background image

POMARAŃCZOWY KOLOR CZARNEJ SKRZYNKi 

    Jeden z premierów III RP mawiał: latanie jest wbrew naturze człowieka. Gdyby Pan 
Bóg chciał, żebyśmy latali, to by nam dał skrzydła. A że nie dał, to znaczy, że sobie tego 
nie życzy. Bał się lotów i wcale tego nie ukrywał. Tymczasem - według wyliczeń Paula 
Russella, szefa inżynierów z zakładów Boeinga - żeby zginąć w katastrofie lotniczej, 
musiałby jako pasażer latać bez przerwy 26 tysięcy lat.
    Ale ponieważ rocznie ginie nieco ponad 1000 pasażerów (jeden na milion), przeto jak 
każdy pasażer boimy się przed startem i przed lądowaniem, a także w czasie lotu i - 
zdarza się - zaczynamy się bać na miesiąc przed rejsem i najchętniej pojechalibyśmy 
tam pociągiem, okrętem, rowerem, czymkolwiek, byle nie samolotem.
    Latającym cmentarzem był DC-10, bo robiono go na chybcika, żeby zdążyć przed 
Boeingiem 747. Dziś już nie spada, ponieważ usterki (zamek od drzwi do luku 
bagażowego) zostały usunięte. Ale ciągle wchodzi się na jego pokład bez entuzjazmu, 
jak to zdarzało się pasażerom DC-10 Afgańskich Linii Lotniczych Ariana. Jeszcze 
gorszym latającym cmentarzem był Ił-62. Na 80 wyprodukowanych maszyn spadła co 
czwarta, co jest chyba rekordem świata. Konrad Swinarski zginął w jednej z nich nad 
Damaszkiem w drodze na festiwal teatralny w Shiraz (cesarski Iran Rezy Pahlaviego). 
Konstanty Puzyna w naszej „Polityce” napisał po śmierci Swinarskiego jeden z 
najświetniejszych swoich tekstów. 
    W trzydziestych latach w zakładach Tupolewa posługiwano się niewytwornym 
sposobem mordowania charakterów na polu raczkującego wtedy w stalinowskim ZSRR 
systemu public relations. Mówiono: "Iljuszynom letat" to kak tigru j... . I smiesznó i 
strasznó". Te akcenty nad "o" to w rosyjskim znaki foniczne, a nie ortograficzne. Jeden z 
kabaretów studenckich wypuścił na początku lat 70. ścigany przez cenzurę bon mot: "Ił 
to skała osadowa służąca do posypywania płyt lotniska".
    Iljuszyn mógłby dziś - mszcząc się - powiedzieć to samo o Tupolewie. Najwięcej 
wypadków miała maszyna Tu-154, podobna do DC-10, bo też trójsilnikowa, tylko 
mniejsza. Jest to samolot prezydencki RP, do którego na żadnym lotnisku świata nie 
pasuje ani rękaw, ani paliwo, ani drążek holowniczy, ani schodki. Wszystko trzeba 
pożyczać od Uzbeków albo wozić ze sobą. Albo wynosić żonę premiera na rękach po 
trapie kapitańskim, który jest drabinką sznurową.
    Ale największy blamaż to premierowy lot Tu-144 (typ Concorde) na pokazach w 
Paryżu. Jak pisze historyk szpiegostwa, Janusz Piekałkiewicz, nie ukradziono na czas 
projektu mechanizmów, które przesuwały paliwo w zbiornikach francusko-brytyjskiej 
konstrukcji przy ostrych, wyrafinowanych operacjach. Tu-144 poszedł do góry szybciej, 
niż jego paliwo (pogwałcenie zasady d’Alemberta). Dziennik "Prawda" zamieścił o tym 
dwuzdaniową notatkę na czwartej stronie: "Doszło do wypadku. Tu-144. Ekipaż pogib".
    Wszystkie wypadki Ił-62 zdarzyły się z tej przyczyny, że defekt jednego silnika 
natychmiast blokował drugi silnik, bliźniaczy. Concorde rozbił się przy starcie w Paryżu, 
bo miał po obu stronach silniki bliźniacze. Producenci, jeśli nie kradną, to inspirują się 
nawzajem swoimi pomysłami. Weryfikatorem pomysłów w branży lotniczej jest śmierć. 

1

background image

Mechanika lęku
    Profesor Antoni Kępiński pisał, że lęk jest spotęgowaną pochodną niepewności, a 
niepewność jest skutkiem niewiedzy o przyszłości. Przymierzmy to do pasażera i 
samolotu. Wsiada na pokład i nie wie, czy doleci. Bo piloci szwajcarskiego samolotu nad 
wybrzeżem Kanady, tuż po starcie, ugotowali się w kokpicie w temperaturze 300° 
Celsjusza. Bo drugi pilot egipskiego Boeinga, korzystając z tego, że pierwszy musiał 
pójść do toalety, wbił samolot z kompletem pasażerów nosem w Atlantyk przy prędkości 
jednego macha. Bo singapurski, nowy, 747-400 zderzył się na Tajwanie z dźwigiem na 
pasach startowych. Bo kazachski Ił-76 i saudyjski jumbo zderzyły się nad Delhi, 
ponieważ tam i wchodzi się i schodzi po tej samej ścieżce, a jeden miał lądować, kiedy 
drugi dopiero co wystartował. Bo szwajcarscy kontrolerzy zabili w powietrzu dzieci lecące 
na wakacje do Hiszpanii. Bo playboy Kennedy jr wpadł z awionetką i narzeczoną do 
Atlantyku, mając za sobą wszystkiego 300 godzin lotu, tyle co kandydaci na pilotów w 
towarzystwach lotniczych. Bo terroryści-kamikadze porywają samoloty i atakują nimi 
World Trade Center, a inni odpalają w stronę pasażerskich samolotów rakiety typu 
"stinger".
    Nasza wiedza o przyszłości lotu jest żadna, natomiast wiedza o przeszłości, czyli 
katastrofach, jest ogromna, bo jest to wiedza gazetowa. Zawsze na pierwszych stronach 
czytać będziemy przerażające szczegóły o katastrofie z zapewnieniem, że czarna 
skrzynka wyjaśni, dlaczego doszło do nieszczęścia. Nawiasem mówiąc, "czarna" 
skrzynka, aby ją łatwiej było znaleźć, jest jaskrawopomarańczowa.
    Nigdy nikt nie ogłosił informacji o rejestrach czarnej skrzynki, bo nie zawsze ocalały, a 
jeśli ocalały, to nie zawsze producent zgadzał się z użytkownikiem co do przyczyny 
wypadku. A nawet jeśli obydwaj się zgadzali, to jednocześnie zazwyczaj byli tego 
samego zdania: po co to publikować? 

2