background image

BENTE PEDERSEN 

POD OBCYM NIEBEM 

background image

Wszystko się skończyło. Wszystko. 

Wszystko  przepadło  w  chwili,  w  której  Mikkal  wydał  ostatnie  tchnienie  w  jej 

ramionach. 

Wokół tej chwili krążyła każda myśl Raiji. 

To koniec. 

Tamta kula jej była przeznaczona, ją powinna trafić. Gdyby tak się stało, ominąłby ją 

wielki ból. Nie zostałaby skazana na życie, które straciło już sens. 

Szczęście... 

Każdą  sekundę  życia  Raiji  przenikała  nadzieja  na  szczęście.  Każdy  kolejny  oddech 

brała  z  przekonaniem,  że  nie  czyni  tego  nadaremnie.  Elle  obiecała  to  kiedyś  szczupłej 

dziewczynce. Na dziecięcej wówczas dłoni dojrzała szczęście, o które Raija miała zawzięcie 

walczyć. 

Niebo świadkiem, iż walczyła. Zawzięcie. 

A jej szczęściu było na imię Mikkal. Teraz Mikkal nie żyje. Tylko żyjący mogą być 

szczęśliwi. 

Wszystkie  łzy,  tęsknoty  i  marzenia  okazały  się  nadaremne.  A  przecież  od 

najwcześniejszej młodości płakała, tęskniła i marzyła. O Mikkalu. 

Wierzyła, że mają przed sobą wspólną przyszłość, i oczekiwała jej. 

Wszystkie  nadzieje  Raiji  wiązały  się  z  ową  przepowiednią,  która  była  jednym  ze 

wspomnień z dzieciństwa. 

Wydawało  jej  się,  że  ma  prawo  oczekiwać  spełnienia  tej  mglistej  obietnicy 

wypowiedzianej ustami starej kobiety. 

Wydawało jej się, że ma prawo do szczęścia. Jeśli ktokolwiek ma prawo do szczęścia, 

to właśnie ona. 

A tymczasem wszystko przepadło. 

Wszystko przepadło w mgnieniu oka, w chwili gdy Mikkal zginął od kuli mordercy na 

zaśnieżonym targowisku pośród pokrzywionych przez wiatry straganów. 

Bezsensowny koniec życia. 

Przerażająco bezsensowny koniec życia Mikkala. 

Koniec jej życia. 

Trudno to było wytłumaczyć Jewgienijowi. 

background image

- Jeśli tego nie rozumiesz - mówiła mu Raija - to znaczy, że nigdy nie kochałeś. 

Wciąż miała zapłakane oczy. Odbili od brzegu już trzy dni temu, a ona bez przerwy 

płakała. 

Podążali na wschód. Po raz kolejny. Raija była pewna, że tym razem dotrze do celu. 

Nie zamierzała znów stać samotnie na nagim wybrzeżu i patrzeć na znikającą na horyzoncie 

szkutę. 

Nadeszła pora, by udać się w tę podróż. Raija postanowiła uciec z Ruiji. Uciec przed 

władzą państwową i przed człowiekiem, który pragnął jej śmierci. 

Opuściła  kraj,  który  obdarował  ją  prawie  wszystkim,  by  później  odebrać  to,  co 

najważniejsze. 

Wolność mogła odzyskać tylko w kraju nieskończenie wielkim. I bardziej obcym niż 

można to sobie wyobrazić. 

W Rosji. 

Przyszłość Raiji zależała od Jewgienija. Nie znała nikogo innego. Tylko z nim mogła 

porozmawiać. 

Ale Jewgienij nie potrafił jej zrozumieć. 

- Chciałbym, żebyś się wreszcie wypłakała, wyżaliła i zostawiła to wszystko za sobą. 

Raz  na  zawsze..  Krzycz.  Wściekaj  się.  Wyrzuć  to  z  siebie,  Raiju.  Nie  ma  sensu,  byś 

skazywała  się  na  śmierć  za  życia.  Dla  niego  nie  ma  to  żadnego  znaczenia.  On  umarł.  I  nie 

przywrócisz mu życia, niszcząc własną przyszłość. 

- Jesteś największym barbarzyńcą, jakiego kiedykolwiek spotkałam - mruknęła Raija. 

Było to jedno z ulubionych słów Aleksieja. Raija kolekcjonowała różne słowa. Przyswajała je 

po to, by ich używać. Nawet w takiej chwili potrafiła odnaleźć właściwy zwrot. 

-  Nie  jestem  większym  barbarzyńcą  niż  ty,  moja  droga.  Widzę  tylko,  że  sama  sobie 

szkodzisz. Jeśli twoje życie już się skończyło, to dlaczego uciekasz? - zapytał wyzywająco. - 

Dlaczego  wsiadłaś  na  pokład  mojego  statku,  jeśli  naprawdę  masz  dość  życia?  Nie  byłoby 

prościej  zostać  tam  i  pozwolić,  by  cię  zabili?  Zdaje  się,  że  znalazłaś  się  tu  całkiem 

dobrowolnie. Reijo nie  przyprowadził cię siłą.  Coś trzyma cię przy życiu, Raiju. A więc w 

twoim  zachowaniu  jest  trochę  obłudy.  Żałoba  jest  rzeczą  ludzką.  Pozwolę  ci  go  opłakiwać. 

Ale nie mów mi, że twoje życie się skończyło tylko dlatego, że on umarł. 

- Kochałam go - powiedziała Raija buńczucznie. - Kochałam go bardziej, niż możesz 

sobie  wyobrazić.  Do  szaleństwa.  Tego  nie  da  się  z  niczym  porównać.  Z  żadnym  innym 

uczuciem. On był sensem mojego życia. On był moim życiem, Jewgienij. 

background image

Jewgienij słuchał uważnie. Był to przystojny mężczyzna o melancholijnym spojrzeniu 

brązowych  oczu,  z  blizną  na  brodzie,  która  uwydatniała  się  wówczas,  gdy  zagryzał  zęby  z 

bólu. 

Raija wcale tego nie zauważyła. Była całkiem zaślepiona własnym nieszczęściem. Na 

Jewgienija Dymitrowicza Bykowa nie zwracała uwagi i on świetnie o tym wiedział. 

-  Żaden  człowiek  nie  może  być  życiem  kogoś  innego,  Raiju  -  tłumaczył  Rosjanin 

łagodnie swym głębokim głosem. - Nie wolno nikogo kochać w ten sposób. Nie wolno żyć 

wyłącznie  życiem  tego  drugiego.  Traci  się  wówczas  własne,  policzone  przecież  godziny  i 

dni...  -  Jewgienij  mówił  długo  i  miał  nadzieję,  że  Raija  nie  słyszy  tej  dziwnej  nuty  w  jego 

głosie.  Mówił  bowiem  tyleż  do  niej,  co  i  do  siebie.  Słowa  te  w  równym  stopniu  dotyczyły 

tego, co sam robił ze swoim życiem, z przypisanym sobie czasem. 

-  Życie,  moja  droga,  to  nie  to,  o  czym  marzysz.  Nie  to,  czego  pragniesz,  by  się 

zdarzyło  jutro  czy  w  przyszłym  roku.  Albo  za  dziesięć  lat.  Życie  to  nie  to,  co  może  się 

wydarzyć, jeśli tylko...  Życie jest tu i teraz. Na przekór wszystkim twoim „jeśli” i „może”, 

które  nigdy  się  nie  spełnią.  Życie  toczy  się  niezależnie  od  twoich  marzeń.  Niezależnie  od 

twoich tęsknot. I takie właśnie jest: pełne goryczy. Ale twoje. Masz je we własnych rękach w 

każdej  chwili.  Życie  nie  zacznie  się  z  dniem  jutrzejszym,  choć  wierzysz,  że  on  będzie  ja-

ś

niejszy.  Powtarzam:  życie  jest  tu  i  teraz.  I  dopiero  wtedy,  gdy  to  rozumiesz,  zaczynasz 

naprawdę żyć. 

Raija  milczała.  Jewgienij  wiedział,  że  ona  nie  może  się  pogodzić  z  jego  słowami. 

Jeszcze nie teraz. 

Ale powiedział jej prawdę. Prawdę, której sam nie potrafił udźwignąć. 

Rosjanin był takim samym marzycielem jak Raija. Strumień życia płynął obok niego 

jak fala przypływu, jak fale, które obmywały burty jego statku. 

Miał  zamiar  zacząć  żyć  zgodnie  z  tą  prawdą.  W  teraźniejszości.  Postanowił  jednak 

poczekać, aż i Raija to pojmie. Na razie karmił się marzeniami i bolesnymi tęsknotami. 

Raija tego jednak nie dostrzegała. 

- Jesteś zbyt młoda, by pozwolić, aby ból zawładnął twoim życiem. 

- Czy to zależy od wieku? - zapytała. 

- Spójrz w przyszłość! - wykrzyknął. 

- Widzę mrok. Przede mną jest tylko mrok, Jewgienij! - Raija zamrugała powiekami i 

na  chwilę  wróciła  do  teraźniejszości,  muskając  swą  drobną  dłonią  ogorzały,  wysmagany 

wiatrem policzek mężczyzny siedzącego koło niej. Jewgienij był przystojny. Nigdy dotąd nie 

background image

myślała o nim w ten sposób, ale w tej chwili przyszło jej do głowy, że to słowo nad wyraz do 

niego pasuje. 

- Wiem, że robisz dla mnie, co możesz, mój drogi przyjacielu - ciągnęła. - Wiem, że 

pragniesz mojego dobra, ale zdaje się, że nikt nie może mnie uleczyć. Wcale nie chcę tonąć 

we  łzach.  Wcale  tego  nie  chcę.  Niczego  nie  gram.  Wolałabym  umieć  znosić  cierpienie  z 

większą godnością. On zresztą najprawdopodobniej życzyłby sobie tego... - głos Raiji zadrżał 

niebezpiecznie. Z trudem przełykała ślinę, ocierając łzy z oczu. - Nie potrafię wymówić jego 

imienia,  Jewgienij.  Ono  wzbiera  we  mnie  jak  wiosenna  powódź.  Ale  nie  potrafię  go 

wymówić. Nie potrafię znieść tej pustki z godnością. 

Jewgienij chwycił się mocno krawędzi stołu. Odwrócił się do niej plecami. 

Zapadła ciężka cisza. Raija podniosła oczy, by spojrzeć na Rosjanina, by spojrzeć na 

jego szerokie plecy skryte pod cieniutką koszulą. Koszula była tak bardzo znoszona, że bez 

trudu można było zobaczyć mięśnie pracujące pod tkaniną. Jewgienij pochylił  głowę. Raija 

słyszała jego ciężki, przyspieszony oddech. Rwący się oddech cierpiącego człowieka. 

Na  kark  spływały  mu  długie,  wijące  się  włosy.  Właśnie  to  spostrzegła  Raija. 

Spostrzegła to, co nie miało żadnego znaczenia. 

-  Mówisz  o  miłości,  Raiju  -  powiedział  Jewgienij  po  chwili.  Wyprostował  silne 

ramiona oparte o stół, tak jakby chciał przepchnąć go przez ścianę. - Musisz wiedzieć, że nie 

ty jedna kochałaś. Cały świat cierpi na tę samą chorobę. Mówisz, że kochałaś do szaleństwa. 

Ż

e  nie  potrafisz  tego  wyrazić.  Obawiam  się,  że  to  również  nic  niezwykłego.  -  Jego  oddech 

wciąż był przyspieszony. - Nie mówiłem ci jeszcze o tym. Nie rozmawiałem o tym z nikim. 

Nawet z Aleksiejem, choć w owym czasie był mi bardzo bliski. Gdybym cokolwiek zdradził, 

byłoby mu to ciężarem. Musiałem dźwigać to sam. 

Jewgienij obrócił się gwałtownie. Spojrzał na Raiję płonącymi oczami. 

-  Ja  również  kochałem  do  szaleństwa.  Byłem  gotów  umrzeć  dla  niej.  W  wyobraźni 

namalowałem już całe swoje życie, a ona była na każdym obrazie. Patrzyłem w przyszłość, 

tylko  w  przyszłość.  Widziałem  szczęście,  śmiech  i  miłość.  Widziałem  pięcioro,  sześcioro 

dzieci, widziałem ją... 

W Raiji ożyło jakieś na  poły zatarte wspomnienie. Aleksiej mówił jej kiedyś o tym. 

Dawno, dawno temu. Z pewnością już to kiedyś słyszała. 

- Ona umarła - powiedział Jewgienij. - Umarła, a moje życie się skończyło. Tak mi się 

wydawało. Ja również chciałem umrzeć. Nie pamiętam nawet, ile razy przykładałem nóż do 

przegubu. Upijałem się do nieprzytomności co najmniej tyle samo razy. Sądziłem, że to jest 

background image

jakieś rozwiązanie. Że po pijanemu łatwiej mi będzie skończyć ze sobą... Jewgienij pokręcił 

głową. 

-  Ale  to  nie  było  żadne  rozwiązanie.  Nic  mi  się  nie  układało  aż  do  chwili,  w  której 

zdołałem na nowo podnieść głowę. Dopóki nie nauczyłem się patrzeć życiu prosto w oczy. 

Dopóki nie nauczyłem się żyć z godnością. 

- Ona miała na imię Walda, prawda? - zapytała cichutko Raija. 

Jewgienij zmarszczył brwi. 

- Aleksiej ci o tym opowiadał? - zdziwił się. Raija skinęła głową. 

- Miał poczucie, że to była jego wina - dodała. Jewgienij wykrzywił się nieco. 

- To nie ułatwiło mi sprawy, prawda? Ona była nim zafascynowana, a ja nie mogłem 

na to patrzeć. Wydawało mi się jednak, że to przejdzie. Wszystkie kobiety zachowywały się 

tak samo na początku znajomości z Aleksiejem. Był zbyt przystojny. Ale jej nie przeszło. I 

nie  zdołała  tego  znieść.  Wybrała  więc  śmierć.  Straciłem  kobietę,  która  miała  zostać  moją 

ż

oną, i niewiele brakowało, a straciłbym brata, który z upodobaniem nurzał się we własnym 

poczuciu winy. Nie było już miejsca dla mnie i dla mojego bólu. Ja także kochałem, Raiju. 

Kochałem i cierpiałem. - Jewgienij uśmiechnął się blado. - Wówczas miałem niewiele więcej 

lat niż ty dzisiaj. 

- A teraz? - zagadnęła Raija. - Wcale nie jesteś taki stary, Jewgienij. 

-  Mam  trzydzieści  pięć  lat,  czy  to  niemało?  A  może  trzydzieści  sześć.  Nie  liczyłem 

dokładnie. Ale tragiczna miłość nie oznacza wcale, że nie można pokochać jeszcze raz. Życie 

toczy się dalej. 

- Ale ty wciąż jesteś sam - przypomniała mu Raija, zmęczona już jego pouczeniami. 

- Tak, jestem sam - przyznał ze smutkiem, a w jego przepastnych brunatnych oczach 

błysnął dziwny płomień. - Ale żyję.  I znowu kocham. Nie chciałbym jednak o tym mówić. 

Nie teraz. 

Raija skinęła głową. Wcale nie była ciekawa jego zwierzeń. Nawet przez chwilę nie 

zastanawiała się, dla kogo bije serce Jewgienija. Obchodził ją tylko jej własny ból. 

A poza tym przecież to tylko słowa. 

Kochać... miłość... 

Wcale  nie  wiadomo,  czy  ona  i  Jewgienij  mieli  to  samo  na  myśli,  wypowiadając  te 

słowa.  Raija  wiedziała  doskonale,  że  sama  używała  tych  określeń  wiele  razy  -  nie  tylko  w 

stosunku do Mikkala. I nigdy nie kłamała. Zawsze chodziło o pewien rodzaj miłości. Przynaj-

mniej częściowo. Zawsze chodziło o związek, w który angażowała swoje serce. 

background image

Owo  uczucie  przypominało  wątły  kwiatek,  gdy  tak  młodo  wychodziła  za  mąż  za 

Karla. Oboje, choć bardzo różni, po omacku zbudowali wówczas coś w rodzaju wspólnoty. 

Związek  pełen  ciepła.  Łączyło  ich  coś,  co  wcale  nie  było  brzydkie.  Nawet  dziś  z  rozczu-

leniem wspominała tego bladego młodzieńca, który był jej pierwszym mężem. 

Cień prawdziwie wielkiego uczucia pojawił się między Raiją a Aleksiejem, młodszym 

bratem  Jewgienija.  Aleksiej  był  bez  wątpienia  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego 

kiedykolwiek spotkała. Za sprawą jakiegoś błogosławieństwa albo przekleństwa oboje mieli 

w sobie dar przyciągania innych ludzi - i właśnie to ich połączyło. Ów niezwykły dar rzadko 

kiedy przynosił szczęście innym. Nie przyniósł też wielkiego szczęścia żadnemu z tych dwoj-

ga.  Raija  zapatrzyła  się  w  czarną  pustkę,  którą  nazwała  przyszłością.  Aleksiej  pozwolił,  by 

zawładnęło nim szaleństwo, i zginął w tragicznym wypadku. Przekroczył granice nicości w 

czasie  bójki  z  Jewgienijem.  Zarówno  Raija,  jak  i  Jewgienij  dręczyli  się  poczuciem  winy. 

Łączyła  ich  tylko  piękna  przyjaźń,  ale  Aleksiej  podejrzewał,  że  chodzi  o  coś  więcej.  A 

przecież Raija miała wyruszyć z Aleksiejem do Rosji, tak daleko zaszły sprawy między nimi. 

I nie były to tylko czcze słowa. Mimo wszystko Raija wiedziała dobrze, że w tym związku nie 

chodziło o prawdziwie wielką miłość. 

Za  sprawą  ironii  losu  zmuszona  była  ruszyć  na  wschód  z  Jewgienijem.  Miało  to  w 

sobie szczyptę goryczy, której Raija wolała na razie nie smakować. 

Dobrze, że ona i Jewgienij są tylko przyjaciółmi... 

Raija skierowała swe myśli ku trzem następnym mężczyznom, którzy zakradli się do 

jej serca. 

Aleksanteri.  Dziki,  niepochwytny  Santeri,  który  potrafił  stopić  jej  serce  tak,  jak 

pierwsze promienie wiosennego słońca topią zimowe śniegi. Pełen pożądania, pełen tęsknoty. 

Ale z tego wszystkiego zostało mniej więcej tyle, co z zimowego śniegu. Słodka pustka. Coś 

w rodzaju przyjaźni. Najbardziej płynnej z możliwych. Czy można ją nazwać miłością? Raija 

nie była tego pewna. Ale ceniła to piękne doświadczenie. Chwile nasycone słońcem. 

Santeri  był  niczym  wiosenny  wiatr,  który  porywał  jej  serce.  Dlatego,  że  zjawił  się 

wiosną, dlatego, że był równie nieobliczalny jak wiatr. 

Petri.  Skała.  I  jak  skała  niewzruszony.  W  jego  oczach  odbijały  się  wody  Zatoki 

Botnickiej, jego dłonie dotykały złocistych zbóż z Tornedalen, a jego ciało wiło się z głodu, 

gdy  mróz  niszczył  uprawy.  Pochodził  z  tej  samej  ziemi,  co  i  Raija.  Patrzył  na  ten  sam 

skrawek nieba. W jego żyłach płynęła ta sama krew. Gdyby nie było Mikkala, gdyby Mikkal 

się nigdy nie narodził, wówczas Raija mogłaby przeżyć życie z Petrim i wierzyć, że na tym 

polega szczęście. Sądzić, że to właśnie jest miłość. 

background image

Jeszcze Reijo... 

Dobry,  drogi  Reijo.  Ten,  który  ciągle  trwał  przy  niej.  I  nigdy  jej  nie  zdradził.  Ten, 

który uwielbiał ją z młodzieńczą konsekwencją, który dał jej czułość i ciepło, który ofiarował 

swoje życie. Choć kochał ją inaczej... 

Reijo był jej jedynym prawdziwym przyjacielem. Jedynym prawdziwym przyjacielem, 

który  w  razie  potrzeby  zawsze  stał  u  jej  boku.  Raija  początkowo  sądziła,  że  ta  część 

przepowiedni starej Elle dotyczyła Mikkala, ale potem zrozumiała, że nie chodziło o niego, 

tylko o Reijo. 

Raija wiedziała, że Reijo gotów byłby oddać za nią życie, i wydawało jej się, że ona 

zrobiłaby  dla  niego  to  samo.  Taką  postać  przybrało  ich  uczucie.  Raija  kochała  go  -  za  tę 

przyjaźń. Za jego wierność, za to, że nigdy jej nie zdradził, za jego cudowny charakter, który 

czynił  z  Reijo  jednego  z  najwspanialszych  ludzi,  jakich  znała.  Za  to,  że  był  sobą.  Ale  nie 

miało to nic wspólnego z uczuciem, które łączyło ją z Mikkalem. Między nią a Mikkalem był 

spieniony  ocean  namiętności.  I  choć  Raija  nie  przepadała  za  morzem,  nie  potrafiła  znaleźć 

lepszego porównania. 

Ocean albo niebo. 

Uczucie,  które  się  zrodziło  między  nią  a  Mikkalem,  nie  miało żadnych  granic.  Było 

równie nieskończone jak ocean czy niebo. 

Gotujące się do burzy niebo pomieściłoby zaledwie cząstkę tego, co Raija przeżyła. 

Ani czas, ani odległość nie zdołały ich rozdzielić. Myśl potrafiła pokonać ograniczenia 

ciał. Każde z nich było w stanie dotrzeć do tego drugiego, choćby nawet w rzeczywistości nie 

mogli się dotknąć. Ich miłość unieważniła wszelkie ziemskie przeszkody. 

Tego uczucia nie można z niczym porównać. 

Raija  nie  sądziła,  by  inni  ludzie  doświadczali  tak  wielkiej  i  głębokiej  miłości. 

Wydawało jej się, że tylko ona i Mikkal przeżyli coś takiego. Gdyby to dotyczyło wszystkich, 

zwykli  ludzie  nie  mogliby  znieść  miłości.  Było  w  niej  bowiem  tyle  samo  cierpienia,  co  i 

wszechogarniającej radości. A może cierpienia więcej. Płacili drogo za każdą radosną chwilę, 

ale każda z nich była warta tej ceny. 

Raija rozumiała, że ten ostatni ból również został wliczony w cenę. W bardzo wysoką 

cenę... 

Ale  nawet  teraz  nie  pozwoliłaby  sobie  tego  odebrać.  Jeśli  tyle  miała  kosztować  ta 

miłość, to Raija była gotowa płacić za nią każdą gorzką minutą swego życia. 

To właśnie miała na myśli, mówiąc „miłość”. Mówiąc o kochaniu. 

background image

Niemożliwe, by Jewgienij rozumiał tak samo te słowa. Raija nie mogła w to uwierzyć. 

To, co połączyło ją i Mikkala, nie mogło się przydarzyć nikomu innemu. Było wyjątkowe. 

I nigdy się już nie powtórzy. Raija dobrze znała ból, który był ceną takiej miłości. 

Gdy Raija po raz pierwszy weszła na pokład „Sankt Nikołaja”, nie mogła opanować 

ciekawości.  Obejrzała  dokładnie  każdy  kąt,  do  którego  udało  jej  się  dostać.  Oglądała 

wszystko,  pozwalała  sobie  zaimponować,  pozwoliła  się  nawet  przestraszyć  i  rozzłościć.  Z 

wielkim  respektem  myślała  o  tym,  że  ten  niezgrabny,  niezbyt  urodziwy  stateczek  potrafił 

odbyć  tak  długą  podróż  z  ogromnego  kraju  na  wschodzie  aż  do  najdalszych  przystani 

rybackich  w  głębi  pięknych  fiordów  w  północnej  Norwegii.  Rosyjskie  szkuty  były  nie  tyle 

pięknymi  damami  morza,  co  jego  wiernymi  służebnicami.  Tak  przynajmniej  sądziła  Raija. 

Rzetelnie wykonywały swoje zadania. 

Raija wiedziała też, jak ważną rolę odgrywają rosyjskie statki w życiu mieszkańców 

wybrzeża Ruiji. Z własnego doświadczenia znała kłopoty z utrzymaniem rodziny. Pamiętała, 

jak  wytrwale  muszą  oszczędzać  ubodzy,  by  móc  płacić  podatki  i  spłacać  swe  długi,  które 

jakoś nigdy się nie zmniejszały. 

Prości ludzie wiecznie byli coś winni wielkim panom. A to pieniądze, a to dziesięcinę, 

a to własną duszę... 

Dlatego traktowali Rosjan jak dar niebios. Nie znali niczego piękniejszego niż widok 

niezgrabnych  rosyjskich  żaglowców  na  morskich  falach.  Mąka  była  dla  nich  zbyt  droga. 

Ziarno też kosztowało zbyt wiele. Tylko handel z Rosjanami ratował biedaków. Przybysze ze 

wschodu  chętnie  zamieniali  towar  na  towar.  A  przy  tym  nie  byli  drobiazgowi,  nawet  jeśli 

trafiała się im trochę nadpsuta ryba. 

Ludzie  ze  wschodu  obchodzili  tyle  świąt,  podczas  których  nie  mogli  jeść  mięsa,  że 

zapotrzebowanie na rybę było ogromne. Niezależnie od jakości. 

Raija dobrze o tym wszystkim wiedziała. 

Zobaczyła jednak również rzeczy, od których cierpła jej skóra. Bo czuła się bezsilna. 

Marynarze  żyli  w  fatalnych  warunkach.  Mieli  do  dyspozycji  tylko  jedną  wspólną 

kajutę,  a  w  niej  niewiele  miejsca.  Mniej  niż  potrzebowali.  Raija  widywała  w  swym  życiu 

zwierzęta traktowane lepiej niż ci marynarze. Widok mężczyzn śpiących na zmianę rozdziera! 

jej  serce.  Ich  ubrania  były  w  opłakanym  stanie.  Chyba  że  wybierali  się  na  ląd.  Wówczas 

zakładali strój odświętny. Jedyny, jaki posiadali. 

Odżywiali się kiepsko, rybą i żytnim chlebem.  Gotowali na pokładzie. Raija zawsze 

zastanawiała  się,  jakim  cudem  przetrzymują  tak  trudne  podróże.  Jak  mogą  tak  pracować  o 

background image

takim pożywieniu. Nie było to jedzenie, od którego ciężko pracujący człowiek mógłby nabrać 

sił. 

Zarabiali  niewiele.  To  zależało  zresztą  od  kapitana.  Jewgienij  nie  był  pod  tym 

względem  najgorszy.  Miał  zbyt  miękkie  serce,  w  każdym  ze  swych  marynarzy  widział 

człowieka.  A  jednak  ich  zarobki  nie  były  wysokie.  Raija  zapytała  Jewgienija,  dlaczego  ci 

ludzie godzą się na takie warunki. Jewgienij popatrzył na nią trochę dłużej. W jego spojrzeniu 

pojawił się cień melancholii. Odpowiedział jej bardzo cicho, jakby miał nieczyste sumienie: 

- W moim kraju żyje bardzo wielu ludzi, Raiju. Gdyby ci chłopcy nie zgodzili się na 

takie warunki, znalazłoby się mnóstwo innych chętnych. Zawsze jest ktoś, kto głoduje jeszcze 

bardziej niż ty... 

Raija doświadczyła tego na własnej skórze. Miała przy tym świadomość, że w Rosji 

również  niewiele  się  zmieniło.  Tam  także  nigdy  nie  zabraknie  biedaków.  Ludzi,  którzy 

potrzebują chleba. 

Różnica pomiędzy dobrze, a nawet przesadnie dostatnio wyposażoną kajutą kapitana a 

ciemną i ciasną norą zwykłych marynarzy zawsze będzie uderzająca. 

Raija  nie  była  tym  zachwycona.  Ale  jej  własny  żal,  jej  własny  przejmujący  ból 

wygrywał ze współczuciem dla innych. 

Pogodziła się więc z tym, co powiedział Jewgienij. Uspokoiła ją myśl, że tak już musi 

być. Że taki już jest ten świat. Że zawsze znajdzie się ktoś głodniejszy niż ty... 

Jej ciało pokryło się gęsią skórką na samą myśl o jedzeniu. Nie jadła jeszcze obiadu. 

Na sam widok ryby, choć z pewnością była przyrządzona lepiej niż ta, którą jedli marynarze, 

dostała torsji. Do tej pory ogarniały ją mdłości, ledwo pomyślała o jedzeniu. 

Powinna była wiedzieć, że choroba morska nie przechodzi tak łatwo! 

Raija  zachwiała  się.  Jewgienij  przyskoczył  do  niej  w  mgnieniu  oka.  Delikatne  ręce 

objęły jej talię. Rosjanin podparł ją, podtrzymując za łokieć. 

- Źle się czujesz? - zapytał. W jego głosie słychać było niepokój. Mówił jak człowiek 

zatroskany, ale zarazem bardzo zdecydowany. - Mówiłem ci już, że powinnaś jeść - ciągnął 

prawie  rozkazującym  tonem.  -  To  wszystko  z  głodu.  Nie  zwalczysz  żadnej  choroby,  jeśli 

będziesz żyć tylko o wodzie. Jesteś chuda jak szczapa i nie życzę sobie, byś jeszcze chudła. 

Rozumiesz? 

Raija skinęła głową. Znów poczuła mdłości. Skuliła się w sobie i osłoniła usta. Gdy 

próbowała powstrzymać się od wymiotów, miała takie wrażenie, jakby jej klatkę piersiową i 

ż

ołądek wypełniły kamienie. Do gardła podeszła fala letniego płynu. Obrzydliwego płynu. W 

uszach jej szumiało, gdy zbliżał się kolejny atak torsji. 

background image

- Jewgienij, pomóż mi wyjść na pokład - wydusiła Raija. 

Jewgienij trochę ciągnął ją za sobą, trochę zaś niósł. Gdy już wydostali się na pokład, 

oparł Raiję o burtę, wciąż ją podtrzymując. Pochylona Raija czuła, jak gładkie drewno uciska 

jej  przeponę,  i  wymiotowała  tak  długo,  aż  w  ustach  pozostał  już  tylko  nieprzyjemny  smak. 

Dopiero  wtedy  otworzyła  oczy  i  popatrzyła  na  szarozieloną  wodę  pokrytą  żółtobiałą  pianą. 

Zdawało jej się, że sama jest równie zielona jak ta woda. 

Wciągała łapczywie powietrze. Jednocześnie grzbietem dłoni osuszyła oczy. 

- Gdybyś jadła cokolwiek, nie chwytałyby cię takie mdłości - powiedział Jewgienij z 

łagodnością  starszego  brata.  W  kąciku  jego  ust  czaił  się  uśmiech,  choć  Rosjanin  dobrze 

wiedział,  jak  źle  Raija  znosi  podróż.  Jako  rasowy  wilk  morski  nie  mógł  się  jednak 

powstrzymać od uśmiechu, gdy widział ludzi karmiących ryby w ten sposób. 

-  Gdybym  cokolwiek  zjadła  -  odparła  z  trudem  Raija  -  wymiotowałabym  jeszcze 

więcej. Trwałoby to dłużej. Czułabym się gorzej. 

Jewgienij  pokręcił  głową.  Miał  ochotę  pogłaskać  ją  po  włosach  rozwianych  przez 

wiatr, ale zrezygnował. Z zadowoleniem skonstatował, że panuje nad sobą. Ze wciąż jeszcze 

się  kontroluje.  Że  potrafi  okiełznać  swoją  namiętność.  Dzięki  temu  czuł  się  silniejszym  i 

dumniejszym mężczyzną. 

- Nie chcesz się niczego nauczyć, Raiju. Dziś wieczorem zatroszczę się osobiście, byś 

coś zjadła. Choćbym nawet miał ci siedzieć na głowie. 

Raija wyobraziła sobie przez moment taką scenę i prawie się uśmiechnęła. 

- Będę ci siedział na głowie i opowiadał o rosyjskich » carach. 

- Nie dziś - mruknęła. W jej głosie pojawiła się nutka ożywienia. Pierwsza od chwili, 

w której Reijo wprowadził ją na pokład. - Nie o carach. Dziś zaczniesz mnie uczyć twojego 

języka, Jewgienij. Spędzę w twoim kraju ładnych parę miesięcy. Czułabym się beznadziejnie, 

gdyby przez ten czas nikt mnie nie rozumiał i gdybym ja nikogo nie rozumiała. Szybko się 

uczę.  Wystarczy  krótka  lekcja  codziennie  podczas  podróży  na  wschód.  I  parę  lekcji  na 

miejscu, o ile znajdziesz dla mnie czas. Nauczę się twojego języka, Jewgienij. 

Rosjanin  poczuł,  jak  ogarnia  go  fala  niewytłumaczalnej  radości.  Miał  ochotę  wziąć 

Raiję  w  ramiona  i  puścić  się  w  tany  po  pokładzie.  Ale  ona  była  w  żałobie.  A  i  jemu, 

kapitanowi, nie wypadało robić takich rzeczy na oczach załogi. 

Jewgienij wyprostował się. Spojrzał jej prosto w oczy. 

-  To  wielki  honor  dla  mnie,  Raiju.  Będziesz  mówiła  po  rosyjsku  jak  rodowita 

Rosjanka. 

Jewgienij nie przypuszczał nawet, że to iście prorocze słowa. 

background image

Reijo  szybko  się  zorientował,  że  podjął  się  zadania  z  góry  skazanego  na 

niepowodzenie.  Troje  dorosłych,  pięcioro  dzieci  i  ciało  Mikkala.  Podróżowali  jak  La-

pończycy, przygotowani na wszelkie niespodzianki natury, ale i tak nie szło im najlepiej. 

Przed  sobą  mieli  najzimniejszą  porę  roku.  Aleksanteri  wcale  nie  był  tak  silny,  jak 

twierdził.  Podczas  podróży  na  północ  mróz  niemal  odebrał  mu  życie.  Nabawił  się  wielu 

odmrożeń. Reijo wiedział doskonale, że odmrożenia lubią się odnawiać, gdy tylko nadarza się 

okazja. 

Sam był przyzwyczajony  do mrozu. Nie przejmował się pogodą. Podczas wielu zim 

spędzonych na połowach czy na wędrówkach przekonał się, ile może wytrzymać. Nauczył się 

troszczyć o siebie i szanować siły przyrody. Potrafił przewidzieć niepogodę. Potrafił czytać w 

księdze natury. 

Podróżowali razem z innymi wędrowcami, wmieszali się w wielką gromadę, co dało 

im poczucie bezpieczeństwa. Jemu, Santeriemu, Mattiemu, którego zaliczył już do dorosłych, 

Elise, Mai, Knutowi, Idzie i Ailo. 

Gromada topniała jednak, w miarę jak posuwali się na wschód. Tu trzeba było dobrze 

znać  kierunek  wędrówki,  bo  wiatr  od  morza,  którego  zresztą  wcale  nie  było  widać,  starł 

wszystkie ślady z puszystego śniegu, pokrywającego lodową skorupę. 

W  tej  śnieżnej  krainie,  w  której  wszystko  wyglądało  podobnie,  łatwo  było  zbłądzić. 

Reijo nie znał tej okolicy zbyt dobrze. Dlatego powoli ogarniał go strach. 

Tym  razem  nie  mógł  sobie  pozwolić  na  pomyłkę.  Nadciągała  mroczna  pora  roku, 

zbliżała się noc polarna i nie wolno im było zmitrężyć ani chwili. Reijo nie mógł odstąpić od 

planu,  bo  przecież  musieli  uciekać.  Powinien  jednak  przede  wszystkim  mieć  wzgląd  na 

dzieci. Nie miał zamiaru narażać ich zdrowia, choć wiedział, że nie będzie to łatwe. 

Rozłożyli  obozowisko,  by  nieco  odpocząć.  Zafundowali  sobie  dwa  dni  słodkiego 

lenistwa.  Od  dwóch  dni  się  nie  posunęli,  choć  Reijo  wiedział,  że  szkoda  takiej  pogody  na 

odpoczynek. Miał świadomość, że nadejdą dni o wiele gorsze, kiedy będą musieli wędrować 

bez  względu  na  pogodę.  Nie  mogli  sobie  pozwolić  na  taką  stratę  czasu.  Ale  dzieci  były  u 

kresu sił. Podobnie zresztą jak Santeri. Santeri marzł tak szybko. Zamieniał się w roztrzęsiony 

tłumoczek, który sam potrzebował opieki, zamiast ofiarować ją innym. 

Dlatego Reijo zadecydował, że odpoczną. 

background image

Matti  zastawił  sidła.  Chłopak,  który  większą  część  swego  życia  spędził  na 

gospodarstwie pod znacznie łaskawszym niebem, przystosował się do warunków panujących 

na północy, do koczowniczego trybu życia. Reijo cieszył się z tego i był dumny z Mattiego. 

Traktował Mattiego jak brata, choć w rzeczywistości chłopak był przecież bratem Raiji. 

Piętnastolatek udowodnił, że jest dorosły. 

Reijo  był  w  niezłym  humorze.  Narzucił  na  siebie  ciepłe  ubranie,  wsunął  dłonie  w 

grube rękawice i wyszedł na dwór, by się rozejrzeć za Mattim. Nie zapadły jeszcze całkowite 

ciemności  i  dało  się  dostrzec  tańczące  cienie  i  zarysy  krajobrazu,  które  pobudzały  wy-

obraźnię. 

Mattiego nigdzie nie było. 

Reijo wydobył swoje narty i wsunął nogę między skórzane rzemienie. Spostrzegł dwa 

zagłębienia w śniegu na drodze, którą najprawdopodobniej poszedł chłopak. Reijo nie potrafił 

usiedzieć spokojnie w jurcie. Kusiła go biała równina. Musiał posłuchać jej wezwania. Musiał 

się w nią zagłębić, stać się częścią tej bieli. Reijo uległ pokusie, nie przyznając się do tego 

sam przed sobą. Twierdził, że zamierza tylko poszukać Mattiego. Dzieci pilnował Santeri. 

Reijo  z  przyjemnością  mknął  po  powierzchni  śnieżnego  oceanu.  Nawet  wiatr,  który 

smagał  mu  policzki,  miał  w  sobie  coś  przyjaznego.  Reijo  odpychał  się  kijkiem,  by  nabrać 

prędkości. Ciało, które zaczął już trawić niepokój spowodowany bezczynnością, wypełniło się 

znów rozkoszą działania. Dobry Boże, jak cudownie! Reijo całą duszą należał do tej ziemi i 

kochał  ją  do  szaleństwa,  niezależnie  od  tego,  jak  nieprzyjemne  i  niegościnne  oblicze  mu 

pokazywała. Kochał Raiję! 

Z  głębin  ciemniejącego  granatowego  wieczoru  zbliżała  się  ku  niemu  jakaś  postać, 

poruszająca się równie energicznie i radośnie. 

Matti zatrzymał się w obłoczku śnieżnego puchu, uśmiechnął się do szwagra. 

- Potrzebowałeś się przewietrzyć, prawda? Reijo oparł się o kij. Pokiwał głową. 

- Zrobiło mi się za ciepło. Złapałeś coś? 

-  Dziesięć  pardw  -  odparł  Matti.  Nie  potrafił  ukryć  swego  zadowolenia.  -  Nie 

zastawiłem nowych sideł - dodał. W powietrzu zawisły jakieś nie dopowiedziane słowa. 

Reijo wykrzywił się nieco: 

- Musimy ruszać w drogę, nie możemy tak często się zatrzymywać. Pogoda nam na 

razie dopisuje, zwłaszcza w porównaniu z tym, co nas może czekać. 

-  Wiem  o  tym  -  uśmiechnął  się  Matti.  -  Santeri  również  to  wie,  ale  woli  o  tym  nie 

mówić. Czuje, że to jego wina. Że to on nas wstrzymuje. 

background image

- W pewnym sensie ma rację - stwierdził Reijo. - Ale z drugiej strony, dobrze, że jest z 

nami. Potrzebny mi ktoś, z kim mogę dzielić odpowiedzialność. Mam jego. I ciebie. 

Matti poczuł, że jest ważny. Jego imię padło wśród imion dorosłych mężczyzn. Od tej 

chwili myślał o Reijo z jeszcze większym szacunkiem. 

- Wszystko się może zdarzyć - ciągnął Reijo. - Niepogoda, brak jedzenia, atak dzikich 

zwierząt... Możemy zabłądzić... 

- Czy wiesz, gdzie jesteśmy? 

-  Gdzieś  na  północy  -  odrzekł  Reijo  z  gorzkim  uśmiechem.  -  Tylko  z  taką 

dokładnością  mogę  to  określić.  Wiem  jednak,  że  zmierzamy  w  dobrym  kierunku.  Ale  nie 

dodam wiele więcej. Mogę obliczyć, ile uszliśmy w ciągu dnia. Czasem uda mi się rozpoznać 

jakąś odnogę fiordu, gdy się zbliżymy do wybrzeża. Mogę powiedzieć co nieco na podstawie 

położenia gwiazd. I nic więcej. Właśnie dlatego tak bardzo się boję, Matti, mój chłopcze. 

- Mikkal znałby drogę... - rzucił chłopak prawie bezgłośnie. 

-  Tak.  Bardzo  przydałby  się  nam  tu  żywy  Mikkal  -  westchnął  Reijo.  I  dodał 

natychmiast:  -  Ale  gdyby  Mikkal  był  żywy,  nie  musielibyśmy  wcale  wędrować.  Boże, 

chciałbym cofnąć czas i znów ujrzeć go żywego, sprawić, by uniknął swego losu... 

Matti pokiwał głową. On również lubił Mikkala. 

- Gdzie teraz jest Raija, jak sądzisz? Reijo spojrzał w ciemne oczy chłopca, które do 

złudzenia przypominały oczy Raiji. 

-  Nie  wiem.  Na  pewno  nie  dotarła  jeszcze  na  miejsce.  To  o  wiele  dłuższa  podróż... 

Mikkal i ja byliśmy tam kiedyś, płynęliśmy wiele tygodni. 

- Ona jest taka samotna - powiedział Matti, pochylając głowę. - Nie chcę nawet o tym 

myśleć. To niesprawiedliwe, bo przecież Raija jest taka dobra. Najlepsza na świecie. 

Reijo  uśmiechnął  się  nieznacznie.  W  słowach  chłopca  tkwiła  pewna  przesada,  ale 

Reijo ich nie sprostował. 

- To niesprawiedliwe, ale to jej własne życie. Raija jest silniejsza, niż ci się wydaje. 

Silniejsza, niż możesz sobie wyobrazić. Jeśli ktokolwiek potrafi znieść takie życie, taki los, to 

tylko twoja siostra. 

Matti nie zapytał, jak Reijo to wszystko znosi. Nie rozumiał związku Raiji i Reijo, ale 

pogodził  się  z  tym.  Pewnie  zrozumie,  gdy  dorośnie.  Świat  dorosłych  wciąż  przerażał  go 

ilością zagadek i zatrzaśniętych drzwi, przez które nie dało się wślizgnąć. Matti był dopiero 

częściowo dorosły. Przyznawał się do tego w duchu, ale głośno nie powiedziałby tego nigdy. 

- Tam jest jakaś rzeczka - Matti wskazał głową kierunek, z którego nadszedł. - Albo 

niewielki fiord. Nigdy nie mieszkałem nad morzem, nie znam się na tym. 

background image

-  I  dopiero  teraz  mi  to  mówisz?  -  Reijo  popędził  naprzód  śladem  pozostawionym 

wcześniej przez Mattiego. 

Zorientował  się,  że  chłopak  jedzie  za  nim.  Słyszał  narty  ślizgające  się  po  śniegu  i 

chrzęst pękającej skorupy tam, gdzie Matti wbijał swój kij. 

-  Widziałem  też  jakieś  domki!  -  krzyknął  Matti.  -  Nie  za  wiele.  Kilka.  I  darniowe 

chaty. 

- Boże - mruknął Reijo. - I ten chłopak wspomina o tym ot, tak sobie! 

Obaj  jechali  po  śladach  chłopaka,  choć  granatowe  do  niedawna  niebo  zrobiło  się 

ciemnoszare. Matti wyszedł z jurty znacznie wcześniej, niż sądził Reijo. 

- Gdzieś tu niedaleko jest niewielkie urwisko - przestrzegł Matti, ale Reijo już dawno 

zwolnił. 

Nawet w ciemnościach to zauważył. 

Odpiął narty i podszedł na skraj urwiska. Zapadł się w śnieg aż po uda, ale nie zwracał 

na to uwagi. 

Stał  w  milczeniu,  wpatrując  się  w  ciemność.  Dojrzał  zarysy  pagórków  i  niewielki 

fiord. Odgadł, że ciemniejsze plamy to domki. Spostrzegł również łodzie, zacumowane przy 

brzegu. 

Matti  stanął  koło  niego.  On  również  odpiął  narty.  Był  wyższy  niż  Reijo,  zapadł  się 

więc tylko po kolana. 

-  Będziesz  mógł  wyznaczyć  kierunek  marszu  jeszcze  dokładniej  -  uśmiechnął  się 

chłopak. - Nieźle się spisałem, prawda? 

- Lepiej, niż sobie możesz wyobrazić - przyznał Reijo. - Na pewno zdołam wyznaczyć 

kierunek  marszu,  Matti.  Mieszkałem  tu  kiedyś.  Trzy  spośród  zacumowanych  tam  łodzi 

należały do mnie. 

- To jest osada rybacka, w której mieszkaliście? Reijo skinął głową. 

Wskazał jedną z ciemnych plam, położoną najbliżej wzgórza. 

-  W  tym  domu.  Raija  zwała  go  „domem  nad  morzem”.  Przez  pewien  czas  była  tu 

szczęśliwa.  Ale  ani  ja,  ani  ona  nie  potrafimy  zapuścić  korzeni.  Nie  wiem,  czy  któreś  z  nas 

byłoby  w  stanie  przebywać  dłużej  w  jednym  miejscu.  Oboje  o  tym  marzymy,  ale  pewnie 

nigdy nam się to nie uda. To coś w rodzaju przekleństwa. 

- Zejdziemy tam? - zagadnął Matti. - Pewnie masz tam znajomych... 

Reijo świsnął przez zęby. 

-  Owszem,  mam  znajomych,  ale  nie  mam  ochoty  spotykać  się  z  nimi  właśnie  teraz. 

Rozstaliśmy się z tą osadą mniej przyjaźnie, niż zamierzaliśmy. Obawiam się, że ci ludzie nie 

background image

mają o mnie zbyt wysokiego mniemania. Zostawiłem tu Raiję, gdy się spodziewała Idy. Nie 

powiedziała  mi  o  tym.  Pozwoliła,  bym  odszedł.  Kiedy  wróciłem,  było  za  późno.  Ona  już 

wyruszyła na wschód... Ludzie obwiniali mnie o wszystkie nieszczęścia, które przypadły jej 

w udziale. I w pewnym sensie mieli rację. 

- Tak czy inaczej, wiesz, gdzie jesteśmy. Reijo kilkakrotnie kiwnął głową. 

-  Wiem.  Wiem  także,  jak  będziemy  dalej  podróżować,  by  nie  zabłądzić,  Matti,  mój 

staruszku. 

-  Wzdłuż  wybrzeża?  Reijo  roześmiał  się.  Jego  śmiech  odbił  się  echem  między 

pagórkami. 

-  Owszem,  Matti.  Te  łodzie  należały  do  mnie.  Kiepską  dostałem  za  nie  zapłatę.  W 

pewnym sensie zostałem okradziony. Odbiorę więc sobie jedną z nich. 

Reijo nie wyjaśnił, jak to zrobi. A Matti powstrzymał się od jakichkolwiek uwag. 

Obaj patrzyli na pogrążoną w ciszy osadę rybacką, na łodzie zacumowane przy brzegu 

i nie dzielili się swymi myślami. 

Wreszcie Reijo ruszył z powrotem po swoich głębokich śladach. 

- Pora wracać, prawda? - zagadnął niefrasobliwie, jakby nie mówił nic na temat łodzi. 

Nieco skonfundowany Matti przytaknął. Miał nadzieję, że Reijo tylko żartował. 

Ale nie dałby sobie za to ręki uciąć. 

Reijo zdradził swoje plany dopiero wtedy, gdy zapadła głęboka noc. Trzej mężczyźni 

siedzieli  razem  przy  palenisku.  Słyszeli  równe  oddechy  pięciorga  dzieci.  „Wszyscy 

znieruchomieli, gdy jeden z maluchów obrócił się przez sen. Nie chcieli ich obudzić. 

Dzieci potrzebowały snu. 

-  W  dalszą  drogę  wyruszymy  łodzią  -  oznajmił  Reijo.  Spojrzał  na  Aleksanteriego:  - 

Mam nadzieję, że nie zapomniałeś sztuki żeglowania. 

Santeri uniósł swe wąskie brwi. 

- Niczego nie zapomniałem, Reijo. Ale nie mamy żadnej łodzi. 

Matti uznał, że i on powinien coś powiedzieć: 

- Reijo zamierza ukraść łódź. Na wybrzeżu, niedaleko stąd jest osada... 

- Nie zamierzam nic ukraść - poprawił go Reijo. - Zamierzam jedynie odzyskać moją 

własną  łódź.  To  było  tylko  coś  w  rodzaju  pożyczki.  Nils  nie  potrzebuje  tylu  łodzi.  Dostał 

więcej, niż powinien... 

Aleksanteri nic a nic nie rozumiał. 

- Chcesz odzyskać swoją łódź? 

Reijo przeczesał włosy silną dłonią. Dawno już ich nie obcinał. 

background image

- Matti natknął się przypadkiem na osadę, w której mieszkałem kiedyś z Raiją. Raija 

zajmowała się wtedy handlem. Nie szło jej najlepiej. A ja miałem łódź o sześciu przedziałach 

wiosłowych i trzy łodzie towarowe. Mnie również nie szło dobrze. Oddałem łodzie, ale to w 

gruncie  rzeczy  było  oszustwo,  które  popełnił  ktoś,  kogo  uważałem  za  przyjaciela...  -  Reijo 

wzruszył ramionami i zacisnął pięść. Powolnym ruchem uderzył pięścią w drugą dłoń. - Ale 

Nils miał dobrą rękę do łodzi, więc sądzę, że dbał o nie jak trzeba. Zamierzam teraz odebrać... 

dług. 

Santeri popatrzył uważnie na Reijo. W jego zielonych oczach dojrzał zdecydowanie i 

powagę. Spostrzegł znamionujące upór linie wokół ust, usłyszał stanowczość w jego glosie. 

Z uśmiechem potrząsnął głową: 

- A mówią, że to ja jestem nieobliczalny i nieodpowiedzialny. Przecież to szaleństwo! 

-  Być  może  -  Reijo  skłonny  był  się  zgodzić  nawet  na  takie  określenie.  -  Ale  drogą 

wodną  będziemy  podróżować  znacznie  szybciej  niż  lądem.  Płynąłem  już  tędy.  Bez  trudu 

znajdę  drogę.  Wiem,  gdzie  jestem,  i  wiem,  dokąd  zmierzam.  Nie  mam  tej  samej  pewności, 

siedząc w saniach. Płaskowyż to nie to samo co morze. 

- A czy oni nie będą nas ścigać? - Matti nie był zachwycony taką perspektywą. 

-  Oczywiście,  że  będą  -  potwierdził  jego  przypuszczenia  Reijo.  -  Ale  nie  zgadną, 

dokąd popłynęliśmy. Skąd mogliby to wiedzieć. Wyruszymy nocą. Jutro. 

Nie domyśla się nawet, że mają do czynienia z ludźmi, którym nieobce jest morze... 

-  Ale  ja  nigdy  nie  byłem  na  morzu.  Pływałem  tylko  po  rzece  Torne!  -  wykrzyknął 

Matti. 

- Santeri i ja płynęliśmy kiedyś łodzią, mając żołnierzy z twierdzy Vardohus na karku 

- zaczął opowiadać Reijo. - Oni mieli broń, my  nie. A jednak daliśmy sobie radę. No  więc 

poradzimy sobie ze zwyczajnymi rybakami. 

Santeri uśmiechnął się, w jego oczach pojawił się diabelski błysk. Już od dawna czuł 

się jak trup. Spoważniał tak bardzo, że z trudem rozpoznawał samego siebie. W oczach Raiji 

nie różniłby się teraz od innych. 

W  tej  chwili  nie  miało  to  żadnego  znaczenia.  Santeri  zrozumiał,  że  takie  spokojne 

ż

ycie to nie dla niego. Miał świadomość, że nic nie zdoła zmienić Aleksanteriego Kilpi. 

Pomysł Reijo przypadł mu do gustu. 

- Wydaje mi się, że damy sobie radę, Reijo - potwierdził. 

Radosne podniecenie ogarniało już całe jego ciało. 

background image

-  Trochę  nas  mało,  ale  jakoś  damy  sobie  radę  na  morzu.  Jeśli  coś  się  musi  udać,  to 

przeważnie  się  udaje.  Nie  może  się  nam  przytrafić  nic  gorszego  niż  wędrówka  pośród  tej 

bieli. Jestem za. 

Reijo spojrzał pytająco na Mattiego. Chłopak wziął głęboki oddech. Wiedział, że nie 

może jeszcze uważać się za ich partnera, że pytają go tylko z grzeczności... 

Ostrożnie pokiwał głową. 

Skoro  Santeri  i  Reijo  sądzą,  że  wszystko  pójdzie  dobrze...  Ale  Matti  nie  był 

zachwycony. 

- Jutro - powiedział zadowolony Reijo - jutro ruszamy w dalszą drogę. 

Następnego  popołudnia  podczas  pakowania  Reijo  milczał.  Na  nim  ciążyła 

odpowiedzialność... Był tego świadom aż za dobrze. Odpowiedzialność za los całej ósemki. 

To istne szaleństwo wciągać ich wszystkich w coś, co nieoczekiwanie przyszło mu do głowy 

w chwili, w której rozpoznał osadę, stojąc na wzgórzu. 

Dzięki  temu  pomysłowi  podróż  będzie  krótsza.  Szybciej  dotrą  na  miejsce.  Będzie 

mógł złożyć część odpowiedzialności na barki Ravny... 

Reijo  chętnie  by  z  nią  porozmawiał  w  tej  chwili.  Zapytałby,  czy  postępuje  słusznie. 

Ailo i Maja to jej wnuczęta. Miałaby chyba coś do powiedzenia w tej sprawie... 

Mądra,  rozsądna  Ravna.  Mała,  mądra  matka  Mikkala.  Reijo  darzył  ją  wielkim 

szacunkiem. Poczułby się znacznie lepiej, gdyby mógł dzielić z nią odpowiedzialność. 

-  Długo  będziemy  jechać?  -  dopytywała  się  Maja.  Zawsze  trzymała  się  niedaleko 

Reijo. A w jej cieniu dreptał Ailo. Reijo nie był pewien, czy darzą się sympatią, ale zauważył, 

ż

e łączy ich coś, czego nie potrafią zlekceważyć. 

-  Niezbyt  długo  -  odrzekł  Reijo.  -  Jeszcze  chwilkę  pociągną  nas  renifery.  A  potem 

przesiądziemy się na łódź. 

Maja podskoczyła do góry z radości. 

-  Popłyniemy  łodzią!  Popłyniemy  łodzią!  Popłyniemy  łodzią!  -  wrzeszczała  na  całe 

gardło. 

Ailo  przyłączył  się  do  niej  natychmiast.  Chórek  zabrzmiał  jeszcze  doskonalej,  gdy 

Knut  również  poszedł  w  ich  ślady  i  także  zaczął  tańczyć  po  śniegu.  Elise  uśmiechnęła  się 

wprawdzie, ale nie wstała z miejsca. Delikatny rumieniec przemknął przez jej policzki. Przez 

chwilę  ujrzała  w  wyobraźni  samą  siebie  w  tym  radośnie  roztańczonym  i  rozśpiewanym 

chórku. To wystarczyło, by nieśmiałe dziecko się zawstydziło. Matti wywrócił oczami. 

background image

- Do szczęścia trzeba nam tylko, by ktoś to usłyszał - jęknął ponuro. Prześladowało go 

coraz silniejsze przeczucie, że cała historia źle się skończy. W wyobraźni widział już siebie w 

lochu wójta. 

Santeri jednak rzucił z uśmiechem: 

- Wszystko pójdzie jak z płatka, Matti. Gdybyś miał moje lata i moje doświadczenie, 

nie dałbyś się ponieść nerwom. 

Ale nawet Santeri nie potrafił się powstrzymać od zadawania pytań, gdy Reijo kazał 

im ruszyć w kierunku, z którego tu przyszli parę dni temu. 

-  Nie  zamierzam  kwestionować  twoich  decyzji,  Reijo,  ale  coś  mi  mówi,  że  tam  już 

byliśmy. 

- Masz całkowitą rację, Aleksanteri Kilpi - odparł Reijo, uśmiechając się tajemniczo. 

- To dlaczego, u diabła, wracamy? 

-  Ponieważ  właśnie  tam  leży  śliczna,  niewielka  zatoczka,  Santeri.  Nie  twierdziłem 

wcale, że będziemy ładować dzieciaki i rzeczy na pokład w samym środku osady. Wystarczy, 

ż

e musimy świsnąć stamtąd łódź... 

- Ale w takim razie będziemy musieli popłynąć do tej twojej zatoczki, a potem jeszcze 

raz wydostać się na wody fiordu, ryzykując, że ktoś nas zauważy... 

- Masz słuszność - przytaknął Reijo. - Ale to jedyny sposób. Mało kto zagląda do tej 

zatoki zimą. Leży na tyle daleko, że dzieciaki się w to miejsce nie zapuszczają. A przystań w 

osadzie jest całkiem niezła. Rybacy nie muszą zawijać do zatoki. O tej porze roku nie natrafi-

my tam także na rosyjski statek, choć Rosjanie często tam cumują. 

- Nie moglibyśmy pójść w przeciwnym kierunku? 

- zapytał Matti. 

- Następna zatoka leży za daleko - wyjaśnił Reijo. 

- Znam dobrze tę okolicę. Pamiętajcie o tym. Znam ten skrawek wybrzeża jak swoją 

własną kieszeń. 

Nikt nie miał już nic do dodania. 

Matti  zdziwił  się,  widząc,  jak  niewiele  śniegu  leży  nad  samym  morzem.  W  głębi 

płaskowyżu zapadali się niemal po pas, nad brzegiem natomiast dostrzegł tylko tu i ówdzie 

białe płaty. 

- Na razie jest tu niewiele śniegu - wytłumaczył mu Santeri. - Ale poczekaj tylko do 

lutego albo do marca. Gdy w naszych stronach zaczyna się wiosna, tu pada śnieg. 

Santeri przez wiele lat zajmował się rybołówstwem u wybrzeża Finnmarku, wiedział 

więc dobrze, o czym mówi. 

background image

Reijo  w  milczeniu  ustawiał  jurtę.  Pracował  szybko,  ale  nie  tak  starannie  jak 

zazwyczaj. 

-  Nie  zabawimy  tu  długo  -  uspokoił  Ailo,  gdy  chłopiec  bez  ogródek  wyraził  swoje 

zdanie na temat takiego partactwa. 

Był pogodny dzień. Niebo nieco zbladło, jakby lodowaty błękit wstrzymał oddech nad 

górami i morzem. Krajobraz mienił się innymi, znacznie wyrazistszymi, bardziej ponurymi i 

dzikimi  odcieniami  błękitu.  Moc,  przysługująca  przedtem  zimowemu  niebu,  objawiła  się  w 

naturze, nad którą owo niebo królowało. 

Reijo  stanął  między  kamieniami  i  zapatrzył  się  na  zatokę.  Podniósł  wzrok  na  tak 

dobrze znajome skały! 

W tej właśnie zatoce w ich życie wkroczył Aleksiej. Na tych skalach Reijo ryzykował 

wszystko, by uratować Maję. Na szczęście ani Maja, ani Elise nie pamiętały owych bolesnych 

doświadczeń. 

Rany się zabliźniają. Na szczęście. 

Minęła już najjaśniejsza część dnia. Zmrok czaił się nieopodal. 

Reijo wydobył nóż. Musnął ostrze kciukiem i stwierdził, że jest wystarczająco ostre. 

-  Co  u  licha?  -  zapytał  Santeri,  ale  po  chwili  umilkł.  Zrozumiał.  I  wydobył  swój 

własny nóż. 

- Nie potrzebujemy już reniferów - powiedział Reijo, spoglądając na Mattiego. - Dalej 

popłyniemy  łodzią.  Potrzebujemy  natomiast  jedzenia.  Musimy  zarżnąć  renifery.  Nauczyłeś 

się chyba tego od Mikkala, chłopcze? 

Matti  skinął  głową.  W  gardle  mu  całkiem  zaschło.  Ociągając  się,  poszedł  za  swymi 

towarzyszami.  Nogi  ciążyły  mu  niczym  kamienie.  Nie  bał  się  zabijania.  Nie  o  to  chodziło. 

Szlachtował już renifery. I nie to go tak poruszyło. 

- Co będzie, jeśli nie zdołamy zdobyć łodzi? 

Reijo  stanął  już  okrakiem  nad  jednym  z  renów.  Santeri  pomagał  mu  go  trzymać. 

Wielkie ostrze noża dotknęło szyi przerażonego zwierzęcia. 

Reijo  napotkał  spojrzenie  Mattiego  i  nie  mrugnął  nawet  okiem.  Stalowym  głosem 

powiedział: 

- Musi nam się udać. Nie mamy wyjścia. Każdy z nas powinien zrobić wszystko, co w 

jego mocy. W żaden inny sposób się stąd nie wydostaniemy. 

Reijo  użył  całej  swej  siły  i  zadał  cios  nożem.  Parująca  krew  trysnęła  gwałtownie, 

barwiąc na czerwono dłoń i nóż Reijo oraz leżące na ziemi kamienie. 

Reijo i Santeri ruszyli w stronę następnego zwierzęcia. 

background image

Matti w milczeniu podążył za nimi. 

Gdzieś za plecami mężczyzn rozległ się przeraźliwy krzyk Mai: 

-  Nie,  Reijo!  Nie  możesz  zabić  renifera!  Reijo  podniósł  się.  Jego  roziskrzone 

zazwyczaj  oczy  zachmurzyły  się.  Matti  zrozumiał,  że  Reijo  najchętniej  wziąłby  Maję  w 

ramiona. Mężczyzna obrzucił czułym spojrzeniem dziewczynkę i pozostałe dzieci, które sta-

nęły szeregiem między wybrzeżem a jurtą. 

-  Wejdźcie  do  namiotu,  jeśli  nie  możecie  na  to  patrzeć  -  powiedział,  siląc  się  na 

spokój. - Potrzebujemy mięsa. A renifery tylko by się pochorowały na morzu. 

Maja  zacisnęła  wargi.  Skryła  się  w  bezpiecznym  półmroku  jurty,  za  nią  podążyła 

reszta  maluchów,  z  wyjątkiem  Ailo.  Chłopiec  podszedł  do  Reijo  i  dźwięcznym  głosem 

oświadczył, że może pomóc trzymać zwierzę. 

Uśmiech, który Reijo posłał małemu, mógłby roztopić lód. 

Zapadł wieczorny niebieskawy półmrok, zanim zdołali poćwiartować mięso. 

-  Pomyślą  pewnie,  że  ktoś  zaszlachtował  ukradzione  zwierzę  i  uciekł  na  morze  - 

orzekł Santeri, uśmiechając się na tę myśl. 

- To bez sensu - stwierdził Matti. Ręce miał pokrwawione aż po łokcie i czuł się nie 

najlepiej,  choć  wydawało  mu  się,  że  świetnie  zna  się  na  takiej  robocie.  -  Nie  zdążymy 

wysuszyć mięsa. Zgnije, nie zdołamy go wykorzystać. 

- Mięso zamarznie i będzie twarde jak kamień, zanim wypłyniemy na wody fiordu - 

uspokoił go Reijo. - Nie powinieneś widzieć wszystkiego w czarnych barwach, chłopcze! 

Zaczęli pakować mięso. Skóry postanowili zostawić. Podczas podróży nie mogliby ich 

wyprawić. Mieli zresztą dość skór ze sobą. Reijo wziął do ręki kilka kawałków mięsa. 

- Z tego zrobimy dziś obiad - powiedział. - Jesteśmy tak głodni, że z pewnością będzie 

nam bardzo smakowało. Głowę dam sobie uciąć, że spałaszujecie wszystko z apetytem. 

- Ty się niczym nie przejmujesz - mruknął Matti. - Kiedy podejmiemy próbę zdobycia 

łodzi? 

Reijo zrzucił czapkę z głowy Mattiego. 

- Najpierw musimy zjeść. To konieczne. A poza tym najlepiej będzie, jeśli zabierzemy 

się do dzieła dopiero w całkowitych ciemnościach. To przecież ciemne sprawki. 

- Jestem za młody na przestępcę! 

Dzieciaki nie miały wcale ochoty zostać same w jurcie. Bały się samotności. Bały się 

obcego miejsca, nocy i tego, co się mogło czaić w mroku... 

- A jeśli ktoś przyjdzie! - Elise pobladła na samą myśl o tym. 

background image

-  Nikt  nie  przyjdzie.  Kto  mógłby  się  tu  zjawić?  -  Reijo  wiedział  dobrze,  że  Elise 

pamiętała zbyt wiele. Gdy była maleńka, często pojawiali się źli ludzie - zawsze wtedy, gdy 

się ich nikt nie spodziewał. Jasnoniebieskie oczy tej dziewczynki widziały tyle zła. 

-  Chcemy  iść  z  wami!  -  powiedział  Knut,  wypinając  pierś  do  przodu.  Starał  się 

naśladować Reijo we wszystkim. 

- Przyjedziemy tu po was - powtórzył Reijo tysięczny raz. - Teraz nie możecie iść z 

nami. Czeka nas zbyt długa droga. Na dworze jest zimno. Ciemno. Któreś z was mogłoby się 

przewrócić, skaleczyć. 

- A dlaczego wy musicie tam iść po ciemku? - Maja zadała pytanie, którego Reijo tak 

się bał. Trudno wszak wyjawić gromadce dzieci, że ich opiekun zamierza coś ukraść. - Nawet 

nie  obejrzycie  tej  łodzi, Reijo.  Na  pewno  dadzą wam  jakąś  dziurawą,  która  spadnie  na  dno 

morza. 

-  Utonie  -  poprawił  ją  machinalnie  Reijo.  -  Ten  człowiek  jest  w  domu  tylko  wtedy, 

gdy na dworze jest ciemno - zaczął wyjaśniać, unikając dziecięcych spojrzeń. 

-  Musicie  szybko  wrócić.  -  Tym  razem  odezwał  się  Ailo.  -  Ruszajcie.  Ja  się  nimi 

wszystkimi zaopiekuję. 

Tego  Maja  się  zupełnie  nie  spodziewała.  To  przecież  ona  była  zawsze 

najodważniejsza. To ona miała najwięcej śmiałości. 

Ś

ciągnęła  ciemne  brwi.  Zmarszczyła  nos  i  w  zamyśleniu  przygryzła  dolną  wargę.  I 

odrzuciła głowę do tyłu. Reijo znał ten gest. Wiedział, po kim mała go odziedziczyła i co on 

oznacza. 

-  Sama  się  sobą  zaopiekuję  -  rzuciła.  -  Idźcie  sobie.  Wcale  się  nie  boimy.  Wcale  a 

wcale. 

Mężczyźni poszli. 

Reijo czuł się podle. Zdawało mu się, że nie jest godzien zajmować się dziećmi. 

Ani własnym, ani cudzymi. 

Dopiero  po  pewnym  czasie  Reijo  odnalazł  właściwą  ścieżkę,  która  powiodła  ich 

poprzez wzgórza do osady. Matti i Santeri kpili z niego: 

-  Znasz  tę  okolicę  jak  własną  kieszeń,  prawda?  Całe  szczęście,  że  nie  musimy 

podróżować po twojej kieszeni. 

Gdy  wreszcie  natrafił  na  ścieżkę,  wydało  mu  się,  że  pamięta  każdy  leżący  na  niej 

kamień. Prowadził ich całkiem pewnie, choć panowały nieprzeniknione ciemności. 

Dotarli  do  domu  położonego  na  skraju  osady.  Reijo  ominął  go  szerokim  łukiem. 

Gdyby w dalszym ciągu szli ścieżką, wpadliby na ścianę tego domu. 

background image

- Mieszkaliście tu? - szepnął Matti. - O rany, wy chyba całkiem zwariowaliście! Jak 

można  zrezygnować  z  takiego  domu!  I  wplątać  się  w  taką  kabałę,  w  jaką  ty  i  Raija  się 

wplątaliście. 

Reijo mruknął coś pod nosem. Zarówno Matti, jak i Santeri usłyszeli: 

- Można tak powiedzieć... 

Posuwali się dalej, przez cały czas trzymając się z dala od zabudowań. Poruszali się 

najciszej,  jak  potrafili.  Tak,  by  nikt  ich  nie  spostrzegł.  Pojawienie  się  obcego  było  w  tej 

okolicy wielkim wydarzeniem. A gdyby ktoś ich zobaczył tej nocy, mogłaby z tego wyniknąć 

prawdziwa awantura. 

W milczeniu dotarli do brzegu. Zejście do morza było tu łagodne. Płycizna ciągnęła 

się dość daleko. Byli już bardzo blisko łodzi. 

- Czy nadeszła już pora wypraw na południe? - zaczął się zastanawiać Santeri. 

- Nie - odparł Reijo szeptem. Wydawało im się, że ich głosy odbijają się echem, że 

wszyscy ich słyszą. - Mamy wyjątkowe szczęście, że Nils trzyma jedną z łodzi towarowych 

na wodzie. Nie wiadomo dlaczego. Uważam, że to prawdziwe zrządzenie losu. Żebym mógł 

ją sobie odebrać. Dwie pozostałe zimują przecież na lądzie. Nils nieprędko wybierze się znów 

na południe, do Bergen. 

Matti miał mokre stopy. Mokre i przemarznięte. 

- W jaki sposób dostaniemy się do łodzi? - zapytał. - Ja nie zamierzam tam płynąć! 

-  Możesz  tam  dojść,  jeśli  chcesz  -  zadrwił  z  niego  Santeri.  -  Nie  sądzę,  by  woda 

sięgała wyżej niż jakieś dwa czy trzy cale ponad twoją głową, zważywszy na twój wzrost... 

Reijo przeciął cumę jednej z mniejszych łódek. 

- Na razie się niczego nie boją - powiedział, szukając czegoś na dnie łódki. Wydobył 

stamtąd parę wioseł. - Od tej pory nie będą tak zostawiać wioseł. Ale dziś nie będziesz musiał 

zanurzać się w morzu, Matti. 

Wszyscy trzej pospiesznie wsiedli do łódki. 

- Czy nie powinniśmy obwiązać czymś wioseł? - Santeri rozejrzał się wokół, otaczały 

ich jednak zupełne ciemności. - Żeby nikt nas nie usłyszał. To stłumiłoby pluskanie. 

- Na razie jesteśmy po prostu trzema mężczyznami, którzy płyną łodzią - powiedział 

Reijo  lodowatym,  spokojnym  tonem.  -  Wyglądalibyśmy  dziwnie  dopiero  wtedy,  gdybyśmy 

płynęli łodzią bez plusku wioseł. Na razie wcale nie wyglądamy szczególnie podejrzanie. 

Santeri zaakceptował tę odpowiedź. Mattiego oblewały zimne poty. Na razie wszystko 

szło gładko. Zbyt gładko. Na pewno zdarzy się jakaś wpadka. Matti wyraźnie to przeczuwał. 

Coś się wydarzy. Na razie mają za wiele szczęścia. 

background image

Z ciemności wyłoniła się już burta innej łodzi. Podpłynęli do niej z zacienionej strony. 

Reijo wiedział, że jest za niski, ale wstał z nadzieją, że znajdzie jakiś punkt zaczepienia na 

burcie.  Wsparłszy  o  coś  jedną  stopę,  zaczął  obmacywać  burtę.  Cal  po  calu.  Serce  w  nim 

niemal  zamarło,  gdy  wreszcie  dotknął  palcami  kawałka  liny.  Chwycił  ją  czym  prędzej, 

wiedząc, że nie wypuści jej z ręki za żadne skarby świata. Spłynęło na niego poczucie ulgi. 

Tylko po to, by po chwili zniknąć, ktoś bowiem pociągnął za linę z drugiej strony. 

-  Co  się  dzieje,  u  diabła?  -  Reijo  usłyszał  swój  własny  głos.  Chwycił  się  mocno 

okrężnicy.  Jakieś  silne  dłonie  chwyciły  go  za  ramiona  i  wrzuciły  na  pokład.  Zapłonęła 

latarnia. Światło go oślepiło na tyle, że zamknął oczy. 

Bez trudu jednak rozpoznał głos. 

-  Do  diaska.  Nie  sądziłem,  że  kiedykolwiek  cię  jeszcze  zobaczę,  Reijo  Kesaniemi! 

Chcesz ukraść moją łódź? Chyba ci się noga powinęła. 

To był Nils. 

background image

Reijo  powoli  odzyskiwał  rezon.  W  pierwszej  chwili  pomyślał  o  zaszlachtowanych 

reniferach.  Potem  o  tym,  że  Matti  ma  jednak  najwięcej  rozumu  z  nich  wszystkich.  Tyle  że 

teraz wszyscy razem są pod wozem. 

- Witaj, Nils - powiedział, sadowiąc się trochę wygodniej. - Nieźle mnie wystraszyłeś. 

- Jakie to ma znaczenie, skoro jesteś zwykłym złodziejem. - Nils oparł się plecami o 

burtę. Wystarczyło jedno spojrzenie w dół, by zdemaskować współwinnych. 

- Wydaje się wam, że we trójkę dacie sobie radę z tą łajbą? Ona ma wprawdzie tylko 

dziesięć wioseł, ale... 

-  Dobra  załoga  dałaby  sobie  radę.  -  Ponieważ  do  żeglowania  dużą  łodzią  handlową 

trzeba  przynajmniej  siedmiu  osób,  Reijo  pragnął  zdobyć  nieco  mniejszą.  Łodzi  na  dziesięć 

wioseł używano przeważnie tylko do transportu różnych przyrządów rybackich do osad albo 

do przewożenia ryb z mniejszych wiosek rybackich porozrzucanych po wybrzeżu. 

Nils zaśmiał się ironicznie. 

- Tak czy inaczej, mógłbyś wpuścić moich przyjaciół na pokład - odezwał się Reijo. 

- Żebyście mnie wrzucili do morza? Za kogo ty mnie masz, Reijo? 

Reijo wzruszył ramionami. 

- Gdybym miał zamiar to zrobić, sam dałbym sobie radę. 

-  Przyszedłeś  zabrać  dziesięciowiosłową  łódź?  Reijo  skinął  głową.  Nie  było  sensu 

zaprzeczać. Został wszak przyłapany na gorącym uczynku. 

- Jest z tobą Raija? - Nie. 

- Znalazłeś ją? Reijo ponownie przytaknął. Teraz wiedział trochę więcej o Nilsie niż 

przed paru laty. Nils zawsze miał słabość do Raiji. A on niegdyś ślepo mu ufał! 

- Nic dziwnego, że nie chciała mieć z tobą do czynienia. Po tym, jak ją potraktowałeś. 

- Raiji już nie ma - rzekł Reijo. Tylko na takie kłamstwo było go stać. Nie potrafiłby 

powiedzieć,  że  umarła.  Lękał  się,  że  kłamstwo  mogłoby  stać  się  prawdą,  gdyby  je 

wypowiedział. 

- Nie żyje? - szepnął Nils z przerażeniem. 

- Już jej nie ma - powtórzył Reijo, spoglądając na własne dłonie. Dobry Boże, wybacz 

mi to, modlił się po cichu. 

- Jak to się stało? Kiedy? 

- Podczas jarmarku - rzekł Reijo. - A zresztą nie chcę teraz o tym mówić. 

background image

- A ty włóczysz się po okolicy i kradniesz łodzie? Reijo westchnął ciężko. 

-  Nils,  opiekuję  się  piątką  dzieci.  Jest  ze  mną  jeszcze  brat  Raiji  i  nasz  przyjaciel, 

jedyny dorosły oprócz mnie. Muszę zawieźć martwe ciało tam, gdzie powinno spocząć, i nie 

mogę sobie pozwolić na błądzenie po płaskowyżu. Nie znam płaskowyżu, za to dobrze znam 

morze  i  wybrzeże.  Owszem,  próbowałem  ukraść  twoją  łódź,  Nils.  A  właściwie  moją  łódź, 

jeśli się nad tym dobrze zastanowić. Zrobiłeś wówczas bardzo dobry interes. 

- Wieziesz... ją? Nils źle go zrozumiał. Wydawało mu się, że Raija nie żyje i że to jej 

ciało wiezie Reijo. 

Reijo  nie  starał  się  nawet  wyjaśnić  nieporozumienia.  Wiedział,  że  Santeri  i  Matti 

słyszą  każde  słowo  wypowiadane  na  pokładzie.  Wiedział  też,  że  żaden  z  nich  nie  zdradzi 

prawdy, jeśli to nieporozumienie ma do czegoś doprowadzić. 

- Potrzebuję łodzi - powiedział Reijo zmęczonym głosem. - Ta bardzo nam pasowała. 

Myślałem sobie, że zadaszenie bardzo by się przydało ze względu na maluchy. 

- I że trzech mężczyzn wystarczy za załogę? 

- Nie mogłem przecież sprawić, by było nas więcej, prawda? 

-  Mam  także  łódź  na  osiem  wioseł  -  powiedział  z  ociąganiem  Nils.  -  Nic 

nadzwyczajnego.  Jest  dość  stara,  ale  nie  przecieka.  Żagiel  jest  jeszcze  całkiem  dobry. 

Połatany, ale całkiem niezły. Tylko że przydałby się wam czwarty człowiek do załogi... 

- Biorę - zadecydował Reijo. - Biorę wszystko, czym da się wypłynąć na morze. 

Reijo  spojrzał  na  Nilsa.  Pamiętał,  że  niegdyś  traktował  tego  człowieka  jak 

najbliższego przyjaciela. Czas jednak oddala nas od ludzi, choćby nawet wydawało nam się, 

ż

e ich dobrze znamy. 

-  Jesteś  mi  co  nieco  winien,  Nils.  A  przede  wszystkim  jesteś  coś  winien  Raiji.  -  To 

była  ryzykowna  gra.  Ale  Reijo  patrzył  Nil  sowi  prosto  w  twarz.  Nie  miał  przecież  nic  do 

stracenia.  Zarżnął  renifery.  Za  wszelką  cenę  potrzebował  łodzi.  Nie  istniało  żadne  inne 

wyjście. Nils spoglądał gdzieś w bok. 

-  Nie  mieszkam  w  tym  domu  -  powiedział  wymijająco.  -  Nie  potrafiłbym  tam 

mieszkać. Jeśli chcesz wrócić... 

- Nie zamierzam wracać - odrzekł Reijo ostro. - Potrzebna mi łódź, Nils. Chcę się stąd 

jak najszybciej wydostać. 

- ...mógłbyś odzyskać swój dom - dokończył Nils. - Nigdy się tam dobrze nie czułem. 

Z tym domem jest coś nie w porządku. Ludzie mówią, że to przez kobietę, która tam kiedyś 

mieszkała.  Że  w  tym  domu  mogą  żyć  jedynie  kobiety.  Że  tylko  Raija  mogłaby  tam 

mieszkać... A skoro ona... - Nilsowi głos się załamał. 

background image

- No więc jak będzie z łodzią? - zapytał Reijo bez ogródek. Lękał się, że mu się nie 

uda, że prawda wyjdzie na jaw. 

Nils  podniósł  wzrok.  Reijo  mógłby  przysiąc,  że  na  policzkach  tamtego  zalśniły  łzy, 

Nils zadbał jednak o to, by przygasić płomień lampy i odsunąć ją od siebie na tyle, by nic nie 

zdradzić. 

-  Dostaniesz  tę  przeklętą  łódź.  Nils  odwrócił  się  plecami  do  Reijo  i  spuścił  z  burty 

sznurową drabinkę. Reijo czuł, że nogi się pod nim uginają. W okamgnieniu stanął tuż obok 

Nilsa. Uśmiechnął się z wysiłkiem i pomachał do Santeriego i Mattiego. 

Udało  im  się  szczęśliwie  utrzymać  mniejszą  łódkę  tuż  przy  burcie  większej.  Na  ich 

twarzach odmalował się wyraz ulgi, gdy ujrzeli Reijo u boku tego obcego. 

Słyszeli  większą  część  rozmowy.  Niektóre  słowa  utonęły  wprawdzie  w  szumie  fal  i 

plusku wody, najważniejsze fragmenty dotarły jednak do ich uszu. 

Obaj wstrzymali oddech. 

- Do licha, ten to potrafi zachować zimną krew! - mruknął Matti, gdy Reijo schodził 

po sznurowej drabince przed Nilsem. - Już myślałem, że związani wylądujemy u najbliższego 

lensmana. 

- To znaczy w Alcie - oświecił go Santeri. - Wygląda na to, że nasz Kesaniemi wie, o 

czym mówi. Zna słabe strony tych, z którymi walczy. Dobrze mieć kogoś takiego po swojej 

stronie.  Ale  ja  wciąż  jestem  zlany  potem,  Matti,  staruszku.  I  chyba  mi  nie  przejdzie  aż  do 

chwili, w której dostaniemy wreszcie tę nieszczęsną łajbę. 

Reijo  usiadł,  zanim  Nils  zszedł  na  pokład.  Siedzieli  zwróceni  twarzami  do  siebie. 

Santeri chwycił za wiosła. 

- Steruj, ja będę wiosłował - powiedział Santeri swym śpiewnym norweskim. 

Nils  wydał  lakoniczne  komendy,  nie  odwracając  się  nawet  w  stronę  Santeriego. 

Patrzył przez cały czas na Reijo. 

Ośmiowiosłowa  łódź  nie  była  jeszcze  zwodowana.  Nie  zobaczyli  zbyt  wiele  w 

ciemnościach. Reijo obejrzał jednak łódź, pożyczywszy lampę od Nilsa. Santeri szedł tuż za 

nim. Rozmawiali ze sobą szeptem po fińsku. Ku zaskoczeniu Mattiego wcale nie rozmawiali 

o łodzi. Pletli jakieś bzdury. Reijo powiedział: 

- Mów. Mów, co ci ślina na język przyniesie. Nils nie zna fińskiego. A ja chciałbym 

napędzić mu trochę strachu. Zachowuje się jak łaskawca, choć wciska nam tego przeżartego 

przez robaki grata. Z pewnością ta stara łajba jest tak kiepska, że sam boi się do niej wsiąść. I 

ma nadzieję, że pójdziemy na dno. Niech się przynajmniej trochę spoci, nic mu nie będzie. 

background image

-  Sądziłem,  że  jesteś  przyzwoitym  człowiekiem  -  powiedział  Santeri  z  wielce 

poważnym wyrazem twarzy. - Kto by przypuszczał, ile demonów kryje się za twoim pozornie 

dobrodusznym uśmieszkiem, Reijo. 

- Łódź jest całkiem w porządku. - Nils sądził, że to zapewnienie wystarczy. Wyrwał 

lampę z rąk Reijo. - Wracam do domu. Nie mam czasu na pogaduszki ze złodziejami. 

Nils wsiadł do łódki, którą przypłynęli Reijo, Santeri i Matti. 

- Bierz, co ci daję, Reijo. Jeśli jutro zniknie łódź handlowa, to twoje życie nie będzie 

warte  funta  kłaków.  Będę  cię  ścigał  razem  ze  wszystkimi  mężczyznami  z  osady.  Nie 

będziemy pytać wójta o pozwolenie. I nie będziemy zwracać uwagi na prawo. Załatwimy to 

po swojemu. I wówczas już nic nie utargujesz. 

- Wspaniała! - Reijo poklepał dłonią maszt łodzi podarowanej mu przez Nilsa. - Nie 

widziałem takiego  cacka od dawna - ironizował. - Gdybym ją zauważył  wcześniej, od razu 

bym się do niej zabrał. 

- Możesz sobie drwić ile wlezie! - uśmiechnął się pogardliwie Nils. - Jak się czujesz, 

stojąc znów za sterem, Kesaniemi? Jak się czujesz znów w roli kapitana? 

Reijo  musnął  ster,  patrząc  w  ślad  za  odpływającą  od  nich  łódką.  Poczekał,  aż  plecy 

Nilsa oddalą się na tyle, by ich właściciel nie usłyszał jego słów. 

Wtedy się uśmiechnął: 

- Dziękuję, całkiem nieźle się czuję w roli kapitana. Całkiem nieźle. 

Także Santeri uśmiechnął się od ucha do ucha. Białe zęby błysnęły pośród nocy. 

-  Rozdzielamy  stanowiska?  W  takim  razie  ja,  Aleksanteri  Kilpi,  obwołuję  się 

dziobowym. Będę marynarzem „na oku”. To prawdziwy zaszczyt płynąć z samym kapitanem 

Kesaniemi. 

- A co ze mną? - chciał wiedzieć Matti, któremu udzielił się zapał towarzyszy. - Czy ja 

też nie mógłbym być kimś? 

-  Możesz  być  majtkiem  pokładowym  -  powiedział  zadowolony  Santeri.  -  Czyli 

chłopcem na posyłki. Szczury lądowe nie mogą zajmować wyższego stanowiska. 

-  Możesz  być  rufowym  -  złagodził  wyrok  Reijo.  -  Zresztą  to  nie  ma  żadnego 

znaczenia. I tak nie będziesz wiedział, co robić. Musimy cię wszystkiego nauczyć. 

-  Ale  po  tej  wyprawie  staniesz  się  marynarzem  pełną  gębą,  mój  chłopcze  -  dorzucił 

Santeri. 

- Jeśli wrócimy cało z tej wycieczki - stwierdził Matti. Wciąż nie był przekonany, że 

ich  plan  się  powiedzie.  Niezależnie  od  tego,  co  o  nim  myśleli.  -  Powinniśmy  wziąć  tamtą 

większą łódź. Podobała mi się o wiele bardziej. 

background image

-  Patrzcie  go  -  zaśmiał  się  Reijo.  -  To  ten  sam,  który  na  początku  nie  chciał  żadnej 

łodzi. A teraz najchętniej żeglowałby prawdziwą łodzią handlową, i to w pojedynkę! 

Reijo poklepał chłopca po ramieniu. 

- Nils miał rację co do jednego: rzeczywiście jest nas za mało, byśmy dali sobie radę z 

łodzią na dziesięć wioseł. Powinno nas być co najmniej pięciu. Pięciu mężczyzn, którzy znają 

się na żeglowaniu. Z tą łajbą damy sobie radę, o ile jesteś równie pojętny jak twoja siostra. 

Brakuje nam jednego członka załogi. A że ty nie masz pojęcia o marynarskiej robocie, można 

powiedzieć, że brakuje aż dwóch. To może być  niebezpieczne. A nam naprawdę nie wolno 

ryzykować. Dlatego ufam ci ślepo, mój chłopcze. Ufam, że będziesz chciał się uczyć i że się 

nauczysz. Matti poczuł, że spociły mu się ręce. 

- Postaram się. Najlepiej jak potrafię. Co teraz zrobimy? 

-  Postawimy  żagiel  -  powiedział  Santeri.  -  Tylko  nie  wyobrażaj  sobie,  że  to  łatwa 

sprawa.  Choć  to  jedno  z  łatwiejszych  zadań,  które  tu  cię  czekają.  Może  się  zdarzyć,  że 

będziesz klęczał w lodowatej wodzie i wylewał wodę czerpakiem z dna łodzi, żebyśmy nie 

zatonęli. Ręce ci będą mdlały i całkiem opadniesz z sił, ale będziesz musiał wylewać wodę. I 

wiele czasu upłynie, zanim nadarzy się okazja, by trochę odpocząć i zejść na ląd... 

- Nie strasz chłopaka! - poprosił Reijo. - To będzie ciężka praca, Matti, ale dzięki temu 

staniesz się mężczyzną. Po tej wyprawie nikt już nie nazwie cię dzieckiem. 

Wiał dość porywisty wiatr, więc gdy po wielu wysiłkach udało im się postawić żagiel, 

nie mieli żadnych kłopotów z wydostaniem się z osady. Nie musieli wiosłować. 

Przedsięwzięcie  było  doprawdy  ryzykowne,  bo  choć  Reijo  znał  tu  każdą  skałę 

wystającą  z  wody  i  każdą  mieliznę,  panowały  nieprzeniknione  ciemności.  Ich  oczy 

przyzwyczaiły się wprawdzie do mroku, ale i tak nie widzieli nic przed sobą. 

- Przypuszczam, że nieco dalej jest występ skalny - rzucił Reijo. 

-  Czułbym  się  znacznie  pewniej,  gdybyś  wiedział,  a  nie  przypuszczał  -  zauważył 

Santeri. 

Reijo nic mu nie odrzekł. Na poły stał, na poły siedział na ławeczce szypra na rufie. 

Uważnie  wpatrywał  się  w  mrok,  przez  który  płynęli.  Polegał  jednak  głównie  na  swych 

wspomnieniach i doświadczeniach i częściej domyślał się, niż widział, co się przed nimi znaj-

duje. W prawej ręce trzymał drążek steru, połączony z płetwą sterową umieszczoną na stewie 

rufowej. 

- Nie ma chyba żadnego powodu, żeby żeglować po nocy - denerwował się Matti. - 

Siedział  na  tylnej  ławce,  zwrócony  twarzą  w  stronę  Reijo.  Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  ma 

siedzieć  właśnie  w  ten  sposób.  Nie  wiedział,  co  należy  do  obowiązków  rufowego.  Nie 

background image

odrywał  oczu  od  pełnej  napięcia  twarzy  Reijo  i  modlił  się  w  duchu  do  swego  Stwórcy  o 

szczęśliwe zakończenie tej wyprawy. - Przecież on wie, że mamy łódź - ciągnął Matti, gdy 

nikt mu nie odpowiedział. - Nie ukradliśmy jej przecież, tylko dostaliśmy. Nie mamy nic do 

ukrycia. To przecież bardzo niebezpiecznie płynąć nocą. 

Santeri wisiał niemal na dziobie, wypatrując niebezpieczeństw, o których Reijo mógł 

zapomnieć. Pełnił wprawdzie odpowiedzialną funkcję marynarza „na oku”, który był prawą 

ręką kapitana, ale wiązała się ona z wieloma niedogodnościami. Właśnie na dziób najpierw 

wdzierały  się  fale  i  dlatego  właśnie  członek  załogi  pełniący  tę  funkcję  bywał  najczęściej 

przemoczony do suchej nitki. 

-  Nie  byłbym  taki  pewien,  że  Nils  będzie  równie  hojny  jutro  rano,  gdy  się  obudzi  - 

rzekł ze złością Reijo. - Dziwne, że w ogóle zdecydował się dać nam tę łódź. Przyznam, że 

trochę  się  wystraszyłem.  Ale  wygląda  na  to,  że  nie  jest  uszkodzona.  Sprawia  wrażenie 

całkiem niezłej łajby... 

-  Czy  to  znaczy,  że  wypłyniemy  już  tej  nocy?  Reijo  odpowiedział  mu  krótko  i 

stanowczo: 

-  Właśnie.  Nie  miałbym  odwagi  tu  zostać.  Bałbym  się  tego  o  wiele  bardziej  niż 

ż

eglugi w ciemnościach. 

Rozumiesz?  Ale  gdy  już  wypłyniemy  z  fiordu  i popłyniemy  czas  jakiś  wzdłuż  lądu, 

natrafimy na maleńką zatoczkę, do której powinniśmy zdołać wpłynąć nawet po ciemku. Tam 

możemy zaczekać, aż zaświta. 

-  O  ile  światło  dzienne  nie  zaskoczy  nas  w  drodze.  -  Santeri  podzielał  wprawdzie 

obawy Reijo, nie oznaczało to jednak, że zachwycała go perspektywa nocnej żeglugi. Nie był 

tchórzem,  ale  też  nie  grzeszył  taką  lekkomyślnością,  o  jaką  go  wielu  posądzało.  Zbyt  cenił 

sobie życie. 

Było  już  bardzo  późno,  gdy  dotarli  do  jurty.  Mężczyźni  sądzili,  że  dzieciaki  dawno 

zasnęły, ale się pomylili. 

Reijo  z  uśmiechem  zgodził  się  z  Santerim,  że  nie  zaszkodzi  im  odrobina  gorącego 

rosołu z renifera z kawałkiem kości do obgryzienia. Na nic więcej nie mieli jednak czasu. 

Przepuścił  Mattiego  i  Santeriego  przed  sobą  i  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego 

zatrzymali się nagle, tarasując mu wejście. Musiał się więc przecisnąć między nimi. 

Elise  płakała.  Oczy  miała  czerwone  od  łez  i  przytulała  do  siebie  maleńką  Idę.  Knut 

pobladł bardzo, ale wciąż trzymał się dzielnie. Wpatrywał się w Reijo tak, jak wierni wpatrują 

się w swego Pana. 

background image

- Tak się boję - łkała Elise. - Mówiłam im, żeby nigdzie nie szli. Ale nie chcieli mnie 

słuchać. A ja bałam się wyjść za nimi. I nie pozwoliłam na to Knutowi... 

-  Uderzyła  mnie  -  poinformował  ich  Knut  swym  cienkim  głosikiem.  -  Tutaj.  - 

Paluszek chłopca dotknął policzka. 

Do Reij o dotarło wreszcie to, co zauważył, zanim Elise otworzyła usta. Maja i Ailo 

zniknęli. 

Reijo usiadł naprzeciwko Elise. Pogłaskał ją po włosach, po policzku i wziął od niej 

Idę. Maleńka spała mocno. Reijo ułożył ją pomiędzy skórami, po czym obrócił się w stronę 

Elise. 

- Dawno temu wyszli? Zastanów się, Elise. - Policzki dziewczynki drżały, łzy płynęły 

ciurkiem. Pociągała nosem i ocierała oczy bez szczególnych rezultatów. 

-  Kłócili  się  -  załkała.  -  Kto  jest  odważniejszy.  Prawie  się  pobili.  A  potem  Ailo  się 

ubrał. Powiedział, że on ma najwięcej odwagi, bo jest chłopcem. Maja też się ubrała i mówiła, 

ż

e wcale nie boi się bardziej niż on... 

- I wyszli - dokończył Knut. Przysunął się tak, by być jak najbliżej Reijo. Poczuł się 

znacznie lepiej, gdy dłoń opiekuna spoczęła na jego ramieniu. Dzięki temu nie było już tak 

okropnie. 

- Chcieli was odnaleźć. Tak długo was nie było. Mówili, że wcale się nie boją wyjść 

na dwór, chociaż jest tak ciemno. 

Matti zacisnął pięści. Czego te dzieciaki nie wymyślą! 

- A więc długo już na nas czekaliście? - zapytał Santeri z obawą. 

Knut i Elise pokiwali głowami. 

- To nic nie znaczy - mruknął Reijo. - Dzieciakom zdaje się, że nie ma cię długo, gdy 

idziesz po drewno. Czy to było strasznie dawno temu? Dużo o tym rozmawialiście? Ida spała 

już, gdy wychodzili? 

Elise pokręciła głową. 

- Ida jeszcze nie spała. Reijo, oni wyszli strasznie dawno temu. Znaleźli wasze ślady 

na  śniegu.  Myślę,  że  poszli  w  tym  samym  kierunku  co  wy...  -  Łzy  znów  popłynęły 

strumieniami. - Wołałam za nimi, Reijo. Mówiłam, że nie wolno im tego robić, ale mnie nie 

słuchali. Pobiegli sobie. Nie mogłam ich zatrzymać! Nie mogłam zostawić Knuta i Idy! Nie 

mogłam pozwolić, żeby Knut poszedł za nimi! 

-  Bardzo  dobrze  zrobiłaś  -  pochwalił  ją  Reijo.  -  To  nie  twoja  wina.  Ani  twoja,  ani 

Knuta. 

background image

Reijo  podniósł  się.  Popatrzył  na  Santeriego  i  Mattiego.  Zatrzymał  wzrok  na  tym 

pierwszym. 

- Dziś już nie powinieneś wychodzić na mróz. Elise za długo musiała sama opiekować 

się dziećmi. Zostaniesz z nią. Ja i Matti pójdziemy szukać Mai i Ailo. 

- Jest całkiem ciemno - powiedział Santeri cicho. - Zupełnie tak, jakbyście szukali w 

czarnym worku. Reijo przygryzł wargę. 

- Znajdę jakieś dłuższe drwa i potnę jedną z moich koszul. Mamy jeszcze trochę oleju. 

Zrobimy więc sobie pochodnie. Noc nie trwa wiecznie. W każdym razie nie dla nas, nie dla 

dorosłych. Ale gdzieś tam, na wzgórzu, siedzą dwa maluchy, którym noc wydaje się długa jak 

wieczność.  Oboje  z  pewnością  nieźle  przemarzli.  Na  szczęście  ten  mały  ma  sporo  rozumu. 

Maja też, o ile nie jest w przekornym nastroju... 

Reijo wyszedł na dwór. Matti podążył za nim bez słowa, ale czuł, że coś go zmroziło 

od wewnątrz. Mimo że miał wciąż mokre nogi i ręce, nie marzł w nie tak, jak w środku. 

Dzieciaki potrafią wymyślić najgłupszą rzecz pod słońcem! 

Dwoje siedmiolatków spędza samotnie noc na dworze. 

Reijo znalazł jakieś wilgotne drwa między nadbrzeżnymi kamieniami. Gdy owijał je 

płótnem  i  nasączał  olejem,  Matti  wykrzykiwał  na  całe  gardło  imiona  dwojga  odważnych 

uciekinierów. Obszedł wszystkie pagórki otaczające zatoczkę, ale nikt mu nie odpowiedział... 

Po  kilku  nieudanych  próbach  pochodnie  zrobione  przez  Reijo  wreszcie  zapłonęły. 

Płomyki drżały bardzo długo. 

- Starczy na jakiś czas - stwierdził Reijo. - Zostały jeszcze dwie takie pochodnie i na 

tym koniec. Miejmy nadzieję, że zdążymy ich odnaleźć. 

- Dokąd mogli pójść? 

-  Gdzieś  daleko  -  odparł  Reijo.  -  Ta  dwójka  nie  zatrzymałaby  się  za  pierwszymi 

napotkanymi kamieniami. 

Rozglądali się uważnie w poszukiwaniu śladów na śniegu, nie dostrzegli jednak odbić 

niewielkich  nóżek.  Reijo  wypatrywał  skrytej  w  śniegu  ścieżki,  którą  sami  nieco  wcześniej 

poszli. 

- Maja prawdopodobnie zauważyła, gdzie zniknęliśmy.  I postanowiła pójść za nami. 

To w jej stylu. 

- I w stylu Ailo - dorzucił Matti. - Nie na darmo są rodzeństwem. 

Reijo i Matti ruszyli za dziećmi. 

Ś

wiatło  rzucane  przez  pochodnie  było  dość  nikłe,  ale  na  tle  nieprzeniknionych 

ciemności przypominało blednące gwiazdy. Obaj mężczyźni co jakiś czas zbaczali ze ścieżki, 

background image

każdy  po  innej  jej  stronie.  Rozświetlali  ciemności  pochodniami  i  wypatrywali  dwóch  nie-

wielkich, przyodzianych w skóry ciał. Nie dostrzegli jednak nic poza kamieniami i splątanymi 

zaroślami. 

Zatrzymywali się i wołali dzieci po imieniu. Nasłuchiwali. Cisza raniła ich uszy aż do 

bólu. Nawoływali więc jeszcze raz. 

Nadaremnie. 

Dotarli  już  prawie  do  osady,  gdy  pochodnie  się  wypaliły,  parząc  ich  w  palce  na 

samym końcu. Najpierw pochodnia Reijo, potem Mattiego. 

Reijo raz jeszcze zawołał dzieci. W odpowiedzi usłyszeli tylko cichy szum morza. 

- Czy mogli wpaść do morza? 

- Nie oboje - odparł Reijo. - Jedno z nich odpowiedziałoby na nasze nawoływania. 

Reijo popatrzył w dół, na osadę. Wiedział, że słychać go doskonale nawet na drugim 

jej krańcu. Krzyknął jeszcze raz. Obaj stanęli nieruchomo, nasłuchując. Potem zawołał Matti. 

I znów żadnej odpowiedzi. 

- Chyba tędy nie poszli - zastanawiał się Reijo. Nie mógł zagłuszyć wątpliwości, ale 

musiał  podjąć  jakąś  decyzję.  Musiał  zaryzykować.  Zaufać  swemu  instynktowi.  -  A  jeśli 

ruszyli w złą stronę? Oba brzegi zatoki są bardzo do siebie podobne. Może nie zapamiętali, 

gdzie poszliśmy. 

- Może spierali się o to... - zamyślił się Matti. 

- Mogli wybrać niewłaściwy kierunek. 

Pobiegli z powrotem. Matti zajrzał do jurty. Nie zasnął jeszcze nikt oprócz Idy. Cała 

trójka siedząca w namiocie przywitała go pełnymi napięcia spojrzeniami. 

-  Nie  znaleźliśmy  ich.  Ale  wydaje  się  nam,  że  nie  poszli  w  stronę  osady,  tylko  w 

przeciwnym kierunku. 

Znowu ruszyli na poszukiwania. 

Reijo  zaczął  już  wspinać  się  pod  górę.  Zgubił  gdzieś  rękawice,  ale  nie  czuł  zimna. 

Matti zapalił drugą pochodnię jeszcze w jurcie. Reijo swoją oszczędzał. 

- Dokąd tędy dojdziemy? - dopytywał się chłopiec. 

- W góry - odparł Reijo. Jego usta na moment zacisnęły się, tworząc jedną linię. - I na 

płaskowyż. Powinno tam być trochę śniegu. A na nim ślady dziecięcych butów, jeśli poszli 

tędy. 

Matti  odniósł  wrażenie,  że  Reijo  wie,  którędy  iść.  Prawie  się  nie  zastanawiał,  jakby 

była tylko jedna droga. I nie potrzebował pochodni. 

background image

Ś

nieg sięgał im nieco powyżej kostek. Uszli ledwie kawałek, gdy Reijo padł na kolana 

i  poprosił  Mattiego  o  pochodnię.  Ogień  roztopił  tu  i  ówdzie  cienką  warstewkę  śniegu,  gdy 

Matti pochylił płomień. 

Okazało się, że intuicja nie zawiodła Reijo. Dwie pary niewielkich stopek odcisnęły 

się na pokrytej śniegiem dzikiej równinie. 

- Dzięki Bogu! - wyrwało się Reijo. Drżał cały, gdy się podnosił. Nie odrywał oczu od 

łańcuszka  małych  śladów.  -  To  musi  wciąż  w  niej  tkwić  jak  zadra  -  powiedział  jakby  do 

siebie.  -  Nikt  by  nie  przypuszczał,  że  może  cokolwiek  pamiętać,  a  jednak  to  jakoś  w  niej 

tkwi... 

- Co takiego? - zapytał Matti. Zaczął już niemal przypuszczać, że Reijo majaczy. 

- Wydaje mi się, że wiem, gdzie mogą być - stwierdził Reijo. - Idź za mną. 

background image

- Wcale nie wierzę, że tu kiedyś byłaś. - Głos Ailo drżał tak bardzo, że uleciała z niego 

zwykła pewność siebie. 

- Właśnie, że byłam - odrzekła Maja. 

Siedzieli bardzo blisko, w ciemnościach i przenikliwym chłodzie spletli ręce. Żadne z 

nich nie chciało puścić drugiego. 

A mimo to się kłócili. 

- Byłam w tej jaskini. Zapytaj Reijo. On też tu był. Tylko że ja byłam bardzo, bardzo 

mała. 

-  Też  coś  -  parsknął  Ailo.  -  Wcale  ci  nie  wierzę.  W  każdym  razie  to  nie  była  ta 

jaskinia. Nigdy przedtem tu nie byłaś. Nikt z nas tu nie był. 

- Elise uważa, że mieszkaliśmy kiedyś w miejscu, które było bardzo podobne do tego - 

oznajmiła Maja. - To mogło być tutaj. Nie możesz mówić, że nie. Mnie się wydaje, że to tu. 

-  Skąd  ty  to  możesz  wiedzieć?  Jest  tak  ciemno,  że  nic  nie  widać.  Wcale  byśmy  nie 

znaleźli tej jaskini, gdybym nie potknął się o wejście. Nie ty je znalazłaś. 

- A jak tu dotarliśmy? To ja znałam drogę. 

Ailo nic nie odpowiedział. Nie podobało mu się tutaj. Było ciemniej niż na dworze. 

Nie  pamiętał,  którędy  przyszli.  Czy  on  szedł  pierwszy,  czy  Maja.  Czy  to  on  siedział  teraz 

przodem do wyjścia, czy może ona. Maja też tego nie pamiętała. 

Zgadzali  się  tylko  co  do  jednego:  muszą  siedzieć.  Żadne  z  nich  nie  miało  odwagi 

ruszyć  w  drogę  w  obawie,  by  nie  pójść  w  niewłaściwym  kierunku.  Może  ten  korytarz  się 

nigdy nie skończy, może zaprowadzi ich w głąb góry, tam gdzie nikt ich już nie odnajdzie? 

- Nie powinniśmy wychodzić - rzekł Ailo tak cicho, że ledwo go było słychać. 

- To twoja wina - ostro zareagowała Maja. - To ty pierwszy wyszedłeś. 

- Boisz się? - zapytał dziarskim tonem, choć wcale nie czuł się dziarsko. - Założę się, 

ż

e się boisz. Dziewczyny są tchórzami. Wystarczy tylko odrobina ciemności. 

-  Wcale  się  nie  boję!  -  zaprotestowała  Maja.  -  Wcale  a  wcale.  Ale  założę  się,  że  ty 

masz stracha. Nie oszukasz mnie, Ailo. Boisz się tak bardzo, że się o mało co nie posikasz. 

Ailo  postanowił  to  przemilczeć.  Nie  musi  przecież  z  nią  dyskutować.  Jeśli  się  nie 

odezwie, Maja zrozumie chyba, jaka jest głupia. Przecież on się niczego nie boi! 

Choć tu jest dość okropnie... 

background image

- Czujesz coś w nogach? - zapytała Maja, przerywając ciszę, która trwała co najmniej 

tysiąc lat. 

- Czuję. - Ailo zdziwił się tym pytaniem. Tak beznadziejnie głupim pytaniem. 

- A ja nie czuję - powiedziała Maja. Słyszała, że jej własny głos trochę drży. Bała się. 

- Ruszam stopami, ale ich nie czuję. 

Ailo odważył się puścić jej rękę. Szukał po omacku stóp siostry, aż wreszcie zacisnął 

ręce na kumagach. 

- Nic nie czuję - powtórzyła dziewczynka. - Musisz ścisnąć porządnie. 

Ailo wymacał palcami wełnę wystającą spod sznurowania. 

- Masz turzycę w kumagach? 

- Fuj! - Maja skrzywiła się z obrzydzeniem. - Ona tak drapie. Coś okropnego. Mam 

dwie pary pończoch. Chciałam założyć jeszcze trzecie, ale się nie zmieściły. 

-  Taka  jesteś  głupia,  że  wcale  mi  cię  nie  żal  -  skomentował  Ailo  i  zabrał  się  do 

rozsznurowywania wilgotnych rzemyków. - Wokół stopy musi być trochę powietrza. Wcale 

byś nie zmarzła, gdybyś miała gołe nogi i turzycę w kumagach. Tylko smarkule uważają, że 

turzyca drapie. 

Maja powstrzymała się od komentarza. To okropne stracić czucie w nogach. Ailo był 

Lapończykiem. Zawsze mieszkał w jurcie. Znał się na takich rzeczach... 

Chłopiec  ściągnął  kumagi  z  jej  stóp.  Były  przemoczone.  Przypomniał  sobie,  że  pod 

Mają załamał się lód i wpadła do strumienia, zanim on potknął się o wejście do jaskini. 

Ailo  ściągnął  Mai  także  przemoczone  wełniane  pończochy.  Rzucił  je  na  bok  ze 

złością. Jak można się zachowywać tak głupio! Położył dłonie na stopach dziewczynki. Były 

mokre i zimne. Nie zdołał ich rozgrzać rękami. Sam od dawna marzł w ręce. 

Pospiesznie  rozpiął  pas  i  wcisnął  stopy  Mai  pod  swoje  ubranie.  Pokryła  go  gęsia 

skórka, gdy lodowate nogi dotknęły jego brzucha, zagryzł jednak zęby. 

- Po co to robisz? - Maja nie była już taka pewna siebie jak wcześniej. Inaczej nigdy 

nie zadałaby takiego pytania. 

- Trzeba powoli rozgrzać twoje stopy. Ty nie możesz przyłożyć ich sobie do brzucha, 

więc ja to muszę zrobić. 

- Nie mogę ich po prostu rozetrzeć? 

- Nie rozgrzeją się w ten sposób - powiedział Ailo. Miał na końcu języka, że przecież 

każdy głupi to wie. Ale jakoś to przełknął. - Tak jest dużo lepiej. Trzymać je tuż przy ciele. W 

ten sposób najlepiej się rozgrzeją. 

background image

Maja  zaakceptowała  jego  wyjaśnienie.  Była  przemarznięta  i  przerażona.  Ailo  z 

pewnością także się bał, choć w wielu sprawach orientował się lepiej. 

-  Myślisz,  że  przyjdą  po  nas  niedługo?  -  zapytała.  Ailo  nie  odpowiedział.  Oboje 

pomyśleli to samo: 

jakże głupio postąpili, wychodząc z jurty. 

Nikt nie wiedział, gdzie się znajdują. Na dworze było całkiem ciemno. Może zaczną 

ich szukać dopiero rano. Może dopiero wtedy ktoś ich znajdzie. 

Może wtedy będą już martwi. 

Maja  wbiła  palce  stóp  w  brzuch  Ailo.  Chłopiec  zagryzł  wargi,  żeby  nie  krzyknąć. 

Poczuł się jak mały dzieciak i zapragnął, by to się wcale nie wydarzyło, by wcale nie zaczęli 

się kłócić. Gdyby przestali w porę, nie zabłądziliby. 

Gdyby tylko tata był tu z nimi... 

Kamień w gardle Ailo zrobił się tak wielki, że o mało go nie udusił. Robił się coraz 

większy, sięgał już do żołądka, do miejsca, na którego wysokości Maja trzymała swoje stopy. 

Chłopiec z trudem złapał oddech. Całe jego ciało drżało. Z zimna i z płaczu. 

Miał przecież o tym nie myśleć... Miał o tym wcale nie myśleć... 

Tato nie przyjdzie. 

Tato nie żyje. 

Rozpłakał  się  i  musiał  oddychać  ustami,  choć  coś  go  kłuło  w  piersi.  Nie  potrafił 

powstrzymać się od łez, mimo że bardzo tego pragnął. Nie chciał wszak, by Maja pomyślała, 

ż

e  on  się  boi.  Że  płacze  ze  strachu.  Zabrakło  mu  jednak  siły,  by  tłumaczyć  jej  prawdziwą 

przyczynę. 

Maja  nic  nie  mówiła.  Na  końcu  języka  miała  wprawdzie  ostry  docinek,  ale  usta 

odmówiły  posłuszeństwa,  gdy  chciała  go  wypowiedzieć.  Pochyliła  głowę,  splotła  dłonie  i 

ufała, że Reijo nadejdzie wkrótce. 

Była taka przerażona. 

Zapalili  już  pochodnię  Reijo.  Ślady  odbijały  się  wyraźnie  od  powierzchni  śniegu. 

Słaby wietrzyk nie zdołał ich zatrzeć. 

- Wygląda na to, że się nie myliłem - rzucił Reijo przez ramię. 

Pozostawało im jeszcze zejść w dół po stromym zboczu, by dotrzeć do niewielkiego 

otworu.  U  podnóża  sporego  wzniesienia  leżało  mnóstwo  kamieni,  pomiędzy  którymi  widać 

było maleńkie ślady. 

Reijo ostatni odcinek drogi pokonał biegiem, pochylił się i zajrzał do otworu w skale. 

- Jaskinia? Reijo skinął głową, odgarniając śnieg gołymi rękami. 

background image

- Mam nadzieję, że nie weszli za głęboko. Ten korytarz prowadzi do morza. Poziom 

wody w jaskini zależy od przypływów i odpływów. 

Matti pobladł. 

- Skąd oni wiedzieli o tej jaskini? Reijo popatrzył na swego towarzysza. 

-  Sam  chciałbym  to  wiedzieć,  Matti.  Maja  tu  kiedyś  była,  ale  miała  wtedy  zaledwie 

dwa  lata.  Przeżyła  w  tej  jaskini  coś  przerażającego  i  nie  powinna  tego  pamiętać.  Nie 

rozumiem,  jak  tu  trafili.  O  ile  nie  był  to  zwyczajny  przypadek.  -  Reijo  spojrzał  w  głąb 

pieczary. - Wejdę do środka. Ty czekaj tu z pochodnią. 

- Idę z tobą. Reijo pokręcił głową. 

- Tam jest ciasno. Trzeba się przeciskać. A teraz jest tam jeszcze ciemniej niż zwykle. 

Byłem tam kiedyś... 

-  Reijo  wpełzł  do  środka.  Dłonie  niemal  mu  zamarzały,  gdy  dotykał  lodowatego, 

nierównego podłoża, ale nie zwracał na to uwagi. Uderzył głową w wystającą skałę i musiał 

się jeszcze bardziej schylić, by przedostać się dalej. 

Po co wchodzili jeszcze głębiej? Oni także musieli tędy pełznąć. I muszą wciąż tu być. 

Nie spostrzegł przecież śladów wychodzących z jaskini. 

Reijo dotarł do miejsca, w którym musiał już położyć się na brzuchu, na boleśnie go 

uwierających  kamieniach.  Przez  dłuższą  chwilę  słyszał  tylko  swój  własny  przyspieszony 

oddech. Leżał spokojnie i nasłuchiwał, aż w ciążącej mu ciszy rozległ się krzyk: 

- Reijo? Reijo, tutaj jesteśmy. Usłyszał także łkanie. - Już idę! - krzyknął z ulgą. - Idę. 

Jesteście tam oboje? 

-  Tak.  Tak,  Reijo.  Ale  Ailo  płacze.  Reijo  w  dalszym  ciągu  pełzł  na  kolanach  i 

łokciach, choć korytarz rozszerzył się i nie był już taki ciasny. Nie miał po prostu czasu się 

wyprostować, a poza tym się bał, że nadepnie na dzieci. 

Po chwili rzeczywiście  natrafił na nie. Siedziały razem. Reijo przytulił je i zapłakał, 

kryjąc  twarz  w  ich  mokrych  włosach.  Uczepiły  się  jego  ramion,  niemal  go  przewracając. 

Musiał przygarniać je po wielekroć i uspokajać. 

- Nie złość się na nas! - błagała Maja. - Nie możesz się na nas gniewać! 

-  Nie  gniewam  się.  Ale  musimy  się  stąd  wydostać.  W  jurcie  czekają  na  was  ciepłe 

skóry. 

Uszczęśliwiony Ailo pociągnął nosem. 

- Maja ma gołe stopy - powiedział. - Nie wiem, gdzie są jej kumagi. 

- Zdjęłaś kumagi? 

- Teraz czuję własne nogi! - wykrzyknęła Maja. - Już je czuję. 

background image

- Zmarzły jej nogi - wyjaśnił Ailo. Chłopiec ukląkł i szukał po omacku. Nie pamiętał, 

gdzie rzucił te przeklęte kumagi. - A ja rozgrzałem jej stopy. Ale nie mogę znaleźć kumagów. 

- Obciągnij spodnie tak nisko, jak tylko zdołasz - polecił Reijo Mai. - Zrobiłaś to już? 

- Tak. Zimno mi. 

- Wiem. Ale nie przejmuj się tym. Pełznijcie przede mną. Tędy. Ailo pierwszy. Potem 

Maja. Powiedz natychmiast, gdy cię zaczną boleć stopy. Na nic nie czekaj. Jasne? 

- Tak, Reijo - odparła potulnie. 

- Idziemy. Matti czeka na nas na zewnątrz. Mattiemu wydawało się, że czeka już całą 

wieczność. 

Pochodnia  zmniejszała  się  coraz  bardziej.  Nie  miał  pojęcia,  co  zrobi,  jeśli  Reijo  nie 

wyjdzie z jaskini. 

Nagle ich usłyszał. 

Najpierw  tylko  niewyraźny  szmer.  Potem  głos  Reijo.  Spokojny.  Podtrzymujący  na 

duchu. Wreszcie w otworze pojawiły się dwie małe dłonie i poszarzała buzia. Matti z radości 

omal  nie  upuścił  pochodni.  Opanował  się  jednak  i  umieściwszy  pochodnię  między  dwoma 

kamieniami,  wyciągnął  Ailo  z  jaskini  i  mocno  go  przytulił.  Ramiona  chłopca  zacisnęły  się 

wokół szyi Mattiego. Po chwili Ailo pociągnął nosem i wydostał się z objęć chłopaka. 

-  Musisz  wyciągnąć  stamtąd  Maję.  Ona  ma  gołe  nogi.  Matti  wziął  na  ręce 

dziewczynkę,  która  ukazała  się  w  otworze.  Maja  lała  łzy  strumieniami.  Była  tak  prze-

marznięta, że Matti czym prędzej ściągnął kurtkę i otulił nią dziewczynkę, ale nawet to nie 

powstrzymało drżenia jej wątłego ciałka. 

Na  końcu  z  jaskini  wydostał  się  Reijo.  Stracił  czapkę,  ale  na  szczęście  był  cały  i 

zdrowy.  Maja  od  razu  wyciągnęła  ku  niemu  ręce,  a  Reijo  bez  słowa  wziął  ją  z  ramion 

Mattiego i przytulił. 

-  Pójdę  sam  -  powiedział  dziarsko  Ailo.  -  To  mnie  najlepiej  rozgrzeje.  Weź  tylko 

pochodnię, Matti. Ja dam sobie radę. 

Matti nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Chwycił pochodnię i przepuściwszy do 

przodu Reijo z Mają, starał się oświetlać im drogę. Wyciągnął rękę do chłopca. 

- Ale możesz chyba trzymać mnie za rękę, bracie? Na to odważny maluch przystał. 

Dopiero późną nocą Reijo zdołał ściągnąć z siebie ubranie. Uciekinierzy potrzebowali 

sporo  czasu,  by  się  uspokoić.  Najpierw  musieli  opowiedzieć  o  wszystkim,  wysuszyć  się  i 

rozgrzać, zjeść coś. A gdy już wreszcie położyli się na skórach, wciąż nie mogli się opędzić 

od niedobrych myśli. 

background image

Ailo  poruszył  Reijo  prawie  do  łez.  Chłopiec  chwycił  wielką  dłoń  opiekuna  obiema 

rączkami i spojrzał mu prosto w oczy. 

-  Lubię  cię  -  powiedział,  uśmiechając  się  zupełnie  tak  jak  Mikkal,  z  prześwietloną 

ciepłem twarzą. - Lubię cię prawie tak samo jak tatę. 

Reijo  w  wielkiej  ciszy  trawił  to  wyznanie.  Ailo  jednak  jeszcze  nie  skończył. 

Podciągnął  skórę,  którą  był  przykryty,  aż  pod  brodę.  Wciąż  patrzył  prosto  w  oczy  Reijo.  I, 

szlochając, zapytał: 

- Teraz... gdy tato... nie żyje... może mógłbyś być moim tatą? 

Reijo  musiał  zamrugać  kilkakrotnie  oczami  i  przełknąć  ślinę,  zanim  zdołał  coś 

powiedzieć. Ścisnął chłopca za rękę, poczochrał jego niesforne włosy. 

- Oczywiście, Ailo, mój chłopcze. Mogę być twoim tatą tak długo, jak długo będziesz 

tego pragnął. 

Ailo uśmiechnął się uszczęśliwiony i zasnął, trzymając opiekuna za rękę. Gdy Reijo 

uwolnił  swą  dłoń  z  uścisku  chłopca  i  ponownie  przełknął  ślinę,  uświadomił  sobie,  że  ta 

obietnica  nakłada  na  niego  jeszcze  większą  odpowiedzialność.  Chodziło  tu  o  coś  znacznie 

poważniejszego niż o doraźne uspokojenie małego chłopca. 

Obietnica  złożona  dziecku  waży  równie  wiele,  co  obietnica  złożona  dorosłemu.  A 

może nawet więcej, bo przecież dziecko pokłada w niej znacznie większą nadzieję. 

Takich słów nie rzuca się na wiatr. 

- Wygląda na to, że od tej chwili masz syna - uśmiechnął się Santeri. 

Rozmowa Reijo z Ailo wywarła na nim duże wrażenie. Po raz pierwszy w życiu zadał 

sobie pytanie, jak to jest mieć dziecko. Jak to jest być ojcem. 

- Nie wyruszymy w drogę tej nocy - powiedział Reijo sucho i wyciągnął gołe stopy 

bliżej ciepłego paleniska. - Och, czegóż to dzieci nie potrafią! 

Okrzyk  wyrwał  mu  się  prosto  z  serca.  Był  całkiem  wyczerpany  i  roztrzęsiony  ze 

zmęczenia, głowa wprost mu pękała, a w oczach czuł piasek. Trwoga, która zawładnęła Reijo, 

gdy  wróciwszy  do  jurty  nie  zastali  w  niej  Mai  i  Ailo,  do  tej  pory  go  nie  opuściła.  Teraz 

pomieszała się z radością i ulgą, którą poczuł, gdy odnaleźli dzieci. Wszystko to sprawiło, że 

ogarnął go przedziwny nastrój. 

Miał  ochotę  płakać  i  śmiać  się,  niewiele  brakowało,  a  szalałby  z  wściekłości, 

jednocześnie zaś był bliski wybuchnięcia niepohamowanym śmiechem, miał ochotę tańczyć z 

twarzą  zwróconą  ku  niebu,  czuł  się  wolny  i  szczęśliwy,  a  jednocześnie  paraliżowała  go 

trwoga, która przecież powinna była już ustąpić. 

Potrzebował przede wszystkim snu. Sen jednak nie nadchodził. 

background image

- Jak długa podróż nas jeszcze czeka? - zapytał Santeri. - Kiedy dotrzemy do miejsca, 

w którym zimują krewni Mikkala? 

-  Mniej  więcej  za  tydzień.  A  jeśli  wiatry  nam  będą  sprzyjać,  to  jeszcze  szybciej. 

Gdybyśmy  dalej  podróżowali  lądem,  potrzebowalibyśmy  co  najmniej  dwóch  tygodni.  I  kto 

wie, co mogłoby się wydarzyć... 

Wszyscy rozumieli, co Reijo ma na myśli. 

-  Powinieneś  się  przespać  -  powiedział  Matti.  -  Jesteś  najważniejszy.  Bez  ciebie 

nigdzie nie dotrzemy. 

Reijo dobrze o tym wiedział. 

- Jesteś zmęczony? - spytał Mattiego. 

- Zmęczony, ale nie śpiący - chłopak uśmiechnął się krzywo. - Czuję się tak, jakbym 

zaraz miał zemdleć. Ale zasnąć nie potrafię. 

- Właśnie - westchnął Reijo. Ułożył się tak, że stopami sięgał niemalże rozżarzonych 

kamieni, które otaczały palenisko. 

W końcu jednak zasnął w takiej właśnie pozycji. Obudził się dopiero wtedy, gdy ogień 

już całkiem wygasł. Zmarzły mu stopy. 

Wszystkie  mięśnie  mu  zdrętwiały,  mimo  to  zmusił  się,  by  usiąść  i  rozbudzić 

całkowicie. Przez otwór w dachu dojrzał, że niebo przybrało nieco jaśniejszą, szarawą barwę. 

Po cichutku, by nie obudzić pozostałych, rozniecił ogień, wykorzystując resztę drew. 

Potem ubrał się i wyszedł powitać budzący się dzień. 

Całe ciało bolało go przy każdym ruchu, ale Reijo się przemógł. Pociągnął sanie bliżej 

brzegu i zaczął je rozładowywać. Nie mogli sobie pozwolić na pozostawienie czegokolwiek, 

co ze sobą wzięli. 

Dwie pary sań wniósł na pokład. Sanie, na których leżało ciało zmarłego, i te, które 

opróżnił w pierwszej kolejności. 

Na  dnie  łodzi  mogła  pojawić  się  woda,  dzięki  saniom  zaś  maluchy  będą  w  stanie 

przetrwać suche i zdrowe. Trzeba będzie usadzić je nieco wyżej i opatulić. Nic innego nie da 

się wymyślić. 

Dlaczego  nikt  nie  wpadł  na  pomysł,  by  również  na  mniejszych  łodziach  budować 

zadaszenie? pomyślał.  Wiedział jednak, że zazwyczaj nikt nie zabiera  dzieci w podróż taką 

łajbą. 

Reijo  ładował  bagaże  na  pokład  równie  starannie  i  ostrożnie  jak  wówczas,  gdy 

wyruszał na połów. Równie porządnie. 

background image

Na lądzie pozostało tylko to, co znajdowało się w jurcie. Niebo przybrało już barwę 

dymu. 

Santeri uchylił zasłony namiotu i wyszedł na dwór. Pokręcił rudą głową. 

- Musisz robić to sam? Mogłeś nas przecież obudzić. 

-  Może  i  tak.  Ale  potrzebowałem  trochę  samotności.  Czasami  muszę  być  sam.  A  w 

najbliższych dniach nie będę miał raczej okazji. Można powiedzieć, że już jesteśmy w drodze. 

Santeri zapatrzył się w punkt, w którym fiord spotykał się z otwartym morzem. 

Ogarnęło  go  podniecenie.  Morze  nie  powinno  w  ten  sposób  kusić  człowieka 

urodzonego w głębi lądu, a jednak kusiło go. 

- Jesteśmy w drodze - potwierdził. 

background image

Raija również była w drodze. Zacisnąwszy dłoń na relingu sterburty „Sankt Nikołaja”, 

spoglądała na ostatni widoczny fragment wybrzeża Ruiji, której miała nie oglądać przez długi 

czas. 

A wszystko mogło się potoczyć inaczej. Raija wiedziała o tym doskonale i zagryzając 

zęby, starała się nie wspominać ostatnich wydarzeń. 

Krajobraz  wyglądał  równie  mało  pociągająco  jak  ostatnim  razem,  gdy  Raija 

opuszczała te strony. 

Zmusiła się, by spojrzeć na kamienne wzgórze, na którym leżała twierdza Vardohus. 

Zdołała  to  uczynić  tylko  dlatego,  że  doświadczyła  znacznie  większego  bólu  niż  ten, 

który jej zadano w tamtym miejscu. 

Utrata  Mikkala  bolała  ją  bardziej  niż  to,  co  przeżyła  w  Vardohus.  Koszmarne  sny  o 

lochach  więziennych  nie  miały  jednak  jej  opuścić  tylko  dlatego,  że  znów  ujrzała  twierdzę. 

Raija rozumiała, że to nie stanie się tak łatwo. 

Poczuła się jednak silniejsza, gdy spojrzała w stronę Vardohus z podniesionym czołem 

i szeroko otwartymi oczami. 

Mdłości,  które  mogły  powrócić  wraz  ze  wspomnieniami,  nie  powróciły.  Tym  razem 

zdołała je pokonać. Nadejdzie dzień, gdy będzie na tyle silna, by przywoływać wspomnienie 

po  wspomnieniu  i  długo  je  rozpamiętywać,  by  wreszcie  się  od  nich  uwolnić.  Nie  tyle 

zapomnieć, ile doprowadzić do tego, by nie sprawiały jej za każdym razem tyle bólu. 

Na razie uczyniła jeden krok w tym kierunku. 

Nadejdzie  dzień,  w  którym  w  ten  sam  sposób  będzie  umiała  wspominać  Mikkala. 

Stanąć w miejscu, w którym z nim była, i odtwarzać sekundę po sekundzie z podniesionym 

czołem. 

Będzie to o wiele trudniejsze. I nie nastąpi zbyt prędko. 

Do tego trzeba bowiem znacznie więcej. Na to jej teraz nie stać. 

Raija zadrżała na wietrze. Próbowała spojrzeć w głąb fiordu Varanger, choć wiedziała, 

ż

e czyni to nadaremnie. 

Mikkala tam przecież nie było. 

Reijo nie wyruszyłby tak pospiesznie, nie w środku zimy. Zaczekałby do wiosny. Taki 

jest przecież rozsądny. 

background image

Mikkal  z  pewnością  w  dalszym  ciągu  pozostaje  na  półwyspie.  Daleko,  daleko  na 

zachodzie... 

Mikkal... 

Nie. Tylko jego ciało. Skorupka, która go otaczała. Która otaczała jej Mikkala... 

Jej Mikkal nie żyje. 

Nie ma go. 

Zamknęła oczy z bólu. Znów zaatakowały ją nudności. Nudności i ból. Nie! 

To był krzyk z głębi duszy. 

On nie mógł odejść. Nie mógł odejść na zawsze. Raija nie potrafiła tego znieść. Sama 

myśl o tym była nie do wytrzymania. Natychmiast ją dławiła. 

Pochyliła się nad wodą, trzymając się mocno relingu. Paznokcie wbiła w drewno, jak 

tyle razy przedtem. 

Wymiotowała tak długo, aż nic w niej już nie pozostało. 

Mikkal odszedł, ale ona nie straciła go na zawsze. Kusiły ją kojące myśli o życiu po 

ż

yciu. O życiu po śmierci. 

Nigdy przedtem nie potrzebowała tego tak bardzo jak teraz. 

Nie potrafiła jednak o tym myśleć. Nawet jej wyobraźnia nie sięgała tak daleko. 

O  wiele  łatwiej  przychodziło  jej  wplatanie  Mikkala  w  piękne  wizje.  Wizje  równie 

mgliste i podobne do snu jak teraz jej myśli. Raija chciała wierzyć, że to, co żyło w Mikkalu, 

to, czym on w istocie był, wciąż żyje. I że może wciąż przynosić jej radość, choćby poprzez 

polne kwiaty, które tak kochała, poprzez letni wiatr... 

Pragnęła wierzyć, że Mikkal jest częścią zorzy polarnej. 

To było jej najgorętsze pragnienie. 

Pewnego dnia, gdy i po niej zostanie na ziemi tylko pusta skorupka, spotkają się znów 

na niebiańskim moście światła. Nie jako ludzie, lecz jako duchy. W postaci, której na razie 

nie  da  się  nazwać.  Nie  przywykła  jeszcze  do  tych  myśli.  Nigdy  przedtem  nie  rozmyślała  o 

ś

mierci. Śmierć była czymś niezmiernie odległym. 

Bardzo pragnęła, by te marzenia się spełniły. By śmierć nie odebrała jej Mikkala na 

zawsze. By ich ponowne połączenie było tylko kwestią czasu. 

I cierpliwości. Takie myśli inni mogli uznać za szaleństwo, Raija więc nie dzieliła się 

nimi z nikim. 

Tym „nikim” był oczywiście Jewgienij. Tylko z nim mogła w ogóle rozmawiać. Bała 

się jednak, by nie zaczął się z niej śmiać. 

background image

A ona musiała w coś wierzyć. Gdyby ktoś zniszczył tę osnowę, którą sobie stworzyła, 

nie pozostałoby jej zupełnie nic. 

Zostałaby sam na sam z żałobą, której nie umiałaby znieść bez osnowy tych marzeń. 

Raija splunęła prosto do morza. 

Barentsewo  Morie,  tak  je  nazywał  Jewgienij.  Morze  Barentsa.  Po  fińsku  Jaameri. 

Barentsewo  Morie,  powtórzyła  Raija.  Nie  zabrzmiało  to  dokładnie  tak  samo,  jak  w  ustach 

Jewgienija, zabrakło rytmu i śpiewności. 

Raija  obawiała  się,  że  zanim  zacznie  rozmawiać  w  języku  Jewgienija,  będzie 

potrzebowała wielu godzin nauki. Znała nazwy wszystkich części i przyrządów okrętowych. 

Nauczyła  się  zwrotów  grzecznościowych.  Zachwycało  ją  brzmienie  i  melodia  rosyjskiego. 

Bardzo pragnęła, by ten język stał się jej własnym, i wkładała wiele wysiłku w to, by słowa w 

jej ustach brzmiały tak samo, jak wymawiał je jej nauczyciel. 

-  Nie  powinnaś  tu  stać.  -  Jewgienij  zszedł  już  z  mostku  kapitańskiego.  Objął  ją 

ramieniem,  ona  zaś  dopiero  wtedy  uzmysłowiła  sobie,  że  marznie.  -  Znów  cię  męczyły 

nudności.  -  To  nie  było  pytanie,  ale  stwierdzenie.  -  Widziałem,  moja  droga.  Mówiłem 

przecież,  że  nie  powinnaś  się  wysilać.  Nie  powinnaś  wychodzić  na  pokład.  Kiepsko  to 

znosisz. 

- Nie jestem taka wątła, jak ci się wydaje - zaprotestowała. Odgarnęła włosy z twarzy. 

- Musiałam tu przyjść, Jewgienij. Musiałam popatrzeć... 

Raija wskazała głową oddalający się ląd. 

Jewgienij zrozumiał. Ostatni skrawek Ruiji. Vardo. 

- Już sobie popatrzyłaś, mój aniele. - Pieszczotliwe określenie, którym nazywał ją w 

myślach, wyrwało mu się całkiem bezwiednie. Wypowiedział je tak naturalnie, że Raija nie 

zwróciła na nie uwagi. Stosunki między nimi były tak ciepłe i przyjacielskie, że odczytała to 

zupełnie inaczej, niż powinna. 

Jewgienij napomniał sam siebie w duchu. 

-  Teraz  możesz  wejść  do  kajuty  -  powiedział  swobodnie.  -  Nie  mogę  jednocześnie 

prowadzić statku i martwić się o ciebie. Zejdź z pokładu i zajmij się lekcjami! 

- Rozkaz kapitana? - zapytała. Jewgienij przytaknął z powagą: 

- Rozkaz. - Popatrzył na nią nieco dłużej, niż powinien. - Raiju, dziecko moje, jesteś 

szczuplejsza niż wtedy, gdy wsiadałaś na pokład. A dobrze wiemy, że i wtedy byłaś bardzo 

chuda. 

- Nie zniknę tak prędko - Raija uśmiechnęła się blado. - Nie jestem taka chuda... 

background image

- Nie straciłem jeszcze oczu - przerwał jej Rosjanin. - Zwłaszcza gdy w grę wchodzi 

piękna dziewczyna... 

Raija i Jewgienij mieszkali w tej samej kajucie. Nie było innego wyjścia. Marynarze 

mieli całkiem fałszywe przekonanie o tym, co łączyło tych dwoje. 

- Gdy się zabiera na pokład taką kobietę jak ty z mężczyznami, którzy od dawna nie 

widzieli  żadnej  dziewczyny,  nie  wystarczy  im  przykazać,  by  trzymali  ręce  z  dala  od  niej  - 

tłumaczył jej Jewgienij. - Żaden z nich nie tknie jednak kobiety kapitana. 

Raija i Jewgienij rozmawiali o najróżniejszych sprawach. Raija wiedziała, że niewiele 

zdoła ukryć przed Rosjaninem. 

-  Będę  wyglądać  trochę  lepiej,  gdy  zsiądę  na  ląd.  -  Na  jej  twarzy  pojawił  się  cień 

uśmiechu. - Ludzie tacy jak ja nie są stworzeni do życia na morzu. Chorujemy od tego. 

-  Cierpisz  na  wyjątkowo  paskudną  chorobę  morską  -  orzekł  Jewgienij.  -  Zazwyczaj 

objawy ustępują po pewnym czasie. 

-  Mnie  przejdzie  dopiero  wtedy,  gdy  zsiądę  na  ląd  -  zapewniła  go  Raija.  -  Jak 

nazwałeś następną krainę, którą zobaczymy? 

Jewgienij nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Raija bardzo łaknęła wiedzy. Nie 

było rzeczy, o którą by nie zapytała. Pytała tyle razy, ile potrzebowała, żeby zapamiętać. 

-  Połuostrow  Rybaczij  -  powiedział  Jewgienij.  I  znów  się  uśmiechnął,  gdy  Raija 

powtórzyła jego słowa tak, jakby smakowała jakieś nowe danie, danie wyborne i smakowite. - 

Zdaje  się,  że  moja  przepowiednia  się  spełni  -  stwierdził  Rosjanin,  otwierając  jej  drzwi  do 

kajuty. 

- Jaka przepowiednia? 

- Że będziesz mówić po rosyjsku jak rodowita Rosjanka. 

Raija lubiła pochwały, ale nie przyjmowała ich bezkrytycznie. 

-  Może  mam  zdolnego  nauczyciela?  -  spytała.  -  A  może  będzie  mi  to  bardzo 

potrzebne, może będę musiała mówić po rosyjsku tak, jakby to był mój język ojczysty. 

Jewgienij rozłożył ramiona: 

- Na to nie mogę ci odpowiedzieć, mój aniele. Nie codziennie snuję przepowiednie. 

Całe popołudnie Raija spędziła w samotności. Większość dni tak właśnie wyglądała. 

Jewgienij przebywał na pokładzie nieco dłużej, niż powinien. Należał do osób, które czują się 

niezastąpione albo mają pracę we krwi. 

Do Jewgienija pasowały oba określenia. Po śmierci Aleksieja pozwolił, by całkowicie 

pochłonęła go praca. 

Trudno mu było zmienić teraz ten rytm. 

background image

Raija wiedziała, że chętnie by to uczynił specjalnie dla niej. Zauważył przecież, że ona 

nie  czuje  się  najlepiej,  spędzając  tyle  godzin  samotnie.  Okazywał  jej  zresztą  tyle  troski,  że 

Raija pragnęła wyrazić swoją wdzięczność jeszcze wyraźniej. 

Jewgienij wskoczyłby dla niej w ogień. 

Wieczorami miał trochę wolnego czasu. Wówczas rozmawiali. Jedli wspólnie kolację. 

Milczeli razem. Wtedy też Jewgienij udzielał jej lekcji rosyjskiego. 

Raija czekała na te lekcje. Stanowiły miłą odmianę w jej monotonnym trybie życia. 

Jewgienij  dość  wcześnie  chodził  spać.  Często  brał  wachtę  o  świcie.  A  że  dzielili 

kajutę,  Raija  nie  mogła  siedzieć  przy  zapalonej  lampie,  gdy  on  spał.  Kładła  się  równie 

wcześnie, wstawała zaś chwilę po nim. Dnie dłużyły się jej niemiłosiernie... 

Gdy  pewnego  razu  Rosjanin  wsunął  głowę  przez  drzwi  kajuty  nieco  później  niż 

zazwyczaj, pomyślała, że wreszcie zamierza odpocząć już po pracy. 

Myliła się jednak. Wyglądał na zmęczonego i z pewnością był zmęczony, ale ukrywał 

to najlepiej, jak potrafił. 

-  Strasznie  wieje  -  rzekł,  przekładając  przez  próg  kajuty  jedną  tylko  nogę  i 

przytrzymując  drzwi  ręką.  -  Zdaje  się,  że  zmierzamy  prosto  w  obszar,  na  którym  panuje 

sztorm.  Próbujemy  zmienić  kurs,  może  to  poprawi  naszą  sytuację.  Niewykluczone,  że 

będziemy się trzymać bliżej brzegu. 

-  Nie  powinieneś  się  przemęczać  -  zauważyła  Raija,  choć  wiedziała,  że  robi  to 

nadaremnie. Jakby rzucała grochem o ścianę. 

-  Poradzę  sobie  -  uspokoił  ją.  -  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że  nie  powinnaś  stąd 

wychodzić. Jeśli zacznie jeszcze silniej wiać, to pod żadnym pozorem nie wolno ci wychodzić 

na  pokład.  Nie  chciałbym,  żeby  cię  stamtąd  zmiotło.  Jeśli  będziesz  wymiotować,  rób  to 

gdziekolwiek. Na przykład do samowara! 

Raija uśmiechnęła się. 

-  Zrozumiałam  polecenie,  kapitanie.  Pod  żadnym  pozorem  nie  wyjdę  na  pokład 

podczas sztormu. 

- Nikt tu nie mówił o sztormie - próbował ją uspokoić. 

-  Nie  przyszedłbyś  tu  przecież,  gdyby  chodziło  tylko  o  trochę  silniejszy  wiatr  - 

zauważyła  Raija  trzeźwo.  -  Wystraszyłeś  mnie  wystarczająco.  Wracaj  na  swój  kapitański 

mostek, zmień kurs i popłyń ze mną na spokojniejsze wody! 

-  Działasz  na  mnie  równie  orzeźwiająco  jak  sztorm  z  północnego  zachodu,  Raiju!  - 

Jewgienij puścił do niej oko i zniknął. 

background image

Raija  nie  była  tego  taka  pewna.  Nie  czuła  się  najlepiej.  Po  paru  godzinach 

komplement nabrał w jej oczach innego sensu. 

Wcale nie uważała, że sztorm z północnego zachodu jest orzeźwiający. 

Był okropny. 

Siedziała na koi, otulona kocem, opierając plecy o schowek, a nogi o brzeg koi. Oczy 

miała  mocno  zaciśnięte,  wolała  bowiem  tylko  czuć,  jak  wszystko  się  kołysze  i  przechyla 

gwałtownie, niż patrzeć na to. 

Są w życiu chwile, gdy mrok jest błogosławieństwem. 

Cały czas słyszała morze. Ryk, który ranił jej uszy. I złowieszcze skrzypienie. Raija 

przyłapała się na rozmyślaniach o solidności „ Sankt Nikołaja”. 

Podczas  wielu  lat  spędzonych  w  Ruiji  nie  słyszała  o  zatonięciu  rosyjskiego  statku, 

choć  przecież  musiało  się  to  czasem  zdarzać.  „Sankt  Nikołaj”  nie  był  z  pewnością 

najnowszym i najlepiej wyposażonym statkiem, który przemierzał trasę  między Norwegią a 

Rosją. 

Raija czuła każdy cios, który morze zadawało jego burtom, on zaś za każdym razem 

jakby coraz bardziej kapitulował. Wystarczy dostateczna liczba takich ciosów... 

Wszystko  to  jednak  było  grą  żywej  wyobraźni  Raiji.  Żaglowce  takie  jak  „Sankt 

Nikołaj”  budowano  przecież  z  myślą  o  tej  trasie.  Ma  się  rozumieć,  że  były  solidne.  Czy 

Jewgienij ryzykowałby własne życie i życie załogi? 

A zresztą to pewnie nie jest prawdziwy sztorm. Raija nigdy nie przeżyła sztormu na 

morzu.  Nie  płynęła  też  przy  porywistym  wietrze,  nie  miała  więc  żadnej  możliwości 

porównania. 

Wrodzony lęk przed wielką wodą sprawiał zapewne, iż wyolbrzymiała zjawiska, które 

były całkiem normalne. 

Jewgienij będzie się później nieźle bawił jej opowieścią o tym, co sobie wyobrażała, i 

o tym, jak bardzo pobladła... Przez jakiś czas wszystko wydawało jej się nawet do zniesienia. 

Raija siedziała i nasłuchiwała. 

Rzeczywiście zrobiło się całkiem cicho. Dał się słyszeć tylko całkiem przyjazny plusk 

wody o burty. 

Już po wszystkim? 

To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Trudno to w ogóle nazwać sztormem. Jeśli 

już jest po wszystkim, to niepotrzebnie się bała. 

Odpowiedź nadeszła nader szybko. 

Raija nie zdołała nawet odetchnąć z ulgą. 

background image

Po chwili ogarnęło ją poczucie, że toną. I że będą tak tonąć przez całe wieki. 

Cisza była wręcz nie do zniesienia. 

Raija  skrzyżowała  ramiona,  jakby  chciała  utulić  samą  siebie.  Rozejrzała  się  po 

kajucie. Lampa zamrugała i zgasła. 

Czy właśnie tak się idzie na dno? Czy o to chodzi? Czy statek zawsze tonie w ciszy? 

Raija nie znała odpowiedzi na te pytania. 

Jewgienij prosił, by została w kajucie, by nie opuszczała jej pod żadnym pozorem. 

Nie chciał chyba jednak, by siedziała pod pokładem, jeśli statek rzeczywiście idzie na 

dno? 

Dlaczego nie słychać żadnych głosów? 

Dlaczego nikt nie krzyczy? Czy nie ma tam już nikogo żywego? 

Do kajuty jak dotąd nie zaczęła się wdzierać woda. Może jednak trzeba trochę czasu, 

by to się stało. 

Raija wiedziała doprawdy niewiele na temat morza i statków. 

Wydawało jej się, że „Sankt Nikołaj” tonie już całą wieczność. 

Wtedy zaczęło się wszystko od nowa. 

Raija spadła z koi. W szafce zabrzęczało szkło, choć przecież każda szklanka stała w 

osobnym otworze. 

Raija poczuła się tak, jakby miała uszy zalepione watą. Tylko pogłos tego wielkiego 

huku dźwięczał w jej głowie. 

Najprawdopodobniej leżą już na dnie. 

Ale  wszystko  w  dalszym  ciągu  się  kołysało.  Unosiło  się  po  to,  by  spadać  i  spadać 

równie długo jak poprzednim razem. 

Raiją rzucało od ścianki do ścianki i czuła, że jest posiniaczona na całym ciele. Nie 

oberwała w ten sposób od czasów, gdy Hans Fredrik Feldt zaszczycił ją swą wizytą w lochu 

czarownic w twierdzy Vardohus! 

Czy istnieją fale zdolne spowodować coś takiego? 

Najwyraźniej tak! 

Między  dwiema  następnymi  falami  Raija  próbowała  wysunąć  szufladę  z  komody. 

Przed kolejnym uderzeniem zdołała tylko zaczepić o coś palce. 

Tym razem rzuciło ją na komodę. 

Przywarła do tego mebla z całej siły. Nie wątpiła, że teraz walczy o życie. 

Czegoś takiego nie da się przeżyć. To zbyt straszne, zbyt przerażające. 

background image

Nigdy  nie  przypuszczała,  że  siły  natury  mogą  być  tak  potężne.  Przetrwała  niejedną 

zimową burzę na płaskowyżu, gdy śnieg i wiatr jednoczyły swe siły, by rozpętać istne białe 

piekło. 

Nie sądziła, że może być coś jeszcze gorszego. 

Teraz zmieniła zdanie, choć przecież ona siedziała pod pokładem. 

Wolała nawet nie zastanawiać się nad tym, co też się dzieje tam na górze. 

Czy Jewgienij i jego marynarze wciąż są na pokładzie? 

Może została całkiem sama na tym statku... 

Nie wolno tak myśleć! 

Płakała i modliła się, gryzła palce aż do krwi, by nie krzyczeć, gdy „Sankt Nikołaj” 

mierzył się z kolejną falą. 

Fale nie wydawały się jej już tak niesamowicie wysokie, ale dla Raiji, która potwornie 

się bała, nie miało to już żadnego znaczenia. 

Nawet łagodne kołysanie przyprawiłoby ją o drżenie serca. 

Raija  wczepiła  się  w  komodę  resztką  sił.  Znów  zacisnęła  powieki  i  płakała  z 

przerażenia. 

Nagle  nieoczekiwanie  statek  prawie  znieruchomiał.  Zapanowała  wielka  cisza,  jakby 

sztorm rozegrał się tylko w wyobraźni Raiji. 

Raija przez dłuższą chwilę leżała nieruchomo, nim ośmieliła się uwierzyć, że jest już 

po wszystkim. Podejrzliwie czekała na następną falę, która rzuci ją na ściankę komody. 

Nic takiego się jednak nie wydarzyło. 

„Sankt  Nikołaj”  z  Archangielska  kołysał  się  w  normalnym  rytmie.  Raija  zwilżyła 

wargi językiem i poczuła smak krwi. Usta były spuchnięte tam, gdzie się sama ugryzła. 

Oczy zaczęły ją swędzieć. Potarła je. Zdawało jej się, że twarz również ma spuchniętą. 

Z wielką ostrożnością wstała. Dobry Boże, ależ oberwała! 

Zaczęła szukać lampy, znalazła jednak tylko odłamki szkła. Poza tym i tak nie miała 

pojęcia, gdzie jest oliwa. Może i dobrze, że nie zobaczy, jakie szkody sztorm wyrządził w tej 

kajucie i jak poturbował jej ciało. Raija czuła, że wygląda potwornie. 

To jednak nie miało znaczenia. 

Jewgienij  nie  pozwolił  jej  opuszczać  kajuty.  Raija  jednak  uznała,  że  ma  prawo  się 

dowiedzieć, co się stało z nim i z jego załogą. 

Naciągnęła  jedną  z  kurtek  Jewgienija,  zarzuciła  na  nią  własną  pelerynę.  Potem 

otworzyła drzwi i po omacku szukała drogi przez ciemny korytarz. Znalazła drabinę i zaczęła 

się wspinać. 

background image

Luk był zamknięty, a ona nie miała siły go otworzyć. 

Stukała więc, sprawiając jeszcze więcej bólu swym obolałym dłoniom. Niemal straciła 

głos, nim wreszcie ktoś ją usłyszał. 

Jeden z marynarzy odsunął pokrywę luku. 

Przemoczony do suchej  nitki człowiek powiedział coś do niej w locie.  Raija nic nie 

zrozumiała,  a  on  zniknął,  zanim  zdołała  znaleźć  odpowiednie  słowa  i  poprosić  go,  by 

powtórzył to powoli i wyraźnie. 

Wdrapała się na pokład. 

Wszystko wyglądało znacznie lepiej, niż sobie wyobrażała. Oczami duszy widziała już 

połamane maszty, poszarpane na strzępy żagle i ładunek porozrzucany po pokładzie. 

Panował tu wprawdzie chaos, ale wedle jej oceny sytuacja powinna wrócić do normy. 

Rosyjskie statki są zatem znacznie solidniejsze, niż przypuszczałam, stwierdziła Raija, 

stawiając parę chwiejnych kroków w stronę relingu. 

Dopiero  wówczas  dotarło  do  niej,  że  większość  marynarzy  zebrała  się  w  jednym 

miejscu. 

Chłopak, który pomógł jej otworzyć pokrywę, opuścił na chwilę tę grupkę, po czym 

natychmiast do niej wrócił. 

Na pokładzie panowała zastanawiająca cisza. Marynarze mówili niewiele. 

Jewgienij. 

Gdzie jest Jewgienij? 

Raija  rzuciła  okiem  w  stronę  mostka,  ale  tam  stał  sternik,  przemoczony  do  suchej 

nitki, blady i posępny. 

Co ten marynarz powiedział? Dlaczego nie nauczyła się lepiej rosyjskiego? 

Raija  nerwowo  przełykała  ślinę,  podchodząc  do  gromadki  mężczyzn.  Marynarze 

rozsunęli  się,  gdy  się  zbliżyła,  zupełnie  tak,  jakby  roztaczała  wokół  siebie  jakiś  magiczny 

czar. 

Raija  wreszcie  zrozumiała,  co  marynarz  chciał  jej  powiedzieć.  Nie  znała  wprawdzie 

jego języka, ale teraz zrozumiała go doskonale. 

Jewgienij  leżał  nieruchomo  na  pokładzie.  Po  jego  prawej  stronie  powiększała  się 

ciągle kałuża krwi. 

Gdy Raija uklękła koło rannego, zorientowała się, skąd płynie ta krew. 

Jewgienij miał prawie oderwane ramię. Umierał. 

Raija,  nie  zastanawiając  się,  przystąpiła  do  działania.  Zacisnęła  obie  ręce  na  tym 

ramieniu i dzikim spojrzeniem ogarnęła stojących dokoła mężczyzn. 

background image

- Macie zamiar tak stać? - krzyknęła gniewnie. - Macie zamiar stać i patrzeć, jak się 

wykrwawia na śmierć? 

Uzmysłowiła  sobie  natychmiast,  że  oni  nie  rozumieją  fińskiego.  Zaczęła  szperać  w 

pamięci. Znalazła kilka potrzebnych słów. 

- Pomóżcie mu! Pomóżcie mu! Jewgienij żyć! Jewgienij nie mógł umrzeć! Tylko  w 

nim była jej nadzieja! 

background image

Raija robiła to już przedtem. Zdarzyło się jej już zatrzymywać krwotok. 

Boże, niech się uda jeszcze raz! 

Nigdy  nie  zrozumiała  do  końca,  co  się  właściwie  stało.  Nie  posłużyła  się  żadnymi 

zaklęciami ani słowami. Wyłącznie dłońmi. Dłońmi i przedziwną mocą, której te dłonie stały 

się narzędziem. Mocą, z którą ona sama nie miała nic wspólnego. Raija nie pojmowała, skąd 

się  ta  moc  wzięła.  Nie  wiedziała,  jak  nazwać  to,  co  wstępowało  w  jej  dłonie  od  czasu  do 

czasu, czyniąc ją zdolną do ratowania ludzkiego życia. Nie wiedziała też, czy można ową moc 

przywołać. 

Teraz jednak bardzo chciała, by się pojawiła. 

- Dobry  Boże - modliła się, gdy jej dłonie pokrywały się krwią Jewgienija. - Dobry 

Boże, niech ta moc na mnie spłynie! Nieważne, czy to przekleństwo, czy błogosławieństwo. 

Nieważne, co się ze mną później stanie. Pozwól mi tylko uratować życie Jewgienija! Pozwól 

mi zatrzymać ten krwotok! Zatrzymać! Zatrzymać! Pozwól mu przeżyć! 

Raija  zamknęła  oczy  i  powtarzała  bez  przerwy  tę  samą  prośbę,  z  której  w  końcu 

pozostało tylko: „Pozwól mu żyć, pozwól mu żyć, pozwól mu żyć...” 

I  wydawało  się  jej,  iż  tonie  w  głębinie  co  najmniej  równie  groźnej  jak  ta,  którą 

wzburzył sztorm. 

Tonęła  coraz  bardziej  i  bardziej,  aż  wreszcie  całkowicie  straciła  świadomość.  Aż 

zaczęła  płynąć  przez  cudowną  nicość,  nie  ważąc  ani  grama.  Aż  zjednoczyła  się  z  zorzą 

polarną,  w  którą  chciała  się  wtopić  po  śmierci,  aż  zaczęła  wirować  za  sprawą  sił 

potężniejszych i dziwniejszych niż to, co była w stanie pojąć. 

Zapadała  się  coraz  głębiej  i  głębiej.  Aż  wreszcie  zamknęła  się  nad  nią  łagodna, 

wełnista ciemność. 

Załoga  pogodziła  się  już  z  myślą  o  śmierci  kapitana.  Każdy  z  marynarzy  wiedział 

doskonale, że z takim krwotokiem niewiele da się zrobić. Krew tryskała strumieniem. 

Wtedy zjawiła się ta kobieta. 

Niewysoka  i  drobna,  prawie  przezroczysta  zdaniem  mężczyzn,  którzy  woleli 

postawniejsze niewiasty. Spódnicą zamiatała pokład. Tkanina nasiąkła wodą i stała się jeszcze 

cięższa. Wielka kurtka Jewgienija sięgała jej prawie do kolan. Musiała podwinąć rękawy, by 

nie utonąć w niej bez reszty. 

background image

Twarz  miała  zapłakaną  i  bladą,  jeden  policzek  opuchnięty.  Sztorm  rzucał  nią 

najprawdopodobniej po kajucie. Nieliczne porywy wiatru, które kołysały  od czasu do czasu 

statkiem, wzburzyły jej czarne włosy i czarną znoszoną pelerynę. Wyglądała tak, jakby stała 

w czarnej chmurze. 

Najbardziej przesądni członkowie załogi często później wspominali tę chwilę. Wtedy 

wszystko się zaczęło, mówili. Wtedy jej twarz się rozświetliła. I choć była opuchnięta, choć 

miała zaczerwienione oczy, to stała się piękniejsza niż wszystko, co w swoim życiu widzieli. 

To był znak, że coś się wydarzy. 

Ci marynarze, którzy mocniej stąpali po ziemi, nie zobaczyli nic poza drobną kobietą 

spowitą  w  czerń,  o  tym  jednak  nie  wspominali.  Rosjanie  uwielbiają  piękne  opowieści.  Po 

latach historia ocalenia Jewgienija stała się jedną z najpiękniejszych, jakie znali. 

Biało  -  czarna  kobieta  zbliżyła  się  do  kapitana,  który  leżał  bez  czucia  na  pokładzie. 

Opadła  przy  nim  na  kolana.  Jej  dłonie  dotknęły  nieznacznie  twarzy  rannego,  musnęły  jego 

zamknięte oczy. 

Krew wciąż z niego tryskała, wciąż zalewała wilgotny, śliski pokład. 

Wtedy kobieta rzuciła się na niego. Wszyscy spodziewali się histerycznych, babskich 

łez, gradu pocałunków na twarzy umarłego... Ale ona zacisnęła obie dłonie na jego ramieniu. 

Przycisnęła  je  całym  ciężarem  swego  ciała,  leżała  prawie  na  nim,  z  pełną  rozpaczy  twarzą, 

zwróconą ku marynarzom. Wykrzykiwała słowa, których nie rozumieli. Przekleństwa, a może 

oskarżenia skierowane przeciwko nim. Po chwili jednak ucichła i zaczęła szeptać modlitwę. 

Wreszcie padły słowa, które mogli zrozumieć. Słowa urwane, bo przecież mówiła w 

obcym języku: 

- Pomóżcie mu! Pomóżcie mu! Jewgienij żyć! 

Pomóc mu? 

Najświętsza Panienka wie najlepiej, że niczego bardziej nie pragnęli. 

Ale jak przywrócić życie komuś, kto leży w kałuży własnej krwi? 

Stracił za wiele krwi. Ramię było prawie oderwane. 

Od  samego  początku  wiedzieli,  że  to  szaleństwo.  Kapitan  nie  miał  nic  do  roboty  na 

maszcie. Nie do niego należało spuszczanie żagli! 

Ale  Byków  nigdy  nie  był  zwyczajnym  kapitanem.  Wykonywał  wszelkie  prace  na 

pokładzie. 

Lina zacisnęła się na jego barku, ogromna fala uderzyła w statek, kapitan stracił punkt 

oparcia... i zawisł na ramieniu. 

background image

To  był  przerażający  widok,  gdy  ramię  odrywało  się  coraz  bardziej,  aż  wreszcie 

przetarła się lina i kapitan spadł na pokład. 

Ale  ta  kobieta  tego  nie  widziała.  Nie  widziała,  jak  został  skazany  na  śmierć,  i  nie 

chciała tego przyjąć do wiadomości. 

Wciąż  ściskała  nieszczęsne  ramię.  Patrzyli  na  poruszające  się  usta  Raiji,  ale  nie 

słyszeli ani nie rozumieli jej słów. 

Leżała  na  ciele  kapitana  z  zamkniętymi  oczami.  Jej  usta  poruszały  się  bez  ustanku. 

Widzieli, jak ciało kobiety napina się niczym cięciwa luku i jak opada na Jewgienija. 

Dopiero wtedy oprzytomnieli. Każdy z osobna był skłonny to przyznać. Do tej chwili 

nie byli w stanie działać. Teraz pospiesznie odciągnęli Raiję od kapitana. Nie ważyła prawie 

nic, więc nie wymagało to wielkiego wysiłku. 

Oddychała bardzo powoli, ale na jej twarzy malował się spokój. Mimo to obawiali się 

trochę o jej zdrowie. Jeden z marynarzy wziął ją na ręce i zaniósł do kajuty kapitana. 

Jewgienijowi nie poświęcili wiele uwagi. W ich oczach był już martwy. 

- Przestał krwawić - zauważył nagle jeden z marynarzy. 

Natychmiast skupili się wokół kapitana. 

- Już po wszystkim - powiedział inny, czyniąc znak krzyża. 

Ten,  który  stał  najbliżej,  pochylił  się  nad  Jewgienijem,  przyłożył  dłoń  do  jego  ust  i 

zamarł z niedowierzania. 

- On oddycha - szepnął, spoglądając na otaczających go towarzyszy. - On naprawdę 

oddycha! Żyje! 

- Ale przecież nie krwawi... 

Wszyscy po kolei zaczęli przyklękać przy swym kapitanie. Wszyscy przykładali mu 

dłoń do ust i wszyscy czuli to samo. Słaby, spokojny, ciepły oddech. 

Spoglądali  na  siebie  nawzajem.  Żaden  nie  miał  odwagi  uwierzyć  w  to,  co  zobaczył. 

Ż

aden nie ważył się odezwać. 

Wszyscy wiedzieli, że kapitan żyje, choć przecież powinien był wyzionąć ducha. 

Czuli się zbyt mali i słabi, by postawić sobie pytanie, jak to się stało, jakie siły się za 

tym kryją. Woleli zająć się sprawami praktycznymi. 

- Z tego na pewno będzie gangrena - powiedział jeden z nich. 

Nie  było  nikogo,  kogo  można  by  się  poradzić.  Nikt  nie  mógł  zdjąć  z  nich 

odpowiedzialności.  Byli  prostymi  marynarzami,  którzy  wiedli  nieskomplikowane  życie,  i 

jedyny cud, jaki znali, to przyjazny wyraz twarzy kobiety kupionej za pieniądze. 

background image

W  cudzie,  który  tu  się  wydarzył,  nie  brali  udziału.  Wydarzył  się  jednak  w  ich 

przytomności. Postanowili zadbać więc o to, by kapitan zachował życie. 

-  Przestał  krwawić.  A  tego  ramienia  i  tak  nie  da  się  uratować.  Wisi  całkiem 

bezwładnie... 

Ciągnęli losy, by wyznaczyć tego, który to zrobi. 

Nieszczęśnik, na którego wypadło, dostał szklaneczkę gorzałki. Potem zanurzył ostrze 

siekiery w tej samej gorzałce i odciął nim rękę do końca. 

Ramię  kapitana  zniknęło  za  burtą.  Resztką  alkoholu  zdezynfekowali  ranę,  po  czym 

przewiązali prawie czystą niedzielną koszulą. 

Potem dwaj marynarze podnieśli kapitana i zataszczyli do kajuty. 

Byków wciąż żył i krwawił bardzo nieznacznie. 

Dwaj członkowie załogi zostali w kajucie, by czuwać nad kapitanem i jego kobietą. W 

powietrzu czuć było cud. 

Następnego  ranka  zaczęła  dyżur  następna  dwójka.  Ani  kapitan,  ani  jego  kobieta  nie 

obudzili się z długiego, dziwnego snu. 

Załoga  szeptała  o  tym  z  lekkim  przerażeniem.  Nie  wiedzieli,  co  począć.  Odpłynęli 

daleko od lądu. Od zamieszkanych obszarów Rosji dzieliło ich co najmniej parę dni żeglugi. 

Mruczeli  między  sobą  coś  na  temat  lekarza,  ale  nikt  nie  wspomniał  głośno  o 

możliwości  powrotu  do  Norwegii.  Czy  znaleźliby  tam  jakiegoś  doktora?  Może  noaidę,  ale 

przecież kobieta kapitana umiała tyle samo, co on. 

Woleli nie wtajemniczać nikogo w to, co się wydarzyło na pokładzie. W każdym razie 

nie wcześniej niż w chwili, gdy będzie wiadomo, jak się to wszystko zakończy. 

Dopóki kapitan i jego kobieta leżą bez czucia, lepiej trzymać całą sprawę w tajemnicy. 

Raija  wróciła  do  świadomości  w  równie  dziwny  sposób,  jak  ją  straciła.  Niosła  ją  ta 

sama  fala,  tyle  że  tym  razem  w  górę.  W  uszach  jej  szumiało,  palce  drętwiały,  cale  ciało 

pulsowało...  Ciepło  rozlewało  się  z  wolna  po  wszystkich  jej  członkach.  Tak  długo  marzła. 

Wydawało się jej już, że nie wyrwie się z mroźnego uścisku... 

Raija  ostrożnie  otworzyła  oczy,  lękając  się  tego,  co  ujrzy.  Nie  pamiętała  chwili,  w 

której pochłonęła ją ta fala wieczności. Wiedziała tylko, że było to ważne, bardzo ważne. 

Widziała sama siebie. 

Jak w szalonym śnie widziała własne ciało, skulone na koi. U jej stóp leżał zwinięty 

koc.  Ubranie  było  w  wielkim  nieładzie.  Nie  rozumiała,  jak  mogła  położyć  się  do  łóżka  w 

kurtce Jewgienija i własnej pelerynie. 

Nie było chyba aż tak zimno... 

background image

Raija uczepiła się tej myśli, jakby to było dziwniejsze niż fakt, że widzi sama siebie. 

Ż

e  patrzy  we  własne,  szeroko  otwarte  oczy  i  wie,  że  to  właśnie  ona...  Spróbowała  zmienić 

pozycję. Ciało, na które patrzyła, poruszyło jednym ramieniem, ale Raija nie czuła nic a nic. 

Słyszała męskie głosy mówiące po rosyjsku. Nic nie rozumiała. To nie był Jewgienij... 

Gdy pomyślała o nim, przeszył ją potworny ból... 

Wiedziała, że fala, która poniosła ją w nicość, miała związek z Jewgienijem... 

Cierpiała tak, że aż zamknęła oczy. Wydawało jej się, że tonie. Powieki ciążyły jej tak 

bardzo,  iż  obawiała  się,  że  nie  zdoła  ich  unieść.  Wreszcie  odzyskała  czucie  w  ramieniu. 

Wiedziała, że unosi je i rusza palcami. A gdy ponownie otworzyła oczy, ujrzała sufit, a nie 

samą siebie. 

Ujrzała  sufit  i  dwie  zmartwione  twarze.  Gdy  marynarze  dostrzegli,  że  Raija  próbuje 

wstać, rzucili się na pomoc. Ich uśmiechy wypełniły pole widzenia Raiji. 

Kręciło się jej w  głowie, gdy próbowała ją unieść. Było to na tyle nieprzyjemne, że 

położyła się ponownie. 

Marynarze cofnęli się zawstydzeni, zupełnie jakby przyznawali, że to ich wina. 

Raija  usiłowała  dać  im  do  zrozumienia  uśmiechem,  że  wszystko  jest  w  porządku. 

Nawet w pewnym stopniu jej się to udało. 

- Jewgienij? - zapytała. 

Spojrzenia,  które  wymienili,  przyprawiły  ją  o  dreszcze.  Przepełniał  ich  wstyd, 

poczucie winy i coś, czego nie potrafiła nazwać. Gdzie jest Jewgienij? 

Przypomniała sobie sztorm. 

Ale co było potem? Coś się zdarzyło, ale nie pamiętała co. 

Dlaczego  coś  przesłaniało  jej  pamięć,  gdy  próbowała  przywołać  obraz  tego,  co  się 

zdarzyło po sztormie? Co się z nią właściwie stało? Dlaczego ci marynarze tutaj stoją? 

Raija wiedziała, że statek płynie. Docierały do niej odgłosy morza. Czuła kołysanie. A 

zatem są w drodze. 

Czy  Jewgienij  mógłby  kazać  aż  dwóm  marynarzom  jej  pilnować?  To  nie  do  wiary. 

Jewgienij troszczył się o nią, robił dla niej wszystko, ale nawet on uznałby, że w najgorszym 

razie wystarczy jeden. 

Raija była niemal pewna, że to nie Jewgienij dowodzi teraz statkiem. 

- On nie żyje? - zapytała. Wolała już wiedzieć, nawet jeśli to miałaby być prawda. Do 

szaleństwa  doprowadzało  ją  to,  że  musiała  mówić,  używając  zaledwie  słowa  czy  dwóch. 

Nigdy  przedtem  nie  doświadczyła  tak  wielkiego  ograniczenia.  Do  tej  pory  zawsze  znała 

język, którego potrzebowała. 

background image

Teraz  uświadomiła  sobie  z  całą  mocą,  że  świat  jest  o  wiele  większy,  niż  jej  się 

zdawało. I że ona sama jest zaledwie pionkiem w wielkiej, nieogarnionej grze. Jewgienij nie 

mógł umrzeć. 

Obaj marynarze pokręcili głowami. 

Nawet gdyby to było kłamstwo, nie zorientowałaby się. 

Przez  ułamek  sekundy  ujrzała  Jewgienija  leżącego  na  pokładzie  w  kałuży  krwi. 

Widziała jego prawe  ramię, ułożone nienaturalnie wysoko w stosunku do całej reszty  ciała. 

Widziała jego bladą twarz i zamknięte oczy... 

- On nie żyje! 

Raija  z  trudem  usiadła.  Zachwiała  się,  ale  nie  upadła.  Wczepiła  się  dłońmi  w  brzeg 

koi, spuszczając w dół nogi, jedną po drugiej. 

Marynarze  wciąż  wszystko  jej  zasłaniali.  Raija  zrozumiała  nagle,  dlaczego  jest  ich 

dwóch. Dlaczego nie pozwalają jej zobaczyć koi Jewgienija... 

Jewgienij nie żyje. Nie żyje, a oni nie chcą, by się o tym dowiedziała. Chcą to przed 

nią ukryć. 

Raija  puściła  brzeg  koi  i  chwiejnym  krokiem  ruszyła  w  głąb  kajuty.  Jeszcze  jeden 

krok. Dobrze by było mieć coś do podparcia! Raija próbowała się czegoś chwycić, próbowała 

złapać  jednego  z  marynarzy  za  ramię,  ale  nie  udało  się  jej.  Chłopak  się  cofnął.  Jej  dłoń 

zacisnęła się w powietrzu i Raija runęła na podłogę. 

Dopiero  wtedy  znalazły  się  czyjeś  ręce.  Wtedy  chcieli  jej  pomóc  się  podnieść,  ale 

Raija  machnęła  na  nich  gniewnie.  Próbowała  przedrzeć  się  do  przodu,  przedostać  się  przez 

coś wełnistego i szarego, choć wiedziała, że to coś istnieje tylko w jej wyobraźni, bo skąd by 

się wziął dym w kapitańskiej kajucie. 

Spływała potem,  gdy  wreszcie dotarła do  celu.  Czas się zatrzymał. Gdy się znalazła 

koło  koi  Jewgienija,  uniosła  głowę.  Oddychała  nierówno,  oczy  zachodziły  mgłą.  Jakaś  jej 

cząstka wcale tego nie pragnęła, ale silna Raija dążyła do prawdy za wszelką cenę. Chciała 

mieć pewność. 

Twarz Jewgienija, widziana z profilu, była wciąż biała. Oczy miał zamknięte, zwróciła 

uwagę  na  jego  nieprawdopodobnie  długie  rzęsy.  Nigdy  przedtem  tego  nie  zauważyła.  Nie 

przyglądała mu się w ten sposób. Wygląd zewnętrzny znaczył dla niej tak niewiele. Zawsze 

tak było... zawsze więcej wagi przykładała do ludzkiego wnętrza. 

Usta Jewgienija były lekko rozchylone. 

Raija  zmusiła  się  do  tego,  by  unieść  jedną  rękę,  przyłożyć  ją  do  ust  Rosjanina  i 

poczuć, że nie została okłamana. On rzeczywiście żył. 

background image

Ś

wiadczył o tym słabiutki oddech. Raija wciąż nie miała pojęcia, jaką rolę odegrała w 

tym,  co  się  zdarzyło,  nie  pamiętała,  że  to  przede  wszystkim  dzięki  niej  udało  się  uratować 

Jewgienija. 

Leżał zwrócony prawą stroną do ściany. Raija patrzyła na jego lewe ramię i nie mogła 

wiedzieć, co się kryje pod kocem naciągniętym aż pod brodę leżącego. 

Chciała się podnieść, ale w połowie drogi nogi odmówiły jej posłuszeństwa. 

Wtedy przyskoczył jeden z marynarzy. Złapał ją i wsparł o własną pierś, podtrzymując 

tak długo, aż wreszcie kajuta przestała tańczyć w jej oczach. 

Raija  przełknęła  ślinę  i  dała  znak,  że  chce  wrócić  na  swoją  koję.  To  było 

najrozsądniejsze  wyjście.  Stan  Jewgienija  był  bardzo  poważny.  Tyle  rozumiała.  Nie  miała 

pojęcia, co może dla niego zrobić, ale wiedziała, że nie pozwoli mu umrzeć. 

Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała swej własnej siły. 

Marynarz, który jej pomagał, zatrzymał się pierwszy. Raija nie rozumiała, skąd jego 

wahanie. Czyżby nie pojął, o co jej chodzi? 

Wówczas to zobaczyła. 

Jej własna koja była zalana krwią. 

Nie zastanawiając się wiele, pochyliła się, a w głowie zawirowało jej tak, że upadłaby 

na  podłogę,  gdyby  marynarz  nie  przytrzymał  jej  w  porę.  Z  trudem  chwytała  powietrze,  ale 

tym razem nie pozwoliła sobie pomóc. 

Wszystkie elementy układanki zaczęły nagle pasować do siebie. 

Na Boga, dlaczego się nie domyśliła? 

Nie była przecież wstydliwym podlotkiem, powinna była zrozumieć wszystkie znaki... 

Podciągnęła w górę brzeg spódnicy i zobaczyła, że krew spływa jej po nogach. 

Nie miała siły na to patrzeć. 

Obaj  młodzieńcy  obserwowali  ją  z  przerażeniem.  Bali  się  z  pewnością  znacznie 

bardziej niż ona. Musiała zacząć działać, choć w głowie huczało jej tak, iż prawie nie słyszała 

własnych myśli. 

Skinęła dłonią w stronę fotela, który przykręcony był do podłogi. Jeden z marynarzy 

podprowadził ją tam i posadził. Jego wzrok wędrował nieustannie w stronę zalanej krwią koi. 

- Wody - poprosiła Raija cichym głosem. - Dużo wody. 

Obaj rzucili się w stronę drzwi. 

Raija doskonale ich rozumiała. 

background image

Skrzyżowała dłonie na brzuchu. Chciała się pomodlić, choć nie robiła tego za często. 

Słowa nie układały się, tak jak tego chciała. Ale przecież także uczucie może być modlitwą... 

niemy krzyk zbolałej duszy... 

To był początek życia. 

Powinna była zrozumieć... 

Nudności, brak łaknienia, zmęczenie... 

Zaślepiła ją żałoba. 

Teraz  nie  chciała,  by  Mikkal  dojrzał  to  ze  swego  miejsca  w  zorzy  polarnej.  Nie 

chciała, by się o tym dowiedział. 

To  było  dziecko.  Dziecko  jej  i  Mikkala,  poczęte  najprawdopodobniej  owej 

przeraźliwie zimnej nocy pod rozjarzonym polarnym niebem... 

A teraz pozostała po nim tylko krew zmieszana ze śluzem. 

Sztorm i morze odebrały jej to dziecko. 

Złożone dłonie zacisnęły się w pięści. Zaczęła bębnić nimi w oparcie fotela, w swoje 

łono, którego nienawidziła za to, że jest puste. Poczuła się oszukana, okradziona z czegoś, do 

czego miała prawo. 

Straciła Mikkala. Straciła dzieci. Czy nie zasłużyła przynajmniej na to maleństwo? 

Jeden  z  marynarzy  przyniósł  wiadro  wody.  Raija  spostrzegła,  że  nad  wiadrem  unosi 

się para, a więc ktoś zatroszczył się o to, by ją zagrzać. Nie miała pojęcia, czy zdoła się umyć, 

wiedziała jednak, że musi to zrobić. 

Dała  marynarzowi  znak,  by  wyszedł,  co  też  on  skwapliwie  uczynił,  czerwieniąc  się 

przy tym. 

Raija została sama z Jewgienijem, który przebywał gdzieś w krainie pomiędzy życiem 

a śmiercią. I z własnymi myślami, z marzeniem o dziecku, które nigdy się nie urodzi. 

Straciła poczucie czasu, gdy zaczęła się rozbierać i obmywać z krwi. 

Czas nic już nie znaczył. 

Zmagała się z nudnościami, z każdą sekundą opadała z sił. 

To  ja  powinnam  umrzeć,  myślała,  siedząc  otulona  wełnianym  kocem  w  fotelu 

Jewgienija. 

Nie miała zbyt wielu ubrań, a poza tym zabrakło jej siły, by szukać czegokolwiek. 

Każdy inny człowiek, któremu by przypadło w udziale takie życie, już dawno by się 

poddał, myślała. Dlaczego ja muszę znieść tyle ciosów i dalej żyć? 

background image

Doznała  już  wielu  cierpień.  Ostatni  cios  był  szczególnie  bolesny.  Z  dzieckiem 

Mikkala  zrodziłaby  się  w  niej  nadzieja.  Mogłaby  patrzeć  w  przyszłość  z  podniesionym 

czołem. 

To byłoby szczęście. Szczęście, które Elle dojrzała na jej dłoni wiele lat temu. 

Tymczasem straciła wszystko. Zupełnie wszystko. 

Nawet żałoba minie. 

A  teraz  trzeba  odzyskać  siły.  Raija  nie  wiedziała,  jak  to  osiągnąć.  Nigdy  tego  nie 

wiedziała, ale zawsze potrafiła to zrobić, jeśli dostatecznie się starała. 

Jewgienij miał być jej skałą, ale ta skała się rozkruszyła. Teraz on kogoś potrzebował. 

Raija wiedziała, że to ona musi być tym kimś. 

Jewgienij zrobiłby dla niej to samo. Zrobiłby wszystko, i to bezwarunkowo. 

Raija  nigdy  nie  odmówiłaby  przyjacielowi,  który  potrzebuje  pomocy.  Potrafiłaby 

wskoczyć w ogień dla tych, na których jej zależało. 

Postanowiła więc, że będzie skałą dla Jewgienija. 

background image

Na  początku  pogoda  sprzyjała  ósemce  podróżującej  łodzią  Nilsa.  Wiatr  wydymał 

ż

agiel, zimowe niebo uśmiechało się nad nimi. Każdy, kto raz ujrzał takie niebo, pragnął mieć 

je zawsze nad głową. 

Matti  nie  posmakował  katorżniczej  pracy  i  niebezpieczeństw,  którymi  straszyli  go 

Santeri i Reijo. Po paru dniach zaczął uważać się za prawie marynarza. Rzeczywiście nieźle 

poruszał się po pokładzie. A i choroba morska go nie dręczyła. Niewiele pożytku miały z nie-

go wodne stworzenia. 

Ma  się  rozumieć,  że  było  zimno.  Trudno  nazwać  tę  wyprawę  podróżą  dla 

przyjemności.  Zimą  wybrzeże  Finnmarku  było  srogie  i  jałowe.  Przez  dziesiątki  tysięcy  lat 

szalejące  zimowe  wichry  smagały  linię  brzegową,  a  jednak  nie  zdołały  jej  wyrównać.  Nie 

znały spoczynku, wciąż atakowały ląd, który bronił się jak tylko potrafił. 

Biedna  łódź,  wydana  na  łaskę  morza,  wiatru  i  natury,  nie  miała  czym  się  osłonić. 

Musiała tańczyć, jak jej morze zagrało, wsłuchiwać się w życzenia wiatru i cieszyć wydętym 

ż

aglem. 

Załodze  nie  pozostawało  więc  nic  innego,  jak  rozgrzewać  jakoś  dłonie  i  stopy  i 

przetrzymać to wszystko. 

Taki już był ten kraj. W ten sposób się uśmiechała jego zimowa twarz. 

Powinni złożyć przemarznięte ręce do modlitwy i dziękować swemu Stwórcy za to, że 

nie odwrócił się od nich i nie pozwolił, by wichry i morze tak do końca igrały z nimi, jak im 

się podoba. 

Reijo martwił się pierwszego dnia. Wiedział, że z Santeriego będzie miał pożytek. Nie 

miał jednak pojęcia, jak to będzie z Mattim. Nie wiedział też, czy łódź zda egzamin. Bał się 

również, że dzieci przemarzną i przemokną w czasie tej podróży. 

Stan  łodzi  mile  ich  zaskoczył  -  był  lepszy,  niż  można  by  się  spodziewać.  Nils 

przesadził chyba w jej krytyce. Reijo przypomniał sobie słowa Nilsa o tym, że jakoś nie mógł 

mieszkać w odziedziczonym po nim i Raiji domu. Reijo zastanawiał się, czy ta łódź nie miała 

być  formą  zwrotu  długu,  który  ciążył  Nilsowi,  a  którego  nie  dało  się  spłacić  otwarcie. 

Ciekawe, czy teraz Nils śpi już spokojnie w domu nad morzem. 

Santeri sprawdził się. Ludzie jego pokroju zawsze dają sobie radę, zawsze spadną na 

cztery łapy. Santeri okazał się lepszym marynarzem, niż Reijo przypuszczał. Na morzu nawet 

mróz  nie  dokuczał  mu  tak  bardzo,  choć  właśnie  on  najczęściej  był  przemoczony  i 

background image

przemarznięty. Wilgotne morskie powietrze działało jednak na Santeriego całkiem inaczej niż 

lodowate powietrze na płaskowyżu. W inny sposób nie można tego wytłumaczyć. 

A dzieci? 

Z ich powodu Reijo wybrał drogę morską. To dla nich podjął to ryzyko. 

Nie nadawał się na przewodnika przeprawy przez płaskowyż: wolał nawet nie myśleć, 

jak mogła się skończyć. 

Nie mógł jednak udawać ślepego. Widział doskonale, że dzieci nie mają w tej podróży 

odpowiednich  warunków.  Jednak  tylko  Ida  wrzeszczała  jak  opętana  i  okazywała  swoje 

niezadowolenie na wszelkie sposoby. Widać było, że jej maleńkie ciałko bardzo się męczy, że 

chętnie poraczkowałaby  sobie swobodnie, zamiast leżeć nieruchomo, opatulona w ubrania i 

skóry, przez większą część dnia - jak więzień umieszczony w niewielkiej drewnianej łodzi. 

Pozostałe dzieci milczały. Okazywały zrozumienie. 

Dzieci  nie  powinny  zachowywać  się  w  ten  sposób.  Reijo  wcale  nie  chciał,  by 

milczały, wolałby, żeby się buntowały przeciwko temu, co je boli. 

Nie  zachowywały  się  naturalnie.  Sam  nigdy  nie  był  takim  dzieckiem.  Tym  bardziej 

Raija  -  to  Reijo  mógłby  zeznać  pod  przysięgą.  Żadne  z  nich  nie  potrafiłoby  też  wychować 

dzieci do takiego posłuszeństwa. 

Tymczasem nawet Maja ukrywała, że szczęka z zimna zębami. 

Reijo nienawidził sam siebie. 

Czuł  też  nienawiść  w  stosunku  do  tego  poszarpanego,  surowego  wybrzeża. 

Nienawidził  wiatru,  który  ranił  skórę,  wdzierał  się  między  ubrania  i  z  radością  kłuł  ludzi 

najboleśniej, jak potrafił. 

Czuł nienawiść wobec kraju, który kochał. Nie lubił samego siebie. 

Gdy tylko miał czas, by myśleć, snuł marzenia o rozżarzonych paleniskach, o ścianach 

chroniących  przed  wiatrem.  W  fantazji  widział  się  otulonego  w  skóry  przed  ogniem,  w 

marzeniach  czuł  ciepło  rozlewające  się  po  ciele  i  błogość,  podsycaną  świadomością,  że  na 

zewnątrz króluje surowa zima. 

Czwartego  dnia  powietrze  zaczęło  się  zagęszczać.  Niebo  zasnuło  się  szarzyzną. 

Zbliżyło się do morza, skryło gdzieś horyzont, uciszyło wiatr... 

Zaczęli dryfować, zamiast żeglować. Niosły ich nieznane prądy. 

Zarysy lądu były coraz mniej widoczne, spowijała je szaroczarna mgła. Gęsta, lepka i 

nieprzyjazna... 

-  Nie  damy  rady  przybić  do  brzegu  -  zameldował  Santeri  ze  swego  posterunku  na 

dziobie. - Tylko kruk albo mewa mogą się tam przedostać. 

background image

Reijo dawno już to zrozumiał. Po prawej stronie wznosiły się strome skały - widzieli 

to wyraźnie, zanim zasnuła je mgła. Teraz z trudem mogli dojrzeć siebie nawzajem. 

- Uważaj! - krzyknął Reijo. - W tej mgle możemy w coś uderzyć. 

- Gdzieś trochę dalej musi być przecież jakieś miejsce, w którym możemy przybić do 

brzegu. - Głos Mattiego drżał nieznacznie. 

Reijo wzruszył ramionami. Wystarczy, że Santeri i on wiedzą, że w tej chwili wcale 

nie mogą być pewni, czy trzymają właściwy kurs. Teraz, gdy nie widzieli ani linii brzegowej, 

ani horyzontu, gdy niebo zlało się w wełnistą masę ze wszystkim innym, nie mieli żadnego 

punktu odniesienia. 

Pozostawało mieć nadzieję, że prąd płynie wzdłuż lądu. Pozostawało zaufać intuicji. 

Wierzyć, że mają rację w sprawach, w których powinni byli mieć pewność. 

Reijo rozumiał, że to istne szaleństwo, ale nie miał wyboru. 

Może pogoda się zmieni, nim osiądą na jakiejś mieliźnie. 

Trzeba  zachować  spokój,  myślał.  Wiedział  przecież,  że  wszyscy  inni  są  przerażeni. 

Tak samo jak i on. 

- To jest niebezpieczne, prawda? - dopytywała się Elise. 

- Skąd wiesz, gdzie jest ląd? - zastanawiała się Maja, trzeźwo jak zawsze. Jej pytanie 

obudziło czujność Mattiego. Reijo zauważył, ze chłopak wyraźnie pobladł. 

On zaś nie był w stanie kłamać. 

- Nie wiem, gdzie jest ląd, Maju. Przypuszczam, gdzie jest, ale nie jestem tego pewien. 

Mam nadzieję, że Santeri coś widzi. Że zobaczy niebezpieczeństwo, nim na nie... 

W łodzi zapadła cisza. 

Elise przytuliła małą Idę z całej siły. Przysunęła się bliżej Knuta. Kiedy siedzieli tak 

blisko siebie, czuli się troszkę bezpieczniej. Maja i Ailo też się do siebie przybliżyli. I tak jak 

w tej mrocznej jaskini, chwycili się za ręce. 

-  Mgła  nas  zaskoczyła  -  wyjaśnił  Reijo  Mattiemu.  -  Ani  ja,  ani  Santeri  nie 

potraktowaliśmy zapowiadających ją znaków wystarczająco poważnie. To przede wszystkim 

moja wina. Nie przypuszczałem, że ten wiatr ucichnie. Dlaczego miałby to zrobić? Wiał prze-

cież cały czas. Ale pomyliłem się. Sam to widziałeś. Byliśmy za daleko  od lądu, brzeg był 

zbyt skalisty i mgła dopadła nas szybciej, niż się spodziewaliśmy. 

Matti wysłuchał tego wyjaśnienia, ale wciąż się bal. 

Dryfowali... 

Reijo  zastanawiał  się,  czy  powinni  zacząć  wiosłować,  ale  nikomu  o  tym  nie 

powiedział. 

background image

We  mgle  zamajaczył  jakiś  prześwit,  zwinięty  żagiel  zaczął  furkotać  nieco  bardziej. 

Reijo nie odważył się jednak skorzystać z tego słabiutkiego wiatru, pozwolił, by łódź wciąż 

dryfowała. Nie ośmielił się postawić żagla, skoro nie wiedzieli, co się znajduje przed nimi. 

Mógłby  ryzykować  na  znanych  sobie  wodach,  ale  teraz  zupełnie  stracił  orientację. 

Wolał więc zachować rozwagę. 

Mglista ściana nie będzie przecież otaczać ich wiecznie. Nie na tych wodach. Pogoda 

zmieniała się tu zazwyczaj tak szybko, że człowiek nie miał czasu się do niej przyzwyczaić. 

Dzień dłużył się w nieskończoność. 

Wszyscy milczeli. Reijo był pod tym względem surowy. Przedtem rozmawiali za dużo 

i za głośno. 

To  mogło  być  niebezpieczne.  Gdyby  tak  załoga  nie  dosłyszała  jakiegoś  rozkazu? 

Rezultaty byłyby doprawdy opłakane. 

Reijo lubił ich wszystkich, ale na pokładzie, gdy stał za sterem, był przede wszystkim 

kapitanem. Odpowiadał za ich bezpieczeństwo i traktował to bardzo poważnie. 

Morze zachowywało się zawsze kapryśnie. Potrafiło zaskakiwać co chwila. Mgła była 

najlepszym tego dowodem. 

Podczas  żeglugi  na  pokładzie  mógł  rozbrzmiewać  tylko,  głos  kapitana.  Wszyscy 

powinni  wykonywać  jego  rozkazy.  Los  całej  ósemki  zależał  od  tego,  czy  załoga 

błyskawicznie, bez zastanowienia wykona polecenie. Chodziło o zaufanie, o spokój, o to, by 

każdy  znał  swoje  miejsce  i  zadania.  Przede  wszystkim  zaś  o  to,  by  każdy  usłyszał  wydany 

rozkaz. 

Reijo  przyzwolił  na  krótkie,  ciche  pogaduszki,  zabronił  jednak  niepotrzebnego 

głośnego gadania. Gdy zaś sytuacja zrobiła się trudna, zażądał całkowitej ciszy. 

-  Ster  w  prawo!  -  krzyknął  nagle  Santeri,  rzucając  się  na  przeciwległą  burtę,  by 

przywrócić  równowagę  łodzi,  gdy  przechyliła  się  niebezpiecznie.  Matti  skoczył  w  ślad  za 

nim, a Reijo szybko zrobił to, co do niego należało. 

Przy tej pogodzie nie widział zupełnie, co się dzieje przed dziobem. Musiał zawierzyć 

Santeriemu. 

Reijo zauważył jakiś nieco ciemniejszy kształt za lewą burtą. Santeri i Matti przestali 

wisieć na relingu. 

- Spora wysepka - orzekł Santeri. - Zaryzykujemy? 

- Jasne - powiedział Reijo. Wiedział równie dobrze jak Santeri, że to o wiele bardziej 

bezpieczne niż dalsza żegluga we mgle. Gdyby nie natrafili na tę wysepkę, musieliby zarzucić 

kotwicę i mieć nadzieję, że nie zdryfują zanadto w tej szarej zasłonie. 

background image

Powoli  posuwali  się  w  stronę  lądu.  Cień  stal  się  wyraźniejszy,  nabrał  bardziej 

zdecydowanego kształtu. Reijo domyślał się, że znajdą tam tylko skały, w najlepszym razie 

trochę  mchu,  ale  tak  czy  inaczej  postawią  nogę  na  stałym  gruncie.  Północne  wybrzeże  nie 

należało do najurodzajniejszych krain, zwłaszcza że mróz codziennie szarpał tę ziemię swymi 

pazurami. 

- Długo tu zostaniemy? - dopytywała się Maja. - Tu jest okropnie. 

Widok zbyt dużej ilości skał przyprawiał ją zawsze o dreszcze. Była to pamiątka po 

przeżyciach w jaskini. 

- Rozstawimy jurtę - obiecał Reijo. - Wtedy będzie trochę lepiej. 

Doskwierał im chłód. 

Wysepka okazała się niewielka, Reijo mógł z powodzeniem ogarnąć wzrokiem oba jej 

końce albo rozmawiać z kimś stojącym na drugim krańcu. 

Na  szczęście  na  samym  środku  skalisto  -  kamiennej  wysepki  wznosił  się  pagórek, 

który ich osłonił przed wiatrem od morza. 

Znaleźli  nawet  całkiem  płaski  kawałek  terenu,  na  którym  udało  się  rozstawić  jurtę. 

Wyłożyli podłoże skórami, zasłonili wszystkie szpary tak starannie jak się dało. Paleniska nie 

budowali, bo brakło im drew na podpałkę. 

Między  wydanymi  na  siły  natury  śliskimi  kamieniami  nie  rosło  zupełnie  nic.  Nawet 

mech nie zdołał wczepić się w nieliczne, jałowe grudki ziemi. 

-  Zrobimy,  co  się  da  -  powiedział  Reijo  pogodnie,  tonem,  który  nie  oddawał  jego 

prawdziwego nastroju. - Jeśli przytulimy się do siebie, będzie nam cieplej. 

Pospiesznie zmienili mokre ubrania na suche i skupili się w bezładną gromadkę wokół 

Reijo.  Wszystkie  dzieci  chciały  siedzieć  jak  najbliżej  niego.  Wszystkie  chciały  czuć  jego 

ciepło i siłę. 

Reijo  wziął  Idę  na  kolana.  Była  najmniejsza.  Jego  malutka  dziewczynka. 

Potrzebowała  najwięcej  ciepła.  Maja  nie  dała  jednak  za  wygraną.  Wślizgnęła  się  pod  jego 

ramię  i  zasnęła,  nim  zdołała  przeżuć  suszone  mięso,  które  dał  im  Reijo.  Wcześniej  z 

zazdrością patrzyła na Idę, która dostała odrobinę chleba i roztartych w dłoni jagód. 

Pozostałe  dzieci  musiały  się  zadowolić  przytuleniem  do  części  ramienia  czy  nogi 

Reijo. I nie wymagały wcale, by ktokolwiek poświęcał im uwagę. 

Matti i Santeri dołączyli do tej gromadki. 

Z zewnątrz otulili się sporą ilością skór. 

Ś

cianki  jurty  osłaniały  ludzi  przed  najgorszym  wiatrem  i  wilgocią,  a  jednak  chłód 

zdołał się zakraść pomiędzy nich. 

background image

Ida  zasnęła.  Reijo  ułożył  ją  pod  kurtką,  na  cienkiej  koszuli,  tak  by  mogła  grzać  się 

ciepłem jego ciała. Jego mała dziewczynka nie powinna marznąć. 

Miarowy,  spokojny  oddech  dziecka  przyniósł  i  jemu  odrobię  wytchnienia.  Nikomu 

innemu nie było dane odpoczywać tak wygodnie, jak jej. Wszyscy wprawdzie zasnęli i spali 

przez jakiś czas, ale obudzili się, zanim ich umysły i ciała zdołały odzyskać sprawność. 

Reijo  nawet  nie  próbował  zasnąć.  Wiedział  dobrze,  że  nie  zazna  spokoju,  póki  nie 

zniknie mgła, póki nie ruszą w dalszą drogę. 

Z jakiegoś niejasnego powodu wysepka nie wydała mu się bezpieczna. 

Uśmiechnął się sam do siebie, gdy to pomyślał. Gdyby tylko powiedział coś takiego 

Raiji! Przecież to on zawsze śmiał się z jej przeczuć. 

Raija... co też się z nią dzieje? 

Jakże  często  zadawał  sobie  to  pytanie.  Wiele  razy  chciał  je  wypowiedzieć  na  głos, 

zawsze jednak się od tego powstrzymywał. 

Reijo tęsknił za nią. Tęsknił za nią przez cały czas, nie mógł jednak o tym mówić, bo 

ani Santeri, ani Matti nie zrozumieliby go. 

Nie tęsknił za Raiją jako swoją żoną. Nie za kochanką. 

A wszyscy podejrzewaliby go właśnie o to. 

On tymczasem tęsknił za inną Raiją. Za tym, kim ona dla niego była. Za przyjacielem 

i  człowiekiem.  Przede  wszystkim  za  najbliższym  mu  człowiekiem.  Za  kimś,  kogo  dobrze 

rozumiał i kto rozumiał jego bez niepotrzebnego gadania. Za najwspanialszym towarzyszem, 

jakiego można sobie wyobrazić. 

Mało kto uwierzyłby w jego zapewnienia. Dla innych była piękną, atrakcyjną kobietą, 

kobietą nieosiągalną. 

Reijo wcale im się nie dziwił. Przez wiele lat dla niego również była taką kobietą, lecz 

z czasem przygasa nawet największa namiętność. Pojął to dopiero po fakcie. 

Dziś nie potrafiłby trzymać jej w ramionach tak jak niegdyś. 

Jako przyjaciel - i owszem. Ale nie jako kochanek. 

Brakowało mu tej przyjaźni. Bliskości, intymności, istniejącej pomiędzy przyjaciółmi, 

którzy wiedzą o sobie prawie wszystko, którzy  mogą sobie zaufać w każdej sytuacji i są w 

stanie wiele dla siebie poświęcić, którzy są gotowi oddać za siebie życie. 

Raija  zawsze  była  mu  takim  przyjacielem.  Od  czasów,  gdy  był  niezręcznym 

chłopcem, który ją uwielbiał. 

W swym wieku męskim nie miał już takich przyjaciół. 

background image

- Czy nie powinniśmy zabrać tu trochę więcej jedzenia? - zastanawiał się Matti. - Nie 

przemoknie w łodzi? 

Matti był młody. Pięty go swędziały. Nie potrafił usiedzieć w miejscu bezczynnie. 

Nie  znosił  chwil,  w  których  nie  było  nic  do  zrobienia.  Takie  chwile  nie  miały  dla 

niego sensu. 

- Nie - odpowiedział mu Reijo. To on był kapitanem. Przywódcą. Nie musiał mówić 

nic  więcej.  Ale  wziąwszy  pod  uwagę  fakt,  iż  pytanie  zadał  Matti,  dodał:  -  Jedzenie  jest 

porządnie zapakowane. Mięso nie zepsuje się od wilgoci. Łódź jest dobrze zacumowana. 

To wyjaśnienie uspokoiło chłopca. 

Santeri  i  Matti  wymienili  spojrzenia.  Nie  zdradzili  się  jednak  z  tym,  że  w  pewnym 

sensie obaj czują podobny niepokój. Obaj przecież byli jeszcze młodzi. 

Reijo wyglądał od czasu do czasu przez otwór w dachu. Mgła wciąż była gęsta. Gdy 

wreszcie zdołał dojrzeć niebo, stało się już czarne. 

Nadeszła noc. 

Okazało się, że mgła stanowiła zaledwie zapowiedź zmiany pogody. 

Nocą nadszedł prawdziwy wiatr. Gradobicie. I sztorm. 

Porywy  wiatru  szarpały  jurtą.  Reijo  żałował,  że  rozstawili  ją  na  chybcika.  Pagórek 

wznoszący się na wysepce osłaniał ich trochę przed wichrem, ale Reijo nie dałby sobie głowy 

uciąć za to, że ich schronienie przetrzyma tę niepogodę. 

- Powinienem był to przewidzieć - mruknął do siebie. - Pomyśleć przynajmniej, że to 

się może zdarzyć. A ja uspokoiłem się, sądząc, że to tylko mgła. I że będzie po kłopocie, gdy 

się rozrzedzi. 

-  Nie  jesteś  Panem  Bogiem  -  stwierdził  Matti.  -  Nikt  nie  oczekuje,  że  przewidzisz 

wszystko. 

- Ja tego od siebie oczekuję. 

Matti nie wiedział, co na to odpowiedzieć. 

Wiało  coraz  bardziej.  Grad  wielkości  jajek  bombardował  ściany  jurty.  Dzieci  się 

przestraszyły, szukały u Reijo ciepła i schronienia. Musiał pomieścić w objęciach całą piątkę. 

Powinien dać im poczucie bezpieczeństwa, a tymczasem i jego ogarnęła wyjątkowa trwoga. 

Jeśli wiatr porwie jurtę znad ich głów, nie pozostanie im żadna nadzieja. Wówczas ich 

przyszłość będzie można określić tylko jednym słowem: straceni. 

- Muszę wyjść - powiedział, gdy wydało mu się, że wichura trochę ucichła. Wyglądało 

na to, że tylko on ma takie wrażenie, bo wszyscy próbowali odwieść go od tego zamiaru. 

background image

-  Lepiej  będzie,  jeśli  ja  wyjdę  -  oświadczył  Santeri.  -  Dzieci  czują  się  bezpieczniej 

przy tobie. 

-  I  zdołasz  wzmocnić  jurtę,  nic  nie  widząc?  Będziesz  w  stanie  pracować  gołymi 

rękami? 

Santeri spuścił oczy. Rzeczywiście nie był zbyt odporny na zimno... 

- Stawiałem tyle samo jurt, co i ty - powiedział Matti. Wreszcie pojawiło się zadanie, 

które  potrafił  wykonać  po  mistrzowsku.  Przydały  się  doświadczenia  z  czasu  spędzonego  z 

Raiją i Mikkalem. 

-  Ale  to  ja  jestem  kapitanem  -  uciął  dyskusję  Reijo.  -  I  dlatego  wyjdę.  Wy  musicie 

grzać  dzieci.  Zrobię,  co  trzeba.  Bywałem  już  na  dworze  przy  takiej  pogodzie.  Podczas 

pierwszej wyprawy do Finnmarku przy takiej pogodzie klęczałem w łodzi i wybierałem wodę 

całymi godzinami. Zdawało mi się, że umrę, trzymając czerpak w rękach. Jeśli nie stało się to 

wówczas, to nie stanie się i teraz. Wtedy odpowiadałem tylko za siebie. Dzisiaj ciąży na ranie 

znacznie  większa  odpowiedzialność.  Sądzę,  że  ten,  który  pociąga  za  sznurki,  też  o  tym 

pamięta... 

Reijo dobrze nasunął skórzaną czapkę na czoło i wymknął się na dwór między dwoma 

uderzeniami  szkwału.  To  była  jedyna  możliwość.  Szalejący  wicher  prawie  uniemożliwiał 

wyjście na zewnątrz. 

Reijo musiał się mocno pochylić, aby utrzymać się na nogach. 

Kiedy udało mu się wykonać połowę roboty, jurta o mało co się nie zawaliła. Musiał 

za  wszelką  cenę  zamocować  jedną  z  lin  między  kamieniami.  Ale  najpierw  powinien  ich 

poszukać. 

Z  trudem  czołgał  się  po  wysepce,  zbierając  odpowiednie  kamienie,  które 

transportował  potem  w  tej  samej  pozycji.  Wiele  razy  zawracał.  Należało  też  zamocować 

solidniej  skórzaną  płachtę.  Dłonie  odmawiały  mu  posłuszeństwa,  nie  był  w  stanie 

rozprostować  palców.  Jedna  ręka  krwawiła,  skaleczył  ją  bowiem,  usiłując  rozbić  kamień, 

potrzebny do umocnienia jurty. 

Gdy wreszcie uznał, że namiot stoi dość pewnie i że nic więcej nie zdoła zrobić, był 

naprawdę  wycieńczony.  Czołgał  się  po  lodowatym,  kamienistym  zboczu,  raniąc  się  jeszcze 

bardziej. Nie mógł wstać, by nie dać się porwać wichurze. 

Reijo rzucił okiem na łódź. Była lepsza, niż się zdawało Nilsowi. Szkoda tylko, że nie 

zabezpieczył jej lepiej. Gdy ją przywiązywał, nie spodziewał się sztormu. 

Matti miał też trochę racji, lękając się o jedzenie. Poza tym pozostawili na pokładzie 

mnóstwo sprzętu. 

background image

Reijo nie miał już jednak na nic siły. 

Takie burze nie trwają wiecznie nawet w Finnmarku. Gdy nastanie ranek, będzie po 

burzy. I ruszą w dalszą drogę. 

Trzeba jakoś przetrzymać tę noc. Pokonać chłód i wszystkie niepotrzebne, zdradliwe 

myśli. 

Reijo  uchylił  zasłonę  jurty.  Dzięki  wysiłkowi  rozgrzał  ręce  na  tyle,  że  wróciło  mu 

czucie w koniuszkach palców - zorientował się też, że ma połamane paznokcie. 

- Boże - jęknął Matti. - Co, u diabła, się tam dzieje? Wyglądasz tak, jakbyś wracał z 

bijatyki podczas jarmarku! 

Reijo  nie  zrozumiał,  o  co  mu  chodzi.  I  wtedy  napotkał  spojrzenie  Mai.  Spojrzenie 

brązowo - żółtych oczu. 

- Reijo, masz zakrwawioną buzię. Reijo uniósł dłonie i przyłożył je do policzków. Nie 

czuł zupełnie nic, ani w dłoniach, ani w policzkach. Ale gdy spojrzał na swoje ręce, zobaczył, 

ż

e są zakrwawione. Teraz zrozumiał. 

- To grad - powiedział i osunął się w sam środek kręgu, który stworzyli. Pozwolił, by 

otoczyli  go.  Teraz  on  ich  potrzebował,  potrzebował  ciepła,  bliskości  i  siły.  Sam  nie  był  w 

stanie nic im dać. 

- Grad wielkości jajek. O ostrych brzegach... - pokręcił głową. - Nic nie czułem. Przy 

takim gradobiciu człowiek traci czucie. Mróz całkowicie uśmierza ból. Mam jednak nadzieję, 

ż

e jurta nie zwali się nam na głowy tej nocy. 

Elise przyłożyła obie ręce do policzków Reijo. Trzymała je tak długo, aż jego skóra 

się  zagrzała.  Ucieszyła  się,  że  może  zrobić  coś  dla  swego  opiekuna,  któremu  tyle 

zawdzięczała. Elise zapragnęła, by była z nimi Raija. Wówczas wszystko byłoby w porządku. 

Tak jak przedtem. Tworzyli rodzinę, choć przez całe życie byli w drodze. To, że wciąż skądś 

odchodzili, nie bolało nawet po części tak, jak rozstanie z Raiją. 

- Czy kiedykolwiek się stąd wydostaniemy? - zapytała Elise po cichu. 

- Obiecuję wam to - powiedział Reijo. - Oczywiście, że się stąd wydostaniemy. Co za 

pytanie? 

Elise uśmiechnęła się blado. Nie umiała się zdobyć na prawdziwy uśmiech. 

- Tak się boję, Reijo. 

- Ja też - zdradził jej, choć widział, że wcale mu nie uwierzyła.  Dzieci  nie potrafiły 

sobie  wyobrazić,  że  Reijo  może  się  czegoś  bać.  Gdyby  tak  było,  wystraszyłyby  się  jeszcze 

bardziej i dlatego nie przyjmowały tego do wiadomości. 

Mówił tak tylko, żeby się nie wstydziły swojego strachu. Reijo nie może się bać! 

background image

-  Będziemy  trzymać  się  za  ręce  -  zaproponował  Reijo.  -  Wyobrazimy  sobie,  że  jest 

ciepło, i zaśpiewamy coś. 

Noc  jakoś  minęła.  Burza  ustała  równie  niespodziewanie,  jak  się  zaczęła.  Ranek 

przyniósł całkowitą ciszę. Nie słychać było ani jednego podmuchu wiatru. 

Zupełnie zesztywniali Reijo i Santeri jakoś zdołali wstać. Matti wciąż spał, obejmując 

ramionami  Elise  i  Knuta.  Maja  i  Ailo  leżeli  mu  prawie  na  kolanach.  Ida  spędziła  noc  w 

ramionach Reijo. Otulił ją ostrożnie skórami, zanim się podniósł. 

- No, nareszcie się stąd ruszymy! - westchnął Aleksanteri. - Nie czułem się tak fatalnie 

od czasu, gdy ostatnio oberwałem. 

Reijo stał już przed jurtą. 

-  Nie  ruszymy  się  stąd  -  powiedział  martwym  głosem.  Santeri  wypadł  na  dwór. 

Zobaczył to samo, co Reijo. Łódź zniknęła. Nie widać było nawet jej szczątków. Nigdzie jej 

nie  było.  Otaczało  ich  morze.  Nad  sobą  mieli  tylko  niebo.  Kamienna  wysepka  stała  się  ich 

całym światem. 

- Mieliśmy nieboszczyka na pokładzie - wyrwało się Santeriemu. 

Reijo spojrzał na niego surowo bez słowa. 

background image

- Mam ochotę przekląć samego siebie - mruknął Reijo. - Co za cholerna bezmyślność! 

Moja własna głupota... 

- Nie bądź takim obłudnikiem! - Santeri kopnął jakiś kamień. Kamień nie ruszył się z 

miejsca  i  ucierpiała  tylko  noga  Santeriego.  -  To  nie  twoja  wina.  Robiłeś,  co  mogłeś.  Licho 

wie, gdzie bylibyśmy teraz, gdybyś się nie zdecydował na podróż łodzią. 

-  Licho  wie,  gdzie  teraz  jesteśmy  -  odparł  Reijo  cierpko.  W  oddali  majaczył  zarys 

lądu, ale poza tym otaczało ich tylko morze i niebo. - Nie przypuszczałem, że oddaliliśmy się 

aż tak bardzo od brzegu. Płyną tu chyba jakieś przedziwne i wartkie prądy. Inaczej nie można 

tego wytłumaczyć. Miałem nadzieję, że prądy płyną wzdłuż lądu. Pomyliłem się. 

Reijo  zapatrzył  się  w  cieniutki  pasek  ziemi.  Nigdzie  nie  dostrzegł  dymu.  Żadnego 

domu.  Nikogo,  kto  mógłby  ich  zobaczyć.  Skoro  są  tu  tak  silne  prądy,  to  zapewne  nie  ma 

ż

adnej osady. 

Ugrzęźli na dobre. 

- Powinienem był posłuchać Mattiego, gdy mówił o jedzeniu. 

- Skąd mogłeś wiedzieć - pocieszał go Santeri. - Ja też się z niego śmiałem. Żaden z 

nas nie potraktował tego poważnie. Chyba nie powiesimy się z tego powodu. 

Reijo spojrzał na niego. 

- Nie mamy na czym. 

Santeri musiał się uśmiechnąć w tej powodzi nieszczęść. 

-  Gdybym  to  wiedział,  raczej  spaliłbym  łódź.  -  Reijo  nie  mógł  oderwać  wzroku  od 

horyzontu. - Straciłem łódź. Większość zapasów. Prace Mikkala. Dobry Boże, Raija nigdy mi 

tego nie wybaczy: straciłem Mikkala... 

- Jego martwe ciało - sprecyzował bezlitośnie Santeri. - To było tylko martwe ciało, 

Reijo. Mikkal odszedł dawno temu. Nie potrzebował już tego ciała. Może zresztą taki pogrzeb 

jest równie dobry jak każdy inny. 

- Raija chciała  go pochować - powiedział Reijo. - On tak kochał płaskowyż. To był 

jego świat, jego ziemia. Płaskowyż był ich życiem. Myślę, że chciała go tam pochować dla 

Ailo i Mai. 

- Grób to tylko odrobina ziemi - uściślił Santeri. Nigdy przedtem nie zastanawiał się 

nad tymi sprawami, ale te słowa przyszły mu na myśl tak, jakby przygotowywał się do tego 

przez całe życie. - A morze jest wszędzie. 

background image

Reijo  rozumiał,  co  chce  przez  to  powiedzieć,  ale  nic  nie  mogło  pomniejszyć  jego 

rozpaczy. On, Reijo, zawiódł Raiję. Nie miał pojęcia, w jaki sposób jej to kiedyś wyjaśni. 

-  Tak  czy  inaczej  musimy  odnaleźć  Ravnę  -  westchnął.  -  Ona  ma  prawo  wiedzieć. 

Mikkal był jej jedynym synem. Teraz zostali jej tylko Maja i Ailo. 

- Ale najpierw ktoś musi nas odnaleźć. - Santeri przypatrywał się każdej morskiej fali, 

ale to nie zmieniło faktu, że znajdowali się na samym środku morza. 

Powrót do jurty był bardzo trudny. Ciężko im było spojrzeć w pełne nadziei oczy. 

Wszyscy oczekiwali na wieść o tym, że odpłyną stąd. A tu padły straszne słowa: 

- Straciliśmy łódź. Roztrzaskała się. Musimy tu czekać, aż ktoś nas odnajdzie. 

Olai  Mikkelsen  mieszkał  samotnie  od  czasu,  gdy  żona  go  odumarła  zeszłego  lata. 

Daleko miał do sąsiadów, ale lubił takie życie. Nigdy nie przepadał za ludźmi. Jego zdaniem 

morze, niebo i góry z powodzeniem starczały za towarzystwo. Poza tym były jeszcze ptaki, a 

nawet  renifery,  które  czasem  docierały  na  brzeg,  gdzie  postawił  swój  domek  o  krzywych 

oknach. Zbudował go własnymi rękami - z rosyjskich bali i z pozostałości rozbitych statków, 

które dryfowały po morzu. Gdy człowiek mieszka niedaleko zdradliwej Trupiej Wysepki, nie 

może narzekać na brak czegokolwiek. Mikkelsen miał wszystko, czego potrzebował. I spało 

mu się całkiem nieźle, nawet nocami, choć żył z plądrowania wraków. Brał przecież tylko to, 

co było mu potrzebne. I gdy tylko mógł, ratował rozbitków. Nie robił interesów na cudzym 

nieszczęściu. Alina zarzuciła mu to wprawdzie kiedyś, ale nigdy więcej tego nie powtórzyła, 

a przecież przeżyli razem czterdzieści lat. To były dobre lata. 

Nie  mieli  dzieci.  Bóg  tak  chciał.  Olai  myślał  sobie  zawsze,  że  mieli  przynajmniej 

siebie nawzajem, choć wiedział, że to nie była prawda. 

On miał tylko siebie. Dlatego bez trudu pogodził się ze śmiercią Aliny. Zupełnie jakby 

wyszła, żeby nigdy już nie wrócić. 

Olai widział, że nadciąga burza. Miał tę pewność, zanim pojawiła się mgła. 

Cale  życie  spędzone  nad  morzem  wiele  go  nauczyło.  Za  jego  niebieskim, 

nieprzeniknionym spojrzeniem kryło się sporo doświadczenia. 

Tego ranka, gdy wiatr jeszcze nie ustał, zobaczył łódź. 

Wiatr zmienił nagle kierunek. Wspomagany przez prąd, pochwycił łódź i pognał ją na 

podwodne skały nieopodal wysepki. 

Olai stał i patrzył, jak łódź tonie. Poszła na dno natychmiast i Olai wiedział, że jest 

stracona już na zawsze. W tym miejscu podwodny prąd był tak silny, że wciągał wszystko i 

nic  nie  dało  się  uratować.  Gdyby  na  pokładzie  byli  ludzie,  nie  pozwoliliby  jednak  porwać 

łodzi tak łatwo. 

background image

Olai  czuł  niepokój.  Z  niecierpliwością  czekał  chwili,  gdy  wiatr  ucichnie  na  tyle,  by 

można było wypłynąć na morze. 

Mówił do siebie, że potrzebuje ryby na obiad, ale to był tylko pretekst. 

Ciągnęła  go  ta  wysepka.  Wiedział,  że  nic  dla  siebie  tam  nie  znajdzie.  Ale  pamiętał 

oczy Aliny. Nigdy nie spojrzała na niego z dumą. 

Teraz było już za późno, by tego doświadczyć, ale Olai wierzył, że jego żona tak czy 

inaczej patrzy na niego. 

Nie chciał, by się wstydziła za męża. 

Jego  wprawne  ręce  chwyciły  za  wiosła.  Płynął  wzdłuż  brzegu  aż  do  chwili,  gdy 

znalazł się na wysokości wysepki. Znał dobrze bezpieczne i niebezpieczne miejsca. 

Kiedy ujrzał lapońską jurtę, chciał zawrócić. 

Uratowanie Lapończyków nie wydawało mu się czynem wielkim i bohaterskim. 

Olai nie przepadał za Lapończykami. Włóczyli się z miejsca na miejsce i korzystali z 

tego, czego akurat potrzebowali, nie zwracając uwagi na prawowitych właścicieli tej ziemi. 

Ale  i  Olai  przez  całe  życie  jadł  mięso  cudzych  zwierząt.  Nie  dręczyły  go  z  tego 

powodu żadne wyrzuty sumienia. 

Mimo wszystko nie zawrócił. 

Oczy żony śledziły przecież jego ruchy. 

Co robili Lapończycy w łodzi na tym wybrzeżu? 

Olai nie miał pojęcia. Zapytam ich, pomyślał. Jego zdaniem wciąż był tam ktoś, kogo 

można spytać. 

Znalazł  przetartą  cumę.  Wystarczył  mu  rzut  oka,  by  stwierdzić,  że  cumowaniem 

zajmowała  się  wprawna  ręka.  Ręka  obcego.  Nie  mógł  wiedzieć,  że  przywiązuje  łódź  w 

miejscu,  w  którym  płynie  zdradliwy  prąd.  Nie  mógł  wiedzieć,  że  wiatr  wiejący  od  lądu 

dopełni dzieła zniszczenia. 

Mikkelsen wciągnął swoją łódkę na brzeg. Odgłosy zwabiły ludzi. Z namiotu wyłonili 

się  dwaj  mężczyźni.  Ich  widok  wprawił  Olaia  w  zadziwienie.  Żaden  bowiem  nie  był 

Lapończykiem. 

Jeden niewysoki, dobrze zbudowany, jasnowłosy i zielonooki. 

Drugi niewiele wyższy, ale szczuplejszy. Z rudą grzywką i niespokojnymi oczami. 

- Co za niespodzianka! - zawołał Reijo. - A ja sądziłem, że będziemy tu tkwić ładnych 

parę dni. 

Olai zmarszczył brwi. Obcy mówił po norwesku z dziwnym akcentem. Finowie? 

Ale przecież o tej porze roku nie ma tu żadnych ryb... 

background image

- Jest was tylko dwóch? 

- I jeszcze jeden chłopak - wyjaśnił Reijo. - Oraz pięcioro dzieci. 

Mikkelsen wytrzeszczył oczy. 

-  Dzieci?  -  zapytał.  Przekroczył  siedemdziesiątkę  i  nie  słyszał  już  tak  dobrze  jak 

dawniej. 

Reijo przytaknął. 

Olai nic nie powiedział, ale ciągle kręcił głową. 

- To nie była wielka łódź. - Wskazał głową kierunek. - Poszła na dno. Tu jest strasznie 

głęboko. Widziałem, jak tonęła. 

Reijo westchnął. Tego właśnie się spodziewał, skoro nigdzie nie było widać łodzi. 

-  Najpierw  zabiorę  dzieci,  dobrze?  Reijo  się  zgodził.  Wszedł  do  jurty  i,  nie 

dowierzając własnym słowom, oznajmił, że zostali uratowani. 

Niewiele  czasu  potrzebowali  na  złożenie  namiotu.  Rzeczy,  które  im  pozostały,  nie 

zajmowały wiele miejsca. 

Olai  śledził  ich  wzrokiem.  Przyglądał  się  zwłaszcza  hałasującym  dzieciom.  Potem 

zaczął  się  przypatrywać  Reijo.  On  był  tu  z  pewnością  najważniejszy.  Młody,  ale  rozsądny. 

Urodzony przywódca. Tyle zobaczył Olai. 

-  Niemożliwe,  żeby  wszystkie  były  twoje?  Reijo  uśmiechnął  się.  Objął  ramionami 

maluchy. 

- Moje - oświadczył zdecydowanie. - Wszystkie są moje. 

- Młodo zacząłeś - skomentował Olai. 

- Można tak powiedzieć - odparł Reijo. - Można tak śmiało powiedzieć. 

Reijo najpierw wysłał ze staruszkiem Mattiego  z dziećmi - z wyjątkiem  Idy. Polecił 

Mattiemu po fińsku, by chłopak pomógł staremu wiosłować. 

Olai odrzucił jednak tę propozycję z prychnięciem. 

- Jestem wprawdzie stary, ale nie ułomny! 

- Dziwny człowiek - orzekł Santeri, gdy czekali na powrót staruszka. 

-  Uratował  nas  -  powiedział  Reijo,  choć  w  zasadzie  był  skłonny  zgodzić  się  z 

Santerim. 

Namiot  i  skóry  nie  zmieściły  się  w  łodzi.  Reijo  nie  miał  jednak  ochoty  ich  tu 

zostawiać. 

- Nikt nie przybije do tej wysepki - uspokoił go staruszek - zabierzesz to kiedy indziej. 

Teraz  wszyscy  musicie  się  zagrzać.  Tam  za  wzgórzem  jest  mój  dom.  -  Wskazał  głową 

kierunek północny. 

background image

Reijo przystał na tę propozycję. 

Udało  mu  się  także  przekonać  mężczyznę,  by  oddał  mu  wiosła.  Olai  zgodził  się  w 

końcu, acz nie bez oporu. 

Domyślał  się,  że  ten  Fin  jest  starym  wygą  morskim.  Chłopaka  zaś  o  to  nie 

podejrzewał. 

-  Nazywam  się  Olai  -  rzekł.  -  Olai  Mikkelsen.  Co  was  tu  przywiodło?  Jesteście 

Finami? 

Reijo  przytaknął.  Widział,  którędy  przypłynął  do  nich  staruszek.  Teraz  nie  musiał 

więc go o nic pytać. 

- Reijo Kesaniemi - przedstawił się. - A to Aleksanteri Kilpi. Santeri. Mieszkałem w 

Ruiji, w Norwegii, przez prawie całe życie. Głównie w Lyngen. Santeri dołączył do nas tej 

zimy. Przedtem zajmował się rybactwem na wybrzeżu. Chłopak jest moim szwagrem. Matti. 

Matti Alatalo. Żona... odeszła. 

Znów to samo kłamstwo. Reijo nie lubił się do niego uciekać, ale te słowa jakoś same 

mu się wyrwały. I zostały zrozumiane tak, że nie trzeba było już nic wyjaśniać. 

Reijo  czuł  jednak,  że  im  częściej  używa  tego  kłamstwa,  tym  szybciej  może  stać  się 

ono prawdą. 

-  Jej  przybrana  rodzina  mieszka  na  półwyspie  Varanger  -  kontynuował  Reijo.  - 

Właśnie tam zmierzamy. Straciliśmy coś więcej niż łódź... 

Olai wlepił wzrok w Reijo. Potrzebował trochę czasu, by te słowa do niego dotarły. 

Czyżby ci ludzie wypłynęli na morze ze zwłokami? Aż z Lyngen? 

-  Ona  tak  kochała  płaskowyż  -  kontynuował  Reijo.  Santeri  spojrzał  w  stronę  lądu. 

Uznał, że tym razem Reijo posunął się za daleko. Jemu również nie podobało się to kłamstwo. 

Nie  lubił  tego  wyjaśnienia.  Podobnie  jak  Reijo  wiedział,  że  dzięki  niemu  mogą  sporo 

osiągnąć. Ale nie lubił go. 

Raija żyła. 

Raija była najbardziej żywotną istotą, jaką znał. 

Olai splunął za burtę. Nic nie powiedział, ale pomyślał swoje. 

Mężczyzna  nie  powinien  za  bardzo  kochać  swojej  żony.  Bo  mogło  się  to  skończyć 

właśnie  w  ten  sposób.  Olai  nie  rozumiał  tego  człowieka.  Lubił  swoją  Alinę.  Przez  te 

czterdzieści lat nie kłócili się za wiele. Dlatego tak dobrze pamiętał wszystkie złe słowa, które 

między nimi padły. 

Ale przecież nigdy nie zrobiłby czegoś takiego... 

background image

- Daleka droga do Varanger - powiedział po chwili. - A przed nami najgorszy okres 

zimy! 

Jakby Reijo nie był tego aż nadto świadomy! 

Olai chrząknął kilka razy. Splunął czarną śliną i spojrzał na obcego... 

Może  i  dorobił  się  gromadki  dzieciaków,  ale  sam  miał  jeszcze  mleko  pod  nosem. 

Musiał  być  strasznie  młody,  gdy  urodziło  mu  się  pierwsze  dziecko.  Najstarszy  niemal 

dorównywał  wzrostem  ojcu.  No  i  trzeba  mieć  nie  po  kolei  w  głowie,  żeby  się  wybierać  na 

morze w takim towarzystwie... 

A jednak Olai go polubił. 

Za otwarte spojrzenie. Za sposób mówienia. Za sposób, w jaki wiosłował. Za spokój... 

Nie potrafił wskazać konkretnej przyczyny. Ale polubił tego obcego. Tak po prostu. 

-  Mój  dom  nie  jest  zbyt  wielki  -  powiedział.  -  Ale  jest  w  nim  ciepło.  Pusto  się  tam 

zrobiło, kiedy mnie żona odumarła. - Olai musiał o tym wspomnieć, choć bał się, że to nie 

najlepiej podziała na tego młodego. - Jestem sam. A miejsca starczy dla wielu. W morzu nie 

brakuje jedzenia Ten, kto potrafi pracować, nie będzie głodował. 

- Proponujesz, żebyśmy zostali? Żebyśmy przezimowali u ciebie? 

Olai  przytaknął.  Ten  obcy  człowiek  nie  lubił  owijać  spraw  w  bawełnę.  To  też 

przypadło staruszkowi do gustu. 

-  Santeri?  -  zapytał  Reijo.  Santeri  wzruszył  ramionami.  Ta  kamienista  kraina  nie 

podbiła jego serca. Ale równie dobrze jak Reijo wiedział, że ich wyprawa ma w zimie nikłe 

szanse powodzenia. 

Zarżnęli  renifery.  Stracili  łódź.  Pieniądze  się  im  skończyły.  Nie  mieli  prawie  nic  na 

wymianę. A zaczynała się właśnie najgorsza pora roku. 

- Niezła propozycja - uznał Santeri. - Ja się pracy nie boję. 

- Powinienem zapytać też Mattiego. Jest już na tyle dorosły, że mógłby uczestniczyć 

w  podejmowaniu  decyzji.  Ale  tu  chodzi  o  moje  dzieci...  -  Spojrzał  spokojnie  na  Olaia.  Na 

chwilę przestał wiosłować. - Skorzystamy z zaproszenia - zadecydował. - To bardzo miło z 

twojej strony, Olai. Chętnie zostaniemy. Mam nadzieję, że tego nie pożałujesz. 

Olai nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się do siebie i spojrzał w niebo, jakby chciał 

zerknąć na chmury. Tak naprawdę uśmiechał się do Aliny. 

W  naszym  domu  są  dzieci,  powiedział  jej  w  myślach.  Nasz  dom  jest  pełen  dzieci, 

Alina. Co ty na to? 

Alina mu nie odpowiedziała. 

background image

Jej obraz zatarł się w jego pamięci na tyle, że nie potrafił sobie wyobrazić jej pełnego 

podziwu spojrzenia. 

Dom był za mały dla nich wszystkich, ale nikt się tym nie przejmował. Przybyszom 

wystarczyła na razie odrobina ciepła. Olai nie wiedział, co powinien zrobić dla gości. Ustąpił 

swe małżeńskie łóżko dzieciom. 

- Ja go nie potrzebuję - powiedział zwyczajnie. - Jestem już stary. Nie potrzebuję tyle 

miejsca.  Kiedyś  zresztą  też  nie  byłem  do  tego  przyzwyczajony.  Dzieciom  należy  się 

wszystko, co najlepsze. 

Byli  mu  bardzo  wdzięczni.  A  parę  godzin  później  przybyło  im  jeszcze  więcej 

powodów do wdzięczności. 

Kiedy nastał wieczór, staruszek zrobił się rozmowniejszy. 

Mówił  powoli,  starannie  ważył  słowa.  Najwyraźniej  nie  miał  wielu  okazji,  by 

rozmawiać z ludźmi. Często ociągał się z odpowiedzią. Długo przeżuwał swoje myśli, nim je 

wypowiedział na głos. 

Widać  jednak  było,  że  cieszy  go  obecność  ludzi.  Odtajał  nieco.  Jego  pomarszczona, 

okrągła twarz pojaśniała. Przygarbione ciało jakby się wyprostowało. 

- Nie wy pierwsi utknęliście na tej wysepce - rzekł. - Wiele łodzi się tam roztrzaskało. 

I nie wszyscy mieli tyle szczęścia. 

Zarówno Santeri, jak i Reijo dziwili się ilości rzeczy, jakie leżały w tym niewielkim 

domu. 

Zwyczajne, znane przedmioty mieszały się z rzeczami dziwnymi, których żaden z nich 

nie potrafił nazwać. 

A więc to Trupia Wysepka jest źródłem tego wszystkiego. 

Santeri i Reijo wymienili spojrzenia. Sądzili, że starzec tego nie spostrzeże. 

- Nie zrobiłem nic złego! - Jego głos się zaostrzył, gdy zauważył tę wymianę spojrzeń. 

- Mieszkałem tu całe życie. Żywiłem się tym, co mi dało morze. Łowiłem ryby jak wszyscy 

inni.  I  wyławiałem  z  morza  to,  czego  potrzebowałem.  Niczego  nie  kradłem,  brałem  to,  co 

należało  do  umarłych.  To  Bóg  umieścił  tu  tę  wysepkę  i  sądzę,  że  miał  w  tym  jakiś  cel. 

Ratowałem  tych,  których  się  dało  uratować.  Często  narażałem  swoje  życie,  żeby  ocalić 

nieznajomych.  I  nie  brałem  za  to  pieniędzy.  Brałem  tylko  to,  czego  potrzebowałem.  Nigdy 

nikogo nie okradłem. 

- Wcale tak nie sądziliśmy - powiedział Reijo. - To musi być straszne, mieszkać blisko 

takiego miejsca. 

Olai uspokoił się, słysząc te słowa. 

background image

-  Ja  zawsze  tu  mieszkałem.  Gorzej  było  z  Aliną.  Z  moją  żoną.  Ona  się  tu 

przeprowadziła  z  wioski  w  głębi  lądu.  I  nigdy  się  do  tego  nie  przyzwyczaiła.  Mówiła,  że 

mieszkamy w przedsionku śmierci. Kobiety nie powinny myśleć za dużo. Ale ona miała tyle 

czasu... 

- A co z dziećmi? - zapytał Reijo. Olai pokręcił głową. 

- Bóg nas nie pobłogosławił w ten sposób. Alina miała za dużo czasu. Za mało zajęć. 

Za wiele myślała. 

Reijo zaczął lepiej rozumieć tego człowieka. 

Trzej dorośli goście mieli spać w największej izbie. Znać było w niej wciąż kobiecą 

rękę. Na stołach leżały serwety ze zwykłego, niebieskiego samodziału. 

Reijo nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni widział coś takiego. 

-  Dziwny  człowieczyna  -  stwierdził  Santeri.  -  Sam  nie  wiem,  co  o  nim  myśleć.  Nie 

wiem, czy go lubię. 

- Pirat - syknął Matti przez zęby. - Ciekawe, czy nie zwabił paru łodzi na mieliznę. Na 

przykład za pomocą latarni... 

- Nie masz prawa go o to posądzać! - Głos Reijo był bardzo ostry. - Wiemy tylko, że 

jest starym, samotnym człowiekiem, który stracił żonę. Musimy mu wierzyć. Mówił, że robił 

tylko to, co uważał za stosowne, i musimy mu wierzyć. 

-  To  była  bez  wątpienia  mowa  obrończa  -  zaczął  się  zastanawiać  Santeri.  -  Sam 

mówiłbym takim tonem, gdybym miał nieczyste sumienie. 

Reijo odniósł podobne wrażenie. 

- Tak czy inaczej, wiele mu zawdzięczamy - stwierdził. - Siedział w samej koszuli i 

miał świadomość, gdzie by się teraz znajdowali, gdyby nie ten człowiek. - Nie wiadomo, kim 

byśmy  byli,  gdybyśmy  mieszkali  koło  tej  wysepki...  Łatwo  kogoś  osądzić,  jeśli  się  nie 

przeżyło tego samego, co on. 

Ż

aden z jego towarzyszy nie odpowiedział. 

- A nawet jeśli naprawdę to robił? Zwabiał statki na mieliznę, a potem rabował, co się 

dało... Przecież może teraz tego żałować. Czy człowiek, który czegoś żałuje, nie zasługuje na 

szansę?  Może  właśnie  w  ten  sposób  próbuje  spłacić  dług.  Mógł  nas  tam  przecież  zostawić. 

Widział,  jak  łódź  tonie.  Wiedział  dobrze,  że  nie  możemy  mieć  przy  sobie  wiele  rzeczy.  A 

jednak  przypłynął  na  wyspę,  choć  jest  staruszkiem.  Wcale  nie  musiał  tego  robić.  Mógłby 

udać, że nie miał pojęcia, że żyjemy. Jesteśmy obcy. Tylu marynarzy przed nami zakończyło 

ż

ycie na tej wysepce. Jej nazwa nie jest zapewne przypadkowa. 

Matti wzniósł oczy do nieba. 

background image

- Zaraz powiesz jeszcze, że on tak lubi dzieci! 

- Może. - Reijo uważał, że to wcale niewykluczone. - Nie dotrzemy do Varanger o tej 

porze roku. Dobrze o tym wiemy. Mamy szczęście, że go spotkaliśmy. Będziemy okazywać 

mu szacunek tak długo, jak jesteśmy pod jego dachem. 

Ani Matti, ani Santeri nie mieli nic do dodania. Ale myśleli swoje. Podobnie jak Reijo. 

Trupia Wysepka nie zostawiła im jednak żadnego wyboru. 

background image

Raija  musiała  długo  odpoczywać,  nim  poczuła  się  dość  silna,  by  zmienić  ubranie. 

Odszukała  jedną  z  koszul  Jewgienija  i  jego  znoszone,  ale  czyste  spodnie.  Postanowiła  się 

obejść bez bielizny. 

Koszula  sięgała  jej  do  kolan,  spodnie  musiała  podwinąć,  ale  zupełnie  się  tym  nie 

przejmowała. 

Jewgienij w dalszym ciągu się nie ruszał. 

To było przerażające. 

Gdy  wpatrywała  się  w  niego  wystarczająco  długo,  widziała,  że  Rosjanin  oddycha. 

Oddech  był  jednak  tak  słaby,  że  bardziej  martwił  ją,  niż  pocieszał.  Raija  nie  pojmowała, 

dlaczego nic nie pamięta. Była tam przecież. Dowodził tego ułamek obrazu, który sobie przy-

pomniała.  Poza  tym  jej  pamięć  przesłaniał  mrok.  Bez  najmniejszego  prześwitu.  Raija  na 

próbę  stanęła  na  bosych  stopach.  Wciąż  kręciło  jej  się  w  głowie.  Czuła  się  gorzej  niż 

powinna, nawet jeśli utraciła sporo krwi. 

Musiał istnieć jakiś związek pomiędzy jej samopoczuciem i tym brakiem pamięci. 

Ostrożnie  postąpiła  parę  kroków.  Zdołała  utrzymać  się  na  nogach,  nie  musiała  się 

nigdzie podpierać. 

Zagryzła zęby i przekonywała samą siebie, że ma więcej siły, niż się jej wydaje. Że to 

tylko kwestia woli. 

Koje były wpuszczone w ścianę, tworząc coś w rodzaju dziupli czy nisz. 

Raija oparła się o brzeg koi Rosjanina. 

Wielkie nieba, ależ on blady! 

Wcześniej  zwracała  uwagę  tylko  na  różnice  między  nim  a  Aleksiejem. 

Najprawdopodobniej dlatego, że bardzo pragnęła, by się od siebie różnili. 

Teraz spostrzegła podobieństwa. 

Nie były uderzające, ale istniały. Jewgienij miał o wiele ciekawszą twarz niż Aleksiej. 

Raija zastanawiała się, dlaczego kobiety tego nie zauważały. Cóż, najłatwiej zobaczyć to, co 

samo rzuca się w oczy, choćby to były tylko pozory. Tak łatwo ulec czarowi urody. Tak łatwo 

dać się zaślepić zewnętrznemu pięknu i odrzucić całą resztę. 

Trzeba trochę wysiłku, by zajrzeć głębiej. Dostrzec wartość tego, co nie błyszczy i nie 

przyciąga wszystkich spojrzeń. 

background image

Po raz pierwszy Raija zaczęła się zastanawiać, kim była dziewczyna, która sprawiła, 

ż

e Jewgienij miał tak nieobecne spojrzenie. O kim myślał, mówiąc, że jego serce do kogoś 

należy. Powiedział przecież, że można wyleczyć się z miłości, znajdując inną, która wcale nie 

jest gorsza niż poprzednia. 

Raija zastanawiała się, dzięki komu posiadł tę wiedzę. 

Miała nadzieję, że Jewgienij spotka tamtą znowu. Że będzie ją trzymał w ramionach, 

niezależnie  od  tego,  kim  ona  jest.  Skoro  ją  kocha,  musi  być  warta  jego  miłości.  Raija 

delikatnie  musnęła  palcem  wygiętą  w  ostry  łuk  brew  rannego.  Leciutko  dotknęła  niepraw-

dopodobnie  długich  rzęs.  Nie  zdając  sobie  z  tego  sprawy,  pieszczotliwie  pogłaskała 

wychudzony, blady policzek. 

Skóra, którą był przykryty, leżała tak, że futerko zaczęłoby go łaskotać, gdyby głowa 

mu trochę opadła. 

Raija pochyliła się, żeby to poprawić. 

Gdy otulała skórą ramiona Jewgienija, jedna z jej dłoni trafiła w pustkę. 

Raija zesztywniała z przerażenia. 

Musiała to sprawdzić. 

Po jednej stronie znalazła ramię i rękę. 

Po drugiej tylko ramię. 

Strwożona odkryła chorego. Zobaczyła kompletnie zakrwawiony bandaż. 

Z trudem przełknęła ślinę. 

Przykryła  na  powrót  Jewgienija,  zamknęła  oczy,  po  czym  podniosła  się  chwiejnie  i 

odeszła tyłem od jego koi. Pod powiekami miała wciąż ten straszny obraz. 

Rozpłakała się. Nie szlochała nawet, ale łzy płynęły po jej policzkach strumieniami. 

Wypełnił ją ból silniejszy niż cokolwiek innego. 

Otworzyła oczy i wybiegła. Chciała uciec przed tym obrazem. Uciec przed prawdą. 

Oślepiona  łzami  wspięła  się  po  drabince  na  pokład,  wpadła  między  marynarzy  i 

zaczęła ich przeklinać. 

Przeklinała  ich  we  wszystkich  trzech  językach,  które  znała.  Próbowała  to  zrobić 

również po rosyjsku. 

To oni go skrzywdzili. 

Pamięć wciąż jej nie wracała, ale Raija miała pewność, że sama nie byłaby zdolna do 

takiej potworności. 

Powstrzymał ją w końcu sternik, Oleg. Ten potężny mężczyzna pochwycił ją w swoje 

niedźwiedzie ramiona i nie puścił, póki gniew z niej nie wyparował. 

background image

Wreszcie pozostał tylko płacz. 

- On żyje - rzekł sternik. 

- Tak, ale jak długo jeszcze? 

Olbrzym milczał. 

Raija wiedziała, że Oleg nie może jej odpowiedzieć na to pytanie. Ona sama też nie 

jest w stanie tego przewiedzieć. 

- Ty zrobiłaś swoje - wyjaśnił Oleg - a my... swoje. 

Raija  nie  zapytała,  co  takiego  ona  zrobiła.  Nie  znała  aż  tylu  rosyjskich  słów. 

Dowiedziała się jednak, że rzeczywiście miała w tym wszystkim swój udział. 

-  Nie  przeżyje  -  wykrztusiła,  walcząc  ze  łzami.  -  To  niemożliwe.  Krew.  Wykrwawi 

się. Umrze... 

Milczeli. 

Wszyscy  marynarze  przerwali  pracę.  W  ich  spojrzeniach  czaiło  się  milczące 

oczekiwanie. Jakby ona mogła zrobić to, czego nikt inny nie potrafił. 

Jewgienij umrze. 

Dopiero wtedy zauważyli, że Raija jest bosa. 

Ona tego nie spostrzegła. Nie czuła chłodu. Nie czuła, że marznie. 

Oleg  pokręcił  głową  i  wziął  ją  na  ręce.  Raija  nie  rozumiała,  dlaczego,  dopóki  nie 

spojrzała na swoje stopy. Były sine, ale ona nic nie czuła. 

Sternik zniósł ją na dół, do kajuty. 

Marynarze uprzedzili go, co tam zobaczy, ale i tak na widok zakrwawionej koi poczuł 

mdłości. 

Pospiesznie posadził Raiję w fotelu, po czym zebrał brudną pościel i ubrania w jeden 

tobołek, który wyrzucił z kajuty. Wyniósł też wiadro z wodą, w której myła się Raija. 

Wciąż  jednak  czuł  zapach  krwi.  Potrzebował  trochę  czasu,  by  zrozumieć,  że  ten 

zapach dochodzi z koi kapitana. Raija powiedziała przecież, że on wciąż krwawi. 

Oleg zmusił się, by rzucić okiem na ranę. Kobieta miała rację. Podszedł do drzwi i coś 

krzyknął, a po chwili marynarze przynieśli ciepłą wodę, buteleczkę alkoholu i parę czystych 

koszul. 

Raija rozpłakała się znowu, ale wstała z fotela i chwiejnym krokiem podeszła do koi 

rannego. Łagodnym, ale zdecydowanym ruchem odepchnęła sternika. 

Nie miała wątpliwości, że to jej obowiązkiem jest opiekować się Jewgienijem. 

Powinien krwawić jeszcze mocniej, pomyślała, usuwając zaplamiony opatrunek. Rana 

jest tak rozległa, że krwi powinno być znacznie więcej. A jednak... 

background image

Czy to jej zasługa? 

Raija  nie  chciała  o  tym  myśleć,  wiedziała  przecież,  że  są  sprawy,  nad  którymi  nie 

panuje. Żyła w niej tajemna moc, ale to nie Raija decydowała o tym, czy może jej użyć. 

To się po prostu zdarzało albo nie. 

Raija zwilżyła skórę wokół rany, zmyła zaschniętą krew. 

Oleg podał jej spirytus. Raija tylko pokręciła głową. Nie była w stanie go użyć. Nie 

chciała przysparzać Jewgienijowi cierpienia. 

Sternik pobladł i na jego twarzy pojawiły się kropelki potu, choć w kajucie wcale nie 

było gorąco. 

Jego  silne  ramię  zadrżało,  gdy  zwilżył  czystą  koszulę  zawartością  buteleczki  i 

przyłożył ją do otwartej rany. 

Raija odwróciła się, nie mogła na to patrzeć. 

Kapitan jęknął cicho. 

Raija oparła się o ścianę. Jej paznokcie zostawiły ślad w drewnie. Ledwie trzymała się 

na nogach. Przed omdleniem uratowało ją to, że ściana była zimna. 

Gdy  wreszcie  odważyła  się  podnieść  wzrok,  Oleg  nakładał  już  na  ranę  kolejną 

warstwę płótna. 

Raija  z  wdzięcznością  śledziła  jego  ruchy.  Nie  od  razu  ośmieliła  się  spojrzeć  na 

Jewgienija, na jego ściągniętą bólem twarz. 

Czuła swą bezsilność. 

Gdyby  miała  dostęp  do  ziół,  mogłaby  mu  prawdopodobnie  pomóc.  Nie  była  jednak 

tego pewna, bo nigdy przedtem nie widziała tak rozległej rany. 

Uratowała kiedyś Santeriego, ale on sam miał w tym równie wielki udział. 

Ale skąd wziąć zioła? Wokół królowała zima. Ziemia zamieniła się w twardą skorupę, 

a poza tym od lądu dzieliła ich cała wieczność. 

Na twarzy Olega również malowała się bezradność. Długo wpatrywał się w kapitana, 

nim wreszcie podjął decyzję. Położył swą wielką dłoń na ramieniu Raiji, ze spokojem spotkał 

jej spojrzenie. 

- Czekaj - powiedział i zniknął. Raija posłusznie czekała. 

Wrócił, trzymając w wielkich dłoniach maleńki dzbanuszek. Podał go Raiji. 

- Daj mu to. 

Dzbanuszek był zrobiony z pięknego szkła. 

Z porcelany. 

background image

Słowo  „  porcelana”  podobało  jej  się  prawie  tak  samo  jak  materiał.  Po  raz  pierwszy 

usłyszała je od Olego - Edvarda. 

Biała  porcelana  w  niezwykłe  niebiesko  -  żółte  wzorki,  namalowane  delikatnymi 

pociągnięciami pędzla. Faktura farby była ledwo wyczuwalna pod palcami. 

Raija uniosła pokrywkę. 

Dzbanuszek był napełniony do połowy białym proszkiem, drobniejszym niż mąka. 

- Co to jest? - zapytała Raija, śliniąc palec, by posmakować proszku. 

Oleg chwycił ją za rękę. 

-  Ostrożnie!  -  ostrzegł.  -  To  lekarstwo.  Ze  wschodu.  Nie  będzie  bólu.  Będą  piękne 

sny... 

Oleg celowo szukał słów na tyle prostych, by Raija go zrozumiała. 

Raija popatrzyła na proszek i nasypała sobie trochę na rękę. Zastanawiała się, w jaki 

sposób poda go Jewgienijowi. 

Oleg  wziął  szczyptę  proszku  z  dłoni  Raiji,  otworzył  kapitanowi  usta  i  posypał 

lekarstwem jego język. 

- Tyle wystarczy? - zdziwiła się Raija. Sternik z powagą pokiwał głową. 

- To bardzo silne - powiedział. - Można to także wdychać. 

Zademonstrował jej, jak to się robi, nie używając specyfiku. Nie przyznał się, że ten 

właśnie proszek dawał mu szczęście i doprowadzał do szaleństwa. 

Dostał ów środek od przyjaciela, który handlował z cudzoziemcami ze wschodu. Tam 

na wschodzie uznawano, że to świetne lekarstwo na wszelkie dolegliwości. A jeśli człowiek 

chce  o  wszystkim  zapomnieć  albo  po  prostu  się  zabawić,  jest  o  wiele  skuteczniejsze  niż 

alkohol. 

Przyjaciel miał rację. 

Cudowne  wizje,  które  wywoływał  proszek,  przewyższały  wszystko,  czego  Oleg 

doświadczył w swoim życiu. 

Ale przerażało go, że zaczął odczuwać przemożną potrzebę używania tego środka. 

Potrzebę silniejszą niż jego własna wola. 

Zrozumiał,  że  to  lekarstwo  może  być  niebezpieczne,  i  zdołał  pokonać  w  sobie 

pragnienie wywoływania wizji. 

Nie próbował białego proszku już od wielu lat. Nie używał  go nawet wówczas, gdy 

był ranny. Wytrzymywał jakoś ból i wiedział, że czyni słusznie. 

Ale tu chodziło o coś więcej. 

background image

Raija miała rację. Niewykluczone, że kapitan umiera. Nie ma potrzeby, by męczył się 

jeszcze bardziej. 

Sternikowi zostało jeszcze trochę niezwykłego proszku. Wiele go kosztowało, by go 

oddać Raiji. Ale gdy nauczył kobietę kapitana, jak go stosować, gdy napomknął, jakie mogą 

być  tego  konsekwencje,  poczuł,  że  już  nie  na  nim  spoczywa  odpowiedzialność.  Razem  z 

małym dzbanuszkiem pozbył się wielkiego ciężaru. 

- Jak jest spokojny - powiedział - nie dawaj mu więcej. Jeśli zobaczysz, że go znów 

boli, daj. Nie za często. Nie za dużo. 

Raija  pokiwała  głową.  Poczuła,  jak  jej  dłonie,  w  których  trzymała  porcelanowy 

dzbanuszek, lodowacieją. 

- I... - Oleg zawahał się przez chwilę. - Zrób to samo, co na pokładzie. 

Raija spojrzała na niego pytająco. 

- Połóż na nim ręce - powiedział cicho, wyraźnie zakłopotany. - To mu nie zaszkodzi. 

Trzeba spróbować wszystkiego. 

Raija skinęła głową. 

Oleg wyszedł. Bardziej przyda się na pokładzie niż tutaj. 

„Połóż na nim ręce...” 

A więc to właśnie zrobiła. 

Raija postawiła dzbanuszek na stole, na którym Jewgienij zwykł uzupełniać dziennik 

pokładowy. Uniosła ręce i spostrzegła, że drżą. I nic więcej. 

Ale to jej dłonie zatrzymały krwotok. Marynarze byli tego świadkami. 

Oleg nie chciał przyznać, że wierzy w skuteczność tego rodzaju zabiegów. Ale widział 

to. 

Całe wydarzenie kryło się głęboko w pamięci Raiji. 

Nie miała pewności, czy odważy się ponownie położyć ręce na ciele rannego. Luka w 

ś

wiadomości bardzo ją przeraziła. 

Ale  przecież  tyle  Jewgienijowi  zawdzięcza.  O  wiele  więcej,  niż  zdoła  kiedykolwiek 

spłacić... 

Dłonie  jej  drżały,  gdy  na  próbę  przykładała  je  do  wilgotnego  bandaża.  Teraz  nie 

wolno jej myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by Jewgienij wreszcie przestał krwawić... 

Raiji wydawało się, że trzyma swe ręce w ten sposób przez całą wieczność. I nic się 

nie wydarzyło. 

background image

Poczuła coś w rodzaju ulgi, gdy w końcu odjęła dłonie od jego ramienia i stwierdziła, 

ż

e  wyglądają  zupełnie  normalnie.  Dwie  całkiem  zwyczajne  dłonie.  Jej  własne  dłonie. 

Pozbawione mocy, której Raija wcale nie pragnęła. Czyżby straciły już tę moc...? 

Twarz Jewgienija wydała jej się mniej napięta. 

Dziwny proszek prawdopodobnie zaczął działać. 

Raija  przysunęła  fotel  do  koi  Rosjanina.  Sięgnęła  po  porcelanowy  dzbanuszek  i 

usadowiła się w fotelu. 

Chciała być blisko na wypadek, gdyby Jewgienij jej potrzebował. 

Przez  kilka  następnych  dni  i  nocy  wszyscy  odczuwali  wielkie  napięcie.  Chodzili  na 

palcach. 

Jewgienij leżał w kajucie, bliższy śmierci niż życia. Przestał jednak krwawić. Załoga u 

znała to za kolejny cud. 

Gdy to się stało, Raija pomyślała, że Jewgienij nie żyje. 

Ale on wciąż oddychał. Cichutko. Spokojniej i wolniej niż należy, ale oddychał. 

Twarz rannego się wygładziła. Z jego ust nie wydobył się ani jeden dźwięk. Proszek 

był  chyba  silniejszy,  niż  Oleg  sobie  wyobrażał.  Raija  usiłowała  się  dowiedzieć,  co  to  za 

specyfik.  Ale  Oleg  wiedział  równie  niewiele  jak  i  ona,  a  chyba  nawet  wystraszył  się 

skuteczności jego działania. 

- Zaczyna się goić - szepnęła Raija sama do siebie, zmieniając bandaż czwartego dnia. 

Nie  miała  odwagi  dotknąć  delikatnego  naskórka,  który  zaczął  zarastać  powierzchnię 

rany,  poczynając  od  brzegów...  Namówiła  sternika,  by  następnym  razem  to  on  zmienił 

opatrunek. Chciała, by ktoś inny potwierdził tę wielką nowinę. Chciała mieć pewność, że nie 

daje się ponieść fantazji. 

Oleg zobaczył to samo co ona. 

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział. - Nie mogę uwierzyć. 

Raija  stała  tuż  obok  niego.  Popatrzyli  na  siebie:  ich  spojrzenia  były  jak  lustrzane 

odbicia strachu i niedowierzania. 

- Ja też tego nie rozumiem - przyznała. - Ale to prawda. 

- Dajesz mu proszek? Raija skinęła głową. Oleg przełknął ślinę. 

-  Nie  dawaj  za  dużo  -  rzekł  po  chwili  zastanowienia.  -  Niech  poczuje  ból...  Musi 

odzyskać przytomność. 

W Raiji również dziwny sen Jewgienija budził lęk. Przez te wszystkie dni ranny nie 

poruszył  się  ani  razu.  Leżał  tak,  jak  go  położono.  Wolałaby  chyba,  żeby  odebrała  go  jej 

ś

mierć niż ten dziwny stan. 

background image

Proszek  musi  się  kiedyś  skończyć,  pocieszała  się  Raija.  Z  lękiem  używała  środka, 

którego nie znała. 

Czuwała przy koi Jewgienija. Kuliła się w kłębek w fotelu, spała w nim, jadła w nim - 

o ile w ogóle coś jadła, i czuwała nad rannym. Dzień przestał się różnić od nocy. Spała od 

czasu do czasu. Oleg zaglądał do niej, gdy tylko miał wolną chwilę. Marynarze rzucali w jej 

stronę spojrzenia pełne przerażenia i czegoś jeszcze, czego Raija nie potrafiła nazwać. 

Doby zlewały się ze sobą. 

Siódmego dnia Jewgienij otworzył oczy i wypowiedział jej imię. 

- Raija... 

Przyspieszony  oddech  zdradzał  ból.  Raija  starała  się  coraz  rzadziej  podawać  mu 

proszek.  Ostatnią  porcję  dostał  w  środku  nocy.  Potem  zdołała  napoić  go  odrobiną  wody. 

Uniosła mu głowę i wlewała po parę kropel do jego ust. Większość ciekła mu po brodzie, ale 

trochę połknął. 

-  Jestem  tu,  Jewgienij  -  powiedziała  przerywanym  głosem  i  natychmiast  podbiegła. 

Nie pozwoliła mu się podnieść. - Musisz odpoczywać. Leż, Jewgienij! 

Nie miała pojęcia, czy ją słyszy. Patrzył gdzieś w dal. Jakby na kogoś, kto stał za jej 

plecami, choć byli zupełnie sami. 

- Raija! - Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale słowa zawisły w powietrzu. Znów zapadł 

się w siebie i pogrążył we śnie, którego Raija tak bardzo się lękała. 

Padła na kolana koło jego koi. Oparła o jej brzeg złożone ręce i modliła się bez słów. 

Dziękowała za poprawę jego stanu i błagała, by wyzdrowiał. 

I wsypała następną maleńką porcję białego proszku na jego język. 

Głos  Jewgienija  nabrzmiał  tak  wielkim  bólem,  że  nie  mogła  znieść  nawet 

wspomnienia tego dźwięku. 

Chwilę  później  zjawił  się  Oleg,  ale  nie  powiedziała  mu,  co  się  zdarzyło.  Wolała 

zachować to dla siebie. Nie chciała przedwcześnie rozbudzać oczekiwań sternika i załogi. 

- Za dzień będziemy na miejscu - powiedział Oleg. - W domu. 

- Nie wolno nam go ruszyć. 

- On ma dom, w którym będzie mu o wiele lepiej niż w tej kajucie. 

- I ja będę za to odpowiadać? - zapytała Raija. W ciągu minionego tygodnia nauczyła 

się nieprawdopodobnie wielu słów. 

Oleg nie mógł rozpoznać sam siebie, gdy zaproponował: 

- Mogę dzielić z tobą odpowiedzialność. Raija zaczerpnęła powietrza. 

- Wolę na razie nie decydować... Zaczekajmy z tym, aż będziemy na miejscu. 

background image

Oleg  kiwnął  głową.  Rozumiał  to  dobrze.  Pamiętnej  nocy  w  Lyngen  na  pokładzie 

„Sankt  Nikołaja”  znalazła  się  naprawdę  niezwykła  kobieta.  Ludzie  mówili,  że  zastrzeliła 

kogoś podczas jarmarku. Teraz Oleg był skłonny uwierzyć, że miałaby dość siły, by to zrobić. 

Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, zupełnie w to nie wierzył. Wtedy wydawało mu się, że to 

tylko nałożnica kapitana. Była przecież dość ładna... 

- Dlaczego tu jesteś? - zapytał nagle. To pytanie po prostu mu się wyrwało. 

Raija  aż  drgnęła.  Wydawało  jej  się,  że  tak  strasznie  dawno  już  nie  myślała  o  sobie, 

chociaż od tej pory minęło zaledwie parę dni. Przed nieledwie paru tygodniami jej życie legło 

w gruzach. 

Ostatnio  nie  miała  czasu  o  tym  myśleć.  Nie  myślała  o  Mikkalu  od  chwili,  w  której 

obmyła się z krwi... 

- Czy to ty strzelałaś? - zapytał Oleg. Pokręciła głową. Kruczoczarna grzywka opadła 

jej na czoło, a ona zmęczonym ruchem odgarnęła ją do tyłu. 

- To on strzelał do mnie - powiedziała cicho. - Człowiek, którego kochałam, zginął. A 

ja musiałam uciekać. 

- Dlaczego? - Oleg nie bardzo rozumiał. Czy władze mogły mieć coś przeciwko takiej 

niepozornej kobiecie jak Raija? 

Raija  rozpięła  swą  zbyt  obszerną  koszulę.  Oleg  próbował  odwrócić  wzrok.  Nie  o  to 

mu przecież chodziło... 

Ale ona wcale nie chciała mu się oddać. Pokazała tylko bliznę na piersi. 

- Co to jest? - zapytał. - Kto ci to zrobił? Było to wypalone znamię. 

- Nazwali mnie czarownicą - wyznała. - I chcieli spalić na stosie. 

Oleg chwycił się krawędzi stołu. 

Czarownica? 

Bzdury. Każdy przecież wie, że czarownice nie istnieją. Ale ona zatamowała krwotok 

Jewgienija... Utrzymała go przy życiu, chociaż wszyscy sądzili, że umrze... Oddała mu życie 

za życie... Czarne włosy, błyszczące, ciemne oczy i ta tajemna wiedza... 

A  z  drugiej  strony:  ciepło,  współczucie,  ofiarność...  Oleg  odrzucił  myśl  o  tym,  że 

Raija mogłaby służyć siłom nieczystym. 

- Pomylili się - powiedział. - Nie jesteś czarownicą, jesteś kobietą. 

Poruszona Raija pochyliła głowę. Życzliwe słowa nie były jej chlebem powszednim. 

Ten prosty człowiek uwierzył jej natychmiast. To ją podniosło na duchu. Pomyślała, 

ż

e może najmroczniejsze czasy już przemijają. 

background image

Jeśli zwyczajni ludzie myślą tak jak Oleg, to w  przyszłości rzekome czarownice nie 

będą już płonąć na stosach. Ludzie, którzy potrafią pomóc innym, nie będą musieli ukrywać 

swego daru. Wiedza przestanie być niebezpieczna, gdy stanie się dostępna. 

- Dzięki - rzekła Raija. 

Nie było czasu na nic więcej. 

Raija  kazała  przynieść  na  dół  miskę  zupy.  Powiedziała,  że  to  dla  niej,  ale  wszyscy 

domyślili się, że dla Jewgienija. Nikomu nie wspomniała o jego słowach i szeroko otwartych 

oczach, ale marynarze i tak odgadli, że coś się musiało wydarzyć. Nie potrafiła tego ukryć. 

Zdradzał to jej głos, jej spojrzenie, gesty... 

Uznali, że stan kapitana najwyraźniej się poprawił. 

Raija nie odważyła się mieć nadziei. Ale prośba o miskę zupy była dobrym znakiem. 

Następnego ranka zupa stała nie ruszona. Wokół łyżki zastygła warstewka tłuszczu. 

Raija przetarła oczy. Tej nocy wiele jej się śniło. Były to bezładne, pourywane sny bez 

końca. Wszystkie wirowały wokół nadziei. 

Oleg  się  nie  poddawał.  Raija  spostrzegła,  że  sternik  nie  traci  wiary  w  sytuacjach,  w 

których  ona  nie  może  się  opędzić  od  wątpliwości.  Modliła  się,  nie  wierząc  w  skuteczność 

swych  próśb.  I  wtedy  Jewgienij  podniósł  głowę.  Zamrugał  oczami,  spoglądając  w  stronę 

lampy, która przez cały czas się paliła. 

- Raiju, Raiju, gdzie ja jestem? Jesteś tutaj? Czy ja śnię? - Mówił szeptem z wielkim 

trudem. Nie używany od dawna głos niemal zgrzytał. 

Raija wstrzymała oddech. 

O Boże - to niemożliwe! 

A  jednak  naprawdę  słyszała  jego  głos.  Jewgienij!  Jewgienij  odezwał  się  do  niej. 

Wyrwał się z tego strasznego snu, który tak ją przerażał. 

Raija  usiadła  na  brzegu  jego  łóżka.  Położyła  obie  dłonie  na  jego  twarzy.  Jakże  on 

schudł! Policzki całkiem się zapadły. Raija się rozpłakała, nie zdołała się powstrzymać. 

- Witaj w domu - szepnęła łamiącym się głosem. 

- Jestem w niebie i w piekle jednocześnie, Raiju. Czy to prawda? Czy ja żyję? Jesteś tu 

ze mną? 

- Tak, tak - pokiwała głową. - Żyjesz. Żyjesz. Jestem przy tobie. - Raija spojrzała w 

górę, jakby dziękowała komuś, kto jest gdzieś wysoko. Nie wiedziała, czy postępuje słusznie, 

ale zrobiła to. 

- Chce mi się pić. Raija zerwała się na równe nogi. Przyłożyła kubek do ust Jewgienija 

i ostrożnie podtrzymywała jego brodę. Ranny przełykał wodę z wielką ostrożnością. 

background image

-  Ależ  to  boli,  Raiju  -  westchnął  i  znów  opadł  na  poduszki.  -  Co  mi  jest,  czemu 

wszystko mnie tak cholernie boli? 

Raija wzięła głęboki oddech. On nie może teraz odkryć prawdy. Wszystko, tylko nie 

to. 

Szybko sięgnęła po dzbanuszek. Trzymała go w kieszeni. Drżącymi palcami nabrała 

szczyptę proszku i wsypała go do wody. 

- To twoje lekarstwo - powiedziała wymijająco. - Żebyś jak najszybciej wyzdrowiał. 

Jewgienij wypił wodę i zapomniał o swoim pytaniu. 

Był wycieńczony. Ból paraliżował jego zdolność do jasnego myślenia. 

Po chwili cisza rozjarzyła się kolorami. Ból odpłynął, po wszystkich jego członkach 

rozlała się błogość. Wiedział, że już od dawna doznaje takich chwil. 

-  Teraz  znów  jestem  w  niebie  -  rzekł  niewyraźnie.  -  Teraz  jest  pięknie,  Raiju.  Bądź 

tam ze mną! Bądź razem ze mną w tym niebie. 

Raija musiała się oprzeć o ścianę. Tym razem się powiodło. Nie wiedziała jednak, jak 

długo  będzie  ukrywać  przed  nim  prawdę.  Ale  wszystko  wskazywało  na  to,  że  cud  się 

wydarzył. 

Jewgienij był coraz bliższy życia. Powoli wracał do świata. Ale potrzebował jeszcze 

tyle siły, by móc spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Raija lękała się, że ranny może umrzeć, 

gdy dowie się o swym kalectwie. 

Nie miała pojęcia, co zrobi, gdy prawda wyjdzie na jaw. 

Jewgienij wspominał o piekle, które zaczynało się wówczas, gdy proszek przestawał 

działać. Do nieba prowadził go właśnie ten proszek. 

Wkrótce nie będzie mogła zapewnić mu tego nieba. 

- Jesteś przy mnie, Raiju? 

-  Tak,  Jewgienij.  Jestem  przy  tobie.  Kapitan  odetchnął  z  ulgą.  Leżał  z  zamkniętymi 

oczami. Na jego twarzy malował się zupełny spokój. I swoiste piękno, które nie rzucało się w 

oczy, ale Raija dostrzegła je podczas minionych dni. 

-  Tak  często  o  tym  śniłem  -  powiedział  szeptem.  -  Że  jesteś  przy  mnie.  Nie  wiem 

nawet,  kiedy  zacząłem  o  tym  marzyć.  Kiedyś  byłaś  marzeniem  Aleksieja.  Bez  przerwy  o 

tobie  mówił.  O  tej,  której  nie  może  zdobyć.  Potem  poddałaś  się  jego  uczuciu,  a  ja  cię 

polubiłem. Tak jak powinno się lubić kobietę, którą kocha brat. Mogłem cię wtedy dotykać, 

ale należałaś do Aleksieja. A zresztą wcale o tym wówczas nie myślałem. Nie myślałem, że 

mogę to poczuć... 

Raija przełknęła ślinę. 

background image

Dobry  Boże,  a  więc  to  przed  nią  ukrywał?  Nie  chciała  tego  słuchać,  ale  nie  mogła 

przecież odejść. Musiała pozwolić mu mówić. 

-  Dla  mnie  byłaś  jeszcze  bardziej  niedosiężna  niż  dla  Aleksieja.  Dwa  razy  bardziej. 

Raiju, mój aniele, nie byłem wart, by o tobie marzyć. W każdej napotkanej kobiecie szukałem 

ciebie.  W  każdej,  którą  obejmowałem,  widziałem  ciebie.  Byłaś  światłem  mego  życia  i 

przekleństwem  mego  życia.  Nie  znalazłem  radości  w  ramionach  żadnej  kobiety  od  chwili, 

gdy cię pokochałem... Raiju, jesteś tu? 

Raija  położyła  dłoń  na  jego  policzku.  Był  bardzo  gorący.  Jewgienij  majaczył.  Nie 

powinna traktować jego słów poważnie. On wcale tak nie myśli... 

- Jestem tu, Jewgienij. 

-  Znów  mi  się  wydawało,  że  to  tylko  sen.  Mam  takie  piękne  sny,  kiedy  jestem  w 

niebie. 

-  Jesteś  na  pokładzie  „Sankt  Nikołaja”.  Wkrótce  będziemy  w  Archangielsku. 

Przeniesiemy cię do twojego domu... Musisz odpoczywać. Będę cię pielęgnować... 

- Czy możesz mi coś obiecać? - jego głos zrobił się nagle przytomny. 

- Co tylko chcesz. 

- Zostań ze mną tak długo, jak długo cię będę potrzebował. Zostaniesz, Raiju? 

- Obiecuję. Zasypiał z uśmiechem szczęścia na twarzy. To był już całkiem inny sen. 

Raija usiadła w swym fotelu i rozpłakała się. Za niego. 

background image

10 

Archangielsk 

Miasto, którego nazwa rozbrzmiewa muzyką. 

Raija powtarzała sobie to słowo tyle razy, że zamieniło się dla niej w melodię. 

Inaczej wyobrażała sobie spotkanie z Archangielskiem. 

Aleksiej tak bardzo kochał to miasto. Jewgienij miał tu swój dom. Nie ukrywał jednak, 

ż

e nie czuje się dobrze w żadnym mieście. 

Musiał  jednak  tam  mieszkać.  Był  przecież  kapitanem.  Jego  życiem  były  statki.  Nie 

mógł  więc  mieszkać  w  żadnym  innym  miejscu  niż  Archangielsk,  miasto  założone  w  1583 

roku,  które  było  jedynym  dużym  rosyjskim  portem  do  czasu,  gdy  dwadzieścia  lat  później 

powstał Sankt Petersburg. Jewgienij opowiadał jej, że w 1712 roku car Piotr Wielki przeniósł 

stolicę do tego nowego portu. Wówczas Archangielsk stracił swoje znaczenie. 

Łatwiej było dotrzeć do  Europy z miasta leżącego u wybrzeży  Zatoki  Fińskiej niż z 

Archangielska, położonego tak blisko bieguna północnego. 

Port leżący nad Morzem Białym stał się peryferyjnym miastem wielkiego kraju. 

Dla  ludzi,  którzy  mieszkali  w  tamtej  okolicy,  pozostał  jednak  najważniejszym 

ośrodkiem. Właśnie stąd pochodziła znaczna większość statków handlowych, które docierały 

do Norwegii. Stąd wyruszali ci, którzy zaopatrywali w zboże norweską biedotę mieszkającą 

na wybrzeżu. 

Raiję przeszedł dreszcz na samą myśl o tym. 

Nie  powinna  stać  u  boku  Olega  w  chwili,  gdy  „Sankt  Nikołaj”  zbliżał  się  do  portu, 

rozciągającego się w dorzeczu Dwiny. 

Ale Jewgienij poprosił ją, by wyszła na pokład. 

-  Powinienem  tam  stać  razem  z  tobą,  Raiju  -  szepnął.  -  Ale  nie  mogę.  Zrób  to  dla 

mnie,  moja  droga.  Zobacz  i  pozdrów  moje  miasto.  Popatrz  na  katedrę  świętego  Michała. 

Popatrz  na  statki  w  porcie,  na  żaglowce,  na  tratwy  rzeczne,  popatrz  na  Dwinę  tam,  gdzie 

wygładza się jej nurt i gdzie łączy się w jedno z Morzem Białym... 

Raija zrobiła to, o co ją poprosił. 

Przywitała Archangielsk. Nie potrafiła jednak pozdrowić tego miasta, które miało na 

jakiś czas stać się jej domem. 

Było  zbyt  wielkie.  Gdyby  mogła  wybierać,  wolałaby  zamieszkać  w  lesie  albo  w 

tundrze, która rozciągała się tuż za granicami Archangielska. 

background image

-  Mojemu  losowi  częściowo  jest  winien  Piotr  Wielki  -  powiedziała  kiedyś 

Jewgienijowi. 

Spojrzał na nią wówczas ze zdziwieniem i wyjaśnił, że car umarł w 1725 roku. 

Raija  nie  wiedziała  o  tym.  Wiedziała  tylko,  że  Piotr  Wielki  zwyciężył  w  wielkiej 

wojnie  północnej.  A  gdyby  nie  ta  wojna,  nigdy  nie  ruszyłaby  się  z  Tornedalen.  Podatki, 

nałożone  na  poddanych  w  związku  z  wojną,  oraz  rok  nieurodzaju,  który  się  z  tym  zbiegł, 

zmusiły Erkkiego Alatalo do wysłania starszej córki do Ruiji. 

Raija urodziła się w roku 1710. Do Ruiji przybyła zaś w 1718. Wojna skończyła się 

trzy lata później, w 1721. Być może Erkki i Marja daliby sobie jakoś radę bez tej ofiary. Ale 

wówczas, w 1718 roku, wszystkim się wydawało, że wojna potrwa znacznie dłużej. 

- A kto teraz jest carem? - zapytała Raija Olega. - Jewgienij mówił, że Piotr Wielki nie 

ż

yje. 

Oleg zacisnął pięści. Przygotowywali się do wejścia do portu. 

- Tak, on umarł. Po nim rządziła Katarzyna. Potem Piotr II. A teraz Anna. Wszyscy z 

tego  samego  rodu.  Romanowowie  zrobili  sobie  zabawkę  z  wielkiej  Rosji.  Piotr  Wielki  był 

wujem Anny. 

- Kobieta carycą - Raija rozmarzyła się nieco. - To chyba dobrze. 

- Czy ja wiem - mruknął sternik. 

- Nie przypuszczałam, że jadę do takiego kraju - ciągnęła Raija. - W Ruiji wszyscy na 

mnie krzywo patrzyli, bo zajmowałam się handlem, choć byłam kobietą. 

- W Rosji byłoby tak samo - wyjaśnił jej Oleg cierpko. - To Piotr Wielki zdecydował, 

ż

e kobiety mogą dziedziczyć. Ale ludzie się tym nie przejmują. I takich ludzi jest najwięcej. 

A  Anna  Iwanowna  wcale  nie  przypomina  księżniczek  z  bajek.  Ludzie  opowiadają  niesa-

mowite historie o jej dworze. Nawet w Archangielsku się o tym mówi. 

Marzenia Raiji od razu przyblakły. 

- Wyobraziłam sobie prawdziwą księżniczkę - wyznała. - Piękną i dobrą. I wspaniały 

zamek. I wspaniałego księcia. 

- Ona ma ze czterdzieści lat - tłumaczył jej Oleg. - Prości ludzie, tacy jak ja, nigdy jej 

nie widzieli. Tylko ci, co mieszkają w Sankt Petersburgu i są dobrze urodzeni. Ale słyszałem, 

ż

e  jest  potworem  w  kobiecej  postaci.  Że  jest  źle  wychowana,  że  brak  jej  kultury,  że  jest 

bardziej  okrutna  niż  niejeden  mężczyzna.  Jej  mąż  zmarł  po  roku  małżeństwa.  Teraz  ona 

rządzi, jak się jej podoba. Rządzi żelazną ręką, a pomaga jej szlachcic kurlandzki, jej faworyt 

Biron. 

background image

-  A  więc  nie  ma  nawet  księcia  z  bajki  -  westchnęła  Raija.  -  Z  jakich  cudownych 

wyobrażeń będę musiała jeszcze zrezygnować? 

-  Są  dwie  Rosje  -  ciągnął  Oleg,  wpatrując  się  w  dal.  -  Jedna  dla  szlachetnie 

urodzonych i druga dla zwykłych ludzi. 

- Tak jest we wszystkich krajach - zauważyła Raija. 

- U nas jest gorzej. To przepaść bez dna. Głębsza niż piekło. - Oleg spojrzał na Raiję i 

uśmiechnął się blado. - Nie powinienem narzekać. My, marynarze, nie mamy wcale tak źle. 

Pod  warunkiem,  że  trafimy  na  nie  najgorszego  kapitana.  Jewgienij  nie  jest  krwiopijcą.  Jest 

raczej  po  naszej  stronie.  Wychował  się  wśród  zwykłych  ludzi.  Najciężej  żyje  się  chłopom. 

Wielcy panowie jak zawsze spijają śmietankę, nie przybywa ich tak szybko. Ten, kto zostaje 

urzędnikiem  państwowym,  zostaje  nobilitowany.  Dzięki  Piotrowi  Wielkiemu.  Wiedział,  co 

robi,  kiedy  mieszał  się  do  wszystkiego.  Teraz  szlachta  rządzi  wszędzie,  gdziekolwiek  się 

obrócisz.  W  państwie.  W  armii.  Nawet  kościół  podlega  carowi  albo  carycy.  A  z  chłopów 

wysysa się krew i odbiera im się wszystko, co zdołają zebrać czy uchować. Nie mają żadnych 

praw. Panowie robią, co im się podoba, i to w majestacie prawa. Lepiej chyba umrzeć, niż być 

biedakiem w tym kraju. 

Raija nie zrozumiała wszystkich słów, ale pojęła to, co najważniejsze. 

-  I  nikt  przeciwko  temu  nie  protestuje?  -  zapytała  wielce  poruszona.  -  Przecież  taka 

niesprawiedliwość nie może trwać wiecznie... 

- Co ty mówisz? - zdziwił się Oleg. -  Zapominasz, że car i państwo to  jedno. Anna 

Iwanowna ma całą władzę... 

- Ale przecież zwykłych ludzi jest znacznie więcej! 

- Czy chłopi zdołaliby sobie poradzić z wyszkoloną armią? Równie dobrze możesz ich 

od razu powyrzynać. 

- Ale nie można się godzić z taką niesprawiedliwością... 

-  Nie  wszyscy  się  z  tym  godzą.  -  Nieoczekiwanie  Oleg  zanucił  smętną  melodię. 

Smutną i piękną, zdaniem Raiji. - Słyszałaś o Stieńce Razinie, Raiju? 

Nie słyszała. 

- Czy to jakiś bohater z bajki? - zapytała. Znała słabość Rosjan do baśni i sag. 

-  Owszem.  Ale  on  naprawdę  istniał.  Żył  jakieś  pięćdziesiąt,  sześćdziesiąt  lat  temu. 

Nazywał się Stiepan Timofiejewicz Razin i pochodził znad Donu, z południa. Był Kozakiem. 

Chyba słyszałaś o Kozakach? 

Raija skinęła głową. Jewgienij opowiadał jej o tym wolnym ludzie. 

background image

-  To  był  człowiek,  który  by  ci  się  spodobał  -  uśmiechnął  się  Oleg.  -  Dowodził 

powstaniem  przeciwko  wielkim  panom  i  carowi.  Stworzył  armię  z  chłopów  i  Kozaków. 

Powstańcy  zdobyli  fortecę  cara  nad  Wołgą,  potem  miasta  Carycyn  i  Astrachań.  I  popłynęli 

dalej w górę Wołgi. W ludziach obudziła się nadzieja. Chłopi nadwołżańscy i ci, którzy żyli 

nad Donem, zaczęli się burzyć. 

Ludzie  mieszkający  na  obszarach  wyzwolonych  przez  Stieńkę  odzyskali  godność. 

Mogli  decydować  o  swoim  losie,  bo  Stieńka  zniósł  przywiązanie  chłopów  do  ziemi. 

Ofiarował im wolność. 

- I co się z nim stało? 

-  Zginął  -  powiedział  Oleg.  -  Car  nie  mógł  przecież  pozwolić,  by  Stieńka  bez 

przeszkód  wtargnął  do  jego  pałacu.  Powstańcy  zdobyli  Saratów.  Ale  pod  Symbirskiem  ich 

wojska  zostały  wyrżnięte.  Sam  Stieńka  uciekł,  ciężko  ranny.  Zdradzili  go  Kozacy,  którzy 

trzymali  stronę  cara.  Zawieźli  go  do  Moskwy.  I  tam  został  stracony.  Tak  kończą  wszyscy 

buntownicy w tym kraju, Raiju. 

- Podoba mi się ten Stieńka - powiedziała Raija. - Jaka to była melodia? 

Oleg pokiwał głową. 

- Śpiewają o nim wiele różnych pieśni. I opowiadają mnóstwo historii. 

- W takim razie nie zginął na darmo - powiedziała Raija. - Wciąż jest kimś więcej niż 

tylko  martwym  bohaterem.  Bohaterem,  któremu  się  nie  udało.  Jest  kimś,  z  kogo  ludzie  w 

twoim  kraju  mogą  być  dumni.  Dzięki  niemu  mają  o  czym  marzyć.  Mogą  go  naśladować. 

Mieć nadzieję... 

- Nie sądziłem, że kobieta jest w stanie to zrozumieć - wyznał Oleg. - Stieńka Razin 

zawsze  był  moim  bohaterem.  Nie  przypuszczałem  jednak,  że  kobiety  mogą  mieć  podobne 

ideały... • Raija uśmiechnęła się nieznacznie. 

-  Mógłbyś  jeszcze  raz  zaśpiewać  tę  piosenkę?  Całą.  Ze  słowami.  Nieważne,  że  nie 

wszystko zrozumiem. Ona i tak jest piękna. 

Raija zwlekała aż do chwili, w której przybili do kei. Wówczas znów zeszła na dół, do 

Jewgienija.  Dała  mu  trochę  tego  białego  pudru,  zanim  wdrapała  się  na  pokład,  żeby  się 

przywitać z Rosją. 

Powinien mocno spać, pomyślała. 

Kapitan  siedział  na  swej  koi,  bledszy  niż  kiedykolwiek.  Raiji  wystarczyło  jedno 

spojrzenie,  by  się  przekonać,  że  Jewgienij  już  wie.  Powoli  podeszła  do  fotela.  Usiadła  na 

brzeżku. Rosjanin śledził ją wzrokiem. Spojrzenie miał nieco zamglone z powodu działania 

proszku. 

background image

- Jak długo miałem nic nie wiedzieć? 

- Do czasu, gdy będziesz dość silny. 

- Kto tak postanowił? 

- Ja. 

- Pamiętam, jak to się stało - wyznał Jewgienij. - Jak się wdrapywałem na maszt. Jak 

spadałem. I jak zraniłem się w ramię. Potem już nic nie pamiętam. 

- Zatrzymałam krwotok - wyjaśniła mu Raija. Zdołała już pogodzić się ze swą rolą w 

tych  dramatycznych  wydarzeniach.  -  Myślałam,  że  umrzesz.  Potem  sama  zemdlałam.  Nie 

wiem, co się działo później. Ocknęłam się dopiero po upływie całej doby. 

- Nikt nie mdleje na całą dobę. 

- Nie. To było coś innego. - Raija nie chciała o tym mówić. Jewgienij nie powinien się 

denerwować. 

- Kto to zrobił? 

Raija ucieszyła się, że naprawdę tego nie wie. Pokręciła głową. 

- Oleg twierdzi, że wszyscy  razem.  I że uważali, że to jedyne wyjście. Nigdy ci nie 

powiedzą, na kogo wypadło. 

- Lepiej by było, gdyby ucięli mi głowę! 

- Znajdziemy ci lekarza - uspokajała go Raija. - Gdy tylko spuścimy trap, Oleg pośle 

po lekarza. 

- A ty? Co będzie z tobą, Raiju? Czeka cię zupełnie inne życie, niż się spodziewałaś. 

Ja będę kaleką. O ile w ogóle przeżyję. 

- Zostanę z tobą tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował - oświadczyła Raija. 

-  Zastanawiałem  się,  czy  o  tym  pamiętasz  -  mruknął  pod  nosem.  Na  jego  ustach 

zaigrał uśmiech. - Pomożesz mi się położyć? Chciałbym zasnąć. 

Gdy  Oleg  wślizgnął  się  do  kajuty,  wydawało  jej  się,  że  minęła  cała  wieczność. 

Jewgienij wciąż spał. Wszystko wskazywało na to, że ten proszek działa w sposób, którego 

nie  da  się  przewidzieć.  Czasami  Jewgienij  był  całkiem  przytomny  po  zażyciu  określonej 

dawki, innym razem po takiej samej porcji spał przez wiele godzin. 

- Wyładowujemy ryby - wyjaśnił sternik. - Co z kapitanem? 

-  Siedział  na  koi,  kiedy  tu  przyszłam.  Już  wie,  co  się  stało.  Pewnie  próbował  się 

podeprzeć... 

- Był przytomny? 

- Dałam mu proszek. Ale był przytomny. To był dla niego straszny cios. 

Oleg usadowił się na poręczy fotela. 

background image

-  Musiał  to  wreszcie  zauważyć.  Liczę  się  z  tym,  że  wyrzuci  całą  załogę.  To  ja 

odpowiadałem za statek, gdy to się stało. I byłem tego samego zdania, co wszyscy... 

- Jewgienij nie zrobiłby czegoś takiego! Nigdy bym mu na to nie pozwoliła! 

Oleg  spojrzał  na  nią  i  pomyślał  swoje.  W  przeszłości  kapitan  miał  wiele  kobiet.  A 

potem zamknął się w sobie i żył jak mnich. 

- Od dawna znasz kapitana? 

- Tak - powiedziała Raija. - Kiedyś płynęłam już na tym statku. Miałam zostać żoną 

jego brata. 

Oleg nie chciał wiedzieć nic więcej. To wszystko było wystarczająco skomplikowane. 

Ale rozumiał już, że po kobiecie takiej jak Raija wszystkiego się można spodziewać. 

- Biały proszek sprawia, że człowiekowi rozwiązuje się język - rzekł Oleg. 

Raija uśmiechnęła się: 

- Tak się rzeczywiście stało. On nie ma już przede mną żadnych tajemnic. I zostanę z 

nim tak długo, jak będzie mnie potrzebował. 

- Obiecałaś to? Raija pokiwała głową. 

- Może wcale tego nie pamięta. 

- Pamięta. - Raija odrzuciła włosy z czoła. - Wiem, co masz na myśli. Może nie byłam 

w  pełni  świadoma  konsekwencji,  gdy  wypowiadałam  te  słowa.  Ale  co  powiedziałam,  to 

powiedziałam. Dotrzymuję obietnic. A poza tym wiele mu zawdzięczam. 

- Niektóre obietnice są bardziej wiążące niż inne. Dlatego lepiej ich nie wypowiadać... 

- Nie mam nikogo poza nim. Ciebie też mogę nazwać przyjacielem, Oleg. Ale nikogo 

więcej. Bez Jewgienija jestem nikim. 

- On potrafi być ogromnie wymagający. I być może po twojej obietnicy spodziewa się 

więcej, niż miałaś na myśli. 

- Jewgienij wie, przed czym uciekłam. Nigdy by mnie nie skrzywdził. 

- Znaleźliśmy medyka - Oleg postanowił zmienić temat. - Ale był pijany. Niedaleko 

domu  Jewgienija  mieszka  inny  lekarz.  Zamówiłem  wóz,  który  was  tam  zawiezie.  Zresztą 

pojadę z wami. Ruszamy, jak tylko skończymy wyładowywać towar. 

- Uważasz, że możemy go stąd ruszyć? To się źle skończy. On tego nie przeżyje. 

Oleg westchnął. 

- Wolałbym, żeby nie było go na pokładzie, gdy rozniosą się plotki. Chłopcy zejdą na 

ląd, gdy tylko skończymy. Niektórzy mają do kogo wracać, ale inni będą krążyć od gospody 

do gospody. Oboje dobrze wiemy, o czym będą opowiadać. Dlatego musicie stąd zniknąć, ty i 

background image

kapitan. Wiem, co o tobie mówią na pokładzie, Raiju. A my, Rosjanie, jesteśmy znani z tego, 

ż

e potrafimy nagiąć prawdę, by ubarwić opowiadaną historię... 

- Znowu zostanę czarownicą? 

- Broń Boże. Dla nich jesteś jak Madonna, Raiju. Możesz się spodziewać, że będziesz 

równa  rangą  samemu  Archaniołowi  Michałowi.  A  to  nie  byle  co!  To  pod  jego  wezwaniem 

jest nasza katedra! 

-  Rzeczywiście  najlepiej  będzie,  jeśli  stąd  znikniemy!  -  Raija  nie  była  pewna,  jak 

zniesie porównanie z Madonną. To przecież bluźnierstwo. 

Oleg przez cały czas trzymał w dłoniach jakieś zawiniątko. Był wyraźnie zmieszany i 

nie bardzo wiedział, co z nim zrobić. Wreszcie podał je Raiji z przepraszającym uśmiechem. 

-  Jeden  z  marynarzy  ma  siostrę  twojego  wzrostu.  Pozwoliłem  mu  zajrzeć  do  domu. 

Mieszka  nieopodal  portu.  Wyrzuciliśmy  twoje  ubranie  do  morza.  Nie  pomyśleliśmy,  że 

można to wyprać... 

Raija rozpakowała tobołek, wzruszona okazaną jej troską. 

Wyjęła pięknie haftowaną, szeroką bluzkę, jasnobrązową spódnicę i grubą pelerynę z 

kapturem oraz wysokie buty. Miękkie buty do jazdy konnej! 

- Antonia nie ma innych butów. Straszny z niej dzikus. Szaleje za końmi. Nie wiem, 

czy kiedykolwiek widziałem ją w innym obuwiu... 

-  Muszę  ją  poznać  -  powiedziała  Raija.  -  Kiedyś  zwrócę  jej  to  wszystko.  Z  czasem 

uszyję sobie jakieś ubrania... 

-  To  nie  jest  pożyczka,  tylko  prezent...  -  Oleg  zawahał  się  chwilę.  -  Swego  czasu 

Antonia sądziła, że owinie sobie Jewgienija wokół palca. Ale to już przeszłość. A ona żyje 

teraźniejszością. Obawiam się, że Piotr dał jej do zrozumienia, że ty i kapitan... no wiesz... 

- To piękny gest z jej strony - uznała Raija. - Chętnie ją poznam. 

Oleg zapewnił ją, że tak się stanie. Antonia nie jest nieśmiałą osobą. Przeciwnie! 

- Ich ojciec nie żyje - wyjaśnił Raiji. - Piotr jest jej jedynym bratem. Rzadko bywa w 

domu, więc Antonii nie ma kto przypilnować. Ona nie potrafi się ustatkować. Nauczy się tego 

z pewnością, gdy już wyjdzie za mąż. 

Swoją opinię na temat kobiet Oleg wygłosił z całym przekonaniem. Kobieta powinna 

zachowywać się tak, jak to sobie wyobrażają mężczyźni. Raiję słowa sternika zirytowały, ale 

przyjęła je w milczeniu. On pewnie wcale nie zastanawiał się nad tym, co mówi... 

- Bardzo dziękuję za ubrania - powiedziała. - Przygotuję siebie i Jewgienija do zejścia 

na  ląd  w  czasie,  gdy  wy  będziecie  rozładowywać  towar.  Ty  na  pewno  masz  ważniejsze 

sprawy do załatwienia? 

background image

- Może i ważniejsze - zgodził się Oleg - ale nie przyjemniejsze... 

Sternik  wyszedł,  a  Raija  przystąpiła  do  dzieła.  Z  błogością  zanurzyła  rękę  w  ciepłej 

wodzie. Była to prawdziwa pieszczota dla jej ciała. Zamknęła drzwi na haczyk na wypadek, 

gdyby któryś z marynarzy okazał się zbyt ciekawski. Nikomu z załogi jednak nic takiego nie 

przyszłoby do głowy, wszyscy bowiem starali się jak najszybciej wykonać, co do nich należy, 

gdyż spieszno im było do domu. 

Czekały na nich nie widziane od miesięcy żony, dzieci, kochanki. Nic dziwnego, że 

się spieszyli. 

Najpierw  Raija  zajęła  się  Jewgienijem.  Tym  razem  nie  pożałowała  mu  białego 

proszku, choć zostało go już niewiele. Coś jej jednak mówiło, że lepiej pozbyć się całkowicie 

tego leku, który z pozoru rozwiązywał wszelkie problemy. Raija nie lubiła patrzeć na Jewgie-

nija, gdy był pod jego wpływem. 

Proszek nie przestał jeszcze działać, gdy Raija zaczęła rozbierać kapitana. 

Ciało  Jewgienija  było  mocne  i  jędrne.  Spostrzegła  na  nim  wiele  blizn,  których 

istnienia nie podejrzewała. Rosjanin nigdy o nich nie wspominał. Raija zastanawiała się, jakie 

też historie się kryją za nimi. 

Gdy leżał przed nią już całkiem nagi, zakasała rękawy koszuli i zaczęła go myć. 

Cieszyła  się,  że  Jewgienij  śpi.  Sytuacja  mogła  być  kłopotliwa  dla  nich  obojga. 

Zwłaszcza dla niego. Raija nie mogła zapomnieć o tajemnicy, którą jej zdradził pod wpływem 

lekarstwa. 

Kiedy spotkali się przed laty, mówił jej, że nie potrafiłby nawet sobie wyobrazić, że 

jej pożąda. 

Wtedy nazywał ją drogą siostrą, zapewniał, że łączy ich przyjaźń ze szczerego złota. 

Gdybyż życie było takie proste! 

Raija  zmieniła  bandaże.  Teraz  była  już  w  stanie  patrzeć  na  straszną  ranę,  którą 

powolutku zarastała cieniuteńka skóra. 

Wciąż  jednak  coś  ją  ściskało  za  gardło,  a  później  długo  nie  mogła  wymazać  tego 

obrazu z pamięci. 

Z wielką ostrożnością naciągnęła na Jewgienija świeże ubranie. Przychodziło jej to z 

trudem, był przecież ciężki, a poza tym przez cały czas musiała uważać, by nie urazić jego 

ramienia. Właściwie powinien się tym zająć silny mężczyzna, ale Raija zagryzła zęby, otarła 

pot i doprowadziła rannego do jako takiego stanu. 

background image

Wyglądał prawie tak, jak powinien wyglądać kapitan „Sankt Nikołaja”, gdy założyła 

mu  szeroką  białą  koszulę,  wąskie  spodnie  z  miękkiej  skóry,  a  zamiast  paska  zawiązała 

czerwoną chusteczkę. 

Jego  kurtka  z  grubej,  niebieskiej  wełny  i  miękkie  buty  leżały  na  koi  Raiji.  Mógł 

nazywać sam siebie kaleką, ale dla Raiji wcale nim nie był. 

Raija, spocona i zgrzana, przyniosła drugą porcję ciepłej wody. Nie była to prawdziwa 

kąpiel, ale nawet to, że mogła się umyć w wiadrze, wydało jej się błogosławieństwem. 

Z wielką radością patrzyła na ubrania, które dostała od nieznajomej Antonii. Nie były 

wcale zniszczone, choć  przecież ich właścicielka to siostra prostego marynarza. Może Oleg 

miał rację, gdy mówił, że marynarzom żyje się wcale nie najgorzej w porównaniu z innymi 

Rosjanami. 

Raija  cieszyła  się  jak  dziecko.  Czuła  się  tak,  jakby  miała  założyć  prawdziwie 

odświętny strój. Choć nigdy nie należała do kobiet, które przywiązują wagę do fatałaszków i 

ozdób, tym razem chciała wyglądać ładnie. 

Ciepła woda pieściła jej skórę. Raija czuła się odnowiona i oczyszczona na ciele i na 

duszy. Umyła wreszcie włosy, które zaczęły się już sklejać i straciły połysk. Stały się czyste, 

wytarła je prześcieradłem i przeczesała palcami. 

Wyprostowała się, przeciągnęła i poczuła, że żyje. Powietrze osuszyło jej nagą, ciepłą 

skórę. 

Potem wzięła do rąk bluzkę, by przyjrzeć się zdobiącym ją haftom. Czyżby ta dzika 

Antonia wykonała je własnoręcznie? Raija uznała, że ta bluzka jest zbyt piękna, by mogła ją 

założyć. 

A może przejrzeć się w szklanych drzwiach szafki, które jakoś przetrwały sztorm? 

Pospiesznie naciągnęła bluzkę przez głowę i zatańczyła przed szklaną szybą. Wilgotne 

włosy  spoczywały  na  jej  ramionach,  a  w  białej  bluzce  było  jej  bardzo  do  twarzy.  Dekolt 

ozdabiały  czerwone  i  brązowe  wzorki,  z  połyskującymi  akcentami  zieleni  i  niebieskiego, 

zupełnie jakby hafciarka patrzyła na ukwieconą letnią łąkę. 

Raija poczuła się piękna. 

- Jesteś piękna. Jewgienij powiedział to bardzo cicho, ale wyraźniej 

niż  wcześniej.  Raija  zawstydziła  się,  bo  nie  była  do  końca  ubrana,  ale  zaraz  z  ulgą 

stwierdziła, że bluzka sięga jej do kolan. 

Jewgienij uśmiechnął się boleśnie. 

- Obudziły mnie ciepłe dłonie, które zapinały moją koszulę. Patrzyłem na ciebie, ale 

nawet się tego nie wstydzę. To podziałało lepiej niż lekarstwo, które mi podajesz. 

background image

Raija  poczuła,  że  oblewa  się  rumieńcem  jak  podlotek.  Nie  umiała  zachować  się 

całkiem swobodnie w obecności Jewgienija, skoro wiedziała już, co on do niej czuje. 

- Jesteś na mnie zła? 

- Jestem! 

-  Oglądałaś  mnie  w  taki  sam  sposób  -  powiedział.  -  I  nawet  nie  byłem  w  stanie  cię 

prosić, byś tego nie robiła. Mogę to sobie tylko wyobrazić... 

- Tego się nie da porównać. 

-  Wiem,  że  prosiłem  cię,  byś  ze  mną  została  -  mówił  dalej  Jewgienij,  próbując 

pochwycić jej spojrzenie. - Znam też twoją odpowiedź. Ale czy powiedziałem coś więcej? 

Atmosfera wyraźnie się zagęściła. 

-  Tak,  powiedziałeś  coś  więcej,  Jewgienij.  Ranny  wstrzymał  oddech,  czekając,  co 

jeszcze usłyszy. 

- Nie chciałem tego - rzekł po chwili przepraszająco. - Nie powinnaś wiedzieć... 

-  Tak  czy  inaczej  dotrzymam  obietnicy.  Potrzebujesz  mnie  teraz,  Jewgienij. 

Wolałabym nie wiedzieć, ale przecież nie mówiłeś tego świadomie... 

- I nie czuję tego świadomie - rzucił spontanicznie. Był zbyt oszołomiony bólem, by 

zrozumieć, jak ostre słowa wypowiedział. A więc żałuje, że ją pokochał... 

background image

11 

Zbliżał  się  moment  opuszczenia  „Sankt  Nikołaja”.  Raija  miała  zamiar  podać 

Jewgienijowi lekarstwo, by lepiej zniósł przenosiny. On jednak odmówił. 

- Jedzenie owszem, ale nie lekarstwo. Postawiła więc przed nim miskę zimnej zupy. 

Chciała, żeby choć trochę się wzmocnił. 

- Wolę czuć ból - powiedział - niż to błogie otępienie, które przesłania mi wszystkie 

myśli. 

Kiedy do kajuty wszedł Oleg, Jewgienij już stał, opierając się całym ciężarem o Raiję, 

która go podtrzymywała. 

- Kiepsko wyglądasz, kapitanie! 

- Jeśli to ty odrąbałeś mi rękę, Oleg, to nie popisałeś się. 

- Jestem niewinny! - Sternik zatrzymał się w drzwiach. - Równie niewinny jak każdy z 

nas. 

- I nie powiesz mi, kto to zrobił, nawet jeśli wydam taki rozkaz? 

Oleg pokręcił głową. 

- Mianuję cię kapitanem - powiedział Jewgienij. - Już nigdy nie wejdę na pokład. Ty 

będziesz moim człowiekiem na statku. 

Oleg nie wiedział, co o tym sądzić. 

- Nie będę chyba brał poważnie twoich słów, dopóki nie staniesz na własnych nogach. 

- I na pokładzie - dodała Raija. Ocierała właśnie choremu pot z czoła, gdy ten spytał 

nieoczekiwanie: 

-  Jakie  lekarstwo  podawałaś  mi,  Raiju?  Raija  i  Oleg  wymienili  szybkie  spojrzenia. 

Zauważywszy to, Jewgienij powoli przeniósł wzrok na sternika. 

- Czy to był ten twój proszek, Oleg? Ten, który omal nie zrujnował ci życia? 

- Dzięki temu nic cię nie bolało - wtrąciła pospiesznie Raija. - Dzięki temu spałeś, a 

tego właśnie potrzebowałeś najbardziej... 

-  Ten  proszek  sprawił,  że  jakiś  czas  temu  Oleg  zamienił  się  w  zupełny  wrak.  Dziś 

masz  przed  sobą  silnego  mężczyznę.  Ale  ja  pamiętam  czasy,  gdy  był  snującym  się  po 

pokładzie  trupem.  Wciągał  wtedy  ten  biały  proszek  przez  nos.  Łykał  go.  Palił.  I  był  bliski 

zstąpienia do piekieł. Chińskie opium. 

Raija nigdy wcześniej nie słyszała tej nazwy. 

background image

- Człowiek się do tego przyzwyczaja. Jak do wódki - wyjaśnił jej Jewgienij. Spływał 

potem, ale zdawał się tego nie zauważać. Uznał, że musi wytrzymać, że to tylko kwestia silnej 

woli. - Dlaczego nie wyrzuciłeś tego świństwa? - zapytał Olega. 

- Żeby wiedzieć, że jestem dość silny, by się przeciwstawić pokusie. Choć miałem ten 

proszek, potrafiłem mu się oprzeć. Wtedy poczułem, że znowu jestem człowiekiem. 

- Zostało coś jeszcze? Raija zaprzeczyła. 

- Wyrzuciłam ten dzbanuszek - skłamała bez mrugnięcia okiem. 

- Ale jeszcze niedawno go miałaś, skoro chciałaś mi podać następną dawkę? 

-  I  zatrzymam  aż  do  chwili,  gdy  będę  pewna,  że  go  nie  potrzebujesz  -  powiedziała 

ostrym tonem, przyłapana na kłamstwie. - Patrzyłam na ciebie, gdy byłeś bliższy śmierci niż 

ż

ycia. Ty nie mogłeś się wtedy widzieć. Zostało ci oszczędzone również trochę bólu. Dzięki 

chińskiemu opium. Zamierzam bronić tej odrobiny, która została, za wszelką cenę! 

- Bardziej upartej ze świecą szukać - mruknął Jewgienij. Nie miał siły, by się spierać z 

Raiją. 

Nieoczekiwanie nad ich głowami rozległ się donośny głos kobiety: 

- Oleg! Chyba nie wyprowadziłeś mnie w pole? 

- Jeszcze jedna! - westchnął Jewgienij. Oleg stał już przy drzwiach. 

- Tutaj, Antonia. Słychać cię chyba nad Dwiną. 

- Matko Boża - mruknął Jewgienij. - Antonia i ty, Raiju, mój aniele! Żaden mężczyzna 

chyba nie zniesie takiego towarzystwa. Czy musicie znęcać się nad biednym kaleką? 

Antonia weszła do kajuty  i Raija zrozumiała, dlaczego bluzka i spódnica wydały jej 

się  prawie  nie  używane.  Antonia  najprawdopodobniej  nigdy  ich  nie  nosiła.  Miała  na  sobie 

męskie ubranie: spodnie i koszulę, i wyglądało na to, że świetnie się w tym czuje. 

Była to drobna kobieta wzrostu Raiji. Niesforne, ciemne loki otaczały okrągłą, żywą 

twarz, rozjaśnioną szerokim uśmiechem i roziskrzonymi niebieskimi oczami. 

Ku zaskoczeniu Raiji Antonia rzuciła się na kolana przed Jewgienijem, chwyciła go za 

zdrową rękę i ucałowała jego dłoń. 

-  Mój  drogi!  Płakałam  rzewnymi  łzami,  gdy  usłyszałam,  co  się  zdarzyło.  Nie 

wierzyłam  Piotrowi,  kiedy  mówił,  że  żyjesz.  Zabiłabym  ich  wszystkich  za  to,  co  ci  zrobili. 

Ż

aden inny mężczyzna nie miał takich rąk jak ty! - wykrzyknęła. 

Jewgienij tylko westchnął. 

Antonia uniosła głowę i spojrzała mu w twarz. 

-  Po  prostu  mówię,  co  myślę,  ty  głuptasie.  -  Potem  z  zaciekawieniem  spojrzała  na 

Raiję. - Czy ona nas rozumie? 

background image

- Trochę - odpowiedziała jej Raija. 

- Dużo - poprawił ją Oleg. - Bardzo szybko uczysz się rosyjskiego, Raiju. 

-  Cieszę  się,  że  jesteś  taka  piękna  -  oznajmiła  Antonia.  -  Nie  byłabym  zadowolona, 

gdybyś  była  brzydka.  Nie  lubię  przegrywać  z  brzydkimi  kobietami  -  paplała.  -  Nie  ma 

ż

adnego innego mężczyzny, który miałby z tym przy mnie kłopoty. Jewgienij tłumaczył się, 

ż

e był pijany... 

- Bądźże cicho! 

- Ale - ciągnęła nie zrażona Antonia - od razu zrozumiałam, że chodzi o inną kobietę. 

U innych przy Antonii wszystko jest jak należy, nawet jeśli wypiło się morze wódki. 

Raija  zaniemówiła  z  wrażenia.  Spodziewała  się,  co  prawda,  że  spotka  niezwykłą 

osobę, ale żeby do tego stopnia... 

- Co ta gaduła tu robi? - spytał surowo Jewgienij. 

- Przyjechała wozem konnym - wyjaśnił Oleg, z trudem kryjąc uśmiech. - Chciałem 

ewakuować cię stąd po cichu, kapitanie. 

-  Po  cichu?  -  powtórzył  Jewgienij  i  spojrzał  błagalnie  na  Raiję.  -  Może  jednak 

mógłbym dostać trochę opium. Zdaje się, że przyda mi się nieco pięknych snów i nieba. 

Raija dala mu szczyptę proszku. Teraz musieli zaczekać, aż położy się na koi i zaśnie. 

Oleg wziął śpiącego Jewgienija na ręce bez specjalnego wysiłku. Jewgienij skrzywił 

się przez sen, ale oczu nie otworzył. 

-  Dobrze,  że  już  się  poznałyście  -  rzekł  Oleg  do  kobiet.  -  Im  szybciej,  tym  lepiej.  I 

mogę przysiąc, że się polubicie. 

Antonia rzuciła Raiji grubą pelerynę. 

- Zdaje się, że masz rację, Oleg - powiedziała. - I zdaje się, że jesteś kimś więcej niż 

piękną kobietą Jewgienija - dodała, zwracając się do Raiji. 

Po  wyjściu  na  pokład  Raija  natknęła  się  na  istną  ścianę  mrozu.  Zimowa  noc  tu  w 

Archangielsku była bardzo ostra i czarna. 

W ciemnościach postukiwały już końskie kopyta. Zwierzę czekało na nich cierpliwie. 

Antonia pochwaliła konia, pogłaskała i nagrodziła kawałkami cukru. 

Naciągnęła na uszy grubą wełnianą czapkę, wciskając pod nią loki, i zapięła futrzaną 

kurtkę pod samą szyję. 

Oleg ułożył Jewgienija w głębi wozu i ostrożnie otulił go kocem. 

Trzęsąc się z zimna, Raija podała rękę Olegowi i pozwoliła, by pomógł jej wsiąść do 

wozu i umościć się pod tym samym kocem. 

- Możesz jechać, Toniu - krzyknął Oleg, sadowiąc się w pobliżu rannego. 

background image

- Kim ona jest? - zapytała Raija. - Antonia. Nie jest tylko siostrą marynarza. Nie jest 

zwyczajną dziewczyną. 

-  W  pewnym  sensie  jest  zwyczajną  dziewczyną  -  uśmiechnął  się  Oleg.  -  Można 

powiedzieć, że Antonia jest typowym rosyjskim wyjątkiem. Jej ojciec zajmował się końmi. I 

transportem  towarów  i  ludzi.  Kiedy  umarł,  Piotr  nie  chciał  przejąć  tego  interesu.  Zajęła  się 

tym Tonią. To świadczy samo za siebie. Tonią nie będzie przykładną żoną, chyba że trafi na 

właściwego mężczyznę. Ale ma dobre serce, gorącą krew i jest cholernie piękną kobietą. 

- A co ludzie o niej mówią? 

- Tak zwani porządni ludzie nie chcą mieć z nią do czynienia. 

-  To  ja  nie  chcę  mieć  do  czynienia  z  porządnymi  ludźmi  -  dobiegł  ich  głos  Toni 

siedzącej na koźle. 

-  A  co  ją  łączy  z  Jewgienijem?  -  spytała  szeptem  Raija.  Nie  chciała,  by  Tonią  ją 

słyszała. 

Oleg uśmiechnął się. On również zniżył głos. 

- Słyszałaś, co mówiła. Było w tym wiele prawdy. Miała na niego ochotę. Wszyscy o 

tym  wiedzieli.  A  potem  zaczęli  drzeć  koty.  Domyślaliśmy  się,  co  się  stało.  Nazywała  go 

impotentem, babą. A on mówił, że nikt nie zechce kobiety, z którą spała połowa mieszkańców 

Archangielska. A ściślej rzecz biorąc, wszyscy z wyjątkiem kobiet. 

Oleg podrapał się po nie golonej od tygodnia brodzie. 

-  Najgorsze,  że  Jewgienij  najprawdopodobniej  miał  rację.  Ale  to  nieważne.  Właśnie 

dlatego, że Tonią jest Tonią. 

Raija domyślała się, co chciał przez to powiedzieć. Antonia nie była frywolna. W jej 

ż

yłach płynęła gorąca krew. A to zupełnie coś innego. 

Jechali  długo,  wozem  trochę  trzęsło  na  wertepach.  Raija  siedziała  jak  na  szpilkach. 

Założyła  Jewgienijowi  grubą  kurtkę,  nie  mogła  więc  sprawdzić,  czy  jego  rana  nie  zaczęła 

znowu krwawić. 

Ale obawiała się tego. 

Gdy  wreszcie  dotarli  na  miejsce  i  Raija  usłyszała  przeciągle  „prrrr”  Toni,  poczuła 

wielką ulgę. 

Tym razem opium całkiem ścięło Jewgienija z nóg. Tylko na moment uniósł powieki, 

gdy Oleg przenosił go z wozu do małego domku. 

Antonia popędziła przodem, pobrzękując pękiem kluczy. Z wielką wprawą otworzyła 

drzwi. 

- Zawsze mam u siebie klucze Jewgienija - paplała. - Nie pójdą z nim na dno. 

background image

Raija podążyła za nimi. 

Właściwie  nie  wiedziała,  czego  się  spodziewać,  wchodząc  do  środka.  Ponieważ 

jednak  Jewgienij  był  właścicielem  statku  i  kapitanem,  oczekiwała,  że  jego  dom  będzie 

wspaniale urządzony. No, może nie aż taki jak dom wójta czy sędziego. 

Okazało się jednak, że  w swoim życiu widziała znacznie bardziej przestronne domy 

niż ten, który stał u ujścia majestatycznej Dwiny. 

Raija policzyła pokoje i  doszła do wniosku, że  miała ich więcej w swym domu nad 

morzem. 

Została  nieco  w  tyle,  rozglądając  się  wokół.  Znalazła  kuchnię  z  wielkim  piecem. 

Uradowana,  że  wreszcie  trafiła  na  coś  dobrze  znanego,  uklękła  czym  prędzej  i  usiłowała 

rozpalić ogień. Gdy pojawiły się pierwsze iskry, usłyszała jakiś nieznany głos dobiegający z 

drugiego końca domu. Zdjęła pelerynę i powiesiwszy ją na kołku, pospieszyła w tamtą stronę. 

Był  to  lekarz  -  starszy,  okrąglutki,  łysy  jegomość  o  bardzo  ruchliwych  dłoniach.  Z 

tonu jego głosu, ze sposobu, w jaki mówił o Jewgieniju, Raija wywnioskowała, że dobrze się 

znają. 

Stanęła w drzwiach. 

Antonia rozpięła kurtkę, ale nie zdjęła jej. Siedziała na skrzyni z ubraniami, machając 

nogami niczym rozwydrzony dzieciak. 

Oleg  stał  u  wezgłowia  łóżka  i  czuł  się  dość  niepewnie.  To  on  musiał  rozmawiać  z 

lekarzem, gdyż środek, który Raija podała Jewgienijowi, wciąż działał. 

Kapitan  nie  obudził  się  nawet  wówczas,  gdy  lekarz  opuścił  już  rękawy  i  zapiął 

mankiety  koszuli.  Potem  równie  starannie  pozapinał  guziki  kurtki.  Dopiero  wtedy,  gdy 

odstawił swą torbę, spostrzegł Raiję. 

- Czy to ten kwiatuszek zatrzymał krwotok? Oleg przytaknął. 

Lekarz tylko pokręcił głową, sięgając po swoją skórzaną czapkę. 

- Nie chcę nic o tym wiedzieć. Nic a nic. Jewgienij powinien był umrzeć. Przy takiej 

opiece  powinien  był  umrzeć  nawet  kilkakrotnie.  To  prawda,  że  jest  twardy.  I  uparty  jak  te 

stare kobyły Antonii. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. O, nie. Nie chcę wiedzieć, jak to się 

stało. Nie mówcie mi, jakie siły się za tym kryją. Nie chcę wiedzieć... 

Lekarz przeszedł szybko koło Raiji. 

- I nie dawajcie mu już tego proszku, którym go naszpikowaliście. Mogliście go otruć. 

Pokręcił głową i na koniec dorzucił, stojąc już w drzwiach: 

-  Przyjdę  jutro.  Muszę  sprawdzić,  w  jakim  będzie  stanie.  Cięższego  przypadku  nie 

widziałem nigdy w życiu... 

background image

Antonia pierwsza przerwała ciszę. Wstała ze skrzyni i podeszła do Raiji. 

-  Głowa  do  góry,  moja  mała.  -  Objęła  Raiję  ramieniem.  -  Jestem  prawie  tak  bardzo 

ciekawa  jak  stary  Schwarzberg,  ale  jeśli  nie  chcesz  powiedzieć,  jakim  cudem  uratowałaś 

ż

ycie  Jewgienija,  skoro  powinien  był  umrzeć  ze  trzy  czy  cztery  razy....  to  cóż,  nie  będę 

płakać. 

Wyprowadziła  Raiję  do  kuchni,  w  której  zrobiło  się  już  ciepło.  Było  to  bardzo 

przytulne pomieszczenie: na tle białych ścian stały tu niebieskie meble. 

-  Gdy  Schwarzberg,  lekarz,  on  jest  Żydem,  pewnie  zauważyłaś,  przyjdzie  tu  jutro, 

udawaj, że nie rozumiesz po rosyjsku. Wtedy nie będzie cię wypytywał. Gdy twierdzi, że nic 

go nie obchodzi, znaczy to, że umiera z ciekawości. 

-  Zostawił  jakąś  maść  na  ranę.  -  Oleg  podał  Raiji  słoiczek.  -  I  wspomniał  coś  o 

ziołach, które powinnaś mu podawać. Przyniesie je jutro. 

- Miejmy nadzieję, że Jewgienij już się ocknie i będzie mógł mówić za siebie. - Tonią 

poruszyła głową tak gwałtownie, że loki zatańczyły jej wokół twarzy. - Nie chciałabym, żeby 

wypytywał...  nazywasz  się  Raija,  tak?  Nie  chcę,  żeby  wypytywał  Raiję.  Lepiej  by  było, 

gdybym została tu z tobą. Ale nie mogę. Piotr wrócił do domu. I jeśli nie przypilnuję, to zaraz 

przepije  wszystko,  co  zarobił.  Chociaż  jeszcze  nie  dostał  pieniędzy.  O  tym  też  muszę 

porozmawiać  z  Jewgienijem.  O  tylu  sprawach  trzeba  pamiętać.  Ale  doktor  twierdzi,  że 

Jewgienij z tego wyjdzie. „Skoro tyle razy próbowaliście go uśmiercić, a on to przeżył, to na 

pewno  z  tego  wyjdzie.”  -  Tonią  zaczęła  mówić,  naśladując  głos  lekarza.  -  „Jest  giętki  jak 

zużyta podeszwa. 

To go uratowało, chłopcze. Nie chcę wiedzieć, jak to się stało”. 

Nawet Raija nie mogła powstrzymać uśmiechu, tak zabawnie to brzmiało. 

-  Dasz  sobie  radę  sama?  -  spytał  Raiję  zatroskany  Oleg.  -  Wszystko  jest  dla  ciebie 

nowe. Ale masz Tonie... 

- Będzie dobrze - powiedziała Raija cicho. - Dam sobie radę. Tak samo jak na statku. 

Będę przy nim czuwać. Spać, kiedy się da... 

- Na statku nie byłaś sama... 

-  Ale  przecież  mieliście  pełne  ręce  roboty.  Owszem,  było  tam  wielu  ludzi,  ale  w 

odczuciu Raiji wszyscy oni przebywali w innym świecie. 

-  Powinienem  chyba  zostać...  Raija  zorientowała  się,  że  Oleg  niemal  przestępuje  z 

nogi na nogę. Tak pilno było mu wyjść. Kto też na niego czeka? pomyślała. Wiedziała, że nie 

jest żonaty. Pewnie jakaś dziewczyna... 

background image

- Zrobiłeś już więcej niż trzeba, Oleg. Jewgienij podziękuje ci za to, jak tylko będzie 

mógł. 

- Oleg może zostać z Jewgienijem któregoś dnia, kiedy będzie miał czas - powiedziała 

Antonia.  -  A  my  postaramy  się  o  jakieś  ubrania  dla  ciebie.  Umiesz  szyć,  Raiju?  Szkoda  - 

ciągnęła Tonią, gdy Raija pokręciła głową. - Ja też jestem w tym kiepska. Ale moje młodsze 

siostry  mają  do  tego  dryg.  Coś  załatwimy.  Ja  chodzę  tylko  w  spodniach,  więc  nie  mogę  ci 

podarować ani jednej sukni. 

- Toniu, za dużo mówisz! Raija ma dość zmartwień w tej chwili. A i do miasta jest 

dość daleko. Ja też potrzebuję trochę snu... 

- Pośpisz sobie na wozie - orzekła Antonia. - Jeśli cię dobrze znam, to wcale nie sen ci 

teraz w głowie, ty stary capie. 

Raiji  przyszło  do  głowy,  że  być  może  Oleg  i  Tonią  spędzą  razem  tę  noc.  Bez 

wątpienia  dobrze  się  znali,  a  ich  spojrzenia  i  słowa  zdradzały  coś  w  rodzaju  szczególnej 

bliskości. 

- Jeśli o mnie chodzi, możecie iść - powiedziała. - Niczego mi nie potrzeba. Zamknę 

za wami drzwi i przysunę fotel bliżej łóżka Jewgienija. 

-  Na  twoim  miejscu  położyłabym  się  raczej  razem  z  nim  -  zasugerowała  Antonia.  - 

Łóżko  jest  szerokie.  Mówię  to  nie  dlatego,  że  sama  próbowałam...  -  zaczęła,  ale  zaraz  się 

zająknęła.  -  Cholera!  Oczywiście,  że  próbowałam.  I  stanowczo  twierdzę,  że  jest  aż  za 

szerokie. 

Oleg pociągnął Antonię za sobą. 

- Musisz jej wybaczyć, Raiju. Jak do tej pory nikt jej nie wychował. Może właściwy 

mężczyzna mógłby trochę ją okiełznać... 

Sternik wycofał się za próg. Raija usłyszała jeszcze pełne urazy prychnięcie Antonii, 

gdy sadzał ją na koźle. 

Przez szparę w drzwiach Raija zauważyła, że Oleg na moment przytulił policzek do 

kolana  dziewczyny.  Antonia  strzeliła  tymczasem  lejcami  tak,  że  koń  gwałtownie  ruszył,  i 

Oleg musiał gonić wóz. Raija słyszała jego przekleństwa jeszcze długo po tym, jak wóz znik-

nął w ciemnościach. 

Nie  miała  wątpliwości  co  do  tego,  że  Oleg  kocha  tę  szczerą  i  gorącokrwistą 

dziewczynę. Może nie był tego świadom, ale każdy jego gest, każde spojrzenie to zdradzało. 

Tonią z pewnością to odgadła. 

Raija nie wiedziała, co sądzić o tej niezwykłej osobie. 

background image

Polubiła  ją  od  pierwszego  wejrzenia.  Antonia  była  jak  ożywczy  figlarny  wietrzyk, 

którego czarowi nie sposób nie ulec. Raija przypuszczała jednak, że w głębi duszy Tonią jest 

znacznie poważniejsza, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka. 

Zamknąwszy  drzwi  na  haczyk,  ze  skrzyżowanymi  na  piersiach  ramionami  zaczęła 

oglądać  cały  dom  Jewgienija.  Niewielka  kuchnia,  w  której  spora  ilość  garnków  zdradzała 

zamiłowanie gospodarza do gotowania. Największy pokój był prawie pusty. Raija uznała, że 

kajuta na statku była urządzona bardziej komfortowo. 

Gdy przyglądała się nagim ścianom, przyszło jej do głowy, że Jewgienij z pewnością 

spędzał znacznie więcej czasu na pokładzie „Sankt Nikołaja” niż w tym domu. 

Pozostałe  izby  także  były  niemal  puste,  ale  mimo  to  wydały  się  Raiji  przytulne. 

Pewnie  dlatego,  że  znajdujące  się  w  nich  nieliczne  meble  były  dość  stare.  Odnosiło  się 

wrażenie, że każda rzecz ma tu swoją duszę. 

Po  cichutku  weszła  do  sypialni.  Jewgienij  leżał  tak,  jak  ułożył  go  Oleg:  w  samej 

koszuli, pod dobrze naciągniętym kocem. 

Raija  zdjęła  spódnicę  i  buty.  Stwierdziła,  że  palce  u  nóg  zsiniały  jej  z  zimna. 

Pomyślała, że z ubraniami można poczekać, ale porządne buty potrzebne są jej natychmiast. 

Wszak ona nie urodziła się na końskim grzbiecie i jej nogi nie były stworzone do tego rodzaju 

obuwia, jakie nosiła Tonią. 

Do sypialni nie dotarło jeszcze ciepło z kuchni, choć Raija otworzyła drzwi do tych 

pokoi, z których miała zamiar korzystać. W sypialni również był piec, ale Raiji nie udało się 

w  nim  rozpalić.  Może  jednak  Jewgienij  nie  powinien  leżeć  w  zbyt  wysokiej  temperaturze, 

pomyślała. 

Tymczasem marzła w swojej cienkiej bluzce. W końcu uznała, że Antonia ma rację: 

łóżko Jewgienija było aż nadto szerokie dla dwóch osób. Zdecydowała się z niego skorzystać, 

zwłaszcza że nie udało jej się przysunąć ciężkiego fotela do posłania Jewgienija. 

Położyła się po lewej stronie rannego, tak by nawet przez sen go nie urazić. 

Potem wślizgnęła się pod koc tak daleko od Jewgienija, jak tylko się dało. 

Wyciągnęła  się  zadowolona.  Spała  na  siedząco  od  tak  dawna,  że  niemal  już 

zapomniała, iż może być inaczej. 

Zapatrzyła się w mrok, wsłuchana w oddech leżącego obok mężczyzny. 

Właśnie  przywitał  ją  nowy  kraj.  Ma  w  nim  już  dwoje  nowych  przyjaciół.  I  kapitan 

wyzdrowieje. 

Wszystko jakoś się ułoży, pomyślała Raija, zasypiając. 

background image

Od  pewnego  czasu  przestało  już  ją  dręczyć  wspomnienie  o  śmierci  Mikkala.  Nieco 

pogodniej spoglądała w przyszłość. 

Ten rok minie szybko. Wygląda na to, że będzie się nieźle czuła tu, nad Dwiną. Jeden 

rok to przecież mniej niż sekunda wieczności... 

background image

12 

Raija obudziła się z poczuciem, że ktoś na nią patrzy. Uniosła powieki i ujrzała obcy 

sufit. Powietrze było chłodne, za to łóżko cudownie ciepłe. 

-  To  było  diabelsko  bolesne  przebudzenie  -  powiedział  Jewgienij.  -  A  zarazem 

cudowne. Rozumiesz, Raiju? 

Chory  miał  ściągniętą  twarz.  Raija  pomyślała,  że  pewnie  tak  będzie  wyglądał  jako 

stary człowiek. 

Powinna  być  zawstydzona,  budząc  się  koło  niego,  skoro  wiedziała,  że  Jewgienij  ją 

kocha.  Nic  takiego  się  jednak  w  niej  nie  zrodziło.  Ich  przyjaźń  stanowiła  siłę  zdolną  do 

przezwyciężenia tego rodzaju uczuć. 

Obróciła się na bok, podparła na łokciu i spojrzała na Jewgienija. 

- Chciałabym wziąć na siebie część twojego bólu, Jewgienij. 

- Jak to mówisz, od razu robi mi się lżej... 

-  Lekarz  powiedział,  że  będziesz  żył.  -  Raija  uśmiechnęła  się.  Musnęła  delikatnie 

palcem jego profil, zatrzymując palec na jego ustach. Potem szybko cofnęła dłoń, pocałowała 

palec i ponownie przyłożyła mu go do ust. 

- Dzień dobry, Jewgienij. Twoje miasto mnie przeraża. Ale jednocześnie bardzo mnie 

pociąga. 

- Dom jest niewielki - odrzekł tonem usprawiedliwienia. 

- Jestem do tego przyzwyczajona. 

-  Powinnaś  mieszkać  w  pałacu.  Nie  chciałem  ci  nawet  mówić,  że  ten  dom  jest  taki 

mały... 

- Podoba mi się. - Raija ułożyła się wygodniej. Wiedziała, że za chwilę trzeba będzie 

zmusić się do wstania pomimo chłodu, który panował w pokoju. Ciepło z kuchni nie zdołało 

się  rozprzestrzenić  po  domu.  -  Przede  wszystkim  bałam  się  nieznanego,  Jewgienij.  Rosja... 

Sama nazwa ma w sobie wielkość. Wszystko tu jest takie ogromne. Bardzo się boję, że się tu 

zagubię. Choć tak naprawdę jestem przyzwyczajona do bycia kimś z zewnątrz, kimś obcym. 

Zawsze  byłam  obca,  przez  całe  życie.  Raija  -  obca.  Nowa  wszędzie,  gdzie  się  pojawiłam. 

Gdzieś  w  głębi  serca  zawsze  bałam  się  innych,  a  inni  bali  się  mnie.  Samotność  czyni 

człowieka silnym, ale nie przynosi szczęścia. 

-  A  teraz?  -  zapytał  z  wysiłkiem.  -  Czy  Rosja  jest  taka  wielka  i  przerażająca,  jak 

myślałaś? 

background image

- Gorzej! O tylu sprawach mi nie powiedziałeś! Dopiero Oleg... 

- Oleg ma za wiele marzeń - stwierdził Jewgienij. - On wierzy, że nadejdzie dzień, gdy 

wszyscy  będą  sobie  równi.  Gdy  nikt  nie  będzie  miał  za  dużo,  tylko  dokładnie  tyle,  ile 

potrzebuje.  Oleg  nie  jest  zwolennikiem  władzy  cara.  I  za  dużo  mówi.  Dobrze  wie,  jakie  to 

niebezpieczne, ale nie potrafi trzymać języka za zębami. 

-  Oleg  ma  rację  -  zawołała  poruszona  Raija.  -  Oleg  myśli  sercem,  tak  jak  należy! 

Opowiadał mi o Stieńce Razinie. Uważam, że to był wspaniały człowiek! 

- Bohater  Olega  - westchnął Jewgienij. - A kto jest twoim bohaterem? Co powinien 

uczynić  zwykły  śmiertelnik,  żeby  zwrócić  na  siebie  twoją  uwagę?  Rozumiem,  że  nie 

wystarczy stracić ramię? Może lepiej by było, gdyby odcięli mi obydwa.... 

- Lubię Olega. Nie masz pojęcia, jak wiele dla mnie znaczyło to, że się o ciebie tak 

martwił  wtedy,  gdy  leżałeś  w  kajucie  bliższy  śmierci  niż  życia.  Bez  jego  wsparcia  z 

pewnością wyskoczyłabym za burtę. Poddałabym się. Byłam pewna, że umrzesz. 

Jewgienij nic nie powiedział. 

-  A  poza  tym  nie  przypuszczałam,  że  twój  język  jest  taki  łatwy.  Bez  trudu 

rozmawiałam z Olegiem i Antonią. 

Jewgienij uśmiechnął się nieznacznie. 

- Tak, Raiju - rzekł, starając się utrzymać powagę. - Ten rodzaj rosyjskiego nie jest 

specjalnie trudny. 

- „Ten rodzaj rosyjskiego”? 

Raija pokręciła głową. Przecież mówienie przychodziło jej z taką łatwością. Wiele dla 

niej znaczyła możliwość swobodnego dzielenia się z innymi swoimi myślami. Czułaby się jak 

ż

ywcem pogrzebana, gdyby została tego pozbawiona. 

-  Mówisz  tak,  jak  mówimy  wtedy,  gdy  kupujemy  rybę  czy  sprzedajemy  mąkę  albo 

pytamy o pogodę. Posługujesz się cudowną mieszanką wszystkich języków, jakie znasz, mój 

aniele. I dorzucasz do tego tych parę rosyjskich słów... 

- Ale oni mnie rozumieją? 

- Oleg zna trochę norweski. Zna także parę słów po lapońsku. Musiał się nauczyć tego 

rosyjsko - norweskiego, którym się posługujemy, handlując na wybrzeżu. A Antonia? Tonią 

jest bardzo pojętna. Słucha, jak mówi Piotr... 

-  Mogła  się  tego  nauczyć  również  od  kogoś  innego,  prawda?  -  zapytała  Raija  ze 

spojrzeniem niewiniątka. 

Jewgienij odwrócił ku Raiji swoją twarz, na której przez moment odmalowało się coś 

na kształt gniewu. 

background image

Zaraz  jednak  jego  twarz  się  wypogodziła  i  znów  był  po  prostu  Jewgienijem. 

Jewgienijem, który pragnie przezwyciężyć ból i okazać przyjaźń. Który chce ukryć coś więcej 

niż ból. 

- Antonia nie potrafi niczego utrzymać w tajemnicy. To jej siła. I jej słabość zarazem. 

Jeśli ktoś był częścią jej życia, nie zdoła tego ukryć. 

-  Ja  ją  polubiłam.  Nie  spodziewałam  się,  że  będę  tu  miała  jakichkolwiek  przyjaciół. 

Ż

ycie mnie pod tym względem nie rozpieszczało, do tej pory zawsze byłam obcym ptakiem i 

niełatwo mi było zbliżyć się do innych. Ale Oleg stał się moim przyjacielem. I Antonia też. I 

to jest dla mnie bardzo ważne. 

- Próbowała z całych sił - przyznał Jewgienij, patrząc prosto w twarz Raiji. - Zanim 

popłynąłem na zachód z Aleksie jem, wtedy gdy cię spotkałem po raz pierwszy, byłem tylko 

jednym z wielu mężczyzn w jej życiu. Żadne z nas nie podchodziło do tego poważnie. Była w 

tym pewna niewinność, o ile takie stosunki mogą być niewinne. W każdym razie Antonia nie 

traktowała  mnie  w  sposób  szczególny.  Należała  do  wszystkich  i  do  nikogo.  Bardzo  mi  to 

odpowiadało, a i ona chyba dobrze się z tym czuła. 

Raija słuchała, co mówi Jewgienij, ale potrafiła spojrzeć na całą tę sytuację również 

oczami  Antonii.  Nie  raz  zastanawiała  się,  czy  mężczyźni  w  ogóle  myślą.  Zadawała  sobie 

pytanie, skąd się bierze ich niewzruszona pewność, że tylko oni mają rację. Że to, co widzą w 

kobiecie, jest w niej naprawdę. 

Jewgienij  może  i  był  kochankiem  Toni,  ale  Raija  wątpiła  w  to,  czy  kiedykolwiek 

widział prawdziwą twarz tej dziewczyny. Czy rzeczywiście ją zna. Czy próbował ją poznać. 

- Potem, kiedy wróciłem, cały świat stanął na głowie. Aleksiej już nie żył. Pamiętam, 

co mi wtedy mówiłaś, Raiju, ale ja nigdy nie przestałem myśleć, że mogłem temu zapobiec. 

Cały czas czułem się winny. Wydawało mi się, że wszystko potoczyło się tak nieszczęśliwie 

właśnie przeze mnie. Miałem wiele kobiet, nie potrafiłbym nawet ich zliczyć. Były przy mnie 

przez chwilę. Czasem przez parę godzin, czasem przez parę tygodni. Wcale ich nie lubiłem, 

ale  też  nie  potrzebowałem  ciepła  ani  bliskości,  próbowałem  uwolnić  się  od  demona.  Nie 

lubiłem nawet samego siebie. Antonia? Nie chciałem jej w to mieszać... 

- Przynajmniej tyle szacunku zdołałeś jej okazać... - mruknęła Raija cierpko. 

Jewgienij skrzywił się trochę. 

-  Nigdy  nie  twierdziłem,  że  zachowywałem  się  jak  mnich.  Wiesz  zresztą  o  tym, 

prawda? Chcę, żeby wszystko było jasne. Nie lubię pływać pod fałszywą banderą. Mówiłem, 

ż

e wszystkiemu winna była śmierć Aleksiej a. To takie proste wyjaśnienie. Takiego potrze-

bowałem.  Wydawało  mi  się,  że  zrzucę  z  siebie  cały  ciężar  winy.  Ale  nic  się  we  mnie  nie 

background image

rozjaśniło. Gdy żałoba się skończyła, pojawiło się coś innego. Coś, czego bałem się jeszcze 

bardziej. Więc piłem, piłem i piłem, a to nie znikało. Wtedy znalazła mnie Antonia. Siedziała 

mi na głowie tak długo, aż wytrzeźwiałem. Poprzysięgła, że zrobi ze mnie mężczyznę. I udało 

jej się. I wyobraziła sobie, że skoro tak dobrze jej poszło, to może będzie z tego coś więcej. 

Nie może przecież być namiętną Tonią przez całe życie, prawda? 

Gdyby nie stan Jewgienija, Raija wymierzyłaby mu policzek. Antonia udawała może 

beztroską  dziewczynę,  ale  Raija  domyślała  się,  że  jej  nowa  rosyjska  przyjaciółka  kryje  w 

sobie takie uczucia, których Jewgienij nigdy nie zdoła zrozumieć. 

Antonia mogła przecież go po prostu pokochać. Jewgienij nie brał tego pod uwagę. A 

może nie chciał? 

- Zrozumiałem, że to, co mnie dręczyło, to była tęsknota. Człowiek próbuje ją w sobie 

ugasić.  Tak  jak  potrafi.  W  sposób,  który  zawsze  przedtem  skutkował...  Ale  tym  razem  nie 

poskutkował. Gdy wreszcie zrozumiałem, o co chodzi, pojąłem też, za czym tęsknię. Za kim... 

Wolałaby  go  nie  słuchać.  Cierpiała  razem  z  nim,  choć  przecież  niczemu  nie  była 

winna. 

Mówił dalej, a oczy mu pociemniały. Może sprawił to cielesny ból, a może cierpienie 

innego rodzaju. 

-  Nie  będę  się  nad  tym  rozwodził.  To  nie  w  smak  żadnemu  z  nas.  Nie  musisz 

wiedzieć, co wtedy myślałem. O czym marzyłem, co sobie wyobrażałem. Zawsze o tobie. Ty 

byłaś światłem, pięknem, ciepłem, kobiecością, dobrocią i szczęściem - wszystkim, do czego 

nie miałem dostępu. I nie mogły temu zaradzić ani inne kobiety, ani wódka. Ty jesteś jedyna 

w swoim rodzaju. Ty albo żadna inna. Antonia była szczera do bólu. Żaden mężczyzna nie 

lubi tego słuchać. Każdy by kłamał i zaprzeczał. Ale miała rację. Nie jestem już mężczyzną 

ani z nią, ani z żadną inną kobietą. 

Raija zamknęła oczy. Wolałaby o tym nie wiedzieć. Jak miała go pocieszyć? Że to z 

pewnością przejdzie? 

Nie  mogła  tego  wiedzieć.  Podobnie  jak  i  on  nie  mógł  wiedzieć,  czy  jego  kłopoty 

znikną razem z nią. 

- Nie mów nic więcej! - poprosiła Raija. - Nie zmuszaj mnie do niczego! 

- Nie sądzę, bym się na to zdobył. Czasem wydaje mi się, że chciałbym... że jestem 

gotów uciec się do wszelkich sposobów. Ale nie wiem, czy potrafiłbym z tym żyć. 

- Nie potrafiłbyś - rzuciła szybko i z wielką pewnością. - Co chciałbyś usłyszeć? Że 

jestem zachwycona? Nie wiem, czy jestem. Nie  dlatego, że  cię nie lubię. Wiesz, że tak nie 

jest. W dalszym ciągu uważam, że jesteś wspaniałym przyjacielem. Ze nic, nawet to, nie jest 

background image

w stanie nas rozdzielić. Zawsze będziemy przyjaciółmi. Obiecuję ci tylko przyjaźń. Nie masz 

prawa oczekiwać niczego więcej. 

Jego słaby uśmiech zdradzał, że doskonale o tym wie. 

- Bardzo cię lubię. Masz w sobie coś, jesteś przystojny. I to ramię... Kryje się za tym 

tragedia, to pociąga wiele kobiet. Wiem, że mnie potrzebujesz. Nie musisz nawet tego mówić, 

ja i tak o tym wiem. Ale mnie to nie wystarczy. Nie chodzi mi o mężczyznę, który mnie po 

prostu potrzebuje... 

- Mój Boże, Raiju... - westchnął Jewgienij. - Przecież ja cię kocham. Miałem nadzieję, 

ż

e nie zmusisz mnie do tego wyznania. To mnie tak bardzo upokarza. Ale dobrze: kocham 

cię.  Nie  tylko  cię  potrzebuję,  ale  cię  kocham.  A  ty  potrzebujesz  mnie.  Potrzebujesz 

mężczyzny... 

- ... ja również cię potrzebuję, Jewgienij. Ale nie na zawsze. Potrafię sobie wyobrazić 

samotność.  Nie  wydaje  mi  się  już  to  takie  beznadziejne.  Potrzebuję  twojej  przyjaźni, 

potrzebuję  twego  wsparcia  nie  dlatego,  że  jesteś  mężczyzną,  ale  dlatego,  że  jesteś 

człowiekiem,  że  jesteś  tym,  kim  jesteś.  Nie  mogłabym  wejść  w  związek,  w  którym  nie  ma 

miłości.  Nie  potrafiłabym  oszukać  samej  siebie.  Za  dobrze  mi  było.  Za  bardzo  kochałam. 

Trzeba nie lada mężczyzny, by moje wspomnienia przyblakły. Mikkal był moim życiem. 

Jewgienij leżał dość długo z zamkniętymi oczami. 

- Rozumiem - powiedział w końcu. - Teraz ze mną jest tak samo. 

Nie mieli już nic więcej do dodania. Nie na ten temat. Raija wyślizgnęła się z ciepłego 

łóżka. 

Deski  podłogowe  poskrzypywały,  gdy  już  w  spódnicy,  ale  boso  maszerowała  do 

kuchni.  Zręcznie  rozpaliła  ogień.  Ileż  to  już  razy  rozpoczynała  dzień  w  ten  sposób:  na 

kolanach, przed piecem. Wielu mężczyzn wstawało w ciepłym domu na śniadanie, które ona 

przygotowała. 

Raija skrzyżowała ręce na piersiach i podeszła do okna. Musiała pochuchać na szybę, 

ż

eby móc wyjrzeć przez maleńką dziurkę. 

Był szary ranek. Mgła wędrowała tuż nad powierzchnią wody. Dwina. Rzeka. Znów 

zamieszkała nad rzeką. Jej życie zaczęło się nad rzeką Torne, pośród otwartego krajobrazu, 

gdzie żadne ciemne góry nie zasłaniały widoku. Można było bez przeszkód sięgnąć oczyma 

aż do nieba. 

Jej nowy maleńki domek stal również nad rzeką tak szeroką, że wzięłaby ją za fiord 

albo  jezioro,  gdyby  nie  wiedziała,  jak  jest  naprawdę.  Nowa  kraina  była  płaska  i  otwarta, 

background image

zimniejsza  niż  jej  rodzinna  Finlandia,  ale  przestronna,  znacznie  przestronniejsza.  Wiatry 

mogły hulać tu do woli. Inny kraj, inne niebo. 

Ciemna  kropeczka,  którą  Raija  dostrzegła  nad  brzegiem  Dwiny,  stawała  się  coraz 

większa i większa. Zbliżała się też coraz bardziej. 

Raija potarła szybę, by mieć lepszy widok. 

Do  domku  w  szalonym  tempie  zbliżał  się  jakiś  jeździec.  Gdy  zeskoczył  z  grzbietu 

wierzchowca,  Raija  rozpoznała  Antonię.  Zanim  zdołała  otworzyć  drzwi,  Tonią  już  w  nie 

zadudniła, a potem niemal wpadła na Raiję. 

- Jeszcze jest wcześnie - rzuciła zdziwiona Raija. Antonia nic na to nie odpowiedziała 

Była spocona i zarumieniona, ale twarz miała poważną. Pachniała dymem. 

- Jewgienij nie śpi? 

- Już się obudził - odrzekła Raija. Antonia pobiegła w głąb domu, już po drodze coś 

głośno i szybko mówiąc. Raija zrozumiała od razu, dlaczego Jewgienij żartował sobie z niej, 

gdy chwaliła się, że ma tak wielki talent do języków. Teraz rozumiała zaledwie pojedyncze 

słowa. Antonia bowiem mówiła naprawdę po rosyjsku. 

Chodziło o coś ważnego. 

Krew  odpłynęła  z  twarzy  Jewgienija.  Chciał  się  podnieść,  ale  przyjaciółka 

przytrzymała go na miejscu. 

Zapadł się w siebie. Jakby się poddał. I zaczął płakać. 

Niepewna i niespokojna Raija podeszła do dwojga Rosjan. Znów czuła się jak obca. 

Nieśmiało, jak intruz, usadowiła się na skraju łóżka. 

Jewgienij spojrzał na Raiję. 

- „Sankt Nikołaj” płonie. 

Raija nie mogła w to uwierzyć. Popatrzyła na gościa. Dziewczyna pokiwała głową. 

- Pół portu płonie - powiedziała ostro. - Czternaście statków stało w płomieniach, gdy 

tu  wyruszyłam.  Będzie  jeszcze  więcej.  Wieje  bardzo  niekorzystny  wiatr,  roznosi  ogień. 

Niektóre statki stoją tak blisko tych, które się palą, że załoga nie ma odwagi wejść na pokład. 

A jeśli zacznie wiać jeszcze bardziej, pożar może się przenieść na okoliczne domy. 

Zapach  dymu,  który  przywiozła  ze  sobą  Antonia,  wydal  się  Raiji  znacznie 

wyraźniejszy.  Raija  zauważyła,  że  dziewczyna  nie  przebrała  się  od  wczorajszego  wieczoru. 

Miała na sobie to samo ubranie. Nie spała... 

- Jak to się stało? - chciała wiedzieć Raija. - Statek nie mógł się przecież zapalić sam z 

siebie. Nie o tej porze roku... nie na wodzie... 

background image

- Właśnie - potwierdziła Tonią. - Masz rację, Raiju. Statek nie mógł się zapalić sam z 

siebie. Ktoś podłożył ogień. 

-  Przecież  to  szaleństwo!  -  Raija  nie  mogła  w  to  uwierzyć.  -  Chyba  że  jakiś  chory 

człowiek.  Takie  zniszczenie!  Tak  zniszczyć  cudzą  pracę.  Odebrać  komuś  wszystko,  co 

posiada... 

- Istnieją tacy szaleńcy - rzekła Antonia. - W każdym razie ktoś oszalał tej nocy. Gdy 

Oleg i ja dotarliśmy do miasta, pierwsze statki już płonęły. W porcie było jasno jak w dzień. 

Nie  my  pierwsi  tam  przybyliśmy.  Oleg  chciał  ratować  „Sankt  Nikołaja”,  ale  ci,  którzy 

widzieli wszystko od początku, mówili, że to właśnie ten statek pierwszy zaczął się palić. 

Raija wprost nie wierzyła własnym uszom. 

- Dlaczego? - zapytała ponownie. 

-  Nie  wiem  -  odparła  Antonia  z  wielkim  smutkiem.  -  Gdybym  wiedziała  dlaczego, 

wiedziałabym  też  kto.  I  mogę  was  zapewnić,  że  bym  mu  nie  darowała.  Własnoręcznie 

poderżnęłabym mu gardło. 

Raija nie była aż tak żądna krwi. Nie w pełni pojmowała to, co mówiła Antonia. Nie 

rozumiała do końca, co się wydarzyło. Nie wiedziała, co to oznacza. 

- Oleg tam został - ciągnęła Antonia. - On i Piotr oraz część załogi. Mieli szukać przez 

cały dzień i przez całą noc... 

- I co? Co będzie, jeśli znajdą winnego? 

Tonią  popatrzyła  na  Raiję.  Nie  było  to  spojrzenie  dziewczyny,  która  się  modli  za 

własnych wrogów. 

- Oleg nie jest chyba bardziej tchórzliwy niż ja - powiedziała. 

- Tego nie wolno robić! Jewgienij, nie sądzisz chyba, że to słuszne? Nie możesz tego 

popierać! 

- Dzięki „Sankt Nikołajowi” miałem co jeść. 

-  Nie  wolno  podpalać  cudzej  własności  -  rzekła  surowo  Antonia.  -  Niezależnie  od 

tego, kto to był, zasłużył w pełni na to, co go spotka. 

Raija nie umiała znaleźć argumentów, ale uważała, że Tonią posuwa się za daleko. 

Ludzkie życie jest wiele warte. 

Okoliczności sprawiły, że ona sama odebrała życie dwóm mężczyznom. 

Nie lubiła o tym myśleć. Były to najmroczniejsze momenty w jej własnych dziejach. 

Ż

aden  z  tych  mężczyzn  nie  był  aniołem  w  ludzkiej  skórze,  ale  życie  zawsze  jest 

ż

yciem. 

background image

Raija wiele myślała o tym, co to znaczy - żyć. I wydawało jej się, że nikt nie powinien 

decydować o cudzym życiu. Nie znała nikogo, kto by był tego godzien. 

Ale to przecież inny kraj... 

- Zostaniesz tu? - spytała cicho Antonię. - Chyba i tak niewiele możesz tam zrobić.... 

- Muszę przecież pracować... Dziewczyna spostrzegła nieszczęśliwą minę Raiji. 

-  ...  choć  może  niekoniecznie  dziś.  Z  powodu  pożaru  niewiele  się  będzie  działo  w 

porcie. Chyba moje wozy na nic się nie przydadzą. 

Raija poczuła, że jej ulżyło. 

Jewgienij popadł w coś znacznie gorszego niż tamten niedobry sen po opium. Leżał 

bez czucia i tępo patrzył przed siebie. 

Opowiadał jej kiedyś o rosyjskiej melancholii. 

Ale  to  było  coś  jeszcze  gorszego.  A  ona  nie  mogła  mu  pomóc.  Wiedziała  tylko,  że 

najważniejsze to obudzić w nim chęć życia. 

-  Straciłem  wszystko  -  powiedział  tylko.  -  Wszystko.  I  ani  słowa  więcej.  Chwilami 

przysypiał. Potem budził się i patrzył w tę samą pustkę. 

Antonia  zdjęła  wierzchnie  ubranie  i  poplamione  spodnie  i  rzuciła  się  na  łóżko  obok 

Jewgienija. 

- Muszę się przespać - powiedziała tylko i zasnęła. Raija niewiele mogła  zrobić, ale 

próbowała pocieszać Jewgienija. 

- Przecież na tym nie kończy się świat - rzekła z przekonaniem. 

Wówczas  po  raz  pierwszy  i  jedyny  zareagował  na  jej  słowa:  popatrzył  na  nią  z 

wielkim rozczarowaniem. 

Raija zrozumiała, że jego świat właśnie się skończył. 

Po cichutku wyszła z sypialni. Bolało ją to, że straciła z Jewgienijem kontakt. 

Tak bardzo pragnęła mu pomóc, ale nie wiedziała, jak to zrobić. 

Sama  nie  jadła  nic  od  wczesnego  ranka  dnia  poprzedniego,  ale  nie  miała  jednak 

ochoty nawet myśleć o jedzeniu. Nie przemogła się również na tyle, by wrócić do sypialni i 

zapytać Jewgienija, czy nie zjadłby czegoś. 

Była przekonana, że i tak jej nie odpowie. 

Przesunęła ławeczkę pod okno, oparła łokcie na niewielkim parapecie i zapatrzyła się 

na rzekę. 

Wydawało  jej  się,  że  nieco  dalej  na  północy  widzi  poblask  łuny  pożaru.  Na  niebie 

pojawiło się bowiem jaśniejsze pasemko, które nie mogło zapowiadać wschodu słońca. 

background image

Rankiem,  zanim  Antonia  wstała,  zjawił  się  lekarz.  Policzki  miał  zarumienione  z 

pośpiechu.  Od  razu  zaczął  mówić  o  pożarze,  ale  Raija  z  trudem  rozumiała  szybko 

wypowiadane przez niego słowa. 

- Na szczęście nikomu się nic nie stało - oznajmił na koniec. - A jak pacjent? 

Raija  wskazała  głową  półotwarte  drzwi  do  sypialni.  Sama  nawet  się  nie  odwróciła, 

słyszała  tylko,  jak  lekarz  rozciera  ręce  przed  piecem,  żeby  je  rozgrzać,  nim  pójdzie  do 

chorego.  Nie  przejmowała  się  tym,  co  sobie  pomyśli  medyk,  gdy  zobaczy  Jewgienija  i 

Antonię w jednym łóżku. 

To nie był jej kraj. Nie musiała się przejmować plotkami, ludzkim gadaniem, niczym. 

Zamierzała tu zostać tylko chwilę. 

Raija usłyszała głos lekarza, po chwili odezwała się również Antonia. Tylko Jewgienij 

milczał. 

Po chwili Antonia wyszła z sypialni razem z doktorem. On mówił cicho, ona głośno. 

Dziewczyna  miała  na  sobie  tylko  koszulę,  która  sięgała  jej  wprawdzie  do  kolan,  ale 

ten  skąpy  strój  wprawił  doktora  w  wyraźne  zakłopotanie.  Tonią  jednak  nie  zwróciła  na  to 

uwagi. 

-  Jasne,  że  jest  zrozpaczony!  -  zawołała.  -  Stracił  rękę,  nie  jest  w  stanie  stanąć  na 

własnych  nogach.  I  jakby  tego  było  mało,  to  teraz  spalono  mu  statek,  którym  zarabiał  na 

chleb. Jest tak słaby, że nie może nawet unieść palca. Nie jest w stanie się zemścić. Na miły 

Bóg, któż by nie był zrozpaczony w takiej sytuacji? 

-  Przypilnujcie,  żeby  sobie  czegoś  nie  zrobił.  -  rzekł  wyraźnie  zmartwiony  lekarz.  - 

Nie wrócił jeszcze do sil. To nieszczęście może pogorszyć jego stan... 

Antonia niemal wypchnęła biednego doktora za drzwi. 

-  Poślemy  po  ciebie,  jeśli  będzie  taka  potrzeba!  -  zawołała.  -  Damy  sobie  radę. 

Kobiety  mają  przynajmniej  zdrowy  rozsądek!  Jewgienijowi  nie  starczy  sił,  żeby  odebrać 

sobie życie - powiedziała, siadając koło Raiji. 

- W przeciwnym razie uczyniłby to. 

- Wiem. 

- Dlaczego nic nie zrobisz? Dlaczego nic nie mówisz? Gdyby był mój, postarałabym 

się, żeby chociaż uniósł powieki. 

Raija odwróciła się od okna. Oparła się o ścianę i nie patrząc na Antonię, powiedziała: 

- On nie jest mój! 

background image

-  O  rany!  -  Antonia  podniosła  oczy  do  nieba.  Najwyraźniej  myślała  swoje.  -  Nie 

musisz  mi  współczuć.  Zniosę  tyle,  ile  trzeba.  Zrozumiałam,  że  to  nie  o  mnie  marzył  z 

wypiekami na twarzy. Nie jestem już taka naiwna, moja droga. 

- Może nawet chciałabym, żeby było tak, jak myślisz. 

- Raija znała już każdą deskę w suficie tego pomieszczenia. - Wówczas miałabym mu 

coś do zaofiarowania. Wówczas mogłabym mu pomóc. A tak, nie mogę. 

- Nie przyjechałaś z tak daleka po to, żeby liczyć deski w suficie maleńkiej izby nad 

Dwiną! 

-  Jestem  mężatką  -  powiedziała  Raija.  -  Na  zachodzie  zostawiłam  dzieci.  Uciekłam 

przed  lensmanem  i  szalonym  mordercą,  który  zabił  mego  ukochanego  i  chce  zabić  mnie. 

Oskarżyli mnie o czary... Nie, Toniu, nie przyjechałam tu po to, by liczyć deski w suficie. Ale 

nie  przyjechałam  też  po  to,  by  rzucić  się  w  ramiona  mężczyzny,  który  jest  moim  drogim 

przyjacielem. Uciekłam, by uratować swoje życie. 

Antonia otworzyła usta ze zdziwienia. Po raz pierwszy zapomniała języka w gębie. 

Nie trwało to jednak długo. 

- Powiadają, że mnie trudno zrozumieć - mruknęła. 

-  Pojęcia  nie  mają,  co  mówią.  Musisz  mi  opowiedzieć  kiedyś  o  tym  wszystkim  - 

dodała. - Kiedy nauczymy cię porządnie rosyjskiego. I kiedy postawimy go znowu na nogi. - 

Antonia zmarszczyła nos w zamyśleniu. 

- Może w takim razie nie powinnam tracić nadziei? Raija uśmiechnęła się blado: 

- Wydaje mu się, że mnie kocha. Antonia westchnęła. 

- Tak przypuszczałam - powiedziała. - Ale dlaczego on miałby mieć wszystko, skoro 

nikt z nas tego nie ma? 

Jewgienij  wciąż  trwał  w  ponurym  milczeniu.  Tuż  przed  zapadnięciem  zmroku 

nadjechał Oleg. Miał ściągniętą twarz i podkrążone oczy. 

- Pożar przeniósł się jednak na niektóre domy - powiedział i przymknął powieki. - Nie 

wszystkich udało się uratować. Trzy rodziny spłonęły żywcem. Mam jeszcze w uszach krzyk 

dzieci. 

- Ile statków? 

- Siedemnaście. Jeden tylko częściowo. „Sankt Nikołaj” zatonął. I pociągnął za sobą 

dwa,  które  stały  najbliżej.  Potworny  widok.  Rozpłakałem  się,  kapitanie.  Nie  płakałem  od 

czasów dzieciństwa, ale wówczas się rozpłakałem. 

- Znaleźliście go? - Antonia przeszła do rzeczy. Oleg kiwnął głową. 

- Kto to taki? 

background image

Oleg milczał. 

- Mam nadzieję, że dostał, co mu się należało - rzuciła twardo Antonia. - Kto to był? 

Oleg nie patrzył na nią. Powiedział do Jewgienija: 

- To był Piotr, kapitanie. 

Raija wlepiła wzrok w Antonię. 

Piotr? 

Brat Toni? 

Raija poczuła mdłości. 

Rosjanka stała nieruchomo. Chwyciła się mocno ramy łóżka, jej twarz pobielała, ale 

była równie zacięta jak przed chwilą. 

- Czy potraktowaliście go tak, jak na to zasługiwał? 

- zapytała. 

- Próbowałem temu zapobiec. - Oleg zwiesił głowę. 

-  Ale  gdy  wieść  się  rozniosła...  Ludzie  byli  bardzo  wzburzeni...  Tyle  nienawiści... 

Wciąż mieliśmy w uszach krzyki dzieci ginących w płomieniach. Ludzie rzucili się na niego. 

Cisnęli go na jeden z palących się jeszcze statków. Nie wiem, czy zatratowali go na śmierć, 

czy spłonął żywcem. 

Twarz Jewgienija była pozbawiona wyrazu, Antonia oddychała ciężko. 

-  Dostał  to,  na  co  zasłużył!  -  rzuciła  wreszcie,  a  potem  wyszła  z  domu,  nie 

spojrzawszy na nikogo. 

Raija chciała pobiec za nią, gdy usłyszała trzaśniecie wyjściowych drzwi, ale Oleg ją 

powstrzymał. 

- Sama sobie z tym poradzi! Antonia leczy się z wielkich trosk i cieszy się z wielkich 

radości na końskim grzbiecie. To jej sposób. 

- Dlaczego? - zapytała Raija. - Dlaczego on to zrobił? 

Ledwo go pamiętała. Młodego chłopaka, który właściwie niczym się nie wyróżniał. 

-  Udało  mi  się  z  nim  porozmawiać.  -  Oleg  śledził  Antonię  wzrokiem,  wyglądając 

przez  okienko.  Galopowała  brzegiem  rzeki,  byle  dalej  od  nich,  dalej  od  miasta,  prosto  w 

otwarty pejzaż, w którym nie brakowało miejsca na wielkie troski i na wielkie radości. 

- Upił się. I wystraszył się, gdy ludzie zaczęli trochę za dużo gadać o tobie i o tym, jak 

uratowałaś  Jewgienija.  Zamiast  ciebie  zwidywał  mu  się  diabeł.  A  na  dodatek  uważał,  że 

Antonia powinna zostać żoną kapitana. I w ten sposób zemścił się za to, że Jewgienij wziął 

sobie piękną, obcą czarodziejkę zamiast jego siostry. 

Raija zwiesiła głowę. 

background image

-  Znowu  to  samo  -  wyszeptała.  -  Przynoszę  ból  i  cierpienie  wszędzie,  gdzie  się 

pojawię. 

background image

13 

Raija coraz lepiej radziła sobie z rosyjskim, zaczęła nawet myśleć w tym języku. 

Oswajała się powoli z nieznanym. 

Tutejszy  żytni  chleb  przypominał  jej  domowy,  fiński.  Antonia  pomagała  jej 

przygotowywać  jedzenie,  obie  starały  się,  by  Jewgienij  jak  najszybciej  odzyskał  siły. 

Najmłodsza siostra Antonii, Tatiana, uszyła Raiji dwie codzienne suknie oraz kilka prostych 

spódnic i bluzek. 

Sama Antonia nauczyła ją jeździć konno. 

Jewgienij wstał z łóżka. 

Raija nie wiedziała nawet, jak wiele „Sankt Nikołaj” znaczył dla Bykowa. Jewgienij 

był jedynym właścicielem statku i teraz stracił najważniejsze źródło dochodów. Na szczęście 

załodze  udało  się  rozładować  towar  przed  pożarem.  Zarobione  pieniądze  umożliwiły  mu 

opłacenie załogi. 

Wypłacił nawet pensję Piotra. Antonia długo się opierała. 

- Zniszczył wszystko, co miałeś, i nie zasłużył na zapłatę. Niech zgnije w piekle! 

-  Dobrze  się  spisywał  na  pokładzie.  I  za  to  należy  mu  się  zapłata.  -  Każde  z  nich 

trwało przy swoim, ale w końcu Antonia przyjęła pieniądze. 

Od tamtej pory Raija nie słyszała, by Tonią wspominała o swoim bracie. Wymazała 

go ze swego życia. 

Zniknął tak, jak jego ciało wydane na pastwę ognia, który sam podłożył w porcie w 

Archangielsku. Jewgienijowi zostało trochę pieniędzy, gdy spłacił już załogę. Za mało jednak 

na nowy podobny statek. 

Raija dowiedziała się, że właśnie szkuty są największymi jednostkami handlowymi. 

Trzeba wielu dobrych sezonów, by zarobić na taki statek jak „Sankt Nikołaj”. 

Jewgienij  miał  jeszcze  dwie  lodzie  handlowe,  o  wiele  mniejsze  niż  spalona  szkuta. 

„Sankt Nikołaj” miał trzy maszty, łodzie handlowe tylko dwa. Raija pojąć nie mogła, że ktoś 

ma  dość  odwagi,  by  wypłynąć  na  nich  na  morze.  Deski  kadłuba  nie  były  nawet  porządnie 

zbite, zachodziły tylko na siebie, wzmocnione poprzecznymi obręczami. 

Jewgienij i Oleg długo rozmawiali o tych dwóch jednostkach. 

- Trzeba zacząć wszystko od nowa. - W głosie Jewgienija pobrzmiewała gorycz. - Te 

dwie łajby zarobiły na „Sankt Nikołaja”. Za parę lat znów kupię nowy podobny żaglowiec. 

background image

- Zdobędziemy jakieś łodzie rybackie i zaczniemy łowić! - Oleg uważał, ze wszystko 

jest możliwe. 

Był sternikiem w załodze Jewgienija i jego podwładnym, ale także jego przyjacielem i 

wspólnikiem  w  interesach.  Razem  snuli  plany  na  przyszłość.  Jewgienij  traktował  Olega  jak 

równego sobie. 

-  Na  Morzu  Białym?  Nie  chcesz  chyba  wybrać  się  aż  do  Finnmarku  z  jednorękim 

kaleką? 

Oleg uważał, że jest to możliwe. 

- Po Nowym Roku, na wiosnę, kiedy lody na morzu stopnieją, możemy zacząć sezon... 

Zdarzało  się,  że  Rosjanie  łowili  ryby  u  wybrzeży  Finnmarku.  Zaczynali  często  od 

połowów wiosennego dorsza w marcu i kwietniu, a czasem nawet w lutym. I zostawali tam na 

całe lato, łowiąc mintaja, dorsza i halibuta. Bywało, że do domu wracali dopiero we wrześniu. 

Rybacy  z  Norwegii  i  Laponii  robili  sobie  przerwę  między  tymi  dwoma  sezonami.  Rosjanie 

mieszkali  jednak  za  daleko,  by  dwukrotnie  przemierzać  odległość  między  łowiskami  i 

macierzystym portem. 

W  Morzu  Białym  też  łowiło  się  ryby,  przede  wszystkim  dorsze  i  śledzie.  Ale  w 

najzimniejszym okresie roku nie było to możliwe. Wodę pokrywał wówczas gruby lód. 

- Noga moja nie postanie na pokładzie. - Jewgienij był co do tego zdecydowany. - W 

każdym razie nie w łodzi rybackiej. Czy ktoś słyszał kiedykolwiek o jednorękim rybaku? A 

co z Raiją? 

- Ona i Antonia świetnie dadzą sobie radę. Są naprawdę wyjątkowe. 

Jewgienij nie dodał, że właśnie tego się obawiał. Że poradzą sobie aż za dobrze, choć 

Raija, złamana bólem, nie interesowałaby się poznanymi tu w Rosji mężczyznami. 

Raija  jednak  nie  patrzyła  już  tak  czarno  na  świat.  Nie  mówiła  tak  dużo  o  Mikkalu. 

Potrafiła się uśmiechać. Jewgienij słyszał, jak się śmiała razem z Tonią. 

Jewgienij nie zostawiłby śmiejącej się Raiji w towarzystwie Toni na całą wiosnę i na 

całe lato. 

Antonia znała bardzo wielu mężczyzn. 

Oleg  i  Jewgienij  zarzucili  myśl  o  połowach.  Postanowili  jednak  wykorzystać  łodzie 

handlowe. 

W tym celu obaj pojechali do Onegi, nieco dalej na zachód, żeby zawrzeć parę umów 

z kupcami, których tam znali. 

Nie było ich tydzień, Raija w tym czasie gościła u Antonii. Podczas gdy Tonią wbrew 

temu,  co  przystoi  porządnej  rosyjskiej  kobiecie,  zajmowała  się  interesami,  Raija  zwiedzała 

background image

miasto. Wędrowała po zasypanych śniegiem ulicach i dziwiła się, że można żyć w ten sposób, 

w takiej ciasnocie, bez powietrza. 

Na łonie natury człowiek miał zawsze tak blisko do nieba. 

Gdy Raija stała pomiędzy domami w Archangielsku i patrzyła w górę, niebo zdało jej 

się odleglejsze niż kiedykolwiek. 

Wspomniała o tym Antonii, ale ta tylko się śmiała. 

-  Za  dużo  myślisz  -  powiedziała.  -  Czy  masz  jakąkolwiek  korzyść  z  nieba?  Ja  nie 

pamiętam,  bym  w  ogóle  spojrzała  w  tym  kierunku  ostatnimi  czasy.  I  nie  wydaje  mi  się,  że 

cokolwiek straciłam. Podoba ci się chyba przynajmniej to, że tyle tu ludzi? Człowiek nigdy 

nie czuje się samotny. 

Raija potrząsnęła głową. 

- Ja lubię być sama. Potrzebuję trochę ciszy, by myśleć. 

- No właśnie! Za dużo myślisz! 

Te dwie kobiety różniły się od siebie jak ogień i woda, a zarazem istniało między nimi 

przedziwne  podobieństwo.  Antonia  żyła  tak,  jakby  każdy  dzień  miał  być  jej  ostatnim. 

Korzystała z życia, jak tylko mogła. Przepełniały ją radość i pogoda, choć jednocześnie nikt 

nie potrafił nienawidzić tak intensywnie jak ona i tak czarno patrzeć na świat. Nikt nie umiał 

ś

miać się ani płakać w ten sposób. 

W  jej  życiu  nie  było  żadnego  „pomiędzy”.  Albo  bujała  wysoko  w  chmurach  aż  do 

zawrotów głowy, albo spadała w przepaść bez dna. 

Raija  żałowała,  że  nie  jest  taka.  Ona  uważała,  że  mimo  wszystko  istnieją  pewne 

granice. I choć patrzyła w przyszłość, to czuła się związana z przeszłością i nie potrafiła tak 

łatwo zapomnieć o tym, co się zdarzyło. 

Istniało  jednak  między  nimi  podobieństwo.  Każda  z  nich  chadzała  własnymi 

ś

cieżkami. Obie były mocne, dumne i nieustraszone, delikatne, a jednak zdolne do wielkich 

namiętności.  Budziły  oburzenie,  czasem  przerażenie.  Żadna  z  nich  nie  nawiązywała  z 

łatwością kontaktów z innymi kobietami. 

Antonia była pierwszą kobietą, którą Raija mogła nazwać swoją przyjaciółką. Tonią 

zaś, która już od lat darła koty ze wszystkimi kobietami w okolicy, zaprzyjaźniła się z Raiją. 

- Może chciałabyś pójść ze mną na tańce? Raija spojrzała na Antonię zdziwiona. 

- Żeby mnie wzięli za dziewkę? Jewgienij nigdy by mi tego nie darował. 

- A myślisz, że w jakich okolicznościach mnie spotkał? 

Raija wolała o tym nie myśleć. 

background image

-  Nie  chcę  się  mieszać  w  ten  tłum  brudnych  mężczyzn  -  powiedziała  z  odrazą  w 

głosie. - Czy to dzień święty czy nie, to większość z nich i tak nie wie, co to porządna kąpiel. 

Ś

mierdzą. Nie chcę, żeby się na mnie gapili. Nie chcę, żeby mnie podszczypywali w tłumie, 

bo nawet nie będę wiedziała, komu wymierzyć policzek... 

Antonia się roześmiała. 

- Ależ z ciebie porządnisia! Jak nie chcesz, to nie! Wiesz, co mi właśnie przyszło do 

głowy? Możemy wziąć jeden z wozów i wyjechać z miasta. Ty przecież lubisz rozmyślać w 

spokoju i ciszy. Możemy siedzieć tam sobie przez całą noc i sączyć ten świetny, zagraniczny 

likierek Jewgienija. Pogadamy sobie, powygłupiamy się... 

- Jewgienijowi potrzebny jest ten likier... 

- On i tak za dużo pije - spoważniała Antonia. - Widziałam go kiedyś w tym stanie. 

Wtedy  pilnowałam  go  przez  parę  tygodni  bez  przerwy.  Groził,  że  mnie  zabije,  ale  nie 

dawałam  za  wygraną.  Nie  żałuję  tego  oczywiście,  ale  wściekłabym  się,  gdyby  cały  mój 

wysiłek poszedł na marne. Nie chcę patrzeć, jak on niszczy swoje zdrowie... 

Raiji również nie podobało się to, że Jewgienija ciągnie do alkoholu. Rozmawiała z 

nim nawet na ten temat. Ale w jego spojrzeniu wyczytała, że jeśli pije, to nie ma w tym jego 

winy... 

Kobiety  ubrały  się  ciepło.  Antonia  jak  zwykle  założyła  spodnie,  ale  zabrała  też 

całkiem  nową  sukienkę,  którą  uszyła  jej  Tatiana.  Dała  się  skusić  na  sukienkę  wtedy,  gdy 

siostra  szyła  ubrania  dla  Raiji.  Raija  zastanawiała  się,  czy  Tonią  nie  zabrała  tego  stroju  ze 

sobą, żeby zrobić wrażenie na Jewgieniju. Podejrzewała bowiem, że jej nowa przyjaciółka nie 

całkiem pożegnała się z nadzieją... 

Mimo  mroku  i  chłodu  miasto  tchnęło  ciepłem.  Męski  śmiech  odbijał  się  echem  w 

cichych  uliczkach,  okna  karczem  były  rozświetlone.  Wszyscy  odłożyli  robotę  do 

poniedziałku.  Mężczyźni  wędrowali  po  gospodach,  pili,  tańczyli.  A  kobiety  siedziały  w 

domach. 

Porządne kobiety. 

Ten i ów wołał coś do Antonii i Raiji, gdy jechały ulicami. Dobrze, że były we dwie w 

taki wieczór. 

-  Życie  jest  dla  mężczyzn!  -  westchnęła  Antonia.  -  Śmiech  jest  dla  mężczyzn! 

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, Raiju? Co wieczór dziękuję Bogu, że nie jestem porządną 

kobietą. Nie na wiele się to zda i na pewno będę się smażyć w piekle przez całą wieczność, 

ale uważam, że powinnam Mu powiedzieć, że jestem zadowolona z obrotu spraw. 

background image

-  Sporo  myślisz,  Toniu!  -  Raija  nie  mogła  się  powstrzymać  przed  odrobiną 

złośliwości. - Wciąż masz ochotę na Jewgienija, prawda? 

Przez chwilę słychać było tylko stukot końskich kopyt. 

-  Nie  wiem!  Sama  już  nie  wiem!  Wcale  nie  z  powodu  ręki.  Nie  do  wiary,  że  tak 

ś

wietnie  z  tego  wyszedł,  prawda? W  życiu  bym  w  to  nie  uwierzyła.  Myślałam,  że  umrze... 

Trudno pragnąć jednego mężczyzny przez dłuższy  czas.  Zdaje się, że ja nie jestem do tego 

zdolna. A Jewgienij prawie nie zauważa, że istnieję. Nawet kiedy mnie obejmował, nic to dla 

niego nie znaczyło. Równie dobrze mógłby objąć deskę. Nie tego oczekuję od męża. 

- Tak mówił... 

- Co takiego? - wykrzyknęła zaskoczona Antonia. - Powiedział ci o nas? Nigdy bym 

się tego po nim nie spodziewała. 

Dobrze,  że  już  wyjechałyśmy  z  miasta  i  nikt  nas  nie  słyszy,  pomyślała  Raija.  Tonią 

mówi tak głośno... 

- Cóż, to prawda. - Antonia nie zwykła niczego owijać w bawełnę. - Natura nieźle go 

obdarzyła, ale co z tego. Nic podobnego w życiu mnie nie spotkało. Żadna siła nie zdołałaby 

go podniecić. A niebo świadkiem, że próbowałam wszystkich sposobów! 

Raija  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Antonia  była  taka  bezpośrednia.  Ona 

sama mogłaby wprawdzie coś takiego pomyśleć, ale żeby mówić głośno... 

- Za to Oleg... - Antonia zagwizdała. - No cóż, gdybym tylko zechciała... 

- Ale nie wiesz, czy chcesz? 

-  Nie  jest  zbyt  bystry.  -  Antonia  nie  znała  litości.  -  No  i  mógłby  się  nauczyć  tego  i 

owego o kobietach. Na przykład jak się zachować pod kołdrą... - Z grobową miną zwierzyła 

się Raiji: - Wydaje mu się, że podnieca cię do szaleństwa, a tymczasem jest równie atrakcyjny 

jak ta deska, którą Jewgienij mógłby z powodzeniem trzymać zamiast mnie. 

- Nie możesz mu tego powiedzieć? 

- Żeby wystraszyć go na zawsze? Nie zrobię tego, dopóki nie podejmę decyzji. Jeśli 

się na niego zdecyduję, to muszę nauczyć go co nieco, prawda? 

Antonia,  zajęta  rozmową,  zbytnio  popuściła  lejce.  Zwierzęta  jakby  na  to  czekały. 

Ruszyły z kopyta, pragnąć skorzystać ze swobody. 

Antonia ściągnęła lejce, ale nie zdołała opanować koni. 

Pędziły coraz szybciej, a wóz niebezpiecznie podskakiwał i skrzypiał. 

Raija jedną ręką objęła Antonię w pasie, drugą zaś chwyciła się krawędzi wozu. 

W ciemności jeden z koni zboczył nieco z drogi i jego kopyta trafiły w pustkę. Zsunął 

się w dół po stromym brzegu rzeki, a drugi tuż za nim. 

background image

Raija  pojęła,  co  się  stało,  dopiero  wtedy,  kiedy  i  wóz  gwałtownie  staczał  się  po 

zboczu. 

W ciemności rozległo się dzikie rżenie koni, przekleństwa Antonii i jej własny krzyk. 

Raija wypadła z wozu. Leciała w mrok, chłód i nicość. Coś ją uderzyło w głowę. 

I wszystko zamieniło się w czerń. 

Antonia  nie  wypuściła  lejców.  Trzymała  je  tak  mocno,  że  aż  paznokciami  poraniła 

sobie dłonie. 

Wóz przygniótł jednego konia, zabijając go na miejsca Drugi próbował się podnieść, 

bez powodzenia walcząc ze śniegiem, ciężarem martwego towarzysza i wozu. 

- Raija? Raiju, gdzie jesteś u diabła? Antonia zaczęła szukać przyjaciółki po omacku. 

W tej chwili oddałaby wszystko za jedną latarnię! 

Ostrożnie  pochyliła  się  do  przodu  i  próbowała  wypatrzyć  coś  w  mroku,  pod 

szczątkami wozu. 

Wydawało jej się, że wóz stracił jedno koło. Dyszel był nadwerężony, mógł się więc 

złamać. 

Antonia  nie  ucierpiała  zbytnio,  bo  spadła  na  konia,  a  potem  po  prostu  się  z  niego 

ześlizgnęła. 

Ale co z Raiją? Gdzież ona może być? 

Jewgienij nigdy jej nie wybaczy, jeśli Raiji przydarzy się coś złego. 

Na niebie nie było nawet księżyca, wysoko połyskiwały tylko jakieś dalekie gwiazdy. 

Czy  ten  przeklęty  księżyc  nie  mógłby  się  pojawić  przynajmniej  tej  nocy?  Czy  to  takie 

wygórowane żądanie? 

Antonia uspokajała konia. Miała nóż w kieszeni kurtki, ale gdyby przecięła uprząż i 

wyswobodziła zwierzę, wóz mógłby runąć do rzeki. 

- Raiju, odezwij się, do cholery! Jewgienij mnie zabije, jeśli coś ci się stało. Raiju! 

Zdumiona Antonia zamrugała oczami. 

Nagle zrobiło się jasno. 

Czyżby zaczynała tracić zmysły? 

Zdziwiona  uniosła  głowę.  Niebo  ponad  nią  płonęło  kaskadą  mroźnych  kolorów, 

rozbłysło pasmami lodowatego światła. 

Zrobiło się prawie tak jasno, jak w dzień. 

Zorza  polarna.  Antonia  nie  pamiętała,  by  zorza  polarna  pojawiła  się  kiedyś  tak 

niespodziewanie. 

Jakby nad którąś z nich czuwał anioł. 

background image

Nie sądziła, by jakikolwiek anioł zadał sobie tyle trudu, by czuwać nad nią. 

Antonia  wślizgnęła  się  pod  wóz,  który  zaczął  już  niebezpiecznie  trzeszczeć.  Ten 

przedziwny  spektakl,  w  którym  grała  cała  natura,  musiał  mieć  jakiś  sens.  Dziewczyna  nie 

widziała żadnego innego wytłumaczenia. 

Bez  światła  zorzy  polarnej  nie  znalazłaby  przyjaciółki,  która  leżała  za  martwym 

koniem. Oderwane koło uderzyło Raiję w głowę. Z rany za uchem sączyła się krew. 

- Nie możesz umrzeć! - krzyczała Antonia, czołgając się po śniegu. Złapała Raiję za 

pelerynę i wydostała ją spod wozu. - Nie możesz umrzeć! W tym wszystkim musi być jakiś 

sens! Ktoś przecież nad tobą czuwa! 

Antonia była silna i zwinna. Odciągnęła Raiję dalej. 

A  potem,  brnąc  po  kolana  w  śniegu,  podźwignęła  Raiję  i  pociągnęła  ją  w  górę  po 

nadrzecznym  zboczu.  Nie  wiedziała,  jak  długo  to  trwało.  Z  wysiłku  bolały  ją  wszystkie 

mięśnie, ale przecież musiała to zrobić. Wniosła ranną do połowy wzgórza i tam zatrzymała 

się na chwilę, by trochę odpocząć. Ostrożnie położyła przyjaciółkę na śniegu. 

Musiała zejść na dół jeszcze raz, by uratować konia. Nie mogła go przecież zostawić 

na pastwę losu. 

Przerażone zwierzę rżało i miotało się. 

Zorza polarna przygasła. 

I całkiem zniknęła. 

Antonia szarpała się z uprzężą. By pomóc Raiji, potrzebowała również konia. 

Pozwól  mi  uwolnić  konia,  dopóki  widzę  cokolwiek!  prosiła  tajemną  siłę,  która  jej 

pomogła. 

Wóz runął na martwe zwierzę, gdy ocalały koń wreszcie się wyplątał z uprzęży. Całe 

szczęście, że najpierw wyciągnęłam stąd Raiję, pomyślała Antonia. 

Po wielu zachętach ze strony Antonii, dodatkowo przez nią popychany, koń wspiął się 

na drogę. Brzeg rzeki był tu bardzo stromy, a sypki śnieg nie ułatwiał zwierzęciu poruszania 

się. 

Raija leżała tak, jak ją Antonia zostawiła. Tonią panicznie bała się widoku krwi. Choć 

nie posiadała się z wdzięczności, gdy rozbłysła zorza polarna, ucieszyła się również teraz, gdy 

po zorzy pozostał tylko maleńki pasek światła pomiędzy gwiazdami. 

Antonia wolała nie patrzeć na to wszystko. 

Koń, choć zaniepokojony, słuchał swojej pani, która zajmowała się nim od źrebięcia. 

Kazała  mu  stać  w  miejscu,  więc  stał.  Waśka  doskonale  wiedział,  do  kogo  należy  i  kogo 

powinien słuchać. 

background image

Antonia mogła zająć się Raiją. Choć przyjaciółka nie ważyła zbyt wiele, niełatwo było 

ją unieść. Tonią zacisnęła mocno zęby i wytężyła wszystkie siły, aż w oczach jej pociemniało. 

Przez  chwilę  odpoczywała,  oparłszy  bezwładną  Raiję  o  siebie.  Czuła  jej  ciepły  oddech  w 

okolicy ucha i to dodało jej sił. 

Znacznie  trudniej  było  wsadzić  Raiję  na  konia.  Dokładniej  mówiąc,  musiała 

przewiesić  przyjaciółkę  przez  koński  grzbiet  niczym  pusty  worek.  Potem  usadowiła  się  za 

Raiją i ruszyła ku domowi Jewgienija. 

Tę jazdę Antonia miała zapamiętać na całe życie. 

Droga do domu Jewgienija wydała jej się strasznie długa, a lęk nie opuszczał jej nawet 

na chwilę. 

Tyle razy tędy jeździła dla rozrywki. 

A teraz ta sama droga wydała jej się długa jak całe życie. 

Gdy dotarła na miejsce, nie miała czasu zajmować się zwierzęciem. Poklepała je tylko 

z wdzięcznością po grzbiecie i pochwaliła. 

Przede wszystkim musiała się zająć Raiją. 

Zaabsorbowana  zdejmowaniem  nieprzytomnej  przyjaciółki  z  końskiego  grzbietu, 

nawet nie zauważyła, że w domu Jewgienija pali się lampa. Nie spostrzegła świeżych śladów 

na śniegu i nie usłyszała rżenia koni, które już stały w stajni. 

Cholera,  pomyślała  sobie.  Kiedy  raz  na  jakiś  czas  rzeczywiście  przydałby  się 

mężczyzna, to oczywiście nie ma go na podorędziu. Ku swemu zaskoczeniu usłyszała wtedy 

głos Jewgienija. 

-  A  gdzież  to  miłe  panie  były?  -  Głos  Jewgienija  brzmiał  niemal  pogardliwie,  ale 

Antonia wybaczyła mu natychmiast. 

- Wielkie nieba! Nigdy tak się nie ucieszyłam na twój widok! 

Jewgienij wyszedł z oświetlonego domu, więc jego oczy musiały się przyzwyczaić do 

ciemności. 

- Co się dzieje z Raiją? - zapytał ostro. - Czyżbyście jechały na jednym koniu? 

Antonia dowlokła Raiję do Jewgienija i oparła o jego zdrowe ramię. 

-  Wyjechałyśmy  wozem  -  powiedziała  z  nieszczęśliwą  miną.  -  Ale  wóz  wyleciał  z 

drogi  i  nie  wiem,  co  się  stało  z  Raiją.  Ma  ranę  na  głowie.  I  bardzo  krwawi.  Boję  się, 

Jewgienij. Zabierz ją do domu! Boję się, nie słyszysz?! Nic się jej nie może stać! Tak bardzo 

ją lubię, do cholery! 

Antonia, pociągając nosem, pomogła mu wnieść Raiję do domu. 

background image

-  Ja  też  ją  lubię.  -  Jewgienij  starał  się  nie  myśleć  zbyt  wiele,  wiedział,  że  powinien 

przede wszystkim działać. - Do mojego pokoju! 

Antonia  poszła  przodem,  żeby  otworzyć  drzwi.  Wiedziała  równie  dobrze  jak 

Jewgienij,  że  on  i  Raija  nie  śpią  we  wspólnym  łóżku.  Od  kiedy  kapitan  wyzdrowiał  i  nie 

potrzebował opieki nocą, mieli osobne pokoje. 

Ale skoro Jewgienij chciał ją tam mieć, Antonia się nie sprzeciwiała. 

Zrozumiała  tylko,  że  może  porzucić  wszelkie  nadzieje,  jakie  wiązała  z  nim  jako 

mężczyzną. 

Jewgienij obchodził się z Raiją tak, jakby była zrobiona z najpiękniejszej i najbardziej 

kruchej  porcelany.  Antonia  pomogła  mu  ułożyć  ranną  na  łóżku,  ale  nie  pozwolił  jej  nawet 

dotknąć butów ani peleryny Raiji. Zajął się tym sam. 

Każdy jego ruch był pieszczotą. 

Antonia nie pamiętała, by dotykał jej kiedykolwiek w taki sposób. Nawet w czasach, 

gdy miał jeszcze dwie czułe dłonie. 

W  drzwiach  pojawił  się  Oleg.  Antonia  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  Potrzebowała 

kogoś. Potrzebowała skryć się w czyichś ramionach. 

- Wody - zakomenderował Jewgienij. Ostrożnie badał ranę na  głowie Raiji. Antonia 

poszła do kuchni. 

- Spora rana - powiedział, gdy już stanęła przed nim z kubkiem letniej wody. 

Delikatnie  przemył  ranę.  Starł  krew,  która  wyglądała  tak  groźnie  w  świetle  zorzy 

polarnej. 

- To był poważny wypadek. Toni zrobiło się słabo. 

- To wszystko moja wina! Nie uważałam, jak należało. Powinnam była wziąć sanie... 

- Rana nie jest zbyt głęboka. A głowa zawsze bardzo krwawi. 

Jewgienij  obrócił  się  na  chwilę  i  spojrzał  w  twarz  rozdzieranej  wyrzutami  sumienia 

Antonii. 

-  To  nie  twoja  wina.  Co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Wszystko  będzie  dobrze. 

Przywiozłaś ją stamtąd, prawda? Teraz się nią zaopiekujemy. Niedługo znów będzie tą samą 

Raiją. 

Antonia bardzo pragnęła w to uwierzyć. 

- Pomogła nam zorza polarna - powiedziała z przekonaniem. - Rozbłysła tuż nad nami 

dokładnie  wtedy,  gdy  tak  bardzo  potrzebowałam  światła,  żeby  odnaleźć  Raiję.  Tuż  nad 

naszymi  głowami.  Zrobiło  się  jasno  jak  za  dnia.  A  gdy  już  wyniosłam  ją  w  bezpieczne 

background image

miejsce i miałam zamiar uwolnić konia, zorza zgasła. Nic równie dziwnego nie przydarzyło 

mi się nigdy w życiu. Jakby natura stanęła po naszej stronie. 

Jewgienij i Oleg wymienili spojrzenia. Nie oczekiwali tego rodzaju słów od Antonii. 

Dowodziło  to  najdobitniej,  że  wszystkie  kobiety  są  w  gruncie  rzeczy  takie  same,  nawet  te, 

które chodzą w męskim ubraniu i klną jak dziesięciu marynarzy razem wziętych. 

Jewgienij łagodnym ruchem odgarnął ciemne włosy ze zranionego miejsca na głowie 

Raiji.  Na  jego  ustach  igrał  uśmiech.  Palce  mu  drżały,  gdy  delikatnie  muskał  twarz 

nieprzytomnej. Dotykał jej tak, jakby była święta. 

Tonią wstrzymała oddech. Czuła, że nie ma prawa stać tu i patrzeć na nich oboje. Nie 

potrafiła jednak wyjść. 

Gdyby  nawet  miała  jeszcze  w  sobie  resztki  nadziei  na  miłość  Jewgienija,  to  teraz 

straciłaby ją zupełnie. 

Niebiosa  świadkiem,  że  sama  patrzyła  w  oczy  bardzo  wielu  mężczyzn,  patrzyła 

również  w  oczy  Jewgienija.  Nigdy  jednak  nie  widziała  w  nich  takiego  uwielbienia,  takiego 

bezgranicznego oddania, jakie malowało się w jego oczach w tej chwili. 

I nie ona była jego przedmiotem. 

Raija. 

-  Wyzdrowiejesz,  mój  aniele  -  powiedział.  Z  naciskiem.  Jakby  chciał  zaczarować 

rzeczywistość. 

-  Chętnie  przy  niej  posiedzę.  -  Antonia  czuła,  że  musi  coś  zrobić,  naprawić  jakoś 

własną lekkomyślność. Niezależnie od tego, co mówił Jewgienij, wiedziała, że to wszystko jej 

wina. 

Ale on nie przyjął jej pomocy. 

- Przyjechaliśmy wiele godzin temu, Toniu. Jesteśmy wypoczęci. Zajmij się koniem i 

sama odetchnij. Ja posiedzę przy Raiji. 

- Wezwiemy Schwarzberga? Jewgienij się zawahał. 

-  Jeśli  się  nie  obudzi  tej  nocy  -  powiedział  po  chwili.  -  Sądzę, że  dojdzie  do  siebie. 

Myślę, że poradzę sobie z tym nie gorzej niż lekarz. 

Antonia długo patrzyła na przyjaciela. Jego twarz była jej tak droga. I na zawsze taka 

pozostanie.  Odczuwała  ból  na  myśl,  że  to  nie  jej  dłonie  będą  pieścić  tę  wyrazistą,  mocną 

twarz. Jego usta nigdy nie wyznają jej miłości. 

Czuła  się  tak,  jakby  zbierała  róże.  Ich  łodygi  jednak  mają  kolce.  Świadomość,  że 

bezpowrotnie utraciła Jewgienija, była jak kolec, który utkwił głęboko w jej palcu. Ale Tonią 

zdoła go wyrwać. 

background image

-  Nie  pozwoliłbyś  nikomu  innemu  nad  nią  czuwać,  prawda?  -  zapytała,  wiedząc 

dobrze, jaką odpowiedź usłyszy. 

- Nie. Ona również przy mnie czuwała, gdy tego potrzebowałem. A przecież nie żywi 

do  mnie  tego  rodzaju  uczucia.  Dla  niej  jestem  tylko  przyjacielem.  A  ona  dla  mnie  całym 

ż

yciem. Jakże mógłbym nie czuwać nad nią? 

-  Jesteś  nie  tylko  przyjacielem  Raiji  -  rzekła  Antonia  bardzo  poważnie.  -  Jesteś  jej 

najlepszym przyjacielem. A to bardzo duża różnica, Jewgienij. Nie zapominaj o tym. 

Uśmiechnął się ze smutkiem. 

-  Ale  różnica  nie  jest  taka  wielka,  jak  bym  sobie  tego  życzył.  Tyle  pragnąłbym  jej 

ofiarować. Ale ona tego nie chce. Tonie we własnej przeszłości. A ja nie mogę rywalizować z 

duchami. 

- Przeszłość to coś więcej niż duchy. - Antonia popatrzyła na Raiję. - Raija zrozumie 

to pewnego dnia, Jewgienij. I ty przy niej wtedy będziesz. 

Jewgienij  miał  nadzieję,  że  Tonią  się  nie  myli.  Wiedział  jednak,  że  przeszłość  jest 

wciąż dla Raiji przerażająco żywa. 

background image

14 

Antonia odprowadziła Waśkę do stajni, gdzie stały już inne konie, i nakarmiła go, po 

czym wróciła po cichu do domu. 

Oleg  rozpalił  ogień  we  wszystkich  piecach:  w  kuchni,  w  największym  pokoju  i  w 

sypialni. 

Teraz siedział przy piecu kuchennym ze szklanką w dłoniach. 

- Mnie też dobrze zrobi odrobina rumu. - Antonia rzuciła kurtkę i czapkę na oparcie 

krzesła. 

Oleg  skinął  głową  w  stronę  stołu,  na  którym  stała  opróżniona  do  połowy  butelka. 

Mężczyźni najwyraźniej wypili już wcześniej po kieliszeczku. 

- Jak wam poszło w Onedze? 

Antonia przysunęła swoje krzesło bliżej ognia. I bliżej Olega. 

- Dobrze. Mamy zamówienia na pewien czas. Znów wypływam na morze. Jewgienij 

nie chce. 

- Pamiętasz, by kiedyś tak się zachowywał? - zapytała Antonia. 

Oleg opróżnił swoją szklaneczkę i napełnił ją na nowo. Antonia sięgnęła po butelkę. 

-  Nie.  To  przerażające,  prawda?  Zastanawiam  się,  czy  on  będzie  umiał  tak  żyć... 

Znieść to, że ona go nie kocha. 

- Nie bądź taki pewien. Kto wie... 

-  Wiedziałaś  o  tym,  że  ona  miała  wyjść  za  Aleksieja?  -  Oleg  popatrzył  na  Tonie.  - 

Kłócili  się  o  nią,  kiedy  Aleksiej  tak  tragicznie  umarł.  Jewgienij  twierdzi,  że  wówczas 

traktował ją jak siostrę, ale ja wiem swoje. Antonia słyszała o tym po raz pierwszy. 

- A więc zna ją od tak dawna? - szepnęła. - Nie miałam o tym pojęcia. Szkoda, że nie 

mogę rzucić na nią czaru. Żeby spojrzała na niego... 

- ... tak jak ty? - dokończył za nią Oleg, unosząc jedną brew. 

- Tak - potwierdziła Antonia i nie umknęła spojrzeniem. - Tak jak ja na niego patrzę. 

Ale  przejdzie  mi  to.  Jestem  zupełnie  inna  niż  Jewgienij.  Wkrótce  zostanie  tylko  słodko  - 

gorzkie wspomnienie. Ja nie jestem z natury taka poważna. Myślałam, że o tym wiesz, Oleg. 

- Może wtedy zechcesz porozmawiać ze mną? - zapytał. - Teraz nie jesteś w stanie. 

- Może - uśmiechnęła się Tonią. - Jeśli zechcesz czekać tak długo. Wydaje mi się, że 

się  pożegnałam  z  Jewgienijem.  I  nie  jesteś  mi  niemiły.  Zauważyłeś  to,  prawda?  Chyba 

możemy już teraz porozmawiać o naszej przyszłości. 

background image

-  Moim  zdaniem  jeszcze  się  z  nim  nie  pożegnałaś.  Mnie  nie  chodzi  o  jedną  noc, 

Antonia. - Oleg mówił bardzo poważnie. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może już następnej 

jesieni  będziemy  mogli  kupić  inną  szkutę.  Jako  kapitan  statku  handlowego,  jako  jego 

współwłaściciel, będę chyba nieźle zarabiał. Będę zarabiał tak dobrze, że może powrócę do 

planów, które na razie od siebie odsuwałem. Żeby kupić dom. Żeby mieć w nim kogoś... 

- W takim razie nie powinieneś rozmawiać z dziewczyną, którą zna pól Archangielska. 

- Antonia spuściła wzrok i miała ochotę utopić się w złotym płynie. - Powinieneś rozejrzeć się 

wśród pięknych dziewcząt, które haftują swoją wyprawę i wiedzą, jak dbać o dom, dzieci i 

męża. 

- Żadnej z nich nie lubię - powiedział spokojnie. - Tak się składa, że ta, która mi się 

najbardziej podoba, zawsze była trochę zwariowana. Myślałem, że zdołam ją poskromić. Ale 

nie sądzę, by mi się udało. I zacząłem marzyć o niej takiej, jaka jest. Nigdy nie przepadałem 

za haftowaną pościelą. To strata czasu. 

Antonia westchnęła: 

- A ja miałam ze sobą piękną suknię. Jedyną, jaką posiadam. Chciałam być dla was 

piękna. Ale suknia leży teraz pod roztrzaskanym wozem... 

- Pojadę tam, gdy zacznie świtać - obiecał Oleg. - Znajdę ją dla ciebie. Ale musisz mi 

obiecać, że ją założysz. 

- Oczywiście. 

-  Tonią  w  sukience!  Za  żadne  skarby  nie  chciałbym  tego  przegapić.  -  Oleg  wskazał 

głową drzwi stojące otworem. - On będzie tam czuwał niezależnie od tego, co zrobimy? 

- Tak. Proponowałam, że posiedzę przy niej, ale nie pozwolił mi. On ją tak kocha. 

- On ją uwielbia! 

-  Chętnie  poszłabym  spać.  -  Antonia  była  naprawdę  wyczerpana.  -  Taka  jestem 

zmęczona  i  tak  się  boję  samotności.  Przytulisz  mnie,  Oleg?  Pozwolisz  mi  spać  z  tobą  i 

przytulisz mnie? 

- Oczywiście - powiedział i rozłożył pod piecem ławę, na której zmieścili się oboje. 

Antonia przylgnęła mocno do Olega, zwinęła w kłębek i zasnęła z westchnieniem. 

Jewgienij natomiast nie zasnął. Jakże by mógł? Usiłował zachować spokój i pewność 

siebie w obecności Antonii. 

Gdybyż jednak Tonią wiedziała! 

Gdyby  ujrzała  dławiący  kamień,  który  dusił  go  od  środka.  Gdyby  poczuła,  jaki  jest 

zimny i jak nieustannie rośnie. 

background image

Jewgienij  bal  się  tak  samo  jak  Antonia.  Nie  mogą  teraz  stracić  Raiji.  Teraz,  gdy  on 

wreszcie znów stanął na nogi. Gdy się przekonał, że jego życie nie jest jeszcze stracone. Gdy 

znów zaczął czuć się jak mężczyzna. 

Uda się, uda się jeszcze raz wspiąć na szczyt. Tym razem nie jest sam. Oleg będzie o 

to walczył z równą zaciętością. 

Potrzeba  tylko  trochę  czasu.  By  odbudować  w  sobie  odwagę.  By  stać  się  dla  Raiji 

kimś, bez kogo nie może się obejść. 

Nie może jej teraz stracić! 

Antonia wspominała coś o zorzy polarnej. Raija zawsze kochała to światło. Działało 

na nią w przedziwny sposób. Nie, nie wolno mu o tym myśleć, jeśli nie chce oszaleć. 

Jewgienij  zerwał  się  na  równe  nogi  i  zasłonił  malutkie  okienko.  Nie  chciał  nic 

widzieć. Nie chciał patrzeć ani na gwiazdy, ani na zorzę polarną. 

Dorzucił  parę  drew  do  ognia.  „W  pokoju  stał  kaflowy  piec,  który  Jewgienij  kupił 

kiedyś od Niemca. Ów Niemiec wiele podróżował i często zaglądał do Archangielska, zanim 

car uczynił Sankt Petersburg największym rosyjskim portem. 

Skończyły się czasy, gdy w mieście Jewgienija roiło się od cudzoziemców. Jewgienij 

kochał piękne przedmioty. Zwłaszcza te, które miały duszę. Nie kupował byle czego, kierując 

się tylko wyglądem danej rzeczy. 

Każda  rzecz,  którą  posiadał,  miała  swoją  historię.  I  podwójną  wartość:  oprócz  ceny 

liczyła się też historia związana z tym przedmiotem. 

Umeblował  dom  nader  oszczędnie.  Antonia,  która  na  przekór  swemu  ascetycznemu 

stylowi  ubierania  się  uwielbiała  otaczać  się  tysiącem  drobiazgów,  nazywała  ten  dom  nagą 

kryjówką. 

Nigdy  nie  lubiła  pokoju  Jewgienija,  ale  jego  właściciel  wiedział  doskonale,  że  ten 

pokój to w gruncie rzeczy on sam. 

Łóżko  z  pomalowanego  na  złoty  kolor  drewna  przyjechało  z  zachodniej  Europy. 

Miało pięknie rzeźbione nogi, choć cała reszta była utrzymana w prostym stylu. 

Zamówił  je  niegdyś  pewien  kupiec  z  Archangielska.  Ożenił  się  z  młodą  i  piękną 

dziewczyną i chciał jej pokazać, że zna się na smaczkach z wielkiego świata. 

Kupiec przeniósł się niestety na tamten świat, nim łóżko zdołało dotrzeć do miejsca 

przeznaczenia. A młoda i zadowolona wdowa za nic w świecie nie pozwoliłaby wnieść tak 

niegustownego mebla do swego domu. 

Jewgienijowi  spodobała  się  ta  historyjka.  Potem  zaś  przypadło  mu  do  gustu  samo 

łóżko i dlatego je kupił. 

background image

W pokoju stały jeszcze dwie skrzynie na ubrania. Jedna zrobiona z dziwnego drewna, 

które odstraszało mole. Pochodziła z Dalekiego Wschodu i, rzecz jasna, dotarła tu, na daleką 

północ,  drogą  morską.  Zdobiły  ją  sceny  z  życia  na  wschodzie,  wyrzeźbione  w  ciemnym 

drewnie. Przedstawiały pracujących w polu, zgrabnych ludzi o egzotycznych rysach. Ptaki z 

długimi dziobami i cienkimi, długimi szyjami. 

Drzewa, których Jewgienij nie potrafił nawet sobie wyobrazić... 

Z  tą  skrzynią  nie  wiązała  się  żadna  historia.  Jewgienij  wymyślał  jednak  niezliczone 

opowieści o ludziach na niej przedstawionych. 

Druga  skrzynia  pochodziła  z  posagu  jego  matki.  Zrobiono  ją  w  Wielikim  Ustiugu, 

mieście  znanym  z  wyrobu  pięknych  przedmiotów  z  drewna.  W  skrzyni  spoczywało  wciąż 

mnóstwo rzeczy, które matka Jewgienija uszyła własnoręcznie, gdy była młodą dziewczyną. 

Na malowanych obrazkach, które zdobiły ten sprzęt, przedstawieni byli Rosjanie. Matczyna 

skrzynia była najdroższa sercu Jewgienija. 

Fotel kupił swego czasu na aukcji. Jeden z miejscowych bogaczy nadepnął kiedyś na 

odcisk swoim sąsiadom, ci zaś postarali się, by go zrujnować. Fotel stał niegdyś w domu tego 

człowieka przed kominkiem. Jewgienij pamiętał do tej pory poczucie triumfu, z jakim przebił 

najwyższą  ofertę  podczas  aukcji.  On,  prosty  chłopak,  miał  siedzieć  sobie  równie  wygodnie 

jak wielki pan. 

I to już całe umeblowanie pokoju. Bardzo proste. Jak i on sam. Tylko zasłony wnosiły 

do tej sypialni odrobinę luksusu. Jewgienij potrzebował od czasu do czasu odgrodzić się od 

ś

wiata. Uszyła mu je siostra Antonii z resztek materiału po jakiejś sukni. A jej suknie nosiły 

najelegantsze panie w mieście. 

Jewgienija bawiła również ta historia. 

Głosy  Olega  i  Antonii  ucichły  czas  jakiś  temu.  Jewgienij  odrzucił  grzywkę  z  czoła. 

Pragnął szczerze, by Antonia czym prędzej otrząsnęła się z młodzieńczego zadurzenia. Czuł 

bowiem, że przytłaczają go jej uczucia, gdyż sam nie miał jej nic do zaofiarowania. 

Nawet sama myśl o tej sytuacji przysparzała mu cierpienia. 

Jewgienij z niechęcią uświadomił sobie, że przecież Raija może odczuwać dokładnie 

to samo względem niego. 

Jednak Antonia była w zupełnie innej sytuacji. Oleg kochał ją tak bezgranicznie. Tyle 

tylko, że paraliżowała go duma. Mógłby ją mieć, ale nie chciał, dopóki stawiała go na drugim 

miejscu. 

Dobry Boże, dlaczego życie musi być tak zagmatwane! 

background image

Raija  poruszyła  się  na  łóżku.  Dotknęła  ręką  twarzy,  potem  położyła  dłoń  na 

poduszce.... 

Serce  Jewgienija  zatrzymało  się  na  parę  sekund.  Jej  policzki  zarumieniły  się  chyba 

odrobinę? Była tak strasznie blada. Blada jak... Nie, tylko nie to. 

Czy jej także przychodziły do głowy takie myśli, gdy on leżał nieprzytomny? Nigdy 

mu nie opowiadała o tym, co jej wtedy w duszy grało. 

Jewgienij uzmysłowił sobie, że chciałby to usłyszeć. Raija musi mu to opowiedzieć! 

Usadowił się najwygodniej jak się dało na krawędzi fotela. Z wielkim uczuciem ujął 

maleńką  dłoń  rannej  swą  wielką  ręką.  Gdy  tak  leżała,  trudno  było  sobie  nawet  wyobrazić, 

jaka  siła  kryje  się  w  jej  drobnych  dłoniach.  To  one  trzymały  przecież  jego  serce.  Bał  się 

ogromnie, że Raija zechce odrzucić ten ciężar. 

- Musisz do nas wrócić, Raiju - powiedział stanowczym głosem. Cisza działała mu na 

nerwy.  -  Musisz  napełnić  ten  dom  życiem,  tak  jak  tylko  ty  potrafisz.  Musisz  napełnić  go 

swoim  śmiechem.  Ukryć  mnóstwo  uśmiechów  w  każdym  kącie.  Niechaj  twoje  ręce  dotkną 

wszystkiego, co jest drogie mojemu sercu. Niech twoja stopa muśnie każdą deskę... A jeśli, 

mimo  wszystkiego,  co  dla  ciebie  uczynię,  zechcesz  mnie  opuścić  i  wrócić  do  tego,  co 

zostawiłaś  w  tamtym  świecie,  zostaną  mi  przynajmniej  wspomnienia.  Będę  wiedział,  że 

dotknęłaś tu każdej rzeczy. Będę wspominał twój śmiech dźwięczący między ścianami... Ale 

nie możesz odjechać! Nie możesz! Moje życie będzie puste bez ciebie. Tak niewiele miałem, 

dopóki cię nie odnalazłem i nie przywiozłem tutaj. Wydawało mi się, że jestem najuboższym 

człowiekiem  na  ziemi.  Teraz  mam  jeszcze  mniej.  Przestałem  nawet  być  dobrą  partią.  Ci, 

którzy  posiadają  troszeczkę  więcej,  przestali  mi  się  kłaniać.  Kobiety  już  o  mnie  nie  marzą. 

Mężczyzna, któremu zostało tylko lewe ramię, nie jest dla nich wiele wart... A zresztą ja i tak 

nie chcę żadnej z nich. To nie ma znaczenia. Rozumiem teraz, co czuł Aleksiej. Rozumiem, 

co  go  zżerało  od  środka.  Rozumiem,  że  marzenie  o  drugim  człowieku  może  tak  bardzo 

opętać. Wiem już, dlaczego nie potrafił żyć bez ciebie... Jeśli on naprawdę sądził, że coś nas 

łączy, to świetnie rozumiem, że nie potrafiłby również żyć z tobą. Nie miał innego wyjścia... 

Musiał zaczerpnąć trochę powietrza, ale nie wypuścił jej dłoni. 

- Siedzę tu i  gadam,  a ty  mnie nie słyszysz. Na Boga, Raiju, otwórz oczy! Powiedz 

cokolwiek! 

Czy sprawiła to jego modlitwa? Czy stałość jego pragnień? 

Czyżby udało mu się poruszyć w niej coś, czego inaczej poruszyć nie można było? 

Raija  otworzyła  oczy.  Wcale  nie  tak  ostrożnie  i  niechętnie  jak  wówczas,  gdy  witała 

nowy dzień. 

background image

Po prostu otworzyła oczy. 

Brązowe,  czyste  oczy  patrzyły  na  Jewgienija.  Raija  zamrugała.  Uśmiechnęła  się 

nieznaczne. 

- Jewgienij? - zapytała, jakby zdziwiła ją jego obecność. - Dlaczego, do cholery, tak 

bardzo mnie boli głowa, Jewgienij? 

Ucałował  jej  dłoń.  Bogu  dziękował,  że  się  do  niego  odezwała.  Choć  Bogu  nie 

spodobały się zapewne jej słowa. 

- Jewgienij! Tylko nie kręć! Co się stało? Nie powinieneś być w Onedze? Gdzie jest 

Antonia? 

Raija  usiłowała  usiąść,  ale  wówczas  coś  zahuczało  jej  w  uszach  tak,  jakby  głowa 

miała się za chwilę rozpaść na kawałki. 

Musiała przełknąć ślinę, żeby nie zwymiotować, i grzecznie położyła się z powrotem. 

- Niewiele brakowało, a wylądowałybyście w Dwinie - wyjaśnił jej. - Koń zboczył z 

drogi. Tylko głupie baby mogą wybrać się w kompletnych ciemnościach na taką wycieczkę! 

Ty i Antonia razem stajecie się wprost niemożliwe! 

Raija  starała  się  myśleć,  ale  w  głowie  strasznie  się  jej  kręciło,  szumiało  i  stukało. 

Miała poczucie, że jej czaszka jest trzykrotnie większa niż zazwyczaj. 

- Miałyśmy zamiar opróżnić twoją buteleczkę likieru - uśmiechnęła się z wysiłkiem. - 

Miło  było  wyjechać  z  Archangielska.  Mężczyźni  wykrzykiwali  jakieś  paskudne  rzeczy  za 

nami... 

- Nie pamiętasz wypadku? 

-  Pamiętam  światło...  -  Raija  zapatrzyła  się  w  dal,  jakby  widziała  przez  ścianę. 

Spojrzenie  jej  powędrowało  w  sferę,  do  której  on  nie  miał  dostępu.  -  Ale  to  chyba 

niemożliwe,  prawda?  Na  niebie  nie  świecił  nawet  księżyc.  Wydawało  mi  się,  że  niebo  jest 

takie dziwne. Że gwiazdy są dziwne. Dlaczego tak mi się wydawało, Jewgienij? Gwiazdy to 

gwiazdy, prawda? 

Rosjanin nie odpowiedział. 

Czyżby pamiętała zorzę polarną? 

Dlaczego  zrobiło  mu  się  tak  chłodno?  Przecież  to  nie  ma  żadnego  szczególnego 

znaczenia. 

Po  prostu  pojawiła  się  wówczas  zorza.  Jewgienij  podobnie  jak  Raija  uważał,  że  to 

piękne zjawisko. Ale nic jej o tym nie powiedział. 

- A Antonia? - zapytała Raija. 

background image

-  Jest  bardzo  nieszczęśliwa.  Mówi,  że  to  jej  wina.  Myślę  jednak,  że  już  śpi.  Od 

pewnego czasu, nie słyszałem ani jej, ani Olega. 

- Jak wam poszło w Onedze? - Raija zadała to pytanie, a dopiero potem zastanowiła 

się, skąd wiedziała, że on tam był. 

- Dobrze. Zdobyliśmy zamówienia. Oleg tam popłynie. 

Raija zamrugała. 

Wiedziała, o czym on mówi. Ale nie pamiętała nic, dopóki jej o tym nie powiedział. 

Tak dziwnie bolała ją głowa. 

Wszystkie myśli zdawały się takie nowe. Wszystko, co jej się zjawiało, gdy zamknęła 

oczy, było takie świeże. 

Każda myśl sprawiała jej zresztą tyle bólu. 

- Czy uderzyłam w coś głową? - Obmacawszy swą czaszkę, znalazła ranę. A więc to 

ona tak ją swędzi. 

- Koło - wyjaśnił Jewgienij. - Koło wozu uderzyło cię w głowę. Odpadło i poleciało w 

górę. Rano pojadę na miejsce wypadku razem z Olegiem. Zobaczymy wówczas dokładnie, co 

się stało. 

- Co ze zwierzętami? 

- Jeden z koni zginął. Antonia twierdzi, że na miejscu. Raija odetchnęła  z ulgą. Nie 

mogła patrzeć na cierpienie zwierząt. 

Wiedziała  o  tym,  choć  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  by  kiedykolwiek  widziała 

cierpiące zwierzę. 

Jewgienij przysiadł na brzegu łóżka, bliżej Raiji. Teraz mógł trzymać ją za rękę. 

- O co chodzi? - zapytał łagodnie. - Co cię dręczy? Wiesz przecież, że możesz mi to 

powiedzieć. 

Zauważył,  że  przełknęła  ślinę.  Coś  ją  naprawdę  dręczyło,  ale  usiłowała  to 

zbagatelizować. 

-  Nic  takiego.  Nie  myśl  o  tym.  To  drobnostka.  Jestem  taka  zmęczona.  Straszliwie 

zmęczona. Czuję się tak, jakby ktoś mnie obił. 

- Wóz upadł na ciebie. Nic dziwnego, że tak się czujesz. Cała jesteś posiniaczona. 

-  Widziałeś?  -  zarumieniła  się.  Jewgienij  uśmiechnął  się  i  powiedział  również  z 

pewnym zawstydzeniem: 

- Antonia mi powiedziała. Prosiłem ją, by sprawdziła, czy nie masz jakichś ran poza 

tą, którą widać. 

- Dziękuję - szepnęła. - Nie chciałabym, żebyś ty to robił. 

background image

Spuściła wzrok i zamknęła oczy. 

Zasnęła tak szybko, jak zasypiają dzieci. 

Jewgienij długo trzymał ją za rękę. 

On również był zmęczony, ale zarazem poruszony. Nie mógł zasnąć, skoro do niego 

wróciła. 

Zbudziła się w nim nadzieja. Zjawiła się wraz ze smutną melodią, która współbrzmiała 

z bolesną nutą tęsknoty. 

Raija, Raija, brzmiały słowa tej pieśni. Jewgienij wiedział już, że statek, który kupi w 

przyszłości, tak właśnie się będzie nazywać. 

Oleg  może  sobie  mówić,  co  mu  się  podoba.  Ale  to  przecież  Jewgienij  dał  większą 

część pieniędzy potrzebnych, by znów rozpocząć drogę ku marzeniom. 

Następny statek może się nazywać „Antonia”. 

Raija wyglądała jak anioł, włosy rozrzucone na poduszce przypominały skrzydła. 

Z miejsca, na którym siedział, nie widział rany na jej głowie. 

Raija  wyglądała  nieprawdopodobnie  młodo.  Jasna  twarz,  pokryta  leciutkim 

rumieńcem,  prawie  czarne  rzęsy  i  brwi.  Miękkie  i  długi  rzęsy  opierały  się  niemal  na 

policzkach, a brwi przypominały skrzydła, ptasie skrzydła w locie. 

Lekko rozchylone usta, czerwone jak pąk kwiatu, który ma właśnie rozkwitnąć. Usta 

pełne, kuszące, zapraszające... 

Jewgienij nie zdołał się powstrzymać. 

Powoli, powolutku przysunął się do niej. Jego wola stopniała niczym wosk. 

Widział tylko te czerwone usta stworzone do pocałunków. 

Zamknął oczy i dotknął jej ust swymi wargami. Ledwo je musnął. 

Cofnął się pospiesznie jak oparzony. Wypuścił dłoń dziewczyny. Musiał czym prędzej 

wstać i odejść. Nie powinien przebywać tak blisko niej. To mogło być niebezpieczne dla nich 

obojga. 

Czuł  bowiem,  że  ogarnia  go  słabość,  że  nie  potrafi  przeciwstawić  się  swym 

pragnieniom. A przecież miało być zupełnie inaczej. 

Zatrzymał się koło pieca i spojrzał na Raiję. 

Dobry  Boże,  jaka  ona  piękna!  Wprost  promieniała  pięknem.  Jasnością.  Czy  tylko 

dlatego, że kochał ją do szaleństwa? Czy tylko on widział ją w ten sposób? 

Tego nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. 

Raija była jego rajem, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że ów raj może zamienić 

się w piekło. 

background image

Będzie  spała  tak  długo,  aż  jej  ciało  odpocznie.  Był  tego  pewien.  Wierzył  już,  że 

wyzdrowieje. 

Pamiętał, że zostało jeszcze trochę rumu, który pili tego wieczoru razem z Olegiem. 

Potrzebował wypić coś mocniejszego. Coś, co zdoła rozluźnić jego ściśnięte gardło. 

Jeszcze  raz  rzucił  okiem  na  Raiję,  nim  zamknął  drzwi.  Miłość  do  niej  niemal 

rozsadzała mu piersi. 

Raija. 

Wszystko w nim śpiewało. 

Raija! Raija! Raija! 

Nie mógł wykrzyczeć tej pieśni. Ból zamknął mu usta. 

Odwrócił się i ruszył do kuchni. 

Oleg i Antonia zgasili lampę. 

Jewgienij  wpadł  na  krzesło,  które  stało  nieopodal  pieca.  Niewiele  brakowało,  a 

wywróciłby  butelkę.  Chwycił  ją  w  locie,  wyciągnął  korek  zębami,  wypluł  go  na  podłogę  i 

zaczął pić. 

Trunek podziałał na niego tak, jak się spodziewał. Tyle że zostało go niewiele. Oleg i 

Antonia nie oszczędzali rumu. 

Antonia  wydawała  się  Jewgienijowi  taka  drobna,  gdy  leżała  koło  zwalistego  Olega. 

We  śnie  była  taka  bezbronna  -  ta  drapieżna  Antonia.  Oleg  obejmował  ją  ramionami,  jedno 

trzymał pod jej szyją, drugie w talii. 

A on nigdy nie będzie trzymał w ten sposób Raiji... 

Nie pamiętał zresztą, co czuł, gdy podobnie obejmował Antonię. 

Skrzywiwszy się, przyłożył flaszkę do ust i wysączył kilka ostatnich kropli. 

Jewgienij zazdrościł Olegowi. 

Nie dlatego, że Oleg miał Antonię. 

Nie Antonii zazdrościł swemu wspólnikowi. 

Chodziło o to, że tamten zdobył tę jedyną. Wybraną. Tonią była tą jedyną i wybraną 

dla Olega. 

Jewgienij odstawił butelkę na stół. Narobił przy tym trochę hałasu. 

To  wystarczyło,  by  dziewczyna  gwałtownie  usiadła.  Popatrzyła  w  mrok  i  dojrzała 

kontury Jewgienija w nikłym świetle dochodzącym zza okna. 

- Jewgienij? 

- Nie przejmuj się mną! Nie słuchała go. Zwinnie przedostała się przez ciało Olega i w 

tej samej chwili stanęła u boku Jewgienija. 

background image

- Co z Raiją? 

Przyjaciel otoczył ją ramieniem i poklepał uspokajająco. 

- Odzyskała przytomność. Rozmawiała ze mną. Zaklęła nawet i to mnie utwierdziło w 

przekonaniu, że wszystko będzie dobrze... 

Antonia odetchnęła z ulgą. Chwycił ją jeszcze mocniej za ramię. 

- O Boże! - wyrwało mu się. - Wielkie nieba! 

- Co się z tobą dzieje? Jewgienij! Ty drżysz! Co się z tobą dzieje, do licha? 

Jewgienij puścił Antonię i opadł na krzesło. 

Nie  zauważył  tego  wcześniej,  tak  oszołomiło  go  poczucie  ulgi.  Tak  go  ogłupiło,  że 

prawie nic nie słyszał... 

- Co wiesz o jej życiu, Toniu? Co wiesz o życiu Raiji? 

- Co nieco - wzruszyła ramionami Antonia. - Mąż, dzieci, zamordowany mężczyzna. 

Oskarżenia o czary. Żadnych szczegółów. I jeszcze jakaś historia pomiędzy nią a Aleksiejem, 

prawda? Dlaczego pytasz? 

Jewgienij wciąż wsłuchiwał się w to świeże wspomnienie. 

-  Kiedy  się  do  mnie  odezwała,  Toniu,  nie  mówiła  po  lapońsku.  Użyła  rosyjskiego. 

Mówiła płynniej niż przedtem. Jakby znała go lepiej. Jakby nie znała żadnego innego języka. 

Jewgienij umilkł i popatrzył na Tonie. 

- Czy można zapomnieć część swego życia? Antonia nie odpowiedziała na to pytanie. 

W głosie Jewgienija pobrzmiewała nadzieja. 

- Chcesz, żebym na wszelki wypadek trzymała język za zębami? 

Pokiwał głową. 

- Myślisz, że zdobędziesz ją w ten sposób? 

- Chcę spróbować. Bez niej moje życie nie ma żadnego sensu. Wiem, że ja jeden na 

całym  świecie  nie  powinienem  cię  prosić  o  coś  takiego.  Ale  ty  znasz  ją  najlepiej,  jeśli  nie 

liczyć  mnie  i  Olega.  Oleg  będzie  milczał,  gdy  go  o  to  poproszę.  Wszystko  zależy  więc  od 

ciebie. 

-  Nie  jesteś  taki  niezastąpiony,  Jewgienij.  -  Antonia  uśmiechnęła  się  nieznacznie.  - 

Wyleczę się z ciebie. Lubię cię jednak tak bardzo, że będę milczeć. Przynajmniej tyle jestem 

ci winna. Jeśli sama sobie nie przypomni, ja jej na pewno nic nie powiem. 

- Czy jestem złym człowiekiem, skoro tego pragnę? Czy to zbrodnia? 

-  Być  może.  -  Antonia  potargała  mu  trochę  grzywkę.  -  Ale  jeśli  tak  się  stało  i  jeśli 

dzięki temu będziecie mogli być razem, to chyba nie jest to aż tak straszna zbrodnia. Gorsze 

popełniane są każdego dnia. 

background image

- A co z nią? Sądzisz, że może być ze mną szczęśliwa? 

- Zobaczymy. 

background image

15 

Tej nocy Jewgienij nie zmrużył oka. Jak lunatyk wrócił do Raiji i usiadł na krawędzi 

łóżka.  Nie  spuszczał  z  rannej  wzroku,  jakby  w  ten  sposób  chciał  przeniknąć  wszystkie 

tajemnice jej umysłu. 

Gdy  się  obudziła,  zachowała  się  tak  jak  zawsze.  Zacisnęła  powieki.  Zamrugała  i 

przywitała dzień spod spuszczonych rzęs. Potem jeszcze raz zacisnęła powieki, odwróciła się 

od światła, skuliła w kłębuszek, ale nie było jej wygodnie. 

Widział to wyraźnie. Serce waliło mu jak młotem, wszystko w nim drżało. Mógł się 

przecież pomylić, sam był bardzo zmęczony... 

Może to tylko jego pobożne życzenia. 

Cóż z tego, że odezwała się po rosyjsku? Zna już przecież dość dobrze ten język. 

To nic nie musi znaczyć. 

Nadzieja Jewgienija ma bardzo słabe korzenie. 

Raija z trudem się rozbudziła. 

Czuła się fatalnie. Nie od razu przypomniała sobie wczorajszy wypadek, który mógł ją 

kosztować życie. 

Bolała ją jednak każda kość. Głowa ciążyła jak kamień, nie potrafiła nawet dźwignąć 

jej z poduszki. Z trudem uniosła powieki, żeby rozejrzeć się wokół siebie. 

To przecież nie jej pokój. To łóżko Jewgienija. 

Czyżby coś między nimi zaszło? 

Ale przecież Jewgienij był w Onedze, a ona w Archangielsku. 

Wtedy przypomniała sobie dźwięki. 

Rżenie koni. Zgrzytanie kół. Poczuła chłód bijący od śniegu. I uderzenie w głowę. 

Jej dłoń powędrowała w stronę rany. 

Gdy  dotknęła  jej  palcami,  wiedziała  już,  co  to  jest.  Przypomniała  sobie  rozmowę  z 

Jewgienijem. 

Mrużąc oczy, poszukała go spojrzeniem. 

- Wciąż tu siedzisz? Wcale nie spałeś? Jewgienij oddychał szybko i w napięciu. Drżał, 

siedząc w fotelu. 

- Nie, nie spałem - powiedział. Musiał zebrać się w sobie za wszelką cenę. - Ale to nie 

szkodzi. Nie jestem zmęczony. To ty potrzebowałaś snu, mój aniele. 

background image

- Głowę mam ciężką jak kamień - westchnęła. - Nie mam odwagi jej unieść. Nie wiem 

nawet, czy dałabym radę. 

Jewgienij  musiał  na  chwilę  zamknąć  oczy.  Pragnął,  by  wciąż  mówiła.  By  nie 

przestawała mówić. Jej słowa brzmiały jak muzyka w jego uszach. 

Rosyjski. 

Bez wątpienia rosyjski. 

Gdyby  tak  ją  wypróbował...  gdyby  powiedział  parę  słów  w  języku,  który  znała 

znacznie lepiej niż rosyjski... 

Ale nie odważył się. 

-  Jestem zbita  na  kwaśne  jabłko  -  powiedziała.  -  Nigdy  w  życiu  tak  nie  oberwałam. 

Chyba koń mnie stratował. Antonia o tym nie wspominała? Chociaż ona nie powiedziałaby 

nic złego na temat konia... 

Jewgienij zaśmiał się cicho. 

- Pewnie masz rację. Ale wydaje mi się, że koń trzyma się z daleka od ciebie, moja 

miła. Spadł na ciebie wóz. 

Antonia usłyszała ich głosy. Od dawna już nie spała, choć wciąż leżała. 

Oleg obudził się pierwszy i już wstał. Obudziło ją trzaśniecie drzwi, gdy wychodził. 

Usłyszała tętent końskich kopyt o zmrożony grunt. 

Antonia wolała nie zastanawiać się, co to oznacza. Olega trudniej jej było zrozumieć 

niż większość mężczyzn, których znała. Jeśli nie liczyć Jewgienija. 

Wsłuchiwała się w głosy zza ściany. Rozpoznała głos Raiji. I Jewgienija. Nie zdołała 

wyłapać słów, ale wyczuła ich rytm. Kapitan miał rację. 

Rozmawiali po rosyjsku. 

Raija nie zacinała się tak, jak przedtem. Słowa płynęły równie wartko jak Dwina. 

Antonia przez całe życie zachowywała się spontanicznie. Zerwała się na równe nogi i 

boso pobiegła po lodowatej podłodze. Ściągnęła skarpety po rozmowie z Jewgienijem. Niech 

licho porwie Olega! Czemu nie napalił w piecu przed wyjściem? Mężczyźni nigdy nie myślą 

o takich rzeczach. 

- Gołąbeczki już się obudziły? - spytała, otwierając drzwi na oścież. 

Jewgienij spojrzał na nią ostro. Raija - pytająco. Niepewnie. 

-  Ależ  okropnie  wyglądasz,  Raiju!  -  Tonią  wdrapała  się  na  łóżko  i  usadowiła  u  nóg 

chorej. - To moja wina. Tak bardzo żałuję i błagam o przebaczenie! 

Raija zmusiła się do uśmiechu: 

background image

- Co tu wybaczać? Nie pamiętam wszystkiego, ale nie wydaje mi się, żebyś zrobiła coś 

niewłaściwie.  Po  prostu  miałyśmy  pecha.  -  Zmarszczyła  czoło.  -  Zdaje  się,  że  została  tam 

twoja sukienka... Antonia się roześmiała. 

-  Moja  sukienka,  tak.  Ale  przecież  ja  nie  potrzebuję  sukienek.  Najlepiej  mi  w 

spodniach. Nigdy nie będę porządną rosyjską kobietą. Ty masz na to większe szanse. 

Raija  się  znów  uśmiechnęła.  Nawet  nie  zmarszczyła  brwi.  Przez  jej  spojrzenie  nie 

przemknął żaden cień. 

- Musisz zdjąć te brudne ubrania - ciągnęła Antonia. - Czuć je koniem aż tutaj. Leżałaś 

przyklejona niemal do końskiego boku. Chociaż zazwyczaj to ja tak śmierdzę. 

- Nie wiem, czy zdołam usiąść. 

-  Nie  spiesz  się.  Jewgienij  i  ja  roztopimy  trochę  śniegu  i  przygotujemy  ci  porządną 

kąpiel. Tak gorącą jak tylko się da. To ci dobrze zrobi. 

Antonia  uśmiechnęła  się  i  zlekceważyła  wszelkie  sprzeciwy  Raiji.  Zeskoczyła  na 

podłogę i pociągnęła Jewgienija w stronę drzwi. 

- Nie zjem ci go. Nie bój się. 

- Co to za przedstawienie? - syknął, gdy już byli w kuchni. - Chcesz jej zasugerować, 

ż

e między mną a Raiją coś jest? Czego się spodziewasz? 

- A zaprzeczyła? Jewgienij umilkł. 

- Wygląda na to, że ona nie pamięta wielu rzeczy - powiedziała Antonia z naciskiem. - 

Spłoszyła się, lecz nie zaprzeczyła. Powinieneś się nad tym zastanowić, podczas gdy ja pójdę 

po śnieg, a ty będziesz rozpalał w piecach. 

Raija  zdołała  usiąść,  gdy  Jewgienij  wtoczył  do  sypialni  wielką  drewnianą  balię  i 

postawił ją na podłodze. Uśmiechnął się, ale nic nie powiedział. 

Raija również go nie zagadywała, gdy rozpalał w piecu. 

Antonia grzała wodę i przynosiła garnek za garnkiem do sypialni. Para unosiła się aż 

do sufitu, powietrze zrobiło się wilgotne i gorące. 

Tonią wyprosiła Jewgienija z sypialni, gdy przyniosła już ostatnią porcję wody. 

- Prawdziwe damy nie zawsze potrzebują obecności mężczyzn - oznajmiła. - Pamiętaj, 

ż

e masz do czynienia z dwiema cnotliwymi rosyjskimi dziewczynami. 

Raija przesunęła się na  brzeg łóżka i spuściła nogi na podłogę. Musiała siedzieć tak 

przez chwilę, nim zdołała uspokoić kiwającą się głowę. 

- Czuję się jak wysokie drzewo - prychnęła. - A głowa ciąży mi jak głaz. Nie wiem, 

czy potrafię ją utrzymać. 

background image

Antonia  pomagała  jej  jak  umiała.  Jej  zręczne  palce  rozpięły  wszystkie  guziki. 

Ś

ciągnęła też z Raiji gorsecik i pończochy. 

Raija  niepewnym  krokiem  zbliżyła  się  do  balii  i  weszła  do  wody.  Zamruczała  z 

rozkoszy, gdy woda znieczuliła odrobinę jej obolałe ciało. 

Długo leżała z zamkniętymi oczami i napawała się ciepłem. 

Antonia  siedziała  na  jednej  z  cennych  skrzyń  Jewgienija.  Machała  nogami  w 

oczekiwaniu na decydującą chwilę. 

Wielka szkoda, że nie ma tu Jewgienija, że nie będzie świadkiem tego, co przesądzi o 

jego przyszłości. 

-  Kto  by  pomyślał,  że  woda  potrafi  czynić  takie  cuda!  -  westchnęła  Raija.  -  Teraz 

mogłabym nawet umrzeć. 

- Kąpiel bywa czasem lepsza od chłopa - zgodziła się Antonia. - Ale przyznam, że ja 

jednak przeważnie wolę chłopa. 

Raija się uśmiechnęła. 

- Dużo myślisz o mężczyznach, Antonia. Masz trochę mydła? 

Antonia podała jej kawałek mydła, podciągnęła kolana i objęła je ramionami. Wsparła 

o nie brodę i zagryzła dolną wargę. 

Raija namydliła sobie ramiona. Woda i mydło przyjemnie pieściły jej skórę. 

Zabierając się do mycia szyi, zażartowała: 

- Wszystkie dzieci przy tym wrzeszczały, prawda? Szyja i uszy! 

Antonia uśmiechnęła się blado. 

Raija masowała sobie ramiona. Piersi... 

Nagle jej dłonie zamarły. 

Z przerażeniem spojrzała na swoje ciało. Mydło wpadło do wody, ręce powędrowały 

nieco niżej i natrafiły na blizny. 

Rozszerzonymi z przerażenia oczami spojrzała na Antonię. 

- Matko Boska! Co to takiego, Antonia? Co się stało z moim ciałem? Skąd te blizny? 

Antonia spojrzała Raiji w oczy. Raija pokazała jej już kiedyś blizny i twardym głosem 

opowiedziała co nieco o swych cierpieniach. Teraz kłamstwo przeszło bez trudu przez gardło 

Antonii. 

- Nie wiem. To blizny z innego życia. 

- Co masz na myśli? - zapytała Raija ostro.  Zasłoniła piersi skrzyżowanymi rękami, 

jakby chciała się obronić. 

- Nie pamiętasz? Nic nie pamiętasz? 

background image

- Z innego życia? - Raija pokręciła głową. - Z jakiego życia? Co mam pamiętać? 

Antonia wzruszyła ramionami. Była pewna, że Raija nie udaje. Sama musiała jednak 

odegrać komedię. 

-  Zjawiłaś  się  tu  jako  obca  -  powiedziała.  -  Pojawiłaś  się  w  Archangielsku  nie 

wiadomo skąd i Jewgienij się tobą zaopiekował. Nigdy nie mówiłaś, skąd jesteś. Kim byłaś. 

Nie wiem nic o twoim życiu, Raiju. Nie wiem, kim byłaś, zanim stałaś się jedną z nas. 

Raija przyjęła te wyjaśnienia bez sprzeciwu. 

Palce  wciąż  dotykały  blizn.  Muskały  je  tak,  jakby  były  to  jakieś  znane  litery.  Nie 

znalazła jednak odpowiedzi na swe pytania. 

Koło,  które  odpadło  od  wozu,  zrobiło  coś  z  jej  głową.  Uderzenie  zamazało  w  jej 

pamięci wspomnienia. Zniszczyło całą przeszłość. 

Antonia zastanawiała się, jak długo to może potrwać. 

- Ale nie jestem jego... jego... 

- ... kochanką? - Antonia wzruszyła ramionami. - O tym nie rozmawiałyśmy. Ale na 

twoim miejscu wcale bym się nie wahała. 

- Byłam przy nim, kiedy stracił ramię... 

- Jasne. Niewiele kobiet ma to szczęście, by pływać statkiem. 

- Tego nie pamiętam... 

- Nie wysilaj się! - rzekła Antonia z udawaną troską. - Nie powinnaś się zmuszać do 

wspomnień.  One  wrócą  powoli.  Koło,  które  cię  uderzyło,  nie  należało  do  najmniejszych. 

Masz szczęście, że żyjesz. 

Raija zamrugała oczami. Zaczęła szukać śliskiego mydła. Znalazła je i myła się dalej, 

ale jej ruchy przypominały teraz ruchy lunatyka. 

Antonia wstała. 

- Znajdę ci jakieś ubranie. Wymknęła się z sypialni, starannie zamykając drzwi. 

Jewgienij  dreptał  tam  i  z  powrotem  pod  kuchennym  piecem.  Zbudował  go 

własnoręcznie z kamieni, które przywoził ze swych podróży. 

Tonią uwiesiła się mu na szyi i zatańczyła dookoła niego. 

- Ona nie pamięta - szepnęła. - Ona naprawdę nie pamięta. 

Szybko powtórzyła mu, co mówiła Raija. Jewgienij pobladł. 

- Jesteś kompletną wariatką, Tonią! Nie musiałaś przecież tak kłamać. 

- Zrobiłam to z twojego powodu. - Antonia nic sobie nie robiła z jego protestów. - I 

teraz wszystko zależy od ciebie. Ona nic nie pamięta. Jest zagubiona. 

background image

-  Nie  w  ten  sposób  chciałem  ją  zdobyć.  Teraz  nie  ma  wyboru.  Na  tym  nie  można 

zbudować szczęścia. 

Antonia puściła go. 

- Myślę, że to nie stało się przypadkiem - powiedziała cicho i poważnie. - Ty i Oleg 

możecie  śmiać  się  ze  mnie  do  woli,  ale  wciąż  uważam,  że  ta  zorza  polarna  była  bardzo 

dziwna.  Moim  zdaniem,  Raiji  było  pisane  stracić  pamięć.  Wspomnienia,  które  dźwigała, 

byłyby zbyt wielkim ciężarem dla każdego. A ona jest taka młoda. Może chodzi o to, by dać 

jej nową szansę. Nowe życie pod obcym niebem. Czy to takie niezwykłe? 

Jewgienij nie odpowiedział. Uznał, że Antonia też zaczęła zbyt wiele myśleć. O wiele 

łatwiej  postępować  z  kobietami,  które  niewiele  myślą.  Choć  może  nie  byłoby  to  takie 

ciekawe. 

- Zaniosę jej ubranie - powiedział. Raija wyszła już z kąpieli. Mokre ślady wiodły od 

balii do pieca. Teraz

 stała przed piecem nago, z rękami skrzyżowanymi na piersiach. 

Jewgienij zamknął drzwi i stanął, z trudem przełykając ślinę. 

Nigdy przedtem nie widział jej w ten sposób. 

Coś go zakłuło w piersiach, gdy zobaczył blizny, o których mu opowiadała. 

Nie wiedział, że jest ich aż tyle. 

Dobry Boże, przez co ona musiała przejść! 

Jeśli na tym świecie jest jakaś sprawiedliwość, to ona naprawdę zasługuje na życie, w 

którym nie będzie miejsca na koszmarne wspomnienia. Na życie bez przeszłości. 

- Twoje ubranie - powiedział zupełnie niepotrzebnie, wieszając spódnicę i bluzkę na 

oparciu łóżka. 

Nie ruszył się jednak z miejsca. Nie mógł oderwać od niej wzroku. 

- Jak to jest ze mną, Jewgienij? - zapytała. - Jestem jedną z was, czy jestem obca? 

- Jedno i drugie. 

- Słyszę, jak mówię. Ale wiem, że nie mówię tak samo jak ty ani jak Antonia. To nie 

jest mój język. Szukam słów, ale innych nie ma w mojej głowie... 

- Byłaś obca - powiedział. - Przyjechałaś tu. Nie wiemy skąd. Nie wiemy, przed czym 

uciekłaś. Nie wiemy kiedy. Mówiłaś, że masz na imię Raija. - Jewgienij rozłożył ręce i nie 

chciał mówić nic więcej. Nie chciał jej więcej okłamywać. 

- Nie wszyscy przyjmują obcych tak serdecznie jak wy. 

-  Nie  -  przytaknął.  -  Pojechałaś  ze  mną  na  zachód.  Do  Norwegii.  Chciałaś  się  tam 

rozejrzeć. Ale zdecydowałaś się jednak wrócić. 

Raija zaakceptowała to wyjaśnienie. 

background image

-  Czy  między  nami  coś  jest?  Coś,  czego  nie  pamiętam?  Pamiętam  ostatnie  dni. 

Pamiętam, jak chodziłam po Archangielsku. Pamiętam twoje ramię. I pożar... 

- Spalił się mój statek - wszedł jej w słowo. - Nie - kontynuował drżącym głosem - nic 

między nami nie było, Raiju. W każdym razie nic takiego, co masz na myśli. 

- Ale Antonia... 

-  Bardzo  tego  pragnę  -  powiedział.  -  Ale  wiem  także,  że  jestem  kaleką.  Niewiele 

kobiet spojrzałoby na mnie drugi raz... 

Raija wciąż stała. Jej ciało jeszcze nie wyschło, ale ciepło pieca sprawiało, że dobrze 

się czuła. 

- Chodzi ci o mnie, prawda? - zapytała spokojnie. - Wydaje mi się, że wiem, że mnie 

kochasz.  Gdy  to  słyszę,  budzą  się  we  mnie  jakieś  wspomnienia.  Niewiele  innych  słów  je 

wywołuje. Sama nie wiem, co czuję. Wydaje mi się, że znam cię całe życie, a jednocześnie 

mam poczucie, że jesteś mi kompletnie obcy. 

-  Możemy  zacząć  od  tego?  -  zapytał.  -  Od  samego  początku?  Spojrzeć  na  to  jak  na 

całkiem nowe życie? 

Tym razem się nie uśmiechnęła. Skinęła tylko głową z wielką powagą. 

- To dziwne - zamyśliła się. - Rozumiem, że jestem kimś, kogo sama nie znam. Ale 

wcale  mi  to  nie  przeszkadza.  Kiedy  zamykam  oczy,  widzę  mnóstwo  czarnych  plam.  Plam, 

których nie potrafię w żaden sposób zmazać. I w gruncie rzeczy wcale nie mam ochoty ich 

zmazywać. Wiem, że tam są, i jakoś się z tym pogodziłam. 

Napotkała spojrzenie Jewgienija. 

- Rozumiesz, co to może znaczyć? Moja pamięć ukrywa chyba coś strasznego. 

Nie potrafił spojrzeć jej prosto w oczy. Odwrócił wzrok. Przez cały czas czekał na jej 

ś

miech. Czekał, aż powie, że go przejrzała, że wszystko pamięta i tylko się z nim bawiła... 

Ale nie zrobiła tego. 

Jewgienij musiał wreszcie przerwać milczenie. 

- Mnie to nie przeszkadza - rzekł. - Wcale nie sądzę, że zrobiłaś coś strasznego, Raiju. 

Nie wydaje mi się, byś była do tego zdolna. 

Raija podziękowała mu za zaufanie nikłym uśmiechem. Spojrzała na siebie. 

- Zdaje się, że nie powinieneś tu teraz stać? Chyba nie byliśmy ze sobą tak blisko? 

Jewgienij pokręcił głową. 

- Już idę. 

- Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się. - Nie jestem aż taka wstydliwa. 

Tymczasem z miejsca wypadku wrócił Oleg. Przywiózł suknię Antonii. 

background image

-  Nie  rozumiem,  jakim  cudem  to  się  tak  dobrze  skończyło  -  powiedział  do 

dziewczyny.  -  Wóz  się  zatrzymał  na  moment  przed  tym,  jak  powinien  wpaść  na  lód. 

Miałyście niebywale szczęście. 

Antonia wolała o tym nie myśleć. 

- To się nazywa przeznaczenie - rzuciła szybko. 

Jewgienij  wyszedł  ze  swego  pokoju.  Antonia  natychmiast  dostrzegła  w  jego  oczach 

blask i zrozumiała, że oto zaczął nowe życie. Chciała wierzyć, że ten płomień nadziei w jego 

oczach nie zgaśnie. 

Pospiesznie, ściszając głos, wprowadziła Olega w tajniki sytuacji. Pouczyła go, co mu 

wolno powiedzieć i o czym ma nie wspominać pod żadnym pozorem. 

- Hazard - mruknął tylko Oleg i pokręcił głową. Jewgienij, oparty o framugę, zaczął 

mówić zachrypniętym głosem: 

- Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz skazany na taki hazard, Oleg. Że nie będziesz 

musiał  budować  swojej  nadziei  na  przyszłość  na  kłamstwie,  które  w  każdej  chwili  może 

zostać odkryte. Ja zdecydowałem się na ten krok. 

Oleg zastanawiał się przez moment, a potem rzekł: 

-  Jeśli  kiedykolwiek  spokój  ducha  Raiji  będzie  zależał  od  prawdy,  wszystko  jej 

powiem. Czy zgadzasz się na to? 

Jewgienij skinął głową. 

Nowe życie może się już zacząć... 

Raija  zajęła  niewielką  izbę  koło  sypialni  Jewgienija.  Nie  chciała  widzieć  żadnego 

lekarza. 

- Rana się zagoi sama - powiedziała. - Wszystko przejdzie. Nie jestem chora. 

Gdzieś  w  głębi  ducha  drzemało  w  niej  pragnienie  poznania  własnej  przeszłości,  ale 

wspomnienia nie powróciły. Raija zaakceptowała to, tym bardziej że nie miała poczucia, iż 

zdarzyło się coś strasznego. Po prostu wszystko gdzieś zniknęło. 

- Musisz zacząć żyć - tłumaczył jej Jewgienij. - Liczy się tylko dzień dzisiejszy. Ja się 

tego  nauczyłem.  Oboje  coś  straciliśmy.  Ludzie  widzą  od  razu,  co  ja  straciłem,  ale  nikt  nie 

wie, czego ty nie możesz sobie przypomnieć. 

-  Chcesz  powiedzieć,  że  pasujemy  do  siebie?  Jewgienij  zaczął  się  bawić  swoją 

szklanką.  Zawsze  zajmował  czymś  swą  jedyną  dłoń.  Od  kiedy  stracił  prawą  rękę,  rzadko 

dawał wytchnienie lewej. 

-  Powinnaś  zacząć  widywać  się  z  ludźmi  -  przekonywał.  -  Śmiać  się  razem  z  tymi, 

którzy potrafią się śmiać. Nie powinnaś siedzieć w zamknięciu z kaleką. 

background image

-  Nie  wiem,  czy  chciałabym  kogokolwiek  poznać,  Jewgienij.  Jeszcze  nie.  Nie  znam 

przecież sama siebie. I nie chodzi tu o to, że nie mam przeszłości. Tak czy inaczej, nie jestem 

jeszcze... cala. 

-  Może  chciałabyś  pojechać  na  targ?  -  spytał,  choć  wiedział,  jak  bardzo  ryzykuje. 

Przecież właśnie podczas jarmarku Raija straciła wszystko. 

Jewgienij  żył  w  ciągłym  poczuciu  winy  i  dlatego  musiał  wyzywał  los.  Wiedział,  że 

prowokuje ją do wspomnień, mówiąc o rzeczach, które mogły naprowadzić ją na zagubiony 

ś

lad. Czynił to z pełną świadomością. 

Ale i tym razem nic się w niej nie obudziło. 

-  Wielikij  Ustiug  -  proponował.  -  Albo  Kołmogory.  Nie  masz  ochoty?  Coś  kupić, 

potańczyć... 

- Czy lubiłam to przedtem? 

- Nigdy cię tam nie zabierałem. 

- Nie wiem, czy mam ochotę - wykręcała się Raija. 

- Dobrze mi tutaj. 

Antonia rozumiała ją jeszcze mniej niż Jewgienij. 

-  Powiedziałaś,  że  nie  chcesz  jechać  na  jarmark?  Jewgienij  na  pewno  zasypałby  cię 

prezentami. I mogłabyś powiedzieć, że chcesz jechać razem ze mną. Nudzę się okropnie, gdy 

Oleg  wypływa  na  morze.  Nie  tęskniłam  tak  za  Piotrem,  ale  Olega  mi  brak.  Kto  wie,  może 

niedługo się zakocham! - roześmiała się głośno. 

-  A  ty  nie  chcesz  jechać  na  jarmark...  -  Antonia  pokręciła  głową  z  rezygnacją.  -  To 

właśnie tam sprzedają takie piękne skrzynie... 

-  Jewgienij  nie  to  miał  na  myśli  -  powiedziała  Raija.  -  Chodziło  mu  o  to,  żebym 

zaczęła spotykać się z ludźmi. 

- Ale on zrobił się miękki - orzekła Antonia. - Już prawie wiosna. Nigdy przedtem nie 

chodził tak długo z głową w chmurach. Stawiam wszystkie konie na to, że nigdy jeszcze nie 

zapukał do twoich drzwi. Na pewno nie dotknął cię nawet w sposób dwuznaczny... Nie mam 

racji? 

Raija przyznała, że Antonia się nie myli. 

-  Jewgienij  nie  jest  taki.  -  Zabrzmiało  to  jak  mowa  obrońcy.  -  Zachowuje  się...  po 

rycersku. 

-  Akurat!  -  prychnęła  Antonia.  -  W  swoim  czasie  powiedziałabym,  że  zwykł 

zachowywać się lubieżnie. 

background image

Raija nie lubiła ciągłych napomknień Antonii o tym, co ją kiedyś łączyło z kapitanem. 

Wiedziała, że nie miało to dla niego wielkiego znaczenia, ale jakoś tego nie lubiła. 

- On uważa, że brak ramienia dyskwalifikuje go jako kochanka - orzekła Tonią. - A 

przecież  my  dobrze  wiemy,  że  w  tym  nie  chodzi  o  ręce,  prawda?  Wpuściłabyś  go,  gdyby 

zapukał. 

Raija milczała. 

-  W  moim  życiu  musieli  być  jacyś  mężczyźni  -  powiedziała  niechętnie.  -  To  się  po 

prostu  wie,  choć  nic  nie  pamiętam.  Moje  ciało  nie  jest  dziewczęce.  Gdy  dotykam  siebie, 

przypominam  sobie  pieszczoty  mężczyzn...  -  Raija  ośmieliła  się  spojrzeć  w  oczy  Antonii  i 

mówiła  dalej:  -  Nie  jestem  taka  bezpośrednia  jak  ty.  Tęsknię  za  tym...  Za  dotykiem 

mężczyzny.  Za  męskim  ciałem.  Ale  nie  chcę  zachowywać  się  jak  byle  kto.  Nie  chcę  się 

napraszać.  Nie  chcę  wykorzystać  Jewgienija.  On  czuje  coś  znacznie  więcej,  nie  chodzi  mu 

wyłącznie o moje ciało. 

Antonia złapała przyjaciółkę za ręce. 

- Założę się, że nie odmówiłby, gdyby chodziło wyłącznie o ciało - zaśmiała się. - Jest 

tylko mężczyzną. Ze mną nie poszło mu najlepiej, ale gotowa jestem postawić swoje konie, że 

wszystko będzie w porządku, gdy to ciebie znajdzie pod kołdrą. 

- A co potem? - zapytała Raija. - Potem nie będziemy mogli spojrzeć sobie w oczy. 

Nie chcę stracić w nim przyjaciela. 

- Wielkie nieba! - jęknęła Antonia, zakładając ręce na kark i wyciągając się wygodniej 

w  fotelu.  W  jej  niebieskich  oczach  igrały  ogniki.  -  Skoro  tobie  na  tym  nie  zależy  może  ja 

mogłabym podjąć jeszcze jedną próbę. Wprawdzie nie zaprosi mnie na jarmark, żebym sobie 

wybrała skrzynię, ale może przynajmniej będę miała jakąś przyjemność. Oleg wymyślił sobie, 

ż

e nie będzie się ze mną kochał, póki nie zgodzę się zostać jego żoną. Dawno już nie miałam 

chłopa w łóżku... 

- Tylko nie Jewgienij! - wyrwało się Raiji. 

- A jednak trochę ci na nim zależy! Raija poczuła się zagubiona. Wcale nie było tak, 

jak się wydawało Antonii. Ale na samą myśl o tym, że tych dwoje mogło się znaleźć razem w 

łóżku, dostała gęsiej skórki. To nie było w porządku. 

- W życiu nie leżałabym pod ścianą, za którą śpi jeden z najwspanialszych kochanków 

w całej okolicy, tęskniąc za męskim ciałem! - wykrzyknęła Antonia. - Zapukałabym po prostu 

do jego drzwi. Albo weszłabym bez pukania. 

- Nie jestem taka jak ty, Toniu - Raija szukała właściwych słów. - Nie znam siebie do 

końca. Mieszkamy pod jego dachem. Wszystko  mu zawdzięczam. Od ubrań począwszy, na 

background image

jedzeniu  skończywszy.  I  wiem,  dlaczego  on  to  wszystko  dla  mnie  robi.  Sama  nie  mam 

zupełnie  nic.  Jewgienij  jest  moim  przyjacielem,  ale  to  wszystko.  Jestem  zupełnie  sama  w 

ś

wiecie, który niby to znam, ale jednocześnie wydaje mi się taki obcy. Potrzebuję kogoś, na 

kim można się oprzeć. Wszystkie kobiety o tym marzą - o rodzinie. Mój Boże, jak to głupio 

brzmi! Ale za tym właśnie tęsknię. Za kimś, kogo będę mogła trzymać w ramionach. A nie 

mam nikogo... 

-  Nie  widzisz,  że  przez  jego  pokój  prowadzi  droga  do  tego,  o  czym  marzysz?  - 

zapytała Antonia cicho. 

- Nie wiem. On ma rację, mówiąc, że nie znam prawie nikogo. Widuję tylko jego. 

- Widujesz jeszcze Olega - zauważyła Tonią cierpko. - I nie podnieca cię jego widok. 

Zdaje się, że nie marzysz o jego pieszczotach... 

Raija się uśmiechnęła. Antonia potrafiła być szczera aż do bólu. 

- Jedynym mężczyzną, którego dostrzegasz, jest Jewgienij. I nie mów mi, proszę, że 

nie masz na niego ochoty! Bo to byłoby wielkie kłamstwo, moja mila! 

Tonią  postanowiła  zostać  na  noc.  Posunęła  się  jeszcze  dalej:  kokieteryjnie  zaczesała 

swe ciemne loki do góry, tak iż sterczały niczym czarna chmura nad jej zabawną twarzyczką. 

Nie była piękna, ale słodsza niż cukierek w tej fryzurze. 

Wieczorem Jewgienij wrócił z Archangielska. Załatwiał jakieś interesy na lądzie, nie 

chciał natomiast wejść na pokład. 

Znać  było  po  nim  zmęczenie.  Od  czasu  do  czasu  dokuczała  mu  blizna po  ramieniu. 

Mówił, że czuje wtedy rękę, której już dawno nie ma. 

Ożywił  się  jednak  w  towarzystwie  Antonii.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  tak  rzadko 

widywany przez Raiję uśmiech. Zdarzyło mu się nawet roześmiać raz i drugi. Od dawna już 

się nie śmiał. 

Raiję zabolało to, że ktoś inny potrafił wywołać ten śmiech. 

- Zanosi się na ślub? - zapytał Jewgienij, patrząc na Tonie. 

Wzruszyła ramionami. 

- Nic mi o tym nie wiadomo. Ale może ty masz jakieś plany? 

- Miałem na myśli ciebie, Toniu. Oleg jest taki ostrożny. Ale zdołałby już utrzymać 

ż

onę. 

-  Wiesz,  jaki  on  jest,  Jewgienij.  W  głębi  duszy  wciąż  marzy  o  jakiejś  cnotliwej 

panience.  A  mnie  nie  poprosi  o  nic,  dopóki  nie  będzie  pewien,  że  nic  lepszego  mu  się  nie 

trafi. 

- A ty? 

background image

- Ja nie mam żadnych dziecinnych marzeń. Biorę to, co dają. Pewnie w końcu wezmę 

Olega. Jeśli mnie kiedyś o to poprosi. Nie mam jednak zamiaru robić pierwszego kroku. 

Raija  miała  złe  przeczucia.  I  wcale  się  nie  uspokoiła,  gdy  Antonia  postanowiła 

przenocować na ławie w kuchni. 

W  jej  pokoju  było  przecież  dość  miejsca.  Antonia  nigdy  przedtem  nie  miała  nic 

przeciwko nocnym pogaduszkom. 

A Jewgienij nic nie rozumiał. 

background image

16 

Antonia  wiedziała,  że  to,  co  zamierza  przedsięwziąć,  jest  poniżej  jej  godności.  Oleg 

wściekłby się na nią okropnie. Może nawet byłby gotów dać sobie z nią spokój na zawsze. I 

rzeczywiście  rozejrzeć  się  za  porządną  dziewczyną.  Taką,  która  nie  wie,  jak  wygląda 

mężczyzna bez spodni. 

Ale Oleg najprawdopodobniej się o tym nie dowie. 

Antonia  nasłuchiwała,  czekając,  aż  Raija  i  Jewgienij  pójdą  do  siebie.  Słyszała  ich 

powolne kroki. Stali razem bardzo długo i rozmawiali o błahostkach. 

Czy byli świadomi, że próbują w ten sposób odwlec chwilę rozstania? Na pewno nie. 

Ten obyczaj stał się już czymś w rodzaju rytuału, którego nie chcieli przerywać. 

Antonia zastanawiała się nad granicami ludzkiej ślepoty. 

Czy z nią i z Olegiem było w gruncie rzeczy tak samo? Sądziła, że kto jak kto, ale ona 

z pewnością wie coś na temat miłości. Może się jednak myliła. 

W domu zapadła cisza. Nie powinno być aż tak cicho. Raija nie powinna zasnąć. 

Antonia podniosła się z ławy. Lepiej się na niej leżało w objęciach Olega. 

Może i był kawałkiem drewna, ale jej własnym kawałkiem drewna! 

W  jednej  z  szafek  znalazła  likier  Jewgienija.  Ostatnimi  czasy  pił  niewiele.  Tonią 

dodała sobie odwagi za pomocą kilku łyków. Może raczej nie tyle odwagi, co fantazji. 

Wiedziała dobrze, które deski podłogowe skrzypią, i celowo na nie następowała. 

Otworzyła drzwi bez pukania. 

Jewgienij nie zgasił lampy. Rzadko zdarzało mu się zasnąć od razu. Co wieczór leżąc 

w  łóżku  wsłuchiwał  się  w  dźwięki  dochodzące  z  pokoju  Raiji.  Dzieliła  ich  tylko  cienka 

ś

ciana. Nie do pokonania. W drzwiach pojawiła się nagle drobna postać. Bardzo pragnął, by 

była  to  Raija,  ale  wiedział,  że  to  Antonia.  Dzisiejszego  wieczoru  zachowywała  się  nader 

dwuznacznie. 

Jewgienij spodziewał się jej. Był ciekaw, czy zdoła uczynić go znowu mężczyzną. 

Jeśli po to przychodzi. 

Antonia oparła się o drzwi. Pozwoliła, by się za nią zatrzasnęły. 

- Nie śpisz jeszcze? Nikt w tym domu nie śpi. Boisz się zacząć żyć, Jewgienij? 

Jewgienij usiadł na łóżku. Popatrzył na nią. Miała na sobie jeden z nocnych strojów 

Raiji, który sięgał jej ledwo do kolan. Jej ciało prześwitywało przez cienką tkaninę. 

Czy można spędzić noc z dziewczyną, która zawsze była najlepszym kumplem? 

background image

- Czego chcesz, Antonia? 

Uśmiechając się pod nosem, podeszła do łóżka i usadowiła się na nim. 

- Przywrócić cię do życia - odpowiedziała mu z powagą. - Za bardzo cię lubię, żeby 

patrzeć, jak się starzejesz. 

- Myślałem, że już się z tego wyleczyłaś... Antonia uklękła przed nim. Dwa guziki pod 

szyją miała rozpięte. Ramiona nagie i miękkie. 

- I wyleczyłam się. Ale nawet kobiety czują czasem pożądanie. Oleg postanowił żyć 

jak mnich. A ja nie mam ochoty sprowadzać sobie chłopa z gospody... - Antonia przez chwilę 

milczała  wymownie.  -  Raija  też  jest  kobietą  -  ciągnęła.  -  I  na  pewno  nie  należy  do  kobiet 

oziębłych. 

Jewgienij poczerwieniał. 

- Do diabła, Toniu! Nie wolno ci mówić o niej w ten sposób. 

-  Powinieneś  zabrać  ją  na  jarmark.  -  Tonią  była  bezlitosna.  -  Tam  mogłaby  spotkać 

mężczyzn, którzy odważyliby się na coś więcej niż myślenie o niej. Dobrze by jej to zrobiło. 

- Ona nie jest taka! 

-  A  pytałeś  ją?  -  Spojrzała  na  niego  wyzywająco.  Usiadła  mu  na  kolanach  z 

rozłożonymi nogami. Dzieliła ich tylko kołdra. Tonią obnażyła się aż do bioder. - Pytałeś, czy 

przypadkiem  nie  ma  ochoty  przespać  się  z  mężczyzną?  Pytałeś,  czy  przypadkiem  sama  nie 

pieści swego ciała wieczorami? 

Jewgienij  odepchnął  dziewczynę.  Usiadł  gwałtownie  i  zacisnął  powieki.  Jego  ciało 

drżało. Antonia leżała na łóżku, kiedy drzwi się otworzyły. 

- Niech cię diabli porwą, Toniu! Ustaliłyśmy przecież, że Jewgienij nie jest zabawką! 

Nie dla ciebie. Dla nikogo! 

Raija stała w drzwiach z płonącymi oczami i zaciśniętymi pięściami. 

- Wyjdziesz stąd szybko, nawet gdybym miała cię wyrzucić! 

Antonia się roześmiała. Lekko zeskoczyła na podłogę. 

-  Wyjdę  sama,  Raiju.  -  Zatrzymała  się  w  drzwiach  i  mrugnęła  do  przyjaciółki.  - 

Mówiłam ci przecież, że nie tak trudno przekroczyć ten próg. 

- Zostań! - poprosił Jewgienij, który nie patrzył na starcie obu kobiet. Teraz podniósł 

głowę i napotkał spojrzenie Raiji. - Mamy sobie sporo do powiedzenia. Nie możesz odejść, 

póki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy. 

Raija  zbliżyła  się  do  niego  powoli  i  usiadła  obok.  Z  zakłopotaniem  usiłowała 

obciągnąć przykrótką koszulę. 

Jego spojrzenie spoczęło na jej okrągłych kolanach. 

background image

- Uknułyście to razem? - zapytał ciężko. 

-  Uknułyśmy?  -  Raija  ze  złości  zapomniała  natychmiast  o  swych  kolanach.  - 

Uknułyśmy? Dlaczego tak myślisz? Wcale mi nie żal ciebie tak bardzo, żebym musiała prosić 

Tonie, by poszła z tobą do łóżka. 

- Żal ci mnie, Raiju? 

- Nie, Jewgienij. Bardziej żal mi siebie. 

- Czy rozmawiałaś z Tonią? O mnie? Raija odwróciła się od niego. Podniosła nogi z 

zimnej podłogi i objęła kolana rękami. 

- Oczywiście, że rozmawiamy również o tobie. 

- Nie lubię być niczyją zabawką - powiedział dziwnie spokojnie. - Co do tego masz 

rację. Ani Toni. Ani twoją. Tonią sugerowała, że.. 

Raija spojrzała na swe stopy. Łóżko zakołysało się, gdy Jewgienij się poruszył. Czuła 

jego bliskość. 

- Wiem, co Tonią sugerowała. Nie jestem głucha. A ona nie zwykła mówić szeptem. 

Wszystko słychać przez tę ścianę. Nie zauważyłeś? Gdy panuje całkowita cisza, słyszę nawet 

twój oddech. 

Jewgienij położył rękę na ramieniu Raiji. Pomimo chłodu, który panował w pokoju, 

ramię było ciepłe. Napawał się miękkością jej skóry. Wiedział, że ściska ją mocno, ale nie był 

w stanie cofnąć dłoni. 

Przysunął  się  nieco  bliżej.  Tak  blisko,  że  prawie  dotykał  swym  ciałem  jej  pleców  i 

włosów. 

- Co jeszcze robisz przed zaśnięciem? - szepnął. - Opowiadasz Toni o czymś, co mnie 

dotyczy? 

- Nie jestem święta - Raija odchyliła głowę do tyłu. Dotknęła głową jego piersi, przez 

chwilę ich spojrzenia się spotkały. Nie potrafiła jednak patrzeć mu w oczy. Pospiesznie się 

wyprostowała.  Uścisk  Jewgienija  stał  się  trochę  mocniejszy,  czuła  jego  oddech  na  swoim 

uchu. 

- A zatem ona ma rację? O kim wtedy myślisz? Czy nie ma znaczenia, kto się pojawia 

w twoich marzeniach? 

- Nie robiłam tego świadomie. To znaczy nie wyobrażałam sobie ciebie jako kochanka 

ś

wiadomie. To było ciało bez twarzy... 

Jewgienij puścił jej ramię. Dotknięty do żywego, odsunął się. 

- Dzięki! 

background image

-  To  Tonią  zmusiła  mnie  do  przyjrzenia  się  tym  fantazjom  -  ciągnęła  Raija.  -  Nie 

wierzyła w to, co jej mówiłam. Zmuszała mnie do czegoś więcej. Wtedy zobaczyłam to, co 

ona już przedtem wiedziała, właśnie dlatego, że jest Tonią. Ciało, które miało twarz. W moich 

marzeniach nigdy nie było rąk. Tylko jedna. 

Jewgienij nie miał odwagi dotknąć Raiji. Słyszał, co mówiła,  ale może to wcale nic 

nie znaczy. Mówiła przecież tylko o fantazjach. 

- Nie wiesz, co za sobą zostawiłaś - powiedział. Raija odwróciła się ku niemu. Tak jak 

przedtem Antonia. 

Jewgienij  widział,  że  nie  mógłby  objąć  Antonii.  Nie  teraz.  I  to  nie  ze  względu  na 

Olega, ale ze względu na Raiję. 

- Nie przeszkadza mi to - powiedziała. - Antonia powtarzała mi to tyle razy, że sama w 

to prawie uwierzyłam. Ze może w tym wszystkim jest jakiś głębszy sens. Może tak właśnie 

miało  być.  Że  muszę  żyć.  Człowiek,  który  stracił  swą  przeszłość,  żyje  tak,  jakby  nie  miał 

cienia. Ale czy cień jest nam do czegoś potrzebny? Byłoby znacznie gorzej, gdyby odebrano 

mi przyszłość. Teraźniejszość.... 

- Nie raz i nie dwa burzyłem tę ścianę pomiędzy nami - szepnął Jewgienij namiętnie. - 

W myślach byłem przy tobie tysiąc razy. 

- Ale mój próg był za wysoki? Jewgienij skinął głową. 

-  Boję  się  powiedzieć,  że  cię  kocham.  -  Raija  bardzo  pobladła.  -  To  mogłaby  być 

pomyłka. Ale nikogo nie lubię tak bardzo jak ciebie, Jewgienij. 

Nie miał odwagi uwierzyć w jej słowa. A jednak usprawiedliwiały one kłamstwo, na 

którym oparł swe życie. 

Wyciągnął drżącą rękę i dotknął jej jedwabistych włosów. Nie pamiętał, że były tak 

miękkie. Ich jedwabistość przewyższała nawet jego marzenia. 

- Nie będę nic mówić - szepnął. - I tak wszystko wiesz. Nie powtórzę tego, dopóki nie 

zechcesz tego usłyszeć. Ale pragnę cię obejmować, przytulać, całować... 

- Ja też tego pragnę. 

Przed  oczami  Jewgienija  przez  chwilę  przemknęła  twarz  brata.  Ciemne,  zazdrosne 

oczy Aleksieja... 

Ale to należało już do przeszłości. Aleksiej nie żyje. Jewgienij nigdy nie odważył się 

wymówić jego imienia w obecności Raiji. 

Przeszłość zamieniła się dla niej w gęstą mgłę. Jewgienij postanowił w ten sam sposób 

traktować własną przeszłość. 

background image

Nigdy w życiu nie czuł się bardziej bezbronny niż teraz. Nigdy tak bardzo nie drżał z 

lęku przed porażką... 

Sporo  czasu  minęło  od  ostatniego  razu.  Wiele  dni  upłynęło  od  nocy,  podczas  której 

Antonia wszelkimi sposobami próbowała rozbudzić w nim pożądanie. 

Marzenia  uczyniły  go  znów  mężczyzną.  Ale  Raija  była  teraz  czymś  więcej  niż 

marzenie. Siedziała tu we własnej osobie. Żywa i tak kusząca. Jewgienij chwycił ją za ramię i 

pociągnął ku sobie. Jego otwarta dłoń prześlizgnęła się po jej szyi, po miękkiej skórze. 

Usta Raiji zadrżały i rozchyliły się, jej twarz uniosła się ku górze. Jewgienij przełknął 

ś

linę i poczuł, że musi dotknąć tych ust swymi wargami. 

Raija przysunęła się do niego, objęła kolanami jego udo. Wszystkie jego mięśnie się 

napięły  pod  naciskiem  jej  nóg.  Dopiero  po  chwili  odważył  się  rozluźnić  całe  ciało  i  być 

naprawdę blisko niej. 

Jej spragnione usta szukały jego warg. Dwa miękkie ramiona opasały jego szyję... 

Wślizgnęła  się  na  jego  kolana.  Usiadła  całym  swym  ciężarem  i  objęła  go  nieco 

mocniej, gdy pocałunek stał się bardziej namiętny. Jewgienij objął ją ramieniem w talii. 

Jego usta żyły swym własnym życiem w czasie spotkania z jej gorącymi wargami. 

Napór jej miękkiego ciała sprawił, że zaczęło szumieć mu w uszach. Przekonał się, że 

Raija  potrafi  zrobić  z  nim  wszystko  to,  czego  nie  zdołała  zrobić  Antonia  ani  żadna  inna 

kobieta. 

Ona też o tym wiedziała. 

Nie sposób było tego nie zauważyć. 

Okazało się jednak, że to nie miała być taka delikatna zabawa jak w jego snach. 

W  marzeniach  i  fantazjach  tęsknota  nie  była  tak  bardzo  bolesna.  Nie  przypuszczał 

nawet,  że  pożądanie  może  osiągnąć  aż  tak  wielkie  natężenie.  Nie  przypuszczał  też,  że  ona 

może być podobna płomieniom, które go trawiły od dawna. 

Jewgienij  przewrócił  Raiję  na  łóżko,  nie  odrywając  warg  od  jej  ust.  Pocałunek  miał 

trwać wiecznie. 

Dłoń wędrująca w górę po jej udzie nie natrafiła na żadne przeszkody. 

Jewgienij  podniósł  oczy  i  napotkał  jej  roześmiane  spojrzenie.  Jego  usta  niechętnie 

oderwały się od jej warg. 

- Antonia tego nie powiedziała... Raija pozwoliła mu sięgać tam, gdzie chciał. Pozwo-

liła, by dotykał jej tak, jak chciał. Sama tego pragnęła... 

Jego usta parzyły niemal jej szyję. Jewgienij wiedział, że sztuka panowania nad sobą 

ma swoje granice... 

background image

-  Nie  mogę  czekać  już  dłużej  -  mruknął,  kryjąc  twarz  w  jej  szyi.  Oczy  mu 

pociemniały, gdy uniósł swą twarz ku niej. - Nie mogę już czekać... 

Raija ucałowała jego skroń, wsunęła dłoń pomiędzy ich ciała i pomogła mu znaleźć to, 

czego szukał. 

- Żadne z nas już nie musi czekać, Jewgienij - szepnęła. - J u ż nie... 

Wszystko  potoczyło  się  szybko  i  gwałtownie  i  skończyło  się,  nim  się  naprawdę 

zaczęło. Oboje byli jednak wyczerpani, rozgorączkowani, spoceni i... nasyceni. 

Pozwolili,  by  ich  ciała  rozdzieliły  się  -  na  razie.  Natychmiast  jednak  spletli  dłonie, 

dotknęli się udami. Nawet ich czoła nieomalże dotykały się nawzajem. 

- Nie nadzwyczajny ze mnie kochanek - mruknął Jewgienij z pewnym zawstydzeniem. 

-  Niedawno  wydawało  ci  się,  że  w  ogóle  nie  jesteś  w  stanie  się  kochać.  -  Raija 

uśmiechnęła się do niego ciepło. - Nie mogłeś nie zauważyć, że mnie było równie dobrze jak 

tobie. 

- Niektóre potrafią udawać... 

- Nie ja. Jewgienij uwierzył jej. Dreszczu rozkoszy, który przeszył Raiję, nie dało się z 

pewnością udawać. 

- Nasze ciała lubią się nawzajem. 

-  I  ja  też  cię  lubię,  Jewgienij.  Ale  to  słowo,  które  chciałbyś  usłyszeć,  wciąż  mnie 

przerasta. Coś mnie od niego odgradza. Nie mogłabym go wypowiedzieć. Jeszcze nie. 

- Czy to znaczy, że ze mną zostaniesz? 

-  A  czy  mam  dokąd  pójść?  Jewgienij  pieszczotliwie  dotknął  jej  czoła  u  nasady 

włosów. Musnął palcem jej czarne brwi. 

-  To  nie  może  być  decydujący  powód.  Musisz  chcieć  tu  zostać  albo  nic  z  tego  nie 

będzie. 

-  Czy  potrafisz  czekać  na  słowa,  które  być  może  nigdy  nie  padną?  -  zapytała  i 

spojrzała mu prosto w oczy. 

Jewgienij mógł jej powiedzieć, że potrafi wiele więcej niż to, że potrafi zbudować swe 

ż

ycie na kłamstwie. 

- Potrafię. Ale nie możesz wrócić już do swego pokoiku. Muszę cię obejmować każdej 

nocy. Będę cię uszczęśliwiał tak często, jak tylko zdołam. 

Zrodziło  się  między  nimi  coś  w  rodzaju  wspólnoty.  Tak  bardzo  potrzebnej,  by 

wypełnić pustkę, którą Raija w sobie nosiła. 

Wielbił ją całym sobą. Nigdy nie miała zwątpić w jego szczerość. 

Obudził w niej tę dziwną melodię. Gdzieś bardzo głęboko zrodziła się w niej muzyka. 

background image

Antonia powiedziałaby, że na tym polega życie teraźniejszością. Trzeba zaufać chwili 

i temu, co przyniesie jutro i następny dzień... 

Raija nie miała zresztą wyboru. Nie miała na czym budować swego życia. Jewgienij 

nie chciał na to patrzeć z tej strony, ale Raija wolała mieć oczy szeroko otwarte. 

Ciągnęło ich ku sobie. 

- Tej nocy nie zmrużę oka - powiedział cicho. Usłyszała wyraźnie, że w jego  głosie 

pobrzmiewa śmiech. Tym razem to ona zbudziła w nim ten śmiech, nie Antonia i nie żadna 

inna. 

- Poczucie szczęścia rozsadza mi niemal pierś. Obawiam się, że serce mi pęknie, nim 

nadejdzie dzień. 

-  Noc  jeszcze  na  dobre  nie  zapadła,  Jewgienij.  Myślę,  że  szczęście  cię  nie  rozsadzi. 

Szczęście to łagodne, miłe uczucie. Jakby człowiek chodził boso po trawie albo siedział na 

gałęzi, machając nogami... 

Jewgienij pocałował ją. Ucałował jej usta, czubek nosa, policzki. Rozpiąwszy koszulę 

Raiji, całował jej piersi tak długo, aż nabrzmiały pożądaniem. 

- Zdejmij koszulę - poprosił. - Niech tym razem nic nas nie dzieli. Tym razem zrobimy 

to pięknie i powoli, tak jak w moich marzeniach. Tak jak w twoich snach. 

Raija usiadła i ściągnęła koszulę przez głowę. On zdjął spodnie. 

-  Zrobimy  wszystko,  o  czym  nawet  nie  marzyliśmy  -  powiedział.  -  Wszystko,  od 

czego nawet myśli się rumieniły. 

Jego usta pomknęły w dół po jej brzuchu, zastąpiły dłoń, która nie mogła już nikogo 

pieścić. 

I Raija oddała mu się. Całkowicie. 

Stal się jej teraźniejszością. 

A może nawet przyszłością. 

Na niebie lśniła zorza polarna. 

background image

EPILOG 

Ravna wiedziała, że żałoba po dziecku nigdy nie przemija. Przybiera inne formy, staje 

się mniej bolesna z latami, ale nigdy się nie kończy. Niektórzy znajdują jakąś ulgę, gdy mają 

grób, który mogą odwiedzać. Miejsce, w którym przystoi żałoba. Miejsce wspomnień. 

Miała kiedyś dwoje dzieci. 

Laila na zawsze pozostała dzieckiem. 

Ból  po  jej  stracie  nigdy  nie  opuścił  Ravny.  Fakt,  iż  dziewczynka  została  w  obcej 

ziemi, na której noga Ravny nigdy nie postanie, nie łagodził tego bólu. 

Mikkal odszedł tak dawno, ale matka nigdy nie wątpiła, że wróci. 

Wiedziała, że tylko tu, na wysuniętym daleko na północ płaskowyżu, czuł się jak w 

domu. 

Ale zamiast niego zjawił się Reijo. 

Kwen, który nie był już chłopcem, który stał się mężczyzną. Mąż Raiji, który pogodził 

się z tym, co ją łączyło z Mikkalem. 

Reijo przybył tu razem z jej wnuczętami, Ailo i Mają, pozostałymi dziećmi Raiji, jej 

bratem oraz Finem, który patrzył na świat przez różowe okulary. 

Raija musiała uciekać. 

Mikkal zginął. 

- Nikt nie przypuszczał, że to się tak skończy. - Ravna znalazła pewną  pociechę we 

wspominaniu. - Od dziecka zachęcałam go, by się do niej zbliżył. Robiłam wszystko, żeby im 

ułatwić spotkania. Raija była mi jak córka. Nie urodziłam jej, ale stała się moją córką. Ko-

chałam ją tak samo jak Lailę. W pewnym sensie była dla mnie druga Lailą. Moim dzieckiem. 

I  wydawało  mi  się,  że  nie  stracę  jej  tylko  wówczas,  gdy  kiedyś  się  pobiorą.  Mój  Mikkal  z 

moją Raiją... 

Straciła ich oboje. 

Raija nigdy nie zadomowiła się w Lyngen. Nigdy nie stała się dobrą żoną dla nikogo 

innego. 

Mikkal  nigdy  nie  był  do  końca  zrównoważony  bez  Raiji.  Doprowadził  Siggę  do 

szaleństwa, a od Ingi wziął znacznie więcej, niż mogła mu ofiarować. Sam zaś nigdy nic nie 

dawał. Do chwili, w której zaczął dzielić codzienność z Raiją i w której Ravna straciła z oczu 

syna i wnuka. 

Mikkal zostawił wszystko. 

background image

To  były  trudne  lata  dla  Ravny.  Niełatwo  jej  było  zwracać  się  o  pomoc  do  innych, 

choćby to była rodzina. 

Przecież syn powinien się nią opiekować. 

- Nie cierpiał? Wiele razy o to pytała. Za każdym razem słyszała to samo. 

Reijo był cierpliwy. Chciałaby mieć takiego syna. 

-  Był  szczęśliwy  w  chwili  śmierci.  Umarł  w  ramionach  Raiji.  Umarł  dla  niej.  Tak 

samo jak żył. Tylko dla niej. Uratował jej życie. Myślę, że to go uszczęśliwiło. Nie sądzę, by 

zdawał sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje. 

Tak uważał Reijo, ale przecież nie mógł wiedzieć. 

- Powinien mieć grób...  Reijo miał wyrzuty sumienia. Ravna nie potrafiła jednak  go 

pocieszyć w żaden sposób. Morze było jej zupełnie obce. Niewykluczone, że nic nie mógł na 

to poradzić. Ale Ravna miała obarczać go winą za tę stratę przez cale swoje życie. Podobnie 

zresztą jak i on sam. 

- Raija nigdy mi nie przebaczy. Chciała, żeby spoczął w ziemi, którą tak kochał. Ale 

prądy podwodne są tam takie wartkie. Staruszek, który nas uratował, mówił, że nie wiadomo 

gdzie  szukać  tego,  co  tam  utonęło.  Ciało  nigdy  nie  wypłynęło  na  ląd.  A  i  na  morzu  nikt 

niczego nie znalazł. 

Ravna zawsze powtarzała to samo: 

- Powinien mieć swój grób. 

Nadchodziła  pora  wiosennej  wędrówki.  Mieli  w  niej  uczestniczyć  Reijo,  Matti  i 

Santeri. 

Tyle przynajmniej Reijo był winien Ravnie. 

Nie odrzuciła jego propozycji. 

Cieszyła się z obecności wnuków. Ailo i Maja byli dziećmi Mikkala. Mikkal nie żył 

więc na próżno, choć tak krótko. 

Ravna spodziewała się nieco łagodniejszej jesieni życia. I innego lata. Zawsze miała 

nadzieję, że los połączy Raiję i Mikkala. Że ujrzy na własne oczy, jak marzenia, które snuła 

dawno  temu,  gdy  podróżowali  na  północ  z  ośmioletnią  córką  Erkkiego  Alatalo,  staną  się 

rzeczywistością. 

Ich spokojne życie zmieniło się wraz z przybyciem Raiji. Wszystko nabrało tempa. 

Raija wywoływała burze. Wcale tego nie chciała, ale było w niej coś, co przyciągało 

katastrofy. 

Są tacy ludzie i już. 

background image

Na  szczęście  nie  jest  ich  za  wielu.  Nikt  nie  zapomina  spotkania  z  nimi.  Zawsze 

wpływają na los wszystkich, z którymi się stykają. Na dobre i na złe. 

Sami przeważnie nie są źli. 

Ale sieją wokół siebie zniszczenie. 

Ravna nie obarczała Raiji winą za wszystkie nieszczęścia. 

Wcale nie. 

Jednak uczucie, które zrodziło się między tą dziewczyną a Mikkalem, było stanowczo 

zbyt wielkie. 

Ludzie nie potrafią sprostać takim uczuciom. Ravna wyobrażała sobie, że tak będzie w 

niebie. Dla zwykłych śmiertelników było to jednak za wiele. Nic dziwnego, że anioły zaczęły 

im zazdrościć i wszystko przerwały. 

Przeganiali stado. Dzieci Raiji biegały boso po zazielenionym płaskowyżu, po którym 

tańczyła Raija. Syn Mikkala nosił pasterską laskę w miejscu, w którym jego ojciec wystrugał 

ptaszka, pasąc renifery. 

Lato rozkwitło, potem przybladło, aż wreszcie jesień pozbawiła je barwnych szatek. 

Reijo był coraz bardziej niespokojny. 

-  Zdaje  się,  że  odjedziesz  stąd  przed  nami  -  powiedziała  Ravna  pewnego  wieczoru, 

gdy  siedzieli  przy  ognisku  między  jurtami.  -  Nie  powinieneś  mieć  wyrzutów  sumienia. 

Pomogłeś już więcej, niż trzeba. Ty także w pewien sposób stałeś się moim synem. 

Popatrzyła na niego uważniej: 

- Ailo mówił mi, że obiecałeś być jego tatą. 

- Bałem się, że o tym pamięta. 

- Nie przejmuj się - uśmiechnęła się Ravna. - Nie pozwolę, by źle o tobie myślał. Jest 

tylu różnych ojców... 

- Każdy inny. 

- Właśnie. Przez pewien czas zamierzałam ci go oddać. Wysłać go razem z tobą. Ale 

nie mogę. Jest jeszcze mały, ale mam przecież tylko jego i Maję. A ona nie chce zostać. Mój 

wnuk  nie  może  stać  się  Norwegiem  czy  Finem.  Ma  być  Lapończykiem.  Żyć  tak  jak  my, 

przejąć  to,  co  miał  jego  ojciec  i  dziad...  Musi  zaopiekować  się  babką.  O  tym  też  muszę 

myśleć. Nie mam przecież nikogo innego. 

Reijo wiedział, że tak musi być. 

- Mógłbym zostać - przyznał. - Nie wiem, jak z Santerim czy Mattim, ale ja mógłbym 

zostać.  Podoba  mi  się  to  życie.  Ale  muszę  wracać.  Nadchodzi  czas,  gdy  przypływają 

Rosjanie. Musimy wracać do domu. Raija zastanie pusty dom, gdy wróci. 

background image

- Raija jest całym twym życiem, prawda? Reijo pokiwał głową z zakłopotaniem. 

- Owszem. Ale to nie znaczy, że moje życie było stracone. Nigdy nie poświęciłem dla 

niej więcej niż ona dla mnie. 

- Czy ona wie, jakie ma szczęście, że zostałeś jej mężem? 

-  Oboje  mamy  szczęście  -  stwierdził  Reijo.  -  Święty  nie  jestem.  Zawsze  byliśmy 

przyjaciółmi. I nigdy nie zawiedliśmy swego zaufania. 

-  Zasługujesz  na  szczęście,  Reijo  -  powiedziała  Ravna  poważnie.  -  Ty  i  Raija 

zasługujecie na szczęście. 

- Kto wie? - uśmiechnął się. - Może ono nas kiedyś spotka? 

Ravna  nie  odpowiedziała.  Patrzyła  gdzieś  w  dal  ponad  jego  głową.  Tam  gdzie 

majaczyły góry, pojawiły się pierwsze zwiastuny zorzy polarnej. 

Nadciągała chłodna noc.