background image

Holenderska choroba Brazylii

Tagi: 

obligacje

gospodarka

rynki wschodzące

banki centralne

inflacja

Brazylia

 

 

W gospodarce Brazylii jest niemal wszystko, o czym marzą obecnie inwestorzy – płynne rynki 
finansowe, popyt wewnętrzny, zapasy surowców oraz wysokie stopy procentowe. Ceną za 
napływ zagranicznego kapitału jest utrudniony dostęp do kredytów dla Brazylijczyków oraz 
tzw. holenderska choroba uderzająca w lokalne firmy.
Rekordowo niskie stopy procentowe na wszystkich rozwiniętych rynkach oraz gotowość 
inwestorów do zaakceptowania podwyższonego ryzyka w zamian za adekwatne zyski sprawiły, że 
w ciągu ostatnich dwóch lat kapitał płynął na rynki wschodzące strumieniami. Szczególnie 
atrakcyjne były otwarte gospodarki, cieszące się wysoką dynamiką PKB, płynnymi rynkami 
finansowymi i wysokim oprocentowaniem lokat. Trudno o lepszy przykład takiego rynku 
przyciągającego zagraniczny kapitał niż Brazylia, której gospodarka w 2010 r. wzrosła o 7,5 proc.

W niewoli zagranicy

W ostatnich tygodniach zaczynamy obserwować, jak funkcjonuje tzw. prawo Steina, które mówi, że 
jeżeli jakieś zjawisko (a w tym przypadku nierównowaga bilansu płatniczego państwa) nie może 
trwać w nieskończoność, skończy się. Innymi słowy Brazylia stała się poniekąd niewolnikiem 
„gorącego kapitału”, który na skutek działania zewnętrznych czynników może zdecydować się na 
odwrót od ryzyka i destabilizować kurs reala.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego, stopniowe przywracanie normalnych 
warunków polityki pieniężnej w rozwiniętych gospodarkach (wyższe stopy procentowe) tym razem 
powinno bardziej gwałtownie niż zazwyczaj przełożyć się na przepływ środków na rynki 
wschodzące. Europejski Bank Centralny już zaczął podnosić stopy procentowe, lecz prawdziwy 
exodus krótkoterminowych inwestycji z rynków wschodzących może się zacząć, gdy w podobnym 
kierunku zwróci się Fed.

W błędnym kole

W ciągu 12 miesięcy (do marca 2011 r.) do Brazylii napłynęło 175 mld dol., z czego ok. połowę 
stanowiły inwestycje portfelowe w akcje i obligacje. To około trzykrotnie więcej od średniej 
z ostatniej dekady. Dla porównania w 2009 r. napływały jedynie długoterminowe inwestycje 
bezpośrednie (ok. 40 mld dol. rocznie), a kapitał z rynków akcji i obligacji wracał na 
bezpieczniejsze rynki.

background image

Co ciekawe, pomimo faktu, że brazylijska waluta na początku 2011 r. była o blisko 50 proc. 
mocniejsza względem dolara niż dwa lata wcześniej, kraj ten nadal więcej eksportuje niż importuje. 
Jest to możliwe głównie dzięki wysokim cenom surowców na światowych rynkach, ale ten sam 
czynnik potęguje groźbę załamania kursu reala w przypadku odwrócenia trendu na rynku energii, 
metali przemysłowych czy towarów rolnych. Kiedy surowcowa hossa dobiegnie końca, Brazylia 
odczuje to także ze zdwojoną siłą.

Z drugiej strony, napływ kapitału umacniający brazylijską walutę wynika w dużej mierze 
z agresywnej walki banku centralnego z inflacją. Stopy w Brazylii rosły w ciągu ostatnich 
kilkunastu miesięcy najszybciej spośród wszystkich dużych rynków wschodzących i w połowie 
2011 r. osiągnęły 11,75 proc., co także jest najwyższym poziomem wśród porównywalnych 
gospodarek.

Trudno się dziwić, zagranicznym inwestorom, że dają się oni skusić na ulokowanie pieniędzy 
w akcje brazylijskich spółek surowcowych albo w wysokooprocentowane lokaty bankowe, 
zwłaszcza, że na ich korzyść działa dodatkowo rosnący w siłę real. Brazylia znalazła się zatem 
w pułapce – aby stłumić inflację wynoszącą 6,5 proc. r/r, musi utrzymywać wysoki koszt kredytów 
dla własnych obywateli i firm, ale to jednocześnie ściąga coraz więcej spekulacyjnego kapitału 
szukającego szybkich zysków. Brazylijscy przedsiębiorcy coraz częściej zmuszeni są szukać 
kapitału na zagranicznych rynkach, jednak zaciągając kredyt w obcej walucie w praktyce zawierają 
zakład na dalsze umocnienie reala, co na obecnym etapie wydaje się, delikatnie mówiąc, 
ryzykowne.

Gorący kapitał

Kapitał, którego napływ do Brazylii miała powstrzymać m.in. seria podwyżek podatków od 
krótkoterminowych inwestycji (zakup obligacji na krótki okres jest objęte stawką 4 proc.), trafił na 
bankowe lokaty oraz rynki akcji i obligacji. W IV kw. 2008 r. łączna wartość takich inwestycji 
zagranicznych w Brazylii wynosiła 160 mld dol., a w I kw. 2011 r. było to już blisko 500 mld dol. 
W bilansie płatniczym kwota ta stanowi zobowiązania Brazylii wobec zagranicy, ponieważ 
inwestorzy z Europy, USA i Japonii mogą w dowolnym momencie zażyczyć sobie wycofania 
pieniędzy.

Podwyżki stóp procentowych na lokatach w rodzimych bankach w Europie Zachodniej, Wielkiej 
Brytanii, Szwajcarii czy, co na razie mniej prawdopodobne, w USA, to tylko jeden z argumentów 
mogących wywołać masowy odwrót gorącego kapitału. Innym może być wzrost ogólnie rozumianej 
awersji do ryzyka, np. na skutek potencjalnego wstrząsu europejskiego systemu bankowego po 
restrukturyzacji długu przez Grecję. Kiedy podobne, dramatyczne wydarzenia obserwowaliśmy 
w USA w 2008 r., wartość zobowiązań Brazylii wobec zagranicy spadła w ciągu kilku miesięcy 
o blisko połowę. Latem 2008 r. wartość gorących inwestycji wynosiła ok. 300 mld dol., a pod 
koniec roku, po drastycznej przecenie akcji spotęgowanej wyprzedażą brazylijskiej waluty, spadła 
ona do 160 mld dol. Niedawna historia pokazuje więc, jak gwałtownie w skrajnych przypadkach 
mogą ulec upodobania inwestorów z zagranicy.

background image

Poduszka bezpieczeństwa

W razie tak gwałtownego odpływu kapitału bank centralny z reguły decyduje się na interwencję 
i w celu stabilizacji kursu własnej waluty zamienia rezerwy walutowe na lokalny pieniądz. 
Brazylijski bank centralny w kulminacyjnym punkcie kryzysu finansowego znajdował się 
w znacznie bardziej komfortowej sytuacji niż np. Rosja czy Węgry, które broniąc się przed 
deprecjacją walut pozbyły się większości rezerw. Na łagodzenie turbulencji, czy też spekulacyjnego 
ataku, jak określano załamanie kursów walut na niektórych ryzykownych rynkach wschodzących, 
brazylijski bank centralny przeznaczył jedynie ok. 20 mld dol., czyli ok. 10 proc. ówczesnych 
rezerw. Obecnie Brazylia dysponuje jednymi z największych na świecie rezerwami walutowymi 
sięgającymi 330 mld dol., czyli na wypadek skrajnie pesymistycznego scenariusza ma grubą 
poduszkę bezpieczeństwa.

Lekcja z 2008 r. pokazuje jednak, że Bank Brazylii nie palił się do walki z rynkowymi siłami 
i dopuścił do przeceny reala o ponad 40 proc. w kilkanaście tygodni, dlatego nie należy oczekiwać, 
że obecnie postąpiłby odmiennie.

Bank centralny ma po swojej stronie dodatkowe czynniki stabilizacyjne. Deficyt na rachunku 
obrotów bieżących nie przekracza 3 proc. PKB (ok. 50 mld dol.), co nie jest szczególnie wysokim 
poziomem. Lukę pokrywają w całości długoterminowe środki z zagranicy księgowane, jako 
bezpośrednie inwestycje zagraniczne, które na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy sięgały

60 mld dol. Dodatkowo, w porównaniu z innymi otwartymi rynkami wschodzącymi, jak Indonezja 
czy Turcja, zagraniczni inwestorzy mają mniejszy udział w brazylijskich rynkach akcji i obligacji 
(po ok. 15 proc. ogółu aktywów).

Waluta ofiarą surowców

Chociaż w całościowym bilansie w handlu międzynarodowym Brazylia wciąż więcej eksportuje niż 
importuje, analizując strukturę produktową eksportu zdecydowanie nie można powiedzieć, by jej 
położenie było komfortowe. Zagraniczni odbiorcy zdają sobie sprawę z faktu, że w ciągu ostatnich 
dwóch lat real umocnił się o ok. 50 proc. i kupują w Brazylii niemal wyłącznie najbardziej 
niezbędne, nieprzetworzone 

surowce

. Eksport ropy, rudy żelaza oraz soi do Chin stanowi ok. 80 

proc. ogółu dóbr kupowanych przez Chińczyków w Brazylii. Prowadzi to do czegoś, co w latach 
70. magazyn „The Economist” określił mianem „choroby holenderskiej”, czyli pogorszenie 
konkurencyjności produktów z państwa, które w nadmiernym stopniu postawiło na eksploatację 
surowców i w ten sposób doprowadziło do umocnienia waluty. Taka sytuacja miała miejsce m.in. 
w latach 60., kiedy po odkryciu dużych złóż gazu ziemnego, holenderska waluta zyskała mocno na 
wartości, co przekreśliło szanse producentów wysoko przetworzonych dóbr na znalezienie 
zagranicznych rynków zbytu.

Presja na zmianę tego stanu ze strony zakładów przemysłowych i fabryk w Brazylii stała się na tyle 
silna, że nowa prezydent latem 2011 r. udała się do Chin w celu wynegocjowania otwarcia jednego 
z najbardziej chłonnych rynków świata na brazylijskie produkty. W rezultacie Chiny zgodziły się 
importować więcej luksusowych torebek i obuwia, oleju sojowego, skrzydełek drobiowych i kilku 
innych produktów.

W zamian Brazylijczycy złagodzą wojnę handlową z Chinami, których waluta w przeliczeniu na 
reale potaniała w ciągu ostatnich dwóch lat o ok. 20 proc., dzięki czemu zalew rodzimego rynku 
tanimi produktami z Azji stał się jeszcze bardziej kuszący. Niedawno ofiarą handlowej defensywy 
Brazylii padła m.in. Argentyna, w którą uderzyły nowe cła importowe na samochody.

background image

Wyższe zarobki i siła nabywcza

Dysponując jedną z najsilniejszych walut na świecie, obywatele Brazylii kupują na zagranicznych 
rynkach więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Według FIESP, zrzeszenia producentów z Sao Paulo, 
w 2010 r. udział importowanych towarów w całości konsumpcji był najwyższy w historii. Jeśli 
inflacja na światowych rynkach nie wyhamuje w ciągu najbliższych miesięcy, Brazylia stanie przed 
nowymi wyzwaniami. Jeżeli rząd nie zmieni obowiązujących przepisów, płaca minimalna 
w przyszłym roku będzie musiała wzrosnąć w tempie szybszym niż inflacja (w 2010 r. 8,8 proc. 
r/r), co nakręci tzw. efekt drugiej rundy, pogłębi negatywne skutki holenderskiej choroby oraz 
mocno obciąży budżet państwa.

Sądząc, na podstawie doświadczeń z kryzysu w 2008 r., Brazylijczycy nie powinni szczególnie 
obawiać się deprecjacji reala, bo chociaż ich siła nabywcza na zagranicznych rynkach zmniejszy się 
w krótkim okresie, to długoterminowy trend doganiania dojrzałych rynków przez rynki 
wschodzące, działający przecież na ich korzyść, w przewidywalnym okresie wydaje się 
niezagrożony. Wysokie rezerwy walutowe, olbrzymie inwestycje w infrastrukturę (po części dzięki 
organizacji w nadchodzących latach największych międzynarodowych imprez sportowych) czy 
rosnąca w siłę klasa średnia, niewątpliwie pozostaną na długo magnesem dla zagranicznych 
inwestorów.

Bank centralny już wie, że stopy procentowe nie są skutecznym instrumentem walki z inflacją 
w obecnych warunkach i wspólnie z rządem musi szukać innych sposobów na powstrzymanie 
drożyzny.

Na koniec można nawet postawić tezę, że w obecnych warunkach kilkumiesięczne wstrząsy na 
globalnych rynkach byłyby niemal błogosławieństwem dla największej gospodarki Ameryki 
Południowej, ponieważ ułatwiłyby one zrównoważenie źródeł bogactwa Brazylii (eksport dóbr 
i usług, a nie tylko surowców) i podobnie, jak szok z 2008 r., oczyściłyby na pewien czas lokalne 
rynki z najgorętszego, spekulacyjnego kapitału szukającego łatwych zysków.