziono  w  Nowym  Jorku,  New  Jersey,  Connecticut. 

Ani we Wschodnim Waszyngtonie czy Wirginii. 

Gdzieś  musiała  ją  wynająć,  pomyślała  Eve.  Miała  pamiętniki  i 

trzymała je schowane w miejscu, do którego miała szybki i bezpieczny 
dostęp. 

Eve  była  przekonana,  że  w  tych  pamiętnikach  kryje  się  motyw 

morderstwa. 

Nie  chcąc  wciągać  Feeneya  w  kolejne,  zakrojone  na  dużą  skalę 

poszukiwania,  sama  się  nimi  zajęła,  zaczynając  od  Pensylwanii, 
przesuwając się coraz bardziej na północny zachód w kierunku granicy 
kanadyjskiej.  Zajęło  jej  to  co  prawda  dwa  razy  więcej  czasu  niż 
Feeneyowi, ale niczego nie znalazła. 

Zmieniła więc kierunek na południowy, doszła do Maryland i Florydy. 

Maszyna  zaczęła  głośno  sapać  z  przepracowania.  Eve  rzuciła  jej 
burkliwe  ostrzeżenie  i  walnęła  w  pulpit.  Przysięgła,  że  zaryzykuje 
złożenie  zamówienia  na  nowe  urządzenie,  jeśli  to  wytrzyma  do  końca 
poszukiwań. 

Powodowana  raczej  uporem  niż  nadzieją,  przejrzała  banki  na 

Środkowym Zachodzie, kierując się w stronę Gór Skalistych. 

Byłaś za sprytna, pomyślała Eve, gdy błysnęły negatywne rezultaty. Za 

sprytna  dla  własnego  dobra.  Nie  wyjechałabyś  z  kraju  ani  nie 
przeniosłabyś się na inną planetę, gdyż przy każdej podróży musiałabyś 
się  poddać  kontroli  celnej.  Po  co  jeździć  daleko,  narażać  się  na 
konieczność  korzystania  ze  środków  transportu  i  dworców?  Pewnie 
chciałaś mieć nieograniczony dostęp do swoich skarbów. 

Jeśli  twoja  matka  wiedziała,  że  przechowujesz  pamiętniki,  inni  też 

mogli to wiedzieć. Ciągle się nimi przechwalałaś, bo lubiłaś denerwować 
ludzi. I wiedziałaś, że są dobrze ukryte. 

Ale blisko, cholera, pomyślała Eve, zamykając oczy, by całkowicie się 

skoncentrować  na  kobiecie,  którą  już  tak  dobrze  znała.  Wystarczająco 
blisko,  byś  czuła  się  silna,  wykorzystywała  swoją  władzę,  bawiła  się 
ludźmi. 

Nie  było  to  na  tyle  proste,  by  ktoś  je  wykrył,  zyskał  do  nich  dostęp, 

zepsuł ci zabawę. Wynajęłaś skrytkę pod fałszywym nazwiskiem - tak na 

background image

wszelki  wypadek.  A  jeśli  byłaś  wystarczająco  mądra,  by  występować 
pod  przybranym  nazwiskiem,  to  na  pewno  pod  takim,  które  było  ci 
znajome. Które by ci się nie myliło. 

To takie proste, pomyślała Eve, wystukując nazwisko Sharon Banister. 

Takie proste, że oboje z Feneeyem to przeoczyli. 

Strzałem  w  dziesiątkę  okazał  się  Brinkstone  International  Bank  i 

Finance w Newark w stanie New Jersey. 

Sharon  Banister  miała  tam  nie  tylko  skrytkę  depozytową,  ale  także 

rachunek w biurze maklerskim opiewający na sumę 326,000.85 dolarów. 

Spoglądając  z  szerokim  uśmiechem  na  ekran,  połączyła  się  z  biurem 

pełnomocnika. 

- Potrzebne mi upoważnienie - oświadczyła. 
Trzy godziny później wróciła do biura komendanta Whitneya, starając 

się nie zgrzytać zębami. 

-  Ma  gdzieś  jeszcze  jedną  skrytkę  -  upierała  się  Eve.  -  I  w  niej  są 

pamiętniki. 

- Nikt ci nie zabrania jej szukać, Dallas. 
- Dobrze, bardzo dobrze. - Kręciła się jak fryga po pokoju. Rozpierała 

ją  energia,  czuła  potrzebę  działania.  -  Co  z  tym  zrobimy?  -  Machnęła 
ręką  w  kierunku  pliku  papierów,  który  leżał  na  jego  biurku.  -  Ma  pan 
dyskietkę, którą zabrałam ze skrytki depozytowej, oraz zrobiony przeze 
mnie  wydruk.  Wszystko  tu  jest,  panie  komendancie.  Lista 
szantażowanych  osób:  nazwiska  oraz  wpłacane  przez  nich  sumy. 
Nazwisko Simpsona - zapisane starannie w kolejności alfabetycznej - też 
na niej figuruje. 

- Umiem czytać, Dallas. - Stłumił chęć rozmasowania zesztywniałego 

karku. - Szef nie jest jedynym człowiekiem w mieście, a tym bardziej w 
kraju, noszącym nazwisko Simpson. 

- To on. - Pieniła się z wściekłości, a nie miała się gdzie wyładować. - 

Oboje  o  tym  wiemy.  Na  tej  liście  jest  też  parę  innych  ciekawych 
nazwisk.  Senator,  biskup  katolicki,  szanowany  przywódca  Organizacji 
Kobiet, dwóch wysoko postawionych gliniarzy i były wiceprezes... 

-  Widzę,  co  to  za  nazwiska  -  przerwał  jej  Whitney.  -  Zdajesz  sobie 

sprawę  ze  swej  sytuacji,  Dallas,  i  z  ewentualnych  konsekwencji?  - 
Podniósł  rękę,  by  ją  uciszyć.  -  Kilka  kolumn  nazwisk  i  cyfr  nic  nie 
znaczy.  Jeśli  te  informacje  wydostaną  się  z  tego  biura,  to  będziesz 
skończona. Śledztwo także zostanie zamknięte. Tego chcesz? 

- Nie, sir. 

background image

-  Zdobądź  pamiętniki,  znajdź  związek  między  Sharon  DeBlass i  Lola 

Starr, a wtedy zobaczymy, co z tym wszystkim zrobić. 

- Simpson jest nieuczciwy. - Pochyliła się nad biurkiem. - Znał Sharon 

DeBlass;  był  szantażowany.  I  staje  na  głowie,  by  zakwestionować 
wiarygodność śledztwa. 

-  Zatem  będziemy  musieli  bliżej  mu  się  przyjrzeć,  nieprawdaż?  - 

Whitney włożył dyskietkę i wydruk do zamykanej na klucz skrzynki.  - 
Nikt nie wie, co tu mamy, Dallas. Nawet Feeney. Czy to jasne? 

-  Tak,  sir.  -  Wiedząc,  że  to  musi  jej  wystarczyć,  ruszyła  w  stronę 

drzwi. - Panie komendancie, chciałam zauważyć, że na tej liście brakuje 
wielu nazwisk. Nie ma na niej Roarke'a. 

Whitney poszukał wzrokiem jej oczu i kiwnął głową. 
- Jak powiedziałem, Dallas, umiem czytać. 
Kiedy  wróciła  do  swego  biura,  lampka  sygnalizująca  nowe 

wiadomości  świeciła  przerywanym  światłem.  Gdy  sprawdziła  swoją 
pocztę internetową, okazało się, że były do niej dwa telefony od lekarza 
sądowego. Nie zwlekając oddzwoniła do niego. 

-  Zrobiłem  już  wszystkie  badania  zwłok  twojego  sąsiada,  Dallas. 

Trafiłaś w dziesiątkę. 

- Do diabła! - Przebiegła palcami po twarzy. - Prześlij mi wyniki. 
 
Gdy  Hetta  Finestein  otworzyła  drzwi,  rozszedł  się  zapach  saszetki  z 

lawendą oraz pieczonego chleba. 

- Porucznik Dallas. 
Uśmiechnęła  się  swoim  cichym  uśmiechem  i  cofnęła  się  zapraszając 

Ewę  do  środka.  W  mieszkaniu  telewizor  był  nastawiony  na  swobodny 
talk  -  show,  podczas  którego  osoby  oglądające  go  w  domu  mogły  się 
włączyć  i  przekazać  do studia obrazy  holograficzne swoich  postaci,  by 
wzajemne oddziaływanie było pełniejsze. Tematem dyskusji była chyba 
podwyżka pensji dla zawodowych matek. Właśnie w tym momencie na 
ekranie widać było tłumy dzieci i kobiet w różnym wieku, wyrażających 
różne opinie. 

-  Jak  to  miło,  że  pani  mnie  odwiedziła.  Mam  dzisiaj  tak  wielu  gości. 

To dla mnie prawdziwa pociecha. Poczęstuje się pani ciasteczkiem? 

- Chętnie - odrzekła Eve i poczuła się jak ostatnia świnia. - Prowadziła 

pani z mężem cukiernię? 

- Och, tak. - Jej głos dobiegł z kuchni wraz z odgłosami krzątaniny.  - 

Zrezygnowaliśmy z tego zaledwie parę lat temu. Dobrze nam szło. Wie 

background image

pani,  ludzie  lubią  prawdziwe  domowe  wypieki.  A  umiem  piec  dobre 
placki i ciastka, jeśli mogę tak o sobie powiedzieć. 

- Dużo pani piecze w domu? 
Hetta weszła z tacą złocistych ciasteczek. 
-  To  jedno  z  moich  ulubionych  zajęć.  Zbyt  wiele  osób  nigdy  nie 

rozkoszowało  się  smakiem  upieczonego  w  domu  ciasta.  Tyle  dzieci 
nigdy  nie  spróbowało  prawdziwego  cukru.  Domowe  wypieki  .są 
potwornie  kosztowne,  ale  warte  tych  pieniędzy.  Eve  skosztowała 
ciasteczko i musiała przyznać gospodyni rację. 

- Domyślam się, że to pani upiekła ciastko, przy jedzeniu którego mąż 

zmarł. 

- W moim domu nie znajdzie pani kawałka kupnego czy zrobionego z 

torebki  ciasta  -  odparła  z  dumą  Hetta.  -  To  prawda,  że  John  pożerał 
wszystko,  gdy  tylko  wyjęłam  blaszkę  z  piecyka.  Żaden  automatyczny 
kuchmistrz nie zastąpi talentu i pomysłowości dobrego piekarza. 

- Zatem upiekła pani to ciastko, pani Finestein.  
Kobieta zamrugała oczami, spuściła rzęsy. 
- Owszem. 
- Pani Finestein, czy pani wie, co zabiło pani męża? 
-  Owszem.  -  Uśmiechnęła  się  łagodnie.  -  Obżarstwo.  Powiedziałam 

mu,  żeby  tego  nie  jadł.  Uprzedzałam  go,  żeby  tego  nie  jadł. 
Powiedziałam,  że  to  jest  dla  pani  Hennessy,  która  mieszka  po  drugiej 
strome korytarza. 

- Pani Hennessy. - Ta wiadomość wstrząsnęła nią. - Pani… 
-  Oczywiście,  i  tak  wiedziałam,  że  je  zje.  Pod  tym  względem  był 

okropnie samolubny. 

Eve odchrząknęła. 
- Czy mogłybyśmy wyłączyć ten program? 
- Hmm? Och, przepraszam. - Gospodyni poklepała się z zakłopotaniem 

po  policzkach.  -  To  takie  niegrzeczne  z  mojej  strony.  Jestem  tak 
przyzwyczajona,  że  telewizor  gra  przez  cały  dzień,  iż  nawet  tego  nie 
zauważam. Już wyłączam obraz. 

- I głośność - powiedziała cierpliwie Eve. 
-  Oczywiście.  -  Hetta  potrząsnęła  potulnie  głową,  gdy  jej  się  to  nie 

udało. - Ciągle sprawia mi to kłopoty, odkąd przełączyliśmy się z pilota 
na głos. Dźwięk wyłączony, proszę. Tak, tak lepiej, prawda? 

Ta  kobieta  umiała  upiec trujące  ciastko,  a  nie  może  sobie poradzić  z 

własnym telewizorem, pomyślała Eve. Tak bywa. 

background image

-  Pani  Finestein,  nie  chcę,  żeby  pani  więcej  mówiła,  dopóki  nie 

odczytam pani przysługujących jej praw. Dopóki nie upewni się pani, że 
je  rozumie.  Nie  musi  pani  składać  żadnych  oświadczeń  -  zaczęła  Eve, 
podczas  gdy  Hetta  nadal  uśmiechała  się  łagodnie.  Hetta  poczekała,  aż 
cała formułka zostanie jej odczytana. 

- Nie oczekiwałam, że mi się to upiecze. Naprawdę. 
- Że co się pani upiecze, pani Finestein? 
-  Otrucie  męża.  Chociaż...  -  Zacisnęła  usta  jak  dziecko.  -  Mój  wnuk 

jest prawnikiem - bardzo mądry chłopak. Chyba mi powiedział, że skoro 
zabroniłam  Joemu,  bardzo  wyraźnie  mu  zabroniłam,  zjedzenia  tego 
ciastka, to już jest bardziej jego wina niż moja. 

-  Pani  Finestein,  chce  mi  pani  powiedzieć,  że  dodała  pani  do  ciasta 

cyjanek z zamiarem zabicia swego męża? 

-  Nie,  moja  droga.  Powiadam,  że  dodałam  cyjanek  oraz  dodatkową 

ilość  cukru  do  ciastka  i  powiedziałam  mojemu  mężowi,  żeby  go  nie 
ruszał. Joe - rzekłam. - Możesz co najwyżej je powąchać. Jest zupełnie 
wyjątkowe i upiekłam je nie dla ciebie. Słyszysz mnie, Joe? 

Hetta znowu się uśmiechnęła. 
-  Powiedział,  że  dobrze  mnie słyszy,  a  potem,  tuż  przed  wyjściem  na 

spotkanie z dziewczętami, jeszcze raz mu to powtórzyłam, dla pewności. 
“Mówię poważnie, Joe. Nie ruszaj tego ciasta.” Spodziewałam się, że je 
zje, ale to już był jego wybór, prawda? Pozwól, że opowiem ci o Joem - 
kontynuowała  ochoczo,  podsuwając  Ewie  tacę  z  ciasteczkami.  Kiedy 
Eve się zawahała, wybuchła wesołym śmiechem. - Och, moja droga, te 
możesz  bezpiecznie  jeść.  Właśnie  dałam  ich  całą  garść  temu  miłemu 
chłopcu z góry. 

By  udowodnić,  że  mówi  prawdę,  sama  wzięła  ciasteczko  i  ugryzła 

kawałek. 

-  O  czym  to  mówiłam?  Ach,  tak,  o  Joem.  Wiesz,  był  moim  drugim 

mężem. W kwietniu obchodzilibyśmy złote gody. Był niezłym partnerem 
i  całkiem  dobrym  piekarzem.  Niektórzy  mężczyźni  nigdy  nie  powinni 
przechodzić na emeryturę. Przez parę ostatnich lat był bardzo trudny we 
współżyciu.  Cały  czas  się  złościł  i  narzekał,  ciągle  mnie  krytykował.  I 
nigdy  nic  nie  upiekł.  Co  nie  znaczy,  że  mógł  przejść  obok  placka  z 
migdałami, nie zżerając go do ostatniego okruszka. 

Ponieważ wydawało się to całkiem sensowne, Eve odczekała chwilę. 
- Pani Feinstein, czy otruła go pani dlatego, że jadł za dużo?  
Hetta wydęła policzki. 

background image

-  Tak  to  wygląda.  Lecz  przyczyny  są  o  wiele  głębsze.  Jesteś  taka 

młoda, moja droga, i nie masz rodziny, prawda? 

- Nie. 
-  Rodzina  jest  źródłem  radości  i  źródłem  zdenerwowania.  Żaden 

człowiek  z  zewnątrz  nie  zrozumie,  co  dzieje  się  w  zaciszu  czyjegoś 
domu.  Joe  nie  był  człowiekiem  łatwym  we  współżyciu  i  obawiam  się, 
choć przykro  mi  mówić źle o zmarłym, że nabrał brzydkich nawyków. 
Znajdował prawdziwą przyjemność w denerwowaniu mnie, w psuciu mi 
moich  małych  przyjemności.  Nie  szukając  daleko,  w  zeszłym  miesiącu 
specjalnie zjadł połowę Słodkiej Wieży Przyjemności, którą upiekłam na 
Międzynarodowy  Konkurs  Betty  Crocker.  Potem  mi  powiedział,  że 
ciasto było zbyt suche.  -  Obruszyła się na wspomnienie tej zniewagi.  - 
Możesz to sobie wyobrazić? 

- Nie - powiedziała Eve słabo. - Nie mogę. 
-  Cóż,  zrobił  to  tylko  po  to,  żeby  doprowadzić  mnie  do  szału.  W  ten 

sposób  okazywał  swoją  siłę.  Więc  upiekłam  ciasto,  powiedziałam  mu, 
żeby go nie ruszał, i poszłam zagrać w mahjongg z dziewczętami. Wcale 
się  nie  zdziwiłam,  że  mnie  nie  posłuchał.  Wiesz,  był  obżartuchem.  - 
Machnęła ręką, w której trzymała ciasteczko, zanim dokończyła je jeść. - 
Obżarstwo  to  jeden  z  siedmiu  grzechów  głównych.  To  wydaje  się 
sprawiedliwe, że umarł bo popełnił grzech. Na pewno nie masz ochoty 
na jeszcze jedno ciasteczko? 

Świat  musiał  oszaleć,  doszła  do  wniosku  Eve,  skoro  stare  kobiety 

dokładają trucizny do ciastek z kremem. A Hetta, ze swoim spokojnym, 
staroświeckim  sposobem  bycia  dobrodusznej  babuni,  pewnie  uniknie 
kary. 

Jeśli ją skażą, dostanie pracę w kuchni i będzie z radością piekła ciasta 

dla swoich nowych przyjaciółek. 

Eve złożyła meldunek, zjadła w pośpiechu obiad w stołówce, po czym 

wróciła  do  pracy  nad  poszlaką,  która  wciąż  budziła  w  niej  gniewne 
uczucia. 

Sprawdziła zaledwie połowę nowojorskich banków, kiedy uruchomiło 

się telełącze. 

- Słucham, Dallas. 
W odpowiedzi na jej ekranie pojawił się obraz. Ciało martwej kobiety, 

ułożone w znajomy sposób na przesiąkniętym krwią prześcieradle. 

TRZECIA Z SZEŚCIU 
Popatrzyła  na  wiadomość  umieszczoną  na  ciele  i  rzuciła  gniewnie 

komputerowi: 

background image

-  Odszukaj  adres.  Natychmiast,  do  jasnej  cholery.  Gdy  komputer 

spełnił jej polecenie, wydała rozkaz. 

-  Dallas,  porucznik,  Eve,  NI  5347BQ.  Priorytet  A.  Jakiekolwiek 

dostępne  jednostki  mają  się  udać  na  Osiemdziesiątą  Dziewiątą 
Zachodnią  numer  sto  pięćdziesiąt  sześć.  Czekać  na  zewnątrz.  Po-
wtarzam,  czekać  na  zewnątrz.  Zatrzymać  każdego  wychodzącego  z 
budynku.  Nikt  nie  może  wejść  do  mieszkania,  ani  cywil,  ani 
mundurowy. Przewidywany czas mojego przybycia dziesięć minut. 

- Powtarzam, Dallas, porucznik, Eve. - Pełniący służbę android mówił 

powolnym  obojętnym  głosem.  -  Jednostki  pięć  -  zero  i  trzy  -  sześć 
zgłaszają się na wezwanie. Będą czekały na wasze przybycie. Priorytet 
A. Rozkaz wykonany. 

Chwyciła torebkę, teczkę i wyszła. 
Eve weszła do mieszkania sama, trzymając w ręku gotową do strzału 

broń.  Salon  był  starannie  utrzymany,  a  dzięki  wygodnej,  wyłożonej 
grubymi poduchami kanapie i ozdobnym dywanikom wydawał się nawet 
przytulny.  Na  sofie  leżała  książka,  na  jednej  z  poduch  widoczne  było 
lekkie wgniecenie, świadczące o tym, że ktoś leżał tu zwinięty w kłębek 
i  czytał.  Eve  patrzyła  na  to  przez  chwilę,  po  czym  przesunęła  się  do 
następnych drzwi. 

Mały  pokoik  urządzony  był jak  biuro;  stolik  do  pracy  utrzymany  był 

we wzorowym porządku, stało na nim tylko kilka osobistych drobiazgów 
-  koszyczek  z  perfumowanymi  jedwabnymi  kwiatkami,  miseczka  z 
kolorowymi galaretkami, błyszczący biały kubek ozdobiony czerwonym 
sercem. 

Biurko  stało  naprzeciw  okna  wychodzącego  na  boczną  ścianę 

sąsiedniego  budynku,  ale  nikt  nie  zawracał  sobie  głowy  zakładaniem 
specjalnych  osłon.  Jedną  ze  ścian  zdobiła  jasna  półka,  na  której  stało 
kilka  książek,  duże  pudełko  na  dyskietki,  drugie  na  wiadomości 
przekazywane  przez  internet,  a  także  mały  zbiór  kosztownych 
grafitowych  ołówków  i  wyprodukowanych  z  makulatury  bloczków  do 
pisania, które można było legalnie posiadać. Między nimi schowana była 
niekształtna  gliniana  kuleczka,  która  zapewne  miała  być  koniem,  z 
pewnością zrobiona przez dziecko. 

Eve wyszła z pokoju i otworzyła przeciwległe drzwi. 
Wiedziała  czego  się  spodziewać.  Jej  organizm  tym  razem  nie 

zbuntował  się.  Westchnęła  tylko  cicho  i  schowała  broń  do  kabury, 
wiedząc, że jest sam na sam ze zmarłą. Krew wciąż była świeża. 

background image

Przez cienką warstwę ochronną, jaką były pokryte jej ręce, Eve czuła 

ciepłe jeszcze ciało. Nie zdążyło ostygnąć. 

Została  ułożona  na  łóżku,  a  broń  umieszczono  starannie  między  jej 

udami. 

Zdaniem  Ewy  był  to  Ruger  P  dziewięćdziesiąt,  lśniąca  bojowa  broń, 

powszechnie  używana  do  obrony  podczas  Rewolucji  Miejskiej.  Lekka, 
zajmująca mało miejsca i całkowicie zautomatyzowana. 

Tym razem nie użyto tłumika. Eve mogłaby się założyć, że sypialnia 

była dźwiękoszczelna, i że zabójca wiedział o tym. 

Podeszła  do  typowo  kobiecej  okrągłej  komódki,  otworzyła  małą, 

uszytą  z  surowego  płótna  torebkę  -  ostatni  krzyk  mody.  W  środku 
znalazła licencję denatki. 

Piękna  kobieta,  pomyślała.  Miły  uśmiech,  otwarte  spojrzenie, 

oszałamiająca cera, przypominająca kawę ze śmietanką. 

-  Georgie  Castle  -  wyrecytowała  Eve,  rejestrując  dźwięk.  -  Kobieta. 

Wiek  pięćdziesiąt  trzy  lata.  Licencjonowana  prostytutka.  Śmierć 
prawdopodobnie  nastąpiła  między  siódmą  a  siódmą  czterdzieści  pięć 
wieczorem, przyczyna śmierci: rany postrzałowe. Lekarz sądowy musi to 
potwierdzić. Trzy widoczne ślady po kulach: czoło, śródpiersie, narządy 
rodne.  Najprawdopodobniej  zabita  starym  stylowym  rewolwerem 
pozostawionym na miejscu zbrodni. Nie ma śladów walki, włamania czy 
grabieży. 

Usłyszawszy  szmer  za  plecami,  Eve  wyciągnęła  broń.  Przykucnęła  i 

zimnymi,  surowymi  oczami  wypatrzyła  tłustego  szarego  kota,  który 
wślizgnął się do pokoju. 

- Jezu, skąd się tu wziąłeś? - Odetchnęła z ulgą, chowając broń. - Jest 

tu  kot  -  dodała  głośno,  a  kiedy  do  niej  mrugnął,  błyskając  jednym 
złocistym, a drugim zielonym okiem, pochyliła się, by wziąć go na ręce. 

Mruczał  niczym  mały  dobrze  naoliwiony  silniczek.  Wyjęła  swój 

komunikator i wezwała ekipę techniczną. 

Gdy  niedługo  potem  Eve  stała  w  kuchni,  patrząc,  jak  kot  wącha  z 

pewnym  lekceważeniem  znalezioną  przez  nią  miskę  z  jedzeniem, 
usłyszała za drzwiami podniesione głosy. 

Kiedy podeszła sprawdzić, co się dzieje, zobaczyła, że umundurowany 

policjant, którego postawiła na warcie, próbuje zatrzymać rozwścieczoną 
i zdeterminowaną kobietę. 

- O co chodzi? 
-  Pani  porucznik.  -  Funkcjonariusz  z  widoczną  ulgą  zwrócił  się  do 

przełożonej. - Ta obywatelka żąda, żeby ją wpuścić. 

background image

-  Oczywiście,  że  tego  żądam.  -  Jej  doskonale  podcięte  ciemnorude 

włosy falowały i opadały na twarz przy każdym gwałtownym ruchu. - To 
mieszkanie mojej matki. Chcę wiedzieć, co tu robicie. 

- A pani matką jest...? - podpowiedziała Eve. 
-  Pani  Castle.  Pani  Georgie  Castle.  Czy  było  tu  włamanie?  -  Gniew 

przeszedł w niepokój, gdy spróbowała zajrzeć do mieszkania. - Czy z nią 
wszystko w porządku? Z mamą? 

- Proszę ze mną. - Eve chwyciła ją mocno za ramię i wprowadziła do 

kuchni. - Pani nazwisko? 

- Samantha Bennett. 
Kot odszedł od miski i otarł się o nogi Samanthy. Kobieta pochyliła się 

i  podrapała  kota  między  uszami,  co  Eve  uznała  za  mimowolny  i 
instynktowny odruch. 

- Gdzie jest moja matka? - Niepokój Samanthy przeszedł w strach i jej 

głos się zmienił. 

Żaden  z  policyjnych  obowiązków  Ewy  nie  napawał  jej  takim 

przerażeniem,  jak  ten,  który  musiała  teraz  wypełnić,  żaden  aspekt  jej 
pracy nie przeszywał jej serca takim bólem, jaki teraz odczuwała. 

- Przykro mi, pani Bennett. Bardzo mi przykro. Pani matka nie żyje. 
Samantha nic nie powiedziała. Jej oczy, mające ten sam złotawy kolor 

co oczy jej matki, błądziły nerwowo po pokoju. Zanim  zdążyła osunąć 
się na podłogę, Eve posadziła ją na krześle. 

- To pomyłka - wydusiła. - To musi być jakaś pomyłka. Wybieramy się 

do kina. Na szóstą. W każdy wtorek chodzimy do kina. - Popatrzyła na 
Ewę z rozpaczliwą nadzieją w oczach. - Nie mogła umrzeć. Ma dopiero 
pięćdziesiąt parę lat. Jest zdrowa i silna. 

- To nie pomyłka. Przykro mi. 
- Czy to był wypadek? - Łzy popłynęły jej z oczu. - Miała wypadek? 
-  To  nie  był  wypadek.  -  Nie  miała  wyjścia,  musiała  powiedzieć 

prawdę. - Pani matka została zamordowana. 

-  Nie,  to  niemożliwe.  -  Łzy  wciąż  zalewały  jej  twarz.  Spróbowała  je 

powstrzymać,  jednocześnie  kiwając  przecząco  głową.  -  Wszyscy  ją 
lubili. Wszyscy. Nikt by jej nie skrzywdził. Chcę ją zobaczyć. Chcę ją 
natychmiast zobaczyć. 

- Nie mogę pani na to pozwolić. 
To moja matka. - Łzy kapały jej na kolana, nawet gdy podniosła głos. 

- Mam do tego prawo. Chcę zobaczyć moją matkę. 

Eve położyła ręce na ramionach Samanthy, sadzając ją z powrotem na 

krześle, z którego się zerwała. 

background image

-  Nie  zobaczy  jej  pani.  To  jej  nie  pomoże.  Pani  to  też  nie  pomoże. 

Natomiast  odpowie  pani  na  moje  pytania,  bo  to  pomoże  mi  odnaleźć 
człowieka, który jej to zrobił. No dobrze, czy mogę coś dla pani zrobić? 
Zadzwonić do kogoś? 

-  Nie,  nie.  -  Samantha  pogrzebała  w  torebce  w  poszukiwaniu 

chusteczki.  -  Mój  mąż,  moje  dzieci.  Muszę  im  powiedzieć.  Mój  ojciec. 
Jak ja im to powiem? 

- Gdzie jest pański ojciec, Samantho? 
-  Mieszka...  mieszka  w  Westchester.  Rozwiedli  się  jakieś  dwa  lata 

temu.  Zatrzymał  dom,  ponieważ  ona  chciała  przenieść  się  do  miasta. 
Chciała pisać książki. Chciała zostać pisarką. 

Eve obróciła się twarzą do urządzenia filtrującego wodę, nalała pełną 

szklankę i wcisnęła ją Samancie w rękę. 

- Wie pani, jak pańska matka zarabiała na życie? 
-  Tak.  -  Samantha  zacisnęła  usta,  zgniotła  wilgotną  chusteczkę  w 

lodowatych  palcach.  -  Nikt  nie  mógł  jej  tego  wyperswadować.  Za 
każdym  razem  uśmiechała  się  i  mówiła,  że  już  najwyższy  czas,  by 
zrobiła coś szokującego, i że to dostarczy jej wspaniałego materiału do 
książek. Moja matka - Samantha przerwała, by wypić łyk wody - bardzo 
młodo  wyszła  za  mąż.  Parę  lat  temu  powiedziała,  że  musi  się 
przeprowadzić,  poznać  inne  życie.  Tego  też  nie  mogliśmy  jej 
wyperswadować. Nigdy niczego nie można jej było wyperswadować. 

Znowu  zaczęła  płakać;  ukryła  twarz  w  dłoniach,  łkając  cicho.  Eve 

wzięła od niej szklankę, z której prawie nic nie wypiła, i poczekała, aż 
minie pierwszy ból i szok. 

- Czy to był trudny rozwód? Czy pani ojciec był rozgniewany? 
-  Raczej  zdumiony.  Zakłopotany.  Smutny.  Chciał,  żeby  wróciła  i 

zawsze powtarzał, że jest to tylko etap przejściowy w jej życiu. On...  - 
Nagle  pojęła  cel  tego  pytania.  Opuściła  ręce.  -  Nigdy  by  jej  nie 
skrzywdził.  Nigdy,  nigdy,  nigdy.  Kochał  ją.  Każdy  ją  kochał.  Nic  nie 
można było na to poradzić. 

- W porządku. - Tą sprawą Eve zajmie się. później. - Byłyście zżyte z 

matką? 

Tak, bardzo zżyte. 
- Czy rozmawiała z panią o swoich klientach? 
-  Czasami.  Czułam  się  wtedy  zakłopotana,  ale  znalazła  sposób,  by 

przedstawiać  to  wszystko  niesłychanie  zabawnie.  Nazywała  siebie 
Seksowną Babunią i rozśmieszała mnie. 

- Czy kiedykolwiek wspominała, że ktoś budzi jej niepokój? 

background image

- Nie. Umiała obchodzić się z ludźmi. Między innymi na tym polegał 

jej  urok.  Zamierzała  to  robić  tylko  do  chwili  opublikowania  swej 
pierwszej książki. 

- Wymieniła kiedyś nazwisko Sharon DeBlass albo Loli Starr? 
- Nie. - Samantha zaczęła odgarniać włosy z czoła, gdy nagle jej ręką 

zawisła  w  powietrzu.  -  Starr,  Lola  Starr.  Słyszałam  w  wiadomościach. 
Słyszałam  o  niej.  Została  zamordowana.  O  Boże!  O  Boże!  -  Opuściła 
rękę i włosy znowu opadły jej na twarz. 

- Poproszę funkcjonariusza, żeby odwiózł panią do domu, Samantho. 
- Nie mogę wyjść. Nie mogę jej zostawić. 
- Owszem, może pani. Zajmę się nią. - Eve położyła ręce na dłoniach 

Samanthy. - Obiecuję, że się nią zajmę w pani imieniu. Proszę już iść. - 
Pomogła  Samancie  wstać.  Objęła  w  talii  zrozpaczoną  kobietę  i 
zaprowadziła ją do drzwi. Chciała, żeby wyszła, zanim ekipa techniczna 
skończy pracę w sypialni. - Czy pani mąż jest w domu? 

- Tak, z dziećmi. Mamy dwoje dzieci. Dwuletnie i półroczne. Tony jest 

w domu z dziećmi. 

- Dobrze. Jaki jest pani adres? 
Kobieta  wciąż  była  w  szoku.  Eve  miała  nadzieję,  że  apatia,  jaką 

dostrzegła  w  twarzy  Samanthy,  gdy  podawała  adres  w  Westchester, 
pomoże jej przetrwać najtrudniejsze chwile. 

- Banks! 
Tak jest, pani porucznik. 
- Zawieźcie panią Bennett do domu. Wezwę innego funkcjonariusza do 

pełnienia służby przy drzwiach. Zostańcie z rodziną tak długo, jak długo 
będziecie potrzebni. 

-  Tak  jest,  pani  porucznik.  -  Banks  ze  współczuciem  poprowadził 

Samanthę w stronę wind. - Tędy, pani Bennett - mruknął. 

Samantha oparła się całym ciałem o Banksa, jakby była pijana. 
- Zajmie się nią pani? 
Eve popatrzyła w przerażone oczy Samanthy. 
- Obiecuję. 
Godzinę później Eve weszła do budynku policji z kotem pod pachą. 
- Proszę, proszę, pani porucznik złapała kota włamywacza. - Siedzący 

za biurkiem sierżant zaśmiał się z własnego dowcipu. 

- Żartowniś z ciebie, Riley. Komendant jest jeszcze u siebie? 
-  Czeka  na  panią.  Ma  pani  iść  na  górę,  gdy  tylko  się  pani  pokaże.  - 

Pochylił się i podrapał mruczącego kota. - Następne zabójstwo?  

- Tak. 

background image

Usłyszawszy głośne cmoknięcie, podniosła oczy i zobaczyła, że jakiś 

przystojniaczek  w  kombinezonie  ze  sztucznego  materiału  patrzy  na  nią 
pożądliwym  wzrokiem.  Kombinezon  i  krew  kapiąca  z  kącika  jego  ust 
były  dokładnie  w  tym  samym  kolorze.  Za  jedną  rękę  przykuty  był  do 
ławki. Drugą potarł krocze i mrugnął do niej. 

- Hej, dziecinko. Mam tu coś dla ciebie. 
- Powiadom komendanta Whitneya, że już do niego idę - powiedziała 

Rileyowi, gdy sierżant przewrócił oczami. 

Nie mogąc się oprzeć, podeszła do ławki i pochyliła się na tyle nisko, 

że poczuła kwaśny smród wymiotów. 

-  To  było  urocze  powitanie  -  mruknęła,  po  czym  uniosła  brew,  gdy 

mężczyzna odsunął kawałek materiału i poruszył swą męskością. 

- Spójrz, kotku, jaki malutki, malusieńki penis - powiedział. 
Uśmiechnęła się i pochyliła jeszcze trochę niżej. 
- Lepiej na niego uważaj, ty skurwielu, bo mój kotek może go pomylić 

z malutką, malusieńką myszką i go odgryźć. 

Poczuła się lepiej, widząc, jak obiekt jego dumy i radości skurczył się, 

zanim  zdążył  go  zakryć.  W  dobrym  humorze  wsiadła  do  windy  i 
poprosiła o piętro dowódcy Whitneya. 

Czekał na nią z Feeneyem i raportem, który przesłała bezpośrednio z 

miejsca  zbrodni.  Zgodnie  z  obowiązującą  procedurą  złożyła  jeszcze 
ustne sprawozdanie z przebiegu zdarzeń. 

- Więc to jest ten kot - rzekł Feeney. 
- Córka denatki była w takim stanie, że nie miałam sumienia obarczać 

jej  opieką  nad  tym  zwierzakiem.  -  Eve  wzruszyła  ramionami.  -  A  nie 
mogłam go tak po prostu zostawić. - Wolną ręką sięgnęła do torebki.  - 
Jej  dyskietki.  Wszystkie  są  oznaczone.  Przejrzałam  jej  terminarz 
spotkań.  Ostatnie  tego  dnia  miała  o  szóstej  trzydzieści.  Z  Johnem 
Smithem. To broń. - Położyła schowaną do plastykowej torebki broń na 
biurku komendanta. - Przypomina Rugera P - dziewięćdziesiąt. 

Feeney zerknął na rewolwer i kiwnął głową. 
- Szybko się uczysz, dziecinko. 
- Kułam po nocach. 
-  Początek  dwudziestego  pierwszego  wieku,  prawdopodobnie 

dwutysięczny ósmy albo dziewiąty. - Oświadczył Feneey, obróciwszy w 
dłoniach  torebkę  z  bronią.  -  Jest  w  świetnym  stanie.  Numer  seryjny 
nietknięty.  Sprawdzenie  go  nie  zajmie  dużo  czasu  -  dodał  i  wzruszył 
ramionami.  -  Ale  jest  za  sprytny,  by  posługiwać  się  zarejestrowaną 
bronią. 

background image

-  Sprawdź  ją  -  rozkazał  Whitney  i  wskazał  przez  pokój  na  jednostkę 

pomocniczą.  -  Dallas,  kazałem  obserwować  twój  budynek,  jeśli  będzie 
próbował podrzucić ci kolejną dyskietkę, namierzymy go. 

-  Jeśli  będzie  się  trzymał  przyjętych  przez  siebie  reguł  gry,  to  pojawi 

się  w  ciągu  dwudziestu  czterech  godzin.  Na  razie  powiela  ten  sam 
wzorzec,  mimo  że  każda  z  jego  ofiar  reprezentuje  zupełnie  inny  typ 
kobiety:  DeBlass  była  fascynująca  i  wyrafinowana;  Starr  młodziutka  i 
dziecinna;  a  ta  odgrywała  rolę  pocieszycielki,  wciąż  młodej,  choć 
dojrzałej. 

-  Wciąż  przesłuchujemy  sąsiadów,  zamierzam  też  odwiedzić  jej 

rodzinę oraz zajrzeć do sprawy rozwodowej. Mam wrażenie, że przyjęła 
tego  faceta  pod  wpływem  chwilowego  impulsu.  We  wtorki  zawsze 
spotykała się z córką. Chciałabym, żeby Feeney sprawdził jej rozmowy, 
zobaczył,  czy  zabójca  sam  do  niej  zadzwonił.  Nie  uda  nam  się  ukryć 
tego  przed  mediami,  panie  komendancie.  A  dziennikarze  ostro  nas 
zaatakują. 

- Już się zająłem uciszeniem mediów. 
-  Może  być  bardziej  gorąco,  niż  się  nam  wydaje.  -  Feeney  podniósł 

oczy  znad  terminalu.  Popatrzył  na  Ewę  takim  wzrokiem,  że  krew 
zastygła jej w żyłach. 

-  Narzędzie  zbrodni  jest  zarejestrowane.  Zostało  kupione  jesienią 

podczas cichej aukcji u Sotheby'ego. Na nazwisko Roarke. 

Eve milczała przez chwilę. Nie przejęła się informacją Feeneya. 
- To niezgodne ze sposobem działania zabójcy - zdołała powiedzieć. - I 

głupie. A Roarke nie jest głupi. 

- Pani porucznik... 
- To pułapka, panie komendancie. Oczywiste oszustwo. Cicha aukcja. 

Nawet kiepski programista może posłużyć się czyimś NI ł podbić cenę. 
Jak za to zapłacono? - zapytała Feneeya. 

- Będę musiał zajrzeć do rejestru Sotheby'ego, gdy otworzą biuro jutro 

rano. 

-  Założę się, że zapłacono gotówką, przelewem elektronicznym. Dom 

aukcyjny  dostał  pieniądze,  więc  dlaczego  miałby  kwestionować  całą 
transakcję?  -  Może  jej  głos  brzmiał  spokojnie,  ale  umysł  pracował  jak 
szalony.  -  I  dostawa.  Wszystko  przemawia  za  elektroniczną  stacją 
przesyłkową.  Korzystając  z  jej  usług  nie  trzeba  podawać  swojego  NI; 
wystarczy wprowadzić kod przekazu. 

-  Dallas.  -  Whitney  mówił  opanowanym  głosem.  -  Przywieź  go  na 

przesłuchanie. 

background image

- Nie mogę. 
Jego oczy pozostały spokojne, obojętne. 
- To rozkaz. Jeśli masz problemy osobiste, załatw je w domu. 
-  Nie  mogę  go  przywieźć  -  powtórzyła.  -  Przebywa  na  stacji 

międzyplanetarnej FreeStar, kawał drogi od miejsca zabójstwa. 

- Jeśli podał do publicznej wiadomości, że będzie na FreeStar... 
-  Nie  podał  -  przerwała  mu.  -  I  tu  właśnie  morderca  popełnił  błąd. 

Podróż  Roarke'a  jest  tajna,  tylko  kilka  osobistości  zostało  o  niej 
powiadomionych.  Panuje  powszechne  przekonanie,  że  Roarke  jest  w 
Nowym Jorku. 

Whitney pochylił głowę. 
- Zatem sprawdźmy miejsce jego pobytu. Natychmiast.  
Żołądek podszedł jej do gardła, gdy uruchomiła łącze Whitneya. 
Po paru sekundach usłyszała afektowany głos Summerseta. 
-  Summerset,  tu  porucznik  Dallas.  Muszę  się  skontaktować  z  Roar-

ke'em. 

- Bierze udział w spotkaniu. Nie wolno mu przeszkadzać. 
- Powiedział ci, żebyś mnie z nim łączył, do jasnej cholery. To sprawa 

urzędowa. Daj mi jego numer, albo przyjadę i skopię ci ten chudy tyłek 
za utrudnianie śledztwa. 

Summerset skrzywił się. 
-  Nie  wolno  mi  przekazywać  takich  informacji.  Ale  mogę  panią 

przełączyć. Proszę zaczekać. 

Dłonie Ewy zaczęły się pocić, gdy ekran zaczaj stawać się niebieski. 

Ciekawa  była,  kto  wpadł  na  pomysł,  by  puścić  taką  sentymentalną 
muzykę. Na pewno nie Roarke. Ma na to zbyt dużą klasę. 

O Boże, co ona zrobi, jeśli go tam nie będzie? 
Niebieski ekran zwęził się do maleńkiego punkciku, po czym pokazał 

się obraz. Roarke patrzył na nią z wyrazem zniecierpliwienia w oczach i 
półuśmiechem na ustach. 

-  Pani  porucznik.  To  nieodpowiedni  moment  do  rozmowy.  Mogę 

skontaktować się z tobą nieco później? 

-  Nie.  -  Kątem  oka  zauważyła,  że  Feeney  rejestruje  to  połączenie.  - 

Muszę potwierdzić miejsce twojego pobytu. 

-  Miejsce  mojego  pobytu?  -  Uniósł  brew.  Musiał  coś  wyczytać  z  jej 

twarzy, choć Eve była gotowa przysiąc, iż zachowała kamienny spokój. - 
Coś nie tak, Ewo? Co się stało? 

- Miejsce twojego pobytu, Roarke. Potwierdź je, proszę. 

background image

Przez  chwilę  przyglądał  się  jej  w  milczeniu.  Eve  słyszała,  że  ktoś 

odezwał się do niego. Odprawił natręta machnięciem ręki. 

-  Uczestniczę  w  spotkaniu,  które  odbywa  się  w  komnacie  prezy-

denckiej  na  stacji  FreeStar,  znajdującej  się  na  Alfie,  w  Kwadrancie 
Szóstym. Proszę to pokazać - rozkazał. 

Intergalaktyczne  łącze  okrążyło  pokój.  Kilkunastoosobowa  grupa 

mężczyzn i kobiet siedziała przy okrągłym stole. 

Długie  kabłąkowate  ramię  kamery  pokazało  morze  gwiazd  oraz 

niebieskozieloną kulę ziemską. 

-  Miejsce  pobytu  potwierdzone  -  półgłosem  rzekł  Feeney.  -  Jest  tam, 

gdzie mówi. 

- Roarke, przełącz się, proszę, na łącze prywatne. 
Nawet nie mrugnąwszy okiem, Roarke założył na głowę słuchawkę. 
- Tak, pani porucznik? 
-  Broń  zarejestrowana  na  twoje  nazwisko  została  znaleziona  na 

miejscu zbrodni. Muszę cię prosić, byś się zgłosił na przesłuchanie przy 
pierwszej możliwej okazji. Możesz przyjść ze swoim adwokatem. Radzę 
ci, abyś przyprowadził go ze sobą - dodała mając nadzieję, że zrozumiał, 
co  chciała  przez  to  powiedzieć.  -  Jeśli  nie  zrobisz  tego  w  ciągu 
czterdziestu  ośmiu  godzin,  oddział  straży,  który  pełni  służbę  na  stacji, 
odtransportuje cię na Ziemię. Rozumiesz, jakie masz prawa i obowiązki? 

-  Oczywiście.  Poczynię  odpowiednie  przygotowania.  Do  widzenia, 

pani porucznik. 

Obraz zniknął. 

background image

14 
 
Ogromnie  zdenerwowana  weszła  do  gabinetu  doktor  Miry.  Na 

zaproszenie  lekarki  usiadła  i  splotła  ręce,  by  zapobiec  jakimkolwiek 
niespokojnym gestom, które zdradzałyby stan jej ducha. 

- Zdążyła pani przygotować jego portret psychologiczny? 
-  Prosiłaś  o  traktowanie  tej  sprawy  jako  pilnej.  -  Rzeczywiście,  Mira 

przez większą część nocy  była na nogach, czytała raporty i szkicowała 
sylwetkę  przestępcy  kierując  się  swoim  doświadczeniem  oraz  diagnozą 
psychologiczną. - Chciałabym mieć na to więcej czasu, ale mogę ci go 
opisać w ogólnym zarysie. 

- W porządku. - Eve pochyliła się do przodu. 
- Niemal na pewno zachowuje się poprawnie. Zazwyczaj zbrodni tego 

rodzaju  nie  popełnia  się  w  obrębie  tej  samej  płci.  Jest  mężczyzną,  o 
ponadprzeciętnej  inteligencji,  który  przejawia  skłonności  psycho-
patyczne  i  doznaje  zaspokojenia  płciowego  poprzez  oglądanie  scen 
erotycznych. Odznacza się odwagą, ale nie jest ryzykantem, choć pewnie 
za  takiego  się  uważa.  -  Z  wrodzonym  sobie  wdziękiem  splotła  palce  i 
skrzyżowała  nogi.  -  Jego  zbrodnie  są  dokładnie  przemyślane.  To,  że 
uprawia seks ze swoimi ofiarami, ma dla niego drugorzędne znaczenie. 
Przyjemność  i  satysfakcję  czerpie  z  dokonywania  wyboru  ofiary,  z 
przygotowania i popełnienia zabójstwa. 

- Dlaczego morduje prostytutki? 
- Chce mieć władzę. Seks daje władzę. Śmierć daje władzę. A on musi 

kontrolować ludzi, sytuacje. Pierwsze morderstwo pewnie popełnił pod 
wpływem impulsu. 

- Dlaczego? 
-  W  chwili  słabości  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że  zachowuje  się 

gwałtownie,  że  potrafi  zachowywać  się  gwałtownie.  Nastąpiła  reakcja 
organizmu,  gwałtowny  ruch,  głęboki  wdech,  drżący  wydech.  Ochłonął, 
zatarł  ślady.  Nie  chce,  aby  go  złapano,  lecz  chce  -  potrzebuje,  by  go 
podziwiano, bano się go. Dlatego wszystko nagrywa. 

- Używa starej broni - kontynuowała tym samym spokojnym głosem - 

na  kolekcjonowanie  której  mogą  sobie  pozwolić  tylko  ludzie  bogaci. 
Znowu władza i siła. Zostawia broń na miejscu zbrodni, by pokazać, że 
jest  jedyny  w  swoim  rodzaju.  Docenia  siłę  pistoletu  i  jego 
bezosobowość. To, że może zabijać z dogodnej odległości, nie brudząc 
sobie  przy  tym  rąk.  Zapowiedział,  ile  osób  zabije,  by  pokazać,  że  jest 
dobrze zorganizowany, dokładny. Ambitny. 

background image

- Czy od początku miał na myśli sześć kobiet? Sześć celów? 
-  Jedynym  stwierdzonym  związkiem  miedzy  trzema  ofiarami  był  ich 

zawód  -  zaczęła  Mira,  zauważając,  że  Eve  doszła  do  tego  samego 
wniosku, lecz chce go potwierdzić. - Miał na myśli konkretny zawód. W 
moim  przekonaniu  kobiety  zostały  wybrane  w  sposób  przypadkowy. 
Prawdopodobnie  zajmuje  wysokie  stanowisko,  z  pewnością  jest  to 
odpowiedzialna  funkcja.  Jeśli  ma  żonę  lub  partnerkę  seksualną,  to  jest 
mu ona całkowicie podporządkowana. Ma złe zdanie o kobietach. Poniża 
i  upokarza  je  po  śmierci,  by  pokazać  swoją  wyższość  oraz  wyrazić 
wstręt, jaki do nich czuje. Tego, co robi, nie uważa za zbrodnię, ale za 
chwilowy przejaw swej władzy, za sposób wypowiedzenia swych myśli. 

-  Prostytucja,  męska  czy  kobieca,  w  umysłach  wielu  ludzi  pozostaje 

zawodem, który nie cieszy się szacunkiem. Kobiety nie mogą się z nim 
równać;  dla  niego  prostytutka  jest  niewarta  splunięcia,  nawet  jeśli  sam 
korzysta  z  jej  usług,  by  zaspokoić  swoje  potrzeby  seksualne.  On  lubi 
swoją pracę, pani porucznik. Bardzo ją lubi. 

- Czy to praca, pani doktor, czy misja? 
-  On  nie  ma  żadnej  misji.  Tylko  ambicje.  Tu  nie  chodzi  o  żadne 

względy religijne, moralne czy społeczne. 

- Nie, chodzi o względy osobiste, o pokazanie swojej siły. 
-  Zgadzam  się  -  powiedziała  Mira,  zadowolona,  że  umysł  Ewy  tak 

dobrze pracuje. - Dla niego jest to interesujące doświadczenie, nowa i na 
swój  sposób  fascynująca  praca,  w  wykonywaniu  której  jest  bardzo 
sprawny.  Jest  niebezpieczny,  pani  porucznik,  nie  dlatego,  że  nie  ma 
sumienia,  ale  dlatego,  że  jest  dobry  w  tym,  co  robi.  A  sukces  go 
uskrzydla. 

- Skończy na sześciu morderstwach - mruknęła Eve. - Tą metodą. Ale 

znajdzie  inny  twórczy  sposób  zabijania.  Jest  zbyt  próżny,  by  nie 
dotrzymać  słowa  danego  władzom,  lecz  za  bardzo  lubi  swoje  hobby, 
żeby z niego zrezygnować. 

Mira przechyliła głowę. 
-  Można  by  pomyśleć,  że  czytałaś  mój  raport,  pani  porucznik. 

Uważam, że zaczynasz świetnie rozumieć mordercę. 

Eve skinęła głową. 
-  Tak,  idzie  mi  coraz  lepiej.  -  Musiała  jeszcze  zadać  pewne  pytanie, 

które  męczyło  ją  przez  całą  bezsenną  noc.  -  By  siebie  chronić,  by 
utrudnić grę, mógłby wynająć kogoś, zapłacić komuś, aby zabił wybraną 
przez niego osobę, a on tymczasem miałby niezbite alibi? 

background image

- Nie. - Spojrzenie Miry stało się łagodniejsze i pełne współczucia, gdy 

zobaczyła, że Eve zamknęła z ulgą oczy. - W moim przekonaniu on musi 
być  na  miejscu  zbrodni.  By  wszystko  zobaczyć,  nagrać,  a  przede 
wszystkim  przeżyć.  Morderstwo  dokonane  przez  kogoś  innego  nie 
sprawi  mu  satysfakcji.  Poza  tym,  on  nie  wierzy,  że  go  przechytrzysz. 
Lubi  patrzeć,  jak  się  pocisz  nad  tą  sprawą,  pani  porucznik.  Chętnie 
obserwuje  ludzi  i  wydaje  mi  się,  że  skupił  na  tobie  całą  uwagę,  kiedy 
dowiedział się, że prowadzisz śledztwo. Pilnie ci się przypatruje i wie, że 
obchodzi cię ta sprawa. Uważa to za słabość, którą można wykorzystać, i 
robi  to,  przesyłając  ci  zapisy  morderstw  -  nie  do  miejsca,  w  którym 
pracujesz, lecz tam, gdzie mieszkasz. 

-  Dostałam  kolejną  dyskietkę.  Przez  otwór  na  listy  razem  z  moją 

poranną pocztą; została wrzucona do skrzynki w centrum miasta w jakąś 
godzinę po popełnieniu morderstwa. Mój budynek jest pod obserwacją. 
Zorientował się i znalazł sposób, by wykiwać policję. 

-  Zawsze  wie,  który  guzik  przycisnąć.  -  Mira  podała  Ewie  dyskietkę 

oraz  wydruk  portretu  psychologicznego  zabójcy.  -  Jest  inteligentnym  i 
dojrzałym mężczyzną, dostatecznie dojrzałym, by nie ulegać impulsom. 
Nie  brakuje  mu  pieniędzy  ani  wyobraźni.  Rzadko  okazuje  emocje, 
rzadko też ich doznaje. Jest inteligentny i - jak powiedziałaś - próżny. 

- Dziękuję, że tak szybko pani to dla mnie przygotowała. 
- Ewo - powiedziała Mira, zanim Eve zdążyła wstać. - Jeszcze drobne 

uzupełnienie. Chodzi o broń, którą pozostawiono na miejscu ostatniego 
morderstwa.  Człowiek,  który  popełnił  te  zbrodnie,  nie  zrobiłby  tak 
głupiego  błędu.  Nie  zostawiłby  broni,  wiedząc,  że  bez  trudu  będzie 
można  ustalić  tożsamość  jej  właściciela.  Diagnoza  psychologiczna 
odrzuciła  to  z  prawdopodobieństwem  dziewięćdziesiąt  trzy  przecinek 
cztery procent. 

-  Była  tam  -  matowym  głosem  odparła  Eve.  -  Sama  włożyłam  ją  do 

torebki. 

-  Jestem  pewna,  że  chciał,  abyś  to  zrobiła.  Możliwe,  iż  znajduje 

przyjemność  we  wciąganiu  jeszcze  kogoś  w  to  bagno,  w  utrudnianiu 
śledztwa.  I  możliwe,  że  wybrał  właśnie tę osobę,  by  cię  zdenerwować, 
rozproszyć twoją uwagę, a nawet cię zranić. Zawarłam te uwagi w opisie 
jego sylwetki. Ze swej strony chciałabym ci powiedzieć, że martwię się 
tym, iż tak bardzo się tobą interesuje. 

-  Wkrótce  on  będzie  się  piekielnie  martwił  tym,  że  ja  się  nim 

interesuję. Dziękuję, pani doktor. 

background image

Eve  poszła  prosto  do  gabinetu  Whitneya,  by  dostarczyć  mu  portret 

psychologiczny zabójcy. Jeśli będzie miała szczęście, Feeney potwierdzi 
jej podejrzenia co do sposobu kupna i dostarczenia broni. 

Jeśli miała rację, a musiała wierzyć, że ją ma, to siła argumentów Miry 

oczyści Roarke'a z zarzutów. 

Ze  sposobu,  w  jaki  Roarke  patrzył  na  nią  -  przez  nią  -  podczas  ich 

ostatniego  połączenia,  wiedziała,  że  jej  sprawy  służbowe  zniszczyły 
więź, jaka zaczynała się między nimi tworzyć. 

Nabrała co do tego jeszcze większej pewności, gdy w gabinecie szefa 

zastała Roarke'a. 

Musiał  skorzystać  z  prywatnego  środka  transportu.  W  przeciwnym 

razie nie wróciłby tak szybko. Skinął jej tylko głową i nie odezwał się 
ani słowem, gdy przeszła przez pokój, by oddać Whitneyowi dyskietkę 
oraz raport. 

- Portret psychologiczny zabójcy opracowany przez doktor Mirę. 
-  Dziękuję,  pani  porucznik.  -  Podniósł  oczy  na  Roarke'a.  -  Porucznik 

Dallas  zaprowadzi  pana  do  pokoju  przesłuchań.  Doceniamy  pańską 
współpracę. 

Nadal się nie odzywając, wstał i poczekał, aż Eve podejdzie do drzwi. 
-  Twój  adwokat  może  być  przy  tym  obecny  -  zaczęła,  gdy  wezwał 

windę. 

-  Zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Czy  jestem  oskarżony  o  popełnienie 

jakiejś zbrodni, pani porucznik? 

- Nie. - Przeklinając go w duchu, weszła do kabiny i poprosiła o Strefę 

B.  -  To  standardowa  procedura.  -  Jego  milczenie  trwało  tak  długo,  że 
miała ochotę krzyczeć. - Cholera jasna, nie mam wyboru. 

-  Naprawdę?  -  mruknął  i  wyszedł  pierwszy  z  windy,  gdy  drzwi  się 

otworzyły. 

-  Taką  mam  pracę.  -  Drzwi  do  pokoju  przesłuchań  otwarły  się  ze 

świstem, po czym zamknęły z trzaskiem. Ukryte we wszystkich ścianach 
kamery inwigilujące, które znał każdy drobny złodziejaszek, uruchomiły 
się automatycznie. Eve zajęła miejsce przy małym stoliku i poczekała, aż 
Roarke usiądzie naprzeciw niej. 

- To przesłuchanie jest nagrywane. Rozumiesz?  
- Tak. 
-  Porucznik  Dallas,  NI  5347BQ,  prowadząca  przesłuchanie.  Osoba 

przesłuchiwana:  Roarke.  Zaznaczyć  inicjałami  datę  i  czas.  Prze-
słuchiwany zrezygnował z obecności adwokata. Zgadza się? 

- Tak, przesłuchiwany zrezygnował z obecności adwokata. 

background image

- Znasz licencjonowaną prostytutkę Georgie Castle? 
- Nie. 
-  Byłeś  na  Zachodniej  Osiemdziesiątej  Dziewiątej  pod  numerem  sto 

pięćdziesiątym szóstym? 

- Wydaje mi się, że nie. 
-  Czy  posiadasz  Rugera  P  -  dziewięćdziesiąt,  automatyczną  bojową 

broń z około dwutysięcznego piątego roku? 

-  Możliwe,  że  mam  broń  tego  typu.  Musiałbym  sprawdzić  dla 

pewności. Ale załóżmy, że jestem w jej posiadaniu. 

- Kiedy kupiłeś wyżej wymienioną broń? 
- To także musiałbym sprawdzić. - Ani razu nie zamrugał oczami, ani 

na  chwilę  nie  spuścił  z  niej  wzroku.  -  Mam  dużą  kolekcję  i  nie 
przechowuję  wszystkich  informacji  na  jej  temat  w  głowie  czy  też 
kieszonkowym dzienniku. 

- Czy kupiłeś wyżej wymienioną broń u Sotheby'ego? 
- Możliwe. Często wzbogacam moją kolekcję poprzez aukcje. 
- Ciche aukcje. 
- Zdarza się. 
Żołądek, który i tak był już ściśnięty, zaczaj podchodzić jej do gardła. 
-  Czy  wzbogaciłeś  swoją  kolekcję  o  wspomnianą  już  broń  podczas 

cichej  aukcji  u  Sotheby'ego,  która  odbyła  się  drugiego  października 
ubiegłego roku? 

Roarke  wyciągnął  z  kieszeni  swój  dziennik  i  przebiegł  wzrokiem 

informacje zapisane pod tą datą. 

-  Nie,  nie  mam  żadnej  notatki  na  ten  temat.  Chyba  w  tym  dniu 

przebywałem w Tokio i uczestniczyłem w licznych spotkaniach. Można 
to z łatwością sprawdzić. 

Niech cię diabli wezmą, niech cię diabli wezmą, pomyślała. Wiesz, że 

to żadna odpowiedź. 

- Podczas aukcji często korzysta się z usług swoich przedstawicieli. 
- Owszem. - Patrząc na nią beznamiętnym wzrokiem, wsunął notes do 

kieszeni.  -  Można  sprawdzić  u  Sotheby'ego,  że  nigdy  nie  kupuję  przez 
pośredników. Kiedy postanawiam coś kupić, to dlatego, że to widziałem 
na  własne  oczy.  Oceniłem  wartość  przedmiotu.  Gdy  decyduję  się  na 
wzięcie udziału w licytacji, robię to osobiście. 

W przypadku cichej aukcji albo bym na nią przybył, albo uczestniczył 

w niej przez telełącze. 

background image

-  Czy  do  tradycji  nie  należy  posługiwanie  się  tajnym  elektronicznym 

licytatorem  albo  osobą  podstawioną,  która  ma  prawo  podbijać  cenę  do 
określonego pułapu? 

-  Tradycje  niewiele  mnie  obchodzą.  Chodzi  o  to,  że  mogę  zmienić 

zdanie i już czegoś nie chcieć. Z tego czy innego powodu może to dla 
mnie stracić na atrakcyjności. 

Zrozumiała  podtekst  jego  wypowiedzi  i  próbowała  pogodzić  się  z 

faktem, że z nią skończył. 

- Ze wspomnianej broni, zarejestrowanej na twoje nazwisko i kupionej 

podczas  cichej  aukcji  u  Sotheby'ego  w  październiku  ubiegłego  roku, 
została  zamordowana  Georgie  Castle  wczoraj  o  siódmej  trzydzieści 
wieczorem. 

- Oboje wiemy,  że wczoraj wieczorem o siódmej trzydzieści nie było 

mnie  w  Nowym  Jorku.  -  Przesunął  wzrokiem  po  jej  twarzy.  -  Śledziłaś 
przebieg połączenia, prawda? 

Nie odpowiedziała. Nie mogła. 
- Twoja broń została znaleziona na miejscu zbrodni. 
- Czy na pewno należy do mnie? 
- Kto ma dostęp do twojej kolekcji? 
- Ja. Tylko ja. 
- A służba? 
-  Nie.  O  ile  sobie  przypominasz,  pani  porucznik,  moje  gabloty  są 

pozamykane. Tylko ja znam kod umożliwiający ich otwarcie. 

- Kod można złamać. 
-  Nieprawdopodobne,  ale  możliwe  -  zgodził  się.  -  Tylko  że  kluczem, 

który  je  otwiera,  jest  rysunek  mojej  dłoni  i  otwarcie  gabloty  w 
jakikolwiek inny sposób uruchamia alarm. 

Cholera  jasna,  daj  mi  szansę.  Czy  on  nie  widzi,  że  go  bronię,  że 

próbuję go uratować? 

- System zabezpieczeń można ominąć. 
- To prawda. Kiedy jakakolwiek gablota zostanie otwarta bez mojego 

upoważnienia, wejście do pokoju automatycznie się zamyka. Nie można 
się stamtąd wydostać, a jednocześnie strażnicy są o tym powiadamiani. 
Mogę  panią  zapewnić,  pani  porucznik,  że  to  niezawodny  system. 
Uważani, że muszę chronić swoją własność. 

Podniosła  wzrok,  gdy  Feeney  wszedł  do pokoju.  Dał jej  znak  głową; 

wstała. 

- Przepraszam. 
Gdy drzwi zamknęły się za nimi, wcisnął ręce do kieszeni. 

background image

-  Strzał  w  dziesiątkę,  Dallas.  Elektroniczny  licytator,  pieniądze 

przekazane  gotówką,  przesyłka  dostarczona  pocztą  elektroniczną. 
Główny  specjalista  od  Sotheby'ego  twierdzi,  że  ta  sprawa  została 
załatwiona w nietypowy dla Roarke'a sposób. On zawsze uczestniczy w 
aukcji albo osobiście, albo przez bezpośrednie telełącze. Nigdy przedtem 
nie dokonywał transakcji w ten sposób, a korzysta z ich usług od mniej 
więcej piętnastu lat. 

Odetchnęła z zadowoleniem. 
- To potwierdza zeznania Roarke'a. Coś jeszcze? 
- Przejrzałem rejestr broni. Ruger został wpisany na nazwisko Roarke'a 

zaledwie  tydzień  temu.  Piekielnie  trudno  byłoby  postawić  go  w  stan 
oskarżenia. Szef mówi, żeby go zwolnić. 

Nie mogła sobie pozwolić na odprężenie się, jeszcze nie mogła, więc 

tylko kiwnęła głową. 

- Dzięki, Feeney.  
Wróciła do pokoju. 
- Jesteś wolny. - Wycofała się przez otwarte drzwi na korytarz.  
Wstał. 
- Tak po prostu? 
- Chwilowo nie mamy powodu, by cię zatrzymywać czy też narażać na 

dalsze niedogodności. 

- Niedogodności? - Szedł w jej kierunku, dopóki drzwi nie zatrzasnęły 

się za jego plecami. - Tak to nazywasz? Niedogodności? 

Pomyślała, że ma prawo do gniewu i rozgoryczenia. Ale ona musiała 

zrobić to, co do niej należało. 

- Trzy kobiety nie żyją. Trzeba sprawdzić każdą możliwość. 
-  A  ja  jestem  tylko  jedną  z  twoich  możliwości?  -  Wyciągnął 

gwałtownie  ręce  i  ku  jej  zaskoczeniu  otoczył  ją  ramionami.  -  To 
wszystko, co nas łączy? 

- Jestem gliną. Nie mogę sobie pozwolić na przeoczenie czegokolwiek, 

na udawanie czegokolwiek. 

- Na okazanie zaufania - przerwał jej. - Komukolwiek. Gdyby sprawa 

przybrała trochę inny obrót, to zamknęłabyś mnie? Wsadziłabyś mnie do 
więzienia? 

-  Proszę  się  cofnąć!  -  Feeney  podszedł  do  nich.  Jego  wzrok  miotał 

błyskawice. - Proszę się cofnąć, do cholery! 

- Zostaw nas samych, Feeney. 
- Zaraz to zrobię, do diabła. - Nie zwracając uwagi na Ewę, popchnął 

Roarke'a.  -  Przestań  ją  atakować,  ty  ważniaku.  Cały  czas  walczy  o 

background image

ciebie. A sprawy tak stoją, że mogła przez to stracić pracę. Simpson już 
się szykuje, żeby  z niej zrobić kozła ofiarnego, bo była taka głupia, że 
przespała się z tobą. 

- Zamknij się, Feeney. 
- Do cholery, Dallas. 
- Powiedziałam, żebyś się zamknął. - Odzyskała spokój i popatrzyła na 

Roarke'a  obojętnym  wzrokiem.  -  Nasz  wydział  docenia  twoją  chęć  do 
współpracy  -  powiedziała  zdjąwszy  jego  rękę  ze  swego  ramienia. 
Odwróciła się i odeszła szybkim krokiem. 

- Co pan, u diabła, chciał przez to powiedzieć? - spytał Roarke. Feeney 

tylko prychnął. 

- Mam lepsze rzeczy do roboty niż tracenie czasu na rozmowy z tobą. 
Roarke przycisnął go do ściany. 
-  Za  chwilę  będziesz  mógł  mnie  oskarżyć  o  obrazę  oficera,  Feeney. 

Ale teraz gadaj, co miała znaczyć ta wzmianka o Simpsonie. 

-  Chcesz  wiedzieć,  ważniaku?  -  Feeney  rozejrzał  się  po  korytarzu  w 

poszukiwaniu  względnie  ustronnego  miejsca  i  ruchem  głowy  wskazał 
męską toaletę. - Chodź do mojego biura, to ci powiem. 

Miała kota za towarzystwo. Już zaczynała żałować, że będzie musiała 

oddać  tego  nikomu  niepotrzebnego,  tłustego  kocura  rodzinie  Georgie. 
Już  dawno  powinna  była  to  zrobić,  ale  nawet  obecność  tego  biednego 
zwierzaka przynosiła jej pociechę. 

Brzęczenie  interkomu  tylko  ją  zdenerwowało.  Nie  miała  ochoty  na 

niczyje  towarzystwo.  Szczególnie  Roarke'a,  którego  zobaczyła  przez 
wideofon. 

Była  wystarczająco  nieokrzesana,  by  zachować  się  jak  tchórz. 

Pozostawiwszy  brzęczyk  bez  odpowiedzi,  wróciła  na  kanapę  i  zwinęła 
się w kłębek razem z kotem. Gdyby miała pod ręką koc, naciągnęłaby go 
sobie na głowę. 

Parę sekund później poderwał ją na nogi dźwięk otwieranych zamków 

w drzwiach. 

-  Ty  skurwysynu  -  powiedziała,  kiedy  Roarke  wszedł  do  pokoju.  - 

Przekroczyłeś wszelkie granice. 

Wsunął klucz elektroniczny z powrotem do kieszeni. 
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? 
-  Nie  chcę  cię  widzieć.  -  Z  przykrością  stwierdziła,  że  w  jej  głosie 

słychać  raczej  rozpacz  niż  gniew.  -  Mam  nadzieję,  że  to  zrozumiesz  i 
wyniesiesz się. 

- Nie chcę, żeby ktoś mnie wykorzystywał po to, by cię zranić. 

background image

- Sam nieźle to robisz. 
-  Sądziłaś,  że  nie  zareaguję,  kiedy  oskarżyłaś  mnie  o  popełnienie 

morderstwa? Kiedy w to uwierzyłaś? 

-  Nigdy  w  to  nie  uwierzyłam.  -  Zabrzmiało  to  jak  syk,  jak  namiętny 

szept. - Nigdy w to nie uwierzyłam - powtórzyła. - Ale odłożyłam moje 
osobiste odczucia na bok i wykonałam swoją robotę. A teraz się wynoś. 

Ruszyła w stronę drzwi. Kiedy ją złapał, uderzyła go mocno i szybko. 

Nawet nie próbował zablokować ciosu. Bez słowa starł wierzchem dłoni 
krew z wargi, podczas gdy Eve stała wyprostowana, oddychając szybko i 
głośno. 

-  No  dalej  -  zachęcił ją.  -  Uderz jeszcze  raz.  Nie  musisz  się  obawiać. 

Nie biję kobiet... ani ich nie morduję. 

- Po prostu zostaw mnie w spokoju. - Odwróciła się i chwyciła oparcia 

sofy,  gdzie  siedział  kot,  przyglądając  się  jej  obojętnym  wzrokiem. 
Doznawała  gwałtownych  emocji,  bała  się,  że  za  chwilę  rozsadzą  jej 
piersi.  -  Nie  wzbudzisz  we  mnie  poczucia  winy  za  to,  że  robię  to,  co 
muszę robić. 

- Wbiłaś mi nóż w serce, Ewo. - Przyznanie się do tego, świadomość, 

że  mogłaby  go  z łatwością zniszczyć, na nowo wprawiło go w złość.  - 
Nie mogłaś mi powiedzieć, że we mnie wierzysz? 

-  Nie.  -  Zacisnęła  powieki.  -  Na  Boga,  nie  rozumiesz,  że  gdybym  to 

zrobiła,  byłoby  jeszcze  gorzej?  Gdyby  Whitney  nie  uwierzył,  że  będę 
obiektywna, gdyby Simpsonowi choćby przemknęło przez myśl, że będę 
cię łagodniej traktowała, byłoby o wiele gorzej. Tak szybko nie mogłam 
dostać portretu psychologicznego mordercy. Nie mogłam prosić Feeneya 
o natychmiastowe sprawdzenie broni, by oczyścić cię z podejrzeń. 

- Nie pomyślałem o tym - powiedział cicho. - Nie pomyślałem. - Kiedy 

położył  jej  dłoń  na  ramieniu,  strąciła  ją  i  popatrzyła  na  niego 
rozwścieczona. 

-  Cholera  jasna,  mówiłam  ci,  żebyś  przyszedł  ze  swoim  adwokatem. 

Mówiłam ci. Gdyby Feeneyowi nie udało się rozwiać wątpliwości co do 
broni,  mogliby  cię  zatrzymać.  Jesteś  tutaj  tylko  dlatego,  że  mu  się  to 
udało, a portret psychologiczny zabójcy nie pasował do ciebie. 

Znowu jej dotknął; znowu mu się wyszarpnęła. 
-  Wygląda  na  to,  że  nie  potrzebowałem  adwokata.  Potrzebowałem 

wyłącznie ciebie. 

-  To  bez  znaczenia.  -  Odzyskała  panowanie  nad  sobą.  -  Ważne,  że 

sprawa  została  załatwiona.  To,  że  masz  niepodważalne  alibi  na  czas 
morderstwa oraz fakt, że pistolet był oczywistą pułapką, odwraca uwagę 

background image

policji od twojej osoby. - Czuła się chora i nieznośnie zmęczona. - Może 
nie eliminuje cię to całkowicie z grona podejrzanych, ale charakterystyki 
doktor Miry są tu na wagę złota. Nikt nie kwestionuje jej opinii. A ona 
twierdzi,  że  nie  możesz  być  mordercą,  co  ma  ogromne  znaczenie  dla 
policji i prokuratora. 

- Nie martwiłem się policją i prokuratorem. 
- A powinieneś był. 
Wygląda na to, że martwiłaś się za mnie. Bardzo mi przykro. 
- Nie ma o czym mówić. 
- Wiesz, zbyt często widzę sińce pod twymi oczami.  - Przeciągnął po 

nich kciukiem. - Nie chcę być odpowiedzialny za te, które teraz widzę. 

- Sama jestem za nie odpowiedzialna. 
- I nie mam nic wspólnego z tym, że grozi ci utrata pracy?  
Przeklęty Feeney, pomyślała z wściekłością. 
- Sama podejmuję decyzje. Sama ponoszę konsekwencje.  
Nie tym razem, pomyślał. 
-  Następnego  dnia  po  naszym  spotkaniu  zadzwoniłem  do  ciebie 

wieczorem.  Widziałem,  że  się  czymś  martwisz,  ale  nie  chciałaś  o  tym 
rozmawiać.  Feeney  dokładnie  mi  wyjaśnił,  dlaczego  byłaś 
zdenerwowana  tamtej  nocy.  Twój  rozwścieczony  przyjaciel  chciał  mi 
odpłacić za to, że cię unieszczęśliwiłem. I zrobił to. 

- Feeney nie miał prawa... 
- Pewnie nie. Nie musiałby tego robić, gdybyś mi zaufała. - Ujął ją za 

obie ręce, gdy poruszyła się gwałtownie. - Nie odwracaj się ode mnie - 
ostrzegł ją cicho. - Jesteś dobra w odgradzaniu się od ludzi, Eve. Ale ze 
mną ci to nie wyjdzie. 

-  A  czego  się  spodziewałeś?  Że  przyjdę  do  ciebie,  płacząc:  „Roarke, 

uwiodłeś mnie, a teraz mam kłopoty. Pomóż mi.” Do diabła z tym! Nie 
uwiodłeś  mnie.  Poszłam  z  tobą  do  łóżka,  ponieważ  tego  chciałam. 
Chciałam  tego  na  tyle  mocno,  by  nie  myśleć  o  etyce  zawodowej. 
Dostałam za to po głowie, ale jakoś sobie radzę. Nie potrzebuję pomocy. 

- Z pewnością jej nie chcesz. 
-  Nie  potrzebuję.  -  Nie  chciała  szarpać  się  z  nim,  więc  stała 

nieruchomo.  -  Komendant  ucieszył  się,  że  nie  jesteś  zamieszany  w  te 
morderstwa. Jesteś czysty, więc wydziałowi nie pozostaje nic innego, jak 
tylko uznać to oficjalnie za błąd w ocenie, a zatem ja też jestem czysta. 
Gdybym się pomyliła co do ciebie, inaczej by to wyglądało. 

- Gdybyś się pomyliła, kosztowałoby cię to odznakę. 

background image

- Tak. Straciłabym odznakę. Zasłużyłabym na to. Ale tak się nie stało, 

więc sprawa skończona. Idź sobie. 

- Naprawdę myślisz, że odejdę? 
Słysząc cichą, łagodną nutę w jego głosie, poczuła, że jej wola słabnie. 
-  Nie  mogę  sobie  na  ciebie  pozwolić,  Roarke.  Nie  mogę  sobie 

pozwolić na zaangażowanie uczuciowe. 

Zrobił  krok  do  przodu,  położył  ręce  na  oparciu  kanapy,  pozbawiając 

Ewę możliwości ruchu. 

- Ja też nie mogę sobie na ciebie pozwolić. To chyba nie ma znaczenia. 
- Słuchaj... 
- Przykro mi, że cię zraniłem - powiedział cicho. - Bardzo mi przykro, 

że ci nie ufałem i oskarżyłem cię o to, że mi nie ufasz. 

-  Nie  oczekiwałam,  że  będziesz  myślał  inaczej.  Że  będziesz 

zachowywał się inaczej. 

To zabolało go bardziej niż policzek. 
-  Nie.  Za  to  też  cię  przepraszam.  Wiele  dla  mnie  ryzykowałaś. 

Dlaczego? 

Nie było łatwych odpowiedzi. 
- Wierzyłam ci.  
Przycisnął usta do jej czoła. 
- Dziękuję. 
-  Rozsądek  tak  nakazywał  -  zaczęła,  oddychając  z  drżeniem,  gdy 

dotknął ustami jej policzka. 

- Zostanę z tobą na noc. Chcę zobaczyć, że śpisz. 
- Seks jako środek uspokajający? 
Zmarszczył brwi, lecz przesunął delikatnie wargami po jej ustach. 
- Jeśli chcesz. - Podniósł ją i obrócił w koło. - Zobaczmy, czy uda nam 

się znaleźć właściwą dawkę. 

Później  przyglądał  się  jej  w  przyciemnionym  świetle.  Spała  na 

brzuchu,  rozciągnięta  bezładnie  ze  zmęczenia.  Z  przyjemnością 
przesunął  ręką  po  jej  plecach  -  gładkiej  skórze,  drobnych  kościach, 
mocnych mięśniach. Nie poruszyła się. 

Z  ciekawością  przeczesał  palcami  jej  włosy.  Grube  niczym  futro 

norek,  o  odcieniu  wystałej  brandy  i  starego  złota,  źle  podcięte. 
Uśmiechnął się, gdy przesunął palcami po jej ustach. Pełnych, twardych, 
żarliwych. 

Choć dziwił się, że zdołał jej dostarczyć jeszcze większych doznań niż 

poprzednim  razem,  świadomość,  że  i  on  bezwiednie  zapamiętał  się  w 
miłości, przygniatała go. 

background image

Ciekaw był, jak daleko jeszcze się posuną. 
Wiedział, że przeżył wewnętrzne rozdarcie, kiedy uwierzył, iż uznała 

go  za  winnego.  Poczucie  zdrady  i  rozczarowania  było  ogromne, 
osłabiające, było czymś, czego nie odczuwał już od wielu lat. 

Przypomniała  mu  o  jego  słabości,  którą,  jak  sądził,  już  dawno 

zwalczył.  Mogła  go  zranić.  Mogli  się  nawzajem  zranić.  Będzie  musiał 
gruntownie to rozważyć. 

Lecz  w  tej  chwili  najbardziej  palącą  kwestią  było  znalezienie 

odpowiedzi na pytanie, kto chciał zranić ich oboje. I dlaczego. 

Wciąż  rozmyślając  nad  tą sprawą,  wziął ją  za  rękę,  splótł  pałce  z jej 

palcami i zasnął razem z nią. 

background image

15 
 
Odszedł,  kiedy  się  obudziła.  Tak  było  lepiej.  Poranki  pociągające  za 

sobą  konieczność  okazywania  niedbałej  zażyłości  wprawiały  ją  w 
zdenerwowanie.  Już  i  tak  była  bardziej  związana  z  nim  niż  z 
jakimkolwiek  innym  mężczyzną.  Łącząca  ich  więź  była  tak  silna,  że 
mogła przetrwać przez resztę życia. 

Wzięła  szybki  prysznic,  owinęła  się  ręcznikiem,  po  czym  weszła  do 

kuchni.  Zastała  tam  Roarke'a,  który  w  spodniach  i  rozpiętej  koszuli 
przeglądał poranną gazetę na monitorze. 

- Co robisz? 
-  Hę?  -  Podniósł  wzrok,  wyciągnął  za  siebie  rękę,  by  otworzyć 

autokucharza. - Przygotowuję ci kawę. 

- Przygotowujesz mi kawę? 
-  Usłyszałem,  że  kręcisz  się  po  mieszkaniu.  -  Wyjął  filiżanki  i 

trzymając je w rękach, podszedł do Ewy, która wciąż stała w drzwiach. - 
Za rzadko to robisz. 

- Za rzadko kręcę się po domu? 
- Nie. - Zachichotał i dotknął ustami jej ust. - Uśmiechasz się do mnie. 

Po prostu uśmiechasz się do mnie. 

Uśmiechała się? Nie zdawała sobie z tego sprawy. 
-  Myślałam,  że  wyszedłeś.  -  Okrążyła  mały  stolik  i  zerknęła  na 

monitor. - Wiadomości z giełdy. Naturalnie. Musiałeś wcześnie wstać. 

-  Miałem  parę  telefonów  do  załatwienia.  -  Z  przyjemnością 

obserwował, jak przeczesuje palcami mokre włosy. Nerwowy, na pewno 
mimowolny odruch. Podniósł przenośne łącze, które zostawił na stole, i 
wsunął  je  z  powrotem  do  kieszeni.  -  Zaplanowano  konferencję 
telefoniczną ze stacją na piątą rano naszego czasu. 

- Och! - Wypiła łyk kawy, zastanawiając się, jak do tej pory żyła bez 

pobudzania  się  z  rana  kofeiną.  -  Wiem,  jak  ważne  są  te  spotkania. 
Przykro mi. 

-  Udało  się  nam  uzgodnić  większość  szczegółów.  Resztą  mogę  zająć 

się stąd. 

- Nie wracasz tam? 
- Nie. 
Odwróciła się do autokucharza, próbując coś wybrać ze swego raczej 

ograniczonego menu. 

- Prawie wszystko się skończyło. Chcesz bajgla czy coś innego? 

background image

-  Ewo.  -  Roarke  odstawił  swoją  filiżankę  i  położył  jej  ręce  na 

ramionach.  -  Dlaczego  nie  chcesz  mi  powiedzieć,  że  cieszysz  się,  iż 
zostaję? 

-  Masz  dobre  alibi.  To  nie  moja  sprawa,  czy...  -  Przerwała,  kiedy 

odwrócił  ją  do  siebie.  Był  zły.  Widziała  to  w  jego  oczach  i  była 
przygotowana na kłótnię. Nie była przygotowana na pocałunek, na to, że 
jego usta obejmą mocno jej wargi, że serce podskoczy jej w piersiach. 

Więc pozwoliła, by ją objął, by jej głowa wtuliła się we wgłębienie w 

jego ramieniu. 

- Nie wiem, jak się z tym uporać - mruknęła. - To sytuacja nie mająca 

precedensu. Potrzebne mi reguły, Roarke. Ścisłe reguły. 

- Nie jestem sprawą, którą musisz rozwiązać. 
-  Nie  wiem,  kim  jesteś.  Lecz  wiem,  że  to  dzieje  się  zbyt  szybko.  To 

nawet nie powinno się rozpocząć. Nie powinnam była zaczynać z tobą. 

Odsunął ją od siebie, by przyjrzeć się jej twarzy. 
- Dlaczego? 
- To skomplikowane. Muszę się ubrać. Muszę iść do pracy. 
- Daj mi coś.  - Jego palce zacisnęły się na jej ramionach.  - Ja też nie 

wiem, kim jesteś. 

- Jestem gliną  - przyznała się.  -  I nikim więcej. Mam trzydzieści lat i 

przez całe życie byłam blisko tylko z dwojgiem ludzi. I nawet przy nich 
łatwo jest mi się powstrzymać. 

- Powstrzymać przed czym? 
- Przed przywiązywaniem do tych znajomości zbyt dużego znaczenia. 

Jeśli przywiązujesz do tego zbyt duże znaczenie, może cię to zniszczyć i 
staniesz się nikim. Byłam nikim. Nigdy więcej nie mogę być nikim. 

- Kto cię skrzywdził? 
-  Nie  wiem.  -  Ale  wiedziała.  -  Nie  pamiętam  i  nie  chcę  pamiętać. 

Stałam się czyjąś ofiarą, a gdy raz się nią było, trzeba robić wszystko, by 
to  się  nie  powtórzyło.  Oto  kim  byłam,  zanim  wstąpiłam  do  akademii: 
ofiarą. Inni ludzie przyciskali guziki, podejmowali decyzje, pchali mnie 
w jedną stronę, ciągnęli w drugą. 

- I myślisz, że ja to robię? 
Były pytania, które musiał zadać, bo sądząc po wyrazie jej twarzy, nie 

mogły czekać. Może nadszedł czas, by podjąć ryzyko. Wsunął rękę do 
kieszeni i wyjął to, co tam nosił. 

Eve popatrzyła ze zdumieniem na zwykły szary guzik, który trzymał w 

dłoni. 

- To od mojego kostiumu. 

background image

-  Tak.  Nie  jest  szczególnie  twarzowy;  lepiej  ci  w  ostrzejszych 

kolorach. Znalazłem go w mojej limuzynie. Chciałem ci go oddać. 

- Och. - Lecz kiedy wyciągnęła rękę, zamknął guzik w dłoni. 
- Gładkie kłamstwo. - Rozbawiony zaśmiał się do siebie. - Nie miałem 

zamiaru ci go zwracać. 

- Nosisz guzik jako fetysz, Roarke? 
- Noszę go tak jak uczniak nosi pukiel włosów swojej ukochanej.  
Znowu popatrzyła mu w oczy i przejęła ją dziwna słodycz. Zrobiło jej 

się jeszcze słodziej na duszy, kiedy zauważyła, że jest zakłopotany. 

- To dziwne. 
-  Ja  też  tak  myślę.  -  Ale  wsunął  guzik  z  powrotem  do  kieszeni.  - 

Wiesz, co jeszcze myślę, Ewo? 

- Nie mam pojęcia. 
- Myślę, że się w tobie zakochałem. 
Poczuła,  że  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy,  mięśnie  zwiotczały,  a  serce 

niczym pocisk podskoczyło do gardła. 

- To... 
-  Tak,  trudno  znaleźć  odpowiednie  słowo,  prawda?  -  Pogłaskał  ją  po 

plecach, ale nie przyciągnął bliżej do siebie. - Dużo o tym myślałem i nie 
udało  mi  się  go  znaleźć.  Ale  powinienem  ci  przedstawić  swój  punkt 
widzenia. 

Zwilżyła językiem wargi. 
- Masz jakiś punkt widzenia? 
-  Bardzo  ciekawy  i  bardzo  ważny.  Jestem  tak  samo  w  twoich rękach, 

jak ty jesteś w moich. Jestem tak samo zaniepokojony, choć pewnie nie 
tak odporny jak ty, i nie potrafię się odnaleźć w tej sytuacji. Nie pozwolę 
ci stąd wyjść, dopóki nie ustalimy, co robić. 

- Och, to wszystko komplikuje. 
- Niebywale - zgodził się. 
- Roarke, my się nawet nie znamy. Poza sypialnią. 
- Owszem, znamy się. Jesteśmy dwiema zagubionymi duszami. Oboje 

odwróciliśmy  się  od  czegoś  i  staliśmy  się  zupełnie  innymi  ludźmi.  To 
prawie  cud,  że  los  postanowił  stworzyć  zakręt  na  naszych  prostych 
ścieżkach. Musimy zdecydować, jak daleko chcemy wejść w ten zakręt. 

- Muszę skoncentrować się na śledztwie. To musi być dla mnie sprawa 

pierwszoplanowa. 

- Rozumiem. Ale masz prawo do życia osobistego. 
-  Moje  życie  osobiste  -  ta  jego  część  -  jest  wynikiem  śledztwa.  A 

zabójca nadaje temu jeszcze bardziej osobisty charakter. Podłożenie tego 

background image

pistoletu  w  taki  sposób,  by  skierować  podejrzenia  na  ciebie,  jest 
bezpośrednią  reakcją  na  mój  związek  z  tobą.  Jestem  w  centrum  jego 
uwagi. 

Ręka Roarke'a powędrowała w górę i szarpnęła za klapy jej szlafroka. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? 
Zasady, przypomniała sobie. Powinna stosować się do zasad. A o mały 

włos ich nie złamała. 

- Powiem ci tyle, ile będę mogła, ale najpierw się ubiorę.  
Poszła do sypialni razem z kotem, który klucząc biegł przed nią. 
-  Pamiętasz  tę  noc,  kiedy  cię  tu  zastałam  po  powrocie  do  domu? 

Paczkę, którą znalazłeś na podłodze? 

- Tak, zdenerwowałaś się na jej widok.  
Stłumiła śmiech; zrzuciła szlafrok. 
-  Wszyscy  uważają,  że  mam  najbardziej  pokerową  twarz  z  całego 

wydziału. 

- Swój pierwszy milion zarobiłem na hazardzie. 
-  Naprawdę?  -  Wciągnęła  sweter  przez  głowę,  powtarzając  sobie  w 

duchu,  że  nie  powinna  się  rozpraszać.  -  To  była  dyskietka  z  zapisem 
morderstwa  Loli  Starr.  Wcześniej  przesłał  mi  taką  samą  z  przebiegiem 
zabójstwa Sharon DeBlass. 

Przeniknął go zimny strach. 
- Był w twoim mieszkaniu?! 
Była tak zaabsorbowana odkryciem, że nie ma czystej bielizny, że nie 

zauważyła nuty zdenerwowania w jego głosie. 

- Może tak,  może nie. Sądzę, że nie. Nie ma śladów włamania. Mógł 

wsunąć  przesyłkę  pod  drzwiami.  Tak  właśnie  zrobił  za  pierwszym 
razem.  Natomiast  dyskietkę  z  morderstwem  Georgie  przesłał  pocztą. 
Budynek był pod obserwacją. 

Zrezygnowana wciągnęła spodnie na gołe ciało. 
- Albo się o tym jakoś dowiedział, albo sam się zorientował. Tak czy 

inaczej, dopilnował, abym dostała wszystkie trzy dyskietki. Wiedział, że 
jestem tu najważniejsza, niemal zanim ja się o tym dowiedziałam. 

Przy  szukaniu  skarpetek  szczęście  jej  dopisało  -  znalazła  dwie,  które 

do siebie pasowały. 

- Zadzwonił do mnie. Przesłał mi video ze sceną morderstwa Georgie 

Castle  w  parę  minut  po  tym,  jak  ją  zabił.  -  Usiadła  na  brzegu  łóżka, 
wciągnęła  skarpetki.  -  Zostawił  broń,  mając  pewność,  że  bez  trudu 
trafimy na ślad jej właściciela. Na twój ślad. Nie wyobrażasz sobie, jak 
oskarżenie  o  morderstwo  zmieniłoby  twoje  życie,  Roarke;  gdyby  mój 

background image

szef nie stanął za mną murem, w okamgnieniu odebrano by mi tę sprawę 
i wyrzucono by mnie z wydziału. On wie, co się dzieje w Centrali. On 
wie, co się dzieje w moim życiu. 

- Na szczęście nie wiedział, że nie było mnie na tej planecie. 
- To był moment zwrotny dla obojga z nas. - Znalazła botki, wciągnęła 

je na nogi. - Lecz to go nie powstrzyma. - Wstała, wzięła do ręki kaburę 
z  bronią.  -  Nadal  będzie  próbował  mnie  dopaść,  a  wydaje  mu  się,  że 
najlepiej to zrobi atakując ciebie. 

Roarke zobaczył, że odruchowo sprawdziła swój laser, zanim przypięła 

kaburę. 

- Dlaczego ciebie? 
- Nie ma wysokiego mniemania o kobietach. Szlag go trafia, że kobieta 

prowadzi  śledztwo.  To  obniża  jego  pozycję.  -  Wzruszyła  ramionami, 
przeczesała palcami włosy, próbując je ułożyć.  - Przynajmniej taka jest 
opinia psychiatry. 

Z zadumą wzięła do ręki kota, który zaczął wspinać się po jej nodze, i 

rzuciła  go  delikatnie  na  łóżko,  gdzie  odwrócił  się  do  niej  ogonem  i 
przystąpił do mycia. 

-  A  czy  według  opinii  psychiatry  może  spróbować  wyeliminować  cię 

w bardziej bezpośredni sposób? 

- Nie pasuję do jego schematu. 
Czując, że znowu ogarnia go strach, Roarke wcisnął ręce do kieszeni. 
- A jeśli zmieni schemat? 
- Poradzę sobie. 
- Warto ryzykować życie dla trzech kobiet, które już nie żyją? 
-  Owszem.  -  Usłyszała  wściekłość  pulsującą  w  jego  głosie,  ale  nie 

wycofała  się.  -  Warto  ryzykować  życie,  by  znaleźć  sprawiedliwość dla 
trzech  kobiet,  które  już  nie  żyją,  i  spróbować  uchronić  trzy  inne  przed 
śmiercią. Zostawił wiadomość pod każdym z ciał. Od samego początku 
chciał,  abyśmy  wiedzieli,  że  ma  plan.  I  wyzwał  nas,  abyśmy  go 
powstrzymali.  Pierwsza  z  sześciu,  druga  z  sześciu,  trzecia  z  sześciu. 
Zrobię, co w mojej mocy, by nie było czwartej. 

-  Jesteś  niesłychanie  odważna.  Z  początku  właśnie  to  w  tobie 

podziwiałem. Teraz mnie to przeraża. 

Po  raz  pierwszy  przysunęła  się  do  niego,  położyła  mu  rękę  na 

policzku.  Niemal  w  tej  samej  chwili  opuściła  dłoń  i  odsunęła  się 
zażenowana. 

-  Roarke,  jestem  gliną  od dziesięciu  lat  i nigdy  nie spotkało  mnie nic 

gorszego od guzów i siniaków. Nie martw się o mnie. 

background image

- Chyba musisz przyzwyczaić się do tego, że masz kogoś, kto martwi 

się o ciebie, Ewo. 

Nie taki miała plan. Wyszła z sypialni, by wziąć kurtkę i torbę. 
-  Mówię  ci  to  wszystko,  żebyś  zrozumiał,  na  czym  polegają  moje 

kłopoty. Dlaczego nie mogę tracić energii na analizowanie tego, co jest 
między nami. 

- Zawsze będą jakieś sprawy. 
- W Bogu nadzieja, że nie zawsze będą podobne do tej. Te morderstwa 

nie  są  popełniane  z  pasji  czy  z  chęci  zysku.  Z  rozpaczy  czy  w  ataku 
szału. Są wynikiem zimnej kalkulacji. Wyrazem... 

- Zła? 
- Tak. - Odczuła ulgę, że powiedział to pierwszy. Nie zabrzmiało to tak 

głupio.  -  Choć  odnieśliśmy  ogromne  sukcesy  w  inżynierii  genetycznej, 
badaniach  in  vitro,  programach  społecznych,  wciąż  nie  potrafimy 
kontrolować  podstawowych  ludzkich  słabości:  porywczości,  żądzy, 
zazdrości. 

- Siedem grzechów głównych.  
Pomyślała o staruszce i jej zatrutym ciastku. 
- Tak. Muszę iść. 
- Przyjdziesz do mnie po pracy? 
- Nie wiem, kiedy skończę. To może być... 
- Przyjdziesz?  
- Tak. 
Wtedy  się  uśmiechnął.  Zorientowała  się,  że  czeka  na  jej  ruch.  Była 

pewna,  że  wiedział,  jak  trudno  jej  było  podejść  do  niego,  przycisnąć  - 
nawet niedbale - usta do jego ust. 

- Do zobaczenia. 
- Ewo. Powinnaś nosić rękawiczki. 
Wprowadziwszy  szyfr  otwierający  drzwi,  uśmiechnęła  się  do  niego 

przez ramię. 

- Wiem, ale ciągle je gubię. 
Jej dobry nastrój trwał, dopóki nie weszła do biura i nie zobaczyła, że 

DeBlass i jego pomocnik czekają na nią. DeBlass popatrzył znacząco na 
zegarek. 

-  To  raczej  godziny  pracy  bankowca  niż  policjanta,  pani  porucznik 

Dallas. 

Cholernie  dobrze  wiedziała,  że  jest  dopiero  dziesięć  po  ósmej,  lecz 

zrzuciła z ramion kurtkę. 

- Tak. Mamy tu kupę roboty. Czy mogę coś dla pana zrobić, senatorze? 

background image

-  Wiem,  że  popełniono  kolejne  morderstwo.  Jestem  wyraźnie 

niezadowolony  z  postępów  w  prowadzonym  przez  panią  śledztwie. 
Jednak przyszedłem tu po to, by chronić dobre imię naszej rodziny. Nie 
chcę,  żeby  nazwisko  mojej  wnuczki  łączono  z  nazwiskami  dwóch 
pozostałych ofiar. 

-  Powinien  pan  porozmawiać  z  Simpsonem  albo  jego  sekretarzem 

prasowym. 

- Niech pani się głupio nie uśmiecha, młoda damo. - DeBlass pochylił 

się do przodu. - Moja wnuczka nie żyje. Nic nie może tego zmienić. Ale 
nie  pozwolę,  by  nazwisko  DeBlass  zostało  zbezczeszczone,  zszargane 
przez śmierć dwóch pospolitych prostytutek. 

-  Chyba  ma  pan  niezbyt  pochlebne  zdanie  o  kobietach,  senatorze.  - 

Tym  razem  uważała,  żeby  nie  uśmiechać  się  złośliwie,  więc  tylko 
przyglądała mu się uważnie. 

-  Wręcz  przeciwnie;  darzę  je  wielkim  szacunkiem.  I  dlatego  te,  które 

się  sprzedają,  te,  które  lekceważą  normy  moralne  i  nakazy 
przyzwoitości, budzą moją odrazę. 

- Także pańska wnuczka? 
Odchylił się na krześle, twarz mu poczerwieniała, oczy wyszły z orbit. 

Eve była przekonana, że uderzyłby ją, gdyby Rockman nie stanął między 
nimi. 

-  Senatorze,  pani  porucznik  tylko  chwyta  pana  za  słowa.  Proszę  nie 

sprawiać jej satysfakcji. 

- Nie będzie pani oczerniała mojej rodziny! - DeBlass oddychał szybko 

i  Eve  przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  ma jakieś  kłopoty  z  sercem.  - 
Moja wnuczka drogo zapłaciła za swoje grzechy i nie pozwolę, by reszta 
moich bliskich została wystawiona na pośmiewisko. I nie będę tolerował 
pani złośliwych insynuacji. 

-  Ja  tylko  próbuję  ustalić  fakty.  -  Z  zafascynowaniem  patrzyła,  jak 

stara się nad sobą zapanować. To był dla niego trudny moment - ręce mu 
się trzęsły, pierś falowała. - Próbuję znaleźć człowieka, który zabił pana 
wnuczkę, senatorze. Zakładam, że panu też na tym zależy. 

-  Znalezienie  go  nie  zwróci  nam  Sharon.  -  Znowu  usiadł,  wyraźnie 

zmęczony  wybuchem.  -  Teraz  ważne  jest  to,  by  chronić  tych,  którzy 
pozostali.  Aby  tego  dokonać,  trzeba  oddzielić  Sharon  od  pozostałych 
kobiet 

Ewie  nie  podobała  się  jego  opinia,  ale  nie  przejęła  się  też  jego 

rumieńcami. Choć były niepokojąco mocne. 

- Może napije się pan wody, senatorze DeBlass? 

background image

Kiwnął  głową,  machając  do  niej  ręką.  Eve  wyszła  na  korytarz  po 

filiżankę  przegotowanej  wody.  Kiedy  wróciła,  senator  oddychał 
regularniej, ręce trochę mniej mu się trzęsły. 

- Senator jest przemęczony - wyjaśnił Rockman. - Projekt jego Ustawy 

o Moralności będzie jutro przedstawiony w Parlamencie. Presja moralna 
związana z tą rodzinną tragedią jest dla niego wielkim ciężarem. 

-  Doceniam  to.  Robię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  by  zamknąć 

sprawę. - Przechyliła głowę. - A presja polityczna jest wielkim ciężarem 
dla śledztwa. Nic mnie to nie obchodzi, że jestem obserwowana w czasie 
wolnym od pracy. 

Rockman obdarzył ją łagodnym uśmiechem. 
- Przykro mi. Mogłaby pani podać bliższe szczegóły? 
- Byłam obserwowana, a szef policji Simpson został powiadomiony o 

moich  prywatnych  kontaktach  z  osobą  cywilną.  To  nie  tajemnica,  że 
Simpson i senator ściśle ze sobą współpracują. 

-  Są  wobec  siebie  lojalni  zarówno  w  życiu  prywatnym,  jak  i 

politycznym  -  zgodził  się  Rockman.  -  Jednak  obserwowanie 
funkcjonariusza  policji  nie  byłoby  etyczne  i  nie  leżałoby  w  interesie 
senatora.  Zapewniam  panią,  pani  porucznik,  że  senator  jest  zbyt 
pochłonięty  własnymi  troskami  i  obowiązkami  wobec  ojczyzny,  by 
zawracać  sobie  głowę...  pani  prywatnymi  sprawami.  Jednak  Simpson 
zwrócił naszą uwagę na fakt, że spotkała się pani kilka razy z Roarke'em. 

-  Amoralny  oportunista.  -  Senator  z  trzaskiem  odstawił  filiżankę.  - 

Człowiek,  który  dla  powiększenia  swojej  władzy  nie  cofnie  się  przed 
niczym. 

-  Człowiek  -  dodała  Eve  -  który  został  oczyszczony  ze  wszystkich 

zarzutów. 

- Wolność można kupić za pieniądze - rzekł z odrazą DeBlass. 
- Nie w tym biurze. Jestem pewna, że poprosi pan mojego dowódcę o 

raport.  Tymczasem,  bez  względu  na  to,  czy  to  ukoi  pana  ból,  czy  nie, 
zamierzam znaleźć człowieka, który zabił pańską wnuczkę. 

-  Chyba  powinienem  pochwalić  pani  poświęcenie.  -  DeBlass  wstał.  - 

Widzę, że nie narazi pani na szwank dobrego imienia mojej rodziny. 

-  Dlaczego  zmienił pan  zdanie,  senatorze?  -  zainteresowała się  Eve.  - 

Podczas  naszej  pierwszej  rozmowy  straszył  mnie  pan,  że  stracę  pracę, 
jeśli nie doprowadzę mordercy Sharon przed oblicze sprawiedliwości, i 
to szybko. 

- Ona leży w grobie - powiedział tylko i wyszedł. 

background image

-  Pani  porucznik.  -  Rockman  mówił  cichym  głosem.  -  Powtarzam,  że 

presja  na  senatora  DeBlass  jest  ogromna,  wystarczająco  duża,  by 
zmiażdżyć  kogoś  słabszego.  -  Odetchnął  wolno.  -  Szczerze  mówiąc, 
zniszczyła już jego żonę. Załamała się psychicznie. 

- Przykro mi. 
-  Lekarze  nie  wiedzą,  czy  wróci  do  zdrowia.  Ta  dodatkowa  tragedia 

sprawiła, że jego syn oszalał z bólu; jego córka odgrodziła się od rodziny 
i  oddała  praktykom  religijnym.  Jedyną  nadzieją  senatora  na 
odbudowanie  życia  rodzinnego  jest  zapomnienie  o  tragicznej  śmierci 
Sharon. 

-  Zatem  może  senator  mądrze  by  zrobił,  gdyby  zostawił  prowadzenie 

śledztwa naszemu wydziałowi. 

-  Pani  porucznik,  Ewo  -  powiedział  z  rzadkim  u  niego  wdziękiem.  - 

Chciałbym go o tym przekonać. Ale wiem, że moje starania byłyby tak 
samo  beznadziejne,  jak  przekonywanie  pani,  by  pozwoliła  Sharon 
odpoczywać w spokoju. 

- Ma pan rację. 
- A zatem... - Na chwilę położył dłoń na jej ramieniu. - Musimy zrobić 

wszystko,  co  w  naszej  mocy,  by  sprawy  się  ułożyły.  Miło  było  znowu 
panią zobaczyć. 

Eve  zamknęła  za  nim  drzwi  i  oddała  się  rozmyślaniom.  DeBlass  z 

pewnością  jest  człowiekiem  gwałtownym,  który  mógłby  dopuścić  się 
przemocy. Niemal z przykrością pomyślała, że brakuje mu opanowania i 
zdolności  chłodnej  kalkulacji,  by  zaplanować  szczegółowo  trzy 
morderstwa. 

Tak  czy  inaczej,  czekają  ją  ciężkie  chwile,  jeśli  połączy  nazwisko 

wściekle  prawicowego  senatora  z  nazwiskami  dwóch  nowojorskich 
prostytutek. 

Może  chroni  swoją  rodzinę,  zadumała  się,  a  może  osłania  Simpsona, 

swego politycznego sprzymierzeńca. 

Bzdury. Mógłby kryć Simpsona, gdyby szef policji był zamieszany w 

zabójstwa  Starr  i  Castle,  ale  żaden  człowiek  nie  chroni  zabójcy  swej 
wnuczki. 

Fatalnie, że nie szuka dwóch mężczyzn, pomyślała, lecz bez względu 

na konsekwencje rozpracuje Simpsona. 

Musi  być  obiektywna,  upomniała  się  w  duchu.  Istnieje  duże 

prawdopodobieństwo,  że  DeBlass  nie  wiedział,  iż  jeden  z  jego 
najlepszych politycznych przyjaciół był szantażowany przez jego jedyną 
wnuczkę, 

background image

Musi się tego dowiedzieć. 
Ale na razie musiała sprawdzić inny trop. Odszukała numer Charlesa 

Monroe'a i połączyła się z nim. Miał głos zachrypły od snu, powieki mu 
ciążyły. 

- Każdą chwilę spędzasz w łóżku, Charles? 
- Gdy tylko  mogę, słodka pani porucznik.  - Potarł twarz i uśmiechnął 

się do niej szeroko. - Tak właśnie o tobie myślę. 

- Więc nie myśl. Parę pytań. 
-  Och,  nie  możesz  przyjechać  i  zadać  mi  ich  osobiście?  Jestem 

cieplutki, nagi i zupełnie sam. 

- Stary, nie wiesz, że namawianie oficera policji do czynu lubieżnego 

jest wykroczeniem? 

-  Powiedziałem  ci  -  utrzymalibyśmy  to  na  płaszczyźnie  czysto 

prywatnej. 

-  Utrzymujemy  to  na  płaszczyźnie  czysto  zawodowej.  Miałeś 

koleżankę, Georgie Castle. Znałeś ją? 

Uwodzicielski uśmiech zniknął z jego twarzy. 
- Właściwie to tak. Niezbyt dobrze, ale poznałem ją na przyjęciu jakiś 

rok temu. Była nowa w tym biznesie. Zabawna, atrakcyjna. Byliśmy ze 
sobą w dobrych stosunkach. 

- To znaczy? 
-  Przyjacielskich.  Od  czasu  do  czasu  umawialiśmy  się  na  drinka. 

Kiedyś,  kiedy  Sharon  miała  zbyt  wielu  chętnych,  namówiłem  ją,  by 
podesłała Georgie paru swoich klientów. 

- Znały się? - Eve skwapliwie podchwyciła temat. - Sharon i Georgie? 
-  Nie  sądzę.  O  ile  pamiętam,  Sharon  skontaktowała  się  z  Georgie, 

spytała  ją,  czy  jest  zainteresowana  paroma  nowymi  facetami.  Georgie 
wyraziła  zgodę  i  na  tym  się  skończyło.  -  Namyślał  się  przez  chwilę.  - 
Och,  tak,  Sharon  coś  wspominała,  że  Georgie  przysłała  jej  tuzin  róż. 
Prawdziwych,  jakby  w  podziękowaniu.  Sharon  miała  bzika  na  punkcie 
staroświeckiej etykiety. 

- Sama była staroświecka - powiedziała pod nosem Eve. 
- Kiedy usłyszałem, że Georgie nie żyje, doznałem szoku. Powinienem 

był ci o tym powiedzieć. Śmierć Sharon była dla mnie wstrząsem, ale nie 
zaskoczeniem.  Żyła  na  krawędzi.  Lecz  Georgie  potrafiła  zachować 
umiar, wiesz? 

-  Może  będę  musiała  zadać  ci  jeszcze  parę  pytań  w  tej  sprawie, 

Charles. Bądź do mojej dyspozycji. 

- Dla ciebie... 

background image

-  Przestań  -  rozkazała,  zanim  zaczął  się  wdzięczyć.  -  Co  wiesz  o 

pamiętnikach Sharon? 

-  Nigdy  nie  pozwoliła  mi  żadnego  przeczytać  -  odparł  swobodnie.  - 

Często  droczyłem  się  z  nią  o  to.  Mam  wrażenie,  że  je  prowadziła,  od 
czasu gdy była dzieckiem. Masz któryś? Hej, jest w nim coś o mnie? 

- Gdzie je trzymała? 
- Chyba w swoim mieszkaniu. Gdzieżby indziej?  
Oto jest pytanie, pomyślała. 
- Gdyby wpadło ci coś do głowy na temat Georgie albo pamiętników, 

skontaktuj się ze mną. 

- We dnie czy w nocy, słodka pani porucznik. Możesz na mnie liczyć. 
- Dobrze. - Przerwała połączenie i roześmiała się. 
Słońce  właśnie  zachodziło,  kiedy  przybyła  do  domu  Roarke'a.  Nie 

sądziła, że skończyła już pracę. Cały dzień biła się z myślami, czy prosić 
go  o  pewną  przysługę.  Postanowiła  to  zrobić,  potem  odrzuciła  ten 
pomysł, i tak się wahała, dopóki nie poczuła do siebie obrzydzenia. 

W końcu, po raz pierwszy od kilku miesięcy, opuściła siedzibę policji 

punktualnie  z  zakończeniem  swej  zmiany.  Przy  tak  niewielkich 
postępach w śledztwie chyba w ogóle nie musiała tam bywać. 

Przy  szukaniu  drugiej  skrytki  depozytowej  Feeney  zabrnął  w  ślepą 

uliczkę.  Z  widoczną  niechęcią  przekazał  jej  listę  gliniarzy,  o  którą 
prosiła. Eve zamierzała przyjrzeć się każdemu z nich - w swoim czasie i 
na swój sposób. 

Z pewnym żalem uświadomiła sobie, że chce wykorzystać Roarke'a. 
Summerset otworzył drzwi; miał swoją zwykłą minę wyrażającą lekką 

pogardę. 

- Przybyła pani przed czasem, pani porucznik. 
- Jeśli go nie ma, mogę zaczekać. 
- Jest w bibliotece. 
- To znaczy dokładnie gdzie? 
Summerset  pozwolił  sobie  na  lekkie  fuknięcie.  Gdyby  Roarke  nie 

polecił  mu,  by  przyprowadził  do  niego  tę  kobietę  natychmiast  po  jej 
przyjściu,  wprowadziłby  ją  do  jakiegoś  małego,  źle  oświetlonego 
pokoju.  

- Tędy proszę. 
- Summerset, co cię właściwie tak we mnie drażni? 
Sztywny,  jakby  kij  połknął,  poprowadził  ją  po  schodach  na  górę,  a 

potem szerokim korytarzem. 

background image

-  Nie  mam  pojęcia,  o  co  pani  chodzi,  pani  porucznik.  Biblioteka  - 

oznajmił z szacunkiem i otworzył przed nią drzwi. 

Nigdy  w  życiu  nie  widziała  takiej  ilości  książek.  Nigdy  nie 

uwierzyłaby, że poza muzeum istnieją tak ogromne księgozbiory. Ściany 
były  zawieszone  półkami,  więc  w  dwupoziomowym  pokoju  unosił  się 
zapach książek. 

Na  niższym  poziomie  stała  skórzana  kanapa,  a  na  niej,  z  książką  w 

ręku i kotem na kolanach, na wpół leżał Roarke. 

- Ewo, wcześnie przyszłaś. - Odłożył książkę i wstał podnosząc kota. 
- Jezus Maria, Roarke, skąd to wszystko wziąłeś? 
-  Książki.  -  Obiegł  wzrokiem  pokój.  Ogień  na  kominku  tańczył 

zakreślając  kolorowe  kręgi.  -  To  kolejne  z  moich  zainteresowań.  Nie 
lubisz czytać? 

- Jasne, od czasu do czasu. Lecz dyskietki są o wiele wygodniejsze. 
- I dostarczają o wiele mniej estetycznych doznań.  - Podrapał kota po 

szyi, wywołując jego zachwyt. - Chętnie ci pożyczę jakąś książkę. 

- Raczej nie skorzystam. 
- A co powiesz na drinka? 
- Mogę się czegoś napić. 
Jego łącze zabrzęczało. 
-  To  telefon,  na  który  czekałem.  Może  przyniesiesz  nam  po  kieliszku 

wina, które stoi otwarte na stole? 

-  Jasne.  -  Wzięła  od  niego  kota  i  poszła  wywiązać  się  z  obietnicy. 

Korciło  ją,  by  podsłuchać  rozmowę,  ale  zmusiła  się  do  pozostania  w 
drugim końcu pokoju. 

Dzięki temu miała okazję przyjrzeć się książkom, łamiąc sobie głowę 

nad  tytułami.  O  niektórych  słyszała.  Nawet  ucząc  się  w  szkole 
państwowej  musiała  przeczytać  Steinbecka  i  Chaucera,  Szekspira  i 
Dickensa.  Program  obejmował  także  twórczość  Kinga  i  Grishama, 
Morrison i Grafton. 

Lecz  były  tam  dziesiątki,  może  setki  nazwisk,  o  których  nigdy  nie 

słyszała. Była ciekawa czy ktokolwiek jest w stanie ogarnąć tak wielką 
liczbę książek, a tym bardziej je przeczytać. 

- Przepraszam - powiedział, kiedy zakończył rozmowę. - To nie mogło 

czekać. 

- Nic nie szkodzi. 
Wziął kieliszek wina, który mu nalała. 
- Ten kot zaczyna przywiązywać się do ciebie - powiedział. 

background image

- Nie sądzę, żeby był komuś szczególnie wiemy - odparła, lecz musiała 

przyznać, że lubiła sposób, w jaki zwijał się w kłębek, gdy go głaskała. - 
Nie  wiem,  co  mam  z  nim  zrobić.  Dzwoniłam  do  córki  Georgie,  ale 
powiedziała mi, że po prostu nie jest w stanie go zabrać. Moje namowy 
tylko doprowadziły ją do płaczu. 

- Możesz go zatrzymać. 
- Nie wiem. Zwierzętami domowymi trzeba się zajmować. 
- Koty są samowystarczalne. - Usiadł na sofie i poczekał, aż przyłączy 

się do niego. - Chcesz mi opowiedzieć o swoim dniu? 

- Nie był bardzo udany. A twój? 
- Bardzo udany. 
- Mnóstwo książek - powiedziała wiedząc, że mówi to tylko po to, by 

zyskać na czasie. 

-  Mam  do  nich  sentyment.  Ledwo  umiałem  przeczytać  swoje  imię, 

kiedy miałem sześć lat. Potem wpadł mi w ręce zniszczony egzemplarz 
dzieł  Yeatsa.  Dość  znanego  irlandzkiego  dramaturga  i  poety  -  wyjaśnił 
widząc  bezradne  spojrzenie  Ewy.  -  Strasznie  chciałem  poznać  jego 
dzieła, więc sam nauczyłem się czytać. 

- Nie chodziłeś do szkoły? 
-  Nie  z  mojej  winy.  Widzę  po  oczach,  że  coś  cię  gnębi,  Ewo  - 

zauważył. 

Wypuściła powietrze. Po co silić się na szukanie tematów zastępczych, 

skoro Roarke i tak potrafi przejrzeć ją na wylot. 

- Mam problem. Chcę sprawdzić Simpsona. Oczywiście nie mogę tego 

zrobić  oficjalnymi  kanałami  ani  skorzystać  ze  swego  domowego  czy 
biurowego  komputera.  Gdy  tylko  spróbuję  dostać  się  do  danych  szefa 
policji, zostanę nakryta. 

-  I  jesteś  ciekawa,  czy  mam  pewny,  nie  zarejestrowany  system. 

Oczywiście, że mam. 

- Oczywiście - mruknęła. - Posiadanie niezarejstrowanego systemu jest 

naruszeniem kodeksu czterysta pięćdziesiąt trzy B, paragraf trzydziesty 
piąty. 

-  Nie  potrafię  ci  powiedzieć,  jak  mnie  to  podnieca,  gdy  cytujesz 

kodeksy. 

- To nie jest zabawne. A to, o co zamierzam cię prosić, jest nielegalne. 

Elektroniczne  naruszenie  prywatności  urzędnika  państwowego  jest 
poważnym wykroczeniem. 

- Gdy skończymy, możesz aresztować nas oboje. 

background image

-  To  poważna  sprawa,  Roarke.  Zawsze  postępowałam  zgodnie  z 

przepisami, a teraz cię proszę, żebyś złamał prawo. 

Wstał, pociągając ją za sobą. 
-  Najdroższa  Ewo,  nie  masz  pojęcia,  ile  razy  już  je  złamałem.  - 

Chwycił butelkę z winem, która kołysała mu się między dwoma palcami, 
kiedy objął Ewę w talii. - Grałem wbrew prawu w kości, kiedy miałem 
dziesięć  lat  -  zaczął  wyprowadzając  ją  z  pokoju.  -  Spuścizna  po  moim 
drogim starym ojcu, któremu podcięto gardło w dublińskim zaułku. 

- Przykro mi. 
- Nie byliśmy ze sobą zżyci. Był skurwysynem, i nikt go nie kochał, a 

ja  najmniej.  Summerset,  zjemy  kolację  o  siódmej  trzydzieści  -  dodał 
Roarke  zwracając  się  w  stronę  schodów.  -  Ale  nauczył  mnie  - 
przystawiając mi pięść do nosa  -  grać w  kości, w karty, robić zakłady. 
Był złodziejem, kiepskim, sądząc po tym, jak skończył. Ja byłem lepszy. 
Kradłem,  oszukiwałem,  przez  jakiś  czas  uczyłem  się  sztuki  przemytu. 
Więc widzisz, że nie zepsujesz mnie swoją skromną prośbą. 

Nie  patrzyła  na  niego,  gdy  za  pomocą  dekodera  otworzył  drzwi  na 

drugim piętrze. 

- Czy ty... 
- Czy teraz kradnę, oszukuję, szmugluję? - Odwrócił się i dotknął ręką 

jej twarzy.  - Och, to by ci się nie podobało, prawda? Niemal chciałbym 
powiedzieć  „tak”,  a  potem  rzucić  to  wszystko  dla  ciebie.  Dawno  temu 
nauczyłem się, że ryzykowanie w granicach prawa jest o wiele bardziej 
ekscytujące. I zwycięstwo przynosi o wiele większą satysfakcję, gdy się 
działa na samej górze. 

Wycisnął pocałunek na jej czole, po czym wszedł do pokoju. 
- Ale trzeba praktykować, żeby nie wyjść z wprawy. 

background image

16 
 
W porównaniu z resztą domu ten pokój urządzony był po spartańsku i 

przeznaczony  wyłącznie  do  pracy.  Nie  było  tu  wyszukanych  posągów 
ani kapiących od ozdób kandelabrów. Szeroka konsola w kształcie litery 
U,  na  której  znajdowały  się  urządzenia  do  komunikowania  się, 
wyszukiwania danych i przekazywania informacji, była zupełnie czarna, 
usiana przyrządami sterującymi, poprzecinana szczelinami i ekranami. 

Eve  słyszała,  że  MCBPK  ma  najnowocześniejszy  system  w  kraju. 

Podejrzewała,  że  urządzenia  Roarke'a  w  pełni  mu  dorównują.  Nie  była 
specjalistką  od  komputerów,  ale  wystarczyło  jedno  spojrzenie,  by 
wiedziała, że zgromadzony tu sprzęt jest o wiele lepszy od tego, jakiego 
nowojorska  policja  i  Wydział  Bezpieczeństwa  używa  -  czy  też,  na jaki 
może sobie pozwolić - nawet w Sekcji Rozpoznania Elektronicznego. 

Długą  ścianę  naprzeciw  konsoli  zajmowało  sześć  dużych  ekranów. 

Drugie  pomocnicze  stanowisko  zawierało  małe  lśniące  telełącze,  drugi 
fax laserowy, urządzenie odtwarzające obraz z hologramu i kilka innych 
elementów komputerowych, których nie rozpoznała. 

Trzy  komputerowe  stanowiska  mogły  się  poszczycić  osobistymi 

monitorami z przyłączonymi do nich telełączami. 

Podłoga  była  wyłożona  ceramicznymi,  rombowymi  płytkami  w 

przytłumionych kolorach, które zlewały się ze sobą niczym ciecz. Jedyne 
okno, jakie znajdowało się w tym pomieszczeniu, wychodziło na miasto 
i pulsowało ostatnimi światłami zachodzącego słońca. 

Nawet tutaj było widać, że Roarke chce otaczać się tym, co najlepsze. 
- Nieźle zorganizowane - zauważyła Eve. 
-  Nie  jest  tu  tak  wygodnie  jak  w  moim  biurze,  ale  mamy  wszystko, 

czego  nam  trzeba.  -  Przesunął  się  za  główną  konsolę  i  położył  dłoń  na 
ekranie potwierdzającym tożsamość. - Roarke. Włącz się. 

Po chwili dyskretnego szumu na konsoli zabłysły światła. 
-  Wprowadzenie  do  pamięci  nowego  rysunku  dłoni  i  głosu  - 

kontynuował dając Ewie znak ręką. - Do pozycji żółtej. 

Gdy  skinął  głową,  Eve  przycisnęła  dłoń  do  ekranu  i  poczuła  lekkie 

ciepło odczytu. 

- Dallas. 
-  Proszę  bardzo.  -  Roarke  usiadł.  -  Komputer  będzie  spełniał  twoje 

rozkazy wydawane głosem i dłonią. 

- Co to jest pozycja żółta?  
Uśmiechnął się. 

background image

-  Wystarczająca,  byś  dostała  wszystkie  potrzebne  ci  informacje  -  nie 

całkiem wystarczająca, byś łamała moje rozkazy. 

-  Hmmm.  -  Przebiegła  wzrokiem  urządzenia  sterujące,  mrugające 

cierpliwie  światełka,  niezliczone  ekrany  i  przyrządy  pomiarowe. 
Żałowała, że nie ma przy niej Feeneya z jego komputerowym umysłem. 
-  Edward  T.  Simpson,  szef  policji  i  bezpieczeństwa  w  Nowym  Jorku. 
Wyszukać wszystkie dane o jego finansach. 

- Zmierzasz prosto do celu - mruknął Roarke. 
- Nie mam czasu do stracenia. Czy mogą mnie wyśledzić? 
-  Nie  tylko  nie  mogą  cię  wyśledzić,  ale  nawet  odnotować  twoich 

poszukiwań. 

- Simpson, Edward T. - oświadczył komputer miłym kobiecym głosem. 

- Stan majątkowy. Szukam. 

Widząc, jak Eve unosi brew, Roarke wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
- Wolę pracować z melodyjnymi głosami. 
- Miałam zamiar cię zapytać - odparła - jak ci się udaje zdobywać dane 

bez uruchamiania Ochrony Komputerowej. 

- Żaden system nie jest niezawodny ani idealnie zabezpieczony, nawet 

ten strzeżony przez wszechpotężną Ochronę Komputerową. Taki system 
skutecznie  odstrasza  przeciętnego  programistę  czy  elektronicznego 
złodzieja,  ale  można  go  obejść,  dysponując  właściwym  sprzętem.  A  ja 
mam taki sprzęt. No i mamy dane. Ekran pierwszy - polecił. 

Eve  podniosła  wzrok  i  zobaczyła,  że  na  dużym  monitorze  rozbłysnął 

rejestr  operacji  finansowych  Simpsona.  Nic  nadzwyczajnego:  pożyczki 
na  samochód,  hipoteki,  salda  karty  kredytowej.  Wszystkie  transakcje 
zostały przeprowadzone automatycznie przez Internet. 

-  Pokaźna  suma  na  rachunku  American  Express  -  zadumała  się.  -  I 

chyba niewiele osób wie, że on posiada plac na Long Island. 

- Trudno to uznać za motyw morderstwa. Otrzymuje wysokie kredyty, 

co  oznacza,  że  płaci  wszystkie  należności.  O,  mamy  wyciąg  z  konta 
bankowego. 

Eve z niezadowoleniem przyjrzała się liczbom. 
- Nic szczególnego, zupełnie przeciętne wpłaty i wypłaty - rachunki w 

większości  opłacane  automatycznie  przelewem  z  konta,  co  zgadzałoby 
się z wyciągiem z banku. Kto to jest Jeremy? 

-  Kupiec  handlujący  męskimi  ubraniami  -  odparł  Roarke  z  lekko 

pogardliwym uśmiechem. - Drugiej kategorii. 

Zmarszczyła nos. 
- Cholernie dużo wydaje na ubrania. 

background image

- Kochanie, będę musiał cię zepsuć. To jest za dużo tylko wtedy, gdy 

ubrania są w złym gatunku. 

Prychnęła  pogardliwie  wpychając  kciuki  do  kieszeni  swoich 

workowatych brązowych spodni, 

-  A  oto  jego  rachunek  w  biurze  maklerskim.  Ekran  trzeci.  Pełna 

asekuracja - dodał Roarke, przebiegnąwszy go wzrokiem. 

- Co masz na myśli? 
-  Jego  inwestycje.  Wszystkie  pozbawione  najmniejszego  ryzyka. 

Pakiet  państwowych  papierów  wartościowych,  kilka  udziałów  w  spół-
kach inwestycyjnych, trochę wartościowych akcji renomowanych firm. 

- Co w tym złego? 
- Nic, jeśli chcesz, by twoje pieniądze traciły na wartości. - Popatrzył 

na nią z ukosa; - Inwestujesz, pani porucznik? 

-  Tak,  jasne.  -  Wciąż  próbowała  zrozumieć  skróty  i  punkty 

procentowe. - Dwa razy dziennie oglądam wyniki sesji giełdowych. 

- Nietypowe konto kredytowe. - Niemal się wzdrygnął. 
- Co z tego? 
- Daj mi to, co masz, a podwoję twój kapitał w ciągu sześciu miesięcy. 
Tylko  zmarszczyła  brwi,  walcząc  z  zawiłościami  raportu  biura 

maklerskiego. 

- Nie przyszłam tu po to, żeby się wzbogacić. 
-  Kochanie  -  poprawił  ją  z  tym  swoim  irlandzkim  zaśpiewem.  - 

Wszyscy chcą się wzbogacić. 

-  A  co  z  datkami  na  cele  polityczne,  charytatywne  i  tego  typu 

rzeczami? 

-  Wywołaj  wydatki  objęte  ulgą  podatkową  -  zażądał  Roarke.  -  Na 

ekranie drugim. 

Czekała uderzając niecierpliwie ręką o udo. Pokazały się dane. 
-  Przeznacza  pieniądze  na  to,  co  jest  bliskie  jego  sercu  -  mruknęła 

przebiegając  wzrokiem  wpłaty  na  konto  Partii  Konserwatywnej,  na 
fundusz kampanii DeBlassa. 

-  Poza  tym  nie jest  szczególnie  hojny.  Hmm.  -  Roarke  uniósł  brew.  - 

Ciekawe, bardzo kosztowny podarunek dla Wartości Moralnych. 

- To ta ekstremistyczna grupa, prawda? 
-  Ja  bym  ją  tak  nazwał,  ale  jej  wyznawcy  wolą  o  niej  myśleć  jako  o 

organizacji  powołanej  po  to,  by  ocalić  nas,  grzeszników,  przed  nami 
samymi. DeBlass jest jej rzecznikiem. 

Lecz ona przeglądała w myśli własne pliki. 

background image

-  Są  podejrzani  o  sabotowanie  głównych  banków  danych  w  kilku 

dużych klinikach nadzorujących antykoncepcję. 

Roarke mlasnął językiem. 
Wszystkie te kobiety, które same decydują, czy i kiedy chcą zajść w 

ciążę, ile dzieci będą miały. Do czego ten świat zmierza? Z pewnością 
ktoś musi sprawić, by się opamiętały. 

-  Słusznie.  -  Eve  zrobiła  minę  wyrażającą  niezadowolenie.  -  To 

niebezpieczne połączenie dla kogoś takiego jak Simpson. Lubi odgrywać 
centrowca. Został wysunięty przez partię środka. 

-  Od  kilku  lat  ukrywa  swoje  konserwatywne  powiązania  i  sympatie. 

Woli  nie  ryzykować.  Chce  zostać  gubernatorem  i  pewnie  wierzy,  że 
DeBlass  mu  to  ułatwi.  Polityka  jest  grą  polegającą  na  wzajemnej 
wymianie usług. 

-  Polityka.  Wśród  osób  szantażowanych  przez  Sharon  DeBlass  pełno 

było  polityków.  Seks,  morderstwo,  polityka  -  mruknęła  Eve.  -  Im 
bardziej świat się zmienia... 

-  Tak,  tym  bardziej  pozostaje taki  sam.  Kobiety  nadal  zalecają się  do 

mężczyzn, ludzie nadal zabijają ludzi, a politycy całują dzieci i kłamią. 

Coś się nie zgadzało i Eve po raz drugi pożałowała, że nie ma przy niej 

Feeneya. 

Dwudziestopierwszowieczne 

morderstwa, 

pomyślała, 

dwudziestopierwszowieczne  motywy.  Jeszcze  jedno  nie  zmieniło  się 
podczas ostatniego stulecia. Podatki. 

- Czy możemy sprawdzić jego dochody? Z ostatnich trzech lat? 
-  Trzeba  będzie  się  posunąć  do  drobnego  podstępu.  -  Roarke 

uśmiechnął się cynicznie. 

- To będzie także przestępstwo federalne. Słuchaj, Roarke... 
- Po prostu poczekaj chwilę. - Nacisnął przycisk i z konsoli wysunęła 

się  ręczna  klawiatura.  Eve  obserwowała  z  pewnym  zdziwieniem,  jak 
jego palce śmigają nad klawiszami. 

-  Gdzie  się  tego  nauczyłeś?  -  Nawet  po  przejściu  w  wydziale 

obowiązkowego  szkolenia  słabo  sobie  radziła  z  niezmechanizowanym 
sprzętem. 

-  Tu  i  tam  -  powiedział  z  roztargnieniem  -  w  grzesznych  latach 

młodości.  Muszę  obejść  system  zabezpieczeń.  To  zajmie  mi  trochę 
czasu. Może nalejesz nam jeszcze wina? 

-  Roarke,  nie  powinnam  była  cię  o  to  prosić.  -  Dręczona  wyrzutami 

sumienia podeszła do niego.  - Nie mogę pozwolić, byś stał się taki jak 
kiedyś. 

background image

-  Szsz...  -  Ściągnął  brwi,  koncentrując  uwagę  na  przedarciu  się  przez 

labirynt ochrony. 

- Ale... 
Pokręcił  raptownie  głową;  w  jego  oczach  odmalowało  się  zniecier-

pliwienie. 

- Już otworzyliśmy drzwi,  Ewo. Albo przez nie przejdziemy, albo się 

wycofamy. 

Eve pomyślała o trzech kobietach, które nie żyły, ponieważ nie była w 

stanie  powstrzymać  mordercy.  Za  mało  wiedziała,  by  go  złapać. 
Skinąwszy głową, odeszła. Znowu rozległ się stuk klawiszy. 

Nalała  wino,  po  czym  stanęła  przed  ekranami.  Przyglądała  się  im  z 

zadumą.  Najwyższa  ocena  zdolności  kredytowej,  terminowa  spłata 
należności,  ostrożne  i  stosunkowo  niewielkie  inwestycje.  Na  pewno 
wydatki na ubrania, wino i biżuterię były wyższe od przeciętnych, lecz 
kosztowne  gusta  nie  są  zbrodnią.  Nie  wtedy,  kiedy  się  za  nie  płaci. 
Nawet posiadanie drugiego domu nie było przestępstwem. 

Niektóre  darowizny  były  ryzykowne  jak  na  przedstawiciela  partii 

środka, ale trudno było je uznać za wykroczenie. 

Usłyszawszy,  że  Roarke  zaklął  cicho,  spojrzała  za  siebie.  Zobaczyła, 

że wciąż był pochylony nad klawiaturą. Mogłoby jej tu w ogóle nie być. 
Dziwne,  nie  przyszłoby  jej  do  głowy,  że  Roarke  potrafi  ręcznie 
obsługiwać komputer. Według Feeneya była to już zapomniana sztuka, 
którą znali tylko urzędnicy techniczni oraz programiści. 

A mimo to Roarke  - taki bogaty, uprzywilejowany, elegancki  - stukał 

teraz  w  klawisze,  zajęty  sprawą,  którą  zazwyczaj  przekazywano  nisko 
opłacanemu, przepracowanemu urzędnikowi. 

Na chwilę zapomniała o śledztwie i uśmiechnęła się do Roarke'a. 
- Wiesz, jesteś całkiem niezły. 
Uświadomiła sobie, że po raz pierwszy naprawdę go zaskoczyła. 
Podniósł głowę i w jego oczach odmalowało się zdziwienie - na jakieś 

dwie  sekundy.  Potem  pojawił  się  w  nich  ten  szelmowski  uśmiech. 
Uśmiech, który przyprawiał ją o bicie serca. 

-  Za  chwilę  będziesz  miała  o  mnie  jeszcze  lepsze  zdanie,  pani 

porucznik. Dostałem się do tych danych. 

-  O  cholera!  -  Ogarnięta  szalonym  podnieceniem  skierowała  wzrok  z 

powrotem na ekran. - Pokaż. 

- Ekran czwarty, piąty, szósty. 

background image

- To jego końcowe rozliczenie. - Zmarszczyła brwi na widok dochodu 

brutto. - Powiedziałabym, że ma dobre wynagrodzenie, mieszczące się w 
granicach rozsądku. 

- Niewielkie odsetki i dywidendy. - Roarke przesunął strony. 
-  Honoraria  za  udział  w  spotkaniach  i  za  przemówienia.  Żyje  na 

wysokiej stopie, ale w granicach swoich możliwości, zgodnie z tym, co 
tu widać. 

-  Do  diabła.  -  Odstawiła  ze  złością  kieliszek.  -  Jakie  tam  są  jeszcze 

dane? 

- Jak na inteligentną kobietę to niewiarygodnie naiwne pytanie. Tajne 

konta  -  wyjaśnił.  -  Dwa  zestawy  ksiąg  są  wypróbowaną,  dokładną  i 
tradycyjną metodą ukrywania nielegalnych dochodów. 

-  Gdybyś  miał  nielegalne  dochody,  byłbyś  na  tyle  głupi,  by  je 

dokumentować? 

-  Odwieczne  pytanie.  Ale  ludzie  to  robią.  Och,  tak,  robią  to.  Tak  - 

powiedział  odpowiadając  na  jej  milczące  pytanie  co  do  jego  sposobu 
prowadzenia księgowości. - Oczywiście, że to robię. 

Spiorunowała go wzrokiem. 
- Nie chcę nic o tym wiedzieć.  
Tylko wzruszył ramionami. 
-  Ale  ponieważ  to  robię,  wiem,  jak  to  wygląda.  Powiedziałabyś,  że 

wszystko, co tu mamy, jest legalne i jawne? - Po wydaniu paru komend 
raporty  dotyczące  dochodów  zostały  przeniesione  na  jeden  ekran.  - 
Dobrze, zobaczmy, co uda nam się znaleźć. Komputer, Simpson, Edward 
T., konta zagraniczne. 

Brak danych. 
-  Zawsze  są  jakieś  dane  -  mruknął  nie  zrażony  niepowodzeniem. 

Powrócił do pracy przy klawiaturze i po chwili coś zaczęło szumieć. 

- Co to za hałas? 
-  Forsuję  mur.  -  Niczym  robotnik  rozpiął  guziki  przy  mankietach 

koszuli i podwinął rękawy. Ten gest wywołał uśmiech Ewy. - A jeśli jest 
mur, to coś jest za nim. 

Pracował  dalej  jedną  ręką,  popijając  jednocześnie  wino.  W  końcu 

powtórzył polecenie i ukazała się odpowiedź. 

Dane zastrzeżone. 
- No, nareszcie mamy. 
- Jak mogłeś... 
- Ciii - nakazał znowu i Eve zastygła w niecierpliwym milczeniu. 

background image

-  Komputer,  proszę  przebiec  cyfrowe  i  alfabetyczne  kombinacje  w 

poszukiwaniu klucza dostępu. 

Zadowolony ze swoich osiągnięć, odsunął się do tyłu. 
- To chwilę potrwa. Może tu przyjdziesz? 
-  Możesz  mi  pokazać,  jak...  -  Przerwała  zaskoczona,  kiedy  Roarke 

posadził ją sobie na kolanach. - Hej, to ważne. 

- To też. - Pocałował ją w usta, przesuwając dłoń znad bioder pod jej 

krągłą pierś. - Znalezienie klucza potrwa godzinę, może dłużej. 

Te szybkie zręczne ręce już poruszały się pod jej swetrem.  
- Nie lubisz tracić czasu, o ile dobrze sobie przypominam. 
- Nie, nie lubię. - Po raz pierwszy w życiu siedziała komuś na kolanach 

i wcale nie sprawiało jej to przykrości. Rozluźniła się, lecz usłyszawszy 
kolejne mechaniczne buczenie, odwróciła gwałtownie głowę. Patrzyła w 
milczeniu, jak łóżko wysuwa się z bocznej ściany. 

- Mężczyzna, który ma wszystko - powiedziała. 
- Będę miał. - Wziął ją na ręce i podniósł. - W bardzo krótkim czasie. 
- Roarke. - Było jej miło, że ją niesie. 
- Tak. 
-  Zawsze  myślałam,  że  zbyt  duży  nacisk  w  społeczeństwie, 

ogłoszeniach, zabawie kładzie się na seks. 

- Naprawdę? 
- Naprawdę. - Szczerząc zęby w uśmiechu, zmieniła szybko i zwinnie 

położenie ciała, przez co Roarke stracił równowagę. 

-  Zmieniłam  zdanie  -  powiedziała,  gdy  przewrócili  się  na  łóżko.  Już 

wiedziała,  że  miłość  fizyczna  może  być  intensywna,  oszałamiająca, 
nawet  niebezpiecznie  podniecająca.  Nie  wiedziała,  że  może  być 
zabawna.  To  było  dla  niej  jak  objawienie,  gdy  zorientowała  się,  że  w 
łóżku ma ochotę śmiać się i mocować niczym dziecko. 

Szybkie,  delikatne  ugryzienia,  pieszczotliwe  łaskotki,  śmiechy  do 

utraty tchu. 

Nigdy w życiu tak się nie śmiała, pomyślała, przyszpilając Roarke'a do 

materaca. 

- Mam cię. 
- To prawda. - Zachwycony Ewą, pozwolił, by przygniotła go ciałem i 

obsypała pocałunkami jego twarz. - Skoro mnie masz, to co zamierzasz 
ze mną zrobić? 

- Wykorzystać cię, oczywiście. - Ugryzła go delikatnie w dolną wargę. 

- Cieszyć się tobą. - Rozpięła i rozchyliła jego koszulę. 

background image

-  Naprawdę  masz  fantastyczne  ciało.  -  Z  przyjemnością  przeciągnęła 

dłońmi po jego piersi. - Myślałam, że tego typu rzeczy też się przecenia. 
W końcu każdy, kto posiada wystarczająco dużo pieniędzy, może takie 
mieć. 

- Ja swojego nie kupowałem - odparł. 
-  Nie,  masz  tu  salę  gimnastyczną,  prawda?  -  Pochyliwszy  się, 

przesunęła  ustami  po  jego  ramieniu.  -  Będziesz  musiał  mi  ją  kiedyś 
pokazać. Chętnie popatrzę, jak się pocisz. 

Przetoczył  się  na  nią,  odwracając  ich  pozycje.  Poczuł,  że  Eve 

sztywnieje,  po  czym  odpręża  się  zamknięta  w  jego  ramionach.  Postęp, 
pomyślał. Nabiera zaufania. 

- Jestem gotów pracować z tobą, pani porucznik, kiedy tylko będziesz 

miała ochotę. - Ściągnął jej sweter przez głowę. - W każdej chwili. 

Uwolnił  jej  ręce.  Czekał,  by  przyciągnęła  go  do  siebie,  objęła 

ramionami.  Jak  mocno,  pomyślał,  gdy  ich  miłosne  zmagania  stały  się 
mniej żartobliwe. Jak czule. Jak niepokojąco. Wziął ją powoli i bardzo 
delikatnie,  obserwował  jej  narastające  podniecenie,  słuchał  cichych, 
chrapliwych jęków, gdy jej ciało wchłaniało każdy łagodny wstrząs. 

Potrzebował  jej.  Wciąż  drżał  na  myśl,  że  tak  bardzo  jej  potrzebuje. 

Ukląkł podnosząc ją. Oplotła go swymi gładkimi jak aksamit nogami, jej 
ciało  wygięło  się  płynnie  do  tyłu.  Mógł  ją  całować,  smakować  jej 
rozpłomienione ciało, poruszając się w niej wolno, głęboko, rytmicznie. 

Za  każdym  razem,  gdy  wstrząsał  nią  dreszcz,  zalewała  go  fala 

niewysłowionej  rozkoszy.  Z  zachwytem  patrzył  na  jej  białą  szyję. 
Całował  ją,  drażnił  zębami,  wtulał  w  nią  twarz,  wyczuwając  pod 
delikatną skórą przyspieszony puls. 

W  końcu  wymówiła  chrapliwie  jego  imię,  ujmując  w  dłonie  jego 

głowę,  przyciskając  go  do  siebie,  podczas  gdy  jej  ciało  drżało,  drżało, 
drżało. 

Odkryła,  że  seks  podziałał  na  nią  uspokajająco  i  odświeżająco. 

Narastające powoli podniecenie, długi powolny finisz dodał jej energii. 
Nie czuła zakłopotania, gdy przesycona  zapachem Roarke'a wkładała z 
powrotem ubranie. Była zadowolona z siebie. 

-  Dobrze  mi  z  tobą.  -  Zdziwiła  się,  że  powiedziała  to  głośno,  że 

pozwoliła, by uzyskał nad nią władzę. 

Zrozumiał,  że  w  ustach  Ewy  przyznanie  się  do  tego  było  równo-

znaczne z głośnymi zapewnieniami innych kobiet o miłości. 

- Cieszę się. - Przeciągnął opuszkiem palca po jej policzku i wsunął go 

w niewielki dołek w podbródku. - Podoba mi się pomysł bycia z tobą. 

background image

Odwróciła się i przeszła przez pokój, by popatrzeć na kombinacje cyfr 

przesuwających się na umieszczonym na konsoli ekranie. 

-  Dlaczego  opowiedziałeś  mi  o  swoim  dzieciństwie  w  Dublinie,  o 

swoim ojcu, o tym, co robiłeś? 

-  Nie zostałabyś z kimś,  kogo nie znasz.  - Obserwował jej plecy, gdy 

wpychała  koszulę  do  spodni.  -  Ty  powiedziałaś  mi  trochę,  więc  i  ja 
powiedziałem  ci  trochę.  I  myślę,  że  w  końcu  mi  powiesz,  kto  cię 
skrzywdził, gdy byłaś dzieckiem. 

-  Mówiłam  ci,  że  nie  pamiętam.  -  Z  przerażeniem  zauważyła  cień 

paniki w swoim głosie. - Nie muszę pamiętać. 

- Nie denerwuj się. - Podszedł, by rozmasować jej ramiona. - Nie będę 

przyciskał cię do muru. Eve, dobrze wiem, co to znaczy stworzyć się na 
nowo. Odgrodzić od tego, co było. 

Co by to dało, gdyby jej powiedział, że bez względu na to, jak daleko 

się ucieknie, przeszłość zawsze zostaje dwa kroki za nami? 

Zamiast  tego  objął  ją  w  talii  i  ucieszył  się,  kiedy  położyła  dłonie  na 

jego  rękach.  Wiedział,  że  patrzy  na  ekrany,  które  znajdowały  się  na 
przeciwległej ścianie. Nagle powiedziała: 

-  Skurwiel,  patrz  na  liczby:  dochody,  wydatki.  Są  cholernie  do  siebie 

zbliżone. Praktycznie takie same. 

-  Są  dokładnie  takie  same.  -  Poprawił  ją  Roarke  i  wypuścił  z  objęć, 

wiedząc, że będzie chciała stać z dala od niego. - Co do grosza. 

- Ale to niemożliwe. - Z wysiłkiem przypomniała sobie matematykę. - 

Nikt  nie  wydaje  dokładnie  tyle,  ile  zarabia.  Każdy  nosi  przy  sobie 
przynajmniej trochę gotówki, żeby coś kupić od ulicznego sprzedawcy, 
mieć na pepsi z automatu, dla dzieciaka, który przyniósł pizzę. Jasne, że 
to w większości sztuczne tworzywo albo wytwory elektroniki, ale trzeba 
mieć trochę forsy. 

Zamilkła, odwróciła się. 
- Już to widziałeś. Dlaczego, u diabła, nic nie powiedziałeś? 
- Pomyślałem, że lepiej z tym poczekać do chwili znalezienia ukrytej 

przez  niego  gotówki.  -  Zerknął  na  ekran,  na  którym  migające  żółte 
światełko,  oznaczające  szukanie  danych,  rozbłysło  na  zielono.  -  No  i 
chyba znaleźliśmy. Och, co za tradycjonalista z tego naszego Simpsona. 
Tak  jak  podejrzewałem,  zaufał  szanowanym  i  dyskretnym  bankom 
szwajcarskim. Dane graficzne na ekranie piątym. 

-  Jasna  cholera.  -  Eve  z  otwartymi  ustami  przyglądała  się  wykazowi 

bankowemu. 

background image

- To we frankach szwajcarskich - wyjaśnił Roarke. - Przelicz na dolary 

amerykańskie, ekran szósty. Mniej więcej trzykrotnie większa suma. No 
i co ty na to, pani porucznik? 

Krew się w niej zagotowała. 
- Wiedziałam, że oszukuje. Psiakrew, wiedziałam. I spójrz na wypłaty 

w  ciągu  ostatniego  roku.  Dwadzieścia  pięć  tysięcy  co  kwartał.  Sto 
tysięcy rocznie. - Z lekkim uśmiechem popatrzyła na Roarke'a. - To się 
zgadza  z  liczbami  na  liście  Sharon.  “Simpson  -  sto  kaw.”  Ciągnęła  z 
niego forsę. 

- Może ci się uda to udowodnić. 
- Udowodnię to, do cholery. - Zaczęła chodzić po pokoju. - Miała coś 

na niego. Może to był seks, może łapówki. Pewnie mieszanka mnóstwa 
małych  brzydkich  grzeszków.  Więc  jej  płacił,  by  trzymała  buzię  na 
kłódkę. 

Eve wepchnęła ręce do kieszeni, po czym znowu je wyjęła. 
-  Może  podwyższyła  stawkę.  Może  miał  dość  wyrzucania  stu  tysięcy 

dolców  w  błoto.  Więc  ją  zabił.  Ktoś  cały  czas  próbuje  utrudniać 
śledztwo. Ktoś, kto ma władzę i dostęp do informacji. To wskazywałoby 
na niego. 

- Co z dwiema pozostałymi ofiarami? 
Pracowała nad tym. Pracowała nad tym, do jasnej cholery. 
- Wykorzystał jedną prostytutkę. Mógł wykorzystać i inne. Sharon i ta 

trzecia ofiara się znały, a przynajmniej wiedziały o sobie. Któraś z nich 
mogła  znać  Lolę,  wspomnieć  o  niej,  nawet  ją  zaproponować  dla 
odmiany.  Do  diabła,  mógł  ją  wybrać  przez  przypadek.  Przy  pierwszym 
morderstwie poczuł dreszczyk podniecenia. Zabijanie go przerażało, ale 
jednocześnie pociągało. 

Na  chwilę  przestała  kręcić  się  po  pokoju  i  rzuciła  wzrokiem  na 

Roarke'a. Wyjął papierosa, zapalił go, cały czas ją obserwując. 

- DeBlass jest jednym z jego popleczników - kontynuowała. 
-  A  Simpson  gorąco  popiera  opracowaną  przez  DeBlassa  Ustawę  o 

Moralności. To były tylko prostytutki, pomyślał. Zwykłe kurwy, a jedna 
z nich w dodatku go straszyła. O ile bardziej niebezpieczna byłaby dla 
niego, gdyby zdobył fotel senatora? 

Znowu się zatrzymała i zawróciła. 
- To wszystko bzdury. 
- Wydawało mi się, że brzmią całkiem sensownie. 
- Nie wtedy, kiedy przyjrzysz się temu człowiekowi. - Potarła palcami 

czoło. - Jest na to za głupi. Tak, uważam, że mógłby zabić, Bóg wie, że 

background image

jest do tego zdolny, ale żeby  mu tak  gładko poszło z serią morderstw? 
Jest  urzędnikiem  -  administratorem,  rzecznikiem  prasowym,  ale  nie 
gliną.  Nawet  nie  pamięta  kodeksu  karnego,  jeśli  asystent  mu  nie 
podpowie.  Dawanie  i  przyjmowanie  łapówek  to  nic  trudnego,  to  po 
prostu  biznes.  Morderstwo  popełnione  ze  strachu,  z  wściekłości, 
namiętności, tak. Ale żeby je zaplanować, wykonać plan krok po kroku? 
Nie. On nawet nie jest na tyle inteligentny, by manipulować prasą. 

- Więc ktoś mu pomógł. 
- Możliwe. Dowiem się, jeśli zdołam przycisnąć go do muru. 
-  Mogę  ci  w tym  pomóc.  -  Roarke  zaciągnął  się  głęboko  papierosem, 

zanim zgniótł niedopałek. - Jak myślisz, co zrobią media, jeśli otrzymają 
anonimowy wyciąg z tajnych kont Simpsona? 

-  Nie  zostawią  na  nim  suchej  nitki.  Może  wtedy  udałoby  nam  się 

wydobyć  od  niego  jakieś  zeznanie,  nawet  gdyby  go  otaczała  chmara 
adwokatów. 

- No właśnie. Decyzja należy do ciebie, pani porucznik.  
Pomyślała  o  przepisach,  o  obowiązującej  procedurze,  o  systemie, 

którego była integralną częścią. I pomyślała o trzech zmarłych kobietach 
- i o trzech innych, którym może uratować życie. 

- Jest pewna reporterka. Nadine Furst. Daj jej to. 
 
Nie  chciała  z  nim  zostać.  Wiedziała,  że  dostanie  wezwanie  i  że 

powinna  być  wtedy  w  domu,  i  to  sama.  Sądziła,  że  nie  uśnie,  lecz 
zamknęła oczy i po chwili zaczęły zwidywać się jej koszmary. 

Najpierw  miała  sen  o  morderstwie.  Sharon,  Lola,  Georgie,  każda  z 

nich uśmiechała się do kamery. W chwili wystrzału strach błyskał w ich 
oczach, po czym opadały na ciepłe od seksu prześcieradła. 

Tatuś.  Lola  nazywała  go  tatusiem.  I  Eve  pogrążyła  się  z  rozpaczą  w 

dobrze jej znanym, jeszcze bardziej przerażającym śnie. 

Była dobrą dziewczynką. Starała się być dobra, nie sprawiać kłopotów. 

Jeśli będziesz sprawiała kłopoty, przyjdą gliny, zabiorą cię i wsadzą do 
głębokiej  ciemnej  dziury,  gdzie  jest  pełno  robaków,  gdzie  pająki  będą 
podkradały się do ciebie na swych cienkich nóżkach. 

Nie  miała  przyjaciółek.  Jeśli  ma  się  przyjaciółki,  trzeba  wymyślać 

historyjki o tym, skąd wzięły się siniaki na ciele. Opowiadać, że jest się 
niezdarą, nawet jeśli wcale się nią nie było. O tym, że się upadło, choć 
wcale  się  nie  upadło.  Poza  tym  nigdy  nie  mieszkali  długo  w  jednym 
miejscu.  Jeśli  byli  gdzieś  dłużej,  ci  cholerni  pracownicy  socjalni  zaraz 
zaczynali węszyć, zadawać pytania. To ci cholerni pracownicy socjalni 

background image

mają zwyczaj wzywać gliniarzy, którzy mogą ją wsadzić do tej ciemnej 
dziury rojącej się od robaków. 

Tatuś ją przecież ostrzegał. 
Więc była dobrą dziewczynką, która nie miała żadnych przyjaciółek i 

przenosiła się z miejsca na miejsce, gdy tylko ktoś zwrócił na nią uwagę. 

Ale to i tak nie miało żadnego znaczenia. 
Słyszała,  gdy  przychodził.  Zawsze  go  słyszała.  Nawet  gdy  była 

pogrążona  w  głębokim  śnie,  szuranie  jego  nagich  stóp  po  podłodze 
budziło ją tak szybko, jak uderzenie pioruna. 

Och,  proszę,  och,  proszę,  och,  proszę...  Modliła  się,  ale  nie  płakała. 

Jeśli płakała, była  bita,  a  on  i  tak robił te  tajemnicze rzeczy.  Bolesne i 
tajemnicze rzeczy, o których wiedziała, nawet gdy miała pięć lat, że są 
złe. 

Powiedział jej, że jest dobra. Cały czas, gdy jej to robił, mówił, że jest 

dobra. Ale wiedziała, że jest zła i że zostanie ukarana. 

Czasami  ją  związywał.  Kiedy  słyszała,  że  drzwi  jej  pokoju  otwierają 

się,  skamlała  cicho,  modląc  się,  żeby  tym  razem  jej  nie  związał.  Nie 
będzie z nim walczyła, nie będzie, jeśli tylko jej nie zwiąże. Jeśli tylko 
nie zasłoni jej ręką ust, nie będzie krzyczała ani wzywała pomocy. 

-  Gdzie  jest  moja  mała  dziewczynka?  Gdzie  jest  moja  dobra  mała 

dziewczynka? 

Łzy  zbierały  się  w  kącikach  jej  oczu,  gdy  wsuwał  ręce  pod 

prześcieradła,  szturchając  ją,  badając,  szczypiąc.  Czuła  jego  oddech  na 
swojej twarzy, słodki niczym cukierek. 

Wbijał w nią palce, drugą ręką kneblując jej usta, gdy nabrała oddechu, 

by wrzasnąć. Nic nie mogła na to poradzić. 

-  Bądź  cicho.  -  Jego  oddech  stawał  się  urywany,  obrzydliwie 

podniecony,  lecz  nie  rozumiała  dlaczego.  Wbijał  się  palcami  w  jej 
policzki, a ona wiedziała, ze rano pojawią się tam siniaki. - Bądź dobrą 
dziewczynką. Jaka dobra dziewczynka. 

Nie  słyszała  jego  chrząkania,  zagłuszonego  przez  jej  nieme  wrzaski. 

Krzyczała w duchu, krzyczała, krzyczała... Nie, tatusiu! Nie, tatusiu! 

- Nie! - Krzyk wydarł się jej z piersi, gdy usiadła gwałtownie na łóżku. 

Wilgotne  i  lepkie  od  potu  ciało  pokryło  się  gęsią  skórką;  drżąc  ze 
strachu, naciągnęła koce pod samą brodę. 

Nie  pamiętała.  Nie  będzie  pamiętała,  pocieszała  się  i  podciągnąwszy 

kolana,  przycisnęła  do  nich  czoło.  To  tylko  sen,  już  znikał.  Potrafi 
wymazać go z pamięci - już to przedtem robiła - aż w końcu pozostanie 
po nim tylko lekkie uczucie mdłości. 

background image

Wciąż  drżąc  wstała,  owinęła  się  szlafrokiem,  by  przezwyciężyć 

uczucie chłodu. W łazience puściła sobie na twarz strumień wody i stała 
pod  nim,  dopóki  znowu  nie  zaczęła  regularnie  oddychać.  Nieco 
uspokojona  wzięła  puszkę  z  pepsi,  weszła  z  powrotem  do  łóżka  i 
włączyła jedną z nowych całodobowych stacji. 

Usadowiła się wygodnie; czekała. 
To  była  główna  wiadomość  w  dzienniku  o  szóstej  rano,  przeczytana 

przez  Nadine  o  kocich  oczach.  Eve  była  już  ubrana,  gdy  przyszło 
wezwanie do Komendy Głównej. 

background image

17 
 
Jeśli  miała  osobistą  satysfakcję  z  tego,  że  znalazła  się  w  zespole 

przesłuchującym  Simpsona,  to  dobrze  to  ukrywała.  Z  uwagi  na  jego 
pozycję  skorzystali  z  biura  Służb  Bezpieczeństwa  zamiast  z  pokoju 
przesłuchań. 

Brak  krat  w  oknach  i  błyszczący  stolik  z  tworzywa  sztucznego  nie 

zmieniały faktu, że Simpson był w poważnych tarapatach. Kropelki potu 
nad górną wargą wskazywały, że wiedział, w jak poważnych. 

- Media próbują działać na szkodę wydziału - zaczął Simpson, cytując 

oświadczenie przygotowane przez jego starszego doradcę.  - Widząc, że 
śledztwo  w  sprawie  brutalnego  morderstwa  trzech  kobiet  utknęło  w 
martwym punkcie, media próbują zachęcić do polowania na czarownice. 
Jako szef policji jestem oczywistym celem. 

-  Panie  dowódco  Simpson.  -  Nawet  mrugnięciem  powieki  komendant 

Whitney  nie  okazał  swej  wewnętrznej  radości.  Jego  głos  był  poważny, 
wzrok  posępny.  W  sercu  świętował  zwycięstwo.  -  Bez  względu  na 
powód  wydrukowania  tych  danych  będzie  pan  musiał  wyjaśnić 
sprzeczność w swoich księgach podatkowych. 

Simpson  siedział  sztywno,  podczas  gdy  jeden  z  jego  adwokatów 

pochylił się i szeptał mu coś do ucha. 

-  Nie  potwierdzam  żadnej  sprzeczności.  Jeśli  taka  istnieje,  nic  o  niej 

nie wiem. 

- Nie wie pan o ponad dwóch milionach dolarów? 
-  Już  skontaktowałem  się  z  firmą,  która  prowadzi  moje  księgi 

rachunkowe.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  jeśli  wkradł  się  do  nich  jakiś 
błąd, to z winy księgowych. 

-  Czy  pan  potwierdza  czy  zaprzecza,  że  rachunek  numer  cztery 

siedemdziesiąt  osiem  dziewięć  jeden  jeden  dwa  siedem,  cztery 
dziewięćdziesiąt dziewięć należy do pana? 

Po krótkiej konsultacji Simpson kiwnął głową. 
-  Potwierdzam  to.  -  Gdyby  skłamał,  pętla  tylko  by  się  zacisnęła. 

Whitney zerknął na Ewę. Wcześniej zgodzili się, że nielegalne konto jest 
sprawą policji skarbowej. Zależało im wyłącznie na tym, żeby Simpson 
potwierdził jego istnienie. 

-  Czy  mógłby  pan  wytłumaczyć  wypłatę  stu  tysięcy  dolarów  w 

czterech równych dwudziestopięciotysięcznych ratach w zeszłym roku? 

Simpson rozluźnił krawat. 

background image

-  Nie  widzę  powodu,  dla  którego  miałbym  wyjaśniać,  na  co  wydaję 

swoje pieniądze, pani porucznik Dallas. 

- Więc może zechce pan wyjaśnić, jak to się stało, że na liście Sharon 

DeBlass znalazły się takie same sumy, z adnotacją, iż pochodzą od pana. 

- Nie wiem, o czym pani mówi. 
- Mamy dowód, że w przeciągu roku zapłacił pan Sharon DeBlass sto 

tysięcy  dolarów  w  czterech  dwudziestopięciotysięcznych  ratach.  -  Eve 
odczekała  chwilę.  -  To  całkiem  duża  suma  jak  na  przypadkowych 
znajomych. 

- Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie. 
- Czy pana szantażowała? 
- Nie mam nic do powiedzenia. 
-  Dowody  mówią  za  pana  -  oświadczyła  Eve.  -  Szantażowała  pana; 

płacił jej pan za milczenie. Na pewno zdaje pan sobie sprawę, że są tylko 
dwa  sposoby,  by  przerwać  tego  typu  proceder,  dowódco  Simpson. 
Pierwszy, przestaje pan płacić; drugi... eliminuje pan szantażystkę. 

-  To  absurd.  Nie  zabiłem  Sharon.  Płaciłem  jej  regularnie  jak  w 

zegarku. Ja... 

- Dowódco Simpson. - Starszy z zespołu prawników ścisnął Simpsona 

za ramię. Popatrzył łagodnym wzrokiem na Ewę.  - Mój klient nie złoży 
żadnego  oświadczenia  na  temat  swojej  znajomości  z  Sharon  DeBlass. 
Oczywiście  będziemy  współpracowali  z  policją  skarbową,  jeśli  będzie 
prowadziła  śledztwo  w  sprawie  mojego  klienta.  Jednak  na  razie  nie 
postawiono  mu  żadnego  konkretnego  zarzutu.  Jesteśmy  tu  tylko  z 
uprzejmości i po to, by pokazać naszą dobrą wolę. 

-  Zetknął  się  pan  z  kobietą  znaną  jako  Lola  Starr?  -  zapytała 

niespodziewanie Eve. 

- Mój klient nie ma nic do powiedzenia. 
- Znał pan licencjonowaną prostytutkę Georgie Castle? 
- Ta sama odpowiedź - cierpliwie rzekł adwokat. 
-  Od  samego  początku  robił  pan  wszystko,  by  zamknąć  śledztwo.  - 

Dlaczego? 

- Czy to stwierdzenie faktu, pani porucznik Dallas? - spytał adwokat. - 

Czy pani opinia? 

-  Podam  fakty.  Znał  pan  Sharon  DeBlass,  łączyły  was  intymne 

stosunki. Wyciągnęła z pana sto kawałków w ciągu roku. Ona nie żyje, a 
ktoś przekazuje poufne informacje na temat śledztwa. Jeszcze dwie inne 
kobiety zginęły. Wszystkie ofiary zarabiały na życie uprawiając legalnie 
prostytucję - coś, czemu pan się przeciwstawia. 

background image

- Sprzeciw wobec prostytucji jest wyrazem mojej politycznej, moralnej 

i  osobistej  postawy  -  z  napięciem  w  głosie  rzekł  Simpson.  -  Całym 
sercem  poprę  każdą  ustawę,  która  tego  zakaże.  Ale  chyba  nie 
zlikwidowałbym problemu, strzelając do prostytutek od czasu do czasu. 

- Posiada pan kolekcję starej broni. - Eve nie dawała za wygraną. 
-  Owszem  -  zgodził  się  Simpson,  nie  zwracając  uwagi  na  swego 

adwokata. - Niewielką, ograniczoną kolekcję. Wszystkie egzemplarze są 
zarejestrowane,  zabezpieczone  i  spisane.  Byłbym  niezmiernie 
szczęśliwy,  gdybym  mógł  je  przekazać  komendantowi  Whitneyowi  do 
sprawdzenia. 

- Doceniam to - odparł Whitney, szokując Simpsona swoją zgodą. 
- Dziękuję panu za współpracę. 
Simpson wstał; widać było, że targają nim gwałtowne uczucia. 
- Kiedy ta sprawa się wyjaśni, będę pamiętał o tym spotkaniu.  - Jego 

oczy spoczywały przez chwilę na Ewie. - Będę pamiętał, kto zaatakował 
urząd szefa policji i bezpieczeństwa. 

Komendant Whitney poczekał, aż Simpson wyjdzie wraz grupą swoich 

prawników. 

-  Kiedy  to  się  stanie,  nawet  nie  będzie  mógł  się  zbliżyć  do  gabinetu 

szefa policji i bezpieczeństwa. 

-  Potrzeba  mi  było  więcej  czasu,  żeby  go  rozpracować.  Dlaczego 

pozwolił mu pan odejść? 

-  Jego  nazwisko  nie  było  jedyne  na  liście  DeBlass  -  przypomniał  jej 

Whitney.  -  I  jak  na  razie  nie  znaleźliśmy  powiązań  między  nim  a 
dwiema pozostałymi ofiarami. Wyeliminuj wszystkich innych z tej listy, 
znajdź  powiązania,  a  dam  ci  tyle  czasu,  ile  będziesz  potrzebowała.  - 
Przerwał grzebiąc w wydrukach dokumentów, które zostały przesłane do 
jego  biura.  -  Dallas,  wydawałaś  się  dobrze  przygotowana  do  tego 
przesłuchania.  Niemal  tak,  jakbyś  go  oczekiwała.  Chyba  nie  muszę  ci 
przypominać,  że  manipulowanie  prywatnymi  dokumentami  jest 
niezgodne z prawem. 

- Nie, sir. 
- Tak myślałem. Jesteś wolna. 
Gdy szła w stronę drzwi, wydawało się jej, że usłyszała, jak mruknął 

“Dobra robota”, ale mogła się mylić. Jechała windą do swego wydziału, 
kiedy zamigał jej komunikator. 

- Dallas. 
- Telefon do ciebie. Charles Monroe. 
- Oddzwonię do niego. 

background image

W  drodze  do  archiwum  zamówiła  filiżankę  szlamowatej  namiastki 

kawy i coś, co mogło uchodzić za pączka. Otrzymanie kopii dyskietek z 
trzema morderstwami zajęło jej prawie dwadzieścia minut. 

Zamknąwszy  się  w  swoim  biurze,  obejrzała  je  ponownie.  Prze-

studiowała swoje notatki, zrobiła nowe. 

Za  każdym  razem  ofiara  znajdowała  się  na  łóżku.  Za  każdym  razem 

prześcieradła  były  zmiętoszone.  Za  każdym  razem  kobiety  były  nagie. 
Miały rozczochrane włosy.. 

Mrużąc oczy, rozkazała zatrzymać obraz, na którym była Lola Starr, i 

zrobić zbliżenie. 

-  Skóra  zaczerwieniona  na  lewym  pośladku  -  mruknęła.  -  Nie 

zauważyłam  tego  wcześniej.  Dostała  lanie?  Podniecało  go  okazywanie 
swojej przewagi? Chyba nie wystąpiły siniaki ani pręgi. Każ Feeneyowi 
zrobić powiększenie i dokładnie to ustalić. Przełącz na taśmę z DeBlass. 

Eve jeszcze raz ją obejrzała. Sharon śmiała się do kamery, wymyślała 

jej, dotykała się, balansowała ciałem. 

-  Zatrzymaj  obraz.  Kwadrant  -  cholera  -  spróbuj  szesnasty,  trzeba 

powiększyć.  Nie  ma  żadnych  znaków  -  powiedziała.  -  Jedź  dalej.  No, 
Sharon, pokaż mi prawą stroną, tak na wszelki wypadek. Jeszcze trochę. 
Zatrzymaj.  Kwadrant  dwunasty,  zrób  powiększenie.  Nie  masz  żadnych 
śladów. Może ty sprawiłaś mu lanie, hę? Puść dyskietkę z Castle. Chodź, 
Georgie, zobaczymy. 

Patrzyła,  jak  kobieta  się  uśmiecha,  flirtuje,  podnosi  rękę,  by 

przygładzić potargane włosy. Eve znała już na pamięć ten dialog: “Było 
cudownie. Jesteś fantastyczny”. 

Klęczała z odchylonymi do tyłu biodrami, w jej oczach malowała się 

wesołość, chęć do zabawy. Eve poganiała ją w duchu, by się poruszyła, 
przesunęła, przynajmniej trochę. Wreszcie Georgie ziewnęła delikatnie i 
odwróciła się, by poprawić poduszki. 

-  Zatrzymaj.  Och,  tak,  dał  ci  parę  klapsów,  prawda?  Niektórzy  faceci 

lubią się bawić w tatusia i złą dziewczynkę. 

Nagły  błysk  rozjaśnił  jej  umysł.  Opadły  ją  wspomnienia,  mocne, 

piekące  uderzenie  w  pośladek,  ciężki  oddech.  “Musisz  zostać  ukarana, 
mało dziewczynko. Potem tatuś pocałuje i nie będzie bolało. Pocałuje i 
nie będzie bolało”. 

-  Chryste!  -  Drżącymi  rękami  potarła  twarz.  -  Zatrzymaj.  Zostaw  to. 

Zostaw. 

background image

Sięgnęła  po  zimną  kawę,  lecz  w  filiżance  znalazła  same  fusy. 

Przeszłość jest przeszłością, upomniała się w duchu, i nie ma z nią nic 
wspólnego. I ze sprawą, którą się teraz zajmuje. 

-  Ofiara  druga  i  trzecia  mają  ślady  bicia  na  pośladkach.  Żadnych 

śladów  na  ciele  pierwszej  ofiary.  -  Zrobiła  głęboki  wdech  i  wydech. 
Trochę się uspokoiła. - Różnice w metodzie działania. Wyraźna reakcja 
emocjonalna  podczas  pierwszego  morderstwa,  podczas  dwóch 
następnych - nie występuje. 

Jej telełącze zahuczało, ale je zignorowała. 
-  Przypuszczenie:  Przestępca  nabrał  pewności  siebie, rozkoszował  się 

następnymi morderstwami. Uwaga: dom i mieszkanie ofiary drugiej nie 
były  objęte  systemem  zabezpieczeń.  Zgodnie  z  zapisem  kamer 
inwigilujących,  morderca  przebywał  u  ofiary  trzeciej  trzydzieści  trzy 
minuty krócej niż u ofiary pierwszej. Przypuszczenie: Bardziej sprawny, 
bardziej pewny siebie, mniej chętny do zabawy z ofiarą. Chce szybciej 
zabić. 

Przypuszczenie,  przypuszczenie,  pomyślała,  a  jej  komputer  po 

denerwującym  charczeniu  potwierdził,  że  współczynnik  prawdopo-
dobieństwa  wynosi  dziewięćdziesiąt  sześć  przecinek  trzy.  Lecz  coś 
jeszcze  zgadzało  się  ze  sobą,  gdy  przejrzała  dokładnie  trzy  dyskietki, 
porównując ich fragmenty. 

- Podziel ekran - rozkazała. - Ofiara pierwsza i druga od początku. Kot 

Sharon  uśmiechał  się,  Loli  -  dąsał.  Obie  kobiety  patrzyły  w  kierunku 
kamery, w kierunku mężczyzny, który stał za nią. Mówiły do niego. 

-  Zatrzymaj  obrazy  -  powiedziała  Eve  tak  cicho,  że  tylko  wyczulone 

ucho komputera mogło ją usłyszeć. - O Boże, co my tu mamy? 

To była mała rzecz, drobna rzecz, którą łatwo można było przeoczyć, 

gdy  skupiało  się  uwagę  na  brutalności  morderstw.  Lecz  teraz  to 
zobaczyła, oczami Sharon. Oczami Loli. 

Wzrok Loli był zwrócony wyżej. 
Można  to  przypisać  różnej  wysokości  łóżek,  pomyślała  Eve, 

wyświetlając  na  monitorze  trzeci  obraz,  który  przedstawiał  Georgie. 
Wszystkie  kobiety  miały  przechylone  głowy.  W  końcu  siedziały,  a  on 
najprawdopodobniej  stał.  Ale  kąt  patrzenia,  punkt,  w  który  się 
wpatrywały... Tylko w przypadku Sharon był inny. 

Nie odrywając wzroku od ekranu, Eve zadzwoniła do doktor Miry. 
-  Nie  obchodzi  mnie,  co  robi  -  warknęła  do  mówiącej  dudniącym 

głosem recepcjonistki. - To pilne. 

background image

Zaklęła,  gdy  kazano  jej  czekać  i  słuchać  straszliwej  cukierkowej 

muzyki, od której puchły jej uszy. 

- Jedno pytanie - powiedziała, gdy tylko połączono ją z Mirą. 
- Słucham, pani porucznik. 
- Czy możliwe, byśmy mieli dwóch morderców? 
-  Jakiegoś  naśladowcę?  Mało  prawdopodobne,  jeśli  weźmie  się  pod 

uwagę, że metody działania mordercy były trzymane w ścisłej tajemnicy. 

-  Cholerne  przecieki.  Znalazłam  różnice  w  postępowaniu  zabójcy. 

Niewielkie,  ale  wyraźne.  -  Zniecierpliwiona  opisała  je  w  skrócie.  - 
Przyjmijmy  pewną  teorię,  pani  doktor.  Pierwsze  morderstwo  zostało 
popełnione przez kogoś, kto dobrze znał Sharon, kto zabił w afekcie, po 
czym  zdołał  się  na  tyle  opanować,  by  zatrzeć  za  sobą  wszelkie  ślady. 
Dwa  następne  są  odbiciem  pierwszej  zbrodni  -  wyrafinowane, 
szczegółowo  przemyślane,  popełnione  przez  kogoś  bezwzględnego, 
wyrafinowanego,  nie  związanego  ze  swymi  ofiarami.  I  wyższego,  do 
cholery. 

-  To  tylko  teoria,  pani  porucznik.  Przykro  mi,  ale  bardziej 

prawdopodobne jest to, że wszystkie trzy morderstwa zostały popełnione 
przez tego samego człowieka, który z każdym sukcesem staje się coraz 
bardziej wyrachowany. Moim zdaniem nikt, kto nie był wtajemniczony 
w szczegóły pierwszej zbrodni, nie mógłby tak doskonale ich powielić w 
dwóch następnych. 

Jej  komputer  także  ocenił  prawdopodobieństwo  tej  teorii  na 

czterdzieści osiem przecinek pięć procent. 

Okay, dziękuję. - Eve, ostudzona w swoim zapale, rozłączyła się. To 

głupie, że czuje się rozczarowana. O ileż byłoby gorzej, gdyby musiała 
szukać dwóch mężczyzn zamiast jednego? 

Jej  łącze  znowu  zabrzęczało.  Zaciskając  zęby  ze  złości,  włączyła 

przycisk. 

- Dallas, o co chodzi? 
-  Hej,  słodka  pani  porucznik,  facet  może  pomyśleć,  że  nic  cię  nie 

obchodzi. 

- Nie mam czasu na zabawy, Charles. 
- Hej, nie rozłączaj się. Mam coś dla ciebie. 
- Jeśli to jakiś głupi dowcip... 
- Nie, naprawdę. O rany, wystarczy poflirtować z kobietą raz czy dwa, 

a przestaje traktować cię poważnie. - Na jego idealnie obojętnej twarzy 
pojawił się wyraz cierpienia. - Prosiłaś mnie, żebym zadzwonił, gdybym 
sobie coś przypomniał, prawda? 

background image

-  Prawda.  -  Trochę  cierpliwości,  nakazała  sobie  w  duchu.  -  Więc, 

przypomniałeś sobie? 

-  Te  pamiętniki  nie  dawały  mi  spokoju.  Pamiętasz,  powiedziałem,  że 

zawsze wszystko zapisywała. Ponieważ ich szukasz, domyśliłem się, że 
nie było ich w mieszkaniu Sharon. 

- Powinieneś zostać detektywem. 
- Lubię swoją pracę. W każdym razie zaczajeni się zastanawiać, gdzie 

mogła je przechowywać. I przypomniałem sobie o skrytce depozytowej. 

- Już to sprawdziliśmy. Dzięki, w każdym razie. 
- Och! No, ale jak się do niej dostaniesz beze mnie? Sharon nie żyje.  
Eve  w  ostatniej  chwili  powstrzymała  się  przed  przerwaniem 

połączenia. 

- Bez ciebie? 
-  No.  Trzy  lata  temu  poprosiła  mnie,  żebym  podpisał  się  za  nią  przy 

otrzymywaniu  skrytki.  Powiedziała,  że  nie  chce,  by  jej  nazwisko 
znalazło się w spisie klientów. 

Serce Ewy zaczęło walić młotem. 
- Ale co jej to dało? 
Charles uśmiechnął się nieśmiało i czarująco. 
-  Cóż,  podałem  ją  za  swoją  siostrę.  Mam  jedną  w  Kansas  City.  Więc 

wpisaliśmy  ją  jako  Annie  Monroe.  Wnosiła  wszystkie  opłaty  za 
wynajmowanie skrytki, więc kompletnie o tym zapomniałem. Nie mam 
nawet pewności, czy ją zachowała, lecz pomyślałem, że może chciałabyś 
o tym wiedzieć. 

Gdzie jest ten bank? 
- Na Manhattanie, przy Madison. 
- Posłuchaj mnie, Charles. Jesteś w domu, prawda? 
- Zgadza się. 
- Zostań tam. Nigdzie się nie ruszaj. Będę u ciebie za piętnaście minut. 

Pojedziemy do banku, ty i ja. 

-  Jeśli  tylko  tyle  mogę  dla  ciebie  zrobić...  Hej,  dałem  ci  dobrą 

wskazówkę, słodka pani porucznik? 

- Po prostu siedź w domu. 
Wkładała już kurtkę, kiedy jej telełącze znowu zahuczało. 
- Dallas. 
-  Tu  oficer  dyżurny.  Dallas,  ktoś  chce  z  tobą  rozmawiać.  Obraz 

wyłączony. Ta osoba nie chce zostać zidentyfikowana. 

- Ustaliliście, skąd dzwoni? 
- Ustalamy. 

background image

- Zatem przełączcie. - Podniosła swoją torbę, gdy włączył się dźwięk. - 

Tu Dallas. 

- Jest pani sama? - Rozległ się kobiecy, drżący głos. 
- Tak. Chce pani, żebym jej pomogła? 
- To nie była moja wina. Musi pani wiedzieć, że to nie była moja wina. 
-  Nikt  pani  nie  wini.  -  Wyćwiczone  ucho  Ewy  wychwyciło  w  głosie 

nieznajomej zarówno strach, jak i ból. - Po prostu proszę mi powiedzieć, 
co się stało. 

-  Zgwałcił  mnie.  Nie  mogłam  go  powstrzymać.  Ją  także  zgwałcił. 

Potem ją zabił. Mnie też mógł zabić. 

-  Proszę  mi  powiedzieć,  gdzie  pani  jest?  -  Wpatrywała  się  w  ekran, 

czekając na jakieś dane. 

Urywany oddech, pojękiwanie. 
-  Powiedział,  że  to  ma  być  tajemnica.  Nie  mogłam  powiedzieć.  Zabił 

ją, więc nie mogła powiedzieć. Teraz ja zostałam. Nikt mi nie uwierzy. 

- Ja pani wierzę. Pomogę pani. Proszę mi powiedzieć... - Zaklęła, gdy 

połączenie  zostało  przerwane.  -  Skąd?  -  spytała  przełączywszy  się  na 
oficera dyżurnego. 

-  Front  Royal,  Virginia.  Numer  siedem  zero  trzy,  pięć  pięć  pięć, 

trzydzieści dziewięć zero osiem. Adres... 

- Nie potrzebuję go. Połączcie mnie z kapitanem Ryanem Feeneyem z 

Wydziału Rozpoznania Elektronicznego. Szybko. 

Dwie minuty to nie było wystarczająco szybko. Czekając Eve omal nie 

wywierciła sobie dziury w skroni. 

- Feeney, mam coś, i to naprawdę ważnego.  
- Co? 
-  Na  razie  nie  mogę  ci  powiedzieć,  ale  jesteś  mi  potrzebny.  Musisz 

pojechać po Charlesa Monroe. 

- Chryste, Ewo, mamy go? 
- Jeszcze nie. Monroe zaprowadzi cię do skrytki depozytowej Sharon. 

Dobrze  się  nim  zajmij,  Feeney.  Jeszcze  będzie  nam  potrzebny.  I 
cholernie dobrze zajmij się tym, co znajdziesz w skrytce. 

- Co zamierzasz zrobić? 
- Muszę złapać samolot.  -  Przerwała połączenie, po czym  zadzwoniła 

do  Roarke'a.  Straciła  kolejne  trzy  cenne  minuty,  zanim  pokazał  się  na 
monitorze. 

-  Miałem  do  ciebie  dzwonić,  Ewo.  Wygląda  na  to,  że  będę  musiał 

polecieć do Dublina. Może chciałabyś mi towarzyszyć? 

background image

-  Roarke,  potrzebny  mi  twój  samolot.  Natychmiast.  Muszę  jak 

najszybciej  dostać  się  do  Virginii.  Jeśli  będę  korzystać  z  policyjnych 
albo publicznych środków transportu... 

- Samolot będzie czekał na ciebie. Terminal C, wejście 22.  
Zamknęła oczy. 
- Dzięki. Jestem twoją dłużniczką. 
Jej  wdzięczność  trwała,  dopóki  nie  przybyła  na  miejsce  i  nie  ujrzała 

czekającego na nią Roarke'a. 

-  Nie  mam  czasu  na  rozmowę  -  powiedziała  oschle.  Jej  długie  nogi 

błyskawicznie pokonywały odległość między wejściem a windą. 

- Pogadamy podczas lotu. 
- Nie lecisz ze mną. To oficjalne... 
-  To  jest  mój  samolot,  pani  porucznik  -  przerwał  jej  łagodnie,  gdy 

drzwi kabiny zamknęły się i winda zaczęła cicho sunąć w górę. 

- Czy zawsze musisz stawiać warunki? 
-  Tak.  Ale  tym  razem  jest  inaczej,  niż  myślisz.  Właz  otworzył  się. 

Steward już na nich czekał. 

- Witamy na pokładzie, sir, pani porucznik. Czy podać państwu coś do 

picia? 

-  Nie,  dziękuję.  Powiedz  pilotowi,  żeby  startował,  gdy  tylko  dostanie 

pozwolenie. - Roarke zajął swoje miejsce; Eve stała pieniąc się ze złości. 
- Nie wystartujemy, dopóki nie usiądziesz i nie zapniesz pasów. 

- Myślałam, że wybierasz się do Irlandii. - Mogła próbować się z nim 

kłócić albo po prostu usiąść. 

-  Tamta  podróż  może  poczekać.  Ta  nie.  Ewo,  zanim  przedstawisz  mi 

swoje stanowisko, pozwól, że wyjaśnię ci moje. Jedziesz do Virginii w 
dużym  pośpiechu.  To  sugeruje,  że  masz  nowe  informacje  w  sprawie 
DeBlass. Beth i Richard są moimi przyjaciółmi, oddanymi przyjaciółmi. 
Nie  mam  wielu  oddanych  przyjaciół,  ty  też  nie.  Postaw  się  w  mojej 
sytuacji. Co byś zrobiła? 

Zabębniła palcami o oparcie fotela, gdy samolot zaczął kołować. 
- To nie jest sprawa osobista. 
- Dla ciebie nie. Dla mnie szalenie osobista. Beth skontaktowała się ze 

mną,  jeszcze  zanim  kazałem  przygotować  samolot.  Poprosiła,  żebym 
przyjechał. 

- Dlaczego? 
- Nie chciała powiedzieć. Nie musiała - wystarczyło, że poprosiła.  
Eve trudno było czynić mu zarzut z tego, że jest lojalny. 
- Nie mogę cię zatrzymać, ale ostrzegam, to sprawa wydziału. 

background image

-  A  w  wydziale  wrze  od  samego  rana  -  rzekł  spokojnym  głosem  -  z 

powodu  pewnej  informacji,  która  przedostała  się  do  prasy  z 
niewiadomego źródła. 

Wypuściła z sykiem powietrze. Nie da się zapędzić w kozi róg. 
- Jestem ci wdzięczna za pomoc. 
- Wystarczająco mocno, by mi powiedzieć, jaki będzie tego wynik? 
- Wydaje mi się, że facet wyleci z pracy jeszcze dzisiaj. - Niespokojnie 

poruszyła  ramionami,  wyglądając  przez  okno;  chciała  jak  najszybciej 
dolecieć  na  miejsce.  -  Simpson  będzie  próbował  zwalić  całą  winą  na 
firmę, która prowadziła jego księgi rachunkowe. Nie sądzę, żeby mu się 
to udało. Policja skarbowa oskarży go o przestępstwo podatkowe. Sądzę, 
że wewnętrzne śledztwo ujawni, skąd brał pieniądze. Biorąc pod uwagę 
wyobraźnię Simpsona, obstawiam łapówki. 

- I szantaż? 
-  Och,  to  on  jej  płacił.  Zdążył  to  potwierdzić,  zanim  jego  adwokat 

poradził  mu  milczenie.  I  będzie  się  tego trzymał,  gdy  tylko  uświadomi 
sobie,  że  przyznanie  się  do  opłacania  szantażystki  jest  o  wiele  mniej 
ryzykowne od przyznania się do udziału w morderstwie. 

Wyjęła swój komunikator i poprosiła o połączenie z Feeneyem. 
- Cześć, Dallas. 
- Masz je? 
Feeney  podniósł  niewielkie  pudełko,  tak  by  mogła  je  zobaczyć  na 

malutkim ekranie. 

-  Wszystkie  opisane  i  opatrzone  datami.  Wspomnienia  z  jakichś 

dwudziestu lat. 

-  Jedź  od  końca,  zacznij  od  ostatniego  wpisu.  Powinnam  dotrzeć  do 

celu  za  jakieś  dwadzieścia  minut.  Skontaktuję  się  z  tobą,  gdy  tylko 
zbadam, jak wygląda sytuacja. 

-  Cześć,  słodka  pani  porucznik.  -  Charles  wsunął  głowę  w  ekran  i 

uśmiechnął się do niej promiennie. - Jak się spisałem? 

-  Świetnie.  Dzięki.  Ale  na  razie  zapomnij  o  skrytce  depozytowej, 

pamiętnikach, wszystkim. 

-  Jakich  pamiętnikach?  -  powiedział  mrugając  do  niej.  Przesłał  jej 

pocałunek, zanim Feeney odepchnął go łokciem. 

- Wracam do Centrali. Będziemy w kontakcie. 
-  Rozmowa  skończona.  -  Eve  wyłączyła  się  i  wsunęła  komunikator  z 

powrotem do kieszeni. 

Roarke odczekał chwilę. 
- Słodka pani porucznik? 

background image

-  Zamknij  się,  Roarke.  -  Przymknęła  oczy,  by  okazać  mu 

lekceważenie, lecz nie była w stanie stłumić triumfalnego uśmiechu. 

Kiedy  wylądowali,  musiała  przyznać,  że  nazwisko  Roarke'a  działa 

szybciej  niż  odznaka.  W  ciągu  paru  minut  byli  we  wspaniałym 
wynajętym samochodzie i mknęli do Front Royal. Roarke sam prowadził 
i robił to doskonale. 

- Brałeś udział w rajdzie Safari? 
-  Nie.  -  Zerknął  na  nią,  gdy  jechali  pod  górę  drogą  95  z  prędkością 

prawie  stu  mil  na  godzinę.  -  Ale  uczestniczyłem  w  kilku  innych, 
liczących się na świecie. 

-  Wyobrażam  sobie.  -  Zabębniła  palcami  w  chropowaty  drążek,  gdy 

wystrzelił  samochodem  pionowo  w  górę,  przelatując  śmiało  -  i  wbrew 
przepisom - nad blokującymi przejazd samochodami. 

- Powiedziałeś, że Richard jest twoim dobrym przyjacielem. Jak byś go 

opisał? 

- Inteligentny, skory do poświęceń, spokojny. Rzadko się odzywa, jeśli 

nie  ma  nic  konkretnego  do  powiedzenia.  Żyje  w  cieniu  swego  ojca,  z 
którym często się nie zgadza. 

- Jak byś opisał jego stosunki z ojcem? 
Samochód opadł z powrotem na  ziemię, ledwo ślizgając się oponami 

po powierzchni jezdni. 

-  Z  jego  nielicznych  wypowiedzi  i  z  tego,  co  wypsnęło  się  Beth, 

wnioskuję, że cechowała je wrogość i poczucie zawodu. 

- A jego stosunki z córką? 
-  Wybór,  jakiego  dokonała,  pozostawał  w  sprzeczności  z  jego  stylem 

życia,  z  jego,  cóż,  zasadami,  jeśli  wolisz.  Zawsze  uważał,  że  człowiek 
powinien  mieć  wolność  wyboru  własnej  drogi  życiowej.  Jednak  nie 
mogę sobie wyobrazić ojca, który chciałby, żeby jego córka zarabiała na 
życie sprzedając własne ciało. 

-  Czy  czuwał  nad  bezpieczeństwem  ojca  podczas  ostatniej  kampanii 

wyborczej do senatu? 

Znowu wzniósł pojazd w powietrze, skierował go poza drogę, mrucząc 

coś  o  skrócie.  W  milczeniu  przeleciał  nad  polanką,  kilkoma  domami 
mieszkalnymi i opadł na cichą podmiejską ulicę. 

Przestała liczyć wykroczenia drogowe. 
- Lojalność rodzinna jest ważniejsza od polityki. Człowiek o poglądach 

DeBlassa  jest  albo  bezgranicznie  kochany,  albo  bezgranicznie 
nienawidzony. Richard może nie zgadzać się z ojcem, lecz na pewno nie 
pragnie, by został skrytobójczo zamordowany. A ponieważ specjalizuje 

background image

się  w  przepisach  dotyczących  ochrony,  to  naturalną  koleją  rzeczy 
pomaga ojcu. 

Syn chroni ojca, pomyślała Eve. 
- A jak daleko DeBlass mógłby się posunąć, by chronić swego syna? 
-  Przed  czym?  Richard  jest  bardzo  powściągliwy.  Najchętniej  trzyma 

się  na  uboczu,  niewiele  mówi  o  prowadzonych  przez  siebie  sprawach. 
On... -  Dopiero teraz zrozumiał wagę pytania.  -  Znajdź sobie inny cel  - 
wycedził przez zęby. - To zły cel. 

- Zobaczymy. 
Dom  na  wzgórzu  tchnął  spokojem.  Przycupnięty  pod  niebieskim 

zimnym niebem, wyglądał przytulnie z kilkoma odważnymi  krokusami, 
które zaczynały wyglądać spod zmarzniętej trawy. 

Pozory  często  mylą,  pomyślała  Eve.  Wiedziała,  że  to  nie  jest  dom 

łatwego  bogactwa,  cichego  szczęścia  i  spokojnego  życia.  Teraz,  kiedy 
wiedziała,  co  się  wydarzyło  za  tymi  różowymi  murami  i  błyszczącymi 
szybami, była tego pewna. 

Elizabeth sama otworzyła im drzwi. Była bledsza i chudsza niż wtedy, 

gdy Eve widziała ją po raz ostatni. Miała zapuchnięte od płaczu oczy, a 
szyte na miarę spodnie zwisały luźno na biodrach - skutek niedawnego 
spadku wagi. 

-  Och,  Roarke.  -  Gdy  Elizabeth  znalazła  się  w  jego  ramionach,  Eve 

usłyszała,  jak  chrzęszczą  kruche  kości.  -  Przepraszam,  że  cię  tutaj 
ściągnęłam. Nie powinnam była zawracać ci głowy. 

- Nie bądź głupia. - Odchylił jej głowę do tyłu z taką delikatnością, że 

Eve  poczuła  dziwne  ukłucie  w  sercu  i  musiała  bardzo  się  starać,  by 
zachować rezerwę. - Beth, nie dbasz o siebie. 

-  Nie  mogę  normalnie  funkcjonować,  nie  mogę  myśleć  ani  nic  robić. 

Ziemia  chwieje  mi  się  pod  stopami  i...  -  Przerwała,  przypomniawszy 
sobie, że nie są sami. - Pani porucznik Dallas. 

Elizabeth popatrzyła na Roarke'a z wyrazem oskarżenia w oczach, co 

nie uszło uwagi Ewy. 

- On mnie tu nie przywiózł, pani Barrister. To ja go przywiozłam. Dziś 

rano otrzymałam telefon z tego miejsca. Czy to pani dzwoniła? 

- Nie. - Elizabeth cofnęła się. Splotła ręce i zaczęła wykręcać palce.  - 

Nie, nie dzwoniłam. To musiała być Catherine. Przyjechała tu wczoraj w 
nocy, zupełnie niespodziewanie. Rozhisteryzowana, podenerwowana. Jej 
matka  została  zabrana  do szpitala,  a  rokowania  są  złe.  Myślę,  że  stres, 
jaki  przeżyła  w  ciągu  ostatnich  paru  tygodni,  po  prostu  był  dla  niej  za 

background image

duży. Dlatego cię wezwałam, Roarke. Richardowi już brakuje pomysłu. 
Ja niewiele mogę mu pomóc. Potrzebowaliśmy kogoś... 

- Może wejdziemy i usiądziemy? 
- Są w saloniku. - Elizabeth odwróciła się gwałtownie, by rzucić okiem 

na  hali.  -  Ona  nie  chce  przyjąć  żadnych  środków  uspokajających,  nie 
chce niczego wyjaśnić. Pozwoliła nam tylko zadzwonić do swego męża i 
syna,  powiedzieć  im,  że  jest  tutaj  i  żeby  nie  przyjeżdżali.  Opętała  ją 
myśl,  że  grozi  im  jakieś  niebezpieczeństwo.  Przypuszczam,  że  pod 
wpływem tego, co przydarzyło się Sharon, zaczęła bardziej martwić się o 
swoje dziecko. Ogarnęła ją obsesja uchronienia go przed Bóg wie czym. 

- Jeśli do mnie dzwoniła - wtrąciła Eve - to może ze mną porozmawia. 
- Tak. Tak, dobrze. 
Poprowadziła  ich  przez  hali  do  schludnego,  zalanego  słońcem 

saloniku. Catherine DeBlass siedziała na sofie, wtulona w ramiona brata. 
Eve  nie  była  pewna,  czy  ją  pocieszał,  czy  strofował.  Richard  podniósł 
niespokojne oczy na Roarke'a. 

- Dobrze,  że przyjechałeś. Mamy  kłopot, Roarke.  - Jego  głos zadrżał, 

niemal się załamał. - Mamy kłopot. 

Roarke przykucnął przed Catherine. 
- Elizabeth, dlaczego nie każesz podać kawy? - zapytał. 
- Och, oczywiście. Przepraszam. 
-  Catherine.  -  Jego  głos  był  łagodny,  podobnie  jak  dotyk  ręki,  którą 

położył  jej  na  ramieniu.  Ale  Catherine  wzdrygnęła  się  i  popatrzyła  na 
niego oszalałym wzrokiem. 

- Nie dotykaj mnie. Co... co ty tu robisz? 
-  Przyjechałem  zobaczyć  się  z  Beth  i  Richardem.  Przykro  mi,  że 

czujesz się niezbyt dobrze. 

-  Dobrze?  -  Wydała  jakiś  dźwięk,  który  mógł  być  stłumionym 

śmiechem. - Nikt z nas już nigdy nie będzie czuł się dobrze. Jak byśmy 
mogli? Wszyscy jesteśmy skażeni. Wszyscy ponosimy winę. 

- Za co? 
Potrząsnęła głową, wciskając się w róg kanapy. 
- Nie mogę z tobą rozmawiać. 
-  Pani  senator  DeBlass.  Jestem  porucznik  Dallas.  Dzwoniła  pani  do 

mnie nie tak dawno temu. 

-  Nie,  nie,  nie  dzwoniłam.  -  Przerażona  Catherine  objęła  się  mocno 

ramionami. - Nie dzwoniłam. Nic nie powiedziałam. 

Gdy Richard pochylił się, by jej dotknąć, Eve posłała mu ostrzegawcze 

spojrzenie. Celowo usiadła między nimi i wzięła zimną rękę Catherine. 

background image

- Chciała pani, żebym jej pomogła. I pomogę pani. 
- Nie może pani. Nikt nie może. Popełniłam błąd, dzwoniąc. Musimy 

zachować to w rodzinie. Mam męża. Mam synka. - Łzy zaczęły płynąć z 
jej  oczu.  -  Muszę  ich  chronić.  Muszę  wyjechać,  daleko  wyjechać,  bym 
mogła ich chronić. 

- My ich ochronimy - powiedziała cicho Eve. - Ochronimy panią. Było 

za późno, żeby ochronić Sharon. Nie może pani winić się za to. 

- Nie próbowałam tego powstrzymać - wyszeptała Catherine. 
- Może nawet się ucieszyłam, ponieważ to nie byłam ja. To nie byłam 

ja. 

- Pani DeBlass, mogę pani pomóc. Mogę ochronić panią i pani rodzinę. 

Proszę mi powiedzieć, kto panią zgwałcił? 

Richard syknął zszokowany. 
- Mój Boże, co pani mówi? Co...  
Eve spiorunowała go wzrokiem. 
- Proszę być cicho. Tu już nie ma tajemnic. 
-  Tajemnice  -  szepnęła  Catherine  drżącymi  wargami.  -  Muszę  to 

utrzymać w tajemnicy. 

-  Nie,  nie  musi  pani. Takie  tajemnice  bolą. Wżerają się  w  człowieka. 

Wywołują  strach  i  poczucie  winy.  Ci,  którzy  chcą,  aby  dochować 
takiego sekretu, właśnie to wykorzystują - poczucie winy, strach, wstyd. 
Jedynym sposobem przezwyciężenia tego jest wyznanie prawdy. Proszę 
mi powiedzieć, kto panią zgwałcił. 

Catherine  odetchnęła  gwałtownie.  Popatrzyła  przerażonym  wzrokiem 

na brata. Eve zwróciła ku sobie i przytrzymała jej twarz. 

-  Niech  pani  na  mnie  spojrzy.  Tylko  na  mnie.  I  powie  mi,  kto  panią 

zgwałcił. Kto zgwałcił Sharon? 

- Mój ojciec. - Jęk rozpaczy wyrwał się jej z piersi. - Mój ojciec. Mój 

ojciec. Mój ojciec. - Schowała twarz w dłoniach i załkała. 

-  O  Boże!  -  Stojąca  w  drugim  końcu  pokoju  Elizabeth  cofnęła  się 

gwałtownie,  wpadając  na  służącą  z  tacą.  Porcelanowa  zastawa 
roztrzaskała się o podłogę. Kawa wyciekła ciemną strużką na przepiękny 
dywan. - O mój Boże! Moje dziecko! 

Richard zerwał się z kanapy i podtrzymał żonę, gdy się zachwiała. 
- Zabiję go za to! Zabiję go! - krzyknął i wtulił twarz w jej włosy. 
- Beth! Och, Beth! 
-  Zrób  dla  nich  wszystko,  co  w  twojej  mocy  -  szepnęła  Eve  do 

Roarke'a i przytuliła do siebie Catherine. 

- Myślałaś, że to Richard - rzekł półgłosem Roarke. 

background image

- Tak. - Podniosła na niego oczy, przygasłe i ponure. - Myślałam, że to 

ojciec  Sharon.  Pewnie  nie  chciałam  uwierzyć,  że  tak  ohydny  proceder 
można uprawiać przez tyle lat.  

Roarke pochylił się do przodu. Miał kamienną twarz. 
- Tak czy inaczej, DeBlass już jest martwy. 
- Pomóż swoim przyjaciołom - spokojnie powiedziała Eve. 

background image

18 
 
Pozwoliła  Catherine  się  wypłakać,  choć  dobrze  wiedziała,  że  łzy  nie 

zmyją  rany  z  jej  duszy.  Wiedziała  także,  że  sama  nie  byłaby  w  stanie 
zapanować  nad  sytuacją.  To  Roarke  polecił  służbie  uprzątnąć  skorupy 
rozbitego  serwisu,  uspokajał  przyjaciół,  trzymał  ich  za  ręce,  a  kiedy 
uznał, że nadszedł właściwy moment, łagodnie zaproponował Elizabeth, 
by napiła się herbaty. 

Elizabeth  sama  ją  przyniosła  i  dokładnie  zamknęła  drzwi  do  salonu, 

zanim podała szwagierce filiżankę herbaty. 

- Proszę, kochanie, napij się trochę. 
-  Przykro  mi.  -  Catherine  objęła  filiżankę  dłońmi,  by  je  rozgrzać.  - 

Przykro  mi.  Myślałam,  że  to  się  skończyło.  Musiałam  tak  myśleć. 
Inaczej nie mogłabym żyć. 

-  Wszystko  w  porządku.  -  Elizabeth,  blada  jak  ściana,  podeszła  do 

męża. 

-  Pani  DeBlass,  musi  mi  pani o  wszystkim  opowiedzieć.  Pani  senator 

DeBlass? - Eve poczekała, aż Catherine ponownie skupi na niej uwagę. - 
Czy rozumie pani, że przebieg tej rozmowy jest rejestrowany? 

- On powstrzyma panią. 
- Nie, nie powstrzyma. Zadzwoniła pani do mnie, ponieważ wiedziała 

pani, że to ja go powstrzymam. 

- On boi się pani - szepnęła Catherine. - Boi się pani. Wiem o tym. Boi 

się kobiet. Dlatego je krzywdzi. Chyba  musiał coś zrobić mojej matce. 
Zniszczył jej psychikę. Ona wiedziała. 

- Pani matka wiedziała, że ojciec wykorzystuje panią seksualnie? 
-  Wiedziała.  Udawała,  że  nie,  ale  widziałam  to  w  jej  oczach.  Nie 

chciała  wiedzieć  -  po  prostu  chciała,  żebyśmy  nadal  uchodzili  za 
spokojną,  idealną  rodzinę,  żeby  mogła  wydawać  swoje  przyjęcia  i  być 
żoną  senatora.  -  Zasłoniła  ręką  oczy.  -  Kiedy  w  nocy  przychodził  do 
mojego pokoju, następnego ranka widziałam to w jej twarzy. Lecz kiedy 
próbowałam z nią rozmawiać, nakłonić, by kazała mu z tym skończyć, 
udawała,  że  nie  wie,  o  co  mi  chodzi.  Powiedziała  mi,  żebym  przestała 
fantazjować. Żebym była dobra i szanowała rodzinę. 

Znowu opuściła rękę, wzięła filiżankę w obie dłonie, lecz nie wypiła 

nawet łyka herbaty. 

-  Kiedy  byłam  mała,  miałam  siedem  czy  osiem  lat,  przychodził  do 

mnie  w  nocy  i  dotykał  mnie.  Powiedział,  że  wszystko jest  w  porządku, 
bo  on  jest  tatusiem,  a  ja  będę  udawała  mamusię.  Powiedział,  że  to 

background image

zabawa,  sekretna  zabawa.  Powiedział,  że  muszę  robić  pewne  rzeczy  - 
dotykać go... 

-  Już  dobrze.  -  Eve  uspokoiła  Catherine,  która  zaczęła  gwałtownie 

drżeć. - Nie musi pani mówić. Proszę powiedzieć to, co pani może. 

-  Musiałaś  go  słuchać.  Musiałaś.  On  miał  władzę  w  naszym  domu. 

Richardzie? 

- Tak. - Richard chwycił żonę za rękę i mocno ścisnął. - Wiem. 
-  Nie  mogłam  wam  powiedzieć,  ponieważ  się  wstydziłam  i  bałam,  a 

mama po prostu odwracała oczy, więc myślałam, że muszę to robić. - Z 
trudem przełknęła ślinę. - Z okazji moich dwunastych urodzin urządzono 
przyjęcie.  Mnóstwo  przyjaciół,  wielki  tort  i  kucyki.  Pamiętasz  kucyki, 
Richardzie? 

- Pamiętam. - Łzy spływały mu po policzkach. - Pamiętam. 
- I tej nocy, nocy moich urodzin, przyszedł. Powiedział, że teraz jestem 

wystarczająco  dorosła.  Powiedział,  że  ma  dla  mnie  prezent,  specjalny 
prezent,  ponieważ  się  rozwijam.  I  zgwałcił  mnie.  -  Ukryła  twarz  w 
dłoniach i zadrżała. - Powiedział, że to prezent. O Boże! Błagałam go, by 
przestał, bo sprawiał mi ból. Byłam już wystarczająco duża, by wiedzieć, 
że to jest niewłaściwe, złe. Ja byłam zła. Ale nie przestał. Potem ciągle 
przychodził. Przez te wszystkie lata, dopóki nie wyniosłam się z domu. 
Pojechałam  do  college'u,  wystarczająco  daleko,  by  nie  mógł  mnie 
dotknąć. I wmówiłam sobie, że to nigdy się nie zdarzyło. Nigdy, nigdy 
się nie zdarzyło. Próbowałam być silna, ułożyć sobie życie. Wyszłam za 
mąż,  bo  myślałam,  że  będę  bezpieczna.  Justin  był  taki  miły,  taki 
delikatny. Nigdy mnie nie skrzywdził. A ja nigdy mu nie powiedziałam. 
Pomyślałam,  że  jeśli  się  dowie,  będzie  mną  gardził.  Więc  wmawiałam 
sobie, że to się nigdy nie zdarzyło.  

Opuściła ręce i spojrzała na Ewę. 
-  Wierzyłam  w  to  czasami.  Najczęściej.  Potrafiłam  zapamiętać  się  w 

pracy, w życiu rodzinnym. A potem zorientowałam się, że robi to samo z 
Sharon. Chciałam jej pomóc, ale nie wiedziałam jak. Więc udawałam, że 
wszystko  jest  w  porządku,  tak  jak  moja  matka.  Zabił  ją.  Teraz  mnie 
zabije. 

- Dlaczego pani sądzi, że zabił Sharon? 
-  Ona  nie  była  taka  słaba  jak  ja.  Zaatakowała  go,  wykorzystała  to 

przeciwko niemu. Słyszałam, jak się kłócili. W Boże Narodzenie. Kiedy 
wszyscy  przyjechaliśmy  do  jego  domu,  by  udawać  kochającą  się 
rodzinę.  Zobaczyłam,  że  idą  do  jego  gabinetu  i  poszłam  za  nimi. 
Uchyliłam  drzwi,  podglądałam  ich  i  podsłuchiwałam.  Był  na  nią 

background image

okropnie  wściekły,  ponieważ  publicznie  kpiła  ze  wszystkiego,  co 
popierał. I powiedziała: „To ty zrobiłeś ze mnie dziwkę, ty skurwielu”. 
Ucieszyłam  się,  kiedy  to  usłyszałam.  Chciałam  wznieść  okrzyk  na  jej 
cześć.  Przeciwstawiła  się.  Straszyła,  że  go  zdemaskuje,  jeżeli  jej  nie 
zapłaci. Powiedziała, że wszystko opisała, każdy brudny szczegół. Więc 
będzie musiał przyjąć jej regały gry. Kłócili się, obrzucali przezwiskami. 
I wtedy... 

Catherine  zerknęła  na  Elizabeth,  na  swego  brata,  po  czym  odwróciła 

wzrok. 

-  Zdjęła  bluzkę.  -  Elizabeth  jęknęła  i  Catherine  znowu  zadrżała.  - 

Powiedziała, że może ją mieć, jak każdy inny klient. Ale zapłaci więcej. 
O wiele więcej. Patrzył na nią. Znałam to spojrzenie, te szkliste oczy, te 
rozchylone usta. Złapał ją za piersi. Spojrzała na mnie. Prosto na mnie. 
Wiedziała, że tam jestem, i popatrzyła na mnie z odrazą. Może nawet z 
nienawiścią,  bo  wiedziała,  że  nic  nie  zrobię.  Zamknęłam  drzwi. 
Zamknęłam je i uciekłam. Było mi niedobrze. Och, Elizabeth. 

-  To  nie  twoja  wina.  Na  pewno  próbowała  mi  powiedzieć.  Nigdy  nic 

nie  wiedziałam,  nigdy  nic  nie  słyszałam.  Nigdy  nie  przyszło  mi  to  do 
głowy. Byłam jej matką i nie ochroniłam jej. 

-  Próbowałam  z  nią  rozmawiać.  -  Catherine  mocno  splotła  dłonie.  - 

Kiedy pojechałam do Nowego Jorku, żeby zebrać fundusze na kampanię. 
Powiedziała, że ja wybrałam swoją drogę, ona wybrała swoją. I jej jest 
lepsza. Ja bawię się w politykę, chowani głowę w piasek, a ona bawi się 
władzą i ma oczy szeroko otwarte. 

-  Kiedy  usłyszałam,  że  nie  żyje,  wiedziałam.  Na  pogrzebie 

obserwowałam  go,  a  on  widział,  że  go  obserwuję.  Podszedł  do  mnie, 
otoczył ramionami, przycisnął do siebie, jakby w geście pocieszenia. A 
do ucha szepnął mi, żebym uważała. Żebym zobaczyła i zapamiętała, co 
się dzieje, gdy nie dotrzymuje się sekretów rodzinnych. I powiedział, że 
Franklin  to  świetny  chłopak.  Że  ma  wobec  niego  szerokie  plany. 
Powiedział, że muszę być bardzo dumna. I bardzo ostrożna. - Zamknęła 
oczy. - Co mogłam zrobić? Jest moim dzieckiem. 

- Nikt nie skrzywdzi pani syna.  - Eve przykryła dłonią zaciśnięte ręce 

Catherine. - Obiecuję pani. 

-  Nigdy  nie  będę  wiedziała,  czy  mogłam  ją  ocalić.  Twoje  dziecko, 

Richardzie. 

-  Teraz  pani  wie,  że  robi  wszystko,  co  możliwe.  -  Eve  bezwiednie 

wzięła Catherine za rękę i ścisnęła ją uspokajająco. - Pani DeBlass, nie 
będzie pani łatwo przejść przez to wszystko jeszcze raz, ale musi pani to 

background image

zrobić. Stawić czoło opinii publicznej. Złożyć zeznania, by można było 
wytoczyć mu proces. 

- Nie dopuści do procesu - zmęczonym głosem odparła Catherine. 
-  Nie  pozostawię  mu  wyboru.  -  Może  jeszcze  nie  w  sprawie 

morderstwa,  pomyślała.  Ale  oskarży  go  o  seksualne  wykorzystywanie 
nieletnich.  -  Pani  Barrister,  wydaje  mi  się,  że  pani szwagierka  powinna 
teraz odpocząć. Może zaprowadzi ją pani na górę? 

Tak, oczywiście. - Elizabeth wstała, podeszła do Catherine i pomogła 

jej podnieść się z kanapy. - Chodź, kochanie, położysz się na chwilę. 

-  Przykro  mi.  -  Catherine  oparła  się  ciężko  o  Elizabeth,  która 

wyprowadziła ją z pokoju. - Tak mi przykro. Niech mi Bóg wybaczy. 

- Panie DeBlass, mamy w wydziale niezłą lekarkę, psychiatrę. Wydaje 

mi się, że pańska siostra powinna się z nią zobaczyć. 

- Tak. - Powiedział z roztargnieniem, wpatrując się w zamknięte drzwi. 

- Będzie potrzebowała kogoś. Czegoś. 

Wszyscy będziecie potrzebowali, pomyślała Eve. 
- Czy jest pan w stanie odpowiedzieć na parę pytań? 
- Nie wiem. On jest tyranem, ma trudny charakter. Ale to czyni z niego 

potwora. Jak mogę pogodzić się z faktem, że mój ojciec jest potworem? 

- Ma alibi na tę noc, kiedy zabito pańską córkę - zauważyła Eve. - Na 

razie nie mogę oskarżyć go o morderstwo. 

- Alibi? 
-  Z  zeznań  Rockmana  wynika,  że  tej  nocy  pracował  z  pana  ojcem  w 

jego biurze we Wschodnim Waszyngtonie prawie do drugiej nad ranem. 

- Rockman powie wszystko, co ojciec mu każe. 
- Włącznie z kryciem morderstwa? 
- Takie rozwiązanie było najprostsze. Dlaczego ktoś miałby sądzić, że 

mój  ojciec  maczał  w  tym  palce?  -  Zadrżał,  jakby  nagle  przeszedł  go 
chłód. - Zeznanie Rockmana jedynie pozostawia jego pracodawcę poza 
wszelkimi podejrzeniami. 

-  W  jaki  sposób  pana  ojciec  pojechał  do  Nowego  Jorku  i  wrócił  do 

Wschodniego  Waszyngtonu,  jeśli  nie  chciał,  by  jego  podróż  została 
odnotowana? 

- Nie wiem. Jeśli poleciał swoim samolotem, to powinien być wpis w 

dzienniku pokładowym. 

- Wpisy można zmieniać - rzekł Roarke. 
- Tak. - Richard podniósł oczy, jakby nagle sobie przypomniał, że jego 

przyjaciel jest w pokoju. - Wiesz o tym lepiej ode mnie. 

background image

-  Aluzja  do  dawnych  czasów,  kiedy  zajmowałem  się  przemytem  - 

wyjaśnił Roarke Ewie. - Można to zrobić, ale trzeba przekupić parę osób. 
Pilota,  pewnie  mechanika  i  z  całą  pewnością  naziemnego  pracownika 
lotniska. 

-  Więc  wiem,  kogo  mam  przycisnąć  do  muru.  -  Gdyby  udało  się  jej 

udowodnić,  że  jego  samolot  odbył  taką  podróż  tamtej  nocy,  miałaby 
punkt zaczepienia. Wystarczający, żeby złamać DeBlassa. 

- Dużo pan wie o kolekcji broni swego ojca? 
-  Więcej  niż  bym  chciał.  -  Richard  stanął  na  drżących  nogach. 

Podszedł  do  barku,  wlał  alkohol  do  szklaneczki.  Wypił  go  szybko, 
niczym  lekarstwo.  -  Lubi  swoje  rewolwery,  często  się  nimi  popisuje. 
Kiedy byłem młodszy, próbował mnie nimi zainteresować. Roarke może 
potwierdzić, że mu się to nie udało. 

- Richard uważa, że broń jest niebezpiecznym symbolem nadużywania 

władzy. I mogę ci powiedzieć, że DeBlass czasami dokonywał zakupów 
na czarnym rynku. 

- Dlaczego wcześniej o tym nie wspomniałeś? 
- Nie pytałaś. 
Na razie zostawiła ten temat w spokoju. 
-  Czy  pana  ojciec  zna  się  na  systemach  bezpieczeństwa,  na  ich 

technicznych aspektach? 

-  Oczywiście.  Jest  dumny  z  tego,  że  wie,  jak  się  chronić.  To  jeden  z 

nielicznych tematów, który możemy omawiać bez kłótni. 

- Czy uznałby go pan za eksperta? 
- Nie - odpowiedział wolno Richard. - Za utalentowanego amatora. 
- Jego stosunki z szefem policji Simpsonem. Jakby je pan opisał? 
-  Samoobsługa.  Uważa  Simpsona  za  głupca.  Mój  ojciec  lubi 

wykorzystywać głupców. - Nagle opadł na fotel. - Przykro mi. Nie mogę 
tego robić. Potrzebuję trochę czasu. Chcę być z żoną. 

-  W  porządku.  Panie  DeBlass,  każę  śledzić  pana  ojca.  Każda  próba 

zbliżenia się do niego zostanie zarejestrowana. Proszę tego nie robić. 

- Sądzi pani, że będę próbował go zabić? - Richard zaśmiał się smutno 

i spojrzał na swoje dłonie. - Chciałbym. Za to, co zrobił z moją córką, z 
moją siostrą, z moim życiem. Ale brakuje mi odwagi. 

Kiedy znowu znaleźli się na dworze, Eve poszła prosto do samochodu, 

nie patrząc na Roarke'a. 

- Podejrzewałeś to? - spytała. 
- Że DeBlass jest w to zamieszany? Owszem. 
- Ale mi nie powiedziałeś. 

background image

- Nie. - Roarke zatrzymał ją, zanim otworzyła szarpnięciem drzwi. - To 

było  przeczucie,  Ewo.  Nie  miałem  pojęcia,  co  przeżyła  Catherine. 
Najmniejszego  pojęcia.  Podejrzewałem,  że  Sharon  i  DeBlass  mieli  ze 
sobą romans. 

- To zbyt eleganckie określenie ich związku. 
- Podejrzewałem to - kontynuował - ze sposobu, w jaki o nim mówiła 

podczas naszej jedynej wspólnej kolacji. Ale to znowu było przeczucie, 
nie  pewnik.  Przeczucia  nie  pomogłyby  ci  rozwikłać  tej  sprawy…  poza 
tym - dodał obracając ją w swoją stronę - gdy cię poznałem, zachowałem 
swoje  przeczucia  dla  siebie,  ponieważ  nie  chciałem  cię  zranić.  - 
Odwróciła  gwałtownie  głowę.  Cierpliwie  ujął  jej  twarz  w  dłonie  i 
zwrócił ku sobie. - Nie masz nikogo, kto mógłby ci pomóc? 

-  Nie  chodzi  o  mnie.  -  Głos  jej  zadrżał.  -  Nie  mogę  o  tym  myśleć, 

Roarke. Nie mogę. Położę sprawę, jeśli zacznę się nad tym zastanawiać. 
A  jeśli  ją  położę,  to  on  nie  zostanie  ukarany.  Za  gwałt,  morderstwo, 
seksualne  wykorzystywanie  dzieci,  które  powinien  był  chronić.  Nie 
dopuszczę do tego. 

-  Czyż  nie  powiedziałaś  Catherine,  że jedynym  sposobem  uwolnienia 

się od przeszłości jest opowiedzenie o niej? 

- Robota na mnie czeka. 
Stłumił uczucie rozczarowania. 
-  Domyślam  się,  że  chcesz  pojechać  na  lotnisko  w  Waszyngtonie, 

gdzie DeBlass trzyma swój samolot. 

Tak. - Wsiadła do samochodu, a Roarke obszedł go, by zająć miejsce 

za kierownicą. - Możesz mnie wysadzić przy najbliższym przystanku. 

- Jadę z tobą, Ewo. 
- Doskonale. Muszę się zameldować. 
Gdy zjeżdżał krętą uliczką, połączyła się z Feeneyem. 
- Mam tu coś niesamowitego - powiedziała, zanim zdążył się odezwać. 

- Jestem w drodze do Wschodniego Waszyngtonu. 

-  Ty  masz  coś  niesamowitego?  -  Feeney  niemal  śpiewał.  -  Nie 

musiałem  długo  szukać,  Dallas.  Wystarczyło  przeczytać  ostatnią 
stroniczkę,  którą  zapisała  rankiem  w  dniu  morderstwa.  Bóg  jeden  wie, 
dlaczego  odniosła  pamiętnik  do  banku.  Ślepy  traf.  Miała  randkę  o 
północy. Nigdy nie zgadniesz z kim. 

- Ze swoim dziadkiem. 
Feeney wytrzeszczył oczy, prychnął. 
- Cholera jasna, Dallas, skąd o tym wiesz? 
Eve zamknęła na chwilę oczy. 

background image

- Powiedz mi, że masz to czarno na białym. Powiedz mi, że wymienia 

go z nazwiska. 

-  Nazywa  go  senatorem.  Nazywa  go  swoim  starym  podłym 

dziadziusiem. I wesoło pisze, że liczy mu pięć tysięcy dolarów za każde 
rżnięcie.  Cytuję:  Niemal  warto  było  pozwolić  mu  ślinić się  nade  mną  - 
drogi stary dziadek ma w sobie jeszcze mnóstwo energii. Skurwiel. Pięć 
tysięcy doków co parę tygodni to nie jest taki zły układ. Do cholery, na 
pewno  mu  pokażę,  że  jestem  warta  tych  pieniędzy.  Nie  tak  jak  wtedy, 
kiedy byłam mała i mnie wykorzystywał. Role się odwróciły. Ja nie stanę 
się  taką  wysuszoną  śliwką  jak  biedna  ciotka  Catherine.  Ja  zrobiłam  z 
tego kwitnący interes. A pewnego dnia, gdy mnie to znudzi, prześlę swoje 
pamiętniki mediom. W wielu kopiach. Ten skurwysyn oszaleje, kiedy mu 
powiem, co zamierzam zrobić. Może dziś wieczorem trochę go postraszę. 
O Boże, to cudownie mieć nad nim taką władzę, żeby móc go dręczyć po 
tym wszystkim, co mi zrobił.
 

Feeney potrząsnął głową. 
-  To  był  układ  długoterminowy,  Dallas.  Przejrzałem  kilka  wpisów. 

Czerpała niezłe zyski z szantażu, nazwiska, nazwiska i czyny. Z tego, co 
pisze, wynika, że senator był w jej mieszkaniu w noc morderstwa. A to z 
kolei oznacza, że jego zeznania są gówno warte. 

- Możesz się postarać o nakaz aresztowania? 
-  Komendant  kazał  to  załatwić,  gdy  tylko  zadzwoniłaś.  Powiedział, 

żeby go zgarnąć. Pod zarzutem trzykrotnego morderstwa. 

Wolno wypuściła powietrze. 
- Gdzie go znajdę? 
- Jest w siedzibie Senatu, zachwala swoją Ustawę o Moralności. 
-  O  kurde,  to  świetnie.  Już  tam  jadę.  -  Wyłączyła  się,  popatrzyła  na 

Roarke'a. - O ile szybciej to coś może jechać? 

- Zobaczymy. 
Gdyby wraz z nakazem aresztowania nie dostała rozkazu Whitneya, by 

postępować  dyskretnie,  wkroczyłaby  do  gmachu  Senatu  i  zakuła 
DeBlassa w kajdanki na oczach jego kolegów. Mimo że nie mogła tego 
zrobić, i tak odczuwała ogromną satysfakcję. 

Poczekała,  dopóki  nie  skończył  swego  płomiennego  przemówienia  o 

upadku moralnym kraju, o postępującym rozkładzie, będącym skutkiem 
swobody  seksualnej,  kontroli  urodzin  i  inżynierii  genetycznej.  Potępił 
brak moralności wśród młodzieży, odejście od nauczania religii w domu, 
w  szkole,  w  miejscu  pracy.  Nasz  naród  pod  okiem  Boga  stał  się 
bezbożny.  Nasze  konstytucyjne  prawo  do  posiadania  broni  zostało 

background image

zniesione  przez  liberalną  lewicę.  Zarzucił  słuchaczy  liczbami 
mówiącymi o liczbie brutalnych zbrodni, o upadku miast, o nielegalnych 
narkotykach,  wszystko  to  w  wyniku,  jak  stwierdził  senator,  naszej 
postępującej  zgnilizny  moralnej,  łagodnego  traktowania  przestępców  i 
pobłażania wolności seksualnej. 

Eve słuchała tego z obrzydzeniem. 
-  W  roku  dwa  tysiące  szesnastym  -  powiedziała  cicho  -  pod  koniec 

Rewolty  Miejskiej,  przed  wprowadzeniem  zakazu  posiadania  broni, 
tylko na Manhattanie dziesięć tysięcy osób zostało rannych lub zginęło 
w wyniku postrzelenia. 

Gdy  zamilkła  słuchając  jadowitego  przemówienia  DeBlassa,  Roarke 

położył jej rękę na karku. 

-  Zanim  zalegalizowaliśmy  prostytucję,  gwałt  lub  próba  gwałtu 

zdarzały  się  przeciętnie  co  trzy  sekundy.  Oczywiście,  gwałty  nadal  się 
zdarzają, gdyż wynikają raczej z agresji niż z potrzeby seksualnej, lecz 
statystyki spadają. Licencjonowane prostytutki nie potrzebują alfonsów, 
więc  nie  są  przez  nich  bite,  maltretowane,  mordowane.  I  nie  mogą 
używać narkotyków. Kiedyś kobiety z niechcianą ciążą szukały pomocy 
u  rzeźników.  Miały  do  wyboru  ryzykować  życie  lub  je  zmarnować. 
Zanim inżynieria genetyczna umożliwiła operacje w łonie matki, dzieci 
rodziły  się  ślepe,  głuche,  kalekie.  Ten  świat  nie  jest  idealny,  ale 
słuchając DeBlassa człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że mogłoby 
być  dużo  gorzej.  -  Wiesz,  co  zrobią  z  nim  media,  kiedy  to  wyjdzie  na 
jaw? 

- Ukrzyżują go - mruknęła Eve. - W Bogu nadzieja, że nie uznają go za 

męczennika. 

-  Autorytet  moralny  podejrzany  o  kazirodztwo,  kontakty  z  pro-

stytutkami, popełnienie morderstwa. Nie sądzę. Jest skończony. - Roarke 
skinął głową. - Pod każdym względem. 

Dobiegł  ich  gromki  aplauz  z  galerii.  Sądząc  po  żarliwości  oklasków, 

ekipa DeBlassa postarała się o zorganizowanie mu klaki. 

Do  diabła  z  dyskrecją,  pomyślała,  kiedy  uderzeniem  młotka 

przewodniczący zamknął posiedzenie i ogłosił godzinną przerwę. 

Musiała przecisnąć się przez tłum pomocników, asystentów i gońców, 

zanim dotarła do DeBlassa. Jego zwolennicy poklepywali go po plecach; 
gratulując mu elokwencji. 

Poczekała,  dopóki  jej  nie  dostrzegł,  dopóki  nie  omiótł  wzrokiem  jej, 

potem Roarke'a, dopóki jego usta nie zacisnęły się. 

background image

- Pani porucznik, jeśli chce pani ze mną porozmawiać, proszę przejść 

do mojego biura. Sama. Mogę pani poświęcić dziesięć minut. 

-  Jeszcze  będzie  pan  miał  mnóstwo  czasu,  senatorze.  Senatorze 

DeBlass, aresztuję pana pod zarzutem morderstwa Sharon DeBlass, Loli 
Starr i Georgie Castle. 

Kiedy głośno zaprotestował i pomruk poszedł po sali, podniosła głos. 
-  Ponadto  jest  pan  oskarżony  o  kazirodcze  gwałty  na  Catherine 

DeBlass,  pańskiej  córce,  i Sharon  DeBlass,  pańskiej wnuczce.  -  Zanim 
zdążył  otrząsnąć  się  z  szoku,  wykręciła  mu  ręce  do  tyłu,  zatrzaskując 
kajdanki na nadgarstkach. - Nie musi pan nic mówić. 

-  To  oburzające!  -  wybuchnął,  gdy  recytowała  mu  przepisową 

formułkę.  -  Jestem  senatorem  Stanów  Zjednoczonych.  To  jest  siedziba 
władz federalnych. 

- I tych dwóch agentów federalnych będzie pana eskortować - dodała. - 

Ma  pan  prawo  do  adwokata.  -  Kiedy  wymieniała  mu  jego  prawa, 
deputowani i obserwatorzy, widząc wyraz jej twarzy, cofnęli się.  - Czy 
rozumie pan swoje prawa? 

- Dostanę twoją odznakę, ty dziwko. - Zaczął sapać, kiedy przepychali 

się przez tłum. 

- Potraktuję to jako odpowiedź twierdzącą. Proszę głęboko oddychać, 

senatorze. - Nie chcemy, żeby dostał pan zawału serca. - Nachyliła się do 
jego  ucha.  -  Nie  dostaniesz  mojej  odznaki,  ty  skurwysynu.  Za  to  ja 
dobiorę ci się do tyłka. - Przekazała go agentom federalnym.  - Czekają 
na niego w Nowym Jorku - rzuciła krótko. 

Jej  słów  prawie  nie  było  słychać.  DeBlass  wrzeszczał  żądając 

natychmiastowego  zwolnienia.  W  siedzibie  senatu  zakodowało  się.  W 
tłumie dostrzegła. Rockmana. Podszedł do niej; miał twarz wykrzywioną 
wściekłością. 

- Popełnia pani błąd, pani porucznik. 
-  Nie,  nie  sądzę.  Ale  pan  go  popełnił  w  swoim  zeznaniu.  Moim 

zdaniem pociągnie to za sobą oskarżenie o współudział. Zajmę się tym, 
jak tylko wrócę do Nowego Jorku. 

- Senator DeBlass to wielki człowiek. Jest pani tylko pionkiem w grze 

liberałów, którzy chcą go zniszczyć. 

-  Senator  DeBlass  jest  pedofilem  i  kazirodcą.  Gwałcicielem  i 

mordercą.  A  ja,  przyjacielu,  jestem  gliną,  która  go  zgarnęła.  Jeśli  nie 
chcesz pójść na dno razem z nim, skontaktuj się z adwokatem. 

Roarke  musiał  zapanować  nad  chęcią  porwania  jej  w  ramiona,  kiedy 

szła  przez  rozbrzmiewające  okrzykami  korytarze  siedziby  Senatu. 

background image

Przedstawiciele  mediów  próbowali  się  do  niej  dopchać,  ale  przeszła 
obok, jakby ich w ogóle nie dostrzegła. 

- Podoba mi się twój sposób bycia, pani porucznik Dallas - powiedział, 

kiedy  dotarli  do samochodu.  -  Bardzo  mi  się  podoba.  I  przy  okazji, już 
nie myślę, że jestem w tobie zakochany. Wiem, że jestem. 

Spróbowała powstrzymać mdłości podchodzące jej do gardła. 
- Wynośmy się stąd, do diabła. 
Tylko siłą woli udało się jej zachować spokój do czasu, kiedy znalazła 

się  w  samolocie.  Dzięki  temu  jej  głos  był  bezbarwny  i  pozbawiony 
emocji, kiedy składała raport swemu przełożonemu. Potem zachwiała się 
i  odtrąciwszy  Roarke'a,  pobiegła  do  toalety,  gdzie  gwałtownie 
wymiotowała. 

Roarke  czekał  bezradnie  po  drugiej  stronie  drzwi.  Znał  ją  wystar-

czająco  dobrze,  by  wiedzieć,  że  współczucie  tylko  pogorszy  sprawę. 
Wydał polecenia stewardowi i zajął swoje miejsce. Czekając, aż wróci, 
przyglądał  się  pasowi  startowemu.  Uniósł  głowę,  kiedy  drzwi  się 
otwarły.  Była  blada  jak  płótno,  miała  ciemne,  rozszerzone  źrenice,  jej 
zwykle zwinne ruchy były teraz chwiejne i niezdarne. 

- Przykro mi, chyba mnie to dopadło.  
Kiedy usiadła, podał jej kubek. 
- Wypij, to ci pomoże. 
- Co to? 
- Herbata z odrobiną whiskey. 
- Jestem na służbie - zaczęła, ale przerwał jej gwałtownie. 
-  Wypij  albo  wleję  ci  to  do  gardła.  -  Przycisnął  guzik  i  rozkazał 

pilotowi startować. 

Tłumacząc sobie, że to przyjemniejsze niż kłótnia, podniosła kubek do 

ust,  ale  nie  mogła  opanować  drżenia  rąk.  Szczękając  zębami  z  trudem 
upiła  łyk,  zanim  odstawiła  kubek.  Wstrząsały  nią  dreszcze.  Kiedy 
Roarke  chciał  się  do  niej  zbliżyć,  odchyliła  się  do  tyłu.  Wciąż  źle  się 
czuła, skręcały ją mdłości, głowa ciążyła jej jak ołów. 

- Mój ojciec mnie zgwałcił - powiedziała ku swemu zaskoczeniu. W jej 

oczach  odbił  się  szok,  jakiego  doznała  słysząc  swe  własne  słowa.  - 
Wielokrotnie. I bił mnie, wielokrotnie. To, czy się broniłam, czy nie, nie 
miało  znaczenia.  I  tak  mnie  gwałcił.  I  tak  mnie  bił.  I  nic  nie  mogłam 
zrobić.  Nie  można  nic  zrobić,  kiedy  ludzie,  którzy  powinni  się  tobą 
opiekować, wykorzystują cię w ten sposób. Krzywdzą cię. Ranią. 

-  Eve  -  wziął  ją  za  rękę,  przytrzymując  jej  dłoń,  kiedy  próbowała  się 

wyrwać. - Tak mi przykro. Tak strasznie przykro. 

background image

-  Powiedzieli  mi,  że  miałam  osiem  lat,  kiedy  mnie  znaleźli  na jakiejś 

uliczce  w  Dallas.  Krwawiłam,  miałam  złamaną  rękę.  Musiał  mnie  tam 
porzucić. Nie wiem. Może sama uciekłam. Nie pamiętam. Ale nigdy po 
mnie nie przyszedł. Nikt nigdy po mnie nie przyszedł. 

- A twoja matka? 
- Nie wiem. Nie pamiętam jej. Może już nie żyła. Może była taka jak 

matka Catherine i udawała, że o niczym nie wie. Zostały mi tylko urywki 
wspomnień  i  koszmary,  w  których  powracają  najgorsze  chwile.  Nawet 
nie znam swego imienia. Nie byli w stanie ustalić mojej tożsamości. 

- Ale potem byłaś bezpieczna? 
-  Nigdy  nie  byłeś  w  środku  tego  systemu.  Tam  nie  ma  miejsca  na 

bezpieczeństwo.  Jest  tylko  bezsilność.  Pozbawiają  cię  wszystkiego, 
twierdząc,  że  to  dla  twojego  dobra.  -  Westchnęła,  oparła  głowę  na 
podgłówku  i  zamknęła  oczy.  -  Roarke,  ja  nie  chciałam  zaaresztować 
DeBlassa. Ja chciałam go zabić. Chciałam go zabić własnymi rękoma, za 
to, co stało się ze mną. Odbierałam to bardzo osobiście. 

- Zrobiłaś to, co do ciebie należało. 
- Tak, zrobiłam to, co do mnie należało. I będę to robić nadal. - Ale nie 

myślała teraz o pracy. To było życie. Jej i jego. - Roarke, teraz już wiesz, 
że  siedzi  we  mnie  coś  niedobrego.  To  jest  jak  wirus,  który  czai  się  w 
człowieku  i  atakuje,  kiedy  system  odpornościowy  jest  osłabiony.  Nie 
warto na mnie stawiać. 

-  Lubię  długie  dyskusje.  -  Uniósł jej dłoń  do  ust i  pocałował.  -  Może 

się nad tym zastanowimy. Może oboje na tym zyskamy. 

- Nigdy przedtem nikomu o tym nie mówiłam. 
- Teraz ci lepiej? 
- Nie wiem. Może. Jezu, jaka jestem zmęczona. 
-  Możesz  się  o  mnie  oprzeć.  -  Otoczył  ją  ramieniem  i  pozwolił,  by 

położyła mu głowę na piersi. 

- Na razie - mruknęła. Do zobaczenia w Nowym Jorku. 
- No to do zobaczenia. - Przycisnął usta do jej włosów, mając nadzieję, 

że uśnie. 

background image

19 
 
DeBlass  nie  chciał  mówić. Jego  adwokaci  nałożyli  mu  kaganiec, i to 

ciasny.  Proces  przesłuchań  był  powolny  i  nudny.  Czasami  Ewie 
wydawało się, że senator wybuchnie; krew nabiegała mu do twarzy, gdy 
udało jej się go sprowokować. 

Przestała  zaprzeczać,  że  ma  osobisty  stosunek  do  tej  sprawy.  Nie 

chciała  zawiłego  procesu,  który  toczyłby  się  wśród  ostrych  ataków 
prasy. Chciała przyznania się do winy. 

-  Wplątał  się  pan  w  kazirodczy  romans  ze  swoją  wnuczką  Sharon 

DeBlass. 

- Mój klient nie potwierdza tego zarzutu. 
Nie zwracając uwagi na adwokata, Eve obserwowała twarz DeBlassa. 
-  Mam  odpis  fragmentu  pamiętnika  Sharon  DeBlass, dotyczący  nocy, 

której została zamordowana. 

Podała  dokument  przez  stół.  Prawnik  DeBlassa,  zadbany  schludny 

człowieczek,  ze  starannie  przystrzyżoną  rudawą  bródką  i  wodnistymi 
niebieskimi  oczami,  wziął  go  do  ręki  i  dokładnie  przestudiował.  Jeżeli 
zrobiło  to  na  nim  jakieś  wrażenie,  starannie  ukrył  swoje  uczucia  pod 
maską obojętności. 

-  Jak  sama  pani  wie,  pani porucznik,  to jeszcze  niczego  nie  dowodzi. 

Mamy tu jedynie chore fantazje nieżyjącej kobiety o wątpliwej reputacji. 
Kobiety, która od dłuższego czasu nie utrzymywała kontaktów z rodziną. 

-  Tu  jest  pewien  interesujący  fragment,  senatorze  DeBlass.  -  Eve 

uparcie  zwracała  się  do  oskarżonego,  ignorując  jego  prawnika.  - 
Wykorzystywał pan seksualnie swoją córkę, Catherine. 

- Bzdura! - wybuchnął DeBlass, zanim jego adwokat nakazał mu ręką 

milczenie. 

- Mam oświadczenie podpisane i potwierdzone w obecności świadków 

przez panią senator Catherine DeBlass. - Eve podała papier adwokatowi, 
który wyrwał go jej z rąk, zanim senator zdążył się poruszyć. 

Prawnik przebiegł dokument wzrokiem, po czym złożył go dokładnie 

wypielęgnowanymi dłońmi. 

- Może nie zdaje pani sobie sprawy, pani porucznik, z faktu, że mamy 

tu  do  czynienia  z  nieszczęśliwym  przypadkiem  choroby  psychicznej. 
Żona pana senatora DeBlassa nawet teraz znajduje się pod obserwacją z 
powodu depresji. 

- Zdaję sobie z tego sprawę. - Rzuciła prawnikowi twarde spojrzenie. - 

I dokładnie zbadamy jej stan oraz powód choroby. 

background image

-  Pani  senator  DeBlass  była  poddana  leczeniu  ze  względu  na  objawy 

depresji,  paranoi  i  nerwicy  -  ciągnął  prawnik  tym  samym  bezbarwnym 
głosem. 

- Jeśli to prawda, senatorze DeBlass, dowiemy się, czy przyczyn tego 

nie należy szukać w ciągłym i systematycznym wykorzystywaniu jej w 
dzieciństwie.  Był  pan  w  Nowym  Jorku  w  noc  morderstwa  Sharon 
DeBlass  -  niepostrzeżenie  skierowała  rozmowę  na  właściwe  tory.  -  A 
nie, jak pan poprzednio twierdził, we Wschodnim Waszyngtonie. 

Zanim  adwokat  zdążył  ją  powstrzymać,  pochyliła  się  do  przodu, 

świdrując wzrokiem DeBlassa. 

- Opowiem panu, jak pan to zrobił. Wziął pan swój prywatny samolot, 

płacąc  pilotowi  i  naziemnemu  pracownikowi  lotniska.  Poszedł  pan  do 
mieszkania  Sharon,  kochał  się  z  nią  i  nagrał  to  dla  własnych  celów. 
Zabrał  pan  ze  sobą  broń,  Smith  &  Wesson,  kaliber  38.  Ponieważ 
wymyślała  panu,  ponieważ  groziła,  ponieważ  nie  mógł  pan  dłużej 
pozwalać sobie na ryzyko ewentualnego zdemaskowania, strzelił pan do 
niej, strzelił pan trzy razy, w głowę, w serce, w łono. 

Mówiła szybko, z twarzą przy jego twarzy. Z przyjemnością patrzyła, 

jak poci się ze strachu. 

-  Ostatni  strzał  był  sprytnym  posunięciem.  Uniemożliwił  nam 

stwierdzenie  aktywności  seksualnej.  Rozerwał  jej  pan  krocze.  Może  to 
było  symboliczne,  może  próbował  się  pan  w  ten  sposób  chronić. 
Dlaczego zabrał pan ze sobą broń? Zaplanował pan to wcześniej? Czy w 
ten sposób chciał pan skończyć to raz na zawsze? 

DeBlass miał rozbiegany wzrok. Jego oddech stał się ciężki i szybki. 
- Mój klient nie przyznaje się do posiadania wspomnianej broni. 
- Pański klient to łajdak.  
Adwokat prychnął z oburzeniem. 
-  Pani  porucznik  Dallas,  mówi  pani  o  senatorze  Stanów  Zjed-

noczonych. 

-  W  takim  razie  jest  utytułowanym  łajdakiem.  To  pana  zaskoczyło, 

prawda,  senatorze?  Cała  ta  krew,  ten  hałas,  sposób,  w  jaki  broń 
odskoczyła  w  ręce.  Może  nawet  sam  pan  nie  wierzył,  że  jest  do  tego 
zdolny. Nie wtedy, kiedy poczuł pan wewnętrzną potrzebę pociągnięcia 
za  spust.  Ale  skoro  to  już  się  stało,  nie  było  odwrotu.  Musiał  pan  to 
zatuszować.  Ona  by  pana  zrujnowała,  nigdy  nie  dałaby  panu  spokoju. 
Nie  była  taka  jak  Catherine.  Nie  usunęłaby  się  w  cień,  żeby  cierpieć, 
żeby  przeżywać  swoją  hańbę  i  strach  w  milczeniu.  Wykorzystała  to 

background image

przeciwko  panu,  więc  musiał  ją  pan  zabić.  Potem  trzeba  było  zatrzeć 
ślady. 

- Pani porucznik Dallas... 
Nie  spuszczała  oczu  z  DeBlassa  i  nie  przestawała  go  atakować, 

ignorując ostrzeżenia prawnika. 

- To było podniecające, prawda? Mogło to ujść panu na sucho. Jest pan 

senatorem  Stanów  Zjednoczonych,  dziadkiem  ofiary.  Kto  mogły  pana 
podejrzewać? Więc ułożył ją pan na łóżku,  zaspokajając własne żądze, 
własne ego. Mógł pan zrobić to jeszcze raz, więc dlaczego nie? Zabijanie 
poruszyło  coś  w  panu.  Czy  istnieje  lepszy  sposób  zatarcia  śladów  niż 
stworzyć wrażenie, że dokonał tego prawdziwy psychopata? 

Zaczekała, aż DeBlass wypił łapczywie łyk wody ze szklanki. 
-  I  to  był  prawdziwy  psychopata.  Napisał  pan  kartkę  i  wsunął  ją  pod 

ciało  ofiary.  Był  pan  już  ubrany,  spokojniejszy,  choć  ciągle 
podekscytowany. Zaprogramował pan łącze, aby poinformować gliny o 
drugiej pięćdziesiąt pięć. Potrzebował pan trochę czasu, aby zejść na dół 
i  spreparować  dyskietki  ochrony.  Potem  wrócił  pan  do  swojego 
wahadłowca,  poleciał  z  powrotem  do  Wschodniego  Waszyngtonu,  aby 
odegrać tam rolę rozwścieczonego dziadka. 

Przez cały ten czas DeBlass nie odezwał się ani słowem, ale drgał mu 

mięsień w policzku, a wzrok nie mógł znaleźć punktu zaczepienia. 

-  To  fascynująca  historyjka,  pani  porucznik  -  powiedział  prawnik.  - 

Ale  ciągle  tylko  historyjka.  Przypuszczenie.  Desperacka  próba 
departamentu  policji  uspokojenia  mediów  i  mieszkańców  Nowego 
Jorku. To zupełnie oczywiste, dlaczego ten śmieszny i potworny zarzut 
stawia  się  senatorowi  właśnie  w  chwili,  gdy  jego  projekt  Ustawy  o 
Moralności ma zostać poddany debacie. 

- Jak pan wybrał pozostałe dwie? W jaki sposób wytypował pan Lolę 

Starr i Georgie Castle? Czy wybrał pan już czwartą, piątą, szóstą? Czy 
poprzestałby pan na tym?  Czy  zrezygnowałby pan  z  tego, skoro dzięki 
temu czuł się pan tak potężny, tak niepokonany, tak prawy? 

Twarz DeBlassa nie była już czerwona, była szara, a jego oddech stał 

się  chrapliwy  i  urywany.  Kiedy  ponownie  sięgnął  po  wodę,  ręka  mu 
zadrżała i szklanka potoczyła się po podłodze. 

-  To  przesłuchanie  jest  skończone.  -  Adwokat  wstał  i  pomógł 

DeBlassowi  się  podnieść.  -  Zdrowie  mojego  klienta  jest  cenne.  Pan 
senator wymaga natychmiastowej pomocy medycznej. 

background image

-  Pański  klient jest  mordercą.  Będzie  miał  ciągłą  opiekę  medyczną  w 

więzieniu i to do końca swoich dni. - Przycisnęła guzik. Kiedy otworzyły 
się drzwi pokoju przesłuchań, wkroczył umundurowany funkcjonariusz. 

-  Proszę  wezwać  lekarza  -  rozkazała.  -  Senator  trochę  się  denerwuje. 

Będzie  jeszcze  gorzej  -  ostrzegła  zwracając  się  do  DeBlassa.  -  Nawet 
jeszcze nie zaczęłam. 

Dwie godziny później, po złożeniu raportu i spotkaniu z prokuratorem, 

Ewie udało się przedostać przez korek uliczny. Miała już za sobą lekturę 
większej części pamiętników Sharon DeBlass. Teraz musiała odsunąć od 
siebie  obraz  skrzywionego  psychicznie  mężczyzny  i  dziewczynki,  z 
której uczynił kobietę tak samo niezrównoważoną, jak on sam. 

Wiedziała,  że  to  mogła  być  równie  dobrze  opowieść  o  niej.  Trzeba 

było dokonać wyboru, pomyślała. Wybór Sharon kosztował ją życie. 

Chciała  się  trochę  rozładować,  porozmawiać  z  kimś,  kto  by  jej 

wysłuchał, docenił ją, w kim mogłaby znaleźć oparcie. Z kimś, kto przez 
krótką  chwilę  pozwoliłby  jej  nie  myśleć  o  tym,  co  zdarzyło  się  jej  w 
przeszłości. I o tym, co mogło się zdarzyć. 

Jechała  do  Roarke'a.  Kiedy  uruchomiło  się  łącze  w  jej  samochodzie, 

marzyła, żeby nie było to wezwanie do pracy. 

- Dallas. 
- Cześć, dziecinko. - Na ekranie zobaczyła zmęczoną twarz Feeneya. - 

Właśnie przejrzałem dyskietkę z przesłuchania. Dobra robota. 

-  Przez  tego  cholernego  adwokata  nie  wszystko  udało  mi  się  z  niego 

wyciągnąć. Ale dobiorę się do niego, Feeney. Przysięgam. 

- Tak, stawiam na ciebie. Wiesz, właśnie muszę ci powiedzieć coś, co 

ci się nie spodoba. DeBlass miał lekki atak serca. 

- O Jezu! Chyba nam nie wykituje? 
-  Nie.  Lekarz  się  nim  zajął.  Mówią,  że  wróci  do  formy  w  ciągu 

tygodnia. 

- To dobrze. - Wypuściła wolno powietrze. 
-  Chcę,  żeby  żył  długo  za  kratkami.  Są  na to  duże szansę.  Prokurator 

jest gotów uznać cię za świętą, ale na razie jest zdezorientowany. 

Wcisnęła  mocno  hamulec.  Popychana  potokiem  gwałtownych 

odgłosów wjechała w Dziesiątą ulicę i stanęła blokując zakręt. 

- Co to do cholery znaczy, że jest zdezorientowany?  
Feeney skrzywił się, rozumiejąc jej złość. 
-  DeBlassa  zwolniono  za  kaucją.  Senator  USA,  przez  całe  życie 

oddany ojczyźnie, sól ziemi, chory na serce - i ma sędziego w kieszeni. 

background image

- Pieprzyć to. - Szarpnęła pasmo włosów, aż ból kazał jej zapomnieć o 

złości. - Jest oskarżony o morderstwo z trzech paragrafów.  

- Prokurator mówił, że nie zgodzi się na kaucję. 
-  Dał  się  nabrać.  Adwokat  DeBlassa  wygłosił  przemówienie,  które 

wycisnęłoby  łzy  nawet  z  kamienia  i  wyciągnęłoby  z  grobu  umarłego. 
DeBlass jest znowu we Wschodnim Waszyngtonie i odpoczywa zgodnie 
z  zaleceniami  lekarza.  Zarządzono  trzydziestosześciogodzinną  przerwę 
w przesłuchaniach. 

-  Cholera.  -  Uderzyła  kantem  dłoni  w  kierownicę.  -  To  dla  nas  bez 

różnicy  -  powiedziała  ponuro.  -  Może  udawać  starego  schorowanego 
męża  stanu  albo  stepować  na  pieprzonym  Lincoln  Memoriał,  i  tak  go 
dostanę. 

-  Komendant  martwi  się,  że  ta  przerwa  pozwoli  DeBlassowi  zebrać 

posiłki. Chce, żebyś jutro o ósmej rano zaczęła pracę z prokuratorem i 
przejrzała wszystko, co mamy. 

- Będę tam. Feeney, on się z tego nie wymiga. 
-  Upewnij  się,  że  stryczek  jest  gotowy,  dziecinko.  Do  zobaczenia  o 

ósmej. 

-  Tak.  -  Zdenerwowana  włączyła  się  znowu  w  sznur  samochodów. 

Zastanawiała się, czy nie lepiej wrócić do domu i zająć się zestawieniem 
dowodów.  Ale  miała  pięć  minut  do  domu  Roarke'a.  Mogła  z  nim 
przećwiczyć czekające ją przesłuchanie. 

Wiedziała,  że  doskonale  odegrałby  rolę  adwokata  diabła,  gdyby 

chciała  odkryć  swoje  słabe  punkty,  a  poza  tym  musiała  przyznać,  że 
umiał  ją  uspokoić,  co  pozwalało  jej  myśleć  chłodno,  nie  ulegając 
chwilowym emocjom. Nie mogła pozwolić, by zawładnęły nią uczucia, 
nie  mogła  pozwolić,  aby  obraz  Catherine  przesłaniał  jej  myśli,  jak  to 
ciągle się zdarzało. Wstyd i strach, i wina. Tak strasznie trudno było to 
oddzielić.  Wiedziała,  że  chce,  aby  DeBlass  zapłacił  za  to,  co  zrobił 
Catherine, i za śmierć trzech kobiet. 

Została wpuszczona przez bramę domu Roarke'a. Szybko wjechała na 

podjazd.  Krew  pulsowała  jej  w  żyłach,  gdy  wbiegała  po  schodach. 
Idiotka,  pomyślała.  Jak  nastolatka  opętana  przez  hormony.  Ale 
uśmiechała się, kiedy Summerset otworzył drzwi. 

- Muszę zobaczyć się z Roarke'em - powiedziała mijając go. 
- Przykro mi, pani porucznik. - Nie ma go w domu. 
-  Och!  -  Rozczarowanie,  jakiego  doznała,  sprawiło,  że  poczuła  się 

idiotycznie. - Gdzie on jest? 

Twarz Summerseta była nieprzenikniona. 

background image

-  Sądzę,  że  jest  na  jakimś  zebraniu.  Był  zmuszony  odwołać  ważną 

podróż do Europy i dlatego będzie pracował do późna. 

-  W  porządku.  -  Kot  dumnie  zszedł  ze  schodów  i  natychmiast  zaczął 

się  ocierać  o  nogi  Ewy.  Wzięła  go  na  ręce  i  podrapała  po  brzuszku.  - 
Kiedy można się go spodziewać? 

-  Roarke  sam  rozporządza  swoim  czasem,  pani  porucznik.  Nie  wiem, 

kiedy można się go spodziewać. 

- Posłuchaj, przyjacielu, nie zmuszałam Roarke'a, żeby spędzał ze mną 

swój cenny czas. Więc dlaczego nie wyrzucisz z siebie tego wreszcie i 
nie  powiesz  mi,  czemu  zachowujesz  się,  jakbym  była  jakimś 
niewygodnym intruzem za każdym razem, kiedy tu przychodzę. 

Zaszokowany Summerst pobladł gwałtownie. 
-  Jestem  przyzwyczajony  do  dobrych  manier,  pani  porucznik  Dallas. 

Pani najwyraźniej nie. 

- Pasują do mnie jak pięść do nosa. 
-  W  istocie.  -  Summerset  wyprostował  się  dumnie.  -  Roarke  to 

wpływowy  człowiek.  Ma  styl  i  klasę.  Liczą  się  z  nim  prezydenci  i 
królowie.  Dotrzymywał  towarzystwa  kobietom  wysoko  urodzonym  i  o 
świetnym drzewie genealogicznym. 

-  A  ja  jestem  nisko  urodzona  i  nie  mam  żadnego  drzewa  ge-

nealogicznego. - Roześmiałaby się, gdyby jego słowa nie były tak bliskie 
prawdy.  -  Nawet  takiemu  człowiekowi  jak  Roarke  może  spodobać  się 
zwykły kundel. Powiedz mu, że zabrałam kota - rzuciła na odchodnym. 

Poczuła  się  lepiej,  kiedy  wytłumaczyła  sobie,  że  Summerset  jest 

nieznośnym snobem. W drodze do domu, wciąż jeszcze zdenerwowana, 
uznała  ciche  towarzystwo  kota  za  nadspodziewanie  uspokajające.  Nie 
potrzebowała aprobaty jakiegoś lokaja i to na dodatek dupka. Jakby na 
potwierdzenie tych słów kot wlazł jej na kolana i zaczął się o nią ocierać. 

Skrzywiła się lekko, kiedy wbił pazury w jej spodnie, ale nie odsunęła 

go od siebie. 

-  Musimy  dać  ci  jakieś  imię.  Nigdy  przedtem  nie  miałam  kota  - 

mruknęła. - Nie mam pojęcia, jak nazywała cię Georgie, ale wymyślimy 
coś nowego. Nie martw się, wymyślimy coś lepszego niż Mruczek. 

Wjechała do garażu, zaparkowała i zobaczyła żółte światełko migające 

na ścianie przy jej miejscu postojowym. Ostrzeżenie, że nie zapłaciła za 
parking. Jeśli zmieni się na czerwone, wjazd zostanie zablokowany i nie 
będzie mogła wyjechać. Zaklęła pod nosem, bardziej z przyzwyczajenia 
niż  ze  złości.  Nie  miała  czasu  płacić  rachunków,  cholera  jasna,  i  teraz 
zdała  sobie  sprawę,  że  będzie  musiała  poświęcić  wieczór  na 

background image

uregulowanie  wszystkich  należności.  Z  kotem  pod  pachą  poszła  w 
kierunku  windy.  Może  Fred?  Pochyliła  głowę,  wpatrując  się  w  jego 
nieprzeniknione dwu - kolorowe oczy. 

- Nie, nie wyglądasz mi na Freda. Jezu, musisz ważyć ze dwadzieścia 

funtów. - Podnosząc torbę, weszła do windy.  - Jeszcze pomyślimy nad 
imieniem dla ciebie. Tubbo. 

Kiedy  tylko  postawiła  go  na  podłodze  w  mieszkaniu,  popędził  do 

kuchni. Poważnie podchodząc do swych obowiązków właścicielki kota i 
chcąc uniknąć szkód, poszła za nim i wystawiła mu spodek mleka oraz 
niezbyt świeże resztki chińszczyzny. 

Kot  najwidoczniej  nie  był  wybredny  i  zabrał  się  do  jedzenia  z 

apetytem. 

Obserwowała  go  przez  chwilę,  myśląc  o  czym  innym.  Pragnęła 

Roarke'a.  Potrzebowała  go.  Jeszcze  jedna  sprawa  wymagała  przemyś-
lenia. 

Nie  wiedziała,  jak  traktować  jego  zapewnienie  o  miłości.  Miłość 

oznacza różne rzeczy dla różnych ludzi. Do tej pory nie było jej w życiu 
Ewy. 

Nalała sobie pół kieliszka wina, ale ledwo na nie spojrzała. Na pewno 

czuła  coś  do  Roarke'a.  To  uczucie  było  nowe  i  niebezpiecznie  silne. 
Najlepiej  zostawić  sprawy  ich  własnemu  biegowi.  Podejmowanych 
szybko decyzji najczęściej się żałuje. 

Dlaczego, do diabła, nie było go w domu? 
Odstawiła nie tknięte wino na bok, przeciągnęła ręką po włosach. To 

jest najgorsze, kiedy zaczynasz się do kogoś przyzwyczajać, pomyślała. 
Czujesz się samotna, gdy nie ma go przy tobie. 

Przypomniała  sobie,  że  czeka  na  nią  praca.  Sprawa,  którą  musiała 

zamknąć,  i  mała  rosyjska  ruletka  z  jej  kartami  kredytowymi.  Może 
weźmie długą gorącą kąpiel i pozwoli sobie na moment odprężenia przed 
porannym  spotkaniem  z  prokuratorem.  Zostawiła  kota  nad  miską  z 
mięsem i poszła do łazienki. Instynkt przytępiony po długim dniu pracy i 
osobistych rozterek ostrzegł ją o sekundę za późno. 

Mechanicznie  sięgnęła  po  broń,  zanim  jeszcze  dostrzegła  jakiś  ruch, 

ale opuściła ją, kiedy zobaczyła długą lufę rewolweru. 

Colt,  pomyślała,  czterdziestka  piątka.  Broń,  którą  zdobywano  Dziki 

Zachód, sześciostrzałowa. 

- To nie pomoże twojemu szefowi, Rockman. 
-  Nie  masz  racji.  -  Wyszedł  zza  drzwi,  trzymając  rewolwer 

wycelowany w jej serce. - Wyjmij powoli broń, pani porucznik, i rzuć ją. 

background image

Patrzyła  mu  w  oczy.  Laser  był  szybki,  ale  nie  szybszy  od 

odbezpieczonej  czterdziestki  piątki.  Gdyby  do  niej  strzelił  z  tej 
odległości, rana byłaby paskudna. Rzuciła broń. 

-  Kopnij  to  do  mnie.  A!  -  uśmiechnął  się  z  zadowoleniem,  kiedy 

zobaczył,  jak  sięga  ręką  do  kieszeni.  -  I  komunikator.  Wolę,  żeby  to 
zostało między nami. Dobrze  - powiedział, kiedy rzuciła urządzenie na 
podłogę. 

-  Niektórzy  mogą  uważać,  że  twoja lojalność  w stosunku  do  senatora 

jest godna podziwu, Rockman. Ja uważam, że to  głupota. Kłamać, aby 
zapewnić mu alibi, to jedno, ale terroryzowanie funkcjonariusza policji 
to już zupełnie co innego. 

-  Jesteś  wyjątkowo  inteligentną  kobietą,  pani  porucznik.  Mimo  to 

popełniasz wyjątkowo głupie błędy. Lojalność nie ma tu nić do rzeczy. 
Wolałbym, żebyś zdjęła kurtkę. 

Poruszała  się  wolno,  nie  spuszczając  go  z  oczu.  Zsunęła  kurtkę  z 

jednego ramienia i włączyła rekorder w jednej z kieszeni. 

-  Rockman,  jeżeli  trzymanie  mnie  na  muszce  nie  jest  wynikiem 

lojalności wobec senatora DeBlassa, to dlaczego to robisz? 

-  Dla  własnego  bezpieczeństwa  i  czystej  przyjemności.  Czekałem  na 

możliwość zabicia cię, pani porucznik, ale nie do końca wiedziałem, jak 
to zrobić. 

- I jak zamierzasz to zrobić? 
-  A  może  byś  usiadła?  Na  brzegu  łóżka.  Zdejmij  buty  i  pogadamy 

sobie. 

- Mam zdjąć buty? 
-  Gdybyś  mogła.  To  daje  mi  pierwszą  i,  jak  sądzę,  ostatnią  szansę 

przedyskutowania  z  tobą  tego,  czego  udało  mi  się  dokonać.  Co  z  tymi 
butami? 

Usiadła tak, by być jak najbliżej łącza. 
- Współpracowałeś z DeBlassem cały czas, prawda? 
-  Chcesz  go  zrujnować.  Mógł  zostać  prezydentem,  a  nawet 

przewodniczącym  Światowej  Federacji  Narodów.  Był  na  fali  i  mógł 
zasiąść nawet w Gabinecie Owalnym. 

- Z tobą u boku. 
- Oczywiście. I razem poprowadzilibyśmy  kraj, a potem cały świat w 

nowym  kierunku.  We  właściwym  kierunku.  Ku  silnym  zasadom 
moralnym i bezpieczeństwu. 

Nie  spieszyła  się;  zaczekała,  aż  but  spadnie  na  podłogę,  nim 

rozsznurowała drugi. 

background image

-  Bezpieczeństwo...  i  pomogliby  je  zapewnić  twoi  starzy  kumple  z 

Siatki Bezpieczeństwa? 

Uśmiechnął się surowo; oczy mu błyszczały. 
-  Tym  krajem  już  za  długo  rządzili  dyplomaci.  Nasi  generałowie 

dyskutują i negocjują, zamiast rozkazywać. Z moją pomocą DeBlass by 
to  zmienił,  ale  ty  uparłaś  się,  żeby  go  zniszczyć,  a  mnie  razem  z  nim. 
Teraz nie mamy szans na prezydenturę. 

- Jest mordercą, pedofilem... 
-  Mężem  stanu  -  przerwał  jej  Rockman.  -  Nigdy  nie  wytoczysz  mu 

procesu. 

- Będzie miał proces i zostanie skazany. Zabicie mnie nie zmieni tego. 
-  Nie,  ale  sprawa  przeciwko  niemu  upadnie.  Razem  ze  śmiercią  obu 

stron.  Widzisz,  kiedy  opuściłem  go  nie  dalej  niż  dwie  godziny  temu, 
senator  DeBlass  był  w  swoim  biurze  we  Wschodnim  Waszyngtonie. 
Stałem  przy  nim,  kiedy  wybierał  czterolufowe  Magnum,  kaliber 
pięćdziesiąt  siedem,  bardzo  skuteczną  broń.  I  widziałem,  jak  wkładał 
lufę do ust i umierał jak patriota. 

- Jezu Chryste! - Ten obraz nią wstrząsnął. - Samobójstwo! 
- Wojownik przebijający się własnym mieczem. - W głosie Rockmana 

zabrzmiał  podziw.  -  Powiedziałem  mu,  że  to  jedyne  rozwiązanie,  i 
przyznał  mi  rację.  Nigdy  nie  zniósłby  upokorzenia.  Kiedy  znajdą  jego 
ciało,  a  potem  twoje,  jego  reputacja  jeszcze  raz  zostanie  uratowana. 
Zostanie  dowiedzione,  że  umarł  na  wiele  godzin  przed  tobą.  Nie  mógł 
cię zabić, a ponieważ sposób morderstwa będzie dokładnie taki sam, jak 
w innych przypadkach, i będą dwie następne ofiary, jak zapowiedziano, 
dowody  przeciwko  senatorowi  nie  będą  miały  żadnej  wartości.  Będę 
zrozpaczony. Będę grzmiał i potępiał - i zajmę jego miejsce. 

-  Tu  nie  chodzi  o  politykę!  Niech  cię  szlag  trafi!  -  Wstała  z 

zaciśniętymi  pięściami,  by  zadać  mu  cios.  Całe  szczęście,  że  nie  użył 
broni,  tylko  powstrzymał  Ewę  ręką.  Uderzona  przekręciła  się  i  upadła 
ciężko na nocny stolik. Stojąca na nim szklanka spadła i roztrzaskała się 
o podłogę. 

- Wstawaj! 
Jęknęła cicho. Czuła piekący ból w policzku, widziała jak przez mgłę. 

Dźwignęła  się  i  odwróciła,  uważając,  by  stać  przodem  do  łącza,  które 
uruchomiła ręcznie. 

- Co ci to da, że mnie zabijesz, Rockman? 
- Bardzo dużo. To ty prowadziłaś śledztwo. To ty spałaś z mężczyzną, 

który  był  pierwszym  podejrzanym.  Twoja  reputacja  i  twoje  motywy 

background image

zostaną dokładnie zbadane po twojej śmierci. Dawanie kobiecie władzy 
jest zawsze błędem. 

Otarła krew ż wargi. 
- Nie lubisz kobiet, Rockman? 
-  Czasami  się  przydają,  ale  właściwie  wszystkie  są  dziwkami.  Może 

nie sprzedałaś swego ciała Roarke'owi, ale on cię kupił. Zamordowanie 
ciebie w gruncie rzeczy nie złamie wzorca, jaki ustaliłem. 

- Ty ustaliłeś? 
-  Naprawdę  myślałaś,  że  DeBlass  potrafi  tak  dokładnie  zaplanować  i 

wykonać  serię  morderstw?  -  Poczekał,  dopóki  nie  zobaczył,  że 
zrozumiała. - Tak, zabił Sharon. W afekcie. Nawet nie zdawałem sobie 
sprawy z tego, że rozważa taki pomysł. Potem wpadł w panikę. 

- Byłeś tam. Byłeś z nim tej nocy, kiedy zabił Sharon. 
-  Czekałem  na  niego  w  samochodzie.  Zawsze  mu  towarzyszyłem 

podczas  jego  schadzek  z  tą  dziewczyną.  Woziłem  go,  żebym  tylko  ja, 
człowiek, któremu ufał, był w to wciągnięty. 

- Jego własna wnuczka. - Eve nie śmiała się odwrócić, by nie zakłócić 

nagrania. - Czy to nie napawało cię wstrętem? 

- Ona napawała mnie wstrętem, pani porucznik. Wykorzystywała jego 

słabość.  Każdy  człowiek  może  mieć  jakąś  słabostkę,  ale  ona 
wykorzystała  ją,  wyzyskała,  potem  zaczęła  go  straszyć.  Kiedy  zginęła, 
zrozumiałem, że stało się najlepiej, jak mogło. Poczekałaby, aż zostanie 
prezydentem, a potem wbiłaby mu nóż w plecy. 

- Więc pomogłeś mu zatrzeć ślady. 
- Oczywiście. - Rockman uniósł ramiona. - Cieszę się, że nadarzyła się 

nam  okazja  do  rozmowy.  To  było  dla  mnie  bardzo  przykre,  że  nie 
mogłem  się  tym  pochwalić.  Jestem  zachwycony,  że  mogę  ci  o  tym 
opowiedzieć. 

Ego, przypomniała sobie. Nie tylko inteligencja, lecz ego i próżność. 
-  Musiałeś  szybko  myśleć  -  zauważyła.  -  I  myślałeś.  Szybko  i 

bezbłędnie. 

-  Tak.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  Zadzwonił  przez  samochodowe 

łącze  i  powiedział,  żebym  szybko  przyszedł  na  górę.  Był  oszalały  ze 
strachu. Gdybym go nie uspokoił, może by jej się udało go zniszczyć. 

- Jeszcze ją obwiniasz? 
-  Była  dziwką.  Martwą  dziwką.  -  Wzruszył  ramionami,  ale  rewolwer 

ani  drgnął  w  jego  dłoniach.  -  Dałem  senatorowi  środek  uspokajający  i 
posprzątałem bałagan. Wytłumaczyłem  mu, że trzeba uczynić z Sharon 
tylko  część  całości.  Wykorzystać  jej  słabostki,  jej  patetyczny  wybór 

background image

zawodu.  Spreparowanie  dyskietek  ochrony  było  niezwykle  proste. 
Skłonności  senatora  do  nagrywania  własnych  wyczynów  seksualnych 
poddały mi pomysł wykorzystania tego jako części wzorca. 

- Tak - powiedziała przez zdrętwiałe wargi. - To było mądre. 
- Posprzątałem mieszkanie, wytarłem dokładnie broń. Ponieważ był na 

tyle rozsądny, by wziąć tę, która nie była zarejestrowana, pozostawiłem 
ją na miejscu zbrodni. Znowu ustalając wzorzec. 

-  Więc  wykorzystałeś  to  -  powiedziała  cicho  Eve.  -  Wykorzystałeś 

jego, wykorzystałeś Sharon. 

-  Tylko  głupcy  marnują  okazje.  Był  bardziej  sobą,  gdy  to  w  końcu 

zostało załatwione  -  zadumał się Rockman.  - Byłem w stanie wykonać 
resztę  swego  planu  wykorzystując  Simpsona  do  wywierania  nacisku, 
przekazywania tajnych informacji. Źle się stało, że senator zapomniał o 
pamiętnikach Sharon i dopiero później mi o nich powiedział. Musiałem 
ryzykować  powrót  do  jej  mieszkania.  Ale,  jak  oboje  już  wiemy,  była 
wystarczająco mądra, by dobrze je ukryć. 

-  Zabiłeś  Lolę  Starr  i  Georgie  Castle.  Zabiłeś  je,  by  zakamuflować 

pierwsze morderstwo. 

-  Tak.  Lecz  w  przeciwieństwie  do  senatora,  dobrze  się  bawiłem.  Od 

początku do końca. Nie  miałem trudności z wyborem ofiar, ustaleniem 
ich nazwisk, miejsca zamieszkania. 

W  tej  chwili  trochę  trudno  jej  było  cieszyć  się  z  faktu,  że  ona  miała 

rację, a komputer się mylił. W końcu było dwóch morderców. 

- Nie znałeś ich? Nawet ich nie znałeś? 
-  Myślałaś,  że  powinienem  je  znać?  -  Zaśmiał  się  z  tego.  -  Ich 

nazwiska  nie  miały  znaczenia.  Liczył  się  tylko  ich  zawód.  Kurwy 
obrażają  mnie.  Kobiety,  które  rozkładają  nogi  po  to,  by  osłabić 
mężczyznę, obrażają mnie. Pani mnie obraża, pani porucznik. 

- Po co te dyskietki? - Gdzie, do diabła, jest Feeney? Dlaczego oddział 

specjalny nie wyłamał jeszcze drzwi? - Po co przysyłałeś mi dyskietki? 

-  Lubiłem  patrzeć,  jak  się  rzucasz,  niczym  mysz  szukająca  sera  - 

kobieta, która wierzyła, że potrafi myśleć jak mężczyzna. Podsunąłem ci 
Roarke'a,  ale  pozwoliłaś,  by  wszedł  ci  na  głowę.  To  takie  typowe. 
Rozczarowałaś  mnie,  Kierowałaś  się  emocjami,  pani  porucznik:  i  w 
przypadku  zabójstw,  i  w  przypadku  tej  małej  dziewczynki,  której  nie 
zdołałaś  uratować.  Lecz  miałaś  szczęście,  które  wkrótce  przestanie  ci 
dopisywać. 

Przesunął się w bok, obok komody, gdzie czekała kamera. Włączył ją. 
- Rozbierz się. 

background image

- Możesz mnie zabić - powiedziała czując, że żołądek podchodzi jej do 

gardła. - Ale mnie nie zgwałcisz. 

- Zrobisz dokładnie to, co chcę, żebyś zrobiła.  One zawsze to robią. - 

Opuścił rewolwer i wycelował go w środek jej ciała. 

-  Tamtym  najpierw  strzelałem  w  głowę.  Natychmiastowa  śmierć, 

prawdopodobnie bezbolesna. Masz pojęcie, jakie katusze byś cierpiała z 
ołowianą kulą w brzuchu? Błagałabyś mnie, żebym cię zabił. 

Oczy mu rozbłysły. 
- Rozbieraj się. 
Eve opuściła ręce. Mogła znieść ból, ale nie mogła dopuścić, by spełnił 

się jej koszmarny sen. Żadne z nich nie zauważyło kota, który wszedł do 
pokoju. 

- Twój wybór, pani porucznik - rzekł Rockman. 
Nagle  drgnął,  gdy  kot  prześlizgnął  się  między  jego  nogami.  Eve 

skoczyła do przodu i całym ciałem popchnęła go na ścianę. 

background image

20 
 
Feeney zatrzymał się w drodze ze stołówki, trzymając w ręce na wpół 

zjedzonego  hamburgera  z  soi.  Pomarudził  chwilę  przy  automacie  z 
kawą,  plotkując  z  dwoma  innymi  glinami  o  szczegółach  niedawnej 
kradzieży. Opowiadali sobie różne historyjki i Feeney postanowił wypić 
jeszcze jeden kubek kawy, zanim przerwie te pogaduszki. 

Mało  brakowało,  a  minąłby  własne  biuro  pogrążony  w  marzeniach o 

wieczorze  przed  telewizorem  i  dobrym  zimnym  piwie  szumiącym  w 
głowie.  Jeżeli  będzie  miał  trochę  szczęścia,  jego  żona  może  do  tego 
czasu nie zaśnie i da się namówić na pieszczoty. 

Ale przyzwyczajenie wzięło górę. Wszedł do środka, aby upewnić się, 

że jego komputer jest zabezpieczony na noc. I usłyszał głos Ewy. 

- Hej, Dallas, ty ciągle... - Przerwał widząc pusty gabinet. 
- Za dużo pracujesz - mruknął. I wtedy usłyszał jej głos po raz drugi. 
Byłeś z nim. Byłeś z nim tej nocy, kiedy zabił Sharon.  
O mój Boże! - przeraził się. 
Niewiele  widział  na  ekranie:  plecy  Ewy,  bok  łóżka.  Rockman  był 

niewidoczny,  ale  jego  głos  brzmiał  wyraźnie.  Feeney  modlił  się,  gdy 
dzwonił do oficera dyżurnego. 

Eve usłyszała zaniepokojony pisk kota, kiedy nadepnęła mu na ogon, 

usłyszała  także  stuknięcie,  gdy  broń  uderzyła  o  podłogę.  Rockman 
górował nad nią wzrostem i wagą. I zbyt szybko doszedł do siebie po jej 
uderzeniu. Udowodnił, że przeszedł szkolenie wojskowe. 

Walczyła wściekle, nie będąc w stanie ograniczyć się do precyzyjnego, 

obojętnego zadawania ciosów. Gryzła i drapała. 

Gdy  z  całej  siły  uderzył  ją  w  żebra,  zabrakło  jej  tchu.  Wiedziała,  że 

upada, i zrobiła wszystko, żeby pociągnąć go za sobą. Uderzyli mocno w 
podłogę i mimo że błyskawicznie się przetoczyła, znalazł się na niej. 

Zobaczyła gwiazdy, kiedy wyrżnęła głową w podłogę. 
Dusił  ją.  Sięgnęła  mu  do  oczu,  chybiła,  rozorała  mu  policzki,  tak  że 

zawył  z  bólu.  Gdyby  drugą  ręką  uderzył  ją  w  twarz,  mogłaby  stracić 
przytomność,  ale  on  skupił  uwagę  na  chwyceniu  broni.  Podbiła  mu 
łokieć, zmuszając go do puszczenia jej gardła, do rozluźnienia uścisku. 
Ciężko łapiąc powietrze, rzuciła się w kierunku rewolweru. 

On dopadł go pierwszy. 
 
Roarke  z  paczką  pod  pachą  wszedł  do  hallu  budynku,  w  którym 

mieszkała Eve. Myśl, że przyjechała do niego, sprawiła mu przyjemność. 

background image

Chciał,  żeby  nadal  to  robiła.  Pomyślał  teraz,  że  kiedy  sprawa  będzie 
zamknięta, może uda mu się namówić ją na kilka dni przerwy w pracy. 
We  wschodnich  Indiach  miał  wyspę,  która  na  pewno  by  się  jej 
spodobała. 

Przycisnął  guzik  intercomu  i  uśmiechnął  się,  wyobrażając  sobie,  jak 

pływają  nadzy  w  czystej  niebieskiej  wodzie  i  kochają  się  w  gorących 
promieniach słońca, zostawiając całe to piekło za sobą. 

-  Zabieraj  się  stąd,  do  cholery.  -  Feeney  wparował  do  środka, 

prowadząc za sobą dwunastu mundurowych. - To sprawa policji. 

-  Eve!  -  Roarke  z  pobladłą  twarzą  wepchnął  się  do  windy.  Feeney 

zignorował go i warknął do komunikatora. 

- Zabezpieczyć wszystkie wyjścia. Niech ci pieprzeni snajperzy będą w 

pogotowiu. 

Roarke bezradnie opuścił ręce. 
- DeBlass? 
-  Rockman  -  poprawił  go  Feeney.  -  On  ją  ma.  Trzymaj  się  od  tego  z 

daleka, Roarke, dobra? 

- Gówno, nie dobra. 
Feeney  zmierzył  go  wzrokiem.  W  żadnym  wypadku  nie  poświęci 

swoich ludzi do pilnowania tego cywila. A miał przeczucie, że ten facet, 
podobnie jak on, dla Ewy jest gotów na wszystko. 

- Więc rób, co ci mówię. 
Kiedy  drzwi  windy  otworzyły  się,  usłyszeli  wystrzał.  Roarke 

wyprzedzał  Feeneya  o  dwa  kroki,  kiedy  dopadł  do  drzwi  mieszkania 
Ewy. Zaklął i cofnął się. Uderzyli w nie jednocześnie. 

Sparaliżował ją ból. Potem zapomniała o nim, ogarnięta wściekłością. 

Zacisnęła  palce  na  nadgarstku  ręki,  w  której  trzymał  broń,  i  wbiła  mu 
paznokcie  w  ciało.  Twarz  Rockmana  była  blisko  jej  twarzy,  swym 
ciałem przyszpilił ją do podłogi w obscenicznej parodii sceny miłosnej. 
Jego  nadgarstek  był  śliski  od  krwi  w  miejscu,  gdzie  rozorały  go  jej 
paznokcie. Zaklęła, kiedy oswobodził rękę i uśmiechnął się. 

- Walczysz jak kobieta. - Odrzucił włosy z czoła i krew z zadrapanego 

policzka  spływała  czerwoną  smugą.  -  Zgwałcę  cię.  Zanim  cię  zabiję, 
zrozumiesz, że nie jesteś lepsza od zwykłej dziwki. 

Podniecony zwycięstwem, zerwał z niej bluzkę. 
Uśmiech zniknął mu z twarzy, kiedy władowała mu pięść do ust. Krew 

spryskała  ją  niczym  ciepły  deszcz.  Uderzyła  go  jeszcze  raz,  usłyszała 
chrzęst,  gdy  złamała  mu  nos,  z  którego  trysnęła  fontanna  krwi. 
Przesunęła się szybko jak wąż. 

background image

I  znowu  wymierzyła  mu  cios  łokciem  w  szczękę,  knykciami 

przejechała  mu  po  twarzy,  wrzeszcząc  i  przeklinając,  jakby  jej  słowa 
miały dosięgnąć go tak samo jak pięści. 

Nie  słyszała  walenia  w  drzwi  ani  hałasu,  jaki  zrobiły  wypadając  z 

framugi.  Ogarnięta  wściekłością  przewróciła  Rockmana  na  plecy, 
usiadła na nim okrakiem i zaciekle biła go pięściami po twarzy. 

- Ewo! Dobry Boże! 
Dopiero  Roarke  i  Feeney  wspólnymi  siłami  zdołali  ją  odciągnąć. 

Walczyła wydając chrapliwe odgłosy, dopóki Roarke nie przycisnął jej 
głowy do swej piersi. 

- Przestań. To już koniec. Już po wszystkim. 
-  Chciał  mnie  zabić.  Zabił  Lolę  i  Georgie.  Chciał  mnie  zabić,  ale 

najpierw  zgwałcić.  -  Odsunęła  się,  otarła  krew  i  pot  z  twarzy.  -  Tu 
właśnie popełnił błąd. 

- Usiądź. - Jego ręce drżały i były śliskie od krwi, kiedy posadził ją na 

łóżku. - Musi cię boleć. 

- Jeszcze nie boli. Zacznie za chwilę. - Odetchnęła głęboko. Jest gliną, 

cholera jasna,  przypomniała  sobie. Jest  gliną i  będzie  zachowywała  się 
jak glina. - Widziałeś, co się dzieje - powiedziała do Feeneya. 

- Tak. - Wyjął chusteczkę, żeby zetrzeć pot z twarzy. 
-  Więc  dlaczego  to  tak  długo  trwało?  -  Udało  się  jej  uśmiechnąć,  co 

prawda dość ponuro. - Wyglądasz na trochę zmartwionego, Feeney. 

-  Psiakrew.  Wszystko  w  ciągu  jednego  dnia.  -  Uruchomił  swój 

komunikator. - Sytuacja opanowana. Potrzebny ambulans. 

- Nie jadę do żadnego szpitala. 
-  Nie  dla  ciebie,  ty  bohaterko.  Dla  niego.  -  Popatrzył  na  Rockmana, 

który cicho jęknął. 

-  Jak  już  doprowadzicie  go  do  porządku,  zaaresztujcie  go  za 

morderstwo Loli Starr i Georgie Casfle. 

- Masz co do tego pewność? 
Chwiejąc się na nogach, wstała i sięgnęła pod kurtkę. 
-  Mam  tu  wszystko  -  odparła.  Wyjęła  rekorder.  -  DeBlass  załatwił 

Sharon, ale nasz kochaś też miał w tym swój udział. I macie go oskarżyć 
o próbę gwałtu i morderstwa na funkcjonariuszu policji. 

- Masz to jak w banku. - Feeney wepchnął rekorder do kieszeni. - Jezu, 

Dallas, wyglądasz okropnie. 

- Obawiam się, że masz rację. Wyprowadź go stąd, dobrze, Feeney? 
- Pewnie. 

background image

-  Pomogę  ci.  -  Roarke  schylił  się,  podnosząc  Rockmana  za  klapy, 

potrząsnął nim i postawił pionowo. - Spójrz na mnie, Rockman. Dobrze 
mnie widzisz? 

Rockman zamrugał zalanymi krwią oczami. 
- Widzę. 
-  To  dobrze.  -  Roarke  wyrzucił  ramię  do  góry,  szybko  jak  pocisk,  i 

jego pięść zatrzymała się na zmasakrowanej twarzy Rockmana. 

- Kurde - powiedział cicho Feeney, kiedy Rockman upadł na podłogę. 

- Chyba nie trzyma się zbyt pewnie na nogach.  - Pochylił się nad nim i 
założył  mu  kajdanki.  -  Może  ze  dwóch  z  was,  chłopcy,  zabrałoby  go 
stąd. Poczekajcie na mnie z karetką. Pojadę z nim. 

Wyjął plastykową torebkę i włożył do niej broń. 
-  Niezła  zabawka.  Rękojeść  z  kości  słoniowej.  Założę  się,  że  nieźle 

ładuje. 

-  Wiem  coś  o  tym.  -  Machinalnie  położyła  rękę  na  ramieniu.  Feeney 

przestał podziwiać broń. 

- Cholera, Dallas, postrzelił cię? 
-  Nie  wiem  -  powiedziała  sennie  zaskoczona,  kiedy  Roarke  oddarł 

rękaw jej poszarpanej bluzki. - Hej. 

- To tylko draśnięcie - rzucił głuchym głosem. - Przedarł rękaw, robiąc 

z niego opaskę uciskową. - Trzeba się nią zaopiekować. 

- Myślę, że mogę zostawić to tobie - zauważył Feeney. - Dallas, może 

będziesz  chciała  nocować  dziś  gdzie  indziej.  Przyślę  tu  ludzi  do 
sprzątania. 

- Tak. - Uśmiechnęła się, kiedy kot wskoczył na łóżko. - Może.  
Feeney zagwizdał przez zęby. 
- Ciężki dzień. 
- Takie życie - mruknęła głaszcząc kota. Galahad, pomyślała, jej biały 

rycerz. 

- Do zobaczenia, dzieciaku. 
- Tak. Dzięki, Feeney. 
Zdecydowany  doprowadzić  tę  sprawę  do  końca,  uklęknął  przed  nią. 

Poczekał, aż umilkło gwizdanie Feeneya. 

- Ewo, jesteś w szoku. 
- Tak jakby. Zaczyna mnie boleć. 
- Potrzebujesz lekarza.  
Wzruszyła ramionami. 
-  Mogę  wziąć  proszek  przeciwbólowy  i  muszę  doprowadzić  się  do 

porządku. 

background image

Przyjrzała się sobie, chłodno oceniając swój stan. Bluzka była podarta i 

pochlapana  krwią.  Ręce  wyglądały  okropnie,  kłykcie  były  zdarte  i 
spuchnięte  -  z  trudem  mogła  zacisnąć  w  pięści.  Pojawiło  się  mnóstwo 
siniaków,  a  rana  na jej  ramieniu,  gdzie  kula  drasnęła  skórę,  straszliwie 
piekła. 

- Myślę, że nie jest tak źle, jak wygląda - uznała - ale lepiej sprawdzę. - 

Kiedy  próbowała  się  podnieść,  wziął  ją  na  ręce.  -  Nawet  lubię,  kiedy 
mnie nosisz. Wtedy wszystko we mnie wiruje. Tylko potem mi głupio. 
Lekarstwa są w łazience. 

Chciał sam obejrzeć obrażenia, więc wniósł ją do środka i posadził na 

toalecie. Znalazł silny środek przeciwbólowy dla policjantów w prawie 
pustej apteczce. Podał jej tabletkę i wodę, zanim zwilżył gazę. 

Klepnęła się w czoło zdrową ręką. 
-  Zapomniałam  powiedzieć  Feeneyowi.  DeBlass  nie  żyje.  Samo-

bójstwo. To, co oni nazywają połykaniem lufy. Cholerne określenie. 

-  Nie  martw  się  tym  teraz.  -  Roarke  zajął  się  najpierw  raną 

postrzałową.  To  było  brzydkie  skaleczenie,  ale  krwawienie  już  ustało. 
Każdy  lekarz  poradziłby  sobie  z  tym  w  kilka  minut,  ale  jemu  ręce  się 
trzęsły. 

- Było dwóch morderców. - Marszcząc brwi, patrzyła na przeciwległą 

ścianę.  -  Na  tym  polegał  problem.  Wpadłam  na  to,  ale  potem  dałam 
sobie  spokój.  Dane  wskazywały  na  mały  stopień  prawdopodobieństwa. 
Głupia. 

Roarke  przyjrzał  się  jej  uważnie.  Znacznie  mu  ulżyło,  kiedy  się 

zorientował, że większość krwi nie była jej. Wargę miała przeciętą, lewe 
oko  już  zaczynało  puchnąć.  Nie  najlepiej  też  wyglądała  jej  kość 
policzkowa. 

Odetchnął głęboko, by się uspokoić. 
- Będziesz miała mnóstwo siniaków. 
-  Zdarzało  mi  się  to  już  wcześniej.  -  Lekarstwo  zaczynało  działać, 

zmieniając ból w odrętwienie. Tylko się uśmiechnęła, kiedy rozebrał ją 
do  pasa,  szukając  dalszych  obrażeń.  -  Masz  fantastyczne  dłonie. 
Uwielbiam,  kiedy  mnie  dotykasz.  Nikt  nigdy  nie  dotykał  mnie  w  ten 
sposób, mówiłam ci to już? 

-  Nie.  -  I  wątpił,  żeby  później  pamiętała,  iż  to  powiedziała.  Ale  nie 

omieszka jej o tym przypomnieć. 

- Jesteś taki piękny. Taki piękny - powtórzyła przybliżając krwawiącą 

dłoń do jego twarzy. - Ciągle się zastanawiam, co ty tu robisz. 

Wziął jej rękę i delikatnie owinął gazą. 

background image

- Zadaję sobie to samo pytanie. 
Uśmiechnęła  się  niemądrze,  pozwalając  sobie  na  chwilę  odprężenia. 

Muszę złożyć raport, pomyślała ze zmęczeniem. Później. 

- Naprawdę myślisz, że coś z tego wyjdzie? Roarke i glina? 
-  Myślę,  że  musimy  sami  się  przekonać.  -  Miała  mnóstwo  siniaków, 

ale najbardziej martwiły go granatowe ślady na jej żebrach. 

-  Dobrze.  Może  teraz  bym  się  położyła.  Możemy  pojechać  do  ciebie, 

bo  Feeney  będzie  musiał  wysłać  ludzi,  żeby  zbadali  miejsce 
przestępstwa  i  tak  dalej.  Chciałabym  się  chociaż  przez  chwilę 
zdrzemnąć, zanim złożę raport. 

- Pojedziesz do najbliższego szpitala. 
- Co to, to nie. Nie znoszę tego. Szpitale, centra medyczne, lekarze.  - 

Popatrzyła na niego szklanym wzrokiem i uśmiechnęła się. - Pozwól mi 
spać w swoim łóżku, Roarke, zgoda? W tym wspaniałym wielkim łóżku, 
na podwyższeniu pod niebem. 

Z braku czegoś lepszego otulił ją swoją marynarką. Kiedy wziął Ewę 

na ręce, położyła mu głowę na ramieniu. 

-  Nie  zapomnij  o  Galahadzie.  Ten  kot  uratował  mi  życie.  Kto  by 

pomyślał? 

- Więc będzie dostawał kawior do końca swoich dziewięciu żywotów. 

- Pstryknął palcami i kot z radością pobiegł za nim. 

-  Drzwi  są  rozwalone.  -  Eve  zachichotała,  gdy  Roarke  wyszedł  przez 

próg  na  korytarz.  -  Właściciel  będzie  wkurzony,  ale  wiem,  jak  go 
podejść. - Wycisnęła pocałunek na szyi Roarke'a. - Cieszę się, że już po 
wszystkim  -  westchnęła.  -  I  cieszę  się,  że  tu  jesteś.  Bądź  miły,  jeśli 
zdecydujesz się przy mnie zostać. 

- Możesz na to liczyć. - Trzymając ją na rękach, schylił się po paczkę, 

którą upuścił biegnąc Ewie na pomoc. Był w niej funt prawdziwej kawy. 
Pomyślał, że przekupi tym Ewę, kiedy obudzi się w szpitalnym łóżku. 

- Żadnych snów tej nocy - wymamrotała zasypiając. 
Wniósł ją do windy i poczekał, aż kot znajdzie się przy jego nodze. 
- Nie. - Przesunął ustami po włosach Ewy. - Żadnych snów.