background image

Sławomir Klimkiewicz

NIEWIDZIALNE OCZY

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1979

Okładkę projektował: Witold Chmielewski

Redaktor: Elżbieta Skrzyńska

Redaktor techniczny: Zofia Szymańska

background image

TAJEMNICZY NADAWCA

Popołudnie było szare i senne. Od kilku dni niemal bez przerwy padał deszcz, a wiatr, strącając ostatnie 

liście, naganiał z morza nad miasto nowe zwały chmur. Brytyjski attaché morski John Briks oderwał na 
moment wzrok od leżących przed nim papierów i wyjrzał przez okno. Pomyślał, że nawet jak na Norwegię 
jesień kończyła się zbyt szybko  — przecież to zaledwie 6 października 1939 roku. Komandor Briks był 
równie ponury jak i pogoda za oknem. Kilka dni temu wygasły walki w Polsce, umilkła radiostacja na Helu, 
Wielokrotnie powracał w myślach do pytania, jak dalej potoczą się wypadki. Na froncie zachodnim panował 
stan ni to wojny, ni to pokoju, trafnie określony mianem dziwnej wojny. W Londynie i Paryżu łudzono się, iż 
Niemcy hitlerowskie zrezygnują z agresywnych planów, a ponadto  — zdaniem Briksa — pokładano zbyt 
wielkie nadzieje w linii Maginota, o którą miały rozbić się kolejne ataki wojsk niemieckich.

Briks zbyt długo pracował w wywiadzie wojskowym i zbierał dane na temat wyposażenia i uzbrojenia 

niemieckich sił zbrojnych, by nie żywić uzasadnionych obaw co do wyniku ich starcia z siłami anglo-
francuskimi.

Od rana studiował raport o rozbudowie przemysłu zbrojeniowego w Zagłębiu Ruhry, dostarczony przez 

dobrze zakonspirowanego informatora. Kontakty z owym informatorem utrzymywał pewien Norweg, który 
pozując na gorącego zwolennika hitleryzmu i korzystając z poparcia partii rodzimych faszystów odbywał 
wiele podróży handlowych po terenie całej Rzeszy. Wiadomości zawarte w tym właśnie raporcie pogłębiały 
jeszcze zły humor komandora. A w ogóle Briks ostatnio był rozgoryczony, ponieważ zamiast do Paryża, na 
co liczył od pewnego czasu, przed kilkoma miesiącami zupełnie niespodziewanie wysłano go do Oslo, co 
wydawało mu się zesłaniem. Przejrzawszy raport attaché starannie poskładał rozrzucone po stole kartki, a 
potem  umieścił  je   w   kasie   pancernej,   zamaskowanej   boazerią.   Do   przeczytania   miał   jeszcze   dwa   listy. 
Pierwszy nie zawierał niczego interesującego. Drugi, dostarczony Briksowi przed godziną z sekcji wizowej, 
był dość zastanawiający. List ów znalazł w stosie podań o wizę jeden z urzędników konsulatu. Miał nawet 
ochotę   otworzyć  kopertę   zaadresowaną   na   nazwisko   komandora   ale   po   chwili   namysłu   sam   zaniósł   ją 
Briksowi. Attache rozciął kopertę i wyjął arkusik papieru. W miarę jak czytał, jego zainteresowanie rosło.

„Komandorze   —   brzmiał   tekst  —   piszę   ten   list   w   imieniu   grupy   zdecydowanych   przeciwników 

nazizmu. Jesteśmy gotowi przekazać ważne informacje dotyczące prowadzonych aktualnie w laboratoriach 
niemieckich badań, których wyniki mogą wywrzeć istotny wpływ na przebieg dalszych działań wojennych. 
Nie żądamy w zamian niczego. Jeśli ta oferta jest interesująca, proszę dać nam znać. Sygnałem będzie 
podanie w dniu 20 października zapowiedzi codziennej audycji BBC w języku niemieckim, a nie jak to 
miało zawsze miejsce w angielskim”. List zamykało zdanie: „Chcemy do końca pozostać anonimowymi, 
dlatego też informacje będą docierały bezpośrednio na Pańskie ręce wyłącznie naszym kanałem”.

Zaintrygowany   komandor   przeprowadził   dyskretne   śledztwo   starając   się   ustalić,   kto   mógł   być 

doręczycielem   tego   listu.   Nie   należało   bowiem   wykluczać,   iż   wszystko   to   było   kolejnym   podstępem 
Abwehry. Badania linii papilarnych wykazały, że na kopercie i papierze poza odciskami palców urzędnika 
konsulatu nie ma żadnych, innych śladów, co wyraźnie wskazywało, iż nadawca chciał przerwać wszelkie 
prowadzące do niego nici. Ani Briks, ani jego najbliższy współpracownik,  który został wtajemniczony w 
sprawę, mimo energicznych wysiłków i rozmów z ludźmi, zatrudnionymi  w pobliżu pomieszczeń biura 
konsulatu, nie zdołali ustalić wyglądu tajemniczego nadawcy. Co więcej — w następnym liście, który został 
doręczony komandorowi wraz z przysłanym ze sklepu zakupionym wcześniej strojem narciarskim, nieznany 
nadawcą wezwał Briksa do zaprzestania prowadzenia śledztwa, gdyż mogło ono naprowadzić na ślad kuriera 
nie tylko Brytyjczyków, ale również wywiadowców niemieckich, którzy prowadzili obserwację ambasady 
brytyjskiej, a także mieli współpracownika wśród miejscowego personelu. Teraz już obaj oficerowie byli 
pewni, że albo doręczyciel jest pracownikiem ambasady, albo też ma możność wnikliwego obserwowania 
rozgrywających się w niej wypadków.

Komandor   doszedł   do   wniosku,   że   ewentualna   późniejsza   korespondencja   może   dostarczyć 

pewniejszych   dowodów   w   tej   kwestii,   a   tymczasem   należy   przyjąć   sugestie   autora   listu   i   przerwać 
poszukiwania.   Briks   przesłał   do   Londynu   depeszę   zawierającą   opis   sprawy  i   pytanie,   co   czynić   dalej. 
Odpowiedź przyszła po dwóch dniach: „Akcję należy podjąć, sygnał zostanie przekazany”.

Prowadzący audycję dla Niemiec brytyjski spiker nie miał 20 października najlepszego dnia — w ciągu 

wieczoru pomylił się aż trzy razy. Teraz komandorowi nie pozostało nic innego jak tylko czekać. Upłynęły 
prawie dwa tygodnie bez najmniejszego znaku. Briks nie bardzo wiedział, co o tym myśleć. Jednego dnia 
sądził,   iż   ktoś   po   prostu   zrobił   mu   niewybredny   kawał,   drugiego   zaś   uważał,   że   zbyt   energicznym 
dochodzeniem   sam   zniechęcił   tajemniczego   współpracownika   i   smakowity   kęsek   przypadnie   attaché 
wojskowemu ambasady brytyjskiej w innym kraju.

4 listopada 1939 r., gdy jak zwykle od dwóch tygodni z niecierpliwością przeglądał poranną pocztę, 

background image

ktoś zapukał do drzwi. Był to jego zastępca, który z nieukrywaną radością położył przed nim skórzane etui 
na klucze.

— Znalazłem to dzisiaj rano wraz z mlekiem i gazetami — powiedział.
Komandor   obejrzał   etui  —   było   ono   wykonane   z   dwóch   grubych   płatów   skóry,   zakończonych 

uchwytem w kształcie głowy wikinga. Na pierwszy rzut oka nie różniło się ono od dziesiątków innych, które 
można było bez trudu kupić w sklepach z wyrobami skórzanymi. Uwagę obydwu mężczyzn zwróciła wybita 
na skórze data: 20 października. Komandor sięgnął do biurka i wyjął scyzoryk. Mocne nici łączące płaty 
skóry ustępowały powoli. Kiedy rozpruł szew, jego oczom ukazała się niewielka bibułka. Briks przełknął 
głośno ślinę, rozwinął karteczkę i przeczytał:  „Ze względu na stałą obserwacja ambasady przez Abwehrę 
bezpośrednie doręczenie przesyłki niemożliwe. Odbiór w dniu dzisiejszym. Godzina 13.30. Pod wieńcem na 
grobie radcy Thorpa, cmentarz miejski, kwatera 139”.

Attaché   zamyślił   się   głęboko.   Zadawał   sobie   pytanie,   czy  przypadkiem   nie   jest   to   pułapka.   Może 

wszystko zaaranżował wywiad niemiecki, który chce go skompromitować w oczach Norwegów, podrzucając 
materiały   dotyczące   ich   tajemnic   wojskowych   i   przekazując   jednocześnie   sygnał   miejscowemu 
kontrwywiadowi, którego pracownicy będą czekali na cmentarzu? Dla Brytyjczyków nie było tajemnicą, iż 
wielu   spośród   licznych   pracowników   ambasady   Rzeszy   w   Oslo   i   Instytutu   Kulturalnego   oraz 
przedstawicielstw handlowych prowadziło działalność wywiadowczą. Mogli oni liczyć na pomoc członków 
norweskiej partii faszystowskiej na czele z Quislingiem. Wywiady brytyjski i norweski podjęły co prawda od 
kilku tygodni współpracę, ale były to zaledwie początki. Z drugiej jednak strony zaproponowany sposób 
przekazania  materiałów wskazywał,  iż tajemniczy nieznajomy starał się stworzyć  warunki gwarantujące 
pomyślny przebieg całej operacji. Zarówno Briks, jak i inny współpracownik ambasady bez wzbudzania 
specjalnych   podejrzeń   mógł   zjawić   się   przy   grobie   norweskiego   radcy   Thorpa,   który   był   wieloletnim 
pracownikiem ambasady brytyjskiej w Oslo.

Co prawda w imieniu ambasady złożono wieniec w Zaduszki, ale można było przecież pod zręcznym 

pretekstem złożyć drugi — na przykład w imieniu będącego obecnie ambasadorem w dalekiej Japonii byłego 
przełożonego Thorpa. Zdecydowano, iż na cmentarz pojedzie pracownik ataszatu porucznik Prowse oraz 
wicekonsul, który należał również do pionu wywiadowczego.

Żeby ewentualnym agentom niemieckim utrudnić prowadzenie obserwacji, komandor zadecydował, iż 

w czasie przerwy na lunch prawie wszyscy pracownicy placówki wyjdą do miasta. Będzie to stanowiło 
zaskoczenie i utrudnienie dla zapewne nielicznego grona „cieni”. On sam postanowił odbyć wędrówkę po 
mieście, aby skupić na sobie uwagę hitlerowców. Zgodnie z instrukcją obydwaj udający się na cmentarz 
młodzi   mężczyźni   wyjechali   z   ambasady   dopiero   wtedy,   gdy  opuścili   ją   wszyscy  pracownicy  ataszatu 
wojskowego, którzy mogli pociągnąć za sobą ewentualne „ogony”. Po kupieniu małego wieńca w sklepie 
kwiaciarskim przejechali szybko przez centrum Oslo.

Prowse starał się obserwować w lusterku, czy nie towarzyszy im jakiś samochód. Nie zauważył jednak 

niczego podejrzanego. Jadąc trochę okrężną drogą po kwadransie dotarli do bramy cmentarza położonego na 
wzgórzu, z którego otwierał się widok na miasto i zatokę.

Było tu pusto i tak cicho, że obaj Anglicy słyszeli szum padającego dżdżu. Wysiedli z samochodu i 

otworzyli żelazną furtę; zawiasy wydały przeraźliwie skrzypiący jęk. Zaskoczeni, w odległych od siebie 
częściach cmentarza dostrzegli dwie osoby, które krzątały się przy grobach. Szybko przecięli żwirową alejkę 
i po kilku minutach kluczenia stanęli przed płytą z nazwiskiem „Sven Thorpe”, na której leżały dwa wieńce i 
wiązanka kwiatów.

Prowse sięgnął do kieszeni i wyjął złożoną szarfę. Zakładając ją na przywieziony przez nich wieniec z 

gałęzi   świerkowych   mógł   swobodnie   zlustrować   cmentarz.   Pod   pozorem   robienia   porządku,   na   grobie 
schylił   się   i   podniósł   pierwszy   wieniec.   Pusto.   Sięgnął   po   drugi.   Leżała   pod   nim   koperta   z   szarego 
impregnowanego płótna, którą szybko wsunął do kieszeni marynarki. Następnie złożył przywieziony przez 
nich wieniec i rozprostował szarfę z napisem:  „Radcy Thorpe w dowód pamięci Cecil Chubb”. Obydwaj 
Brytyjczycy stali przez chwilę przy grobie, ale nikt z obecnych nie zwracał na nich uwagi. W chwili jednak 
gdy otwierali drzwiczki samochodu, zza zakrętu wyłoniła się czarna maska  Opla. Auto zatrzymało się tuż 
obok nich na małym parkingu, wysiadł z niego mężczyzna średniego wzrostu, w ciemnej jesionce i z gołą 
głową. Obrzucił ich szybkim spojrzeniem i podszedł do furty.

Prowse mruknął do towarzysza:
— Zapamiętaj numer samochodu.
Po dwudziestu  minutach  jazdy byli już w ambasadzie. Komandor podziękował im uściskiem dłoni 

Kiedy został sam w gabinecie, rozciął płótno, potem kopertę z grubego papieru. Po chwili na stole leżało 
kilkanaście kartek maszynopisu i wykresów. Briks przerzucił je kolejno i stwierdził, iż zawierały zwarte i 
treściwe informacje dotyczące prowadzonych w laboratoriach niemieckich prac badawczych z dziedziny 

background image

radiolokacji.   Najbardziej   zainteresował   się   informacją   opatrzoną   napisem:  „Niemieckie   badania   — 
kryptonim   «Reflection»”.   Mówiła   ona   o   aparacie   radiolokacyjnym   nazwanym  „Freya”,   który  miał   być 
umieszczany w samolotach typu  Junkers Ju-52, oraz aparaturze wytwarzanej w firmie Lorenz dla potrzeb 
artylerii   przeciwlotniczej.   Ponadto   nieznany   nadawca   sygnalizował,   iż   Niemcy   pracują   nad   aparaturą 
radarową „Würtzburg” dla potrzeb Kriegsmarine. Urządzenie owo miało nosić nazwę „Seetakt”. Wspominał 
również o próbach z bronią rakietową.

Briks na wszelki wypadek pozostawił fotokopie listu w kasie pancernej swego gabinetu w Oslo i już po 

dwóch dniach wylądował z przesyłką w Londynie. Zarówno jego przełożeni z wywiadu wojskowego MI-6, 
jak i Ministerstwa Wojny zasypali go poleceniami dotyczącymi opisu wszystkich szczegółów całej sprawy. 
Raport   wraz   z   oryginałem   listu   trafił   na   biurko   szefa   sztabu   oraz   jego   doradcy   do   spraw   naukowo-
technicznych  prof. Reginalda V. Jonesa.

Profesor Jones, jeden z bardziej znanych specjalistów brytyjskich w dziedzinie radiolokacji, za biurko w 

Ministerstwie   Lotnictwa   trafił   wprost   z   laboratorium   Clarendown   w   Oxfordzie.   Jego   podstawowym 
zadaniem była analiza informacji z dziedziny lotnictwa, a szczególnie radiolokacji, dostarczanych przez 
wywiad   brytyjski.   Raporty   profesora   Jonesa   docierały   do   premiera   Chamberlaina,   szefów   wywiadu   i 
kontrwywiadu wojskowego oraz ministra lotnictwa.

Naukowiec po zapoznaniu się z raportem z Oslo przez kilka dni zwlekał ze sformułowaniem ostatecznej 

oceny. Jego pierwszym zadaniem, jakie otrzymał tuż po wypowiedzeniu wojny III Rzeszy przez Wielką 
Brytanię 3 września 1939 r., była analiza fragmentu przemówienia Hitlera. Co prawda Wielka Brytania i 
Francja   nie   wywiązały  się   z   przyjętych   zobowiązań   sojuszniczych   wobec   Polski   i   nie   podjęły  działań 
wojennych przeciwko Niemcom, ale już sam fakt wypowiedzenia przez nie wojny wywołał atak wściekłości 
„wodza”, gdyż był sprzeczny z jego rachubami. Hitler w publicznym wystąpieniu zapowiedział, że obydwa 
kraje otrzymają należną im nauczkę. Krzyczał  z trybuny,  iż Niemcy są niezwyciężone, tym bardziej że 
dysponują   nową   tajemniczą   bronią,   za   pomocą   której   pokonają   każdego   przeciwnika.   Szef   wywiadu 
brytyjskiego   w   trakcie   lektury  przemówienia   Hitlera   zwrócił   uwagę   na   ten   właśnie   fragment   i   zapytał 
profesora Jonesa, czy jego zdaniem jest to bluff propagandowy, czy też Niemcy hitlerowskie rzeczywiście 
dysponują jakimiś nowymi rodzajami broni.

Szef   Secret   Service   polecił,   by  zająć   się   zwłaszcza   sprawą   posiadanej   ewentualnie   przez   Niemcy 

nowoczesnej   aparatury  radiolokacyjnej.  Profesor   Jones   został   dopuszczony  do najbardziej  pieczołowicie 
przechowywanych raportów wywiadu brytyjskiego, dotyczących badań i produkcji niemieckiego przemysłu 
zbrojeniowego.   Przez   kilka   dni   wraz   z   gronem   współpracowników   przerzucał   kartki   skoroszytów 
wypełnionych   sprawozdaniami   i   raportami   z   wizyt   brytyjskich   przemysłowców   w   przedsiębiorstwach 
niemieckich, na wystawach przemysłowych, zdjęcia z defilad i parad wojskowych, wreszcie doniesienia 
agentów   zakonspirowanych   w   niemieckich   kołach   naukowych,   przemysłowych   i   wojskowych.   Wywiad 
brytyjski   w  zasadzie   orientował   się   w   bieżącej   produkcji   przemysłu  niemieckiego,   ale   w   informacjach, 
którymi dysponował, było dużo luk i niewiadomych.

Jones po głębokim namyśle doszedł do wniosku, że wypowiedź Hitlera była tylko fanfaronadą, nie 

opierającą się na żadnych konkretnych podstawach. Mimo wysiłku nie zdołano wpaść na ślad badań czy też 
produkcji   nowej   broni.   Kiedy   już   raport   spoczął   na   biurku   premiera   Chamberlaina,   wywiad   brytyjski 
uzyskał dane dotyczące wyprodukowanej przed kilkoma tygodniami niemieckiej miny magnetycznej. Oficer 
Kriegsmarine,   który   od   kilku   lat   dostarczał   informacji   wywiadowi   brytyjskiemu,   potwierdził,   że 
wspomniany nowy typ miny jest właśnie ową tajemniczą bronią. Wiadomość ta uspokoiła największych 
nawet niedowiarków w Ministerstwie Wojny, którzy z rezerwą odnosili się do kategorycznych stwierdzeń 
profesora Jonesa.

W miesiąc później, po przesłaniu do Londynu raportu z Oslo, sprawa ponownie nabrała rumieńców. 

Czyżby   jednak   Niemcy   hitlerowskie   dysponowały   nowoczesnymi   urządzeniami   radiolokacyjnymi,   na 
których trop wywiad brytyjski nie wpadł mimo kilku lat poszukiwań? A jeśli tak, to czy hitlerowcy nie 
wykradli   i   nie   wykorzystali   radaru   brytyjskiego?   Dotychczas   w   Londynie   panowało   niezachwiane 
przekonanie, iż nie tylko zdołano przeniknąć najgłębsze tajemnice niemieckiego przemysłu zbrojeniowego, 
ale również wspólnie z kontrwywiadem MI-5 udało się ochronić rewelacyjny wynalazek  — radar, przed 
niepowołanymi oczami. A więc się mylono? Aby udzielić odpowiedzi na to pytanie, należy cofnąć się do lat 
poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej.

background image

NIEWIDZIALNE OCZY

Rozpoczęcie   w   Wielkiej   Brytanii   intensywnych   badań   nad   wykorzystaniem   radiolokacji   dla   celów 

wojskowych zbiegło się z dojściem Hitlera do władzy. To właśnie na początku lat trzydziestych podjęto 
próbę   skonstruowania   urządzenia,   które   pozwoliłoby   kontrolować   obszar   powietrzny   Zjednoczonego 
Królestwa.   Przypuszczano,   że   urządzenie   takie   mogłoby   wykorzystywać   znane   już   w   nauce   zjawisko 
odbijania   się   fal   radiowych   od   napotykanych   obiektów.   Podczas   prowadzonych   przez   Ministerstwo 
Łączności   prób   kontaktu   radiowego   między   Szkocją   a   odległym,   położonym   na   wzburzonym   Morzu 
Północnym, archipelagiem Hebryd stwierdzono, że przelatujące samoloty powodują zakłócenia i odbicia 
sygnałów.   Poważne   osiągnięcia   w   badaniach   tego   zjawiska   miał   przyszły   laureat   nagrody   Nobla   w 
dziedzinie fizyki prof. P. Blackett. Problemem tym zainteresował się też zespół pracujący w Stacji Badań nad 
Radiem w Ditton Park pod kierownictwem profesora Roberta Watsona-Watta.

Pierwsze   wyniki   uzyskane   przez   ten   zespół   wzbudziły  zainteresowanie   Ministerstwa   Wojny,   które 

doprowadziło do utworzenia w 1934 r. komitetu, w skład którego weszli najlepsi brytyjscy specjaliści z 
dziedziny   radiotechniki   i   radiolokacji.   Na   jego   czele   stanął   prof.   Henry   Tizard   i   od   tej   pory   komitet 
nazywano po prostu jego imieniem. W dniu 14 lutego 1935 r., podczas kolejnego posiedzenia komitetu, prof. 
Watson-Watt   przedstawił   opracowanie,   wskazujące   na   realną   możliwość   wykorzystania   wiązek   fal 
elektromagnetycznych do wykrywania oraz określenia odległości samolotów znajdujących się w powietrzu. 
Przedstawiona   przez   niego   teoria,   poparta   wynikami   doświadczeń,   trafiła   do   przekonania   wszystkim 
uczestnikom  spotkania.   Teraz   chodziło   już   tylko   o  to,   by  zdobyć  poparcie   czynników   rządowych  i,  co 
najważniejsze,   uzyskać   fundusze   potrzebne   na   budowę   prototypu   urządzenia   i   przeprowadzenie   serii 
doświadczeń. W dwa dni później sir Hugh Dowding, marszałek lotnictwa, przyjął w gmachu Ministerstwa 
Wojny trzyosobową delegację komitetu.

W   naradzie,   ze   względu   na   ściśle   tajny   charakter   sprawy,   nie   wziął   udziału   żaden   z   osobistych 

doradców marszałka, zaproszono natomiast szefów kontrwywiadu i uzbrojenia Królewskich Sił Lotniczych.

Kiedy z gabinetu wyszedł już sekretarz marszałka, który podał wszystkim uczestnikom spotkania po 

filiżance herbaty, sir Hugh zwrócił się do profesora Watsona-Watta:

— Zapoznałem się z pana pismem i przedstawioną w nim propozycją. Brzmi ona dość interesująco. W 

piśmie wspomina pan o urządzeniu zwanym radarem * — po tych słowach marszałek przerwał na moment i 
dla wszelkiej pewności rzucił okiem na leżącą przed nim kartkę. — Twierdzicie, panowie — kontynuował 
— że ów radar, udoskonalony i wprowadzony do RAF, może zwielokrotnić jego siłę bojową. Są to jednak 
tylko hipotezy, a mnie mogą przekonać wyłącznie fakty.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza, którą przerwał profesor:
— Panie marszałku, komitet jest gotów zaprosić pana do stacji i pokazać urządzenie. Wydaje mi się też, 

iż taką wizytę warto poprzedzić krótkim wyjaśnieniem zasady działania radaru.

Profesor podszedł do uprzednio przygotowanego stojaka i powiesił na nim dużą planszę.
—  Urządzenie,   które   nazwaliśmy   radarem,   wykorzystuje   zjawisko   odbijania   się   fal   radiowych   od 

napotykanych obiektów. Mierząc czas upływający pomiędzy momentem wysłania i powrotu fal oraz znając 
prędkość rozchodzenia się tych fal, wynoszącą trzysta tysięcy kilometrów na sekundę, możemy określać 
odległość   od   interesującego   nas   obiektu.   Obecnie   najważniejszym   problemem   jest   to,   że   aby   określić 
kierunek, w którym się on znajduje, fale muszą być  skupione w wąską wiązkę. Skupienie takie można 
uzyskać tylko w przypadku fal bardzo krótkich. Naturalnie — uśmiechnął się naukowiec — o odbiciu będzie 
można mówić tylko wtedy, gdy wiązka wysłanych fal napotka w powietrzu obiekt.

Siedzący naprzeciwko Watsona szef uzbrojenia w zamyśleniu pogładził się po sumiastych wąsach.
—  Należy   zatem   rozumieć,   że   w   celu   zapewnienia   skuteczności   działania   urządzenia   należałoby 

stworzyć na całej wyspie coś w rodzaju szczelnie otaczającej ją kurtyny wiązek fal  — powiedział.  — W 
przeciwnym   bowiem   razie   zostanie   dużo  „dziur”,   przez   które   samoloty   nieprzyjaciela   będą   mogły 
niepostrzeżenie dostać się do serca kraju.

Profesor Watson potakująco kiwnął głową.

* Nazwa „radar” pochodzi od pierwszych liter brytyjskiej nazwy „Radio Aids for Defence and Reconaissance” 

(radiowe   pomoce   obrony   i   rozpoznania)   oraz   amerykańskiej  „Radio   Detection   and   Ranging”   (wykrywanie   i 
namierzanie za pomocą radia).

background image

—   Trafił   pan,   brygadierze,   w   sedno.   Myślę,   że   na   początek   można   zacząć   budować   stacje 

radiolokacyjne   wzdłuż   Kanału   i   Morza   Północnego.   Nie   jestem   wojskowym,   ale   dostrzegam   realne 
możliwości wykorzystania radaru nie tylko przez nasze siły powietrzne, ale również przez Royal Navy. 
Pozwoli on wytropić  nieprzyjaciela i następnie  prowadzić ogień ze znacznej  odległości, przekraczającej 
kontakt wzrokowy.

Spotkanie zaplanowane na godzinę przeciągnęło się do wieczora. Zarówno marszałka, jak i brygadiera 

interesowały sprawy dokładności i zasięgu działania urządzenia, ale żaden z naukowców nie był jeszcze w 
stanie podać konkretnych danych. Na zakończenie postanowiono, iż wszyscy spotkają się w tym samym 
składzie za dwa dni w Doventry.

Gdy goście z Londynu dotarli do stacji, dochodziła już godzina jedenasta. Jak się okazało na miejscu, 

całe urządzenie zainstalowane było na specjalnie do tego celu przystosowanym samochodzie ciężarowym, i 
teraz profesor Watson-Watt, pełniący rolę przewodnika, opisywał po kolei części aparatury.

—   Nadajnik,   który   panowie   widzą,   wytwarza   kilkaset   impulsów   na   sekundę.   Są   one 

wypromieniowywane przez antenę  — tutaj wskazał drewnianym prętem na półkolistą płytę.  — Przerwy 
pomiędzy impulsami pozwalają na powrót echa.

— Jeżeli dobrze zapamiętałem, co pan mówił  — przerwał mu marszałek Dowding  — pauzy między 

impulsami są uzależnione od zasiągu radaru.

— Tak — potwierdził Tizard. — Zaczynaliśmy od zasięgu sto pięćdziesiąt metrów, ostatnio udało się 

nam przekroczyć trzynaście kilometrów. Dzisiaj spróbujemy sięgnąć jeszcze dalej.

Watson-Watt zastukał w blaszaną ścianę samochodu.
— Proszę o wejście do środka — powiedział — chciałbym zakończyć tam opis naszego urządzenia.
We wnętrzu samochodu znajdowała się aparatura i kable. Profesor podszedł do pulpitu i wskazując 

poszczególne  elementy  mówił:

— Oto przełącznik, który po wysłaniu sygnału automatycznie przełączą antenę do odbiornika. Jak do tej 

pory mamy z nim największe trudności, od precyzji  jego działania zależy przecież jakość pracy całego 
radaru. Odebrane impulsy,  czyli  echo,  są  w odbiorniku  odpowiednio przekształcone i przekazywane  do 
wskaźnika. — Tu profesor dotknął kulistej szklanej powierzchni lampy obrazowej.

Tego   dnia,   wbrew   obawom   profesora   Watsona,   eksperyment   zakończył   się   pełnym   sukcesem. 

Wszystkie urządzenia funkcjonowały bez zarzutu, udało się nawet uzyskać lepsze niż dotychczas wyniki: 
zarejestrowano echo, odbite od samolotu znajdującego się w odległości szesnastu kilometrów. Sukces ów 
uczczono kilkoma butelkami ginu. Marszałek wywiązał się ze złożonej obietnicy i zespół otrzymał nie tylko 
poważną dotację, ale i w rekordowym tempie wybudowano ośrodek badawczy w Orfordness, położonym na 
wschodnim wybrzeżu wyspy.

Każdy następny miesiąc przynosił widoczne postępy w doskonaleniu aparatury. Już w marcu 1936 r. 

zlokalizowano   z   odległości   120   km   samolot   lecący   na   wysokości   450   metrów.   Przy   mniejszych 
odległościach wykrywano samoloty znajdujące się na wysokości nawet dwóch tysięcy. Wyniki osiągnięte 
przez  zespół  rozproszyły ostatnie  wątpliwości Ministerstwa Wojny co do skuteczności  nowego systemu 
obserwacji. Działał on niezależnie od pory dnia czy pogody. Jednocześnie z sowitymi dotacjami na dalsze 
badania zaciągnięto wokół całej sprawy szczelną kurtynę tajemnicy i milczenia. Już wtedy zdawano sobie 
sprawę, jaką wartość mogą mieć urządzenia radiolokacyjne dla Brytyjczyków.

Kontrwywiad   brytyjski   otrzymał   zadanie   ochrony   tajemnicy   radaru,   który   miał   być   strzeżony   jak 

przysłowiowa źrenica oka. Nie było to jednak łatwe. Problem polegał na tym, że rząd podjął decyzję budowy 
łańcucha stacji radiolokacyjnych, ciągnących się wzdłuż całego wybrzeża poczynając od Portsmouth nad 
kanałem La Manche aż do północnych krańców Szkocji, zaś w celu zwiększenia zasięgu aparatury była ona 
lokowana na stumetrowych stalowych wieżach, łatwych do dostrzeżenia tak z powietrza, jak też z lądu czy 
morza.  Pierwszy łańcuch, składający się z dwudziestu wież radiolokacyjnych, nazwanych  Chain Home, 
umożliwiał   ostrzeganie   przed   samolotami   znajdującymi   się   na   wysokości   do   4,5   km   w   odległości   nie 
większej niż 150 km. Niewidoczne macki sięgały nad Morze Północne i pozwalały penetrować nawet obszar 
powietrzny   nad   skrawkiem   terytorium   Francji.   Intensywnie   prowadzone   ćwiczenia   wykazały   jednak 
poważną wadę urządzeń radarowych  — rejestrowały one samoloty lecące na wysokości nie mniejszej niż 
150 metrów! Oznaczało to, że nisko lecące maszyny nieprzyjacielskie mogły wtargnąć niepostrzeżenie w 
głąb kraju. W wyniku dalszych badań udoskonalono system ostrzegania. Zbudowano dwa następne łańcuchy 
stacji radiolokacyjnych, które pracowały już na bardziej odpowiednich falach 10-centymetrowych. W ten 
sposób niewidzialna kurtyna otaczająca Albion stała się jeszcze bardziej szczelna.

Niezależnie od prowadzonych badań i budowy nowych łańcuchów stacji radarowych na terenie Wielkiej 

Brytanii   starano   się   za   wszelką   cenę   zdobyć   informacje   o   ewentualnych   badaniach   w   tej   dziedzinie 
prowadzonych w Niemczech hitlerowskich i innych krajach.

background image

W 1936 r. na czele placówki wywiadowczej SIS* w Wiedniu, mającej za zadanie penetrację Niemiec, 

stanął   kapitan   Thomas   Kendricks.   Brytyjczycy   dysponowali   na   terenie   Niemiec   jedną   słabą   siatką 
szpiegowską, która była kierowana właśnie ze stolicy walca.

Kendricks,   który  przybył   do   Wiednia   jako   pracownik   sekcji   wizowej   ambasady   Jego   Królewskiej 

Mości, postanowił stworzyć własną głęboko zakonspirowaną siatkę, podejrzewając, iż ta, którą przejął po 
swoim   poprzedniku,   została   rozszyfrowana   przez   Abwehrę   i   wykorzystywana   jest   dla   celów 
dezinformacyjnych. Przeprowadziwszy analizy kartotek wszystkich pracujących dla Brytyjczyków osób i 
uznaniu przynajmniej dwu z nich za podwójnych agentów zdecydował, iż sam pozostanie całkowicie w 
cieniu. Prowadzenie dotychczas istniejącej siatki powierzył — naturalnie pod swoim ścisłym nadzorem — 
porucznikowi Trentowi z innego wydziału ambasady. Uważał bowiem, że rozwiązanie siatki lub zerwanie 
kontaktu z podejrzanymi będzie dla Niemców sygnałem, iż gra została przejrzana.

Trent miał udawać, że wszystko jest w porządku i przyjmować raporty opracowywane przez oficerów 

Abwehry oraz   przekazywane   przez  „odwróconych”   agentów.  Za  ich   pośrednictwem  podsuwano  z  kolei 
hitlerowcom   fałszywe   informacje   na   temat   przedmiotu   zainteresowania   wywiadu   brytyjskiego.   O 
radiolokacji   nie   wspomniano   ani   słowem,   natomiast   zalewano   agentów   poleceniami   dotyczącymi 
rozpoznania   sieci   dróg   i   kolei   prowadzącej   od   granicy  z   Francją   i   Holandią   w   głąb   Niemiec,  a   także 
możliwości   sparaliżowania   transportu   kolejowego   poprzez   jednoczesne   ataki   grup   dywersyjnych   na 
najważniejsze dworce i węzły kolejowe. Abwehra po pewnym czasie doszła do wniosku, że Brytyjczycy na 
wypadek   wybuchu   konfliktu   zbrojnego   przewidują   wsparcie   ofensywy   poprzez   linię   Zygfryda   szeroko 
zakrojoną   akcją   sabotażową,   co   pozostawało   w   zdecydowanej   sprzeczności   z   pasywnymi   koncepcjami, 
którym hołdowały sztaby generalne Wielkiej Brytanii i Francji.

Tymczasem   Kendricks   zabrał   się   do   tworzenia   własnej   siatki:   Przede   wszystkim   SIS   sporządził 

dokładną listę Brytyjczyków, którzy studiowali lub też spędzili dłuższy czas w Niemczech, obracając się w 
kręgach   naukowych   i   przemysłowych.   Z   wszystkimi   przeprowadzono   długie   rozmowy.   Zebrano   w   ten 
sposób dość obszerny materiał, zawierający charakterystyki kilku niemieckich naukowców, przemysłowców 
i oficerów, których można było spróbować pozyskać do współpracy.

Najważniejszym zadaniem, jakie otrzymał Kendricks, było stwierdzenie w możliwie krótkim czasie, czy 

w Niemczech prowadzone są prace nad radiolokacją, a jeśli tak, jak dalece są one zaawansowane. W tym 
celu   rzutki   kapitan   postanowił   dotrzeć   do   niemieckiego   specjalisty  Wolfganga   Platza,   razem   z   którym 
studiował w Heidelbergu fizykę jeden z inżynierów brytyjskich, zatrudniony obecnie w firmie Marconiego. 
Platz miał dwie pasje: pieniądze i zielony stolik. Lubił hazard i ryzyko, twierdząc, że podczas gry w karty nie 
tylko bardzo intensywnie się myśli, ale też i wypoczywa. Przed dwoma laty wstąpił do NSDAP i, jak się 
dowiedziano, robił szybką karierę w koncernie Telefunkena. Kendricks ponadto odkrył, iż przed rokiem ów 
Niemiec  odsprzedał   pewnemu przemysłowcowi  szwedzkiemu  plany  urządzenia,  nad  którym  pracował   z 
kierowanym przez siebie zespołem. Informacja ta stanowiła dobry punkt wyjścia dla podjęcia z Platzem 
rozmowy, a w razie potrzeby nawet szantażowania go.

Agentem, który miał nakłonić Platza do współpracy z wywiadem brytyjskim, był zamrożony przez 

ostatnie pięciolecie Helmut Gote, przedstawiciel sporej firmy spedycyjnej, związany z MI-6 od połowy lat 
dwudziestych. Podobnie jak Platz mieszkał on i pracował w Berlinie.

Przez   dwa   tygodnie   trzech   ludzi   Kendricksa   obserwowało   Platza,   zbierając   dane   o   jego   życiu 

prywatnym i zawodowym. Ustalono, że każdą środę i sobotę spędza w klubie „Czarny Kot”, w którym grano 
dość ostro. Dzięki swoim kontaktom Gote znalazł się w klubie już następnego dnia. Platz miał się tam 
pojawić dopiero nazajutrz, ale agent chciał poznać środowisko, w którym przyszło mu działać. „Czarny Kot” 
był   bez   wątpienia   pod   dyskretną   obserwacją   policji.   Gote   uznał,   że   winien   zachować   ostrożność   w 
nawiązywaniu kontaktu z Platzem, gdyż jako nowy gość mógł zwrócić na siebie uwagę otoczenia.

Platz pojawił się istotnie następnego dnia, ale grał w kole swoich starych znajomych i właściciel firmy 

spedycyjnej nie zdołał nawiązać z nim kontaktu. Udało się to dopiero w sobotę. Gote siedział właśnie przy 
barku, sącząc powoli kieliszek szampana, gdy miejsce na wysokim krześle obok zajął fizyk. Był on dzisiaj w 
zdecydowanie złym humorze wyraźnie nie szła mu karta. Spedytor zerkał spod oka, jak jego sąsiad z ponurą 
miną   skrobie   paznokciem   blat   kontuaru.   Kiedy   Platz   szybko   wypił   podany   przez   barmana   kieliszek   i 
podniósł rękę, aby zamówić następny, Gote go uprzedził, mówiąc:

— Barman, dwa razy to samo dla nas.
Fizyk oderwał wzrok od blatu i spojrzał z zainteresowaniem na sąsiada.
— Dziękuję — powiedział, trzymając po chwili pełny kieliszek.

* Secret Intelligence Service (SIS) nazywano też MI-6.

background image

Tego wieczoru nie było już mowy o grze, gdyż obydwaj mężczyźni do późnej nocy tkwili przy barze. 

Spedytor   potrafił   wciągnąć   Platza   w   rozmowę.   Ostatecznie   fizyk,   który  zdecydowanie   przecenił   swoje 
możliwości, o świcie wylądował w mieszkaniu Gotego. Gdy nazajutrz Platz zadzwonił, by podziękować za 
gościnę   i   wprosić   się   na   kolację,   Gote   odetchnął   z   ulgą.   Wyglądało   na   to,   iż   ryba   połknęła   haczyk. 
Kendricks, który spotkał się ze spedytorem w Wiedniu, stanowczo nalegał na rychłe zakończenie sprawy. 
Wspólnie zdecydowali, iż argumentu o przekazaniu tajemnicy przemysłowej przez Platza Szwedowi użyją w 
ostateczności, a tymczasem Gote postanowił wzmóc jego apetyt na pieniądze. Zdecydował, że najpierw 
pozwoli mu na dość znaczne wygrane, a następnie kilka razy go ogra.

Platz zaczął się przyzwyczajać do jadania wystawnych kolacji w restauracjach i wysokiej gry. W ciągu 

trzech spotkań przy zielonym stoliku zdołał zebrać całkiem niezłą sumę, którą następnie przegrał w ciągu 
jednego wieczoru. Nie mogąc opanować żyłki hazardu zaczął zaciągać najpierw mniejsze, a następnie coraz 
to większe długi u Gotego, który bez wahania udzielał mu kolejnych pożyczek, prosząc jednak za każdym 
razem o pisemne pokwitowanie.

— Nie myśl, Wolfgangu — zapewniał — że nie mam do ciebie zaufania. Po prostu nie są to wyłącznie 

moje pieniądze, ale i akcjonariuszy.

Przy różnych okazjach Gote prowadził z Platzem długie rozmowy na temat, jak wygodnie mógłby on 

urządzić   sobie   życie,   gdyby   tylko   dysponował   większymi   funduszami.   Gdy   uznał,   że   grunt   został 
odpowiednio przygotowany, postanowił podjąć ostateczne kroki. Londyn upewnił się, iż Platz rzeczywiście 
kieruje jednym z zespołów zajmujących się badaniami nad aparaturą radiolokacyjną.

W kolejną sobotę Platz, jak było umówione, o godzinie osiemnastej zjawił się u Gotego. Ku swemu 

zaskoczeniu zastał tam nie safandułowatych wujków — jak nazywał w myślach znajomych swego nowego 
przyjaciela — których mógłby bez trudu ograć w karty, lecz nie znanego młodego człowieka. Był to jeden ze 
współpracowników Kendricksa — Hans Aberg, Szwajcar, który miał wystąpić w charakterze przedstawiciela 
znanej firmy, zajmującej się aparaturą radiową. W trakcie kolacji, którą zjedli tylko we trójkę, gospodarz 
kilkakrotnie nawiązywał do pozycji, jaką zajmował Szwajcar w swojej firmie, i jego sukcesów na polu 
zawodowym.   Chciał   w   ten   sposób   przekonać   Platza,   iż   ma   on   do   czynienia   nie   tylko   z   prawdziwym 
przemysłowcem, ale również człowiekiem bogatym. Tak jak było uzgodnione, po kolacji Gote opuścił na 
kilka minut pokój, pozostawiając swoich gości. Wtedy nowy znajomy po nieco ostentacyjnym upewnieniu 
się, iż są sami, zaproponował Platzowi, aby pożegnali gospodarza za jakiś kwadrans i odbyli krótki spacer, 
gdyż chciałby z nim porozmawiać. Gdyby więc Platz odmówił współpracy i złożył meldunek władzom, Gote 
miał szansę wyjść z opresji cało.

Wbrew obawom Aberga Platz nie miał zbyt wielu skrupułów i zgodził się na dostarczenie informacji na 

temat   badań   prowadzonych   w   koncernie   Telefunkena.   Zdawał   się   być   przekonany,   że   Szwajcar   jest 
rzeczywiście tylko i wyłącznie przedstawicielem konkurencyjnych zakładów przemysłowych. Domagał się 
jednak wypłacenia mu połowy należności w dolarach i zdeponowania jej na koncie w jednym z banków 
szwajcarskich.

Już pierwsze materiały dostarczone przez Platza wzbudziły zainteresowanie w Londynie. Zawierały one 

opis nadajnika o mocy 100 miliwatów, który został skonstruowany w firmie Pintsch. Jak wynikało z raportu 
Niemca, prowadzone od pewnego czasu badania nad uzyskaniem echa nie przyniosły żadnych rezultatów. 
Obecnie koncern Telefunkena prowadził prace nad udoskonaleniem istniejącej już aparatury i jednocześnie 
nad zupełnie nowym jej typem. Na badania te przeznaczono bardzo poważne kwoty.

W   Londynie   jednak   nie   dowierzano   Platzowi.   Nie   można   było   wykluczyć,   iż   cały   raport   został 

sfingowany przez  Abwehrę,  która  mogła  rozszyfrować  grę.  Dlatego też w trakcie  dalszej  współpracy z 
fizykiem postanowiono zachować maksymalną ostrożność.

Po przyjeździe do Berlina Szwajcarowi towarzyszyło dwóch współpracowników, którzy ubezpieczali 

go,   sprawdzając   jednocześnie,   czy  nie   jest   śledzony.   Niemiec   dostarczał   teraz   obszernych   informacji   o 
pracach badawczych i produkcji koncernu Telefunkena.

W czasie kolejnego spotkania Platz zaskoczył Szwajcara, oświadczając mu wprost, iż nie wierzy w to, 

aby zbierał on informacje wyłącznie dla swojej firmy. Niemiec zdecydował się na ten krok w przekonaniu, 
że zmiana szyldu, pod którym współpracuje z Abergiem, przyniesie mu po prostu więcej pieniędzy. Aberg 
podjął wyzwanie i zagrał w otwarte karty. Obydwaj partnerzy zdawali sobie sprawę, że jest już zbyt późno, 
aby się wycofać.

Wywiad brytyjski ściągnął Platza na tygodniowy pobyt do Austrii, gdzie przeszedł przeszkolenie w 

zakresie   szyfrowania   informacji,   fotografii,   systemu   budowania   i   korzystania   z   martwych   skrzynek. 
Zdecydowano, że Aberg ograniczy do niezbędnego minimum swoje przyjazdy do Rzeszy i bezpośrednie 
kontakty z Platzem, gdyż po pewnym czasie mógłby zwrócić na siebie uwagę Abwehry lub gestapo. Od tej 
pory Niemiec i Szwajcar komunikowali się za pomocą martwych skrzynek. Do centrali w Wiedniu szerokim 

background image

strumieniem popłynęły teraz informacje, ale w niewielkim stopniu dotyczyły one najbardziej interesującej 
Brytyjczyków   dziedziny  —   radiolokacji.   Platz   przekazał   kilka   meldunków,   które   wskazywały,   że   w 
Niemczech  prace  nad  udoskonaleniem aparatury  radiolokacyjnej  posuwają  się  powoli,  zaś  największym 
sukcesem   w   badaniach   było   uzyskanie   namiaru   na   odległość...   100   metrów.   Brytyjczycy   mogli   zatem 
uważać się za jedynych posiadaczy radaru.

Wiosną   1938   r.,   po   aneksji   Austrii   przez   Niemcy   hitlerowskie,   siatka   Kendricksa   przestała 

funkcjonować.   Agenci   gestapo   już   od   pewnego   czasu   obserwowali   dwóch   członków   siatki   brytyjskiej, 
którzy   popełnili   kilka   nieostrożności,   i   aresztowali   ich   12   marca   1938   r.,   dosłownie   w   godzinę   po 
wkroczeniu  jednostek niemieckich do Wiednia. Wraz z nimi w ręce gestapo dostało się sporo materiałów, 
które doprowadziły do rezydenta wywiadu, kapitana Kendricksa. Został on aresztowany następnego dnia i 
wieczorem  zwolniony  z   powodu   statusu   dyplomatycznego.   W   sumie  Niemcy  popełnili   duży  błąd   i   nie 
zdołali rozszyfrować większej liczby członków siatki. Mimo zastosowania tortur nie wydobyli też nic od obu 
aresztowanych. W tej sytuacji cała siatka Kendricksa na terenie Austrii i Niemiec została na pewien czas 
zamrożona. Siedzibę głębokiego wywiadu na Niemcy Brytyjczycy przenieśli do Hagi.

Tymczasem   centrala   w   Londynie   od   jednego   z   agentów   działających   na   terenie   Prus   Wschodnich 

otrzymała   meldunek,   iż   zaczęto   tam   wznosić   wysokie   wieże   i   maszty  stalowe.   Brytyjczycy   doszli   do 
wniosku, że Niemcy dysponują radarem, i przystąpili właśnie  — ich wzorem — do budowania  łańcucha 
stacji radiolokacyjnych. Do Prus Wschodnich pojechał sam profesor Watson-Watt.

Udając turystę, przemierzył w poszukiwaniu owych wież całe Wybrzeże. Niestety, mimo wysiłków nie 

znalazł ani jednej i powrócił do Londynu przekonany, iż hitlerowcy nie mają jednak radaru.

OPERACJA „SZAROTKA”

Kontrwywiad brytyjski zdawał sobie sprawę, że prędzej czy później wiadomość o budowie wzdłuż 

całego   wybrzeża   wyspy   dominujących   nad   okolicą   wież   radiolokacyjnych   będzie   musiała   dotrzeć   do 
Abwehry. Podjęto surowe środki bezpieczeństwa, ludności cywilnej zabroniono dostępu do tych obiektów, a 
ponadto starano się je wznosić na terenie jednostek wojskowych. Mimo to, tak jak się obawiano w Londynie, 
wiadomość o wieżach dotarła do Abwehrstelle w Hamburgu jesienią 1937 roku. Wzbudziła ona tam duże 
zainteresowanie i została niezwłocznie przekazana centrali w Berlinie, która zarządziła zebranie bardziej 
szczegółowych informacji i w miarę możliwości dostarczenie fotografii tajemniczych budowli.

Zadanie to miał wykonać między innymi Helmut Krebs, działający na terenie Wielkiej Brytanii od 

ponad roku. W Anglii zjawił się on jako uchodźca polityczny z Niemiec, głośno opowiadający się przeciwko 
faszyzmowi, a po cichu prowadzący penetrację środowiska prawdziwych uchodźców politycznych. Wraz z 
osiadłym   na   stałe   w   Anglii   przed   siedmioma   laty   Arturem   Bothem   z   Południowej   Afryki   prowadził 
systematyczną   działalność   wywiadowczą,   interesując   się   w   pierwszej   kolejności   lotniskami   i   portami 
morskimi.

Po   rocznej   bezkarnej   działalności   Krebs   poczuł   się   zupełnie   bezpieczny.   Jako   pracownik   firmy 

handlowej,   która   wykorzystywała   jego   znajomość   języka   i   Niemiec,   wielokrotnie   odwiedzał   oddziały 
terenowe firmy położone w większych ośrodkach miejskich i portowych. Zbierane w czasie tych podróży 
materiały — już w formie raportów — przekazywał Południowoafrykańczykowi, który z kolei składał je w 
martwej  skrzynce  w Regent  Park. Skrzynkę tę opróżniał  pracownik ambasady niemieckiej,  odbywający 
codzienne   spacery   z   psem.   Abwehra   uznała   taki   system   przekazywania   informacji   za   maksymalnie 
bezpieczny. Istotnie, pracownik ambasady pojawiał się w parku regularnie i po pewnym czasie obserwujący 
go kontrwywiad brytyjski zaniechał nadzoru.

Krebs, naciskany poleceniami z Berlina, zabrał się energicznie do dzieła. Ponieważ z ramienia swojej 

firmy spędzał właśnie kilka dni w Edynburgu, pozostał w Szkocji na weekend i na wypożyczonym rowerze 
dokładnie spenetrował rejon nadbrzeżny, gdzie miały się znajdować owe wysokie stalowe wieże. Mimo 
wielogodzinnego   pedałowania   nie   dostrzegł   nic   nadzwyczajnego.   Rozczarowany   wrócił   do   Londynu   i 
podczas   przerwy   na   lunch   zadzwonił   do   zakładu   Botha.   Spotkali   się   w   małym   pubie.   Both   z   uwagą 
wysłuchał raportu współpracownika.

— Dobrze — powiedział po chwili  — przekażę do Berlina sygnał, że w rejonie Edynburga nie ma 

żadnych wysokich wież. Trzeba jednak szukać w innych rejonach wybrzeża, przede wszystkim nad kanałem 
La Manche, a szczególnie u ujścia Tamizy. Kłopot polega jednak na tym, że mamy już listopad i trudno 
uzasadnić wycieczki wzdłuż wybrzeża zamiłowaniem do turystyki.

Krebs   i   Both   podzielili   wybrzeże   Kanału   pomiędzy  siebie:   Niemiec   miał   je   penetrować   od   portu 

Portsmouth na wschód, zaś Południowoafrykańczyk w kierunku przeciwnym. Żaden z nich nie wiedział, że 

background image

podobne poszukiwania prowadzi również druga siatka niemiecka. W ten sposób Abwehra chciała osiągnąć 
szybkie   efekty,   a   także   zapewnić   sobie   możliwość   porównania   raportów   dostarczonych   przez   dwa 
niezależnie od siebie pracujące zespoły.

Następnej soboty Krebs pojechał do Portsmouth, Dzień był szary i dżdżysty, wiał silny wiatr. Niemiec z 

wysiłkiem   wspinał   się   na   wysoki,   skalisty   brzeg,   z   którego   rozpościerał   się   widok   na   miasto,   port   i 
szarostalowe wzburzone morze.

W   rejonie   portu   wojennego   strzelało   w   niebo   wiele   wysokich   anten,   służących   do   utrzymywania 

łączności radiowej z okrętami Royal Navy. Krebs z trudem trzymając aparat w zgrabiałych rękach, zrobił 
kilka zdjęć. W drodze na dworzec wstąpił na chwilę do pubu, aby wypić dwie whisky. Zadecydował, iż 
wróci na noc do Londynu, gdyż obawiał się, że swoim obcym akcentem zwróci uwagę obsługi hotelu, która 
może podzielić się swoimi spostrzeżeniami z miejscową komórką kontrwywiadu.

Następnego dnia pierwszym porannym pociągiem wyjechał z kolei do Folkestone, miasta położonego 

tuż obok Dover, skąd wyruszają na kontynent promy pasażerskie. Sądził, co prawda, że skoro przez Dover 
przewija się tak wielu cudzoziemców, nie zostały tam wzniesione tajne urządzenia, i miał rację. Dopiero po 
godzinnym spacerze falistymi pagórkami,  opadającymi stromo ku morzu, dostrzegł na horyzoncie wysoką 
wieżę. Stała ona na brzegu w odległości około stu metrów od spienionej wody. Na wszelki wypadek zrobił 
kilka zdjęć i przyspieszył kroku. Gdy podszedł nieco bliżej, okazało się, że  — tak jak się spodziewał  — 
pobliski teren jest ogrodzony. Niedaleko wieży znajdował się ponadto budynek, wokół którego kręciło się 
kilka postaci w mundurach. Krebs poczuł, jak serce zaczęło bić mu szybciej.

A jednak udało się. Zadanie zostało wykonane.
W wyobraźni przeliczał już marki, które obiecano mu w nagrodę. Zatoczył głęboki łuk i zbliżył się do 

wybrzeża  z drugiej strony.  Dostrzegł również kontury kolejnej  wieży,  zamazane przez padający deszcz. 
Starając się, aby jego sylwetka nie była widoczna na tle nieba, zdołał zbliżyć się tak blisko do tajemniczej 
budowli,   iż   mógł   zobaczyć   wyraźnie   ażurową   konstrukcję,   pomosty   zainstalowane   na   wieży   i   dziwną 
plątaninę   wąskich   metalowych   prętów   na   szczycie.   Obok   baraku   spostrzegł   znacznie   mniejszą   wieżę   z 
podobną koroną z prętów. Dopiero opór dźwigienki aparatu uświadomił mu, iż skończył się już film.

Bez większych przeszkód udało mu się powrócić do Londynu.
Both również zdołał zlokalizować i sfotografować jedną wieżę, której przeznaczenia obydwaj nie byli w 

stanie rozszyfrować. Po kilku dniach zdjęcia spoczęły na biurku admirała Canarisa.

Prowadzone  przez  Niemców  intensywne  rozpoznanie,  do którego  włączono  również  oficerów  floty 

handlowej,   zaczęło   przynosić   wyniki.   Wiedziano   już,   iż   Anglicy  budują   wzdłuż   wybrzeża   sieć   wież   o 
nieznanym przeznaczeniu. Sprawę ich lokalizacji odłożono na bardziej sprzyjający wiosenny lub letni okres, 
teraz Abwehra postanowiła za wszelką cenę znaleźć odpowiedź na pytanie, jakie jest przeznaczenie owych 
wysokich   obiektów.   Dla   realizacji   tego   zadania   uruchomiono  prawie   cały  potencjał,   jakim   dysponował 
wywiad   niemiecki   na   terenie   Anglii.   I   właśnie   ten   krok   umożliwił   zorientowanie   się   Brytyjczykom   w 
przedmiocie   zainteresowania   Niemców.   Anglicy  rozszyfrowali   najpierw   kilku   hitlerowskich   agentów,   a 
później całą siatkę, ale pozostawili ich na wolności. Wiedzieli, iż tylko obserwując ich poczynania będą 
mogli orientować się w działalności Abwehry na terenie Zjednoczonego Królestwa.

Tymczasem   rezydent   wywiadu   niemieckiego   w   Londynie   zdecydował   się   na   jednoczesne   podjęcie 

szeregu działań w celu rozszyfrowania przeznaczenia wież. Polecił, aby Both i Krebs, mający kontakty w 
kołach handlowo-przemysłowych, dążyli do ustalenia nazwy zakładów budujących  te obiekty, a następnie 
postarali   się   tam   dotrzeć   i   podjąć   próbę   znalezienia   ewentualnego  informatora.   Ponadto   postanowiono 
nawiązać kontakty z personelem zatrudnionym przy ich obsłudze. W tym celu do nadmorskich miasteczek, 
w   których   rejonie   zlokalizowano   tajemnicze   budowle,   skierowano   kilku   agentów.   Latem   zdołano 
rozszyfrować przyczynę braku wież w pobliżu portu Portsmouth — znajdowały się one po prostu na wyspie 
Wight, stanowiącej naturalną osłonę bazy marynarki wojennej.

Wraz   z   nastaniem   wiosny   Both   wielokrotnie   przemierzał   samochodem   nadmorskie   miejscowości, 

zatrzymując się w niektórych nawet po kilka dni w celu zebrania bardziej szczegółowych informacji. Wiele 
godzin   spędzał   w   pubach,   nawiązując   rozmowy  z   mieszkańcami,   a   przede   wszystkim   z   żołnierzami 
lokalnych jednostek. Mimo iż wydawał spore sumy na poczęstunki dla przygodnych znajomych, nie zdołał 
dowiedzieć się niczego interesującego o wieżach. Udało mu się ustalić co prawda nazwy niektórych firm, 
którym powierzono dostawy pewnych części lub też zlecono prace konstrukcyjne, ale — jak się dowiedział 
— znajdujące się na szczycie anteny były instalowane wyłącznie przez zespoły specjalistów wojskowych już 
po opuszczeniu placu budowy przez fachowców cywilnych. W końcu zwrócił na niego uwagę kontrwywiad 
brytyjski,   który  w   wyniku   żmudnych   wysiłków   zdołał   ustalić   przedmiot   jego   zainteresowań.   Pewnego 
lipcowego wieczoru Both w poszukiwaniu informatora zaczepił stojącego przy barze młodego człowieka w 
mundurze. Rozmowa skończyła się wspólną kolacją. Obydwaj mężczyźni tak przypadli sobie do gustu, iż 

background image

umówili   się  na   spotkanie   następnego  dnia.   Ów  młody  człowiek,   czyli  porucznik  Martins,   był  oficerem 
kontrwywiadu, któremu polecono delikatną misję nawiązania kontaktu z Bothem w celu przekazania mu 
fałszywych informacji na temat przeznaczenia nadmorskich wież. Całe przedsięwzięcie nazwano operacją 
„Szarotka”.

Prawie w tym samym czasie do małej miejscowości nadmorskiej ną wyspie Wight przyjechała na urlop 

niedawno zwerbowana przez konkurencyjną siatkę niemiecką niebieskooka piękność Betty Davidson. Już po 
kilku dniach widziano ją razem z młodym sierżantem z miejscowej jednostki, na terenie której wzniesiono 
kilka wysokich wież widocznych od strony morza.

Sierżant   Richard   Nicholson   był  oszołomiony  urodą   nowej   znajomej.   Przed   dwoma   miesiącami  po 

przeszkoleniu w centrum służb radiolokacyjnych w Londynie i złożeniu stosownej przysięgi o zachowaniu 
tajemnicy  rozpoczął   służbę   w   jednej   ze   stacji   radarowych,   które   od  1938  r.   osłaniały  Wielką   Brytanię 
niewidzialną kurytną. Dziewczynę poznał przypadkowo. Schlebiał jego próżności fakt, że Betty, wybierając 
go, odrzuciła zaloty porucznika Royal Navy. Dość szybko doszło między nimi do zażyłości i wtedy Dick 
stracił zupełnie głowę. Nigdy nie sądził, że swoim niepozornym wyglądem zdoła zaskarbić względy tak 
pięknej dziewczyny. Jedynym zgrzytem w ich przygodzie było to, że Betty od pierwszych chwil znajomości 
wykazywała zbyt duże zainteresowanie jego pracą zawodową.

Z natury dość skryty i ostrożny, zmieniał temat rozmowy, gdy tylko Betty zaczynała wypytywać go o 

codzienne obowiązki. Po trzech tygodniach byli już zaręczeni i zaczęli snuć wspólne plany na przyszłość. 
Betty była sekretarką w jednym z dużych koncernów londyńskich i nie chciała rzucać stolicy, aby osiąść w 
maleńkim miasteczku, w którym życie, z wyjątkiem miesięcy letnich, zamiera zupełnie.

W końcu uzgodnili, że pobiorą się na Boże Narodzenie i Dick będzie starał się o przeniesienie do 

większego   ośrodka.   Wtedy   dziewczyna   zniknęła   na   cały   tydzień,   motywując   to   wezwaniem   z   pracy. 
Obiecała wrócić tak szybko, jak tylko będzie mogła. Rzeczywiście zjawiła się w piątek wieczorem, gdy 
młody   człowiek   stracił   już   nadzieję,   że   jeszcze   kiedykolwiek   ją   zobaczy.   Po   powitaniu   na   dworcu 
powiedziała, iż może zostać tylko przez kilka dni.

Następnego wieczoru dziewczyna wyznała Dickowi z płaczem, iż znalazła się w sytuacji bez wyjścia. 

W wyniku machinacji osób jej nieprzychylnych została oskarżona w pracy o sprzeniewierzenie kilku tysięcy 
funtów. Ma je zwrócić za kilka dni, w przeciwnym bowiem razie będzie musiała stanąć przed sądem. Jest 
niewinna, ale spisek przeciwko niej tak sprytnie ukartowano, że nawet w wypadku wyroku uniewinniającego 
straci nie tylko posadę, ale i dobre imię.

— Zresztą — dodała  po chwili przez łzy — istotnie nie wiem, co się stało z dwoma tysiącami funtów. 

W tej sytuacji nasze szczęście zależy wyłącznie od ciebie.

Chłopak się zdziwił.
— Ode mnie? — zapytał. — Cóż ja mogę zrobić? Sam dysponuję zaledwie kilkudziesięcioma funtami, 

rodzice mogliby pożyczyć trzysta, no, może czterysta, i to wszystko.

Wciąż  zapłakana   Betty odrzekła  wówczas,  iż  jej  dyrektor,  który wie  o ich znajomości,  jest  gotów 

zatuszować sprawę pod warunkiem, że Dick zgodzi się przekazać mu pewne informacje.

— Chodzi o konkurencję między dwoma koncernami — dodała w formie wyjaśnienia.
Dick uczuł przypływ fali chłodu i zapytał pospiesznie:
— O jakie informacje chodzi?
Dziewczyna oderwała chusteczkę od oczu.
— Ach, nic takiego. Chodzi o te śmieszne wieże, których pilnujesz.
Dick musiał już wyjść z hotelu, za godzinę zaczynał służbę. Był zupełnie roztrzęsiony, gdyż zdawał 

sobie sprawę, że nie chodzi tu bynajmniej o konkurencję pomiędzy firmami. W czasie pełnienia dyżuru był 
tak roztargniony, że przy obsłudze aparatury radarowej musiał zastąpić go kolega. Po godzinie samotnego 
spaceru   wzdłuż   morskiego   brzegu   zameldował   się   u   oficera   kontrwywiadu.   Ten   wysłuchał   całego 
opowiadania z uwagą tym większą, że znajomość Dicka z piękną dziewczyną nie uszła jego uwagi. Chłopak 
prosił o pomoc w wyplątaniu narzeczonej z całej sprawy. Uzgodnili, iż muszą zagrać na zwłokę. Nazajutrz 
Nicholson spotkał się z Betty tylko na krótko.

—   Niestety,   mam   dodatkową   służbę,   muszę   zastąpić   chorego   kolegę  —   powiedział.   Żegnając   się 

zapewnił, że przemyślał całą sprawę i, jeśli nie ma innego wyjścia, gotów jest jej pomóc. Z bólem dostrzegł 
błysk triumfu w oczach dziewczyny.

— Wszystkie szczegóły będziemy mogli omówić za dzień, dwa — dorzucił odchodząc.
Tymczasem już nazajutrz rano zameldował się w Londynie oficer z odpowiednim raportem. Zwołano 

posiedzenie grupy pracowników SIS i kontrwywiadu, w czasie którego postanowiono rozegrać dwie gry tą 
samą kartą. Bothowi postanowiono dostarczyć materiały świadczące o tym, iż cały system wież związany 
jest z ratownictwem morskim, a także z utrzymywaniem łączności z flotą handlową i wojenną na wypadek 

background image

wojny. Podobną wersję miał przedstawić młodej sekretarce sierżant Nicholson, który ponadto powinien, 
dodać   parę   szczegółów   o   pracy   systemu   łączności   na   rzecz   lotnictwa.   Aby   rozszyfrować   całą   siatkę, 
postanowiono ściągnąć Betty na parę dni do Londynu i poddać ją obserwacji. Zdecydowano, że porucznik 
Martins   zostanie   wycofany   z   gry,   natomiast   sierżant   Nicholson   będzie   podtrzymywał   kontakt   w   celu 
przekazywania spreparowanych informacji. Obydwie akcje zostały przeprowadzone pomyślnie.

Rezydent Abwehry w ambasadzie niemieckiej w Londynie zatarł ręce: wreszcie udało się przełamać 

barierę milczenia wokół tych tajemniczych wież  — pomyślał. Dysponował bowiem już nie dwoma, ale 
trzema raportami, przy czym ostatni nie mówił nic o ratownictwie morskim, ale o radiolokacji, i nazywał 
cały   system   nieznanym   terminem  „radar”.   Rezydent   przestudiował   wszystkie   raporty,   przejrzał   stertę 
fotografii  i włożył   to wszystko   do  dużej  koperty,   która  nazajutrz  miała  znaleźć  się  na  biurku  admirała 
Canarisa.

— Niech sprawę rozsądzi Berlin — mruknął. — Trzeci raport wygląda na typową dezinformację.
Do takich samych wniosków doszła grupa ekspertów w Berlinie. Wiadomość o posiadaniu przez Wielką 

Brytanię systemu precyzyjnej radiolokacji uznano za fałszywą i podsuniętą wywiadowi w celu wywarcia 
presji na Niemcy. Zalecono kontynuację i współpracy z Nicholsonem, który otrzymał kryptonim X-12.

Zgodnie   ze   scenariuszem   opracowanym   przez   MI-6   sierżant   zjawił   się   w   Londynie,   uzależniając 

przekazanie informacji od osobistego spotkania się z szefem Betty. Rozmowa miała na początku burzliwy 
charakter, ale zakończyła się kompromisem. Nicholson w zamian za przyrzeczenie, iż sprawa Betty zostanie 
puszczona w niepamięć, zostawił pisemne informacje na żądany temat.

W tydzień później w pubie w pobliżu jego bazy zaczepił go nieznajomy mężczyzna, który — zgodnie 

zresztą z przewidywaniami oficera kontrwywiadu  — zaproponował mu podjęcie współpracy z wywiadem 
niemieckim, grożąc w wypadku odmowy denuncjacją. Nicholson wahał się i zwlekał z odpowiedzią.

Nazajutrz zjawiła się dziewczyna, która gorąco namawiała go do przyjęcia oferty. Była to gorzka lekcja 

życia dla młodego żołnierza, który przekonał się, iż  „miłość” Betty do niego była tylko grą. Zgodnie z 
planem uzgodnionym z kontrwywiadem Nicholson nie przyjął od razu oferty współpracy. Poprosił o czas do 
namysłu i umówił się na spotkanie za kilka dni, na które się nie stawił. W dwa dni później wezwano go do 
telefonu w dyżurce. To Betty przyjechała z Londynu i chciała się natychmiast z nim zobaczyć. Ze zdobyciem 
przepustki   nie   miał   kłopotu.   Dziewczyna   tym   razem   przyjechała   samochodem.   Zabrała   go   na   daleką 
przejażdżkę, ale rozmowa nie kleiła się. Przystanęli przy małym przydrożnym barze, gdzie po kilkunastu 
minutach   przysiadł   się   do  nich   wcześniej   poznany  przez   sierżanta   mężczyzna.   Oświadczył   on,   iż   Dick 
Nicholson   nie   ma   innego   wyjścia,   jak   podjęcie   współpracy,   gdyż   w   przeciwnym   razie   do  brytyjskiego 
Ministerstwa Wojny wpłynie odpowiednio udokumentowany meldunek o jego dwóch raportach. Mężczyzna, 
który   przedstawił   się   jako   Harry,   wrączył   Nicholsonowi   zwitek   banknotów   jako   zapłatę   za   pierwsze 
informacje. Zapewnił on chłopaka, że ich współpraca ograniczy się do kilku sowicie opłaconych raportów. 
Jej   kontynuacja   będzie   uzależniona   od   chęci   Nicholsona.   Sierżant,   tak   jak   było   uzgodnione   z 
kontrwywiadem, zgodził się na propozycję i odtąd do Abwehry zaczęły wpływać informacje spreparowane 
przez MI-6.

Tak   więc   Brytyjczycy   odnotowali   duży  sukces  —   Niemcy,   mimo   zdobycia   pewnych   danych,   nie 

uwierzyli, iż przeciwnik dysponuje radarem. Obydwie strony w dalszym ciągu walczyły więc o utrzymanie 
tajemnicy i obydwie sądziły, iż radar jest tylko jej znany.

Tajemniczy  „C”   admirał   Hugh   Sinclair,   kierujący   Secret   Service,   złożył   na   biurku   premiera 

memorandum,   które   jednoznacznie   stwierdzało:   tylko   Wielka   Brytania   dysponuje   radarem,   zaś   jego 
tajemnicę zachowano dzięki podsunięciu wywiadowi niemieckiemu fałszywych informacji.

Zbiegiem okoliczności w miesiąc później admirał Canaris po uważnym przestudiowaniu treści leżącego 

przed nim memorandum sięgnął po pióro i zakreślił ostatni akapit, w którym stwierdzono, iż ponad wszelką 
wątpliwość Wielka Brytania nie dysponuje radarem, a wieże wznoszone wzdłuż wybrzeża są przeznaczone 
dla ratownictwa morskiego i utrzymywania łączności z flotą powietrzną i morską.

Tezę tę opierano na materiałach dostarczonych przez dwie niezależnie od siebie operujące siatki. Inaczej 

natomiast   potraktowano   meldunek   niemieckiego   specjalisty,   który  w   1938   r.   zauważył   i   sfotografował 
dziwną   antenę   na  „Neptunie”,   pełniącym   wówczas   rolę   flagowego   okrętu   Royal   Navy,   bawiącym   z 
kurtuazyjną   wizytą   w   Kilonii.   Uznano,   iż   jest   to   po   prostu   potwierdzenie   tezy   o   istnieniu   w   Anglii 
specjalnego systemu łączności radiowej, którego elementem były tajemnicze wieże.

Tymczasem   niemieccy   uczeni   zdołali   poczynić   postępy   na   drodze   do   opanowania   tajemnicy 

radiolokacji. Już w 1937 roku na kilku okrętach Kriegsmarine zainstalowano aparaturę radarową określoną 
nazwą „Freya”. Jesienią następnego roku prowadzono doświadczenia ze znacznie bardziej udoskonalonym 
aparatem pracującym na fali 1,5 metra, zainstalowanym na pokładzie Junkersa Ju-52. Aparat typu „Seetakt” 
otrzymał pancernik  „Admirał Graf Spee”, a za nim dalsze dwie jednostki morskie. Niemcy nie zamierzali 

background image

bynajmniej  budować  stacji   radiolokacyjnych  w   Prusach   Wschodnich   jak  podejrzewali   Anglicy  —  gdyż 
wznosili   je   w   pięciu   punktach   wybrzeża   Morza   Północnego.   Wszystkie   urządzenia   ustępowały   jednak 
jakością brytyjskim; ich mankamentem było to, że pracowały na falach decymetrowych.

O ile szefowie służb wywiadowczych byli przekonani, iż strona angielska nie zna sekretu radiolokacji, 

to oficerów niższego szczebla nie opuszczały wątpliwości. Szczególnie intrygowały Niemców owe wieże na 
wybrzeżu Wielkiej Brytanii. W połowie lipca 1939 r., gdy niemieckie przygotowania do ataku przeciwko 
Polsce ruszyły pełną parą, do Abwehrstelle w Hamburgu dotarł meldunek od agenta operującego w rejonie 
Dover. Twierdził on, iż wieże są urządzeniami radiolokacyjnymi. Wiadomość została przekazana do Berlina, 
a   agent   otrzymał   polecenie   natychmiastowego   przyjazdu   do   Holandii   w   celu   przekazania   podobno 
bezcennych materiałów.

Trzech oficerów Abwehry, udających turystów szukających wrażeń w Ostendzie, bezskutecznie czekało 

przez kilka dni na agenta. Kiedy zrozumieli, że już się nie zjawi, dwu z nich zostało na miejscu, a trzeci 
powrócił do Niemiec, aby zaalarmować przełożonych. Agent wciąż się nie zgłaszał, milczała również jego 
radiostacja. W trakcie poszukiwań przeprowadzonych przez drugą siatkę niemiecką w Anglii stwierdzono, iż 
w dzień po nadaniu meldunku agent ów zginął w wypadku samochodowym. Niepowodzeniem zakończyły 
się również próby odnalezienia jakichkolwiek  materiałów. W tej sytuacji łamano sobie głowę, czy cała 
sprawa   nie   została   sfingowana   przez   wywiad   brytyjski,   który  chciał   w   ten   sposób   wywrzeć   presję   na 
Niemców, czy też agent został rozszyfrowany i następnie zlikwidowany przez Secret Service. Posunięto się 
nawet tak daleko, że na polecenie samego admirała Canarisa. próbowano dotrzeć do mogiły zaginionego, 
aby rozpoznać jego ciało. Okazało się to niemożliwe, gdyż zwłoki zostały spalone w krematorium, zaś 
pogrzeb, jako że agent był człowiekiem samotnym, odbył się bez świadków. Ostatecznie zdecydowano się na 
bezprecedensową akcję — w rejon Dover wysłano na sterowcu Zeppelin LS 127 grupę specjalistów od spraw 
radiolokacji. W sierpniowy dzień 1939 r. sterowiec przedefilował wzdłuż długiego pasma wybrzeża. Bez 
przerwy terkotały kamery filmowe, trzaskały migawki aparatów i pracowała aparatura mająca wyłapywać 
impulsy radarowe. Wyprawa przyniosła bogaty materiał fotograficzny, ale nie potwierdziła tezy o posiadaniu 
radaru przez Anglików  —  aparatura zainstalowana w gondoli nie odebrała żadnych sygnałów. Epizod ze 
zmarłym agentem uznano za kolejną próbę dezinformacji. Tym razem Niemcy upewnili się ostatecznie o 
swojej przewadze w dziedzinie radiolokacji.

Obydwie strony trwały w tym przekonaniu do września 1939 roku, kiedy to miały miejsce wydarzenia 

wywierające   poważny  wpływ   na   przebieg   prowadzonej   od   lat   zaciekłej   cichej   wojny.   Oto   Brytyjczycy 
zaaresztowali   wszystkich   członków   dwóch   rozpracowanych   siatek   niemieckich,   pozostawiając   trzecią, 
kierowaną dotychczas przez ambasadę w Londynie, w której kontrwywiad zdołał uplasować kilku swoich 
agentów. Z kolei Niemcy w wyniku zdrady współpracownika rezydenta SIS w Hadze zdołali wpaść na trop 
jednego z najlepszych agentów brytyjskich w Niemczech, przemysłowca Otto Kreugera. Był to dla Londynu 
poważny cios, gdyż oznaczał spalenie wszystkich dotychczasowych kontaktów, w tym również z Platzem.

W takiej właśnie sytuacji dotarł do Wielkiej Brytanii raport z Oslo.
Nowy  szef   SIS   pułkownik   Stewart   Menzis,   który  zastąpił   chorego   na   raka   admirała  Sinclaira,   był 

zdania, że raport jest sfingowany. Chcąc się upewnić w swym przekonaniu zwołał naradę kierowników 
poszczególnych pionów służb wywiadowczych.

Pewnego grudniowego popołudnia 1939 r. szef SIS w swoim gabinecie w Broadway Buildings spotkał 

się z Claude Danseyem, jego zastępcą szefem kontrwywiadu Vivanem Valentinem oraz nielicznym gronem 
ekspertów. Po gorącej dyskusji ustalono, iż raport nie może być prawdziwy, gdyż zawarte w nim dane nie 
zostały   potwierdzone   przez   żadną   z   siatek   brytyjskich   operujących   w   Niemczech.   Zdecydowanym 
przeciwnikiem tez zawartych w raporcie był Claude Dansey, twórca siatki  „Z”, która prowadziła wywiad 
głęboki na Niemcy ze Szwajcarii. Zlekceważono również pochodzący od Kreugera sygnał, iż ma wkrótce 
przekazać ważne informacje dotyczące produkowanej w Niemczech aparatury radiolokacyjnej. Był to jego 
ostatni meldunek przed aresztowaniem. Rychła kampania we Francji i wypadki następnych miesięcy miały 
pokazać, jak bardzo obydwie strony myliły się w swoich rachubach.

AKCJA „BÓL GŁOWY”

Grupa   naukowców   kierowana   przez   profesorów   Watsona-Watta   i   Reginalda   Jonesa   niejednokrotnie 

powracała   do   raportu   z   Oslo,   uważnie   studiując   zwłaszcza   część   poświęconą   radiolokacji.   Jones 
instynktownie czuł, że niektóre podane w nim wiadomości mogą być prawdziwe: przecież w Niemczech 
fizyka i elektronika stały na wysokim poziomie. Rozumiał jednak dobrze, że nie dysponując konkretnymi 
argumentami   nie   tylko   nie   zdoła   przekonać   do   końca   samego   siebie,   ale   również   szefów   komitetu 

background image

składającego   się   z   wysokich   oficerów,   pracowników   Secret   Service   i   Ministerstwa   Lotnictwa.   Jednak 
wydarzenia zbliżających się tygodni dostarczyły nowych dowodów.

W końcu listopada 1939 r. po całkowitym wyczerpaniu paliwa wylądował kolo Edynburga niemiecki 

samolot typu  Heinkel He-111. Był  on wtedy uważany za jedną z nowocześniejszych maszyn bojowych, 
jakimi dysponowała Luftwaffe. Na pokładzie bombowca znaleziono zestaw pracujących na krótkich falach 
urządzeń, które przypominały pierwsze brytyjskie urządzenia radiolokacyjne. Pilot, który mógłby udzielić 
informacji  na ten temat, zmarł w szpitalu i  nie zdołano ustalić  przeznaczenia aparatury.  Raport  z Oslo 
wspominał   co   prawda   o   radiowym   systemie   sterowania   samolotami,   ale   nikt   z   komitetu   nie   chciał 
zaakceptować tej hipotezy.

19 grudnia 1939 r.. w kilka minut po przyjściu do biura, Jones otrzymał pilny szyfrogram, przekazany 

przez placówkę brytyjską w Montevideo. Oto przed dwoma dniami grupa okrętów Royal Navy zapędziła w 
pułapkę   u   ujścia   La   Platy   niemiecki   pancernik   kieszonkowy  „Admirał   Graf   Spee”.   Dowódca   okrętu 
niemieckiego nie podjął otwartej walki i 17 grudnia „Admiral Graf Spee”, wysadzony przez własną załogę, 
osiadł na przybrzeżnej mieliźnie. Z wody sterczała jeszcze znaczna część kadłuba oraz wieże z masztami. Na 
jednej   z   nich   pracownik   brytyjskiego   ataszatu   wojskowego   w   Montevideo   dostrzegł   nie   znane   mu 
urządzenia.   Natychmiast   poinformował   o   tym   Londyn.   Profesor   Jones   zadecydował,   że   należy   jak 
najszybciej zobaczyć tę tajemniczą aparaturę. Wypełnienie misji powierzono młodemu ekspertowi od spraw 
radaru dr. Bellowi Baindbridge, któremu towarzyszyło dwóch agentów ochrony. Ze względu na zbliżające 
się święta załatwienie wizy urugwajskiej  nie było rzeczą łatwą, ale niewielki prezent przełamał wszelkie 
opory kompetentnego urzędnika.

Kiedy   Baindbridge   i   jego   towarzysze   wylądowali   w   Montevideo,   uderzyło   ich   gorące   i   wilgotne 

powietrze, tak odmienne od słotnej aury Anglii. Pracownicy ambasady wynajęli łódź motorową, która miała 
dowieźć całą ekipę do wraku. Po krótkim wypoczynku goście znaleźli się na pokładzie dużej motorówki. 
Zatoczyła ona głęboki łuk tak, aby ewentualny obserwator nie mógł zorientować się, jaki jest cel wyprawy. 
Baindbridge spędził na wraku kilka godzin, fotografując i filmując ażurowe urządzenia na głównej wieży 
pancernika. Naukowiec postanowił, że wróci tu jeszcze następnego dnia z aparatem acetylenowym, aby 
zabrać ze sobą pewne części urządzenia.

Dla pewności wszystkie interesujące go szczegóły sfotografował dwukrotnie. Zdjęcia wraz z duplikatem 

sporządzonego na miejscu raportu miały być przewiezione do Londynu pocztą dyplomatyczną. Okazało się 
jednak, iż wizyta grupy Brytyjczyków na wraku nie uszła uwagi nieznanego obserwatora, który zorientował 
się również, jaki był jej cel  — następnego dnia górna część wieży wraz z urządzeniem radiolokacyjnym 
„Seetakt”   została   wysadzona   w   powietrze.   Baindbridge   mógł   pogratulować   sobie   decyzji   dokładnego 
obejrzenia i sfotografowania obiektu. Po analizie przywiezionych do Londynu zdjęć i wysłuchaniu raportu 
Jones   przekonał   się,   iż   dotychczas   był   w   błędzie.   Niemcy  dysponowali   środkami  radiolokacyjnymi   do 
obserwacji przestrzeni powietrznej, naprowadzania i korygowania ogniem artyleryjskim, lecz pod względem 
konstrukcyjnym i precyzji działania zdecydowanie ustępowały one, jego zdaniem, podobnym urządzeniom 
brytyjskim.

Na początku stycznia 1940 roku pracująca na kierunku niemieckim sekcja MI-6 zdołała uzyskać drogą 

tajną serię zdjęć kratownic antenowych zainstalowanych na wierzchołku olbrzymiej wieży obserwacyjnej 
stojącej   w   berlińskim  ZOO.  Fotografie,   wykonane   teleobiektywem  z  okien   położonej   opodal   ambasady 
amerykańskiej, przedstawiały konstrukcję większą i bardziej skomplikowaną, która odpowiadała opisowi 
zawartemu w raporcie z Oslo.

Kolejnym dowodem posiadania przez Niemców radarowych urządzeń naprowadzających były szczątki 

aparatu odbiorczego znalezionego na pokładzie niemieckiego samolotu rozpoznawczego, zestrzelonego w 
pobliżu bazy morskiej Scapa Flow. Po drobiazgowym zbadaniu jego właściwości naukowcy brytyjscy doszli 
do wniosku, że nieprzyjaciel praktycznie zastosował już oryginalny system naprowadzania bombowców nad 
cel w warunkach ograniczonej widoczności i w nocy.

Aby sprawę wyjaśnić do końca, zwiększono liczbę lotów rekonesansowych nad Niemcami, przy czym 

każdy powracający pilot był obowiązany złożyć obszerny raport ze szczegółowym opisem wysokich wież i 
anten, które ewentualnie dostrzegł podczas lotu. Budowli takich szukano zwłaszcza wzdłuż wybrzeża Morza 
Północnego. Cały ten pas nadmorski, mimo poważnego ryzyka, zjeździli także agenci przerzucani z Holandii 
i Danii. Wież nie znaleziono. Pułkownik Menzis triumfował  — i tym razem utarł nosa profesorkowi, jak 
nazywał Jonesa, wtrącającego się do pracy wywiadowczej, o której nie miał pojęcia. Podobne jak szef SIS 
stanowisko zajmowała również część członków komitetu.

Tymczasem 9 kwietnia 1940 r. Niemcy dokonały agresji na Danię i Norwegię. Dania została zajęta do 

końca tego samego dnia, a opierającej się Norwegii pospieszył na pomoc korpus ekspedycyjny złożony z sił 
brytyjskich, francuskich oraz polskiej Samodzielnej Brygady Podhalańskiej. 10 maja wojska hitlerowskie w 

background image

sile 135 dywizji, 2.5 tysiąca czołgów i 3 tysięcy samolotów bojowych zaatakowały znienacka neutralną 
Belgię,  Holandię  i  Luksemburg,  by 20 maja  znaleźć   się  nad  kanałem  La  Manche.   4  czerwca  nastąpiła 
dramatyczna ewakuacja sił brytyjskich okrążonych pod Dunkierką. Klęska Francji była już kwestią dni. 
Teraz wszyscy zadawali sobie pytanie, kiedy nastąpi inwazja na Wyspy Brytyjskie.

Profesor   Jones,   zdając   sobie   doskonale   sprawę,   jakie   zagrożenie   dla   Wielkiej   Brytanii   stanowią 

wykorzystywane przez Luftwaffe urządzenia radiolokacyjne, wobec ciągłych w tej kwestii rozbieżności w 
łonie komitetu, zdecydował się na bezprecedensowy krok. Oto złożył na ręce premiera Winstona Churchilla 
opracowane przez siebie memorandum, w którym przedstawił cały problem i zaprezentował dowody na to, 
iż Niemcy dysponują radarem. Zwrócił zwłaszcza uwagę na poważne konsekwencje, jakimi grozi dalsze 
lekceważenie tego faktu przez system obrony przeciwlotniczej Wielkiej Brytanii. Wiedział, że czyniąc ten 
krok, staje na ścieżce wojennej z nieprzychylną mu grupą pozostałych naukowców i pracowników wywiadu. 
21 czerwca 1940 r., gdy jak na złość spóźnił się do pracy, znalazł na biurku notatkę, wzywającą go w trybie 
natychmiastowym do premiera na Downing Street 10. Na szczęście budynek Ministerstwa Lotnictwa nie jest 
zbyt odległy od słynnej małej uliczki, gdzie znajduje się siedzibą każdego premiera Wielkiej Brytanii, więc 
dotarł tam po dziesięciu minutach i po sprawdzeniu dokumentów wprowadzono go do sali konferencyjnej. 
Za dużym okrągłym stołem siedziała dobrze mu znana grupa naukowców z profesorem Watsonem-Wattem, 
ministrem lotnictwa i innymi osobistościami.

Gdy wszedł Churchill z nieodłącznym cygarem w ustach zwracał się właśnie do profesora Lindermana.
— A, witamy — powiedział, gdy naukowiec przeprosił za spóźnienie. — Nie tylko wywołał pan burzę, 

ale   i   unika   pan   stawienia   jej   czoła.   Proponuję,   skoro   profesor   Jones   jest   już   z   nami,  żeby  raz   jeszcze 
przedstawił   problem,   którego   wagę   dla   bezpieczeństwa   Zjednoczonego   Królestwa   sygnalizował   w 
skierowanej do mnie notatce.

Jones skinął głową, sięgnął do teczki i wyjął przygotowane papiery.
— Panie premierze, panowie — rozpoczął, rozkładając przed sobą kartki. — W ciągu kilku ostatnich 

miesięcy   zdołaliśmy   zebrać   wystarczająco   przekonujące   dowody,   że   Niemcy   hitlerowskie   dysponują 
aparaturą radiolokacyjną, która swoimi właściwościami jest zbliżona do naszego radaru. Jestem przekonany, 
że w pierwszej kolejności zostanie ona wykorzystana do zdalnego kierowania lotnictwem bombardującym. 
Wiem ponadto, iż wprowadza się ją także do Kriegsmarine. Wszystko to może zmienić na naszą niekorzyść 
sytuację   w   powietrzu   i   na   morzu.   Niemcom   chodzi   o   zapewnienie   możliwie   największej   celności 
bombardowania. Niestety, nie udało się nam rozszyfrować formuły systemu, nie możemy więc tymczasem 
podjąć kroków zaradczych i zbudować mechanizmu, który mógłby zakłócać działanie tej aparatury. Zarówno 
w   naszej   grupie   roboczej,   jak   i   w   Ministerstwie   Lotnictwa,   nie   wspominając   o   Secret   Service,   panuje 
rozbieżność opinii co do posiadania przez Niemcy tak zaawansowanego systemu. Znany nam wszystkim 
raport z Oslo został odrzucony jako materiał dezinformacyjny. Obecnie okazało się, iż wiele zawartych w 
nim wiadomości jest prawdziwych.

Teraz ciszę przerwał szef wywiadu Stewart Menzis.
— Przecież nie ma możliwości wysłania sygnałów radiowych na tak dużą odległość bez odpowiednich 

anten. Mimo naszych wysiłków nie wykryliśmy jednak na wybrzeżu niemieckim nadajników umieszczonych 
podobnie jak nasze radarowe na wysokich wieżach górujących nad otoczeniem.

— Ale czy jest to wystarczający dowód na nieistnienie systemu niemieckiego? — wtrącił Churchill.
Jones odczekał chwilę i wiedząc, że nikt nie kwapi się do zabrania głosu zdecydował się postawić 

kropkę nad „i”.

— Jestem przekonany — stwierdził — że dalsze lekceważenie tego niebezpieczeństwa może pociągnąć 

za sobą poważne konsekwencje.

Wywiązała się gorąca dyskusja, którą przeciął premier.
— Odłóżmy na bok sprawy ambicjonalne. Najistotniejszy jest fakt, iż nie mamy pewnych dowodów na 

to, że Niemcy dysponują podobnym do naszego systemem radarowym. Całkowicie jednak zgadzam się z 
profesorem   Jonesem,   iż   zlekceważenie   tej   sprawy   może   w   konsekwencji   doprowadzić   nie   tylko   do 
olbrzymich strat, ale nawet do klęski.  —- Churchill  przerwał i przez chwilę ssał cygaro. Wypuściwszy 
obłoczek dymu, kontynuował. — Wszyscy zdajemy sobie sprawę, iż w najbliższych tygodniach i miesiącach 
dojdzie przede wszystkim do starć z Niemcami w powietrzu i na morzu. I tu, i tam radar odgrywa istotną 
rolę. Dlatego też należy uczynić wszystko, aby rozszyfrować system niemiecki i podjąć przeciwdziałanie.

Spotkanie   na   Downing   Street   stanowiło   istotny   zwrot   w   sprawie.   Uzgodniono   przede   wszystkim 

współpracę konkurujących ze sobą dotychczas wywiadów, morskiego i lotniczego. Prof. Tizard  — twórca 
słynnego komitetu, ustąpił z zajmowanego stanowiska, uważając, że nie może dalej pełnić roli doradcy 
ministra lotnictwa do spraw radiolokacji.

Wtedy właśnie utworzono komitet o bardzo szerokich kompetencjach, który otrzymał poważne dotacje. 

background image

Teraz Jones mógł zabrać się do rozszyfrowania systemu niemieckiego. Ponieważ jednak upadek Francji i 
Holandii spowodował odcięcie wywiadu brytyjskiego od siatki na kontynencie, profesor zmuszony był do 
prowadzenia działania wyłącznie z terenu Wielkiej Brytanii.

W   tym   samym   czasie   Niemcy   zintensyfikowali   naloty   na   Wyspę   i   kilka   brytyjskich   ośrodków 

radarowych zarejestrowało nie znane dotychczas sygnały, nadawane przez stacje znajdujące się w różnych 
rejonach francuskiego wybrzeża kanału La Manche. Zastanawiające było to, iż sygnały odbierano wyłącznie 
podczas nalotów. Wreszcie w początkach lipca jeden z uciekinierów z okupowanej Francji doniósł, iż w 
pobliżu  małego  portu  Lannion  w departamencie   Côtes-du-Nord  Niemcy zainstalowali   kompleks silnych 
urządzeń nadawczych. Potwierdziła to analiza emitowanych stamtąd sygnałów. W trzy tygodnie po upadku 
Francji Jones mógł już na mapie północnej Francji dokładnie umiejscowić stacje nadające sygnały systemu 
nazwanego przez hitlerowców  „Knickebein” (Chroma Nóżka). Mieściły się one w Cherbourgu, Calais i 
Dieppe. Oprócz tych stacji Niemcy na najdalej wybiegającym w kanał La Manche półwyspie Cap Griz Nez, 
skąd przy dobrej pogodzie dostrzec można było zupełnie wyraźnie brytyjskie wieże radarowe, zainstalowali 
urządzenia systemu „Seetakt”.

Tymczasem III Rzesza przygotowywała się intensywnie do operacji „Lew Morski”. Inwazję na Wyspy 

miało   poprzedzić   zdobycie   przez   Niemców   absolutnego   panowania   w   powietrzu   i   przecięcie   morskiej 
komunikacji Brytyjczyków.

Nad pieczołowicie chronioną tajemnicą radaru brytyjskiego zawisło teraz poważne niebezpieczeństwo. 

W rejonie portu Boulogne w ręce niemieckie dostała się uszkodzona aparatura radarowa (na szczęście był to 
jakiś prymitywny model), zainstalowana na specjalnie przystosowanym ciągniku samochodowym. Została 
ona natychmiast przetransportowana do Berlina i poddana drobiazgowej analizie.

Generał Wolfgang Martin, który od dwóch lat tropił radar brytyjski, miał teraz przed oczyma  — i 

wbrew głoszonej przez siebie teorii — dowód jego istnienia. Nie był tym faktem bynajmniej zachwycony. 
Jego uczucia podzielał major Joseph Schmidt z Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy oraz admirał Canaris, który 
opierając się na meldunkach swoich siatek w Wielkiej Brytanii stwierdził w obecności Hitlera, iż Anglicy nie 
dysponują zaawansowanym technologicznie radarem. Nie należało się zatem dziwić, że raport przygotowany 
przez grupę specjalistów niemieckich uznał brytyjski system za prymitywny i zdecydowanie ustępujący ich 
własnemu. Za takie też uznano samoloty  Hurricane  i  Spitfire. Göring z zadowoleniem przeczytał pismo, 
które potwierdzało głoszone przez niego tezy.

Początek Bitwy o Anglię (8 sierpnia 1940 roku) oznaczał także rozpoczęcie kolejnej rundy w pojedynku 

o radar. Bombowce Luftwaffe ze szczególną zaciekłością atakowały zlokalizowane już brytyjskie stacje, a 
szczególnie urządzenia na wyspie Wight. Zarówno sama stacja w Ventnor, jak i cała miejscowość została 
zrównana z ziemią. Uszkodzono także stacje w Dover, Persney i Rye, ale już nazajutrz można było w nich 
pracować.   Radar   okazał   się   wprost   bezcenny,   pozwalał   bowiem   na   wczesne   określanie   kursu,   pułapu, 
prędkości   i   liczebności   zbliżającego   się   nieprzyjaciela,   dzięki   czemu   w   porę   ogłaszano   stan   alarmu   na 
własnych   lotniskach.   Stosownie   do   skali   zagrożenia  w   osłanianym   rejonie   poderwane   w   powietrze 
dywizjony   myśliwskie,   otrzymując   komendy   ze   stanowiska   dowodzenia,   bezbłędnie   przechwytywały 
Niemców z najbardziej dogodnego kierunku, co często przesądzało o wynikach walki. Atakowany z taką 
dokładnością wróg nie mógł wyjść z podziwu, że rozbici — w jego przekonaniu —- Brytyjczycy wciąż mają 
nie tylko tyle samolotów, lecz także w każdym prawie spotkaniu wykazują przewagę taktyczną.

W   kilka   dni   później   Luftwaffe   ponownie   przeprowadziła   serię   gwałtownych   nalotów   na   brytyjskie 

stacje ostrzegania i naprowadzania. Radar okazał się jednak niezawodny — Niemców lokalizowano już nad 
Kanałem i zanim zdołali dolecieć do celu, na ich karki spływały z góry zwrotne  Spitfire'y  i  Hurricane'y
Rosnące   straty,   zwłaszcza   wśród   doświadczonych   załóg,   spowodowały,   że   nieprzyjaciel   zmuszony   był 
przejść do ataków nocnych, wykorzystując własny system zdalnego kierowania nad cel.

Na   początku   września   1940   r.   pracujący  pod   kierunkiem  prof.   Jonesa   brytyjski   naukowiec   Robert 

Cockburn   zameldował   o   rozszyfrowaniu   niemieckiego   systemu  „Knickebein”   i   opracowaniu   metody 
zakłócania jego pracy. Było to szczególnie ważne, ponieważ nocne bombardowania nasiliły się, przynosząc 
coraz poważniejsze straty. Cockburn nazwał swój system  „aspiryną”, co wiązało się z kryptonimem całej 
operacji skierowanej przeciw hitlerowskim urządzeniom radiolokacyjnym — „Ból  Głowy”.

6 września Jones wraz w grupą wyższych oficerów zasiedli w podlondyńskiej stacji radarowej, aby 

obserwować działanie „aspiryny”. Była już godzina 22, gdy dyżurny operator zameldował o zbliżaniu się od 
strony wybrzeża francuskiego zespołu samolotów niemieckich. Przy użyciu aparatury natychmiast ustalono, 
że grupa bombowców była sterowana z ziemi systemem „Knickebein”. Upłynęły jeszcze dwie minuty i na 
znak dany przez Cockburna włączono urządzenia zakłócające. Samoloty niemieckie były już nad Anglią, 
kierowały  się   najprawdopodobniej   na   Birmingham.   Wszyscy  z   napięciem   oczekiwali   na   dalszy  rozwój 
wypadków. Grupa jasno świecących punkcików na ekranie monitora urządzenia radarowego przesuwała się 

background image

po linii prostej jeszcze przez kilka sekund, by następnie dość gwałtownie skręcić na południowy zachód. Po 
kilku minutach ponownie wykonała głęboki zwrot, teraz na północ, by po chwili zatoczyć koło i znaleźć się 
na poprzednim kursie. W ciągu następnych kilku minut cała grupa jeszcze raz zmieniła kierunek stosownie 
do sygnałów nadawanych przez urządzenie brytyjskie. Wszyscy obecni mogli po chwili obserwować, jak 
dotychczas   zgrupowane   jasno  świecące   punkciki  rozsypały  się,   pokrywając   cały ekran.   W  tym  właśnie 
momencie eskadra niemiecka została zaatakowana przez samoloty RAF.

Kilku   hitlerowskich   lotników   z   zestrzelonych   maszyn   w   czasie   przesłuchania   prowadzonego   przez 

oficerów RAF zeznało, że z niezrozumiałych dla nich powodów stracili nagle orientację i krążyli wkoło. 
Jeden z nich, widocznie już nie wierzący w niezawodność tak zachwalanego przez Göringa tajnego systemu 
zdalnego kierowania „Knickebein”, opisał jego działanie. Była to pierwsza od wybuchu II wojny światowej 
bezpośrednia informacja pochodząca z ust niemieckiego lotnika.

Zespół naukowców brytyjskich, mimo niewątpliwego sukcesu, zdawał sobie sprawę, iż zdołał zyskać 

przewagę tylko na pewien czas. Było oczywiste, że Niemcy dowiedzą się o stosowaniu zakłóceń i albo 
zrezygnują z systemu, albo też odpowiednio go zmodyfikują. Zresztą i teraz nie można było odpocząć, gdyż 
nasłuch   zebrał   właśnie   materiały   świadczące   o   istnieniu   drugiego   systemu   zdalnego   kierowania, 
stosowanego w Luftwaffe. Aparatura tego systemu pracowała na fali innej długości, miała inną częstotliwość 
niż  „Chroma Nóżka”, a ponadto, o czym świadczyła stale rosnącą precyzja nocnych bombardowań, była 
skuteczniejsza.

Po analizie przebiegu nalotów w ciągu ostatnich dni oraz po porównaniu sygnałów emitowanych w tym 

czasie przez niemieckie stacje Jones doszedł do wniosku, iż nowy system jest stosowany wyłącznie do 
kierowania bombardowaniami elitarnej eskadry złożonej z maszyn typu Heinkel He-111. Ustalono nawet jej 
nazwę: była to Kampfgruppe 100, w której skład wchodzili najlepsi piloci bombowi Luftwaffe.

Brytyjczycy zarejestrowali co prawda interesujące ich sygnały, ale okazało się, że nadawano je w coraz 

to   innym   pasmie.   Rzecz   jasna   utrudniało   to   ich   uchwycenie   i   poznanie   całego   systemu.   Aby   ustalić 
lokalizację nadajników, wydzielono specjalną grupę samolotów myśliwskich, które krążyły nad wybrzeżami 
Francji. Wreszcie po kilku pełnych napięcia nocy na mapie wiszącej w gabinecie prof. Jonesa pojawiły się 
dwa punkty — jeden tuż koło Cherbourga, drugi na przedmieściach Calais. Działanie systemu wciąż jednak 
pozostawało zagadką. Raz jeszcze przeanalizowano raport z Oslo oraz wszystkie materiały uzyskane od 
Platza.

Teraz dopiero okazało się, iż na początku Plątz przekazywał materiały prawdziwe i dopiero po pół roku 

współpracy albo został rozszyfrowany przez Abwehrę i nakłoniony do odgrywania roli podwójnego agenta, 
albo też sam wystąpił z taką inicjatywą. Otóż w jednym z jego pierwszych meldunków była wzmianka o 
badaniach nad nowym urządzeniem zdalnego kierowania samolotami, nazywanym „aparatem X”. Tę samą 
wiadomość zawierał raport z Oslo. Mimo wysiłków strony brytyjskiej „aparat X” wciąż pozostawał zagadką. 
Aby   ją   wreszcie   rozwikłać,   przerzucono   do   Francji   agenta   z   zadaniem   nawiązania   współpracy   z 
ukrywającymi się oficerami II Oddziału Wywiadu francuskiego. Chodziło o to, aby wykorzystując swoje 
stare kontakty dotarli oni do okolic, w których znajdowały się nadajniki. Ponadto myśliwce  i brytyjska 
obrona przeciwlotnicza ze szczególną zaciekłością polowały na samoloty wchodzące w skład Kampfgruppe 
100.   Niestety,   na   podstawie   wyników   badań   wraków   zestrzelonych   maszyn   nie   udało   się   odtworzyć 
aparatury odbiorczej, która była zainstalowana na ich pokładzie. Starania szły w różnych kierunkach  — 
pułkownik   Menzis   starał   się   na   przykład   dotrzeć   do   berlińskiego   rezydenta   Gote,   po   którym   przepadł 
wszelki ślad.

Wreszcie za niebagatelną sumę pewien niemiecki oficer ujawnił nazwę zakładów, które produkowały 

aparaturę nadawcza i odbiorczą określaną przez Niemców kryptonimem. „X”. Były to zakłady Telefunkena. 
Mimo wielu wysiłków nie udało się jednak znaleźć informatora wśród załogi, zaś kontakt z Platzem nie 
mógł już wchodzić w grę.

Tymczasem analiza wykresów kierunków wiązek fal emitowanych przez „aparat X” i porównanie ich z 

dyslokacją bombardowanych obiektów podsunęły współpracującemu z grupą naukowców dowódcy skrzydła 
lotniczego pewien pomysł. Oto doszedł on do wniosku, że tylko długi, najsilniejszy sygnał ze stacji z rejonu 
Cherbourga,   podobnie   jak  w  wypadku  „Chromej   Nóżki”,   był  kierowany w  miejsce   planowanego   ataku 
bombowego.   Trzy  dodatkowe   wiązki   sygnałów,   które   krzyżowały  się   z   pierwszą,   były  tylko   wiązkami 
pomocniczymi, prawdopodobnie określającymi miejsce bombardowania. Hipotezę tę potwierdziły wyniki 
badań   przeprowadzonych   przy   użyciu   aparatury   odbiorczej   umieszczonej   w   samolocie   lecącym   tuż   za 
eskadrą niemieckich bombowców. W Londynie zaczęto zastanawiać się nad sposobami przeciwdziałania. 
Rozważano dwie możliwości: zbombardowanie stacji nadawczych lub też wysadzenie desantu komandosów 
w celu ich zniszczenia. Obydwa rozwiązania miały jednak charakter połowiczny  — zniszczona aparatura 
mogła być przecież natychmiast zastąpiona przez nową.

background image

Zagadkę  „aparatu X” pomógł rozwiązać przypadek. W końcu września jeden z niemieckich  Heinkli

poważnie uszkodzony przez brytyjską artylerię przeciwlotniczą, stracił orientację nad południową Anglią. 
Zdecydowano wówczas, iż stacja radiolokacyjna działająca w pobliżu Dorset, pracując na rozpoznanych 
długościach   fal,   spróbuje   sprowadzić   go   na   ziemię.   Noc   była   wyjątkowo   ciemna   i   deszczowa,   tak   że 
hitlerowski pilot nie mógł zorientować się w terenie. Wyliczono, że paliwa starczy mu jeszcze na około 
dziesięć   minut   i   dlatego   też   skierowano   go   głębokim   łukiem  ponad   morzem   ponownie   w   stronę   lądu. 
Wszystkie baterie przeciwlotnicze na trasie jego przelotu uprzedzono, by nie otwierały ognia. W ten sposób 
pilot, widząc wybrzeże, był przekonany, iż dotarł do Francji. Nie mając już paliwa usiłował wylądować na 
plaży Chesil Beach, ale w ciemnościach źle ocenił odległość i Heinkel uderzył w wydmę. Z pięcioosobowej 
załogi   zginęła   jedna   osoba,   zaś   dwie   odniosły   rany.   W   ręce   Brytyjczyków   dostał   się   sprawny   aparat 
odbiorczy  „X”, który, jak się okazało, Niemcy nazwali „Wotan-1”. Pracował on na ośmiu automatycznie 
zmienianych   pasmach.   Duże   zaskoczenie   dla   grupy   prof.   Jonesa   stanowiła   wybita   na   urządzeniu   data 
produkcji  — 1938 rok.  Świadczyło to, że Niemcy byli daleko bardziej zaawansowani w badaniach nad 
radarem,   niż   wydawało   się   wywiadowi   brytyjskiemu.   Teraz   najważniejsze   było   możliwie   szybkie 
wyjaśnienie zasad działania urządzeń radiolokacyjnych typu „Wotan-1”, stosowanych aktualnie przez stronę 
niemiecką. Profesor Jones zwołał kolejne posiedzenie zajmującego się tymi sprawami komitetu, zapraszając 
nań także dowódców kilku dywizjonów. Gdy wszyscy już zajęli swoje miejsca, przywitał  zebranych, a 
następnie  poprosił  fizyka  Cockburna  o zaprezentowanie  wyników  żmudnych  prac  nad  rozszyfrowaniem 
nowego   niemieckiego   systemu   naprowadzania   samolotów.   Młody   naukowiec   był   nieco   speszony 
audytorium, w którym znalazł się minister lotnictwa i grupa wysokich oficerów Royal Air Force, ale już po 
kilku pierwszych zdaniach udało mu się odzyskać spokój.

— Ustaliliśmy — zaczął — że nowy system niemiecki jest daleko bardziej złożony niż znana już nam 

„Chroma   Nóżka”.   Nadajnik   w   rejonie   Cherbourga   emituje   ciągły   sygnał   biegnący   w   linii   prostej   do 
założonego celu. Następnie nadajnik zlokalizowany w Calais emituje trzy różniące się od siebie sygnały, 
które   przecinają   pierwszą   wiązkę.   Jak   wynika   ze   zdobytego   dziennika   pokładowego,   częstotliwość 
poszczególnych sygnałów jest zmieniana co pewien czas, tak aby utrudnić nam ich zakłócanie. Sygnał długi 
jest silny i ciągły, po jego natężeniu pilot orientuje się, czy leci właściwym kursem. Pierwszy nadawany z 
Calais sygnał, określany kryptonimem „Ren”, załoga bombowca odbiera na cztery minuty przed dolotem nad 
cel. Wówczas nawigator naciska pierwszy guzik mechanizmu zwalniającego ładunek. Po przeleceniu około 
trzech mil załoga odbiera drugi sygnał, umownie nazwany  „Łaba”, który powoduje naciśnięcie drugiego 
guzika, uruchamiającego zegarowy system wyrzutni. Trzeci sygnał,  „Wezera”, oznacza,  że za pięć sekund 
samolot   znajdzie   się   dokładnie   nad   celem.   Rola   nawigatora   ogranicza   się   wtedy   do   sprawdzenia 
samoczynnego   otwarcia   luku   bombowego   bądź,   w   razie   ewentualnej   awarii,   do   ręcznego   naciśnięcia 
spustu.

Wszyscy słuchali w skupieniu. Dopiero teraz zrozumieli, dlaczego niemieckie nocne bombardowania 

mimo panujących niekiedy nieprzeniknionych ciemności były tak precyzyjne.

W pewnym momencie o głos poprosił group captain Moore.
— Czy w tej sytuacji — spytał — nie wystarczy zagłuszenie pierwszego długiego sygnału? Przecież to 

dezorientuje samoloty przeciwnika.

Z kolei dowódca dywizjonu z 11 Grupy Myśliwskiej zastanawiał się, czy nie będzie bardziej skuteczne 

zagłuszenie dwóch krótkich krzyżujących się sygnałów, co nastąpi już przed samym celem, wydłuży drogę 
bojową i w konsekwencji spowoduje zrzut ładunku za nim, nie wyrządzając żadnych znaczących strat.

Spotkanie   zakończył   prof.   Jones   stwierdzając,   iż   zespół   będzie   próbował   obu   zaproponowanych 

sposobów   dezorientacji,   licząc   przy   tym   na   współpracę   ze   strony   dowództwa   dywizjonów   i   obrony 
przeciwlotniczej.

Nie   od   razu   jednak   wykorzystali   praktycznie   Brytyjczycy  wszystkie   informacje   o   zamierzeniach   i 

środkach,  jakimi dysponował  przeciwnik.  Przykładem może   tu  być  choćby bestialskie  zbombardowanie 
przez Luftwaffe centrum Coventry.

Naczelne   Dowództwo   Brytyjskie,   które   dzięki   wywiadowi   polskiemu   znało   tajemnicę   niemieckiej 

maszyny   szyfrowej   Enigma,   orientowało   się   doskonale   w   zamierzeniach   przeciwnika.   Jednak   gdy   do 
Churchilla dotarł przechwycony rozkaz niemiecki o zmasowanym ataku na Coventry, nie zdecydował się on 
na ewakuację ludności cywilnej. Obawiał się, że gdyby ten fakt dotarł do wiadomości Niemców, mógłby 
naprowadzić   ich   na   ślad   bezcennego   dla   Wielkiej   Brytanii   źródła   informacji.   Poprzestano   zatem   na 
wzmocnieniu baterii przeciwlotniczych oraz skierowaniu do miasta dodatkowych oddziałów straży pożarnej 
wierząc,   iż   decydującą   rolę   odegra   tu   opracowany   przed   kilkoma   dniami   system   zakłócania   sygnałów 
naprowadzających na cel niemieckie bombowce. Niestety, okazało się, iż Anglicy popełnili błąd: emitowali 
sygnały zagłuszające i powodujące zakłócenia na niewłaściwej długości fal. Coventry zostało barbarzyńsko 

background image

zbombardowane.   Następnej   nocy,   gdy   obiektem   ataku   było   Birmingham,   skorygowano   tę   tragiczną   w 
następstwach pomyłkę i bombowce niemieckie zrzuciły cały ładunek na podmiejskie błonia.

Do   końca   1940   r.   Anglikom   udało   się   zrobić   sporo   zamieszania   w   systemie   zdalnego   kierowania 

bombowcami Luftwaffe, ale już w styczniu 1941 r. Niemcy doszli do wniosku, że system „Wotan-1”, który 
uważali za niemożliwy do rozszyfrowania, musiał zostać złamany przez przeciwnika i wprowadzili jego 
kolejną wersję  — „Wotan-2”. I znów przez pewien okres Anglicy byli bezradni — stosowane przez nich 
metody zakłóceń nie dawały oczekiwanych rezultatów.

W   rozwiązaniu   kolejnej   zagadki   pomogło   brytyjskim   naukowcom   zestrzelenie   niemieckiego 

bombowca,   z   którego   szczątków   wydobyto   w  dobrym  stanie   nowe  urządzenia   radiolokacyjne.   Był   tam 
elektroniczny analizator, który odbierając sygnały emitowane z ziemi wysyłał ich część — po przetworzeniu 
i wzmocnieniu — z powrotem do nadajnika. W ten sposób samolot był naprowadzany nad cel, a ponadto 
stacja nadawcza mogła śledzić jego lot. Zwolnienie ładunku bombowego następowało na sygnał nadany ze 
stacji prowadzącej samolot. Była to więc udoskonalona, bardziej   precyzyjna  metoda.

Tym razem opracowanie systemu zakłóceń okazało się trudniejsze niż poprzednio. Dopiero w końcu 

kwietnia 1941 r. zbudowano w Wielkiej Brytanii dwa zestawy nadajników typu „Wotan-2”. Pierwszy został 
zainstalowany w Highgate w północnej części Londynu, drugi na Beacon Hill koło Salisbury. Załogi tych 
dwu stacji stanowili najlepsi operatorzy aparatury radiolokacyjnej.

Przyszedł wreszcie dzień, kiedy Brytyjczycy mogli wypróbować  „Domino” — system dezorientacji 

posługującego się urządzeniami „Wotan-2” przeciwnika. Ponieważ padał deszcz, należało się spodziewać, iż 
jednostki Luftwaffe stacjonujące po drugiej stronie kanału La Manche przygotowują się do lotu nad Anglię. 
Rzeczywiście o 23.15 monitory radaru uchwyciły dużą eskadrę samolotów na wysokości Hawru.

Już po paru minutach można było się zorientować, iż ich celem jest Londyn. Po sygnałach alarmowych, 

przekazanych na lotniska osłonowe, postawiono załogi nocnych myśliwców w stan gotowości. Ogłoszono 
alarm dla obrony przeciwlotniczej na trasie przelotu i samego miasta. Analiza sygnałów emitowanych przez 
niemieckie   stacje   potwierdziła,   iż   była   to   eskadra   bombowców  Heinkel   He-111  prowadzonych   nad   cel 
według nowego systemu „Wotan-2”. Teraz przystąpili do działania specjaliści brytyjscy.

Hans   Suchert,   pilot   maszyny   opatrzonej   numerem   122,   uważnie   śledził   fosforyzujące   wskazówki 

urządzeń   pokładowych.   W   słuchawkach   przez   cały   czas   słyszał   monotonny,   przedzielony 
jednosekundowymi  przerwami sygnał, nadawany ze stacji znajdującej się po drugiej  stronie Kanału. W 
pewnym momencie w dole wykwitły kolorowe koraliki  — to strzelały angielskie baterie przeciwlotnicze. 
Kiedy  zza   chmur   wyjrzał   księżyc,   Suchert   zdołał   dojrzeć   w   dole   rozsrebrzoną   jego   światłem   wstążkę 
Tamizy. Oznaczało to, że byli tuż przed celem. Drugi pilot i dwaj strzelcy pokładowi pilnie wypatrywali, czy 
nie zbliżają się nocne myśliwce brytyjskie. Nagle jednostajny dźwięk sygnału umilkł  —- przez chwilę w 
słuchawkach panowała cisza. Suchert sięgnął jedną ręką gałki aparatu. Czyżby awaria? Pomyślał.

Po dłuższej chwili sygnał powrócił. Pilot odetchnął z ulgą, podobnie zresztą jak i jego koledzy w innych 

maszynach. Suchertowi wydawało się, że byli już nad celem, ale czekał na sygnał z ziemi. Eskadra leciała 
nadal na północ. Obserwator, który miał uruchomić dźwignię bombową, nerwowo wycierał spocone ręce. 
Wreszcie przyszedł sygnał. Cała załoga odetchnęła, a po chwili dwie tony bomb opuściły pękaty brzuch 
samolotu.

Maszyny   wykonywały   właśnie   łagodny   zakręt   w   prawo,   gdy   ziemia   rozjaśniła   się   pióropuszami 

wybuchów.   Teraz   zgodnie   z   sygnałem   samoloty   przechyliły   się   na   prawe   skrzydło   i   zmienił  kurs   na 
południowy, zmierzając do baz po drugiej stronie Kanału.

Suchert głośno przełknął ślinę.
— Połowa zadania wykonana, żeby tylko ci Anglicy nie wymyślili czegoś niespodziewanego!
Nagle drugi pilot krzyknął ostrzegawczo, ale było już za późno —  samolot z całym impetem uderzył o 

linę balonu zaporowego.

Kiedy   w   niemieckiej   bazie   zdalnego   kierowania   w   Cherbourgu   kierujący   całą   operacją   oficer 

bezskutecznie starał się nawiązać łączność z eskadrą, która nagle zniknęła z pola widzenia radaru, po drugiej 
stronie Kanału Cockburn wraz z grupą oficerów analizował przebieg udanego eksperymentu. Oto nadawany 
z   prowadzącej   stacji   niemieckiej   sygnał   został   zagłuszony.   Następnie   przemówiła   brytyjska   stacja   w 
Highgate   w   Londynie.   W   ten   sposób   eskadra   została   skierowana   nad   tereny  nie   zamieszkane,   którym 
niewiele szkody zrobiło bombardowanie. W drodze powrotnej udało się skierować hitlerowskie samoloty na 
otoczone silnymi bateriami przeciwlotniczymi balony zaporowe. Niemcy ponieśli tej nocy poważne straty i 
na kilka dni przerwali bombardowania.

Operacja  „Domino” została z powodzeniem powtórzona 3 maja 1941 roku. W dwa tygodnie później, 

kiedy Luftwaffe zmieniła system naprowadzania swoich maszyn na cel, zespół profesora Jonesa, dysponując 
tabelą   stosowanych   przez   przeciwnika   częstotliwości,   zastosował   kolejny   trick:   na   przerywany   sygnał, 

background image

emitowany przez stację niemiecką, nakładano silniejszy ciągły, który deformował echo, uniemożliwiając tym 
samym prowadzenie samolotu.

W obliczu tak zdecydowanej kontrakcji ze strony nieprzyjaciela Niemcy nie pozostawali bezczynni. We 

wrześniu 1940 r. pod osobistym nadzorem generała Martina zaczęto instalować w okolicy Calais nowe 
urządzenia dostarczone przed kilkoma dniami z Berlina. Na skrzyniach obok czerwonego napisu: „ostrożnie, 
nie rzucać”, biegł drugi: „Telefunken”. Pozyskany do współpracy oficer niemiecki odnotował to wszystko w 
pamięci   i   następnego   dnia   wieczorem   wpadł   na   kolację   do   restauracji  „Pod   rumianą   Margolą”.   Gdy 
opuszczał   lokal   po   dwóch   godzinach,   z   przyjemnością   poklepał   wypukłą   kieszeń   płaszcza,   z   której 
niewidzialna ręka wyjęła meldunek, wkładając w zamian starannie opakowane banknoty.

W kilka dni po dotarciu do Londynu owej informacji załogi brytyjskich stacji radarowych odnotowały 

poważne   zakłócenia   pracy  obsługiwanych   przez   siebie   urządzeń  —  to   zaczęła   działać   nowa   niemiecka 
aparatura zainstalowana koło Calais.

11   września   1940   r.,   gdy   na   Londyn   ruszyły   zmasowane   formacje   bombowców,   stacja   w   Calais 

próbowała zdezorganizować  pracę ośrodków radarowych w Dover, Rye  i Canewdon. Sygnały wysyłane 
przez   niemieckie   urządzenia   nadawcze   były   jednak   zbyt   słabe,   tak   że   radar   angielski   mimo   pewnych 
zakłóceń   mógł   spełnić   swoje   zadanie.   Kiedy  hitlerowcy   po   pewnym   czasie   zwiększyli   moc   urządzeń, 
Anglicy odpowiedzieli zmianą długości fal. Fakt, iż Niemcy prowadzili wojnę radarową z dużą zaciętością, 
był   dla   Brytyjczyków   najlepszym   bodźcem   do   nieprzerwanego   doskonalenia   i   ciągłej   miniaturyzacji 
aparatury.

W lipcu 1941 r. niemieccy obserwatorzy zameldowali o zniknięciu widocznych dotąd na horyzoncie 

wysokich wież na skałach Dover, ale nie mogli wiedzieć, iż zastąpiono je nową aparaturą pracującą na fali 
9,1 m. Zasięg urządzeń wynosił 45 mil morskich, co pozwalało na obserwację jednostek Kriegsmarine w 
porcie Boulogne i na wodach Kanału.

Należy bowiem podkreślić, iż brytyjsko-niemieckie zmagania w dziedzinie radiolokacji nie ograniczyły 

się bynajmniej do wojny powietrznej — obie strony stosowały radar także na morzu, przy czym o ile Wielka 
Brytania górowała w wykorzystaniu radaru w wojnie powietrznej, to aparatura zainstalowana na pokładach 
hitlerowskich   okrętów   była   zdecydowanie   lepsza.   O   tym,   że   Kriegsmarine   dysponowała   urządzeniami 
radarowymi o większym zasięgu, przekonała się choćby załoga angielskiego krążownika „Naiad”, który 28 
stycznia 1941 r. bez powodzenia ścigał przedzierające się na Atlantyk hitlerowskie pancerniki „Gneisenau” i 
„Scharnhorst”. 24 maja 1941 r. doszło do bitwy morskiej pomiędzy grupą okrętów brytyjskich, w skład 
której   wchodził   ciężki   pancernik  „Hood”,   krążownik  „Suffolk”   i   pancernik   „Prince   of   Wales”,   a 
hitlerowskim pancernikiem „Bismarck” i ciężkim krążownikiem „Prinz Eugen”. Obydwa kolosy niemieckie 
usiłowały wyjść na Atlantyk, ale zostały dostrzeżone przez „Suffolk”, któremu pospieszyły na pomoc okręty 
będące   chlubą   Royal   Navy.   Niestety,   już   druga   salwa  „Bismarcka”   wyeliminowała  „Hooda”   z   walki. 
Pancernik szybko zatonął, z 1119 osób załogi uratowały się zaledwie 3.

Przyczyną tragicznej klęski Brytyjczyków był fakt, iż morski radar niemiecki miał zasięg 25 km, zaś 

brytyjski o trzy kilometry mniejszy.

O tym, że nie sposób prowadzić działań na morzu bez radaru, mogli przekonać się Włosi, którzy w 

czasie bitwy pod Matapan 28 marca 1941 r. stracili na Morzu Śródziemnym trzy krążowniki „Pola”, „Zara” i 
„Fiume”, mimo absolutnych ciemności ostrzelane skutecznie przez Brytyjczyków. Podobnych wniosków 
dostarczyło zatopienie dużo później hitlerowskiego pancernika „Scharnhorst”, który straciwszy radar już po 
pierwszej salwie okrętów Royal Navy zmienił się w naturalnej wielkości tarczę artyleryjską.

Wszystkie te wydarzenia stały się dla obu walczących stron impulsem do wzmożenia wysiłków nad 

dalszym doskonaleniem urządzeń radiolokacyjnych. Zespół profesora Watsona-Watta zdawał sobie sprawę, 
że musi nie tylko nadrobić dystans  dzielący go od Niemców, ale niezależnie od kosztów i środków  — 
wyprzedzić ich. Co prawda po napaści na Związek Radziecki hitlerowcy zrezygnowali z planów inwazji na 
Wyspy  Brytyjskie,  ale  sytuacja  militarna   Zjednoczonego  Królestwa,   szczególnie  na   morzu,   była   bardzo 
trudna.  „Wilcze   stada”   hitlerowskich   U-bootów   czyniły   zastraszające   spustoszenie   wśród   konwojów 
morskich z tak bardzo potrzebnymi walczącej Anglii dostawami. Wprowadzenie do wyposażenia lotnictwa 
morskiego     oraz     statków     eskortujących     konwoje   aparatury   ASV   *   oraz   wypracowanie   systemu 
współdziałania  sił  morskich   z  powietrznymi   przyniosło  co  prawda  okresową  poprawę,  ale  już  po kilku 
miesiącach straty Royal Navy zaczęły rosnąć. Uczeni brytyjscy zadawali sobie pytanie, czy Niemcy nie 
zdołali opracować systemu zakłócania pracy aparatu ASV, ale dopiero przyszłość miała przynieść na nie 
odpowiedź.

* Powietrzny system wykrywania statków powierzchniowych.

background image

TRUDNA ROZMOWA

Dzień 21 stycznia 1942 r. był słoneczny. Komandor Louis Mountbatten, od kilku tygodni szef Operacji 

Kombinowanych, stał przy oknie patrząc na okryty szronem James Park. Nad Londynem panowała rzadka 
teraz chwila spokoju  —  widoczność była zbyt dobra, aby Luftwaffe zaryzykowała nalot. Za kilkanaście 
minut czekała go niełatwa rozmowa. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie na drzewa i podszedł do biurka, na 
którym   leżały  rozłożone   papiery.   Po  kilku   minutach   ciszę,   jaka   panowała   w   pokoju,   zakłócił   dzwonek 
telefonu — to adiutant meldował o przybyciu gości.

— Prosić — rzucił krótko.
Po chwili witał przybyłych: admirała Pounda odpowiedzialnego za Royal Navy, szefa Royal Air Force 

marszałka Portala i szefa sił lądowych generała sir Alan Brooke'a. Spotkanie otworzył gospodarz:

— Mimo iż jestem najmłodszy stopniem i stażem, pozwoliłem sobie zaproponować spotkanie u mnie, 

gdyż wszyscy panowie uznali to za najwygodniejsze rozwiązanie. Po naradzie z premierem Churchillem 
pragnę przedstawić i szerzej uzasadnić projekt, który sygnalizowałem w notatce. Jeśli panowie nie mają nic 
przeciwko temu, przystąpię do rzeczy  — tu przerwał i pytająco spojrzał na przybyłych. Kiedy marszałek 
Portal potakująco kiwnął głową, Mountbatten wstał od stołu i podszedł do wiszącej dużej mapy.

— Wszyscy tutaj obecni — rozpoczął — w pełni zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji na frontach. 

Wojska radzieckie w wyniku ofensywy rozpoczętej na początku grudnia czterdziestego pierwszego roku 
odepchnęły   Wehrmacht   od   Moskwy,   ale,   jak   wiemy,   Niemcy   przygotowują   się   do   nowego   natarcia. 
Japończycy   wciąż   posuwają   się   na   Malajach;   nie   jesteśmy   w   stanie   ich   zatrzymać.   Straciliśmy   sporo 
nowoczesnych   okrętów   wojennych,   w   tym   ostatnio   w   wyniku   operacji   włoskiego   zespołu   ludzi-żab   w 
Aleksandrii. Na sile przybrały ataki na Maltę i praktycznie nie jesteśmy w stanie przerwać płynącego przez 
Morze   Śródziemne   potoku   uzbrojenia   i   posiłków   dla   Afrika-Korps   w   Libii.   Jakie   to   może   zrodzić 
konsekwencje,   wiemy   dobrze.  —  Za   chwilę,   popatrzywszy   po   twarzach   obecnych,   kontynuował:  — 
Niemiecka ofensywa podwodna powoduje olbrzymie straty i wydatnie uszczupla dostawy tak potrzebnego 
nam uzbrojenia, amunicji, surowców i żywności. W czterdziestym pierwszym roku w wyniku ataków U-
bootów   straciliśmy   półtora   miliona   BRT,   niszcząc   zaledwie   dwadzieścia   jeden   niemieckich   okrętów 
podwodnych. Dane za trzy tygodnie stycznia tego roku nie wykazują bynajmniej tendencji spadkowej, jeśli 
chodzi o nasze straty.

Admirał Pound zerknął do trzymanego przed sobą notesu i z ponurym wyrazem twarzy pokiwał głową.
— W porównaniu z ostatnim półroczem  — w dalszym ciągu mówił Mountbatten  — zdecydowanie 

wzrosła   efektywność   niemieckiej   obrony   przeciwlotniczej.   Wskazuje   na   to   wciąż   rosnąca   liczba 
zestrzelonych nad Rzeszą bombowców brytyjskich.

Marszałek Portal chrząknął i wtrącił:
— Zgoda, nasze straty rosną, ale z kolei bombardowania osłabiają militarny i gospodarczy potencjał 

Niemiec.

— Tak, naturalnie — przytaknął gospodarz  —  ale dzieje się to chyba zbyt wysokim kosztem. Moim 

zdaniem najistotniejszą przyczyną naszych niepowodzeń w wojnie morskiej i powietrznej jest to, iż Niemcy 
dysponują nowoczesnym radarem, który pod pewnymi względami przewyższa nasz. Czas jest zbyt cenny, by 
biernie czekać na rozwiązanie tej zagadki przez dobrze nam znany zespół profesora Watsona-Watta i Jonesa. 
Naukowy   Komitet   Doradczy   Premiera   uważa,   że   najlepiej   byłoby   zdobyć   oryginalny   egzemplarz 
niemieckiego urządzenia. — Komandor przerwał na chwilę i podszedł do biurka, z którego wziął kijek. — Z 
tych   właśnie   względów,   które   wymieniłem   przed   chwilą,   proponuję   przeprowadzenie   desantu   grupy 
spadochroniarzy   koło   Hawru   w   celu   zdobycia   egzemplarza   niemieckiego   urządzenia   radarowego   typu 
„Würtzburg”.

Na chwilę zapadła cisza. Pierwszy odezwał się admirał Pound:
— Royal Navy nie dysponuje obecnie siłami, przy użyciu których można by przeprowadzić taką akcję. 

Ponadto musimy pamiętać, iż cały ten rejon jest wprost zapchany Niemcami. Czy tajemnicy tej nie mógłby 
wyjaśnić na przykład wywiad sił lotniczych? — zwrócił się do marszałka Portala.

Szef sztabu Air Force poczuł się dotknięty tym pytaniem.
— W moim przekonaniu sam pomysł jest ciekawy i warto się nad nim zastanowić. Co do naszego 

wywiadu, to pragnę przypomnieć, iż właśnie rozpoznanie lotnicze zlokalizowało wiele niemieckich stacji 
radarowych, w tym również i tę w Bruneval.

Mountbatten obawiając się, iż za chwilę dojdzie do ostrzejszych docinków, rzekł:
—  Już   od   dłuższego   czasu   Secret   Service   czyni   wysiłki   w   celu   zgłębienia   tajemnicy   konstrukcji 

niemieckiego radaru typu  „Würtzburg”. Niestety,  bez większych  efektów. Poza tym nie możemy dłużej 
czekać i liczyć na los szczęścia, zaś Bruneval w porównaniu z innymi stacjami radarowymi wydaje się być 

background image

najbardziej dogodnym miejscem ataku.

Generał Brooke, który zawszę starał się chłodno rozważyć wszelkie za i przeciw, ssąc przygasłą fajkę 

powiedział:

— Wydaje się, że utrata tak znakomitego okrętu jak „Hood” najlepiej dowodzi, iż niemieckiego radaru 

morskiego nie można lekceważyć. Ponadto, w razie powodzenia, proponowana operacja nie tylko pomoże 
wyjaśnić   nam   tę   istotną   tajemnicę,   ale   też   będzie   miała   duży   wydźwięk   propagandowy.   Pokażemy 
społeczeństwu brytyjskiemu i przede wszystkim armii, iż jesteśmy zdolni do zadawania szybkich i bolesnych 
ciosów.   Zgadzam   się   z   komandorem   Mountbattenem,   iż   wynik   operacji   będzie   zależał   od   ścisłego 
współdziałania wszystkich trzech rodzajów sił zbrojnych, które, jak rozumiem, wezmą w niej udział.

Admirał Pound dał się w końcu przekonać,  iż rajd nie jest nierozważnym przedsięwzięciem, które 

pociągnie za sobą tylko straty.

— Brakuje nam jeszcze —- zwrócił się do Mountbattena  — wyjaśnienia, dlaczego wybór  padł na 

Bruneval.

Szef Operacji Kombinowanych raz jeszcze podszedł do mapy.
— Bruneval to mała osada tuż nad brzegiem morskim w pobliżu Hawru i ujścia Sekwany. Na szczycie 

wysokiego  wzgórza,  które  góruje  nad  okolicą,  ulokowany jest  radar  typu  „Würtzburg”,  zaś  nieco  dalej 
aparatura typu „Freya”. Jak wynika ze zdjęć, w wysokim i skalistym brzegu, niedostępnym od strony morza, 
na  odcinku  ponad  dziesięciu kilometrów znajduje  się  opadający ku wodzie zamknięty kamienistą  plażą 
wąwóz. Może on stanowić drogę odwrotu. Ponadto, co bardzo istotne, niemiecki garnizon w Bruneval nie 
jest zbyt liczny. Widać hitlerowcy czują się tam bezpiecznie.

Jeszcze tego samego dnia premier Churchill dowiedział się o tym, że po dyskusji uczestnicy spotkania 

zaakceptowali koncepcję Mountbattena. Ustalono, że operacji dokona grupa skoczków spadochronowych, 
którzy następnie wycofają się drogą morską. Druga koncepcja, zakładająca atak od strony morza, została 
odrzucona jako nie rokująca zbyt dużych szans powodzenia.

Do przeprowadzenia akcji postanowiono wykorzystać jeden z oddziałów niedawno sformowanych sił 

spadochronowych. Generał Browning, dowódca 1 dywizji spadochronowej, bez chwili zastanowienia wybrał 
kompanię „C”, zwaną Jocks, składającą się prawie wyłącznie z twardych, zahartowanych podczas kampanii 
we Francji Szkotów. Na czele kompanii stał major John Frost, który wraz z zastępcą kapitanem Rossem 
został wtajemniczony w cel operacji. Jak podkreślił w rozmowie z majorem Frostem Mountbatten, wypad 
będzie   można   uznać   za   udany,   jeśli   do   Anglii   zostanie   dostarczone   zdjęcie   i   w   miarę   możliwości 
najważniejsza część aparatu.

WYPRAWA NAD MORZE

Od podjęcia decyzji  wypadu na Bruneval do jej realizacji pozostawało niewiele czasu  — zaledwie 

miesiąc. Przygotowania  postanowiono  rozpocząć  od zrobienia możliwie  dokładnych fotografii  miejsca  i 
okolicy ataktu. Zadanie to powierzono jednemu z najlepszych pilotów Wydziatu Rozpoznawczego RAF, 
kapitanowi Tony Hillowi. Jednocześnie, aby nie wywołać u Niemców wrażenia, że Brytyjczycy wykazują 
nadmierne zainteresowanie tym właśnie rejonem, przeprowadzono loty zwiadowcze nad szeregiem innych 
miejscowości w rejonie kanału La Manche, gdzie znajdowały się instalacje radarowe czy inne urządzenia 
wojskowe. W czasie jednego z lotów nad Bruneval Hill dokonał karkołomnego wyczynu: zniżył się do 
pułapu 50 metrów i przeleciał nad stanowiskiem radarowym, ostrzeliwując je z broni pokładowej. W ten 
sposób zdołał zrobić serię dokładnych  i wyraźnych  zdjęć. Dzięki  temu zorientowano się,  iż wejście do 
wąwozu od strony morza zamknięte jest dwoma bunkrami, o których nikt uprzednio nie wspominał. Nie 
wszystko jednak można było wypatrzyć z powietrzam, dlatego komandor Mountbatten zdecydował się na 
sięgnięcie do innych źródeł informacji.

24 stycznia i942 r. radiotelegrafista „Bob” odebrał w Paryżu dwa długie meldunki z Londynu. Złożył i 

ukrył aparat w skrytce i po godzinnej jeździe metrem (z dwoma przesiadkami) zapukał w umówiony sposób 
do drzwi mieszkania przy Avenue de la Motte-Picquet. Przed wejściem na klatkę schodową zadarł wysoko 
głowę  i sprawdził, czy w oknie na  czwartym piętrze  stoi doniczka  z kwiatem. Mieszkanie,  do którego 
zmierzał,   zajmował   Gilbert   Renault,   znany   w   Londynie   pod   pseudonimem  „Remy”.   Był   on   szefem 
operującej na terenie okupowanej części Francji siatki wywiadowczej.

W depeszy z Londynu polecono zebranie w możliwie  krótkim czasie wyczerpujących  informacji  o 

siłach i rozlokowaniu niemieckich  oddziałów w rejonie Bruneval,  ze zwróceniem szczególnej uwagi na 
samotny dom i farmę La Presbytère, które znajdowały się w bezpośrednim sąsiedztwie stacji radarowej. 
Znalazły się w niej ponadto szczegółowe pytania, a także zakodowane nazwy samej miejscowości  oraz 

background image

różnych jej części, co miało na celu zmniejszenie niebezpieczeństwa rozszyfrowania misji przez Niemców w 
przypadku przechwycenia meldunku i złamania kodu. „Remy”, któremu  Londyn  zabronił  przeprowadzenia 
osobiście rekonesansu, powierzył to zadanie swojemu zastępcy, byłemu oficerowi lotnictwa francuskiego, 
Rogerowi Dumont, używającemu pseudonimu „Paul”. Już następnego ranka wyruszył on do Hawru. Z dwu 
ludzi,   na   których   mógł   tu   liczyć,  „Paul”   wybrał   Charlesa   Chauveau.  Był   to   właściciel   małej   firmy 
dostawczej,   który  otrzymywał   od   Niemców   talony  na   benzynę,   a,   co   najważniejsze,   bez   narażania   się 
władzom okupacyjnym mógł swobodnie poruszać się po dowolnym terenie. „Paul” uzgodnił z Charlesem, że 
w razie zatrzymania ich przez posterunek niemiecki uzasadni swój przyjazd w te okolice poszukiwaniem 
dostawców jabłek dla firmy paryskiej. Wyglądało to dość prawdopodobnie i Charles kiwnięciem głowy dał 
znać, iż akceptuje ten projekt.

Ze względu na zbliżającą się godzinę policyjną do Bruneval wyruszyli nazajutrz rano. Skoro tylko 

znaleźli   się   w   dolinie   zwanej   Val   aux   Chats,   Charles   zwolnił   tak,   że   mogli   bez   przeszkód   prowadzić 
obserwację.

Na   godzinę   przed   odjazdem  „Paula”   z   Paryża   „Remy”   otrzymał   z   Londynu   polecenie   połączenia 

rozpoznania   siły   oddziałów   niemieckich   w   rejonie   Bruneval   ze   sporządzeniem   możliwie   wnikliwej 
charakterystyki terenu. Dla tak doświadczonego oficera jak  „Paul” było jasne, że Brytyjczycy planują tu 
przeprowadzenie jakiegoś wypadu dywersyjnego przy użyciu sił powietrznych lub morskich.

„Paul”   lustrował   zatem   wzrokiem   wzgórza   o   płaskich   grzbietach,   pokryte   gdzieniegdzie   małymi 

kępkami krzaków. Na jego prośbę Charles zatrzymał samochód pozorując naprawę silnika.

W   uszach   paryżanina   przez   cały  czas   brzmiało   polecenie,   które   otrzymał   od  „Remy'ego”   —   pod 

żadnym   pozorem   nie   pozwól,   aby  Niemcy  odnieśli   wrażenie,   iż   celem   twojej   wizyty  w   Bruneval   jest 
prowadzenie rozpoznania.

„Paul” szybko przeciął szosę i z pewnym wysiłkiem zaczął wspinać się po ośnieżonym stoku. Tak 

obfitych opadów śniegu nie pamiętano w tym rejonie od ponad osiemdziesięciu lat. Ze szczytu otwierał się 
widok na duży płaskowyż poprzecinany fałdami terenu, który na horyzoncie zlewał się ze stalowoszarym 
Atlantykiem. Patrząc na unoszące się dymy  „Paul” doszedł do wniosku, iż Bruneval leży o niecałe trzy 
kilometry od miejsca, w którym on się znajdował. Nad niewidoczną osadą dominowało spore wzniesienie, 
zaś na jego szczycie wyraźnie rysowały się kontury dużego budynku.

Po chwili, zacierając za sobą ślady, „Paul” znalazł się na dole.
Zaraz ruszyli dalej. Mniej więcej po kwadransie jazdy krętym wąwozem znaleźli się na miejscu. Jedno 

jest pewne  — pomyślał  „Paul” — taki wąwóz łatwo zablokować i uniemożliwić przedarcie się przezeń 
nawet wielokrotnie silniejszemu przeciwnikowi.

Bruneval było małą osadą z kościołem, hotelem i dwoma restauracyjkami przy małym rynku. Przed 

wojną   ze   względu   na   malownicze   wzgórza   i   niezłą   plażę   cieszyło   się   powodzeniem  jako   miejscowość 
wypoczynkowa.   Teraz   było   tu   pustawo,   jeśli   nie   liczyć   kręcących   się   Niemców.   Z   każdego   miejsca   w 
miasteczku było wyraźnie widać dominującą sylwetkę wzgórza. Po krótkim spacerze po mieście powrócili 
do restauracji i tu przy barze spotkali Marcela, starego znajomego Rogera. Kiedy wyjaśnili, iż przyjechali tu 
porozumieć się z właścicielem farmy La Presbytère w sprawie dostaw owoców, roześmiał się.

—   Zrobiliście   całkiem   niepotrzebnie   taki   kawał   drogi  —   rzekł.  —   Właściciela   nie   ma   od   chwili 

wkroczenia Niemców. Boche wysiedlili go wraz z całą rodziną, podobnie jak właściciela  „Zamku”. To ta 
willa stojąca na wzgórzu — wyjaśnił.

Obydwu przybyszom było to na rękę, ale udali poważnie zmartwionych. Na szczęście w pobliżu nie 

było żadnej innej większej farmy i nie musieli się tam udawać dla podtrzymania legendy. Znajomy wiedział 
sporo o stacjonujących w okolicy jednostkach niemieckich. Poinformował ich, że farma została zamieniona 
na koszary dla kompanii piechoty. W hotelu „Beauminet” mieszkali oficerowie, zaś druga jednostka, licząca 
więcej   niż   pluton,   zajmowała   kilka  domów  tuż   u wylotu  wąwozu na   brzeg   morski.  Wąwóz  zamknięto 
pasmem zasieków z drutu kolczastego oraz dwoma bunkrami, tak że mieszkańcy osady nie mieli dostępu do 
morza. Nawet wysoki, skalisty brzeg, z którego zejść nad morze mógłby tylko alpinista, patrolowała w dzień 
i w nocy niemiecka jednostka stacjonująca o kilometr od Bruneval. Po kilku kolejkach calvadosu Marcel 
dorzucił szeptem, że na wzgórzu muszą być jakieś tajne urządzenia. Ludność miejscowa nie ma tam prawa 
wstępu, a ponadto od kilku tygodni Niemcy stale podwożą tam działa przeciwlotnicze.

— Ciągle jeszcze łowisz ryby? — spytał w pewnej chwili Roger.
Marcel ze zdziwieniem podniósł wysoko brwi.
— Skądże. Niemcy zabronili, a poza tym cała plaża jest zaminowana.
Była to ważna informacja i „Paul” postanowił ją sprawdzić. Po jeszcze jednej kolejce „calva” Marcel 

zgodził się na spacer nad morze. Uwierzył, że „Paul” jest po raz pierwszy na wybrzeżu. Gdy tylko wyszli 
przed   restaurację,   zatrzymał   ich   patrol   niemiecki.   Gruby   sierżant   metodycznie   sprawdził   ich   karty 

background image

tożsamości, prawo jazdy i rejestrację wozu. „Paul” był trochę niespokojny, choć jego dokumenty podrabiał 
jeden z najlepszych „fachowców”. Niemiec wypytywał ich łamaną francuszczyzną o cel przyjazdu i dopiero 
kiedy Marcel wyjaśnił mu, iż są to jego starzy znajomi, złagodniał, co jednak nie przeszkodziło mu zapisać 
wszystkich danych w notatniku.

Po kilkunastu minutach „Paul”, Roger i Marcel znaleźli się na końcu wąwozu. Biegły tu kozły z drutu 

kolczastego, na których wisiała tablica: „Passage interdit. Il est defendu de photographier” *. Na górującym 
nad okolicą wzgórzu widać było wyraźnie willę otoczoną działami przeciwlotniczymi. Obydwa bunkry w 
wąwozie wyglądały na solidne i dobrze umocnione. Teraz pozostało jeszcze do zrealizowania najtrudniejsze 
zadanie  —  zejście   nad   brzeg   morza.   Marcel   przyjrzał   się   zbliżającemu  się   wartownikowi   i   jego   twarz 
rozpromienił uśmiech.

— Pójdzie nam łatwo — szepnął do Rogera.
Istotnie, za butelkę złotego calvadosa, wyciągniętą przez Marcela z kieszeni kurtki, Niemiec zgodził się 

zaprowadzić ich nad morze. Z mówiącym po niemiecku Marcelem spotykał się dość często na ulicy, przyjął 
więc za dobrą monetę wyjaśnienie, że jego znajomy z Paryża nigdy nie widział morza.

— Ja, natürlich — odpowiedział. — Jestem z Bawarii i też zobaczyłem morze dopiero przed kilkoma 

miesiącami.

Odsunął kozioł i wpuścił ich za ogrodzenie. Wydeptana ścieżka spadała kręto w dół. Po chwili znaleźli 

się na plaży.  „Paul” doszedł do wniosku, że informacja o zaminowaniu nie jest prawdziwa. Odwrócił się 
plecami do morza i podniósł wzrok ku górze. Stwierdził, że ścieżka wiodąca wąwozem była jedyną drogą w 
głąb lądu. Jako wojskowy zdawał sobie sprawę, że sforsowanie dwóch bunkrów przez oddział wysadzony na 
brzeg morza byłoby zadaniem bardzo trudnym. Po wypaleniu papierosa z gadatliwym Niemcem wrócili tą 
samą drogą. Strażnik z zadowoleniem przyjął od paryżanina paczkę papierosów i sapiąc z wysiłku zasunął 
kozioł.

Po szybkim śniadaniu w restauracji „Paul” postanowił dokładnie obejrzeć osadę. Zauważył, że od drogi 

biegła w stronę wzgórza wydeptana w śniegu ścieżka.  „Paul” odnotował ten szczegół w pamięci  — tędy 
powinien   pójść   atak.   Teraz   był   już   prawie   pewien,   że   celem  planowanej   akcji   jest   stojący  na   szczycie 
budynek i jakieś urządzenia otoczone drutem kolczastym.

Do Hawru powrócili przed zapadnięciem zmroku. Po kolacji gość z Paryża wymówił się bólem głowy i 

spędził resztę wieczoru w swoim pokoju, porządkując spostrzeżenia i robiąc szkic raportu. Nazajutrz we 
wczesnych godzinach popołudniowych wysiadał z pociągu na paryskim dworcu St. Lazare. Pisanie raportu 
zajęło mu resztę dnia.  Rano przejrzał  go i sprawdził, czy udzielił  odpowiedzi na wszystkie  postawione 
pytania. Po południu w umówiony sposób zapukał do drzwi mieszkania szefa siatki. Londyn na wiadomość o 
tak  pomyślnym przebiegu  misji  zdecydował  się  na  wysłanie   samolotu  łącznikowego,   który  miał  zabrać 
„Remy'ego” i „Paula” wraz z raportem. Przedtem „Remy” dotarł jeszcze do byłego właściciela „Cháteau” z 
Bruneval. Ten, nie prosząc o żadne wyjaśnienia, oddał szefowi siatki wszystkie zdjęcia swojego domu i jego 
okolicy.

Po przejrzeniu raportu i zdobytych materiałów Mountbatten był wyraźnie zadowolony.
— Dysponujemy zupełnie dobrym i chyba wiernym obrazem osiedla i okolicy — powiedział do Frosta. 

— Rzecz w tym, aby to teraz jak najlepiej wykorzystać.

Nie ukrywał, iż bardzo mu zależy na pomyślnym przebiegu całej akcji. Niezależnie od wagi, jaką 

przywiązywano   do   jej   celu  —   przywiezienia   do   Anglii   niemieckiego   aparatu   radarowego   —   było   to 
pierwsze poważne przedsięwzięcie po objęciu przez niego stanowiska szefa Operacji Kombinowanych. Dla 
spadochroniarzy był to również chrzest bojowy. Przygotowania weszły w fazę finalną.

PRZED NOCNYM DESANTEM

Mimo że wszyscy spadochroniarze z kompanii „C” wyróżniali się znakomitą kondycją i wyszkoleniem 

bojowym, major Frost postanowił wykorzystać miesiąc, jaki mu pozostał, na dalsze szlifowanie ich formy. 
Po   analizie   zdjęć   przywiezionych   z   Francji   znalazł   w   Dorset   fragment   wybrzeża   do   złudzenia 
przypominający okolice Bruneval i od tej chwili jego podwładni rozpoczynali dzień od ostrego treningu w 
terenie, połączonego z pokonywaniem w pełnym oporządzeniu pagórków.

* Przejście zabronione. Zabrania się fotografowania.

background image

Kompania została podzielona na trzy grupy uderzeniowe. Pierwszą o kryptonimie  „Nelson” kierował 

zastępca Frosta, kapitan John Ross. Wszyscy wchodzący w jej skład żołnierze mieli ponad 1,80 m wzrostu; 
była to grupa gotowych na wszystko zabijaków. Druga, opatrzona kryptonimem „Drake”, dzieliła się na dwa 
zespoły — jeden z nich miał opanować urządzenia radarowe, drugi na czele z Frostem przygotowywał się do 
zaatakowania willi i baterii przeciwlotniczej. Trzeci pluton, „Rodney”, ćwiczył pod dowództwem porucznika 
Johna Timothy.  Poza ogólnym treningiem każdy z plutonów realizował opracowany dla siebie program 
zajęć.

Oprócz   Frosta   i   kapitana   Rossa   nikt   z   oddziału   nie   znał   celu   i   terminu   przygotowywanej   akcji. 

Zdecydowano, że dla wyeliminowania niebezpieczeństwa ewentualnego  „przecieku” dopiero na pokładzie 
samolotu poda się żołnierzom nazwę miejscowości, w której przyjdzie im walczyć. Szczególnie intensywne 
były ćwiczenia nocne, połączone z ostrym strzelaniem, atakowaniem i zdobywaniem przez grupę „Rodney” 
bunkrów będących kopią umocnień w Bruneval. W następnym tygodniu zaczęto ćwiczyć desant, połączony 
z szybkim dotarciem do miejsca ćwiczeń i forsowaniem umocnień. Oprócz walki na noże oraz wspinania się 
po wysokich skalistych brzegach ćwiczono wariant wycofania się oddziału na brzeg morza przez zjazd na 
linach na wypadek okrążenia z trzech stron. Wszyscy biorący udział w ćwiczeniach zdawali sobie jednak 
sprawę, iż na brzegu pozostanie grupa osłonowa. Zalecając ćwiczenie tego wariantu, Frost traktował go jako 
ostateczność.   Równocześnie   przygotowywano   grupę   operacyjną,   której   zadaniem   było   opanowanie   i 
rozmontowanie niemieckiej aparatury radarowej. Skompletowanie tej grupy nie było sprawą prostą, gdyż 
wchodzący w jej skład musieli odznaczać się żelazną kondycją, co z góry eliminowało członków zespołu 
profesora Watsona-Watta i R. Jonesa. Poza tym naukowcy wiedzieli zbyt dużo, aby można było zaryzykować 
dostanie się ich w ręce hitlerowców, a należało się liczyć i z taką ewentualnością. Po starannej selekcji do 
oddziału,   na   czele   którego   stanął   porucznik   Peter   Young,   dokooptowano   pięciu   saperów   z   brygady 
spadochronowej. Najwięcej było kłopotu ze znalezieniem specjalisty w zakresie radiolokacji. Po przejrzeniu 
dziesiątek kartotek zdecydowano się na sierżanta Cliva Coxa, jednego z najlepszych techników radarowych 
w RAF, który — co było bardzo istotne — ukończył kurs spadochronowy. Sierżant Cox został odwołany ze 
stacji radarowej na wybrzeżu Kanału. Był zaskoczony ofertą wzięcia udziału w wypadzie na kontynent, ale 
po   chwili   zastanowienia   odpowiedział,   że   aczkolwiek   jej   nie   odrzuca,   to   prosi   o   chwilę   do   namysłu. 
Wówczas prowadzący rozmowę major Thight spojrzał na towarzyszącego mu Frosta i gdy ten potakująco 
opuścił powieki, powiedział:

—   W   takim   razie,   sierżancie,   chciałbym   przekazać   kilka   dodatkowych   informacji.   Tak   jak 

powiedziałem, do chwili wyrażenia zgody na udział w akcji nie możemy wyjawić jej celu. Mogę natomiast 
stwierdzić, iż ma ona olbrzymie znaczenie dla bezpieczeństwa kraju. Bez wątpienia udział związany jest z 
niebezpieczeństwem   i   należy   się   z   tym   liczyć.   A   ponadto,   sierżancie,   ze   względu   na   waszą   głęboką 
znajomość naszego systemu radarowego nie możemy pozwolić, abyście dostali się w ręce wroga.

Cox   zrozumiał,   co   oznacza   to   stwierdzenie  —  w   przypadku   okrążenia   oddziału   lub   odniesienia 

poważnej rany, która go unieruchomi, zostanie po prostu zastrzelony przez dowódcę lub jednego z oficerów. 
Po kilku minutach sierżant odmeldował się. Miał zgłosić się następnego dnia rano i poinformować o swojej 
decyzji. Cały dzień chodził bez celu po Londynie, analizując w myślach poranną rozmowę. Wieczorem 
podjął decyzję.

— Wiedziałem, że się na panu nie zawiodę — rzekł Frost, ściskając mu dłoń.
Cox jeszcze tego samego dnia znalazł się w obozie spadochroniarzy. Nie był tak sprawny fizycznie jak 

inni, toteż razem z tłumaczem Newmanem i saperami brał udział w opracowanych dla nich specjalnych 
ćwiczeniach.   Obok   zaprawy   fizycznej   i   nocnych   skoków   ze   spadochronem   sierżant   i   dwóch   saperów 
ćwiczyło posługiwanie się aparatami fotograficznymi z fleszem. Po dwóch tygodniach cała kompania została 
przerzucona  do  bazy  Inveraray  w  Szkocji,   gdzie   brała  udział  w  morskich  ćwiczeniach  desantowych  ze 
zwróceniem szczególnej uwagi na oderwanie się od nieprzyjaciela i załadunek na pokład barek desantowych 
przy konieczności ciągłego ostrzeliwania  brzegu. Wiele razy powtarzano także ściąganie ze wzgórza dużego 
aluminiowego pojemnika na kółkach i ładowanie go w pierwszej kolejności na barkę.

Po kilku dniach do bazy Inveraray przybyło trzydziestu spadochroniarzy z pułku walijskiego, którzy 

mieli stanowić obsadę barek desantowych, wyposażonych w ciężką broń maszynową. Dla zwiększenia siły 
ognia   pluton  „Rodney”   został   wyposażony   w   rusznice   przeciwpancerne,   które   miały   posłużyć   do 
zaatakowania bunkrów. Mimo że upłynęły zaledwie trzy tygodnie niesłychanie intensywnych przygotowań, 
major Frost miał wrażenie, że od daty zakomunikowania mu decyzji o rajdzie upłynęły miesiące.

18   lutego   kompanię   ponownie   przerzucono   do   bazy   spadochronowej   w   Dorset.   Stwierdzono,   iż 

nadszedł   już   czas,   aby   zapoznać   żołnierzy   z   prawdziwym   terenem   przyszłej   akcji.   W   jednej   z   sal 
wykładowych zbudowano dokładną makietę Bruneval i okolicy, zaś ściany kilku innych zawieszono dużymi 
powiększeniami   zdjęć   lotniczych   wykonanych   przez   niestrudzonego   Hilla,   który  przed   kilkoma   dniami 

background image

stwierdził, iż w Brunevat na wzgórzu z urządzeniami radiolokacyjnymi pojawiły się nowe stanowiska dla 
cekaemów i dział.

Czyżby oznaczało to, że Niemcy zostali uprzedzeni o planowanym rajdzie? Mountbatten po naradzie z 

osobami   odpowiedzialnymi   za   współpracę   z   siatką  „Remy'ego”   doszedł   do   wniosku,   że   należy   raczej 
wykluczyć taką  możliwość. Uspokoił się zupełnie, gdy po kilku dniach zameldowano mu o podjęciu przez 
Niemców podobnych działań w innych małych miejscowościach nadmorskich.

Teraz kompania majora Frosta w ciągu dnia zapoznawała się z topografią Bruneval, zaś wieczorem 

ćwiczyła do perfekcji atak na wzgórze. Na ostatnie zajęcia przed odlotem na drugą stronę Kanału przyjechał 
Mountbatten   i   generał   Browning.   Obydwaj   byli  zadowoleni   z   wyszkolenia   spadochroniarzy,   przebiegu 
ćwiczebnego ataku i wycofania oddziału na plażę. Żegnając się z Frostem, generał Browning powiedział:

— Majorze, dysponuje pan zgranym i bardzo sprawnym oddziałem. Należą się panu słowa uznania za 

dobre zaplanowanie i przeprowadzenie ćwiczeń. Nie należy jednak zapominać, że w warunkach bojowych 
drobny przypadek może zmienić radykalnie warunki wypadu, proszę więc wykorzystywać w maksymalnym 
stopniu radiostacje, które zostały przydzielone każdemu plutonowi.

Teraz każdy z żołnierzy i oficerów liczącego sto dziewiętnaście osób oddziału stawiał sobie pytanie, 

kiedy nastąpi operacja. Wreszcie przyszedł dzień, w którym Frost wezwał dowódców plutonów do dużej sali 
z makietą Bruneval pośrodku.

— Chciałbym przed spotkaniem z żołnierzami, które odbędzie się za godzinę, raz jeszcze powtórzyć 

cały   wariant   operacji   i   przypomnieć   zadania   poszczególnych   grup  —   rzekł,   spoglądając   po   twarzach 
obecnych. — Zacznę od swojej grupy, liczącej wraz z saperami pięćdziesiąt osób. Skaczę jako pierwszy, za 
mną załogi samolotu numer jeden, dwa i trzy. Lądujemy w odległości kilometra od wzgórza na płaskowyżu 
—  mówiąc to pokazał na modelu odpowiednie miejsce.  — Grupa Rossa z ciężkim uzbrojeniem obchodzi 
wzgórze przez siodło i trzymając Bruneval pod ostrzałem zdobywa bunkry i otwiera przejście na plażę. W 
osiedlu powinno być dwudziestu, najwyżej trzydziestu Niemców.

Porucznik Ross podniósł rękę do góry.
— Rozumiem, sir, że zostawiam jeden erkaem i granatnik na siodle, aby zabezpieczyć tyły. Wąwóz od 

strony osiedla zaminujemy, zostawiając tam czterech żołnierzy.

Frost kiwnął głową.
— Tak, musimy się zabezpieczyć na wypadek nadejścia niespodziewanych posiłków. Pamiętajcie, iż 

każdy mający głowę na karku oficer niemiecki będzie dążył do zatkania korkiem butelki, którą jest zejście na 
plażę i zamknięcia nas w jej wnętrzu. Grupa „Nelson” i „Drake”  atakuje willę  „Château”, obezwładnia 
załogę stacji radarowej i baterii przeciwlotniczej — mówiąc to zatoczył wskaźnikiem półkole na makiecie. 
—   Jednocześnie   pół   plutonu   zajmuje   po   drugiej   stronie   wzgórza   pozycje   obronne,   aby   powstrzymać 
przypuszczalny   atak   załogi   niemieckiej   z   La   Presbytère.   Na   rozmontowanie   aparatury   potrzeba   około 
czterdziestu minut, a nie będzie można tego zrobić pod ostrzałem. Wycofanie do wąwozu i dalej na plażę 
etapami, zgodnie z opracowanym harmonogramem.

Powiódł wzrokiem po wszystkich.
— Czy macie, panowie, jakieś pytania?
Ciszę przerwał porucznik Timothy:
— Mam tylko jedno: kiedy wreszcie skaczemy?

OPERACJA „KOKOS”

Tak został nazwany rajd na Bruneval. Pierwszy termin skoku wyznaczono na 23 lutego 1942 roku. 

Oddział wraz z całym sprzętem został przerzucony na lotnisko, gdzie do dyspozycji ludzi majora Frosta 
oddano duży hangar. Mijały godziny, ale sygnał wzywający do zajęcia miejsc w samolotach nie nadchodził. 
Każdy szczęk blaszanych drzwi, spowodowany podmuchami lodowatego wiatru, powodował zwrócenie się 
wszystkich głów tym kierunku: może przychodzi oficer dyżurny? Ale wieczór zmienił się w noc, która też 
stopniowo zbliżała się ku końcowi. Pogoda była nadal zła, widoczność niewielka i przy silnym wietrze 
należało się liczyć z bardzo dużym rozproszeniem trzech plutonów przy lądowaniu, co mogłoby przekreślić 
szansę   na   powodzenie   operacji.   Gdy  wiszący  na   szczytowej   ścianie   zegar   wskazał   godzinę   drugą,   dla 
wszystkich stało się jasne, że akcja zostanie odłożona. Rozczarowanie spadochroniarzy było równie duże, 
jak komandosów i marynarzy, którzy także bezskutecznie oczekiwali na rozkaz odbicia od nabrzeża portu 
wojennego Portsmouth.

W podobnym napięciu upłynęły następne trzy dni. Pogoda jednak była nadal tak zła, że pilot nie miał 

najmniejszej szansy na znalezienie ustalonego lądowiska. Napięcie psychiczne żołnierzy rosło i Frost, chcąc 

background image

je rozładować, wyznaczył na późny wieczór 26 lutego znane już wszystkim na pamięć ćwiczenia. Major 
zdawał sobie sprawę,  że  rajd nie może  być  przeprowadzony w zupełnych  ciemnościach  i dlatego,  jeśli 
szybko nie zmieni się pogoda, trzeba będzie odłożyć wypad aż do kolejnej pełni księżyca. W nocy, gdy 
zmęczona   kompania   wracała   do   koszar,   nastąpiła   wyraźna   poprawa   warunków   atmosferycznych,   co 
natychmiast polepszyło humory nawet najbardziej zmęczonym. W ciągu dnia nastąpiło rozpogodzenie i było 
już pewne, że tym razem akcja nie zostanie odwołana. „Prince Albert” z łodziami desantowymi wypłynął na 
morze już po południu.

Dwa   samoloty   Oddziału   Rozpoznawczego   RAF,   korzystając   ze   światła   kończącego   się   krótkiego 

lutowego   dnia,   dokonały   lotu   patrolowego   nad   Bruneval,   gdzie   powitał   je   silny   ogień   artylerii 
przeciwlotniczej.   Piloci   nie   dostrzegli   żadnych   zmian   w   otoczeniu,   wrażenie   to   potwierdziła   analiza 
zrobionych przez nich zdjęć. Zdecydowano, że w czasie akcji RAF zaatakuje kilka lotnisk Luftwaffe w 
rejonie   Calais   i   Boulogne   oraz   innych   punktach   wybrzeża   tak,   aby  odciągnąć   od  Bruneval   ewentualne 
patrole nocnych myśliwców niemieckich.

Punktualnie   o   dziesiątej   wieczorem   w   gwar   głosów   w   hangarze   wdarł   się   ostry  dźwięk   dzwonka 

alarmowego. Poderwał on wszystkich na nogi — do załadowania się do samolotów pozostało dziesięć minut. 
Pierwsza oderwała się od ziemi maszyna wioząca na swoim pokładzie pluton „Nelson”, za nią kolejno pięć 
pozostałych. W samolotach panowała cisza, każdy z uczestników wyprawy pogrążył się w swoich myślach.

Gdy w drzwiach kabiny pilota wiozącego grupę Frosta pojawił się mechanik, wszyscy wiedzieli, że 

nadszedł moment skoku. Mechanik podniósł klapę zamykającą właz i do samolotu wtargnęło chłodne nocne 
powietrze. Major Frost zatrzasnął karabińczyk spadochronu na uchwycie i usiadł, zwieszając na zewnątrz 
nogi. Zapaliło się zielone światełko. Mechanik poprzez łoskot silnika zawołał: „To make spring, ready”, a 
gdy zaterkotał brzęczyk, krzyknął: „Go!” Frost wyleciał w tnące chłodem powietrze. Gdy usłyszał nad sobą 
głośne   klapnięcie   otwierającego   się   spadochronu,   spojrzał   w   dół  —   zaśnieżona   ziemia   przybliżała   się 
szybko. Rozejrzał się po okolicy i natychmiast rozpoznał Bruneval: wysoką stożkową górę z wilią „Château” 
na szczycie, farmę La Presbytère i dalej majaczące w mroku wąwozu domy osiedla. Po chwili był już na 
ziemi.   Szybko   odpiął   szelki   i   zwinął   spadochron.   Dopiero   teraz   dostrzegł,   jak   jasno   świeci   księżyc, 
roziskrzając swym blaskiem kryształki śniegu. Radiotelegrafista zameldował:

— Grupa „Nelson” i „Drake” wylądowała w komplecie. Są tuż za fałdą terenu.
Rzeczywiście po chwili wynurzyli się z mroku. Jak dotąd, wszystko przebiegali zgodnie z planem. 

Zaskoczenie   było   całkowite,   Niemej   zdawali   się   nie   dostrzegać,   ani   przelotu   samolotów,   ani   też 
wylądowania oddziału. Próby wywołania radiostacji trzeciej grupy nie dały jednak żadnych rezultatów, na 
białej śnieżnej płaszczyźnie nie było też żadnych śladów zagubionego oddziału. Po chwili wahania Frost 
uznał,   że   nie   można   zwlekać  —   akcja   zostanie   przeprowadzona   siłami   tylko   dwóch   plutonów.   Grupa 
„Drake”  ruszyła   spiesznie   pod   górę.   Jej   zadaniem   było   zajęcie   pozycji   na   szczycie   i   powstrzymanie 
ewentualnej   odsieczy  oddziału   niemieckiego   z   farmy   La   Presbytère.   Własną   grupę   uderzeniową   major 
podzielił na dwie sekcje  — pierwsza, z sierżantem Coxem i saperami, pięła   się w kierunku szczytu, aby 
obejść łukiem willę i dotrzeć do aparatury radarowej. Zamiast plutonu na siodło skierowano grupę pięciu 
żołnierzy z erkaemem i granatnikiem, aby choć w ten sposób zabezpieczyć się przed atakiem z tyłu i związać 
ogniem Niemców w Bruneval i wąwozie. O atakowaniu bunkrów nie mogło być mowy. Frost zaś na czele 
swojej grupy dotarł w pobliże „Zamku”.

Przypadli   do  śniegu,   w   swych   białych   kombinezonach   prawie   niewidoczni   na   jego   tle.   W   świetle 

księżyca   ostro   rysowała   się   sylwetka   niemieckiego   wartownika   w   charakterystycznym   hełmie.   Zamiast 
obchodzić wilię dookoła, stał odwrócony do niej plecami i patrzył w stronę siodła. Musiał tam widać coś 
zauważyć, gdyż podniósł do oczu wiszącą na piersiach dużą lornetkę morską. Frost kiwną ręką w stronę 
szeregowca O'Dondee i rzucił szeptem:

— Bierz go!
Góral miał niesłychanie celne oko, wygrywał wszystkie konkursy w rzutach do celu specjalnym krótkim 

nożem. Czas był najwyższy, gdyż Niemiec puścił lornetkę i zaczął zdejmować przewieszony przez plecy 
karabin. Ponieważ miał na sobie gruby zimowy płaszcz, szło mu to bardzo nieskładnie. Góral oderwał się od 
ziemi i skulony przebiegł kilka metrów. Niemiec, słysząc skrzyp śniegu obrócił głowę. W świetle księżyca 
zaskrzyła się klinga noża, który utkwił w szyi hitlerowca. Zanim zdążył osunąć się na ziemię, O'Dondee był 
już przy nim. Frost wstał i schyleni podbiegli pod ścianę willi. Po chwili major stał pod drzwiami.

Wydawało mu się to zgoła nieprawdopodobne, ale jedynymi dźwiękami łamiącymi ciszę, były skrzyp 

śniegu pod stopami jego ludzi i zdyszane oddechy. Wymacał klamkę i kiedy delikatnie ją nacisnął, drzwi 
ustąpiły. Zagwizdał ile sił w płucach na świstawce, wyrwał zawleczki z przygotowanej jeszcze w Anglii 
wiązki granatów i wrzucił je w głąb ciemnego korytarza. Potem jednym skokiem oderwał się od wejścia i 
przylgnął do frontowej ściany. Wybuch był bardzo silny, w kilku oknach wypadły szyby. Major skinął na 

background image

stojących za nim żołnierzy i razem z nimi wbiegł do środka. Teraz ciszę zdawałoby się pogrążonej we śnie 
doliny rozdarły serie wystrzałów i wybuchy granatów. Frost jednym skokiem przebył duży hol i wpadł do 
pokoju   po   prawej   ręce,   gdzie   według   informacji   Marcela   z   Bruneval   mieszkali   żołnierze   niemieccy. 
Rzeczywiście — na podłodze leżało trzech rannych, natomiast kilku innych ostrzeliwało z okien grupę Coxa, 
która zbliżała się do aparatury radarowej. Nim zdążył  sięgnąć po broń, padli dwaj Niemcy ścięci serią 
kaprala Morgana, a dwaj inni, rozbrojeni, już po chwili stali pod ścianą z rękoma na karku. Prost rzucił 
krótko:

— Morgan, związać im ręce. Zabieramy ich ze sobą.
Tymczasem porucznik Young z  grupą żołnierzy zdołał dotrzeć po stromych schodach do pierwszego 

piętra,   gdzie   jednak   zatrzymął   go   silny   ogień   kilku   pistoletów   maszynowych.   Young   bez   chwili 
zastanowienia sięgnął po ręczny granatnik przeciwpancerny „piat” *.

— Kryj się — krzyknął do stojących obok żołnierzy.
Eksplozja   była   tak   silna,   że   cały  dom   zatrząsł   się   w   posadach.   Runęła   ściana,   zasypując   cegłami 

korytarz. Porucznik oddał na wszelki wypadek długą serię ze Stena i krztusząc się od pyłu pobiegł naprzód. 
„Piat” zrobił swoje, pistolety maszynowe umilkły.

Najtrudniej przyszło opanować wieżyczkę na dachu. Siedział tam Niemiec, który ostrzeliwał z kaemu 

grupę   Coxa.   Jego   ogień   był   celny,   na   białym   śniegu   leżały   już   dwie   nieruchome   sylwetki   w   białych 
kombinezonach maskujących.

Kiedy grupa Coxa zbliżyła się do aparatury, stojący tam wartownik próbował się ostrzeliwać, ale padł 

podcięty seriami  Stenów. Kilku żołnierzy oderwało się od grupy i okrążyło baterię przeciwlotniczą, gdzie 
krył się jeszcze jeden Niemiec. Rozległ się wybuch granatów, potem szybko przecięto druty kolczaste i 
czterech spadochroniarzy podbiegło do małego bunkra, koło którego widniał olbrzymi talerz, „Würtzburga”. 
Cox   potknął   się   o   leżące   na   schodach   ciało   operatora   i   wbiegł   do   środka.   Zapalił   światło:   przed   nim 
znajdowała się najbardziej strzeżona aparatura Luftwaffe. Dotknął pokrywy nadajnika, była ciepła — stacja 
funkcjonowała.

Frost zostawił grupę Younga, aby przeszukała dom, a sam podbiegł do grupy otaczającej pomalowaną 

na zielony kolor olbrzymią kolistą misę. Cox z nieodstępnymi spadochroniarzami Mc Irtie i Mac Rue klęczał 
na śniegu, manipulując przy jej podstawie. Major zbliżył się i dotknął jego ramienia. Cox nie podnosząc 
głowy powiedział:

— Monitory i aparatura w dobrym stanie. Sprawdzam system przymocowania nadajnika Marton. Teraz 

zdjęcia, szybko! — krzyknął sięgając po aparat trzymany przez Mc Irtie. Błyski trzech fleszy były tak silne, 
że Frost na moment odwrócił głowę. Po kilku minutach Cox, obejrzawszy dokładnie całą aparaturę w świetle 
dwóch reflektorów, zabrał się z saperami do jej rozbierania.

Tymczasem  wysłany  nad   skaliste,   spadające   do   morza   urwiska   patrol,   zlikwidowawszy  stanowiska 

karabinu maszynowego, wracał pod górę. Nagle któryś  z wchodzących w jego skład żołnierzy usłyszał 
wołanie o pomoc w języku niemieckim. Jak się okazało, operator potknął się i ześliznął z krawędzi. Przed 
niechybną śmiercią uratowały go poły płaszcza, które zaczepiły się o występ skalny. Dla Brytyjczyków był 
on równie cenną zdobyczą, jak aparatura.

Słaby  początkowo  ogień  z  zajętej   przez   Niemców  farmy zaczął  przybierać  na  sile,  zaś  obserwator 

zameldował,   że   od   strony  Hawru   nadjeżdżają   trzy  samochody   z   wojskiem.   Frost   spojrzał   na   zegarek: 
upłynęła już ponad godzina od chwili gdy wylądowali na śniegu. Grupa „Nelson” starała się uniemożliwić 
Niemcom dotarcie do wybrzeża, ale po przybyciu posiłków istniało poważne niebezpieczeństwo otoczenia 
wzgórza z drugiej strony, co równałoby się zamknięciu oddziału w pułapce. Sytuacja, mimo dotychczas 
pomyślnego przebiegu całej  akcji, stawała  się coraz trudniejsza. Niemcy naciskali od frontu i skrzydeł, 
wąwóz i zejście na plażę pozostawały nadal w ich rękach. Cox i jego towarzysze włożyli wymontowane 
części aparatu „Würtzburg” do pojemnika na kółkach i zaczęli spiesznie schodzić w dół. Na górze pozostało 
dwóch żołnierzy, czekających na wycofującą się grupę „Nelson”.

*   Projector   Infantry   anti-Tank   (ang   )  —  ręczny  granatnik   przeciwpancerny   strzelający  pociskami   z   głowicą 

kumulacyjną.

background image

W tym właśnie momencie ruszyli do ataku Niemcy z farmy La Presbytère i oddziału przybyłego na 

odsiecz, zaskakując pluton Rossa w połowie drogi do willi. Spadochroniarze nie mieli innego wyjścia, jak 
nie zważając na ostrzał przebiec odcinek dzielący ich od budynku, by tam, wykorzystując mury jako osłonę, 
powitać ogniem nadbiegających hitlerowców. Ogień spadochroniarzy był tak silny, że postacie w mundurach 
feldgrau przypadły do śniegu. Na białym tle były jednak dobrze widoczne, co Brytyjczykom ułatwiało celne 
strzelanie.   Po  chwili  kilku   Niemców  poderwało   się  i   zaczęło   uciekać  do  tyłu,   za  nimi poszli   następni. 
Kapitan Ross zdecydował się na szybki kontratak, aby zyskać trochę czasu na wycofanie się do zejścia na 
brzeg morza.

Tymczasem pluton majora Frosta dotarł do podnóża góry. Teraz odezwały się karabiny maszynowe z 

bunkrów, zamykających zejście na plażę. Położenie Brytyjczyków pogarszało się z minuty na minutę. Frost 
spojrzał na leżące niżej Bruneval — w świetle księżyca było widać kilka postaci kręcących się wokół hotelu. 
Pewnie oficerowie niemieccy obudzeni strzałami — pomyślał. — Gdzie się podział trzeci pluton? Zdawał 
sobie   sprawę,   że   jeśli   nie   zdoła   otworzyć   przejścia   na   plażę   i   powstrzymać   atakujących   Niemców 
przynajmniej   przez   piętnaście  — dwadzieścia  minut,  by umożliwić   podpłynięcie   barkom  desantowym  i 
zabranie chociaż zespołu saperów z niemiecką aparaturą radarową, cała akcja skończy się fiaskiem.

Major   zdecydował   się   na   związanie   ogniem  pierwszego   i   atakowanie   drugiego   obsadzonego   przez 

Niemców bunkra.  Nagle powietrzem wstrząsnął  silny wybuch  — to Brytyjczycy wysadzili resztę stacji 
radarowej, chcąc w ten sposób przekonać Niemców, że taki właśnie był cel desantu. Po wybuchu na moment 
zaległa cisza. Pluton Rossa, odepchnąwszy Niemców, powrócił właśnie do willi, zbierając po drodze rannych 
spadochroniarzy. Nagle w przeciwległym końcu Bruneval wybuchła gwałtowna strzelanina, która zaczęła 
przybierać na sile. Brytyjczycy gorączkowo zastanawiali się, kto mógł od tamtej strony atakować Niemców, 
ale gdy zobaczyli wynurzających się z mroku wąwozu kolegów z trzeciego plutonu, zrozumieli wszystko.

Po chwili, z trudem łapiąc oddech, porucznik Timothy zameldował dowódcy:
—  Majorze, zostaliśmy zrzuceni  około siedmiu kilometrów za Bruneval. Po ciemku wpadliśmy na 

stanowisko   niemieckie,   ale   przebiliśmy   się   w   kierunku   osady.   Potem   posuwaliśmy   się   cały   czas 
płaskowyżem.  Słyszeliśmy  odgłosy  waszej   akcji.   W   pierwszej   chwili   stacjonujący  w   Bruneval   Niemcy 
wzięli   nas   za   nadciągające   posiłki   i   dopiero   potem   otworzyli   ogień.   Mimo   to   zdołaliśmy   się   przebić. 
Radiostacja była uszkodzona, nie mogłem więc nawiązać łączności.

Frost klepnął porucznika po ramieniu.
— Dobrze, że jesteśmy już razem. Wyślij kilku łudzi z erkaemem na skraj wąwozu, aby przygwoździli 

Niemców   w   osadzie.  —   Potem,   podniósłszy  rękę   do  góry,   krzyknął:  —   Sekcja   z   bronią   maszynową   i 
miotaczem płomieni, do mnie!

W momencie gdy spadochroniarze zaatakowali bunkier, zza przełęczy wyłonili się Niemcy. Ostrzelani 

przez   pozostawiony  przez   Frosta   posterunek,   przypadli   do   ziemi  i   zaczęli   bić   długimi  seriami.   Major, 
zorientowawszy się, że nadciągają główne niemieckie siły, wystrzelił w górę czerwoną rakietę i krzyknął do 
radiotelegrafisty:

— Reszta ludzi Rossa szybko na dół!
Kiedy niemiecki karabin maszynowy zamilkł na chwilę, prawie dwumetrowy O'Rurke z miotaczem 

płomieni  w   rękach   jednym   skokiem   przebył  odległość   dzielącą   go   od   bunkra.   Półmrok   rozjaśnił   jasny 
strumień ognia. O'Rurke, nie zważając na niebezpieczeństwo, stał wyprostowany. Nagle z przeciwległego 
bunkra zagrzmiała seria, która przecięła go dosłownie wpół. Frost krzyknął:

— Granaty!
Teraz droga była otwarta. Major wyrzucił pusty magazynek  Stena, sięgnął do torby i założył nowy. 

Obejrzał   się:   reszta   plutonu   Rossa   mimo   ostrzału   zbiegła   już   ze   wzgórza   i   zasiliła   grupę,   zamykającą 
Niemcom drogę do wąwozu. Na wzniesieniu pojawiły się figurki niemieckich żołnierzy. Była to załoga La 
Presbytère, która dotarła właśnie do willi i otworzyła skuteczny ogień do znajdujących się w dole Szkotów. 
Liczba rannych zaczęła gwałtownie rosnąć, reszta spadochroniarzy, odsunąwszy kozły z drutem kolczastym, 
zbiegła wąwozem na brzeg morza.

Frost sięgnął po latarkę i zaczął nadawać wielokrotnie ćwiczony sygnał, ale morze było ciemne i puste. 

Obejrzał się i dostrzegłszy leżących żołnierzy krzyknął:

— Kontynuować nadawanie sygnału! Radiotelegrafista, nawiązać łączność z „Prince Albert”. Szybko!
Strzelanina przybrała na sile, widocznie hitlerowcy znów ruszyli do ataku. Frost zaniepokoił się, stracił 

z oczu grupę z aparaturą.

— Sierżancie Cox! — zawołał na całe gardło.
— Jesteśmy tutaj! — odkrzyknął w odpowiedzi Mc Irtie.
Obejrzał się, grupa z pojemnikiem stała pod skalną ścianą. Po chwili na ciemnym horyzoncie zajaśniał 

reflektor. Spadochroniarze odetchnęli z ulgą — był to uzgodniony sygnał. W powietrze poszybowały zielona 

background image

i czerwona rakiety; w ich blasku można było dostrzec szerokie dzioby zbliżających się łodzi desantowych. 
Kiedy niemal w tej samej chwili wyszedł zza chmury księżyc i zalał morze srebrną poświatą, widać było 
wyraźnie nie tylko zbliżające się łodzie, ale i majaczącą w oddali sylwetkę okrętu ,,Prince Albert”. Frost 
złapał za rękę Rossa, który właśnie zbiegł na plażę.

— Przygotuj ludzi do stopniowego wycofania się — polecił. — Pamiętaj, że musimy trzymać Niemców 

na przyzwoitą odległość. — Następnie, wyłowiwszy z mroku sylwetkę radiotelegrafisty, zawołał: — Podaj 
na „Prince Albert”, że potrzebujemy wsparcia. Niech ostrzelają wzgórze i płaskowyż przed nami.

Już   po   chwili   szerokodziobe   łodzie,   unoszone   falą   przypływu,   szorowały  o  nadbrzeżny  żwir.   Jako 

pierwsi   na   pokładzie   znaleźli   się   Cox   i   dwaj   Szkoci   z   ciężkim   pojemnikiem.   W   następnej   kolejności 
załadowano rannych, którzy leżeli rzędem pod skałą. Pierwsza, a za nią druga barka odbiły od brzegu. 
Wybuchy pocisków z „Prince Albert” uciszyły Niemców. Moment ten wykorzystali broniący się na wzgórzu 
spadochroniarze i wycofali się do wąwozu. Krawędź wysokiego brzegu ostrzeliwały teraz także załogi barek 
desantowych.   Saperzy  założyli  w   wąwozie   miny  i   biegiem  przebyli  kamienistą   plażę.   Łoskot   silników 
zmieszał się z grzechotem strzałów i wybuchów artyleryjskich. Kiedy wąwozem targnęła eksplozja — widać 
dotarli   tam   już   Niemcy  —   Frost   zdecydował,   że   nie   można   dłużej   zwlekać.   Od   migającego   ognikami 
wystrzałów brzegu odbiła ostatnia barka.

Major był zadowolony, mimo wielu przeszkód wypad zakończył się pomyślnie. Najcenniejsze części 

tajnej   aparatury   niemieckiej   oraz   dwóch   obsługujących   ją   specjalistów   zmierzało   teraz   ku   wybrzeżom 
Wielkiej Brytanii.

Kiedy mała flotylla oddaliła się już znacznie od francuskiego brzegu, do Frosta podszedł ktoś z załogi 

barki.

— Sir, meldunek do pana nadesłany z Francji.
Major ze zdziwieniem podniósł brwi i wyciągnął rękę po papier. Nadawali dwaj radiotelegrafiści, którzy 

w czasie odwrotu zostali odcięci od zejścia na plażę i teraz znajdowali się w odległości około kilometra od 
Bruneval przy wysokiej skalistej nadmorskiej skarpie. Frost przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie 
zawrócić jednej łodzi, ale rychło zdał sobie sprawę, że jest to niemożliwe. Jedyne rozwiązanie to wysłanie 
nazajutrz   w   nocy   okrętu   podwodnego.   Napisał   szybko   na   papierze:  „Jutro   wyślemy   okręt   podwodny. 
Łączność za 6 godzin, Good luck” *. Marynarz z meldunkiem zniknął w luku. Frost starał się odszukać 
wzrokiem wskazany przez żołnierzy rejon wybrzeża, ale było to niemożliwe — odpłynęli już zbyt daleko. 
Niestety, nie udało się nawiązać łączności z dwoma Szkotami. Rankiem wytropili ich Niemcy i po krótkiej 
walce, wykorzystując fakt, że obrońcy nie mieli już amunicji, wzięli ich do niewoli.

Zarówno Royal Navy, jak i RAF zapewniły konwojowi łodzi desantowych szczelną osłonę. Późnym 

rankiem major Frost i jego ludzie dobili do nabrzeża w Portsmouth.

DECYDUJĄCA RUNDA

Zdjęcia   i   najważniejsze   części   nadajnika,   odbiornika   i   przełącznika   niemieckiego   urządzenia 

radarowego „Würtzburg” jeszcze tego samego dnia zostały dostarczone grupie naukowców kierowanej przez 
prof. Watsona-Watta i Jonesa. Po tygodniu mrówczej pracy naukowcy przygotowali raport. Na podstawie 
badań dostarczonych podzespołów i części stwierdzili oni, że hitlerowskie Niemcy dysponują rozwiniętym 
systemem radiolokacyjnym z nadajnikami o znacznej mocy. Pod wieloma względami był on podobny do 
systemu   stosowanego   przez   Brytyjczyków,   jednakże   używano   w   nim   fal   decymetrowych,   co   znacznie 
zmniejszało   jego   dokładność.   Istotnym   stwierdzeniem   było   też   to,   że  „Würtzburg”   pod   względem 
konstrukcyjnym był niezwykle złożony i dlatego dotychczas stosowane sposoby zakłócania jego pracy nie 
przynosiły rezultatów.

W tej sytuacji podjęto dalsze badania, których celem było stworzenie metody zakłócania niemieckiego 

radaru.   Podejmowano   też   próby  unieszkodliwiania   stacji   radiolokacyjnych   przed   planowanymi   nalotami 
bombowców.   Działania   te   nie   były   jednak   skuteczne.   Na   przykład   hitlerowcy  po   ataku   brytyjskim   na 
Bruneval nie tylko utrudnili dostęp do stacji, otaczając ją pasem zasieków z drutu kolczastego i bunkrami, 
ale również wzmocnili jej obronę przeciwlotniczą. Zakłady Telefunkena pod Berlinem zwiększyły natomiast 
produkcję ,,Würtzburgów”. Instalowano je w rejonie nowo wznoszonych fortyfikacji Wału Atlantyckiego.

* Powodzenia (ang.).

background image

Wkrótce rozpoznanie lotnicze zameldowało o zainstalowaniu nowych urządzeń radiolokacyjnych na 

wyspach Sylt i Helgoland oraz w rejonie Cherbourga, Calais i Boulogne oraz Brestu. Talerze anten każdego 
nowego urządzenia były dwukrotnie większe niż w znanym już urządzeniu w Bruneval. Oznaczało to, że 
Niemcy w dalszym ciągu prowadzą prace nad doskonaleniem aparatury. Brytyjskie dowództwo uznało, że 
niezależnie od kontynuowania prac mających na celu stworzenie metody zakłócania pracy niemieckiego 
radaru   należy   sporządzić   mapę,   na   której   możliwie   dokładnie   oznaczono   by   niemieckie   stacje 
radiolokacyjne. Mapa taka byłaby pomocna w czasie wszelkich działań zmierzających do dezorganizacji 
pracy „Würtzburgów” znajdujących się na trasie przelotu formacji bombowców brytyjskich.

W   celu   zebrania   danych   dotyczących   dyslokacji   stacji,   liczebności   ochraniających   je   oddziałów   i 

usytuowania   baterii   artylerii   przeciwlotniczej   postanowiono   wykorzystać   siatkę  „Remy'ego”.   Wkrótce 
otrzymano pierwszą wiadomość. Niemcy zainstalowali radar w bazie morskiej La Rochelle. Stacja ta, wraz z 
współdziałającym   systemem   nasłuchu,   miała   służyć   do   penetracji   przestrzeni   nad   Zatoką   Biskajską   i 
śledzenia brytyjskich konwojów płynących w kierunku Gibraltaru. Stanowiła więc poważne zagrożenie i 
dowództwa   RAF   oraz   Royal   Navy   podjęły   decyzję,   aby   ją   zniszczyć.   Rozważono   możliwość 
przeprowadzenia ataku lotniczego, a nawet wysadzenia komandosów.

Siatce francuskiej polecono zaś zwrócić szczególną uwagę na umocnienia, obronę przeciwlotniczą oraz 

stację   radiolokacyjną   w   Dieppe,   miejscowości   położonej   nad   kanałem   La   Manche.   W   tym   rejonie 
Brytyjczycy   przygotowywali   desant,   który   miał   opanować   miasto   i   zniszczyć   wszystkie   obiekty   o 
militarnym  znaczeniu. Przypuszczano też, że znajduje się tam nowe urządzenie radarowe zwane „Würtzburg 
Gigant”. Po wielu perypetiach jednemu z członków siatki „Remy'ego” udało się dotrzeć w pobliże tej stacji. 
Sporządzony   przez   niego   raport   został   natychmiast   przekazany   do   Londynu   i   wzbudził   duże 
zainteresowanie. Wynikało z niego, że obok znanych już urządzeń, które z przedłożonego opisu rozpoznano 
jako „Freya”, instalowane są także inne, z olbrzymimi,  o średnicy  25  metrów,  antenami. Jones gubił się w 
domysłach: czyżby oznaczało to, że Niemcy zwiększyli zasięg radaru, którego funkcjonowania dotychczas i 
tak   nie   udało   się   zakłócić?   A   może   nowe   urządzenia   pozwalają   śledzić   samoloty   brytyjskie   nawet   w 
południowej Anglii? W takim wypadku Niemcy już zawczasu wiedzieliby o sile i kierunku lotu formacji 
bombowców.

Aby możliwie szybko wyjaśnić te wątpliwości,  „Remy” został przerzucony ponownie do Francji, by 

osobiście kierować pracą wywiadowczą. Do Paryża Francuz dotarł w początkach maja, jeszcze tego samego 
dnia spotkał się z „Paulem”, aby w imieniu Londynu złożyć mu podziękowanie za udział w przygotowaniu 
akcji na Bruneval. Niestety następnego dnia ,,Remy'ego” spotkał cios: na skutek denuncjacji kolaboranta 
współpracującego   z   kontrwywiadem   niemieckim  „Paul”   został   aresztowany   i   osadzony   w   więzieniu 
Abwehry w Fresnes. Nie przyznał się jednak do zarzucanych mu czynów i mimo tortur nie powiedział ani 
słowa. Pułkownik Oscar Reile, szef III Oddziału Abwehry w Paryżu, był niepocieszony, gdyż wiązał z 
wynikami tego śledztwa duże nadzieje.

Pomimo  takiego   obrotu   sprawy  „Remy”   nie   przestał   działać.   Wyłączył   z   siatki   ludzi,   którzy  znali 

„Paula”,   i   kontynuował   pracę   nad   rozpoznaniem   niemieckiego   systemu   radiolokacji.   Nadal   jednak   nie 
dopisywało mu szczęście: 19 maja 1942 roku niemiecka służba goniometryczna Funkabwehr zlokalizowała 
stację nadawczą, na którą polowała prawie od roku. Radiotelegrafista Bob został aresztowany i w ten sposób 
działająca w Paryżu  siatka została pozbawiona możliwości  kontaktu z Londynem, a po pewnym czasie 
musiała   przerwać   działalność.   Inne   siatki   współpracujące   z   Londynem   niestety   nie   zdołały   zebrać 
potrzebnych informacji przed planowanym na sierpień lądowaniem Brytyjczyków w rejonie Dieppe.

Niemcy,   podobnie   jak   Anglicy,   również   ciągle   zadawali   sobie   pytanie,   czy   ich   przeciwnicy   nie 

dysponują lepszym, bardziej efektywnym systemem radarowym. Ciągle prowadzili rozpoznanie lotnicze, 
które jednak nie przynosiło oczekiwanych wyników, a także postanowili przerzucić do Anglii kilku agentów.

W   pewną   lipcową   noc   z   wód   Kanału   Bristolskiego   wynurzył   się   z   wody   kiosk   U-boota.   Mimo 

panujących  ciemności   przygodny  obserwator   mógłby  dostrzec,   jak   opuszczono   na   wodę   nadmuchiwaną 
dinghy, na którą wsiadły trzy osoby. Po półgodzinnym wiosłowaniu łódź dotknęła brzegu piaszczystej plaży 
i wyszedł z niej mężczyzna z walizką w ręku. Przybysz spieszył się: rejon wybrzeża, na którym wylądował, 
nie   był   zaminowany,   ale   krążyły   po   nim   patrole   wojskowe   z   psami.   Po   kilku   metrach   stanął   przed 
ogrodzeniem z drutu kolczastego. Przez chwilę zastanawiał się: spróbować przejść pod drutami czy też je 
przeciąć.

Nagle usłyszał rozmowę. To zbliżał się patrol. Przypadł za wydmę i znieruchomiał. Miał szczęście, nikt 

go nie zauważył. Kiedy patrol się oddalił, otworzył walizkę, wyciągnął zwinięty w rolkę mocny materiał i 
zarzucił go na drut. Już po chwili był po drugiej stronie.

background image

Ranek zastał nieproszonego gościa przy małej stacyjce przed Weston. Nie był pewien, czy znalazł się na 

właściwej stacji, gdyż w momencie wybuchu wojny w całym Zjednoczonym Królestwie zdjęto wszelkie 
tablice z nazwami miejscowości. Wreszcie otworzyło się okienko kasy. Ustawił się w kolejce starając się, 
aby   przypadkiem   nie   być   pierwszym.   Z   uwagą   słuchał   nazw   stacji   wymienianych   przez   kupujących. 
Odetchnął z ulgą, gdy stojąca przed nim osoba wymieniła Bristol. Poprosił o bilet do tej samej miejscowości. 
Kasjer, nie podnosząc oczu, powiedział:

— Dziesięć i sześć.
Agent sięgnął do kieszeni, odliczył dwa pięciofuntowe banknoty oraz sześciopensową monetę. Podsunął 

to kasjerowi, który teraz wpatrywał się w niego z rosnącym zdumieniem.

— Kim pan jest? — zapytał.
Mężczyzna  zignorował pytanie i odpowiedział:
— Przecież miało być dziesięć i sześć.
W kilka godzin później w Bristolu oficer kontrwywiadu powiedział do Niemca, który mimo iż w jego 

walizce znaleziono radiostację i dużą sumę pieniędzy, nie przyznawał się do szpiegostwa:

— Widzicie, Bolt, mocodawcy z Berlina przygotowali was zupełnie nieźle. Nie wiedzieli jednak, że 

dziesięć   i   sześć   oznacza   w   Anglii   dziesięć   szylingów   i   sześć   pensów.   Przecież   opłata   za   przejechanie 
trzydziestu mil nie może wynosić aż dziesięć funtów.

W   podobny   sposób,   zdradzając   się   brakiem   znajomości   realiów   życia   Wielkiej   Brytanii,   w   ręce 

kontrwywiadu brytyjskiego wpadli wszyscy pozostali agenci wysłani w lipcu i sierpniu 1942 na Wyspę i 
wszyscy, podobnie jak Bolt, zostali straceni. Anglicy raz jeszcze obronili tajemnicę swojego radaru.

Tymczasem   dobiegały   do   końca   przygotowania   do   desantu   pod   Dieppe.   RAF,   zaniepokojony 

instalowaniem przez  Niemców nowych urządzeń radiolokacyjnych  między innymi  w małej  nadmorskiej 
wiosce Pourville, do grupy komandosów dołączył eksperta. Podobnie jak pod Bruneval był to ochotnik, 
którego ostrzeżono, że nie może żywy dostać się w ręce wroga.

Niestety,   wskutek   błędów   w   samym   lądowaniu,   operacja  „Jubilée”   nie   przyniosła   oczekiwanych 

rezultatów. Nie została też rozszyfrowana tajemnica stacji radarowych „Würtzburg”. Pozostała zatem jedna 
droga: zintensyfikowanie badań nad doskonaleniem własnego radaru i zdobycie w tej dziedzinie przewagi 
nad Niemcami. Zespół prof. Watsona-Watta  zapowiedział, iż jest na drodze prowadzącej do kilku odkryć, na 
które   jednak   trzeba   będzie   poczekać   kilka   miesięcy.   Szczególnie   istotne   było   dla   Brytyjczyków 
skuteczniejsze wykorzystanie radaru w wojnie morskiej. Wprowadzenie odpowiednich urządzeń pozwalało 
wykryć szpiegujące peryskopy i wynurzone U-booty niezależnie od pogody i pory dnia, ale bardzo szybko 
Niemcy   wyliczyli,   iż   radar   zainstalowany   na   jednostkach   Royal   Navy  „widzi”   dopiero   na   dystansie 
przekraczającym dwa tysiące metrów. U-booty stosowały teraz nową taktykę: podchodziły bardzo blisko do 
statków płynących w konwoju, a następnie prawie bezkarnie zatapiały je torpedami.

Minął niemal rok, nim Brytyjczycy zdołali rozszyfrować przyczynę tego stanu rzeczy, i udoskonalili 

swój radar tak, że owo „martwe pole” wydatnie się zmniejszyło, o czym przekonało się na własnej skórze 
wielu   podwodnych   piratów.   Niemcy   po   pewnym   czasie   zrozumieli,   że   zostali   rozszyfrowani   i   bliskie 
podchodzenie do konwoju nie wróży już niczego dobrego.

Bitwa o Atlantyk weszła w decydującą fazę. Dzięki znajomości systemu szyfrowania Enigma wywiad 

brytyjski był w stanie zlokalizować pozycje wyczekiwania hitlerowskich „wilczych stad”, ale tylko niektóre 
z nich operowały w zasięgu własnego lotnictwa, celowo przechodząc na oddalone akweny. Główną uwagę 
zwrócono więc na ruch U-bootów opuszczających swoje bazy, powracających z morza i operujących w 
pobliżu końcowych odcinków konwojowych tras. Przeciwko nim kierowano bombowce wyposażone w radar 
i niezbyt dobrze jeszcze funkcjonujący sonar, który miał wykrywać okręt w zanurzeniu. Były to długie i 
wyczerpujące wyprawy, nie przynoszące spodziewanych efektów. Niemcy wyposażyli bowiem swoje U-
booty   w   nowe   urządzenie,   popularnie   zwane   przez   Brytyjczyków  „Fumby”,   ostrzegające   pirata   przed 
wiązkami fal radarowych wysyłanych z pokładu samolotu.

Nic  dziwnego, że załogi  U-bootów rozzuchwaliły się, ignorując często  wysiłek  RAF,  w tym także 

polskich bombowców. Tylko w lutym 1943 roku zdołali zatopić aż 37 statków z cennym ładunkiem, nie 
ponosząc   żadnych   strat.   Liczba   ta   poważnie   zaniepokoiła   Admiralicję.   Wiele   przemawiało   za   tym,   że 
ośrodek deszyfrażu Kriegsmarine złamał kod, którym posługiwały się konwoje w łączności z lądem.

W   ostatnich   dniach   grudnia   1942   roku   odbyła   się   w   Admiralicji   tajna   narada,   na   którą   wezwano 

najwyższych dowódców wszystkich rodzajów lotnictwa, sił morskich i ekspertów od spraw radiolokacji.

Po   szczegółowym   przedstawieniu   ciężkiej   sytuacji   postanowiono   w   zakończeniu   narady  powtórnie 

zbadać   okoliczności   towarzyszące   przypadkom   licznych   zatonięć   statków,   atakowanych   przez   okręty 

background image

podwodne w większości nie rozpoznane w pobliżu konwojów, oraz powtarzającym się od dłuższego czasu 
„pustym patrolom” samolotów rozpoznawczych.

W połowie stycznia 1943 r., gdy rozzuchwalone U-booty hulały po Atlantyku, wywiad brytyjski zdobył 

dość   interesującą   informację   dotyczącą   trapiącej   Admiralicję   zagadki.   Była   ona   związana   ze   sprawą 
„Broux”,   jak   brytyjski   Komitet   XX,   zajmujący  się   dezinformowaniem  Abwehry,   nazwał   piękną,   młodą 
Argentynkę imieniem Consuela, córkę pracownika ambasady argentyńskiej przy rządzie Vichy.

Consuela   przybyła   do   Francji   w   początku   1942   r.   na   zaproszenie   ojca.   Swoją   niepospolitą   urodą 

przyciągała uwagę wielu mężczyzn, wśród których znalazł się rezydent Abwehry Johann Gross, zajmujący 
się obserwacją mikrodyplomatycznego  „światka” nie okupowanej części Francji. Wkrótce zaczęli razem 
odwiedzać eleganckie restauracje i kasyna gry. Gross potrzebował coraz większych sum pieniędzy. Jego 
wydatki rosły w tak szybkim tempie, że wywołało to protesty w ekspozyturze Abwehry w Paryżu. Kiedy 
jednak Gross wyjaśnił, iż Consuela otrzymała wizę brytyjską i zamierza niedługo wyjechać do Londynu, nikt 
już nie oponował  — o ulokowanie agenta właśnie w Londynie Abwehra bezskutecznie zabiegała już od 
dłuższego czasu. Na decydującą rozmowę z Consuela przyjechał do Portugalii sam Reile, szef Abwehry w 
Paryżu. Licząc zwłaszcza na szerokie kontakty jej ojca, starał się roztoczyć przed dziewczyną oszałamiającą 
perspektywę. Sypał pochlebstwami, twierdząc, iż zaćmi ona Matę Hari. Dziewczyna trochę się wahała, ale 
wreszcie wyraziła zgodę, żądając jednak za swe usługi bardzo wysokiego wynagrodzenia. Reile rad nierad 
musiał się zgodzić.

Po miesiącu szkolenia Consuela przez Hiszpanię dotarła do Lizbony, skąd za kilka dni miała odlecieć 

samolotem   do   Londynu.   Neutralna   Portugalia,   podobnie   jak   Szwajcaria,   była   terenem   konfrontacji 
wywiadów   walczących   stron.   Consuela   zdawała   sobie   znakomicie   sprawę,   że   jest   obserwowana   przez 
Abwehrę, która już nie wypuści jej z rąk. Pierwszy dzień po przyjeździe spędziła na zwiedzaniu miasta i 
podziwianiu   panoramy  rozlanego   Tagu.   Następnego   dnia   rano,   tak   jak   zresztą   zapowiedziała   Niemcom 
podczas  ostatniego spotkania, wzięła taksówkę i udała się do konsulatu brytyjskiego po wizę. Kiedy po 
chwili poproszono ją do pokoju wicekonsula, położyła na jego biurku paszport i nie przerywając rozmowy 
dotyczącej celu wyjazdu do Anglii i osób, które udzieliły jej rekomendacji, otworzyła go na ostatniej stronie. 
Była tam kartka, na której napisała dużymi literami: ,,Muszę koniecznie porozumieć się z przedstawicielem 
ambasady w ważnej sprawie. Proszę powiedzieć, iż nie ma wizy i muszę przyjść dziś po południu. Czekam 
na wiadomość”. Konsul przeczytał kartkę i zmiął ją w palcach. Spojrzał na dziewczynę i pomyślał: ostrożna, 
wie, że może być tutaj podsłuch.

— Tak jak już pani mówiłem, nie mamy jeszcze zgody na wjazd do Zjednoczonego Królestwa — rzekł. 

— Myślę, że otrzymamy ją telegraficznie jeszcze tego popołudnia. Proszę przyjść o trzeciej.

Po   południu   Consuelę   znowu   czekało   rozczarowanie  —   zgoda   z   Londynu   jeszcze   nie   nadeszła. 

Natomiast wychodząc z budynku starała się utrwalić w pamięci przeczytaną przed chwilą informację: „Jutro, 
godzina 19, avenida Libertas za basenem Topico”.

Nazajutrz   dziewczyna   na   kilka   godzin   zniknęła   z   oczu  „opiekunowi”   z   Abwehry.   Spędziła   je   w 

towarzystwie dwóch młodych mężczyzn, którzy z zainteresowaniem wysłuchali jej życiorysu oraz deklaracji 
o gotowości współpracy z wywiadem brytyjskim. Ponieważ Brytyjczycy potrzebowali czasu na zebranie 
informacji i podjęcie decyzji, do Londynu Consuela poleciała dopiero po dziesięciu dniach. „Broux” okazała 
się znakomitym podwójnym agentem. Uzgodnionym szyfrem płynęły do Lizbony spreparowane przez MI-6 
informacje dotyczące badań nad radarem oraz co najważniejsze, przygotowań i miejsca inwazji w Europie.

W początku stycznia 1943 r. Gross wezwał Consaelę do Lizbony w sprawach finansowych. Brytyjscy 

mocodawcy   po   namyśle   zdecydowali,   iż   musi   pojechać,   gdyż   odmowa   byłaby   równoznaczna   z 
dekonspiracją. Dziewczyna zdawała sobie sprawę z grożącego jej niebezpieczeństwa — być może Abwehra 
przejrzała grę i teraz wciąga ją w pułapkę. Z bijącym sercem wylądowała w Lizbonie — na szczęście lot był 
spokojny, samolot linii portugalskich nie był niepokojony nawet przez klucz  Me-109, patrolujący Zatokę 
Biskajską. Tego samego dnia po południu przewieziono ją samochodem w nie znaną jej nadmorską część 
Lizbony,   gdzie   spotkała   się   z   rezydentem   Abwehry.   Rozmowa   nie   była   przyjemna.   Rezydent,   który 
przedstawił się jako  „Morgen”, oskarżył ją o współpracę z wywiadem brytyjskim. Consuela nie dała się 
zaskoczyć — przed odlotem z Londynu poinformowano ją, iż jest to stary niemiecki trick, mający na celu 
sprawdzenie   agenta.   Dopiero   po   dwóch   mniej   więcej   godzinach   Niemiec   dał   wiarę   tłumaczeniom 
dziewczyny i wycofał oskarżenie.

Teraz   „Broux”   postanowiła   się   odegrać.   Powiedziana,   że   jest   tak   zmęczona,   że   nie   ma   siły   na 

kontynuowanie rozmowy i prosi o jej przełożenie na następny dzień. Po godzinnym kluczeniu po uliczkach 
Lizbony autem Grossa weszła do swego pokoju. Kiedy zobaczyła siedzącego na fotelu młodego mężczyznę, 
krzyknęła. Nieznajomy położył palec na ustach i wyjął z kieszeni pluszowego niedźwiadka koala — ustalony 
z wywiadem brytyjskim znaki rozpoznawczy. Potem, nadal milcząc, wydobył z drugiej kieszeni srebrną 

background image

monetę z przewierconą dziurką. Teraz była pewna, z kim ma do czynienia. Razem przemknęli przez korytarz 
i w łazience, przy szumie lejącej się wody, złożyła mu sprawozdanie z rozmowy.

Nazajutrz Morgen był wyraźnie zadowolony. Materiały i raporty, które dziewczyna przywiozła z Anglii 

w   skrytce   umieszczonej   w   pręcie   parasolki,   zostały  ocenione   przez   rezydenta   jako   wielce   interesujące. 
Zawierały one  „informacje”  o dyslokacji stacji radarowych w kilku rejonach  wybrzeża, dane dotyczące 
systemu radarowego stosowanego przez Brytyjczyków w obronie przeciwlotniczej a także wiadomość o 
zbudowaniu w rejonie Londynu, Dover i Portsmouth niezwykle silnych stacji radiolokacyjnych o zasięgu 
prawie 500 kilometrów. W ten sposób chciano przekonać Niemców, iż Brytyjczycy są w stanie śledzić 
niemieckie okręty podwodne i samoloty za pomocą nowoczesnej aparatury, a nie, jak to podejrzewali już 
hitlerowcy, dzięki rozszyfrowaniu Enigmy.

Dziewczyna miała spędzić w Lizbonie tydzień. Na wypadek, gdyby Anglicy chcieli sprawdzić, po co 

naprawdę   przyleciała   do   Portugalii,   Morgen   polecił   jej   złożyć   kilka   wizyt   w   bankach   lizbońskich.   W 
przeddzień  odlotu,   gdy obydwoje  zasiedli   w  miękkich   fotelach   z  długimi   szklankami campari  w  dłoni, 
rezydent popatrzył przenikliwie na dziewczynę i rzekł:

— Chciałbym teraz,  Consuelo, powierzyć ci  najważniejsze  zadanie.  Udało  ci  się dotrzeć  do kręgu 

specjalistów   od   spraw   radaru.   Dowiedz   się,   czym   tłumaczą   gwałtowny   spadek   skuteczności   radaru 
brytyjskiego w działaniach przeciwko naszej flocie podwodnej. O tym, że ich to niepokoi, wiemy z innego 
źródła. Chcemy wiedzieć, w jakim kierunku idą ich domysły. Możesz płacić za każdą informację dobrze, 
dostaniesz teraz do swojej dyspozycji ponad dziesięć tysięcy funtów. Najważniejsze, abyś sprawdziła, czy 
wpadli na trop, iż nasze okręty podwodne, a w szczególności peryskopy, są pokryte masą, od której nie 
odbijają się wysyłane przez radar fale. Próbkę tego materiału zabierzesz ze sobą do Londynu. Powiesz, że 
otrzymałaś ją od pewnego Portugalczyka. Spotkasz się z nim dzisiaj, tak abyś mogła go dokładnie opisać. 
Niewykluczone, iż rezydent brytyjski będzie chciał się z nim spotkać tutaj, w Lizbonie -— Morgen zapalił 
papierosa i widząc zdumienie na twarzy dziewczyny, ciągnął dalej: — Nie bój się, nie pracuję dla Anglików. 
Nie myśl też, że materiał jest fałszywy. Zmieniamy właśnie skład masy i dlatego możemy zdradzić pierwszą 
formułę. Liczymy, że w zamian uda ci się zdobyć coś naprawdę interesującego. Poza tym sądzę, że tutaj, na 
miejscu, uda się nam trafić na ślad siatki angielskiej. Mimo że poluję na nich od roku, złowiłem tylko nic nie 
warte płotki. — Morgen zachmurzył się i zamilkł na moment. — W Londynie sama zadecydujesz, czy lepiej 
będzie  zaproponować  komuś  wymianę materiałów, czy też poinformować wywiad  brytyjski  o zdobyciu 
ważnej tajemnicy. Pierwsze informacje, które ci przekazujemy, będą autentyczne, a co do następnych, to 
zobaczymy.

Raport trafił do rąk profesora Jonesa. Po tygodniu grupa ekspertów doszła do wniosku, iż zawiera on 

informacje fałszywe, aczkolwiek prawdopodobne. Brytyjczycy zastanawiali się, czy Niemcy wiedzą, kim 
naprawdę jest Consuela, czy też ufając jej postanowili skierować ich w ślepy zaułek. Jednak impet, z jakim 
atakowali wskazane przez MI-6 „lotniska” i „stacje radiolokacyjne”, wskazywał, iż Abwehra, ufając swemu 
agentowi, przesłała do Londynu materiał dezinformacyjny.

W połowie marca zespół kierowany przez Watsona-Watta opracował nowy typ aparatury radarowej, 

który opatrzono symbolem H2S. Pracował on na falach centymetrowych  i odznaczał się dużą precyzją. 
Eksperymentalne zastosowanie owego urządzenia pozwoliło rozszyfrować przyczynę nagłego „znikania” U-
bootów: oto Niemcy dysponowali aparaturą, umożliwiającą im  „podglądanie” brytyjskiego radaru. Teraz, 
kiedy Brytyjczycy skontruowali H2S, który był w stanie wytropić nawet niewielką boję unoszącą się na 
powierzchni wody, stało się to niemożliwe.

Wprowadzenie nowej aparatury i zmiana złamanego przez Niemców szyfru przyniosły natychmiastowe 

efekty: tylko w ciągu trzech pierwszych tygodni maja 1943 r. zatopiono 41 hitlerowskich U-bootów, zaś w 
czerwcu dalszych 17 przy własnych stratach 22 tys. tonażu. Następne miesiące przyniosły aliantom kolejne 
zwycięstwa  — na dnie Atlantyku i Morza  Śródziemnego legły 72 hitlerowskie U-booty. Bitwa o Atlantyk 
została definitywnie wygrana.

Równocześnie ze zmaganiami na morzu toczyła się batalia w powietrzu. Alianci, mimo kilkakrotnych 

apeli Związku Radzieckiego toczącego walkę z trzema czwartymi sił osi, stale zwlekali z lądowaniem w 
Europie,   nasilając   wojnę   powietrzną,   w   odpowiedzi   na   którą   Niemcy   wzmocnili   i   tak   potężną   obronę 
przeciwlotniczą.  Dowództwo  RAF  co  prawda  dysponowało  informacjami  na  temat  systemu  niemieckiej 
obrony przeciwlotniczej nad Rzeszą, okupowanymi krajami Beneluxu i północną Francją, ale mimo to straty 
ponoszone   przez   brytyjskie   lotnictwo   bombowe   były   duże.   Naukowcy   angielscy   dysponowali   jednak 
zdobytym   w   Bruneval   aparatem   typu  „Würtzburg”,   co   pozwoliło   im   na   opracowanie   bardzo   prostej   i 
skutecznej metody  „oślepiania” radaru przeciwnika, polegającej na zrzucaniu z odpowiedniej wysokości 
ciętej   w   długie   paski   folii   aluminiowej.   Wynalazek   opatrzono   kryptonimem  „Okno”.   Anglicy  zwlekali 
jednak z jego wykorzystaniem, obawiając się, iż przejrzą i zastosują go również Niemcy. Dopiero później 

background image

okazało się, iż hitlerowcy dokonali podobnego odkrycia i z tych samych względów nie stosowali go w 
praktyce.

W czerwcu 1943 r.  kiedy Royal Air Force otrzymały rozkaz zbombardowania urządzeń portowych i 

zakładów   przemysłowych  Hamburga,   premier  Churchill   postanowił   zaryzykować.   Göring   chełpił   się,   iż 
Hamburg   odeprze   każdy   atak   z   powietrza.   Kompleks   miejski   i   port   otaczały   54   baterie   artylerii 
przeciwlotniczej, wyposażone w aparaturę typu „Würtzburg”, 22 stacje reflektorów również sprzężonych z 
aparaturą radiolokacyjną oraz 6 lotnisk, na których czekały eskadry myśliwców.

Pierwszą grupę brytyjskich bombowców poprzedzało kilka zwinnych  Mosquito, które w minutowych 

odstępach zrzucały wiązki folii aluminiowej w celu zakłócenia pracy radiolokatorów na wyspach Sylt i 
Helgoland.   Zdezorientowane   i  „oślepione”   załogi   nie   zdołały   w   porę   ostrzec   dowództwa   obrony 
przeciwlotniczej Hamburga o zbliżającym się ataku. Alarm w samym mieście ogłoszono w momencie, gdy 
na   ekranach   radarowych   pojawiło   się   zaledwie   dziesięć   samolotów,   ale   w   kilka   sekund   później,   ku 
zdumieniu   Niemców,  „rozmnożyły”   się   one   w   setki   świetlnych   punktów,   jakby  nadciągała   znad   morza 
potężna armada. Cały system radiolokacyjny zawiód. Zanim wróg zorientował się w sytuacji i zdążył przejść 
na obserwację optyczną, na Hamburg runęły tysiące ton bomb burzących i zapalających. Powodzenie ataku 
przeszło wszelkie oczekiwania.

W cztery dni później Brytyjczycy z równym powodzeniem powtórzyli zmasowany nalot na Hamburg, 

stosując wypróbowaną już metodę  „oślepiania” niemieckich radarów. Obrona przeciwlotnicza i tym razem 
nie miała wiele do powiedzenia. Był to cios odwetowy za hitlerowskie ataki na Coventry, Birmingham i 
Londyn, typowo terrorystyczne, obliczone na zadanie ludności cywilnej jak największych strat.

W PRZEDDZIEŃ INWAZJI

Połowa 1943 r. przyniosła radykalną zmianę sytuacji strategicznej w Europie: wojska radzieckie rozbiły 

armie  hitlerowskie   pod  Kurskiem  i przeszły  do  ofensywy,   docierając  jesienią  nad  Dniepr.  Stanowiło   to 
decydujący przełom  w Wiekiej  Wojnie   Narodowej  Związku  Radzieckiego.   Niemcy  hitlerowskie,  raz  na 
zawsze utraciwszy inicjatywę na froncie wschodnim, znalazły się na równi pochyłej, prowadzącej ku klęsce. 
Kapitulacja resztek Afrika-Korps w Tunisie i opanowanie przez wojska sprzymierzonych Sycylii, upadek 
reżimu faszystowskiego we Włoszech oraz klęska Kriegsmarine w bitwie o Atlantyk — oto kolejne ciosy, 
które zachwiały państwami osi. Konferencja teherańska (28 listopada — 1 grudnia 1943 r.) postanowiła, że 
w maju 1944 r. utworzony zostanie przez aliantów drugi front w Europie, czego od dawna domagał się 
Związek Radziecki, walczący samotnie z Niemcami na froncie rozciągającym się od Zatoki Fińskiej po 
Morze Czarne.

W sztabach sprzymierzonych doskonale zdawano sobie sprawę, iż powodzenie inwazji, którą opatrzono 

kryptonimem   „Overlord”,   będzie   w   dużym   stopniu   zależało   również   od   odpowiedniego   wykorzystania 
radaru. Należało wzmóc wysiłki, aby zdobyć w tej dziedzinie jeszcze większą przewagę nad Niemcami. W 
trakcie kampanii w Libii i Tunisie oraz na Sycylii i we Włoszech dostało się w ręce Brytyjczyków trochę 
zdekompletowanego sprzętu radiolokacyjnego, ale były to części mocno uszkodzone. Dowództwo Operacji 
Kombinowanych   podjęło   jeszcze   jedną   próbę   zdobycia   pełnosprawnego,   najnowocześniejszego 
niemieckiego sprzętu radiolokacyjnego.

W   Berlinie   wiedziano,   że   lądowanie   aliantów   w   Europie   jest   już   tylko   kwestią   czasu.   W   różnych 

rejonach   na   całej   długości   kanału   La   Manche   hitlerowcy   zintensyfikowali   budowę   umocnień,   którym 
propaganda   nadała   nazwę   Wału   Atlantyckiego.   W   istocie   był   on   tylko   fikcją   fortyfikacji   z   wieloma 
obiektami   pozorowanymi,   bez   niezbędnych   urządzeń   technicznych.   Na   wzniesienie   prawdziwego   wału 
przeciwdesantowego Niemców nie było już stać z powodu braku cementu i stali. Stworzono w każdym razie 
15-kilometrowy pas nadbrzeżny, uznany za strefę zakazaną, skąd wysiedlono ludność francuską, a w jej 
miejsce   wprowadzono   wojsko.   W   tych  warunkach   powtórzenie   wypadu   desantowego   w  stylu  Bruneval 
stawało się na północnym wybrzeżu Francji już niemożliwe.

Brytyjczycy   postanowili   zatem   uderzyć   w   innym   rejonie.   Grupa   komandosów   wraz   z   oddziałem 

partyzantów greckich zaatakowała niemiecką stację radarową na okupowanej wyspie Rodos. Atak powiódł 
się — ekspert dotarł do aparatury i zdołał ją obejrzeć oraz zrobić kilka zdjęć. Zespół naukowców brytyjskich 
po zapoznaniu  się z materiałami, które po wielu perypetiach dotarły z dalekiej wyspy do Londynu,  ku 
swojemu   zaskoczeniu   stwierdził,   że   Niemcy   w   dość   istotny   sposób   udoskonalili   system   „Würtzburg”. 
Badając dokładnie egzemplarz zdobyty w czasie rajdu na Bruneval, Anglicy odkryli w końcu słaby punkt 
całego systemu i postanowili weń uderzyć. Jednocześnie sprzymierzeni prowadzili wnikliwą obserwację i 
nasłuch stacji w celu zlokalizowania wszystkich niemieckich ośrodków  radarowych znajdujących się na 

background image

terenie Francji, Belgii i Holandii — czyli tych, które mogły w decydującym momencie ostrzec Niemców o 
zbliżaniu się floty inwazyjnej. Zorientowano się, że centrum radiolokacyjne, obejmujące czterdzieści dwie 
stacje,   znajduje   się   w   Ferme   d'Urville   koło   Cherbourga.   Kilka   wypadów   brytyjskich   i   amerykańskich 
bombowców   doprowadziło   do   zrównania   ich   z   ziemią.   Po   następnych   celnych   uderzeniach   zamilkło 
kolejnych dwadzieścia sześć stacji. Niemcy starali się je odbudować, ale skutecznie przeszkadzały im w tym 
eskadry  Lancasterów, które nie zważając na gęsty ogień artylerii przeciwlotniczej niszczyły odbudowane 
instalacje.

Jedna z nielicznych kobiet w zespole brytyjskich  ekspertów radarowych, dr Curran, w trakcie serii 

eksperymentów spostrzegła, że specjalne metalowe  płytki zwane dipolami, zrzucone z kilku samolotów, 
przy   zachowaniu   odpowiednich   warunków   wywołują   na   ekranie   niemieckiego  „Würtzburga”   echo 
sprawiające   wrażenie   zlokalizowania   całej   floty   powietrznej.   System   opatrzono   kryptonimem  „Światło 
Księżyca” i postanowiono wykorzystać dla dezinformacji hitlerowców podczas inwazji na wybrzeże Francji. 
Eksperymenty przeprowadzone w rejonie ujścia Tamizy wykazały, że ów nowy system działał znakommicie: 
w powietrze wzbiło się zaledwie dziesięć samolotów brytyjskich rozsypujących dipole, zaś na spotkanie im 
Luftwaffe wysłała sto czterdzieści nocnych myśliwców! Chwyt ten powtarzano później dość często, tak by 
stale trzymać Niemców w napięciu.

Skuteczność nowej metody postanowili sprawdzić Anglicy podczas ataku bombowego, na zakkłady 

lotnicze   Messerschmitta   w   Regensburgu.   Aby   odciągnąć   uwagę   Niemców   od   rzeczywistego   celu, 
skierowano ku Berlinowi formację bombowców. Dzięki zastosowaniu deszczu folii aluminiowej i „Światła 
Księżyca” przemieniła się ona na monitorach radarów niemieckich w potężną flotę powietrzną, przeciw 
której skierowano  gros sił Luftwaffe. Zachęceni powodzeniem Brytyjczycy użyli  tej metody przy ataku 
przeciwko   rakietowemu   ośrodkowi   doświadczalnemu   koło   Peenemünde   na   wyspie   Uznam.   Decyzję   o 
zbomabrdowaniu   Peenemünde   podjęto   po   meldunku   dostarczonym   przez   wywiad   polskiego   podziemia. 
Wskazywał   on   na   tempo   prowadzonych   tam   prac   nad   nową   bronią   rakietową.   Tym   razem   informacje 
zebrane   przez   grupę   inżyniera   Kocjana   nie   zostały,   tak   jak   poprzednio   w   1942   r.,   zlekceważone. 
Zainteresował się nimi osobiście premier Churchill i z jego inspiracji lotnictwo przeprowadziło 18 sierpnia 
1943 r. kilka silnych uderzeń bombowych w tym rejonie.

Tymczasem   zespół   brytyjskich   uczonych   odniósł   kolejny   sukces  —   jeden   z   jego   członków,   dr 

Cockborn, opracował system pozwalający uzyskać na ekranach radaru echo wskazujące na obecność dużej 
flotylli, podczas gdy w rzeczywistości było to kilka niewielkich jednostek morskich.

Wszystkie te sposoby zostały wykorzystane podczas lądowania na plażach Normandii. Inne z kolei 

działania dezinformacyjne utwierdziły Niemców w przekonaniu, iż desant będzie miał miejsce w rejonie Pas 
de Calais. Tu właśnie hitlerowcy zgromadzili główne siły, które miały zepchnąć lądujące oddziały do morza, 
i daremnie oczekiwali na przybycie dużej nieprzyjacielskiej flotylli powietrznej i morskiej, którą widzieli 
całkiem wyraźnie na ekranach swoich radarów. Mimo wylądowania oddziałów brytyjsko-amerykańskich w 
Normandii sądzili, iż jest to tylko wybieg mający na celu odwrócenie ich uwagi.

Także   w   następnych   etapach   działań   wojennych   radar   odgrywał   istotną   rolę   zarówno   na   froncie 

europejskim, jak też w walce z Japonią na Oceanie Spokojnym.

Od   1943   r.   alianci   zdobyli   w   dziedzinie   radiolokacji   zdecydowaną   przewagę   nad   Niemcami 

hitlerowskimi, ale w chwili zakończenia wojny grupę ekspertów brytyjskich spotkało nie lada zaskoczenie. 
W   czasie   kapitulacji   jednostek   Kriegsmarine   zgromadzonych   w   bazie   Wilhelmshaven   znaleziono   w 
magazynach skrzynie zawierające nowoczesną aparaturę radarową „Berlin I” i „Berlin II”, przeznaczoną dla 
okrętów podwodnych.  Pracowała  ona  na  falach  9,1 cm i miała zasięg do 20 kilometrów,  umożliwiając 
prowadzenie obserwacji w stanie wynurzenia lub na głębokości peryskopowej.

Profesor Wattson-Watt po zbadaniu obydwu aparatów położył podpis pod protokołem i westchnął z 

ulgą: na szczęście skonstruowano je za późno. Wielka była w tym zasługa naukowców brytyjskich, którzy 
przez całe lata nie szczędzili wysiłków, by zgłębić tajemnicę  „niewidzialnych oczu”. Tak jak się czasem 
zdarza, zabrakło ich jednak w szeregu dowódców wojskowych, dekorowanych najwyższymi odznaczeniami 
za wkład do zwycięstwa.