background image

Ewa wzywa 07... Ewa wzywa 07... 

Krystyn Ziemski 

UŚMIECH FORTUNY 

 

background image

ROZDZIAŁ I 

Ciepły, czerwcowy dzień. Słońce prześwituje między drzewami. Świetlne smugi pasami 

kładą  się  na  wąskiej  ścieżce.  Wiruje  w  nich  kurz  unoszący  się  spod  nóg  dwojga  młodych 

ludzi. Idą wolno, rozglądając się uważnie. 

- Coś mi się pokręciło. To chyba nie tędy prowadzi szlak - mruczy pod nosem chłopak. 

- Zbłądziliśmy?! - w głosie dziewczyny nuty paniki. 

- Eee, ty zaraz zbłądziliśmy - wzrusza ramionami chłopak. - Co najwyżej odeszliśmy parę 

metrów w bok od właściwej trasy... Zaraz ją znajdziemy - dorzuca uspokajająco. 

-  Idziemy  i  idziemy.  Chyba  ze  dwie  godziny.  Nigdzie  nie  widać  żadnych  oznakowań. 

Mówiłeś,  że  znasz  puszczę,  a  ty...  -  w  głosie  przebija  zmęczenie.  Dziewczyna  przystaje. 

Opiera się o drzewo. Zdejmuje drewniaki, wytrząsa z nich piasek. - Poczekaj chwilę. 

Chłopak patrzy na pochyloną ciemną głowę. Dostrzega na czole kroplący się pot. 

-  Zmęczyłaś  się?  Kto to  widział  w  takich  pantoflach  wybierać  się  do  puszczy?!  Trzeba 

było wziąć tenisówki - rzuca z przyganą. 

Dziewczyna nie odpowiada. Stoi oparta o drzewo. Rękawem modnie wyszywanej bluzki 

ociera pot z czoła. 

- Trzeba było... Kto mógł wiedzieć - burczy w odpowiedzi. 

Dobry sobie:  trzeba  było.  Kto mógł wiedzieć, co  mu strzeli  do głowy?  Szykując  się  na 

niedzielną  eskapadę  sądziła,  że  skoro  mówił  o  wycieczce  do  lasu,  to  znaczy,  że  pojadą  do 

Młocin. Rozłożą koc na polance i będą się opalać. Zapraszając ją ani słowem nie napomknął, 

że  planuje  leśną  włóczęgę  po  Kampinosie.  Włożyła  nowe  drewniaki,  dobrane  kolorem  do 

dżinsowych  spodni  i  ostatni  krzyk  mody:  haftowaną  bluzkę  z  długimi  rękawami.  Do  torby 

wrzuciła plażowy kostium bikini i przygotowane przez mamę kanapki. 

Spotkali  się  na  przystanku.  Jurek  zjawił  się  punktualnie.  Widziała  go  nadchodzącego 

szybkim krokiem. Był w szortach, krótkiej koszulce, przez ramię przerzucił plecak. Przywitał 

się  i  z  miejsca  krytycznie  ocenił  jej  strój.  -  Będzie  ci  w  tym  wygodnie  chodzić?  -  spytał  z 

powątpiewaniem  w  głosie.  Kiwnęła  głową.  Nie  była  w  stanie  odpowiedzieć.  Popsuł  jej 

humor.  W  autobusie  pogwizdywał  pod  nosem.  Wysiedli  na  jakimś  przystanku  i  dopiero 

wówczas  zorientowała  się,  że  są  w  Kampinosie.  Zaraz  skręcili  do  lasu.  Była  pewna,  że 

rozłożą  się  obozem  na  jakiejś  polance.  Ale  on  wcale  nie  szukał  miejsca  na  obozowisko. 

background image

Prowadził ją w głąb lasu. Po pół godzinie zaczęła ustawać. Nowe drewniaki ciężyły, ocierały 

nogi. 

Miał rację, aż wstyd się przyznać - myślała starając się dotrzymać mu kroku. Zadyszana, 

zmęczona  marzyła  tylko  o  odpoczynku.  Dokąd  on  idzie,  czego  szuka,  czy  nie  czas  już 

rozłożyć się obozem?! - Zaraz o to zapytam - obiecywała sobie co chwila. 

-  Widzisz,  jak tu  fajowo  -  rzucił,  jakby odpowiadając  na  niezadane  pytania.  -  Mogę tak 

chodzić przez cały dzień. To dopiero odpoczynek! Tym szlakiem - dorzucił - dojdziemy do 

starego cmentarza. Pokażę ci kawał Kampinosu. 

Nogi  się  pod  nią  ugięły.  Ma  zamiar  cały  dzień  spędzić  na  takiej  włóczędze?  Jak  ja 

wytrzymam? - pomyślała z przerażeniem. Ale entuzjazm brzmiący w głosie chłopca podziałał 

jak  ostrzeżenie.  Musi  dotrzymać  mu  kroku.  Inaczej  Jurek  zrezygnuje  z  jej  towarzystwa  w 

przyszłości.  Zaciska  zęby  i  tylko  wzdycha  w  duchu,  żeby  ten  szlak  się  skończył.  Żeby 

wytrwać do końca. Ale zmęczenie bierze górę. 

- Muszę chwilę odpocząć rzuca zdławionym głosem. - Wyszło jak jęk. 

-  Dobra.  Widzisz  ten  prześwit?  Tam  jest  polanka.  Odpoczniemy  i  zastanowimy  się, 

którędy iść dalej. 

Westchnienie ulgi. Jeszcze tylko parę kroków. Przyspiesza, jakby jej sił przybyło. 

Na  skraju  polany  osuwa  się  na  trawę,  zrzuca  z  nóg  drewniaki.  Jurek  przysiada  obok. 

Wyciąga  z  plecaka  puszkę  pomarańczowego  soku.  Otwiera  i  wlewa  do  plastykowej 

szklaneczki. 

- Masz, wypij, dobrze ci zrobi. 

Wypija jednym haustem. 

- Daj jeszcze - wyciąga rękę ze szklaneczką. Sok działa orzeźwiająco. 

Mariola wyciąga się na trawie, wystawia zaczerwienione stopy na słońce. Tak jest dobrze. 

Można posiedzieć do samego wieczora. Żeby tylko nie zachciało mu się dalszej wędrówki! 

- Zjedzmy coś - proponuje, sięgając do plastykowej torby po kanapki. 

- Mam coś konkretniejszego - Jurek wyciąga z plecaka konserwę mięsną. - Zaraz otworzę 

puszkę. Podgrzejemy nad ogniskiem. 

-  Fajowo!  -  Tym  razem  w  głosie  Marioli  brzmi  niekłamany  entuzjazm.  -  Tylko  czy  nas 

nie złapią? W lesie nie wolno palić ognia. 

- Eee. Jakoś to be... kilka kroków dalej  jest dołek. Obłoży się go kamieniami, w środek 

wrzucimy gałęzie. Nic się nie stanie. Zawsze tak robię. Żeby jeszcze kartofle... Ty nanosisz z 

lasu gałęzi na ognisko. Wybieraj suche. 

-  Dobra.  Zaraz  pójdę.  -  Przysiada  na  piętach  koło  chłopaka,  który  wyciągnąwszy  finkę 

background image

ryje ziemię wokół dołka. - To będzie pas ochronny?! - pyta. - Umiesz to robić - stwierdza z 

uznaniem. 

- Co roku spędzam wakacje na autostopie - odpowiada mile połechtany tym uznaniem.  - 

Trzeba sobie umieć radzić. Teraz poszukam kamieni, a ty idź po gałęzie - dorzuca. 

Mariola  znika  w  leśnej  gęstwinie.  W  kilka  minut  później  rozlega  się  jej  przeraźliwy 

krzyk. Jurek biegnie w kierunku, skąd dobiega głos. Zderzają się ze sobą. Mariola obejmuje 

go kurczowo. Jest blada, półprzytomna. Drży cała. 

-  Tam, tam  -  jąka z trudem, spazmatycznie ustami  łapiąc powietrze.  -  Tam, o Boże! To 

straszne! 

- Uspokój się. Mariola. Co się stało?! Mów, co się stało! - powtarza pytanie. - Czego się 

tak wystraszyłaś?! 

- Tam... ktoś wisi. O Boże! 

- Coś ci się chyba przywidziało - mówi uspokajająco. - Chodź, pójdziemy razem. 

- Nieee!... Ja tam nie pójdę. Za skarby. Nie zostawiaj mnie samej - chwyta go kurczowo 

za ręce. 

Odprowadza ją na polanę. 

- Siadaj i poczekaj na mnie - rzuca ostro, usiłując się od niej uwolnić. 

- Boję się, boję... - powtarza Mariola szczękając zębami. 

-  Zaraz  wrócę,  uspokój  się!  Nic  ci  się  stać  nie  może.  Sama  rozumiesz,  że  trzeba  to 

sprawdzić - sadza ją na trawie. 

Mariola kuli się, coś tam pojękuje, gdy Jurek zagłębia się w las. 

Idzie  wolno,  rozgląda  się  uważnie.  Nie.  -  Przywidziało  się  jej  myśli.  -  Gałąź  ją  pewnie 

uderzyła i od razu raban. - Właśnie zamierza zawrócić, gdy czuje, że coś go  trąca w ramię. 

Odwraca  się  gwałtownie.  Najpierw  dostrzega  kołyszące  się  wolno  nogi.  Opanowuje  lęk  z 

trudem.  Czuje,  jak  dreszcz  przebiega  mu  po  plecach.  Spogląda  do  góry.  Widzi  opuszczoną 

głowę  wiszącego  człowieka.  Brr... Teraz  już  nie  dziwi  się  Marioli,  też  chce  zwiać  stąd  jak 

najprędzej. Zawraca, biegnie do dziewczyny. Muszą odejść stąd jak najszybciej... 

Nie, tak nie można - decyduje. - Trzeba natychmiast o tym zawiadomić milicję. 

- Miałaś rację. On tam jest. Zostań, ja pójdę na posterunek. 

- Za nic na świecie nie zostanę sama. Boję się. - Mariola chwyta go za rękę. 

- To chodź ze mną. - Szybko się zgadza, teraz rozumie jej lęk. 

Dziewczyna zrywa się. Biegną razem przez las, trzymając się za ręce. 

background image

ROZDZIAŁ II 

-  Przeżyli  szok  -  ocenia  kapitan  Andrzej  Korcz,  przypominając  sobie  tych  dwoje.  Ich 

twarze,  wyraz  przerażenia  w  oczach  dziewczyny,  chaotyczną  opowieść  o  znalezieniu 

wiszącego  człowieka,  o  wędrówce  po  lesie  w  poszukiwaniu  ludzi.  Dziewczyna  jeszcze 

wówczas  była  w  stanie  szoku.  Tylko  chłopak  zachował  przytomność  umysłu.  Podczas 

wędrówki po lesie znaczył drogę, by móc trafić z powrotem w to samo miejsce. O rzeczach, 

które  zostawili  na  polance,  przypomnieli  sobie  oboje  dopiero  na  posterunku  w  Kampinosie, 

dokąd przywiózł ich na motorze leśniczy. 

Komendant posterunku, sierżant Konopka, wysłuchał całej historii. Chciał, by go chłopak 

zaprowadził na miejsce. Ale dziewczyna uczepiła się kurczowo i nie chciała go puścić. Więc 

Konopka,  który  sam  miał  dzieci,  osądził,  że  wyjazd  chłopaka  może  pogłębić  jej  szok. 

Zaprowadził oboje do swego mieszkania i zostawił pod opieką żony, sam wsiadł z leśniczym 

na motor i kierując się wskazówkami chłopaka,  odnalazł wisielca. Leśniczego zostawił przy 

zwłokach, polecając, żeby  niczego nie ruszał  i pilnował, by  nikt obcy  się tu nie kręcił, sam 

wrócił na posterunek wezwać ekipę z Komendy Stołecznej. 

Andrzej Korcz przyjechał wraz z ekipą na oględziny. Dyżurny dopadł go w domu - w ten 

sposób rozwiały się niedzielne plany. 

Na  posterunek  w  Kampinosie  przyjechali  wczesnym  popołudniem.  Korcz  wysłuchał 

relacji  sierżanta,  obejrzał  sporządzony  przez  niego  szkic  sytuacyjny  i  pogadał  z  dwojgiem 

młodych ludzi. Zaraz też wyekspediował ich do domów, polecając zgłosić się w poniedziałek 

do komendy na oficjalne przesłuchanie i po zostawione na polanie rzeczy. 

Ekipę zaprowadził na miejsce zdarzenia sierżant Konopka. Zrazu wszystko wskazywało 

na  samobójstwo.  Ba,  ale  dlaczego  mężczyzna  nie  miał  przy  sobie  żadnych  dokumentów? 

Chciał uniemożliwić identyfikację, a może ktoś go obrabował? Rabunek wydawał się rzeczą 

wątpliwą.  Denat  miał  na  ręku  złotego  tissota.  W  jednej  z  kieszeni  spodni  znaleźli  plik 

tysiączłotówek. Cóż to za dziwny złodziej, który zabiera portfel, zostawiając złoty zegarek i 

pieniądze w kieszeni? Nie zdążył go obszukać, ktoś go spłoszył? 

Tak  czy  owak  trzeba  było  zacząć  od  identyfikacji.  Może  ktoś  widział  tego  mężczyznę? 

Skąd przyszedł? Korcz kazał sprowadzić psa z przewodnikiem. A nuż podejmie ślad. Podjął. 

Pies obwąchawszy buty zrazu kręcił się w kółko wokół drzewa, potem, jakby niepewnie, 

background image

ruszył przed siebie. Po kilku metrach przypadł nosem do ziemi. Pokręcił się niezdecydowanie 

wokół  jednego  punktu,  jakby  stracił  ślad.  Potem  znów  pociągnął  przewodnika  naprzód. 

Przystanął obwąchując miejsce. Ruszył naprzód. Znów się zatrzymał. I tak przystając co 10-

20  metrów  i  odnajdując  zagubiony  ślad  doprowadził  ich  do  biegnącej  obok  przecinki 

utwardzonej drogi. Stąd zawrócił i teraz już jak po sznurku pociągnął przewodnika do drzewa, 

na którym wisiały zwłoki i z powrotem, aż do przecinki. Tu znów utknął. Obejrzeli dokładnie 

to miejsce. Na skraju drogi odkryli ślad opony. 

- Zrób odlew - zlecił Korcz technikowi. 

Wówczas  właśnie  pomyślał,  że  być  może  facet  przyjechał  wozem.  Jak  doszedł  na 

miejsce?  Chyba  nie  na  własnych  nogach.  Pies  zatrzymywał  się  w  miejscach,  gdzie  buty 

denata  zetknęły  się  z  leśnym  podłożem.  Odległości  między  tymi  punktami  wahały  się  w 

granicach od 10 do 20 metrów. Posuwał się skokami? Niemożliwe! Nawet gdyby przyjąć, że 

przed  kimś  uciekał.  Rozpiętość  kroków  była  zbyt  wielka,  a  nieboszczyk  nie  wyglądał  na 

sportowca-rekordzistę. Szczupły,  średniego wzrostu,  miał  nogi  nieproporcjonalnie krótkie  w 

stosunku do tułowia. Tę wadę budowy skutecznie maskowała nieco dłuższa marynarka. 

Któż  zresztą  uprawia  biegi  w  odświętnym  garniturze?  Facet  ubrany  był  w 

ciemnogranatowy  garnitur,  jakby  się  wybrał  na  niedzielny  spacer,  biała  chusteczka  w 

kieszonce,  starannie  dobrany  krawat.  Ta  elegancja,  brak  jakichkolwiek  śladów  obrażeń  czy 

walki wszystko to wskazywałoby raczej na samobójstwo. Niektórzy ludzie - wiedział Korcz z 

doświadczenia - przywiązują wagę do tego, jak będą wyglądać po śmierci. 

Śmierć.  Podczas  powstania  warszawskiego,  w  którym  brał  udział  jako  trzynastoletni 

chłopak,  oswoił  się  z  widokiem  trupów.  Napatrzył  się  na  ciała  porozrywane  pociskami,  na 

ludzi  zastygłych  w pozie, w jakiej dosięgła  ich kula. Trudniej  było pogodzić się ze śmiercią 

podczas  pokoju.  Tamte  zgony  były  jakoś  „uzasadnione",  były  normalną  niejako 

konsekwencją wojny.  Ale po wojnie?  Każdy zgon  spowodowany rękami  innego człowieka, 

budził w nim gwałtowny sprzeciw, uczucie żalu i jakby winy. 

- Nie zdołaliśmy uchronić - myślał Korcz. 

Czuł  się  za  to  współodpowiedzialny.  O  tych  swoich  odczuciach  i  ocenach  nie  mówił 

nikomu.  Bał  się  śmieszności.  Boć  w  końcu  czy  można  wszystko  przewidzieć,  prześwietlić 

ludzkie zamiary, osłonić człowieka, czasem uratować przed nim samym?! 

Ot,  choćby  i  ten  młody,  trzydziestoparoletni  mężczyzna.  Co  go  skłoniło  do  podjęcia 

ostatecznej decyzji? Odebrał sobie życie. A może... 

Tej drugiej ewentualności nie można wykluczyć. Odległości między śladami... Jakby go 

ktoś niósł, przystając co pewien czas dla odpoczynku. Właśnie wówczas buty mogły dotknąć 

background image

ziemi. Trzeba by założyć, że sprawca przyjechał wozem, stąd ślad opony. 

Technicy zrobili odlew, zdjęcia, zabezpieczyli do dalszych badań próbki leśnego podłoża, 

gruntu, nadłamane gałązki na trasie, którą szedł pies. 

Korcz  wszystkiego  dopilnował  osobiście.  Dbał  zawsze  o  dokładność  podczas  oględzin. 

Wiadomo - punkt wyjściowy do dalszego śledztwa. 

Jeszcze  raz  sprawdza  w  myśli,  czy  niczego  nie  przeoczył.  -  Nie,  chyba  wszystko  w 

porządku.  Co  dalej?  Odlew  opony  wskazuje  na  uszkodzenie  protektora.  Łatwiej  będzie 

odszukać  wóz.  Może  jeszcze  w  pobliżu  pozostał  jakiś  mikroślad  lakieru?  Badania  wykażą. 

Ułatwiłoby  to  poszukiwania.  Rzecz  może  się  jednak  okazać  i  bez  znaczenia,  jeśli  to 

samobójstwo.  Nie  można  wykluczyć,  że  kandydata  na  samobójcę  ktoś  grzecznościowo 

podwiózł  we  wskazane  miejsce.  Ten  ktoś  nie  musiał  zdawać  sobie  sprawy  z  zamiarów 

pasażera. Nie musiał nawet go znać. Kierowca odjechał, a facet poszedł piechotą w głąb lasu. 

Część  pozostawionych  przez  niego  śladów  mogła  zostać  zadeptana  przez  przechodzących 

turystów, leśników, a choćby i przez tych dwoje, którzy znaleźli zwłoki. 

Problem: ile czasu wisiał? Czas zgonu ustali sekcja. Korcz czeka niecierpliwie na wyniki. 

Znany anatomopatolog obiecał zadzwonić zaraz po sekcji. Dotąd nie dzwonił. Czyżby jeszcze 

nie skończyli? 

Korcz nakręca dobrze znany numer. 

- Co ustaliłeś? - pyta, gdy lekarz podchodzi do telefonu. 

-  Złamanie  trzeciego  kręgu  szyjnego,  przerwanie  rdzenia  kręgosłupa  oraz  pęknięcie, 

tętnicy szyjnej. 

- Wskutek zadławienia przez powieszenie? - pyta Korcz, bo wydaje mu się, że czegoś tu 

nie zrozumiał. 

-  Ależ  nie. Nie wskutek zadławienia  - wyjaśnia  lekarz.  -  Przyczyną śmierci stał  się cios 

zadany z dużą siłą w boczną część szyi. Brak otarć naskórka i zadrapań może wskazywać, że 

zgon był następstwem obrażeń spowodowanych uderzeniem na przykład karate... 

- A bruzda wisielcza? 

- Złamanie kręgów jest poniżej bruzdy wisielczej - w głosie lekarza ton zdziwienia, co się 

Korczowi  stało,  że  nie  rozumie,  o  co  tu  chodzi?  -  Z  tego  wynika  -  dorzuca  -  że  bruzda 

powstała po śmierci. Nie stwierdziłem charakterystycznych krwawych podbiegnięć. Facet nie 

żył już, gdy go wieszano. 

- Czas zgonu? 

- Określiłbym go w granicach od 20 do 24 godzin. 

- A więc sobota, pierwszego czerwca - notuje Korcz odkładając słuchawkę. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Pracownik centralnej kartoteki osób zaginionych i poszukiwanych rozkłada ręce. 

-  Jak  dotąd  nie  mam  nic  konkretnego  dla  pana.  kapitanie.  Wśród  zgłoszonych  w 

interesującym pana okresie  nie  ma mężczyzny, którego rysopis odpowiadałby temu zdjęciu. 

Może jeszcze zgłosi się ktoś o tym imieniu. Dziś mamy dopiero 5 czerwca. Rodzina mogła się 

jeszcze nie zorientować, że zaginął. 

-  Znów  niewypał  -  myśli  Korcz  zbiegając  ze  schodów.  Jak  dotąd  komunikaty 

zamieszczone  w  prasie  i  powtarzane  w  dziennikach  telewizyjnych,  gdzie  spiker 

zaprezentował  i  zdjęcie,  nie  przyniosły  oczekiwanych  rezultatów.  Może  źródło 

niepowodzenia  tkwi  w  fotografii?  Mimo  starań  ożywienia  skamieniałej  w  bezruchu  twarzy 

jest  w  niej  jakaś  martwota,  która  zaciera  podobieństwo.  Tyle  że  na  to  nie  ma  rady.  Bez 

identyfikacji  nie  ma  co  marzyć  o  zdjęciu  żywego  człowieka,  a  z  tą  identyfikacją...  Na  razie 

wyczerpał wszystkie możliwości. Wszystkie? Nie, jest jeszcze jedna. 

Wyciąga z kasy pancernej kserokopię znalezionego przy denacie listu. Odkryli go dopiero 

po  starannym  przeszukaniu  ubrania.  Był  ukryty  w  zamszowym  futerale  zapalniczki. 

Zapalniczka  marki  „Ronson"  tkwiła  w  kieszonce  spodni  denata.  Próbę  identyfikacji  denata 

poprzez  identyfikację  autorki  listu,  potraktował  Korcz  zrazu  drugoplanowo.  List  był 

podpisany  imieniem  Jola.  Eliminacja  wśród  tysięcy  Jolant  li  tylko  na  podstawie  charakteru 

pisma jest pracochłonna i wymaga czasu. Czy da rezultaty? Po uzyskaniu zgody, zwrócił się 

jednak  do  Zakładu  Kryminalistyki  o  wytypowanie  grupy  specjalistów,  którzy  dysponując 

kserokopią  listu,  mieli  podjąć  próbę  odnalezienia  jego  autorki,  przeglądając  dokumenty 

znajdujące się w kartotekach biur paszportowych i dowodów osobistych. Wyselekcjonowane 

tą  metodą  dokumenty  miały  następnie  być  poddane  ekspertyzie  grafometrycznej,  dla  celów 

identyfikacyjnych. 

Zwrócił  się  także  do  eksperta  z  uniwersytetu  z  prośbą  o  przeprowadzenie  analizy 

językoznawczej listu. Ale co to da? Będzie się ciągnąć w czasie jak guma do żucia. Ekspert 

określi  orientacyjnie  wykształcenie  autorki,  być  może  zawód.  To  pozwoli  zawęzić  krąg 

poszukiwań. Ale i tego, co w tym kręgu zostanie, także nazbiera się niemało. 

Raz jeszcze uważnie studiuje list. 

Drogi  Stasiu!  -  zaczynała  autorka  podpisująca  się  „Twoja  Jola".  -  Już  się  urządziłam. 

background image

Mieszkam  w  prywatnym  pensjonacie.  Jest  wprawdzie  nieco  staroświecki,  ale  niedrogi  i 

wygodny.  Jest  położony  z  dala  od  centrum.  Tutejsi  pensjonariusze  to  przede  wszystkim 

turyści. Uprzedziłam właścicielkę, że niedługo przyjedziesz. Podjęłam część pieniędzy z konta 

bez trudności. Kiedy wreszcie zakończysz swoje sprawy i przyjedziesz?! Tęsknię za tobą. Nie 

lubię długo być sama. Twoja Jola. 

List  jest  datowany  3  maja.  Z  jego  treści  wynika,  że  adresat  i  autorka  listu  byli  z  sobą 

blisko  związani.  -  Na  tym  właśnie  oparł  założenie:  możliwość  identyfikacji  denata  poprzez 

identyfikację Joli. 

Co  by  tu  jeszcze  można  zdziałać?  -  medytuje.  -  Sprawdzić  we  wszystkich  prywatnych 

pensjonatach?  -  wypisuje  na  kartce  treść  telefonogramu,  który  zostanie  skierowany  do 

wszystkich komend. - Analiza papieru? Co to da? We wszystkich sklepach, kioskach „Ruchu" 

sprzedają papier tego samego gatunku. Jeszcze jedna ekspertyza? Szef mnie znów obruga za 

nadmiar  ekspertyz.  Nie  pierwszy  raz  -  uśmiecha  się  pod  nosem.  Zaraz  zacznie  o  polityce 

oszczędnościowej. „Nie bądź taki supernowoczesny doda. - Do każdego ustalenia potrzebna 

ci ekspertyza? A główka od czego?" 

Szef,  major  Wacław  Gałęza,  ma  nosa.  O  jego  nosie  -  intuicji  śledczej  -  krążą  w 

komendzie  legendy.  Zna  na  wylot  środowisko  kryminalistów,  jest  znany  z  umiejętności 

prowadzenia  przesłuchań,  kojarzenia,  zdawałoby  się  luźno  ze  sobą  związanych  informacji. 

Nikt tak jak on nie potrafi wyłuskać prawdy. Ale rzadko korzysta z nowoczesnych osiągnięć 

w postaci badań - w czasach jego młodości zakres tych badań był ograniczony, więc przywykł 

do innego stylu pracy. Teraz, kiedy już sam śledztw nie prowadzi, a tylko je nadzoruje, jego 

doświadczenie i znajomość metod działania kryminalistów okazują się nieraz bezcenne. Ba, 

ale tu raczej nie wchodzi w grę to środowisko - osądza Korcz. 

Bardziej  prawdopodobne,  że  sprawcą  zabójstwa  jest  ktoś  z  jego  znajomych.  Ktoś,  kto 

mógł  zbliżyć  się  do  niego  bez  wzbudzania  podejrzeń.  Ktoś,  kto  znał  dobrze  topografię 

puszczy. Z tego punktu widzenia miejsce, w którym powieszono ciało, było dobrze wybrane. 

Z  dala  od  szlaków  turystycznych,  od  dróg,  z  których  korzysta  służba  leśna.  Gdyby  nie 

przypadek,  zwłoki  mogły  tu  wisieć,  aż  w  wyniku  procesów  rozkładu  same  spadłyby  na 

ziemię. Rozkład spowodowałby zatarcie bruzdy wisielczej i uniemożliwił ustalenie zabójstwa. 

Jak przez tę gęstwinę przedzierali się sprawca i ofiara? 

Właśnie, czy obaj musieli się tędy przedzierać? Czy obaj? 

Z  nadesłanej  już  ekspertyzy  wynikało,  że  tylko  noski  butów  denata  nosiły  ślady 

zetknięcia z leśnym podłożem. Można więc było założyć, że sprawca „transportował" zwłoki 

na wybrane uprzednio miejsce, że po drodze odpoczywał i wtedy właśnie noski stykały się z 

background image

podłożem. 

Na drzewach i krzakach odkryto ślady i mikroślady w postaci włókienek, pochodzących, 

jak się okazało, z ubrania denata. Pozostałe, nie zidentyfikowane jeszcze włókienka, czekały 

na materiał porównawczy. 

Na  marynarce denata  i  jego spodniach odkryto drobinki piasku  i  mchów, pochodzące z 

leśnego  podłoża,  takie  same,  jak  te  znalezione  na  noskach  jego  obuwia.  Można  więc  było 

założyć, że zwłoki przed ich powieszeniem leżały na leśnym podszyciu. 

Wyniki badań umożliwiały niemal dokładne odtworzenie drogi, którą niesiono denata od 

miejsca zaparkowania samochodu do miejsca, w  którym powieszono zwłoki. Użyty do tego 

celu  sznur  nie  miał  żadnych  cech  charakterystycznych.  Takich  sznurów  używa  się  do 

wieszania bielizny niemal w każdym domu. 

Na  podstawie  odlewu  odcisku  opony  ustalono,  że  jest  to  ślad  polskiej  opony  radialnej 

„Stomil” odpowiadający numeracją oponom fiatów 125p. Rzecz jasna, w grę wchodzić mogło 

także parę innych marek samochodów. 

Badając  gałązki  krzewów  zabezpieczone  w  miejscu  zaparkowania  pojazdu  i  w  jego 

pobliżu,  eksperci  ujawnili  drobinkę  jasnozielonego  lakieru  polskiej  produkcji.  Jasnozielony 

fiat 125p? 

Może jeszcze jakieś potwierdzenie? A nuż ktoś zauważył wóz parkujący w pobliżu? 

Pytali okolicznych mieszkańców. Niewypał. Mieszkańcy kampinoskich wiosek przywykli 

do ruchu turystycznego, zaparkowane w  lesie  samochody  nie budzą więc  ich zdziwienia ani 

zainteresowania. Z tłumu przewijających się tędy turystów nie wyodrębniają wozów ani ludzi. 

Chyba żeby ktoś obcy zjechał do ich wsi z wizytą do kogoś z miejscowych. W tym wypadku 

było to raczej wykluczone. 

- Martwy punkt - myśli Korcz, oceniając po raz któryś z rzędu wyniki dotychczasowych 

ustaleń. Wiadomo, jak zginął, ale jak dojść do tego, kto zginął? 

ROZDZIAŁ IV 

O Korczu mówi się w komendzie, że śpi z ręką na słuchawce. 

Musi  to  być  prawdą  stwierdza  oficer  dyżurny  połączywszy  się  z  domem  kapitana  już 

dobrze po północy. 

Korcz natychmiast podniósł słuchawkę i odezwał się całkiem normalnym głosem. 

background image

- Coś nowego? - spytał. 

-  Tak  jest.  Przed  chwilą  zgłosiła  się  do  nas  telefonicznie  niejaka  Barbara  Malinowska. 

Oświadczyła, że rozpoznała faceta z komunikatu. Dziś powtórzono go znowu w telewizyjnym 

dzienniku wieczornym. 

- Mówiła, kto to jest? 

- Tak. Twierdzi, że to niejaki Andrzej Gąsowski. Pytała, co się z nim stało. Zanotowałem 

jej adres i telefon, jest na wczasach. W Łącku, w domu wczasowym „Pałac". 

- Dobra! Dziękuję. - Błyskawicznie odnotowuje dane. 

Odkłada słuchawkę. Nareszcie! Patrzy na zegarek. Pierwsza w nocy. - Trudno będzie się 

dodzwonić  -  myśli  nakręcając  numer  międzymiastowej.  Telefonistka  odzywa  się  niemal 

błyskawicznie. 

- Łąck o tej porze? - Jest zdziwiona. - Poczta w Łącku nieczynna - wyjaśnia. 

Wykręca numer dyspozytorni. Zamawia samochód na szóstą rano. 

W  samochodzie  zasypia.  Budzi  się  dopiero  w  prowadzącej  do  pałacu  kasztanowej  alei. 

Jest ósma. Wczasowicze właśnie schodzą się na śniadanie. Pod drzwiami stołówki tłok. 

Jak znaleźć  Malinowską? Dziewczyna z recepcji  jest wyjątkowo uprzejma. Pomaga  mu 

odszukać  Barbarę  Malinowską  i  zaprasza  na  śniadanie,  Korcza  wraz  z  kierowcą.  Chętnie 

korzysta z tej gościnności. Jest głodny. Nic nie jadł od rana. Na rozmowę z Malinowską i tak 

musiałby czekać. 

Umówił  się  z  nią  po  śniadaniu  pod  domem  wczasowym.  Malinowska  prowadzi  go  nad 

jezioro. Zatrzymują się przy stojącej na uboczu ławeczce. 

-  Tu  nam  nikt  nie  przeszkodzi  -  mówi  kobieta.  -  Co  się  stało  z  Andrzejem?  -  pyta  bez 

dłuższych wstępów. 

-  Czy  jest  pani  pewna,  że  ogłoszony  w  telewizji  komunikat  dotyczył  właśnie  pana 

Andrzeja Gąsowskiego? - odpowiada pytaniem na pytanie. 

-  Jestem  pewna  -  stwierdza  krótko.  -  Znamy  się  od  szczeniaka.  Mieszkamy  na  jednej 

klatce  schodowej. Twarz  miał trochę zmienioną, ale  to on. Na pewno. Co się z  nim stało?  - 

powtarza pytanie. 

- Nie żyje. 

Kobieta blednie. 

- Jakiś wypadek? 

- Nie, zabójstwo. 

Milczy dłuższą chwilę, jakby przetrawiając usłyszaną informację. 

- Andrzej?! Któż mógłby... - milknie nie kończąc zdania. 

background image

-  Nie  wiem.  Tego  właśnie  chciałbym  się  od  pani  dowiedzieć.  A  w  ogóle  chciałbym 

wiedzieć o nim jak najwięcej. I o środowisku, w którym się obracał na co dzień. 

- Nie mogę w to uwierzyć - powtarza. - Co to było? Napad rabunkowy? 

- Dlaczego pani tak sądzi? 

- Nie widzę innych możliwości. 

- Czy pan Gąsowski był aż tak zamożnym człowiekiem, że warto było pokusić się o jego 

obrabowanie? 

Malinowska milczy. 

-  Widzi  pan  -  zaczyna  po  chwili  -  Andrzej  jest...  był  -  poprawia  się  natychmiast  -  z 

zawodu inżynierem budowlanym. Dobrze zarabiał. Jego zarobki kształtowały się, o ile wiem, 

w  granicach  10-15-20  tysięcy  zł  miesięcznie.  Oficjalnie  pracował  w  grodziskim  Urzędzie 

Miejskim. Ale robił też prywatnie projekty, nadzorował budowy. Opowiadał, że jest zawalony 

pracą. 

- Sam się też pobudował? 

- Ależ nie. On był z gatunku ciułaczy. Mieszkał w Pruszkowie w kwaterunkowym pokoju 

z  kuchnią,  odziedziczonym  po  rodzicach.  Chodził  w  jednym  garniturze,  dopiero  niedawno 

uszył  sobie  drugi,  odświętny.  Mówiłam  mu  nieraz,  że  powinien  bardziej  o  siebie  zadbać. 

Wzruszał ramionami i twierdził, że mu na tym nie zależy. Że to nieważne. 

- A na czym mu zależało? Co dla niego było ważne? 

-  Nie  wiem.  Nigdy  o  tym  nie  mówił,  a  ja  go  nie  wypytywałam.  A  nuż  poczułby  się 

urażony,  pomyślałby,  że  chcemy  go  jakoś  wykorzystać;  choćby  w  formie  zaciągnięcia 

pożyczki. Wiedział, że u nas się nie przelewa. Pracujemy oboje z mężem i nieźle zarabiamy, 

ale  mamy  na  utrzymaniu  jego  i  moich  rodziców,  a  także  dwójkę  dzieci,  więc  nieraz  do 

pierwszego  nie  starcza.  Czasem  pożyczamy  od  sąsiadów.  Andrzej  o  tym  wiedział.  On  nie 

lubił pożyczać pieniędzy, kilkakrotnie to podkreślał. Uważał, że każdy powinien pracować na 

własny rachunek, nie korzystając z usług tych, którym się lepiej powiodło. W tej sytuacji, sam 

pan rozumie... Często wpadał do nas  na obiady  i  kolacje. Mógłby  pomyśleć, że  może chcę 

rewanżu... Ach, teraz sobie przypomniałam, niedawno mi mówił, że oczekuje na informację 

w sprawie spadku. Dostał go albo miał dostać z zagranicy. W dolarach. Może komuś jeszcze 

się pochwalił i to znęciło opryszków? 

- Spadek w dolarach? - zelektryzowała go ta wiadomość. 

Jeśli rzeczywiście odebrał taki spadek, to motyw zabójstwa na tle rabunkowym nabrałby 

rumieńców. Sprawca czy sprawcy  zabrali tylko dolary, rezygnując ze złotówek, a nawet ze 

złotego zegarka. Ktoś mógłby  zegarek rozpoznać. Spadek, to  pasuje także do treści  listu  tej 

background image

Joli. Pisała o podjęciu pieniędzy z konta... 

- Zna pani dziewczynę, z którą pan Gąsowski był związany? 

Malinowska patrzy na niego ze zdumieniem. 

- Dziewczynę? Nic o tym nie wiem. Andrzej unikał kobiet. Namawiałam go nieraz, żeby 

się ożenił, ale nie wykazywał w tym kierunku żadnych inklinacji. 

- Może nie lubił się chwalić i trzymał ten związek w tajemnicy? 

Malinowska wzrusza ramionami. 

-  Pruszków  to  małe  miasteczko.  Wie  się  wszystko  o  bliźnich,  a  cóż  dopiero  mówić  o 

takich,  którzy  mieszkają  w  tej  samej  kamienicy?!  Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  Andrzej 

zainteresował się jakąś dziewczyną, żeby się z którąś umówił. 

-  Mógł  zawrzeć  znajomość  na  innym  terenie.  Nie  ze  wszystkiego  człowiek  się  zwierza, 

nawet najbliższym przyjaciołom. 

-  Nie  znał  pan  Andrzeja!  To  dziwak  i  odludek.  Nie  lubił  nowych  znajomości.  Poza 

biurem, obracał się niemal wyłącznie w kręgu naszych znajomych i przyjaciół. Gdyby ktoś z 

tego kręgu, wiedziałabym natychmiast. 

- Nie musiał się nikomu zwierzać. 

-  Nie  był  do  zwierzeń  skory.  Ale  któraż  kobieta  nie  zechce  pochwalić  się  przed 

przyjaciółkami  konkietą?  Andrzej  uchodził  za  dobrą  partię.  Niejedna  z  moich  znajomych 

chętnie by się za niego wydała. 

- Czy w tym kręgu jest dziewczyna o imieniu: Jola? 

Przeczący ruch głową. 

-  Nie.  Takie  imię  nosi  sekretarka  mego  dyrektora  w  Ursusie.  Ale  Andrzej  jej  nie  znał. 

Nigdy nie odwiedzał mnie w szkole. 

- Czy pan Gąsowski miał wóz? 

- Nie. Zawsze mówił, że wystarcza mu miejska komunikacja. Na nadzorowanie budowy 

na  ogół  jeździł  wozem  służbowym  albo  samochodami  klientów.  Na  niedzielne  wycieczki 

jeździł z nami syrenką. 

- Gdzie państwo zazwyczaj spędzali weekendy? 

- Różnie. Nad Zalewem Zegrzyńskim. W Dębem, czasem jeździliśmy do Świdra. 

- W lesie wypoczywa się o wiele lepiej. 

- To prawda. Ale mąż jest wędkarzem. Sam pan więc rozumie... nie ciągnęło go do lasu... 

- Czy pan Gąsowski uprawiał pieszą turystykę? 

Znów to zdziwione spojrzenie. 

-  Nieee.  On  był  raczej  nieruchawy.  Wracał  wieczorem  do  domu  i  już  nie  wychodził, 

background image

nawet na spacer. Jeśli w którąś niedzielę nie zabierał się z nami, cały dzień przesypiał. Urlopy 

też lubił spędzać w sposób zorganizowany. Zwykle jeździł na wczasy pracownicze. 

- Mógł poznać dziewczynę właśnie na wczasach. 

- Mógł. Ale nawet jeśli tak się stało, to ta letnia przygoda nie przetrwała wczasów. Nikt 

obcy  do  niego  nie  przyjeżdżał,  on  także  na  dłużej  nigdy  się  nie  wybierał.  Spotykaliśmy  się 

niemal codziennie, wiedziałabym o przedłużającej się nieobecności. Nie, nie, to wykluczone - 

powtarza. - Kobieta to zawsze nadprogramowe wydatki, a Andrzej był ciułaczem. Żałowałby 

tych paru złotych... 

- Jak pan Gąsowski miał na drugie imię? 

- Nie wiem. Jeśli nawet je miał, to nigdy go nie używał. 

- Znała pani jego rodziców? 

- Oczywiście. Mieli gospodarkę gdzieś pod Lublinem, potem sprzedali ją i przenieśli się 

do Pruszkowa. Ojciec Andrzeja pracował na kolei, matka była w domu. Razem chodziliśmy 

do  szkoły  podstawowej  i  do  ogólniaka.  Po  śmierci  jego  rodziców,  moi  zaopiekowali  się 

Andrzejkiem i tak do nas przylgnął. 

Korcz żegna się z panią Barbarą. 

- Bardzo mi pani pomogła - rzuca wsiadając do wozu. 

Spadek jako motyw zabójstwa. Prawdopodobne, bardzo prawdopodobne... 

ROZDZIAŁ V 

Brudna,  obdrapana  kamienica  stanowi  cząstkę  Starego  Pruszkowa.  Na  drugie  piętro  do 

mieszkania Gąsowskiego prowadzą wysokie, strome schody z rozchybotaną poręczą. Ślusarz 

bez  trudu  otwiera  nieskomplikowany  zamek.  W  przedpokoju  i  kuchni  panuje  wzorowy 

porządek. 

- Starokawalerskie nawyki - mruczy Korcz pod nosem. Jego zdaniem jest tu za schludnie. 

Tak jakoś niedomowo. 

Inny  wygląd  ma  pokój.  Na  podłodze  walają  się  papiery,  szuflady  biurka  są  wysunięte, 

wyrzucone  z  regałów  na  ziemię  stosy  książek.  Ktoś  obcy,  tu  gospodarował.  Tylko,  czego 

szukał?  Ekipa  dokonuje  oględzin.  Błyska  flesz.  Daktyloskop  obsypuje  białym  proszkiem 

gładkie  powierzchnie  biurka.  Gdy  kończąc  przenosi  się  w  inny  kąt  pokoju,  Korcz  zaczyna 

przeglądać rozrzucone papiery. Plany budowlane, projekty, kosztorysy, notatki o charakterze 

background image

zawodowym, wszystko ze sobą wymieszane. Groch z kapustą. 

Pod biurkiem leży notes. Kapitan wertuje go starannie, kartka po kartce. Telefony, adresy, 

nazwiska. To pozwoli zakreślić krąg znajomości denata, ustalić jego towarzyskie i zawodowe 

powiązania.  Szczególnie  interesują  go  nazwiska  i  imiona  kobiet.  Jest  ich  zaledwie  parę. 

Chowa notatnik do kieszeni. Malinowska mogła znać tylko część prawdy o człowieku. Każdy 

się jakoś maskuje - nawet wobec przyjaciół. 

Sięga  do  kolejnej  szuflady,  do  zgromadzonych  tu  dokumentów.  Przegląda  je  w 

poszukiwaniu drugiego imienia. Na wszystkich figuruje tylko Andrzej. Ani śladu Stanisława. 

Trochę  to  dziwne.  Ale  w  swojej  inspektorskiej  praktyce  zetknął  się  z  wieloma  dziwnymi 

rzeczami. 

Skąd  Jola  wzięła  to  imię?  -  myśli  o  autorce  listu.  -  Mogło  się  jej  nie  podobać  imię 

Andrzej  i  przemianowała  go  na  Stanisława.  Możliwe.  Kobiety  wykazują  w  tej  materii  dużo 

inwencji.  -  Przeszukuje  starannie  szufladę  za  szufladą.  Może  znajdą  się  inne  listy  od  Joli, 

może uda się natrafić na kopertę z jej adresem, nazwiskiem? Tak, to by uprościło całą sprawę. 

Ale w biurku nie ma listów. Nawet kartek z pozdrowieniami. Widać ich nie przechowywał. 

Dlaczego w takim razie ten  jeden  jedyny  list  ukrył tak starannie w zamszowym  futerale 

od zapalniczki? Na to pytanie też nie ma odpowiedzi, a pytania wciąż się mnożą. 

Ktoś  splądrował  biurko,  szukał  między  książkami.  Co  to  mogło  być?  Dokumenty, 

pieniądze? Kim był poszukiwacz? Najprawdopodobniej sprawcą zabójstwa - odpowiada sam 

sobie. - Dysponował prawdopodobnie kluczami denata, skoro kluczy od mieszkania  nie było 

w  ubraniu  Gąsowskiego.  Powinien  je  mieć  przy  sobie.  Gdyby  założyć,  że  zabójstwa 

dokonano w mieszkaniu, a potem jeszcze przed wywiezieniem zwłok... sprawca w pośpiechu 

przeszukiwał biurko? 

W mieszkaniu nie ma śladów walki, ale sprawca mógł być znajomym denata. Przyszedł 

pierwszego  czerwca  w  godzinach  rannych  pod  jakimkolwiek  pretekstem.  Wszedł  i 

niespodziewanie zadał cios typu karate. 

-  Czy  dużo  osób  przychodziło  do  pana  Gąsowskiego?  -  zwraca  się  do  tkwiącego  w 

przedpokoju dozorcy. 

W odpowiedzi wzruszenie ramionami. 

- On nijakich gościów nie przyjmował. Z Malinowskimi się przyjaźnił, tymi z pierwszego 

piętra. Ale ich nie ma. Wyjechali razem z dziećmi w czerwcu i to jeszcze przed zakończeniem 

szkoły. W tym roku się pospieszyli. Jak nigdy. 

- Którego to było? 

- Pierwszego, w sobotę z rana. Załadowali syrenkę po sam dach, a i na dachu umocowali 

background image

bagaże... 

- Pan Gąsowski był wtedy w domu? - przerwał. 

- Nie widziałem, żeby wychodził. Od piątej rano sprzątałem podwórko, potem ulicę.  Nie 

odchodziłem od domu, bo zapowiedział się administrator. 

- Czy w tym czasie parkował przed domem albo gdzieś w pobliżu jakiś samochód? 

- Nie. Byłbym zauważył. Tu jest mały ruch. 

- Nikt obcy się tu wtedy nie kręcił? 

Przeczący ruch głowy. 

- Czy do pana Gąsowskiego przychodziły dziewczyny? 

-  Niee...  Nie  widziałem,  żeby  z  jakąś  chodził.  Kryć  się  przecie  nie  potrzebował.  Młody 

człowiek. Kawaler. Aż dziw... 

- Czy pan Gąsowski w drogę się nie wybierał? 

-  Nic  mi  nie  mówił.  Zwykle  jak  wyjeżdżał  na  dłużej,  zawiadamiał.  Prosił  o  opiekę  nad 

mieszkaniem. Tak na wszelki wypadek, bo po prawdzie to spokojny dom. Nigdy się tu nic nie 

zdarzyło... - W głosie dozorcy nutki żalu. - Dopiero teraz to włamanie... 

Dozorca jest przekonany, że chodzi o włamanie. Korcz utwierdza go w tym mniemaniu. 

- Czego tu mogli szukać włamywacze? - pyta. - Czy pan Gąsowski uchodził za człowieka 

zamożnego? 

- Niee. Żył nad podziw skromnie, nie ubierał się, na kobiety nie wydawał. Zawsze wracał 

przed nocą. Jakby żałował na bramę! Nawet na Nowy Rok tych paru złotych poskąpił. 

- Podobno dostał spadek... 

- Ja o niczym nie wiem. Jakby co, powiedziałby Malinowskim. Niech pan ich rozpyta, jak 

wrócą. 

-  Znalazłeś  coś?  -  zwraca  się  Korcz  do  technika  daktyloskopii,  który  pakuje  do  teczki 

swój arsenał. 

- W łazience i w kuchni są ślady linii papilarnych, najprawdopodobniej denata. W pokoju 

nie ma w ogóle śladu paluchów. Nawet na klamce. Facet wytarł albo był w rękawiczkach. 

Plon oględzin raczej skromny. Prawie nic. Kawałek podeszwowej gumy przy oderwanej 

od  podłogi  blasze  pod  piecem.  Prawdopodobne,  że  to  sprawca  zaczepił  o  nią  obcasem.  Na 

podeszwach butów denata, stojących w szafie, i na tych, które miał na nogach, nie ma śladów 

takiego uszkodzenia. 

Czego  sprawca  tu  szukał?  -  nurtuje  Korcza  pytanie.  Spadkowych  dolarów?  Gąsowski 

mógł  je  mieć przy sobie. Dlaczego spenetrował tylko biurko i regały?! Może chciał usunąć 

jakieś  dokumenty  związane  ze  spadkiem?  W  liście  Jola  pisze  o  koncie.  Oczywiście 

background image

bankowym.  Walutowym  czy  normalnym  oszczędnościowym?!  Jeśli  to  dolarowe  konto 

istnieje, to hipoteza zabójstwa na tle rabunkowym odpada. Skoro dolarów nie miał przy sobie, 

a złotówki i zegarek zostawiono... 

- Sprawdźcie, czy Gąsowski miał konto dewizowe i oszczędnościowe - zleca po powrocie 

do komendy. 

Zabiera  się  do  opracowania  planu  dalszych  czynności.  Miał  go  zrobić  na  wczoraj. 

Odwlekło  się.  Liczył,  że  po  oględzinach  mieszkania  przybędzie  ustaleń.  Przybyło  tylko 

wątpliwości. 

- Idzie jak z kamienia - wzdycha zabierając się do roboty. 

ROZDZIAŁ VI 

Naczelnik Urzędu Miejskiego w Grodzisku, czterdziestoparoletnia pełna energii kobieta, 

zasypuje Korcza pytaniami. 

- Jak to się stało? Wypadek? 

- Właśnie wyjaśniamy okoliczności - stwierdza Korcz. 

- Cóż to za strata dla urzędu! Doskonały pracownik. Co trzeba załatwił, dopilnował. Nikt 

się na niego nie skarżył. Sam pan wie, jak jest z budownictwem, ludziom trudno dogodzić. 

-  Czy  ostatnimi  czasy  nie  zauważyła  pani  u  niego  jakichś  objawów  zdenerwowania, 

niepokoju? 

- Niee - zdziwienie jest szczere. - Sądzi pan, że miał powody? 

-  Nic  nie  sądzę. Wyjaśniam,  jak  mówiłem, okoliczności  jego śmierci. Czy  był z kimś  w 

urzędzie zaprzyjaźniony? 

Pani naczelnik rozkłada ręce. 

-  Nie  wiem,  doprawdy  nie  wiem.  Nie  mam  czasu  na  interesowanie  się  sprawami:  kto  z 

kim, gdzie. To trudny teren, ręce pełne roboty. Inżynier Gąsowski w biurze nie przesiadywał. 

Budownictwo  się  stale  rozwija.  Domki  jednorodzinne,  letniskowe,  budownictwo  wiejskie. 

Sam pan rozumie... 

- Czy pracuje tu jakaś Jolanta? 

Pani naczelnik patrzy na niego uważnie. Jest podekscytowana pytaniem. 

- Pan sądzi, że chodzi o kobietę? No cóż, cicha woda... 

- Czy jest w urzędzie pani o takim imieniu? - powtarza pytanie. 

background image

- Tak. Moja sekretarka. Ona? Niemożliwe! 

- Dlaczego? 

-  Brzydka  jak  noc!  Zaniedbana,  nieciekawa...  Jako  pracownik  niezastąpiona,  ale  jako 

kobieta... - Pani naczelnik wzrusza ramionami. 

Korcz nie podejmuje tematu. 

- Chciałbym przejrzeć biurko pana Gąsowskiego. Czy może mi ktoś towarzyszyć? 

- Pójdzie z panem moja sekretarka. Pani Jolu! - woła donośnym głosem. 

Sekretarka zjawia  się  błyskawicznie. Mała, szczupła, gładko uczesana, w  istocie  nie  jest 

ładna, ale ma raczej ujmujący sposób bycia. Prowadzi Korcza do niewielkiego pokoju. 

-  To  właśnie  jest  biurko  pana  Gąsowskiego  -  wskazuje  zajmujący  niemal  całe 

pomieszczenie mebel. 

Szuflady nie są zamknięte. Korcz przegląda ich zawartość po kolei. 

- Znała pani dobrze inżyniera Gąsowskiego? - pyta nie podnosząc oczu znad papierów. 

- Tak jak wszyscy. Czy coś się inżynierowi stało? 

- Nie żyje. 

- Mój Boże! To straszne! - Jak to się stało? 

- Lubiła go pani? 

-  Trudno  powiedzieć.  To  nie  był  człowiek,  który  dał  się  lubić.  Skryty,  nieprzystępny, 

oficjalny  w  sposobie  bycia.  Niełatwo  było  z  nim  nawiązać  kontakt,  ale  ze  mną  czasem 

rozmawiał. 

- Opowiadał może o narzeczonej? 

- O ile wiem, nie miał narzeczonej. Unikał kobiet. Czasem odnosiłam wrażenie, że miał 

jakiś  uraz  na  tym  punkcie.  Wiem,  że  chciał  się  wybić  za  wszelką  cenę,  ale  tak,  jakby  mu 

chodziło przede wszystkim o to, by komuś te swoje możliwości zademonstrować. Komuś, kto 

go nie docenił. 

- Kiedy go pani widziała ostatni raz? 

- W piątek. 31 maja. Wziął delegację na cały tydzień. Planował objechać wszystkie nasze 

budowy. Normalna inspekcja. 

- Czy nie wydawał się pani jakiś nieswój? Podniecony czy zdenerwowany? 

Pani Jola zastanawia się dłuższą chwilę. 

-  Tak,  ma  pan  rację.  Był  raczej  ożywiony  w  sposób  niezwykły.  Tak,  jakby  mu  się  coś 

udało.  Coś,  na  co  długo  czekał.  Takie  odniosłam  wrażenie.  Mogę  się  mylić  -  zastrzega  się 

kobieta. 

- Czy ktoś ze znajomych odwiedzał go w urzędzie? 

background image

- Nie. Tylko interesanci. Żadnych tam telefonów. Niektórzy podkpiwali z niego, że żyje 

jak zakonnik. 

- A poczta? Czy ostatnimi dniami nie otrzymał jakiejś zagranicznej korespondencji? 

- Nie, proszę pana. Cała korespondencja przechodzi przez moje ręce. 

W  szufladach  biurka  idealny  porządek.  Plany  budów,  teczki  z  rozliczeniami 

materiałowymi, z zezwoleniami na budowy. Kubek, cukier, herbata. I nic osobistego. 

- Pani prowadzi dziennik podawczy? 

- Tak. 

- Mogłaby mi pani go pokazać? 

- Proszę do mnie do sekretariatu. 

Przegląda  uważnie  dziennik.  Nie,  to  nie  ona  napisała  ten  list  -  jest  pewien.  „Jola"  ma 

okrągłe drobne pismo, ta stawia litery ostre, kanciaste. 

Znów niewypał. A może ten list nie do Gąsowskiego był napisany? Tylko po co by go tak 

starannie przechowywał? 

ROZDZIAŁ VII 

- Siadaj i referuj - major Gałęza gestem wskazuje Korczowi krzesło. - Ustaliłeś kontakty 

denata w krytycznym dniu? 

-  Jedyną  osobą,  która  w  ową  krytyczną  sobotę  widziała  go  i  z  nim  rozmawiała,  jest 

Barbara Malinowska. Twierdzi, że zaszła do niego tuż przed wyjazdem na urlop. O szóstej z 

rana.  Dzwoniła  i  dzwoniła,  długo  nie  otwierał.  Już  chciała  zrezygnować,  sądząc,  że  może 

wcześniej wyszedł do pracy - gdy podszedł do drzwi. Wyglądało, że dopiero wstał z łóżka. 

Zdziwiła się: zwykle o tej porze już był na nogach. Spytała, co się stało? Wyjaśnił, że od dziś 

jest na całotygodniowej delegacji i dlatego się wysypia. 

Rozmawiali  w  przedpokoju.  Malinowska  pożegnała  się,  prosiła  go  o  opiekę  nad 

mieszkaniem. Rozmowa nie trwała podobno dłużej niż dziesięć minut. O szóstej piętnaście  - 

jak  twierdzi  -  odjechali.  Ta  podana  przez,  nią  godzina  odjazdu  pokrywa  się  z  zeznaniami 

dozorcy, który w tym czasie kręcił się po podwórku. On z kolei widział Gąsowskiego ostatni 

raz, gdy ten w piątek wieczorem wracał do domu. 

W sobotę nikt go nie widział, pytaliśmy mieszkańców domu, kioskarkę, ekspedientki ze 

sklepów zlokalizowanych na tej ulicy. 

background image

- Może zabójstwa dokonano w mieszkaniu i późną nocą usunięto zwłoki. - Gałęza opiera 

o biurko splecione ręce. 

-  Brałem  pod  uwagę  i  taką  ewentualność.  Podczas  oględzin  mieszkania  nie  znaleźliśmy 

śladów  świadczących  o  przeciąganiu  zwłok,  nie  ma  też  żadnych  śladów  walki.  Jest  więc 

bardziej  prawdopodobne,  że  Gąsowski  zginął  gdzie  indziej,  a  później  sprawca  posłużył  się 

znalezionymi w jego kieszeni kluczami, w mechanizmie zamku nie ma śladów włamania. 

-  Brak  śladów  przeciągania  zwłok  czy  walki  o  niczym  nie  świadczy  -  przerywa  mu 

Gałęza. - Można założyć, z dużą dozą prawdopodobieństwa, że sprawcą tego zabójstwa był 

ktoś,  kogo  Gąsowski  znał  i  wpuścił  do  mieszkania.  Ten  ktoś  mógł  bez  wzbudzenia  obaw 

podejść do niego i znienacka zadać cios. Jeśli facet właśnie siedział w fotelu czy na tapczanie, 

zwłoki  nie  musiały  osunąć  się  na  podłogę.  Wyniesienie  ich  na  przykład  na  plecach  nie 

pozostawiłoby  żadnych  uchwytnych  śladów  w  mieszkaniu.  W  taki  zapewne  sposób  zwłoki 

zostały  wyniesione  z  samochodu  i  odtransportowane  na  miejsce  powieszenia.  Przed  tym 

jeszcze sprawca mógł spokojnie przeszukać biurko i regały. 

- Po co w takim razie zabierałby ze sobą klucze denata? Skoro wszystko tak precyzyjnie 

obmyślił  pozorując  samobójstwo,  klucze  powinny  były  zostać  w  kieszeni  denata.  Brak  ich 

budzi  podejrzenia.  Wyniesienie  zwłok  z  mieszkania  ktoś  by  zauważył.  Kamienica  jest 

ruchliwa. 

-  To  nie  jest  argument.  Nikt  też  przecież  nie  zauważył  faceta,  który  splądrował 

mieszkanie Gąsowskiego. 

Korcz  milczy. Gałęza  mówi przekonująco, ale  mimo to on  jest głęboko przekonany,  że 

Gąsowski nie zginął w mieszkaniu. Tyle że to przekonanie jest niczym nie udokumentowane, 

nie ma więc sensu podejmować dyskusji. Czas pokaże. 

Gałęza  też  nie  wraca  do  tematu.  Chciał  tylko  wykazać  Korczowi  słabości  tej  wersji. 

Mogło być tak, ale równie dobrze mogło być i inaczej. Podstawową sprawą jest tutaj motyw. 

- Jak sądzisz, czego sprawca szukał? 

- Ciągle się nad tym zastanawiam. Jest prawdopodobne, że chodziło o kradzież dolarów. 

Przyjęcie tej hipotezy wyjaśnia nam pozostawienie kilku tysięcy złotych w kieszeni denata i 

złotego zegarka na ręku. Pod jednym warunkiem: że dolary miał przy sobie. Sprawca zabrał 

to, o co mu chodziło. 

Skoro  znalazł  dolary  przy  Gąsowskim,  czego  jeszcze  szukał  w  jego  mieszkaniu? 

Dokumentów  związanych  z  tym  spadkiem?  Po  co?  Skoro  zabił,  a  potem  w  sposób  raczej 

bezbłędny  upozorował  samobójstwo,  skoro  miał  już  w  garści  ów  spadek,  jakie  znaczenie 

mogła mieć dla niego dokumentacja? Nawet jeśli przyjąć, że prócz niego ktoś inny wiedział o 

background image

spadku? Bał się, że dokumentacja owa może nasunąć przypuszczenie, iż denat miał przy sobie 

walutę, że zniknęła ona w sposób niewytłumaczalny, a więc w konsekwencji może wpłynąć 

to na zachwianie pewności co do jego samobójczych zamiarów? W istocie zaś z samego faktu 

istnienia  dokumentów  spadkowych  nic  nie  wynika.  Gąsowski  mógł  te  pieniądze  przed 

śmiercią  ofiarować,  mógł  okraść  zwłoki  przypadkowy  rabuś,  wyciągając  portfel  z  kieszeni. 

Reszty nie zdążył zabrać, bo go ktoś akurat spłoszył. 

Rozważałem  i  inny  wariant:  już  po  zabójstwie  sprawca  nie  znalazł  przy  Gąsowskim 

dolarów, splądrował  mieszkanie, w poszukiwaniu schowka. Szukając w różnych  miejscach, 

oderwał  blachę  leżącą  pod  piecem  i  o  tę  blachę  zahaczył  obcasem,  pozostawiając  skrawek 

gumy. Możliwe, że jak zatrzymamy sprawcę, będzie to dowód świadczący o jego  obecności 

w mieszkaniu Gąsowskiego.... 

-  Jak  zatrzymamy  sprawcę  -  powtarza  jak  echo  major  Gałęza  z  ironią.  -  Na  razie...  - 

urywa. 

-  Na  razie  -  stwierdza  Korcz  z  naciskiem  -  sporo  o  nim  wiemy!  Siła  ciosu, 

prawdopodobna  znajomość  karate  dowodzą,  że  jest  to  człowiek,  raczej  wysportowany, 

sprawny  fizycznie,  ale  raczej  nie  siłacz,  skoro  niosąc  denata  musiał  przystawać.  Chyba,  że 

przystanki  te  powodowała  znaczna  różnica  wzrostu.  Zna  Puszczę  Kampinoską.  Świadczy  o 

tym  wybór  miejsca  powieszenia  zwłok.  Ten  leśny  kwadrat  leży  z  dala  od  szlaków 

turystycznych,  z  dala  od  siedzib  służby  leśnej.  Gdyby  nie  czysty  przypadek,  że  młodzi 

zbłądziwszy,  właśnie  tam  zawędrowali,  trup  po  paru  dniach  spadłby  na  leśne  podszycie, 

bruzda  w  wyniku  szybko  postępujących  w  tej  temperaturze  procesów  gnilnych  uległaby 

zatarciu.  Kto by wówczas zdołał ustalić, że stwierdzone u denata obrażenia  nie powstały  w 

wyniku zadławienia przez powieszenie, że są poniżej bruzdy wisielczej? 

Sposób  zaplanowania  tego  zabójstwa  wskazuje  także  na  pewną  znajomość  medycyny 

sądowej.  Jest  to  więc  człowiek  mający  jakieś  wykształcenie  medyczne  albo  ktoś,  kto  ma 

znajomości  w  tych  kręgach.  Jeśli  do  tego  dodać  znajomość  terenu  puszczy,  w  stopniu 

znacznie  przekraczającym  zasób  wiadomości  przeciętnego  turysty,  można  z  dużą  dozą 

prawdopodobieństwa założyć, że może to być były lub aktualny pracownik nadleśnictwa. To 

nam  ułatwia  eliminację.  Skoro  Gąsowski  obracał  się  w  kręgu  znajomych  Malinowskich  i 

Malinowskiej  opowiadał  o  spadku,  a  ona  nie  jest  pewna,  czy  zatrzymała  tę  informację  przy 

sobie - sprawca może być związany z tą grupą ludzi. 

Tę  hipotezę  potwierdza  czas  zabójstwa.  Sprawca  wybrał  dzień  znając  zwyczaje 

Gąsowskiego, wiedząc, że wziął delegację, a zatem przez cały ten tydzień jego nieobecność w 

biurze nie wzbudzi niczyjego zainteresowania. Z tego punktu widzenia wyjazd Malinowskich 

background image

stanowi  kolejną  sprzyjającą  okoliczność.  Wiadomo,  że  skoro  ich  przez  dłuższy  czas  nie 

będzie, nikt inny nie zainteresuje się przedłużającą się nieobecnością Gąsowskiego. Kto mógł 

wiedzieć o wyjeździe Malinowskich i delegacji Gąsowskiego? Tylko ich wspólni znajomi. W 

tej grupie dokonamy sprawdzeń pod kątem tych ustaleń, o których ci mówiłem, biorąc jeszcze 

pod  uwagę  fakt,  że  facet  jest  najprawdopodobniej  właścicielem  bądź  użytkownikiem 

jasnozielonego fiata 125p. 

-  Co  z  identyfikacją  autorki  listu?  Czy  to  zresztą  potrzebne.  Skoro  identyfikację  denata 

mamy już za sobą... 

-  Mimo  to  chciałbym  ten  wątek  ciągnąć  dalej  mówi  Korcz.  -  Jej  identyfikacja  może 

ułatwić nam ustalenie kontaktów denata. Ona... 

W drzwiach staje sekretarka. 

- Pilny telefon do kapitana Korcza. Z Zakładu Kryminalistyki. 

Korcz podnosi słuchawkę. 

Wśród  wyselekcjonowanych  dokumentów  odnaleziono  ankietę  napisaną  ręką  autorki 

listu. 

- Mają jej ankietę! - wyjaśnia Korcz szefowi. 

- Jedź tam zaraz, później omówimy plan dalszych czynności - decyduje Gałęza. 

ROZDZIAŁ VIII 

Słońce  świeci  prosto  w oczy,  ale  zagłębionemu  w  miękki  fiatowski  fotel  Korczowi  nie 

chce się nawet ręki wyciągnąć, żeby spuścić samochodową przesłonę. Tak jest dobrze. Siedzi 

z przymkniętymi oczyma i obmyśla „gry plan". 

Zacznę od komendy. Muszą  mieć  już  informacje o Jolancie Sannickiej.  Wczoraj wysłał 

teleks w tej sprawie. Zadanie raczej nieskomplikowane. Dziewczyna ma 24 lata - jak wyliczył 

na  podstawie  ankiety  -  szkolę  średnią  skończyła  w  Mławie,  mieszka  w  Mławie.  Zapewne 

gdzieś  pracuje.  Życiorys  niedługi.  -  Wybiorę  się  do  niej  na  dłuższą  rozmowę  -  planuje, 

punktując w myśli interesujące go kwestie. - Może wreszcie informacje z pierwszej ręki... 

* * *  

Komendant  czeka  już  od  rana.  Gdy  rozsiadają  się  wygodnie  w  gabinecie,  sam  zagaja 

rozmowę. 

background image

- Przygotowaliśmy materiały. Porucznik. Gryżewski czeka z aktami w sekretariacie. 

-  Z  aktami?  -  Korcz  patrzy  na  niego  ze  zdumieniem.  -  Prowadzicie  jakąś  sprawę 

przeciwko Sannickiej? 

-  Nie.  Poszukujemy  jej  jako  zaginionej  od  blisko  dwóch  miesięcy.  Zgłoszenie  o 

zaginięciu przesłaliśmy jak zwykle do centralnej kartoteki. 

-  Zaginiona  od  dwóch  miesięcy?  -  powtarza  machinalnie  Korcz,  zestawiając  daty.  List 

znaleziony przy zwłokach Gąsowskiego pisany  był 3  maja. Przed  miesiącem.  -  Kto i kiedy 

powiadomił was o jej zaginięciu? 

-  Dane  poda  wam  porucznik  Gryżewski.  Proszę  wezwać  do  mnie  porucznika  -  poleca, 

sekretarce. 

W chwilę później Gryżewski siedzi już w gabinecie z teczką na kolanach. 

- Zgłoszenie wpłynęło 7 kwietnia - referuje. 

- Z biura projektowego, gdzie pracuje. Po trzydniowej nieobecności przedstawiciele rady 

zakładowej  poszli  do  niej  do  domu  sprawdzić,  czy  nie  zachorowała.  Zastali  mieszkanie 

zamknięte. Zrazu sądzili, że przedłużyła sobie weekend. Parę razy tak się zdarzyło. Dyrektor 

patrzył na to przez palce, był w niej zadurzony. Piękna dziewczyna. Niech pan sam popatrzy - 

Gryżewski podsuwa Korczowi wyjętą z akt fotografię. 

Korcz  ogląda  odbitkę  w  pocztówkowym  formacie.  Na  kolorowym  zdjęciu  sztywno 

upozowana  młoda  dziewczyna.  Wielkie  niebieskie  oczy,  ocienione  ciemnymi,  długimi 

rzęsami.  Lekko  odchylona  do  tyłu  głowa  pozwala  ocenić  nieskazitelny  owal  twarzy, 

klasyczny  kształt  nosa,  kapryśnie  wygięte  usta.  Nawet  ta  sztuczna  poza  nie  jest  w  stanie 

zepsuć wrażenia. 

- Śliczna - ocenia Korcz, odkładając fotografię. - Może po prostu ulotniła się z amantem? 

- mówi z uśmiechem. 

Porucznik odpowiada uśmiechem na uśmiech. 

-  Niewykluczone.  Przedstawiciele  rady  zakładowej  dopiero  po  sprawdzeniu  w  szpitalu, 

rozmowach  z dozorcą i innymi lokatorami zdecydowali  się nas zawiadomić o jej zaginięciu. 

Ustaliliśmy, że dziewczyna mieszkała sama. Z nikim w tym domu nie utrzymywała bliższych 

stosunków. Ostatni raz widziano  ją z rana w  sobotę 2 kwietnia, wychodzącą z  mieszkania z 

wielką  torbą  turystyczną,  wyładowaną  po  brzegi.  Dozorca  myślał,  że  wybiera  się  na 

dwudniowy  weekend.  Sobota  była  dniem  wolnym  od  pracy,  więc  wszystko  wyglądało 

normalnie. 

- Może wyjechała do rodziny? 

-  Jej  rodzice  mają  gospodarstwo  we  Wrocławskiem.  Sprawdziliśmy  przez  tamtejszą 

background image

komendę: u nich się nie zjawiła. Ma także brata w Szwecji. Nie mogła wyjechać za granicę. 

Nie miała paszportu. 

- Przeszukaliście jej mieszkanie? Może się przeprowadziła? 

-  Nic  na  to  nie  wskazuje.  Walizki  stoją  w  pawlaczu.  Szafa  jest  pełna  ciuchów.  W 

komodzie  stosy  bielizny.  Przeprowadziliśmy  rozmowy  z  jej  koleżankami  z  biura.  Nic  nie 

wiedzą. W piątek była jak zwykle w pracy. Nie mówiła, że się gdzieś na dłużej wybiera. 

- Chciałbym obejrzeć mieszkanie. U kogo są klucze? 

- U nas. Zabezpieczyliśmy lokal. Możemy tam zaraz pojechać - proponuje porucznik. 

Korcz zgadza się chętnie. Podjeżdżają, pod nowe bloki. 

-  To  tutaj  -  mówi  Gryżewski.  -  Dyrektor  się  postarał,  żeby  dostała  mieszkanie  w 

pierwszej kolejności. Wprowadziła się w ubiegłym roku. To ładna kawalerka. 

Kawalerka  istotnie  jest  ładna.  Ustawna.  Dwudziestometrowa.  Gustownie  urządzona 

cepeliowskimi meblami. 

- Że też było ją na to stać - dziwi się Korcz. - Ile zarabiała? 

Tego Gryżewski nie wie. 

-  Prawdopodobnie  około  trzech  tysięcy  -  stwierdza.  -  Moja  żona  jest  sekretarką  w 

urzędzie miejskim - dorzuca wyjaśniająco. - Stawki są w tych granicach. 

Korcz  otwiera  szafę.  Faktycznie  pełno  ciuchów.  Suknie,  jakieś  palto.  Futro.  Bielizna. 

Buty. Na komodzie  flakony,  flakoniki. Tak nie zostawia  mieszkania kobieta, która opuszcza 

je na stałe. Żal by jej było tych rzeczy. 

- Jak była ubrana? 

Gryżewski przysiada na zasłanym narzutą tapczanie, otwiera teczkę z aktami. 

-  Miała  na  sobie  skórzaną  kurtkę  z  futrzanym  kołnierzem.  Spódnicę  w  kratę  i  brązowe 

kozaczki. 

Korcz  siada  przy  sekretarzyku.  Otwiera  szufladki  jedną  po  drugiej.  Wszystko 

pedantycznie poukładane. Czysty blok listowy. Długopis. Paczka papieru maszynowego, jakiś 

zeszyt  w  kratkę,  a  obok  plik  zapłaconych  rachunków  za  mieszkanie.  Korcz  przegląda  je 

kolejno. Ostatniej wpłaty Sannicka dokonała na początku marca. W paczce rachunków tkwi 

zawiadomienie  nadesłane  z  urzędu  poczt  i  telegrafów.  Ósmego  kwietnia  miał  się  zgłosić 

monter, aby zainstalować w mieszkaniu Sannickiej telefon. 

Zlekceważyła  takie  zawiadomienie?  Dziwne.  -  Przegląda  dalej  papiery.  Nie  ma  nawet 

notatnika z adresami. - Musiała go zabrać ze sobą - mruczy pod nosem. 

-  Tylko  dlaczego  nie  ma  żadnych  listów,  fotografii?  Dziewczyny  przechowują  różne 

drobiazgi na pamiątkę. Nie dziwiło was to przy oględzinach mieszkania? - pyta. 

background image

- Różnie bywa - rzuca Gryżewski w odpowiedzi. - Jedne przechowują, inne nie. Ta mogła 

być inna. 

- Skąd to pocztówkowe zdjęcie? Znaleźliście w mieszkaniu? 

- Nie. Dała nam je koleżanka biurowa Sannickiej, Zielińska. 

- To zapewne arcydzieło twórcze miejscowego fotografa?! 

- Tak. Jest tu taki salon, właściciel: Stanisław Wiśniewski. 

- Nie miał innych zdjęć? 

- Nie sprawdzaliśmy. Po co? Skoro mamy taką dobrą fotografię? 

Korcz  nie  odpowiada.  Przegląda  książki.  Jest  ich  niewiele  i  niewielki  wybór.  Parę 

powieści kryminalnych. Domowy poradnik lekarski. 

- Czytaniem to ona się raczej  nie trudniła - zwraca się do Gryżewskiego, który stoi przy 

oknie. 

Gryżewski patrzy na inspektora ze stołecznej komendy. Jest zdziwiony.  - Czego on tam 

szuka? 

Korcz odkłada książki  na  miejsce. Sięga po ostatnią w tym rzędzie  - poradnik  lekarski. 

Kartkuje  go  dokładnie.  Poradnik  jest  nowy.  Niemal  nieużywany.  Niemal,  bo  oto  trafia  na 

zakładkę.  Tkwi  w  rozdziale  poświęconym  ciąży  i  jej  objawom,  Przegląda  rozdział,  szuka 

podkreśleń. Nie ma ich, za to spomiędzy kartek wysuwa się i spada na  podłogę niepozorny, 

złożony na pół karteluszek. Podnosi go, rozkłada. Recepta. Łacińska nazwa  leku i pieczątka 

lekarza ginekologa. 

* * *  

W pół godziny później siedzi w gabinecie lekarza. 

- Panie doktorze, chciałbym wiedzieć, co to za lek? - podsuwa lekarzowi receptę. 

-  Daję  to  zwykle  przy  zaburzeniach  związanych  z  pierwszym  okresem  ciąży  -  wyjaśnia 

lekarz. - Pacjentka musiała skarżyć się na takie dolegliwości. 

- Kiedy pan stwierdził u niej ciążę? 

- Zaraz sprawdzę. 

Lekarz wyciąga kartę. Sannicka Jolanta l.24. 

- Była u mnie pierwszego kwietnia. Więcej się nie pokazała. 

- Jak dalece zaawansowana była ciąża? 

- Trzeci miesiąc. 

- Czy chciała ją usunąć? 

- Na ten temat nie było mowy. 

background image

Korcz wychodzi z przychodni. - A to ci niespodzianka - myśli. 

ROZDZIAŁ IX 

- Pani przyjaźniła się z Jolantą Sannicką? 

- Przyjaźń, to za wielkie słowo. Po prostu byłyśmy ze sobą w dobrych stosunkach. - Mała 

drobna  brunetka  przysiadła  na  skraju  głębokiego  fotela,  podwinąwszy  pod  siebie  nogi.  - 

Gdyby pan znał Jolę, wiedziałby pan, że ona nie potrafi przyjaźnić się z kobietami. 

-  Dlaczego?  -  Pytanie  zabrzmiało  naiwnie.  Znał  takie  kobiety.  Ich  uroda,  powodzenie, 

sukcesy osobiste stawiały je poza obrębem kobiecych przyjaźni. Więc i ta... 

- Jola jest bardzo ładna. Zdaje sobie z tego sprawę. Uroda ma jej zapewnić sukces. 

- W sensie zamążpójścia? 

-  I to także. Ale przede wszystkim  chce urządzić się. I to  nie  byle  jak  i  nie z  byle kim. 

Pierwszym krokiem na tej drodze było podbicie dyrektorskiego serca. Dla niej nieważne, że 

facet jest gruby, łysy i mocno starszawy. Liczy się jego stanowisko i znajomości. 

- Jest z nim związana? 

- Och, nie w tym sensie... To nie byłoby w jej stylu. Co najwyżej całował ją po rączkach, 

a ona z miną królowej przyjmowała jego hołdy. Tańczył przed nią na dwóch łapkach. 

- Zamierzała go w ten sposób skłonić do małżeństwa? 

-  Niee  -  dziewczyna  się  śmieje.  -  To  nie  była  dla  niej  odpowiednia  partia:  dyrektor  w 

prowincjonalnym  miasteczku!  Celowała  wyżej.  Znacznie  wyżej.  Nieraz  wyśmiewała  się  z 

niego.  „Niech  myśli,  że  musi  się  długo  starać o moje  względy"  -  mówiła.  Przyjmowała  od 

niego prezenty, dawała się łaskawie zapraszać na wystawne obiady i kolacje. Oczywiście nie 

tutaj  w  Mławie.  Dbała  o  swoją  opinię.  Więc  woził  ją  do  stołecznych  lokali.  Przedstawiał 

swoim znajomym. 

- Czy zależało jej na tych znajomościach? 

-  Bardzo.  Wykorzystywała  go  podwójnie.  W  biurze  miała  święty  spokój,  udawała,  że 

pracuje,  urywała  się,  kiedy  chciała.  Za  jego  pośrednictwem,  zawierała  znajomości,  które, 

liczyła, umożliwią jej wyrwanie się z tej dziury w w i e l k i   ś w i a t. 

- Co miała na myśli? 

- Małżeństwo z kimś, jak to się mówi, nie tylko dobrze sytuowanym, ale mającym przed 

sobą  realne  perspektywy  wyjazdu  na  placówkę  zagraniczną,  oczywiście  na  Zachodzie.  Ktoś 

background image

jej kiedyś wmówił, że  mogłaby  z taką  urodą zrobić karierę w  filmie. Potraktowała to serio. 

Mówiłam, że miała wyższe aspiracje. 

- Korcz wzrusza ramionami. 

-  Niejedna  ładna  dziewczyna  marzy  o  filmie  i  zagranicznej  karierze.  Marzenia  jak 

marzenia, zwykle odbiegają od realnych możliwości. 

- Och, pan nie zna Joli! Jest pewna siebie, konsekwentna i uparta. Potrafi dopiąć swego. 

Ja wierzę w jej możliwości! 

- Dlaczego właśnie panią wybrała na swoją powierniczkę? 

- Czy ja wiem?! Może dlatego, że ja nie mam takich aspiracji - dziewczyna uśmiecha się 

nieśmiało. - Ani tego wzięcia, ani urody. Mam pracę, którą lubię, swego chłopaka i dobrze mi 

w Mławie. Nie zagrażałam jej w niczym, a każda taka dziewczyna jak Jola musi mieć kogoś, 

komu może imponować. Kobieta dopiero wówczas ma poczucie, że osiągnęła sukces, gdy ten 

sukces  wzbudza  czyjś  podziw,  zachwyt,  uznanie,  kiedy  może  przed  kimś  zabłysnąć,  nawet 

wtedy  jeśli  tym  kimś  jest  ktoś  taki  jak  ja.  Nic  nieznaczący.  Jola  utrzymywała  w  tajemnicy 

swoje wypady z dyrektorem, więc nie miała przed kim pochwalić się nowymi znajomościami, 

sukcesami towarzyskimi. Mława niewielkie miasto, zaraz by się rozniosło. Gdyby takie plotki 

dotarły do żony dyrektora, idylla by się skończyła głośną awanturą, może rozwodem. A Jola 

nie  zamierzała  z  nim  się  wiązać.  Chodziło  jej,  jak  mówiłam,  o  nawiązywanie  za  jego 

pośrednictwem znajomości w stolicy. Traktowała go jako punkt wyjściowy. 

- Czy Sannicka miała i innych adoratorów w Mławie? 

- Tak. Ale  nie dbała o ich względy. Do domu nikogo nie zapraszała. Czasem dawała się 

zaprosić do kawiarni czy do kina. I na tym koniec. Niektórzy szybko rezygnowali. Wybierali 

mniej efektowne dziewczyny, ale za to przystępniejsze, mniej królewskie. 

- Czy jest pani zorientowana w jej znajomościach pozamiejscowych? 

- O tyle, o ile. Czasem wymieniała jakieś nazwiska, ale przede wszystkim interesowały ją 

stanowiska nowo poznanych ludzi. 

- Nie obiło się pani o uszy nazwisko Gąsowski? 

- Nieee. 

-  A  może  mówiła  o  jakiejś  znajomości  z  inżynierem  budowlanym,  który  właśnie  miał 

otrzymać czy otrzymał spadek w zachodniej walucie? 

Dziewczyna kręci głową przecząco. 

- Nic o tym nie słyszałam. Kiedyś wspomniała tylko, że poznała nadzianego faceta. Może 

wtedy mowa była i o walucie... 

- Niech pani spróbuje sobie przypomnieć. To ważne, bardzo ważne - nalega Korcz. A nuż 

background image

chodziło o Gąsowskiego? 

Dziewczyna milczy. Z uwagą wpatruje się w jakiś punkt ściany, jakby to pomagało jej w 

koncentracji. 

- Nazwisko Gąsowski słyszę po raz pierwszy. Od pana. Jestem tego pewna - mówi wolno. 

-  Natomiast  ten  spadek...  Coś  mi  chodzi  po  głowie  -  pociera  ręką  czoło,  jakby  chcąc  w  ten 

sposób przywołać pamięć minionych zdarzeń. 

Korcz czeka z napięciem. - Czy jej się uda? 

-  To  chyba  było  w  zeszłym  roku.  Jola  wróciła  z  wczasów  nad  morzem.  Tam  poznała 

faceta. Opowiadała, że woził ją swoim samochodem. Spadek łączy mi się jakoś w pamięci z 

tą historią... Nie mogę sobie przypomnieć dokładnie. 

Gąsowski  nie  miał  samochodu.  Mógł  wprawdzie  pożyczyć,  wynająć  wóz,  żeby 

zaimponować dziewczynie. Malinowska twierdziła, że był skąpy, a to droga impreza. 

- Czy Jola nie mówiła pani, w jakim zawodzie facet pracuje? 

- Niee. Tylko, że jest znany w stolicy. Miałam wrażenie, że jej czymś zaimponował. 

- Nie wie pani, czy utrzymywała z nim później stałe kontakty? 

- Raczej tak. Kiedyś opowiadała, że przyjechał po nią wozem do Mławy. 

- Nie mówiła, że z nim żyje? 

Anna Rajewska podnosi na Korcza zdziwione oczy. 

-  Nie.  Z  tego  rodzaju  przeżyć  mi  się  nie  zwierzała.  Sądziłam,  że  jest  cnotliwa  z 

wyrachowania. Żeby podbić cenę. 

-  A  gdyby  się  pani  dowiedziała,  że  Jola  jest  w  ciąży?!  -  ugryzł  się  w  język.  Chciał 

powiedzieć „była". Ciąża to mógł być motyw  p o z b y c i a   s i ę   dziewczyny. 

Na twarzy Anny zaskoczenie. 

- Jolanta w ciąży? Niemożliwe!? Ona by nigdy do tego nie dopuściła! 

- Może chciała w ten sposób związać ze sobą faceta, którego chciała zdobyć na trwałe? 

- Niemożliwe! - powtarza Anna. - Dziecko przekreśliłoby jej dalsze plany. Poza tym Jola 

nie lubiła dzieci. 

-  Jeśliby  pan  miał  rację  -  mówi  po  chwili  zastanowienia  -  to  jej  zniknięcie  można 

wytłumaczyć. Chciała się pozbyć, tylko dlaczego przez tak długi okres czasu nie daje znaku 

życia? To niepokojące... 

Korcza także niepokoi ten fakt. 

* * *  

Już po rozmowie z Rajewską udało  mu  się znaleźć świadka  - kioskarkę „Ruchu", która 

background image

widziała Sannicką wsiadającą do fiata 125p. 

- Wóz prowadził mężczyzna w okularach. 

Nie zwróciła jednak uwagi na tablicę rejestracyjną, nie zapamiętała nawet koloru wozu. 

- Jakiś taki jasny - stwierdziła. 

Korcz  obszedł wszystkie  sklepy  zlokalizowane w pobliżu  miejsca zamieszkania Jolanty. 

Od sprzedawcy ze sklepu warzywno-owocowego, który znał Sannicką z widzenia, dowiedział 

się, że parę razy widział dziewczynę wsiadającą do wozu tej marki zaparkowanego w pobliżu 

sklepu, w zatoczce. Kiedyś  nawet zauważył,  że siedziała w tym  fiacie z  jakimś  mężczyzną. 

Było  już  ciemno,  twarzy  nie  widział.  Dostrzegł  tylko  duże  ciemne  okulary.  -  Podobne  do 

motocyklowych - oświadczył. 

Te  opowieści  zgadzały  się  z  wersją  Rajewskiej,  ale  nie  posunęły  sprawy  ani  o  krok. 

Nadziany facet z wozem. Fiat 125p. 

Tylko  marka  wozu  kojarzy  się  z  zabójstwem  Gąsowskiego  -  nic  więcej.  Znajomy  z 

wczasów.  Czy  Gąsowski  spędził  w  ubiegłym  roku  wczasy  nad  morzem?  Należałoby  to 

sprawdzić... 

* * *  

Przed  wyjazdem  z  Mławy  Korcz  rozmawiał  jeszcze  z  dyrektorem  biura  projektowego. 

Był  przejęty  i  zaniepokojony,  choć  starał  się  tego  nie  okazywać.  O  swojej  zaginionej 

sekretarce wyrażał się w samych superlatywach. 

-  Opiekowałem  się  nią  jak  córką  -  podkreślał.  -  Bardzo  proszę,  niech  pan  mnie  zaraz 

zawiadomi, gdybyście dowiedzieli  się czegoś o jej  losach. Oboje z żoną czujemy się za  nią 

odpowiedzialni - dorzucił trochę patetycznie na zakończenie rozmowy. 

Korcz zawrócił od drzwi. Spytał o nazwiska ludzi, z którymi Jola się przyjaźniła. 

Dyrektor rozłożył ręce bezradnym gestem. 

- Nie wiem. Dziewczyny mają różne znajomości. 

- Może zwierzała się pańskiej żonie i ona mogłaby mi udzielić informacji? - zaryzykował 

pytanie. 

- Nie, to niemożliwe - zaprotestował dyrektor, może zbyt gwałtownie. - Niech pan mojej 

żony o nic nie pyta. Jest taka przejęta ta historią, że rozmowa na ten temat mogłaby się odbić 

na  jej  zdrowiu,  zaraz  pomyślę,  kto  by  panu  mógł  udzielić  informacji  -  w  końcu  wybąkał 

nazwisko - Rajewska. 

I kółko się zamknęło - pomyślał Korcz. 

Rajewska  wiedziała  sporo  o  Jolancie,  jej  trybie  życia,  zamierzeniach.  Sporo,  ale  nie 

background image

wszystko, skoro tak ją zaszokowała informacja o ciąży. 

- Czy nie zna pani przypadkiem kogoś z jej rodziny? - zaszedł do dziewczyny raz jeszcze. 

- Nie. Jolanta nigdy nie wspominała o rodzinie. Odniosłam wrażenie, że nie ma czym się 

chwalić.  Przed  przyjazdem  do  Mławy  mieszkała  podobno  na  głuchej  prowincji.  Zapewne 

właśnie z rodziną. Aha, mam coś jeszcze. Może to się panu przyda. W książce, którą mi Jola 

pożyczyła,  znalazłam  jakieś  notatki,  coś  jakby  wspomnienia?  Sama  nie  umiem  dobrze  tego 

określić. Jest to życiorys, ale jakiś taki literacki... Może chciała spróbować swoich sił i na tym 

polu? 

- Może pani dać mi te notatki? 

Dziewczyna kiwa głową. 

- Tak. Dlatego o nich mówię. Może się panu przydadzą. Chciałabym, żeby udało się panu 

odszukać Jolę. Boję się trochę o nią. A nuż coś złego się stało? 

Czy  jest  możliwe, żeby sprawca zabójstwa Gąsowskiego usunął  i Jolantę?  - zastanawia 

się kapitan w drodze do stolicy. 

ROZDZIAŁ X 

Celem  podróży  Korcza  jest  tym  razem  Franpol,  małe  miasteczko  położone  w 

Karkonoszach, liczące zaledwie dwa tysiące mieszkańców. 

Zdecydował  się  na  wyjazd  po  przestudiowaniu  notatek,  otrzymanych  od  Rajewskiej. 

Pisała  je Sannicka. Ekspert z Zakładu  Kryminalistyki rozwiał resztę wątpliwości.  „Ta sama 

ręka" - stwierdził. 

Notatki te, kreślone nierównym, nerwowym pismem, zawierają fragmenty wspomnień z 

dzieciństwa i wczesnej młodości. Są związane z Franpolem. 

Istnieje  jakaś  szansa,  że  tam  właśnie  uda  się  zebrać  o  Sannickiej  bardziej  szczegółowe 

informacje, a może ją samą odnaleźć? Być może wcale nie zaginęła, tylko ulotniła się na czas 

ciąży?  Wprawdzie  funkcjonariusze  dysponujący  jej  zdjęciem  i  danymi  personalnymi  dotąd 

jakoś  nie  wpadli  na  jej  ślad,  choć  w  zasadzie  sprawdzili  prywatne  pensjonaty,  ale 

niewykluczone, że zamelinowała, się właśnie we Franpolu lub w okolicy. 

- Chciałbym sprawdzić osobiście - oświadczył szefowi. 

Gałęza tym pomysłem nie był zachwycony. 

-  Po  co?  Jaki  związek  ma  ta  historia  z  zabójstwem  Gąsowskiego?  Dziewczyna  zaginęła 

background image

dwa miesiące wcześniej. Uczepiłeś się tej sprawy, trochę jak rzep psiego ogona. Nawet jeśli 

uda  ci  się  ją  odnaleźć,  najprawdopodobniej  okaże  się,  że  nie  tylko  z  Gąsowskim  była 

związana. Nie wiadomo, czy w ogóle ten list pisała do niego! Gąsowski miał na imię Andrzej, 

nie Stanisław. Ale jeśli nawet pisała do niego i żyła z nim, raczej nie widywali się ostatnio. 

Inaczej nie pisałaby listów. A skoro tak, jej informacje o Gąsowskim pochodzą sprzed dwóch 

miesięcy.  Czy  zresztą  mają  one  jakąkolwiek  wartość  z  naszego  punktu  widzenia?  Nie 

widywali  się  często,  bo  ona  stale  mieszkała  w  Mławie,  więc  cóż  może  wiedzieć  o  jego 

kontaktach  czy  znajomościach?  Ten  „nadziany  facet  z  samochodem",  o  którym  mówiła  jej 

koleżanka,  to  na  pewno  nie  on.  Gdyby  nawet  założyć,  że  to  jego  poznała  podczas 

zeszłorocznego urlopu, to wówczas wcale nadziany nie był. Sprawa spadku wypłynęła przed 

miesiącem,  a  więc  już  po  zaginięciu  Joli.  Posuwając  się  daleko  w  domysłach,  to  możemy 

założyć, że przekazał jej pieniądze albo upoważnił ją do ich podjęcia ze swojej książeczki czy 

hasłowego konta. I co z tego? Owszem, trzeba to wszystko sprawdzić, czy jednak musisz tam 

osobiście jechać? Nie wystarczy ci informacja z tamtejszej komendy? 

-  Utknęliśmy  w  martwym  punkcie  -  argumentował  Korcz.  -  Jak  dotąd  nie  udało  się 

odtworzyć kontaktów Gąsowskiego w krytycznym dniu. Nic nie wiemy o jego znajomościach 

spoza grona znajomych Malinowskich. Tę grupę sprawdziliśmy dokładnie. Nic nie wyszło. Z 

ich  raczej  zgodnych  zeznań  wynika,  że  Gąsowski  nawet  tych  nielicznych  znajomości  nie 

pielęgnował.  Bywał  u  Malinowskich  i  razem  z  nimi  u  ich  znajomych.  Kontakty  raczej 

okazjonalne. Z kolegami z urzędu był na stopie oficjalnej. Zresztą w biurze nie przesiadywał 

stale,  wyjeżdżał  bowiem  często  na  budowy.  W  sprawie  tego  zagranicznego,  spadku  nic  nie 

ustaliliśmy.  W  MSZ-cie  nie  wiedzą  o  takiej  sprawie.  Może  dostał  bezpośrednio  tylko 

wiadomość, a walutę przelano na konto? W PKO  nic nie wpłynęło na jego nazwisko. Może 

otrzymał  te  kwoty  za  czyimś  pośrednictwem.  Z  rączki  do  rączki.  Ale  jak  to  ustalić?  W  tej 

sytuacji informacje uzyskane od Sannickiej pomogą ukierunkować śledztwo. 

Ostatecznie Gałęza dał się przekonać. 

* * *  

Miasteczko tonie w zieleni - białe domki, przycupnięte u podnóża gór, z dała wyglądają 

jak zabawki. 

Jeśli uda mi się wykroić trochę wolnego czasu, wybiorę się w góry - obiecuje sobie Korcz 

wchodząc do komisariatu. 

Komendant  już  czeka.  Przyjazd  inspektora  z  samej  stolicy  stanowi  tu  wydarzenie.  Jest 

więc trochę niespokojny, czy aby jego ludzie czegoś nie poszkapili, zbierając informacje. Ich 

background image

raporty leżą już na biurku. 

Korcz przerzuca je szybko. 

- Nie widzę tu informacji o Sannickiej - Zwraca się do komendanta. 

-  To  jakieś  nieporozumienie  -  komendant  unosi  głowę  znad  podpisywanych  właśnie 

papierów. - Nie ma i nigdy nie było na naszym terenie rodziny o tym nazwisku - stwierdza. - 

Znam wszystkich - dorzuca wyjaśniająco. - Jestem tu dwadzieścia lat 

- Nie zna pan takiej dziewczyny? - Korcz podsuwa mu zdjęcie. 

Komendant przygląda się uważnie. 

-  Podobna  do  Janki  Niemczyńskiej.  Mieszkały  na  naszym  terenie  trzy  dziewczyny, 

przyjaciółki, Niemczyńska była z nich najstarsza i chyba najbrzydsza. A jednak jej najlepiej 

się  powiodło.  Wyszła  za  mąż  za  lekarza  z  Warszawy  i  z  nim  wyjechała.  Jej  przyjaciółek, 

Ligoniówny i Adamskiej, też nie ma we Franpolu. Jedna jeszcze studiuje w Poznaniu, druga 

pracuje w hucie śląskiej. Ustaliliśmy ich aktualne adresy. 

Zaczyna  od  Niemczyńskich.  -  Skoro  komendant  twierdził,  że  podobna,  to  może 

Niemczyńska przyjeżdżając do Mławy zmieniła nazwisko na Sannicka? 

Niemczyński  jest  w  restauracji.  Jego  żona,  starsza,  tęgawa  kobieta,  której  Korcz 

przedstawia się jako dawny znajomy córki, przyjmuje go serdecznie. 

-  Janka  od  kilku  lat  nie  mieszka  z  nami,  jest  w  Warszawie  -  wyjaśnia.  Pięć  lat  temu 

wyszła  za  mąż.  To  znany  lekarz,  Stanisław  Jabłkowski.  Poznali  się  na  wczasach.  Coś  w 

miesiąc  później  był  ich  ślub.  Zaraz  po  ślubie  zabrał  ją  do  stolicy.  Za  posagowe  pieniądze 

Janki kupili willę na Mokotowie. Dobrze im się powodzi. On jest wziętym lekarzem, a i Janci 

się  poszczęściło.  Mój  brat  przed  wojną  wyemigrował  do  Ameryki,  dorobił  się  majątku. 

Niedawno  umarł  i  wszystko  zapisał  Jance.  Pojechała  odebrać  spadek.  Pisała,  że  stara  się  o 

paszport. 

Znów spadek. 

- Czy dawno do państwa pisała? - przerywa Korcz zwierzenia. 

-  Dwa  albo  i  trzy  miesiące  temu.  Teraz  nie  pisze,  bo  pewnie  już  wyjechała.  Chce  pan 

przeczytać? - Wyciąga paczkę listów ze starej dębowej komody. Przegląda jeden za drugim. 

- To będzie ten, ostatni - wyjmuje z koperty arkusik listowego papieru zapisany drobnym, 

niewyraźnym pismem. 

-  Widzi  pan,  tu  pisze  o  spadku:  „Dostałam  wiadomość  przez  naszą  ambasadę,  że  wuj 

umarł i zostawił spadek. Staram się o paszport. Jak tylko wrócę, dam wam znać, co i jak" - 

kładzie list na stole. 

Korcz  wpatruje  się  uważnie  w  leżący  na  stole  arkusik.  Nie  ten  charakter  pisma  -  jest 

background image

pewny. 

Udając, że grzebie w kieszeni w poszukiwaniu papierosów, wyrzuca na stół jej zawartość 

- razem ze zdjęciem Sannickiej. 

Zdjęcie zsuwa się na kolana Niemczyńskiej. Ta podnosi je, ogląda. 

-  To  pańska  dziewczyna?  -  pyta  z  zainteresowaniem.  -  Ładna.  Podobna  do  mojej  Janki. 

Zaraz panu pokażę ich zdjęcia ślubne. Chce pan obejrzeć? 

Korcz zgadza się chętnie. 

Kobieta wyciąga z komody album. 

- Niech pan przejrzy - podsuwa gościowi - ja zrobię herbatę. 

Korcz  przegląda  kartę  po  karcie.  Na  zdjęciach  urobionych  pod  jeden  strychulec  jest 

najpierw  dziecko,  potem  dziewczynka,  a  wreszcie  kobieta.  W  otoczeniu  rodziców,  rodziny, 

rówieśniczek, razem z mężem... Mąż, przystojny mężczyzna o sępiej, pochmurnej twarzy, w 

dobrze  skrojonym  czarnym  garniturze,  stoi  obok  przytulonej  do  niego  blondynki.  -  Jest 

istotnie  pewne  podobieństwo  między  nią  a  Sannicką,  ale  gdzie  jej  tam  do  Sannickiej!  - 

konstatuje w duchu. 

Pyta o przyjaciółki Janki, jej dawnych adoratorów. 

-  Obie wyjechały -  Ligoniówna kończy studia w Poznaniu. Adamska pracuje w hucie w 

Zabrzu.  Janek  Śliwiński,  znał  go  pan  pewnie,  ożenił  się  niedawno  z  Kluskówną,  a  Antek 

Zieliński jest inżynierem w Kozienicach. 

Korcz  słucha  uważnie.  Nazwiska  się  powtarzają,  powtarzają  się  opisane  w  notatkach 

epizody. Skąd ta zbieżność?! 

ROZDZIAŁ XI 

-  No  i  widzisz,  okazało  się,  że  miałem  rację.  -  Gałęza  nie  odmawia  sobie  satysfakcji 

wytknięcia Korczowi bezsensownego uporu. - Mówiłem ci, że twoja wyprawa nic nam nie da. 

Zmarnowany czas! 

Andrzej Korcz słucha jednym uchem. Jest przygotowany na tę reprymendę. Fakt, efekty 

mniej  niż  nikłe.  Czy  jednak  zmarnowany  czas?  Jeszcze  raz  sumuje  w  myślach  rezultaty 

spotkań,  rozmów,  ustaleń.  O  Sannickiej  nikt  we  Franpolu  nie  słyszał.  Nazwisko,  zdjęcia 

pokazywane  mimochodem  różnym  ludziom  nie  budziły  najmniejszych  skojarzeń,  prócz 

owego,  nieznacznego  zresztą,  podobieństwa  do  Niemczyńskiej-Jabłkowskiej.  Tyle  że  owe 

background image

życiorysowe  wspominki  pisane  ręką  Sannickiej  pokrywały  się  z  życiorysem  dziewczyny, 

która  w  ocenie  franpolskiej  opinii  publicznej  zrobiła  karierę  wychodząc  za  mąż  za 

warszawskiego lekarza. 

Po  wysłuchaniu  ocen,  opinii  i  opowieści  odrzucił  pierwotną  wersję,  że  być  może 

Sannicka  funkcjonowała  w  Mławie  pod  przybranym  nazwiskiem.  Zaczęła  się  natomiast 

rysować  możliwość,  że  obie  kobiety  po  prostu  się  znały.  Skądże  inaczej,  Jolanta  znałaby 

wydarzenia czy nazwiska? Pod tym kątem zaplanował dalsze czynności. Czy aby szef zechce 

je zaakceptować? 

-  Jakie  to  ma  znaczenie  dla  wyjaśnienia  sprawy  zabójstwa  Gąsowskiego?  -  zagrzmiał 

szef, odsuwając od siebie plan śledztwa. 

-  Nie  wiem  -  odparł  szczerze.  -  Jest  to  ślad,  a  może  cień  śladu,  który  może  nas 

doprowadzić... 

- Dokąd? - przerywa mu zwierzchnik. - Do ustalenia znajomości Sannickiej. I cóż z tego 

wynika?  Dziewczyny  tego  pokroju  miewają  mnóstwo  najróżniejszych  znajomości  i 

kontaktów:  Jak  dotąd  nie  widzę  związku  miedzy  zaginięciem  Sannickiej  a  śmiercią 

Gąsowskiego, nie dysponujesz faktami wskazującymi na te związki. Sannicka interesuje nas 

jako  źródło  informacji  o  Gąsowskim,  i  to  tylko  wówczas,  jeśli  przyjąć  twoją,  niczym  jak 

dotąd niepotwierdzoną hipotezę, że list Sannickiej znaleziony przy Gąsowskim był do niego 

adresowany. 

Korcz milczy. Czeka, aż szef skończy swój monolog. Jego racje są przekonywające, ale... 

-  Jakże  inaczej  chcesz  dotrzeć  do  tego  źródła  informacji,  jeśli  nie  drogą  badania 

wszystkich kontaktów Sannickiej? O tym, że Sannicka żyje, świadczy list datowany 3 maja. 

Gdzieś  się  zamelinowała.  Być  może  chce  w ten  sposób ukryć ciążę  lub pozbyć się dziecka 

zaraz po jego urodzeniu, dla nas zresztą istotne znaczenie mają  nie powody, dla których się 

ulotniła, ale jej odnalezienie. Niepodobna, żeby zerwała wszystkie znajomości. Trzeba więc te 

znajomości ustalić. 

-  Dobrze.  Akceptuję  -  mruczy  szef.  -  Sprawdzaj.  Jak  dalej  w  tym  tempie  będziesz 

pracować... 

Korcz nie słyszy dalszego ciągu komentarza. Jest już za drzwiami. Puff oddycha z ulgą. 

Ważne, że się zgodził. 

Wydaje  polecenie  zebrania  informacji  o  Niemczyńskiej.  Chce  nimi  dysponować  przed 

zaplanowaną rozmową. 

Raz jeszcze przegląda dokumentację w sprawie Gąsowskiego. Może jest jakiś inny ślad, 

który  przeoczył?  Dlaczego  w  krytyczną  sobotę  włożył  odświętny  garnitur?  Malinowska 

background image

twierdziła, że miał tylko dwa ubrania. Zgadzało się. Używany na co dzień garnitur wisiał w 

szafie.  Dlaczego  ubrał  się  w  ten  wyjściowy  właśnie  w  sobotę?  Wybierał  się  z  wizytą?  Z 

samego rana? A może jakieś spotkanie w sprawie spadku? Sannicka pisze o koncie, z którego 

podjęła  pieniądze.  Kazał  sprawdzić  w  bankach  na  terenie  całego  kraju.  Bez  rezultatu  - 

Gąsowski nie miał konta walutowego na swoje nazwisko ani na nazwisko Sannickiej. Musiał 

mieć  oszczędności.  Zarabiał  dobrze,  nawet  bardzo  dobrze.  Żył  nad  podziw  skromnie.  Nie 

lokował  gotówki  w  wartościowych  rzeczach.  W  jego  mieszkaniu  nie  znaleziono  nic,  co 

można  by  określić  jako  lokatę.  Najprawdopodobniej  więc  -  ocenia  Korcz  otworzył  sobie 

konto  hasłowe.  Jak  do  niego  dotrzeć  nie  znając  hasła?  Co  z  tym  spadkiem?  A  jeśli  owa 

opowieść o spadku miała służyć zatajeniu jakiejś nielegalnej transakcji walutowej, wyjaśniać, 

skąd  wziął  owe  dolary?  Wówczas  mógł  mieć  przy  sobie  całą  harmonię  dolarów  i  tło 

rabunkowe zabójstwa miałoby uzasadnienie. Nader prawdopodobne. 

Jest  i  inny  wariant  -  rozumuje:  -  może  szedł  dokonać  rozliczenia  ze  wspólnikiem  czy 

wspólnikami i oni właśnie... W owym umówionym miejscu pozbyli się faceta, zagarniając dla 

siebie całą dolę. Musieli być z góry przygotowani na taką ewentualność, wiedzieć o delegacji, 

którą wziął Gąsowski na okres tygodnia. To była gwarancja bezpieczeństwa. 

Kto  jeszcze  mógł  wiedzieć  o  wyjeździe  Malinowskich  i  o  owej  delegacji?  Trzeba 

sprawdzić wszystkie telefony i nazwiska z notatnika Gąsowskiego. Może w piątek z kimś się 

umówił? Z kimś, kto dysponował samochodem. Być może zielonym fiatem 125p. Samochód 

-  „znak  szczególny"?  Korcz  zna  z  własnej  praktyki  wypadki,  gdy  sprawca  albo  sprawcy 

właśnie dla zatarcia śladów kradli samochód, by nim przewieźć nielegalny towar lub zwłoki, 

a potem porzucali wóz i szukaj wiatru w polu. 

Trzeba jeszcze poszperać w środowisku waluciarzy - decyduje. - Ale znów waluciarze  i 

mokra, robota?! Czy ja przypadkiem nie gonię w piętkę? 

ROZDZIAŁ XII 

Korcz z trudem odnajduje willę Jabłkowskich. Cofnięta w głąb, jakby wciśnięta  między 

dwa  domy,  osłonięta  lipami,  odgrodzona  od  ulicy  siatką  obrośniętą  dzikim  winem  -  jest 

niemal  niewidoczna  z  zewnątrz.  Nawet  tabliczkę  z  numerem  zakryły  przed  okiem. 

przechodnia pędy winorośli. 

Furtka  jest  uchylona.  Korcz  wchodzi  do  ogródka.  Wchodzi  i  staje  jak  przymurowany. 

background image

Wokół  -  rozcięty  betonowym,  prowadzącym  do  willi  chodnikiem  -  barwny  kobierzec  z 

kwiatów i kwitnących krzewów. Dawno już nie widział takiej orgii barw. - Muszą mieć chyba 

ogrodnika -  myśli. Informacje, zebrane o Janinie Niemczyńskiej-Jabłkowskiej pokrywały się 

z tymi, które zdobył we Franpolu. Jabłkowska od pięciu lat mieszka z mężem w Warszawie. 

Jabłkowski nabył tę willę za jej posagowe pieniądze. Oboje Niemczyńscy dali jedynaczce na 

nową drogę życia ciepłą rączką półtora miliona złotych. „Bodaj to mieć tatusia restauratora" - 

westchnął jeden z podkomendnych Korcza. 

Sam  Jabłkowski,  jak  wynika  z  uzyskanych  informacji,  przyczynił  się  wydatnie  do 

pomnożenia  wspólnego  dobra.  Wzięty  lekarz  ginekolog,  pracuje  w  przychodni 

specjalistycznej,  jest konsultantem w paru szpitalach, a ponadto przyjmuje w domu, w tejże 

willi,  trzy  razy  w  tygodniu.  W  poczekalni  zwykle  bywa  tłok,  a  pacjentki  zapisują  się  na 

prywatne wizyty z blisko miesięcznym wyprzedzeniem. 

Powodzenie  przyciąga  ludzi,  toteż  oboje  Jabłkowscy  mają  szerokie  znajomości.  Są 

wszędzie  mile  widziani,  zapraszani.  Często  robią  przyjęcia  u  siebie.  Janina  Jabłkowska  nie 

pracuje, zajmuje się domem, a właściwie wydaje polecenia gosposi i dochodzącej. „Ona nie 

może  się  przemęczać,  ma  słabe  zdrowie"  -  opowiadała  Korczowi  we  Franpolu  jej  matka. 

Jabłkowska rzeczywiście często choruje, wciąż się leczy, co najmniej raz w roku wyjeżdża do 

sanatorium. Choroba nie należy do urojonych. Prócz gośćca ma bowiem wadę serca. Gościec 

spowodował  skrzywienie  kręgosłupa,  ograniczenie  ruchomości  stawów,  wpływa  na  stałe 

pogarszanie się stanu serca. 

Z wywiadu  wynika,  że  stosunki  między  Stanisławem Jabłkowskim, a  jego połowicą  nie 

są  najlepsze.  Jemu  zbrzydło  stałe  kwękanie  żony.  Znalazł  więc  szybko  odskocznię, 

zachowując jakie takie pozory. Ona z kolei ma świadomość, że zbrzydła, postarzała się, więc 

jest  zazdrosna  o  każdą  młodszą  i  ładniejszą.  Kontroluje  go  nawet  w  szpitalu,  zjawiając  się 

nieoczekiwanie.  Stało  się  to  nawet  tematem  szpitalnych  dowcipów.  Doktor  wściekł  się  i 

zażądał,  by  żona  przestała  przychodzić  do  niego  do  pracy.  Kategoryczność  ta  pobudziła  z 

kolei  jej  podejrzliwość  i  niemal  nie  było  dnia  bez  awantur.  Wszystko  jednak  ucichło,  gdy 

przyszła  wiadomość  o  spadku.  Jabłkowski  zmienił  się,  stał  się  czułym,  troskliwym  mężem. 

Zaczął  przesiadywać  w  domu  lub  wychodził  na  miasto  razem  z  żoną.  Na  tydzień  przed 

wyjazdem  do  USA  wywiózł  ją  na  wieś,  żeby  odpoczęła  i  nabrała  sił  do  długiej  podróży. 

Stamtąd odwiózł ją własnym samochodem na lotnisko. 

Janina  Jabłkowska  wyjechała  w  pierwszych  dniach  kwietnia  i  jak  dotąd  nie  wróciła. 

Rozmowę z nią na temat Jolanty Sannickiej trzeba więc odłożyć, być może, na dłuższy czas. 

Ale niewykluczone, że mąż coś wie o charakterze tej znajomości. 

background image

Korcz zamierzał właśnie wybrać się do niego z prośbą o interesujące go informacje, gdy 

nieoczekiwanie otrzymał teleks z mławskiej komendy. 

Oto porucznik Gryżewski dowiedział się od jednej z pracownic apteki, że pierwszego lub 

drugiego  kwietnia  Sannicka  prosiła  ją  o  zrealizowanie  recepty  wystawionej  przez 

warszawskiego lekarza. Poprosił więc farmaceutkę o odszukanie, recepty. Odnaleziono dwie 

takie recepty. Lekarzem, który je wystawił, był Stanisław Jabłkowski. 

Korcz  ucieszył  się  z  tej  informacji.  Miał  już  drugi  punkt  zaczepienia  w  rozmowie  z 

lekarzem. 

* * *  

-  Doktor już czeka.  -  Starsza pani w  nieskazitelnie białym  fartuszku, zapewne gosposia, 

prowadzi Korcza do gabinetu pana domu. 

Kapitan  obrzuca  spojrzeniem  wnętrze  gabinetu.  Gdańskie,  ciężkie,  rzeźbione  meble, 

głębokie fotele obite skórą. Ściana zastawiona regałami. 

Gospodarz na widok Korcza podnosi się z fotela. 

- Proszę, niech pan się rozgości, panie kapitanie - zaprasza, gestem ręki wskazując fotel. - 

Czego się pan napije? 

- Jeśli można, poproszę o kawę. 

-  Co do kawy?  -  lekarz przysuwa do stolika  mały dębowy  barek  na kółkach zastawiony 

butelkami koniaków różnych marek. 

Korcz waha się. Przy koniaku lepiej się rozmawia. Swobodniej. A jemu właśnie na takiej 

rozmowie zależy. 

- Proszę o armagnaca. Dba pan o gości - mówi z uśmiechem. 

- Staropolskie prawa gościnności - lekarz odpowiada uśmiechem na uśmiech. 

Uśmiech ten  jest tylko ruchem warg. Nie rozjaśnia skupionej,  nieruchomej twarzy.  Nie 

ściera z niej wyrazu surowości. - Co pana do mnie sprowadza, kapitanie? Czym mogę panu 

służyć? - pyta zawodowo uprzejmym tonera, gdy gosposia, postawiwszy przed gościem kawę, 

opuszcza gabinet. 

- Interesuje mnie jedna z pańskich pacjentek, a może znajomych - zagaja Korcz. 

- Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa - zastrzega się lekarz. 

- Nie chodzi o sprawy związane z tą tajemnicą. Historia choroby mnie raczej nie ciekawi. 

Interesuje mnie osoba - rzuca Korcz wyjaśniająco. - Chciałbym po prostu dowiedzieć się, czy 

leczyła się u pana pani Jolanta Sannicka z Mławy? 

-  Jolanta  Sannicka?  -  Jabłkowski  powtarza  nazwisko.  -  Pan  powiedział,  że  z  Mławy?  - 

background image

mówi  z  namysłem.  -  Nie  przypominam  sobie.  Ale,  wie  pan,  jak  się  ma  tyle  pacjentek  - 

dorzuca wyjaśniająco. 

- Tę raczej nie trudno zapamiętać - kapitan wyjmuje zdjęcie. 

Jabłkowski z nieruchomą twarzą patrzy na fotografię. 

- Śliczna dziewczyna - mówi spokojnie, zwracając zdjęcie Korczowi. - Twarz wydaje mi 

się znajoma. Ale nazwisko jest mi obce. 

- Więc nie leczyła się u pana? 

- Zaraz sprawdzimy. - Naciska dzwonek. 

W drzwiach zjawia się błyskawicznie gosposia. 

- Proszę mi przynieść z kartoteki skorowidz na literę „S" - poleca. 

W chwilę później podsuwa przyniesioną przez gosposię szufladkę. 

- Proszę, niech pan sam przejrzy. W kartotece są tylko dane personalne pacjentek. 

Korcz wolno przegląda karty. - Nie ma jej w kartotece - jest niemal pewny. - Jabłkowski 

wyraźnie chce, żebym  się o tym sam przekonał.  Dlaczego  mu  na tym  zależy?  Czyżby  miał 

coś do ukrycia? 

- Na jakiej podstawie sądził pan, że ta pani właśnie u mnie się leczyła? - pyta Jabłkowski. 

- Skoro wystawił pan recepty na jej nazwisko?! 

- Ech, recepty -  machnięcie ręką, półuśmiech. -  My, lekarze, niekiedy świadczymy takie 

usługi grzecznościowo znajomym, znajomym znajomych... Nieraz ktoś prosi o wystawienie 

recepty  na  czyjeś  nazwisko.  Tego  się  nie  rejestruje.  Owszem,  trochę  to  nieformalne, 

niezgodne z przepisami, ale skoro wiadomo, że lek nie jest z gatunku trucizn, że nie należy do 

leków specjalistycznych to... sam pan rozumie... 

- Twarz Sannickiej wydaje się panu znajoma, musiał ją więc pan gdzieś przedtem widzieć 

-  wraca  Korcz  do  interesującego  go  tematu.  -  Może  w  szpitalu  na  oddziale,  a  może  u 

wspólnych znajomych? Może to któraś z koleżanek pańskiej żony? 

- Możliwe. Żona od czasu do czasu prosi o jakieś recepty dla swoich koleżanek. 

- Czy może pan ją poprosić tutaj? Chciałbym tę sprawę wyjaśnić. 

- Niestety, wyjechała za granicę. Chyba po jej powrocie... 

- Kiedy wraca? 

-  Doprawdy  trudno  mi  odpowiedzieć  na  to  pytanie.  Niedawno  pisała,  że  formalności 

związane ze sprawą, którą tam załatwia, przeciągają się. Chce nawet, bym przyjechał pomóc 

jej w tym wszystkim. Wie pan, żona jest osobą chorą, nieprzyzwyczajoną do samodzielnego 

załatwiania  spraw.  Najpierw  załatwiali  je  za  nią  rodzice,  a  później  ja.  Zawsze  chciałem  jej 

oszczędzać wysiłków. Byle co ją męczy. Pisze, że znowu fatalnie się czuje. Niewykluczone, 

background image

że w tej sytuacji będę zmuszony służyć jej pomocą. Czy coś jeszcze, kapitanie? 

- Nie, dziękuję. To wszystko. 

-  Gdyby  pan  jeszcze  kiedykolwiek  czegoś  potrzebował,  zawsze  służę  -  uprzejmy  skłon 

głowy. 

Jabłkowski  odprowadza  gościa  do  hallu.  Korcz  żegna  się,  bierze  czapkę.  W  hallu  na 

stoliku pod lustrem leżą duże, ciemne okulary. 

ROZDZIAŁ XIII 

- To chyba gdzieś tutaj. Zatrzymaj. Muszę się dokładniej rozejrzeć. 

Korcz wyskakuje z szoferki. Droga się nagle urywa, przechodzi w teren rozmiękły, zryty 

spychaczami, pocięty koleinami żłobionymi przez, ciężarówki. - Jak jechać dalej? Nie bardzo 

wiadomo.  Iść  piechotą?  Którędy?  -  Dostrzega  wąski  pasek.  Ścieżka.  Wchodzi  i  staje  jak 

przymurowany. Nogi grzęzną w glinie. Próbuje je wyciągnąć. Udaje mu się wyrwać jedną, ale 

w  skarpetce.  But  pozostał  w  błocie.  Stojąc  na  jednej  nodze,  schyla  się  po  zgubę.  Traci 

równowagę. 

Ekipa  wraz  z  kierowcą  zrazu  biernie  obserwuje  ekwilibrystyczne  wysiłki  kapitana. 

Dopiero  gdy  ten,  trzymając  w  ręku  bryłę  oblepioną  gliną,  zaczyna  im  dawać  rozpaczliwe 

znaki, kierowca wyciąga spod siedzenia pompkę, wyskakuje z nią z wozu i podaje - jak linę 

tonącemu. Tyle, że nie tą stroną. Korcz chwyta pompkę za rączkę, rączka się wyciąga, kapitan 

znów traci równowagę. Już, już wydaje się, upadnie na plecy, gdy kierowca nagłym ruchem 

pociąga go ku sobie. Chwila i Korcz jest już na utwardzonej drodze. 

-  Uff  -  oddycha z ulgą.  -  Tędy  nie  pójdziemy  -  oświadcza  stanowczo.  Wycofaj  -  poleca 

kierowcy. - Zawracamy. Musi być inny dojazd. 

Nysa  rusza.  Objeżdża  teren  budowy.  Zatrzymują  się  przed  jakimś  baraczkiem,  koło 

którego kręci się grupa ludzi. 

-  Jak  dojechać  do  rozwalonego  dziś  domu,  tam,  gdzie  znaleziono  zwłoki?  -  Korcz 

wychyla głowę przez okno. 

-  Jeszcze  prosto.  Dwieście  metrów  dalej  trzeba  zjechać  w  prawo,  na  boczną  drogę. 

Zobaczycie ścianę rozwalonej posesji. To będzie tam - wyjaśnia jeden z robotników. 

Skręcają we wskazanym  miejscu. Boczna droga, na pierwszy rzut oka wydaje  się  mało 

zachęcająca.  A  może  wóz  ugrzęźnie?  Ale  nie  ma  rady,  trzeba  ryzykować.  Na  licznych 

background image

wybojach  nysa  podskakuje,  szarpie,  silnik  wyje,  ale  Korcz  nauczony  doświadczeniem  nie 

proponuje, by dojść piechotą. Siedzi w szoferce ze zmarszczonymi brwiami i usiłuje oczyścić 

oblepione gliną  buty. Gazeta  jednak  nie  nadaje  się do tego celu. Trzeba  by skrobać  nożem. 

Więc ze zrezygnowaną miną wkłada buty na nogi. 

Posesję  już  widać.  Istotnie,  została  z  niej  tylko  jedna  ściana.  Pod  tą  ścianą  grupa  w 

milicyjnych mundurach. Jak drogowskaz. 

Podjeżdżają jeszcze bliżej. Funkcjonariusze rozstępują się przed karetką milicyjną. Na nią 

właśnie czekali. Korcz podchodzi do obstawionego przez nich miejsca. 

Tuż  obok  rozwalonych  przez  spychacz  płytkich  fundamentów  -  leżą  zwłoki  ludzkie  w 

stanie rozkładu, w butwiejącej damskiej odzieży. 

Błyska  flesz.  Fotograf  robi  zdjęcia,  technik  zabiera  się  do  szkicu  sytuacyjnego.  Korcz 

czekając, aż skończą tę część oględzin - rozmawia z kierownikiem budowy. 

-  Przygotowujemy  teren  pod  budowę  osiedla  -  wyjaśnia  kierownik.  -  Spychaczem 

rozwaliliśmy  drewniak,  odsłaniając  płytkie  fundamenty.  Operator  koparki  łyżką  wybierał. 

stąd cegły. Za którymś tam razem zauważył, że łyżka uniosła razem z gruzem jakiś podłużny 

przedmiot. Zatrzymał koparkę. Zawołał mnie. Robotnicy przenieśli ten pakunek pod ścianę, 

tu właśnie leży. Gdy rozwinęliśmy dywan, znaleźliśmy zwłoki. Zaraz zawiadomiłem milicję 

w Ursusie. Kazali wstrzymać roboty i czekać na przyjazd ekipy. 

-  Wybierałem  gruz.  Zauważyłem,  że  łyżka  uniosła  do  góry  jakiś  dziwny  przedmiot  - 

wyjaśnia z kolei operator. Zatrzymałem koparkę, pobiegłem po kierownika. Niedobrze mi się 

zrobiło, gdy zobaczyłem „to” z bliska. 

- W którym miejscu wówczas wybierał pan gruz? 

Operator podchodzi do płytkiego, zasypanego kawałkami cegieł wykopu. 

- O, właśnie tutaj - wskazuje ręką na część wykopu tuż przy stojącej jeszcze ścianie. 

Teraz do wykopu schodzi cała ekipa. Fotografują. Centymetr po centymetrze badają dno. 

Odrzucają  kawałki  cegieł.  Pod  gruzem  znajdują  damski  pantofel.  Znów  zdjęcie.  Technik 

oznacza to miejsce na szkicu. 

- Zwłoki zostały zakopane w piwnicy, tuż pod szczytową ścianą budynku. Szukajcie dalej 

pod  tą  ścianą  -  pokazuje  Korcz.  Trzeba  by  przekopać  jeszcze  parę  metrów.  Może  coś  się 

znajdzie... 

Polecenie zostaje wykonane. Kilka uderzeń łopat i w pobliżu miejsca odkrycia zwłok leży 

damska  torebka.  Jest  uwalana  ziemią,  ale  dobrze  zachowana.  Korcz  ostrożnie  otwiera  ją, 

zagląda do środka. Portmonetka, skórzany portfel i jakieś drobiazgi. 

Na  zbadanie  jej  zawartości  będzie  czas  później.  Na  razie  trzeba  dokończyć  oględzin, 

background image

przesłuchać  paru  świadków.  -  Ależ,  cholera,  mam  szczęście  -  myśli.  -  Z  jedną  sprawą  nie 

mogę się uporać, a tu druga, chyba nie lepsza. Szef mi ją wlepi. W wydziale brak ludzi. Jeden 

chory, dwóch na urlopie. Gdybym dziś z rana nie przyszedł do komendy... Pech. A właśnie na 

dziś  zaplanowałem  sobie  wyjaśnianie  dodatkowych  okoliczności  w  sprawie  Gąsowskiego. 

Wyjdą z tego nici. Z samym protokołem z tych oględzin będzie mnóstwo roboty... 

Karetka  pogotowia  zabiera  zwłoki  do  Zakładu  Medycyny  Sądowej,  technicy  kończą 

oględziny. Nysa wraca do komendy. 

* * *  

Teraz, już u  siebie,  Korcz dokonuje oględzin zawartości torebki. Puderniczka, grzebień, 

drobne  pieniądze.  Dokumenty.  Trochę  zbutwiałe,  ale  jeszcze  w  nie  najgorszym  stanie. 

Ostrożnie  otwiera  okładkę  dowodu  osobistego.  Otwiera  i  dębieje,  rzuciwszy  okiem  na 

wypisane nazwisko: Jolanta Sannicka. 

Jeszcze  mu  się  wierzyć  nie  chce.  Przeciera  oczy.  Ale  oczy  go  nie  zawodzą.  Czarno  na 

białym wypisane. I wiek się zgadza. - Trzeciego maja pisała list - przebiega mu przez myśl. - 

Zwłoki mają ponad miesiąc. Na oko. Więc... Zginęła  przed napisaniem listu? Była w ciąży. 

Czyżby to był motyw? 

Łączy się z Zakładem Medycyny Sądowej. Dowiaduje się, kto i kiedy wykona tę sekcję. 

Wypadło na znajomego anatomopatologa. Jak to dobrze! - myśli wykręcając jego numer. 

- Czy nie mógłbyś natychmiast zrobić tej sekcji? - pyta. 

- Coś ty zwariował?! Wytrzymaj do jutra. Jutro z samego rana zabieram się do tej roboty. 

Masz jakieś podejrzenia co do przyczyny zgonu? 

- Nie. Wiem tylko, że była w ciąży. Przetelefonuj mi potem wyniki sekcji. Ogromnie mi 

na tym zależy. 

- Dobrze. 

Sannicka! Ależ nieoczekiwany zbieg okoliczności. Czyja to posesja? Trzeba natychmiast 

wyjaśnić. 

* * *  

Nikt  z  ekipy  przygotowującej  teren  pod  budowę  osiedla  spółdzielni  mieszkaniowej  w 

Ursusie, nie orientuje się, czyje posesje kazano im rozbierać. Tę informację może mieć tylko 

inwestor - spółdzielnia. Decyduje się jechać do inwestora. 

Radca  prawny  spółdzielni  właśnie  wychodzi  z  pracy.  Jest  wściekły,  że  go  Korcz 

zatrzymuje. Właśnie, był z kimś umówiony. Z ociąganiem wyjmuje akta z biurka. 

background image

- Tam było kilku wywłaszczanych. O którą z posesji panu chodzi? 

- Ba, żebym, to ja wiedział! - wzdycha Korcz. Mogę tylko spróbować określić miejsce. 

To z kolei nic nie mówi radcy. On nie dysponuje planami terenu - ma tylko akta spraw o 

wywłaszczenie. 

- Nic nie mogę panu poradzić - rozkłada ręce. Jednocześnie nie może ukryć zadowolenia. 

Nie będzie musiał tu ślęczeć. 

Po  dłuższych  telefonicznych  poszukiwaniach  Korczowi  udaje  się  ściągnąć  do  biura 

inżyniera  nadzorującego  budowę.  Ten  znów  ma  plany,  ale  nie  wie,  w  jakiej  kolejności 

rozbierano  domy.  Decyzje  zapadły  jakoś  niespodziewanie.  Czyj  miano  rozbierać  właśnie 

dziś? 

- Nie byłem na budowie. Miałem inną robotę - tłumaczy. Zresztą, mnie nazwiska byłych 

właścicieli nie interesują, to urząd miejski. 

Telefony.  Telefony.  Telefony.  Nikt  nic  nie  wie.  Wreszcie  udaje  się  skojarzyć  posesję  z 

nazwiskiem właściciela. Roman Jaguszko. 

- Adres, aktualny adres - niecierpliwi się Korcz. 

- Odrowąża 21. To jest na Bródnie. Nowe osiedle. 

- Odrowąża 21 - Korcz rzuca adres kierowcy. 

ROZDZIAŁ XIV 

- Skończyłeś wreszcie? Masz już wreszcie wyniki? - Korcz dzwoni do lekarza. 

- Skończyłem w tej chwili. Jeszcze nie zdążyłem rąk umyć. 

- Mów prędzej - w głosie Korcza nutka ponaglenia. 

-  Zwłoki  dwudziestokilkuletniej  kobiety  w  stanie  nieco  zahamowanego  rozkładu. 

Owinięcie zwłok dywanem z włókien syntetycznych  nieco ten rozkład opóźniło. Czas zgonu 

trudno określić precyzyjnie. Około dwóch miesięcy, więc pierwsze dni kwietnia. 

- Nie mylisz się? Dwa miesiące?! 

- Jak dotąd nie zdarzyło mi się omylić w takich sytuacjach. 

- Przyczyna zgonu? 

-  Otóż  to.  Nie  ustaliłem  przyczyny  zgonu.  Obrażeń  mogących  spowodować  zgon  nie 

stwierdziłem.  Zabezpieczyłem  oczywiście  narządy  do  badań  chemicznych.  Ale  na  wyniki 

musisz poczekać. I nie zdadzą się na nic alarmy telefoniczne. 

background image

- Czy w chwili zgonu była w ciąży? 

- Nie. Z całą pewnością nie. 

Korcz odkłada słuchawkę: Anatomopatolog zabił mu ćwieka, usunęła ciążę? 

Po odnalezieniu zwłok i ich identyfikacji przypuszczał zrazu, że może to być zabójstwo 

na  tle  szantażu.  Sannicka  -  wiedział  -  za  wszelką  cenę  chciała  się  urządzić.  W  tym  celu 

nawiązywała coraz to nowe znajomości w poszukiwaniu człowieka, który otworzy przed nią 

drzwi do kariery. Znalazła kogoś takiego. Przynajmniej tak opowiadała Rajewskiej. Ten ktoś 

w  jej  ocenie  mógł  zrealizować  jej  marzenia.  Był  „nadziany"  -  tak  go  określiła.  Jest 

prawdopodobne,  że  z  nim  żyła,  zanim  zaszła  w  ciążę,  że  chciała  go  w ten  sposób  silniej  ze 

sobą  związać.  Uniemożliwić  odwrót.  Jeśli  facet  miał  rodzinę  i  całą  tę  historię  traktował 

„przygodowo",  jeśli  wymagania  dziewczyny  zagrażały  jego  karierze  i  więzom  rodzinnym... 

Nader  prawdopodobny  motyw.  Korcz  znał  takie  wypadki  z  dotychczasowej  praktyki.  Jak 

dotrzeć  do  faceta,  jak  ustalić  jego  tożsamość?  Wiadomo  tylko,  że  przyjeżdżał  do  niej 

samochodem  marki  „Fiat  125p",  jasnym.  I  tyle.  Twarzy  nikt  nie  widział.  Tylko  ciemne 

okulary... 

Czy możliwe, żeby to był Gąsowski? Po namyśle tę możliwość odrzucił. Ani „nadziany", 

ani  na  stanowisku,  które  stwarza  dziewczynie  możliwości  kariery  zagranicznej.  Tylko  ten 

spadek...  Ale  nic,  ona  raczej  mierzyła  wyżej.  Gąsowskiego,  na  wszelki  wypadek,  mogła 

trzymać  w  spiżarce.  Musiało  chodzić  o  kogoś  innego.  Ciąża  dziewczyny  nie  stwarzała 

Gąsowskiemu  żadnych  problemów,  żadnego  zagrożenia.  Był  kawalerem.  Mógł  się  żenić. 

Gdyby  nie  chciał,  co  najwyżej  płaciłby  alimenty.  Ujawnienie  całej  historii  nie  mogłoby  mu 

zaszkodzić  w  pracy.  Wręcz  odwrotnie.  Przydałoby  mu  blasku  w  oczach  całego  biura. 

Wzbudziłby  zainteresowanie.  „Popatrz,  popatrz,  kto  by  to  pomyślał?!  Cicha  woda.  Taką 

dziewczynę zdobyć?" To się liczy. 

Ale przecież to Jolanta pisała ten czuły list. Na jego przyjazd czekała? Więc zależało jej 

na nim. Zamierzała się z nim związać na stałe. Czy jednak ten list napisała do niego? Imię się 

nie  zgadza.  I  na  dodatek  data:  3  maja,  w  miesiąc  po  jej  śmierci?  Sfałszowana  data  albo  list 

został  rzeczywiście  napisany  trzeciego  maja,  ale...  ubiegłego  roku?!  Że  też  na  ten  pomysł 

wcześniej nie wpadłem? - wyrzuca sam sobie. - Trzeba zrobić ocenę listu pod tym kątem. 

Wyciąga z szuflady czysty papier. Formułuje kolejno pytania dla zakładu kryminalistyki. 

Jak dawno list został napisany? Czy data nie została podrobiona? Kiedy wyprodukowano ten 

gatunek papieru? 

Odnosi list na maszyny. 

- To bardzo pilne - mówi wychodząc. 

background image

A  jeśli  nie Gąsowski, to kto? Jest możliwy  inny  wariant. Sannicka  mogła, dajmy  na to, 

dogadać  się  z  tym  swoim  facetem  i  w  wyniku  tej  rozmowy  zdecydowali,  że  usunie  ciążę. 

Podczas zabiegu mógł nastąpić krwotok i w efekcie - zgon. 

Wówczas  na  ciele  nie  byłoby  śladów  obrażeń.  Lekarz,  który  by  przeprowadził  taki 

zabieg,  chcąc  uniknąć  konsekwencji  karnych,  mógł  usunąć  zwłoki  w  taki  właśnie  sposób. 

Gdzie  Sannicka  mogła  robić  ten  zabieg?  W  Mławie?  Małe  miasteczko.  Jeden  lekarz 

ginekolog. Wszyscy  się  znają  i wszystko o sobie  wiedzą. Musiało  jej zależeć na utrzymaniu 

tajemnicy. Przypadkowe spotkanie, czyjś długi język. Łatwo mogło się roznieść. 

Najprawdopodobniej  -  rozumuje  wybrała  się  do  Warszawy.  Stolica  zapewnia 

anonimowość.  Dbała  przecież  o  swoją  opinię.  Dbała  -  tak,  a  jednak  zwróciła  się  do 

miejscowego  lekarza.  Może  myślała,  że  to  całkiem  inne  dolegliwości?  To  wydaje  się 

prawdopodobne. Więcej się przecież u niego nie zjawiła. Na karcie chorobowej jest zapisana 

tylko jedna wizyta. Potem zmieniła lekarza! 

Jej znajomość z Niemczyńską-Jabłkowską, recepty otrzymane od jej  męża wskazują, że 

właśnie tutaj mogła szukać pomocy i porady. Jest też prawdopodobne, że tamta skierowała ją 

na zabieg do własnego męża, lub, po naradzie z nim - do jakiegoś jego kolegi po fachu. Ale w 

takiej sytuacji Jabłkowski powinien wiedzieć, co się z Jolantą stało. Może wiedział. Wyraźnie 

był zaskoczony, gdy padło to nazwisko. Chciał to zaskoczenie ukryć i stąd rzekome trudności 

z przypomnieniem sobie nazwiska dziewczyny. 

Udostępnił mi kartotekę po to, żebym sam się przekonał, iż nie figuruje w niej Sannicka. 

A  jeśli  to  jemu  zabieg  się  nie  udał?  Trzeba  było  wywieźć  gdzieś  zwłoki?  Czy  on  właśnie 

wywoziłby  je  poza  obręb  własnej  willi,  czy  owijałby  je  w  dywan,  którego  brak  gosposia 

mogła łatwo zauważyć?! 

-  Popytaj  dyskretnie  gosposię  Jabłkowskich,  czy  z  domu  doktorostwa  nie  zginął  jakiś 

dywan? Dowiedz się, czy zabiegi przerywania ciąży robi doktor w domu, czy też wynajmuje 

na ten cel jakiś inny lokal - poleca jednemu z wywiadowców. 

Ten drugi wariant - nieudany zabieg - wydaje mu się nader prawdopodobny. I wszystko 

pasuje:  data  stwierdzenia  ciąży,  data  zaginięcia,  okres,  w  którym  nastąpił  zgon.  Pasuje 

wszystko oprócz tego listu. Bogiem a prawdą, list do niczego nie pasuje. Po co Gąsowski tak 

go starannie ukrył? 

Nie  ma  innej  nici  łączącej sprawę zabójstwa Gąsowskiego  ze sprawą Sannickiej.  Czy  ja 

na siłę nie szukam związków między nimi? A jeśli  szef ma rację i te związki naprawdę nie 

istnieją? 

Teraz mam już dwie sprawy. Jakbym je sobie wypukał na zamówienie - uśmiecha się do 

background image

siebie.  Patrzy  na  zegarek.  Czternasta.  O  tej  porze  będzie  już  w  domu  właściciel  posesji. 

Wczoraj go nie zastał. Dowiedział się od sąsiadów, że wyjechał pod Warszawę i wróci dziś na 

drugą. - Najwyższy czas - decyduje. 

Zbiegającego po schodach kapitana zatrzymuje jeden z wywiadowców. 

- Mamy informację, że niejaka Zofia Knutek z Mławy właśnie wróciła z zagranicy! 

- No i co z tego? - pyta Korcz. 

- Opowiadała sąsiadkom, że we Francji spotkała Sannicką. 

- Kiedy to miało być... i gdzie? 

Tydzień temu. W Paryżu. 

Korcz wzrusza ramionami. 

-  Coś  się  pewnie  babie  poplątało.  Zmaterializowała  się  nam  denatka!  -  wybucha 

śmiechem. 

* * *  

Z  komendy  na  ulicę  Odrowąża  jest  kawał  drogi.  Korcz  jest  na  miejscu  około  pół  do 

trzeciej. 

Żeby tylko znów nie zdążył gdzieś się ulotnić - wzdycha, dzwoniąc do mieszkania. 

Gospodarz  jest  w  domu.  Otwiera.  Jest  zdziwiony,  ale  nie  przestraszony  wizytą 

funkcjonariusza milicji. 

- Panie Jaguszko - zaczyna Korcz, bez dłuższych wstępów - na pańskiej posesji w Ursusie 

znaleziono wczoraj zwłoki kobiety. Czyje zwłoki pan tam ukrył?! 

Jaguszko,  starszy  mężczyzna  o  nalanej  czerwonej  twarzy,  robi  się  purpurowy.  Otwiera 

usta i spazmatycznie łapie powietrze. Jakby się dusił. 

- Na mojej posesji - powtarza jękliwym głosem. - O Boże... to dlatego... 

- Co dlatego? 

- Dlatego tak tanio mi ją sprzedali. Oszukali. Wrobili mnie - niemal płacze. Nie dość, że 

wywłaszczenie... jeszcze i to... Oni wiedzieli... O budowie też pewnie wiedzieli... Dlatego tak 

się  spieszyli.  Niech  pan  poczeka,  kapitanie,  niech  pan  mnie  nie  aresztuje.  Zaraz  panu  coś 

pokażę. Nie dam się wrobić... - rzuca się do biurka, zaczyna w nim grzebać obiema rękoma, 

wyrzucając papiery na podłogę. Pot perli mu się na czole. 

Korcz czeka cierpliwie. 

Wreszcie Jaguszko wyciąga jakieś papiery. 

- Jest, niech pan sam spojrzy! - wciska mu w rękę akt notarialny. 

Korcz  rzuca  okiem.  Umowa  kupna-sprzedaży  domu,  zawarta  w  styczniu.  Pokwitowanie 

background image

wpłaty 310 tys. zł. Wystawione na nazwisko Jaguszki. I data wprowadzenia go w posiadanie 

posesji - 3 lutego. Sprzedający - Korcz oczom nie wierzy - Janina Niemczyńska-Jabłkowska. 

ROZDZIAŁ XV 

Korcz znów wchodzi przez furtkę willi na Ursynowskiej. Tym razem jest z ekipą mającą 

przeszukać mieszkanie Jabłkowskich. 

Jaguszko  -  w  strachu  o  własną  skórę  -  szczegółowo  opowiedział  o  okolicznościach 

nabycia  posesji  w  Ursusie.  Poszukiwał  niedrogiego  domu  z  dużym  placem  pod  Warszawą. 

Chciał tam zbudować szklarnię. Z przeznaczeniem na kwiaty. Wpadło mu do ręki ogłoszenie 

Jabłowskich.  Zadzwonił  pod  numer  telefonu  wskazany  w  ogłoszeniu  i  umówił  się  z 

właścicielką posesji, Jabłkowską, żeby obejrzeć obiekt. 

Spodobał mu się. Wprawdzie stary dom - drewniak niewiele już był wart, ale plac, 4 tys. 

metrów  kwadratowych  odpowiadał  Jaguszce.  Wymarzone  miejsce  na  szklarnię.  I  tanio. 

Właścicielka  chciała  jak  najszybciej  doprowadzić  tę  transakcję  do  skutku,  ze  względu  na 

wyjazd  za  granicę.  Urząd  Miejski  w  Ursusie  zrezygnował  z  prawa  pierwokupu.  Akt 

notarialny  został  spisany  w  styczniu.  Potem  jakoś  długo  jak  twierdzi  Jaguszko  -  trwało 

wprowadzenie go w posiadanie. Jabłkowska załatwiła to dopiero w lutym. 

Właściciel, jak wynikało z jego zeznań, do domu w Ursusie nie zdążył się wprowadzić. 

Zamierzał  go  zresztą  zburzyć  w  przyszłości  i  postawić  nowy.  Pokazał  Korczowi  swoje 

plany. Na razie zagospodarowywał po mału teren posesji. Nic podejrzanego w tym okresie nie 

zauważył,  ale  -  jak,  twierdził  -  skoro tylko  czasami  dojeżdżał,  nie  nocował,  nietrudno  było 

bez zwrócenia jego uwagi przywieźć i zakopać tam zwłoki, komuś, kto znał ten teren, rozkład 

domu  i  piwnicy.  -  Niedwuznacznie  dawał  do  zrozumienia,  że  ludźmi  znającymi  wszystkie 

zakamarki mogli być tylko byli właściciele. 

Owe już nie aluzje, ale właściwie stwierdzenia, mogły być oczywiście wynikiem pretensji 

Jaguszki do byłych właścicieli, którzy narazili go na kłopoty związane z wywłaszczeniem i na 

straty z tego tytułu. 

Domniemania  owe  nie  były  jednak  pozbawione  sensu.  -  Na  pomysł  ukrycia  zwłok 

Sannickiej  na  tym  terenie  -  oceniał  Korcz  -  mógł  wpaść  tylko  ktoś  znający  tu  wszystkie 

zakamarki,  ktoś,  kto  wiedział,  że  nowy  właściciel  w  domu  nie  mieszka,  że  dojeżdża 

nieregularnie, że wieczorem i w nocy nikogo nie ma na terenie posesji, i  że z tej racji można 

background image

tu  się  dostać  bezpiecznie  bez  zwrócenia  czyjejkolwiek  uwagi.  Tym  kimś  mogli  być  tylko 

właściciele posesji znający każdy kąt - albo ich dobrzy znajomi czy sąsiedzi. 

Jaguszko  był  poza  podejrzeniami.  Nie  znał  Sannickiej.  Jabłkowskich  poznał  dopiero 

podczas oględzin posesji. Nie było między nimi  żadnych innych związków, poza transakcją 

kupna-sprzedaży. Nie miał więc motywu zabójstwa. - Powodów do współdziałania z nimi. 

Jabłkowscy znali Sannicką. Świadczyły o tym napisane ręką Jolanty notatki zawierające 

epizody z życiorysu Jabłkowskiej, wystawione przez Jabłkowskiego recepty na jej nazwisko. 

Wydawało  się  nader  prawdopodobne,  że  właśnie  do  Jabłkowskich  zwróciła  się  o  pomoc  w 

usunięciu ciąży, że tej pomocy jej udzielili, że zmarła w wyniku nieudanego zabiegu i zwłoki 

jej zakopano na terenie sprzedanej posesji. 

Jabłkowscy wiedzieli, że nowy właściciel zamierzał  budować nowy dom i szklarnię, ale 

stary, drewniany dom miał mu nadal służyć jako magazyn. Z tego punktu widzenia,  miejsce 

ukrycia zwłok było więc zabezpieczone. 

Niespodziewanie  jednak,  w  związku  z  uchwałą  o  rozbudowie  fabryki  traktorów  w 

Ursusie  zapadła  decyzja  o  przejęciu  tych  terenów  pod  zabudowę  osiedlową.  Był  to  jedyny 

uzbrojony teren nadający się do szybkiej realizacji tych planów. 

Czas  zgonu  Sannickiej  pokrywał  się  mniej  więcej  z  datą  jej  zaginięcia.  Mniej  więcej 

także  w  tym  samym  okresie  Jabłkowska  wyjechała  za  granicę.  Mógł  to  być  wprawdzie 

przypadkowy  zbieg  okoliczności,  niewykluczone  jednak,  że  została  ona  wtajemniczona  w 

całą sprawę i że chciała pomóc mężowi w zatarciu śladów, w wywiezieniu i ukryciu zwłok. 

Jedno  było  dziwne:  dlaczego  w  tym  samym  miejscu  zakopali  torbę  z  dokumentami 

umożliwiającymi ustalenie tożsamości Sannickiej? Przez niedopatrzenie? Zapewne działali w 

popłochu,  w  panice,  bojąc  się,  żeby  historia  nie  wyszła  na  jaw  i  nie  zniszczyła  kariery 

Jabłkowskiego.  Chodziło  zapewne  głównie  o  to,  by  w  domu  nie  został  najmniejszy  ślad 

obecności  Sannickiej,  nawet  w  postaci  popiołu  ze  spalonych,  papierów,  żeby  nie  zwrócić 

uwagi gosposi. 

Gosposia o niczym nie wiedziała. W początkach kwietnia dostała od państwa trzydniowy 

urlop.  Przez  te  trzy  dni  była  na  wsi  u  rodziny,  pod  Wrocławiem.  Dokładnej  daty  nie 

pamiętała, ale stwierdziła, że był to okres, w którym pani wyjechała za granicę, i po powrocie 

do  pracy  już  jej  nie  zastała.  Datę  ustalili  bez  trudu.  Jabłkowska  wyjechała  3  kwietnia.  W 

sobotę. - Wszystko więc musiało zdarzyć się - rozumuje Korcz - pod nieobecność gosposi. - 

Gosposia  wiedziała,  że  pan  niekiedy  dokonuje  różnych  zabiegów  w  domu,  ale  nie  słyszała, 

żeby mu się jakiś zabieg nie udał. Sannickiej raczej nie widziała, zdjęcie „narzeczonej kolegi" 

obejrzała bowiem bez zainteresowania i skojarzeń. 

background image

W  tej  sytuacji  przeszukanie  willi  Jabłkowskich  stawało  się  niezbędne.  I  oto  Korcz  ma 

przed sobą to niemiłe raczej zadanie. 

* * *  

Gospodarz jest w domu, w swoim gabinecie. 

-  Widzę, że pan, panie kapitanie,  ma wciąż do mnie  interesy  -  zaczyna z uśmiechem  na 

widok Korcza. 

Uśmiech gaśnie, gdy Korcz podaje mu podpisany przez prokuratora nakaz rewizji. 

- Dlaczego? Na jakiej podstawie? Jestem o coś podejrzany? - marszczy brwi. 

-  Na  terenie  posesji,  która  należała  do  pańskiej  żony  i  została  przez  nią  sprzedana, 

znaleźliśmy zwłoki kobiety. W tej sytuacji, sam pan rozumie... 

-  Cóż  ja  mam  z  tym  wspólnego?  -  Jabłkowski  próbuje  protestować.  -  Posesję 

sprzedaliśmy w styczniu. 

Korczowi wydaje się, że lekarz lekko pobladł, ale może to zasłony rzucają taki cień. 

- Zwłoki są w rozkładzie, niepodobna dokładnie określić czasu zgonu, a  więc nie można 

też stwierdzić, czy stało się to przed, czy po dokonaniu tej transakcji stwierdza, obserwując 

reakcję tamtego. 

Twarz lekarza jest nieruchoma. 

-  No,  cóż,  w  tej  sytuacji  muszę  się  zgodzić  -  mówi  spokojnie.  Czy  mam  panów 

oprowadzić po domu? - ofiaruje swoje usługi. 

ROZDZIAŁ XVI 

Oczekiwanie się przedłuża. Prokurator jest wciąż zajęty. 

-  Przesłuchuje od samego rana  -  informuje  Korcza sekretarka wydziału.  -  Lada  moment 

skończy, bo o jedenastej jest odprawa u szefa. 

Ów „lada moment" przeciąga się. Minęła jedenasta, przesłuchanie wciąż trwa. 

Korcz  czeka  cierpliwie.  Musi  dziś  porozumieć  się  z  prokuratorem  w  sprawie 

aresztowania Jabłkowskiego i ponownego przeszukania willi na Ursynowskiej. 

Plon pierwszego przeszukania zrazu wydawał się nikły. Zakwestionowali dwa listy. 

Jeden  z  nich  w  nierozpieczętowanej  kopercie,  zaadresowany  do  Janiny  Jabłkowskiej,  w 

pensjonacie  „Small  House"  w  San  Francisco,  został  zwrócony  nadawcy  w  czerwcu  z 

background image

adnotacją „adresat wyjechał w nieznanym kierunku". 

W  kopercie  tkwił  list  Jabłkowskiego  napisany  do  żony,  zawiadamiający  ją  o  podjętych 

staraniach  paszportowych  i  ewentualnym  terminie  przyjazdu.  Ten  termin  Jabłkowski 

uzależniał  od  załatwienia  niektórych  pilnych  spraw.  Przewidywał  jednak,  że  uda  mu  się 

wyjechać  w  ciągu  najbliższych  dwóch  miesięcy.  List  był  pełen  czułości.  Zawierał  także 

konkretne dyspozycje przelania spadkowych pieniędzy na konto w szwajcarskim. banku. 

Drugi  list  nadszedł  19  maja  z  San  Francisco.  Był  adresowany  na  maszynie,  podpisany 

„twoja Janka". Jako nadawca figurowała Janina Jabłkowska. Korcza zbulwersowała nie treść 

listu,  zawierająca  różne  mało  ważne  informacje,  lecz  charakter  pisma.  Rzut  oka  -  nie  miał 

wątpliwości: list pisała Sannicka! 

Wyciągnął  wniosek  paszportowy  Jabłkowskiej,  a  także  wypełnioną  odręcznie  ankietę 

oraz notarialną umowę kupna-sprzedaży, pod którą figurował jej podpis. 

* * *  

-  Te  wszystkie  dokumenty  wraz  z  zakwestionowanym  listem,  wysłałem  do  ekspertyzy 

porównawczej. Będzie to materiał dowodowy w  sprawie o zabójstwo Janiny  Jabłkowskiej  - 

referuje  prokuratorowi,  gdy  tamten,  skończywszy  wreszcie  przesłuchanie,  prosi  Korcza  do 

swego gabinetu. 

-  Po przeczytaniu  listu od żony, który  napisany został ręką Sannickiej, zrozumiałem,  że 

znalezione  na  terenie  posesji  zwłoki,  zidentyfikowane  zrazu  jako  ciało  Sannickiej,  są  w 

idiocie zwłokami Jabłkowskiej. 

- Czy można udowodnić tę hipotezę? 

-  Jabłkowska  leczyła  się  u  specjalisty  reumatologa  na  gościec  stawowy,  który 

spowodował u niej wyraźne zmiany w kręgosłupie. Ściągnąłem dokumentację rentgenowską 

obrazującą  te  zmiany.  Identyczne  zmiany  zażyciowe  stwierdził  anatomopatolog  podczas 

sekcji zwłok. Kazałem ponadto zrobić zdjęcie rentgenowskie zwłok. Zdjęcia pokrywają się w 

szczegółach. Możemy zrobić jeszcze superprojekcję czaszki... 

- Wystarczy, wystarczy, skąd w takim razie pomyłka w identyfikacji? 

- Ciało było w stanie rozkładu - tłumaczył się Korcz. - Zgadzał się wzrost, kolor włosów. 

Obie  kobiety  były  blondynkami,  mniej  więcej  tego  samego  wzrostu  i  podobnej  budowy. 

Ojciec  Sannickiej,  jej  koleżanki,  wszyscy  byli  pod  wrażeniem  jej  śmierci  i  w  kostnicy 

rozpoznali nie tyle jej ciało, ile ciuchy, w które była ubrana. 

- Jak to? 

- Zarówno ubranie,  jak  i dywan, w który owinięte zostało ciało,  należały do Sannickiej. 

background image

Dywan,  jak  stwierdzono,  leżał  u  niej  w  mieszkaniu,  koło  tapczanu.  Kupiła  go  w  sklepie 

meblowym w Mławie. Sprawdziłem i tę informację. Podczas ponownych oględzin mieszkania 

Sannickiej, znaleźliśmy na podłodze mikroślady włókien. Ekspert stwierdził, że pochodzą one 

z dowodowego dywanu.  Wszystko to dowodzi  -  ciągnął  Korcz  -  współudziału Sannickiej  w 

tym zabójstwie. Jabłkowskiego poznała prawdopodobnie na wczasach nad morzem. Okazało 

się, że mieszkał w tym samym domu wczasowym. On to więc był tym „nadzianym facetem", 

który woził ją fiatem 125p. Urlop stał się początkiem zażyłej znajomości. Jabłkowski często 

przyjeżdżał  do  Mławy  po  Sannicką.  Zrozumiałe,  że  Jabłkowski  nie  afiszował  się  z  tą 

znajomością. Nigdzie się razem  nie pokazywali,  skoro żaden ze świadków nie widział  jego 

twarzy. Zapamiętano tylko markę wozu i ciemne okulary kierowcy. Widziałem u niego takie 

same! 

- Zamiar zabójstwa Jabłkowskiej powstał zapewne po wiadomości o spadku? 

-  Tak.  Częścią  tego  planu  musiało  być  uznanie  Sannickiej  za  zaginioną,  tak  jak  i 

zakopanie  zwłok  Jabłkowskiej  ubranych  w  rzeczy  Jolanty,  owiniętych  w  przywieziony  z 

mieszkania  Sannickiej  dywan,  pozostawienie  przy  zwłokach  jej  dokumentów...  Na  wszelki 

wypadek.  Gdyby  ciało  kiedykolwiek  odkryto,  nikt  nie  miałby  wątpliwości,  co  do  jej 

tożsamości.  I  w  ten  sposób  sprawa  jej  zaginięcia  i  poszukiwań  zostałaby  definitywnie 

zamknięta. Nie byłoby żadnych śladów ani związków z Jabłkowskimi. 

Wydaje  mi  się  też  prawdopodobne,  że  trzeciego  kwietnia,  w  chwili,  gdy  Jolanta 

wylatywała do Stanów z paszportem Jabłkowskiej, by odebrać jej spadek, Jabłkowska już nie 

żyła. Nie jest wykluczone, że oboje zakopali trupa, w nocy z drugiego na trzeciego kwietnia. 

Gosposia dostała wolne na trzy dni wracała czwartego rano. Sądzę, że wszystko się rozegrało 

w ciągu tych trzech dni. 

I jeszcze jedno. Trzeba ustalić, w jaki sposób pozbyli się Jabłkowskiej oraz wyjaśnić inne 

szczegóły, ale myślę, że to już zrobimy po zatrzymaniu Jabłkowskiego. Uważasz chyba mój 

wniosek za uzasadniony? 

- Tak. Oczywiście. W tej sytuacji... - prokurator podpisuje nakazy. 

- Masz - podsuwa je Korczowi. - Działaj. Ja porozumiem się z szefem w sprawie wniosku 

o ekstradycję Sannickiej  jako podejrzanej o współudział w tym zabójstwie. Gorzej będzie z 

jej odszukaniem... Wyjechała z San Francisco. Poczta zwróciła adresowany do niej list. 

- Jej sąsiadka, niejaka Knutek z Mławy, twierdzi, że spotkała ją w Paryżu. Przyznaję, że 

początkowo  zbagatelizowałem  tę  wiadomość,  ale  teraz  przesłuchałem  ją  osobiście. 

Oświadczyła  mi, że widziała  Jolantę w pobliżu  Łuku Triumfalnego. Knutkowa zaczepiła  ją 

pierwsza, „Co pani tu robi?" spytała. Sannicka, jak twierdzi, nie odpowiedziała. Odwróciła się 

background image

tyłem  i wmieszała w tłum. Nie chciała  być  zapewne rozpoznana. To zrozumiałe. Myślę, że 

nie  chciałaby  spotkać  i  Jabłkowskiego.  Pisał  do  niej  na  znany  adres  i  złożył  wniosek 

paszportowy na wyjazd do Stanów. Skoro jednak wyjechała z San Francisco, nie uprzedzając 

go o tym?  Znaczy to,  że podjąwszy pieniądze, prysnęła, zostawiając go na  lodzie. Czuła się 

pewnie. On przecież nie może jej nic zrobić, nie demaskując sam siebie! 

- Myślę, że „pozdrowienia z Paryża" skłonią go do szczerości. 

- Ja też tak sądzę - mówi wolno prokurator. 

- Czy Jabłkowski nadal szykuje się do wyjazdu? 

Szuka po cichu amatora na kupno willi. 

-  Nie  może  jej  sprzedać  bez  zgody  żony.  Ta  nieruchomość  jest  wspólną  własnością 

obojga. 

-  Może  sprzedać.  Ma  pełnomocnictwo  notarialne,  umożliwiające  mu  dysponowanie 

majątkiem  ruchomym  i  nieruchomym  żony.  Masz  tu  odpis.  Odszukałem  to  w  notariacie.  - 

Korcz wyciąga papier z teczki. - Na tej podstawie wprowadził Jaguszkę w posiadanie posesji 

w Ursusie... 

- Nie najgorzej to wszystko zaplanował - rzuca prokurator. - A jednak wpadł. Oni zawsze 

są przekonani, że obmyślili zbrodnię doskonałą. Ale powiedz mi jeszcze, jakim cudem list od 

Sannickiej podpisany jej imieniem znalazł się w posiadaniu Gąsowskiego? Wyjaśniłeś to? 

Korcz wzdycha. 

- Wciąż się nad tym głowię. Może znaleziona przy Gąsowskim zapalniczka nie była jego 

własnością? 

ROZDZIAŁ XVII 

-  Właściwie  nie  bardzo  rozumiem,  dlaczego  chciałeś  ponownie  przeszukać  willę  na 

Ursynowskiej?  -  Zaprzyjaźniony  z  Korczem  dziennikarz  skrzętnie  notuje  opowiadaną  przez 

kapitana  historię.  -  Skoro  za  pierwszym  razem  nie  znaleźliście  nic  prócz  tych  listów? 

Uważałeś, że rewizja zrobiona była niezbyt dokładnie?! 

-  Nie.  To  nie  to.  Za  pierwszym  razem  przeszukanie  robiliśmy  pod  innym  kątem.  Na 

posesji, którą sprzedała Jabłkowska, znaleziono zwłoki zaginionej Sannickiej. Podejrzewałem 

wówczas  -  jak  ci  już  mówiłem  -  że  jej  śmierć  mogła  być  wynikiem  nieudanego  zabiegu 

przerwania ciąży i wykrwawienia, a Jabłkowski przy pomocy żony wywiózł i ukrył zwłoki. 

background image

Inna  skala  odpowiedzialności.  Sam  rozumiesz.  W  tej  sytuacji  szukaliśmy  dowodów 

świadczących  o  pobycie  Sannickiej  u  Jabłkowskich,  materiałów  potwierdzających  ich 

wzajemne kontakty itp. 

Później sytuacja się zmieniła. Stało się jasne, że popełniono zabójstwo z premedytacją, z 

chęci zysku. Skoncentrowaliśmy się więc na poszukiwaniach i zabezpieczeniu śladów,  bądź 

mikrośladów, które mogły powstać np. przy przewożeniu zwłok samochodem. 

- No i co? Udało się? 

- Jeszcze jak! W wewnętrznej kieszeni marynarki Jabłkowskiego znaleźliśmy kserokopię 

listu Sannickiej z trzeciego maja. Tego, którego oryginał tkwił w zapalniczce znalezionej przy 

trupie  Gąsowskiego!  Dopiero  wówczas  uświadomiłem  sobie,  że  ten  list  musiał  być 

skierowany nie do Gąsowskiego, ale do Jabłkowskiego. On miał przecież na imię Stanisław! 

Wcześniej na to nie wpadłem, bo z uporem maniaka trzymałem się innej hipotezy. 

-  Jakim  cudem  list  od  Sannickiej  znalazł  się  w  posiadaniu  Gąsowskiego  i  dlaczego 

Gąsowski ukrył go tak starannie? Wiedział o zabójstwie Jabłkowskiej?! 

-  List  jak dotąd był  jedynym ogniwem  łączącym  obie sprawy. Na razie przesłuchiwanie 

Jabłkowskiego na tę okoliczność nie miało sensu. Zatrzymany nie przyznawał się do niczego. 

Żądał konfrontacji z żoną. Był pewien, że nie zdołamy mu niczego udowodnić. Przesłuchanie 

bez przedstawienia mu dowodów nie dało, w jego przypadku, pożądanych rezultatów. 

- A w sprawie o zabójstwo Jabłkowskiej mieliście już dowody? 

-  Wystarczające,  by  go  aresztować  pod  tym  zarzutem,  ale  nie  na  tyle  mocne,  by  go 

skłonić do szczerości. Nie dysponowaliśmy  jeszcze wówczas wynikami badań chemicznych 

organów wewnętrznych. Dopiero w wyniku tych badań stwierdzono  zatrucie pestycydami, z 

grupy fosforoorganicznej, to środki służące do ochrony roślin, ogrodnik trzymał je w garażu 

razem  z  innymi  preparatami  tego  typu.  Ale  to  wciąż  tylko  poszlaki.  Otrucie  trzeba  było 

udowodnić. 

Najbardziej owocne z tego punktu widzenia okazały  się wyniki szczegółowych oględzin 

jasnozielonego  fiata  Jabłkowskich.  Zabezpieczyliśmy  i  przekazaliśmy  do  badań  różne 

mikrowłókna odkryte w bagażniku. Jedne z nich udało się zidentyfikować jako pochodzące z 

dywanu Sannickiej, inne z jej odzieży. Pochodzenia ciemnogranatowych włókienek nie udało 

się  ustalić  z  powodu  braku  materiału  porównawczego.  I  dopiero  wówczas  nastąpiło  to 

skojarzenie: przecież to Gąsowski miał na sobie ciemnogranatowe ubranie. 

- Czyżby to znaczyło, że i jego zwłoki transportował Jabłkowski w swoim bagażniku? 

-  Prosiłem  o  ekspertyzę  porównawczą.  Jednocześnie  inny  ekspert,  również  na  nasz 

wniosek, sprawdzał, czy odkryty ślad opony koło leśnej przecinki można zidentyfikować jako 

background image

ślad opony wozu Jabłkowskiego. Chemicy porównywali zabezpieczone podczas oględzin  w 

Kampinosie drobinki zielonego lakieru z lakierem fiata będącego własnością Jabłkowskiego. 

Wyniki  badań potwierdziły  moją  hipotezę. Z opinii ekspertów wynikało  jednoznacznie, 

że  badane  mikrowłókna  pochodzą  z  ubrania  Gąsowskiego,  że  odkryte  na  leśnym  podłożu 

drobinki  lakieru  mają  identyczny  skład  chemiczny,  jak  lakier,  którym  pokryta  została 

karoseria  fiata  125p,  że  ślad  opony  pozostawiony  w  lesie  pochodzi  z  jednej  z  opon  wozu 

Jabłkowskiego. Skoro można było dowieść, że zwłoki Gąsowskiego zostały przewiezione do 

Kampinosu w  bagażniku  fiata 125,  nasuwał się dalszy  logiczny  wniosek,  że  Jabłkowski  był 

sprawcą  i  tego  zabójstwa,  że to on  wiózł  zwłoki  Gąsowskiego.  Tę tezę trzeba  było  jeszcze 

uzasadnić dowodowo. 

- Jabłkowski mógł przecież stwierdzić, że krytycznego dnia skradziono mu samochód, że 

go komuś pożyczył. 

-  Tak.  W  tej  sytuacji  przekazaliśmy  do  kolejnej  ekspertyzy  obuwie  Jabłkowskiego. 

Opowiadałem  ci  już,  że  w  splądrowanym  mieszkaniu  Gąsowskiego  odkryliśmy  skrawek 

podeszwowej gumy na oderwanej od podłogi blasze? 

- Tak. Opowiadałeś też, że obuwie Gąsowskiego nie nosiło śladów takiego uszkodzenia. 

- Ten kawałek gumy był dowodem, pasował idealnie do uszkodzenia podeszwy w bucie 

Jabłkowskiego. Widać nie dostrzegł tego naddarcia, skoro nie zniszczył butów. Był to dowód, 

że to on splądrował mieszkanie Gąsowskiego, a więc był sprawcą zabójstwa! 

-  Czy  splądrować  mieszkanie  mógł  tylko  sprawca  zabójstwa?  Na  jakiej  podstawie  tak 

twierdzisz? 

-  Tylko  sprawca  zabójstwa  mógł  dysponować  kluczami  denata.  Zamek  nie  nosi  śladów 

włamania. 

- Czego szukał Jabłkowski w mieszkaniu denata? 

- Właśnie, oryginału listu od Joli! Kserokopię tego listu dał mu Gąsowski jako dowód, że 

posiada oryginał. List był dowodem, świadczącym, że Sannicka żyje, jest za granicą zamiast 

Jabłkowskiej,  że  to  ona  w  zmowie  z  Jabłkowskim  podjęła  należny  tamtej  spadek.  Tym 

samym nasuwał podejrzenia co do losu Jabłkowskiej. Jabłkowski musiał go odzyskać! Skoro 

nie znalazł go w portfelu denata, zabrał mu klucze i przeszukał mieszkanie. Nie przyszło mu 

na myśl, że list może być ukryty w zapalniczce. 

-  Czy  wiecie  już,  w  jaki  sposób  Gąsowski  dowiedział  się  o  zabójstwie  Jabłkowskiej?  Z 

Jabłkowskim nie miał chyba kontaktów. Znał może Sannicką? 

- Widział ją raz! Przypadkiem raczej.  Miał natomiast kontakt z Jabłkowskim. Nie był to 

kontakt  typu  towarzyskiego.  Gąsowski  był  inżynierem  budowlanym.  Chodziło  o  usługi 

background image

zawodowe. 

- W jakich okolicznościach ci dwaj ludzie się ze sobą zetknęli? 

-  Jaguszko  zeznał,  że  przy  oglądaniu  posesji  w  Ursusie  towarzyszył  mu  znajomy  jego 

znajomych.  Okazało  się,  że  to  był  inżynier  Andrzej  Gąsowski.  Jako  specjalista  miał  ocenić 

wartość posesji, jej przydatność dla jego celów, Jaguszki. 

- I tam właśnie, w Ursusie, zetknęli się po raz pierwszy? 

- Tak. I to wszyscy czworo. Jabłkowski przyjechał z żoną, a Jaguszko z Gąsowskim. Po 

ocenie  Gąsowskiego  Jaguszko  zdecydował  się  na  kupno  tej  nieruchomości  i  któregoś  dnia, 

gdy debatowali razem nad możliwościami przeróbki starego domu, poprosił Gąsowskiego, by 

zaszedł do Jabłkowskiego po plany budynków. Gąsowski dostarczył mu te plany, był więc u 

Jabłkowskich,  na  początku  kwietnia.  I  wtedy  właśnie  widział  Jolę,  która  wystąpiła  w  roli 

żony,  nie  wiedząc,  że  nieoczekiwany  gość  poznał  już  prawdziwą  Jabłkowską  podczas 

oględzin  posesji,  że  ta  wówczas  wspomniała  o  nieoczekiwanym  spadku  i  wyjeździe  za 

granicę. 

- Jak wpadł mu w ręce list Joli? 

- Tego się nie dowiemy. Jabłkowski nie wie, a Gąsowski nie żyje. 

Gąsowski - jak zeznał Jabłkowski - zjawił się u doktora w maju z kserokopią listu Jolanty 

i zażądał miliona w zamian za oryginał listu i milczenie. 

Przeczytam ci fragment wyjaśnień Jabłkowskiego: 

„Jola,  zapewne  przez  zapomnienie,  podpisała  list  swoim  imieniem,  zamiast  imieniem 

żony.  Ta  jej  nieuwaga  mogła  mnie  drogo  kosztować.  Przeraziłem  się.  Chciałem  zyskać  na 

czasie. Oświadczyłem mu, że na razie nie dysponuję taką kwotą i że muszę mieć czas na jej 

zgromadzenie. 

Zgodził się. Ustaliliśmy termin na sobotę, 1 czerwca. 

-  Mogłem  mu  zapłacić,  ale  rozumiałem,  że  na  tym  się  nie  skończy.  Będzie  mnie 

szantażował  dalej.  -  Może  mi  uniemożliwić  wyjazd  do  Stanów.  Postanowiłem  załatwić 

sprawę, do końca. 

-  31  maja  podjąłem  milion  z  książeczki  hasłowej.  Wyprawiłem  do  rodziny  gosposię  i 

czekałem na niego na Ursynowskiej. 

-  Przyszedł punktualnie. Przeliczał właśnie pieniądze, które mu wręczyłem.  Był tym tak 

zaabsorbowany,  że  nawet  nie  zauważył,  gdy  do  niego  podszedłem.  Jedno  uderzenie  i  po 

wszystkim. 

- Zwłoki wyniosłem do garażu, a potem włożyłem do bagażnika. 

- Znam dobrze Puszczę Kampinoską. Nadleśniczy jest moim przyjacielem, więc bywałem 

background image

często  u  niego,  włóczyliśmy  się  razem.  Znał  tam  każdy  kąt.  Nietrudno  mi  było  wybrać 

miejsce. Zostawiłem wóz przy przesiece, wyniosłem z niego zwłoki, zarzuciłem na plecy. Nie 

miałem zaprawy. Męczyłem się, więc zatrzymywałem się na krótkie odpoczynki. 

-  Powiesiłem  go  na  jednym  z  drzew  w  gęstwinie.  Obszukałem  ubranie.  Przejrzałem  i 

zniszczyłem  jego  dokumenty,  ale  listu  nie  znalazłem.  Zabrałem  więc  klucze  i  jeszcze  tego 

samego wieczoru przeszukałem jego mieszkanie. Bez rezultatu. Wyszedłem niezauważony.” 

- Czy Jabłkowski wyjaśnił, w jaki sposób otruł żonę? 

- Tak. Codziennie wieczorem zażywała proszki przeciwbólowe w opłatkach. Do jednego 

z tych opłatków wsypał końską dawkę trucizny. Zmarła w męczarniach w nocy z pierwszego 

na drugiego kwietnia. Twierdził, że w ostatniej chwili próbował ją ratować.  Nie  bardzo w to 

wierzę. 

-  Gdyby  rzeczywiście  się  rozmyślił  i  chciał  ją  uratować,  odwiózłby  ją  natychmiast  do 

szpitala. 

- Jednak się na to nie zdecydował. O świcie wyjechał do Mławy. Przywiózł Sannicką do 

domu.  Ubrali  Jabłkowską  w  ciuchy  Jolanty,  owinęli  ją  w  dywan  i  w  nocy  z  drugiego  na 

trzeciego kwietnia zakopali zwłoki w piwnicy w Ursusie. 

Nad  ranem  wrócili  na  Ursynowską  i  Jabłkowski  odwiózł  Jolantę  na  lotnisko.  Sannicka 

odleciała do Stanów jako Janina Jabłkowska. W dwa tygodnie później telefonowała do niego, 

podając mu adres swego pensjonatu. Tam też mieli się spotkać. 

- Po tej rozmowie wysłała do niego list, który wpadł w ręce Gąsowskiego? 

-  Tak.  Jabłkowski  dowiedział  się  o  tym  liście  od  Gąsowskiego,  gdy  ten  przyszedł  go 

szantażować. To było w drugiej połowie maja... 

- Jeszcze przed tym Jabłkowski złożył wniosek o paszport do Stanów? 

- Tak. Zamierzał wyjechać w lipcu. O terminie wyjazdu zawiadomił Jolantę właśnie tym 

listem, który zwróciła poczta. 

- Ale Sannicka prysnęła z San Francisco? Knutek nie omyliła się. Jolanta zamieszkała w 

Paryżu. 

- Odnaleźliśmy jej adres przy pomocy policji francuskiej. Wystąpiliśmy o ekstradycję, ale 

nie dojdzie do tego. 

- Dlaczego? 

-  Sannicka  nie  żyje.  Wdała  się  w  jakieś  podejrzane  towarzystwo.  W  rezultacie  została 

obrabowana i zamordowana. Tak się skończyły sny o karierze... 

- Jak w powieści - wzdycha dziennikarz. - Kradzione nie tuczy - dodaje sentencjonalnie. - 

Ale z tego, co mówisz, wynika, że Jabłkowski nie oszczędzał jej w swoich wyjaśnieniach. 

background image

- Dowiedziawszy się, że zwiała i wystawiła go do wiatru, załamał się. On naprawdę był w 

niej zadurzony. To był główmy motyw pierwszego zabójstwa. 

- Mógł się rozwieść z żoną, nie musiał jej zabijać. 

-  Tak,  ale  wówczas  tracił  fortunę.  Nie  chciał  z  niej  zrezygnować.  Oboje  z  Jolantą  byli 

chciwi i bezwzględni. Zresztą Gąsowskiego też zgubiła chciwość. Zapewne uważał ów list za 

uśmiech fortuny... 

-  Ale,  jak  widać,  fortuna  kołem  się  toczy  -  rzuca  żartobliwie  dziennikarz,  zamykając 

notes.