background image

KILKA SŁÓW DO II WYDANIA . „LISTÓW DO MŁODEGO 
NAUCZYCIELA"

W pierwszym wydaniu „Listy..." ukazały się w 1947 r. a więc 
10 lat temu.
Nasz Październik zadecydował o tym, że mogą się one 
ukazać znowu w II wydaniu. Posyłamy je więc Kolegom bez 
żadnych istotnych zmian.
Ze względu na stosunek Kolegów do „Listów..." 
prawdopodobnie ukaże się niebawem i druga ich seria.

\           DO WYDANIA III „Listów..;'
Od chwili ukazania się wydania I „Listów...", tj. od 1947 r. 
dokonały się duże zmiany w gorącym tempie przemian i 
przebudowy ustrój owo-spolecznej naszego kraju.
Dla zachowania dawniejszego charakteru tych listów nie 
wprowadzamy żadnych zmian w tekście, chociaż i układ 
zagadnień w tym cyklu „Listów" mógłby się zmienić nieco i o 
sytuacji materialnej nauczycieli nie można by już tak pisać.

Warszawa, czerwiec 1957 r. Maria Grzegorzewska

background image

Warszawa, grudzień 1958 r. Maria Grzegorzewska

DO CZYTELNIKA
Kolego — miody nauczycielu! (Pisząc „kolego", przez 
uproszczenie zwracam się jednocześnie do Was Wszystkich, 
Koleżanki moje, i do Was, Koledzy).
Gdziekolwiek jesteś obecnie. Kolego, i jakkolwiek rozwija Ci 
się nowa praca, którą wybrałeś, jesteś mi bliski, interesujesz 
mnie, chciałabym Ci dopomóc w Twej pracy, więcej — 
chciałabym, żebyś w niej pomimo trudności i przeszkód, jakie 
zapewne przełamywać musisz, znalazł radość życia a może 
nawet jego szczęście.
Posłuchaj! Jesteś mi bliski, gdyż pracujemy w tym samym 
zawodzie nauczycielskim. Ty zaczynasz stawiać pierwsze 
nieomal kroki, jesteś na początku drogi swojej — ja, po wielu 
już latach pracy, wiem, że przebyłam długą drogę, i że zbliża się 
dla mnie jej kres. Wiem o tym, że tak być musi, bo wraz z 
wiekiem jest to los nieubłagany każdego, ale o tym nie myślę, 
jest mi na tej drodze życia dobrze, rozumiem jej znaczenie 
społeczne — dobrze mi, żem na nią trafiła, toteż chcę nią jak 
najdłużej kroczyć i witam serdecznie każdego, kto na nią 
wchodzi.
I Ty właśnie wszedłeś na tę drogę, idziesz nią, wspólnie 
będziemy spełniać pracę naszego zawodu. Kocham moją

pracę, więc interesuje mnie każdy, kto do niej wchodzi. Jaki będzie? Czy 
wniesie jakieś nowe wartości? Czy będzie pracował z chęcią, z zapaleni, z 
najlepszą wolą służenia dobrze wybranej sprawie? Czy zobaczy wszystkie 
czary i blaski tej pracy, czy cienie tylko zauważy? Czy dostatecznie zrozumie 
jej doniosłość społeczną, czy będzie w lej pracy szczęśliwy?
Więc i Ty jesteś mi bliski, chociaż daleko jesteśmy od siebie i może nigdy 
się nawet nie spotkamy osobiście. Chciałabym wiedzieć, dlaczego na tę drogę 
wchodzisz? Co Cię tam wola, wzywa, a może w tym właśnie kierunku porywa 
nawet ? Czy widzisz cały ogrom tej pracy, czy rozumiesz jej doniosłość w 
budowie przyszłości naszej? Czy doceniasz znaczenie udziału każdego 
nauczyciela w całokształcie tej pracy, a więc i swego w tej pracy udziału ?
Czy wchodzisz na tę drogę z chęcią, śmiało, z poczuciem siły i możliwości 
osiągnięcia dobrych wyników pracy, bez obawy trudności i przeszkód różnej 
natury — bo czujesz w sobie siłę do walki i przezwyciężania? Czy, przeciwnie, 
wchodzisz z chęcią, ale nieśmiało, bez wiary w swoje możliwości, z obawą 
trudności i oporów, z lękiem spoglądasz w przyszłość swojej pracy ? 
Obawiasz się, czy podołasz, czy możliwości twoje nie są zbyt nikle w związku 
z tym, co zamierzasz? Chciałbyś dobrze, jak najlepiej, bo sprawa ważna, ale 
czy zdołasz?
Czy może wchodzisz na tę drogę jakimś przypadkiem tylko, rozglądasz się, 
nie możesz jeszcze ocenić Jej wagi, nie rozumiesz jej znaczenia, nie zrobiłeś 
wyboru wchodząc

background image

na nią? Chciałbyś się zorientować, na czym polega ta praca, w czym jest jej 
istota i Twój w niej udział.
A może w ogóle o tym nie myślisz, przypadek Cię na nią wprowadził, 
obojętna Ci jest zupełnie. Szukasz tylko powierzchownych wskazówek, jak 
pracować, aby na niej jakiś czas pozostać nie rażąc otoczenia, nie zwracając 
na siebie nie imiejętnością swoją uwagi innych.
Może myślisz tylko o sobie, jak sobie życie ułożysz, ile zarobisz, gdzie 
będziesz, a nie wchodzisz zupełnie w istotę woj ej pracy.
I Ty jesteś mi bliski, bo jesteś ze mną razem na wspólnej drodze życia i 
pracy. Jesteś miody jeszcze, zaczynasz tę pracę dopiero, nic o niej prawie nie 
wiedząc — właściwie nie interesując się nią zupełnie. Szkoda — z taką 
postawą do życia i pracy będzie Ci źle, nudno, szaro i ciasno, będziesz pędził 
życie podporządkowane tylko jakimś wskazówkom, przypadkom, nie 
rozwiniesz myśli i uczuć swoich, ujarzmisz twórczość Twoją, będziesz 
niewolnikiem posady i zarobku — niewolnikiem pracy.
Tym bardziej chciałabym wiedzieć, czy zdołasz ujrzeć przed sobą i 
rozwiązać tę zagadkę — dokąd i w jakim celu zmierzasz — czy zdołasz 
spojrzeć głębiej, zrozumieć doniosłość pracy, w której masz brać udział i 
rozpocząć żyć i pracować ze świadomością celu? Wierzę, że spróbujesz i — 
jeśli Ci się to uda — będziesz wolnym człowiekiem, twórczość w pracy będzie 
Ci niosła zapal i radość. Nuda już Ciebie nie odnajdzie w tej pracy. Nie 
będziesz już niewolnikiem pracy, będziesz jej twórcą!

Warn wszystkim, których wspomniałam, i w ogóle Warn 
wszystkim, którzy wchodzicie do naszego zawodu, chciałabym 
pomóc, gdyż wiele z waszych obecnych strapień przeżyłam na 
drodze mej pracy, wiele trudności musiałam pokonać, wiele 
oporów zwalczyłam, ale też miałam wiele momentów 
prawdziwego szczęścia. Zrozumiałam, że aby dobrze pracować, 
nie trzeba być geniuszem, mieć jakiś talent specjalny. Trzeba 
mieć 'tylko istotnie dobrą wolę, trzeba gorąco chcieć!
Myślę, jakby każdemu z Was w czymkolwiek pomóc. 
Chciałoby się każdego zobaczyć, z każdym o jego troskach 
pomówić, spróbować poradzić, porozmawiać z najlepszą wolą 
służenia sprawie i jemu. To jednak jest niemożliwe! Próbuję 
więc pisać listy do wszystkich i do każdego z osobna. Do 
wszystkich — i do tych, którzy są blisko, i do tych, którzy są 
dalej, a nawet bardzo daleko, niejednokrotnie odcięci 
bezdrożami od świata, daleko od stacji kolejowej i od poczty, 
gdzieś tam, w zapadłym jakimś ustroniu pracę swoją zaczynają. 
Słowem, listy do wszystkich pisane z potrzeby mojej i Waszej, 
rozważające różne zagadnienia związane z naszą wy-
chowawczą i nauczycielską pracą, właściwie zagadnienia 
stanowiące istotę tej pracy. Te pierwsze listy chcę głównie 
poświęcić doniosłemu znaczeniu wewnętrznej wartości 
człowieka w jego pracy wychowawczej.
Listy to taka prosta, mila forma, bezpośredniejsza, niż zwykła 
książka i stwarzająca możliwość współpracy s, czytelnikiem. Bo 
wyobraź sobie, że kiedy pójdą te listy wydrukowane w świat i 
będziecie je czytać, to niejednemu
10

background image

z Was nasuną się pewne zapytania, niejasności, niepokoje, 
refleksje i zechce się nimi ze mną podzielić. To takie proste — 
napisze wtedy do mnie list — tylko już taki zwykły, pocztą — 
niedrukowany, pod moim adresem (Państwowy Instytut 
Pedagogiki Specjalnej, Warszawa ul. Spiska 16). Milo mi będzie 
list taki otrzymać, bo to już będzi< echo listów moich, które w 
świat poszły i — dobrze trafiły,
Z czasów może znowu wydrukuję serię listów do Wszystkich, 
jeśli się okaże, że ta forma pracy jest pożyteczna. Zobaczymy !
*
Na zakończenie chcę Ci jeszcze powiedzieć. Kolego, że 
wiem dobrze, jak często żyjesz w bardzo złych warunkach 
materialnych, zwłaszcza, jeśli masz obowiązki rodzinne lub 
chorobę w domu. Często może d być bardzo ciężko i nawet 
głodno — a nie ma przecież żadnej wątpliwości, że charakter 
pracy, skala jej wysiłku i twórczego oddziaływania na 
wychowanka i środowisko w dużej mierze zależy od 
materialnych warunków życia i pracy nauczyciela. Wiążą się 
one bowiem z jego siłami fizycznymi, ze stanem zdrowia, z 
możliwością utrzymania rodziny, kształcenia dzieci, przyjścia z 
pomocą rodzicom swoim — słowem, z jego spokojem.
Doskonale wiemy, jak świat nauczycielski walczy z tymi 
trudnościami, ile sil swoich w tym kierunku zużytkować musi, 
ale też nie możemy zamykać oczu na znaną nam dobrze 
smutną rzeczywistość, kiedy te warunki biorą nad nim 
przewagę.
11

Pomimo to wszystko, jest widocznie jakaś wielka siła moralna w 
atmosferze zawodu naszego, która nauczyciela z tym zawodem łączy, a nawet 
wiąże tak silnie, że często żyje w istotnej nędzy, a jednak niezłomnie trwa na 
posterunku! Społeczeństwo winno to widzieć, rozumieć, doceniać i dążyć do 
szybkiej zmiany tych warunków. Teraz już jest to sprawa nagła.
Nie ulega również żadnej wątpliwości, że sprawa atmosfery moralnej 
odgrywa rolę wielkiej wagi w pracy wychowawczej, która musi się odbywać w 
atmosferze poszanowania człowieka, życzliwości dla niego i poczucia 
wolności.
Kolego, pisząc do Ciebie te listy, myślę o tych wszystkich sprawach i 
wyobrażam sobie, jak Ci jest często źle i smutno, bo to przy tym i 
niepowodzenia w pracy być mogą, i niesłuszna ocena, i różne niepokoje. Tym 
bardziej więc chcę, żeby te listy dotarły do Ciebie, zaniosły moje myśli 
najlepsze i przypomniały, ze każdy z nas — my wszyscy—przechodzimy w 
życiu i pracy takie źle i smutne okresy, ale wiemy, że się im poddawać nie 
można. Miną. Przyjdą inne — jaśniejsze i jasne zupełnie. W takich smutnych 
chwilach. Kolego, pamiętaj zawsze, że już nie jesteś sam, że wszedłeś w 
naszą rodzinę nauczycielską — że jesteśmy z Tobą wszyscy razem!
Bądź dobrej myśli. Kolego! Listy powiedzą, czego Ci więcej życzę.
Kraków — Warszawa, 1946 r.        Maria GrzegOrZOWsko
12

background image

LIST PIERWSZY
Kolego, zaczynasz pracować w szkole, jesteś nauczy-cielem-
wychowawcą. Szkolą, nauczyciel — tak się te słowa często wymawia od 
wczesnego dzieciństwa do późnej starości, że już nie robią żadnego wrażenia, 
a przecież kryją treść taką doniosłą! To, że się je tak często wymawia, że są 
ciągle na ustach różnych ludzi, w różnym wieku, na całym świecie i zupełnie 
niezależnie od rodzaju pracy i stanowisk, to już jest bardzo znaczące  Robi 
wrażenie, że wyrazy te, jak powietrze, słońce, woda, chleb, kryją 
najistotniejszą treść potrzeb życia ludzkiego i dlatego są ciągle przez ludzi 
powtarzane. Istotnie słowa te kryją w sobie treść, którą każdy nieomal 
człowiek przeżyć musi, gdyż każdy, na całym świecie, gdzie tylko jest 
zorganizowane życie społeczne, musi być w szkole w swoim dzieciństwie, a 
nawet często i w wieku młodzieńczym, każdy musi mieć nauczyciela — 
podporządkować się jego wymaganiom, jego myślom, pod jego kierunkiem 
zdobywać pierwsze elementy wiedzy.
W określonych godzinach, codziennie, jak świat długi i szeroki, idą dzieci do 
szkoły — idą tłumy dzieci;
w określonych godzinach, codziennie, jak świat długi
15

i szeroki, idą nauczyciele do szkoły — idą tłumy nauczycieli! Idą 
do szkoły! Ważna i doniosła musi być praca szkoły i nauczycieli, 
skoro wszystkie kraje wprowadziły lub wprowadzają u siebie 
prawo obowiązku czy przymusu szkolnego. Nie pozwalają w 
tym względzie na dowolność swoim obywatelom i zmuszają do 
posyłania dzieci do szkoły, jeśli opiekunowie, nie rozumiejąc 
dobra tej pracy dla dziecka i społeczeństwa, starają się od tego 
obowiązku uchylić. Praca szkoły i nauczyciela stanowi istotnie 
wielkie dobro, wielką wartość kultur alno-spo-łeczną, gdyż -
wprowadza każdego człowieka w świat wiedzy, co prawda nikły 
na razie i bardzo ograniczony. Uczy go jednocześnie technik 
różnych, uczy sztuki czytania, pisania, liczenia i dzięki temu z 
tego maleńkiego świata wiedzy, w który go wprowadza szkoła 
początkowa, może kroczyć dalej, sięgać głębiej, zdobywać wie-
dzę czystą i stosowaną w różnych zawodach.
Mnóstwo jest dzieci na świecie, więc i mnóstwo, choć mniej 
znacznie, nauczycieli. Wszyscy ci nauczyciele od wielu, wielu 
lat wprowadzali w świat wiedzy, form współżycia i kultury 
pokolenie za pokoleniem w różnych epokach w rozmaity sposób 
i w różnym zakresie. W istocie swej była to zawsze sprawa 
dużej wagi, zyskująca coraz większe zrozumienie, coraz 
większą nieustępliwość w konieczności brania w niej udziału 
każdego człowieka.
Pomyśl, Kolego, jaka to ważna sprawa! Każdy człowiek musi 
przejść przez szkołę, więc jeśli praca w niej jest dobrze 
spełniana — jaki wpływ może wywrzeć na losy życia krajów i 
ludzkości. Przecież w ciągu tych
16

background image

obowiązujących w szkole podstawowej siedmiu lat, prócz 
wiedzy samej szkoła, a więc nauczyciel, coś tym dzieciom 
przekazuje swego, w jakiś sposób działa na nie, coś w nich 
budzi, rozwija, czasem hamuje, stara się kształtować warunki 
rozwoju, okoliczności pracy i przeżyć. Im jest lepszym 
człowiekiem, lepiej do pracy przygotowanym, im ma większą da 
innych życzliwość, głębszą o nich troskę i poczucie 
odpowiedzialności za swoją pracę, tym głębszy zostawi śle d w 
duszach dzieci. Może więc można by powiedzieć, że im lepszy 
będzie nauczyciel, tym lepszy będzie świat i życie każdego 
człowieka? — Może...?
Jest to jakby zaczarowany jakiś świat, z którego nikt się nie 
może wymknąć, każdy przejść przezeń musi — każdy człowiek! 
Na całokształt tej pracy składa się praca wszystkich nauczycieli 
— to znaczy, że praca przez nich wykonywana daje całość o tak 
doniosłym znaczeniu kulturalno-spolecznym. I udział każdego 
nauczyciela na najdrobniejszym choćby odcinku jest ważny, bo 
spełnia cząstkę wielkiego zadania całości.
Pomyśl, jesteś już w tym świecie pracy, więc praca Twoja jest 
ważna, bo spełnia cząstkę tego doniosłego całokształtu.
Czy rozumiesz znaczenie tego, jaką będzie Twoja praca?

LIST DRUGI
Kolego, chcę dzisiaj pomówić z Tobą o tym, co może już sam 
zaobserwowałeś w życiu i uświadomiłeś sobie, bez żadnego 
zresztą zapewne zdziwienia. Prawda to bowiem stara, dawno 
stwierdzona, wiecznie jednak żywa. Prawda, że wyniki każdej 
pracy w dużej mierze zależą od tego, kto ją wykonał i kim on jest 
jako człowiek, jaki jest jego stosunek do innego człowieka, czy 
interesuje go dola i los innych ludzi, czy chce im dopomóc, czy 
wpatrzony jest tylko w swój własny los i jego bieg? Słowem, jaki 
to jest człowiek, jaka jest jego wartość wewnętrzna, jaką ma 
postawę w stosunku do ludzi, życia i pracy. Prawda to bowiem 
wiecznie żywa, że poza przygotowaniem zawodowym 
człowieka, poza Jego wykształceniem najistotniejszą, 
najbardziej podstawową i decydującą wartością w jego pracy 
jest jego Człowieczeństwo.
Najbogatsza to i najcenniejsza wartość stwierdzana zawsze i 
wszędzie przez wszystkich czujących i myślących ludzi, 
opiewana w poezjach, legendach i baśniach, wyrażana w 
obrazach, rzeźbach i pieśniach — tak widocznie głęboko żyje w 
duszach ludzkich i taka jest ich
18

tęsknota, żeby ją można było widzieć wszędzie, zęby wypełniała 
świat, żeby ją każdy rozumiał, odczuł i stosował w życiu.
Posłuchaj, opowiem Ci, jak ją wyraził nieznany nikomu z 
nazwiska, żyjący przed pięcioma wiekami malarz w jednym z 
pięknych, starych, drewnianych kościołów naszych na Podhalu. 

background image

W Dębnie pod Nowym Targiem jest stary, z XV wieku kościół 
zbójnicki" pod wezwaniem Św. Michała. Dużo ludzi wrażliwych 
nafiękno odwiedza koście l w Dębnie, bo istotnie ma on jakiś 
specjalny urok i czar. Wtulony w kępę starych drzew, szary, 
mały, dzięki obudówkom ochronnym schylony jak gdyby do 
ziemi, robi wrażenie jakiegoś sanktuarium ciszy i spokoju.
Wnętrze kościoła ciekawe bardzo, tyle tam mozolnej pracy i 
troski o wyrażenie piękna i w rzeźbie drzewa, i w malarstwie 
ścian. Więc na przykład granicę między nawą a prezbiterium 
zaznacza zwisająca u powały koronka wyrzynana z desek i z 
nabijanych listew pionowych, poniżej belka tęczowa. Ściany i 
powały wnętrza pokryte różnymi malowidłami. Każda deska to 
jakby osobny, inny pas dekoracyjny. Pomalowano je pewnie 
przed wprawieniem w pułap. Tu widać jelenie, kozice, ptaki, orły, 
stylizowane kwiaty — tam św. Jerzy walczy ze smokiem, dalej 
orszak rycerzy wyrusza na polowanie. Tyle kształtów i barw — 
ale czas powlókł je mgłą jakby szarawą, przyćmił, kazał mówić 
wiekom.
Zdumiewa się człowiek patrząc na to wszystko! Ile tu się 
wyczuwa troski, trudu i mozołu, żeby pięknie, żeby najpiękniej 
zbudować — a jednocześnie ile radości
19

przeżyć musieli twórcy tej Świątyni, widząc rodzące się pod ich 
ręką piękno. Więc nie tylko wieki mówią tu patyną swoją, ale 
przemawia od wieków dusza człowieka, który tu pracował jako 
budowniczy, cieśla, rzeźbiarz, malarz i zwykły robotnik, 
przemawia dążeniem i tęsknotą ku czemuś, co najpiękniejsze w 
ich pracy być może i najdoskonalsze w skupieniu twórczości i 
wysiłku pracy, radości tworzenia i w końcu szczęścia 
zwycięstwa. Powstała bowiem świątynia jakby wyrzeźbiona i 
ubarwiona tym, co najlepsze w duszy człowieka, co go prowadzi 
najwartościowszą w życiu drogą — tęsknotą do ideału.
Poprosiłam kiedyś starego kościelnego, górala, aby mi 
opowiedział wszystko, co wie o kościele. Oprowadzał mnie 
wszędzie, pokazywał rzeźby, malarstwo, starał się wyjaśnić 
zatarte malowidła. Pokazywał obraz wielkiego ołtarza, podziwiał 
ornamenty liściaste i tło złociste wyciskane w deseń, i wyraz 
dobroci Matki Bożej, i dzielność postawy św. Michała, i 
skupienie św. Katarzyny. Patrzyłam, słuchałam i wdzięczna mu 
byłam, że tyle czuje, ze tak mocno kocha, że tak widzi piękno i 
że je tak pokazać umie. Ale to nie wszystko. Po chwili byliśmy 
jeszcze głębiej duchowo związani, bo oto gdy tam właśnie 
stałam przed wielkim ołtarzem, nachylił się ku mnie i szeptem 
wskazał mi fragment obrazu dosyć już zatarty i przyćmiony.
Św. Michał trzyma w jednej ręce miecz podniesiony do góry, 
a w drugiej — wagę szalową. Na jednej szali tej wagi siedzi 
napuszony diabeł w purpurowym płaszczu,
20

background image

z oczami sowy niespokojnie wpatrzonymi w szalę. W taszczył 
na nią to, co uważał za najcięższe na świecie — kamień młyński 
— i, naciskając jeszcze nogą na kamień, pewny jest 
zwycięstwa. Ale na drugiej szali staje człowiek i szalę aż do 
ziemi przechyla. „A no to widzicie, co worce clowiek".
Porozumieliśmy się spojrzeniem i tym cichym szeptem 
prostych słów dobrego człowieka w sprawie najważniejszej na 
świecie.
*
/ stary góral, zakochany w tym obrazie, i malarz, który przed 
pięcioma wiekami czul potrzebę przekazania ludziom tej właśnie 
treści w obrazie wielkiego ołtarza, czuli głęboko tę samą prawdę 
i chcieli ją wyryć w duszy człowieka; malarz uwiecznił ją 
artystycznie pokoleniom, góral przekazuje żarliwie słowem 
współczesnym swoim.
Wartość człowieka jest najcenniejszą wartością świata, jej 
ciężar gatunkowy przeważa wszystko w życiu jednostek i 
społeczeństw.

LIST TRZECI
Był czas. Kolego, że dużo jeździłam po szkołach po-
wszechnych w Polsce*. Chciałam poznać nie tylko pracę 
nauczyciela-wychowawcy, ale także warunki tej pracy, zobaczyć 
trudności różnej natury, jakie nauczyciel musi zwalczać na 
swojej drodze, zrozumieć, co mu silę i moc daje do tej trudnej 
nieraz i uciążliwej walki, co mu daje pogodę, a czasem nawet 
radość pracy. Pójdziemy dzisiaj razem do takich szkól. Szkoła 
wiejska, jednoklasowa, pracuje w niej młoda, pełna zapału, 
rozumna nauczycielka, która tak zorganizowała pracę dzieci i 
taką wytworzyła atmosferę, ze szkoła stała się dla dzieci czymś 
ukochanym. Chłonęły wiedzę, starały się, jak mogły, dom swój 
szkolny przyozdobić i zbierać różne materiały — słowem, czuły 
się także gospodarzami w tej szkole i współtwórcami warunków 
swojej pracy. Szły do niej nie tylko z zainteresowaniem, ale i z 
jasnym nastawieniem w duszy, z pogodą i zapałem. W 
atmosferze szczerości i skupieniu, w poważnym stosunku do 
pracy, w pogodzie, bez więk-
* Było to w latach przedwojennych.
22

szych rozdźwięków rozwijała się grupka dzieci zrzeszonych ze 
swoją nauczycielką nie tylko uczuciem, ale problemami 
codziennych zajęć ważnych i ciekawych. Pod wpływem pracy 
tej grupy rozwijały się też różne zagadnienia. praktyczne w 
ogrodzie szkolnym. Dziwili się starsi i młodzież tej wioski, 
patrzyli na tę pracę z szacunkiem i niejedno przenosili na swoje 
placówki. Szkoła zaczynała stopniowo zasięg swój rozszerzać. 
Trzeba było widzieć radość nauczycielki z wyników, jej zapal do 
snucia projektów dalszego rozwoju szkoły. Poczucie wartości tej 
pracy dawało jej dużo szczęścia, nie skarżyła się nawet, że na 

background image

razie nie uwzględniono podania o przeniesienie jej na miejsce 
pracy męża, przeciwnie, często w rozmyślaniach jej 
występowała troska^ jak wtedy będzie w szkole, gdy ją 
przeniosą.
I stalą się rzecz, w którą trudno wprost uwierzyć. W pól roku 
po objęciu tej'szkoły przez inną nauczycielkę, z inną zupełnie 
postawą do życia i ludzi — obraz tej szkoły zmienił się 
zasadniczo. Nie ma już szczerej, pogodnej grupy dzieci, 
zainteresowanej życiem szkoły i pracą. To są te same dzieci, 
inny jednak mają, zupełnie inny stosunek do pracy i do szkoły. 
To już nie „ich" dawniejsza szkoła, ale jakby wrogi jakiś dom, w 
którym panuje brak zrozumienia, zniewalanie i przymus. Żad-
nego porozumienia, żadnej współpracy: wszystko jest 
narzucane z góry, bezapelacyjne, obce i dalekie, bez żadnej 
tendencji do nawiązania łączności, do zrozumienia ich potrzeb i 
przeżyć. Toteż dzieci stały się nieufne, podejrzliwe, 
zniechęcone, idą do szkoły z przymusu,
23

pracują w niej bez zainteresowania. Wytwarza się w nich 
wyraźnie wrogi stosunek do szkoły i nauczycielki: ktoś w czasie 
jakiegoś nieporozumienia celowo zniszczył książkę, ktoś wybił 
szyby w oknie nauczycielki, ktoś głośno złorzeczył. 
Nauczycielka zgnębiona i nieszczęśliwa, z niechęcią do dzieci w 
duszy boryka się z losem, obmyśla sankcje karne, regulaminy, 
narzeka na dolę swoją, na „źle" dzieci, na okoliczności, które ją 
do „takiej" wsi zaprowadziły. Co spowodowało smutne dzieje 
tych dzieci i ich ciężkie przeżycia ? Wszystkie warunki pozostały 
te same. Zmienił się tylko jeden... nauczyciel!
Co myślisz o tym. Kolego? Ten przykład mówi jasno, 
wyraźnie, jak się zaznacza wartość treści wewnętrznej 
nauczyciela w jego pracy. Mówi, ze '''o charakterze pracy i 
wartości wychowawczej zadecyduje zawsze to, kim jest on jako 
człowiek, jaka jest jego wartość wewnętrzna, jakie skupił w 
sobie bogactwa duchowe, ho przecież, żeby dużo dać, trzeba 
dużo mieć — prawda, Kolego ?
I znowu inna szkoła. Zapadła, głucha wieś, odległa od stacji 
kolejowej o 44 km, prowadzą do niej bezdroża i moczary, 
poczta przychodzi raz tylko w tygodniu, a w okresie słot, 
roztopów, błot i zawiei — jeszcze rzadziej ! Daleko, zdaje się, 
od niej do świata, pusto, głucho i samotnie. Toteż nic dziwnego, 
że nauczyciele przeważnie boją się tam jechać, a skoro tak się 
stanie, że tam się znajdą, starają się-prędko wydostać i 
przenieść do jakiejś miejscowości położonej bliżej miasta.  
Ludność zniechęcona nie ufa już nowym przyjezdnym przesą-
24

dzając, że szybko zaczną robić starania o przeniesienie, że 
przerwą rozpoczętą pracę i znowu ich dzieci zostaną bez nauki. 
Z czasem stosunek niechęci do szkoły wzrasta, staje się 

background image

wyraźnie nieufny i nieżyczliwy. W dodatku we wsi panuje nędza 
i od kilku lat niewygasający tyfus. Wzrasta rozg')ryczenie i 
niechęć, więc i warunki pracy nauczyciela ;ą wyraźnie coraz 
trudniejsze. Zresztą i izba szkolna tej jednoklasówki stara już, 
niska i duszna nie zachęci do pracy. Mieszkanie, właściwie 
pomieszczenie dla lauczy'cielą przy szkole, ciasne, niskie — 
słowem warunki życia i pracy nad wyraz trudne.
Byłam w tej wsi w okresie usilnych starań nauczyciela o 
przeniesienie. Była to jego największa troska i zainteresowanie. 
I on szedł do szkoły z niechęcią, i dzieci szły do niej z oporem. 
Ludność nie brała już żadnego udziału w życiu szkoły — 
patrzyła na nią raczej z nieufnością.
Po dłuższym czasie dowiedziałam się, że jest tam prawie od 
trzech lat nauczyciel, który dotychczas jeszcze nie myśli o 
porzuceniu tej wsi, przeciwnie, dochodzą stamtąd echa dziwne, 
że coś tam się zmienia zasadniczo, że się ludność rozjaśnia 
mówiąc o szkole. Pojechałam, aby się przekonać. Z daleka już 
przewodnik mój z dumą wskazuje budujący się dom na szkolę. 
Idę do starej szkoły już nie po błocie, ale wybrukowaną drogą. 
Szkoła ogrodzona, w ogrodzie kwiaty i zieleń. Uwagi moje o tej 
zmianie mile są widać mojemu przewodnikowi. Milczący, skąpy 
w słowach uśmiecha się znacząco i mówi:
„to jeszcze nic, dopiero zobaczy pani, co on tu zrobił".
25

Nie wyjaśniał, kto to jest „on" — zrozumiałam! — Zewnętrznie 
nawet pogodniej tu jakoś na wsi, jak gdyby więcej lodu koło 
chat, dzieci czystsze wchodzą właśnie do szkoły. Wchodzi z nimi 
i nauczyciel i wita nas pogodą w oczach i życzliwym uśmiechem. 
Mówimy o tym, że jest jakoś inaczej, że już od razu zauważyć 
można, że coś się we wsi dzieje ważnego. Słucham z zapartym 
tchem opowiadania nauczyciela.
Jest tutaj około trzech lat. Istotnie praca zaczęła się rozwijać. 
Wieś mila, ludzie życzliwi, z początku tylko obojętni byli 
względem szkoły, niechętni nawet i nieufni. Teraz prawie 
wszyscy chcą jej w pracy pomóc czym mogą i przychodzą sami 
poradzić się, zapytać, pomówić. Młodzież zabrała się do nauki, 
czytelnictwo się rozwija, książek wprost nastarczyć nie można. 
Biblioteka jeszcze bardzo uboga, w urzędzie i w mieście dawno 
już obiecali pomóc, ale jakoś dotychczas głucho. Miasto daleko, 
drogi bardzo złe, toteż łatwo było przekonać wieś, żeby założyła 
spółdzielnię — nikła jest jeszcze, mała, ale jak się nią wszyscy 
interesują f Jak pragną jej rozwoju — a to najlepsza chyba 
zapowiedz jej życia!
Spędzam trzy dni w tej szkole, rozmawiam z ludnością, z 
nauczycielem, przyglądam się stosunkowi do szkoły, widzę 
stosunek nauczyciela do ludności, zrozumienie warunków jej 
życia i chęć pomocy. Wszyscy czują życzliwość nauczyciela, 
widzą jego troskę o dzieci, o warunki ich życia i pracy nie tylko 
w szkole. Widzą troskę o młodzież — więc kursy dla 
analfabetów, rozwój czytelnictwa, założenie radia; widzą troskę 

background image

o polepszenie
26

bytowania wsi — więc założenie i rozwój spółdzielni, ulepszanie 
dróg i dostępu do chat, widzą troskę o podniesienie 
zdrowotności wsi — więc zachęcanie do czyszczenia studzien, 
regulowania śmietnisk i dołów kompostowych, usuwania tzw. 
gnojówek spod okien chat. Wszystko to jest życzliwie 
przyjmowane i chętnie spełniane, bo w każdej fayśli nauczyciela 
znać troskę o podniesienie poziomu życia wsi pod każdym 
względem. Toteż widać już przy wielu chatach próby założenia 
ogródka koło okien, zaprowadzenia ładu i porządku w całym 
obejściu. Coraz częściej zjawia się koło chat drzewo zasadzone, 
początki sadu, plot się nie przewraca, tu i tam widać nieudolnie 
dosyć wybrukowane podwórka i ścieżki do domów.
To są wielkie zmiany, ale największą widać w wyrazie twarzy 
ludzi, w ich oczach, gdy się mówi o szkole, w spojrzeniu i w 
krótkich, urywanych zdaniach, że tu się coś dziać zaczyna, że 
się coś zmienia na lepsze, że łatwiej będzie żyć, że jest ktoś, kto 
potrafił wytrącić z bierności tę wieś, kto im pomaga i radzi, 
cieszy się ich inicjatywą i twórczością — pracuje razem z nimi 
dla lepszej przyszłości wsi. Szkolą teraz to jakby ognisko ich 
życia, tam i książki do czytania, i radio łączy ze światem, i rada 
dobra czeka, i rozmowa życzliwa, i dobre spojrzenie Człowieka, 
który znalazł pogodę, więcej może nawet — radość w tej pracy.
A warunki pracy bardzo trudne, bo i żona nie pracuje, i syn 
mały, czteroletni, i marne uposażenie, i odcięcie od świata, i 
żadnej właściwie w pracy pomocy z zewnątrz.
27

Sam jeden, zdany na własne tylko sily, odpowiedzialny za 
wszystko, z początku otaczany niechęcią i nieufnością — 
zaczyna pracę z troską o los dzieci, o los każdego dziecka, z 
nieśmiałą troską i dążeniem, żeby przecież czymkolwiek 
dopomóc do podniesienia warunków życia tej wsi! — Pieniędzy 
nie ma — więc pracą, inicjatywą i mysią — razem ze 
wszystkimi.
A w domu żona narzeka i skarży się na pustkowie, odcięcie 
od świata, samotność, brak pieniędzy. Nie rozumie zupełnie. 
życia swego męża. On idzie szerokim gościńcem ku lepszej 
przyszłości ludzi, z którymi pracuje, a jej ścieżka do tego 
gościńca trafić nie może, smutna, pełna goryczy bladzi, pomimo 
rad i wskazówek męża. Myli jej drogę brak życzliwego stosunku 
do człowieka i brak poczucia łączności z ludźmi tej wsi, a nawet 
z mężem, z którym się w tej sprawie zrozumieć nie mogą. Jest 
istotnie zupełnie samotna i nieszczęśliwa. Mimo to on, pełen 
życzliwości dla ludzi, ma głębokie poczucie odpowiedzialności 
za pracę swoją na tej wsi, za jej wyniki — chce dobrze, jak 
najlepiej i dla powierzonych sobie dzieci i dla wsi całej. To jest w 
nim tak silne, że, nie bacząc na trudne warunki życia swoje i 

background image

swoich, z zapałem mierzy się z trudnościami, zdobywa się na 
wielki wysiłek i — zwycięża! Teraz już cala wieś mu pomaga, 
wszedł na dobrą drogę — idą razem, choć z trudem jeszcze, ale 
pogodnie! Jest mu dobrze, czuje radość tworzenia — nie jest 
samotny, wszyscy razem są współtwórcami lepszej przyszłości 
wsi, lepszego wychowania dzieci.
28

Nie zapomnę nigdy kolegi Władysława, wspomnienie o nim 
ma przekonywającą silę działania, rodzi tęsknotę, żeby tak 
zdołać jak on.
Jeżeli jeszcze żyjesz gdziekolwiek. Kolego Władysławie, i list 
ten przeczytasz — wiedz, że pisałam go z głębokim uczuciem 
wdzięczności dla Ciebie. Dużo mi dałeś w prostocie i dobroci 
Twojej, w jasnej pogodzie Twoich oczu, w wyrazie radości z tej 
pracy. Teraz może innym to dajesz — a może także i drogą 
tego listu.
wie

LIST CZWARTY
Kolego, jeszcze jeden z wielu przykładów twórcze) pracy 
nauczyciela. Tym razem w szkole na kresach, daleko bardzo -
od dużego miasta.
W starej chacie, podpartej palami, bez podłogi — uczy się w 
jednoklasówce 110 dzieci. Wchodzę do izby, kapoty dzieci 
zmokłe na deszczu wiszą wzdłuż ścian, ławki ciasno ustawione, 
dzieci stłoczone w tej przepełnionej izbie. Na świecie ponuro i 
szaro, w klasie jednak, pomimo tych dusznych wyziewów i 
stłoczenia, jest jakaś pogoda i harmonia. Nauczycielka młoda, 
blada tylko i mizerna, jest tutaj rozumnym i miłym gospodarzem 
pracy. Uderza inicjatywa, temperament, zrozumienie dzieci i 
rozumna organizacja pracy. Zainteresowanie pali się na 
twarzach wielu dzieci. Ciche i głośne nauczanie — grupy 
pomagają sobie wzajemnie i w tych ciężkich warunkach 
wyczuwa się pogodę w ich pracy. Po trzech godzinach 
przychodzi druga grupa na lekcje. Właściwie stały te dzieci już 
dawno pod oknami czekając na swoją kolej. Ze względu na 
deszcz nauczycielka otworzyła drzwi do klasy — stanęły cicho 
pod ścianą czekając na koniec zajęć pierwszej grupy. Mokre 
kapoty ociekają na klepisko izby szkolnej, w klasie coraz
30

duszniej, coraz trudniej oddychać. I znowu po małej przerwie 
nauczycielka pracuje z tymi 55 dziećmi. Pogodna, pełna życia 
— bledsza już tylko może ze zmęczenia w tych warunkach 
pracy. Po obiedzie, sporządzonym na maszynce w izbie 
gospodarza, u którego mieszka, znowu biegnie na kurs dla 
dorosłych, dla przedpoborowych f organizuje z młodzieżą teatr, 
więc próby, prace nad dekoracjami itp., a wieczorem jeszcze 

background image

zeszyty szkolne dzieci czekają na poprawienie. I tak dzień za 
dniem, bez wytchnienia. Zdumiewa wprost inicjatywa 
nauczycielki w każdej pracy, jej zapal i najlepsza wola, a przy 
tym pogodny uśmiech i zdolność znalezienia czasu na poradę 
lub rozmowę przyjazną z tym lub tamtym. Chce się uczyć dalej, 
marzy o zdobyciu świadectwa z ukończenia Wyższego Kursu 
Nauczycielskiego. O urlopie jednak nie myśli zupełnie, chce 
zdawać jako ekstern, gdyż uważa, że nie może przerywać 
rozwoju pracy, która daje już widoczne wyniki. A przecież ludzie 
dawniej byli tak nieprzychylnie do szkoły usposobieni. Prosi o 
program i książki, będzie zdawała jako eksternistka. Mówi z 
ogniem w oczach —jest w pracy swojej szczęśliwa.
Pod względem wykształcenia koi. Helena nie przekroczyła 
minimum kwalifikacji nauczycielskich. Nie stopień wykształcenia 
więc decydował i tutaj o wartości jej pracy i bliskim do niej 
stosunku dzieci, lecz silne poczucie łączności z innymi, poczucie 
odpowiedzialności za wartość pracy i istotna dla człowieka 
życzliwość,
Teraz pójdziemy. Kolego, do szkoły, gdzie nauczyciel źle się 
czuje, myśli o przeniesieniu, narzeka na ludzi i warunki — jest 
nieszczęśliwy.
31

Śliczna wieś podgórska, szkoła tuż przy gościńcu, poczta na 
wprost szkoły, do stacji kolejowej blisko. Nowy, ładny dom 
mieści jednocześnie i klasę szkolną i przez sień mieszkanie 
nauczyciela. Klasa duża, widna, czysta, słoneczna — otoczenie 
ładne, widoki prześliczne. Ludność wsi chce szkoły, dąży do 
kształcenia dzieci, rozumie wartość oświaty. Coś jej jednakże 
teraz w kontakcie ze szkołą przeszkadza, jakaś przegroda 
zaczyna powstawać między szkołą i wsią, odkąd przyjechała 
tutaj nowa nauczycielka. I dzieci już niechętnie, z dużym nieraz 
oporem idą do szkoły. Znam nieźle tę wieś i jej mieszkańców, 
chcę zrozumieć rodzącą się wśród nich niechęć do szkoły.
Zrozumiałam prędko przyczynę tego zjawiska. Wchodzę do 
klasy czystej, zalanej słońcem. Na ścianach mapy, obrazy, 
barwne szlaki, ale pomimo to w klasie sztywno, zimno jakoś, 
niemal ponuro. W oczach i wyrazie twarzy dzieci nie ma 
pogody, brak zainteresowania i chęci do pracy, tai się w nich 
raczej niepokój, nieufność, nuda jakaś szara, a może i niechęć. 
„Dzieci, pani przyjechała z Warszawy, zaśpiewamy coś 
ładnego" — mówi nauczycielka.
„Oj, proszę pani, coś góralskiego ? — wyrywa się jakiś mały 
góral.
„Głupi jesteś, coś góralskiego możesz sobie w górach albo w 
lesie śpiewać — teraz zaśpiewamy coś ładnego. Tu wszystkie 
dzieci takie jakieś niemile, tępe, leniwe, nic z nich zrobić nie 
można — zresztą nic dziwnego, cala ludność tutaj taka, wprost 
ich nie znoszę". Mówi coś jeszcze, ale już nie słucham; uczucie 
wstydu ogarnia
32

background image

•mnie. Proszę, aby nie mówiła teraz, porozmawiamy później.
,f, to tępe takie, nic nie rozumie i co to je obchodzi, co ja o 
nich myślę".
Nie można jej było przekonać, żeby nie wydawała 
przedwcześnie sądów, nie uogólniała faktów, lecz właśnie 
zwróciła się J.u dzieciom i wsi tak ciekawej, myślącej, ale już 
nieco zniechęconej pracą szkoły. Przyjdzie jej wtedy ludność z 
pomocą w pracy, nie będzie się czulą osamotniona lut" 
niechętnie witana. Wtedy dopiero poczuje zadowolenie, kto wie, 
może nawet i radość w pracy. Słuchała obojętnie, zimno, głucho 
— nie szedł od niej żaden odzew — nie rozumiała tego!
Inne były płaszczyzny myślenia, inny stosunek do pracy koi. 
Heleny i tej koleżanki bezimiennej (istotnie, zapomniałam jej 
imienia, a wszystkie moje notatki z wędrówek po szkołach 
spłonęły w Warszawie w czasie Powstania). Koleżanki te miały 
inne warunki pracy, ale jednakowy poziom wykształcenia, nie od 
tego więc zależał charakter ich pracy.
Czemu więc jedna z nich była pogodna, miała dużo radości, 
pomimo bardzo złych i trudnych warunków życia i pracy ? Druga 
w stosunkowo bardzo dobrych warunkach czuła się źle, 
samotnie, chciała się z tej .ysłej" wsi przenieść do „lepszych 
ludzi", do innych warunków. Czy przeniesiona do innej wsi, nie 
zmieniwszy swego stosunku do człowieka i pracy, istotnie 
znajdzie inny do siebie stosunek i zadowolenie ze swej pracy?
Pomyśl! Ciekawam, czy się na naszych szlakach myślowych 
spotkamy!
33

LIST PIĄTY
Kolego, takie różne były losy i wyniki pracy i samopoczucia 
koi. Heleny i tej koleżanki bezimiennej. Czy w rozmyślaniach 
swoich wykryłeś przyczynę, która spowodowała dobre i złe 
samopoczucie tych koleżanek w pracy ? To bardzo ważne 
zagadnienie, jeśli je dobrze rozważysz i dobrze zrozumiesz, to 
w dużej mierze i od tego Twój los w pracy zależeć będzie. 
Kolego.
Posłuchaj! Myślę, że koi. Helena i koi. Władysław, i wszyscy 
z takim jak oni stosunkiem do pracy służą rzetelnie idei 
wybranej, mają wyraźny cel.  Kochają w ogóle człowieka, 
interesują się jego losem, mają życzliwość dla ludzi i tę 
życzliwość wprowadzają w czyn w swojej pracy. Troszcząc się o 
los wychowanków swoich, o ich warunki życia i rozwoju — a 
więc i o warunki życia ludności całej wsi czują się z nią 
zespoleni i jasno czują odpowiedzialność za swoją pracę. Jeśli 
się rozumie doniosłą wagę społeczną pracy swojej, a przez nią i 
pracy całego swego zawodu, wtedy się łatwiej, celowo i dobrze 
pracuje. Może oni właśnie rozumieli, że chociaż pracują na 
drobnym tylko odcinku, praca ich jest ważna i że pracując 
rzetelnie spełniają coś bardzo ważnego w życiu

background image

34

swoim i w życiu tych ludzi, z którymi ich warunki pracy łączą. 
Spełniają więc drobną cząstkę wielkiego zadania całości. To 
zrozumienie daje im poczucie zespolenia się z całością, a więc i 
poczucie wagi życia, jego sensu i wartości pracy swojej. Tak jak 
gdyby odnaleźli swoją drogę, po której mają kroczyć w życiu, jak 
gdyby odnaleźli tajemnicę swego życia i zobaczyli jego prawdę, 
jak gdyby ta praca porywała ich z nurtem życia płynącego 
naprzód. I taka im się ta prawda ich życia staje prosta, jasna i 
droga, lo tłumacząca wielką wartość całego ich wysiłku, całego 
ich wkładu, że tylko nią chcą żyć, jej służyć.
Może właśnie dlatego tyle mają pogody w stosunku do dzieci, 
do ludzi, do pracy całej. W walce ich z trudnościami różnymi, z 
przeszkodami w pracy wyrasta jakaś siła i moc zwyciężająca i 
łamiąca opory. Cały ich stosunek do ludzi, do życia, do pracy, 
do siebie samych wykazuje jakąś pogodę wewnętrzną, lad, 
harmonię — wszystko pogodniej widzą, jaśniej czują. 
Jednocześnie zdumiewa wprost poczucie odpowiedzialności za 
to, co robią i za to, co mówią.
Radość z wyników choćby najdrobniejszych, ale dobrych w 
pracy, radość realizowania jakiejś myśli swojej, radość budzenia 
inicjatywy i zapału innych, radość budzącej się do życia coraz 
wyraźniej całej gromady i poszczególnych jednostek, radość 
życzliwej i skutecznej pomocy w procesie wrastania 
wychowanków w kulturę, w zdobywanie wiedzy, pogłębianie się, 
słowem stawanie się Człowiekiem wyjaśnia im wartość życia 
własnego.
35

I nie żal już im wtedy wysiłku i trudu, nie żal niczego — widzą 
najciekawszy, jaki być może, wynik pracy, bo staje się i rozwija 
Człowiek, dopomogli celowo i świadomie do jego budowy. 
Wtedy praca staje się tak bliską, tak drogą, że nie tylko 
interesuje, porywa, ale staje się wprost koniecznością żyda — a 
nawet może jego słońcem!
Pomyśl, może wiośnie w takich wypadkach można mówić o 
pogodzie wewnętrznej, a co za tym idzie, o pewnego rodzaju 
szczęściu człowieka, a więc i naszym,
i Twoim, i moim?...
Czyśmy się w myślach naszych spotkali? Tak Ci tego 
szczęścia życzę, miody Kolego, bo właśnie takie jest 
najtrwalsze.

LIST SZÓSTY
Czytając te listy myślałeś. Kolego, z pewnością, od czego 
zależy istotna wartość pracy nauczyciela-wycho-wawcy. Ludzie 
mysią często, że tylko od wykształcenia i od dobrego 
przygotowania do tego zawodu. Wiele w tym jest słuszności, 

background image

wiele prawdy, bo trzeba dużo i dobrze umieć, żeby można było 
kogoś uczyć. Trzeba dobrze wiedzieć, jak uczyć, żeby wynik 
pracy był dobry, więc wykształcenie i przygotowanie do zawodu 
to sprawa wielkiej wagi. Ale co jest najważniejszą treścią tego 
dobrego przygotowania do zawodu naszego ? Nie wszyscy o 
tym myślą i jakoś mało jeszcze mówią, a to jest przecież tak 
ważne, że bez tego i wykształcenie nic nie pomoże, i człowiek o 
dużej wiedzy i umiejętności uczenia nie będzie dobrym 
nauczycielem-wychowawcą. Co to jest ? To proste i jasne. 
Pomyśl, a ja Ci w tym pomogę przykładami z mojej wędrówki po 
szkołach.
Wieś ludna bardzo. Ciężkie warunki materialne całej okolicy. 
Dzieci blade, niedożywione i ledwo przyodziane. Warunki pracy 
nauczycieli trudne nie tylko ze względu na brak odpowiednich 
pomieszczeń na szkolę, brak pomocy naukowych, na 
niemożność zdobycia przez dzieci
37

zeszytów i książek, ale przede wszystkim na ich braki w 
odżywaniu, na niemożność skupienia uwagi często wprost 
wskutek głodu. I jakże różna postawa nauczycieli w tych 
warunkach! Jeden — obojętny na wszystko, nie widzi, czy nie 
chce widzieć tego, co go otacza. Odrabia wyznaczoną pracę z 
dnia na dzień nie wchodząc zupełnie w rzeczywistość życia tych 
dzieci i zamyka się w swoim życiu rodzinnym. Drugi — 
sumiennie nawet pracujący, zniechęcony nieprodukcyjnością 
swego wysiłku w nauczaniu, stara się o przeniesienie do innej 
miejscowości, wyczekuje tego -z niecierpliwością, szarpie się, 
narzeka na ludzi i życie, rozgoryczony losem uważa się za 
męczennika, za ofiarę nieporozumień. Stosunek dzieci do nich 
daleki, bojaźliwy, nieufny!
Trzecia, koi. Felicja, zdobywa się zdecydowanie na wytrwały 
wysiłek, na bohaterską walkę o lepsze warunki życia dzieci. 
Chodzi po wsi na tzw. „zsyp" i zbiera żyto, owies czy jęczmień 
od tych, którzy trochę jeszcze tego ziarna dać mogą na 
„podpłomyki" dla dzieci. Kawę i cukier przysyła starosta, trzeba 
tylko o chlebie pomyśleć, gdyż duży odsetek dzieci przychodzi 
bez żadnego śniadania. Nie zamyka oczu, wie, że w tym stanie 
wygłodzenia nie może być żadnej pozytywnej pracy dzieci. Nie 
wyobraża sobie inaczej żadnej możliwości pracy z nimi — ma 
oczy szeroko otwarte, widzi ich życie i chce widzieć sens swojej 
pracy, jej wartość. Ma żywe poczucie łączności z dziećmi, czuje 
i za nie, chce i za nie. Nie pogodzi się z tym, że są głodne, 
wyczerpane, dopóki dla przeciwdziałania temu nie uczyni 
czegoś, co ją uspo
38

koi chociaż w pewnej mierze. Inaczej odczułaby to jak gdyby 
poniżenie swego własnego żyda. Mówi o tym z pogodą, silą i 
głębią zrozumienia tak, że to działa i na innych, budzi potrzebę 

background image

wzajemnej pomocy wśród mieszkańców tej wsi. Dzieci ją 
kochają, idą do niej po radę, z ufnością patrzą w jej oczy. A 
przecież ta właśnie nauczycielka ma minimum obowiązującego 
wykształcenia i duże troski rodzinne: chorego męża i dwoje 
dzieci. Ale taki już bieg, taką linię życia wyznaczyła jej postawa 
duchowa, zrozumienie sensu życia i jej w nim udziału.
Koledzy jej o tak różnej postawie, w tych samych co i ona 
warunkach, w innej byli sytuacji. Jeden z nich, samotny, 
ukończył Wyższy Kurs Nauczycielski. Drugi — ma wyraźne 
zainteresowania metodyczne i w czasie ferii letnich, w ciągu 
kilku lat wyjeżdżał na różne kursy, gdyż interesowały go 
sposoby rozwiązania   pewnych zagadnień. O tym jednak 
widocznie zapomniał, że zagadnienia te ma rozwiązywać z 
żywymi ludźmi. Tak więc — nie stopień wykształcenia 
decydował o wartości pracy tych nauczycieli. U koi. Felicji 
decydowała tu życzliwość dla człowieka, troska o każde 
powierzone jej dziecko, żywe poczucie łączności z nim i losem 
jego i głębokie poczucie odpowiedzialności za wynik pracy.
Prawda, Kolego, że tylko taki stosunek do pracy rozwiązuje 
zagadkę pogody i siły działania koi. Felicji wobec jej ciężkich 
warunków życia osobistego.
39

LIST SIÓDMY
Opiszę Ci, Kolego, jeszcze jeden ciekawy przykład z moich wędrówek po 
szkołach. Zobaczysz, ze dobre warunki pracy szkolnej nie zawsze decydują o 
jej wartości. Dobre warunki — to bardzo doniosła sprawa dla wartości pracy. 
Toteż wielki wysiłek w pracy państwowej i społecznej winien być skierowany na 
jak najwyższe kształcenie nauczycieli, na budowę odpowiednich szkół, na ich 
instalację, pomoce naukowe, biblioteki.
Nigdy wysiłek pracy w tym kierunku nie będzie za wielki wobec wagi 
zagadnienia. Najlepsze jednak warunki pracy nie wystarczą — stosunek 
nauczyciela, wchodzącego w te warunki, do człowieka, do pracy i do życia 
zadecyduje dopiero zasadniczo, jaka będzie wartość pracy
tej szkoły. — Posłuchaj!
Wieś dosyć zamożna, położona tuż przy stacji kolejowej. Szkoła 7-klasowa, 
dobrze zorganizowana. Budynek szkolny murowany, ładny, dobrze do potrzeb 
szkoły przystosowany. Duże boisko i ogród. Kierownik i nauczyciele mają 
nowocześnie urządzone mieszkania przy szkole. Klasy zainstalowane nie tylko 
dobrze, ale i bardzo pomysłowo, wygodnie i nawet ładnie. Zbiór pomocy nauko
40

r
wych zupełnie wystarczający, biblioteka dla nauczycieli dobrze 
zaopatrzona, biblioteczka dla dzieci zdumiewa wprost ilością i 
właściwym doborem książek dla wszystkich klas. Zespół nauczycieli 
pod względem wykształcenia zupełnie wyjątkowy: dwóch ukończyło 
uniwersytet, troje ma jakieś inne studia ukończone już po zdobyciu 
kwalifikacji n luczycielskich. Wszyscy pracują sumiennie, 
obowiązkowo. Metoda pracy przemyślana. W kancelarii szkoły i 

background image

rozkład lekcji, i plan wszystkich innych zajęć szkolnych, do których 
przewidziani są nie tylko kierownicy, ale i ewentualni ich zastępcy. 
Wszystko jest systematycznie przemyślane i rozplanowane. Klasy 
mają rozkład materiału na każdy miesiąc opracowany zgodnie z 
programem, nauczyciele ściśle notują frekwencję dzieci, niektórzy 
prowadzą obserwacje nad ich rozwojem, zbierają dane dotyczące 
szybkości czytania dzieci w różnym wieku — słowem, praca jest 
prowadzona sumiennie, program jest ściśle realizowany, są nawet 
jakieś próby badań.
Jestem w tej szkole kilka dni, widzę dużą pracę nauczycieli, ich 
obowiązkowość i sumienność, dobrą metodę, zdumiewa jednak 
zupełny brak zapału, porywu do pracy. Wszyscy się przesuwają 
bardzo sprawnie wśród lekcji i zajęć w takt pokratkowanych 
rozkładów i planów prac. Wykonują wszystko, zdaje się, 
systematycznie i sumiennie, ale jakoś sztywno, jakby automatycznie, 
martwo, bez zapału, bez radości tworzenia, bez jakichś jasnych 
perspektyw rozwoju pracy swoje/. Toteż wieje od nich to, co daje 
zasklepienie się w formie jakiejś, jak gdyby znużeni jak gdyby szara 
nuda! Sprawia wrażenie, że się poruszają
41

w tej całej organizacji jak sprawnie działające, dobrze 
nakręcone automaty. I dzieje się tak, że dzieci przychodzą rano 
do szkoły z „jakiegoś tam" życia swojego — zasiadają w 
klasach, zdobywają różne techniki szkolne, gromadzą różne 
wiadomości z różnych dziedzin, bawią się mniej lub więcej 
przykładnie na przerwach, dowiadują się, co mają na przyszły 
dzień opracować i wychodzą do domów. Drzwi szkoły 
zatrzaskują się ciężko za nimi i oddzielają życie tych ludzi 
pozostałych w szkole od życia dzieci, tak bogatego w różne 
tajemnice ich rozwoju, powodzeń i niepowodzeń szkolnych, 
zachowania się, konfliktów i różnych nieprzewidzianych 
wzniesień lub obniżeń w rozwoju.
Życie płynie naprzód, wnosi różne zmiany w warunki 
rozwoju każdego dziecka, działa na nie w pewien sposób — a 
życie tej szkoły, zapatrzone w schemat swej pracy, stara się 
udoskonalić ją w ciszy i w oderwaniu od tych warunków. 
Nauczyciele zadowoleni, że ludność nie przeszkadza, że wieś 
taka spokojna. Istotnie, prócz dwóch ogólnych zebrań rocznych 
ludność tej wsi nie ma kontaktu ze szkolą. Szanuje ją, mówi o 
niej z poważaniem, ale ją omija przechodząc, jak daleki sobie, 
obcy, choć pożyteczny organizm w życiu tej wsi.
Kilka osób z grona nauczycielskiego chciałoby się przenieść 
do innej szkoły w dużym mieście — bo  „tutaj jakoś nudno i 
pusto".
Czemu znud,zeni są koledzy nasi w tej szkole. Kolego?
42

LIST ÓSMY
Z poprze inich listów wiesz. Kolego, że wartość pracy 

background image

nauczyciela zależy nie tylko od wykształcenia i warunków jego 
pracy. Nawet, jeżeli i wykształcenie będzie odpowiednie, i lokal 
szkolny dobrze do jej zadań przystosowany, urządzenia i 
pomoce szkolne wystarczająco dobre, to i wtedy nie zawsze 
wiadomo, jaka będzie praca nauczyciela. W liście piątym 
snuliśmy już te rozważania, dzisiaj dalej w nich jeszcze 
pójdziemy, ażeby wyraźniej wyjaśnić przyczynę nudy i 
zmechanizowania w pracy kolegów naszych w tej ładnie 
zorganizowanej i urządzonej szkole.
Prawie wszyscy koledzy, prócz ostatnich, o których Ci w 
listach pisałam, mieli trudne warunki pracy, bo i pomieszczenie 
szkoły marne w starych, nieprzystosowanych w tym celu 
chatach i brak pomocy naukowych, i książek, i często wieś źle 
do szkoły usposobiona albo względem niej obojętna. Niektórzy z 
nich chęcią jak najpełniejszego służenia sprawie, zapałem, 
inicjatywą, wytrwałą pracą, poczuciem odpowiedzialności za jej 
wyniki, prawdziwą życzliwością dla człowieka zdobywali 
zaufanie i współpracę wsi, i podnosili wartość pracy szkolnej. 
Zdobywali pomoce naukowe i książki, lepsze pomieszczenia na 
szkolę,
43

czasem nawet doprowadzali przez współdziałanie do budowy 
nowej szkoły — w ogóle wnosili wielkie wartości w gospodarcze i 
kulturalne życie całej wsi. Rozumiesz jednakże. Kolego, 
doskonale, że takich nauczycieli jest niewielu, że to są 
niejednokrotnie bohaterowie pracy, wysiłku i mocy wytrwania. 
Nieliczne tylko jednostki zdobyć się mogą na taką silę, nie każdy 
tak zdoła, nie każdy tak potrafi i nie każdy tak może! Ale dobrze 
wiedzieć, że są tacy mocarze ducha, że są tacy tytani-pracy, 
którzy wszystko potrafią podporządkować sprawie, której służą. 
— Oni są jak gdyby busolą naszą, naszym drogowskazem. 
Zupełnie nie dlatego, żeby się starać im dorównać, bo na 
przeszkodzie stanąć mogą i możliwości jednostki — jej warunki 
rodzinne, jej warunki zdrowia i zainteresowania, właściwości 
wrodzone, ale żeby stanąć na tej właśnie płaszczyźnie działania 
co oni, to znaczy na płaszczyźnie pracy rzetelnej i dobrego 
zrozumienia, na czym jej istotna wartość polega. Nie każdy 
zdoła, jak kolega Władysław, podnosić w różnych dziedzinach 
życie wsi całej, zorganizować spółdzielnię i budować szkołę, ale 
każdy, jeśli pragnie uczciwie pracować, może i zdoła 
wychowywać dzieci w szkole związanej ściśle ze środowiskiem 
wspólną sprawą wychowania i oświaty. Wiemy zresztą, że ważna 
sprawa budynku szkolnego, instalacji szkoły, pomocy 
naukowych, bibliotek winna być rozwiązywana przez władze 
szkolne i samorządy, że sprawą tą kieruje Ministerstwo Oświaty 
przy współpracy i współdziałaniu samorządów: gminy, powiatu, 
województwa. Wiemy, że cały ustrój społeczny winien być tak 
zbu
44

background image

r
dowany i całe życie społeczne winno być tak zorgani-
zowane, żeby to najistotniejsze ogniwo oświaty i kultury, 
jakim jest szkoła, było żywą i wiecznie doskonalącą się 
treścią jego poczynań, twórczości i rozwoju. Jest to jeden 
z podstawowych obowiązków państwa i społeczeństwa.
Nauczyciela też przygotowuje państwo i 
społeczeństwo, ażeby w tej szkole uczył i wychowywał. A 
to z kolei jest zasadniczą pracą nauczyciela. Trzeba tylko 
chcieć dobrze ją zrozumieć i jak najlepiej poprowadzić. 
(Otóż posłuchaj, żeby praca Twoja była żywa, twórcza, 
celowa, dobra, musi wynikać przede wszystkim z 
życzliwości dla człowieka, musi być oparta na 
poszanowaniu człowieka i jego praw rozwojowych oraz na 
poznaniu i zrozumieniu warunków życia dziecka, 
warunków życia środowiska, które je wychowuje, musi 
być z tym środowiskiem ściśle związana} Toteż nie 
możesz się w szkole swojej odgradzać od otaczającego 
życia, nie możesz się zamykać w swojej pracy w szkole, 
bo wtedy będzie Ci ona jałowa, mało płodna, nudna i 
szara. Nie przyniesie radości, bo nie rozwinie 
zainteresowań i twórczości, znuży Cię w końcu i 
zautomatyzuje. A ile wartości, ile barwy życia, ile światła 
wniesie zrozumienie, jakie wartości wychowawcze kryją 
się w warunkach życia dziecka, jakie tam wpływy dobre 
działają na jego rozwój, jakie ten rozwój hamują lub 
działają nań • zgubnie, w czym szkoła może pomóc i w 
jaki sposób. W wychowaniu i nauczaniu dziecka musisz 
się z domem sprzymierzyć, musisz się z nim na tle tych 
zagadnień związać życzliwą i przyjazną współpracą.
Pomyśl, Kolego, szkolą tylko kilka godzin wychowuje
45

— dziecko tak krótko jest w klasie — a tam w domu, w 
otoczeniu swoim najbliższym spędza tyle godzin i tam się 
głównie kształtuje. Tylko wtedy poznasz dobrze dziecko, gdy 
poznasz wszystkie warunki jego życia — jakie są, jak działają. 
Czy można jakoś na nie wpłynąć^ czy można dziecku w czymś 
tam dopomóc? To takie ważne, że jeszcze w listach naszych 
wrócimy do tego. Dzisiaj tylko chciałam zaznaczyć, że 
nauczanie według określonego programu to nie wszystko 
jeszcze, że z pracą tą wiązać się winna ściśle współpraca z 
domem dziecka i że dopiero -wtedy praca w szkole będzie 
żywa, twórcza, celowa i interesująca dla Ciebie. Im głębiej 
sięgniesz w podłoże, z którego dziecko wyrasta, tym ciekawszy 
o nim materiał zdobędziesz. Im szerzej oczy otworzysz na 
otaczające szkołę życie, tym lepiej dzieci zrozumiesz. Im lepiej 
potrafisz nawiązać i rozwinąć współpracę z rodzicami, tym 
żywszą i ciekawszą będzie Twoja praca. Im życzliwiej i 
przyjaźniej nawiążesz to współdziałanie z otoczeniem, tym 

background image

bardziej pogodna, twórcza i owocna będzie Twoja praca. Szkoła 
Twoja zwiąże się wtedy z całym życiem otoczenia i stanie się 
powoli w pewnej chociaż mierze kierownikiem i regulatorem 
wpływów działających na dziecko. I każdy nauczyciel, z dobrą 
wolą i rzetelnym stosunkiem do pracy, w rozmaitym naturalnie 
stopniu tak ją zdoła poprowadzić. Nie trzeba na to ani sił 
nadludzkich ani bohaterskich wysiłków, trzeba tylko zrozumieć i 
wierzyć, że tak można i tego gorąco chcieć. Zobaczysz, Kolego, 
jakie radosne są pierwsze, najmniejsze chociaż, powodzenia w 
takiej pracy. Spróbuj.
46

LIST DZIEWIĄTY
Myślę, Kolego, że dobroć człowieka jen największą 
wartością, że jest wprost bezcennym skarbem na świecie. Nie 
tylko nie robić krzywdy nikomu, ale właśnie mieć tę czynną 
dobroć w niesieniu innym pomocy wszelkiego rodzaju. Toteż 
dziwne jest, że niektórzy wstydzą się jak gdyby dobroci swojej, 
starają się ją ukryć, jakby chcieli ukryć jakąś świętość swoją. W 
ogóle tak się mało mówi o czynach dobroci człowieka — mało 
się o tym mówi, mało pisze, a może i mało myśli? Czemu? 
Czyżby tak mało czuli ludzie jej wartość P Na pewno nie! Tak 
się ją głęboko czuje i tak by się chciało widzieć ją wszędzie... 
Dobroć jest też na pewno jedną z podstawowych właściwości 
dobrego nauczy ciela-wychowawcy. Przypomnij sobie, jeśli 
możesz, z własnego życia swego nauczyciela, dobrego 
człowieka i różnych dobrych ludzi, z którymi Cię życie zetknęło. 
Jaki ślad po nich w duszy pozostał? Jak gdyby coś w niej 
zbudzili, co strzeże ich pamięć. Toteż jeśli miałeś nauczyciela 
— dobrego człowieka, to go już nigdy. Kolego, nie zapomnisz. 
Prawda ? Pozostawił po sobie pamięć żywą, bo właśnie 
czynami swymi zbudził i ożywił to, co najlepszego masz w 
duszy.
47

Przypomnij sobie s poprzednich listów koi. Władysława, koi. 
Felicję np. — to byli na pewno bardzo dobrzy ludzie, toteż 
pomimo trudnych warunków żyda i pracy dobrze im było 
moralnie. Bo ich życzliwość i dobroć dla człowieka — dla ludzi 
— budziła odzew dobroci u tych ludzi i wskazywała im drogę 
stosunku do człowieka. Pamiętasz, na początku swej pracy byli 
otoczeni niechęcią i nieżyczliwością i stopniowo, powoli, pod 
wpływem działania ich dobroci zanikała niechęć i coraz 
wyraźniej zaczynała się zarysowywać życzliwość ludzi — ich 
dobroć. Wyczuli to ci nasi koledzy i w wyrazie oczu, i w jakby 
nieśmiałej a pełnej szacunku postawie w stosunku do 
nauczyciela i jego pracy, i w rozmowie, i w trosce o jego 
warunki życia, a wreszcie w pracy nad rozwojem szkoły. 
Rodzice szli na rozmowę z ufnością, pragnęli jej, stała się 
potrzebą ich ducha, bo coś się już w nich budzić zaczęło, coś 

background image

zaczęło się rozwijać, co lad, harmonię i spokój wnosiło w ich 
życie. Lepiej im było — bo sami byli lepsi! To się wydaje takie 
proste. Przecież i na roli wykiełkuje taka roślina, jaką się 
Rosieje: Rosiejesz owies — wzejdzie owies, nie żyto. Rosiejesz 
malwę — wzejdzie, malwa, nie słonecznik! Więc dobroć rodzi 
dobroć!  Im lepsze będzie nasienie, tym silniejsza będzie 
roślina. Pewno, że jakość gleby, deszcz i inne warunki życia 
wiele tutaj znaczą. Więc i dobroć kiełkuje, może nie -od razu, 
może nie zaraz... zresztą i w glebie też czasem ziarno wyschnie 
bez deszczu i nie wzejdzie. Tutaj tym deszczem życiodajnym w 
kiełkowaniu dobroci może być potrzeba dłuższego jej działania 
na człowieka,
48

bo to tak jak słońce działa, a czasem nawet — wystarczy 
serdeczna z kimś rozmowa — nawet życzliwa wymowa oczu... 
— Jak czasem....
Ale i tak się zdarza, że na kamień ziarno upadnie...
Pomyśl, jak łatwo byłoby żyć na świecie, żeby ludzie byli 
dobrzy dla siebie wzajemnie, żeby mieli tę właśnie czynną 
dobroć. Toteż ci, którzy czują głęboko, czym byłoby to dla 
świata, starają się wychowywać i rozwijać dobroć w człowieku. I 
w szkołach też próbują różnych dróg w tym kierunku, np. tworzą 
i rozwijają różne kółka, mające na celu pomoc lub opiekę, więc 
różne koła wzajemnej pomocy. Koła Czerwonego Krzyża, Kola 
opieki nad zwierzętami, Kola żywienia ptaków w zimie itp.
Jakie to ważne, żeby każdy nauczyciel, tak jak może i tak jak 
zdoła, wychowywał właśnie czynną dobroć w człowieku. Ile to 
by się wtedy pogodnych, twórczych chwil w pracy naszej 
przeżyło, ile by się dobrych uczuć zbudzić mogło w człowieku.
Niech szkoła twoja promieniuje dobrocią. Kolego — 
zobaczysz, jaka w niej będzie pogoda.

LIST DZIESIĄTY
Wiemy, Kolego, że we wszystkich dziedzinach życia 
decydującą rolę odgrywa człowiek i dlatego też troska o wartości 
człowieka jest najważniejszym zagadnieniem.
Wojna spowodowała nieobliczalne katastrofy nie tylko w 
dziedzinie materialnej, ale i w dziedzinie moralnej. Stanęła więc 
przed nami konieczność wytężonej pracy nad odbudową, poza 
wartościami materialnymi, wartości moralnych.
Nie trzeba przecież przypominać tego zalewu zła, 
barbarzyństwa, okrucieństwa, niszczy'cielstwa, mordów, 
gwałtów i pożogi w okresie wojny — pamiętamy to aż nadto 
dobrze! Ponosimy skutki tego, każdy z nas przeżywa jakąś 
głęboką tragedię, związaną ze złem, jakie się na świecie 
rozpętało.
A co się stało z Człowiekiem?
Giną miliony ludzi nie tylko od kuli na froncie, ale w 
męczarniach więzień, w komorach gazowych, na torturach, 

background image

podczas śledztw, w płomieniach i pod ziemią. Zło rozpętało się 
burzliwie po świecie, lamie i druzgoce wszystko, co mu staje w 
rozwoju na przeszkodzie. Potworny zalew zła objął prawie cały 
świat, niszczycielski
50

huragan mordów i pożogi ogarnął ziemię... Miliony ludzi giną, 
miliony ulegają złu i upadają moralnie, miliony ludzi toną w 
odmęcie zła, miliony wydźwigają się z tego odmętu, miliony 
krzepną moralnie i miliony wznoszą się moralnie.
Na każdym odcinku życia — i w walce o wolność, i w pracy 
oświatowej, i w pracy społecznej, i gospodarczej — słowem 
wszędzie wre potężna walka człowieka ze złem o najwyższe 
wartości moralne. Wojna jednych upadla, a drugich podnosi 
moralnie!
Pomyśl, Kolego, ile to siły trzeba, ile mocy woli w nakazie 
moralnym oddać wszystko dla Sprawy — aż do życia włącznie!
A to było przecież wszędzie wokoło nas! Ile to wartości 
moralnych ujawnia się w walce o wolność i w walce o ocalenie 
kultury, ile wartości moralnych w ratowaniu ginących z 
narażeniem życia własnego, ile wartości moralnych ujawnia się i 
krzepnie w walce z eksterminacją Żydów, ile wartości moralnych 
— w ratowaniu od śmierci głodowej — ile wszędzie 
bohaterstwa! Taki bogaty tego posiew, taki bogaty, ale i krwawy 
plon! Objawił się człowiek na nizinach zła i objawił się Człowiek 
na wyżynach dobra!
Z tego hojnego posiewu bohaterstwa, dobroci, samozaparcia 
się i wyrzeczenia wszystkiego aż do życia włącznie dla sprawy, 
którą się ukochało, w którą się wierzy i której się służy — wzejść 
musi życie bujne, które zagłuszy i zniszczy powiewy zła, 
ujawniające się w upadku moralnym, deprawacji charakteru, 
spaczeniach i ubóstwie ducha!
51

Toteż stają przed nami zadania, które możemy rozwiązać 
tylko zbiorowym wysiłkiem. Wszyscy nad nimi czuwać musimy. 
Jest to obowiązek w tej chwili każdego człowieka! Ale dla 
naszego świata nauczycieli-wycho-wawców obowiązek ten 
nabiera specjalnej barwy i sily
— staje się wprost koniecznością naszego życia. Musimy 
wykorzystać te wielkie wartości moralne, jakie się ujawniły — 
nie pozwolić im w ciszy ulec zapomnieniu, musimy starać się nic 
z nich nie uronić i w oparciu o nie wypowiedzieć walkę 
deprawacji i upadkowi. •k
Szybki powojenny przewrót społeczny i gospodarczy, 
głębokie przemiany w każdej dziedzinie życia kraju zde-
cydowały, że jesteśmy świadkami i twórcami nowej jak gdyby 
epoki w życiu narodu naszego i całego kulturalnego świata. 
Wszyscy, bez wyjątku, jesteśmy powołani do jak najbardziej 
wartościowego wkładu w jej kształtowanie się

background image

— i właśnie my, nauczyciele — w pierwszych szeregach!
Przewroty i zmiany, jakie po wojnie dokonały się, są tak 
wielkie, że musi się wychować człowiek, który by potrafił w tym 
przekształconym życiu społecznym i ustroju kraju i świata iść 
twórczo i wspólnie ku coraz lepszej przyszłości. Człowiek, który 
by chciał wypełniać formy tego życia najlepszą treścią, to 
znaczy zamieniać w życie swoje najlepsze wartości, który by 
umiał dla sprawy, którą uważa za wielką i ponad nne wybraną, 
nie tylko walczyć, ale i w codziennym trudzie dla niej pracować.
Wartość budowy życia zależy zawsze przede wszystkim od 
jakości jej treści, uzależnionej od wartości czlo-
52

wieka, który ją tworzy, rozwija i buduje. Musi więc ją tworzyć 
człowiek wolny, etyczny, uspołeczniony i pełny. Udział nasz w 
tej pracy jest rozstrzygający.
Wojna i lata przedwojenne w cień usunęły człowieka, starano 
się zrobić z niego posłuszne, uległe narzędzie, 
podporządkowane rządzącej doktrynie, starano się zniwelować 
jego indywidualność, przygłuszyć twórczość, zniszczyć 
inicjatywę i samodzielność — słowem, zniszczyć to, co jest 
najcenniejszym skarbem i najpłodniejszym bogactwem życia. 
Toteż z myślą o przyszłości naszej zasadniczym zadaniem 
winna być troska o Człowieka, o pełnię jego rozwoju, uznanie 
jednostki, wiara w człowieka, poszanowanie dla niego i rozwoju 
jego człowieczeństwa.
Temu w szeregach naszych służyć należy, w to wierzyć i o to 
walczyć! Ta droga jest najskuteczniejsza dla dobra przyszłości 
naszej we wszystkich przejawach jej życia. Postawa ta nie 
może być tylko nakazem chwili, obowiązkiem, powinna stać się 
koniecznością naszego, a więc i Twojego życia!

LIST JEDENASTY
Kolego, wiesz dobrze, że aby zdziałać cos wartościowego, 
trzeba być kimś wewnętrznie, trzeba mieć swoje własne życie, 
swój własny świat, trzeba mieć mocny fundament przekonań — 
w cos gorąco wierzyć, czemuś gorąco służyć — trzeba być 
sobą! Bo przecież jeżeli się ma dawać, to trzeba mieć cos do 
dawania, ażeby dużo dać — trzeba dużo mieć. Wtedy jest tylko 
silą działania, siła budzenia wartości w innych i siła udzielania 
im pomocy w rozwoju.
A dużo mieć. Kolego, można tylko wtedy, jeśli się chce 
istotnie te zasoby zdobyć w dziedzinie wiedzy i w dziedzinie 
różnych przeżyć. Ale żeby je zdobyć, trzeba rozumieć potrzebę 
tego i trzeba gorąco chcieć. Inaczej nic nie pomogą żadne 
kursy, instytuty, książki i biblioteki;
można się wiele z nich nauczyć, ale jeśli się tego nie przeżyje, 
odpowiednio nie przemyśli i sobie nie przyswoi, to ta zdobycz 
będzie jak gdyby encyklopedią, z której się tylko czerpie 
wiadomości, ale wartości jej w pełni pracy i w życiu zużytkować 

background image

nie można —jest jakby obca, daleka, nie związana z myślą 
naszą. A przecież uczyć się należy nie dla jakichś stopni, 
wyróżnień, awansów
54

i nawet nie dla gromadzenia, magazynowania wiedzy, ale dla 
poznania różnych zjawisk i dziedzin życia, dla pogłębienia i 
zapłodnienia myśli, dla rozszerzenia i pogłębienia poglądów 
swoich, dla wzbogacenia życia i nieustającego przygotowania 
się do pracy.
Jeśli się człowiek chce istotnie dalej uczyć, rozwijać, to 
wszystkie drogi wiodące ku temu są dobre, z każdej wyniesie 
wtedy, prócz wiadomości, jakąś wartość dla siebie, która mu 
pozwoli życie jaśniej rozumieć i dopomoże w kształtowaniu się 
wewnętrznym, w wyrobieniu sobie swojego stosunku do życia i 
pracy.
Prócz tych utartych dróg kształcenia się Kolego, są i inne — 
można się zawsze twórczo i samemu kształcić. Trzeba tylko 
chcieć! A jaka to piękna i ciekawa droga to samokształcenie. 
Tyle daje człowiekowi radości. Pn-myśl, sam — swoją wolą, 
swoją gorącą chęcią, swoim świadomym dążeniem — nie tylko 
zdobywasz różne wiadomości, ale coraz głębiej wchodzisz w 
rozumienie życia i świata, poznajesz bogactwo myśli ludzkiej, 
poznajesz różne ciekawe zagadnienia, oświetlasz wiele zawi-
łych dla siebie spraw, rozjaśniasz różne tajemnicze dla siebie 
zjawiska, wchodzisz coraz szerzej w świat myśli i uczuć 
człowieka w każdej dziedzinie życia. Z początku może to są 
luźne jakieś strzępki wiadomości i przeżyć, dorywczo chwytane 
i niepowiązane, ale gdy wejdziesz w tę pracę głębiej, to zaczną 
się te wątki myślowe nawiązywać, grupować i wzajemnie 
oświetlać.
Jakaś dziwna praca zachodzi w Twoim życiu wewnętrznym w 
związku ze zdobywaniem wiedzy, z pozna-
55

waniem życia, Świata i człowieka, w związku z różnymi 
przeżyciami, jakie wtedy przechodzisz. Coś się tam buduje, 
tworzy, kształtuje i ciągle przybywa nowy materiał poznania 
wiedzy, ciągle przybywają nowe przeżycia. Człowiek się 
interesuje, poznaje, przeżywa, tworzy, przystosowuje i tym 
stanom towarzyszą różne uczucia:
czasem się dziwi, zdumiewa — czasem zachwyca, czasem 
wzrusza — smuci się, cierpi, boleje — to znowu przeżywa 
zadowolenie, radość. Odczuwa spokój, pogodę, harmonię jakby 
i lad wewnętrzny — to znowu zjawia się niepokój, zamieszanie, 
coś się zrywa, szarpie, przekształca i zmienia. Przeżywa jak 
gdyby okresy ciszy i zastoju, to znowu okresy niepokojów 
twórczych — nie wie, jak i czemu przychodzą jakieś 
dysharmonie — coś się nie zgadza, cos czemuś zaprzecza, 
podważa i burzy — to znowu przychodzi stopniowo poczucie 

background image

lądu, harmonii i cos się tak dobrze wyjaśnia, układa, kształtuje. 
Ile to człowiek wtedy przeżywa; wydaje mu się, że coraz jaśniej 
wszystko widzi, coraz dokładniej rozumie i coraz większy zapał 
narasta wtedy do pracy, bo stwierdza sam, jak mało umie i jakie 
jest mnóstwo ciekawych rzeczy, o których by się wiedzeć 
chciało — przemyśleć, zrozumieć, ażeby w związku ze swoimi 
możliwościami ii uzdolnieniami ukształtować swój stosunek do 
tych spraw i zagadnień, a więc Twój stosunek do życia i pracy. 
Poczujesz wtedy, Kolego, jak urasta w Tobie coraz wyraźniej 
dążenie, żeby poznać lepiej, żeby sięgnąć głębiej, żeby szerzej 
otworzyć oczy, żeby więcej zrozumieć, więcej przeżyć, jaśniej 
widzieć i dzięki temu swoją drogę życia wyraźniej rzutować.
56

Wiośnie drogą kształcenia się lub samokształcenia 
wzmagasz tę pracę, wzbogacasz jej materiał — idziesz ciągle 
naprzód. O tym samokształceniu. Kolego, chcę Ci kiedyś dłużej 
napisać, poradzić, podać pewne wskazówki — dzisiaj tylko 
zachęcam do tej drogi pracy. Jeżeli chcesz wejść w szeregi 
nasze, walczyć o Człowieka i jego wartohi moralne — musisz 
być sam bogaty wewnętrznie i musisz po to bogactwo sięgać 
wszędzie i zawsze. Musisz je wszędzie umieć zobaczyć, 
znaleźć i czerpać dla siebie. A znajdziesz je i w nauce 
systematycznej, i w książce, i w obserwacji różnych zjawisk 
życia, i we współżyciu z przyrodą, i we współżyciu z 
człowiekiem, i w rozmowie, i w pracy — wszędzie.
Prawdziwie wartościowym pracownikiem jest ten, kto się cale 
życie uczy, kto się cale życie w pracy i przy pracy kształci z 
własnej woli, dlatego, że tak chce i że inaczej wartości swojej 
pracy zrozumieć nie może.
Samokształcenie, Kolego, to jak gdyby cudowny drogowskaz, 
który Cię może wyprowadzić w przedziwny sposób różnymi 
ścieżkami i dróżkami, przez labirynty nieraz i manowce na jasną 
i szeroką drogę z dalekim horyzontem i szeroką przestrzenią f 
Ten drogowskaz cudowny — to twórcza praca w dążeniu do 
świadomego życia, do budowy drogą nauki, przeżyć i 
przemyśleń — swojego własnego świata, swojego stosunku do 
człowieka, do ludzi, do zjawisk otaczającego świata, do pracy, 
do życia i do siebie samego.
Jaką to silę w życiu daje! Spróbuj, Kolego, wejść na tę drogę!
57

LIST DWUNASTY
Kolego, przerażają wszystkich spustoszenia, jakich dokonała 
wojna. Wydaje się, że zakolysal się i zachwiał w posadach cały 
świat, runęły wielkie miasta, zgliszcza i ruiny zostały po naszej 
niepokonanej niczym Stolicy. Ludność jej wysiedlona i 
wywieziona do obozów. Powstanie — ten bohaterski krzyk na 
caly świat o wolność — krwawo stłumione. Szereg wsi 
spustoszonych, wysiedlonych, szereg wsi wypalonych, często 

background image

razem z ludźmi. Tyle ludzi! Już nie na froncie jak dawniej, ale w 
miastach, wsiach czy obozach — bo wtedy front był wszędzie. 
Tyle milionów! Wiemy, że w naszym kraju zginęło ponad sześć 
milionów obywateli. Jaką ta liczba ma bolesną wymowę i w 
życiu rodzinnym kraju, i w każdej bez wyjątku dziedzinie jego 
życia!
Rany potworne, zdawałoby się, śmiertelne. Ale życie ma 
swoje prawa — zasklepia i goi rany — nie wraca już tylko ludzi, 
co odeszli...
Pomyśl, Kolego, po wyjściu Niemców na miejsce opu-
stoszałych wsi powoli zaczęli  powracać z   obozów i miejsc 
wysiedlenia ich mieszkańcy. Nie zastali już nic, pogorzeliska, 
ruiny z chat i pustynne jak gdyby przestrzenie, znaczone 
zwęglonymi drzewami. Wrócili i nie
58

odeszli — zostali na ojcowiźnie, chata już ich przyjąć nie mogła 
— musieli wejść pod ziemię. Toteż po pewnym czasie rury 
blaszane, sterczące nad ziemią zaczęły dymić — był to ślad 
życia człowieka na wsi kiedyś urodzajnej i tętniącej pracą — 
życia, które teraz tak zaczęło znowu tę ziemię zapuszczać 
korzenie...
w
...Pierwsze;,o dnia po wyjściu Niemców zaczęła ściągać na 
zgliszcza i gruzy stolicy — jej ludność. Wszystkimi drogami 
prowadzącymi do  stolicy   szli ludzie-cienie. Wiemy, żi szły 
rzesze szabrowników, ale też wiemy, że szły tłumy wiernych 
swojemu miastu, by ożywiać je życiem swoim i pracą, szły tutaj 
szukać śladów swego rozbitego życia, szły szukać śladów ludzi 
najbliższych;
szły z tęsknoty do swego środowiska, żeby na jego zgliszczach 
odbudowywać nowe życie... Półtora roku minęło -— statystyka 
stolicy wykazuje 500000 mieszkańców*. Jaka w tej liczbie jest 
wymowa wobec gruzów Warszawy !
Podobnie jest wszędzie. Życie wnosi swoje prawa ruchu i 
rozwoju; powracają do życia miasta, wsie, różne instytucje, 
szkoły. Nie powrócą już tylko nigdy ludzie zmarli, zabici, 
zamordowani, zamęczeni... Liczne były wśród nich zastępy 
nauczycieli różnych szkól — i początkowych, i najwyższych. 
Nauczyciel polski złożył krwawą, straszliwą daninę, śmierć i 
tutaj szerokim pokosem zakreśliła swoje żniwo.
Posłuchaj, Kolego, nauczyciel polski miał zawsze chlubną 
kartę dziejów swoich i w walce o wolność kraju,
Obecnie — około miliona siedmiuset tysięcy mieszkańców.
S9

i w walce o szkołę demokratyczną, i w walce o wolność 
człowieka. Teraz dzieje na karcie tej wpisują mu walkę o 
ocalenie kultury!
Istotnie, w okresie okupacji niemieckiej nauczyciel, poza 

background image

walką o wolność kraju, stanął na wyżynie bohaterstwa w 
obronie kultury. Z narażeniem życia organizuje podziemną 
pracę oświatową, tajne nauczanie na wszystkich poziomach, 
ratowanie bibliotek i zbiorów. Okupant zamyka, niszczy szkoły 
średnie, ogólnokształcące i szkoły wyższe, kaleczy i redukuje 
programy szkól powszechnych. W szeregach nauczycielskich 
rodzi to nie bierną rozpacz, ale płomień czynu. Po pewnym 
czasie cały kraj pokrywa się gęstą siecią kompletów — 
nauczanie na tych stopniach schodzi w tej formie „pod ziemię"; 
okaleczony i obcięty program szkoły powszechnej prostuje się i 
uzupełnia w tej akcji podziemnej.
Wszystko to robi nauczyciel! Poza walką o wolność walczy o 
wartość największą — o ocalenie kultury! Wiemy, że czynem 
swoim nauczyciel polski wzbudził podziw całego świata!
Wspominając Zmarłych widzimy Ich zasługi, pracę dla 
Sprawy i wzrasta w nas pozostałych poczucie siły i nakaz 
moralny rzetelnej pracy.
Straszliwie przerzedziła wojna nasze szeregi. Teraz Ty w nie 
wchodzisz. Ty je wypełniasz. Kolego, młody nauczycielu! Ty i 
my wszyscy mamy prowadzić dalej Ich pracę, wykonywać Ich 
krwią pisany testament. To wielka sprawa sumienia, to wielka 
sprawa życia Twego!
Przyszłość w dużej mierze od pracy naszej zależy.

LIST PIERWSZY
Kolego, tyle lat już minęło od czasu naszej rozmowy tą 
drogą. Tyle nieprawdopodobnych w trudzie pracy lat.
Koledzy, którzy wtedy ze mną rozmawiali o pierwszych 
swoich krokach w szkole — mają już teraz za sobą szereg lat 
pracy — pracy ciężkiej i trudnej w zupełnie specyficznych 
warunkach.
A ludzie są różni — i silni jak dąb i słabi jak sucha, łamiąca 
się pod ciężarem gałąź i tak słabi i chwiejni, że pochylają się 
pod wpływem podmuchu wiatru zależnie od tego, w którą stronę 
ten wiatr zawieje.
Pierwsi — to ludzie bogaci wewnętrznie, świadomi w calej 
pełni odpowiedzialności za czyny i słowa swoje, z 
wykrystalizowaną wobec zjawisk życia postawą i spiżowym 
nakazem wewnętrznym, który tak pięknie sformułował Wl. 
Dawid: „Musisz być sobą, inaczej przestaniesz istnieć 
moralnie". Przypomnijcie sobie. Koledzy, ci zawsze byli sobą — 
mówili tylko to, w co wierzą i czynem swoim to dokumentowali. 
Czasem może w najcięższych chwilach musieli zamilknąć, ale 
się nie zmienili — byli sobą. To były i są jasne i mocne 
drogowskazy
63

nasze, jak dzwon budzące najgłębsze tony ducha, aby nie zejść 
na manowce z rzetelnej drogi w tym trudnym splocie śliskich i 
krętych dróg, przepaścistych ścieżek na obszarach życia 

background image

naszego.
Ci inni — to ludzie słabi wewnętrznie, ożywieni często 
najlepszymi dążeniami. Slyszą jasno dzwon tego nakazu 
moralnego i chylą głowy przed tymi, których on budzi — sami 
jednak nie są zdolni do oporu, do walki, do niesienia 
nadmiernego ciężaru na barkach swoich. Trwają nieraz w męce 
i w trwodze, w buncie, w proteście wewnętrznym, w różnego 
rodzaju interpretacjach samozachowawczych — dłużej — krócej 
— aż w końcu popiołem zmagań, opacznych rozumowań, trosk 
materialnych, trudności rodzinnych, może i zapomnienia 
pokrywa się sacro sanctum ich ducha. Przerywa się więc dopływ 
siły życiodajnej, następuje załamanie, zawsze tragiczne w 
wymowie swojej dla nich i zawsze budzące smutek głęboki i 
przerażenie tych, co są tego świadkami.
I później ci chwiejni, jak gdyby kołysani wiatrem w różne 
strony, słabi, bo wewnętrznie nieskrystalizowani, nie mogą 
siebie odnaleźć, a więc i żadnej swojej drogi życia nie mają i 
żadnej za pracę swoją, za swoją postawę nie czują 
odpowiedzialności. To się w nich widać jeszcze, Kolego, nie 
zbudziło, bo żyją tak jakby widzieli w tym tylko cel, jak siebie i 
rodzinę swoją uchronić od głodu, ocalić od niebezpieczeństwa 
— więc wszelkie drogi są dla nich dobre, jeśli do tego prowadzą. 
Z ciężaru warunków żyda stopniowo urasta dla nich groza. Sku-
leni w sobie, lękliwie rozglądają się wokoło, gdzie naj-
64

bezpieczniej stanąć w danej chwili. Strach jest ich prze-
wodnikiem — a groza władcą nieubłaganym. Szamotam 
warunkami życia, równie gorąco wyznają nowe poglądy, jak 
żarliwie wypierają się dawnych, do których zresztą strach 
znowu może kiedyś zwrócić im się każe. A odpowiedzialność 
przed sobą samym. Kolego, przed społeczeństwem, przed 
narodem, ten najważniejszy i najgłębszy rozrachunek ze sobą, 
za życie swoje — co się wtedy z tym dzieje?
I w końcu ludzie „bez twarzy", bez prawdy wewnętrznej, bez 
poczucia odpowiedzialności za życie swoje i za jego sens. 
Jednostki z jedną tylko wyraźną postawą życiową zdobycia 
jakkolwiek bądź pozycji materialnej, zdobycia rozgłosu, władzy, 
tytułów, stanowisk. Nieszczęsne ofiary pychy, żądzy użycia, 
żądzy władzy i poczucia siły. Oślepieni blaskiem tego idą przez 
życie, obcy na wszystko, co daje silę rozwojową, obcy temu, co 
ludzkie w człowieku, ogłuszeni na wszelkie glosy, które by ich w 
tym kierunku budzić mogły czy chciały, oślepli na wszelkie 
jasne sygnały, które by im wskazać mogły drogę rzetelnej 
postawy człowieka i obywatela. To przerażające — pomyśl. 
Kolego!
*
Tylu różnych ludzi, tyle różnych charakterów i różnych postaw 
do życia. My, nauczyciele-wychowawcy powinniśmy widzieć 
wszystkie, wartościować je i rozumieć ich motywy. I wobec tego 
kształtuje się w nas różny do tych ludzi stosunek. Czasem 

background image

stosunek szacunku gię-' bokiego, podziwu a nawet admiracji, 
czasem potwier-
65

dzenia słuszności założeń i postępowania, czasem — braku 
zainteresowania i obojętności, czasem niezrozumienia i pewnej 
niechęci, czasem oburzenia nawet i chęci odizolowania się, a 
czasem i potępienia nawet.
Jak wybrnąć. Kolego, z tej męczącej powodzi różnego do 
ludzi stosunku?
Wiemy, że nie należy nikogo przekreślać, nikogo potępiać, bo 
w każdym jest cos pozytywnego, ale należy dać wszystkim i 
każdemu możność rehabilitacji przez pracę naprawdę rzetelną i 
uczciwą, na której nam tak zależy i która jest nam tak bardzo 
potrzebna. Każdy może się przez taką pracę umocnić, 
zahartować i jej wartością zrehabilitować swoją dawniejszą 
postawę.
Ale drogowskazami na naszej drodze życia i pracy pozostaną 
ci, których postawę kształtowała mocna wewnętrzna budowa 
moralna. Ile pięknych obrazów tego dal nam okres ostatniej 
wojny. Mamy tyle przykładów z naszych szeregów. Myślę o tych 
kolegach — nauczycielach, którzy wybrali męczeństwo i śmierć, 
a nie zaparli się siebie, o tych, którzy nie zmienili swego 
stanowiska, chociaż groziło im usunięcie z naszych szeregów i 
tych, którzy niezłomność swoją opłacili utratą wolności.
Podaję chociaż kilka z tych pierwszych przykładów s czasów 
okupacji hitlerowskiej.
Tak, jak są oślepiające blaski, których się już nie widzi, tak jak 
są tak wysokie tony, że się ich nie słyszy, tak są i czyny 
człowieka takiej miary, że się już nie rozumie — tylko podziwia i 
z pokorą o nich mówi. Notując to, nie mam odwagi czerpać 
obrazów z okresu
66

wojny, okupacji hitlerowskiej i powstania warszawskiego, bo nie 
ma słów, które zdołałyby opisać postawę człowieka idącego 
świadomie wąską krawędzią nad przepaścią, żeby innych 
ocalić, żeby Sprawie służyć, żeby nie zginąć moralnie — raczej 
śmierć. Nie ma słów, żeby opisać czyny i postawę człowieka w 
okresie największego napięcia życia nerwowego i największej z 
tego życia ofiary. Można jedynie notować fakty. Spróbuję podać 
kilka.
Kolega Leon Jackowski dawno już bardzo, bo •w 1922—23 
ukończył Instytut Pedagogiki Specjalnej, później go już nie 
widywałam. Listownie porozumiewał się ze mną często — toteż 
z listów jego mogłam się orientować nie tylko w jego sytuacji 
rodzinnej i w jego stosunku do pracy, ale i w jego postawie 
życiowej. Jasny, pogodny, spokojny wewnętrznie kolega 
Jackowski zawsze by l sobą. Jakiś żar wewnętrzny płonął w nim 
stale. Kochał życie, pracę swoją i swoje ognisko rodzinne. Lata 

background image

biegły — nadszedł rok 1939. Przyszły tragiczne dni Piaśnicy. 
Zginęły tam tysiące Polaków — w tym dużo nauczycieli — zginął 
i Leon Jackowski. Na zapytanie gestapowca, czy się zapisze na 
którąś z list niemieckich — odpowiedział przecząco. Dano mu 
czas do namysłu, zagrożono Piaśnicą. — Wybrał śmierć.
Kolega Stefan Świątek, też absolwent Instytutu Pedagogiki 
Specjalnej. W czasie studiów znaliśmy go jako dobrego, 
jasnego, uczynnego kolegę. Otaczającym zdawało się, że 
zwracając się do niego z prośbą o pomoc — jemu raczej dobro 
świadczą — tak jakoś to robił. Czuło
67

się w nim jakąś moc, życzliwość dla człowieka i pogodę 
wewnętrzną.
W czasie okupacji hitlerowskiej brał czynny udział w pracach 
podziemnych. Przerażały go zdarzające się fakty ujawniania 
nazwisk przez więźniów dręczonych w czasie śledztwa. Tą 
drogą dostał się i sam na Zamek Lubelski.
Maltretowany w sposób bestialski na śledztwach zdołał po 
kilku dniach przesłać swoim „gryps" ostrzegający różne osoby, o 
które go gestapowcy pytali.
Nie powiedział ani słowa o nikim i żadnego nazwiska. Umarł z 
ran — zamęczony na śledztwie. Był jednym z wielu takich.
Dr Halina Jankowska, lekarz-psychiatra, profesor Instytutu 
Pedagogiki Specjalnej, była ordynatorem w szpitalu Jana 
Bożego w Warszawie. Głęboki stosunek do pracy, 
zainteresowania naukowe, poczucie odpowiedzialności i 
związane z tym całkowite oddanie się chorym, nie pozostawiało 
jej zupełnie czasu na kontakty towarzyskie, toteż znaliśmy ją 
tylko z pracy. Natychmiast po zakończeniu wykładu w Instytucie 
spieszyła do szpitala. Czasem zostawała chwilę, by wyjaśnić 
cos słuchaczom, pomóc któremuś z nich w zrozumieniu 
trudnego zagadnienia. Do Instytutu wnosiła osobowością swoją 
atmosferę mocy ducha, ładu i spokoju. Siła moralna, hart, 
zdecydowanie, odwaga przekonań i prawda wewnętrzna była w 
wyrazie jej oczu, w głębokiej, poważnej i życzliwej dla 
wszystkich tonacji głosu. Czuło się w niej harmonię wewnętrzną 
w tym, co jest najważniejsze: w świadomości
68

życia, prawdzie swojej drogi i stosunku do człowieka. W 
szpitalu, gdy wchodziła na salę, jej pacjenci, ludzie psychicznie 
chorzy, szli ku niej — jak ku słońcu. Ufali jej — sami idąc 
omackiem po zmienionym przez chorobę świecie. Zaufali jej — 
a Ona nie zawiodła.
Rok 1944. Nadeszła chwila ostatnia i dla szpitala Jana 
Bożego. Rozpuszczono wszystkich chorych — ale niektórzy 
trzymali się kurczowo ścian, przyrastali do framug okiennych — 
jakiś lęk upiorny przed światem skrwawionym, płonącym, 
zdruzgotanym, przed wyzwoloną z okowów moralności 

background image

nienawiścią, rozdygotanym w jęku ludzkim, w huku bomb, 
szrapneli i trzasku walących się domów.
Wszyscy lekarze opuścili już szpital. Została tylko Ona z tą 
właśnie grupą chorych ludzi w szale. Nic nie pomogły 
rozpaczliwe nalegania kolegów-lekarzy, że wyjść należy bez 
zwłoki, natychmiast, bo nic im już pomóc nie zdoła.
Ani chwili wahania — zostaje z nimi — z chorym 
Człowiekiem. Nie było czasu do stracenia — odeszli. Za chwilę 
dach szpitala runął.
Kolego, takie heroiczne postawy człowieka to są w okresie 
wielkiego napięcia nerwowego szczytowe momenty wierności w 
oddaniu się sprawie, swoim przekonaniom, swoim ideom 
wybranym. W normalnym biegu życia bez powstań, rewolucji i 
wojen zdarzają się rzadko — są zdecydowaną, a często i 
natychmiastową
69

ofiarą z życia. Ale i są i inne, niesłychanie ważne w życiu 
heroiczne postawy człowieka, o którym się mniej wie na ogól. 
Myślę tutaj o nieugiętej postawie człowieka w walce z 
trudnościami w dochowaniu wierności prawdzie swojej, swoim 
założeniom życia, swoim przekonaniom. Właśnie w codziennej, 
męczącej walce, w codziennych trudnościach i niepokojach, w 
codziennym ciężkim znoju, w codziennych przykrościach 
różnego rodzaju, w codziennych komplikacjach wynikających z 
tej niezlomności — słowem w trudzie i udręce w biegu życia 
swego i właśnie w powszednim dniu na długo, czasem na lata 
cale, czasem na życie cale. Kolego, może tak wiośnie trudniej 
zachować tę niezlomność niż w jednej chwili oddać życie — to 
są wielkości niewymierne i porównywać ich nie będziemy. 
Zdajmy sobie jedynie sprawę z tego, że ten heroizm życia 
codziennego jest jakby słońcem dla życia naszego, co oświetla, 
budzi, rozwija i krzepi najlepsze wartości w każdym i co się 
wyraża opoką, na której życie nasze społeczne i narodowe 
wspiera się i gruntuje.

LIST DRUGI
Kolego, przed kilku dniami jechałam pociągiem do Krakowa. 
W przedziale siedziało kilku robotników i nawiązała się z nimi 
ciekawa i ożywiona rozmowa m. in. o warunkach ich pracy, w 
ogóle o ochronie pracy, to znaczy o tej gałęzi wiedzy, która się 
medycyną pracy nazywa. Jaka to piękna, porywająca dziedzina. 
Myślę, że gdybym teraz była młoda, porwałby mnie zapał w tym 
właśnie kierunku — ratowania człowieka od niebezpieczeństw 
czyhających na niego w warunkach jego pracy — słowem walki 
o ochronę pracy. Pomyśl, Kolego, walczyć ze szkodliwymi 
czynnikami w cementowniach, w których po latach „kamienieją" 
ludziom płuca, z temperaturą i żarem olśniewającym huty, który 
gasi oczy, ze szkodliwością gryzących chemikalii w różnego 
rodzaju wytwórniach chemicznych, ze szkodliwością pyłu 

background image

przędzalni, z niebezpieczeństwem czyhającym na górnika w 
kopalniach wszelkiego rodzaju, ze szkodliwością działania 
ołowiu itp. — wreszcie ochroną człowieka przed chorobami 
popromiennymi w laboratoriach naukowych i w zastosowaniach 
medycznych. To musi być wielkie szczęście brać udział w tego 
rodzaju walce!
71

I my nauczyciele-wychowawcy, budząc w młodzieży naszej 
poczucie humanitaryzmu, pośrednio bierzemy w niej udział. Ty 
przecież. Kolego, możesz zdecydowanie zaważyć na tym, żeby 
każdy z Twoich wychowanków zainteresował się żywo 
człowiekiem w ogóle — a wtedy wśród innych i w tym dziale 
pracy rozbudzi się życie, ożywi i wzbogaci. I Twój w tym będzie 
też udział.
Zawsze, a tym bardziej teraz, wśród innych zagadnień 
podstawowych w wychowaniu na plan pierwszy wysuwa się 
troska o budzenie i pogłębianie humanitaryzmu w jednostce i 
zespole. Czy zastanawiałeś się nad tym. Kolego ? 
Zainteresować w ogóle człowiekiem, jego życiem, pracą i 
twórczością, tym co w nim „ludzkie". Budzić, rozwijać i 
wzbogacać zainteresowanie w spojrzeniu na człowieka i w 
kształtowaniu życzliwej dla niego postawy zawsze i wszędzie, w 
każdym kontakcie i we współżyciu i we współpracy — tędy 
właśnie prowadzi droga do dobrego samopoczucia jednostki, do 
rozwoju harmonii i pokojowego współżycia zespołów, 
społeczeństw i narodów. Pisałam już kiedyś do Ciebie, Kolego, 
o tym, że taki Człowiek, w którym co „ludzkie" żyje i wzrasta jest 
największym skarbem społeczeństw i narodów — jest ich 
najwyższą wartością. Nie rozwijam wobec tego głębiej tego 
zagadnienia — chcę je teraz tylko bardzo wyraźnie podkreślić 
jako sprawę dla przyszłości naszej zasadniczą, a tak od czasów 
wojny zmaltretowaną. Odwrócenie się od Człowieka leży 
przecież i u podstaw moralnego zagrożenia młodzieży naszej —
jest w ogóle
grozą przyszłości!
72

Teraz więc fundamentem naszej pracy wychowawczej 
powinno być pogłębianie humanitaryzmu w człowieku.
Dobrze będzie. Kolego, jeśli z szeregów moich wspomnień 
prześlę Ci chociaż kilka bardzo różnorodnych obrazów, które 
żywiej przychodzą mi na myśl z kontaktów moich z Człowiekiem 
i budzą pewne refleksje.
Taki prosty, drobny np. fakt — a tyle ma wyrazu.
Ulica w Zakopanem — słońce zachodzi, mroźno i wietrzno 
bardzo. Na ulicach dużo ludzi, pewno i chorych, i turystów, i 
sportowców, i przechodniów zwykłych — bo to już po pracy. 
Koło Marywilu ulica wyraźnie idzie nieco pod górę. I tam właśnie 
w tym miejscu, chłopiec może dwunastoletni stara się 

background image

wprowadzić pod górę taczki z jakimiś narzędziami. Zimno, mróz 
— dłonie drętwieją, ślisko i wicher wieje, więc praca idzie 
trudno;. taczki już, już prawie że są na górze i znowu wstecz 
zjeżdżają. Chłopak kilkakrotnie próbę tę powtarza; pomimo 
starań i widocznego wielkiego wysiłku — nigdy się nie udaje. A 
tak już mało, zdaje się, trzeba — jeszcze tylko kilka obrotów kół i 
taczki staną na górce, a później to już łatwa sprawa. Ale tam 
właśnie do tej górki dotrzeć nie można. Zaczynają się ludzie 
przyglądać tej syzyfowej pracy — widać zapasy ciekawe. 
Zapasy wątłego dziecka z wiatrem, gołoledzią, ciężarem, bólem 
rąk przemrożonych i własną słabością. Taczka zjeżdża ciągle w 
dół nie docierając do szczytu — a sil jest coraz mniej. W oczach 
przechodniów ciekawość, chyba tylko ciekawość i obojętność 
dla rozpaczliwego już wysiłku chłopca. Ja także stoję na ulicy i 
patrzę, jak się ta sprawa
73

skończy. Wśród przechodniów ludzie są rozmaici, rozbawieni 
rozmową i poważni, starzy i młodzi — nikt z pomocą nie 
spieszy. I nagle widzę, idzie w naszą stronę stary, spracowany 
robotnik. Może wraca z pracy, bo ma zwoje sznurów na 
ramieniu. Idzie zamyślony — spojrzał w stronę chłopca, 
popatrzył chwilę, wnet ocenił sytuację i jakoś prosto, po ludzku 
zdecydował. Podszedł do chłopca — nie mówiąc ani słowa, 
dosyć go rubasznie od taczki odsunął, ujął za dyszel i taczkę 
szybko wprowadził na górę. Dyszel opuścił, nie obejrzał się 
nawet na zapatrzonego nań chłopca i poszedł dalej. To był 
Człowiek.
*
Znałam ją z mojej pracy nauczycielskiej. Rubaszna w 
ruchach, wulgarna w mowie, pretensjonalna w wykorzystywaniu 
w codziennym nawet przyodziewku — resztek łachmanów 
nędzy swojej — matka Zośki była postrachem naszych zebrań. 
—Krzykliwa, nie licząca się z nikim, wymagająca od każdego 
zainteresowania się jej właśnie dolą i nędzą i, jak nam się 
zdawało, niewyro-zumiała i bezwzględna w ocenie innych.
W ciężkich czasach okupacji i terroru hitlerowskiego do całej 
niedoli i nędzy życia dołączyła się jeszcze choroba wątroby — a 
później źle bardzo znoszona ciąża.
Kiedyś przyszła do szkoły wzruszona, widać, że coś głęboko przeżyła — 
pogodna, ściszona jak gdyby radosna w oczach. Stała w „ogonku" po chleb — 
dzieci głodne, tytko to kupić może, a tu deszcz padać zaczyna i zinmo.
74

Stać w tym długim szeregu — trudno bardzo. Zośka trzyma się 
sukni matczynej głodna, domaga się chleba — nogi bolą już od 
stania, słabo się jakoś robi, mrocznawo, bo to i wątroba 
pobolewa i końca tego stania nie widać — a chleb musi 
przynieść do wygłodzonego domu. „I raptem — mówi — 
wywołuje mnie policjant jakiś, prowadzi do bramy, pokazuje swój 

background image

duży bochen chleba i mówi:
^Pani już nie wy stoi dłużej — podzielę się z panią*. Wyjął nóż z 
kieszeni, rozbroił bochenek i dal mi połowę. Coś mnie 
zamroczyło z radości i sama nie wiem, z czego się więcej 
ucieszyłam, czy z tego, że mam już chleb, czy z tego, że on się 
ze mną podzielił." Odeszła zamyślona i cicha, jak nigdy.
Szkoła gdzieś pod Tarnowem. Przyjechałam tutaj w mroźny, 
śnieżny dzień. Wchodzę do klasy: dzieci skupione w środku sali, 
wśród nich nauczycielka mówi coś szeptem. Od czasu do czasu 
daje sygnał ciszy gwizdkiem. Dziwny, niesamowity widok tej 
klasy i tego rodzaju lekcji. Przyczyna, jak się dowiaduję, groźna i 
indywidualnie, i społecznie. Nauczycielka ma gruźlicę krtani, 
mówi już tylko cicho i z trudem, ale ukrywa ten stan w obawie 
utraty posady, musi utrzymać matkę i chorego brata. Jakiś 
tragizm głęboki kryje się w jej postawie i rozumowaniu.
W chwili gdy weszłam — kończyła właśnie lekcję. Następna 
— to dwie godziny religii. Ksiądz zaraz przyjedzie z sąsiedniej 
wioski.
75

Myśli szybko biegną: zostać na tej lekcji czy odjechać zaraz 
po omówieniu z nauczycielką sprawy jej leczenia i urlopu? 
Raczej odjechać; w klasie zimno, szaro i mroczno : dzieci ciche 
i jakby zniewolone ciężarem tej sytuacji, a lekcja też będzie 
pewno szara, nużąca i pamięciowa. Za późno jednak, bo przed 
gankiem stanęły zaśnieżone sanie i za chwilę w sieni szkolnej 
ktoś głośno strzepuje buty. Wyjrzałam — ksiądz zdejmował 
białą od śniegu burkę i za chwilę ze zdziwieniem słuchał mego 
zapytania, czy mogę na lekcji jego pozostać. Kto, w jakim celu 
tutaj, w tej głuszy ? lepiej pomóc człowiekowi, co gaśnie — tej 
właśnie nauczycielce. Glos surowy, twardy. Ostatecznie każdy 
ma prawo wyboru — postanowiłam zostać na lekcji.
I stała się rzecz nieoczekiwana: w klasie jakby zajaśniała 
pogoda, w oczach dzieci na widok surowego przed chwilą 
księdza zabłysło słońce, wszedł do klasy rozjaśniony i bliski 
dzieciom. Najpierw serdeczna rozmowa prawie z każdym z nich 
o ich troskach i radościach, czy matka zdrowa, czy już mają 
drzewo na opal, czy mały Józek ucieszył się bardzo nową 
kapotą, którą dostał od wuja, czy Franek już skończył saneczki 
dla młodszego rodzeństwa i projekty, na kogo to dzisiaj po lekcji 
wypada kolej przejażdżki saniami księdza. Dzieci wsłuchane w 
słowa dobre, pełne troski i życzliwości biorą żywy udział w tej 
rozmowie, która trwa zaledwie kilka minut, a tyle mówi o 
głębokim przywiązaniu i zaufaniu do księdza.
Nieznacznie zaczyna się rozmowa na temat lekcji,
76

powtórzenia i dobrego zrozumienia 5 przykazań kościelnych. 
Poprzedza ją rozmowa o miłości bliźniego. Kto jest bliźnim 
naszym? — Wszyscy, każdy człoroiek i Francuz, i Niemiec, i 

background image

każdy inny — sypią się odpowiedzi. „Tylko Żyd nie" — odzywa 
się głos z odległej ławki. Czemu nie? — A bo na płocie pisze 
„bij Żyda". Skupienie i powaga na twarzy księdza. — To źle na-
pisane, niedobrze, to napisał zły człowiek, albo taki, co nic nie 
myśli. Żyd to taki sam bliźni. Bóg wszystkich polecił miłować, 
ale ludzie są różni: dobrzy są najbliżej Boga i najlepiej spełniają 
Jego wolę — im człowiek jest mniej dobry, tym dalej jest od 
Boga, a człowiek zły jest bardzo od Niego daleko. Taką rzecz 
napisał zły człowiek i nie należy go słuchać. Żyd jest bliźnim 
naszym i zawsze mu pomóc trzeba w każdej jego potrzebie.
Tyle jest wyrazu miłości w słowach księdza, tyle żaru 
przekazania jej innym — dzieci słuchają wpatrzone. Zwątpienie 
i niepewność w sercach mija z wolna i jakiś nowy wyraz ufności 
i potwierdzenia słów księdza wyczytać w nich można. W klasie 
zapanowuje cisza porozumienia i harmonii. A później pytania 
dalsze: jak dzień święty święcić należy, czy do kościoła w 
niedzielę zawsze iść trzeba i czy posty nakazane zawsze 
zachowywać należy? Na wszystkie te pytania dzieci odpo-
wiadają twardym, zdecydowanym słowem „musowo". l znowu 
źródło miłości kierujące słowem księdza zmusza dzieci do 
wniknięcia w różne warunki i sytuacje, kiedy ten wyraz 
„musowo" na inną płaszczyznę przenieść trzeba. Jeżeli ktoś 
jest stary, chory, wątły czy słaby —
77

to posty nie obowiązują. Jeżeli ktoś nie ma ciepłego ubrania, a 
na dworze jest zimno, wicher i zawieja — to i do kościoła iść nie 
musi, tak jak wtedy, gdy ktoś jest chory, czy musi zadbać o 
kogoś w domu, czy chorym się zaopiekować, czy jakiejś istotnej 
pomocy komuś udzielić. I dalej mówił ksiądz, że czyn spełniony 
przez miłość, jest spełnieniem woli Bożej i jest najmilszą dla 
Boga modlitwą. Trzeba tylko, zęby w tym czynie była prawda, 
istotna, serdeczna troska o dobro drugiego człowieka, „bo 
miłość to tak jak słońce — rozgrzewa i daje życie" i ten, który 
przez miłość czyni — rozwija się, wzbogaca, ucisza jakoś 
wewnętrznie i bez wiedzy swojej nawet rzuca posiew miłości w 
otoczeniu swoim. Tak jakby ziarna dobroci rzucał, a one 
kiełkować mogą i dawać nowe życie dobroci.
Dzieci słuchają w głębokiej ciszy. Poprzedni ksiądz jakoś 
inaczej mówił — tam wszystko było nakazane, surowe, 
bezwzględne, „musowe".  A tutaj ten czyn przez miłość... nie 
ma żadnego buntu wewnętrznego, jakaś cisza zalega i tak by 
się chciało spróbować, tak by się chciało tak żyć, jak on mówi. 
Myśl pracuje i serce bić szybciej zaczyna —• w klasie zimnej 
poprzednio z wolna pod wpływem słów księdza roznieca się 
żar jakiś.
Zbliża się koniec lekcji — ksiądz rzuca ostatnie pytanie: 
„Jakiś Żyd bez opieki zachorował — czy pójdziesz do kościoła, 
czy będziesz go ratował?" O nie, musowo Żyda ratować" — 
odpowiada zdecydowanie chór uczniów.
78

background image

Taki był triumf tego wyjątkowego księdza, może dlatego 
właśnie, że życie jego wypełniało treścią cytowane słowa.
Wracając z tej szkoły usłyszałam od gospodarza, który mnie 
wiózł do Tarnowa: „To mało powiedzieć o nim dobry, to święty 
człowiek. Jak on mieszka? Drewniane lawy, stół i łóżko byle 
jakie ze słomą. Sutanna cała w cerach. Stara ciotka, która mu 
gospodarzy, uciułała trochę grosza, kupiła prosię, wykarmila, no 
i na zeszłą Wielkanoc zrobiła księdzu niespodziankę — na-
reszcie będzie miał sutą zastawę. Powiedziała mu o tym tuż 
przed świętami. Ucieszył się bardzo... bo tyle tu nędzy, że i na 
święta kawałka mięsa nie mają..."
A nazajutrz widzieli starą ciotkę, jak szła kupować słoninę na 
święta...
Chory z każdym dniem czul się lepiej. Powrót do zdrowia po 
zawale serca postępował z wolna, ale wyraźnie. Chodził już i 
myślał o powrocie do pracy. Zgodnie jednak z oświadczeniem 
lekarzy musiał obecnie przez czas dłuższy zachowywać wielką 
ostrożność i unikać wszelkiego zmęczenia. Trudno się było 
pogodzić z tą myślą — tyle nagromadziło się zaległości w 
pracy, tyle pilnych spraw do załatwienia. W tej wsi zjawiła się 
nagle niepokojąca zaraza bydła — należało szybko chorobę 
zbadać, stanąć do walki z nią i przeciwstawić się jej szerzeniu. 
Z innych wsi nadchodziły niepokojące wiadomości o braku 
wszelkiej pomocy lekarskiej w nagłych wypadkach chorób 
zzoierząt i o coraz śmielszym 'i':yzwa-
79

laniu się z ukrycia przyczajonych tam jeszcze metod 
znachorskich — różnych zamawiań i odczyniań rzuconych 
uroków. A przecież przed chorobą lekarza okoliczni chłopi 
przychodzili już coraz częściej po poradę w leczeniu dobytku 
swojego, z prośbą o ratowanie okaleczonego konia, chorej 
krowy czy ginącej owcy. Zawsze śpieszył z pomocą. Głębokie 
poczucie odpowiedzialności za stan zdrowotny dobytku 
gospodarstw wiejskich jego powiatu kierowało jego pracą. 
Dobre wyniki mozolnej walki z przesądami i zabobonami 
radowały myślą o zwycięstwie światła nad mrokami życia i 
podniesieniu poziomu kultury wsi. Toteż zawsze w największym 
wirze pracy znalazł czas i siły na ratowanie chorego zwierzęcia, 
leczenie, pouczanie, doradzanie i wreszcie pociechę.
Ten stosunek do pracy powodował, że darzono go zaufaniem, 
głęboką życzliwością i szacunkiem.
I teraz ta niemoc po chorobie i narastający z dnia na dzień 
niepokój i zagłuszający wszelkie ostrzeżenia zew obowiązku 
społecznego — wołanie pracy!
Toteż, gdy pod wieczór któregoś dnia zapukał do drzwi chłop 
z sąsiedniej wsi zrozpaczony naglą chorobą swojej jedynej 
krowy — lekarz pomimo próśb i nalegań żony, wyruszył 
rowerem bez wahania na ratunek. Decyzję przyśpieszyła bez 

background image

wątpienia krytyczna sytuacja chłopa i jego rozpacz 
spowodowana obawą utraty jedynej żywicielki rodziny.
Wołanie w służbie obowiązku ludzkiego było tak silne, że nie 
mógł mu się oprzeć, ale siły zdrowia zawiodły. W połowie drogi 
z okien jednej izby ujrzeli ludzie leżącego
80

obok roweru człowieka. Rozpoznali w nim lekarza — 
przyjaciela swojego, złożonego widocznie nowym atakiem 
serca.
Wieść jak błyskawica obiegła wieś. Zawrzało w jednej chwili, 
z chat wybiegli ludzie zrozpaczeni. Zamieszanie — co robić, co 
robić? Szarpiący niepokój, bezradność na twarzach, rozpacz. 
Kilku natychmiast śpieszy po lekarza do najbliższego miasta.  
Chory przeniesiony do chaty słabym głosem, urywanymi 
słowami prosi o doktora... Długie chwile oczekiwania, długie w 
nieskończoność chwile, szepty narastającego niepokoju: 
ratować, za wszelką cenę ratować, ale jak, jak? Chory jest nie-
spokojny, dusi się, szarpie rękami odzież, daje jakieś 
rozpaczliwe, niezrozumiale znaki. Wreszcie — o zgrozo — 
goniec wraca sam, przynosi wiadomość, że lekarz wyjechał do 
chorego. Co robić? Ani chwili zwłoki, pędem do sanatorium 
dziecięcego — tam musi być stale lekarz jakiś, nie żałować 
konia, szybko, błyskawicznie — czas ucieka — chory słabnie, 
cichnie, cichnie jakoś...
I znowu długie, nieskończone chwile niepokoju szarpiącego 
serca i rozdzierającej ciszy. Przerażone spojrzenia skierowane 
na chorego. Ktoś wpada do chaty — jest... już nadjeżdża. 
Wzrok chorego pełen niepokoju i męki. A po chwili jakiś 
zrozpaczony głos w chacie: „Nie przyjechał, błagałem — 
powiedział, że jest od dzieci".
Przerażenie śmiertelne i cisza zaległy w chacie...
Ten, co ich zawsze ratował — ginie w ich oczach bez 
pomocy.
Może umierający tego już nie rozumiał — w oczach 
rozwartych miał spokój.
81

LIST TRZECI
Dzisiaj właściwie piszę do Ciebie, Kolego, dalszy ciąg listu poprzedniego. 
Listu, który by można pisać bez końca, podając przykłady życzliwości ludzkiej 
i dobroci. Tyle jej mamy dookoła nas, wszędzie, żeby tylko ludzie patrzeć 
umieli, to znaczy widzieć to, na co patrzą, i nie przygłuszali jej, jak to się 
często zdarza, cynicznym śmiechem i szyderstwem.
Przykład, który Ci dzisiaj przesyłam, jest dziwny bardzo. Wykazuje głęboki 
humanitaryzm człowieka, którego nikt tego nie uczył. Wychowywał się bowiem 
od 9 roku życia na ulicy o głodzie i chłodzie, słaby, ułomny, więc bywał często 
pośmiewiskiem bezmyślnych wyrostków i ofiarą ich kpin i naigrawań.
Skąd Lejbuś wziął tę żarliwą życzliwość i wyrozumiałość dla człowieka — 
to tajemnica jego serca, wartości wrodzonych i może jego kontaktów z 

background image

życzliwymi mu ludźmi we wczesnym dzieciństwie. Jak było wtedy naprawdę w 
jego życiu, nie wiem i już się tego dowiedzieć me mogę.
82

W drzwiach mojego gabinetu, które są zawsze dla •wszystkich otwarte, 
zjawił się któregoś dnia, jeszcze przed wojną policjant z małym, dziwnym 
człowiekiem. Dziwnym może dlatego, że głowa dorosłego człowieka wyrastała 
ż bardzo krótkiego tułowia o bardzo krótkich rękach i nogach, toteż ten 
człowiek był tak niziutki, że głowa jego zaledwie przerastała wysokość stołu, 
przy którym siedziałam. Achołidroplazja - przemknęło mi przez myśl i dalej 
słuchałam wyjaśnień policjanta. Okazało się, że sędzia dla nieletnich w 
Warszawie skierował do mnie tego 17-letniego Lejbusia Kręgla, ulicznego 
sprzedawcę cukierków, z którym już wielokrotnie było wiele kłopotu. Bo to 
sierota, tułacz uliczny, musi przecież żyć z czegoś, więc sobie handlem trochę 
zarabia, ale ten handel jest nielegalny, bo dopiero od 19 lat można uzyskać 
pozwolenie na sprzedaż uliczną, słowem często powstają kolizje z policją, 
która Lejbusia zatrzymuje i do sądu nieletnich sprowadza. Teraz właśnie 
sędzia zapytuje, gdzie go umieścić, jaki zakład byłby dla niego najodpo-
wiedniejszy. Telefon do sędziego potwierdza te relacje. Trzeba cos zaraz 
zdecydować, bo życie uliczne Lejbusia jest pełne dla niego grozy i 
poniewierki. Wskutek swej bezradności fizycznej jest często ofiarą żartów albo 
złośliwości różnych chłopców ulicznych, którzy go drażnią, poszturchują, a 
czasem zabierają cukierki przeznaczone na sprzedaż — to znaczy, rujnują 
zupełnie cały budżet Lejbusia. I rzecz najdziwniejsza: poniewierkę moralną — 
drwiny, żarty, przezwiska — Lejbuś znosi spokojnie,
83

a nawet tłumaczy postępowanie chłopców — „przecież on jest rzeczywiście 
śmieszny", a oni nie pomyślą, że to przykro być takim i tak lekkomyślnie 
mówią, ale mu nigdy krzywdy fizycznej nie zrobili. Tylko te cukierki — żeby 
tych cukierków nie zabierali, bo z czego żyć i jak ? „To dziwnie dobry chłopiec, 
niech go pani pozna lepiej i nam cos poradzi" — zakończył sędzia.
Policjant odszedł — zostałam sama z Lejbusiem. Opowiedział mi krótko dzieje 
swoje: miał 10 lat, kiedy umarł ojciec, „pachciarz" w jakimś majątku pod 
Warszawą, w pół roku później umarła matka. Lejbuś pozostał ze starszą od 
siebie o 6 lat siostrą, która go się wyrzekła ze względu na kalectwo: „nie chodź 
ze mną— mówiła — bo mi wstyd robisz, wszyscy się tylko patrzą na ciebie i 
śmieją". ,yNo, ale co to dziwnego, że ona się wstydziła, przecież ja jestem taki 
inny niż wszyscy". Żadnego żalu do siostry nie dostrzegłam w jego głosie — 
ani śladu nawet. Opuściła go więc, wiedział tylko, że jest „na służbie" w 
Warszawie, miał nawet jej adres, cóż z tego, nie pozwoliła mu się nigdy 
odwiedzać — ,yzebyś mi wstydu nie zrobił, pamiętaj" — powiedziała. Adres 
dala — może czasem poprosi kogoś, żeby do niej napisał — co się z nim 
dzieje. „Ona nie jest zła, ona chciała wiedzieć, co się ze mną dzieje. Ja co 
pewien czas do niej pisuję, teraz to już i sam mogę pisać, adres jej swój 
posłałem, bo ja już 7 lat prawie w tym samym miejscu mieszkam u jednego 
szewca. Jak siostra poszła do Warszawy zajęcia szukać, to i ja poszedłem za 
nią i od razu do tego szewca, bo to znajomy nasz, czasem do ojca
84

background image

przyjeżdżał. To on mi wtedy ten handel doradził. Mało miałem pieniędzy, tylko 
30 złotych, które siostra mi dała na drogę ze sprzedaży rzeczy rodziców. 
Kupiłem trochę cukierków i czekolady — ułożyłem to wszystko w pudełku i tak 
zaczęło się moje życie w Warszawie". Opowiadał dalej, że ze sprzedaży miał 
jakieś 10—15 groszy zysku codziennie. I byłoby dobrze, gdyby mu policja nie 
zabierała czasem towaru za handel nielegalny, no i ci chłopcy, którzy 
dwukrotnie już odebrali mu cały zapas słodyczy. Kiedyś było już bardzo źle w 
czasie takiej napaści, dobrze, że przechodzeń, a późniejszy Lejbusia opiekun, 
dyrektor banku, p. Artur Mróz, obronił go, a później jeszcze i 5 zł pożyczył na 
zakupy. Po rozmowie zaproponowałam szklankę gorącej herbaty i bułkę. Nie 
chciał, odmówił, „bo czym ja pani zapłacę?" Dopiero po wyjaśnieniach, że jeśli 
się jest zaproszonym, to się za poczęstunek nie płaci — z trudem się zgodził.
Jakże się pomyliłam sądząc, że się ucieszy z mojej propozycji 
umieszczenia go w zakładzie u drą Kor czaka. „Co ja pani złego zrobiłem, że 
pani chce mnie w zakładzie umieścić, choćby w najlepszym zakładzie — ja 
chcę być wolny, tak jak teraz. Jeśli już pani chce coś dobrego dla mnie zrobić, 
to niech mi pani podlepi moją metrykę, bo jest prawie na strzępki porwana". 
Rzeczywiście, z wielkim tylko trudem udało się ją jakoś uratować. Z zakładu 
zrezygnowałam i zatelefonowałam do p. Mrożą jako opiekuna Lejbusia z 
zapytaniem, czy nie byłoby dobrze w celu zalegalizowania tego handlu, 
wyrobienie sobie prawa publicznej sprzedaży cukierków, a Lejbuś
85

byłby moim stałym podnajemcą. Słuchając tej rozmowy Lejbus 
potakiwał głową z zadowoleniem — widocznie ten projekt mu 
się podobał — chronił go przed sądem i policją. Pan Mróz 
również się zgodził na to rozwiązanie, kategorycznie jednak 
postanowił sam tę sprawę na swoje nazwisko załatwić. Do 
Lejbusia był bardzo przywiązany, podziwiał jego poziom 
etyczny i życzliwy stosunek do świata i ludzi. Uzasadniał to 
przykładami z jego życiay a znal go już kilka lat. Otóż Lejbus 
nigdy nie narzekał, na nikogo się nie skarżył, wszystkich starał 
się wytłumaczyć, martwił się o siostrę i smucił się bezradnością 
swoją wobec nędzy szewca, u którego mieszkał, o siebie się nie 
martwił — chciał być tylko samowystarczalny materialnie i 
nikogo nigdy nie skrzywdzić. Takie było Lejbusia założenie 
życiowe wtedy, gdy go poznałam. Od p. Mrożą pomocy 
materialnej nigdy przyjąć nie chciał. Ograbiony na ulicy po 
długich namowach raz tylko pożyczył od niego 5 zł, ale pod 
warunkiem, że codziennie będzie spłacał po kilka groszy. I 
rzeczywiście z dnia na dzień pod wieczór ktoś stukał cicho do 
drzwi mieszkania p. Mrożą i przez uchylone drzwi mała ręka 
wsuwała 2-3 grosze, a czasem i grosz, zależnie od zarobku 
dziennego.
Lejbus mówił z pewnym trudem po polsku, czytać i pisać 
nauczył się sam na szyldach, reklamach, ogłoszeniach, starych 
gazetach — może z pewną pomocą swego przyjaciela — 
szewca.
Nigdy w szkole nie byl, nikt go nigdy nie uczył, ale miał jakiś 
wrodzony kult dla nauki, np. po tej pierwszej

background image

86

rozmowie ze mną odchodząc zapytał, czym się Instytut zajmuje, 
a gdy mu wyjaśniłam, że przygotowuje nauczycieli dla dzieci 
kalekich różnego rodzaju i że w tej właśnie chwili w sali 
sąsiedniej wszyscy są zebrani, gdyż odbywa się wykład 
jednego z lekarzy — pomyślał chwilę i powiedział, że jeśli to jest 
wykład o kalectwach różnego rodzaju, to może dobrze byłoby, 
żeby i on wszedł na salę, a ten lekarz wyjaśniłby nauczycielom, 
na czym jego kalectwo polega.  Marzyłam o tym, nie śmiałam 
go jednak prosić — teraz wszystko stało się takie proste. 
Weszliśmy na wykład psychopatologii dziecka i dr Sterling mógł 
przedstawić słuchaczom klasyczny typ achondro-plazji, tym 
bardziej, że Lejbus zapytał, czy nie byłoby dobrze się rozebrać, 
jeśli to dla nauki potrzebne, żeby lepiej poznali jego budowę. 
Pomogliśmy mu wdrapać się na katedrę, żeby na niej stanął i 
był dobrze przez wszystkich widziany i m. in. podziwialiśmy 
czystość jego nędznych szmatek, które z siebie zdejmował.
Nazajutrz poszłam na ulicę Milą do mieszkania Lejbusia, 
chciałam zobaczyć, jak mieszka i dowiedzieć się o nim jeszcze 
bliższych danych od jego przyjaciela. W głębokiej, ponurej 
suterenie z podłużnym, małym zakratowanym okienkiem w 
górze — mroczno było i smutno. Przede wszystkim zwracał 
uwagę stół, na którym stało krzesło pod okienkiem, żeby szewc 
reperując obuwie miał na tym dziwnym warsztacie swoim 
chociaż minimum niezbędnego światła. I druga rzecz jeszcze 
przykuwała w tej izdebce uwagę: w jednym rogu wysłanym 
gazetą było jakieś małe posłanie przykryte czystą
87

szmatką — było to locum Lejbusia. W tej chwili nie było go w izbie — wyszedł 
na zarobek na ulice, mogliśmy więc spokojnie z jego przyjacielem o nim 
właśnie rozmawiać. Ze słów szewca wynikało, że Lejbuś doskonale potrafi w 
tych ciężkich warunkach organizować sobie życie, że nigdy nie chce nikomu 
być ciężarem, że stara się w życiu codziennym rozjaśnić życie wszystkim do-
brocią swoją i pogodą, uczynnością, a nieraz dobrą radą. Jaki jest czysty i 
porządny, nikomu nie pozwala stąpnąć na gazety wyścielające jego kącik i 
zmienia je, jak tylko nowe zdobędzie. Na mydło nie ma pieniędzy, więc pierze 
swoje szmatki gliną i zmienia je często. A dobry taki, że chciałby zawsze 
zrobić jakąś przyjemność małym dzieciom swoich gospodarzy — nie może 
jednak dać im cukierka, bo to za drogo, więc zdobył się na taki pomysł. 
Zawsze, jak kupuje nowy zapas słodyczy do swojego kramiku w pudełku, 
zwołuje wszystkie dzieci, rozwija cukierki, układa je na stole i kolejno pozwala 
dwukrotnie polizać każdemu dziecku. Później, jak cukierki wyschną, zawija je 
w papierki i wynosi na sprzedaż. Dzieci już wiedzą, że cukierka dostać nie 
mogą, ale cieszą się i na to lizanie. A z czego żyje — to zrozumieć trudno:
chleb, cebula, trochę „lagru" z beczki ze śledziami, no i czasem łebek albo 
ogon śledziowy dorzuci kupcowa. Największy przysmak to herbata i kawałek 
cukru, ale rzadko się na to zdobyć można. Ale w lecie Lejbuś dobrze się 
odżywia i dużo jada owoców — całe łato spędza bowiem na wsi w ogrodzie — 

background image

już od szeregu lat. Upatrzył sobie kiedyś chłopa, który co pewien czas
88

owoce na plac Kazimierza przywoził.  Stanął więc przy furze i zapytał, czy nie 
mógłby pomagać w pilnowaniu ogrodu, gdy owoce już dojrzewać zaczynają. Z 
początku gospodarz myślał, że Lejbuś żartuje, tłumaczył mu' nawet, że 
przecież go razem z jabłkiem złodziej może do kieszeni wsunąć, ale Lejbuś z 
zapałem oświalczyl, że będzie wiernie strzec dobra gospodarza, że się ukryje 
w dużej trawie lub w krzakach i stamtąd bidzie sygnalizował gwizdkiem 
grożące owocom niebezpieczeństwo. To widocznie gospodarza przekonało, 
bo zgodził się za pomieszczenie i utrzymanie mieć takiego dozorcę.  Zaczęto 
od próby tygodniowej.  Widocznie jednak z obowiązków swoich dobrze się 
chłopiec wywiązywał, bo pozostał tam cale lato i od tego czasu corocznie w 
końcu wiosny wyjeżdżał z radością na to „letnie mieszkanie", zapraszany 
serdecznie przez swego gospodarza. (W związku z tym kalectwem serce 
męczy się bardzo w skwarze dużego miasta w upalne letnie dni, ten wyjazd 
na wieś był więc dla Lejbusia konieczny).
W kilka miesięcy później po powrocie z dłuższego pobytu za granicą 
zatelefonowałam do p. Mrożą, żeby się o losie Lejbusia dowiedzieć. Nie było 
go już w Warszawie — wyjechał do Rzymu. Zdumienie moje nie miało granic. 
Lejbuś wyjechał do Rzymu! Tak się to stało, że dyrektor jednego z cyrków 
zagranicznych zobaczył Lejbusia w Warszawie na ulicy i przyjrzawszy mu się 
dobrze — zadecydował o jego losie. Lejbuś został
89

ostatecznie błaznem w jego cyrku. Ostatecznie — bo długo się 
namyślał, prosił p. Mrożą, żeby się ze mną porozumiał i zapytał 
o radę (uzuaźał p. Mrożą i mnie za swoich opiekunów), 
ponieważ jednak nie mogliśmy się skomunikować, p. Mróz 
zgodził się na decyzję Lejbu-sia, zastrzegł jednak wyraźnie w 
rozmowie z dyrektorem cyrku troskliwą nad nim opiekę.
Został więc Lejbuś aktorem cyrkowym z pokaźną stałą gażą, a 
po pewnym czasie i specjalnymi dodatkami za prace 
nadprogramowe, jak np. salto mortale. Zarabiał dużo, pieniądze 
przysyłał do kraju z prośbą, żeby je składać do PKO. „Niech 
śluzą krajowi — pisał — jak dużo uzbieram, dam siostrze mojej 
na posag. Ona tak chce wyjść za mąż — więc może łatwiej się 
uda, gdy będzie miała pieniądze". Ta siostra, która go znać
nie chciała!
Po Rzymie był Amsterdam, Berlin, Kopenhaga i znowu
Rzym i inne miasta, których już nie pamiętam.
Kiedyś przechodząc przez ulicę Miłą zaszłam do szewca, 
przyjaciela Lejbusia — wprost przez ciekawość — dowiedzieć 
się, czy nie zapomniał o nim na szerokim świecie. 
Dowiedziałam się, że przeniósł się w tym samym domu do 
wygodniejszej i jaśniejszej sutereny.  Stała w niej szafa, dwa 
łóżka, stół, kanapka jakaś i prawdziwy
warsztat szewski.
Zdziwiona byłam l ą zmianą, a później wzruszona, gdy się 
dowiedziałam, że Lejbuś nie tylko nie zapomniał o szewcu i jego 

background image

dzieciach, ale im teraz na „prawdziwe cukierki" co miesiąc 
pewną sumę przesyła. Naturalnie,
90

że na cukierki szły tylko znikome ułamki tej sumy, ale były i 
cukierki również, bo tak chciał Lejbuś.
Od czasu do czasu Lejbuś pisywał listy bardzo naiwne, ale 
pełne troski o nas i tęsknoty do kraju. W jednym z nich 
zapytywał, czy będę w lecie w Warszawie, bo chciałby w czasie 
urlopu, który w kraju spędzi, zobaczyć się ze mną.
I rzeczywiście po miesiącu przyszedł mnie odwiedzić bogato 
i starannie ubrany, połyskujący zlotem pan Leon Kręgiel, j zk się 
teraz za granicą nazywał. Opowiadał mi różne swoje przeżycia, 
cieszył się, że dużo zarabia i że teraz już siostrze może 
pokaźną sumę ofiarować. Na zapytanie, czy mu nie przykro być 
błaznem cyrkowym, odpowiedział, że nie, raczej przeciwnie, bo 
do cyrku przychodzą różni ludzie, więc i zmartwieni, i smutni, i 
skłopotani. „Tak się cieszę, że mogę ich rozśmieszyć, że na 
kilka chwil chociaż zapomną o swoich smutkach — to też jest 
jakaś służba społeczna, prawda?" — dodał po chwili.
Po przyjeździe do kraju dostał wezwanie do wojskowej 
komisji poborowej i powróciła troska, która go od dawna 
gnębiła, co zrobić, żeby go do wojska przyjęli, on by tak chciał 
służyć w wojsku polskim. Nie mogłam mu nic doradzić. Obiecał 
przyjść do mnie, zawiadomić o wyniku. Wyszedł smutny i 
zaniepokojony — powrócił pogodny jakiś i spokojny. Trafił na 
dobrych ludzi, nikt się tam z niego nie śmiał, nie zlekceważył go, 
wszyscy z powagą orzekli jego nieprzydatność do wojska, a na 
ubolewanie Lejbusia, że nie może być „polskim wojsko-
91

wym" — major uśmiechnął się dobrodusznie i powiedział 
poważnie: „Kiedy my nawet karabinów takich małych nie mamy. 
Jeżeli jednak będziemy kiedyś organizowali cyrk dla wojska, 
wtedy zwrócimy się do was". Żeby tylko ten cyrk prędko 
zorganizowali — myślał głośno Lejbuś.
Kiedyś w obecności p. Artura Mrożą i na jego nalegania 
opowiedział mi Lejbuś przygodę, jaką miał z dorożkarzem w 
Warszawie, który mu kazał zapłacić odszkodowanie za rozdarty 
materiał na siedzeniu dorożki. Nic nie pomogły wyjaśnienia, 
dorożkarz domagał się kategorycznie pieniędzy i groził 
spisaniem protokołu. Lejbuś raz jeszcze oświadczył, że materiału 
tego nie rozdarł, ale pieniądze wypłacił. „To jakiś niedobry 
człowiek" — mruknęłam. Lejbuś żywo zaprotestował. „Jak pani 
może od razu mówić niedobry, a może on jest w nędzy 
ostatecznej, może ma chorobę deską w domu i brak pieniędzy 
na lekarstwa, może dzieci głodne, kto wie? nie można tak zaraz 
potępiać człowieka".
Taki był Lejbuś — a wychowawcą jego była ulica. W czasie 
okupacji niemieckiej, zdaje się, że w 1941 r. miałam jeszcze 

background image

jedną kartkę od Lejbusia z Kopenhagi.
Zapytywał z niepokojem, czy żyję.
Później już nie było od niego żadnej wiadomości.

r
LIST CZWARTY
Kolego, chcę Ci opowiedzieć ciekawy wypadek z mojej 
pracy wychowawczej. Posłuchaj!
Kiedyś w okresie okupacji hitlerowskiej zobaczyłam w 
naszym korytarzu szkolnym nieznanych mi dwóch 
chłopców. Wychowawca z bursy Głównej Rady Opie-
kuńczej przyprowadził ich tutaj z prośbą o zbadanie i 
doradzenie odpowiedniego dla nich zakładu. „To takie 
aspołeczne typy, mruki ponure, zawzięte i 
włóczęgowskie. Pani uważa, że przy nich tego mówić nie 
należy ? Proszę pani, z nich już i tak nic nie będzie, już 
różnych sposobów próbowałem, nic ich nie obchodzi, co 
o nich mówię, nic — to już taki bandycki materiał. Zresztą 
już byli i w Kcyni, uciekli stamtąd i znowu się do nas 
dostali i dlatego cala bursa «Kcyniakami* ich teraz 
nazywa". Przekazał mi wszystkie dane, jakie zebrał. Mało 
ich było, ale wymowę miały dużą. Obaj chłopcy to dzieci 
bezdomne. Wacek, według słów wychowawcy, to inicjator 
ucieczek, specjalnie złośliwy, niekoleżeński, zgryźliwy, 
zamknięty w sobie — nie odpowiada na pytania, nie chce 
się uczyć, robi wszystkim na przekór i wprowadza 
najwięcej zamętu w grupie swoich rówieśników. Wojna
93

go tutaj aż spod Lwowa zapędziła. Ten drugi, to Franek z lubelszczyzny, 
trochę by się może i garnął do dzieciy ale widać słaby jakiś, zaprzyjaźnił się z 
Wackiem i zupełnie ulega jego wpływom. Na pytanie, czy nie natrafił na 
jakiekolwiek ślady losu rodzin tych chłopców — odpowiedział, że on się tą 
sprawą nie zajmuje — to już zarząd bursy RGO drogą radiową oficjalnie te 
poszukiwania prowadzi. Poprosiłam, żeby chłopcy zostali na kilka godzin w 
naszej szkole, do bursy powrócą dopiero pod wieczór. Wychowawca z 
przyjemnością pozbył się niedogodnego dla niego ciężaru i chłopcy pozostali z 
nami.
Porozumienie z Wackiem, z tym „najgorszym", jakoś mi się zupełnie na 
początku nie udaje. Jesteśmy sami w kancelarii szkolnej, staram się stworzyć 
atmosferę wyzwalającą, pokazuję mu różne książki, pytam, czy jest tu taka, 
którą czytał, wskazuję różne ciekawe tytułyJ. okładki, ilustracje,, pytam, w 
której jest klasie, do której szkoły chodzi — nic a nic — głowa spuszczona, 
ponury i zupełnie zamknięty w sobie. Czasu mam mało. Różne prace czekają. 
Co tu robić? A może wejść w płaszczyznę jego wagarów? Siadam przy biurku, 
patrzę w okno i mówię półgłosem, jakby do siebie — mróz bardzo dzisiaj 
zelżał, z dachu kapie i to już tak od kilku dni — kto wie — może już kra ruszyła 
na Wiśle. Warto by tam pójść zobaczyć, tylko kiedy? Czasu nie ma zupełnie. 
A to tak ładnie, jak kra za krą płynie. Nagle Wacek:
„Już wczoraj Wisła ruszyła". Nie patrzę zupełnie w jego stronę, żeby go nie 

background image

„zbić z tropu". „Już wczoraj ruszyła? A nie było słychać, czasem huk taki!" „No 
y
94

i jak strzelało, jak lód pękał. A dzisiaj rano to na jednej krze wrona stajała i tak 
na tym lodzie jechała".
I takeśmy sobie z Wackiem chwilę o tym rozmawiali, tylko balom się na 
niego spojrzeć, żeby go nie spłoszyć. Już ta kra wiślana zbliżyła nas nieco, 
związało nas cos wspólnego — właśnie ta kra — a może przez nią tęsknota 
do wiosny?
Powoli dowiedziałam się, że ojca Wacka rozstrzelano we Lwowie i że w 
domu pozostała matka i siostra. On z falą uchodźców, zaginiony w tłumie, 
dobrnął do Warszawy i zaczęła się jego tułaczka po bursach i zakładach w 
rozterce i rozpaczy, wobec braku wszelkich wiadomości o matce i siostrze, ale 
przede wszystkim o matce. Zaczęliśmy razem rozważać, co się stać mogło — 
Wacek słuchał i patrzył na mnie z niepokojem, widać było duże skupienie 
myśli — gdzie matka tutaj mogłaby mieć punkt oparcia. Rodzina? Znajomi? 
Przypomniał sobie, że w Piotrkowie mieszka -siostra matki, że był z nią tam 
kiedyś przed wojną. Nazwisko i adres ciotki pamiętał. Zapytałam, czy nie 
byłoby dobrze zaraz, w tej chwili napisać kartkę do ciotki z. zapytaniem i on 
sam wracając do bursy kartkę wrzuci do skrzynki pocztowej? Coś jakby 
uśmiech wzruszenia — „Zaraz pani napisze?" Nawiązał się już między nami 
żywszy kontakt, zabrzmiała nuta ufności — razem szukamy rodziny. Po 
naradzie postanowiliśmy podać na odpowiedź adres naszej szkoły i moje 
nazwisko. „ Tutaj w szkole list do pani nie zaginie — tam bursa taka duża — tu 
lepiej". Mówił już z ożywieniem, śmiało—radził i decydował, podniecała go 
świtająca
95

nadzieja — a może P Siedział wyprostowany i śledził uważnie ruchy pióra na 
tej magicznej kartce, która będzie mu może łącznikiem z matką. Był widocznie 
wzruszony. Kiedy będzie odpowiedź? Może za 2—3 tygodnie, a może i 
później jeszcze.  Tymczasem przychodź codziennie do naszej szkoły — 
poproszę o to kierowniczkę. Wydaje mi się, ze Wacek inny jakiś wracał do 
swojej bursy wieczorem. ..
Po 2 czy 3 tygodniach, już nie pamiętam, wezwano mnie do kancelarii — 
„Czeka tam jakaś młoda dziewczyna z Piotrkowa, chce się z panią koniecznie 
widzieć^. Serce mi zabiło gwałtownie. Rzeczywiście była to siostra Wacka. 
Matka przed tygodniem umarła. Razem dobrnęły do Piotrkowa. Matka szalała 
wprost z rozpaczy za Wackiem. „Z tego bólu, proszę pani, głową o ścianę 
waliła, tak tego chłopca kochała i w kilka dni po jej śmierci ta kartka pani, ze 
Wacek jest, ze Wacek jest, ale jej..." Zatkała. Poszłam po Wacka do klasy, 
powiedziałam mu, że siostra przyjechała i zaprowadziłam do niej. Weszliśmy 
— jakiś lęk i niepokój w oczach
1 pierwsze jakby wyrzucone słowo: „A mama P"... Zostawiłam ich samych w 
pokoju.
Wacek pojechał z siostrą do Piotrkowa.  Chodził tam do klasy V szkoły 
powszechnej. Napisał do mnie
2 czy 3 takie „nasze" karty pocztowe. Lubiano go w szkole, uczył się dobrze. 
Ten wychowawca nie miał racji. Przyczyna zachowania się Wacka leżała 

background image

gdzie indziej...
96

*
Różne są tajemnice serca ludzkiego i serca małego dziecka. Toteż, 
Kolego, widzisz dobrze, jakie to ważne, żeby je wyczuć, zrozumieć, domyślić 
się ich wagi i znaczenia w zachowaniu się Waszego wychowanka, w jego 
stosunku do całego otoczenia.  Może dobrze będzie, jeśli Ci o Pc wie jeszcze 
opowiem.
Od wczesnego dzieciństwa wychowywał się w sierocińcach i ('omach 
dziecka. Kolejno szły za nim coraz gorsze opi lie wychowawców i w końcu 
skierowany został do zakładu wychowawczego. Później za opór w pracy — 
do innego takiego zakładu.
Z początku pisano, że stroni od dzieci, że jest mruk, złośliwy i dokuczliwy. 
Późniejsze „domy" dodały, że krnąbrny, oporny, zuchwały, leniwy. Ostatni, że 
aspołeczny i brutalny pasjonat.
Paweł miał wtedy już 14 lat.
I chociaż w aktach Pawła zanotowano, że okupant wymordował całą 
prawie jego wieś rodzinną za „ludzi z lasu", że w oczach jego rozstrzelano 
ojca, a matkę zabito kolbami — ale to dawne dzieje. Paweł miał wtedy 6 lat i 
widocznie dla wychowawców tych „domów" to nie miało znaczenia. 
Najważniejsze były narastające stopniowo złem, opinie wychowawców o 
Pawle i jego stosunku do ludzi.
Więc i tutaj, w tym ostatnim zakładzie, czy tali ze specjalnym już do Pawła 
uprzedzeniem, które szło za nim, że jest aspołeczny, że miewa silne napady 
gniewu, ze może być dla otoczenia niebezpieczny. Dzielą się wszyscy
97

tymi wiadomościami i Paweł jest już w ich osądzie na 
marginesie życia zakładu. Koledzy też stronią od niego, bo 
mruk, samotnik i niechętny dla "nich.
Po naradach nad Pawłem zakład wyznacza mu pracę w 
chlewach. I teraz do właściwości charakteryzujących Pawła 
dodano jeszcze śmierdziel", bo wszystkie szmaty, jakie miał na 
sobie nasiąkły odorem źle utrzymywanych chlewów. Koledzy 
zaczęli jeszcze bardziej stronić od niego, dokuczać mu tym 
przezwiskiem i wyśmiewać się z jego wyglądu. Chciano go 
usunąć z sypialni, buntowano się.
A Paweł? Zamykał się w sobie szczelniej, na zewnątrz zaś 
wybuchał nienawiścią i gniewem — cyniczny, zuchwały i groźny 
wtedy dla wszystkich.
Starano się go nie widzieć — omijano go milcząc, patrzono 
nań nieżyczliwie — niechętnie.
Był sam.
I stała się rzecz wprost nieprawdopodobna, a jednak 
prawdziwa i taka prosta — ktoś zrozumiał Pawła — przeczytał i 
te zapomniane już pierwsze notatki o losach jego życia. Nowy 
wychowawca —jakiś ^obry człowiek!
I kiedyś w szarzyźnie i poniewierce żyda Paweł, badany 
zawsze nieżyczliwym lub druzgocącym spojrzeniem 

background image

wychowawców, wśród szykan i kpin kolegów — zobaczył 
życzliwe oczy z uśmiechem przyjaznym zwrócone do niego i 
usłyszał pierwszy raz od wielu lat imię swoje do siebie 
skierowane: „Pawle, czy będziesz miał trochę czasu, żeby mi 
pomóc po lekcjach ?" „Pawle"... a później to pytanie — czy 
"może — i właśnie on — ten wyszydzany i znienawidzony przez 
wszystkich. Paweł
98

przyjmuje to mrocznie i nieufnie „tak, będzie miał czas" — 
później, po pracy — ten uścisk dłoni wychowawcy i słowa 
,/iziękuję ci. Pawle". I tak już było codziennie.
I od tej małej jasnej smugi, która wcisnęła się w mroki duszy 
Pawła — rozjaśniło się cale jego życie. Stopniowo znikała 
wezbrana złość do wszystkiego, prostował się, łagodniał, 
życzliwiej patrzył na świat i ludzi — nie był już ten „najgorszy" 
— odtrącony przez wszystkich. Zawziął się w pracy, zjednywał 
sobie coraz szerszy posłuch wśród kolegów — i został wkrótce 
przewodniczącym samorządu.
Z czasem Paweł stal się chlubą zakładu, był lubiany przez 
całe otoczenie.
Pomyśl, Kolego, żeby wejść na tę drogę potrzebna mu była 
życzliwość człowieka, który go wychowywał. Ta życzliwość 
budziła i rozżarzała stopniowo jego życzliwość do ludzi i 
świata.
A' teraz posłuchaj dziwnego naprawdę opowiadania o 
tajemnicy serca Wladka.
*
Jedna z nauczycielek opowiedziała mi kiedyś bardzo ciekawy 
wypadek ze swojej pracy.
W grudniu 1939 roku zaczęła pracować w klasie VI szkoły 
powszechnej. Warunki pracy ciężkie -— takie jak wtedy być 
mogły: szyby powybijane, część okien zabita deskami i 
kartonem, w klasie zimno tak, że atrament zamarza, piec mało 
grzeje, węgla niedużo, młodzież siedzi w paltach, niektórzy 
chłopcy nogi opierają o piec, czapki mają na głowach, ręce 
trzymają w kieszeniach.
99

Młodzież wyniszczona przeżyciami i dezorganizacją życia. 
Młodzież z szabru, z nielegalnego handlu, sprzedawcy uliczni 
gazet, papierosów, bimbru. Młodzież sprytem swoim ułatwiająca 
życie rodzime. Ten ze stacji kolejowej codziennie węgiel 
przynosi do domu, tamten — wprawniejszy ze swoją zgraną 
grupą, proponuje szeptem na ulicy większe ilości skradzionego 
węgla, inni handlują zagrabionymi gdzieś książkami, pastą do 
obuwia, sznurowadłami, mydłem, papierosami, czymkolwiek, co 
można było wyszabrować z opuszczonych mieszkań i rozgra-
bionych sklepów w te mroczne dni walki o Warszawę. Wielu 
pomaga rodzinie w przemycaniu produktów ze wsi, w wyrobie i 

background image

rozprzedaży bimbru na ulicy. Na każdym kroku czyha śmierć z 
głodu, chłodu, wyniszczenia, albo od kuli niemieckiej. Wiedzą, 
że bierność to śmierć, że trzeba czynnie, sprytnie, odważnie 
wymijać niebezpieczeństwo śmierci, obozu, więzienia, że trzeba 
zawsze mieć wyostrzoną uwagę, kombinować, ryzykować, wy-
mijać wykrętnie to, co grozi i w najpoważniejszy sposób 
panować nad sytuacją. Młodzież czytająca z różnych znaków 
ulicy, czy łapanka nie grozi, czy patrol niemiecki jest blisko i 
przekazująca s narażeniem życia te znaki dalej przechodniom. 
Ruch znaczący ręki konduktora, specjalny ruch głowy 
motorniczego skierowany do ludzi czekających na przystanku, 
spojrzenie ostrzegawcze — i wszyscy rozumieją. Czekali długo, 
ale nikt nie wsiada. I nagle widać, że ktoś mniej czujny rusza w 
kierunku tramwaju. Słychać skierowany ku niemu szept: „Panie, 
panie, teczka się panu odpina". Odwraca
100

się, patrzy, a tramwaj rusza tymczasem razem z niemieckim 
patrolem. Albo podobne ostrzeżenie o łapance szeptane 
przechodniom. Młodzież w tym celowała. Niektórzy uważali to 
za swój obowiązek i swoją służbę społeczną, nie dać wpaść w 
pułapkę swoim, zwieść Niemca, pomóc w ucieczce złapanym. 
Najlepiej nadawała się do tego czynność gazeciarza. 
Wykrzykując tytuły gazet, coś zmienić — dodać jedno znaczące 
słowo, podbiec do kogoś zamyślonego, nie zdającego sobie 
sprawy z tego, co się dzieje w otoczeniu i zachęcić go do kupna 
gazety, a jednocześnie zależnie od okoliczności, znaczące 
mrugnięcie, jedno jakieś słowo rzucone: „Niech pan skręci w tę 
ulicę na prawo — tam pana ktoś wola" — wyrywa przechodnia z 
zamyślenia i stawia go wobec grozy rzeczywistości. I tyle innych 
sposobów. Tak, pomimo stałej grozy śmierci i wywiezienia, 
pomimo ciężkich przeżyć rodzinnych, pomimo głodu, pomimo 
ułatwionej okazji kradzieży u Niemców — właściwie społecznie 
ulegali-zowanej, pomimo szabru, handlu i bimbru — młodzież 
warszawska zdała egzamin w czasie okupacji niemieckiej i w 
czasie powstania.
Wracam do opowiadania.
W przeddzień objęcia pracy nauczycielkę powiadomiła 
kierowniczka, że klasa jest wyjątkowo trudna, że młodzież po 
tylu przeżyciach nie może zabrać się do pracy,' że są tam 
chłopcy specjalnie zakłócający spokój i że w stosunku do 
jednego z nich rada pedagogiczna nie widzi żadnego wyjścia i 
kategorycznie wystąpiła z żądaniem usunięcia go ze szkoły. 
Motywy były obciążające: wa-
101

góruje, często opuszcza lekcje, gwiżdżąc wchodzi do klasy, 
skacze po ławkach, z rękami w kieszeniach idzie na swoje 
miejsce, na lekcjach przeszkadza, pogwizduje, rubasznie 
odpowiada nauczycielom, wyśmiewa się z nich, na pauzie 

background image

nawet nogi podstawia, psuje, co się da w szkole, kradnie różne 
drobiazgi w szatni itp. Dezorganizuje każdą pracę i daje innym 
fatalny przykład. N1,1 prośbę nauczycielki wydalenie Wladka ze 
szkoły odłożono do chwili poznania jego warunków życia w 
środowisku domowym.
Zachowanie się jednak Wladka przeszło oczekiwanie 
nauczycielki — istotnie był niemożliwy.  Pierwszego dnia jej 
pracy przyszedł z dużym opóźnieniem i jakby dla 
usprawiedliwienia słów kierowniczki gwiżdżąc głośno 
maszerował po powierzchni ławek na drugi koniec sali. Tam 
usiadł na swoim miejscu, gwizdnął znowu i wyzywająco spojrzał 
na nową nauczycielkę. Klasa oczekiwała ciekawego widowiska 
— on się potrafi postawić i co ona zrobi? Ale ciekawe 
podróżnicze opowiadanie nauczycielki i tym razem wzięło górę 
— wszyscy słuchali. Wladek, tylko czasem pogwizdywał, 
nauczycielka żadnej na niego nie zwracała uwagi. W końcu na 
nawoływania klasy:
„Proszę pani, niech on nie przeszkadza, wyrzucie go z klasy", 
odpowiedziała patrząc życzliwie na Wladka:
„Dajcie mu spokój, chodzi do szkoły, to będzie się uczył — po 
cóż by tutaj chodził".
Po południu poszła do domu Wladka. Nędzna izba z 
dymiącym piecem zawalona jakimiś gratami, mroczna była i 
zimna. Przy kominie stała matka Wladka:
102

„Szkoda fatygi, z niego już nic nie będzie, to taki drań się zrobił, 
próbowaliśmy już w różny sposób — i dobrocią, i gniewem — 
nic nie pomaga. Nie uczy się, z domu wychodzi na długie 
godziny, a nieraz to i z jedzenia cos zabierze, żeby dla siebie 
chociaż, ale on kradnie dla tego dziada, co do niego chodzi. 
Tutaj obok z drugiej strony ulicy taki sponiewierany dziadek 
mieszka u wnuków swoich w suterenie. To już taki jak trup — 
tyle tylko, że mówi — czekają jego śmierci, bo to i bieda duża, i 
powietrze od niego niedobre, a przecież już i tak żyć nie może, 
więc czekają, żeby już prędzej. No i ten głupi Wladek do niego 
chodzi i wszystko mu tam robi, i jeszcze z garnka te ziemniaki 
ugotowane ściągnie, to chleba kawał. A do nauki to go nie ma i 
szkoła ma go już dosyć, bo to i kradnie, i wymyśla, i dzieci 
rozbija. I co z niego będzie?"
Zdumiona tym nauczycielka poszła pod wskazanym 
adresem. Po ciemnych schodach piwnicznych weszła w chłód i 
mrok wilgotnej sutereny. W półcieniu zobaczyła Wladka — stal 
nachylony nad jakimś barłogiem i czesał siwą głowę starca. 
Spojrzał, poznał nauczycielkę — zmieszał się widocznie 
bardzo, rzucił wszystko i wybiegi na ulicę. Z opowiadania 
dziadka wynikało, że Wladek codziennie go odwiedzał, myl, 
czesał, porządkował jego posianie, opowiadał mu, co widział i 
słyszał na ulicy, w szkole, czasem cos z gazety przeczytał, a 
czasem to nawet i cos do jedzenia przyniósł. „To anioł nie 
chłopak, nigdy o mnie nie zapomniał, żeby nie on — nie wia-

background image

domo, co by już ze mną było, a przecież ja jestem
103

stary, chory i zupełnie obcy dla niego. To jakiś święty chłopiec 
chyba".
Ta opieka trwała już długie miesiące, Wladek żył z mysią o 
dziadku; dla niego zarabiał kradzionym węglem, dla niego 
szabrował, co się dało, dla niego wykradał z domu kąski 
nędznego pożywienia, dla niego miał zawsze dobry uśmiech na 
twarzy i troskę serdeczną w oczach. Stworzył sobie inny świat 
przeżyć.
Nazajutrz Wladek wszedł do klasy zwykłym swoim 
sposobem, może tylko z pewnym niepokojem spoglądał na 
nauczycielkę wtedy, gdy po uciszeniu zapaśników jakiejś bójki, 
opowiadała, że znała takiego chłopca, który się Me uczył i 
wszystkim w szkole dokuczał, ale dobry był, bo swego czasu i 
wysiłków nie żałował na ratowanie życia chorego starca. „Ten 
chłopiec czul głęboko krzywdę innych". Słuchali rozmaicie, w 
końcu kilku orzekło: „O, głupi — takiego starego !" Wladek miał 
głowę spuszczoną — rysował cos pilnie. Na pauzie, 
przechodząc koło nauczycielki mruknął nieznacznie:
„O kim pani mówiła?" —„Ty wiesz dobrze, Wladku, cieszę się, 
że to widziałam". „Dobrze, że pani nie mówiła kto, bo by się 
śmiali". „Wiem o tym". I nic więcej, ani slowa! Tego samego dnia 
jeszcze zapytał ją w czasie dyżuru: „Może panią bolą nogi stoić 
— krzesło przyniosę". Cos się działo z Wladkiem. Jakaś 
tajemnica łączyła go już z nauczycielką. Od tego dnia coś jakby 
złagodniało w obyczajach Wladka w szkole: na lekcje 
przychodził wcześniej, nie wchodził na ławki, nie
104

gwizdał. „Te, jak chodzisz, właź na stoły" — mówili. Odpowiadał 
machnięciem ręki po głowie mówiącego. „Tak będę chodził, jak 
mi się podoba, żebyś wiedział, tykwo jedna". „Proszę pani, 
Wladek pisze, niech pani spojrzy". „Widać chce się uczyć, to 
sobie i pisze, dajcie mu spokój" — odpowiedziała nauczycielka 
niby obojętnie. I tak stopnowo, powoli Wladek stawał się znowu 
uczniem.
Kiedyś przyszedł bardzo wcześnie — dobry czas na 
rozmowę leź świadków. Nauczycielka zapytała go, czy chciałby 
dziadka umieścić w schronisku dla starców. „Lepiej mu tam 
będzie, ciepło, czysto i pożywienie jakieś dostanie". „Oj, żeby to 
można było. Zapytam. A odwiedzać można będziey Uspokojony 
nazajutrz przyniósł odpowiedź starca, że chciałby bardzo 
uwolnić już wnuków od siebie i prosi o starania w tym kierunku. 
Nici tajemnicy łączącej Wladka z nauczycielką byly coraz silniej-
sze i coraz większy wpływ wywierały na zachowanie Wladka w 
szkole. „Wladek zmienia się nie do poznania, tylko ponury taki, 
odludek" — mówili pracownicy szkoły. Co się z nim dzieje? 
Czemu tak się zmienia? — Nikt się nie domyślał, że tajemnica 

background image

tego kryje się w sercu Wladka i w niedoli życia schorzałego 
starca.
Wlokły się długie miesiące starań i komunikowania się 
spojrzeniem, gestem, urwanym słowem z wyczekującym 
Wladkiem. I nareszcie przyszedł dzień oczekiwany. Znalazło się 
miejsce w schronisku, dla starców na, ulicy Czerniakowskiej. 
Chłopiec przyjął tę wiadomość z wi-
105

docznym wzruszeniem. Jakiś promień jasny padający na drogę jego życia 
urywa się nagle. „Dziś trzeba przewieźć, koniecznie dziś, bo mogą miejsce 
zająć". Postanowili oboje odwieźć go pod wieczór dorożką. Wladek został 
zwolniony na cały dzień, żeby dziadka i jego otoczenie przygotować.
Wieczorem starzec był już w schronisku. Leżał wygodnie na czystym 
łóżku, umyty i ubrany w czystą bieliznę.
Wladek siedział przy nim i ciągle cos sprawdzał, cos badał z największą 
uwagą: czy łóżko niezbyt twarde,^ czy ciepło będzie, ile razy dziennie dadzą 
jakiś posiłek — tyle było troski w tych pytaniach — tyle niepokoju. Trzeba 
było widzieć oczy Wladka, gdy przyniesiono dziadkowi kolację; wpatrzone 
były w miskę kaszy jaglanej palonej marmoladą kartkową. Zdawały się pytać 
z niepokojem, czy to wszystko dla dziadka? I później te spojrzenia wzajemne 
starca i Władka — każdy z nich rad by drugiego tą kaszą nasycić, ale jak, czy 
zechce? „Wladek, spróbuj choć trochę tej kaszy, czy dobra?" „Dobra, 
dziadku, dobra, jedzcie, póki gorąca — mnie się jeść nie chce dzisiaj". 
Nauczycielka czekała długo, aż Wladek zdecydował się odejść. Pożegnanie 
było krótkie—dziadek wiedział, że we wszystkie dni odwiedzin zobaczy 
Wladka, a nazajutrz była właśnie niedziela.
Wladek odwiedzał starca dwa razy na tydzień i komunikował nauczycielce 
wiadomości o nim. „Żeby tylko tych starców Niemcy nie wywieźli" — to była 
wielka
106

jego troska. Przywiązał się do staruszka bardzo — jemu dawał wszystko, co 
było w nim najlepszego.
Kiedyś rano nauczycielka była sama w kancelarii, wszedl Wladek i 
przyniósł jej na śniadanie bułkę z masłem. Koniecznie nalegał, żeby zaraz 
zjadła. „Co pani tam jadła — czarną kawę i chleb z marmoladą, a to dobre 
jest przecież". No i jadła z nim razem po połowie. Innym razem zapytał jakby 
zażenowany : „Gdzie pani ma torbę swoją?" „Na oknie". „Niech się pani 
odwróci". „Czemu?" — „Nic, niech się pani odwróci". Po chwili zobaczyła, że z 
torby sterczy długa łodyga. Zajrzała — leżała tam piękna, pąsowa róża. „Skąd 
ją masz, Wladku?" „E, nie powiem pani — tam tyle różów mieli, to sobie jedną 
wziąłem dla pani".
Takie było serce Władka.
Wladek zmienił się w szkole zupełnie. Był dobrym uczniem. Po ukończeniu 
poszedł do szkoły mechanicznej. Uspołeczniony, dobry nie mógł patrzeć na 
krzywdę ludzką. On właśnie należał do tej młodzieży, która życie swoje 
stawiała na ostrzu miecza, żeby swoich przed Niemcami ratować.
Któregoś dnia idąc do szkoły nauczycielka zatrzymała się przed 
złowieszczym czerwonym afiszem hitlerowcózo, zapowiadającym 

background image

rozstrzelanie na ulicy nowej grupy ludzi. Nagle 'wszystko zawirowało w jej 
oczach. Wśród innych nazwisk dojrzała i jego — Władysław Gwiazda.
Tyle różnych tajemnic kryje w sobie serce dzieci i młodzieży naszej — i 
serce, i myśl ich, i dążenia, i motywy
107

ich działania, i motywy ich postawy wobec ludzi i otaczających 
zjawisk, a przecież dobrze wiemy. Kolego, że aby oddziaływać 
wychowawczo, trzeba dobrze znać te tajemnice, to znaczy 
poznać możliwie dobrze każdą jednostkę na tle warunków i 
okoliczności jej życia, pracy i środowiska domowego, zakładu 
czy szkoły. Trzeba dobrze poznać każdą poszczególną 
jednostkę, bo każda jest inna i inne miała warunki życia, inne 
okoliczności w jej życiu zachodziły i inne wpływy na nią działały. 
Widzimy to przecie tak jasno już na tych trzech choćby 
przykładach. Więc ta indywidualizacja w poznaniu i w 
wychowaniu ma swoje głębokie uzasadnienie. Prawda, Kolego? 
A ile w tym poznaniu kryje się światów ciekawych, ile 
ścierających się wzajemnie czynników, ile dramatów rozgrywa 
się na tle tego zarastającego życia, jak one je często ranią, 
kaleczą, i niechęć do ludzi budzą, i każą zamykać się w sobie, 
źle do otoczenia nastawiają, i na manowce często prowadzą. 
Ale często zahanowują i sublimują wartości, ujarzmiają 
najlepsze z nich, zdecydowanie mocno stawiają na drodze 
rzetelności i życzliwości do człowieka.
Jakie to ciekawe i jakie doniosłe w naszej pracy — poznać 
przyczyny rozterek, dramatów i podać każdemu pomocną dłoń. 
A jaką radość dają dobre wyniki tej pracy — i jaką silę działania.
Niech źródło tej radości i siły w pracy Twojej, Kolego, nigdy 
nie wysycha — tak Ci tego życzę serdecznie, bo w tym przecież 
i Twoje szczęście leży. Muszę Ci jednak zdradzić jedną wielką, 
ale i bardzo prostą tajemnicę
108

powodzenia w tej pracy poznawania i oddziaływania na 
człowieka — tajemnicę, którą tak pięknie sformułował Antoine 
de Saint Exupery : „Widzi się dobrze tylko sercem. To, co 
najistotniejsze, jest niewidzialne dla
oczu

LIST PIĄTY
Kolego, wracam w tej chwili z posiedzenia, które wywarlo na mnie 
głębokie wrażenie. Było to jedno z posiedzeń Komitetu Uczczenia Pamięci 
'drą Janusza Kor-czaka. Zebrało się grono bliskich mu ludzi i tych, z którymi 
współpracował, a nawet może i tych, których wychowywał. Mówiono tam o 
wielkich wartościach Korczaka jako człowieka, lekarza, wychowawcy i 
pisarza, między innymi o jego niezwykłym poczuciu odpowiedzialności za 
pracę swoją, za jej sens, o wierności służbie idei wybranej i o prawdzie życia. 
Ponieważ chciałam właśnie o tym pisać do Ciebie, Kolego, myślę więc, że 

background image

lepiej będzie, jeśli Ci wprost w odpowiedzi na te zagadnienia o wielkim 
naszym pedagogu i Człowieku chociaż niektóre rzeczy postaram się w tym 
liście opowiedzieć. Ale jakie? Otóż nie będę pisała o jego życiu, o pracy, o 
ciekawym i bardzo swoistym systemie wychowawczym, który stworzył i za-
stosował w dwóch domach dziecka, tj. w Domu Sierot na Krochmalnej i w 
Naszym Domu na Bielanach. Ten system wychowywał zorganizowaną 
społeczność dziecięcą w wolności wyboru drogi życia, z tęsknotą do lepszego 
jutra, z wolą do samowychowania, do wspinania
110

się coraz wyżej, w umiejętności życia zespołowego z trzonem moralnym i 
zrozumieniem, że słowa muszą mieć w czynach i postawie do życia swoje 
pokrycie — wychowywać Człowieka, wzbogacając w nim to, co ludzkie.
Nie będę pisała, jak to robił, o tym mówią jego prace, których nam wiele 
zostawił i w różnych formach literackich — a więc artykuły, powieści, 
wspomnienia, krótkie refleksje, rozważania, monografie, zagadnienia, w 
skrócie zanotowywane myśli, opowiadania, powieści dla dzieci, dramaty 
nawet. Syntezę doświadczeń z pracy swojej i związanych z nią przeżyć dał 
Korczak w trzy-tomowym dziele „Jak kochać dziecko". To jest jakby jego 
credo!
Pisał zupełnie prosto tak, jak mówił i tylko to, w co wierzył. A jak pięknie 
pisał, ile miał wyobraźni w tych pracach swoich, ile swoistego humoru. W 
powieści--bajce „Kiedy znów będę mały" Korczak opowiada o losach swoich i 
przeżyciach na tle kontaktów dziecka z dorosłymi. Krasnoludek zamienia 
dorosłego Korczaka w dziecko, z całym zasobem wiedzy i przeżyć dorosłego 
— taka ciekawa fantazja. Przytoczę Ci z niej. Kolego, kilka urywków. 
Posłuchaj!
„W nocy spadł śnieg. Było bielusieńko. Tyle lat nie widziałem śniegu. Po 
tylu, tylu latach cieszę się, że śnieg, że biało. I dorośli lubią piękną pogodę, 
ale oni myślą, rozważają, my tak jakoś, jakbyśmy ją pili. I dorośli lubią jasny 
ranek, ale dla nas jest winem mrożonym — jesteśmy nim jakby pijani. Kiedy 
byłem dorosły, widząc śnieg, już myślałem, że będzie błoto, czułem wilgotne
lii

obuwie i — czy węgiel wystarczy na zimę? I radość -r- ona 
także była — ale przysypana popiołem, zakurzona, szara. 
Teraz czuję tylko bialą, przejrzystą, oślepiającą radość. Że co ? 
— Że nic: śnieg ! ..."
,,... Gdybym był królem, rozkazałbym w pierwszy dzień 
prawdziwej zimy, zamiast tysiąca dzwonków szkolnych — dać z 
fortecy dwanaście wystrzałów armatnich na znak, że lekcji nie 
będzie f W piwnicy czy na strychu każdej szkoły są skrzynie, 
paki, deski. Święto pierwszej sanny. Zatrzymuje się tramwaje, 
zabroniony ruch kołowy. Nasze sanki, dzwonki obejmują miasto 
w posiadanie. Wszystkie ulice, place, skwery, ogrody. Białe 
święto dzieci szkolnych — dzień pierwszego śniegu ..."
przyjemnie było chodzić i rozmawiać, bo wszędzie śnieg i 
śnieg. No, więc się spóźniłem. A mama zaczyna krzyczeć, 
dlaczego się na obiad spóźniłem. Że latam, że mama ma dosyć 
pitraszenia i zmywania, że buty drę, że nie jestem dziewczynką, 

background image

bo bym pomagał, że mama pójdzie do szkoły na skargę, że na 
łobuza wyrosnę, że Irena powinna być starsza, a ja młodszy, że 
mama umrze przeze mnie. Stoję i nic nie rozumiem. Jak się 
spóźniłem, mogę jeść zimny obiad, albo wcale nie jeść, mogę 
sam umyć miseczkę. Postawiła mama jedzenie, a ja nie chcę. 
Mama jeszcze gorzej: Masz jeść! Jeszcze grymasy będzie robił, 
ceregiele stroił. — Już nie chcę drażnić więcej i jem. Ale mi 
każdy kęs w gardle stoi. I nie mogę przełknąć. Aż proszę Boga, 
żeby się to jedzenie skończyło. Dopiero się wieczorem 
dowiedziałem, że mamie mole pocięły suknie. Mają być 
imieniny^
112

a suknia pogryziona przez mole. Więc i za to, co zrobią mole 
mają dzieci odpowiadać!"
Pisze urwanymi zdaniami, prosto. W tym, co pisze, działa nie 
tylko treścią, ale i dziwną, jemu tylko swoistą formą 
wypowiadania myśli.
Mówić o nim można nieśmiało bardzo, bo przytłacza 
wielkością swoją w prostocie i w prawdzie życia. I chociaż 
długie lata z nim pracowałam, piszę o nim z wyraźnym 
poczuciem nieudolności do charakteryzowania pracy człowieka, 
który śmiercią swoją dal świadectwo prawdzie przekonań 
swoich i swego poczucia odpowiedzialności. Pragnę jednak 
postać drą Janusza Korczaka wśród nas ożywić i wywołać tą 
drogą chęć w Tobie, Kolego, do poznania bogatej i pięknej 
spuścizny, którą o dziecku i pracy wychowawczej nam zostawił.
Piszę ten list jeszcze i w tym celu, żeby choć trochę 
zarysować postać tego Człowieka, który tak dziecko ukochał, że 
celem swojego życia je uczynił. Poznać je, ujawnić innym jego 
prawa, zapalić innych do obserwowania i poznawania dziecka, 
obmyślić, przeżyć i wypróbować pewne formy wychowania — 
słowem służyć mu wszelkimi sposobami i podporządkować 
temu całe swoje istnienie. I cale swoje życie dosłownie oddaje 
Korczak tej sprawie z niesłychaną rzetelnością. Wyrzeka się 
życia osobistego — żyje z dziećmi w internacie, praca nad ich 
poznaniem i wychowaniem staje się jego życiem osobistym na 
zawsze, i w każdej chwili. Mieszka wśród dzieci po spartańsku, 
bez żadnych wygód, jest ciągle z nimi, a jeśli je na czas jakiś 
opuszcza, to dlatego, żeby
113

o nich mówić, albo o nich pisać, albo o nich radzić. I tak 2 dnia 
na dzień, i z roku na rok, aż do ostatniej sekundy życia.
Wpatrzony, wsłuchany w ich życie, ID uśmiech i śmiech, w 
ich rumieniec i bladość, w ich plącz, okrzyki i westchnienia. Bo, 
mówi: „Jak bywa kaszel suchy, wilgotny i duszny, tak bywa 
płacz Izami, łkaniem i prawie bez łez"
A jak głęboko poznawał/dziecko! Internat to była jego „złota 
kraina", kopalnia skarbów nieocenionych, a zapoznanych, obok 

background image

których wychowawcy przechodzą obojętnie, jak mówił, nie 
wiedząc nic o ich istnieniu.
Taka praca była założeniem jego życia — sensem jego 
życia. Zobaczyć dziecko takim, jakim ono jest istotnie, i dziecko, 
i dzieci, i każde z nich. Nauczyć rodziców, wychowawców i 
nauczycieli patrzeć na nie z bliska swoimi oczami i widzieć je w 
ich różnorodności w życiu, a nie spoglądać na nie z oddali 
poprzez kartki teorii i widzieć jak gdyby także różnorodne, ale 
papierowe szablony.
Stale obserwując i poznając dziecko, trzeba się uczyć 
wiązać mozolnie szczegóły i sprzeczne nieraz objawy w 
logiczną całość, żeby poznać, żeby zrozumieć tę niewiadomą, 
jaką jest dla nas każde dziecko. „Chcę nauczyć rozumieć i 
kochać cudowne, pełne życia i olśniewających niespodzianek 
twórcze ^nie wierni współczesnej wiedzy odnośnie do dziecka". 
„Chcę, by zrozumiano, że żadna książka, żaden lekarz nie 
zastąpią własnej czujnej myśli, własnego uważnego 
spostrzeżenia".
114

I później pomóc im w ich rozwoju, i w wejściu w życie 
społeczne. Czekają na nie nakazy, zakazy, regulaminy, normy i 
prawa — trzeba się do tego przygotować. „Wy-chowańcy" 
domu Korczaka odznaczali się prawdomównością, rzetelnością, 
poszanowaniem praw i zbrataniem się z pracą celową i 
twórczą.
W pracy :wej nie czerpie nic z książkowych teorii 
pedagogicznych — rzadko czyta nawet te książki. Widzi przed 
sobą szeroko rozwartą księgę życia — z niej chłonie 'chciwie 
zcwsze i wszędzie dla pracy swojej i szczodrze darzy nią 
innych. Toteż nie tylko z książek radzi poznawać dziecko, nie 
tylko z teorii naukowych i nie z myśli wielkich ludzi, lecz — jak 
powiada — przede wszystkim przez życzliwe współżycie z nim 
w szarym życiu codziennym i przez wnikliwą obserwację.
Pomagają mu w tej pracy bardzo jego studia medyczne. 
Sam mówi, że medycyna dala mu swoją metodą klucz do 
poznania — widzi symptomaty czegoś, wie, że należy badać 
przyczynę, poznać cały organizm i wplywy działające na niego. 
Z tych różnych danych wie, że należy wysnuwać wnioski i 
wtedy dopiero starać się stworzyć odpowiednie warunki, żeby 
niektóre symptomaty ustąpiły, bo to, co je wywołuje, jest 
niepożądane, więc zmienia się, zanika i wie, że inne 
symptomaty należy bujniej krzewić i rozwijać, bo to, co je 
wywołuje, pożądane jest w życiu jednostki i społeczeństwa. To 
znaczy, nie ma zbyt drobnego szczegółu, na który nie 
należałoby zwrócić uwagi w poznaniu dziecka, nie ma żadnej 
błahej sprawy, wszystko jest ważne i mówiące o całości, na 
wszystko trzeba
115

background image

zwracać baczną uwagę, na każdą reakcję dziecka, na każde jego 
zachowanie się i w ocenie należy uwzględnić cały splot 
warunków, w jakich ono żylo i żyje. O tym wszystkim pisał 
Korczak sercem, umysłem i najgłębszą troską o los dziecka we 
wszystkich swoich książkach i artykułach, o tym mówił na 
różnych kursach dla nauczycieli i wychowawców, w instytutach 
pedagogicznych, na odczytach publicznych i kongresach. Przy 
wielkiej swojej pracy na te sprawy zawsze znalazł czas, bo cho-
dziło o dziecko, któremu oddal samego siebie do ostatka.
Dotychczas jeszcze słuchacze Korczaka w Państwowym 
Instytucie Pedagogiki Specjalnej pamiętają jego dziwny 
pierwszy wykład w tej uczelni: „Serce dziecka'''. Było to już lat 
temu 35. Wszyscy słuchacze zdziwieni tym zarządzeniem zebrali 
się w pracowni rentgenologicznej — mówi jedna z ówczesnych 
słuchaczek — Doktor przyszedł tam z jakimś chłopcem ze 
swojego sierocińca. Puszczono w ruch aparat, żeby zobaczyć 
serce dziecka — zatrwożone, szybko bijące w tej chwili serce. 
Chłopiec bal się — tyle obcych osób, ciemna sala, maszyna 
huczy. — „Tak wygląda serce dziecka w chwili, gdy wycho-
wawca gniewa się na nie".
Nie trzeba było bliższych komentarzy — tę lekcję wszyscy 
pamiętają do dzisiaj.
Wykłady Korczaka to nie teoretyzowanie, nie gotowe formuły, 
nie rozważania płynące z wiedzy książkowe] — to mówił mądry 
wychowawca o uczeniu się na błędach i powodzeniach, o 
poznawaniu życia w jego normalnym rozwoju, w codziennej, 
ustawicznej pracy, to jego ciągle
116

poszukiwania, dochodzenia, badania w przeżywaniu z dziećmi 
ich zajęć, trosk, radości, rozczarowań i zachwytów. Zjawiały się 
na wykładach tych jak gdyby wizje żywych 'dzieci i 
współżyjącego z nimi badacza — wychowawcy, który-wie, że 
dziecko ma prawo do protestu i że, jeżeli się nie szanuje praw 
dziecka, to nie można mu stawiać żadnych wymagań.
Na wykładach i odczytach nie „wykładał" — zwyczajnie 
mówił. Był swojego rodzaju artystą w nawiązywaniu kontaktu ze 
słuchaczami. Działo się to, naturalnie, bez jego wiedzy. Na sali 
było zawsze duże skupienie — cisza. Wszyscy wsłucham. Nie 
było chyba wypadku, żeby się ktoś znużył, czy nudził słuchając 
Korczaka, każdy czul się współuczestnikiem jego rozważań — 
odszukiwał siebie, swoją prawdę. Czul się umocniony w sobie, 
słysząc, że każdy błądzić może, że sam winien się doszukiwać 
prawdy swojej. Ze dla wychowawcy najważniejszą rzeczą — jest 
zobaczyć prawdziwe, nie książkowe dziecko z całą jego 
różnorodnością i zrozumieć je.
Myśli Korczaka nie tylko rodziły istotne zainteresowanie 
życiem dziecka i jego prawami rozwojowymi, ale otwierały 
drogi do zrozumienia tego życia, gdyż podważały skostniałe 
szablony, poddawały w wątpliwość utarte mniemania, rodziły 
znaki zapytania — toteż nie tylko rozpalały zainteresowanie 

background image

dzieckiem, ale i ukazywały to dziecko przez jakieś 
niedostrzeźone dotychczas, a szerokie okno, z którego ujrzeć je 
można w promieniach światła odkrywczego, jakie tylko miłość 
rozniecać może, i w atmosferze prawdy. A z wolna rodzi
117

się myśl — oto takie jest w najróżnorodniej szych postaciach 
swoich, więc takie są jego prawa i potrzeby.
A jak mówił? W tej chwili widzę sylwetkę postaci Doktora. 
Wchodzi cicho do pokoju, nieco pochylony, niepozorny, szary, 
zawsze bardzo czysto, schludnie ubrany. Idzie wolno tak, jak 
gdyby ciężar dala stanowił przeszkodę w jego ruchach, jak 
gdyby mu wprost przeszkadzał. Toteż chód powłóczysty trochę, 
jakby niepewny. Widać, że idzie i myśli, nie widząc nikogo i nie 
starając się nawet zobaczyć.  Podchodzi bliżej do zebranych i 
wtedy podnosi głowę i spojrzy na obecnych dziwnie dobrymi i 
rozumnymi oczami. W pokoju zapanowuje atmosfera, która mu 
towarzyszy. Atmosfera człowieka, który idzie prosto przez życie 
drogą prawdy i głębokiego poczucia odpowiedzialności w 
cichej, zupełnie bezinteresownej służbie społecznej wśród 
najbardziej potrzebujących. Atmosfera życia cichego, 
skromnego człowieka, który myślą swoją doszedł do jakiejś 
prawdy życia i w tym widzi jego wartość i sens.
W sposób niesłychanie prosty mówi rzeczy ważkie i głębokie. 
Nie rzuca darmo słów ani frazesów. Nieznana jest mu, obca 
zupełnie wszelka najmniejsza choćby nawet zmiana prawdy, 
wszelki nawet najdrobniejszy fałsz, jakieś gładkie zdania, 
pokrywające prawdę, lub nieco ją zmieniające.
Działał nie tylko treścią, ale i dziwną, jemu tylko właściwą 
formą wypowiadania myśli.  Formą, która działa tak 
sugestywnie, ze ma się wrażenie obcowania z autorem i 
przeżywania z nim razem wszystkich po-
118

ruszanych zagadnień. Czytając, czuje się jego obecność, jest 
się z nim razem na jakiejś dziwnej rozmowie, w której nieśmiało 
nieraz ukrywane przez nas myśli, które chciałoby się zataić, 
ujawniają się prosto i tak naturalnie, że rodzi się podziw i 
zaufanie do autora. Staje się nam od razu bliski, i jemu można 
by właśnie wszystko bess skrępowania powiedzieć, o wszystko 
zapytać, o wszystko w dziedzinie wychowania się poradzić.
Korczak wyzwalał prawdę już wprost obecnością swoją. 
Każdy w obcowaniu z nim stawał się sobą — był sobą. Czuło 
się całą małość frazesów, zakłamania i form nieistotnych. 
Tęskniło się wprost do tej prostoty i czystości myśli, którą niosły 
ludziom, prócz smutku i zadumy y jego dziwnie dobre oczy.
Spojrzenie to onieśmielało, zmuszało jak gdyby błyska-
wicznie do rachunku sumienia z sobą samym, powodowało 
pewien twórczy i ład wprowadzający niepokój — czy się nie 
zawiedzie w swoim zaufaniu do człowieka? Spojrzenie wnikliwe, 

background image

głębokie, pełne dobroci, ale i jak gdyby sprawdzających zapytań 
— pełne przy tym wyrozumiałości dla błędów, słabości i małości 
człowieka — pełne może nawet pobłażania.
Pisząc te słowa myślę. Kolego, że Korczaka nie można z 
nikim porównywać. Stworzył on swój własny, odrębny styl 
spojrzenia na dziecko — styl nie podlegający powszechnie 
utartym poglądom. Niektóre jego formy wychowania mogą 
podlegać dyskusji, przyznać jednak należy, że ten wnikliwy 
lekarz-wychowawca, idący w pracy swojej drogą rzetelności, 
prawdy i sprawiedliwości, drogą
119

wyznaczoną przez miłość i bezinteresowność służbie społecznej, wnosi w 
nasze życie wychowawcze i w założenia teorii wychowania nieocenione 
skarby. Korczak służy celowi swojemu w czynie, w słowie i piśmie jako 
wychowawca-praktyk, bojownik o prawa dziecka, psycho-log-odkrywca jego 
praw, lekarz, literat i wykładowca. We wszystkich tych pracach Korczak jest nie 
tylko przewodnikiem dla błądzących w labiryntach i tajemnicach życia dziecka, 
ale jest jego wiernym przyjacielem z wyboru i z umiłowania i jest nieraz 
surowym stróżem praw dziecka w głębokiej trosce o jego późniejsze losy, a 
więc i losy jutra naszego.
Idei swojej wierny jest w życiu i w śmierci. Wybija godzina zagłady getta 
warszawskiego. Jedne z pierwszych na śmierć idą dzieci. 6 sierpnia 1942 idzie 
i sierociniec Kor czaka. Podobno hitlerowcy pozwolili Doktorowi pozostać. 
Zdecydowanie idzie na śmierć razem z dziećmi.
Cichy, ukochany przez dzieci prawdziwy ich przyjaciel i opiekun, wierny, 
najgłębszy i niezawodny powiernik ich smutku i trosk, odchodzi krwawą, 
męczeńską drogą wraz z cala grupą sierot, którą wychowywał i których w tej 
ostatniej, straszliwej drodze męki opuście, nie chciał.
Umiłowany,, najszlachetniejszy opiekun i przyjaciel — wierny aż do 
ostatniego tchu życia.

r
LIST SZÓSTY
Kolego, na tym chciałam ten cykl listów do Ciebie zakończyć, ale 
teraz wiem, że muszę jeszcze i ten wysiać. Posłuchaj, przyszedł 
dzisiaj do mnie jeden ze znanych, starszych kolegów, nauczyciel, 
który już wiele lat żarliwie pracuje z całkowitym oddaniem się 
sprawie. Człowiek, który za tę pracę zyskał sobie nie tylko uznanie, 
ale szacunek powszechny i zaufanie wychowanków i swoich 
współpracowników. Toteż w oczach ma zawsze spokój dobrze 
spełnianej służby społecznej, spokój człowieka, który był i jest sobą, 
spokój człowieka obcego wszelkiej krzywdzie ludzkiej.
Dzisiaj przyszedł smutny jakiś i przygnębiony — w oczach jego 
widziałam głęboką troskę. Zapytałam o przyczynę i teraz chcę w tym 
liście choć pewne myśli z tej rozmowy przesłać do Ciebie, Kolego.
Nagromadziło się w życiu naszym dużo niepokojących spraw i 
niepokojących, i trudnych, i smutnych, ale najsmutniejsza z tych 
smutnych spraw i najtrudniejsza z trudnych — to brak wzajemnego 
zaufania, to często nieżyczliwy wzajemny stosunek, to skłócenie 

background image

różnych zespołów w szkole. Tworzą się wśród pracowników jednej
121

szkoły zwalczające się wzajemnie grupy, powstają jakieś 
zawiści różnej natury, jakieś pozornie nieuzasadnione niechęci, 
niesnaski, wrogie nawet nastawienia czasem. Ile się na to 
przyczyn złożyło — wiemy o tym dobrze i jakie one były też 
dobrze wiemy, ale też i to wiemy, że żyć w takiej atmosferze 
bardzo trudno — a dobrze uczyć i wychowywać człowieka — 
zupełnie niemożliwie. Nie możemy się z taką sytuacją pogodzić 
— stanowczo nie. Musimy wystąpić do wałki z takim 
nastawieniem. Musimy się jakoś wszyscy i każdy z nas 
przyczynić do rozładowania tego napięcia tam, gdzie ono 
zaistniało, do harmonizowania ludzi pracujących w zespołach, 
do odbudowywania zaufania człowieka do człowieka, do 
rozjaśniania chmurnej atmosfery wielu szkół i zakładów. 
Odetchniemy wtedy szerzej, spojrzymy jaśniej na życie i pracę.
Popatrzmy teraz na kolegów naszych. Wśród uporczywych 
walk z trudnościami materialnymi, które zabierają tyle czasu, 
przysparzają tyle wysiłków, udręk i zmagań, żeby utrzymać 
rodzinę, żeby kształcić dzieci, często żeby ratować zdrowie 
swoich i własne, wśród ciężkich trosk, które zabierają spokój i 
rujnują pogodę w pracy, nauczyciel służy jej niezłomnie i wbrew 
wszystkiemu, walcząc często z niedostatkiem, trwa na swoim 
posterunku. Wszyscy winniśmy to widzieć, rozumieć i oceniać f
Ale widzimy i wyczuwamy wszyscy, że w tych warunkach^ w 
tym niezłomnym trwaniu na posterunku pracy kryje się wielka 
siła moralna nauczyciela — siła, której źródłem jest miłość do 
człowieka oraz wierność wybranej
122

służbie dla jego rozwoju z mysią o jutrze życia. To jest silą 
najżywszej twórczości, tylko wyzwolić ją trzeba z przygłuszenia, 
w jakim teraz się kryje. Bez tej siły przy najlepszych naukowych 
teoriach pedagogicznych wyniki pracy będą szablonowe, blade, 
bezduszne, jakby pozbawione dynamizmu w pracy 
doskonalenia budowy naszej przyszłości.
Wiemy, że praca wychowawcza musi się odbywać w 
atmosferze poszanowania człowieka, życzliwości dla niego i 
poczucia wolności.  Sprawa takiej atmosfery moralnej odgrywa 
zasadniczą rolę w pracy nad wychowaniem człowieka. Toteż 
przyczyniając się do jej wytworzenia wśród ciągłych zmagań z 
rozmaitymi trudnościami, z brakiem zrozumienia i 
niemożliwością czasem porozumienia się — zobaczymy w 
końcu wyniki tej nasze] postawy, które jak jasna smuga 
poprowadzą i innych na drogę życzliwości, pomocy i przyjaznej 
współpracy we wspólnej dla wszystkich sprawie.
To podnosi, umacnia moralnie, harmonizuje i nie tylko 
ułatzcia życie indywidualne i życie zespołowe, ale i hojnie 
wzbogaca pod każdym względem plony naszej pracy 

background image

wychowawczej.
Wielki nasz pedagog, Wł. Dawid w książce „O duszy 
nauczycielstwa" mówi o tym, że istotą powołania nauczy-
cielskiego jest „miłość dusz ludzkich". „Nie kreślę tu — mówi 
autor — tworów wyobraźni ani oderwanych przypuszczeń : typ 
taki istnieje, typ nauczyciela, który kocha dusze ludzkie — 
dusze swoich uczniów. Ta miłość dusz jest źródłem 
entuzjazmu, wiary w swe powołanie, wyjaś-
123

nienieni faktu, ze w życiu człowieka wypadkiem, momentem, 
który o życiu tym decyduje, może być i jest czasem — jakiś 
jeden nauczyciel".
A ile pięknych myśli o tym, czym jest miłość w życiu każdego 
i wszystkich, zostawili nam najwięksi nasi poeci.
Miłość jest przecież dźwignią w życiu, jest jakby najgłębszym 
impulsem natury naszej do harmonii, do ładu, do nawiązywania 
łączności między ludźmi, do życzliwej względem nich postawy; 
jest impulsem do ujawniania czynnie stosunku, który dobrocią 
nazywamy. Z miłości wypływa dopiero i prawda nasza 
poznawcza, i troska o rozwój człowieka, i dążenie do lepszego 
jutra człowieka. Przypomnij sobie. Kolego, słowa Cypriana 
Norwida:
.^Ailości, w tobie jednej odpocznienie i moc, i bytu oś — w Tobie 
sumienie!"
A w dziejach naszych jakie mamy piękne tego przykłady. Już 
w roku 1413 Unia Horodelska w akcie tego zbratania narodów 
głosi miłość jako wartość suwerenną. Posłuchaj, Kolego:
,y^ie dozna laski zbawienia, kto się na miłości nie oprze. 
Miłość jedna nie działa marnie. — Promienna sama w sobie, 
gasi zawiści, osłania urazy, daje wszystkim spokój, łączy 
rozdzielonych, podnosi upadłych, gładzi nierówności, prostuje 
krzywizny, wspiera każdego, nie obraża nikogo — — —. A 
ktokolwiek schroni się pod jej skrzydła, znajduje się 
bezpiecznym i nie ulęknie się niczyjej groźby. Miłość tworzy 
prawa, a kto nią pogardzi — wszystko straci"

LIST PIERWSZY
Kolego, kilka już lat minęło od ostatnich „Listów" moich. W tym 
czasie tyle zmian zaszło w warunkach pracy naszej i życia 
naszego. Tyle wielkich przemian, tyle nowych zdobyczy, 
otworzyły się przed nami horoskopy rozwoju w każdej dziedzinie 
życia. Odbudowujemy się szybko z ruin i zgliszcz, odkrywamy 
ciągle nowe skarby ziemi naszej, jak miedź, siarka, ropa 
naftowa. Powstają nowe kopalnie węgla, tam gdzie nikt o tym 
nie myślał, przemyśl stale dźwiga się wzwyż i rozrasta—staliśmy 
się państwem uprzemysłowionym. Powstają zupełnie nowe 
miasta pracy, jak Nowa Huta, która ,yzjawila" się nagle, w ciągu 
kilku lat, wyrastając na podkrakowskich polach nie tylko na 
najnowocześniejsze miasto przemysłowe, ale też jako 

background image

najbardziej nowoczesne miasto dla mieszkańców swoich — 
ludzi pracy tego przemysłu.
Jednocześnie podnosi się gospodarka rolna, wzrasta stan 
sanitarny ludności, upowszechnia się kultura, oświata szybko 
się rozwija, książka i czasopismo stają się potrzebą życiową, 
poziom muzyki zyskuje uznanie świata,
127

szkoła wchodzi w okres reform zasadniczych. Dzikie, prawie 
bezludne. Bieszczady zaczynają się uprzemysławiać i 
zaludniać. Bug zniewolony plynie pod Dębem nowym korytem, 
psychologowie i plastycy biorą udział w projektowaniu budowy 
nowych urządzeń fabrycznych i tyle, tyle innych, zdawałoby się 
nie do pomyślenia, dziwnych rzeczy.
Budują ten nowy świat różni ludzie — partyjni i bezpartyjni, 
różnych narodów, różnego wykształcenia i charakterów, i różnej 
do pracy postawy. Budują to nasze życie różnymi drogami i 
pracą rąk, i piórem, i słowem — rozmaicie. Pragniemy, żeby 
wszyscy zawsze pracowali glową i sercem w poczuciu 
odpowiedzialności za jutro życia człowieka — do tego dążymy. 
Kolego! Zawsze i wszędzie, w każdej pracy i każdym życiu 
człowieka od tego poczucia zależy właśnie wartość życia danej 
jednostki, a więc i wartość jej pracy.
U wielu to poczucie odpowiedzialności jest nie tylko bodźcem 
do pracy, ale i regulatorem jej wartości. Są całe zastępy tych, 
którzy biernie nie przechodzą koło ludzi i ich spraw, którzy 
pracują dla człowieka i jego przyszłości. U niektórych ludzi to 
poczucie odpowiedzialności prowadzi do czynów wprost 
bohaterskich, ale są i tacy, u których ono nie budzi się wcale, 
lub daje tylko nikle znaki o sobie. Pisałam już o tym. Kolego, w 
„Listach" moich poprzednich, dawałam przykłady pracy różnych 
nauczycieli — nie powtarzam więc — przypominam tylko, że to 
jest właśnie ten drogocenny kamień węgielny dobrego jutra w 
każdej dziedzinie życia.
128

I dlatego piszę te „listy" aby one krzepiły samopoczucie 
Czytelników swoich obrazami czynów, których kierownikiem 
było poczucie odpowiedzialności człowieka za życie swoje.
Oto kitka przykładów, które cytuję dosłownie bez wszelkich 
wyjaśnień.
Przeczytałam dzisiaj w „Sztandarze Młodych" taki komunikat: 
„Ludzie dobrej woli uratowali życie dwóm zatrutym robotnikom.  
W godzinach popołudniowych 20 sierpnia rb. rozgłośnia 
krakowska Polskiego Radia przerwała normalny program, 
podając suchy komunikat:
W kombinacie im. Lenina uległo zatruciu, przy malowaniu 
farbami plastikowymi, kilku robotników, ponieważ nieznany jest 
skład chemiczny farby — wszyscy, którzy mogliby dopomóc w 
jego ustaleniu proszeni są o zgłoszenie się do Kliniki Medycznej 

background image

w Krakowie, bądź pod numer telefonu...
Sprawa nie była błaha. Od ustalenia składu chemicznego 
farby (stanowi to często tajemnicę producenta), zwłaszcza zaś 
wykluczenia jednego ze składników — zależało leczenie 
robotników.  Radiowy apel poszedł w eter, a już w kilka minut 
później zaczęły napływać telefony od ludzi, którzy chcieli pomóc 
w ratowaniu dwóch ciężko zatrutych ofiar. W ciągu godziny 
oprócz telefonów z Krakowa było również wiele zamiejscowych. 
Na radiowy apel zgłosił się też z Gdańska przedstawiciel fabryki 
produkującej lakiery, który udzielił autorytaty-
129

wnego wyjaśnienia. Lekarze byli już uspokojeni. Można było 
bowiem obrać właściwy sposób leczenia. Po zastosowaniu 
odpowiednich środków życie robotników zostało watowane".
Przed kilku miesiącami „Trybuna Ludu" podała wiadomość, 
ze krótkofalowcy uratowali życie 17-letniego chłopca. W III 
Klinice chorób wewnętrznych Akademii Medycznej w .Łodzi 
przebywał 17-letni chłopiec chory na serce, którego uratować 
mogło jakieś lekarstwo jak najszybciej zastosowane.   Ponieważ 
leku tego nie produkuje się w kraju, łódzka rozgłośnia Polskiego 
Radia natychmiast zwróciła się do słuchaczy o pomoc w dostar-
czeniu tego lekarstwa.
Na ten apel odpowiedział student Akademii Medycznej w 
Łodzi, który telegraficznie powiadomił swego znajomego 
przebywającego w Paryżu. Wobec tego, że paryżanin nie mógł 
odszyfrować nazwy leku, zwrócił się więc przez stację 
krótkofalową do jakiegoś krótkofalowca w Warszawie oraz do 
znanego w Polsce krótkofalowca w Łodzi. Odpowiedzieli 
natychmiast. Po otrzymaniu potrzebnych danych, paryżanin 
natychmiast przesłał lekarstwo samolotem. Tego samego jeszcze 
dnia przesyłka znalazła się w łódzkiej klinice. W ten sposób 
dzięki krótkofalowcom udało się uratować żyde młodego 
chłopca.
130

„Express Wieczorny" podaje: „Statek v0rcades» płynął s San 
Francisco do Anglii przez Honolulu,Jokohamę, Hongkong i 
Australię. W Los Angeles zajęła miejsce na statku pani Z. W 
kilka dni po odpłynięciu od brzegu pasażerka zaczęła się 
skarżyć na gwałtowne bóle gałki ocznej. Traf chciał, że na 
pokładzie znajdował się, jako pasażer, 70-letni emerytowany 
okulista z Kalifornii. Zbadał on wspólpasażerkę i orzekł, że w 
ciągu 24 godzin musi być przeprowadzona operacja chirurgi-
czna, w przeciwnym razie chorej grozi ślepota. Na statku nie 
było odpowiednich narzędzi chirurgicznych. Późnym wieczorem 
radiostacja pokładowa nadawała wezwanie o pomoc. O świcie 
załoga i pasażerowie statku spostrzegli nadlatujący samolot, 
który wystrzelił rakiety oświetlające i zrzucił ładunek. Wydobyła 
go załoga lodzi wielorybniczej i przetransportowała na pokład 

background image

okrętu. Zrzut zawierał niezbędne narzędzia chirurgiczne. W 
dwie godziny później było już po operacji. Zagrożony wzrok 
został uratowany".
Przypomnij sobie. Kolego, piękną książkę Stefanii Sem-
polowskiej „Na ratunek". Jest to jakby poemat o pięknie tego 
właśnie poczucia odpowiedzialności człowieka. Poemat, który 
Sempolowska kończy takimi słowami: „Wyprawa c-Italii^ 
zostanie na pewno zapisana w dziejach zdobycia Arktyki.  A 
dzieje wypraw ratowniczych nie zostaną zapomniane. Zapiszą je 
dzieje kultury. Te
131

z szaloną odwagą przedsiębrane wywiady powietrzne, badania 
szerokich, nieznanych przestrzeni, mające na celu nie krwawe 
czyny wojenne, lecz dzieło pokoju, ratowanie życia ludzi 
rzuconych w nieznane pustynie lodowe, ten glos radia 
przynoszący gdzieś spod bieguna wołanie o pomoc, a na ten 
glos, na to wezwanie — wyścig ludzi nie liczących się z 
niebezpieczeństwem, dążących z różnych stron ziemi, różnymi 
środkami komunikacyjnymi w poszukiwaniu zaginionych ludzi, 
to bohaterstwo i ofiarność wypraw ratowniczych pozostaną w 
dziejach ludzkości jako piękna karta".
Gdy rozeszła się wieść w roku 1928 o katastrofie włoskiej 
wyprawy biegunowej pod kierunkiem gen. Nobile na sterowcu 
„Italia", zewsząd śpieszyła pomoc ratownicza ludzi nie liczących 
się z niebezpieczeństwem wobec poczucia konieczności 
niesienia pomocy zaginionym. Ze wszystkich stron świata szło 
echo: na ratunek. Podejmowano próby organizowania wypraw 
przez prywatnych ludzi, rządy różnych państw organizowały 
wyprawy ratownicze różnymi środkami komunikacyjnymi. 
Związek Radziecki ofiarował pomoc wielkich lamaczy lodów 
„Malygin" i ,^rasin". Francja oddala rządowi włoskiemu do roz-
porządzenia w pracach ratowniczych hydroplan „Latham". 
Hydroplan ten dano do dyspozycji Amundsenowi, który zgłosił 
gotowość udziału w akcji ratowniczej. Oto jak Sempołowska 
pisze o tej decyzji: „Po trzydziestu latach trudów życia 
aktywnego pożegnał Amundsen wielkie podróże, niebezpieczne 
wyprawy, schronił się w zacisze domowe. Niedaleko Oslo pędził 
ciche dnie w domku pod-
132

miejskim, ciesząc się zielenią i kwiatami (róże), które otaczał 
troskliwym staraniem, pragnął odpoczynku, ale tragedia «Italiif> 
wyrwała go z ciszy osobistego życia i rzuciła znów w krainę 
wichrów, mgieł i lodów. . . W piękny letni wieczór, gdy 
Amundsen siedząc w ogrodzie w gronie swoich przyjaciół 
(Sredcup) zastanawiał się nad losami «Italii'» obmyślał sposoby 
ratunku, w domu jego zjawil się wysłannik rządu norweskiego i 
w imieniu Ministerstwa Obrony państwa prosił, aby Amundsen 
pokierował wyprawą ratowniczą i poszukiwaniem ofiar kata-

background image

strofy. Wszyscy obecni dobrze znali stosunek Amundsena do 
Nobilego, wszyscy wiedzieli, że słusznie czy niesłusznie, nie 
tylko nie lubił Nobilego, ale mu nie ufał. Z zapartym oddechem 
oczekiwano odpowiedzi Amundsena. Odpowiedź była godna 
człowieka. Bez chwili wahania, głosem pewnym, spokojnie i 
zdecydowanie odpowiedział : Jestem gotów ! W tej chwili nie 
myślał o osobistych niechęciach czy urazach, ludzie, którzy jak 
on poszukiwali rozwiązania zagadki polarnej, ginęli, po-
trzebowali pomocy. Może uda się ich ocalić...
... Norwegia otacza Amundsena miłością pełną uwielbienia, 
uważa go za bohatera ludzkości, chlubę ojczyzny. Toteż 
olbrzymie dumy witaly dnia 15 czerwca na dworcu bergińskim 
przyjeżdżającego Amundsena: unoszono go na rękach, 
śpiewano pieśni na jego cześć. Wieczorem 17 czerwca brzegi 
fiordu Pudole zaległy nieprzejrzane tłumy ludzkie. W niebo bił 
okrzyk — Niech żyje! — to Bergen, to Norwegia żegnała 
Amundsena przed nową
133

wyprawą. Było to pełne miłości pożegnanie ze strony rodaków, 
ojczyzny, całej kulturalnej ludzkości...
... Jeśli ludzie, którzy przeżyli to, co Amundsen w roku 1925, 
podejmują się takich wypraw, trzeba tych ludzi uznać za 
bohaterów : znając, rozumiejąc ogrom niebezpieczeństwa nie 
cofają się przed nim dla celów droższych nad życie. Lot 
Amundsena miał wyłącznie cele humanitarne. Nie chodziło mu 
o Arktykę — znał ją tak dobrze, nie chodziło mu o zdobycie 
wiedzy — nie wziął ze sobą bagaży, ani przyrządów 
naukowych. Nie chodziło mu o sławę — był syt sławy — i 
uciekał od niej, znał go i wielbił świat, niepotrzebne mu były 
nowe liście wawrzynu. Leciał ratować ginących, oddawał im w 
ofierze swoją wiedzę, doświadczenie, siebie samego, swoje 
życie..."

LIST DRUGI
Dzisiaj, Kolego, jest Dzień Nauczyciela — nasze święto — i 
Twoje, i moje, i wszystkich Kolegów naszych, tych, którzy teraz 
pracują i tych, którzy dawniej pracowali i już w rozmaitym 
czasie od tej pracy odeszli.
Tyle teraz w ciągu roku różnych „dni" obchodzimy. Każdy z 
nich ma ustaloną datę i pewien ustalający się charakter 
obchodu. Ten charakter ulega stopniowo pewnym zmianom w 
zależności od ogólnych warunków. Niektóre „dni" słabną w sile, 
kurczą się w formach obchodów, maleją — dynamika ich 
słabnie i nikną w różnych krajach zależnie od warunków 
właśnie. Ale są takie, które mają niewyczerpane źródła 
dynamizmu, wiecznie żywe, bo płynące z najgłębszych ludzkich 
tęsknot i dążeń;
z pragnienia ładu, z harmonii, sprawiedliwości, pragnienia 
poznania i rozwoju, pragnienia lepszej przyszłości człowieka. 

background image

Takim jest Dzień Pokoju i Pracy i takim będzie, myślę Kolego, 
ten nasz dzień — Dzień Nauczyciela-Wychowawcy — bo te 
wszystkie pragnienia to są jakby straże obronne warunków 
realizowania tego, co określamy jako „Prawa człowieka". — 
Domyślasz się Kolego,
135

czemu Dzień Nauczyciela-Wychowawcy też tutaj należy — 
prawda?
Przypomnij sobie ten obraz z dawniejszych „Listów" moich, 
które do Ciebie pisałam!
„W określonych godzinach, codziennie, jak świat długi i 
szeroki, idą dzieci do szkoły — idą tłumy dzieci, w określonych 
godzinach, codziennie, jak świat długi i szeroki, idą nauczyciele 
do szkoły — idą tłumy nauczycieli. Idą do szkoły !... Mnóstwo 
jest dzieci na świecie, więc i mnóstwo, choć mniej znacznie 
nauczycieli. Wszyscy ci nauczyciele od wielu, wielu lat 
wprowadzali w świat wiedzy, form współczesnego życia i kultury 
pokolenie za pokoleniem w różnych epokach, w rozmaity 
sposób i w różnym zakresie. W istocie swej była to zawsze 
sprawa dużej wagi, zyskująca coraz większe zrozumienie, coraz 
większą nieustępliwość w konieczności brania w niej udziału 
każdego człowieka".
Toteż można by powiedzieć, że nauczyciel-wycho-wawca 
stoi na straży nienaruszalności tego i realizuje prawo każdego 
człowieka do nauki, wiedzy, kultury i życia społecznego. I to jest 
właśnie źródło niewyczerpane dynamizmu jego pracy i jej 
ciężaru gatunkowego.
Niewyczerpane wiecznie żywe źródła — bo wielkie zadania 
ma do spełnienia nauczyciel-wychowawca i wielka jest za nie 
odpowiedzialność.
Toteż i pamięć o tych, którym to poczucie było jak gdyby 
sumieniem ich pracy, ma oprócz cech wierności czy trwałości 
jeszcze jakby urok jakiegoś wdzięku moralnego — urok 
wdzięczności.
136

Pomyślmy, Kolego, przecież w pamięci naszej nie zapisali się 
wszyscy nasi wychowawcy.
Niektórzy jaśnieją wyraźnie we wspomnieniach naszych i 
budzą drogie nam skojarzenia; innych obraz niejasny zjawia się 
nie budząc tych uczuć i gaśnie szybko w niepamięci, czasem 
obraz innych — budzi niechęć, są też i tacy, którzy nie ożywają 
we wspomnieniach naszych wcale — zatonęli w mroku swojej 
obojętności i braku poczucia odpowiedzialności za pracę, do 
której może zbłądzili. Ale na przebiegu tej drogi myślowej jak 
słupy ogniste ożywają wtedy zawsze postaci tych nauczycieli-
wychowawców naszych, którym zawdzięczamy to, kim 
jesteśmy, a raczej to, co w sobie uszanować możemy. 
Zatrzymujemy się więc myślowo jakby w przystani moralnej, 

background image

teraz jeszcze często czerpiąc z niej siłę — schylamy głowę w 
poczuciu szacunku i miłości, czasem podziwu i zachwytu, a 
zawsze wdzięczności.
I ja też patrzę wstecz na życie moje i widzę zarysowaną w 
nim silnie postać Józefy Joteyko. I o Niej wiośnie, Kolego, chcę 
napisać do Ciebie w tym liście moim.
Ukochanie nauki i człowieka wyznaczyło cel jej życia. Żeby to 
wyjaśnić, muszę Ci, Kolego, trochę chociaż o tym życiu 
powiedzieć. Otóż Józefa Joteyko od lat młodzieńczych wierna 
jest idei służenia człowiekowi. Dla pogłębienia wartości tej 
służby kończy w Genewie wydział przyrodniczy i zdobywa 
metodę pracy. Później wybiera kierunek tej służby — niesienie 
pomocy człowiekowi choremu — kończy więc medycynę w 
Paryżu i zostaje lekarzem. Promieniuje z niej siła 
odpowiedzialności za
137

wartość tej służby i głęboki spokój oddania się jej całkowicie. Po 
kilku latach pracy widzi jednak, że to jej nie wystarcza. Umysł 
głęboko filozoficzny z przygotowaniem przyrodniczym dąży 
dalej do badań naukowych, do poznawania pochłaniających jej 
zainteresowanie podstawowych zagadnień życia i pracy 
człowieka. W pracach i badaniach fizjologicznych i 
psychologicznych szuka wśród innych rozwiązania zagadnienia 
zmęczenia, wypoczynku i zagadnienia bólu. Zamyka się w 
pracowniach naukowych i oddaje się całkowicie pracy w 
zakresie fizjologii wyjaśniającej mechanizmy tych zjawisk 
właśnie. Prace te pochłaniają całkowicie jej czas i myśli przez 
szereg najpiękniejszych lat młodości i zdrowia. Pracuje z 
zapałem, prowadzi życie skromne, ciche, skupione. — Jest 
szczęśliwa. Kolego, bo służy Człowiekowi — dla jego lepszego 
życia. Tworzy nowe teorie naukowe, niektóre jej zdobycze 
zostały na zawsze związane w świecie nauki z jej imieniem.
Stopniowo, w ślad za pierwszą jej rozprawą naukową 
zaczynają się ukazywać inne — cały ich długi szereg. Otacza ją 
sława naukowa, o czym świadczą odznaczenia najwyższych 
instytucji naukowych Europy. Ale w zetknięciu z nią. Kolego, 
nigdy by się tego nie poznało — taka jest zawsze prosta, 
skromna, naturalna i o sobie nie myśląca. Stopniowo zwraca się 
zdecydowanie w kierunku psychologii. Jej prace zasadnicze 
nad zmęczeniem i bólem człowieka stały się jakby pomostem 
między pracami fizjologicznymi i psychologicznymi. Józefa 
Joteyko rozszerza swoje zainteresowania badawcze na prawa
138

rozwojowe człowieka. Zdaje sobie jasno sprawę, że nauka 
winna przekroczyć ciasne ramy pracowni i służyć życiu, oddaje 
się więc szerzeniu w różnych formach wiedzy doświadczalnej i 
stosowanej. Wszędzie, gdzie pracuje, wprowadza naukowe 
metody do badań i toruje drogi naukowym dociekaniom nad 

background image

rozwojem dziecka. Bo widzisz Kolego, Józefa Joteyko w służbie 
człowiekowi chce wpłynąć w jakiejś mierze i na jego 
wychowanie i rozwój, toteż ostatnie lata życia poświęca 
psychologii dziecka i daje naukowe podwaliny pod reformę 
metod i organizacji szkolnictwa oraz przygotowania nauczycieli. 
W każdej dziedzinie pracuje zawsze z myślą o podniesieniu 
warunków życia człowieka, jego rozwoju i jego wartości. Walczy 
z krzywdą dziecka, z niezrozumieniem zasadniczych praw jego 
rozwoju i warunków, jakie kształtować należy, ażeby mogły 
sprzyjać rozwojowi.
Formy pracy Józefy Joteyko w tym kierunku byty różne 
bardzo: bada, obserwuje, pisze, prowadzi cykle wykładów, 
organizuje specjalne seminaria, kursy wakacyjne dla 
nauczycieli, wygłasza cykle wykładów w kraju. Wreszcie w 
Brukseli organizuje Międzynarodowy Fakultet Pedologii, gdzie 
wszystkie te zagadnienia są zespołowo badane, analizowane, 
omawiane i gdzie nauczy-ciele-wychowawcy z różnych krajów 
zdobywają nie tylko wiedzę w tym kierunku, ale i zapal służenia 
sprawie dziecka — a więc i przyszłości człowieka. Uczelnia ta 
związana była jak najszerzej z życiem, z organizacją pracy, z jej 
treścią i metodą. Chodziło bowiem o to, aby wychowawca sam 
był pełnym człowiekiem związanym
139

z przyrodą i zjawiskami życia społecznego we wszelkich jego 
dziedzinach i w zakresie poznania doznań emocjonalnych.
Pierwsza wojna światowa rujnuje tę organizację. Józefa 
Joteyko przenosi się do Paryża, gdzie poza swoją pracą 
naukową gromadzi w założonej przez siebie Polskiej Lidze 
Nauczania materiały do odbudowy szkoły w kraju. W ogóle 
wszystko, co czyniła za granicą, czynione było z. myślą o 
Polsce.
Czuliśmy wszyscy, ze Józefa Joteyko plonie tęsknotą do 
Kraju. Pamiętam np. dobrze. Kolego, chwile emocji, jakie 
przeżywałyśmy w czasie bombardowania Paryża w pierwszej 
wojnie światowej. Nigdy nie zapomnę takiej chwili. Noc... 
Dzwony wszystkich kościołów Paryża dzwonią donośnie, 
rytmicznie, radośnie. Sygnał, że samoloty niemieckie 
odpędzone, że Paryż jest w bezpieczeństwie. Chociaż to nie na 
długo może, wprowadzają jednak spokój. Józefa Joteyko staje 
w otwartym oknie — słucha odgłosów dzwonów. Nastrój 
pewności i spokoju ogarnia miasto. „Wiesz, mam wrażenie, że 
te dzwony głoszą wolność Polski". Tam szła myśl jej 
ustawicznie.
Z jaką niecierpliwością wyczekuje echa idącego z Kraju, jak 
chwyta każdą wieść o Polsce i skoro tylko można w 1919 roku 
porzuca wszystko i staje przed Nią „na baczność" i oddaje się w 
Jej służbę niepodzielnie, z wymarzoną rozkoszą — w zbyt 
twardą służbę.  Niestety, to były już ostatnie lata jej życia. 
Nieopisanie trudne warunki pracy, z jakimi się spotyka w kraju, 
nie tłumią jej inicjatywy i energii twórczej i nie tłumią pogody jej 

background image

ducha. W ciągu tych kilku lat pracy w kraju Józefa
140

Joteyko wnosi twórcze wartości do psychologii- i pedagogiki. 
Prowadzi nie tylko prace badawcze, ale jako profesor 
Państwowego Instytutu Pedagogicznego nawiązuje bliski i żywy 
kontakt z nauczycielami; chodzi do szkól, dol pracowni, na 
zebrania Związku Nauczycielstwa, na konferencje oświatowców 
i wszędzie zaznacza się wybitnie nie tylko wysokimi wartościami 
intelektu, ale i subtelną lojalnością w stosunku do każdego czło-
wieka. Wszędzie, gdzie pracuje, zostawia nie tylko trwale 
wartości naukowe, ale i rozniecony żar do tej pracy, pogłębienie 
zrozumienia jej wartości, zapał twórczy w dążeniu do 
polepszenia warunków życia i pracy człowieka, do walki z 
wszelką krzywdą ludzką, do walki z bagatelizowaniem 
warunków pracy zawodowej człowieka, do walki o prawo do 
jego ochrony w tej pracy. Rozpala zapal do pogłębiania pracy 
nad dzieckiem, do szukania nowych form wychowania i 
doskonalenia metod.
Nie piszę tutaj. Kolego, więcej o kierunku życia i pracach 
Józefy Joteyko, ani o jej losach życia — podałam Ci tylko ten 
krótki rys jej drogi życiowej, żebyś zobaczyl kim byla i czemu 
służyła. Zobaczyłeś postać uczonego, który w ciszy pracowni 
naukowych bada różne zawile prawa fizjologiczne pracy 
człowieka, znużenia, wypoczynku i bólu; szuka mozolnie 
wyjaśnienia różnych fizjologicznych zjawisk i wysnuwa z tych 
prac teorie naukowe, które wchodzą w treść jego wykładów. 
Życie skromne, intensywnej pracy cale oddane, nauce i 
człowiekowi.
A później Józefa Joteyko jako psycholog, który powraca do 
kraju z myślą o praktycznym zastosowaniu
141

wiedzy swojej, z mysią służenia wszelkim potrzebom szkolnictwa polskiego i 
jego reform, z mysią służenia nauczycielowi w jego kształceniu i pracy.
Wpływ Józefy Joteyko w jej bezpośrednim oddziaływaniu na słuchacza był 
silny i niezapomniany. Po rozmowie z kimś, kto był jej uczniem, wiedziałam, 
że została w jego wspomnieniach na zawsze.
Tak było i w moim wypadku, Kolego.
Pomyślmy 'teraz, gdzie szukać przyczyny tego. Bo nie tylko przecież w jej 
głębokiej wiedzy i ciekawych wykładach, ale przede wszystkim w całym jej 
stosunku do człowieka wynikającym z tego, kim była. Ileż to pozostało w 
pamięci ciekawych obrazów charakteryzujących stosunek Józefy Joteyko do 
słuchaczy. Na przykład fakt taki. W grupie naszej studenckiej mieliśmy jedną 
bardzo nieśmiałą i nie ufającą w siły swoje koleżankę. Po pewnym czasie 
zauważyliśmy, że Józefa Joteyko obserwuje ją często w czasie wykładów lub 
rozmów ze studentami, że stara się nawiązać właśnie z nią rozmowę, że w 
końcu zaproponowała jej opracowanie sprawozdania na seminarium z jakiejś 
ciekawej nowej książki pedagogicznej, dodając jakby niedbale, że wybiera ją 
na recenzentkę, gdyż zależy jej bardzo na dobrym zreferowaniu tego ważnego 

background image

zagadnienia. Pamiętam, że była to łatwa, ale ciekawa praca o literaturze 
młodzieżowe], Zainteresował nas bardzo taki stosunek Profesora i zachwycił, 
gdyśmy zrozumieli intencje jego. Sprawozdanie zostało dobrze opracowane; 
zobaczyliśmy radość
142

na twarzy koleżanki i blask wdzięczności w jej spojrzeniu na Profesora.
A teraz wybieram zupełnie inny przykład mówiący o stosunku Józefy 
Joteyko w ogóle do człowieka.
Pamiętam -np. lato spędzone z nią w domu wczasowym kooperatywy 
robotniczej we Francji nad Atlantykiem. Tłum ludzi tam zjeżdżał na kilka 
tygodni wypoczynku — ludzi ciężkiej pracy; robotnicy różni, rzemieślnicy, 
czasem zabłąkał się jakiś literat, artysta malarz, profesor. Regulamin sztywny 
obowiązywał wszystkich; każdy sam musiał myśleć o swoich potrzebach i 
pomagać w organizacji życia zbiorowego. A więc przed śniadaniem wszyscy 
zastawali w refektarzu na stalach stosy jarzyn — które należało obrać. Trzeba 
było widzieć nieśmiałe tłumaczenie się, zażenowanie i skrępowanie Józefy 
Joteyko, gdy sąsiedzi chcieli ją w tej pracy wyręczyć. Prosili usilnie o to, nie 
zgodziła się. W niczym nie chciała się wyróżniać. W jej badaniach naukowych 
nad zmęczeniem kryją się podstawy nowych ustaw o ochronie pracy i 
zabezpieczeniu zdrowia robotnika. Tutaj widziała ich wypoczynek. Po ciężkiej 
pracy zdobyte urlopy — ani chwili z nich tracić nie można; słońce, ocean i lasy 
niech mówią tu jak najpełniej. Twarda dla siebie i niesłychanie dobra dla 
innych.
Z giębi jej rozległych horyzontów umyslu i uczuć wypływał jej prawdziwy 
demokraty zm i twórcza rzetelna postawa wobec zjawisk życia, wobec 
człowieka — ludzi, wobec siebie.
Nie tylko chciała poznać świat, ale chciała go kształtować.
143

Kochała życie i rozumiała je w młodych. Płomień zapału 
rozpalała w służbie dla przyszłości. W tej głębi kultury i dobroci 
tkwiła istota jej stosunku do ludzi. Dawała nie tylko światło, ale i 
ciepło. Józefa Joteyko szanowała do najwyższych granic 
indywidualność innego człowieka, niezwykle wyrozumiała, 
równa i pogodna, dla każdego znalazła w razie potrzeby 
zawsze czas i radę. Miała dar budzenia wiary we własne siły i 
możliwości pracy owocne]. Jej bezpośredniość i świeżość 
odczuwań ułatwiała nam młodym wymianę myśli, dążyliśmy do 
bezpośredniego zetknięcia się z nią. Była dla nas Człowiekiem 
zupełnym. Przy ogromie wiedzy swojej i kulturze ducha 
serdecznie życzliwa, uczynna w sposób najprostszy i 
nienarzucająca swej woli — zyskała sobie powszechnie nasze 
zaufanie, szacunek i przywiązanie. Czuliśmy, Kolego, że to jest 
Ktoś silny prawdą wewnętrzną, kochający życie i ludziom 
głęboko życzliwy. Czuliśmy, że można się na nim oprzeć 
moralnie, że można mu zaufać.
I przeszły długie lata, a pamięć wielkiego Wychowawcy 
pozostała — pamięć wierna i wdzięczna.

background image

LIST TRZECI
Pisałam Ci już. Kolego, że w pamięci każdego z nas nie 
zapisali się wszyscy nauczyciele, że są i tacy, którzy nie 
ożywają we wspomnieniach naszych wcale, lub też 
wspomnienie o nich budzi czasem nawet niechęć jakąś. Różne 
się na to składały przyczyny, które zdecydowały o ich postawie 
do życia i człowieka, i o ich wartości pracy.
Od dawna już w pamięci mojej błąka się m.in. obrazami 
szkól i takie wspomnienie. Mroźny, styczniowy ranek. Śnieg 
wielkimi okiściami leży na smrekach i iskrzy się w promieniach 
wschodzącego słońca. Stoję przed zamkniętą jeszcze szkolą w 
M. i czekam. Za 20 minut ósma — zaraz drzwi się otworzą, a 
tymczasem schodzą się dzieci pieszo, na zaimprowizowanych 
sankach, i jak strzały w promieniach słońca na nartach. Wyżej 
nad szkołą. ubielony puchem śnieżnym, smrekowy las. Poprzez 
konary widać wschodzące pogodnie słońce. Ze wszystkich 
stron zza smreków mkną na nartach dzieci ku szkole jak pro-
145

mienie wschodzącego słońca. Zewsząd ukazują się pogodnie 
uśmiechnięte i zaróżowione od mrozu twarze dzieci. Gwar, 
nawoływania, radosne okrzyki, opowiadania urywanymi słowami 
przygód i rozjaśnione pogodą oczy. Życie i radość w oczach, w 
twarzy i w spojrzeniu. Śnieg, słońce, roześmiane twarze dzieci i 
krystaliczne, przeczyste powietrze! Jak dobrze!
I nagle zupełnie inny świat! Skrzypnęły drzwi chaty szkolnej, 
buchnął z niej zaduch, wyjrzała szarzyzna jakaś i ponurość 
mroku. W progu stanął nauczyciel — zaspany jeszcze, 
rozczochrany, w poplamionym ubraniu i zarzuconym na szyję 
wystrzępionym szaliku. Żadnego uśmiechu powitania, 
zdawkowe, bezdźwięczne „dzień dobry", senny wyraz twarzy, 
jakby zniechęcenie i nuda w oczach — oznajmiały rozpoczęcie 
ciężkiego obowiązku pracy.
Na twarzach dzieci powoli gasła łuna pogody. Wchodziły 
ociężale, z niechęcią do sieni szkolnej, ustawiały tam ośnieżone 
jeszcze narty i ciężkim, powłóczystym krokiem wchodziły do sali 
szkolnej. Za chwilę izba szkolna była wypełniona. Dym z na 
wpół rozwalonego pieca męczył oczy. Małe okienka, szeregi 
czarnych ławek, mrok ponurej, ciemnej izby, obecność 
sennego, zaniedbanego nauczyciela nie obiecywały nic miłego. 
I gasły blaski pogody w oczach, znikały rumieńce z twarzy — 
dzieci z wolna tężały jakby w bezruchu i martwocie myśli. Ze 
świata słońca, bieli śnieżnej i radosnych doznań weszły w mroki 
dusznej zadymionej izby i w atmosferę zmęczonego i 
znudzonego pracą nauczyciela. — W zale-
146

gojącej ciszy słychać było tylko moją przyciszoną rozmowę z 
nauczycielem tej szkoły , skąd, w jakim charakterze, w jakim 

background image

celu i uskarżanie się na ciężkie warunki pracy — wszystko to 
reasumowało się w jednym tylko pragnieniu — wyrwać się stąd 
jak najprędzej.

LIST CZWARTY
Czy odczułeś już. Kolego, w życiu swoim silę jaką przyjaźń 
daje? A może i inne dobra przyjaźni?
Ciągle wokoło słyszymy to słowo „przyjaźń", „przyjaciel" i 
ciągle się nim posługujemy w rozmowach naszych, chociaż nie 
zawsze go odpowiednio używamy, określając nim np. wprost 
jakieś uczucie życzliwości łączące nas z kimś, do kogo żywimy 
sympatię.
Jakie cechy winno mieć uczucie wiążące ludzi, żeby je 
nazwać można było przyjaźnią i jaka jest siła twórcza tego 
uczucia? O tym właśnie chciałabym w tym liście pomówić, bo 
zjawisko przyjaźni — to sprawa zasadniczej wagi w życiu 
jednostki i w życiu społeczeństwa.
Nie myśl tylko. Kolego, że chcę dać określenie przyjaźni — to 
trudna bardzo sprawa — ja chcę tylko wyodrębnić kilka cech 
charakterystycznych tego uczucia, wyróżniających je z szeregu 
innych — w tym jak ja przyjaźń rozumiem.
Pewno myślisz w tej chwili. Kolego, czy znalazłeś już w życiu 
swoim przyjaciela? Może? Przyjaźń to chyba
148

uczucie wiążące ludzi, w którym u podstawy leży nie tylko jakaś 
wspólna postawa wobec czegoś najważniejszego, ale i 
serdeczna wzajemna bliskość, troska o los przyjaciela, 
poczucie tęsknoty do przeżywania z nim razem różnych zjawisk 
w różnych płaszczyznach życia.
Przypomnij sobie. Kolego, przyjaźń łączącą „Filomatów" i 
„Filaretów", przyjaźń Mickiewicza z Zanem, z Odyńcem, z 
Czeczotem — ich wspólne dążenia do życia twórczego, do 
rozbudowy w dziedzinie etycznej. A w naszych czasach ileż to 
mamy pięknych przykładów przyjaźni: Wawrzyniec Żuławski 
idzie bez najmniejszego wahania szukać na szczytach masywu 
Mont Blanc przyjaciela swego, o którym już doszły wieści, że 
zginął od lawiny. „Jeśli mój przyjaciel jest już tylko bryłą lodu, to 
i tak trzeba iść go odszukać" — mówił na kilka godzin przed 
ostatnią swą ekspedycją. Poszedł w drogę beznadziejną, 
wbrew wszelkim turystycznym wskazaniom, poszedł w grozę 
mrozu, śnieżyc i lawin i już z tej wyprawy ratunkowej nie 
powrócił.
A w okresie okupacji hitlerowskiej „Rudy" i „Zośka" 
przyjaciele z „Szarych Szeregów" związani na śmierć i życie w 
przyjaźni swojej ideą walki o wolność Ojczyzny. — Obaj 
wybitnie zdolni, żarliwi w pracy swojej i krystalicznie szlachetni, 
w najgłębszym zaufaniu wzajemnym i współżyciu służą sprawie 
wolności Ojczyzny niepodzielnie do ostatniego tchnienia.
A te przykłady przyjaźni wiernej, którą sami przeżywamy, 

background image

jesteśmy jej świadkami lub o niej słyszymy — przypomnij sobie. 
Kolego,'
149

Przyjaciołom musi być dobrze razem, tęsknią do wspólnych 
przeżyć i do wspólnej rozmowy. Mogą być jednak różnych 
temperamentów i charakterów, różnego stopnia i kierunku 
wykształcenia i różnych zawodów, ale muszą być związani np. 
wspólną postawą do życia, nauki, pracy człowieka — tym, co 
jest w tej postawie najistotniejszego i co się staje, sensem życia 
człowieka. W tej np. dziedzinie czują się równi i czują potrzebę 
wzajemnego umacniania się i wzajemnej pomocy.
Nas — tych wszystkich nauczycieli-wychowawców, którzy 
rozumieją sens pracy swojej i swoją za nią odpowiedzialność, 
łączy też jakieś uczucie przyjaźni, którą kształtuje wspólna myśl 
— jak gdyby kanwa pracy naszej — jest nią właśnie głębokie 
zrozumienie istoty zawodu naszego i jego mocy, którą dla 
przyszłości posiada i który tę przyszłość kształtuje.
Pomyśl, Kolego, co to za zawód, co ma największy czar 
zawodów — bo hasło sezamowe budzenia Człowieka. Jesteśmy 
tymi w zawodzie naszym, którzy nie tylko rozumieją, ale i 
sercem czują ten właśnie najgłębszy w nim sens i 
odpowiedzialność za tę pracę. Łączy nas zrozumienie istoty 
zawodu naszego i wielkiej za tę pracę odpowiedzialności wobec 
przyszłości naszej — i to jest ta wspólna płaszczyzna życiowa 
nasza. W uczuciu przyjaźni, która nas może łączyć, występuje 
poczucie obustronnej odpowiedzialności za wzajemne 
umacnianie się w zakresie właśnie tej wspólnej płaszczyzny — 
postawy wobec czegoś najważniejszego, choćby nawet nie było 
jednomyślne, co jest tym, czymś najważniejszym. To
150

jest jak gdyby jakieś „signum" przyjaźni, bo przyjaciół musi coś 
ważnego równać. Można się czuć pod każdym względem niższym 
czy wyższym od przyjaciela, ale coś ważnego musi tych ludzi 
równać. Łączy nas to głębokie uczucie i zrozumienie, które każdy 
z nas mieć musi i które stanowi zasadniczą cechę przyjaźni w 
zrozumieniu Edwarda Abramowskiego. Słyszałeś już może o nim. 
Kolego, to był w pierwszej połowie naszego stulecia uczony 
nasz, filozof, psycholog, kooperatysta, społecznik, który w swojej 
pracy „Idee społeczne koopera-tyzmu" tak pięknie mówi o 
przyjaźni: „... gdzie i czym jest ta potęga wybawicielska, za 
pomocą której można by życie uczynić lepszym i 
szlachetniejszym. Szukamy jej na wszystkich polach pracy, a 
zarazem czujemy instynktownie, że jest jakaś jedna 
najważniejsza rzecz podstawowa, która, gdyby została 
znaleziona i zdobyta, rozstrzygnęłaby wszystkie zagadnienia i 
dala oręż prawdziwy, niezwyciężony — do zwalczania zła.
Instynkt ten nie jest złudzeniem naszym. Taka potęga jest do 
wzięcia i jest pośród nas, a nazywa się przyjaźń".

background image

Może to rzeczywiście jedna z dróg do podniesienia poziomu 
życia etycznego społeczeństw?
Myślę, że przyjaźń. Kolego, to jest ze wszystkich rodzajów 
miłości uczucie najbardziej zintelektualizowane i połączone 
różnymi formami świadomości. Przyjaźń jest uczuciem najmniej 
ze wszystkich rodzajów miłości związane z istnieniem (jak 
macierzyństwo i małżeństwo), a więc najbardziej 
odbiologizowane i związane z formą i treścią życia. Przyjaźń 
trwa i rozwija się, kształtuje
151

ją i wzbogaca silą dynamicznych przeżyć wspólnych, która 
prowadzi naprzód. I to dążenie do rozwoju przyjaźni, a więc i do 
przeżyć wzajemnych jest również ważnym „signum" przyjaźni.
Pomyśl, Kolego, jaką silę daje to uczucie przyjaźni. Można 
się oprzeć na kimś, komuś całkowicie zaufać w drogach 
rozwoju, w pracy, w przeżyciach i planach swoich.
To uczucie daje moc do walki, do przezwyciężania różnych 
trudności w życiu i pracy. Daje radość wspól-przeżywania i 
poczucie jakby pewnego spokoju i oparcia moralnego, a 
jednocześnie wzmacnia, daje poczucie sily jednostce i zespołowi 
ludzi, których wiąże to uczucie przyjaźni a wraz z nim wzrasta 
waga tego, co ich łączy.
Widziałam wypadki, że przyjaźń nie wygasła w wirze prac 
różnych, pomimo oddalenia w ciągu długich lat, wśród 
nieszczęść i kataklizmów, w latach tragicznych przeżyć 
wojennych.
Wydaje mi się, że uczucie przyjaźni wyrastać musi z 
głębokiego zainteresowania w ogóle Człowiekiem, z tęsknoty 
danej jednostki do wyjścia z jej samotności, do umocnienia w 
sobie pewnych założeń przez przeżywanie ich z kimś, przez 
rozmowę o nich z tą właśnie jakąś wybraną, bliską osobą.
Uczucie przyjaźni wyrastać musi z dążenia do rozwoju, do 
wzbogacenia się duchowego i z tęsknoty do osiągnięcia jakiejś 
harmonii w koncepcji życia swojego i jego sensu.
Każdy z nas stanowi przecież jakiś oddzielny świat,
152

który jest wypadkową warunków, w jakich żyje i różnych 
wpływów, jakie nań ustawicznie działają oraz jego na te wpływy 
reakcji.
I w rozwoju tego świata i w kształtowaniu koncepcji życia 
swojego jednostka szuka porozumienia z innym bliskim mu w 
czymś ważnym światem i to jej daje pewne umocnienie i posuwa 
naprzód harmonizowanie całości.
Ale w te] całości jest jakieś „sacrosanctum" jemu tylko 
znane.
Z takich to tęsknot właściwych tylko człowiekowi budzi się i 
wyrasta jego dynamizm rozwojowy, kształtujący uczucie 
przyjaźni.

background image

Uczucie przyjaźni jest bardzo złożone i, jeśli tak można 
powiedzieć, najgłębiej humanistyczne — to jak gdyby 
wspóldźwięk tego, co najbardziej w jednostce jest człowieczego 
— poczucie obustronnej odpowiedzialności za kształt moralny 
przyjaciela, za jego postawę do zasadniczych zagadnień życia, 
tęsknota do współprzeżywania i do współbrzmienia w tym, co 
najważniejsze, poczucie wdzięczności za możliwość podzielenia 
się tym, co w nas jest, do umocnienia się w tym, co 
najistotniejsze oraz do nieustannego rozwoju. Pięknie mówi 
Romain Rolland w „Duszy zaczarowanej": „... nie mierzył uczuć 
swoich, dał mi przyjaźń zaginionego już gatunku, a takiej miary, 
że chcąc jej sprostać, musiałem urosnąć".
Wszystkie te czynniki kształtujące uczucie przyjaźni tworzą 
jakąś atmosferę specjalną — dążenia do harmonii. W tej 
atmosferze ciszy pewnej, jaką to zjawisko tworzy wokoło, mogą 
być przecież i burze napięć żywiołowych
153

w poszukiwaniu prawdy swojej i ustaleniu wspólnej drogi życia 
pomimo istniejących różnic — w poczuciu głębokiego dla 
osobowości przyjaciela szacunku.
Szacunek dla osobowości przyjaciela właśnie tę ciszę 
kształtuje i ku harmonii prowadzi.
Na pożegnanie. Kolego, życzę Ci szczęścia przyjaźni!

LIST PIĄTY
Przeglądałam dzisiaj kartki wspomnień różnych, żeby Ci, 
Kolego, w listach moich o Człowieku coś z nich przekazać. 
Wybrałam kilka bardzo rozmaitych i z życia dzieci i dorosłych w 
różnym czasie i w rozmaitych okolicznościach zebrane przeze 
mnie, albo przekazane mi w opowiadaniach czyichś. Chcę 
niektóre z nich w tym liście przesiać wprost jako luźne kartki z 
życia człowieka — niech same mówią do Ciebie, Kolego, treścią 
swoją i budzą pewne refleksje.
KOLONIE LETNIE W „MIRAMAR"
Willa „Miramar" na urwistych, wysokich falaise'ach 
Atlantyku w Saint Georges de Didonne. Lasy dębowe i winnice 
wokoło.
Kooperatywa robotnicza pod nazwą „La plagę pour tous". 
Ludzie z rozmaitych zawodów i dziedzin życia, gwarno bardzo, 
ale organizacja współżycia jest tak racjo-
155

nalnie pomyślana, że wszyscy, nawet nasza gromadka, 
czterdzieścioro polskich dzieci robotniczych, czuje się 
doskonale. To mali Polacy — nie mówiący po polsku. Toteż m. 
in. Komitet Polski wysyłający te dzieci na kolonie miał na celu i 
naukę mowy ojczystej, przede wszystkim jednak nabranie sil i 
zdrowia po ciężkich warunkach życia paryskiego. Byly to 

background image

głównie dzieci górników •— wynędzniałe, blade, wychowywane 
na ulicy i przez ulicę z piosenką na ustach: „Dansons la carma-
gnolle. II ny'a pas de pain chez nous. II en a chez la voisine, 
mais- ce n^est pas pour nous".  („Tańczymy karmaniolę. My 
chleba nie mamy. Ma chleb sąsiadka, ale to nie dla nas"),
— Pamiętam np. Kr opoczyńskich — dzieci górnika, który 
ociemniał w kopalniach węgla pod Lilie: Joannę 
dziewięcioletnia, chuda, wysoka i wiecznie jak gdyby stroskana, 
siedmioletnia Helenę, tak wątła, cicha i niepewna siebie, a tak 
śliczna i zharmonizowana w ruchach i postawie, że patrząc na 
nią przypominała się bajka „o małej królewnie pięknej i dobrej, 
co po krawędzi szła świata"... No i mały trzyletni Miecio, który ze 
względu na wiek swój nie został na kolonie przyjęty, a jednak 
znalazł się na nich dzięki ryzykownej postawie wynędzniałej, 
borykającej się z biedą, zrozpaczonej matki. Gdy pociąg 
wiozący dzieci na kolonie ruszył już z „Gare Montparnasse" i 
dzieci przez okna jeszcze żegnały się wzrokiem z matkami 
stojącymi na peronie, wychowawczyni kolonu zauważyła, że 
siedzące obok niej mała Jeanne i Helenę nie biorą w tym 
udziału, choć matka patrzyła
156

na nie z niepokojem. Po pewnym czasie pod ławką ktoś 
zapłakał i jakaś żałosna skarga dziecięca zdradziła pod ławką 
małego Mięcia, którego matka tam wsunęła śpiącego, 
napoiwszy go odpowiednio winem. Dopięła swego — tak 
marzyła o koloniach dla tego wątłego dziecka. Jej szalony krok 
rozpaczy był tak wymowny, że Miecio pozostał na koloniach. — 
Z takich mniej więcej środowisk były te dzieci. Były i inne co 
prawda, ale takie właśnie były jej punktem ciężkości.
W ciągu tego lata z refleksji nad losem tych dzieci wyniosłam 
jedno głębokie przeżycie, które tutaj chcę wspomnieć.
Często chodziliśmy na plażę przez uroczy rynek z barwnym 
bogatym targiem na owoce, warzywa i wszelkie „dary oceanu". 
Nie mogliśmy nic kupić, bo pieniądze były ściśle wyliczone na 
najniezbędniejsze rzeczy, ale za to można się było napatrzeć do 
woli: figi złociste i fioletowe, krwiste rozłupane granaty, melony i 
inne wonne i różnobarwne płody, a przede wszystkim wspaniałe 
złociste i różowo-purpurowe i fioletowe kiście winnych gron. A 
dary morza? Były przeróżne, kraby, langusty, homary i cale 
stosy jasnoróżowych krewetek. Dzieci patrzyły na te czary jakby 
z oddali — wyczuwało się wyraźnie w ich spojrzeniu 
przeświadczenie o nie-osiągałności tego — toteż było coś z 
dystansu i może podziwu tylko w tym patrzeniu.
I nagle niespodzianka. Jednego dnia w jadalni, na stołach 
przeznaczonych dla polskiej kolonii, w godzinach podwieczorku, 
zjawiły się talerze obficie wypełnione
157

tymi właśnie wonnymi i barwnymi owocami. Dla każdego 

background image

dziecka taki talerz. Dzieci wchodzą i stają zdumione. To pani — 
,^a damę au chapeau blanc" (pani w białym kapeluszu) — 
zrobiła im wszystkim miłą niespodziankę. Józefa Joteyko 
rozumiała dobrze dziecko. Tyle radości, okrzyków podziwu, 
zachwytów nad smakiem i wonią i barwą. I raptem chwila ciszy. 
Jeanne, jak zwykle skupiona, przygląda się, coś jakby ocenia i 
myśli. Po chwili słyszę jej słowa: „Est-ce vrais, M-lle, que les 
riches ont toujours des desserts s'il yeulent?" („Czy to prawda 
proszę pani, że bogaci mają zawsze desery, jeśli zechcą?")
W glosie tym głęboka nuta niedowierzania — czy to być może ? 
— to jednak nieprawdopodobne — jak bajka.
SAC A MISSRE
Zakład resocjalizacji kobiet w Paryżu. Policja przyprowadza 
prostytutkę. Tak jak innym dano jej pracę w jednym z jasnych, 
ukwieconych domów tego osiedla. Brama tu zawsze otwarta, 
wyjść można w każdej chwili, ale i ludzie dobrzy, i praca jakaś 
mila, i jasna atmosfera troski o człowieka — a nade wszystko 
postać promieniująca skupieniem dobroci i życzliwości 
dyrektorki, pani Avril de Sainte Croix — wstrzymuje odejście.
Zdziwiona tym stosunkiem stopniowo otwiera całą niedolę 
życia swego — całą jego nędzę — mówią o niej „sac d misere".
158

Długie lata życia na ulicy zbyt silnie wprzęgły ją w tę służbę 
mrokom. Po wahaniach — przyszła raptownie szybka decyzja i, 
po tygodniu pobytu w tym jasnym domu, Sac d Misere odchodzi 
do życia dawnego. Wie, że zawsze może tutaj wrócić, ale 
jednocześnie czuje, że już tego zrobić nie zdoła. Zbyt silne są 
tamte przyzwyczajenia.
Innym, młodszym od siebie, powie, że tutaj jest dla nich 
ratunek. Może zechcą i przyjdą.
W ciągu kilku lat dwie przyszły do tej przystani, zachęcone 
tym, co słyszały od Sac d Misere — zostały tutaj dłużej; 
zobaczyły i zrozumiały wartość innego życia.
Po latach zdyszany goniec ze szpitala Św. Łazarza nalegał 
na zobaczenie się z panią Avril. „Wyslala mnie pielęgniarka ze 
szpitala — mówił — żeby prędko jak najprędzej zawiadomić 
panią, że u nas na sali X umierająca chora jakaś chce panią 
widzieć:  «Powiedzieć tylko, że umiera Sac d Misere i że ją 
widzieć chce przed śmiercią. Ona zrozumie wszystko»".
Pani Avril śpieszy, żeby nie zawieść tego zaufania. Pełna 
niepokoju wchodzi na salę, ale poznać nie może, bo to i lat tyle, 
i tyle na sali wyniszczonych, zszarzałych od choroby twarzy. 
Patrzy z niepokojem czy rozpozna, czy znajdzie? I... widzi, tam 
w głębi sali wpatrzone w nią szeroko rozwarte, 
rozgorączkowane oczy. Usta blade, zamierające, coś jeszcze 
mówią. Słychać bezbarw-
159

ny już jak gdyby szept: „Widzicie, mówiłam, że przyjdzie". Ale już widać była 

background image

zbyt słaba i to silne wrażenie zgasiło zaledwie tlejące jeszcze życie.
Podobno w szpitalu wspominała kiedyś niezrozumiale dla wszystkich, że 
przeszła biernie przez jasną smugę, jaką na drodze życia napotkała — smugę 
ratunku. Nie skorzystała. I pozostała w niej za tą chwilą jakaś głęboka 
tęsknota. Nawet nie umiała powiedzieć, tak jakby żal jakiś nieokreślony. A 
potem już przyszło coraz gorsze...
Pod koniec 'prosiła, żeby chociaż trumnę jej przenieść mimo 
drzwi'otwartych kaplicy. Niegodna jest niczego więcej. Mogła przecież i 
chciała, ale już jakoś nie zdołała.
MATKA LATARNIKA
Latarnia morska w Saint Georges de Didonne. Skupiony, zamknięty w 
sobie latarnik, żyjący wyłącznie służbą społeczną swojej latarni. Syn 
nieżyjącego już rybaka, który zatonął kiedyś w walce z żywiołem oceanu. 
Matka — żyjąca jeszcze staruszka, która w młodości długie lata dzieliła z 
mężem trudy i niebezpieczeństwa takich walk właśnie. Żona wychowana w 
piętrowej grocie wysokiego wybrzeża falaise'y, gdzie ocean dawał mieszkanie, 
ocean dawał paliwo i ocean dawał wszelką strawę — kupowało się jedynie 
odzienie i takie rzeczy, jak chleb, wino, kawę itp. Ocean dawał wszystko, ale 
często też ocean wszystko zabierał — jak jej ojca i brata na rybackim kutrze. 
Wszystko było dziwnie w tej ro-
160

dzinie z oceanem nierozerwalnie związane i dolą swoją i niedolą; on 
zabezpieczał życie i on to życie często zabierał, on zmuszał do ciężkiej pracy i 
niebezpieczeństw i on bogatym połowem rozwiewał troski i zmartwienia. Jego 
pomruk ponury zasępiał czoła rodzin rybackich i łagodny szum fal jego — 
smutki te i trwogi rozpraszał. Rybacy byli weń wsłuchani i wpatrzeni, a on 
wspaniałomyślnie przynosił im swoje dary.
Dwóch synów latarnika poszło na wojnę; Alfa powrócił bez nogi, a Omega 
zaginął bez śladu. Czemu mieli takie właśnie imiona — trudno się było 
dowiedzieć — w każdym razie i one wnosiły pierwiastek niezwykłości do tej 
rodziny, w której ocean był panem życia i śmierci. Najgłębiej może ten 
problem układał się w duszy ociemniałej już staruszki — matki latarnika — nie 
mogła wprost żyć, jak mówili o niej, bez oddechu oceanu. Nieraz zwlekała się 
z łóżka i potykając się, z wyciągniętymi naprzód rękami, ostrożnie, badając 
stopami teren, zbliżała się do brzegu. Tam zasiadała z twarzą zwróconą w 
stronę oceanu, na długie godziny. O czym myślała — nikt się jej nie pytał. Nie 
było to pewno już ciekawe dla nich — przeżyła już swoje, wyszła z kręgu ich 
działania i ich ustawicznej walki o życie. Szanowali jej spokój, nie dopytywali 
się o nic, nie czekali wspomnień, tak jak i ona nie brała już zupełnie udziału w 
ich codziennych troskach. Jedynym jej powiernikiem był ocean. Jemu mogła 
powierzyć wszystko — on szumem jej odpowiadał. Łączyły ich tajemnice z jej 
życia w młodości — tajemnice zmagań'się, walk, zwycięstw i... największej 
ofiary.
161

Lubiłam na wybrzeżu rozmawiać z tą staruszką, lubiłam 
patrzeć na zmianę wyrazu jej twarzy. Fale szumiały, wiatr 
przynosił skomplikowane wonie oceanu, rozszerzały się wtedy 
nozdrza, otwierały usta, uśmiechem witała jak gdyby te dobra 

background image

niosące jej życie. A łoskot spiętrzonych fal — jej pogwar 
niezrozumiały dla mnie — powitania czy wspomnień? 
Niewiążące oczy jak gdyby wpatrzone były w dal, policzki się 
zapalały, serce szybko bilo — żyła wtedy intensywnie.
Kiedyś zapytałam — czym można byłoby zrobić jej 
przyjemność -— w czymś pomóc, cos przynieść, coś lepiej i 
wygodniej w jej życiu zorganizować. Uśmiechnęła się słabo i po 
chwili odpowiedziała głosem nieśmiałym i do głębi wzruszonym: 
„Est-ce possible d'aller encore me fois a u l ar g e?" ("Czy byłoby 
możliwe popłynąć jeszcze raz w dal?")
Nie śmiała marzyć widać o takim szczęściu — o pełni
oceanu.
*
Czworo nas było na rybackiej łodzi. Ona — matka latarnika 
skupiona, dalsza od nas niż zwykle, dostojna jakaś w czarnej 
sukni na śmierć przeznaczonej, a teraz ze skrzyni wyjętej na tę 
ostatnią pożegnalną podróż z oceanem. I my : latarnik, brat jego 
— rybak miejscowy, i ja, zagubiona w wielkim świecie oceanu i 
przeżyć związanego z nim Człowieka.
Łódź szła w dal i powracała ku brzegowi pogrążona w ciszy 
— słychać było tylko szum oceanu i plusk miarowy wioseł.
162

DOROŻKARZ Z NAŁĘCZOWA
Mógł mieć około czterdziestu pięciu lat. Wysoki, nieco 
pochylony. Czapkę miał zawsze nasuniętą na oczy. Robił 
wrażenie człowieka smutnego, przeżywającego jakąś troskę, 
której rozwiązać nie może. Toteż ponury był, małomówny, ale 
miał coś miłego w spojrzeniu, może to, że czasem błysnął mu w 
oczach jakby promień dobroci niezupełnie ukryty, który zdradzał 
Człowieka.
Często mówił do konia swojego, chwalił go, ganił, zachęcał do 
szybszej jazdy. Słowa te tłumaczyły jego bliski stosunek do 
zwierząt; z ludźmi, których dorożką swoją woził, mało rozmawiał.
Ilekroć byłam w Nałęczowie, starałam się wyszukać jego 
właśnie dorożkę. Jeździłam z nim kiedyś do Kazimierza 
Dolnego, do baszty ariańskiej w Wojciechowie. W drodze z 
trudem można było nawiązać rozmowę — mówił niechętnie. Raz 
tylko udało mi się naprowadzić rozmowę na wspomnienia o 
Źeromskim — ożywił się nieco i mówił o panu Stefanie, jak go w 
Nałęczowie starzy ludzie nazywają, dużo i chętnie. Miał jakieś 
nikle o nim wiadomości, głównie od matki swojej, która jakiś czas 
u Żeromskiego pracowała. Nazwisko to wymawiał zupełnie 
specjalnie, jakby chciał je odgrodzić od wszelkich innych słów i 
nadać mu jakiś dźwięk swoisty, otoczyć szacunkiem, nawet w 
barwie głosu swego. „U matki mojej do dzisiaj wisi fotografia, 
którą pan Stefan jej zostawił na pamiątkę — już jak wyjeżdżał — 
a jak tam ładnie napisał, ho ho,! No, ale moja matka to już taka
163

background image

jest, że każdy dobry człowiek musi ją lubić". Duma jakaś biła z 
tych słów — zamilkł zamyślony. I później już na pytania moje 
odpowiadał tylko półsłówkami.
Zdawało się, że ogarnęła go znowu jakaś ciężka troska — 
może właśnie związana z matką i z jej losem?
Kiedyś, na drugi dzień po przyjeździe do Nałęczowa 
czekałam na postoju na mego dorożkarza. Kolo mnie stała jakaś 
kobieta, jak się później z rozmowy okazało żona tego właśnie 
dorożkarza. Przyniosła mu obiad w dwojakach. Czekałyśmy 
więc obie na niego. I wtedy to właśnie z~ ust żony usłyszałam 
nie tylko słowa niechęci dla niego za nieróbstwo, pociąg do 
wódki, niezaradność życiową i nieliczenie się z groszem, ale i 
wyrzekania, odgrażania się i nawet rodzaj naigrawania się z 
jego sedecznej troski o matkę.
Mieszkają w małym domku z ogródkiem, mają swego konia, i 
dorożkę. Mogłoby im być dobrze przecież, bo córka tylko jedna, 
wydatków nie tak dużo, „a zawsze i z ogródka co nieco się 
zbierze i koń zarobi, ale on wszystkie pieniądze by na tę matkę 
wydał". Matka — staruszka już, ma swój osobny pokoik na 
facjatce, wychodzi rzadko na ulicę, ale właściwie to i nie ma 
potrzeby, bo on jej wszystko przynosi. Nawet suknię jej w tym 
roku na Boże Narodzenie kupił. Nie dla żony, nie dla córki, ale 
dla tej matki starej! I jeszcze im tę suknię pokazał z radości, że 
ciepła taka, że się matka ucieszy — o wtedy to zupełnie inny 
człowiek, aż mu tam w tych oczach coś jaśnieje ! No, i wydarła 
mu żona tę suknię dla siebie, bo jakżeż na to pozwalać — tyle 
pieniędzy i wszystko
164

na tę starą. Ale co to było, jaka obraza — do dzisiaj słowa do niej 
nie mówi i taki ponury chodzi. Oni już tacy, bo to i brat jego, też 
dorożkarz w Nałęczowie, przynajmniej co trzeci dzień do matki 
zagląda i też ją tak kocha.
„To dziwni ludzie — mówiła — widział to kto, żeby starą 
kobietę tak kochać. On co dzień wieczorem cichutko jak kot do 
niej się skrada po schodach i co dzień jej coś niesie — choćby 
cukierek jakiś, ale zawsze coś zaniesie. A jak na Boże 
Narodzenie to po naszej Wilii oni razem z bratem tam z matką 
Wilię urządzili i choi-neczkę jej zrobili i kolędy śpiewali. Co za 
ludzie, co za ludzie!?"
To musi być jakaś bardzo dobra osoba — zapytałam. „Ona 
dobra to jest, nic na nią nie można powiedzieć, aleja do niej nie 
chodzę nigdy, bo mi cale serce tego chłopa zabrała — cale 
serce!"
Nazajutrz udało mi się jakoś nawiązać z nim rozmowę o 
matce. Mówił urywanymi zdaniami, ale było w nich wszystko i... 
cala niedola jego życia. „Matka moja... bez niej — to tak jak bez 
słońca... My tam z bratem razem... Obie synowe — et... machnął 
ręką z niechęcią i rezygnacją—co tam mówić! Toteż ona tak już 
jak ptak wypłaszany z tego świata — ledwo

background image

żyje". Zamilkł.
Nie pytałam więcej — ciąg jego 
do wódki też!

wszystko było jasne i ten po-

165

LORCIA (ze wspomnień studentki N.)
Przechodziła tak dziwne koleje życia, że trudno było uwierzyć. 
Ja poznałam Lorcię za moich czasów studenckich w Krakowie, 
jako pokojówkę w mieszkaniu rodziny X, u której pokój 
wynajęłam na ulicy Św. Marka. Przedtem była „ulica" i później 
była „ulica" i koleje losu różne, i dobrobyt i nędza, stroje i 
łachmany, przesyt i głód dosłowny, kiedy już nic nie ma do 
wyniesienia n"i sprzedaż. Młodzieńczo, uporczywie walczyłam z 
biernością -i słabą wolą Lord, chciałam ją wyciągnąć na „jasny 
brzeg" z otchłani jej życia — i nie zdołałam. Ale wskutek takiego 
stosunku widywałam ją od czasu do czasu przez długi szereg lat 
i zawsze w zetknięciu się z nią stawałam wobec czegoś 
niezrozumiałego, niedopowiedzianego — dziwnego. Jej duże 
oczytanie, znajomość języków, wprawne i ortograficzne pismo, 
dobry sposób wysławiania się, czasem urwane zdanie krytyczne 
w stosunku do jakiejś teorii czy książki — to wszystko dużo 
dawało do myślenia. — Siebie sądziła surowo, uważała się za 
„zagubioną bezpowrotnie w odmętach życia" — jak mówiła. Do 
mnie była widocznie przywiązana, w stosunku jej wyczuwałam 
jednak pewien ton jak gdyby pobłażania moim porywom 
młodzieńczym i idealizmowi, jak mówiła „w kierunku ulepszania 
świata". „Rozczaruje się pani kiedyś i załamie. Lepiej brać z 
życia to, co można — panią tak nauka interesuje, ale z tego też 
nic nie będzie, bo trzeba by się w niej zamknąć, a panią 
odrywają zjawiska życia społecznego — człowiek". W tym 
wzglę-
166

dzie Lorda się nie myliła, bo moja praca naukowa to drobniutkie, 
poszarpane strzępy w toku pracy społecznej całego mego żyda. 
„Nie załamałam się jednak w stosunku do człowieka" — Lord 
też była w tym duża zasługa. Taki na przykład fakt z jej żyda na 
zawsze pozostanie mi w pamięci.
Kiedyś w okresie międzywojennym spotykamy się na ulicy w 
Warszawie. Widzę, że Lorda jest na dnie nędzy , wychudzona, 
oberwana, w jakimś do cna wyniszczonym przyodziewku, na pól 
pijana i bezgranicznie smutna. Nie może w tej chwili rozmawiać 
— w głowie szum, zawroty — trudno myśl jakąś skleić — prosi, 
żeby zajść do niej wieczorem nafacjatkę przy rogu Wspólnej i 

background image

placu 3 Krzyży. Spojrzały na mnie błagalnie jej piękne niegdyś 
oczy — teraz bez tego blasku dawnego, jakby mgłą jakąś 
przyćmione. Ożyły wstecz wspomnienia naszych spotkań i 
naszych wspólnych przeżyć — tyle lat. Przyrzekłam, że przyjdę.
O umówionej godzinie wchodziłam ciemnymi, ciasnymi 
schodkami do mieszkania Lord. Jak mieszka? co teraz robi? co 
tam zastanę i kogo? same niewiadome, a można się 
spodziewać rzeczy nie oczekiwanych, bo nieraz już tak z Lorda 
bywało. I tak było istotnie.
Drzwi były otwarte, facjatka prawie zupełnie pusta. W mroku 
lampki naftowej zawieszonej na ścianie zobaczyłam siedzącą 
na łóżku Lorcię, Zerwała się na mój widok. „Otworzyłam drzwi, 
żeby jaśniej było na schodach, wiedziałam, że pani punktualnie 
przyjdzie". Rozejrzałam się po izbie. Stało w niej tylko jedno 
wykrzy-
167

wionę łóżko żelazne i stołek, na kominie leżał jakiś przewrócony garnek.
Powiało chłodem, smutkiem i beznadziejnością. Chorowała długo — nie 
mogła zarabiać — teraz dopiero czuje, że choroba mija. Musiała jednak 
wszystko sprzedać i sprzęty swoje i przyodziewek — wszystko, bo z czego 
żyć. Nogą wysunęła niedbale spod łóżka skrzynkę drewnianą: „Tu były 
najdroższe moje rzeczy, teraz już nie ma nic — wszystko poszło" i cicho 
szeptem prawie dodała: „Zostało tytko to, bez czego żyć nie mogę". Na dnie 
pustej skrzynki leżał wyniszczony czytaniem tom Słowackiego.
I znowu Lorda młoda staje mi przed oczami, nieuchwytna, dziwna, splot 
najlepszych porywów, samoudręki moralnej, pożądań fałszywych blasków i 
nikłych świateł w mrokach życia ulicy i zasypanej popiołem tego życia, tającej 
gdzieś w głębi duszy iskry kultu dla tego, co jasne i dobre. To było jakieś 
„sacro sanctum" Lord, z którego od czasu do czasu zamigotała iskra w jej 
życiu, zamigotała, błysnęła i zaraz zbladła, przygasła — ale żyła w niej 
zawsze.
Kiedyś przyszła do mnie z kartką w ręce — ktoś z jej znajomych ulicznych 
wyznaczał jej jakąś godzinę w hotelu. Była wzburzona, chce zmienić życie, 
odejść od mroków ulicznych, które ją teraz tak gnębić zaczęły. Jak mogła — 
tyle lat, tyle lat najwcześniejszej młodości. Uwiódł ją przed laty architekt 
młody, piękny — tyle jej obiecywał... Kilka miesięcy spędzili razem, a później 
— narzeczona czekała — i musiał ją rzucić. Z rozpaczy,
168

z tego wielkiego kochania poszła na ulicę i tak już było aż dotąd. Ale teraz 
wyraźnie czuje, że ją te odmęty dławią, dręczą po nocach, chce się z nich 
wyrwać, żyć tak jak inni żyją — rzuciła od tygodnia ulicę i oto właśnie jak ją tam 
znowu ściągają, ta kartka świadczy najlepiej. To właśnie teraz zupełnie jej 
spokoju nie daje — co zrobić, jak się wyrwać z tego ? Miałam wtedy około 
dwudziestu lat. Ogień się we mnie palił do wszystkich problemów życia — 
czułam jakby nakaz wewnętrzny — nie przechodzić biernie obok zjawisk, które 
wołają o pomoc. Szybko zdecydowałam, że nie Lorda, ale ja pójdę z tą kartką i 
wszystko powiem, wszystko wyjaśnię i — to się udać musi.
Po długich sprzeciwach Lord zdecydowałyśmy, że dziś, że zaraz po 

background image

południu trzeba to zrobić. Lorda była jakaś bezwolna, jakby oszołomiona tym, 
co zaszło i zaniepokojona wynikiem mojej decyzji.
O godzinie czwartej po południu wchodziłam na schody prowadzące do 
mieszkania jednego ze znanych lekarzy krakowskich, specjalisty chorób 
wenerycznych.  Szlam jak na szczudłach, ręce mi drżały, serce waliło miotem, 
w głowie był zamęt. Ściskałam w ręce tę nieszczęsną kartkę i powtarzałam w 
pamięci jakieś ułożone zdanie. Przerażona wprost, ale i zdecydowana — 
zadzwoniłam. Otworzył mi lokaj i na moje zapytanie, czy doktor jest w domu, 
odpowiedział, że dzisiaj przyjmuje tylko mężczyzn, kobiety jutro dopiero w tych 
samych godzinach. I myśl, jak błyskawica — odejść, wiec jak najprędzej — ale 
to był błysk tylko. Zostałam i powiedziałam, że przy-
169

chodzę nie jako pacjentka, ale w ważnej bardzo sprawie 
prywatnej. Weszłam do salonu — nie widziałam też nic wokoło, 
stałam wpatrzona w drzwi jakieś, prowadzące w głąb 
mieszkania. Stąd, stąd wyjdzie za chwilę. Czekałam pewno 
minuty, ale dla mnie czekanie to trwało
bez końca.
Wreszcie drzwi się otworzyły — wszedł jakiś młody, poważny, 
wysoki pan. Zapytałam, czy to doktor X i drżącą ręką podałam 
mu jego własne pismo, wyjaśniając jakoś tę sprawę w kilku 
słowach, które zatarły mi się już zupełnie w pamięci. Tylko tyle, 
więcej nic powiedzieć nie mogłam. Chwila ciszy. Doktor skłonił 
się głęboko. Odeszłam. Otworzył mi drzwi, wyprowadził na 
schody i jeszcze raz głęboko się skłonił. Odczulam w tym ukłonie 
jakby szacunek dla mego młodzieńczego zapału. Odetchnęłam. 
Zrozumiałam, że w tym wypadku wynik będzie dobry. I był dobry 
istotnie. — Lorda już nigdy go nie widziała.
Lorda została modystką. Odżyła, wyjaśniała, z zapałem wzięła 
się do pracy. Szalałam z radości. Po jakimś czasie przestała 
mnie odwiedzać, do pracy tez nie przyszła — może wróciła „na 
ulicę" ?
ZOŚKA (ze wspomnień nauczycielki N.)
Mroźny pogodny dzień. Zima 1938 roku. Na rogu Pięknej i 
Marszałkowskiej troje nędznie ubranych dzieci wpatruje się w 
czary ciastek na wystawie cukierni. W patrzeniu tym jest jakby 
przeświadczenie o nieosiągalnosd
170

tych czarów dla siebie, więc i zachowanie pewnego jakby 
dystansu i może podziw, no i zadowolenie, że można się 
przecież napatrzeć dowali. Słuchałam chwilę i nieznacznie 
wzięłam udział w tej plątaninie uwag, obserwacji, podziwu i 
zachwytów — i kształtem, i barwą, i układem, i jagodą winogron, 
i rurką czekoladową, i kremem.
Po chwili wahania zdecydowałam się zaprosić dzieci na 
skosztowanie tych ciastek. „Pani wyniesie y' I wzrok pytający z 
niepokojem skierowany na mnie. ,^ie, wejdziemy do środka na 
salę i usiądziemy tam w cieple przy stoliku. Zobaczcie przez 

background image

okno, ile tam już ludzi siedzi". Zdumienie w oczach dzieci i jakby 
niezdecydowanie. Spoglądają na siebie, na mnie — i bez słowa, 
bezwolnie poddają się tej myśli. Wchodzimy. W sali pełno ludzi i 
czytających gazety, i rozmawiających w grupkach, i wy-
poczywających samotnie.  Stopniowo oczy wszystkich 
skierowują się na nas i teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że 
jesteśmy tutaj zjawiskiem niezwykłym.  Sztywne palmy stoją 
pośrodku sali. Wszystkie stoliki są zajęte. Zobaczyłam wreszcie 
jeden wolny — podchodzimy — szukam krzeseł, trzeba znaleźć 
aż cztery. Jak to wszystko trwa długo. Czuję i widzę oczy 
wszystkich z zapy^-laniem wpatrzone w naszą czwórkę — w 
naszą osobliwą w tym świecie czwórkę. Jeszcze chwila 
zakłopotania i nareszcie wszyscy siedzimy. Kelnerka ma 
przynieść kakao, te różne ciastka, któreśmy podziwiali i pól 
czarnej dla mnie. Czekamy. I nagle widzę znajomą mi twarz 
właścicielki cukierni i słyszę nad uchem moim szept:
„Ja pani z tym towarzystwem przyjąć nie mogę. Raczej
171

tak dam im ciastek — niech tylko wyjdą". Po chwili zrozumiała, 
że pozostać muszą — prosiła tylko o pośpiech. Ale jak to być 
może, kiedy każdym ciastkiem nacieszyć się trzeba — pokazać, 
porównać i obejrzeć — to przecież znajomi z wystawy i z kraju 
wyobraźni. Nie przynaglam — niech się nacieszą. Ale oczy wła-
ścicielki cukierni patrzą na mnie z niepokojem, a oczy pytające 
starszych panów znad gazet i pań wytwornie ubranych 
przypominają prośbę pośpiechu.
Wreszcie skończyliśmy. Znamy się już trochę : Franek i 
Mańka to rodzeństwo z klasy V i VI szkoły powszechnej. Wacek 
to ich kolega. Mieszkają wszyscy w jednym domu na Okopowej. 
Rodzice dorywczo tylko mają pracę, więc w domu bieda. ,}A 
pani jak się nazywa?" Podaję nazwisko swoje i numer mego 
telefonu piszę im na karteczce. Podajemy sobie ręce na 
pożegnanie.
Kilka dni upłynęło od tego spotkania. W wirze pracy i 
kłopotów z nią związanych zapomniałam zupełnie o 
cukiernianej trójce. Któregoś dnia słyszę przez telefon głos jakiś 
dziecinny: „Franek". „Jaki Franek"? I w odpowiedzi — w glosie 
wyrzut jakby jakiś: „Byliśmy przecież razem na ciastkach w 
cukierni". Prawda, jak można było zapomnieć! Słyszę: „Ja tylko 
tak telefonuję, żeby pani podziękować za to. Mama kazała 
podziękować".
172

W kilka tygodni później schodząc pospiesznie ze schodów 
zobaczyłam na pierwszym piętrze siedzącą na schodach małą 
dziewczynkę jakąś otuloną w chustkę. Na żadne pytania 
odpowiadać nie chciała, odwracała tylko spuszczoną głowę w 
inną stronę. Czasu wiele nie miałam, śpieszyłam się na 
posiedzenie, więc małą musiałam zostawić. W bramie 

background image

zobaczyłam Franka i Wacka z wyrazem niepokoju w oczach. 
„No i co, Zośka wszystko pani powiedziała? Trzeba ją ratować. 
Przyszliśmy panią o to prosić, żeby ją w jakim zakładzie dla 
dzieci umieścić. To ona nic pani nie powiedziała?"
Z bezładnego opowiadania Franka i Wacka dowiedziałam się, 
że matka Zośki pije, „chodzi na ulicę", że mieszka z jakimś 
strasznym chłopem", który często Zośkę bije, choć ona 
wszystko musi w domu zrobić i szkolę dlatego opuszcza, że 
powinnam tam zaraz pojechać, bo teraz właśnie zastanę matkę 
Zośki w domu. Niespokojne, zakłopotane oczy Franka i Wacka 
wpatrzone we mnie. „Najlepiej powiedzieć, że pani z sądu przy-
chodzi, tak mama nasza mówiła, ze tam już byli z sądu u niej w 
sprawie tej Zośki. Niech pani zaraz pojedzie, teraz ze mną. 
Tylko tam do niej to pani sama iść musi, bo by się na nas mściła 
— ja tylko zaprowadzę. Trudno, zrezygnowałam z posiedzenia 
w Ministerstwie. Przecież te dzieci ufały mi w swojej pierwszej 
może pracy społecznej ....
Pojechaliśmy na Okopową. Zośka zapomniana pozostała na 
schodach.
Po chwili razem z Frankiem cicho schodziliśmy cie-
173

mnymi wąskimi schodami do sutereny, w której mieszkała 
Zośka. Stanęliśmy przed jakimiś drzwiami. Franek stuknął mnie 
znacząco łokciem, wskazał na nie i cicho, jak kot, pomknął po 
schodach na górę. Zostałam sama. Jakieś przerażenie mnie 
ogarnęło i groza kontaktu z tymi ludźmi. Uciec — to było jedyne 
we mnie wołanie! Opanowałam się jednak szybko i zapukałam 
raz, drugi, trzeci. Mocno, zdecydowanie. Posłyszałam kroki 
jakieś i przekleństwa ordynarne. W drzwiach stanął człowiek z 
rozwianą czupryną, ponury i złorzeczący. Czego i do kogo? 
Krótko streściłam cel mojej wizyty. Podszedł do tapczanu i 
kopnął leżącą na nim kobietę. Pies rozwalony koło tapczanu 
warknął groźnie. Wychudzona, zżółkła, jaskrawo namalowana 
twarz i wiśniowe paznokcie — jak szpony. Tyle tylko widziałam. 
Siadła, przyjęła mnie przekleństwem i groźbą wyrzucenia. 
Później narzekaniem na nędzę swoją i los. Opowiedziałam jej 
krótko i zdecydowanie, że sąd może Zośkę odebrać, ale ja 
przypuszczam, że ona — matka — sama się zgodzi oddać ją do 
zakładu. Tutaj nędza, wyżyć trudno, Zośka się nie uczy i co z 
niej będzie — a w zakładzie Zośka szkolę skończy, nauczy się 
fachu jakiegoś, np. kroju i szycia, będzie zarabiać i matce 
pomoże i na porządnego człowieka wyrośnie. Trzeba to zrobić 
zaraz, jak najprędzej!
Jak echo posłyszałam zdanie: ,^a porządnego człowieka 
wyrośnie". I po chwili milczenia błysnął jakby słaby uśmiech 
uprzejmości na twarzy. „Siadaj-no pani tutaj, o tutaj" — 
wskazała na tapczan. I nagle słyszę
174

background image

ciche: To już niech idzie Zośka, niech idzie, kiedy tak. Tu nic 
dobrego nie zazna". A później głośno, jakby sama posłyszeć 
chciała decyzję swoją: „Tak, choćby jutro — niech idzie". I dalej, 
że nic jej dać nie jest w stanie, żadnego przyodziewku i w końcu 
cichym zażenowanym głosem pytanie, czy tam w tym zakładzie 
pozwolą jej córkę odwiedzać?
Złagodniała jakoś, mówiła to cicho, jakby z głęboko utajoną 
męką — wskazała na twarz i ręce swoje: „Takie życie, takie 
życie — pani rozumie"? Wskazała znowu ręką na golącego się 
w kącie pod oknem mężczyznę. Zrozumiałam.
Musiałam szybko zakończyć rozmowę, bałam się zmiany 
decyzji. Więc dobrze, jutro, może pojutrze, zakład zabierze 
Zośkę, przyjdą po nią z moją karteczką. Wyjęłam legitymację 
swoją — musi przecież wiedzieć komu powierza dziecko, ona — 
matka. Usiadła na tapczanie :
,^fie trzeba mi żadnych legitymacji od pani — machnęła ręką. 
Niech pani Zośkę umieści w zakładzie (powiedziała to imię 
cicho, ciepło jakoś i serdecznie — jak inny człowiek) i niech Bóg 
panią nagrodzi". Podałyśmy sobie ręce w milczeniu. Upadła na 
poduszki i zamknęła zmęczone, zwilgotniałe oczy. Wyszłam 
cicho z izby. Na górze czekał na mnie Franek. Powiedziałam o 
decyzji matki — oczy błysnęły mu radością. Pojechał po 
zapomnianą na schodach Zośkę — ja wyruszyłam szukać 
miejsca dla niej w zakładzie.
Znalazłam z trudem. Zośka musiała przedtem odbyć
175

T
kwarantannę w szpitalu sw. Łazarza, później już bez 
żadnych przeszkód zabrano ją do zakładu X.
Matka chłonęła chciwie najdrobniejsze o niej wiado-
mości. Odwiedzała ją rzadko. Była wtedy cicha, skupiona, 
mówiła z Zośką mało — radziła jej całkowity posłuch 
zakładowi.  Może chciała, żeby wspomnienie domu 
zatarło się u Zośki jak najprędzej?
Zaufała.
W kilka tygodni po umieszczeniu Zośki w zakładzie 
spotkałam w bramie Franka, Mańkę i Wacka. W nowych 
ubraniach, wyświeźeni i uczesani wyglądali jakoś od-
świętnie i radośnie. Uśmiechnięci podeszli do mnie:
„Przyszliśmy pani za Zośkę podziękować — bo to była 
nasza sprawa".
KORBA
Zapisuję to opowiadanie przekazane mi przez kogoś 
ze względu na wymowę treści jego w stosunku do czło-
wieka bardzo upośledzonego umysłowo.
Kiedy i skąd przyszedł Stach do zakładu dla niewi-
domych, nie wiadomo. Wszelkie próby pracy szkolnej 
zawiodły. Interesowała go tylko nieskomplikowana 
praca fizyczna — wkładał w nią cały swój zapał i 
wszystkie tlejące w nim myśli. Mówił dosyć swobodnie 

background image

— trudno było się z nim jednak rozmówić, bo myśli 
pierzchały.
176

Stach, uśmiechał się błogo i powtarzał ostatnie usłyszane 
słowo. Czasem jednak formułował jakieś myśli swoje zupełnie 
niespodziewanie — może w chwilach głębszych przeżyć w 
sobie tylko dostępnym świecie ? Lubiany był przez wszystkich, 
dobry, życzliwy dla ludzi — nie krzywdził nikogo, nie niszczył 
niczego — czuło się jakąś przychylność jego w stosunku do 
otoczenia i chęć przyjścia mu z pomocą. Był silny fizycznie, 
dawano mu więc różne prace: to taczkami coś trzeba było 
przewieźć, to podwórko zagrabić, to skopać kawał ziemi — 
wszystkie te prace spełniał nie tylko z pogodą, ale i z chęcią 
wyraźną.  Kiedyś spróbował kręcić korbą w pralni, raz — drugi 
— trzeci, widać było, że jakoś rozpala się do tej pracy stopniowo 
i że do niej już tylko dąży teraz. Wielokroć przez otwarte okno w 
pralni widziało się, poprzez dym i opary gotujących się kotłów 
bielizny, pochyloną postać Stacha, rytmiczny ruch jego ręki 
obracającej korbę i błogi uśmiech zadowolenia na twarzy. Ta 
korba stała się wprost celem życia jego!
Ze stałego już rytmu życia i pracy wytrąciła go długotrwała 
choroba. Po szeregu miesiącach dopiero zaczął powoli 
powracać do sil i spełniać jakieś lżejsze prace.
I znowu przeszło kilka miesięcy. Któregoś dnia widziano 
Stacha jak szedł jasny i rozpromieniony. Podszedł blisko i nie 
pytany, fam widać czuł potrzebę podzielenia się radością swoją, 
powiedział: „Mam jednak szczęście — znowu kręcę korbą" — 
szedł właśnie do swojej pralni.
177

JANKA — KALEKA (ze wspomnień nauczycielki X.)
Jak koszmar senny zjawia się czasem we wspomnieniach ponury obraz 
Annopola w Warszawie z czasów okupacji hitlerowskiej. — Zima ostra, nędza 
i głód i wieczny brak opału. W rodzinach, gdzie były starsze dzieci i młodzież, 
węgiel niemiecki — kradziony sprawnie
— ratował sytuację. Ale nie wszędzie i nie zawsze przecież. A w Annopolu 
nędza była znana powszechnie i przy tej organizacji życia bezrobotnych — 
beznadziejna. Był tam -szaber, było paskarstwo, był handel różnego rodzaju, 
była walka rozpaczliwa za bary z nędzą, by nie dać się śmierci głodowej za 
wszelką cenę, ale był też i bezwład niemy, pogrążający rodziny aż na dno 
nędzy ostatecznej. Kradzieże, bójki uliczne, zuchwałe napaści i pobicia, 
rozprawy krwawe nawet — nie mogły dać pojęcia o ponurych scenach życia, 
jakie się działy w tych długich szeregach domów z ogródkami, który czyjś po-
mysł tragiczny przeznaczył wyłącznie dla ludzi bez
pracy.
Postaram się możliwie najściślej przytoczyć tutaj opowiadanie koleżanki X 
z pracy jej w Annopolu..
Jurek i Wacek, dwaj bracia z pobliskiego domku w Annopolu dawno już nie 
przychodzą do szkoły. Co prawda matka uprzedzała, że mają już teraz tylko 

background image

jedno ubranie i jedną podartą parę butów, więc każdy z nich będzie co drugi 
dzień przychodził do szkoły. Ale tak było tylko kilka dni — potem przestali w 
ogóle przychodzić. Kiedy zaczęło się dożywianie w szkole — zjawił się
178

Jurek. Całą uwagę jego pochłaniało wyłącznie to dożywianie. Nauczyciele 
wymagali czegoś więcej. Nie był w stanie. Wypatrywał tylko, kiedy przywiozą 
banki z zupą i nasłuchiwał brzęku naczyń. Nic go poza tym nie obchodziło na 
świecie. Był głodny i wygłodzony, jeszcze walczył z ostatecznym 
wyczerpaniem. Na pytania odpowiadał niechętnie. Nazajutrz — po gorącej 
zupie, jakby rozpogodził się trochę. Skorzystałam z tego, żeby się dowiedzieć, 
kto jest jeszcze w domu oprócz niego i Wacka. Matka — handluje trochę 
pończochami i nićmi, wraca pod wieczór dopiero i gotuje co może — najczęś-
ciej kartoflankę. No, i jeszcze jest Janka, ale „mama mówi, że ona już umrze 
niedługo". Na zapytanie, ile ma lat i na co jest chora, odpowiedział, że była już 
w klasie VI i dobrze się uczyła, no ale jak tramwaj obciął jej obie nogi — to już 
teraz nic z niej — musi umierać, bo i co będzie robić. Mama mówi, że „nawet i 
tego jedzenia to szkoda dla niej" — spojrzał na mnie jakby sprawdzającym 
wzrokiem, w którym był lęk i niepokój. Bulkę, którą mu dalom, włożył 
nieznacznie do kobiałki z książkami. Po lekcjach szliśmy razem do jego domu.
Otworzyliśmy drzwi — izba duża dosyć — dwuokien-na. Matki łóżko, stolik 
z krucyfiksem na jakiejś serwetce, dwa barłogi na pokrzywionych łóżkach 
żelaznych, na środku izby piecyk żelazny z długimi rurami — zimny, niestety, 
przeważnie. W środku izby siedział Wacek w łachmanach i oburącz obejmował 
zimny już zupełnie piecyk żelazny. Do dzisiaj słyszę jego słowa: „Dajcie
179

mi noża, zabiję się, zabiję się — jestem głodny, jestem głodny". 
To zdanie powtarzał kilkakrotnie kiwając się w tył i w przód. 
„Dajcie mi noża ..." robił wrażenie zamroczonego jakiegoś — 
na wpół przytomnego. Matka wysoka, chuda, wynędzniała z 
niepokojem wpatrywała się we mnie. To z głodu tak i z tego 
zimna nie można go oderwać od pieca zimnego, czy zgłupiał z 
tego głodu, czy co? Bo to ani węgla, ani jedzenia — co tam te 
dwa kilogramy kartofli na dzień co uhandluję — z tego przeżyć 
nie można. Jeszcze ten ciężar — ta Janka — z niej już nic-nie 
będzie. Podeszlyśmy do barłogu. Ze stosu strzępów i szmat 
spojrzał na mnie smutek i lęk z wynędzniałej do ostateczności 
twarzy dziecka. Zapytałam czy można uchylić chustę i zobaczyć 
stan amputowanych nóg dziewczynki. Ruch jakiś szybki i 
niepokojący pod chustką i — bułka powędrowała gdzieś głębiej 
w szmaty. Zrozumiałam.
Z niepokojem, jakby czekając wyroku, patrzyły na mnie 
wystraszone oczy dziewczynki. Matka już zdecydowała — co 
teraz powie ten obcy człowiek: A mówić na szczęście można 
było pogodnie i łatwo, gdyż nogi amputowane były poniżej 
kolan. Zrobi się wobec tego protezy, zabierze się Jankę do 
zakładu kalek w Warszawie i stamtąd będzie sobie samodzielnie 
chodziła do szkoły — już prędko, może za parę miesięcy. Jakby 
luna na twarzy dziecka i duże krople łez i ciche pytanie 

background image

„kiedy?"
Usiadła na barłogu i teraz dopiero zobaczyłam, jak była 
brudna, zaniedbana i zawszona. „Może za kilka
180

dni przyjdą już miarę wziąć". Matka słuchała zdziwiona — 
Jankę zabiorą do zakładu i będzie mogła dalej chodzić do 
szkoły. I ona pewno pracę dostanie, tylko na razie trzeba jakoś 
tej biedzie zaradzić. — Jutro się wszystko roztrzygnie, trzeba 
tymczasem Jankę umyć, jak będzie już piecyk gorący i wszystkie 
jej rzeczy zebrać i uprać. Wacek pójdzie jutro do szkoły i 
przyniesie obiad dla wszystkich — kierownik już to dzisiaj 
obiecał.
Wychodząc usłyszałam słowa matki: „Jankę zabiorą do 
zakładu" i jakby cichy jęk jakiś w głębi — to Janka płakała.
Po tygodniu — nigdy nie zapomnę, co się działo tego dnia w 
kancelarii szkoły. Ktoś się dosłownie rzucił na mnie z tyłu, gdy 
pisałam przy stole i całował po głowie, po plecach i rękach. To 
matka tej małej trójki płacząc, a właściwie szlochając 
wyliczała, co się w jej życiu w ciągu tego tygodnia zmieniło, a 
najważniejsze, że już był jakiś pan i wziął miarę na Janki 
protezy. Jankę już za tydzień zabierają do zakładu. Ona ma 
przyrzeczoną pracę w pralni. W piwnicy ma już i ziemniaki, i 
kapustę, i olej, i węgla trochę, i mydła.
Szalała wprost z radości, była jakaś inna — jakby obudzona 
do życia, wytrącona z martwoty, odrętwienia i beznadziejności. 
— Poszłam odwiedzić Jankę — w izbie było ciepło, piecyk 
zaczął służyć znowu. Janka siedziała umyta i uczesana na swoim 
barłogu, ale jaka inna, jaka zupełnie inna! Powitała mnie 
uśmiechem i zawiadomiła, że za kilka tygodni będzie miała 
protezy. A do ucha szeptała mi cicho: „Mama to tylko z roz-
181

paczy o mnie tak mówila, teraz to się tak cieszy". I popatrzyła z 
dumą na matkę. W tej chwili wiośnie wpadła do izby kobieta 
jakaś zdyszana i widocznie zrozpaczona. Zwróciła się do mnie 
wprost gwałtownie: „Miech pani prędko idzie ze mną, tylko 
prędko, bo on już chyba umiera — sama nie wiem co robić, 
niech pani idzie" — i pociągnęła mnie za rękaw. Nie było czasu 
na rozmyślania. Poszłyśmy szybko do sąsiedniego domku. Na 
łóżku na wpół siedział wynędzniały do ostateczności gruźlik — w 
krwotoku. Na jego łóżku siedziało dwoje przerażonych małych 
dzieci. Człowiek ten już trzeci miesiąc czekał na miejsce w 
szpitalu.
Już go uratować nie mogła. Ale te dzieci — te dzieci!
Tyle usłyszałam o Jance.
Kiedyś odwiedziłam ją w zakładzie dla kalek na ulicy Piusa 
XI. Uczyła się już chodzić na protezach. Po pewnym czasie 
spotkałam ją już na ulicy Kruczej idącą do szkoły...
WSPOMNIENIE NAUCZYCIELKI N.

background image

N. — nauczycielka szkoły powszechnej w Warszawie — 
dzielnie walczyła z głodem i nędzą w czasie okupacji 
hitlerowskiej. Z marnej pensyjki nauczycielskiej nie można 
było wyżywić czterech osób, toteż kolejno szły w świat 
różne przedmioty z przyodziewku i instalacji domowej, 
tylko książki i obrazy czuły się bezpiecznie
182

w tym domu. — A walka z zimnem i brakiem światła, ile 
pochłaniała energii...
Zima roku 1940 ostra była, mroźna i śnieżna. Szło się do 
szkoły z domu daleko, bo na Raszyńską aż z Ursy-nowskiej 
ulicy, takim jak gdyby rozkopanym tunelem śnieżnym. Na 
krawędziach chodników długi czas leżały duże zwały śnieżne — 
z czasem już zupełnie śniegu nie przypominające. W szkole 
zimno, bo opału niewiele, więc piec słabo grzeje, a okna 
niektóre zabite deskami, dyktą, tekturą. Po sali wiatr chodzi 
mroźny, a przyodziewek i lichy i skąpy.
Po szkole praca w szpitalu aż do wieczora i znowu tą samą 
drogą powrót pieszo do mrocznego i wyziębionego domu.
Toteż tylko w warunkach tych można było zrozumieć, czym 
był wełniany, ciepły, puszysty sweter i rękawice, które N. zdołała 
kupić sobie za piękny kilim huculski z Kosowa. Z uczuciem 
jakiejś fizjologicznej przyjemności wychodziła w nim pierwszy 
raz z domu do szkoły. Czuła jakby wyróżnienie jakieś, była 
względnie zabezpieczona od zimna.
Tego dnia właśnie w szpitalu niepokój był wielki i N. 
zauważyła lęk i przygnębienie w oczach sanitariuszki : za chwilę 
Niemcy wywożą do „oflagu" oficerów--rekonwalescentów z 
naszego szpitala.  N. ogarnął niepokój, w jednej sali dopiero 
onegdaj porucznik Władysław X. zaczął wstawać po ciężkim 
zapaleniu płuc — czyżby i jego? Pobiegła na dziedziniec 
szpitalny, gdzie odbywał się przegląd odjeżdżających. Nasi 
oficerowie
183

stali szeregiem, a jakiś wojskowy hitlerowiec zdawal raport o 
stanie odjeżdżających przełożonemu swojemu, okazałemu 
Niemcowi w zasobnym palcie zimowym i rękawicach. W 
szeregu stal też blady i wychudzony porucznik Władysław 
dygocący z zimna w swoim cienkim frenczu. Mysi jak 
błyskawica: w takim stanie i w tym ubraniu nie wytrzyma 
przecież. N. szybkim ruchem zdejmuje sweter — po chwili widzi 
go już na poruczniku, rękawice też nie są za małe.
W oczach porucznika jakby blask ciepła zajaśniał. Jakieś 
odprężenie — jeszcze zdążyła. I nagle przeszywający, ostry, zły 
śmiech, śmiech pełen ironii, czy pogardy  nawet i spojrzenie 
cyniczne oficera odbierającego raport, skierowane na N.
ECHO Z OBOZU
„Cała doba nie wystarczyła im na rozmowę o tym, co przeżyły 

background image

dobrego w obozie". Zdaniem tym zamknął opowiadanie swoje 
nauczyciel Z. o trzech kobietach, które były „królikami 
doświadczalnymi" w Ravensbruck, Przeżyły tam otchłań 
męczarni, ale przyrzekły sobie, że jeśli żyć będą i jeszcze się 
kiedykolwiek spotkają — nigdy nie poruszą w rozmowach 
tematu obozu. No, i spotkały się kiedyś — ale dzień i noc nie 
wystarczyły na rozmowę o tym, co tam dobrego przeżyły.
184

PRZEBIŚNIEGI
Słoneczny dzień przedwiośnia — godziny przedwieczorne 
pogodne, ale pełne zmęczenia, wyczerpania i grozy w okresie 
okupacji hitlerowskiej.
Wchodzę do tramwaju z pęczkiem pierwszych prze-
biśniegów. Siadam i myślę o jakimś kłopotliwym celu podróży 
mojej i nagle słyszę, że ktoś chyba do mnie mówi. To siedząca 
na wprost mnie stara już, spracowana, wychudła kobieta, 
nędznie odziana, patrzy z jakimś zachwytem na moje 
przebiśniegi. Widzę uśmiech na stroskanej życiem twarzy — 
wzruszenie i tęsknotę jakąś w oczach: „Skąd to pani wzięła 
teraz o tej porze? Przecież śnieg jeszcze leży miejscami na 
polach — a to już wiosna taka". I po chwili milczenia: „Tak milo 
popatrzeć, bo to i śliczne takie i że.... wiosna już idzie". Umilkła 
wsłuchana w tęsknotę swoją i jakby jasne jakieś spodziewanie.
„A ile też pani dala za te kwiaty?" — pyta szorstko siedząca 
obok mnie tęga, dostatnio ubrana i pewna siebie jejmość. I 
słyszę zaraz jakby odpowiedź skierowaną do mojej sąsiadki 
przez robotnika z sąsiedniej ławki. Z ubioru wnioskuję, że wraca 
pewno z pracy i może ciężkiej bardzo, bo z kanalizacji. 
„Widziałem kiedyś jak to rośnie na polu pod lasem. Śnieg 
jeszcze leży czasem, a ten kwiatek nad śniegiem zakwita — to 
go i tak nazwali «przebiśnieg » — no i wiosna zaraz się robi jak 
on zakwita — to i popatrzeć wesoło na niego i warto te pie-
niądze na to wydać, paniusiu!" W słowach tych czuło
185

się jakby wyrzut jakiś — a w spojrzeniu na kwiaty — nieśmiałe 
wzruszenie.
Sąsiad jego, młody robotnik, z zażenowaniem pewnym 
nieśmiało spoglądał od czasu do czasu na leżące na mojej 
sukni białe, drobne kwiaty i mruknął, jakby godząc tych dwoje: 
„Bo to postoi dzień, dwa i na nic. No, ale teraz to jest na co 
patrzeć i tak raźniej jakoś ... że już tu wiosna idzie".
W tej chwili wiośnie stanęła między nami starsza kobieta z 
małym chłopczykiem — może wnuczkiem swoim. „Proszę pani, 
ja u pani urwę tych kwiatków — dobrze? Urwę, proszę pani?" I 
oczy jego pełne zachwytu utkwiły w kwiatach — oparł łokcie na 
kolanach moich i wpatrywał się w milczeniu.
Gdzieś w górze zawarczał samolot. Miasto tonęło w wirze 
pracy i grozie wyniszczenia. A tutaj taki mały, nikły kwiat obudził 

background image

tęsknotę do „wiosny" w zmęczonym tramwaju warszawskim.

LIST SZÓSTY
Kolego! w Dniu Nauczyciela chcę Ci przypomnieć postać 
Stefanii Sempolowskiej. Wielkiego Nauczyciela społecznego, 
którego osobiście nie znałeś, ale o którym wiele słyszałeś na 
pewno od wychowawców swoich.
Kim była? Gdy odeszła od nas na zawsze 31 stycznia 1944 
roku mówiono powszechnie wtedy: „Przestał bić dzwon 
sumienia społecznego". „Była sumieniem Polski naszej epoki" 
— mówił Marian Falski nad grobem — i przez świat walki z 
krzywdą człowieka — przez świat walki o jego prawa do życia 
ludzkiego, do nauki, do oświaty przeszedł dreszcz przerażenia. 
— Zaległa cisza obrachunku wielkiego dzieła Jej życia: 
budzenia tego, co ludzkie w człowieku i stania na straży jego 
praw.
Odżył mi wtedy jasno w pamięci obraz dnia spędzonego u 
niej w domu na wspólnej pracy. Wybierałyśmy do druku z 
robotnika" felietony Stanisława Posnera *)
*) Ten zbiór ukazał się w druku w roku 1930 pod tytułem: Z bliska i z daleka. 
„Księgarnia Robotnika".
187

(o nim zresztą później chcę do Ciebie, Kolego, napisać — był to 
jeden z wielkich przyjaciel Jej myśli i czynu). Panna Stefania, 
jak ją powszechnie nazywano, była tego dnia specjalnie 
wzruszona chęcią obudzenia, albo umocnienia pamięci 
charakteru jego pracy, robiła jak gdyby obrachunek dzieła jego 
życia, które teraz zamykała w powiedzeniu: „Budził sumienie 
społeczne i wskazywał drogę — trzeba koniecznie dać tę 
książkę młodzieży". Obecnie Państwowy Instytut Wydawniczy 
wydał wszystkie pisma Stefanii Sempołowskiej i te, które 
ukazały się za j ej życia-i te, których ówcześnie drukować nie 
można było — całość jej prac.
Musisz je sam przeczytać. Kolego, one powiedzą Ci kim była i 
dlaczego o niej dzisiaj mówimy — jako o Wielkim Nauczycielu 
społecznym. — Wyszedł już tom tego wydawnictwa o życiu i 
działalności Stefanii Sempołowskiej ze wspomnieniami jej 
przyjaciół, współpracowników i uczennic, tom obejmujący jej 
prace pedagogiczne i oświatowe oraz tom publicystyki 
społecznej i tom o więziennictwie (nie ukazał się tom o 
Warszawie). Sempołowska walczy nieustępliwie o powszechną 
oświatę, co znajduje m. in. wyrazi w jej artykułach i pracach 
monograficznych. Żarliwie przeżywa różne problemy życia 
społecznego, poświęca im szkice i artykuły, ale obok oświaty 
najżywszym chyba i najgorętszym problemem jest sprawa 
więziennictwa — tym sprawom poświęca najgorętsze czyny 
swoje i najżywsze porywy walki — to staje się główną treścią jej 
żyda.
Przytoczę Ci tutaj. Kolego, kilka urywków z tej

background image

188

obecnie wydanej po raz pierwszy, wstrząsającej monografii „W 
więzieniach".
Zaczyna ją Sempołowska słowami O. Wilde'a z „De 
Profundis", to jest jej motto do tej pracy. „Wyry j cię na ścianach 
Waszego domu, tak abyście mogli odczytywać w dzień i w 
nocy, w doli i w niedoli, by słońce złociło, a księżyc osrebrzą! 
słowa: ^Cokolwiek spotyka bliźniego, mnie spotykam ".
I dalej pisze Sempołowska: „Słowacki w «Anhellim» mówi o 
dwóch melancholiach. Jedna zabójcza, druga twórcza: jedna z 
mocy jest, druga ze słabości, pierwsza jest skrzydłem ludzi 
wysokich, druga kamieniem ludzi topiących się. Sądzę, że to 
samo jest z krytycyzmem, z odsłanianiem ran zła i bólu. Słabi i 
mali zamykają oczy i uszy na glos życia. Lękają się poznać 
ciężką i smutną rzeczywistość, bo brak im sił do walki ze ziem. 
Dla słabych prawda istniejącego stanu rzeczy, glos wzywający 
do walki — to kamień topielca, ciągnący na dno. Godzą się, 
chcą, muszą się zgodzić z tym, co jest, uważają to za 
konieczność, aby móc żyć spokojnie.
Śmiałość odsłaniania ran ukrytych płynie z wiary w możność 
uleczenia, z poczucia sil do pracy, do walki o poprawę, z 
pragnienia przyśpieszenia procesu ewolucji.
Silnych najsurowsza, nąjbezwzględniejsza krytyka dzisiejszej 
rzeczywistości nie ciągnie w topiel bezdenną, lecz niepokoi 
duszę, pcha do czynu. Im zło większe, im głębiej sięga, tym 
mocniej silni czują konieczność walki z nim. Skrzydła, unoszące 
myśli na poziom chwili obecnej, pozwalają im z góry oglądać 
szersze horyzonty,
189

widzieć, poznawać realniej to, co nadchodzi, niż to mogą 
widzieć i rozumieć ludzie patrzący z nizin rzeczywistości 
dzisiejszej, ludzie, dla których to, co wczoraj było możliwym — 
wydaje się możliwym wiecznie, co wczoraj było koniecznym, 
koniecznym zawsze. Życie stale wskazuje, że wczorajsza 
konieczność jest dziś niemożliwą do zniesienia, a wczorajsza 
niemożliwość jest dziś nie tylko osiągalną, ale dla życia 
niezbędną".
Niegdyś w dniach mojej młodości — usłyszałam zza murów 
więziennych krzyk, przeogromny krzyk bólu człowieka 
pozbawionego wolności... Urodzonej w niewoli, skutej w powiciu 
— wolność wydała się najwyższym dobrem, niezbędnym do 
życia, krzywda niewolnego — naj straszniejszą z krzywd. 
Skarga płynąca z więzień zwróciła ku nim myśl moją i ucho, 
czujne na skargę.
Krzyk ten słyszałam odtąd stale przez lat wiele, aż po dziś 
dzień".
I dalej pisze: „Należąc do ludzi silnych, wierzę głęboko, 
niezachwianie, że ludzkość zdąża ku lepszym formom życia, 

background image

może drogą powolną, gzygzakowatą, lecz krok za krokiem 
naprzód. Wierzę, że celowa świadoma zbiorowa akcja 
społeczna przyśpiesza ten pochód naprzód. Wierzę, że człowiek 
zdolen jest kierować nawą życia, nie dać się unosić prądowi — 
co więcej — wierzę, że siła ducha ludzkiego może nie tylko 
zwalczyć odwieczny prąd, ale zwrócić go w innym kierunku, w 
wymaganym przez życie kierunku. — Wierzę a mając taką wiarę 
chciałam zawsze znać prawdę życia, by móc stawać w 
szeregach świadomych budowniczych lepszego jutra.
190

Szeroko rozwartymi oczyma starałam się patrzeć w ciemne 
mroki, nadstawiałam czujnie uszu, aby usłyszeć głos skarg 
płynących po świecie".
Sempolowska sama była więziona za działalność oświatową, 
za wybitny udział w tajnej organizacji oświatowej w Królestwie. 
Później musi opuścić Warszawę, wyjeżdża do Krakowa, gdzie 
dalej walczy o ideologię szkoły polskiej. Tęskni jednak do 
Warszawy i niedługo powraca do ukochanego przez siebie 
miasta. — Dąży do zrzeszenia pracowników oświaty w walce o 
upowszechnienie nauki i oświaty. Pracuje w tej dziedzinie sama 
i skupia ludzi tego czynu. Należy do tych, którzy organizowali 
tajny Związek Nauczycieli Ludowych, za co znowu zostaje 
aresztowana. W zorganizowanym Zjeździe Pila-szkowskim i w 
jego uchwałach była jednym z najgorętszych motorów działania.
Kolego, ten Zjazd w Pilaszkowie l października 1905 roku, to 
doniosła sprawa w życiu szkoły polskiej i ruchu zespołowego 
nauczycieli. Może już wiesz o nim dużo od nauczycieli swoich i 
starszych kolegów — więc tutaj chcę Ci tylko kilka słów o nim 
powiedzieć. Przed rokiem 1905 szkoła dla nas w zaborze 
rosyjskim była rosyjska, nawet ksiądz religii uczył po rosyjsku. 
Jedynie na lekcjach języka polskiego dzieci mogły mówić po 
polsku.
Taki był nakaz i wykonywanie go było surowo przestrzegane 
przez zjawiających się często w szkole inspektorów rosyjskich. 
Trzeba było wielkiej przezorności i ostrożności nauczyciela i 
dzieci, i ich rodziców, żeby zmylić czujność inspektora i uniknąć 
grożącego niebez-
191

pieczeństwa — prowadzić tajnie szkołę polską. Sprawa 
wystąpienia do walki o szkołę polską w języku ojczystym 
dojrzewała do czynu. Grupa nauczycieli szkół ludowych i 
działaczy oświatowych społeczeństwa powzięła myśl 
zorganizowania tajnego zebrania, ażeby się naradzić, 
zdecydować i uchwalić akcję działania. Wybór padł na wieś 
Pilaszków pod Łowiczem i szkołę kolegi Stanisława Najmoły. 
Zjechało się tam około 60 osób, które w rozmaity sposób i 
różnymi krętymi drogami przedostawały się na miejsce 
zebrania.

background image

Wśród najgorętszych rzeczników tej sprawy była Stefania 
Sempołowska.  Uchwalono, żeby zaraz bezpośrednio, po 
Zjeździe wprowadzić zasadniczą zmianę w szkole: uczyć po 
polsku, mówić po polsku i wyrugować książki rosyjskie — 
wszystko to zdecydowanie, stanowczo i od zaraz no i, 
naturalnie, wszyscy — pomimo że wielu przewidywało 
możliwość najgorszego obrotu sprawy — wiara i siła woli 
dojścia do tego upragnionego celu była tak wielka, że uchwała 
zapadła zdecydowanie. Nie będę już opisywała. Kolego, 
dalszych losów tej akcji
— muszę tylko powiedzieć, że treść uchwały w Pila-szkowie 
zwyciężyła i że dynamizm i moc ducha zebranych, nastrój, jaki 
tam w czasie obrad panował opromieniony był mocą, 
zdecydowaniem i zaraźliwością czynu Stefanii.
— Ona właśnie była jedną z najsilniejszych sprężyn tego czynu.
Sama wybitna nauczycielka, stwarzająca nowe zupełnie 
formy tej pracy — rzuca bogaty posiew pod reformę metod 
nauczania i stosunku wychowawcy do wycho-
192

wywanego człowieka. Znajdziesz Kolego, piękne tego przykłady 
w ślicznej książce Janiny Rogowskiej-Doro-szewskiej „Stefania 
Sempołowska". Dwa pisma dla dzieci i młodzieży ,yZ bliska i z 
daleka" oraz „W słońcu" redagowane -przez Sempołowska stają 
się szybko przyjacielem dziecka i nauczyciela. Stwarzają one 
młodziutkiemu czytelnikowi jasną atmosferę czynnej postawy 
wobec zjawisk życia, atmosferę piękna moralnego człowieka w 
walce ze wszelkim złem, ze wszelką niedolą, wyzyskiem i 
krzywdą ludzką, budują w czytelniku moc wewnętrzną i postawę 
społeczną, nie tylko zainteresowania sprawami człowieka, ale i 
potrzebę walki o jego lepsze jutro, kształcą poczucie braterstwa 
z innymi i współodpowiedzialność.
Dość przejrzeć choćby pobieżnie te pisma, już nawet tytuły 
artykułów mówią o ich żywej reakcji na różne wydarzenia w 
kraju i na świecie. Przytoczę kilka tematów. Posłuchaj Kolego : 
Kult bohaterstwa i pracy ;
Co to jest bohaterstwo, Lodowy kopiec bohaterów, Bohater 
żywy w towarzyszach martwych, W czeluściach wulkanu; Ofiary 
kopalń; Tajemnica adresu pocztowego; Joachim Lelewel, O 
miłość dla człowieka;
Lot Marsy Hanki; O dzieciach, które zamiast do szkoły chodzić, 
muszą na kawałek chleba pracować; Jak dzieci pracują w 
fabryce; Szkoła dobroci; Związki dobroci;
Wolna Ojczyzna.
W pracy tej brały udział pióra najlepsze, toteż i tematyka 
artykułów i ich wyraz artystyczny wychowywał. Wiedzieliśmy, 
że Redaktorka ma głębokie poczucie arty-
193

zmu, wiedzieliśmy, ze przez szacunek dla stającej się 

background image

osobowości dziecka chce mu dać wszystko, co najlepsze.
A jej lekcje z dziećmi i młodzieżą? Tyle się od jej uczniów o 
tych dziwnych lekcjach słyszało. Ten wielki społecznik a 
jednocześnie wielka indywidualistka właściwie nie uznawała 
stosowanych ówcześnie form tej pracy, ani programów jej, ani 
metody, ani podręczników, ani stopni, ani nawet postawy 
nauczyciela. Stefania Sempo-łowska rzucała tutaj hojny posiew 
wolności i sama szła wolnymi, mewy'deptanymi szlakami tej 
pracy. Żywiołowo nie znosiła żadnych kajdan, więc i w tej 
dziedzinie wskazywała — tworzyła inne możliwości pracy.
Uczniom swoim chciała dać nie tylko wiedzę, ale i otworzyć 
im szeroko oczy na zjawiska życia, budzić świadomość 
społecznych źródeł zła, wyzwalać gotowość akcji czynnej 
pomocy, gotowość walki ze ziem z wiarą zwycięstwa, ale i 
budzić w nich moc wewnętrzną i kształtować czynną postawę 
wobec żyda i wskazywać wyraźny jego cel, który wyznacza 
głęboka, czynna miłość człowieka i ukochanie wolności.
I z tej głębokiej, czynnej miłości człowieka i z j ej ukochania 
wolności kształtowało się życie czynu społecznego zrodzonego 
z najgłębszego humanizmu — życie czynu Stefanii 
Sempołowskiej.
Była pięknym uosobieniem wolności, a więc i buntu, który 
idzie przez świat i ukazuje zło, krzywdy i niedole i z najwyższą 
odwagą cywilną wypowiada im walkę na całe swoje życie, aż do 
ostatnich jego chwil. Bunt przeciwko kajdanom wszelkiego 
rodzaju i idący za nim
194

czyn — wewnętrzna gorąca potrzeba reagowania z niebywałą 
odwagą cywilną, z wiarą w zwycięstwo i drogami własnymi.
Ta cywilna odwaga wynikała u Sempołowskiej z gorącego 
przeświadczenia o słuszności spraw, których broni, z żaru jej 
czynnej postawy w nieustępliwej i nieustającej walce o prawa 
człowieka i sprawę wyzwolenia Ojczyzny — bo takie były 
drogowskazy tego szermierza wolności. Chciała, żeby na 
mogile jej wyryć słowo nauczycielka, bo tę dziedzinę pracy 
spośród wszystkich, którym służyła, uważała za najważniejszą i 
najbardziej przez nią upragnioną.
I to słowo. Kolego przeczytasz na Jej mogile.

SPIS TREŚCI
Cykl I .............................   13
Cykl II ....................
Cykl III ...................