background image

PHILIP KAPLEAU

ZEŃ: ŚWIT NA ZACHODZIE
PRZEKŁAD: JACEK DOBROWOLSKI WARSZAWA 1992 • ZBZ "BODHIDHARMA"

 
Dedykowane tym, którzy pragną znaleźć, a nie tylko szukać

Tytuł oryginału: Zen: DAWN IN THE WEST by PhBip KAPLEAU
Projekt okładki: MACIEJ KALKUS Redaktor graficzny: Maria EKIER Redakcja: Anna 

JEDYNAK Redaktor 
techniczny: MIROSŁAW KALIŃSKI

OBJAŚNIENIE ILUSTRACJI: Rysunek Richarda Wehrmana. Karp skaczący w górę 
wodospadu" pochodzi 

z tradycyjnej ikonografii zen. W starożytnych Chinach popularna była legenda o 
karpiu uporczywie 

zmagającym się z prądem rzeki i usiłującym dostać się na szczyt wodospadu. Po 
wielu nieudanych 

próbach, zebrawszy wszystkie siły, w jednym potężnym skoku osiąga szczyt i staje 
się smokiem.

Na Wschodzie ceni się karpia za jego wigor, wytrwałość i odwagę - zalety 
nieodzowne do osiągnięcia 

oświecenia - toteż w klasztorach zen można często znaleźć duże drewniane rzeźby 
przedstawiające tę 

rybę.
Rysunek pędzla Liang K'ai przedstawiający Siakjamunlago był reprodukowany w 

książce D. T. Suzukiego 
Zen, and Japanese Culture i jest tu zamieszczony za zgodą spadkobierców autora.

Fotografia Szóstego Patriarchy pochodzi z Ch'an and Zen Toaching (Sari*s three) 
Charlesa Luka i jest 

reprodukowana za zgodą autora.
Rysunek przedstawiający Bodhkjharmę, pędzla Hakuina, ukazał się w Zen Dusrlss-hu 

Miury i Ruth Fuller 
Sasaki i jest reprodukowany za zgodą markiza Hosokawy Moritat-su, z którego 

kolekcji został wzięty.
© for Polish edition ZBZ "BODHIDHARMA" Warszawa 1992 Printed in Poland

l

PRZEDMOWA DO WYDANIA POLSKIEGO

Według doktryny buddyjskiej wszelkie cierpienia i nieszczęścia w życiu 
człowieka, w życiu społeczeństw i 

narodów oraz w świecie innych istot zarówno ożywionych, jak i nie ożywionych, 
mają swe źródło w 

podstawowej niewiedzy dotyczącej tego, kim w istocie jesteśmy. Świadomość naszej 
prawdziwej istoty, 

która jest zarazem istotą Wszechrzeczy, przesłonięta jest przeświadczeniem, że 
istniejemy jako odrębne 

jednostki, różne od wszystkiego co je otacza. Ten egocentryczny punkt widzenia 
stwarza w nas poczucie 

osamotnienia i zagrożenia, powoduje nieustanne wewnętrzne konflikty, a także 
konflikty z innymi ludźmi, 

konflikty społeczne i narodowe oraz konflikt człowieka z jego naturalnym 
środowiskiem. Konflikty te 

owocują cierpieniem w postaci chorób, nerwic, antagonizmów oraz wojen i 
katastrof ekologicznych. 

Złudzenie odrębności rodzi ideologię walki i egocentryczną filozofię przetrwania 
kosztem wszystkiego i 

wszystkich.

background image

Celem treningu zen jest przekroczenie egocsntrycznego doświadczenia siebie i 

wszechświata jako dwóch 
odrębnych bytów. Nazywa się to w zen urzeczywistnieniem własnej Prawdziwej 

Natury, osiągnięciem 
stanu Umysłu Buddy, a także przebudzeniem lub oświeceniem.

Jako pierwszy dokonał tego, po latach duchowych wysiłków, Gautama Siakjamu-ni, 
żyjący w Indiach w 

latach 563-483 przed Chrystusem - po czym przybrał imię Budda, czyli 
Przebudzony. Oświecony Umysł 

Buddy przedstawia się symbolicznie poprzez wizerunki Buddy, promieniejące siłą, 
spokojem, mądrością i 

współczuciem. Postawa siedzącego Buddy sprzyja długotrwałej koncentracji i jest 
pożądana zarówno w 

codziennej praktyce, jak i podczas intensywnego treningu.
Postawa Buddy rozumiana jako stan umysłu pozwala działać uważnie i skutecznie, 

odpowiedzialnie i 
zdecydowanie, w harmonii ze wszystkim. Człowiek zeń sposobem życia przyczynia 

się do tego, aby w 
świecie panowała większa harmonia i wzajemne zrozumienie. Japonia, gdzie buddyzm 

zeń rozwijał się 
przez ponad 700 lat i wciąż jest żywy jako element kultury narodowej, słynie w 

świecie z wydajności 
robotników, dzielności żołnierzy, sprawności menedżerów, a także z osiągnięć w 

nauce, technice, 
architekturze i sztuce oraz z uprzejmości i szacunku w stosunkach między ludźmi. 

Nie byłoby to możliwe 
bez zeń. Trening zeń uczy bowiem dyscypliny, rozjaśnia umysł, u-walnia od 

negatywnych emocji. Wdraża 
do pracy i uczy szacunku dla pracy innych.

Ludzie zeń nie angażują się w jakąkolwiek walkę o władzę czy dominację. Włączają 
się natomiast w 

osobistą pomoc innym, w sprawy społeczne, w pracę na rzecz harmonii między 
ludźmi, na rzecz pokoju i 

ochrony naturalnego środowiska. W aspekcie religijnym doktryna buddyjska nie 
oferuje gotowego 

rozwiązania dylematu życia i śmierci w postaci wszechmogącego Boga-Stwórcy.
Powstaje więc pytanie: czy zeń jest religią? Jeśli wymaga się od religii, aby 

uznawała Boga zewnętrznego 
wobec świata i człowieka, aby miała swoje własne Pismo Święte, w które trzeba 

ślepo wierzyć, jeżeli 
wymaga się wiary w istnienie indywidualnej duszy, która przez całą wieczność 

trwa w ekstazie nieba lub w 
wiecznym potępieniu piekła, jeśli trzeba wierzyć, że cudza ofiara może zmazać 

czyjś grzech, a nasze 
zbawienie może za nas osiągnąć zbawiciel, to zeń nie jest religią. Ale jeżeli 

przez religię rozumiemy 
filozofię i praktykę, która umożliwia człowiekowi znalezienie nie dającej się 

zakwestionować odpowiedzi 
na pytanie kim jest, dlaczego się narodził i dla-

czego musi umrzeć, na czym polega jego związek z innymi ludźmi i ze światem - to 
wówczas zeń z 

pewnością jest religią.
Człowiek zeń czuje się w pełni odpowiedzialny za wszystko, co czyni i za 

wszystko co go w życiu spotyka. 
Wie bowiem, że tylko płynące z przebudzonego umysłu słowa, myśli i czyny nie 

tworzą przyczyn 
cierpienia, jakie dotknęłoby jego samego, innych i świat. Ostatecznym wyrazem 

tej odpowiedzialności, a 
zarazem celem praktyki zeń jest przebudzenie, czyli osiągnięcie zbawienia za 

życia, własnym wysiłkiem, a 
nie dzięki łasce wyższej czy choćby najwyższej istoty zewnętrznej wobec 

człowieka. Oddawanie czci 

background image

Buddzie jest naturalnym wyrazem wdzięczności dla historycznego Buddy 

Siakjamuniego za wskazanie 
drogi do urzeczywistnienia naszej Prawdziwej Natury-

Z drugiej jednak strony w zen mówi się: „Kłaniając się Buddzie kłaniasz się 
sobie", czyli oddajesz cześć 

swojej własnej immanentnej Prawdziwej Naturze, którą możesz urzeczywistnić. Tak 
więc oddawanie czci 

Buddzie nie jest w zeń ani wyrazem podporządkowania, ani oddawania się w opiekę 
jakiemuś 

zewnętrznemu bóstwu. Praktykujący zeń nie szukają ukojenia w modlitwie i 
prośbach do Boga. Praktyka 

zeń nie ma nic wspólnego z takim dualistycznym podejściem i dlatego nigdy nie 
staje się dogmatyczna ani 

fanatyczna.
Buddyzm nie neguje wartości naukowego punktu widzenia na świat materii. 

Przekracza jednak ten punkt 
widzenia wskazując na tożsamość natury wszystkiego, co istnieje. Wskazuje na 

istnienie prawdy, której 
nie sposób pojąć intelektem, poznać zmysłami ani wyrazić w słowach. Można jej 

jedynie doświadczyć 
poprzez skoncentrowaną praktykę medytacji i zaświadczać o niej swoim życiem.

Buddyzm zeń nie ma hierarchicznej struktury ani jednolitej organizacji. Nie ma 
głowy Kościoła ani 

jedynego patriarchy. Praktyka zeń odbywa się we wspólnocie prowadzonej przez 
wykwalifikowanego 

nauczyciela - mistrza zeń. Czystość nauki zapewnia nieprzerwany łańcuch przekazu 
z mistrza na 

wybranego ucznia, zapoczątkowany przez samego Buddę Siakjamuniego. Związek 
mistrza z uczniami ma 

charakter czysto duchowy. Tak więc między mną a moimi uczniami w Polsce nie 
istnieje żadna 

organizacyjna zależność czy podporządkowanie.
Moje wskazówki dotyczą wyłącznie spraw związanych z praktyką duchową. We 

wszystkich innych 
sprawach praktykujący zeń odwoływać się muszą do swego rozsądku, rozumienia 

prawdy i sumienia. Jest 
to zgodne z ogólną zasadą zeń, aby unikać uzależniania ucznia od mistrza. W zeń 

mówi się: „Zadaniem 
nauczyciela jest uchronienie ucznia przed wpływem nauczyciela. "

Philip Kapleau

PRZEDMOWA

Zeń: świt na Zachodzie stanowi kontynuację Trzech filarów zeń. Książka Trzy 
filary zeń: nauka, praktyka, 

oświecenie wydana została po raz pierwszy w 1965 roku. Sprzedano ją w liczbie 
około 150 tysięcy 

egzemplarzy w wersji angielskiej i przełożono jak dotąd na niemiecki, 
hiszpański, francuski, szwedzki, 

portugalski, turecki, holenderski, włoski, chiński i polski. Bez wątpienia jest 
to w swoim rodzaju pozycja 

klasyczna, która będzie w przyszłości służyć jako podręcznik dla praktykujących 
zeń. Trzy filary..., gdy 

tylko się ukazały, rozbrzmiały jak głos trąbki na pobudkę.
Od połowy lat sześćdziesiątych rosi Kapleau przemierzał Amerykę wzdłuż i wszerz. 

Najrozmaitsze 
środowiska zapraszały go na wykłady. Mówił na uniwersytetach, w różnego typu 

ośrodkach zajmujących 
się rozwojem człowieka i na naukowych sympozjach. Odwiedzał rozmaite 

organizacje, zgromadzenia 
religijne i grupy psychoterapeutyczne; podróżował po Kanadzie, Meksyku, 

Kostaryce, Wenezueli, 
Kolumbii, Hiszpanii, Niemczech, a nawet po Polsce. Jego obecność, jego 

konkretne, bardzo życiowe 

background image

podejście, rozsądek i poczucie humoru potwier-dzHy to, co zapowiadały „Trzy 

filary... ": że jest 
człowiekiem Zachodu całkowicie i naturalnie zjednoczonym z zeń. Co więcej, 

ukazał swoim działaniem i 
sposobem bycia, że głęboko wniknął w zeń i przezwyciężył to, co dla jego 

słuchaczy stanowi źródło 
niepokoju.

Wskutek tego do Rochester napłynął najpierw strumień, potem rzeka, a w końcu 
cały zalew ludzi, 

pragnących praktykować razem z rosim Kapleau w założonym przez niego Ośrodku 
Zeń. Przez wiele lat 

rosi Kapleau prowadził warsztaty i sesin, wygłaszał mowy, udzielał porad swym 
uczniom i spotykał się z 

najróżniejszymi ludźmi, którzy przychodzili do niego z prośbą o radę i 
przewodnictwo.

Doświadczenia te wykorzystał pisząc książkę Zeń: świt na Zachodzie. W 1966 roku 
w ośrodku odbyło się 

pierwsze sesin. W 1968 roku wybuchł katastrofalnych rozmiarów pożar i strawił 
wszystko oprócz szkieletu 

budynku. Wykorzystując kwalifikacje wyniesione z pracy, członkowie ośrodka przez 
dwa lata zmagali się z 

samymi sobą i ze stawiającym opór materiałem, aż odnowili zrąb budynku i 
przekształcili go w świątynię 

zeń.
Od tego czasu ośrodek znacznie się rozrósł i pojawiło się w nim wiele ulepszeń. 

Jednakże mimo pożaru, 
przebudowy i nieustannych zmian, zasadnicza praca zeń - a więc zazen, sesin, 

warsztaty, ceremonie - 
odbywała się bez zakłóceń. Chociaż wiele tradycyjnych ceremonii zostało 

dostosowanych do wymogów 
naszych czasów i naszej kultury, to jednak rosi Kapleau nieustępliwie i 

niestrudzenie ochraniał i 
podtrzymywał ducha zeń przekazanego mu przez jego nauczycieli - rosiego Haradę i 

rosiego 
Yasutaniego.

9

Wymagania, jakie rosi Kapleau stawia ludziom, którzy z nim pracują, są równie 

wysokie jak te, z którymi 
spotkał się w klasztorze Hosin, gdzie praktykował. Nie toleruje pobłażania sobie 

ani litowania się nad 
sobą. Nie zezwala na usprawiedliwianie się ani na specjalne względy. Oczekuje 

zaangażowania i 
wytężonej pracy. Powiada: Jeśli uczeń nie jest w stanie dorównać swemu 

nauczycielowi lub go 
przewyższyć, to obaj zawiedli".

Mamy tu człowieka Zachodu, który jest oświecony, a zarazem wypowiada się jasno i 
zdaje sobie przy tym 

sprawę z wątpliwości, trosk i nadziei współczesnych, technologicznie 
zorientowanych ludzi. Takie 

połączenie cech należy do rzadkości. Czytelnik powinien zdawać sobie sprawę z 
prawdziwego celu tej 

książki. Podobnie jak sesin, poświęcone przebudzeniu się uczestników, książka ta 
napisana przez 

oświeconego nauczyciela ma ostatecznie jeden cel - przebudzenie się czytelnika.
Albert Low

„Siakjamuni schodzący z góry" pędzla LJang K'ai (XII wiek), wybitnego chińskiego 
malarza z czasów 

Południowej Dynastii Sung.
Po sześciu latach wewnętrznych duchowych zmagań i poszukiwań Siakjamuni osiągnął 

najwyższy szczyt 

background image

Umysłu, wejrzał w najgłębsze znaczenie narodzin i śmierci i stał się Buddą, 

czyli Przebudzonym. 
Początkowo rozkoszował się tym wzniosłym stanem. Potem rozważał, czy ludzie, 

nurzający się wciąż w 
błocie gniewu, chciwości i ułudy, są w stanie pojąć doniosłą prawdę, jaką 

urzeczywistnił. Wreszcie zszedł 
z tej najwyższej z gór w świat cierpienia i zaczął nauczać o przyczynie 

cierpienia i drodze przezwyciężenia 
go.

 
Obraz promienieje głębokim spokojem, co podkreśla trzepocząca na wietrze szata 

Siakjamuniego i 
ukośna linia zbocza. Atmosfera ta oddaje głębię oświecenia. W rysach 

Siakjamuniego widać wielki spokój, 
mądrość i współczucie. Nie ma w tym nic nadprzyrodzonego ani mitycznego. Budda 

jest ukazany w 
konkretnej ludzkiej postaci.

Obraz ten pozwala odczuć, że prawdziwe przebudzenie nie jest ekstazą, 
utrzymującą człowieka pełnego 

zachwytu i radości w obłokach abstrakcyjnej jedności. Jest c-no raczej 
urzeczywistnieniem osadzającym 

człowieka mocno na ziemi, pośród świata trudu i zmagań. Wchodzi się na tę górę 
dla siebie, schodzi się z 

niej dla innych.
11

WSTĘP
Moja pierwsza książka Trzy filary zeń przedstawiła zasady i metody buddyz-mu zeń 

słowami zarówno 
starożytnych, jak i współczesnych japońskich mist-rzów, dostarczając 

czytelnikowi mapę i kompas i 
wyznaczjąc kierunek podróży do samourzeczywistnienia.

Znajomość tych nauk i praktyk, obejmujących również elementy indyjskiego i 
chińskiego zeń, jest - jak 

uważam - niezbędna, jeśli ma się ujrzeć we właściwej perspektywie nowy buddyzm, 
rozwijający się na 

Zachodzie. Jednocześnie należy zdać sobie sprawę, że ponieważ buddyzm w Japonii 
i innych krajach Azji 

jest nieuchronnie stopiony z jedynymi w swoim rodzaju kulturami, to jego istotę 
trzeba wydobyć z owych 

kulturowych naleciałości. Nie jest to łatwe zadanie. Zeń: świt na Zachodzie 
oferuje stare wino w nowych 

dzbanach.
Ukazuje oddziaływanie zeń w Północnej i Południowej Ameryce i w Europie oraz 

różnorodne reakcje, jakie 
wywołuje on w rozmaitych kulturowych środowiskach. Książka ta odpowiada, w 

sposób właściwy dla zeń, 
na ich palące, dociekliwe pytania i otwarcie wyjawiane wątpliwości. Umożliwia 

też ona czytelnikowi 
pośredni udział w sesin (intensywnym okresie treningu w odosobnieniu), które 

jest sercem dyscypliny zeń.
Książka nie ogranicza się przy tym do aluzji dotyczących cudu i radości 

oświecenia, lecz przedstawia 
również żywe reakcje ludzi Zachodu, którzy doznali tego nieporównywalnego z 

niczym przeżycia. Niewiele 
książek o zeń trafnie przedstawia znaczenie aktów czci i oddania oraz rytuałów 

będących nieodzownym 
składnikiem duchowego treningu. Zeń: świt na Zachodzie jest próbą wypełnienia 

tej luki, lecz nie w drodze 
pouczeń, tylko poprzez listy i dialogi, jasno ukazujące zastrzeżenia wysuwane w 

tych sprawach przez 
wielu początkujących.

Znajdują się tu również współczesne, specjalnie przystosowane do śpiewu 

background image

przekłady podstawowych 

tekstów, dzięki którym akty czci i oddania nabierają głębokiej ekspresji. 
Powiada się, że zeń jest ponad 

moralnością, ale że moralność nie jest poniżej zeń. To paradoksalne 
stwierdzenie, wraz ze szczególnie 

charakterystycznym dla zeń brakiem sentymentalizmu i umoralniających kazań, 
przyczyniło się do 

powstania błędnego wyobrażenia, iż zeń urąga moralności i ignoruje 
odpowiedzialność społeczną

W istocie rzecz ma się dokładnie na odwrót, o czym czytelnik może się sam 
przekonać. Zeń kształtuje 

moralne i odpowiedzialne zachowanie, wygaszając płomienie chciwości, gniewu i 
ułudy, które spalają 

ludzki umysł, i budząc tym samym współczucie i miłość w każdym ludzkim sercu.
Buddyzm zeń, mimo poświęconej mu obszernej literatury, pozostaje dla wielu 

tajemniczą, orientalną 
religią Mamy nadzieję, że zeń przefiltrowany przez doświadczenia zachodniego 

nauczyciela i 
przedstawiony tu w jego spotkaniach

13

2 zachodnimi uczniami i entuzjastami przemówi wprost do dzisiejszych ludzi 

Zachodu w zrozumiałym 
kontekście naszego czasu i kultury.

Czytelnik zauważy, że w przekładach cudzoziemskich imion, szczególnie mistrzów 
chińskich, panuje 

niekonsekwencja. W Japonii chińskim i indyjskim i-mionom nadawano japońskie 
brzmienie, lecz jest to 

zwyczaj, którego nie mogłem utrzymać w książce pisanej po angielsku, mimo że 
zjaponizowane imiona są 

dość łatwe do wymawiania dla ludzi Zachodu. Z drugiej jednak strony nie wydawało 
mi się właściwe 

pozostawienie wszystkich imion w ich oryginalnej transliteracji, zwłaszcza imion 
chińskich, niezwykle 

trudnych w wymowie dla przeciętnego zachodniego czytelnika, w sytuacji gdy wielu 
czytelników już 

zaznajomiło się ze zjaponizowanymi cudzoziemskimi imionami (większość tekstów 
zeń w języku 

angielskim zostało przetłumaczonych przez Japończyków). Idąc na kompromis 
przyjąłem praktykę - która 

chyba nie zadowoliłaby ani chińskiego, ani japońskiego, ani indyjskiego 
czytelnika - używania japońskiego 

imienia wtedy, gdy ma ono bardziej znajome brzmienie i sprawia mniej kłopotu, a 
zachowywania chińskiej 

czy indyjskiej wymowy w szerzej znanych przypadkach.
Do powstania niniejszej książki przyczyniły się niezliczone pomocne dłonie 

bothisattwów przeszłych i 
obecnych, bez których inspiracji i aktywnej pomocy nigdy by się nie narodziła. 

Przede wszystkim 
przychodzą mi na myśl: moi nauczyciele - pamięć o ich niestrudzonych wysiłkach i 

niezliczonych 
dobrodziejstwach inspirowała tę pracę od początku do końca.

Bodhin - kapłan z Ośrodka Zeń w Rochester, który pracował ze mną nad wszystkimi 
aspektami tej książki. 

Bez jego lingwistycznych zdolności, talentu i o-fiarności mój wybór i redakcja 
materiału składającego się 

na ten tom byłyby niezmiernie utrudnione.
Albert Low, który łaskawie zgodził się napisać przedmowę, przeczytał rękopis 

kilka razy oraz podsunął 
wiele sugestii, wskutek czego książka niewątpliwie zyskała.

Gail Graef, moja sekretarka, która taktownie poganiała mnie i zachęcała do 
pracy, nie pozwalając na 

zwolnienie tempa. Jej troska o szczegóły, jak również umiejętność pisania na 

background image

maszynie i inne uzdolnienia, 

były niezwykle pomocne.
Tina Kjolhede, która szczodrze użyczała swego czasu i umiejętności 

redaktorskich. Jej bystremu oku i 
wnikliwej uwadze zawdzięczam oczyszczenie tekstu z dłużyzn, które byłyby 

utrudnieniem dla czytelnika.
Toni Packer, która uważnie i krytycznie przeczytała rękopis i poczyniła wiele 

trafnych uwag, znacznie 
podnoszących jakość tekstu.

Richard Wehrman, który hojnie użyczał swego czasu i talentu, projektując 
okładkę, rysunek karpia na 

tytułowej stronie i trzy rysunki w części poświęconej aktom czci i oddania.
14

Rafę Martin, właściciel księgarni OxCart, który był cennym współpracownikiem 
przy sporządzaniu listy 

książek zalecanych do czytania.
Richard Clarke - swoim tłumaczeniem Strof Wiary w Umysł pomógł przygotować jej 

ostateczną wersję.
Poiły Papageorge, która bez skargi ponosiła ciężar pisania na maszynie oraz 

przygotowywała niebiańskie 
posiłki. Tej oddanej i utalentowanej osobie przypadło zadanie zajmowania się 

wieloma codziennymi 
sprawami, tak istotnymi dla tworzenia atmosfery sprzyjającej pracy.

Wszystkim tu wspomnianym, jak również członkom Ośrodka Zeń w Roches-ter, którzy 
znosili okresy mojej 

nieobecności z cierpliwą wyrozumiałością pragnę wyrazić moją serdeczną 
wdzięczność z dłońmi 

złożonymi w gasio.
Philip Kapleau

Rochester, stan Nowy Jork, 8 kwietnia 1978 r.

l

BŁYSKI ZEŃ

WPROWADZENIE

Zeń od dawna znany jest jako „przekaz poza sutrami, nie opierający się na 
słowach". Od chwili, gdy 

Budda Siakjamuni uniósł kwiat przed zgromadzeniem mnichów na Górze Sępa, a 
Mahakasiapa w 

odpowiedzi uśmiechnął się ze zrozumieniem 1, zeń rozkwitał najpełniej nie w 
słowach, ale w czynach.

Czytelnik, który wie o tym, może na początku dziwić się, jaką rolę spełniają 
poniższe dialogi w 

przekazywaniu ducha zeń. Bytoby naprawdę rzeczą cudowną, gdyby ci, którzy 
przychodzą do nauczyciela 

zeń, przynosili ze sobą wrażliwość i zrozumienie Mahakasiapy. Tak się jednak nie 
zdarza i aby dotrzeć do 

słuchacza, nauczyciel musi zstąpić na poziom werbalnego porozumiewania się.
Szczególnie w naszej zachodniej kulturze, gdzie nawet podstawowe zasady buddyzmu 

są ciągle nieznane 
względnie rozumiane opacznie, nauczyciel musi mówić do początkujących językiem, 

który mogą 
zrozumieć. Dla wahającego się i pełnego pytań nowicjusza wymóg podporządkowania 

się nakazowi 
„siedź, a zrozumiesz!" to zbyt wiele jak na jego wiarę w swą Prawdziwą Naturę.

Zupełnie jak słoń, o którym się powiada, że nigdy nie przejdzie po nieznanej 
powierzchni, nim nie upewni 

się, że udźwignie ona jego ciężar - początkujący w zeń musi powoli wyczuwać swą 
drogę, zaspokajając 

najpierw intelektualne wątpliwości co do tego, czy idzie we właściwym kierunku. 

background image

Wówczas dopiero zyskuje 

wiarę i ufność podążając „nieznaną drogą w nieznane".
Pytania z serca, a nie z głowy, są dla nauczyciela zeń jak chleb, strawa i 

napój. Jednakże jest również 
nieco miejsca na pytania teoretyczne, bowiem one właśnie bardziej niż cokolwiek 

innego ujawniają 
dokładnie, gdzie stoi pytający i jak mocno jest tam zakorzeniony. Ta wiedza jest 

użyteczna dla 
nauczyciela.

Materiał do poniższych dialogów został zebrany w ciągu ostatnich dwunastu lat z 
rozmaitych źródeł, 

głównie z wykładów w college'ach, na uniwersytetach, w ośrodkach praktyk 
duchowych, a także w innych 

ośrodkach zajmujących się rozwojem człowieka. Innym źródłem były warsztaty 
wprowadzające, regularnie 

prowadzone w Ośrodku Zeń w Rochester. Na uniwersytetach w skład warsztatu 
wchodził również wykład 

otwarty, wygłaszany zwykle w piątkowy wieczór przed weekendem. Nie brakowało 
wówczas sposobności 

do stawiania pytań, podobnie zresztą jak i podczas pełnego warsztatu, jaki 
zazwyczaj miał miejsce 

następnego dnia.
W sumie wykłady i warsztaty, prowadzone w audytoriach i bibliotekach, w 

miejscach publicznych, jak 
również prywatnie u poszczególnych grup, przyciągnęły jednak mniejszą liczbę 

poważnie nastawionych 
osób aniżeli warsztaty w Ośrodku. Ktoś, kto żywi przelotne zainteresowanie zeń, 

być może wynikające 
tylko z ciekawości intelektualnej, bez wielkiego wysiłku może wziąć udział w 

darmowym seminarium o 
zeń, odbywającym się na jego uniwersytecie czy w rodzin-

19

nym mieście. W konsekwencji pytania teoretyczne, dotyczące na przykład 

porównania zeń z innymi 
tradycjami religijnymi, częściej padaty w takim otoczeniu, zwłaszcza na 

wykładach dla studentów i 
nauczycieli uniwersyteckich, aniżeli podczas okresów pytań na warsztatach w 

Rochester.
Grupy, spotykające się na warsztatach w Ośrodku Zeń, miały niezwykle urozmaicony 

skład. W typowej 
grupie mogli się znaleźć: specjalista od zarządzania, nauczyciel tańca, kierowca 

ciężarówki, bankier, 
kucharz, pielęgniarz ze szpitala psychiatrycznego, psycholog, a także artyści i 

muzycy, gospodynie 
domowe i matki, pisarze, ludzie sceny, lekarze, studenci i nauczyciele. 

Większość przyjeżdżała ze 
wschodniej części Stanów, lecz niektórzy przybywali z tak odległych miejsc jak 

Oregon, Nowa Szkocja, 
Meksyk, Polska, RFN i Szwajcaria.

Również wiek uczestników był zróżnicowany: od osiemnastu do osiemdziesięciu lat. 
Mówi się często, że 

to nie studnia idzie do spragnionych, lecz spragnieni do studni. Chociaż dawniej 
przyjmowanie zaproszeń 

od różnych grup, aby prowadzić warsztaty zeń w innych miastach, zdawało mi się 
warte zachodu, c-

becnie większość czasu spędzam z tymi, którzy przybywają do Ośrodka Zeń w 
Rochester. Ludzie, którzy 

w ciągu ostatnich dwunastu lat poświęcali czas, energię i pieniądze na często 
daleką podróż do 

Rochester, przyjeżdżali z różnych powodów. Niektórzy z czystej ciekawości, inni 
- żeby dyskutować, 

jeszcze inni -aby się spierać.

background image

Jednakże zawsze kryło się pod tym nękające niezadowolenie z życia, jakie wiedli, 

i pragnienie, choćby 
nawet najsłabsze, przezwyciężenia tego niepokoju. Nie wszystkie przedstawione 

pytania zadawano 
wobec całego audytorium i nie wszystkich odpowiedzi udzielano publicznie. 

Przeważnie po zakończeniu 
formalnego okresu pytań podawano napoje i coś do zjedzenia, a grupka szczególnie 

zaangażowanych 
uczestników zbierała się wokół mnie.

Zwykle wtedy, w atmosferze swobodnej rozmowy, pojawiały się najbardziej 
dociekliwe pytania, których 

uczestnicy nie chcieli zadać publicznie z różnych powodów.
Żadnego z poniższych dialogów nie należy mylić z tym, co dzieje się podczas 

dokusan, kiedy to uczeń na 
osobności spotyka się z rosim twarzą w twarz. Pytania stawiane na warsztatach 

dotyczą całkiem innej 
dziedziny niż te przedstawiane na dokusan.

Uczestnicy warsztatów nie pozostają w żadnym formalnym związku ze mną, w 
odróżnieniu od tych, którzy 

są przyjmowani na dokusan. Biorący udział w warsztatach, oprócz tego, że mogą 
mieć za sobą 

doświadczenia z wieloma modnymi akurat sposobami terapii ciała i umysłu, mogą 
nadal utrzymywać 

sporadyczny kontakt z inną duchową tradycją i ślubować nawet posłuszeństwo 
komuś, kogo uważają za 

swego nauczyciela. Najbardziej dostrzegalną wspólną cechą uczestników warsztatów 
jest brak 

zdecydowanego zaangażowania. Można ich uczci-
20

wie nazwać „poszukiwaczami", w odróżnieniu od „praktykujących", którzy stawiają 
się przede mną na 

dokusan.
Zdając sobie sprawę, że w czasie wykładu czy warsztatu uczestnicy mają poważnie 

ograniczoną 
chłonność i zdolność rozumienia, jak również że nie są oni zaznajomieni z samym 

zeń i metodami 
nauczania go, nie mogę wobec takiego audytorium postępować w tradycyjnie 

przyjęty sposób. Gdyby 
typowo warsztatowe pytanie padło na dokusan, odpowiedzią byłoby słowo lub dwa, 

być może u-derzenie 
lub milczenie. Jednakże długa, zwerbalizowana odpowiedź na złożone pytanie nie 

stoi w sprzeczności z 
nauką zeń, skoro sam Budda podkreślał potrzebę dostosowania odpowiedzi do 

rozumienia pytającego.
Niektórzy czytelnicy mogą być zakłopotani, gdy odkryją, że podobne pytania 

wywołują rozmaite 
odpowiedzi w różnych dialogach. Jednakże w każdym pytaniu kryje się wiele treści 

poza słowami. 
Nauczyciel słuchając pytania musi upewnić się, w którym miejscu, że się tak 

wyrażę, stoi pytający, aby 
wiedzieć, jak najlepiej ukierunkować swą odpowiedź. Tak jak sama prawda nie jest 

statyczna, lecz 
dynamicznie żywa, tak i „właściwej" odpowiedzi nie sposób ustalić.

Z tego właśnie powodu odpowiedź, w której nie znajdują odbicia specyficzne 
potrzeby pytającego, jest 

zwykłą abstrakcją. W większości wypadków dialogi zostały spisane z notatek 
sporządzonych podczas 

warsztatów przez towarzyszących mi bliskich uczniów. Na niektórych „wyjazdowych" 
warsztatach 

nagrywano taśmy i przysyłano je do Ośrodka. Na zakończenie dodam, że dla 
uniknięcia powtórzeń w 

poniższych dialogach usunięto pewne, poruszane na warsztatach żywotne kwestie, 

background image

na które 

odpowiedziano już w Trzech filarach zeń.
Jeżeli materiał zawarty w tej części ma moc inspirowania w jedyny w swoim 

rodzaju sposób, to być może 
dlatego, że wynika z gradu żywych pytań i żywych odpowiedzi, z problemów i 

wątpliwości, ciekawości i 
sprzeciwu biznesmenów, nauczycieli, studentów, robotników i wielu innych ludzi w 

naszym współczesnym 
zachodnim społeczeństwie.

DIALOGI
1. GDZIE NARODZŁ SIĘ ZEŃ - W INDIACH, CHINACH, CZYJAPONH?

Grupa studentów z Wydziału Studiów Azjatyckich Uniwersytetu w Rochester złożyła 
pewnego dnia wizytę 

w Ośrodku Zeń. Gdy obejrzeli salę medytacyjną (zendo) i inne pomieszczenia 
ośrodka, poproszono ich o 

uwagi.
JAPOŃSKI STUDENT: Proszę mi wybaczyć moją nieuprzejmość, lecz zauważyłem, że 

ściany w sali 
medytacyjnej były wyłożone prasowanymi słomianymi matami. Zaskoczyło mnie to. 

My, Japończycy, 
nigdy nie wykładamy ścian słomianymi matami. W świątyniach zeń w Japoniii nigdy 

tego nie widziałem. 
Czy mógłbym zapytać, po co to robicie?

ROSI: Służy to dobrze naszym celom, dając ścianie naturalną, nie rozpraszającą 
uwagi barwę.

CHIŃSKI STUDENT (do Japończyka): Wydaje mi się, że pan uważa, iż prawdziwy zeń 
to zeń japoński. 

Proszę nie zapominać, że cz'an, który wy, Japończycy, nazywacie zeń, przybył do 
Japonii z Chin.

HINDUSKI STUDENT (do Japończyka i Chińczyka): Obaj zapominacie, że Budda 
Siakjamuni był 

Hindusem, a nie Chińczykiem ani Japończykiem. Bud-dyzm nie narodził się w 
Chinach ani w Japonii, lecz 

w Indiach.
ROSI: A warto przypomnieć wam trzem, że nasza amerykańska tradycja czerpie 

swobodnie ze wszystkich 
tradycji. Rzeki buddyjskich kultur waszych krajów wpłynęły do oceanu buddyzmu. 

Obecnie wody te 
zaspokajają duchowe pragnienia wielu Amerykanów. Droga Buddy jest uniwersalna i 

przekracza 
wszystkie kultury. Buddę można znaleźć nie tylko w Indiach, Chinach czy Japonii, 

lecz wszędzie tam, 
gdzie ludzie czczą go i żyją zgodnie z jego naukami.

BIRMAŃSKI STUDENT: W takim razie Pana Buddę można znaleźć przede wszystkim w 
moim kraju. 

Mamy w Birmie około dziewięćdziesięciu tysięcy buddyjskich mnichów, których nasz 
naród bardzo 

szanuje. Czcimy Pana Buddę w pagodach i w naszych domach. Okazujemy mu cześć 
jako największemu 

świętemu, jaki kiedykolwiek żył.
ROSI (do Birmańczyka): Czy pan medytuje?

BIRMAŃSKI STUDENT: Nie. Mam bardzo przeładowany program studiów na uniwersytecie 
i niestety nie 

mogę znaleźć czasu na medytację.
ROSI: Buddę można znaleźć w Birmie, lecz jeśli o pana chodzi, to dopiero będzie 

musiał go pan 
poszukać, (zwracając się do Chińczyka) A pan?

23

CHIŃSKI STUDENT: Chciałbym medytować, lecz mam maty pokój, a mój wspotiokator 

dzień i noc 

background image

puszcza płyty. Prawie nigdy się nie uczy i doprowadza mnie do szału. Chciałbym, 

żeby to on medytował.
ROSI: Dla pana Budda też pozostaje nieznany, (obraca się ku hinduskiemu 

studentowi)
HINDUSKI STUDENT: Moja rodzina wyznaje hinduizm, jednakże nauki Pana Buddy nie 

uważamy za 
odmienną od naszych własnych.

ROSI: Czy w hinduizmie nie praktykuje się medytacji?
HINDUSKI STUDENT: Owszem, lecz ja nie mam na to czasu, bo ćwiczę hat-ha jogę.

ROSI: Czy Budda Siakjamuni nauczał hatha jogi? (zwracając się do Japończyka) Czy 
pan medytuje?

JAPOŃSKI STUDENT: Niestety, nie potrafię. Proszę, niech mnie pan nauczy.
ROSI: To właśnie była pierwsza lekcja!

2. JEŚLI BĘDĘ MÓWIŁ O ZEŃ, TO TO, O CZYM BĘDĘ MÓWIŁ, NIE BĘDZIE ZEŃ. (spotkanie 
z grupą 

psychoanalityków)
DYREKTOR INSTYTUTU (po kilku wstępnych uwagach): Rosi Kapleau powie nam teraz, 

czym jest zeń.
(Dwóch uczniów towarzyszących rosiemu kładzie dwie maty z poduszkami na 

podłodze. Rosi siada na 
jednej. Jeden z uczniów kłania się przed rosim, a potem siada na drugiej macie)

UCZEŃ: Czym jest zeń?
(Rosi bierze z tacy dojrzałego banana, obiera go ze skórki i zaczyna jeść)

UCZEŃ: Czy to wszystko? Czy nie możesz mi pokazać czegoś innego, rosi?
ROSI: Proszę, podejdź bliżej.

(Uczeń przysuwa się bliżej)
ROSI: Proszę, wyraź to sam.

(Uczeń zjada resztę banana, po czym składa pokłon i wychodzi)
DRUGI UCZEŃ (zwraca się do audytorium): Rozumiecie? (Cisza) Byliście właśnie 

świadkami doskonałej 
demonstracji zeń. Czy są jakieś pytania? (długie milczenie)

PYTAJĄCY: Nie jestem zadowolony z tego, co pokazałeś, rosi. Nie jestem pewien, 
czy to rozumiem. Czy 

możesz powiedzieć nam, czym jest zeń? Z pew-nościąjest to możliwe.
ROSI: Dobrze. W powietrzu pływają ryby; w morzu fruwają ptaki!

24

PYTAJĄCY: Teraz rozumiem lepiej... (śmiech)

DRUGI PYTAJĄCY: A czy można dokładniej objaśnić, czym jest zeń?
ROSI: Jeżeli będę mówił o zeń, to to, o czym powiem, nie będzie zeń.

3. CZEMU MISTRZOWIE ZEŃ ODPOWIADAJĄ PRZYKRYM TONEM?
PYTAJĄCY: Czemu mistrzowie zeń nie zadają sobie trudu, aby odpowiadać na pytania 

świadczące o 
rzeczywistych ludzkich problemach? Zamiast tego odpowiadają tonem nonszalanckim 

lub wręcz 
przykrym.

ROSI: Jeśli jesteś głodny, a ja dam ci tylko menu, czy to cię zaspokoi?
PYTAJĄCY: Oczywiście, że nie. Dlaczego pytasz?

ROSI: Każde tłumaczenie, nawet najbardziej szczegółowe i wnikliwe, jest 
spojrzeniem z jednego tylko, 

ograniczonego punktu widzenia na to, co nieskończone. Dodawałbym ci w ten sposób 
jeszcze jedną 

głowę do tej, którą masz.
PYTAJĄCY: Właśnie to mam na myśli, gdy mówię o przykrym tonie.

ROSI (śmiejąc się): Chyba żartujesz.
PYTAJĄCY: Nie, mówię serio.

ROSI: Pewien uczeń zapytał kiedyś mistrza: „Czym jest budda?" A ów na to 
odpowiedział: „Kim jesteś?" 

Czy nazwałbyś to przykrą odpowiedzią?
PYTAJĄCY: Tak, oczywiście.

ROSI: A przypuśćmy, że powiedziałbym ci, iż ten uczeń dzięki temu doszedł do 
oświecenia. Czy nadal 

krytykowałbyś tę odpowiedź?

background image

PYTAJĄCY: Tak. Nie tylko same słowa, lecz również ton, jakim je wypowiedziałeś - 

naśladując, jak 
przypuszczam, ton mistrza - sprawia, że ta odpowiedź jest przykra Mistrz mógłby 

wyrazić w milszy sposób 
to, o co mu chodziło, gdyby chciał być uprzejmy.

ROSI (wyrzucając ręce do góry i śmiejąc się): Zeń nie jest dla ciebie, 
przyjacielu!

4. JEŚLI AMERYKANIE BĘDĄ SPĘDZAĆ CZAS NA MEDYTACJACH, TO KONKURENCYJNE 
SPOŁECZEŃSTWA PRZEGONIĄ ICH, A NAWET „POGRZEBIĄ".

PYTAJĄCY: Podczas jednej z przerw na tym warsztacie zauważyłem interesujące 
dekoracje w przejściu, 

łączącym główny budynek z Salą Buddy. Zapyta-
25

tem o nie pewnego członka ośrodka i dowiedziałem się, że przedstawiają one 
obłoki i wodę. Na pytanie o 

ich znaczenie odparł, że nowicjusze w treningu zeń są często zwani „unsui", tzn. 
„obłok-woda", bowiem 

celem zeń jest uformowanie człowieka, który „unosi się swobodnie jak obłoki i 
płynie jak woda". Niepokoi 

m-nie ta odpowiedź. Jestem kierownikiem produkcji w fabryce i przyszedłem na ten 
warsztat, żeby 

dowiedzieć się, czy metody zeń mogą pomóc naszym pracownikom, aby stali się 
bardziej uważni i 

aktywni. Co stanie się z naszym krajem, jeżeli zwycięży filozofia dryfowania jak 
obłoki? Na przykład, co 

stanie się z naszą produkcją żywności, od której zależy tak wiele na świecie, 
jak również z innymi 

produktami, które wytwarzamy dla siebie i innych krajów? Jeśli Amerykanie będą 
spędzać czas na 

medytacjach, to prężne społeczeństwa, takie jak radzieckie czy chińskie, 
przegonią nas w produkcji, a 

nawet „pogrzebią", czym kiedyś zagroził Chruszczow.
ROSI: Większe jest prawdopodobieństwo, że zostaniemy „pogrzebani" przez 

Japończyków niż przez 
Rosjan czy Chińczyków. Japonia jest obecnie największym producentem w Azji, a 

według artykułu z 
tygodnika Time z 28 marca 1977 roku, jest druga na świecie, jeśli chodzi o 

dochód narodowy. 
Wyprzedzają ją tylko Stany Zjednoczone. W 1966 roku, gdy opuszczałem Japonię po 

trzynastu latach 
treningu, grupa moich japońskich przyjaciół zeń wydała dla mnie przyjęcie 

pożegnalne. Podszedł do mnie 
wtedy pewien biznesmen, właściciel dużej fabryki, i szepnął mi na ucho: 

„Kapleau-san, jeśli pojedziesz do 
Waszyngtonu i zobaczysz waszego prezydenta Johnsona, to powiedz mu, że my, 

Japończycy, mamy 
tajemną broń, która pozwoli nam przegonić w produkcji Stany Zjednoczone." 

.Naprawdę? Co to takiego?" 
„Zeń!" Firma tego człowieka, jak i wiele innych dzisiejszych japońskich 

korporacji, regularnie posyła 
swoich pracowników do klasztorów zeń. Celem tego jest nie tylko rozwinięcie w 

nich większej dyscypliny i 
przytomności, ale również nauczenie ich, że to, czy praca cieszy czy przygnębia, 

zależy nie od niej samej, 
lecz od stanu umysłu, w jakim się prąci je.

PYTAJĄCY: Nadal nie widzę żadnego pożytku z filozofii „dryfowania jak obłoki" 
dla technologicznie 

zorientowanego społeczeństwa, takiego jak nasze.
ROSI: Dobrze, pomówmy o tym szerzej. Proszę mi powiedzieć, co robią obłoki?

PYTAJĄCY: Po prostu dryfują, lecz nie uważam, że ludzie powinni dryfować bez 
celu.

ROSI: Obłoki poruszają się swobodnie - to znaczy bez myśli - kształtując się 

background image

zgodnie z warunkami 

atmosferycznymi i swoją własną naturą. Woda dostosowuje się do wszelkich 
okoliczności. Jest kulista w 

kulistym naczyniu, a sześcienna w sześciennym. Jednakże zawsze zachowuje swoją 
tożsamość. Na jakiś 

czas może przekształcić się w lód lub parę, gdy jest c'o tego zmuszona przez 
określone warunki, ale 

zawsze powraca do własnej postaci, odzyskując swoją płynność,
26

bowiem nic nie jest w stanie jej powstrzymać przed ostatecznym osiągnięciem jej 
źródła - morza. „Woda 

jest ustępliwa, lecz zwycięża wszystko. Nigdy nie atakuje, lecz zawsze wygrywa 
ostatnią bitwę" - powiada 

starożytny chiński mędrzec.
Obłoki i woda symbolizują doskonałego człowieka zeń. Jego życie charakteryzuje 

się wolnością i 
spontanicznością a także odpornością i elastycznością w przystosowaniu się do 

zmiennych okoliczności. 
Żyje on więc bez napięć i niepokojów. Dlatego właśnie uczniowie zeń zwani są 

„obłoki - woda".
PYTAJĄCY: Może jestem tępy, ale nadal nie widzę związku między obłokami i wodą a 

wydajną pracą
ROSI: Wydajna praca wymaga energii, a energia najswobodniej płynie w robotniku, 

który potrafi łatwo 
pokonywać nowe przeszkody i dostosowywać się do zmiennych warunków. Jeśli 

ograniczają cię sztywne 
koncepcje tego, jak co powinno być - nieuchronnie nastąpi konflikt. Płynąca stąd 

frustracja pochłania 
energię i nie pozwala na całkowite oddanie się pracy.

Jakie środki stosują kierownicy fabryk, aby praca bardziej satysfakcjonowała 
robotników i angażowała ich 

duchowo?
PYTAJĄCY: Nasza firma zafundowała kursy TM (Transcendentalnej Medytacji) i 

metody Siłva Mind 
Control, lecz szczerze mówiąc niewiele one pomogły. Inne duże koncerny 

organizowały kursy z 
psychologii i innych dziedzin mających na celu doskonalenie się zatrudnionych 

tam pracowników.
ROSI: Z punktu widzenia zeń są to tylko półśrodki, bowiem zajmują się tylko 

liśćmi i gałęziami zamiast 
korzeniem, czyli przyczyną, Są tylko parawanem, który zasłania przepaść 

oddzielającą robotnika od jego 
pracy. Tak długo, jak długo kierownictwo nie dostosuje pracy do potrzeb swych 

pracowników, lecz będzie 
nalegać, aby oni dostosowali się do wymagań maszyn, robotnicy nie będą się u-

tożsamiać ze swoją 
praca; będą ją traktować jedynie jako środek zdobywania pieniędzy, niezbędnych 

do kupowania sobie i 
rodzinie coraz większej ilości materialnych dóbr, i będą się czuć wyalienowani. 

Innymi słowy, kierownictwo 
musi sprawić, by praca bardziej satysfakcjonowała robotników przez zaangażowanie 

ich serc i umysłów, a 
nie tylko rąk i nóg. Ze swojej strony robotnicy mają wobec siebie samych 

obowiązek nauczyć się 
doświadczać pracy jako środka do osobistego zbawienia.

PYTAJĄCY: Co to znaczy „zbawienie"?
ROSI: Przekroczenie poczucia ja" poprzez całkowite pochłonięcie pracą Z punktu 

widzenia zeń, cel pracy 
jest o wiele głębszy, niż tylko produkowanie rzeczy lub świadczenie usług 

przydatnych dla społeczeństwa. 
Właściwie traktowana praca jest środkiem do samourzeczywistnienia. Ale jeśli 

praca ma służyć temu 

background image

celowi, robotnicy powinni starać się nie oceniać swych zajęć jako nudnych ani 

przyjemnych, bowiem takie 
oceny powstają w sytuacji, gdy człowiek dystan-

27

suje się od pracy, gdy wewnętrznie się od niej oddziela. Robotnik musi również 

oddawać się pracy całym 
sobą - w pełni, czyli bez myśli oddzielających go od pracy. Tak wykonywana praca 

działa oczyszczające - 
wymiata przypadkowe, nieistotne myśli, które zanieczyszczają umysł jak środki 

chemiczne ciało. Praca 
staje się w ten sposób wyrazem Prawdziwego Umysłu, jest twórcza i budzi energię, 

l na tym właśnie 
polega jej uszlachetniająca rola. Taka praca zwana jest w zeń pracą dla siebie.

PYTAJĄCY: Pracując dla firmy pracujesz dla siebie - to powinno wszystkich 
uszczęśliwić.

ROSI: Właśnie!
5. ZEŃ I PSYCHOTERAPIA - CZY DADZĄ SIĘ POGODZIĆ?

PYTAJĄCY: Czy dobrze jest łączyć zazen z psychoterapią?
ROSI: Czy teraz przechodzisz psychoterapię?

PYTAJĄCY: Tak.
ROSI: Czy praktykujesz zazen?

PYTAJĄCY: Bardzo mało. Wahałem się, czy praktykować więcej, bo nie jestem 
pewien, jaki skutek 

mogłoby to wywrzeć na mojej terapii.
ROSI: Czemu nie pomówisz o tym ze swoim terapeutą i nie pójdziesz za jego 

radami?
PYTAJĄCY: Powiedział mi, że nie ceni medytacji ani zazen. Wiem, że sam nie 

praktykuje.
ROSI: To szkoda. W naszym Ośrodku jest wielu psychologów i psychiatrów, którzy 

od wielu lat praktykują 
zazen i nawet zalecają to swoim pacjentom. Jeśli jednak ufasz swemu 

psychoterapeucie i chcesz nadal 
leczyć się u niego, powinieneś zrobić to, co on mówi. Gdybyś stracił wiarę w 

niego i czuł potrzebę dalszej 
terapii - to wybierz terapeutę, który ma szersze przygotowanie obejmujące, 

jeżeli nie praktyczną 
znajomość zeń, to przynajmniej uznanie jego wartości.

DRUGI PYTAJĄCY: Czy osoba neurotyczna lub psychotyczna może uprawiać zazen?
ROSI: Ludzie, którzy są bardzo nerwowi lub też żyją w poważnym wewnętrznym 

zamęcie, nie potrafią 
uprawiać zazen. Lecz ty nie wydajesz się podpadać pod żadną z tych kategorii.

DRUGI PYTAJĄCY: Nie myślałem o sobie.
ROSI: Jeśli osoba z umysłowymi zaburzeniami odzyska równowagę, może ogromnie 

skorzystać z zazen. 
Musiałaby jednak pracować w ściślejszym niż inni kontakcie z nauczycielem.

28

DRUGI PYTAJĄCY: Czy wiesz coś o terapii Mority? O ile rozumiem, łąpzy o-na 

zachodnie metody 
psychiatryczne z elementami zeń. Czy mamy coś w tym rodzaju w Stanach 

Zjednoczonych?
ROSI: Morita, jak powiedział mi pewien japoński psychiatra, studiował tradycyjną 

zachodnią psychiatrię i 
przeszedł przez trening zeń - jak głęboki, tego nie wiem - tak więc oczywiście 

używał w leczeniu obu 
metod. Jego terapia opiera się na japońskim systemie rodzinnym i na kulturze 

wspólnot.
Gdy byłem w Japonii, poznałem dwóch psychiatrów, którzy ćwiczyli się zarówno w 

zeń, jak i w terapii 
Mority. Jeden z nich praktykował zazen u rosiego Yasutaniego i miał swoją 

klinikę niedaleko jego świątyni 

background image

w pobliskiej wiosce. Każdy z jego pacjentów mieszkał u jakiejś rodziny, brał 

udział w jej pracy i zajęciach. 
Było to częścią jego leczenia. Pacjenci, którzy mieli tylko drobne zaburzenia, 

praktykowali zazen w 
świątyni rosiego, a jeden czy dwóch brało nawet u-dział w sesin. W Stanach wielu 

psychiatrów, 
psychoanalityków i psychologów praktykuje zeń. Ci, którzy to robią od dawna, 

posługują się zasadami i 
metodami zeń w leczeniu pacjentów. Być może system psychoterapii Ericha Fromma 

jest najbliższy 
systemowi psychoterapii posługującej się elementami zeń. Jak wiadomo, Fromm 

wysoko cenił zeń.
Pewien członek Ośrodka Zeń w Rochester powiedział mi, że w 1965 roku na 

konferencji Pacem in terris w 
Szwajcarii, której patronował Ośrodek Badania Instytucji Demokratycznych, 

rozmawiał z Frommem i 
zapytał go, czy zdrowie umysłowe można osiągnąć dzięki zeń. „To jedyna droga do 

trwałego umysłowego 
zdrowia" - odpowiedział Fromm.

TRZECI PYTAJĄCY: Gdzie zaczyna się zeń, a kończy psychoterapia lub też gdzie 
zaczyna się 

psychoterapia, a kończy się zeń?
ROSI: Gdy spytałem o to samo psychiatrę o wieloletnim doświadczeniu, 

odpowiedział: „Uważam, że moim 
zadaniem jest leczenie zamętu i umysłowego niezrównoważenia moich pacjentów, aby 

pewnego dnia byli 
gotowi do zeń*. Czy jest to odpowiedź na twoje pytanie?

TRZECI PYTAJĄCY: Myślę, że tak.
DRUGI PYTAJĄCY: Rosi, a co robisz, gdy przychodzi do twego ośrodka ktoś, kto w 

oczywisty sposób jest 
znerwicowany lub ma schizofrenię, a chce praktykować zazen?

ROSI: Osoby w lekkim stanie niepokoju czy depresji, które przejawiają szczere 
pragnienie praktykowania, 

mogą zostać. W końcu któż nie jest w najgłębszym znaczeniu znerwicowany? Któż, 
zanim się nie 

przebudzi, nie patrzy krótkowz-rocznie na świat z dualistycznego punktu widzenia 
„ja a inni"? Jednakże 

jeśli chodzi o ludzi z poważnymi zakłóceniami umysłowymi, to wskutek zazen 
mogłyby się one pogłębić i 

to przeszkodziłoby innym w praktyce. Dlatego zaleca się im wizytę u 
psychoterapeuty, do którego mają 

zaufanie.
29

6. CZYM RÓŻNIĄ SIĘ TERAPIE PSYCHOFIZYCZNE OD
ZEŃ?

PYTAJĄCY: Mamy dziś tak wiele duchowych ścieżek, dyscyplin i terapii, że aż się 
kręci w głowie. Jak 

zdecydować, czy zająć się zeń, chińskim lub tybetańskim buddyzmem, jogą, 
sufizmem, ruchem Hare 

Kriszna, Misją Boskiego Światła, Kościołem Zjednoczenia, transcendentalną 
medytacją, est, scjentologią, 

Aricą, czy też terapiami psychofizycznymi takimi jak: Gestalt, rolfing, 
bioenergetyka, biofeedback, 

psychoanaliza, analiza transakcyjna, psychodrama, metoda Silva Mind Control, 
psychosynteza...

ROSI: Stop! Wystarczy (śmiejąc się). Wpierw musisz zdecydować, czego chcesz i w 
jakim kierunku jesteś 

gotów mocno pracować. Zapytaj siebie: „Czy zadowoli mnie cokolwiek poniżej 
pełnego przebudzenia, 

nawet jeśli miałoby ono zająć wiele żywotów? Czy naprawdę pragnę się dowiedzieć, 
kim jestem, dlaczego 

się urodziłem, dlaczego muszę umrzeć i jakie jest znaczenie mego życia? Czy też 

background image

moim celem jest 

rozluźnienie ciała, pogłębienie koncentracji lub też nauczenie się relaksu?"
DRUGI PYTAJĄCY: Słyszałem, rosi, jak mówiłeś komuś podczas przerwy -mam 

nadzieję, że nie będziesz 
miał mi za złe, że to powtórzę - iż nie cenisz tych wszystkich nowych dyscyplin 

ciała-umysłu, których 
wszędzie teraz pełno. Jednakże wiele z tych terapii wprowadza obecnie medytację, 

która w końcu jest 
podstawą zeń. Czy między różnymi rodzajami medytacji są aż takie różnice?

ROSI: Nie zrozumiałeś mnie. Nie zalecałbym tych terapii ani atmosfery panującej 
w wielu takich grupach 

spotkaniowych jako drogi do oświecenia. Abstrahując od oświecenia, grupy te 
spełniają ważną funkcję, 

gdy są prowadzone przez kogoś, kto ma za sobą lata ćwiczeń w danej dyscyplinie i 
może być słusznie 

nazwany prawdziwym nauczycielem, a nie po prostu przez kogoś, kto ukończył jakiś 
krótki kurs.

Medytację można jednak praktykować z wielu powodów. W terapiach psychofizycznych 
medytacja służy 

w zasadzie osiągnięciu relaksu i uspokojeniu przypadkowych myśli, przez co 
pomaga skuteczniej działać 

na poziomie psychofizycznym. Gdy jednak medytacja nie jest podsycana przez 
pragnienie religijnego 

przebudzenia i oddzielona jest od nauki głoszącej, że żaden człowiek nie jest 
wyspą dla siebie, to może 

się łatwo przekształcić w pełną samozadowolenia nie-czułość na ból innych.
Peter Marin w swoim artykule zatytułowanym Nowy narcyzm, drukowanym w piśmie 

Harpes z 
października 1975 roku, ostro krytykuje pewną terapeutyczną modę na to, co 

nazywa „ubóstwieniem 
wyizolowanej jaźni" i mówi, że „samolubs-

30

two i moralna ślepota żądają dla siebie w szerokim kontekście kulturowym uznania 

jako oświecenie i 
zdrowie psychiczne..."

Moje własne doświadczenie, wyniesione z warsztatów przeprowadzonych na 
zaproszenie grup 

psychoterapeutycznych, potwierdza argumenty Marina. Po jednym szczególnie 
niespokojnym warsztacie, 

podczas którego uciszenie uczestników, tak aby mogli praktykować zazen, było po 
prostu niemożliwe - 

uderzyło mnie, że zamiast dawać łupnia ich ego, masowałem je, zgadzając się na 
nastrój rozrywki i 

relaksu, jaki tam panował. Takiej właśnie atmosfery życzą sobie organizatorzy, 
co na początku jednego z 

warsztatów dramatycznie podkreślił przedstawiciel patronującej mu organizacji, 
psycholog, który sam 

prowadził grupy psychoterapeutyczne.
Zapytał: „Rosi, co byś powiedział, gdybym rozgrzał wszystkich za pomocą kilku 

prostych technik? To 
potrwa tylko kilka minut." „Proszę bardzo" - odparłem. Najpierw poprosił 

wszystkich o dobranie się parami 
i ustawienie plecami do siebie. Mężczyźni szybko próbowali znaleźć 

najatrakcyjniejsze kobiety i vice 
versa. Potem ogłosił: „Załóżcie, że każcie z was jest przedstawione osobie, z 

którą stoi, i że z jakiegoś 
powodu nie lubicie jej. Wyraźcie swoją niechęć plecami i twarzami." Wszyscy 

posłusznie wzruszali 
ramionami i wykrzywiali twarze w przesadnych grymasach.

Potem prowadzący powiedział: „A teraz, gdy już zawarliście znajomość, cieszcie 
się tym. Proszę, 

odegrajcie uczucie przyjemności." Słysząc to wszyscy pomału zaczęli ocierać się 

background image

plecami o plecy 

partnera, uśmiechając się szeroko. Po jakichś pięciu minutach prowadzący wezwał 
do zakończenia tego, 

a potem zwrócił się do mnie: „Dziękuję, rosi - mam nadzieję, że nie masz nic 
przeciwko temu małemu 

wstępowi."
Teraz uczestnicy śmiali się i żartowali, gdyż prowadzący wywołał dokładnie taką 

atmosferę, jakiej 
pragnąłem uniknąć.

Było jasne, że ludzie ci nie przybyli na warsztat powodowani palącym pragnieniem 
odkrycia, kim są i jaki 

jest ich związek z bliźnimi. Nie szukali oni duchowego przebudzenia, lecz 
gloryfikacji swej jaźni w 

nasyconej duchowym aromatem atmosferze, chociaż oczywiście nie chcieli się do 
tego przed sobą 

przyznać. Przybywając mogli sobie powiedzieć z pewną satysfakcją, że dotrzymują 
kroku wyższej 

świadomości nowego wieku.
TRZECI PYTAJĄCY: Sam Sokrates powiedział: „Poznaj samego siebie!" Czyż nie 

powinniśmy zatem 
wszyscy skupiać się na sobie?

ROSI: We wczesnym okresie duchowego treningu zajęcie się sobą jest ważne. Ale to 
tylko jeden nocleg 

na drodze do prawdziwego samourzeczywistnienia, nie zaś miejsce dłuższego 
wypoczynku, jakim stało 

się ono dla tych, o których mówiłem. Za ich pełnymi zgiełku działaniami kryła 
się nadal podstawowa, 

przyrodzona każdemu człowiekowi tęsknota do intymności i do dzielenia się z 
innymi,

31

do pełni i do poznania siebie. Większość z nich przeczuwała istnienie świata 

wolności, który dlatego 
znajdował się wciąż poza ich zasięgiem, że brakło im czystych aspiracji i 

pragnienia przyjęcia dyscypliny.
Przeszkodą było też przywiązanie do rzeczy materialnych i czepianie się 

zmysłowych rozkoszy. Niezdolni 
do rozstrzygnięcia tego zasadniczego konfliktu, rozdarci pomiędzy głęboką 

tęsknotą ku wyzwoleniu a 
pragnieniem rozkoszy, popadali we frustrację i ból. Oczywiście odczuwali ten 

niepokój, lecz nie znali 
źródła konfliktu, który go powodował. Łatwo zrzucić winę na ego, tego 

czarnoksiężnika. Ale ego jest 
abstrakcją, podczas gdy ciało, jego najbardziej widoczny przejaw, to konkret. 

Aktywiści z lat 
sześćdziesiątych niszczyli materialne przedmioty, pragnąc w gruncie rzeczy 

unicestwić dręczące ich 
poczucie podziału „ja - inni". Podobnie i ci ludzie, nie rozumiejąc rzeczywistej 

przyczyny swojego 
cierpienia i nie wiedząc, jak je przezwyciężyć, zaczęli mocować się z ciałem.

Podczas jednego weekendu mogła to więc być hatha joga, podczas następnego tai-
chi (czyt: taj-czi), 

rolfing czy bioenergetyka, Arica, est czy cokolwiek innego. Trzeba ciało 
wyginać, wykręcać, szarpać, 

szturchać, tłuc. Ale czego nadal brakowało - to wiary, że ego można 
przezwyciężyć w ten sposób. A wiary 

nie było, bowiem nie było prawdziwego pragnienia, aby wygnać to otwarcie 
pogardzane, ale potajemnie 

czczone opiekuńcze bóstwo. Nie było również żadnego pragnienia usłyszenia słów: 
„Prawdziwe 

przebudzenie i wyzwolenie z niewoli ego wymaga poświęcenia i zdyscyplinowanego 
życia." Gdy 

wskazywałem, że poważne zaangażowanie w buddyzm zeń wymaga tego rodzaju 

background image

poświęcenia i co 

więcej, że zeń jest pełną współczującej troski o bliźnich, tradycją religijną, z 
rytuałami i ceremoniami, to 

zapadało niezmiennie pełne zakłopotania milczenie.
Nic dziwnego, że wiele osób przychodzących na moje warsztaty twierdziło, iż 

zdobyło oświecenie w 
jakiejś terapeutycznej grupie spotkaniowej, w której działaniach brało udział. Z 

osób, które sprawdzałem, 
ani jedna nie miała prawdziwego oświecenia. Jest rzeczą oczywistą, że brali oni 

poszerzenie świadomości 
za kensio.

CZWARTY PYTAJĄCY: Ależ rosi, czy poszerzenie świadomości jest bezwartościowe?
ROSI: Nie jest. Jednakże poszerzenie świadomości ma ograniczony zasięg. Bez 

przebudzenia takie 
poszerzenie nadal mieści się w granicach ego; poczucie dualizmu czy też 

podstawowej nerwicy ja - inni" 
pozostaje takie samo. Jedynie prawdziwe oświecenie może je rozwiać.

PIĄTY PYTAJĄCY: Czy mógłbyś, rosi, powiedzieć coś więcej o różnicy miedzy 
poszerzeniem 

świadomości a oświeceniem?
ROSI: Oświecenie, czyli wgląd we własną Prawdziwą Naturę, to o wiele więcej niż 

poszerzenie 
świadomości lub podwyższona przytomność. Prawdziwe przebudzenie ma miejsce 

wtedy, gdy się przebiło 
zarówno przez świadomy, jak

32

i nieświadomy umysł, czyli przez osiem poziomów świadomości, żeby posłużyć się 

buddyjską 
terminologią, i gdy umysł został opróżniony ze wszystkich fantazji, wyobrażeń, 

form myślowych i 
błogostanów.

Różnicę między poszerzeniem pola świadomości a satori można pokazać na 
przykładzie ręcznego 

zegarka. Tarcza zegarka z cyframi, wskazówkami i ruchem odpowiada względności, 
naszemu życiu w 

czasie i przestrzeni, narodzinom i śmierci, przyczynie i skutkowi, karmie. 
Odwrotna strona zegarka, która 

jest pusta, odpowiada niezmiennemu, niezróżnicowanemu aspektowi naszego życia. O 
tej krainie 

absolutu niczego nie można powiedzieć. Ten, którego rozumienie pozostaje na 
poziomie różnicującego 

intelektu, podobny jest do osoby, która widzi tarczę, lecz nie zdaje sobie 
sprawy z istnienia odwrotnej 

strony zegarka. Poszerzenie świadomości można porównać do powiększenia tarczy, 
jednakże bez 

względu na to, jak bardzo by się ją powiększało, nadal byłoby to zajmowanie się 
tylko tarczą Satori - to to! 

(nagle odwraca zegarek). Teraz po raz pierwszy zdajesz sobie sprawę z tego, że 
zegarek naprawdę 

składa się z tarczy i odwrotnej strony. W ten sam sposób wraz z przebudzeniem 
przychodzi zrozumienie, 

że względny umysł i umysł absolutny nie są dwoma aspektami naszej Prawdziwej 
Natury.

SZÓSTY PYTAJĄCY: Czemu tak trudno jest zrozumieć zeń? Czemu istnieje tyle 
interpretacji zeń?

ROSI: Tak naprawdę zeń jest prosty i konkretny. Gdy jesteś głodny, to po prostu 
jesz, gdy jesteś 

zmęczony - śpisz, a kiedy pracujesz - to tylko pracujesz. Jednakże bez treningu 
nie jesteś w stanie tego 

uczynić, bowiem twój umysł jest jak motor, który nie chce się wyłączyć i cały 
czas cię zwodzi. Większość 

ludzi piszących lub mówiących o zeń nie ma otwartego oka zeń, tak więc ich słowa 

background image

mącą to, co jest jasne 

jak kryształowo przejrzyste jezioro. Słowa i idee są jak magiczne sztuczki - o 
ile nie ujrzałeś tego, co się 

za nimi kryje, mogą cię zwieść. Doprawdy, na poziomie słów łatwo jest pomylić 
oświecenie z 

megalomanią czy narcyzmem.
Rozpatrzcie na przykład następujące dwa cytaty:

1. „Uważał siebie za jedyny w swoim rodzaju odczuwający środek wszechświata, za 
jedynie autentyczne 

wcielenie woli zawartej w nim kiedykolwiek. (...) Ja jestem i nikt więcej."
2. „W całych niebiosach i na całej ziemi jestem tym jedynym, najbardziej godnym 

czci!"
Jeden z powyższych cytatów to słowa Buddy, drugi odnosi się do Hitlera. Czy 

potraficie je odróżnić?
(padają różne odpowiedzi)

Pierwszy jest ustępem z książki Richarda Hughes'a Lis na poddaszu (The Fox in 
the Attic) i odnosi się do 

Hitlera. Drugi cytat to stwierdzenie Buddy. Aż
33

mrozi, jak podobne są te słowa, a jak diametralnie przeciwne mają one znaczenia! 
Albo też weźcie pod 

uwagę następującą definicję narcyzmu, wziętą z tygodnika Time z 20 września 1976 
roku: „Całkowity 

narcyzm oznacza zazwyczaj niezdolność do odróżnienia jaźni od zewnętrznego 
świata, jak u 

niemowlęcia, które nie czyni żadnych rozróżnień między sobą swą matką a butelką 
mleka."

Gdyby słowo „narcyzm" zastąpić słowem „oświecenie", to oświadczenie to mogłoby 
niemalże być opisem 

oświeconego umysłu. Mówię „niemalże", bowiem ludzie oświeceni, mimo że czynią 
rozróżnienia, nie 

dokonują ich z dualistycznego punktu widzenia „ja - inni". Bo ptak to Ptak to 
PTAK. Ilu z was to rozumie?

GŁOS: To jasne jak mgła!
ROSI (śmiejąc się): Słowa, słowa, słowa! Posłuchajcie, co powiedział Czu-ang 

Tsy: „Słowa istnieją dla 
znaczenia, lecz gdy raz zrozumiesz znaczenie, możesz odrzucić słowa. Ale gdzie 

znajdę człowieka, z 
którym mógłbym rozmawiać bez słów?"

7. CZY DOBRZE JEST ŁĄCZYĆ JOGĘ, TAI-CHI LUB KARATE Z ZEŃ?
PYTAJĄCY: Czy rozsądne jest łączenie hatha jogi, tai-chi czy karate z zeń ?

ROSI: Zarówno hatha joga, jak i tai-chi, o ile oddzieli się je od filozoficznych 
aspektów i nie poświęci się 

na nie więcej czasu niż na zeń, dobrze łączą się z zazen, a nawet je wzmacniają.
PYTAJĄCY: Czy uprawiasz któreś z tych ćwiczeń, rosi?

ROSI: Tak, ćwiczę hatha jogę mniej więcej godzinę dziennie.
PYTAJĄCY: O jakiej porze dnia?

ROSI: Rano. Najpierw mamy zazen, potem śpiewy, a potem jogę. Jest to doskonały 
sposób na 

rozpoczęcie dnia. Moi nauczyciele, rosi Harada i rosi Yasutani, gimnastykowali 
się przez godzinę 

dziennie, nawet, gdy byli po osiemdziesiątce.
DRUGI PYTAJĄCY: Jestem jednym z tych facetów, którzy nie lubią żadnych 

fizycznych ćwiczeń poza 
spacerem od czasu do czasu. Raz na tydzień chodzę jednak do kręgarza na zabieg, 

a czasami na pełny 
masaż do zawodowego masażysty. Czuję się potem równie dobrze jak po ćwiczeniach 

fizycznych. Czy 
dostrzegasz jakiś konflikt między tymi zabiegami a zazen?

ROSI: Nie. Jeśli sprawiają, że lepiej się czujesz, to raczej pomogą niż 
przeszkodzą twemu zazen. 

Jednakże bardziej byś sobie pomógł, gdybyś ćwiczył hatha jogę lub tai-chi, 

background image

pływanie czy jakąś inną 

dyscyplinę sportową. Wówczas bowiem ćwiczyłbyś również swoją podmiotowość, swoją 
autonomiczność 

jako swobodnie działający człowiek. Podczas zabiegu kręgarskiego czy masażu 
pewne czynnoś-

34

ci są przeprowadzane na tobie. Stajesz się biernym przedmiotem, zamiast być 

aktywnym podmiotem 
działania. To naprawdę zasadnicza różnica.

8. CO TO SĄ NIEZDROWE MYŚLI?
PYTAJĄCY: Już wcześniej podczas tego warsztatu wspomniałeś o niezdrowych 

myślach. Czy mógłbyś 
podać jakieś przykłady niezdrowych myśli?

ROSI: Koncepcje dobra i zła, fantazje, „kocham to, nienawidzę tego", myśli 
gniewne lub pełne urazy, 

uporczywe opinie, niepotrzebne osądy, niekonieczne oceny i konkluzje, 
bezsensowne rozróżnienia, myśli 

pożądliwe, zawistne i zazdrosne.
DRUGI PYTAJĄCY: Jak można by uniknąć wydawania sądów i formułowania opinii?

ROSI: Proszę zauważyć słowo „niepotrzebne". Nauczyciele, rodzice, krytycy i 
sędziowie muszą opiniować 

i sądzić - na tym polega ich praca. Lecz my mówimy o niczym nie uzasadnionych 
ocenach, jakie człowiek 

formułuje dziesiątki razy dziennie i do jakich rodzice bezwiednie skłaniają 
dzieci. Na przykład dopytywanie 

dziecka „Co wolisz, róże czy storczyki?" - wywołuje odpowiedź: „Wolę róże od 
storczyków". Zapytanie 

kogoś w rozmowie: „Co myślisz o tym a o tym?" - wywołuje jakiś sąd, a ten 
oddziela człowieka od osoby 

czy rzeczy, jaką on ocenia. Równie szkodliwe są samooceny, czyli przylepianie 
własnym uczynkom 

etykietek „dobrze" lub „źle". Tę oceniającą postawę można znaleźć w samej 
Biblii, która głosi, że po 

stworzeniu świata Bóg spojrzał na niego i nazwał go dobrym.
DRUGI PYTAJĄCY: Nadal nie widzę, co złego jest w sądach i opiniach.

ROSI: Gdy raz sformułujesz opinię, to ona przykleja się do ciebie na dobre. 
Potem czujesz się zmuszony 

do jej obrony, stajesz się agresywny i skłonny do sporów. „Opinia - jak 
powiedział Wolter - sprawiła więcej 

kłopotów na tym świecie niż wszystkie plagi i trzęsienia ziemi."
9. CZY ISTNIEJE SPECJALNA DIETA ZEŃ?

PYTAJĄCY: Czy istnieje specjalna dieta zeń?
ROSI: Nie, byłaby to sprzeczność terminologiczna. Gdy tylko domagasz się diety 

zeń, to stajesz się jej 
niewolnikiem. Zeń uczy wolności w przyjmowaniu lub odrzucaniu, bez przymusu i 

bez żalu. Jakże więc 
mogłaby istnieć makrobiotycz-na czy jakaś inna dieta zeń? Można jedynie 

powiedzieć, że łatwiej jest 
ćwiczyć się w zeń i osiągnąć przebudzenie, gdy ma się dużo sił życiowych, a to 

daje u-miarkowana dieta, 
składająca się z odżywczych, prostych i nieskażonych che-

35

micznie pokarmów. Ate domaganie się jakiejś diety zeń to już zupełnie coś 

innego.
To zdumiewające, jak niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że jedzenie, 

nawet dobre, może być 
szkodliwe, jeśli przygotowuje je i podaje osoba pełna niepokoju lub lęku lub o 

umyśle zdominowanym 
przez gniew czy urazy. Przemiany chemiczne wywołane nieczystymi wibracjami w 

ciele takiej osoby mają 

background image

moc .zatrucia" przygotowanego przez nią pożywienia, co powoduje u wrażliwych o-

sób, które je jedzą, 
bóle głowy, kłopoty żołądkowe i podobne niedomagania. Właśnie dlatego w 

klasztorach zeń jedzenie 
mogą przygotowywać tylko ci, którzy są zaawansowani w swej praktyce, których 

umysły są najczystsze i 
najbardziej zrównoważone. To oczywiste, że również stan umysłu podczas jedzenia 

ma wpływ na 
trawienie.

PYTAJĄCY: Ale jak można poznać stan umysłu kucharzy, jeżeli jada się w 
restauracji?

ROSI: Nie można i dlatego ktoś poważnie zaangażowany w praktykę duchową dobrze 
zrobi unikając 

zwyczajnych „garkuchni", o ile tylko jest to możliwe.
PYTAJĄCY: A restauracje prowadzone przez grupy religijne?

ROSI: Gdy jedzenie uważa się za dar, jak to powinno być w takich miejscach, to 
przygotowuje się je i 

podaje z miłością i oddaniem, aż nasyca się ono tymi czystymi wibracjami.
PYTAJĄCY: Zauważyłem, że lunch, jaki podaliście dzisiaj, składa się z 

naturalnego wegetariańskiego 
pożywienia. Spodziewałem się tego w Ośrodku Zeń, lecz interesujące jest, jak 

wielu ludzi zajmuje się 
obecnie naturalnym odżywianiem. Nawet nasz szkolny bufet otworzył bar z 

naturalnym pożywieniem. O 
czym świadczy ta tendencja?

ROSI: Pragnienie oczyszczenia ciała odzwierciedla tak naprawdę podświadomą 
tęsknotę za 

samourzeczywistnieniem. Jednakże wielu ludzi grzęźnie w zainteresowaniu zdrowiem 
fizycznym, które 

staje się celem samym w sobie. Rozmiłowani w wykresach wartości odżywczych, w 
obliczeniach, ile jest 

w czymś pierwiastka jin, a ile jang, w ćwiczeniu ciała, nigdy nie wychodzą poza 
troskę o ciało, co 

pozwoliłoby im osiągnąć prawdziwe duchowe przebudzenie. Tacy ludzie nie 
uświadomili sobie, że są 

oddzieleni od siebie, i nie czują dotkliwego bólu powodowanego przez ego, a to 
właśnie pchnęłoby ich do 

podjęcia fundamentalnych pytań o znaczenie życia i śmierci. Przebudzenie oznacza 
puszczenie ciała i u-

mysłu.
TRZECI PYTAJĄCY: Czy dobry buddysta powinien także unikać jedzenia mięsa?

ROSI: Są wymagania dużo ważniejsze niż jedzenie czy niejedzenie mięsa. W każdym 
razie nie jest to 

prosta kwestia, czy się powinno czy nie powinno. Gdy czyjaś praktyka pogłębia 
się, to podświadome lęki i 

zniewalające nawyki stopnio-
36

wo zanikają a ciało-umysł osiąga pogłębiającą się stale wrażliwość i 
przenikliwość, tak że w człowieku w 

naturalny sposób rozwija się chęć spożywania raczej wegetariańskiego pożywienia 
niż mięsnego.

Wiele przemawia za prostą dietą. Większość ludzi przejada się i uwaga Sene-ki, 
że ludzie nie umierają 

naturalną śmiercią, lecz zabijają się swymi sztućcami, jest dziś równie 
prawdziwa jak za jego czasów. 

Ten, kto wskutek zbyt obfitej i tłustej diety cierpi na niestrawność, chroniczne 
zatwardzenie czy podobne 

dolegliwości, nie jest w stanie skutecznie praktykować zeń. Zwłaszcza, gdy 
prowadzi się siedzący tryb 

życia, zażywa niewiele ruchu i długo medytuje, lepiej jeść skromnie niż obficie. 
Skąpa dieta pomaga w 

zazen także poprzez osłabienie seksualnych pożądań i fantazji, jakie ono 

background image

wywołuje. Właściwie podczas 

najgłębszych stanów samadhi ciało potrzebuje mało pożywienia lub w ogóle obywa 
się bez niego, zdając 

się czerpać innego rodzaju pokarm z atmosfery.
Jednakże zanim nie osiągnie się tego stopnia rozwoju, nie należy porzucać od 

razu mięsa, ryb i drobiu, 
bowiem nagły ich brak może wywołać chorobę i tym samym położyć kres zazen. 

Wszelkie zmiany 
dietetyczne należy wprowadzać stopniowo, dając biochemii ciała czas na 

przystosowanie się do nich.
Naprawdę, bardziej wyczerpują nas nasze gniewne, pożądliwe i chciwe myśli niż 

niedostateczna ilość 
białka czy witamin. Zazen, dzięki skupieniu i opanowaniu umysłu, wzmacnia 

koncentrację i oczyszcza 
uczucia, umożliwiając nam w końcu pozbycie się szkodliwych ubocznych myśli. 

Osoba zdrowa duchowo 
to ktoś, kto rozwinął tę zdolność, wejrzał w prawdziwą naturę rzeczy i jest w 

stanie w twórczy sposób 
dostosować się do swego otoczenia tzn. całym sobą i bez niepokoju odpowiadać 

spontanicznie na 
zmieniające się okoliczności. W końcu za wszelką chroniczną chorobą kryje się 

duchowy niepokój. 
Dręczące poczucie niespełnienia powoduje chorobę ciała, a chore ciało sprawia, 

że zakłócony umysł staje 
się jeszcze bardziej chory.

10.   CZYTANIE   O   OŚWIECENIU  JEST  JAK   DRAPANIE SWĘDZĄCEJ STOPY PRZEZ BUT.
PYTAJĄCY: Być może nadstawiam karku, ale i tak muszę zadać to pytanie. Często 

gdy czytałem o 
oświeceniu, wydawało mi się, że dość jasno zdaję sobie sprawę z tego, co to jest 

i wiele razy wyraźnie 
odczułem jedność całego życia. Jaka jest różnica między tego rodzaju rozumieniem 

a przebudzeniem 
zeń?

ROSI: Czytanie o oświeceniu jest jak czytanie o odżywianiu, gdy jest się 
głodnym. Czy napełnisz tym swój 

brzuch? Z pewnością nie. Dopiero gdy skosztujesz jedzenia, pogryziesz je i 
połkniesz, odczujesz 

zaspokojenie i to można porównać do oświecenia, czyli przebudzenia. Ale nawet 
wówczas pożywienie, 

które zjad-
37

teś, nie nasyci cię, dopóki nie skończy się proces trawienia i przyswajania. 
Podobnie twoje przebudzenie, 

dopóki nie włączyłeś w swe codzienne życie tego, co postrzegłeś, nie będzie ci 
jeszcze służyć, nie 

przekształci twego życia. Podobnie jak w odżywianiu, gdzie ostatnim krokiem jest 
wydalanie, trzeba w 

końcu pozbyć się wyobrażenia „ja jestem oświecony". Dopiero wówczas będziesz 
mógł „chodzić 

swobodnie między niebem a ziemią".
A teraz wyobraź sobie, że swędzi cię stopa. Czy wolisz drapać się w gołą stopę, 

czy przez but?
PYTAJĄCY: Oczywiście, w gołą stopę.

ROSI: Czytanie o oświeceniu jest właśnie jak drapanie swędzącego miejsca przez 
but.

11. CZYTAĆ, NIE CZYTAĆ?
PYTAJĄCY: Intrygują mnie dwie rzeczy dotyczące czytania. Powiedziałeś, że aby 

dojść do przebudzenia, 
trzeba porzucić myślenie kategoriami „ja a inni" i przestać się bawić 

koncepcjami. Dałeś do zrozumienia, 
że czytanie mnoży koncepcje i przypadkowe myśli i dlatego trzeba go zaniechać. A 

ja czytałem, że w 

background image

starożytnych Chinach i Japonii było wielu uczonych mnichów, więc oczywiście 

musieli oni mnóstwo 
czytać.

Druga sprawa jest natury osobistej. Studiuję, aby zostać psychiatrą i nie mam 
wyboru, muszę dużo 

czytać, nie tylko z mojej dziedziny, ale i z pokrewnych.
ROSI: A czego dotyczy czytanie z dziedzin pokrewnych?

PYTAJĄCY: Na przykład, żeby zrozumieć problemy, jakie mają ludzie w różnych 
krajach, dobrze jest 

poznać ich sposób wyrażania siebie, ich wzorce myślowe. A to wymaga czytania. 
Jeśli - skoro czytanie 

szkodzi mojemu zazen - przestanę w ogóle czytać, również czasopisma fachowe, to 
jak mam się uczyć, 

aby lepiej pomagać pacjentom?
ROSI: Chodziło mi o to, że porzucić należy czytanie na oślep, a nie wszelkie 

czytanie. Studenci, jak ty, a 
także przedstawiciele niektórych zawodów muszą czytać i uczyć się. Uważaj to za 

część twojego zazen. 
Regularne siedzenie wzmacnia koncentrację i uspokaja umysł i dzięki temu ułatwi 

ci uczenie się i 
zapamiętywanie. Wielu członków naszego ośrodka jest studentami, nauczycielami i 

specjalistami w 
różnych zawodach.

PYTAJĄCY: Co to znaczy „czytanie na oślep"?
ROSI: Czytanie na oślep to czytanie bez umiaru - gazet, tygodników, powieści i 

tym podobnych tekstów, 
nieistotnych ani nie związanych z czyjąś pracą czy studiami. Zauważ - „bez 

umiaru". Czy kiedykolwiek 
przyglądałeś się ludziom na

38

przystanku autobusowym, na lotnisku czy na pokładzie samolotu? Najczęściej, 

jeżeli są sami, gdy tylko 
się usadowią, wyciągają gazetę, tygodnik czy książkę. Bardzo niewielu potrafi 

medytować czy po prostu 
siedzieć w milczeniu. Czytanie pochłania energię, podczas gdy zazen gromadzi ją 

i skupia. Jeżeli podczas 
za-zen pozwolisz swemu środkowi ciężkości osiąść w miejscu o szerokość dłoni 

poniżej pępka, to ustalisz 
tam źródło energii, które będzie ożywiać całą twoją istotę. Proces ten można 

porównać do ładowania 
baterii.

Mój nauczyciel zwykł mawiać swoim uczniom, że im mniej będą czytać książek o 
filozofii czy o zeń, tym 

prędzej się przebudzą Dlaczego? Bo wiedział, że tego rodzaju czytanie wyjątkowo 
zapycha umysł lepkimi 

pojęciami i koncepcjami. Rosi Harada, który sam był niegdyś profesorem, 
powiedział, że jedyne w swoim 

rodzaju doświadczenie satori, jakiego doznał Szósty Patriarcha, słysząc jak 
wędrowny mnich śpiewa 

Surre Diamentu, można poniekąd położyć na karb jego a-nalfabetyzmu, czyli tego, 
że umysł jego był 

wolny od czczych spekulacji, podsycanych zwykle przez liczne lektury i 
intensywne studia.

Nowicjuszy w klasztorach zeń zachęca się do czytania jedynie żywotów mistrzów i 
patriarchów, choć 

oprócz tego zapamiętują oni także teksty śpiewanych sutr. Mając dostęp do 
nauczyciela, od którego mogą 

bezpośrednio usłyszeć prawdę, nie muszą czerpać jej w martwej formie z 
zadrukowanej strony. Zeń 

podkreśla: „Słuchaj prawdy, wierz w nią i praktykuj". Słuchaj prawdy, bowiem 
prawda w ustach tego, kto 

jej doświadczył, wibruje mocą jakiej nie dorówna najbardziej wyszukane słowo 

background image

pisane.

Zdajcie sobie sprawę z tego, że nadmierne czytanie, tak jak duże dawki 
narkotyków, obciąża umysł i 

stępia zdolność twórczego myślenia. Czytanie bez u-miaru może również podsycać 
żądzę gromadzenia 

bezużytecznej wiedzy o faktach i dumę z jej posiadania, a to niezbyt sprzyja 
duchowemu rozwojowi. W 

końcu prawdziwa mądrość polega na umiejętności czytania nie napisanych książek. 
Nietzsche powiedział, 

że gdyby osłabł mu wzrok tak bardzo, że nie mógłby już czytać książek, zacząłby 
w końcu czytać sam 

siebie.
Czytanie i zeń nie idą ze sobą w parze. Długie okresy czytania, szczególnie 

wiadomości o faktach i teorii, 
wyczerpują mózg i osłabiają ciało, przytłumiają/: pragnienie zazen. Z drugiej 

strony, po zazen twój umysł 
będzie tak czysty i czujny, że nie będziesz chciał go zaśmiecać jakimkolwiek 

czytaniem.
DRUGI PYTAJĄCY: Myślę, że byłoby jednak inspirujące, gdybym czytał słowa 

mistrzów. Pomogłoby mi to 
również w studiowaniu zasad buddyzmu.

ROSI: Jeżeli pracujesz w ścisłym kontakcie z nauczycielem, to możesz z samego 
zazen wywnioskować, 

jakie są te zasady. Im bardziej twój umysł będzie wolny od faktów i teorii, tym 
stanie się czystszy na 

przyjęcie nauki i tym szybciej poczynisz postępy. Jednakże po przebudzeniu 
czytanie sutr i powiedzeń 

mistrzów może być bardzo pomocne. To, co przed chwilą powiedziałem, stosuje się
39

do tych, którzy mają duchowego nauczyciela. Jeżeli nie masz nauczyciela, to 
najlepszymi książkami dla 

ciebie są te, które umacniają twą wiarę i ufność. Nie wpadaj w nałóg czytania 
każdej nowej książki na 

temat zeń, jogi czy religii, z jaką jesteś związany. Z nauczycielem czy bez 
niego musisz odkryć matę do 

medytacji i nauczyć się dyscypliny. Gdy raz się przekonasz o konieczności 
duchowej dyscypliny i treningu, 

znajdź nauczyciela i zacznij iść Drogą.
TRZECI PYTAJĄCY: Co można powiedzieć o czytaniu powieści tylko dla przyjemności?

ROSI: Wszystko zależy od tego, na ile gorliwie pragniesz przebudzenia. Jeżeli 
łakniesz 

samourzeczywistnienia, to będziesz wstawać o trzeciej rano nie po to, by sięgać 
po powieść, lecz by 

siadać na macie, od której nic nie będzie w stanie cię oderwać.
CZWARTY PYTAJĄCY: Jakie książki najlepiej czytać, jeżeli chce się prowadzić 

życie duchowe?
ROSI: Amerykański filozof Emerson powiedział: „Ta książka jest dobra, która 

budzi we mnie ochotę do 
pracy". Jeżeli chcesz urzeczywistnić swą Prawdziwą Naturę, a nie tylko 

spekulować na jej temat, to ta 
książka jest dobra, która dźwię-czy głębią prawdy odkrytej przez osobiste 

doświadczenie. Dobra książka 
porusza serce, rozpala wyobraźnię i skłania do postanowienia, że nic nie będzie 

w stanie zatrzymać cię 
na drodze do pełnego przebudzenia. Krótko mówiąc: wyciąga cię z fotela na matę 

do zazen.
PIĄTY PYTAJĄCY: Czy sąjakieś książki, które byś szczególnie polecał?

ROSI: Sporządziłem listę książek, które były dla mnie inspirujące i pouczające. 
Kilka doskonałych tytułów 

zostało pominiętych, ponieważ od dawna się ich nie wznawia *).
Nie myślcie, proszę, że musicie czytać wszystkie czy choćby niektóre z tych 

zalecanych książek. Po które 

background image

z nich sięgniecie, zależeć będzie od waszych aspiracji i duchowego rozwoju. 

Jedne książki wystarczy 
posmakować czubkiem języka, inne można rozetrzeć na podniebieniu jak szlachetny 

likier, a kilkoma 
można się delektować i połykać je ze smakiem, jak to czyni ktoś, kto nie jadł od 

wielu dni. Każda z tych 
książek - pozwólcie, że to podkreślę - jest opatrzona etykietą: „Uwaga! Może 

wywołać nałóg. Nadmiar 
szkodzi!".

Oryginalne wydanie „Zeń: Dawn in Ihe West" zawiera wybranąprzezautora listf 
tytułów uzupełnionych jego 

krótkimi komentarzami. Nie zalączamy tego dodatku, bowiem wspomniane książki są 
w Polsce 

niedostejme (przyp. red. wyd. poi.)
40

12. CO JEST RZECZYWIŚCIE RZECZYWISTE?
PYTAJĄCY: O ile cię dobrze zrozumiałem, a wydaje mi się, że cytowałeś słowa 

Buddy, powiedziałeś, że 
nic nie istnieje.

ROSI: Nie zrozumiałeś. Zacytowałem słowa Buddy głoszące, że rzeczy ani istnieją 
ani nie istnieją. Jest to 

coś całkiem innego, niż to, co powiedziałeś.
PYTAJĄCY: W porządku, przyznaję się do pomyłki. Lecz skoro rzeczy ani istnieją 

ani nie istnieją to co jest 
rzeczywiste - co jest naprawdę rzeczywiste?

ROSI: Proszę, podejdź bliżej.
(Pytający podchodzi do podwyższenia. Rosi pochyla się i szepcze mu coś do ucha. 

Obaj śmieją się i 
wymieniają uścisk dłoni) Tylko to jest naprawdę rzeczywiste.

13. JAK ZNALEŹĆ NAUCZYCIELA?
PYTAJĄCY: Powiedziałeś na dzisiejszym warsztacie, że nie jest wskazane mieć 

więcej niż jednego 
nauczyciela. Czytałem, że pewien hinduski guru przebywający na zachodnim 

wybrzeżu Stanów 
powiedział: „Można jednocześnie być związanym z więcej niż z jednym 

nauczycielem. Pszczoła zbiera 
miód z wielu kwiatów, a człowiek może uczyć się medycyny od jednego nauczyciela, 

zaś prawa od 
drugiego. Nie ma tu żadnego konfliktu." Czemu się z nim nie zgadzasz?

ROSI: Czy jesteś związany obecnie z jakimś nauczycielem?
PYTAJĄCY: Nie. Jestem pszczołą latającą z kwiatka na kwiatek.

ROSI: A kiedy zaczniesz produkować miód?
PYTAJĄCY: Mam nadzieję, że wkrótce. Nadal zbieram nektar, gdziekolwiek mogę go 

znaleźć.
ROSI: Nie zapominaj, że pszczoła produkuje miód dopiero wtedy, gdy przestanie 

latać z kwiatka na 
kwiatek, l nie otrzyma się na przykład czystego koniczynowego miodu od pszczoły, 

która odwiedzi też 
kwiaty gryki czy lipy.

Wróćmy do tego, co powiedziałem wcześniej: „Nie ma nic złego w staraniu się o 
względy rozmaitych 

nauczycieli, zanim poprosi się jednego z nich o pomocną dłoń. Ale gdy już 
formalnie zadeklarujesz się 

jako uczeń, nie powinieneś robić słodkich oczu do innych nauczycieli." Jednakże 
gdy już się przeszło 

trening u jednego nauczyciela i przebudziło się pod jego kierownictwem, można 
odnieść korzyść z 

kontaktów z innymi oświeconymi nauczycielami.
PYTAJĄCY: Co rozumiesz przez „robienie słodkich oczu"?

41

background image

ROSI: Zwodzenie. Duchowe uwodzicielstwo jest nie lepsze od fizycznego. Jeśli 

będziesz uganiać się za 
innymi nauczycielami, jak chorągiewka na dachu, która porusza się z każdym nowym 

powiewem, to 
możesz jedynie wpaść w zamęt, nie odnosząc żadnego pożytku.

PYTAJĄCY: Czy znaczy to, że należy ślepo poddać się nauczycielowi?
ROSI: Nie. Musisz nauczyć się niezależnie myśleć i polegać na swojej własnej 

intuicji i doświadczeniach 
życiowych. Budda tuż przed śmiercią powiedział do zebranych wokół niego uczniów 

- niektórzy z nich 
płakali na myśl o utracie swego ukochanego mistrza - „Bądźcie lampami dla siebie 

(...) Szukajcie 
zbawienia tylko w dharmie. Nie szukajcie pomocy u nikogo innego oprócz samych 

siebie."
W zeń, oprócz doprowadzenia ucznia do oświecenia, rosi ma ponadto ochronić go 

przed swoim własnym 
wpływem. Rosi nie pragnie kontrolować życia ucznia, a jedynie stara się, aby 

uczeń stał się dość silny, 
żeby był panem swego życia, nie zaś jego niewolnikiem. Jak wiecie, w pewnych 

tradycjach religijnych 
guru dosłownie rządzi życiem swych uczniów, czasem nawet do tego stopnia, że 

mówi im, czy mają się 
żenić i mieć dzieci czy nie. Jego słowo jest prawem. Jeśli jego duchowe 

urzeczywistnienie jest głębokie, to 
nie ma wielkiego niebezpieczeństwa. Jeśli jednak nie - to niech Bóg ma jego 

uczniów w opiece!
Wystrzegaj się nauczyciela, który mówi: „Ja jestem oświecony." Strzeż się 

każdego guru twierdzącego, że 
jest awatarem - wcieleniem jakiegoś boga czy buddy. Przede wszystkim unikaj 

„mistrza", który pozwala 
swym zwolennikom na to, ażeby wyciągając ręce ku niebu wznosili na masowych 

zebraniach okrzyki ku 
jego chwale i wysławiali go jako najświętszego ze wszystkich świętych. Taki 

nauczyciel stanowi 
największe niebezpieczeństwo.

W jaki sposób prawdziwy mistrz reaguje na pochwały?
Usługujący Buddzie Ananda powiedział kiedyś: „Myślę, że nie było nigdy w 

przeszłości mistrza tak 
wielkiego jak Czczony przez Świat ani nie będzie takiego w przyszłości."

Budda spytał: „Czy znałeś wszystkich buddów przeszłości?"
.Nie, Czczony przez Świat."

.A czy masz moc, by poznać wszystkich buddów przyszłości?"
„Nie, Czczony przez Świat."

„A zatem z pewnością, Anando, znasz na wskroś umysł Tathagaty?"
„Nie, Czczony przez Świat, nie znam nawet tego."

Jakże więc - spytał Budda - możesz przemawiać tak zuchwale?"
DRUGI PYTAJĄCY: Czy rosi dostaje zaświadczenie, coś w rodzaju stopnia a-

kademickiego, przyznające 
mu prawo nauczania?

ROSI: Owszem, mistrz, gdy aprobuje oświecenie ucznia, wydaje mu wykaligrafowane 
zaświadczenie, 

którego nie można jednak uważać za potwierdzenie kwalifikacji nauczycielskich, 
bowiem prawdziwy 

trening zeń rozpoczyna się po
42

oświeceniu. Uczniowie, którzy zakończyli pracę nad wszystkimi koanami zalecanymi 
przez ich 

nauczyciela, otrzymują tzw. inka. Jednakże samo inka nie czyni nikogo 
wykwalifikowanym nauczycielem, 

podobnie jak ukończenie akademii medycznej nie czyni nikogo w pełni dojrzałym 
lekarzem. W zeń, tak jak 

i w innych tradycjach azjatyckich, uczeń jest gotów nauczać, gdy jego nauczyciel 

background image

uzna, że jest on gotów. 

To oczywiście nakłada wielką odpowiedzialność na samego nauczyciela. Jeśli jest 
mądry i ma wysokie 

wymagania, jego pieczęć potwierdzenia jest gwarancją publiczną. Jeżeli jest 
mierny, to jego uczeń bez 

względu na to, czy ma inka czy też nie, będzie pozostawiał wiele do życzenia.
DRUGI PYTAJĄCY: Trudno się w tym połapać. Czy rosi nie jest z definicji 

mistrzem, a zatem - kimś 
mądrym?

ROSI: Istnieje cała masa nieporozumień co do terminów „rosi" i „mistrz". 
Dosłowne tłumaczenie słowa 

„rosi" to „czcigodny nauczyciel", czyli ktoś, kto wzbudza szacunek i cześć z 
racji wieku czy wielkiej 

godności. Opat klasztoru, główny kapłan świątyni czy świecki nauczyciel w wieku, 
powiedzmy, ponad 

pięćdziesięciu lat może być tytułowany „rosi", a tytuł ten oznacza wtedy po 
prostu głęboki szacunek W 

Japonii „rosi" jest tytułem grzecznościowym używanym najczęściej przez uczniów i 
wyznawców wobec ich 

nauczyciela. Tytuł ten nie wskazuje na u-kończenie określonego programu studiów 
ani na wysokie 

duchowe osiągnięcia.
Tytuł „mistrz" komunikuje coś całkiem innego. Mistrz zeń - to człowiek o 

głębokim duchowym wglądzie i 
mądrości, który doświadczył pustki i nietrwałości wszystkich rzeczy i którego 

styl życia odzwierciedla tę 
świadomość. Mistrz zeń Dogen w swej książce Czego należy przestrzegać w 

buddyjskim treningu, 
napisanej w 1235 roku, określa mistrza jako kogoś, kto jest w pełni oświecony, 

żyje zgodnie z tym, co zna 
jako prawdę, i otrzymał przekaz od swego własnego nauczyciela. Biorąc pod uwagę 

te kryteria, niewielu 
rosich w ogóle można uznać za mistrzów. Jednakże terminy te są często używane 

wymiennie.
TRZECI PYTAJĄCY: Czy rosi jest mistrzem, czy też nie, z pewnością jest on dość 

mądry, by wiedzieć, 
czy uczeń jest już w stanie nauczać, prawda?

ROSI: Chciałbyś, żeby tak było, co?
TRZECI PYTAJĄCY: A dlaczego rosi miałby zezwolić uczniowi na przedwczesne 

nauczanie?
ROSI: Rosi miewają ludzkie słabości, chociaż z pewnością o wiele mniej niż 

przeciętni ludzie, toteż mogą 
popełniać błędy w ocenie.

CZWARTY PYTAJĄCY: Ale czyż oświecenie nie uwalnia od niedoskonałości i wad 
charakteru?

ROSI: Nie, ono je odsłania! Przed przebudzeniem można łatwo przymykać c-czy na 
swe wady lub je 

usprawiedliwiać, lecz po oświeceniu nie jest to już możliwe - słabości stają się 
boleśnie widoczne. Rodzi 

się jednak przy tym silna determinacja, aby się ich wyzbyć. Nawet pełne otwarcie 
oka Umysłu nie 

oczyszcza u-
43

czuć w jednej chwili. Po oświeceniu potrzebny jest ciągły trening, który oczyści 
uczucia tak, aby nasze 

postępowanie odpowiadało rozumieniu. Musicie jasno pojąć tę istotną sprawę.
Na Zachodzie oczekuje się, że rosi będzie jak Budda, a jego zachowanie okaże się 

nieskazitelne. W 
pewnym sensie jest to komplement dla treningu zeń. Jednakże ten wyidealizowany 

obraz może sprawić, 
że nie ujrzymy zalet nauczyciela. Znałem w Japonii pewnego rosiego, który ostro 

pił, chociaż rzadko 

background image

bywał pijany. Miał wielu zwolenników, którzy go bardzo wysoko cenili. Zapytałem 

jednego z nich, lekarza: 
„Czy to ci nigdy nie przeszkadza, że twój rosi tyle pije?"

„Nie, a dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? Pije, ale jest mądrym i 
współczującym człowiekiem."

„Ale czy nie jest on alkoholikiem?"
„Nie, może albo pić, albo to rzucić, lecz widać woli pić."

Wspomniałem o tym incydencie kilku moim uczniom. Niektórzy z nich zapytali ze 
zdumieniem: „Jak może 

jakikolwiek rosi pogodzić ostre picie z piątym wskazaniem - nie pić alkoholu, 
który wprowadza zamęt w 

umyśle? Moglibyśmy to zrozumieć, gdyby popijał od czasu do czasu, ale nie stale! 
Jaki przykład daje on 

swoim uczniom?"
Azjaci są w tych sprawach bardziej tolerancyjni od ludzi Zachodu i nie dysk-, 

walifikują kategorycznie 
nauczyciela, co do którego przekonują się, że nie jest taki jak Budda, bowiem 

wiedzą, że człowiek może 
być dobrym nauczycielem, mimo że nie jest wolny od pewnych skalań. Pewien 

Japończyk o dużym 
doświadczeniu w zeń powiedział mi kiedyś: „Mój rosi ma swoje wady, jednak ze 

wszystkich nauczycieli,2 
jakich miałem, jest jedynym, który nauczył mnie prawdziwego zeń. Jestem mu 

niezmiernie wdzięczny. 
Niestety jednak jego brzemię karmiczne jest ciężkie."

TRZECI PYTAJĄCY: Słyszałem, jak pewien guru kiedyś powiedział: „Prawdziwym 
nauczycielem jest 

twoje własne serce."
ROSI: To już samo w sobie jest nauczaniem, nieprawdaż?

TRZECI PYTAJĄCY: A jednak, co rosi może komuś dać?
ROSI: Nie może dać ci niczego, co jest obce twojej Prawdziwej Naturze. Mocno 

zakorzenione poglądy, 
pełne pychy opinie, małostkowe racjonalizacje, złudne ideały i fałszywe myśli, 

wszystko to więzi cię jak 
kokon. A gdy twój umysł jest dojrzały, rosi potrafi słowem lub działaniem pchnąć 

go ku przebudzeniu. 
Przypomina on wtedy kwokę, która dziobie skorupkę jajka, gdy kurczątko ma się 

już wykluć.
Rosi daje ci siebie, a to jest bardzo dużo i jednocześnie nic. Wybitny mnich zeń 

powiedział kiedyś: 
„Poszedłem do mego nauczyciela z pustymi rękoma i wróciłem z pustymi rękoma."

44

Inny mnich na pytanie mistrza, co przyniósł ze sobą odparł: .To, czego nigdy nie 

utraciłem, nawet zanim 
wybrałem się do mego starego nauczyciela.'

Jeśli tak, to po co w ogóle do niego poszedłeś?"
„Gdybym do niego nie trafił, jakże zdałbym sobie sprawę, że nigdy tego nie 

utraciłem?"
Tak więc potrzebujesz nauczyciela, by nauczyć się, że nie ma niczego do 

nauczenia się. A dlaczego nie 
ma niczego do nauczenia się? Bowiem wszystko jest już wiadome od wielu, wielu 

eonów. Mimo to rosi 
jest niezbędny. Nawet Budda miał nauczycieli. W pełni dojrzały duchowo rosi 

uosabia otwartość, 
współczucie i mądrość - jakości, które ty sam spodziewasz się urzeczywistnić. 

Pamiętaj również, że on 
także zmagał się z bólem, frustracją! rozpaczą, jakie ty odczuwasz. Gdy 

przytłacza cię zwątpienie, 
ogarniają ciemności i czujesz, że twoja praktyka jest beznadziejna - rosi może 

tchnąć w ciebie odwagę i 
zwrócić cię raz jeszcze ku słońcu.

Kolejnym ważnym jego zadaniem jest sprawdzenie cię, gdy myślisz, że doszedłeś do 

background image

przebudzenia. 

Mistrzowie zeń wypracowali precyzyjny sposób sprawdzania uczniów, bowiem nic nie 
jest bardziej 

szkodliwe niż uznanie, że jest się przebudzonym, gdy doświadczyło się jedynie 
ekstazy, wizji, transów czy 

halucynacji. Zwane są one w zeń makio, czyli doświadczeniami poniżej prawdziwego 
przebudzenia, l 

nawet gdy oświecenie jest prawdziwe, nauczyciel jest konieczny, aby rozproszyć 
subtelną dumę, jaka 

wówczas powstaje, poczucie „ja stałem się oświecony". Badając ucznia rosi mierzy 
od razu głębię 

oświecenia, ponieważ przebudzenie może być płytkie (kensio) albo głębokie 
(satori).

TRZECI PYTAJĄCY: W jaki sposób człowiek poważnie poszukujący ma odróżnić 
prawdziwego 

nauczyciela od szarlatana?
ROSI: Gdy mieszkałem w aśramach i ośrodkach medytacyjnych w południc-wo-

wschodniej Azji, 
słyszałem jak mówiono, że bez względu na to, jakie wspaniałe cechy charakteru 

może mieć guru - jeśli 
dąży on do rozgłosu i sławy, goni za pieniędzmi lub flirtuje z uczennicami, to 

zniszczy w ten sposób swoją 
naukę. Dlatego uczniowie, którzy poważnie myślą o przyszłości, dobrze zrobią, 

jeśli będą unikać takich 
nauczycieli.

CZWARTY PYTAJĄCY: Przypuśćmy, że jakiś rosi nie ma takich wad, lecz skąd 
nowicjusz może mieć 

pewność, że jest on oświecony i rozwinięty duchowo?
ROSI: O ile samemu nie przeszło się przez długi trening duchowy, to nie można 

mieć tej pewności. 
Jedyne, czego można być pewnym, jest to, czy ma sią z nim kontakt, czy też nie. 

Jest to ważne, chociaż 
samo w sobie nie wystarcza, możesz bowiem czuć się dobrze z kimś, kto pozuje na 

nauczyciela, mając 
za sobą niewielki lub zgoła żaden trening duchowy. W takiej sytuacji trzeba 

polegać na radach mądrych 
przyjaciół.

45

To, co pewien dowcipniś zauważył na temat małżeństwa, odnosi się w równym 

stopniu do związku 
mistrza z uczniem. Zanim weźmiesz ślub, miej otwarte dwoje oczu, a potem tylko 

jedno. Ale nawet mając 
oczy otwarte nie możesz spodziewać się od nauczyciela doskonałości.

TRZECI PYTAJĄCY: Co dokładnie znaczy w tym kontekście „miej oczy otwarte"?
ROSI: To znaczy nie wahaj się, gdy chcesz zapytać jakiegokolwiek nauczyciela, u 

jakiego nauczyciela i 
jak długo on sam ćwiczył. Przeczytaj jego książki, jeżeli jakieś napisał. Jeśli 

spodoba ci się to, co on 
napisał i to, co jak czujesz, kryje się między wierszami, to postaraj się z nim 

spotkać. Stawiaj mu pytania, 
wyczuwaj jego ducha, słuchaj jego milczenia.

TRZECI PYTAJĄCY: Powiedzmy, że rosi, który mnie interesuje, jest oświecony. Skąd 
mam wiedzieć, że 

jest on nauczycielem dla mnie?
ROSI: Rosi może być głęboko oświecony i mieć wielu uczniów, a jednak być 

niewłaściwym nauczycielem 
dla ciebie. Dlaczego? Dlatego, że nie uda mu się o-budzić w tobie uczucia 

ufności i oddania, tak abyś z 
własnej woli pokłonił się przed nim i jak dziecko przyjął jego naukę. Musisz być 

w stanie powiedzieć z 
przekonaniem: „Oto nauczyciel dla mnie - ten, którego szukałem!" W chwili gdy 

spontanicznie 

background image

wykrzykniesz: „Och, pomóż mi! Potrzebuję pomocy!" - otwierasz się przed 

nauczycielem, który jest 
odpowiedni dla ciebie.

PIERWSZY PYTAJĄCY: Wracając do stwierdzenia tego guru, że można nauczyć się 
medycyny od 

jednego nauczyciela, a prawa od drugiego - czemu nie jest to prawdziwe?
ROSI: Mówisz o prawie i medycynie, a nie o duchowym treningu. Związek pomiędzy 

mistrzem a uczniem 
we wszelkiej tradycji duchowej różni się od związku między nauczycielem 

akademickim a jego studentem.
PIERWSZY PYTAJĄCY: Na czym polega różnica?

ROSI: W tej rozmowie posługiwałem się terminami: „student", „uczeń", 
„nauczyciel" i „mistrz" w sposób 

nieścisły. Ściśle mówiąc student związany jest z nauczycielem, a uczeń z 
mistrzem. W idealnym związku 

nauczyciela ze studentem student szanuje nauczyciela, z uwagi na jego wiedzę i 
umiejętności, które sam 

pragnąłby posiąść, podczas gdy nauczyciel ocenia studenta na podstawie jego 
gorliwości i zdolności do 

przyswojenia wiedzy, którą on sam próbuje mu przekazać. Ich związek jest w dużym 
stopniu bezosobowy 

i ograniczony. Podtrzymuje go wspólne zainteresowanie przedmiotem badań. Związek 
mistrza z uczniem 

jest osobisty i głęboki, bowiem zakorzeniony jest w karmicznym pokrewieństwie. 
To nie wiedza mistrza 

przyciąga ucznia do niego ani nawet nie mądrość, lecz jego charakter i 
osobowość, bowiem uczeń czuje, 

że właśnie dzięki temu będzie mógł w pełni się rozwinąć.
46

W naszym ośrodku mamy trzy kategorie przynależności: członek, uczeń i bliski 
uczeń (ang. disciple). W 

każdym z tych związków inne są obowiązki i przywileje uczniów.
CZWARTY PYTAJĄCY: Jakie obowiązki ma osobisty uczeń?

ROSI: Jego głównym obowiązkiem jest wierność swemu nauszycielowi, czyli nic 
innego jak wierność 

swym najgłębszym uczuciom, nie zaś krążenie i flirtowanie z innymi rosimi, guru 
czy lamami. Biorąc na 

siebie formalne zobowiązania o-biecujesz sobie, jak również swemu nauczycielowi, 
że dokonasz 

szczerego i zdecydowanego wysiłku pod jego przewodnictwem.
PIERWSZY PYTAJĄCY: Dlaczego sytuacja ucznia nie jest lepsza, gdy ma dwóch 

nauczycieli?
ROSI: Tak naprawdę jest gorsza. Wcześniej czy później uczeń zapłacze się i 

wskutek tego albo zaniedba 
obu nauczycieli, albo też ich porzuci. Uczeń, który próbuje służyć dwóm 

mistrzom, zawodzi obu. l sam na 
tym przegrywa, bowiem żaden nie potraktuje go jak osoby o poważnych aspiracjach. 

Letni uczniowie 
wywołują letni odzew u nauczyciela.

Nawet w obrębie tej samej tradycji nauczyciele stosują rozmaite metody zależnie 
od treningu duchowego, 

jaki sami przeszli, od ich osobowości i od głębi przebudzenia. Jeden powie ci 
jedno, a drugi coś innego, 

co wyda ci się z tym sprzeczne. Nauczyciele ci nie zaprzeczają sobie. Jeśli obaj 
są duchowo rozwinięci, 

każde z ich pouczeń jest słuszne. Ale nowicjusz może mieć poważne problemy z tą 
pozorną 

sprzecznością, co zniechęci go i wyczerpie jego energię.
Zdawać by się mogło, iż różne tradycje religijne pozostają ze sobą w jeszcze 

większej sprzeczności. 
Przypuśćmy, że jesteś uczniem mistrza zeń i jednocześnie twoim nauczycielem jest 

hinduistyczny swami. 

background image

Twój guru może ci na przykład powiedzieć: „Nie oddawaj się światu zjawisk - jest 

on mają ułudą. Tylko 
Brahma jest rzeczywisty." Natomiast twój nauczyciel zeń może ci powiedzieć: 

.Oddaj się światu formy 
całkowicie, aż go przekroczysz." Osoba oświecona nie miałaby żadnego problemu ze 

zrozumieniem i 
pogodzeniem obu tych poleceń. Jednakże dla początkującego pomieszanie, jakie go 

spotka, może być 
zgubne, gdyż znajdzie się on w sytuacji kameleona, siedzącego na pledzie w 

szkocką kratę.
14. NIE MA ŻADNYCH NAUCZYCIELI ZEŃ.

PYTAJĄCY: Nie chciałbym być niegrzeczny, ale może mógłbyś nam powiedzieć o 
kwalifikacjach mistrza 

czy nauczyciela zeń?
ROSI: Nie jestem mistrzem zeń, a tym bardziej nauczycielem, więc nie wiem. 

PYTAJĄCY: A cóż teraz 
robisz, jeśli nie nauczasz?

47

ROSI: Czy można naprawdę kogokolwiek czegokolwiek nauczyć? Takie myślenie jest 

bezwstydnym 
zarozumialstwem.

PYTAJĄCY: Zdaje się jednak, że nieźle ci to idzie.
ROSI: W księdze koanów zwanej Bezbramną zaporą (Mumonkari) znajduje się wiersz, 

który brzmi: 
„Zanim zrobiłeś krok, przybyłeś na miejsce, zanim ruszyłeś językiem, skończyłeś 

nauczać." Czy 
rozumiesz?

PYTAJĄCY: Nie. Co to znaczy?
ROSI: To znaczy, że jeśli nie ma niczego na zewnątrz nas, to dokąd można się 

udawać i cóż można 
wiedzieć?

PYTAJĄCY: Ale czy w tym ośrodku w Rochester nie ma uczniów, których u-czysz?
ROSI: Po prostu dzielę się z nimi tym, co poważnie robię dla siebie.

PYTAJĄCY: A jeśli chodzi o twoich własnych nauczycieli? W Trzech filarach zeń 
piszesz, że twoimi 

nauczycielami było trzech mistrzów zeń. Czyż oni cię niczego nie nauczyli? Byłeś 
u nich chyba przez 

trzynaście lat. Musiałeś przecież czuć, że czegoś się uczysz, inaczej nie 
siedziałbyś tam tak długo.

ROSI: Jeśli się czegoś od nich nauczyłem, to tego, że nie ma niczego do 
nauczenia się. Tak więc nie 

uczyłem się, lecz oduczałem. Nie zyskałem, lecz straciłem - masę umysłowego 
zamętu i fałszywych 

wyobrażeń.
PYTAJĄCY: Nadal nie rozumiem, dlaczego mówisz, że nie jesteś nauczycielem.

ROSI: Jest taka opowieść, która może pomóc ci to zrozumieć.
Pewien słynny mistrz zeń powiedział kiedyś do swych uczniów: „Wszyscy jesteście 

tylko zjadaczami 
resztek. Jeśli będziecie dalej iść tą drogą, to co wam z tego przyjdzie? Czyż 

nie wiecie, że w całych 
Chinach nie ma żadnych nauczycieli, którzy zgłębili zeń?"

A mnich spytał: Jakże możesz mówić, panie, że nie ma żadnych nauczycieli zeń, 
skoro w niezliczonych 

świątyniach przebywają tysiące mnichów?"
„Nie mówię, że nie ma zeń, tylko że nie ma nauczycieli zeń."

PYTAJĄCY: Czy to jest koan?
ROSI: Tak, twój!

15.     TRANSCENDENTALNA    MEDYTACJA:    KTO    CO PRZEKRACZA?
PYTAJĄCY: Co myślisz o TM (Transcendentalnej Medytacji)?

ROSI: Czy ją praktykujesz?
PYTAJĄCY: Myślałem o tym.

ROSI: Jest ona skuteczna w pewnym zakresie, lecz nie sięga zbyt głęboko.

background image

48

PYTAJĄCY: Czy dzięki TM można dojść do oświecenia?
(Rosi uśmiecha się)

DRUGI PYTAJĄCY: Czytałem w piśmie Science ze stycznia 1976 roku, że grupa 
psychologów z 

Uniwersytetu Stanowego Waszyngton w Seattle przeprowadziła eksperyment z 
pięcioma praktykującymi 

TM, z których czterech było nauczycielami TM, i odkryła, że ludzie ci przespali 
połowę czasu 

przeznaczonego na medytację.
TRZECI PYTAJĄCY (do drugiego): Czy jakikolwiek pojedynczy eksperyment jest 

wystarczający? Inne 
badania wykazały wartość TM. W każdym razie, jeżeli podczas medytacji się 

zasypia, to dlatego, że ciało 
potrzebuje snu.

ROSI: Całkowicie się z tym zgadzam. Ale dlaczego ciało potrzebuje snu?
TRZECI PYTAJĄCY: Dlatego, że jest się zmęczonym.

ROSI: A dlaczego czujesz się zmęczony i senny? Zazwyczaj dlatego, że masz 
zamknięte oczy i nie 

utrzymujesz podczas siedzenia stałej, mocnej i wyprostowanej postawy, nie 
oddychasz poprawnie i nie 

posługujesz się swym umys-tem we właściwy sposób. Medytacja właściwie 
praktykowana ożywia, a nie 

wyczerpuje. Twój umysł staje się ostry jak brzytwa, a ty jesteś bardziej 
przytomny. Przygarbione i 

bezwładne ciało sprawia, że umysł jest przytępiony i senny. Powiedz mi, od kiedy 
praktykujesz TM?

TRZECI PYTAJĄCY: Od roku.
ROSI: To powinieneś umieć odpowiedzieć na następujące pytanie: w medytacji 

transcendentalnej kto co 
przekracza?

(Nie ma odpowiedzi).
16. URZĄDZENIA BIOFEEDBACK: ELEKTRYCZNY ZEŃ?

PYTAJĄCY: Czy słyszałeś o urządzeniach biofeedback?* Słyszałem, że nazywa się je 
„elektryczny zeń". 

Jak one działają?
ROSI: Wskutek stosowania urządzenia biofeedback, według jego propagatorów, 

człowiek może się 
nauczyć uświadamiać sobie fale wysyłane przez swój mózg. Słyszy te fale 

przetworzone na dźwięki lub 
obserwuje je na ekranie i uczy się na własne życzenie wzbudzać rytmy alfa, które 

- jak się uważa - 
działają re-laksująco i uspokajająco. Ale przecież fale alfa to nic specjalnego. 

Wiemy, że fale alfa powstają 
w rozmaitych, powszechnie spotykanych okolicznościach, np. podczas słuchania 

inspirującej muzyki czy 
podczas jakiegokolwiek działania

Wang. „feedback" znaczy sprzężenie zwrotne (przyp, tłum.)
49

podjętego z entuzjazmem. Jednakże zeń to wiele więcej niż wysyłanie fal alfa. 
Jeśli się poważnie 

zaangażujesz w zeń, to doświadczysz dogłębnego przekształcenia i oczyszczenia 
całej osobowości.

PYTAJĄCY: W czasie przerwy rozmawiałem z jednym z twoich uczniów o u-rządzeniach 
biofeedback. 

Wspomniał on, że miałeś ciekawe doświadczenie w tym zakresie. Czy mógłbyś nam o 
nim opowiedzieć?

ROSI (z wahaniem): No cóż, to było dosyć dawno.
PYTAJĄCY: Czy moglibyśmy jednak o tym usłyszeć?

ROSI: Dobrze. Zdarzyło się to na krajowym zjeździe Stowarzyszenia Psychologii 

background image

Humanistycznej na 

Florydzie, na który mnie zaproszono, abym tam poprowadził warsztat zeń. Jeden z 
moich uczniów, 

psycholog pracujący w klinice, powiedział mi, że jego bliski przyjaciel, 
inżynier, bardzo by chciał, abym 

wypróbował urządzenie biofeedback według jego projektu, które dopiero co zostało 
wypuszczone na 

rynek. Tak więc udaliśmy się do prywatnego pokoju, gdzie już czekało kilkanaście 
osób pragnących 

przyjrzeć się próbie. Urządzenie było tak małe, że mieściło się w dłoni, a 
kosztowało, jeśli dobrze 

pamiętam, około dwustu dolarów.
Nałożono mi na głowę skórzaną opaskę z elektrodami i włączono ją w obwód. Potem 

dano mi jeszcze 
słuchawki. Wkrótce usłyszałem „bip, bip", najpierw pojedyncze dźwięki, a potem 

jeden ciągły. Musiałem 
wejść w jakiś stan pokrewny sa-madhi, bowiem usłyszałem potem już tylko głos: 

„Hej, nie ma go na skali! 
Tego jeszcze nie było!" Po odłączeniu mnie inżynier i jego pomocnik, obaj z 

posępnymi minami, 
zarządzili: „Z powrotem do stołów kreślarskich!"

Zawahałem się, czy mówić o tym incydencie, ponieważ brzmi to jak przechwałka, 
lecz to, co mi się 

przydarzyło, nie było niczym szczególnym i mogło się przydarzyć w medytacji 
każdemu i właśnie tak się 

stało z drugą osobą która była wówczas również poddana próbie.
PYTAJĄCY: Czy poczułeś się zrelaksowany?

ROSI: Oczywiście, ale to nic szczególnego, trudno czuć się inaczej po spokojnym 
siedzeniu przez 

dwadzieścia czy trzydzieści minut. Można się zrelaksować i osiągnąć o wiele, 
wiele więcej dzięki zazen, 

bez wydawania dwustu dolarów na mechaniczną zabawkę. Zabawki są dobre dla 
dzieci, nie dla 

dorosłych!
DRUGI PYTAJĄCY: Czytałem gdzieś, że biofeedback daje po kilku tygodniach czy 

miesiącach te same 
wyniki, co lata wysiłku w praktyce zeń.

ROSI (śmiejąc się): Chyba żartujesz! Twierdzenie, że duchowe przebudzenie i 
przekształcenie 

osobowości w ogóle można osiągnąć dzięki podłączeniu się do maszyny - nie 
wspominając już o 

przeświadczeniu, że tak właśnie można je o-siągnąć szybciej - świadczy o 
absurdalnej naiwności. Nawet 

jeśli ktoś jest w stanie po „podłączeniu" wejść w stan relaksu, to nie powoduje 
to wcale głębokiego 

uspokojenia ani trwałego spokoju umysłu, nie przynosi mu odpowiedzi na funda-
50

mentalne pytania egzystencjalne, nie przekształca jego życia w żaden realny 
sposób. A wszystko to jest 

możliwe dzięki przebudzeniu zeń.
Pewien psycholog zademonstrował na tym samym zjeździe duże urządzenie 

biofeedback, które miało 
służyć w szpitalach obłożnie chorym pacjentom, pomagając im w obniżaniu 

ciśnienia krwi i w leczeniu 
innych dolegliwości. Wydaje się to właściwym zastosowaniem urządzenia 

biofeedback.
W pewnym artykule o urządzeniach biofeedback, jaki niedawno ktoś mi przysłał, 

przytoczono wypowiedź 
dr Fredrica Gibbsa z University of Illinois Medical Shool, który powiedział, że 

„odlot" dostępny dzięki 
urządzeniom biofeedback to masturbacja mózgu - i jest to trafne określenie. Ten, 

kto regularnie podłącza 

background image

się do maszyny, żeby się zrelaksować, traci zdolność korzystania ze swych 

własnych najgłębszych 
zasobów i zamiast być panem maszyny, staje się jej niewolnikiem. To nie jest 

zeń. Praktykowaie zeń daje 
wolność, a nie neurotyczne uzależnienie.

17. CZY MOGĘ PRAKTYKOWAĆ ZEŃ I BYĆ DOBRYM ŻYDEM (LUB KATOLIKIEM)?
PYTAJĄCY: Jestem żydem i czuję się z tego dumny. Czy mogę praktykować zeń, a 

jednocześnie być 
dobrym żydem?

ROSI: Czym byłeś, zanim stałeś się żydem?
PYTAJĄCY: Nie wiem.

ROSI: Dowiedz się! A wówczas bycie żydem nie będzie najważniejszą rzeczą w twoim 
umyśle.

PYTAJĄCY: Jak mam się tego dowiedzieć?
ROSI: Pytaj siebie dzień i noc z pragnieniem dowiedzenia się i oczywiście z 

przeświadczeniem, że 
możesz się dowiedzieć. Ucz się żyć tak, jak pływa ryba lub fruwa ptak - 

spontanicznie i bez skrępowania. 
Bądź przytomny i wrażliwy. Cokolwiek zacznie czynić twoja prawica, niech czyni 

to i lewica. Unikaj 
wydawania niepotrzebnych sądów. Bądź skromny i bezpretensjonalny, wyrażaj swoją 

o-pinię tylko wtedy, 
gdy cię o nią proszą. Zapominaj o swych dobrych uczynkach, wyznawaj złe i zawsze 

łącz skutki z 
przyczynami, które je wywołały.

PYTAJĄCY: Czy nie mogę robić tego wszystkiego jako praktykujący wyznawca religii 
mojżeszowej?

ROSI: Jeśli potrafisz, to świetnie. No, a jeśli nie...
DRUGI PYTAJĄCY: Czy mogę praktykować zeń i być dobrym katolikiem?

ROSI: Jeśli praktykujesz zeń, to możesz, ale jeśli praktykujesz buddyzm zeń, to 
nie możesz.

DRUGI PYTAJĄCY: Dlaczego?
51

ROSI: Praktyka buddyzmu zeń oznacza przekraczanie swojej jaźni, a przekraczanie 
to zapominanie o 

niej. A kiedy się to dzieje, nie jesteś ani dobrym katolikiem, ani dobrym 
buddystą zeń.

DRUGI PYTAJĄCY: To czym wtedy jestem?
ROSI: Właśnie, czym wtedy jesteś?

18. JAKĄ WARTOŚĆ DLA ZAZEN MA „ŚWIĘTA" GÓRA?
PYTAJĄCY: Zamierzam zrobić sobie trzymiesięczne wakacje, żeby samotnie 

medytować, i zastanawiam 
się, jakie miejsce najlepiej wybrać do tego celu. Czytałem, że mnisi zeń 

chodzili w góry, lecz znam też 
ludzi, którzy twierdzą, że dobre wibracje są na pustyni czy nad morzem. Co o tym 

sądzisz?
ROSI: Na początku najlepsze do zazen jest takie miejsce, czy w domu, czy na 

otwartej przestrzeni, gdzie 
wibracje pomagają w wewnętrznym skupieniu. Do takich miejsc z pewnością można 

zaliczyć góry i 
pustynie. Dobrze jest jednak nie przebywać zbyt długo w takim „idealnym" 

otoczeniu, bo jeśli brakuje 
trudności, z którymi człowiek mógłby się zmagać, to wówczas kultywuje w sobie 

fałszywą siłę, pozorny 
spokój i nieugiętość, które rozpadają się w obliczu wymogów życia. Podobno 

płotkarze zdobywają lepszą 
ogólną kondycję niż sprinterzy. Tak samo ten, kto nauczył się koncentrować i 

jednoczyć umysł działając 
pośród zgiełku, zdobywa dużo większą równowagę i elastyczność niż ten, kto całe 

lata spędził samotnie, 
na przykład w górach czy na pustyni.

Doświadczyłem tego na własnej skórze. W tych klasztorach i ośrodkach 

background image

medytacyjnych, w których trening 

był surowy, nie było ciszy i spokoju ani czasu na samotność. To tylko w 
romantycznych powieściach o 

Oriencie czy w ich filmowych odpowiednikach klasztory leżą w bujnie zarośniętych 
dolinach, promieniejąc 

niebiańskim spokojem, a siwobrody mędrzec w powłóczystej szacie i z laską w 
dłoni łagodnie mówi do 

otaczających go uczniów o słodkich obliczach - „Moje dzieci..." Klejnoty 
mądrości sypią się z jego ust, a w 

tle wspaniałe słońce powoli chowa się za horyzont. Rzeczywistość, wierzcie mi, 
jest o wiele mniej 

romantyczna.
Jak dobrze pamiętam swój sześciotygodniowy pobyt w buddyjskim klasztorze w 

Rangunie, pod koniec lat 
pięćdziesiątych. Moje przybycie zbiegło się z akcją nowego wojskowego rządu, 

mającą na celu likwidację 
zbyt licznej psiej populacji w Rangunie. Zwierzęta te żyły spokojnie, gdy u 

władzy był buddyjski premier U 
Nu, ale gdy po władzę sięgnęła armia, zaczęto robić na nie obławy i strzelać do 

nich.
Ośrodek buddyjski obejmował jakieś pięćset akrów, na których znajdowało się 

wiele wolnostojących 
domków do medytacji, w których bhiksiu i bhiksiunie (to

52

znaczy mnisi i mniszki, którzy zachowują celibat), jak również ludzie świeccy, 

medytowali, jedli i spali. Psy 
wiedzione instynktem samozachowawczym uciekały do klasztorów, wskutek czego 

każdy z tych domków 
miał wkrótce dziesięć czy piętnaście psów, o ustalonej hierarchii, z liderem na 

czele. Po posiłkach psy 
ustawiały się według rangi w kolejce czekając na resztki, którymi je karmiono. 

Zazwyczaj głodne psy 
przepychały się, aby zająć dogodną pozycję, a od czasu do czasu lider musiał 

zwalczać zakusy 
młodszych na jego stanowisko. Czasem psy z innego domku próbowały wcisnąć się na 

siłę do nie swojej 
kolejki i spotykały się z warkliwą odprawą. Niekiedy to wycie, skomlenie i 

warczenie było bardzo 
gwałtowne. Pewien Anglik, który dopiero co przybył tam z Londynu, skarżył się z 

goryczą: „Przyjechałem 
w nadziei, że znajdę tu ciszę, której nie sposób znaleźć w Londynie, i patrzcie, 

w co wpadłem! Jak można 
medytować pośród tych cholernych hałasów?"

Również i japońskie klasztory nie były wolne od zewnętrznych zakłóceń. Ten, w 
którym spędziłem trzy 

lata, zanim udałem się do Rangunu, miał, o dziwo, podobny zwierzęcy problem. W 
nocy wieśniacy 

przynosili ukradkiem pod klasztor niechciane szczenięta i kotki i wypuszczali je 
w nadziei, że mnisi będą w 

stanie zająć się nimi. Zwierzęta te zadomawiały się w wolnej przestrzeni 
pomiędzy ziemią a podłogą 

budynku i żyły tam na wpół oswojone. Mnisi zostawiali im jedzenie, ale one 
dopiero nocą wychodziły, aby 

jeść czy polować, a potem z nadejściem świtu wracały do legowisk, gdzie spały, 
bawiły się i walczyły.

Podczas porannego i wieczornego zazen ta jaskinia zwierząt, jak ją nazywali 
mnisi, nieustannie 

wybuchała kakofonią skomleń, skowytów, pomruków, szczęknięć, warknięć, pisków, 
miauknięć i syków, 

które wyraźnie słychać było w zendo. Wraz ze wzmocnieniem koncentracji, po dwóch 
lub trzech 

miesiącach, to „jam session" - o dziwo - działało jak ostroga, a nie jak 

background image

przeszkoda, budząc zazwyczaj 

niedostępne, zablokowane energie, konieczne do uczynienia mocnego wysiłku w celu 
przekroczenia 

owych zakłóceń. Gdy udało mi się skupić na swej praktyce, ten zgiełk dzięki 
jakimś tajemniczym 

przemianom stawał się harmonijnym akordem.
Zdarzały się i inne hałasy. Trzy razy w tygodniu o świcie wagony załadowane 

bydłem wiezionym na rzeź 
zatrzymywały się na pół godziny na pobliskiej stacji. Zwierzęta czując, że idą 

na rzeź, rozdzierały ciszę 
pożałowania godnym lamentem, który bardzo wyraźnie docierał do klasztornego 

zendo. Uczyliśmy się, jak 
dawać sobie radę z tym źródłem niepokoju i było to doskonałym ćwiczeniem.

PYTAJĄCY: Powiedziałeś, że nie jest mądrze zbyt długo przebywać w górach, ale 
czyż starożytni 

mistrzowie zeń w Chinach i Japonii nie żyli i nie praktykowali zazen w górach 
całymi latami?

ROSI: To prawda, lecz tylko nieliczni kontynuowali takie życie jako asceci czy 
pustelnicy. Większość z 

nich po okresie odosobnienia przyłączała się do monas-
53

tycznej wspólnoty na jakiejś górze. Niektóre wspólnoty liczyły setki mnichów. U 
podnóża Himalajów, w 

Dharmsali w północnych Indiach, można i dzisiaj natknąć się na wspólnoty złożone 
z tybetańskich 

mnichów i ludzi świeckich, najprawdopodobniej podobne do wspólnot, jakie 
istniały w dawnych Chinach.

Z dawien dawna mnisi zeń i ludzie świeccy przedkładali góry nad pustynię i 
morze. A trzeba wam 

wiedzieć, że są zwykłe góry i są góry święte.
PYTAJĄCY: Co to są święte góry?

ROSI: Góry, które zwiemy świętymi, to ośrodki energii kosmicznej, mające moc 
budzenia podziwu i czci. 

Co więcej, energia tych gór zwraca człowieka do wewnątrz i budzi najbardziej 
subtelne wibracje. Aby móc 

dać pełny odzew tej wzmożonej energii, trzeba być otwartym i mieć oczyszczone 
ciało i umysł. Ludzie o 

aspiracjach duchowych przybywają do świętej góry z tym, co można by nazwać pewną 
dozą łaski - tzn. 

czystości - i zostają podniesieni na duchu przez niewidoczne moce góry oraz ich 
własny szacunek i 

podziw. Religijne rytuały i ceremonie pomagają przekroczyć ego, a wtedy znika 
przepaść między 

wyznawcą a górą. Wówczas ta góra nie jest już górą, jest kimś o dwóch nogach, 
wyglądającym niezwykle 

podobnie do nas samych, a jednak o wiele bardziej dostojnie!
Jedna ze świętych gór, jakie poznałem, znajduje się w Meksyku. Przy pierwszym 

spotkaniu wydawała się 
miastem świątyń wykutym w skale. Widok ten bardzo mnie poruszył, spostrzegłem, 

że płaczę z radości. 
Góra ta, w przeciwieństwie do szczytów Alp czy Gór Skalistych, które są 

przytłaczające i odległe w swym 
majestacie, jest bardziej na ludzką miarę i przyciąga do siebie samą swą 

przystępnością i intymnością. To 
samo odczułem wobec góry Arunczała, świętej góry Śri Ramana Maharishiego w 

Indiach.
Razem z dwojgiem moich starszych uczniów praktykowałem zazen w obszernej jaskini 

mieszczącej się 
we wnętrzu tej meksykańskiej świętej góry. Było rzeczą oczywistą, że musiały się 

tam odbywać poważne 
religijne ceremonie, bowiem ciągle jeszcze można było odczuć wibracje tych 

rytuałów. Później 

background image

dowiedzieliśmy się, że w czasach starożytnych Majowie, Toltekowie i Aztecy 

przybywali z daleka, by brać 
w nich udział.

DRUGI PYTAJĄCY: Jaką społeczną wartość ma udawanie się w góry czy na pustynie w 
celach 

medytacyjnych?
ROSI: W wypadku duchowo rozwiniętej osoby społeczna wartość tego jest wielka. 

Zadaj sobie pytanie, po 
co mistrz zeń, któremu z pewnością nie brak współczucia, izolowałby się na 

jakiejś górze, gdyby nie 
wiedział, że może przez to pomóc wielu ludziom. W tradycji zeń, jak 

słyszeliście, mistrzowie i inni 
oświeceni ludzie po to udawali się na pustkowia, gdzie nie byli obarczeni 

wymogami świata, aby móc 
spędzać długie godziny na praktykowaniu zazen, śpiewaniu sutr i spełnianiu aktów 

czci i oddania. W 
rezultacie stawali się potężnymi stacjami

54

nadawczymi przekazującymi we wszystkich kieunkach umysłom ludzi prawdę buddy, 

działając podobnie 
jak przekaźnik radiowy czy telewizyjny.

DRUGI PYTAJĄCY: Do odbioru fal radiowych czy telewizyjnych potrzebny jest 
odbiornik nastawiony na 

daną falę. Jakże ludzie mogą się nastroić na odbiór, jeżeli nawet nie zdają 
sobie sprawy z tego, że ktoś 

wysyła ku nim umysłowe wibracje?
ROSI: Są nastrojeni bez względu na to, czy wiedzą o tym czy nie, ponieważ 

wszyscy są częścią jednego 
Umysłu. Z buddyjskiego punktu widzenia indywidualna świadomość jest świadomą 

siłą energii, całkowitą 
sumą bezustannie zmieniających się wrażeń zmysłowych, postrzeżeń, myśli, 

tendencji i wspomnień, które 
są wszystkie w istocie puste. Jako zmienny aspekt Umysłu, świadomość jest 

współmierna z innymi, także 
wyższymi formami energii, na przykład siłami bud-dów, z którymi bezustannie 

współdziała na poziomach 
jednostkowych i kosmicznych, świadomych i podświadomych. Jednakże ludzie, 

zwiedzeni przez swój 
różnicujący intelekt, tracą świadomość tej zasadniczej łączności. Z tego 

wyobcowania wypływa 
nieświadoma tęsknota za zjednoczeniem, tęsknota podsycana aktami czci i oddania, 

jakie spełniają w 
samotności mistrzowie. Mając zdyscyplinowane, oczyszczone i przebudzone umysły 

potrafią oni 
swobodnie chłonąć wyższe energie i przekazywać je ludziom. W istocie łączność ta 

nigdy nie została 
zerwana, dlatego też można odebrać sygnał, który spowoduje prawdziwy zwrot w 

najgłębszych pokładach 
świadomości. Fakt, że to wszystko dzieje się na poziomie nieświadomym, nie czyni 

tego wcale mniej 
rzeczywistym.

TRZECI PYTAJĄCY: Czy istnieje jakikolwiek dowód naukowy, że to, co nam właśnie 
powiedziałeś, 

naprawdę się dzieje?
ROSI: Skoro potrafimy przekazać elektromagnetyczny impuls przez tysiące mil 

kosmicznej przestrzeni, 
aby zmienić kurs pojazdu kosmicznego - a wyczyn ten nie zasługuje na wyższy 

podziw niż umysł, który to 
umożliwia - to dlaczego nie mielibyście przyjąć bez naukowego dowodu tego, co 

właśnie usłyszeliście? 
Czy nie wiecie, że psychokineza, czyli zdolność poruszania lub zniekształcania 

przedmiotów jedynie w 

background image

wyniku procesów umysłowych, a także wpływanie na czyjś umysł z daleka to dobrze 

znane zjawiska 
psychologiczne?

DRUGI PYTAJĄCY: Czy mógłbyś podać nam techniki, dzięki którym mistrzowie mogą 
przekazywać swoje 

własne wibracje i energię gór?
ROSI: Nie ma żadnych technik, tylko różne rodzaje zazen do osiągania różnych 

celów. Jeśli celem jest 
pomoc ludziom straszliwie cierpiącym, na przykład na skutek trzęsienia ziemi, 

powodzi czy innej klęski 
żywiołowej, to mistrz może skupić swą świadomość na takim miejscu.

DRUGI PYTAJĄCY: Jak dokładnie by to zrobił?
ROSI: Podczas pierwszych kilku minut zazen może na przykład pozwolić swemu 

umysłowi zatrzymać się 
na wyobrażeniu ofiar tych klęsk, po czym może

55

wysłać ku nim uczucia współczucia i serdeczności. Nawiązawszy w ten sposób 

kontakt z nimi opróżnia 
potem swój umysł z tych i różnych innych wyobrażeń i u-czuć, aby osiągnąć stan 

niemyślenia. To właśnie 
w takiej chwili absolutnej jedności, gdy znika świadomość góry i siebie, gdy 

znika wszelkie wyobrażenie 
czy myśl - ma miejsce ten przekaz. Nie trzeba jednak być mistrzem ani nie trzeba 

praktykować zazen na 
świętej czy na zwykłej górze, aby pomagać sobie i innym. Mówiąc słowami mistrza 

zeń Dogena: „Jeden 
człowiek siedzący bez ego w zazen staje się niepostrzeżenie jednym ze wszystkimi 

widzialnymi i 
niewidzialnymi światami, przez całą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, i 

podtrzymuje nieustanną 
pracę prowadzenia istot ku oświeceniu."

CZWARTY PYTAJĄCY: Czytałem, że parę lat temu amerykańscy dyplomaci w Moskwie 
odkryli, że w 

kierunku ich ambasady wysyłano mikrofale. Uznano, że były one przyczyną chorób, 
zmęczenia i 

rozkojarzenia umysłowego, jakich doświadczali wówczas pracownicy ambasady. 
Czytałem również, że 

CIA zajmowała się eksperymentami, mającymi na celu manipulowanie ludzkim 
zachowaniem za pomocą 

zdalnego sterowania, tak aby uczynić daną osobę uległą wobec narzuconej cudzej 
woli.

Moje pytanie brzmi: czy jest jakaś istotna różnica pomiędzy tego rodzaju 
manipulacjami umysłu a tym, o 

czym mówiłeś? Nawet jeśli cel jest odmienny, to czy jakakolwiek kontrola 
czyjegoś umysłu nie może być 

groźna, zwłaszcza jeśli znajduje się w rękach niewłaściwych ludzi?
ROSI: Z pewnością tak. Z tego, co pan mówi, wynika, że wkraczamy w nową i 

niebezpieczną erę 
niewypowiedzianych wojen. Lecz proszę, zrozumcie, że istnieje ogromna różnica 

między altruistycznymi 
wysiłkami mistrzów, którym chodzi jedynie o oświecenie (a nie o kontrolę) 

nieświadomych umysłów tych, 
którzy pogrążeni są w ciemnościach i rozpaczy, a działaniami osób o zdolnościach 

parapsychicznych czy 
technologów wojskowych, manipulujących świadomością w celach, które są w 

najlepszym razie wątpliwe.
CZWARTY PYTAJĄCY: Rosi, czy zazen może sprawić, że czyjś umysł nie będzie 

podlegał kontroli na 
odległość?

ROSI: Każdy, kto poważnie traktuje zeń wie, że wskutek praktyki zazen umysł 
staje się silny i znajduje się 

pod naturalną kontrolą, mogącą zneutralizować wszelkie próby manipulowania nim.

background image

CZWARTY PYTAJĄCY: Czy zazen może nas również chronić przed mikrofalami?

ROSI: Nie wiem. Prócz urządzeń osłaniających czy zagłuszających być może nie 
istnieje żadne 

długofalowe zabezpieczenie poza obawą odwetu. Jednak praktykujący zeń czy 
podobne duchowe 

ćwiczenia ciała-umysłu nie staną się nerwowi ani rozgorączkowani, gdy usłyszą o 
takich rzeczach. A gdy 

będą musieli umrzeć, uczynią to ze spokojem.
56

PIĄTY PYTAJĄCY: Czy mogę podjąć inną kwestię? Męczy mnie termin „wibracje", bo 
go nie rozumiem, a 

ludzie żonglują nim tak, jak by czuli coś, czego nie czują tacy niewrażliwi 
prostacy jak ja. Co to właściwie 

ma oznaczać?
ROSI: Wiemy z fizyki, że wszelka materia ożywiona i nieożywiona ma właściwości 

elektromagnetyczne, 
których charakter jest określony przez prędkość wibrowania jej cząstek 

atomowych. Gdy wibracje danej 
osoby lub miejsca pozostają w harmonii z naszymi własnymi, czujemy się dobrze i 

reagujemy pozytywnie, 
a gdy są przeciwne - czujemy się źle i mówimy: „Nie lubię jego wibracji" lub: 

„Nie odpowiadają mi wibracje 
tutaj." Innymi słowy - jest to niewidoczna atmosfera czy jakość otaczająca osobę 

lub miejsce.
PIERWSZY PYTAJĄCY: A co z praktykązazen na pustyni czy nad morzem?

ROSI: Ponieważ nigdy nie praktykowałem zazen na pustyni, nie mogę nic powiedzieć 
z własnego 

doświadczenia. A członkowie naszego ośrodka, którzy tak robili, dawali sprzeczne 
relacje.

Zazen nad oceanem ma swoje zalety, ale plaża, gdzie wiele osób przychodzi pływać 
i opalać się, nie 

sprzyja poważnej praktyce. Pamiętaj, że gdy siedzisz gdzieś wysoko na stoku góry 
i spoglądasz w 

bezmiar krajobrazu, możesz ulec pokusie filozofowania o pięknie czy o ulotności 
życia; to samo dotyczy 

zazen nad morzem czy na pustyni. Taka kontemplacja może przeszkodzić twemu 
zazen.

PIERWSZY PYTAJĄCY: Jak sądzisz z własnego doświadczenia, jaka pora do medytacji, 
w górach czy 

gdziekolwiek, jest najlepsza?
ROSI: Ogólnie mówiąc, są cztery pory dnia i nocy, gdy ciało-umysł jest najlepiej 

dysponowane do zazen 
czy medytacji: świt, południe, zmierzch i północ. Jeśli chodzi o góry, to 

opierając się na własnym 
doświadczeniu uważam, że najlepsza pora jest przed wschodem słońca.

PIERWSZY PYTAJĄCY: Czemu tak jest?
ROSI: Gdy góra wchłonęła prane - czyli kosmiczne energie słońca, atmosfery i 

ziemi - to oczywiście 
„trawi" ona i asymiluje te nieuchwytne środki odżywcze w ciągu nocy, tak że 

wcześnie rano, przed 
wschodem słońca jest krzepka i żywotna, a jej energie krążą swobodnie. To 

właśnie, a także chłód 
rannego powietrza, pomoże ci odłożyć na bok wszystkie myśli i troski, utożsamić 

się z górą i chłonąć jej 
promieniowanie. W gorące popołudnia, szczególnie w krajach tropikalnych, energie 

góry zostają 
zagłuszone, tak jakby ten skalny olbrzym ucinał sobie sjestę. Jednakże wieczorem 

góra ożywa raz 
jeszcze i nabiera chłodnego blasku. To również jest dobra pora do zazen. Lecz 

nic nie może się równać z 
zazen na górze podczas pełni Księżyca.

SZÓSTY PYTAJĄCY: A co z medytacją w jaskini? Przecież mówiłeś, że medytowałeś w 

background image

jaskini we 

wnętrzu tej meksykańskiej świętej góry?
ROSI: Jaskinia jest świetna, jeśli tylko nie jest to „jaskinia szatana".

57

.

SZÓSTY PYTAJĄCY: Co to takiego?
ROSI: „Jaskinia szatana" to wyrażenie zeń określające pełen spokoju ekstatyczny 

stan, który staje się 
swoistym piekłem, gdy człowiek, biorąc go mylnie za prawdziwe przebudzenie, 

pragnie tkwić w nim jak 
płód w macicy.

SZÓSTY PYTAJĄCY: A po co miałby ktoś chcieć z tego wychodzić?
ROSI (do wszystkich): Właśnie dlatego nazywa się to „jaskinią szatana"!

19. CO TO JEST SATORI?
PYTAJĄCY: Co to jest satori?

ROSI: Gdy pewnego mistrza zeń zapytano: .Czym jest buddyzm?" odparł: .Nie 
rozumiem buddyzmu.". Co 

do mnie - nie rozumiem satori. PYTAJĄCY: Jeżeli ty nie rozumiesz, to kto 
rozumie? ROSI: Czemu nie 

zapytasz kogoś, kto mówi: Ja jestem oświecony"?
20. CZY JESTEŚ OŚWIECONY?

PYTAJĄCY: Czy jesteś oświecony?
ROSI: Jeżeli powiem: „Tak, jestem oświecony", to ci z was, którzy wiedzą, wyjdą 

oburzeni. Jeżeli powiem: 
„Nie, nie jestem oświecony", to ci z was, którzy nie zrozumieją, wyjdą 

rozczarowani. A więc...
21. CZY OŚWIECENIE MOŻE PRZYJŚĆ BEZ TRENINGU

DUCHOWEGO?
PYTAJĄCY: Rosi, czy nie istnieją przypadki nagłego i spontanicznego oświecenia? 

Co je wywołuje i czym 
się ono różni od oświecenia zeń?

ROSI: Ściśle mówiąc, wszelkie oświecenie jest nagte w tym znaczeniu, że dzieje 
się raptownie, tak jak 

woda nagle zaczyna wrzeć. „Stopniowy" jest tylko trening, który zazwyczaj je 
poprzedza. Mówiąc 

„spontaniczne" masz na myśli oświecenie, które przytrafia się bez duchowego 
treningu, czy tak?

PYTAJĄCY: Tak.
ROSI: Zawsze pojawia się pytanie, na ile prawdziwe są tzw. spontaniczne 

oświecenia. W ciągu minionych 
dwunastu lat sprawdziłem dziesiątki osób, które twierdziły, że są oświecone, 

lecz tylko co do jednej 
czułem, że doświadczyła prawdziwego przebudzenia, bez uprzedniego treningu 

duchowego. Jednakże 
bez treningu nikt nie zdoła w znaczący sposób przekształcić swego życia. Nie

58

będzie bowiem w stanie działać tak, by działanie wynikało z tego oświecenia i z 

czasem stanie się ono 
tylko hołubionym wspomnieniem.

Jeżeli przestudiujecie przypadki tych, którzy przebudzili się prawdziwie i 
głęboko, to odkryjecie, że prawie 

zawsze przebudzenie następowało po długotrwałym poszukiwaniu siebie, podjętym 
wskutek dręczącego 

niezadowolenia z życia lub wskutek bólu wywołanego jakimś urazowym, emocjonalnym 
przeżyciem.

PYTAJĄCY: Dlaczego niektórzy dochodzą do przebudzenia dość szybko, a innym 
zabiera to całe lata?

ROSI: Któż to może wiedzieć? Z punktu widzenia karmy pęd pchający kogoś do 
wyzwolenia jest silniejszy 

u jednych, a słabszy u drugich. Mistrzowie zeń zwykli mawiać: „Najszybsza droga 

background image

do przebudzenia to 

zmaganie się z 'masą wątpienia'". W zeń „wątpienie" nie oznacza jedynie 
sceptycyzmu ani postawy pełnej 

rezerwy. „Masa wątpienia" to zasadniczy, dręczący nas problem, który nie daje 
nam spokoju, jak na 

przykład: „Skoro Budda i mistrzowie mówią że świat jest nieskalany, to czemu 
widzimy wokół siebie tyle 

zła i cierpienia?" Oczywiście, jeśli masz absolutną wiarę, że nie byli oni w 
błędzie, gdy to mówili, to 

będziesz ciążyć ku temu, aby roztrzygnąć sprzeczność pomiędzy tym, w co 
wierzysz, a świadectwem 

swoich zmysłów. W zależności od tego, jak głęboko i uporczywie dręczyć cię 
będzie ten dylemat i jak 

niezmordowanie będziesz szukał odpowiedzi, przebudzenie nastąpi po krótszym lub 
dłuższym czasie.

Takim zapytywaniem jest zazen. l gdybyś umiał zapytywać tak, jak gdyby od 
znalezienia odpowiedzi 

zależało całe twoje życie - nie potrzebowałbyś czynić nic więcej. „Aby dojść do 
pełnego przebudzenia - jak 

ujął to pewien mistrz zeń - musisz działać tak jak człowiek, który wpadł do 
lochu głębokiego na sto stóp. 

Tysiące, dziesiątki tysięcy jego myśli sprowadzają się teraz do jednej: 'Jak 
wydostać się z lochu?' 

Utrzymuje on tę myśl od świtu do wieczora i od wieczora do rana, bez 
jakiejkolwiek innej myśli". Lecz iluż 

jest ludzi, których popycha taka potrzeba? Nie więcej niż garstka.
Formalny trening zeń nie jest w zasadzie niczym innym, jak wysiłkiem mistrza, 

aby pobudzić to 
intensywne zapytywanie, tę masę wątpienia, o ile nie powstaje ona spontanicznie. 

Jednakże 
nieodzownym warunkiem wstępnym takiego zapytywania jest niewzruszone 

przeświadczenie, że można 
roztrzaskać tę masę wątpienia i że ma się nieugiętą determinację, by to uczynić. 

Uczeń z prawdziwym 
pragnieniem samourzeczywistnienia zazwyczaj dostaje koan. Jeżeli będzie się z 

nim poważnie zmagał - a 
jego zaangażowanie zależy od tego, jak dotkliwie odczuwa on ból istnienia i jak 

palące jest jego 
pragnienie, aby się z tego bólu wyzwolić - to się przebudzi. Co więcej, koan 

bardziej przyspieszy jego 
przebudzenie, gdyż bardziej niż cokolwiek innego wywołuje i skupia tę masę 

wątpienia.
DRUGI PYTAJĄCY: Zajmowałem się filozofią aby dowiedzieć się, co najwybitniejsi 

myśliciele sądzili o 
ludzkim istnieniu i poznać sens mego własnego ży-

59

cia. Te studia nie tylko nie doprowadziły mnie do oświecenia, ale nawet nie dały 

mi satysfakcji 
intelektualnej.

ROSI: W jaki sposób stawiałeś pytanie dotyczące ludzkiego istnienia? Czy tak jak 
dziecko, z ciekawości, 

czy też zapytywałeś całym sercem? Intelektualne pytania wywołują intelektualne 
odpowiedzi, które nie 

przekształcą twego życia. Dopiero gdy dojdziesz do tego, że wykrzykniesz wprost 
z trzewi: Ja muszę się 

dowiedzieć i dowiem się!" - na twoje pytanie pojawi się odpowiedź, l to będzie 
twoje przebudzenie, 

albowiem w najgłębszym znaczeniu pytanie i odpowiedź nie są czymś różnym, a 
jedynie wydają się takie 

naszemu różnicującemu intelektowi, który dzieli to, co jest w istocie 
niepodzielne.

Pozwólcie, że wam opowiem o przypadku spontanicznego przebudzenia, o jakim mówił 

background image

mi pewien 

hydraulik z Brooklynu w Nowym Jorku. Hydraulik ten nie miał żadnego 
wykształcenia poza podstawowym, 

nie miał też żadnych duchowych aspiracji ani nie czuł związku z jakimkolwiek 
wyznaniem. Podczas drugiej 

wojny światowej spędził cztery lata na Pacyfiku, gdzie widział wiele walk. Pod 
koniec wojny czuł się 

całkowicie wyczerpany.
Gdy wrócił do Brooklynu, nie mógł, mówiąc jego własnymi słowami „pracować, bawić 

się ani kochać. 
Wszystko wydawało mi się bez sensu. Męczyło mnie jedno pytanie: czym jest 

rzeczywistość? Nigdy nie 
zajmowałem się filozofią ani nie byłem religijny. Nie wiem, skąd się to pytanie 

wzięło, ale nie chciało mnie 
o-puścić. Na przykład, idąc ulicą myślałem tylko o jednym: czym jest 

rzeczywistość? Byłem jak 
nieprzytomny i czasami wpadałem na ludzi i budynki. Pytanie nie opuszczało mnie 

nigdy, nawet nocą. 
Pamiętam, że czasami, nie mogąc spać, spacerowałem o drugiej lub trzeciej rano, 

dręczony pytaniem, 
czym jest rzeczywistość.

Trwało to przez jakieś sześć miesięcy i raptem pewnego dnia nastąpiła wewnętrzna 
eksplozja, po czym 

wypełniła mnie radość, jakiej nie czułem nigdy w życiu. Pytanie po prostu 
rozpłynęło się w powietrzu i 

mogłem znów normalnie żyć.
To uniesienie - czasami czułem się tak, jakbym mógł przeskoczyć przez 

trzymetrowy mur - trwało przez 
jakieś cztery miesiące. A tym, co je zepsuło, było nowe uporczywe pytanie: Co 

się z tobą stało? Cała ta 
radość i swoboda są nienormalne! l zacząłem się czuć źle tylko dlatego, że 

czułem się tak dobrze.
Moja rodzina i przyjaciele powiedzieli: 'Powinienieś iść do psychiatry. Miałeś 

bardzo bolesne wojenne 
przeżycia, a te uczucia mogą stanowić pierwsze symptomy czegoś gorszego, co jest 

głębiej.'
Psychiatrzy w szpitalu dla weteranów wojennych byli bardzo zainteresowani moim 

przypadkiem. 
Przeszedłem zwykłe badania, dali mi jakieś lekarstwa i zaczęli mnie codziennie 

dokładnie wypytywać o 
przeżycia wojenne i o moje życie po powrocie do Stanów. Miałem swój własny pokój 

i w odróżnieniu od 
innych pacjentów mogłem swobodnie poruszać się po szpitalu. To specjalne 

traktowa-
60

nie odpowiadało mi przez jakiś miesiąc, ale potem zacząłem tracić spokój, 
zmęczony tymi wszystkimi 

nonsensami, i zapytałem jednego z mych psychiatrów: 'Do licha, jak długo mam 
jeszcze tu siedzieć? 

Kiedy się w końcu dowiem, co mi jest?'
'Jutro będziemy mieć naradę w sprawie pańskiego przypadku - odpowiedział -i 

porozmawiam z panem, 
gdy tylko zbiorę wszystkie dane.'

No i parę dni później dowiedziałem się: 'Przeżył pan nawróceni!.' Nie miałem 
pojęcia, z czego zostałem 

nawrócony ani na co, ale tak bardzo chciałem opuścić szpital, że nie 
kwestionowałem ich diagnozy i 

dałem temu spokój.
Chyba dziesięć lat później jeden z moich przyjaciół pożyczył mi twoją książkę 

Trzy filary zeń i wówczas 
ostatecznie zdałem sobie sprawę, co mi się przydarzyło: doznałem kensio czy też 

satori."

background image

PIERWSZY PYTAJĄCY: Czy czułeś, rosi, że doznał on prawdziwego oświecenia?

ROSI: Zanim ten człowiek przyjechał do Rochester, napisał do mnie długi list, w 
którym przedstwawił 

wszystko, o czym właśnie słyszeliście. W odpowiedzi zaproszono go, by przyjechał 
na warsztat, po którym 

mógłby ze mną porozmawiać o swym przypadku i jeżeliby tego pragnął, mógłby 
zostać poddany próbie, 

czy to jego doświadczenie było autentyczne. Po warsztacie wspólnie 
przeanalizowaliśmy wszystkie 

okoliczności, a zwłaszcza wydarzenia, które bezpośrednio doprowadziły do tej 
„eksplozji", jak również to, 

co ów człowiek widział i czuł podczas tego ogromnego wstrząsu.
Opowiadając, przeżywał on na nowo to doświadczenie, jego oczy świeciły blaskiem, 

którego ani śladu nie 
mogłem dostrzec podczas warsztatu, choć obserwowałem jego twarz i zachowanie 

bardzo uważnie. 
„Niech mi pan powie: co to jest rzeczywistość?" - spytałem go.

Zawahał się, uśmiechnął i odparł: „Całe moje życie."
„Powiedział pan, że po tej eksplozji to pytanie zniknęło. Czy pojawiło się coś 

na jego miejscu?"
„Nie pamiętam. Myślę, że nic. Mogę jedynie powiedzieć, że nigdy w życiu nie 

czułem się lepiej. To było 
tak, jakbym się odrodził - czułem się jak niemowlę. Wszystkie pytania i problemy 

odpadły i po raz 
pierwszy, od kiedy poszedłem do wojska, miałem masę energii i inicjatywy."

„A co się stało potem?"
„Pomału blask i ekstaza słabły i ta cała superenergia wyciekła ze mnie. Teraz 

gdy przeczytałem twoją 
książkę, rosi, i byłem na warsztacie, poznałem wagę za-zen. Tylko czy zazen z 

powrotem sprowadzi tę 
cudowną radość?"

„Proszę zapomnieć o radości - usłyszał w odpowiedzi -proszę praktykować zazen 
regularnie, być 

przytomnym i w pełni zaangażowanym w swe codzienne
61

życie, a zyska pan większą jasność, witalność i uczucie głębokiej wdzięczności. 
Wpłyną one na pańskie 

życie korzystniej niż ekstaza, jakiej pan doświadczyf.
DRUGI PYTAJĄCY: Rosi, czy byłeś zadowolony z jego odpowiedzi?

ROSI: Nie. Odniosłem wrażenie, że to co mu się przydarzyło było prawdziwe, ale 
stało się to wiele lat 

temu i nie wpłynęło potem na jego życie. Stało się zaledwie miłym wspomnieniem. 
Gdyby ów człowiek 

miał wówczas jakaś praktykę duchową, dzięki której mógłby to podtrzymywać i 
pogłębiać, zapewne 

inaczej odpowiadałby na moje pytania.
PIERWSZY PYTAJĄCY: Czy radość satori trwa?

ROSI: Nie. Jeżeli chcesz na zawsze pozostać w siódmym niebie, to coś jest nie 
tak z twoim 

urzeczywistnieniem. Jeżeli satori jest prawdziwe, to przytomność nie znika. 
Potrzebujesz zazen, to znaczy 

mocy samadhi z niego wynikającej, a-byś mógł żyć w zgodzie ze swym wglądem, 
bowiem siły nawyków z 

przeszłości nadal próbują cię wciągnąć z powrotem w stare wzorce działania.
Ci z was, którzy czytali Trzy filary zeń, przypominają sobie może z wykładów 

wprowadzających 
przypowieść o na wpół szalonym Wadżradatcie, który nade wszystko lubił 

przeglądać się w lustrze. 
Pewnego dnia jednak nie dojrzał w nim swej głowy i zaczął biegać wokół, 

wykrzykując gorączkowo: 
„Zgubiłem głowę! Zgubiłem głowę! Gdzie ona może być?" Jakaż była jego radość, 

gdy ktoś wreszcie 

background image

zdzielił go w głowę i do krzyczącego z bólu zawołał: „To jest twoja głowa!", a 

on sam zrozumiał, że miał ją 
zawsze. Głowa symbolizuje w tej przypowieści naszą Prawdziwą Naturę, a jej 

odkrycie - przebudzenie. 
Czyż nie jest to jednak dziwne, że nie posiadamy się z radości, gdy odkrywamy 

to, co mieliśmy zawsze? 
Chodzi jednak o to, że po przebudzeniu, spontanicznym czy jakimkolwiek innym, 

dopóki czepiamy się 
tego potężnego uniesienia, dopóty nie możemy żyć w sposób naturalny.

PIERWSZY PYTAJĄCY: Przypuśćmy, że ktoś, jak ten hydraulik, miał ciężkie i 
bolesne wojenne przejścia, 

a później zaczął praktykować zazen. Czy te doświadczenia naprawdę pomogłyby mu 
szybciej dojść do 

głębokiego i trwałego oświecenia?
ROSI: Połączenie urazowych przeżyć i solidnego treningu zeń z pewnością może 

zaowocować głębokim i 
trwałym oświeceniem. Może tu służyć za przykład mój znajomy, który był członkiem 

jednej z grup 
uprawiających zazen w Japonii. Kiedyś zapytałem go: „Co cię doprowadziło do 

zeń?" Oto co mi 
odpowiedział:

„Pod koniec drugiej wojny światowej, gdy właśnie ukończyłem studia medyczne, 
powołano mnie do 

wojska. Dostawaliśmy wówczas straszliwe lanie. Nasi ludzie padali jak muchy, a 
my, lekarze, niewiele 

mogliśmy zrobić, by ich ratować. Wraz z innymi lekarzami pracowałem dzień i noc 
przy rannych i 

umierających. Kiedyś przez cały tydzień w ogóle nie spałem, pielęgnując chorych.
62

Po wojnie nie mogłem wrócić do medycyny. Nieustannie zadawałem sobie pytanie: 
'Dlaczego mam 

zajmować się medycyną i próbować ratować ludziom życie? Przecież i tak umrą'.
W tym czasie przyjaciel namówił mnie, abym spróbował praktyki zeń, i zostałem 

uczniem rosiego 
Yasutaniego. Rosi obiecał mi, że jeżeli będę się mocno wytężał i dojdę do 

kensio, to w moim życiu nastąpi 
zwrot o 180 stopni i nie tylko zapragnę pomagać ludziom jako lekarz, ale znowu 

będę czuł współczucie i 
miłość dla wszystkich.

Tak więc przez następne trzy lata praktykowałem zazen z wielką żarliwością i 
oddaniem, zagrzewany 

dopingującymi słowami rosiego i moim własnym wewnętrznym zamętem, który był nie 
do zniesienia. 

Byłem na wielu sesin. l raptem to się stało: nastąpiła wewnętrzna eksplozja, 
która zniszczyła wszystkie 

moje wyobrażenia o cierpieniu, o śmierci i o wszystkim innym. Dostrzegłem, że na 
powierzchni istnieją 

tylko narodziny i śmierć, a jednocześnie w Prawdziwym Umyśle nie ma ani 
narodzin, ani śmierci.

Czy znalazłeś wreszcie odpowiedź na nękające cię pytanie: 'Dlaczego mam leczyć 
ludzi?' - zapytałem.

Tak Wraz z przebudzeniem pojawiła się prosta odpowiedź: dlatego, że jestem 
lekarzem!'"

22.    CZY    SATORI    RÓŻNI    SIĘ    OD    PSYCHICZNYCH WGLĄDÓW?
PYTAJĄCY: Czy satori różni się od psychicznych wglądów?

ROSI: Wywodzą się one z tego samego podłoża, z Umysłu. Ten Umysł jest wrodzony 
każdemu bez 

wyjątku. Ale podczas gdy ludzie oświeceni przebudzili się ku niemu, to 
przeciętne medium o siłach 

parapsychicznych - nie. Istotna różnica leży w stopniu przytomności bądź 
poznania. Człowiek o 

zdolnościach parapsychicznych ma kontakt z obszarem Umysłu, niedostępnym dla 

background image

pospolitej 

świadomości, podczas gdy człowiek przebudzony wejrzał w sam Umysł. Ponieważ w 
pełni przebudzony 

Umysł postrzega nieograniczone wymiary świadomości, to naturalnie obejmuje on 
również postrzeganie 

parapsychiczne.
DRUGI PYTAJĄCY: A jak to było z Edgarem Cayce'em? Czy nie był oświecony?

ROSI: Cayce miał wyjątkowe siły, ale jest wysoce wątpliwe, czy był oświecony.
TRZECI PYTAJĄCY: A propos Cayce'a, słyszałem, że przepowiedział on, że w ciągu 

najbliższych 
czterdziestu lat Kalifornia zostanie zniszczona przez trzę-

63

,

sienie ziemi lub powódź. Czy ty, rosi, przywiązujesz jakąkolwiek wagę do takich 
proroctw?

ROSI: O ile medium nie potrafi podać dokładniej pory przyszłego wydarzenia, tzn. 
roku, dnia i godziny - 

nie ufałbym zbytnio jego przepowiedni. Nie znaczy to, że jest on szarlatanem, 
ale że jakiekolwiek ma on 

siły, są one ograniczone.
Pozwólcie, że powiem o tym więcej. Chociaż człowiek o siłach parapsychicznych 

jest w stanie 
kontaktować się z energiami niedostępnymi dla zwykłej osoby, nie rozumie on 

naprawdę źródła tej mocy. 
Co więcej, jego „dar" nie powoduje u niego unicestwienia ego ani przekształcenia 

osobowości. Jest on 
nadal zdominowany przez wyobrażenie jakiejś jaźni stojącej naprzeciw innych 

jaźni. W przeciwieństwie do 
tego, prawdziwe oświecenie rozwiewa poczucie ego i pozwala przekroczyć 

dualistyczne rozróżnienia. 
Konsekwencje tego są ogromne.

DRUGI PYTAJĄCY: A zatem czy z punktu widzenia zeń przeżycia parapsychiczne nie 
mają żadnej 

wartości?
ROSI: Pewne psychiczne postrzeżenia są istotnie cenne, ponieważ usuwają 

wątpliwości co do faktu 
odradzania się i słuszności prawa karmy. Czy możecie sobie wyobrazić kogoś, kto 

byłby w stanie cofnąć 
się do przeszłych żywotów i zapamiętać je, a nie byłby przekonany ponad wszelką 

wątpliwość o cyklicznej 
naturze życia? To przekonanie uwalnia człowieka od manii „żyje się tylko raz, 

więc jedz, pij i popuszczaj 
pasa", bowiem rozwiewa lęk przed śmiercią, kryjący się za postawą używania.

Płynąca z pamięci przeszłych żywotów świadomość, że śmierć, jak i życie, jest 
chwilą między tym, co było 

przedtem, a tym co nastąpi potem, wywarłaby też głęboki wpływ na sposób życia 
człowieka już w tym 

istnieniu. Tylko głupiec albo szaleniec kaleczyłby czy niszczył rozmyślnie 
życie, mając całkowitą pewność, 

że już w tym czy w kolejnym żywocie skutkiem tych czynów będzie kar-miczna 
zapłata w postaci 

piekielnego istnienia. Któż nie pragnąłby odpokutować swych przeszłych 
występków, gdyby wiedział, że 

śmierć nie jest kresem, tylko kontynuacją i że za swoje lekkomyślne pląsy będzie 
musiał zapłacić temu, 

kto mu zagrał, jeśli nie teraz, to w następnym istnieniu?
Pozwólcie, że opowiem wam historię, która dotyczy różnicy między zdolnościami 

psychicznymi a 
samourzeczywistnieniem. Opowiedział mi ją pewien amerykański profesor, którego 

spotkałem w Japonii. 
Profesor ten udał się do Indii w poszukiwaniu oświeconego mistrza. Pewnego dnia, 

rozglądając się za 

background image

swym nieuchwytnym guru, natknął się na tłum w małej wiosce. Przedostawszy się do 

środka ujrzał 
zwyczajnie wyglądającego Hindusa, który dawał pokaz swoich parapsychicznych 

mocy. Ujrzawszy 
Amerykanina, człowiek ten zaczął mówić mu o jego życiu, podając fakty dotyczące 

jego, a także jego żony 
i dzieci, których to faktów nie mógł znać wcześniej. Było to pierwsze zetknięcie 

się tego profesora z 
postrzeganiem ponadzmysłowym i wprawiło go w osłupienie. Niecodzienne też

64

było, że Hindus nie chciał przyjąć datku ani od profesora, ani od innych ludzi, 

którym też mówił o ich życiu. 
Po pokazie zapytał profesora na osobności: „Czy pan nie przyjechał do Indii w 

celu 
samourzeczywistnienia?"

Jak."
„Różni się pan od większości cudzoziemców, jakich spotykałem w Indiach, dlatego 

niech mi pan pozwoli 
udzielić sobie kilku szczerych rad. Moja zdolność poznania pańskiej przeszłości 

i teraźniejszości wywarła 
na panu wrażenie, ale dla mnie to nic nadzwyczajnego. Mam te siddhis (siły 

parapsychiczne) od dziecka, 
a wcześniej posiadał je mój ojciec. Proszę mi wierzyć, za młodu miałem głębokie 

religijne pragnienia, tak 
jak pan. Ale ponieważ ludzie tłumnie przybywali do mnie, abym mówił im o ich 

życiu, i ponieważ mój ojciec 
zachęcił mnie, bym korzystał ze swych mocy dla utrzymywania naszej licznej i 

biednej rodziny, moja 
tęsknota za duchowym wyzwoleniem została zepchnięta na dalszy plan. Teraz jestem 

już stary i pomimo 
dostępnych mi w naturalny sposób parapsychicznych intuicji nie jestem bliższy 

samourzeczywistnienia niż 
byłem czterdzieści pięć lat temu.

Znajdzie pan w Indiach wielu ludzi o zdolnościach parapsychicznych, którzy udają 
przebudzonych 

świętych, ale proszę nie dać im się zwieść. Człowiekowi o takich zdolnościach 
dostępne są co najwyżej 

subtelne przejawy obecności Boga, podczas gdy święty człowiek widzi Go samego. 
Istnieje dobry sposób 

odróżnienia autentycznego mistrza od fałszywego: otóż ten pierwszy nie będzie 
tolerował u swych 

uczniów popisów ani interesowania się siddhi."
TRZECI PYTAJĄCY: Czy próby rozwijania sił parapsychicznych niosą ze so-bąjakieś 

niebezpieczeństwa?
ROSI: Historia, którą usłyszeliście przed chwilą, mówi dobitnie, jakim 

zagrożeniem dla 
samourzeczywistnienia jest zajmowanie się siłami parapsychicznym!. Ale istnieją 

jeszcze inne 
niebezpieczeństwa. Ludzie, którzy starają się rozwijać te siły, czynią to często 

kosztem innych obszarów 
swej osobowości. Mogą stać się niesprawiedliwi i zarozumiali, sądząc, że z 

powodu niezwykłych i 
rzadkich zdolności należy im się specjalne uznanie. Siły parapsychiczne są przy 

tym uwodzicielskie - im 
bardziej człowiek się w nie angażuje, tym trudniej mu się z nich wyplątać, aż w 

końcu łapią go w swoją 
sieć.

Każdy, kto poważnie praktykuje zazen, rozwinie z czasem te zdolności w mniejszym 
lub większym 

stopniu. Sam Budda miał liczne moce parapsychiczne, w tym zdolność przypominania 
sobie przeszłych 

żywotów, wgląd w przyszłość i czytanie umysłów innych ludzi. Jednakże nigdy nie 

background image

zachęcał on swych 

uczniów do rozwijania sił parapsychicznych w celu osiągnięcia oświecenia ani do 
popisywania się nimi, 

jeśli już je opanowali.
Jeszcze inna anegdota wskazuje, jaką to wartość przypisują mistrzowie zeń 

magicznym mocom. 
Pewnego dnia mistrz zeń Huang Po dotarł podczas pielg-

65

rzymki nad brzeg szerokiej rzeki. Nagle jakiś dziwny osobnik, który pojawił się 

nie wiadomo skąd, 
przyłączył się do niego i powiedział: „Przeprawmy się razem." Mistrz, który 

wcale nie zamierzał się 
przeprawiać na drugą stronę, odrzekł: „Bracie, jeśli wybierasz się za rzekę, idź 

sam". Na to mnich zaczaj 
kroczyć po wodzie tak, jakby szedł po ziemi, i odwracając się zawołał: „No 

chodź!" A mistrz na to: „Ty 
Ważnie! Gdybym wiedział, że to zrobisz, odciąłbym ci nogi!"

23. BEZ BÓLU NIE MA OSIĄGNIĘĆ.
PYTAJĄCY: Nigdy przed tym warsztatem nie praktykowałem zazen i nie miałem 

pojęcia, że może to być 
tak niewygodne. Zdawało mi się, że druga runda siedzenia nigdy się nie skończy! 

Dlaczego trzeba znosić 
takie niewygody, aby c-czyścić umysł?

ROSI: Z powodu błędnego myślenia i lenistwa dopuściliśmy do tego, że nasze 
umysły zostały 

zdominowane przez różnego rodzaju bezużyteczne, jałowe myśli; przez cały dzień 
wlatują i wylatują z 

głów jak pszczoły z ula. Jednak te najgorsze, ci wieczni lokatorzy, to ustalone 
koncepcje i wyobrażenia. 

Okopują się o-ne w umyśle, wspomagając ego w umacnianiu jego dominującej 
pozycji.

Ustalone koncepcje są jak plamy, których nie można usunąć. To z ich powodu nasze 
umysły stały się 

stajnią Augiasza, pełną opinii i wyobrażeń na temat dobra i zła i tego, jak 
rzeczy powinny się mieć, a także 

pragnień, przesądów i żalu wyrastających z chciwości, gniewu i błędnego 
myślenia. Trzeba było 

Herkulesa i jego nadludzkiej siły, aby oczyścić stajnię Augiasza z gnoju, który 
nazbierał się tam przez 

trzydzieści lat. Tak więc jedynie mocny, skoncentrowany wysiłek może oczyścić 
umysł ze śmieci, które 

nagromadziły się tam w ciągu całego życia.
DRUGI PYTAJĄCY: Odkryłem, że podczas zazen staję się bardzo niespokojny, co też 

było bolesne, choć 
w inny sposób. Przypuszczam, że po prostu nie jestem przyzwyczajony do siedzenia 

bez ruchu.
ROSI: Niewielu ludzi jest do tego przyzwyczajonych. Na warsztacie, jaki niedawno 

prowadziłem w 
Chinach, jeden z uczestników, pewien profesor, bezustannie się poruszał podczas 

siedzenia. Chociaż 
wszyscy zostali pouczeni, jak siedzieć, aby kolana dotykały mary, w postawie, 

która ustala fizyczną i 
umysłową równowagę, z jakiegoś powodu siedział on z kolanami uniesionymi. Ta 

pozycja nadmiernie 
napinała jego ciało, wskutek czego ciągle się poruszał. Po kilkakrotnym 

ostrzeżeniu, by przestał się 
poruszać, bowiem przeszkadza to w koncentracji jemu samemu i innym, stanąłem za 

nim z kijem i 
zaszurałem stopami tak, żeby wiedział, iż tam jestem. Do końca rundy udało mu 

się siedzieć nieruchomo, 
a-le potem ledwo się podniósł. Kulejąc, podszedł do mnie i wyjęczał: „To był 

naj-

background image

66

cięższy wysiłek w moim życiu. Najgorsze było to poniżające odkrycie, że nie 
mogłem utrzymać liczenia 

oddechów dłużej niż do dwóch, l jestem ci wdzięczny, rosi, że mi tego nie 
ułatwiłeś. W ciągu tych 

dwudziestu minut bolesnego siedzenia dowiedziałem się o sobie więcej niż przez 
całe moje 

dotychczasowe życie."
Dla wielu ludzi spokojne siedzenie jest niewygodne, gdyż przywykli oni do 

trwonienia energii w 
bezużytecznych działaniach, które są ucieczką od życiowych problemów. Siedzenie 

nie tylko 
powstrzymuje ich od rozpraszania energii, lecz zmusza również, aby zwrócili się 

do wewnątrz i ujrzeli 
siebie nagimi, aby stawili czoła problemom, przed którymi pragną uciec. A 

ponieważ zazen ujawnia te 
problemy, więc czują doń urazę. Czują też niechęć do nauczyciela, który - jak 

uważają - jest 
odpowiedzialny za to, że znajdują się w takich opałach. Tak siedzenie staje się 

jednym wielkim bólem.
Ale właśnie wtedy człowiek znajduje się na rozdrożu, gdyż jest to czas, kiedy 

jego determinacja poddana 
zostaje próbie: czy nadal będzie kroczył dawną, łatwą, pełną marnotrwastwa 

drogą, czy też wstąpi na 
ścieżkę wyzwolenia? Jeśli rzeczywiście zdajesz sobie sprawę, że dotychczasowe 

życie prowadzi cię w 
ślepą uliczkę i jeśli twoja wiara w rzeczywiste istnienie twojej Prawdziwej 

Natury jest mocna, to 
determinacja, aby osiągnąć wolność, będzie dostateczna, aby sprostać zadaniu. A 

jeżeli wytrwasz w 
zmaganiach, przezwyciężając wszelkie pokusy ucieczki, to dojdziesz do 

zrozumienia i osiągniesz pełen 
energii spokój i jasność.

DRUGI PYTAJĄCY: Po jakim czasie można siedzieć w jednej z postaw lotosu bez 
bólu?

ROSI: Zależy to od giętkości umysłu i ścięgien. Najważniejszy jest jednak u-
mysł. Sprężysty umysł, tzn. 

taki, który nie jest sztywny ani uparty, daje sprężyste ciało, ale i wtedy 
zwykłe ćwiczenia rozciągające nogi 

mogą być pomocne. Gdy raz osiągniesz pewien stopień sprężystości, to będzie ci w 
tych postawach 

wygodnie i w całej pełni doświadczysz dobrego samopoczucia. Po powrocie z 
całodziennej pracy usiądź 

na kanapie w postawie ćwierć- czy też pótiotosu, da ci to głębokie wytchnienie, 
jakiego nie osiągniesz tak 

łatwo w inny sposób. Koncentracja w czasie uczenia się czy też czytania jest o 
wiele mocniejsza w 

postawie lotosu niż na krześle.
DRUGI PYTAJĄCY: Dlaczego tak się dzieje?

ROSI: Krzyżując do środka nogi jednoczy się i skupia umysł, który osiąga wtedy 
równowagę i 

koncentrację na jednym 3.
Nie zniechęcajcie się, jeżeli na początku doświadczycie niewygód, bowiem z 

uczeniem się zazen jest tak, 
jak z uczeniem się wszystkiego, co cenne. Pamiętajcie, że bardzo długo 

posługiwaliśmy się naszymi 
ciałami i umysłami w sposób niewłaściwy. Na przykład: zamiast siedzieć i chodzić 

z wyprostowanym 
kręgosłupem garbimy się, wywołując nacisk na wszystkie narządy wewnętrzne i 

utrudnia-
67

background image

,
jąć oddychanie. Tak więc musimy się uczyć, jak właściwie siedzieć i chodzić; 

musimy nauczyć nasze 
umysły, jak kierować je do wewnątrz, tak jak umiemy kierować je na zewnątrz. 

Początkowo odwrócenie 
tego trwającego od tak dawna procesu wiąże się z dużym wysiłkiem, ale jeśli 

wytrwamy w zazen, to 
zaczniemy doświadczać większej jasności, swobody i energii w codziennym życiu.

TRZECI PYTAJĄCY: Czy to nie masochizm - znosić ból, gdy można go uniknąć?
ROSI: Budda powiedział, że ból jest warunkiem istnienia i że jeśli będziemy go 

unikać, to spłycimy swoje 
życie, bo rozkosz i ból to dwie strony tego samego medalu. A ból jest wszędzie, 

prawda? Same narodziny 
są bólem i to zarówno dla dziecka, jak i dla matki. Choroby i niedomagania wieku 

podeszłego wiążą się z 
bólem. Przebywanie z ludźmi, których się nie lubi, jest bolesne; oddzielenie od 

ludzi, których się kocha, 
jest też bolesne. A co mamy powiedzieć o cierpieniu tak wielu ludzi, którzy żyją 

w nędzy, bliscy śmierci 
głodowej? Któż z myślących ludzi nie zgodzi się z tym, że chwile smutku i bólu 

są częstsze od chwil 
radości i szczęścia?

CZWARTY PYTAJĄCY: Po co więc jeszcze powiększać nasz ból, siedząc w postawie 
lotosu?

ROSI: Postawa lotosu nie jest jedyna, w której praktykuje się zazen. Istnieją 
inne postawy, które są 

opisane i przedstawione na rysunkach w Trzech filarach zeń.
Ponieważ bólu, ogólnie rzecz biorąc, można unikać jedynie w drodze rezygnacji z 

pełnego, bogatego 
życia, czyż nie mądrzej jest wziąć się z nim za bary? Jeśli tego nie zrobisz, to 

ból zawsze będzie zaglądał 
ci w oczy. We wszystkich dobrych klasztorach, ośrodkach czy aśramach, w jakich 

byłem w Azji, 
powiadano: „Bez bólu nie ma osiągnięć."

CZWARTY PYTAJĄCY: A jak trzeba brać się z bólem za bary?
ROSI: Podczas treningu zeń człowiek uczy się wielu metod postępowania z bólem. 

Oto jedna z nich 
stosowana w klasztorach w Japonii: w ciepłe dni, kiedy to komarów jest 

najwięcej, wczesnym rankiem i o 
zmierzchu główni mnisi u-mieszczają zazwyczaj na podłodze między siedzącymi 

spirale trociczek, których 
dym odstrasza komary. Jednakże od czasu do czasu nie wystawia się tych spirali i 

komary, niczym horda 
rozwścieczonych najeźdźców, ruszają na żer. Nikt nie odważy się unieść ręki, by 

je odegnać. Główni 
mnisi stoją za plecami siedzących pilnując, by nikt się nie ruszał. W takich 

chwilach najprzeróżniejsze 
myśli nękają umysł. Człowiek raptem przypomina sobie, jak czytał, że komary 

przenoszą zarazki malarii i 
że wskutek wielu ukłuć naraz można zapaść na tę chorobę. Właściwie wszelki ból, 

jaki się odczuwa, 
pochodzi raczej z myśli o tym, co może się przytrafić, niż z samych ukłuć. 

Jednakże przed komarami nie 
ma ucieczki i po kilku chwilach robisz to, do czego zachęcają cię główni mnisi - 

stajesz się
68

jednym z ukłuciami. A wówczas, o dziwo, staje się cud! Przestajesz je czuć. One 
kłują lecz nikt nie jest 

kłuty. Zniknąłeś i nie ma niczego, co mogłoby być kłute!
Uczysz się stąd, że nic nie jest w stanie zagrozić spokojowi twego umysłu, jeśli 

stajesz się jednym z tym, 

background image

co cię niepokoi. Z czasem stajesz się mniej przywiązany do ciała i zaczyna do 

ciebie docierać, że im 
bardziej gonisz za przyjemnościami i lgniesz do rozkoszy umysłu, tym więcej bólu 

będziesz musiał 
wycierpieć.

CZWARTY PYTAJĄCY: Skoro trzeba nauczyć się postępowania z bólem, czy nie można 
robić tego nie 

ryzykując zdrowiem?
ROSI: Sposób, o którym mówiłem, jest tylko jednym z wielu. Jeżeli wystawiasz się 

na ból z pobudek 
ascetycznych, aby uczynić siebie twardszym, mocniejszym od innych lub dla innych 

równie nieczystych 
powodów, to te niewygody są bezsensowne. Ale jeśli twój cel jest czysty i 

wzniosły i nie można go 
osiągnąć inaczej niż przez ból, to wówczas ból należy przyjąć.

CZWARTY PYTAJĄCY: Rosi, czy nie czułeś żadnej urazy do tych mnichów za ból, jaki 
ci zadawali 

podczas twego treningu w Japonii?
ROSI: Ból to dziwna rzecz. Nauczyciele, których pamiętamy z wdzięcznością to nie 

ci, którzy nam 
wszystko ułatwiali, ale ci, którzy powodowani współczuciem dali nam twardą 

bolesną szkołę. Po 
dwudziestu pięciu latach nadal odczuwam wdzięczność dla pewnego głównego mnicha, 

który nie położył 
się przez całą noc podczas sesin, zachęcając mnie kijem do wysiłku.

Kij zachęcający to drewniane wiosło, długie na sześćdziesiąt do 
dziewięćdziesięciu centymetrów, od 

wieków używane w chińskich i japońskich klasztorach o-raz w świątyniach, aby 
pobudzić energię 

siedzących i dopomóc im w osiągnięciu maksymalnej koncentracji. Każde ramię 
uderza się dwukrotnie w 

miejscu, gdzie przebiega południk akupunktury. Stymuluje to psychiczną energię.
Przebywałem w klasztorze już od jakichś sześciu miesięcy i była to szósta i 

ostatnia, kulminacyjna noc 
sesin. O dziewiątej wieczorem, gdy zakończyło się formalne zazen, znalazłem 

rozklekotane krzesło i 
zabrałem je ze sobą do łaźni na jadza (czyli nocne zazen). Ledwo usiadłem, kij z 

głośnym trzaskiem 
wylądował na moim ramieniu. Nade mną stał jeden z głównych mnichów, człowiek, 

który opiekował się 
mną od momentu mego przybycia do klasztoru, i do którego czułem szczególną 

sympatię. Mimo że z 
powodu swych absorbujących obowiązków kładł się zwykle, jak inni główni mnisi, o 

dziesiątej lub 
jedenastej wieczorem, tamtej nocy powodowany najgłębszym współczuciem 

zrezygnował ze snu, aby 
dodawać mi bodźca kijem. Minęła pierwsza i druga godzina, ale on nie ustawał. 

Noc się ciągnęła, lecz on 
nie odstąpił ode mnie, tylko niezmordowanie pracował. Ból w nogach, które 

zacisnąłem wokół ostrych 
kantów nóg krzesła, stawał się nawet gorszy od bólu w ramionach i plecach. W 

końcu pokonany przez 
wysiłek

69

i zmęczenie - zemdlałem. Gdy otworzyłem oczy, ów mnich stał nade mną trzymając w 

rękach zamiast kija 
miskę z surowymi jajkami. Połknąłem je.

„Za pół godziny pobudka - powiedział. - Możesz odpocząć do tego czasu." 
Popatrzyliśmy na siebie i w 

milczeniu objęliśmy się. Po sesin zapytałem go: „A co by było, gdybym miał słabe 
serce i padł trupem 

podczas tej całonocnej próby kija? Wyobrażasz sobie te tytuły w zagranicznych 

background image

gazetach: 'Amerykanin w 

średnim wieku pobity na śmierć w klasztorze zeń w Japonii'. Rozwój zeń na 
Zachodzie mógłby zostać 

zahamowany na pięćdziesiąt lat, nie mówiąc już o reperkusjach w Japonii. Czy nie 
ryzykowałeś zbyt 

wiele?" Mnich uśmiechnął się serdecznie: „Kapleau-san, ty mocniejszy, niż ty 
myśleć." l nie dodał nic 

więcej.
Ów główny mnich uczynił jeszcze coś, co jest ciągle żywe w mej pamięci. Podczas 

sesin tłumaczył słowa 
rosiego na angielski. Procedura udawania się na prywatną rozmowę z rosim 

(dokusan) była następująca: 
na dany sygnał chętni siadali rzędem na piętach, jeden za drugim. Rosi uderzał w 

ręczny dzwonek, aby 
dać znać osobie, która właśnie była u niego, że ma wyjść. Wówczas następna o-

soba uderzała 
drewnianym młotkiem w dzwon i wchodziła do jego pokoju.

Nadeszła moja kolej. Czekałem, a ów mnich stał za moimi plecami. Słysząc sygnał 
rosiego uderzyłem w 

dzwon, odłożyłem na bok drewniany młotek i wstałem, aby stawić się przed rosim. 
l właśnie w tej chwili 

mnich walnął mnie mocno za uchem otwartą dłonią. Pełen bólu, wściekłości i 
poczucia ego odwróciłem się 

i zamierzyłem na niego pięścią lecz on uchylił się, chwycił mnie wpół i popchnął 
do pokoju dokusan. Rosi, 

gdy pojawiłem się przed nim, wykrzyknął: „Joś! Joś!" (dobrze, dobrze!) - i to 
były pierwsze słowa 

pochwały, jakie od niego usłyszałem od czasu mojego przybycia do klasztoru. Do 
tej pory moje 

zachowanie na dokusan było zawsze pełne wahania, a odpowiedzi na pytania miały 
intelektualny 

charakter. Ale teraz odkryłem, że odpowiadam nie myśląc - z trzewi, nie z głowy 
- i rosi był oczywiście 

zadowolony.
Ten epizod przyniósł trwałe korzyści. Odkryłem, że działam na wyższym poziomie 

energii i że na dokusan 
nie lękam się już rosiego. Również w innych sytuacjach potrafiłem reagować z 

większą przytomnością
Było jeszcze wiele innych bolesnych epizodów, które mi bardzo pomogły, ale nie 

będę was nimi zanudzał.
PIĄTY PYTAJĄCY: Ale czy nie można ci było pomóc w inny sposób, bez zmuszania cię 

do przejścia 
przez cały ten ból?

ROSI: Zanim zająłem się zeń, byłem pobłażającym sobie egotykiem. Zabiegałem o 
własne przyjemności 

bez względu na to, jak moje poczynania wpływały na życie innych. Zamiast być 
panem swego życia 

byłem, nie wiedząc o tym, jego niewolnikiem. Ale moi nauczyciele zeń wiedzieli o 
tym i ci przenikliwi 

znawcy ludzkich charakterów potraktowali mnie dokładnie tak, jak tego 
potrzebowałem. Szkoła, jaką mi 

dali, nie tylko uprzytomniła mi prawdę o mnie, której sobie przed-
70

tem nie uświadamiałem, ale także nauczyła mnie w pewnej mierze pokory, której 
wielce potrzebowałem. 

Ból, bardziej niż cokolwiek innego, może to dać, jednak pod warunkiem, że nie 
wywołuje urazy.

SZÓSTY PYTJĄCY: Rosi, a czy zrobHbyś ponownie to wszystko, wiedząc to, co wiesz 
teraz?

ROSI: Zrozumcie, proszę, że gdyby wyjazd do Japonii nie był dla mnie kar-micznie 
konieczny, to nie 

pojechałbym tam i nie siedziałbym tam tak długo. A wy nie bylibyście tu dziś, 

background image

gdyby to nie było waszą 

karmą - i moją również. W ten sam sposób, w jaki teraz rozumiem (a wtedy 
musiałem przeczuwać), że ten 

ból był konieczny dla mego dojrzewania i rozwoju, wy wszyscy musicie czuć 
potrzebę dyscypliny i 

treningu.
SZÓSTY PYTAJĄCY: Rosi, czy zdarza ci się zalecać podróż do Japonii dla 

zgłębienia zeń?
ROSI: Obecnie mamy w Stanach kompetentnych nauczycieli zeń i dobre ośrodki 

treningu. W 1953 roku, 
gdy wybierałem się do Japonii, nie słyszałem o żadnym takim miejscu na 

Zachodzie.
GŁOS: Miałeś chyba bardzo złą karmę, że musiałeś jechać aż do Japonii, aby 

znosić cały ten ból.
GŁOS: Karma, nie karma, ja bym tam nigdy nie pojechał, żeby tak cierpieć.

ROSI: Ponieważ ja pojechałem, nikt z was nie musi już jechać.
24. CO TO JEST PUSTKA?

PYTAJĄCY: Co to jest buddyjska pustka? Wiem, co jest napisane w książkach: że to 
jest próżnia, siuniata 

i tak dalej. Ale co to znaczy: .Tutaj forma jest tylko pustką pustka jest tylko 
formą"?

ROSI: Przypuśćmy, że jesteś rzemieślnikiem, wykonujesz przedmioty ze srebra i 
chcesz zrobić małą 

figurkę Buddy. Gdy twoje srebro jest roztopione i jest w stanie płynnym, to ma 
zdolność stania się każdym 

przedmiotem - i to jest pustka („nie-rzecz")*. Potem wlewasz roztopiony metal do 
formy odlewniczej, 

srebro twardnieje - i to jest forma. Ale przypuśćmy, że ukształtowałeś swego 
Buddę, lecz nie jesteś z 

niego zadowolony i pragniesz zrobić coś innego z tego samego srebra. Tak więc 
roztapiasz figurę i srebro 

powraca do bezforemności. Zatem w istocie pustka nie różni się od formy.
Rosi posługuje się tu trudnym do przełożenia na polski terminem „no-thingness", 

będącym przekładem 
buddyjskiego terminu. Nie jest to nicość w negatywnym rozumieniu, (przyp, red.)

71

Wszystko to, proszę nie zapominać, to jedynie model pojęciowy, a nie to, o co 

chodzi. Powiedz mi wiec, 
jak uchwyciłbyś pustkę jako konkretny fakt? Wystąp i pokaż mi to!

PYTAJĄCY (podchodząc do rosiego): W ten sposób! (chwytając kurczowo przestrzeń)
ROSI: Nie, tak! (pokazując)

PYTAJĄCY: Au!
ROSI: Pustka w końcu jest tylko formą, nieprawdaż?

25. CZY COŚ TRWA PO ŚMIERCI BIOLOGICZNEJ?
PYTAJĄCY: Ostatnio przeprowadzono sporo badań i napisano dużo książek na temat 

życia po śmierci. A 
jednak wielu ludzi odnosi się do tego sceptycznie. Uważają oni, że nie ma na to 

żadnych naukowych 
dowodów. Co zeń mówi o możliwościach trwania po śmierci jakiejś formy życia?

ROSI: Należy się tylko dziwić, jak można w to wątpić. Narodziny, wzrost, 
rozkład, dezintegracja, ponowne 

stawanie się - czyż to nie cykl naturalnych zdarzeń? Ten, kto w to wątpi, wątpi 
zarazem w świadectwa 

swoich własnych zmysłów, swego intelektu, swych najgłębszych intuicji. Czy 
kiedykolwiek zadałeś sobie 

pytanie: „Co stanie się z siłą życiową i energią stojącą za działaniem 
konstytuującym to, co nazywam 

jaźnią, po dezintegracji mego ciała?" Prawo zachowania energii głosi, że energia 
nigdy nie ginie, tylko 

zostaje przekształcona. Jak więc ta siła życia mogłaby zniknąć na zawsze?
PYTAJĄCY: Chciałbym wierzyć, że nie znika. Ale czy ktoś kiedykolwiek powrócił z 

martwych, aby nam 

background image

powiedzieć, jak to jest?

ROSI: W tym pokoju nie ma nikogo, kto by nie powrócił - tysiące razy! Wszelkie 
życie jest życiem po 

śmierci.
PYTAJĄCY: Czy mówi pan to poważnie, rosi?

ROSI: Czemu, jak to ujął Wolter, powtórne narodzenie się miałoby być dziwniejsze 
od narodzenia się po 

raz pierwszy?
DRUGI PYTAJĄCY: Czy może mi pan powiedzieć, jaki będę w moim następnym żywocie?

ROSI: Proszę mnie nie pytać, tylko spojrzeć w lustro.
DRUGI PYTAJĄCY: Nie rozumiem.

ROSI: Budda powiedział, że jeśli chcesz poznać przeszłość, czyli przyczynę 
-popatrz na swą 

teraźniejszość, która jest jej skutkiem. Jeśli chcesz poznać przyszłość, czyli 
skutek - popatrz na 

teraźniejszość, jej przyczynę. Innymi słowy to, jaki będziesz w przyszłym 
żywocie, jest zdeterminowane 

tym, co myślisz i czynisz teraz - więc uważaj!
72

TRZECI PYTAJĄCY: Znane są relacje wielu ludzi, którzy z punktu widzenia 
fizjologii zmarli, ale potem 

zostali przywróceni do życia. Ci, którzy powrócili „z martwych", twierdzą że ich 
przeżycia po opuszczeniu 

ciała były tak piękne, iż po powrocie do swych cierpiących ciał żałowali, że 
wrócili.

CZWARTY PYTAJĄCY (do trzeciego pytającego): Mówisz o ludziach, których serca 
przestały bić i którzy 

nie dawali znaku życia, ale wkrótce zostali doń przywróceni. Jest to coś całkiem 
innego niż przypadek 

ludzi, którzy umierają, a których ciała są grzebane lub palone.
ROSI: Pozwólcie, że powiem kilka słów o przeżyciach, jakie mają miejsce po 

opuszczeniu ciała. 
Doświadczenie, które ci ludzie opisywali jako piękne, to dopiero pierwszy etap. 

Dla osoby, która nie 
przeszła przez specjalne przygotowanie, jakim jest trening duchowy, to co 

następuje po pierwszych 
doznaniach, może wywołać lęk, a nawet grozę w zależności od czyjejś karmy. Te 

późniejsze e-tapy opisał 
szczegółowo w swoich dwóch pracach Wasubandhu, filozof buddyjski z IV w n.e. 

Tybetańska księga 
zmarfych opiera się na jego dziełach.

PIĄTY PYTAJĄCY: Dlaczego konieczny jest trening duchowy? Czemu nie można się 
przygotować do tych 

prób przez odpowiednie lektury?
ROSI: Jeżeli ktoś z państwa stanąłby twarzą w twarz z przerażającymi, 

demonicznymi obrazami lub 
innymi budzącymi lęk zjawami - w stanie pośrednim pomiędzy śmiercią a 

odrodzeniem - czy naprawdę 
pomogłoby to, że czytał, iż są o-ne zaledwie projekcjami jego własnej 

świadomości, upiorami stworzonymi 
przez jego własną jaźń? Podobnie jak halucynacje w złych „podróżach" 

narkotycznych, wizje te 
przerażałyby go, ponieważ nie rozumiałby ich natury ani nie wiedziałby, jak 

można je unicestwić.
A teraz przypuśćmy, że w zazen miał on raz po raz halucynacje tego czy innego 

rodzaju i za każdym 
razem byłby pouczany przez swego nauczyciela, dlaczego one powstają i jak z nimi 

postępować. 
Nauczyłby się wówczas z własnego doświadczenia, jak się ich nie lękać, i 

doświadczenie to byłoby 
niezmiernie pomocne w stanie pośrednim. A jeżeli taki trening byłby dogłębny, to 

nie wydaje się 

background image

prawdopodobne, aby szok śmierci mógł zniweczyć tę świadomość.

SZÓSTY PYTAJĄCY: Czy ten stan pośredni jest tym samym, co bardo wspomniane w 
Tybetańskiej 

księdze zmarłych!
ROSI: Tak.

SIÓDMY PYTAJĄCY: Czy mógłby pan nam powiedzieć trochę więcej o tym pośrednim 
stanie istnienia?

ROSI: Według Wasubandhu istota w tym stanie pośrednim ma intelekt, emocje i 
wolę, wszystko o 

subtelnej naturze, a nawet swego rodzaju postrzeganie zmysłowe. Uważa się, że ma 
ona zdolność 

przenikania przez przedmioty materialne, podobnie jak prąd elektryczny, i może 
przebywać setki mil w 

jednej chwili.
SIÓDMY PYTAJĄCY: Ile czasu mija do następnego wcielenia?

73

ROSI: Zazwyczaj odrodzenie odbywa się w czterdziestodziewięciodniowym okresie. 

Jednakże liczba ta 
nie jest stała. Odrodzenie może nastąpić po jednym dniu czy tygodniu albo po 

wielu latach. 
Przypuszczalnie na czas odrodzenia wpływa między innymi siła, z jaką tę istotę 

przyciągają rodzice, 
mający z nią kar-miczne pokrewieństwo. Nawiasem mówiąc, liczba czterdzieści 

dziewięć to siedem razy 
siedem, a w wielu religijnych tradycjach, również w buddyzmie, liczba siedem 

symbolizuje kamień 
węgielny wszechświata.

Buddyzm mówi o dwóch rodzajach narodzin i śmierci, bezustannym i zwykłym. 
Bezustanne narodziny i 

śmierć, czyli tworzenie i niszczenie, dzieją się w każdej milionowej części 
sekundy czy z podobnie 

fantastyczną prędkością gdy giną stare komórki, a powstają nowe. Tak więc można 
powiedzieć, że nowa 

jaźń rodzi się bezustannie i że człowiek mający sześćdziesiąt lat nie jest taki 
sam, a jednak nie jest różny 

od osoby, jaką był w wieku lat trzydzietu czy dziewięciu. Życie jest zatem 
umieraniem, a umieranie 

życiem. Właściwie z każdym wdechem odradzasz się, a z każdym wydechem umierasz.
Zwykłe narodziny i śmierć można również nazwać cielesnymi, gdyż odnoszą się one 

do fizycznego ciała i 
jego procesów jako całości, jego powstawania i unicestwiania przy końcu żywota. 

Gdy umieramy, energia 
życiowa, czyli karma, zostaje przekazana istocie pośredniej, której istnienie 

również poddane jest 
nieustannym i zwykłym narodzinom i śmierci, przy czym w tym obszarze zwykła 

śmierć i odrodzenie 
nastąpić mogą co siedem dni, gdy istota pośrednia czeka na sposobność poczęcia. 

Ma ona według 
Wasubandhu tajemną zdolność zdawania sobie sprawy ze stosunku seksualnego, 

dzięki któremu będzie 
poczęta.

SIÓDMY PYTAJĄCY: W jaki sposób karmiczna energia przechodzi z umierającego 
człowieka w tę 

pośrednią istotę?
ROSI: Posługiwano się wieloma analogiami, by opisać ten proces. Mój nauczyciel 

porównywał to 
zazwyczaj do odciskania pieczęci w błocie. Nasze obecne życie jest pieczęcią, a 

istota pośrednia - 
błotem. Wzór pieczęci to karma. W chwili gdy pieczęć zostaje odciśnięta na 

powierzchni błota, jej rysunek, 
czyli wzorzec karmiczny, zostaje dokładnie przeniesiony.

Inni porównywali to do gry w bilard. Główna bila trafia inne ustawione razem 

background image

bile, rozpraszając je we 

wszystkich kierunkach, lecz sama w chwili uderzenia staje w miejscu. Czy jakaś 
„rzecz" przeszła dalej? 

Czy było to coś więcej niż pewna siła, impet albo energia? Kierunki, w jakich 
poruszają się bile, zależą od 

sposobu uderzenia bili głównej - np. czy ją podkręcono czy nie - a także od 
wartości pędu 

przekazywanego innym bilom. Podobnie jest, gdy w błocie odbito pieczęć, która po 
odjęciu zostawiła ślad. 

Czy została tam przekazana jakaś substancja? Czy nie pozostał tylko wzór 
pieczęci jako jej odbicie w 

błocie?
74

SIÓDMY PYTAJĄCY: Ależ jakaś substancja czy istota musi przejść. W przeciwnym 
razie jak można 

powiedzieć, że to, czym stajemy się w następnym wcieleniu, zależeć będzie od 
naszego obecnego 

sposobu życia?
ROSI: Odradzanie nie oznacza przenoszenia jakiejkolwiek substancji, lecz 

kontynuację pewnego procesu. 
Budda powiedział: „Odrodzenie wynika z dwóch przyczyn: ostatniej myśli 

poprzedniego życia jako zasady 
naczelnej i z uczynków poprzedniego życia jako podstawy. Zatrzymanie się 

ostatniej myśli znane jest jako 
śmierć, a pojawienie się pierwszej myśli jako odrodzenie."

SZÓSTY PYTAJĄCY: Przypuśćmy, że ktoś czynił w życiu zło, ale wyraził na łożu 
śmierci skruchę i 

oczyścił sumienie na przykład za pomocą odpowiednich rytuałów bądź w inny 
sposób. Czy można tak 

oszukać swoją karmę? A może wystarczy pilnie strzec swej ostatniej myśli?
ROSI: Nie. Nieuchronne brzemię winy występujące u przeciętnej osoby i jej 

kurczowe czepianie się życia 
są tak silne, że oparcie się pędowi tej karmy jest dla niej niemożliwe, podobnie 

jak szmuglowanie walizki 
pełnej narkotyków i nie-myślenie o zawartości bagażu, gdy zbliża się moment 

kontroli celnej. Niemniej 
jednak przedśmiertne obrzędy spełnione przez duchownego mogą złagodzić przejście 

z tego żywota do 
następnego, o ile uwalniają umierających od poczucia winy wywołanego przez 

przeszłe występki. Twierdzi 
się, że poczucie winy pojawia się z wielką siłą i kładzie się ciężarem na sercu 

właśnie w chwili śmierci.
ÓSMY PYTAJĄCY: Czy na buddyjskim pogrzebie kapłan spełnia podobną funkcję co 

pastor czy rabin?
DZIEWIĄTY PYTAJĄCY: Byłem raz na buddyjskim pogrzebie. Bardzo się różnił od 

innych. Zamiast 
wychwalać charakter nieboszczyka, kapłan przemawiał wprost do ducha zmarłego. 

Dlaczego to robił?
ROSI: Głównym celem pogrzebu buddyjskiego nie jest pocieszanie rodziny, chociaż 

to też się czyni, ale 
przebudzenie istoty przebywającej w stanie pośrednim ku prawdziwej naturze 

istnienia. Pamiętajmy, że 
istnienie w stanie pośrednim jest wolne od ograniczeń ciała i tego, co zazwyczaj 

nazywamy umysłem, 
wskutek czego postrzeganie jest ogromnie spotęgowane. Dlatego też nabożeństwa 

pogrzebowe i 
późniejsze żałobne stanowią dosłownie „jedyną w życiu" sposobność przebudzenia 

zmarłego, a tym 
samym wyzwolenia z wiążącego go łańcucha narodzin i śmierci.

Jeżeli kapłan czy rosi będący duchowym przewodnikiem zmarłego sam jest 
przebudzony i ma wielką moc 

samadhi, to nabożeństwo jest nie tylko podniosłe, aJe i budzące grozę. 

background image

Płomiennym, grzmiącym głosem 

wykłada on dharmę istocie przebywającej w stanie pośrednim, a dźwięki te, 
których źródłem jest siła jego 

oświeconego umysłu, mają moc przenikania wszystkich światów. Dzwoni się w 
dzwonki, uderza w gongi i 

cymbały, wybija na bębnach wzniosłe i pobudzające dźwięki. Po czym śpiewa się 
wielokrotnie sutrę Serce 

Doskonałej Mądrości, któ-
75

rej sednem jest zwrot: „Tutaj forma jest tylko pustką pustka jest tylko formą", 
z dynamicznym i nie 

słabnącym wysiłkiem, aby przebudzić umysł istoty przebywającej w stanie 
pośrednim. Mamy również 

suplikacje, modlitwy i inne ceremonie odprawioane przed pogrzebem, podczas 
pogrzebu, jak również 

podczas kolejnych nabożeństw w rocznicę śmierci.
Ponieważ pierwsze czterdzieści dziewięć dni stanowi okres przełomowy, 

nabożeństwa odprawia się 
codziennie przez pierwsze siedem dni, a później raz na tydzień przez siedem 

tygodni w ten sam dzień 
tygodnia, w który przypadł zgon. Później nabożeństwa odprawiane są w trzy lata 

po śmierci, w siedem, 
trzynaście itd. aż do pięćdziesiątej rocznicy śmierci.

DZIESIĄTY PYTAJĄCY: A jak się rzecz ma w wypadku mistrzów zeń? Jeżeli i dla nich 
odprawia się 

ceremonie pogrzebowe, to kto je prowadzi?
ROSI: Zazwyczaj czyni to osoba o podobnej duchowej sile.

DZIESIĄTY PYTAJĄCY: Ale skoro taka osoba jest już oświecona, to jaki jest cel 
ceremonii?

ROSI: Oświecenie nie jest czymś statycznym, można je pogłębiać w nieskończoność. 
Nabożeństwa 

pogrzebowe i następujące po nich nabożeństwa rocznicowe pozwalają również na 
okazywanie szacunku i 

czci zmarłemu i stanowią sposób utrzymywania i pogłębiania związku między 
zmarłym a żywymi.

JEDENASTY PYTAJĄCY: Jeżeli człowiek zabiera ze sobą do swego następnego życia 
wszystko, czego 

się nauczył w tym życiu, to czemu musi on na nowo uczyć się relacji z 
obiektywnym światem?

ROSI: Odpowiedź na pańskie pytanie wymaga długiego wyjaśnienia. Według 
buddyjskiej psychologii cały 

wszechświat nie jest niczym innym jak świadomością. Nic nie istnieje poza 
Umysłem. Świadomość dzieli 

się na dziewięć poziomów. Pierwszych sześć to korzenie świadomości, czyli 
świadomość widzenia, 

słyszenia, smakowania, wąchania, dotykania i myślenia. Na widzenie składa się 
oko, przedmioty widzenia 

i zmysł wzroku. Na myślenie składa tlę mózg, jego myśli i proces myślenia. 
Podobnie jest z pozostałymi 

czterema zmysłami. Tych sześć zdolności razem składa się na jednostkową 
empiryczną świadomość, 

czyli na ciało-umysł, które rodzi się i umiera.
Siódmy, ósmy i dziewiąty poziom świadomości nie ginie wraz ze śmiercią 

fizycznego ciała. Siódmy 
poziom (świadomość manas) to stała świadomość „ja". Na tym poziomie wszystkie 

dane zmysłowe 
zostają zebrane z pierwszych sześciu i przeniesione na ósmy poziom (względna 

świadomość alaja), gdzie 
magazynowane są ziarna, w których każde działanie, myśl i wrażenia zmysłowe 

zapisane są chwila po 
chwili.

Dziewiąty poziom (absolutna świadomość alaja), to czysta, bezkształtna 

background image

świadomość Jaźni - nasza 

Prawdziwa Natura. Jest ona związana z ósmym poziomem tak ściśle, że między tymi 
dwiema 

świadomosciami niemalże nie ma różni-
76

cy. Można ją porównać do bezgranicznego oceanu, w którym każcie jednostkowe 
życie jest falą na 

powierzchni. Proszę spojrzeć na ten wykres:
Jedna fala - jedna osobowość

 
a. magazyn nałłon b. mo*t miedzy '   (9). a ułudą (7)

BezluztaHna Jaźń (Prawdziwi Natura)
W pewnym sensie ósmy poziom, czyli „magazyn" doświadczeń, jest podstawą 

osobowości i charakteru, 
gdyż bezustannie zasiewa nowe działania, wywołując powstawanie rozmaitych myśli 

i uczynków. Z kolei 
te myśli i uczynki zmieniają jakość świadomości magazynującej, ponieważ 

odciskają się w niej 
natychmiast, a-by stać się nowymi nasionami działania. Karma - czyli akcja i 

reakcja - rozwija się, gdy 
nieustannie gromadzone z doświadczeń nasiona, w odpowiedzi na właściwe przyczyny 

i uwarunkowania, 
zakwitają jako nowe działania, które są skutkiem, ale również i przyczyną 

nasion. Ten proces, choć 
przebiega etapami, jest bezustanny i nie ma końca. Wasubandhu opisał go jako 

„bezustanny ruch jak pęd 
wodospadu: nasienie wywołuje obecne działanie, obecne działanie kształtuje 

nasiono, trójkąt się zamyka, 
przyczyna i skutek sąjednym!"

 
77

Co do pańskiego pytania, trzeba powiedzieć, że chociaż nasza indywidualność 
przechodzi do następnego 

wcielenia w postaci karmicznych skłonności, inklinacji i uzdolnień, to 
przeciętna osoba nie pamięta 

przeszłych żywotów ani szczegółów z nimi związanych. Są one zagrzebane w 
podświadomości, mogą 

kiedyś zostać wydobyte i dostać się do świadomości lub też nie. Dlatego właśnie 
w dzieciństwie trzeba się 

uczyć na nowo relacji z obiektywnym światem. Pod wieloma względami dzieci są 
obce w obcym świecie.

JEDENASTY PYTAJĄCY: A jednak pewne małe dzieci wydają się mieć jakąś odwieczną 
mądrość. Mówi 

się o nich czasem „stare dusze". Co je takimi czyni?
ROSI: Pamiętają one z przeszłego życia nieco więcej niż przeciętne dziecko. 

Dzięki większej 
przytomności i mądrości nie muszą tak wiele uczyć się na nowo.

DWUNASTY PYTAJĄCY: To, co nam pan powiedział, jest bardzo interesujące, ale w 
swojej książce Trzy 

filary zeń wspomina pan gdzieś, że Budda odmówił odpowiedzi na pytania dotyczące 
tego, co dzieje się 

po śmierci, albowiem uważał, że nie mają one nic wspólnego z oświeceniem ani z 
życiem religijnym. 

Dlaczego zrobił pan to, czego nie chciał uczynić założyciel pańskiej religii?
ROSI: Może pan sprawdzić w Trzech filarach zeń, że chodziło tam o świętego - 

tzn. o osobę w pełni 
wyzwoloną, a nie o przeciętną o jakiej mówiliśmy. O nim to Budda nie chciał 

powiedzieć, czy po śmierci 
istnieje czy też nie. Dlaczego nie chciał tego uczynić? Oto jego własna 

odpowiedź (szukając w notatkach): 

background image

„Terminy takie jak 'odrodzony' czy 'nieodrodzony1 lub też 'zarówno odrodzony, 

jak nie-odrodzony' nie 
pasują do tego wypadku... Święty, uwolniony od tego, co jest ukształtowaną 

formą, jest nie do określenia, 
trudny do zgłębienia jak wielki ocean."

Niemniej zwrócił pan uwagę na ważny moment. Rozważanie przeze mnie poruszonych 
przez audytorium 

zagadnień dotyczących życia po śmierci jest nierozważną, przesadną uprzejmością 
w babcinym stylu. O 

wiele ważniejsze od wiedzy o tym, co się stanie po śmierci, jest odkrycie, kim 
jesteśmy teraz. Mamy tu do 

czynienia z subtelną granicą. Wprawdzie zajmowanie się takimi kwestiami może 
prowadzić do 

bezowocnych spekulacji, przed czym ostrzegał sam Budda, lecz z drugiej strony, 
wobec faktu ignorowania 

w naszej kulturze zagadnienia śmierci, badanie tego problemu może prowadzić do 
głębszego i 

świeższego odczuwania życia.
Co więcej, ponieważ zaprpszono mnie, abym tu przyszedł i zwrócił się do was jako 

do całej grupy (nie 
przyszliście przecież do mnie do Ośrodka Zeń powodowani osobistym 

zainteresowaniem ani duchową 
potrzebą), jako wasz gość czuję się odpowiedzialny za to, aby wspólnie 

wykorzystać ten krótki czas i 
podzielić się z wami tym, co was zainteresuje. Mam oczywiście nadzieję, że 

kiedyś będziecie mogli 
uczestniczyć w warsztacie czy w sesin w ośrodku zeń, aby osobiście doświadczyć 

zeń w najbardziej 
bezpośredni sposób. Albowiem zeń kładzie nacisk nie na spekulacje, lecz na 

osobiste doświadczanie 
prawdy. Jednakże pamiętaj-

78

cię, nauka zeń jest po to, aby pomóc wam to osiągnąć, i choć może być rozmaicie 

wyrażana w zależności 
od kultury i czasów, istota prawdy pozostaje ta sama. Zadaniem nauczyciela jest 

po prostu pomaganie 
uczniowi w uchwyceniu tego przy pomocy zmieniających się okoliczności życiowych.

TRZYNASTY PYTAJĄCY: Czy nie można doświadczyć zeń nie udając się do ośrodka zeń?
ROSI: Tak, można. W końcu prawdę można znaleźć wszędzie. Jeśli poświecisz się 

znajdywaniu jej, nie 
musisz nawet opuszczać swego pokoju. Tym niemniej w ośrodku zeń czy w jakimś 

innym ośrodku 
duchowym o wiele łatwiej jest pozbyć się fałszywych wyobrażeń o sobie i świecie 

i wejrzeć w swą 
Prawdziwą Naturę. Ośrodek czy świątynia jest w końcu miejscem świętym. Wszystko 

tam -sala 
medytacyjna, wyposażenie, jakość budowli i obecność ludzi wspólnie kroczących 

Drogą - ma na celu 
skierowanie cię do wewnątrz, l wreszcie jest nauczyciel. Przeszedł on przez 

zmagania 
samourzeczywistnienia i dlatego też może ci pomóc dojść do tego samego 

przebudzenia.
26. CZY JESTEŚ ŻYWY CZY MARTWY?

PYTAJĄCY: Wiele rozprawia się dziś w kręgach lekarskich o tym, jak określić 
moment, w którym człowiek 

jest już martwy. Niektórzy mówią, że ten moment to ustanie akcji serca, inni 
twierdzą, że ma to miejsce 

wtedy, gdy mózg przestanie wysyłać fale. Jaki jest buddyjski punkt widzenia?
ROSI: Budda powiedział, że ustanie ostatniej myśli uważa się za zgon, a 

pojawienie się pierwszej myśli - 
za odrodzenie. Powiedz mi zatem, czy w tej chwili jesteś żywy, czy martwy?

PYTAJĄCY: Jestem żywy, przynajmniej mam nadzieję, że jestem.

background image

GŁOS: On jest martwy od szyi w górę. (śmiech)

ROSI: Obaj jesteście w błędzie! Posłuchajcie uważnie następującego dialogu.
Pewien dawny mistrz zeń udał się ze swoim uczniem do pewnej rozpaczającej 

rodziny, aby pocieszyć ją 
po niedawnej śmierci jednego z jej członków. Gdy tylko zjawili się u tej 

rodziny, uczeń zastukał w trumnę i 
zapytał swego nauczyciela: „Mistrzu, czy on jest żywy czy martwy?" Mistrz 

odparł: „Nie powiem, że jest 
żywy, nie powiem, że jest martwy." Uczeń nalegał: „Dlaczego nie odpowiesz mi tak 

lub nie?" „Nie powiem, 
nie powiem"- odparł mistrz.

W drodze powrotnej do świątyni uczeń, nadal głęboko poruszony kwestią życia i 
śmierci, zwrócił się nagle 

do mistrza i zażądał odpowiedzi: „Muszę wiedzieć! Jeżeli mi nie powiesz, to nie 
odpowiadam za to, co ci 

zrobię !" „Rób co chcesz -zareplikował mistrz - ale ode mnie nie usłyszysz 
odpowiedzi." Na to uczeń 

uderzył go. Wiele lat później, gdy mistrz już umarł, uczeń ten złożył wizytę 
innemu

79

mistrzowi, który kiedyś również był uczniem pierwszego mistrza, i opowiedział mu 

o tym incydencie. Na 
koniec zapytał: „Czy on był żywy, czy martwy?" Mistrz odparł: „Nie powiem, że 

był żywy, nie powiem, że 
był martwy." Uczeń: „Dlaczego mi nie powiesz?" Mistrz: „Nie powiem, nie powiem." 

Słysząc to uczeń 
nagle doznał oświecenia.

A teraz prędko odpowiedzcie mi: dlaczego żaden z tych mistrzów nie chciał 
odpowiedzieć na pytanie 

ucznia ?
(Padają rozmaite odpowiedzi).

ROSI: Wszyscy spudłowaliście. Może następna anegdota pomoże wam to zrozumieć. 
Słynny mistrz zeń 

podczas pogrzebu jednego ze swych mnichów przyłączył się do konduktu i 
oświadczył: „Jaki długi kondukt 

martwych ciał idzie za jedną żywą osobą."
DRUGI PYTAJĄCY: Czemu nam nie powiesz, co znaczą te dialogi ?

ROSI: Gdybym je wyjaśnił, okradłbym was z doświadczenia samodzielnego 
uprzytomnienia sobie ich 

znaczenia. Czy nie widzicie, że mistrz nie mógł odpowiedzieć ?
TRZECI PYTAJĄCY: Jeżeli nawet uczeń nie mógł z początku pojąć, o co chodziło 

mistrzowi, to jak 
możesz się spodziewać, że my to zrozumiemy ?

ROSI: Gdy wasz niepokój dotyczący życia i śmierci stanie się tak wyraźny i 
nieodparty jak u tego mnicha, 

to zrozumiecie znaczenie życia i śmierci i będzie to wasze przebudzenie.
27. ZEŃ POWIADA: „NIE TŁUM UCZUĆ". ALE CO Z GNIEWEM ?

PYTAJĄCY: Zadałem to pytanie podczas przerwy (w warsztacie), na co poradzono mi, 
abym zadał je w 

czasie przewidzianym na stawianie pytań, żeby wszyscy mogli je usłyszeć. 
Powiedziałeś nam dzisiaj rano 

na początku zazen, że jeżeli mamy ochotę zapłakać, to możemy to uczynić bez 
większych ceregieli i że w 

zeń nie tłumi się uczuć. Ale przypuśćmy, że tak się wścieknę na kogoś, że 
zapragnę go uderzyć. Czy 

mam to zrobić? Może lepiej bym się czuł, gdybym to uczynił, ale co by się stało 
z tamtym facetem?

ROSI: Nie, nie należy tego robić. Gniew jest jednym z najbardziej 
niszczycielskich uczuć i i trzeba 

dokonać wysiłku, aby nad nim zapanować. Jeżeli nie utrzymamy go w ryzach, to 
może on poważnie 

podkopać praktykę zazen; dlatego właśnie dziewiąte wskazanie poucza nas, byśmy 

background image

nie dawali upustu 

gniewowi.
PYTAJĄCY: Jak nad nim panować ?

80

ROSI: Oto prosty sposób: gdy czujesz, że budzi się w tobie gniew, weź głęboki i 

spokojny oddech z dna 
brzucha. Uczyń to, zanim gniew na dobre wybuchnie, a wówczas najczęściej 

ustanie.
PYTAJĄCY: Mam tak porywczy charakter, że nie jestem w stanie nad nim panować. 

Miałem ten problem 
od dziecka. Muszę to mieć we krwi.

ROSI: Powiedz mi, gdzie jest teraz twoja porywczość ?
PYTAJĄCY: Nie wiem.

ROSI: Gdybyś ją miał we krwi, to byłaby z tobą zawsze, prawda? Tak naprawdę jest 
to coś, co sam 

tworzysz i dlatego też możesz się tego pozbyć.
DRUGI PYTAJĄCY: Skąd pochodzi gniew ?

ROSI: Z ego, z silnego poczucia „ja": „ja jestem krytykowany, ja jestem 
obrażany, ja jestem poniżany, ja 

jestem sfrustrowany, ja...ja...ja..." Porywcza osoba nigdy nie jest wolna od 
nękającego, przesadnie 

nakierowanego na siebie uczucia: „świat jest przeciwko mnie". Dlatego też 
wiedzie ona egzystencję 

podobną do piekielnej, zawsze otoczona „wrogami", którzy się jej sprzeciwiają, 
którzy z nią walczą którzy 

ją wykorzystują.
Jedyne trwałe lekarstwo na tę chorobę to zdanie sobie sprawy raz na zawsze, że 

poczucie „ja a inni" jest 
produktem dualistycznie nastawionego umysłu.

TRZECI PYTAJĄCY: Zauważyłem, że osoby asystujące ci, jak przypuszczam twoi 
uczniowie, nie okazują 

zbyt wiele uczuć. Są przyjacielsko nastawieni i skłonni do pomocy, gdy się z 
nimi rozmawia, ale tak w 

ogóle wydają się zachowywać wiele rezerwy. Czemu się nie śmieją i nie są na 
luzie? Czy to ma być dobry 

zeń?
ROSI: Osobom żyjącym bez dyscypliny brakuje stabilności i kierunku działania: 

ciągle rozmieniają swoją 
energię na drobne, marnując ją w nie przynoszących pożytku przedsięwzięciach i 

pozbawionych sensu 
działaniach. Poruszają się jak marionetki na sznurkach, w ciągłych podrygach, 

albowiem nie mają 
żadnego środka, nie mają w sobie źródła, z którego ich energie płynęłyby 

równomiernie i spontanicznie. 
Na widok ludzi praktykujących zeń, promieniejących c-panowaniem i wewnętrzną 

ciszą ogarnia ich 
zdenerwowanie. Dlaczego? Dlatego, że podkreśla to brak tych jakości u nich 

samych.
Człowiek, który jest ześrodkowany w swym hara, tj. w rejonie tuż poniżej pępka, 

nie reaguje ani opieszale, 
ani euforycznie i ma wielki zapas energii. Zazen u-walnia go od niezdrowego 

tłumienia, staje się on 
człowiekiem otwartym, z którym łatwo nawiązać kontakt. W sytuacjach śmiesznych 

zarykuje się ze 
śmiechu, a gdy spotka go nieszczęście, płacze nie kryjąc się z tym.

Mówisz, że moi współpracownicy zachowują się z rezerwą ale co w tym złego? 
Podobno sam Budda 

mówił rzadko, o ile nie był pytany.
Wiele lat temu byłem świadkiem niecodziennej sceny w sądzie. Agresywny 

prokurator o tubalnym głosie 
dawał szkołę łagodnie wysławiającemu się sędzie-

81

background image

mu. Sędzia wytrzymywał jego atak z godnością i cierpliwością. A potem odezwał 

się spokojnie: .Panie 
prokuratorze, czy nie słyszał pan biblijnego powiedzenia: błogosławieni cisi, 

albowiem oni posiądą 
ziemię?" „l tylko w ten sposób im się to uda, Wysoki Sądzie"- odpalił 

prokurator.
Uwaga ta jest typowa dla etyki panującej w naszym społeczeństwie. Agresja jest 

nie tylko akceptowana, 
ale nawet pożądana w załatwianiu swych własnych spraw. Nie liczy się, jeśli przy 

okazji wykręca się 
komuś ręce, nabija guza albo rani uczucia. Ważne jest tylko, aby pchać się 

wyżej, bo tylko tak można 
osiągnąć swój cel. Pokora oznacza słabość.

Jednak w znaczeniu biblijnym cisi to nie ci, którym brakuje kręgosłupa, lecz ci, 
którzy są cierpliwi i pokorni, 

którzy nie są dumni, apodyktyczni ani chciwi. W najgłębszym sensie pokora 
oznacza wyrzeczenie się 

siebie. Gdy człowiek całkowicie neguje siebie, to odkrywa, że wszechświat niczym 
się od niego nie różni. 

Za czym wówczas można by gonić ?
28. CZY TRZEBA PORZUCIĆ SEKS, ABY OSIĄGNĄĆ OŚWIECENIE?

PYTAJĄCY: Czy trzeba porzucić seks, aby osiągnąć oświecenie?
ROSI: Nie, nie trzeba. Ważne jest tylko to, aby nie robić z seksu problemu.

PYTAJĄCY: Dlaczego zatem Budda kładł taki nacisk na celibat ?
ROSI: Nie tylko Budda, lecz każdy wielki duchowy mistrz czynił celibat pierwszym 

warunkiem 
monastycznego życia. Dlaczego? Po pierwsze, ponieważ Budda wiedział, że 

pragnienie i zaspokojenie 
seksualne łatwo prowadzą do pożądania, przywiązania, wiążąc ludzi coraz bardziej 

ze zmysłowymi 
przyjemnościami i cyklem narodzin i śmierci.

Po drugie, wiedział, że gdyby mnichom wolno było żenić się i mieć dzieci, to 
musieliby je utrzymywać. 

Znaczy to, że mnisi nie mogliby poświęcać całego swego czasu, energii i uwagi 
poszukiwaniu 

samourzeczywistnienia ani też nie mogliby w pełni angażować się jako 
nauczyciele, bowiem ich rodziny 

odgrywałyby rzecz jasna główną rolę w ich życiu. W sutrach i pismach mistrzów 
znajdujemy stwierdzenie, 

że celibat, gdy ciało-umysł do niego dojrzeje, daje podstawę do przekształcenia 
seksualnej energii w 

czystsze wibracje niezbędne dla najgłębszych stanów samadhi i przebudzenia.
Celibat nie oznacza jedynie wstrzemięźliwości seksualnej. Jest to przekroczenie 

seksu, przeżycie go i 
pójście dalej. Może to zabrać niewiele czasu, a może i wiele lat! Celibat w swej 

najwyższej formie jest 
wysublimowanym stanem, w którym pospolite wibracje ciała-umysłu przekształcają 

się w wibracje 
najsubtelniejsze i najwspanialsze, przynoszące wszechogarniający spokój i 

jasność.
82

PYTAJĄCY: Ale po co tłumić seks, czyż nie jest on naturalną funkcją, tak jak 
jedzenie ?

ROSI: Możemy żyć bez seksu, ale jak długo możemy obejść się bez jedzenia? Chodzi 
tu jednak o coś 

całkiem innego - nie mówimy o tłumieniu, lecz o przekraczaniu, a jest to 
zupełnie inna sprawa.

Wielu traktuje seks jako niekończące się doświadczenie, nieodzowne dla każdego 
intymnego związku. 

Istnieją jednak niezliczone pary, które w końcu dochodzą do takiego punktu, w 

background image

którym przekraczają 

seksualizm ograniczony do stosunku płciowego i żyją razem pełnią życia. 
Najwyższa miłość nie jest 

zakorzeniona w płci, lecz we właściwej wiedzy o wzajemnym wszechpowiązaniu 
wszelkiego istnienia i w 

szacunku wobec życia, które dzięki temu powstaje.
Niemniej jednak, gdy mówimy o celibacie i seksie, nie możemy pomylić sytuacji 

człowieka prowadzącego 
dom z sytuacją mnicha żyjącego w celibacie. Dla człowieka prowadzącego dom 

szczęśliwe życie w 
małżeństwie i w konsekwencji zrównoważony stan umysłu, potrzebny do skutecznego 

zazen, zależy od 
harmonijnie przebiegającej miłości fizycznej, szczególnie we wczesnych latach 

współżycia. W wypadku 
mnicha rzecz ma się dokładnie odwrotnie. Dlatego też człowiek prowadzący dom, 

który próbuje wieść 
życie monastyczne, jak i mnich, który próbuje wieść życie świeckie, może jedynie 

zaszkodzić, a nie 
pomóc swojej praktyce. Ostatecznie kwestia celibatu zależy od czyjejś własnej 

karmy.
TRZECI PYTAJĄCY: Ale skąd można wiedzieć, jaką ma się karmę, jeśli chodzi o 

seks?
ROSI: Istnieje prosty sprawdzian. Jeżeli wyrzeczenie przychodzi łatwo, niemal 

nieuchronnie, tzn. bez 
przymusu, bez specjalnych wątpliwości czy niepokojów, wówczas można śmiało 

powiedzieć, że karma 
jest dojrzała pod względem seksu i jest się gotowym do życia w celibacie.

CZWARTY PYTAJĄCY: Ale jeżeli nie pragnie się żyć w celibacie, a większość nie 
pragnie - czy można 

uprawiać seks, praktykować zeń i dojść do oświecenia?
ROSI: Tak, można. W historii buddyzmu było wielu ludzi mających rodziny i dom, 

którzy doszli do 
głębkiego oświecenia. Trzej najsłynniejsi ludzie świeccy to: Wimalakirti, żyjący 

za czasów Buddy, Fu Ta-si 
z V w.n.e. i Laik P'ang z IX w. n.e. Powiada się, że Wimalakirti, człowiek 

żonaty i otoczony rodziną pod 
względem rozwoju duchowego ustępował jedynie Buddzie. Istnieje wiele opowieści o 

jego mądrości i 
współczuciu.

Fu Ta-si kontynuował praktykę duchową żyjąc z żoną i dwojgiem dzieci i znajdował 
jeszcze czas na pełną 

poświęcenia pracę dla dobra swoich rodaków.
Laik P'ang również miał żonę i dwoje dzieci. Słynie on w literaturze buddyjskiej 

z tego, że utopił w morzu 
złoto stanowiące jego majątek i zarabiał później na życie wyplatając kosze z 

bambusa.
83

Wszyscy trzej wypełniali obowiązki ojców rodzin i wyrażali w swym życiu 
współczucie i mądrość, 

wypływające z ich głębokiej duchowej realizacji.
Nieco inny jest przypadek Sinrana, mistrza szkoły Czystej Ziemi. Sinran 

rozpoczął praktykę duchową jako 
żyjący w celibacie mnich, ale ponieważ był głęboko przekonany, że oświecenie 

mogą również osiągnąć 
osoby świeckie, postanowił ożenić się, aby to udowodnić. Przedtem jednak 

poradził się swojego 
nauczyciela Honena, który był mądrym i świątobliwym mnichem, starszym od niego o 

wiele lat. Honen 
odpowiedział: „Jeżeli musisz się ożenić, żeby mocniej wejść w swoją praktykę, to 

się ożeń. Jeżeli nie 
potrzebujesz się żenić, żeby to zrobić, to się nie żeń."

Obecnie w Japonii większość buddyjskich kapłanów i nieliczni mistrzowie zeń to 

background image

ludzie żonaci i mający 

rodziny. Celibat wymagany jest jedynie podczas treningu duchowego w klasztorach. 
W naszym ośrodku 

kierujemy się właściwie sentencją Honena, dlatego też mamy wyświęconych mnichów 
żyjących w 

celibacie i wyświęconych żonatych mężczyzn.
PIERWSZY PYTAJĄCY: Ale czy seks nie staje się problemem dla mnichów żyjących w 

celibacie, gdy 
muszą obcować z ludźmi świeckimi, jak to ma miejsce w waszym ośrodku?

ROSI: Tak, czasami tak jest. Aby pomóc im i innym ludziom nauczyć się, jak 
radzić sobie z tym 

problemem, w ośrodku wygłasza się komentarze do koanów i opowieści, 
ilustrujących mądrość 

postępowania mistrza zeń w sytuacjach związanych z seksem. Pozwólcie, że opowiem 
wam taki koan.

Pewna głęboko oświecona stara kobieta praktykująca zeń pozwoliła młodemu, 
żyjącemu w celibacie 

mnichowi zająć szałas stojący na jej ziemi. Zapewniła mu dwa posiłki dziennie i 
to, co niezbędne do życia, 

aby cary swój czas mógł poświęcić na zgłębianie zeń i na zazen. Po trzech latach 
uznała, że pora 

sprawdzić, jakie są jego postępy w zeń. Była u niej wtedy z wizytą jej młoda i 
atrakcyjna wnuczka. Babka 

odezwała się do niej w te słowa: „Potrzebuję twojej pomocy, aby wypróbować 
mnicha żyjącego w 

szałasie." „W czym mam ci pomóc, babciu?"- zapytała wnuczka. „Proszę, zanieś mu 
dziś jego południowy 

posiłek. Gdy postawisz przed nim jedzenie, obejmij go ramionami, uśmiechnij się 
słodko i zapytaj: 'Dobrze 

ci teraz?' Potem wróć do mnie i opowiedz dokładnie, jak on to przyjął."
Dziewczyna z początku się ociągała - pamiętajcie, że działo się to dawno temu - 

ale jej babka nalegała, 
więc uczyniła tak, jak została pouczona.

Mnich zareagował na to ozięble i cofnął się mówiąc: „Czuję się jak martwe drzewo 
obok zimnej skały w 

samym środku zimy."
Gdy tylko dziewczyna przekazała odpowiedź mnicha, babka wykrzyknęła: „Co za 

nicpoń! Nie nauczył się 
niczego!" Wypędził:: go i spaliła szałas.

Jak zareagowałby każdy z was, gdyby był mnichem w tak ej sytuacji?
64

PIERWSZY GŁOS: Powiedziałbym: Jestem zgłodniały" i rzuciłbym się na jedzenie, a 
nie na dziewczynę.

DRUGI GŁOS: O ile cię znam, to rzuciłbyś się na dziewczynę i namiętnie byś się z 
nią kochał. (Śmiechy).

TRZECI GŁOS: Podejrzewałbym, że dziewczynę ktoś podstawił i za żadne skarby bym 
jej nie dotknął.

CZWARTY GŁOS: Gdybym był mnichem, to bym zapytafc „Cb robi w takim miejscu taka 
porządna 

dziewczyna?"(Śmiechy).
ROSI: Nie zapominajcie, że mahajana naucza środkowej drogi. Gdybyś kochał się z 

nią to byłaby jedna 
skrajność, a gdybyś zachował się lekceważąco, tak jak ów mnich to uczynił, to 

byłaby to druga skrajność.
PIĄTY PYTAJĄCY: Czy to znaczy, że środkową drogą byłoby lekkie objęcie, 

trzymanie za rękę czy 
pocałunek w policzek?

ROSI: Czy mnich żyjący w celibacie uczyniłby mądrze, gdyby nawet tylko tak 
postąpił?

GŁOS: No dobrze, ale jaka jest właściwa odpowiedź?
ROSI: Jak może istnieć jedna „właściwa" odpowiedź, jeżeli rozumienie tego 

problemu można 

background image

demonstrować na więcej niż jeden sposób? Ten koan, jak każdy koan zeń, podtyka 

wam pod nos prawdę, 
której nie sposób nauczać, a którą trzeba uchwycić. Może jaśniej ujrzycie, o co 

tutaj chodzi, jeżeli 
opowiem wam historię, jaką usłyszałem od mojego nauczyciela, gdy pracowałem nad 

tym koa-nem wiele 
lat temu.

W pewnym japońskim klasztorze w średniowieczu żył rosi, który z racji swego 
wyjątkowo nieskazitelnego 

charakteru i współczującego serca został wyznaczony przez opata klasztoru na 
przełożonego około 

pięciuset mnichów. W pobliżu klasztoru stał dom gejsz znany z pięknych kobiet...
PIĄTY PYTAJĄCY: Czy gejsza to prostytutka?

ROSI: Nie, zgodnie z tradycją japońską gejszy nie można porównać z prostytutką, 
chociaż obecnie 

granica między nimi jest niewyraźna. Gejsza musi mieć talent do śpiewu i tańca. 
Dziewczyna, która 

chciałaby być gejsza musiałaby we wczesnym wieku zacząć kształcić się w tych 
sztukach, jak również w 

manierach towarzyskich. Gejsze pierwszej klasy żyją bardzo dostatnio w domu 
gejsz, gdzie za wysoką 

opłatą bawią biznesmenów, polityków i innych gości.
O-san, jedna z gejsz mieszkających w domu niedaleko klasztoru, potrzebowała 

dużej sumy pieniędzy, 
żeby zapłacić za poważną operację, jakiej powinna była poddać się jej matka. 

Gejsza ta, jako że była 
piękna i utalentowana, miała bogatych opiekunów. Zwracała się do nich z prośbą o 

pożyczkę, ale kolejno 
jej odmawiali, ponieważ już wcześniej poważnie się u nich zadłużyła. Popadła 

więc w głęboką rozpacz. 
Wtedy właśnie pewien bogaty kupiec odwiedził ten dom -człowiek znany równie 

dobrze ze swego 
skąpstwa, jak i ze skłonności do sake.

85

W nadziei, że duża ilość tego trunku zmiękczy jego serce i rozwiąże sakiewkę, O-

san napełniała 
nieustannie jego czarkę czekając na właściwy moment, kiedy mogłaby przedstawić 

swoją prośbę. Chwila 
ta nadeszła, gdy kupcowi zaczęło się kręcić w głowie i stał się sentymentalny.

.Proszę jedynie o pożyczkę - błagała opowiedziawszy mu o nieszczęściu swej matki 
i o kosztownej 

operacji - Uwierz mi, panie, zwrócę ci te pieniądze!" Kupiec zamilkł na kilka 
chwil i wydawało się, że 

zasnął. Potem podniósł głowę i powiedział: „Nie pożyczę ci tych pieniędzy, dam 
ci je, ale pod jednym 

warunkiem." .Uczynię wszystko, czego zażądasz." „Na pewno?" „Na pewno!" „W 
porządku. Czy znasz 

tego rosiego z klasztoru niedaleko stąd, co ani nie pije, ani nie pali, ani nie 
chce mieć nic wspólnego z 

kobietami? Nienawidzę jego i jego prawości." „Ale co to ma wspólnego ze mną?" 
„Po prostu dam ci 

pieniądze, których potrzebujesz, jeżeli uda ci się go uwieść." Dziewczynie twarz 
pociemniała. „Każdy zna 

jego moralność i siłę charakteru. To mi się nigdy nie uda. A nawet jeżeli, to 
nie chcę tego uczynić - to 

byłoby podłe." „W takim razie nie dostaniesz o-de mnie ani grosza."
Znalazłszy się w takim położeniu, O-san cierpiała katusze. Nie udało się jej 

przecież zdobyć pieniędzy w 
żaden inny sposób. To była jej ostatnia szansa. Cena była przerażająco wysoka, 

ale O-san pomyślała: 
„Bez tej operacji moja matka z pewnością umrze. Nie mam wyboru. Muszę przyjąć 

jego warunki."

background image

Następnego dnia wybrała się do klasztoru. Chłodna mżawka doskonale pasowała do 

planu, jaki sobie 
ułożyła. Na samym końcu klasztornego terenu znalazła mały domek rosiego. Gdy tam 

dotarła, jej ubranie 
było całkowicie przemoczone, a włosy miała w nieładzie. Gdy tylko rosi 

odpowiedział na jej pukanie, 
odezwała się w te słowa: „Wybacz mi, panie, że ci przeszkadzam. Zgubiłam się i 

zimno mi. Czy byłbyś tak 
dobry i pozwolił mi wziąć gorącą kąpiel, abym mogła się rozgrzać?" (Nawiasem 

mówiąc, zaproszenie 
kogoś nieznajomego do kąpieli było w owych czasach w Japonii rzeczą zwykłą)

„Proszę, wejdź" - powiedział rosi i zaprosił ją do łazienki. Po kąpieli gejsza 
wróciła ubrana w 

wydekoltowane kimono. Następnie próbowała użyć wszelkich kobiecych sztuczek, aby 
uwieść rosiego, ale 

wszystko na próżno.
W końcu załamała się i łkając opowiedziała mu całą swą smutną historię. „U-wierz 

mi, panie - szlochała - 
nie chciałam tego uczynić. Wiem, że cieszysz się nieskazitelną reputacją i że 

jesteś przełożonym setek 
młodych mnichów. Ale byłam w desperacji. Proszę, wybacz mi! Pójdę już sobie." l 

zaczęła zbierać się do 
wyjścia.

„Poczekaj - rzekł do niej rosi. - Skoro jedynym sposobem zdobycia pieniędzy na 
operację twej matki jest 

to, abyśmy spali ze sobą, możesz zostać tu ze mną na całą noc."
86

W ciągu kilku następnych dni po klasztorze rozeszła się wieść, że piękna gej-sza 
O-san spędziła noc z 

rosim u niego w domu. Wstrząśnięty tym opat wezwał rosłego i zażądał 
wyjaśnienia, czy plotka jest 

zgodna z prawdą. „Tak, to prawda.* „Coś takiego! - wykrzyknął opat z 
niedowierzaniem w głosie. - Jakże 

właśnie ty spośród wszystkich ludzi mogłeś uczynić taką rzecz? Czy nie zdajesz 
sobie sprawy, jak wpłynie 

to na młodych mnichów, którzy są pod twa pieczą? Nie będzie tu więcej z ciebie 
pożytku. Musisz odejść." 

„Skoro tak uważasz, odejdę." Rosi nie powiedział nic więcej i odszedł. Gdy mnisi 
dowiedzieli się, że rosi 

został zwolniony, udali się do opata i zażądali, aby przyjął go z powrotem. „Ale 
dlaczego? - spytał opat. - 

Czy wiecie, czego on się dopuścił?" Jak." „Zachował się nie tylko skandalicznie, 
ale co gorsza nie okazał 

żadnej skruchy. Dlaczego mielibyśmy go przyjąć z powrotem?" „Ponieważ dał nam 
cenną lekcję 

współczucia, a jeżeli nie przyjmiecie go z powrotem, panie, to wszyscy 
odejdziemy" - odpowiedzieli mnisi. 

W końcu opat zmiękł i wezwał rosiego z powrotem. , SZÓSTY PYTAJĄCY: Czy opat 
wiedział, dlaczego 

rosi pozwolił gejszy spędzić z nim noc?
ROSI: Widocznie powód go nie interesował. Najważniejsze dla niego było moralne 

wykroczenie 
polegające na tym, że spał on z gejszą, i skutek, jaki według niego mogło to 

wywrzeć na wrażliwych, 
młodych mnichów. Ale jeśli rosi dał mnichom lekcję współczucia, to mnisi dali 

opatowi inną lekcję.
PIERWSZY PYTAJĄCY: Czy rosi nie poświęcił własnej moralnej uczciwości, pomagając 

tej kobiecie ?
ROSI: W pewnym sensie tak i nie należy sobie wyobrażać, że łatwo mu to przyszło. 

Ale z drugiej strony, 
gdy konieczny okazał się wybór między zachowaniem swej własnej cnoty a 

udzieleniem współczującej 

background image

pomocy gejszy i jej matce, to oczywiście wybrał to drugie. Mówię „oczywiście", 

ponieważ był on mnichem 
mahajany, a mahajana kładzie nacisk na ideał bodhisattwy, który wiedziony 

bezgranicznym współczuciem 
poświęca się niesieniu pomocy innym. Pewien mistrz zeń, gdy go zapytano, dokąd 

się uda po śmierci, 
odpowiedział: „Do piekieł, bowiem tam najbardziej potrzeba pomocy."

29. CZY MOŻNA SAMEMU PRACOWAĆ NAD KOANEM?
PYTAJĄCY: Dziś rano powiedziałeś, że samemu nie powinno się podejmować praktyki 

z koanem, że 
koan powinien być przydzielony przez nauczyciela Czemu tak jest ?

ROSI: Dziękuję za postawienie taj kwestii; zamierzałem o tym powiedzieć 
wcześniej.

87

Aby można było z powodzeniem pracować nad koanem, aspiracje muszą być wysokie i 

trzeba umieć 
mocno się koncentrować. Tylko rosi jest w stanie to określić. Charakter koanu 

jest również ważny. 
Nauczyciel, zanim przydzieli konkretny koan, zazwyczaj dokładnie wybada ucznia, 

żeby ustalić, jaki koan 
będzie dla niego najlepszy. A ten, kto już dostał koan, powinien ściśle 

współpracować z rosim, zwłaszcza 
na początku.

Zazwyczaj nauczyciel woli przydzielić koan podczas sesin, ponieważ gdy u-czeń 
trzy razy dziennie 

przyjmowany jest na dokusan, to może porządnie wystartować do pracy nad koanem. 
Co więcej, podczas 

sesin wygłaszane są komentarze, co dzień do innego koanu, a to jest pomocne dla 
każdego, kto pracuje 

nad koanem.
PYTAJĄCY: Rosi, a czy koan Mu jest łatwy czy trudny?

ROSI: l łatwy, i trudny.
PYTAJĄCY: Co to znaczy ?

ROSI: Jest on łatwy, bowiem gdy go roztrzygniesz, to zdasz sobie sprawę, że 
odpowiedź była z tobą cały 

czas. l jest on trudny, ponieważ najtrudniej ujrzeć to, co jest najbliżej.
30. DLACZEGO ODRZUCA SIĘ DROGĘ MISTRZÓW, ABY IŚĆ ŁATWĄ ŚCIEŻKĄ?

PYTAJĄCY: Czy zgodzisz się, że żyjemy w wieku wyższego poziomu świadomości? 
Dzięki naszym 

odkryciom w psychologii, parapsychologii, fizyce atomowej, biochemii i innych 
naukach wiemy o wiele 

więcej niż starożytni o umyśle i o fizycznym świecie.
ROSI: Czy w najgłębszym znaczeniu naprawdę wiemy więcej niż starożytni o 

człowieku i wszechświecie? 
Jaki naukowiec może powiedzieć, dlaczego stonce wstaje na wschodzie, a zachodzi 

na zachodzie, 
dlaczego wrony są czarne, a czaple białe, czemu woda wrze w temperaturze 100°C, 

a zamarza w 
temperaturze 0°C, czemu psy gonią koty, a koty łowią myszy? Czy jakikolwiek 

biolog lub psycholog może 
wyjaśnić źródło lub naturę świadomości, nawet swej własnej? Naukowcy, mimo 

wszystkich swoich 
osiągnięć, nie wiedzą nawet, czym jest człowiek. „Cała dzisiejsza filozofia - 

jak powiedział Whitehead - 
jest jedynie przypisem do Platona." Podobnie nasza znajomość ludzkiego umysłu i 

natury wszechświata 
jest jedynie przypisem do tego, co Budda odkrył dwa tysiące pięćset lat temu, 

przypisem do mądrości 
będącej w każdym z nas. W IX w.n.e. mnich, który później został wielkim mistrzem 

zeń, po dojściu do 
oświecenia oświadczył: „Studiowanie i opanowanie najbardziej dogłębnych 

filozofii podobne

background image

88

jest do pojedynczego włosa w ogromnej przestrzeni. Najdalsze granice ludzkiej 
wiedzy są jak kropla wody 

wrzucona w głęboką przepaść."4
DRUGI PYTAJĄCY: A czy ty wiesz, czym jest człowiek, rosi?

ROSI: Czym jesteś?
DRUGI PYTAJĄCY: Jestem moim ciałem i moim umysłem: czyż tak nie jest?

ROSI: Czy potrafisz regulować przepływać przepływ swej krwi, czy potrafisz 
zapobiec starzeniu się i 

śmierci swego ciała ? Czy potrafisz panować nad swymi myślami? Gdyby to było 
twoje ciało i twój umysł, 

to umiałbyś to uczynić.
Powiedz mi, jak wygląda ten „twój" umysł?

DRUGI PYTAJĄCY: Nie wiem. Czy ty potrafisz mi to powiedzieć?
ROSI: Czy widzisz tę potężną sosnę za oknem? To ty jako most łączący niebo z 

ziemią. Czy słyszysz, jak 
śpiewa ten ptak? To dźwięk twego wkroczenia w świat. Patrz! Słuchaj!

PIERWSZY PYTAJĄCY: Czy możemy powrócić do mojego pierwszego pytania?
ROSI: Tak.

PIERWSZY PYTAJĄCY: Dlaczego w zeń trzeba medytować całymi godzinami w postawach 
wywołujących ból i czemu dojście do oświecenia zabiera całe lata? Może to było 

konieczne dawniej, ale 
tempo ludzkiej działalności ogromnie wzrosło i nowe terapie i techniki ukazały 

nam szybsze, mniej 
bolesne drogi do oświecenia.

ROSI: Prawie takie samo pytanie stawiano przy końcu lat sześćdziesiątych, gdy 
narkotyki były u szczytu 

popularności. Uważano wówczas powszechnie, że napięcia, frustracje, poczucie 
alienacji czy lęki można 

zniweczyć przez wypalenie skręta marihuany, połkniecie tabletki „kwasu" czy 
zażycie jakiegoś innego 

narkotyku. Problemy „rozpuszczały" się w roztworach chemicznych. Uważano nawet, 
że satori, tę główną 

nagrodę, można zdobyć na takiej samej karkołomnej drodze.
Gdy Amerykę ogarnął bzik na punkcie środków psychodelicznych, byłem w Japonii i 

nie miałem pojęcia o 
tym narkotycznym fenomenie. Po raz pierwszy zetknąłem się z tą sprawą, gdy tak 

zwany przyjaciel 
przysłał mi kserokopie kilku stron z książki Aldousa Huxley'a Wyspa. Mówię „tak 

zwany przyjaciel", 
bowiem o tym fragmencie, który dostałem, można było powiedzieć wszystko, ale nie 

to, że zachęcił mnie 
do praktyki. Z tego, co przeczytałem, najistotniejsze było twierdzenie, że 

aspirujący do 
samourzeczywistnienia mistyk nie musi już podejmować wysiłku podążania pełną 

trudów i niewygód 
drogą dawnych mistrzów. Wystarczy, że uporządkuje własną psychikę przy pomocy 

psychiatry, a potem 
uda się do fachowego aptekarza po właściwy narkotyk, który obudzi pewne 

odwieczne komórki w mózgu i 
poszerzy świadomość; hokus-pokus - i oto mistyk jest oświecony, przebudzony, 

nasycony Bogiem po 
dziurki w nosie!

89

Niestety, po pewnym czasie wielu przedstawicieli kontrkultury udało się do 

psychiatrów, nie po to, aby 
uporządkować psychikę, lecz z powodu negatywnych skutków przyjmowania 

narkotyków. Ciekawe, że 
wielu spośród tych samych ludzi, którzy głośno obwieszczali, że satori można 

osiągnąć przy pomocy 

background image

.chemii", zajmuje się obecnie zeń lub innymi duchowymi dyscyplinami.

TRZECI PYTAJĄCY: Czy kiedykolwiek sam próbowałeś LSD albo marihuanę, rosi?
ROSI: Nie. Zawsze mi się wydawało, że szukanie wyzwolenia poprzez używanie 

narkotyków zdradza brak 
wiary we wrodzoną nam mądrość i czystość. Gdy usuniemy bałamutne pojęcia 

przyćmiewające tę 
czystość i skrywające tę mądrość i poprawimy nawykowe błędy przejawiające się w 

codziennych 
działaniach - a o to właśnie chodzi w buddyjskim treningu - odkryjemy, że od 

początku byliśmy wolni. 
Stosowanie narkotyków świadczy również o tym, że nie chcemy jeszcze wziąć 

odpowiedzialności za swój 
psychiczny, umysłowy i duchowy stan. Jakże mogłaby wyłonić się z tego prawdziwa 

niezależność? 
Jednakże wiemy, że wielu ludzi doszło do zeń dzięki środkom psychodelicznym. Być 

może również 
pomogły one w jakiejś mierze ukierunkować ludzi w krytycznym momencie, tak aby 

nie brali udziału w 
kulturowym upadku na łeb na szyję w przepaść nonsensu i przemocy. Tak więc 

narkotyki miały swoją 
dobrą stronę. Z duchowego punktu widzenia był to jednak środek drastyczny. 

Jestem przekonany, że nie 
prowadzą one ani do zdrowego życia, ani do prawdziwego wyzwolenia.

W dzisiejszych czasach niebezpieczeństwo polega na tym, że ludziom wmawia się, 
że oświecenie można 

osiągnąć nie po przejściu długiej i stromej drogi mistrzów, ale bardzo szybko i 
bardzo łatwo. Śpij, chrap, 

garb się, medytuj jak chcesz, żyj jak ci wygodnie, a i tak z pewnością dojdziesz 
do oświecenia.

A potem pojawia się szaman z narkotykiem, l gwarantuje: „Kensio w trzy dni!" 
Tylko szarlatan albo wariat 

mógłby wysunąć tak bezczelne i niedorzeczne twierdzenie, że kensio - wejrzenie w 
Prawdziwą Naturę - 

może osiągnąć każdy vi ciągu trzech dni!
Słynny amerykański aranżer cyrkowy PT. Bamum też znał się na frajerach. Aby 

utrudnić ludziom 
wałęsanie się na zapleczu przy eksponatach cyrkowych, u-mieścił tam strzałkę z 

napisem: „tędy do 
egress"*. Niewielu znało znaczenie tego słowa, ale myśląc, że egress musi być 

jakimś egzotycznym 
zwierzęciem, tłum

*      egress (ang.) - wyjście
90

ruszał we wskazanym kierunku i wychodził na zewnątrz namiotu cyrkowego, właśnie 
tam, dokąd Barnum 

chciał go wyprowadzić.
„Kensio w trzy dni", .tędy do egress"- jedno wabi do środka, drugie na zewnątrz; 

ale w tę czy w tamtą 
stronę jest to to samo nabieranie stare jak świat.

Zanim zakończymy, pozwólcie, że przeczytam wam znamienny ustęp z książki Johna 
Wu Zfoty wiek zeń: 

„Mistrzowie zeń wiedzą, jakie to niezwykle trudne zadanie - być w pełni 
dojrzałym człowiekiem; jakie 

rozdzierające serce próby (...) jakie przytłaczające chwile zwątpienia i jakie 
dręczące pokusy trzeba 

przejść, zanim będzie można mieć nadzieję, że doszło się do progu oświecenia. 
Dlatego właśnie 

przystępowali do tego zadania ze wszystkich sił i nigdy nie byli skłonni 
zatrzymać się w pół drogi przed 

swym ostatecznym celem."

background image

OKRES TRENINGU

W ODOSOBNIENIU
(SESIN)

WSTĘP
Sesin! Pięćdziesięciu pięciu ludzi zbiera się razem na siedem dni wspinaczki 

(zazen). Pięćdziesiąciu 
pięciu nieustraszonych ludzi łączy swe siły, aby wejść na szczyt „srebrnej góry" 

Umysłu. Pięćdziesięciu 
pięciu ludzi o rozmaitej żarliwości, wytrzymałości i determinacji. Jedni są 

młodzi, inni nieco starsi, jeszcze 
inni w podeszłym wieku. Wielu przybyło z daleka. Wszyscy zdobyli już pewne 

doświadczenie na niższych 
górach.

Wyruszają od podnóża i idą zboczem. Prowadzący ich przewodnik po raz pierwszy 
wspiął się na tę górę 

dziesiątki lat temu. Wie, że podczas pierwszych trzech dni nie ma sensu 
przynaglać grupy. Musi ona 

najpierw trochę się rozruszać, zapoznać się z terenem i wdrożyć się do szybkiego 
marszu z 

niewygodnymi i ciężkimi plecakami (sądy, opinie, nadzieje i inne rodzaje ułudy), 
które jeszcze przez jakiś 

czas trzeba będzie nieść. Prawdziwa wspinaczka zaczyna się zazwyczaj czwartego 
dnia; do tego czasu 

wspinacze muszą iść według swojego własnego tempa. Kroczą wytrwale odkrywając 
swój rytm, 

nabierając rozpędu.
Spoglądając w ich pełne determinacji twarze, prowadzący zastanawia się, jak 

zareagują oni na czekające 
ich pułapki. Czy będą w stanie stawić czoło szalejącym burzom i oślepiającym 

śnieżycom (makio)? Wie 
on, że gdy tylko dotrą do połowy drogi, wpadną w zasadzki zastawione przez 

potężne i oszałamiające 
duchy ego zamieszkujące tę górę, albowiem żadna góra nie jest od nich wolna. 

Duchy ego rozlokowane 
na zboczach i znające wszelkie podstępne fortele bezustannie śledzą ekspedycję. 

Nie zamierzają 
porzucać krainy odziedziczonej po przodkach i uczynią wszystko, żeby zawrócić 

wspinaczy. W ciągu dnia 
będą ich czarować kusicielskimi nawoływaniami do zaprzestania wysiłku. Będą 

spuszczać na nich skały i 
śliski lód, będą również szerzyć niezgodę w ich szeregach. Jeżeli grupa przedrze 

się wyżej, duchy 
wpadną w depresję i wytężą całą swą wrogą moc, aby pozbawić wspinaczy odwagi. 

Gdy tylko wspinacze 
kładą się, a-by odpocząć, duchy wypełniają ich umysły kusicielskimi wizjami, nie 

dając im chwili 
wytchnienia.

Przewodnik wie, że wspinacze potrzebują wsparcia, aby podołać tym próbom. 
Codziennie będzie się 

spotykać z każdym na osobności (dokusan), aby omówić z nim dalszy szlak, przy 
czym często 

wskazywać będzie na szczyt podkreślając, że do osiągnięcia go potrzebny jest 
jeszcze większy wysiłek. 

Raz dziennie zwróci się też do wszystkich razem (komentarz), zachęcając ich do 
dalszego wysiłku 

opowieściami o tej górze czy też racząc ich anegdotami o swych własnych 
wysiłkach i próbach, jak 

również o wysiłkach i próbach innych ludzi. Będzie inspirował ich opowieściami o 
zmaganiach i heroizmie 

wspinaczy, którym w przeszłości u-dało się wspiąć na sam szczyt tej 
najwznioślejszej ze wszystkich gór. 

Przewód-

background image

95

nik podkreśli również, że tak naprawdę szczyt i podnóże góry nie różnią się od 
siebie w swej istocie.

Prowadzący nie będzie zdany sam na siebie w swym przewodnictwie: dwóch 
doświadczonych wspinaczy 

(monitorów) będzie go umiejętnie wspomagać. Ci właśnie zastępcy kierownika 
wyprawy będą zachęcać 

wspinaczy i dodawać im odwagi, tak aby żaden z nich nie zostawał z tyłu. 
Prowadzący będzie dwa razy 

dziennie spotykał się ze swymi pomocnikami, aby nanosić plany na mapę i omawiać 
strategię ataku 

przewidzianego na następny dzień. Będą oni omawiać siłę i słabości każdego 
członka ekspedycji oraz 

rozważać, jak wytrzymują oni trudy wspinaczki.
Przewodnik wie, że nikogo nie można zanieść na szczyt. Wie również to, w co inni 

mogą jedynie wierzyć, 
że aby osiągnąć szczyt najważniejsze są: ufność, determinacja i wysiłek. Przede 

wszystkim zaś zdaje 
sobie sprawę, że nie wolno pozwolić na zmniejszenie natężenia wspólnego wysiłku, 

albowiem sukces 
wyprawy zależy od współdziałania wspinaczy w grupie.

Lecz gdy tylko wspinaczom udaje się minąć połowę drogi, pojawiają się u nich 
symptomy osłabienia: u 

jednych w nogach, u innych na duchu. Wielu maruderów wpada we władzę gniewnych 
duchów i sądzi 

teraz, że nie ma po co wspinać się wyżej. Nawet niektórzy z tych bardziej 
wytrwałych zaczynają zostawać 

w tyle myśląc, że pokonali najbardziej strome występy skalne, że szczyt jest 
całkiem blisko i że teraz 

można już będzie zdobyć go z łatwością. Zadowoleni patrzą w dół na skały i 
podziwiają widoki. Podczas 

spotkań na osobności zapytują prowadzącego: .Po cóż się dalej wspinać? Na 
szczycie nie może być nic 

innego niż tu. Po cóż mielibyśmy się dalej wytężać?" Prowadzący ponagla ich 
wiedząc, że jeśli nie zdoła 

opanować tej choroby, szybko rozprzestrzeni się ona na innych. Teraz nie 
wystarczy już tylko dodawać 

odwagi; prowadzący i jego pomocnicy poganiają zmęczonych wspinaczy, aby podwoili 
wysiłki.

Nawet ci, którzy prawie dotarli na szczyt, zaczynają stygnąć w zapale, nie tyle 
ze zmęczenia, ile wskutek 

ulegania rzucanym na nich urokom. „To prawie siódmy dzień - przebrnęliśmy już 
przez najgorszy teren, 

tak więc reszta będzie z pewnością łatwa" - przekonują sami siebie. A przewodnik 
dostrzega, że w 

wyobraźni paradują już przed przyjaciółmi i rodziną wśród gratulacji i 
fetowania. Raz jeszcze prowadzący 

nawołuje najbardziej zaawansowanych wspinaczy: „To jest srebrna góra! Odtąd aż 
do wierzchołka nie 

będzie na czym stanąć ani czego się chwycić. Pokonywanie tych ostatnich stu 
metrów będzie mordęgą. A 

duchy gór ogarnie wściekłość i furia."
Garstka wspinaczy niemalże osiągnęła górną grań. Trójka zdesperowanych stanęła 

prawie na szczycie... 
skok ! ... i ...rozglądają się wokół ze zdumieniem i radością... ta głęboka, 

pierwotna cisza... ta ogromna 
pustka - a jednak widzą tak wiele! Jak wiele wiedzą zawsze to wiedzieli - a 

jednak nigdy naprawdę!
96

Wszystko jest na swoim miejscu: to i tamto, wierzchołek i podstawa, ja i inni, 

background image

wszystko krzyżuje się i łączy 

- nic się nie zderza ze sobą., wszędzie jest przezroczystość i harmonia.
Później prowadzący zwraca się do całej grupy. Ostrzega wspinaczy, że schodzenie 

z góry, czyli włączanie 
tego doświadczenia we własne życie, będzie równie trudne jak wchodzenie i że nie 

można mówić o 
sukcesie, dopóki nie zeszło się na dół i nie powróciło do domu i codziennego 

życia. Przypomina im, że 
wspinaczki górskiej nie uprawia się jedynie dla osobistej satysfakcji, że góra 

jest U-mysłem człowieka i że 
to, czego się nauczyli podczas wspinaczki należy do wszystkich, którzy będą 

wyruszać na tę górę.
Trzymanie się za ręce, łzy, uściski... muzyka... powolna część Symfonii 

pastoralnej Beethovena... i 
głębokie westchnienie radości na dźwięk muzyki, która w pełni wyraża to, czego 

nawet nie sposób 
próbować wyrazić słowami.

Powyższa metaforyczna relacja zawiera wszystkie zasadnicze elementy 
siedmiodniowego okresu 

treningu duchowego w odosobnieniu, zwanego w języku japońskim sesin, który od 
wieków znamionuje 

szkołę zeń. Mistrzowie zeń uważają, że bez względu na to, czy osiągnie się 
oświecenie czy nie, mocne 

siedmiodniowe sesin uzdrawia i wzmacnia ciało, umysł i uczucia w stopniu, jaki 
osiągnąć można po roku 

do trzech lat samotnej praktyki. Ponieważ sesin wymaga pełnego energii 
całodniowego siedzenia, nie jest 

ono przeznaczone dla ludzi słabych czy pobłażających sobie. Wprost przeciwnie, 
jest nastawione na tych, 

którzy mają wielkie pragnienie samourzeczywistnienia, silną determinację i 
ciało-umysł zdolne do 

długotrwałego wysiłku. W ośrodku w Rochester nikt, kto nie wypróbował wcześniej 
swej żarliwości i 

wytrwałości na czterodniowym sesin, nie może wziąć udziału w pełnym 
siedmiodniowym sesin.

Przebudzenie może oczywiście nastąpić nie tylko na sesin. Ponieważ jednak w 
sesin wszystkie elementy 

treningu zeń połączone są w jedną dynamiczną całość, a każdy uczestnik otrzymuje 
nieprzerwanie pomoc 

od rosiego, monitorów i około pięćdziesięciu pięciu pozostałych uczestników, 
sesin jest bezsprzecznie 

najskuteczniejszą wylęgarnią oświecenia. Jednakże jest tak tylko wtedy, gdy 
sesin prowadzi zdolny, dobry 

rosi i monitorzy silni duchem, a jednocześnie wrażliwi i współczujący.
Dla tych, którzy są zbyt niespokojni lub niecierpliwi, aby wytrzymać lata 

samotnego zazen kulminujące w 
naturalnym upadku dojrzałego owocu oświecenia, siedmiodniowe sesin oparte na 

praktyce koanu to 
sposób na potrząśnięcie drzewem tak, aby owoc spadł szybciej. Jednak owoc 

zdobyty w ten sposób jest 
nadal zielony (odpowiadający niecałkowitemu oświeceniu) i musi dojrzeć w trakcie 

długiej pracy nad 
dalszymi koanami podczas sesin i poza sesin.

97

Jednym z podstawowych elementów sesin jest komentarz rosiego. Wygłaszany bywa 

codziennie i jest 
czymś więcej niż prelekcją czy wykładem. Wygłaszając komentarz rosi zwrócony 

jest twarzą do ołtarza, 
aby ofiarować Buddzie żywe i konkretne przedstawienie swego zeń. Nie mówi on 

przy tym o zeń, lecz 
dźga słuchaczy samą prawdą Komentarz nie rozcieńczony filozoficznymi 

wyjaśnieniami ani 

background image

psychologicznymi interpretacjami może roztrzaskać w drobny mak uporczywe myśli i 

lęki oraz pobudzić 
upadających na duchu. Komentarz jest drogowskazem i zachętą zarówno dla 

początkujących, jak i dla 
zaawansowanych.

Słuchanie komentarza jest formą zazen. Uczestnicy siedzą w formalnej postawie 
zazen, ze spuszczonymi 

oczami, koncentrując się bez ruchu. Słowa rosiego wyskakujące z głębi jego 
trzewi wbijają się w 

podświadomość słuchaczy i zasiewają tam nasiona prawdy Buddy, które wcześniej 
czy później muszą 

rozkwitnąć przebudzeniem. Za wyjątkiem dokusan właśnie słuchanie komentarza 
stwarza najlepszą 

sposobność, aby przebić się przez umysł ułudy, jeśli jest już czas po temu.
Poniższe komentarze zostały wygłoszone podczas siedmiodniowego sesin, które 

odbyło się w Ośrodku 
Zeń w Rochester. Zapisane są tu wiernie, dokładnie tak, jak były wygłoszone 

podczas ostatnich czterech 
dni sesin. Pierwsze dwa dotyczą koanów z Zapisków błękitnej skaty, a następne 

koanów z Bezbramnej 
zapory - księgi te to dwa główne zbiory koanów stosowanych w zeń. Opuszczono tu 

komentarze 
wygłoszone podczas pierwszych trzech dni, kiedy sesin zaczynało dopiero nabierać 

rozpędu, gdyż nie 
dotyczyły one koanów, lecz innych tekstów zeń.

Innym żywotnym elementem sesin jest mowa zachęcająca. Podczas siedmiodniowego 
sesin nie wygłasza 

się mowy zachęcającej przed czwartym dniem, bowiem zazwyczaj dopiero wówczas 
zbiorowa energia 

sesin osiąga punkt, w którym zachęta wywołuje skutek. Aby lokomotywa ruszyła 
pełną parą trzeba 

porządnie rozpalić pod kotłem i podobnie sesin musi sprężyć się i nabrać 
rozmachu, aby uczestnicy mogli 

dać pełen odzew na zachętę do czynu.
Mowy zachęcające mogą być wygłaszane o każdej porze dnia i nocy przez rosiego 

albo przez monitorów. 
Jednak najbardziej poruszające są przede wszystkim te mowy, które wygłasza się 

bezpośrednio przed 
dokusan, kiedy to uczestnicy mają przedstawić rosiemu rezultaty swej pracy. Mowa 

zachęcająca tuż 
przed dokusan, poprzedzona żarliwym siedzeniem, może stać się iskrą, która tak 

rozpali praktykujących, 
że będą w stanie przekroczyć wszelkie swe urojone ograniczenia. Nie wszystkie 

mowy zachęcające mają 
charakter burzy z piorunami. Zawsze są zestrojone z tonem zbiorowej energii, 

która jak występujące na 
przemian crescenda i diminuenda symfonii, obfituje w przypływy i odpływy, ale 

nigdy nie traci swego 
żywotnego pędu.

98

W drugiej części tej partii książki zamieszczone są relacje z doświadczenia 

oświecenia. Wszystkie te 
świadectwa - za wyjątkiem trzeciego - zostały spontanicznie wyrażone w liastach. 

Trzecie świadectwo 
również miało pierwotnie charakter listu, w którym autor opisał przebudzenie, 

jakiego doznał po sesin. Był 
to człowiek w średnim wieku, ojciec rodziny, zatrudniony na kierowniczym 

stanowisku w dużej firmie, który 
wytrwał w swej praktyce zazen przez wiele lat pełnych trudności znanych ludziom 

pracującym w biznesie. 
Dlatego też poproszono go, aby dokładniej opisał swe przeżycie, a także wpływ 

jego sytuacji życiowej na 

background image

praktykę zeń.

Poniższe listy-relacje zostały wysłane wkrótce po sesin, na których doszło do 
przebudzenia, poza relacją 

piątą, która nadeszła w jakiś rok po doświadczeniu kensio. Czytelnik zauważy, że 
do tego listu, jako do 

jedynego, dołączona została odpowiedź. Odpowiedź ta była konieczna i miała na 
celu rozproszenie 

błędnych wyobrażeń wyrażonych w liście, wynikających w znacznej mierze z tego, 
że osoba, która go 

napisała, mieszkała daleko od Rochester i prawie nie miała okazji słuchania 
komentarzy i innych mów 

wygłaszanych w ośrodku. We wszystkich listach prawdziwe imiona zastąpiono 
fikcyjnymi.

Żadne moje słowa nie mogłyby tak jak te listy wyrazić frustracji i rozpaczy, 
przez które, jak w 

mitologicznych próbach bogów, trzeba przejść, aby osiągnąć wyzwolenie oraz 
płynącą z niego cudowną 

radość i wolność.

L MOWY ZACHĘCAJĄCE I KOMENTARZE

l.MOWA ZACHĘCAJĄCA (CZWARTY DZIEŃ).
Dotarliśmy do połowy sesin i wielu z was zaczęło zgłaszać na dokusan, że 

doświadcza makio. Można było 
się tego spodziewać - burze makio pojawiają się zazwyczaj trzeciego lub 

czwartego dnia, gdy nasila się 
mobilizacja energii. W tym sensie makio można widzieć jako zjawisko pozytywne, 

jako znak, że e-nergia 
sesin narasta. Makio raczej nie pojawia się ani gdy koncentracja jest słaba, ani 

gdy jest się w samadhi. 
Oznacza więc ono, że w naszej praktyce jesteśmy w połowie drogi do celu.

Wielokrotnie słyszeliście o istocie i przyczynie makio, a jednak nadal powodują 
one w jakiś sposób 

wątpliwości i zamęt, dlatego proszę, słuchajcie uważnie.
Skąd biorą się te fantazje i iluzoryczne odczucia? Gdy po pełnych trzech dniach 

siedzenia górne warstwy 
umysłu uspokoiły się i przycichły, do świadomości dochodzą, zupełnie jak sny, 

wszelkiego rodzaju obrazy 
i wrażenia, będące pozostałością minionych doświadczeń. Ludzie widzą często 

twarze i zwierzęta 
pojawiające się na ścianie przed nimi. Wielu słyszy bijące nieustannie dzwony z 

pobliskiego kościoła, a 
inni czują, jakby łaziły po nich robaki. Możesz nawet wyobrażać sobie, że 

lewitujesz lub że twoje ciało się 
rozpuszcza. Płacz jest jednym z najczęstszych typów makiów. O ile nie płaczesz z 

litości nad sobą łzy 
działają oczyszczające, gdyż rozpuszczają i zmywają stwardnienia ego. Makio mogą 

się również 
pojawiać, gdy twój umysł i oddech nie są ze sobą zharmonizowane z powodu 

fizycznego i umysłowego 
przemęczenia.

Makio pojawiają się również w ukrytej postaci jako stany psychiczne, takie jak 
żal, zawiść czy euforia. 

Nawet depresje i zniechęcenie nie są niczym innym jak makio, rodzajem 
głębokiego, czarnego lochu, do 

którego prawie każdy uczestnik sesin wpada przynajmniej raz.
Fantazje, jakim ulegasz całymi dniami, to również makio, chociażbyś nawet tego 

nie podejrzewał. 
Przyjemne i mamiące makio mogą cię w równej mierze odwodzić od celu, jak makio 

budzące lęk. Wiele 
lat temu, gdy przebywałem w klasztorze w Japonii, pewien główny mnich przyszedł 

do mnie dzień czy 
dwa po sesin i powiedział: „Podczas sesin miałeś bardzo dziwne makio, jakiego 

nigdy przedtem nie 

background image

widziałem. W środku rundy siedzenia wyciągnąłeś przed siebie rękę, jakbyś chciał 

coś uchwycić i 
przyciągnąć, a potem zrobiłeś to samo z drugą ręką. Wkrótce twoje ręce zaczęły 

się tak na zmianę 
poruszać. Czy pamiętasz to makio?"

„Tak, pamiętam. Szedłem przez duży amerykański sklep samoobsługowy i brałem 
sobie kotlety, jajka, ser 

i inne rzeczy, jakich nie podajecie w klasztorze."
101

Zdarzają się też uporczywe makio. Jedno, które miałem w początkowym okresie mego 
duchowego 

treningu, składało się z obrazów Paula Klee, które swego czasu często 
podziwiałem w muzeach. W moim 

makio cały wszechświat przybrał wspaniałe barwy jego obrazów czy nawet barwy 
żywsze i bogatsze od 

tych, których używał sam Klee. Przez prawie miesiąc delektowałem się tymi 
kosmicznymi kolorami w 

przeświadczeniu, że jest to z pewnością oświecenie, i dopiero po surowych 
napomnieniach rosiego 

zrezygnowałem z tych wizji, które paraliżowały moją praktykę.
Jednym z najpoważniejszych i najbardziej podstępnych makio jest lęk. Zazwyczaj 

najgorsze lęki powstają, 
gdy ktoś przekroczył w swej praktyce punkt zwrotny i ego zaczyna czuć się 

zagrożone. W rozpaczy 
wydobywa ono te lęki jako ostatnią deskę ratunku dla swej dominacji. Bywają 

konkretne lęki: lęk przed 
niewielką ilością snu lub jedzenia, lęk przed kijem zachęcającym (kiosaku), a 

nawet lęk przed samym 
kensio. Inne lęki trudno byłoby nazwać. Są to nieokreślone niepokoje pojawiające 

się wtedy, gdy 
koncentracja się pogłębia. Lęki te wypływają z dawno zapomnianych przeżyć z 

dzieciństwa, a nawet z 
przeszłych żywotów. Najważniejsze, aby odważnie widzieć je takie, jakie są: 

nierzeczywiste. Co prawda 
są one na tyle rzeczywiste, że budzą lęk, lecz nie są substancjalne ani 

gdziekolwiek trwale 
umiejscowione. Skoro nawet nasze codzienne życie jest marzeniem sennym, to o 

ileż bardziej są nim te 
lęki? Chodzi o to, że to sesin, dzięki połączonej sile monitorów i rosiego daje 

tym, których opadają lęki, 
wspaniałą sposobność przejrzenia przez nie i położenia im raz na zawsze kresu. 

Nigdy nie będziesz miał 
po temu lepszej okazji niż teraz, gdy cała ta potężna energia pracuje dla 

ciebie.
Istnieją również tzw. makio wysokiej klasy: cofanie się do przeszłych żywotów, 

mówienie różnymi 
językami (glosolalia), głębokie psychologiczne czy filozoficzne wglądy. Mogą one 

przydarzyć się wam na 
tym sesin. Jednakże takimi makio nie ma co się zachwycać. Jeśli będziesz się ich 

czepiać w błędnym 
przeświadczeniu, że doświadczyłeś czegoś o rzadkiej lub trwałej wartości, to 

staną się przeszkodą do 
oświecenia. Są one istotnie korzystne, ponieważ często uwalniają zablokowane 

rejony ciała-umysłu i 
wyzwalają energie, które zazwyczaj nie są dostępne. Tę uwolnioną energię trzeba 

jednak skanalizować w 
rejonie hara, gdzie staje się źródłem, z którego można czerpać siły potrzebne do 

przebicia się przez koan. 
Dopuszczenie jej na wysokość klatki piersiowej lub głowy wywoła tylko bolesną 

ociężałość i uczucie 
pulsowania w tych rejonach.

Mając do czynienia z jakimkolwiek makio należy przede wszystkim pamiętać, aby 

background image

nie angażować się w 

nie. Makio to czary ego, bez widzów ów podstępny czarodziej zabierze swój worek 
pełen kuglarskich 

sztuczek i pójdzie sobie. Można też powiedzieć, że makio są jak nieproszeni 
goście: jeśli nie będzie się 

ich zabawiać, to wkrótce wyjdą, lecz jeśli okaże się im uwagę, to zostaną. 
Smutno

102

jest widzieć, jak uczestnicy sesin porzucają swą praktykę - swój koan - aby 

podtrzymywać stany 
pobudzenia wielkiej energii czy ekstazy albo też jak powodowani jakąś 

perwersyjną fascynacją nurzają się 
w błocie ciemnych, niespokojnych lub przerażających makio.

Przede wszystkim nie popełniaj fatalnego błędu i nie bierz tych stanów umysłu za 
samo oświecenie. Po 

prostu włóż całe swoje serce w praktykę! Nie jest to łatwe, gdy makio są 
wyraziste i mocne. Aby nie paść 

ich ofiarą, potrzebna ci będzie determinacja, jeżeli będą one przyjemne i 
odwaga, jeżeli będą 

przerażające. Jednak najbardziej potrzebna ci będzie wiara - wiara w siebie, w 
swoją praktykę i w swojego 

nauczyciela. Jeżeli pracujesz nad koanem, zaangażuj się weń tak całkowicie, że 
znikniesz „ty", a zostanie 

tylko koan. Zrób to, a makio rozpuści się jak lód we wrzątku.
KOMENTARZ DO TRZECH UŁOMNOŚCI - OSIEMDZIESIĄTEGO ÓSMEGO PRZYPADKU Z 

ZAPISKÓW BŁĘKITNEJ SKAŁY (CZWARTY DZIEŃ)
PRZYPADEK: Gensza (Hsuan Sza) rzekł do zgromadzenia: Wszyscy mistrzowie w całym 

kraju mówią o 
przewodnictwie i pomocy dla odczuwających istot. Lecz jeśli przyszedłby do 

ciebie człowiek cierpiący na 
trzy ułomności: ślepotę, głuchotę i niemotę, to jakże byś z nim postąpił? 

Wzniesienie drewanianego młota 
czy machanie rytualną laseczką wobec ślepca nie zdałoby się na nic. Przemawianie 

do głuchego byłoby 
daremne. Żadne starania nie mogłyby sprawić, że niemy przemówi. Jakbyś więc 

prowadził taką osobę? A 
gdybyś nie potrafił, jakże mogłaby jej pomóc dharma Buddy?

Pewien mnich udał się z tym problemem do mistrza Ummona (Jun Mena). .Pokłoń się" 
- rozkazał mistrz. 

Mnich usłuchał, a wtedy mistrz zamierzył się na niego kijem. Mnich uskoczył. 
„Nie jesteś ślepy - 

powiedział mistrz. - Podejdź bliżej!" Mnich zbliżył się. „Nie jesteś głuchy! 
Rozumiesz?" Mnich odparł: „Nie 

rozumiem." „Nie jesteś też niemy!"- powiedział mistrz. Na te słowa mnich 
osiągnął przebudzenie.

Koan ten jest wspaniałym przykładem na to, w jaki sposób mistrzowie zeń czynią 
cuda. Obaj, Gensza i 

Ummon, byli kiedyś bratnimi mnichami u tego samego mistrza, a ich umysły tak 
dokładnie zestroiły się ze 

sobą i z umysłami uczniów, że ich metody zazębiały się w naturalny sposób, bez 
potrzeby ustnego czy 

pisemnego porozumienia.
O życiu Genszy wiemy tylko tyle, że urodził się w 835 roku, a zmarł w 908 i że 

był rybakiem, zanim został 
mnichem.

103

O życiu Ummona przekazy mówią znacznie więcej. Chociaż nie znamy daty jego 

narodzin, to z kronik 
wynika, że umarł w 949 roku, tuż po zakończeniu ery Tang (618-907), kiedy to 

buddyzm zeń osiągnął 

background image

szczytowy rozwój. Wiadomo, że Ummon miał błyskotliwy, bystry umysł, że wyrażał 

się elokwentnie, a jego 
zachowanie było bezpośrednie i energiczne, sbwem - że miał te zalety, które 

zawsze w większym lub 
mniejszym stopniu wyróżniały mistrzów zeń. Już za życia zdobył Ummon wielki 

rozgłos jako mistrz zeń, o 
czym świadczy choćby to, że z wyjątkiem wielkiego Dziosiu (Czao Czu) żaden 

mistrz nie występuje w 
większej ilości koanów.

Rodzina Ummona była wyjątkowo biedna i być może to właśnie było jednym z 
powodów, jakie skłoniły ją, 

gdy był on jeszcze małym chłopcem, do oddania go w ręce mistrza świątyni Winaji 
- buddyjskiej szkoły 

podkreślającej zasady postępowania i wskazania moralne.
Kiedy podrósł - mógł mieć trzynaście lub piętnaście lat - ogolono mu głowę, co 

symbolizuje odcięcie 
przywiazań do świeckiego życia. Następnie przyjaj wskazania i złożył ślubowanie 

bezdomnego mnicha 
nowicjusza.

Nie zaspokoiło to jednak głębszych aspiracji Ummona ani nie doprowadziło go do 
samourzeczywistnienia. 

Udał się więc do słynnego mistrza zeń. Gdy miał przekroczyć próg jego domu, 
mistrz zatrzasnął mu drzwi 

przed nosem. Ummon zapukał, a mistrz wtedy spytał: .Czego chcesz?" Ummon 
odpowiedział: „Nie jestem 

jeszcze oświecony co do żywotnego problemu mojej jaźni. Przyszedłem błagać cię o 
pouczenia." Mistrz 

uchylił nieco drzwi, rzucił na niego okiem i natychmiast je zatrzasnął. Przez 
następne dwa dni Ummon 

ciągle pukał i ciągle spotykał się z taką samą odpowiedzią Jednakże na trzeci 
dzień, gdy tylko mistrz u-

chylił drzwi, wśliznął się do środka. Mistrz pochwycił go i zawołał: „Mów! Mów!" 
A gdy Ummon zająknął 

się, aby coś powiedzieć, wypchnął go krzycząc: „Ty łajzo!" - i zatrzasnął drzwi 
tak gwałtownie, że 

przytrzasnęły nogę Ummona i złamały ją- Z okrzykiem bólu Ummon osiągnął 
przebudzenie.

Komentując to wydarzenie współczesny pisarz pyta: „Czy mistrz musiał być tak 
okrutny? Czy satori warte 

było złamanej nogi?" Niech zapyta o to ducha Ummona! Albo niech zapyta matki, 
czy jej dziecko warte 

było bólu porodu! Można tylko uśmiechnąć się słysząc takie pytanie, bowiem 
trudno doprawdy pojąć 

wartość takiego doświadczenia, jeśli się go samemu nie przeżyło.
Dlaczego mistrz nieustannie zatrzaskiwał Ummonowi drzwi przed nosem? Jego 

żelazną zasadą było 
przyjmowanie na dokusan tylko tych, którzy żywili głębokie pragnienie prawdy, 

albowiem wiedział, jak 
wiedzą to wszyscy mistrzowie zeń, że urzeczywistnienie najwyższej prawdy okupić 

trzeba nieustannym, 
szczerym wysiłkiem, a także zmaganiem i bólem. Czyż Ummon nie był takim 

człowiekiem? Czy ktoś mniej 
zdeterminowany nie uciekłby po pierwszej gwałtownej od-

104

prawie? W takim razie dlaczego mistrz nie chciał go przyjąć? Musicie zgłębić tę 

istotną sprawę.
Musicie również uchwycić znaczenie słów: „Mów! Mów!" Cóż Ummon mógł powiedzieć, 

aby zamiast 
szorstkiego przyjęcia, z jakim się spotykał, znaleźć aprobatę? A co byś ty 

powiedział na miejscu 
Ummona? Musisz odpowiedzieć natychmiast!

W literaturze zeń Ummon słynie również z błyskawicznych odpowiedzi. Posmakujcie 

background image

ich:

Jaka jest droga Ummona?"
„Osobiste doświadczenie!"

„Czym jest droga?"
„Idź!"

„Co to jest droga, gdzie jest droga?*
„Zacznij nią iść!"

Odpowiedź udzielona bez wahania, z trzewi, a nie z głowy, jest bardzo ceniona w 
zeń.

Jedno z najbardziej niesłychanych wydarzeń w całej historii zeń dotyczy właśnie 
Ummona. A było to tak: 

W starożytnych Chinach żył pewien mistrz zeń, który przez jakieś dwadzieścia lat 
był opatem klasztoru. 

Przez caty ten czas nigdy nie wyznaczył głównego mnicha. Gdy mnisi pytali go, 
dlaczego tego nie uczynił, 

odpowiadał tajemniczo: „Mój główny mnich nie został jeszcze nowicjuszem." 
Pewnego dnia ogłosił 

zgromadzeniu: „Dzisiaj mój główny mnich złożył ślubowania nowicjusza." Zapytany, 
kiedy jego główny 

mnich przybędzie do klasztoru, odpowiedział tylko: „Mój główny mnich nie przyjął 
jeszcze pełnych 

święceń."
Upłynęło kilka lat i mnisi niemal już zapomnieli o tajemniczym głównym mnichu, 

gdy opat nieoczekiwanie 
oświadczył: „Dzisiaj mój główny mnich został w pełni wyświęcony!" l znów 

zgromadzenie zadziwiło się. 
Minęły jeszcze dwa lata i pewnego dnia opat nagle oznajmił: „Dzisiaj w południe 

przed główną bramę 
przybędzie mój główny mnich. Uderzcie w dzwon i wyślijcie delegację, aby go 

powitać." Brzmiało to 
bardzo dziwnie, jak i wszystko, co przez tyle lat mówił opat o swoim głównym 

mnichu, jednak o 
wyznaczonej porze mnisi udali się do głównej bramy, l stał tam mnich, który 

dopiero co przybył. Nie był to 
nikt inny jak właśnie Ummon.

Następnie Ummon stawił się przed opatem, aby go pozdrowić, po czym zapytał: 
„Skąd wiedziałeś, że 

przybędę dzisiaj? Nikomu przecież nie mówiłem, że wybieram się tutaj." Opat 
odpowiedział z uśmiechem: 

„Wiele żywotów temu, w czasach samego Buddy, ty i ja byliśmy bratnimi mnichami. 
Obaj ćwiczyliśmy 

bardzo żarliwie i rozwinęliśmy potężne siły samadhi. Jednak w kolejnym życiu ty 
odro-

105

dziłeś się w rodzinie królewskiej, wiodłeś wygodne, światowe życie i w 

konsekwencji utraciłeś te siły. Ja 
natomiast przez wiele kolejnych żywotów ćwiczyłem i poddawałem się dyscyplinie i 

dlatego wzmocniłem 
te sHy. Stąd właśnie wiedziałem, kiedy stałeś się nowicjuszem, przyjąłeś pełne 

święcenia, a w końcu - 
kiedy dokładnie miałeś przyjść do tego klasztoru."

Moce parapsychiczne są w większym lub mniejszym stopniu naturalnym produktem 
ubocznym wytrwałej 

praktyki zazen i przebudzonego umysłu, dlatego nie uważa się ich w zeń za coś 
wyjątkowego czy 

cudownego. Mistrzowie nigdy się nimi nie popisują ani nie próbują ich rozwijać 
dla nich samych. W istocie 

uważa się je za makio - za subtelną jego odmianę, jednak tylko za makio - to 
znaczy za coś całkiem 

różnego od oświecenia.
Te fakty z życia Ummona pomagają zrozumieć, dlaczego jest on tak wybitnym 

mistrzem w historii zeń. A 

background image

teraz wróćmy do omawianego przypadku.

Na koan ten można spojrzeć jak na dramat w dwóch aktach. W pierwszym akcie 
Gensza tworzy konflikt, a 

w drugim Ummon go rozwiązuje. Zauważcie przede wszystkim, że pierwszy mistrz 
stawia mnichów przed 

bolesnym dylematem: jak wypełnić bodhisattwiczne ślubowanie wyzwolenia kogoś, 
kto nie może ani 

usłyszeć nauki, ani zadawać pytań, ani ujrzeć żadnego gestu. „A jeżeli nie 
potraficie pomóc takiemu 

człowiekowi - wywodzi Gensza - to czyż wasze ślubowania bodhisattwy nie są 
daremne?" Jakiż bezlitosny 

ten Gensza! Wrzuca swoich mnichów do lochu wątpienia i tylko rozradowany patrzy, 
jak wiją się i skręcają 

w desperackich próbach zdobycia wolności. A jednak pod tym okrucieństwem kryje 
się życzliwość. Czy 

widzicie, dlaczego?
Zeń, jak widzicie, zajmuje się tym, co konkretne i osobiste. Cóż zatem kryje się 

za tym pozornie 
spekulatywnym pytaniem mistrza? Oto pierwsza zapora, którą musicie pokonać, 

jeśli chcecie ujrzeć ten 
odkrywający się przed wami dramat. Poza tym, dlaczego mnich udaje się z tą 

sprawą do Ummona, 
zamiast pracować nad nią u Genszy? Czy dlatego, że uważa Ummona za 

wybitniejszego mistrza? Jeśli 
tak, to dlaczego nie praktykuje w jego świątyni? A może próbuje wybadać Ummona? 

Jeśli tak, to w jaki 
sposób? No i dlaczego Ummon, który nie cierpiał głupców zeń, nie odprawił mnicha 

słowami: „Ruszaj w 
pogoń za sobą1"

A może Ummon dostrzegł od razu swoim przenikliwym okiem zeń, że pytanie, chociaż 
przybrane w 

spekulatywne terminy, zakorzenione było w czymś głębszym niż zwykła ciekawość, a 
mianowicie w braku 

wiary mnicha w siebie samego? Czy mnich nie szukał rozpaczliwie, poprzez problem 
trzech ułomności, 

potwierdzenia, że mimo swych wad jest w stanie osiągnąć przebudzenie? Czyż w 
innym wypadku 

odważyłby się stawić czoło lwu Ummonowi w jego jaskini?
Czując, że pytanie wypływa z udręczonego, wątpiącego w siebie umysłu, Ummon od 

razu mierzy w 
sedno. Zauważcie, że nie wciąga on mnicha w sokratyczny dialog ani nie opisuje 

kwieciście 
wszechmocnego Umysłu Buddy. Po prostu

106

rozkazuje: .Pokłoń się!" Mnich słucha go, całkowicie pewien, że usłyszy 

odpowiedź na swoje pytanie, 
jakikolwiek byłby powód tego apodyktycznego rozkazu. Jednak unosząc głowę widzi, 

że kij mistrza za 
chwilę wyląduje na jego ramieniu. Robi więc unik. „Ach, więc nie jesteś ślepy! - 

wykrzykuje Ummon. - 
Teraz podejdź bliżej." Mnich myśląc prawdopodobnie: „Nie pora zastanawiać się 

dlaczego..." - przystaje 
na to. „Och, nie jesteś także głuchy! - zauważa Ummon - Rozumiesz?" „Co mam 

rozumieć?" - pyta mnich, 
a jego umysł jest przy tym całkowicie wolny od myśli, „l potrafisz też mówić! 

Ho, ho!"
Zwróćcie uwagę na podobny „czystej kartce" stan umysłu mnicha i na związek, jaki 

ma to z jego 
późniejszym urzeczywistnieniem. To bardzo ważne.

Zanim rozważymy, co mnich w istocie spostrzegł, pozwólcie, że was zapytam: Czym 
jest prawdziwe 

słuchanie? Czym jest prawdziwe patrzenie? Czym jest prawdziwe mówienie?

background image

Jest taka stara historia o trzech osobach zapytanych na przyjęciu przez czwartą: 

„Którą część swojego 
ciała cenisz najbardziej, której najbardziej by ci brakowało?"

Pierwszy odparł: „Uszy. Jestem muzykiem. Czym byłoby moje życie, gdybym nie mógł 
słyszeć cudownej 

muzyki Bacha czy Mozarta, śmiechu dzieci czy szumu wiatru? Doprawdy, nie warto 
byłoby żyć!"

Drugi powiedział: „Oczy. Nie mogę sobie wyobrazić gorszej udręki niż bezustanne 
życie w ciemnościach. 

Wyobraźcie sobie, że nie możecie podziwiać Sfinksa, Tadż Mahal, Kaplicy 
Sykstyńskiej ani też 

wspaniałości wschodu czy zachodu słońca!"
„Dla mnie - powiedział trzeci - nic nie byłoby gorsze niż brak języka. Jestem 

nauczycielem. Gdybym utracił 
zdolność mowy, jakże mógłbym wykonywać swój zawód? A poza tym nic nie daje mi 

większego 
zadowolenia od konwersacji z intelektualistami na temat ostatnich kierunków w 

literaturze, sztuce i 
filozofii. Żyć bez języka - to stać niżej od zwierząt, ponieważ mają one swe 

języki, którymi mogą się 
porozumiewać rycząc, piszcząc i ćwierkając,"

A potem wszyscy trzej zwrócili się do czwartego i zapytali: „A jaką część swego 
ciała ty cenisz 

najbardziej?" „Ja - pępek" - odparł. „Pępek? - wykrzyknęła zgodnym chórem 
zdziwiona trójka. - Czemu 

jest on taki cenny?" „Widzicie, lubię jeść selery w łóżku i w nim właśnie 
trzymam sól." (Śmiech).

Nie, oni jeszcze nie rozumieją prawdziwego znaczenia słuchania, patrzenia i 
mówienia, ponieważ każdy z 

nich jest przywiązany do swych organów zmysłów i do rozróżnień przez nie 
wytwarzanych.

Co do dźwięku, powiedz mi: czy to dźwięk idzie do ucha, czy ucho do dźwięku? Aby 
uchwycić źródło 

dźwięku, trzeba przekroczyć ucho, mózg i dźwięk. W sutrze Surangama Bodhisattwa 
Współczucia 

opowiada, jak dzięki koncentracji na prawdziwej istocie dźwięku osiągnął 
doskonałe oświecenie. A 

starodawny
107

mistrz zeń zaleca: .Kiedy słyszysz jakiś dźwięk, zapytuj siebie: czym jest to, 
co słucha tego dźwięku?" 

Lecz ci z was, którzy pracują nad koanem „Dźwięk klaś-nięcia jednej dłoni" 6, 
powinni tylko jednomyślnie 

zapytywać: „Czym jest dźwięk klaśnięcia jednej dłoni?" Gdy już raz się przez to 
przebijesz, to jasno i 

wyraźnie usłyszysz dźwięk nie-dźwięku, dzwoniące milczenie, milczące dzwonienie.
Prawdziwa mowa nie ma nic wspólnego z pięknymi czy mądrymi słowami. Słuchajcie! 

(Mówi wiersz) Czy 
mówiłem, czy nie mówiłem? Nie musisz być niemy, aby nie mówić. Ucz się mówić bez 

używania języka i 
warg, a wtedy wkroczysz w krainę niezgłębionej ciszy i zrozumiesz powiedzenie: 

„Przez cały dzień trwa 
rozmowa, lecz nie pada żadne słowo."

Czym jest prawdziwe widzenie? Dla ludzi prawdziwie przebudzonych, którzy widzą 
okiem równości, nie 

ma rzeczy wyższych i niższych, lepszych i gorszych. Czyż to nie jest najwyższy 
rodzaj widzenia? Dlatego 

powiada się: „Budda jest głuchy, niemy i ślepy. Nie zamyka on oczu, żeby nie 
widzieć zła, nie zatyka u-

szu, żeby nie słyszeć zła, ani nie zamyka ust, żeby nie wypowiadać zła, jak trzy 
przysłowiowe małpy. 

Wręcz przeciwnie. Budda patrzy, słucha i mówi, ale jego widzenie jest 

background image

niewidzeniem, jego słuchanie - 

niesłuchaniem, a jego mówienie -niemówieniem." Czy rozumiesz? Czy naprawdę 
rozumiesz?

Wracając do mnicha, cóż takiego nagle ujrzał? Że ci widzą najwięcej, którzy 
patrzą bez oczu, że ci słyszą 

wszystko, którzy słuchają bez uszu i że ci mówią najlepiej, którzy nie używają 
języka i warg.

(Podnosząc kij) Czy widzisz?
(Uderzając kijem o podłogę) Czy słyszysz?

Powiedz, czy padło tu jakieś słowo?
2. MOWA ZACHĘCAJĄCA (PIĄTY DZIEŃ).

Posłuchajcie słów pewnego starożytnego mnicha: „Praca zeń nie polega jedynie na 
recytowaniu koanu. 

Najważniejsze jest obudzenie poczucia wątpienia, lecz nawet to nie wystarczy. 
Musisz się przez nie 

przebić. Jeśli to ci się nie udaje, musisz wytężać wszystkie swoje siły, wytężać 
każdy nerw i nie ustawać."

Czym jest to odczucie wątpienia? Jest to palący dylemat, fundamentalne pytanie, 
które nie daje ci 

spokoju. Na przykład: skoro wszystkie istoty są bez skazy, obdarzone cnotą i 
współczuciem, jak 

oświadczył Budda, to czemu wszędzie jest tyle nienawiści i egoizmu, przemocy i 
cierpienia? To 

zasadnicze pytanie można stawiać sobie zawsze i wszędzie - w domu czy pracy. To 
podstawowe 

wątpienie można jednak zintensyfikować, gdy siedzi się w formalnej postawie 
zazen i posługuje się 

ciałem-umysłem w bardziej skoncentrowany sposób, praktykując kc-an, na przykład: 
„Czym jest Mu?" 

albo „Kim jestem?" (Mówiąc ściślej „Czym jes-
108

tem?") Nie chodzi o to, aby koan zastąpił leżące głębiej poczucie wątpienia; ma 
on je po prostu wyostrzyć 

i wynieść na świadomy poziom. Można porównać to odczucie wątpienia do świdra, 
którego ostrzem jest 

pytanie: „Czym jest Mu?"
Z początku Mu może wydawać się czymś sztucznym i narzuconym z zewnątrz, ale gdy 

głębiej się w nie 
zaangażujesz, przekształci się w palące pytanie twego życia, jako że Mu jest 

tylko inną nazwą Umysłu - 
tego nieskazitelnego, wszechobejmującego Umysłu wspólnego wszystkim. Możesz się 

dziwić: Jeżeli 
Umysł ten jest mi przyrodzony, to dlaczego nie wiem o tym?" Odpowiedź brzmi: 

„Ponieważ skalania, twoje 
ułudne wyobrażenia o sobie samym i twój stosunek do tego, co postrzegasz jako 

świat istniejący na 
zewnątrz ciebie, przyćmiewają światło twego Umysłu." Aby wzbudzić odczucie 

wątpienia, które zetrze w 
pył te zanieczyszczenia, musisz nieustannie, o każdej porze dnia kontynuować 

zapytywanie, aż 
znajdziesz odpowiedź. Dopiero wtedy będziesz mógł wejrzeć w swoją podstawową 

naturę, urzeczywistnić 
w sobie ten Umysł i odrodzić się w życiu, które jest życiem prawdziwym.

Przypominajcie sobie: Mu to moja poduszka do zazen, moja mata, moje ciało, l Mu 
jest także tym, co nie 

jest moją poduszką, nie jest moją matą nie jest moim ciałem. Mu wydaje się 
jednocześnie rzeczą i nie-

rzeczą. Z punktu widzenia logiki jest to sprzeczność, tak więc tu również 
powstaje wątpienie. Albo też 

jeżeli wolicie, możecie powrócić do pełnego koanu zapytując: „Dlaczego Dziosiu 
odparł 'Mu!' (dosłownie 

'nie' lub 'nie ma'), gdy go spytano: 'Czy nawet pies ma naturę Buddy?'"7 

background image

Ponieważ sutry głoszą, że Natura 

Buddy jest właściwa wszelkiemu istnieniu, odpowiedź Dziosiu zawiera sprzeczność 
i stąd rodzi się 

wątpienie. Jak można je rozproszyć? Gdy dojdziesz do punktu, w którym nie 
będziesz się już nawet na 

włos oddzielał od Mu, odpowiedź ujawni się sama, a sprzeczność zostanie 
rozstrzygnięta, bowiem pytanie 

i odpowiedź nie są dwiema rzeczami; postrzega je jako takie tylko pogrążony w 
dualizmie umysł, który 

rozróżnia jaźń od nie-jaźni.
Początkowo praca nad Mu jest jak sięganie zębami po jabłko na gałęzi. Próbujesz 

wgryźć się w nie, a ono 
ucieka. Próbujesz jeszcze raz i znów dzieje się to samo. Ale tak jak nie możesz 

zacząć gryźć i jeść jabłka, 
dopóki nie zagłębisz w nie zębów, zanim będziesz mógł zapytać: „Czym jest Mu?", 

musisz najpierw 
mocno uchwycić Mu w swym umyśle. Po jakimś czasie, gdy już się zagłębisz w 

zapytywaniu, nie będziesz 
musiał stawiać całego pytania: koncentruj się jedynie na słowie „Mu" lub „Kim", 

jeżeli pracujesz nad „Kim 
jestem?", a echem w twoim podświadomym umyśle będzie „Czym jest Mu?" lub „Kim 

jestem?", jako że 
pytanie już się tam zakorzeniło. Pamiętaj, że Mu nie jest mantrą, tylko 

przenikliwym sondowaniem, 
intensywnym zapytywaniem. Ale nawet wówczas pytanie jedynie poskrobie 

powierzchnię, o ile „Mu" czy 
„Kim" jest tylko powtarzane mechanicznie. Samo „Mu", jako pytanie wprawiające w 

zakłopotanie, 
wystarczy, jeżeli

109

naprawdę musisz wiedzieć, czym jest Mu; to właśnie ożywia zapytywanie, które 

podsycane wątpieniem i 
przeświadczeniem, że można znaleźć odpowiedź, wzmacnia twoje Mu.

Wyobraźcie sobie człowieka siedzącego w biurze, który nagle spostrzega, że 
zniknął jego zegarek. 

Rozgląda się wokół przekonany, że za chwilę go znajdzie, ale nigdzie go nie 
widać. Gdyby ten człowiek 

chociaż na chwilę opuszczał pokój albo gdyby nie był pewien, czy miał tam 
zegarek na ręku, to szukałby 

go od niechcenia, albo może nawet wkrótce zaprzestałby poszukiwań sądząc, że 
zegarek jest gdzie 

indziej. Ale jeżeli nie opuszczał biura i nikt inny tam nie wchodził, a co 
więcej, jest on pewien, że miał 

zegarek na ręku, to jego zakłopotanie wzrośnie, a on sam zacznie dokładniej 
przeszukiwać biuro. Jeśli 

jest przekonany, że zegarek musi tam być, to jego determinacja, aby go wreszcie 
znaleźć, i e-nergia, jaką 

wkłada w poszukiwania, z każdą chwilą rosną aż zapomina on o całym świecie. To 
jest budzenie poczucia 

wątpienia. Właśnie tak musisz szukać Mu.
Lecz aby to zrobić, musisz być głęboko przeświadczony, że jesteś w stanie 

przejrzeć swój koan. l musisz 
wierzyć, że rozwiązując go urzeczywistnisz swój Prawdziwy Umysł. Tak jak to ujął 

pewien mistrz: „Tam, 
gdzie jest wielkie wątpienie, będzie wielkie przebudzenie; małe wątpienie - małe 

przebudzenie; nie ma 
wątpienia - nie ma przebudzenia..."

Ludzie, gdy słyszą że mają „wytężyć każdy nerw", zastanawiają się często, czy to 
znaczy, że mają sapać i 

dyszeć, zgrzytać zębami i ryczeć „Mu!" Mogą nawet tego próbować, lecz wkrótce 
napinają się 

wewnętrznie i ulegają zmęczeniu. Wytężać każdy nerw to znaczy praktykować całym 

background image

sobą, czy będzie to 

Mu czy co innego, l nie oznacza to tępego siedzenia ani muczenia sobie do snu. 
Spójrzcie na kota 

siedzącego w całkowitym bezruchu, gdy czatuje na mysz. Kot sprawia wrażenie, że 
skamieniał, ale 

naprawdę aż drży z koncentracji. Nie ma tu ostentacyjnej ani gorączkowej 
aktywności - jest tylko 

intensywna skupiona uwaga. Widać ją również u głodnego psa, przed którym trzyma 
się kość. W takiej 

chwili cały świat psa jest barwy i kształtu tej kości, l są również ludzie, 
którzy podczas całkowicie 

nieruchomego i cichego siedzenia w zazen pocą się mimo mroźnej zimy, tak 
intensywna jest ich 

koncentracja. Każdy z was może doświadczyć takiego samego stanu samadhi dzięki 
jednomyślnej 

koncentracji na koanie.
l jeszcze ostatnie słowo: pamiętaj, że wprawdzie te uwagi mają ci pomóc - rosi i 

monitorzy na wszelkie 
sposoby próbują pobudzać i zachęcać, szturchać i trącać - lecz to, co działa na 

jedną osobę, może nie 
działać na inną. Jeżeli to, co słyszysz, odnosi się do siebie - wykorzystaj to, 

a jeśli nie - puść to mimo 
uszu. Nie ma żadnego jednego sposobu, żadnych „powinno się tak czy inaczej". Nie 

stosuj żadnych 
technik, one i tak zawsze pozostają na zewnątrz. Techniki należą do świata 

technologii, a nie do praktyki 
duchowej. Niektórzy z was muszą sapać

110

ł dyszeć, aby się w pełni wysilić, i jest to w porządku, bo gdyby nie pracowali 

w ten sposób, to nigdy nie 
mogliby zmobilizować energii koniecznej do przebicia się przez poziom, na którym 

utknęli. Chodzi o to, że 
musisz znaleźć swoją włas-nądrogę.

KOMENTARZ DO NIE WIEM BODHIDHARMY -PIERWSZEGO PRZYPADKU ZAPISKÓW BŁĘKITNEJ 
SKAŁY (PIĄTY DZIEŃ)

PRZYPADEK: Uwaga! Cesarz zapytał wielkiego mistrza Bodhidharmę: Jaka jest 
najwyższa prawda 

świętych nauk?" Bodhidharma odparł: „Pustka i nic świętego." „Któż zatem stoi 
przede mną?" - zapytał 

cesarz. Bodhidharma odpowiedział: „Nie wiem." Cesarz nie zrozumiał. Wtedy 
Bodhidharma przekroczył 

rzekę i dotarł do krainy Wei.
Później cesarz przedstawił tę sprawę księciu Czi, swojemu duchowemu doradcy, a 

ów zapytał: „Czy 
Wasza Cesarska Mość wie, kim jest ten człowiek?" Cesarz odrzekł: „Nie wiem." 

Książę powiedział: „On 
jest Bodhisattawą Współczucia przynoszącym do naszego kraju pieczęć Umysłu 

Buddy." Cesarz żałował 
tego, co się stało, i chciał wysłać emisariusza, aby zaprosił Bodhidharmę raz 

jeszcze. „Wysłanie 
emisariusza nie zda się na nic, Wasza Cesarska Mość. Nawet gdyby wszyscy ludzie 

tego kraju udali się 
za nim, i tak nigdy by nie powrócH" -rzekł książę.

l to jest koniec przypadku.
W imieniu „Bodhidharma" - „Bodhi" odnosi się do wrodzonej człowiekowi mądrości, 

a „dharma" do 
Prawdy, czyli do fundamentalnego prawa, które podtrzymuje świat i nim rządzi.

Bodhidharma to Dwudziesty Ósmy Patriarcha licząc od Buddy i Pierwszy Patriarcha 
zeń w Chinach. 

Uważa się, że przybył on z Indii do południowych Chin w roku 520, w wieku 
dziewięćdziesięciu lat. Po 

nieudanej próbie ustanowienia swojej nauki na południu, o czym właśnie mówi ten 

background image

koan, zniknął na 

północy Chin, gdzie w końcu osiadł w małej świątyni.
Cesarz był wykształconym władcą i człowiekiem religijnym, hojnie patronującym 

buddyzmowi. Za jego 
sprawą wzniesiono wiele świątyń i ozdobiono je wspaniałymi dziełami sztuki 

buddyjskiej. Z jego inicjatywy 
przetłumaczono na chiński wiele sutr, pisanych oryginalnie w sanskrycie. 

Zachęcił też wiele kobiet i 
mężczyzn do podjęcia zakonnego życia. Pomny ortodoksyjnych nauk buddyjskich 

tamtych czasów, 
uważał za oczywiste, że z dobrych uczynków wyniesie duchową zasługę, która 

ułatwi mu wejście w 
nirwanę.

111

Gdy na dwór dotarta wieść o przybyciu dostojnego mnicha, który był przedtem 

księciem w Indiach - 
uważanych wówczas za baśniową krainę Buddy - cesarz nie zwlekał i zaprosił go 

skwapliwie do swego 
pałacu. Najwidoczniej temat zasługi był najważniejszy w umyśle cesarza, ponieważ 

swoją rozmowę z 
Bodhidhar-mą rozpoczął od poinformowania go, że od kiedy wstąpił na tron, 

wybudował wiele świątyń, 
skopiował ogromną ilość sutr i utrzymywał liczne rzesze mnichów. Jaką zyskałem 

zasługę dzięki 
wszystkim tym uczynkom?" - zapytał. A kiedy Bodhidharma odpowiedział: „Żadnej", 

zbity z tropu cesarz 
spytał: „ Dlaczego?" Wtedy Bodhidharma wyjaśnił mu, że takie uczynki mają 

ograniczoną wartość, że w 
istocie są nierzeczywiste i zasługa, jaką przynoszą, wyczerpuje się z upływem 

czasu. Wtedy cesarz 
zapytał: „Na czym więc polega prawdziwa zasługa?", a Bodhidharma odparł, że 

można ją zyskać tylko 
dzięki obudzeniu mądrości i wejrzeniu w swą własną Naturę, a nie przez ziemskie 

dokonania. Chociaż ten 
wstępny dialog nie pojawia się w rozpatrywanym przez nas przypadku, można go 

znaleźć w innych 
wersjach tej rozmowy.

Jakim szokiem musiała być dla cesarza ta odpowiedź! Wierząc, że zasłużył już na 
przeprawę „na drugi 

brzeg", nie mógł uczynić nic innego, jak tylko zapytać, być może z pewną dozą 
sarkazmu: „Cóż zatem jest 

najwyższą prawdą świętych nauk?"
Święte nauki to dharma Buddy i oczywiście cesarz zadał to pytanie po 

stwierdzeniu Bodhidharmy, że we 
wszystkich tych dobrych uczynkach nie ma żadnej zasługi. Poczujcie smak 

bezpośredniej odpowiedzi 
Bodhidharmy: „Pustka i nic świętego." Jakże współczujący jest ten indyjski 

mistrz! Cesarz powinien 
pokłonić się z wdzięcznością! Był jednak zbyt ograniczony przez dogmatyczną 

ortodoksję swoich czasów, 
aby uchwycić wibrujący zeń Bodhidharmy.

Ale czym jest ta pustka, o której mówi Bodhidharma? Nie jest to wielka dziura we 
wszechświecie z 

zawieszonym w poprzek napisem Buddy głoszącym: „Pustka. Nie święta. Można 
wchodzić." Nie jest to 

także abstrakcyjna próżnia przeciwstawiona jakiejś konkretnej pełni. Czymże może 
być ta pustka, jeśli nie 

podłożem, z którego wyłaniają się wszelkie zjawiska i do którego nieuchronnie 
powracają? Według słów 

sutry Serce doskonałej mądrości: „Forma jest pustką, pustka jest formą".
Gdy przebywałem w klasztorze zeń w Japonii, przybył tam na krótko pewien 

amerykański nauczyciel 

background image

znający zeń z obszernych lektur. Dano mu mały pokoik w pewnej odległości od 

wspólnej toalety. Kiedy w 
środku nocy musiał oddać mocz, nie chciało mu się chodzić tak daleko i robił to 

w ogrodzie. Po kilku 
nocach rosi powiedział coś na ten temat, gdy byliśmy we trójkę w ogrodzie:

„Powiedziano mi, że sikasz w tym ogrodzie, czy to prawda?"
„Tak."

.Ogród jest świętym miejscem. Korzystaj z toalety."
112

„Dlaczego ogród jest święty? Czyż Bodhidharma nie powiedział: Tylko bezmierna 
pustka i nic świętego?"

Wtedy rosi uderzył go. „Nie sikaj w ogrodzie, korzystaj z toalety" - powiedział 
mu.

Dlaczego rosi go uderzył? Czyż ten ogród nie był również pustką i niczym 
świętym? Z perspektywy 

absolutnego Umysłu nie ma sacrum ani profanum - to prawda, ale na względnym 
poziomie etyki 

społecznej nie gwałci się zwyczajów i zasad przyzwoitości przez oddawanie moczu 
w klasztornym 

ogrodzie dlatego, że jest się zbyt leniwym, aby pójść do toalety. Wraz z 
uznaniem aspektu absolutnego, 

czyli aspektu równości naszego życia, musi iść rozpoznanie aspektu względności, 
l odwrotnie: 

świadomość względnych różnic musi być zrównoważona przez aspekt równości.
W demokracji takiej jak nasza kładzie się nacisk na równość i ludzie skłonni są 

mówić i myśleć: Jestem 
równie dobry jak inni." W konsekwencji zbyt mało jest szacunku dla różnic. Taki 

pogląd jest jednostronny. 
Dobrze jest oczywiście mówić o równych prawach czy o równości szans, ale 

założenie, że każdy 
przychodzi na świat z taką samą inteligencją, talentem czy siłą woli, ujawnia 

nieznajomość działania 
karmy. Przeprowadzenie podziałów klasowych w szeroko rozwarstwionych 

społeczeństwach jest również 
jednostronne. Buddyzm uczy, że podczas gdy w naszej Istotnej Naturze wszyscy 

jesteśmy równi, to 
zarazem różnimy się od siebie z powodu naszej indywidualnej karmy. Równość i 

zróżnicowanie to dwa 
aspekty jednej Natury Buddy. Czy powiedziałem „jednej"? Odrzuć to i odrzuć 

„Naturę Buddy". Co ci 
pozostało?! (Wyrzuca nagle w górę zaciśniętą pięść).

A jak myślisz, jakie jest znaczenie pytania cesarza: „Kto zatem stoi przede 
mną?" Czy jest on naprawdę 

zaintrygowany? Czy też próbuje tą małą reprymendą uratować choć trochę ze swej 
zranionej dumy? 

Znaczy to w każdym razie: Jak możesz powiedzieć, że nie ma nic świętego, skoro 
ty, mnich, jesteś 

przecież święty?" l wtedy pada zaskakująca odpowiedź Bodhidharmy, jedna z 
najsłynniejszych w zeń: 

„Nie wiem." Pozwólcie, że zapytam: czy Bodhidharma rzeczywiście odpowiada na 
pytanie cesarza, czy 

też unika go? A jeżeli odpowiada na nie, to co chce powiedzieć przez swoje „nie 
wiem"?

Zwykła wiedza powstaje w relacji podmiot - przedmiot. Myślimy o jakiejś rzeczy 
czy sprawie, badamy ją 

analizujemy, po czym w drodze rozumowania dochodzimy do pewnych wniosków na ten 
temat. Taka 

metoda daje jednak ograniczoną wiedzę. Aby cokolwiek zrozumieć w pełni, musisz 
doświadczyć wymiaru, 

w którym rozróżniający intelekt nie zaczaj jeszcze działać. Kto może powiedzieć 
cokolwiek o tej krainie? 

Nie można o niej nauczać ani nawet o niej mówić, można jej jedynie doświadczyć. 

background image

Cokolwiek pojmujesz 

intelektualnie, może być jedynie połową prawdy. To, czego nie wiesz, jest 
prawdziwym rozumieniem.

113

„Święte" i „świeckie" - czyż nie są to tylko arbitralne rozróżnienia 

oddzielające nas od nazwanej rzeczy? 
Prawdziwa świętość - całkowitość - to pustka, bez-rze-czowość, bez-jaźniowość, 

stan, w którym nie jest 
się już dłużej oddzielonym od czegokolwiek. Mój nauczyciel kiedyś powiedział: 

Jeżeli ktoś wydaje się tak 
święty, że nazwałbyś go świętym, to jego rozwój duchowy jest ciągle niepełny. O 

człowieku w pełni 
rozwiniętym duchowo nie można nic powiedzieć. Jest on poza klasyfikacją".

Czy widzicie, jak subtelne jest „nie wiem" Bodhidharmy? Przypuśćmy, że 
powiedziałby on: „Tak, jestem 

świętym człowiekiem." Czyż nie potwierdziłby wówczas rozróżnienia, którego w 
istocie nie ma? l dalej, czy 

taki brak skromności nie stałby w sprzeczności ze świętością? Gdyby natomiast 
oświadczył: „Nie, nie 

jestem świętym człowiekiem", to zaprzeczałby temu, co oczywiste. O cóż chodzi 
Bodhidharmie, gdy mówi: 

„Nie wiem"? Z pewnością wiedział, kiedy było mu zimno czy ciepło, kiedy był 
radosny czy smutny, 

ponieważ nie był niewrażliwy. Przede wszystkim jednak wiedział, że nie ma nic do 
wiedzenia, jako że w 

najgłębszym znaczeniu nie można wiedzieć niczego i ta wiedza jest najwyższą 
mądrością. Gdy umysł jest 

wolny od takich koncepcji jak sacrum i profanum, pustka i pełnia, ja i nie-ja, 
ujawnia się prawda. Oto klucz 

do zrozumienia umysłu drugiej osoby. Taki był stan umysłu Bodhidharmy. Czyż nie 
jest to prawdziwa 

świętość?
No i to „nie wiem"! Opiera się ono każdej próbie intelektualnej klasyfikacji. 

Aby to naprawdę pochwycić, 
musisz odrzucić na bok wszystkie koncepcje i teorie i rzucić się głową w dół w 

głębię umysłu 
Bodhidharmy, gdzie fale „wiem" i „nie wiem" nie mogą cię dosięgnąć.

Wracamy do koanu: „Cesarz nie zrozumiał. Wówczas Bodhidharma przekroczył rzekę i 
dotarł do krainy 

Wei." Tam, w małej górskiej świątyni w północnych Chinach, Bodhidharma 
praktykował zazen przez 

dziewięć lat twarzą ku skalnej ścianie. Właśnie tam miało miejsce dramatyczne 
spotkanie z człowiekiem, 

który później został jego wybitnym uczniem i drugim patriarchą zeń.
Gdy po raz pierwszy przybył on do Bodhidharmy, był powszechnie znanym e-rudytą 

dumnym ze swojej 
wiedzy na temat buddyzmu i z reputacji, jaką mu ona przyniosła. Przedstawiwszy 

się Bodhidharmie 
poprosił ozięble o jego naukę. Ale Bodhidharma wyczuwając jego pychę nie 

powiedział ani słowa, nie 
udzielił mu żadnej wskazówki ani zachęty. Po prostu siedział dalej w zazen 

twarzą do ściany. W końcu 
Bodhidharma, widząc, że uczony stoi po pas w śniegu, zapytał go: „Czego 

szukasz?" „Moim jedynym 
pragnieniem jest, aby Mistrz powodowany swym bezgranicznym współczuciem otworzył 

Bramę Skarbu..." 
- odparł przyszły patriarcha głosem zduszonym przez łzy.

„Aby urzeczywistnić Niezrównaną Dharmę - odparł Bodhidharma - trzeba podjąć 
długotrwały wysiłek w 

praktyce tego, co trudno jest praktykować, i długotrwale znosić to, co trudno 
jest znosić. Czemu miałbyś 

ty, o płytkim sercu i zaro-

background image

114

zumiałym umyśle, błagać mnie o Prawdziwą Drogę, aby cierpieć na próżno takie 
trudy?"

Na te słowa wzburzony erudyta wyciągnął miecz z pochwy, odciął swe lewe ramię u 
łokcia i złożył je przed 

mistrzem. Wtedy dopiero Bodhidharma zgodził się go nauczać. Czy trudno wam w to 
uwierzyć? Czy 

sądzicie, że jest to mit? W porządku, nazwijcie to mitem, ale nie zapominajcie, 
że mit nie jest fałszywą 

historią lecz historią tak głęboką i doniosłą, że nie można zawrzeć jej tylko w 
faktach. Jakże mógłbyś bez 

poświęcenia, bez odcięcia egoistycznych myśli i kalających namiętności (co 
symbolizowane jest przez 

odcięcie ramienia) osiągnąć to, co ostateczne - oświecenie?
Następne wiersze koanu brzmią: „Później cesarz przedstawił tę sprawę księciu 

Czi, a ów zapytał: 'Czy 
Wasza Cesarska Mość wie, kim jest ten człowiek?' Cesarz odrzekł: 'Nie wiem."1 

Powiedz mi, czy „nie 
wiem" cesarza jest takie samo, jak „nie wiem" Bodhidharmy? Jeżeli nie, to jaka 

jest między nimi różnica?
„Książę powiedział: 'On jest Bodhisattwą Współczucia, przynoszącym do naszego 

kraju pieczęć Umysłu 
Buddy.'" W ikonografii Bodhisattwę Współczucia przedstawia się z niezliczoną 

liczbą rąk.
Pieczęć Umysłu Buddy to przekaz Dharmy od mistrza do ucznia, czyli autentyczny 

buddyzm przekazany 
od samego Buddy.

A teraz końcowe wiersze koanu: „Cesarz żałował tego, co się stało, i chciał 
wysłać emisariusza, aby 

zaprosił Bodhidharmę jeszcze raz. Wtedy książę powiedział: 'Wysłanie emisariusza 
na nic się nie zda, 

Wasza Cesarska Mość. Nawet gdyby wszyscy ludzie tego kraju udali się za nim, i 
tak nigdy by nie 

powrócił.'"
A dlaczego? Ponieważ Bodhidharma wiedział, że ludzie południowych Chin nie byli 

jeszcze gotowi do 
przyjęcia żywego zeń. To jeden rodzaj odpowiedzi. Jest jednak jeszcze głębszy. 

Nie wróciłby dlatego, że 
nigdy nie odszedł, a dlaczego nigdy nie odszedł? Bo nigdy nie przyszedł!

Czy widzisz bezgraniczne współczucie Bodhidharmy? Jeśli nie, to musisz uchwycić 
ducha jego 

niebezpiecznej podróży z Indii do Chin - którą odbył w wieku, w jakim większość 
ludzi od dawna leży w 

grobie - a także głębokie religijne znaczenie jego spotkania z cesarzem oraz 
żywotne dla nas wszystkich 

znaczenie jego dziewięciu lat zazen twarzą ku ścianie. Twarzą ku sobie.
3. MOWA ZACHĘCAJĄCA (SZÓSTY DZIEŃ).

Na tym etapie sesin często na dokusan słyszy się, jak ludzie mówią; „Cokolwiek 
bym nie robił, po prostu 

nie mogę się przebić przez pewien punkt. Moja koncentracja jest mocna, ale czuję 
się tak, jakbym stanął 

naprzeciw ściany z żelaza. Ze wszystkich sił próbuję się przez nią przebić, ale 
nic się nie zmienia

115

i w rezultacie czuję się napięty i wyczerpany. Co jeszcze mogę zrobić?" Ci 

ludzie pracują mocno, ale 
jakoś nigdy nie udaje im się pójść na całość. Działają według szablonu 

powtarzającego się na 
poprzednich sesin: „Zawsze biegnę, ale nigdy nie zwyciężam".

Jak temu zaradzić ? Są oni w takiej sytuacji, jakby zbudowali okop prowadzący 

background image

donikąd i nie mogli się z 

niego ruszyć ani w lewo, ani w prawo. Jeżeli jesteś jednym z tych, którzy na 
kolejnym sesin dochodzą do 

tego impasu, to uświadom sobie, że koniecznie musisz wydostać się z tej koleiny 
i znaleźć nowy tor. Na 

przykład, jeżeli przyzwyczaiłeś się odpoczywać rano podczas przerwy po pracy, to 
postanów, że zamiast 

tego będziesz siedzieć. Albo też jeśli zawsze jadasz na sesin trzy posiłki 
dziennie, to spróbuj czasem 

jeden opuścić i wykorzystać ten czas na siedzenie. Jeśli nigdy nie siedziałeś w 
nocy dłużej niż godzinę 

czy dwie po zakończeniu formalnego zazen, to postanów siedzieć przynajmniej do 
północy i nie pozwalaj 

sobie na senność. Jeżeli w nocy zazwyczaj siedzisz w zendo, to wyjdź z poduszką 
na dwór, albo 

odwrotnie.
Niedawno na sesin pewna osoba doszła do kensio, gdy po wielu sesin, na których 

miała zwyczaj siedzieć 
do późna w nocy, a wstawać rano na dźwięk budzącego dzwonka, postanowiła w końcu 

kłaść się 
wcześniej i wstawać w środku nocy, żeby siedzieć. Bez względu na to, w jaki 

sposób uda ci się przełamać 
dawny szablon działania, gdy raz to uczynisz, popłynie w tobie nowa energia i 

przekonasz się, że robisz 
to, czego nie byłeś w stanie zrobić na poprzednich zazen. Trzeba jednak powziąć 

postanowienie, po 
którym musi nastąpić ofiarny i energiczny wysiłek. Słyszeliście, jak wcześniej 

mówiłem: dla słabej osoby 
ściana jest skałą nie do przebycia, dla mocnej jest czymś, na co należy się 

wdrapać, aby pójść dalej. 
Zapytajcie siebie - czy słabej osobie wystarczyłby taki krótki sen, jaki wam 

wystarcza? Czy słaba osoba 
mogłaby przychodzić codziennie do rosiego na dokusan tak wojowniczo nastawiona 

jak wy?
Trzeba zwrócić szczególną uwagę na pewien zdradziecki szablon działania, które 

można nazwać 
świadomą rezygnacją. Ci z was, którzy padają jej ofiarą wiedzą, że przychodzi na 

każdym sesin taki 
moment, gdy w umyśle zaczyna królować poczucie, że to się nigdy nie uda. „Tyle 

rzeczy mi się nie udało - 
zaczynasz, sobie mówić - i nic nie wskazuje na to, aby z kensio miało być 

inaczej. Po co więc się wysilać? 
Tu znowu mamy do czynienia z subtelną pracą ego, które rzuci nam każdą kłodę pod 

nogi, aby się 
ochronić. Różnie można racjonalizować taką defetystyczną postawę. „Po prostu nie 

warto - no i co z tego, 
że dojdę do kensio?" Albo też, jeżeli bardzo bolą cię nogi, mówisz sobie: „Jeśli 

będę dalej siedział, to 
mogę uszkodzić sobie nogi. Najlepiej, żebym zaraz to przerwał." Najczęściej w 

życiu takiego człowieka 
znajdujemy ten sam szablon, według którego startuje on z kopyta w jakimś 

kierunku, osiąga pewien 
poziom, a potem włącza się to, co nazwaliśmy świadomą rezygnacją zaczynają 

działać racjonalizacje
116

i przedsięwzięcie kończy się niepowodzeniem. Jest to właściwie wycofanie się, 
niechęć do przyjęcia 

odpowiedzialności, jaką - jak to sobie wyobrażamy - przyniesie sukces. Jeśli 
nazwiesz siebie 

nieudacznikiem, to możesz się od razu wycofać i nie podejmować ani próby 
przebudzenia twojego 

Prawdziwego Umysłu, ani jakiegokolwiek innego wyzwania.

background image

Ci z was, którzy postępują tak w życiu, mają na tym sesin świetną sposobność 

wykorzenienia tego raz na 
zawsze, gdyż teraz każdy może czerpać ze zjednoczonej duchowej energii 

pięćdziesięciu czterech innych 
osób pracujących dzień i noc. l nie będzie ku temu lepszej okazji niż teraz, gdy 

wspólna moc sa-madhi 
gromadziła się ponad pięć dni. Teraz nadszedł czas, aby spróbować czegoś nowego, 

obudzić w sobie 
nową energię, złamać kark swym starym nawykom. Mistrz zeń Bassui powiada: Jeśli 

ostatnim gramem 
energii uderzysz w punkt, w którym została zablokowana ścieżka twych myśli; 

jeżeli następnie wydostając 
się z tego ślepego zaułka skoczysz wprost przed siebie z rękami u-niesionymi w 

powietrze; jeżeli 
skoczysz w potężną otchłań ognia, to jest w bezustannie palący się płomień 

twojej własnej, pierwotnej 
natury - to zginie cała świadomość ego, razem z korzeniami ego zginą wszystkie 

zwodnicze uczucia i 
myśli, a pojawi się prawdziwe źródło twojej Własnej Natury." To znaczy, że 

musisz stać się całkowicie 
nagi, musisz porzucić wszystko. Zrób to, a wszystko będzie twoje - Ty będziesz 

wszystkim!
KOMENTARZ DO CZŁOWIEKA NA DRZEWIE - PIĄTEGO PRZYPADKU Z BEZBRAMNEJ ZAPORY 

MUMONA (SZÓSTY DZIEŃ).
PRZYPADEK: Kiogen powiedział: „To (tzn. zeń) jest jak człowiek na wysokim 

drzewie trzymający się 
gałęzi zębami. Dłońmi nie może uchwycić gałęzi, stopami nie ma się na czym 

oprzeć. Pod drzewem stoi 
drugi człowiek i pyta go o znaczenie przybycia Bodhidharmy z Zachodu. Jeżeli ten 

na drzewie nie 
odpowie, to zawiedzie pytającego. Jeżeli odpowie - straci życie. Co powinien 

uczynić?"
KOMENTARZ MUMONA: Chciaż twoje słowa płyną jak rzeka, nie ma z nich pożytku. 

Nawet jeśli umiesz 
wyjaśnić znaczenie wszystkich buddyjskich sutr, to również nie zda się na nic. 

Jeśli potrafisz rozstrzygnąć 
właściwie ten problem, to możesz zabijać żywych i wskrzeszać umarłych. Ale jeśli 

nie potrafisz, to 
będziesz musiał spytać o to Majtreję, kiedy przyjdzie.

WIERSZ MUMONA:
Kiogen doprawdy bredzi

i bez końca rozsiewa truciznę.
117

Zatyka usta mnichom,
a gdy się wiją w udręce,

przeszywa ich czarnym, diabelskim spojrzeniem.
Nie wyobrażaj sobie tylko, że koan ten jest jedynie kłopotliwym pytaniem, które 

nie ma nic wspólnego z 
realiami twego życia. Wręcz przeciwnie, ma on u-kazać, że twój cudowny Umysł, 

jeżeli tylko nie będziesz 
więzić go różnymi wymyślnymi koncepcjami, może sprostać wymogom każdej sytuacji.

Kiogen żył u schyłku panowania dynastii T'ang. Znał dobrze sutry, a poza tym był 
bystry i szczególnie 

uzdolniony do pracy analitycznej. Pewnego dnia jego nauczyciel Isan zwrócił się 
do niego tak: „Jesteś 

człowiekiem przenikliwym, o wysokiej inteligencji i rozległym wykształceniu. 
Sprawa narodzin i śmierci jest 

najważniejsza ze wszystkich. Nie mów mi tego, czego się nauczyłeś czytając 
sutry, ale daj mi to 

zasadnicze słowo o twej Jaźni, która była, zanim ujrzałeś światło dzienne, zanim 
odróżniłeś wschód od 

zachodu." Oszołomiony Kiogen nie był w stanie wykrztusić ani słowa.

background image

Po powrocie do swego pokoju, porwany przez to pytanie, gorączkowo szukał na nie 

odpowiedzi we 
wszystkich swych książkach, ale wszelkie jego odpowiedzi Isan bezceremonialnie 

odrzucał. W końcu 
wyczerpawszy swe intelektualne możliwości Kiogen zaczaj błagać mistrza o jakaś 

wskazówkę. Mimo tych 
próśb mistrz obstawał przy swoim. „Nawet gdybym ci to jasno przedstawił, byłoby 

to moje doświadczenie, 
a nie twoje."

Zrozpaczony Kiogen spalił wszystkie swoje książki i notatki mówiąc: „Rysunek 
ciastka nie zaspokaja 

głodu". Ślubując, że porzuci swe buddyjskie studia, Kiogen ze łzami w oczach 
opuścił klasztor Isana i 

został wędrownym mnichem. Doszedł w końcu do zrujnowanej świątyni dawno zmarłego 
mnicha zeń, 

gdzie osiadł z zamiarem sprawowania opieki nad jego grobem. Bez wątpienia tym, 
co go tam zatrzymało, 

była atmosfera i wibracje świątyni, które podtrzymywały w nim pragnienie 
rozstrzygnięcia dręczącego go 

pytania i osiągnięcia wyzwolenia.
Pewnego dnia, zamiatając podwórze, Kiogen odrzucił na bok kawałek pękniętej 

dachówki, która głośno 
uderzyła w pień rosnącego obok bambusowego drzewa. Pod wpływem tego 

niespodziewanego dźwięku 
przebudził się nagle ku swej Prawdziwej Jaźni i wybuchnął śmiechem. Ułożył 

wówczas następujący 
wiersz:

Dźwięk uderzenia -
i zapomniałem wszystko, co wiedziałem.

Wszedł do chaty, wykąpał się, zapalił kadzidło i złożył pokłony w kierunku 
świątyni Isana mówiąc: .O, 

Czcigodny Mistrzu, jak wielkie jest twoje wspótezu-
118

cię! Jestem ci wdzięczny bardziej niż moim rodzicom. Gdybyś ujawnił mi tę 
tajemnicę, gdy o nią pytałem, 

jak mógłbym doświadczyć tej wielkiej radości?"
Mój pierwszy nauczyciel, który sam był profesorem uniwersytetu przez wiele lat, 

mawiał, że uczonym i 
intelektualistom żonglującym ciągle ideami trudniej jest osiągnąć oświecenie niż 

tym, którzy są nimi mniej 
obciążeni. Mówił również, że kobiety zazwyczaj dochodzą do oświecenia szybciej 

niż mężczyźni, 
ponieważ ich umysły nie są w tym stopniu zajęte pojęciami jak u mężczyzn. A 

potem dodawał: Jeśli 
jednak osoba o wysoce intelektualnym nastawieniu przebije się, to zazwyczaj jest 

to naprawdę gruntowny 
przełom". Chodzi o to, że oświecony U-mysł jest wspólny wszystkim ludziom, że 

każdy posiada zdolność 
przebudzenia się ku niemu. Chociaż ten Umysł Mądrości masz bliżej niż własny 

nos, nie możesz 
przywieść go do świadomości bez szukania i zmagania się. Gdy dachówka uderzyła w 

bambus, umysł 
Kiogena był już dostatecznie dojrzały na skutek uporczywych poszukiwań, a dźwięk 

jedynie przyspieszył 
przebudzenie. Był jak iskra padająca na hubę jego wyschniętych koncepcji i 

opinii, unicestwiając je w 
płomieniach samourzeczywistnienia.

Powróćmy do przypadku: „...Pod drzewem stoi człowiek i pyta go: 'Jakie jest 
znaczenie przybycia 

Bodhidharmy z Zachodu?'" - to jest z Indii do Chin. Wśród mistrzów panuje 
powszechna zgoda, że pytanie 

to znaczy: Jaka jest najwyższa prawda zeń?"

background image

Najwyższa prawda nie jest żadnym wzniosłym ideałem ani systemem etycznym. Nie są 

nią również słowa 
poety: „Piękno jest prawdą prawda jest pięknem." Gdy zapytano mistrza zeń 

Dogena: Jaką prawdę 
znalazłeś w Chinach po trzech lat duchowego treningu?" - odparł: „Mój nos jest 

pionowy, a oczy poziome." 
Inny mistrz, którego zapytano o prawdę zeń, odpowiedział: „Przepraszam, muszę 

zrobić siusiu. Pomyśleć, 
że nawet taką drobnostkę muszę załatwić osobiście." Jeszcze inny odparł: „Gdy 

jestem głodny, po prostu 
jem, gdy jestem zmęczony, po prostu śpię."

A jeżeli jesteś na drzewie i zwisasz z niego trzymając się tylko zębami, a ktoś 
stojący poniżej szczerze 

poprosi cię o prawdę, to jak mu odpowiesz? Co za dylemat! Patrzcie na tego na 
drzewie, widać jego 

obnażone zęby, próbuje się utrzymać! A jednak... a może on jakoś odpowiada na to 
doniosłe pytanie? 

Jeśli tak, to w jaki sposób? Problem postawiony przez ten koan jest próbą twego 
zeń: jak w każdej chwili, 

we wszelkich okolicznościach odpowiadać w pełni na wymogi życia?
Bez przebudzenia większość ludzi wisi na drzewie trzymając się go zębami. Nie 

żyją- wegetują Dyndają, 
zamiast się rozwijać. Ciągle otwierają usta, aby tłumaczyć czy narzekać i 

wpadają w bolesny świat lęku i 
podejrzliwości, samotności i rozpaczy.

119

W naszym życiu zawsze jest jakiś „człowiek pod drzewem", który zadaje kłopotliwe 

pytania: czy jesteś 
prawdziwie kochającym mężem lub żoną, ojcem, matką lub dzieckiem? Czy 

zachowujesz się jak 
odpowiedzialny przedstawiciel rasy ludzkiej?

Czy mamy milczeć i nie odpowiadać na te pytania? To nie mowa ani milczenie, lecz 
stojąca za nimi głębia 

rozumienia i wyzbycie się ego są ważne. Kiedy ktoś cię poniża, czy prowokujesz 
siebie i jego do gniewu, 

skacząc mu do oczu i odpłacając pięknym za nadobne, czy też zachowujesz pokorne 
milczenie? Gdy 

widzisz, jak królują zło i przemoc, to milczysz czy zabierasz głos, czy może 
działasz, aby im zapobiegać? 

Milczenie może być złotem, ale jak ktoś zauważył, może być też tylko żółte ze 
strachu.

Gdy Kiogen przedstawił ten koan swym mnichom, jeden z jego starszych uczniów 
wstał i powiedział: „Nie 

chodzi o tego człowieka, gdy wisiał na drzewie, ale o to, jak odpowiedziałby na 
pytanie po upadku z 

niego." Kiogen roześmiał się serdecznie. Czy widzicie dlaczego? Gdzie była twoja 
Natura Buddy, zanim 

się u-rodziłeś, i gdzie będzie po śmierci ? Czy może być różnica przed i po?
A co ty byś powiedział, gdyby nagle ciebie zapylać o najgłębszą prawdę twego 

życia? Czy 
odpowiedziałbyś filozoficznym wywodem? Poetyckim cytatem? Milczeniem? Czy też 

trzasnąłbyś pięścią w 
stół? Jeśli nie wiesz, co przy tym robisz, to jest to tylko aktorstwo. Nie bądź 

szpanerem zeń! Abyś dał 
prawdziwą odpowiedź zeń, twój umysł musi być opróżniony z wszelkiego rodzaju 

wyobrażeń -z 
egocentrycznych myśli, opinii, ideałów i tym podobnych.

Brzmi to dosyć ponuro, nieprawdaż? Czemu nie mieć żadnych opinii? Czyż nie są 
one jak strawa i napój 

dla dobrze poinformowanego człowieka? Tak, ale są również dybami, w których się 
on zamyka. Czy 

pragniesz być wolny, aby dokonywać różnych cudownych odkryć? Jeśli tak, to 

background image

unikaj opinii. Co się tyczy 

ideałów, bądź prawdziwym człowiekiem, a nie idealnym. Przeżywaj życie, nie 
spędzaj go na osądzaniu 

czy tłumaczeniu. Przestań myśleć i gadać, zacznij odczuwać i działać.
Może niektórzy z was widzieli kiedyś dowcip rysunkowy ukazujący, jak para 

małżeńska w podeszłym 
wieku spędza spokojny wieczór w domu. Ona siedzi po jednej stronie pokoju i robi 

na drutach, a on czyta 
gazetę po drugiej stronie. Nie podnosząc głowy żona zapytuje: „Czy kochasz mnie, 

najdroższy?" Mąż ze 
wzrokiem nadal utkwionym w gazecie mamrocze: „ Oczywiście, kochanie." W dolnym 

rogu rysunku siedzi 
pies i gapi się na męża, jakby chciał powiedzieć: „Na litość boską, co tam 

słowa, pokaż jej to."
Ludzie - to wielcy poszukiwacze, wielcy specjaliści od pytań. Ciągle pytają: 

.Jakie jest znaczenie życia? 
Czym jest prawda? Ale powiedz mi szybko - jakie jest znaczenie tego, że świeci 

słońce? Jakie ma 
znaczenie deszcz czy grzmot?

120

Jakie jest znaczenie tego, że wiewiórka ma ogon puszysty, a mysz goły? Jakie 

jest znaczenie przybycia 
Bodhidharmy z Zachodu?

Jest taka anegdota o słynnym pianiście, który zagrał kiedyś na prywatnym 
przyjęciu nowoczesny 

nieharmoniczny utwór. Gdy skończył, podeszła do niego • jakaś starsza osoba i 
spytała: „Zupełnie nie 

rozumiem tego utworu. Co on oznacza?" Pianista bez słowa zagrał go jeszcze raz. 
l zwracając się do tej 

osoby powiedział: „Oto, co on oznacza!"
W pierwszych dwóch wierszach komentarza Mumon powiada: „Chociaż twoje słowa 

płyną jak rzeka, nie 
ma z nich pożytku. Nawet jeśli umiesz wyjaśnić znaczenie wszystkich buddyjskich 

sutr, to również nie zda 
się na nic."

W swoich Strofach wiary w l/mys/Trzeci Patriarcha śpiewa:
A kiedy wiara i Umysł są jednym, słowa i myśli tego nie obejmą Nie ma tu ani 

wczoraj, ani jutra, ani dziś.
Sutry to złożone do grobu słowa Buddy. Wskazują na prawdę, ale nie wolno ich z 

nią pomylić. Zeń nie 
odmawia wartości sutrom; ostrzega tylko, że są one zaledwie palcem wskazującym 

na księżyc, a nie 
samym księżycem (Umysłem). Dlatego właśnie spośród wszystkich buddyjskich szkół 

tylko zeń nie opiera 
się na żadnej sutrze. Umysł jest istotą zeń, a sutry - umysłem Buddy. Gdyby żył 

dzisiaj, czy wypowiadałby 
te same słowa, które są zapisane w sutrach?

Prawda to coś więcej niż wszystko, cokolwiek można by o niej powiedzieć. Słowa 
wyjaśnień są martwe, 

pozbawione sHy inspirowania. Wyjaśnienia i opisy są tylko małymi dziurkami, 
przez które można spojrzeć 

na bezgraniczny wszechświat. Mistrz zeń Hakuin powiedział: „Miara słów podobna 
jest gromom i 

oceanom - nic, tylko przepływające złudzenia."
Mumon kontynuuje: Jeżeli potrafisz rozstrzygnąć właściwie ten problem, to możesz 

zabijać żywych i 
wskrzeszać zmarłych". Kim są żyjący, którzy muszą zostać zabici? Jest nimi 

szaleńczo aktywne ego tych, 
którzy wiodą rozbiegane, rozkojarzone i pełne pośpiechu życie, kręcąc się w 

kółko jak łyżeczki w filiżance 
herbaty, bezustannie spierając się i mnożąc pojęcia. Z zewnątrz może się 

wydawać, że są wypełnieni po 

background image

brzegi energią i szczytnymi zamierzeniami, ale wewnątrz są pełni zamętu, zżerani 

lękiem i popędami. Gdy 
raz zabiją rakowatą narośl ego - produkt niewiedzy i lęku - i przywiodą do 

świadomości swój nieskalany 
Umysł, doświadczą cudownego nowego życia. To jest cud przebudzenia. To jest 

wyzwolenie.
121

Wracamy do komentarza: „Ale jeżeli nie potrafisz odpowiedzieć, to będziesz 
musiał spytać Majtreję, kiedy 

przyjdzie". Majtreja to bodhisattwa, który stanie się buddą następnego cyklu 
świata, tak jak Siakjamuni 

jest buddą obecnego. Powiada się, że Majtreja pojawi się 5 670 000 000 lat 8 po 
śmierci Siakjamuniego. 

Oświadczenie Mumona nie jest wcale sarkastyczne. Po prostu ostrzega cię on we 
właściwy sobie 

niepowtarzalny sposób, że jeżeli nie uczynisz najwyższego wysiłku, aby się 
przebudzić, to bardzo długo 

będziesz musiał znosić masę bólu.
A oto wiersz Mumona:

Kiogen doprawdy bredzi
i bez końca rozsiewa truciznę.

Zatyka usta mnichom,
a gdy się wiją w udręce,

przeszywa ich czarnym, diabelskim spojrzeniem.
„Bredzenie" odnosi się do dylematu stawianego przez mistrza. Trucizna jest 

antidotum na panującą wśród 
mnichów chorobę trucia się słowami i pojęciami. Stosowana przez Mumona pochwała 

przez przyganę jest 
charakterystyczna dla zeń. Mistrzowie czują niechęć do tego, co moi nauczyciele 

nazywali „wyrażeniami 
pudru i szminki", do przesłodzonych zwrotów prowadzących do diabelskich 

przywiązań. Jeśli mielibyśmy 
stale nazywać nasz Prawdziwy Umysł „Klejnotem Wolnej Woli", czynić z Buddy idola 

- „Zbawcę Świata" 
czy też wysławiać pod niebiosa „Wielebnego Założyciela" - profanowalibyśmy nasze 

umysły. Byłoby to 
podobne do złocenia lilii. Gdzie indziej Mumon powiada o Bodhidharmie: „Stary 

cudzoziemiec o 
połamanych zębach, który w poczuciu własnej ważności przebył sto tysięcy mil. 

Miał tylko jednego ucznia, 
do tego kalekę.9 No, no!" Gdzie poza zeń znajdziecie tak pełne szacunku 

nieposzanowanie i tak nie 
szanujący szacunek? Mumon w istocie wychwala Kiogena za jego współczucie, 

mądrość i odwagę, jaką 
okazywał w pełnym dramatyzmu wytracaniu uczniom podpórek ego: werbalizacji, 

rozróżnień, trzymania 
się nazw, form i pojęć.

A potem Kiogen, głęboko zatroskany o uczniów, „przeszywa ich czarnym, diabelskim 
spojrzeniem", 

czekając aż pojawią się oznaki wskazujące na przebudzone rozumienie.
4. MOWA ZACHĘCAJĄCA (SIÓDMY DZIEŃ).

Do końca tego sesin zostało jakieś sześć godzin. Słysząc to, niektórzy z was 
doznają ulgi. Może mówicie 

sobie, że po włożeniu w sesin takiego wysiłku nie
122

trzeba już nic więcej robić, że wystarczy tylko dryfować ku zakończeniu. Może 
się też okazać, że myślicie 

o tym, co będziecie robić po sesin.
Takie spisanie sesin na straty byłoby doprawdy ironią losu, ponieważ największa 

szansa całego sesin leży 

background image

w tych ostatnich godzinach. Dlaczego tak jest? Dlatego, że właśnie ostatnie pół 

dnia stanowi ekstrakt 
sześciu i pół dnia bezustannego wysiłku. Cała dotychczasowa praca wysostrzyła 

umysł na kształt brzytwy. 
Jeśli nawet uświadamiacie sobie, że pojawiają się rozpraszające myśli, to są to 

teraz tylko drobne fale na 
powierzchni oceanu. Nie ma tu nikogo, kto nie przekształciłby swojego umysłu w 

pocie i łzach tego sesin i 
nie osiągnął stanu o wiele większej czystości niż tydzień temu. A ponowne 

wzbudzenie energii sa-madhi i 
osiągnięcie tego samego stanu czystości wymagałoby teraz w tym zen-do kolejnych 

sześciu i pół dnia 
sesin i pracy od samego początku. Ci z was, którzy nie spali ostatniej nocy, 

mogą nie czuć w tej chwili tej 
energii i jasności. A jednak ona tu jest i jeżeli nie ustaniesz w wysiłkach, 

nagle znów stanie się dla ciebie 
dostępna. Pamiętaj również, że gdy jesteś zmęczony, to ego też jest zmęczone. 

Znaczy to, że zmęczenie 
może stać się twoim sprzymierzeńcem, jeśli mu się nie poddasz. Jeśli poczujesz 

się ogromnie 
wyczerpany, to zdrzemnij się chwilę w następnej przerwie. Jeśli praktykowałeś 

zazen przez całą noc, to 
piętnaście do trzydziestu minut wypoczynku powinno ci wystarczyć do 

zregenerowania się. Potem 
możesz korzystać z energii samadhi, a gdy niemyślnie zagłębisz się w swoim 

koanie, odpowiedź nagle 
ujawni się przed tobą.

Przede wszystkim pamiętaj, że na tym etapie sesin przebudzenie może nastąpić w 
każdej chwili. Nie 

myśl, że przepadło sześć i pół dnia. Tak nie jest. Te dni tu są skupione w tych 
ostatnich godzinach. Bez 

względu na to, jaki, jak sądzisz, jest twój stan umysłu, może on w jednej chwili 
ulec gwałtownej zmianie. 

Dzięki mocy samadhi, która narosła w zendo, każdy z was może jednym potężnym 
pchnięciem sprawić, 

że jego umysł stanie się nagle pusty jak czysta kartka papieru. A przy tym 
stanie umysłu wystarczy tylko 

jeden właściwy dźwięk, słowo czy dotknięcie, aby spowodować przebudzenie. Są 
tacy członkowie 

ośrodka, którzy przebili się przez swój koan w ciągu ostatnich dziesięciu minut 
sesin, a niektórzy nawet po 

jego zakończeniu. Pewien Japończyk, który razem ze mną brał udział w sesin, 
wracał potem 

samochodem do domu i miał przejechać przez tor kolejowy, którym właśnie 
nadjeżdżał pociąg. Gdy 

pociąg zagwizdał, człowiek ten doszedł do przebudzenia. Jednakże nikt nie jest w 
stanie przewidzieć 

kensio. Dopóki spodziewasz się, że coś takiego nastąpi, dopóty możesz być 
pewien, że nic się nie zdarzy.

Należy unikać myślenia o końcu sesin nie tylko ze względu na swe własne dobro. 
Tak naprawdę każdy, 

kto ustaje w tych krytycznych chwilach, podkopuje też wysiłki pozostałych. 
Teraz, gdy pogłębiła się wasza 

wrażliwość, a sesin zjednoczyło wasze umysły, wszelkie niekontrolowane czy 
negatywne myśli choćby

123

tylko jednej osoby będą z pewnością bardziej niż na początku odczuwalne dla 

innych, l przeciwnie - jeśli 
będziesz się nadal wysilał, pociągniesz za sobą innych. Dlatego odpowiedzialność 

za całe sesin 
spoczywa na barkach każdego z was.

Jest tu co najmniej pół tuzina osób, o których można naprawdę powiedzieć: 

background image

Jeszcze tylko jeden krok!" 

Niektórzy z was byli już kiedyś tak blisko, a po sesin żałowali, że nie 
pracowali choć odrobinę mocniej. 

Dostojewski napisał w liście do swojego brata: „Wiedzieć, że jeden tylko wysiłek 
woli wystarczyłby, aby 

zniszczyć to wszystko, a jednak żyć dalej jak ostatnie i najpośledniejsze ze 
wszystkich stworzeń - jakież to 

straszne!" Wiedzieć po sesin, że tylko jeden krok wystarczyłby do przejścia 
przez koan - któż chciałby 

wyjść z tego sesin z taką myślą?
KOMENTARZ DO KOANU NIE MYŚL O DOBRU ANI O ZŁU -DWUDZIESTEGO TRZECIEGO 

PRZYPADKU Z BEZBRAMNEJ ZAPORY MUMONA (SIÓDMY DZIEŃ)
PRZYPADEK: Szósty Patriarcha był ścigany przez mnicha, aż dotarli do gór. Na 

widok zbliżającego się 
mnicha Patriarcha położył szatę i miskę na skale i rzekł: „Szata i miska 

symbolizują wiarę; czy mamy o nie 
walczyć? Pozwalam ci je zabrać." Mnich próbował je podnieść, ale były 

nieporuszone jak góra. Wówczas 
wahając się i drżąc powiedział: „Przyszedłem po dharmę, nie po szatę. Błagam 

cię, poucz swego sługę!" 
Szósty Patriarcha odpait „Gdy mnie ścigałeś i nie myślałeś o dobru ani o złu, 

lecz tylko o zdobyciu skarbu, 
gdzie była twoja Pierwotna Jaźń?" Słysząc to mnich natychmiast doznał 

oświecenia. Całe jego ciało 
pokryło się potem. Zalewając się łzami oddał cześć i zapytał: „Czy poza 

tajemnymi słowami i znaczeniami 
jest jeszcze coś głębiej?" Patriarcha odparł: „To, co ci właśnie powiedziałem, 

nie jest żadną tajemnicą. 
Urzeczywistniłeś swoją Prawdziwą Jaźń, a to, co tajemne, jest w tobie samym." 

Mnich powiedział: „Gdy 
wraz z innymi mnichami praktykowałem u Piątego Patriarchy, nie przebudziłem się 

ku mej Pierwotnej 
Jaźni. Dzięki twojemu pouczeniu, które trafiło w sedno, jestem jak ktoś, kto 

napił się wody i sam 
doświadczył, czy jest zimna czy ciepła. Ty jesteś moim mistrzem!" Szósty 

Patriarcha rzekł: „Mamy tego 
samego nauczyciela; trzymaj się mocno tego, czego się od niego nauczyłeś."

KOMENTARZ MUMONA: Niewątpliwie Szósty Patriarcha dokonał w krytycznej chwili 
czegoś niezwykłego. 

Jest dobry jak babcia. To tak, jakby obrał ze skóry świeży owoc liczi, usunął 
pestkę, a potem włożył ci go 

do ust. Masz go tylko połknąć.
124

WIERSZMUMONA:
Opisujesz na próżno, obrazujesz daremnie,

nigdy ci się nie uda wysławić tego w pełni.
Nie szukaj po omacku, nie kręć i nie kombinuj.

Nie sposób skryć gdziekolwiek Prawdziwego Siebie.
Gdy wszechświat zginie, „to" przetrwa, niezniszczalne.

Szósty Patriarcha jest jednym z najwybitniejszych mistrzów w historii zeń. 
Niemal w pojedynkę zerwał z 

buddyzmu jego indyjską otoczkę, na którą składała się aura czegoś nieziemskiego 
oraz kładzenie nacisku 

na czytanie sutr i studia doktrynalne. Aż do jego czasów były to 
charakterystyczne elementy buddyzmu w 

Chinach. Szósty Patriarcha położył w ten sposób fundamenty pod to, co teraz 
znamy jako buddyzm zeń. 

Zdarzenie opisane w tym koanie znaleźć można w Sutrze Podwyższenia, która jest 
zapisem jego życia i 

nauk. Ta sutra jest jedną z dwóch tylko sutr buddyjskich, które nie obracają się 
wokół życia i słów Buddy. 

Szósty Patriarcha urodził się w roku 638, ukształtowała go zatem epoka Tang 

background image

-złoty wiek zeń w Chinach. 

Przekazy mówią, że w dzieciństwie stracił ojca i wychowywała go matka. Żyli w 
skrajnej biedzie. Ponieważ 

bardzo wcześnie musiał zarabiać na życie i utrzymywać matkę, nie mógł chodzić do 
szkoły i nigdy nie 

nauczył się pisać ani czytać. Niejeden uważałby takie ubóstwo i ciągłą walkę o 
byt za tragedię, lecz 

właśnie to nauczyło chłopca zwracania się do wewnątrz i polegania na sobie, co 
potem niewątpliwie 

przyśpieszyło jego oświecenie. Miało ono miejsce w wyjątkowych w historii zeń 
okolicznościach.

Pewnego dnia jakiś klient kupił od późniejszego Patriarchy nieco drewna na opał 
i poprosił, aby je odnieść 

do jego sklepu. Gdy chłopiec dostarczył mu drewno i zamierzał wyjść, usłyszał 
mnicha śpiewającego 

przed sklepem sutrę. Na dźwięk słów, jakie śpiewał mnich, chłopiec, który miał 
wówczas siedemnaście lub 

osiemnaście lat i o ile wiadomo, nigdy nie siedział w zazen, nagle przebudził 
się.

Zapytał wtedy mnicha, co takiego śpiewał, i dowiedział się, że była to Sutra 
Diamentowa.

Niektórzy z was mogą w tym miejscu się zadziwić: „Jeśli można osiągnąć 
oświecenie bez wielkiego 

wysiłku, to dlaczego muszę znosić niewygody sesin?" Jeśli tak właśnie myślicie, 
to mogę was zrozumieć. 

Dawno temu, gdy moi japońscy przyjaciele z Kioto wywierali na mnie presję, abym 
porzucił surowy rygor 

klasztoru zeń, postawiłem to samo pytanie memu nauczycielowi, l oto, co mi 
powiedział: „Niezmiernie 

rzadko można spotkać kogoś, kto ma tak czysty umysł, że może osiągnąć oświecenie 
bez zazen. Szósty 

Patriarcha był takim właśnie człowiekiem. Bez wątpienia w poprzednim żywocie 
uprawiał duchowe 

ćwiczenia tak żarliwie, że gdy narodził się w tym istnieniu, jego umysł był 
wyjątkowo czysty.

125

Fakt ten, jak również wczesna utrata ojca i konieczność utrzymywania matki, 

skłoniły go do intensywnego 
zapytywania o znaczenie narodzin i śmierci i sprowadziły jego przebudzenie w 

taki właśnie sposób. 
Większości ludzi brakuje jego czystości umysłu i dlatego muszą niezmordowanie 

ćwiczyć zazen, aby w 
pełni otworzyć oko umysłu".

Wracając do historii Szóstego Patriarchy: od śpiewającego sutrę mnicha 
dowiedział się on o Piątym 

Patriarsze, który nauczał na odległej górze. Po trzydziestu dniach ciężkiej 
podróży młodzieniec dotarł do 

górskiej świątyni Piątego Patriarchy. Patriarcha ujrzawszy go zapytał: „Skąd 
przychodzisz i czego 

chcesz?" Takie pytanie jest jak kij włożony do wody, który pozwala zbadać jej 
głębokość. Przyszły Szósty 

Patriarcha odparł; „Pochodzę z gminu, z południa, i przyszedłem z daleka złożyć 
czcigodnemu mistrzowi 

hołd, po to aby stać się buddą". A na to mistrz wykrzyknął: Jakże ty, prostak z 
południa, mógłbyś 

kiedykolwiek zostać buddą?!" Zakosztujcie teraz bezpośredniej odpowiedzi młodego 
człowieka: „Chociaż 

ludzi można podzielić na tych z północy i tych z południa, Natura Buddy nie zna 
ani południa, ani północy. 

Prostak może wyglądać inaczej niż mnich, lecz jakaż jest różnica z punktu 
widzenia Natury Buddy?".

Innymi słowy, Natura Buddy jest wrodzona nam wszystkim. Potwierdzenie tego z 

background image

najwyższego źródła 

pochodzi od samego Buddy. W chwili swojego wielkiego oświecenia wykrzyknął: 
„Cudowne ponad 

wszystko! Wszelkie żywe istoty są we wrodzony sposób buddami obdarzonymi 
mądrością i cnotą."

Pozwólcie, że zapytam każdego z was: Czy naprawdę wierzysz, że Budda mówiąc to 
nie był w błędzie? 

Czy masz silne przeświadczenie, że bez względu na to, czy jesteś silny czy słaby 
fizycznie, inteligentny 

czy tępy, wykształcony czy niepiśmienny, masz tę samą wszystko obejmującą Naturę 
Buddy, której nic 

nie brakuje, i że potrafisz dzięki czystym aspiracjom i silnej determinacji 
przebudzić się ku niej nawet na 

tym sesin? Czy zmagałeś się z odczuciem wątpienia, próbując roztrzygnąć 
sprzeczność między 

oświadczeniem Buddy, iż jesteśmy wszyscy w sposób wrodzony bez skazy, a 
świadectwem twych 

zmysłów, że istnieje w tobie i w innych tylko niedoskonałość?
Dopóki nie odpowiesz twierdząco na te pytania, dopóty nie otworzysz oka swego 

umysłu bez względu na 
to, jak często praktykowałbyś zazen i na ilu sesin byś siedział. Osiągniesz 

jedynie pewien spokój ciała i 
jasność umysłu, l chociaż te wartości nie są błahe, to jednak różnią się od 

oświecenia jak kreda od białego 
sera. Ostatecznym celem treningu zeń jest pełne oświecenie, a nie spokój ani też 

stany wysokiej energii, 
które są jedynie ubocznymi produktami zazen. Dla przebudzenia najbardziej 

istotny jest zapytujący umysł, 
który wyrasta z fundamentalnego dylematu, czyli z „kuli wątpienia". Mistrzowie 

zeń powtarzali 
wielokrotnie: „Tam, gdzie jest wielkie zapytywanie, jest i wielkie oświecenie, 

tam gdzie nie ma 
zapytywania, nie ma i oświecenia."

126

A oto dalsza część odpowiedzi Piątego Patriarchy: Jak na prostaka, jesteś nieźle 

wygadany - powiedział 
mistrz - Przestań już gadać i ruszaj z mnichami do roboty." l nowicjusz został 

przydzielony do tłuczenia 
ryżu w spichlerzu, co robił przez osiem miesięcy.

Wyobraźcie sobie, że udaliście się na trening do ośrodka zeń, gdzie mistrz dał 
wam odprawę przy 

pierwszym spotkaniu, a potem całkiem was zignorował j gdzie przez osiem miesięcy 
nie wpuszczono was 

do zendo - ilu z was sprostałoby tej sytuacji? Gdyby mistrz nie miał wysokiego 
mniemania o błyskotliwym 

nowicjuszu, to z pewnością nie potraktowałby go w ten sposób. Jeśli ten ostatni 
mimo wszystko nie 

odszedł, to dlatego, że miał silną wiarę w nauczyciela i we własną Naturę Buddy.
Gdy Piąty Patriarcha poczuł, że nadszedł czas przekazania Dharmy, wezwał 

wszystkich swoich uczniów i 
poprosił, aby każdy ułożył wiersz wyrażający jego własne rozumienie. 

Zapowiedział, że ten, kto ukaże 
zasadniczą prawdę, odziedziczy szatę i zostanie Szóstym Patriarchą, Główny mnich 

przedstawił 
następujący wiersz:

Ciało jest drzewem bodhi, A Umysł - podstawą świetlistego zwierciadła. 
Wycierajcie je stale, zawsze 

czujnie i pilnie Aby nie kalał go ziemski kurz.
Gdy tłukący ryż usłyszał te słowa, powtarzane przez pewnego młodego mnicha w 

pobliżu spichlerza, 
uświadomił sobie, że jego autor nie dostrzegł jeszcze swojej Prawdziwej Natury. 

Ułożył więc potem swój 

background image

własny wiersz i poprosił tego samego mnicha, aby go dla niego zapisał:

Naprawdę nie ma drzewa bodhi, Ani podstawy świetlistego zwierciadła. Skoro 
wszystko od początku jest 

pustką, Gdzież miałby osiadać kurz?
Gdy Piąty Patriarcha przeczytał ten wiersz i dowiedział się, kto go ułożył, 

wybrał się sam do spichlerza i 
wezwał młodego robotnika, aby odwiedził go potajemnie nocą. Tej nocy Piąty 

Patriarcha przekazał mu 
szatę i miskę, mówiąc: „Jesteś teraz Szóstym Patriarchą." Ponieważ Piąty 

Patriarcha zdawał sobie 
sprawę, że mnisi nie ścierpieliby nigdy, aby ten nowicjusz został następcą 

mistrza, przekonał Szóstego 
Patriarchę, aby powrócił potajemnie do rodzinnych stron i żył w ukryciu, aż jego 

oświecenie dojrzeje. 
Dopiero potem mógłby zacząć formalnie nauczać. Powiedział mu także, że w 

przyszłości nie powienien 
mieć miejsca przekaz

127

szaty - gdyż łatwo mógłby stać się źródłem rywalizacji - lecz tylko bezpośredni 

przekaz z umysłu do 
umysłu. A potem Piąty Patriarcha towarzyszył nowemu Patriarsze podczas przeprawy 

przez rzekę na 
drugi brzeg, gdzie się rozstali, aby się już nigdy nie zobaczyć.

Nasz koan obraca się wokół tego wydarzenia - odejścia Szóstego Patriarchy z 
klasztoru z szatą i miską 

Mimo że Piąty Patriarcha dokonał przekazu w wielkiej tajemnicy, szybko wyszło na 
jaw, że jego następca 

wyruszył w drogę z szatą i miską jako Szósty Patriarcha. Koan mówi, co nastąpiło 
potem:

„Szósty Patriarcha był ścigany przez mnicha, aż dotarli do gór." Ten właśnie 
mnich miał, jak się okazuje, 

gwałtowne i impulsywne usposobienie, a zanim został mnichem, był generałem. Nie 
należy jednak myśleć 

o nim jak o nikczemniku. Powinno się go raczej uważać za gorliwego obrońcę 
dharmy, do której był 

nadmiernie przywiązany. Temu prostodusznemu człowiekowi w średnim wieku nie 
mieściło się w głowie, 

tak jak i innym mnichom, że drogocenna dharma została powierzona opiece młodego, 
świeckiego 

człowieka, który do tego nie przeszedł przez formalny trening. Ta troska, choć 
niewłaściwie skierowana, 

ukazuje, że generał przeobrażony w mnicha szczerze i gorliwie podążał Drogą 
Buddy.

„Na widok zbliżającego się mnicha Patriarcha położył szatę i miskę na skale i 
rzekł: 'Szata i miska 

symbolizują wiarę; czy mamy o nie walczyć? Pozwalam ci je zabrać.'" Aby móc 
uchwycić ten koan, 

musicie najpierw ujrzeć, dlaczego to zdanie wypowiedziane przez Szóstego 
Patriarchę nie jest po prostu 

próbą uniknięcia przemocy, lecz raczej wyzwaniem. Dlaczego wyzwaniem? Oto 
pierwsza bariera koanu.

„Mnich próbował je podnieść, ale były nieporuszone jak góra." Jeśli sądzicie, iż 
mnich dlatego doznał 

niepowodzenia, że nagle pojął, jak potworny czyn zamierzał popełnić i że 
sparaliżowały go wyrzuty 

sumienia, to jeszcze nie doceniacie potęgi dharmy i Szóstego Patriarchy, który 
ją ucieleśnia! Jeżeli wiara 

potrafi przenosić góry, dlaczego nie może unieruchomić szaty i miski?
„Wahając się i drżąc powiedział: 'Przyszedłem po dharmę, nie po szatę. Błagam 

cię, poucz swego sługę!'" 
Jeżeli nie odczujecie rozpaczliwego stanu jego u-mysłu, jaki kryje się za tymi 

słowami, ten koan będzie się 

background image

wam wydawał tylko u-roczą bajeczką o nieudanej kradzieży jakichś nieważnych 

przedmiotów religijnych, a 
okoliczności oświecenia mnicha pozostaną dla was wielką tajemnicą Kluczem do 

zrozumienia jego stanu 
umysłu jest prośba: „Błagam cię, poucz swego sługę", ponieważ ujawnia ona nagły 

i całkowity zwrot 
serca. Gdyby nie brak ego, jaki wyraża to wołanie o pomoc, mnich nie 

przebudziłby się. „Wszystkie religie 
- powiedział William James - rozpoczynają się od wołania: Ratunku!" W Trzech 

filarach zeń jedno ze 
świadectw oświecenia zawiera następujący fragment: „Umieram - łkałam. - Zabiłam 

wszystkich moich 
bogów. Nie mam klucza do zmartwychwstania. Jestem całkowicie sama. Ogarnął mnie 

lęk i absolutna
128

rozpacz, leżałam na podłodze nie wiem jak długo, aż z głębi mego brzucha 
wydostał się krzyk: Jeżeli we 

wszechświecie żyje jakaś istota, którą obchodzi to, czy jestem żywa czy martwa, 
to niech mnie ratuje, och, 

niech mi pomoże!" Ten stan umysłu jest warunkiem wstępnym przebudzenia.
Oto dalszy ciąg koanu: „Szósty Patriarcha odparł: 'Gdy mnie ścigałeś i nie 

myślałeś o dobru ani o złu, lecz 
tylko o zdobyciu skarbu, gdzie była twoja Pierwotna Jaźń?" l tu dochodzimy do 

sedna koanu. Jeżeli masz 
zademonstrować na dokusan swoje zrozumienie tego fragmentu, a nie tylko 

werbalizować na jego temat, 
to musisz wejść w skórę cierpiącego katusze mnicha. Nie myśleć o dobru i złu to 

nie tworzyć 
niepotrzebnych sądów i ocen, które budują ścianę między tobą a innymi i które 

dzielą świat na znajome 
„tutaj przy mnie" i obce „tam gdzieś z tobą". Zeń uczy, że rzeczy nie są dobre 

lub złe, ale zarazem i dobre, 
i złe, a raczej poza dobrem i złem. Prawdziwa Natura była twoim podstawowym 

przejawem, zanim 
jeszcze urodziła cię matka. Słowami dawnego mistrza: „Jest to Prawdziwa Natura 

wszystkich 
odczuwających istot, ta, która istniała przed naszymi własnymi narodzinami i 

która istnieje teraz, 
niezmienna i wieczna... Gdy się rodzimy, nie tworzy się ona na nowo, a gdy 

umieramy - nie znika. Nie ma 
żadnej cechy męskiej czy żeńskiej ani żadnego zabarwienia dobrem czy złem".

Szósty Patriarcha, chociaż taki młody, musiał dostrzec, że ścigał go człowiek 
zdesperowany, pchany 

rozpaczą i strachem, a także głębokim pragnieniem u-rzeczywistnienia swojej 
Jaźni. Jakże inaczej ten 

mnich, były generał, wytrwałby w tak długiej pogoni, liczącej według niektórych 
źródeł sto mil? Wyobraźcie 

go sobie tylko, jak sapiąc i dysząc, z wytrzeszczonymi oczyma, ze wszystkich sił 
dąży naprzód za 

Patriarchą, wpierw z podnieceniem, potem z uporem, w końcu bez umysłu, aż 
wreszcie dogania go. Jeżeli 

sami w swoich własnych dążeniach nie doświadczyliście tej „ciemnej nocy duszy", 
zmagając się 

gwałtownie wśród potu i łez z koanem czy z innym duchowym problemem, nie 
będziecie w stanie wejrzeć 

głęboko w serce udręczonego mnicha. To serce-umysł oczyszczone już z chciwości i 
samolubstwa stało 

się czystą tablicą. Mistrz bez wahania zadał cios łaski swymi pamiętnymi 
słowami, które uderzyły jak 

błyskawica.
A teraz powiedz mi, gdzie była wtedy Prawdziwa Natura mnicha?

„Słysząc to mnich natychmiast doznał oświecenia. Całe jego ciało pokryło się 

background image

potem. Ze łzami w oczach 

oddał Patriarsze cześć i zapytał: 'Czy poza tajemnymi słowami i znaczeniami jest 
jeszcze coś głębiej?'" Te 

łzy były łzami ulgi i wdzięczności, a natychmiastowy pokłon przed mistrzem był 
gestem głębokiego 

dziękczynienia. Jego oświecenie było autentyczne, choć nie było całkowitym 
wyzwoleniem, i dlatego 

mnich zapytał: „Czy jest jeszcze coś głębiej?" Ale to pytanie jest zrozumiałe. 
Przebudzenie, a wraz z nim 

uświadomienie sobie, że nie zdobyło się niczego takiego, czego nie miało się już 
wcześniej - jest tak 

proste i oczywiste, że całkiem naturalne jest poczucie, iż poza tym musi być coś 
jeszcze. „Tajemne

129

słowa i znaczenia" oznaczają tu intymne zrozumienie. Oświecenie budzi 

najsilniejsze poczucie 
intymności. Jeśli zdarzyło się wam kiedyś oziębić stosunki z żoną mężem, 

dzieckiem czy przyjacielem, to 
znacie radość pojednania. Urzeczywistnienie Natury Buddy jest urzeczywistnieniem 

pokrewieństwa ze 
wszystkimi formami życia, a uczucia te są poza słowami. Jeżeli jest w tym jakaś 

tajemnica, to tylko taka, 
którą każdy świetnie zna w głębi serca, lecz zagubił ją w mętliku myśli 

zdominowanych przez ego.
„Dzięki twojemu pouczeniu (...) jestem jak ktoś, kto napił się wody i sam 

doświadczył, czy jest zimna czy 
ciepła." Zeń podkreśla doświadczenie, poznanie smaku. Jeśli jeden obraz wart 

jest tysiąca słów, to jeden 
smak wart jest tysiąca obrazów. Aby wiedzieć, jak smakuje miód, trzeba go 

spróbować; aby wiedzieć, co 
to jest oświecenie, trzeba się przebudzić.

Zwróćcie uwagę na lojalność mistrza wobec Piątego Patriarchy: .Mamy tego samego 
nauczyciela; trzymaj 

się mocno tego, czego się od niego nauczyłeś." Naprawdę mówi przy tym: .Bądź mu 
wdzięczny za to, że 

cię uczył, iż nie ma niczego do nauczenia się - mądrość jest nam wrodzona - nie 
masz się więc ku czemu 

wytężać."
A teraz komentarz Mumona: „Niewątpliwie Szósty Patriarcha dokonał w krytycznej 

chwili czegoś 
niezwykłego." Zdawać by się mogło, że Patriarcha - w konfrontacji najpierw z 

groźnym dla niego 
mnichem, a potem z nagłą przemianą jego serca - stracił głowę, nie wiedział, co 

począć i na oślep zadał 
cios słowami: .Gdy mnie ścigałeś i nie myślałeś o dobru ani o złu... gdzie była 

twoja Pierwotna Jaźń?" 
Wydaje się, że Mumon krytykuje Patriarchę, lecz naprawdę chwali go, o-czywiście 

w swój zwykły, 
ironiczny sposób.

Sułra Podwyższenia podaje nieco inną wersję wydarzeń, o jakich mówi ten koan: 
Szósty Patriarcha 

powiedział mnichowi: .Nie dopuść, aby w twym umyśle powstawały jakiekolwiek 
myśli, a wtedy pouczę 

cię." Mnich siedział więc długo w zazen, aż wreszcie Patriarcha zaczął: .Nie 
myśl o dobru..." Zwróć uwagę 

na słowa: .Mnich siedział więc długo w zazen." Czy praktykował siedzące zazen, 
jak w drugiej wersji, czy 

też zazen w biegu, jak we właściwym koanie - spełnił wstępny warunek 
przebudzenia: osiągnął umysł 

pusty jak czysta tablica.
l dalej: Jest dobry jak babcia. To tak, jakby obrał ze skóry świeży owoc liczi, 

usuną/ pestkę, a potem 

background image

włożył ci go do ust. Masz go tylko połknąć." .Babcina dobroć" jest przesadną 

dobrocią. Mumon pozornie 
krytykuje Szóstego Patriarchę za jego łagodne obejście i nadopiekuńczość. Ale 

właściwie krytykując - 
chwali. W końcu mnich doszedł do oświecenia dzięki temu, co Patriarcha 

powiedział i u-czynH. 
Jednocześnie Mumon nas ostrzega: .Słowa i zachowanie Szóstego Patriarchy w tym 

przypadku okazały 
się skuteczne, to prawda, lecz nie myślcie sobie, że łatwo jest osiągnąć pełne 

oświecenie; wymaga ono 
lat ofiarnego zazen,

130

lat wysiłku." Własne oświecenie Mumona • z koanem Mu - nastąpiło po sześciu 

latach wytrwałego zazen.
Wreszcie wiersz Mumona: .Opisujesz na próżno, obrazujesz daremnie*. To prawda, 

że słowo wyrzucone 
z trzewi ma taką moc wstrząsania i poruszania nas, z jaką nigdy nie poruszy nas 

żadne słowo pisane, 
niemniej jednak wszelkie słowa, pojęcia i wyobrażenia są co najwyżej zarysami 

nieskończenie rozległego 
.tego". Makio, czyli halucynacje i fantazje, też są tylko obrazami, tak więc nie 

lgnij do nich, choćby nawet 
sprawiały ci ulgę w nudzie skoncentrowanego, bezprzedmiotowego zazen. l nie 

przywiązuj się do nazw i 
form. Prawdziwa Natura, Natura Buddy, Umysł - wszystko to są tymczasowe 

określenia tego, czego nie 
sposób nazwać ani zmierzyć, co jest bezkształtne, a jednak kształtuje wszystko.

.Nigdy ci się nie uda wysławić tego w pełni. Nie szukaj po omacku, nie kręć i 
nie kombinuj." Mumon 

powiada, że skoro nic nie może się równać tej Bezkształtnej Jaźni, to po co 
szukać czegokolwiek innego? 

Przestań flirtować z uwodzicielską astrologią czy czarodziejem l Ching, przestań 
uganiać się za próżnymi 

przyjemnościami. Te chybione poszukiwania nie doprowadzą cię nigdy do 
urzeczywistnienia twej 

Prawdziwej Natury.
„Nie sposób skryć gdziekolwiek Prawdziwego Siebie." Pojawia się wszędzie, tuż 

pod twym nosem - nie, to 
jest twój własny nos. Aby się ukryć, twoja Prawdziwa Jaźń musiałaby się znaleźć 

poza wszelkim 
możliwym do pojęcia wszechświatem, prawda?

„Gdy wszechświat zginie, to' przetrwa, niezniszczalne." Twoja Prawdziwa Natura 
nie może ulec 

zniszczeniu, a to dlatego, że sama jest zniszczeniem. Nigdy nie narodzona, nie 
może nigdy umrzeć. A 

jednak jest to twórcza moc tkwiąca w każdej bez wyjątku rzeczy.

 

Zabalsamowane ciało Szóstego Patriarchy szkoły zeń (638-713)
W szkole zeń Szósty Patriarcha jest znany z tego, że mimo iż wychowywał się w 

nędzy i był analfabetą, 
stał się wybitnym mistrzem. Jest on również szanowany za swoją prostotę i 

pokorę, życzliwość i mądrość. 
Jego silne poczucie osobistej odpowiedzialności można ocenić na przykładzie tej 

często cytowanej 
wypowiedzi: „Gdy inni są w błędzie, ja też jestem w błędzie. Gdy popełnię 

występek, sam ponoszę winę."
Duchowa wrażliwość i silny charakter Szóstego Patriarchy są widoczne na tej 

niezwykłej fotografii jego 
zabalsamowanego ciała, które zachowało się w doskonałym stanie od czasu jego 

śmierci w VIII wieku n.e.

background image

132

H. ŚWIADECTWA OŚWIECENIA
1.   „TA   RADOŚĆ  POZWALA  UJRZEĆ  CAŁE  MINIONE NIESZCZĘŚCIE"

DROGI ROSI, piszę to w nadziei, że dodam odwagi innym, szczególnie tym, którzy 
mieszkają daleko od 

ośrodka i muszą pracować samotnie, starszym i słabszym fizycznie, a także tym, 
którzy czują, że brakuje 

im wiary. Po raz pier-szwy przyszłam do ośrodka pięć lat temu, w wieku 
czterdziestu dziewięciu lat. Przez 

cały ten czas mogłam uczestniczyć jedynie w trzech siedmiodniowych se-sin (mam 
uszkodzony kręgosłup 

i sztywne nogi) - ale to trzecie sesin w październiku 1975 r. było cudem. 
Odległość, opóźnienia, ból, wiek i 

załamania, nawet samotną praktykę - wszystko to widzę dziś jako deszcz 
błogosławieństw.

Wprawdzie już podczas ceremonii rozpoczynającej sesin poczułam się pchnięta w 
praktykę tak pilną i 

intensywną jak nigdy dotąd, lecz nie pojawił się rzecz jasna żaden znak, że to 
będzie „moje sesin". 

Planowałam początkowo poświęcić na zazen pięć lat, ale że właśnie dobiegały 
końca, więc postanowiłam: 

„Dobrze, dodam zeń jeszcze trzy lata. Poczekamy, zobaczymy." Jakże ktoś, kto 
praktykował w sposób tak 

rozkojarzony, uwikłany w myśli, mógł żywić nadzieję na błyskawiczny efekt? Ktoś, 
kto nieustannie czytał? 

Kto prawie nie mógł usiedzieć na macie bez ruchu? O mojej praktyce można było 
powiedzieć tylko to, że 

była ona uparta, uparcie wierna i wytrwała, bez względu na problemy. 
Kilkakrotnie po kryzysach 

przysięgałam, że to rzucę, że przestanę „marnować caty ten czas", lecz gdy 
próbowałam to uczynić, 

okazywało się, że nie mogę. Zeń podniósł mnie i potrząsnął mną jak terier 
szczurem. Mogłam walczyć i 

próbować u-cieczki, lecz to co się działo, było nieuchronne.
Lecz oto zaczęło się sesin, a dawne historie zbladły i poszły w niepamięć.

Pierwsze dwa dni. Moja praktyka rusza z kopyta, po części dzięki porządnemu 
przygotowaniu w domu. 

Ból w plecach, rozpraszające myśli, ale za każdym razem potrafię się zebrać od 
nowa. Komentarz, jaki 

rosi wygłasza drugiego dnia, bierze na muszkę tych, którzy polegają na słowach. 
„Oni są straceni" - mówi. 

Jako pisarka, polegająca całe życie na słowach, czuję jak strzały wbijają się w 
moje serce i gorzko płaczę. 

Przypominam sobie moje prowadzone od trzydziestu lat notatki i dzienniki, z 
których jestem tak dumna. 

Zbiera się na nich kurz, ale ich nie wyrzucam - niewola przeszłości, niewola 
ego. „Spalę je - obiecuję - 

Będę się odradzać na nowo w każdej chwili." Moja praktyka rozgrzewa się. Wszyscy 
wokół pomagają mi i 

- nie do wiary! Wyraźna, indywidualna pomoc napływa co najmniej od czterech 
sąsiadów.

133

Trzeci dzień. Czarny wtorek. Wszystko się załamuje i wali. Wpadam w 

najczarniejszą depresję. Nie mogę 
praktykować. Nigdy nie mogłam. Nie potrafię utrzymać Mu dłużej niż przez 

trzydzieści sekund. Opuszczę 
sesin, rzucę zeń na zawsze. Po co miałabym żyć? Zastanawiam się nad 

samobójstwem. Czemu nie? 
Samobójstwo. Po co żyć? Nie pójdę na dokusan. Nie mam odwagi. Jakiż byłby z tego 

pożytek? Co 

background image

mogłabym powiedzieć? Jestem rakietą która wypaliła się w dwa dni... cudnie, 

cudnie. Rozpacz i nędza. W 
końcu dowlokłam się na dokusan, jednak jako ostatnia w kolejce. Rosi udziela mi 

wsparcia i dodaje 
odwagi. To nieprawda, że sesin jest dla mnie stracone. Mogę się z tego 

wygrzebać. Mogę? No jasne, 
mogę i zrobię to, zrobię! Pomału czarna chmura rozwiewa się, a praktyka znów 

ożywa na głębszym 
poziomie. Znów płynie we mnie energia.

Czwarty i piąty dzień. Wiele się dzieje. Jako nałogowy obserwator-reporter z 
niejakim zdziwieniem 

rejestruję to, co się dzieje. O, to jest właśnie świetliste niebo, o którym 
czytałam! Myśli niewinne i 

swobodne przelatują jak obłoki. Och, cudowne, niewiarygodne. Czas mija, 
analizuję, obserwuję mój nowy 

stan, trzymam się go kurczowo. Ten stan oczywiście blednie, migoce, znika. Znów 
ponure, rozpraszające 

myśli, litowanie się nad sobą, paranoja, l znów w punkcie wyjścia. Mu... Mu... 
Mu... Młody człowiek po 

mojej prawej stronie praktykuje niewzruszenie z siłą góry. Chłonę jego siłę, 
zestrajam się nawet z jego 

oddechem. To działa! Napływa energia i siła. Raptem obserwator zauważa: ta 
srebrna góra... ten żelazny 

mur! Srebrna góra jest śliska jak lód; żelazny mur ma solidną bramę, niestety 
zamkniętą i zaryglowaną. 

Rzucam się na nią raz po raz. Przyklejam się do niej. Mu i Mu, i Mu... A ono 
także znika i nie chce wrócić. 

Nie wiem, co robić. Jestem w ślepej uliczce, w pudełku, w pokoju bez drzwi i 
okien. Muszę się wyrwać, ale 

jak, jak, jak? Przez ściany, drapiąc paznokciami i rozrywając. Zdesperowana 
muszę spróbować 

wszystkiego, zrobić wszystko. Gorączkowo przypominam sobie wszystkie pouczenia, 
jakie słyszałam i 

czytałam. Będę dzieckiem, prostaczkiem. Czy muszę wierzyć? Będę wierzyć. Wierzę. 
Mówią, że jestem 

Mu? To jestem Mu. Mu, znam Mu. Jestem tylko Mu. Jestem tylko naiwnym dzieckiem, 
które jest Mu i widzi 

Mu wszędzie... i tak dalej, i tak dalej. Moja depresja pojawia się i znika jak 
fale. Wciąż nie czuję, aby w 

powietrzu wisiało jakieś decydujące postanowienie. Zmagam się tylko dla samego 
zmagania. Muszę się 

przebić, a jednak nie spodziewam się, że się przebiję, ani nie zastanawiam się, 
jakby to było, gdybym się 

przebiła, l ciągle mój wysiłek rwie się pod naporem rozpraszających myśli... W 
łóżku wytężam się, żeby 

zabrać Mu ze sobą do snu. Coraz to wybijam się ze snu. Chcesz spać? Bardzo 
dobrze, możesz... ale 

tylko wtedy, gdy Mu jest z tobą Zdaje się, że to otwiera przed Mu głębsze 
warstwy u-mysłu. Już coraz 

mniej ulegam rozproszeniu, czy to w zendo, czy poza nim. Przestałam już z tym 
walczyć. Mu powraca i 

cały czas tkwi tuż pod przewalającą się na powierzchni pianą.
134

Szósty i siódmy dzień. Śmieję się tak, że brzuch aż mi się trzęsie. Myjąc się 
gąbką musiałam stanąć w 

jakiś osobliwy sposób, bo niezwykły i dziwny brzuch gapi się na mnie swoim 
jedynym okiem. Wydaje się 

dwa razy większy od tego, którego pamiętam i ma swoją własną komiczną osobowość. 
Pozdrawiamy się 

nawzajem i przewracamy się ze śmiechu. A ja sobie wyobrażałam, że on był „mój". 
Co za zarozumiałość, 

śmiechu warte! To, o czym myślałam, że jest mną, stanowi tylko wiązkę śmiesznych 

background image

istnień. W piątek 

rano, po pracy, leżę w łóżku, gdy raptem Dziosiu sam staje przede mną jako 
wielki mosiężny gwizdek na 

parę. Ciśnienie wewnątrz cały czas narasta. Zawór otwiera się - to są jego usta 
• ciśnienie pary podnosi 

się i
MU!

Wybucha wstrząsając światem. To ja jestem Dziosiu, a wybuch pochodzi ze mnie, 
jest mną, jest każdym, 

jest wszystkim! Bariery zaczynają opadać, umysł pracuje gorączkowo; tajemnicze 
powiedzenia stają się 

jasne. No tak, no tak! Jakie cudowne, jakie słuszne... Ogarnia mnie bezgraniczne 
szczęście, l tylko jedno 

ale: czy to rozumienie nie jest zbyt intelektualne? Lecz ta wątpliwość nie mogła 
przyćmić uczucia 

szczęścia ani wdzięczności, która zaczęła płynąć ze mnie z taką mocą, że było to 
prawie ponad moje siły. 

Przez dwa dni - ostatnie dwa dni se-sin - chodziłam oszołomiona szczęściem, 
radując się każdą nową 

chwilą. Podskakiwałam w linii kinhin, a potem płakałam na myśl, ile zawdzięczam 
rosiemu, sandze, 

patriarchom i tajemniczej dobroczynnej sile, która porusza naszym życiem.
Potężny wstrząs emocjonalny, towarzyszący mojemu doświadczeniu, płytkiemu 

jeszcze i niepewnemu, 
wynikał z zupełnej beznadziei mojego wcześniejszego życia: byłam całkowicie 

pozbawiona wiary, 
wyschnięta na kość, jałowa,tępa, martwa, uwięziona w kleszczach sceptycyzmu, 

niezdolna się wyzwolić, l 
zawsze złakniona - najgłodniejsza ze wszystkich duchów.10

Ta niezwykła radość pozwala, pośród wielu innych doznań, ujrzeć całe minione 
nieszczęście. Nie chodzi 

mi o sytuację życiową, ale o moje ja, nieszczęsne, niespokojne, wiecznie 
niezadowolone ja. Ta radość • to 

radość zrzucenia brzemienia, z którego nawet nie zdawałam sobie sprawy, tak 
głęboko wniknęło ono we 

mnie, ciągnęło mnie w dół, miażdżyło, czyniło mnie ciężką jak ołów. Ruszałam się 
niemrawo, jak mucha w 

smole.
Oto po raz pierwszy doświadczyłam radości, jaką niesie przemożne poczucie wiary. 

Poprzednio moja 
wiara ograniczała się do zupełnego minimum - oświecenie istnieje. Rytuały w 

ośrodku wprawiały mnie w 
zakłopotanie. Czułam się zażenowana i skrępowana, kiedy ktoś mówił o wierze, 

nawet rosi, i kierowałam 
wówczas swe myśli ku czemu innemu. „Nie rób z tego problemu" - mówiłam sobie. A 

teraz jeden potężny 
skok pozwolił wierze rozprzestrzenić się wzdłuż i wszerz, l wcale nie wydawała 

się ona wiarą, ale 
najpewniejszą, najjaśniejszą wiedzą

135

Nieubłagane działanie prawa karmy (którego oczywiście nigdy nie uznawałam), 

niezwykła zawiłość dróg, 
jakimi wszystko zdąża do swojego kresu, przeplatające się powiązania rzeczy - 

wszystko to stało się dla 
mnie jasne i zaparło mi dech w piersiach, wzbudzając zdumienie i wdzięczność. 

Przyszły mi do głowy 
wersy napisane przez pewnego chrześcijańskiego mistyka.

Wszystko będzie dobrze i wszystkim będzie dobrze i wszystkie rzeczy będą się 
miały dobrze...

Tak - pomyślałam, l nie tylko wszystko będzie dobrze, wszystko już teraz jest 
dobrze, l zawsze tak było, 

tylko że ja byłam tak ślepa, że tego nie widziałam. Do tego jednego momentu 

background image

doprowadził mnie cały splot 

pomyślnych okoliczności, choć niektóre z nich uważałam za swoje najczarniejsze 
nieszczęścia: 

uszkodzony kręgosłup, zastoje w pisaniu, okresy depresji, kłopoty rodzinne, 
opóźnienia w przyjęciu na 

członka ośrodka, zagubione listy, opuchłe kolana, które nie chciały się zginać, 
przeprowadzka do 

odległego Meksyku... wszystko to uformowało zawiły, lecz przyjazny labirynt, 
który doprowadził mnie do 

zeń, do tej chwili. Zapobiegł on czołowemu zderzeniu z nieszczęściem, którego 
jako kobieta w średnim 

wieku nie wytrzymałabym, uczył mnie cierpliwości, karmił rozczarowaniami i 
upokorzeniami w tempie, 

jakie mogłam przyjąć, prowadził mnie dokładnie we właściwy dla mnie sposób. 
Wiedziałam też, że te 

same cudowne możliwości były otwarte dla wszystkich.
Taki sposób myślenia jest czymś zwykłym dla wielu członków sanghi; dla ronię był 

to zwrot o 180 stopni. 
Była to tyleż rewolucja, co i objawienie. Teraz jeżeli pozostanie mi bzik 

pisarski - to świetnie! Ufam mu, 
szanuję go, nawet czczę i raduję się nim. Działa tu dobroczynna mądrość, której 

nie spodziewam się 
zgłębić. Zdumiewające, zdumiewające!

Gdy sesin miało się ku końcowi, zdawało mi się, że mam na czubku głowy ziejącą 
dziurę i drugą taką 

samą w piersiach, tak jakby pozostał tam krater po bombie. Tak jakby ogromny 
nowotwór - nowotwór ego 

- został z powodzeniem usunięty, czyniąc mnie po raz pierwszy w życiu wolną. 
Wolną! W piątek wieczór, 

krzycząc wraz ze wszystkimi „Mu" - zdałam sobie sprawę, że ból tęsknoty 
całkowicie zniknął. Bo czego mi 

brakowało?
Moje doświadczenie było ograniczone i płytkie. Tyran, jak podejrzewałam, nie 

został pokonany raz na 
zawsze. Czułam się wstrząśnięta, oczyszczona wybuchem, ugięta, lecz nie całkiem 

złamana. No cóż, to 
zrozumienie jest tym, czym jest. Czymkolwiek jednak jest, przyniosło mi 

najczystszą radość, największe 
spełnienie w życiu.

136

Gdy szłam w linii kinhin, śpiewał we mnie wiersz:

Pięć lat niedoli skończyło się piosenką!
Ze złożonymi dłońmi, Christine

2. JEDEN MAŁY KROK I WSZECHŚWIAT WYWRÓCIŁ SIĘ DO GÓR Y NOGAMI
DROGI ROSI, minął już tydzień od październikowego sesin i życie wróciło do 

zwykłego rytmu. A jednak to 
sesin zmieniło cały świat! Tak jak powiedzałeś na zakończenie, było to niezwykle 

mocne sesin. Tu, w 
Wisconsin, ludzie mówili, że wyraźnie czuli to sesin, nawet przy codziennych 

zajęciach. Pewna młoda 
kobieta powiedziała, że nie mogła się powstrzymać, by nie wstawać w nocy i nie 

praktykować zazen 
całymi godzinami.

Pierwsza połowa sesin była dla mnie niezwykle trudna. W jakim ja byłem stanie! 
Teraz wydaje mi się, że 

spędziłem połowę czasu w zupełnej rozpaczy uprzytamniając sobie z całą 
ostrością, że w gruncie rzeczy 

niczego nie posiadamy i nad niczym nie panujemy, nawet nad naszymi ciałami i 
umysłami. Drugą część 

sesin spędziłem na pogardzaniu zeń: „Nigdy nie bałem się śmierci" - mówiłem 
sobie. „Nigdy nie czułem 

się taki bezradny w obliczu tego nietrwałego świata. To przez zeń spotyka mnie 

background image

to całe cierpienie! Niech 

no tylko to się skończy, wrócę do domu i do rodziny i będę żył normalnie, jak 
normalni ludzie, którzy nie 

praktykują zeń!"
Pod tą słabością gromadziła się dzioriki i mimo negatywnych stanów umysłu byłem 

wciąż w stanie 
zapytywać: „Kto się lęka? Kto jest bezradny? Kto, KTO przechodzi przez to 

wszystko?" Potem nadszedł 
ostatni wieczór, dodatkowa pomoc ze strony monitorów i nagle, na dwadzieścia 

minut przed ostatnim 
dokusan - okazało się, że wiem! Było to tak, jak gdybym uczynił jeden mały krok, 

a cały wszechświat 
wywrócił się do góry nogami.

Chyba dosłownie skręcałem się na macie, czekając na dokusan. Nie czekałem na 
sprawdzenie, chciałem 

tylko wyrazić całe moje zdumienie, cały ten stan radosnego zaskoczenia. Teraz 
wydaje mi się dziwne, że 

właśnie zaskoczenie było wtedy dominującym uczuciem, choć z drugiej strony wiem, 
dlaczego tak było i 

właśnie na tym muszę się skupić. Dziś wiem, że przez wszystkie lata mojej 
praktyki tkwiła we mnie 

zawsze, nawet w chwilach zdawałoby się największej
137

wiary, pewna doza sceptycyzmu co do możliwości prawdziwego wyzwolenia. W głębi 
zawsze czułem, że 

życie da mi popalić, a jeśli nie życie, to śmierć na pewno. Tak naprawdę nie 
miałem drogi wyjścia. 

Wprawdzie czasem przemawiałem sobie do rozumu, że jest taka droga, lecz ponieważ 
jej nie 

doświadczyłem, było to dla mnie niewiele większym wsparciem niż dla inwalidy źle 
dopasowane i 

wypadające kule. Co za radość poznać smak tej cudownej wolności i naprawdę jej 
doświadczać! O ileż 

więcej przestrzeni istnieje w tym wielkim wszechświecie!
Równocześnie tkwił we mnie jeszcze inny sceptycyzm. Zacząłem praktykować zeń, 

gdy rozczarowałem 
się działalnością polityczną i społeczną, w nadziei że zeń sprawia, choćby w 

niewielkim stopniu, ulgę w 
cierpieniach, jakich tyle widziałem na świecie. Z drugiej jednak strony w ciągu 

tych lat nękały mnie myśli, 
że siedząc i gapiąc się w ścianę nie można nikomu w niczym pomóc. Z czasem 

oczywiście 
przekonywałem się, że dzięki zazen człowiek staje się bardziej wrażliwy, 

chętniejszy do pomocy w 
różnych drobnych sprawach i mniej skłonny do zadawania bólu. Było to jednak 

bardzo niewiele na tle 
ciemnego, pełnego cierpień świata. Jakież więc było moje zdumienie, gdy wreszcie 

zrozumiałem, że 
naprawdę nie możemy pomóc innym bardziej, niż przebudzić się do naszej 

Prawdziwej Natury i poświęcić 
się wyzwalaniu wszystkich istot. „Wszystkie istoty, niezliczone, ślubuję 

wyzwolić." Co za ślubowanie! 
Zanim pojawi się intencja wypowiedzenia takiego ślubowania, wszystkie istoty są 

już całkowite i 
doskonałe, są już w pełni wolne.

A jednak bez buddów i bodhisattów, bez sanghi, bez Ciebie, Rosi, ty stary paplo, 
jakże moglibyśmy 

kiedykolwiek dowiedzieć się tego? Dziękuję Ci za moje życie!
Z dłońmi uniesionymi w dziesięciu kierunkach,

Don
3. „BEZGRANICZNY RADOSNY SPOKÓr

W pewnym sensie sesin rohatsu (odbywające się w grudniu, ku czci oświecenia 

background image

Buddy) rozpoczęło się dla 

mnie w październiku. Na październikowym sesin poczułem nowy przypływ nadziei. 
Niezachwiana wiara, 

jaką miałem już przedtem, i ta nowa nadzieja przekonały mnie, że osiągnę sukces. 
Od października do 

grudnia przygotowywaliśmy się z żoną do sesin. Siedzieliśmy przez wiele 
weekendów, uczestniczyliśmy w 

dziukai (czyli przyjęliśmy wskazania) w Ośrodku Zeń w Toronto i odbywaliśmy 
główny post" - to znaczy 

pisaliśmy i czytali jak najmniej. Kiedy nadeszło rohatsu, byliśmy do niego oboje 
dobrze przygotowani.

Przez pierwsze dwa dni nie wydarzyło się nic specjalnego. Oswajamy się z sesin, 
jak zwykle. Trzeciego 

dnia rosi zadał mi parę próbnych pytań. Czułem,
138

$& odpowiadam spontanicznie i widziałem jego wyraźne zadowolenie. Wrzasnąłem na 
całe gardło: „To 

jest moje sesin!" Gdy wróciłem do zendo, rzuciłem się na całego w koan.
Następne dni były prawdziwym szaleństwem. Dopingowany przez kiosaku j wrzaski 

monitorów, ponaglany 
przez rosiego, próbowałem wejść głębiej w mój koan, lecz ciągle miałem jakieś 

myśli. Starałem się jak 
mogłem koncentrować na koanie podczas pracy i posiłków, ale mój umysł błądził.

Nadzieja, którą podtrzymywałem przez dwa miesiące między dwoma sesin, odpłynęła. 
Wkradły się stare 

wątpliwości: .Nigdy tego nie zrobię. Ci, którzy przeszli przez pierwszy koan, 
pracują w obsadzie, są młodzi 

i mogą się na to zdobyć. Ten tutaj tak ciężko pracuje, a jeszcze nie przebił się 
przez swój koan. To jaką 

szansę mam ja?" Napięcie umysłu opadło. Znikąd nie było nadziei, a zamiast niej 
pojawiła się rozpacz.

Na chwilę puściłem koan i zacząłem się zastanawiać: „Ta beznadzieja bierze się 
stąd, że ogromnie 

tęsknię do Mu. Gdybym nie pragnął Mu tak bardzo, nie czułbym zniechęcenia ani 
rozpaczy. Ta rozpacz 

jest przecież moim sojusznikiem, jest miarą i wyrazem mojej tęsknoty. Jest 
głosem mojej Prawdziwej 

Natury!" To wszystko przeleciało mi przez głowę w mgnieniu oka. A potem moje 
serce otwarło się i 

poczułem wielkie pragnienie, aby poddać się Mu. Pragnąłem Mu tak bardzo, że moje 
własne ciało 

przestało mi do tego wystarczać, więc jak gdyby pożyczyłem ciał wszystkich 
uczestników sesin, 

monitorów i rosiego. Pragnąłem ich pragnieniami, a oni pragnęli moim. Stałem się 
sesin. Kiedy ktoś 

wykrzyknął, wykrzykiwał mój ból. Kiedy gnał na dokusan, wyrażał moje pragnienie. 
Kiedy monitorzy przy 

pracy kijami dyszeli ciężko, dyszeli dla mnie Mu. Wysiłki rosiego były moimi 
wysiłkami. Spoczęła na mnie 

straszna odpowiedzialność. Nie mogłem zawieść tego sesin. Siła całego sesin 
zogniskowała się w moim 

hara. Moje ramiona, klatka piersiowa, ręce i żołądek były rozluźnione, ale 
działała potężna moc 

koncentracji.
Walka przybrała monstrualne rozmiary. Pojawiały się i jałowe okresy, jednakże 

moja niecierpliwość 
przezwyciężała je. Było to tak, jakby ktoś przebijał się przez ścianę. Piątego 

dnia wstałem o drugiej nad 
ranem i siedziałem do czwartej bez ruchu, całkowicie pochłonięty Mu. Ból nóg, 

choć dokuczliwy, z 
łatwością przekształcał się w Mu. Poleciałem na dokusan, lecz wróciłem zbity z 

tropu. Rosi wypytywał 

background image

mnie, pomagał mi, ale kiedy wróciłem, nabrałem wątpliwości co do niego samego. 

„On gotów jest 
przepuścić mnie zbyt łatwo. Ani sam nie jest głęboko oświecony, ani nie pragnie 

tego dla innych." Monitor 
uderzył mnie. Zabolało. „Ten cały zeń to lipa! Rosi Harada sam przyznał, że 

tylko sprzedawał wodę koło 
rzeki. Przyznał się, że był symulantem. Nic w tym nie ma!" Walczyłem owładnięty 

coraz silniejszym 
poczuciem osamotnienia.

139

Tego ranka komentarz rosłego całkowicie rozjaśnił moje wątpliwości. Rosi mówił o 

intelekcie, o tym, że 
choć jest sługą, to ma się za pana. Zacząłem płakać. Zdawało mi się, że rosi 

mówi tylko do mnie. Nie 
pamiętam, co powiedział, a-le sprawiało mi to ból. To właśnie doświadczenie 

utorowało drogę 
wszystkiemu, co miało nadejść.

Na dokusan ostatniego wieczoru rosi już otwierał usta, aby raz jeszcze powtórzyć 
przestrogę, wskazującą 

na znaczenie ostatniego dnia i na konieczność wielkiego wysiłku, gdy przerwałem 
mu wstając: „Wiem, 

wiem, przyrzekam, że to zrobię!" W progu, odwróciłem się jeszcze i wyrzuciłem z 
siebie ostatnie „Zrobię 

to!" Postanowiłem przesiedzieć całą noc, po prostu przelać się cały w Mu.
Po wieczornym dzwonie i ceremonii kończącej dzień znów podjąłem zazen, ale moja 

uwaga była 
rozproszona. Siedziałem w dwudziestominutowych rundach, ruszając się 

bezustannie. O północy 
pomyślałem, że najlepiej byłoby pójść do łóżka, lecz pamiętając o obietnicy 

złożonej rosiemu i sobie 
samemu nie mogłem sobie na to pozwolić. Chociaż wydawało mi się, że dalsze 

siedzenie nie ma sensu i 
nie przynosi żadnych rezultatów, zmagałem się nadal. W końcu o 2.30 poddałem się 

i z wielkim wstydem 
poszedłem spać.

O dziwo, rano, kiedy zadzwonił budzący dzwonek, wyślizgnąłem się ze śpiwora z 
poczuciem chłodnej 

pewności siebie. Siadając na macie zauważyłem, że siedzenie, do którego gorliwie 
dążyłem poprzedniego 

dnia, przychodzi mi teraz z łatwością. W końcu, gdy uchwyciłem Mu, zdecydowałem 
się nie iść na 

dokusan, a zamiast tego kontynuować pracę nad koanem.
Monitor dotknął mnie w ramię i szepnął: „Idź na dokusan." Poszedłem niechętnie, 

z poczuciem, że 
przerwał mi takie dobre zazen. Lecz gdy usiadłem przed rosim, okazało się, że 

potrafię dawać mu 
odpowiedzi, których nie byłem w stanie udzielać poprzednio. Dokusan był wielkim 

sukcesem i dodał mi 
bodźca do ciężkiej pracy. Uchwyciłem się swojej praktyki i pracowałem z furią. 

Jednak na kolejnym 
dokusan rosi badając mnie stwierdził, że moje odpowiedzi są ciągle zbyt 

intelektualne i że od rana nie 
poczyniłem żadnych postępów. Wracając do zendo byłem kompletnie załamany i 

poczułem, że muszę się 
poddać. Siadając musiałem podeprzeć się rękoma, żeby się nie przewrócić. 

Zabrakło mi energii i chyba 
także woli. Jednakże młody człowiek po mojej prawej stronie siedział prosto i 

było jasne, że pracuje z 
najwyższym wysiłkiem. Pomyślałem: „Skoro on się nie poddaje, to dlaczego ja 

miałbym się poddać?" l 
gigantycznym wysiłkiem samej tylko woli skoncentrowałem się na szukaniu Mu w 

hara. Mój kręgosłup 

background image

wyprostował się sam i pozostał prosty do końca sesin.

Gdy obudziłem się o drugiej nad ranem następnego dnia po sesin, uwagę moją 
przyciągnął mój 

wewnętrzny stan. Zwróciwszy się do wewnątrz odkryłem, że jest we mnie jakieś 
zamknięcie, jakieś 

napięcie, które wynika z braku wiary. Postanowiłem mieć większą wiarę na 
przyszłych sesin. 

Postanowiłem też wyra-
140

zić natychmiast tę wiarę, pozwalając zamknięciu na otwarcie się. Temu otwarciu 
towarzyszyło uczucie 

spadania i lęku.
Rosi przynaglał kiedyś uczestników sesin mówiąc, że nie mogą wypaść z 

wszechświata. Wspomnienie to 
dodało mi odwagi koniecznej do dalszego otwierania się. Uczucie spadania trwało, 

było ono 
zapuszczeniem sondy w pokłady prastarych lęków. Uświadomiłem sobie, że 

wyzwolenie jest wolnością do 
cierpienia, a nie od cierpienia i ten wgląd przyśpieszył proces. (Słowa „proces" 

używam tutaj z braku 
lepszego, chociaż wywołuje ono wrażenie, że coś się działo. Naprawdę działo się 

tylko poznawanie.) 
Pojawiło się uczucie umierania, a wraz z nim lęk przed śmiercią.

Powiedziałem sobie: „Umieram, a jeśli tak, to będę patrzył, co się dzieje." 
Bałem się coraz bardziej, aż 

wreszcie uświadomiłem sobie, że przecież bije mi serce, a w takim razie jeszcze 
nie umieram. Znalazłem 

się wtedy w rozległej, pustej przestrzeni, oświetlonej jakby światłem księżyca i 
czułem, że jestem u siebie. 

Uświadomiłem sobie wtedy z całkowitą, lecz mimo to obojętną pewnością że w żaden 
sposób nie 

mógłbym umrzeć. A potem narodził się nowy lęk, że skoro nie mogę umrzeć, to będę 
cierpiał na jakąś 

bezsenność. Jednocześnie pojawił się niepokój: „Czy to jest wszystko, co 
istnieje?" Powiedzenie Dziosiu 

„jem, kiedy jestem głodny, śpię kiedy jestem zmęczony" nabrało teraz nowej 
treści. (Przeciętny człowiek 

patrzy na swe życie, na chodzenie, spanie, jedzenie i pyta: „Czy to jest 
wszystko, co istnieje?", po czym 

odpowiada: „Nie, jest jeszcze wyższe życie, życie poza tym światem." Ja pytałem: 
„Czy to jest wszystko, 

co istnieje?" l odpowiadałem: „Nie, jest jeszcze życie codziennej egzystencji.") 
Niepokój o-puścH mnie i 

zostałem sam w rozległej, pustej przestrzeni.
Nie ma żadnego sposobu, aby opisać ten stan inaczej jak „naturalny". To nie było 

żadne „doświadczenie". 
Nie było też na zewnątrz niczego, co mogłoby spowodować jakieś doświadczenie, 

ani też żadnego 
środka, a tylko pełnia i całkowitość. Nie czułem potrzeby kontrolowania 

czegokolwiek ani nie miałem 
poczucia wzyzwolenia się spod kontroli. Doskonałe, a jednak naturalne 

wyzwolenie.
Proces dobiegł powoli końca. Wydawał się zasypianiem, a okazał się budzeniem. 

Zegar wskazywał 
czwartą rano. Cały proces trwał dwie godziny.

Moja żona obudziła się około 4.30. Opisałem jej szczegółowo, co się wydarzyło. 
Realność świata 

wypierała już realność procesu i nabrałem wątpliwości, czy mi się to tylko nie 
śniło. Zastanawialiśmy się 

przez chwilę, co powinniśmy zrobić.
, Coraz bardziej niepokoiłem się, że był to po prostu sen albo makio. Nie mia-

tem poczucia jakiegoś 

background image

specjalnego wglądu czy zrozumienia Mu. Obawiałem się przedstawić to 

doświadczenie rosiemu, który bez 
wątpienia bombardowany był tysiącami takich przeżyć. Najchętniej powiedziałbym: 

„Zostawmy to 
wszystko i jedźmy do domu." Jednakże pytanie „co to było?" gnębiło mnie nadal, a 

głębo-
141

ko w hara odzywały się jakieś intuicje. W końcu żona namówiła mnie, żebym 
pozostał i zobaczył się z 

rosim.
O siódmej zapukałem do jego drzwi. Rosi zawołał: „Kto tam?* Podałem swoje 

nazwisko. Czułem się 
chory. Rosi otworzył drzwi i uciął moje niezręczne tłumaczenia współczującym 

.proszę".
Czułem się głupio. Usiadłem i wyjąkałem, że miałem pewnego rodzaju doświadczenie 

i że chciałbym, aby 
rosi je potwierdził lub odrzucił. Przedstawiłem je najpierw dość pobieżnie, a 

potem rosi dopytał mnie 
dokładnie o szczegóły. Sondował mmnie powoli i zadawał wnikliwe pytania, aż 

opowiedziałem mu 
wszystko. Był wyraźnie zainteresowany i odrzucił moje sugestie, że mogło to być 

makio.
Następnie zadał mi kilka pytań dotyczących koanu Mu. Zastanowiłem się nad 

pierwszym, ale wydało mi 
się pozbawione najmniejszego sensu. Rosi spróbował jeszcze raz i zadał mi inne. 

l znów mogłem udzielić 
jedynie intelektualnej odpowiedzi. Rosi spróbował trzeci raz, a ja zacząłem się 

denerwować. Wstałem i 
oddaliłem się nieco. Nagle pytanie zeszło głębiej, a z hara ryknął wybuch 

wulkanu. Wrzasnąłem: „To jest 
Mu! Mu! Mu! Mu!" Wrzeszczałem i śmiałem się: „Kochane Mu! Mój Boże, to jest Mu! 

To jest Mu! Mu! Mu!" 
Paroksyzm ustał w końcu sam z siebie, a mój nauczyciel, jak zwykle współczujący, 

popatrzył na mnie z 
wielką przenikliwością i powiedział: „Tak, rzeczywiście ujrzałeś Mu, ale teraz 

musisz je pochwycić, musisz 
poszerzyć i pogłębić to, co tylko w przelocie dostrzegłeś." Później rosi 

przeszedł do wskazania mi 
pewnych aspektów mojej przyszłej praktyki.

POSŁOWIE
Osiem czy dziesięć godzin po pożegnaniu rosiego dojechaliśmy do domu. Tej nocy 

nie spałem. 
Bezgraniczny, radosny spokój. Byłem wyczerpany, ale nie mogłem zasnąć. Moja 

radość była zbyt wielka.
Przez jakiś czas utrzymywało się jeszcze poczucie pełnej swobody chodzenia na 

własnych nogach, 
patrzenia własnymi oczami. Czułem głęboką wdzięczność dla rosiego, uczestników 

sesin i mojej żony. 
Wszystko było naturalne, swobodne. Radość minęła, spokój przeminął, a zostało po 

prostu naturalne, 
otwarte u-czucie.

Nastąpiła prawdziwa eksplozja, ale gruzy pozostały. Stare nawyki, dawne stany 
umysłu, reakcje - 

wszystko to trwało nadal, lecz straciło swoją moc. Starzy wrogowie pojawiają 
się, kruszeją i obracają w 

proch. A ten tyran, ten zmarły władca został złamany i nie trzeba go już więcej 
karmić. Przypomina 

przecięty lancetem wrzód, wciąż jeszcze boli, ale już jest dobrze.
142

Zmieniła się także moja praktyka: stała się głęboka i wyrównana i nie jest już 

background image

dłużej czymś odrębnym ode 

mnie.
Relacja moja będzie może miała większą wartość, gdy przedstawię pewne fakty ze 

swego życia, 
ponieważ ludzie często martwią się, czy można łączyć praktykę zeń z życiem w 

świecie. Nie sądzę, aby 
uznali mnie oni za wyjątek, dlatego powinni się pocieszyć, że skoro jeden 

człowiek może praktykować 
zeń, robić karierę w biznesie i żyć w rodzinie, to każdy może to uczynić.

Moje małżeństwo jest bardzo udane i wydało troje wspaniałych dzieci. Pracuję w 
dziale kadr dużej firmy. 

Interesy idą mi dość dobrze i prawdopodobnie niedługo obejmę stanowisko 
wiceprezesa.

Prawdziwą praktykę zeń rozpocząłem w roku 1966, kiedy to wziąłem udział w 
całodniowym siedzeniu w 

Kanadzie poprowadzonym przez rosiego Yasutanie-go. Przedtem ponosiłem w moim 
życiu duchowym 

jedną klęskę po drugiej, aż wreszcie w 1964 roku, wyczerpany i zgnębiony, 
zacząłem siedzieć na własną 

rękę. Po jednodniowej praktyce z rosim Yasutanim dowiadywałem się o możliwości 
dalszego treningu 

zeń. Czy ktokolwiek może wyobrazić sobie moją radość i wdzięczność, kiedy 
usłyszałem, że amerykański 

nauczyciel zeń, Philip Kap-le-au, ma poprowadzić sesin w Rochester? Radość ta 
oddziaływała na mnie 

destrukcyjnie, gdyż w jakiś sposób obudziła we mnie straszliwy lęk przed 
śmiercią, który prześladował 

mnie nieustannie przez dwa lata. Dręczył mnie potworny niepokój i psychiczny 
paraliż. Lękałem się być 

sam. Kiedyś byłem tak pewien rychłej śmierci, że zatrzymałem samochód i 
wysiadłem, bojąc się umierać 

bez opieki. Gdy tylko wyszedłem z samochodu, zimne powietrze otrzeźwiło mnie i 
oprzytomniałem.

Lekarz zalecił mi środki uspokajające, ale wiedziałem, że usłuchanie jego rady 
oznaczałoby koniec zazen. 

W każdym razie nieugięcie wierzyłem, że samo zazen przywróci mnie we właściwym 
czasie do zdrowia. 

W tym okresie mój nauczyciel, rosi Kapleau, dodawał mi stale odwagi i wskazywał, 
że odczuwanie takiego 

lęku jest prawdziwym szczęściem, gdyż może on pchnąć człowieka w najgłębszą 
praktykę, jak to się 

rzeczywiście później ze mną stało. Siła i moc tego niepokoju budziły we mnie 
olbrzymią energię, dlatego 

siedzenie w tych okresach, kiedy opanowywał mnie ów lęk, było głębokie.
Wielką pomocą była dla mnie również moja praca i pomimo nieustannej pokusy, aby 

się z niej wycofać, 
kurczowo się jej trzymałem. Przyziemne sprawy, błahe problemy, potyczki i 

różnice zdań dodawały mi 
bodźca do kontynuowania praktyki. Nieustanne upokorzenia, których doznawałem 

próbując wprowadzić w 
życie nowe idee, bardzo mocno ścierały ego. Chociaż walka była wyczerpująca, 

pomiędzy moim życiem 
zeń a pracą w biznesie zapanowała głęboka zgodność. Jednocześnie zdobywałem 

wigor i energię, dzięki 
której udało mi się

143

przeprowadzić kilka trudnych przedsięwzięć, jakich pewnie nigdy bym nie dokonał, 

gdyby trening zeń nie 
dodawał mi sił.

Praktykujemy z żoną zazen od ośmiu lat, od piątej do siódmej dwadzieścia rano i 
godzinę wieczorem. Raz 

na miesiąc bierzemy udział w jedno- lub dwudniowym siedzeniu podczas weekendu. 

background image

Odkryliśmy też, jak 

bardzo pomocne jest czytanie inspirujących książek i dlatego wiele wolnego czasu 
spędzamy zgłębiając 

buddyzm.
Pewnego gorącego lata zapadłem na bezsenność wraz z towarzyszącymi jej 

dotkliwymi napięciami. 
Dręczyło mnie to przez osiemnaście miesięcy. Mój nauczyciel zachęcał mnie do 

kontynuowania zazen: 
„Idź do pracy wyczerpany, jeżeli musisz, ale nie porzucaj siedzenia."

Na początku naszej praktyki przestaliśmy jeść mięso, co stworzyło pewien problem 
w pracy. Uznano to za 

kłopotliwe fanaberie, ale z czasem nasi przyjaciele zaakceptowali ten „kaprys". 
Większy problem 

stanowiła abstynencja. W świecie biznesu przy każdej niemal okazji wyciąga się 
butelki i częstuje 

„drinkiem". Czasami po prostu piłem zwykłe piwo imbirowe, a gdy ludzie raz po 
raz przymuszali mnie do 

picia alkoholu - mówiłem, że jestem na odwykówce. Często po prostu unikałem 
spotkań towarzyskich.

Mimo trudności wzrosło moje poczucie jedności z pracą. Samo wyzwanie, jakie 
stawia życie zgodne z 

dyscypliną zeń, pomogło mi obudzić energię konieczną do przezwyciężenia 
problemów wywołanych 

decyzją kroczenia Drogą.
Moje ogólne odczucie jest w tej chwili takie, że mam przywilej uczestniczenia w 

wielkiej twórczej pracy. 
„Ja" często niechętnie uczestniczyło w tym wielkim przedsięwzięciu. Miarą mojej 

niechęci jest 
wdzięczność, jaką czułem do rosiego-za narzucenie mi surowej dyscypliny oraz 

szacunek dla innych za 
stosowanie się do niej. Opisuję to, aby dać wyraz mojej wdzięczności, ale 

odczuwam przy tym całą 
niezręczność słów. Jasne i pewne gasio przynosi za to ulgę.

Z najgłębszą wdzięcznością, Roger
4. „TAKA JESTEM WDZIĘCZNA, ŻE JESTEM CZŁOWIEKIEM"

DROGI ROSI!
Niewiarygodne! Po prostu obudzić się rano - co za radość! Zamiast budzić się do 

tej okropnej, napiętej, 
głodnej, doskwierającej samotności i izolacji, która jak pamiętam, towarzyszła 

mi zawsze, obudzić się 
tylko do tego niewzruszonego

144

Mu. Tylko to Mu, tylko to Mu. Na samą myśl o Mu rodzi się wdzięczność, 

wdzięczność - za praktykę, za 
Ciebie, za te wszystkie bolesne, frustrujące, pozornie negatywne rzeczy, które 

mi się przydarzyły. Jakże 
prawdziwy jest wiersz, który mówi, że potrzeba mroźnej zimy, aby radować się 

kwiatami śliwy na wiosnę. 
Człowiek czuje się dokładnie tak, jak gdyby właśnie wyszedł z więzienia - Mu 

najpierw ukazuje mu całe to 
więzienie, a potem uwalnia gol

Trudno mi teraz uwierzyć, że przed październikowym sesin moje ciało-umysł było 
aż w takim stopniu 

napięte. Przez pół roku ledwie mogłam jeść - schudłam z dziesięć kilo. Byłam 
nieszczęśliwa i to bez 

żadnych wyraźnych powodów, jako że moje codzienne życie było bardziej niż 
kiedykolwiek harmonijne. 

Dosłownie czułam, jak gdyby Mu zjadało mnie i czasami po prostu nienawidziłam 
zazen. O-pór wobec 

zazen tak się nasilił, że często musiałam dosłownie wbijać się w matę, aby nie 
wybiec z zendo. 

Jednocześnie opór ten był tak bardzo bolesny, że zapragnęłam więcej siedzieć w 

background image

zazen, aby go pokonać. 

Tydzień przed sesin miałam wszystkiego dosyć i czułam się taka zniechęcona, że 
wzięcie udziału w sesin 

wydawało mi się niemożliwe. Lecz przez mgnienie oka zaświtało mi: dlatego 
przychodzi to z taką siłą, że 

jesteś całkowicie zdeterminowana przebić się.
Gdy tylko zaczęło się sesin, była już we mnie ta determinacja, silniejsza od 

wszystkiego, druzgocąca 
wszystkie stany ciała-umysłu, które dawniej tak często kazały mi się cofać. 

Teraz widzę, że każdy lęk, 
każdy ból, każda wątpliwość były prawdziwie bodhisattwiczne - kiedy jest się 

całkowicie 
zdeterminowanym, aby im się nie poddać, stają się wielkim bodźcem zmuszającym do 

tego, aby je 
przezwyciężyć.

Było dla mnie ważne, że potrafiłam powiedzieć Ci na pierwszym dokusan, że nic 
mnie już więcej nie 

obchodzi, co sobie o mnie myślisz - o tej małej mnie. Była to deklaracja 
niezależności, która musiała 

nastąpić, zanim mogłam zrobić dla siebie to, co musiałam zrobić. A potem - tylko 
Mu i Mu, i Mu. Tak mało 

pamiętam z tego tygodnia - tylko Mu. Połowa sesin, ciało w stanie całkowitego 
wyczerpania, a tu powstają 

myśli o poddaniu się i przerwaniu praktyki - znajome samobójcze myśli o ucieczce 
z zendo. Lecz nie tym 

razem. Nie było sposobu, Rosi, po prostu nie było sposobu, abym mogła cofnąć się 
w to pełne napięcia 

życie, jakie stworzyłam. Coś musiało ustąpić, coś musiałam zrobić. Szóstego dnia 
uświadomiłam sobie, 

że tak naprawdę nigdy nie próbowałam przejść przez Mu. Nad, pod, dookoła, z dala 
- lecz nigdy twarzą w 

twarz, wprost w to. Natychmiast to olbrzymie Mu wyrosło tuż przede mną i po 
prostu nie było innej drogi.

Kiedy powiedziałeś mi, że mogę teraz pracować nad następnymi koanami, wszystko 
było takie proste, 

takie jasne, takie naturalne, takie oczywiste, prawie jak gdyby nic się nie 
wydarzyło. Gnając w dół po 

schodach nie wiedziałam, że wybiegam w całkiem nowy świat. Świat, w którym opór 
wobec zazen 

całkowicie znikł, a ja odkrywam, że chcę praktykować zazen, tak jak piję, gdy 
jestem sprag-

145

niona, że chcę coraz więcej zazen, nie dla jakiegoś powodu, nie dla celu, jaki 

tkwił w moim umyśle, lecz 
po prostu dlatego. Świat, w którym wszystko, co kiedykolwiek słyszałam o 

praktyce, jest prawdą. Oby 
tylko ludzie wierzyli Ci, kiedy mówisz, Rosi - nie wspominając już o buddach i 

Patriarchach. A jednak, 
mimo że wszystko co mówisz jest prawdą nie ma żadnego sposobu, aby komuś o tym 

powiedzieć - każdy 
musi odkryć to sam dla siebie. Jak cudownie, że każdy ma tę możliwość! Ten świat 

- kto mógłby uwierzyć, 
że wszystko może być w takim PORZĄDKU? Odkąd tylko sięgam pamięcią, zawsze 

czułam się 
zagrożona przez rzeczy, które widziałam jako będące poza .mną" - co powodowało 

głęboki, nieustanny 
niepokój. Teraz wszystko jest inne w sposób niemożliwy do opisania. Czuję, 

jakbym wzięła wszystko w 
ramiona, objęła cały świat - lecz nie trzeba tego robić! Nie trzeba, bo to już 

jest zrobione i nie może być 
inaczej.

Ostatnio moja przyjaciółka, która kiedyś praktykowała, powiedziała mi, że pięć 

background image

lat temu centrum jej życia 

stanowiło zazen, lecz teraz jest to zdrowie psychiczne. Smutno mi było tego 
słuchać - Mu jest najlepszym 

psychiatrą, o jakiego ktokolwiek mógłby prosić! Pracując nad Mu widać wszystko, 
co dotyczy małego, 

psychologicznego ja, wszystko co kiedykolwiek pragnęłoby się zobaczyć; lecz 
również pozwala to wejrzeć 

w nasze Prawdziwe Ja. Nawet najdrobniejszy błysk Mu przynosi taką radość i 
pewność, że któż chciałby 

zamienić ją na jakiegoś upiora zwanego zdrowiem psychicznym?
Widać już, jak nawyki, przez jakiś czas niegroźne, wkradają się z powrotem. 

Człowiek widzi, że musi 
pracować w całkiem nowy sposób. Tak przywykłam napierać na siebie, że chociaż 

nie ma już na co 
napierać, napieranie trwa. Czując głęboką potrzebę dokusan często chciałabym 

pójść na sesin choćby 
jutro. Czuję się tak, jakbym zupełnie nie wiedziała, jak poruszać się w tym 

całkiem nowym świecie.
A co do Ciebie, Rosi - pamiętam, że słyszałam coś o obranych orzechach li-czi. 

Karmiłeś mnie i karmiłeś 
na każdym kroku na drodze - po prostu będąc sobą i mówiąc prawdę. Gasio, gasio, 

gasio. Nie pozostaje 
nic innego, jak iść i iść. Dopiero teraz mogę naprawdę zacząć pracować. Taka 

jestem wdzięczna, po raz 
pierwszy w życiu wdzięczna i szczęśliwa, że jestem żywym człowiekiem w tym 

świecie.
Składam Ci pokłon, Pamela

146

5. CZASAMI MYŚLĘ, ŻE PRZEŻYCIE SEKSUALNE BYŁO BARDZIEJ REALNE NIŻ KENSIO - Z 

ODPOWIEDZIĄ ROSffiGO.
DROGI ROSI, tak dawno Cię nie widziałam, że zapragnęłam do Ciebie napisać. 

Uderzyło mnie 
nieoczekiwanie, że chociaż od jakiegoś czasu jestem Twoją uczennicą, to tak 

naprawdę niewiele o mnie 
wiesz. Pozwól więc, że powiem Ci coś o sobie.

Urodziłam się w Chicago w 1949 roku. Mam starszego o rok brata, ale nigdy nie 
byliśmy sobie zbyt bliscy. 

Uzyskałam tytuł magistra pedagogiki na uniwersytecie i jestem obecnie 
nauczycielką w szkole 

podstawowej.
Czuję, że wiele w życiu cierpiałam i to właśnie cierpienie zaprowadziło mnie do 

zeń. Miałam wiele 
fałszywych wyobrażeń dotyczących oświecenia - dążyłam do oświecenia jak do 

środka uśmierzającego 
ból. Pracowałam nad koanem mniej więcej dwa miesiące, zanim doszłam do 

przebudzenia. Potem przez 
pół roku byłam w ekstazie, która osiągnęła kulminację, gdy siedziałam na 

czterodniowym sesin. Od tego 
czasu pomału zaczęłam sobie uświadamiać, że płytkie przebudzenie nie stanowi 

odpowiedzi na ból, jaki 
niesie ze sobą życie. Zawsze będę praktykowała zazen, ale muszę dowiedzieć się 

od kogoś, kto 
doświadczył większej głębi oświecenia, co znajduje się jeszcze dalej. Wiem, jak 

cenne jest zgłębianie 
koanów, ale widzę przy tym, że ten, kto ich nie zgłębia, może być tak samo wolny 

od bólu istnienia, jak 
ten, kto to czyni.

Nadal żywię wiele pragnień, wiele nadziei i uczuć. Bardzo mi pomógł Twój 
komentarz do koanu: Skaczą: z 

wierzchołka masztu wysokiego na sto stóp 11. Wspomniałeś w nim, że głęboko 
oświecona osoba wolna 

jest od pragnień, nadziei i ambicji, ponieważ jest całkowicie zadowolona z 

background image

życia, czy jest ono akurat dobre 

czy złe, i przyjmuje radości i ból ze spokojem i zrównoważeniem. Zdałam sobie 
wówczas sprawę, że 

gdybym tylko mogła, uwolniwszy się od tych nadziei, pragnień itp., brać życie 
takim, jakim jest - to byłoby 

ono spokojniejsze. Spróbowałam świadomie zastosować taką postawę w codziennym 
życiu. To było jak 

ko-an, który udało mi się rozwiązać. Bardzo mi to pomogło i byłam zdumiona, że 
u-dało mi się to zrobić 

tylko poprzez myślenie o tym. Przedtem uważałam, że praca nad dalszymi koanami 
na nic się nie zda, 

ponieważ trzeba przy niej myśleć o koanach i o naukach, jakie dają aby wynieść z 
nich korzyść, a to 

wydawało mi się zupełnie nienaturalne. Teraz widzę, że się myliłam.
147

Chciałam oświecenia, ponieważ chciałam znać sens życia. Muszę wyznać, że nadal 
go nie znam. 

Czasami to życie wydaje mi się bez końca. Chociaż zdobyłam w pewnej mierze 
wolność od ciała, nie 

mogę znieść myśli o starzeniu się.
Tylko jedno doświadczenie miało na mnie tak dogłębny wpływ jak kensio: było to 

moje pierwsze przeżycie 
seksualne, jakiego doznałam w wieku dwudziestu dwóch lat. Czuję się czasami 

zakłopotana, gdyż 
zaczynam myśleć, że przeżycie seksualne było dla mnie bardziej rzeczywiste i 

ważniejsze niż kensio. 
Wiem, że w końcu odkryję, że to nieprawda, jednak pożądanie fizyczne nadal ma 

nade mną taką władzę, 
że porównując przeżycie seksualne do oświecenia nie mogę nie przyznać, że to 

pierwsze ujawniło mi 
bardziej dogłębną prawdę niż drugie. Musisz chyba myśleć, Rosi, że tracę wiarę w 

dharmę i że zagubię 
się w pogoni za ziemskimi przyjemnościami. Mam tyle pytań, na które muszą być 

odpowiedzi i wiem, że 
kiedyś je znajdę.

Jakże mam wyrazić moją wdzięczność? Cokolwiek bym powiedziała, nie wyrazi to w 
pełni tego, co czuję. 

Wiem, że nie wymagasz od swych uczniów niczego poza tym, by osiągnęli pełne 
oświecenie, a ja będę 

siedziała codziennie przez całe moje życie.
Proszę, dbaj o swoje zdrowie, Rosi, przez całą tę długą zimę.

Dziękuję Ci z głębi serca, Joan
ODPOWIEDŹ

Droga Joan, dziękuję za list. Listy od uczniów zawsze mnie cieszą, szczególnie 
od tych, którzy mieszkają 

poza Rochester i mają mniej okazji, aby przyjeżdżać do Ośrodka.
Piszesz o bólu, Joan. Pewnego razu do Buddy przyszła kobieta na wpół oszalała z 

rozpaczy z powodu 
śmierci swojego nowo narodzonego dziecka. Kładąc niemowlę u jego stóp błagała o 

przywrócenie mu 
życia. Budda wysłuchał ją cierpliwie, powiedział, żeby poszła do miasta i 

przyniosła mu ziarnko gorczycy z 
domu, w którym nigdy nikt nie umarł. Kobieta chodziła od drzwi do drzwi przez 

całe miasto, ale nie 
znalazła ani jednego domu, którego nie dotknęłaby śmierć. Up-rzytomniwszy sobie, 

że śmierć spotyka 
wszystkich, pogodziła się w końcu z losem swego dziecka.

Czy jest na świecie człowiek, który nie cierpiał? l czy to nie ten ból i 
pragnienie przezwyciężenia go 

sprawia, że ludzie zwracają się do zeń i innych tradycji duchowych?
Chociaż moi uczniowie słyszą ode mnie wielokrotnie, że płytkie przebudzenie jest 

jedynie przelotnym 

background image

wglądem w prawdziwą naturę rzeczy, to jednak trudno jest im to przyjąć. Pierwsze 

kensio można 
porównać do zapalenia jednej świecz-

148

ki w przestronnej podziemnej jaskini; nie panuje tam już całkowita ciemność, 

lecz widoczność jest nadal 
słaba. Pogłębianie oświecenia analogiczne jest do zapalania coraz większej 

liczby świec, a tym samym do 
dokładnego oświetlania jaskini.

Twoje obecne położenie przypomina położenie kotka, który dopiero co otwarł oczy 
i spojrzał na świat; nie 

jest już dłużej pogrążony w ciemnościach, ale jeszcze nie potrafi dawać sobie 
rady. Potrzebuje nadal 

matczynej opieki; Ty tak samo potrzebujesz dalszego kontaktu ze swoim 
nauczycielem. Ale teraz 

przynajmniej wiesz ze swojego własnego doświadczenia, że oświecenie nie 
wprowadza nas w wieczną 

ekstazę i Twoja praktyka może być wolna od tego często spotykanego 
niezrozumienia. Mimo to zauważ, 

że Twoje kensio, chociaż tak skromne, wyzwoliło Cię w zupełnie podstawowym 
sensie. Czy pamiętasz, 

jak Ty, która byłaś przedtem taka nieśmiała i bojaźliwa, raptem stanęłaś przede 
mną jak wojownik? To 

prawda, że niektóre rodzaje makio mogą wyzwolić nie ujawnione wcześniej zapasy 
energii, ale to, co się 

Tobie przydarzyło, nie było żadnym makio. Czy pamiętasz, jak szybko i z jaką 
pewnością odpowiadałaś 

na moje sprawdzające pytania? Piszesz, że ekstaza i wzmożona energia trwały 
przez pół roku - a więc 

niezwykle długo. To wskazuje, że miałaś głębsze kensio niż sądzisz i że Twoje 
aspiracje są wysokie, 

ponieważ inaczej nie byłabyś tak niezadowolona z tego pierwszego przełomu.
Możesz być pewna, że masz przed sobą głębię i pełnię oświecenia, jakich teraz 

nie jesteś w stanie sobie 
wyobrazić. To wszystko stanie się Twoim udziałem, ale tylko wówczas, jeżeli 

będziesz praktykować dalej 
wytrwale z odwagą i determinacją. Pod pewnymi względami Twój list przypomina 

listy Yaeko z Trzech 
filarów zeń. Czy pamiętasz, jak opisywała ona swoją radość i ekscytację jako 

„stan szaleństwa"? Głębokie 
urzeczywistnienie, jakiego doświadczyła, możesz osiągnąć i Ty.

Liczne pragnienia i nadzieje, które jak piszesz, nie ustają, to nic innego jak 
złudzenia. Przyjdzie czas, gdy 

zdasz sobie z tego sprawę. Podczas gdy doskonale oświecony i w pełni rozwinięty 
budda jest wolny od 

wszelkiego pożądania, my, pomniejsi śmiertelnicy, zmagamy się z pragnieniami. 
Jednak pamiętaj, że 

istnieją pragnienia niższego i wyższego rodzaju. Pragnienie przekształcenia 
swego życia i charakteru, 

pragnienie pełnego przebudzenia, aby móc ulżyć cierpieniom ludzkości - to są 
pragnienia najwyższego 

rodzaju. Moi nauczyciele zwykli mawiać, że bodhisattwa w odróżnieniu od buddy 
nadal jest przywiązany 

do pełnego współczucia pragnienia, aby uwolnić od cierpień wszystkie istoty, 
natomiast budda nie myśli 

już, lecz pomaga ludziom tak naturalnie, jak naturalnie oddycha.
Dodajesz także, że wciąż drzemią w Tobie emocje, l cóż w tym złego? Nie musisz 

się z nich tłumaczyć. 
Czy nie słyszałaś, jak wspominałem, że chociaż za-

149

background image

zeń rozwiewa takie abstrakcyjne koncepcje jak nadzieja, żal i oczekiwania, to w 

praktyce zeń nie usiłuje 
się tłumić uczuć? Gdy mistrz zeń otwarcie płakał na pogrzebie swojego ulubionego 

ucznia, młody mnich 
zeń zrobił mu z tego zarzut: .Myślałem, mistrzu, że jesteś ponad tym." Mistrz na 

to: „A kiedy mam płakać, 
jeśli nie na pogrzebie mojego najbliższego ucznia?" Szczere uczucia są 

prawdziwe, ale żywić nadzieję lub 
pragnienia to „zatruwać rzeczywistość ideałem."

Twoje komentarze do mojego tejsio Skaczą: z wierzchołka masztu wysokiego na sto 
stóp ukazują, że 

niewłaściwie zrozumiałaś pewien istotny punkt. Jeśli przebudzona osoba nie żywi 
nadziei, pragnień ani 

ambicji, to nie wynika to z .całkowitego zadowolenia z życia, czy jest ono dobre 
czy złe". Zadowolony, 

niezadowolony - myślenie takimi kategoriami to zaciskanie się w kleszczach 
rozumu. Po prostu płyń z 

karmicznym prądem Twojej Natury Buddy, a życie będzie płynąć w Tobie i z Tobą. 
Głęboko się nad tym 

zastanów.
Człowiek oświecony ani nie sprzeciwia się, ani nie unika tego, co przed nim 

stoi. Wszystko zależy od 
okoliczności. Gdy potrzebuje działać, działa. A jeśli działa stanowczo i reaguje 

całym sobą to jest to tak, 
jak gdyby nie działał wcale.

Piszesz: „Czasami to życie wydaje mi się bez końca. Chociaż zdobyłam w pewnej 
mierze wolność od 

ciała, nie mogę znieść myśli o starzeniu się." Życie wydaje ci się bez końca 
tylko dlatego że zakładasz 

istnienie jakiegoś końca, jakiegoś celu. Ty sama jesteś czasem - twoje ciało, 
twój umysł, przedmioty wokół 

ciebie. Zanurz się w rzece czasu i płyń zamiast stać na brzegu i gapić się na 
bieg zdarzeń. Myśl o 

starzeniu się wynika z narcystycznego zaabsorbowania ciałem. Czego nauczył Cię 
trening zeń, jeżeli 

używasz dualistycznych terminów .stara" i .młoda"?
Sam mam sześćdziesiąt pięć lat, mówiąc konwencjonalnie. Nie myślę o sobie jako o 

kimś starym. Tylko 
człowiek, który uważa się za młodego, może powiedzieć .on jest stary" i aby 

wyrazić taki sąd, musi 
odsunąć się ode mnie. W taki sposób nigdy nie pozna prawdziwego wieku mojego 

serca. Ale jeżeli 
obejmiemy się serdecznie, to w takiej wolnej od myśli chwili, w chwili jedności, 

kto jest stary, a kto młody? 
Kto stoi z boku, aby powiedzieć: .On jest stary, ja jestem młoda"?

Piszesz, że tylko jedno doświadczenie miało na ciebie tak dogłębny wpływ jak 
kensio i że było to twoje 

pierwsze seksualne przeżycie. Tak, seks. Oświecenie zeń, jak zapewne wiesz, było 
opisywane jako 

kosmiczny orgazm. Jedynie w wąskim rozumieniu tego słowa oświecenie można 
porównać do fizycznego 

orgazmu. Doświadczenie uskrzydlonej jedności i radości w miłosnym uścisku z u-
kochaną osobą jest na 

pewno przeżyciem wstrząsającym naszym sercem, jednakże ogranicza się ono do tej 
jednej określonej 

osoby, która je wywołuje. Natomiast uniwersalna, czyli kosmiczna miłość jest 
naturalnym potokiem uczuć 

skierowanym ku wszystkim istotom, wielkim czy małym, a podsyca ją nie miłość 
fizyczna, lecz 

bezpośrednie uprzytomnienie sobie niepodzielności wszelkiego ży-
150

da. Nie wywołuje ona przywiązania i nie oczekuje niczego w zamian. Ta oceaniczna 

background image

miłość nie powstaje, 

gdy człowiek odsuwa się na ubocze sam na sam z ukochaną osobą, lecz gdy wyrzeka 
się siebie, 

obejmując w uścisku wszystkie istoty.
Na twoim obecnym etapie praktyki duchowej przeżycie seksualne może wydawać ci 

się bardziej 
rzeczywiste niż kensio, które z samej swej istoty nie daje nic, czego można by 

się uczepić. To właśnie 
bezprzedmiotowość przebudzenia sprawia, że wymyka się ono wszelkim próbom 

przyszpilenia go jako 
jeszcze jednego, chociaż niezwykłego przeżycia. Jak wiesz, oświecenie nie jest 

jakimś przeżyciem, nie 
jest wydarzeniem, które można by porównać z innymi. Przeżycie seksualne odczuwa 

się mocno i w tym 
sensie jest ono rzeczywiste, chociaż przemija jak każde. Gdy spotykasz kogoś, z 

kim wiąże Cię silne 
wzajemne przyciąganie i zrozumienie, możesz łatwo dać się zwieść uczuciowym 

uniesieniom, jakie potem 
następują. Łatwo jest wtedy pomylić je ze swym ostatecznym celem i domem. Jeśli 

zatrzyma Cię 
rozkoszowanie się seksem, sztuką czy muzyką, to twój postęp ku pełnemu 

oświeceniu zostanie 
wstrzymany, a to, co lepsze stanie na przeszkodzie temu, co najlepsze.

To rozróżniający umysł podsyca takie koncepcje jak „chęć poznania sensu życia". 
Jeżeli jesteś w pełni 

pochłonięta tym, co robisz w każdej chwili, to gdzie jest tu miejsce na 
zastanawianie się nad sensem 

życia? Tajemnica życia ujawnia się w przeżywaniu go, a nie w zastanawianiu się 
nad nim.

Jakże się cieszę, że zdajesz sobie sprawę z wagi zazen po kensio i że 
kontynuujesz regularną praktykę. 

Jak mówi mistrz zeń Dogen: „Nie ma początku praktyki ani końca oświecenia i nie 
ma początku 

oświecenia ani końca praktyki."
A co do innych pytań, które sobie stawiasz, jest tak, jak mówisz: odpowiedzi 

nadejdą.
Ściskam P.K.

6. Z KAŻDYM DNIEM KLEJNOT ŻYCIA NABIERA BLASKU I PIĘKNA
/

1.
NAJDROŻSZY ROSI, oto primabalerina tańczy na ulicach Rochester od czasu sesin. 

Nadal nie mogę 
uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę, a nie tylko w marzeniu czy we śnie. 

Dlaczego jesteśmy 
wstrząśnięci i tak radośnie zdumieni, gdy odnajdziemy wreszcie to, co tak 

gorliwie próbowaliśmy znaleźć 
przez wiele lat, a może wiele żywotów? Jak trudno jest pogodzić się z tym, że 

odpo-
151

wiedzi na wszelkie pytania o życie, śmierć i rzeczywistość trzeba szukać nie w 
tajemnych praktykach, lecz 

w samym życiu, śmierci i rzeczywistości. Pytanie i odpowiedź są jednym. Chociaż 
nie wiem, jaki związek 

mają moje przeżycia z kensio, moje przebudzenie jest równie oczywiste jak 
ocknięcie się rano z jakiegoś 

nieważnego snu i spryskanie twarzy zimną wodą. Człowiek śmieje się na 
wspomnienie głupstw, jakie 

przeżywał we śnie, a potem bierze głęboki oddech i wraca do swoich spraw.
Jak inaczej można to sobie powiedzieć niż: UWIERZ - uwierz, że to jest 

rzeczywiste? Jak mógłby pytać o 
życie ktoś, kto sam nie byłby żywy? Ten wątpiący, pomieszany, błądzący umysł nie 

jest niczym innym jak 

background image

Naturą Buddy. Ten, kto nie umie wzbudzić w sobie wiary - wiary takiej jak 

pewność, że nos jest poniżej 
oczu - nigdy nie znajdzie życia, którego szuka. Będzie jak rozpieszczone 

dziecko, które z buzią pełną 
owsianki płacze, że jest głodne. Okazało się, że moje życie nie różniło się 

niczym od tego, którego 
szukałam. Moje życie jest moim życiem. Jakie dziwne, jakie zdumiewające jest 

uprzytomnienie sobie tego!
Gdy wczoraj szłam ulicą nagle narodził się cały wszechświat. Mój racjonalny 

umysł został wystrychnięty 
na dudka jak Jagon na końcu „Otella". Jakże to możliwe, że ja jestem 

wszechświatem - że ja mam władzę 
życia i śmierci nad samym życiem i śmiercią? Byłam wstrząśnięta.

Ludzie i rzeczy, wszystko, co stanowiło dla mnie zagadkę, okazało się nagle 
moimi dawno zagubionymi 

dziećmi.
Łzy radości i zdumienia napływają na każdy dźwięk i widok - łyżeczka, która 

dzwoni o filiżankę podczas 
mieszania cukru, moje dłonie przy składaniu papierów, czerwony pomidor.

Czy jestem szalona, jeśli uważam, że sama stworzyłam niebo i ziemię? Moje 
uczucia są niewyrażalne. 

Dla kogoś, kto jak ja zawsze odnosił się ze wstrętem do wszystkiego, co potoczne 
i przyziemne - odkrycie, 

że życie codzienne jest kluczem do wszechświata i do cierpienia wszystkich 
odczuwających istot, jest z 

pewnością najbardziej zdumiewającą najcudowniejszą rzeczą jaka może się 
wydarzyć. Urodziłam się 

dopiero co, a jednak nie ma narodzin... nie ma niczego. Gdy piszę, żaden ślad 
nie pozostaje po mnie ani 

po tym, co powiedziałam. Cóż mogę na to poradzić, że jestem pełna radości, skoro 
rozwiało się dręczące 

mnie od miesięcy wyobrażenie o sobie i w końcu widać ponad wszelką wątpliwość, 
że... nie ma absolutnie 

niczego!
Rosi, nie mogę pojąć znaczenia tego, co się dzieje. Nie mogę nawet powiedzieć, 

że wiem, co się stało. 
Jestem pewna tylko tego, co czuję i niczego więcej. Jak takie doświadczenie może 

przytrafić się komuś o 
tak nieskomplikowanym u-myśle jak mój?

Siedzę teraz zdumiona, pokorna i niema. Lekkie uchylenie bram dharmy i ujrzenie 
drogocennego klejnotu 

wewnątrz to więcej niż można było sobie wyobra-
152

żać. Jak można nie dbać o ciało i umysł wiedząc, że nawet w najbardziej 
skalanych istotach tkwi ten klucz 

do istnienia, do życia i śmierci?
l pomyśleć, że mogę żyć jeszcze wiele lat - co za cud! Po prostu żyć - ledwo 

mogę uwierzyć w swoje 
szczęście. Jakże wdzięczna jestem mojemu ciału!

Jest jeszcze wiele rzeczy, które pragnęłabym powiedzieć. Być może wkrótce będę w 
takim stanie umysłu, 

że uda mi się je wyrazić.
Proszę, nie uważaj mnie za idiotkę. Jeżeli to, o czym mówiłam, wydaje się 

produktem zwodniczej myśli, to 
jest tak dlatego, że ułuda nadal czepia się tej pełnej niewiedzy dziewczyny.

Obiecuję pracować tak mocno, jak tylko jestem w stanie, aby w pełni 
urzeczywistnić moją Naturę Bodhi i 

aby stać się godną wielkiego błogosławieństwa, jakie jest moim udziałem - 
przyjścia na świat w celu 

podjęcia tego najcudowniejszego ze wszystkich zadań.
Bardzo Ci wdzięczna, Margareł

2.

background image

DROGI ROSI, szacunek, cześć i bliskość, które czuję do każdego w ośrodku po 

kilku wspólnie 
przepracowanych miesiącach, a także do wszystkich ludzi, wydaje mi się jakimś 

naturalnym cudem. W 
głębi serca wiem, że moje życie zgodne z cudowną drogą dharmy pomaga każdej 

odczuwającej istocie 
zbliżyć się do prawdy, tak jak gesty miłości u matki wpływają korzystnie na 

dzieci.
Z każdym dniem ten najbardziej tajemniczy klejnot życia nabiera blasku i piękna. 

Będę dalej próbowała 
żyć i pracować w prawdzie. Tak silnie czuję, że moją karmą jest praca w ośrodku 

- albo raczej karma 
wszystkich przebywających tutaj i w całym wszechświecie istot jest moją karmą, a 

moja - ich.
Z wielką wdzięcznością, Margaret

3.
DROGI ROSI, czy teraz, gdy zima nas dopadła, życie może dalej płynąć tak 

niezawodnie, jak do tej pory?
Dzisiaj nareszcie zrozumiałam słowa Dogena, które rozbrzmiewały echem w moim 

sercu od chwili, gdy je 
po raz pierwszy usłyszałam: „Powróciłem do domu z pustymi rękoma. Nie ma we mnie 

ani śladu 
buddyzmu. Mówię tylko tyle: moje oczy są poziome, mój nos jest pionowy."

Jakże naturalne, jakże całkowicie naturalne jest teraz moje życie!
Rosi, czynię gasio przed Tobą raz po raz, albowiem teraz nareszcie mogę się 

poruszać szybko bez 
żadnych przeszkód. Nawet moje głęboko zakorzenione przywiązanie do ciebie i do 

wszystkiego, co 
dotyczy nieskalanej i doskonałej dro-

153

gi dharmy. topnieje tak szybko jak zeszłotygodniowy śnieg. Zdumiewający jest 

fakt, że właśnie to jest 
najbardziej naturalnym i nieuchronnym wynikiem wytrwałego zazen. Najbardziej 

zagadkowe tajemnice 
dharmy ujawniły się z taką pewnością jak to, że sama nie wiedząc jak i dlaczego 

przemieniłam się z 
głupiutkiej dziewczyny w młodą kobietę.

Rosi, raduj się wraz ze mną że zostałam tak szczodrze obdarzona wolą i dobrym 
zdrowiem, że mogę 

dzięki temu kroczyć prawdziwą drogą Buddy w tym życiu i we wszystkich 
przyszłych.

Z bzdur, które wypisuję, możesz zobaczyć, że zostało we mnie jeszcze tysiąc, nie 
- milion skalań. Lecz są 

one tylko kamyczkami na drodze pędzącej rzeki. A jednak nie ma ani kamyczków, 
ani wody. Nie ma już 

więcej decyzji, które należy podjąć, ani odczuwających istot, które trzeba 
zbawić. Wiem tylko to - rankiem 

wstaje słońce, a wieczorem jasno świeci księżyc.
Rosi, proszę, nie przepracowuj się i dbaj o swoje zdrowie.

Z wdzięcznością, Margaret
7. TO NAJPIĘKNIEJSZA PRACA CZŁOWIEKA - PO PROSTU CHODZIĆ PO TEJ ZIEMI

DROGI ROSI, niestosownie jest mówić o tym, co może wydawać się historią 
prawdziwego cudu, który 

przyniósł mi taką wolność i osiągnął taką kulminację podczas ostatniego sesin. 
Przebudziłem się do 

nieuchronnej dharmy i poznałem bezpośrednio i bezbłędnie prawdę słów wszystkich 
mistrzów, jakich 

kiedykolwiek studiowałem. Teraz tym bardziej czuję potrzebę studiowania ich. 
Wszystkie wskazania 

Buddy są jasne i nie ma co o nich rozprawiać ani rozmyślać. Widzę, że są 
konieczne w życiu, które ma 

prowadzić do przebudzenia (a które jest życiem rozpoczynającym się od 

background image

przebudzenia). Wszystkie te 

wskazania wynikają z doskonałości i wzajemnego przenikania się wszystkiego we 
wszechświecie -a 

raczej są z nimi tożsame. Poznałem to ponad wszelką wątpliwość, w sposób 
absolutny - nie, wkroczyłem 

w to - nie - nie, nie, nie. Nie ma żadnych słów prócz jednego bezsłownego, 
absolutnie pozbawionego 

znaczenia i absolutnie znaczącego słowa, które brzmi w ponadczasowej, wszystko 
rozumiejącej ciszy. Dla 

m-nie tym słowem, dzięki twojemu kiosaku i Twoim mocnym, łagodnym dłoniom, było 
Mu. l tak, jak 

nalegałeś, przeprowadzając mnie w końcu przez wszystkie mury - tylko Mu, tylko 
Mu.

Tak więc, krótko mówiąc, z ciągle obecnej, blednącej i nieistotnej przeszłości 
zostałem porwany przez to 

Mu. l ujrzałem, że wszystkie szaleństwa i przeszkody mego życia były oparte na 
ego i że koniecznie 

muszę zmiażdżyć tę iluzję. A potem walczyły się we mnie wszystkie furie i demony 
ze wszystkich 

Wędrówek Pielgrzyma * i wszystkich Tybetów i ślubowałem, że nie mogę i nie 
potrafię się zatrzymać, 

dopóki to wszystko nie ustąpi, i że nawet wówczas nigdy nie zatrzymam się. l 
pewnej nocy Mu schwycHo 

mnie za gardło i nie dało mi spać. l słyszałem głosy, i coś po mnie łaziło, ale 
- Mu i Mu, i Mu. Na drugi 

dzień ze łzami w o-czach zdałem sobie sprawę, że nie wiem i nie mogę nic 
wiedzieć o Mu - i że „nie 

wiem" jest odpowiedzią na każde pytanie, l w południe wyszedłem w pole pomiędzy 
tchnące spokojem i 

ciepłem ptaki, owady i trawy i płakałem gorzko, gdy ujrzałem, że nie ma się 
czego trzymać - nie ma 

niczego, a ja nie mam wyboru i muszę się poddać, l wróciłem, i siedziałem w 
zendo, i Mu dalej we mnie 

wzbierało. Nie wiem już, jak długo to trwało - pamiętam tylko dźwięk dzwonka i 
klapek, który pchnął, 

zmiażdżył czy przebudził coś głębiej.
Ulotność przeszłych „wielkich doświadczeń", szczególnie tych, których doznałem w 

tym właśnie tygodniu, 
nauczyła mnie, że nie wolno się ich czepiać, bez względu na to, jak byłyby 

radosne - i dalej trwało Mu. 
Mu. MU. Kiosaku uderzało mnie, gdy uderzało kogokolwiek w zendo, a wszystkie 

dzwonki, wiatr, cykady 
były w moim własnym umyśle i Mu, i Mu, i nie mogłem się zatrzymać. Jedno 

rozstrzygające uderzenie 
wymierzone w czyjeś ramiona w drugim końcu zendo trafiło w jakaś część mojego 

umysłu i sprawiło to, co 
nieodwołalne, i Mu, Mu, Mu szarpnęło mną w czarnym roztrzaskującym ego 

paroksyzmie. l stało się to 
drugi raz i nie poddałem się pokusie, aby spocząć w czymkolwiek, co można było 

nazwać .wspaniałym" 
lub: „o, jestem tam", l dzięki temu, TEMU, co trzymało mnie zawsze, a teraz w 

pełni ujęło mnie w tryby 
radosnej pracy, mogłem przestać się trzymać i puściłem się, i już nic nie mogło 

mnie odwieść, i ujrzałem, 
że nie ma niczego we wszechświecie, co mogłoby mnie oddzielić od całkowitości 

nieśmiertelnej istoty, o 
której wiedziałem, że jestem z nią jednym! Ale miało nadejść więcej. Czas nie 

istniał podczas tamtych dni 
- tamtych eonów - i potem moje ciało i u-mysł zniknęły, i byłem tak mocny jak 

wszystkie góry i wolny od 
lęku. l nic nie mogło się dziać nigdzie indziej, co nie działoby się tu i teraz, 

l tak radośnie, tak radośnie 
wstałem z mego miejsca w zendo, kiedy dzwon rozbrzmiewał dźwiękiem koła Dharmy. 

l Ty tam byteś, i 

background image

sięgnąłem poprzez łzy po Twoją rękę, i po-

*      „ Wędrówki Pielgrzyma" - wizyjnoalegoryczne dzieło Jotom Bunyama, 
angielskiego

purytaraldego kaznodziei z XVII w., cieszące się. ogromnąpopulamofcią wfród 
protestantów

154
155

wiedziałem Ci, że to było takie łatwe, takie łatwe. Byłem taki wdzięczny, a Ty 
objąłeś mnie, i Ty i ja, nic nie 

istniało ani nie istnieje, i nie ma początku ani końca,    j Tego dnia złożyłem 
na ołtarzu laseczkę kadzidła. 

Poczułem, że mam takie ci- ' cne prawo, aby to uczynić. A gdy idąc w kinhin 
dotknąłem bosą stopą 

podłogi, przyszły do mnie słowa:
To najpiękniejsza praca człowieka -po prostu chodzić po tej ziemi.

Usłuchałem i zapisałem je, i zostawiłem karteczkę na Twoim miejscu w zen-do. A 
na dokusan, choć nie 

miałem żadnych wątpliwości, to jednak zadałem Ci głupie pytanie, z głębi fal 
pozbawionego wymiaru 

nowego istnienia, co teraz robić, a Ty odpowiedziałeś patrząc na mnie jak na 
buddę: „Przecież wiesz, co 

robić - po prostu iść dalej." l wiem, że Mu i zazen, i Ty i ja, i wielkie koło 
dharmy z którym obracanie się 

jest Wielkim Wyzwoleniem, wszystko to będzie się toczyć coraz dalej w doskonałej 
wolności poza 

wszelkim wyborem, jako że bezbramna brama dharmy rozpadła się i chodzę swobodnie 
między niebem a 

ziemią.
A teraz, gdy już to wszystko powiedziałem, spróbuję to wyrzucić. Zapisałem to 

tylko dlatego, że i tak nie 
mam z tym nic wspólnego, i napisało się to samo, bez żadnych zahamowań, a więc 

może gdzieś się 
kiedyś komuś przyda, jak i wszystko, co kto inny czy ja sam napisałem, a co 

przydaje się w tajemniczy 
sposób.

Jesteś teraz moim bliskim przyjacielem i nauczycielem. Tak bardzo dziękuję Ci za 
prowadzenie mnie w 

życiu i w pracy buddy, a teraz muszę się nauczyć z Twoją pomocą odkrywać w nowym 
starym świecie 

swoją drogę, być posłusznym głosowi dharmy, pozbyć się wszelkich śladów ego, 
oświecenia i wszystkich 

innych śmieci, i iść coraz dalej, i próbować żyć tą najbardziej dogłębną ze 
wszystkich prawd, i iść dalej, i 

nie próbować zatrzymywać się gdziekolwiek.
Pozdrawiam Ciebie z wdzięcznością

mój bracie w dharmie...
Carl

Bodhidharma, założyciel szkoły zeń, namalowany przez mistrza zeń Hakuina (1686-
1769) w wieku 83 lat. 

Kaligrafia głosi: „Bezpośrednie wskazywanie na u-mysł człowieka, wejrzenie w swą 
zasadniczą naturę i 

osiągnięcie stanu Buddy."
 

Na obrazach i rzeźbach większości japońskich artystów Bodhidharma jest raczej 
karykaturalną postacią 

niż pełnym mądrości i współczucia patriarchą zeń. Przedstawia się go czasem jako 
groźnego i ponurego 

człowieka, przypominającego pirata. Na tym obrazie, malowanym tuszem, jego autor 
- Hakuin, który sam 

był wybitnym mistrzem zeń, pokazuje nam ciepłego i ludzkiego Bodhidharmę o 

background image

jasnym wejrzeniu, takiego, 

z którym możemy się utożsamiać. Ma on otwartą twarz, która niczego nie ukrywa, o 
ciepłych a jednak 

przenikliwych oczach. Poważne spojrzenie przypomina spojrzenie niemowlęcia; w, 
swej głębi dociera do 

samej istoty rzeczy.
157

i

III

AKTY CZCI l ODDANIA

WSTĘP

Wielu ludzi znających zeń jedynie z akademickich lektur po przyjściu do ośrodka 
otwiera usta ze 

zdziwienia na widok figur buddów i bodhisattwów, a także śpiewów i rytuałów. No 
tak, zazen - mówią 

sobie - tego można było się spodziewać, ale to? A jednak istniejąca od dwóch i 
pół tysiąca lat i wciąż 

rozwijająca się dyscyplina zwana buddyzmem zeń jest żywą tradycją duchową, w 
której takie akty czci i 

oddania odgrywają istotną rolę. Oczywiście mówienie o aktach czci i oddania w 
zeń, jako o czymś 

odrębnym od zazen, jest sztuczne. Pokłony z dłońmi w gasio przy wchodzeniu lub 
wychodzeniu z zendo, 

pokłony przed bud-dami i bodhisattwami, składanie im ofiar, udział w regularnie 
odprawianych 

ceremoniach wyznania i skruchy - te akty, jeżeli są dokonywane „niemyślnie", 
uszlachetniają uczucia i 

oczyszczają umysł, zmiękczając stopniowo ostre krawędzie i sztywne kontury 
osobowości. A ponieważ 

wszystkie służą „przycinaniu" ego, to przyspieszają przebudzenie. Szczere 
praktyki oddawania czci 

ułatwiają wyzwalanie wrodzonego nam współczucia, tak aby mogło ono swobodnie 
działać w codziennym 

życiu.
Ceremonie, odprawiane od wieków w krajach buddyjskich, zakorzeniły się o-becnie 

na gruncie 
amerykańskim. W Ośrodku Zeń w Rochester praktyki te zostały przystosowane do 

naszej zachodniej 
kultury w drodze naturalnych przekształceń. Oprócz obrzędów związanych z 

przechodzeniem do innej 
formy życia, tzn. obrzędów dotyczących pogrzebów, ślubów i wyświęceń, mamy w 

kalendarzu ceremonii 
dzień narodzin, dzień śmierci i dzień oświecenia Buddy, dzień śmierci 

Bodhidharmy, dzień Założyciela 
Świątyni, Nowy Rok i każdego miesiąca ceremonię wyznania i skruchy, jak również 

ceremonię o pokój i 
pomoc głodującym na całym świecie. Nie mniej istotne są coroczne obchody Święta 

Dziękczynienia. 
Ponieważ są one wyrazem głębokiej wdzięczności, idealnie pasują do aktów czci i 

użyczają treści 
naszemu rodzimemu amerykańskiemu świętu zeń.

Współcześnie wielu wyznawców zachodnich religii nie rozumie, jak się wydaje, 
głębi rytuałów i ceremonii, 

nie czuje też z nimi bliskiego związku. Mimo to formalne ceremonie nie muszą być 
„pustą formą". 

Wdzięczność, szacunek i inne szlachetne uczucia można pogłębiać wyrażając je 
zgodnie z przyjętym 

wzorcem, tak jak ruch można uczynić bardziej wymownym obracając go w taniec, a 

background image

dźwięk w muzykę.

Śpiewy zajmują poczesne miejsce wśród wszystkich innych sposobów oddawania czci 
w zeń. Nie ma 

chyba świątyni ani ośrodka zeń, gdzie ludzie nie zbieraliby się w głównej sali 
przynajmniej raz dziennie i 

nie śpiewaliby sutr i słów mistrzów, którzy urzeczywistnili najwyższą prawdę. 
Śpiew jest podstawą 

każdego rytuału i ceremonii, gdyż ustala brzmienie, dzięki któremu uczestnicy 
osiągają stan wyższej 

przytomności i wrażliwości na to, co się dzieje.
161

Co dzień o świcie donośne dźwięki wybijane na wielkim bębnie przerywają ciszę 
zazen, aby dać sygnał 

siedzącym, że mogą udać się rzędem do głównego zendo na śpiewy. Po tym wstępnym, 
grzmiącym 

wezwaniu grający na bębnie przesuwa drewniane pałki po guzach z mosiądzu, 
umieszczonych wokół 

krawędzi instrumentu, wywołując głęboki, urywany dźwięk. Potem następują 
przejmujące uderzenia w 

samą krawędź bębna „kliku klak, kliku klak" w narastającym tempie, przechodząc w 
końcu w rytm 

wybijany na jego powierzchni.
Gdy bęben cichnie, natychmiast rozpoczynają się uderzenia w kejsu, czyli w gong 

o kształcie misy, a 
głęboki rezonans tego instrumentu wypełnia zendo. Grający na kejsu siedzi w 

skupieniu zgrabnie 
trzymając w obu dłoniach długą o-bitą filcem pałkę w kształcie cylindra, której 

używa, intonując różne 
sutry, a gdy wszyscy włączą się w śpiew, akcentuje w nich pewne miejsca: 

opuszcza ciężką pałkę na 
krawędź gongu, wiedząc przy tym, że uderzenie za słabe albo za mocne, pod złym 

kątem albo w złym 
miejscu nie wyzwoli pełnej, bogatej skali dźwięków ukrytych w instrumencie. 

Powiada się w zeń: „Nie 
uderzaj instrumentu -pozwól mu być uderzonym."

Po zaintonowaniu śpiewu włącza się drewniany bęben w kształcie ryby (mo-kugio). 
Rozpoczyna powoli 

pum... pum... pum... stopniowo zwiększając tempo, jak odjeżdżający pociąg, 
podczas gdy poszczególne 

głosy stapiają się w jeden donośny i dźwięczny, niski ton. Grający na bębnie nie 
„uderza" filcową pałką 

lecz trzymając ją lekko, po prostu ją prowadzi, wskutek czego instrument w 
pewnym sensie „gra sam na 

sobie". Brzmienie tego wydrążonego bębna w kształcie ryby jest na tyle głębokie, 
że słyszy się je „pod" 

śpiewem. Wszyscy stosują się do ustalonego w ten sposób rytmu.
Na śpiewy składa się mnóstwo rozmaitych elementów. Mocny, czysty głos 

prowadzącego rozbrzmiewa 
solo przy intonowaniu każdego śpiewu wywołując o-dzew pełnego chóru od 

pięćdziesięciu do trzystu 
śpiewających. Pulsujące tętno drewnianego bębna stanowi kontrapunkt dla 

wibrującego brzmienia gongu 
w kształcie misy, nawet gdy zazębiają się one ze sobą, aby kontrastować i 

harmonizować z niskim tonem 
śpiewu.

Podczas śpiewu całe ciało jest rozluźnione. Energia wypływa z podbrzusza, a 
dźwięk rezonuje w czaszce. 

W zeń nie ma kołysania się ani bujania podczas śpiewów; śpiew zeń wymaga 
wyprostowanej i stabilnej 

postawy z dłońmi złożonymi lekko jedna na drugiej na łonie.
Każdy ze śpiewających znajduje swoją najniższą naturalną wysokość głosu, ton z 

najniższej części swojej 

background image

skali, który jest w stanie utrzymać bez wysiłku, jednocześnie stapiając go z 

dominującym tonem tak, aby 
powstała harmonijna całość. Poszczególne słowa łączą się razem w jedno brzmienie 

wydobywające się z 
hara. Wysokość tonu nie zmienia się. Śpiew zeń jest jedynym w swoim rodzaju

162

sposobem angażowania najgłębszego poziomu umysłu; omija intelekt, aby przebudzić 

Rozumienie i 
energicznie wyrazić wolne od emocji odczuwanie.

Ogólnie mówiąc, są dwa rodzaje śpiewów: sutry i dharani. Do kategorii sutr, 
czyli wypowiedzi 

przypisywanych Buddzie, można również włączyć słowa mistrzów. Regularne 
powtarzanie sutr w 

ojczystym języku sprawia, że ich prawda trafia wprost do podświadomego umysłu, 
wzmacniając 

rozumienie i wiarę. Nie trzeba czynić żadnego wysiłku, aby pochwycić ich sens, 
ponieważ wchłania się go 

spontanicznie, bez filtru racjonalnego umysłu. Najważniejszy jest stan umysłu 
wywołany przez śpiew - 

zaangażowanie aż do samozapomnienia.
Dharani to długa mantra, rytmiczna sekwencja dźwięków, która poprzez związane z 

nią szczególne 
wibracje wyraża zasadniczą prawdę, przekraczającą wszelki dualizm. Moc tego 

sposobu budzenia 
niewidzialnych sił zależy od zasięgu samego dźwięku, lecz jeszcze bardziej od 

stanu umysłu osoby 
śpiewającej. Dharani oddziałuje mocniej, gdy śpiewa ją człowiek głębokiej wiary, 

o skoncentrowanym 
umyśle i wrażliwym sercu. Struktura dharani nie jest pozbawiona znaczenia; musi 

ona wyrastać z 
autentycznego religijnego doświadczenia, być rytmiczna i melodyjna. Ponieważ 

nikomu, jak dotąd, nie 
udało się trudne zadanie przygotowania angielskiej wersji śpiewanych dharani, 

nie zamieszczamy tu 
żadnej mantry ani dharani, za wyjątkiem mantry na końcu sutry Serce doskonałej 

mądrości
Śpiew jest czymś innym niż recytacja, która może polegać jedynie na powtarzaniu 

fragmentów tekstu. 
Śpiew natomiast rodzi się w głębi trzewi i gdy dokonuje się bez ego, posiada moc 

przenikania widzialnych 
i niewidzialnych światów. Umysł jest nieograniczony; pełen energii śpiew 

wykonywany z czystym umysłem 
i jednomyślnym zaangażowaniem jest inną formą zazen, innym sposobem uczenia się 

prawdy Buddy, 
bezpośrednim i nieintelektualnym. Śpiew taki jest również środkiem do 

spotęgowania mocy samadhi i 
pomaga w sprowadzeniu przebudzenia.

W Ośrodku Zeń w Rochester większość tekstów śpiewa się po angielsku; najbardziej 
znane to Cztery 

ślubowania bodhisattwy, Serce doskonałej mądrości, Pieśń ku chwale zazen i 
Strofy wiary w Umysł. 

Teksty te otwierają część poświęconą aktom czci i oddania. Istnieją oczywiście i 
inne angielskie 

tłumaczenia tych tekstów, jednak zamieszczone tutaj wyróżniają się tym, że 
zostały specjalnie 

przystosowane do śpiewu, a tłumaczono je mając na uwadze eufonię i kadencję.
Po tekstach śpiewów zamieszczono list i kilka dialogów. Ukazują one, lepiej niż 

cokolwiek innego, 
najczęściej spotykane i dość typowe kłopoty, na które można się natknąć w 

praktyce wyrażania czci w 
zeń. Chociaż lektura tych tekstów może być pomocna, czytelnicy musieliby sami 

wziąć udział w 

background image

praktykach wyrażania czci i oddania, aby w pełni docenić ich wagę.

163

ŚPIEWY

1. CZTERY ŚLUBOWANIA BODHISATTWY
Cztery wielkie ślubowania bodhisattwy to najczęściej spotykany śpiew w bud-

dyźmie mahajany:
Niezliczone istoty ślubuję wyzwolić. Nieskończone, ślepe namiętności ślubuję 

wykorzenić. Niezmierzone 
bramy Dharmy ślubuję przeniknąć. Wielką Drogę Buddy ślubuję osiągnąć.

Treść tych śpiewanych ślubowań sprawia zwykle kłopoty uczniom z Zachodu, którzy 
od lat zgłaszają dwa 

główne zastrzeżenia. Uczniowie wychowani w tradycji chrześcijańskiej narzekają 
że porzuciwszy 

chrześcijaństwo z jego misjonarskim duchem, jak najdalsi są od szukania w zeń 
tego, co opacznie 

interpretują w pierwszym z Czterech ślubowań jako „zbawienie". Inni pytają: „Jak 
mogę ślubować, że 

wyzwolę wszystkie istoty, jeżeli siebie jeszcze nie wyzwoliłem? A jeśli nawet 
wyzwoliłbym siebie, to jak 

mógłbym wyzwolić wszystkie inne istoty?" Pewien człowiek o poważnych aspiracjach 
ujął to w 

następujący sposób: „Przeszkadza mi to, że nie mogę szczerze podjąć się 
wypełnienia Czterech 

ślubowań. Muszę dodawać od siebie: na tyle, na ile pozwolą mi moje ograniczenia 
i słabości - a to niszczy 

wartość śpiewania Czterech ślubowań. Chciałbym przyjąć te ślubowania, lecz muszę 
całkiem szczerze 

wyznać, że nie potrafię."
Źródłem tych zastrzeżeń jest traktowanie Czterech ślubowań jako zewnętrznej 

formułki, której należy się 
nauczyć i do której trzeba się zastosować wbrew wszelkim przeciwnościom i wbrew 

rozsądkowi. W 
pierwszym z Czterech ślubowań słowo, tradycyjnie tłumaczone jako „zbawić", w 

Ośrodku Zeń w 
Rochester zastąpiono słowem „wyzwolić". Dzięki temu unika się moralizatorskiego 

i niebud-dyjskiego 
znaczenia, sugerującego, że chodzi o odkupienie od grzechu, i wiernie oddaje się 

ducha oryginału. 
Ślubowanie to, rozumiane we właściwy sposób, wyraża cel i możliwości praktyki i 

potwierdza, że twoje 
zazen służy nie tylko tobie, lecz całej ludzkości. Pozostałe trzy ślubowania 

określają stan umysłu, przy 
którym można pomóc niezliczonym istotom w niezliczonych krainach.

Wyrażenie „niezliczone istoty" nie jest przenośnią Przebudzenie zeń dogłębnie 
ukazuje, że wszystko jest 

jednym - tobą samym - i że ty sam jesteś wszystkim. Cokolwiek przytrafi się 
jakiejkolwiek istocie, 

nieuchronnie wpływa na wszystkie inne. Dlatego też gdy przebudzi się jedna 
osoba, wszystko 

naładowane jest
165

tym samym przebudzeniem. Potwierdził to mistrz zeń Dogen, mówiąc: „Bez 
oświecenia innych nie można 

oświecić siebie."
W zeń bodhisattwą jest ten, kto powodowany swym wielkim współczuciem ślubował, 

że nie wkroczy w 
nirwanę, dopóki nie wejdą w nią wszystkie istoty -czyli ten, kto w naturalny 

sposób przedkłada pomyślność 
innych nad swoją własną. Oczywiście nadal pracuje on nad sobą, bowiem ten, kto 

sam potrzebuje 

background image

pomocy, nie może naprawdę pomóc innym. Ślubowanie podkreśla, że bodhisattwą nie 

cofnie się w swoim 
postanowieniu.

Dlatego też ślubowania bodhisattwy są czymś o wiele większym, niż tylko dobrym 
słowem. W tym samym 

sensie, w jakim pestka brzoskwini ślubuje, że stanie się brzoskwinią żołądź 
dębem, niemowlę 

człowiekiem, a człowiek - bud-dą, Cztery ślubowania są potwierdzeniem naszego 
wrodzonego 

ślubowania, aby stać się tym, czym już w istocie jesteśmy - całością i pełnią 
Jeśli na nie spojrzeć w takim 

świetle, nie są one niczym innym jak wezwaniem do przebudzenia i wyzwolenia się.
2. SERCE DOSKONAŁEJ MĄDROŚCI

Serce doskonałej mądrości, śpiewane codziennie w buddyjskich klasztorach i 
ośrodkach na całym 

świecie, uważane jest za najskuteczniejszy ze środków werbalnych, stosowanych 
dla przekroczenia 

pogrążonego w ułudzie umysłu. Jest korzeniem czy też jądrem nauki Buddy, 
kwintesencją wszystkich sutr 

mądrości, jakie Budda wygłaszał przez dwadzieścia dwa lata. Sutry tej, zwanej 
również Sutrą serca, nie 

należy pojmować intelektem, lecz sercem, to znaczy z głębi własnego, 
intuicyjnego doświadczenia. A 

zatem „doskonała mądrość" oznacza tu mądrość transcendentną jak również ścieżkę 
wiodącą do jej 

osiągnięcia oraz słowa nauki Buddy sprzyjające urzeczywistnieniu jej.
W Sutrze serca Budda przemawia do Sariputry, jednego ze swych głównych uczniów, 

znanego z 
mądrości. Budda przypomina, jak Bodhisattwą Współczucia uprzytomnił sobie w 

głębokim samadhi, że 
ludzka osobowość jest jedynie wytworem pięciu skandh (dosłownie „skupisk") - 

formy, uczuć, 
postrzegania, woli i świadomości - które są zasadniczo puste, pozbawione 

rzeczywistej substancji. Dalej 
Budda ujawnia iluzoryczną naturę osiemnastu sfer zmysłów, składających się z 

sześciu organów 
zmysłów, odpowiadających im sześciu rodzajów danych zmysłowych i sześciu aktów 

odczuwania 
zmysłowego, a także dwanaście ogniw w łańcuchu przyczynowości, Cztery szlachetne 

prawdy, a nawet 
dualistyczną koncepcję nirwany i samsary.

166

Sanskrycką mantrę na końcu sutry można następująco przełożyć na język

polski:
Przeszła, przeszła Gate, gate

przeszła poza, para gate,
całkowicie poza. para sam gate.

Przebudź się: raduj się! Bodhi, swaha!
Trudno dokładnie przełożyć słowo swaha - wyraz triumfu i uniesienia, znaczący 

tyle co: „chwała", „niech 
żyje!". W „gate" »a" należy wymawiać z przydechem „ghate" („h" właściwie 

niesłyszalne).
SERCE DOSKONAŁEJ MĄDROŚCI

Bodhisattwa Współczucia
w głębi mądrości pradżni

ujrzał pustkę wszystkich pięciu skandh
i odrzucił więzy

powodujące jego cierpienie.
Wiedz zatem:

Tutaj12 forma jest tylko pustką,
pustka jest tylko formą.

Forma nie jest różna od pustki,

background image

pustka nie jest różna od formy.

Uczucia,13 myśli, wola14
i świadomość sama

są również takie.
Tutaj dharmy są puste,

wszystkie są pierwotną pustką.
Żadna nie rodzi się ani nie umiera,

nie są skalane ani czyste,
nie zwiększają się ani nie nikną.

Stąd w pustce nie ma formy,
uczuć, myśli czy woli ani też świadomości.

Nie ma tu oka, ucha, nosa,
języka, ciała, umysłu;

ni barwy, dźwięku, zapachu,
smaku, dotyku ani tego

co umysł chwyta,
167

ani aktu odczuwania nawet.
Nie ma niewiedzy, ani jej kresu

ani wszystkiego co z niewiedzy pochodzi
nie ma rozkładu, ani śmierci,

ani nie ma ich kresu.
Nie ma cierpienia

ani przyczyny cierpienia,
ani wygaśnięcia cierpienia,

czy szlachetnej ścieżki
wyprowadzającej z cierpienia,

ani nawet mądrości osiąganej,
osiąganie również jest pustką.

Wiedz zatem, iż Bodhisattwa,
wyzbywszy się przywiązania

ku czemukolwiek,
a trwając w mądrości pradżni

jest wolny od złudnych przeszkód,
wyzwolony od lęku,

który one rodzą,
osiąga najczystszą nirwanę.

Wszyscy buddowie, dawni i obecni,
buddowie przyszłych czasów

dzięki mądrości pradżni
osiągają pełne oświecenie.

Poznaj więc wielką dharani,
promieniejącą, niezrównaną mantrę,

doskonałą, niezawodną mantrę
Pradżnię Paramitę,

której słowa koją wszelki ból.
Oto jest najwyższa mądrość,

prawdziwa ponad wszelkie wątpienie,
znaj i głoś jej prawdę:

Gate, gate para gate para sam gate bodhi, swaha!
168

3. PIEŚŃ KU CHWALE ZAZEN - MISTRZA HAKUINA
Jedną z wielkich postaci japońskiego buddyzmu jest mistrz zeń Hakuin (1686 

-1769). Chociaż jego nauka 
wywodzi się z tradycji dawnych chińskich mistrzów, skutecznie przystosował ją do 

japońskiej kultury, 
tworząc żywy zeń, dostępny dla ludzi świeckich, mimo że zakorzeniony w 

nieskażonym dziedzictwie jego 
własnej monastycznej tradycji szkoły Rindzai. Hakuin zasłynął najbardziej z 

ożywienia systemu koanów i z 

background image

koanu, jaki sam odkrył, a który nadal jest powszechnie stosowany w treningu zeń: 

„Jaki jest dźwięk 
klaśnięcia jednej dłoni?"

Hakuin był za życia powszechnie szanowany i kochany, szczególne przez ludzi 
prostych, których dola w 

ówczesnym feudalnym społeczeństwie była ciężka. Ludzie, uginający się pod 
brzemieniem ubóstwa i 

ucisku, przybywali do niego tłumnie w poszukiwaniu ulgi.
Wysoko postawieni urzędnicy rządowi również przyjmowali jego naukę, a w jego 

śmiałych i barwnych 
odpowiedziach na ich listy widzimy, jak gromi on propagatorów fałszywego 

„masowego zeń"15 i 
zwolenników „martwego siedzenia i cichej iluminacji".

Główną troską Hakuina był oczywiście duchowy trening mnichów i uczniów o-raz 
kształcenie 

kwalifikowanych następców. Jak sam pisze w jednym ze swych listów, rzadko miewał 
mniej niż pięciuset 

mnichów i ludzi świeckich pod swoim bezpośrednim przewodnictwem. Hakuin - 
człowiek niezwykle 

wszechstronny, o niewyczerpanej energii - był nie tylko pisarzem obdarzonym 
wyrazistym i pełnym mocy 

stylem, ale także wybitnym malarzem i kaligrafem, utalentowanym poetą i 
rzeźbiarzem. Błyskotliwy mistrz 

zeń, człowiek renesansu - autor Pieśni ku chwale zazen, która jest nadal 
regularnie śpiewana w 

świątyniach zeń w Japonii, w Ośrodku Zeń w Rochester i w innych miejscach. Być 
może żaden inny tekst 

nie stanowi tak wymownego świadectwa mocy zazen.
PIEŚŃ KU CHWALE ZAZEN - MISTRZA HAKUINA

Od początku wszystkie istoty sąbuddą,
Jak woda i lód - bez wody nie ma lodu,

poza nami nie ma buddów.
Jak blisko prawda, a jak daleko jej szukamy,

jak ktoś, kto pośród wody krzyczy z pragnienia.
Podobni synowi bogacza,

który jak nędzarz błądzi po ziemi,
169

ani aktu odczuwania nawet.
Nie ma niewiedzy, ani jej kresu

ani wszystkiego co z niewiedzy pochodzi
nie ma rozkładu, ani śmierci,

ani nie ma ich kresu.
Nie ma cierpienia

ani przyczyny cierpienia,
ani wygaśnięcia cierpienia,

czy szlachetnej ścieżki
wyprowadzającej z cierpienia,

ani nawet mądrości osiąganej,
osiąganie również jest pustką.

Wiedz zatem, iż Bodhisattwa,
wyzbywszy się przywiązania

ku czemukolwiek,
a trwając w mądrości pradżni

jest wolny od złudnych przeszkód,
wyzwolony od lęku,

który one rodzą,
osiąga najczystszą nirwanę.

Wszyscy buddowie, dawni i obecni,
buddowie przyszłych czasów

dzięki mądrości pradżni
osiągają pełne oświecenie.

Poznaj więc wielką dharani,

background image

promieniejącą, niezrównaną mantrę,

doskonałą, niezawodną mantrę
Pradżnię Paramitę,

której słowa koją wszelki ból.
Oto jest najwyższa mądrość,

prawdziwa ponad wszelkie wątpienie,
znaj i głoś jej prawdę:

Gate, gate para gate para sam gate bodhi, swaha!
168

3. PIEŚŃ KU CHWALE ZAZEN - MISTRZA HAKUINA
Jedną z wielkich postaci japońskiego buddyzmu jest mistrz zeń Hakuin (1686 

-1769). Chociaż jego nauka 
wywodzi się z tradycji dawnych chińskich mistrzów, skutecznie przystosował ją do 

japońskiej kultury, 
tworząc żywy zeń, dostępny dla ludzi świeckich, mimo że zakorzeniony w 

nieskażonym dziedzictwie jego 
własnej monastycznej tradycji szkoły Rindzai. Hakuin zasłynął najbardziej z 

ożywienia systemu koanów i z 
koanu, jaki sam odkrył, a który nadal jest powszechnie stosowany w treningu zeń: 

„Jaki jest dźwięk 
klaśnięcia jednej dłoni?"

Hakuin był za życia powszechnie szanowany i kochany, szczególne przez ludzi 
prostych, których dola w 

ówczesnym feudalnym społeczeństwie była ciężka. Ludzie, uginający się pod 
brzemieniem ubóstwa i 

ucisku, przybywali do niego tłumnie w poszukiwaniu ulgi.
Wysoko postawieni urzędnicy rządowi również przyjmowali jego naukę, a w jego 

śmiałych i barwnych 
odpowiedziach na ich listy widzimy, jak gromi on propagatorów fałszywego 

„masowego zeń"15 i 
zwolenników „martwego siedzenia i cichej iluminacji".

Główną troską Hakuina był oczywiście duchowy trening mnichów i uczniów o-raz 
kształcenie 

kwalifikowanych następców. Jak sam pisze w jednym ze swych listów, rzadko miewał 
mniej niż pięciuset 

mnichów i ludzi świeckich pod swoim bezpośrednim przewodnictwem. Hakuin - 
człowiek niezwykle 

wszechstronny, o niewyczerpanej energii - był nie tylko pisarzem obdarzonym 
wyrazistym i pełnym mocy 

stylem, ale także wybitnym malarzem i kaligrafem, utalentowanym poetą i 
rzeźbiarzem. Błyskotliwy mistrz 

zeń, człowiek renesansu - autor Pieśni ku chwale zazen, która jest nadal 
regularnie śpiewana w 

świątyniach zeń w Japonii, w Ośrodku Zeń w Rochester i w innych miejscach. Być 
może żaden inny tekst 

nie stanowi tak wymownego świadectwa mocy zazen.
PIEŚŃ KU CHWALE ZAZEN - MISTRZA HAKUINA

Od początku wszystkie istoty są buddą.
Jak woda i lód - bez wody nie ma lodu,

poza nami nie ma buddów.
Jak blisko prawda, a jak daleko jej szukamy,

jak ktoś, kto pośród wody krzyczy z pragnienia.
Podobni synowi bogacza,

który jak nędzarz błądzi po ziemi.
169

 
bez końca krążymy w sześciu światach.

Przyczyną naszych trosk jest złudzenie ego.
Z ciemnej ścieżki na ciemną ścieżkę

wędrujemy w ciemności,

background image

jakże uwolnić się mamy z koła samsary?

Bramą wolności jest samadhi zazen -
ponad zachwytem, ponad wychwalaniem czysta mahajana.

Przestrzeganie wskazań, dawanie i skrucha,
niezliczone dobre czyny i droga prawego życia,

wszystko pochodzi z zazen.
Zatem jedno prawdziwe samadhi kładzie kres złu,

Oczyszcza karmę rozwiązując trudności.
Gdzież wówczas ciemne ścieżki mogące nas zwieść?

Czysta Ziemia Lotosu nie jest daleko stąd.
Słyszeć tę prawdę sercem pokornym i wdzięcznym,

sławić ją i przyjmować, praktykując jej mądrość,
ileż to błogosławieństw, jakie góry zasług!

A gdy zwrócimy się do wewnątrz
i doświadczymy naszą Prawdziwą Naturą,

że Prawdziwa Jaźń jest nie-jaźnią,
że nasza własna Jaźń jest nie-jaźnią,

staniemy ponad ego
i poza zręcznymi słowami.

Wtedy brama do jedności przyczyny i skutku
zostanie otwarta na oścież.

Nie dwie i nie trzy, jedna w przód biegnie Droga.
Teraz nasza forma jest nie-formą

choć przychodzimy i odchodzimy,
nie opuszczamy nigdy domu.

Teraz nasza myśl jest nie-myślą,
nasz taniec i śpiew są głosem dharmy samej.

Jak rozległa jest pustka bezkresnego samadhi!
Jak jasne i przejrzyste księżycowe światło mądrości!

Cóż jest poza nami, czego nam brak?
Nirwana otwarcie ukazuje się naszym oczom.

Ziemia, na której stoimy, to czysta Ziemia Lotosu
i to właśnie ciało jest ciałem Buddy.

170

4. STROFY WIARY W UMYSŁ

Trzeci Patriarcha, Seng Tsan, jest jednym z tych wybitnych mistrzów, o życiu 
których wiemy niewiele. 

Przypisuje mu się autortswo Strof Wiary w Umysł, lecz poza tym historia 
przekazała nam o nim zaledwie 

kilka biograficznych faktów. Z całą pewnością żył w VI w. n.e., chociaż miejsce 
i rok jego urodzenia nie są 

znane. Jako wędrowny mnich-żebrak przemierzał kraj na własnych nogach, jak to 
często praktykowano w 

dawnych Chinach. Powiada się, że był wyjątkowo uprzejmy i łagodny w obejściu, a 
także, że wyzwolił się 

z wszelkich więzów ułudy. Gdy rozpoczęły się prześladowania buddystów, wraz z 
tysiącami innych 

wyznawców szkoły zeń uszedł w góry. Prowadzać proste i zdyscyplinowane życie 
zdołali oni tam 

przetrwać w bardzo surowych warunkach. To właśnie ta zdolność do przystosowania 
się pomogła zeń 

odrodzić się po prześladowaniach szybciej niż jakiejkolwiek innej szkole 
buddyzmu. Przed śmiercią w 606 

r.n.e. Seng Tsan przekazał szatę i miskę Czwartemu Patriarsze. Życie jednego 
człowieka... nauka trwa 

dalej... Strofy wiary w Umyśl uważane są często za najstarszy dokument 
chińskiego zeń. Jest to jeden z 

najbardziej podziwianych tekstów zeń, często cytowany przez mistrzów od 
najdawniejszych czasów; 

same pierwsze linijki są podstawą kilku koanów w Zapiskach błękitnej skaty. 
Tekst ten zdobył dużą 

popularność w USA od czasu ukazania się jego tłumaczenia w Zeń Bow, publikacji 

background image

Ośrodka Zeń w 

Rochester.
Oryginał Strof wiary w Umysł składa się z 584 znaków, a każdy ze 146 nie 

rymowanych wersów stanowią 
cztery znaki, a nie pięć czy siedem, jak to zazwyczaj bywa w chińskiej poezji, 

co nadaje tekstowi 
zwięzłość stylu zeń i wyklucza wszelką literacką czy retoryczną kwiecistość.

Pierwszy znak tytułu oznacza wiarę lub ufność. Wiara - to przeświadczenie 
wyrastające z intuicyjnej 

świadomości, choćby chwilowej, że wszystko, co istnieje, stanowi jedność. Drugi 
znak oznacza Umysł, 

podłoże wszelkich zjawisk, to co wie i co jest wrodzone każdemu z nas.
STROFY WIARY W UMYSŁ

Ta Wielka Droga wcale nie jest trudna dla ludzi wolnych od swych upodobań.
Kiedy znikają miłość i nienawiść, Droga jest jasna, nic nie jest ukryte,

171

lecz najdrobniejsze nawet rozróżnienie ziemię i niebo oddzieli od siebie.

Jeżeli pragniesz jasno ujrzeć prawdę, porzuć to wszystko, co jest za lub 
przeciw.

Ciągłe wpadanie w swe „lubię" - „nie lubię" jest chorobliwym nałogiem umysłu.
Niedostrzeganie głębi prawdy Drogi wrodzony spokój zakłóca i burzy.

Droga jest pełna jak bezmiar przestrzeni, gdzie nie ma braku i nie ma nadmiaru.
Gdy wybieramy albo odrzucamy, zapominamy o tej prostej prawdzie.

Oba dążenia: na zewnątrz do świata, jak i dążenie ku wewnętrznej pustce, na 
pomieszane skazują cię 

życie.
W spokoju ujrzyj, że wszystko jest Jednym, a błędne myśli znikną same z siebie.

Powstrzymywanie siebie od działania jest też działaniem, które cię wypełnia.
Jeżeli wpadniesz w tę lub tamtą skrajność, nigdy nie poznasz Jednego Umysłu.

Jedności owej nieuprzytomnienie sprawi, że z Drogi zbłądzisz na manowce.
Jeśli przyjmujesz, że istnieją rzeczy, to gubisz prawdę ich rzeczywistości,

lecz zakładanie nieistnienia rzeczy również w niezgodzie jest z rzeczywistością.
172

Im więcej o tym mówisz i rozmyślasz,
tym od istoty oddalasz się bardziej.

Odetnij słowa i zbyteczne myśli,
a cały wszechświat będzie twoim domem.

Jeśli powrócisz do korzenia zjawisk, odkryjesz sedno znaczenia wszystkiego,
jeżeli ścigać zaś będziesz pozory, pierwotne źródło przeoczysz z pewnością.

Gdy się obudzisz, przekroczysz natychmiast zarówno pustkę, jak to, co jest 
formą.

Wszelkie przemiany w naszym pustym świecie rzeczywistymi jawią się z niewiedzy,
więc nie ulegaj pogoni za prawdą porzuć poglądy, które tak miłujesz.

Nie pozostawaj dłużej w rozdwojeniu, powstrzymaj siebie od wszelkiej gonitwy.
Jeśli ślad dobra lub zła jest obecny, Umysł się gubi i traci swą jasność.

Dwoistość płynie z Jednego Umysłu, ale i jego nie próbuj się chwytać.
Gdy jeden umysł trwa nieporuszony, nic na tym świecie zranić cię nie może,

A gdy nic nie jest w stanie cię urazić, wszystkie przeszkody po prostu znikają.
Kiedy zaś znikną przedmioty twych myśli, myślący podmiot zginie razem z nimi.

173

[wlf

Rzeczy się jawią za sprawą umysłu, za sprawą rzeczy umysł się pojawia.
l to, i tamto, jak widzisz, jest względne. l to, i tamto Pustką jest u źródła.

A chociaż w Pustce nie są to dwa światy, w każdym z osobna wszelki kształt się 
mieści.

Gdy nie osądzasz: „to niskie", „to wzniosłe', to czyją wówczas w sporach 
bierzesz stronę?

Ta Wielka Droga nie ma żadnych granic, przekracza łatwość, przekracza trudności.

background image

Ci, co poglądów ciasnych się trzymają są bojaźliwi, niezdecydowani; własny 

szalony pośpiech ich hamuje.
Jeśli przywiążesz się do czegokolwiek, od razu zejdziesz z drogi na manowce.

Natychmiast porzuć chwytający umysł, wszystko jest takie jakie jest - bez myśli. 
Nic się nie zjawia ani też 

nie znika.
Wejrzyj w prawdziwą naturę wszystkiego,

a z Wielką Drogą będziesz wówczas w zgodzie,
idąc swobodnie i bez niepokoju.

Lecz jeśli będziesz żyć w niewoli myśli, wpadniesz w niepewność, w zamęt 
niejasności,

w dół cię pociągnie to ogromne brzemię, czemu osądzasz: to złe, a to dobre?
Jeśli najwyższą chcesz podążać Drogą,

to nie odrzucaj świata swoich zmysłów, *
174

ponieważ taki - pełny, całkowity -
świat twoich zmysłów też jest oświeceniem.

Mędrzec nie dąży do żadnego celu, bo tylko głupiec sam siebie krępuje.
Ta jedna Droga nie zna żadnych różnic, a człowiek zawsze chce się czegoś 

trzymać.
Gdy myślą szukasz Wielkiego Umysłu, marnujesz siły w próżnym dociekaniu.

Ten mały umysł rodzi ruch i bezruch, lecz przebudzony przekracza je oba.
Nasza ułuda źródłem rozdwojenia -te sny są niczym, to kwiaty z powietrza, czemu 

tak bardzo starasz się 
je chwytać?

Więc raz na zawsze pozbądź się złudzenia zysku i straty, dobra i zła także.
Gdy nie śpisz więcej i twój umysł czuwa, to sny mamiące nikną same z siebie.

Jeżeli umysł niczego nie dzieli,
to w tej Jedności wszystko jest już sobą

Powrót do tego tajemnego Źródła
czyni cię wolnym od wszelkich przywiązań.

Gdy wszystko widzisz „umysłem równości", to osiągnąłeś Prawdziwą Istotę.
Ten Jeden Umysł przekracza od razu wszelki argument, wszelkie porównanie.

Jeśli ruch wstrzymasz - nie będzie go wcale, spokój zniweczysz - niepokój 
powstanie.

175

Gdy ruch i bezruch ustają zupełnie, to wówczas znika nawet Jeden Umysł.

Oto jest prawda ponad wszelkim prawem, nie sposób nawet opisać jej w słowach.
Gdy umysł w pełni jednoczy się z Drogą, egocentryczne dążenia znikają.

Kiedy odchodzą zwątpienia i zamęt, prawdziwa wiara płonie w naszym życiu.
Nic do nas nie lgnie, nic nas nie hamuje, niczego więcej nie trzeba porzucać.

Wszystko jest jasne, ujawnia się samo bez wytężania sił tego umysłu.
Myśl nie dosięgnie tej doniosłej prawdy i na nic tutaj zdadzą się uczucia.

W tym najprawdziwszym, czystym świecie Pustki, nie ma już „siebie" ani żadnych 
„innych".

By się zjednoczyć z tą rzeczywistością, w chwilach zamętu pamiętaj to „nie-dwa".
W tym właśnie „nie-dwa" wszystko jest Jednością nie ma podziału i nic nie jest 

poza.
We wszystkich miejscach i o każdej porze ludzie się budzą ku tej właśnie 

prawdzie.
Droga jest poza przestrzenią i czasem, jedna jej chwila równa jest wieczności.

Prawda jest wszędzie przed twymi oczyma nie tylko tutaj, nie tylko gdzieś 
indziej.

176

l rozróżnienia: „to duże", „to małe",

w żaden już sposób zmylić cię nie mogą.
To, co największe, jest również najmniejsze, bo ograniczeń nie ma tu zupełnie.

To, co się jawi, nie istnieje wcale, to, czego nie ma, jest zawsze obecne.

background image

Jeżeli tego nie pojmujesz jeszcze, daleki jesteś od wewnętrznej prawdy.

Jedno jest wszystkim, a wszystko jest jednym, w tym się przejawia doskonałość 
rzeczy.

A kiedy wiara i Umysł są jednym, słowa i myśli tego nie obejmą
Nie ma tu ani wczoraj, ani jutra, ani dziś.

177

 

W wysoki bęben (powyżej) uderza się, gdy praktykujący wchodzą gęsiego do 
głównego zendo. Kejsu, 

czyli gong o kształcie misy (na sąsiedniej stronie u góry) jest używane do 
rozpoczynania każdego śpiewu. 

Bęben mokugio -drewniana ryba (na sąsiedniej stronie u dołu) ustanawia rytm 
śpiewu.

178

 

 
179

H. LIST I ODPOWIEDZ
RELIGIJNY ZEŃ - „TO MNIE ODPYCHA!"

DROGI ROSI,
piszę do Ciebie po wielu miesiącach zmagania się z pewnym problemem. Sądziłam, 

że albo problem 
zniknie, albo go jakoś rozstrzygnę. Ponieważ jednak nic takiego nie nastąpiło, 

piszę do Ciebie w nadziei, 
że może jakoś mi tę sprawę naświetlisz.

Krótko mówiąc, odpycha mnie cały religijny aspekt zeń. Nie rozumiem, co 
wspólnego mają buddowie i 

bodhisattwowie, nieba i piekła buddyjskiej kosmologii, sześć krain istnienia i 
wszystkie inne kwieciste 

koncepcje z sutr z czystym i prostym zadaniem odkrycia, kim jestem.
Zeń przemawiał do mnie przede wszystkim dlatego, że jest taki prosty i 

bezpośredni, że przecina 
abstrakcje i fantazje, jasno ukazując Prawdę. Żadnej lipy, tylko zazen. Ale 

odkąd jestem w ośrodku, 
odbywa się tam coraz więcej ceremonii i śpiewów, do których właśnie nie mogę się 

przyzwyczaić.
Bardzo trudno mi jest kontynuować zazen, gdy uczestniczę w ceremonii lub 

śpiewach. Czuję się tak, 
jakbym była na filmie o jakichś egzotycznych obrzędach religijnych. Myślę, że 

wiele osób odczuwa to 
samo, wskutek czego nasze ceremonie odbywają się w atmosferze sztuczności i 

skrępowania.
Być może moje problemy wyrastają z dziecięcej fundamentalistycznej wiary 

chrześcijańskiej. Przez wiele 
lat byłam bardzo religijna, zanim mój młodzieńczy sceptycyzm nie obnażył 

hipokryzji i zasadniczej pustki 
naszego protestanckiego Kościoła. Muszę przyznać, że sutra Serce doskonalej 

mądrości porusza mnie 
czasem do łez, lecz złości mnie to, ponieważ takie uczucia już mnie zawiodły. Co 

ma roztkliwianie się nad 
przeszłymi buddami do samodzielnego stawania się buddą?

Gasio i pokłony przed buddą w zendo także mnie odpychają Pokłon przed Tobą, moim 
nauczycielem, dla 

którego czuję głęboki szacunek i wdzięczność, ma dla mnie wielkie znaczenie. 
Cudownie jest także móc 

pokłonić się po każdej rundzie siedzenia przed członkami sanghi, których zazen 
pomaga mojemu. Ale nie 

czuję żadnego bezpośredniego związku z pozłacanym posągiem na ołtarzu, żadnej 

background image

jedności takiej jak ta, 

którą czuję z Tobą i sanghą. Talerz ciastek i owoców przed buddą zawsze mnie 
rozśmiesza. Kto je w 

ogóle zjada? Skoro my wszyscy jesteśmy buddami, dlaczego nie rozdać ich po całym 
zendo? Jeśli 

wszystko jest buddą, dlaczego nie kłaniać się po prostu sobie nawzajem lub
181

przed pięknym kwiatem zamiast przed posągiem, co przecież nieuchronnie wzbudza 
uczucia 

bałwochwalcze?
Proszę, nie myśl, że moje uczucia są powierzchowne czy przelotne. Poruszają mnie 

one głęboko i 
stanowią główny problem w mojej praktyce zazen w ośrodku. Mój przyjaciel 

zauważył kiedyś, że do 
buddyzmu zeń przyciąga właśnie to, że „można wziąć sam zeń bez buddyzmu". W 

każdym razie tu, w 
ośrodku jest i-naczej. Dlaczego zeń ma być koniecznie religijny? Co mam zrobić, 

aby religijny zeń przestał 
być przeszkodą i utrudnieniem w mojej praktyce, a stał się pomocą w zapytywaniu 

Jam jestem?"
Pozdrowienia, Carol

ODPOWIEDŹ
DROGA CAROL,

Twój szczery i bezpośredni list sprawił, że aż siadłem i zacząłem rozmyślać o 
tym, co się kryje za 

religijnym aspektem zeń i o przyczynach, dla których zwykłem oddawać się 
czynnościom, które 

przychodzą mi teraz tak naturalnie jak jedzenie, kiedy jestem głodny czy 
odpoczynek, gdy jestem 

zmęczony. Twoje odczucia dotyczące „religijnego zeń" mogłyby być opisane przeze 
mnie samego jakieś 

dwadzieścia pięć lat temu, tak więc rozumiem Cię.
Zanim pojechałem do Japonii i rozpocząłem praktykę zeń, zgłębiałem filozoficzne 

podejście do zeń D.T. 
Suzukiego, czytając jego prace, a także prace innych autorów. Dlatego zamurowało 

mnie, kiedy po 
wylądowaniu w prawdziwym klasztorze zeń znalazłem się w otoczeniu figur buddów i 

bodhisattwów, 
pośród śpiewów i innych ceremonii, które uderzyły mnie jako dziwaczne i 

sprzeczne z duchem zeń. l tak 
jak Ty zastanawiałem się: „Co te wszystkie rytuały mają wspólnego z prawdą 

mojego istnienia? Po co 
kwiaty i owoce na ołtarzu, gdy ma się zazen?"

Tak dobrze pamiętam, jak po raz pierwszy stawiłem się przed moim nauczycielem na 
dokusan. Jak wiesz, 

jest w zwyczaju kłaniać się przed rosim na znak szacunku i pokory. Ale jakże to 
było sprzeczne ze mną i 

jakże się temu opierałem! „Dlaczego powinienem kłaniać się przed innym 
człowiekiem? Czy nie uważa 

się, że my wszyscy jesteśmy tak samo wyposażeni w Naturę Buddy? Dlaczego on nie 
kłania się przede 

mną? A poza tym, co to wszystko ma wspólnego z zeń?"
Mój nauczyciel był całkowicie świadom moich myśli, lecz nic nie mówił i patrzył 

na moje niezręczne ruchy 
przed każdym dokusan z uśmiechem rozbawienia, l pewnego dnia, kiedy byłem 

bardziej niezgrabny niż 
zwykle, nagle wystrze-

182

|jfc „Kapleau-san, kiedy czynisz pokłon na dokusan, to nie kłaniasz się przede 

mną, lecz przed własną 

background image

Naturą Buddy".

„Aha, nie kłaniam się jemu, lecz kłaniam się sobie! To zupełnie co innego!" 
Później kłanianie się stało się 

łatwiejsze, ale wiele jeszcze lat musiało minąć - lat gasio i pokłonów przed 
buddą - zanim zniknęły 

ostatnie bariery.
Niedługo po tym dokusan spotkałem wspaniałego mnicha, z którym mogłem rozmawiać 

tak, jak nie 
mogłem z moim formalnym nauczycielem, i dlatego zagadnąłem go o te sprawy. Po co 

składać ofiary i bić 
pokłony przed buddą? O ile wiem z moich lektur o zeń, żaden z wielkich chińskich 

mistrzów niczego 
takiego nie robił. „Czy słyszałeś o Huang-Po?" „Oczywiście." „Zawsze po złożeniu 

ofiar buddzie kłaniał się 
z takim ferworem, przyciskając głowę do posadzki, że miał trwały, czerwony ślad 

na czole. Może nie ma 
tego w angielskich tłumaczeniach tekstów zeń, ale pójdź do jakiegokolwiek 

klasztoru i przedstaw 
wątpliwości co do pokłonów, a opowiedzą ci tę samą historię."

Pytasz, Carol, co wspólnego ma religijny aspekt zeń z „czystym i prostym 
zadaniem odkrycia, kim jestem". 

Właśnie Huang-Po w szczerych pokłonach bardzo wymownie dawał wyraz temu, kim 
jest, potwierdzając, 

że jego własna natura i Natura Buddy sąnierozdzielne. Kłaniając się, ofiarowywał 
buddom owoce swojego 

zazen z wdzięczności za ich dobrodziejstwa, które umożliwiły to zazen. Gdyby w 
figurze buddy widział on 

tylko posąg o pewnych walorach estetycznych, wtedy jego pokłon mógłby być 
słusznie nazwany aktem 

bałwochwalstwa, ponieważ uczciłby on tylko jeden fragment - formę - kosztem 
całości. Kłaniając się 

jednak bez żadnej myśli, tchnął życie w wizerunek buddy. To, co przedtem było 
tylko posągiem, stawało 

się żywą rzeczywistością, wymazującą świadomość siebie i buddy z niezwykłą siłą. 
Twój pokłon nie jest 

bałwochwalstwem, jeżeli tylko jesteś świadoma, że prawdziwy buddą to ty, że ten 
kto się kłania i ten, 

przed którym się kłania, stanowią jedność.
Huang-Po składał pokłony z wielką przytomnością wypływającą z oświecenia. 

Niemniej szczerze składane 
pokłony stanowią duchowy pokarm dostępny dla każdego, czy jest przebudzony, czy 

nie. Kiedy czyjaś 
praktyka pogłębia się, to u-czucia szacunku, wdzięczności i pokory wobec Buddy, 

jego nauki i tych, którzy 
ją praktykują wzmacniają się i w naturalny sposób szukają wyrazu. Ta właśnie 

tęsknota i potrzeba 
umożliwia prawdziwą horyzontalizację masztu ego w pozbawionym oporów akcie gasio 

i pokłonów.
Tak, Carol, kwiat jest buddą ale czy próbowałaś kiedykolwiek kłaniać się 

regularnie przed kwiatami w 
wazonie? Bardzo szybko akt ten sprowadza się do pustej gimnastyki, co 

paradoksalnie powoduje w 
efekcie zażenowanie. Ponadto gasio bez świadomości siebie przed figurą buddy 

przyczynia się do 
otwarcia w nas wzniosłego umysłu wszystkich buddów. W ten sposób nawiązuje się z 

nimi kontakt, 
karmiczne więzi, które stanowią silny bodziec do praktyki.

183

Twoje zakłopotanie i zaniepokojenie ideą przygotowania jedzenia i innych o-fiar 

na ołtarzu podziela wielu 
początkujących, szczególnie tych, których umysły lgną szybko do tego, co 

logiczne i dosłowne. Ale czy 

background image

problem nie leży w samym wyobrażeniu sobie tego? A w ogóle cóż mogłoby być 

bardziej naturalnego, 
kiedy jesteśmy wdzięczni, od wyrażenia naszej wdzięczności? Nie tylko myśli i 

słowa, ale kwiaty, owoce, 
herbata, kadzidło - konkretne wyrazy takich uczuć; wszystkie one mają znaczenie. 

Pełne treści rytuały i 
ceremonie pozwalają nam wspaniale wyrazić takie uczucia; w przeciwnym razie 

popadlibyśmy we 
frustrację.

Twoje pytane: „Kto je w ogóle zjada?"- przywodzi na myśl opowieść o dwóch 
ludziach - Chińczyku i 

Europejczyku, którzy spotkali się na cmentarzu przy sąsiednich grobach, aby 
oddać hołd zmarłym 

krewnym. Europejczyk, składając na rodzinnym grobie bukiet kwiatów, ujrzał 
Chińczyka, ofiarowującego 

nie kwiaty, lecz ryż i ciastka. Zapytał go wówczas z kpiącym uśmiechem: „Kiedy 
twoi przodkowie 

zamierzają to zjeść?" Na to Chińczyk: „Wtedy, gdy twoi przyjdą wąchać te 
kwiaty."

Nie można zapominać, że figura buddy to znacznie więcej niż symbol z drewna lub 
metalu. Każdy 

autentyczny wizerunek buddy to żywy przejaw naszego Prawdziwego Umysłu, 
promieniejącego 

równowagą i spokojem, wrażliwością i współczuciem, siłą i niepodzielnością, 
które są w każdym z nas. 

Hrabia Keyser-ling w swojej książce Podróżny dziennik filozofa zauważa: „Nie 
znam nic wspanialszego na 

tym świecie od figury buddy - jest to absolutnie doskonały wyraz duchowości w 
sferze tego, co widzialne."

Autentyczna figura buddy jest dziełem modlitwy i medytacji. Zadaniem jej twórcy 
jest nadanie 

dynamicznego wyrazu cechom człowieka-olbrzyma pośród ludzi. Aby mieć jakąkolwiek 
nadzieję na 

sukces, rzeźbiarz musi poświęcić się życiu religijnemu, przynajmniej na czas 
pracy. Czystość umysłu, 

jakiej wymaga ta praca, może się pojawić tylko dzięki głębokiej medytacji. 
Figura stworzona przez takiego 

człowieka nieuchronnie przejmuje jego wysublimowane wibracje i dalej przekazuje 
je tym, którzy z sercem 

pełnym wiary oddają jej cześć.
Jakość figury buddy jest nie tyle sprawą estetyki, ile czci. Handlarz sztuką 

może się nieuważnie obchodzić 
z oryginałem i w ten sposób osłabia jego moc. Nie lepiej jest w muzeum, gdzie 

wprawdzie traktuje się 
posąg z szacunkiem, lecz bez czci. Gdy figura „żyje" przez jakiś czas w 

klasztorze lub ośrodku i karmi się 
praktykowanym tam zazen, to wchłania w siebie głęboką ciszę i niezależnie od 

swych wartości 
estetycznych - promienność. Wyposażona w wielką moc inspirowania tych, którzy są 

na nią podatni, 
będzie przemawiała do nich bezpośrednio i z mocą. Może nie być arcydziełem, lecz 

uznanie jej za skarb - 
to znaczy uświęcenie jej jako przedmiotu kultu - sprawia, że wartość figury jest 

niewymierna.
Poza figurą buddy cały ołtarz, na którym ona stoi, wraz z ustawionymi wokół 

posągami bodhisattwów i 
ofiarami, jest namacalnym i jaksrawym wyrazem pods-

184

lawowych nauk Buddy. Pustka, nietrwałość, jedność, współczucie - wszystko to 

jest tam obecne.
To prawda, że w ostatecznym rozumieniu każdy wizerunek buddy to lipa, ma on 

bowiem przedstawiać to, 

background image

co jest poza wszelkim kształtem. Po co więc są wszystkie figury, sztychy, 

obrazy, freski i rzeźby buddów? 
Mistrz zeń Hakuin powiedział kiedyś: „Buddowie i bodhisattwowie w rzeczywistości 

nie mają formy i 
pozostają nieznani tym, którzy tkwią na poziomie materialnym. Buddowie zostali 

obdarzeni formą gdyż 
tego potrzebujemy." Aby się utożsamić z buddami, my, ludzie, musimy posłużyć się 

konkretnymi formami. 
Bez nich nasz Umysł Buddy mógłby być dla wielu czymś odległym, zimnym, 

abstrakcyjnym i całkowicie 
nieuchwytnym.

Szkoda, Carol, że nie mogłaś być z nami podczas Nocy Świątynnej, kiedy 
obchodziliśmy Święto 

Dziękczynienia. Jak w poprzednich latach, wszystkie nasze figury buddów i 
bidhisattwów zostały z tej 

okazji zgromadzone w Sali Buddy, gdzie członkowie mogli przyjść i wyrazić swoje 
oddanie tak, jak tego 

pragnęli, w sposób nie ustalony z góry. Cóż to było za zgromadzenie! Na głównym 
ołtarzu 

Wszechobejmujący Budda Wajroczana, jaśniejący jak latarnia morska, siedząc w 
wibrującym spokoju 

spoglądał w dół z promiennością przekraczającą radość i błogość, wiedzę i 
niewiedzę. Nieco dalej siedział 

jak góra Bodhidharma, błyskając szeroko otwartymi oczyma w budzącej grozę 
determinacji. Na pewno i 

on czuł delikatny zapach ofiarowywanego kadzidła, l oczywiście był tam 
starożytny Kannon. W swej 

łagodnej, współczującej sile zwracał się do rodziców i dzieci, którzy kłaniając 
się składali przed nim kwiaty 

i owoce.
Salę przenikał powiew dynamicznego spokoju, który zdawał się rozprzestrzeniać 

wraz ze światłem. 
Światło to splatało się jakoś z głębokim melodyjnym śpiewem, tworząc w ten 

sposób jednorodną materię 
światła, dźwięku i ludzi, l nagle doniosły i dźwięczny zew Czterech ślubowań 

zabrzmiał jakby ze 
wszystkich ścian i stropów: „Niezliczone istoty ślubuję wyzwolić..." - 

nabierając powoli siły i tempa. A 
potem Sutra Serca z poruszającą kodą: „Gate, gate, para gate..." l wtedy 

zgodnie, jakby kierowani jakąś 
niewidzialną siłą, ludzie podnieśli się z miejsc i zaczęli okrążać Salę Buddy. 

„OM-MUNI-MUNI-MAHA-
MUNI-SIAKJA-MUNI-SWAHA! OM-MUNI-MUNI..." - śpiew, który zdawał się bić z ziemi, 

dźwięk ponad 
dźwiękami, który nie przerywał ciszy, lecz wzbogacał ją jednoczył śpiewających w 

falę przytomności 
ponad myśli i emocje. Przenikał umysł, kierując go głębiej, z powrotem do 

źródła. Pewien człowiek opisał 
później swoje wzruszenie, gdy po raz pierwszy uświadomił sobie moc śpiewu zeń, 

który przenosi nas 
poza wszystkie myśli i wyobrażenia w krainę nie-myśli. Podobne relacje przyszły 

od innych.
Można by powiedzieć znacznie więcej, Carol, o buddach i bodhisattwach, o sześciu 

krainach istnienia i o 
sutrach, ale to chyba wystarczy. Odpisałem Ci

185

tak obszernie, ponieważ jesteś wieloletnim i cenionym członkiem sanghi. Jeśli 

ten list rozwieje twoje 
wadliwości, to czas poświęcony na jego pisanie został dobrze wykorzystany.

Ściskam Cię w myśli, P.K.
 

background image

III. DIALOGI
1.    CZY    SKŁADANIE    OFIAR    BUDDOM    Nffi    JEST PODLIZYWANIEM SIĘ?

PYTAJĄCY: Mówiłeś kilkakrotnie, że zeń jest religią, chociaż bez dogmatów. Ale 
nie mówiłeś nic o 

modlitwie. Religia bez modlitwy jest jak ryba bez wody.
ROSI: Nie słyszeliście nic o modlitwie, ponieważ tak niewiele osób o to pyta Ale 

masz rację, modlitwa jest 
sercem religii. Ponieważ modlitwa wymaga koncentracji umysłu, można powiedzieć, 

że wszystkie religie 
zawierają w sobie element zeń.

Istnieją trzy główne rodzaje modlitwy: modlitwa błagalna, w której prosi się o 
coś konkretnego, modlitwa o 

wsparcie, w której prosi się o pomoc w samodzielnym dokonaniu i modlitwa 
absolutna, w której nie prosi 

się o nic, lecz tylko jednoczy się z bóstwem, buddączy bodhisattwą.
Różnice między pierwszym i drugim rodzajem można zilustrować starą opowiastką o 

trzech włóczęgach, 
którzy zastanawiali się, jak zdobyć indyka na świąteczny obiad. Pierwszy zapytał 

swoich towarzyszy: 
„Czemu nie pomodlimy się do Boga, żeby nam zesłał jakiegoś indyka?" Drugi 

sprzeciwił się mówiąc: 
„Ilekroć modlę się o coś do Boga, nigdy tego nie dostaję." Trzeci powiedział: 

„Po prostu nie wiesz, jak 
trzeba się modlić. Bóg zawsze zsyła mi to, o co się modlę." Pozostali dwaj 

włóczędzy obrócili się ku niemu 
ze zdziwieniem: „Naprawdę? Powiedz nam, jak się modlisz?" „No cóż, nie proszę 

Boga, żeby mi coś 
zesłał, lecz modlę się do Niego, żeby mnie po to wysłał. W ten sposób zawsze 

udaje mi się to zdobyć."
Początkujący w zeń często wzywają buddów, prosząc o siły potrzebne do wyzbycia 

się chciwości i ułudy, 
aby mogli wytrwać w swej praktyce. Nie można jednak modlić się do buddów, aby 

ofiarowali oświecenie. 
Nie można również modlić się o ratunek od karmicznych konsekwencji swoich 

szaleństw, chociaż dzięki 
modlitwie można zyskać determinację wytrwania w zazen, które zmienia karmiczny 

wzorzec życia.
Innym rodzajem modlitwy zeń jest składanie pokłonów przed buddami i bodhi-

sattwami oraz 
ofiarowywanie im kadzidła czy kwiatów.

PYTAJĄCY: Czy ofiarowywanie buddom kadzidła nie jest, przepraszam za wyrażenie, 
podlizywaniem się?

ROSI: Takie praktyki oddawania czci są wyrazem wdzięczności i szacunku wobec 
buddów. Oddawanie 

czci pomaga nawiązać z buddami kontakt, karmicz-
187

nawieź, która pogłębia wiarę w prawdę ich nauk, a tym samym wzmacnia praktykę.
DRUGI PYTAJĄCY: Czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o modlitwie absolutnej?

ROSI: Tak. W modlitwie absolutnej nie ma elementu prośby, gdyż w najgłębszym 
sensie nie ma nikogo, 

kto prosi i kto daje. W chwilach frustracji czy rozpaczy siedzenie przed figura 
buddv promieniejącą 

współczuciem i mądrością może cię otworzyć na siły budo* A Które współdziałają z 
twoją własną Naturą 

Buddy, wzmacniając cię i inspirując.
DRUGI PYTAJĄCY: Powiedziałeś, że w zeń nie praktykuje się modlitwy błagalnej. 

Dlaczego?
ROSI: Dlatego, że ten rodzaj modlitwy może łatwo przekształcić się w egoistyczne 

targowanie się z 
buddami - „zrób mi tę uprzejmość, a ja ci obiecuję, że będę dobrym człowiekiem". 

Taka modlitwa nasila, a 

background image

nie osłabia poczucie „ja" i wzmacnia zależność od siły zewnętrznej, zamiast 

zachęcać do polegania na 
swoich własnych wysiłkach. Jest to tak, jakbyś zwracał się do rodziców z prośbą 

o pieniądze, zamiast 
zarabiać je samemu.

Nadal dobrze pamiętam, po dwudziestu pięciu latach, jak przez całą noc biłem 
pokłony przed figurą buddy 

w klasztorze i rozpaczliwie modliłem się: „O Boże! O Buddo! Daj mi satori, a 
będę pokorny, nawet będę 

się chętnie przed tobą kłaniał..." Gdy następnego ranka okazało się, że nadal 
jestem nieoświecony, moja 

wiara w buddów, która nigdy nie była mocna, zachwiała się. Jedynie ego coś 
zyskało, nadęte moim 

rozczarowaniem, zmartwieniem i urazą, jaką czułem do rosiego za to, że zachęcał 
mnie, abym nie spał 

przez całą noc (choć nie po to, a-by się modlić). Kilka lat minęło, zanim ta 
wiara została wskrzeszona.

TRZECI PYTAJĄCY: Ale przecież nie możemy być zawsze silni. Czy nie potrzebujemy 
pomocy od 

innych?
ROSI: Tak, potrzebujemy. Na przykład człowiek, który złamie nogę, potrzebuje 

lekarza, a często także 
pomocy rodziny i kul. Jeżeli jednak będzie chodził o kulach dłużej niż potrzeba, 

to stopniowo będzie się 
osłabiał zamiast wzmacniać. Chodzi o to, że chociaż pomoc jest czasami 

niezbędna, nie może zastąpić 
osobistego wysiłku.

CZWARTY PYTAJĄCY: Czytałem gdzieś następującą „modlitwę" pewnego agnostyka: 
„Drogi Boże - 

jeżeli istniejesz, zbaw moją duszę -jeżeli mam duszę." A co zeń mówi o Bogu?
(Rosi milczy).

188

2. WSPÓŁCZUCIE, TAK JAK MIŁOŚĆ, Nffi JEST CZYMŚ, O CZYM SIĘ MÓWI

PYTAJĄCY: A gdzie jest współczucie w zeń?
ROSI: A gdzie nie ma współczucia w zeń?

PYTAJĄCY: Dlaczego zatem nie wspomina się na tym warsztacie o współczuciu?
ROSI: Współczucie, tak jak miłość, nie jest czymś, o czym się mówi.

PYTAJĄCY: A dlaczego nie? Nie rozumiem.
ROSI: Proszę się zastanowić nad następującą anegdotą: Gubernator prowincji w 

dawnych Chinach 
spędził kilka dni w górach ze swym nauczycielem zeń, który był słynnym mistrzem. 

Gdy gubernator zbierał 
się już do wyjazdu, mistrz zapytał go: Jak będziesz rządził ludźmi po powrocie 

do stolicy?" „Ze 
współczuciem i mądrością" - odparł gubernator. „W takim razie - skomentował to 

mistrz -każdy z nich 
będzie cierpieć."

PYTAJĄCY: O co tu chodzi?
ROSI: Prawdziwie hojny człowiek nie przechwala się swoją hojnością, a uczciwy - 

swoją uczciwością te 
cechy tkwią w nich tak głęboko, jakby były drugą naturą.

Ten, kto na przykład ciągle mówi do swojego partnera: „Kocham cię, uwierz mi, że 
tak jest" - wykazuje 

swoją niezdolność do kochania. Powtarzanie w kółko „kocham cię" staje się dla 
niego mantrą, w której 

pokłada nadzieję, że w magiczny sposób połączy go z drugą osobą. Prawdziwa 
miłość nie rości sobie 

prawa do kochania. Kocha w milczeniu, spontanicznie, jak roślina zwracająca się 
ku słońcu.

My, Amerykanie, gloryfikujemy miłość do tego stopnia, że staje się ona co 
dziesiątym słowem w 

telegramie i ostatnim w liście. Czy dzieje się tak dlatego, że jako ludzie 

background image

cofamy się przed 

odpowiedzialnością, jaką niesie ze sobą miłość? W Indiach kładzie się nacisk na 
ideał ahimsy 

(niestosowania przemocy). Czy Hindusi dlatego wychwalają tę cnotę, że pragną 
powstrzymać przemoc, 

jaką czują sami w sobie? Japończycy wynoszą uprzejmość do rangi narodowego 
ideału. Bez 

zdyscyplinowanej troski o innych, przy ich energii i ściśnięciu na małej 
przestrzeni, uporządkowane 

społeczeństwo, które cenią, mogłoby stać się chaotyczne.
PYTAJĄCY: Wróćmy do opowieści. Nadal nie rozumiem, dlaczego mistrz odpowiedział 

tak gubernatorowi.
ROSI: Dodanie czegoś więcej zniszczyłoby wartość tej opowieści jako koanu, 

pozbawiając cię szansy 
uprzytomnienia sobie jej głębszego sensu.

189

PYTAJĄCY: O, a więc to jest koan?

ROSI: Tak. Czy wiesz już teraz, dlaczego zadałeś swoje pierwsze pytanie?
(Brak odpowiedzi)

3.    CZY    KANNON,    BODfflSATTWA    WSPÓŁCZUCIA, NAPRAWDĘ ISTNIEJE?
PYTAJĄCY: W zeszłym roku prowadziłem kurs dla początkujących na temat buddyzmu. 

Jednym z 
tekstów była Sutra Lotosu, w której Budda powiada, że jeżeli ktokolwiek na 

świecie zagrożony przez pożar 
lub powódź wezwie imię Awa-lokitaśwary, to zostanie uratowany. Szczerze mówiąc, 

jest to dla mnie nie 
do przyjęcia. Ale jeśli powiadasz, że on istnieje, powiedz mi szybko, gdzie go 

mogę znaleźć!
ROSI: Aby go spotkać twarzą w twarz, musisz jedynie spełnić nieegoistyczny 

uczynek. Awalokitaśwara 
lub Kannon (żeby nazwać go jego japońskim imieniem) jest ucieleśnieniem twojego 

własnego 
współczującego serca. Jednakże to oświadczenie wyraża jedynie połowę prawdy. 

Drugą połową jest to, 
że Kannon stanowi żywą rzeczywistość, reagując niezawodnie na gorące wołanie o 

pomoc tych, którzy w 
niego wierzą. Tak więc Kannon nie jest mitologiczną istotą, ale prototypem 

najwyższego współczucia, 
jakie mogą urzeczywistnić ludzkie istoty. O nim należy powiedzieć to, co Wolter 

powiedział o Bogu, że 
gdyby nie istniał, należałoby go wymyślić.

PYTAJĄCY: Kannon żył wiele wieków temu, więc w takim razie, gdy mówisz, że jest 
on żywą 

rzeczywistością to chyba posługujesz się metaforą?
ROSI: Kannon był jednym z najbardziej duchowo rozwiniętych uczniów Buddy. 

Ponieważ w naturze jego 
leżało głębokie współczucie i wrażliwość na cierpienie, Budda dał mu imię, które 

znaczy „słyszący wołania 
świata". Poświęcił się on ratowaniu istot znajdujących się w niebezpieczeństwie 

i dzięki swojej 
transcendentalnej mądrości i duchowym mocom potrafi czynić to w subtelny i 

tajemniczy sposób. 
Buddyjska ikonografia przedstawia go z niezliczonymi, gotowymi do uścisku 

ramionami i ze 
wszystkowidzącymi oczyma, co jest wyrazem jego nieograniczonego działania.

DRUGI PYTAJĄCY: Przecież każda żyjąca istota umiera - dlaczego więc mówisz o 
Kannon, jak gdyby żył 

on nadal?
ROSI: Prawo zachowania energii głosi, że energia nie znika, dlaczego więc mówisz 

o Kannon, jakby był 
on martwy? Zanim wstąpiłem do klasztoru, przyjaciel powiedział mi: .Gdy już raz 

wejdziesz na drogę 

background image

Buddy ze szczerością i gorliwością, bodhisattwowie pojawią się zewsząd, aby ci 

pomóc." l dokładnie tak 
było, dlatego moja wdzięczność do tych bodhisattwów nie da się wyrazić żadnymi

190

stówami. Spotykałem ich w Japonii, w Indii, w Birmie i w moim własnym kraju. A 

kiedy nigdzie nie było ich 
widać, wiedziałem, że moja szczerość zmąciła się, a moja żarliwość osłabła.

Pamiętaj, że siła odzewu Kannon jest wprost proporcjonalna do twojej otwartości, 
tzn. do twojej pokory i 

bezinteresowności. Jeżeli wzywasz Kannon bez e-goizmu, ufając jego mądrości i 
współczuciu, odpowiedź 

jest pewna, albowiem w istocie jego współczujące serce i twoje są tym samym. 
Możesz wzywać jego i-mię 

tylko dlatego, że on już się zbliża ku tobie w dynamicznym procesie wezwania i 
odpowiedzi.

DRUGI PYTAJĄCY: Zauważyłem, że w waszym Pokoju Kannon przed posągiem leżą trzy 
poduszki do 

siedzenia. Czemu ludzie mieliby siedzieć tam zamiast w zendo?
ROSI: W potocznym rozumieniu współczucie i współodczuwanie bardziej kojarzą się 

z Kannon niż z 
Buddą, dlatego ludzie dotknięci nieszczęściem czują głębszą więź z Kannon. W 

buddyjskich krajach 
azjatyckich wyznawcy uważają tego bodhisattwę za kobietę. Widać współczucie i 

czułość uznają za cechy 
właściwe raczej kobietom niż mężczyznom. W tych krajach Kannon jako postać, 

wobec której wyraża się 
cześć i oddanie, przyćmiewa samego Buddę.

PYTAJĄCY: Przypuśćmy, że Hitler zwróciłby się do Kannon tuż przed swoją klęską z 
prośbą o ratunek od 

zagrażającej mu zguby. Czy Kannon pomógłby mu, mimo że Hitler zadał tyle 
cierpienia tylu milionom 

ludzi? A gdyby Kannon go uratował, umożliwiając mu w ten sposób ucieczkę przed 
zapłatą karmiczną, 

czyż nie byłoby to zupełną parodią sprawiedliwości i kpiną z doktryny karmy?
ROSI: Tak, to byłoby kpiną z doktryny karmy. Ale to nie mogłoby się zdarzyć. 

Zapytaj mnie, dlaczego.
PYTAJĄCY: No właśnie, dlaczego?

ROSI: Dlatego że Sutra Lotosu obiecuje opiekę jec me tym, którzy wzywają Kannon 
z ufnym sercem. Czy 

taki psychopata jak Hitler mógł to uczynić? Sutra Lotosu nie mówi nic o starciu 
do czysta tablicy przeszłej 

karmy i możecie być pewni, że Hitler będzie musiał spłacić swoje karmiczne 
długi, tak jak wszyscy inni. 

Spłacił już ich cząstkę swą gwałtowną śmiercią, ale można zadrżeć na samą myśl o 
piekielnych 

istnieniach, jakie go czekają.
TRZECI PYTAJĄCY: W jaki sposób Kannon pomaga tym. którzy się do niego zwracają?

ROSI: Kannon odpowiada w sposób, który często wydaje się dziwny i tajemniczy. 
Przypuśćmy, że ktoś, 

kto właśnie dokonał włamania, staje przed Kannon i modli się: .O współczujący, 
uchroń mnie przed 

schwytaniem. Jeżeli mnie złapią, pójdę do więzienia, a moja rodzina będzie 
cierpieć." W tym samym 

czasie jego ofiara być może siedzi przed Kannon i błaga: „O Kannon, użyj swoich 
nies-

191

kończonych mocy i pomóż policji złapać tego paskudnego złodzieja, który ukradł 

moje ciężko zarobione 
oszczędności, i dopilnuj, żeby dostał za swoje".

Policjant wyznaczony do tej sprawy również może zwrócić się do Kannon mówiąc: „O 

background image

Kannon, pomóż mi 

złapać tego włamywacza, abym dostał awans, który mi się należy".
W jaki sposób Kannon zareaguje na te prośby? Bez względu na to, jak długo i jak 

usilnie włamywacz 
będzie błagał Kannon o ratunek od konsekwencji swojego czynu, będzie musiał 

spłacić swój karmiczny 
dług w postaci przyszłych cierpień. Ale jego cierpienia będą zmniejszone, a 

brzemię lżejsze, jeżeli zwróci 
zagrabione mienie, wyrazi szczerą skruchę z powodu swoich złych uczynków i 

postanowi w przyszłości 
przestrzegać prawa. A zatem może zdarzyć się tak, że włamywacz zdecyduje się żyć 

uczciwie w 
przyszłości. Taki byłby odzew Kannon na prośbę włamywacza. Ofiara może wskutek 

refleksji zdać sobie 
nagle sprawę, że włamanie było zapłatą karmiczną za jej własne, dawne złe 

uczynki i dlatego ona sama 
jest odpowiedzialna za to, co się stało. To z kolei wywołałoby zwrot w jej sercu 

i złagodziłoby chęć zemsty. 
Taka byłaby odpowiedź Kannon na modlitwę ofiary. Policjant może ujrzeć, że jego 

prośba do Kannon o 
pomoc w poszukiwaniach włamywacza, jakie podejmuje dla własnej chwały, nie jest 

czysta. Powodowany 
poczuciem obowiązku zacznie, być może, lepiej pracować. To również byłoby 

odpowiedzią Kannon.
Jak widzicie, istnieje subtelna różnica pomiędzy egotystycznym ubieganiem się o 

łaski Kannon a 
pokornym otwarciem się na działanie jego współczucia.

TRZECI PYTAJĄCY: Czy jest taki etap w treningu zeń, kiedy można się obyć bez 
posągu Buddy i Kannon 

i po prostu praktykować zazen?
ROSI: Buddę i Kannon można uważać za tratwy niezbędne do przepłynięcia na drugi 

brzeg, których 
jednak nie należy się czepiać po zakończeniu przeprawy.

CZWARTY PYTAJĄCY: Chrześcijaninowi przykazuje się, że ma kochać bliźniego jak 
siebie samego. Czy 

istnieje buddyjskie wskazanie nakazujące współczucie?
ROSI: Nie, nie ma. Prawdziwe współczucie jest zakorzenione w uświadomieniu 

sobie, że „gdy Marta 
uderzy się w palec u nogi we Francji, to Mikę w Ameryce poczuje ten ból". Jakże 

więc można nakazywać 
współczucie jako moralny o-bowiązek?

PIĄTY PYTAJĄCY: Co to znaczy: „Gdy Marta..." itd.?
ROSI: Dobrze, pofilozofujmy. Pewna sutra obrazuje wzajemne powiązanie całego 

życia jako ogromną 
pajęczynę obejmującą wszystkie wszechświaty. Jej linie pionowe reprezentują 

czas, a poziome - 
przestrzeń. Wyobraźmy sobie, że w miejscach gdzie nici tej nieograniczonej 

niczym siatki przecinają się, 
znajduje się kryształowy paciorek symbolizujący jednostkowe istnienie. W 

świetlistej powierzchni każdego 
z tych kryształowych paciorków odbijają się wszystkie pozos-

192

tałe paciorki tej ogromnej sieci, jak również każde odbicie i odbicie odbicia. 

Te niekończące się odbicia są 
z jednej strony niezależne od siebie nawzajem, lecz

z drugiej strony są powiązane w całość.
To właśnie z uprzytomnienia sobie tej fundamentalnej zależności wypływa 

prawdziwe buddyjskie 
współczucie, na podobieństwo rzeki karmionej przez źródło. Gdy nie ma tej 

świadomości, powstaje 
uczucie osamotnienia i lęku. Uścisk Kannon łagodnie zmywa te przeszkody, 

pozwalając wodom mądrości 

background image

i współczucia na swobodny przepływ. Na tym polega cud Kannon.

SZÓSTY PYTAJĄCY: A ja myślałem, że buddyści zeń nie wierzą w cuda.
ROSI: Jest to cud nie wymagający odrzucenia praw przyrody, lecz jedynie 

odrzucenia niewiary.
4. WYZNAJ SWOJE ZŁE UCZYNKI, A UKRYJ DOBRE

PYTAJĄCY: Słyszałem, że w buddyżmie zeń istnieje spowiedź. Jaki jest jej
cel?

ROSI: Ma ona na celu pomoc w oczyszczeniu się z poczucia winy i innych o-
bezwładniających uczuć 

następujących po zadaniu bólu. Lecz nie wystarczy tylko wyznać złe uczynki. 
Wyznanie ma znaczenie 

tylko wtedy, gdy pojawi się także skrucha i postanowienie poprawy. Dlatego 
wyznanie i skrucha są 

zasadniczymi elementami w treningu zeń.
Większość ludzi ukrywa swoje złe uczynki, a chwali się dobrymi. W buddyżmie 

zachęca się do czegoś 
przeciwnego: wyznaj swoje złe uczynki, a nie mów nic o dobrych. W zeń praktykuje 

się tzw. ukrytą dobroć, 
która polega na robieniu różnych rzeczy dla innych bez przypisywania sobie 

zasług.
DRUGI PYTAJĄCY: Czy wyznanie i skrucha zmywają czyjąś złą karmę?

ROSI: Nie, nadal trzeba spłacać swoje karmiczne długi. Lecz jeśli spłaci się je 
chętnie i nie zaciąga się 

nowych, to zmniejsza się ciężar spłaty. W podobnej sytuacji jest człowiek 
skazany na karę więzienia, który 

zamiast wpadać w rozgoryczenie i żal, godzi się ze swym wyrokiem i 
odosobnieniem, czuje nawet 

wdzięczność za sposobność spłacenia swego długu społeczeństwu. Dostosowanie się 
do więziennego 

życia czyni karmę mniej bolesną, zwiększając równocześnie widoki na wcześniejsze 
uwolnienie.

TRZECI PYTAJĄCY: Czy mógłbyś nam powiedzieć coś więcej o wyznaniu i skrusze? Czy 
jest jakaś 

formalna ceremonia, a jeżeli tak, to jak często ma ona miejsce?
ROSI: W naszym ośrodku mamy taką ceremonię co miesiąc, a uczestniczy w niej 

obsada.
CZWARTY PYTAJĄCY: Czy wyznanie jest obowiązkowe?

193

ROSI: Wymagana jest obecność na ceremonii, ale samo wyznanie - nie. Czy jest 

jednak ktoś taki, kto nie 
ma powodów do wyznania i skruchy? Człowiek, który uważałby swoje zachowanie za 

nienaganne, 
musiałby wyznać swoją zarozumiałość i wyrazić skruchę z jej powodu, ponieważ 

najgorszą ze wszystkich 
wad jest niezdawanie sobie sprawy z żadnej.

Ceremonia wygląda następująco: uczestnicy siadają na poduszkach w kilku 
półkolach, po czym następują 

dwie lub trzy minuty ciszy. Następnie osoba prowadząca ceremonię zapala laseczkę 
kadzidła i umieszcza 

ją w kadzielnicy, którą podaje swojemu sąsiadowi. Jeśli ten pragnie coś wyznać, 
czyni to, mówiąc na 

przykład: .Parę dni temu, gdy pewna siostra w dharmie zadała mi pytanie w ważnej 
sprawie, odburknąłem 

jej niegrzecznie zamiast udzielić jej wyczerpującej i uprzejmej odpowiedzi. Coś 
takiego zdarzało mi się już 

wcześniej z tą osobą; muszę żywić do niej jakąś urazę. Głęboko żałuję mojego 
postępowania i 

postanawiam pracować nad moimi negatywnymi uczuciami, abym na przyszłość mógł 
służyć pomocą 

mojej siostrze w dharmie, odpowiadając na jej pytania."
Gdy mówiący skończy, prowadzący pyta: „Czy ktokolwiek pragnie zwrócić się do 

tego brata (czy siostry) w 

background image

dharmie?" W tym momencie każdy z obecnych może powiedzieć o czymś, do czego, jak 

sądzi, osoba ta 
powinna się przyznać, jak np: .Wczoraj podczas przerwy obiadowej zostawiłeś 

swoje narzędzia na 
podłodze. Później pewien brat w dharmie nastąpił na jedno z nich i skaleczył 

się. Zdarzało ci się to już 
wcześniej i dlatego musisz zdobyć się na spory wysiłek, aby pokonać własną 

niedbałość."
Osoba wyznająca milczy, a jej jedyną odpowiedzią jest lekki skłon. Potem podaje 

kadzielnicę dalej. Jeżeli 
następna osoba nie chce niczego głośno wyznawać, po prostu skłania się w chwilę 

po otrzymaniu 
kadzielnicy i czeka, czy nikt się do niej nie zwróci, po czym podaje kadzielnicę 

dalej.
CZWARTY PYTAJĄCY: Po co każdy ma czynić wyznanie wobec wszystkich? Czy ludzie 

nie byliby 
bardziej skłonni wyznawać poważnych wykroczeń na osobności?

ROSI: Głośne wyznanie i wyrażenie skruchy wobec braci i sióstr w dharmie 
wzmacnia siłę postanowienia, 

aby wykroczenia nie powtórzyć. Lecz można też uczynić wyznanie w odosobnieniu 
albo wobec przyjaciela 

czy partnera i nie trzeba tu przestrzegać żadnej ustalonej formy. Niektórzy z 
naszych członków wyrażają 

skruchę samotnie, siedząc przed posągiem lub malowidłem Buddy czy Kan-non. 
Powiedziałem wam, jak 

wygląda pierwsza część ceremonii. Kończy się ona tym, że prowadzący intonuje 
wiersz skruchy. Potem 

wszyscy razem śpiewają trzykrotnie najważniejszy fragment tego wiersza:
Wszystkie złe czyny

popełnione przeze mnie od niepamiętnych czasów
194

skutkiem chciwości, gniewu i niewiedzy, zrodzone z ciała, mowy i umysłu, teraz 
wyznaję ze skruchą.

CZWARTY PYTAJĄCY: Dlaczego nie wystarczy zaśpiewać raz?
ROSI: Skrucha odciska się głębiej wraz z każdym powtórzeniem. Wyznanie i skrucha 

powinny być 
szczere. To jest bardzo ważne. Wyznanie tego, co ciąży nam na sercu, i okazanie 

skruchy oczyszcza nas 
i ożywia. Jak powiada Thore-au: .Szczerze żałować to zacząć życie od nowa.'

IV
MORALNOŚĆ

l ODPOWIEDZIALNOŚĆ
SPOŁECZNA

WSTĘP
„Myśleć o dobru i złu to przebywać w niebie i piekle" - takie ostrzeżenie 

przekazał nam mistrz zeń. Ale 
jakże ktokolwiek, kto chodzi po linie duchowej praktyki, może sobie pozwolić na 

zapomnienie o różnicy 
między dobrem i złem? Jeżeli sposób życia i stosunek do innych ludzi nie byłyby 

zasadniczą kwestią zeń, 
to jaki sens miałoby zazen i długi trening?

W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, podczas intelektualnej fazy zeń na 
Zachodzie, wielu ludzi 

zaostało przyciągniętych do zeń przez takie powiedzenia jak cytowane na wstępie. 
Słysząc, że zeń 

wskazuje drogę wyjścia z charakterystycznego dla wielu religii gąszczu reguł 
etycznych, ludzie ci 

wyobrazili sobie, że w imię zeń będą mogli zachowywać się tak, jak im się będzie 

background image

żywnie podobać, bez 

żadnej potrzeby rozważania obowiązków wobec bliźnich. Takiego zniekształconego 
pojmowania zeń nie 

można porównać z autentycznym treningiem, w którym nacisk kładzie się nie na 
robienie tego, co się lubi 

ani nawet nie na lubienie tego, co się robi, ale na robienie w sposób niemy siny 
tego, co trzeba zrobić. W 

zeń istotą moralno-społecznej odpowiedzialności jest przytomne i wrażliwe 
reagowanie: dawanie odzewu 

całym sobą stosownie do okoliczności i uzasadnionych potrzeb innych. Rozwijanie 
tego przytomnego i 

wrażliwego reagowania zawsze było zasadniczym celem treningu zeń.
Autorem pierwszego z zamieszczonych listów jest akademicki nauczyciel 

religioznawstwa. Zadaje on 
pytania, dotyczące związku wskazań z moralnością buddyjską a także z ludzką 

wolnością i współczuciem. 
Pytania te ukazują niektóre z często spotykanych trudności w zrozumieniu 

moralności buddyjskiej, jak 
również charakterystyczną reakcję na zeń ze strony tych, którzy podchodzą doń na 

płaszczyźnie 
filozoficznej, co dotyczy zwłaszcza nauczycieli akademickich. W gruncie rzeczy 

wiele pytań postawionych 
w tym liście odzwierciedla dylemat powstający przy akademickim nauczaniu zeń. 

Nauczyciel akademicki, 
nawet jeśli ma jak najlepsze intencje i uzbrojony jest w wiedzę praktyczną, 

nieustannie popada w 
teoretyzowanie i abstrakcyjne konceptualizacje. A jeżeli wychowywał się w 

tradycji judeochrześcijańskiej, 
to ma poważne trudności w zrozumieniu niedu-alistycznej etyki buddyzmu.

Drugi i trzeci list pochodzą od członków ośrodka, czyli od ludzi, którzy nie 
zmagają się już z buddyjską 

teorią, lecz praktykują zeń. Ich pytania wypływają z silnej potrzeby 
zrozumienia, jaki jest ich prawdziwy 

związek z rodziną i społeczeństwem w kontekście ich praktyki duchowej. Problemy 
wyrażone w tych 

listach są typowe dla ludzi na wczesnym etapie treningu zeń, którzy nie pozbyli 
się jeszcze dwóch 

najczęściej spotykanych błędnych koncepcji: że praktyka zeń
199

wyklucza zaangażowanie społeczne i że przebudzenie pomaga tylko danej jednostce, 
a innym nie.

Trzy dialogi ukazują, jak widzi się problemy moralne po przebudzeniu i jaki jest 
ich związek ze 

wskazaniami.
Po dialogach zamieszczona jest mowa dharmy na temat pierwszego z dziesięciu 

wskazań buddyzmu: 
„Nie zabijać, lecz ochraniać wszelkie życie." Słowo „dharma" wskazuje, że nie 

będzie to mowa o 
społecznych czy innych ogólnych sprawach. Choć „dharma" ma w buddyźmie wiele 

znaczeń, lecz 
najczęściej odnosi się do nauki Buddy - prawa wszechświata. W przeciwieństwie do 

komentarza, który nie 
jest mową lecz raczej demonstracją zeń ofiarowywaną bezpośrednio Buddzie, mowa 

dharmy wygłaszana 
jest raczej nieformalnie, a rosi siedzi zwrócony twarzą do słuchaczy. Mowa 

dharmy różni się od 
komentarza także i tym, że nie wyklucza pytań. Ponieważ jednak tym razem mowa 

była długa, nie nastąpił 
po niej okres pytań i odpowiedzi.

I. LISTY I ODPOWIEDZI
1. „CO TO ZNACZY ŻYĆ W ŚWIECIE JAKO BUDDYSTA ZEŃ?" *

DROGI ROSI, podczas kursu na temat zeń, który prowadzę jako nauczyciel 

background image

akademicki, w ramach 

dyskusji często pada pytanie: „Właściwie co to konkretnie znaczy - żyć w świecie 
jako buddysta zeń?" W 

książkach o zeń dostępnych w języku angielskim czytelnik często spotyka ogólne 
uwagi o wielkim 

znaczeniu współczucia i zazwyczaj niewiele więcej o ideałach moralnych, jakimi 
kieruje się buddysta zeń 

w codziennym życiu, poza salą medytacyjną. Dlatego też jestem tak bardzo 
zainteresowany, co na 

warsztatach wprowadzających w zeń mówisz, Rosi, o znaczeniu dziesięciu wskazań 
buddyzmu 

mahajany. Bardzo by mi pomogło, ze względu na moją pracę nauczycielską i na 
osobiste zainteresowanie 

zeń, gdybyś przysłał mi jakieś Twoje eseje czy dłuższe komentarze wskazujące, 
jak Ty, jako rosi zeń, 

rozumiesz istotę i cel tych dziesięciu wskazań.
Być może powinienem dokładniej określić religijne i moralne kwestie, które m-nie 

szczególnie interesują. 
Jeżeli Cię dobrze rozumiem, to zeń naucza, że wszyscy powinni starać się 

przestrzegać dziesięciu 
wskazań. Jak się to uzasadnia? Czy można powiedzieć, że z punktu widzenia zeń 

istnieje moralny 
porządek, rządzący ludzkim życiem, a wskazania są wyrazem tego porządku? Jaki 

jest związek dziesięciu 
wskazań z naturą ludzką? Czy tworzą one prawo, które zostało narzucone ludzkiej 

naturze przez 
zewnętrzną, wszechmocną, boską wolę, czy też istnieje ścisły i naturalny związek 

pomiędzy wskazaniami 
a ludzką naturą? Na przykład, co wiąże konkretne zakazy i nakazy zawarte we 

wskazaniach z głębszymi 
ludzkimi pragnieniami, aby poznać i urzeczywistnić siebie?

Jakiego rodzaju zobowiązania nakładają wskazania na buddystę zeń? Czy wskazania 
mają dla buddysty 

zeń charakter absolutny, tak jak Dekalog dla żydów i chrześcijan, którzy 
uważają, że ludzkość jest 

bezwarunkowo zobowiązana do przestrzegania go i dlatego sami zawsze muszą 
stosować się ściśle do 

litery prawa, niezależnie od ogromnej różnorodności występujących w życiu 
sytuacji? Jakie są 

konsekwencje naruszania wskazań w zeń? Jak zeń podchodzi do problemu poczucia 
winy, które może 

wtedy powstać ?
Czy w zeń chodzi o zewnętrzną zgodność ze wskazaniami, czy też o zgodność 

wewnętrzną, czyli o 
czystość serca? Czy możliwe jest przestrzeganie wskazań przed osiągnięciem 

pełnego oświecenia? Jeśli 
nie, to czy wysiłek po-

201

dejmowany w celu wewnętrznego i zewnętrznego przestrzegania dziesięciu wskazań 

pomaga w dojściu 
do oświecenia ?

Jeżeli we wskazaniach zawarta jest cała ludzka mądrość, to czy wszyscy mają 
możliwość zrozumienia tej 

mądrości poprzez doświadczenie, rozum i wgląd? Czy też muszą poprzestać na 
przyjęciu wskazań ze 

ślepą wiarą, popartą autorytetem założycieli buddyjskiej tradycji?
Zadałem Ci w tym liście mnóstwo pytań, lecz wiążą się one ze mną Mam nadzieję, 

że dadzą ci one 
pojecie, jakiego rodzaju wyjaśnień potrzebuję. Oprócz ogólnych kwestii, jakie 

poruszyłem, interesują mnie 
też oczywiście Twoje interpretacje poszczególnych wskazań.

Dziękuję bardzo.

background image

Szczerze oddany,

Bob.
ODPOWIEDŹ

DROGI BOBIE, chociaż na Twoje pytania najlepszą odpowiedź otrzymałbyś 
praktykując zazen, to jednak 

nie ulega wątpliwości, że Twój intelekt nie jest jeszcze gotów przyznać, że to, 
co masz uczynić, ma 

wartość i sens. Z tego powodu, a także z uwagi na to, że nauczasz zeń w sposób 
akademicki i to, co 

robisz i mówisz wobec swoich studentów, z pewnością jakoś na nich wpłynie, 
odstąpię od moich 

zwyczajów i spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytania nieco dokładniej. Choć są one 
teoretyczne, w 

rzeczywistości kryją w sobie głębokie duchowe problemy.
Zapytujesz o istotę i cel dziesięciu wskazań buddyzmu mahajany. Stanowią one 

jedną z trzech nóg, na 
których opiera się nauka i praktyka buddyjska; pozostałe dwie to zazen i 

oświecona mądrość. Wszystkie 
trzy są ze sobą ściśle związane. Nawet największy wysiłek włożony w 

przestrzeganie wskazań może być 
jedynie częściowo skuteczny, jeżeli nie będzie poparty zazen. Podobnie zazen 

praktykowane w 
oderwaniu od wskazań będzie słabe i niepewne. To dzięki zazen wspieranemu przez 

wskazania 
następuje uprzytomnienie sobie PRAWDZIWEJ NATURY (przebudzenie), a w tej właśnie 

Prawdziwej 
Naturze zakorzenione są wskazania, zazen i oświecona mądrość.

Nie ma nic niezwykłego w tym, że pierwsze zetknięcie się z dziesięcioma głównymi 
wskazaniami 

buddyjskimi przywodzi na myśl Dziesięć Przykazań religii chrześcijańskiej. 
Jednak porównywanie ich 

pociąga za sobą zniekształcenie zarówno jednych, jak i drugich, gdyż zrozumieć 
je można jedynie w ich 

własnych
202

Kontekstach religijnych. Zrozum, że wskazania nie są zbiorem praw moralnych 
narzuconych odgórnie. Nie 

są one również sprzeczne z Twoją zasadniczą naturą ani też jej nie krępują lecz 
są raczej wyrazem 

przebudzonego Umysłu Buddy. Są opisem sposobu, w jaki działa wysoko rozwinięty 
duchowo człowiek 

pozbawiony poczucia Ja a inni*.
Posłużę się następującym porównaniem: żyć podług wskazań to wędrować gładką 

drogą jedności i 
harmonii, wolną od przeszkód i odznaczającą się piękną scenerią. Naruszać 

wskazania to skręcać w 
boczną drogę, która początkowo wydaje się interesująca, lecz wkrótce staje się 

wyboista i monotonna, a 
kończy się ślepym zaułkiem żalu i obaw.

Mistrz zeń Dogen powiedział: „Aby osiągnąć pewien cel, musisz najpierw rozwinąć 
w sobie pewne cechy, 

ale gdy już je rozwiniesz, osiągnięcie tego celu przestanie cię interesować." 
Interpretując to powiedzenie 

w świetle Twego listu można powiedzieć, że aby wejrzeć w nierzeczywistość ego i 
uchwycić tożsamość 

siebie i innych nie możesz nadal myśleć i działać podług wymogów Twojego 
dualistycznie nastawionego 

ego, lecz musisz słyszeć głębsze wezwanie wskazań. A jednak, gdy raz wskazania 
staną się ustaloną 

normą Twego codziennego życia, oświecenie nie będzie już dłużej czymś odrębnym 
od Ciebie, czymś 

czego należy szukać na zewnątrz. W takim wyzwolonym stanie nie myśli się już 

background image

kategoriami praw 

moralnych czy konwencji społecznych. Nie myśli się już o skrępowaniu przez nie 
ani o wyzwoleniu od 

nich. Działa się zgodnie ze społecznymi konwencjami i obyczajami, tak jakby ich 
nie było, chociaż istnieją 

Na początku człowiek szuka wolności od uczuć zniewolenia i skrępowania. 
Stopniowo, dzięki zazen i 

przestrzeganiu wskazań, zniewolenie i skrępowanie, które wiązały go od wewnątrz, 
rozwiewają się; 

jednakże ceną tej wolności jest długi trening i dyscyplina.
Tomasz Merton, będąc tego świadom, powiedział: .Pogarda człowieka zeń dla 

sztywnych, 
konwencjonalnych obyczajów społecznych jest zdrowym zjawiskiem, ale tylko 

dlatego, że zakłada 
istnienie wolności duchowej opartej na wyzwoleniu od namiętności, egotyzmu i 

ułudy." W stwierdzeniu 
tym słowo „pogarda" jest niezbyt odpowiednie, ponieważ rozwinięty duchowo 

człowiek zeń nie jest ani 
niewolniczo przywiązany do praw i konwencji, ani też nie gardzi nimi. Niemniej 

jest faktem, że mistrzowie 
zeń bardziej znani są z reformowania praw niż ze ślepego im ulegania. W swoich 

pismach mistrz zeń 
Hakuin nie zostawił suchej nitki na potężnych klasach rządzących Japonii, 

zarzucając im ucisk i wyzysk 
chłopów pańszczyźnianych, wśród których często przebywał. Sam Budda atakował 

ortodoksyjne religie 
swoich czasów za ich przesądy i autokratyzm i przyjmował do swojej sanghi tzw. 

niedotykalnych, którzy 
nie mieścili się w obrębie kastowego społeczeństwa. Wysiłki Buddy, Hakuina i 

innych mistrzów 
przyspieszyły realiza-

203

PF

cję zasad równości i sprawiedliwości społecznej, ponieważ ich duchowa wolność 
miała moc 

przekształcania świata.
Pytasz, jakie są konsekwencje naruszania wskazań w zeń i jak zeń podchodzi do 

problemu poczucia 
winy, które może wtedy powstać. Zazwyczaj przekroczenie wskazań nie pociąga za 

sobą poczucia winy; 
zwykła osoba nie jest w stanie przestrzegać zawsze wszystkich wskazań, potrafi 

to tylko budda. Gdy 
podejmuje się szczery wysiłek, aby żyć w zgodzie ze wskazaniami, jeśli czuje się 

skruchę i postanawia 
żyć lepiej w przyszłości, to takie uchybienia, chociaż godne pożałowania, nie są 

jednak zgubne. Zgubna 
dla duchowego rozwoju jest natomiast utrata wiary w naukę Buddy, wynikającą z 

jego najgłębszego 
przebudzenia, że każdy z nas jest z natury czysty i całkowity i może, dzięki 

duchowej dyscyplinie i 
treningowi, urzeczywistnić tę wrodzoną doskonałość.

Zasadniczym celem wskazań jest zatem umożliwienie nam mocnej i niezachwianej 
praktyki zeń, 

prowadzącej do urzeczywistnienia naszego wrodzonego stanu buddy. Bez równowagi, 
którą zapewnia 

przestrzeganie wskazań, niewielu mogłoby kroczyć Drogą z energią i ufnością. 
Uczynki wykluczone przez 

wskazania należy odrzucać nie tylko z powodów etycznych, lecz i dlatego, że nie 
można głęboko wejść w 

zazen prowadząc rozpustne i bezmyślne życie, tak jak nie można jednocześnie spać 
i czuwać.

Czyż nie jest tak, że wszelkie zachowanie potępiane przez ludzkość jako złe 

background image

powstaje z silnego poczucia 

dualizmu „ja a inni", z pełnego namiętności potwierdzania swego ego? Jeżeli 
człowiek potrafi odrzucić ten 

dualistyczny miraż i podsycany przez niego nieuchronnie egocentryzm, a zarazem 
zogniskuje się 

wewnętrznie w jednym punkcie, tak że nie będzie już podziału na siebie i innych, 
to wówczas poczucie 

niezgody i antagonizmu, żalu i gniewu stopniowo ulotni się.
Czy zatem chodzi o przerywanie ciąży, o eutanazję czy o jakikolwiek złożony 

problem moralny, słuszne 
działanie może w danej sytuacji podjąć tylko ten, kto przekroczył siebie. Co 

więcej, dla takiej osoby, która 
przebudziła się do niepodzielności wszelkiego istnienia i w pełni zachowuje tę 

przytomność w codziennym 
życiu, pojecie .słusznego działania" znika. Dawny mistrz zeń wyraził to w ten 

oto sposób:
Umrzyj za życia i bądź zupełnie martwy. A potem rób co chcesz, wszystko będzie 

dobre.
Wskazania, z całą ich relatywno-absolutną subtelnością i głębią, rozumieć można 

na wielu poziomach. 
Gdy rozpoczynasz trening zeń i wskutek lepszej kontroli umysłu i emocji 

zyskujesz naturalne opanowanie 
i czystość, Twoje rozu-

204

mienie wskazań pogłębia się. Nie musisz się już wtedy wysilać, aby ich 

przestrzegać, ponieważ stopniowo 
Twoje zachowanie będzie coraz bardziej z nimi zgodne. Wskazania przekraczają 

moralność, ale jednak 
jej nie wykluczają.

To przekształcająca moc zazen, a nie wskazania narzucone z zewnątrz, sprawia, że 
pojawia się czystość 

serca. Zewnętrzna zgodność z literą wskazań jest o wiele mniej istotna niż 
współczucie wyrastające z 

zazen. Jednak na początku wysiłek podejmowany w celu przestrzegania wskazań jest 
niezbędny, gdyż 

zazen może się zachwiać w obliczu zadawnionych nałogów i codziennych pokus.
Odpowiedziałem na Twój list, a teraz zachęcam Cię, abyś rozpoczął zazen, 

ponieważ jest dla mnie jasne, 
że za Twoimi pytaniami dotyczącymi wskazań kryje się potrzeba 

samourzeczywistnienia. Gdy raz się 
przebudzisz, wszystkie moje słowa wydadzą Ci się niewarte splunięcia.

Twój Philip Kapleau
2. „MEDYTACJA TO UCIECZKA. CO ROBISZ, ŻEBY POMÓC SPOŁECZEŃSTWU ? "

DROGI ROSI. Nie widziałam Cię już od jakiegoś czasu, a ponieważ moja praca nie 
pozwala mi 

przyjechać do Rochester i porozmawiać z Tobą uznałam, że najlepiej będzie 
napisać do Ciebie. Jeżeli 

mnie sobie nie przypominasz, to być może powinnam najpierw wspomnieć, że jestem 
członkiem ośrodka 

od roku i siedzę regularnie z grupą afiliowaną w Denver.
Od jakiegoś czasu narastała wokół mnie bardzo bolesna sytuacja, która ostatnio 

stała się nie do 
wytrzymania. Dotyczy ona moich rodziców, a ja po prostu nie wiem, jak sobie z 

tym poradzić. Jestem dość 
blisko związana zarówno z ojcem, jak i z matką Są oni wykształconymi i 

inteligentnymi ludźmi. Nigdy nie 
mieliśmy problemów w porozumieniu się. Mam dla nich wielki szacunek. Jestem 

pewna, że zrozumiesz, 
jak bardzo zaniepokoiłam się, gdy ujrzałam, że nie tylko nie pochwalają mojej 

praktyki zazen, ale otwarcie 
się jej przeciwstawiają. Rosi, ja naprawdę nie wiem, co robić. Możesz myśleć, że 

jestem infantylna czy 

background image

nawet głupia, że przejmuję się tak bardzo tym, co myślą moi rodzice. W końcu 

jestem dość dorosła, aby 
podejmować decyzje i je realizować. Zauważam jednak, że wrogość moich rodziców 

do tej „wschodniej 
religii", jak ją nazywają wpływa na moją wiarę w dharmę Buddy.

Próbowałam wiele razy wytłumaczyć rodzicom, dlaczego praktykuję zazen. 
Tłumaczyłam, że moje 

przyszłe oświecenie pomoże nie tylko mnie samej, ale i innym. Jednak oni nawet 
nie próbują tego 

zrozumieć.
205

Rodzice moi mówią; .Nie robisz nic, aby pomóc społeczeństwu, a medytację 
traktujesz tylko jako 

ucieczkę. Jeżeli naprawdę chcesz siebie zmienić, to powinnaś pójść do 
psychiatry." Te oskarżenia ranią 

mnie i budzą we mnie sprzeciw. To prawda, że nie jestem najlepszym sędzią, lecz 
czuję, że zaszły we 

mnie pewne zmiany na lepsze: czuję większą jasność i spokój niż przedtem i 
jestem o wiele bardziej 

tolerancyjna wobec innych. Rosi, szanuję i kocham moich rodziców, jak już 
napisałam, a oni rzecz jasna 

świetnie mnie znają. Czy mogliby wypowiadać takie sądy, gdyby nie było w nich 
ani krzty prawdy ?

Gdy rozpoczynałam praktykę zazen, naprawdę czułam, że siedzenie i oczywiście 
przebudzenie to 

najlepsza, jeżeli nie jedyna droga pomagania ludziom. Teraz jednak muszę 
przyznać, że czasami czuję 

się winna, że nie angażuję się już w działalność polityczną i inne sprawy, które 
mnie kiedyś interesowały. 

Czy to prawda, co powiedział Dogen, że nawet gdy jedna osoba praktykuje zazen, 
to jednoczy się z całym 

wszechświatem i prowadzi wszystkie istoty do oświecenia? Jakże chciałabym móc 
głęboko w to wierzyć!

Czytając ten list uświadamiam sobie, jak słaba musi być moja wiara w praktykę 
zeń, że w ogóle stawiam 

takie pytania. Przepraszam Cię, Rosi, że zawracam Ci głowę tym wszystkim, ale 
jeżeli jest coś, co 

mógłbyś mi powiedzieć, aby pomóc mi w rozjaśnieniu tego zamętu, to byłabym za to 
niezwykle 

wdzięczna.
Z głębokim gasio, Lynn

ODPOWIEDŹ
 

DROGA LYNN. Twój stan oblężonej twierdzy w obronie zeń, który opisujesz w swoim 
liście, przypomina 

mi jedną z legend o Bodhidharmie, Pierwszym Patriarsze zeń w Chinach. 
Praktykował on zazen w jaskini, 

gdy raptem trzech małych chłopców zjawiło się u wejścia i zajrzało do środka. Na 
widok ciemnego, 

budzącego grozę kształtu uciekli przestraszeni. Ciemność jednak przyciągnęła ich 
z powrotem i z 

bezpiecznej odległości przyglądali się nieruchomemu kształtowi, zastanawiając 
się, co to może być. 

„Wygląda na człowieka" - szepnął pierwszy chłopiec. „To przecież niemożliwe - 
odpowiedział drugi - 

żaden człowiek nie może siedzieć tak długo bez ruszania się, to musi być 
niedźwiedź." „Nie - włączył się 

trzeci chłopiec - przecież nie ma futra." l znów przyglądali się bacznie 
dziwnemu kształtowi. Ośmieleni 

przez nieruchomość tego „czegoś" zaczęli rzucać w „to" małymi kamyczkami, ale to 
„coś" nadal nie 

wydawało żadnego dźwięku ani nie poruszało się. Jeden z chłopców, odważniejszy 

background image

od pozostałych, 

podbiegł, szybko dotknął postaci i uciekł z powrotem. Nadal nie było żadnej 
reakcji. Zaint-

206

rygowani chłopcy zebrali się na naradę. .To z pewnością nie jest skała - 

powiedział chłopiec, który dotknął 
kształtu - to było miękkie, bez futra, czyli to musi być siedzący człowiek." 

„Ale dlaczego ktoś miałby spać 
w ten sposób? To nie jest naturalne" - upierali się pozostali. „Dlaczego się nie 

rusza, gdy się go dotknie?" 
Im bardziej zastanawiali się nad tą tajemnicą, tym bardziej byli zdumieni i 

zaintrygowani. Nagle jeden z 
nich podniósł duży kamień i demonstracyjnie rzucił nim w nieruchomą postać, 

trafiając ją wprost w głowę. 
Dopiero wtedy postać zaczęła się powoli poruszać, najpierw głowa, później 

ramiona, nogi i korpus, aż 
wreszcie wydała z siebie głośny ryk. Przerażeni chłopcy uciekli, a Bodhidharma 

ryczał dalej ze śmiechu, 
aż do tez. Kamień spowodował jego przebudzenie, jego wielkie oświecenie.

Ludzka natura mało się zmieniła od czasów Bodhidharmy. Osoba medytująca cicho w 
swoim pokoju czy 

w ośrodku styka się z podejrzliwością, a nawet z pogardą Twoja sytuacja jest 
typowa, bowiem najbardziej 

negatywne reakcje tego rodzaju pochodzą zazwyczaj od bliskich przyjaciół i 
rodziny, od tych samych 

ludzi, którzy czasami doradzają psychoterapię. Jest to zdumiewające zjawisko, że 
człowiek regularnie 

odwiedzający psychiatrę rzadko słyszy słowa krytyki za to, że próbuje zmieniać 
nie społeczeństwo, lecz 

siebie. Wręcz przeciwnie, rodzina i przyjaciele chwalą go najczęściej za chęć 
walki z zagubieniem i 

lękiem. A jeżeli powrót do zdrowia następuje powoli - a musi tak być, aby był on 
prawdziwy i trwały - to ani 

pacjent, ani sama terapia nie spotyka się z potępieniem.
Jednakże ten, kto wyrusza na ścieżkę zazen, rzadko spotyka słowa zachęty i 

zrozumienia. Jeżeli nawet 
rodzina i przyjaciele nie wyśmiewają go, to oczekują, że stanie się doskonały w 

ciągu jednego dnia i że 
będzie następnym buddą. Jeżeli nie zauważa w jego zachowaniu żadnych zmian - a 

ilu sceptycznych 
krytyków jest na tyle otwartych, aby dostrzec subtelne przemiany, które zachodzą 

na początku praktyki - 
to rzucają się na niego z taką samą irytacją, z jaką Ty spotykasz się w swoim 

domu. Gdy mówisz 
rodzicom, że praktykujesz zazen z nadzieją, że pewnego dnia osiągniesz 

oświecenie, to oczywiście widzą 
oni praktykę zeń jako propozycję typu .wszystko albo nic" opartą na oświeceniu. 

Przypuszczają więc, że 
do czasu przebudzenia nie osiągasz niczego, lecz tylko czekasz. Nie zdają sobie 

sprawy, że w zeń nie 
chodzi o to, żeby gdzieś dojść, ale żeby być, być bardziej przytomnym, 

kochającym i samodzielnym. Skąd 
mogą wiedzieć, że gdy Twoje żale, zarozumiałość i upór topnieją na skutek 

regularnego zazen, to ujawnia 
się Twoja wrodzona, nieskalanie czysta natura?

Odczuwanie większej jasności i spokoju, a także pełniejszej akceptacji innych 
ludzi, o którym mówisz, jest 

udziałem każdego praktykującego poważnie zazen. Nie zniechęcaj się, jeżeli Twoja 
rodzina i przyjaciele 

zdają się nie dostrzegać w Tobie tych przemian. Pamiętaj, że umysły Twoich 
rodziców są również 

zachmurzone, a ponieważ mają dużo ustalonych wyobrażeń o Tobie - ich córce -

background image

207

T f
 

gdyż byli tak blisko Ciebie przez tyle lat, więc minie wiele czasu, zanim je 
przekroczą. Tak jak trudno jest 

ujrzeć swój własny nos, trudno jest rodzinie zajętej roz-wiązywaniem swoich 
własnych problemów i 

kompleksów zauważyć od razu przemianę jednego ze swych członków. Jednakże silne 
intuicje matki 

zazwyczaj biorą górę. Ojcu może to zabrać więcej czasu, lecz korzyści Twego 
zazen będą w końcu 

dostrzegalne dla obojga. Zauważą że jest w Tobie mniej irytacji i postawy 
obronnej, jak również, że jesteś 

mniej nieobecna, a Twoje gesty opiekuńcze i współczująca troska o ich pomyślność 
z pewnością wpłyną 

na nich pozytywnie. l to właśnie jest Twoim sposobem odwzajemniania się im za 
lata poświęceń dla 

Ciebie. Jeżeli będziesz dalej siedzieć, to przyczynisz się do powstania bardziej 
kochającej się, 

harmonijnej rodziny, co będzie znaczącą pomocą dla społeczeństwa. W końcu dom 
jest podstawą 

społeczeństwa, a panująca w nim niezgoda bądź dobra wola nieuchronnie odbijają 
się na społeczeństwie.

Odkładając na bok pytanie, czy Twoi rodzice sami coś robią, aby pomóc 
społeczeństwu, zastanówmy się 

nad słusznością ich krytyki. Czy poświęcając kilka godzin dziennie na praktykę 
zazen unikasz swoich 

obowiązków wobec społeczeństwa?
Zanim będzie można na to pytanie uczciwie odpowiedzieć, trzeba zapytać, co to 

naprawdę znaczy 
pomagać społeczeństwu. Czy Twoi rodzice mówiąc o tym wiedzą dokładnie, co mają 

na myśli? Czy nie 
jest to kolejny frazes, tyleż mglisty co prowokacyjny, którym rzucają w ciebie 

powodowani własną 
frustracją? W końcu pracujesz w pełnym wymiarze godzin, jak lekarze, gospodynie 

domowe, stolarze, 
sekretarki, muzycy i inni ludzie, którzy ponadto są również członkami ośrodka 

zeń. Czegóż jeszcze mogą 
chcieć od Ciebie Twoi rodzice, czemu drażni ich, że poświęcasz swój wolny czas, 

aby poddawać się 
dyscyplinie zazen?

Przypuszczalnie zdają oni sobie sprawę z wysiłku i poświęcenia, jakiego wymaga 
Twój trening duchowy i 

szanują Ciebie za to. Czują się winni, że nie potrafią pójść w Twoje ślady, a 
potem nienawidzą siebie za 

to, że czują się winni i w końcu oburzają się na Twoje zazen jako na źródło 
swoich negatywnych u-czuć. 

Można tym wytłumaczyć postępowanie pewnego ojca, który nie tak dawno zwrócił się 
do mnie 

zdenerwowany zachowaniem swej córki. „Najpierw to były narkotyki - powiedział - 
potem 

transcendentalna medytacja, a teraz zeń, co będzie dalej?" Często zdarza się 
też, że ludzie, grożący 

palcem innym za to, że „nic nie robią dla społeczeństwa", powodowani są 
poczuciem winy z powodu 

swoich własnych egoistycznych zapędów lub niepewności co do swojej własnej 
wartości. Takie 

postępowanie może też ujawniać frustrację płynącą z tego, że nie zrealizowali 
oni hołubionych przez 

siebie od dawna nadziei i ideałów.
Powtórzmy więc - co to znaczy „pomagać społeczeństwu"? Działacze polityczni 

sądzili, że znają 

background image

odpowiedź na to pytanie, kiedy w latach sześćdziesiątych

208

zmagali się z prawem i innymi zewnętrznymi formami wypracowanymi przez 

społeczeństwo, a jednak dziś 
wielu z nich twierdzi, że bez pracy nad sobą nie wprowadzi się żadnych 

znaczących zmian. Pewni 
„dobroczyńcy" bez wątpienia uważają że pomagają społeczeństwu, gdy nadgortiwie 

wsadzają nos w 
cudze sprawy, uszczęśliwiając innych na siłę według własnej recepty na 

szczęście. Jest rzeczą jasną że 
zwrot „pomagać społeczeństwu" jest mglistym i pozbawionym znaczenia sloganem, 

przynajmniej 
wówczas, gdy interpretuje się go w terminach jakiejś konkretnej działalności czy 

linii postępowania.
Jeżeli jakakolwiek pomoc ma być autentyczna, to musi działać od wewnątrz, 

ulepszając charakter 
człowieka i wpływając na całe jego życie. W tym sensie praktykując poważnie 

zazen bez wątpienia 
będziesz pomagać innym. Jeżeli o-czyścisz swój umysł z chciwości, gniewu i 

samolubstwa i obudzisz w 
sobie pełne spokoju współczujące serce, to staniesz się lepszą córką siostrą 

sąsiadką i pracownicą. 
Kontynuuj z poświęceniem praktykę zazen, a stopniowo wyzwolisz się z 

egoistycznych myśli, zastarzałych 
przesądów i fałszywych wyobrażeń o sobie i świecie. Jakże otaczający Cię ludzie 

i całe społeczeństwo 
mogłoby nie odczuwać tych korzyści?

Celem, który przyświeca Tobie i każdemu, kto poważnie praktykuje zazen, nie jest 
bynajmniej ucieczka od 

życia, lecz pełniejsze z nim zjednoczenie. Pewien wybitny chiński mistrz zeń 
powiedział swoim uczniom: 

„Nie dajcie się więzić zdarzeniom codziennego życia, lecz nigdy się przed nimi 
nie cofajcie." Inny mistrz 

zeń ostrzegał: „Ten, kto czepia się pustki zaniedbując świat spraw i rzeczy, 
ucieka przed utonięciem, ale 

skacze w ogień." Zrozum więc, że zazen nie jest u-cieczką od problemów tego 
świata, ale wyzwoleniem, 

które daje nam mądrość i siłę do robienia tego, co należy zrobić. W zeń nie 
pragniemy grobowego 

spokoju, ale próbujemy rozwinąć w sobie wewnętrzne opanowanie i jasność umysłu 
dzięki aktywnemu 

zaangażowaniu w życiowe sprawy. Prawdziwy spokój umysłu zdobywa się nie przez 
unikanie konfliktów, 

ale przez stawianie im czoła i przebijanie się przez nie mieczem wysiłku.
Bardzo możliwe, że Twoich rodziców niepokoi głęboko zakorzenione w naszym 

sposobie myślenia 
wyobrażenie, że jednostka, aby być użyteczna, musi być „aktywna". Erich Fromm 

analizuje w książce O 
sztuce miłości słowo „aktywny", funkcjonujące w zachodnim społeczeństwie. 

Podkreśla on, że to, co ktoś 
robi, jest mniej ważne od motywacji kryjących się za jego aktywnością Człowiek 

pchany do bezustannej 
pracy przez brak poczucia bezpieczeństwa, samotność czy chciwość jest 

niewolnikiem namiętności i 
biernym obiektem działania. Z drugiej strony osoba siedząca w skoncentrowanej 

medytacji 
zaangażowana jest w .najwyższą aktywność, jaka istnieje, w aktywność ducha, 

możliwą jedynie w 
warunkach wewnętrznej wolności i niezależności..."

209

background image

 

 
 

Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, to nawet Twoi rodzice mogą się zgodzić, że 
jeśli mamy zachować 

umysłową równowagę w obliczu narastających napięć i konfliktów współczesnego 
życia, to nie mamy 

innego wyjścia, jak oddać się tej „najwyższej aktywności ducha", l to nie tylko 
dla naszego własnego 

dobra. Bud-dyzm uczy, że umysł jednego człowieka jest umysłem wszystkich ludzi. 
Społeczeństwo nie 

jest w końcu niczym innym jak naszym własnym tworem: przejawem zbiorowego umysłu 
wszystkich 

tworzących je jednostek. Ponieważ zewnętrzne - jakby się mogło zdawać - błędy 
społeczeństwa biorą się 

właściwie z naszych własnych umysłów, to jak słusznie przeczuwasz, każdy z nas 
musi wziąć na swoje 

barki odpowiedzialność za stan, w jakim znajduje się ludzkość. Jakże ktokolwiek, 
kto czuje się 

odpowiedzialny wobec swych bliźnich, może zaniedbać uzdrowienie swego własnego 
umysłu? Jak 

mógłby dopuścić do przeoczenia wypływających z niego samego skalań ciała, mowy i 
umysłu?

Wpływ oświecenia jednej osoby na zbiorowy stan psyche w skali świata jest 
niezmierzony. Na poziomie 

tego, co niewidziane, rozjaśnia ono ciemności umysłów innych ludzi. Na poziomie 
tego, co widzialne, 

zdolność zdyscyplinowanego, oczyszczonego i przebudzonego umysłu do wpływania na 
innych i 

przekształcania ich jest ogromna, l tak jak zapalenie nawet kilku świec w dużej, 
czarnej jak smoła jaskini 

rozjaśnia w pewnym stopniu ciemności - setki tysięcy osób bezinteresownie 
medytujących przyczyniają 

się w oczywisty sposób do powstawania potężnej siły pokoju i harmonii na 
świecie.

Mam nadzieję, Lynn, że dla Twego dobra i dla dobra innych wytrwasz w swojej 
praktyce i sama 

doświadczysz cudu zeń.
Twój P.K.

3.  „CZY MUSZĘ PORZUCIĆ RODZINĘ, ABY W PEŁNI WEJŚĆ W ZEŃ?"
DROGI ROSI KAPLEAU, od kiedy spotkałem Cię w Kostaryce kilka miesięcy temu, 

zastanawiałem się 
czasem nad pewnymi sprawami, o których mówiliśmy. Teraz, gdy postanowiłem wziąć 

udział w programie 
treningu w Ośrodku Zeń, pragnę podzielić się z Tobą pewnymi moimi odczuciami 

związanymi z tą 
decyzją.

Najpierw przez wiele lat czytywałem od czasu do czasu o zeń, jak również o 
innych filozofiach i 

dyscyplinach prowadzących do samorealizacji. Na początku nie uważałem tego 
zainteresowania za nic 

wielkiego: było to coś, co porwało
210

moją wyobraźnię i zafascynowało mnie opisami dalekich krajów, egzotycznych 
praktyk, dziwacznych 

postaw i zachowań rozmaitych mędrców, guru, swamich, mistrzów i ich 
nielogicznych, enigmatycznych 

uwag na temat Prawdy, Rzeczywistości, Umysłu, tego, co Nieskończone i 
Ostateczne, l nawet jeżeli nie 

rozumiałem tego wszystkiego, to coś przykuło moją uwagę i sprawiło, że coraz 
bardziej ulegałem tym 

zainteresowaniom.

background image

Potem w miarę upływu czasu coraz bardziej stawałem się adeptem, przynajmniej 

jeśli chodzi o czytanie. 
Pochłaniały mnie te sprawy coraz bardziej i nabierały znaczenia, gdyż coraz 

lepiej czułem, o co tam 
chodzi. Zdałem sobie sprawę, że cała ta „egzotyczna filozofia" ma bezpośredni 

związek ze mną z moim 
życiem. Dostrzegłem też, że zacząłem się zmieniać i podążać w określonym 

kierunku. Powoli, lecz 
nieuchronnie doszedłem do wielu głębokich i znaczących (przynajmniej dla mnie) 

wglądów, które zmieniły 
mój dotychczasowy tryb życia. Ten proces trwa do dziś, kiedy to poczułem, że 

muszę podjąć 
postanowienie, które zapewni mi na resztę życia spokój i niepodważalne 

przeświadczenie, że znalazłem 
to, czego szukałem.

W ciągu ostatnich lat zyskałem większą przytomność, dzięki której lepiej i 
spokojniej żyję i pracuję. Z 

drugiej strony ten sam proces budzenia przytomności doprowadził mnie do 
głębokiego zamętu, frustracji i 

niepokoju. Jestem przekonany, że uchwyciłem mgnienie jakiejś Rzeczywistości czy 
Prawdy, czegoś 

zupełnie odmiennego od tego, co narzuca się nam jako oczywiste, l chciałbym 
teraz wiedzieć, czym jest ta 

inna rzeczywistość. Chcę zdobyć pełny wgląd zamiast przebłysku i osiągnąć 
przełom, który raz na zawsze 

rozwieje i unicestwi to, co jak czuję oddziela mnie od innej rzeczywistości czy 
od innego wymiaru istnienia. 

W ubiegłym roku podjąłem kilka samotnych prób osiągnięcia tego wglądu, jednakże 
spełzły one na 

niczym. Moje zainteresowanie tylko wzrosło, a frustracja i niepokój nasiliły 
się. Wydaje mi się, że zdobycie 

oświecenia bez pomocy oświeconego nauczyciela jest bardzo trudne, jeżeli w ogóle 
możliwe.

A teraz, gdy postanowiłem uczynić kolejny krok - wziąć udział w programie 
treningu i wejść w bezpośredni 

kontakt z Tobą który możesz mi w końcu pomóc osiągnąć oświecenie - doświadczam 
nowych wątpliwości 

i niepokoju. Z jednej strony jestem pewien, że jeżeli tego nie uczynię, to będę 
nadal żył w rozdarciu. Z 

drugiej jednak strony czuję, że rozpoczynam końcowy etap podroży w poszukiwaniu 
ostatecznego 

znaczenia mojego życia, skąd nie będę już miał odwrotu, l to wyobrażenie „nie 
mam odwrotu" sprawia, że 

zastanawiam się, dokąd dokładnie wyruszam, co mi się przydarzy i czym się to 
skończy. Chociaż nie chcę 

żyć dłużej w konflikcie i niepokoju ani umierać w takim pomieszaniu, to widzę 
całą głęboko zakorzenioną 

we mnie niechęć do porzucenia tego, czym jestem i co posiadam.
211

Bardzo trudno jest mi żyć z tym wszystkim, ponieważ stale odnoszę wrażenie, że 
działam bardzo 

powierzchownie, w ograniczony sposób, poza jakaś rzeczywistością która wciąż mi 
się wymyka, a w której 

z pewnością rozstrzygnąłbym wszystkie problemy. Czuję zamkniętą we mnie 
potencjalną energię, ale nie 

potrafię jej wyzwolić ani zrealizować tego, co odczuwam jako moją prawdziwą 
naturę,-

No i oczywiście jeszcze jedno źródło wątpliwości i niepokojów: moja rodzina. Co 
będzie z moją żoną, z 

dziećmi i z ich wykształceniem, z naszą wspólną pracą itp.? Co się stanie z tymi 
wszystkimi tak bardzo 

realnymi związkami i ze wszystkim, za co jestem odpowiedzialny, jeżeli wyruszę 

background image

na ścieżkę, z której - jak 

się wydaje - nie ma już odwrotu? Takie pytania i wątpliwości mogą Ci się 
wydawać, z punktu widzenia 

Twojego oświecenia, błahe i nieistotne, lecz dla mnie stanowią one przeszkodę, 
która sprawia, że waham 

się i wciąż tkwię w martwym punkcie. Mówiąc bardziej ogólnie: czy mogę w pełni 
wejść w zeń bez 

porzucania tych związków? Chociaż moja żona, która jest wyjątkowo dojrzałą i 
wyrozumiałą kobietą, nie 

przyznaje się otwarcie do niepokoju, to jednak zdaję sobie sprawę, że jest ona 
zaniepokojona, co jest 

oczywiście całkiem naturalną reakcją. Nie chcę jej w żaden sposób zranić i nie 
mogę też wyobrazić sobie 

teraz opuszczenia moich dzieci. Jest to problem kogoś, kto chce zjeść ciastko i 
jednocześnie je 

zachować. Mam jednak wątpliwości, czy może to być takie proste.
Nie są to pytania, na które spodziewam się jednoznacznej odpowiedzi, lecz raczej 

refleksje. Bardzo 
możliwe, że większość niepokojów i wątpliowści rozstrzygnę w naturalny sposób w 

drodze praktyki. 
Dlatego postanowiłem po prostu uczynić ten następny krok: wyjechać do Rochester, 

rozpocząć trening 
zeń i pozwolić działać temu procesowi. W końcu gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą

Było mi bardzo trudno napisać ten list, chyba dlatego, że próbowałem wyrazić 
intuicje, uczucia i procesy, 

których tak naprawdę nie sposób opisać słowami. Jestem jednak pewien, że zdołasz 
uchwycić istotę tego, 

co próbowałem powiedzieć.
Mam nadzieję, Rosi, że miewasz się dobrze i cieszę się, że znów Cię spotkam.

Szczerze oddany, David
ODPOWIEDŹ

DROGI DAVIDZIE, masz całkowitą słuszność, że gdy raz Twoja Prawdziwa Natura 
drgnęła, pragnąc 

przedostać się do świadomości, to nie ma już odwrotu. Bez wątpienia słyszałeś, 
co Freud i inni 

psychologowie mówią o wielkiej szko-
212

dzie, jaką wyrządza się psychice, gdy pożądanie seksualne nie może znaleźć 
ujścia, jednakże o wiele 

gorsza jest frustracja wynikająca z niezaspokojenia pierwotnej potrzeby 
odkrycia, czym i kim jesteśmy i 

jakie jest znaczenie naszego życia i śmierci. Te pytania są barierami, które Ty 
sam musisz przełamać - po 

drugiej stronie znajduje się Rzeczywistość, której istnienie przeczuwasz. Jednak 
nie jest ona czymś 

odrębnym, bo jakże mogłaby istnieć więcej niż jedna Rzeczywistość? Gdy opadnie 
muł łudzących Cię 

myśli, ujrzysz świeżą, czystą wodę, która jest w rzeczywistości tą samą wodą co 
przedtem, lecz 

oczyszczoną z brudu i śmieci.
Zbliżasz się teraz do czterdziestki, prawda, Davidzie? Stoisz więc na 

rozstajach, na których musisz zadać 
sobie pytanie: „Czy mam dalej iść po linii najmniejszego oporu, co z jednej 

strony jest wygodne, a z 
drugiej pełne bolesnego poczucia niespełnienia, czy też mam wkroczyć na nową 

drogę życia, prowadzącą 
do prawdziwej wolności?" To może być Twoja ostatnia szansa spełnienia nadziei i 

pokonania lęków, 
ponieważ możesz odkryć, że obok zwykłych niepokojów wieku średniego budzi się w 

tobie odraza do 
samego siebie za to, że nie u-czyniłeś lego, co tak mocno leżało Ci na sercu. 

Niestety, taki jest los wielu 

background image

tysięcy ludzi, niegdyś pełnych nadziei i sił witalnych, którzy w późniejszych 

latach odkrywają, że ich 
energia życiowa wyciekła z nich w natłoku działań lub też została wyczerpana 

przez zżerające ich lęki 
przed życiem i śmiercią wobec których czują się bezsilni. Jung napisał, że nie 

miał ani jednego pacjenta 
po czterdziestce, dla którego podstawowym problemem nie byłby lęk przed 

śmiercią. To właśnie satori - 
przebudzenie się Twej Prawdziwej Natury - rozwieje ten lęk i pozwoli Ci żyć 

radośnie i umrzeć godnie.
Weźmy przypadek skazanego na dożywocie więźnia, którego nieoczekiwanie 

ułaskawiono. Jeżeli siedział 
za kratkami wiele lat i urządził tam sobie mały, wygodny kącik w społeczności 

więziennej, to z pewnością 
obawia się stawienia czoła obowiązkom, jakie niesie ze sobą życie na zewnątrz.

Jeżeli jego siła witalna została stłumiona, to zrzeknie się on ułaskawienia lub 
też nie będzie się o nie 

starał. Jeżeli jednak siedział w zamknięciu tylko kilka lat i jego naturalne 
pragnienie wolności jest nadal 

żywe, jak u każdego zdrowego człowieka, to uczyni on wszystko co w jego mocy, 
żeby odzyskać wolność.

Podobnie Twoja gotowość wzięcia udziału w nadchodzącym programie treningu 
ukazuje, że Twoja 

duchowa żywotność jest silna. Odkładając tę decyzję przesunąłbyś na później 
Twoje aktywne 

poszukiwanie samourzeczywistnienia, aż w końcu pragnienie wolności zostałoby w 
Tobie stłumione. 

Stłumione, ale nigdy nie wykorzenione, l chociaż na jakiś czas możesz przykryć 
frustrację i niepokój 

blichtrem, to nie znajdziesz w ten sposób prawdziwego spokoju. Nawet chwilom 
największej rozkoszy 

towarzyszyć będzie domieszka goryczy, tępego bólu i tęsknoty za 
samourzeczywistnieniem.

213
t

Tak więc gratuluję Ci doniosłej decyzji i czekam w Rochester.
Twoja troska o żonę i dzieci, o ich wykształcenie i o waszą wspólnąpracę jest 

godna pochwały i ukazuje, 
jak mocny i żywy jest Twój związek z rodziną W takiej sytuacji jak Wasza 

zazwyczaj najsilniejsze obawy 
żywi żona. Jeżeli sama nie praktykuje zazen, a rozumiem, że Twoja żona tego nie 

czyni, powstanie w niej 
obawa, że jeżeli będziesz szedł dalej ścieżką zeń, to w końcu zostaniesz mnichem 

i opuścisz ją i dzieci. 
Jak wiesz, większość kobiet czuje silny lęk przed opuszczeniem przez ukochanego 

męża. Prawdziwie 
uspokoić żonę i dzieci - jako że dzieci nieuchronnie podzielają niepokój matki - 

możesz tylko w jeden 
sposób: okazując im większą miłość, lecz nie w jakiś zaplanowany sposób, gdyż 

byłoby to sztuczne i 
zdradziłoby tylko Twoje własne kłopoty. Raczej przyłóż się całym sercem do 

treningu zeń, co - pamiętaj - 
oznacza przyłożenie się w pełni do wszystkich spraw Twego codziennego życia, a w 

naturalny sposób 
staniesz się bardziej kochający. Wyzwoli się wtedy Twoja wrodzona miłość i 

będzie wyrażać się coraz 
mocniej. Gdy jesteś ze swoją żoną i dziećmi, bądź z nimi całkowicie i podobnie 

gdy jesteś w pracy, to nie 
zostawiaj części siebie w domu; gdy się golisz, po prostu rób to, a gdy czytasz, 

po prostu czytaj itd. Oto 
prawdziwa praktyka zeń w Twoim codziennym życiu. Kontynuuj ją, a niedługo 

odkryjesz, że jesteś 

background image

bardziej wyrozumiały i cierpliwy w stosunku do swoich dzieci i że intuicyjnie 

wiesz, kiedy należy być 
twardym, a kiedy ustępować. Staniesz się bardziej wrażliwy i będziesz mógł 

właściwiej reagować na 
potrzeby żony, jak też i wszystkich, którzy Cię otaczają.

Na koniec chciałbym Cię przestrzec, abyś nie myślał kategoriami ranienia i 
nieranienia swojej rodziny. 

Jeśli będziesz się tym martwił, to Twoje zachowanie w stosunku do nich będzie 
wymuszone i sztuczne. 

Zamiast tego miej wiarę, że wszystko, co pomaga Tobie, nie może równocześnie w 
najgłębszym 

duchowym znaczeniu nie pomóc rodzinie. Na początku może się wydawać, że jest 
odwrotnie, ale gdy 

Twoja praktyka się pogłębi, prawda ta dotrze zarówno do Ciebie, jak i do Twojej 
żony. Na razie rób 

wszystko, co możesz, aby upewnić ją o swojej stałości, nie słowami, tylko 
czynami.

Dziękuję Ci za Twój list. Jeżeli nie będziesz miał nic przeciwko temu, 
pragnąłbym odczytać go podczas 

mojej następnej formalnej mowy. Ola wielu będzie on pouczający i inspirujący. 
Czeka tu na Ciebie ciepłe 

przyjęcie i wytężona praca.
Twój Philip Kapleau

214

II. DIALOGI

l.CZY      PRZEBUDZENIE       POZWALA       ROZWIĄZAĆ DYLEMATY MORALNE?
PYTAJĄCY: Czy oświecenie rozwiązuje wszystkie problemy życiowe?

ROSI: To, co kiedyś było problemem, przestaje już być problemem.
DRUGI PYTAJĄCY: A co z dylematami moralnymi? Jest dość oczywiste, że nie należy 

zabijać, kraść ani 
kłamać. A jednak czasami, ile by się nie myślało o tym, co trzeba zrobić w danej 

sytuacji, wydaje się, że 
właściwej odpowiedzi nie ma. Czy satori pozwala nam na wskroś przejrzeć te 

moralne problemy, tak aby 
właściwa odpowiedź stała się oczywista?

ROSI: Nawet ludzie głęboko oświeceni muszą nadal stawiać czoło dylematom 
moralnym. Wiele lat temu 

mój nauczyciel opowiedział podczas sesin historię dotyczącą dylematu moralnego, 
wobec jakiego stanął 

pewien mistrz zeń. Wywołała ona w uczestnikach sesin jedną z najsilniejszych 
emocjonalnych reakcji, 

jakich kiedykolwiek byłem świadkiem. Oto co - jak pamiętam - powiedział mój 
nauczyciel:

KHka wieków temu pewien człowiek od dziecka gorąco pragnął zostać mnichem. 
Ponieważ jednak stracił 

ojca, musiał utrzymywać swoją owdowiałą matkę sprzedając drewno na opał. Po 
jakimś czasie, gdy nie 

był w stanie tłumić dłużej swego głęboko zakorzenionego pragnienia, aby 
poświęcić się religijnemu życiu, i 

gdy tylko udało mu się zaoszczędzić trochę pieniędzy, opuścił dom. Zostawił 
matce wszystkie pieniądze 

wraz z kartką, na której napisał:
.Wybacz mi, że cię opuszczam, ale muszę znaleźć duchowego nauczyciela."

Matka nigdy więcej nie usłyszała o swoim synu. Po wielu latach, gdy była już 
stara i ślepa na jedno oko, 

rozpaczliwie pragnęła ujrzeć przed śmiercią swe jedyne dziecko. Pewnego razu 
wędrowny mnich z 

klasztoru położonego w bardzo odległej części kraju powiedział jej, że według 
wszelkiego 

prawdopodobieństwa klasztor ten prowadzi jej syn.
Uradowana matka wyruszyła na poszukiwanie klasztoru w nadziei ujrzenia syna. Po 

latach wędrówki i 

background image

wielu trudach odnalazła klasztor, opisany przez owego wędrownego mnicha. Była 

wówczas bardzo słaba. 
Drżąc zbliżyła się do bramy, gdzie natknęła się na mnicha, który uprzejmie 

zapytał ją o cel jej przybycia. 
Opowiedziała mu o swym synu i o tym, że ma powody sądzić, że to on jest opatem 

tego klasztoru. Czy 
mogłaby go ujrzeć choć przez chwilę? Nie ma zbyt wiete

215

 

życia przed sobą i umarłaby w spokoju, gdyby tylko mogła raz go ujrzeć. Mnich 
poprosił ją, żeby 

zaczekała, i udał się do opata. Po dłuższym czasie wrócił i rzekł: Jest mi 
bardzo przykro. Przekazałem 

opatowi wszystko, co mi opowiedziałaś, ale on odparł: Ta kobieta się myli, nie 
jestem jej synem.'"

Na te słowa całe zendo wybuchnęło płaczem. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni, nie 
wyłączając rosiego, 

otwarcie płakali.
Chociaż rozumiałem po japońsku, powód takiego wybuchu uczuć nie był dla mnie 

jasny. Wracając do 
domu pociągiem (sesin odbywało się w północnej części Japonii) mogłem zająć 

miejsce w przedziale 
obok rosiego i miałem okazję zapytać o ten płacz. „Dlaczego wszyscy nagle 

wybuchnęli płaczem, gdy 
opat powiedział, że nie jest jej synem? Przecież nim był, prawda?"

„Tak, oczywiście, że był jej synem - odpowiedział rosi - pamiętaj, że nie 
widział jej od czasu, gdy opuścił 

dom przed wieloma laty. Wiedział, że jest ona stara i słaba i że na jej widok 
ogarnie go pragnienie 

uściskania jej i zajęcia się nią Lecz był przecież odpowiedzialny za duchowy 
trening około pięciuset 

mnichów. Gdyby jego matka mieszkała w klasztorze lub w pobliżu, pragnąłby z nią 
być, a tym samym 

mógłby poświęcić mniej czasu prowadzeniu swych mnichów. Możemy sobie wyobrazić 
tę udrękę i 

wewnętrzny dramat, którego rezultatem była odpowiedź, jaką w końcu przekazał 
przez mnicha. Wszyscy 

w zendo dotkliwie odczuli mękę, przez jaką przechodził opat słuchając głosu 
obowiązku, a nie głosu 

serca, i dlatego płakali."
TRZECI PYTAJĄCY: Czy opat nie mógł przynajmniej przekazać matce, że owszem, jest 

jej synem i ma 
się dobrze, ale że nie może się z nią widzieć?

ROSI: Gdyby tak uczynił, czy nie sprawiłby jej jeszcze większego bólu?
CZWARTY PYTAJĄCY: Dlaczego jego obowiązek wobec mnichów był ważniejszy od 

obowiązku opieki 
nad starą matką? Zawsze słyszałem, że Azjaci, a szczególnie Japończycy, są 

bardzo oddani swoim 
rodzicom i dbają o nich. Czy taka postawa nie jest częścią ich kultury?

ROSI: To, co uczynił opat, odzwierciedlało jego szczególne poczucie obowiązku w 
tym wypadku. Pewien 

rosi, u którego praktykowałem w Japonii, często odwiedzał swoją starą matkę 
mieszkającą na terenie 

klasztoru. Być może dlatego, że miał dwudziestu mnichów, a nie pięciuset, czuł, 
że jego związek z matką 

nie koliduje z obowiązkami wobec mnichów.
DRUGI PYTAJĄCY: A co się stało z matką tamtego opata? Jak zareagowała na jego 

odmowę?
ROSI: Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby zgadnąć. Ale epilog tej historii był 

następujący:
Po śmierci matki opat miał wizję, w której ujrzał ją w krainie Czystej Ziemi 

Buddy Amidy. Była promienna i 

background image

ze złożonymi dłońmi powiedziała, że mu wyba-

216

cza, ponieważ teraz rozumie, dlaczego nie mógł się z nią spotkać. Opat zdał 

sobie sprawę, że jego matka 
doznała przebudzenia i zapłakał z radości.

2. ZEŃ JEST PONAD MORALNOŚCIĄ, ALE MORALNOŚĆ NIE JEST PONIŻEJ ZEŃ
PYTAJĄCY: W biuletynie wydawanym przez pewien ośrodek zeń przeczytałem historię, 

która nasunęła mi 
wiele niepokojących pytań. Byłbym wdzięczny, gdybym mógł usłyszeć twoje zdanie w 

tej sprawie. 
Przyniosłem ten biuletyn ze sobą. Czy mógłbym Ci tę historię opowiedzieć w 

skrócie, gdyż jest dosyć 
długa?

ROSI: Tak.
PYTAJĄCY: Gdy pewien mistrz opuścił na jakiś czas swą ubogą świątynię, jego 

główny mnich namówił 
innych mnichów do sprzedaży krowy stanowiącej własność świątyni, aby za uzyskane 

pieniądze kupić 
wino, mięso i inne przysmaki na całonocną zabawę. Nazajutrz rano, gdy mistrz 

powrócił na poranne 
siedzenie, okazało się, że nie ma krowy, a wszyscy uczniowie śpią pośród resztek 

uczty. Rozgniewany 
mistrz wezwał wszystkich do głównej sali i zażądał zwrotu zwierzęcia. Na to 

główny mnich zrzucił szaty i 
zaczął chodzić na czworakach po sali rycząc jak krowa. Zachwycony tym mistrz 

uderzył go trzydzieści 
razy w tyłek i rzekł: „To nie jest moja krowa. Ta jest za mała!" Wszyscy 

odetchnęli z ulgą i nie poruszano 
już więcej tego tematu.

Mam kilka pytań, ale przede wszystkim powiedz, co sądzisz o tym wszystkim?
ROSI: Mistrz zareagował właściwie. Lecz gdybym ja tam był, złapałbym jego kij i 

zdzieliłbym jego w tyłek.
PYTAJĄCY: Za co?

ROSI: Za to, że chował krowę.
PYTAJĄCY: Właśnie o to chciałem zapytać. Czy w klasztorach zeń jest zwyczaj 

chowania zwierząt?
ROSI: Nie. Zwierzęta wymagają opieki, trzeba je karmić, często w niedogodnych 

porach, a to mogłoby 
zakłócać porządek dnia mnichów, przewidujący wiele obowiązków i zazen. Ponadto - 

i to jest 
najważniejsze - w klasztorach zeń nie prowadzi się hodowli krów ani nie pija się 

mleka z tego samego 
powodu, dla którego nie pił go sam Budda - żeby nie pozbawiać cieląt mleka.

DRUGI PYTAJĄCY: A co sądzisz o zachowaniu się mnichów?
ROSI: Ludzie zeń, którzy są wysoce rozwinięci duchowo, wyprawiają czasem 

przedziwne rzeczy - to 
znaczy przedziwne dla nieprzebudzonych - ale jedynie duchowo niedorozwinięci i 

pogrążeni w ułudzie 
mnisi zdobyliby się na to, żeby ukraść krowę należącą do mistrza, sprzedać ją i 

kupić alkohol i mięso. 
Mnisi,

217

którzy poczynają sobie w ten sposób, zwani są w Japonii namagusu bozu - bez-

bożnikami śmierdzącymi 
zgniłą rybą

DRUGI PYTAJĄCY: Czy buddyjskie wskazania nie zabraniają jedzenia mięsa i picia 
alkoholu? Czy nie 

obejmują one także mnichów zeń?
ROSI: Mnisi również są buddystami.

DRUGI PYTAJĄCY: Pozwolę sobie na odegranie roli „adwcatus diaboli". 0-tóż zeń ma 

background image

uczyć wolności, ale 

jak można być wolnym, jeżeli jest się otoczonym murem wskazań? l dlaczego ludzie 
zeń nie powinni jeść 

mięsa, pić alkoholu czy brać narkotyków, jeżeli mają na to ochotę? Co w tym 
złego, jeżeli robi się to z u-

miarem?
ROSI: Samo w sobie nie jest to niczym złym.

DRUGI PYTAJĄCY: Czy chcesz przez to powiedzieć, że oświeceni ludzie zeń ignorują 
wskazania, gdy 

jest to im na rękę?
ROSI: Ludzie zaawansowani w praktyce duchowej nie są przywiązani do wskazań ani 

też ich nie łamią 
aby udowodnić, jacy to są wolni. Wskazania są jak rusztowanie konieczne do 

wzniesienia okazałej 
budowli, lecz któż nalegałby na pozostawienie rusztowania, gdy budowla już stoi?

Pamiętajcie, że wskazania nie są przykazaniami moralnymi podanymi przez jakaś 
wszechwiedzącą czy 

boską istotę. Ujawniają one raczej, w jaki sposób zachowuje się głęboko 
oświecona, w pełni duchowo 

rozwinięta osoba, która przekroczyła dualizm „ja a inni". Taka osoba nie bierze 
sobie wskazań za wzór, to 

one biorą sobie ją za wzór. Jednakże dopóki nie osiągnie się takiego stopnia 
rozwoju, dobrze jest 

przestrzegać wskazań, jeśli bowiem twój umysł nie będzie wolny od zakłóceń 
spowodowanych niedbałym 

zachowaniem, to nigdy nie dojdziesz do przebudzenia. Dlatego właśnie wskazania 
stanowią fundament 

duchowej praktyki.
Powróćmy do historii, którą opowiedziałeś przed chwilą Mówiłeś, że gdy mistrz 

powrócił na poranne 
siedzenie, zobaczył, że wszyscy mnisi śpią Zauważ, że tego ranka nie 

praktykowali oni zazen - z 
pewnością z powodu kaca - a przypuszczalnie nie siedzieli też poprzedniego 

wieczoru. Aby dojść do 
oświecenia, trzeba mieć przytomny umysł, dużo skoncentrowanej energii i silną 

wolę, a te cechy kształtuje 
dyscyplina zazen; brak umiaru w jedzeniu i piciu tylko je osłabia.

Historia ta ukazuje również, jak łamanie jednego wskazania prowadzi do łamania 
innych. Gdyby mnisi nie 

pogwałcili drugiego wskazania, głoszącego, że nie należy kraść, nie złamaliby 
piątego wskazania, zgodnie 

z którym nie należy używać narkotyków ani pić alkoholu, bowiem wywołuje to zamęt 
w umyśle.

Nawiasem mówiąc, nie ma osobnego wskazania zakazującego jedzenia mięsa. Niemniej 
sutry 

Lankavatara i Surangama, zaliczane do świętych pism maha-jany, wyraźnie 
potępiają jedzenie mięsa.

DRUGI PYTAJĄCY: A jakie podają powody?
218

ROSI: Takie, że nie ma ani jednej istoty, która w swojej karmicznej ewolucji i 
degeneracji wiodącej przez 

niezliczone wcielenia nie była naszą matką, ojcem, mężem czy żoną, siostrą, 
bratem, synem lub córką. 

Nie ma ani jednej istoty, której pokrewieństwo z nami zostałoby przerwane, nawet 
gdyby ta istota 

odradzała się jako zwierzę. Jakże więc duchowo nastawiony człowiek podchodzący 
do wszystkich żywych 

istot, jak gdyby były nim samym, może jeść mięso stworzeń tej samej co on 
natury? Czyż z takiego punktu 

widzenia jedzenie mięsa nie jest formą kanibalizmu? Jakże człowiek dążący do 
wyzwolenia się od 

cierpienia może sprawiać bezpośrednio lub pośrednio ból innej istocie? Mięso 

background image

smakuje tym, którzy je 

jedzą. W rezultacie czerpią oni przyjemność ze śmierci innej żywej istoty-
Jeżeli się nad tym głębiej zastanowić, to czyż zabijanie krów na mięso nie 

wynika z podłej 
niewdzięczności? Krowa jest przecież mamką ludzkiej rasy. Kosztem własnych 

cieląt dostarcza ona 
człowiekowi i jego dzieciom mleka. A jednak gdy krowa jest już zbyt stara i 

wyniszczona, aby dawać 
mleko, to w jaki sposób człowiek okazuje jej swoją wdzięczność za lata służby? 

Czy pozwala jej przeżyć 
ostatnie lata w spokoju? Nie! Zabija ją w brutalny sposób, zjada, a potem 

wyrabia z jej skóry obuwie i 
depcze ją stopami, dodając jeszcze zniewagę do krzywdy. A jednak moraliści 

twierdzą, że człowiek dzięki 
swej wzniosłej naturze jest jedynym zwierzęciem znającym uczucie wdzięczności.

DRUGI PYTAJĄCY: Jeżeli nie zabija się zwierzęcia samemu i jeżeli nikt inny nie 
zabija go specjalnie dla 

nas, to czemu jest to takie złe?
ROSI: Rzeźnia może leżeć w bezpiecznej odległości kilku mil, jak to wyraził a-

merykański filozof Emerson, 
a jednak nadal jest to współudział. Bez względu na to, czy zwierzę zostało 

zabite specjalnie dla 
dostarczenia ci mięsa, jeżeli tylko wkładasz je do żołądka, to jesteś 

współuczestnikiem niczym nie 
usprawiedliwionej zbrodni. Dlaczego niczym nie usprawiedliwionej? Dlatego, że 

można całkiem dobrze 
żyć i funkcjonować bez zwierzęcego białka.

Postawiłeś mi kilka pytań. A teraz pozwól, że ja postawię ci parę. Dlaczego tak 
cię zajmuje kwestia 

wskazań?
DRUGI PYTAJĄCY: Nie wiem.

ROSI: Czy szukasz związku między moralnością a oświeceniem zeń?
DRUGI PYTAJĄCY: Przypuszczam, że to z powodu mojego chrześcijańskiego 

wychowania. Czytałem, że 
zeń przekracza moralność, ale przecież czy bez norm moralnych, bez poczucia, co 

dobre, a co złe, nie 
zapanowałby na świecie jeszcze większy zamęt?

ROSI: Zeń przekracza moralność, ale jej nie wyklucza. Mówiąc językiem zeń: .Zeń 
jest ponad 

moralnością, ale moralność nie jest poniżej zeń." Tak zwany człowiek moralny 
odróżnia dobro od zła, a w 

każdym razie zdaje mu się, że od-
219

różnią, lecz nie wie przy tym, kto to jest, kto odróżnia dobro od zła. Tego 
rodzaju głębokie zrozumienie 

wymaga praktyki zeń i przebudzenia
3. BURDELE IBUDDYZM

PYTAJĄCY: Właśnie ukończyłem akademicki kurs buddyzmu, na którym czytaliśmy 
kilka sutr. Jedna z 

nich mówi o tym, jak główny uczeń Buddy, Ananda, który był mnichem i żył w 
celibacie, wybrał się do 

burdelu i omal nie został uwiedziony, lecz Budda dowiedział się o tym dzięki 
swym mocom psychicznym i 

uratował go. Inna sutra - zwana chyba Sutra Wimalakirtiego - głosi, że 
Wimalakirti, słynny buddysta, 

często odwiedzał burdele. A jeszcze inna sutra - nie pamiętam jej nazwy - 
przytacza historię kobiety, która 

została prostytutką. Wydaje mi się, że między burdelami a buddyzmem istnieje 
silny związek.

ROSI: Wimalakirti był człowiekiem świeckim, który poziomem duchowego rozwoju 
ustępował jedynie 

Buddzie. Dla głęboko oświeconego człowieka nauczanie jest czymś tak naturalnym 

background image

jak oddychanie. Czy 

to ci nie podpowiada, dlaczego odwiedzał burdele?
PYTAJĄCY: Sugerujesz, że Wimalakirti chodził do burdeli, żeby nauczać buddyzmu. 

A dlaczego właśnie 
tam?

ROSI: A dlaczego nie tam? l mędrcy, i dziwki mają zdolność przebudzenia się ku 
Prawdziwemu 

Umysłowi. Oświecona kobieta, o której wspomniałeś - słuszniej byłoby ją nazwać 
bodhisattwą - została 

prostytutką aby wyzwalać ludzi z ich niskich namiętności. Wimalakirti 
odwiedzając burdele próbował 

doprowadzić do oświecenia ciemne i pogrążone w niewiedzy umysły prostytutek i 
mężczyzn, którzy je 

wykorzystywali. Tak, między burdelami a buddyzmem był i jest silny związek.
PYTAJĄCY: Nie wspomniałeś o Anandzie. A jak to z nim było?

ROSI: Ananda był wtedy bez wątpienia mnichem nowicjuszem, a nowicjusze czasem 
wpadają w tarapaty. 

Czy mam wam opowiedzieć, jak mój rosi zaprowadził kilku mnichów i mnie do 
burdelu, a później do domu 

gejsz?
GŁOSY: Tak! Tak!

ROSI: Najpierw muszę wam opowiedzieć o duchowej dyscyplinie zwanej w języku 
japońskim takuhatsu. 

Grupa mnichów chodzi rzędem po ulicach śpiewając „Ho" (Dharma). Każdy ma w 
rękach drewnianą 

miskę, a na szyi płócienną tobę. Dzieci i dorośli wkładają do misek ofiary 
pieniężne, a do toreb żywność, 

po czym dający i przyjmujący kłaniają się sobie ze złożonymi dłońmi, aby wyrazić 
wzajemny szacunek i 

wdzięczność. Chociaż słowo takuhatsu często tłumaczy się jako „żebranie", mnisi 
nie żebrzą. Ofiarowują 

oni nauki Buddy służąc swoim własnym przykładem i w zamian za to otrzymują 
jedzenie i pieniądze. Mnisi 

ćwiczą się w tym, żeby patrzeć na wszelkie dary okiem równości, tzn. powstrzymać
220

 
„Bodhidharma i prostytutka" pędzla nieznanego japońskiego artysty z XVII wieku.

Japońskie słowo oznaczające Bodhidharmę oraz nie licencjonowaną, niezrzeszoną 
prostytutkę jest takie 

samo „daruma" Ukazani są oni w odwrotnych rolach niż zazwyczaj; prostytutka w 
refleksyjnej i pewnej 

siebie pozie pociesza Bodhidharmę, który wydaje się być zażenowany Artysta, jak 
się zdaje pragnie nam 

powiedzieć
„Czy między tymi dwiema darumami istnieje różnica co do ich zasadniczej natury?"

221

się od takich ocen jak na przykład: .on jest hojny, ona jest skąpa". Podobnie 

dawcy, jeśli ich dar wypływa 
z umysłu równości, będą wolni od takich myśli, jak np. „dzięki temu datkowi 

zyskam sobie duchową 
zasługę".

Pewnego dnia w lutym, gdy przebywałem w klasztorze już od trzech miesięcy, rosi 
powiedział: Jutro 

możesz nam towarzyszyć na takuhatsu." Miało to być moje pierwsze takuhatsu, więc 
szykowałem się na 

nie z ochotą aby poznać ten nowy aspekt mojej praktyki, choć oznaczało to kilka 
godzin marszu po śniegu 

i lodzie w słomianych sandałach i cienkich mnisich szatach.
„Dokąd pójdziemy jutro na takuhatsu, rosi?"

„Do sąsiedniego miasteczka. Po takuhatsu odprawimy ceremonię w ogrodzie z okazji 

background image

rocznicy śmierci."

„W jakim ogrodzie?"
.W ogrodzie lotosów nocy."

„Ale..."
„Dość tych pytań! Bądź cierpliwy, Kapleau-san. Sam zobaczysz."

Następnego dnia udaliśmy się dziesięcioosobową grupą na takuhatsu. Prowadził nas 
rosi. Gdy zbliżyliśmy 

się do zaniedbanej części miasteczka, nadal śpiewając „Ho", rosi dał nam znak, 
żebyśmy się zatrzymali 

przed zniszczonym domem. Potem nacisnął dzwonek przy drzwiach i wszyscy 
znaleźliśmy się w 

przedsionku, gdzie wkrótce powitała nas pospolicie wyglądająca kobieta, 
sprawiająca wrażenie 

zaskoczonej, że nas widzi. Jak się okazało, przyszliśmy za wcześnie, lecz nie 
wspomniała nam o tym ani 

słowa, przepraszając tylko zwyczajem gospodyń za bałagan w domu. Wówczas rosi 
śmiejąc się 

powiedział przepraszającym tonem: „Zawsze jesteśmy albo za wcześnie, albo za 
późno." Następnie pani 

domu zaprosiła nas do dalszych pomieszczeń. Gdy weszliśmy do dużego pokoju, 
muzyka i wrzawa, jaką 

czyniły na wpół rozebrane kobiety i pijani mężczyźni, umilkła nagle, jak 
wyłączony adapter.

„To burdel!" - te słowa padły mi z ust, zanim zdołałem je powstrzymać. Dwóch 
rozmemłanych pijaków 

wypchnięto do sąsiedniego pokoju, zamykając za nimi rozsuwane drzwi. Szefowa 
zniknęła na chwilę i 

powróciła z zieloną herbatą i ciastkami. Jedliśmy w milczeniu. Po jedzeniu 
usiedliśmy razem z szefową i 

dziewczętami po japońsku na piętach, z dłońmi złożonymi przed „rodzinnym" 
buddyjskim ołtarzem. Na 

ołtarzu obok buddy stało wiele fotografii zmarłych członkiń „rodziny".
Ze skupieniem uczonego, badającego rzadki okaz, rosi zapalił laseczkę kadzidła i 

umieścił ją w 
kadzielnicy na ołtarzu przed buddą obok ofiar z pożywienia i herbaty. Potem 

zająwszy miejsce na 
przedzie grupy zaintonował kilka pierwszych wersów sutry Serce doskonałej 

mądrości, po czym wszyscy 
przyłączyli się do śpiewu. Spojrzałem na kobiety. Ich twarze odmłodniały. 

Kobiety stały się nag-
222

le małymi dziewczynkami w dniu pierwszej komunii. Śpiewały z dziecinną 
niewinnością i czystością: .Tutaj 

forma jest tylko pustką, pustka jest tylko formą..."
Po piętnastu czy dwudziestu minutach śpiewu ceremonia ku czci zmarłych l 

dobiegła końca. Raz jeszcze 
podano nam herbatę i ciastka, ale teraz wszyscy [śmiali się wesoło, a rosi i 

mnisi plotkowali i żartowali z 
szefową i dziewczętami, (zamiast tradycyjnego obiadu dostaliśmy datek pieniężny, 

a potem limuzyna za-| 
mówiona przez szefową odwiozła nas do klasztoru.

Po paru tygodniach rosi zjawił się w moim pokoju i wesoło zapytał: „Czy 
[chciałbyś mi towarzyszyć do 

domu gejsz? Przyjdź do mnie za pół godziny, jeżeli (chcesz iść."
To było pierwsze towarzyskie zaproszenie, jakim zaszczycił mnie rosi. Odniosłem 

przy tym wrażenie, że 
bardzo chce, abym mu towarzyszył. Ale dlaczego do domu gejsz? Wizyta w domu 

publicznym była 
częścią takuhatsu i brali w niej udział mnisi. To nowe zaproszenie miało inny 

charakter. Czy miała to być 
jakaś próba zeń? Jeśli tak, to co było jej celem?

Jeżeli pójdziesz - mówiłem sobie - to możesz być pewien, że będzie się tam l 

background image

piło sake, piwo, a może 

nawet coś mocniejszego." Jak już wiedziałem z boles-Inych doświadczeń, alkohol 
źle wpływa na mój 

żołądek, a także na praktykę, więc (obiecałem sobie i staremu opatowi, że 
przestanę pić. Zaproszenie 

rosiego było l pierwszą pokusą Być może na tym miała polegać próba. 
Przypomniałem sobie l historię o 

Gurdżijewie16, który pewnego wieczoru zaprosił kilku swoich uczniów, [byłych 
alkoholików, na przyjęcie w 

Paryżu. Podczas tego wieczoru bezustannie częstował ich koktajlami i szampanem i 
mimo ich protestów 

nakłaniał ich usilnie do picia.
W końcu ulegli i upili się na umór. Na drugi dzień, pełni wyrzutów sumienia i 

nienawiści do siebie, czynili 
mu gorzkie wymówki: „Dlaczego zmusiłeś nas do picia?"- pytali z pretensją. „Czy 

ktoś do was mierzył z 
pistoletu? - spokojnie zapytał Gurdżijew. - Przecież nie musieliście pić." Po 

głowie chodziły mi myśli o tej 
historii, o jej możliwym związku z zaproszeniem rosiego. Spojrzałem na zegarek - 

minęło prawie pół 
godziny! Pełen mieszanych uczuć udałem się w kierunku pokoju rosiego.

„Cieszę się, że idziesz ze mną, Kapleau-san - powiedział rosi, gdy przestąpiłem 
próg jego pokoju - to 

będzie wesoły wieczór." l poszliśmy do domu gejsz.
Zaczęło się od uprzejmych powitań. Elegancko ubrana gejsza towarzyszyła nam do 

niskiego, okrągłego 
stołu w dużej sali, gdzie byli już inni goście. Szybko przyłączyły się do nas 

trzy inne gejsze. Jedna z nich 
przyniosła pierwszą z wielu tac zastawionych piwem i sake. Moje skromne wysiłki, 

aby pić z umiarem, 
spełzły na niczym. Po nieudanej próbie powstrzymania usługującej gejszy od 

nalania mi kieliszka whisky, 
którą jeden z gości pragnął poczęstować Amerykanina, „bo

223

Amerykanie lubią czystą whisky", spojrzałem na rosiego z błaganiem w oczach. 

Rosi odchylił głowę do 
tyłu i ryczał ze śmiechu, by po chwili znów obrócić się ku gejszom, rojącym się 

wokół niego jak pszczoły 
wokół wonnego kwiatu.

Z rogu sali, gdzie stał adapter, dobiegały głośne amerykańskie melodie taneczne, 
co było oczywiście 

delikatnym ukłonem w stronę cudzoziemca. Chcąc uczcić moją obecność gejsze 
zaproponowały, 

żebyśmy zamiast tradycyjnych japońskich tańców wszyscy tańczyli w stylu 
zachodnim, l tak zaczęły się 

fokstroty, walce, tanga i rumby. Zaśpiewaliśmy razem Swanee River i Polkę beczki 
piwa, a następnie 

nostalgiczne Kodzio no tsuki (czyli Księżyc nad zamkiem ) i Cichą noc, świętą 
noc, aby scementować 

amerykańsko-japońskie stosunki. Amerykańskie kawałki śpiewałem najpierw po 
angielsku, a potem - o 

dziwo - rosi i gejsze śpiewali je po japońsku.
Robiło się coraz później, a na parkiecie coraz tłoczniej. Pomiędzy kolejnymi 

piosenkami zbrataliśmy się z 
grupą trzech japońskich biznesmenów i towarzyszącą im gejszą. Jeden z nich, 

najwyraźniej znajomy 
rosiego, szczególnie mnie sobie upodobał. Był coraz bardziej przyjacielski, aż 

stał się tak nieznośny, jak 
duży szczeniak o zabłoconych łapach. Gdy śpiewy i zabawa osiągnęły swój szczyt, 

udało mu się jakoś 
wymanewrować mnie do pokoiku przylegającego do głównej sali. Stało tam tylko 

łóżko. O cóż mogło mu 

background image

chodzić? Zanim domyśliłem się jego intencji, do pokoju weszła tanecznym krokiem 

pospolicie wyglądająca 
i mocno umalowana kobieta. Uśmiechała się do mnie zachęcająco. Z pewnością nie 

była gejszą, lecz 
przedstawicielką najstarszego zawodu świata. Zaczęła się rozbierać. Mój 

„przyjaciel" wytoczył się z 
pokoju i zostałem z nią sam na sam.

Czy to właśnie miała być próba według scenariusza rosiego? „Dlaczego nie próbuje 
kusić mnie jedną z 

tych pięknych gejsz zamiast tą straszną kurwą? -zdumiałem się. - To dopiero 
byłaby prawdziwa próba!" 

Gdy takie myśli przebiegały mi przez głowę, dziewczyna raptem popchnęła mnie na 
łóżko i zaczęła 

ściągać ze mnie ubranie. Odepchnąłem ją. Cofnęła się urażona i zaskoczona. 
Popatrzyłem na nią 

poprzez alkoholową mgłę. Czułem się jak mnich zeń z koanu, wiszący na drzewie i 
trzymający się zębami 

gałęzi. Jeśli otworzy usta, żeby odpowiedzieć na ważne pytanie zadane mu przez 
kogoś, kto stoi pod 

drzewem, to spadnie i bardzo się potłucze. Jeśli nie odpowie, sprawi zawód 
pytającemu. Jeśli się poddasz 

i wpadniesz w jej ramiona - pomyślałem - to możesz również wpaść w ręce rosiego, 
w zastawioną przez 

niego pułapkę. A jeżeli zwiejesz -zastosujesz unik i nie sprostasz próbie, na 
jaką wystawił cię rosi."

Co powinienem był zrobić?
Moja ówczesna praktyka zeń nie obudziła we mnie jeszcze wiary w naukę głoszoną w 

Sutrze lotosu, że 
człowiek znajdujący się w niebezpieczeństwie otrzyma pomoc, jeżeli będzie z 

czcią wzywać imienia 
Bodhisattwy Kannon. A jednak odkryłem, że zaklinam Kannon, aby mnie uratował z 

tej opresji. Musiał on
224

odczuć, że moje błagania były rodzajem próby, bowiem jego odzew był 
natychmiastowy. Objawił się w 

formie trzech krzepkich mnichów z klasztoru, którzy spokojnie wkroczyli do 
pokoju, odsunęli dziewczynę 

na bok i schwycili mnie. Jeden złapał za głowę i za ramiona, a pozostali dwaj za 
nogi. Trzymając mnie 

wysoko na wyprostowanych rękach, nieśli mnie z dostojeństwem przez całą salę do 
drzwi, a potem w dół 

po schodach, jak ludzie niosący baldachim. Mój mistrz, otoczony kręgiem wesołych 
gejsz zaśmiewał się 

tak, że aż łzy płynęły mu strugami po twarzy.
Na zewnątrz zebrał się tłum gapiów o niewzruszonych obliczach, tak jakby to było 

codzienne widowisko. 
Mnisi, pewni sukcesu, mieli ze sobą rower dla mnie. W milczeniu jechaliśmy w 

stronę klasztoru.
Gdy tylko znalazłem się z powrotem w swoim pokoju, zacząłem porządkować kłębiące 

się w głowie 
pytania. W jaki sposób mnisi dowiedzieli się o moich tarapatach? Czy niezręczne 

błazeństwa pijanego 
biznesmena pokrzyżowały plan ro-siego, zmuszając go do wysłania sygnału SOS do 

mnichów, czy też 
biznesmen grał wyznaczoną rolę? Czy to możliwe, aby sami mnisi dzięki 

wrażliwości swych „duchowych 
anten" odebrali moje sygnały alarmowe? Może to opat dowiedział się o nocnych 

wyskokach rosiego i 
wysłał mnichów, aby mnie uratowali? A może upokarzające wybawienie mnie z tej 

podbramkowej sytuacji 
było z góry zamierzonym ukoronowaniem dramatu?

Najbardziej dręczyło mnie jednak pytanie: jaką rolę - jeśli w ogóle jakąś - o-

background image

degrał w tej sztuce stary opat? 

Chociaż miał już osiemdziesiąt cztery lata, był nadal aktywny i bez wątpienia 
kierował wieloma sprawami. 

Czy rosi wiedząc, że opat jest mną osobiście zainteresowany, ośmielił się zabrać 
mnie do domu gejsz bez 

jego wiedzy i przyzwolenia? Wydawało się to mało prawdopodobne, l dlaczego opat, 
który nigdy nie 

dotykał alkoholu, nie licząc łyczka czy dwóch sake podczas uroczystości 
klasztornych, miałby zgodzić się 

na moją wizytę w domu gejsz, gdzie jak wiedział, wiele się pije i hula, o ile 
celem tego nie miałoby być 

wypróbowanie mnie? Przypomniała mi się opowieść o chłopcu, którego ojciec, 
mistrz włamywacz, 

postanowił nauczyć zawodu. Podczas pierwszego wspólnego włamania usłyszeli kroki 
na zewnątrz. 

Ojciec bez wahania chwycił chłopca, wepchnął go do skrzyni, zatrzasnął wieko, 
przycisnął książkami, a 

sam dał nogę. Chłopiec wrócił do domu po kilku godzinach, obszarpany i ledwie 
żywy.

„Tato - wykrzyknął z gniewem - czemu wsadziłeś mnie do skrzyni? Gdyby nie strach 
przed więzieniem, 

nigdy nie zdołałbym uciec." Ojciec uśmiechał się. „Mój synu - powiedział - to 
była właśnie twoja pierwsza 

lekcja naszej trudnej sztuki."
Różnica między tym chłopcem a mną polegała na tym, że on wydostał się z 

tarapatów bez niczyjej 
pomocy, podczas gdy mnie musieli ratować mnisi.

Jaki stopień dostałem z tego egzaminu, jeżeli był to istotnie egzamin? Tego 
nigdy się nie dowiedziałem, 

gdyż ani stary opat, ani rosi, ani mnisi nigdy nie
225

wspominali o tym incydencie. Powiedzcie mi, czemu rosi zabrał mnie do domu 
gejsz?

PIERWSZY GŁOS: Próbował dać ci lekcję zeń.
ROSI: Tak, ale jaką lekcję?

PIERWSZY GŁOS: Że seks jest czymś naturalnym, po cóż więc go tłumić.
(Śmiech.)

DRUGI GŁOS: Chciał ci pokazać różnicę pomiędzy dyscypliną klasztorną a 
rozpustnym życiem.

TRZECI GŁOS: Chciał ci pokazać wagę przytomności - jak szybko i pewnie działali 
mnisi, kiedy cię 

ratowali.
CZWARTY GŁOS: Sprawdzał, czy jesteś gotów do mniszego życia, czy też nadal 

trzymasz się świeckich 
zwyczajów, takich jak picie i hulanki.

PYTAJĄCY: Rosi, powiedz nam, co ty myślisz o całym tym wydarzeniu.
ROSI: Mistrzowie zeń zawsze uczą swych uczniów.

PYTAJĄCY: Ale czego to ciebie nauczyło?
ROSI: Że jeżeli stajesz obok, to jesteś tylko częścią; że odcinanie się od 

kogokolwiek to przecinanie siebie 
na dwoje; że jedność to życie, a oddzielanie się to śmierć.

DRUGI PYTAJĄCY: To dlaczego nie poszedłeś do łóżka z tą prostytutką?
ROSI: Ponieważ wówczas nie znałem jeszcze tej podstawowej prawdy.

TRZECI PYTAJĄCY: Nawet gdybyś znał tę prawdę, że jedność to życie, a oddzielenie 
to śmierć, to czy 

naprawdę stałbyś się jednym z tą prostytutką tylko dlatego, że przespałbyś się z 
nią?

ROSI: Gdybym był bardziej duchowo rozwinięty, to mógłbym być z nią bez poniżania 
jej i w ten sposób 

stałbym się z nią jednym, przekraczając akt seksualny. Ale jako początkujący w 
zeń popełniłem fatalny 

błąd nowicjuszy: oddzieliłem się od niej przez osądzenie jej, przez pogardę. 

background image

Wskutek tego podkreśliłem 

nieprawdziwą, pospolitą naturę tej kobiety, a nie jej szlachetną Prawdziwą 
Naturę. Odrzucając jej zaloty 

zaprzeczyłem istnieniu wrodzonej czystości i godności ludzkiej istoty, która w 
tym wypadku była 

prostytutką. Postępując tak skalałem nas oboje.
Dla mnie nie była niczym więcej, jak „straszną kurwą". Dla rosiego była „lotosem 

nocy". W buddyzmie 
lotos symbolizuje Prawdziwy Umysł, bowiem tak jak lotos wyrasta z błota i potem 

nad wodą otwiera swój 
piękny kwiat, tak samo Prawdziwy Umysł, nieskalany niewiedzą ani burzliwymi 

namiętnościami, ujawnia 
swoją czystość i piękno w przebudzeniu. Zarówno rosi, jak i ja posługiwaliśmy 

się e-tykietami, ale jego 
były łagodne i współczujące, a moje brutalne i oceniające.

CZWARTY PYTAJĄCY: Czy mnich zeń może okazać współczucie w takiej sytuacji bez 
poświęcenia 

swego celibatu?
ROSI; Może, a ilustruje to następująca historia:

226
f

Pewien mistrz zeń szedł przez wielkie miasto, gdy raptem usłyszał, że ktoś woła 
go po imieniu z okna na 

drugim piętrze. Parząc w górę ujrzał kobietę, która bez wątpienia wyglądała na 
prostytutkę. Był zdumiony, 

że ona go zna, a gdy zapytał ją skąd, tak mu odpowiedziała: „Wiele lat temu, gdy 
byłeś chłopcem, nasze 

gospodarstwo sąsiadowało z waszym. Wkrótce po tym, jak wstąpiłeś do klasztoru, 
mieliśmy nieurodzaj i 

oto co się ze mną stało." Mistrz wszedł do domu, żeby z nią porozmawiać, a ona 
zaprosiła go, aby został 

na noc. Mistrz uiścił konieczną zapłatę i dał jej jeszcze więcej pieniędzy. 
Przegadali wiele godzin o swoich 

domach i rodzinach, aż nadeszła pora spoczynku. Gdy kobieta ścieliła łóżko, 
mistrz zaczął praktykować 

zazen. „Dlaczego medytujesz? - zapytała. - Byłeś dla mnie taki miły i chciałabym 
okazać ci wdzięczność. 

Nikt się o tym nie dowie."
Mistrz nie poruszył się, tylko rzekł: „Ty masz spać, ja mam siedzieć. Idź więc 

spać, a ja będę siedział." l 
resztę nocy spędził siedząc. Gdy innego mistrza zeń poproszono o napisanie 

jakiejś maksymy na 
odwrocie obrazu przedstawiającego prostytutkę, napisał:

Budda sprzedaje Dharmę, patriarchowie sprzedają Buddę, wielcy kapłani sprzedają 
patriarchów, a ona 

sprzedaje swoje ciało, aby wyciszyć namiętności wszystkich istot Forma jest 
Pustką namiętności to Bodhi.

Jeśli naprawdę rozumiecie ten wiersz, to będziecie wiedzieć, że nie ma żadnego 
„dobra", którego trzeba 

szukać ani żadnego „zła", którego trzeba unikać.

III. MOWA DHARMY
PIERWSZE      WSKAZANIE:      NIE      ZABIJAĆ,      LECZ OCHRANIAĆ WSZELKIE 

ŻYCIE %
Dzisiejsza mowa będzie dotyczyć pierwszego z dziesięciu wskazań opisujących 

cechy dobrego 
charakteru: nie zabijać, lecz ochraniać wszelkie życie. Pozostałe to:

2) nie kraść, lecz szanować cudzą własność;

background image

3) nie zajmować się niewłaściwym seksualizmem, lecz zachowywać czystość umysłu i 

opanowanie;
4) nie kłamać, lecz mówić prawdę;

5) nie nakłaniać innych do używania napojów alkoholowych ani narkotyków, które 
wywołują zamęt w 

umyśle lub osłabiają go, ani nie czynić tego samemu, lecz utrzymać umysł w 
jasności;

6) nie mówić o cudzych wadach, lecz być wyrozumiałym i współczującym;
7) nie wychwalać siebie i nie potępiać innych, lecz pokonywać swoje własne wady;

8) nie odmawiać duchowej ani materialnej pomocy, lecz udzielać jej hojnie, gdy 
jest potrzebna;

9) nie wpadać w gniew, lecz ćwiczyć się w opanowaniu;
10) nie oczerniać Trzech Skarbów: Buddy, Dharmy i Sanghi, lecz szanować je i 

podtrzymywać.
Duch wszystkich tych wskazań jest w zasadzie ten sam, więc jeżeli uchwycicie 

istotę pierwszego, to 
pojmiecie je wszystkie.

Umyślne pozbawianie życia jakiejkolwiek żywej istoty, a zwłaszcza istoty 
ludzkiej (z wyjątkiem 

okoliczności, o których będzie mowa), wytwarza bolesną karmę. Życie ludzkie jest 
cenne przede 

wszystkim dlatego, że tylko człowiek może osiągnąć oświecenie. Przykładowo, 
zwierzęta nie mają ludzkiej 

zdolności osiągania oświecenia i wyzwolenia z krępujących więzów narodzin i 
śmierci. Nawiasem mówiąc, 

w buddyjskiej kosmologii człowiek nie jest najbardziej rozwiniętą istotą; stoi 
on w połowie drogi między 

głodnym duchem a buddą.
Rzeźnicy, a także myśliwi i rybacy - szczególnie ci, którzy polują i łowią 

jedynie dla sportu - nieuchronnie 
narażają się na ciężką karmę. Ci, którzy przeprowadzają doświadczenia na 

zwierzętach, często 
pozbawiając je życia, również narażają się na bolesną karmę. Pozbawianie 

zwierząt życia wskutek 
eksperymentów

229

może być usprawiedliwione tylko wtedy, gdy zdobyta tą drogą wiedza posłuży 

zdrowiu i dobru ludzkości.
Niestety, wiele doświadczeń na zwierzętach podejmuje się obecnie bez rozważenia 

alternatywnych, 
bardziej humanitarnych metod. Okrucieństwo to może wypływać z przekonania, że 

zwierzęta nie cierpią 
tak jak ludzie, gdyż nie są tak wysoko rozwinięte.

Ale kto może zaprzeczyć, że zwierzęta również odczuwają przejmujący ból i 
starają się go unikać tak 

samo jak ludzie? Ponieważ zwierzęta mają umysły mniej złożone od ludzkich, a 
zarazem silniej rozwiniętą 

intuicję, w większym stopniu odczuwają zagrażającą im przemoc i ból, co rodzi w 
nich strach 

przedłużający ich cierpienia. Porfiriusz, grecki filozof z IV w.n.e., napisał, 
że kto raz usłyszał ryk 

zarzynanego zwierzęcia, nigdy więcej nie weźmie do ust zwierzęcego mięsa. 
Konfucjusz, wiele wieków 

wcześniej, poczynił tę samą uwagę.
Czyż nie jest to szczyt arogancji, że człowiek według swoich zachcianek dręczy i 

niszczy istoty mające 
prawo dzielenia z nim tej planety? Dr Albert Schweit-zer podkreślał: „Nie mamy 

żadnego prawa zadawać 
cierpienia ani śmierci żadnej żywej istocie, o ile nie jest to z jakichś 

względów konieczne. Co więcej, 
ponieważ zwierzęta nie mogą przemówić w swojej obronie, trzeba je traktować jak 

powierzoną nam 

background image

świętość."

A co z zabijaniem much i komarów? Osoby, które wahałyby się zabić nawet żabę, 
często nie mają 

żadnych skrupułów, gdy gaszą życie owadów. Wśród miliardów owadów śmierć jednego 
czy dwóch może 

się wydawać całkowicie nieistotna. Rozważcie jednak: mimo swej pomysłowości i 
technologii człowiek nie 

potrafi jeszcze odtworzyć życia nawet pchły! Jedna pchła - jak powiada Whitman - 
to cud wystarczający, 

aby wstrząsnąć milionami niewiernych.
Złośliwe czy bezmyślne niszczenie owadów i małych zwierząt jest godne potępienia 

z innych jeszcze 
powodów. Bezcelowe zabijanie rodzi niewrażliwość na cierpienie istot 

reprezentujących wyższe formy 
życia. Socjologowie wskazywali już, że wspólną cechą kryminalistów w okresie 

dzieciństwa jest 
okrucieństwo wobec zwierząt i ich bezmyślne zabijanie.

Jedzący mięso strofują czasem wegetarian: „Mówicie, że nie jecie mięsa, aby nie 
przyczyniać się do 

zabijania zwierząt, ale przecież jecie jarzyny. Czym różni się pozbawianie życia 
jarzyny od zabicia na 

mięso krowy czy kury?"
Różnica jest ogromna, jeżeli rozważy się ją według ludzkiej hierarchii wartości, 

tzn. ze względnego punktu 
widzenia. Zgodnie z tą hierarchią zabicie człowieka jest gorsze niż zabicie 

zwierzęcia, a zgładzenie owada 
nie jest tak naganne jak uśmiercenie na przykład ryby czy ptaka. Według tej 

samej skali życie jarzyny jest 
mniej cenne niż życie owada. Jednakże rośliny, chociaż nie są tak rozwinięte jak 

zwierzęta czy owady, 
mają swoistą świadomość oraz instynkt przetrwania. Ustalili to tak wybitni 

botanicy, jak Luther Burbank, 
George Washington Can/er o-

230

raz Sir Jagadis Bose. Bezmyślne, czyli niepotrzebne ścięcie drzewa lub zerwanie 

kwiatu, stoi więc w 
sprzeczności z duchem pierwszego wskazania.

W nie mającej początku ani końca karmicznej ewolucji i degeneracji wszystkie 
istoty byty kiedyś roślinami, 

owadami, zwierzętami, demonami, ludźmi i dewami. Każda istota jest tym, czym 
jest, z powodu działania 

prawa przyczyny i skutku. Miejsce, które zajmuje w łańcuchu ewolucyjnym, jest 
rezultatem jej własnej, 

niepowtarzalnej karmy. Jakże więc możemy umniejszać jakikolwiek przejaw Natury 
Buddy - która jest 

naszą wspólną naturą - na korzyść innego, skoro wszyscy jesteśmy zakorzenieni w 
tej samej 

rzeczywistości?
Prawo do życia nie jest jednak absolutne i dlatego wolno poświęcić życie 

jednostki, aby zachować zdrowie 
i dobro społeczeństwa. Na przykład, gdy wściekły pies zbliża się do grupy 

dzieci, to dla ratowania ich 
życia i zdrowia należałoby go zastrzelić. Ta sama zasada obowiązywałaby, gdyby 

uzbrojony człowiek 
wpadł w szał i zaczaj strzelać na oślep, a policjant czy przygodny przechodzień, 

próbując powstrzymać 
go, odebrałby mu życie.

Nawet gdy zabijanie uzasadnione jest dobrem ogólnym, powstanie bolesnej karmy, 
którą będzie musiał 

spłacić zabijający, zależy przede wszystkim od stanu jego umysłu. Jeżeli 
dokonuje tego czynu niemyślnie, 

wolny od rozróżniania pomiędzy zabijającym a zabijanym, to nie powstaje żadna 

background image

bolesna karma, gdyż w 

najgłębszym sensie nie ma zabijającego ani zabijanego. Muszę jednak dodać, że 
tylko wysoce rozwinięta 

jednostka może działać w ten sposób. Na niższym poziomie rozwoju złożenie dłoni 
w geście żalu i 

skruchy, gdy powstaje konieczność odebrania życia, chroni ten czyn przed złą 
wolą

Chociaż na poziomie względnym, na poziomie moralności, rozróżniamy wartość 
różnych form życia, to z 

absolutnego punktu widzenia naszej Natury Buddy nie można czynić żadnych takich 
rozróżnień. Z 

perspektywy tego wszechobej-mującego Prawdziwego Umysłu, z punktu widzenia 
wszechświata, jeśli tak 

można powiedzieć, wszystko jest równe. Życie Einsteina nie jest ani bardziej, 
ani mniej cenne niż życie 

marchewki. Rzecz w tym, że istniejemy równocześnie na obydwu poziomach i o ile 
nie doświadczyliśmy 

kensio (tzn. jeśli nie uświadomiliśmy sobie, że to, co relatywne i to, co 
absolutne, jest jednym, a nie 

dwoma), zawsze będziemy doświadczać zamętu i niepewności co do słuszności 
postępowania w danej 

sytuacji. Ten, kto wejrzał w swoją Prawdziwą Naturę, nie będzie lgnął do 
relatywnego, zmiennego świata 

zjawisk i wartości moralnych, ale będzie w nim widział aspekt niezmiennego 
absolutu.

Podczas dyskusji na temat pierwszego wskazania zawsze wyłania się kwestia 
przerywania ciąży. Jak 

wiecie, sprawa przerywania ciąży jest od dawna przedmiotem zaciekłej debaty 
publicznej. Z jednej strony 

mamy tych, którzy utrzymują że „wszelkie życie jest święte, nawet życie 
embriona!" Grzmią oni przeciwko 

„morderczym zapędom" tych, którzy odmawiają „prawa do życia" nienaro-
231

dzonemu dziecku. Utrzymują, że „ponieważ tylko Bóg może dać życie, to tylko On 
może je odebrać". 

Można by było zapytać: czy ci sami ludzie równie głośno domagają się godnego 
życia dla tych, którzy już 

się narodzili, którzy są niedożywieni i wyzyskiwani?
Po drugiej stronie znajdują się ci, którzy utrzymują że jedynie ciężarna kobieta 

ma prawo decydować, czy 
może nosić w sobie embrion. Kobiety krzyczące „to moje ciało, mogę z nim robić 

co zechcę!" - 
zapytałbym: Jak możesz powiedzieć, że to jest twoje ciało, jeżeli nie możesz 

nawet kontrolować obiegu 
krwi czy rytmu swojego serca, swoich myśli, starzenia się czy śmierci? Jest 

oczywiste, że twoje ciało 
rządzi się własnymi prawami, którym jest posłuszne, niezależnie od twoich 

pragnień. To prawda, że w 
pewnym ograniczonym sensie to jest twoje ciało, ponieważ jest wytworem twojej 

karmy, twojej woli, 
myślenia i działania w tym życiu i w poprzednich. Ale nie zapominaj o tym, że w 

skład twojej karmy 
wchodzi również biologiczne dziedzictwo ze strony rodziców. Co więcej, to nie 

przypadek, jak może ci się 
wydawać, że dany embrion został w tobie poczęty. W najgłębszym sensie jego 

poczęcie jest wyrazem 
karmicznego pokrewieństwa między wami: twojej potrzeby dostarczenia mu ciała i 

jego potrzeby 
odrodzenia się poprzez ciebie."

Bez wątpienia przerywanie ciąży jest niezmiernie poważną sprawą Nawet jeżeli 
groźba śmierci matki jest 

mało realna, jak to jest dziś w nowoczesnej klinice, to umieranie duchowe 

background image

towarzyszące przerywaniu 

ciąży może być rzeczywiste i bolesne. Dla duchowo wrażliwej kobiety świadomość, 
że stała się środkiem, 

dzięki któremu pewna istota może odrodzić się w ludzkiej formie - w tej formie, 
którą jest tak trudno 

osiągnąć - a następnie zgoda na usunięcie rozpoczynającego się życia może być 
rozdzierającym serce 

przeżyciem, podczas gdy urodzenie chcianego dziecka w sprzyjających 
okolicznościach może być 

źródłem przeogromnej radości. Wiele kobiet, a także mężczyzn prosiło mnie o radę 
w sprawie 

przerywania ciąży. Widziałem radość tych, którzy wprawdzie rozważali możliwość 
przerywania ciąży, lecz 

zdecydowali się na dziecko oraz obserwowałem smutek wyryty na twarzach tych, 
którzy postanowili 

przerwać ciążę.
Jakiś czas temu pewne małżeństwo radziło się mnie w tej sprawie. Nie poradziłem 

im, aby postąpili tak 
czy inaczej, lecz tylko wskazałem na karmiczne konsekwencje ich możliwych 

decyzji. W rezultacie naszej 
dyskusji zdecydowali się na dziecko. Ostatnio przyszedł list od tej kobiety, w 

którym pisze ona: „Tak, 
nasze dziecko jest naszym prawdziwym towarzyszem. Jakże jesteśmy wdzięczni, że 

nas wybrało na 
swoich rodziców. Wiele osób zauważyło: To najszczęśliwsze niemowlę, jakie 

kiedykolwiek widziałem.' Być 
może jeszcze bardziej godna uwagi jest jego wrażliwość, przytomność i zdolność 

adaptacji. Jakże 
moglibyśmy podziękować Ci, Rosi, za radę, którą dałeś nam wiele miesięcy temu, 

kiedy na-
232

sze dziecko było zaledwie drobinką we mnie! To, że igraliśmy pomysłem przerwania 
ciąży, jest teraz 

NIEWIARYGODNYM (jej podkreślenie), złym snem."
Nie powinniśmy wyciągać wniosku, że przerywanie ciąży stanowi w każdej sytuacji 

pogwałcenie 
pierwszego wskazania. Byłoby to poważnym nieporozumieniem. Chociaż buddyzm 

generalnie potępia 
niszczenie wszelkich form życia, to jednak doświadczenie mahajany nie uważa 

prawa do życia za coś 
absolutnego. Dotyczy to oczywiście również i przerywania ciąży.

Aby w pełni pojąć to stwierdzenie, rozważcie obecne położenie świata. 
Demografowie mówią, że przy 

obecnym przyroście naturalnym ludność świata licząca obecnie cztery miliardy do 
roku 2030 potroi się. 

Raport kilku organizacji zajmujących się eksplozją demograficzną stwierdza: 
„Lista problemów wynikłych z 

eksplozji demograficznej obejmuje m.in. nadmierne połowy i zanieczyszczanie 
oceanów, 

zanieczyszczanie powietrza oraz wielką ilość nowych chemikaliów, które zagrażają 
gatunkom zwierzęcym 

i roślinnym oraz powodują u ludzi choroby środowiskowe, łącznie z rakiem." 
Ekonomiści i inni eksperci 

przewidują że kiedy walka o kurczące się zasoby żywności stanie się desperacka, 
nadejdą zarazy, głód, 

chaos i wojny, wraz z niewypowiedzianymi cierpieniami i śmiercią Te 
przepowiednie, zważcie, nie 

pochodzą od panikarzy prorokujących koniec świata, ale od trzeźwych naukowców. 
Jak można wobec 

wizji takich katastrof wydawać na świat liczne potomstwo, nie obciążając przy 
tym ludzkości jeszcze 

większym brzemieniem? Dźwigać to brzemię będą musiały także i te dzieci, którym 

background image

przyjdzie żyć i cierpieć 

w głodującym, zanieczyszczonym świecie.
Zasiłki dla bezrobotnych w wielkich miastach amerykańskich są już zdumiewająco 

wysokie i stanowią 
ogromny ciężar dla społeczeństwa. Powstałe wskutek nieodpowiedzialnego 

seksualizmu problemy 
ekonomiczne, zdrowotne i moralne, ogromny wzrost przestępczości i aktów przemocy 

popełnianych przez 
młodocianych, którzy nie mają ojców, coraz bardziej szerzące się choroby 

weneryczne -wszystko to 
zagraża stabilności społeczeństwa. Żadna wielodzietna matka, stojąca wobec 

możliwości kolejnego 
niechcianego dziecka, nie może zamykać oczu na te właśnie realia życia w XX 

wieku. Niepohamowana 
rozrodczość świadczy o pobłażaniu sobie, którego nasze grzęznące społeczeństwo 

nie może dłużej 
tolerować, jeżeli nie chce swojej zagłady. Prawne usankcjonowanie przerywania 

ciąży w sposób 
oczywisty uwzględniło ten ponury stan rzeczy.

W tym momencie niektórzy z was z pewnością myślą: „Omawiałeś różne za i przeciw 
dotyczące 

przerywania ciąży, ale jeżeli stanę twarzą w twarz z niechcianą ciążą, to na 
czym mam oprzeć decyzję? 

Jaką mogę mieć pewność, że moja decyzja będzie słuszna i że nie powstanie żadna 
bolesna karma? Nic 

nie jest absolutnie słuszne ani niesłuszne; nie ma jednoznacznych rozwiązań. 
Jeżeli twój umysł jest wolny 

od lęku i wąskich egoistycznych interesów, to będziesz wiedzieć, co robić. Wejdź 
w głębokie zazen, 

wejrzyj w swoje serce-umysł, rozważ
233

wszystkie aspekty swojej sytuacji życiowej oraz skutki, jakie pociągną za sobą 
twoje działania dla rodziny i 

społeczeństwa jako całości. Kiedy uspokoją się górne poziomy twojego umysłu, te 
które ważą i analizują, 

„właściwy" tok działań u-jawni się sam. Jeśli będzie temu towarzyszyć uczucie 
wewnętrznego spokoju, 

możesz być pewien, że nie popełniłeś błędu.
Jeżeli uczyniwszy to wszystko jesteście przekonani, że przerwanie ciąży jest 

nieuniknione, usiądźcie 
oboje przed figurą czy obrazem Buddy lub Kannon i szczerze wyraźcie skruchę za 

to, co jak czujecie, 
musicie uczynić. Dzięki temu otwieracie się na niosące pomoc i wsparcie siły 

buddów. Spróbujcie podejść 
do sprawy przerywania ciąży niemyślnie, tzn. bez poczucia strachu czy winy, czy 

jakiejś innej dręczącej 
emocji. Weźcie pod uwagę, że całe życie jest jak feniks -powstaje wciąż na nowo 

ze swoich własnych 
popiołów. Uświadomcie sobie, że w najgłębszym sensie ani narzędzie lekarza, ani 

cokolwiek innego ne 
może zniszczyć prawdziwego życia embrionu, ponieważ jego wieczna Natura Buddy 

jest niezniszczalna. 
W ten sposób wasze brzemię stanie się lżejsze.

Rozważmy teraz kwestię wojny w związku z pierwszym wskazaniem. Oprócz niszczenia 
życia i 

naturalnych zasobów, wojna powoduje okrucieństwa i niewypowiedziane cierpienia. 
Życie w pokoju jest 

ideałem buddyzmu, tak jak i wszystkich religii. W każdym buddyjskim kraju figura 
Buddy jest najwyższym 

symbolem wewnętrznego i zewnętrznego pokoju. W imię buddyzmu nigdy nie 
prowadzono żadnej wojny 

religijnej.

background image

Budda nauczał, że wszelki egocentryzm rodzi się z chciwości, nienawiści i 

złudnego myślenia. A chociaż 
różne są przyczyny wojny, w istocie można je zredukować właśnie do tych trzech. 

Żądza władzy i 
posiadania, gniew powstający, gdy ktoś pokrzyżuje komuś plany lub znęca się nad 

nim, złudne 
przekonanie, że ma się jakieś szczególne przeznaczenie - wszystko to rozdyma 

indywidualne ego, 
przejawiające się na poziomie zbiorowym jako nacjonalistyczny interes, który 

trzeba forsować za wszelką 
cenę. Przy danym międzynarodowym konflikcie interesów i ognisku zapalnym 

złożonym z uwarunkowań 
społecznych, politycznych i ekonomicznych wybucha wojna, lecz jej napędem jest 

zawsze chciwość, 
nienawiść i ułuda. Wojna ma swoje źródło w sercu człowieka.

Zapytałem kiedyś buddyjskiego mistrza z Cejlonu, który często jeździł do 
Wietnamu, czy wietnamscy 

mnisi buddyjscy zgadzają się z poglądem, że wojenne cierpienia ich narodu są 
formą zapłaty karmicznej. 

Odpowiedział mi, że wszyscy mnisi, których pytał o to w Wietnamie, bez wahania 
odpowiadali twierdząco. 

Był to, ich zdaniem, zbiorowy dług karmiczny, zaciągnięty przede wszystkim 
wskutek niezwykle okrutnej 

inwazji, jakiej dokonali Wietnamczycy kilka wieków temu na terytorium jednego ze 
swych sąsiadów. Teraz 

zobowiązani są spłacać ten dług w formie cierpień.
234

Słysząc to, niektórzy z was mogą się dziwić: Jak można sądzić, że niewinne 
dzieci, które umierają 

podczas bombardowania, ponoszą odpowiedzialność za swoją śmierć?" Proszę nie 
zapominać, że dzieci 

rodzą się nie tylko z własnym karmicznym brzemieniem, są też związane z karmą 
swoich rodziców. 

Wskutek tego związku muszą one ponosić konsekwencje za złe uczynki rodziców, tak 
jak rodzice muszą 

cierpieć z powodu występków swoich dzieci. Chociaż większość ludzi łatwo 
przyjmuje prawo karmy w 

kategoriach odpowiedzialności indywidualnej, karma zbiorowa jest dla nich 
trudniejsza do przyjęcia. 

Ludzka natura jest taka, że chociaż chętnie utożsamiamy się z karmą naszego 
narodu, gdy jego o-

siągnięcia budzą podziw, to szybko odżegnujemy się od tego związku, gdy 
działania naszych przywódców 

stawiają nasz kraj w złym świetle, l tak, gdy amerykańscy astronauci pierwsi 
dotarli na Księżyc, 

wykrzykiwaliśmy: „Hura, to my prześcignęliśmy Rosjan w wyścigu na Księżyc!" Ale 
gdy nasz prezydent 

zarządził dywanowe naloty na wietnamskie miasto, wyparliśmy się 
odpowiedzialności za ten czyn.

Gdy kiedyś zakończyłem mowę o karmie, w której przytaczałem wypowiedzi 
cejlońskiego mistrza, ktoś 

zapytał: „Czy z tego w takim razie nie wynika, że każdy agresor mógłby 
usprawiedliwić swoje poczynania 

twierdząc, że odpłaca swoim ofiarom za cierpienia, które kiedyś sprawili innym i 
że właściwie pomaga im 

odpokutować przeszłą karmę?" Gdyby można było rozmyślnie zabijać lub kaleczyć i 
nie ponosić zapłaty w 

tym ani przyszłym istnieniu, to czyż nie byłoby to sprzeczne z prawem przyczyny 
i skutku? Chodzi o to, że 

wskutek działań karmy ci, którzy celowo zadają ból innym, będą pewnego dnia 
cierpieć sami. W ten 

sposób każdy agresor staje się ofiarą swej własnej agresji.

background image

Gdy ludzie nie rozumieją i nie akceptują prawa karmy, zgodnie z którym wszyscy 

jesteśmy odpowiedzialni 
za własne cierpienia, gniew i pragnienie zemsty opanowują większość ofiar. 

Dlatego przemoc, 
okrucieństwo i zniszczenia wojenne wraz z dzikim rozpętaniem demonicznych sił 

długo po zakończeniu 
walk żyją jeszcze w sercach i umysłach ofiar, wywołując głębokie fale nienawiści 

przekazywane z 
pokolenia na pokolenie. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że te negatywne siły 

zanieczyszczają także 
atmosferę, zakłócają równowagę planetarną i powodują nawet takie zjawiska, jak 

trzęsienie ziemi.
W nastawionej mniej technologicznie epoce, trzęsienia ziemi były określane jako 

„dopust boży", ale 
obecnie naukowcy uważają, że kiedy siły działające na ziemię stają się zbyt 

duże, płyty skorupy ziemskiej 
przesuwają się, co powoduje trzęsienia ziemi. Jednocześnie geofizycy uważają że 

wiedza o przyczynach i 
przebiegu trzęsień ziemi jest jeszcze ciągle wielką tajemnicą.

Z buddyjskiego punktu widzenia trzęsienia ziemi i podobne zjawiska nie są a-ni 
dziełami Boga, ani 

kaprysami natury, lecz wynikają przede wszystkim z myślenia i działania istot 
ludzkich. Człowiek i 

środowisko nie są od siebie odrębne,
235

lecz wzajemnie się warunkują jako dwa aspekty jednej rzeczywistości. Każda z 
naszych myśli pulsuje 

rytmem serca kosmosu, a z kolei nasze myśli i działania wpływają na wszechświat 
i odbijają się w nim. 

Nie możemy pustoszyć i zanieczyszczać Ziemi ani zakłócać równowagi sił natury - 
naszej własnej natury - 

bez negatywnego oddźwięku ze strony Ziemi. W artykule z New York Times z 1971 r. 
przytoczono słowa 

C. G. Junga, wypowiedziane w 1960 roku po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło 
wiele chilijskich miast: 

„Nawet jeżeli dzisiejsi naukowcy mogą odrzucić ten pogląd - ziemia wydaje się 
współgrać z niszczycielską 

furią ludzkości." Ale to tylko jedna strona medalu. Człowiek, zatruwając 
atmosferę i glebę (jak to się 

zdarzyło w wojnie wietnamskiej), wdycha powietrze i spożywa produkty, które z 
kolei zatruwają jego, 

wywołując w jego ciele podobny protest w formie chorób cywilizacyjnych, z 
których pierwszą może być 

rak. W ten sposób koło zniszczenia zamyka się.
Chociaż wojna jest ostateczną formą ludobójstwa, wiele osób uważa, że zabijanie 

w wojnie obronnej jest 
usprawiedliwione. Jednak odbieranie życia innej istocie ludzkiej, niezależnie od 

okoliczności, stoi w 
sprzeczności z najgłęszymi instynktami człowieka. Naturalną tendencją ludzi 

wolnych od lęku i nienawiści 
jest wzajemne przyciąganie się poprzez miłość, a nie mordowanie się. To z powodu 

tej instynktownej 
awersji do zabijania bratniej istoty żołnierzy trzeba uczyć nienawiści do wroga, 

który czyha, aby „zabić cię 
pierwszy".

Co robi myślący człowiek powołany do służby wojskowej, kiedy jego kraj prowadzi 
wojnę? Czy przyczynia 

się do powszechnego dobra, odmawiając kategorycznie wzięcia udziału w 
zniszczeniu i rzezi, jakie niesie 

ze sobą wojna? W naszym kraju ogromna liczba ludzi odmówiła służby wojskowej 
podczas wojny 

wietnamskiej. Ludzie ci odmawiali wcielenia do armii, wybierając więzienie lub 

background image

utratę obywatelstwa. Wielu 

Amerykanów poparło ich postawę, ale także wielu potępiło ją.
Ilu z was pamięta słowa Stephena Decatura z lekcji historii Ameryki w szkole 

średniej? „Moja ojczyzna! 
Oby w stosunkach z innymi krajami miała zawsze słuszność. Ale to mój kraj, bez 

względu na to, czy ma 
słuszność, czy jej nie ma." Porównajcie je ze słowami innego Amerykanina, Carla 

Schurza: „Nasz kraj - 
bez względu na to czy ma rację, czy też nie. Jeżeli ma, to tak trzymać, jeżeli 

jest w błędzie, to 
wyprostować." Która z tych wypowiedzi wyraża wznioślejszą etykę? l na czym 

możemy oprzeć słuszną 
decyzję - na sumieniu własnym czy prawnika? Czy podstawowym obowiązkiem 

człowieka jest obowiązek 
tylko wobec kraju, czy też wobec całej ludzkości?

Zwłaszcza w czasie wojny te palące pytania wymagają jasnych odpowiedzi. Szukając 
rozwiązania tych 

kwestii należy uwzględnić zarówno indywidualną karmę, którą zbiera się ze swych 
działań, jak i zbiorową 

karmę narodu, za którą
236

Icażdy w jakimś stopniu również jest odpowiedzialny. W ostateczności 
przewodnikiem musi stać się 

sumienie i najgłębsze intuicje.
Tak jak w wypadku przerywania ciąży, trzeba tu mocno zagłębić się w siebie, w 

zazen, wyjść poza poziom 
intelektu, aż ujawni się decyzja wolna od lęku i niepewności.

Podczas wojny wietnamskiej mnisi buddyjscy i ludzie świeccy odmawiali odbierania 
życia bratnim istotom 

określanym mianem .wrogów", chociaż karą za odmowę często były tortury, a nawet 
śmierć. Nie godząc 

się na pogardzanie innymi ludźmi ani na ich mordowanie, mnisi buddyjscy i ludzie 
świeccy demonstrowali 

fundamentalną naukę Buddy: nienawiść rodzi się z nienawiści, a ten, kto zabija 
drugiego, kopie dwa 

groby. Działając w ten sposób ukazywali oni, że ludzkie serce może uwolnić się 
od strachu i nienawiści 

oraz utwierdzić w sobie naturalną miłość i współczucie.
W Wietnamie byli także mnisi, mniszki i ludzie świeccy, którzy dokonywali aktów 

samospalenia, aby 
ukazać dramatyzm głębokich cierpień wietnamskiego narodu. Trzeba wyraźnie 

odróżnić takie 
poświęcenie od samobójstwa, które oczywiście stoi w sprzeczności z pierwszym 

wskazaniem o 
niezabijaniu. Człowiek popełniający samobójstwo (o ile jego przyczyną nie są 

zaburzenia umysłowe) nie 
chce umrzeć. Chce żyć, lecz czuje się osaczony przez swą rodzinę, przyjaciół, 

pracę, społeczeństwo albo 
też uważa swoje życie za nudne i bezsensowne. Będąc zbyt słabym, aby podjąć 

wysiłek dla osiągnięcia 
tego, czego desperacko pragnie, traci całą odwagę i nadzieję. Nie może znieść 

swego jałowego, pełnego 
bólu życia i przygnieciony rozpaczą zabija się. Samobójstwo zawsze zawiera silny 

element ego: Ja nie 
mogę żyć po swojemu, a więc ja wolę umrzeć." Samobójstwo jest najbardziej 

prowokacyjnym wyzwaniem, 
jakie można rzucić społeczeństwu, symbolicznym zagraniem mu na nosie. Samobójca 

w dramatyczny 
sposób oskarża społeczeństwo, że to raczej nie on je zawiódł, lecz ono jego. 

Jednakże śmierć nie jest 
końcem. Gdziekolwiek i w jakiejkolwiek formie człowiek ten się odrodzi, będzie 

musiał stawić czoło 

background image

karmicznym konsekwencjom samozagłady.

Samospalenie buddyjskich mnichów i mniszek oraz ludzi świeckich w Wietnamie 
miało całkiem inne 

motywacje, co wynika jasno z listu Thich Nhat Hanha17 do Martina Luthera Kinga: 
„Listy, które mnisi 

pozostawili przed spaleniem się, miały na celu wyłącznie poruszenie serc 
okupantów oraz zwrócenie 

uwagi świata na cierpienia Wietnamczyków. Spalić się to dowieść, że to co się 
mówi ma najwyższą wagę. 

Nie ma nic bardziej bolesnego od spalenia się. Mówić coś doświadczając takiego 
bólu - to mówić z 

najwyższą odwagą otwartością determinacją i uczciwością.. Spalając się 
wietnamski mnich mówi z całą 

siłą i determinacją że może on znieść największe cierpienia, aby ochronić swój 
naród. Dlaczego jednak 

musi spalić się na śmierć? Różnica między paleniem się a spaleniem
237

na śmierć jest tylko różnicą stopnia, a nie jakości. Człowiek, który płonie zbyt 
długo, musi umrzeć. Ważne 

jest, aby płonąć, a nie by odbierać sobie życie... Dlatego komunikowanie swoich 
uczuć przez spalenie się 

nie jest aktem zniszczenia, lecz twórczym aktem cierpienia i śmierci dla dobra 
swego narodu. To nie jest 

samobójstwo..."
Poświęcenie życia w ten sposób wymaga niecodziennej odwagi i niezwykle silnych 

mocy samadhi, do 
czego potrzebny jest z kolei długi trening duchowy. Któż może zapomnieć 

fotografie prasowe starszego 
mnicha, który podpalił się, siedząc w postawie lotosu? Widok na wpół zwęglonego, 

przewracającego się 
ciała wywołał ogromne poruszenie na Zachodzie, szczególnie w Stanach 

Zjednoczonych. Stało się tak, 
gdyż ludzie uświadomili sobie, przynajmniej częściowo, że za tym aktem kryje się 

wielka odwaga, brak 
ego i stopień samokontroli prawie nieznany na Zachodzie.

Inny rodzaj kontrolowanej przez siebie śmierci, różnej od samobójstwa, to śmierć 
mistrzów zeń, którzy 

pozwalali sobie umrzeć, gdy wiek i choroby nie pozwalały im więcej uczyć ani 
pracować. W dzisiejszych 

czasach godnym uwagi przykładem tego jest zmarły opat świątyni, w której 
początkowo praktykowałem.18 

Gdy miał dziewięćdziesiąt sześć lat i był na wpół ślepy, przestał po prostu 
jeść. Spytany przez swoich 

mnichów o powody odpowiedział, że przestał już być użyteczny i jest dla 
wszystkich tylko zawadą. 

Powiedziano mu więc: Jeżeli umrzesz teraz (w styczniu), kiedy jest tak zimno, to 
wszyscy zmarzną na 

twoim pogrzebie i będziesz jeszcze większym utrapieniem, a więc prosimy cię, 
jedz!" Wówczas zaczął 

znowu jeść, lecz gdy tylko się ociepliło, ponownie przestał jeść i wkrótce potem 
cicho zmarł.19

Żaden komentarz dotyczący pierwszego wskazania nie byłby kompletny bez omówienia 
eutanazji. 

Eutanazję definiuje się jako łagodną i bezbolesną śmierć albo akt lub metodę 
wywoływania bezbolesnej 

śmierci w celu położenia kresu cierpieniu.
Podobnie jak w wypadku przerywania ciąży, moralny aspekt eutanazji od dawna 

poruszał serca i umysły 
myślących ludzi. Ostatnio problem ten ogromnie poruszył opinię publiczną kiedy 

głośny stał się przypadek 
młodej kobiety, leżącej jakiś czas w stanie śpiączki na oddziale intensywnej 

terapii i utrzymywanej 

background image

sztucznie przy życiu dzięki mechanicznemu respiratorowi i bezosobowej sprawności 

technologii 
medycznej. Zdaniem lekarzy, nawet jeżeli miałaby się ona obudzić ze śpiączki, 

musiałaby spędzić resztę 
życia w zakładzie z powodu uszkodzenia mózgu. Jej rodzice występowali z 

petycjami do sądów, aby 
zezwoliły ich sparaliżowanej i podłączonej do rurek córce umrzeć naturalną 

śmiercią.
Ponieważ jednak prawo w swej majestatycznej równości - żeby sparafrazować 

Wiktora Hugo - zabrania 
odbierania życia tak zdrowym, jak i beznadziejnie chorym, czy to przez nich 

samych, czy przez innych, to 
lekarze w szpitalu zasto-

238

sowali wszelkie znane współczesne] medycynie środki: leki i urządzenia 

techniczne, aby przedłużyć życie 
chorej.

W końcu gdy komisja lekarska orzekła, że nie ma nadziei na jej powrót do 
zdrowia, sąd zezwolił na 

odłączenie mechanicznego respiratora, który utrzymywał ją przy życiu.
Ten głośny wypadek wywołał znaczne zainteresowanie i silne emocje. Stronnicy 

rodziców chorej 
argumentowali, że skoro nigdy nie będzie jej można zapewnić powrotu do zdrowia i 

choćby namiastki 
normalnego życia, to będzie ona tylko ciężarem dla siebie samej, dla swojej 

rodziny i społeczeństwa. 
Uważali oni, że współczucie i wzgląd na ludzką godność, nie wspominając o 

ogromnych wydatkach na 
utrzymanie jej na oddziale intensywnej terapii, usprawiedliwiają zgodę na jej 

śmierć bez „nienaturalnych" 
wysiłków przedłużania życia. Przeciwnicy utrzymywali, że życie ludzkie w 

jakiejkolwiek formie przedstawia 
tak unikalną wartość, że trzeba je chronić za wszelką cenę i że przerwanie tej 

kruchej nici, na której wisi 
jej życie, byłoby świętokradztwem.

Stronnictwo pośrednie stanowili lekarze, prawnie i moralnie zobowiązani do 
przedłużania życia, 

dysponujący dziś w tym zakresie szerszymi możliwościami niż dawniej, z racji 
wysoko rozwiniętej 

technologii.
Co mówi buddyzm o eutanazji? Nie istnieje oczywiście żadne „oficjalne" 

stanowisko, lecz tylko rozumienie 
poszczególnych nauczycieli, wyrastające z ich duchowych doświadczeń oraz 

rozumienie uczonych, 
wynikające z ich badań. Każdy może zaakceptować albo odrzucić takie rozumienie. 

Drogowskazem są te 
oto słynne słowa Buddy: „Nie wierzcie w nic tylko dlatego, że pisze o tym jakiś 

starożytny mędrzec. Nie 
dawajcie niczemu wiary polegając jedynie na autorytecie waszych nauczycieli czy 

kapłanów. Powinniście 
po dogłębnym zbadaniu uznać w życiu za prawdę i za drogowskaz to, co zgadza się 

z waszym własnym 
rozsądkiem i waszym własnym doświadczeniem, to co jest pomocne tak dla waszego 

dobra, jak i dla 
dobra innych żyjących istot."

W moim własnym odczuciu to samo dotyczy eutanazji i innych form odbierania 
życia. Jeżeli cierpiący 

człowiek z rozmystem kładzie kres swojemu życiu, to popełnia samobójstwo i 
będzie musiał kiedyś 

ponieść za to karmiczną zapłatę. Podobnie ten, kto umożliwia śmierć człowiekowi 
cierpiącemu, nawet na 

jego życzenie, jest winien, chociaż stan umysłu, w jakim to czyni, w istotny 

background image

sposób wpływa na powstającą 

karmę.
Powstają dręczące pytania. Czy troska o własną karmę nie dowodzi egoizmu, kiedy 

ktoś bliski, cierpiący i 
nieuleczalnie chory błaga cię, abyś położył kres jego życiu? Czy wówczas odmowa 

nie byłaby bardziej 
brzemienna w skutki z punktu widzenia karmy, ponieważ dotyczy ona także karmy 

cierpiącego? Co 
więcej, czy cierpiący, który rozumie znaczenie bólu i jego stosunek do karmy, 

tzn. wie, że
239

przyjęcie bólu z wdzięcznością jest środkiem spłacenia długów karmicznych, 
prosiłby o eutanazję?

Kiedy pytano mnie: .Co ty byś zrobił, gdyby ktoś poprosił cię o położenie kresu 
jego życiu?" - milczałem 

lub odpowiadałem .nie wiem", ponieważ zanim stanie się w obliczu takiej 
konkretnej sytuacji, nie wie się 

tego, a pytania takie są czysto teoretyczne. Systematyczne zazen rozwija 
spokojne rozumienie, które 

pozwala działać lub wstrzymywać się od działania bez wyrzutów sumienia i 
wątpliwości.

Dotychczas mówiliśmy o rozmyślnym zabijaniu. A co z niezamierzonym odbieraniem 
życia? Przypuśćmy, 

że ktoś prowadził samochód i przejechał psa. Czy ponosi za to karmiczną 
odpowiedzialność? W pewnym 

sensie tak, o ile z własnej woli zasiadł za kierownicą i doprowadził do 
sytuacji, w której mógł zabić psa. 

Jednakże powstająca wówczas negatywna karma będzie mniejsza, jeżeli kierowca 
wyrazi szczerą 

skruchę z powodu pozbawienia zwierzęcia życia.
Albo przypuśćmy, że wasz samochód zderza się z innym i wszyscy pasażerowie giną. 

Czy ponosicie 
karmiczną odpowiedzialność za ich śmierć? Albo czy jest odpowiedzialny 

karmicznie pilot, którego 
samolot się rozbił - choć on sam niczego nie zaniedbał - wskutek czego wielu 

ludzi odniosło obrażenia lub 
straciło życie? Historia, którą wam opowiem, i sposób, w jaki skomentował ją mój 

nauczyciel, wskazuje 
pewne odpowiedzi na te pytania.

Kiedy byłem w Japonii, wydarzyła się katastrofa - czołowe zderzenie dwóch 
pociągów - zginęło tam i 

zostało rannych wielu ludzi. Następnego dnia mieliśmy całodzienne siedzenie. 
Kilku jego uczestników 

jechało w jednym z tych pociągów i dlatego po obiedzie wynikła żywa dyskusja na 
temat 

odpowiedzialności karmicznej. Odpowiadając na pytania mój nauczyciel stwierdził, 
że każdy, kto zginał w 

katastrofie, był z karmicznego punktu widzenia przynajmniej w połowie 
odpowiedzialny za swoją śmierć 

(niezależnie od prawnej odpowiedzialności maszynistów), ponieważ z własnej woli 
znalazł się wtedy w 

jednym z tych pociągów. Jak widzicie, działanie karmy jest niezmiernie zawiłe.
Należy jeszcze wspomnieć o innym aspekcie pierwszego wskazania, mianowicie o 

tym, że zabijanie to nie 
tylko odbieranie życia ożywionej istocie. Pierwsze wskazanie zabrania także 

burzenia harmonii w życiu 
jednostki i wspólnoty poprzez obraźliwe słowa, złośliwe płotki czy inne mściwe 

lub zawistne poczynania. 
Wskazanie to obejmuje również zakaz zabijania czasu - tzn. zakaz lenistwa i 

nieróbstwa.
Reasumując: zwierzęta mają na tej ziemi, którą zamieszkujemy wspólnie, takie 

samo prawo do życia jak 

background image

my i dlatego nie mamy żadnego prawa szkodzić im ani niszczyć ich przy lada 

zachciance. Co więcej, 
ponieważ w naszym wspinaniu się i schodzeniu po drabinie niezliczonych żywotów 

(zależnie od przyczyn i 
wa-

240

runków) nasza Natura Buddy przyjmuje wiele form, będących aspektami nas samych, 

to niszczenie 
jakiejkolwiek formy życia jest częściowym niszczeniem siebie. Najcenniejsze 

jednak jest życie ludzkie, 
bowiem tylko człowiek może doświadczyć wyzwalającego oświecenia, dzięki któremu 

oczywista staje się 
prawda niepodzielności wszelkiego istnienia. Natomiast tam, gdzie odebranie 

życia jest nieuniknione, 
zapłatę karmiczną zmniejsza uczucie żalu i skruchy.

l
POSŁOWIE - NOTA AUTOBIOGRAFICZNA

Co sprawia, że człowiek w średnim wieku porzuca dobrą pracę i niezłe dochody, 
rodzinę i przyjaciół, aby 

zamienić to na surowe rygory klasztoru zeń i niepewne życie „bezdomnego mnicha"? 
Czy powodują to 

jakieś dramatyczne przejścia, czy też nieodparta potrzeba wewnętrzna? Pytania 
takie stawiano mi 

dziesiątki razy w Japonii i niemal równie często w Ameryce. Czasami sądziłem, że 
w moim wypadku 

pragnienie znalezienia ulgi od bolesnych napięć i dręczącego mnie niepokoju 
skłoniło mnie do porzucenia 

mieszczańskich wartości i wygód na rzecz treningu zeń. Kiedy indziej czułem, że 
była to potrzeba 

zrozumienia przerażających cierpień, jakich byłem świadkiem w Niemczech, Japonii 
i Chinach tuż po II 

wojnie światowej. W końcu zdałem sobie sprawę, że odpowiedzi na te pytania leżą 
w jednym słowie - 

karma, w terminie obejmującym wszelkie związki przy-czynowo-skutkowe, składające 
się na czyjeś życie. 

To właśnie karma sprowadziła mnie wiele lat później, gdy miałem pięćdziesiąt dwa 
lata, do miasta 

Rochester w stanie Nowy Jork, gdzie nigdy przedtem nie byłem i gdzie zostałem 
kierownikiem Ośrodka 

Zeń. Zanim zetknąłem się z Azją i z zeń, w najśmielszych marzeniach nie 
wyobrażałem sobie, że będę 

wiódł życie klasztorne, a tym bardziej, że będę nauczał buddyzmu.
Gdy dziś, z głębszym zrozumieniem działania prawa przyczynowości, patrzę wstecz, 

jest dla mnie jasne, 
że pewne wydarzenia i okoliczności bezpośrednio ukształtowały wzorzec karmiczny, 

który w końcu 
doprowadził mnie do zeń. Jako dziecko z uporem odmawiałem towarzyszenia mojej 

matce do miejsca, 
które nazywała „domem bożym". Nie chciałem chodzić do szkółki niedzielnej ani 

uczestniczyć w żadnych 
formalnych lekcjach religii. Gdy matka domagała się wyjaśnień, zadałem jej 

pytanie: „Skoro Bóg jest tylko 
w kościele czy w świątyni, to dlaczego stworzył resztę świata?" Choć ogólnie 

treść i duch Biblii były dla 
mnie czymś odległym i obcym, niektóre jej partie, jak na przykład Psalmy, 

budziły moje zainteresowanie. 
Lektura tych i innych pozycji z religijnej literatury Zachodu zrodziła w końcu 

jedno palące pytanie, które 
stało się moją obsesją na wiele lat: „Dlaczego Żydzi wyparli się Chrystusa, 

który głosił, że wypełnia religię 

background image

żydowską, i dlaczego chrześcijanie, którzy wyznawali, że kochają Chrystusa, 

rzucali kalumnie na Żydów, 
przedstawicieli jego narodu?"

Aby rozstrzygnąć ten problem, chodziłem na protestanckie, katolickie i żydowskie 
nabożeństwa i pytałem 

o to pastorów, księży i rabinów. Ich pierwszą reakcją było nieodmiennie pełne 
zakłopotania milczenie, a 

potem - być może dlatego, że miałem wówczas zaledwie trzynaście lat - 
protekcjonalna troska o mnie, 

która mi w niczym nie pomagała, a tylko dodawała złość do wewnętrznego zamętu. 
Ża-

243

den duchowny nigdy nie udzielił mi odpowiedzi, która zaspokoiłaby mój intelekt 

lub serce.
Rozczarowany religiami judeochrześcijańskimi, stałem się najpierw 

wolnomyślicielem, potem agnostykiem 
- „takim, co to w nic nie wierzy", jak napiętnowali mnie moi nabożni koledzy z 

klasy - a w końcu ateistą. 
Moimi bohaterami byli Dostojewski, Wolter i Robert Ingersoll, których wszystkie 

dzieła pożerałem. Raz po 
raz cytowałem słowa Dostojewskiego: Jak strasznie jest widzieć człowieka, który 

w zasięgu ręki ma to, co 
Niepojęte, a nie wie, co ma czynić, i siada, aby bawić się zabawką zwaną 

Bogiem." Jednak prawie nie 
rozumiałem głębszego znaczenia tych słów.

W gimnazjum założyłem Klub Ateistów i zostałem jego pierwszym prezesem. Było to 
w roku 1928, w trzy 

lata potem, jak rozegrany w Tennessee dramatyczny proces Johna Scopesa, 
oskarżonego o nauczanie 

teorii ewolucji Darwina na lekcjach biologii, wywołał reperkusje, które dały się 
odczuć w catym kraju. Nasz 

dyrektor nie miał najmniejszej ochoty popierać czegoś tak antypaństwowego jak a-
teizm i ostrzegał mnie: 

„Jeżeli nie rozwiążesz klubu, zostaniesz wyrzucony ze szkoły."
Wiele lat później, gdy otwarłem w pewnej mierze oko Umysłu, stało się dla m-nie 

jasne, że moje żarliwe 
wyznawanie ateizmu było dowodem budzącej się we mnie wrażliwości religijnej. Co 

więcej, zdałem sobie 
sprawę, że bohaterowie moich młodych lat pozostawali w tak intymnym związku z 

Bogiem, że nie chcieli 
Go znieważać żadnym imieniem.

Podczas II wojny światowej pracowałem jako sprawozdawca sądowy w sądach stanu 
Connecticut, jako że 

ze względów zdrowotnych odroczono mi służbę wojskową. Ta odmowa nie zasmuciła 
mnie, ponieważ nie 

pragnąłem ani zabijać, ani umierać.
Potem, w połowie 1945 roku, gdy wojna w Europie dobiegała końca, gazety podały, 

że Stany 
Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja i Związek Radziecki, cztery potęgi 

okupujące Niemcy, zamierzają 
powołać w Norymberdze Międzynarodowy Trybunał Wojskowy do Ścigania Zbrodni 

Państw Osi i że 
wkrótce rozpocznie się nabór kadry do prowadzenia rozpraw sądowych. Zgłosiłem do 

Waszyngtonu swoją 
kandydaturę na stanowisko reportera sądowego i po serii testów sprawdzających 

moje kwalifikacje oraz 
sprawność fizyczną i umysłową zostałem przyjęty. Wkrótce potem, w październiku, 

leciałem już do 
Norymberg!.

Miasto to, które kiedyś było areną błyszczącą od popisów hitlerowskiej siły i 
miejscem masowych zjazdów 

prowadzonych przez samego Hitlera, leżało w gruzach po bombardowaniach 

background image

alianckich. Prawie co drugie 

duże miasto w Niemczech spotkał ten sam los. Niemcy płacili za to, że poszli z 
Hitlerem. A jednak u 

większości nie widać było oznak skruchy. Niedługo po moim przybyciu do 
Norymberg! amerykańska 

gazeta wojskowa Stars and Stripes podała, że
244

pastor Martin Niemoeller, który był czołową postacią życia religijnego w 
powojennych Niemczech, w 

przemówieniu do dużego zgromadzenia na uniwersytecie w Erlangen powiedział, że 
zbawienie Niemiec 

leży w otwartym wyznaniu win popełnionych podczas wojny i w wyrażeniu skruchy, 
za co został 

wygwizdany i przepędzony z mównicy gradem pomidorów i zgniłych jaj.
Przedstawione na procesach dowody były pasmem hitlerowskich zdrad i aktów 

agresji, świadczących o 
niewiarygodnym okrucieństwie i ludzkim poniżeniu. Dzień po dniu słuchałem, jak 

ofiary hitlerowskiej 
przemocy opisywały tortury, jakim były poddawane lub jakich były świadkami, i 

byłem tym tak 
zaszokowany, że popadłem w stan odrętwienia, nie mogąc pojąć potworności tych 

zbrodni.
Ponure świadectwo nieludzkiego stosunku człowieka do człowieka i do tego jawny 

brak skruchy u 
większości Niemców przygnębiły mnie do tego stopnia, że moje dziecinne duchowe 

pytania, pogrzebane 
pod nawałem spraw związanych ze studiami, pracą i podróżami, nagle znów doszły 

do mojej 
świadomości.

Powstały również inne natarczywe pytania: jeżeli „muzyka ma czar, który ucisza 
dzikie bestie", to czemu 

muzyka wielkich niemieckich kompozytorów - muzyka, która miała specjalne miejsce 
w sercach tylu 

Niemców - nie pohamowała na-zistów w ich brutalnych poczynaniach? Dlaczego w 
kraju, który wydał 

Lutra i Goethego, Durera, Heinego, Hegla i Kanta, religia, sztuka i filozofia 
nie podziałały jako czynniki 

cywilizujące? l dlaczego wielka kultura i silny katolicyzm Włoch, jak również 
obecność papieża, nie 

powstrzymały tam wybuchu faszyzmu? Przypomniało mi się zdanie Nietzschego: 
„Sztuka, religia i filozofia 

to iluzje wymyślone przez człowieka jako broń potrzebna mu w walce o władzę nad 
sobą i nad innymi." 

Jakby na potwierdzenie stanowiska Nietzschego przedstawiono w sądzie świadectwo 
panujących w 

jednym z obozów koncentracyjnych zbrodniczych praktyk - abażury do lamp ze skóry 
zagazowanych ofiar, 

w którym to obozie komendant i jego podwładni założyli kwartet smyczkowy, 
wykonujący po całodziennej 

pracy utwory Bacha, Brahmsa i Beethovena.
Toczące się już dziewiąty miesiąc rozprawy sądowe dobiegały końca. Tymczasem w 

Tokio 
przygotowywano sąd nad generałem Tojo i innymi japońskimi przywódcami 

oskarżonymi o główne 
zbrodnie wojenne, tzw. zbrodnie klasy A. Nigdy nie byłem w Azji, dlatego 

stwarzało mi to okazję ujrzenia 
po raz pierwszy Japonii i być może innych krajów azjatyckich, jak również dawało 

sposobność do wzięcia 
udziału w sadach wojennych w innym obszarze świata. Ale były też i inne powody, 

dla których chciałem 
opuścić Niemcy. Wstrząsające statystyki sądowe, rozpaczliwe litowanie się 

Niemców nad sobą szeroko 

background image

rozpowszechniony czarny rynek, w którym brali udział zarówno żołnierze, jak i 

cywile, moje przywiązanie 
do „pozbawionej radości pogoni za rozkoszą" - wszystko to w końcu wprawiło mnie 

w nastrój krańcowej 
depresji z domieszką wstydu i poczucia winy.

245

Gdzieś w głębi czułem, że ja również jestem odpowiedzialny za te straszliwe 

cierpienia wojenne. Japonia 
nie może być gorsza od Niemiec, powiedziałem sobie, a może okazać się lepsza. 

Tak więc zwróciłem się 
o przeniesienie do Tokio i otrzymałem je.

Gdy tam przybyłem, Międzynarodowy Trybunał Wojskowy d/s Dalekiego Wschodu 
rozpoczął już 

działalność, l znów ujawniły się świadectwa straszliwych zbrodni: złupienia 
Nankinu, „bataańskiego 

marszu śmierci" na Filipinach i innych potworności, jakich dopuściła się armia 
japońska. A jednak 

atmosfera procesów w Tokio była spokojna, całkiem odmienna od złowrogich napięć 
panujących na 

salach sądowych w Norymberdze. Bez wątpienia stan umysłu ludzi w okupowanym 
kraju odbija się na 

zachowaniu tych, którzy go okupują, tak więc ponieważ niemal cały naród japoński 
przyjął wynik wojny z 

godnym podziwu spokojem i o-panowaniem, sala sądowa w Tokio odzwierciedlała tę 
atmosferę.

Co kryło się za tak uderzającą różnicą w postawie Japończyków i Niemców wobec 
cierpień, jakie musieli 

znosić po wojnie? Wielką rolę odegrała tu bez wątpienia właściwa Japończykom 
zdolność przyjmowania 

przeciwności. Ale skąd się brała ta umiejętność? „Prawo karmicznej zapłaty" - 
powiedzieli mi moi japońscy 

znajomi. Koncepcja prawa przyczyny i skutku działającego na płaszczyźnie 
moralnej wzbudziła moje 

zainteresowanie, ponieważ zdecydowanie kontrastowała z charakterystyczną dla 
Niemców postawą 

usprawiedliwiania się, jakie ciągle słyszało się w Niemczech. W Japonii 
nierzadko zdarzało mi się 

przeczytać w gazecie lub usłyszeć w rozmowie takie zdanie: „Ponieważ my, 
Japończycy, sprawiliśmy tyle 

bólu innym, musimy teraz zebrać to bolesne żniwo." Zapytałem moich japońskich 
znajomych, skąd 

mógłbym się więcej dowiedzieć o karmie. Odpowiedzieli mi: Jest to jeden z 
kamieni węgielnych buddyzmu 

i żeby zrozumieć, czym jest prawo karmy, musi pan poznać buddyzm."
»A kogo możecie mi polecić jako nauczyciela?"

„Doktora D. T. Suzukiego, jest on autorytetem jeśli chodzi o buddyzm, a do tego 
mówi po angielsku."

Suzuki, jak się okazało, mieszkał na terenie dużego klasztoru zeń w Kamaku-ra. 
Udałem się tam, aby 

odwiedzić znanego filozofa. Ponieważ czytałem romantyczne powieści Zagubiony 
horyzont i Ostrze 

brzytwy, spodziewałem się, że powita mnie mędrzec o długich siwych włosach, w 
powłóczystych szatach i 

z zakrzywioną laską. Zamiast tego ukazał się niski, gładko ogolony, niemalże 
łysy Japończyk, który 

wypisz wymaluj wyglądał na jakiegoś redaktora. Gabinet wyłożony książkami, 
półkolisty, chroniący od 

światła daszek nad oczami i stara maszyna marki Underwood, na której pisał 
jednym palcem - wszystko 

to wzmocniło jeszcze wrażenie.
Nieformalne mowy Suzukiego na temat filozofii buddyjskiej przerastały moje 

zdolności pojmowania, toteż 

background image

wcale nie chęć zgłębiania jego zawiłych wykładów

246

sprowadzała mnie co jakiś czas do jego skromnego mieszkanka, ani nawet nie 

problem karmy, lecz 
pragnienie doświadczenia tego głębokiego spokoju, który zdawał się promieniować 

z gigantycznych drzew 
kryptomarii, z zabudowań klasztornych, z twarzy mnichów i ludzi świeckich i z 

samej ziemi. Właśnie 
wspomnienie tego wszystkiego przyciągnęło mnie pięć lat później z powrotem do 

Japonii, do klasztoru 
zeń.

Tokijskie procesy sądowe klasy A zakończyły się i pozostał jeszcze tylko 
werdykt. Zamiast siedzieć i 

czekać na jego ogłoszenie, postarałem się o trzytygodniowy urlop i wyruszyłem w 
od dawna upragnioną 

podróż po Chinach.
Kiedy przyjechałem tam na początku 1948 roku, chińskie społeczeństwo 

przedstawiało obraz nędzy i 
rozpaczy. Szerzyła się korupcja, a inflacja była tak wysoka, że za bilet 

lotniczy z Szanghaju do Pekinu 
płaciło się małą walizkę banknotów. Ośmioletnia okupacja japońska, inwazja 

radziecka i dalsze walki, a 
także przeciągająca się walka o władzę między armiami Czang Kai-szeka i Mao Tse-

tunga wpędziły 
Chińczyków w skrajną niedolę i ubóstwo.

Chociaż motywem mojej podróży do Chin nie było świadome pragnienie dowiedzenia 
się czegoś więcej o 

buddyzmie, to jednak nędza i cierpienie, jakie tam ujrzałem, zmusiły mnie do 
refleksji! nad tym, co - jak 

czytałem - stanowiło zasadniczą naukę Buddy: że życie jest gorzkim oceanem 
cierpienia. Na innym 

poziomie moje kiełkujące zainteresowanie buddyzmem pobudził widok świątyń w 
Pekinie, z gigantycznymi 

figurami buddów i bodhisattwów - o znaczeniu których nie miałem wówczas pojęcia 
- i cała, jedyna w 

swoim rodzaju kultura chińska z jej licznymi, fascynującymi zabytkami i 
niezrównanymi pałacami tego 

baśniowego miasta.
Po powrocie do Stanów nie byłem w stanie wejść w kierat codziennego życia i 

pracy w małym miasteczku 
w Connecticut. Setki wrażeń i nierozstrzygniętych problemów kłębiło się w głębi 

mego umysłu. Moje życie 
straciło sens i nie pojawiło się nic innego, co mogłoby je wypełnić. „Wiszę 

między dwoma światami: jeden 
już wymarł, a drugiemu brak sił, aby się narodzić" - takie właśnie było moje 

położenie. Aby wyrwać się z 
tej martwoty, zacząłem jeździć na weekendy do Nowego Jorku w celu studiowania 

reHgii Azji. Ponieważ 
w Nowym Jorku nie słyszałem o żadnych renomowanych nauczycielach zeń czy 

buddyzmu, zacząłem 
brać udział w spotkaniach Towarzystwa Wedantyjskiego. Przez jakiś czas pociągały 

mnie też nauki 
Baha'i.

Z czasem moje zainteresowanie zaczęło słabnąć. Zbyt wielki nacisk kładziono na 
czytanie i studia 

doktrynalne, a zbyt mało, jak mi się wydawało, na medytację, której bardzo 
potrzebowałem. Poza tym 

także i tu spotykałem takie same zarozumiałe stwierdzenia, jak w kazaniach 
pastorów i rabinów: „Bóg jest 

dobry", „Bóg jest wszechpotężny", „Bóg jest...". Wiele lat później, gdy w pewnej 
mierze osiąg-

247

background image

nałem zrozumienie, poznałem, że Bóg nie jest ani dobry, ani wszechpotężny, ani 

jakikolwiek. Tak 
naprawdę, Bóg nie jest nawet Bogiem.

W 1950 roku przybył do Ameryki dr Suzuki, żeby zapalić lont mający później 
spowodować „eksplozję 

zeń". Na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, gdzie prowadził popołudniowe 
zajęcia z filozofii 

buddyzmu zeń, dziesiątki malarzy, kompozytorów, poetów, psychiatrów, profesorów 
filozofii i innych ludzi 

tłoczyło się w sali, w której wykładał. Byłem jednym z nich. Moja znajomość z 
Su-zukim wyniesiona z 

Japonii i moje nieco bardziej niż dyletanckie zainteresowanie zeń zapewniły mi 
pewną pozycję w małej 

grupie wytrwałych słuchaczy, zawsze obecnych, gdy Suzuki dawał formalny wykład 
lub zwykłą mowę. W 

Nowym Jorku szalała wtedy moda na zeń, podsycana głównie przez książki 
Suzukiego. Niemalże nie było 

przyjęcia, na którym jakiś wielbiciel zeń nie błysnąłby którymś ze swoich 
ostatnio wymyślonych koanów.

Inspirująca działalność Suzukiego stanowiła zaczyn w duchowo-intelektual-nym 
życiu Nowego Jorku 

wczesnych lat pięćdziesiątych. Jednakże był on tylko sensei (nauczycielem 
akademickim), a nie mistrzem 

zeń i nie potrafił „nauczać dharmy rykiem lwa". Mimo to, biorąc pod uwagę, że 
był wówczas po 

osiemdziesiątce, trzeba przyznać, że jego osiągnięcia są wybitne. Niemalże w 
pojedynkę zapoczątkował 

pierwszą intelektualną fazę rozwoju zeń w Ameryce.
Moje studia nad filozofią zeń prowadziły donikąd. To prawda, że poszerzyły się 

moje horyzonty 
intelektualne, ale większej wiedzy nie towarzyszył większy spokój. Właściwie 

moja nerwowość, skłonność 
do irytacji i wewnętrzne niezadowolenie wzrosły, a teraz jeszcze doszła choroba 

pychy - czyż nie byłem 
jednym z „wtajemniczonych" w zeń, jednym z apostołów Suzukiego? Dlaczego nie 

postępowałem zgodnie 
z nasilającym się odczuciem, że medytacja, a nie filozofia jest tym, czego mi 

najbardziej potrzeba? 
Wyszukane wykłady dr Suzukiego łech-czące intelekt, a po zajęciach prowokujące 

dyskusje z artystami, 
pisarzami i psychiatrami stłumiły tę głębszą potrzebę. Jednakże nie mogłem już 

dłużej zamykać oczu na 
ten ból i to właśnie skłoniło mnie do poszukiwań oświeconego mistrza zeń. Ale 

gdzie go miałem znaleźć? 
Okazało się, że w Stanach Zjednoczonych nie było żadnego mistrza zeń. Tak więc 

nie miałem wyjścia, 
musiałem wrócić do Japonii. Była to perspektywa zarówno miła, jak i 

przerażająca. Przerażająca, bo stało 
się dla mnie jasne, że moja zabawa w zeń się skończyła i że teraz muszę 

rozpocząć poważny i ciężki 
wysiłek w praktyce zeń, jeżeli naprawdę chcę zmienić swoje życie.

Po kilku miesiącach rozterki rzuciłem pracę, pozbyłem się rzeczy i wyruszyłem do 
Japonii z 

postanowieniem, że nie powrócę, dopóki nie zdobędę oświecenia.
Nie sposób jest wejść dwa razy do tej samej rzeki: Japonia roku 1953 nie była 

tą, którą opuszczałem. 
Okupacja się skończyła i wyłaniała się nowa Japonia.

248

Bez poczucia bezpieczeństwa, jakie dawała mi obecność rządu Stanów 

Zjednoczonych, sprawiała 

background image

wrażenie zimnego i obcego kraju. Moją broń stanowiło tylko kilka rekomendacji, 

które podtrzymywały we 
mnie wiarę, że zostanę przyjęty do klasztoru, chociaż byłem już po czterdziestce 

i znałem tylko kilka słów 
po japońs-ku. Dwóch mistrzów dało mi jednak odpowiedź odmowną z powodu mojej 

słabej znajomości 
języka. .Czyż zeń nie jest nauką nie opierającą się na słowach i literach?" - 

protestowałem. Pytanie to 
budziło pobłażliwe uśmiechy. „Żeby przekroczyć słowa i litery, potrzeba słów i 

liter" - brzmiały w rezultacie 
odpowiedzi obu mistrzów.

Tak bardzo zniechęciłem się tymi odmowami, że spędziłem kilka tygodni w Kioto, 
krążąc po swych 

własnych śladach sprzed kilku lat, i odwiedzając znane mi z czasów okupacji 
sklepy z antykami. Tu 

przynajmniej byli uprzejmi handlarze i znajome miejsca. Myślałem nawet poważnie 
o powrocie do Ameryki 

i uczyniłbym tak, gdyby nie to, że spaliłem za sobą wszystkie mosty. W tym 
ciężkim okresie spotkałem w 

Kioto amerykańskiego profesora, przebywającego tam na stypendium Fulbrighfa, 
również 

zainteresowanego praktyką zeń. Razem stukaliśmy do jeszcze innych klasztornych 
bram, ale bez skutku. 

Nie znając nazwisk innych mistrzów zeń, złożyliśmy wizyty kilku uczonym i 
religijnym przywódcom szkoły 

Czystej Ziemi. Raz, gdy rozmawialiśmy o oświeceniu z liderem tej szkoły, ów 
nagle wskazał na mnie i 

rzekł: „Osiągniesz satori, jeżeli będziesz porządnie się wytężał, ponieważ twoja 
karma do tego dojrzała. 

Ale nie uważam, żeby pan - tu wskazał na profesora - był do tego gotów." To 
oświadczenie oczywiście 

dobito mojego przyjaciela, ale mnie dodało znów ducha, czego tak bardzo 
potrzebowałem. W końcu, 

dzięki całej serii sprzyjających karmicznych okoliczności, dostałem się do 
Klasztoru Budzenia Umysłu 

Bodhi (Hosin-dzi) i rozpocząłem poważną praktykę zeń.
Spędziłem tam prawie trzy lata, a potem z powodu pogarszającego się stanu 

zdrowia, surowej i napiętej 
atmosfery oraz skąpego jedzenia musiałem opuścić ten klasztor, idąc za radą 

rosiego Yasutaniego, 
spadkobiercy dharmy rosiego Harady. Chociaż rosi Yasutani był mistrzem zeń 

wyświęconym na kapłana, 
nie prowadził klasztoru, ponieważ wszyscy jego uczniowie byli ludźmi świeckimi. 

Dlatego też mogłem 
mieszkać we własnym mieszkaniu. Dzięki jego wyśmienitemu przewodnictwu oko mego 

Umysłu w pewnej 
mierze otworzyło się. Wyświęcił mnie po pięciu latach praktyki i byłem jego 

uczniem jeszcze przez pięć 
kolejnych lat.

Podczas dziesięciomiesięcznej pielgrzymki do południowowschodniej Azji, jaką 
odbyłem w 1958 roku, 

postanowiłem zmieniając w ostatniej chwili marszrutę odwiedzić aśram Śri 
Aurobindo w Pondicherry w 

Indiach. Spotkałem tam pewną Kanadyjkę o poważnych aspiracjach duchowych. 
Opowiedziała mi, jak 

bardzo podziwia zeń i jak rozczarowały ją niesystematycznie prowadzone medytacje
249

w aśramie, gdzie kładziono silny nacisk na lektury i studia. Z powodu jej 
zainteresowania zeń i mojego 

zainteresowania nią, zachęciłem ją, żeby udała się do Japonii w celu 
praktykowania zeń. Tak też uczyniła. 

Po jakichś sześciu miesiącach jej pobytu w Japonii wzięliśmy buddyjski ślub. 

background image

Owocem naszego 

małżeństwa jest jedno dziecko, córka. Jednakże karma mojej żony związana z 
Indiami nie została 

wyczerpana i w końcu przyciągnęła ją z powrotem do hinduizmu i do miasta Toronto 
w Kanadzie, gdzie 

została liderem grupy religijnej hinduskiego nauczyciela. Jeśli chodzi o naszą 
córkę, to chcielibyśmy 

wierzyć, że ma, jeśli wolno się tak wyrazić, to co najlepsze z obu światów.
W 1965 roku, po trzynastu latach praktyki zeń w Japonii, poczułem tęsknotę za 

krajem. Nie było to 
spowodowane tylko tym, że mój nauczyciel wiele wówczas podróżował po Europie i 

Stanach 
Zjednoczonych, wskutek czego nie mog-tem być z nim w kontakcie. Kryło się w tym 

coś więcej. Czułem, 
że przebywałem w Japonii zbyt długo jak na kogoś, kto nie zamierza osiąść w niej 

na stałe. Poczułem, że 
zaczynam się kisić i że muszę się odświeżyć przez codzienny kontakt z widokami i 

dźwiękami, formami i 
zwyczajami zachodniego społeczeństwa. Każdy człowiek, oświecony czy nie, jest w 

dużej mierze 
więźniem kulturowego środowiska, w jakim został wychowany, i nie może zanegować 

na zawsze tego 
związku nie zadając gwałtu sobie samemu.

Moje intuicje mówiące mi, że czas wrócić do Ameryki, zbiegły się z zaproszeniami 
od paru grup 

duchowych w Stanach Zjednoczonych, proponujących założenie ośrodków zeń w ich 
miastach. Po kilku 

rekonesansach osiadłem w mieście Rochester, położonym w zachodniej części stanu 
Nowy Jork, gdzie 

surowe zimy sprawiają że człowiek zwraca się do wewnątrz i gdzie w przeszłości 
powstato tak wiele 

ruchów religijnych.
Moją radość z powrotu do ojczyzny hamowało tylko jedno - zdawałem sobie sprawę, 

że niełatwo będzie 
zaadaptować orientalny zeń do naszego zachodniego społeczeństwa, że trzeba 

będzie znaleźć środkową 
drogę pomiędzy zeń o-dartym ze swej istoty a zeń oblepionym skorupą obcej 

kultury. Pamiętałem, co 
napisał były główny opat jednego z wielkich klasztorów zeń Soto, że gdy mistrz 

Dogen przeniósł nauki zeń 
z Chin do Japonii, rozprzestrzeniały się one powoli, ponieważ dla Dogena 

poprawny był jedynie chiński 
zeń, wskutek czego ludzie czuli, że wmusza się w nich obcą religię. Dopiero gdy 

inny mistrz, sto lat 
później, odrzucił chińskie formy i zjaponizował zeń, nauka ta szybko 

rozprzestrzeniła się w całym kraju.
Antropolodzy kulturowi twierdzą, że każda kultura bierze z nowej religii jedynie 

to, co może włączyć do 
swoich własnych obyczajów i tradycji i że żaden naród nie przyjął i nie 

praktykował nowej religii w takiej 
formie, w jakiej demonstrowali ją nauczyciele wywodzący się z obcej kultury. 

Proces asymilacji 
poddawany

250

jest na każdym etapie modyfikującym wpływom, wyrastającym z kulturowych potrzeb 

danego 
społeczeństwa.

Podczas pielgrzymki po południowo-wschodniej Azji uprzytomniłem sobie dobitnie 
fakt, że japoński 

buddyzm stanowi jedyny w swoim rodzaju wyraz kulturowych, historycznych i 
klimatycznych warunków, w 

jakich żyją Japończycy. W aś-ramach Indii i ośrodkach medytacyjnych Sri Lanki i 

background image

Birmy zrozumiałem, 

dlaczego japoński buddyzm musi różnić się od buddyzmu tych krajów. Podobnie jak 
figury Buddy w Sri 

Lance, Indiach i Birmie miały rysy twarzy mieszkańców tych krajów, tak też 
sposób wyrażania dharmy 

Buddy odzwierciedlał kulturę każdego z tych społeczeństw. Doświadczenia, jakich 
nabyłem w 

południowowschodniej Azji, pozwoliły mi ujrzeć japoński buddyzm we właściwej 
perspektywie i dostrzec, 

że dharma Buddy jest na tyle elastyczna, że potrafi przystosować się do bardzo 
różnych kultur i rozwijać 

się stosownie do duchowego klimatu przyjmujących ją społeczeństw.
Czego potrzeba, aby zasymilować buddyzm zeń przystosowując go do zachodnich 

sposobów myślenia i 
odczuwania? Jasnych tłumaczeń podstawowych pism świętych, ceremonialnych form 

zgodnych z 
naszymi zachodnimi tradycjami, buddyjskich imion o zachodnim brzmieniu dla osób 

wyświęcanych i, co 
najważniejsze, wykształcenia rodzimych nauczycieli, zdolnych przekazać istotę 

zeń w kontekście własnej 
zachodniej kultury. Gdy zaproponowałem mojemu nauczycielowi, który akurat 

przebywał w Stanach 
Zjednoczonych, że nasz ośrodek dokona angielskiego przekładu śpiewanej 

codziennie we wszystkich 
ośrodkach zeń sutry Serce doskonałej mądrości, aby można było śpiewać ją nie po 

japońs-ku, jak 
dotychczas, lecz po angielsku - stanowczo się temu sprzeciwił. Powiedział, że 

japońska wersja 
kształtowała się w ciągu wieków śpiewania, że jest płynna i można jej się łatwo 

nauczyć, a znaczenie słów 
jest drugorzędne. Jego zdaniem nie ma potrzeby śpiewania jej po angielsku. Czemu 

więc, pomyślałem, 
Japończycy, Chińczycy, Koreańczycy i Tybetańczycy śpiewali tę sutrę w swoich 

własnych językach, a nie 
w obcych?

Mój nauczyciel był równie negatywnego zdania i o innych moich propozycjach. W 
żaden sposób nie 

mogłem przekazać mu tego, co czułem, widząc dziwaczne sceny w wielu ośrodkach 
praktyki duchowej w 

Stanach Zjednoczonych: amerykańscy uczniowie mający chińskiego nauczyciela 
ubrani tak, jakby byli u-

ciekinierami z Chin, uczniowie japońskiego sensei czy rosiego, przypominający 
samurajów czy uczniowie 

hinduskiego guru przebrani za fakirów, l jeszcze jedno. Skoro japońscy uczniowie 
zeń otrzymywali 

japońskie buddyjskie imiona, to dlaczego Amerykanie nie dostają w swoim własnym 
kraju zachodnich 

imion buddyjskich?
Czułem, że zeń zostanie na Zachodzie uznany za naukę i praktykę odpowiednią 

jedynie dla Azjatów, o ile 
proces filtrowania go przez formy naszej własnej

251

zachodniej kultury nie rozpocznie się natychmiast. Oznaczało to konieczność 

porzucenia wielu 
starodawnych japońskich form i odkrycia nowych, zachodnich. A-le jak odróżnić 

istotę rzeczy od jej cech 
ubocznych? Uważałem, że trzynaście lat praktyki w Japonii uchroni mnie przed 

wylaniem dziecka z 
kąpielą

Z powodu sprzeciwu mego nauczyciela wobec tego „uzachodnienia" zeń i z innych 
jeszcze powodów 

coraz trudniej mi było być jego uczniem, dlatego poprosiłem o pozwolenie na 

background image

rozstanie się z nim. Był to 

bolesny krok, ponieważ związek miedzy mistrzem a uczniem jest bardzo intymny, 
pod wieloma względami 

nawet bliższy od związku między rodzicami a dzieckiem. Jednakże zerwanie było 
nieuchronne. Głęboko 

żałuję, że sprawiłem ból mojemu nauczycielowi ro-siemu Yasutaniemu. Zaciągnąłem 
u niego i u innych 

moich nauczycieli bezgraniczny dług wdzięczności. Jedyny sposób, w jaki mogę go 
spłacić, to wiernie 

przekazywać innym istotę nauki, jaką miałem zaszczyt otrzymać. Mogę mieć tylko 
nadzieję, że w ciągu 

minionych trzynastu lat w pewnej mierze udało mi się to osiągnąć i że w ten 
sposób zacząłem spłacać 

łaskawość moich nauczycieli.

PRZYPISY

1. To słynne wydarzenie uważa się w zeń za pierwszy bezpośredni przekaz dharmy 
„poza sutrami, bez 

opierania się na słowach i literach". Budda unosząc w górę kwiat lotosu ukazał 
sedno swej nauki, a 

Mahakasiapa, który odpowiedział pełnym zrozumienia uśmiechem, został pierwszym 
spadkobiercą 

dharmy w tej długiej, trwającej do dziś linii przekazu od mistrza do ucznia. 
Zdarzenie to stanowi temat 

szóstego koanu w Bezbramnej zaporze Mumona.
2. Niekiedy uczeń ma więcej niż jednego nauczyciela, gdyż zdarzają się ważkie 

powody do zmiany 
nauczycieli. Sam miałem kilku nauczycieli. Pierwszym moim mistrzem był rosi 

Nakagawa, opat klasztoru 
Riutaku, gdzie przebywałem przez kilka miesięcy. Uważał on, że z wielu względów 

rosi Harada, opat 
klasztoru Hosin, będzie dla mnie lepszym nauczycielem, dlatego zabrał mnie do 

tego klasztoru. 
Przebywałem tam prawie trzy lata. Moim nauczycielem był również rosi Sessui, 

asystent rosiego Harady. 
Gdy stan zdrowia uniemożliwił mi dalsze pozostawanie w klasztorze Hosin, 

położonym w najzimniejszym 
regionie Japonii, rosi Nakagawa, który był jakby moim doradcą, polecił mi 

praktykę u spadkobiercy 
dharmy rosiego Harady, u rosiego Yasutaniego. Byłem jego uczniem przez o-koło 

dziesięć lat. Gdy rosi 
Yasutani wyjeżdżał za granicę, jego asystent i spadkobierca dharmy, rosi Koun 

Yamada, zastępował go 
jako mój nauczyciel.

3. Jedną z wielkich zalet postawy półlotosu lub pełnego lotosu jest to, że gdy 
dłonie i stopy złożone są 

razem (przy czym dłonie spoczywają na piętach stóp), tętno, ciśnienie krwi, 
przemiana materii i inne 

funkcje biologiczne są najbardziej stonizowane. Jednakże należy stwierdzić, że 
chociaż te funkcje 

fizjologiczne ulegają zwolnieniu, osoba praktykująca zazen nie wpada w trans, w 
którym nie reagowałaby 

na bodźce zewnętrzne. Jak wykazały badania elektroencefalograficz-ne, ten kto 
siedzi skoncentrowany w 

zazen, reaguje natychmiast na bodźce zewnętrzne i dzieje się tak za każdym 
razem, gdy bodziec ten się 

powtarza, podczas gdy większość ludzi nie uprzytamnia sobie takich 
powtarzających się bodźców. Co 

więcej, reakcje osoby praktykującej zazen, pojawiające się na wykresie EEG, 
znikają bardzo szybko. 

Można więc zatem powiedzieć, że osoba poważnie praktykująca zazen w pełni zdaje 
sobie sprawę z tego, 

co dzieje się wokół niej, a jednak nie wikła się w to.

background image

Wyniki EEG osób praktykujących zazen zdecydowanie odbiegają od wyników badań 

osób praktykujących 
inne dyscypliny duchowe. Na przykład stwierdzono, że podczas medytacji jogi 

osoba praktykująca jest w 
pewnym sensie wyłączona

255

ze świata i w ogóle nie reaguje na bodźce zewnętrzne. Zob. Altered States of 

Consciousness red. Charles 
Tart, New York 1969, str. 489-506.

4. Te Szan Czien (jap. Tokusan Senkan, 780-865), wybitny chiński mistrz e-poki 
Tang. Te Szan był 

cenionym znawcą Sutry diamentu, ale całkowicie zarzucił swoje akademickie 
dociekania po osiągnięciu 

oświecenia, które nastąpiło w chwili, gdy jego mistrz raptem zdmuchnął świecę.
5. Mu Czau (jap. Bokudziu, 780-877?) był uczniem Huang Po i nauczycielem Ummona 

(po chińsku Jun 
Mena).

6. „Jaki jest dźwięk klaśnięcia jednej dłoni?"- to jeden z koanów wstępnych, 
czyli tzw. koanów 

przełamujących. Jego autorem jest japoński mistrz zeń Haku-in.
7. Dogłębny komentarz rosłego Yasutaniego do koanu Mu zamieszczony jest w Trzech 

filarach zeń tegoż 
autora.

8. Liczba ta, łącząca nieskończone ze skończonym, ukazuje, jak buddyjskie teksty 
określają niezmierzone 

obszary przestrzeni i czasu, nie popadając w abstrakcyjną terminologię. Według 
buddystów, tysiąc 

systemów słonecznych daje jeden mały wszechświat, tysiąc małych wszechświatów 
daje jeden średni 

wszechświat, a tysiąc średnich wszechświatów daje jeden i tylko jeden duży 
wszechświat.

W kosmologii buddyjskiej czas też uważa się za nieograniczony, ale tu również 
dostajemy wskazówki w 

postaci żywych i konkretnych opisów, dzięki którym możemy w pewnym stopniu 
uchwycić ten bezmiar, l 

tak kalpę, czyli okres jednego cyklu świata, określa się jako czas potrzebny do 
opróżnienia ogromnej misy 

pełnej ziaren maku, mającej czterdzieści mil sześciennych pojemności, gdyby z 
niej wyjmować tylko jedno 

ziarnko maku raz na trzy lata. Dla porównania słowo „eon" zdefiniowane jest w 
encyklopedii jako 

„nieskończenie długi okres czasu".
9. Odnosi się to do Huei K'e (jap. Eka), który obciął sobie rękę i ofiarował ją 

Bodhidharmie na znak swej 
szczerości. Został później Drugim Patriarchą zeń w Chinach.

10. W buddyzmie jedną z sześciu krain nie oświeconego istnienia jest kraina 
głodnych duchów (prętów), 

czyli istot, które z powodu swej chciwości skazały się na życie pełne 
niemożliwych do zaspokojenia 

pożądań.
11. Koan: „w jaki sposób zrobisz krok naprzód z masztu wysokiego na sto stóp?" 

to czterdziesty szósty 
przypadek Bezbramnej zapory. Maszt oznacza tu pełne oświecenie.

12. .Tutaj" odnosi się do poziomu mądrości transcendentalnej.
13. „Uczucia" - dosłownie „odczucia" lub „postrzeżenia".

14. W tym ogólnym terminie „wola" zawierają się skłonności, tendencje umysłu, 
impulsy, działania woli, 

etc.
256

15. „Zafałszowany masowy zeń" odnosi się do praktyki łączenia koanu z 

background image

powtarzaniem mantrycznej 

formułki szkoły Czystej Ziemi, czyli tzw. nembutsu - „U-fam Buddzie Amidzie".
16. G.l. Gurdżijew, (1870-1950) tajemniczy nauczyciel duchowy, urodzony w Rosji, 

który miał rzekomo 
rozwinąć swoje metody i siły duchowe dzięki kontaktowi z tradycjami duchowymi 

Bliskiego i Dalekiego 
Wschodu. Założył on Instytut Harmonijnego Rozwoju Człowieka w Paryżu i miał za 

życia wielu 
zwolenników.

17. Tchich Nhat Hann jest wietnamskim mnichem zeń, pisarzem i poetą oraz jednym 
z głównych 

rzeczników wietnamskiego buddyjskiego ruchu na rzecz pokoju.
18. Gempo Yamamoto, dawny opat klasztoru Riutaku w Misimie w Japonii, zmarł w 

czerwcu 1961 roku.
19. Problem umierania mistrzów zeń został szeroko omówiony w innej książce 

rosiego Ph. Kapleau Kolo 
życia i śmierci (przyp. red. wyd. polskiego).

GLOSARIUSZ
Czytelnik znajdzie tutaj zwięzłe definicje i wyjaśnienia terminologii zeń oraz 

terminologii buddyjskiej, jak 
również imiona własne, słowa i zwroty związane z zeń, używane, ale nie 

objaśnione w tekście.
Imiona chińskich mistrzów, niektóre zjaponizowane, a inne w oryginalnym, 

chińskim brzmieniu 
umieszczono w glosariuszu w takiej formie, w jakiej zostały użyte w tekście. 

Jeśli użyte były w formie 
zjaponizowanej, oryginalna forma chińska podana jest w nawiasach i odwrotnie.

Słowa i imiona sanskryckie oznaczone są przez skt., chińskie - chin., a 
japońskie - jap.

baha'i: religia założona przez Baha'u'llaha (1817-92), Persa, który nauczał, że 
Bóg jest poznawalny 

jedynie poprzez swoje przejawy, czyli przez proroków, że boskie objawienie jest 
bezustanne i postępujące 

i że wszystkie istoty są jednym.
Bassui Tokusio (1327-87): wielki japoński mistrz zeń, który od lat chłopięcych 

zmagał się z pytaniem: „Kto 
jest mistrzem?" (tzn. źródłem czyli panującą siłą), aż do pełnego oświecenia. 

(Jego Mowa Dharmy o 
Jednym Umyśle i listy do uczniów, jak również obszerne dane biograficzne 

znajdują się w Trzech filarach 
zeń tegoż autora.)

bodhisattwa (skt.): dosłownie „mądra istota" lub „mądry bohater" to każdy, kto 
osiągnie oświecenie i 

poświęca się dla oświecenia innych. Pierwotnie termin „bodhisattwa" odnosił się 
do najbardziej duchowo 

rozwiniętych uczniów Buddy Siakjamuniego lub do istoty znajdującej się na 
ostatnim etapie oświecenia. W 

Sutrze podwyższenia Szósty Patriarcha powiada: „Bodhisattwowie to manifestacje 
współczujących myśli." 

W zeń często nazywa się bodhisattwa człowieka poważnie pracującego nad sobą dla 
dobra innych.

brahma (skt.): w hinduizmie jest to Najwyższa Rzeczywistość, manifestująca się 
jako Pan Stworzenia.

budda: dosłownie „oświecony", ten kto przebudził się w pewnej mierze ku 
prawdziwej naturze istnienia. 

Uważa się, że w pełni doskonały budda pojawia się tylko raz w każdym cyklu 
świata. W naszej epoce był 

nim Siddhartha Gautama, czyli Budda Siakjamuni (563-483 p.n.e.), który „założył" 
buddyzm w Indiach; do 

niego często odnosi się słowo „Budda". Ponieważ umysł całkowitego buddy jest 
oświecony w 

nieograniczonym stopniu i obejmuje nieskończoność wszystkich

background image

259

wszechświatów, termin „budda" odnosi się też do najwyższej prawdy lub 
absolutnego umysłu.

Cztery Szlachetne Prawdy : Budda wygłosił je w swoim pierwszym kazaniu; są one 
kamieniem węgielnym 

buddyzmu i brzmią następująco: 1) Wszelkie życie jest cierpieniem. 2) Źródło 
cierpienia tkwi w niewiedzy 

wywołującej egoistyczne pożądanie i przywiązanie. 3) Istnieje droga do położenia 
kresu cierpieniu. 4) 

Drogą tą jest Ośmioraka Ścieżka: właściwe rozumienie, właściwe myślenie, 
właściwe mówienie, właściwe 

działanie, właściwy sposób życia, właściwy wysiłek, właściwa uwaga, właściwa 
koncentracja.

Czuang-tsy: chiński mędrzec taoistyczny z IV w. p.n.e.
czysta ziemia (lotosu): podstawowa nauka szkoły czystej ziemi japońskiego 

buddyzmu głosi, że ten, kto 
wzywa imię Buddy Amidy z oddaniem i wiarą w jego zbawienną łaskę, odrodzi się w 

jego czystej ziemi 
lotosu, w której panuje pokój i szczęśliwość.

dewa (skt.): dosłownie „świetlisty", istota niebiańska. Kraina dewów to kraina 
szczęśliwości i spokoju, 

najwyższa z sześciu krain nie oświeconego istnienia. Jednakże, gdy dobra karma 
dewy wyczerpie się, to 

spada on (ona, ono) do niższej, bardziej bolesnej krainy istnienia.
dharma (skt.): wywodzi się z sanskryckiego rdzenia „dhri" i oznacza: 1) prawo 

lub zasadę podtrzymującą i 
rządzącą wszechświatem. Prawo to głosi, że 2) wszystkie zjawiska, które również 

nazywa się dharmami, 
podlegają prawu przy-czynowości, pojawiając się i znikając stosownie do przyczyn 

i warunków. Z 
uniwersalnego zastosowania tego prawa wypływa: 3) ostateczna prawda i 4) nauka 

Buddy, która jest 
wyjaśnieniem tej prawdy i z której wywodzi się 5) buddyjska doktryna.

Dogen Kigen (1200-1253): uważany za założyciela szkoły Soto japońskiego zeń, 
chociaż sam odradzał 

używanie takich terminów, jak „Soto", „Rindzai" czy nawet „zeń". Po ośmiu latach 
praktyki z koanami, w 

wieku lat dwudziestu trzech, udał się Dogen do Chin, gdzie osiągnął pełne 
oświecenie. Cztery lata później 

powrócił do rodzinnej Japonii, żeby wprowadzić tam zeń. Jego podstawową metodą 
nauczania było sikan-

tadza („samo siedzenie"). Dogen kładł wielki nacisk na zasadę, że „praktyka i 
oświecenie są jednym", jak 

również na potrzebę „podtrzymywanego wysiłku".
Drugi Patriarcha: Hui K'e (jap. Eka).

dziesięć kierunków: północ, południe, wschód, zachód, cztery kierunki pośrednie, 
zenit i nadir. Według 

buddyzmu obejmuje to cały wszechświat.
dzioriki (jap.): moc samadhi, dynamiczna energia wypływająca z umysłu skupionego 

poprzez 
koncentrację, a szczególnie przez zazen. Wrażliwe osoby

260

twierdzą że odczuwają dzionki mocnego sesin z odległości setek czy nawet tysięcy 

kilometrów.
Dziosiu Dziusin (chin. Czao Czu Ts'ung Szen, 778-897): jeden z czołowych 

mistrzów zeń okresu Tang; 
jego genialny sposób nauczania można dostrzec w licznych koanach, z których 

najsłynniejszym jest Mu, 
stanowiący pierwszą barierę w systemie koanów. Dziosiu osiągnął kensio w wieku 

osiemnastu lat, a pełne 

background image

oświecenie, gdy miał pięćdziesiąt cztery lata, jednakże nie rozpoczął formalnego 

nauczania, dopóki nie 
przekroczył osiemdziesiątki, po wielu latach pogłębiania i doskonalenia swego 

oświecenia w „walkach 
dharmy" z innymi mistrzami zeń w Chinach. Żył sto dwadzieścia lat.

dziukai (jap.): przyjmowanie buddyjskich wskazań, ceremonia, podczas której 
wstępuje się na drogę 

buddy i formalnie staje się buddystą.
ego: w buddyzmie ego odnosi się do koncepcji siebie jako stałego i odrębnego 

bytu, oddzielonego od 
innych jaźni i od zewnętrznego świata. Dlatego można powiedzieć, że ktoś, kto 

trwa w milczącym uporze 
lub też ktoś, kto deprecjonuje sam siebie, ma równie mocne ego, jak ktoś, kto na 

przykład jest dumny i 
dominujący. Dzięki przebudzeniu widzi się na wskroś iluzoryczną naturę ego.

gasio (jap-): gest szacunku, wdzięczności i pokory, w którym składamy dłonie.
gatha (skt.): wiersz, zazwyczaj krótki, wyrażający wgląd w naukę Buddy. Gat-hy 

często układano przy 
okazji osiągnięcia oświecenia.

guru (skt.): hinduistyczny i tybetański termin oznaczający nauczyciela lub 
przewodnika; niektórzy guru 

uważani są za wcielenie Boga lub Absolutu.
hara (jap): obszar lędźwi wraz z żołądkiem, podbrzuszem i biodrami, jak również 

związane z nim funkcje 
trawienia i wypróżniania. W zeń hara - a dokładniej tanden, czyli dolną część 

brzucha - uważa się za 
żywotne centrum ciała-umysłu. Dzięki skupieniu umysłu w tym rejonie i 

rozpoczynaniu stamtąd wszelkich 
działań można osiągnąć większą umysłową i fizyczną równowagę i pomnożyć zasoby 

energii.
Harada Sogaku, rosi (1870-1961): uważany jest za jednego z najwybitniejszych 

japońskich mistrzów zeń 
naszych czasów. Rosi Harada wytrwale praktykował zarówno w klasztorach szkoły 

Soto, jak i Rindzai, 
zanim stopił to, co najlepsze w obu, w integralną szkołę zwaną obecnie „linią 

Narady" (więcej informacji 
biograficznych o nim można znaleźć w Trzech filarach zeń).

hatha joga (skt.): system dyscypliny oczyszczający i wzmacniający ciało dzięki 
przyjmowaniu rozmaitych 

postaw (asan), kontrolowanemu oddychaniu itp. Pierwotnie celem hatha jogi było 
przygotowanie ciała do 

praktyki duchowej, ale obecnie praktykuje się jadła niej samej.
261

Huang Po Hsi Jun: (jap. Obaku Kiun, 7-850): spadkobierca dharmy Pai Czanga, 
jeden z wielkich chińskich 

mistrzów zeń okresu Tang. Metody Huang Po były bezpośrednie i pełne sHy i 
wykształciły te same cechy 

ducha u najsłynniejszego z jego uczniów Lin Czi (jap. Rindzai).
Isan Reiju (chin. Kuei Szan Ling Ju, 771-853): znamienity mistrz zeń, założyciel 

jednego z .Pięciu domów" 
zeń w Chinach epoki Tang. Isan był łagodny i cierpliwy, a zarazem subtelny i 

głęboki.
karma (skt.): doktryna karmy jest subtelna i niezwykle złożona. W tak krótkim 

wyjaśnieniu jak poniższe 
można zaledwie naszkicować jej podstawowe zasady. Zasadnicze znaczenie słowa 

„karma" to „działanie", 
jak również jego owoce. Można ją rozpatrywać jako prawo przyczynowości na 

poziomie osobowym, gdzie 
stanowi kombinację pierwszorzędnych i drugorzędnych przyczyn. Na przykład w 

wypadku rośliny nasienie 
jast główną przyczyną, a deszcz, wiatr, światło słoneczne itd. są przyczynami 

dalszymi. Podobnie każda 

background image

myśl, wypowiedź i uczynek to nasienie dojrzewające do czasu, gdy w przychylnych 

warunkach zaowocuje 
jako wydarzenie lub okoliczność. Co więcej, jest to ciągły, bezustanny proces, 

bowiem sposób, w jaki 
reaguje się na te okoliczności, określa jakość obecnego, jak również przyszłych 

żywotów. Tym samym 
doktryna karmy odrzuca wszelkie koncepcje „losu" czy „ustalonego przeznaczenia", 

ponieważ zarówno o-
koliczności, jak i nasze reakcje bezustannie się zmieniają Jest więc rzeczą 

jasną że każdy ma w każdej 
chwili możliwość zmiany biegu swej przyszłej karmy.

Jednakże w ramach jednego żywota każda jednostka ma oprócz karmy, którą może 
zmienić, szczególną 

„ustaloną karmę", na przykład płeć lub przynależność gatunkową czy rasową. Te 
karmiczne cechy, 

chociaż ustalone na całe życie, przekształcają się w następnym żywocie, znowu 
zgodnie z 

dojrzewającymi wciąż przeszłymi uczynkami jednostki. Chociaż często mówimy o 
dobrej czy złej 

(bolesnej) karmie, termin ten zazwyczaj odnosi się do tej ostatniej. Tak jest na 
przykład wówczas, gdy 

egoistyczne działania nazywamy „czynami rodzącymi karmę". Ostatnimi czasy 
pojawiło się na Zachodzie 

kilka nowych zastosowań tego słowa. Wśród nich mamy termin „ciężka karma", 
oznaczająca szczególnie 

duży dług, który trzeba odpokutować jako rezultat sprawiających ból myśli i 
działań z tego życia i z 

uprzednich. Słowo „karma" może również oznaczać skłonność u-mysłu do zła, 
wypływającą z zachowania 

od dawna zdominowanego przez ego. Możemy również mówić o tym, że „mamy wspólną z 
kimś karmę", 

mając na myśli wzajemną sympatię lub antypatię, będącą wynikiem bliskiego 
związku w poprzednim 

żywocie.
Karma oznacza, że wszystko bez wyjątku, co nam się przytrafia, sami bezpośrednio 

czy pośrednio, 
częściowo czy całkowicie wprawiliśmy w ruch kiedyś w przeszłości. Budda 

powiedział: Jeżeli pragniesz 
znać przeszłość (przyczynę),

262

patrz na swą teraźniejszość (skutek)." Odpowiedź na znany refren: „Co ja takiego 

zrobiłem, że na to 
zasłużyłem?" brzmi zawsze: „Wiele!" Jednakże cierpienie może również wypływać z 

karmy zbiorowej, w 
której każdy członek grupy zbiera to, co zasiała grupa jako całość. A kiedy 

przyczyny warunkujące czyjaś 
karmę, bez względu na to, czy jest to karma mozołu i haniebnych niepowodzeń, czy 

też szczęścia i 
zaszczytów, wyczerpią się, ta karma znika. (Szersze omówienie karmy można 

znaleźć w Kole życia i 
śmierci tegoż autora.)

kensio Cap.): wejrzenie w swoją Prawdziwą Naturę, a tym samym w naturę 
wszelkiego istnienia. Pierwsze 

przebudzenie, zazwyczaj płytkie.
kinhin (jap.): forma zazen, które praktykuje się chodząc; ma ono miejsce między 

okresami siedzącego 
zazen. Kinhin stanowi ogniwo pomiędzy nieruchomym zazen a zazen w codziennym 

działaniu.
kiosaku (jap-): kij używany do dodawania odwagi w zendo. Ma kształt drewnianego 

spłaszczonego na 
jednym końcu wiosła długości 60-90 cm. Stosowany jest w treningu zeń od wieków 

jako pomoc przy 

background image

koncentracji. Każcie ramię uderza się dwukrotnie w punktach odpowiadających 

południkom 
akupunktycznym. Kiosaku (czasami zwane kejsaku) jest niezwykle pomocne w 

budzeniu drzemiących 
energii i w podnoszeniu na duchu, szczególnie podczas długich okresów siedzenia.

koan (jap-): większość koanów wywodzi się z zaskakujących powiedzeń mistrzów zeń 
lub zdarzeń, 

których źródłem jest nieskrępowane działanie ich przebudzonych umysłów. Koany 
zostały spisane i 

usystematyzowane. Przez całe wieki używano ich do instruowania i sprawdzania 
uczniów podczas 

formalnej praktyki zeń. Każdy koan wskazuje wprost na naszą Prawdziwą Naturę 
przekraczającą wszelkie 

rozróżnienia. Wprawiająca w zakłopotanie ich treść ma na celu „sypnąć uczniowi 
piaskiem w oczy" 

(chodzi tu o rozróżniający intelekt), tak że uczeń zostanie zmuszony do otwarcia 
oka swego Umysłu. Koan 

znaczy dosłownie „publiczny zapis", bowiem nauczyciel wymagając od ucznia 
uchwycenia pierwotnego 

ducha koanu, nie zezwala na żadne jego fałszywe rozumienie. Chociaż mamy c-koło 
1700 zapisanych 

koanów, najlepszym koanem jest dręczące kogoś zapytywanie, takie, którego nie 
można odłożyć na bok, 

dopóki nie dojdzie się do odpowiedzi.
„Kuac!" Gap.): okrzyk nie mający jakiegoś sprecyzowanego znaczenia, który wyraża 

silnego ducha zeń, 
gdy wydaje go osoba odznaczająca się duchową mocą.

lama : dosł. „starszy"; kapłan wadżrajany (odgałęzienie buddyzmu mahajany), 
kwalifikowany do 

nauczania Dharmy.
263

Lin Czi l Hsuan (jap. Rindzai Gtgen, ?-336): wielki mistrz epoki T'ang, który 
choć nieśmiały i bojaźliwy 

przed oświeceniem, później zasłyną] ze swego ognistego ducha i bezpośrednich 
metod nauczania. Był on 

spadkobiercą Huang Po i założycielem szkoły zeń Lin Czi, w której zbiór jego mów 
uważany jest za ważny 

tekst.
łańcuch przyczynowości: zwany również łańcuchem przyczynowego powstawania. Każde 

ogniwo 
powoduje powstanie następnego: niewiedza prowadzi do działania, działanie do 

świadomości, 
świadomość do nazwy i formy (umysłu i ciała), nazwa i forma do sześciu organów 

zmysłowych, sześć 
organów zmysłowych do kontaktu, kontakt do wrażenia, wrażenie do pożądania, 

pożądanie do trzymania 
się, trzymanie się do istnienia, istnienie do narodzin, narodziny do starości i 

śmierci itd.
mahajana : „wielki wóz", jedna z głównych gałęzi buddyzmu. Buddyzm maha-jany, 

znany również jako 
„szkoła północna", wyszedł z północnych Indii i rozprzestrzenił się w Tybecie, 

Mongolii, Chinach, 
Wietnamie, Korei i Japonii. Jest otwarty i bardziej postępowy od drugiego nurtu, 

a mianowicie tradycji 
therawady. Mahajanista dąży do oświecenia po to, aby móc lepiej pomagać innym. W 

tym właśnie celu w 
łonie mahajany rozwinęły się rozmaite formy przystosowania nauk Buddy do 

poszczególnych kulturowych, 
społecznych i indywidualnych potrzeb.

maja (skt.): ułuda lub też świat zjawisk postrzegany przez zasłonę niewiedzy.
makio (jap.): ma - „diabelski", kio - „świat obiektywny": zazwyczaj termin ten 

odnosi się do wizji, 

background image

halucynacji, fantazji, iluzorycznych odczuć, lęków i innych u-mysłowych i 

fizycznych zjawisk, mogących 
powstać podczas zazen. Jednakże w najszerszym znaczeniu tego słowa wszystko co 

nie dosięga 
oświecenia można nazywać makio. (Dalsze informacje na ten temat można znaleźć w 

Trzech filarach 
zeń).

makrobiotyczna dieta: dieta opierająca się na założeniu, że najlepiej dba się o 
zdrowie jedzap naturalne, 

nie poddawane działaniu chemikaliów pożywienie, przy zachowaniu pełnej równowagi 
pierwiastka jang 

(tworzącego zasady) i jin (tworzącego kwasy). Nie ma ona żadnego związku z 
buddyzmem zeń.

mantra (skt.): słowa lub formułki o szczególnej wibracji dźwiękowej, używane w 
buddyzmie tantryckim i w 

innych formach medytacji. Mantry są przekazywane uczniowi przez mistrza w 
momencie inicjacji; dzięki 

gorliwemu powtarzaniu mogą otworzyć umysł ku wglądom. Jedynie oświecony mistrz 
ma autorytet 

duchowy konieczny do dania komuś mantry.
264

mondo (jap.): żywa wymiana pytań i odpowiedzi, zawsze wskazujących na ostateczną 
prawdę między 

dwoma mistrzami, mistrzem a uczniem, lub też zachodząca pomiędzy dwiema czy 
większą liczbą 

duchowo rozwiniętych osób.
monitor: ktoś, kto nie tylko pilnuje porządku. W zeń główny monitor jest prawą 

ręką rosiego podczas sesin, 
ma pieczę nad zendo, na nim wreszcie spoczywa odpowiedzialność za budzenie ducha 

w osobach 
siedzących albo przy pomocy słów, albo poprzez używanie kija kiosaku.

nirwana (skt.): dosł. .wygaśnięcie", nieuwarunkowany niczym stan poza 
narodzinami i śmiercią, osiągany 

po unicestwieniu całej niewiedzy i pożądania i po wyczerpaniu karmy będącej 
przyczyną odradzania się.

parinirwana (skt.): dosł. „całkowite wygaśnięcie". Parinirwana zazwyczaj odnosi 
się do stanu całkowitego 

wyzwolenia osiągniętego przez Buddę Siakiamu-niego w chwili śmierci.
Piąty Patriarcha: Hung Dżen (jap. Obai).

pradżnia (skt.): prawdziwa mądrość, czyli rozumienie, przekraczające różnicujący 
intelekt i 

konwencjonalne prawdy, wynikające z urzeczywistnienia Prawdziwego Umysłu; moc i 
działanie 

oświeconego Umysłu.
pustka zob. siuniata.

Sala Buddy : sala używana do wielkich zgromadzeń, zazwyczaj w innych celach niż 
praktyka formalnego 

zazen, która ma miejsce w zendo. W Sali Buddy odbywają się ceremonie, a rosi 
wygłasza tam formalne 

mowy.
samadhi (skt.): dosł. „złączenie" lub „zjednoczenie osoby medytującej z 

przedmiotem medytacji". W zeń 
samadhi jest stanem intensywnego zaabsorbowania, w którym umysł przekroczył 

wszystkie myśli, 
wizualizacje, wyobrażenia itp. Nie jest to tępa niewrażliwość, lecz głęboka i 

rozświetlona przytomność.
samsara (skt.): nie mający kresu cykl narodzin i śmierci, w którym wszystkie 

zjawiska ulegają bezustannej 
przemianie; świat cierpienia. Buddyzm mahajany uważa samsarę za przeciwieństwo 

nirwany, czyli 
oświecenia.

sangha (skt.): pierwotnie buddyjski zakon monastyczny, ogólnie - wspólnota ludzi 

background image

praktykujących Drogę 

Buddy. Sangha jest jednym z trzech skarbów czy klejnotów buddyzmu wraz z buddą i 
dharmą.

satori (jap.): oświecenie, zazwyczaj głębokie; przebudzenie się ku prawdzie 
znajdującej się poza wszelkim 

dualizmem i zróżnicowaniem. Satori to o wiele więcej niż ekstaza czy 
psychologiczny albo filozoficzny 

wgląd. Jest to duchowe przebudzenie, wywołujące fundamentalne przekształcenie 
osobowości i 

charakteru, dające całkowicie nową wizję świata.
265

sensei (jap.): słowo to zapisuje się dwoma chińskimi znakami: .pierwszy" i „u-
rodzić się", stąd 

pierworodny, starszy, ten któremu należy się szacunek itp. Powszechne angielskie 
tłumaczenie brzmi 

„nauczyciel" lub „instruktor".
sesin (jap.): „koncentrowanie i jednoczenie umysłu", okres intensywnego treningu 

w odosobnieniu, 
trwający zazwyczaj od trzech do siedmiu dni. Surowe sesin przebiegają w 

całkowitym milczeniu, a 
uczestnicy pozostają przez cały czas w miejscu praktyki.

siuniata (skt): pustka, dynamiczne podłoże wszelkiego istnienia. Wszystkie 
zjawiska są zasadniczo puste, 

czyli pozbawione własnej substancji w tym znaczeniu, że są zaledwie nietrwałymi 
przejawami w 

strumieniu nie kończących się przekształceń. Chociaż siuniata jest bezkształtna, 
sama kształtuje 

wszystko; wejrzenie w bezjaźniowość wszystkiego - to właśnie przebudzenie.
srebrna góra i żelazna ściana : metafory opisujące przeszkody, stające na drodze 

osoby dążącej do 
oświecenia; przeszkody te wydają się nie do pokonania. „Tylko ten, kto podejmie 

się robić to, co 
absurdalne, jest zdolny do osiągnięcia tego, co niemożliwe."

stan buddy: samourzeczywistnienie. Pierwsze przebudzenie sprawia, że o-siągamy 
pierwszy etap stanu 

buddy, ale do tego, żeby osiągnąć duchową rangę całkowitego buddy, takiego jak 
Sjakiamuni, potrzeba 

dyscypliny i wysiłku niezliczonych żywotów.
Sutra diamentowa (skt. Wadżraczczedika) : nazwa tej otaczanej wielkim szacunkiem 

sutry mahajany 
wywodzi się od niezrównanej zdolności diamentu do przecinania wszystkiego. Jest 

to tekst poświęcony 
głównie buddyjskiej doktrynie pustki, a jest tak głęboki, że przecina wszystkie 

więzy pojęciowego 
zniewolenia.

Śutra Lankawatara („zstąpienie na Sri Lankę"): jedna z głównych sutr mahajany, 
zawierająca wiele 

metafizycznych i psychologicznych opisów.
Śutra Surangama (skt.): jedna z najbardziej szanowanych sutr mahajany. U-waża 

się, że została napisana 
jakieś pięćset lat po Buddzie. Najcenniejsze w tekście są instrukcje (podane w 

formie pytań i odpowiedzi), 
odnoszące się do praktyki podczas kolejnych etapów wiodących do najwyższego 

oświecenia.
swami (skt.): dosł. „pan", „mistrz" - tytuł hinduistycznego duchowego 

nauczyciela.
sześć światów: sześć krain nieoświeconego istnienia. We wstępującym porządku są 

to: krainy piekieł, 
głodnych duchów (prętów), zwierząt, walczących demonów (asurów), ludzi i 

niebiańskich istot (dewów). 
Te światy, przez które odczuwające istoty bezustannie wędrują naprzód lub 

wstecz, można również 

background image

interpretować psychologicznie, albowiem wszystkie są Jednym Umysłem.

266

Szósty Patriarcha: Huei Nang (jap. Rokuso-daisi).

tai chi (chin. Tai Gzi Cz'uan): starożytne chińskie ćwiczenie medytacyjne 
uprawiane dla zdrowia, 

wyrażające taoistyczne zasady ustępliwości, giętkości i krążenia energii cz'i 
(skt. prana) w ciele. Tai chi 

można również ćwiczyć jako sztukę walki.
Tao (chin.): istota Prawdy wszechświata; droga Prawdy („Droga").

Tathagata (skt.): jedno z określeń Buddy, którym sam się nazywał. Dosłownie 
znaczy: „ten, który tak (w 

ten sposób) przyszedł (lub odszedł)", to jest: ten, który przyszedł tak, jak 
buddowie przed nim. W zeń „tak 

przyszedł" ma nieco inne znaczenie, ponieważ mistrzowie często pytają nowo 
przybyłych: „Co to jest, co 

tak przychodzi?" - innymi słowy: „Pokaż mi swoją Naturę Buddy!"
therawada: południowe odgałęzienie buddyzmu, czasami zwane hinajanąlub „małym 

wozem". Szkoła ta 
jest bardziej sztywna i kładzie większy nacisk na doktrynę niż mahajana. 

Tradycja ta utrzymuje się w 
krajach południowo-wschodniej Azji.

Wajroczana (skt.): „Wszechrozświetlający Budda": najwyższy z niehistorycz-nych 
buddów symbolizujący 

„ciało prawdy" (dharmakaję), czyli uniwersalny u-mysł buddy, przenikający 
wszelki czas i przestrzeń.

wedanta (skt.): system filozofii hinduistycznej oparty na czterech starożytnych 
świętych księgach 

hinduizmu, zwanych Wedami.
Yasutani Hakuun, rosi (1885-1973): wielce szanowany japoński mistrz zeń, 

spadkobierca dharmy rosiego 
Harady. (Dalsze informacje dotyczące jego biografii znaleźć można w Trzech 

filarach zeń).
zazen (jap.): dosł. „siedzące zeń", należy je odróżniać od medytacji, 

opierającej się zazwyczaj na 
wizualizowaniu lub umieszczaniu w umyśle jakiejś koncepcji, idei czy innej formy 

myśli. Podczas 
prawdziwego zazen umysł jest zrównoważony, skupiony na jednym i wolny od 

przypadkowych, 
nieistotnych myśli. Zazen nie ogranicza się do siedzenia, lecz jest kontynuowane 

podczas wszelkich 
działań.

zendo (jap.): sala używana do praktykowania formalnego siedzącego zazen, co jest 
zazwyczaj jedynym 

jej przeznaczeniem. Zendo to serce, najważniejsze miejsce każdego ośrodka zeń.

Spis ilustracji

1. „Siakjamuni schodzący z góry" pędzla Liang K'ai
2. Diagram przedstawiający poziomy świadomości

3. Diagram przedstawiający zależność przyczyny i skutku od świadomości
4. „Bodhidharma" pędzla mistrza zeń Hakuina

5. Fotografia zabalsamowanego ciała Szóstego Patriarchy
6. Stojący bęben

7. Gong w kształcie misy (kejsu)
8. Bęben mokugio - drewniana ryba

9. „Bodhidharma i prostytutka" pędzla nieznanego japońskiego artysty z XVII w.

Spis treści

PRZEDMOWA DO WYDANIA 
POLSKIEGO ............................................................. 7

PRZEDMOWA, Albert 

background image

Low ............................................................................

............9
..........................„......„......_^^

CZĘŚĆ I. / BŁYSKI ZEŃ
WPROWADZENIE....................................................................

...............................^
DIALOGI

1 . GDZIE NARODZIŁ SIĘ ZEŃ - W INDIACH, CHINACH,
CZY 

JAPONII? ........................................ ..............................
..............................23

2. JEŚLI BĘDĘ MÓWIŁ O ZEŃ, TO TO, O CZYM BĘDĘ MÓWIŁ, NIE
BĘDZIE ZEŃ. (spotkanie z grupą 

psychoanalityków) .........................................24
3. CZEMU MISTRZOWIE ZEŃ ODPOWIADAJĄ PRZYKRYM TONEM7................25

4. JEŚLI AMERYKANIE BĘDĄ SPĘDZAĆ CZAS NA MEDYTACJACH, TO KONKURENCYJNE 
SPOŁECZEŃSTWA PRZEGONIĄ ICH, A NAWET 

„POGRZEBIĄ'.....................................................................
................................ 25

5'. ZEŃ l PSYCHOTERAPIA - CZY DADZĄ SIĘ 
POGODZIĆ? ................................ 28

6. CZYM RÓŻNIĄSIĘ TERAPIE PSYCHOFIZYCZNE OD ZEŃ? ........................... 30
7. CZY DOBRZE JEST ŁĄCZYĆ JOGĘ, TAI-CHI LUB KARATE Z ZEŃ? .............. 34

8. CO TO SĄNIEZDROWE 
MYŚLI? .......................................................................35

9. CZY ISTNIEJE SPECJALNA DIETA 
ZEŃ? .........................................................35

10. CZYTANIE O OŚWIECENIU JEST JAK DRAPANIE SWĘDZĄCEJ
STOPY PRZEZ 

BUT. ...........................................................................
............... 37

11. CZYTAĆ, NIE 
CZYTAĆ? ........................................................................

........... 38
12. CO JEST RZECZYWIŚCIE 

RZECZYWISTE? ...................................................41
13. JAK ZNALEŹĆ 

NAUCZYCIELA? ...................................................................
....41

14. NIE MA ŻADNYCH NAUCZYCIELI 
ZEŃ. ..........................................................47

15. TRANSCENDENTALNA MEDYTACJA: KTO CO PRZEKRACZA? ..................48
16. URZĄDZENIA BIOFEEDBACK: ELEKTRYCZNY 

ZEŃ? ...................................49
17. CZY MOGĘ PRAKTYKOWAĆ ZEŃ l BYĆ DOBRYM ŻYDEM

(LUB 
KATOLIKIEM)? ...................................................................

....................... 51
271

18 JAKĄ WARTOŚĆ DLA ZAZEN MA .ŚWIĘTA" 
GÓRA? .....................................52

19 CO TO JEST SATORI? ............... ......................................58
20 CZY JESTEŚ OŚWIECONY' ......................................58

21 CZY OŚWIECENIE MOŻE PRZYJŚĆ BEZ TRENINGU
DUCHOWEGO'' ..      .. .........................................................

.....   58
22 CZY SATORI ROŻNI SIĘ OD PSYCHICZNYCH WGLĄDÓW?....................... 63

23 BEZ BÓLU NIE MA 
OSIĄGNIĘĆ. .................................................................. 66

24 CO TO JEST 
PUSTKA? ...................................................................... 

71

background image

25 CZY COS TRWA PO ŚMIERCI 

BIOLOGICZNEJ?....................................... . 72
26 CZY JESTEŚ ŻYWY CZY 

MARTWY?   ....... . ............................................   79
27 ZEŃ POWIADA „NIE TŁUM UCZUĆ" ALE CO Z GNIEWEM ">....................   80

28 CZY TRZEBA PORZUCIĆ SEKS, ABY OSIĄGNĄĆ OŚWIECENIE?............    82
29 CZY MOŻNA SAMEMU PRACOWAĆ NAD KOANEM? .. .................... 87

30 DLACZEGO ODRZUCA SIĘ DROGĘ MISTRZÓW, ABY IŚĆ ŁATWĄ
ŚCIEŻKĄ? .    .....................88

CZĘŚĆ II /OKRES TRENINGU W ODOSOBNIENIU (SESIN)
WSTĘP   .. .         .            .........        .........      ..............

..............................95
l) MOWY ZACHĘCAJĄCE l KOMENTARZE

1.MOWA ZACHĘCAJĄCA (CZWARTY DZIEŃ) .          .        ..................101
KOMENTARZ DO TRZECH UŁOMNOŚCI - OSIEMDZIESIĄTEGO ÓSMEGO PRZYPADKU Z 

ZAPISKÓW BŁĘKITNEJ SKAŁY (CZWARTY DZIEŃ) ..................103
2. MOWA ZACHĘCAJĄCA (PIĄTY DZIEŃ) .   ...................108

KOMENTARZ DO NIE WIEM BODHIDHARMY - PIERWSZEGO PRZYPADKU ZAPISKÓW BŁĘKITNEJ 
SKAŁY (PIĄTY DZIEŃ) .   . .................111

3. MOWA ZACHĘCAJĄCA (SZÓSTY DZIEŃ) ....................115
KOMENTARZ DO CZŁOWIEKA NA DRZEWIE - PIĄTEGO PRZYPADKU

Z BEZBRAMNEJ ZAPORY MUMONA (SZÓSTY DZIEŃ).................................117
4. MOWA ZACHĘCAJĄCA (SIÓDMY DZIEŃ) .................................122

KOMENTARZ DO KOANU NIE MYŚL O DOBRU ANI O ZŁU -DWUDZIESTEGO TRZECIEGO 
PRZYPADKU Z BEZBRAMNEJ ZAPORY MUMONA (SIÓDMY DZIEŃ) .       ....    

...................................124
272

II) ŚWIADECTWA OŚWIECENIA
1 JA RADOŚĆ POZWALA UJRZEĆ CAŁE MINIONE NIESZCZĘŚCIE-............ 133

2 JEDEN MAŁY KROK l WSZECHŚWIAT WYWRÓCIŁ SIĘ DO GÓRY
NOGAMI ..............................................................137

3 „BEZGRANICZNY RADOSNY 
SPOKÓJ"    .......... ....   ................................138

4 JAKA JESTEM WDZIĘCZNA, ZE JESTEM CZŁOWIEKIEM". ........i............ 144
5 CZASAMI MYŚLĘ, ZE PRZEŻYCIE SEKSUALNE BYŁO BARDZIEJ

REALNE NIŻ KENSIO - Z ODPOWIEDZIĄ ROSIEGO ............... 147
6. Z KAŻDYM DNIEM KLEJNOT ŻYCIA NABIERA BLASKU l PIĘKNA ............... 151

7. TO NAJPIĘKNIEJSZA PRACA CZŁOWIEKA - PO PROSTU CHODZIĆ
PO TEJ 

ZIEMI .                                           ... ......        ............
....164

CZĘŚĆ III /AKTY CZCI l ODDANIA
WSTĘP ..........................................................................

........................................161
I) ŚPIEWY

1. CZTERY ŚLUBOWANIA 
BODHISATTWY........................................................ 165

2. SERCE DOSKONAŁEJ 
MĄDROŚCI .................................................................166

3 PIEŚŃ KU CHWALE ZAZEN - MISTRZA 
HAKUINA.........................................169

4. STROFY WIARY W 
UMYSŁ...........................................................................

..171
II) LIST l ODPOWIEDŹ RELIGIJNY ZEŃ - JO MNIE 

ODPYCHA!"............................................................ 
181

III) DIALOGI
1. CZY SKŁADANIE OFIAR BUDDOM NIE JEST PODLIZYWANIEM SIĘ?......... 187

2. WSPÓŁCZUCIE, TAK JAK MIŁOŚĆ, NIE JEST CZYMŚ, O CZYM SIĘ
MÓWI .....................189

3. CZY KANNON, BODHISATTWA WSPÓŁCZUCIA, NAPRAWDĘ

background image

ISTNIEJE?         . ... ........                         .......................

..................190
4. WYZNAJ SWOJE ZŁE UCZYNKI, A UKRYJ 

DOBRE....................................... 193
273

CZĘŚĆ IV / MORALNOŚĆ l ODPOWIEDZIALNOŚĆ SPOŁECZNA
WSTĘP ..........................................................................

........................................199
I) LISTY l ODPOWIEDZI

1. „CO TO ZNACZY ŻYĆ W ŚWIECIE JAKO BUDDYSTA ZENr ........................201
2. „MEDYTACJA TO UCIECZKA. CO ROBISZ, ŻEBY POMÓC

SPOŁECZEŃSTWU ?"................................................................
.....................205

3. „CZY MUSZĘ PORZUCIĆ RODZINĘ, ABY W PEŁNI WEJŚĆ W2EN ? "........210
II) DIALOGI

1.CZY PRZEBUDZENIE POZWALA ROZWIĄZAĆ DYLEMATY
MORALNE?........................................................................

...............................215
2. ZEŃ JEST PONAD MORALNOŚCIĄ, ALE MORALNOŚĆ NIE JEST

PONIŻEJ 
ZEŃ.............................................................................

......................217
3. BURDELE l 

BUDDYZM ........................................................................
.............220

III) MOWA DHARMY
PIERWSZE WSKAZANIE: NIE ZABIJAĆ, LECZ OCHRANIAĆ WSZELKIE

ŻYCIE ..........................................................................
......................................229

POSŁOWIE-
NOTAAUTOBIOGRAFICZNA .........................................................24

3
PRZYPISY........................................................................

.....................................255
GLOSARIUSZ......................................................................

..................................259
274

CZĘŚĆ IV/MORALNOŚĆ l ODPOWIEDZIALNOŚĆ SPOŁECZNA
WSTĘP...........................................................................

.......................................199
I) LISTY l ODPOWIEDZI

1. „CO TO ZNACZY ŻYĆ W ŚWIECIE JAKO BUDDYSTA ZENT ........................201
2. „MEDYTACJA TO UCIECZKA. CO ROBISZ, ŻEBY POMÓC

SPOŁECZEŃSTWU ?"................................................................
.....................205

3. „CZY MUSZĘ PORZUCIĆ RODZINĘ, ABY W PEŁNI WEJŚĆ W ZEŃ ? "........210
II) DIALOGI

1.CZY PRZEBUDZENIE POZWALA ROZWIĄZAĆ DYLEMATY
MORALNE?........................................................................

...............................215
2. ZEŃ JEST PONAD MORALNOŚCIĄ, ALE MORALNOŚĆ NIE JEST

PONIŻEJ 
ZEŃ ............................................................................

.......................217
3. BURDELE l 

BUDDYZM ........................................................................
.............220

III) MOWA DHARMY
PIERWSZE WSKAZANIE: NIE ZABUAĆ, LECZ OCHRANIAĆ WSZELKIE

ŻYCIE...........................................................................

background image

.....................................229

POSŁOWIE-NOTA 
AUTOBIOGRAFICZNA.........................................................243

PRZYPISY .......................................................................
......................................255

GLOSARIUSZ......................................................................
..................................259

274