background image

MEG CABOT

ZBRODNIE W ROZMIARZE XL

Przekład

Edyta Jaczewska

background image

1

- Halo? Jest tam kto? - Dziewczyna w przymierzalni obok ma głos jak wiewiórka. - 

Halo? Zupełnie jak wiewiórka.

Słyszą,   że   podchodzi   do   niej   sprzedawca,   bo   jego   breloczek   z   kluczami   melodyjnie 

pobrzękuje.

- Słucham? Czy mogę w czymś pomóc?

- Tak. - Bezcielesny (ale nadal wiewiórczy) głos niesie się nad przepierzeniem między 

naszymi boksami. - Macie te spodnie w jakimś mniejszym rozmiarze niż XS?

Zastygam w bezruchu zjedna nogą w połowie nogawki dżinsów, które właśnie wciągam. 

Śnię czy to się dzieje naprawdę? Bo co miałoby być mniejsze niż XS? Przecież mniejszego 

rozmiaru już nie ma?!

No dobra, ostatnio rzadko patrzę na metki. Ale tak się składa, że pamiętam: mniejsze są 

już tylko rozmiary dziecinne...

-   Bo   ja   -   wyjaśnia   sprzedawcy   wiewiórczy   głos   -   zazwyczaj   noszę   S.   A   ta   para   w 

rozmiarze XS totalnie ze mnie spada. A to dziwne. Bo wiem, że nie schudłam, odkąd po raz 
ostatni byłam w waszym sklepie.

Wiewiórce trudno odmówić racji, zdaję sobie sprawę, kiedy podciągam przymierzane 

dżinsy.   Nie   przypominam   sobie,   kiedy   po   raz   ostatni   mieściłam   się   w   M.   No   dobra, 

przypominam sobie. Ale za tym akurat etapem mojej przeszłości jakoś szczególnie nie tęsknię.

Co jest grane? Zwykle noszę XL... Ale przymierzyłam XL i prawie w nich pływałam. To 

samo   z   L.   Dziwne,   bo   ostatnio   nie   stosowałam   diety,   chyba   że   liczy   się   splenda,   którą 
posłodziłam sobie kawę dzisiaj rano przy śniadaniu.

Ale jestem całkiem pewna, że rogalik z serkiem kremowym i bekonem, którego zjadłam 

do kawy, zniósł się wzajemnie z tą splendą.

I   przecież   ostatnio   nie   chodziłam   na   siłownię.   Nie,   żebym   zupełnie   nie   ćwiczyła, 

oczywiście. Po prostu nie robię tego, rozumiecie, na siłowni. Bo w zasadzie można spalić tyle 

samo kalorii, chodząc, co biegając. Więc po co biegać? Już dawno wyliczyłam, że spacer do 
Murray's Cheese Shop na Bleeker, żeby zobaczyć, jakie kanapki mają w specjalnej ofercie na 

lunch, zajmuje dziesięć minut.

A spacer z Murray's do butiku Betsey Johnson na Wooster, żeby sprawdzić, czy nie 

robią jakiejś wyprzedaży (uwielbiam jej welwetowe ciuchy z dodatkiem streczu!) to kolejne 
dziesięć minut.

A   spacer   z   butiku   Betsey   do   Dean   &   Deluca   na   Broadwayu,   na   popołudniowe 

background image

cappuccino, żeby przy okazji przekonać się, czy mają skórki pomarańczowe w czekoladzie, 
które tak lubię, to następne dziesięć minut.

I tak dalej, i zanim się obejrzysz, masz za sobą pełne sześćdziesiąt minut ruchu. I kto 

śmie twierdzić, że nie da się sprostać nowym zaleceniom co do liczby ćwiczeń fizycznych? Jeśli 

ja je mogę wypełnić, to może je wypełnić każdy.

Ale czy to możliwe, żebym od tego całego chodzenia zeszczuplała o całe dwa rozmiary, 

odkąd po raz ostatni kupowałam dżinsy? Wiem, że zredukowałam dzienne spożycie tłuszczu 
mniej więcej o połowę, odkąd w słoju na słodycze stojącym na moim biurku zastąpiłam całuski 

Hersheya darmowymi prezerwatywami ze studenckiego ośrodka zdrowia. Ale mimo wszystko.

- No cóż, proszę pani... - mówi sprzedawca do Wiewiórki. - Te dżinsy rozciągają się do 

figury.   To   znaczy,   że   powinna   pani   mierzyć   dwa   rozmiary   mniejsze   niż   pani   prawdziwy 
rozmiar.

- Co? - W głosie Wiewiórki słychać konsternację.
I wcale jej się nie dziwię. Czuję się tak samo. Zupełnie, jakby człowiek znów musiał 

borykać się z równaniami liniowymi.

- No cóż, jakby to?... - tłumaczy cierpliwie sprzedawca. - Jeśli zazwyczaj nosi pani S, to 

przy dżinsach ze streczem powinna pani przymierzyć XXS.

- No to dlaczego po prostu nie umieścicie na nich rzeczywistych rozmiarów? - pyta 

Wiewiórka (całkiem rozsądnie, moim zdaniem). - Bo jeśli wasze XS to w rzeczywistości M, to 
czemu po prostu nie napiszecie, że to M?

- To się nazywa rozmiar schlebiający klientowi - mówi sprzedawca, nieco zniżając głos.
- Jaki rozmiar? - pyta Wiewiórka, również przyciszając głos. A przynajmniej na tyle, na 

ile może przyciszyć głos Wiewiórka.

- No, wie pani... - Sprzedawca szepcze, ale ja go i tak słyszę. - Obfitszym klientkom 

podoba się, kiedy mogą się zmieścić w M. Chociaż tak naprawdę noszą XL. Rozumie pani?

Zaraz. Co takiego?

Szarpnięciem  otwieram  drzwi  do swojej przymierzalni,  zanim w ogóle zdążyłam  się 

zastanowić, co robię.

- Ja noszę XL - zwracam się do sprzedawcy, który ma spłoszoną minę. I chyba słusznie. 

No bo, dajcie spokój! - Co panu nie odpowiada w XL?

- Ależ nic! - woła przerażony. - Absolutnie nic. Ja tylko chciałem powiedzieć...
- Chciał pan powiedzieć, że XL noszą grubasy?

- Nie - upiera się sprzedawca. - Źle mnie pani zrozumiała. Ja tylko...
- Bo XL to rozmiar, jaki nosi przeciętna Amerykanka - zwracam mu uwagę. Wiem, bo 

background image

właśnie o tym przeczytałam w „People”. - Twierdzi pan, że zamiast reprezentować średnią 
krajową, jesteśmy wszystkie grube?

- Nie - mówi sprzedawca. - Nie, niczego takiego nie twierdzę. Ja... Drzwi sąsiedniej 

przymierzalni   otwierają   się   i   po   raz   pierwszy   oglądam   na   własne   oczy   właścicielkę 

wiewiórczego głosu. Jest w tym samym wieku co młodzież, wśród której pracuję. Widzę teraz, 
że ona nie tylko mówi jak wiewiórka. Właściwie trochę też tak wygląda. No, wiecie. Rezolutna. 

Żywa. Taka drobniutka, że zmieściłaby się do kieszeni dziewczynie normalnej postury.

- A poza tym, przecież wy nawet nie robicie ubrań w jej rozmiarze. I dlaczego? - pytam 

sprzedawcę, kciukiem wskazując Wiewiórkę. - Wie pan, już raczej wolałabym być przeciętna 
niż nie istnieć.

Wiewiórka robi nieco zaskoczoną minę. Ale potem odzywa się do sprzedawcy:
- Hm. Właśnie!

Sprzedawca przełyka ślinę nerwowo. I głośno. Widać, że ma kiepski dzień. Po pracy 

pewnie pójdzie do jakiegoś baru i będzie wszystkim opowiadał: „A potem te baby rzuciły się na 

mnie i dalej się czepiać o rozmiary schlebiające klientowi. To było straszne...”

Do Wiewiórki mówi tylko:

- To ja, hm, może pójdę i, hm, sprawdzę, czy, hm, na zapleczu mamy te dżinsy, którymi 

jest pani zainteresowana.

A potem czmycha.
Spoglądam na Wiewiórkę. Ona spogląda na mnie. Ma może ze dwadzieścia dwa lata i 

jest bardzo jasną blondynką. Też jestem blondynką- z niewielką pomocą ze strony Lady Clairol 
- ale tuż po dwudziestce to ja byłam już ładnych parę lat temu.

Niemniej i tak widzę wyraźnie, że pomijając różnicę wieku i tuszy, Wiewiórkę i mnie 

połączyły więzy, które niełatwo będzie rozerwać.

Obie nas zrobiono w konia za pomocą rozmiarów schlebiających klientowi.
- Weźmiesz je? - pyta Wiewiórka, wskazując ruchem głowy dżinsy, które mam na sobie.

- Chyba tak - odpowiadam. - No bo i tak potrzebuję nowych. Ostatnią parę zarzygano 

mi w pracy.

- Boże... - wzdycha Wiewiórka, marszcząc swój perkaty nosek. - Gdzie ty pracujesz?
- Och - mówię. - W akademiku. To znaczy w domu studenckim.

- Naprawdę? Na Uniwersytecie Nowojorskim? - Wiewiórka jest zaciekawiona. A kiedy 

kiwam głową, woła: - Wiedziałam, że cię skądś znam! W zeszłym roku zrobiłam tam licencjat. 

A w którym akademiku?

- Hm - mówię z zakłopotaniem. - Zaczęłam pracę dopiero tego lata.

background image

- Naprawdę? - Wiewiórka jest nieco zbita z tropu. - To dziwne. Bo wyglądasz tak jakoś 

znajomo...

Nawet nie mam szans wyjaśnić, czemu wyglądam jej jakość znajomo, bo moja komórka 

wydaje z siebie pierwsze takty refrenu z  Vacation  Go-Gos -bolesne przypomnienie faktu, że 

nie należą mi się żadne wakacje, dopóki nie skończy się mój półroczny okres próbny w pracy, a 
to   oznacza   jeszcze   całe   trzy   miesiące   oczekiwania.   Na   wyświetlaczu   pokazuje   się   numer   i 

widzę, że dzwoni moja szefowa. W sobotę.

Więc to powinno być coś ważnego. Prawda?

A jednak nie musi chodzić o nic ważnego. Och, ja uwielbiam moją nową pracę i tak 

dalej - kontakt ze studentami to świetna sprawa, bo oni są bardzo entuzjastycznie nastawieni 

do Wielu kwestii, nad którymi ludzie w ogóle się nie zastanawiają, jak wyzwolenie Tybetu czy 
urlopy macierzyńskie dla pracownic zakładów wyzyskujących tanią siłę roboczą i różne inne 

takie.

Zdecydowany minus pracy w Fisher Hall polega jednak na tym, że mieszkam tuż za 

rogiem akademika. A to oznacza, że jestem łatwo osiągalna dla wszystkich jego pracowników. 
Łatwiej niżbym sobie tego życzyła. No bo rozumiem, jeśli wywołują cię z domu do pracy, bo 

jesteś lekarzem i jeden z twoich pacjentów cię potrzebuje.

Ale kiedy dzwonią do ciebie, bo automat z napojami zjadł komuś drobne, to zupełnie 

inna sprawa. Albo dlatego, że nikt nie może znaleźć formularza wniosku o refundację i chcą, 
żebyś zajrzała do biura i pomogła im szukać.

Chociaż  naprawdę rozumiem, że dla niektórych  to może brzmieć jak najpiękniejsze 

marzenie. No, wiecie,  mieszkać dość blisko biura, żeby móc tam wpaść w razie kryzysu z 

połkniętymi drobnymi. Zwłaszcza w Nowym Jorku. Bo droga z domu do pracy zajmuje mi 
dwie minuty, które w dodatku pokonuję na piechotę (dodając cztery kolejne minuty do swojej 

codziennej porcji ćwiczeń fizycznych).

Muszę   jednak   zaznaczyć,   że   jeśli   chodzi   o  spełnienie   marzeń,   być   może   to   nie   jest 

akurat najbliższe ideału, bo zarabiam tylko dwadzieścia trzy tysiące pięćset dolarów rocznie 
(co   daje   mniej   więcej   dwanaście   tysięcy   dolarów   po   odliczeniu   podatków   miejskich   i 

stanowych, a w Nowym Jorku dwanaście tysięcy dolarów rocznie zapewnia człowiekowi obiad 
i może parę takich dżinsów w rozmiarze schlebiającym klientowi, na które zaraz przepuszczę 

kasę. Nie byłoby mnie stać na mieszkanie na Manhattanie przy takiej pensji, gdyby nie moje 
drugie zajęcie, którym opłacam czynsz. Nie udało mi się dostać „służbowego mieszkania”, bo 

Uniwersytet Nowojorski zapewnia ten „przywilej” - to znaczy mieszkanie w domu studenckim, 
tylko kierownikom administracyjnym, ale nie ich zastępcom).

background image

Ale i tak mieszkam dość blisko Fisher Hall, żeby szefowa uważała, że może do mnie 

dzwonić o każdej porze i prosić, żebym „zajrzała”, ile razy mnie potrzebuje.

Na   przykład   w to  piękne,  słoneczne   wrześniowe   sobotnie  popołudnie,  kiedy   kupuję 

dżinsy, bo poprzedniego dnia jakiś student pierwszego roku wypił nieco za dużo wzmacnianej 

lemoniady w Upalonej Wronie i zdecydował się podnieść z ziemi, i zwymiotować ją na mnie, 
kiedy przykucnęłam zbadać mu puls.

Rozważam właśnie za i przeciw odebrania tego telefonu - za: może Rachel dzwoni, żeby 

mi   zaproponować   podwyżkę   (mało   prawdopodobne),   przeciw:   może   Rachel   dzwoni,   żeby 

mnie   poprosić,   żebym   zabrała   do   szpitala   jakiegoś   pijanego   do   nieprzytomności 
dwudziestolatka (prawdopodobne) -kiedy Wiewiórka nagle wrzeszczy:

-   O  mój  Boże!   Wiem,  czemu   wyglądasz   tak   znajomo!  Czy   ktokolwiek   powiedział   ci 

kiedyś, że wyglądasz zupełnie jak Heather Wells? No wiesz, ta piosenkarka?

W tych okolicznościach decyduję, że moja szefowa pogada sobie z pocztą głosową. Już i 

tak wszystko układa się paskudnie (patrz: rozmiar XL), a teraz jeszcze i to. Totalnie powinnam 

była nie ruszać się z domu i kupić sobie dżinsy przez Internet.

-   Naprawdę   tak   uważasz?   -pytam   Wiewiórkę   głosem   pozbawionym   szczególnego 

entuzjazmu. Ale ona tego braku entuzjazmu w ogóle nie zauważa.

- O mój Boże! - wrzeszczy ponownie. - Ty nawet brzmisz jak ona! Ale przypadek! Tylko 

- dodaje ze śmiechem -jakim cudem Heather Wells miałaby pracować w akademiku, prawda?

- W domu studenckim - poprawiam ją odruchowo. Bo tak powinniśmy go nazywać, 

ponieważ określenie dom studencki rzekomo rozbudza poczucie ciepła i jedności wśród jego 
mieszkańców,  którzy,  w  przeciwnym   razie,   mogliby  uznać,  że   mieszkanie  w  czymś,  co  się 

nazywa akademikiem, tchnie instytucjonalnym chłodem i brakiem domowej atmosfery.

Jakby   fakt,   że   lodówki   w   ich   pokojach   są   na   stałe   przymocowane   do   podłogi,   nie 

zdradzał natychmiast prawdziwego stanu rzeczy.

- Och, hej - mówi Wiewiórka, nagle poważniejąc. - Nie, żeby było w tym coś złego. To 

znaczy w pracy w akademiku. Ale ty się nie obraziłaś, że powiedziałam, że jesteś podobna do 
Heather Wells, prawda? Bo wiesz, ja totalnie miałam wszystkie jej płyty. I wielki plakat nad 

łóżkiem. Kiedy miałam jedenaście lat.

- W najmniejszym stopniu - odpowiadam - nie czuję się urażona. Wiewiórka spogląda z 

ulgą.

- To dobrze - mówi. - No cóż, chyba lepiej pójdę poszukać jakiegoś sklepu, który w 

ogóle ma mój rozmiar.

- Taa - odpowiadam i mam ochotę podpowiedzieć jej Gap Kids, ale się gryzę w język. Bo 

background image

to nie jej wina, że jest filigranowa. Tak samo jak to zupełnie nie moja wina, że noszę rozmiar 
przeciętnej Amerykanki.

Dopiero stojąc przy kasie,  sprawdzam  pocztę głosową,  żeby  zobaczyć,  czego chciała 

moja   szefowa.   Słyszę   jej   głos,   zawsze   tak   opanowany   i   spokojny,   ale   teraz   pełen   histerii. 

Ledwie powstrzymywanej:

- Heather, dzwonię, żeby dać ci znać, że w budynku doszło do śmiertelnego wypadku. 

Proszę, skontaktuj się ze mną jak najszybciej.

Zostawiam dżinsy w rozmiarze M na kontuarze  i zaliczam kolejny kwadrans swojej 

zalecanej dziennej dawki ruchu, biegnąc - tak, biegnąc - całą drogę ze sklepu do Fisher Hall.

background image

2

Pierwsza rzecz, która rzuca mi się w oczy, kiedy skręcam za róg Washington Square 

West, to wóz straży pożarnej zaparkowany na chodniku. Wóz straży pożarnej stoi na chodniku 
zamiast   na   jezdni,   dlatego   że   wjazd   w   ulicę   blokuje   budka,   w   której   sprzedają   stringi   w 

lamparcie cętki po pięć dolarów sztuka - cena wydaje się atrakcyjna, ale kiedy przyjrzycie się 
dokładniej, zauważycie, że stringi obrębione są czarną koronką, która wygląda, jakby mogła 

człowieka drapać, kiedy dostanie się, no same wiecie gdzie.

Urząd miejski prawie nigdy nie pozwala zamykać wjazdu w Washington Square West, 

ulicę, przy której mieści się Fisher Hall, ale stowarzyszenie mieszkańców widocznie zażądało 
od lokalnego radnego, żeby odwzajemnił jakąś przysługę czy coś, bo udało im się na tę właśnie 

sobotę zamknąć dla ruchu całą tę stronę parku i zorganizować uliczny festyn. Wiecie, o czym 
mówią,  prawda?  Sprzedawcy  kadzidełek,  facet ze skarpetkami,  uliczni  portreciści,  cyrkowi 

klauni i rzeźby z drutu...

Za pierwszym razem, kiedy poszłam na uliczny festyn na Manhattanie, byłam w tym 

samym wieku co dzieciaki, z którymi teraz pracują. Wtedy się zachwycałam: „Och, uliczny 
festyn! Ale fajnie!” Jeszcze nie wiedziałam, że te same skarpetki można kupić w Macy's nawet 

taniej, niż sobie życzy ten facet ze stoiska.

Zresztą,  prawdę mówiąc,  okazuje się, że jeśli byłaś na jednym festynie ulicznym na 

Manhattanie, to zupełnie jakbyś była na wszystkich.

Nic nie mogło wyglądać bardziej niewłaściwie niż stoisko ze stringami przed wejściem 

do Fisher Hall.  To po prostu nie jest budynek, do którego pasują stringi..  Majestatycznie 
góruje nad Washington Square Park, zbudowany z czerwonej cegły gdzieś koło 1850 roku. Z 

jakichś papierów, które znalazłam w swoim biurku pierwszego dnia pracy, dowiedziałam się, 
że co pięć lat uniwersytet na polecenie urzędu miasta zatrudnia firmę, która wywierca całą 

starą zaprawę i wymieniają na nową, żeby cegły z murów Fisher Hall nie spadały na ludzi.

Niezły pomysł. Tyle że mimo starań urzędu miasta z Fisher Hall i tak wypadają różne 

rzeczy i nietrudno oberwać w głowę. Docierały do mnie raporty na temat spadających butelek, 
puszek,   części   odzieży,   książek,   kompaktów,   warzyw,   torebek   żelków,   a   raz   nawet   całego 

pieczonego kurczaka.

Mówię   wam,   kiedy   mijam   Fisher   Hall,   zawsze   spoglądam   w   górę,   tak   na   wszelki 

wypadek.

Ale   nie   dzisiaj.   Dzisiaj   nie   odrywam   wzroku   od   frontowych   drzwi.   Usiłuję   się 

zorientować, jak dostanę się do środka, biorąc pod uwagę wielki tłum, który przed nim koczuje 

background image

- i funkcjonariusza nowojorskiej policji stojącego w drzwiach. Wygląda to tak, jakby oprócz 
dziesiątków   turystów   przybyłych   na   uliczny   festyn,   mniej   więcej   połowa   studentów   z 

akademika stała na zewnątrz, czekając, aż ich znów wpuszczą do budynku. Nie mają pojęcia, 
skąd   to   całe   zamieszanie.   Poznaję   to   po   pytaniach,   którymi   się   przerzucają,   usiłując 

przekrzyczeć   dźwięki   fletni   Pana   dobiegające   z   kolejnego   straganu   stojącego   przed 
budynkiem, a sprzedającego, hm... Kasety z muzyką na fletni Pana.

- Co się dzieje?
- Nie mam pojęcia. Wybuchł pożar?

- Pewnie znów ktoś przypalił gulaszyk.
- Nie, to Jeff, Znów naćpał się bhangu.

- Jeff, ty głupku!
- Tym razem to nie ja, słowo!

Nie   mają   pojęcia,   że   w   budynku   ktoś   zginął.   Gdyby   wiedzieli,   nie   rzucaliby   takich 

żartów o bhangu. Na pewno nie.

No dobra - chyba nie.
Potem odkrywam w tłumie znajomą twarz. Twarz kogoś, kto z pewnością wie, co się 

tutaj dzieje. Widzą to po jej minie. Nie jest zmartwiona wyłącznie tym, że straż pożarna nie 
chce jej wpuścić do budynku. Jest zmartwiona, bo wie.

- Heather! - Magda, zauważając mnie w tłumie, macha dłonią ozdobioną jaskrawym 

manikiurem. - Och, Heather! To straszne!

Magda, w służbowym różowym fartuchu (pracuje w stołówce) i legginsach w lamparcie 

cętki, potrząsa sztywnymi lokami i nerwowo, głęboko zaciąga się papierosem Virginia Slim, 

którego trzyma między dwoma palcami zakończonymi pięciocentymetrowymi paznokciami. 
Na każdym z paznokci jest maleńka replika amerykańskiej flagi. Bo chociaż Magda odwiedza 

swoją ojczystą Republikę Dominikany, kiedy tylko może, wielkim patriotyzmem darzy swoją 
nową ojczyznę i wyraża swoją miłość do niej za pomocą sztuki zdobienia paznokci.

Dzięki temu ją właściwie poznałam. Prawie cztery miesiące temu, u manikiurzystki. To 

w ten sposób w ogóle dowiedziałam się o wolnej posadzie w akademiku (to znaczy w domu 

studenckim). Zastępczyni kierownika administracyjnego pracująca tu przede mną - niejaka 
Justine - została właśnie zwolniona za zdefraudowanie siedmiu tysięcy dolarów z podręcznej 

kasy, fakt, który nie na żarty rozsierdził Magdę, kasjerkę ze stołówki akademika (to znaczy 
domu studenckiego).

-   Dałybyście   wiarę?   -   Magda   skarżyła   się   wszystkim,   którzy   chcieli   słuchać,   kiedy 

pedicurzystka malowała mi paznokcie u nóg na kolor Hot Tamale Red; bo wiecie, nawet jeśli 

background image

cała reszta życia ci się Wali, jak wtedy mnie, to przynajmniej twoje paznokcie u nóg nadal 
będą wyglądać ładnie.

-Magda,   której   kilka   stanowisk   dalej   techniką   natryskową   nakładano   na   kciuki 

miniaturowe   Statuy   Wolności   dla   uczczenia   Dnia   Pamięci   Narodowej,   z   rosnącą   wzniosłą 

pogardą opisywała Justine, moją poprzedniczkę.

- Zamówiła z Office Supply dwadzieścia siedem grzejników olejowych i porozdawała je 

znajomym na prezenty ślubne!

Nadal nie mam pojęcia, jak wygląda grzejnik olejowy ani czemu ktoś miałby chcieć 

dostać  coś takiego  w  prezencie  ślubnym.  Ale  kiedy  usłyszałam,   że zwolniła   się posada  ha 
uczelni,   gdzie   jednym   z   przywilejów   pracowniczych   -poza   dwudziestoma   dniami   urlopu 

rocznie i pełną opieką zdrowotną i dentystyczną-jest darmowa nauka, aż podskoczyłam.

Rzeczywiście, wiele zawdzięczam Magdzie. I wcale nie tylko dlatego, że mi pomogła w 

znalezieniu pracy (ani dlatego że pozwala mi jeść w stołówce za darmo, kiedy tylko chcę - co 
może być jednym z powodów tego, że już nie noszę M, chyba że według skali rozmiarów 

schlebiających klientowi), ale dlatego że została jedną z moich najlepszych przyjaciółek.

- Mag - mówię, podchodząc do niej. - O kogo chodzi? Kto zginął?

Bo   nie   mogę   się   przestać   martwić,   że   to   ktoś,   kogo   znam,   na   przykład   jedna   ze 

sprzątaczek,   które   zawsze   są   takie   kochane   i   usuwają   rozmaite   plamy   po   ludzkich 

wydzielinach   i   wydalinach,   nawet   jeśli   nie   mają   tego   w   umowie   o   pracę.   Albo   jeden   ze 
studentów-praktykantów,   których   powinnam   nadzorować   -powinnam   jest   tu   kluczowym 

słowem, bo w ciągu trzech miesięcy, które przepracowałam w Fisher Hall, tylko garstka moich 
praktykantów   rzeczywiście   zrobiła   to,   co   im   nakazałam   (wielu   z   nich   zachowuje  lojalność 

wobec Justine o lepkich rączkach).

A jeśli już faktycznie robią to, o co poproszę, to tylko wtedy, kiedy chodzi, na przykład, 

o   sprawdzenie   i   uprzątnięcie   pokoju,   z   którego   ktoś   się   wyprowadził.   Tak,   wtedy   chętnie 
wynoszą wszystkie pozostawione rzeczy. Na ogół są to na wpół pełne butelki jagermeistera.

Więc kiedy następnego dnia przychodzę do pracy, nie mogę się doprosić, żeby któryś z 

nich zszedł na dół i posortował pocztę, bo mają solidnego kaca.

Ale jest tam trochę młodzieży, którą naprawdę z całego serca polubiłam. Na przykład 

studenci na stypendiach. Oni nie przyjechali do Nowego Jorku wyposażeni w kartę Visa, którą 

mamusia   czy   tatuś   z   największą   rozkoszą   spłacają   co   miesiąc,   ale   rzeczywiście   muszą 
pracować, żeby opłacić podręczniki i czesne, więc często biorą zmianę od czwartej po południu 

do północy przy kontuarze recepcji w sobotni wieczór. I wcale nie muszę ich o to błagać.

- Och, Heather - szepcze Magda. Tylko że ona wymawia to jak: „Hajder”. Szepcze, bo 

background image

nie chce, żeby dzieciaki zorientowały się, co się tu naprawdę dzieje. Cokolwiek tu się dzieje. - 
Jedna z moich małych gwiazdeczek!

- Studentka?
Widzę, że ludzie z tłumu przyglądają się Magdzie z zaciekawieniem. Nie dlatego, że 

dziwnie   wygląda.   No   dobrze,   może   rzeczywiście   trochę   dziwnie   wygląda,   zwłaszcza   z   tym 
makijażem - Christina Aquilera wyglądałaby przy niej jak zwolenniczka naturalnego wyglądu - 

i z tymi naprawdę długimi paznokciami i tak dalej.

Ale to jest w końcu Village, gdzie wygląd Magdy można by nawet uznać za całkiem 

konserwatywny.

To tych „gwiazdeczek” ludzie nie rozumieją. Za każdym razem, kiedy jakiś student (albo 

studentka) wchodzi do stołówki w Fisher Hall, Magda bierze od niego (albo od niej) karnet na 
posiłki, wsuwa go w czytnik i podśpiewuje:

- Patrzcie na te wszystkie przepięęękne gwiazdeczki, które przychodzą tu jeść. Mamy 

takie szczęście, że w Fisher Hall jest tyle przepięęęknych gwiazdeczek!

W pierwszej chwili sądziłam, że Magda po prostu usiłuje schlebiać studentom sztuk 

dramatycznych - a jest ich tu, na Uniwersytecie Nowojorskim, zatrzęsienie, o wiele więcej niż 

słuchaczy wstępnej szkoły medycznej czy finansów i bankowości.

Potem, któregoś dnia w stołówce, Magda oświeciła mnie, że Fisher Hall jest w gruncie 

rzeczy całkiem znanym miejscem. I wcale nie z powodów, których możecie się domyślać - nie 
dlatego, że położony jest przy historycznym Washington Square, gdzie kiedyś mieszkał Henry 

James, i nie dlatego że po przeciwnej stronie ulicy stoi sławne Drzewo Wisielców, gdzie w 
XVIII   wieku   odbywały   się   publiczne   egzekucje.   I   nawet   nie   dlatego,   że   park   był   kiedyś 

cmentarzem   dla   ubogich,   więc   teraz   te   wszystkie   ławki   i   budki   z   hot   dogami...?   No   cóż, 
owszem, stoją na ludzkich grobach.

Nie. Według Magdy, Fisher Hall jest sławny, bo nakręcono tu jedną ze scen do filmu 

Wojownicze żółwie Ninja. Donatello czy Raphael, czy jakiś inny żółw - nigdy nie umiem ich 

spamiętać ani odróżnić - skakał na linie z apartamentu na ostatnim piętrze Fisher Hall na 
dach sąsiedniego budynku, a wszystkie dzieciaki z akademika zagrały jako statyści, patrząc w 

górę i ze zdumieniem pokazując sobie palcami jego akrobatyczne wyczyny.

Poważnie. Fisher Hall ma naprawdę całkiem frapującą historię.

Tyle że dzieciaki, które zagrały w tamtym filmie jako statyści, już dawno pokończyły 

studia i wyprowadziły się z Fisher Hall.

Więc to chyba trochę dziwne, że Magda wciąż wraca do tego tematu, jeszcze po tylu 

latach.

background image

Ale   w   zasadzie   można   zrozumieć,   czemu   ktoś   taki   jak   Magda   uważa   Amerykę   za 

wspaniały kraj, skoro scenę z bardzo znanego filmu nakręcono w jej miejscu pracy.

Co oczywiście nie zmienia faktu,  że jeśli się nie zna tej historii, to wszystkie „moje 

gwiazdeczki” Magdy mogą się wydawać nieco... no cóż, nienormalne.

Pewnie dlatego tyle osób z zaciekawieniem spoglądało w naszą stronę, podsłuchawszy 

jej stłumiony okrzyk.

Nie   chcąc,   żeby   dzieciaki   połapały   się,   że   coś   jest   poważnie   nie   w   porządku,   biorę 

Magdę za ramię i prowadzę ją na bok, w kierunku jednego z tych iglaków w donicach, które 

ustawione   są   przed   budynkiem   -   a   które,   niestety,   studenci   często   traktują   jak   prywatne 
popielniczki.

- Co się stało? - pytam ją, przyciszając głos. - Rachel zostawiła mi wiadomość, że w 

budynku ktoś zginął, ale nie powiedziała nic więcej. Wiesz kto? I co to za wypadek?

- Nie wiem - szepcze Magda, kręcąc głowa. - Siedzę sobie przy swojej kasie, a tu nagle 

słyszę wrzaski i ktoś mówi, że jakaś dziewczyna leży na dnie szybu windy i że nie żyje.

-   O   mój   Boże!   -   Jestem   zaszokowana.   Spodziewałam   się   usłyszeć   o   zgonie   z 

przedawkowania   narkotyków   albo   o   brutalnym   napadzie;   w   budynku   dwadzieścia   cztery 

godziny   na   dobę   dyżuruje   ochrona,   ale   to   nie   znaczy,   że   czasem   jakiemuś   podejrzanemu 
typowi nie uda się wśliznąć do środka. W końcu to jest Nowy Jork.

Ale śmierć w windzie?
Magda ma oczy wilgotne od łez, ale mężnie stara się nie rozpłakać - bo wtedy studenci, 

którzy i tak mają skłonność do dramatyzowania, połapaliby się, że coś jest naprawdę nie w 
porządku (nie zrobiłoby to też za dobrze licznym warstwom tuszu na rzęsach Magdy) i dodaje:

- Mówią, że ona... Jak wy to określacie? Jeździła na dachu windy?
- Że surfowała?  - Jestem teraz  jeszcze bardziej wstrząśnięta.  - Że to był surfing na 

windach?

-   Tak.   -   Magda   delikatnie   dotyka   kącika   oka   czubkiem   ozdobionego   paznokcia   i 

strzepuje łzę. - To dlatego nie wpuszczają nikogo do środka. Bez wind małe gwiazdeczki nie 
mogą się dostać do swoich garderób, ale najpierw trzeba usunąć...

Magda przerywa ze szlochem. Obejmuję ją ramieniem i szybko obracam do siebie, w 

tym samym stopniu, żeby ją pocieszyć, co żeby stłumić odgłosy płaczu. Studenci ciągle zerkają 

w naszą stronę. Nie chcę, żeby zauważyli, że dzieje się coś bardzo złego. I tak wystarczająco 
szybko się dowiedzą.

Tylko że pewnie będzie im w to łatwiej uwierzyć niż mnie.
W sumie nie powinnam aż tak się dziwić. Surfing na Windach to problem wszystkich 

background image

kampusów   -   nie   tylko   na   Uniwersytecie   Nowojorskim,   ale   na   uczelniach   w   całym   kraju. 
Niektóre   dzieciaki   nie   mają   nic   lepszego   do   roboty   niż   naćpać   się,   a   potem   nawzajem 

podpuszczać   do   skakania   ż   dachu   jednej   kabiny   Windy   na   drugą,   kiedy   te   się   mijają   w 
ciemnych szybach. Co rusz pojawiają się doniesienia o kolejnym amatorze mocnych wrażeń, 

któremu ucięło głowę w trakcie takich popisów.

Chyba wcześniej czy później musiało się to zdarzyć i w Fisher Hall. Tylko że...

Tylko że Magda ciągle mówiła: „ona”. Że to jakaś dziewczyna zginęła. A to dziwne, bo ja 

nigdy,   ani   razu,   nie   słyszałam   o   tym,   żeby   dziewczyna   uprawiała   surfing   na   windach.   A 

przynajmniej nie w Fisher Hall. A potem Magda podnosi głowę znad mojego ramienia i mówi:

- Oho!

Obracam się, żeby zobaczyć, o co jej chodzi, i ze świstem wciągam powietrze w płuca. 

Bo w naszą stronę zmierza pani Allington, żona Phillipa Allingtona - który ostatniej wiosny 

rozpoczął kadencję szesnastego rektora tej uczelni - idzie w naszą stronę chodnikiem.

Wiem mnóstwo o Allingtonach, ponieważ kolejną rzeczą, jaką znalazłam w papierach 

Justine   -   zanim   je   wszystkie   wyrzuciłam   -   był   artykuł   wycięty   z   „New   York   Timesa”, 
rozwodzący się szczegółowo nad tym, że nowo mianowany rektor zdecydował się zamieszkać w 

domu   akademickim,   a   nie   w   jednej   z   luksusowych   posiadłości,   które   również   stanowią 
własność uczelni.

Phillip Allington - głosił artykuł - nie chce tracić kontaktu ze studencką społecznością 

uczelni. Kiedy wraca ze swojego biura do domu, jedzie tą samą windą co studenci pierwszych 

roczników, dla których stanowi najwyższą władzę.

„Times” ani słowem nie wspominał, że rektor i jego rodzina mieszkają w luksusowym 

apartamencie, który zajmuje całe ostatnie, dwudzieste piętro Fisher Hall, i że tyle razy skarżyli 
się   na   windy   przystające   na   każdym   piętrze,   bo   na   każdym   ktoś   wsiada   lub   wysiada,   że 

ostatecznie Justine wyrobiła im klucze do ręcznego sterowania.

Poza skargami na windy żona rektora Allingtona, Eleanor, nie ma chyba zbyt wiele do 

roboty. Ile razy ją widzę, właśnie wraca z zakupów albo wybiera się na zakupy do Saksa na 
Piątej Alei. Poświęca się zakupom z takim zapamiętaniem, z jakim zawodniczka olimpijska w 

lekkiej atletyce oddaje się treningom na bieżni.

Tyle że wybrana przez panią Allington dziedzina sportu zdaje się obejmować - poza 

zakupami   -   konsumowanie   potężnych   ilości   wódki.   Kiedy   ona   i   doktor   Allington   wracają 
późnym   wieczorem   z   kolacji   z   członkami   zarządu   uczelni,   pani   Allington   nieodmiennie 

wywołuje   zamieszanie   w   holu,   zazwyczaj   na   temat   swoich   ukochanych   kakadu   -   a 
przynajmniej tak mi mówił Pete, mój ulubiony uniwersytecki ochroniarz.

background image

-   Te   ptaki   -   wycedziła   kiedyś   do   niego   -   te   ptaki   nienawidzą   cię   do   szpiku   kości, 

grubasie.

Co   jest,   mówiąc   szczerze,   dość   niegodziwe.   I   nieprecyzyjne,   bo   Pete   wcale   nie   jest 

gruby. Jest, no wiecie. Przeciętny.

Pijackie ataki werbalne pani Allington nieraz bywają źródłem sporego ubawu w holu, 

przy kontuarze  recepcji,  która  dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę  obsługiwana  jest przez 

studentów-praktykantów   -   tych,   których   powinnam   nadzorować.   Późnym   wieczorem,   jeśli 
rektora   Allingtona   nie   ma   w  domu,   pani   Allington   dzwoni   czasem   do  recepcji,   zgłaszając 

przedziwne problemy - że na jej tarasie są kojoty albo że maleńkie niewidzialne krasnoludki 
walą młotami w zagłówek jej łóżka.

Według Pete'a początkowo te informacje wprawiały studentów w konsternację, więc 

przywoływali   biperem   mieszkających   w   akademiku   asystentów   -studentów   ostatnich 

roczników,   którzy   w   zamian   za   darmowe   zakwaterowanie   i   wyżywienie   mają   sprawować 
funkcję kogoś w rodzaju opiekunów - po jednym na piętro. Asystenci z kolei zawiadamiali 

kierowniczkę administracyjną budynku, która jechała na dwudzieste piętro sprawdzić, co się 
dzieje.

Ale kiedy pani Allington otwierała drzwi, z zapuchniętymi oczami, owinięta welurowym 

szlafrokiem - Ja wiem! Welur! Niemal tak samo świetny jak welwet ze streczem! - mówiła 

tylko: „Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, tłuściochu”.

Podczas gdy za jej plecami (według wielu asystentów, którzy opowiadali takie historie) 

szaleńczo darły się kakadu.

Historie z dreszczykiem.

Ale najwyraźniej dla pani Allington pozbawione tego dreszczyku, który mają dla reszty 

z nas, bo następnego ranka ona robi takie wrażenie, jakby niczego nie pamiętała, i wyrusza do 

Saksa niczym królowa - królowa Fisher Hall.

Zupełnie jak teraz. Obładowana torbami zakupów pani Allington spogląda chłodno na 

policjanta, który blokuje wejście do Fisher Hall.

- Wybaczy pan, ja tu mieszkam.

-   Przykro   mi,   proszę   pani   -   odpowiada   policjant.   -   Tylko   służby   ratunkowe. 

Mieszkańców jeszcze do budynku nie wpuszczamy.

- Nie jestem jakąś tam mieszkanką. - Pani Allington zdaje się nadymać na wzór swoich 

wypchanych toreb. - Jestem... Jestem... - Jakoś nie bardzo może się zdecydować, kim jest. Ale 

policjanta to zupełnie nie obchodzi.

- Przykro mi, proszę pani - powtarza. - Może pójdzie sobie pani trochę popatrzeć na 

background image

uliczny festyn, co? Albo tam, po drugiej stronie, w parku, są całkiem przyjemne ławki. Może 
sobie pani odsapnie, dopóki nie dostaniemy potwierdzenia, że znów możemy wpuszczać ludzi 

do środka, dobrze?

Pani Allington jakoś marnie wygląda - porzucam więc Magdę, bo pani Allington ma 

taką minę, jakby potrzebowała mnie bardziej. Stoi tam bezradnie, ubrana w parę przyciasnych 
designerskich dżinsów, jedwabną bluzkę i tony złotej biżuterii, a torby z zakupami ciążą jej w 

rękach. Bezgłośnie otwiera i zamyka usta, skonsternowana. Wyraźnie pobladła.

- Czy pani mnie słyszała? - pyta policjant. - Nikomu nie wolno wchodzić do środka. 

Widzi pani tych studentów? Oni też czekają. Więc albo czeka pani z nimi, albo proszę nie robić 
zbiegowiska.

Ale   wydaje   się,   że   pani  Allington   straciła   czucie   w   nogach.   Moim   zdaniem   ona   się 

zwyczajnie   chwieje.   Podchodzę   i   biorę   ją   pod   ramię.   Nie   daje   żadnego   znaku,   że   mnie 

rozpoznała.  Wątpię,   żeby  w  ogóle  wiedziała,  kim jestem.  Chociaż   kiwa  mi  głową  w każdy 
powszedni dzień, kiedy wychodzi z windy i mija drzwi mojego biura, idąc w tango - to znaczy 

wybierając się na zakupy - i mówi: „Dzień dobry, Justine” (chociaż często ją poprawiam), 
podejrzewam, że mój widok w weekend i poza budynkiem akademika zbił ją z tropu.

-   Jej   mąż   jest   rektorem   uniwersytetu,   panie   władzo   -   mówię,   skinieniem   głowy 

wskazując panią Allington, która z osłupieniem gapi się na jakiegoś studenta o fioletowych 

włosach i z kolczykiem w łuku brwiowym. - Phillip Allington. Mieszkają w apartamencie na 
ostatnim piętrze. Moim zdaniem, ona nie za dobrze się czuje. Czyja... czy mogłabym po prostu 

pomóc jej dostać się do środka?

Policjant przygląda mi się uważnie.

- Czyja skądś panią znam? - pyta. To nie żaden podryw. No cóż, w moim przypadku to 

nigdy nie bywa podryw.

- Pewnie z sąsiedztwa - odpowiadam z udawaną swobodą. - Pracuję w tym budynku. - 

Pokazuję   mu   służbowy   identyfikator,   ten   ze   zdjęciem,   na   którym   wyglądam,   jakbym   była 

pijana, chociaż wcale nie byłam. Przynajmniej aż do chwili, kiedy obejrzałam zdjęcie. - Widzi 
pan? Jestem zastępczynią kierownika administracyjnego.

Policjantowi chyba nie zaimponowałam stanowiskiem, ale odpowiada mi, wzruszając 

ramionami:

- Niech będzie. Proszę ją wprowadzić do środka, jeśli pani chce. Ale nie wiem, jak ją 

pani zabierze na górę. Windy są nieczynne.

Ja   też   nie   wiem,   jak   zdołam   odtransportować   panią   Allington   na   górę,   biorąc   pod 

uwagę, że z takim trudem utrzymuje się na nogach. Będę ją chyba musiała nieść. Magda, która 

background image

zauważa moje. kłopotliwe położenie, przewraca oczami, ale gasi papierosa i dzielnie rusza w 
naszą stronę, gotowa nieść wszelką pomoc.

Ale   zanim   udaje   jej   się   do   nas   podejść,   dwie   młode   kobiety   w   standardowym 

umundurowaniu   studentek   Uniwersytetu   Nowojorskiego   -   dżinsy   biodrówki   i   kolczyki   w 

pępkach - wypadają przed budynek, z trudem łapiąc oddech.

- O mój Boże, Jeff! - woła jedna z nich do nałogowego konsumenta bhangu. - Co się 

dzieje z tymi windami? Musiałyśmy schodzić schodami z siedemnastego na sam dół.

- Chyba umrę - oświadcza druga.

- Poważnie. - Pierwsza dziewczyna głośno sapie. - Za te pieniądze można by oczekiwać, 

że rektor zdoła zainwestować w windy, które nie będą się wiecznie psuły.

Nie umyka mojej uwadze nienawistne spojrzenie pani Allington, która popełniła kiedyś 

błąd i pozwoliła opublikować swoje zdjęcie w studenckiej gazecie, stając się w akademiku (to 

znaczy w domu studenckim) łatwym celem różnych uwag.

- Chodźmy, pani Allington - mówię szybko, ciągnąc ją za ramię. -Wejdźmy do środka.

- Nareszcie—mówi pani Allington, nieco się potykając, kiedy Magda chwyta ją z drugiej 

strony   pod   ramię.   Obie   przeprowadzamy   ją   przez   drzwi,   a   towarzyszą   nam   ze   strony 

studentów okrzyki w rodzaju: „Hej! Dlaczego one wchodzą do środka, a nam nie wolno? My 
też tu mieszkamy!” oraz „To niesprawiedliwe!” albo: „Faszyści!”

Z ostrożności, z jaką stawia jeden cieniutki obcas przed drugim, widzę wyraźnie, że pani 

Allington już jest nieco podchmielona, chociaż jeszcze nie minęło południe. Moje podejrzenia 

się potwierdzają, kiedy we trzy wchodzimy do środka i pani Allington nagle pochyla się i 
zwraca śniadanie do jednej z donic z roślinami ustawionych w holu.

Zdecydowanie wygląda na to, że pani Allington oprócz jajek spożyła dziś rano jeszcze 

kilka krwawych mary.

- Santa Maria - wzdycha przerażona Magda. I trudno mieć do niej pretensje.
Nie wiem jak inni, ale kiedy mnie się zdarzy, że zwymiotuję (a z przykrością muszę 

przyznać, że jest to coś, co mi się zdarza regularnie w każdego sylwestra), miło mi, jeśli ktoś 
okaże nieco współczucia, nawet jeśli to wszystko wyłącznie moja wina.

Więc poklepuję panią Allington po wypchanym poduszką ramieniu i mówię:
- No już. Czuje się pani teraz nieco lepiej?

Pani Allington mruży oczy i patrzy na mnie tak, jakby po raz pierwszy w życiu mnie 

widziała.

- A kim ty, do diabła, jesteś? - pyta.
Hm... - mówię. - Jestem zastępczynią kierowniczki administracyjnej. Heather Wells. 

background image

Pamięta mnie pani? Poznałyśmy się dwa miesiące temu. Pani Allington ma niewyraźną minę.

- A co się stało z Justine?

- Justine znalazła inną pracę - wyjaśniam, niezgodnie z prawdą, bo Justine z pracy 

wyrzucono. Ale, prawdę mówiąc, nie znam tej historii od strony Justine. Kto wie, może ona 

rzeczywiście potrzebowała tych pieniędzy. Może ma krewnych w Bośni albo w jakimś innym 
naprawdę zimnym miejscu, gdzie nie ma żadnego ogrzewania i te grzejniki olejowe pomogły 

im przetrwać całą zimę. Nigdy nic nie wiadomo.

Pani Allington tylko mocniej mruży oczy.

- Heather Wells? - Mruga powiekami jeszcze kilka razy. - Anie jesteś czasem... Nie 

jesteś   czasem   tą   dziewczyną?   Tą,   która   kiedyś   śpiewała   w   tych   wszystkich   centrach 

handlowych?

To wtedy zdaję sobie sprawę, że pani Allington wreszcie mnie rozpoznała...

.. .ale nie jako zastępczynią kierowniczki budynku, w którym mieszka.
Nigdy nie sądziłam, że pani Allington jest fanką nastoletniego popu. Wygląda bardziej 

na fankę Barry'ego Manilowa- o wiele starszej odmiany nastoletniego popu.

- Kiedyś owszem - mówię do niej łagodnie, bo nadal mi jej żal, przez to całe rzyganie i 

tak dalej. - Ale już nie występuję.

- Dlaczego? - chce wiedzieć pani Allington.

Magda i ja wymieniamy spojrzenia. Wydaje się, że Magdzie wraca poczucie humoru, bo 

kąciki jej umalowanych ust wyraźnie się unoszą.

-   Hm...   -   odpowiadam.   -   To   dość   długa   historia.   W   zasadzie   dlatego,   że   straciłam 

kontrakt na nagrania...

- Bo tak utyłaś? - pyta pani Allington.
I muszę przyznać, że wtedy przestałam jej współczuć.

background image

3

Na szczęście oszczędzono nam konieczności odpowiadania pani Allington na tę uwagę o 

mojej   tuszy,   a   to   dzięki   temu,   że   moja   szefowa,   Rachel   Walcott,   podbiega   do   nas   teraz 
pośpiesznie, a jej klapki z lakierowanej skóry stukają o marmurową posadzkę holu.

-   Heather   -   mówi   Rachel,   kiedy   mnie   dostrzega.   -   Bardzo   ci   jestem   wdzięczna,   że 

przyszłaś.

Rzeczywiście   ma   taką   minę,   jakby   ulżyło   jej   na   mój   widok,   co   poprawia   mi 

samopoczucie. Wiecie, jestem naprawdę potrzebna, chociaż warta zaledwie dwadzieścia trzy 

tysiące pięćset dolarów rocznie.

- Nie ma sprawy - odpowiadam. - Tak mi przykro. Czy to był... To znaczy... czy to jest... 

ktoś znajomy?

Ale   Rachel   rzuca   mi   tylko   ostrzegawcze   spojrzenie   -   jakby   chciała   przestrzec:   „Nie 

omawiamy   rodzinnych   spraw   przy   obcych”   (tymi   obcymi   są   pani   Allington   i   Magda,   bo 
pracowników stołówki nie uważa się za członków personelu administracyjnego akademika, a 

żon rektorów tym bardziej) -i odwraca się w stronę pani Allington.

- Dzień dobry, pani Allington! - Rachel prawie krzyczy, zupełnie jakby zwracała się do 

osoby w podeszłym wieku, chociaż pani Allington nie może mieć wiele więcej niż sześćdziesiąt 
lat. - Bardzo mi przykro ze względu na to zamieszanie. Dobrze się pani czuje?

Pani Allington daleka jest od dobrego samopoczucia, ale - nawet przygnębiona tą jej 

uwagą o tuszy - nie mam ochoty wyrywać się na głos z informacją dlaczego. Jest przecież, 

mimo wszystko, żoną rektora.

Więc mówię tylko:

- Pani Allington nie czuje się najlepiej.
Stwierdzenie to wspieram znaczącym spojrzeniem w kierunku donicy, do której pani 

Allington przed chwilą zwymiotowała, z nadzieją, że Rachel się połapie. Rachel i ja pracujemy 
ze sobą od niedawna. Została zatrudniona zaledwie tydzień czy dwa przede mną, na miejsce 

kierowniczki administracyjnej, która odeszła z pracy zaraz po zwolnieniu Justine - ale nie ze 
względu na solidarność z Justine czy coś takiego. Kierowniczka odeszła, bo jej mąż dostał 

pracę jako strażnik leśny w Oregonie.

Ja wiem. Strażnik leśny w charakterze męża. Hm. Sama też bym rzuciła pracę, żeby z 

nim wyjechać.

Ale chociaż Rachel dopiero od niedawna piastuje funkcję kierowniczki Fisher Hall, nie 

można odmówić jej obycia w dziedzinie administracji  szkolnictwa  wyższego (bo tak  to się 

background image

nazywa,   kiedy   jesteś   personelem   pomocniczym,   a   nie   dydaktycznym,   a   przynajmniej   tak 
przeczytałam   w   jednej   z   teczek   z   aktami   Justine).   Przedtem   Rachel,   absolwentka   Yale, 

zarządzała   akademikiem   -to   znaczy   domem   studenckim   -   na   Uniwersytecie   Richmond   w 
Indianie.

Rachel powiedziała mi, że przyjazd do Nowego Jorku z takiego miejsca jak Richmond, 

gdzie nikt nawet nie zamyka na noc domu na klucz, stanowił dla niej coś w rodzaju szoku 

kulturowego.   Ale   o   ile   mi   wiadomo,   Rachel   naprawdę   nie   doznała   żadnego   uszczerbku 
podczas pobytu wśród tych prostych, twardych ludzi. Ma garderobę, jakiej nie powstydziłaby 

się żadna nowojorska pracująca dziewczyna, pełną ciuchów od Armaniego i butów od Manolo, 
co - biorąc pod uwagę jej wynagrodzenie (niewiele wyższe niż moje, bo przecież kierownik 

akademika w pakiecie socjalnym dostaje pełne zakwaterowanie w zarządzanym budynku) -jest 
sporym osiągnięciem. Cotygodniowe wizyty na wyprzedażach próbek designerskich kolekcji 

pomagają Rachel utrzymać dłoń na pulsie mody. A wierność diecie Zone i codziennym dwu-
godzinnym treningom sprawia, że cały czas nosi rozmiar XS, może się zmieścić w odrzuty po 

tych wszystkich modelkach.

Rachel twierdzi, że jeśli przestanę jeść tyle węglowodanów i codziennie poćwiczę przez 

pół godziny na stairmasterze, bez trudu zacznę się swobodnie mieścić w M. I że powinno mi to 
przyjść   z   łatwością,   bo   w   ramach   pakietu   socjalnego   dostaję   darmową   wejściówkę   na 

uczelnianą siłownię.

Tyle   że   ja   już   byłam   na   uczelnianej   siłowni   i   ona   mnie   przeraża.   Pełno   tam   tych 

naprawdę   chudych   dziewczyn,   które   wymachują   patykowatymi   ramionami   na   zajęciach 
aerobiku   albo   jogi,   czy   coś.   Poważnie,   któregoś   dnia   jedna   z   nich   przypadkiem   wydłubie 

komuś oko.

W każdym razie Rachel mówi, że jeśli zrzucę parę kilo, to na pewno uda mi się znaleźć 

świetnego chłopaka, tak jak ona sama to planuje, jak tylko uda jej się w Village trafić na faceta, 
który nie jest gejem, ma na głowie wszystkie włosy i zarabia przynajmniej sto tysięcy rocznie.

Ale jakim cudem człowiek miałby się wyrzec klusek z sezamem na zimno? Nawet dla 

faceta, który zarabia sto tysięcy dolarów rocznie?

Poza tym, hm, często przypominani Rachel, że rozmiar XL nie oznacza, że jesteś gruba. 

Taki rozmiar nosi przeciętna Amerykanka. A poza tym chciałabym zaznaczyć, że jest nas, XL-

ek, które mają chłopaków, całkiem sporo.

Niekoniecznie   mówię   o   sobie.   Ale   o   wielu   dziewczynach   noszących   mój   rozmiar,   a 

nawet większe.

Chociaż Rachel i ja mamy odmienne priorytety - ona chce chłopaka, ja się zadowolę na 

background image

razie zwykłym licencjatem - i wydaje się, że nie możemy dojść do porozumienia, co dokładnie 
oznacza słowo „posiłek” - dla niej sałata bez sosu, dla mnie falafel z podwójnym tahini, pitta z 

hummusem na przystawkę, a na deser może jakiś lodowy sandwich - jakoś się jednak, mimo 
wszystko, dogadujemy. W każdym razie Rachel zrozumiała spojrzenie, jakie jej rzuciłam w 

związku z panią Allington.

- Pani Allington - mówi teraz - zabierzemy panią do domu, dobrze? Wezmę panią na 

górę. Zgadza się pani, pani Allington?

Pani Allington kiwa słabo głową, zapominając o swoim zainteresowaniu zwrotem w 

mojej   karierze.   Rachel   bierze   żonę   rektora   pod   ramię,   a   Pete,   który   kręcił   się   w  pobliżu, 
odsuwa   na   bok   grupę   strażaków,   żeby   zrobić   Rachel   i   pani   A.   przejście   do   windy,   którą 

uruchomili specjalnie dla niej. Kiedy drzwi się otwierają, nie mogę się powstrzymać przed 
obrzuceniem   wnętrza   windy   nerwowym   spojrzeniem.   A   jeśli   w   środku   jest   krew?   Wiem, 

słyszałam, że dziewczynę znaleziono na dnie szybu, ale jeśli jakieś jej szczątki zostały jeszcze w 
windzie?

Jednak   nie   widzę   ani   śladu   krwi.   Winda   wygląda   tak   samo   jak   zawsze,   imitacja 

mahoniu z mosiężnymi okuciami, na której setki studentów pierwszych roczników wyskrobały 

swoje inicjały albo rozmaite przekleństwa krawędziami kluczy do pokojów.

Rachel wprowadza do środka panią Allington, która mówi bardzo cicho:

- Ptaki.
Patrzymy, jak drzwi windy zamykają się za nimi.

- Boże - odzywa się Magda - mam nadzieję, że nie zwymiotuje znów tam w środku.
- Oby nie - zgadzam się z nią. To by zdecydowanie uprzykrzyło przejażdżkę obu pań na 

dwudzieste piętro.

Magda otrząsa się, jakby pomyślała o czymś nieprzyjemnym - pewnie o wymiotach pani 

Allington - i rozgląda się wkoło.

- Tak tu cicho - mówi, obejmując się ramionami. - Nie było tu tak cicho ani razu, odkąd 

się wprowadziły wszystkie moje małe gwiazdeczki.

Ma  rację.  Jak   na budynek,   w którym  mieszka  tak   wielu  młodych  ludzi  -siedmiuset 

studentów, których większość jeszcze nie ma dwudziestu lat-w holu panuje teraz dziwna cisza. 
Nikt nie narzeka, ile to trzeba czekać, żeby praktykanci posortowali pocztą (Około siedmiu 

godzin.  Słyszałam,  że Justine potrafiła  ich zmusić,  żeby zrobili  to w czasie poniżej dwóch 
godzin. Czasami się zastanawiam, czy Justine przypadkiem nie zawarła tajnego paktu z dia-

błem), nikt się nie skarży na zepsute maszyny do rozmieniania pieniędzy w sali gier, nikt nie 
jeździ   na   rolkach   po   marmurowej   posadzce,   nikt   nie   wykłóca   się   z   Pete'em   o   zasady 

background image

wprowadzania gości do akademika.

Nie dlatego, że nikogo tu niema. W holu aż się roi. Policja, straż pożarna, uczelniani 

urzędnicy,   strażnicy   ochrony   w   jasnobłękitnych   uniformach   i   garstka   studentów   -   nasi 
praktykanci   administracyjni   -   kręcą   się   po   marmurowo-mahoniowym   holu   z   ponurymi 

minami...

...ale w ciszy. W całkowitej ciszy.

- Pete - odzywam się, podchodząc do strażnika przy stanowisku ochrony. - Czy ty wiesz, 

kto to był?

Strażnicy   ochrony   wiedzą   o   wszystkim,   co   się   dzieje   w   budynku.   Nie   mogą   tego 

uniknąć.  Wszystko mają przed oczami,  na ekranach  monitorów,  począwszy od studentów, 

którzy   palą  na   klatkach  schodowych,   przez  dziekanów  dłubiących  w nosie  w windach,   po 
bibliotekarki uprawiające seks w boksach w czytelni...

Smaczne kąski.
-   Oczywiście.   -   Pete,   jak   zwykle,   jednym   okiem   zerka   na   hol,   a   drugim   na   liczne 

monitory, z których każdy pokazuje inny fragment akademika (to znaczy domu studenckiego), 
począwszy   od  wejścia,   przez   apartament   Allingtonów  na   ostatnim   piętrze,  aż   do   pralni   w 

suterenie.

- No i? - Magda ma zatroskaną minę. - Kto to był?

Pete   ostrożnie   zerka   na   stanowisko   recepcji   po   przeciwnej   stronie   holu,   żeby   się 

upewnić, że praktykanci-studenci nie podsłuchują, a potem mówi:

- Kellog. Elizabeth. Z pierwszego roku.
Czuję przypływ ulgi. Nigdy o niej nie słyszałam.

A   potem   sama   siebie   gromię   za   taką   reakcję.   To   przecież   nadal   martwa 

osiemnastolatka, nieważne, czy należała do moich współpracowników, czy nie!

- Jak to się stało? - pytam. Pete spogląda na mnie ironicznie.
- A jak sądzisz?

- Ale... - odzywam się. Nic na to nie poradzę. Coś w tym wszystkim naprawdę nie daje 

mi spokoju. - Dziewczyny tego nie robią. Nie surfują na windach.

- Ta surfowała. - Pete wzrusza ramionami.
- Dlaczego miałaby robić coś takiego? - chce wiedzieć Magda. - Coś tak głupiego? Czy 

ona ćpała?

- Skąd mam wiedzieć? - Pete wydaje się rozdrażniony gradem naszych pytań, ale ja 

wiem, że to tylko dlatego, że jest zaniepokojony w tym samym stopniu co my. Dziwne, bo 
można   by   pomyśleć,   że   on   już   wszystko   widział:   pracuje   na   uczelni   od   dwudziestu   lat. 

background image

Przedtem był funkcjonariuszem Nowojorskiego Departamentu Policji, ale uraz kolana zmusił 
go do zmiany zajęcia na lżejsze. Jak ja, przyjął tę pracę ze względu na pakiet socjalny (jest 

wdowcem i wychowuje czworo dzieci, które mają tu zapewnione świetne, i darmowe, studia. 
Jego najstarsza córka, Nancy, chce zostać pediatrą).

Pete, mimo wieku i doświadczenia, oblewa się buraczkowym rumieńcem za każdym 

razem, kiedy jakiś student, oburzony zakazem  wnoszenia  do budynku supernowoczesnych 

lamp halogenowych (zagrożenie pożarowe), określa go jako „gruboszyjcę”. A to nie fair, bo 
Pete jest naprawdę, naprawdę świetny w swojej robocie. Jeżeli facetom z pizzerii udaje się 

dostać do Fisher Hall, żeby powtykać ulotki pod wszystkie drzwi, to tylko wtedy, kiedy Pete'a 
nie ma na dyżurze.

A przy tym ma wielkie serce. Kiedy dzieciaki przynoszą ze swoich pokojów pułapki 

klejowe   ze   złapanymi   w   nie   żywymi   myszami,   dzierżąc   je   z   niesmakiem   w   wyciągniętych 

rękach, Pete nieraz zabiera te pułapki do parku i zwilża olejem, żeby odkleić małe łapki i 
powypuszczać myszy na wolność.

- Koroner na pewno przeprowadzi testy na obecność alkoholu i narkotyków - stara się 

mówić nonszalanckim tonem i wcale mu się to nie udaje. -Kiedy wreszcie raczy się tu zjawić.

Jestem przerażona.
- To znaczy, że ona... Jeszcze tam leży? To znaczy jej... ciało? Pete kiwa głową.

- Na dole. Na dnie szybu windy. To tam ją znaleźli.
- Kto ją tam znalazł? - pytam.

- Strażacy - odpowiada Pete. - Kiedy ktoś zgłosił, że ją tam zobaczył.
- Widział, jak spadała?

- Nie. Zobaczył, że tam leży. Ktoś spojrzał w szczelinę, no wiesz, między podłogą holu a 

wagonikiem windy, i ją zobaczył.

Jestem wstrząśnięta.
- Chcesz powiedzieć, że to nie zostało zgłoszone zaraz po? Przez ludzi, którzy z nią tam 

byli?

- Jakich ludzi? - dziwi się Pete.

- Ludzi, z którymi uprawiała surfing na windach - wyjaśniam. - Musiała być z kimś. 

Nikt nie uprawia tej głupiej zabawy w pojedynkę. Nie zeszli na dół, żeby to zgłosić?

- Nikt mi o niczym takim nie powiedział - mówi Pete - aż do dzisiejszego ranka, kiedy 

jakiś dzieciak zobaczył ją przez tę szczelinę.

Jestem zbulwersowana.
- Chcesz powiedzieć, że ona mogła tam leżeć całymi godzinami? - pytam, a głos mi się 

background image

nieco załamuje.

- Nie leżała tam żywa - mówi Pete, od razu chwytając, o co mi chodzi. -Spadła na głowę.

-   Santa   Maria   -   mówi   Magda   i   kreśli   znak   krzyża.   Jestem   tylko   nieco   mniej 

zbulwersowana.

- Więc... Skąd oni wiedzą, kim jest?
- Miała w kieszeni legitymację studencką- wyjaśnia Pete.

- No cóż, przynajmniej myślała perspektywicznie - mówi Magda.
- Magda! - Oburzam się, ale ona tylko wzrusza ramionami.

- To prawda. Kiedy masz zamiar brać udział w takiej durnej zabawie, przynajmniej miej 

przy sobie jakiś dokument, żeby w razie czego można było zidentyfikować zwłoki, nie?

Ale zanim Pete lub ja możemy odpowiedzieć, Gerald, kierownik stołówki, wypada do 

holu, szukając swojej zbłąkanej kasjerki.

- Magda - mówi, kiedy wreszcie ją zauważa - co ty tutaj robisz? Gliny mówią, że lada 

moment znów nam pozwolą otworzyć, a ja nie mam nikogo za kasą.

- Och, zaraz tam przyjdą, kochaniutki! - woła do niego Magda. A potem, kiedy facet jest 

już poza zasiągiem słuchu, dodaje: - Palant. - Jeszcze później, z przepraszającym machnięciem 

paznokciami w naszym kierunku, Magda wraca na swoje miejsce za kasą studenckiej stołówki.

- Heather.

Oglądam się i widzę, że rozpaczliwym gestem przywołuje mnie od kontuaru recepcji 

któryś ze studentów-praktykantów. Recepcja stanowi centrum tego budynku.

To tu sortuje się pocztę mieszkańców, to stąd odwiedzający mogą dzwonić do pokojów 

swoich przyjaciół i to tam powinno się zgłaszać wszystkie zaistniałe w akademiku sytuacje 

awaryjne.   Jednym   z   moich   pierwszych   zadań   w   nowej   pracy   było   wypisanie   długiej   listy 
numerów   telefonicznych,   z   których   korzystają   pracownicy   recepcji   w   razie   jakiegokolwiek 

nagłego wypadku (najwyraźniej Justine była zbyt zajęta przepuszczaniem funduszy uczelni na 
grzejniki olejowe dla wszystkich swoich przyjaciół, żeby zabrać się do jej spisania).

Pożar? Numer do straży pożarnej był na liście.
Gwałt? Numer do uczelnianej gorącej linii w kwestiach gwałtów był na liście.

Kradzież? Numer do Szóstego Komisariatu.
Ludzie spadający z dachu windy? Takiego numeru na liście nie mamy.

- Heather... - Tina, praktykantka, ma dzisiaj taki płaczliwy głos jak tego dnia, kiedy 

spotkałam  ją   po  raz   pierwszy  i  powiedziałam   jej,  że  nie  może  przełączać  dzwoniących   na 

„oczekiwanie”, żeby dokończyć rundkę tetrisa na swoim game boyu (Justine nigdy nie robiła z 
tego problemu, jak mi powiedziano). - Kiedy oni się pozbędą ciała tej dziewczyny? Ja sfiksuję, 

background image

wiedząc, że ona nadal jest tam. No, na dole.

- Gadaliśmy z jej współlokatorką. - Brad (facet, który miał tego pecha i jest dyżurnym 

studentem-praktykantem   w  ten   weekend,   co   oznacza,   że   ani   na   chwilę   nie   wolno   mu   się 
ruszać z budynku, bo a nuż okaże się potrzebny. .. Na przykład w razie śmierci któregoś ze 

studentów) zniża głos konspiracyjnie i pochyla się w moją stronę nad kontuarem. - Mówi, że 
nawet nie zdawała sobie sprawy, że Beth, ta dziewczyna, która zginęła, wiedziała o surfowaniu. 

Powiedziała, że nie miała pojęcia, że Beth zadawała się z takimi typkami. Powiedziała, że Beth 
była trochę taką panienką z dobrego domu.

- No cóż... - odzywam się bez sensu. Widzę wyraźnie, że studenci oczekują choć paru 

słów,   którymi   mogłabym   ich   pocieszyć.   Ale   co  ja   wiem   o  pocieszaniu   dzieciaków,   którym 

zginęła koleżanka z roku? Jestem tak samo ogłupiała jak oni. - To chyba po prostu dowodzi, że 
nigdy nie zna się kogoś tak dobrze, jak się wydaje, prawda?

- Tak, ale przejażdżka na dachu windy? - Tina kręci głową. - Ona chyba oszalała.
-   Kandydatka   do  prozacu  -   zgadza   się  z   powagą   Brad,   wykazując   chociaż   odrobinę 

wrażliwości, o którą departament administracji z takim uporem apelował na szkoleniach dla 
pracowników administracyjnych.

- Heather?
Obracam się i widzę asystentkę Rachel, studentkę ostatniego roku Sarah, która zbliża 

się   w   moją   stronę   z   grubą   teczką   w   rękach.   Jak   zawsze   ubrana   w  najszykowniejszy   strój 
studentki Uniwersytetu Nowojorskiego - ogrodniczki i uggsy na futerku - łapie mnie za ramię i 

ściska mocno.

- O mój Boże! - mówi Sarah, nie starając się ani na jotę zniżyć głosu, więc słychać ją 

doskonale na całym parterze. - W głowie się nie mieści! W biurze telefony się urywają, trzeba 
je   zdejmować   z   widełek.   Rodzice   wydzwaniają   jak   szaleni,   żeby   sprawdzić,   czy   to   nie   ich 

dziecko. Ale Rachel mówi, że nie możemy potwierdzić tożsamości zmarłej przed przyjazdem 
koronera. Mimo że wiemy, kto to jest. Rachel kazała mi wziąć jej teczkę i mam ją przekazać 

doktorowi Flynnowi. Sama rzuć na to okiem.

Sarah wymachuje grubą, wypchaną szarą teczką. Skoro Elizabeth Kellog miała teczkę z 

aktami   w   biurze   kierowniczki   administracyjnej,   to   znaczy,   że   albo   narobiła   sobie   jakichś 
kłopotów, albo w jakimś momencie roku akademickiego chorowała...

...a to dziwne, bo Elizabeth była studentką pierwszego roku, a rok akademicki dopiero 

się zaczął.

- Popatrzcie tylko... - Sarah ma wielką ochotę podzielić się całą swoją wiedzą ze mną, 

Bradem   i   Tiną.   Tamci   dwoje   wysłuchują   jej   rewelacji,   szeroko   otwierając   oczy.   Pete   przy 

background image

swoim biurku ochrony zachowuje się, jakby z uwagą śledził obraz na monitorach. Ale wiem, że 
on też słucha. - Jej matka zadzwoniła kiedyś do Rachel, strasznie wytrącona z równowagi, bo 

pozwalamy   mieszkańcom   przyjmować   wszystkich   gości,   a   ona   nie   chciała,   żeby   Elizabeth 
mogła sprowadzać do swojego pokoju chłopaków. Najwyraźniej mamusia oczekiwała, że jej 

córcia zostanie dziewicą aż do ślubu. Zażądała, żeby Rachel tak to załatwiła, żeby Elizabeth 
mogła   przyjmować   u   siebie   tylko   dziewczyny.   Dziewczyna   musiała   mieć   w   domu   jakieś 

problemy, ale i tak.

Stanowisko   asystenta   kierownika   -   sprawowane   przez   studentów   ostatniego   roku   - 

polega   na   pomaganiu   kierownikowi   administracyjnemu   w   zarządzaniu   codziennym 
funkcjonowaniem   domu   studenckiego.   Asystent   otrzymuje   zakwaterowanie   za   darmo   i 

zdobywa praktyczne doświadczenie w dziedzinie administracji, co z reguły zgadza się z jego 
specjalizacją na studiach.

Sarah   zdobywa   tu   w   Fisher   Hall   znacznie   więcej   praktycznego   doświadczenia   w 

zarządzaniu instytucją szkolnictwa wyższego, niż się mogła spodziewać. No wiecie, biorąc pod 

uwagę tę martwą dziewczynę i tak dalej...

-   Najwyraźniej   mamy   tu   intensywną   rywalizację   na   linii   między   matką   a   córką- 

informuje   nas   Sarah.   -   Widać   przecież,   że   pani   Kellog   jest   zazdrosna,   bo   jej   uroda   już 
przemija, a tymczasem jej córka...

Sarah   zrobiła   licencjat   z   socjologii.   Sarah   uważa,   że   doskwiera   mi   niskie   poczucie 

własnej   wartości.   Powiedziała   mi   to   tego   samego   dnia,   kiedy   się   poznałyśmy,   na   mającej 

miejsce dwa tygodnie temu odprawie, kiedy to podeszła do mnie uścisnąć mi rękę, a potem 
zawołała: „O mój Boże, to ty jesteś ta Heather Wells?!”

A kiedy przyznałam, że owszem, a potem powiedziałam jej - bo zapytała dlaczego, u 

licha, pracuję w domu studenckim (w przeciwieństwie do mnie Sarah nigdy się nie myli i nie 

nazywa go akademikiem) - że mam nadzieję zrobić w przyszłości licencjat, stwierdziła: „Tobie 
niepotrzebne są studia. Tobie potrzebne jest przepracowanie poczucia odrzucenia i niższości, z 

jakimi musisz się borykać po tym, jak zrezygnowała z ciebie własna wytwórnia i obrabowała 
cię własna matka”.

Co   jest   w   sumie   nieco   zabawne,   bo   ja   czuję,   że   przede   wszystkim   powinnam 

popracować nad swoim uczuciem niechęci do Sarah.

Na   szczęście   doktor   Flynn,   psycholog   zatrudniany   przez   administrację   akademika, 

podbiega do nas pędem dokładnie w tej samej chwili, a aktówka aż mu pęka od nadmiaru 

papierów.

- Czy to akta zmarłej? - pyta ostro zamiast powitania. - Chciałbym je przejrzeć, zanim 

background image

porozmawiam z jej współlokatorką i zadzwonię do rodziców.

Sarah   przekazuje   mu   teczkę.   Kiedy   doktor   Flynn   przegląda   jej   zawartość,   nagle 

marszczy nos, a potem pyta:

- Co to za zapach...?

- Hm... - odpowiadam. - Pani Allington, tego. No cóż, ona...
- Puściła pawia - mówi Brad. - Do tej doniczki za panem.

-   Znów   to   samo   -   wzdycha   doktor   Flynn.   Jego   komórka   dzwoni,   więc   sięgając   do 

kieszeni, dodaje:-Przepraszam.

W tej samej chwili  rozdzwania  się telefon na kontuarze  recepcji.  Wszyscy  na niego 

spoglądają. Kiedy nikt się nie kwapi, żeby odebrać, sięgam po słuchawkę.

- Fisher Hall - mówię.
Nie rozpoznają głosu, który odzywa się po drugiej stronie.

- Tak... Czy to akademik przy Washington Square West?
- Owszem, to dom studencki - odpowiadam, przypominając sobie, chociaż raz, moje 

własne przeszkolenie.

- Chciałbym z kimś porozmawiać na temat tragedii, która zdarzyła się dzisiaj rano w 

akademiku - mówi nieznajomy głos.

Tragedii? Natychmiast nabieram podejrzeń.

-   Czy   jest   pan   reporterem?   -   pytam.   Na   tym   etapie   mojego   życia   jestem   w   stanie 

wywęszyć ich z odległości kilometra.

- No cóż, owszem, piszę dla „Post”...
- W takim razie będzie się pan musiał skontaktować z działem prasowym. Tutaj nikt nie 

ma żadnych komentarzy. Żegnam pana. - Z trzaskiem odkładam słuchawkę.

Brad i Tina gapią się na mnie.

- No, no - mówi Brad. - Ostra jesteś.
Sarah podsuwa okulary na nosie, bo zaczęły jej zjeżdżać.

- Nic w tym dziwnego - mówi. - Biorąc pod uwagę, przez co musiała przejść... Paparazzi 

raczej nie byli zbyt mili, prawda Heather? Zwłaszcza wtedy, kiedy wróciłaś do domu i zastałaś 

Jordana Cartwrighta, któremu robiła fellatio ta... jak jej tam? Aha, Tania Tracę.

-   No   proszę   -   mówię,   spoglądając   na   Sarah   z   niekłamanym   podziwem.   -Sarah,   ty 

faktycznie masz fotograficzną pamięć, prawda?

Sarah uśmiecha się skromnie, a Tinie opada szczęka.

- Heather, ty chodziłaś z Jordanem Cartwrightem?! - woła.
- Przyłapałaś go, jak Tania Tracę robiła mu laskę? - Brad ma minę tak uszczęśliwioną, 

background image

jakby właśnie spadł mu na kolana studolarowy banknot.

- Hm... - mówię. W sumie nie mam większego wyboru. I tak mogą to sobie sprawdzić w 

Google. - Tak. To było dawno temu.

A potem przepraszam ich i idę poszukać jakiegoś napoju gazowanego, mając nadzieję, 

że połączone działanie kofeiny i sztucznych substancji słodzących sprawi, że przestanę mieć 
ochotę powiększyć statystyką zgonów w populacji akademika.

background image

4

Nic nie mów

Błagam cię
To sekret i jeśli go

Nie zdradzisz
Wynagrodzę ci

Milczeniem

Nic nie mów
Nikt nie wie że zajrzałeś

W moją duszę
Milczeniem...

Milczenie

Wykonanie: Heather Wells

Słowa/muzyka: Valdez/Caputo

Z albumu: Słodki miód

Cartwright Records

Najbliższy automat z colą stoi w kąciku telewizyjnym, gdzie zebrali się wszyscy ludzie z 

uczelni odpowiedzialni za zarządzanie w sytuacjach kryzysowych. Nie chcę ryzykować i prosić 
Magdy o darmowy napój w stołówce, skoro już i tak naraziła się swojemu szefowi.

Rozpoznaję   tylko   niektórych   pracowników   administracji   siedzących   w   kąciku 

telewizyjnym, a ich też znam tylko z krótkiej rozmowy, jaką ze mną przeprowadzali, kiedy 

ubiegałam się o tę pracę. Jeden z nich, doktor Jessup, dyrektor nadzorujący kierownictwo 
naszego   obiektu,   zauważa   mnie   i   podchodzi.   Wygląda   zupełnie   inaczej   w   weekendowym 

stroju,   czyli   koszuli   firmy   Izod   i   dockersach,   niż   w  swoim   zwykłym   grafitowoszarym   gar-
niturze.

- Heather - mówi głębokim głosem, dość szorstko. - Jak leci?
- Nieźle - odpowiadam. Już Wrzuciłam dolara do automatu, więc za późno, żeby uciec 

(chociaż chciałabym, bo wszyscy w tym kąciku gapią się na mnie, jakby chcieli powiedzieć: „A 
co to za dziewczyna? Czy ja jej skądś nie znam? I co ona tutaj robi?”)

Zamiast uciec, czekam na napój. Odgłos puszki uderzającej o metalowy wylot na dole 

background image

automatu   rozlega   się   głośnym   echem   w   kąciku   telewizyjnym,   gdzie   rozmowy   toczą   się 
przyciszonym   tonem   z   szacunku   dla   zmarłej   i   jej   pogrążonej   w   żałobie   rodziny   i   gdzie 

telewizor, w normalnych warunkach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę nastawiony na 
cały regulator na MTV2, teraz został wyłączony.

Wyjmuję   puszkę   z   automatu   i   trzymam   ją   w  dłoniach;   boję   się   otworzyć,   żeby   nie 

zwrócić na siebie większej uwagi kolejnym hałasem.

-  I  jak  twoim  zdaniem  radzą  sobie  te nasze  dzieciaki?  - pyta  doktor  Jessup.  - Tak 

ogólnie?

-   Dopiero   przyszłam   -   odpowiadam.   -   Ale   wszyscy   są   chyba   mocno   wytrąceni   z 

równowagi.   Co,   wie   pan,   jest   raczej   zrozumiałe,   skoro   na   dnie   szybu   windy   leży   martwa 

dziewczyna.

Doktor Jessup szerzej otwiera oczy i pokazuje mi gestem, żebym ściszyła głos, chociaż 

mówiłam prawie szeptem. Rozglądam się wkoło i dociera do mnie, że w kąciku telewizyjnym 
siedzi sporo grubych ryb z naszej uczelni. Doktorowi Jessupowi niezwykle Zależy na tym, żeby 

podległy   mu   departament  postrzegano   jako   opiekuńczy   i   nastawiony   na   studenta.   Doktor 
Jessup chlubi się tym, że potrafi nawiązać kontakt z młodszym pokoleniem. Zrozumiałam to 

już w czasie naszej pierwszej rozmowy, kiedy zmrużył te swoje szare oczy i zadał nieuniknione 
pytanie - to, które sprawia, że mam ochotę rzucać różnymi rzeczami, ale którego chyba nijak 

nie mogę uniknąć: „Czy my się skądś nie znamy?”

Wszystkim  się  wydaje,  że  gdzieś  mnie  już  kiedyś widzieli.   Tylko  nie bardzo  umieją 

przypomnieć sobie gdzie. Często mnie pytają: „Czy ty czasem nie byłaś partnerką mojego brata 
na balu maturalnym?” Albo: „Czy my nie chodziłyśmy na te same zajęcia na studiach?”

Co jest tym dziwniejsze, że nigdy w życiu nie byłam na żadnym balu maturalnym, o 

wyższych studiach nawet nie wspominając.

- Kiedyś byłam piosenkarką - odpowiedziałam doktorowi Jessupowi w czasie tamtej 

rozmowy o pracę. - Piosenkarką, hm. Popową. Kiedy byłam, no wie pan, nastolatką.

- Ach, tak - odparł doktor Jessup. - Słodki miód. Tak myślałem, ale nie byłem pewien. 

Mogę zadać pani pewne pytanie?

Zakręciłam się nerwowo na krześle, wiedząc, co zaraz nastąpi.
- Jasne.

- Dlaczego stara się pani o pracę w domu studenckim? Odchrząknęłam.
Chciałabym, żeby VH1 zrobiło o mnie program w ramach cyklu Behind the Musie. Bo 

wtedy nie musiałabym wyjaśniać tego ludziom.

Ale   niestety   nie   jestem   materiałem   do  Behind   the   Musie.  Na   to   nigdy   nie   byłam 

background image

wystarczająco sławna. Nigdy nie mogłam się równać z taką Britney czy Christiną. Można by 
mnie porównać najwyżej do Avril. Byłam po prostu nastolatką obdarzoną zdrowymi płucami, 

która znalazła się we właściwym miejscu we właściwym czasie.

Wydawało się, że doktor Jessup to zrozumiał. A przynajmniej taktownie zmienił temat, 

kiedy wspomniałam o tym, jak moja mama zwiała z kraju razem z moim menedżerem (och, 
tak, i moimi wszystkimi oszczędnościami), moja wytwórnia mnie rzuciła, a potem porzucił 

mnie też mój chłopak, w tej właśnie kolejności. Kiedy zaoferowano mi stanowisko zastępczyni 
kierowniczki administracyjnej Fisher Hall, z roczną pensją początkową równającą się temu, co 

kiedyś zwykle zarabiałam w tydzień w czasie trasy koncertowej, przyjęłam ją bez wahania. Nie 
widziałam siebie w roli kelnerki (dla dziewczyny, która nawet głowy nie lubi myć na stojąco, 

mogłoby to być prawdziwą męczarnią), a zdobycie uniwersyteckiego wykształcenia uznałam za 
niezły pomysł. Muszę zaczekać, aż skończy się mój sześciomiesięczny okres próbny - zostały 

jeszcze tylko trzy miesiące - ale potem będę się mogła zapisać na dowolną liczbę kursów.

Na początek zapiszę się na wstęp do psychologii, żeby się przekonać, czy naprawdę 

jestem tak bardzo zaburzona i neurotyczna, jak najwyraźniej sądzą Rachel i Sarah.

Teraz doktor Jessup dopytuje się o zdrowie psychiczne Rachel.

- Jak ona się trzyma? - chce wiedzieć.
- Chyba dobrze - odpowiadam.

- Powinnaś kupić jej kwiaty - mówi doktor Jessup. - Żeby jej jakoś poprawić nastrój. 

Albo może czekoladki.

-   Och,   to   dobry   pomysł   -   mówię,   chociaż   nie   mam   bladego   pojęcia,   co   ten   facet 

wygaduje. Dlaczego miałabym kupować Rachel kwiaty albo czekoladki? Czy śmierć Elizabeth 

Kellog wstrząsnęła nią w większym stopniu niż takim Juliem, szefem działu technicznego, 
który jest pewnie właśnie tą osobą, która później powyciera krew Elizabeth z posadzki szybu 

windy? Czy ktokolwiek kupi czekoladki Juliowi?

Może powinnam po prostu kupić kwiaty im obojgu.

- Rachel jeszcze nie przywykła do tego miasta - mówi doktor Jessup, pewnie w ramach 

wyjaśnienia.   -   Na   pewno   to   nią   trochę   wstrząśnie.   Nie   jest   jeszcze   zblazowanym 

nowojorczykiem, w przeciwieństwie do niektórych z nas. Prawda, Wells? - Mruga okiem.

- Prawda - mówię, chociaż nadal nie mam pojęcia, o co mu chodzi. Czy bombonierka 

Whitman wystarczy, czy też powinnam pójść aż do Dean & Deluca i kupić cały stos tych ich 
ptifurków? Co by mi nawet odpowiadało, bo wtedy mogłabym kupić dla siebie trochę skórek 

pomarańczowych w czekoladzie.

Tyle że... Rachel nie je słodyczy. Nie wchodzą w skład diety Zone. Może powinnam 

background image

kupić jej jakieś orzechy?

Ale nasza rozmowa kończy się raptownie, kiedy wielkimi krokami do kącika wchodzi 

rektor Allington.

Powiem   wam   prawdę.   Nigdy   nie   udaje   mi   się   od   razu   poznać   rektora   Allingtona, 

chociaż od lipca, kiedy zaczęłam pracować w Fisher Hall, we wszystkie powszednie dni widzę 
go, kiedy wysiada z windy.

A nigdy nie udaje mi się poznać rektora Allingtona, dlatego że rektor Allington nie ma 

zwyczaju ubierać się jak rektor uniwersytetu. Najchętniej wkłada białe spodnie (które nosi 

jeszcze   długo   po   święcie   pracy   wypadającym   w   pierwszy   poniedziałek   września,   wbrew 
zaleceniom Miss Dobre Maniery), złoty T-shirt Uniwersytetu Nowojorskiego (a w naprawdę 

duszne   dni   podkoszulek   bez   rękawów),   adidasy   i   w   razie   niepogody   złoto-białą   kurtkę 
reprezentacji uczelni. Według innego artykułu, który znalazłam w papierach Justine, rektor 

ma nadzieję, że ubierając się jak student, wyda się młodzieży bardziej przystępny.

Ale   ja   nigdy   nie   widziałam   studenta   Uniwersytetu   Nowojorskiego   ubranego   w 

uczelniane   barwy.   Oni   wszyscy   noszą   się   na   czarno,   żeby   się   wtopić   w   tłum   reszty 
nowojorczyków.

Dzisiaj  rektor  Allington  zdecydował  się na  T-shirt,  a nie na koszulkę  bez rękawów, 

mimo że temperatura na zewnątrz przekracza dwadzieścia stopni. No cóż, może musiał wziąć 

udział w posiedzeniu Rady Zarządu i chciał się wystroić, żeby zrobić na nich dobre wrażenie.

Wszyscy   pozostali   członkowie   dyrekcji   natychmiast   się   do   niego   rzucają,   żeby 

sprawdzić, czy rektor wie, jak kluczową rolę każdy z nich odgrywa w rozwiązaniu kryzysu, 
który poniedziałkowa gazeta studencka określi niewątpliwie jako tragedią, i dopiero wtedy 

mówię sobie coś w rodzaju: „Aha. To nasz rektor”.

Ignorując wszystkich pozostałych, rektor Allington patrzy prosto na doktora Jessupa i 

mówi:

- Powinieneś coś z tym zrobić, Stan. Niedobrze jest. Bardzo niedobrze. Doktor Jessup 

wygląda, jakby żałował, że to nie on leży tam, w szybie windy. I w sumie wcale mu się nie 
dziwię.

- Phil... - odzywa się do rektora. - Tak już bywa. W podobnie dużej społeczności muszą 

się zdarzać jakieś wypadki. W samym zeszłym roku mieliśmy trzy, a w poprzednim zdarzyły 

się dwa.

- Nie w moim budynku - mówi rektor Allington. Nie mogę powstrzymać myśli, że mówi 

prawie jak Harrison Ford w Air Force One („Wynoś się z mojego samolotu”).

Ale brzmi o wiele bardziej jak Pauly Shpre w Eko-Jajach.

background image

Wydaje mi się, że to odpowiednia chwila, żeby wrócić do mojego biura. Zastaję tam 

Sarah, którą siedzi przy moim biurku i rozmawia przez telefon. Nikogo innego w pobliżu nie 

ma, ale i tak w gabinecie wyczuwa się pełne dezaprobaty napięcie. Wydaje się, że emanuje ono 
od Sarah, która z trzaskiem ciska słuchawkę telefonu na widełki i obrzuca mnie gniewnym 

spojrzeniem.

- Rachel mówi, że mamy odwołać dyskotekę, która miała się odbyć dziś wieczorem.

Patrzy na mnie spode łba.
- I co? - Mnie się wydaje, że to rozsądne zarządzenie. - Odwołaj ją.

- Ty nie rozumiesz. Zorganizowaliśmy prawdziwą kapelę. Stracimy na tym co najmniej 

tysiąc pięćset dolarów.

Spoglądam na nią ze zdziwieniem.
- Sarah - mówię - tamta dziewczyna zginęła. Nie żyje.

-   I   odwołując   imprezę   ze   względu   na   jej   samolubny   wyczyn   -   mówi   Sarah 

-doprowadzimy tylko do tego, że jej śmierć zostanie wyidealizowana przez naszych studentów. 

- A potem na chwilę przestaje się popisywać swoją wiedzą słuchacza studiów magisterskich i 
dodaje: - Chyba uda nam się odrobić stracone zyski na sprzedaży T-shirtów. Ale i tak nie 

rozumiem, mamy odwoływać dyskotekę tylko dlatego, że jakaś wariatka zeskoczyła z dachu 
windy?

A   ludzie   mówią,   że   show-biznes   jest   brutalny.   Najwyraźniej   nigdy   nie   pracowali   w 

akademiku.

Przepraszam. Chciałam powiedzieć, w domu studenckim.

background image

5

Ponieważ to Nowy Jork, w którym codziennie zdarza się tyle zgonów z nienaturalnych 

przyczyn,  biuro koronera przysyła  kogoś do oględzin zwłok  Elizabeth  dopiero po czterech 
godzinach.

Koroner przyjeżdża o wpół do czwartej i za dwadzieścia pięć czwarta stwierdza zgon 

Elizabeth Kellog. Za przyczynę śmierci, która będzie jeszcze weryfikowana w trakcie śledztwa i 

sekcji zwłok, uznano ciężkie obrażenia: złamanie kręgosłupa szyjnego, lędźwiowego miednicy 
oraz liczne złamania kości czaszki i kończyn.

Możecie mnie nazwać marzycielką, ale nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek z naszych 

studentów zdołał wyidealizować tę śmierć, kiedy się o tym dowie.

Go gorsza, koroner mówi, że jego zdaniem Elizabeth nie żyje już od ponad dwunastu 

godzin. Co oznaczą że leży na dnie tego szybu windy od wczorajszej nocy.

No dobra, on twierdzi, że zginęła w momencie uderzenia o betonową posadzkę, więc 

śmierć nastąpiła natychmiast. To nie tak, że ona tam leżała żywa przez całą noc.

Ale mimo wszystko.
Nie da się ukryć ani furgonetki koronera, ani ciała, które na koniec zostaje wyniesione z 

budynku. O czwartej wszyscy studenci mieszkający w Fisher Hall już wiedzą, że ktoś zginął. A 
kiedy windy znów zostają włączone, a im nareszcie pozwala się z nich skorzystać i wrócić do 

pokojów, dowiadują się też, jak zginęła ta dziewczyna. W końcu to studenci uniwersytetu, oni 
nie są głupi. Potrafią dodać dwa do dwóch i stwierdzić, że razem wychodzi cztery.

Ale nie jestem w stanie przejmować się nadmiernie tym, jak siedmiuset mieszkańców 

Fisher  Hall   poradzi   sobie  z   wiadomością   o  śmierci   Elizabeth.  Bo   za   bardzo   jestem   zajęta 

zastanawianiem się, jak rodzice Elizabeth zareagują na wiadomość o jej śmierci.

A to dlatego, że doktor Jessup podjął decyzję - decyzję popartą przez doktora Flynna - 

że ze względu na wcześniejsze kontakty Rachel z panią Kellog w sprawie zasad przyjmowania 
gości   w   akademiku,   to   ona   powinna   być   osobą,   która   zadzwoni   do   rodziców   zmarłej 

dziewczyny.

- Szok będzie mniejszy - zapewnia wszystkich doktor Flynn - kiedy Kellogom przekaże 

tę informację jakiś znajomy głos.

Kiedy decyzja raz już zapada, Sarah zostaje bez ceremonii wyproszona z gabinetu, ale 

mnie doktor Jessup prosi, żebym została.

- To pomoże Rachel - mówi.

Najwyraźniej   nie   widział   Rachel   w   akcji.   Ja   widziałam.   Parę   dni   temu   sklęła 

background image

pracowników stołówki za to, że przypadkowo umieścili w dyspenserze pełnotłusty dressing 
farmerski zamiast odtłuszczonego. Rachel raczej nie jest osobą, która potrzebuje oparcia.

Ale kim ja jestem, żeby zabierać głos w tej sprawie?
Cała scena jest niesłychanie smutna i kiedy Rachel wreszcie odkłada słuchawkę, mam 

już objawy nadchodzącej migreny i dolegliwości żołądkowych.

Oczywiście,   winne   może   być   tych   jedenaście   jolly   ranchers   i   torebka   fritos,   które 

zjadłam zamiast lunchu. Ale nigdy nic nie wiadomo.

Te   symptomy   jeszcze   mi   pogłębia   doktor   Jessup.   Rozgoryczony   uwagami   rektora 

Allingtona, zapomniał o rozsądku i nowojorskich przepisach ochrony zdrowia i energicznie 
pali,   przysiadłszy   na   skraju   biurka   Rachel.   Nikt   nie   zaproponował,   że   otworzy   okno.   To 

dlatego, że nasze biuro mieści się na parterze i za każdym razem, kiedy otwieramy okna, jakiś 
dowcipniś podchodzi do nich i wrzeszczy w głąb naszego biura: „Mogę powiększyć zestaw o 

frytki?”

I to dokładnie wtedy przychodzi mi do głowy, że skoro Rachel skończyła już rozmawiać 

przez   telefon,   to   moje   wsparcie   nie   jest  jej   już   chyba   potrzebne.   W   niczym  więcej   tu   nie 
pomogę.

Więc podnoszę się i mówię:
- Idę teraz do domu.

Wszyscy na mnie spoglądają. Na szczęście rektor Allington już dawno wyszedł, bo on i 

jego żona mają letni dom w Hamptons i wymykają się tam przy każdej możliwej okazji.

Tyle   że   dzisiaj   pani   Allington   nie   chciała   wychodzić   od   frontu   -   żeby   nie   mijać 

zaparkowanej tam furgonetki koronera stojącej za wozem straży pożarnej. Musiałam wyłączyć 

alarm, żeby mogła skorzystać z wyjścia awaryjnego na tyłach stołówki, tego samego, przez 
które ochrona wpuszcza co ważniejszych gości Allingtonów - na przykład Schwarzeneggerów - 

kiedy rektor urządza przyjęcie. Niektórych gości lepiej nie narażać na zaczepki studentów.

Jedyny syn Allingtonów, Christopher - bardzo przystojny facet pod trzydziestkę, nosi 

garnitury od Brook Brothers, mieszka w akademiku dla słuchaczy studiów podyplomowych i 
uczęszcza   na   wydział   prawa   naszej   uczelni   -   siedział   za   kierownicą   ich   ciemnozielonego 

mercedesa,   kiedy   wreszcie   wyszli   z   budynku.   Rektor   Allington   troskliwie   usadził   żonę   na 
tylnym   siedzeniu,   włożył   torby   podróżne   do   bagażnika,   a   potem   wskoczył   na   przednie 

siedzenie obok syna.

Christopher Allington odjechał tak szybko, że ludzie bawiący się na ulicznym festynie 

(Ach,   tak.   Festyn   uliczny   trwał   nadal,   niezależnie   od   wozu   straży   pożarnej   i   furgonetki 
koronera) w popłochu uskakiwali na chodnik.

background image

Powiem wam coś: gdyby Allingtonowie byli moimi rodzicami, też bym rozjeżdżała ludzi 

na ulicy.

Doktor Flynn jako pierwszy otrząsnął się po mojej uwadze, że wychodzę. Mówi:
- Oczywiście, Heather. Wracaj do domu. Nie potrzebujemy już Heather, prawda, Stan?

Doktor Jessup wydycha obłok sinoszarego dymu.
- Idź do domu - mówi do mnie. - Zrób sobie drinka. Mocnego.

- Och, Heather! - woła Rachel. Zrywa się ze swojego obrotowego krzesła i, ku mojemu 

zdziwieniu, pada mi w ramiona. Nigdy przedtem nie przejawiała w stosunku do mnie takiej 

czułości. - Bardzo ci dziękuję, że przyszłaś. Nie wiem, co byśmy bez ciebie zrobili. Ty zawsze 
zachowujesz taki spokój w obliczu kryzysu.

Nie mam pojęcia, o czym ona mówi. Ja absolutnie nic nie zrobiłam. A już zwłaszcza nie 

kupiłam   jej   tych   kwiatów,   które   zalecał   doktor   Jessup.   No,   może   uspokoiłam   trochę 

praktykantów i wyperswadowałam Sarah tę dyskotekę, ale to wszystko, naprawdę. Przecież 
nikomu nie uratowałam życia.

Patrzę   wszędzie,   byle   nie   na   twarz   Rachel.   Ściskanie   Rachel   bardzo   przypomina 

ściskanie... no cóż, patyka. To dlatego że ona jest taka chuda. Trochę mi jej żal. Bo kto miałby 

ochotę tulić patyk? Wiem, że wszyscy ci faceci, którzy się uganiają za modelkami, lubią to. Ale 
czy normalna osoba będzie chciała przytulać worek spiczastych kości? I byłoby inaczej, gdyby 

ona z natury była taka kanciasta. Ale Rachel specjalnie się głodzi, żeby tak wyglądać.

To jest po prostu bez sensu.

Ku  mojej uldze,  Rachel  puszcza  mnie niemal  od razu  i wtedy  natychmiast,  już bez 

słowa, wychodzę z biura, bo boję się, że jeśli się odezwę, zacznę płakać. Nie ze względu na jej 

chudość, ale dlatego że to wszystko wydaje mi się takim strasznym bezsensem. Dziewczyna nie 
żyje, jej rodzice są zrozpaczeni. I po co to wszystko? Dla chwili dreszczyku podczas jazdy na 

dachu windy?

To jest po prostu jakiś kompletny absurd.

Ponieważ   alarm   przy   wyjściu   pożarowym   nadal   jest   wyłączony,   ja   też   wychodzę   z 

budynku   tamtędy,   zadowolona,   że   nie   muszę   mijać   kontuaru   recepcji.   Bo   serio,   mam 

wrażenie, że rozkleję się, jeśli ktokolwiek odezwie się do mnie chociaż jednym słowem. Muszę 
przejść na piechotę całą drogę Szóstą Aleją, obchodząc kwartał ulic, żeby nie wpaść na nikogo 

znajomego - ale warto. Nie jestem w nastroju do towarzyskich pogawędek.

Niestety,   kiedy   docieram   do   wejściowych   drzwi   domu,   okazuje   się,   że   jednak 

towarzyskie pogawędki to coś, czego nijak nie uda mi się uniknąć. Bo na schodach rozsiadł się 
mój były narzeczony, Jordan Cartwright.

background image

A ja naprawdę byłam przekonana, że mój dzień nie może się jeszcze bardziej skiepścić.
Jordan podnosi się, kiedy mnie zauważa,  i chowa  komórkę,  do której przed chwilą 

dziamgał. Późnopopołudniowe słońce wydobywa złote refleksy w jego jasnych włosach i nie 
mogę nie zauważyć, że mimo upału tej wczesnej jesieni krawędzie zaprasowane na jego białej 

koszuli i (tak, mówię to z przykrością) dobranych do kompletu białych spodniach wyglądają 
idealnie świeżo.

W tym białym stroju i ze złotym łańcuchem na szyi wygląda, jakby zdezerterował z 

naprawdę kiepskiego boys bandu.

Co najsmutniejsze, ten opis odpowiada faktom.
Nie widzę wyrazu jego jasnoniebieskich oczu, bo schowane są za szkłami słonecznych 

okularów od Armaniego. Ale przypuszczam, że jak zwykle przepełnione są czułą troską o moją 
osobę. Jordan świetnie potrafi wmawiać ludziom, że naprawdę się o nich troszczy. To jeden z 

powodów,   dla   których   jego   pierwszy   solowy   utwór,  Baby,   bądź   moja  zdobył   podwójną 
platynową płytę, A teledysk całymi tygodniami był numerem jeden na Total Request Live.

- Tu jesteś - mówi. - Próbowałem się z tobą skontaktować. Coopa chyba nie ma w 

domu. Wszystko w porządku? Przyjechałem, jak tylko się dowiedziałem.

Gapię się na niego bez słowa. Co on tu robi? Zerwaliśmy ze sobą. Zapomniał już?
A może nie. Widać, że ćwiczył na siłowni. I to intensywnie. Jego bicepsy rysują się 

bardzo wyraźnie.

Może hantle mu spadły na głowę czy coś.

- Ona mieszkała w tym twoim akademiku, prawda? - ciągnie. - Ta dziewczyna, o której 

mówili w radiu? Ta, która zginęła?

To jest totalnie nie fair, że ktoś, kto wygląda tak seksownie, może być też... No cóż, 

kompletnie   pozbawiony   normalnych   ludzkich   odruchów.   Wyławiam   klucze   z   przedniej 

kieszeni dżinsów.

- Nie powinieneś tu przychodzić, Jordan - mówię. Ludzie się gapią, ale głównie tylko 

dilerzy   narkotyków.   Jest   ich   w   sąsiedztwie   całkiem   sporo,   bo   uniwersytet,   chcąc   z   nich 
oczyścić okolicę Washington Square Park ze względu na swoich studentów (i, co ważniejsze, 

ich rodziców), wywiera spory nacisk na miejscowy komisariat policji. Policja przepędza więc z 
parku wszystkich dilerów i bezdomnych, a ci przenoszą się na sąsiednie ulice... Na przykład tę, 

przy której mieszkam.

Oczywiście, kiedy przyjęłam propozycję brata Jordana, który zaproponował, żebym z 

nim zamieszkała,  nie miałam  pojęcia,  że okolica  okaże się taka  nieciekawa.  No bo, dajcie 
spokój, to jest w końcu Greenwich Village, która już dawno przestała być mekką głodujących 

background image

artystów, po tym jak wprowadzili się tu yuppies i podnieśli prestiż okolicy, a czynsze skoczyły 
do nieba. Wydawało mi się, że są porównywalne z Park Avenue, przy której mieszkałam z 

Jordanem i gdzie „tego typu ludzie”, jak ich określa Jordan, po prostu sienie kręcą.

I ma chłopak szczęście, bo „tego typu ludzie” najwyraźniej nie mogą teraz oderwać od 

niego wzroku - i to nie tylko ze względu na jego wyraźnie wyeksponowany złoty łańcuch.

- Hej! - woła jeden z nich. - To ty? Ty jesteś ten facet, hej?

Jordan, który przywykł do napastowania przez paparazzich, nawet nie mrugnie okiem.
- Heather... - mówi swoim najbardziej kojącym tonem, tym, którego używał w swoim 

duecie z Jessicą Simpson w czasie trasy koncertowej Get Funky minionego lata. - Daj spokój. 
Bądź rozsądna. Sercowe sprawy nam się nie ułożyły, ale to jeszcze nie powód, żebyśmy nie 

mogli się przyjaźnić. Tyle razem przeszliśmy. Przecież w sumie razem dorastaliśmy.

W   zasadzie   to   nawet   prawda.   Poznałam   Jordana   w  czasach,  kiedy   po   raz   pierwszy 

podpisałam kontrakt z wytwórnią jego ojca, Cartwright Records. Skończyłam wtedy piętnaście 
lat i łatwo  poddawałam się wpływom, a Jordan miał  raptem osiemnaście. Zwyczajnie  mu 

wierzyłam, kiedy twierdził, że tak samo jak ja nie cierpi piosenek, które mu wciska wytwórnia. 
Wierzyłam mu, kiedy mówił, że on też, jak ja, przestanie je śpiewać i zacznie  wykonywać 

własne   utwory.   Wierzyłam   mu   do   momentu,   kiedy   powiedziałam   wytwórni,   że   albo   moje 
piosenki,   albo   żadne   piosenki,   a   wytwórnia   ze   mnie   zrezygnowała...   Tymczasem   Jordan, 

zamiast powiedzieć wytwórni (znanej również jako jego tata) to samo co ja, powiedział do 
mnie: „Heather, chyba musimy poważnie porozmawiać”.

Rozglądam się, żeby sprawdzić, czy nie odstawia teraz tego przedstawienia dla ukrytej 

kamery. Totalnie nie zdziwiłabym się, gdyby wziął udział w jakimś reality show. To tego typu 

człowiek,   który   nie   miałby   nic   przeciwko   oglądaniu   własnego   życia   transmitowanego   w 
ogólnokrajowej sieci telewizyjnej.

I   to   wtedy   zauważam   srebrny   kabriolet   bmw   zaparkowany   przy   hydrancie   przed 

naszym domem z elewacją z piaskowca.

- A to coś nowego - mówię. - Od taty? Nagroda za Tanie Tracę?
- Przestań, Heather - mówi Jordan. - Tłumaczyłem ci. Ta sprawa z Tanią. .. To nie tak 

jak myślisz.

-   Jasne   -   odpowiadam   z   uśmiechem.   -   Przypuszczam,   że   się   po   prostu   potknęła   i 

dlatego wylądowała z głową w twoim kroczu.

Wtedy Jordan robi coś, co mnie zaskakuje. Ściąga okulary i patrzy na mnie bardzo 

intensywnym wzrokiem. Przypomina mi się, jak go spotkałam po raz pierwszy - w Mail of 
America. Wytwórnia - to znaczy tata Jordana - zorganizowała nam, jego boys bandowi Easy 

background image

Street   i   mnie,   wspólną   trasę   koncertową,   starając   się   przyciągnąć   maksymalną   liczbę 
jedenasto- i dwunastolatków (oraz ich rodziców, oraz portfeli ich rodziców).

Jordan   rzucił   mi   wtedy   takie   samo   intensywne   spojrzenie.   Jego:   „Kotku,   masz 

najbardziej niebieskie oczy na świecie” zupełnie nie zabrzmiało wtedy jak typowa podrywka.

Ale co ja mogłam wiedzieć? Wyciągnięto mnie ze szkoły średniej, kiedy byłam jeszcze w 

pierwszej klasie, i od tamtej pory stale byłam w trasie, pod ciągłą opieką dorosłych, a kontakt z 

facetami w moim wieku miałam tylko wtedy, kiedy podchodzili do mnie poprosić o autograf. 
Skąd  miałam  wiedzieć,  że  „Kotku,  masz najbardziej  niebieskie  oczy na  świecie”  to zwykła 

podrywka?

Zdałam sobie z tego sprawą dopiero wiele lat później, kiedy „Kotku, masz najbardziej 

niebieskie oczy na świecie” pojawiło się jako fragment piosenki z pierwszego solowego albumu 
Jordana. Okazuje się, że miał sporo praktyki w posługiwaniu się tym tekstem. I robił to z 

przekonującą szczerością.

Na mnie z pewnością podziałało.

-   Heather...   -   mówi   teraz   Jordan,   a   promienie   słońca,   przefiltrowane   przez   korony 

drzew i apartamentowce po zachodniej stronie ulicy, igrają na gładkich płaszczyznach jego 

przystojnej, nadal nieco chłopięcej twarzy. - Coś nas łączyło, ciebie i mnie. Jesteś pewna, że 
chcesz o tym wszystkim zapomnieć? Och, ja wiem, że nie jestem tutaj zupełnie bez winy. Ta 

sprawa z Tanią... No cóż, wiem, jak to musiało dla ciebie wyglądać.

Patrzą na niego z niedowierzaniem.

- Chodzi ci o to, że robiła ci laską? Bo tak to wyglądało dla mnie. Jordan się krzywi, 

jakbym go uderzyła.

- Widzisz? - Zaplata ramiona na piersi. - Widzisz, dokładnie o tym mówią. Kiedy się 

poznaliśmy, Heather, nigdy nie rzucałaś takich chamskich tekstów. Zmieniłaś się. Nie widzisz 

tego? To część problemu. Nie jesteś tą samą dziewczyną, którą kiedyś poznałem...

Stwierdzam, że jeśli opuści wzrok na linię mojej talii, gdzie najbardziej zmieniłam się 

od czasów sprzed dziesięciu lat, walnę go z byka. Ale nie zrobił tego.

- Stałaś się taka... Sam nie wiem, Heather. Twarda to chyba dobre słowo - ciągnie. -I po 

tym przez co przeszłaś w związku ze swoją mamą i swoim menedżerem, kto mógłby cię winić? 
Ale, Heather, nie wszyscy na tym świecie chcą cię ograbić ze wszystkich pieniędzy i zwiać z 

nimi do Argentyny,  jak  oni.  Musisz  mi uwierzyć,   kiedy mówię,  że  nigdy nie  chciałem   cię 
zranić. Po prostu, nasze drogi się rozeszły, moja i twoja. Pragniemy innych rzeczy. Ty chcesz 

śpiewać własne piosenki i najwyraźniej nie obchodzi cię, że to może przy okazji zniszczyć 
twoją karierą: to, co z niej jeszcze zostało. A ja... No cóż, ja chcę...

background image

- Hej! - wrzeszczy diler narkotyków. - Ty jesteś Jordan Cartwright! W głowie mi się nie 

mieści to wszystko. Najpierw Elizabeth, a teraz to.

I w ogóle, czego ten Jordan ode mnie chce? Tego właśnie zupełnie nie mogę pojąć. 

Facet ma trzydzieści jeden lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu i mnóstwo pieniędzy - o wiele 

więcej niż sto tysięcy dolarów rocznie, których oczekiwałaby Rachel od idealnego partnera. 
Oczywiście ja wiem, że jego rodzice nie byli zachwyceni, kiedy ze sobą zamieszkaliśmy. To nie 

wyglądało dobrze, że dwójka ich najpopularniejszych wykonawców dla nastolatków mieszka 
razem...

Ale czy nasz cały związek był z jego strony tylko próbą odegrania się na rodzicach? Bo 

widzicie, swego czasu państwo Cartwright ulegli błaganiom najmłodszego syna - miał wtedy 

dziewięć lat - i pozwolili, by wziął udział w przesłuchaniu do Klubu Myszki Miki. Jordan nigdy 
nie przestał się tego wstydzić. Bo przecież poważni muzycy rokowi nie miewają swoich zdjęć z 

uszami Myszki Miki, publikowanych co drugi tydzień w „Teen People”...

-   Jordan...   -   mówię,   przerywając   mu   wymienianie   rzeczy,   których   pragnie,   z   czego 

większość ma coś wspólnego z niesieniem szarym ludziom odrobiny radości życia i czy w tym 
jest coś złego? Tyle że ja przecież nigdy nie twierdziłam, że jest. - Czy mógłbyś po prostu już 

sobie pójść?

Omijam go, z kluczami w dłoni. Chyba zamierzałam otworzyć drzwi i dostać się do 

środka,   zanim   on   zdoła   mnie   zatrzymać.   Ale   konieczność   otwarcia   trzech   zamków   nieco 
utrudnia sprawę.

-   Wiem,   czemu   nie   traktujesz   mnie   jak   poważnego   artystę,   Heather   -   mówi   dalej 

Jordan. I mówi. I mówi. - Ale nie myśl sobie, że jestem mniej twórczy niż ty tylko dlatego, że 

śpiewam piosenki, których sam nie napisałem. Teraz praktycznie cała choreografia jest moja. 
Ten krok, który wykonałem w teledysku do Tylko ty i ja. Wiesz, no ten? - Robi szybki krok z 

poślizgiem, któremu towarzyszy wyrzut bioder. Na frontowych schodach domu z elewacją z 
piaskowca. - To wszystko moje pomysły. Wiem, możesz uznać, że to niewiele, ale nie uważasz, 

że już pora, żebyś sama przyjrzała się własnemu życiu? Czy ty ostatnio zrobiłaś coś dającego 
artystyczną satysfakcję? Ta głupia praca w akademiku.

Dwa zamki otwarte. Został jeszcze jeden.
- .. .i mieszkanie tu, z ćpunami koczującymi niemal na twoich schodach... i z Cooperem! 

Akurat z Cooperem! Ty wiesz, co w mojej rodzinie sądzi się o Cooperze, Heather.

Wiem, co się w jego rodzinie sądzi o Cooperze. To samo co o dziadku Coopera, który w 

wieku sześćdziesięciu pięciu lat ujawnił się ze swoją orientacją seksualną, kupił w Village dom 
wyłożony różowym piaskowcem, a potem zapisał go w testamencie swojemu wnukowi, czarnej 

background image

owcy, a ten wnuk wprowadził się do apartamentu na parterze, pierwsze piętro przerobił na 
agencję   detektywistyczną,   a   ostatnie   piętro   zaproponował   mnie,   nie   żądając   czynszu   (w 

zamian prowadzę mu rachunkowość), kiedy dowiedział się, że zostawiłam Jordana z Tanią.

- Ja wiem, że między wami nic nie ma - mówi teraz Jordan. - To nie to mnie martwi. 

Nie jesteś w typie Coopera.

Nie musi mi tego mówić. Niestety.

-   Ale   zastanawiam   się,   czy   masz   świadomość,   że   Cooper   ma   za   sobą   kryminalną 

przeszłość? Wandalizm. I owszem, był nieletni, ale i tak, na litość boską, Heather, on nie ma 

żadnego szacunku dla własności publicznej. Wiesz, zniszczył billboard Easy Street. Zdaję sobie 
sprawę,   że   zawsze   zazdrościł   mi   talentu,   ale   to   nie   moja   wina,   że   się   urodziłem   z   takim 

darem...

Trzeci zamek otwarty. Jestem wolna!

- Do widzenia, Jordan - mówię i wślizguję się do środka, ostrożnie zamykając za sobą 

drzwi. Bo wiecie, nie chcę go przy tym jakoś uszkodzić. Nie dlatego że on mi jeszcze nie jest 

obojętny, ale dlatego że to byłoby niegrzeczne.

Poza tym jego tata mógłby mnie pozwać do sądu. Nigdy nic nie wiadomo.

background image

6

Jordan dobija się do drzwi, ale ja go ignoruję. We wnętrzu domu jest chłodno i lekko 

pachnie   tonerem   z   fotokopiarki   w   biurze   Coopera.   Ruszam   po   schodach   do   swojego 
mieszkania, sądząc, że Lucy (Czy ja już o niej wspominałam? Lucy to mój pies) będzie chciała 

wyjść   na   spacer,   ale   rzucam   okiem   na   koniec   korytarza   i   widzę,   że   drzwi   balkonowe 
prowadzące na taras na tyłach domu są otwarte.

Zamiast pójść na górę, ruszam korytarzem - dziadek Coopera wytapetował go w czarno-

białe   paski,   które   najwyraźniej   były   szczytem   szyku   w   gejowskim   środowisku   lat 

siedemdziesiątych - i znajduję pana domu, który siedzi na ogrodowym fotelu na tarasie, z 
butelką piwa w dłoni, moim psem u stóp i czerwoną lodówką turystyczną u boku.

Słucha radia -jak zwykle, kiedy jest w domu - stacji nadającej jazz. Cooper jest jedynym 

członkiem   tej   rodziny,   który   wyrzeka   się   skrzeków   Easy   Street   i   Tani   Tracę   dla   bardziej 

melodyjnych tonów duetu Coleman-Hawkins i Sarah Vaughn.

- Poszedł już? - pyta Cooper, kiedy zauważa, że stoję w drzwiach.

- Niedługo pójdzie - mówię. I wtedy mnie oświeca. - Ty się tu przed nim ukrywasz?
- Nie mylisz się - mówi Cooper. Otwiera lodówkę i wyjmuje z niej piwo. -Proszę - mówi, 

podając mi je. - Stwierdziłem, że przyda ci się jedno.

Z wdzięcznością biorę od niego zimną butelkę i opadam na zieloną pikowaną poduszkę 

fotela z kutego żelaza, który stoi obok. Lucy natychmiast rzuca się do mnie i wciska łeb między 
moje uda, radośnie mnie obwąchując. Drapię ją za uszami.

To jest właśnie miłe, kiedy ma się psa. On zawsze tak się cieszy na twój widok. Poza 

tym, wiecie, to ma korzystne działanie zdrowotne. Ludziom obniża się ciśnienie krwi, kiedy 

głaszczą   psa.   Albo   chociaż   kota.   To   udokumentowany   fakt.   Czytałam   o   tym   w   tygodniku 
„People”.

Oczywiście nie tylko zwierzęta domowe mogą człowiekowi obniżyć ciśnienie. Siedzenie 

w   jakimś   naprawdę   spokojnym   miejscu   też   tak   działa.   Na   przykład   na   tarasie   dziadka 

Coopera,   z   ogrodem   rozpościerającym   się   poniżej.   Ten   taras   i   ogród   to   jedne   z   najlepiej 
skrywanych  sekretów Manhattanu.  Pełen zieleni,  otoczony wysokimi,  obrośniętymi  dzikim 

winem   murami,   ten   zakątek   stanowi   maleńką   oazę,   stworzoną   na   miejscu   dawnego 
osiemnastowiecznego stajennego podwórza. W ogrodzie jest nawet maleńka fontanna, którą 

Cooper, jak widzę, włączył. Gulgocze sobie uspokajająco. Jakie ciche późne popołudnie. Kiedy 
drapię Lucy za uszami, czuję, że serce mi się powoli uspokaja.

Może kiedy skończę sześciomiesięczny okres próbny i wreszcie będę mogła się zapisać 

background image

na zajęcia, pójdę na kursy przygotowawcze na medycynę. Tak, trudno byłoby pogodzić to z 
pracą   na   cały   etat   -   nie   wspominając   już   o   rachunkowości   dla   Coopera.   Ale   znajdę   jakiś 

sposób.

A   potem   może   dostanę   stypendium,   czy   coś,   i   pójdę   na   studia   medyczne.   A   kiedy 

skończę medycynę, będę mogła zabierać ze sobą Lucy na obchody i ona będzie uspokajać 
wszystkich moich pacjentów. Totalnie zlikwiduję choroby serca w ten prosty sposób, że każę 

pacjentom głaskać mojego psa. Będę sławna! Jak Maria Curie!

Tyle że nie będę nosiła na szyi uranu i nie umrę na chorobę popromienną, co, jak 

przeczytałam, przytrafiło się Marii.

Nie wspominam o moim nowym planie Cooperowi. Jakoś mi się nie wydaje, żeby on 

umiał docenić jego wszystkie zalety. Chociaż w sumie jest facetem o całkiem otwartej głowie. 
Arthur   Cartwright,   dziadek   Coopera,   rozzłoszczony   sposobem,   w   jaki   reszta   rodziny 

potraktowała go, kiedy wyjawił, że jest gejem, większość swojej ogromnej fortuny przeznaczył 
na badania nad AIDS, całość swojej światowej klasy kolekcji dzieł sztuki oddał na aukcje w 

Sotheby's,   z   zastrzeżeniem,   że   zyski   ze   sprzedaży   mają   zostać   przekazane   na   akcją 
charytatywną  God's   Love   We   Deliver,  a   niemal   wszystkie   posiadane   przez   siebie 

nieruchomości zapisał swojej Alma Mater, Uniwersytetowi Nowojorskiemu...

..   .wszystko,   poza   swoim   ukochanym   domem   z   elewacją   z   różowego   piaskowca   w 

Village, który zapisał Cooperowi - razem z okrągłą sumką miliona dolców - bo Cooper był 
jedynym członkiem rodziny Cartwrightów, który na wiadomość o tym, że dziadek ma nowego 

chłopaka, Jorge'a, stwierdził: „A jak tam sobie lubisz, dziadziu”.

Jordan i cała reszta Cartwrightów zbytnio się nie zmartwili wydziedziczeniem przez 

Arthura. W sejfie bankowym klanu Cartwrightów i tak zostało jeszcze dość kasy, żeby starczyło 
dla wszystkich.

Niemniej jednak Cooper został właściwie wykluczony z klanu Cartwrightów - choć i 

przedtem był czarną owcą. Rodzina nigdy nie mogła mu darować, że wyrzucano go z licznych 

szkół średnich, a potem wolał wybrać studia niż członkostwo w Easy Street - nie wspominając 
już o jego skłonności do umawiania się z bardzo atrakcyjnymi specjalistkami od chirurgii serca 

czy właścicielkami galerii dzieł sztuki o imionach takich jak Saundra czy Yokiko.

Co mu chyba, prawdę mówiąc, niespecjalnie przeszkadza. Nigdy jeszcze nie spotkałam 

nikogo równie zadowolonego z własnego towarzystwa jak Cooper Cartwright.

On nawet z wyglądu nie przypomina reszty swojej rodziny. Ciemnowłosy, podczas kiedy 

oni  wszyscy  są  blondynami,  Cooper  jednak  odziedziczył   typową  dla   Cartwrightów  urodę  i 
błękitne oczy.

background image

I na wyglądzie kończy się jakiekolwiek podobieństwo do jego brata, Jordana. Obaj są 

wysocy, szczupłej, ale atletycznej budowy.

Mięśnie   Jordana   zostały   doprowadzone   do   perfekcji   pod   okiem   osobistego   trenera 

dzięki kilku godzinom dziennie spędzanym w prywatnej domowej siłowni, gdy tymczasem 

mięśnie Coopera wyrobiły się od grania w agresywnego kosza w składzie jeden na jednego na 
publicznych boiskach do koszykówki na rogu Szóstej i Trzeciej Zachodniej i od - chociaż do 

tego nie chce się przyznawać - pogoni na piechotą przez Grand Central w sprawach kolejnych, 
aktualnie   go   zatrudniających   klientów.   Znam   prawdą,   bo   będąc   osobą,   która   wystawia 

rachunki dla jego klientów, czytam te wszystkie paragony. Nie ma sposobu, żeby ktoś zdążył 
od taksówki - trasa za sześć dolarów kończąca się o piątej jeden - do kasy biletowej Metro 

North - bilet powrotny do Stamford, odjazd piąta siedem - inaczej niż biegiem.

Ze względu na to wszystko - na jego miłe usposobienie, na te oczy i grę w kosza w 

weekendy... nie wspominając już o jazzie-zakochałam się w Cooperze do szaleństwa.

Ale   ja   wiem,   że   to   całkiem   daremne.   On   mnie   traktuje   z   tego   rodzaju   przyjaznym 

lekceważeniem, jakie zwykle rezerwuje się dla dziewczyny młodszego brata, bo tym właśnie 
najwyraźniej los każe mi pozostać w jego oczach, ponieważ, w porównaniu z kobietami, z 

którymi się umawia,  a które są wszystkie wychudzone, olśniewające  i wykładają literaturą 
renesansową albo specjalizują się w mikrofizyce, ja wypadam jak budyń waniliowy czy coś.

A kto spojrzy na budyń waniliowy, kiedy może zjeść creme briilee?
Zakocham się w kimś innym, kiedy tylko będę mogła. Przysięgam. Ale na razie, czy to 

coś złego, że lubię jego towarzystwo?

Pociągając   długi   łyk   piwa,   Cooper   przygląda   się   dachom   budynków   dokoła   nas...   Z 

których   jeden,   tak   się   składa,   należy   do   Fisher   Hall.   Z   ogrodu   na   tyłach   domu   Arthura 
Cartwrighta   można   zobaczyć   piętra   od   dwunastego   do   dwudziestego,   włącznie   z 

apartamentem rektora na samej górze.

Można też zobaczyć odpowietrzniki szybów wind.

- No i... - odzywa się Cooper. - Było źle?
Nie ma na myśli mojego spotkania z Jordanem. To oczywiste, bo głową wskazuje w 

stroną akademika.

Nie jestem zdziwiona,  że wie o zmarłej  dziewczynie.  Na pewno słyszał  wszystkie  te 

syreny i widział tłum. Całkiem możliwe, że ma tu gdzieś ukryty policyjny skaner.

- Nie wyglądało to zbyt ślicznie - odpowiadam, biorąc łyk swojego piwa, a wolną ręką 

masując   szpiczaste   uszy   Lucy.   Lucy   jest   kundlem,   którego   wzięłam   ze   schroniska   ASPCA 
wkrótce po ucieczce mojej matki. Jestem pewna, że Sarah powiedziałaby, że adoptowałam 

background image

Lucy jako coś w rodzaju zastępczej rodziny, skoro zostałam porzucona przez moją własną.

Ale   ponieważ   kiedyś   stale   bywałam   w   trasie,   nigdy   nie   mogłam   mieć   własnego 

zwierzęcia, a ja po prostu czułam, że już czas je sobie sprawić. Częściowo spokrewniona z 
collie, a częściowo najwyraźniej z lisem, Lucy ma roześmiany pysk, któremu nie mogłam się 

oprzeć - chociaż Jordan wolał mieć rasowego psa, najchętniej cocker-spaniela. Nie był zbyt 
szczęśliwy; kiedy zamiast Lady, w domu pojawił się Tramp.

Ale to nie ma żadnego znaczenia, bo Lucy i tak od początku nie lubiła Jordana, i swoją 

dezaprobatę okazała mu z miejsca, zjadając parę jego zamszowych spodni.

Ciekawe, że nigdy nie miała podobnych obiekcji wobec Coopera, co tłumaczę tym, że 

Cooper nigdy w nią nie ciskał egzemplarzem „US Weekly” za to, że obgryza jego kompakty 

Dave Matthew's Band. Cooper nawet nie ma żadnych kompaktów Dave Matthew's Band. Jest 
fanem Wyntona Marsalisa.

- Czy wiadomo, jak to się stało? - pyta Cooper.
- Nie - odpowiadam. - A jeśli ktoś wie, trudno powiedzieć, żeby palił się do udzielania 

informacji.

- No cóż... - Popija piwo. - To tylko dzieciaki. Pewnie się boją nieprzyjemności.

- Wiem - mówię. - Ale po prostu... Jak oni mogli ją tak zostawić? Przecież ona tam 

przeleżała ładnych kilka godzin. A oni ją tam tak zostawili.

- Kto ją zostawił?
- Ci ludzie, z którymi tam była.

- A skąd wiesz, że w ogóle tam z kimś była?
- Nikt nie uprawia surfingu na windach w pojedynkę. Cała zabawa polega na tym, że 

kilkoro dzieciaków wdrapuje się na dach  windy przez klapę w suficie,  a potem nawzajem 
podpuszczają się do skoku z dachu na dach sąsiedniego wagonika, kiedy przejeżdża obok. Jeśli 

nie ma cię kto do tego podpuszczać, zabawa jest bez sensu.

Łatwo mi wyjaśniać różne rzeczy Cooperowi, bo on jest bardzo dobrym słuchaczem. 

Nigdy nie przerywa i zawsze wydaje się szczerze zainteresowany tym, co masz do powiedzenia. 
To kolejna cecha charakteru, która go odróżnia od reszty rodziny.

To także cecha, która moim zdaniem pomaga mu w wybranym zawodzie. Można się 

wiele dowiedzieć, pozwalając ludziom swobodnie mówić i tylko słuchając tego, co mają do 

powiedzenia.

A przynajmniej tak napisano w magazynie, który kiedyś czytałam.

-   Cała   rzecz   w   tym,   że   dzieciaki   podpuszczają   się   do   robienia   coraz   większych   i 

odważniej   szych   skoków  -   wyjaśniam.   -   Nigdy  nie  surfuje   się   na   windach  samemu.   Więc 

background image

musiała być tam z kimś. Chyba że...

Cooper mi się przygląda.

- Chyba że co?
-   No   cóż,   chyba   że   wcale   nie   bawiła   się   w   surfing   na   windach   -   mówię,   wreszcie 

wyrażając na głos coś, co mnie męczyło przez cały dzień. - Bo wiesz, dziewczyny na ogół tego 
nie robią. Nie surfują na windach. A przynajmniej ja nigdy o żadnej nie słyszałam, nie na 

Uniwersytecie Nowojorskim. To zabawa dla pijanych facetów.

-   Ach   tak.   -   Cooper   pochyla   się   naprzód   na   swoim   ogrodowym   fotelu.   -Jeśli   nie 

surfowała na windach, to jakim sposobem spadła na dno szybu? Myślisz, że drzwi windy się 
otworzyły, ale nie było za nimi wagonika, a ona dała krok do przodu, bo nie spojrzała?

- Nie wiem. To się po prostu nie zdarza, prawda? Drzwi się nie otworzą, jeśli nie ma za 

nimi wagonika. A nawet gdyby się otworzyły, kto byłby na tyle niemądry, żeby najpierw nie 

spojrzeć?

I to wtedy Cooper mówi:

- Może ktoś ją popchnął.
Patrzę na niego i mrugam powiekami. Tak tu cicho na tyłach domu - nie słychać ruchu 

ulicznego   z   Szóstej   Alei   ani   grzechotania   butelkami   z   Waverly   Place,   gdzie   bezdomni 
przeszukują śmietniki. Ale i tak dochodzę do wniosku, że mogłam go źle usłyszeć.

- Popchnął ją? - powtarzam.
-   Tak   przecież   uważasz,   prawda?   -   Niebieskie   oczy   Coopera   nie   wyrażają   żadnych 

emocji. To właśnie sprawia, że jest takim świetnym detektywem. I to dlatego wierzę, że może 
mimo   wszystko   jeszcze   jest   jakaś   szansa   dla   niego   i   dla   mnie,   z   romantycznego   punktu 

widzenia, bo nigdy w jego oczach nie widziałam nic, co kazałoby mi sądzić inaczej. - Może się 
nie pośliznęła i nie spadła przypadkiem. Może ją ktoś popchnął.

Rzecz w tym, że ja dokładnie coś takiego myślałam.
Ale myślałam też, że to wszystko brzmi... No cóż, zbyt idiotycznie, żeby o tym w ogóle 

wspominać.

- Nie próbuj zaprzeczać - mówi Cooper. - Wiem, że właśnie tak myślisz. Masz to po 

prostu wypisane na twarzy.

To niemal ulga wybuchnąć i powiedzieć:

- Dziewczyny nie surfują na windach, Coop. Po prostu tego nie robią. To znaczy, może 

w innych miastach, ale nie tu, nie na Uniwersytecie Nowojorskim. A ta dziewczyna, Elizabeth, 

to była panienka z dobrego domu!

Teraz z kolei to Cooper gapi się na mnie i mruga powiekami.

background image

- Proszę?
- Panienka z dobrego domu - mówię. - No wiesz. Porządna taka. Panienki z dobrych 

domów nie surfują na windach. Ale załóżmy nawet, że to robią.

Więc   jeśli   nawet...   Rozumiesz,   oni   ją   tam   po   prostu   zostawili.   Kto   tak   traktuje 

przyjaciela?

- Dzieciaki - mówi Cooper, wzruszając ramionami.

- To nie są żadne dzieciaki - upieram się. - Mają po osiemnaście lat. Cooper wzrusza 

ramionami.

- W moim przekonaniu to nadal dzieciaki - mówi. - Ale załóżmy, że masz rację i ona 

była za bardzo taką, hm, panienką z dobrego domu, żeby uprawiać surfing na windach. Czy 

przychodzi ci na myśl ktokolwiek, kto mógłby mieć powód, żeby ją zepchnąć do szybu... i w 
dodatku wiedział, jak to zrobić?

- Jedyna rzecz w jej papierach - mówię - to informacja, że dzwoniła jej matka i prosiła, 

żeby ograniczyć córce możliwość przyjmowania gości wyłącznie do dziewczyn.

- Dlaczego? - chce wiedzieć Cooper. - Miała jakiegoś niewłaściwego chłopaka i mama 

chciała, żeby dostał PNG-a?

PNG, znany także jako formularz persona non grata, wystawia ochrona wtedy, kiedy 

mieszkaniec akademika - albo jego rodzice czy ktoś z administracji - życzy sobie, żeby jakaś 

konkretna   osoba   otrzymała   zakaz   wstępu   do   budynku.   Ponieważ   przed   wejściem   na   górę 
trzeba okazać legitymację studencką albo pracowniczą, prawo jazdy albo paszport, strażnicy 

mogą bez problemu nie wpuścić do środka kogoś, kto jest na liście PNG. Jakiś czas temu, w 
moim pierwszym tygodniu pracy, studenci wyrobili dla mnie sfałszowane PNG. Mówili, że to 

taki dowcip.

Założę się, że nigdy nie zrobili go Justine.

Trudno mi uwierzyć, że Cooper aż tak uważnie słuchał mojej paplaniny o zwariowanej 

pracy w Fisher Hall, że w ogóle pamięta, co to jest PNG.

- Nie - mówię, lekko się rumieniąc. - Nie ma tam wzmianki o żadnym chłopaku.
- To nie znaczy, że go nie miała. Dzieciaki muszą wpisywać swoich gości, tak? - pyta 

Cooper. - Czy ktoś sprawdził, czy Elizabeth miała chłopaka, może takiego, o którym mama nic 
nie wiedziała, który u niej wczoraj nocował?

Potrząsam głową, nie odrywając wzroku od tylnej ściany Fisher Hall, która zabarwia się 

czerwienią w zachodzącym słońcu.

- Miała współlokatorkę - wyjaśniam. - Nie mogła przenocować u siebie jakiegoś faceta, 

skoro w łóżku po drugiej stronie pokoju spała koleżanka.

background image

-   Panienki   z   dobrego   domu   nie   robią   takich   rzeczy?   Kręcę   się   na   fotelu,   nieco 

skrępowana.

No cóż... Nie robią.
Cooper wzrusza ramionami.

- Współlokatorka mogła nocować gdzie indziej. Tego nie wzięłam pod uwagę.
- Sprawdzę książkę odwiedzin - mówię. - To nie zaszkodzi.

- Chcesz powiedzieć - poprawia mnie Cooper - że zasugerujesz policji, żeby sprawdziła 

książkę odwiedzin.

- Policji? - Jestem zaskoczona. - Uważasz, że zajmie się tym policja?
- Prawdopodobnie - brzmi łagodna odpowiedź Coopera. - Jeśli podzielają twoją opinię 

na temat „panienek z dobrych domów, które na windach nie surfują”.

Robię do niego minę, a w tej samej chwili rozbrzmiewa dzwonek do drzwi i słyszymy 

wrzask Jordana:

- Heather! Daj spokój, Heather! Otwórz! Cooper nawet nie odwraca głowy.

- Jego przywiązanie do ciebie jest wzruszające - stwierdza.
- To nie ma nic wspólnego ze mną - wyjaśniam. - On po prostu chce cię rozzłościć. No 

wiesz, żebyś mnie wyrzucił z domu. Nie spocznie, póki nie zamieszkam w kartonowym pudle 
na pasie rozdzielającym jezdnie Houston Street.

- Brzmi to tak, jakby między wami rzeczywiście wszystko się skończyło - mówi cierpko 

Cooper.

- To nie o to chodzi. On wcale mnie już nie lubi. On tylko chce mnie ukarać za to, że od 

niego odeszłam.

- Albo - mówi Cooper - za to, że miałaś dość ikry, żeby zacząć robić coś po swojemu. Bo 

on tego nigdy nie będzie umiał.

- Trafna uwaga.
Cooper niewiele mówi, ale kiedy coś powie, trafia w samo sedno. Kiedy usłyszał, że 

wyszłam z domu jak stałam, zostawiając Jordana z Tanią, zadzwonił do mnie na komórkę i 
powiedział, że jeśli szukam nowego mieszkania, to ostatnie piętro jego domu - na którym 

mieszkał kiedyś chłopak dziadka -jest do wzięcia. Kiedy mu wyjaśniłam, że jestem spłukana, 
dzięki  mamie,   Cooper  powiedział,  że  mogę  odrobić  czynsz,   wystawiając  rachunki   dla  jego 

klientów i wprowadzając dane do programu Quicken, żeby nie musiał za to płacić swojemu 
księgowemu sto siedemdziesiąt pięć dolarów za godzinę.

I jakby nigdy nic wyprowadziłam się z apartamentu na ostatnim piętrze domu przy 

Park   Avenue,   który   dzieliłam   z,   Jordanem,   i   przeprowadziłam   się   do   Coopera.   I   już   po 

background image

pierwszej spędzonej tam nocy było tak, jakbyśmy z Lucy nigdy nigdzie indziej nie mieszkały.

Oczywiście, praca wcale nie jest taka łatwa. Coop powiedział, że jego zdaniem zajmie mi 

to maksymalnie dziesięć godzin tygodniowo, ale wychodzi raczej bliżej dwudziestu. Zwykle 
całą niedzielę i kilka wieczorów w tygodniu poświęcam na próby zrozumienia, o co chodzi w 

stosach   świstków   papieru,   notatek   nabazgranych   na   pudełkach   zapałek   i   pogniecionych 
paragonów zgromadzonych w jego gabinecie.

Ale jeśli chodzi o czynsz, te dwadzieścia godzin na tydzień to i tak pestka. Mówimy 

przecież o całym piętrze w West Village, które na wolnym rynku bez trudu można by wynająć 

za trzy tysiące miesięcznie.

I   owszem,   wiem,   dlaczego   to   zrobił.   I   nie   chodzi   o   to,   że   w   głębi   ducha   skrywa 

upodobanie do noszących XL byłych gwiazdek nastoletniego popu. W sumie -jak to walenie 
Jordana do drzwi dokładnie w tej samej chwili - nie ma to nic wspólnego ze mną. Otóż Cooper 

pozwolił mi wprowadzić się do siebie, dlatego że w ten sposób może naprawdę doprowadzić 
do szału swoją rodzinę - a zwłaszcza  młodszego brata.  Coop uwielbia  wkurzać Jordana,  a 

Jordan nie cierpi Coopera. Podobno dlatego, że Coop jest nieodpowiedzialny i niedojrzały.

Ale moim zdaniem Jordan jest zwyczajnie zazdrosny o to, że Cooper, kiedy ich rodzice 

usiłowali wywierać na niego presję, żeby dołączył do Easy Street i odcięli mu finansowanie, w 
najmniejszym stopniu nie przejął się brakiem kasy. W gruncie rzeczy poradził sobie w życiu 

sam, bez żadnej pomocy ze strony Cartwright Records. Zawsze podejrzewałam, że Jordan - 
nawet jeśli uwielbia występować - żałuje, że nie powiedział rodzicom, dokąd mogą sobie pójść, 

tak jak zrobił to Cooper, a potem również i ja.

Cooper najwyraźniej podejrzewa go o to samo.

- No cóż - mówi, a w tle słyszymy, jak Jordan wrzeszczy: „Daj spokój, wiem, że tam 

jesteś!” - Bardzo mi przyjemnie siedzieć sobie tutaj i słuchać, jak Jordan emocjonuje się na 

moich frontowych schodach, ale mam robotę do zrobienia.

Nie mogę się powstrzymać i gapię się na Coopera, kiedy odstawia swoją butelkę po 

piwie i wstaje. Cooper to naprawdę udany egzemplarz. W blednącym świetle dnia wydaje się 
jeszcze   bardziej   opalony.   A   to   nie   jest,   ja   wiem,   opalenizna   z   puszki,   jak   u   jego   brata. 

Opalenizna   Coopa   bierze   się   z   siedzenia   godzinami   w   krzakach   z   teleobiektywem 
wycelowanym w drzwi jakiegoś pokoju motelowego...

Choć prawdę mówiąc, Cooper mi nigdy nie powiedział, czym konkretnie zajmuje się 

całymi dniami.

- Pracujesz? - pytam, patrząc na niego przez zmrużone powieki. - W sobotę wieczorem?
On chichocze. To taka nasza mała gierka. Ja usiłuję podstępem sprawić, żeby wygadał 

background image

się, nad czym właśnie pracuje, a on nie daje się podpuścić. Cooper bardzo poważnie traktuje 
prawo swoich klientów do zachowania prywatności.

Poza tym uważa też, że sprawy, jakimi Się zajmuje, są o wiele za bardzo perwersyjne, 

żeby o nich opowiadać byłej dziewczynie swojego młodszego brata. Dla Coopera zawsze chyba 

będę tą piętnastolatką w bluzce  z amerykańskim dekoltem i z włosami spiętymi w kucyk, 
wyśpiewującą na niedużej scenie, że miód jest słodki.

- Sprytne zagranie - mówi Cooper. - A co ty będziesz robiła? Zastanawiam się nad 

odpowiedzią. Magda odwala podwójną zmianę przy kasie i po południu będzie chciała pójść 

prosto   do   domu   zmyć   z   włosów   zapach   stołówkowego   jedzenia.   Mogłabym   zadzwonić   do 
swojej przyjaciółki Patty - kiedyś jako jedna z tancerek jeździła ze mną w trasy, a teraz jest 

jedną   z   niewielu   przyjaciółek,   które   mi   pozostały   z   czasów,   kiedy   się   jeszcze   liczyłam   w 
muzycznym biznesie.

Ale Patty ma już męża i małe dziecko, i nie ma już tyle czasu dla swoich niezamężnych 

koleżanek.

Zdaję sobie sprawę, że spędzę ten wieczór tak, jak spędzam wszystkie inne wieczory - 

albo będę wprowadzała dane dla Coopera, albo pobrzdąkam na gitarze, z ołówkiem i papierem 

nutowym, usiłując skomponować piosenkę, która w przeciwieństwie do Słodkiego miodu nie 
sprawi, że będzie mi się zbierało na wymioty, ile razy ją usłyszę.

- Och - mówię od niechcenia. - Nic specjalnego.
- No to nie zasiedź się do późnej nocy, nie robiąc nic specjalnego - mówi Cooper. - Jeśli 

Jordan   jeszcze   tam   będzie,   kiedy   wyjdę,   zadzwonię   po   policję   i   każę   odholować   tę   jego 
beemwicę.

Uśmiecham się do niego, mile ujęta. Kiedy już rzeczywiście zrobię dyplom z medycyny, 

zaproszę Coopera na jakiś obiad. On się chyba nie potrafi oprzeć świetnie wykształconym 

kobietom, więc kto wie? Może się nawet zgodzi.

- Dzięki - mówię.

- Nie ma za co.
Cooper   wraca   do   środka   i   zabiera   ze   sobą   radio,   zostawiając   nas   z   Lucy   w   powoli 

zapadającym zmroku. Siedzę tam jeszcze chwilę, dopijam piwo i spoglądam w górę na Fisher 
Hall. Budynek wygląda tak bezpretensjonalnie, tak spokojnie. Trudno uwierzyć, że dzisiaj stał 

się sceną tak smutnych wydarzeń.

Dopiero kiedy robi się naprawdę ciemno i w oknach Fisher Hall zaczynają się zapalać 

światła, wreszcie wchodzę do domu.

A kiedy wchodzę, coś mnie uderza... Uwaga Coopera, kiedy mu powiedziałam, że nie 

background image

będę dziś wieczorem robiła nic specjalnego, zabrzmiała nieco ironicznie. Czy to możliwe, że on 
wie, że ja nie mówiłam tego serio? Czy to możliwe, że on wie, co robię co wieczór... i że to 

wcale nie „nic specjalnego”? Czy on słyszy moją gitarę aż tam u siebie, na dole? Niemożliwe.

Ale   dlaczego   takim   tonem   powiedział   „nic   specjalnego”?   Tak...   sama   nie   wiem. 

Znacząco? Nie mogę tego rozgryźć.

Ale z drugiej strony, powiedzmy sobie uczciwie, faceci zawsze stanowili dla mnie coś w 

rodzaju zagadki.

Niemniej jednak, kiedy dziś wieczorem wyciągam gitarę, gram na niej wyjątkowo cicho, 

w razie  gdyby Cooper miał  niespodziewanie  wrócić do domu. Nie mam zamiaru  pozwolić 
nikomu - nawet Cooperowi - słuchać moich ostatnich kawałków. Wystarczy mi w zupełności, 

że wyśmiał mnie jego tata.

Badziewie w stylu zbuntowanej rockowej groupie, tak Cartwright nazwał moje utwory. 

Lepiej   zostaw   pisanie   piosenek   profesjonalistom,   powiedział,   i   trzymaj   się   tego,   co   robisz 
najlepiej,   to   znaczy   wyśpiewuj   hity,   chwytliwe   ballady.   A   przy   okazji,   czy   ty   czasem   nie 

przytyłaś?

Któregoś   dnia   pokażę   Grantowi   Cartwrightowi,   jak   naprawdę   wygląda   zbuntowana 

rockowa groupie.

Potem,  kiedy  przed położeniem  się spać myję twarz,   wyglądam   przez okno i  widzę 

Fisher Hall, cały rozświetlony na tle nocnego nieba. Widzę maleńkie figurki studentów, którzy 
poruszają się po swoich pokojach, i słyszę ciche odgłosy muzyki dobiegającej z kilku z tych 

pokojów.

To prawda, że ktoś w tym budynku dzisiaj zginął. Ale to też prawda, że dla wszystkich 

pozostałych życie toczy się dalej.

I toczy się również teraz, kiedy dziewczyny szykują się przed lustrami w łazienkach do 

wyjścia, a chłopcy piją duszkiem rolling rocks, czekając na dziewczyny.

Tymczasem przez otwory wentylacyjne szybów widzę błyski świateł, kiedy windy cicho 

jeżdżą w górę i w dół.

I nie mogę przestać zastanawiać się nad tym, co się właściwie  stało.  Co ją do tego 

zmusiło? Albo... Kto?

background image

7

W   poniedziałek   Sarah   i   ja   otwieramy   drzwi   do   pokoju   Elizabeth,   żeby   spakować 

wszystkie jej rzeczy.

Jej   rodzice   są   zbyt   zrozpaczeni,   żeby   sami   mogli   się   tym   zająć,   i   proszą   biuro 

kierownika administracyjnego domu akademickiego, żeby ktoś zrobił to za nich.

I ja to totalnie potrafię zrozumieć. No bo ostatnia rzecz, jakiej się spodziewasz, kiedy 

wysyłasz swoje dziecko na studia, to telefon trzy tygodnie później z informacją, że twoja córka 
nie żyje i że masz przyjechać do miasta po jej rzeczy.

Zwłaszcza   kiedy   twoje   dziecko   jest   takie   przykładne   jak   Elizabeth...   Sądząc 

przynajmniej z jej rzeczy, które zinwentaryzowała Sarah (żeby później, jeśli Kellogowie uznają, 

że   czegoś   brakuje,   nie   mogli   nas   oskarżyć   o   kradzież   -   według   doktora   Jessupa   niestety 
zdarzyło się to wcześniej w przypadku śmierci jakiegoś studenta), a ja spakowałam. I wiem, że 

ta dziewczyna miała siedem koszulek polo firmy Izod. Siedem! Za to nie miała ani jednego 
czarnego stanika. A wszystkie majtki Hanes Her Way z białej bawełny.

Przykro mi, ale dziewczyny, które noszą Hanes Her Way, nie surfują na windach.
Tyle że z tym swoim przekonaniem zaliczam się do mniejszości. Sarah, zapisując każdą 

sztukę odzieży, którą wyjmuję z bieliźniarki Elizabeth, peroruje na temat co subtelniej szych 
aspektów   schizofrenii,   choroby,   o   której   ostatnio   uczy   się   na   psychologii.   Symptomy 

schizofrenii zazwyczaj ujawniają się dopiero w tym wieku, w jakim była Elizabeth w momencie 
śmierci, informuje mnie Sarah. A potem dodaje, że właśnie schizofrenia wywołała u Elizabeth 

przypływ nietypowej dla niej odwagi. To znaczy te głosy, które słyszała w swojej głowie.

Sarah może tu mieć nawet trochę racji. Z całą pewnością nie zrobił tego domniemany 

chłopak Elizabeth, jak to sugerował Cooper. Wiem, bo pierwsza rzecz w poniedziałek rano - 
zanim jeszcze w stołówce złapałam kawę i bajgla - sprawdziłam wpisy z piątkowego wieczoru 

w książce odwiedzin.

I nic tam nie ma. Elizabeth nie wpisywała żadnych gości.

Podczas gdy Sarah i ja cały dzień spędzamy, pakując rzeczy Elizabeth -ani razu nie 

natykając się na jej współlokatorkę, która najwyraźniej każdą chwilę w ciągu dnia spędza na 

zajęciach   -   Rachel   zajmuje   się   zorganizowaniem   nabożeństwa   żałobnego   za   zmarłą   oraz 
załatwia w biurze kwestora zwrot czesnego Elizabeth i opłat za zakwaterowanie za cały rok.

Nie   można   powiedzieć,   żeby   Kellogowie   jakoś   doceniali   te   wysiłki.   W   czasie 

nabożeństwa żałobnego, które odbywa się jeszcze w tym samym tygodniu (nie idę tam, bo 

Rachel mówi, że chciałaby, żeby w biurze został ktoś dorosły na wypadek, gdyby któryś ze 

background image

studentów potrzebował pomocy czy coś - personel domu studenckiego bardzo się przejmuje 
wpływem śmierci Elizabeth na resztę mieszkańców, chociaż jak na razie nie wykazują oni żad-

nych   oznak   psychicznych   urazów),   pani   Kellog   zapewnia   wszystkich   obecnych,   głosem 
podszytym złością, że uniwersytetowi nie ujdzie na sucho spowodowanie śmierci jej córki i że 

ona   sama   nie   spocznie,   dopóki   nie   zostaną   ukarani   wszyscy   za   nią   odpowiedzialni   (a 
przynajmniej tak mówił Pete, który wyciągnął krótką słomkę i musiał wtedy pełnić straż przy 

drzwiach kaplicy).

Pani Kellog nie wierzy, że przyczyną śmierci Elizabeth było jej brawurowe zachowanie i 

twierdzi, że kiedy poznamy wyniki badania krwi, przekonamy się, że miała rację - Elizabeth 
nigdy nie piła, a już z całą pewnością nigdy nie zażywała narkotyków, więc nie wałęsała się z 

żadną bandą naćpanych windowych surferów tej nocy, kiedy zginęła.

Nie, według pani Kellog, Elizabeth została zepchnięta do szybu windy -i żadna siła nie 

jest w stanie przekonać jej, że było inaczej.

Jednakże państwo Kellog to nie jedyne osoby, którym trudno uporać się z tą śmiercią. 

Obserwując, przez co w ciągu ostatniego tygodnia musiała przejść Rachel, zaczynam rozumieć 
radę doktora Jessupa. To znaczy z tymi kwiatami. Rachel totalnie zasłużyła sobie na bukiet.

Ale tak naprawdę należałaby się jej podwyżka.
Znając jednak ogólne skąpstwo uniwersytetu - stan etatów i płace zamrożono jeszcze w 

latach dziewięćdziesiątych — wątpię, żeby taką podwyżkę dostała.

Tak   więc   we   czwartek,   następnego   dnia   po   nabożeństwie   żałobnym,   wyskakuję   do 

delikatesów   za   rogiem,   i   zamiast   kupić   sobie   kawę   z   mlekiem,   którą   się   wzmacniam   po 
południu, i bilet na loterię, jak mam to codziennie w zwyczaju, wybieram u nich najpiękniejszy 

bukiet róż, który potem stawiam w wazonie na biurku Rachel.

To aż przerażające, jak ona się cieszy, kiedy wraca z jakiegoś spotkania i je zauważa.

- To dla mnie? - pyta, a łzy, wcale nie żartuję, prawie tryskają jej z oczu.
- No cóż - mówię - tak. Współczułam ci z powodu tego, przez co ostatnio przechodzisz...

Po tych słowach jej łzy wysychają bardzo prędko.
- Och, to od ciebie - mówi już innym tonem.

- Hm - odpowiadam. - Owszem.
Być   może   Rachel   myślała,   że   te   kwiaty   są   od   jakiegoś   faceta.   Może   poznała   kogoś 

ostatnio na siłowni. Chociaż gdyby tak się stało, to jestem pewna, że Sarah i ja już byśmy 
wiedziały.   Rachel   podchodzi   do   sprawy   bardzo   serio   -   to   znaczy   do   znalezienia   faceta,   z 

którym się potem ustatkuje. Skrupulatnie pilnuje terminów swoich cotygodniowych wizyt u 
manikiurzystki i pedikiurzystki i dwa razy w miesiącu farbuje sobie odrosty (jest brunetką i 

background image

twierdzi,   że   naprawdę   widać   u   niej   siwiznę).   No   i   oczywiście   trenuje   jak   szalona   albo   w 
uczelnianej   siłowni,   albo   biegając   dokoła   Washington   Square   Park.   Chyba   takie   cztery 

okrążenia parku to pełny kilometr, czy jakoś tak. Rachel obiega park jakieś dwanaście razy 
wciągu pół godziny.

Wytknęłam jej, że takie same efekty zdrowotne może uzyskać, spacerując dokoła parku, 

co obiegając go, a przy okazji mogłaby uniknąć w późniejszym życiu kłopotów z kolanami. Ale 

za każdym razem, kiedy o tym mówią, ona na mnie tylko spogląda bez słowa.

-   Wszystkim   nam   było   niełatwo,   Heather   -   mówi   teraz   Rachel,   obejmując   mnie 

ramieniem. - Dla ciebie to też nie było takie proste. Nie zaprzeczaj.

Ma   racją,   ale   nie   z   tego   powodu,   co   myśli.   Ona   uważa,   że   nie   było   mi   łatwo,   bo 

musiałam odwalić mnóstwo niewdzięcznej roboty; no, wiecie, wybłagać od sprzątaczek pudła, 
zapakować w nie rzeczy Elizabeth, potem je zatargać do działu pocztowego, żeby je wysłali, nie 

wspominając już o zaplanowaniu kalendarza wszystkich przesłuchań sądowych Rachel czy o 
uporaniu się z rozmarudzonymi studentami-praktykantami (którzy twierdzą, że należy im się 

zwolnienie z pracy przy sortowaniu poczty z powodu żałoby, chociaż nikt z nich nawet nie znał 
zmarłej - Justine na pewno dałaby im wolne dni, dowodzą).

Ale, mówiąc prawdę, nic z tego nie było tak trudne, jak przyjęcie do wiadomości faktu, 

że Fisher Hall, który dotąd uważałam za jedno z najbezpieczniejszych miejsc na świecie, w 

sumie... nie jest bezpieczny.

Och, nie mam oczywiście dowodu, że Elizabeth została popchnięta, tak jak sądzi pani 

Kellog. Ale fakt, że w ogóle doszło do jej śmierci... To mi totalnie nie daje spokoju. Studenci 
Uniwersytetu  Nowojorskiego   są  w  dużej   części   rozpuszczeni.   Te   dzieciaki   nie  mają  nawet 

pojęcia,  jak im dobrze w życiu... Kochający  rodzice, stałe źródło dochodów, nie trzeba  się 
martwić niczym poza zdaniem egzaminów i załatwieniem sobie, żeby ich ktoś podrzucił do 

domu na ferie z okazji Święta Dziękczynienia.

Ja sama nie byłam taka beztroska jak oni od... no cóż, od pierwszej licealnej.

I to, że jedno z nich zrobiło coś tak niewiarygodnie głupiego jak skok na dach jadącej 

windy i próba przejechania się na niej - czy gorzej, skok z jednego jadącego wagonika na drugi 

- i że ktoś inny, ktoś z tego budynku, był przy tym przez cały  czas i był tego świadkiem: 
zobaczył   jak   Elizabeth   potyka   się   i   spada   na   niechybną   śmierć,   a   potem   nic   nikomu   nie 

powiedział...

Właśnie to naprawdę mnie wkurzało.

Oczywiście, Cooper ma prawdopodobnie rację. Jeśli ktokolwiek tam był z Elizabeth w 

chwili jej śmierci, nie chciał się ujawnić, bo bał się, że sobie narobi kłopotów.

background image

Możliwe nawet, że rację ma Sarah, że Elizabeth istotnie cierpiała na jakieś wczesne 

stadium schizofrenii czy depresji wywołanej zaburzeniami hormonalnymi, czy coś, i właśnie to 

ją do tego skłoniło.

Ale nigdy nie dowiemy się prawdy. W tym właśnie rzecz. Nigdy się nie dowiemy.

I to jest po prostu nie w porządku.
Ale zdaje się, że to nikomu nie przeszkadza poza panią Kellog.

I poza mną.
W ten  piątek  - prawie  tydzień  po śmierci  Elizabeth  - Sarah  i  ja  siedzimy w biurze 

kierownika administracji akademika, zamawiając różne rzeczy z Office Supply. Nie grzejniki 
olejowe   dla   naszych   przyjaciół,   ale   rzeczy,   których   faktycznie   potrzebujemy,   na   przykład 

pisaki, papier do kopiarki i inne takie.

No cóż, dobra, ja robię zamówienie. Sarah robi mi wykład o tym, że moje przybieranie 

na wadze prawdopodobnie reprezentuje podświadome pragnienie utraty atrakcyjności dla płci 
przeciwnej, żeby nikt z nich nie mógł mnie już zranić w taki sposób jak Jordan.

Powstrzymuję się przed wytknięciem Sarah, że nie jestem, w gruncie rzeczy, gruba. Już 

jej kilka razy mówiłam, że XL to rozmiar, jaki nosi przeciętna Amerykanka, zresztą Sarah 

powinna to dobrze wiedzieć, jako że sama też go nosi.

Ale  teraz  rozumiem już  jasno,  że Sarah  po  prostu  lubi  mówić,  żeby  słyszeć dźwięk 

własnego głosu, więc pozwalam jej gadać, skoro nie ma nikogo innego, kto mógłby jej słuchać, 
bo   Rachel   jest   w   stołówce,   gdzie   bierze   udział   w   porannym   przyjęciu   na   cześć   drużyny 

koszykówki Uniwersytetu Nowojorskiego, Stokrotek.

Tak, drużyna naprawdę tak się nazywa. Stokrotki. Kiedyś nosiła nazwę Kuguary czy 

jakoś  tak,  ale  mniej  więcej   dwadzieścia  lat  temu  kilku  zawodników  złapano  na   dopingu  i 
NCAA zdegradowało ich z I Ligi do III Ligi, i kazało zmienić nazwę.

Jakby sama nazwa Stokrotki nie była wystarczającym upokorzeniem, rektor Allington 

do   tego   stopnia   napalił   się   na   wygranie   mistrzostw   III   Ligi   w   tym   roku,   że   zwerbował 

najwyższych  graczy,  jakich  udało mu się znaleźć.  Ale ponieważ  wszyscy dobrzy zawodnicy 
poszli do I albo II Ligi, zostały mu tylko odrzuty, na przykład chłopcy z najgorszymi wynikami 

w nauce w całym kraju. Poważnie. Czasami zawodnicy piszą do mnie skargi, swoim ledwie 
odczytywalnym charakterem pisma, z mnóstwem błędów ortograficznych. Oto przykład:

Droga Heather. Coś szfankuje z mojom toaletom. Nie chce się spószczaó i wydaje 

takie dziwne chałasy. Prosze o pomoc.

Albo:
Do   administracji   -   moje   tuszko   jest   za   krutkie.   Czy   mogie   dostać   nowe   tuszko.  

background image

Dzienkuje.

Przysięgam, że wcale tego sobie nie wymyśliłam.

Sarah   i   ja   nie   słyszymy   wrzasku   dziewczyny,   chociaż   potem   dowiadujemy   się,   że 

spadając, krzyczała przez cały czas.

Słyszymy za to tupot na korytarzu, a potem jedna z praktykantek, Jessica Brandtlinger, 

wpada do gabinetu.

-   Heather!   -   woła   Jessica.  Jej   zwykle   i   tak   blada   twarz   teraz   pobielała   jak   papier, 

dziewczyna oddycha z trudem. - To się znów stało. W szybie windy. Słyszeliśmy krzyk. Widać 

jej nogi w szparze między podłogą a...

• Zrywam się z krzesła, zanim jeszcze doszła do połowy tego zdania.

- Dzwoń na policję! - wrzeszczę do Sarah i rzucam się do drzwi.  - A potem znajdź 

Rachel!

Biegnę  śladem  Jessiki  korytarzem  w stronę  biurka  ochrony  i dalej,   do  schodów  do 

sutereny. Pete'a, jak widzę, nie ma na stanowisku. Znajdujemy go już w suterenie, gdzie stoi 

przy szybie wind i wrzeszczy do swojego walkie-talkie. Carl, jeden z woźnych, próbuje wielkim 
łomem otworzyć drzwi windy.

- Tak, jeszcze jedna! - wrzeszczy Pete do walkie-talkie. - Nie, ja wcale nie żartuję. Dajcie 

tu   karetkę,   i   to   szybko!   -   Widząc   nas,   opuszcza   walkie-talkie,   wskazuje   palcem   Jessicę   i 

wrzeszczy: - Ty! Wracaj na górę, ściągnij wagonik tej windy - wali dłonią w drzwi po lewej - na 
parter i tam go zatrzymaj. Nie wpuszczaj do niej nikogo i cokolwiek będziesz musiała zrobić, 

nie pozwól drzwiom się zamknąć, dopóki nie przyjedzie straż pożarna i nie wyłączy wind. 
Heather, poszukaj klucza!

Przeklinam   się   za   to,   że   nie   złapałam   klucza,   zbiegając  na   dół.   Trzymamy   komplet 

kluczy  do wind za  kontuarem recepcji:  klucz  do ręcznego  sterowania windą,  jak te,  które 

wydano Allingtonom, kiedy się tu wprowadzili, żeby nie musieli zatrzymywać się na każdym 
piętrze w drodze do swojego apartamentu, i klucz, który otwiera drzwi wind z zewnątrz.

- Jasne! - wrzeszczę i rzucam się z powrotem na górę po schodach, depcząc po piętach 

Jessice, która biegnie ściągnąć windę na parter i tam ją zatrzymać.

Kiedy dopadam kontuaru recepcji, szarpię za klapę i rzucam się prosto do szafki na 

klucze, która powinna być zamknięta w każdych okolicznościach -tylko pracownik recepcji 

mający danego dnia dyżur może mieć do niej dostęp.

Ale skoro pracownicy techniczni i praktykanci wiecznie pożyczają sobie klucze, żeby 

móc   wykonywać   naprawy,   sprzątać   albo   wypuszczać   studentów,   którzy   zatrzasnęli   się   w 
swoich pokojach, szafka rzadko, jeśli w ogóle kiedykolwiek, bywa zamknięta tak, jak powinna. 

background image

Przekonuję się, że jej drzwiczki są otwarte na oścież.

- Co się dzieje? - pyta nerwowo Tina, która dzisiaj pełni dyżur w recepcji. - Czy to 

prawda, że mamy następną? Na dnie szybu?

Ignoruję ją. To dlatego że usiłuję się skoncentrować. A koncentruję się, bo znalazłam 

klucz do sterowania ręcznego i klucz do maszynowni.

Ale nie ma klucza otwierającego windy z zewnątrz.

A kiedy rzucam okiem na rozpiskę kluczy wiszącą na drzwiach szafki od wewnątrz, nie 

znajduję na niej podpisu osoby, która wzięła klucz, ani żadnej informacji, że ktoś w ogóle go 

wziął.

- Gdzie jest klucz? - pytam ostro, obracając się na pięcie do Tiny. - Kto ma klucz do 

drzwi wind?

- Ja n-nie wiem -jąka się Tina. - Nie było go tu, kiedy zaczęłam dyżur. Możesz sprawdzić 

moją kartę!

Kolejną zmianą sposobu pracy wprowadzoną przeze mnie zaraz po zatrudnieniu - poza 

rozpiską kluczy - było zmuszenie dyżurujących w recepcji pracowników do zapisywania tego, 
co   się   dzieje   w   czasie   ich   dyżuru.   Jeśli   ktoś   pożyczał   klucz   -   nawet   jeśli   się   podpisał   - 

pracownik   recepcji   i   tak   miał   obowiązek   zanotować   ten   fakt   na   swojej   karcie   dyżuru.   A 
pierwszą rzeczą, jaką dyżurujący miał zrobić po przejęciu zmiany w recepcji, było zanotowa-

nie, które klucze są na miejscu, a których brak.

- No to kto go ma?! - wołam, chwytając za rejestr dyżurów i przeglądając kartę dyżuru 

poprzedniej zmiany.

Ale chociaż są tam wpisy dotyczące wszystkich innych kluczy pobieranych w tym czasie, 

nie ma ani słowa o kluczu otwierającym windy z zewnątrz.

- Nie wiem! - Głos Tiny wznosi się niepokojąco wysoko. - Przysięgam, że nikomu go nie 

dawałam!

Wierzę jej. Ale to w niczym nie zmienia obecnej sytuacji.

Obracam się na pięcie, żeby biegiem wrócić na dół po schodach i powiedzieć Carlowi, że 

ma rozwalić te drzwi, jeśli będzie trzeba. Ale drogę blokuje mi rektor Allington, który razem z 

jakimiś innymi typkami z zarządu wyszedł ze stołówki sprawdzić, co to za zamieszanie.

- Wiesz, my tu usiłujemy odbyć ważne spotkanie - burczy na mój widok.

- Tak? - słyszę, jak mu odburkuję w odpowiedzi. - No cóż, a my tu usiłujemy ocalić 

komuś życie, wie pan?

Nie   zatrzymuję   się,   żeby   wysłuchać,   co   mina   to   odpowie.   Łapię   z   biurka   zestaw 

pierwszej pomocy i zbiegam pędem po schodach na dół... Ale natykam się na Pete'a, który 

background image

noga za nogą, blady, wraca na górę.

- Nie mogłam znaleźć klucza - mówię. - Ktoś go wziął. Carl będzie musiał wyważyć 

drzwi siłą...

Ale Pete kręci głową.

- Już to zrobił - mówi i bierze mnie za ramię. - Wracamy na górę.
- Ale ja mam zestaw pierwszej pomocy - mówię, wymachując czerwonym plastikowym 

pudełkiem.-Czy...

- Już po niej - mówi Pete i stanowczo ciągnie mnie za sobą. - Chodź. I nie patrz. Nie 

chcesz tego oglądać.

Wierzę mu.

Pozwalam zaprowadzić się na górę. Kiedy wchodzimy do holu, widzę, że rektor nadal 

tam stoi, w otoczeniu graczy w kosza i członków zarządu w szarych garniturach. Obok nich 

przystanęła Magda, która wyszła zza swojej kasy zobaczyć, co się dzieje. W różowym fartuchu i 
fioletowych szortach tworzy jaskrawą plamę koloru.

Magda rzuca jedno spojrzenie na moją twarz i się krzywi.
- O nie! Tylko nie kolejna z moich gwiazdeczek!

Pete ją ignoruje, podchodzi do telefonu przy biurku ochrony i trzymając breloczek z 

kluczem, do którego dołączona jest legitymacja studencka - i mała gumowa figurka Ziggy'ego- 

zaczyna odczytywać informacje z legitymacji swoim zwierzchnikom w biurze ochrony.

- Roberta Pace - mówi bezbarwnym tonem. - Mieszkanka Fisher Hall. Pierwszy rok. 

Numer legitymacji pięć pięć siedem, trzy dziewięć...

Stoję nieco z boku i czuję, że zaczynam dygotać. Nie znam tego nazwiska. Nie proszę, 

żeby mi pokazali zdjęcie z tej legitymacji. Nie chcę wiedzieć, czy znałam tę twarz.

I dokładnie wtedy Rachel wyłania się zza rogu, z damskiej toalety.

- Co się stało? - pyta, przenosząc wzrok z mojej twarzy na Pete'a, a potem na rektora 

Allingtona.

To Tina, zza kontuaru recepcji, odzywa się pierwsza.
- Kolejna dziewczyna spadła do szybu windy - mówi drżącym głosem. -Nie żyje.

Mimo starannie nałożonego podkładu Rachel robi się blada jak ściana. Ale kiedy kilka 

sekund później odzywa się, w jej głosie nie ma śladu drżenia.

-   Zakładam,   że   Zawiadomiono   odpowiednie   służby?   Dobrze.   Czy   mamy  legitymację 

studencką? Och, dziękują ci, Pete. Tina, pingnij dział techniczny i każ im wyłączyć wszystkie 

windy. Heather, czy możesz zadzwonić do sekretariatu doktora Jessupa i dać im znać, co się 
dzieje? Rektorze Allington, bardzo mi przykro ze względu na to wszystko, Proszę wracać do 

background image

śniadania...

Świadoma,   że   się   trzęsę   i   że   serce   mi   bije   w   rytmie   miliona   uderzeń   na   minutę, 

wślizguję się z powrotem do swojego gabinetu, żeby chwycić za telefon.

Ale tym razem,  zamiast najpierw zadzwonić  do biura  doktora  Jessupa,  dzwonią do 

Coopera.

- Biuro detektywistyczne Cartwrighta mówi, bo zadzwoniłam na jego służbową linię, 

licząc na to, że tam go prędzej zastanę.

- To ja - mówię. Ściszam głos, bo Sarah jest w gabinecie Rachel tuż obok i dzwoni na 

komórki   wszystkich   praktykantów,   mówiąc   im,   co   się   stało,   a   potem   prosząc,   żeby   jak 
najszybciej wrócili na swoje piętra. - Jest kolejna.

- Kolejne co? - pyta Cooper. - I dlaczego mówisz szeptem?
- Kolejna śmierć w windzie - szepczę.

- Mówisz poważnie?
- Tak - odpowiadam.

- Zginęła na miejscu? Myślę o wyrazie twarzy Pete'a.
- Tak - mówię.

- Jezus, Heather. Tak mi przykro.
- Tak - mówię po raz trzeci i ostatni. - Słuchaj... możesz tu przyjść?

- Przyjść? A po co?
Strażacy z Remizy numer 9 dokładnie w tej chwili przechodzą szybkim krokiem koło 

drzwi   naszego   biura   w   swoich   hełmach   i   kurtkach.   Jeden   z   nich   niesie   w   ręku   czekan. 
Najwyraźniej   nikt   nie   poinformował   Najdzielniejszych   Nowojorczyków,   z   jakiej   natury 

zagrożeniem będą mieć do czynienia.

- Na dole - mówię do nich, wskazując na schody do sutereny. - Kolejny, hm. Wypadek w 

windzie.

Dowódca robi zdziwioną minę, ale kiwa głową i kieruje swoją nagle bardzo ponurą 

procesję obok kontuaru recepcji i na dół po schodach. Do Coopera szepczę:

-   Chcę   rozgryźć   do   końca   to,   co   się   tutaj   dzieje,   i   przydałaby   mi   się   pomoc 

profesjonalisty, Cooper.

- Hej, hej! - mówi Cooper. - Zwolnij nieco, torpedo. Jest tam policja? Czy oni nie są 

profesjonalistami?

- Policja powie o tym wypadku to samo, co o poprzednim - mówię. - Że dziewczyna 

surfowała na windach i spadła.

- Bo pewnie właśnie to się stało, Heather.

background image

- Nie mówię. - Nie tym razem. Zdecydowanie tym razem nie.
- Czemu? Czy ta ostatnia to też panienka z dobrego domu?

- Nie wiem - odpowiadam. - Ale to nie jest śmieszne.
- Nie zamierzałem żartować. Ja tylko...

- Ona lubiła Ziggy'ego, Coop. - Głos mi się nieco załamuje, ale jest mi wszystko jedno.
- Co lubiła?

- Ziggy'ego. To taka postać z kreskówki.
- Pierwsze słyszę.

-   Bo   to   jest   taka   najmniej   luzacka   postać   z   kreskówki   na   świecie.   Nikt,   kto   lubi 

Ziggy'ego, nie uprawia surfingu na windach, Coop. Nikt.

- Heather...
-   I   to   nie   wszystko   -   szepczę,   a   z   gabinetu   Rachel   dobiegają   mnie   zarozumiałe   i 

monotonne  tony   Sarah:   „Musisz   wracać   do   budynku   jak   najszybciej.   Doszło   do  kolejnego 
śmiertelnego   wypadku.   Nie   mogę   ci   w   tej   chwili   zdradzać   szczegółów,   ale   to   konieczne, 

żebyś...”

- Ktoś zabrał klucz - mówię Cooperowi.

- Jaki klucz? - pyta.
- Klucz do otwierania wind z zewnątrz. - Powoli tracę panowanie nad sobą. Prawie 

płaczę. Ale nadal usiłuję powstrzymać drżenie głosu. - Nikt tego nie zapisał, Coop. Powinno się 
zapisać. Ale nikt tego nie zrobił. A to znaczy, że ktokolwiek zabrał klucz, nie chce, żeby ktoś się 

o tym dowiedział. A to znaczy, że ten ktoś, kto go teraz ma, może w każdej chwili otworzyć 
sobie drzwi windy... Nawet jeśli nie ma za nimi wagonika.

- Heather - mówi Cooper tonem, który przy całym swoim wzburzeniu odczuwam jako 

niezwykle uspokajający. I bardzo seksowny. - To jest coś, o czym musisz powiedzieć policji. 

Natychmiast.

- Okay - odpowiadam słabym głosem. W gabinecie Rachel Sarah grzmi: -Nic mnie nie 

obchodzi, że to są urodziny twojej babci, Alex. W budynku doszło do śmiertelnego wypadku. 
Co jest dla ciebie ważniejsze, urodziny babci czy twoja praca?

- Idź i powiedz policji to samo, co powiedziałaś mnie - mówi mi do ucha uspokajający, 

seksowny głos Coopera. - A potem idź i weź sobie duży kubek kawy z mnóstwem mleka i 

cukru, i wypij ją, póki jeszcze będzie gorąca.

To ostatnie mnie zaskakuje.

- Dlaczego? - pytam.
- Bo w swoim zawodzie przekonałem się, że słodkie mleczne napoje dobrze robią na 

background image

szok, jeśli pod ręką nie ma się whisky. Okay?

- Okay. Cześć.

Odkładam   słuchawkę,   a   potem   dzwonię   do   doktora   Jessupa   i   wyjaśniam   jego 

asystentce   -   bo   doktor   Jessup   jest   na   jakimś   spotkaniu   -   co   się   stało.   Jill   odpowiada 

odpowiednio spanikowanym głosem:

- O mój Boże. Zaraz mu dam znać.

Dziękują jej i kończą rozmową. A potem patrzą na telefon.
Cooper ma rację. Muszę powiedzieć policji o tym kluczu.

Uprzedzam Sarah, że za chwilę wrócę, i wychodzę z biura. Wchodzę do holu i trafiam w 

sam   środek   wielkiego   zamieszania.   Koszykarze   plączą   się   między   strażakami.   Ludzie   z 

administracji wiszą na każdym z dostępnych telefonów, włącznie z aparatem Pete'a i tym na 
kontuarze recepcji, i usiłują zapanować nad sytuacją. Dowódca straży pożarnej mówi coś do 

Rachel, a ona kiwa głową.

Zerkam w stronę frontowych drzwi budynku. Stoi w nich ten sam funkcjonariusz policji 

co tego dnia, kiedy zginęła Elizabeth. Nie wpuszcza do środka żadnych dzieciaków.

- Wejdziecie, kiedy powiem, że możecie wejść - warczy do skinheada z kolczykiem w 

wardze.

- Ale ja się muszę dostać do mojego pokoju po projekt! - jęczy chłopak. - Jeśli go nie 

dostarczę do południa, nie dostanę zaliczenia!

- Przepraszam - mówię do policjanta. - Czy może mi pan powiedzieć, kto tu dowodzi?

Policjant  obrzuca  mnie uważnym   spojrzeniem,  a potem ruchem  kciuka   wskazuje   w 

stronę Rachel.

- O ile wiem, chyba ona.
- Nie - odpowiadam. - Chodzi mi o to, czy jest tu jakiś oficer śledczy albo ktoś taki...

-   Ach,   owszem.   -   Gliniarz   ruchem   głowy   wskazuje   wysokiego   siwego   mężczyznę   w 

brązowej   sztruksowej   marynarce   i   kraciastym   krawacie,   który   stoi   przy   ścianie,   i   chociaż 

pewnie   o   tym   nie   wie,   całe   plecy   obsmarowuje   sobie   brokatem,   bo   opiera   się   o   plakat 
zapraszający   studentów   na   przesłuchania   do   Pippina,   grubo   oblepiony   brokatem   Elmer's. 

Poza żuciem niezapalonego cygara, które trzyma w kąciku ust, zdaje się nic nie robić.

- Detektyw Canavan - mówi policjant.

- Dzięki - odpowiadam,  a policjant zaczyna  tłumaczyć kolejnemu studentowi: - Nic 

mnie nie obchodzi, że ci krwawią oczodoły. Nie wejdziesz do tego budynku, dopóki ci nie 

pozwolą.

Podchodzę  do  detektywa,  a  serce   mam  w gardle.  Nigdy  jeszcze  nie  rozmawiałam  z 

background image

policyjnym  detektywem.  No cóż,   poza  tym  jednym  razem,  kiedy  zgłaszałam  doniesienie  o 
kradzieży popełnionej przez mamę.

- Detektyw Canavan? - pytam.
Zdaję   sobie   sprawą   z   tego,   że   moje   pierwsze   wrażenie   -   że   on   nic   nie   robi   -było 

niesłuszne.   To   nieprawda,   że   detektyw   Canavan   nic   nie   robi.   Przecież   nie   odrywa   ani   na 
moment   wzroku   od   nóg   mojej   szefowej,   które   wyglądają   całkiem   zgrabnie   pod   jej   wąską 

spódnicą.

Teraz jednak odrywa spojrzenie od nóg Rachel i spogląda na mnie. Ma nastroszone 

siwe wąsy, które w sumie całkiem mu pasują. Z owłosieniem na twarzy rzadko jest komuś do 
twarzy.

- Tak? - mówi głosem chropawym od palenia.
-   Dzień   dobry   -   mówię.   -   Nazywam   się   Heather   Wells.   Jestem   tu   w   Fisher   Hall 

zastępczynią kierowniczki administracyjnej. I... hm... chciałam tylko komuś powiedzieć, że nie 
ma klucza do wind. To być może nic nie znaczy, klucze tu wiecznie giną. Ale pomyślałam 

sobie, że ktoś powinien o tym wiedzieć. Bo mnie się wydaje bardzo dziwne, że te dziewczyny 
giną,   surfując   na   windach.   Wie   pan,   dziewczyny   tego   po   prostu   nie   robią.   To   znaczy   nie 

surfują na windach. Wiem z doświadczenia.

Detektyw   Canavan,   który   wysłuchał   uważnie   całej   mojej   mówki,   czeka,   aż   głos   mi 

zamiera, i dopiero potem wyjmuje cygaro z ust, i celuje nim we mnie.

Słodki miód, tak? - pyta.

Jestem   tak   zdziwiona,   że   szczęka   mi   zwyczajnie   opada.   Wreszcie   udaje   mi   się 

wykrztusić:

- Hm, owszem.
- Tak myślałem. - Cygaro wraca na swoje miejsce między zęby. - Moja córka miała pani 

plakat na drzwiach, więc oglądałem panią w tej cholernej minispódniczce, ile razy szedłem do 
jej pokoju kazać jej przyciszyć tę cholerną muzykę.

Ponieważ nie jestem w stanie sformułować absolutnie żadnej ludzkiej odpowiedzi na tę 

uwagę, milczę.

- Jak to się, u diabła, stało - pyta detektyw Canavan - że pracuje pani tutaj?
-   To   długa   historia   -   odpowiadam,   mając   szczerą   nadzieję,   że   nie   każe   mi   jej 

relacjonować.

Nie każe.

- Jak powiedziałaby moja córka - mówi detektyw Canavan - w czasach kiedy była pani 

największą fanką... Nieważne. Więc o co chodzi z tym brakującym kluczem?

background image

Wyjaśniam   mu   jeszcze   raz.   Napomykam   mimochodem,   że   Elizabeth   to   panienka   z 

dobrego domu, a Roberta lubiła Ziggy'ego, i że oba te fakty czynią z nich niezwykle mało 

prawdopodobne kandydatki do surfowania po windach. Ale głównie rozwodzę się na temat 
brakującego klucza.

- Niech ja to sobie uporządkuję - mówi detektyw Canavan, kiedy już skończyłam. - 

Uważa pani, że te dziewczyny... a obie, jak zrozumiałem, były na pierwszym roku, nie znały 

miasta i mogły być zbyt pełne tego, co moja córka, specjalizująca się we francuskim, nazywa 
joie de vivre, żeby w ogóle bawić się w coś takiego jak przejażdżki na dachach wind. Uważa 

pani, że ktoś tu się kręci i otwiera drzwi wind, kiedy nie ma za nimi wagonika, i spycha te 
dziewczyny do szybu na pewną śmierć. Czy dobrze zrozumiałem?

Słysząc to ujęte w taki sposób, zdaję sobie sprawę, jak głupio brzmi moja teoria. A 

nawet bardziej niż głupio. Idiotycznie.

Ale... Ale Ziggy!
- Załóżmy na moment, że ma pani rację - mówi detektyw Canavan. - Jak ten ktoś, kto to 

robi,   w   ogóle   wszedł   w   posiadanie   klucza   do   wind?   Powiedziała   pani,   że   trzymacie   je   w 
zamykanej szafce za tym czymś? Za tym tam biurkiem?

- Tak - mówię.
- I kto ma do niego dostęp? Wszyscy?

- Nie - odpowiadam. - Tylko studenci-praktykanci i personel administracji budynku.
-   Więc   uważa   pani,   że   ktoś,   kto   dla   was   pracuje,   grasuje   po   akademiku   i   zabija 

dziewczyny?   Któryś   facet,   tak?   -   Wskazuje   ręką   Pete'a,   który   stoi   za   biurkiem   ochrony   i 
rozmawia z jednym ze strażaków. - Ten tam? A może tamten gość? - Pokazuje Carla, który 

nadal jest wyraźnie blady, ale i tak opisuje jednemu z policjantów, co zobaczył na dnie szybu.

- Okay - mówię. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Bo zdaję sobie sprawą z tego, jak 

głupia byłam. W ciągu mniej więcej pięciu sekund ten facet zrobił tyle dziur w mojej teorii, że 
zaczęła wyglądać jak spory kawał szwajcarskiego sera.

No, ale mimo wszystko.
- Okay, no więc może ma pan rację. Niemniej jednak...

- Może lepiej pokaże mi pani, gdzie trzymany jest ten brakujący klucz -mówi detektyw 

Canavan i się prostuje. Jestem zachwycona, idąc za nim do kontuaru recepcji, bo słusznie 

przewidywałam: całe ramiona ma w różowym brokacie, jakby go obsypała jakaś dobra wróżka.

Kiedy   podchodzimy   do   kontuaru   recepcji,   zauważam,   że   Tina   zniknęła.   Rzucam 

pytające spojrzenie Pete'owi.

- Paczki. - Pete przerywa rozmowę ze strażakiem, żeby to do mnie powiedzieć, mając na 

background image

myśli, że Tina odprowadza kuriera do pokoju na końcu holu, gdzie deponujemy przychodzące 
przesyłki, dopóki nie uda się zawiadomić studentów, że mają po nie zejść do recepcji.

Kiwam głową. Deszcz czy pogoda, grad czy śnieg, poczta musi dojść na miejsce... Nawet 

jeśli na dnie szybu windy leży martwa dziewczyna.

Wślizguję się za kontuar, ignorując urywający się telefon, i sięgam prosto do szafki z 

kluczami.

- To tu trzymamy klucze - wyjaśniam detektywowi Canavanowi, który wszedł za mną za 

klapę   kontuaru   recepcji,   a   teraz   stoi   tuż   obok.   Szafka   na   klucze   jest   spora,   metalowa, 

umocowana   na   ścianie.   W   środku   rzędami   wiszą   klucze.   Jest   ich   trzysta,   po   jednym 
zapasowym kluczu do każdego pokoju w budynku, a poza tym różne klucze, których może 

używać wyłącznie  personel. Wszystkie wyglądają  w zasadzie tak  samo, poza tym do drzwi 
wind, który przypomina klucz do wkrętów z gniazdkiem sześciokątnym i w ogóle nie kojarzy 

się z typowym kluczem.

- Więc żeby wziąć jeden z kluczy, trzeba wejść tutaj - mówi detektyw Canavan. Mojej 

uwagi nie uszedł fakt, że jego siwe brwi podjechały do góry na widok wszystkich tych worków z 
pocztą, bezładnie porozrzucanych na posadzce pod naszymi stopami. Recepcję trudno byłoby 

nazwać najlepiej strzeżonym miejscem w budynku. - A żeby tu wejść, trzeba ominąć biurko 
ochrony, przy którym dwadzieścia cztery godziny na dobę ktoś jest.

-   Racja   -   odpowiadam.   -   Strażnicy   z   ochrony   wiedzą,   kto   może   wejść   za   kontuar 

recepcji, a kto nie. Nie pozwolą tu wejść nikomu, kto nie pracuje w administracji. Zazwyczaj i 

tak jest tu na dyżurze ktoś, kto nie dopuściłby do kluczy osoby spoza personelu. A i tak każemy 
podpisywać, kiedy je biorą. To znaczy klucze. Ale nikt nie wypisał klucza do wind. Po prostu... 

zniknął.

-   Tak   -   mówi   detektyw   Canavan.   -   Mówiła   pani.   Proszę   posłuchać,   mam   parę 

poważnych przestępstw, włącznie z potrójnym zabójstwem ostrym narzędziem w mieszkaniu 
nad delikatesami na Broadwayu, którymi muszę się zająć. Ale proszę mi pokazać, gdzie zwykle 

wisi ten nieuchwytny klucz, który może dowieść, że młoda dama, o której tutaj mowa, nie 
zginęła w wypadku.

Przeglądam rzędy kołeczków, myśląc, że chyba jednak zabiję Coopera. W głowie mi się 

nie mieści, że mnie do tego namówił. Ten facet mi nie wierzy. Już i tak źle, że widział mój 

plakat ze Słodkiego miodu. Jeśli istnieje cokolwiek, co może podkopać wiarygodność kobiety, 
to jest to jej naturalnych rozmiarów zdjęcie, na którym ubrana w pastelową minispódniczkę w 

tygrysie prążki drze się do mikrofonu w Mail of America.

I dobrze, moje przekonanie, że dziewczyny  nie bawią się w surfing na windach - a 

background image

zwłaszcza takie kochające Ziggy'ego panienki z dobrych domów -raczej trudno byłoby nazwać 
niepodważalnym dowodem. Ale klucz, który zaginął? Gdzie on się podział?

Tyle że kiedy dochodzę do rzędu, w którym zwykle wisiał klucz do wind, zauważam coś, 

co sprawia, że krew w żyłach zamienia mi się w lód.

Bo tam, dokładnie tam, gdzie powinien - dokładnie tam, gdzie parę chwil temu go nie 

było - wisi klucz do wind.

background image

8

Mówi,   że   będzie   za   pięć   minut,   ale   zjawia   się   w   holu   po   niecałych   trzech.   Nigdy 

przedtem nie był w tym budynku i wygląda tu dziwnie nie na miejscu... Może dlatego, że nie 
jest   wytatuowany   i   nie   ma   kolczyków,   w   przeciwieństwie   do   wszystkich   innych   osób 

mijających recepcję.

A może to tylko dlatego, że jest o wiele bardziej przystojny niż wszyscy obecni w holu, 

kiedy stoi tam z włosami potarganymi, jakby dopiero co wstał z łóżka (chociaż ja wiem, że 
wstał już kilka godzin temu - on codziennie rano biega), w tych swoich dżinsach i znoszonej 

skórzanej kurtce.

- Cześć - mówi na mój widok.

- Cześć. - Usiłuję się uśmiechnąć, ale nie jestem w stanie, więc zamiast tego dodaję: - 

Dzięki, że przyszedłeś.

- Nie ma sprawy - mówi i spogląda w stronę kącika telewizyjnego, tuż przed stołówką, 

gdzie   do   Rachel   dołączył   właśnie   poszarzały   na   twarzy   doktor   Jessup   razem   z   kilkoma 

spanikowanymi pracownikami administracji.

- A gdzie gliniarze? - pyta.

- Wyszli już - odpowiadam, z trudem powstrzymując gorycz. - W apartamencie nad 

delikatesami na Broadwayu było potrójne zabójstwo zużyciem ostrego narzędzia. Zostawili 

tylko tego funkcjonariusza, który pilnuje szybu wind, dopóki nie przyjedzie tu koroner, żeby 
zabrać jej zwłoki. Ponieważ uznali, że jej śmierć była skutkiem wypadku, chyba stwierdzili, że 

nie ma sensu tu sterczeć.

Uważam, że to bardzo dyplomatyczna odpowiedź, biorąc pod uwagę to, co chciałabym 

powiedzieć na temat detektywa Canavana i jego ludzi.

- Ale ty uważasz, że się mylą - mówi Cooper. To stwierdzenie, nie pytanie.

- Ktoś zabrał ten klucz, Coop - mówię. - I odłożył go na miejsce, kiedy nikt nie patrzył. 

Ja sobie tego nie wymyślam. Nie jestem szalona.

Chociaż słysząc, jak niebezpiecznie uniosłam głos, wymawiając słowo „szalona”, można 

nabrać wątpliwości. Ale Cooper nie zamierza tego roztrząsać.

- Wiem - mówi łagodnie. - Wierzą ci. Jestem tu przecież, prawda?
- Tak - mówię, żałując swojego wybuchu. -I dzięki. No cóż. No to chodźmy.

Cooper wygląda, jakby się wahał.
- Zaraz. Dokąd mamy iść?

- Do pokoju Roberty - odpowiadam. Trzymam w ręku zapasowy klucz, który wyjęłam ze 

background image

skrzynki. - Moim zdaniem powinniśmy najpierw sprawdzić jej pokój.

Szukając czego?

- Nie wiem. Ale musimy od czegoś zacząć. Cooper spogląda na klucz, a potem znowu na 

mnie.

- Chcę, żebyś wiedziała - mówi - że moim zdaniem to nie jest dobry pomysł.
- Wiem - odpowiadam. Bo wiem.

- Więc czemu to robimy?
Mniej więcej pięć sekund dzieli mnie od ataku płaczu. Czuję się tak od chwili, kiedy 

Jessica   wpadła   do   mojego   pokoju   z   informacją   o   kolejnym   wypadku,   a   upokorzenie   w 
obecności detektywa Canavana wcale mi nie pomogło.

Ale staram się opanować nadciągającą histerią.
- Bo to się dzieje w moim budynku. To się zdarza moim dziewczynom. A ja chcę się 

upewnić, że dzieje się to, co policja twierdzi, że się dzieje, i że to nie jest... No wiesz. To, co 
sami myślą.

-   Heather,   pamiętasz,   kiedy   wyszedł  Słodki   miód  i   do   Cartwright   Records   zaczęła 

spływać cała  ta  poczta  od fanów,  a ty  się upierałaś,  że całą  ją przeczytasz  i na każdy  list 

osobiście odpowiesz?

Najeżam się. Nic na to nie poradzą.

- No i co z tego? - pytam zaczepnie. - Miałam piętnaście lat.
- To nie ma znaczenia - mówi Cooper. - Bo przez piętnaście lat wcale się nie zmieniłaś. 

Nadal uważasz, że jesteś osobiście odpowiedzialna za wszystkich ludzi, z którymi masz do 
czynienia, nawet tych, których nigdy nie spotkałaś. Jakbyś pojawiła się na Ziemi po to, żeby 

opiekować się wszystkim jej mieszkańcami.

- To nieprawda. I minęło tylko trzynaście lat.

- Heather - ciągnie, ignorując mnie. - Czasami dzieciaki robią głupoty. A inne dzieciaki, 

dlatego właśnie, że są tylko dzieciakami, biorą z nich przykład. I giną. To się zdarza. I to nie 

znaczy, że zostało popełnione morderstwo.

- Tak?  - Jeżę się jeszcze bardziej.  - A co z kluczem?  No co? Nadal nie wygląda  na 

przekonanego.

- Chcę, żebyś wiedziała - mówi - że ja to robię wyłącznie po to, żeby powstrzymać cię 

przed narobieniem jeszcze większego bałaganu niż ten, który już tu masz, coś, zresztą, tak przy 
okazji, w czym się chyba specjalizujesz.

- Wiesz, Coop? - mówię. - Doceniam ten twój dowód zaufania. Naprawdę doceniam.
- Ja tylko nie chcę, żebyś straciła stałą pracę - tłumaczy. - Nie stać mnie na to, żeby ci 

background image

zaoferować ubezpieczenie zdrowotne na dodatek do dachu nad głową i wyżywienia.

- Dzięki - odpowiadam jadowicie. - Dzięki wielkie. Ale to nie ma znaczenia. Bo on i tak 

ze mną idzie.

Do pokoju Roberty Pace  na szesnastym piętrze mamy długi spacer.  Oczywiście,  nie 

możemy jechać windą, bo wszystkie zostały unieruchomione. Jedyny odgłos, jaki słyszę, kiedy 
wreszcie wychodzimy na długi, pusty korytarz, to nasze oddechy. Mój jest szczególnie ciężki.

Poza   tym  jest tu  cicho.  Śmiertelnie  cicho.  No  tak,  ale  to  przedpołudnie.   Większość 

mieszkańców - ci,  których  nie wyrwały  ze snu syreny  karetki  i wozu  strażackiego  - nadal 

jeszcze odsypia wczorajsze wieczorne piwo.

Wskazuję drogę swoim pękiem kluczy i ruszam w stronę numeru 1622. Cooper idzie za 

mną,   spoglądając   na   plakaty   porozwieszane   na   ścianach.   Przestrzegają   studentów   przed 
chorobami przenoszonymi drogą płciową albo informują o darmowych wejściówkach na film 

wyświetlany w studenckim ośrodku kultury.

Opiekun tego piętra ma bzika  na punkcie Snoopy'ego. Gdziekolwiek  spojrzeć, wiszą 

powycinane   rysunki   ze   Snoopym.   Jest   tu   nawet   wycięta   z   kartonu   makieta:   Snoopy, 
trzymający   małą   tekturową   tackę,   na   którą   wskazuje   strzałka   z   napisem:   DARMOWE 

KONDOMY   UFUNDOWANE   PRZEZ   OŚRODEK   ZDROWIA   UNIWERSYTETU 
NOWOJORSKIEGO. HEJ, ZA CZTERDZIEŚCI TYSIĘCY DOLARÓW ROCZNIE STUDENT 

POWINIEN DOSTAĆ coś ZA DARMO!

Taca jest, oczywiście, pusta.

Na   drzwiach   z   numerem   1622   wisi   żółta   tabliczka,   taka,   na   której   można   pisać 

zmywalnym markerem. Nie ma na niej żadnych notatek. Jest za to naklejka z Ziggym.

Ale ktoś dorysował Ziggy'emu kolczyk w nosie, a nad głową balonik z napisem: GDZIE 

JA PODZIAŁEM GACIE?

Stukam kluczami w drzwi.
- Biuro kierownika administracyjnego! - wołam. - Jest tam kto?

Nikt nie odpowiada. Wołam jeszcze raz, a potem wkładam klucz w zamek i otwieram 

drzwi.

Wewnątrz   głośno   buczy   elektryczny   wiatrak   ustawiony   na   komodzie   z   szufladami, 

mimo że w pokoju, jak we wszystkich pokojach w Fisher Hall, jest klimatyzacja. Ani śladu 

współlokatorki   Roberty,   którą   czeka   spory   szok,   kiedy   już   wróci,   gdziekolwiek   ją   teraz 
poniosło, i przekona się, że do końca roku akademickiego będzie miała pokój wyłącznie dla 

siebie.

Jest tu tylko jedno okno, długie prawie na dwa metry i wysokie na półtora, z dwoma 

background image

bliźniaczymi drążkami do uchylania jego skrzydeł. W oddali, za ogrodami na dachach domów i 
wieżami ciśnień, widzę rzekę Hudson, spokojnie płynącą w swoją stronę; promienie słońca 

załamują się na jej lustrzanej powierzchni.

Cooper zmrużonymi oczami przygląda się jakimś rodzinnym fotografiom ustawionym 

na jednej z szafek przy łóżku. Pyta:

- Ta dziewczyna, która zginęła. Jak miała na imię?

- Roberta.
-   Więc   to   jest   jej   łóżko.   -   Dała   wypisać   swoje   imię   tęczowymi   literami   jakiemuś 

ulicznemu artyście na zwoju papieru. Wisi nad bardziej zabałaganionym łóżkiem, tym przy 
oknie. Widać, że w obu łóżkach ktoś spał, ale żadna z dziewczyn nie przejmowała się zanadto 

utrzymywaniem porządku. Pościel jest zmięta, a narzuty - niedobrane do siebie, jak to się 
często zdarza narzutom współlokatorek - leżą krzywo. W części pokoju należącej do Roberty 

przeważają motywy dekoracyjne z Ziggym. Wszędzie walają się karteczki Postit z Ziggym, na 
ścianie wisi kalendarz z Ziggym, a na jednym Z biurek leży papeteria z Ziggym.

Obie   dziewczyny,   zauważam,   są   fankami   Jordana   Cartwrighta.   Mają   komplet 

kompaktów Easy Street plus Baby, bądź moja.

Żadna  z nich nie ma ani jednego albumu niżej podpisanej.  Co chyba nie jest takie 

dziwne. Zawsze byłam najbardziej popularna wśród uczniów podstawówki.

Cooper klęka na kolanach i zaczyna zaglądać pod łóżko nieżyjącej dziewczyny. Bardzo 

mnie   to   rozprasza.   Usiłuję   się   skoncentrować   na   węszeniu   po   kątach,   ale   tyłek   Coopera 

niezwykle przyjemnie się ogląda. Widząc, jak ładnie się na nim opinają znoszone levisy, nie 
mogę się skupić na niczym innym, chociaż przecież wiem, że mam tu do czynienia z bardzo 

poważną sprawą.

- Popatrz na to - mówi, a jego głowa i ramiona znów się wynurzają spod łóżka Roberty. 

Ciemne włosy ma potargane. Szybko odwracam wzrok, żeby nie mógł się zorientować, gdzie 
przed chwilą spoglądałam. Mam nadzieję, że nie zauważył.

- Na co? - pytam inteligentnie.
- Spójrz.

Na końcu ołówka z Ziggym, który Cooper wyjął przedtem z kubka na pisaki na biurku 

Roberty, dynda coś bladego i miękkiego. Przyjrzawszy się bliżej, orientuję się, co to jest.

Zużyta prezerwatywa.
- Hm - mówię. - Uh.

- Całkiem świeża - mówi Cooper. - Powiedziałbym, że Roberta miała wczoraj gorącą 

noc.

background image

Wolną ręką zdejmuje kopertę ze stosika papeterii z Ziggym leżącej na biurku Roberty, a 

potem wrzuca prezerwatywę do środka.

- Co ty robisz? - pytam z przestrachem. - Czy to nie jest fałszowanie dowodów?
- Dowodów czego? - Cooper kilka razy składa kopertę, a potem wsadza ją do kieszeni 

swojej kurtki. - Policja już stwierdziła, że nie popełniono tu żadnego przestępstwa.

- No to po co ją zabierasz?

Cooper wzrusza ramionami i odkłada ołówek.
-   W   swojej   pracy   nauczyłem   się   jednego:   nigdy   nic   nie   wiadomo.   Rozgląda   się   po 

pokoju Roberty i kręci głową.

-   To   naprawdę   dziwne.   Ktoś   uprawia   seks,   a   potem   idzie   surfować   na   windach? 

Mógłbym zrozumieć, gdyby było odwrotnie... No wiesz, cała ta adrenalina sprawia, że jesteś 
napalona. Ale przedtem? Chyba że chodzi o jakiś zboczony seks.

Szerzej otwieram oczy.
- Chodzi ci o to, że może facet lubi najpierw uprawiać seks z dziewczyną, a potem ją 

zepchnąć do szybu windy?

- Coś w tym rodzaju. - Cooper ma zakłopotaną minę. Nie chce rozmawiać ze mną o 

chorych praktykach seksualnych i zmienia temat. - A co z tą drugą dziewczyną? To znaczy z tą 
pierwszą. Powiedziałaś, że sprawdziłaś i że nie meldowała żadnego gościa tego wieczoru, kiedy 

zginęła?

- Tak - mówię. - Ale tuż przed twoim przyjściem sprawdziłam, że Roberta też wczoraj 

wieczorem nie wpisywała żadnych gości. - A potem coś mi wpada do głowy. - Jeśli... jeśli coś 
takiego   byłoby   też   w   pokoju   Elizabeth,   to   znaczy   jakiś   kondom   czy   coś,   to   policja   by   to 

znalazła, tak?

- Nie, jeśli nie szukali. A jeśli już z góry byli przekonani, że jej śmierć była przypadkowa, 

to nawet nie próbowali szukać.

Zagryzam dolną wargę.

- Nikt się nie wprowadził do pokoju Elizabeth. Jej współlokatorka mieszka teraz sama. 

Moglibyśmy zerknąć.

Cooper robi powątpiewającą minę.
- Przyznam, że to dziwne, że ta mała zginęła w taki sposób, Heather - mówi. - Zwłaszcza 

w obliczu tego kondoma i sprawy z kluczem. Ale ty sugerujesz, że...

- Sam zasugerowałeś to pierwszy - przypominam mu. - Poza tym możemy popatrzeć, 

prawda? Komu to niby zaszkodzi?

- Nawet jeśli zajrzymy, już tydzień minął od jej śmierci - zauważa. - Wątpię, żeby udało 

background image

nam się coś znaleźć.

- Nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy - mówię, ruszając do drzwi. -Chodź.

Cooper tylko na mnie patrzy.
-  Czemu  to  dla   ciebie   takie   ważne  dowieść,   że  te  dziewczyny   nie  są  winne   własnej 

śmierci? - pyta ostro.

Gapię się na niego. Co?

-   Słyszałaś.   Czemu   tak   się   uparłaś   dowieść,   że   śmierć   tych   dziewczyn   nie   była 

przypadkowa?

Tego oczywiście nie mogę mu wyjaśnić. Bo nie chcę zabrzmieć jak psychopatka, którą 

na pewno nazwałaby mnie Sarah, gdyby to usłyszała. Bo wiem, że naprawdę zabrzmiałabym 

jak psychopatka, gdybym mu powiedziała, co czuję. A mianowicie, że jestem to winna temu 
budynkowi - samemu Fisher Hall - i muszę stwierdzić, co się tu właściwie dzieje. Bo Fisher 

Hall -tak jak Cooper - w pewnym sensie uratował mi życie.

No cóż, okay, uratowali mnie tylko przed dożywotnią pracą kelnerki w Senor Swanky's.

Ale czy to mało? Ja wiem, że to wszystko kupy się nie trzyma - że Sarah oskarżyłaby 

mnie   o   przenoszenie   swoich   uczuć   do   własnych   rodziców   czy   chłopaka   na   stertę   cegieł 

wzniesioną w 1850 roku. Ale ja naprawdę czuję, że spoczywa na mnie obowiązek dowiedzenia, 
że to wszystko nie jest winą Fisher Hall - ani personelu, który nie zauważył, że dziewczyny w 

szybkim tempie się staczały, ani dziewczyn, które wydają się o wiele za rozsądne, żeby robić aż 
tak głupie rzeczy, ani też budynku jako takiego, że nie jest dostatecznie domowo-przytulny czy 

coś.   Uczelniana   gazeta   już   opublikowała   jeden   artykuł   dogłębnie   analizujący   modę   na 
surfowanie po windach. Kto wie co wydrukuje jutro?

Widzicie? Mówiłam, że to głupie.
Ale dokładnie tak to odczuwam.

Niemniej nie jestem w stanie tego wyjaśnić Cooperowi. Wiem, że nawet nie ma sensu 

próbować.

- Bo dziewczyny nie uprawiają surfingu na windach. - Tylko na tyle umiem się zdobyć.
Najpierw mam wrażenie,  że on wyjdzie,  zupełnie jak detektyw Canavan,  bez słowa, 

wściekły, że przeze mnie marnuje czas. Ale Cooper tylko wzdycha i mówi:

- Dobrze. Chyba mamy jeszcze jeden pokój do sprawdzenia.

background image

9

Zakręć nią

Zakręć nią
Kręć nią, mała

Całą noc

Zakręć nią

Wykonanie: Hearther Wells

Słowa/muzyka: O'Brien/Henke

Z albumu: Lizak

Cartwright Records

Współlokatorka Elizabeth Kellog otwiera drzwi do pokoju numer 1412 od razu. Ma na 

sobie luźny biały T-shirt i czarne legginsy, w jednej ręce trzyma bezprzewodowy telefon, a w 

drugiej zapalonego papierosa. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem odzywam się:

- Cześć, jestem Heather. A to jest...

- Cześć - dziewczyna przerywa mi i otwiera oczy szerzej, kiedy po raz pierwszy zauważa 

Coopera.

No cóż i czemu nie? Jest w końcu zdrową pełnokrwistą amerykańską dziewczyną. A 

Cooper jest bardziej  niż tylko  trochę  podobny  do jednego z  najpopularniejszych  obiektów 

kobiecych westchnień w tym kraju.

- Cooper Cartwright - przedstawia się Cooper, rzucając jej taki uśmiech, że gdybym go 

lepiej nie znała, uznałabym, że go wyćwiczył przed lustrem i zarezerwował na takie właśnie 
podbramkowe sytuacje.

Ale Cooper to nie jest taki typ faceta, który ćwiczy uśmiechy przed lustrem.
- Marnie Villa Delgado - mówi ona. Mamie jest sporą dziewczyną, jak ja, tyle że ma 

obfitszy biust i szczuplejszy zadek, i masę ciemnych, bardzo kręconych włosów. Widzę, że 
szacuje mnie wzrokiem, tak jak to robią niektóre kobiety zastanawiające się, czy jestem ż 

Cooperem, czy też może obiekt jest wolny.

- Zastanawialiśmy się, Marnie, czy nie moglibyśmy zamienić z tobą paru słów na temat 

twojej byłej współlokatorki, Elizabeth - mówi Cooper, ukazując w szerokim uśmiechu tyle 
zębów, że omal mnie nie oślepił.

Ale nie Marnie, która najwyraźniej stwierdziła, że Coopera i mnie nic nie łączy! (Swoją 

background image

drogą, skąd  ona  to wie?  Jak  te dziewczyny,  na przykład  Marnie, Rachel  i  Sarah,  potrafią 
stwierdzić coś takiego, a ja zupełnie nie umiem?) Rzuca do telefonu:

- Oddzwonię - i kończy połączenie.
A potem hipnotyzuje Coopera spojrzeniem i mówi:

- Wejdźcie do środka.
Mijam   ją   w   drzwiach,   za   mną   wchodzi   Cooper.   Marnie,   jak   widzę,   bardzo   szybko 

przemeblowała pokój po śmierci Elizabeth. Łóżka zestawiła razem, tworząc jedno ogromne 
łoże, przykryte wielką narzutą w tygrysie prążki. Dwie komody z szufladami stoją jedna na 

drugiej, więc Marnie ma teraz do swojej dyspozycji osiem szuflad zamiast czterech, a biurko 
Elizabeth służy obecnie jako stolik pod sprzęt grający, na którym stoją telewizor, odtwarzacz 

DVD i wieża, wszystko pod ręką, tuż obok łóżka.

- Już rozmawiałam o niej z policją. - Marnie strzepuje popiół na chodnik w tygrysie 

prążki pod swoimi gołymi stopami i na moment przenosi wzrok z Coopera na mnie. - To 
znaczy o Beth. Hej. Zaraz. Czy my się nie znamy? Czy ty jesteś może aktorką?

- Ja? Nie - odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Ale pracujesz w przemyśle rozrywkowym - mówi z głębokim przekonaniem. - Hej, 

kręcicie film o życiu Beth?

Zanim Cooper zdążył w ogóle zareagować, odpowiadam:

- Czemu? Uważasz, że życie Beth miało w sobie jakieś zadatki na materiał filmowy?
Marnie   usiłuje   nie   tracić   zimnej   krwi,   ale   słyszę,   że   pokasłuje,   zaciągając   się 

papierosem. Ewidentnie pali tylko dla dramatycznego efektu.

- Och, tak. To znaczy, wiem, pod jakim kątem moglibyście na to spojrzeć. Dziewczyna z 

małego miasteczka przyjeżdża 4o metropolii, nie daje sobie rady, pozwala się podpuścić i ginie 
w wypadku. Czy ja mogłabym w tym zagrać? Totalnie dysponuję doświadczeniem...

Ale Cooper demaskuje nas, mówiąc:
- Nie jesteśmy z branży filmowej. Heather to zastępczyni kierowniczki administracyjnej 

tego budynku, a ja jestem jej znajomym.

- Ale ja myślałam... - Marnie przygląda mi się teraz badawczo, starając się przypomnieć 

sobie, gdzie mnie już kiedyś widziała. - Myślałam, że jesteś aktorką. Gdzieś cię już kiedyś 
widziałam...

- Na pewno kiedy się wprowadzałaś - mówię pośpiesznie.
-   Twoja   współlokatorka   -   odzywa   się   Cooper,   odrywając   wzrok   od   małego   aneksu 

kuchennego, w którym Marnie ustawiła mikrofalówkę, jednopalnikową kuchenkę elektryczną, 
blender, ekspres do kawy i wagę, jakiej używają ludzie na diecie, żeby ważyć te swoje piersi 

background image

kurczaka. - Skąd pochodziła?

- No cóż - mówi Marnie - z Mystic. Wiecie, w Connecticut.

Cooper otwiera teraz szafki, ale Marnie jest tak skołowana, że nawet nie protestuje.
- Hej, już wiem. Grałaś w Saved by the Bell, prawda? - pyta mnie.

- Nie - odpowiadam. - A więc Eliza... to znaczy Beth... nie lubiła Nowego Jorku?
- No cóż, nie, niezupełnie - mówi Marnie. - Beth po prostu nie mogła się przystosować, 

rozumiesz? Bo ona chciała zostać pielęgniarką.

Cooper   spogląda   na   nią.   Widzę,   że   nie   ma   za   wiele   do   czynienia   ze   studentami   z 

Uniwersytetu Nowojorskiego, bo pyta:

- A czemu nie miałaby zostać pielęgniarką?

-   Wstępować   na   Uniwersytet   Nowojorski,   żeby   uczyć   się   pielęgniarstwa?   -W   głosie 

Marnie pobrzmiewa pogarda. - Po co płacić takie pieniądze za studia, jeśli można uczyć się 

pielęgniarstwa gdzie indziej i znacznie taniej?

- A w czym ty się specjalizujesz? - pyta Cooper.

-  Ja?  - Marnie   wygląda,  jakby   miała  ochotę  rzucić:  „No  jak  to?!”,  ale   nie chce  być 

niegrzeczna. Wobec Coopera. Gasi papierosa w popielniczce w kształcie ludzkiej dłoni i mówi: 

- Aktorstwo. - A potem siada na swoim wielkim nowym łożu i wpatruje się we mnie. - Wiem, 
że gdzieś już cię widziałam.

Podnoszę popielniczkę w kształcie dłoni, żeby odwrócić jej uwagę - i ode mnie, i od 

Coopera, który węszy wkoło bez opamiętania.

- Czy to twoje, czy Elizabeth? - pytam ją, chociaż z góry znam odpowiedź.
- Moje - mówi Marnie. - Oczywiście. Wszystkie rzeczy Beth już zabrali. Poza tym Beth 

nie paliła. Beth nigdy nic nie robiła.

- Jak to rozumiesz, nigdy nic nie robiła?

- Tak jak powiedziałam. Ona nic nie robiła. Nie wychodziła wieczorami. Nie zapraszała 

przyjaciół.  Jej matka  nie pozwalała  jej chodzić na randki. Słyszeliście,  co zrobiła  w czasie 

nabożeństwa żałobnego? Ta matka?

Cooper   poszedł   na   zwiad   do   łazienki.   Jego   głos,   kiedy   się   stamtąd   odzywa,   jest 

przytłumiony:

- A co zrobiła? - pyta.

Marnie zaczyna grzebać w czarnym skórzanym plecaku, który leży na łóżku.
- Przez cały czas powtarzała, że poda do sądu Uniwersytet Nowojorski za to, że nie 

zabezpieczają wind przed surferami. Ale co ty robisz w mojej łazience?

- Jak rozumiem, matka Elizabeth chciała, żeby wolno jej było przyjmować tutaj tylko 

background image

dziewczyny - mówią, ignorując jej pytanie do Coopera.

- Beth nigdy mi nic o tym nie wspomniała. - Marnie znajduje paczkę papierosów. Na 

szczęście pustą. Rzucają na podłogę z rozzłoszczoną miną. -Ale wcale bym się nie zdziwiła. Ta 
dziewczyna była jak żywcem przeniesiona z poprzedniego stulecia. Moim zdaniem Beth nawet 

nigdy nie pocałowała żadnego faceta, dopiero jakoś tak na tydzień, dwa przed śmiercią.

Cooper staje w drzwiach łazienki. Wygląda, jakby był o wiele za wielki, żeby się w nich 

zmieścić, ale jakoś się przeciska.

- Kogo? - pytam szybko. - Jakiego faceta?

- Nie wiem. - Marnie wzrusza  ramionami; bez papierosów nie wie, co ma zrobić z 

rękami.   Służyły   jako   bardzo   poręczny   rekwizyt   podczas   odgrywania   tej   roli   pogrążonej   w 

żałobie współlokatorki.

-   Był   taki   facet,   o   którym   ciągle   gadała   tuż   przed...   No   wiecie.   -   Marnie   wydaje 

przeciągły gwizd i wskazuje na podłogę. - W każdym razie dopiero co się poznali. Ale kiedy o 
nim opowiadała, miała taki głos, że... No, sama nie wiem, jak to wyjaśnić.

- Czy ty kiedykolwiek widziałaś tego faceta? - pytam. - Znasz jego nazwisko? Czy on był 

na nabożeństwie żałobnym? Czy to on namówił Elizabeth na surfing na windach?

Marnie staje okoniem.
- Jezu, zadajesz bardzo dużo pytań! Cooper rusza z odsieczą. Jak zwykle.

- Marnie, to naprawdę bardzo ważne. Czy ty masz jakieś pojęcie, kim jest ten facet?
Wobec mnie staje okoniem. Cooperowi je z ręki.

- Pomyślmy... - Marnie krzywi twarz. Nie jest ładna, ale interesująca. Całkiem niezła do 

ról charakterystycznych. Takiej pucołowatej najlepszej przyjaciółki.

Dlaczego   najlepsze   przyjaciółki   są   zawsze   pucołowate?   Dlaczego   główna   bohaterka 

nigdy nie jest pucołowata? Zresztą może nawet nie pucołowata, ale żeby chociaż nosiła XL? 

Albo nawet XXL? Dlaczego główna bohaterka zawsze nosi S?

- Tak, powiedziała, że na imię ma Mark czy jakoś podobnie - mówi Marnie, przerywając 

mi rozmyślania o dyskryminacji ze wzglądu na rozmiar. -Ale ja go nigdy nie widziałam. Oni 
zaczęli   się   spotykać   jakiś   tydzień   czy  dwa   przed   jej   śmiercią.   Zabrał   ją  do   kina.   Na   jakiś 

zagraniczny film, europejski. To dlatego myślałam, że to takie dziwne...

- Co? - Kręcą głową. - Że co było takie dziwne?

- No cóż, że facet, który lubi europejskie filmy, bawi się w surfowanie na windach. To 

takie... infantylne. No, wiecie, w sam raz dla chłopaczków, którzy noszą za szerokie spodnie i 

wyglądają,  jakby mieli po dwanaście  lat.  Ale ten facet był starszy. Wyrafinowany.  Według 
Beth. No więc co mu odbiło, że ją zachęcał, żeby wskoczyła na dach jadącej windy?

background image

Siadam obok Marnie na jej wielkim łóżku.
- Powiedziała ci to? - pytam. - Czy ona ci powiedziała, że on chciał, żeby z nim surfowała 

po windach?

- Nie - odpowiada Marnie. - Ale przecież musiał, prawda? Nigdy nie wpadłaby na to 

sama. Wątpią, żeby w ogóle wiedziała, o co w tym chodzi.

-   Może   poszła   z   jakimiś   facetami   z   pierwszego   roku,   tymi   infantylnymi   -podsuwa 

Cooper.

Marnie się krzywi.

-   Niemożliwe   -   mówi.   -   Ci   faceci   nigdy   by   jej   nie   zabrali   ze   sobą.   Są   za   bardzo 

szpanerscy, a przynajmniej tak im się wydaje, żeby interesować się kimś takim jak ona. Poza 

tym, gdyby była z nimi, nie spadłaby. Oni by jej nie pozwolili. Mają w tym za dużą wprawę.

- Nie było cię tu tej nocy, kiedy zginęła? - pytam.

- Mnie? Nie, wieczorem miałam przesłuchanie. Wiecie, nie wolno nam brać udziału w 

przesłuchaniach na pierwszym roku - robi przebiegłą minę -ale doszłam do wniosku, że mam 

spore szanse. No bo dajcie spokój. To w końcu Broadway. Gdybym dostała się na Broadway, 
spadam stąd w czasie równym nowojorskiej minucie.

- A więc Elizabeth miała tego wieczoru pokój do własnej dyspozycji? -pytam.
-   Tak.   Zaprosiła   go   tutaj.   Tego   faceta.   Bardzo   była   przejęta.   Wiecie,   gotowała 

romantyczną kolację dla dwojga. -Marnie ma podejrzliwą minę. -Hej, ale wy nic nie powiecie, 
prawda? Że mamy kuchenkę elektryczną? Ja wiem, że to zagrożenie pożarowe i tak dalej...

- Ten facet, Mark - przerywam jej. - Czy jak on tam miał na imię. Przyszedł tu? Tamtego 

wieczoru?

- Tak - mówi Marnie. - A przynajmniej zakładam, że tak. Kiedy wróciłam, już ich tu nie 

zastałam, ale zostawili w zlewie talerze po kolacji. Musiałam je pozmywać, żeby nie wabić 

robactwa.   Chociaż   można   by   się   spodziewać,   że   przy   tych   cenach   zakwaterowania   w 
akademiku przynajmniej będziecie regularnie przeprowadzać dezynsekcje...

- Czy ktokolwiek inny go widział? - przerywa Cooper. - Tego całego Marka? Ktoś z 

waszych wspólnych znajomych?

- Beth i ja nie miałyśmy wspólnych znajomych - mówi Marnie nieco urażonym tonem. - 

Mówiłam wam, ona była nieudacznicą. I chociaż mieszkałyśmy w jednym pokoju, to mówię 

wam, nie chciałabym z nią nigdzie chodzić. Nawet o tym, że zginęła, dowiedziałam się dopiero 
dzień po fakcie. Tamtego wieczoru w ogóle nie wróciła do pokoju. Pomyślałam po prostu, no, 

wiecie, że została u tego faceta.

- Powiedziałaś o tym policji? - pyta Cooper. - O tym, że Elizabeth zaprosiła do siebie 

background image

jakiegoś faceta tego wieczora, kiedy zginęła?

- Tak - mówi Marnie i wzrusza ramionami. - Chyba się tym nie przejęli. Bo przecież nikt 

jej nie zamordował. Zginęła przez własną głupotę. Niezależnie ile tego wina razem wypili, nie 
wskakuje się na dach windy...

Wciągam powietrze w płuca.
- Oni pili? Mark i twoja współlokatorka?

- Tak - mówi Marnie. - Znalazłam butelki w koszu ze śmieciami. Dwie. I to dość drogie 

wino. Mark musiał je kupić. Chyba po dwadzieścia dolców jedno. Jak na kogoś, kto mieszka w 

tej zakazanej melinie, facet nie żałuje grosza.

Wstrzymuję oddech.

- Czekaj... On mieszka w Fisher Hall?
- Tak. To chyba jasne, nie? Skoro nigdy nie musiała wpisywać go do książki odwiedzin.

O   rany   boskie!   Na   to   bym   nie   wpadła!   Że   Beth   rzeczywiście   mogła   przyjmować 

chłopaka w swoim pokoju, ale nie będzie po tym śladu w rejestrach, bo nie musiała go wcale 

wpisywać do książki odwiedzin. On mieszka w tym budynku! Też jest z Fisher Hall!

Podnoszę wzrok na Coopera. Nie jestem pewna, do czego to wszystko prowadzi, ale 

jestem całkiem przekonana, że do czegoś doprowadzi... Do czegoś istotnego. Ale nie wiem, czy 
on też tak myśli.

- Marnie- mówię- czy jest coś, cokolwiek, co mogłabyś nam jeszcze powiedzieć o tym 

facecie, z którym widywała się twoja koleżanka?

- Mogę powiedzieć wam tylko to - odzywa się Marnie poirytowanym tonem - co już 

wam  opowiedziałam.   Że na  imię ma  Mark   czy  jakoś tak,  że  lubi  europejskie  kino,  że  ma 

wyszukany gust, jeśli chodzi o wino, i że jestem całkiem pewna, że mieszka w akademiku. Och, 
i Beth powtarzała, jaki jest przystojny. Ale czy rzeczywiście? Niby dlaczego jakiś przystojny 

facet miał się interesować Beth? Ona była taka beznadziejna.

W   poniedziałek   po   jej   śmierci   studencka   gazeta,   „Washington   Square   Reporter”, 

wydrukowała zdjęcie Elizabeth, fotkę z albumu studentów pierwszego roku, i Marnie, mówię 
to   z   przykrością,   wcale   nie   przesadzała.   Elizabeth   nie   była   ładną   dziewczyną.   Żadnego 

makijażu, okulary o grubych szkłach, niemodna fryzura w stylu Farrah Fawcett i uśmiech, 
który składał się głównie z obnażonych dziąseł.

Alę   zdjęcia   robione   przez   uczelnianych   fotografów   nigdy   nie   bywają   pochlebne   i 

zakładałam, że Elizabeth była w rzeczywistości ładniejsza niż na fotografii.

Ale może to błędne założenie.
A   może...   Może   Marnie   jest   zwyczajnie   zazdrosna,   bo   jej   współlokatorka   miała 

background image

chłopaka, a ona sama nie ma.

Hej, to się zdarza. Nie trzeba robić dyplomu z socjologii - ani mieć licencji prywatnego 

detektywa - żeby wiedzieć takie rzeczy.

Cooper i ja dziękujemy Marnie i wychodzimy - chociaż zanim udaje nam się uciec, 

Marnie rozpoczyna znajomą litanię kolejnych „Ale ja cię chyba już gdzieś widziałam”. Kiedy 
wreszcie   wychodzimy   na   korytarz,   w   duchu   przeklinam,   jak   mi   się   to   zdarza   niemal 

codziennie, swoją decyzję - czy raczej powinnam może powiedzieć, decyzję mojej mamy - o 
rezygnacji z nauki w liceum na rzecz kariery piosenkarskiej.

W milczeniu drepcząc z powrotem na dół po schodach, zastanawiam się, czy Cooper ma 

rację. Czy ja jestem szalona? Czy ja naprawdę wierzę, że jakiś psychol podrywa dziewczyny z 

Fisher Hall i kiedy już je uwiedzie, namawia je na surfing na windach, a potem spycha w dół 
szybu na pewną śmierć?

Kiedy schodzimy na dziesiąte piętro, mówię, tak na próbę:
-   Kiedyś   czytałam   taki   artykuł   w   prasie   o   zabójcach,   którzy   mordują   dla   samego 

dreszczyku. No wiesz, faceci zabijają dla czystej przyjemności.

- Jasne - odpowiada Cooper sucho. - W kinie. W prawdziwym życiu to się nie zdarza 

zbyt często. Większość przestępstw popełniana jest w afekcie. Ludzie naprawdę nie są wcale 
tacy chorzy, jak to sobie lubimy wyobrażać.

Spoglądam na niego kątem oka. On nie ma nawet pojęcia, jaką mam chorą wyobraźnię. 

Na   przykład   w   tej   właśnie   chwili   wyobrażam   sobie,   że   go   obalam   na   posadzkę   i   zębami 

zdzieram z niego całe ubranie.

No, nieprawda. Czy raczej niezupełnie. Ale wyobrażam sobie, że mogłabym to zrobić.

-   Ktoś   chyba   powinien   porozmawiać   ze   współlokatorką   tej   drugiej   dziewczyny   - 

sugeruję, dzielnie opierając się fantazji  z udziałem  ciuchów Coopera i moich zębów. - No 

Wiesz, tej, która zginęła dzisiaj. Zapytać ją o tę prezerwatywę. Może wie, do kogo należała.

Cooper patrzy na mnie z góry, a te jego intensywnie niebieskie oczy przewiercają mnie 

na wskroś.

- Niech zgadnę - mówi. - Myślisz, że mogła należeć do faceta imieniem Mark, który lubi 

europejskie filmy i dobre wino?

- Nie zaszkodzi zapytać.

- Macie jakiegoś faceta z personelu, który odpowiada temu opisowi? -chce wiedzieć 

Cooper.

- Hm... - mruczę i się zastanawiam. - Nie. Chyba nie.
- No to w jaki sposób mógł zdobyć ten klucz zza kontuaru recepcji? Marszczę brwi.

background image

-   Tego   jeszcze   sobie   nie   obmyśliłaś,   prawda?   -   pyta   Cooper,   zanim   zdążyłam 

odpowiedzieć. - Posłuchaj, Heather. Detektywistyczna robota to coś więcej niż myszkowanie 

po  cudzych  pokojach   i  zadawanie  pytań.   Trzeba  jeszcze   umieć wyczuć,  kiedy   rzeczywiście 
warto w jakiejś sprawie powęszyć. I bardzo mi przykro, ale ja tu nic takiego nie widzę.

Z sykiem wciągam powietrze w płuca.
- Ale... ta prezerwatywa! Ten tajemniczy mężczyzna! Cooper kręci głową.

- To bardzo smutna sprawa, śmierć tych dziewczyn. Naprawdę. Ale pomyśl, jaka sama 

byłaś, kiedy miałaś osiemnaście lat, Heather. Też robiłaś różne szalone rzeczy. Może nie tak 

szalone jak wdrapywanie się na dach windy, ale...

- One tego nie robiły - mówię zapalczywie.  - Powtarzam  ci,  te dziewczyny tego nie 

robiły.

- No cóż, ale w jakiś sposób skończyły na dnie szybu - mówi Cooper. -Pewnie wolałabyś 

myśleć, że to jakiś zły człowiek je tam zepchnął... W tym akademiku mieszka prawie tysiąc 
dzieciaków,, Heather. Nie sądzisz, że ktoś zauważyłby, że jakiś facet spycha swoją dziewczynę 

do szybu windy? I nie uważasz, że ten ktoś powiedziałby, co widział?

Kilkakrotnie mrugam powiekami.

- Ale... ale...
Ale nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłabym odpowiedzieć. Wtedy on zerka na 

zegarek.

- Posłuchaj, spóźnię się na spotkanie. Czy możemy pobawić się w Murder, She Wrote 

trochę później? Bo teraz muszę już iść.

- Tak - odpowiadam słabo. - Chyba tak.

- Okay. To na razie - mówi. I zbiega w dół po schodach tak szybko, że nijak go nie 

zdołam dogonić.

Ale   na   półpiętrze   przystaje,   obraca   się   i   spogląda   na   mnie.   Jego   oczy   są   tak 

niesamowicie niebieskie.

- I wiesz co? - mówi.
- Słucham? - Przechylam się niecierpliwie przez poręcz. Spodziewam się (no cóż, mam 

nadzieję), że powie: „Jestem tak bardzo przeciwny twojemu angażowaniu się w tę sprawę, bo 
nie mógłbym znieść myśli, że narażasz  się na niebezpieczeństwo.  Widzisz,  Heather,  ja cię 

kocham. Zawsze cię kochałem”.

- Mleko nam się skończyło - słyszę zamiast tego. - Kup karton, wracając do domu, jeśli 

nie zapomnisz, dobra?

- Dobra - odpowiadam słabym głosem. I tyle go widzieli.

background image

10

Kto to był? - pyta Sarah. - Ten facet, który przed chwilą wyszedł? - On? - Wślizguję się 

za swoje biurko. - To był Cooper.

- Twój współlokator? - Chyba Sarah podsłuchała kiedyś, jak z nim rozmawiam przez 

telefon.

- Niezupełnie - mówię. - No cóż, raczej mój gospodarz. Mieszkam na górnym piętrze 

jego domu.

- A więc jest i przystojny, i bogaty? - Sarah prawie się zaśliniła. - Dlaczego jeszcze się na 

niego nie rzuciłaś?

-   Jesteśmy   tylko   przyjaciółmi   -   mówię,   a   każde   słowo   jest   jak   kopniak   w   brzuch. 

Jesteśmy. Kop. Tylko. Kop. Przyjaciółmi. Kop. - Poza tym nie jestem chyba w jego typie.

Sarah ma zaszokowaną minę.

- Jest gejem? Ale mój gejdar wcale nie zabrzęczał...
- Nie, nie jest gejem! - wołam. - On po prostu... Po prostu lubi, kiedy kobieta ma jakieś 

osiągnięcia.

- Ty masz osiągnięcia - mówi potępiającym tonem Sarah. - Twój pierwszy album zdobył 

platynową płytę, kiedy miałaś zaledwie piętnaście lat.

- Miałam na myśli wykształcenie. - Zaczynam żałować, że nie rozmawiamy o czymś 

innym. O czymkolwiek. - Lubi kobiety, które mają, no, wiesz, wiele fakultetów. Których uroda 
zapiera dech w piersiach. I które są chude.

- Och - mówi Sarah, tracąc zainteresowanie. - To znaczy jak Rachel.
- Tak - mówię i z jakiegoś powodu serce mi zamiera. - Jak Rachel. Czy to rzeczywiście 

prawda? Że Cooper lubi takie kobiety jak Rachel - kobiety, które dobierają torebki do butów? 
Kobiety, które wiedzą, co to jest PowerPoint, i które wiedzą, jak tego używać? Kobiety, które 

jedzą sałatkę bez sosu i potrafią zrobić setkę brzuszków, nie dostając zadyszki? Kobiety, które 
chodziły do Yale? Kobiety, które biorą prysznic, zamiast siedzieć w wannie, jak ja, bo jestem 

zbyt leniwa, żeby tak długo stać?

Zanim zdążyłam naprawdę się nad tym zastanowić, Rachel wpada do gabinetu biegiem, 

a jej ciemne włosy są potargane, chociaż nadal wyglądają seksownie, i mówi:

- O, tu jesteś, Heather. Gdzie byłaś?

- Poszłam na górę z jednym z detektywów - mówię. To w sumie nawet prawda.  W 

pewnym sensie. - Potrzebował dostać się do pokoju tej zmarłej dziewczyny...

- Och - mówi Rachel, tracąc zainteresowanie. - No cóż, skoro już jesteś z powrotem, czy 

background image

możesz   zadzwonić   do   poradni   psychologicznej   i   spytać,   czy   mogą   kogoś   zaraz   przyjąć? 
Współlokatorka Roberty jest roztrzęsiona...

Od razu się ożywiam.
- Jasne. - Sięgam po telefon i natychmiast zapominam o obietnicy danej Cooperowi (że 

przestanę się bawić w  Murder, She Wrote). -  Nie ma sprawy. Chcesz, żeby ktoś ją do nich 
odprowadził?

- Och, tak. - Rachel może i boryka się tu z ludzką tragedią, ale nikt by się tego w życiu 

nie domyślił, patrząc na nią. Portfelowa sukienka od Dianę von Furstenberg opina jej gibką 

figurę   we   wszystkich   właściwych   miejscach,   a   nie   w   tych   niewłaściwych   (jak   to   robią 
portfelowe sukienki na mnie), a na policzkach ma jasne rumieńce. - Myślisz, że uda ci się 

kogoś znaleźć?

- Sama chętnie się tym zajmę - mówię.

Oczywiście, czuję lekkie ukłucie poczucia winy przy tych słowach, bo moja gorliwość ma 

więcej wspólnego z chęcią przepytania współlokatorki zmarłej dziewczyny niż niesienia jej 

rzeczywistej pomocy.

Ale nie dość silne ukłucie, żeby mnie powstrzymać.

Dzwonie, do poradni psychologicznej. Oczywiście, już słyszeli o „kolejnej tragedii”, więc 

mówią mi, żebym od razu przyprowadziła do nich tę współlokatorkę, Lakeishę Green. Jednym 

z moich obowiązków w pracy jest zapewnianie eskorty studentom, którym wyznaczono wizytę 
w   poradni   psychologicznej,   bo   raz   kiedyś   studentka,   która   została   tam   wysłana   samopas, 

zgubiła się po drodze i wędrowała po Washington Heights ze stanikiem na głowie, twierdząc, 
że jest Kleopatrą.

Poważnie. Takich rzeczy nie da się samemu wymyślić.
Lakeisha siedzi w kącie stołówki pod plakatem z kociętami, który Magda powiesiła tam, 

żeby trochę rozweselić wnętrze, bo, jak twierdzi, te okna z witrażowymi szybkami i boazerie z 
mahoniu są zwyczajnie  „brzydkie  dla oka”. Magda też tu jest i usiłuje skusić Lakeishę do 

zjedzenia paru gumisiów.

-   Chociaż   kilka?   -   mówi   Magda,   potrząsając   torebką   z   Zelkami   tuż   przed   twarzą 

Lakeishy.   -  Proszę...  Możesz   je   wziąć   za   darmo.   Wiem,  że   je  lubisz,   wczoraj   wieczorem   z 
przyjaciółmi kupowałaś dużą paczkę.

Lakeisha - wyłącznie z grzeczności, to widać - bierze torebkę.
- Dziękuję - mruczy.

Magda promienieje, a potem, kiedy mnie zauważa, szepcze:
- Moja biedna mała gwiazdeczka. Nie chce nic jeść. A potem, jeszcze ciszej, pyta:

background image

- Kim był ten mężczyzna, z którym cię widzieliśmy, ja i Pete? Ten przystojniak?
- To był Cooper - mówię, bo opowiedziałam Magdzie wszystko o Cooperze... Tak jak się 

zawsze opowiada o seksownych facetach przy kanapkach z wołowiną w przerwie na lunch.

- To był Cooper? - Magda ma zdumioną minę. - Och, kotku, no to ja się wcale nie 

dziwię...

- Nie dziwisz się czemu?

-   Och,   nieważne.   -   Magda   poklepuje   mnie   po   ramieniu   gestem,   który   byłby 

uspokajający,   gdybym   nie   bała   się,   że   mi   wykłuje   oczy   tymi   szponami.   -Wszystko   będzie 

dobrze. Może.

- Hm, dzięki. - Nie jestem pewna, o czym ona mówi... Ani czy chcę się tego dowiadywać. 

Koncentruję uwagę na współlokatorce Roberty Pace.

Lakeisha ma naprawdę bardzo smutną minę. Włosy ma zaplecione w liczne warkoczyki, 

a na końcu każdego z nich połyskuje kolorowy koralik. Koraliki grzechoczą, kiedy Lakeisha 
potrząsa głową.

- Lakeisha... - odzywam się łagodnie. - Jak rozumiem, jesteś umówiona na rozmowę z 

psychologiem. Ja cię tam zaprowadzę. Możemy iść?

Lakeisha kiwa głową, ale nie wstaje. Spoglądam na Magdą.
-   Może   chciałaby   odpocząć   -   mówi   Magda.   -   Czy   moja   mała   gwiazdeczka   chce 

odpocząć?

Lakeisha waha się przez moment. A potem mówi:

- Nie, wszystko w porządku. Możemy iść.
- Jesteś pewna, że nie masz ochoty na dove bar? - pyta Magda. Bo w sumie dove bar jest 

rozwiązaniem chyba wszystkich problemów istniejących we wszechświecie.

Ale Lakeisha tylko potrząsa głową, od czego jej koraliki melodyjnie pobrzękują.

I to na pewno dlatego jest taka chudziutka. Skoro odmawia Dove Bar, kiedy ktoś jej 

proponuje! Osobiście nie przypominam sobie, czy kiedykolwiek udało mi się podziękować za 

darmowe lody. A zwłaszcza Dove Bar.

Nasz spacer poza akademik jest powolny i upływa w powadze. Studentów wpuszczają z 

powrotem do budynku po kilku naraz, uprzedzając, że do swoich pokojów będą się musieli 
dostać   schodami.   Jak   można   się   było   spodziewać,   w   tak   małej   społeczności   informacja   o 

kolejnym śmiertelnym wypadku rozchodzi się szybko, a kiedy studenci zauważają Lakeishę i 
mnie, rozlega się wiele szeptów („To ta współlokatorka”, słyszę, a ktoś inny dopowiada: „Och, 

biedactwo”). Lakeisha albo tego nie słyszy, albo decyduje się zignorować uwagi. Idzie z głową 
uniesioną wysoko, ale wzrok wbija w ziemię.

background image

Stoimy na rogu ulicy, czekając, aż zmieni się światło na przejściu dla pieszych, kiedy 

wreszcie zbieram się na odwagę, żeby poruszyć temat, który mnie interesuje.

- Lakeisha - zagaj am. - Nie wiesz przypadkiem, czy Roberta miała wczoraj wieczorem 

jakąś randkę?

Lakeisha   spogląda   na   mnie,   jakby   mnie   po   raz   pierwszy   widziała   na   oczy.   Jest 

naprawdę bardzo drobniutka,  składa się z samych kości policzkowych i spiczastych  kolan. 

Wydaje się, że mała paczuszka gumisiów, którą wmusiła jej Magda i którą dziewczyna nadal 
ściska w ręku, ciąży jej nadmiernie.

Mówi cichym głosem:
- Słucham?

- Twoja współlokatorka. Czy ona miała wczoraj wieczorem jakąś randkę?
- Chyba tak. W sumie nie wiem - odpowiada Lakeisha przepraszającym szeptem, ledwie 

ją słychać w tym całym ulicznym hałasie. - Wyszłam wczoraj wieczorem. Miałam próbę tańca o 
ósmej.   Kiedy   wróciłam,   Bobby   już   spała.   Było   naprawdę   późno,   po   północy.   A   kiedy 

schodziłam na śniadanie dziś rano, jeszcze spała.

Bobby.   Czy   one   były   zaprzyjaźnione,   Lakeisha   i   jej   kochająca   Ziggy'ego   koleżanka? 

Musiało tak być, skoro nazywają Bobby. Co ja tu robię, przepytując w taki sposób tę biedną 
dziewczynę w stanie szoku?

Czy   Jordan   miał   rację  w  tych   swoich   oskarżeniach   sprzed   paru  dni?   Że   stałam  się 

bezwzględna?

Chyba tak, bo zanim się zdążyłam powstrzymać, znów to robię.
- Lakeisha, pytam cię dlatego, że... - Czuję się jak totalna i kompletna świnia. Może to i 

dobrze,   że   czuję   się   jak   świnia.   Rozumiecie,   o   co   mi   chodzi?   Czytałam,   że   szaleńcy 
(przepraszam, miałam na myśli ludzi niezrównoważonych psychicznie) nigdy nie uważają, że 

są  niezrównoważeni   psychicznie.  Więc może prawdziwi  szaleńcy  nigdy  nie uznają  samych 
siebie za szaleńców. Więc skoro ja się czuję jak świnia, to znaczy, że nie mogę być świnią.

Będę musiała zapytać o to Sarah.
- Pytam cię dlatego,  że policja...  - Nieco naciągam prawdę, ale cóż zrobić. - Policja 

znalazła zużytą prezerwatywę pod łóżkiem Roberty dziś rano. Była, hm, całkiem świeża.

Wydaje się, że Lakeisha po tej uwadze nieco przytomnieje. Spogląda na mnie i tym 

razem mam wrażenie, że mnie faktycznie widzi.

- Słucham? - pyta głosem już trochę mocniejszym.

- Prezerwatywę. Pod łóżkiem Roberty. Musiała tam zostać po wczorajszej nocy.
- Wykluczone - odpowiada Lakeisha stanowczo. - Nie ma takiej możliwości. Nie Bobby. 

background image

Ona nigdy... - Przerywa i wpatruje się we własne adidasy. - Nie - powtarza znowu i potrząsa 
głową z taką energią, że koraliki na końcu jej warkoczyków stukają jak kastaniety.

- No cóż, ktoś musiał zostawić tego kondoma - mówię. - Jeśli nie Roberta, to kto...?
- O mój Boże! - nagle przerywa mi Lakeisha, a w jej głosie pojawia się autentyczne 

ożywienie. - To musiał być Todd!

- Jaki Todd?

- Todd to facet. Facet Bobby. Jej nowy facet. Bobby nigdy przedtem nie miała faceta.
- Och -mówię, trochę zbita z tropu nową informacją. - Ona była... hm...

- Dziewicą, tak - mówi z roztargnieniem Lakeisha. Nadal usiłuje przetrawić to, co jej 

przekazałam. - Oni musieli... Musieli to zrobić już po moim wyjściu. Musiał do niej przyjść! 

Och, na pewno była bardzo przejęta.

I wtedy ożywienie Lakeishy znika, a ona znów potrząsa głową. Jesteśmy w odległości 

dwóch przecznic od poradni.

- Więc surfing na windach nie był regularną rozrywką twojej przyjaciółki? - pytam, 

chociaż z góry znam odpowiedź.

- Bobby? - Głos Lakeishy się załamuje. - Surfing na windach? Skąd! Nigdy. Dlaczego 

miałaby robić coś tak głupiego? To bystra dziewczyna... To była bystra dziewczyna - poprawia 
się. - O wiele na to za bystra. Poza tym -dodaje - Bobby miała lęk wysokości. Nigdy nawet nie 

chciała wyglądać przez okno, uważała, że zdecydowanie za wysoko mieszkamy.

Wiedziałam. Wiedziałam. Ktoś ją zepchnął. To jedyne wyjaśnienie.

- A więc ten facet, Todd... - Próbuję nie okazywać emocji, choć serce zaczyna mi walić w 

piersiach jak młotem. - Kiedy Roberta go poznała?

- Och, w zeszłym tygodniu, na dyskotece.
- Na dyskotece?

- Na dyskotece w naszej stołówce.
Skończyło   się   tym,   że   nie   odwołaliśmy   dyskoteki   zaplanowanej   na   wieczór   w   dniu 

śmierci   Elizabeth.   Sarah   nie   była   jedyną   osobą,   która   wpadła   w   szał   na   samą   sugestię   - 
samorząd studencki też się zbuntował, a Rachel się poddała. W końcu na tym, że na dyskotekę 

przyszło mnóstwo ludzi i zdarzył się tylko jeden nieprzyjemny incydent, to znaczy wtedy, kiedy 
fani Jordana Cartwrighta wściekli się z powodu doboru muzyki i niemal wdali się w bójkę z 

tymi mieszkańcami akademika, którzy wolą Justina Timberlake'a.

~ Todd tam był - mówi Lakeisha. - Po tym wieczorze on i Bobby zaczęli się spotykać.

- Ten cały Todd - mówię. - Czy ty znasz jego nazwisko?
- Nie. - Lakeisha na moment się zasępia. Ale potem jej twarz się rozjaśnia. - Ale on 

background image

mieszka w akademiku.

- Naprawdę? Skąd wiesz?

- Bo Bobby nigdy nie musiała go wpisywać do książki odwiedzin.
- A ten cały Todd... - Prawie wstrzymuję oddech. - Ty go poznałaś?

- Nie. Bobby pokazała mi go na dyskotece. Ale stał trochę za daleko.
- I jak wyglądał?

- Był wysoki.
Kiedy Lakeisha nie dodaje nic więcej, zachęcam ją do mówienia:

- To wszystko? Był wysoki? Lakeisha wzrusza ramionami.
- To biały - mówi przepraszającym tonem. - Biali faceci... oni wszyscy. Sama rozumiesz.

Jasne. Każdy wie, ze wszyscy biali faceci wyglądają tak samo.
- A czy twoim zdaniem ten cały Todd - teraz Lakeisha też mówi na niego „ten cały 

Todd” - miał coś wspólnego z...

- Nie wiem- odpowiadam. I kiedy to mówię, zauważam, że stoimy już pod budynkiem, 

w   którym   mieści   się   uniwersytecka   poradnia   psychologiczna.   Tak   szybko!   Jestem 
rozczarowana. - Och, no cóż. Lakeisha, jesteśmy na miejscu.

Lakeisha podnosi oczy na podwójne drzwi i wydaje się, że ich wcale nie zauważa. A 

potem mówi do mnie:

- Ale ty nie uważasz, że... że ten cały Todd... Że on ją zepchnął, czy coś takiego, prawda?
Serce mi zwalnia, a potem wydaje mi się, że się całkiem zatrzymało.

-   Nie   wiem   -   odpowiadam   ostrożnie.   -   A   czemu?   Ty   tak   uważasz?   Czy   Roberta 

wspominała, że bywał... agresywny?

- Nie. - Lakeisha kręci głową, Paciorki grzechoczą i brzęczą. - W tym rzecz. Ona była 

taka szczęśliwa. Dlaczego miałaby zrobić coś tak głupiego? - Oczy Lakeishy wypełniają się 

łzami. - Dlaczego miałaby robić coś takiego, skoro właśnie znalazła swojego wymarzonego 
faceta?

Całkowicie podzielam tę opinię.

background image

11

O, la la la

O, la la la la
Zaśpiewałam

O, la la la
O, la la la la

To właśnie śpiewam
Ile razy

On spojrzy na mnie
Śpiewam wtedy

Mam wielka ochotę na...
O, la la la la la la

O, la la la

Wykonanie: Hearther Wells

Słowa/muzyka: Valdez/Caputo

Z albumu: Lizak

Cartwright Records

W   czasie   przerwy   na   lunch   zdaję   relację   Magdzie   i   Pete'owi.   Mówię   im,   co   się 

wydarzyło, włącznie z tym fragmentem o Cooperze... Ale nie o tym, że kocham się w nim do 
szaleństwa.   Co   oczywiście   skraca   całą   historię   i   pozbawia   ją   większości   interesujących 

fragmentów.

Za całą odpowiedź Pete nabiera na widelec porcję chili i przygląda jej się podejrzliwie.

- Czy w tym jest marchew? Wiecie, że nie cierpię marchwi.
- Pete, czy ty mnie w ogóle słuchałeś? Powiedziałam, że moim zdaniem...

- Słyszałem - przerywa mi Pete.
- Och. No cóż. Inie sądzisz, że...

- Nie.
- Ale naprawdę nie uważasz, że...

- Heather...  - mówi Pete, uważnie  odkładając kawałek  niepasującej mu marchwi  na 

brzeg   talerza.   -   Moim   zdaniem   za   dużo   się   naoglądałaś  Prawa   i   porządku.   Ofiary 

niezwykłych zbrodni i takie tam.

background image

-   Kocham   cię,   kotku.   -   Magdą   ma   na   ten   temat   tylko   tyle   do   powiedzenia.   -   Ale 

spójrzmy prawdzie w oczy. Wszyscy wiemy, że jesteś taka nieco... - Palcem kręci kółko na 

skroni. - Zakręcona. Wiesz, o czym mówię?

W głowie mi się nie mieści, że kobieta, która potrafi spędzić pięć godzin, dając sobie 

malować statuę wolności na paznokciach metodą natryskową, mówi, że ja jestem zakręcona.

- Dajcie spokój. - Piorunuję ich oburzonym wzrokiem. - W ciągu dwóch tygodni giną 

dwie dziewczyny, które nigdy nie wykazywały zainteresowania surfingiem na windach. Giną, 
surfując na windach?

- To się zdarza. - Pete wzrusza ramionami. - Będziesz jadła te pikle?
- Słuchajcie, ja mówię poważnie. Naprawdę uważam, że ktoś zepchnął te dziewczyny do 

szybu. Bo tu się wyłania pewien schemat. Obie dziewczyny były takimi późno zakwitającymi 
roślinkami. Nigdy przedtem nie miały chłopaków. A potem, nagle, na tydzień przed śmiercią, 

każda z nich znajduje chłopaka...

- A może - podpowiada Magda - zabiły się, bo się przez wszystkie te lata oszczędzały dla 

właściwego mężczyzny, a potem się przekonały, że seks wcale nie jest taki świetny?

I wtedy rozmowa zamiera, bo Pete krztusi się swoim snapplem.

Całą resztę dnia pamiętam jak przez mgłę. Bo skoro dwa śmiertelne wypadki przytrafiły 

się jeden tak  szybko po drugim, na  samym początku  semestru,  dobija  się do nas prasa  - 

głównie „Post” i „News”, ale reporter z „Timesa” także się pojawia.

Poza tym jest jeszcze ta notatka, którą Rachel chce rozesłać do wszystkich mieszkańców 

akademika,   informująca,   że   w   czasie   najbliższego   weekendu   psycholog   będzie   przez 
dwadzieścia cztery godziny na dobę do ich dyspozycji, żeby pomóc im wszystkim uporać się z 

tą   bolesną   stratą.   A   to   oznacza,   że   musimy   zrobić   na   kopiarce   siedemset   kopii,   a   potem 
namówić   praktykanta,   żeby   włożył   je   do   trzystu   skrzynek   na   listy,   po   dwie   na   każdy 

dwuosobowy pokój i po trzy na każdy tańszy, trzyosobowy.

W pierwszej chwili Tina kategorycznie odmawia. Justine, jak się okazuje, zawsze robiła 

po prostu jedną kopię dla każdego piętra, a potem je wywieszała obok wind.

Ale Rachel chce, żeby każdy mieszkaniec dostał informację. Muszę powiedzieć Tinie, że 

nie obchodzi mnie, jak Justine rozwiązywała te sprawy, bo ja chcę je załatwić po swojemu. Na 
co Tina ni stąd, ni zowąd woła dramatycznym tonem:

- Nikogo nie obchodzi, co się stało z Justine! Ona była najlepszą szefową na świecie, a 

wyrzucono   ją   zupełnie   nie   wiadomo   za   co!   Widziałam,   jak   płakała   tego   dnia,   kiedy   się 

dowiedziała! Ja wiem! Uniwersytet Nowojorski nie zna sprawiedliwości!

Chciałabym   zauważyć,   że   Justine   prawdopodobnie   roniła   łzy   radości,   że   za   to,   co 

background image

zrobiła, tylko ją wyrzucają z pracy i nikt jej nie podaje do sądu.

Ale nie powinnam wspominać przy studentach o tym, że Justine została zwolniona za 

kradzież - mniej więcej z tego samego powodu, dla którego nie powinniśmy nazywać swojego 
miejsca pracy akademikiem. Bo to nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa.

Zamiast tego obiecuję Tinie, że zapłacę jej za nadgodziny, jeśli się zgodzi rozprowadzić 

te ulotki. Z miejsca odzyskuje humor.

Kiedy docieram do domu - z mlekiem - prawie dochodzi szósta. Coopera ani śladu - 

prawdopodobnie   jest   na   obserwacji   czy   czym   tam   całymi   dniami   zajmują   się   prywatni 

detektywi. Mnie to nie przeszkadza, bo mam mnóstwo własnych zajęć. Przeszmuglowałam do 
domu   rejestr   mieszkańców   naszego   budynku   i   przeglądam   go,   zakreślając   wszystkich 

osobników o imieniu Mark albo Todd. Mam zamiar do każdego z nich zadzwonić, korzystając 
z książki telefonicznej akademika. I zapytać, bzy znali Elizabeth lub Robertę.

Ale nie jestem wcale pewna, co powiem, jeśli któryś się przyzna. Chyba nie mogę tak się 

wyrwać i zapytać z głupia frant: „A więc... Czy to ty zepchnąłeś ją do szybu windy?” Dochodzę 

jednak do wniosku, że będę się nad tym zastanawiać, kiedy nadejdzie właściwa pora.

Właśnie   zasiadam   przed   rejestrem   z   kieliszkiem   wina   i   paroma   biszkoptami,   które 

znalazłam w szafce w kuchni, kiedy dzwoni dzwonek u drzwi.

A ja sobie przypominam, prawie podskakując, że obiecałam popilnować dziś wieczorem 

dziecka Party.

Patty rzuca na mnie jedno spojrzenie, kiedy jej otwieram drzwi, i już wie.

- Co się stało? - pyta.
- Nic - zapewniam, wyjmując jej Indy'ego z ramion. - No cóż, coś się stało, ale nic nie 

stało się mnie osobiście. Dzisiaj zginęła kolejna dziewczyna. To wszystko.

- Jeszcze jedna? - Frank, mąż Patty, ma zachwyconą minę. W gwałtownej śmierci jest 

coś takiego, co niektórych ludzi szalenie podnieca. Frank najwyraźniej się do nich zalicza. - 
Jak to zrobiła? Przedawkowała narkotyki?

- Spadła do szybu windy mówię, a Patty daje Frankowi kuksańca na tyle mocnego, że 

wyrywa mu się głośne „auć!” - A przynajmniej na razie nie mamy innego wyjaśnienia. I nie ma 

sprawy. Naprawdę. Nic mi nie dolega.

- Bądź dla niej miły - mówi Patty do męża. - Miała ciężki dzień. Patty ma skłonność do 

przesadnego troszczenia się o wszystko, kiedy gdzieś wychodzi wieczorem. Nie czuje się zbyt 
komfortowo w wieczorowych ubraniach - być może dlatego, że jeszcze nie schudła do końca po 

porodzie. Przez jakiś czas Patty i ja usiłowałyśmy uprawiać razem chodziarstwo wieczorami w 
SoHo, w ramach tych zalecanych sześćdziesięciu minut ćwiczeń fizycznych dziennie.

background image

Ale Patty w żaden sposób nie potrafiła przejść obok okna wystawowego, nie przystając i 

nie pytając: „Czy nie uważasz, że dobrze by mi było w tych butach?”, a potem wchodziła do 

sklepu i je kupowała.

A ja nie umiałam ominąć żadnej piekarni, nie zaglądając do środka i nie wychodząc z 

bagietką.

No więc musiałyśmy przestać chodzić, bo szafy Patty już i tak pękają w szwach, a mnie 

nie potrzeba aż tyle pieczywa.

Zresztą Patty nie ma gdzie obnosić tych wszystkich nowych ciuchów. W głębi serca jest 

zdeklarowaną domatorką, wątpliwa zaleta u żony muzyka rockowego.

A Frank Robillard to gwiazda rocka przez duże G. Przy nim Jordan wygląda jak Yanni. 

Patty poznała go, kiedy oboje znaleźli się u Lettermana - on śpiewał, a ona była jedną z tych 
dziewczyn,   które   kręcą   się   w   pobliżu   z   tacami   zimnych   przekąsek   -   i   była   to   miłość   od 

pierwszego wejrzenia. No wiecie, coś takiego, o czym czasem gdzieś czytasz, ale co nigdy tobie 
się nie trafia. Taka miłość.

- Przestań, Frank - mówi Patty do swojego jedynego. - Spóźnimy się. Ale Frank nadal 

chodzi po gabinecie, oglądając rzeczy Coopera.

- Czy on już kogoś zastrzelił? - pyta, mając na myśli Coopera.
- Gdyby tak było, nie powiedziałby mi o tym - mówię.

Odkąd   wprowadziłam   się   do   Coopera,   moje   akcje   u   Franka   znacznie   zyskały   na 

wartości.   Jordana   nigdy   nie   lubił,   ale   Cooper   to   jego   idol.   Nawet   kupił   sobie   taką   samą 

skórzaną kurtkę,  jaką  nosi Cooper - używaną,  żeby już wyglądała  na znoszoną. Frank nie 
rozumie, że w prawdziwym życiu działalność prywatnego detektywa wygląda inaczej niż w 

telewizji. Bo wiecie, Cooper nawet nie ma broni. Wszystko, co jest potrzebne do wykonywania 
jego zawodu, to aparat fotograficzny i umiejętność wtapiania się w otoczenie.

Jak się okazuje, Cooper zaskakująco dobrze Umie się wtapiać w otoczenie.
- No i co, już ze sobą chodzicie? - pyta nagłe Frank. - Ty i Cooper?

- Frank! - wrzeszczy Patty.
- Nie, Frank - odpowiadam po raz chyba trzechsetny tylko w obecnym miesiącu.

- Frank - mówi Patty. - Cooper i Heather są współlokatorami. Nie można się umawiać 

ze swoim współlokatorem. Wiesz, jak to bywa. Cały romantyzm szlag trafia, kiedy widujesz 

kogoś w szlafroku. Prawda, Heather?

Gapię się na nią i mrugam powiekami. Nigdy o tym nie pomyślałam. A jeśli Patty ma 

rację? Cooper nigdy mnie nie uzna za osobę wartą  grzechu -nawet jeśli zdobędę Nagrodę 
Nobla w dziedzinie medycyny. Bo zbyt wiele razy oglądał mnie w dresie! Bez makijażu!

background image

Patty i Frank żegnają się, a potem Indy i ja stoimy i machamy im na do widzenia, kiedy 

schodzą z frontowych schodów i wsiadają do czekającej na nich limuzyny. Dilerzy narkotyków 

z mojej ulicy gapią się, zachowując pełen szacunku dystans. Uwielbiają kapelę Franka. Jestem 
przekonana, że to dlatego dom Coopera nigdy nie został wymazany graffiti ani obrabowany. 

Bo oni wszyscy wiedzą, że przyjaźnimy się z głosem ludu, Frankiem Robillardem.

A może to ze względu na alarm i kraty we wszystkich oknach na parterze i pierwszym 

piętrze. Kto wie?

Indy   i   ja   spędzamy   bardzo   przyjemny   wieczór,   oglądając  Akta   zbrodni  i  Nowych 

detektywów w telewizji w mojej sypialni, gdzie mogę jednocześnie nie spuszczać z oka dziecka 
mojej   najlepszej   przyjaciółki   i   tylnej   ściany   Fisher   Hall.   Spoglądając   na   wysoki   ceglany 

budynek, jarzący się licznymi światłami, nie mogę nie wspominać słów Magdy - tego żartu o 
Elizabeth   i   Robercie,   które   skończyły   ze   sobą,   odkrywszy,   że   seks   jest   mocno 

przereklamowany.   Bobby   była   przedtem   dziewicą...   A   przynajmniej   według   swojej 
współlokatorki. I wydaje się prawdopodobne, że Elizabeth Kellog też.

Czy to jest to? Ogniwo łączące obie dziewczyny? Czy ktoś morduje dziewice z Fisher 

Hall?

A może obejrzałam za dużo odcinków CSI?
Patty i Frank pojawiają się tuż po północy, żeby odebrać swoją progeniturę. Przekazuję 

im dziecko przy drzwiach frontowych. Zasnął w czasie emisji Jordan.

- Jak się zachowywał? - pyta Patty.

- Idealnie, jak zwykle - odpowiadam.
-   Może   przy   tobie   -   mówi   z   cichym   parsknięciem,   poprawiając   śpiące   dziecko   w 

ramionach.   Frank   czeka   w   limuzynie   na   dole.   -   Tak   świetnie   dajesz   sobie   z   nim   radę. 
Powinnaś któregoś dnia sprawić sobie własne.

- Może jeszcze pokręć tym nożem w ranie - mówię.
- Przepraszam - odpowiada Patty. - Uwielbiam, kiedy opiekujesz się naszym małym, ale 

czy ty sobie zdajesz sprawę z tego, że nigdy nam nie odmawiasz? Bo nigdy nie masz innych 
planów na wieczór. Heather, musisz trochę bywać w świecie. I nie chodzi mi tylko o twoją 

muzykę. Musisz spróbować kogoś poznać.

- Spotykam mnóstwo ludzi - bronię się.

-   Chodzi   mi   o   kogoś,   kto   nie   jest   studentem   pierwszego   roku   Uniwersytetu 

Nowojorskiego.

-   Tak.   No   cóż,   łatwo   ci   krytykować.   Masz   idealnego   męża.   Nie   wiesz,   jak   wygląda 

prawdziwy świat. Myślisz, że Jordan należał do chorych wyjątków? Patty, to jest norma.

background image

- To nieprawda - mówi Patty. - Znajdziesz kogoś. Tylko nie możesz bać się ryzykować.
O   czym   ona   mówi?   Nic   innego   nie   robię,   tylko   ryzykuję.   Usiłuję   powstrzymać 

psychopatę przed ponownym morderstwem. Czy to nie wystarczy? Czy muszę też mieć na 
palcu obrączkę?

Niektórych ludzi nic nigdy nie zadowoli.

background image

12

Jestem tajnym agentem

I obserwuje twoje serce
Mój noktowizor widzi

Z twoich sekretów szydzi

Och, dobrze radzę
Lepiej uciekaj

Bo kiedy skończę
Skradnę ci serce

Jeśli będziesz zwlekał

Skradnę ci serce

Wykonanie: Heather Wells

Słowa/muzyka:. O'Brien/Henke

Z albumu: Zabiorę ci serce

Cartwright Records

Żebym nie wiem  jak usiłowała  się otrząsnąć,  ta  myśl  nie opuszcza  mnie przez  cały 

weekend. Dziewice z Fisher Hall.

Wiem, że to brzmi idiotycznie. Ale i tak wciąż o tym myślę.
Może Patty  miała  rację  i dzieciaki  z akademika  - to znaczy  z domu studenckiego  - 

zajmują w moim sercu miejsce, które powinna zajmować miłość do moich własnych dzieci. To 
znaczy gdybym je miała. Bo nie umiem przestać się martwić.

Nie,   żeby   w   tym   budynku   zostało   jeszcze   wiele   dziewic   -   tak   się   składa,   że   z   racji 

swojego stanowiska wiem, co mówię. Odkąd zastąpiłam całuski Hersheya w słoju na słodycze 

na moim biurku pakowanymi indywidualnie trojanami, zdarza się, że dzieciaki wpadają do 
mojego gabinetu o dziewiątej rano, jeszcze w piżamach -jeśli wydaje się wam, że dziewiąta 

rano według uniwersyteckich standardów to za wczesna pora na seks, to nigdy nie byliście na 
studiach - i bez słowa wyjaśnienia wybierają je ze słoja.

Żadnego zażenowania. Żadnego tłumaczenia się. Za to kiedy kończą się trojany i przez 

dzień   czy   dwa   słój   stoi   pusty,  zanim   nie   pobiorę   zapasu   prezerwatyw   z   ośrodka   zdrowia, 

pozwólcie, że wam to powiem - nieźle się nasłucham. Dzieciaki z miejsca na mnie napadają:

background image

- Hej! Gdzie są kondomy?! Skończyły się kondomy?! I co ja mam teraz zrobić?
W każdym razie jestem całkiem dobrze poinformowana i wiem, kto w tym budynku 

nieźle sobie używa.

I pozwólcie, że wam to powiem, mnóstwo ludzi sobie używa. W Fisher Hall wcale nie 

zostało aż tak wiele dziewic.

Ale pewnemu facetowi udało się w jakiś sposób znaleźć dwie z nich i je zabić.

Nie mogłam pozwolić, żeby jeszcze jakieś kolejne dziewczyny zginęły. Ale jak ja miałam 

powstrzymać powtórkę z tych wydarzeń, skoro w ogóle nie wiedziałam, kim ten facet jest? W 

budynku mieszkało trzech Marków i ani jednego Todda, chociaż znalazł się jakiś Tad. Jeden z 
tych trzech Marków był czarny (mieszkał na piętrze Jessiki - zadzwoniłam i ją o niego spy-

tałam), a drugi to Koreańczyk, co obu skreślało z listy, skoro Lakeisha twierdziła stanowczo, że 
facet jest biały. Tad był w tak oczywisty sposób gejem, że wyjąkałam tylko jakieś przeprosiny i 

powiedziałam, że to pomyłka, kiedy odebrał mój telefon.

Trzeci Mark pojechał do domu na weekend, tak powiedział jego współlokator. Jednak 

według opiekuna tego piętra Mark miał zaledwie metr sześćdziesiąt siedem wzrostu, trudno go 
było zatem uznać za wysokiego.

Chyba można powiedzieć,  że śledztwo - jakiekolwiek  by było - utknęło w martwym 

punkcie.

A ponieważ Coopera przez cały weekend nie widziałam, raczej nie mogłam zasięgnąć w 

tej sprawie jego profesjonalnej opinii. Nie jestem pewna, czy się przede mną ukrywał, czy 

zajęty był pracą, czy zajęty, no cóż, czymś innym. Odkąd się wprowadziłam, u Coopera ani 
razu   nikt   nie   nocował   -   co   dla   niego,   przynajmniej   o   ile   można   wierzyć   Jordanowi, 

stanowiłoby rekordowy okres abstynencji. Biorąc jednak pod uwagę, jak często znikał z domu 
na całe dnie, mogłam tylko założyć, że koczuje u swojej aktualnej flamy -kimkolwiek była.

To nawet bardzo do niego podobne. No, wiecie, że nie kłuje mnie w oczy tym, że nieźle 

sobie używa, skoro ja tak ewidentnie seksu nie uprawiam.

Mimo to coraz trudniej było mi doceniać tę jego uprzejmość, w miarę jak weekend 

upływał, a ja nadal ani na krok nie zbliżałam się do odkrycia, kto zabija dziewice z Fisher Hall. 

O ile, hm, ktoś rzeczywiście to robi.

I   może  dlatego,   kiedy   poniedziałkowy   poranek   wreszcie   się   zbliża,   jestem   w  biurze 

pierwsza (już trawiąc kawę z mlekiem i rogalika) i głęboko pogrążona w lekturze papierów 
Roberty Pace.

Teczka Roberty jest zadziwiająco podobna do teczki Elizabeth, chociaż obie dziewczyny 

pochodziły   z   przeciwległych   krańców   kraju   -   Roberta   była   z   Seattle.   Ale   obie   miały 

background image

nadopiekuńcze matki. Matka Roberty dzwoniła do Rachel z sugestią, że Roberta powinna mieć 
inną współlokatorkę.

Go mnie dziwi. Jak ktoś mógłby nie lubić Lakeishy?
Ale zgodnie z „raportem z rozmowy” - jaki zawsze musimy wypełniać -kiedy Rachel 

poruszyła tę kwestię z Robertą, okazało się, że to pani Pace, a nie jej córka, miała problem z 
Lakeisha. „Nie o to chodzi, że ja mam coś przeciwko czarnym osobom”, powiedziała pani Pace 

do Rachel, zgodnie z raportem, „Ja po prostu nie chcę, żeby moja córka musiała zjedna z nich 
mieszkać”.

Odkryłam,   że   właśnie   z   tego   typu   problemami   mają   na   co   dzień   do   czynienia 

pracownicy   administracji   szkolnictwa   wyższego.   Na   szczęście   zwykle   problem   stwarzają 

rodzice studentów, a nie sami studenci.

A na nieszczęście takie osoby jak pani Pace, no cóż, wciąż się zdarzają.

Zmuszam się do dalszej lektury. Zgodnie z raportem, Rachel zadzwoniła i zaprosiła 

Robertę do siebie, do biura, i zapytała, czy chce zmienić pokój, tak jak to sugerowała jej matka. 

Roberta powiedziała, że nie, bo lubi Lakeishę. Rachel notuje potem, że pozwoliła Robercie 
wracać do siebie i oddzwoniła do jej matki, udzielając standardowej w takich przypadkach 

odpowiedzi - „Spora część uniwersyteckiej edukacji ma miejsce poza salą wykładową, gdzie 
nasi   studenci   wchodzą   w   odmienne   środowiska   kulturowe   i   zapoznają   się   z   odmiennymi 

stylami życia. Tu, na Uniwersytecie Nowojorskim, robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby 
promować świadomość społeczno-kulturowej różnorodności. Czy nie chce pani, aby pani syn/

córka miał/a okazję nauczyć się współistnieć z osobami ze wszelkich środowisk, z jakimi może 
w późniejszym czasie mieć kontakt w pracy zawodowej?”

A potem Rachel powiedziała pani Pace, że Roberta nie zmieni pokoju.
I   to   wszystko.   To   była   jedyna   informacja   w  teczce   Roberty.   Jedyny   znak,   że   miała 

jakiekolwiek problemy z dostosowaniem się do akademickiego życia.

Poza tym, oczywiście, że potem zginęła.

Słyszę dzwonek windy, a po chwili na marmurowej posadzce za drzwiami naszego biura 

słyszę   klikanie   obcasów   Rachel.   Sekundę   później   staje   w  drzwiach,   z   parującym   kubkiem 

kawy,   który   sobie   zniosła   na   dół   ze   swojego   mieszkania.   W   drugiej   ręce   trzyma   poranne 
wydanie   „Timesa”.   Wydaje   się   zaskoczona,   widząc   mnie   przy   biurku   tak   wcześnie   rano. 

Chociaż idę do pracy dwie minuty, zawsze się spóźniam przynajmniej pięć.

- O rany boskie! - mówi Rachel z taką miną, jakby mój widok ją ucieszył. - Ależ dzisiaj 

jesteś rannym ptaszkiem! Miałaś miły weekend?

-  Tak  -  odpowiadam,  zamykając  teczkę   Roberty  i  tak  jakoś   ukradkiem  chowając  ją 

background image

między papierami na swoim biurku.

Nie,   żebym   nie   miała   pełnego   prawa   czytać   tych   akt.   Tylko   czuję   jakiś   opór   przed 

podzieleniem się z Rachel swoimi podejrzeniami - co do spychania dziewczyn do szybu i tak 
dalej.   Bo   ściśle   rzecz   biorąc,   chyba   powinnam   była   coś   wspomnieć   o   tym   kluczu,   a 

przynajmniej o prezerwatywie, i o tym, że obie dziewczyny niedawno poznały jakiegoś faceta...

No tak, ale z drugiej strony, jeśli Cooper ma rację? Jeśli Elizabeth i Roberta naprawdę 

zginęły w wypadkach, a ja robię z tego jakiś wielki smród, twierdząc, że zostały zamordowane? 
Czy   Rachel   nie   zaznaczy   potem   w   mojej   ocenie   pracowniczej,   że   cierpię   na   paranoiczne 

urojenia? Czy coś takiego mogłoby źle wpłynąć na ocenę po moim sześciomiesięcznym okresie 
próbnym?   Czy   mogliby   mnie   za   to   zwolnić   z   pracy,   tak   jak   Justine   -   chociaż   naprawdę 

trzymałam ręce z daleka od wszelkich grzejników olejowych?

Nie   mam   zamiaru   brać   na   siebie   takiego   ryzyka.   Decyduję   się   zachować   swoje 

podejrzenia w tajemnicy.

-   W   sumie   tak   -   odpowiadam   na   pytanie   Rachel   o   mój   weekend.   Bo   poza 

wydzwanianiem   w   poszukiwaniu   Marków   i   Toddów,   nie   robiłam   nic,   tylko   chodziłam   na 
spacery z Lucy, oglądałam telewizję i bawiłam się swoją gitarą. Zupełnie nie ma się czym 

chwalić. - A ty?

- Okropny- odpowiada Rachel, potrząsając głową. Chociaż jak na kogoś, kto miał taki 

okropny weekend, wygląda naprawdę świetnie. Ma na sobie nową garsonkę, bardzo dobrze 
skrojoną. Czerń podkreśla śnieżnobiały odcień jej cery i jeszcze pogłębia kasztanowy kolor 

włosów. - Przyjechali rodzice Roberty - ciągnie Rachel - żeby odebrać jej rzeczy. To był po 
prostu koszmar. Ci biedni ludzie. Tak mi ich żal.

- Tak - mówię. - To musiało być straszne. Zaczyna dzwonić telefon na biurku Rachel.
- Och, cześć, Stan - mówi, odebrawszy. - Och, bardzo ci dziękuję, ale naprawdę nic mi 

nie jest. Tak, to rzeczywiście było okropne...

Stan! A więc Rachel i doktor Jessup są już na ty. No cóż, chyba kiedy parę dzieciaków z 

twojego akademika - o, przepraszam, domu studenckiego-umiera, automatycznie zbliżasz się z 
szefem swojego działu.

Zaczynam przeglądać notatki, które zostawili mi na biurku praktykanci po weekendzie. 

W sumie jestem w stanie uporać się z listą płac, budżetem, wszelkimi zawiadomieniami, jakie 

należy wypisać i wydrukować, i planem dyżurów w recepcji do jedenastej rano. Potem resztę 
dnia mam dla siebie i mogę do woli grzebać w sieci, plotkować z Magdą albo z Patty lub 

usiłować  odkryć,  kto  morduje  dziewczyny  w  moim  miejscu   pracy,   i  tak  się  składa,   że  już 
postanowiłam właśnie w ten sposób spędzić ten poniedziałek.

background image

Tylko jeszcze nie do końca wymyśliłam, jak to odkryć.
Właśnie kończą listę płac, kiedy w polu mojego widzenia pojawia się para adidasów 

Nike. Podnoszę głowę, spodziewając się zobaczyć któregoś z koszykarzy - mam nadzieję, że 
tym razem skarga będzie choć w połowie odczytywania.

Kogo jednak widzę? Coopera.
- Cześć - mówi.

Czy   to   moja   wina,   że   serce   wykonuje   mi   salto   w   klatce   piersiowej?   Przecież   nie 

widziałam Coopera już jakiś czas. Prawie siedemdziesiąt dwie godziny. Poza tym, rozumiecie, 

jestem totalnie spragniona mężczyzny. To na pewno dlatego nie potrafię oderwać oczu od 
dżinsów, które ma na sobie, białych wszędzie tam, gdzie dżins się przetarł, na przykład na 

kolanach i w różnych innych interesujących miejscach.

Ma też pod znoszoną skórzaną  kurtką  niebieską koszulę - dokładnie w tym samym 

odcieniu co jego otoczone drobnymi zmarszczkami oczy.

- C-c... - To jedyny dźwięk, który się wydostał z mojego gardła, a wszystko przez te 

dżinsy... I przez to, że jestem kompletną nieudacznicą, totalnie w nim zakochaną.

Patrzę, jak spod ramienia wyciąga gazetę, rozkładają i umieszcza przede mną.

- C-c...? - mówię znowu. A przynajmniej tak to brzmi w moich uszach.
- Chciałem sprawdzić, czy już wiesz - mówi Cooper. - Rozumiesz, zanim zacznie do 

ciebie dzwonić „US Weekly”, żebyś nie była zaskoczona.

Opuszczam  wzrok  na gazetę.  To „New York  Post”.  Na pierwszej  stronie jest wielka 

fotografia mojego byłego narzeczonego i Tani Tracę, którzy jedzą kolację w jakiejś knajpce na 
świeżym   powietrzu   w   SoHo.   Pod   zdjęciem   są   słowa   wydrukowane   czcionką   wielkości   co 

najmniej osiemnastu punktów:

ZARĘCZYNY!

background image

13

No cóż. Długo mu to nie zajęło. Biorąc pod uwagę, że nie jesteśmy razem zaledwie od 

ilu? Czterech miesięcy? Może pięciu?

- C-c... - Wydaje się, że nie jestem w stanie wydobyć z siebie innego dźwięku.

- Tak - mówi Cooper. - Myślałem, że właśnie to powiesz.
Siedzę   tam   i   gapię   się   na   zdjęcie   pierścionka   Tani.   Wygląda   zupełnie   jak   mój 

pierścionek. Ten, który zerwałam z palca i rzuciłam w nich, złapanych na gorącym uczynku w 
naszej sypialni.

Ale to nie może być ten sam pierścionek. Jordan jest podły, ale nie aż tak podły.
Otwieram gazetę i zaglądam na stronę, na której jest artykuł.

Proszę bardzo. Nie tylko się zaręczyli. Poza tym jadą razem w trasę.
- W porządku? - pyta Cooper.

- Tak - odpowiadam zadowolona, że wróciła mi zdolność wypowiadania czegoś więcej 

niż tylko „G-c”.

- Jeśli to dla ciebie jakaś pociecha - mówi - to jej nowy singiel spadł z listy TRL.
Wolę nie pytać Coopera, od kiedy to ogląda Total Request Live. Zamiast tego mówię:

-  Zdejmują  teledyski,  które  były  już  na  liście  za  długo.  To znaczy,  że  piosenka  jest 

naprawdę ciągle bardzo popularna.

- Och.
Cooper rozgląda  się, najwyraźniej  szukając innego tematu  do rozmowy.  Moje biuro 

stanowi coś w rodzaju poczekalni przed gabinetem Rachel, który oddzielony jest taką wielce 
uroczą metalową kratą. Od chwili zatrudnienia staram się namówić dział techniczny, żeby ją 

zastąpił  czymś innym. Na razie  udekorowałam swoją część biura reprodukcjami  Moneta i 
chociaż Rachel chciała zastąpić nenufary plakatami na temat gwałtów na randkach i wspie-

rania rozwoju społeczności lokalnych, nie ustąpiłam.

Kiedyś przeczytałam w jakimś piśmie, że Monet działa kojąco. To dlatego tyle jego prac 

widuje się w poczekalniach u lekarza.

- Ładnie tu - mówi Cooper. A potem jego wzrok pada na słój z prezerwatywami na 

moim biurku.

Czuję, że oblewam się szkarłatem.

Rachel   wybiera   właśnie   ten   moment,   żeby   odłożyć   słuchawkę   i   wychylając   się   ze 

swojego gabinetu, spytać:

- Czy mogę w czymś pomóc?

background image

A   kiedy   widzi,   że   nasz   biurowy   gość   jest   męskiego   rodzaju,   ma   ponad   metr 

osiemdziesiąt i nie przekroczył  czterdziestki  - nie wspominając już  o tym,  że jest totalnie 

seksowny - dodaje zupełnie innym tonem:

- Och, witam.

-   Dzień   dobry   -   odpowiada   grzecznie   Cooper.   Cooper   jest   zawsze   grzeczny   dla 

wszystkich,   pomijając   członków   własnej   najbliższej   rodziny.   -   Pani   to   pewnie   Rachel.   Ja 

jestem Cooper Cartwright.

- Miło mi pana poznać - mówi Rachel. Potrząsa ręką Coopera i uśmiecha się anielsko. - 

Cooper... Cooper... Ach, tak! Cooper! Przyjaciel Heather. Wiele mi o panu opowiadała.

Cooper zerka w moją stronę, a jego niebieskie oczy skrzą się bardziej niż zwykle.

- Doprawdy?
Chciałabym, żeby podłoga się pode mną rozstąpiła i pochłonęła mnie. Usiłuję sobie 

przypomnieć, czyja kiedykolwiek opowiadałam coś Rachel o Cooperze. To znaczy poza tym, że 
wynajmuję u niego mieszkanie. Bo jeśli powiedziałam, że Cooper to mój idealny kandydat na 

faceta i że czasami fantazjuję o zdarciu z niego wszystkich ubrań zębami? Czasem mówię takie 
rzeczy, kiedy zjem za wiele pączków Krispy Kreme i wypiję za dużo kofeiny.

Ale Rachel mówi tylko, że „przypuszcza, że słyszał o naszych kłopotach”.
Cooper kiwa głową.

- Owszem.
Rachel znów się uśmiecha, tym razem nieco mniej anielsko. Widzę, że w myślach z 

pewnością oblicza, ile jest wart zegarek Coopera - on nosi jeden z tych grubych, plastikowych 
zegarków z mnóstwem gadżetów - i stwierdza, że ten facet nie może być wart sto tysięcy 

rocznie.

Gdyby tylko wiedziała.

Potem telefon na jej biurku znów dzwoni, a ona idzie go odebrać.
- Dzień dobry, Fisher Hall. Mówi Rachel. W czym mogę pomóc? Cooper, patrząc na 

mnie, unosi brwi, a ja przypominam sobie nagle, co mówiła Magda, że Rachel jest w jego 
typie.

Nie! To niesprawiedliwe! Rachel jest w typie wszystkich! No tak, bo jest atrakcyjna i 

wysportowana, i odnosi sukcesy, i chodziła do Yale, i udziela się społecznie. A co ze mną? Co z 

takimi   dziewczynami   jak   ja,   które   są   po   prostu   tylko...   no   cóż,   miłe?   Co   z   miłymi 
dziewczynami?   Jak   my   mamy   konkurować   z   tymi   wszystkimi   kompetentnymi, 

wysportowanymi, kąpiącymi się pod prysznicem dziewczynami, z tymi ich dyplomami i palm 
pilotami, i ich maleńkimi, chudymi tyłkami?

background image

Zanim jednak zdążyłam powiedzieć w myśli cokolwiek na obronę własnej figury, jeden 

z pracowników technicznych wpada do środka.

-   Hajdar!   -   woła   Julio,   wymachując   rękoma.   To   mały   facecik   w   brązowym 

kombinezonie, który bez żadnego proszenia codziennie czyści szczoteczką do zębów brązową 

statuę Pana stojącą w holu.

- Hajdar, ten chłopak znów to robi! Patrzę na niego.

- Chodzi ci o Gavina?
Si.

Zerkam na Rachel. Słodko grucha do telefonu:
- Ależ, panie rektorze, proszę się o mnie nie martwić. To studentom należy się teraz 

troska...

Wzdycham z rezygnacją, odsuwam krzesło i wstaję. Będę po prostu musiała zmierzyć 

się z tą prostą prawdą, że kiedy chodzi o Coopera, zawsze wypadam jak największa idiotka na 
świecie.

I nic na to nie mogę poradzić.
- Zajmę się tym - mówię.

Julio zerka na Coopera i nadal wymachując rękoma, pyta nerwowo:
- Chcesz, żebym z tobą poszedł, Hajdar?

- O co chodzi? - pyta podejrzliwie Cooper. - Co się dzieje?
- Nic - odpowiadam. - Dzięki, że tu zajrzałeś. Muszę już iść.

- Dokąd? - chce wiedzieć Cooper.
- Muszę się po prostu jedną rzeczą zająć. Do zobaczenia później.

A   potem   wybiegam   z   gabinetu   i   kieruję   się   w   stronę   windy   technicznej,   która 

zarezerwowana   jest   wyłącznie   dla   personelu   i   ma   za   drzwiami   taką   metalową   kratę 

uniemożliwiającą dostęp studentom...

Tylko   ja   wiem,   którą   dźwignię   nacisnąć,   żeby   odsunąć   kratę.   Teraz   ją   naciskam,   a 

potem odwracam się i mówię do Julia:

- No to pomykamy.

Ale okazuje się, że nie Julio poszedł za mną, tylko Cooper.
- Heather - mówi, a minę ma rozzłoszczoną. - O co tu w ogóle chodzi?

- Gdzie Julio? - stękam.
- Nie wiem - mówi Cooper. - Chyba tam, w biurze. Dokąd jedziesz?

Z wnętrza szybu windy dobiegają wrzaski. Dlaczego ja? Boże, dlaczego ja?
Ale nic nie mogę na to poradzić. W końcu to moja praca. I potem będzie dla mnie 

background image

oznaczała dyplom z medycyny za darmo, jeśli tylko uda mi się tu wytrwać.

-   Umiesz   obsługiwać   windę   techniczną?   -   pytam   Coopera.   Patrzy   na   mnie,   jeszcze 

bardziej rozzłoszczony.

- Chyba jakoś sobie poradzę.

Kolejna seria wrzasków z wnętrza szybu.
- Okay - mówię. -»Jedziemy.

Cooper, z miną teraz tyleż zaciekawioną, co zirytowaną, wchodzi za mną do środka, 

schylając głowę, żeby nie uderzyć Się o niską ościeżnicę,  a ja zamykam kratę  i szarpię za 

dźwignię   napędu.   Kiedy   winda   ze   zgrzytaniem   rusza   w   górę,   opieram   stopę   na   bocznej 
barierce i podciągam się, chwytając za krawędzie szerokiego otworu w dachu windy, gdzie 

usunięto płyty sufitowe. Przez ten otwór widać kable i nagie cegły szybu, a wysoko nad nami 
plamy jasnego światła, tam gdzie słońce prześwituje przez świetliki przeciwpożarowe.

Ciekawość Coopera szybko znika i zostaje wyłącznie irytacja.
- Co ty, do diabła, robisz? - mówi.

- Nie martw się - odpowiadam. - Już mam wprawę.
Ramiona przełożyłam przez otwór W dachu i teraz kolejnym podciągnięciem udaje mi 

się przesunąć przez otwór także biodra.

A potem muszę chwilę odpocząć. BO jak dla takiej dziewczyny jak ja, to jest mnóstwo 

podciągania.

- To tym się zajmujesz całymi dniami? --pyta ostro Cooper stojący pode mną. - A gdzie 

w twoim spisie obowiązków służbowych stoi, że jesteś odpowiedzialna za uganianie się za 
surferami windowymi?

- Nigdzie tego nie ma - odpowiadam, spoglądając na niego między moimi kolanami. 

Ciemne mury szybu wind migają wokół mnie jak wóda, kiedy się pniemy w górę. - Ktoś to 

musi robić. - A jeśli ja tego nie zrobię, to jak w ogóle uda mi się zaliczyć ten sześciomiesięczny 
okres próbny? - Na którym piętrze jesteśmy?

Cooper zerka przez kratę na numery wymalowane od wewnętrznej strony drzwi.
-   Na   dziewiątym   -   odpowiada.   -   Wiesz,   poślizgniesz   się   i   możesz   skończyć   jak   te 

dziewczyny, Heather.

- Wiem - mówię. - Właśnie dlatego muszę ich powstrzymać. Ktoś może sobie zrobić 

krzywdę.

Cooper   mówi   pod   nosem   coś,   co   brzmi   jak   przekleństwo...   Dziwne,   bo   on   rzadko 

przeklina.

Jeszcze jedno piętro i boczne ściany kończą się, odsłaniając widok na szyby pozostałych 

background image

wind akademika. Jedna z wind czeka na dziesiątym, a wyciągając szyję w górę, dostrzegam 
drugą, mniej więcej pięć pięter wyżej.

Wrzaski robią się głośniejsze.
Dokładnie wtedy winda numer 2 zaczyna zjeżdżać w dół i widzę na jej dachu, wśród 

kabli   i   pustych   butelek   po   piwie   Colt.45,   Gavina   McGorena,   studenta   drugiego   roku 
filmoznawstwa, zagorzałego fana Matriksa i notorycznego surfera windowego.

- Gavin! - wrzeszczę, kiedy winda nas mija. W przeciwieństwie do mnie on stoi prosto i 

szykuje się do skoku na dach jadącej w górę windy numer 1. -Złaź stamtąd natychmiast!

Gavin rzuca mi zaskoczone spojrzenie, a potem jęczy, kiedy rozpoznaje mnie wśród 

tych wszystkich kabli. Widzę kilka par rąk i nóg, kiedy kumple, z którymi surfuje, wskakują do 

kabiny przez otwór w dachu, żebym nie mogła ich zidentyfikować.

- O cholera - mówi Gavin, bo nie był dość szybki i nie udało mu się uciec. -Nalot!

- Po tym nalocie będziesz spał dzisiaj w nocy w parku - odgrażam się, chociaż nikt 

jeszcze   nigdy   nie   został   wywalony   z   naszego   akademika   za   surfowanie   na   windach...   A 

przynajmniej do tej pory. Kto wie, w świetle ostatnich wydarzeń, może zarząd zdobędzie się na 
stanowczość?  Trzeba  zrobić coś  naprawdę  złego,  na  przykład   rzucić  tasakiem  do mięsa  w 

opiekuna piętra, jak to zrobił w zeszłym roku pewien student, żeby zostać poproszonym o 
opuszczenie budynku.

A   nawet   wtedy   chłopakowi   pozwolono   wrócić   na   początku   kolejnego   roku 

akademickiego, kiedy dostarczył zaświadczenie, że przez całe wakacje chodził na terapię.

- Cholera jasna! - wrzeszczy Gavin w głąb szybu, ale ja się tym nie przejmuję. Bo to 

tylko Gavin.

- Uważasz, że to zabawne? - pytam go. - Wiesz, że dwie dziewczyny zginęły w ciągu 

ostatnich dwóch tygodni. A ty tak jakoś po prostu obudziłeś się dziś rano i uznałeś, że i tak 

sobie jednak pojeździsz?

- To były amatorki - mówi Gavin. - Wiesz, że ja mam już wyrobioną renomę, Heather.

- Wiem, że jesteś palantem - odpowiadam. -I przestań mi tu ględzić, jakbyś urodził się 

w Bed- Sty na Brooklynie, bo wszyscy wiedzą, że jesteś z Nantucket. A teraz złaź. I jeśli nie 

zastanę   cię   w   biurze   Rachel,   kiedy   zjadę   na   dół,   zmienię   zamki   w   twoich   drzwiach   i 
skonfiskuję ci wszystkie rzeczy!

- Cholera! - Gavin znika w otworze w dachu windy i zamyka go za sobą płytą sufitową.
Winda numer 2 rozpoczyna długi zjazd na parter, a ja siedzę jeszcze przez jakąś minutę, 

rozkoszując się ciemnością i ciszą. Naprawdę lubię te szyby wind. To najspokojniejsze miejsce 
w całym akademiku - to znaczy domu studenckim.

background image

A przynajmniej kiedy nie zabijają się w nich ludzie.
Kiedy złażę na dół - a żaden sędzia nie dałby mi dziesiątki za ten występ -Cooper stoi w 

kącie kabiny z ramionami zaplecionymi na szerokiej piersi i krzywi się z dezaprobatą.

- Co to było? - pyta, kiedy sięgam po dźwignię i sprowadzam nas znów na parter.

- To tylko Gavin - wyjaśniam. - Ciągle to robi.
- Chyba nie mówisz poważnie. - Cooper złości się nie na żarty. - Zrobiłaś to specjalnie. 

Żeby   mi   pokazać,   jak   naprawdę   wygląda   surfer   windowy   i   jak   bardzo   te   dwie   zmarłe 
dziewczyny nie pasują do tego wizerunku.

Piorunuję go wzrokiem.
- Okay, jasne - mówię. - Uważasz, że cały ten numer z Gavinem sobie zaplanowałam? 

Uważasz,   że   wiedziałam   z   góry,   że   przyjdziesz,   żeby   podetkać   mi   pod   nos   informację   o 
zaręczynach mojego byłego, więc zadzwoniłam do Gavina i powiedziałam mu: „Słuchaj stary, 

może byś się przejechał na dwójce, a ja pojawię się i cię przyskrzynię, żeby pokazać mojemu 
kumplowi Cooperowi, na czym polega prawdziwy surfing windowy?”

Cooper jest chyba nieco zaskoczony... Ale nie z tego powodu, co mi się wydaje.
- Ja nie przyszedłem, żeby podetkać ci to pod nos - mówi. - Chciałem się upewnić, że 

zobaczysz artykuł, zanim jakiś reportarzyna ze „Star” cię zaskoczy.

Zdając sobie sprawę, że może byłam nieco za ostra, odpowiadam:

- Och, tak. Mówiłeś.
- Tak - mówi Cooper. - Mówiłem. A więc? Często to robisz? Często włazisz na dach 

windy?

- Nie włażę, tylko sobie siadam - mówię. - I robię to tylko wtedy, kiedy ktoś zawiadomi 

o jakichś odgłosach z szybu. I to kolejny powód, dla którego śmierć Elizabeth i Roberty jest 
taka dziwna. Bo nikt nie zawiadamiał, że coś słychać. No cóż, póki Roberta nie spadła...

- I to ty musisz się za nimi uganiać? - pyta Cooper. - Jeśli ktoś coś usłyszy?
- No cóż, nie możemy o to prosić żadnego z praktykantów. To studenci. A personel 

techniczny nie ma tego w układzie zbiorowym pracy.

- A w twojej umowie o pracę jest taki obowiązek?

-   Ja   nie   należę   do   żadnego   związku   zawodowego   -   przypominam   mu.   Cały   czas 

zastanawiam się, do czego on zmierza. Czy faktycznie się o mnie martwi? A jeśli tak, to czy 

martwi się wyłącznie jako przyjaciel? Czy może jest w tym coś więcej? Czy on teraz zaciągnie 
hamulec windy i porwie mnie w ramiona, i szepnie mi chropawym głosem, że mnie kocha i że 

krew mu krzepnie w żyłach na samą myśl, że może mi się stać coś złego?

- Heather, możesz się poważnie zranić albo wręcz zginąć - mówi, dając mi wyraźnie do 

background image

zrozumienia,   że   porywanie   mnie   w   ramiona   nie   nastąpi.   -Jak   mogłaś...   -   A   potem   jego 
niebieskie oczy zwężają się w szparki i przygląda mi się przez te szparki. - Zaczekaj. Ty to 

lubisz.

Gapię się na niego.

- Co?
Tak, jasne, to ja. Panna Gotowa do Powrotu na Scenę.

-   Podoba   ci   się   to.   -   Kręci   głową   z   oszołomionym   wyrazem   twarzy.   -   Przed   chwilą 

naprawdę dobrze się bawiłaś, prawda?

Wzruszam ramionami, bo nie jestem pewna, o co mu chodzi.
- To mniej nudne niż robienie listy płac - mówię.

- Podoba ci się to - ciągnie,  jakbym w ogóle się nie odzywała  - bo brakuje ci tego 

dreszczyku, kiedy stajesz przed tysiącami dzieciaków na scenie i wyśpiewujesz na całe gardło.

Gapię się na niego jeszcze przez sekundę czy dwie. A potem wybucham śmiechem.
- O mój Boże -udaje mi się wykrztusić między jednym parsknięciem a drugim. - Ty to 

na poważnie?

Ale widzę z jego miny, że on faktycznie mówi serio.

- Śmiej się, ile chcesz - mówi. - Nie cierpiałaś śpiewać tego badziewia, które ci wciskała 

wytwórnia, ale lubisz występować.  Nie próbuj zaprzeczać.  To ci daje wielką frajdę. - Jego 

zmrużone oczy śmieją się do mnie. - To o to w tym wszystkim chodzi, prawda? Siedzenie 
morderców i uganianie się za surferami windowymi. Brak ci tego dreszczyku.

Przestaję się śmiać i znów czuję, że robi mi się gorąco. Nie wiem, o czym on mówi.
No cóż, owszem, może jednak wiem. To prawda, że nie jestem jedną z tych osób, które 

paraliżuje trema na samą myśl o publicznym występie przed tłumem. Poproście mnie, żebym 
porozmawiała   z   trzydziestoma   różnymi   osobami   w   czasie   koktajl   party,   a   równie   dobrze 

możecie mnie poprosić o przeprowadzenie twierdzenia Pitagorasa. Ale dajcie mi piosenkę i 
postawcie przed mikrofonem? Nie ma problemu. W sumie nawet...

No cóż, w pewnym sensie to lubię. Nawet bardzo.
A czy za tym tęsknią? Może trochę. Ale nie na tyle, żeby do tego wracać. Och, nie. Nie 

wrócę.

Chyba że na moich własnych warunkach.

-   To   nie   dlatego   poszłam   po   Gavina   -   tłumaczę.   Bo   naprawdę   nie   widzę   związku. 

Uganianie się za surferami windowymi w niczym nie przypomina występowania przed trzema 

tysiącami wrzeszczących dzieciaków w wieku dziesięciu, dwunastu lat. W niczym. Poza tym, 
czy nie Wystarczy mi codzienna psychoanaliza ze strony Sarah? Czy ja naprawdę potrzebuję 

background image

jej jeszcze i od Coopera? - On mógł się tam na górze zabić...

- Ty mogłaś się tam na górze zabić.

- Nieprawda - sprzeciwiam się swoim najbardziej rozsądnym głosem. -Jestem bardzo 

ostrożna. A jeśli chodzi o... jak to nazwałeś? Siedzenie morderców? Mówiłam ci. Nie wierzę, że 

te dziewczyny były.

- Heather... - Kręci głową. - Dlaczego po prostu nie zadzwonisz do swojego agenta i nie 

poprosisz, żeby ci gdzieś załatwił jakiś występ?

Szczęka mi opada.

- Co? O czym ty mówisz?
- To oczywiste, że znów chcesz występować. Szanuję to, że chcesz zdobyć dyplom, ale 

studia nie są dla wszystkich, wiesz.

- Ale... - W głowie mi się nie mieści to, co słyszę. Mój oddział szpitalny! Moja Nagroda 

Nobla! Moja randka z Cooperem! Nasza wspólna agencja detektywistyczna i trójka dzieci: 
Jack, Emily i mała Charlotta!

- Ja... Ja nie mogę! - wołam. A pętem czepiam się swojej dyżurnej wymówki: - Nie mam 

tylu piosenek, żeby starczyło na występ.

- Prawie bym ci uwierzył... - mówi Cooper, nie odrywając wzroku od numerów pięter 

przelatujących w szaleńczym tempie: 14, 12, 11...

- O co... o co ci chodzi? -jąkam się i nagle robi mi się zimno. A więc to prawda. On 

faktycznie słyszy, kiedy gram. On to słyszy!

Ale tym razem to Cooper ma spłoszoną minę. Chyba żałuje, że się w ogóle odezwał.
- Nieważne - mówi. - Zapomnij, co powiedziałem.

-   Nie.   Coś   miałeś   na   myśli.   -   Dlaczego   on   się   do   tego   po  prostu   nie   przyzna?   Nie 

przyzna, że mnie słuchał?

Wiem dlaczego. Wiem dlaczego i odechciewa mi się żyć.
Bo ich nie cierpi. Moich piosenek. Słyszał je i uważa, że są beznadziejne.

- Powiedz mi, co miałeś na myśli.
-   Nieważne   -   mówi   Cooper.   -   Masz   rację.   Nie   starczy   ci   piosenek   na   cały   występ. 

Zapomnij, że coś mówiłem. Okay?

Wagonik zatrzymuje się na parterze. Cooper szarpnięciem otwiera kratę i przytrzymuje, 

żebym mogła wyjść, a minę ma nie tyle uprzejmą, ile morderczą.

Świetnie. Teraz na dodatek jest na mnie wściekły.

Stoimy w holu, a ponieważ jest jeszcze dość wcześnie rano - jak dla osiemnastolatków 

przynajmniej  -jesteśmy   tu  jedynymi   osobami,   pomijając   Pete'a  i   dyżurnego.   Ten  pierwszy 

background image

pogrążony jest w lekturze „Daily News”, a drugi z zachwytem wsłuchuje się w płytę Marylin 
Mansona.

Powinnam go po prostu zapytać. Po prostu odważnie go zapytać. Przecież nie powie, że 

są beznadziejne. On nie jest taki jak jego ojciec. Nie jest taki jak Jordan.

Ale nie mogę. Umiem przyjąć krytykę ojca Coopera. Umiem ją przyjąć od jego brata. 

Ale od Coopera?

Nie. Dlatego, że jeśli on ich nie lubi...
O Boże, przestań się tak mazgaić i zrób to. Po prostu go zapytaj.

- Heather - mówi Cooper, przegarniając dłonią swoje ciemne włosy. -Posłuchaj. Ja po 

prostu nie...

Ale zanim zdążyłam dowiedzieć się, co Cooperowi chodzi po głowie, zza rogu wychodzi 

Rachel.

- Och, tu jesteście-mówi, kiedy nas zauważa. -Gavin jest w pokoju konferencyjnym. 

Mam zamiar za minutę zamienić z nim parę słów. Dzięki, że kazałaś mu zejść. A przy okazji, 

Heather,   zastanawiałam   się,   czy   mogłabyś   poprosić   kogoś   z   praktykantów,   żeby   poszedł   i 
porozlepiał te ulotki?

Rachel  wręcza mi stos papierów. Spoglądam na nie i widzę, że to zawiadomienie o 

konkursie   śpiewania   z   playbacku,   który   samorząd   studencki   postanowił   zorganizować   w 

Fisher Hall po kolacji.

- Początkowo nie zamierzałam im pozwolić. - Rachel czuje potrzebę tłumaczenia się 

przed nami. - Wiecie, coś tak głupiego jak konkurs śpiewania z playbacku, w świetle dwóch tak 
tragicznych wypadków... Ale Stan uważa, że dzieciakom przyda się coś, co odwróci ich uwagę. 

Musiałam się z nim zgodzić.

Znowu Stan. No, ho! Rachel naprawdę zaczyna się kumplować z szefem.

- Nie ma sprawy - mówię.
- Właśnie szłam do stołówki po dolewkę, zanim zabiorę się do Gavina. -Rachel podnosi 

swój kubek Amerykańskiego Stowarzyszenia na Rzecz Psychoterapii i Promowania Rozwoju 
Osobistego. - Ktoś chce do mnie dołączyć?

Mówi to do nas obojga, ale patrzy na Coopera.
O mój Boże. Rachel właśnie zaprosiła na kawę Coopera. Mojego Coopera.

Oczywiście, ona nie wie, że to mój Cooper. Bo on nie jest moim Cooperem. A sprawy 

tak się układają, że pewnie nigdy nim nie będzie...

Powiedz:   nie.   Usiłuję   mu   wysłać   ten   komunikat   telepatycznie,   zupełnie   jak   w  Star 

Treku. Powiedz, nie. Powiedz: nie. Powiedz: nie. Powiedz...

background image

- Dzięki, ale nie mogę - mówi Cooper. - Mam sporo pracy. Udało się!
Rachel uśmiecha się i mówi:

- No to może innym razem.
- Jasne - odpowiada Cooper.

A Rachel odchodzi, stukając obcasami.
Kiedy znika nam z oczu, odzywam się, w żaden sposób nie okazując, że przed sekundą 

wypróbowałam na nim metodę Vulcana:

- Posłuchaj, muszę wziąć się do pracy.

Mam   nadzieję,   że   nie   wróci   do   tego,   o   czym   rozmawialiśmy   w   windzie.   Chyba   nie 

mogłabym tego znieść, jeszcze po tej informacji o zaręczynach Jordana. Dziewczyna może w 

ciągu jednego dnia przyjąć tylko pewną liczbę ciosów, prawda?

Może Cooper jakoś to wyczuwa. A może fakt, że unikam patrzenia mu w oczy, jest jakąś 

wskazówką.

W każdym razie mówi tylko:

- Dobra. To do zobaczenia później. I, Heather...
Serce  zamiera  mi na  moment.  Nie.  Proszę,  nie teraz.  Tak  blisko.  Tak  blisko byłam 

ucieczki...

- Pierścionek - mówi. Zaraz. Co?

- Pierścionek?
- Tani.

Och!   Pierścionek   zaręczynowy   Tani!   Ten,   który   wygląda   dokładnie   tak   samo   jak 

pierścionek, który rzuciłam Jordanowi prosto w twarz!

- Tak?
- To nie ten sam - mówi Cooper. A potem wychodzi.

background image

14

To w sumie nic dziwnego, że samorząd studencki zdecydował się zorganizować konkurs 

śpiewania z playbacku w Fisher Hall. Bo spójrzmy prawdzie w oczy, Uniwersytet Nowojorski 
jest pełen dzieciaków, które, tak jak ja, uwielbiają występować.

I   to   pewnie   dlatego   proszą   mnie,   żebym   została   jednym   z   jurorów.   Zaszczytna 

propozycja, i chętnie ją przyjmuję. Ale nie dlatego, że potrzebuję-jak sugerował Cooper - znów 

poczuć dreszczyk emocji, nie. Po prostu stwierdziłam, że jeśli mam kiedykolwiek znaleźć tego 
tajemniczego Marka/Todda (o ile on w ogóle istnieje), to najlepiej w czasie jakiejś imprezy w 

Fisher Hall. Ponieważ ten facet najwyraźniej mieszkał w naszym budynku.

I   prawdopodobnie   też   tu   pracuje,   jak   podsunął   mi   -   kpiąco,   ja   wiem   -   detektyw 

Canavan.

Wydaje mi się zupełnie niemożliwe, żeby ktoś z ludzi, z którymi pracuję, był zabójcą. 

Ale jak inaczej wyjaśnić ten ewidentny dostęp do szafki z kluczami? Nie wspominając już o 
tym,   że   obie   zmarłe   dziewczyny   miały   swoje   teczki   w   biurze   kierowniczki   obiektu. 

Niekoniecznie miało to coś wspólnego z faktem, że zginęły. Ale, jak by powiedziała Sarah - i 
Elizabeth, i Roberta miały pewne problemy.

I te problemy odzwierciedlają się w ich papierach.
Rzecz   w   tym,   że   wszystkich   piętnastu   asystentów-opiekunów   pięter,   podobnie   jak 

personel techniczny, ma klucze do biura, które dzielimy z Rachel. Więc jeśli faktycznie jakiś 
facet przegląda akta, szukając potencjalnych ofiar -wrażliwych, niedoświadczonych dziewczyn, 

które może łatwo uwieść - to musi to być ktoś, kogo znam.

Ale kto? Kto z ludzi, których znam, mógłby być zdolny do tak okropnego czynu? Jeden z 

praktykantów? Z tej piętnastki siedmiu to chłopcy, a żadnego z nich nie uważam za jakiegoś 
specjalnego playboya, a co dopiero psychopatycznego mordercę. W gruncie rzeczy, zgodnie z 

tradycją asystentów, wszyscy są trochę geniuszkowaci - tacy, co to rzeczywiście wierzą na sło-
wo, kiedy studenci z ich piętra twierdzą, że palą papierosy, a nie trawę. Poważnie, oni nie 

potrafią wyczuć różnicy.

Poza tym wszyscy w budynku znają opiekunów pięter. Bo to oni odbębniają pogadanki 

na   temat   bezpiecznego   seksu   i   tak   dalej.   Gdyby   ten   Mark   albo   Todd   był   asystentem 
administracyjnym, Lakeisha znałaby go z widzenia.

Jeśli chodzi o pracowników technicznych, można ich spokojnie wykluczyć. Wszyscy są 

latynoskiego   pochodzenia   i   mają   po   pięćdziesiątce,   i   tylko   Julio   mówi   po   angielsku   dość 

płynnie, żeby mógł go zrozumieć ktoś, kto nie zna hiszpańskiego. I wszyscy pracują w Fisher 

background image

Hall od lat. Czemu akurat teraz mieliby nagle zacząć zabijać?

Wykluczywszy   asystentów   i   pracowników   technicznych,   zastanawiam   się   nad 

zatrudnionymi   w   akademiku   kobietami.   Powinnam,   w   ramach   świadomości   genderowej, 
dołączyć je do swojej listy podejrzanych.

Ale żadna z nich nie zostawiłaby tej prezerwatywy w pokoju Roberty...
Niestety, jestem chyba jedyną osobą, która uważa, że to dziwne: dwie dziewczyny - obie 

miały teczki w biurze kierownika i obie znalazły chłopaka w odstępie zaledwie tygodnia - nagle 
zdecydowały się posurfować na windach, a potem runęły na spotkanie śmierci, a mniej więcej 

w tym samym czasie zginął klucz do wind, żeby znaleźć się wkrótce po znalezieniu ciał. No, 
przynajmniej jednego z ciał.

I   to   właśnie   dlatego   o   siódmej   wieczorem   tego   dnia   wychodzę   po   cichu   z   domu   - 

Coopera nie widziałam na oczy od czasu incydentu z windą dzisiaj rano, co mi wcale nie 

przeszkadza, bo szczerze mówiąc, nie wiem, co mam mu powiedzieć, kiedy faktycznie go znów 
spotkam.

I   pewnie   także   dlatego   bezmyślnie   wpadam   prosto   na   Jordana   Cartwrighta,   który 

właśnie wchodzi po frontowych schodach.

- Heather! - woła. Ma na sobie jedną z tych bufiastych koszul. Wiecie, z tych, z których 

kpił sobie Seinfeld. I skórzane spodnie.

Tak. Mówię to z przykrością. Skórzane spodnie. A co gorsza, wygląda w nich naprawdę 

dobrze.

- Właśnie szedłem zobaczyć, jak się masz - mówi głosem, który ocieka troską o moje 

zdrowie psychiczne.

- Mam się dobrze - odpowiadam, zamykając drzwi i przekręcając klucze w zamkach. Nie 

pytajcie   mnie,   czemu   mamy   tyle   zamków,   skoro   dysponujemy   też   alarmem 

przeciwwłamaniowym   i   psem,   i   naszym   własnym,   rastafariańskim   programem   ochrony 
własności sąsiedzkiej. Ale nieważne.

- Miłego wieczoru - składa nam życzenia jeden z dilerów.
- Dziękuję- odpowiadam mu. A do Jordana mówię: - Przykro mi, naprawdę nie mam 

czasu na pogawędkę. Muszę gdzieś iść.

Jordan truchta po schodach moim śladem.

-   Tylko   wiesz   -   mówi   -ja   nie   wiem,   czy   już   słyszałaś.   O   Tani   i   o   mnie.   Miałem   ci 

powiedzieć wtedy, ale byłaś tak wrogo nastawiona; nie chciałem, żebyś dowiadywała się w taki 

sposób,   Heather   -   ciągnie   Jordan,   dotrzymując   mi   kroku,   kiedy   zamaszyście   ruszam 
chodnikiem. - Przysięgam. Chciałem, żebyś dowiedziała się ode mnie.

background image

-   Nie   przejmuj   się   tym,   Jordan   -   mówię.   Czemu   on   sobie   wreszcie   nie   pójdzie?   - 

Naprawdę.

- Hej! - Jeden z dilerów narkotyków blokuje nam przejście. - Czy ty nie jesteś czasem 

tym gościem?

-   Nie   -   odpowiada   Jordan   dilerowi.   A   do   mnie:   -   Heather,   zwolnij.   Musimy 

porozmawiać.

- Nie ma o czym rozmawiać - zapewniam go swoim najbardziej pogodnym głosem. - Nic 

mi nie jest. Wszystko w porządku.

- Nic nie jest w porządku! - wybucha Jordan. - Nie mogę spokojnie patrzeć na to, że tak 

cierpisz! Serce mi się kraje...

- Och, hej - mówię do dilera, który wciąż na nas patrzy. - To jest Jordan Cartwright. No 

wiesz, z Easy Street.

- Koleś z Easy Street! - woła diler, wskazując na Jordana. - Wiedziałem! Hej, chłopaki! - 

Zwołuje swoich kumpli. - To ten koleś z Easy Street!

- Heather! - Jordana pochłania tłumna fala amatorów autografów. - Heather!
A ja idę dalej przed siebie.

No cóż, a co innego miałabym zrobić? On się zaręczył, prawda? Zaręczył. I to nie ze 

mną.

Co tu jest jeszcze do dodania? I przecież to nie tak, że mam w obecnej chwili większe 

troski na głowie.

Rachel wydaje się nieco zdziwiona, kiedy widzi mnie wchodzącą przez frontowe drzwi 

Fisher Hall. Stoi w holu, a oczy robią jej się jakieś takie duże.

- Heather! - woła. - A co ty tu robisz?
- Poprosili mnie, żebym sędziowała - mówię.

Z   jakiegoś   powodu   ma   taką   minę,   jakby   jej   ulżyło.   Dlaczego,   zaczynam   rozumieć 

sekundę później.

- Och, świetnie! Jeszcze jedna jurorka na konkursie! Miałam nadzieję, że Sarah i ja nie 

będziemy musiały oceniać same. Bo jeśli się nie zgodzimy?

- Heather! - Przez drzwi frontowe do holu wpada Jordan.
Wszędzie dokoła nas ludzie wstrzymują oddech na jego widok. A potem rozlegają się 

szepty:

- Czy to nie...? Nie, to niemożliwe. Ależ tak! Popatrz na niego!

-   Heather   -   mówi   Jordan,   podchodząc.   Złote   naszyjniki   unoszą   się   i   opadają   pod 

bufiastą koszulą, kiedy sapie. - Proszę. Musimy porozmawiać.

background image

Obracam się do Rachel, która patrzy na Jordana oczami jeszcze większymi niż wtedy, 

kiedy to ja weszłam do holu.

- Masz tu kolejnego sędziego - mówię do niej.
I w ten sposób Jordan i ja zasiadamy w pierwszym rzędzie, wśród mniej więcej trzystu 

stołówkowych   krzeseł,   przed   sobą   mamy   wyłączony   grill   i   bar   sałatkowy,   a   na   kolanach 
podkładki do pisania. Możecie sobie wyobrazić, jak trudno jest Jordanowi porozmawiać ze 

mną o naszych sprawach, czego chyba rozpaczliwie pragnie.

Ale mnie to bynajmniej nie przeszkadza. Prawdę mówiąc, jestem tu tylko po to, żeby 

poszukać tego tajemniczego Marka i/lub Todda, a rola sędziego trochę mi to komplikuje.

Cieszę   się,   że   nie   muszę   wysłuchiwać   tłumaczeń   Jordana   (nie   rozumiem,   co   go 

obchodzi moja opinia o nim, skoro tak jednoznacznie okazał, że nie chce mieć już ze mną do 
czynienia... Może Sarah potrafiłaby to wyjaśnić).

Studenci   są   bardzo   podekscytowani   obecnością   Jordana.   Nie   wiedzieli,   że   w   jury 

znajdzie się prawdziwa  sława  (ja się oczywiście  nie liczę.  Dzisiaj wszystko  kręci  się wokół 

Jordana... Chociaż obawiam się, że niektórzy żartują sobie z niego, z racji tej bufiastej koszuli, 
Easy   Street  i  tak  dalej).  Mimo  wszystko  jednak   osoba   Jordana  zdaje   się  podnosić  prestiż 

konkursu.

Uczestnicy są jakby bardziej zdenerwowani.

Przy barze sałatkowym ustawiono skomplikowany system nagłośnienia i oświetlenia i 

kręcą się przy nim liczni studenci, gadając, opijając się darmowymi napojami i napychając 

darmowymi   chipsami.   Szukam   par,   usiłuję   wyławiać   z   tłumu   chłopaków   i   dziewczyny 
pogrążonych w intymnych rozmowach. Jeśli ten Mark czy Todd znów zechce uderzyć, to ma tu 

do wyboru całe stado studentek pierwszego roku.

Ale widzę tylko grupki dzieciaków, chłopaków i dziewczyny, białych, Afroamerykanów, 

Azjatów, pełen wybór, w luźnych dżinsach i T-shirtach, którzy wrzeszczą do siebie radośnie i 
obrzucają się doritos.

Mniam. Doritos.
Sarah, siedząca koło Jordana, nie może oderwać od niego oczu. Cały czas zadaje mu 

wnikliwe pytania na temat przemysłu muzycznego, te same, którymi zasypywała mnie, kiedy 
się poznałyśmy. Na przykład, czy nie czuł się sprzedawczykiem, kiedy zrobił tę reklamę dla 

Pepsi? I czy nie miał wrażenia, że występ na koncercie w czasie przerwy meczu Super Pucharu 
przyniósł ujmę jego muzycznemu powołaniu? I w ogóle co z tym powołaniem? Czy jemu to nie 

przeszkadza, że umie śpiewać, ale nie potrafi grać na jakimkolwiek instrumencie? I czy to, w 
jakimś sensie, nie znaczy, że w ogóle nie jest muzykiem, a tylko tubą, w którą dmie Cartwright 

background image

Records? Czy nie jest to równoznaczne z popieraniem chciwych żądnych zysku korporacji?

Do czasu kiedy światła gasną, a dyrektor naczelny domu studenckiego, Greg, wstaje, 

żeby wszystkich powitać, zaczynam powoli współczuć Jordanowi.

Jako pierwsze występują trzy dziewczyny, śpiewają z playbacku najnowszą piosenkę 

Christiny, z choreografią i wszystkim. W przygaszonym świetle mogę się przyglądać widowni, 
nie zwracając na siebie zbytniej uwagi.

Jest tu mnóstwo studentów. Prawie wszystkie krzesła są zajęte, a w stołówce mieści się 

czterysta osób. Poza tym trochę ludzi stoi pod ścianami z tyłu sali, pokrzykując i klaszcząc, i 

generalnie zachowując się tak jak osiemnastolatki, które po raz pierwszy wyrwały się z domu. 
Siedzący obok mnie Jordan wpatruje się w naśladowniczki Christiny, kurczowo ściskając pod-

kładkę do pisania. Jak na kogoś, kto został wzięty do tej roboty z łapanki, zdaje się traktować 
ją szalenie poważnie.

A   może   tylko   udaje   zainteresowanie,   żeby   powstrzymać   Sarah   od   zadawania   mu 

dalszych pytań.

Pierwszy występ dziewczyny kończą ostrym wyrzutem bioder i w światło reflektorów 

wskakuje   kwartet   chłopaków.   Dudniące   basy   zaczynają   wstrząsać   ścianami   stołówki, 

odtwarzające  Bye Bye  'N Sync, a mnie zaczyna się robić żal sąsiadów Fisher Hall, z których 
jednym jest kościół episkopalny.

Chłopcy   wykonują   swój   numer   z   poświęceniem.   Choreografię   opanowali   po 

mistrzowsku - o mało nie moczę majtek, zaśmiewając się z tej parodii.

Zauważam, że Jordan wcale się nie śmieje. Chyba nie rozumie, że chłopcy kpią sobie z 

boys bandów.  Całkiem  na  serio wystawia  im oceny za oryginalność aranżacji  i znajomość 

tekstu utworu. Poważnie.

Zerkając znad podkładki, kiedy oceniam występ chłopaków - daję im średnie noty, bo 

nie   przygotowali   kostiumów   -   zauważam   wysokiego   faceta,   który   wchodzi   do   stołówki,   z 
dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie bojówek.

W pierwszej chwili  wydaje  mi się, że to rektor Allington. Ale rektor nigdy nie nosi 

bojówek, preferując, jak już chyba wcześniej wspominałam, białe sportowe spodnie Dockers. 

Nowo przybyły jest zdecydowanie zbyt dobrze ubrany jak na naszego rektora.

Kiedy   wchodzi   w   smugę   światła   padającego   z   automatu   z   colą,   zdaję   sobie   jednak 

sprawę, że to Christopher Allington, syn rektora. Więc moja pomyłka jest zrozumiała.

Nie  ma   w tym  nic  niezwykłego,  że  Christopher  wpada   do  akademika.  Jego  rodzice 

mieszkają na górze. Pewnie zszedł do stołówki zobaczyć, skąd ten cały hałas.

Ale kiedy podchodzi do studentów opierających się o ścianę i zaczyna z nimi swobodnie 

background image

gawędzić,   zaczynam   się   zastanawiać,   co   właściwie   Christopher   tu   robi?   Przecież   jest 
podyplomowym studentem prawa, nie studiów licencjackich.

Pete mówił mi kiedyś, że kiedy Allingtonowie przyjechali z jakiegoś uniwerku gdzieś w 

Indianie, gdzie przedtem pracował rektor Allington, starannie unikało się wspominania o tym, 

że Christopher nie zdobył wystarczającej liczby punktów na egzaminie LSAT, żeby się dostać 
na Uniwersytet Nowojorski. Najwyraźniej jednak ojciec pociągnął za kilka sznurków i jakoś 

przepchnął syna.

Ale z drugiej  strony,  jak  się ma  matkę  alkoholiczkę  i ojca,  który nosi koszulkę bez 

rękawów... Biedny chłopak pewnie nie odziedziczył zbyt wielu cennych darów razem z tą pulą 
genetyczną Allingtonów, więc potrzebował dodatkowej pomocy.

'N Sync z łomotem kończy występ, a potem próbuje swoich sił naśladowca Elvisa. W 

czasie  jego  interpretacji  Viva  Las  Vegas  z  braku  lepszego  zajęcia  obserwuję  Christophera 

Allingtona.  Przechodzi   przez  tłum,   aż  wreszcie   przysiada   na krześle   za  rzędem,  w  którym 
siedzą same dziewczyny. Wszystkie są z pierwszego roku - widać to po ich rozchichotanym 

skrępowaniu.   Jeszcze   się   nie   otarły   w   środowisku,   na   co   wskazują   brak   kolczyków, 
niefarbowane włosy i ciuchy z Gap. Jedna z nich, nieco bardziej otrzaskana, obraca się na 

krześle i zaczyna rozmawiać z Christopherem, który pochyla się naprzód, żeby ją lepiej słyszeć. 
Dziewczyna siedząca obok niej zdecydowanie odmawia włączenia się do rozmowy i patrzy na 

scenę.

Ale widać, że podsłuchuje jak najęta.

Elvis kończy występ i dostaje całkiem przyzwoite oklaski, a potem na scenę wchodzi 

Marnie Villa Delgado - tak, współlokatorka Elizabeth Kellog. Publiczność witają gromkimi 

oklaskami. Usiłuję nie myśleć o tym, że gratulują jej załatwienia sobie pojedynczego pokoju na 
całą resztę semestru.

Marnie, w długiej blond peruce i dżinsach biodrówkach, kłania się grzecznie. A potem 

zaczyna   śpiewać   piosenkę,   która   brzmi   dziwnie   znajomo.   W   pierwszej   chwili   nie   kojarzę. 

Wiem tylko, że ta piosenka wcale mi się nie podoba...

A potem do mnie dociera. Słodki miód. Piosenka, która przyniosła mi sławę. .. Dziesięć 

lat temu. A i to tylko w rodzinach, które miały córki w wieku dziesięciu, dwunastu lat. Marnie 
daje z siebie wszystko.

Jordan, siedząc obok mnie, rechocze ze śmiechu. Niektórzy ze studentów, znający moją 

przeszłość, śmieją się razem z nim. Marnie też spogląda na mnie figlarnie, wyśpiewując: Nie 

strasz mnie dietą/Wypróbuj sam/Słodkiego miodu smak.

Uśmiecham się i usiłuję nie okazywać, jak niezręcznie się czuję. Zamiast na scenę wolę 

background image

patrzeć na Christophera. Nadal zagaduje dziewczyny z rzędu przed sobą. Wreszcie udało mu 
się przyciągnąć uwagę tej cichutkiej, która nie jest specjalnie ładna, ale ma ciekawszą twarz 

niż   jej   bardziej   przebojowa   koleżanka.   Odwróciła   się   i   nieśmiało   uśmiecha   się   do 
Christophera, podciągając kolana pod brodę i zakładając za ucho kosmyk rudawych włosów.

Na   scenie   Marnie   potrząsa   blond   peruką   i   kręci   biodrami.   Publiczność   bawi   się 

świetnie, niektórzy śmieją się do rozpuku, a ja mogę tylko mieć nadzieję, że nie jest to parodia 

mojej osoby.

I   to   wtedy   coś   mnie   uderza   -jak   grom   z   jasnego   nieba.   Uderza   mnie   myśl,   że 

Christopher Allington może być Markiem.

Albo Toddem.

background image

15

Jesteś jak tornado

Tratujesz mi serce
Jesteś jak tornado

Zawsze chciałbyś więcej

Niszczysz wszystko
Na swojej drodze

Myślisz, że będziesz
Świat się ostatni

Niczym tornado

Wszystko zmiatasz
I mnie też zniszczysz

W swojej matni

Tornado

Wykonanie: Heather Wells

Słowa/muzyka: Dietz/Ryder

Z albumu: Skradnę ci serce

Cartwrihgt Records

Chyba można powiedzieć, że krew zastygła mi w żyłach. Okay, no niezupełnie. Ale czuję 

się tak, jakby ktoś wylał mi na plecy trochę naprawdę zimnej dietetycznej coli czy coś takiego.

Nagle dłonie mi się tak pocą, że prawie nie mogę utrzymać podkładki. Serce zaczyna mi 

niespokojnie walić, zupełnie jak wtedy, kiedy śpiewałam tacie Jordana skomponowane przez 

siebie piosenki. No tak, a on mnie wyśmiał.

Christopher Allington? Christopher Allington? Niemożliwe!

Ale...
Ale Christopher Allington mieszka w Fisher Hall. Nie musi wpisywać się do książki 

odwiedzin  i ma prawo wstępu do biura  dyrekcji.  Może tam wchodzić,  kiedy tylko zechce. 
Wiem,   bo   raz   praktykanci   skarżyli   się,   że   w   poniedziałek   rano   nigdy   nie   ma   papieru   w 

kopiarce.   Rachel   wtedy   powiedziała,   że   to   dlatego,   że   Christopher   Allington   zawsze   każe 

background image

któremuś z pracowników technicznych  otwierać nasze  biuro w niedzielą  wieczorem,  gdzie 
sobie kopiuje notatki kolegów z wykładów.

Więc mógł do woli studiować akta, poszukując ewentualnych  ofiar, czyli  dziewczyn, 

które łatwo mogły poddać się jego wpływowi, dziewczyn bez większego doświadczenia, takich, 

które mógł bez trudu uwieść.

Gdy   już   upatrzył   sobie   ofiarę,   starał   się   o   niby   przypadkowe   spotkanie,   wszczynał 

niewinną rozmowę i przedstawiał się fałszywym nazwiskiem... Wszystko po to, żeby zaciągnąć 
dziewczynę   do   łóżka.   To   tak,   jakby   miał   prywatny   harem   studentek   pierwszego   roku,   w 

którym mógł przebierać do woli!

Mój Boże. To okropne. To przebiegłe. To...

Totalnie naciągane. Cooper nie zostawiłby na tej teorii suchej nitki.
Ale Coopera tu nie ma...

A Christopher Allington jest niesamowicie czarujący. Ma ponad metr osiemdziesiąt, 

nieco przydługie jasne włosy, które zaczesuje do tyłu, taki chłopięco przystojny wygląd... No 

cóż, zupełnie jak chłopak z boys bandu. Każdej • studentce pierwszego roku pochlebiłoby jego 
zainteresowanie. I to do tego stopnia, że bez wahania zgodziłaby się na seks, nawet po bardzo 

krótkiej   znajomości.   Mój   Boże,   jest   atrakcyjny,   starszy,   wyrafinowany...   Każda 
osiemnastolatka dostałaby na jego punkcie kota. Każda dwudziestopięciolatka dostałaby na 

jego punkcie kota. Facet jest naprawdę niezły.

Ale dlaczego on je zabija? Zaliczanie panienek to jedna rzecz, ale zabijanie ich później? 

Czy to w jakiś sposób nie kłóci się z celem numer jeden? Jeśli nie żyją, już się ich dłużej nie da 
zaliczać.

I co jeszcze ważniejsze, jak one je zabija? To znaczy ja właściwie wiem jak, ale mimo 

wszystko...   Przecież   nie   tak   łatwo   zepchnąć   dorosłą   kobietą   do   szybu,   bo   zakładam,   że 

stawiałaby opór, Narkotyki? Czy biuro koronera nie znalazłoby jednak jakichś śladów?

Twarz mi płonie. Wachluję się podkładką do pisania, znów zwracając uwagę na Marnie. 

Właśnie   zbliża   się   do   wielkiego   finiszu,   który   obejmuje   kręcenie   biodrami,   jakiego   nie 
widziałam od czasu ostatniego występu Shakiry podczas wręczania MTV Musie Video Awards. 

Zdecydowanie nie naśladuje mnie. Zawsze byłam beznadziejną tancerką, utrapieniem każdego 
choreografa, z jakim miałam do czynienia. Lubili mi wytykać, że mam trudności z oddziele-

niem umysłu od ciała i poddaniem się rytmowi.

Marnie wykonuje jakiś wymach rękoma w tył w stylu Carly Petterson, który kończy się 

serią wykroków, i podrywa na nogi całą klaszczącą stołówkę. Ja też podnoszę się z miejsca... A 
potem ruszam w jej stronę. Lakeisha może pojechała do domu, ale Marnie tu przecież jest i 

background image

mogłaby   potwierdzić,   czy   jej   współlokatorka   spotykała   się   kiedyś   z   Christopherem 
Allingtonem. Nagle Jordan łapie mnie za ramię.

-   Dokąd   idziesz?   -   pyta   z   niepokojem.   -   Chyba   nie   chcesz   się   stąd   wymknąć?   Nie 

zdążyliśmy jeszcze porozmawiać, Heather.

Jordan pachnie Drakkar Noir, co mnie rozprasza. Kiedy był ze mną, używał Caroliny 

Herrera, więc widać wyraźnie, że Drakkar Noir to wpływ Tani.

- Wracam za minutę - odpowiadam, uspokajająco kładąc dłoń na jego ramieniu; na jego 

mocno umięśnionym ramieniu. Ćwiczył przed swoją nową trasą koncertową i to widać. W 

pozytywny sposób. - Obiecuję.

- Heather... - zaczyna, ale nie pozwalam mu skończyć.

- Obiecuję - powtarzam. - Kiedy ta impreza się skończy, odbędziemy długą, przyjemną 

pogawędkę.

Jordan wygląda na udobruchanego.
- No dobrze - mówi. - W porządku.

Widzę,   że   Marnie   przechodzi   na   tę   stronę   stołówki,   gdzie   gromadzą   się   uczestnicy 

konkursu, żeby czekać na decyzję sędziów, i podczas gdy następni zawodnicy szykują się do 

występu, szybko do niej podchodzę.

Marnie ściągnęła jasną perukę i ociera pot z twarzy. Uśmiecha się pa mój widok.

- Niezły występ, Marnie - mówię.
- Och, dzięki - mizdrzy się. - Obawiałam się, że się wściekniesz. Wreszcie odkryłam, kim 

jesteś, jak widzisz.

- Tak - mówię. - Słuchaj, chciałam cię o coś zapytać. Czy ten facet, z którym Elizabeth 

spotykała się przed śmiercią... Czy on mógł mieć na imię Chris?

Marnie,   najwyraźniej   rozczarowana,   że   podeszłam   tylko   po   to,   by   porozmawiać   na 

temat jej współlokatorki, lekceważąco wzrusza ramionami.

- Nie wiem. Coś w tym stylu. Chris albo Mark.

- Dzięki - mówię. Odwraca się do trzech naśladowniczek Christiny, żeby rzucić jakąś 

złośliwą uwagę, więc muszę ją szarpnąć za rękaw. - Marnie?

Spogląda na mnie.
- Tak?

-   Widzisz   tę   dziewczynę,   tam,   w   piątym   rzędzie,   mniej   więcej   dziesiąte   krzesło   od 

brzegu, która gada z takim blondynem?

Marnie spogląda. Unosi brwi.
- Ten facet jest słodki. Kto to jest?

background image

- Więc go nie znasz?
- Jeszcze nie - mówi, jasno dając do zrozumienia, że zamierza natychmiast naprawić to 

niedopatrzenie.

Usiłuję   ukryć   rozczarowanie.   Może   jeśli   uda   mi   się   zdobyć   zdjęcie   Christophera 

Allingtona, zdołam wywołać Lakeishę z jakich zajęć i spytać, czy go rozpoznaje...

A potem wpadam na pewną myśl.

- Znasz tę dziewczynę? - pytam Marnie. Zaciska usta.
- W pewnym sensie. Ona mieszka na dwunastym piętrze. Na imię ma chyba Amber czy 

jakoś tak.

Amber. Idealnie. Mam teraz imię i do kompletu numer piętra.

Wracam na swoje miejsce w tej samej chwili,  kiedy dwóch facetów przebranych  za 

kobiety zaczyna śpiewać Dude Looks Like a Lady. Jordan nachyla się i szepcze mi do ucha:

- Po co tam poszłaś?
Uśmiecham się tylko i wzruszam ramionami. Nie mam zamiaru wrzeszczeć (ten system 

nagłaśniający jest naprawdę niezły), a poza tym Sarah przygląda mi się krytycznym okiem 
znad   swojej   podkładki.   Nie   sądzę,   żeby   pochwalała   moje   poufalenie   się   z   uczestnikami 

konkursu, ponieważ mogłabym potem oceniać ich nieco mniej obiektywnie.

Ta więc siedzę tu bezradna, podczas gdy Christopher Allington prawdopodobnie flirtuje 

ze swoją nową ofiarą. Amber, o ile dobrze widzę - a mogę zerkać na nią tylko kątem oka, nie 
chcę się otwarcie gapić - wydaje się rozkwitać pod wpływem Christophera. Bawi się włosami i 

wierci na krześle, bez przerwy szeroko uśmiechnięta, i w ogóle zachowuje się jak dziewczynka, 
na którą nigdy w życiu nie zwrócił uwagi żaden przystojny chłopiec. Patrzę z niepokojem, 

zagryzając dolną wargę, i zastanawiam się, czy jutro nie znajdziemy Amber na dnie szybu.

Chociaż   naprawdę   nie   mogę   sobie   wyobrazić   Christophera   w   roli   mordercy.   Jako 

defloratora, owszem. Ale jako mordercę?

No, ale z drugiej strony, mąż Evity Peron też się okazał  strasznym rozpustnikiem i 

czytałam   gdzieś,   że   zabił   w   Argentynie   sporo   ludzi,   i   to   dlatego   Madonna   śpiewa,   żeby 
Argentyna za nią nie płakała.

Wreszcie konkurs się kończy. Greg, dyrektor naczelny akademika, wchodzi na scenę i 

oświadcza, że jurorzy powinni się naradzić. Wszyscy pozostali wstają i kierują się w stronę 

doritos (szczęściarze). Rachel obraca swoje krzesło tak, że siada twarzą do mnie, Jordana i 
Sarah.

-   No   cóż   -   mówi,   uśmiechając   się   do   mnie,   -   I   co   o   tym   myślicie?   Mam   ochotę 

powiedzieć: „Myślę, że mamy tu poważny problem”. Naprawdę poważny problem. Który nie 

background image

ma nic wspólnego z konkursem.

Ale zamiast tego mówię:

- Podobała mi się Marnie. Jordan wtrąca się:
- Jeszcze czego! Nie, o wiele lepsi byli ci faceci, którzy udawali 'N Sync. Naprawdę 

opanowali choreografię. Dałem im same dziesiątki.

Sarah mówi:

- Ich pastisz boys bandów rzeczywiście był zabawny.
- Hm - mówię - a mnie podobała się Marnie.

- I ona tak wiele ostatnio przeszła - zgadza się Rachel zupełnie szczerze. - Przynajmniej 

tyle możemy zrobić, prawda?

Chcąc już po prostu mieć to wszystko jak najszybciej z głowy, żeby wreszcie dorwać tego 

Chrisa, mówię:

- Och, okay. No więc dajmy Marnie pierwsze miejsce, 'N Sync drugie, a trio Christin 

trzecie.

Jordan   wygląda   na   nieco   rozzłoszczonego   tym,   że  praktycznie   zignorowałyśmy   jego 

opinię, ale się nie kłóci.

Rachel idzie przedstawić Gregowi nasz werdykt, a ja obracam się na krześle, żeby znów 

zerknąć na Christophera....

...   w   samą   porę.   Właśnie   wychodzi,   jednym   ramieniem   od   niechcenia   obejmując 

Amber.

Podrywam się z krzesła i pędzę jak wystrzelona z procy, bez słowa wyjaśnienia. Słyszę, 

że Jordan za mną woła, ale nie mogę tracić czasu. Christopher i Amber są już w połowie drogi 

przez kącik telewizyjny. Jeśli nie zadziałam natychmiast, ta dziewczyna może skończyć jako 
mokra plama na betonie maszynowni pod windami.

Ale   wtedy,   ku   mojemu   zaskoczeniu,   zamiast   skręcić   w   stronę   wind,   Amber   i 

Christopher ni stąd, ni zowąd kierują się do drzwi wyjściowych.

Idę, mijając szybko grupki dzieciaków zgromadzone w holu. Wieczorami hol naprawdę 

ożywa. Jacyś studenci - nigdy ich wcześniej nie widziałam-opierają się o kontuar recepcji, od 

niechcenia  gawędząc  z   dyżurnym  praktykantem.   Strażnik   -  ale  nie  Pete,  który   pracuje  na 
dzienną zmianę - czepia się kilku gości, którzy twierdzą, że znają kogoś z piątego piętra, tylko 

zapomnieli imienia.

Mijam ich wszystkich, otwieram drzwi i wypadam na zewnątrz, na ciepłe, wieczorne 

powietrze..

Washington   Square   Park   nocą   roi   się   od   policji   -   od   policji,   turystów   i   dilerów 

background image

narkotyków, i szachistów, którzy siedzą na ławkach wokół placu do gry w szachy, grając przy 
świetle ulicznych latarni, dopóki park jest otwarty. Czyli do północy. Licealiści z Westchester 

rozbijają się samochodami rodziców, nastawiają radia na maksa i od czasu do czasu obrywają 
mandaty za zakłócanie ciszy nocnej. To zwariowany widok i jeden z powodów, dla których 

studenci domagają się, żeby im dawać pokoje wychodzące na plac... Bo kiedy nic nie ma w 
telewizji, zawsze sobie mogą pooglądać park.

I   dokładnie   to   robią   w   tej   chwili   Christopher   i   Amber.   Opierają   się   o   jedną   z 

ustawionych przed Fisher Hall donic z iglakami, palą papierosy i patrzą, jak policja patroluje 

ulicę.   Christopher   zaplótł   ramiona   na   piersi  i   dymi  mniej  więcej   niczym   Johnny   Depp,   a 
Amber pyka jak mały ptaszek, trzymając papierosa jak ktoś, kto nie przywykł do trzymania w 

ręku czegoś takiego.

Nie ma chwili do stracenia. Usiłuję zachowywać się naturalnie. Wyobrażam sobie, że 

tak właśnie podszedłby do tego zadania Cooper.

- Cześć - mówię miło do Christophera. - Możesz mnie poczęstować papierosem?

-   Jasne   -   odpowiada   Christopher.   Wyciąga   paczkę   cameli   light   z   kieszeni   koszuli   i 

podaje mi jednego.

- Dzięki - mówię. Wkładam papierosa między wargi, a potem pozwalam Christopherowi 

zapalić go zapalniczką Zippo, którą się bawi.

Nigdy   nie   paliłam.   Po   pierwsze,   jeśli   śpiewasz,   palenie   niszczy   struny   głosowe.   Po 

drugie, ja po prostu nie rozumiem, jakim cudem papieros miałby być lepszy niż butterflnger, 

więc jeśli masz ochotę sobie dogadzać, czemu nie wybrać pysznego chrupiącego batonika z 
masłem orzechowym?

Ale Stoję tam i udaję, że się zaciągam, zastanawiając się, co powinnam zrobić teraz. Co 

na   moim   miejscu   zrobiłaby   Nancy   Drew?  Albo   Jessica   Fletcher?  Albo   tamta,   jak   ona   się 

nazywała? Jordan? Boże, jestem totalnie do niczego jako detektyw. Co to będzie, kiedy Cooper 
i ja już się zejdziemy -no, wiecie, kiedy już zrobię dyplom i tak dalej? Jak my możemy stworzyć 

parę   w   stylu   Nicka   i   Nory   Charles,   skoro   Nora   nie   radzi   sobie   ze   swoją   częścią 
detektywistycznej roboty? To bardzo niepokojąca myśl. Usiłuję ją wypchnąć ze świadomości.

Po drugiej stronie ulicy gliniarze dopadają pijaczka, który wymyślił sobie, że będzie 

zabawnie, jeśli się obnaży przed ludźmi siedzącymi w kręgu szachowym. Nie wiem, czemu 

niektórzy mężczyźni czują ten przymus demonstrowania genitaliów. A poza tym zawsze robi to 
jakiś facet z najmniej interesującym wyposażeniem.

Mówię coś na ten temat Christopherowi i Amber. No, wiecie, żeby nawiązać rozmowę. 

Ona wydaje się zaskoczona, ale Christopher się śmieje.

background image

- Tak - mówi. - Powinno być takie prawo. Że tylko pijacy z przynajmniej piętnastoma 

centymetrami mogą zrzucać spodnie.

Spoglądam na niego, unosząc brwi. Nawet zabawny ten Christopher Allington. Czy Ted 

Bundy   miał   poczucie   humoru?   Miał   je   w   tym   filmie,   który   oglądałam   parę   dni   temu   na 

Lifetime, w którym grał go Mark Harmon...

Po   drugiej   stronie   ulicy   pijak   obrzuca   przekleństwami   gliniarzy.   Już   go   zakuli   w 

kajdanki. Kilku szachistów odpowiada mu jakimiś okrzykami. Szachiści wcale nie mają takich 
łagodnych manier, jak to się przedstawia w mediach, wiecie?

- O rany - mówi Amber, kiedy dobiega nas jakiś szczególnie soczysty epitet. - W domu 

tak się policji nie pyskuje.

-   A   gdzie   jest   dom?   -   pytam   ją,   nonszalancko   strzepując   popiół   na   chodnik.   A 

przynajmniej mam nadzieję, że wygląda to nonszalancko.

- W Boise, Idaho - mówi Amber, jakby było więcej miejscowości o nazwie Boise.
- Boise - powtarzam. - Nigdy tam nie byłam.

Totalne   kłamstwo.   Występowałam   w   Boise   Civic   Centrę   przed   pięcioma   tysiącami 

rozwrzeszczanych dzieciaków w czasie trasy koncertowej Słodkiego miodu.

A ty? - pytam Christophera.
- Nie - mówi. - Nigdy nie byłem w Boise. Hej, czyja cię skądś nie znam?

- Mnie? - usiłuję zrobić zdziwioną minę. - Nie sądzę.
- Tak - mówi. - Na pewno. Jesteś na prawie?

- Nie - odpowiadam, znów strzepując popiół. Może dostaje się od tego raka i tak dalej, 

ale   papierosy   naprawdę   są   świetnym   rekwizytem,   jeśli   chcesz   wyglądać,   jakbyś   się   czuła 

swobodnie. Na przykład wtedy, kiedy łapiesz domniemanego mordercę.

- Naprawdę? - Christopher wydmuchuje błękitny dym nosem. To nie fair! On wie, jak 

robić te sztuczki z dymem! - Bo mógłbym przysiąc, że gdzieś cię już wcześniej widziałem.

-   Pewnie   gdzieś   w   okolicy.   Ja   widuję   cię   często.   Jesteś   Christopher,   syn   rektora 

Allingtona, prawda?

Można by pomyśleć, że trzepnęłam go w twarz torbą pełną gumisiów, ma tak zdumioną 

minę. Przez chwilę wydaje misie, że połknie tego swojego papierosa.

Ale nie, już się pozbierał.

- Hm, tak - mówi. Oczy ma szare i w tym momencie nadal jeszcze przyjazne. - Skąd 

wiesz?

- Ktoś mi ciebie pokazał - mówię. - Mieszkasz tu? Z rodzicami? To musiało zaboleć. 

Odpowiada szybko:

background image

- Och, nie. No cóż, to znaczy mam swoje mieszkanie, ale w śródmieściu, a ponieważ i 

tak tu jeżdżę na wykłady...

- To ty nie jesteś na studiach licencjackich? - pyta Amber. Najwyraźniej niezbyt szybko 

chwyta. - Studiujesz prawo?

-  Tak  -  odpowiada  Christopher.  Widać  jednak,  że  stracił  trochę   luzu.  Biedny  facet. 

Jeszcze nie wie, że mam w rękawie więcej asów.

- Nie mówiłeś, że jesteś synem rektora Allingtona - mówi Amber z lekkim wyrzutem w 

tym swoim głosiku Myszki Miki.

- No cóż, nie bardzo lubię się tym chwalić - mruczy Christopher.
- I wydawało mi się, że się przedstawiałeś jako Dave.

- Naprawdę? - Christopher kończy papierosa, upuszcza niedopałek na chodnik i gasi go 

butem. - Pewnie źle mnie usłyszałaś. Trochę tam było głośno. Przecież mówiłem, że mam na 

imię Chris.

Po drugiej stronie ulicy gliniarze wpakowali już pijaczka do wozu patrolowego. Sami 

stoją   obok,   wypełniając   jakieś   formularze,   i   popijają   kawę,   którą   ktoś   im   przyniósł   z 
delikatesów za rogiem. Pijak wali pięściami w okno samochodu, bo też chce kawy.

Wszyscy go ignorują.
Okay, to beznadzieja. Wychodzę na najgorszego detektywa pod słońcem. Koniecznie 

będę   musiała   pochodzić   na   wykłady   z   prawa.   No,   wiecie,   kiedy   już   skończy   się   mój 
sześciomiesięczny okres próbny i będę mogła za darmo chodzić na zajęcia.

- To takie smutne, prawda? - mówię głosem, który nawet mnie wydaje się o wiele za 

piskliwy, trochę jak głos Wiewiórki poznanej parę dni temu w sklepie z dżinsami. - Ci wszyscy 

nieudacznicy   w   tym   mieście.   Na   przykład   ten   pijak   ekshibicjonista.   Albo...   albo   te   głupie 
dziewczyny z akademika. Te, które zginęły, o co tam chodziło? Ach, tak. Surfing na windach. 

Uwierzylibyście, że ktoś może zrobić coś równie durnego?

Zerkam   na   Chrisa,   żeby   sprawdzić,   jak   przyjmuje   tę   bezpośrednią   uwagę   na   temat 

swoich ofiar. Ale wydaje się zupełnie niewzruszony...

..   .chyba   że   poruszenie   manifestuje   się   wyciągnięciem   i   zapaleniem   kolejnego 

papierosa.

Co, hm, może oznaczać poruszenie. Ale nie takie, o jakie mi chodziło.

- Och - wzdycha Amber, mężnie usiłując podtrzymywać rozmowę. - Ja wiem! To było 

takie smutne. Znałam tę drugą z nich, w pewnym sensie. Któregoś dnia razem utkwiłyśmy w 

windzie. Potrwało to tylko z jakąś minutę, ale ona dostawała szału,  bo miała okropny lęk 
wysokości. Kiedy usłyszałam, jak zginęła, powiedziałam: „Co?” Bo dlaczego ktoś, kto miał lęk 

background image

wysokości, miałby robić coś tak niebezpiecznego?

- Mówisz o Robercie Pace? - Spoglądam na Chrisa, żeby zobaczyć, jak zareaguje na to 

nazwisko.

Ale on zajął się zerkaniem na zegarek - na swojego roleksa. I to prawdziwego, a nie 

tanią podróbę, jaką możesz kupić od ulicznego sprzedawcy za czterdzieści dolców.

- Tak, tak się nazywała. Boże, czy to nie okropne? Ona była taka miła.

- Wiem. - Kiwam głową. - Lęk wysokości i surfing na windach. Dziwne, prawda? A co 

jeszcze dziwniejsze, słyszałam, że tuż przed śmiercią poznała jakiegoś faceta...

Ale nie udaje mi się dokończyć zdania. Bo dokładnie wtedy na moim ramieniu zaciskają 

się żelazne palce i ktoś szarpie mnie mocno w tył.

background image

16

Potykam   się,   wyciągam   rękę,   żeby   złapać   równowagę,   i   czuję   pod   palcami 

charakterystyczne wypukłości twardych jak skała - i wyrobionych na siłowni - mięśni brzucha. 
Czy Jordan Cartwright ma jakieś części ciała, które mu nie zesztywniały? Nie wyłączając, jak 

mi się zdaje, mózgu? Odciąga mnie o parę kroków od Chrisa i Amber.

-   Co   ty   sobie   w   ogóle   wyobrażasz?   -   pyta   ostro,   wyrywając   mi   papierosa   z   dłoni   i 

rozdeptując   go   podeszwą   buta.   -   Teraz   jeszcze   palisz?   Kilka   miesięcy   mieszkania   z   tym 
degeneratem,   Cooperem,   i   palisz?   Czy   ty   masz   pojęcie,   co   to   świństwo   robi   ze   strunami 

głosowymi?

- Jordan...  - Nie mogę uwierzyć,  że to się naprawdę  dzieje. I to na oczach  mojego 

głównego podejrzanego.

- Nie zaciągałam się - tłumaczę szeptem, żeby Chris nie usłyszał. -I nie mieszkam z 

Cooperem,   dobra?   To   znaczy   mieszkam,   ale   zajmuję   osobne   piętro.   -   A   potem   przestaję 
szeptać, bo nagle ogarnia mnie wściekłość. Za kogo on się niby uważa? -I w ogóle to nie twoja 

sprawa! Czyja ci muszę przypominać, że jesteś zaręczony? Nie ze mną?

- Mogę być zaręczony z kim innym, Heather - mówi Jordan - ale to nie znaczy, że nadal 

się nie troszczę, i to bardzo, o ciebie. Wiesz, tata mówił, że pójdziesz na samo dno, ale ja nie 
miałem pojęcia... Że z tego typu facetem. Heather? Ty tak serio? Przecież on ma mniej więcej 

takie samo wyczucie stylu jak... - Rzuca spojrzenie na bojówki Chrisa i się wzdryga. - Cooper!

- To nie tak, Jordan. - Oglądam się przez ramię. Chris i Amber nadal tam stoją, na 

szczęście wystarczająco daleko; żeby nie słyszeć naszych podniesionych głosów. Chris wydaje 
się zupełnie spokojny, ale zauważam, że od czasu do czasu jego szarookie spojrzenie błądzi w 

naszą stronę. Czy się czegoś obawia? Boi się, że wszystko się wydało?

Czy tylko się zastanawia, gdzie Jordan kupił tę bufiastą koszulę?

- Nie patrz tam - mówię cicho do Jordana - ale ten facet, z którym rozmawiałam. ., 

Uważam, że może być mordercą.

Jordan natychmiast się ogląda.
- Kto? Ten pacan?

- Mówiłam, nie patrz!
Jordan odrywa oczy od Chrisa i patrzy na mnie. A potem wyciąga ręce i przyciska mnie 

w niedźwiedzim uścisku do swojej piersi.

- Och, ty biedna, słodka dziewczynko! - mówi. - Co ten Cooper z tobą zrobił?!

Usiłuję wyrwać się z jego miażdżących objęć, żeby przynajmniej włosy, które mu rosną 

background image

na klatce piersiowej, nie właziły mi do ust, kiedy mówię.

-   To   nie   ma   nic   wspólnego   z   Cooperem.   -   Zdaję   sobie   sprawę,   że   praktykant   za 

kontuarem recepcji usiłuje ukryć złośliwy uśmiech, obserwując nas przez okno. - Dziewczyny z 
tego budynku giną, a ja uważam, że...

- A więc to tu zniknęliście obydwoje!
Obracamy się i gapimy, szeroko otwartymi oczami, na Rachel, która niepostrzeżenie dla 

nas wykradła się na zewnątrz.

- Ominęła was ceremonia wręczania nagród - karci nas teraz żartobliwie. - Marnie tak 

się ucieszyła z wygranej, że aż się rozpłakała.

- Coś podobnego! - mówię bez najlżejszego śladu entuzjazmu. - Niezłe.

- Wyszłam was poszukać - mówi Rachel - bo stwierdziłam, że może będziecie chcieli 

wpaść na drinka do mojego mieszkania.

Jordan i ja wymieniamy spojrzenia. W jego oczach pojawia się błysk desperacji. Nie 

wiem, co on widzi w moich. Pewnie zmieszanie. Rachel zaprosiła mnie do siebie na górę tylko 

raz, na kieliszek wina po pierwszej turze meldowania studentów, i czułam się tam totalnie 
niezręcznie, nie tylko dlatego że, no cóż, jest moją szefową, a ja byłam totalnie zdecydowana 

zrobić   wszystko   co   w   mojej   mocy,   żeby   zaliczyć   ten   sześciomiesięczny   okres   próbny,   ale 
dlatego że...

No cóż, w mieszkaniu Rachel jest przerażająco czysto. Nie, żebym ja była flejtuchem, 

ale...

Okay, może jestem trochę bałaganiarska. Przyznam, że w moich szafach i pod łóżkiem 

wiele rzeczy wala się bez ładu i składu i, no cóż, po całej reszcie mieszkania też.

A u Rachel wszystko jest schludnie pochowane. Nie było tam żadnych egzemplarzy „US 

Weekly” porozrzucanych koło sedesu, jak u mnie w domu, ani staników zwisających z klamek 

u drzwi, ani zwiniętych w kulkę opakowań po wafelkach na szafce przy łóżku. To wyglądało 
tak, jakby spodziewała się gości.

Albo zawsze ma taki porządek.
Ale nie. Przecież to chyba niemożliwe. To by było zwyczajnie nieludzkie.

Poza tym, zauważyłam, że tych kilka kompaktów, które miała - porządnie ułożonych w 

kolejności alfabetycznej - to były albumy takich artystów jak Phil Collins i Faith Hill.

Phil Collins i Faith Hill.
Ja   oczywiście   nie   mam   nic   przeciwko   nim.   To   szalenie   utalentowani   wykonawcy. 

Totalnie uwielbiałam tę piosenkę Circle of Life za pierwszym razem, kiedy ją słyszałam...

- Wiesz, Rachel - mówię ostrożnie -jestem trochę zmęczona.

background image

- Ja też - wtrąca szybko Jordan. - To był naprawdę długi dzień.
- Och - mówi Rachel z wyraźnie rozczarowaną miną. - No to może kiedy indziej.

- Jasne - odpowiadam, nie patrząc na Jordana. Dobrze wiem, że Rachel nie zaprosiłaby 

mnie   do   siebie   na   drinka,   gdyby   nie   Jordan.   Udawała,   że   go   nie   rozpoznaje,   ale   ja 

podsłuchałam, jak jeden z praktykantów uświadomił ją, kto to jest. Jutro pewnie zasypie mnie 
pytaniami, czy jest wolny.

Bo on jest wart o wiele więcej niż sto patyków rocznie.
- No cóż - mówię. - To do zobaczenia rano.

- Tak. Dobranoc! - Rachel się uśmiecha. A do Jordana mówi: - Miło było cię poznać, 

Jordan!

- Mnie też - odpowiada Jordan takim tonem, jakby mówił szczerze.
A potem, biorąc Jordana pod ramię, prowadzę go z powrotem w stronę Waverly Place, 

zanim ta rozmowa zrobi się jeszcze bardziej niezręczna i zanim on mnie wprawi w jeszcze 
większe zażenowanie w obecności moich współpracowników.

- O mój Boże - mówię do niego, kiedy ruszamy. - Co ja, twoim zdaniem, powinnam 

zrobić? To znaczy w sprawie Amber? Jeśli ona będzie kolejną ofiarą... Nigdy bym sobie nie 

wybaczyła...   Chociaż   totalnie   zepsułam   mu   szyki   z   tym   całym   „Dave'em”.   Nie   sądzisz,   że 
popsułam mu szyki? Nie sądzisz, że teraz ona będzie trochę na niego uważać? O Boże. A może 

ja powinnam iść z tym na policję? Ale nie mam żadnego dowodu, że to on. Poza tym... Poza 
tym, że Cooper prawdopodobnie nadal ma tę prezerwatywę! Mogłabym ją wykorzystać jako 

argument. Na przykład powiedzieć: „Przyznaj się albo dam to glinom!” Czy coś w tym stylu.

- Prezerwatywa? Heather, o czym ty... - w głosie Jordana słychać przerażenie.

- Mówiłam  ci - odpowiadam,  tupiąc nogą. - Usiłuję złapać zabójcę.  A przynajmniej 

wydaje   mi   się,   że   to   zabójca.   Nie   jestem   pewna.   Twój   brat   uważa,   że   mam   zbyt   bujną 

wyobraźnię. Ale ty też uważasz, że to dziwne, prawda, Jordan? W ciągu dwóch tygodni giną 
dwie dziewczyny, żadna z nich nie surfowała nigdy na windach, i obie dopiero co znalazły 

swojego pierwszego chłopaka? Czy dla ciebie nie brzmi to podejrzanie?

Skręcamy za róg w Waverly Place i jeden z rastafarian podbiega do nas w podskokach. 

Chyba ostatecznie zmienię zdanie i skorzystam z jego zaproszenia:

- Trawki? Trawki?

Zamiast zignorować dilera i odpowiedzieć na moje pytanie, Jordan warczy:
- Spadaj!

A przecież ten biedak wcale nie stanowi wielkiego zagrożenia. Nawet ja jestem od niego 

o wiele wyższa i z dziesięć kilo cięższa. Nic dziwnego, że facet ma taką zdziwioną minę.

background image

I to wtedy zdaję sobie sprawę, kim właściwie jest dla mnie Jordan. Nie przyjacielem. 

Nawet nie znajomym. Jest moim byłym chłopakiem.

- Och, nieważne - mówię i puszczam jego ramię, kierując się w stronę domu.
Jordan idzie za mną.

- Co ja zrobiłem? - pyta. - Heather, powiedz mi, proszę. Tak mi przykro. Ja nie mam 

pojęcia, czego ty ode mnie oczekujesz. Zmarłe dziewczyny, prezerwatywy, dilerzy narkotyków! 

I w dodatku ty palisz! Heather, co się. dzieje? Co to za życie? Ruszam po schodach domu 
Coopera i szukam kluczy przy świetle latami.

- Posłuchaj - mówię. Otwieram zamki najszybciej, jak umiem. Jordan wszedł za mną po 

schodach i zasłania  mi światło  tej latarni  swoją bufiastą  koszulą,  - To moje życie, dobra? 

Wybacz,  że takie jest nieuporządkowane.  Ale wiesz, Jordan, też do tego w pewien sposób 
przyłożyłeś rękę...

- Wiem! - woła. - Ale to ty nie chciałaś iść ze mną na terapię, pamiętasz? Błagałem cię o 

to!

Jego ciężkie dłonie lądują na moich ramionach, tym razem jednak nie potrząsa mną, 

ale obraca mnie twarzą do siebie. Patrzę na niego i mrugam, nie mogąc nic wyczytać z jego 

rysów,   bo   światło   latarni   tworzy   aureolę   wokół   jego   głowy,   wszystko   inne   pogrążając   w 
głębokim mroku.

- Heather - mówi Jordan, patrząc na mnie z góry. Nie widzę jego oczu, ale czuję, że ich 

spojrzenie mnie pali. A tak w ogóle, czemu on na mnie patrzy w taki sposób? Jakby... jakby 

chciał...

- O nie! - Pośpiesznie cofam się o krok, trafiając prosto na drzwi. Klamka wbija mi się w 

plecy. - Jordan... Co ty tu w ogóle robisz? To znaczy co ty tu tak naprawdę robisz?

-   Rodzice   organizują   dziś   moje   przyjęcie   zaręczynowe   -   mówi   dziwnie   ochrypłym 

głosem. - Moje i Tani. W domu. W naszym apartamencie. Właśnie teraz.

Państwo Cartwright nie wydali przyjęcia, kiedy my się zaręczyliśmy. Zamiast tego pani 

Cartwright spytała, czy jestem w ciąży.

Chyba nie umiała wyobrazić sobie żadnego innego powodu, dla którego jej syn miałby 

zawracać sobie głowę zaręczynami z dziewczyną, której kariera bladła, a talia tyła.

- No cóż, nie powinieneś tam teraz być? - pytam go.

- Powinienem- odpowiada Jordan. I nagle zdaję sobie sprawę, że jego głos jest nie tylko 

ochrypły.   Jest  też   zasmucony.   -   Wiem,   że   powinienem.   Tylko   że...   Tylko   że   ja   przez   cały 

dzień... przez cały dzień chodziłaś mi po głowie.

Z   trudem   przełykam   ślinę   i   usiłuję   myśleć   racjonalnie.   Mimo   wszystko   jestem 

background image

dziewczyną detektywem. A to właśnie robią dziewczyny detektywi. Myślą racjonalnie.

Jest jednak w bezpośredniej bliskości Jordana coś takiego - nie wspominając już o jego 

przygnębieniu... i nieukrywanej potrzebie...- w jego głosie -co mi to ogromnie utrudnia.

I nacisk jego dłoni na moich ramionach jest bardzo przyjemny. I nagle zapach Drakkar 

Noir nie przeszkadza mi już nawet za bardzo.

Po   ciemku,   oczywiście,   nie   widzą   ani   złotych   łańcuchów,   ani   bransoletki   z 

identyfikatorem, którą stale nosi.

Tak, wiem! Bransoletka z identyfikatorem!

- Też o tobie myślałam - mamroczą, usiłując odpędzić falę histerii, która lada moment 

całkowicie   mnie   pochłonie   -   i   uważam,   że   to   całe   zamieszanie   związane   z   ogłoszeniem 

zaręczyn i reporterami daje ci się we znaki. Może jeśli pójdziesz do domu i zażyjesz advil.

- Niepotrzebny  mi advil  - mruczy  Jordan,  przyciągając mnie do siebie. -Chcę tylko 

ciebie.

- Nie - odpowiadam, czując panikę, kiedy bufiasta koszula dotyka mojego policzka. - 

Nie, wybij to sobie z głowy. Pamiętasz? Wciąż mi powtarzasz, że się zmieniłam. No cóż, ja się 
rzeczywiście   zmieniłam,   Jordan.   Oboje   się   zmieniliśmy.   Musimy   iść   naprzód   i   zacząć   żyć 

własnym życiem: osobnym życiem. Ty-właśnie zaczynasz teraz z Tanią, a ja też zaczynam z... 
z... - Z kim? Ja przecież nikogo nie mam! To niesprawiedliwe, że on kogoś ma, a ja nie. - No 

cóż, z Lucy - kończę zdanie, moim zdaniem całkiem brawurowo.

- Czy tego właśnie chcesz? - pyta Jordan, a jego usta nagle znajdują się niepokojąco 

blisko moich. - Żebym był z Tanią?

Nie mogę uwierzyć własnym uszom.

- Teraz mnie o to pytasz?
Ale zanim się zorientowałam, on już mnie całuje.

Zazwyczaj w takich sytuacjach nie tracę głowy. To znaczy zazwyczaj, kiedy jakiś facet 

zaczyna mnie całować - nie zdarza się to aż tak często - starcza mi przytomności umysłu, żeby 

albo kazać mu przestać, jeśli mi się to nie podoba, albo oddać pocałunek, jeśli mam na to 
ochotę.

Ale w tym konkretnym przypadku jestem tak zaskoczona, że tylko, tak jakby, zamieram 

w   bezruchu.   Nadal   jestem   świadoma   tej   klamki,   która   mi   się   wbija   w   plecy,   i   faktu,   że 

wszystkie światła w domu są zgaszone, a to znaczy, że Cooper jeszcze do domu nie wrócił - 
dzięki Bogu!

Ale   poza   tym,   i   poza   lekkim   zażenowaniem,   bo   dilerzy   narkotyków   z   naszej   ulicy 

pokrzykują zachęcająco: „Dalej, kochani!”, nie czuję... nic.

background image

To znaczy nic poza tym, że jest przyjemnie.
Wiem równie dobrze jak ci dilerzy, że od dawna sobie nie używałam.

Jordan przez jakiś czas też sobie chyba nie używał (albo to, albo Tania niespecjalnie 

wysila się w łóżku... Co mnie nie dziwi, bo wiem, że to chuchro waży najwyżej pięćdziesiąt pięć 

kilo),   bo   ja   tylko   objęłam   go   za   szyję   -   siłą   przyzwyczajenia,   przysięgam   -   i   zanim   się 
zorientowałam, znów mnie przydusił plecami do drzwi, a te jego skórzane spodnie przyciskają 

się do mnie tak mocno, że wyczuwam poszczególne ząbki zamka w jego rozporku...

...nie wspominając już, hm, o zgrubieniu pod tymi ząbkami.

A potem jego język w moich ustach i te dłonie w moich włosach...
A ja zdołałam pomyśleć wyłącznie: o, nie.

Bo przecież on jest zaręczony. I to nie ze mną. A ja - no cóż, ja naprawdę nie jestem taką 

dziewczyną. Nie jestem.

Ale ten cichy głos w mojej głowie nadal szepcze: „Może tak właśnie miało być” oraz 

„Hm, pamiętam to odczucie” i „No cóż, jemu najwyraźniej nie przeszkadzają te dodatkowe 

kilogramy”, co mi bardzo utrudnia podjęcie jedynej właściwej decyzji.

W gruncie rzeczy, no cóż... Ten cichy głos nie tyle utrudnia, ile wręcz uniemożliwia mi 

odepchnięcie go.

Chyba ci wszyscy choreografowie się mylili. No, wiecie, że mam rzekomo problemy z 

odłączeniem   mózgu   i   pozwoleniem   ciału,   żeby   działało   bez   jego   kontroli.   Bo   moje   ciało 
porusza się bardzo swobodnie, bez żadnej pomocy ze strony mózgu...

Zaczyna wyglądać na to, że wypadałoby schować się do środka, biorąc pod uwagę te 

zagrzewające okrzyki ze strony dilerów, więc obracam się i wreszcie otwieram drzwi, i tak 

jakoś wpadamy do ciemnego holu...

.. .gdzie opieram dłonie na jego piersi i w ostatnim przebłysku przytomności mówię:

- Wiesz, Jordan, naprawdę uważam, że nie powinniśmy tego robić...
Ale jest za późno. On już wyciągnął mi koszulę zza paska dżinsów. I zanim się orientuję, 

co się dzieje, obejmuje dłońmi moje piersi przez koronkowy stanik i całuje w usta. Głęboko. W 
sumie nawet tak, jakby mu zależało.

I dobra, owszem, myślę przez moment - ulotny moment - żeby mu przypomnieć, że 

zaledwie tego ranka czytałam ze szczegółami o jego zaręczynach - z kim innym - w prasie.

Ale wiecie, czasami ciało człowieka faktycznie przejmuje kontrolę nad umysłem.
A moje ciało zdaje się działać na autopilocie, pamiętając, ile razy było mu bardzo dobrze 

w kontakcie z tym drugim ciałem, które właśnie się do niego mocno przyciska.

I w sumie można powiedzieć, że błaga o więcej.

background image

A potem przez jakiś czas w ogóle nie jestem w stanie myśleć. Poza tym, że...
No cóż, pod koniec dopada mnie taka jedna myśl. I naprawdę wolałabym tej myśli nie 

mieć.

Bo myślę, że to nie ten brat.

Tylko   tyle.   Tylko   to,   że   bezwstydnie,   bezczelnie,   tarzam   się   po   podłodze   holu   z 

niewłaściwym bratem.

I nie jestem z tego jakoś szczególnie dumna.
Najgorsze   w tym  wszystkim  jest to,   że  nie  jest mi  wcale   tak   znów  świetnie.  Chyba 

najlepsze, co mogę powiedzieć, to że kończymy szybko - dzięki Bogu, bo mam pod plecami 
chodnik,   a   to   nie   jest   najbardziej   miękki   z   dywanów   w   tym   domu.   I   że   robimy   to   z 

zabezpieczeniem - Jordan przyszedł przygotowany, jak każdy grzeczny chłopiec z Easy Street.

Poza   tym   nie   różni   się   ten   seks   niczym   od   seksu,   jaki   uprawialiśmy   w   każdy 

poniedziałek, środę i sobotę.

.. .z tą oczywistą różnicą, że tym razem to ja jestem tą drugą kobietą.

Zastanawiam się, czy Tania kiedykolwiek czuła się winna, tak jak ja teraz. Jakoś wątpię. 

Tania raczej nie wydaje mi się osobą, która w ogóle kiedykolwiek miewa poczucie winy. Raz 

widziałam, jak rzuciła opakowanie po cukierkach na ziemię w Central Parku. Ona się nawet 
nie czuje winna, kiedy zaśmieca ulicę.

Kolejna znacząca różnica polega na tym, że Jordan podnosi się niemal natychmiast i 

zaczyna się ubierać. W czasach, kiedy byliśmy parą, po prostu przewracał się na bok i zasypiał.

Kiedy siadam i patrzę na niego, mówi:
- Przepraszam, ale muszę już iść. - Jak ktoś, kto właśnie sobie przypomniał o naprawdę 

ważnej wizycie u dentysty.

To jest ta rzeczywiście żenująca chwila; robi mi się nieco smutno. Jakbym tak trochę 

spodziewała się, że on wstanie i powie, że ma zamiar zadzwonić do Tani i z miejsca z nią 
zerwać, bo chce być ze mną na zawsze.

Wiecie - to nie tak, żebym miała do niego wrócić, gdyby to zrobił. Pewnie bym nie 

wróciła.

Okay, na pewno bym nie wróciła.
Ale człowiek czuje się... No cóż, samotny, kiedy nie ma nikogo. Ja oczywiście nie chcę 

wyjść na taką Rachel. Nie mówię, że gdybym miała chłopaka - nawet Coopera, mężczyznę 
moich marzeń - to nie miałabym już żadnych problemów.

I   nie   mam   zamiaru   zacząć   jeść   sałaty   bez   sosy,   jeśli   to   właśnie   trzeba   robić,   żeby 

chłopaka zdobyć - nie jestem jeszcze aż tak zdesperowana.

background image

Ale... byłoby miło mieć kogoś, komu na tobie zależy.
Nie mówię tego Jordanowi. Przecież mam trochę dumy. Więc kiedy mnie informuje, że 

wychodzi, odpowiadam po prostu:

- Okay.

- To znaczy zostałbym - dodaje, wciągając koszulę przez głowę - ale mam jutro bankiet 

prasowy naprawdę z samego rana. Wiesz, nowy album.

- Okay.
- Ale zadzwonię do ciebie jutro - ciągnie, zapinając rozporek. - Może moglibyśmy pójść 

na jakąś kolację czy coś.

- Okay.

- No to do usłyszenia - mówi Jordan w drzwiach.
- Jasne - odpowiadam. Chyba oboje wiemy, że kłamie.

Potem   wychodzi,   a   ja   zamykam   za   nim   drzwi   i   wchodzę   po   schodach   do   swojego 

mieszkania, gdzie na spotkanie rzuca mi się niezwykle rozentuzjazmowana Lucy, gotowa na 

swój wieczorny spacer. Kiedy szukam jej smyczy, zerkam przez okno mojej kuchni i widzę 
górne piętra Fisher Hall.

Zastanawiam   się,   czy   Christopherowi   Allingtonowi   udało   się   zbajerować   Amber   i 

namówić do zdjęcia majtek równie łatwo, jak Jordanowi mnie.

A   potem   przypominam   sobie,   że   rzeczone   majtki   leżą   nadal   na   dole   i   zbiegam   po 

schodach, żeby zdążyć, zanim Cooper wróci do domu i znajdzie dowód mojej głębokiej głupoty 

na chodniku w holu.

background image

17

Co   do   jednej   rzeczy   się   nie   mylę:   Rachel   jest   totalnie   zainteresowana   Jordanem   i 

charakterem łączących nas stosunków.

Następnego ranka wchodzę do biura - wilgotne włosy, w ręku kubek parującej kawy ze 

stołówki, a Rachel mówi z miejsca:

- Wczoraj wieczorem odniosłam wrażenie, że ty i twój były chłopak jesteście ze sobą 

dość blisko.

Ona nie ma zielonego pojęcia, jak bardzo trafna jest ta uwaga.

- No cóż...
Nie mówię nic więcej, siadam i szukam numeru telefonu do pokoju Amber.

Rachel totalnie nie chwyta.
- Widziałam was przed budynkiem - ciągnie. - Kiedy rozmawialiście z synem rektora 

Allingtona.

- Z Chrisem - mówię. - Tak.

Podnoszę słuchawkę i wykręcam numer pokoju Amber.
- Jest bardzo miły - dodaje Rachel. - Ten syn rektora.

- Chyba tak - odpowiadam. Jak na mordercą. Telefon u Amber dzwoni. I dzwoni.
- I przystojniak z niego - dorzuca Rachel. - Słyszałam, że jest całkiem zamożny. Fundusz 

powierniczy po dziadkach.

To ostatnie jest dla mnie nowiną. O mój Boże, a może Christopher Allington to taki 

Bruce Wayne! Poważnie. Tylko charakter ma podły. Na przykład może wykopał pod Fisher 
Hall cały system lochów i sprowadza tam niewinne dziewczyny, uwodzi je, a potem faszeruje 

narkotykami i zabiera z powrotem na górą, żeby zepchnąć do szybu windy...

Ale ja już tyle czasu spędziłam we wszystkich zakamarkach Fisher Hall z ekipami od 

dezynsekcji, że wiem, że pod budynkiem nie ma nic, tylko myszy i sterty starych materaców.

Ktoś   podnosi   słuchawkę   w   pokoju   Amber.   Jakaś   dziewczyna   odzywa   się   zaspanym 

głosem:

- Halo?

- Halo - mówię. - Czy to Amber?
- Yhm. Tu Amber. Kto mówi?

- Nikt - odpowiadam. Chciałam tylko sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. -Śpij dalej.
-   Dobrze   -   odpowiada   Amber   półprzytomnie   i   odkłada   słuchawkę.   No   cóż,   Amber 

przynajmniej jeszcze żyje. Na razie.

background image

- No więc jak, ty i Jordan zejdziecie się ze sobą? - pyta Rachel. Wcale się nie dziwi, że 

dzwonię i budzę studentów beż żadnego powodu. Co w sumie wiele mówi o tym, w jakim 

dziwnym miejscu pracujemy i jak dziwna jest nasza praca. - Tworzycie naprawdę ładną parę.

Na szczęście nie muszę jej odpowiadać; bo moja komórka rozdzwania się dokładnie w 

tej samej chwili. Odbieram, zastanawiając się, czy w telefonie Amber nie wyświetlił się czasem 
mój numer i czy nie dzwoni teraz spytać, co ja sobie, do diabła, wyobrażam, zrywając ją ze snu 

o dziewiątej rano w powszedni dzień.

Ale to nie Amber. To Patty, która mówi:

- Dobra, to teraz zeznawaj.
- Ale co?

W   sumie   nie   czuję   się  zbyt   dobrze.   Kiedy   się   obudziłam   dziś   rano,   miałam   ochotę 

naciągnąć kołdrę z powrotem ha głowę i zostać w łóżku już na zawsze.

Jordan. Przespałam się z Jordanem. Dlaczego, na Boga, dlaczego?
- Jak to „ale co”? - mówi Patty. - Zdjęcie, jak się całujecie, jest na pierwszej stronie. No 

cóż,   nie   widać   zbyt   dobrze,   że   ta   kobieta   to   ty,   ale   to   na   pewno   nie   jest   Tania   Tracę.   I 
zdecydowanie to jest wejście do domu Coopera...

Wypowiadam   słowo,  po którym  Rachel   przybiega   ze  swojego gabinetu,  pytając,   czy 

wszystko w porządku.

- Wszystko gra - odpowiadam, zakrywając drżącą dłonią słuchawkę. -To nic ważnego.
A tymczasem Patty zawzięcie paple mi do ucha:

- Nagłówek mówi Ciemna strona Easy Street. Chyba chodzi im o to, że Jordan zdradza 

swoją   narzeczoną.   Ale   nie   martw   się,   mówią   tam   o   „niezidentyfikowanej   kobiecie”.   Boże, 

można by pomyśleć, że sobie powiążą jedno z .drugim. Ale to najwyraźniej amatorskie zdjęcie, 
a twoja głowa ginie w mroku. Ale i tak, kiedy Tania to zobaczy...

- Naprawdę wolałabym nie rozmawiać o tym w tej chwili - przerywam, czując, że robi 

mi się niedobrze.

- Nie chcesz? - Patty jest zdziwiona. - Czy nie możesz?
- Hm. To drugie?

- Rozumiem. Lunch?
- Okay.

- Jesteś taka popaprana - mówi Patty, ale jednocześnie chichocze. - Zajrzę po ciebie w 

południe. Dawno nie widziałam  Magdy. Nie mogę się doczekać, aż usłyszę, co ona będzie 

miała na ten temat do powiedzenia.

Ja też.

background image

Odkładam słuchawkę. Do gabinetu wchodzi Sarah, z mnóstwem niecierpliwych pytań 

o... No, o kogóż by innego? O Jordana. A ja chcę tylko zwinąć się w kłębek w jakimś kątku i 

popłakać. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego byłam taka słaba?

Ale skoro nie można sobie popłakać w pracy, żeby siedemdziesiąt osób nie przyleciało i 

nie zaczęło zagadywać: „Co się stało? Nie płacz. Wszystko będzie dobrze”, wyciągam kilka 
formularzy wniosku o refundację drobnych zjedzonych przez automat z napojami i zaczynam 

je wypełniać, pochylając się nad kalkulatorem i usiłując robić wrażenie osoby bardzo zajętej i 
superkompetentnej.

I przecież Rachel też ma sporo własnej roboty. Na początku tygodnia dowiedziała się, że 

nominowano ją do Stokrotki. Stokrotki to takie medale w kształcie kwiatka, które uniwersytet 

wręcza członkom personelu i administracji każdego semestru, jeśli zrobią coś wykraczającego 
poza ich zakres obowiązków służbowych. Na przykład Pete dostał Stokrotkę za wyłamanie 

drzwi do pokoju dziewczyny,  która  zabarykadowała  się, a potem odkręciła  gaz.  Naprawdę 
ocalił jej życie.

Magda   też   dostała   Stokrotkę,   bo   -   chociaż   dziwaczy   z   tym   nazywaniem   studentek 

gwiazdeczkami - dzieciaki, w większości, po prostują uwielbiają. Sprawia, że czują się jak w 

domu, zwłaszcza przed świętami, kiedy lekceważąc zarządzenia uczelniane, dekoruje swoją 
kasę Świętym Mikołajem, miniaturowym żłóbkiem, menorą i świecami.

Osobiście   uważam,   że   to   miłe,   że   Rachel   dostała   nominację.   Sporo   zrobiła,   odkąd 

zaczęła pracę w Fisher Hall, włącznie z uporaniem się z dwoma śmiertelnymi wypadkami w 

dwa   tygodnie.   Musiała   zawiadomić   dwie   rodziny,   że   ich   dzieci   nie   żyją,   spakować   dwa 
komplety   rzeczy   osobistych   (no   cóż,   dobra,   w   obu   przypadkach   to   ja   je   spakowałam)   i 

zorganizować dwa nabożeństwa żałobne. Tej kobiecie należy się medal w kształcie stokrotki.

Ze   względu   na   tę   swoją   nominację   do   Stokrotki   Rachel   automatycznie   zostaje 

zaproszona   na   Bal   Stokrotek,   galową   imprezę,   która   corocznie   odbywa   się   na   parterze 
uczelnianej biblioteki, i cały czas upiera się, że nie ma co na siebie włożyć. Twierdzi, że będzie 

musiała   skoczyć   w przerwie   na  lunch   do  Bloomingdale's  i   zobaczyć,   czy  nie  znajdzie  tam 
czegoś stosownego.

Oczywiście wiem, co to znaczy. Wróci z najpiękniejszą sukienką, jaką którakolwiek z 

nas kiedykolwiek widziała. Kiedy nosisz rozmiar S, możesz po prostu zajrzeć do dowolnego 

sklepu i znajdziesz setki totalnie zapierających dech w piersiach kreacji.

Kiedy  kończę  z  wnioskami  o refundację  drobnych,  oświadczam,   że zajrzę  do działu 

finansowego, żeby mi wydali gotówkę, a Rachel macha ręką na do widzenia, na szczęście nie 
wytykając mi, że przecież nie cierpię stać w kolejce do kasy (która była ulubionym miejscem 

background image

Justine) i zwykle wysyłam tam jakiegoś studenta.

Po drodze zaglądam do stołówki zobaczyć się z Magdą. Rzuca jedno spojrzenie na moją 

minę   i   informuje   szefa,   Geralda,   że   robi   sobie   dziesięć   minut   przerwy,   chociaż   Gerald 
protestuje: „Ale przecież miałaś przerwę pół godziny temu!”

Magda i ja wychodzimy do parku, siadamy na ławce i wywalam z siebie całą tę głupią 

historię z Jordanem.

Kiedy już się ze mnie naśmiała do woli, ociera oczy i mówi:
- Och,  moje biedactwo.  Ale czego się spodziewałaś?  Że będzie cię  błagał,  żebyś mu 

pozwoliła wrócić?

- No cóż - mówię. - Owszem.

- A zgodziłabyś się na to?
- No cóż... nie. Ale byłoby miło, gdyby poprosił.

- Posłuchaj, kotku, ty wiesz i ja wiem, że jesteś najlepszym, co go w życiu spotkało. Ale 

on? On tylko chce dziewczyny, która będzie tańczyła jak jej zagra. A to do ciebie nie pasuje. 

Więc pozwól mu zostać z tą panną Chudy Tyłek. A ty sobie zaczekaj na jakiegoś naprawdę 
miłego faceta. Nigdy nic nie wiadomo. Może być bliżej, niż ci się wydaje.

Wiem, że myśli o Cooperze.
- Mówiłam ci - odpowiadam żałośnie. - Nie jestem w jego typie. Będę musiała zrobić 

chyba ze cztery fakultety, zanim w ogóle będę mogła konkurować z jego ostatnią dziewczyną. 
Odkryła karłowate słońce czy coś podobnego, co potem nazwano jej imieniem.

Magda tylko wzrusza ramionami.
- A w takim razie co z tym Christopherem, o którym mi wspominałaś?

-   Christopherem   Allingtonem?   Magda,   ja   nie   mogę   się   z   nim   spotykać!   To 

przypuszczalny morderca!

Kiedy dzielę się swoimi podejrzeniami, Magda bardzo się ożywia.
- A nikt go nawet nie podejrzewa - woła - bo on jest synem rektora! To zupełnie jak w 

kinie. Super!

- Średnio super - mówię. - Bo czemu on miałby mordować niewinne dziewczyny? Jaki 

ma motyw?

Magda   zastanawia   się   nad   tym   przez   moment   i   wysnuwa   kilka   teorii   opartych   na 

obejrzanych  filmach,  na  przykład  taką,   że Chris  musi  mordować  ludzi  w ramach  jakiegoś 
rytuału   inicjacyjnego   przed   dopuszczeniem   do   tajnego   bractwa   studenckiego   na   wydziale 

prawa   albo   że   ma   podwójną   osobowość,   albo   że   ma   szalonego   brata   bliźniaka.   Potem 
stwierdza, że Chris Allington na pewno pokaże się na Balu Stokrotek, a więc jeśli naprawdę 

background image

chcę  się bawić  w  detektywa,   to powinnam zdobyć zaproszenie  i  poobserwować  go w jego 
naturalnym środowisku.

- Te zaproszenia kosztują jakieś dwieście dolarów- informuję ją. - Nie mogę sobie na to 

pozwolić.

- Nawet żeby złapać mordercę? - pyta Magda.
- To tylko podejrzany o morderstwo.

- Założę się, że Cooper mógłby załatwić dwa zaproszenia. - Wypadło mi z głowy, że 

dziadek   Coopera   zaliczał   się  do  głównych   dobroczyńców   Uniwersytetu   Nowojorskiego,   ale 

Magda nie zapomniała. Magda nigdy niczego nie zapomina. - Może byś poszła z nim?

Niewiele miałam ostatnio powodów do śmiechu, ale sama myśl o Cooperze, który wbija 

się w smoking, nieźle mnie rozśmieszyła. Wątpią, żeby w ogóle miał smoking.

A potem przestaję się śmiać z pomysłu poproszenia go, żeby poszedł ze mną na Bal 

Stokrotek. Bo on by się na to nigdy nie zgodził. Dopytywałby się, dlaczego tak bardzo chcę 
pójść, a potem zrobiłby mi wykład o tym, że wtykam nos w nie swoje sprawy.

Magda wzdycha, kiedy o tym słyszy.
- Okay - mówi z żalem. - Ale to by było zupełnie jak w kinie.

W finansowym przez cały czas starannie unikam myślenia o wczorajszym wieczorze - 

który   zdecydowanie   w   niczym   nie   przypominał   filmu.   Gdyby   było   jak   w   filmie,   Jordan 

pojawiłby się dzisiaj rano z bukietem róż i dwoma biletami do Vegas.

Nie, żebym, no, wiecie, rwała się do wyjazdu. Ale jak już mówiłam, miło byłoby, gdyby 

mnie poprosił.

Wracam przez park w stronę Fisher Hall, w myślach ćwicząc tekst: „Bardzo mi przykro, 

ale nie mogę wyjść za ciebie za mąż”, który decyduję się wygłosić Jordanowi w razie, gdyby 
jednak rzeczywiście pojawił się z kwiatami i biletami do Vegas, a tu nagle podnoszę oczy i 

widzę go przed sobą.

Nie, poważnie. Prawie wpadam na niego na chodniku przed akademikiem.

-   Och   -   mówię,   ochronnym   gestem   przyciskając   do   piersi   kopertę   wypełnioną 

jednodolarówkami, jakbym mogła go w ten sposób od siebie odgonić. - Cześć.

-   Heather   -   mówi   Jordan.  Stoi   obok   długiej,   czarnej   limuzyny   zaparkowanej, 

niezupełnie dyskretnie, przed wejściem do akademika. Najwyraźniej właśnie wraca ze swojego 

bankietu   prasowego.   Nie   dźwiga   wielkiego   bukietu   róż,   ale   na   szyi   nosi   liczne   platynowe 
łańcuszki i ma minę zbitego psa.

I tak go wcale nie żałuję. Mimo wszystko to ja jestem osobą, która ma podrapany tyłek. 

No, wiecie, o ten chodnik w holu.

background image

- Czekałem tu na ciebie - mówi Jordan. - Twoja szefowa powiedziała, że wrócisz w ciągu 

godziny, ale...

Ups. Jest wpół do dwunastej,  a ja wyszłam z biura o dziesiątej.  Rachel  pewnie nie 

przewidziała, że po drodze skręcę do parku na pogawędkę z Magdą.

- No cóż - mówię. - Wróciłam. - Oglądam go dokładnie, ale nadal nie widzę żadnych 

kwiatów. Co nie ma większego znaczenia, bo i tak zapomniałam swojej przećwiczonej mówki. - 

Co jest?

Nie pogodzisz-się z nim, mówię sama do siebie stanowczo. Nie pogodzisz się z nim. 

Nawet gdyby miał się wić i czołgać... No cóż, jeśli się zacznie wić i czołgać, to ewentualnie... 
Nie! Nawet wtedy nie! To nie ten brat, pamiętasz? To nie ten brat! Jordan rozgląda się wkoło, 

zmieszany.

- Słuchaj... Czy możemy iść gdzieś, porozmawiać?

- Możemy rozmawiać tutaj - mówię. Bo wiem, że jeśli gdzieś z nim pójdę, mogę zrobić 

coś, czego potem będę żałowała.

Mogę zrobić? Ja już to zrobiłam.
- Czułbym się lepiej - nalega - gdybyśmy porozmawiali w limuzynie.

- A ja bym się czuła lepiej - odpowiadam (trzymaj się, trzymaj się) - gdybyś po prostu 

powiedział mi wreszcie to, co masz mi do powiedzenia.

Jordana  dziwi   stanowczość  mojego tonu.  Mnie  też  ona dziwi.  To  wtedy  dociera  do 

mnie, że on pewnie sobie wyobraża, że ja sobie wyobrażam, że my się schodzimy. Ekhem? I 

zanim zdążę się obejrzeć, on wywala wszystko, co mu leży na wątrobie.

- Tylko wiesz... ja... Ja naprawdę czuję się teraz zagubiony, Heather-mówi. - Bo ty jesteś 

taka... No cóż, jesteś po prostu świetna. Ale Tania... Przedyskutowałem to z tatą i ja w tej 
chwili po prostu nie mogę zerwać z Tanią. Nie teraz, kiedy wychodzi nowy album. Tata mówi...

- Co? - Nie mogę uwierzyć własnym uszom. To znaczy wierzę własnym uszom. Mnie się 

tylko w głowie nie mieści, że on to naprawdę mówi.

- Poważnie, Heather. Naprawdę wkurzyło go to zdjęcie w „Post”...
- Ty chyba nie myślisz, że ja...

- Nie, nie, oczywiście, że nie. Ale to naprawdę kiepsko wyszło, Heather. Tania w tej 

chwili ma w naszej wytwórni bestsellerowy album i mój tata mówi, że gdybym miał od niej 

odejść, to naprawdę zaszkodziłoby to mojej nowej płycie...

- Okay - odpowiadam. Chyba już dłużej nie zniosę wysłuchiwania takich  rzeczy. To 

jednak w niczym nie przypomina tekstów, które spodziewałam się usłyszeć. No, tych, na które 
odpowiedź ćwiczyłam. - Nie ma sprawy. Naprawdę, Jordan. Spoko.

background image

A co najdziwniejsze, w tej chwili rzeczywiście nie ma sprawy. Całe to jego tłumaczenie 

się, że nie może do mnie wrócić, bo jego tacie to się nie spodoba, kompletnie dławi wszelkie 

romantyczne uczucia, jakie jeszcze mogłam do niego żywić.

Nie mówię, żebym tego typu uczucia miała. Już nie.

Jordanowi   tak   jakoś   szczęka   opada   ze   zdziwienia.   Najwyraźniej   oczekiwał   łez.   I   w 

pewnym sensie, owszem, chce mi się płakać. Ale nie przez Jordana.

Niestety, nie będę mu niczego tłumaczyć, to bez sensu. Facet ma i tak dość swoich 

problemów.   Sarah   pewnie   zacierałaby   ręce   z   radości,   mogąc   zdiagnozować   wszystkie   jego 

głęboko zakorzenione neurotyczne lęki...

Jordan odpowiada na mój uśmiech uśmiechem pełnym niemal dziecinnej ulgi, i mówi:

- Och. Okay. Jesteś bardzo... Bardzo miła, Heather.
A co najdziwniejsze, w tym momencie jestem w stanie myśleć wyłącznie o Cooperze. O 

tym, jakie to smutne, że ja uważam go za takiego seksownego faceta, a on ledwie dostrzega 
moje istnienie.;. Pomijając, rozumiecie, fakt, że sterta paragonów na jego biurku powoli, ale 

stale się zmniejsza.

Zaczynam się również modlić, żeby Cooper, gdziekolwiek jest, nie sięgnął dziś rano 

przypadkiem po „Post”. Bo ostatnia rzecz, na jaką mam ochotę, to żeby dowiedział się, że ja się 
obściskiwałam - i dzięki Bogu, że to była cała dokumentacja fotograficzna, jaką zdobyła prasa - 

z jego bratem na frontowych schodach przed jego domem.

Nie jestem pewna, ale może dlatego że pracowałam w Fisher Hall tak długo, przy okazji 

wyrobiłam sobie jakiś szósty zmysł. Bo dokładnie w tej chwili zaczynam coś przeczuwać. A 
potem nagły szum powietrza, cień dostrzeżony kącikiem oka, błyskawicznie puszczam dłoń 

Jordana i nie bardzo rozumiejąc, co się dzieje, wrzeszczę:

- Uważaj!

A potem, kiedy wciąż jeszcze nie chwytam, co się dzieje, rozlega się to okropne głuche 

uderzenie i głośny trzask. A jeszcze potem w powietrzu lata ziemia i jakieś ostre odłamki.

Kiedy opuszczam ramiona, którymi objęłam się za głowę, z przerażeniem zauważam 

Jordana, rozciągniętego na chodniku obok limuzyny. Z wielkiego rozcięcia na skroni wypływa 

krew, silnym, pulsującym strumieniem, tworząc zupę z warstw ziemi, fragmentów pelargonii i 
kawałków betonu.

Na sekundę czy dwie paraliżuje mnie szok.
A potem klękam u boku Jordana.

-   O   mój   Boże!   -   Jakaś   dziewczyna,   która   parę   metrów   dalej   czekała   na   taksówkę, 

podbiega do nas. - O mój Boże, ja to wszystko widziałam! To była roślina! Doniczkowa roślina! 

background image

Zleciała z samej góry, z tego apartamentu na górze!

- Wejdź do środka - mówię do niej spokojnym głosem, który w ogóle nie przypomina 

mojego zwykłego głosu - i powiedz pracownikowi ochrony, żeby zadzwonił po karetkę i policję, 
A potem poproś dyżurnego z recepcji o zestaw pierwszej pomocy.

Dziewczyna   robi,   co   jej   poleciłam,   chwiejnie   drobiąc   na   wysokich   obcasach.   Jest 

wystrojona jak na rozmowę o pracę i chyba nie zdaje sobie sprawy, że bardzo, ale to bardzo się 

na nią spóźni.

Co   ten   instruktor   mówił   o   resuscytacji   krążeniowo-oddechowej?   (Przed   objęciem 

stanowiska w akademiku miałam szkolenie BHP).

Aha, tak. Skup się. Popatrz. I posłuchaj.

Skupiam się i z ulgą zauważam, że klatka piersiowa Jordana unosi się i opada. A więc 

on nadal oddycha. Na szyi wyczuwam tętno, wyraźne i mocne. Jest nieprzytomny, ale nie 

umiera - przynajmniej na razie. Donica ześliznęła się bokiem, po skroni, za ucho, a potem 
huknęła go mocno w ramię. Ma kompletnie podartą koszulę.

A z otwartej rany na głowie nadal płynie krew. Rozważam zdarcie z siebie własnego T-

shirta   i   wykorzystania   go   jako   bandaża   -   to   by   mi   chyba   nie   przysporzyło   szczególnej 

popularności wśród facetów z kółka szachowego - kiedy z limuzyny wysiada kierowca, a w tej 
samej chwili przez frontowe drzwi domu studenckiego wypada Pete.

- Trzymaj, Heather. - Wciska mi w ręce zestaw pierwszej pomocy zabrany zza kontuaru 

recepcji. - Zadzwoniłem już po karetkę.

-   On   nie   żyje?   -   pyta   nerwowo   kierowca   limuzyny,   trzymając   komórkę   przy   uchu. 

Niewątpliwie rozmawia z tatą Jordana.

Przekazuję Pete'owi swoją kopertę z finansowego, a potem grzebię w zestawie pierwszej 

pomocy i znajduję zrolowany bandaż. Przyciskam go do rany. Niemal natychmiast przesiąka 

ciemną czerwienią.

- Znajdź mi jakiś ręcznik czy coś - mówię do Pete'a, nadal tym dziwnym, spokojnym 

głosem, który zupełnie nie brzmi jak mój. Może to mój przyszły głos. Wiecie, ten, którym będę 
mówiła podczas praktyki medycznej, kiedy już zrobię dyplom. - W składziku leżą ręczniki po 

letniej konferencji na temat kwaterowania studentów.

Pete puszcza  się biegiem. Zaczynają  się gromadzić ludzie, mieszkańcy  Fisher Hall  i 

faceci z kółka szachowego z parku. Wszyscy ochoczo udzielają porad lekarskich.

- Podnieś mu głowę - poucza mnie jeden z dilerów narkotyków.

- Nie, unieś mu nogi - mówi ktoś inny. - Jeśli twarz jest czerwona, to unieś głowę. Jeśli 

jest blada, to unieś nogi.

background image

- On ma czerwoną gębę, facet.
- To tylko od tej całej krwi.

- Hej, czy to nie jest Jordan Cartwright?
Pete wraca z kilkoma czystymi, białymi ręcznikami. Pierwszy robi się czerwony mniej 

więcej   po   minucie.   Drugi   chyba   podziałał.   Krew   przestaje   tryskać   w   takim   alarmującym 
tempie.

- Jak to się stało? - pytają wszyscy.
Jakiś człowiek z kółka szachowego służy informacją:

- Ja widziałem. Miała pani dużo szczęścia. Ta donica leciała prosto na panią. Gdyby 

pani nie odskoczyła na bok...

Policjanci   pojawiają   się   jeszcze   przed   karetką,   jednym   okiem   zerkają,   co   robię,   i 

najwyraźniej  pochwalają  moje działania,  bo zaczynają  rozganiać tłum,  mówiąc  gapiom,  że 

pokaz już się skończył.

Wołam gorączkowo:

- Weźcie zeznania od świadków! Ta donica nie spadła ot tak! Ktoś ją musiał zepchnąć!
Wszyscy gromadzą się wokół policjantów, każdy chce opowiedzieć swoją historię. Mniej 

więcej właśnie wtedy z budynku wypada Rachel, stukając wysokimi obcasami.

- Och, Heather! - woła, omijając kawałki betonu, grudy ziemi i łodygi pelargonii. - Och, 

Heather! Właśnie się dowiedziałam. Czy on... Czy on zaraz...?

- Na razie oddycha - mówię. Wciąż przyciskam ręcznik do rany, która na szczęście już 

nie krwawi. - Gdzie ta karetka?

Karetka podjeżdża właśnie w tym momencie, ekipa wyskakuje ze środka i, szczęśliwie, 

przejmuje   dowodzenie.   Z   niewymowną   ulgą   ustępuję   im   miejsca.   Rachel   obejmuje   mnie 
ramieniem,   kiedy   patrzymy,   jak   sanitariusze   sprawdzają,   czy   Jordan   daje   oznaki   życia. 

Tymczasem jeden z policjantów wchodzi do budynku, a drugi podnosi z ziemi co większe 
kawały betonu i spogląda na mnie.

- Kto tu dowodzi? - pyta. Rachel odpowiada:
- Chyba ja.

- Ma pani pojęcie, skąd to mogło spaść? - pyta policjant, podnosząc odłamek donicy.
- No cóż, wygląda na jedną z takich betonowych donic z tarasu Allingtonów - mówi 

Rachel. Obraca się i wskazuje w górę. Mruży oczy i spogląda na mnie. - Nie mam pojęcia, jak 
to się mogło stać. Może wiatr?

Wprawdzie trzęsę się z zimna, ale nie z powodu wiatru. Dzień jest bardzo ciepły jak na 

jesień.

background image

Magda, która do nas dołączyła, zgadza się chyba ze mną.
- Dzisiaj nie ma wiatru - mówi. - W New York One powiedzieli, że cały dzień będzie 

ładna pogoda.

- Żadnej z tych donic nigdy wcześniej nie zwiało — zauważa Pete. - A pracuję tu od 

dwudziestu lat.

- No cóż, chyba nie sugerujesz, że ktoś ją zepchnął - mówi Rachel z przerażoną miną. - 

Studenci nie mają dostępu do tarasu...

- Studenci. - Policjant patrzy na nas i mruży oczy. - To jakiś akademik?

- Dom studencki - Rachel i ja poprawiamy automatycznie, jednym głosem.
Sanitariusze   układają   Jordana   na   noszach,   a   potem   wsuwają   je   do   karetki.   Kiedy 

zamykają drzwi, spoglądam na Rachel.

- Powinnam z nim pojechać - mówię.

- Oczywiście, że powinnaś - mówi łagodnie i lekko mnie popycha. - Jedź. Ja się zajmę 

tutaj wszystkim. Zadzwoń do mnie i daj mi znać, co z nim.

Obiecuję, że tak, i biegnę za sanitariuszami, pytając, czy mogę się z nimi zabrać do 

szpitala. Zachowują się wobec mnie bardzo fajnie i pozwalają mi usiąść z przodu.

Mogę jednak  zajrzeć przez  to  wewnętrzne  okienko i zobaczyć,  co sanitariusz  robi  z 

Jordanem.   Właśnie   go   pyta,   jaki   mamy   dzień   tygodnia.   Najwyraźniej   Jordan   odzyskuje 

przytomność. Nie wie jednak, jaki mamy dzień tygodnia, i tylko jęczy w odpowiedzi, jak ktoś, 
kto chciałby wracać do snu.

Chcę podpowiedzieć, żeby go spytali, z kim jest zaręczony, ale zmieniam zdanie, bo to 

by było za bardzo wredne.

Kiedy odjeżdżamy spod akademika, zauważam, że Rachel, Sarah, Pete i Magda stoją 

razem na chodniku i patrzą za nami z troską.

To wtedy dociera do mnie, z czymś w rodzaju ukłucia, że okay, tak, może nie mam 

chłopaka.

Ale za to mam rodzinę.
Może nieco dziwaczną.

Ale ją mam.

background image

18

W   ciągu   prawie   czterech   miesięcy,   które   przepracowałam   na   Uniwersytecie 

Nowojorskim,   odwiedziłam   chyba   wszystkie   ostre   dyżury   na   Manhattanie   z   rozmaitymi 
chorymi albo zranionymi studentami. St. Vincent's raczej nie należy do moich ulubionych 

szpitali. W poczekalni jest telewizor, owszem, ale zawsze przełączają go na telenowele, a w 
automacie ze słodyczami regularnie brakuje batonów Butterflnger.

Poza   tym   mnóstwo   ćpunów   przychodzi   tu   wmawiać   dyżurnym   pielęgniarkom,   że 

naprawdę   potrzebują   morfiny   na   swoje   tajemnicze   bóle   w   stopach.   Przez   parę   chwil 

obserwowanie  ich może bawić,  ale kiedy pojawiają  się symptomy odstawienia, narkomani 
robią   się   agresywni,   a   wtedy   strażnik   ochrony   musi   ich   wyrzucać,   a   oni   walą   w   okna   i 

generalnie bardzo utrudniają człowiekowi skoncentrowanie się na magazynie „Jane” czy co 
tam akurat mam pod ręką do czytania.

Chociaż   poczekalnia   w   St.   Vincent's   jest   beznadziejna,   personel   medyczny   mają 

świetny.   Zadają   mi   na   temat   Jordana   przeróżne   pytania,   na   które   nawet   nie   umiem 

odpowiedzieć. Ale kiedy tylko podaję jego pełne nazwisko, błyskawicznie odwożą go na salę 
zabiegową, omijając całą kolejkę pacjentów, no bo wiecie, nawet lekarze słyszeli kiedyś o Easy 

Street.

Odwiedzających wpuszcza się na oddział pozabiegowy tylko na pierwszych pięć minut 

każdej   godziny   zegarowej,   więc   wyrzucają   mnie   do   poczekalni.   Ale   wypełniam   sobie   czas 
rozsądnie, dzwoniąc do taty Jordana, żeby mu przekazać szczegóły wypadku.

Pan Cartwright jest zrozumiale wytrącony z równowagi informacją, że jego ulubiony 

wykonawca solowy - och i przy okazji syn - został znokautowany donicą z pelargonią, więc nie 

biorę tego osobiście, kiedy rozmawia ze mną przez telefon bardzo szorstko. Nasza ostatnia 
rozmowa też nie potoczyła się zupełnie gładko - ta, w której mi powiedział, że każe Jordanowi 

rzucić Tanie i „w try miga mi go przyśle”, jeśli tylko przestanę żądać, żeby na następnym 
albumie znalazły się moje własne utwory.

Pan Cartwright to jednak drań. Być może dlatego Cooper nie rozmawiał z nim prawie 

od roku.

Kiedy   kończę   rozmowę   z   ojcem   Jordana   i   Coopera,   nie   wiem,   do   kogo   jeszcze 

mogłabym zadzwonić. Chyba powinnam zawiadomić Coopera, że jego brat został ranny.

Ale Cooper na pewno mnie zapyta,  co tak  w ogóle robił  Jordan pod Fisher Hall.  I 

prawdę mówiąc, ja nie jestem najlepszym kłamcą na świecie. Mam po prostu wrażenie, że 

Cooper z miejsca przejrzy moje próby mydlenia mu oczu. Więc siadam na plastikowym krześle 

background image

w kącie poczekalni i zamiast jeszcze gdzieś dzwonić, zabawiam się obserwowaniem pacjentów. 
To zupełnie jak Szok na ostrym dyżurze na Learning Channel, tylko na żywo. Widzę jowial-

nego   pijaczka   z   zakrwawioną   ręką,   zatroskaną   matkę   z   niemowlakiem,   którego   oblała 
cappuccino,   dzieciaka   w   szkolnym   mundurku   z   wielką   szramą   na   brodzie,   którego 

przyprowadza zakonnica, robotnika budowlanego ze złamaną nogą i kilka kobiet latynoskiego 
pochodzenia,   które   nie   mają   żadnych   ewidentnych   objawów   chorobowych,   ale   za   to 

rozmawiają bardzo głośno, póki nie nakrzyczy na nie dyżurna pielęgniarka.

Siedzę przez jakieś dwadzieścia minut, a potem strażnik ochrony informuje, że wszyscy 

oczekujący mają teraz pięć minut na odwiedzenie swoich bliskich na oddziale pozabiegowym. 
Drepczę więc potulnie za zakonnicą, zatroskaną mamą i latynoskimi damami przez podwójne 

drzwi, a potem szukam Jordana.

Znów jest nieprzytomny, a przynajmniej ma zamknięte oczy. Białe bandaże na jego 

głowie   kontrastują   wyjątkowo   ostro   z   ciemną   opalenizną   (jego  rodzice   mają   naprawdę 
przyjemną letnią willę w Hamptons. W basenie jest nawet wodospad i wszystko). Jego łóżko 

na kółkach ustawiono w dość zacisznym, odległym kącie oddziału, a kiedy pytam, pielęgniarka 
mówi   mi,  że  szykują   dla  niego  miejsce  na   oddziale  na   górze.  Na   razie   czekają  jeszcze  na 

wywołanie rentgena, ale prawdopodobnie doznał wstrząsu mózgu.

Chyba muszę mieć bardzo zmartwioną minę, bo pielęgniarka uśmiecha się, kładzie dłoń 

na moim ramieniu i mówi:

- Proszę się nie przejmować. Jestem pewna, że w mig znów będzie skakał po scenie.

Mimo zapewnień pielęgniarki nie mogę się przemóc i zostawić go tam swojemu losowi. 

W głowie mi się nie mieści, że nikt z jego rodziny jeszcze się nie pojawił! Więc kiedy moje pięć 

minut   stania   i   gapienia   się   na   Jordana   dobiega   końca,   wracam   na   krzesło   w   poczekalni. 
Decyduję, że zostanę tam, póki go nie przeniosą na górę albo dopóki nie przyjdzie tu ktoś z 

krewnych. Po prostu pokręcę się tu, zanim nie przyjadą. A wtedy...

A wtedy sama nie wiem, co zrobię. Jestem przekonana - na sto procent przekonana, 

bardziej   pewna,   niż   kiedykolwiek   byłam   pewna   czegoś,   co   w   sumie   nie   znaczy   wiele,   ale 
nieważne - że ktoś dopiero co usiłował mnie zabić.

Prawda?   No,  co   powiedział  tamten   facet   z  kółka   szachowego?   „Dobrze,   że  się   pani 

odsunęła, bo to leciało prosto na panią”.

A   tym   kimś,   kto   zepchnął   donicę   z   kwiatkiem,   mógł   być   wyłącznie   Christopher 

Allington. Kto inny miałby dostęp do tarasu jego rodziców? Kto inny miał powód, żeby zrzucać 

mi na głowę doniczki z pelargoniami? To nie było planowane morderstwo - niemożliwe. Skąd 
miałby wiedzieć, że akurat wtedy będę wracała z powrotem do budynku?

background image

Nie,   musiał   po   prostu   spojrzeć   na   dół,   stwierdzić,   że   przeznaczenie   działa   na   jego 

korzyść, i strącić donicę. Gdybym się nie odsunęła, uderzyłaby we mnie, a nie w Jordana. I 

pewnie by mnie zabiła. W przeciwieństwie do mojego byłego narzeczonego nie mam takiej 
znów twardej głowy.

Dlaczego jednak Chris chce zabić właśnie mnie? Tylko dlatego że podejrzewam go o 

morderstwo?   Podejrzewanie   kogoś   o   morderstwo,   a   posiadanie   dowodów   na   to,   że   ktoś 

mordercą jest, to dwie zupełnie różne sprawy. Jaki niby dowód mogłabym posiadać, zdaniem 
Chrisa? Oczywiście, poza prezerwatywą, która dowodzi tylko, że bywa napalony, ale nie, że jest 

mordercą. Nie mam na niego nic. Nie mam nawet dowodu na to, że faktycznie popełniono 
jakieś zbrodnie.

No więc czemu usiłuje mnie zlikwidować? Czy nie naraża się na jeszcze większe ryzyko, 

usiłując mnie zabić, zamiast się na jakiś czas przyczaić? Zwłaszcza że w sprawie Elizabeth i 

Roberty nikt nie podejrzewa morderstwa...

W każdym razie nikt poza mną.

Głęboki   znajomy   głos   przerywa   moje   medytacje.   Odrywam   wzrok   od   chrapiącego 

ćpuna, na którego się bezwiednie gapiłam, i podnoszę oczy na spokojną, uśmiechniętą twarz 

Coopera.

...i nagle robi mi się słabo.

- Heather - mówi z przyjazną nonszalancją, siadając na plastikowym krześle obok mnie.
- Hm. - Tylko tyle przychodzi mi na myśl. Bystre, co? Po głębokiej wewnętrznej walce 

dodaję do tego jeszcze: - Cześć.

Cooper obrzuca  łagodnie zaciekawionym spojrzeniem chrapiącego  ćpuna. W swoich 

wytartych,  dopasowanych  dżinsach i czarnej  skórzanej  kurtce wygląda  tak,  że miałoby się 
ochotę go zjeść. Nawet apetyczniej niż roladki Ho Hos. To znaczy Cooper. Nie ćpun.

- A więc? - mówi tym samym tonem lekkiej pogawędki. - Co tam u ciebie słychać?
Najpierw robi mi się zupełnie zimno, a potem bardzo gorąco. To totalnie nie fair, żeby 

ten facet miał na mnie taki wpływ. A przecież nawet nigdy nie zaprosił mnie na randkę! Okay, 
zaproponował, żebym się do niego wprowadziła, ale hej! Zrobił to z litości. I mieszkam na 

zupełnie osobnym piętrze. Z zupełnie osobnymi zamkami w drzwiach. Których nigdy w sumie 
nie zamykam, ale czy on sobie kiedykolwiek zadał trud, żeby to sprawdzić? Nie!

- Nic specjalnego - mówię i mam nadzieję, że nie zauważy, jak mocno mi bije serce pod 

T-shirtem. - Czy dzwonił do ciebie... Hm... tata?

- Nie - mówi Cooper. - Twoja przyjaciółka Patty. Kiedy przyszła do ciebie do biura, 

zabrać cię na lunch, Magda powiedziała jej, co się stało. Patty była z dzieckiem, gdyby nie to, 

background image

sama by tu przyjechała.

- Och - mówię. Na śmierć zapomniałam, że byłam umówiona z Patty. Zerkając na zegar 

wiszący w poczekalni, widzę, że jest już po drugiej. -No cóż.

- Ale nie była w stanie wyjaśnić mi - mówi Cooper - co się tak właściwie stało.

I to wtedy wszystko się ze mnie wylewa.
Wcale tego nie chcę. Wcale nie tak miało być. Ale po prostu... No cóż, chyba dlatego 

właśnie Cooper jest takim dobrym detektywem. W jego głębokim głosie kryje się coś takiego, 
że człowiek z miejsca ujawnia wszystko, co wie...

No   cóż,   może   nie   wszystko.   Udało   mi   się   nie   wygadać   ani   słowa   na   temat   tego 

wszystkiego, co robiliśmy z Jordanem na chodniku w holu domu Coopera. Nikt nie wydrze ze 

mnie tej informacji.

Ach, no i tego, że chciałabym, no, wiecie, zerwać z Coopera ubranie zębami.

Ale cała reszta wylewa się ze mnie obfitą falą, zupełnie jak gorąca czekolada w stołówce 

akademika, kiedy czasem Magda wsypuje do pojemnika miks, ale nikt go jeszcze dobrze nie 

zamieszał...

Opowiadam   mu,   zaczynając   od   konkursu   śpiewania   z   playbacku   poprzedniego 

wieczoru, kiedy po raz pierwszy zaczęłam podejrzewać, że to Christopher Allington był zabójcą 
Elizabeth i Roberty, a kończąc na pelargonii, która spadła na Jordana. Pomijam ten fragment, 

w którym jego brat i ja utworzyliśmy bestię o dwóch głowach na podłodze holu jego domu.

Kiedyś udało mi się podsłuchać Coopera w akcji, kiedy rozmawiał ze swoimi klientami. 

Pralko-suszarka stoi na tym samym piętrze co jego gabinet, tuż przy kuchni, a ja prałam tam 
właśnie swoją obciskającą bieliznę (której używam wyłącznie na specjalne okazje, na przykład 

seminaria dla pracowników albo warsztaty podnoszenia świadomości wielokulturowej), kiedy 
spotkał się z ludźmi, którzy go zatrudnili. Mówi do nich tym totalnie spokojnym, opanowanym 

tonem...

..   .kompletnie   innym   głosem,   jak   się   okazuje,   niż   ten,   którym   posługuje   się   wobec 

niepłacącej klienteli.

- Heather, czyś ty oszalała? - Ma naprawdę wściekłą minę. Mówi, jakby był naprawdę 

wściekły. - Poszłaś porozmawiać z tym facetem?

Miło byłoby myśleć, że jest taki zły, bo wiedząc, że otarłam się o śmierć, nareszcie sobie 

uświadomił, jak się przedstawiają jego prawdziwe uczucia względem mojej osoby.

Ale   chyba   osiągnęłam   tylko   to,   że   jeszcze   umocnił   się   w   podejrzeniach,   że   jestem 

kompletną i totalną wariatką.

- Dlaczego się na mnie drzesz? - pytam ostro. - To ja tu padłam ofiarą!

background image

- Nie, nieprawda. To Jordan padł ofiarą. A gdybyś mnie tylko posłuchała...
-   Ale   gdybym   cię   słuchała,   nie   dowiedziałabym   się,   że   to   Chris   Allington   jest 

niebezpiecznym psychopatą, którego szukaliśmy!

- Teoria, na którą nadal nie masz żadnego dowodu. - Cooper kręci głową. Ma takie 

ciemne,   gęste   Włosy,   które   za   rzadko   obcina   i   które   nadają   mu   wygląd   zdecydowanego 
nonkonformisty. - Tę donicę mógł strącić każdy. Skąd wiesz, że ogrodnik Allingtonów nie 

podlewał roślin i jej przypadkiem nie zrzucił?

- Dokładnie na mnie? Czy to nie jest dziwny zbieg okoliczności? Biorąc pod uwagę, że 

zaledwie poprzedniego wieczoru zadawałam sporo pytań Chrisowi Allingtonowi?

Przysięgam, że widzę, jak w tym momencie Cooperowi drgnęły kąciki warg.

-   Nie   gniewaj   się,   Heather,   ale   wątpię,   żeby   twoje   umiejętności   śledcze   miały 

wprowadzić Chrisa Allingtona w morderczy szał.

Okay, może i nie jestem żadną panną Marple. Ale nie musi tego aż tak podkreślać.
- Mówię ci, on mnie usiłował zabić. Czemu nie chcesz mi uwierzyć? -prawie krzyczę. - 

Czy ty nie widzisz, że ja już nie jestem głupia, małą, nastoletnią piosenkareczką i że mogę 
faktycznie wiedzieć, co mówię?

Jeszcze   nie   skończyłam,   a   już   żałuję,   że   to   powiedziałam.   Co   ja   wyrabiam?   Co   ja 

wyrabiam?   To   jest  facet,   który,   nawet   przeze   mnie   nieproszony,   zaoferował   mi   dach   nad 

głową, kiedy nie miałam gdzie się podziać... No cóż, pomijając gościnny pokój na strychu Patty 
i Franka.

Czy mogłabym być jeszcze bardziej niewdzięczna?
- Przepraszam - mówię, czując, jak zasycha mi w ustach z przerażenia. -Nie chciałam 

tego   powiedzieć.   Nie   wiem,   skąd   mi   się   to   wzięło.   Ja   po   prostu...   Jestem   chyba   trochę 
zdenerwowana. No, wiesz. To ten stres.

Cooper spogląda na mnie z kompletnie nieodgadniona miną.
- Wcale cię nie uważam za głupią, małą, nastoletnią piosenkareczkę. -Tylko tyle mówi, a 

w jego głosie pobrzmiewa lekkie zdziwienie.

- Wiem - mówię szybko. O Boże, czemu ja nigdy nie umiem trzymać języka za zębami? 

No czemu?

- Ja po prostu czasem martwię się o ciebie - ciągnie Cooper, zanim zdążyłam jeszcze coś 

dodać. - Wplątujesz się w różne historie... Ten cały numer z moim bratem...

Jaki cały numer? Czy on chce powiedzieć... mój związek z jego bratem? Czy chodzi mu 

może o wczorajszy wieczór? Och, proszę, niech się okaże, że nie czytał „Post”...

- I przecież nie masz nikogo bliskiego. - Znów kręci głową. - Ani rodziny, ani nikogo, kto 

background image

by się tobą zajął...

- Ty też nie masz - przypominam mu.

- To co innego - mówi.
- A to niby czemu? - mówię. - Bo jestem od ciebie młodsza? - Ale co to jest siedem lat, 

tak na dobrą sprawę? Książę Karol był starszy od lady Diany o dwanaście lat... No cóż, im w 
sumie nie wyszło, ale kto powiedział, że musimy powtarzać ich błędy? To znaczy gdybyśmy 

mieli kiedyś z Cooperem zostać parą. Żadne z nas nie przepada przecież za grą w polo.

- Poza tym - mówię, przypominając sobie, co widziałam przez szybę karetki - ja mam 

rodzinę. W pewnym sensie. Jest przecież Rachel i Magda, i Pete, i Patty, i ty...

Tego ostatniego nie chciałam powiedzieć. Ale wyrwało mi się i zawisło w powietrzu 

między nami. Ty. Ty jesteś częścią mojej rodziny, Cooperze. Mojej zastępczej rodziny, teraz, 
kiedy wszyscy moi prawdziwi krewni siedzą w więzieniu albo zwiali z kraju. Gratulacje!

Cooper   tylko   patrzy   na   mnie   jak   na   wariatkę   (co   za   niespodzianka).   Więc   dodaję 

głupkowato:

- I Lucy też.
Cooper powoli wypuszcza powietrze z płuc.

- Jeśli naprawdę poważnie sądzisz, że to się nie stało przypadkowo - mówi na koniec, 

ostentacyjnie ignorując moją mówkę na temat: „Jesteśmy jedną wielką rodziną” (nie myślcie, 

że   nie   zwróciłam   na   to   uwagi)   -   i   naprawdę   uważasz,   że   ktoś   cię   usiłuje   zabić,   to   moim 
zdaniem powinnaś zawiadomić policję.

- Próbowałam - przypominam mu. - Zapomniałeś?
- Nie. Ale tym razem ja pójdę z tobą i mam zamiar się upewnić, że... Jego głos cichnie, 

kiedy   do   poczekalni   wpada   drobna   atrakcyjna   brunetka  i   pędzi  w  stronę   recepcji,   bardzo 
zdyszana i ubrana w skórzaną minispódniczkę, z lewą dłonią mocno obciążoną zaręczynowym 

pierścionkiem z brylantem.

Dobra, i co z tego, że nie widzę pierścionka z mojego miejsca? I tak wiem, kim ona jest. 

Widziałam,  jak trzymała  w ustach  same wiecie  co mojego byłego narzeczonego.  Jej obraz 
wyrył się raz na zawsze na siatkówce moich oczu.

- Przepraszam - mówi cicho do recepcjonistki o kamiennej twarzy. - Ale jak rozumiem, 

jest tu mój narzeczony. Jordan Cartwright. Kiedy mogę go zobaczyć?

Tania Tracę, kobieta, która zajęła moje miejsce w sercu i mieszkaniu Jordana - nie 

wspominając już o mojej pozycji na listach przebojów.

- Zabawne - zauważa Cooper. - Wygląda, jakby całkiem nieźle znosiła ten wstrząs.
Zerkam na niego z zaciekawieniem, a potem przypominam sobie, że on nawiązuje do 

background image

czegoś, co mu powiedziałam jakiś czas temu, zaraz po tym, jak się do niego wprowadziłam.

-   Och,   jasne   -   mówię.   -   Bo   jest   naćpana   lekami   przeciwbólowymi.   Ale   rozumiesz, 

Cooper, nie możesz zaliczyć tylu operacji plastycznych i spodziewać się, że będziesz wiódł życie 
pozbawione bólu. Przecież oni ją praktycznie poskładali od podstaw. W rzeczywistości nosi 

3XL.

- Jasne - mówi Cooper. - Wygląda na to, że mój brat znalazł się wreszcie w dobrych 

rękach. To co, idziemy?

Idziemy.

I najwyższa pora, moim zdaniem.

background image

19

Pierwszą osobą na Szóstym Komisariacie, której relacjonują swoją historią, jest ładna 

kobieta   o   nieco   zmęczonej   twarzy,   siedząca   przy   biurku   recepcji.   Ma   długie   czarne   włosy 
upięte w kok, który jak rozumiem, stanowi regulaminową fryzurą policjantek.

Notują sobie w myślach, że mam nie studiować kryminalistyki.
Kobieta kieruje nas do takiego pyzatego facecika siedzącego za biurkiem. Powtarzam 

mu   swoją   historię.   Jak   recepcjonistka,   minę   ma   znudzoną...   dopóki   nie   dochodzę   do 
fragmentu o Jordanie. Wszyscy się ożywiają na wzmiankę o Easy Street.

Pyzaty  facecik  każe nam poczekać parę minut, a potem zostajemy wprowadzeni  do 

czyjegoś bardzo czystego gabinetu. Siedzimy przed bardzo schludnym biurkiem przez jakąś 

minutę czy dwie, zanim do środka wchodzi właściciel gabinetu, a ja widzę, że to nie kto inny, 
tylko żujący cygara detektyw Canavan.

- To pan! - Prawie krzyczę na jego widok.
- To pani! - On prawie krzyczy w odpowiedzi. Trzyma styropianowy kubek z kawą i, 

jakżeby inaczej, pączka. Na pierwszy rzut oka krispy kreme z lukrem. Szczęściarz jeden.

- Czemu tym razem zawdzięczam tę przyjemność, panno Wells? - pyta. -Zaraz, proszę 

nic nie mówić. Nie chodzi przypadkiem o to, że ktoś chciał ukatrupić członka Backstreet Boys, 
co?

-   Członka   Easy   Street   -  poprawiam   go.   -  I  owszem,   właśnie  o   to  chodzi.   Detektyw 

Canavan siada  za swoim biurkiem, wyjmuje z ust niezapalone  cygaro, odrywa  kawałeczek 

pączka i macza go w kawie. Potem wkłada nasiąknięty kawą kęs pączka do ust, żuje go, połyka 
i mówi:

- Ależ proszę mnie oświecić, nalegam.
Zerkam   na   Coopera,   który   trwał   milcząco   u   mojego   boku   już   dwa   razy,   kiedy 

recytowałam swoją opowieść. Widzę, że i teraz nie będzie z niego żadnej pociechy, zaczynam 
więc opowiadać po raz trzeci, zastanawiając się, czemu Cooper w ogóle wydaje mi się taki 

atrakcyjny, skoro czasami potrafi być tak kompletnie niekomunikatywny.

Detektyw Canavan, słuchając mnie, zaplata dłonie za głową i ryzykownie przechyla się 

w tył na krześle. Albo zapomniał użyć antyperspirantu, albo po prostu bardzo mocno się poci, 
bo ma wielkie mokre plamy pod pachami. Nie wygląda, żeby go to w jakiś sposób krępowało.

-   A   zatem   -   mówi   detektyw   Canavan   w   kierunku   zacieków   na   suficie,   kiedy   już 

skończyłam - teraz uważa pani, że to syn rektora Uniwersytetu Nowojorskiego jest zabójcą?

- No cóż - odpowiadam  z wahaniem.  Bo kiedy on to tak  ujmuje, wszystko zaczyna 

background image

brzmieć jakoś... głupio. - Tak, chyba tak.

- Ale nie ma pani żadnego dowodu. Jasne, nasz obecny tu kolega ma tę prezerwatywę. 

Prezerwatywę, która może należeć do syna rektora, a my możemy tego dowieść. Tylko że ten 
dowód   nie  zostałby   uznany   przez   żaden   sąd.   I  nie  ma   pani   żadnego  dowodu,   że  w  ogóle 

popełniono morderstwo, pomijając tę doniczkę, która mogła spaść przypadkowo...

- Ależ te donice stały tam od lat - przerywam. - I żadna z nich nigdy nie spadła, aż do 

dzisiaj...

-   Raport   koronera   w   sprawie   obu   dziewczyn   stwierdza,   że   przyczyną   zgonu   był 

wypadek. - Detektyw Canavan przestaje gapić się na sufit i patrzy na mnie. - Proszę posłuchać, 
panno... Nadal panno?

Zaczynam się bezsensownie rumienić. Może gdyby nie Tania Tracę, już nie byłabym 

panną. Chociaż wątpię, żeby ta zmiana stanu cywilnego potrwała długo.

- Proszę się do mnie zwracać per „pani” - odpowiadam stanowczo. Detektyw Canavan 

kiwa głową.

- Zupełnie jak moja żona. No cóż, pani Wells, proszę posłuchać. Dzieciaki w tym wieku 

są bezmyślne. Wypadki  są główną  przyczyną  zgonów wśród osób między siedemnastym a 

dwudziestym   piątym   rokiem   życia.   Młodzież   chce   się   sprawdzić,   podejmuje   niepotrzebne 
ryzyko...

- Nie te dziewczyny - odpowiadam twardo.
- Może i nie. Rzecz w tym, panno Wells, że nie ma pani na tego faceta absolutnie nic. 

Nawet nie ma pani konkretnego morderstwa. Jeśli ten Backstreet Boy umrze, może wtedy coś 
będziemy mieli. Ale niewykluczone, że koroner uznałby to za wypadek.

-   No   cóż...   -   mówię.   Muszę  przyznać,   że   czuję   się   bardzo   zawiedziona.   Tym   razem 

detektyw Canavan nie wyśmiał mnie prosto w oczy, przyznaję, ale nie zrobił też żadnej notatki. 

Podnoszę swój plecak.

- Przepraszam, że marnowałam pana czas. Po raz kolejny. - Wstaję, a detektyw Canavan 

patrzy na mnie jak na kretynkę.

-   A   dokąd   się   pani   wybiera?   -   pyta   ostro.   -   Proszę   siadać.   Jeszcze   z   panią   nie 

skończyłem.

Siadam z powrotem, skonsternowana.

- Ale po co? - pytam detektywa Canavana, być może bardziej szorstko, niż zamierzałam. 

-   Przecież   widzę,   że   pan   mnie   uważa   za   osobę   pomyloną.   Więc   dlaczego   mam   tu   jeszcze 

siedzieć? Mogę iść, dać się z siebie pośmiać moim własnym znajomym. - Uparcie odwracam 
spojrzenie od twarzy Coopera. - Nie potrzebuję do tego oficerów policji.

background image

Detektyw Canavan kończy pączka, a potem podnosi cygaro. Spogląda na Coopera.
- Ma temperamencik - zauważa, skinieniem głowy wskazując na mnie.

- O, nie da się ukryć - z powagą zgadza się Cooper.
- Zaraz. - Spoglądam to na jednego z nich, to na drugiego, i zaczynam coś podejrzewać. 

- Wy się znacie, panowie?

Cooper wzrusza ramionami.

- Widywałem go w okolicy - mówi, mając na myśli detektywa Canavana.
- W tej dzielnicy nie da się pomachać zdechłym kotem, żeby ten osobnik się o tym nie 

dowiedział. Wiecznie przesiaduje z kamerą w krzakach albo czai się za samochodem, śledząc 
niewierne żony biednych frajerów - mówi detektyw Canavan, mając na myśli Coopera.

- Świetnie - mówię, czując, że sytuacja przerasta mnie jeszcze bardziej niż zwykle. - Po 

prostu świetnie. Mam nadzieję, że ubawił panów ten mały żarcik moim kosztem...

- Czy ja wyglądam, jakbym się śmiał? - pyta ostro detektyw Canavan. -Czy pani widzi na 

mojej twarzy chociaż ślad rozbawienia? Ten pani chłopak, też wcale nie widzę, żeby on się 

śmiał.

- Nie widzę w tej sytuacji absolutnie nic śmiesznego - mówi Cooper. Patrzę na niego. 

Nie uśmiecha się. I nie zaprotestował, zauważyłam, kiedy został nazwany moim chłopakiem. 
Przenoszę wzrok na detektywa Canavana.

- To nie jest mój chłopak - oświadczam głośno. Po co, nie mam zielonego pojęcia. Ale 

jestem pewna, że policzki mam już szkarłatne.

Detektyw Canavan kiwa do mnie głową, jakbym powiedziała coś w rodzaju: „A niebo 

jest niebieskie”.

- Proszę posłuchać, pani Wells - mówi. - Mamy naprawdę spory odsetek pomyleńców, 

jak to pani określa, którzy przychodzą do nas meldować o rozmaitych przestępstwach, które 

mogły mieć miejsce, ale równie dobrze mogły miejsca nie mieć. Niektórzy z tych pomyleńców 
to uczciwi obywatele, którzy szczerze chcą pomóc policji. Ja bym panią umieścił w tej właśnie 

kategorii. Spełniła pani obywatelski obowiązek, dzieląc się podejrzeniami w tej sprawie, a ja, w 
swoim czasie, zajmę się nimi.

- Naprawdę? - Z miejsca się ożywiam. - Naprawdę pan się zajmie? Przesłucha pan 

Chrisa?

- Zrobię to. - Detektyw Canavan z powrotem wkłada cygaro w zęby. -Dyskretnie. To 

moja praca. Ale to nie jest, proszę pamiętać, pani praca.  Poważnie  panią ostrzegam, pani 

Wells, proszę się więcej do tej sprawy nie mieszać.

- Bo uważa pan, że Christopher Allington mógłby spróbować i mnie zabić? - pytam bez 

background image

tchu.

- Bo uważam, że Christopher Allington może panią podać do sądu za zniesławienie i w 

dodatku wygrałby tę sprawę z łatwością. - Detektyw Canavan ignoruje rozczarowanie na mojej 
twarzy. - Pani Wells, sugeruje pani nie tylko, że Christopher Allington jest seryjnym zabójcą, 

ale także zabójcą dość inteligentnym, żeby nie zostawiać za sobą żadnych śladów, pomijając 
być   może   prezerwatywę.   Nie   ma   nawet   żadnych   śladów,   że   w   ogóle   popełniono   tu   jakieś 

przestępstwa. Muszę panią rozczarować, ale z mojego doświadczenia wiem, że mordercy wcale 
nie są tacy bystrzy. Najczęściej to niesłychanie głupi ludzie. Właśnie dlatego zabijają: są tak 

ograniczeni intelektualnie, że nie widzą innego wyjścia.

Detektyw Canavan marszczy w zamyśleniu gęste siwe brwi i ciągnie:

- I chociaż wiele się wokół tego robi szumu w mediach, sam jeszcze nie spotkałem 

żadnego seryjnego mordercy, a prowadziłem śledztwa w sprawie ponad siedmiuset zabójstw. 

Więc   sugeruję,   żeby   pani   zachowywała   się   dyskretnie,   kiedy   chodzi   o   tego   Christophera 
Allingtona. Byłoby mi bardzo przykro, gdyby straciła pani pracę.

Jestem tak rozczarowana, że chyba w żaden sposób nie zdołam tego ukryć. Zgarbiona, z 

głową schowaną między ramionami, mruczę:

- Dziękuję panu.
Detektyw Canavan podsuwa mi swoją wizytówkę, mówi, że mam do niego zadzwonić, 

jeśli wpadnie mi na myśl cokolwiek, co mu pomoże w śledztwie. Potem zadaje Cooperowi parę 
pytań na temat jakiejś sprawy, bo widział go węszącego w sąsiedztwie. Wreszcie wychodzimy.

Cooper zatrzymuje dla nas taksówkę  i przez całą  drogę do domu zachowuje pozory 

niewzruszonej powagi. Wydaje się, że wziął sobie do serca moje oskarżenie - że widzi we mnie 

tylko byłą gwiazdkę - i stara się ze wszystkich sił udowodnić, że wcale tak nie jest. Mówi mi 
nawet w taksówce, że detektyw Canavan to taki porządny człowiek i zdolny oficer śledczy, i 

jeśli w Fisher Hall jest jakaś tajemnica do zgłębienia, to zgłębi ją właśnie Canavan.

Co sprawia, że czuję się lepiej. Odrobinę.

Kiedy już znajdujemy się w domu - wiem, że właściwie powinnam wracać do biura, ale 

skoro już  i  tak  tu jestem, postanawiam  zabrać Lucy  na  krótki  spacer  - zatrzymuję  się na 

moment przed zabytkowym lustrem w złoconych ramach w głównym holu, żeby poprawić 
szminkę, a Cooper wraca do swojego gabinetu odsłuchać wiadomości. Już się rozejrzałam i 

sprawdziłam,   że   wokół   nie   ma   żadnych   śladów   po   wczorajszej   miłosnej   szamotaninie   na 
chodniku.

Ale  i tak   omal  nie  dostaję   ataku   serca,  kiedy  Cooper  wychodzi  z  gabinetu  sekundę 

później i pyta:

background image

- A tak właściwie, co się dzieje między tobą a Jordanem? ..- O c-co ci chodzi?-jąkam Się.
- No cóż, co on w ogóle robił dzisiaj przed Fisher Hall?

- Och - wzdycham z ulgą. - Nic. Po prostu rozmawialiśmy.
- Aha. - Cooper opiera się o framugę drzwi, a jego błękitne oczy są jaśniejsze niż zwykle. 

- Więc nie wiesz przypadkiem, co to za blondynka, z którą się całował na moich schodach? 
Widziałem zdjęcie w „Post”?

O mało nie udławiłam się własnym językiem.
Że też on musiał to zobaczyć! Czy sprawy kiedykolwiek raczą się w życiu toczyć po mojej 

myśli? Czy ja już wyczerpałam zasoby przysługującego mi fartu? No, wiecie, te dziesięć lat 
pomyślności, które jak czytałam, przytrafiają się każdemu -jedna magiczna dekada, kiedy nic 

złego się nie dzieje... A przynajmniej nic poważnie złego.

Czy moja dekada fartu już minęła? A jeśli tak, to czy mogłabym ją przerobić jeszcze raz 

od początku? Bo nikt mnie nie spytał: „Hej, Heather, czy życzysz sobie, żeby twoja dekada 
fartu wypadła między czternastym a dwudziestym czwartym rokiem życia, czy może wolisz od 

dwudziestu czterech do trzydziestu czterech?” Wybrałabym to drugie. Naprawdę.

Kto by chciał, żeby najlepsze lata jego życia wypadły w szkole średniej?

Chyba ta skrajna konsternacja musiała się jakoś odbić na mojej twarzy, bo sekundę 

później Cooper wyprostował się i mówi głosem, który brzmi, prawie, jakby faktycznie się o 

mnie troszczył:

- Co się dzieje?

Na co ja mam ochotę wybuchnąć głośnym płaczem, tu i teraz.
- Nic - mówię. - Naprawdę.

Ale to nie jest nic. Bo, po pierwsze, nawet jeśli nikt mi nie wierzy, ja wiem -ja wiem - że 

ktoś usiłuje mnie zabić. Po drugie, uprawiałam seks ze swoim byłym, który jest zaręczony z 

kimś, kto robi o wiele ciekawszą karierę - i ma o wiele mniejszy tyłek - niż ja. A co najgorsze, 
Cooper   widział   fotograficzne   dowody   mojej   nierozwagi...   A   przynajmniej   samych   jej 

początków.

-  Coś  nie gra  -  mówi  Cooper,  podchodząc  i stając obok  mnie  przed lustrem.  - Nie 

zaprzeczaj. Pamiętaj, że jestem wyszkolonym obserwatorem. Kiedy się martwisz, pojawia ci 
się między brwiami ta mała pionowa kreska... - Pokazuje na moje odbicie. - Popatrz sama.

Boże. On ma rację. Mam małą zmarszczkę zatroskania między brwiami. Mój Boże, jeśli 

dalej tak pójdzie, do trzydziestki będę cała w zmarszczkach. Z pewnym wysiłkiem udaje mi się 

rozluźnić mięśnie twarzy.

- Nic się nie dzieje - odpowiadam szybko, odwracając wzrok  od swojego odbicia  w 

background image

lustrze. -Naprawdę. Ta sprawa z Jordanem wczoraj wieczorem... To był taki pocałunek na 
pożegnanie.

Cooper patrzy na mnie. Sceptycznie.
- Pocałunek na pożegnanie - powtarza.

- Tak. Bo wiesz, między nami to już naprawdę koniec.  Między  Jordanem a mną.  - 

Odchrząkuję. - No wiesz. Naprawdę, naprawdę koniec.

Cooper kiwa głową, chociaż nadal wygląda, jakby miał wątpliwości.
- Jasne - mówi. - No cóż, skoro twierdzisz...

- Oboje powinniśmy pójść w swoją stronę - przerywam mu, ciągnąc z coraz większym 

zapałem. - Nareszcie. Tylko wiesz, trzeba nadać temu jakieś zakończenie, bo tak jak się sprawy 

potoczyły... Kiedy ja wypadłam z domu, jak stałam, i tak dalej... No cóż, to nie było zdrowe. 
Teraz możemy się już porozumieć. Oboje wiemy, że to już naprawdę... koniec.

- A więc jeśli to naprawdę, naprawdę koniec między wami - mówi Cooper -to co Jordan 

robił dziś rano przed Fisher Hall, kiedy spadła na niego ta donica?

Choroba! Wyleciało mi z głowy!
Ale nie ma sprawy. Kontroluję sytuację.

- Ach, to? - mówię i śmieję się perliście. Tak! Udaje mi się nawet perliście zaśmiać. 

Może w przyszłości jeszcze zrobię karierę aktorską, jak Britney i Mandy. Może powinnam 

zrobić specjalizację z teatrologii? Któregoś dnia będę mogła na półce obok Nagrody Nobla 
postawić Oscara. Zaraz. Czy Nagroda Nobla to statuetka czy medal? Nie pamiętam.

- Tak - mówię śmiało. - On mi tylko, hm, oddawał płytę, która została jeszcze w naszym 

mieszkaniu.

- Płytę - mówi Cooper.
- Yhm - mówię. - Mój, hm, kompakt ze ścieżką dźwiękową do Tank Girl. Już nie da się 

tego kupić. Jest bardzo rzadki.

- Rozumiem - mówi Cooper. Usiłuję nie zauważać, że teraz, kiedy zdjął skórzaną kurtkę, 

jego bicepsy, nieco widoczne spod krótkich rękawów zwykłego, szarego T-shirta, są tak samo 
wyraźnie zarysowane jak u jego brata...

Tyle że od prawdziwej pracy, a nie od ćwiczeń na siłowni, wiem. Kiedy człowiek jest 

prywatnym   detektywem,   nie   ogranicza   się   do   biegania   z   aparatem   fotograficznym. 

Wyobrażam sobie, że Cooper musi... czyja wiem? Dźwigać różne rzeczy na przykład. I tak 
dalej. Zastanawiam się, czy się czasem przy tym nie poci i czy nie musi zdejmować koszulki, 

kiedy mu się robi gorąco...

Och. Naprawdę powinnam wracać do pracy.

background image

Ale te wszystkie kwestie detektywistyczne o czymś mi przypomniały.
- Tak - mówię. Teraz, kiedy niebezpieczeństwo ataku płaczu zostało zażegnane, czuję się 

nieco odważniejsza. - A ponieważ Jordan i ja już wszystko sobie wyjaśniliśmy, mam ochotę, 
wiesz, na małe świętowanie.

- Świętowanie - powtarza Cooper.
- Tak. Rozumiesz, nigdzie już nie bywam. Więc pomyślałam sobie: hej, a czemu się nie 

wybrać dziś wieczorem na Bal Stokrotek.

- Bal Stokrotek? - Cooper nie odrywa wzroku od mojej twarzy. Mam nadzieję, że nie 

sprawdza, czy nie kłamię. Ja naprawdę chcę iść na Bal Stokrotek. Tyle że nie z tych powodów, 
które mu podałam.

- Tak - mówię. - To taki bal na cześć zarządu uniwersytetu i ludzi, którym przyznano 

Stokrotki. No wiesz, za zasługi dla uczelni. Rachel dostanie taki medal.

To wcale nie jest moja wyobraźnia. W chwili, w której pada imię mojej szefowej, Cooper 

nagle traci zainteresowanie rozmową. Podchodzi nawet do poczty, którą właśnie wrzucono 

przez szczeliną drzwi wejściowych - ku wielkiemu zainteresowaniu Lucy - i wyrwawszy ją psu, 
zaczyna przerzucać koperty.

- Rachel, tak? - mówi.
- Tak - odpowiadam. - Ale zaproszenia są po jakieś dwieście dolców. Zaproszenia na 

bal. I Bóg świadkiem, że mnie na to nie stać. Ale tak się zastanawiałam, że przecież twój 
dziadek był absolwentem tego uniwerku, tak? Więc założę się, że masz dostęp do darmowych 

zaproszeń.

- Możliwe - mówi Cooper, dając Lucy, która żałośnie popiskuje, katalog J. Crew do 

żucia.

- To czyja mogłabym może wziąć jedno? - pytam. Subtelnie. To ja. Miss Subtelności.

- Żebyś mogła śledzić Christophera Allingtona? - Cooper nawet nie podnosi oczu znad 

poczty. - Nie ma mowy.

Szczęka mi opada.
- Ale...

- Heather, czy do ciebie dotarło chociaż słowo z tego, co mówił ten policjant? On się 

tym zajmie. Dyskretnie. A ty się trzymaj z daleka. Jedyna rzecz, która cię spotka w nagrodę za 

twoje wysiłki, to w najlepszym razie pozew do sądu.

- Przysięgam, że nie będę z nim rozmawiać. - Podnoszę prawą dłoń i układam trzy palce 

w znak honorowej skautki. Tyle że ja nigdy nie byłam skautką, więc to się nie liczy. - Nie będę 
się do niego zbliżać.

background image

- Popraw mnie, jeśli się mylę - mówi Cooper - ale czy ty czasem nie jesteś przekonana, 

że on cię dzisiaj usiłował zabić?

- No cóż, to właśnie chciałabym sprawdzić - mówię. - Daj spokój, Cooper, co się niby 

może zdarzyć na Balu Stokrotek, na litość boską? Przecież nie spróbuje mi tam zrobić krzywdy 

przy wszystkich...

- Nie, nie spróbuje - mówi Cooper. - Bo nie mam zamiaru spuścić cię z oka.

Mrugam z niedowierzaniem. Zaraz. Co on powiedział?
- Chcesz... Chcesz iść ze mną?

-   Tylko   dlatego,   że   jeśli   nie   będę   cię   pilnował,   i   to   kto   wie,   co   ci   zleci   na   głowę 

następnym razem. - Cooper odkłada pocztę. Jego błękitne oczy przewiercają mnie jak światła 

reflektorów. - Zresztą widzę po twoich oczach, że zdołasz zorganizować sobie zaproszenie, 
nawet   jeśli   będziesz   musiała   w   tym   celu   uwieść   jakiegoś   Bogu   ducha   winnego   asystenta 

katedry geologii.

Jestem oszołomiona. Cooper zabiera mnie na Bal Stokrotek! Cooper Cartwright zabiera 

mnie wieczorem na bal! To zupełnie jak...

No cóż, randka.

- Och, Cooper! -wzdycham. - Tak bardzo ci jestem wdzięczna! Nie masz pojęcia, ile to 

dla mnie znaczy.

Cooper już idzie do swojego gabinetu, kręcąc głową. Zachowuje swoje myśli dla siebie, 

ale jestem całkiem pewna, że nie usiłuje, tak jak ja, gorączkowo zdecydować, co ma na siebie 

włożyć.

Faceci to mają dobrze.

background image

20

Nie mogę się doczekać końca dnia pracy. Wszyscy dopytują się o zdrowie Jordana i 

wpędzają mnie w poczucie winy, bo ja nawet nie wiem, jak on się czuje, ponieważ od chwili 
opuszczenia szpitala moją uwagę nieco rozpraszało spotkanie z detektywem i zaproszenie na 

randkę (no, prawie) przez mężczyznę moich marzeń, a także konieczność zdecydowania, co 
mam na siebie włożyć na Bal Stokrotek, i tak dalej.

Więc dzwonię do St. Vincent's. Przełączają mnie chyba z sześć razy (aż tyle trwa ta cała 

procedura ochrony prywatności, bo Jordan to wielka gwiazda) i wreszcie rozmawiam z kimś, 

kto   mi   mówi   (kiedy   już   zapewniłam,   że   nie   jestem   z   prasy   i   nawet   odśpiewałam   kilka 
pierwszych taktów Słodkiego miodu, żeby udowodnić, że naprawdę jestem osobą, za którą się 

podaję), że stan Jordana określa się jako dobry, a lekarze oczekują całkowitego wyleczenia.

Kiedy przekazuję Rachel te nowiny, mówi:

- Och, to dobrze! Tak się martwiłam. To naprawdę szczęście, Heather, że ta donica 

walnęła w niego, a nie w ciebie. Niewiele brakowało, a też byłabyś ranna.

Magda nieco mniej się cieszy z widoków na wyleczenie Jordana.
- Szkoda - mówi otwarcie. - Miałam nadzieję, że nie przeżyje.

- Magda! - wołam przerażona.
-   Popatrzcie   tylko   na   moje   przepięęękne   gwiazdeczki   -   mówi   Magda   na   widok 

studentów,   którzy   przyszli   na   wczesny   obiad   i   wymachują   karnetami.   Zbierając   od   nich 
karnety i przesuwając je przez czytnik, Magda dodaje: -No cóż, za to, jak cię potraktował, 

huknięcie w głowę to jeszcze za mało.

Szczęśliwa kobieta z tej Magdy. Dla niej wszystko jest czarne albo białe. Ameryka jest 

wspaniała, a członkowie boys bandów, którzy zdradzają swoje dziewczyny? No cóż, zasługują, 
żeby im donice spadały na głowę. Żadnych wątpliwości.

Potem   dzwonię  do  Patty.   Słyszę   ulgę   w  jej  głosie.   Kiedy   zobaczyła   całą   tę   krew  na 

chodniku przed Fisher Hall, naprawdę się przestraszyła. Była przekonana, że coś mi się stało. 

Musiała usiąść w stołówce i siedzieć z głową między kolanami przez dwadzieścia minut - i 
zjeść dwie porcje lodów Dove Bar, które wmusiła w nią Magda - zanim wreszcie poczuła się na 

tyle dobrze, żeby zamówić taksówkę i wrócić do domu.

-   Naprawdę   chcesz   zdobyć   dyplom   uniwersytecki,   Heather?   -   pyta   mnie   teraz, 

zmartwiona. - Bo jestem pewna, że Frank mógłby cię umówić z ludźmi ze swojej wytwórni...

- Byłoby miło - mówię. - Tylko nie wiem, jakie wrażenie zrobi na wytwórni Franka 

informacja, że większość moich występów miała miejsce w centrach handlowych...

background image

- To dla nich nie ma znaczenia! - woła Patty. Co jest naprawdę słodkie z jej strony, ale ja 

się już przekonałam, że wytwórnie fonograficzne właśnie na takie rzeczy zwracają uwagę.

- Może dałoby się załatwić ci rolę w takim jednym musicalu, wiesz, na Broadwayu. Robi 

go Debbie Gibson. Mnóstwo gwiazd...

- Kluczowym słowem jest tu gwiazda - zaznaczam. - A ja gwiazdą nie jestem.
- Ja po prostu uważam, że nie powinnaś dłużej pracować w tym akademiku, Heather - 

mówi Patty z troską. - To zbyt niebezpieczne. Dziewczyny giną. Doniczki spadają ludziom na 
głowy...

- Och, Patty - wzdycham, szczerze wzruszona. - Nic mi nie będzie.
-   Mówią   poważnie,   Heather.   Cooper   i   ja   przedyskutowaliśmy   tę   sprawą   i   oboje 

uważamy, że...

- Ty i Cooper dyskutowaliście na mój temat? - Mam nadzieją, że w moim glosie nie 

słychać zbytniego entuzjazmu. O czym rozmawiali? Ciekawe. Czy Cooper wyjawił Patty, że 
żywi do mnie głęboką i nieustającą miłość, której nie śmie okazać, bo jestem byłą dziewczyną 

jego brata i kimś w rodzaju jego własnej podwładnej?

Ale gdyby tak było, czy nie powiedziałaby mi o tym od razu?

- Cooper i ja po prostu uważamy, a Frank się z nami zgadza, że, no cóż, jeśli się okaże, 

że te morderstwa to prawda, to narażasz się na poważne niebezpieczeństwo...

Zupełnie to nie brzmi, jakby Cooper w ogóle coś wspomniał o głębokiej i nieustającej 

miłości do mnie. Nic dziwnego, że Patty nie oddzwoniła do razu, żeby się ze mną podzielić 

nowinami.

- Patty... - mówię. - Nic mi nie będzie. Serio. Naprawdę. Mam najlepszego ochroniarza 

pod słońcem. - A potem mówię jej o Balu Stokrotek i tym, że Cooper mnie tam zabiera.

Patty   jednak   nie   reaguje   z   takim   entuzjazmem,   jakiego   po   niej   oczekiwałam.   Och, 

owszem, mówi, że pożyczy mi sukienkę - czerwoną, od Armaniego, którą miała na rozdaniu 
nagród Grammy, kiedy była w siódmym miesiącu ciąży, a która z tego powodu, mam nadzieję, 

powinna dobrze pasować na mnie - ale jakoś nie słyszę, żeby piszczała radośnie: „Och, zaprosił 
cię na randkę!”

Bo w sumie chyba nie zaprosił. Może to nie jest prawdziwa randka, jeśli facet idzie z 

tobą tylko po to, żeby nikt cię nie ukatrupił.

Boże. Kiedy Patty zdążyła się zrobić taka poważna?
- Heather, po prostu obiecaj mi, że będziesz uważać, dobrze? Cooper mówi, że jego 

zdaniem te morderstwa to rzecz raczej mało... prawdopodobna. Ale ja nie jestem taka pewna. I 
nie chciałabym, żebyś była następna.

background image

Usilnie   zapewniam   Patty,   że   naprawdę   nic   nie   zagraża   mojemu   bezpieczeństwu- 

chociaż oczywiście jestem pewna, że coś mi grozi. Ktoś w Fisher Hall chce mnie zabić.

Co oznacza, że jestem na dobrym tropie, podejrzewając, że Elizabeth Kellog i Roberta 

Pace zostały zamordowane.

Dopiero kiedy skończyłam rozmowę z Patty, czuję na sobie czyjś wzrok. Podnoszę oczy i 

widzę   Sarah,   która   siedzi   przy   swoim   biurku   i   wkłada   batoniki   Tootsie   Rolls   do   małych 

plastikowych   torebeczek   jako   niespodziankę   dla   opiekunów   pięter,   którzy   jej   zdaniem 
zasługują   na   jakiś   pokrzepiający   drobiazg   po   nieco   kryzysowym   rozpoczęciu   semestru, 

wypadkach z dziewczynami i tak dalej.

Ale nie mogę nie zauważyć, że Sarah przestała napełniać torebeczki i teraz gapi się na 

mnie jak sowa przez te swoje grube okulary - nosi szkła kontaktowe tylko na specjalne okazje, 
takie jak kwaterowanie studentów (możliwość poznania słodkich samotnych tatusiów) albo 

recytacje poezji w St. Marks Church (możliwość poznania słodkich poetów bez grosza przy 
duszy).

- Nie chciałam podsłuchiwać twojej rozmowy - zaczyna - ale czyja dobrze usłyszałam? 

Mówiłaś, że ktoś cię usiłuje zabić?

-   Hm   -  mruczę.   Jak  mam   to  ująć   w  słowa,   żeby   nie   wprawiać   jej   niepotrzebnie   w 

panikę? Mimo wszystko ja mogę wracać do domu codziennie wieczorem, ale Sarah musi tu 

mieszkać.   Jak   się   będzie   czuła,   wiedząc,   że   po   piętrach   Fisher   Hall   krąży   niebezpieczny 
psychopata?

Och, z drugiej strony, Sarah straciła dziewictwo w czasie wakacji po pierwszym roku 

studiów,   w   jakimś   izraelskim   kibucu   -   a   przynajmniej   tak   mi   mówiła   -   więc   trudno 

przypuszczać, że łatwo ulega panice.

Wzruszam więc ramionami i mówię:

- Owszem.
A potem - ponieważ Rachel  jest na górze w swoim mieszkaniu i szykuje się na bal 

(udało jej się wymknąć do Bloomingdale's, skąd wróciła z jakimś ciuchem, ale nie chciała nam 
pokazać,   żeby   „nie   zepsuć   niespodzianki”)-przedstawiam   jej   swoją   teorię   na   temat   Chrisa 

Allingtona i śmierci Elizabeth Kellog i Roberty Pace.

- Wspominałaś o tym Rachel? - pyta Sarah, kiedy kończę.

- Nie. Rachel ma już dość zmartwień, nie uważasz?
Poza tym (chociaż tego nie mówię głośno), jeśli się mylę, nie wyglądałoby to za dobrze 

na mojej półrocznej ocenie pracowniczej... No, wiecie, że podejrzewałam syna rektora uczelni 
o popełnienie podwójnego morderstwa.

background image

-   I   bardzo   dobrze.   Nic   jej   nie   mów.   Bo   czy   nie   przyszło   ci   do   głowy,   że   te   twoje 

podejrzenia   mogą   być   manifestacją   twojego   własnego   braku   poczucia   bezpieczeństwa? 

Rozumiesz, w sytuacji kiedy zostałaś porzucona i zdradzona przez matkę?

Gapię się na nią jak oniemiała.

- Co?
- No cóż... - Sarah poprawia okulary. - Twoja matka ukradła ci wszystkie pieniądze i 

uciekła  z   kraju  z   twoim  menedżerem.   To  musiało   być najbardziej  traumatyczne  przeżycie 
całego twojego życia. Straciłaś wszystko: całe oszczędności i wszystkich ludzi, którym ufałaś. 

Właściwie straciłaś całą rodzinę, bo przecież ojciec i tak był nieobecny przez większość twojego 
życia. Siedział za fałszowanie czeków, prawda? A jednak ile razy ktoś wraca do tego tematu, 

zbywasz go, jakby to był jakiś drobiazg.

- Nie, nieprawda- mówię. Bo nie zbywam. A przynajmniej tak mi się wydaje.

-   Owszem,   prawda   -   upiera   się   Sarah.   -   Nawet   dalej   rozmawiasz   ze   swoją   matką. 

Słyszałam któregoś dnia, jak z nią gadałaś przez telefon. Gawędziłaś o tym, co kupić ojcu na 

urodziny. Które spędza w więzieniu. Rozmawiałaś z kobietą, która ukradła wszystkie twoje 
pieniądze i zwiała do Argentyny!

- No cóż - mówię obronnym tonem. - W końcu to nadal moja matka, mimo wszystko.
Nigdy nie jestem pewna, jak mam wyjaśniać sprawę mamy. Owszem, kiedy zrobiło się 

ciężko: kiedy poinformowałam Cartwright Records, że jestem zainteresowana nagrywaniem 
wyłącznie utworów własnego autorstwa, a tata Jordana, w odpowiedzi, bez ceremonii mnie 

skreślił - nie, żeby sprzedaż moich płyt akurat jakoś świetnie wtedy szła - mama dała w długą.

Ale ona taka już po prostu jest. Oczywiście, przez jakiś czas byłam na nią wściekła.

Ale wściekanie się na moją mamę trochę przypomina wściekanie się na deszcz za to, że 

pada. Ona już taka jest i nic na to nie poradzi, tak samo jak deszczowa chmura.

Podejrzewam jednak, że Sarah powiedziałaby tylko, że wypieram rzeczywistość. Albo 

coś gorszego.

- Czy nie zachodzi taka możliwość, że przenosisz wrogość do matki na biednego Chrisa 

Allingtona? - chce wiedzieć Sarah.

- Wybacz - mówię. Trochę mnie męczy powtarzanie tego samego..- Ale ta donica nie 

spadła z nieba. No cóż, okay, spadła z nieba, ale nie z własnej inicjatywy.

- A może ty po prostu tęsknisz za popularnością? Przez parę lat byłaś w centrum uwagi i 

teraz   wykorzystasz   każdy   pretekst,   żeby   poczuć   się   ważna   i   wymyślasz   sobie   tę   wielką 

tajemnicę, którą osobiście rozwiążesz? Chociaż żadnej tajemnicy nie ma?

Z ukłuciem w sercu przypominam sobie, co Cooper powiedział mi przed windami. Czy 

background image

to   Czasem   nie   brzmiało   jakoś   podobnie?   O   tym,   że   chcę   znów   przeżywać   emocje   tych 
wspaniałych chwil w Mail of America?

Ale chęć odkrycia, kto odpowiada za mordowanie ludzi w twoim miejscu pracy, totalnie 

się różni od śpiewania przed tysiącami osób zawzięcie robiących zakupy.

Prawda?
- Hm - mruczę w odpowiedzi na oskarżenia Sarah. - Może. Nie wiem. Ale myślę sobie, 

że Sarah miała fart, że spotkała wtedy tego swojego Yaela.

To znaczy tego faceta z kibucu. W przeciwnym razie byłaby dziewczyną w sam raz dla 

Chrisa.

No   cóż,   ale   skoro   ona   ma   ten   zwyczaj   zamęczania   ludzi   ciągłą   psychoanalizą... 

Rozumiem, że to może każdego rozdrażnić.

Od   wieków   nie   byłam   na   imprezie,   gdzie   trzeba   się   ubrać   wieczorowo,   więc   kiedy 

wreszcie   późnym   popołudniem   wychodzę   z   pracy,   czeka   mnie   mnóstwo   przygotowań. 
Najpierw muszę podskoczyć do Patty po sukienkę -która pasuje, dzięki Bogu, ale ledwo ledwo.

Potem   muszę   zrobić   sobie   pedikiur   i   manikiur,   bo   nie   mam   czasu   na   wizytę   u 

kosmetyczki. Potem muszę umyć włosy i nałożyć odżywkę, ogolić nogi (i pachy też, bo suknia 

Patty jest bez ramiączek), a potem, na wszelki wypadek, wygalam się również do bikini, bo 
chociaż to bardzo mało prawdopodobne, żeby mi się poszczęściło dwa razy w ciągu dwóch dni, 

nigdy nic nie wiadomo. Potem jeszcze muszę nałożyć maseczkę na twarz i cała się natrzeć 
balsamem. Potem muszę wydepilować brwi, wysuszyć i ułożyć włosy, zrobić sobie makijaż i 

skropić się perfumami.

Potem,   zauważając,   że   wysokie   obcasy   moich   czerwonych   czółenek   najwyraźniej 

spotkał  jakiś  niemiły  wypadek  w kontakcie  z  kratką  wentylacyjną   tunelu  metra,  muszę  je 
zamazać czerwonym markerem.

No i oczywiście co chwila muszę przerywać te działania i przekąszać oreos z podwójnym 

nadzieniem,   żeby   nie   zrobiło   mi   się   słabo   z   głodu.   Nic   nie   miałam   w   ustach,   odkąd   po 

południu Magda przeszmuglowała dla mnie ze stołówki tę kanapkę z wołowiną.

Kiedy Cooper puka do drzwi mojego mieszkania, właśnie usiłuję dopiąć zamek sukienki 

Patty i zachodzę w głowę, czemu dwie godziny temu u niej na strychu pasowała, a teraz jest za 
ciasna...

- Momencik! - wrzeszczę, zastanawiając się, co u diabła włożę, jeśli ta sukienka nie da 

się zasunąć...

Wreszcie   jednak   zamek   się   dopina,   a   ja   chwytam   narzutkę   i   torebkę   i   zbiegam   po 

schodach,   klikając   obcasami.   Żałuję,   że   nie   ma   nikogo,   kto   mógłby   otworzyć   drzwi   i 

background image

zapowiedzieć: „Pani zejdzie za minutę”, żebym mogła wsunąć się tam z wdziękiem jak Rory 
Gilmore czy coś. W obecnych warunkach muszę kolanem zepchnąć Lucy z drogi, żeby dostać 

się do drzwi.

Z przykrością wyznam, że nie zarejestrowałam reakcji Coopera na mój wygląd -jeśli w 

ogóle zareagował, w co wątpię - taka jestem zaskoczona jego strojem- A więc okazuje się, że 
Cooper jednak ma smoking... I to bardzo ładny.

I wygląda w nim bardziej niż tylko trochę seksownie.
Co  jest  z   tymi   facetami   w  smokingach?   Dlaczego   oni   zawsze  wyglądają   w  nich   tak 

świetnie? Może to dlatego, że smoking podkreśla szerokość ramion i klatki piersiowej. A może 
to ten olśniewający kontrast świeżej białej koszuli i eleganckich czarnych wyłogów marynarki.

Cokolwiek by to było, nie widziałam jeszcze chyba faceta, który nie wyglądałby dobrze 

w smokingu. Ale Cooper jest wyjątkiem. On nie wygląda dobrze.

On w nim wygląda fantastycznie.
Jestem tak pochłonięta podziwianiem go, że prawie zapominam, po co wybieram się na 

tę imprezę. Przez sekundę - tylko sekundę - naprawdę łudzę się myślą, że Cooper i ja idziemy 
na randkę. Zwłaszcza kiedy mówi:

- Świetnie wyglądasz.
Ale rzeczywistość powraca, kiedy zerka na zegarek i dodaje z roztargnieniem:

- Chodźmy już, dobrze? Później muszę się jeszcze z kimś spotkać, więc jeśli mamy tam 

iść, lepiej się już zbierajmy.

Czuję ukłucie rozczarowania. Spotkać się z kimś? Z klientem? Z informatorem?
Czy z dziewczyną?

- Heather? - Cooper unosi brwi. - Wszystko w porządku?
- Tak - odpowiadam słabo.

- Dobrze. - Cooper bierze mnie pod ramię. - Idziemy.
Schodzę   za   nim   po   schodach   i   wychodzimy   przed   dom,   a   ja   powtarzam   sobie,   że 

okazałam się idiotką. Znów. I co z tego, że on ma się później z kimś spotkać? Co mnie to 
obchodzi? To nie jest żadna randka. Nie jest. A przynajmniej nie z nim. Jeśli w ogóle mam 

zaplanowaną na dziś wieczór jakąś randkę, to raczej z zabójcą Elizabeth Kellog i Roberty Pace.

Powtarzam to sobie, kiedy idziemy przez park, mijamy pomnik na Washington Square i 

jeszcze   kiedy   przechodzimy   przez   ulicę,   zmierzając   do   biblioteki,   którą   na   tę   okazję 
przekształcono w salę balową, rozkładając czerwone dywany i zawieszając kolorowe lampy i 

wstęgi.

Musimy ominąć kilka długich limuzyn i paru strażników uniwersyteckiej ochrony w 

background image

uniformach (proszono Pete'a, żeby wziął udział w imprezie, ale on odmówił, bo jego córka ma 
tego wieczoru kiermasz naukowy), wszystkich w białych rękawiczkach i z gwizdkami w zębach. 

Są też aksamitne sznury, które mają zatrzymywać pospólstwo... Tyle że żadne pospólstwo nie 
zamierza wdzierać się bez zaproszenia, stoi tam tylko paru studentów ostatnich roczników. Z 

poirytowanymi minami ściskają plecaki, bo przez bal nie mogą korzystać z czytelni.

Cooper   pokazuje   nasze   zaproszenia   facetowi   przy   drzwiach,   a   potem   zostajemy 

wpuszczeni   do   środka   i   natychmiast   atakują   nas   kelnerzy,   którzy   nam   wciskają   drinki   i 
kapelusze pieczarek nadziewane pastą z krabów. Nawet całkiem smaczne. Niestety, te oreos 

jakoś nie układają się zbyt dobrze pod moją obciskającą bielizną.

Cooper chwyta dla nas dwa kieliszki - ale nie z szampanem, tylko z gazowaną wodą.

- Nigdy nie pij w pracy - doradza mi.
Myślę o Norze Charles i pięciu martini, które wychyliła w Pościgu za cieniem, usiłując 

dotrzymać kroku Nickowi. Wyobrażam już sobie, ile morderstw on zdołałby wykryć, gdyby 
poszedł za radą Coopera i pozostał trzeźwy!

- No to za zabójstwa! - mówi Cooper, stukając się ze mną kieliszkiem. Spojrzenie jego 

błękitnych oczu jest tak intensywne, że prawie zapiera mi dech.

-   Zdrówko   -   odpowiadam   i   popijam   wodę,   szukając   w   tej   wielkiej   sali   znajomych 

twarzy.

Orkiestra usadowiona w pobliżu katalogu gra podkręconą wersję  Moon River.  Stoły 

bankietowe   ustawiono   przy   windach,   a   wielkie   krewetki   znikają   z   nich   w   zastraszającym 

tempie. Ludzie krążą wkoło i rozmawiają z przesadnym ożywieniem. Widzę doktora Flynna - 
gorączkowo   dyskutuje   z   prorektorem   do   spraw   studenckich   młodszych   roczników;   jakąś 

kobietą, która ma oczy zaszklone nudą albo alkoholem - trudno powiedzieć.

Zauważam   też   pracowników   administracji,   zgromadzonych   pod   złotym   sztandarem 

Uniwersytetu Nowojorskiego, niczym rodzina imigrantów na Ellis Island, kuląca się w cieniu 
Statuy Wolności. Zauważyłam, że administracja uczelni nie cieszy się szczególnym szacunkiem 

ani studentów, ani pracowników dydaktycznych. Prawdę mówiąc, kierownictwo akademików 
Uniwersytetu Nowojorskiego traktowane jest z niewiele większym respektem niż doradcy do 

spraw   studenckich,   podobnie   jak   doktor   Jessup   i   jego   grupa   koordynatorów   i   zastępców 
dyrektorów. Co jest niesprawiedliwe, bo oni- no dobra, bo my - pracujemy niezwykle ciężko - 

o wiele ciężej niż ci wszyscy wykładowcy, którzy wpadają beztrosko na godzinny wykład raz w 
tygodniu,   a   resztę   czasu   poświęcają   kopaniu   dołków   pod   swoimi   kolegami,   czyli   pisaniu 

kąśliwych recenzji ich prac naukowych.

Cooper   wdaje   się   w   rozmowę   z   jednym   z   członków   zarządu   -   starym   przyjacielem 

background image

rodziny Cartwrightów - a ja przyglądam się moim zwierzchnikom ponad brzegiem kieliszka. 
Doktor Jessup niezręcznie się czuje w smokingu. Obok niego stoi posągowa kobieta, którą 

biorę za jego małżonkę, bo właśnie wymienia uprzejmości z panią, która zapewne jest lepszą 
połową doktora Flynna. Obie kobiety wyglądają szczupło i uroczo w połyskujących sukniach 

-tubach.

Ale żadna z nich nie wygląda tak dobrze jak Rachel. Rachel stoi obok doktora Jessupa, 

a jej oczy skrzą tak żywo jak szampan, który bąbelkuje w jej kieliszku. Wygląda wspaniale w 
dopasowanej jedwabnej sukni. Głęboki granat świetnie kontrastuje z jej porcelanową cerą, 

która z kolei wydaje się emanować własnym światłem na tle ciemnych włosów, upiętych w kok 
na czubku głowy brylantowymi spinkami.

Jak na kogoś, kto podobno w ostatniej chwili pobiegł do Bloomingdale's, twierdząc, że 

„absolutnie nie ma co na siebie włożyć”, Rachel naprawdę nieźle sobie poradziła.

No cóż, tak dobrze, że czuję coś w rodzaju zażenowania. Ponieważ mam wrażenie, że ja 

sama tak jakby wylewam się z sukni Patty. I to wcale nie w pozytywnym sensie.

Zajmuje mi to dobrą chwilę, zanim udaje mi się przyuważyć szlachetnego przywódcę 

uczelni, ale wreszcie dostrzegam go przy biurkach bibliotekarek. Rektor Allington raz w życiu 

darował sobie koszulkę bez rękawów i być może dlatego tak długo nie umiałam go wypatrzyć. 
Ma na sobie nawet smoking i wygląda w nim zadziwiająco wyrafinowanie.

Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o biednej pani Allington i jej garniturze z 

szerokimi spodniami z czarnego weluru. Szerokie rękawy opadają aż do łokcia, ile razy żona 

rektora   podnosi   ramię   z   kieliszkiem   do   ust...   Co,   muszę   powiedzieć,   robi   z   zastraszającą 
regularnością.

Ale gdzie się podziała latorośl Allingtonów, czarujący Chris/Todd/Mark? Nie widzę go 

nigdzie, chociaż byłam przekonana, że się pokaże. Jak taki przystojniak przez trzydziestką 

mógłby się oprzeć pokusie? No bo dajcie spokój, darmowe piwo i tak dalej...

Cooper rozmawia o tak zwanych damskich kamerach z jakimś starszym człowiekiem, 

który zwrócił się do mnie per „panienko” i powiedział, że podoba mu się moja suknia (tonem 
tak szczerym, że zerknęłam w dół sprawdzić, czy rozporek ma nadal zapięty), kiedy nagle 

podchodzi   jakaś   bardzo   szczupła,   bardzo   atrakcyjna   kobieta,   cała   w   czernic   i   z 
niedowierzaniem wykrzykuje imię Coopera.

- Cooper? - Ta kobieta, której udaje się wyglądać zarazem porywająco i profesjonalnie, 

bierze go pod ramię takim gestem, jakby go brała w posiadanie; jakby kiedyś, w przeszłości, 

dotykała go w znacznie intymniej szych miejscach i miała teraz pełne prawo chwytać go, za co 
chce; i dodaje: - A co ty tutaj robisz? Chyba już od miesięcy się nie odzywałeś. Gdzieś ty się 

background image

podziewał?

Nie mogę powiedzieć, żeby Cooper miał strasznie spanikowaną minę.

Ale wygląda trochę jak facet, który bardzo żałuje, że nie może w tej chwili znajdować się 

zupełnie gdzie indziej.

- Marion - mówi, kładąc dłoń na jej plecach i pochylając się, żeby ją pocałować. W 

policzek. - Miło cię widzieć.

A potem ją przedstawia. Najpierw starszemu panu, a potem mnie.
- Heather, to profesor Marion Braithwaite. Marion wykłada historię sztuki. Marion, to 

jest Heather Wells. Heather też pracuje na Uniwersytecie Nowojorskim.

Marion  wyciąga  dłoń i ściskamy  sobie  ręce.  Jej palce  drżą  niczym  maleńki  ptaszek 

uwięziony   w   okowach   mojej   wielkiej   łapy.   Mimo   to   założę   się,   że   regularnie   ćwiczy   w 
uczelnianej  siłowni.  A  także,  że  kąpie   się  pod  prysznicem,  nie  w  wannie.   Po  prostu  takie 

sprawia wrażenie.

- Naprawdę? - Marion uśmiecha się idealnym uśmiechem Isabelli Rossellini. - A czego 

uczysz?

- Hm... - Marzę o tym, żeby ktoś mi zrzucił na głowę doniczkę z pelargonią i oszczędził 

konieczności   udzielania   odpowiedzi.   Niestety,   nikt   mi   nie   robi   tej   przysługi.   -   Właściwie 
niczego. Jestem zastępczynią kierowniczki akademika dla studentów pierwszych lat. To znaczy 

domu studenckiego.

- Ach. - Idealny uśmiech Marion nie blednie ani na moment, ale ze sposobu, w jaki 

zerka ciągle na Coopera, widzę, że miałaby ochotę odciągnąć go gdzieś na bok i zedrzeć z niego 
całe ubranie, najchętniej zębami, a nie stać tu i gawędzić z zastępczynią kierowniczki jakiegoś 

domu studenckiego. Zresztą, no cóż, ja ją rozumiem. - Jak miło. Cooper, wyjeżdżałeś z miasta? 
Nie odpowiedziałeś na żaden z moich telefonów...

Nie udaje mi się dosłyszeć, co jeszcze Marion ma do powiedzenia, bo teraz to mnie ktoś 

chwyta za ramię. Ale kiedy się obracam zobaczyć kto to, zamiast jakiegoś byłego faceta - co, 

oczywiście, jest niemożliwe, skoro mój jedyny były leży w szpitalu - widzę Rachel.

-   Cześć,   Heather!   -   woła.  Na   policzkach   ma   dwie   plamy   nienaturalnie   jaskrawych 

rumieńców i zdaję sobie sprawę, że łyknęła sobie szampana. I to zdrowo. - Nie wiedziałam, że 
się tu dzisiaj wybierasz. Jak się masz? I co u Jordana? Tak się o niego martwiłam. Jak się 

czuje?

Z poczuciem winy zdaję sobie sprawę, że przez cały wieczór w ogóle nie pomyślałam o 

Jordanie. Ani razu od chwili, kiedy otworzyłam drzwi i mój wzrok padł na Coopera. Wyjąkuję:

- Hm, czuje się dobrze. Jest w niezłym stanie. Powinien bez trudu wrócić do zdrowia.

background image

-   Ależ   nam   się   semestr   zaczął,  co?   -   Rachel   daje   mi   kuksańca.   -   Po   tym,   przez   co 

przeszłyśmy, i tobie, i mnie zdecydowanie należałoby się parę tygodni urlopu. W głowie mi się 

nie mieści. Dwa zgony w dwa tygodnie! - Rozgląda się wkoło, przestraszona, że ktoś ją mógł 
usłyszeć, i zniża głos. - W głowie mi się to nie mieści.

Uśmiecham się do niej szeroko. Rachel jest ewidentnie pijana. Najprawdopodobniej nic 

nie   zjadła   i   szampan   uderzył   jej   do   głowy.   Większość   przekąsek,   które   tu   roznoszą   - 

nadziewane   pieczarki   i   krewetki   w   cieście   francuskim   -   nie   wygląda   specjalnie 
ubogowęglowodanowo, więc pewnie z nich zrezygnowała.

Ale   i   tak   miło   jest   widzieć   Rachel,   na   odmianę,   w   dobrym   humorze   -   chociaż   to 

zadziwiające,   że   impreza,   która   mnie   wydaje   się   sztywna   i   nudna,   ją   zamienia   w   duszę 

towarzystwa. No, ale ja nie chodziłam do Yale, więc pewnie dlatego nie rozumiem.

- Mnie też - zgadzam się z nią. - A przy okazji, naprawdę ładnie wyglądasz. Ta suknia ci 

pasuje.

- Dziękuję ci bardzo! - Rachel się rozpromienia. - I musiałam zapłacić za nią pełną cenę, 

ale chyba było warto. - A potem jej spojrzenie pada na Coopera i jej oczy rozbłyskują jeszcze 
bardziej. - Heather... - szepcze do mnie z ożywieniem. - Przyszłaś tu z Cooperem? Czy ty i on...

Oglądam się przez ramię na mojego „partnera”, który najwyraźniej usiłuje wytłumaczyć 

profesorce, gdzie się podziewał przez ostatnich kilka miesięcy (To znaczy, o ile wiem, w domu 

na Waverly Place.  Zastanawiam się trochę, czy Cooper czasem nie próbuje jakoś łagodnie 
odstawić na boczny tor tej całej Marion. Bo czemu do niej nie oddzwaniał? Chociaż dlaczego 

jakikolwiek   facet   miałby   odrzucić   taki   kąsek,   nie   mam   pojęcia.   Odnosi   sukcesy,   jest 
inteligentna, piękna, szczupła, kąpie się pod prysznicem... Jezu, sama bym się z nią chętnie 

umawiała).

- Hm... -Czuję, że policzki lekko mnie pieką na myśl o Cooperze i o mnie, no, wiecie. 

Razem. - Nie. Po prostu miał jedno zaproszenie na zbyciu, więc zabrałam się razem z nim. 
Jesteśmy przyjaciółmi.

I przeznaczenie chce, żebyśmy nie stali się niczym więcej. Najwyraźniej.
- Jak ty i Jordan - mówi Rachel.

- Tak - mówię i udaje mi się uśmiechnąć, chociaż nie wiem, jakim cudem. - Jak ja i 

Jordan.

To nie jej wina. Niby skąd ma wiedzieć, że właśnie naciera ranę solą.
- No cóż, lepiej już pójdę - mówi; - Obiecałam Stanowi, że przyniosę mu jeden z tych 

placuszków z krabem.

- Och - mówię. - Jasne. To pa!

background image

Rachel  odpływa,  cała  w siódmym niebie.  Zastanawiam się, czy ta plotka  zasłyszana 

przez Pete'a - że Rachel ma dostać ładny awans - nie była czasem prawdziwa. Nikt inny na 

całej uczelni nie musiał szukać pulsu u dwóch zmarłych w ciągu ostatnich dwóch tygodni. A 
cóż mogłaby  zrobić uczelnia,  żeby jej okazać uznanie? Dać jej awans  oczywiście.  Nagroda 

Stokrotki   to   za   mało.   Magda   przecież   mówiła,   że   Justine   została   kiedyś   nominowana   do 
Stokrotki za to, że pożyczyła jakiemuś studentowi swoją książkę telefoniczną.

- Hej, Blondi!
Ignoruję rozlegający się za mną głos i patrzę na Coopera. Nadal rozmawia z Marion 

Braithwaite, która wpatruje się w niego z uwielbieniem i śmieje się co chwila. Jak oni się 
poznali? Może Marion go zatrudniła. Może podejrzewała, że jej mąż, profesor, ją zdradza i 

wynajęła Coopera, a on dowiódł, że nie, niepotrzebnie się martwiła, i to dlatego ona się teraz 
tak cieszy, że go widzi, i dlatego co chwila wyciąga rękę, żeby go dotknąć...

- Blondi!
Ktoś   klepie   mnie   w   ramię   i   obracam   się,   zaskoczona,   spodziewając   się,   że   zobaczę 

któregoś z doradców rektora, który zażąda, bym pokazała zaproszenie na bal...

...i okazuje się, że patrzę w szare, roześmiane oczy jego syna.

background image

21

Hej - mówi z uśmiechem Chris. - Pamiętasz mnie? Gapię się na niego, tak przerażona, 

że nie jestem w stanie wykrztusić słowa.

Christopher Allington. Christopher Allington mnie odszukał.  Chris Allington trzyma 

mnie za ramię i uśmiecha się do mnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi, którzy wpadli na 
siebie na kręgielni. Wyciąga nawet w moją stronę kieliszek szampana!

No cóż, niegrzecznie byłoby odmówić.
Bez   słowa   biorę   od   niego   smukły   kieliszek,   w   uszach   czując   szum   własnej   krwi. 

Christopher Allington. Christopher Allington. O mój Boże. Jak możesz stać tu i rozmawiać ze 
mną jakby nigdy nic? Przecież Wczoraj usiłowałeś mnie zabić. Pamiętasz?

- Spotkaliśmy się po tym konkursie śpiewania - podpowiada mi Chris, wychodząc z 

założenia, że go nie poznaj ę_. Jakbym była w stanie zapomnieć! -To byłaś ty, prawda?

Udają, że nagle odzyskałam pamięć.
- Och - mówią niejednoznacznie, chociaż nie ma nic niejednoznacznego w łaskotliwym 

dreszczu, który przepływa mi przez ramię, za które Chris nadal mnie trzyma. - Jasne. Jak się 
masz?

Puszcza mnie. Ten dotyk nie był nieprzyjemny. Wcale a wcale. Ale czy to nie dziwne? 

No bo, czy nie powinien był być nieprzyjemny? Skoro on jest mordercą i tak dalej. Dziwne.

- Świetnie - odpowiada.
Wygląda świetnie. O wiele lepiej niż rektor. Smoking leży na nim idealnie. Ale zamiast 

muszki Chris nosi zwykły krawat. I trzeba przyznać, ten zestaw doskonale mu pasuje.

- W sumie mam się o wiele lepiej teraz, kiedy zauważyłem ciebie - ciągnie. - Naprawdę 

nie cierpię takich imprez. A ty?

-   Och   -   mówię   i   wzruszam   ramionami.   -   Sama   nie   wiem.   Nie   jest   aż   tak   źle. 

Przynajmniej dają alkohol.

Wypijam szampana jednym długim łykiem, mimo ostrzeżeń Coopera. Po szoku, jaki 

przeżyłam, kiedy Chris złapał mnie tak znienacka, czuję, że w pewien sposób mi się to należy.

Chris, który mnie obserwuje, wybucha śmiechem.

- I jak, z kim tutaj przyszłaś? - pyta. - Te zaproszenia nie są tanie. Jesteś z samorządu 

studenckiego?

Znów   wzruszam   ramionami.   Detektyw   Canavan   powiedział   przecież,   że   w   jego 

przekonaniu mordercy są wyjątkowo głupi, i zaczynam myśleć, że w przypadku Chrisa to może 

być akurat prawda. Fakt, że jestem o jakieś dziesięć lat starsza niż przeciętny przedstawiciel 

background image

samorządu studenckiego, zdaje się do niego nie docierać...

...Co  mi w sumie nie przeszkadza.  Skoro  usiłuję  być bardzo  przebiegła  i zmusić go 

znienacka, żeby się przyznał, i tak dalej. Choć oczywiście nie mam pojęcia, jak to zrobić.

Chris,   w   przeciwieństwie   do   wielu   innych   ludzi,   chyba   docenia   mój   wygląd   w   tej 

pożyczonej sukni. Kilka razy widzę, jak jego spojrzenie błądzi w okolicach mojego dekoltu. I to 
nie dlatego, że suwak mi się z tyłu rozpiął, a z przodu wszystko się zsunęło. Wiem, bo chwilami 

sprawdzam.

Orkiestra   zaczyna   grać   jakiś   wolny   kawałek.   Ku   mojemu   zdziwieniu,   jakieś   pary 

faktycznie wychodzą na środek bibliotecznej sali i zaczynają tańczyć... Mama i tata Chrisa 
wśród nich. Widzę, że rektor Allington prowadzi żonę na parkiet, gdzie składa jej niski ukłon, 

na widok którego członkowie zarządu zaczynają się śmiać i klaskać.

To nawet całkiem miłe.

A  przynajmniej   do   momentu,   kiedy   pani  Allington   potyka   się  o   nogawkę   własnych 

dzwonów i o mało nie pada na parkiet jak długa. Na szczęście rektor Allington wykonuje 

efektowny obrót, dzięki któremu to wszystko wygląda jak skomplikowana figura taneczna.

Co   jest  jeszcze   milsze.   Może  Chris  wcale   nie   ma   aż   takiego   pecha,   jak   początkowo 

myślałam. To znaczy jeśli chodzi o rodziców.

- Hej - mówi Chris, znów mnie zaskakując, bo wyjmuje mi kieliszek po szampanie z 

dłoni i odstawia go na tacę mijającego nas kelnera. - Chcesz zatańczyć?

Obracam głowę tak gwałtownym ruchem, że pasmo włosów uderza mnie po wargach i 

przylepia się do błyszczyku.

- Co? - pytam, desperacko usiłując je odkleić. To znaczy włosy. Od ust.

- Chcesz zatańczyć? -pyta Chris. Uśmiecha się trochę kpiąco jakby chciał mi pokazać, że 

tak samo jak ja wie, że tańce na Balu Stokrotek Uniwersytetu Nowojorskiego to trochę... No 

cóż, obciach. Ale i tak daje mi do zrozumienia, że jest gotów się poświęcić...

Ma   taki   ujmujący   uśmiech.   To   uśmiech   kapitana   drużyny   futbolowej   z   liceum, 

najprzystojniejszego chłopaka w szkole, tak pewnego siebie i swojego uroku, że nawet mu do 
głowy nie przyjdzie, że jakaś dziewczyna mogłaby powiedzieć: „Nie ma mowy, twardogłowy” w 

odpowiedzi na jego zaproszenie. Pewnie dlatego, że żadna nigdy tak mu nie odpowiedziała.

A ja nie zamierzam być tą pierwszą.

I nie tylko dlatego, że chcę się dowiedzieć, czy to Chris zabił Elizabeth i Robertę.
Więc uśmiecham się i odpowiadam:

- Jasne.
A potem idę za Chrisem na parkiet.

background image

Nie jestem najlepszą tancerką na świecie, ale to nie ma znaczenia, bo Chris jest niezły. 

Pewnie był w jednej z tych prywatnych  szkół, gdzie wszystkich facetów uczą fokstrota  czy 

czegoś. Jest tak dobry, że umie nawet rozmawiać, tańcząc. Ja muszę w duchu liczyć. Raz-dwa-
trzy. Raz-dwa-trzy. Krok, obrót. .. Och, przepraszam, to jakiś inny taniec.

- A więc - zagaja Chris, przyciskając mnie do siebie i z wprawą obracając, i nawet się nie 

krzywiąc, kiedy przypadkiem nadeptuję mu na palce. -W czym się specjalizujesz?

Usiłuję się rozglądać - nieznacznie - za Cooperem. Przecież miał nie spuszczać mnie z 

oka przez cały wieczór, prawda?

Ale nigdzie go nie widzę. Nie widzę też Marion, skoro już o tym mowa. Czy zostałam 

porzucona dla jakiejś byłej dziewczyny? Najpierw tak się mną przejmuje, że niby narażam 

własne życie w pogoni za mordercą z Fisher Hall, a teraz zostawia mnie na lodzie?

No ładnie! Dobrze wiedzieć!

Chociaż, biorąc pod uwagę, że pozwala mi mieszkać u siebie w domu i nie żąda Czynszu 

- no cóż, prawie - chyba nie mam prawa do narzekań. Bo w końcu ilu ludzi na Manhattanie ma 

tak ułatwiony dostęp do pralko-suszarki?

W odpowiedzi na pytanie Chrisa na temat mojej specjalizacji, mówię:

- Hm... Jeszcze sienie zdecydowałam. No cóż, to właściwie prawda.
- Och, tak? - Chris ma szczerze zainteresowaną minę. - To dobrze. Nie zamykać sobie 

drogi wyboru. Moim zdaniem, zbyt wielu ludzi idzie na uniwerek, z góry wiedząc, jaką karierę 
chcą robić po skończeniu studiów. Trzymają się zestawu kursów związanych z podstawową 

specjalizacją i nie dają sobie szansy popróbowania rzeczy nowych. Nawet nie chcą sprawdzić, 
przekonać się, w czym są naprawdę dobrzy. A to mogłoby być coś, czego nigdy wcześniej nie 

próbowali. Na przykład projektowanie biżuterii.

O! Nie wiedziałam,  że można studiować na wyższej uczelni  projektowanie  biżuterii. 

Można by wtedy nosić własną pracę dyplomową. Jakie to praktyczne!

- A w jakim kierunku się skłaniasz? - pyta Chris.

Mam zamiar odpowiedzieć, ze medycyny, ale zmieniam zdanie w ostatniej chwili.
- Prawo kryminalne - kłamię, żeby zobaczyć jego reakcję.

Ale on wcale się nie odwraca, nie kuli ze strachu ani nic. Zamiast tego mówi lekkim 

tonem:

- Tak, to fascynująca dziedzina, prawo kryminalne. Sam się zastanawiam, czy się tym 

nie zająć.

Założę się. A na głos pytam, żartobliwym tonem:
- Dlaczego taki ważny student szkoły prawniczej kręci się po akademiku dla młodszych 

background image

roczników?

Chris ma na tyle przyzwoitości, że robi mu się głupio.

- No cóż - mówi - moi rodzice tam mieszkają.
- I mnóstwo ładnych studentek - przypominam mu. Pamiętasz? Zabiłeś dwie z nich.

Nad ramieniem Chrisa zauważam Coopera. Wygląda na to, że gawędzi sobie z panią 

profesor Braithwaite.  Naprawdę.  Pogrążeni  są  w wyraźnie  ożywionej  dyskusji  przy  stole  z 

sałatkami. Widzę, że Cooper rzuca ukradkowe spojrzenie w moją stronę.

A więc nie zapomniał. Nadal mnie pilnuje.

A przy okazji kłóci się ze swoją byłą, na to wygląda.
Ale i tak mnie pilnuje.

Ponieważ zdaję sobie sprawę z tego, że on nie ma pojęcia, jak wygląda Chris, może 

nawet nie wiedzieć, że tańczę ze swoim głównym podejrzanym. Więc wskazuję plecy Chrisa i 

bezgłośnie mówię: To jest Chris.

Ale   to   nie   działa   tak,   jak   oczekiwałam.   Och,   to   znaczy   tak,   Cooper   jak   najbardziej 

chwyta przekaz.

Ale łapie go też Marion; zauważa, że on nie poświęca jej już wyłącznej uwagi, idzie za 

wzrokiem Coopera i dostrzega mnie.

Nie wiedząc, co innego mogłabym zrobić, głupawo macham dłonią. Marion z chłodną 

miną odwraca ode mnie wzrok.

Ups. Bardzo mi przykro.

- Dziewczyny na prawie...
Obracam głowę i widzę, że Chris coś mówi. Do mnie.

-   No   cóż,   powiedzmy   po   prostu,   że   ich   ulubioną   formą   spędzania   Czasu   jest 

przesiadywanie w czytelni prawniczej do północy - mówi i mruga do mnie.

O czym on plecie?
A   potem   sobie   przypominam.   O   studentkach,   w   tej   chwili   o   studentkach 

podyplomowego prawa. A, prawda. Śledztwo w sprawie morderstwa.

- Aha. - Kiwam głową ze zrozumieniem. - Studentki prawa. Zupełnie coś innego niż te 

nowicjuszki z Fisher Hall, świeżutkie, prosto z krzaka, prawda?

Śmieje się głośno.

-   Jesteś   całkiem   zabawna   -   mówi.   -   Na   którym   roku   studiujesz?   Wzruszam   tylko 

ramionami i usiłuję wyglądać, jakby od czasu mojego pierwszego legalnego drinka nie minęło, 

zaraz, policzmy, mniej więcej siedem lat.

- Przynajmniej powiedz mi, jak masz na imię - nalega swoim niskim głosem. Jestem 

background image

pewna, że usłyszał od jakiejś dziewczyny, że taki niski głos brzmi seksownie.

- Możesz po prostu nadal mówić do mnie Blondi - mruczę jak kotka. -W ten sposób 

będziesz mógł mnie łatwo odróżnić od wszystkich innych swoich dziewczyn.

Chris unosi brwi i uśmiecha się szeroko.

- Jakich wszystkich innych dziewczyn?
- Och, ty! - wołam, dając mu lekkiego klapsa w ramię. - Wszystko o tobie słyszałam. 

Przyjaźniłam się z Robertą, wiesz?

Patrzy na mnie, jakbym postradała zmysły. Marszczy brwi.

- Z kim?
Boże, jest znakomity. W jego szarosrebrnych oczach nie ma śladu poczucia winy.

-•Z Robertą- powtarzam. Muszę przyznać, że serce mi wali od tej śmiałości. Robię to. 

Jestem detektywem! Naprawdę to robię! - Z Robertą Pace.

- Nie mam pojęcia, o kim mówisz. Poważnie, ten facet jest niewiarygodny!
- Bobby? - próbuję.

On się nagle zaczyna śmiać.
- Z Bobby? Ty przyjaźnisz się z Bobby?

Nie umyka mojej uwagi ani dziwny nacisk na słowo ty, ani użycie czasu teraźniejszego. 

Jestem   przecież   wykwalifikowanym   śledczym.   No   cóż,   a   przynajmniej   jednemu   takiemu 

wprowadzam dane rachunkowe.

- Przyjaźniłam się z Robertą- prostuję i nie uśmiecham się już ani nie udaję, że jeszcze 

nie mam dwudziestu jeden lat. Bo w głowie mi się nie mieści, że ten facet jest taki zimny. 
Nawet jak na mordercę. - Aż do momentu, kiedy w zeszłym tygodniu spadła w głąb szybu 

windy.

Chris przerywa taniec.

- Zaraz - mówi. - Co?
- Słyszałeś mnie - mówię. - Bobby Pace i Beth Kellog. Obie nie żyją, rzekomo dlatego że 

surfowały na windach. A ty spałeś z nimi tuż przed tymi wypadkami.

Nie   zamierzałam   pozwolić,   żeby   mi   się   to   tak   wyrwało.   Jestem   całkiem   pewna,   że 

Cooper zrobiłby to subtelniej. ale ja tylko... No cóż, chyba się trochę wściekłam. Że on sobie z 
tego tak żartuje. To znaczy ze śmierci Roberty i Elizabeth.

Prawdziwy detektyw tak się nie wścieka. Prawdziwy detektyw zachowuje zimną krew.
Chyba jednak nie jest mi przeznaczone partnerstwo z Cooperem w tym jego interesie.

Chris   stoi   jak   sparaliżowany,   z   jedną   stopą   na   białym,   a   drugą   na   czarnym   kaflu 

posadzki.

background image

Ale jego chwyt wokół mojej talii nie zelżał. Raczej jeszcze się wzmocnił, aż wreszcie 

przyciąga mnie do siebie blisko.

- Co? — pyta, a jego oczy są teraz tak szeroko otwarte, że szaroniebieskie tęczówki 

wyglądają jak szklane kulki pływające w bliźniaczych spodeczkach mleka. - Co? - Powtarza. 

Nawet z jego warg zniknął wszelki kolor.

Moja   twarz   jest   tylko   o   parę   centymetrów   od   jego   twarzy.   Widzę   w   jego   oczach 

niedowierzanie,   któremu   towarzyszy   -   a   nawet   ja,   mierny   detektyw,   mogę   to   zauważyć   - 
powoli rosnące przerażenie.

I wtedy to do mnie dociera.
On nie ma pojęcia. Naprawdę. Chris nie ma zielonego pojęcia; nie miał go do chwili, 

kiedy mu powiedziałam; że te dwie dziewczyny, które zginęły w Fisher Hall, to właśnie te dwie, 
z którymi tuż przedtem się, hm, zabawiał.

Czy jest naprawdę aż takim sukinsynem, że znał tylko imiona, a właściwie zdrobnienia 

imion, dziewczyn, które uwiódł?

Wygląda na to, że tak.
Efekt,   jaki  moje  oświadczenie  wywarło   na  Chrisie,   jest  naprawdę   dość  imponujący. 

Bezwiednie wbija palce w moją talię i zaczyna trząść głową na boki, jak Lucy po porządnej 
kąpieli.

- Nie - mówi. - To nieprawda. To niemożliwe.
A ja nagle wiem, że popełniłam okropną pomyłkę.

Nie pytajcie  mnie, skąd to wiem. Ja przecież  nie mam w takich  sprawach  żadnego 

doświadczenia.

Ale i tak wiem. Wiem to z całą pewnością, tak jak wiem, ile tłuszczu zawiera batonik 

Milky Way.

Christopher Allington nie zabił tych dziewczyn.
Och, spał z nimi, owszem. Ale ich nie zabił. Zrobił to ktoś inny. Ktoś o wiele, wiele 

bardziej niebezpieczny...

- Okay - odzywa się za mną głęboki głos. Ciężka dłoń opada na moje nagie ramię.

- Przepraszam, Heather - mówi Cooper. - Ale musimy już iść. Skąd on się tu wziął? Ja 

nie mogę iść. Nie teraz.

- Hm- odzywam się. - Tak. Momencik jeszcze. Dobrze?
Ale Cooper nie wygląda, jakby miał zamiar poczekać. W sumie minę ma taką, jakby był 

gotów zaraz wiać gdzie pieprz rośnie.

- Musimy iść - powtarza. - Już. Ściska mnie za ramię i ciągnie.

background image

- Cooper... - Usiłuję mu się wyrwać. Widzę, że Chris nie otrząsnął się z szoku. Jestem 

totalnie przekonana, że jeśli zostanę tu jeszcze przez chwilę, uda mi się z niego coś wyciągnąć. 

Czy Cooper nie widzi, że ja tu przeprowadzam szalenie istotny wywiad?

- Może pójdziesz po coś do jedzenia? - sugeruję Cooperowi. - Za minutę spotkamy się 

przy bufecie...

- Nie - mówi Cooper. - Idziemy. Natychmiast.

Rozumiem, czemu Cooper tak się spieszy do wyjścia. Naprawdę to rozumiem. Przecież 

nie każdy radzi sobie ze swoim byłym, no, wiecie, przesypiając się z nim na podłodze w holu.

Jednak czuję, że jeszcze nie mogę wyjść. Nie po tym przełomie, do którego przed chwilą 

doprowadziłam. Chris jest naprawdę wstrząśnięty - tak zmartwiony, że nawet nie widzi, że 

jego   partnerki   do   tańca   pilnuje   jakiś   prywatny   detektyw.   Odwrócił   się   od   nas   i   lekko   się 
potykając, schodzi z parkietu, zmierzając gdzieś w stronę wind.

Dokąd   on   się   wybiera?   Na   dwudzieste   piętro,   do   gabinetu   ojca,   napić   się   czegoś 

mocniejszego - czy tylko skorzystać z telefonu? Albo na dach, z którego potem skoczy? Czuję, 

że muszę iść za nim, żeby się chociaż upewnić, że nie zrobi czegoś głupiego.

Ale kiedy za nim ruszam, Cooper mnie przytrzymuje.

- Cooper, ja nie mogę jeszcze iść. - Próbuję wywinąć się z jego uścisku. -Muszę z niego 

wydusić, że je znał! Robertę i Elizabeth! I wiesz co? Moim zdaniem on ich nie zabił. Chyba w 

ogóle nie wiedział, że zginęły!

- To miło - mówi Cooper. - A teraz idziemy. Mówiłem ci, że mam spotkanie. No cóż, już 

i tak jestem spóźniony.

- Spotkanie? Spotkanie?! - Prawie nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. -Cooper, czy ty nie 

rozumiesz? Chris powiedział...

-   Słyszałem   -   mówi   Cooper.   -  Gratuluję.   A teraz   chodźmy.   Powiedziałem,   że  cię   tu 

przyprowadzę. Nie mówiłem, że możemy zostać do końca wieczoru. Mam płatnych klientów, 
zdajesz sobie sprawę?

Zdaję sobie sprawę, że to bez sensu. Nawet gdyby Cooper zmienił zdanie i mnie puścił, 

nie mam pojęcia, gdzie tymczasem zniknął Chris. I w sumie, czy to byłoby mądre z mojej 

strony, gdybym za nim poszła? Biorąc pod uwagę, co spotkało ostatnie dwie dziewczyny, z 
którymi... Zaraz, jak ja to ujęłam? Ach, tak, zabawiał się. Hej, zaraz, a może ja powinnam 

zrobić dyplom na anglistyce? No właśnie. Powieściopisarka oraz lekarka, oraz detektyw. Oraz 
projektantka biżuterii...

Cooper i ja wymykamy się na zewnątrz. Nawet nie zdążyłam z nikim się pożegnać ani 

pogratulować   Rachel   tej   Stokrotki.   Jeszcze   nigdy   nie   widziałam,   żeby   facet   aż   tak   bardzo 

background image

chciał skądś wyjść.

- Zwolnij - mówię, kiedy Cooper wlecze mnie po chodniku. - Mam wysokie obcasy, 

wiesz?

- Przepraszam. - Puszcza moje ramię. A potem podnosi dwa palce do ust i gwiżdże na 

taksówkę krążącą wzdłuż Czwartej Zachodniej.

-   Dokąd   jedziemy?   -   pytam   z   zaciekawieniem,   kiedy   taksówka   przystaje   przy 

krawężniku z piskiem hamulców.

- Ty jedziesz do domu - mówi Cooper. Otwiera tylne drzwi pasażera i gestem każe mi 

wsiąść do środka, a potem podaje kierowcy adres domu swojego dziadka.

- Hej - mówię, wychylając się z wnętrza taksówki. - To tylko kawałeczek drogi stąd. 

Mogłabym się przejść...

- Sama? Wykluczone! A ja muszę iść w przeciwnym kierunku.

-   Dlaczego?   -Nie   umyka   mojej   uwagi,   że   Marion,   historyczka   sztuki,   przed   chwilą 

wyszła z biblioteki za nami.

Ale   zamiast   podejść   i   dołączyć   do   Coopera   na   chodniku,   obrzuca   go   wrogim 

spojrzeniem, a potem na piechotę rusza w stronę Broadwayu.

Cooper, który stoi plecami do biblioteki, nie zauważa profesorki ani jej wrednej miny.
- Muszę się zobaczyć z pewnym człowiekiem - mówi do mnie. - W sprawie psa. Masz. - 

Wciska mi w dłoń pięciodolarowy banknot. - Nie czekaj na mnie.

- Jakiego psa? - Taksówka rusza. - Cooper, jakiego psa? Kupujesz innego psa? A co z 

Lucy? Go ci nie pasuje w Lucy?!

Ale już włączamy się do ruchu. Cooper zawrócił i poszedł w stronę Trzeciej Zachodniej. 

Wkrótce zupełnie znika mi z oczu.

O co w tym wszystkim chodziło? Zgoda, ja wiem, że klienci Coopera są dla niego ważni i 

tak dalej. I wiem, że on uważa, że ta cała sprawa morderstw w moim budynku to coś w rodzaju 
wytworu mojej wyobraźni.

No, ale mimo wszystko. Przynajmniej mógł mnie wysłuchać.
I to wtedy taksówkarz, który chyba jest Hindusem, odzywa się przyjaźnie:

- Wie pani, jest takie powiedzenie.
Patrzę na jego odbicie we wstecznym lusterku.

- Jakie?
- Poznasz człowieka po jego psie. To amerykańskie powiedzenie. Takie jak: toczący się 

kamień nie porasta mchem. Zna je pani?

Garbię się na siedzeniu. Nie, nie znałam. Niewiele wiem, jak się okazuje.

background image

No cóż, jedno chyba jednak wiedziałam. Czy nie po to zatrudniłam się na Uniwersytecie 

Nowojorskim? Żeby zdobyć wykształcenie?

A więc zdobywam je, nie da się ukryć. A przecież jeszcze nawet nie zaczęłam zajęć.

background image

22

Po tym jak Cooper i ja - oraz Chris Allington - wyszliśmy z Balu Stokrotek, Rachel 

Walcott wręczono Stokrotkę za przykładną pracę na rzecz uczelni.

Pokazuje   mi   małą   broszkę   w   kształcie   kwiatka   następnego   ranka,   a   w   jej   ładnych 

brązowych oczach połyskuje duma. Nosi ją w klapie swojego czarnego lnianego kostiumu jak 
jakiś medal za waleczność.

I pewnie to dla niej jest coś w rodzaju takiego medalu. W czasie jednego semestru 

musiała  uporać się z większą  liczbą  tragedii  niż większość administratorów w czasie  całej 

swojej kariery.

Mnie nigdy w życiu niczego takiego nie przyznano. No dobra, dostałam kontrakt na 

nagrania, ale to wszystko. Wiem, że na ogół nie przyznają nagród Grammy za piosenki w 
rodzaju  Słodkiego   miodu.  Ale,   halo?   Ja   nawet   nigdy   nie   dostałam   żadnej   nagrody 

publiczności. I to nawet w konkursie Teen People.

A przecież  byłam totalną  Królową Nastolatek. To znaczy  dopóki nie przestałam być 

nastolatką.

Próbują   nie   okazać   Rachel,   że   jej   zazdroszczą   tej   nagrody.   Bo   właściwie   nawet   tak 

bardzo nie zazdroszczę. Tylko że, wiecie...

To ja jestem tą osobą, która przytargała te wszystkie pudła z sutereny. Pudła, w które 

spakowałyśmy   wszystkie   rzeczy   Roberty   i   Elizabeth.   I   to   ja   je   spakowałam.   I   to   ja   je 
zatargałam do ekspedycji i dopilnowałam wysyłki. Uważam, że coś za to powinnam dostać. 

Może nie zaraz stokrotką, ale przynajmniej jakiegoś mlecza.

Och, nieważne. Kiedy uda mi się dowieść, że te dziewczyny poniosły śmierć w wyniku 

morderstwa, a nie wypadku, i kiedy już znajdą ich zabójcą, może wtedy przyznają mi coś w 
rodzaju kluczy do miasta. Naprawdę! I wtedy wręczy mi je sam burmistrz, i pokażą transmisją 

w New York One, a Cooper ją obejrzy i zrozumie, że chociaż nie wykładam historii sztuki ani 
nie   noszą   rozmiaru   XXS,   to   i   tak   jestem   bystra   i   ładna,   i   zaprosi   mnie   na   randką,   i   się 

pobierzemy, i sprawimy sobie Jacka, Emily i Charlotte Wells-Cartwright...

Wolno sobie pomarzyć, prawda?

A ja naprawdę cieszę się z nagrody Rachel. Gratuluję jej i popijam małymi łykami kawę, 

kiedy opowiada, jakie to przeżycie, otrzymać prestiżowe wyróżnienie w obecności wszystkich 

swoich kolegów. Doktor Jessup ją uściskał, a rektor Allington osobiście jej podziękował za 
obowiązkowość wykraczającą poza zwykłe normy. Paple z ożywieniem o tym, że jest pierwszą 

administratorką w historii Uniwersytetu Nowojorskiego, która otrzymała siedem niezależnych 

background image

od siebie nominacji do tej nagrody, więcej niż kiedykolwiek zebrał jakiś inny kandydat - i 
zebrała   je   w   ciągu   zaledwie   czterech   pierwszych   miesięcy   pracy!   Mówi,   że   jest   bardzo 

zadowolona, że zajęła się administracją szkolnictwa wyższego, a nie bankowością czy prawem, 
jak wielu jej kolegów z Yale.

-   Czy   to   nie   jest   przyjemność   -   pyta   mnie   -   wiedzieć,   że   pracuje   się   na   rzecz 

społeczeństwa, Heather?

- Hm - mówię - jasne.
Chociaż jestem całkiem pewna, że ludzie, na rzecz których najbardziej się społecznie 

udzielam,   to   znaczy   studenci-praktykanci,   życzą   sobie   tylko   tego,   żeby   Justine   wróciła   do 
pracy.

Kiedy Rachel powoli przechodzi ekscytacja wywołana nagrodą Stokrotki, ja chwytam za 

telefon i załatwiam parę spraw, które chyba trochę zdążyłam zaniedbać.

Najpierw   dzwonią   do   Amber,   do   jej   pokoju.   Kiedy   jej  zaspany   głos   chrypi:   „Taa?”, 

łagodnie odkładam słuchawką na widełki. Dobra. Zatem Amber nadal żyje. Odkreślam sprawą 

ż listy.

Potem dzwonią do St. Vincent's, żeby się dowiedzieć, jak się czuje Jordan. Dowiaduję 

się, że jest mu lepiej, ale chcą go zatrzymać na obserwacji jeszcze na jedną noc. Nie bardzo 
mam na to ochotą, ale stwierdzam, że powinnam z nim porozmawiać, w końcu to przeze mnie 

w ogóle został ranny.

Ale kiedy operatorka przełącza moją rozmową do jego pokoju, telefon odbiera kobieta. 

Tania. Nie mogą z samego rana użerać się z jego narzeczonymi, więc przerywam połączenie. 
Ale czuję się z tego powodu winna, więc zamawiam pół tuzina balonów z życzeniami powrotu 

do   zdrowia   z   lokalnej   kwiaciarni   i   każę   je   dostarczyć   do   St.   Vincent's   z   wysoce   Osobistą 
karteczką: Jordan, zdrowiej jak najszybciej. Od Heather. Prawdopodobnie zginą przytłoczone 

masą innych prezentów, którymi bez wątpienia zasypują go fani -podobno na parkingu dla 
karetek pod St. Vincent's przez całą noc trwało czuwanie przy świecach - ale przynajmniej 

będę sobie mogła powiedzieć, że się wysiliłam.

Myśląc   o   Jordanie   i   jego   rozwalonej   czaszce,   przypominam   sobie   o   Christopherze 

Allingtonie.   Prawdziwy   detektyw,   oczywiście,   kontynuowałby   rozmowę   odbytą   wczoraj 
wieczorem.

Dlatego decyduję się jeszcze raz go dopaść. Mówię Rachel, że wychodzę do łazienki. A 

tak naprawdę wsiadam do windy i jadę na dwudzieste piętro.

Nikt nie powinien wjeżdżać na dwudzieste piętro, nikt poza Allingtonami i ich gośćmi, i 

to dlatego dywan w holu przed ich apartamentem jest jednym wielkim detektorem ruchu, 

background image

który się włącza za każdym razem, kiedy ktoś na ten dywan wdepnie, włącznie z Allingtonami. 
Czujnik powoduje włączenie się kamery, która potem przekazuje obraz intruza na jeden z 

monitorów przy biurku ochrony w holu.

Ale skoro strażnikiem na dyżurze jest tego dnia Pete, nie przejmuję się zanadto, że mnie 

tam   przydybie.   Na   dwudziestym   piętrze   przyłapaliśmy   już   niezliczoną   liczbę   studentów 
pierwszego roku, których większość została nasłana przez złośliwych kolegów ze starszych lat 

w   misji   poszukiwania   „basenu   Fisher   Hall”.   Nieuchwytny   basen   w   Fisher   Hall   kiedyś 
rzeczywiście istniał, ale w suterenie, a nie na ostatnim piętrze, i ulubionym żartem starszych 

studentów   jest   wysyłanie   tam   niczego   niepodejrzewających   pierwszoroczniaków.   Dostają 
potem naganę za kręcenie się pod apartamentem rektora.

Odważnie wkraczam na niewinnie wyglądający dywan i podnoszą palec, żeby nacisnąć 

dzwonek. Słyszę za drzwiami dziwne pogwizdywania i zdaję sobie sprawę, że to muszą być 

ptaki pani Allington, te kakadu, o które tak nieustająco się martwi, kiedy za dużo Wypije. 
Kiedy naciskam dzwonek, pogwizdywanie zmienia się w szalone wrzaski i na chwilę wpadam 

w   panikę.   Naprawdę.   Zapominam   zupełnie,   że   jestem   detektywem,   powieściopisarką, 
lekarzem i projektantką biżuterii w jednym, i chcę biec z powrotem do windy....

Ale drzwi już się otwierają i gapi się na mnie pani Allington o półprzytomnych oczach, 

owinięta zielonym welurowym kaftanem.

-   Tak?   -   pyta   ostrym   głosem,   wyjątkowo   nieprzyjaznym,   jeśli   wziąć   pod   uwagę,   że 

zaledwie dwa tygodnie temu trzymałam ją za ręką, kiedy rzygała do donicy z kwiatami w holu. 

Za nią miga mi wysoka na dwa metry wiklinowa klatka, z której wrzeszczą dwa wielkie, białe 
ptaszyska.

- Hm, witam - mówię rześko. - Czy zastałam Christophera? Zapuchnięte powieki pani 

Allington otwierają się odrobinę szerzej, a potem znów się mrużą.

- Co?
- Chris - powtarzam. - Pani syn, Chris. Jest tutaj?

Pani Allington ma naprawdę wściekłą minę. W pierwszej chwili myślę, że chodzi o to, że 

ją obudziłam, ale potem okazuje się, że nie tylko.

Nie,   okazuje   się,   że   naprawdę   rozwścieczył   panią   Allington   mój   brak   poczucia 

przyzwoitości.

Ja wiem! Kto mógł przypuszczać, że ona je posiada? Ale okazuje się, że tak.
Odpowiada, wymawiając słowa tak wyraźnie, jakby zwracała się do cudzoziemki:

-   Nie,   Chrisa   tu   nie   ma,   Justine.   A   gdybyś   została   odpowiednio   wychowana, 

wiedziałabyś, że uważa się za rzecz wysoce nieodpowiednią, żeby młode kobiety uganiały się za 

background image

jakimś mężczyzną w tak bezwstydny sposób.

Potem bardzo mocno zatrzaskuje drzwi, a zaskoczone ptaki zaczynają się drzeć jeszcze 

głośniej.

Stoją i gapię się na zamknięte drzwi przez dobrą chwilę. Muszę przyznać, że trochę 

uraziła moje uczucia. Bo już sądziłam, że pani Allington i ja zbliżyłyśmy się nieco.

A tymczasem ona nadal zwraca się do mnie „Justine”.

Pewnie powinnam była po prostu odejść. Ale musiałam się dowiedzieć, gdzie znajdę 

Chrisa.

Więc   sięgam   jeszcze   raz   i   znów   naciskam   dzwonek.   Wrzask   ptaków   wznosi   się   na 

histeryczny poziom, a kiedy pani Allington tym razem otwiera mi drzwi, minę ma nie tyle 

wściekłą, ile wręcz morderczą.

- Co?! - rzuca.

- Przepraszam - zagajam jak najgrzeczniej. - Naprawdę nie chcę pani zawracać głowy, 

ale czy mogłaby mi pani tylko powiedzieć, gdzie będę mogła znaleźć Chrisa?

Pani Allington ma na twarzy sporo luźnej skóry. Lifting pewnie by się z tym uporał, ale 

ona   nie   należy   do   zwolenniczek   operacji   plastycznych.   Bardziej   przypomina   ten   typ 

arystokracji z Nowej Anglii: stare pieniądze i sztywna wymowa. Trochę jak pani Cartwright, 
tylko jeszcze bardziej przerażająca.

Trochę   tej   luźnej   skóry   pod   brodą   trzęsie   się,   kiedy   pani   Allington   obrzuca   mnie 

oburzonym spojrzeniem.

Wreszcie mówi:
- Dlaczego nie możecie dać mu spokoju? Wiecznie się za nim uganiacie, ma przez was 

kłopoty. Nie możesz sobie znaleźć jakiegoś innego chłopaka?  Nie ma ich tu wystarczająco 
wielu w tym akademiku?

- W domu studenckim - poprawiam ją.
- Co?

- To dom studencki - przypominam jej. - Powiedziała pani: akademik. Ale poprawnie 

mówi się.

- A idź do diabła - mówi pani Allington i znów mi zatrzaskuje drzwi przed nosem.
I   mówić   tu   o   wrogości.   Zamiast   psychoanalizowania   mnie   jak   dzień   długi,   Sarah 

powinna   może   poświęcić   nieco   uwagi   państwu   Allingtonom.   Oni   mają   o   wiele   więcej 
problemów.

Wzdychając, obracam się na pięcie i przyciskam guzik windy. Nie mogę mieć pewności, 

ale wydaje mi się, że pani Allington już zdążyła zajrzeć do butelki... Anie ma jeszcze nawet 

background image

dziesiątej rano! Zastanawiam się, czy zawsze zaczyna pić tak wcześnie, czy to jakaś specjalna 
okazja. Na przykład oblewanie Nagrody Stokrotki dla Rachel.

Kiedy jestem znów na dole, prawie wpadam na chudą dziewczynę, która zmierza do 

gabinetu Rachel, więc zaczynam pytać ją, w czym mogę pomóc, ale kiedy się obraca, widzę, że 

to Amber.

Tak właśnie.

Amber Chrisa Allingtona, ta z Idaho. Ta, którą przed chwilą obudziłam.
-   Och   -   mówi,   poznając   mnie.   -  Cześć.   -   To   „cześć”   jest   zdecydowanie   pozbawione 

entuzjazmu. To dlatego, że nadal na wpół śpi. Jest nawet jeszcze w piżamie. - Ty nie jesteś... 
Nie jesteś kierowniczką akademika, prawda?

- Nie - mówię. - Jestem jej zastępczynią. A dlaczego pytasz?
- Bo przed chwilą dostałam telefon, że mam zejść zaraz na spotkanie z Rachel Walcott...

W tej samej chwili Rachel, stukając obcasami, wychodzi ze swojego gabinetu. Ściskając 

przy piersi jakiś segregator.

- O, Heather, tu jesteś - mówi pogodnie. - Przyszedł Cooper.
Chyba musiał mi się wyrwać jakiś niedowierzający dźwięk, bo Rachel zerka na mnie z 

zaciekawieniem i mówi:

- Tak, jest tu.

A potem zwraca uwagę na stojącą obok mnie dziewczynę.
- Amber? - pyta.

-   Tak,   proszę   pani   -   odpowiada   Amber   przygaszonym   głosem.   No   cóż,   a   która 

osiemnastolatka z pierwszego roku, zmuszona do wstania o dziesiątej rano, żeby spotkać się z 

kierowniczką swojego domu studenckiego, nie byłaby przygaszona?

- Proszę tędy, Amber - mówi Rachel, biorąc ją pod ramię. - Heather, czy mogłabyś przez 

kilka minut nie przełączać do mnie żadnych rozmów...?

-   Jasne  -   odpowiadam   i   wracam   do  naszego   gabinetu.   Gdzie,   faktycznie,   spotykam 

Coopera, który kręci głową, oglądając słój z prezerwatywami stojący na moim biurku.

-   Cześć,   Cooper-   mówię   ostrożnie.   Co   jest,   moim   zdaniem,   zrozumiałe,   bo   wiecie, 

ostatnim razem, kiedy pojawił się u mnie w biurze, przyszedł, żeby mnie poinformować, że 
mój były chłopak zaręczył się z kimś innym. Co się zdarzy tym razem?

A   potem   czuję   ukłucie   paniki   na   wspomnienie   Marion   Braithwaite.   O   Boże.   Ona   i 

Cooper   się   pogodzili.   Pogodzili   się   i   postanowili   pobrać,   a   Cooper   przyszedł   tu,   żeby   mi 

powiedzieć,,   że   muszę   się   wyprowadzić   ze   swojego   mieszkania,   bo   przeznaczają   je   dla 
opiekunki do dzieci...

background image

-   Cześć,   Heather   -   mówi   Cooper;   w   dżinsach   i   skórzanej   kurtce   wygląda   bardziej 

swojsko niż w tym swoim smokingu. - Masz sekundę?

Cześć,  Heather,  masz  sekundę?   Cześć,   Heather,   masz  sekundę?  A co  to  ma   być za 

sposób rozpoczynania rozmowy? Czy można by znaleźć w całej angielszczyźnie dwa słowa, 

które wzbudzają w sercu większy lęk niż „masz sekundę”? Nie. Nie, nie mam sekundy! Nie, 
jeśli zamierzasz mi powiedzieć to, co myślę. Czemu ona? Dlaczego? Tylko dlatego,  że jest 

bystra i wykształcona, i ładna, i chuda...

-   Jasne.   -  Chciałam   to   powiedzieć   spokojnym,   pewnym  głosem,   ale   jestem  całkiem 

pewna, że wypada bardziej jak beczenie owcy. Pokazuję Cooperowi gestem, żeby usiadł, i kulę 
się na moim krześle, żałując, że nie mam pod ręką takiej butelki, z jakiej przez cały ranek 

pociąga sobie pani Allington.

- Posłuchaj, Heather.., - mówi Cooper. - Co do wczorajszego wieczoru... Nie chcę! Bo 

jeśli są cztery gorsze słowa w angielskim niż „masz sekundę”, to może chodzić wyłącznie o „co 
do wczorajszego wieczoru”...

I teraz mam w głowie tych wszystkich sześć słów, jedno ułożone zgrabnie na drugim. To 

nie fair!

I co się niby stało wczoraj wieczorem? Nic! Wysiadłam z taksówki, do której wsadził 

mnie Cooper, i poszłam prosto do łóżka.

Okay, no może jeszcze posiedziałam z godzinę i popracowałam nad nową piosenką.
I może ta piosenka mówiła o nim.

Ale nie mógł jej słyszeć. Grałam wyjątkowo cicho. I wcale nie słyszałam, jak wracał do 

domu.

Och, czemu ja? Dlaczego ja???
- Chyba jestem ci winien pewne wyjaśnienie. - To następne niespodziewane zdanie, 

które pada z jego ust.

Ale zaraz. Jestem ci winien wyjaśnienie? To nie brzmi jak wstęp do prośby, żebym się 

wyprowadziła. Brzmi to prawie jak przeprosiny. Ale dlaczego, u licha, Cooper miałby mnie 
przepraszać?

- Spotkałem się z osobą z biura koronera wczoraj wieczorem, kiedy wyszliśmy z balu - 

zaczyna. - I ona mi powiedziała.

Zaraz. Ona powiedziała? Cooper mnie zostawił dla innej dziewczyny?
- To dlatego poszedłeś? - wyrywa mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. - Żeby się 

spotkać z dziewczyną?

Q... mój... Boże. Co się ze mną dzieje? Dlaczego nie mogę być tak spokojna i pewna 

background image

siebie jak...  No cóż, na przykład jak  Rachel?  Dlaczego muszę wiecznie  robić z siebie taką 
straszną idiotkę?

Na szczęście  Cooper, kompletnie nieświadom moich związanych z nim planów (no, 

wiecie,   że   on   się   ze   mną   ożeni   i   będzie   ojcem   trojga   moich   dzieci,   i   inspiracją   w   mojej 

nagrodzonej Noblem medycznej karierze), nie połapał się, że jestem zazdrosna. Jego zdaniem 
jestem chyba po prostu zła, bo mnie zmusił do wcześniejszego wyjścia z imprezy.

- Nie chciałem nic ci wcześniej wspominać - mówi. - Wiesz, w razie gdyby nie miała mi 

nic do przekazania. Ale okazuje się, że było coś dziwnego w zwłokach tych dziewczyn.

Gapię się na niego bez słowa. Nie wierzę własnym uszom. Nie chodzi o to, że „osoba” z 

biura koronera znalazła coś dziwnego w zwłokach Elizabeth i Roberty. Chodzi o to, że Cooper 

w ogóle zadawał sobie trud, żeby się z nią konsultować.

- A-ale -jąkam się. — Ale ja myślałam... Ty uważałeś... Że ja to sobie po prostu wszystko 

wymyśliłam. Dlatego że mi brakuje dreszczyku związanego z występami...

- Tak uważam. - Cooper wzrusza ramionami. -To znaczy uważałem. Ale stwierdziłem, 

że nie zaszkodzi sprawdzić.

- I? - Pochylam się naprzód. - Co to było? Narkotyki? Ktoś im dał narkotyki? Bo mnie 

się   wydawało,   że   detektyw   Canavan   mówił,   że   nie   znaleziono   w   ich   zwłokach   śladów 
narkotyków.

- Nie znaleziono - mówi Cooper. - Nie było narkotyków. Mówię o oparzeniach.
Gapię się na niego.

- Oparzeniach? Jakich oparzeniach? Jak... po przypalaniu papierosem?
- Nie - mówi Cooper. - Angie nie jest pewna.

Angie? Cooper zna osobę z biura koronera i mówi do niej Angie? I w ogóle jak on 

poznał tę Angie? Angie nie brzmi jak typowe imię patologa sądowego. Egzotyczna tancerka, 

już prędzej. Ale nie lekarka.

- I musisz wziąć pod uwagę, że te zwłoki... - ciągnie Cooper. - NO cóż, te zwłoki były 

mocno pokiereszowane. Ale Angie mówi, że na plecach obu dziewczyn znaleźli ślady, ślady, 
których nie potrafią wyjaśnić. Nie wystarczą, żeby zmienić orzeczenie koronera, że te zgony 

były spowodowane wypadkiem. Ale to jest... dziwne.

- Dziwne - powtarzam.

- Tak - mówi Cooper. - Dziwne.
- A zatem... - Nie mogę mu spojrzeć w oczy. Bo nie wierzę, że on mnie rzeczywiście 

traktuje poważnie. Mnie, Heather Wells, znaną ze Słodkiego miodu!

I wystarczyły do tego zaledwie dwa morderstwa.

background image

-   Więc   może   jednak   nie   wymyślam   sobie   tego   w   ramach   przeniesienia   agresji 

skierowanej do własnej matki? - pytam.

Cooper ma zdumioną minę.
- Nigdy nic takiego nie mówiłem. A, racja. To mówiła Sarah.

- Ale teraz mi wierzysz? - sonduję nadal. - Nie jestem już tylko szaloną byłą dziewczyną 

twojego młodszego brata? Ale może całkiem racjonalnie myślącą jednostką ludzką?

- Nigdy o tobie inaczej nie myślałem-mówi Cooper, a w jego oczach pojawia się cień 

rozdrażnienia. Potem, widząc wyraz mojej twarzy, mówi: -No cóż, szalona, może. Ale nigdy nie 

uważałem, że nie myślisz racjonalnie.

Poważnie, Heather, nie mam pojęcia, skąd ty bierzesz takie pomysły. Przecież zawsze 

cię uważałem za jedną z najbardziej...

Najbardziej   uroczych,   porywających   istot,   jakie   kiedykolwiek   poznał?   Najbardziej 

inteligentnych, najbardziej zapierających dech kobiet, jakie kiedykolwiek napotkał na swojej 
drodze?

Niestety, zanim mam szansę dowiedzieć się, co zawsze o mnie myślał, albo zobaczyć, 

jak klęka na jedno kolano i prosi, żebym została jego żoną (Ja wiem. Ale i tak wolno sobie 

chyba pomarzyć?), dzwoni telefon.

-   Zapamiętaj,   co   chciałeś   powiedzieć   -   mówię   do   Coopera   i   podnoszę   słuchawkę.   - 

Fisher Hall, mówi Heather.

- Heather? - To Tina, dyżurna z recepcji. - Zaczekaj, Julio chce z tobą mówić.

Przełącza go do mnie.
- Och, Hajder, przepraszam cię - zaczyna Julio. ~ Ale on to znów robi.

- Kto i co znów robi? - pytam.
- Ten chłopak, Gavin. Pani Walcott mówiła...

- Dobra, Julio. - Nie chcę, żeby Cooper zorientował się w sytuacji, bo pamiętam, co było 

ostatnio. - Spotkamy się tam gdzie zawsze. - A potem odkładam słuchawkę.

Mówić tu, że coś wypada nie w porę! Dokładnie wtedy, kiedy Cooper zaczynał wyjawiać 

mi, co naprawdę o mnie myśli!

Chociaż jak się nad tym zastanowić, nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Bo pewnie 

chciał powiedzieć coś w rodzaju:, jedną z najbardziej sprawnych specjalistek od wprowadzania 

danych rachunkowych, jaką znam”.

- Nie ruszaj się stąd - nakazuję Cooperowi.

- Stało się coś złego? - pyta Cooper z troską.
- Nic, z czym sobie nie poradzę migusiem - zapewniam. O mój Boże, czyja właśnie 

background image

powiedziałam: „migusiem”? No cóż, nieważne. - Zaraz wracam.

Zanim  zdążył  powiedzieć  chociaż  słowo, wypadam  z biura  i biegnę w stronę windy 

technicznej, gdzie mówię Juliowi, którego tam spotykam, żeby zajął się dźwignią napędu i 
jedziemy, już, już, już!

Bo im szybciej wrócę, tym szybciej dowiem się, czy jest jakaś szansa dla mnie, jeśli 

chodzi   o   Coopera,   czy   też   powinnam   sobie   po   prostu   w   ogóle   odpuścić   mężczyzn.   Może 

Uniwersytet  Nowojorski  oferuje  jakieś  kursy   dla  kandydatek   do  zakonu.  Na   przykład:  jak 
zupełnie zrezygnować z facetów i zrozumieć celibat. Bo zaczynam poważnie podejrzewać, że to 

może być droga dla mnie.

Kiedy Julio wiezie mnie na dziesiąte piętro, wspinam się po wewnętrznej ścianie windy 

i wyłażę przez otwór na dach. W szybie jest ciepło i spokojnie, jak zwykle.

Ale w sumie nie słyszę śmiechu Gavina, a to nie jest normalne. Może wreszcie odciął 

mu głowę jakiś luźny kabel, przed czym tak często przestrzegała go Rachel. A może spadł. O 
Boże, proszę, niech się nie okaże, że on leży tam na dole...

Zastanawiam się, co zrobię, jeśli na dachu windy numer 1 leżą pozbawione głowy zwłoki 

Gavina,   kiedy   winda   techniczna   zbliża   się   do   pozostałych   dwóch   wagoników.   Oba   stoją 

nieruchomo na dziesiątym piętrze.

Kiedy je mijamy, nie widzę ani śladu Gavina - nawet jego pozbawionych głowy zwłok. 

Żadnych   pustych   butelek   po   piwie,   żadnych   wybuchów   śmiechu,   nic.   Zupełnie   tak,   jakby 
Gavina wcale tu nie było...

Niespodziewanie szybem wind wstrząsa coś w rodzaju uderzenia pioruna, rycząc mi w 

uszach niczym fale oceanu, tylko że tysiąc razy głośniej.

Podniosłam się przed chwilą na nogi, nieco niepewnie, żeby dokładniej się przyjrzeć 

windom pod nami i kiedy czuję pod stopami wstrząs, instynktownie, ale po omacku, szukam 

czegoś - czegokolwiek - czego mogłabym się przytrzymać.

Dłonie przecina mi jakby tysiąc brzytew i zdaję sobie sprawę, że trzymam się stalowej 

liny,   która   szaleńczo   wibruje   pod   wpływem   siły   wybuchu.   Ale   i   tak   ściskam   kurczowo   tę 
szarpiącą  się linę, bo to jedyna rzecz,  która  mnie chroni  przed nicością  mrocznego szybu 

ziejącego pode mną. Bo pod stopami już nic nie mam. W jednej chwili stałam na dachu windy 
technicznej, a w następnej ten dach umyka mi spod stóp, marszcząc się jak zgniecione pudełko 

po chipsach.

Hm. Pringles.

To zabawne, o czym człowiek zaczyna myśleć na moment przed śmiercią.
Czysty fart chroni mnie przed uderzeniem masy jakiegoś żelastwa, które spada z góry. 

background image

Lina, której się trzymam, nadal dziko się szarpie, ale trzymam się jej obiema rękami i nogami, 
zaplatając stopy.

Coś lecącego w dół wali mnie w ramię na tyle mocno, że nieco rozluźniam chwyt na 

linie i tracę oddech.

To   wtedy   patrzę   w   dół,   szeroko   otwartymi   oczami,   i   widzę,   że   winda   techniczna 

zniknęła.

Cóż, niezupełnie zniknęła. Widzę, że spada, niczym puszka, którą ktoś wrzucił do zsypu, 

a luźne liny - poza tą, której się trzymam - ciągną się jak wstążki na welonie panny młodej.

Udaje   mi   się   pomyśleć   tylko:   „Przecież   to   niemożliwe,   żeby   spadła”.   Raz   kiedyś 

spytałam paru doświadczonych specjalistów od napraw wind, czy to, co się stało w filmie 

Speed, mogłoby się zdarzyć w prawdziwym życiu. A oni mi powiedzieli, że nie. Bo nawet jeśli 
liny podtrzymujące windę pękną wszystkie naraz (co, zapewniali stanowczo, nie ma prawa się 

zdarzyć, ale jak widać...), w ścianę szybu wmontowana jest jeszcze przeciwwaga, która nie 
pozwoli wagonikowi roztrzaskać się na dole.

Czuję ogłuszający wstrząs, kiedy ta przeciwwaga opada, nie pozwalając windzie zderzyć 

się z betonowym dnem szybu.

Ale kiedy poszarpane liny uderzają o dach, hałas jest niewiarygodny. Szybem raz za 

razem coś wstrząsa. Usiłuję nie rozluźnić chwytu na linie, myśląc tylko, że przy tym całym 

hałasie w ogóle nie słyszałam Julia. Żadnego dźwięku z jego strony. Wiem, że nadal jest w tym 
wagoniku.   Chociaż   przeciwwaga   uratowała   go   przez   roztrzaskaniem   się   o   cementową 

posadzkę pod windami, te liny dosłownie spłaszczyły dach windy. A on tkwi pod tą masą 
stali...

I Bóg raczy wiedzieć, czy jeszcze żyje.
Cisza, która zapada w szybie po upadku windy, jest jeszcze bardziej przerażająca niż 

nagłe uderzenie przerwanych lin. Zawsze lubiłam szyby wind, bo są jedynymi miejscami w 
akademiku - to znaczy w domu studenckim -w których panuje całkowity spokój. Teraz ta cisza 

rozciąga się jak niewidzialne sklepienie dzielące mnie od ziemi. Im ciszej się robi, tym wyżej 
podnosi mi się w gardle bąbelek histerii. Przedtem nie miałam czasu się bać.

Ale teraz, wisząc ponad dziesięć pięter nad ziemią, pod stopami mając nicość, zaczynam 

tracić głowę z przerażenia.

To wtedy bąbelek zamienia się w istną fontannę, a ja zaczynani wrzeszczeć.

background image

23

Chociaż mam wrażenie, że trwa to godzinami, wrzeszczą tak chyba tylko przez jakąś 

minutą, a potem słyszę odległy męski głos, który nawołuje moje imię gdzieś z dołu.

- Tutaj! - drę się. - Tu jestem, na górze! Dziesiąte piętro!

Głos   coś   odpowiada,   a   potem   pod   sobą,   gdzieś   po   lewej,   widzę,   że   dwa   pozostałe 

wagoniki wind ruszają na dół.

Gdybym miała choć trochę przytomności umysłu, skoczyłabym w stronę dachu bliższej 

windy.

Ale odległość przekracza półtora metra - ta sama odległość, którą musiałyby pokonać 

Elizabeth   i   Roberta,   gdyby   naprawdę   zginęły   w   czasie   surfowania   na   windach   -   i   prawie 

całkowicie paraliżuje mnie strach.

Ale zdaję sobie sprawę, że nie zdołam długo trzymać się tej liny. Po uderzeniu ramię 

zdrętwiało mi z bólu, a dłonie mam poranione od ściskania stalowego kabla, nie wspominając 
już o tym, że są śliskie od krwi.

Jak przez mgłę przypominam sobie lekcje z wuefu z czasów podstawówki. Nigdy nie 

wyróżniałam   się   we   wspinaniu   po   linie   -   ani,   właściwie,   w   żadnych   ćwiczeniach   -   ale 

pamiętam, że cały sekret polega na owinięciu jednej stopy tak, żeby na dole powstała pętla.

Owinięcie stalowego kabla na stopie okazuje się trudniejsze niż ćwiczenia na sznurowej 

linie w piątej klasie, ale wreszcie udaje mi się znaleźć coś w rodzaju podparcia. Niestety, i tak 
wiem, że wytrzymam najwyżej parę minut. Ramię i dłonie potwornie mnie bolą- a ja zawsze 

miałam niski próg wrażliwości bólowej, bo przecież jestem takim strasznym mazgajem - i 
wiem, że prędzej puszczę linę i runę na spotkanie śmierci, niż zdołam to dłużej znosić.

I to przecież nie tak, że do tej pory nie miałam udanego życia. Okay, może czasami 

bywało trochę trudne, ale hej! Miałam fajne dzieciństwo, a przynajmniej rodzice zadbali o to, 

żebym nigdy nie chodziła spać głodna.

I nigdy mnie nie bito ani nie wykorzystywano seksualnie... Miałam też udaną karierę - 

no dobrze, szczyty osiągnęłam w wieku jakichś osiemnastu lat, a potem...

Ale i tak zdarzało mi się jadać w mnóstwie naprawdę świetnych restauracji.

I wiem, że Lucy znajdzie się pod dobrą opieką. Cooper się nią zajmie, jeśli coś mi się 

stanie złego.

Ale myślenie o Cooperze przypomina mi, że tak naprawdę wcale nie chcę umierać, nie 

teraz, kiedy sprawy zaczynają się interesująco rysować. Nigdy się nie dowiem, co on naprawdę 

o mnie myśli! Miał mi powiedzieć, a teraz ja zginę i nic z tego!

background image

Chyba że, oczywiście, kiedy umierasz, zyskujesz pełną wiedzę o wszechświecie.
A jeśli nie? Jeśli tylko umierasz?

No cóż, wtedy to chyba przestanie mieć znaczenie.
Zaraz, zaraz, chwileczkę. Ci faceci od naprawy wind zapewniali mnie, że kable nie mogą 

ot   tak   sobie   pęknąć.   Dobra,   może   jeden,   ale   nie   wszystkie   naraz.   Te   kable   nie   pękły 
przypadkiem.   Ktoś   podłożył   bombę.   Sądząc   po   kuli   ognia,   która   mi   eksplodowała   pod 

stopami, to musiała być jakaś bomba.

Tak właśnie. Bomba.

Ktoś mnie usiłuje zabić.
Znowu.

Zastanawianie   się   nad   tym,   kto   mógłby   chcieć   mnie   zabić,   odrywa   moje   myśli   od 

piekącego ramienia i zbolałych dłoni - na jakąś minutą czy dwie. No cóż, oczywiście pozostaje 

Christopher Allington, który może zrzucił (a może nie) tą donicę z pelargonią, bo zrozumiał, że 
go podejrzewam o morderstwo. Lepiej, żeby teraz miał naprawdę dobre alibi.

Ale skąd Christopher Allington miałby wiedzieć, że znajdę się w tej windzie? Rzadko 

korzystam   z   windy   technicznej.   Właściwie   tylko   wtedy,   kiedy   uganiam   się   za   windowymi 

surferami.

Czy Gavin McGoren może być zamieszany w śmierć Beth Kellog i Bobby Pace? Wydaje 

mi się to trochę naciągane, ale czy jest jakieś inne wyjaśnienie? Niemożliwe, żeby mordercą 
był Julio. Z tego co wiem, najprawdopodobniej leży tam na dole martwy. Dlaczego miałby 

chcieć próbować zabić mnie i siebie?

Nagle bliższa winda rusza w górę i tym razem na jej dachu ktoś stoi. Ale to nie Gavin 

McGoren. Mrugam oczami - szyb jest wypełniony dymem - i przez mgłę widzę zaciętą twarz 
Coopera, który ruszył mi na ratunek.

To   musi   znaczyć,   że   on   mnie   lubi.   Przynajmniej   troszkę.   Bo   skoro   jest   skłonny 

ryzykować życie, żeby mnie ratować...

- Heather... - Głos ma tak samo spokojny i władczy jak zawsze. - Nie ruszaj się, dobrze?
-   Jakbym   się   gdziekolwiek   wybierała   -   odpowiadam.   No,   przynajmniej   usiłuję   to 

powiedzieć. Słyszę jednak tylko serię histerycznych beków. Och, to absolutnie niemożliwe, 
żeby dochodziły z moich ust.

- Posłuchaj mnie, Heather - mówi Cooper. Wspiął się na dach windy numer 1 i trzyma 

się jednego z kabli. Jego twarz, widzę przez ten dym, pobladła pod opalenizną. A to czemu? 

Tak się zastanawiam... - Chcę, żebyś coś dla mnie zrobiła.

- Okay - mówię. A przynajmniej próbuję powiedzieć.

background image

- Chcę, żebyś się w tę stronę rozhuśtała. Nie bój się, ja cię złapię.
-  Hm  - mówię.   I popełniam   ten  błąd,  że  zerkam  w dół.   - Nie.   No  cóż,  tym  razem 

powiedziałam coś wystarczająco wyraźnie.

- Nie patrz w dół - mówi Cooper. - Dalej, Heather. Poradzisz sobie. To tylko trochę 

ponad metr.

- Facet, kompletnie cię pogięło. - Kręcę głową. Mój głos dziwnie brzmi. Jest jakiś taki 

piskliwy. - Nic dziwnego, że rodzina cię wydziedziczyła co do centa...

- Heather, posłuchaj. Woźny mi powiedział, że ten kabel, którego się trzymasz, może 

nie wytrzymać. Może się w każdej chwili urwać, jak tamte...

- Och! - No cóż, to zmienia postać rzeczy.

- Rób teraz to, co powiem. - Cooper wychyla się możliwie najdalej w moją stronę. - 

Odepchnij się od ściany stopami i zakołysz. Ja cię złapię, spokojnie.

Z góry szybu windy technicznej dobiega jakiś zgrzyt. Jestem prawie pewna, że to nie ja 

tak zgrzytam. Już prędzej lina, na której wiszę.

Fantastycznie.
Zamykam   oczy   i   napieram   na   kabel,   usiłując   go   rozkołysać   w   stronę   ściany   szybu. 

Odplątuję stopę, która się podpierałam, i odpycham z całej siły od odrapanych cegieł. I już lecę 
w kierunku wyciągniętych ramion Coopera...

...ale nie dość blisko.
Mimo to on krzyczy:

- Puść się, Heather! Puszczaj!
I już po wszystkim, myślę. Przepadłam. Może teraz zrobią o mnie epizod w Behind the 

Musie.

Puszczam.

I   przez   sekundę   wiem,   co   musiały   czuć   Elizabeth   i   Roberta   -   wszechogarniające 

przerażenie, bo na dole nie ma żadnej siatki ani wody, która złagodzi upadek...

Ale zamiast runąć na pewną śmierć, jak one, czuję silne palce zaciskające się na moich 

nadgarstkach.  Prawie   mi wyrywa  ramiona  ze  stawów,  kiedy  całym   ciałem  uderzam  o bok 

wagonika windy. Oczy mam mocno zamknięte, ale czuję, że ktoś mnie dźwiga w górę, powoli...

Nie   przestaję   stopami   szukać   punktu   podparcia,   dopóki   nie   czuję,   że   siedzeniem 

spoczęłam na czymś solidnym.

Dopiero wtedy otwieram oczy i widzę, że Cooperowi udało się mnie uratować. Oboje 

ciężko dyszymy z wysiłku przemieszanego ze strachem. No cóż, przynajmniej u mnie on się 
miesza ze strachem.

background image

Ale żyjemy. Ja żyję.
Znad naszych głów znów dobiega ten zgrzytliwy dźwięk. Zanim się zorientowałam, co 

się dzieje, kabel, którego się trzymałam - razem z blokiem, na którym wisiał - odrywa się z 
zaczepów i leci w dół szybu, gdzie rozbija się na dachu windy.

Kiedy jestem już w stanie oderwać oczy od wraku w dole, widzę, że kurczowo trzymam 

się koszuli Coopera i że jego ramiona obejmują mnie opiekuńczo. Jego twarz przybrała odcień 

otaczającego  nas  dymu. Całą  koszulę  ma wymazaną  rdzą  i krwią,  w każdym  razie  w tych 
miejscach, gdzie chwyciłam go pociętymi dłońmi.

- Och! - Wypuszczam z dłoni pomiętą i zaplamioną bawełnę. - Przepraszam.
Cooper natychmiast zwalnia uścisk.

- Nie ma sprawy - mówi.
Jego głos, tak jak mój, brzmi dość pewnie. Ale w jego błękitnych oczach jest coś, czego 

nigdy w nich wcześniej, nie widziałam.

Zanim jednak zdążyłam przemyśleć, co to właściwie może być, ze środka windy, na 

której siedzimy, dobiega znajomy głos:

- Masz ją?

Zerkam przez otwarty panel w dachu kabiny i widzę twarz Pete'a. A na niej wyraźną 

ulgę.

- Heather, my tu przez ciebie naprawdę sramy w gacie - mówi. I rzeczywiście, jego 

szorstki, brooklyński akcent zabarwia się drżącą nutką. - Nic ci nie jest?

- Nic - odpowiadam i dowodzę swoich słów, ostrożnie zsuwając się do wnętrza kabiny, 

prawie   bez   żadnej   pomocy.   W   pewnym   momencie   ramię   odzywa   się   boleśnie,   ale   Pete 

podtrzymuje mnie za łokieć, a Cooper mocno trzyma za pasek, więc nie tracę równowagi. 
Kiedy już bezpiecznie ląduję w środku, przekonuję się, że trudno mi ustać na nogach. Kolana 

strasznie mi drżą.

Ale jakoś sobie radzę, opierając się o ścianę.

- Co z Juliem? - pytam.
Cooper i Pete wymieniają spojrzenia.

- Żyje - mówi Cooper, ale tak dziwnie zaciska szczękę.
- A przynajmniej minutę temu jeszcze żył. - Pete przekręca klucz, który tkwi w panelu 

sterowniczym. - Ale czy nadal będzie żył, kiedy go stamtąd wyciągną...

Kręci mi się w głowie.

- Wyciągną?
- Będą musieli użyć nożyc do metalu.

background image

Patrzę na Coopera, oczekując szczegółowego wyjaśnienia, ale nie wyrywa się z nim. 

Nagle przestaję mieć pewność, że w ogóle chcę to wiedzieć.

Po raz drugi w ciągu dwóch dni trafiam na ostry dyżur do St. Vincent's.
Tylko że tym razem to ja jestem pacjentką.

Leżę na noszach, czekając, aż mi prześwietlą ramię. Cooper poszedł szukać dla mnie 

kanapki z tuńczykiem, bo z tego strachu zrobiłam się strasznie głodna.

Kiedy czekam, obserwuję smutno swoje obtarte palce i dłonie, poowijane gazą i piekące 

od   licznych   skaleczeń.   To   potrwa   parę   tygodni,   informuje   mnie   irytująco   młody   dyżurny 

lekarz, zanim wygoją się na tyle, że będę ich normalnie używać. Zapomnijcie o grze na gitarze. 
Ledwie mogę utrzymać ołówek.

Ponuro   zastanawiam   się,   jak   ja   zdołam   przyzwoicie   wywiązywać   się   z   pracy,   skoro 

prawie nie mogę używać rąk - niewątpliwie Justine znalazłaby jakiś sposób - kiedy pojawia się 

detektyw Canavan, jak zwykle gryząc w zębach niezapalone cygaro. Nie jestem pewna, czy to 
wciąż to samo cygaro, ale wygląda tak, że niewykluczone.

- No, witam, pani Wells - mówi tak swobodnie, jakbyśmy właśnie na siebie wpadli w 

Macy's. - Słyszałem, że miała pani dość urozmaicony poranek.

- Och - mówię. - Chodzi panu o to, że ktoś mnie usiłował zabić? Po raz kolejny?
- Mniej więcej. - Detektyw Canavan wyjmuje cygaro. - Złości się pani na mnie?

Owszem, trochę. Ale z drugiej strony, to w sumie nie jego wina. Ta donica mogła spaść 

przypadkiem. A Elizabeth i Roberta naprawdę mogły zginąć, surfując na windach.

Tyle że ona nie spadła sama. A one nie zginęły w wypadku.
-   Trudno,   żebym   miał   do   pani   żal   -   mówi   detektyw   Canavan,   zanim   zdążyłam   się 

odezwać. - Teraz mamy Backstreet Boya z rozwalonym łbem i woźnego na intensywnej terapii.

- I dwie nieżywe dziewczyny - przypominam mu. - Niech pan nie zapomina o dwóch 

nieżywych dziewczynach.

Detektyw   Canavan   siada   na   pomarańczowym   plastikowym   krześle   ustawionym   pod 

ścianą pracowni rentgenowskiej.

- Owszem - mówi. -I dwie nieżywe dziewczyny. Nie wspominając o pewnej zastępczyni 

kierowniczki administracyjnej, która według wszelkich reguł też już powinna nie żyć. - Znów 
wsadza cygaro w zęby. - Naszym zdaniem to była bomba rurowa.

- Co?! - krzyczę.
- Bomba rurowa. Dość prosta, ale skuteczna. W zamkniętej przestrzeni, na przykład w 

szybie windy, potrafi wyrządzić duże szkody. - Detektyw Canavan żuje cygaro. - Kotku, ktoś 
ma wielką ochotę panią ukatrupić.

background image

Gapię się na niego i znów robi mi się zimno. Cooper narzucił mi na ramiona swoją 

skórzaną kurtkę, jak tylko zjechaliśmy do holu, bo z jakiegoś powodu cała się roztrzęsłam. A 

potem, kiedy przyjechała karetka, dodali mi jeszcze koc.

Mimo to dygoczę z zimna, odkąd zobaczyłam wrak, który kiedyś był windą techniczną, 

zgnieciony   na   parterze.   Strażacy   próbowali   otworzyć   drzwi   za   pomocą   potężnych   cęgów  - 
szczęki życia, jak je nazywają - ale pogięty metal tylko skrzypiał. W środku tej ruiny leżał Julio, 

który jak się potem dowiedziałam, doznał licznych złamań, ale uznano, że się z tego wyliże. 
Zaczęłam się trząść od samego patrzenia na potrzaskany wagonik i od tej pory ręce mam 

zimne jak lód.

- Ale bomba rurowa? - mówię. - Jak...?

- Przymocowana  na dachu windy. Proste,  gdy się dysponuje wiedzą.  Potrzebna  jest 

tylko metalowa rura, pusta w środku, żeby można ją było napełnić. Z boku wywierca się kilka 

otworów,   wsadza   się   do   rury   parę   fajerwerków,   wyciągając   lonty   przez   otwory,   a   potem 
zasypuje środek prochem strzelniczym i całość zakleja. Łatwizna.

Łatwizna? Dla mnie to brzmi gorzej niż egzaminy SAT! Zauważając moje uniesione 

brwi, detektyw Canavan znów wyciąga z ust cygaro i mówi:

- Przepraszam. Łatwizna, kiedy człowiek wie, jak to zrobić. W każdym razie ktoś odpalił 

lonty na parę minut przed tym, zanim pani i ten... jak on się nazywa? - Zagląda do notatek. - 

Och, tak. Pan Guzman. Zanim ruszyliście na górę. A teraz, jeśli się pani nie pogniewa, co do 
diabła robiła pani na dachu tego cholerstwa?

Oszołomiona, zaczynam sobie przypominać. Bomba rurowa? Nie mam pojęcia, jak coś 

takiego mogłoby wyglądać, ale z całą pewnością niczego podobnego nie zauważyłam, kiedy 

stałam na dachu windy.

No, ale z drugiej strony, wśród tych wszystkich  hamulców i innej maszynerii, małą 

bombę łatwo byłoby schować.

Niemniej... bomba rurowa? Bomba rurowa w Fisher Hall?

Cooper   wpada   przez   wahadłowe   drzwi   z   naręczem   papierowych   toreb.   Ładna 

pielęgniarka ściga go ze wściekłą miną.

- Proszę pana, nie wolno panu tu wchodzić - upiera się. - Bo będę musiała zawołać 

ochronę...

- Wszystko w porządku, siostro. - Detektyw Canavan otwiera swój portfel i pokazuje 

odznakę. - Ten pan jest ze mną.

-   Dla   mnie   może   być   członkiem   Królewskiego   Instytutu   Medycznego   -ucina 

pielęgniarka. - Nie wolno mu tak tu się wdzierać.

background image

- Proszę się poczęstować roladką. - Cooper wyciąga jedną z którejś torby. Pielęgniarka 

patrzy na niego jak na wariata.

- No serio - mówi Cooper. - Bardzo proszę. Ja stawiam. Zdegustowana pielęgniarka 

bierze roladkę, odgryza spory kęs, a potem odchodzi, żując. Cooper wzrusza ramionami, a 

później patrzy na Canavana z nieukrywaną wrogością.

-   No   proszę,   i   nowojorska   policja   znów   wychodzi  na   bandę   popieprzonych   debili   - 

mówi.

- Cooper! - Jestem zdumiona. - Detektyw Canavan właśnie mi mówił...

- Co. Że wszystko to ci się ubrdało? - Cooper śmieje się gorzko, a potem palcem celuje w 

pierś   osłupiałego   detektywa.   -   No   cóż,   Canavan,   to   teraz   mnie   posłuchaj.   Nie   ma   takiej 

możliwości, żeby wszystkie sześć kabli windy pękło naraz, chyba że ktoś specjalnie...

- Cooper! - wołam, ale detektyw Canavan tylko chichocze.

- Wyluzuj, Romeo - mówi, wymachując cygarem. - Już ustaliliśmy, że dokonano drugiej 

próby zamachu na życie tu obecnej twojej dziewczyny. Nikt nie twierdzi, że z tą windą to był 

wypadek. Nie drzyj szat. Jestem po twojej stronie.

Cooper mruga kilka razy, a potem patrzy na mnie. Spodziewam się, że powie coś w 

rodzaju: To nie jest moja dziewczyna. Ale on niczego takiego nie mówi. Mówi tylko:

- Kanapki z tuńczykiem nie wyglądały świeżo. Wziąłem ci zamiast tego z salami.

Wyciąga   kanapkę,   chyba   półmetrowej   długości.   Nie   powiem,   żebym   miała   coś 

przeciwko jej rozmiarom. Detektyw Canavan zerka na liczne torby, które Cooper sieje wkoło 

siebie.

- A jakieś chipsy tu masz? - pyta.

- Niestety. - Cooper rozwija moją kanapkę i zaczyna ją rwać na małe kawałki, bo nie 

mogę niczego utrzymać w dłoniach. - Oliwkę?

Detektyw Canavan wygląda na rozczarowanego.
- Nie, dziękuję. A zatem - mówi, jakby wcale sobie nie przerywał - kto pani kazał wsiąść 

do tej windy?

Odpowiadam z pełnymi ustami, bo jestem zbyt głodna, żeby czekać.

- Wiem tylko, że dostałam telefon z recepcji, że Gavin, to jeden student, który mieszka u 

nas w akademiku, znów chce surfować na windach, więc poszłam z Juliem, żeby go złapać.

- Tak? A kiedy była już pani na górze, to co?
Opisuję   eksplozję,   która   nastąpiła   prawie   w   tej   samej   chwili,   w   której   się 

zorientowałam, że Gavina wcale nie było w szybie.

- A więc - mówi detektyw Canavan - kto kazał tej studentce z recepcji zadzwonić po 

background image

panią?

-   Wszyscy   wiemy,   kto   -   mówi   Cooper.   W   jego   głosie   znów   słychać   ledwie 

powstrzymywaną furię. — Czemu sterczysz tutaj, Canavan, zamiast zająć się aresztowaniem 
tego człowieka?

- Aresztowaniem kogo? - chce wiedzieć Canavan.
- Allingtona. To on jest mordercą. To oczywiste, Heather śmiertelnie go wystraszyła.

Canavan kręci głową.
- Ale ten chłopak wczoraj wieczorem wyjechał z miasta. Zaszył się w willi rodziców w 

Hamptons. W żaden sposób nie mógł umieścić i odpalić tej bomby. To trzy godziny jazdy 
między stanową autostradą. Owszem, ktoś usiłuje zabić twoją dziewczynę. Ale to nie jest Chris 

Allington.

background image

24

Prześwietlenie   jest   bardzo   bolesne,   bo   technik   musi   mnie   ułożyć   w   kilku   niezbyt 

naturalnych pozycjach,  żeby znaleźć dobry kąt do zdjęcia.  A tymczasem  poza advilem nie 
dostałam żadnych środków przeciwbólowych.

Halo? Advil to się kupuje w aptece bez recepty. Zapomnieli już o vicodinie? Zapomnieli 

o dolarganie? I w ogóle co jest z tymi szpitalami?

Kiedy   mnie  już   prześwietlili,   wiozą   mnie  na   wózku   do  poczekalni,   gdzie   cała   masa 

innych pacjentów też leży na noszach. Większość z nich, na pierwszy rzut oka, jest w znacznie 

gorszym stanie niż ja. I wszyscy chyba dostali o wiele skuteczniejsze środki przeciwbólowe.

Na szczęście nie odebrano mi kanapki. To moje jedyne źródło pociechy. No cóż, ona i 

paczka fritos, którą zdobyłam w automacie ze słodyczami na końcu oddziału. To nie żarty 
wsuwać   dwudziestopięciocentówki   do   tych   szczelin,   kiedy   ma   się   zabandażowane   dłonie, 

wierzcie mi.

Ale nawet fritos nie poprawiają mi humoru. To cud, że żyję. Naprawdę powinna była 

mnie ukatrupić ta bomba. Ale przeżyłam.

W przeciwieństwie do Elizabeth Kellog i Roberty Pace. O czym myślały na krawędzi 

życia,   mając   pod   sobą   szesnaście   czy   czternaście   pięter?   Czy   stawiały   opór,   zanim   je 
zepchnięto? Nie było żadnych śladów walki, tylko te dziwaczne oparzenia.

I jakiego typu były te oparzenia?
I dlaczego ja przeżyłam, skoro one zginęły? Czy jest jakiś powód? Czy teraz powinnam 

coś zrobić? Może odnaleźć ich mordercę?

A może ocalałam z innego, ważniejszego powodu? Na przykład po to, żebym poszła 

drogą kariery medycznej i zadbała, żeby w przyszłości ofiary wybuchów bomb otrzymywały 
lepsze leki przeciwbólowe.

Chrupię ostatnie fritos, kiedy wreszcie pojawia się jakiś lekarz, na pewno nie starszy 

ode   mnie.   Uśmiecha   się,   niosąc   zdjęcie   mojego   ramienia.   Przestaje   się   uśmiechać,   kiedy 

przygląda mi się uważniej.

- Czyja pani...? - przerywa. Minę ma spanikowaną. Jestem zbyt zmęczona na te gierki.

- Tak-mówię. - Nazywam się Heather Wells. Tak, śpiewałam Słodki miód.
Och - mówi z rozczarowaniem. - Myślałem, że to Jessica Simpson.

Jessica  Simpson!  Jestem  tak  oburzona,   że  nie  mogę  wydusić  z  siebie  słowa,   nawet 

wtedy, kiedy mnie radośnie informuje, że z moim ramieniem właściwie wszystko w porządku, 

jest tylko   mocno  stłuczone.  Potrzeba  mi  wypoczynku,  leżenia  w  łóżku  i  nie,  nie  może  mi 

background image

przepisać nic przeciwbólowego.

Przysięgam, że słyszę, jak sobie podśpiewuje refren z With You, kiedy odchodzi.

Jessica   Simpson?   Ja   w   niczym   nie   przypominam   Jessiki   Simpson!   No   dobra,   obie 

mamy długie jasne włosy. Ale na tym podobieństwo się kończy.

Czy rzeczywiście?
Znajduję   łazienkę   i   wchodzę   do   środka.   Patrząc   w   swoje   odbicie   w   lustrze   nad 

umywalką, z ulgą stwierdzam, że w najmniejszym stopniu nie przypominam Jessiki Simpson.

Chociaż   istoty   ludzkiej   to   ja   też   nie   przypominam.   Dżinsy   mam   podarte   i   pokryte 

smarem   i   własną   krwią.   Ściskam   skórzaną   kurtkę   Coopera   i   jaskrawopomarańczowy   koc, 
którym mi owinięto ramiona. Całą twarz mam upapraną brudem i krwią, a włosy mi zwisają w 

tłustych strąkach. Nigdzie w okolicy warg nie został mi nawet ślad szminki.

Krótko mówiąc, wyglądam jak potwór.

Usiłują jakoś zaradzić tej sytuacji. Ale i tak rezultatami nie ma się co chwalić.
Niemniej  dobrze,   że zdecydowałam   się nieco  odświeżyć,  bo  kiedy znów wracam  do 

poczekalni,   z   rachunkiem   za   szpital   (całe   tysiąc   siedemset   dolarów,   które   będzie   musiał 
wybulić   Uniwersytet   Nowojorski)   w   tylnej   kieszeni   dżinsów,   prawie   mnie   oślepiają   błyski 

licznych fleszy. Kilkanaście zupełnie mi nieznanych osób woła do mnie:

-   Panno  Wells?   Panno  Wells,   tutaj!  Tylko   jedno  pytanie,   panno   Wells...   A  strażnik 

szpitalny   desperacko   usiłuje   powstrzymać   kolejnych   reporterów   wdzierających   się   do 
poczekalni z ulicy.

- Heather! - woła znajomy głos ze środka tego zamieszania, ale przedtem jakaś kobieta z 

grubą warstwą podkładu i bardzo puchatą fryzurą podtyka mi pod nos mikrofon i pyta ostro:

- Panno Wells, czy to prawda, że pani i jej były narzeczony, członek Easy Street, Jordan 

Cartwright, znów jesteście razem?

Zanim zdążyłam otworzyć usta, żeby odpowiedzieć, kolejny reporter mówi:
- Panno Wells, czy to prawda, że to już drugi zamach na pani życie w ciągu dwóch dni i 

że ktoś panią usiłuje zabić?

- Panno Wells-pyta trzeci-czy jest choć trochę prawdy w plotce, jakoby ta bomba była 

częścią spisku, który ma na celu zlikwidowanie wszystkich byłych ulubienic amerykańskich 
nastolatków?

- Heather!
Ponad   mikrofonami   i   kamerami   dostrzegam  Coopera.   Wskazuje   na   boczne   drzwi   z 

napisem: TYLKO DLA PERSONELU SZPITALNEGO.

Ale zanim udaje mi się zanurkować w ich stronę, ktoś łapie mnie za obolałe ramię i 

background image

wrzeszczy:

- Heather, czy to prawda, że wrócisz do śpiewania, reklamując nowe perfumy Calvina 

Kleina podczas promocji jego jesiennej kolekcji mody?!

Na szczęście pojawia się jakiś gliniarz i przeciska przez mur reporterów, łapiąc mnie za 

zdrowe ramię. Siłą mnie przeprowadza przez sam środek ścisku, pałką torując nam drogę.

-   Spokojnie,   spokojnie   -   powtarza   co   rusz   swoim   beznamiętnym   brooklyńskim 

akcentem, który od przeprowadzki do Nowego Jorku nauczyłam się rozpoznawać i traktować z 
ufnością.   -   Pozwólcie   pani   przejść.   Ludzie,   okażcie   nieco   współczucia   poszkodowanej, 

rozstąpcie się.

Anonimowy   stróż   prawa   wyprowadza   mnie   za   drzwi   z   napisem   TYLKO   DLA 

PERSONELU, a potem staje przed nimi jak jakiś superbohater z komiksu.

Trafiam,   jak   się   okazuje,   do   tego   samego   holu,   w   którym   zostawiłam   Coopera   i 

detektywa Canavana, kiedy poszłam na prześwietlenie. Widzę, że dołączyło do nich parę osób: 
Patty, Frank, Magda, Pete, i z sobie tylko znanego powodu, doktor Jessup.

Na   mój   widok   i   Patty,   i   Magda   wydają   okrzyk   przerażenia.   Nie   wiem   dlaczego. 

Myślałam, że całkiem przyzwoicie się obmyłam.

Tak czy inaczej, Patty podrywa się z plastikowego krzesła i zamyka mnie w uścisku, 

który na pewno ma być serdeczny, ale w sumie sprawia mi dość ostry ból. Płacze i mówi mniej 

więcej tak: „Mówiłam ci, żebyś sobie poszukała innej pracy! Ta się dla ciebie nie nadaje! Jest 
niebezpieczna!”

Magda tymczasem wpatruje się w moje dłonie i jakoś tak dziwnie rusza szczęką. Nigdy 

jeszcze nie widziałam u niej tak szeroko otwartych oczu.

- O mój Boże - powtarza, rzucając oskarżające spojrzenia w stronę Pete'a. - Mówiłeś, że 

jest źle, ale nie mówiłeś, jak źle.

- Nic mi nie jest - mówię, usiłując się wyplątać z uścisku niesamowicie długich rąk 

Patty. - Naprawdę, Patty, nic mi nie jest.

- Jezus, Pats, to ją boli. - Frank usiłuje oderwać ode mnie swoją żonę. Spogląda na mnie 

z niepokojem, odplątując ręce Patty z mojej szyi. - Naprawdę nic ci nie jest, mała? Wyglądasz 

okropnie.

- Nic mi nie dolega - kłamię. Nadal jestem wstrząśnięta, nie tyle swoimi przeżyciami w 

szybie windy, ile przejściami w rękach tych wszystkich reporterów. Skąd oni się tam wzięli? I 
jak zdołali tak szybko dowiedzieć się o bombie? Uniwersytet Nowojorski rzadko pojawia się w 

prasie, a jeśli w ogóle, to w pozytywnym świetle. W jaki sposób to teraz wpłynie na mój pół-
roczny okres próbny? Czy będą mieli o to do mnie pretensje?

background image

Wtedy doktor Jessup pokasłuje i wszyscy obracają oczy na niego. W ramionach ma 

wielki bukiet słoneczników. Dla mnie. Doktor Jessup przyniósł mi kwiaty!

- Wells - mówi swoim śmiertelnie poważnym głosem. - Zawsze musisz się znaleźć na 

środku sceny, prawda?

Uśmiecham się, poruszona tak, że brak mi słów. Przecież doktor Jessup jest bardzo 

zajętym człowiekiem,  jako prorektor i tak dalej. Aż trudno uwierzyć, że znalazł czas, żeby 

przyjechać do szpitala z kwiatami.

Ale doktor Jessup jeszcze nie skończył. Pochyla się i całuje mnie w policzek ze słowami:

- Cieszę się, że jesteś w jednym kawałku, Wells. To od naszego departamentu. - Usiłuje 

wręczyć mi bukiet, a kiedy bezradnym gestem unoszę zabandażowane dłonie, wkracza Magda, 

odbierając za mnie kwiaty z jego rąk.

Doktor Jessup chyba nie zauważył jej gniewnej miny, a nawet jeśli, to postanowił ją 

zignorować. Nie słyszy też, jak Magda mruczy:

- Daje jej tylko kwiaty, kiedy powinien jej dać ładną, okrągłą podwyżką...

- Rachel  kazała  powiedzieć,  żeby ci przekazać,  ale bardzo jej przykro, że nie mogła 

przyjechać   osobiście,   bo   ktoś   musi   pilnować   podwórka.   -   Doktor   Jessup   uśmiecha   się, 

pokazując wszystkie zęby. - Oczywiście nie wiedziała o tych wszystkich paparazzich. Będzie jej 
bardzo   przykro,   że   ją   to   ominęło,   założę   się.   I   co,   sprzedasz   teraz   swoją   historię   do 

„Entertainment Tonight” czy do „Access Hollywood”?

- „Post” da ci najlepszą cenę - informuje mnie Magda, nieświadoma, że doktor Jessup 

żartuje. - Albo może „Enquirer”.

- Nie martwcie się - odpowiadam z uśmiechem. - Nie polecę z tym do prasy.

Doktor   Jessup   nie   wydaje   się   przekonany.   Wyraz   przyjaznej   troski   na   jego   twarzy 

ustąpił zmartwieniu. I nagle do mnie dociera. On się pokazał w tym szpitalu tylko po to, żeby 

sprawdzić, czy nie ujawnię publicznie ostatnich wydarzeń.

Chyba powinnam się była od razu domyślić, że doktor Jessup nie pojawił się ze szczerej 

troski o mnie. Doktor Jessup przyjechał tu tylko z jednego powodu, a ten powód to: ograniczyć 
szkody do minimum.

Chyba podejrzewał, że będzie kiepsko - bo inaczej nie przedzierałby się w korkach do 

szpitala - ale chyba nie brał pod uwagę, że może być aż tak źle. Wybuch bomby w akademiku 

Uniwersytetu Nowojorskiego - to znaczy w domu studenckim - to naprawdę bombowy temat. 
Coś podobnego przydarzyło się w Yale i trafiło do CNN, a oni trąbili o tym we wszystkich 

lokalnych stacjach, chociaż się okazało, że to wcale nie był akt terroryzmu.

Fakt, że jedną z poszkodowanych jest gwiazda popu, tylko nadaje tej historii smaczku. 

background image

Moje   zniknięcie   z   muzycznego   świata   nie   przeszło   niezauważone,   a   jego   przyczyny   i 
konsekwencje   -   włącznie   z   nowym   ranczem   i   hodowlą   bydła   mojej   matki   w   Argentynie   - 

omawiano w mediach ze szczegółami. Już sobie wyobrażam ten nagłówek w „Post”:

BLOND BOMBA

Była   gwiazda   pop   Heather   Wells   omal   nie   zginęła   w   zamachu   bombowym   na 

Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie zarabia na skromne życie jako pracownica administracji. 

Piosenkarce nie wiedzie się ostatnio najlepiej. Porzucił ją narzeczony, jeden z członków grupy 
Easy Street, Jordan Cartwright, a jej muzyczna kariera chyba dobiegła kresu.

Mimo   wszystko   rozumiem   troską   doktora   Jessupa.   Bo   dajcie   spokój,   bomba   w 

akademiku - to znaczy w domu studenckim? I co gorsza, w tym obiekcie, w którym mieszka 

rektor uczelni? Co on powie zarządowi? Biedny facet, chyba rozumie, że będzie się musiał 
pożegnać z posadą.

Nie winię go za to, że bardziej się martwi o własną skórą niż o moją. Ma przecież dzieci. 

A ja mam tylko psa.

-   Heather...   -   Doktor   Jessup   znów   się   odzywa.   -   Jestem   pewien,   że   rozumiesz.   To 

zdarzenie   to   cios   dla   naszego   publicznego   wizerunku.   Nie   możemy   pozwolić,   żeby 

społeczeństwo uznało, że nie panujemy nad sytuacją w akademikach...

Ku mojemu zdziwieniu wtrąca się detektyw Canavan. Rozgłośnie odchrząkuje, a potem 

rozgląda się bezskutecznie w poszukiwaniu spluwaczki. Potem wzdycha i przełyka.

I wreszcie mówi:

- Hej. Przykro mi państwu przerywać, ale im dłużej pani Wells tu zostanie, tym trudniej 

będzie moim chłopcom zapanować nad sytuacją tam na zewnątrz.

Czuję czyjąś rękę na plecach. Podnosząc wzrok, ze zdziwieniem zauważam, że to ramię 

Coopera. Ale nie patrzy na mnie. Spogląda w stronę drzwi.

- Chodź, Heather - mówi. - Frank i Patty przyjechali swoim wozem. Zaparkowali na 

dole, w garażu. Podrzucą nas do domu.

- Och, tak, jedźmy - ponagla Patty. Jej piękna twarz wyraża bezbrzeżne obrzydzenie. - 

Nie cierpią szpitali, a reporterów jeszcze bardziej.

Ciemne oczy w kształcie  migdałów prześlizgują  się po doktorze Jessupie i wygląda, 

jakby   chciała   dodać:   „A   już   najbardziej   nie   cierpię   sztywniaków   i   biurokratów”,   ale 

powstrzymuje się, jestem pewna, że wyłącznie ze względu na moje dobro, bo akurat w tej 
chwili zdecydowałam się dość mocno nastąpić jej na nogę, wskutek czego wydaje cichy okrzyk 

bólu.

Żegnali się z Pete'em i Magdą - którzy obiecują pokręcić się po szpitalu i spróbować 

background image

zajrzeć do Julia - i szpitalna administratorka z ulgą wskazuje nam drogę do podziemnego 
garażu,   jakby   zdolna   była   do   wszelkich   poświęceń,   byle   tylko   pozbyć   się   ze   szpitala   nas 

wszystkich - reporterów także.

A ja przez całą drogę do samochodu jestem w stanie myśleć tylko o jednym. O mój 

Boże, no to już wyleciałam z pracy. No, chyba że akurat myślę: O Boże, o co chodzi z tym 
ramieniem? To znaczy z ramieniem Coopera.

Ale kiedy siadamy bezpiecznie w samochodzie, Cooper zabiera ramię. Więc mogę się 

martwić już tylko jedną sprawą.

- O Boże. - Nie udało mi się powstrzymać żałosnego jęku przez zaciśnięte gardło. - 

Doktor Jessup chyba mnie zwolni z pracy.

- Nikt cię nie zwolni, Heather - uspokaja mnie Cooper. - Facet po prostu dba o własne 

interesy.

- Kotku, jeśli ten facet chociaż spojrzy na ciebie krzywym okiem, będzie miał ze mną do 

czynienia   -   warczy   Patty   zza   kierownicy.   Patty   jest   asertywnym,   niektórzy   powiedzieliby 

nawet, że agresywnym, kierowcą, i to dlatego ona, a nie Frank zawsze siada za kierownicą. 
Naciska   klakson,   bo   drogę   zajeżdża   jej   żółta   taksówka.   -   Nikt   nie   zadziera   z   moimi 

przyjaciółkami.

Frank zerka na mnie z przedniego siedzenia i mówi:

- Cooper dał ci swoją kurtkę?
Spoglądam na kurtkę, która nadal otula moje ramiona. Pachnie Cooperem, zapachem 

skóry i mydła. Nie chcę jej zdjąć, już nigdy. Ale wiem, że będę musiała, kiedy dojedziemy do 
domu.

- Nie - mówię. - Tylko pożyczył.
- Och - mówi Frank. - Bo wiesz, cała jest zakrwawiona.

- Frank - mówi Patty. - Odwal się.
- Nic się nie stało - mówi Cooper, obserwując przez szybę licznych dziwaków, którzy 

urozmaicają uliczne życie West Village.

Nic się nie stało! Serce mi rośnie. Cooper mówi, że nic się nie stało, mimo że całą kurtkę 

wymazałam mu krwią!  To pewnie dlatego,  że teraz  będziemy się już umawiać ze sobą na 
randki, a on po prostu i tak mi tę kurtkę podaruje. A ja ją zatrzymam na zawsze - i Coopera też 

- żeby już zawsze było mi ciepło.

Ale wtedy Cooper dodaje:

- Znam bardzo dobrą pralnię chemiczną, gdzie świetnie usuwają plamy z krwi.
Tak, wiem. To nie jest mój najlepszy dzień.

background image

25

Halo?

Czy to dobry numer?
Halo?

Tak, szukam ukochanego
Halo?

Czy możecie mi go dać
Do telefonu?

Halo?
Wiem
że tu mieszkał

Halo?
Wiem, że o mnie dbał

Halo?
Proszą dajcie mi do telefonu

Mojego miłego

Halo?

Wykonanie: Heather Wells

Słowa/muzyka: Jones/Ryder

Z albumu: Magia

Cartwrihgt Records

Patty podrzuca nas do domu, chociaż Frank twierdzi, że teraz nie jest tam bezpiecznie, 

skoro ktoś usiłuje mnie zabić i tak dalej.

Ja chcę już tylko wziąć kąpiel, wśliznąć się do mojego łóżka i spać przez tysiąc lat. Nie 

zamierzam wdawać się w dyskusję, czy ten ktoś, kto chce mnie zabić, wie, gdzie mieszkam. A 

Frank nalega, żebym zatrzymała się u niego i u Patty.

Do   momentu   kiedy   Cooper   zauważa,   że   to   mogłoby   narazić   Indy'ego   na 

niebezpieczeństwo.

W   pierwszej   chwili   jestem   nieco   zaszokowana,   że   Cooper   mógł   powiedzieć   coś   tak 

okropnego. Ale kiedy słyszę, jak szybko Frank zmienia zdanie i mówi, że może jednak byłoby 
mi lepiej pod opieką Coopera, skoro on jest tak doświadczonym stróżem praworządności, 

zaczynam rozumieć, o co Cooperowi chodziło. Otóż on wie, że ja chcę wrócić do siebie do 

background image

domu. Wie, że nie chcę mieszkać w pokoju gościnnym Franka i Patty.

Och, Cooper przecież zawsze robi dla mnie różne miłe rzeczy - daje mi za darmo dach 

nad głową, kiedy nie mam dokąd pójść i nie mam pieniędzy na czynsz, zabiera mnie na bal, na 
który wcale nie ma ochoty się wybierać, bo mógłby tam wpaść na swoją byłą flamę, z którą 

sprawy   nie   skończyły   się   najlepiej,   ryzykuje   własne   życie,   żeby   uratować   moje,   tego   typu 
rzeczy. Więc i tym razem postarał się zapewnić mi to, czego pragnę.

Poza tą jedną rzeczą, której pragnę najbardziej na świecie.
Ale   najwyraźniej   tego   jednego,   z   powodów,   które   na   zawsze   pozostaną   dla   mnie 

tajemnicą- i jestem pewna, że wolałabym ich nie poznać - nie jest gotów mi dać.

I   totalnie   nie   ma   sprawy.   Ja   rozumiem.   Po   prostu   otworzę   własny   gabinet 

lekarski/agencję detektywistyczną/sklep z biżuterią, bez jego pomocy.

Oczywiście trudniej będzie samej sobie sprawić dzieci, ale jestem pewna, że jakoś mi się 

to uda.

Na szczęście mój numer telefonu jest zastrzeżony, więc przed drzwiami nie kręcą się 

reporterzy. Tylko ci sami dilerzy co zwykle.

Lucy szaleje z radości na mój widok - chociaż muszę poprosić Coopera, żeby ją przez 

jakiś   czas   wyprowadzał,   bo   nie   ma   mowy,   żebym   tymi   pokaleczonymi   dłońmi   utrzymała 
smycz. Kiedy wychodzą na spacer, wślizguję się na górę do swojego mieszkania, gdzie ściągam 

brudne ciuchy i pakuję się, nareszcie, do wanny.

Chociaż  okazuje się, że kąpiel  to wcale  nie fraszka,  kiedy masz pokaleczone dłonie. 

Muszę wyjść z wanny, iść do kuchni, wziąć gumowe rękawice i włożyć je, kiedy zabieram się do 
mycia głowy, bo lekarz mnie ostrzegał, że jeśli będę moczyć skaleczenia, ręce mi odpadną czy 

coś takiego.

Kiedy już zmyłam z siebie całą krew i brud, leżę sobie w wannie i zastanawiam się, co 

dalej.

Sprawy nie wyglądają za różowo. Ktoś usiłuje mnie zabić... Pewnie ta sama osoba, która 

już   przynajmniej   dwa   razy   zabiła.   Jedynym   wspólnym   mianownikiem   w   tych   zbrodniach 
wydaje się syn rektora uniwersytetu.

Według policji jednak to mało prawdopodobne, żeby Chris Allington usiłował wysadzić 

mnie w powietrze, bo w tym czasie nie było go w mieście.

Co oznacza, że ktoś jeszcze, poza Chrisem, dybie na moje życie. I może właśnie ten ktoś, 

a nie Chris, zabił też te dwie dziewczyny.

Ale kto? I dlaczego? Dlaczego ktoś miałby zabijać Elizabeth Kellog i Robertę Pace? Co 

one   mogły   takiego   zrobić,   że   zasłużyły   sobie   na   śmierć?   To   znaczy   poza   tym,   że   się 

background image

wprowadziły do Fisher Hall. Och, i poza tym, że się spotykały - chociaż krótko - z Chrisem 
Allingtonem?

Czy to o to chodzi? Czy to spowodowało ich śmierć? To, że się spotykały z Chrisem? Czy 

Magda miała rację? Nie z tym pomysłem, że dziewczyny zabiły się same, z rozczarowania, bo 

po tak długim oczekiwaniu na seks odkryły, że to wcale nie takie znów fantastyczne przeżycie. 
Ale może faktycznie te dziewczyny zginęły przez seks - nie z własnej ręki, tylko z ręki kogoś, 

kto nie pochwalał ich postępowania.

Może   kogoś   takiego   jak   pani   Allington?   Co   ona   do   mnie   powiedziała   tuż   przed 

wypadkiem z windą? Coś w rodzaju: „Wy, dziewczyny”?

„Wy, dziewczyny, nigdy mu nie dajecie spokoju”. Czy coś w ten deseń.

Wy, dziewczyny. W zachowaniu pani Allington było coś bardzo wrogiego, jakaś emocja 

o wiele silniejsza niż prosta irytacja, że ją obudziłam. Czy pani Allington jest jedną z tych 

zazdrosnych   matek,   które   uważają,   że   żadna   kobieta   nie   jest  wystarczająco   dobra   dla   ich 
ukochanego syna? Czy to pani Allington zabiła Elizabeth i Robertę? A potem usiłowała zabić 

mnie, kiedy za bardzo zbliżyłam się do rozwiązania zagadki?

O mój Boże! Tak! To pani Allington zamordowała! Pani Allington! Jestem genialna! 

Jestem być może najgenialniejszym detektywem od czasów Sherlocka Holmesa! Zaraz. Czy to 
w ogóle była rzeczywista postać? Czy tylko fikcyjna? Fikcyjna, prawda?

No   cóż,   okay.   Jestem   najbystrzejszym   umysłem   detektywistycznym   od   czasu...   od 

czasu... Eliota Nessa! To rzeczywista postać, prawda?

- Heather?
Wzdrygam się, rozchlapując gorącą wodę i pianę przez krawędź wanny. Ale to tylko 

Cooper.

- Sprawdzam, czy wszystko w porządku - mówi przez zamknięte drzwi. -Potrzebujesz 

czegoś?

Hm, owszem. Ciebie. Tu, w tej wannie, ze mną, nagiego. Natychmiast.

- Nie, dziękuję! - wołam. Czy powinnam mu zaraz powiedzieć, kto to moim zdaniem 

zrobił? Czy zaczekać, aż wyjdę z wanny?

- Ale kiedy skończysz,  pomyślałem,  że zamówię coś do jedzenia.  Hinduska kuchnia 

może być?

Hm. Wegetariańskie samosy.
- Świetnie! - wołam.

- Okay, dobra, to wychodź niedługo. Jest coś, o czym muszę z tobą pomówić.
Coś, o czym on musi ze mną pomówić? Na przykład co? Na przykład jego prawdziwe 

background image

uczucia do mnie? Zawsze cię uważałem za jedną z najbardziej... Nie dokończył. Wciąż nie 
wiem, za najbardziej jaką mnie uważał.

Czy powie mi to teraz? Czy jestem pewna, że chce. to usłyszeć?
Dwie minuty później siadam na moim zwykłym miejscu przy kuchennym stole, otulona 

puchatym szlafrokiem, z ręcznikiem na wilgotnych włosach. Och, chcę się dowiedzieć. Bardzo 
chcę to usłyszeć.

Siedzący po przeciwnej stronie stołu Cooper mówi:
- Szybko się uwinęłaś. A potem włącza laptopa.

Zaraz, chwileczkę. Laptop? Jaki facet informuje dziewczynę o swoich do niej uczuciach 

przy użyciu sprzętu elektronicznego?

- Co wiesz - pyta Cooper - o Christopherze Allingtonie?
-   O   Christopherze   Allingtonie?   -   skrzeczę.  Może   to   dlatego,   że   zachrypłam   po  tych 

wszystkich  krzykach  w szybie windy.  A może dlatego,  że jestem w szoku,  że Cooper chce 
omawiać ze mną nie swoje prawdziwe uczucia względem mojej osoby, ale swoje podejrzenia 

co do Chrisa. Halo? Można się wkurzyć.

-   Ale   to   nie   mógł   być   Chris   -   mówię,   żeby   oderwać   Coopera   od   tematu   Chrisa   i 

naprowadzić, no, wiecie, na mnie. - Detektyw Canavari powiedział, że on...

-   Kiedy   zajmuję  się   jakąś   sprawą-   przerywa   mi   spokojnie  -  przyglądam   jej  się   pod 

różnymi kątami.  W  tej  akurat  chwili   Christopher  wydaje  się  ogniwem łączącym  wszystkie 
ofiary. Ja pytam teraz, co ty o nim wiesz?

- No cóż - odpowiadam. Może znów spróbuję telepatii metodą Vulcana? Może teraz też 

podziała? Co zawsze o mnie myślałeś? - Niewiele.

- Czy wiesz, gdzie kończył studia licencjackie?
- Nie - odpowiadam. Co zawsze o mnie myślałeś? A potem, zerkając na jego twarz, 

pytam: - A bo co? Czy ty wiesz, gdzie Chris robił licencjat?

- Tak - mówi Cooper. - W Earlcrest.

- W Earl co? - pytam. Metoda Vulcana chyba nie działa! Zamiast mi powiedzieć, co 

zawsze o mnie myślał, ględzi o Christopherze Allingtonie. A kogo obchodzi Chris? Co czujesz 

do mnie?

- Uniwersytet Earlcrest - powtarza Cooper. - Chris zrobił tam licencjat.

-   O   czym   ty   w   ogóle   mówisz,   Cooper?   -   Chciałabym,   żeby   to   hinduskie   jedzenie 

pośpieszyło   się   i   już   przyjechało.   W   brzuchu   mi   burczy.   -   I   skąd   w   ogóle   wiesz,   gdzie 

studiował?

Cooper wzrusza szerokimi ramionami.

background image

- S.I.S. - mówi.
- S.O.S.? - powtarzam skołowana.

- Nie, S.I.S. System Informacji Studenckiej. - Kiedy nadal patrzę na niego bezrozumnie, 

wzdycha. - Ach, tak. Zapomniałem. Nie umiesz obsługiwać komputera.

- To nieprawda! Bez przerwy grzebię w Internecie! Robię całą twoją rachunkowość...
- Ale twoje biuro wciąż jest wyposażone jak w średniowieczu. S.I.S. nie wprowadzono 

jeszcze do biur kierowników administracyjnych akademików.

- Domów studenckich - poprawiam go automatycznie.

- Domów studenckich - mówi. Cooper zaczyna teraz błyskawicznie działać. Klepie w 

klawisze laptopa sprawniej, niż ja wybieram akordy na gitarze. - Tu, popatrz. Dostaję się teraz 

do   bazy   S.I.S.,   żeby   ci   pokazać,   o  co   mi  chodziło   z   Christopherem   Allingtonem.   Dobra.  - 
Cooper obraca ekran w moją stronę. - Allington, Christopher Phillip. Popatrz sobie.

Spoglądam   na   niewielki   ekranik.   Widnieje   tam   cała   historia   akademickiej   kariery 

Christophera   Allingtona,   razem   z   różnymi   danymi   osobistymi,   na   przykład   wynikami 

egzaminów   LSAT   i   spisem   zajęć   ze   studiów.   Chris,   jak   się   okazuje,   był   w   wielu   szkołach 
średnich. Z jednej, w Szwajcarii, wywalono go za ściąganie, i z jeszcze jednej, w Connecticut, 

ale powodu nie podano. I tak udało mu się dostać na Uniwersytet Chicago, który jest dość wy-
bredny,   jak   słyszałam,   w   doborze   studentów.   Zastanawiam   się,   za   jakie   sznurki   musiał 

pociągnąć jego tata.

Ale Chris nie zabawił tam długo w Wietrznym Mieście. Odpadł zaledwie po jednym 

semestrze. Potem chyba zrobił sobie trochę wolnego... W sumie cztery lata z okładem...

A   potem   nagle   zmaterializował   się   na   Uniwersytecie   Earlcrest,   który   skończył   w 

zeszłym roku. I zrobił ten licencjat.

- Uniwersytet Earlcrest - mówię. - To tam jego tata był rektorem. Zanim go przenieśli 

na Uniwersytet Nowojorski.

- Ach, ten nepotyzm. - Cooper uśmiecha się szeroko. - W akademickich kręgach żyje i 

ma się świetnie.

- Okay - mówię, nadal zagubiona. - No więc z paru miejsc wyleciał jako młody chłopak i 

mógł się dostać tylko na ten uniwerek, gdzie rektorem był jego ojciec. I czego to dowodzi? 
Przecież nie tego, że jest psychopatycznym mordercą. - W głowie mi się nie mieści, że to ja 

jestem teraz tą osobą, która broni niewinności Chrisa. Czyjego matka naprawdę dużo bardziej 
pasuje do obrazu mordercy? -I jak ty w ogóle zdobyłeś dostęp do tej bazy? Czy to nie powinny 

być chronione dane?

- Mam swoje sposoby - mówi Cooper, znów zwracając ekran w swoją stronę.

background image

- O mój Boże. - Czy fantastycznym cechom tego faceta nie będzie końca? - Włamałeś się 

do bazy danych!

-   Zawsze   byłaś   ciekawa,   co   ja   robię   całymi   dniami.   No   to   już   wiesz.   Przynajmniej 

częściowo.

-   Coś   niesamowitego!   -   mówię.   -   Jesteś   informatycznym   geniuszem!   To   zmienia 

wszystko. Teraz będziemy musieli otworzyć gabinet lekarski/agencję detektywistyczną/sklep z 

biżuterią/punkt   usług   hakerskich.   Och,   zaraz.   A   co   z   moimi   piosenkami?  Cooper   mnie 
ignoruje.

- Moim zdaniem tu musi coś być - mówi, stukając w klawisze. - Coś, co nam umyka. 

Jedynym   ogniwem   łączącym   te   dziewczyny   wydaje   się   Allington.   Jest   jedynym,   o   którym 

wiemy, ale biorąc pod uwagę, co tu widzimy, musi być też coś innego. To znaczy coś poza 
faktem, że obie dziewczyny były dziewicami i że miały w aktach jakieś notatki, zanim jeszcze 

poznały Chrisa.

Pani Allington. Mam to na końcu języka i chcę powiedzieć: A co z panią Allington? Bo 

przecież ona miała motyw. Najwyraźniej cierpi na - zaraz, jak Sarah to nazwała? Kompleks 
Elektry? Tylko w drugą stronę, bo odczuwa to do syna, nie do ojca...

No cóż, dobra, może pani Allington ma to zaburzenie, przy którym kobieta szaleje za 

własnym synem i nienawidzi dziewczyn, które się za nim uganiają. Ale czy aż do tego stopnia, 

że   je   zabija?   I   czy   pani   Allington   naprawdę   umiałaby   skonstruować   bombę?   Tę   bombę 
rurową? Cóż, gdyby można było po prostu iść i kupić bombę u Saksa, to totalnie myślę, że pani 

Allington by to zrobiła.

Ale   to   niemożliwe.   Bombę   trzeba   sobie   zrobić.   A   żeby   zrobić   bombę,   trzeba   być 

trzeźwym. Tego przynajmniej jestem całkiem pewna.

A pani Allington nie była trzeźwa ani razu - a przynajmniej ja jej trzeźwej nie widziałam 

- odkąd wprowadziła się do Fisher Hall.

Wzdycham   i   wyglądam   przez   okno.   Widzę   światła   w   apartamencie   rektora.   Co 

Allingtonowie   tam   robią,   zastanawiam  się.   Jest  prawie   siódma  wieczorem.   Może  oglądają 
wiadomości.

A może planują morderstwa kolejnych niewinnych dziewic?
Podskakuję na dźwięk dzwonka przy frontowych drzwiach.

- To obiad - mówi Cooper. - Zaraz wracam.
Schodzi na dół po hinduskie jedzenie. Ja nadal wyglądam przez okno, czekając na jego 

powrót.  Poniżej apartamentu  na ostatnim piętrze światła  zapałają  się w wielu oknach,  na 
różnych piętrach Fisher Hall, w miarę jak jego mieszkańcy wracają z zajęć, z obiadu czy ze 

background image

swoich   treningów   albo   prób.   Zastanawiam   się,   czy   któraś   z   maleńkich   postaci,   które 
dostrzegam w tych oknach, to Amber, mała ruda dziewuszka z Idaho. Czy siedzi w swoim po-

koju, czekając na Chrisa? Czy wie, że on zwiał do Hamptons? Biedna mała Amber. Ciekawe, co 
narozrabiała, że dziś rano naraziła się Rachel.

I wtedy coś mnie uderza.
Otwieram usta, ale przez chwilę nie mogę z nich wydobyć żadnego dźwięku. Amber. 

Kompletnie zapomniałam o Amber i jej spotkaniu z Rachel dziś rano. Czemu Rachel chciała 
się   z   nią   spotkać?   Amber   sama   nie   wiedziała,   dlaczego   wyznaczono   jej   spotkanie   z 

kierowniczką akademika. Co Amber zrobiła?

Amber nic nie zrobiła. Nic, poza tym, że rozmawiała z Chrisem Allingtonem.

Tylko tyle.
A Rachel ich przecież widziała wtedy przed budynkiem.

Zupełnie tak, jak widziała Robertę i Chrisa na dyskotece. A Elizabeth i Chrisa - gdzie? 

Gdzie ona ich razem widziała? Może na kursie wprowadzającym? Może wieczorem w kinie?

Ale   to   już   nieważne.   To   już   nieważne,   bo   to   Rachel   kazała   Juliowi   mnie   wezwać, 

twierdząc, że Gavin znów surfuje na windach.

To już nieważne, bo kiedy ta druga dziewczyna zginęła, Rachel nie było na spotkaniu w 

stołówce, gdzie powinna była być. Nie, natknęłam się na nią, kiedy wychodziła z łazienki... Zza 

rogu, gdzie są schody, którymi zbiegła na dół, kiedy już zepchnęła Robertę Pace w objęcia 
śmierci.

A dlaczego klucza do wind nie było, a potem tak szybko pojawił się z powrotem? Rachel 

go miała. Rachel, jedyna osoba w Fisher Hall, której żaden dyżurny z recepcji nie poprosiłby o 

wypisanie klucza ani w ogóle nie kwestionowałby jej obecności za kontuarem recepcji. Bo 
przecież to kierowniczka akademika.

A te dziewczyny, które zginęły - one nie zginęły dlatego, że miały akta w biurze Rachel.
One miały akta w jej biurze, bo Rachel postanowiła je zabić.

- Mam nadzieję, że jesteś głodna - mówi Cooper, wracając do mojego mieszkania ze 

sporą plastikową torbą z napisem I V NY. Naprawdę im się pokręciło i dali nam i dansak z 

kurczaka,  i dansak z krewetek... - Jego głoś cichnie.  -Heather? - Patrzy  na mnie dziwnie, 
zatroskanymi oczami. - Co ci jest?

- Earlcrest - udaje mi się wykrztusić.
Cooper stawia torbę na kuchennym stole i patrzy na mnie.

- Tak - mówi.-Ale o co chodzi?
- Gdzie to jest?

background image

Cooper pochyla się, żeby zerknąć na ekran komputera.
- Hm, nie jestem... Aha. W Richmond, w Indianie.

Potrząsam głową tak gwałtownie, że ręcznik mi z niej spada, a wilgotne włosy rozsypują 

się na ramionach. Nie. Tylko nie to.

- O mój Boże - wzdycham. - O mój Boże.
Cooper gapi się na mnie, jakbym postradała zmysły. I wiecie co? Wydaje mi się, że ja 

rzeczywiście   postradałam   zmysły.   Bo   jakim   cudem   mogłam   wcześniej   tego   nie   zauważyć, 
skoro miałam to tuż przed nosem...

- Rachel tam pracowała - udaje mi się wykrztusić. - Rachel pracowała w akademiku w 

Richmond, w Indianie, zanim tu się przeprowadziła.

Cooper, który wyjmował białe kartonowe pudełka z torby z napisem I V NY, przystaje.
- O czym ty mówisz?

- Richmond w stanie Indiana - powtarzam. Serce mi wali tak mocno, że prawie widzę, 

jak klapy szlafroka podskakują z każdym jego uderzeniem. -Ostatnim miejscem pracy Rachel 

było Richmond w Indianie...

Na twarzy Coopera pojawia się zrozumienie.

-   Rachel   pracowała   w   Earlcrest?   Myślisz,   że...   Myślisz,   że   to   Rachel   pozabijała   te 

dziewczyny?   -   Kręci   głową.   -   Dlaczego?   Myślisz,   że   była   aż   tak   spragniona   tej   Nagrody 

Stokrotki?

Nie.   Niemożliwe,   żeby   Rachel   spychała   ludzi   do   szybów   wind   w   Fisher   Hall,   żeby 

zasłużyć sobie na Stokrotkę czy nawet na awans.

Bo to nie awansu Rachel pożąda.

Ona chce mieć mężczyznę.
Heteroseksualnego mężczyznę, który zarabia ponad sto tysięcy dolarów rocznie, jeśli 

policzyć ten fundusz powierniczy po dziadkach.

Christopher Allington. Tym mężczyzną jest Christopher Allington.

- Heather? - mówi Cooper. - Heather? Posłuchaj. Tak mi przykro. Ale Rachel Walcott w 

żaden sposób nie może być naszym zabójcą.

Ze świstem wciągam oddech.
- Skąd wiesz? - pytam. Bo niby dlaczego ona nie, a ktoś inny tak? Bo jest kobietą? Bo 

jest taka ładna?

- To szaleństwo - mówi Cooper. - Dajże spokój, to był długi dzień. Może powinnaś 

trochę odpocząć.

- Nie jestem zmęczona - odpowiadam. - Pomyśl o tym, Cooper. To znaczy naprawdę się 

background image

nad tym zastanów; Elizabeth i Roberta spotykają się z Rachel przed śmiercią; założę się, że te 
rzeczy w ich papierach, te uwagi o wydzwaniających matkach, to wszystko nieprawda. Założę 

się, że te matki nigdy tu nie dzwoniły. A teraz Amber...

- W Fisher Hall mieszka siedmiuset studentów - zauważa Cooper. - Czy wszyscy, którzy 

mieli spotkania z Rachel Walcott, nie żyją?

- Nie, tylko te dziewczyny, które miały również związek z Christopherem Allingtonem.

Cooper kręci głową.
- Heather, spróbuj na to popatrzeć logicznie. Skąd Rachel Walcott miałaby tyle siły, 

żeby dorosłą, opierającą się młodą kobietę zepchnąć do szybu windy? Rachel sama nie waży 
więcej niż pięćdziesiąt pięć kilo. To po prostu niemożliwe, Heather.

-   Nie   wiem,   jak   ona   to   robiła,   Cooper.   Ale   wiem,   że   to   trochę   podejrzany   zbieg 

okoliczności, że i Rachel, i Chris byli w Earlcrest w zeszłym roku, a teraz oboje są tu, na 

Uniwersytecie   Nowojorskim.   Postawię   spore   pieniądze   na   to,   że   Rachel   przyjechała   tu   za 
Christopherem Allingtonem i jego rodzicami.

Kiedy nadal spogląda z powątpiewaniem, wstają, odsuwam krzesło i mówię:
- Możemy się o tym przekonać tylko w jeden sposób.

background image

26

Co ja zrobiłam

Że się tak gniewasz?
Co powiedziałam

Że tak ci przykro?
Nie chciałam przecież

Przysięgam, że nie
Tylko ty jeden

Liczysz się dla mnie

Och, nie odchodź zły
Przyjdź tu, pozwól mi

Poprawić ci humor

Piosenka na przeprosiny

Wykonanie: Heather Wells

Słowa/muzyka: Caputo/Valdez

Z albumu: Lato

Cartwrihgt Records

Ja się w sumie nie dziwię, że Cooper nie ma ochoty jechać aż do Hamptons o siódmej 

wieczorem w powszedni dzień tylko po to, żeby zamienić parę słów z człowiekiem, do którego 

nawet policji nie chce się pofatygować.

Kiedy mu przypominam, że Chris prędzej powie coś nam niż komuś z policji, Cooper 

nadal nie jest przekonany. Upiera się, ze po kontuzjach, jakich doznałam dziś rano, powinnam 
porządnie przespać całą noc, a nie przez sześć godzin tkwić w samochodzie w drodze do East 

Hamptons i z powrotem.

Kiedy mu przypominam, że naszym obowiązkiem jako praworządnych obywateli jest 

dopilnować, by ta kobieta trafiła za kratki, zanim znów kogoś zabije, Cooper zapewnia mnie, 
że z samego rana zadzwoni do detektywa Canavana i przedstawi mu moją teorię.

- Ale do rana Amber może już nie żyć! - wołam. Wiem, że jeszcze żyje, bo właśnie 

zadzwoniłam do jej pokoju i dowiedziałam się od jej współlokatorki, że właśnie ogląda jakiś 

film w pokoju którejś z koleżanek.

background image

- Jeśli kierowniczka administracyjna zażyczy sobie Spotkania z nią - mówię na wpół 

histerycznym tonem do współlokatorki Amber - to powiedz Amber, że nie wolno jej iść na to 

spotkanie. Rozumiesz?

- Hm - odpowiada dziewczyna. - Okay.

- Mówię serio! - wołam, nie pozwalając, by Cooper wyrwał mi telefon z ręki. - Powiedz 

Amber, że zastępczyni kierowniczki administracyjnej akademika mówi, że jeśli kierowniczka 

administracyjna akademika będzie chciała znów się z nią spotkać, nie wolno jej iść. Ani nawet 
otwierać jej drzwi. Rozumiesz mnie? Rozumiesz, że narobisz sobie poważnych kłopotów u 

zastępczyni kierowniczki administracyjnej Fisher Hall, jeśli nie przekażesz tej wiadomości?

- Uh - mówi współlokatorka. ~ Tak. Przekażę jej.

Co   pewnie   nie   jest   najsubtelniejszym   sposobem   komunikowania   swojego   punktu 

widzenia, ale przynajmniej wiem, że Amber będzie bezpieczna. Na razie.

- Musimy jechać, Cooper! -ponaglam go, kiedy tylko odkładam słuchawkę. - Muszę się 

dowiedzieć, już!

- Heather! - Cooper ma sfrustrowaną minę. - Przysięgam na Boga, ze wszystkich ludzi, 

których kiedykolwiek poznałem, jesteś chyba najbardziej...

Wciągam oddech ze świstem. Powie to! To, co miał mi powiedzieć w moim gabinecie! 

Powie mi to teraz!

Ale   wtedy   -   to   znaczy   w   moim   gabinecie   -   to   brzmiało   tak,   jakby   on   chciał   mi 

powiedzieć jakiś komplement. A sądząc z tego, jak w tej chwili zaciska szczękę, nie wydaje mi 

się, żeby miał zamiar powiedzieć mi coś miłego. W sumie jestem całkiem pewna, że nie chcę 
usłyszeć dalszego ciągu.

Bo, szczerze mówiąc, ta sprawa z Rachel jest o wiele ważniejsza.
Dlatego mówię tylko:

- Nieważne. Wiesz, do Hamptons jeżdżą pociągi. Zerknę sobie tylko w sieci na rozkład 

jazdy i...

Nie wiem, czy poddał się, bo zdał sobie sprawę, że to jedyny sposób, żebym przestała 

mu wiercić dziurę w brzuchu, czy rzeczywiście obawiał się, że zrobię sobie jakąś krzywdę w 

pociągu. Może po prostu starał się udobruchać kontuzjowaną i szaloną dziewczynę.

W każdym razie kiedy ja się ubierałam, Cooper przyprowadził z garażu swój samochód 

- BMW 2002 '74, na widok którego dilerzy z naszej ulicy pohukują kpiąco, bo ich zdaniem 
jedyna porządna beemwica to nowa beemwica. Cooper nie wygląda na uszczęśliwionego. W 

sumie jestem pewna, że w duchu przeklina  ten odruch, który mu kazał zaproponować mi 
mieszkanie.

background image

Naprawdę, bardzo mi przykro. Naprawdę.
Ale nie aż tak, żebym mu miała powiedzieć, że to już nieważne. Ponieważ stawką jest 

życie pewnej dziewczyny.

Dom letniskowy Allingtonów łatwo znaleźć. Są umieszczeni w książce telefonicznej East 

Hamptons. Jeśli nie chcieliby, żeby ludzie do nich tam wpadali, to przecież zastrzegliby swoje 
dane, nieprawdaż?

No i dobra, podjazd zamyka wielka brama z kutego żelaza, z wbudowanym interkomem 

i tak dalej, co może u przeciętnej osoby wywołać wrażenie, że odwiedzający są tu niemile 

widziani.

Aleja na przykład nie daję się na to nabrać. Wyskakuję z samochodu i idę nacisnąć 

guzik interkomu. A kiedy nikt nie odpowiada, nie tracę ducha. No cóż, nie za bardzo w każdym 
razie.

- Heather - mówi Cooper zza szyby po stronie kierowcy swojego samochodu, bo opuścił 

okno. - Chyba nikt nam nie.

Ale wtedy interkom skrzeczy, a głos, który niewątpliwie należy do Chrisa, odzywa się:
- Co?

Mogę zrozumieć, czemu jest taki poirytowany. Bo ja naciskałam stale brzęczyk wiedząc, 

że ten ktoś w środku wreszcie oszaleje i będzie musiał zareagować. To taka sztuczka, której się 

nauczyłam od reporterów, kiedy nachodzili Jordana i mnie w naszym wspólnym mieszkaniu.

- Hm, cześć, Chris - mówię do interkomu. - To ja. Jaka ja? - pyta ostro Chris, nadal 

rozzłoszczony.

-  No,  wiesz...  -  mówię  głosem, któremu  nadaję  dziewczęco-flirtujące  tony.  -  Wpuść 

mnie.

A potem dodaję dwa słowa, którym według notatek Justine żaden student -a Chris jest 

przecież studentem - nie potrafi się oprzeć:

- Przyniosłam pizzę.

Chwila ciszy, a potem brama powoli się otwiera.
Pędem wracam do samochodu, gdzie siedzi Cooper i minę ma taką - nawet jeśli ja sama 

to mówię -jakbym mu nieco zaimponowała.

- Pizza - powtarza. -Będę sobie musiał zapamiętać.

- Działa  niezawodnie  - mówię.  Nie wspominam,  skąd wiem.  Mówiąc prawdę,  mam 

powyżej uszu tej całej Justine.

Podjeżdżamy   na   łuk   podjazdu,   a   przed   nami   wyłania   się   Villa   d'Allington,   w   całej 

okazałości białych tynków.

background image

Oczywiście,   bywałam   już   w   Hamptons.   Cartwrightowie   mają   tam   dom,   tuż   przy 

oceanie, z trzech stron otoczony ścisłym rezerwatem ptactwa, więc nikt nie może się w okolicy 

pobudować i zepsuć widoku.

Bywałam tu też w domach innych ludzi - w domach, które uważało się za arcydzieła 

architektury,   a   raz   nawet   kiedyś   w   zamku,   który   został,   kamień   po   kamieniu, 
przetransportowany z południowej Francji. Poważnie.

Ale nigdy nie widziałam czegoś podobnego do domu Allingtonów. A przynajmniej nie w 

Hamptons. Surowo biały i masywny, pełen przestronnych sklepionych przejść rodem znad 

Morza   Śródziemnego   i   otoczony   jasnymi,   kwitnącymi   roślinami,   oświetlony   jest   niczym 
Rockefeller Center.

Ale zamiast tego wielkiego złotego faceta, pochylającego się nad taflą lodu, stoi tu wielki 

dom, pochylający się nad basenem.

-   A   co   ty   na   to   -   zagaja   Cooper,   kiedy   wysiadamy   z   samochodu   -   żebym   teraz   na 

odmianą to ja mówił?

Patrzą na niego zmrużonymi oczami.
- Ale nie będziesz go bił, prawda?

- Dlaczego miałbym to robić? - dziwi się Cooper.
- Nie bijesz ludzi? W ramach obowiązków zawodowych?

- Nie przypominam sobie, kiedy mi się to zdarzyło po raz ostatni - odpowiada łagodnie.
Nieco rozczarowana, odpowiadam:

- No cóż, moim zdaniem Christopher Allington to taki facet, któremu mógłbyś chcieć 

przyłożyć. O ile bijesz ludzi.

- Owszem. - Cooper lekko się uśmiecha. - Ale go nie uderzę. A przynajmniej nie na 

wejście.

Szybko zaczynamy ich słyszeć, a widzimy ich, kiedy tylko rozsuwamy powoje, które 

wiszą  jak  zasłona w jednym ze sklepionych przejść. Schylając się pod Słodko pachnącymi 

kwiatami, trafiamy na tylny dziedziniec. Po lewej stronie połyskującego basenu stoi jacuzzi, 
parające w chłodnym nocnym powietrzu.

W jacuzzi siedzą dwie osoby, a ja z ulgą zauważam, że żadna z nich nie jest rektorem 

Allingtonem ani jego żoną. Chybabym umarła na widok rektora Allingtona w kąpielówkach 

Speedo.

Nie widzą nas tak od razu, pewnie ze wzglądu na tę całą parą wodną i mocne reflektory, 

które oświetlają  taras  wokół  basenu, okolice  jacuzzi  pozostawiając  w mroku.  Tu i tam  na 
szerokich drewnianych deskach tarasu porozstawiane są wygodne fotele z jasnymi, różowymi 

background image

poduszkami. Po jednej stronie basenu jest bar, prawdziwy bar z kontuarem, przy którym stoją 
wysokie stołki, i podświetlonymi regałami pełnymi butelek.

Podchodzę do jacuzzi i głośno odchrząkuję.
Chris odrywa się od dziewczyny, w której biust wciskał nos, i patrzy na nas, mrugając 

nieprzytomnie. Jest ewidentnie pijany.

Dziewczyna najwyraźniej też. Mówi:

- Hej, ona nie przyniosła żadnej pizzy.
Głos ma rozczarowany, chociaż założę się, że ta dwójka świetnie sobie radziła w kwestii 

przekąsek.

- Cześć Chris - mówię i siadam na skraju jednego z foteli. Poduszka pode mną jest 

wilgotna. W Hamptons niedawno padało.

Wydaje   się,   że   Chris   rozpoznaje   mnie   dopiero   po   paru   sekundach.   A   kiedy   mnie 

poznaje, nie jest za szczęśliwy.

- Blondi? - Odsuwa kosmyk mokrych włosów opadających mu na oczy. -To ty? A co ty 

tu robisz?

- Wpadliśmy zadać ci kilka pytań - mówię. Lucy też z nami przyjechała; nie mogłam jej 

zostawić zamkniętej samej w domu na całą noc, a teraz trąca mi kolana łbem i siada, sapiąc 
radośnie. - Jak się masz?

- Chyba dobrze - odpowiada Chris. Podnosi oczy na Coopera. - A ten to kto?
- Znajomy - mówi Cooper. A potem dodaje: - Jej znajomy. - Chyba po to, żeby nie było 

żadnych wątpliwości.

- Hm - mówi Chris. A potem, w ewidentnej próbie zrobienia dobrej miny do złej gry, 

odzywa się: - Chcecie drinka?

- Nie, dziękuję - odpowiada Cooper. - Chcielibyśmy natomiast porozmawiać o Elizabeth 

Kellog i Robercie Pace.

Chris nie wygląda, jakby go to przerażało. W sumie nawet się nie dziwi. Zamiast tego 

mówi uprzejmie:

- Och, jasne. Jasne. Ale, zaraz, jak ja się zachowuję? Faith, kotku, idź do środka i zrób 

nam coś do jedzenia, dobrze? I złap jeszcze jedną butelkę wina, kiedy już tam będziesz, bardzo 
cię proszę.

Dziewczyna z jacuzzi się dąsa.
- Ale, Chris...

- No już, kochanie.
- Ale ja mam na imię Hope, nie Faith.

background image

-   Nieważne.   -   Chris   daje   jej   klapsa   w   zadek,   kiedy   dziewczyna   wychodzi   z   jacuzzi, 

ociekając wodą niczym nimfa. Ma na sobie bikini; jego góra jest tak skąpa, a jej biust tak 

obfity, że maleńkie trojkąciki z lycry wydają się raczej sugestią stroju.

Cooper z miejsca zauważa to bikini. Widzę to po jego uniesionych brwiach. Naprawdę 

warto być doświadczonym detektywem-obserwatorem.

Tył okazuje się równie imponujący jak front. Ani grama cellulitu. Zastanawiam się, czy, 

jak Rachel, w całości go zniszczyła na stairmasterze.

- A więc, Chris - mówi Cooper, gdy tylko dziewczyna znika. - Co cię łączy z Rachel 

Walcott?

Chris krztusi się chardonnay, które właśnie pociągał.

- C-co?-jąka się, kiedy znów może się odezwać.
Ale Cooper tylko spogląda na niego w taki sposób, w jaki mógłby patrzeć na szalenie 

interesującego, niemniej obrzydliwego robala, którego znalazł w swojej sałatce.

- Rachel Walcott - mówi. - Była kierowniczką akademika, to znaczy domu studenckiego, 

w którym mieszkałeś na ostatnim roku w Earlcrest. Teraz administruje Fisher Hall, gdzie 
mieszkają twoi rodzice i gdzie pracuje Heather.

Chris   szuka   paczki   papierosów   i   zapalniczki,   które   zostawił   przy   jacuzzi,   a   potem 

wyciąga jednego trzęsącymi się palcami i go zapala. Zaciąga się, a w półmroku czubek jego 

papierosa rozżarza się czerwienią.

- Cholera. - Tylko tyle mówi.

Nie jestem może profesjonalnym detektywem, ale moim zdaniem ta odpowiedź jest 

nieco... podejrzana.

- No więc, co się dzieje między wami? - pyta Cooper. - Między tobą i Rachel. Może tego 

nie zauważyłeś, ale ludzie giną...

-   Zauważyłem   -   mówi   ostro   Chris.   -   Okay?   Zauważyłem.   A   co   ty   sobie,   kurwa, 

wyobrażasz?

Cooper   najwyraźniej   nie   uważa,   że   ten   ostatni   fragment   był   konieczny.   Wiecie,   te 

przekleństwa. Bo mówi do Chrisa o wiele ostrzej niż przed chwilą:

- Wiedziałeś? Od jak dawna?
Chris gapi się na niego przez parę unoszącą się znad bąbelków wody.

- Co? - pyta, jak ktoś, kto nie jest pewien, czy dobrze usłyszał.
- Jak długo? - powtarza Cooper takim głosem, że cieszę się, że zwraca się w tej chwili do 

Chrisa, a nie do mnie. Ten ton każe mi także wątpić w jego historyjkę. No, wiecie, o tym, że nie 
bije ludzi w ramach obowiązków zawodowych. - Od jak dawna wiesz, że to Rachel zabija te 

background image

dziewczyny?

Widzę, że Chris pobladł niczym światła podświetlające wodę w basenie, i to wcale nie z 

powodu dymu tytoniowego.

Nie dziwię mu się. Mnie też Cooper nieco teraz przeraża.

- Nie wiem - mówi Chris zdławionym głosem, zupełnie odmiennym od tego pewnego 

siebie, którym posługiwał się poprzednio. - Poskładałem to sobie w całość dopiero wczoraj 

wieczorem, kiedy ty... - Patrzy na mnie. -Kiedy tańczyłem z tobą, a ty mi powiedziałaś, że to 
Beth i Bobby... Że to one...

-   Och,   daj   spokój,   Chris   -   przerywa   mu   Cooper.   -   Nie   uwierzymy,   że   przy   całym 

rozgłosie wokół tych wypadków...

-   Ja   nie   wiedziałem!   -   Chris   uderza   dłonią   o   powierzchnię   wody   dla   podkreślenia 

swoich   słów   i   opryskuje   łapy   Lucy.   Suka   spogląda   na   nie   zaskoczona,   a   potem   zaczyna 

pracowicie je wylizywać. — Przysięgam na Boga, nie miałem pojęcia. W sumie nie miałem za 
dużo   wolnego   czasu,   a   kiedy   już   go   miałem,   nie   marnowałem   go   na   czytanie   „New   York 

College Reporter”. Oczywiście słyszałem, że dwie dziewczyny z Fisher Hall zginęły, ale nie 
miałem pojęcia, że to moje dwie dziewczyny.

- A nie zauważyłeś, że żadna z tych dwóch dziewczyn nie odpowiada na twoje telefony?
Chris spuszcza głowę. Ze wstydem, jak mi się wydaje.

- Bo nigdy już do nich potem nie dzwoniłeś. - Głos Coopera jest lodowato zimny.
Chris przechodzi na pozycje obronne.

- A ty? - pyta ostro. - Zawsze dzwonisz następnego dnia rano?
- Jeśli chcę, żeby coś się powtórzyło - odpowiada Cooper bez chwili wahania.

- No właśnie. - Chris mówi z wyraźnym naciskiem. W pierwszej chwili nie chwytam, o 

co mu chodzi.

A potem już chwytam.
Och.

Cooper kręci głową, chyba równie zniesmaczony jak ja. No cóż, prawie.
-   Więc  nie   miałeś   pojęcia,   że   te   dziewczyny   nie   żyją,   dopóki   tamtego   wieczoru   nie 

powiedziała ci o tym Heather? Myślisz, że w to uwierzę?

- Tak właśnie było. - Chris wrzuca swojego papierosa między rododendrony i wychodzi 

z jacuzzi. Ma na sobie luźne szorty. Jest szczupły, ale umięśniony, a skórę ma opaloną na 
delikatne złoto. Nie ma na ciele ani odrobiny owłosienia, chyba że liczy się to, co mu wystaje 

spod pach.

- A kiedy się o tym dowiedziałem, pierwsza rzecz to przyjechałem tutaj. - Chris owija się 

background image

szerokim, jasnoróżowym ręcznikiem. - Musiałem się stamtąd wyrwać, musiałem pomyśleć, 
musiałem...

- Musiałeś uciec przed pytaniami policji kończy Cooper za niego.
- To też. No dobra, spałem z nimi...

Nie mogę już tego dłużej znieść- Robi mi się niedobrze - i to wcale nie tylko przez to 

całe hinduskie jedzenie, które zjadłam w samochodzie w drodze do Hamptons.

Nie, to nie jest tylko niestrawność. To obrzydzenie.
- Coś ci powiem, Chris - zaczynam. - Spałeś z tymi dziewczynami, a potem nawet do 

nich   nie   dzwoniłeś.   Nawet   im   nie   podawałeś   swojego   prawdziwego   nazwiska,   żeby   nie 
wiedziały, kim jest twój ojciec. I nie zachowuj się tak, jakby to nie miało znaczenia. Bo to ma 

znaczenie.   Czy   raczej   miało,   dla  nich.   Wykorzystywałeś   je.   Wykorzystałeś   je,   bo   wiesz,   że 
masz... Wiesz, że masz... No cóż, kiepskie wyposażenie.

- Co? - Chris robi zaszokowaną minę. - Nieprawda!
-   Oczywiście,   że   prawda   -   mówię.   -   Bo   z   jakiego   innego   powodu   wyszukiwałbyś 

dziewczyny, które nie miały żadnego seksualnego doświadczenia, pomijając obecną tu Hope, 
jeśli nie po to, żeby nie miały cię z kim porównywać?

Chris osłupiał tak, jakbym go uderzyła. I może, w pewnym sensie, zrobiłam to. Cooper 

ciągnie mnie za rękaw i szepcze:

- Cśś, tygrysico. Uspokój się. Bo role nam się pomylą. To ja jestem złym gliną. Ty jesteś 

tym dobrym.

A potem, klepiąc mnie lekko po plecach - w taki sposób, w jaki ja poklepuję Indy'ego, 

kiedy chcę, żeby się uspokoił - Cooper mówi do poczerwieniałego na twarzy Chrisa:

- Słuchaj, nikt cię nie oskarża o żadne morderstwo. Chcemy się tylko dowiedzieć, na 

czym polegał twój związek z Rachel Walcott.

- Dlaczego? - Chris już przestał się bać i zaczął znów się nadymać. Moja uwaga o jego 

niedostatkach mocno go uraziła. Niewątpliwie dlatego, że dotknęłam prawdy.

Chris omija Coopera i idzie w stronę basenu.
- I co w kwestii tego związku?

- Był jakiś? - chce wiedzieć Cooper.
- Związek? - Upuszczając ręcznik, Chris wspina się na trampolinę. Sekundę później 

skacze do basenu, prawie nie rozpryskując Wody, kiedy jego ciało łukiem przecina gładką 
taflę. Dopływa do krawędzi basenu, przy której stoimy, i wydaje się, że pod wodą zmienił 

zdanie.

- Dobra mówi. - Powiem wam wszystko, co wiem.

background image

27

No dobra - mówi Chris, szczękając zębami. - Okay. No więc sypiałem z nią przez kilka 

miesięcy. Wcale jej nie prosiłem o rękę, nic z tych rzeczy. Ale ona dostała pieprzonego kota na 
moim punkcie, jasne? Myślałem, że mi jaja urwie.

Biorę ręcznik Chrisa i okrywam mu dygoczące ramiona. Chyba tego nie zauważa. Jest 

na fali. Wyszedł z jacuzzi i zaczyna iść w stronę domu, a Cooper, Lucy i ja suniemy za nim jak 

świta towarzysząca.

...no cóż, sławnej gwieździe rocka.

- Byłem wtedy na drugim roku studiów - mówi Chris. Teraz, kiedy zaczął mówić, jakby 

nie mógł przerwać. Ani nawet zwolnić. Trzeba docenić technikę Coopera. Nie bijąc faceta, 

osiągnął  efekt. - Z kilkoma chłopakami wpadliśmy w tarapaty. Przyłapano nas na paleniu 
trawy w akademiku i mieliśmy się spotkać z kierowniczką, Rachel, żeby dostać karę. Wszyscy 

baliśmy się, że nas wywalą z uczelni. Kilku z nich mówiło do mnie: „Weź ją jakoś spróbuj 
zmiękczyć”,   bo,   nie   wiem,   no,   byłem   trochę   od   nich   starszy   i   miałem   to   powodzenie   u 

dziewczyn, rozumiecie?

Wyobrażam sobie Rachel - w butach od Manolo Blahnika i dobrze skrojonym Armanim 

- którą uwodzi ten czarujący, złotowłosy adonis. Może to i nie jest ten bystry przedsiębiorca, 
którego chciała zauroczyć zgrabnymi udami i uczesanymi na szczotkę włosami.

Ale   musiał   być   najbliższy   ideału   ze   wszystkiego,   co   miała   pod   rękaw   Richmond   w 

Indianie.

- W każdym razie odpuściła nam. Powiedziała, że to będzie nasz mały sekret. - W głosie 

Chrisa  pojawia  się  śmiech.  Ale  to nie  jest przyjemny śmiech.  - Najpierw  myślałem,  że  ze 

względu na stanowisko mojego ojca. Ale potem zacząłem na nią wpadać w stołówce i tak dalej. 
Bardziej jakby!.. Ona wpadała tam na mnie, rozumiecie? A faceci mówili: „Co sobie będziesz 

żałował, stary. Zaczniesz się umawiać z kierowniczką akademika i wszystko nam ujdzie na 
sucho”.   A   ja   nie   miałem   akurat   nic  innego   na  tapecie,   więc   pomyślałem   sobie:   „A  co   mi 

szkodzi?” I w końcu jakoś tak, no cóż, chyba zostaliśmy parą.

Schyla   się   pod   jakimś   sklepionym   przejściem,   a   my   idziemy   zanim,   przez   otwarte 

przeszklone drzwi do słabo oświetlonego salonu z obniżoną podłogą, gdzie głównym akcentem 
dekoracyjnym jest czarna skóra. Na kanapach jest czarna skóra. Fotele pokrywa czarna skóra. 

Nawet półka nad kominkiem jest chyba obciągnięta czarną skórą.

Nie, to niemożliwe. Mogłaby się chyba zająć ogniem, nie?

- Okazało się, że byłem jej pierwszym facetem- wyjaśnia Chris, podchodząc do kominka 

background image

i przełączając jakąś dźwigienkę. Nagle salon zalewa nierzeczywiste różowe światło. Gdybym 
nie wiedziała, gdzie jestem, byłabym przekonana, że weszłam do burdelu. Albo do jednego z 

tych barów tlenowych w SoHo. - Nie była zawsze taka... pozbierana jak teraz. Ona była w 
sumie całkiem... No cóż, kiedy ją poznałem tam, w Richmond, była dosyć gruba.

Gapię się na niego jak oniemiała.
- Co?!

Cooper rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie. Chris jest na fali i Cooper nie chce, żebym mu 

przerywała.

- No tak. - Chris wzrusza ramionami. - Była gruba. No cóż, może nie tyle gruba, w 

gruncie rzeczy, ile... przy kości. I ciągle chodziła w jakimś dresie. Nie wiem, co się z nią stało, 

rozumiecie, od tamtej pory, ale schudła, i to bardzo, i ja nie wiem, tak jakby załatwiła sobie 
zmianę wizerunku, czy coś. Bo wtedy... no, sam nie wiem.

- Czekaj. - Trudno mi to wszystko objąć rozumem. - Rachel była gruba?
- Tak. - Znowu wzrusza ramionami. - Może masz rację. Może człowiek nie ma takiej... 

presji, kiedy jest z kimś, kto nie może go z nikim innym porównywać. Było coś zdecydowanie, 
sam   nie   wiem,   podniecającego   w   myśli,   że   jestem   z   tą   starszą   od   siebie   babką,   która   w 

pewnych sytuacjach bywała taka bystra, a w innych tak głupia...

- Ona była gruba? - Jestem poważnie oszołomiona. - Przecież ona przebiega ze sześć 

kilometrów dziennie! Ona nic nie je poza sałatą. I to bez sosu.

- No cóż - mówi Chris i znów wzrusza ramionami. - Może teraz. Ale nie wtedy. Mówiła 

mi, że przez całe życie była taka tęgawa i że to dlatego nigdy przedtem... No, wiecie. Nie miała 
faceta.

Boże!   Rachel   była   nadal   dziewicą,   nawet   po   studiach   magisterskich?   Czy   ona   nie 

poznała w liceum nikogo? I na studiach też nie? Najwyraźniej nie.

- I jak długo to trwało? Ten romans? - pyta Cooper, usiłując mnie powstrzymać przed 

zapytaniem po raz kolejny, czy Rachel była gruba.

Chris osuwa się na jedną z czarnych skórzanych kanap, chyba sienie przejmując, że 

moczy poduszki. Pewnie kiedy jest się tak bogatym jak on, takie rzeczy nie mają znaczenia.

- Aż do połowy mojego ostatniego roku. To wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę się 

zacząć serio uczyć, żeby dostać w miarę dobre oceny na egzaminach LSAT. Rodzice pozwolili 

mi szaleć, póki nie zacząłem powoli dobiegać trzydziestki, ale wtedy postanowili mi przykręcić 
śrubę, bo chcieli, żebym się dostał do szkoły prawniczej. Powiedziałem jej, Rachel, że będę 

musiał nieco zwolnić tempo. Wydawało się, ze to dobry moment, żeby skończyć całą sprawę. 
Przecież to do niczego nie prowadziło. Po studiach nie miałem zamiaru zostawać w Richmond.

background image

- Powiedziałeś jej to? - pyta Cooper.
- Czy co jej powiedziałem?

Widzę, że jakiś mięsień w szczęce Coopera drga.
- Czy powiedziałeś Rachel, że to do niczego nie prowadzi? - wyjaśnia z wymuszoną 

cierpliwością.

- Och. - Chris unika naszego wzroku. - Taa.

- I co?
-   I   ona   mi   się   rzuciła   do   gardła,   człowieku.   No,   naprawdę,   odbiło   jej.   Zaczęła 

wrzeszczeć, drzeć ubranie. Złapała mój monitor i walnęła nim przez pokój, nie żartuję. Byłem 
tak przestraszony, że na resztę roku przeprowadziłem się do kumpli, którzy mieszkali poza 

kampusem.

- I nigdy już jej więcej nie widziałeś? - Nie jestem w stanie uwierzyć w opowiadanie 

Chrisa. Z drugiej strony, wierzę w nie co do słowa. Chociaż trudno sobie wyobrazić Rachel 
ciskającą monitorem przez pokój.

A już zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, że zabija te dwie dziewczyny -ani że prawie 

zabija potem jeszcze trzy kolejne osoby.

-   Nie   -   mówi   Chris.   -   Dopiero   parę   tygodni   temu,   kiedy   wróciłem   z   Richmond. 

Spędziłem tam lato, trochę pracowałem społecznie w ramach mojej umowy z tatą co do szkoły 

prawniczej. Potem wchodzę do Fisher Hall i widzę Rachel przy stanowisku recepcji. Akurat 
ochrzaniała jakiegoś dzieciaka. Tylko, wiecie, jakaś taka,., chuda. O mało nie zemdlałem, tyle 

wam powiem. Ale ona się tylko uśmiechnęła, spokojna jak nie wiem co, i zapytała, co u mnie 
słychać. Żadnych pretensji, nic.

- A ty się na to nabrałeś. - Głos Coopera jest pozbawiony intonacji.
- Tak - wzdycha Chris. - Wydawało się, że ma to już za sobą. Pomyślałem. .. wiecie, 

schudła, nowa fryzura, ciuchy... Pomyślałem, że to dobry znak. Że nie stoi w miejscu.

-   A   to,   że   specjalnie   poszukała   sobie   pracy   w   administracji   budynku,   w   którym 

zamieszkali twoi rodzice - mówi Cooper. - Nie Włączył ci się brzęczyk alarmowy? Że może 
wcale się z tym nie uporała tak, jak sobie wyobrażałeś?

- Zupełnie nie - mówi Chris. - Aż do... No cóż, do wczorajszego wieczoru. Dziewczęcy 

głos woła:

- Ach, tu jesteście! A ja was szukam na zewnątrz! Nie wiedziałam, że weszliście do 

środka.

Hope schodzi po schodach, niosąc tacę pasztecików ze szpinakiem, tak to w każdym 

razie wygląda i pachnie. Drugą ręką podtrzymuje połę długiego do ziemi szlafroka w lamparcie 

background image

prążki.

- Jedzenie gotowe - mówi. - Zjecie tu czy przy basenie?

- Przy basenie, kochanie, dobrze? - Chris uśmiecha się do niej słabo. -Dołączymy tam 

do ciebie za minutę.

Hope uśmiecha się pogodnie i zawraca w stronę przeszklonych drzwi.
- Nie siedźcie za długo - ostrzega. ~ Bo ostygną. Kiedy tylko znika, Chris mówi:

-   Wciąż   się   nad   tym   zastanawiam,   to   znaczy   od   tamtej   naszej   rozmowy,   i   próbuję 

stwierdzić, czy to możliwe, że Rachel to zrobiła. Czy zabiła tamte dziewczyny. Bo w końcu, 

jestem niezły... Ale na pewno nie wart tego, żeby dla mnie zabijać.

Uśmiecha się słabo ze swojego małego żartu. Cooper nie odpowiada uśmiechem. Chyba 

nadal się bawimy w złego i dobrego glinę. A ponieważ jestem dobrym gliną, uśmiecham się do 
niego. Nawet nie sprawia mi to kłopotu. Cóż, mimo wszystko w pewien sposób lubię Chrisa. 

Nic na to nie poradzę. On jest po prostu... sobą.

- Kiedy zerwaliśmy ze sobą... - ciągnie Chris - mówiłem wam, że zachowywała się... 

agresywnie. Rzuciła moim komputerem przez pokój. To było chyba z pięćdziesiąt metrów. Ona 
jest bardzo silna. Taka dziewczyna... Taka drobna dziewczyna jak Beth czy Bobby... No cóż, nie 

dałaby rady Rachel. To znaczy gdyby Rachel dość się wściekła.

- I wierzysz, że to właśnie spotkało te dziewczyny? - Cooper się tak jakby upewnia. - Że 

nie zginęły przypadkiem, tylko Rachel je zabiła?

Chris   garbi   się   coraz   bardziej   na   skórzanej   kanapie   rodziców.   Widać,   że   totalnie 

chciałby zapaść się pod ziemię.

-   Tak   -   mówi   cicho.   -   To   znaczy...   To   jest   jedyne   wyjaśnienie,   prawda?  Bo  to  całe 

surfowanie na windach... Dziewczyny tego nie robią.

Rzucam Cooperowi spojrzenie pod tytułem: „A nie mówiłam!” Ale on go nie zauważa. 

Za bardzo koncentruje się na Chrisie.

W milczeniu, które potem zapada, słyszę głośne granie konika polnego na zewnątrz. 

Muszę przyznać, że jestem nieco... No cóż, poruszona wyznaniami Chrisa. Och, nadal uważam, 
że bydlę z niego i tak dalej. Ale przynajmniej szczerze się do tego przyznaje. A to już coś.

Ale Cooper wcale nie jest pod wrażeniem.
- Chris, teraz wracasz z nami do miasta, a jutro rano idziemy na policję. To nie jest 

prośba. To polecenie.

Chris się krzywi.

- Dlaczego? Co to da? Oni mnie aresztują. Nigdy nie uwierzą, że to Rachel. Nigdy.
- Chyba że masz alibi na czas tych morderstw - mówi Cooper.

background image

- Mam. - Chris nagle się rozpromienia. - Kiedy zginęła ta druga dziewczyna, Bobby, 

byłem na zajęciach. Wiem, bo wszyscy usłyszeliśmy syrenę i wyjrzeliśmy przez okno. Fisher 

Hall jest po drugiej stronie ulicy.

A potem Chris kręci głową. Włosy mu wysychają niczym złoty hełm.

- Ale oni nie uwierzą na serio, że Rachel Walcott zabija dziewczyny, z którymi sypiam. 

Nie, dajcie spokój. Rachel dopiero co dostała pieprzoną Nagrodę Stokrotki za bycie dobrą 

samarytanką, czy coś w tym stylu.

Cooper tylko gapi się na niego.

- Czy są jakieś dziewczyny, z którymi spałeś w tym roku, a które żyją?
- No... nie, ale... - Chris jąka się zmieszany.

Oglądam się przez ramię na przejście, które prowadzi do basenu.
- A Hope?

- Co Hope?
- Co z nią?

- Chcesz, żeby ona też skończyła martwa?
- Nie! - Chris robi przerażoną minę. - Ale... To znaczy, ona jest opiekunką do dzieci z 

sąsiedztwa. Skąd Rachel ma się.

- Chris - mówi Cooper. - Czy ty kiedykolwiek brałeś pod uwagę możliwość czasowej 

rezygnacji z randek?

Chris milczy przez chwilę.

- Mówiąc prawdę - wykrztusza - zaczynam myśleć, że to wcale nić jest taki zły pomysł.

background image

28

Zastanów   się   nad   tym   -   mówię   do   Party.   -   Rachel   spotyka   tego   faceta,   naprawdę 

przystojnego faceta, który zachowuje się, jakby szczerze ją polubił, i może nawet częściowo 
faktycznie ją lubi...

- Tak. Tą częścią, którą trzyma w gaciach - ironizuje Patty.
- Nieważne. To pierwszy facet, który się nią w ogóle zainteresował, a na dodatek spełnia 

wszystkie warunki, jakie stawiałaby swojemu chłopakowi. Jest seksowny, jest zamożny, jest 
hetero.   No   dobra,   jest   może   takim   trochę   motylkiem...   -   Podnoszę   szklankę   soku 

pomarańczowego, która stoi przy moim łóżku i popijam. - Który żyje ze swojego funduszu 
powierniczego. Ale poza tym...

- Zaraz - wtrąca Patty. - Odłóż to - mówi do syna. Po chwili wraca do rozmowy. - Dobra 

- mówi. - Na czym skończyłyśmy?

- Na Rachel - odpowiadam.
- A, racja. No więc ten cały Christopher. Czy on jest rzeczywiście taki seksowny?

-   Jest   seksowny.   I   jest   studentem   -   tłumaczę   jej.   -   Nie   powinno   się   sypiać   ze 

studentami, więc na dodatek robi się z tego taki trochę zakazany owoc. Ona zaczyna budować 

sobie   te   wszystkie   zamki   na   lodzie   -   Bo   dlaczego   nie?   Stuknęła   jej   trzydziestka.   A   jest 
nowoczesną dziewczyną, żyjącą w XXI wieku, więc chce mieć wszystko: karierę, małżeństwo, 

dzieci...

- I licencję na zabijanie.

-   Co   tylko   chcesz.   A  potem,   właśnie   kiedy   szykuje   się   do   ostatecznego   ataku,   nasz 

poczciwy kowboj Chris odjeżdża nagle w stronę zachodzącego słońca. Sam.

- Zaraz, Heather - mówi Patty. A do syna: - Indy! Mówiłam, nie! Indy... Patty wrzeszczy 

na swojego dzieciaka. To w pewien sposób miłe, leżeć sobie wygodnie w łóżku i gadać przez 

telefon, nawet nie myśląc o tych morderstwach, kiedy wszyscy inni latają jak kot z pęcherzem i 
usiłują je jakoś rozwikłać. Chciałam iść z Chrisem i Cooperem na spotkanie z detektywem 

Canavanem.   Naprawdę.   Mówiłam   mu   wczoraj   w   nocy,   kiedy   wlokłam   się   do   swojego 
mieszkania, do łóżka, żeby mnie obudził, zanim wyjdzie rano.

Ale chyba szok po wstrząsających wydarzeniach poprzedniego dnia - eksplozja, wizyta 

w szpitalu, podróż na Long Island i z powrotem - wreszcie dał mi się we znaki, bo kiedy 

Cooper zapukał rano do drzwi mojej sypialni, wrzasnęłam, żeby sobie poszedł.

Nie bardzo pamiętam, że to zrobiłam. To znaczy ja bym nigdy, przenigdy, nie zachowała 

się tak grubiańsko, gdybym była przytomna. Cooper zostawił mi karteczkę, na której wyjaśnił 

background image

sytuację, z dopiskiem: Nie idź dzisiaj do pracy. Zostań w domu i odpoczywaj. Zadzwonię.

No dobra, nie podpisał jej: całuję, Cooper, tylko samo: Cooper.

Ale to też coś. Przynajmniej teraz musi mieć nieco więcej szacunku do mnie. Teraz, 

kiedy się okazało, że ją sobie wcale tego wszystkiego nie wymyślam, że ktoś mnie usiłuje zabić 

i   tak   dalej.   Och,   teraz   Cooper   na   pewno   myśli,   że   byłabym   świetnym   partnerem   w 
detektywistycznej robocie.

I   kto   wie,   do   czego   to   wszystko   może   doprowadzić?   Czy   w   ramach   następnego 

logicznego posunięcia nie powinien się we mnie do szaleństwa zakochać?

A   więc   tak,   jestem   w   świetnym   humorze.   Za   oknem   leje   jak   z   cebra,   aleja   się   nie 

przejmuję. Ciepło mi w łóżku, oglądam sobie poranne kreskówki z Lucy przy boku. Może to 

tylko   dlatego,   że   naprawdę   bardzo   blisko   otarłam   się   o   śmierć,   ale   życie   wydaje   mi   się 
naprawdę bardzo, bardzo przyjemne.

I z ożywieniem opowiadam o tym Patty. Wydaje się, że moja teoria zrobiła na niej duże 

wrażenie   -   ta,   która   sprawi,   że   kiedy   detektyw   Canavan   wysłucha   dzisiaj   tego,   co   ma   do 

powiedzenia Chris, natychmiast powinien polecieć do Fisher Hall z nakazem aresztowania.

- Już jestem - mówi Patty. - Na czym skończyłyśmy?

- Na Rachel - przypominam. - Która nagle przekonuje się, że powozi swoim traperskim 

wozem zupełnie sama. No i co robi taka nowoczesna, żyjąca w XXI stuleciu dziewczyna?

- Och, zaczekaj, coś wymyślę. Formuje, jak to się nazywa... Aha. Oddział pościgowy?
-   Pozbywa   się   konkurencji   -   poprawiam   ją.   -   Bo   myśli,   że   jeśli   zabije   wszystkie 

dziewczyny Chrisa, to wróci z nim do sytuacji wyjściowej. Rozumiesz, kiedy nie będzie już 
żadnych innych dziewczyn, on będzie musiał wrócić do niej.

- No, no! - mówi Patty z uznaniem. - I jak to robi?
- Jak to: jak to robi? Spycha je do szybu windy.

- Tak, ale w jaki sposób, Heather? W jaki sposób taka chuda suka jak Rachel spycha 

dorosłe kobiety, które z całą pewnością nie mają ochoty umierać, do szybu windy? Bo wiesz, ja 

przecież   nie   jestem   w   stanie   nawet   chihuahuy   mojej   siostry   wepchnąć   do   koszyka,   a   to 
maleńka psina. Czy masz pojęcie, jak ciężko musi być zepchnąć do szybu kogoś, kto nie chce 

umierać?   Najpierw   trzeba   otworzyć   drzwi.   Co   te   dziewczyny   robią,   kiedy   ona   je   otwiera? 
Dlaczego nie stawiają oporu? Dlaczego Rachel nie ma zadrapań na twarzy ani na rękach? 

Kiedy usiłują psa wcisnąć do koszyka podróżnego, drapie mnie jak wariat.

Wracam   pamięcią   do   okresu,   kiedy   moja   młoda   osobowość   kształtowała   się   pod 

wpływem oglądania telewizji.

- Chloroform - odpowiadam krótko. - Musi używać chloroformu.

background image

- Ale czy koroner nie znalazłby jego śladów?
Hm. Patty jest niezła. Zwłaszcza jak na kogoś, kto twierdzi, że nie ma czasu oglądać 

CSI.

- Okay, okay - mówię. - Może je wali w głowę kijem baseballowym i wrzuca do szybu, 

kiedy są jeszcze nieprzytomne.

- I koroner by nie zauważył śladu po uderzeniu?

- Właśnie spadły z szesnastego piętra - mówię. - Jeden guz mniej, jeden więcej...
Bip.

Odzywa się sygnał połączenia oczekującego.
-   Och,   to   na   pewno   Cooper,   Pat.   Oddzwonię   później.   Chcesz   iść   jutro   na   późne 

śniadanie dla uczczenia okazji? Jak już wsadzą tę moją szefową?

- Jasne. Przyjadę z największą przyjemnością. - Patty się rozłącza. Naciskam klawisz na 

słuchawce i mówię:

- Halo?

Ale to nie głos Coopera. To kobiecy głos.
I wygląda na to, że ktokolwiek to jest, właśnie płacze.

- Heather?
Dopiero po chwili coś mi świta.

- Sarah? - pytam. - To ty?
- T-tak - pociąga nosem Sarah.

- Nic ci nie jest? - Siadam na łóżku. - Sarah, co się stało?
- To... to Rachel - mówi Sarah.

Hm... A więc już ją zdążyli aresztować? Wiem, że dla personelu akademika to będzie 

cios,   skoro   najpierw   Justine   okazała   się   złodziejką   grzejników   olejowych,   a   teraz   Rachel 

okazuje się wariatką-morderczynią.

Ale jakoś sobie z tym poradzą. Może jutro zaniosę do pracy pączki dla wszystkich.

- Tak? - mówię. Bo nie chcę się przyznawać, że miałam cokolwiek wspólnego z tym 

aresztowaniem. Przynajmniej na razie. - Co z Rachel?

- Ona... ona nie żyje.
O mało nie upuszczam telefonu.

- Co?! - wołam. - Rachel? Nie żyje? Jak to...?
W głowie mi się nie mieści. To niemożliwe. Rachel? Nie żyje? Jak, na Boga...

- Ona się chyba zabiła - szlocha Sarah. - Heather, ja właśnie weszłam do biura, a ona... 

Ona tu wisi. Na tej kracie między waszymi gabinetami.

background image

O mój Boże.
Rachel się powiesiła. Rachel zdała sobie sprawę, że wszystko się wydało, ale zamiast po 

cichu zbiec, zabiła się. O mój Boże!

Muszę   zachować   spokój.   Ze   względu   na   dobro   akademika.   Muszę   teraz   przejąć 

dowodzenie. Kierowniczki już nie ma. Teraz na posterunku stanę ja, jej zastępczyni. Będę 
musiała   zachować   siłę   i   spokój.   Muszę   dla   wszystkich   stanowić   oparcie   w   tych   trudnych 

chwilach, które nas czekają.

I nie ma sprawy, bo czuję się totalnie na siłach. Nie będzie wcale tak bardzo inaczej, niż 

gdyby   Rachel   została   odstawiona   w   kajdankach   do   aresztu.   Po   prostu   trafiła   teraz   gdzie 
indziej. Ale tak czy inaczej, nie ma jej.

- Nie wiem, co robić - mówi Sarah histerycznie piskliwym głosem. - Jeśli ktoś tu wejdzie 

i to zobaczy...

-   Nie   wpuszczaj   nikogo!   -   wołam.   O   Boże,   Nasi   asystenci.   To  ostatnia   rzecz,   jakiej 

potrzebują. - Sarah, nie wpuszczaj tam nikogo. I niczego nie dotykaj. - Czy nie mam racji? Czy 

nie tak zawsze mówią w Law and Or deft - Wezwij karetkę. Zadzwoń na policję. Natychmiast. 
Nie wpuszczaj do biura nikogo, poza policją. Rozumiesz, Sarah?

- Okay - mówi Sarah i znów pociąga nosem. - Ale... Heather?
- Tak?

- Możesz tu przyjść? Ja... ja się tak strasznie boję. Już wyskoczyłam z łóżka i szukam 

dżinsów.

- Zaraz tam będę - mówię do niej. - Trzymaj się, Sarah. Zaraz tam będę.

background image

29

To moja wina.

To znaczy śmierć Rachel.
Powinnam była wiedzieć. Powinnam była to przewidzieć. Przecież ona była wyraźnie 

niezrównoważona psychicznie. Nic dziwnego, że tak łatwo się załamała. Nie mam pojęcia, jak 
się domyśliła, że ją podejrzewam, ale się domyśliła.

I poradziła sobie z tym w jedyny sposób, w jaki potrafiła.
No cóż, nic już teraz się nie da zrobić. To znaczy, że mogę zająć się ludźmi, na których 

śmierć Rachel wpłynie najbardziej - pracownikami akademika.

Dzwonię do Coopera na jego komórkę. Nie odbiera, więc zostawiam mu wiadomość, 

przekazując to, co powiedziała mi Sarah. Proszę go, żeby dał znać detektywowi Canavanowi. 
Ina koniec proszę, żeby przyjechał do Fisher Hall, kiedy tylko odsłucha pocztę głosową.

Oczywiście  nie mogę znaleźć parasolki. Nigdy nie mogę znaleźć parasolki,  kiedy jej 

naprawdę potrzebuję. Schylając głowę pod uporczywą  mżawką,  idę żwawo na Washington 

Square   West,   rozmyślając   o   tym,   jak   szybko   ci   dilerzy   znikają   w   czasie   podłej   pogody. 
Zastanawiam   się,   gdzie   oni   wszyscy   się   wtedy   podziewają.  W   Washington   Square   Diner? 

Któregoś dnia będę musiała sprawdzić. Pewnie jedzą tam wtedy wielkie porcje smażonego 
kurczaka.

Zbliżam   się   do   Fisher   Hall   i   wpadam   do   środka,   otrząsając   wodę   z   włosów   i 

uśmiechając się nieco niespokojnie do Pete'a, który dorabia weekendami za biurkiem ochrony. 

Czy on już wie? Czy coś słyszał?

- Heather! - woła. - A co ty tu robisz? Po tym, co przeszłaś wczoraj, myślałem, że dadzą 

ci z miesiąc zwolnienia. Chyba nie przyszłaś tu do pracy?

- Nie - mówię. On nie wie. O mój Boże, on nie wie.

A ja nie mogę mu powiedzieć. Bo tuż obok, w recepcji, siedzi dyżurny i przygląda się 

nam.

- Och - mówi Pete. - I jeszcze coś, przy okazji. Julio wraca do zdrowia. Wypuszczą go ze 

szpitala za kilka dni.

- Świetnie - mówię z całym entuzjazmem, na jaki mnie w tej chwili stać. -No to do 

zobaczenia później.

- Na razie.
Idę szybko w stronę biura administracji akademika. Ku mojemu zdziwieniu, drzwi są 

lekko uchylone, chociaż wyraźnie powiedziałam Sarah, że ma nikogo nie wpuszczać. Każdy 

background image

może sobie wejść do środka i zobaczyć, że Rachel tam wisi... Chyba że się powiesiła po swojej 
stronie kraty. Tak, to w sumie nawet bardziej logiczne. Biurko ma podsunięte do kraty, więc 

łatwiej byłoby jej wejść na nie i zeskoczyć...

- Sarah? - pytam. Pcham drzwi do środka. Ani śladu Rachel. Biuro jest zupełnie puste. 

Sarah, i zwłoki, muszą być w gabinecie Rachel. - Sarah? Jesteś tu?

- Tutaj - słyszę cichy głos Sarah.

Spoglądam na kratę. Nic na niej nie ma. Sarah musiała ją odciąć. Straszne, że musiała 

tak ją znaleźć, ale i tak nie powinna była ruszać zwłok. To jest zacieranie śladów. Czy jakoś tak.

- Sarah... - mówię, wpadając do gabinetu Rachel. - Mówiłam ci, że masz nie...
Głos   mi   zamiera.   To   dlatego,   że   nie   wita   mnie   widok   rozszlochanej   Sarah   tulącej 

nieruchome   ciało   Rachel.   Zamiast   tego   wita   mnie   widok   jak   najbardziej   żywej   Rachel   - 
ubranej w nowy, bardzo ładny kaszmirowy bliźniak i grafitowoszare spodnie - która stoi przy 

swoim biurku, jedną stopę w wysokim kozaczku opierając o biurowe krzesło...

...do   którego   przywiązała   Sarah   kablem   telefonicznym   i   paroma   kablami   od 

komputerów.

- Och, cześć, Heather - mówi Rachel pogodnie. — Szybko się tu zjawiłaś.

- Heather... - Sarah szlocha teraz tak mocno, że okulary zupełnie jej zaparowały. - Tak 

mi przykro. Ona mi kazała zadzwonić...

- Zamknij się. - Rozzłoszczona Rachel mocno uderza Sarah w twarz. Podskakuję na 

odgłos tego policzka.

I przytomnieję.
Pułapka. Wpadłam w pułapkę. Odruchowo odwracam się w stronę drzwi...

- Stój albo ją zabiję. - Głos Rachel jest przeraźliwie chłodny. Nawet nenufary Moneta 

nie są w stanie go złagodzić.

Zastygam bez ruchu. Rachel omija mnie i idzie do zewnętrznych drzwi biura. Zamyka je 

dokładnie.

-   No,   już!   -   Przekręca   klucz   w   zamku.   -   Teraz   lepiej.   Wreszcie   mamy   tu   nieco 

prywatności.

Gapię się na nią, zaciskając dłonie na pasku mojego plecaka, mimo skaleczeń. Może uda 

mi się ją uderzyć, myślę. To znaczy tym plecakiem. Chociaż nie mam w nim nic ciężkiego. 

Tylko szczotkę, portfel i jakąś szminkę. Ach, i batonik KitKat, w razie gdybym zgłodniała.

Skąd ona wiedziała? Skąd wiedziała, że depczemy jej po piętach?

- Rachel... - Mój głos dziwnie brzmi. To dlatego że zaschło mi w gardle, orientuję się 

nagle. Nie czuję się zbyt dobrze. Palce mi zlodowaciały, a skaleczenia na dłoniach bolą.

background image

I wtedy sobie przypominam.
W plecaku mam puszkę spreju z pieprzem. Ma kilka lat i wylot jej się chyba zatkał 

piaskiem z plaży. Czy zadziała?

Zachowaj spokój, mówię sobie. Co by zrobił Cooper, gdyby stanął twarzą w twarz z 

mordercą? Zachowałby spokój.

- Hej! - mówię z nadzieją, że mój głos zabrzmi równie spokojnie jak głos Coopera. - O co 

ci chodzi, Rachel? Czy to jakiś rodzaj gry na zaufanie, coś takiego? Bo jeśli się nie pogniewasz 
za to, co powiem, to Sarah chyba nie bawi się za dobrze.

- Daruj sobie te pierdoły, Heather - mówi Rachel twardym głosem, którego jeszcze u 

niej nie słyszałam, nawet w czasie rozmów z koszykarzami. Jego brzmienie sprawia, że robi mi 

się jeszcze zimniej. I nigdy wcześniej nie słyszałam, żeby używała brzydkich słów. - Wiesz, 
udawać słodką głupią blondynkę możesz wobec innych, aleja się na to nigdy nie nabierałam. 

Doskonale wiem, kim jesteś, i wierz mi, gdybym miała cię opisać jednym słowem, nie byłoby 
to słowo: „głupia”. - Prześlizguje się po mnie lekceważącym spojrzeniem. -A przynajmniej do 

niedawna.

No i ma rację. W głowie mi się nie mieści, że dałam się nabrać na ten trik z telefonem. A 

jednak łzy Sarah nie były udawane... Tylko z innego powodu niż mówiła.

- Równie dobrze możesz się dowiedzieć - mówi Rachel spokojnie - że wiem wszystko o 

wczorajszej nocy.

Usiłuję udawać, że nie mam pojęcia, o co jej chodzi.

- O wczorajszej nocy? Rachel, ja...
-   O   wczorajszej   nocy   -   powtarza   miłym   głosem.   -   G   twojej   małej   wycieczce   do 

Hamptons. Nie próbuj zaprzeczać. Byłam tam. Widziałam was.

- Ty... Ty tam byłaś?

Teraz to już zupełnie nie wiem, co robić. Wszystkie nerwy w całym ciele wrzeszczą do 

mnie: „Odwróć się i zwiewaj!”

Ale jestem jak przykuta do podłogi, palce zaciskam na pasku plecaka. Cały czas myślę o 

Sarah. Co będzie, jeśli rzucę się do ucieczki? Co Rachel zrobi tej biednej dziewczynie?

- Oczywiście, że tam byłam - mówi Rachel głosem ociekającym pogardą. - Myślisz, że 

nie pilnują swojej własności? Jak sądzisz, po co zatrzymałam tę jettę? W tym mieście nikt nie 

potrzebuje samochodu... Chyba że musi jeździć czyimś śladem do Hamptons.

Boże. Na śmierć zapomniałam o tym jej głupim samochodzie, który parkuje w garażu 

na West Side Highway.

Odzywam się cicho, żeby Rachel nie usłyszała, jak bardzo drży mi głos.

background image

- No dobrze. Dobrze, byłam tam. Więc wiem o tobie i Chrisie. Co z tego? Rachel, jestem 

po   twojej   stronie.   Totalnie   rozumiem,   o   co   ci   chodzi.   Mnie   też   kiedyś   rzucił   facet.   Może 

porozmawiamy o...

Rachel   kręci   głową.   Minę   ma   niedowierzającą,   jakbym   to   ja,   a   nie   ona   zaczynała 

wariować.

- Nie będziemy o tym rozmawiać - mówi i parska śmiechem. - Czas na gadanie się 

skończył. I wyjaśnijmy tu sobie jedną rzecz, Heather. - Rachel rozplata ramiona, prawą dłonią 
sięgając do wybrzuszenia pod swetrem. Wcześniej go nie zauważyłam.

- Ja tu jestem kierowniczką - ciągnie. - To ja decyduję. Ja decyduję, czy będziemy o 

czymś   rozmawiać,   czy   nie,   bo   to   ja   wyznaczam   wszelkie   spotkania.   Tak   jak   wyznaczyłam 

spotkania Elizabeth i Robercie. Tak jak później wyznaczę jeszcze jedno spotkanie, dla Amber. 
To ja tu dowodzę. A chcesz wiedzieć, co mnie do tego kwalifikuje, Heather?

Milcząco kiwam głową, nie spuszczając oczu z wybrzuszenia pod jej swetrem. To chyba 

rewolwer. Rewolwer definitywnie kwalifikuje Rachel do dowodzenia w tej sytuacji.

Ale   to   wcale   nie   jest   rewolwer.   Kiedy   Rachel   go   wyciąga,   widzę   tylko   plastikowy 

przedmiot,   który   wygodnie   mieści   jej   się   w   dłoni.   Sterczą   z   niego   jakieś   dwie   paskudnie 

wyglądające   metalowe   wypustki,   przez   co   przypomina   nieco   głowę   karalucha.   Nie   mam 
pojęcia,   co   to   jest,   dopóki   Rachel   go   nie   włącza   kciukiem,   a   wtedy   między   metalowymi 

wypustkami przebiega z sykiem niebieski łuk elektryczny.

Wtedy już wiem, zanim jeszcze zdążyła coś powiedzieć.

- Heather, poznaj Pana Paralizatora - odzywa się z dumą Rachel, zupełnie jak niektórzy 

rodzice,   kiedy   w   dniu   meldowania   studentów   przedstawiali   mi   swoje   dzieci.   -   Sekunda 

kontaktu   ze   stu   dwudziestoma   tysiącami   woltów   wytwarzanymi   przez   głowicę   Pana 
Paralizatora   powoduje   oszołomienie,   słabość,   dezorientację,   utratę   równowagi   i   kontroli 

mięśniowej na kilka minut. A co najwspanialsze, jeśli zastosowany jest przez ubranie, Pan 
Paralizator zostawia tylko bardzo mały ślad po oparzeniu na skórze. To cudownie skuteczna 

broń odstraszająca,  możesz ją  zamówić  tu, w Stanach  Zjednoczonych,  w wielu  katalogach 
wysyłkowych. Proszę bardzo, mój kosztował zaledwie czterdzieści dziewięć dziewięćdziesiąt 

pięć, nie licząc pięciowoltowej baterii. Oczywiście posiadanie czegoś takiego nie jest w Nowym 
Jorku legalne. Ale kto by się przejmował drobiazgami?

Patrzę na trzaskający błękitny pasek.
A   więc   tak   to   robiła.   Żadnego   chloroformu,   żadnego   walenia   po   głowie   kijem 

bejsbolowym. Po prostu stanęła u drzwi Beth, a potem u Bobby, oszołomiła je i wrzuciła ich 
bezwładne ciała do szybu windy. Cóż prostszego?

background image

A detektyw Canavan mówił, że mordercy są głupi. Rachel wcale nie jest głupia. Czy 

głupek miałby dość ikry, żeby zaplanować takie zabójstwo? Tylu młodych ludzi zabija  się, 

robiąc różne głupie rzeczy, na przykład surfując na windach, że nikt by nie wpadł na to, że te 
dziewczyny zostały zamordowane.

Nikt, poza takim dziwakiem jak ja.
Nie, Rachel nie jest głupia.

I wcale nie jest też szalona. Wymyśliła sobie idealny sposób na pozbycie się rywalek. 

Nikt by nawet niczego nie podejrzewał, gdyby nie ja i moja gadatliwość.

Gdyby nie ja i moja gadatliwość, Sarah i ja nie czekałybyśmy teraz, żeby się stać trzecią i 

czwartą ofiarą Rachel.

-   Ale   to   nie   jest   jedyne,   co   mnie   kwalifikuje   do   tego,   żeby   tu   dowodzić,   wiesz?   - 

zapewnia mnie Rachel, od niechcenia wymachując paralizatorem. -Mam licencjat z inżynierii 

chemicznej. Wiedziałaś o tym, Heather?

Kręcę głową. Może jeden z asystentów zajrzy do biura, żeby odebrać pocztę. Tak. A 

może Cooper odbierze tę wiadomość, którą mu zostawiłam na komórce...

- To zadziwiające, ile można zdziałać, jeśli się ma licencjat z inżynierii chemicznej. Na 

przykład można się nauczyć własnoręcznie budować małe bomby rurowe: takie proste, a takie 
skuteczne. Wiesz, co to jest bomba rurowa, Heather? Nie, nie sądzę, żebyś wiedziała. Przecież 

byłaś zbyt zajęta kręceniem tyłkiem w lokalnym centrum handlowym, żeby skończyć szkołę 
średnią, prawda? No to zobaczmy, jak sobie poradzisz z taką zagadką. Dlaczego blondynkom 

nie powinny przysługiwać przerwy na kawę w pracy?

Patrzę na Sarah. Nadal szlocha, ale usiłuje robić to po cichu, żeby Rachel znów jej nie 

uderzyła. Kręcę głową. Rachel śmieje się ponuro i mówi:

- Bo trzeba je po każdej takiej przerwie ponownie przyuczać do zawodu, Heather!

- Och, niezłe, Rachel. - Jednak zmieniam zdanie. Ona jest zdecydowanie pomylona. 

Wręcz szalona. - To naprawdę zabawne. Ale wiesz co? Ja już muszę iść. Cooper czeka przy 

biurku ochrony. Jeśli zaraz tam nie wrócę, na pewno tu zajrzy, żeby mnie poszukać.

- Może sobie szukać, ile chce. - Rachel wzrusza ramionami. - Nie ma klucza. A my go tu 

nie wpuścimy. Przecież pracujemy, Heather. Mamy mnóstwo ważnych spraw do załatwienia.

- Tak, ale wiesz co, Rachel? - mówię. - Jeśli nie otworzymy drzwi, Cooper po prostu 

każe się tu wpuścić Pete'owi albo któremuś z asystentów...

- Ale asystenci już nie mają kluczy do tego biura. Wczoraj kazałam zmienić zamki. -Na 

policzkach Rachel wykwitają teraz jasne rumieńce, a jej oczy błyszczą tak samo jasno jak te 
iskry z paralizatora.

background image

- Tak, właśnie - oświadcza radośnie. - Wczoraj kazałam zmienić zamki, kiedy byłaś w 

szpitalu, i jestem jedyną osobą, która ma klucz. - Potem wlepia we mnie te zbyt jasne oczy i 

mówi: - Rozumiesz, prawda, Heather? Dla ciebie to nie jest żadna kariera. To tylko zwyczajna 
praca.   Zastępczyni   kierowniczki   Fisher   Hall.   To   tylko   odpoczynek   między   kolejnymi 

występami, nieprawdaż? Stała pensja, dopóki nie zbierzesz sił, żeby znów ruszyć w trasę po tej 
małej sprzeczce ze swoją wytwórnią. Dla ciebie to stanowisko tylko tyle znaczy. Ale dla mnie 

nie. Administracja akademicka to moje życie. To moje życie, Heather. A przynajmniej tak 
było. Aż...

Nagle przerywa, a jej spojrzenie, które traciło ostrość, znów się na mnie skupia jak 

wzrok żmii.

- Aż pojawił się on - kończy po prostu.
Mam ochotę usiąść. Kolana mi się trzęsą, kiedy patrzę na broń w dłoni Rachel.

Ale nie śmiem. Siedząc, będę stanowiła jeszcze łatwiejszy cel. Nie, muszę koniecznie 

odwrócić   jej   uwagę.   Domyślam   się,   co   zamierza   zrobić   Sarah   i   mnie,   całkiem   nieźle   się 

domyślam.

-   Hm,   Rachel?   -   Staram   się,   żeby   to   zabrzmiało   przyjaźnie,   jakbyśmy   po   prostu 

gawędziły nad kubkami z kawą w stołówce, co nam się w sumie raz czy drugi zdarzyło, zanim 
zaczęła się ta fala zabójstw. - Mówisz o Christopherze, prawda?

Śmieje się z goryczą i ten śmiech przeraża mnie bardziej niż cokolwiek przedtem, nie 

wyłączając paralizatora.

- Christopher... - Obracało imię na języku jak kawałek czekolady, której zawsze sobie 

odmawiała.   Za   dużo   kalorii.   -   Tak,   Chris.   Nie   zrozumiesz   tego,   Heather.   Widzisz,   ja   go 

kocham. Ty nigdy nikogo nie kochałaś, Heather, poza sobą, więc nie możesz wiedzieć, jak to 
jest. Nie, nie możesz wiedzieć, jak to jest, kiedy całe twoje szczęście w życiu zależy od jednego 

człowieka, a potem. .. Potem przekonać się, że ten człowiek odwraca się do ciebie plecami i cię 
odtrąca...

Spojrzenie, jakie mi rzuca, mogłoby zamrozić gorący, posmarowany masłem rogalik. 

Chciałabym wspomnieć o tym, że ja dokładnie wiem, o czym ona mówi... Że tak się czułam 

wobec Jordana, który w tej chwili prawdopodobnie bawi się w Mad Libs z Tanią Tracę na 
swoim łóżku szpitalnym.

Ale jakoś mi się wydaje, że ona nie będzie słuchać.
- Nie, ty tego nie zrozumiesz - mówi Rachel. - Ty zawsze dostawałaś wszystko, czego 

chciałaś, prawda Heather? Podane pod nos na srebrnym talerzu. Ale wiesz, niektórzy z nas 
muszą wszystko osiągać ciężką pracą. Na przykład popatrz na mnie. Myślisz, że zawsze tak 

background image

dobrze wyglądałam? -Rachel przesuwa dłońmi po swoich szczupłych, twardych, wykonujących 
tysiąc brzuszków dziennie mięśniach. - Do diabła, nie. Kiedyś byłam gruba. Prawdziwa tłusta 

dupa. W sumie mniej więcej tak jak ty teraz. Rozmiar XL. -Śmieje się. - Topiłam smutki w 
batonikach, nigdy nie ćwiczyłam, jak ty.

Wiesz, że nikt mnie nie zapraszał  na randki, nigdy ani razu,  dopóki nie dobiegłam 

trzydziestki?  Kiedy ty produkowałaś  się jak jakaś  mała dziwka  dla Cartwright Records, ja 

siedziałam z nosem w książkach, ucząc się pilnie, bo wiedziałam, że nikt nie zstąpi z nieba i nie 
zaoferuje mi kontraktu na nagrania. Wiedziałam, że jeśli się chcę wyrwać ze swojego podłego 

życia, to będę musiała ruszać głową.

Zerkam na Sarah. Wygląda za okno z desperacką nadzieją, że ktoś przejdzie obok i 

zauważy, co tu się dzieje w środku.

Ale pada tak mocno, że na ulicy prawie nikogo nie ma. Nawet jeśli ktoś się przemyka, to 

skulony pod parasolem.

-   Z   nim   było   tak   samo   -   mówi  Rachel.   -   Chciałam   go,   więc  zrobiłam   wszystko,   co 

musiałam, żeby go zdobyć. Wiem, że nie byłam w jego typie. Stwierdziłam to wtedy, kiedy... 
mnie zostawił. I to wtedy zrozumiałam. Zrozumiałam, że muszę przerobić samą siebie tak, 

żeby   pasować   do   jego   typu.   Nie   zrozumiesz   tego,   oczywiście.   Ty   i   Sarah,   obie   jesteście 
przekonane, że mężczyzna powinien was chcieć ze względu na waszą osobowość, prawda? Ale 

mężczyzn wasza osobowość nie obchodzi. Wierzcie mi. Gdybyś się tak nie zapuściła, Heather, 
nadal miałabyś tego swojego Jordana Cartwrighta, wiesz? Całe to gadanie o tym, że chcesz 

śpiewać swoje własne utwory! Mój Boże, ty myślałaś, że jego to obchodzi? Mężczyznom nie 
zależy na rozumie. Mimo wszystko, jaka jest różnica między blondynką a komarem?

Kręcę głową.
- Przysięgam, Rachel, nie mam...

- Komar przestaje ciągnąć, jak mu się da klapsa. - Rachel odrzuca głowę w tył i śmieje 

się na cały głos.

Och tak. Już nie żyję. Nie ma co do tego wątpliwości.

background image

30

Ona oszalała. W przeciwnym razie nie stałaby tam, opowiadając mi idiotyczne dowcipy 

o blondynkach i jednocześnie grożąc paralizatorem. Miewałam już do czynienia z szaleńcami. 
Przecież   tyle   lat   pracowałam   w   przemyśle   muzycznym.   Dziewięciu   na   dziesięciu   ludzi,   z 

którymi miałam wtedy do czynienia, cierpiało na kliniczne zaburzenia psychiczne, nie wyłą-
czając mojej własnej matki. Czy uda mi się przekonać Rachel, żeby mnie jednak nie zabijała? 

No cóż, zawsze można spróbować.

-  Mnie Się  wydaje   - zaczynam  ostrożnie  - że  osoba,  na  którą  powinnaś  być zła,  to 

Christopher   Allington.   To   on   źle   cię   potraktował,   Rachel.   Jak   to   się   stało,   że   nigdy   nie 
próbowałaś mu tego powiedzieć?

- Bo to mój przyszły mąż, Heather. - Rachel patrzy na mnie z oburzeniem. -Boże, nie 

możesz tego pojąć? Wiem, uważasz, że mężczyźni są wymienni.

Skoro   nie   ułożyło   ci   się   z   Jordanem,   po   prostu   zajęłaś   się   jego   bratem.   Ale   ja,   w 

przeciwieństwie  do ciebie,  wierzę w prawdziwą  miłość. I właśnie ona łączy  Christophera i 

mnie. Muszę się tylko pozbyć kilku przeszkód, a wtedy on się opamięta.

- Rachel - apeluję do wszelkich normalnych uczuć, jakie jeszcze mogły pozostać w tej 

kobiecie - te przeszkody... To są istoty ludzkie.

- No cóż, to nie moja wina, że te biedactwa były aż tak załamane, kiedy Chris je rzucił, 

że popełniały rozmaite głupstwa, jak próby surfowania na windach. Robiłam, co mogłam, żeby 
im jakoś doradzać. Tobie też, Heather. Chociaż nikt się nie zdziwi tak bardzo, że zdecydowałaś 

się odebrać sobie życie. W sumie nie bardzo masz po co żyć.

Jej procesy myślowe są tak pokrętne, że nie bardzo za nimi nadążam. Ale teraz, kiedy 

jasno powiedziała, że jestem jej następną ofiarą, pozwólcie, że was zapewnię, zaczynam mówić 
naprawdę dużo i szybko.

- Rachel, to się nigdy nie uda. Ja już poszłam na policję...
- I oni ci uwierzyli? - pyta spokojnie. - Kiedy znajdą twoje połamane, zakrwawione 

zwłoki, zrozumieją, że robiłaś to wszystko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę: umieściłaś tę 
bombę, a potem zabiłaś się, kiedy się przekonałaś, że zostałaś przejrzana. I nawet nietrudno to 

będzie zrozumieć, skoro twoje życie ostatnio tak się staczało po równi pochyłej. Jordan się 
zaręcza   z   tamtą  drugą   dziewczyną.   Jego   brat,   no   cóż,   jego  brat   po   prostu   nie   wydaje   się 

zainteresowany, prawda, Heather? A obie wiemy, jak bardzo jesteś w nim zakochana. Masz to 
wypisane na twarzy, ile razy on wchodzi do pokoju.

Czy to prawda? Czy wszyscy wiedzą, że się kocham w Cooperze? Czy Cooper wie, że się 

background image

w nim kocham? Boże, jakie to upokarzające. Zaraz. Czemu ja w ogóle słucham tej wariatki?

- Świetnie, Rachel - mówię, dostosowując się do jej reguł, bo wydaje się, że to jedyne 

wyjście. - Świetnie. Zabij mnie. A co z Sarah?? No bo czy coś ci kiedykolwiek zrobiła biedna 
Sarah? Może ją jednak wypuścisz.

- Sarah? - Rachel spogląda na swoją asystentkę, jakby dopiero sobie przypomniała, że 

ona też jest obecna w pokoju. - A, racja. Sarah. No cóż, Sarah po prostu chyba... zniknie.

Biednej Sarah wyrywa się jakaś przerażona czkawka, ale kamienne spojrzenie Rachel ją 

ucisza.

- Tak - mówi Rachel. - Myślę, że Sarah pojedzie do domu na parę tygodni, żeby dojść do 

siebie   po   twojej   przerażającej   śmierci,   Heather.   Tylko   że   nie   dojedzie.   Zaginie   gdzieś   po 

drodze. Hej. Takie rzeczy się zdarzają.

- Och nie, Rachel, proszę - krztusi się Sarah. - Proszę, nie sprawiaj, żebym zaginęła. 

Proszę...

- Zamknij się! - drze się Rachel. Unosi dłoń, żeby znów uderzyć, ale zamiera bez ruchu, 

kiedy telefon na moim biurku zaczyna dzwonić, brzęcząc tak głośno, że Rachel aż podskakuje, 
a   błękitny   paseczek   błyskawicy   przelatującej   między   widełkami   paralizatora   znajduje   się 

niebezpiecznie   blisko   mojego   ciała.   Odskakuję   w   tył,   potykając   się,   wpadam   na   drzwi   i 
obracam się, chwytając za klamkę.

W mgnieniu oka Rachel mnie dopada, jednym chudym ramieniem ściskając mnie za 

szyję, dusząc mnie. Jest zadziwiająco silna jak na taką drobną kobietkę. Ale mimo to udałoby 

mi się jej wywinąć...

...Udałoby mi się, gdyby nie syczący paralizator, który mi podsuwa pod nos, cedząc 

przez zęby:

- Nawet nie próbuj. Nawet o tym nie myśl. Porażę cię, Heather, przysięgam. A potem 

zabiję was obie.

Zastygam,   ciężko   oddychając.   Rachel   przykleiła   mi   się   do   pleców   jak   jakiś   płaszcz. 

Telefon nadal dzwoni. Po rodzaju dzwonka poznaję, że to wewnętrzny z terenu akademika. 
Szepczę, głosem chrapliwym z przerażenia:

- Rachel, to prawdopodobnie telefon z recepcji. Wiesz, że kazałam Cooperowi czekać 

tam na mnie. Jest przy strażnikach.

- W takim razie - mówi Rachel, rozluźniając chwyt na mojej szyi, ale nadal trzymając 

paralizator o centymetry od mojego gardła - idziemy. Z tobą się policzę - rzuca ostrzegawcze 

spojrzenie w stronę Sarah - później.

A potem otwiera drzwi biura i zerkając przezornie w prawo i w lewo, popycha mnie 

background image

mocno w stronę pustego holu.

.. .ale nie tak mocno, żebym nie była nadal w zasięgu paralizatora. Kieruje mnie do 

wind po przeciwnej stronie holu - wind, które, na moje nieszczęście, nie zostały uszkodzone 
we   wczorajszej   eksplozji   -   i   naciska   guzik.   Modlę   się,   żeby   drzwi   się   otworzyły,   a   z   nich 

wyłoniła cała drużyna koszykarska i załatwiła Rachel w moim imieniu.

Ale nie miałam szczęścia. Kabina stała pusta na pierwszym piętrze i kiedy drzwi się 

otwierają, w środku nie ma nikogo.

- Właź - rozkazuje Rachel, patrząc na mnie. - Radziłam sobie z takimi dziewczynami jak 

ty   przez   całe   życie.   Wy,   ślicznotki,   wszystkie   jesteście   takie   same.   Idziecie   przez   życie, 
wyobrażając sobie, że wszyscy są wam coś winni. Dostajecie kontrakty na nagrania, awanse w 

pracy i świetnych facetów, a ludzie tacy jak ja? To my odwalamy czarną robotę. Czy wiesz, że 
ta Stokrotka to pierwsza nagroda, jaką otrzymałam za swoją działalność?

Piorunuję ją wzrokiem. Ta kobieta ma zamiar mnie zabić. Nie widzę żadnego powodu, 

żeby nadal traktować ją grzecznie.

- Tak - mówię. -I dostałaś ją za zrobienie porządku po popełnionych przez samą siebie 

morderstwach.   Te   rzeczy   w   aktach   dziewczyn:   o   mamie   Elizabeth,   która   chciała,   żeby 

ograniczyć córce prawo do przyjmowania gości, i o pani Pace, która nie lubiła Lakeishy, to 
wszystko nigdy nie miało miejsca, prawda? Te kobiety nigdy tu nie dzwoniły. Ty to sobie 

wszystko  wymyśliłaś,  żeby  móc usprawiedliwić  swoje spotkania   z tymi  dziewczynami.   I w 
ogóle o czym z nimi rozmawiałaś w czasie tych spotkań? Jakimi chorymi, pogiętymi historiami 

je terroryzowałaś?

-   Heather.   -   Rachel   spogląda   na   mnie   krytycznie.   -   Ty   nigdy   nic   nie   zrozumiesz, 

prawda? Ciężko pracowałam przez całe życie na to, co mam. Nigdy nic mi nie przyszło bez 
trudu, nie tak jak tobie. Nic: mężczyzna, praca, przyjaciele. To, co zdobywam, zatrzymuję. Na 

przykład Christophera. I tę pracę. Czy ty masz pojęcie, jak trudno mi było zdobyć stanowisko 
na tej uczelni, w tym samym budynku co on? Więc rozumiesz chyba, czemu musisz umrzeć. 

Zagrażasz   zbyt   wielu   moim   interesom.   Gdybyś   nie   zaczęła   węszyć,   pozwoliłabym   ci   żyć. 
Zawsze uważałam, że tworzymy, ty i ja, niezły zespół. Zwłaszcza że, kiedy stoję obok ciebie, 

wyglądam szczególnie szczupło. To twoja dodatkowa zaleta.

Winda dzwoni i drzwi się rozsuwają. Jesteśmy na dwudziestym piętrze. W holu przed 

apartamentem rektora.  Wiem, że w tej samej chwili, w której wejdziemy na szary dywan, 
detektor ruchu zadziała i wyśle sygnał do stanowiska ochrony. Czy Pete zerknie w monitor i 

zobaczy Rachel i jej paralizator?

Proszę, Pete, popatrz. Usiłuję zastosować na nim metodę Vulcana, chociaż Pete jest 

background image

dwadzieścia pięter pod nami. Popatrz, Pete, popatrz. Popatrz, Pete, popatrz...

Rachel pcha mnie przez korytarz.

-   Chodź   T   mówi,   wyjmując   uniwersalny   klucz   do  budynku.   -   Założę   się,   że   zawsze 

chciałaś zobaczyć, jak mieszka rektor. No to teraz masz szansę. Szkoda, że nie pożyjesz na tyle 

długo, żeby się nią nacieszyć.

Rachel   otwiera   drzwi   do   apartamentu   Allingtonów   i   wprowadza   mnie   do   holu. 

Wyłożony jest białymi i czarnymi kallami, to tu pani Allington oskarżała mnie, że uganiam się 
za jej synem jak jakaś dziwka. Hol otwiera się na salon, z dwóch stron obramowany wysokimi 

oknami   balkonowymi,   które   prowadzą   na   taras   apartamentu.   Niczym   w  Villa   d'Allington, 
dominującym   motywem   dekoracyjnym   jest   czarna   skóra,   i   to   w   dużych   ilościach.   Pani 

Allington   to   najwyraźniej   nie   jest   żadna   Martha   Stewart.   No   cóż,   w   sumie   nie   jestem 
zaskoczona.

- Ładnie, prawda? - mówi Rachel tonem lekkiej towarzyskiej rozmowy. -Pomijając te 

obrzydliwe ptaszyska.

W kącie holu, w tej wysokiej na dwa metry wiklinowej klatce, kakadu gwiżdżą i tańczą, 

przyglądając   się   nam   podejrzliwie.   Rachel   wymierza   w   nie   paralizator   i   śmieje   się,   kiedy 

zaczynają skrzeczeć na widok błękitnych iskier.

- Idiotyczne ptaki — mówi; A potem łapie mnie za ramię i zaczyna ciągnąć w stroną 

drzwi balkonowych. - Chodź - dodaje. - Czas na twój wielki finał. Pewnie taka gwiazda jak ty 
chciałaby zejść ze sceny z wielkim hukiem. Tak więc nie wybierzesz się na surfing na windach. 

Rzucisz   się   z   dachu   Fisher   Hall...   Trochę   tak   jak   ten   żółw   w   filmie,   o   którym   wiecznie 
opowiada ta twoja psychotyczna przyjaciółka ze stołówki. Tylko że, niestety, nie uratuje cię 

lina rozwijająca się spod twojej skorupy.

Zanim   zdążyłam   zareagować,   zamaszyście   otwierają   się   drzwi   w   odległym   krańcu 

salonu i staje w nich pani Allington w różowym dresie.

- Co jest, do diabła? - pyta ostro. - Co wy tutaj robicie? Rachel uśmiecha się przyjemnie.

- Eleanor, nie zwracaj na nas uwagi! - woła śpiewnie. - Za momencik znikniemy ci z 

oczu.

- Jak się tu dostałyście? - Pani Allington rusza w naszą stronę, a minę ma wściekłą. - 

Wynocha stąd, ale już, zanim zadzwonię po policję.

-   Bardzo   bym   chciała,   Eleanor   -   mówi   Rachel   do   kobiety,   która   w   innym   świecie 

mogłaby być jej teściową. - Ale jesteśmy tu w służbowych sprawach domu studenckiego.

- Nic mnie to nie obchodzi. - Pani Allington sięga do telefonu wiszącego na ścianie. 

Podnosi słuchawkę. - Czy wy nie wiecie, kim jest mój mąż?

background image

- Pani Allington, ostrożnie! - krzyczę.
Ale   za   późno.   Jak   kobra   rzucająca   się   do   ukąszenia,   Rachel   skacze   naprzód   z 

paralizatorem.

Pani   Allington   sztywnieje,   szeroko   otwiera   oczy,   jak   ktoś,   kto   właśnie   otrzymał 

szczególnie niedobre wiadomości... Może na przykład o wynikach egzaminów LSAT swojego 
syna?

A potem tak jakoś osuwa się po oparciu ze skórzanej kanapy i pada w drgawkach, a 

potem   zastyga   na   podłodze   skulona,   nadal   z   szeroko   otwartymi   Oczami   i   rozchylonymi 

ustami, z których sączy się lśniąca ślina.

-   O   mój   Boże!   -   wołam.   Bo   to   bez   wątpienia   najbardziej   wstrząsający   widok,   jaki 

kiedykolwiek oglądałam... Nawet gorszy niż to, co Tania Tracę robiła z moim narzeczonym. - 
Rachel, ty ją zabiłaś!

- Ona żyje - mówi Rachel z wyraźną pogardą w głosie. - Kiedy się ocknie, nie będzie 

miała pojęcia, co ją uderzyło. Nie będzie pamiętała własnego nazwiska, a co dopiero moje. Ale 

dla niej to nic nowego, Chodź - powtarza i znów łapie mnie za ramię.

Teraz, kiedy przekonałam się na własne oczy, co potrafi ten paralizator, wcale mi się nie 

śpieszy, żeby to poczuć na własnej skórze. Zdaję sobie sprawę, że byłam głupia, nie próbując 
wyrwać   się   Rachel   na   dole.   Jasne,   pewnie   by   mnie   poraziła   i   zatargała   do   windy,   ale 

stanowiłabym spory ciężar i to by jej sprawiło niemało kłopotu. Teraz jest jej za łatwo, a ja 
mam znacznie trudniej. Jedyne miejsce, dokąd mogę uciekać, to na dół.

Ta myśl wystarcza, żebym rzuciła się do ucieczki. Wyrywam rękę z uścisku Rachel i 

rzucam   się  biegiem.  Nie  wiem   dlaczego,  ale   biegnę  w  stronę tych  samych   drzwi,   którymi 

weszła pani Allington. Nie mogę biec za szybko, taka jestem zesztywniała po wczorajszych 
wyczynach w szybie windy i tak dalej. Ale Rachel wydaje wściekły wrzask. Cieszę się, bo to 

znaczy, że nie ma już nade mną przewagi.

Pokoje,   przez   które   biegnę,   tylko   migają   mi   przed   oczyma.   Jakaś   jadalnia,   która 

wygląda jakby od dawna nie podawano w niej żadnych posiłków, długi mahoniowy, mocno 
wypolerowany stół dla dwunastu osób, a pod ścianą bufet, na którym stoją owoce. Sztuczne! 

Potem kuchnia, idealnie czysta, biało-niebieskie kafelki na podłodze. Potem jakiś gabinet, też 
z wysokimi oknami i wielkim ekranem telewizyjnym, i z kanapami obciągniętymi skórą w od-

cieniu oliwkowej zieleni. Na ekranie leci jakiś film z Debbie Reynolds. Chyba Tammy and the 
Bachelor.  
Na kanapie leżą koszyk z kłębkami wełny i butelka wódki. Pani Allington się nie 

oszczędza.

Wypadam przez jedyne drzwi gabinetu, które nie prowadzana taras, i znajduję się w 

background image

sypialni,   w   mrocznej   sypialni,   gdzie   wszystkie   wysokie   okna   zostały   zasłonięte   kotarami. 
Łóżko jest olbrzymie i nieposłane, szarejedwabne prześcieradła są zwinięte w kłębek po jego 

jednej   stronie.   Kolejny   wielki   telewizor,   tym   razem   nastawiony   na   jakiś   talk-show,   z 
wyłączonym dźwiękiem. Na podłodze wala się para czarnych slipów. Pokój Chrisa? Ale Chris 

przecież   mieszka   w   akademiku   szkoły   prawniczej.   A   to   może   znaczyć   tylko   tyle,   że 
Allingtonowie mają osobne sypialnie. Skandal!

Nie ma już więcej drzwi poza tymi do łazienki  rektora  Allingtona.  Znalazłam  się w 

pułapce.

Słyszę, że Rachel się zbliża; trzaska drzwiami i wrzeszczy jak potępieniec. Rozglądam 

się gorączkowo po pokoju, szukając jakiejś broni. Nic nie znajduję. Przez te małe halogenowe 

światełka w wyłożonym lustrami suficie-pomyślę nad tym później - nie ma tu nawet lampy, 
którą mogłabym wyrwać z kontaktu i rzucić w głowę Rachel. Zastanawiam się, czy nie wśliznąć 

się   pod   łóżko,   ale   wiem,   że   mnie   tam   znajdzie.   Czy   uda   mi   się   jakoś   wykręcić   z   tego 
wszystkiego   gadaniem?   Udawało   mi   się   wydobyć   w   ten   sposób   ze   znacznie   gorszych 

tarapatów. Nie przypominam sobie w tej chwili żadnych konkretnych przykładów, ale prawie 
na pewno takie były.

Rachel wpada z impetem do pokoju, potykając się na progu i mrugając, kiedy oczy 

przyzwyczajają  jej się do nagłej  ciemności.  Stoję w przeciwległym  kącie,  obok masywnego 

łóżka, usiłując nie rozpraszać się własnym odbiciem w lustrze na suficie.

- Posłuchaj Rachel - odzywam się cicho i szybko. - Nie musisz mnie zabijać. Ani Sarah. 

Przysięgam, nic nikomu o tym nie powiem. To, będzie taki nasz mały sekret, jak to między 
dziewczynami.   Totalnie   rozumiem   twój   punkt   widzenia.   Mnie   też   faceci   źle   potraktowali. 

Chris zdecydowanie nie jest wart, żeby przez niego lądować w więzieniu...

- Ja nie pójdę do więzienia, Heather - mówi Rachel. - Będę zajęta organizowaniem 

nabożeństwa   żałobnego   w   twojej   intencji.   I   swoim   ślubem.   Zadbam   o   to,   żeby   przy   obu 
okazjach grano twoje największe przeboje. Jeśli w ogóle znajdzie się więcej niż jeden. Czy nie 

byłaś czasem taką idolką jednego przeboju? Co za szkoda. Ciekawe, czy ktoś przyjdzie na twój 
pogrzeb. Przecież już byłaś zapomniana w wieku... A ile ty masz właściwie lat? Dwadzieścia 

pięć? Dwadzieścia sześć? Ot, była gwiazdka popu, która się bardzo zapuściła.

- Dwadzieścia osiem - mówię. - Świetnie. Zabij mnie. Ale nie Sarah. Daj spokój Sarah. 

To jeszcze dzieciak.

- Uuu. - Rachel  uśmiecha  się i kręci  głową.  - Czy to nie słodkie?  Że tak  błagasz  o 

darowanie życia Sarah. Tymczasem wiem, jak bardzo ona ci działa na nerwy. Widzisz, to jest 
właśnie problem z takimi dziewczynami jak ty, Heather. Jesteś zbyt miła. Nie masz instynktu 

background image

zabójcy. Kiedy sprawy się komplikują, chowasz głowę w piasek. Urodziłaś się ze wszelkimi 
atutami, a teraz po prostu je odrzucasz. Nie dbasz o własne ciało, pozwalasz, żeby mężczyzna 

ci   się   wymknął  z   rąk,   spuszczasz   w  toalecie  własną   karierę.  Jezus,   pozwalasz,   żeby   twoja 
własna matka cię obrabowała. A ty nadal jesteś taka... miła. Popatrz sama: ty i Jordan? Nadal 

się przyjaźnicie. Sarah? Nie znosisz jej, ale błagasz mnie, żebym jej nie zabijała. Założę się, że 
nadal wysyłasz mamie kartki na Dzień Matki, co Heather?

Z trudem przełykam ślinę. I kiwam głową. A co mam zrobić?
- Widzisz? - mówi Rachel. - A teraz jest ci tylko smutno. Bo miłe dziewczyny nigdy do 

niczego nie dochodzą. Ja w sumie wyrządzę  światu  przysługę, zabijając cię. To w gruncie 
rzeczy naturalna selekcja. Ludzie nie będą musieli patrzeć na kolejną blondynkę nieudacznicę.

Z  tymi   słowami  Rachel  rzuca   się  do  mnie,  skacząc  przez   łóżko.  Przed  sobą   trzyma 

paralizator.

Obracam się na pięcie i szarpię za kotary. Otwieram pierwsze z brzegu balkonowe drzwi 

i wypadam na taras.

background image

31

Nadal   pada   -   nawet   chyba   intensywniej.   Niebo   wszędzie   dokoła   mnie   ma   kolor 

ołowianej szarości.

Nigdy   wcześniej   nie   zdawałam   sobie   z   tego   sprawy,   ale   Fisher   Hall   to   najwyższy 

budynek   po   zachodniej   stronie   parku,   a.   taras   apartamentu   na   ostatnim   piętrze   oferuje 
wspaniałe widoki na Manhattan z wszystkich czterech stron, od Empire State Building na 

północy, ledwie widoczny we mgle, po zamgloną wolną przestrzeń na południu, gdzie kiedyś 
stały wieżę World Trade Center, oraz na East i West Village.

Wspaniałe miejsce, żeby nakręcić jakąś scenę do filmu. Na przykład Zmutowane żółwie 

Ninja.

Tyle że to nie jest żaden film. To prawdziwe życie. Moje życie. Niezależnie od tego, jak 

długo ono jeszcze potrwa.

Wiatr jest tu, na dwudziestym piętrze, silny, a deszcz zalewa mi twarz; Trudno mi się 

zorientować, gdzie właściwie jestem, bo wszędzie dokoła widzę tylko te donice z pelargoniami, 

niepewnie stojące na niskiej kamiennej balustradzie. Mogę sobie bez trudu wyobrazić, jak 
moje bezwładne ciało spada za tę balustradę.

Nie wiedząc, co innego mi pozostaje, chowam głowę w ramiona i zaczynam biec dokoła 

apartamentu Allingtonów, w kierunku przeciwległego krańca tarasu. Nie widzę, żeby Rachel 

mnie goniła, więc przystaję na moment, otwieram plecak i grzebię w środku, szukając spreju z 
pieprzem. Mogłabym przysiąc, że on tam gdzieś jeszcze jest. Nie mam pojęcia, czy ten sprej 

będzie jeszcze działał, ale warto spróbować.

Znajduję go. Zwalniam  bezpiecznik,  kiedy tuż za mną rozlega  się ogłuszający  huk i 

wśród   drewnianych   drzazg   i   odłamków   szkła   Rachel   wyskakuje   na   taras   -   niczym   Cujo, 
zmutowany   nastoletni   żółw   ninja.   Nawet   nie   zawracała   sobie   głowy   otwieraniem   drzwi. 

Uderza we mnie całym impetem i obie lądujemy na mokrych kamiennych płytach tarasu.

Padając,  uderzam się mocno w kontuzjowane ramię, co praktycznie pozbawia mnie 

oddechu. Ale usiłuję przeturlać się przez te drzazgi i odłamki szkła, byle się znaleźć dalej od 
niej.

Zerwała się na nogi pierwsza i rzuca się na mnie z impetem. I przez cały czas udało jej 

się nie wypuścić z ręki tego paralizatora.

Ale ja ściskam sprej, który schowałam w dłoni. Kiedy pochyla się nade mną, jej ciemne 

włosy już zaczynają się lepić do twarzy przez ten cały deszcz, wargi zaś ma rozciągnięte w 

grymasie, który całkiem  przypomina Lucy,  kiedy się wkurzy  na piłeczkę  tenisową  albo na 

background image

katalog Victoria's Secret.

- Jesteś taka beznadziejna... - Rachel śmieje się ze mnie szyderczo i wymachuje mi 

przed nosem paralizatorem. - Wiesz, co powstanie, jeśli się skrzyżuje blondynkę z gorylem?

Usiłuję przybrać taką pozycję, w której będę mogła potraktować ją tym sprejem prosto 

w twarz. Nie chcę, żeby wiatr zwiał to świństwo w moją stronę.

- Nie mam pojęcia, o co ci chodzi - dyszę, nadal nie mogąc odzyskać tchu po upadku. 

Boże. W głowie mi się nie mieści, że ja kiedyś kupiłam tej kobiecie kwiaty.

Dobra, to był tylko bukiet z delikatesów. Ale zawsze.

- Wiesz, co powstanie, jeśli się skrzyżuje blondynką z gorylem? - Rachel uśmiecha się 

szeroko, z twarzą zaledwie parę, centymetrów od mojej. - Nikt nie wie. Są pewne granice tego, 

do czego można zmusić goryla!

Kiedy robi zamach, żeby potraktować tysiącami voltów moje prawe biodro, podnoszę 

rękę i pryskam jej sprejem pieprzowym prosto w twarz. Rachel wrzeszczy i cofa się, ramieniem 
zasłaniając oczy...

Ale przycisk nie chce się wcisnąć do końca. I zamiast spiknąć jej w oczy, płyn wylewa się 

z pojemnika i spływa po bokach jakąś pianą, która przesiąka do moich skaleczeń i piecze mnie 

tak mocno, że głośno krzyczę:

- Au!

Rachel zdaje sobie sprawę, że w nią nie trafiłam, i zaczyna się śmiać.
- O Boże! Heather, bardziej komiczna to już nie możesz być, wiesz? Ale tym razem, 

kiedy się na mnie rzuca, udaje mi się poderwać na nogi i czekam na nią, gotowa.

- Wiesz - mówię, kiedy się zbliża. - Jest coś, co chciałam ci powiedzieć już od dawna. 

Rozmiar XL - mocno ściskając sprej w dłoni, z całej siły uderzam Rachel w twarz - to jeszcze 
nie tragedia.

Kostki   dłoni   eksplodują   bólem.   Rachel   wrzeszczy   i   potyka   się   w   tył,   obie   dłonie 

podnosząc do nosa, z którego zaskakująco obficie tryska krew.

- Mój nos! - wrzeszczy. - Złamałaś mi nos! Ty pieprzona suko! Ledwie się trzymam na 

nogach, boli mnie ramię, a dłonie aż płoną od tego pieprzowego spreju. W plecach utkwiły mi 

odłamki szkła, kostek prawej dłoni nie czuję i leci mi krew z jakiegoś rozcięcia gdzieś na czole, 
bo muszę mrugać, żeby nie oślepiały mnie krople deszczu i moja własna krew. Chcę tylko 

jednego - wejść do środka, położyć się na chwilę i może pooglądać sobie Food Network czy coś 
w tym stylu.

Ale nie mogę. Bo muszę się najpierw rozprawić z moją psychopatyczną szefową.
Stoi tam i trzyma się za nos jedną ręką, a w drugiej ściska paralizator. Rzucam się na 

background image

nią   i   obalam   na   ziemię   te   pięćdziesiąt   pięć  kilo   na   szpilkach   od   Manolo   Blahnika.   Pada, 
wykręcając się z mojego uścisku, kiedy ja desperacko usiłuję odebrać jej paralizator.

A przez cały czas szlocha. Nie ze strachu, chociaż powinna - bo zapewniam was, mam 

zamiar ją zabić - ale z gniewu, a jej ciemne oczy błyszczą tak wielką nienawiścią do mnie, że 

zastanawiam się, jakim cudem ona mi się wcześniej nie rzuciła w oczy.

- Miłe dziewczyny do niczego nie dochodzą, tak? - Kopię ją z całej siły w kolano. - No to 

jak będzie? Czy to jest dla ciebie wystarczająco miłe?

Tyle że to tak, jakbym kopała kukłę do testowania samochodów w wypadkach. Rachel 

wydaje się niewrażliwa na ból... Chyba że chodzi o twarz. Na przykład ojej cenny nos.

I jest silna - o wiele silniejsza ode mnie, mimo mojej morderczej wściekłości i przewagi 

wzrostu i masy. Nie mogę jej wyrwać tego paralizatora. Czytałam kiedyś, że ludzie w chwili 
desperacji wykazują niewiarygodną siłę-matki podnoszą samochody, żeby uratować potrącone 

dziecko, konni policjanci wyciągają swoje ukochane wierzchowce z lotnych piasków, tego typu 
rzeczy. Rachel ma siłę mężczyzny... Mężczyzny, któremu życie rozpada się na kawałki na jego 

oczach.

A nie ma zamiaru się poddać, póki jeszcze kogoś nie zabije.

I zaczynam mieć bardzo nieprzyjemne wrażenie, że tym kimś będę ja.
Nic więcej  nie mogę zrobić,  poza tym, że zaciskam ręce na jej dłoniach,  w których 

dzierży   paralizator.   Palce   mam   śliskie   od   deszczu   i   krwi   i   obolałe   od   skaleczeń   i   spreju 
pieprzowego:   Trudno   mi   jej   nie   puścić,   Rachel   udało   się   wstać,   mimo   że   kopniakami 

próbowałam jej to uniemożliwić, a teraz obie siłujemy się w ulewnym deszczu o panowanie 
nad bronią. Impet naszej szarpaniny niebezpiecznie nas przybliża do krawędzi tarasu.

W jakiś sposób Rachel udało się tak przekręcić, że to moje plecy są przyciśnięte do 

donicy z pelargonią, całkiem podobnej do tej; która o mały włos nie zabiła Jordana. Z twarzą 

zwróconą do nieba nie widzę nic przez deszcz, który zalewa mi oczy. Zamykam je i koncentruję 
się na niemal niewykonalnym zadaniu utrzymania rąk Rachel wysoko nad moją głową, żeby te 

brzęczące widełki nie mogły mnie porazić. Czuję, że donica się chwieje, a potem usuwa spode 
mnie, i chociaż nie otwieram oczu, dobiega mnie paskudny huk, parę sekund później.

Ale najbardziej  przeraża  mnie czas, jaki upłynął  między ześlizgnięciem się donicy z 

tarasu a odgłosem uderzenia o ziemię. Doliczyłam prawie do dziesięciu.

Dziesięć sekund swobodnego lotu. Dziesięć sekund na myślenie o śmierci.
Ramiona mi słabną. Wiem, że płaczę, bo łzy pieką mnie w zadrapania na policzkach.

A Rachel śmieje się, wyczuwając, że tracę siły.
- Widzisz? - mówi. - Mówiłam ci, Heather. Jesteś zbyt miła, żeby zwyciężyć. Za słaba. 

background image

Nie masz formy. Bo rozmiar XL to jest tragedia. Och, ja wiem, co mi na to powiesz. Że taki 
rozmiar   nosi   przeciętna   Amerykanka.   Ale   wiesz   co?   Przeciętna   Amerykanka   jest   gruba, 

Heather.

- O mój Boże! - Pluję deszczówką i krwią. - Rachel, ty jesteś chora. Naprawdę coś ci 

dolega! Pozwól, że ci pomogę...

- I po co ty w ogóle żyjesz? - Rachel jakby mnie nie słyszała. Bo pewnie nie słyszała. - 

Twoja kariera muzyczna poszła w diabły. Chłopak cię rzucił.

Twoja własna matka wbiła ci nóż w plecy. Powinnaś była zginąć wczoraj, w windzie. I 

powinnaś była zginąć jeszcze poprzedniego dnia, ale źle wycelowałam. Poddaj się, Heather. 
Miłe dziewczyny nigdy nie wygrywają...

Przy   słowie   „wygrywają”,   Rachel   zaczyna   powoli   zginać   moje   ramiona.   Nie   jestem 

wstanie już dłużej stawiać oporu. Teraz płaczę już otwarcie, szarpiąc się i próbując nie słuchać 

jej śpiewnego głosu.

- Pomyśl o tym. Twoja śmierć trafi do MWNews. Może nie do „Timesa”, ale na pewno 

do   „Post”.   Kto   wie?   Może   nawet   powiedzą   o   tym   w  E!  w   odcinku  Prawdziwych 
hollywoodzkich historii. 
O tobie... O idolce jednego przeboju, która nie dożyła trzydziestki...

Otwieram   oczy   i   gapię   się   na   nią,   niezdolna   wykrztusić   słowa,   bo   resztkami   sił 

koncentruję się na tym, żeby nie zdołała mnie sparaliżować.

I właśnie wtedy, kiedy czuję, że mięśnie ramion mi drżą, zmęczone wysiłkiem, słyszę jej 

triumfalny śmiech i ostatnie szyderstwo:

- Heather! - woła radośnie, a jej głos dobiega jak z oddali. - Ile blondynek potrzeba do 

wkręcenia żarówki?

I wtedy, nagle, jej głowa tuż nade mną eksploduje.
Serio, W jednej chwili jest tam, śmieje mi się w twarz, a w następnej znika, odrzucona w 

tył potężnym uderzeniem. Krew Rachel opryskuje mnie i oślepia. Paralizator w jej dłoniach 
zamiera, a jej ciało zsuwa się ze mnie, lądując na mokrych płytach tarasu z odgłosem, od 

którego robi mi się niedobrze.

Trzymam się balustrady, ocierając twarz grzbietami dłoni -jedynymi nieporanionymi 

częściami ciała - i szlocham. Słyszę wyłącznie szum deszczu i czyjś urywany oddech.

Trwa to dobrą chwilę, zanim zdaję sobie sprawę, że to nie mój oddech. Kiedy wreszcie 

otwieram załzawione oczy, widzę Rachel leżącą u moich stóp. Z wgłębienia na jej skroni sączy 
się krew, zabarwiając na różowo kałuże deszczówki dokoła.

A   przede   mną   stoi,   z   okrwawioną   butelką   absolutu   w   dłoni,   pani   Allington   w 

przemoczonym różowym dresie. Pierś jej faluje ciężko, a Oczy ma przepełnione pogardą, kiedy 

background image

spogląda w dół na nieruchome ciało Rachel.

Pani Allington kręci głową.

- Ja też noszę XL - mówi.

background image

32

Kończy się tym, że w szpitalu spędzam wyłącznie jedną noc - żeby mi się te wszystkie 

skaleczenia nie pootwierały, i przez te liczne stłuczenia, i kawałki szkła, które mnie pocięły.

A to i tak o jedną noc za dużo, jeśli chcecie znać moje zdanie. Wiecie, co w szpitalach 

uważa  się   za   deser?   Galaretkę.   Z   owocami.   Nawet   żadnego   marnego   herbatnika.   Przecież 
każdy wie, że galaretka to przekąską, a nie deser.

Poza rym w szpitalu nawet nie mają wanien. Jeśli chcesz się umyć, masz do wyboru 

prysznic albo obmywanie gąbką.

Nieważne.   Próbuję   sensownie   wykorzystać   czas.   To   znaczy   mój   pobyt   w   szpitalu. 

Wymykam się ze swojego piętra, żeby odwiedzić Julia, i z radością widzę, że dochodzi do 

siebie po kontuzjach, jakich doznał w wybuchu. Ma wrócić do pracy w przyszłym miesiącu i 
powinien odzyskać dawną formę.

Zaglądam do sali Jordana, skoro już tu jestem. To znaczy w szpitalu.
Jest mocno zażenowany moim widokiem, a jego narzeczona, Tania? Do szpiku kości 

wroga. Gdybym nie wiedziała lepiej, pomyślałabym, że czuje się przeze mnie zagrożona!

Ale nie wiem, czemu miałaby się tak czuć. Jej ostatni singiel,  Dziwka,  parę dni temu 

wspiął się na dziesiątą pozycję Total Reauest Live.

W każdym razie, życzę im obojgu wszystkiego dobrego. Mówię im, że tworzą idealną 

parę.

I wcale nie kłamię.

Muszę spędzić w szpitalu tylko jedną noc, ale dostaję dwa tygodnie zwolnienia z pracy - 

płatnego.   Chyba   tak   cię   nagradzają   na   Uniwersytecie   Nowojorskim,   jeśli   zdarzy   się,   że 

udowodnisz,   iż   twoja   zwierzchniczka   popełniła   podwójne   morderstwo.   Nawet   jeśli   nie 
należało ci się aż tyle dni zwolnienia lekarskiego.

Do czasu, kiedy wracam za swoje biurko, zaczyna się robić chłodna jesień. Liście na 

drzewach  w Washington Square Park  zmieniają barwy,  oblewając się czerwienią  i złotem, 

które bledną wobec kolorów, na jakie studenci pierwszego roku pofarbowali sobie włosy z 
okazji odwiedzin rodziców.

Poważnie. Zupełnie jakbym pracowała na uczelni dla klownów.
Odkąd poszłam na zwolnienie, jeszcze inne rzeczy też się zmieniły w Fisher Hall. Po 

pierwsze, skoro Rachel w więzieniu oczekuje na proces, będę miała nowego szefa. Nie wiem 
jeszcze, kto to będzie. Nadal odbywają rozmowy z kandydatami.

Ale doktor Jessup powiedział mi, że mam prawo pierwszego wyboru.

background image

Myślę, że miło byłoby na odmianę popracować dla mężczyzny. Nie zrozumcie mnie źle, 

szefowie-kobiety są świetne,  zgoda, ale dobrze zrobi mi chyba odpoczynek  od całego  tego 

estrogenu w biurze.

Sarah się ze mną zgadza. Ona i wszyscy praktykanci są dla mnie o wiele milsi teraz, 

kiedy przekonali się, że ryzykowałam życie, żeby złapać mordercę niewinnych studentek. Już 
prawie wcale nie wspominają Justine. Tylko raz, któregoś dnia, Tina zwróciła się do mnie ze 

słowami:

- Wiesz, Justine nigdy nie przychodziła do pracy w dżinsach, w przeciwieństwie  do 

ciebie. Powiedziała mi kiedyś, że to dlatego że nie może nigdzie znaleźć wystarczająco małego 
rozmiaru. Jakoś nigdy jej już potem nie mogłam polubić.

Nawet Gavin wreszcie mnie posłuchał i kompletnie zrezygnował z surfingu na windach. 

Zajął się dla odmiany eksploracją miejskich ścieków.

Ale z tego też chyba niedługo będzie musiał zrezygnować, bo zapach raczej nie czyni go 

ulubieńcem studentów z jego piętra.

Och, a Allingtonowie się wyprowadzili. Tylko do sąsiedniego budynku -tego, z którego 

Donatello czy ten jakiś inny zmutowany nastoletni żółw ninja skakał w tamtym filmie. Pani 

Allington uznała, że ona i jej ptaki będą mieć tam znacznie więcej spokoju... Zwłaszcza że teraz 
nie   muszą   mieszkać   w   obiekcie,   który   dzielą   z   siedmiuset   studentami   i   personelem 

administracyjnym akademika.

Studentom wcale nie było smutno, że Allingtonowie się wyprowadzają, ale ich syna 

chyba im nieco brakuje. Chris też stał się trochę jakby sławny i wykorzystał rozgłos, jaki zyskał 
dzięki obsesji Rachel - opisanej we wszystkich gazetach - żeby przeforsować swój własny plan i 

otworzyć klub w SoHo. Szkoła prawnicza była najwyraźniej tylko marzeniem jego ojca, ale te-
raz, kiedy propozycje kupienia jego historii zaczęły się sypać ze strony Lifetime Channel i 

„Playboya”,   Chris   wyzwolił   się   z   okowów   synowskiego   posłuszeństwa   i   zaczął   się 
usamodzielniać.

Założę się, że przez tę samodzielność niedługo trafi za kratki.
Mieszkańcy   Fisher   Hall,   samorząd   studencki   i   personel   administracyjny   wpadli   na 

pomysł złożenia Elizabeth Kellog i Robercie Pace godnego hołdu - zasadziliśmy dwa drzewka - 
bliźniacze derenie - w pięknej części parku, a pod nimi umieściliśmy tabliczkę z napisem: Ku 

PAMIĘCI  - ELIZABETH  I ROBERTY,   z ich  nazwiskami,   datami  urodzenia  i  śmierci,  i  ze 
słowami: BĘDZIEMY ZA WAM TĘSKNIĆ. Miliony ludzi je obejrzy - tabliczkę i derenie, które 

powinny   na   wiosnę   zakwitnąć,   jak   mnie   zapewniali   faceci   z   katedry   ogrodnictwa   -a   setki 
studentów odniesie korzyść ze stypendium ufundowanego przez uczelnię i także noszącego 

background image

imiona Beth i Bobby.

Już się nie mogę doczekać, aż zobaczę te drzewa w pełnym rozkwicie. To jedyna rzecz, 

której ostatnio nie mogę się doczekać, bo już się dowiedziałam nareszcie - co tak naprawdę 
myśli o mnie Cooper.

Nie,   żeby   on  wiedział,   że  ja   wiem.  Pewnie   nie  ma   pojęcia,   że   to  pamiętam.   To   się 

zdarzyło   wtedy,   kiedy   wpadł   pędem   do   apartamentu   na   ostatnim   piętrze,   zaledwie   parę 

sekund po tym, jak pani Allington znokautowała Rachel swoją butelką absolutu. Odsłuchał 
wiadomość,   którą   mu   zostawiłam   na   komórce,   i   pognał   natychmiast   do   akademika   z 

detektywem Canavanem, gdzie dowiedzieli się od Pete'a - który na swoim monitorze widział, 
że Rachel wchodzi razem ze mną do apartamentu Allingtonów - nie tylko, że Rachel żyje, ale 

jeszcze   że   we   dwie   najwyraźniej   wybrałyśmy   się   w   odwiedziny   do   pani   Allington   (jakość 
obrazu na monitorze ochrony nie jest dość dobra i Pete nie zauważył, że Rachel przystawiła mi 

wtedy paralizator do gardła).

Kiedy detektyw Canavan zajął się nieprzytomną Rachel i chwiejącą się na nogach panią 

Allington, Cooper przyklęknął obok mnie na deszczu, pytając, czynie mi nie jest.

Pamiętam,   że   gapiłam   się   na   niego,   myśląc,   czy   czasem   nie   jest   to   jakaś   dziwna 

halucynacja, tak samo jak to, że Rachel dostała po głowie. W tamtej chwili byłam całkowicie 
przekonana, że umieram, przez ten sprej z pieprzem piekący mnie w skaleczone dłonie i przez 

okruchy szkła wbite w plecy, przez obolałe ramię i tak dalej.

I to może dlatego powtarzałam raz za razem:

- Obiecaj mi, że zaopiekujesz się Lucy. Obiecaj, że kiedy umrę, zaopiekujesz się Lucy.
Cooper zdjął swoją skórzaną kurtkę - tę całą pokrytą plamami mojej krwi -i owinął 

mnie nią. Nadal była rozgrzana ciepłem jego ciała. Pamiętam to. I to, że pachniała jak on.

- Oczywiście,  że się zaopiekuję - powiedział  do mnie Cooper. - Ale ty nie umrzesz. 

Słuchaj, wiem, że cię boli. Ale karetka jest już w drodze. Nic ci nie będzie, obiecuję.

-   Owszem,   umrę   -   odpowiedziałam.   Bo   naprawdę   byłam   przekonana,   że   umieram. 

Potem   sanitariusze   powiedzieli   mi,   że   byłam   w   szoku,   przez   ten   ból   i   zimno,   i   deszcz,   i 
wszystko.

Ale skąd ja miałam wtedy o tym wiedzieć?
- Umrę w wieku dwudziestu ośmiu lat - poinformowałam Coopera, którego brałam za 

halucynację.   -   Idolka   jednego   przeboju.   Tylko   tyle   znaczę.   Zadbaj   o   to,   żeby   na   moim 
nagrobku napisali: „Tu leży idolka jednego przeboju”.

-   Heather...   -   powiedział   Cooper.   Uśmiechał   się.   Jestem   tego   pewna.   Tego,   że   się 

uśmiechał. - Nie umrzesz. I nie jesteś idolka jednego przeboju.

background image

- Tak, jasne. - Zaczęłam się śmiać. A potem zaczęłam płakać. I już nie mogłam przestać.
Okazuje się, że to też dość typowy objaw szoku. Ale wtedy nie miałam o tym pojęcia.

- Rachel miała rację! - Pamiętam, że to powtarzałam z goryczą. - Miała rację! Miałam 

wszystko i wszystko schrzaniłam. Jestem największą nieudacznicą na świecie.

To   wtedy   Cooper   posadził   mnie   siłą,   wziął   mnie   w   ramiona   i   stwierdził,   bardzo 

stanowczo:

- Heather, nie jesteś żadną nieudacznicą. Jesteś jedną z najodważniejszych osób, jakie 

spotkałem   w  życiu.   Każdy   człowiek,   gdyby   przeszedł   przez   to,   co   spotkało   ciebie,   z   twoją 

matką, z moim bratem, z twoją karierą i wszystkim innym, po prostu by się załamał. Ale ty 
parłaś naprzód. Zaczęłaś wszystko od nowa. Zawsze cię podziwiałem, bo niezależnie od tego, 

co się zdarzy, ty po prostu robisz swoje. Przykro mi się przyznawać, ale w tym momencie 
wtrąciłam:

-  Jak  ten  mały  różowy  króliczek  z  bębenkiem?  Chciałabym  uznać,  że  to  też  można 

zwalić na szok. Cooper zachował powagę.

-   Dokładnie   tak   jak   ten   mały   różowy   króliczek   z   bębenkiem.   Heather,   nie   jesteś 

nieudacznicą. I nie umrzesz. Jesteś przemiłą dziewczyną i nic ci nie będzie.

-   Ale...   -   W   swoim   zaćmionym   szokiem   umyśle   odebrałam   to   stwierdzenie   z 

niepokojem, po tej mojej rozmowie z kobietą, która wcześniej usiłowała mnie zabić. - Miłe 

dziewczyny do niczego nie dochodzą.

- Tak się składa, że lubię miłe dziewczyny - powiedział Cooper. I wtedy mnie pocałował.

Tylko raz. I w czoło. W taki sposób, no wiesz, jak pocałowałby cię starszy brat twojego 

byłego chłopaka, gdybyś, powiedzmy, została zaatakowana przez wariata mordercę, i gdybyś 

cierpiała z powodu szoku, a on by uznał, że i tak nie będziesz tego potem pamiętać.

Ale ja zapamiętałam. I nadal pamiętam.

On   uważa,   że   jestem   odważna.   Nie,   zaraz,   on   uważa,   że   jestem   jedną   z   naj-

odważniejszych osób, jakie kiedykolwiek spotkał.

I mnie lubi. Bo tak się składa, że on lubi miłe dziewczyny.
Słuchajcie, wiem, że to niewiele. Ale wiecie co?

To wystarczy. Na razie.
Ach, i jeszcze jedna, ostatnia rzecz.

Nigdy   nie   wróciłam   do   tego   sklepu   i   nie   kupiłam   tych   dżinsów   w   schlebiającym 

klientowi rozmiarze M. To żadna tragedia, że się nosi XL, to po pierwsze. A po drugie, byłam 

za bardzo zajęta. Zaliczyłam swój półroczny okres próbny. Zaczęłam studia na pierwszym roku 
Uniwersytetu Nowojorskiego. Moje pierwsze zajęcia?

background image

Wstęp do prawa kryminalnego.
No cóż, od czegoś trzeba zacząć, prawda?