background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

TADEUSZ DOŁĘGA-MOSTOWICZ

DOKTOR MUREK

ZREDUKOWANY

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

ROZDZIAŁ I

Doktor  Murek  stanowczym  gestem  złożył  papiery  i  wstał.  Dalszą  rozmowę  uważał  za

stratę czasu, a zresztą z trudem panował nad nerwami.

–  Pan  wybaczy  –  rozłożył  ręce  –  ale  ustawa  o  samorządzie  nie  przewiduje  tu  najmniej-

szych wyjątków. Przetarg będzie ogłoszony w połowie października i cieszyłbym się, gdyby
pańska oferta zyskała pierwsze miejsce.

Mówił nieprawdę i nawet nie próbował tych konwencjonalnych słów osłodzić uprzejmo-

ścią tonu. Cieszyłby się właśnie z porażki Junoszyca. W tej chwili nienawidził go całą duszą.
Z jakąż rozkoszą cisnąłby mu w ten uśmiechnięty pysk jego papierami, listami polecającymi i
tą elegancką teczką, pokrytą monogramami, koronami, herbami.

I to wcale nie za obrzydliwy ton Junoszyca wobec panny Horzeńskiej. Po prostu dlatego,

że  w  Junoszycu  czuł  aferzystę,  że  jego  spokojny  cynizm  i  nonszalanckie  maniery  pomimo
wszystko były poprawne. Że lekceważenie, z jakim się odnosił do niego, do doktora Murka,
zawierało jednak wszelkie pozory szacunku.

I teraz z całą swobodą Junoszyc poprawił się na fotelu:
– Chwileczkę, panie doktorze – zaczął swoim niskim, dźwięcznym  głosem, z salonowym

uśmiechem, jakby nie zauważył urzędowego tonu Murka – chwileczkę. Przykro mi, że pana
zatrzymuję, jednakże sądzę, że znajdziemy jakieś wygodne wyjście z sytuacji. Towarzystwo
Asfaltowe...

Murek  zaciął  zęby  i  usiadł.  Ten  człowiek  miał  nad  nim  jakąś  niezrozumiałą  przewagę,

chociaż był tylko interesantem, petentem, gorzej, bo petentem w przegranej sprawie. Dr Mu-
rek nie tylko nie chciał, lecz i nie mógł, nie miał prawa załatwić prośby Junoszyca. Byłoby to
z wyraźną szkodą miasta. Równałoby się to oddaniu monopolu na bruki i kanalizację Spółce
Asfaltowej  na  lat  dziesięć.  Podobne  zaś  obciążenie  zwaliłoby  budżet  większych  miast,  jak
Białystok, Wilno czy Kraków, a cóż dopiero mówić o tutejszym budżecie... Rzecz była prze-
sądzona  w  oczach  Murka  już  od  samego  początku.  Wprawdzie  zacny  prezydent  Niewiaro-
wicz,  oddając  Murkowi  sprawę  Junoszyca  jak  i  wszystkie  ważniejsze  sprawy  gospodarcze,
wyraził nadzieję, że „kochany nasz doktor potraktuje  rzecz po ojcowsku” ale Niewiarowicz
sam później musiał przyznać rację Murkowi, jeszcze mu dziękował za ustrzeżenie magistratu
od fatalnej gafy.

Dlatego dr Murek nie zadawał teraz sobie w ogóle trudu wsłuchiwania się w misterną ar-

gumentację Junoszyca. Myślał o jednym: jutro ten typ nie będzie już

 

miał w mieście nic do

roboty i wyjedzie do Warszawy. Przestanie eksponować się w restauracji Wiechowskiego i w
klubie urzędu, przestanie szastać się po ulicach swoim czerwonym mercedesem, no i przesia-
dywać u Horzeńskich.

Jak on w ogóle śmiał do panny Niry mówić per „brawurowa dziewczyna”!... A w ubiegły

piątek posunął się do bezczelności, by jemu, narzeczonemu, z niedbałą miną powiedzieć:

– O, na tę dziurę Nira jest wręcz oszołamiająca.
I co miało znaczyć owo „na tę dziurę”? Przecież Junoszyc spotykał ją dawniej w Warszawie.

background image

5

Murek zwęził powieki i wpatrywał się z nienawiścią w nieznacznie poruszające się wargi

Junoszyca. Tak, musiał mu przyznać urodę. Te szerokie ramiona, kształtna głowa i twarz jak
maska, jak maska poprawności. Spod maski przeświecają tylko oczy, jego oczy: zimne prze-
biegłe, wstrętne. I te usta. Jest w nich coś bezwstydnego, a te zęby, oczywiście sztuczne. Nie
można chyba do niemal pięćdziesięciu lat zachować takich zębów.

– Mógłby być moim ojcem – przemknęło Murkowi przez głowę – jest stary.
I zaraz zaczął obliczać, że Nira przed trzema laty, kiedy bawiła przez całą zimę w War-

szawie, nie była jeszcze pełnoletnia. A Junoszyc musiał mieć wówczas co najmniej czterdzie-
ści pięć. Nonsens. Ale wczoraj w klubie wojewodzina – a taka dama musi się znać na tych
rzeczach – powiedziała głośno:

– Pan Junoszyc może się bardzo podobać. I ta łatwość, z jaką wkręcił się od razu do naj-

lepszego tutejszego towarzystwa. Z samym wojewodą rozmawiał jak z równym, wepchnął się
na  polowanie  do  państwa  Duksztów,  obwoził  po  mieście  generałową  Zagajską,  prezydenta
Niewiarowicza omal że klepał po ramieniu. W niespełna dwa tygodnie! A u państwa Horzeń-
skich zachowywał się niczym we własnym domu.

Murek, chociaż od roku już

 

tu mieszkał, chociaż zajmował w magistracie poważne stano-

wisko, a właściwie był prawą ręką prezydenta, do dziś dnia nie czuł się w sferze, w której się
obracał, ani tak swobodnie ani tak dobrze. Było to nad wyraz przykre, ale nawet w stosunku
do Niry nie umiał zdobyć się na taką zażyłość, do jakiej upoważniał go sam fakt narzeczeń-
stwa.  Zwłaszcza  w  obecności  Junoszyca  czuł  się  stremowany  i  pożerała  go  bezmyślna  za-
zdrość.

A już w ostatnich dniach z trudem panował nad nerwami. W związku z przyjazdem radcy

ministerialnego na inspekcję nie dosypiał, pracował od rana do  późnej nocy, obiady jadał w
biurze. Dwoił się i troił. Nie dla siebie zresztą. Chodziło mu o wykazanie, że przedmiot skarg
i denuncjacji którymi klika starosty Bożymka zasypywała ministerstwo że ów rzekomo hor-
rendalny chaos, wprowadzony w gospodarce miejskiej przez prezydenta Niewiarowicza, jest
czczym wymysłem. Wprawdzie przed zainstalowaniem się Murka w magistracie nie wszystko
było w porządku, ale dopatrzenie się w tym złej woli tak zacnego i nieszkodliwego człowieka,
jak Niewiarowicz. zakrawało na świadome oszczerstwo. Właśnie przez swoją zacność, przez
miękkość i trochę przez umiarkowane próżniactwo Niewiarowicz dopuścił do niejakiego roz-
przężenia w zarządzie miejskim. Ale wszystko dało się naprawić. Radca Gąsowski nie mógł
znaleźć najmniejszego mankamentu a dr Murek rósł we własnych oczach, widząc coraz życz-
liwszy stosunek ministerialnego kontrolera do Niewiarowicza.

Rósł  tym  wyżej,  że  przecie  nielada  pokusę  przełamał  w  sobie.  Cóż  byłoby  łatwiejszego,

jak  wykorzystanie  sytuacji  dla  własnej  kariery.  Wystarczało  pozostawić  Niewiarowicza  sa-
memu sobie. Dać mu nieuniknioną sposobność do kompromitacji, do wykazania nieznajomo-
ści stanu faktycznego A jednocześnie popisać się własnymi zasługami. Bynajmniej nie zmy-
ślonymi, a tak oczywistymi, że jeżeli nie poszedłby od razu w górę, chociażby na stanowisko
Niewiarowicza, byłoby to co najmniej dziwne.

Wyrzeczenie się tej sposobności  nie  przyszło  wszakże  Murkowi  zbyt  trudno.  Brzydziłby

się  sobą.  Miał  widocznie  wrodzony  wstręt  do  intryg,  do  zakulisowej  gry,  do  podstawiania
nogi tym, którzy się chwieją, a którym tak, jak Niewiarowiczowi,  winien  był  bądź  co  bądź
wdzięczność. Dlatego starał się w ogóle nie pokazywać się kontrolerowi, usuwał się w cień.
W mieście i tak wiedziano o jego wartości i roli w magistracie, prezydent również go doce-
niał, a na dalszą karierę, na szerszą arenę, dr Murek miał czas. Liczył sobie zaledwie lat trzy-
dzieści.

Zresztą było mu dobrze z tym, do czego już doszedł, a zbyt wysoko cenił dotychczasowe

etapy, moralnie i zasłużenie osiągane szczeble przebytej drogi, by nie mieć automatycznego
wstrętu  do  jakichkolwiek  skoków,  których  efekt  nawet  pozytywny,  podważyłby  przede
wszystkim jego wiarę w słuszność i solidność obranej drogi.

background image

6

Taki na przykład Junoszyc, tak zwany człowiek interesu, a w rzeczywistości – Murek nie

wątpił o tym – zwykły aferzysta, żyjący z dnia na dzień, był dla Murka nie tylko czymś za-
kłócającym uporządkowany obraz struktury społecznej, lecz wręcz grasantem, którego nale-
żałoby zamknąć lub przynajmniej wysiedlić. Jest coś niesprawiedliwego w tym, że taki osob-
nik, właśnie taki osobnik, może cieszyć się powodzeniem, połyskiwać wielkim brylantem w
pierścionku i rozwalać się na fotelu w jasnym i zapewne kosztownym ubraniu w wyzywającą
kratę.

– Więc jakże, doktorze, – doleciały do świadomości Murka słowa Junoszyca. – Dojdziemy

do porozumienia?

– Nie, panie – odpowiedział stanowczo. – To jest wykluczone.
– Jednakże... pan prezydent...
– Pan prezydent już moją decyzję zaakceptował.
Junoszyc wstał:
– Szkoda – zaśmiał się swobodnie. – No, cóż... Może będziemy jeszcze żałować takiego

rezultatu naszej znajomości.

Murek lekko wzruszył ramionami i nacisnął guzik dzwonka... W progu stanął woźny i nie

pytany, zameldował:

– Jeszcze jest pięć osób, panie naczelniku.
Junoszyc niedbałym ruchem wyciągnął do Murka rękę:
– Zapewne spotkamy się jeszcze. Do widzenia panu.
– Do widzenia panu.
Gdy już był za drzwiami, Murek przypomniał sobie, że należało go wybadać, kiedy wyjeż-

dża.  W  tym  powiedzeniu  „Będziemy  żałować”  oczywiście  była  groźba.  Łajdak!  Na  pewno
myślał o Nirze. W oczach takiego łotra każda kobieta jest do zdobycia. Niechże i  tu  dozna
zawodu.

– Tego jestem pewien – powiedział głośno i powtórzył: – Najzupełniej pewien.
Jednak nie był pewien. Na próżno skupiał uwagę, by wysłuchać pretensji kupca Hofnagla

do kierownictwa  rzeźni.  Innych  interesantów  też  zbył  odłożeniem  rozmowy  na  przyszły  ty-
dzień.  Tymczasem  przez  biurko  przesuwały  się  codzienne  bieżące  sprawy.  Było  ich  więcej
niż zwykle, gdyż Niewiarowicz i Talkowski na ten dzień przekazali mu swoje. Obwozili od
rana  radcę  Gąsowskiego  po  wszystkich  instytucjach  miejskich.  O  drugiej  w  klubie  będzie
pożegnalne śniadanie. Murek miał też wziąć w tym udział, lecz pomimo namów Niewiarowi-
cza, postanowił nie iść. I tak musiał ktoś przecież zostać w magistracie, a zaległości Murek
nie cierpiał. Poza tym przewidywał, że Junoszyc wkręci się na śniadanie. Z jego tupetem!...

Przed samą trzecią zadzwonił do państwa Horzeńskich i dowiedział się, że Nira wyszła na

spacer.

Pani Horzeńska oświadczyła, że sama odradzała córce i dodała:
– Niechże drogi pan sam jej za to da burę. Nie zapomniał pan o dzisiejszej kolacji? Cze-

kamy.

Położyła słuchawkę. Zabawna! Czy zapomniał! Od trzech dni o niczym innym nie myślał.

Wiedział, że po takiej kolacji w rodzinnym gronie zostawią go sam na sam z narzeczoną, że
będzie mógł wycałować jej oczy i usta, i włosy... Może ubierze się w suknię bez rękawów...
Wówczas dotyk jej nagich rąk na szyi, na karku...  I rozmowa, bez świadków, taka zupełnie
inna.  O,  w  tych,  niestety  bardzo  rzadkich  chwilach,  opadały  zeń  wszelkie  obawy,  wszelkie
podejrzenia. Jej chód, niemal wyniosłość, z jaką odnosiła się doń przy ludziach, zdawał się
wtedy uzasadniony i nieważny, choć tak go przerażał.

Nie był bynajmniej przekonany o szczerości pana Horzeńskiego i jego żony. Ich serdecz-

ność,  jeżeli  nie  polegała  wyłącznie  na  przestrzeganiu  form  towarzyskich,  miała  zapewne
podłoże wyrachowania. Bądź co bądź, wydawali córkę za człowieka porządnego, wykształ-
conego, zajmującego poważne stanowisko. Za człowieka, który rozporządza wcale nie byle-

background image

7

jakim dochodem i w dodatku ma przed sobą nie najgorsze perspektywy. Na początku znajo-
mości  starzy  Horzeńscy  liczyli  prawdopodobnie  i  na  Fastówkę.  W  ich  fatalnym  położeniu
finansowym zakupienie tego przylegającego do miasta folwarku przez magistrat lub przebicie
ulic i kanalizacji w tamtym kierunku było zbawieniem. Zapewne spodziewali się, że Murek
żeniąc się z ich córką przeprowadzi w magistracie tę sprawę, że będzie wolał tanie morgi te-
ściów zamienić na metry, na drogie place, niż przygotować się na to, że wcześniej lub później
trzeba będzie rodzinę żony utrzymywać z własnej pensji.

Dr Murek wolał jednak tę drugą ewentualność. Rozplanowanie miasta w kierunku błotni-

stej i malarycznej Fastówki byłoby – w jego pojęciu – nadużyciem, do którego nie był zdolny
i tak rzecz postawił od razu.

Sama Nira nie interesowała się tym wcale i Murek był przeświadczony, że w żadnym razie

w ich wzajemnym uczuciu motyw finansowy nie odgrywa żadnej roli. Więcej. Już w samym
fakcie, że ona, nosząc nazwisko Horzeńskich nie wolna od  różnych kastowych przesądów i
snobizmów, zdecydowała się na małżeństwo z synem prostego chłopa – już w tym była gwa-
rancja wartości jej uczuć. Kochała go niewątpliwie. Oczywiście, po swojemu i zapewne nie
tak bezgranicznie, jak on ją kochał, zapewne w jej miłości było więcej rozwagi i spokoju, niż
on by tego pragnął, lecz dość, by mógł być pewny tej miłości.

Dr Murek odłożył pióro i zamyślił się. W gabinecie aż dzwoniła cisza. Tylko gdzieś w od-

ległym korytarzu słychać było tupot szybkich kroków. Godziny urzędowe skończone. Wstał i
powoli zamykał szuflady biurka, później szafy z aktami, poprawił nogą zgięty róg łowickiego
kilimu i uchylił okno. Deszcz zmieszany ze śniegiem, siekł ukośnie, w dalekiej perspektywie
ulicy Kraszewskiego jarzyła się neonowa reklama kina Gloria. Lampy w cukierni Kesla na-
przeciw świeciły blado. Latarń jeszcze nie zapalono. Przesunięcie o kwadrans pory latarń dało
w  elektrowni  przeszło  dwanaście  tysięcy  oszczędności...  Odwrócił  głowę,  by  jeszcze  raz
przyjrzeć  się  z  upodobaniem  graficznym  wykazom,  rozwieszonym  na  ścianach.  Tu  jak  na
dłoni uwidoczniły się skutki jego, jego własnej pracy.

Przyszedł tu przed rokiem, nieznany, obojętny, ot, zwykły urzędnik kontraktowy, którego

dyplom  i  świadectwa  były  nieco  lepsze  od  kwalifikacji  innych  kandydatów.  Dziś  zaś...  Po-
mimo dużej dozy skromności wiedział, że jest, że potrafił stać się niezastąpionym...

Przed ratuszem zawarczał motor magistrackiego forda, trzasnęły drzwi na dole. Prezydent

Niewiarowicz wrócił. Widocznie śniadanie skończone.

Dr Murek strzepnął z rękawa jakąś nitkę, poprawił krawat i otworzył drzwi. Do gabinetu

prezydenta przechodziło się przez buchalterię, przez  salę  wydziału  wojskowego,  pokoik  se-
kretarza i poczekalnię. Wszędzie było już pusto, tylko w wojskowym siedział Jarnuszkowski i
na rozłożonych ewidencjach robił papierosy.

Niewiarowicz był już u siebie. W gabinecie, jak zwykle, zapalił wszystkie światła, że aż

raziło w oczy.

– U pana prezydenta – zaczął żartobliwie Murek – zawsze jasno jak w sali operacyjnej.
Niewiarowicz  zerknął  nań  spod  grzebieniowatych  czarnych  brwi,  chrząknął  i  lewą  ręką

pomacał się po gładko wygolonym podbródku. Jak po każdym przyjęciu, miał trochę zaczer-
wieniony nos i jeszcze puszystszą strzechę siwych włosów.

– Jakże się odbył bankiet? – zapytał Murek. Spodziewał się barwnego i dowcipnego spra-

wozdania,  paru  złośliwości  pod  adresem  starosty  i  generała  Zagajskiego,  no  i  dokładnego
rejestru potraw. Niewiarowicz jednak mruknął niechętnie:

– Tak sobie.
– Wojewody nie było?
– Był.
– Miał przecież wizytować błotowicki powiat?
Niewiarowicz wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział. To już zastanowiło Murka:
– Pan prezydent miał może jakieś przykrości?

background image

8

– Ja?... Cóż znowu – niepewnym tonem mruknął prezydent i nagle zirytował się: – A cóż

to panu przyszło do głowy indagować mnie? Hę?

– Ależ, panie prezydencie?!... Ja wcale...
–  Przykro  mi,  lecz  muszę  panu,  panie  doktorze,  zwrócić  uwagę,  że  wtrąca  się  pan  do

spraw, które nie mają nic wspólnego z pańskimi obowiązkami urzędowymi. Tak! Właśnie to
chciałem podkreślić.

Sapał  i  marszczył  brwi,  wreszcie  zerwał  się  i  zaczął  chodzić  po  pokoju.  Murek  szeroko

otworzył oczy. Odkąd znali się, odkąd pracował z Niewiarowiczem, z tym człowiekiem życz-
liwym, grzecznym i lojalnym, nie słyszał od niego ani takiego tonu, ani takich słów. Lubił go
właśnie za tę dobroć, za gładkość obejścia, za zgodność usposobienia, która często – niestety
– posuwała się aż do ustępstw nie licujących z prezydencką powagą. Pomimo to cenił go jako
szefa, zachwycał się nim jako rzeczywiście wspaniałym mówcą: żadna uroczystość w mieście
nie  obyła  się  i  obyć  się  nie  mogła  bez  mowy  Niewiarowicza.  Umiał  wzniecać  entuzjazm,
rozweselać, a nawet wyciskać łzy z oczu słuchaczy, a chociaż trochę przeciągał dawnym pe-
tersburskim akcentem i z rzadka posługiwał się rusycyzmami, wynagradzał to dynamiką gło-
su,  szlachetnością  urody  i  szczerością  wyrazu.  Czynny,  ruchliwy,  należał  do  wszelkich
związków  i  stowarzyszeń,  nie  cierpiał  samotności,  prowadził  wraz  z  żoną  dom  szeroko
otwarty, brydżujący, tańczący, zawsze gotowy na przyjęcie gości.

– Trzeba żyć z ludźmi – lubił życzliwie pouczać Murka – ty ludziom, ludzie tobie. Tak!

Tak, mój doktorze!

Sam też wprowadził Murka do miejscowego towarzystwa, lansował go, chwalił, reklamo-

wał, ba, obiecywał szczególniejszą protekcję w Warszawie. Murek zaś wiedział, że obietnice
te nie są gołosłowne, brat bowiem Niewiarowicza zajmował w stolicy wpływowe stanowisko,
a chociaż umarł przed pięciu miesiącami, zostawił podobno nie mniej wpływowych przyja-
ciół.  Sam  Niewiarowicz  właśnie  bratu  zawdzięczał  swoje  prezydenctwo,  wysokie  pobory,
reprezentacyjne mieszkanie i stanowisko, po wojewodzie pierwsze w mieście. Na swoją po-
pularność już sam zarobił i szczycił się często, że nie ma wrogów. Bo nawet i starosta Boży-
mek, chociaż usiłował wysadzić go z siodła, nie robił tego przez niechęć do Niewiarowicza,
lecz w nadziei, że na opróżnione miejsce zdoła wsadzić swego szwagra.

Ta podjazdowa wojna truła nieco życie prezydentowi, nie o tyle  jednak, by stracił dobry

humor, by nie czuł się szczęśliwy, pływając w swoich znajomościach, przyjaźniach, stosun-
kach, nurzając się w życiu towarzyskim, politycznym i społecznym.

I ten człowiek, który nieraz przerywał Murkowi pracę i ciągnął  go do swego gabinetu na

pogawędkę, teraz przyjmował go jak natręta.

– Czy pan jeszcze czego chce ode mnie? – zapytał niecierpliwie, widocznie poirytowany

długim milczeniem zaskoczonego Murka.

–  Nie,  panie  prezydencie,  tylko  doprawdy  nie  wiem,  czy  może  nieświadomie  uraziłem

czymś pana prezydenta?

Niewiarowicz spojrzał nań z ukosa i chrząknął:
– Nie, cóż znowu... Skądże... Tak... Skądże...
Był widocznie zakłopotany.
– Bo może – przemknęła Murkowi myśl – może pan nie jest zadowolony, że odrzuciłem...

ofertę Junoszyca... Ale to nie wytrzymywało żadnej kalkulacji...

Niewiarowicz żachnął się:
– Ależ naturalnie. Bardzo słusznie pan zrobił. Tak! Ten cały Junoszyc... To w ogóle jakaś

nieciekawa,  zdaje  się,  figura.  Cóż  znowu  doktor  mi  z  tym...  wyjeżdża.  Nie,  pod  względem
uczciwości nie mam panu nic do zarzucenia!

Murek nie od razu odnalazł sens ostatniego zdania. Połapał się jednak po – chwili i zapytał wprost:
– A pod jakim?...
– Co za „pod jakim”?... – zdetonował się Niewiarowicz.

background image

9

– Pod jakim względem pan prezydent ma przeciw mnie zarzuty?
Niewiarowicz otworzył usta, zakaszlał i niespodziewanie zaśmiał się jakimś nieszczerym,

nie własnym śmiechem:

– Co pan, doktorze... che... che... che... Ja... zarzuty?... I nie nudźże mnie do licha – znie-

cierpliwił się znowu. – Co pan w ogóle o tej porze robi w biurze?

–  Podliczałem  sprawozdania  szpitala  i  wydziału  opałowego  –  nie  ukrywając  zdumienia

odpowiedział Murek.

Prezydent podniósł ręce:
– Otóż właśnie. Za wiele ma pan roboty... Tak. Od dawna myślałem o tym... Niech pan za-

raz jutro zda Lassocie te dawne jego referaty, a rzeźnię i elektrownię Kubinowskiemu. Tak!
Wystarczą panu wodociągi, kanalizacja i bruki. No, co się pan na mnie patrzy, jakbym panu
ojca  zamordował?  To  jest  niepodobieństwo,  żeby  pan  był  całym  magistratem!  Po  cóż  tu  w
takim razie ja, po co inni?...

Zaperzył  się  i  prawie  krzyczał.  Murek  przyglądał  mu  się  przestraszony.  Nie  umiał  sobie

wytłumaczyć inaczej zachowania się szefa, jak tylko nadmiarem alkoholu.

– Jutro wszystko odwoła – myślał – i jeszcze przeprosi.
Lecz Niewiarowicz nie wyglądał na pijanego, co więcej, robił wrażenie kogoś wysilające-

go się na gburowatość. W każdym razie nie było sensu przedłużania rozmowy. Murek skłonił
się i mruknąwszy „do widzenia panu prezydentowi”, wyszedł.

W ponurym nastroju wracał do domu. Dopiero skręciwszy w Parkową podniósł mokry już

kołnierz  palta.  Pani  Rzepecka,  u  której  mieszkał,  otworzyła  mu  drzwi  i  od  progu  zasypała
narzekaniami na pogodę, na zabłocone ulice, na przeciekający dach, na polski klimat i na wła-
sny  los,  który  kazał  jej,  córce  austriackiego  ambasadora  w  Rzymie  i  wdowie  po  wielkim
uczonym, mieszkać w prowincjonalnej dziurze, w wojewódzkim mieście, gdzie wyższej kul-
tury nie ma za grosz.

Z tym ambasadorem Murek oswoił się już od dawna; w jednym z dwóch odnajmowanych

od  pani  Rzepeckiej  pokoi  wisiał  jego  wspaniały  portret  w  złoconych  ramach,  olśniewający
orderami, galonami i wstęgami. Nieboszczyk profesor Rzepecki, jako mniej reprezentacyjny,
patronował w jadalni i wspominany był rzadziej. Nie uchroniło to Murka od przymusu prze-
czytania jego dzieł, a właściwie podręczników z zoologii paleontologicznej.

Swojej gospodyni Murek nie lubił. Oburzała go ta ślepa nienawiść do wszystkiego, co nie

było przeszłością, pogarda dla teraźniejszości, dla dzisiejszych warunków bytowania, ustroju,
zwyczajów i układu społecznego, to jest dla wszystkiego tego, czemu on, dr Murek, zawdzię-
czał to, czym był, w czym zajmował określoną pozycję.

Owe  barwne  i  piękne  przedwojenne  czasy  pani  Rzepeckiej  dla  niego  były  mglistym,  ale

dojmująco  bolesnym  wspomnieniem  starego  zaharowanego  ojca,  układającego  się  na  brud-
nym  tapczanie  do  snu  w  wyleniałym  kożuchu;  zielonych  bagiennych  wygonów,  gdzie  pasł
gęsi; maleńkich ze starości wielokolorowych i zarośniętych kurzem szybek w kwadratowych
okienkach; kup gnoju pod chlewem i przeraźliwego krzyku matki, chorej, odkąd mógł zapa-
miętać, na kolki we wnętrzu.

Takie były te „stare dobre czasy”. Wąsaty żandarm austriacki, pan dziedzic, wielki, tłusty i

ochrypły,  siedzący  na  szerokozadej  klaczy  i  połyskujący  cholewami,  ksiądz  proboszcz,  za-
wzięcie targający za uszy wszystkich  rówieśników Murka, może jeszcze i pan leśniczy Mi-
zerko z długą strzelbą, przerzuconą na wyszywanym w kwiaty rzemieniu – możni tego świata
– ci zapewne czuli się dobrze. Bał się ich bardziej niż ojciec, chociaż nie umiał jeszcze tak jak
on ich nienawidzieć.

Kilka razy próbował przekonać panią Rzepecką, że w kim, jak w kim, a w nim, w doktorze

Murku, nie znajdzie współtowarzysza w żałobnych trenach nad grobem przeszłości. Zdawała
się nie rozumieć jego wyjaśnień, chociaż wiedziała,  że  pochodzi  z  chłopów  i  że  swoje  wy-
kształcenie, pozycję i wychowanie zawdzięcza przypadkowi.

background image

10

Marzył też o dniu, kiedy wreszcie stąd się wyprowadzi. Upatrzył już sobie ładne, sześcio-

pokojowe mieszkanie w domu Fajncyna na Zagajskiej. Wpłacenie zadatku odkładał do dnia
ustalenia daty ślubu. Panna Nira na kilkakrotne propozycje, by zechciała zobaczyć ich przy-
szłe „gniazdko”, zawsze odpowiadała odmownie. Nie wtrącała się  też w kwestie związane z
urządzeniem mieszkania. Na życzenie pani Horzeńskiej miała tam pójść część mebli z dworu
w  Czołnach.  Właściwie  meble  te  już  należały  do  Murka,  gdyż  wykupił  je  u  komornika  od
zajęcia. Tylko buduar z różowego mahoniu i palisandrowy  gabinet zamówił u miejscowych
stolarzy,  oczywiście  na  raty,  gdyż  niewielkie  swoje  oszczędności  chował  na  koszty  ślubu  i
wesela.

Odkładanie decyzji w tej sprawie martwiło i irytowało Murka. Minęły już trzy miesiące od

czasu,  gdy  oświadczył  się  i  został  przyjęty.  Nie  urządzono  wprawdzie,  wbrew  nadziejom
Murka, oficjalnych zaręczyn, lecz i tak całe miasto o tym wiedziało. Spotykani znajomi nie
omijali żadnej sposobności, by nagabywać narzeczonego pytaniami o dzień ślubu. Murkowi
zaś, im dłużej to trwało, tym częściej zdawało się, że w pytaniach czuje nutkę niedowierzania
czy nawet ironii.

Zresztą, gdyby od niego to zależało, wziąłby ślub natychmiast. Gdy już raz postanowił się

ożenić,  z  dnia  na  dzień  obrzydło  mu  jego  kawalerstwo,  samotność,  obiady  w  urzędniczym
klubie, kolacje u Wiecheckiego,  pani  Rzepecka  z  jej  ambasadorem  i  tandetnie  umeblowane
dwa pokoiki.

Spędzał w domu jak najmniej czasu. Nocował, a z rzadka wpadał, by zmienić ubranie lub

obuwie.  Wyobraźnią  od  dawna  był  już  na  Zagajskiej.  Układał  porządek  dnia,  wiedział,  że
każdą wolną od pracy chwilę będzie spędzał przy niej. Tak, wtedy szybko pozna ją do gruntu,
zwiąże z własnym życiem, odseparuje od całego jej dzisiejszego świata. Zdawał sobie sprawę,
że dotychczas nie przestał być dla Niry obcym, nie zdołał opanować jej myśli, zająć central-
nego punktu w jej dniu. Nieraz, w chwilach przygnębienia mówił jej z goryczą:

– Pani jest dla mnie treścią i celem, ja zaś dla pani tylko ewentualnością, ewentualnym wa-

riantem jutra.

Znalazł to zdanie w jakiejś niemieckiej powieści – pełno ich było w szafach pani Rzepec-

kiej – i bardzo mu się podobało. Dopatrywał się w nim tragicznego napięcia.

A ona uśmiechała się tajemniczo, opuszczała swoje długie, ciemne rzęsy, aż rzucały cienie

na policzki, i mówiła:

– Jeżeli jest tak, muszę uważać pana za szaleńca.
– A jest tak właśnie? – pytał z niepokojem.
–  Podobno  prawdziwy  mężczyzna  najbardziej  pragnie  niebezpieczeństwa  –  odpowiadała

wieloznacznie.

Po  takich  rozmowach  dr  Murek  nieraz  godzinami  leżał  w  ciemnym  pokoju,  rozważając

każde słowo, przypominając każdy ruch jej głowy, każde spojrzenie. Przerażał się wówczas
swoją bezradnością wobec tej dziewczyny. Właściwie mówiąc, nic  o niej nie wiedział. Była
dlań wielką ciemnością czy też wielką jasnością, przed którą stawał oślepły. Rozsądek pod-
suwał mu wygodne wytłumaczenie: jej pańskie  wychowanie, owa sztuka, która banalnością
słów, konwencją form, rytuałem zdawkowości opancerza człowieka  i ubezpiecza jego istotę
od badawczych spojrzeń, od przenikania na zewnątrz ech tego, co się w jego duszy dzieje.

Ale intuicja, a tę dr Murek miał nie mniej wrażliwą, nie dawała się zaspokoić tym jednym.

Intuicja domagała się wstępu poza ów giętki a nieustępliwy pancerz konwencjonalnych for-
mułek, przeczuwając za nim drugą i beznadziejną zaporę – obojętność.

Dr Murek nie chciał słuchać głosu tych zwątpień. Kochał, a jego miłość, jak każda miłość

prawdziwa, pełna była wiary. Chciał Nirę rozumieć, lecz nie chciał jej analizować, chciał ją
znać, lecz nie pragnął szperania w jej duszy, w jej życiu ani nawet w jej przeszłości. Kochał ją
tym prostym, silnym uczuciem, które nie tylko nie zaludnia wyobraźni potworkami trujących
pytań, lecz gotowe jest do bohaterskiego optymizmu.

background image

11

Widywał się z narzeczoną trzy lub cztery razy na tydzień, zawsze w domu jej rodziców lub

z rzadka na przyjęciach u Niewiarowicza, wojewody czy też u prezesa sądu, Tołubińskiego.
Nira bywała poza tym u swoich  ciotek, krewnych i znajomych  w pobliskich majątkach,  ale
Murek  tam  nie  bywał  zapraszany.  Państwo  Horzeńscy  mieszkali  przy  Wielkiej,  gdzie  stała
ich, a właściwie babki Horzeńskiej, willa, jedyna część pokaźnego kiedyś majątku, wolna od
ciężaru hipotek, banków i prywatnych wierzycieli.

Leżące  o  dwadzieścia  dwa  kilometry  od  miasta  Czołny,  puszczone  były  w  długoletnią

dzierżawę i tylko obrotności dzierżawcy zawdzięczały to, że jeszcze nie poszły na licytację.
Pan Horzeński już od dawna machnął na ten majątek ręką, a liczył tylko na jakiś pomyślniej-
szy obrót sprawy z niedużym folwarkiem Fastówką.

Do miasta przenieśli się już przed dwoma laty przez wzgląd na chorobę pani Horzeńskiej,

cierpiącej na dokuczliwą astmę,  co wymagało  częstych  wizyt  lekarskich.  Poza  tym  dwór  w
Czołnach, zamieszkały obecnie przez dzierżawcę, nie odznaczał się szczególniejszymi wygo-
dami, a jego zapuszczenie nie dawało odpowiednich ram pannie na wydaniu. Zresztą pretek-
stem przenosin była Fastówka, na której niby to pan Horzeński gospodarował, a także życze-
nie sędziwej babci Horzeńskiej, pragnącej umrzeć wśród swoich. W rzeczywistości staruszka
czuła się znakomicie i ani myślała umierać. Wprost przeciwnie. Z całej rodziny ona była naj-
ruchliwsza,  najżywiej  interesowała  się  wszystkim,  najdespotyczniej  pilnowała,  by  nikt  i  w
niczym nie wykroczył przeciw regułom, panującym w jej domu. Liczyła sobie lat dziewięć-
dziesiąt, a do ulubionych jej dowcipów należało przechwalanie się, że wygląda najwyżej na
osiemdziesiąt dziewięć.

Dr Murek przepadał za babcią Horzeńską i ilekroć był w willi przy ulicy Wielkiej, bazował

się w pobliżu jej fotela, w niej znajdował oparcie i ratunek w konwersacyjnych trudnościach,
u niej szukał pomocy, gdy ktoś z domowników lub gości brał go na cel dwuznacznych kom-
plementów, czyli po prostu impertynenckich kpin, do których nie można było przyczepić się,
a  które  stanowiły  specjalność  ludzi  ich  sfery.  Nie  wiedział,  czy  babcia  go  lubiła,  natomiast
ceniła go niewątpliwie i liczne miał tego dowody.

Mniej  lub  więcej  stałych  domowników  u  państwa  Horzeńskich  było  zawsze  sporo.  Do

stołu nie nakrywano nigdy mniej niż na dziewięć osób. Gdy zapraszano na kolację Murka, na
szczęście nie bywało gości.

Tym jednak  razem już  w  przedpokoju  zauważył  dobrze  znane  futro  z  ogromnym  bobro-

wym kołnierzem: adwokat Boczarski. Boczarski uchodził i lubił uchodzić za arbitra elegancji.
Ubierał  się  w  Warszawie  lub  nawet  w  Wiedniu,  zaliczał  siebie  do  arystokracji,  a  Murka
ostentacyjnie tytułował „panem kolegą” z tej racji, że obaj ukończyli studia prawnicze. Mając
w swym biurze nieraz wizyty  Boczarskiego,  Murek  tym  niechętniej  spotykał  go  na  gruncie
neutralnym  lub  w  domu  narzeczonej.  Drażniła  go  maniera  szpilkowania  rozmowy  obcoję-
zycznymi  wstawkami,  kolportaż  plotek  z  „wyższego  towarzystwa”  i  cały  ten  dęty  snobizm
adwokata, który – wszyscy o tym wiedzieli – bił po chamsku i zamykał w domu żonę, starszą
od siebie Żydówkę, z którą ożenił się dla pieniędzy.

Sprawdziwszy  przed  lustrem,  że  krawat  jest  dobrze  zawiązany  a  czarna  marynarka  i

spodnie w paski leżą bez zarzutu, Murek wyjął z kieszeni palta złożoną we czworo ścierecz-
kę, przetarł lakierki i wszedł do dużego pokoju, nazywanego przez babcię salonem, a przez
resztę  rodziny  hallem.  Przed  kominkiem,  na  którym  skwierczały  wilgotne  i  nie  chcące  się
rozpalić polana, siedzieli półkolem państwo Horzeńscy, Boczarski, pan Salwator, głuchy jak
pień stryj Horzeńskiego i marszałkowa Radecka, daleka kuzynka babci, wdowa po mohylow-
skim marszałku szlachty. Niry nie było. Przez uchylone drzwi jadalni dolatywał brzęk ukła-
danych przy nakryciach sztućców i donośny głos babci, komenderującej służbą.

– Otóż i pan Franciszek – tonem odkrycia powiał Murka gospodarz.
Murek nie lubił swego imienia, zwłaszcza w tym domu: lokaj Horzeńskich nazywał się tak

samo.

background image

12

Towarzystwo poruszyło się, panowie wstali, marszałkowa zapytała, czy pada deszcz, pani

Horzeńska zauważyła, że już jest listopad, a zatem pora na przymrozki, stryj Salwator miał
minę stropioną, a wreszcie uśmiechnął się, jakby usłyszał lekki dowcip.

Po dłuższej chwili Murek zauważył, że zbyt długo i niepotrzebnie manipuluje chusteczką

w okolicy nosa, schował ją do kieszeni i usiadł na okrągłym pufie. Towarzystwo wróciło do
przerwanej rozmowy o różnicy między etykietą hiszpańską a rosyjską. Pan domu był znawcą
tych rzeczy, Boczarski wtrącał gęsto uwagi, świadczące, że interesował się tym również.

W  pokoju  było  prawie  ciemno,  gdyż  lampkę  na  stole  przysłonięto  japońskim  parawani-

kiem, płomień zaś na kominku raz po raz przygasał, leniwie pełgając po białej korze brzozo-
wej i skręcając ją w rurki. Pani Horzeńska, niska pulchna brunetka w ciemnozielonej taftowej
sukni, mocno ściśnięta gorsetem, siedziała sztywno, nie opierając się o fotel i tylko jej zielone
oczy  ustawicznym,  niespokojnym  ruchem  zdradzały  nadmierną  nerwowość  tej  nieruchomej
postaci.  Na  Murku  pani  Horzeńska  zawsze  robiła  wrażenie  osoby  oczekującej  czegoś  z  ha-
mowaną niecierpliwością, opanowanej wewnętrzną gorączką, czującej się wszędzie i o każdej
porze jakby tymczasowo, podróżnie, przypadkowo.

Jej mąż przy swoim olbrzymim wzroście i masywnym tułowiu, pomimo żywej zamaszy-

stej  gestykulacji,  wyglądał  osiadłe  i  niewzruszenie.  Cienie  jego  rąk  kładły  się  poza  nim  na
dywanie, jak czarne skrzydła wiatraka, obracane porywistymi atakami wiatru. Szeroka, nie-
mal kwadratowa twarz, czerwona i mięsista,  wyrazistą  mimiką  akcentowała  każde  słowo,  a
siwe mociumdziejskie wąsy znajdowały się w nieustannym ruchu. Bardzo wysokie, wspaniale
sklepione i gładkie czoło kazało każdemu, kto pana Horzeńskiego bliżej nie znał, uważać go
za bardzo mądrego i światłego człowieka. Dr Murek dawno już pozbył się tego złudzenia, nie
wyrobił  sobie  jednak  o  przyszłym  teściu  żadnego  ujemnego  zdania.  Uważał,  że  winien  mu
jest szacunek, a to wykluczało wszelkie niepochlebne definicje. W każdym razie wolał go od
pani Horzeńskiej, milczącej i – jak sądził – egoistycznie skrytej. Do pana Salwatora, marszał-
kowej i do reszty domowników odnosił się z uważną uprzejmością, jak zresztą i do każdego
sprzętu w tym domu, gdzie nigdy nie umiał zdobyć się na swobodę.

Tego  dnia  czuł  się  gorzej  niż  zwykle.  Wciąż  nurtowało  go  wspomnienie  niezrozumiałej

awantury, jaką mu urządził Niewiarowicz, troska, a nawet niepokój o to, jak ułoży się dalsza z
nim współpraca, czy po wytrzeźwieniu – prezydent oczywiście był podchmielony – zechce on
cofnąć swoje zarządzenia?... Poza tym martwiła Murka obecność Boczarskiego. Oznaczało to,
że po kolacji trzeba będzie siąść do brydża i przepadnie sposobność rozmowy sam na sam z
Nirą. – Diabli tego kauzyperdę przynieśli... – irytował się w duchu, przyglądając się z niechę-
cią jego okrągłym, wystudiowanym ruchom, orlemu nosowi, klasycznym rysom i całej pate-
tycznej urodzie, o której nawet tak przenikliwa osoba, jak babcia, mówiła, że jest szlachetna.

Boczarski do wizytowego ubrania nie nałożył lakierek. Był w czarnych gemzowych półbu-

cikach, co u niego nie mogło być przypadkowe i Murek zanotował to sobie jako wskazówkę
na przyszłość. W tej i zbliżonych dziedzinach dr Murek dostrzegał wiele braków swego wy-
chowania, a chociaż sam do nich nie przywiązywał wagi, zdawał sobie sprawę z ich roli w
życiu. Pod tym względem dom państwa Horzeńskich traktował poniekąd jak kursy dokształ-
cające. Ilekroć zaś zdawało mu się, że razi innych swoją nieznajomością form towarzyskich,
odczuwał  coś  w  rodzaju  żalu  do  swego  opiekuna,  ś.p.  doktora  Słowińskiego.  Z  kolei  robił
sobie za te nadmierne pretensje gorzkie wymówki. I tak wszystko jemu i tylko jemu zawdzię-
czał.  Począwszy  od  pierwszych  tajemnic  alfabetu,  a  kończąc  na  wszystkim  tym,  czym  był
dzisiaj. Więcej! Zawdzięczał mu tę równowagę duchową, ten spokój wewnętrzny, tę trzeźwą i
uczciwą ocenę życia, ten czynny i z głęboko pojętego obowiązku wypływający swój stosunek
do  rzeczywistości,  do  państwa,  do  narodu,  społeczeństwa  i  ludzkości.  Jakże  łatwo  było
zwichnąć się w młodzieńczych latach. Skusić się atrakcyjnością światoburczych haseł, utopij-
nych programów, politycznych fantazji! Albo  ulec  pokusom  egzotycznego  indywidualizmu,
stać się jednym z tych ludzkich zwierząt, żerujących bezpożytecznie i samolubnie, pasożytem

background image

13

cynicznym i nietwórczym zastawiającym się przed odpowiedzialnością za własną egzystencję
cynicznym pojmowaniem doczesności.

– Nie ma rzeczy błahych, nie ma czynów obojętnych, mój Franku – mawiał ś.p. dr Słowiń-

ski.

Tą też zasadą kierował się w całym swym życiu. Przez długie lata aż do osiągnięcia rangi

radcy dworu i emerytury pracował w galicyjskiej administracji krajowej, uprawiał działalność
społeczną, był ceniony i szanowany. Klęską jego życia było to,  że nigdy nie ożenł się i nie
założył rodziny, co uważał za podstawowy obowiązek człowieka. Dlaczego go nie dopełnił?
Murek  nie  dowiedział  się  nawet  z  papierów  i  pamiętników  zmarłego.  Dość,  że  to  swoje
sprzeniewierzenie się własnym zasadom okupił wychowaniem i wykształceniem trzech ubo-
gich  chłopców:  Jana  Bardonia,  który  zginął  w  randze  porucznika  armii  austriackiej  w  roku
1915  pod  Przemyślem,  a  po  którym  radca  do  śmierci  nosił  żałobę,  Hieronima  Pasłęckiego,
obecnie prokuratora sądu apelacyjnego i najmłodszego z nich, Franciszka Murka.

Po radcy odziedziczył dr Murek sporą bibliotekę dzieł prawniczych, filozoficznych i mo-

ralistycznych,  a  jeszcze  bardziej  wymowny  od  drukowanego  spadku  testament  poglądów,
związanych w logiczny system, w którym świat był zorganizowany jak wielka piramida, we-
dług rozumnych, a zatem świętych praw hierarchii, o stopniu zaś, o kondygnacji w tej pirami-
dzie  dla  poszczególnego  człowieka,  decyduje  jego  wartość  wewnętrzna  i  przydatność  spo-
łeczna, jego zasługi, cnoty obywatelskie i ludzkie, poziom umysłu, ciężar wiedzy a także cha-
rakter, czyli wola i trwałość zasad. Wszelkie zakłócenia w tym  uporządkowanym obrazie są
zgubą dla całości a klątwą dla winowajców.

Franciszek  Murek  przejął  ten  spadek  i  był  sumiennym  jego  wyznawcą,  nie  tylko  przez

pietyzm dla zmarłego lecz i z własnego najgłębszego przeświadczenia. Zawsze na bodaj naj-
drobniejszym odcinku swojej pracy nie zaniedbywał niczego by wypełnić zadanie już

 

przez to

wielkie i ważne, ze stanowiące cegiełkę w strukturze całej piramidy.

Jak był pilnym uczniem w gimnazjum, nie mniej pilnym słuchaczem prawa na uniwersyte-

cie  a  później  urzędnikiem  starającym  się  powierzone  mu  obowiązki  wypełnić  jak  najlepiej,
tak też uważał za konieczne przyswojenie sobie takich form zewnętrznych, które w jego po-
zycji są nieodzowne.

Dlatego  słuchając  wywodów  pana  Horzeńskiego  o  etykiecie  dworskiej,  która  wydawała

mu się śmiesznym komedianctwem, szybko przywołał siebie do porządku wyjaśnieniem so-
bie, że nie powinien zbyt pochopnie osądzać przedmiotu, którego w demokratycznym ustroju
nie mógł poznać, a który zapewne ma rację i sens istnienia już

 

przez to samo, że istniał.

Nie mógł jednak  skupić  uwagi.  Drażniła  go  przeciągająca  się  nieobecność  Niry.  Nie  był

pewien,  ale  zdawało  mu  się  że  z  odległego  pokoju  słyszy  jej  głos  jakby  rozmawiała  przez
telefon.

Zjawiła się dopiero przy stole. W czarnej wieczorowej sukni z matowego jedwabiu, obci-

słej i wąskiej u kolan, wyglądała jak giętka łodyga zakończona  jasnym kwiatem szerokiego
dekoltu i małej, kształtnej głowy. Wiedział,  że  nie  można  jej  było  nazwać  pięknością,  wie-
dział  iż  wielu  mężczyzn  razi  jej  dumne  podniesienie  głowy  i  wyzywające  spojrzenie  i  nie
mniej wyzywające duże, jędrne usta, a jednak przy każdym nowym spotkaniu doznawał jakby
olśnienia.  Wydawała  mu  się  za  każdym  razem  nieskończenie  wspanialsza,  niespodziewanie
doskonalsza od tej, którą przecież z drobiazgową ścisłością umiał przy każdym przymknięciu
oczu wytworzyć w wyobraźni.

Gdy podawała mu rękę, Murek powiedział kilka słów zdawkowych i bez sensu. Przy stole

siedział  naprzeciw  Niry.  Tak,  nie  omyliło  go  pierwsze  spojrzenie:  na  pewno  miała  jakieś
przykrości, może nawet płakała. Oczy były mocno podsinione, brwi lekko ściągnięte i bledsza
była niż zwykle, tylko usta zdawały się płonąc. Nie używała żadnych różow ani karminu do
warg. I tak zwracała uwagę kolorytem złotawej cery, miedzianym  połyskiem czarnych wło-
sów, głęboką, lśniącą czernią oczu i ciemnym rumieńcem policzków.

background image

14

Przypatrywał  się  narzeczonej,  nie  odrywając  –  o  ile  pozwalała  na  to  ogólna  rozmowa  –

spojrzenia. Przy kolacji Nira  zapytała  go  dwa  razy  o  jakieś  obojętne  rzeczy,  poza  tym  mil-
czała. Babcia również jakby  czymś skłopotana, całą uwagę skupiała na jedzeniu. Przy stole
siedziano prawie półtorej godziny. Były przekąski, później jakaś ryba i kwiczoły, a na zakoń-
czenie krem z konfiturami. Ci ludzie przejadali sumy!

Czarną kawę podano w hallu, gdzie też rozstawiono stoliki do brydża. Dr Murek skorzystał

ze sposobności i wszedł za Nirą do buduaru.

– Jaka szkoda – zaczął – że będę musiał grac. Tyle sobie obiecywałem...
Nie dokończył i uśmiechnął się prosząco. Nira spojrzała nań roztargniona:
– Ach tak – powiedziała bez intonacji.
– Pani miała dziś jakieś zmartwienie, panno Niro?
– Ja? – zdziwiła się i niespodziewanie roześmiała się wesoło i szczerze – ależ wprost prze-

ciwnie.

Dziwnie onieśmielił go ten wybuch wesołości.
– Nie rozumiem – zająknął się – bardzo się cieszę, ale myślałem. Pani źle wygląda...
–  Ach,  rzeczywiście  –  spojrzała  w  lustro  –  przepraszam,  panie  Franku.  Tak,  tak,  bolała

mnie głowa A cóż pan? Dużo było dziś roboty z tym kontrolerem?

– Nareszcie skończyła się – zatarł ręce – Gąsowski wyjechał.
– Samochodem? – zainteresowała się.
– Jakim samochodem? Cóż znowu, koleją. Przypuszczam, że koleją, bo i przyjechał...
– Nie wiem, ktoś mi wspominał, że miał go zabrać pan Junoszyc swoim mercedesem.
– Skądże. Wątpię.
– Może mi się przesłyszało – wzruszyła ramionami.
– A kto o tym mówi?
– Och jakiż z pana nudziarz. Nie pamiętam – w jej

 

głosie zabrzmiało zniecierpliwienie.

– Niech pani wybaczy, panno Niro – z nabożeństwem wziął jej

 

rękę i pocałował – zasta-

nowiło mnie to. Ze względu na pana Junoszyca. Zresztą przypuszczałem, że wyjedzie. Nie-
stety, nie mogliśmy przyjąć jego oferty.

Wydęła usta.
– Naturalnie. Ponieważ ja ośmieliłam się prosić pana o życzliwe ustosunkowanie się do tej

sprawy. Naturalnie. O, nie, nie robię panu z tego zarzutu W każdym razie już

 

nigdy nie spró-

buję obarczać pana swymi prośbami.

– Ale, panno Niro – zaśmiał się szczerze – osobiście dla pani gotów byłbym ponieść naj-

większe straty, ale magistrat i miasto nie są moją własnością. Czyż pani nie bierze tego pod
uwagę, że...

– Że pan chciał jak najprędzej wykurzyć stąd człowieka mając doń doprawdy bezzasadną

niechęć? Owszem. Ale zapewniam pana, że to nie jest fair. Nie jest fair. I jeszcze panu po-
wiem że mężczyzna tego typu co pan Junoszyc, nie potrzebuje ani mojej, ani niczyjej obrony.
O, kto jak kto, ale on na pewno nie.

Murek poczerwieniał. Chciał przekonać ją, że na odmowną decyzję w najmniejszym stop-

niu nie wpłynęły pobudki osobiste, chciał jak najostrzej przywołać ją do porządku. Gorycz,
oburzenie i ból tak mu jednak skotłowały myśli, że tylko przygryzł wargi i spojrzał narzeczo-
nej w oczy.

Zreflektowała się i machnęła ręką:
– Zresztą, co to mnie obchodzi. Mam wszakże nadzieję, że zmieni pan swoją metodę po-

stępowania w stosunku do mnie w wypadku, gdybym została pańską żoną.

– Jak to... w wypadku? – wykrztusił i tak zbladł, że uznała za stosowne złagodzić sytuację:
– Gdy zostanę pańską żoną.
Gwałtownie chwycił ją za ręce:

background image

15

– Panno Niro, Niro, błagam panią, niechże pani ma trochę dla mnie litości, odrobinę... ser-

ca... Pani nawet nie może sobie wyobrazić, jak panią kocham... jak... Wargi mu drżały, głos
wibrował. Pokrywał pocałunkami jej dłonie, tulił je do ust, do oczu, do czoła.

–  O,  przepraszam  –  rozległ  się  od  drzwi  głos  pana  Horzeńskiego.  –  Niro,  daruj,  ale  pan

Franciszek pożądany jest przy stoliku.

– Ależ, proszę bardzo – odpowiedziała chłodno.
Idąc do hallu, Murek stwierdził, że czoło, dłonie i twarz ma wilgotną od potu. Jeżeli ona to

spostrzegła, mogła odczuć obrzydzenie. Niech diabli porwą te karty!

A karta szła mu tego wieczora jak nigdy. Już w pierwszym robrze z niejakim, a nawet z

dużym ryzykiem zalicytował szlema w karo i zrobił go z kontrą.  Nie uważał, lecz szczęście
mu dopisywało. Po drugiej, wstając od stolika, był wygrany przeszło sto złotych. Najwięcej
przegrał mecenas Boczarski i to najbardziej cieszyło Murka.

Panie już spały, oprócz babci, która wytrwale kibicowała synowi. Murek wyszedł razem z

Boczarskim, a że mieszkali przy jednej ulicy, musieli nadal znosić swoje towarzystwo, cho-
ciaż obaj nie byli tym zachwyceni. Deszcz ustał, niebo iskrzyło się gwiazdami, od rzeki cią-
gnął ostry, mroźny wiatr. Szli w milczeniu. Gdy przy kościele skręcali w Brzeską, mecenas
zapytał:

– Od dawna zna pan radcę Gąsowskiego?
– Ja?... Dlaczego mecenas pyta?... Wcale go nie znałem.
– Hm... Szkoda, że doktor nie był na pożegnalnym śniadaniu w klubie. Dali dobre kaczki.

Wcale nie najgorszy burgund.

– Mecenas był? – zdziwił się Murek.
–  Ach,  kogo  tam  nie  było!  Chyba  ze  trzydzieści  osób.  A  jednak...  pańska  nieobecność

zwróciła ogólną uwagę, doktorze.

– Moja? – wzruszył ramionami – cóż ja... Nie lubię takich bankietów.
Mecenas rzucił lekko:
– Różnie to komentowano.
– Co?
– Pańską nieobecność. Właśnie... Nawet Gąsowski głośno wyrażał zdziwienie, że pan jak-

by go unikał.

– Cóż w tym dziwnego. Nie rozumiem...
Boczarski ziewnął i machnął parasolem:
– Źle się wyraziłem. Gąsowski nie dziwił się, tylko stwierdził, że właściwie nie ma czemu

się dziwić.

– Nie rozumiem – zniecierpliwił się Murek.
–  Mój  Boże,  no,  nie  słuchałem  tego  ze  specjalną  uwagą.  Dał  jakby  do  zrozumienia,  że

doktor go unika, gdyż nie chce przypomnieć mu swoją osobą jakichś dawnych historii. Po-
wiedział coś w tym rodzaju: – nazwisko pana Murka od razu wydało mi się znajome, ale teraz
już je dokładnie przypominam.

Murek stanął i wziął Boczarskiego za ramię:
– Ale, panie, ja nigdy go na oczy nie widziałem! Ja nie miałem  z radcą Gąsowskim żad-

nych historii! To jest jakieś nieporozumienie!

– Bardzo możliwe – obojętnie zgodził się mecenas.
– Więc cóż za pretensje?
– Czy ja wiem, drogi panie – skrzywił się Boczarski – może pan miał w przeszłości takie

czy inne zdarzenia, które mogły się władzom nie podobać.

– Przecież nikogo nie okradłem ani zamordowałem! – wybuchnął Murek.
– O zapewne, zapewne... Ale, drogi panie, w dzisiejszych czasach tyle ludzi należy do róż-

nych  niepożądanych  organizacji,  wyznaje  niebezpieczne  poglądy...  Namnożyło  się  tego.  Tu
komuniści, tam masoni, faszyści, antysemici, socjaliści, anarchiści... terroryści... diabli wiedzą.

background image

16

Murek roześmiał się:
– Tylko, że ja, panie mecenasie, do żadnych takich rzeczy nie należę.
– Zapewne. Ala wie pan, co Anglicy nazywają „szkieletami w szafie”?
– Nie.
– Takie różne sprawy, o których się już zapomniało, a które po  latach odnajdują się nie-

spodziewanie.

– Śmieszne rzeczy – odrzekł spokojnie Murek. – Ja nie mam żadnych szkieletów w szafie.
– Tak?... Tym lepiej. Widocznie to te... jakże... halucynacje... he... he... he... No, dobranoc,

doktorze, ograł mnie dziś pan paskudnie, ale zrewanżuję się. Dobranoc.

– Zawsze służę mecenasowi.
Rozstali  się.  Murek  przyśpieszył  kroku,  koło  komisariatu  policji,  gdzie  z  okien  bił  ostry

blask,  spojrzał  na  zegarek.  Stojący  przed  bramą  posterunkowy  zasalutował  mu  służbiście  i
życzliwie. W domu było zimnawo, pani Rzepecka nie lubiła wydawać na opał. Trzeba było
cienką kołdrę uzupełnić letnim kocem. Rozmyślał o głupstwach usłyszanych od Boczarskie-
go, lecz nie przejmował się nimi zbytnio. Po pierwsze mecenas miał zwyczaj nietrzymania się
ścisłej prawdy, a po drugie wszystko to nie miało źdźbła podstaw.

Nazajutrz o ósmej był już w biurze. Przejrzał korespondencję, podyktował pannie Celinie

kilka listów i Wyszedł do Izby Skarbowej, by z prezesem Czakowskim ostatecznie uzgodnić
rozrachunki  z  tytułu  podatków  komunalnych.  Czakowski  przyjął  go  mniej  serdecznie  niż
zwykle. Nie zaczął od pytania, którym zawsze witał Murka: – Kiedyż doktor zdecyduje się
przejść  z  tego  swego  magistratu  do  nas?  Natomiast  powiedział,  że  jest  zajęty  i  skierował
Murka do swego zastępcy, doktora Żytniewicza.

Tu go też po upływie kwadransa złapał telefon panny Celiny.
– Był pan prezydent – mówiła przestraszonym głosem – strasznie się pieklił, że pana dok-

tora nie ma, że wczoraj coś polecił panu doktorowi, a to nie jest wykonane...

Murek  mruknął  „dobrze”,  przeprosił  Żytniewicza  i  popędził  do  magistratu.  Pamiętał  o

wczorajszym zarządzeniu prezydenta, lecz nie brał tej dyspozycji poważnie. I teraz chciał mu
to wyperswadować, toteż nie zachodząc do siebie, od razu poszedł do Niewiarowicza.

– Pan prezydent mnie szukał? – zwrócił się do sekretarza Więcka.
– Tak. Bardzo się gniewał.
– Zaraz go udobrucham – uśmiechnął się i zawrócił do drzwi gabinetu, lecz sekretarz za-

trzymał go:

– Pan prezydent zabronił kogokolwiek wpuszczać bez meldowania. Ja zaraz pana doktora

zamelduję.

– Zwariowałeś pan, panie Więcek? – żachnął się Murek. – Ja mam się meldować?!
– Cóż ja poradzę – rozłożył ręce – taki rozkaz.
– Ha, no to idź pan.
Więcek znikł bezszelestnie za drzwiami i po chwili wrócił:
– Pan prezydent prosi zaczekać.
– Czy tam ktoś jest?
– Nie, panie doktorze.
Murek spojrzał nań pytającym wzrokiem, lecz Więcek wbił oczy w  biurko. Dwie maszy-

nistki pod ścianą zerkały zaciekawione w stronę Murka.

Zaczął  chodzić  po  pokoju.  Minęło  pięć  minut,  dziesięć.  Czuł, że  maszynistka  nie  spusz-

czają zeń oczu.

– Może pan doktor spocznie? – podsunął mu krzesło Więcek.
– Nie, dziękuję.
Starał się zachować spokój, lecz przychodziło mu to z trudnością:

background image

17

– W tym musi coś być – powtarzał w myśli – musi coś być. Po kwadransie dzwonek za-

brzęczał trzykrotnie i Murek natychmiast wszedł do gabinetu. Niewiarowicz z ponurą miną i
jakby ociągając się, podał mu rękę zza biurka.

– Dziwię się  bardzo  –  zaczął  oschłym  tonem  –  że  zaniedbuje  pan  swoje  obowiązki.  Nie

mogę tolerować tego, bym musiał w godzinach urzędowych szukać swoich podwładnych po
całym mieście.

– Byłem w Izbie Skarbowej, panie...
– To już nie należało do pana. O ile się nie mylę, wydałem panu wczoraj polecenie przeka-

zania spraw podatkowych właściwemu referentowi. Tymczasem był pan łaskaw nie zastoso-
wać  się...  Tak...  Zlekceważyć  moje  zlecenie.  Ani  pan  Lassota,  ani  pan  Kubinowski  nic  od
pana nie dostali. To jest przeciwne mojemu pojęciu o porządku.

– Panie prezydencie.  Bardzo przepraszam, ale sądziłem, że to nie jest aż  tak  pilne.  Poza

tym myślałem, że... zdawało mi się, że pan był zadowolony z mojego...

– Panie doktorze – przerwał Niewiarowicz – pan sądził, pan myślał, to panu wolno. Ale nie

wolno panu ignorować moich dyspozycji. Tak. Ma pan ściśle określony zakres spraw i proszę
do nich wrócić. Jeżeli zaś to panu nie odpowiada.... Ha... Wspominał pan, iż Czakowski cią-
gnie pana do siebie. Cóż?... W  skarbowości  można  zrobić  karierę.  Osobiście  radziłbym  pa-
nu... Tak. Tam dostałby pan etat...

Niewiarowicz  dotychczas  siedział  nieruchomo  i  wyraźnie  unikał  wzroku  Murka.  Teraz

wstał i zbliżył się do niego.

– Etat by pan dostał – powtórzył zachęcającym tonem.  –  Słowo  daję,  że  życzę  panu  jak

najlepiej. Jeżeliby pan chciał, to mogę nawet pomówić o tym z Czakowskim. Tak. Co?

Murek patrzył na Niego szeroko otwartymi oczyma:
– Ależ panie prezydencie – wyjąkał. – Ja wcale nie miałem zamiaru... I dlaczego?... Prze-

praszam, jeżeli zawiniłem i na przyszłość...

– Na przyszłość – wpadł mu w słowo Niewiarowicz – powinien pan oceniać życzliwe ra-

dy. Ot co! Widzę, że panu praca  w samorządzie nie odpowiada. Pan jest młody, doktorze i
życie przed panem. Tak. A tutaj co?... No, panie Franciszku, niech pan raz posłucha doświad-
czonej rady starego człowieka. Tak będzie najlepiej. Dla pana...

Murek oparł się ręką o krzesło. Teraz już nie wątpił, że wchodzą tu w grę owe niedorzecz-

ne zarzuty Gąsowskiego, o których mówił Boczarski. Postanowił rzecz postawić jasno.

– Panie prezydencie – zaczął – mówiono mi, że wczoraj na bankiecie radca Gąsowski wy-

raził w stosunku do mnie czy do mojej przeszłości jakieś podejrzenia. Otóż zapewniam pana
prezydenta,  że  nigdy,  pod  żadnym  względem  nie  zrobiłem  nic  takiego,  czego  bym  musiał
wstydzić się, co bym  musiał  ukrywać.  I  jeżeli  dlatego  pan  prezydent  chce,  bym  się  usunął,
gotów jestem świadkami udowodnić...

Głos mu uwiązł w gardle.
Niewiarowicz poczerwieniał i wybuchnął:
– Co pan! Co znowu! Zbiera pan jakieś idiotyczne plotki po mieście, imputuje mi pan ja-

kieś  konszachty,  inwigilacje...  Co  za  bzdury!  Mnie  tam  nie  obchodzi  czyjeś  gadanie.  Może
pan myślisz, że boję się kogoś? Że wystarczy  palcem  kiwnąć,  żebym  już  dudy  w  miech?...
Pan mnie obrażasz, panie Murek! Tak. Pan nie zdaje sobie sprawy z tego, że mówi pan do
Niewiarowicza,  herbu  Pomian!  Pluję  na  wszelkie  stosunki.  Rozumie  pan?  Niewiarowicze
swymi  szablami  wyrąbali  swoją  niezależność.  Jacek  Niewiarowicz  kazał  biskupowi  Hro-
mieszce wlepić dwadzieścia nahajów w goły tyłek, gdy ten ośmielił się mu grozić królewskim
trybunałem! Rozumiesz pan? A pan mię tu posądzasz o to, że się kogoś lękam?... Tak?... To
jest, wybacz pan, bezczelność, panie Murek...

Z rozmachem uderzył pięścią w stos papierów, aż kałamarze podskoczyły na biurku.
– Nic mnie pańska przeszłość nie obchodzi i nic niczyje gadania – sapał, rozgarniając i bu-

rząc  swoje  siwe  włosy,  aż  się  nastroszyły  i  nad  czerwoną  od  gniewu  twarzą  wyglądały  jak

background image

18

rozwichrzony srebrny płomień. – Pan nie masz nawet szacunku dla zwierzchnika. Tak. Ale ja
panu zakazuję występować przede mną z czymś podobnym. Ja to wykluczam raz na zawsze.

Niewiarowicz  dyszał  ciężko  i  tak  był  podniecony,  że  bez  celu  przekładał  i  przestawiał

gwałtownymi ruchami różne przedmioty na biurku. Cały ten wybuch był dla Murka niezro-
zumiały. Wspominając o bankiecie, nie użył przecież żadnego słowa niestosownego! Nie miał
najmniejszego  zamiaru  urażenia  prezydenta  i  milczał  teraz,  ostatecznie  zdezorientowany,
chociaż ucieszył się tym, że owa opowiedziana przez Boczarskiego historyjka nie miała nic
wspólnego z rażącą zmianą w ustosunkowaniu się doń Niewiarowicza.

Po dłuższym milczeniu Murek odezwał się:
– Bardzo przepraszam, panie prezydencie, nie miałem ani w myśli czymkolwiek pana do-

tknąć.

Niewiarowicz zakaszlał, mruknął coś pod nosem i pochylił się nad papierami.
– Zaraz, według życzenia pana prezydenta, oddam te referaty Lassocie i Kutnowskiemu.
– Niech pan przedtem mnie to pokaże – kiwnął głową Niewiarowicz.
Murek skłonił się i wyszedł. Z miny Więcka i maszynistek wywnioskował, że podsłuchi-

wali. Zresztą i podsłuchiwać nie potrzebowali. Prezydent krzyczał na cały gmach. W każdym
razie odczuł wyraźnie zmianę swojej sytuacji. Jeszcze wczoraj za podsłuchiwanie zrobiłby im
surową wymówkę. Dziś musiał udać, że niczego nie spostrzega.

Panna Celina, wątła, anemiczna blondynka, przywitała Murka wystraszonym spojrzeniem.

Widocznie nasłuchała się już od innych sprawozdań z awantury w gabinecie prezydenta.

Bez słowa otworzył szafę i zaczął wyjmować akta. Była tego spora kupa. Gdy zaczął pra-

cować  w  magistracie,  miał  przydzielone  tylko  trzy  referaty.  Z  biegiem  czasu  Niewiarowicz
przekazywał  mu  coraz  więcej  nowych,  przy  czym  tak  się  złożyło,  że  dr  Murek,  chociaż  w
poborach i w randze równy innym szefom sekcji, stał się ich faktycznym zwierzchnikiem i –
jak  mówiono  –  trząsł  całym  zarządem  miejskim.  Nie  przysparzało  mu  to  sympatii  ani  w
oczach kolegów, ani wśród wielu zawistnych, rozplotkowanych i ustawicznie wzajem prze-
ciw sobie intrygujących urzędników w mieście, w Izbie Skarbowej, w województwie, w sta-
rostwie itd. Niezasłużenie, gdyż Murek wcale nie rwał się do władzy. Po prostu lubił praco-
wać, umiał dbać o ogólny porządek, a w swoich działach pracował tym systematyczniej, że
nie wierzył w swoje zdolności do improwizacji. Myślenie, wyrabianie własnego zdania, ogar-
nianie  jakiegokolwiek  przedmiotu  przychodziło  mu  z  większą  trudnością  niż  innym.  Już  w
latach szkolnych cierpiał bardzo z powodu tego upośledzenia. Niektórzy profesorowie wręcz
odmawiali  mu  inteligencji.  Do  równowagi  wrócił  dopiero  wtedy,  gdy  zwierzył  się  ze  swej
tragedii śp. doktorowi Słowińskiemu.

– Mówisz głupstwa – powiedział wtedy Słowiński. – Patrzę na ciebie od czasu, gdyś jesz-

cze nie  miał  dziewięciu  lat.  Bądź  przekonany,  że  uważniej  i  z  większym  zainteresowaniem
obserwuję  twój  rozwój  niż  ci  pedagodzy.  Nie  robię  im  z  tego  zarzutu.  Są  jeszcze  młodymi
wychowawcami.  Ale  zapewniam  cię,  że  w  porównaniu  z  twoimi  kolegami,  nie  jesteś  ani  o
jotę głupszy. Wiesz tyle, co oni, a rozumiesz może więcej. Nie masz tylko owej lotnej inteli-
gencji, owej błyskotliwości umysłowej. Myślisz wolniej, lecz nie znaczy to, byś myśleć nie
umiał.

Słowa te głęboko zapadły w pamięć Franciszka Murka, uratowały go przed utratą wiary w

siebie, pozwoliły mu przebrnąć przez ostatnie lata gimnazjum i wydział prawny uniwersytetu,
wreszcie wskazały metodę pracy samodzielnej i dały kamerton w jego ustosunkowaniu się do
ludzi, nakazując powściągliwość w reakcjach, opanowanie impulsów, działanie po dojrzałym
namyśle.

Dlatego właśnie po upływie pół godziny, wracając z plikiem teczek do gabinetu Niewia-

rowicza,  nie  miał  jeszcze  gotowych  wniosków,  nie  wyrobił  sobie  zdania  o  zachowaniu  się
prezydenta i postanowił nie spieszyć z zabiegami o wyjaśnienie pobudek i celu jego działania.

background image

19

Niewiarowicz już się uspokoił, a chociaż unikał po dawnemu wzroku Murka, rozpytywał

go  tonem  niemal  życzliwym  o  szczegóły  przedstawionych  przezeń  referatów.  Przy  nim  też
wezwał Lassotę, Kubinowskiego i Jelczę, oddając im papiery i zaznaczając, że dr Murek jest
przeciążony nadmiernie cudzą robotą.

Gdy zostali sami, podszedł do okna i nie odwracając się, powiedział:
– Na pańskim miejscu, doktorze, pomyślałbym o przeniesieniu się do jakiejś innej instytu-

cji. Mówię to dla pańskiego dobra.

Zrobił dłuższą pauzę i dodał:
– Stałe stanowisko, etatowa posada, to wielka rzecz.
– Zapewne – przełknął ślinę Murek.
– O, widzi pan. A w samorządzie dziś o etaty trudno. Co to trudno! Nie ma najmniejszej

nadziei. Tak.

– Ja też nie liczyłem na etat – pośpieszył zaznaczyć Murek.
–  Nie  liczył  pan?...  Bardzo  słusznie.  Ba,  może  dojść  do  obniżki  uposażeń.  Ministerstwo

krzywi się na wysokość budżetów w samorządach.  Zwłaszcza na koszty  administracji. Tak.
Tymczasowa rada miejska też mnie ciśnie. Hm... Nie wiem. czy nie będę zmuszony przepro-
wadzić... redukcji. Tak... hm... właśnie redukcji...

Odwrócił się, obciągnął marynarkę, chrząknął i zapalił papierosa, a raczej usiłował go za-

palić, bo mu zapałki jedna po drugiej gasły. Murek wydobył swoją zapalniczkę i podał Nie-
wiarowiczowi ogień.

Prezydent zerknął ku niemu i powiedział:
– No, doktorze, ale trzeba zabrać się do roboty. Do widzenia!...
Murek wrócił do swego pokoju i zabrał się do pracy. Szybko załatwił bieżące sprawy, po

czym wyszedł do poczekalni, by rozsegregować interesantów. Woźni jeszcze nie wiedzieli o
nowym podziale  kompetencji:  trzeba  było  petentów  skierować  do  Lassoty,  Kubinowskiego,
Jelczy lub też zostawić sobie. W związku z tym wynikło pewne zamieszanie, tym większe, że
jak zwykle pod koniec miesiąca, interesantów było wielu. Do pierwszego grudnia zostawało
trzy dni.

Przypominał o tym nie tylko napływ roboty w magistracie, lecz i przyroda. Zima nadcho-

dziła szybkim krokiem. Od południa zaczął padać śnieg. Pokrył białą warstwą dach dwupię-
trowej kamieniczki naprzeciw, drzewa przed cukiernią Kesla, ratuszowe sztachetki i sięgające
okien kopulaste tuje. W biurze zrobiło się bardzo jasno i zdawało się cieplej, chociaż mróz
wzrastał, a śnieg nie przestawał padać.

Około  czwartej,  gdy  wychodził  z  magistratu,  spotkał  Murek  panie  Horzeńskie.  Matka  w

szerokim  karakułowym  futrze  wyglądała  pękato  i  ciężko  przy  Nirze,  jeszcze,  zdawało  się,
wyższej i smuklejszej w popielicowym żakiecie, który jej  sięgał  zaledwie  do  bioder,  odsła-
niając całą długość nóg, obciągniętych wąską spódnicą z szorstkiego angielskiego materiału.

Obie panie obładowane były paczkami. Wychodziły właśnie ze sklepu Rubinkrauta i ucie-

szyły się ze spotkania kogoś, gotowego do uwolnienia ich od ciężaru.

– Tylko do dorożki – usprawiedliwiała się pani Horzeńska – sądzę, że znajdziemy je przy rogu.
Przy rogu jednak okazało się, że lepiej przejść się i Murek odprowadził je aż do willi.
– Nie jest pan dzisiaj specjalnie rozmowny – powiedziała mu na pożegnanie Nira z odcie-

niem niezadowolenia.

– Ja? – opamiętał się. – Ale cóż znowu!...
– Słowa z pana nie można wydobyć.
Pani Horzeńska uśmiechnęła się i konwencjonalnie dodała:
– Cóż, to przywilej zakochanych...
– Przesadzasz, mamo – odezwała się Nira. – Pan Franek nawet nie ucieszył się z naszego

spotkania...

background image

20

Spojrzał  na  nią  z  wyrzutem.  Już  chciał  powiedzieć,  że  nie  powinny  gniewać  się  na  jego

humor,  gdyż  miał  w  biurze  rozmaite  przykrości,  ale  ugryzł  się  w  język.  Natomiast  przypo-
mniał sobie, że Jabłkowski, dzierżawca placów tenisowych w miejskim parku, zawiadomił go
o otwarciu ślizgawki. Zaproponował też Nirze, by poszli tam wieczorem.

–  A  dobrze  –  ożywiła  się.  –  Niech  pan  wstąpi  po  mnie  o  siódmej.  Mamo,  nie  masz  nic

przeciwko temu?

– Nie. jeżeli pan mi obieca, że nie zaziębi Niry...
– Obiecuję najsolenniej.
– Więc do siódmej!
– Rączki całuję.
Zawrócił w stronę klubu, lecz przeszedł mimo. W klubie spotkałby wielu kolegów, a nie

chciał ich widzieć. W restauracji Wiecheckiego obiad kosztował o trzydzieści groszy drożej,
ale było pusto. Jadł bez apetytu, za to wypił kilka większych wódek, bo gryzły go myśli.

Nie rozumiał, co mogło wpłynąć na zmianę ustosunkowania się doń Niewiarowicza. Jako

urzędnik  nic  nie  miał  sobie  do  wyrzucenia.  Jeżeli  zaś  wchodziły  w  grę  owe  fantastyczne
„szkielety w szafie”, o których mówił mecenas Boczarski, to po pierwsze nigdy do żadnych
organizacji nie należał, polityką nie zajmował się, prawomyślności swojej mógł dowieść, a po
wtóre sam prezydent najkategoryczniej wykluczył podobne insynuacje.

– Zatem, co się stało? – zachodził w głowę.
Bo jednak coś się stać musiało. Nie mogło to wszystko spaść z nieba wraz z pierwszym

śniegiem. I skąd nagle prezydent doszedł do doradzenia mu Izby Skarbowej?... Albo te napo-
mknienia  o  oszczędnościach  w  magistracie,  o  redukcjach?...  Nie  zamierza  go  chyba  nastra-
szyć i w ten sposób przygotować do obniżki pensji. Dla Murka jakakolwiek obniżka byłaby
ciosem poważnym ze względu na owe raty, którymi spłacał zamówione meble, no i ze wzglę-
du na jego przyszły rodzinny budżet...

– Co się stało? – powtarzał sobie w kółko i w kółko wracał od jednej myśli do drugiej. Nie

umiał jednak znaleźć z nich wyjścia. Wypił jeszcze kieliszek wódki i zgniewał się:

– A niech sobie będzie, jak ma być!
Zapłacił i poszedł do domu przebrać się, a pięć przed siódmą dzwonił już do drzwi willi

Horzeńskich. Nie chcąc zdejmować kożuszka, czekał w przedpokoju dobre pół godziny, za-
nim wybiegła Nira, ubrana cała na biało i jeszcze piękniejsza (w tym stroju nikt jej piękności
nie może odmówić – pomyślał) niż zawsze. Trochę skrzywiła się,  że nie wziął dorożki, ale
ostatecznie orzekła, że powietrze jest cudowne i nawet nie chciała oddać narzeczonemu swo-
ich łyżew, którymi dzwoniła wesoło..

Właściwie nigdy dotychczas nie zdarzyło się, by mogli tak długo być we dwójkę i to roz-

promieniło Murka. Nira była swobodniejsza, prawie radosna i niemal zalotna. Patrzył w nią
jak w słońce.

– Boże! – mówił prędko, jakby chciał zdążyć powiedzieć jej jak najwięcej.
– Boże! Jaka pani jest cudna. To trudno sobie wyobrazić, że to nie fantazja, ale rzeczywi-

stość, że to się stanie, że nikt inny, tylko właśnie ja, że...

– Ale co „że”!? – śmiała się. – Niechże już pan skończy.
–  Przez  całe  życie  nie  skończę.  To  tak,  jak  litania,  czy  jeszcze  lepiej:  nowenna  do  pani.

Wie pani. że nieraz czytałem o miłości, ba, widziałem ludzi, którzy się kochają, ale nigdy nie
wyobrażałem sobie, że w tym nie ma krzty przesady! O, ja i panią nauczę kochać tak mocno,
tak szalenie jak ja. Panno Niro! Zobaczy pani, jakie to olbrzymie szczęście...

– Przecież kocham pana – wtrąciła lekko.
Aż zatrzymał się na chwilę:
– Kocha mnie pani?... Kocha?... mówił nagle ścichłym głosem. – Niech pani to powtórzy,

panno Niro, proszę powtórzyć!...

– Oj, nudzi pan – z lekka się zniecierpliwiła.

background image

21

– A widzi pani... – zawyrokował melancholijnie.
– Już się pan robi ślamazarny?
– Nie, nie – ożywił się Murek. – Ale ja panią zarażę swoją miłością...
Nira spojrzała nań poważnie:
– Niech mi pan najpierw powie, co to jest miłość?
– A pani nie wie?
–  Wiem  –  odpowiedziała  stanowczo.  –  Miłość  to  płomień,  to  szaleństwo,  to  ślepota,  to

chęć zatracenia samej siebie, wtopienia się w kochanego człowieka. Bez reszty. To chęć, to
potrzeba unicestwienia swojej woli, psia uległość i szczęście rodzące się pod dotykiem ręki...
Pod każdym dotykiem, czy to będzie pieszczota, czy uderzenie...

Patrzyła wprost w oczy narzeczonemu, lecz zdawała się go nie widzieć i mówić jakby do

siebie:

–  Miłość  to  cierpienie,  to  upodlenie,  to  niewolnictwo...  a  przy  tym...  nie  przy  tym,  lecz

właśnie  dlatego  największa  rozkosz!  To  wieczny,  nienasycony  głód,  to  przenikająca  każde
włókno  tęsknota,  tęsknota  nigdy  nie  zaspokojona,  bo  w  najzupełniejszym  zespoleniu  żyje
strachem przed następną chwilą rozstania. To żądza wchłonięcia, zjednoczenia się, zidentyfi-
kowania... bodaj w śmierci.

Umilkła i szli obok siebie zamyśleni.
–  Straszna  to  miłość  –  odezwał  się  po  dłuższej  przerwie  Murek.  –  Straszna,  drapieżna  i

krwiożercza...

– To prawda – przyznała poważnie.
– Może tak kochają dzicy ludzie, jacyś buszmeni czy inni ludożercy – powiedział z uśmie-

chem.

Nira potrząsnęła głową:
– Nic pan nie wie! Ludożercy! Niech rozbiorą nas z tych sukien, z tych konwenansów, z

przymusów  dobrego  wychowania...!  Niech  pozwolą  każdej  wykrzykiwać  swoje  najskrytsze
pragnienia, a każda kobieta, słyszy pan, każda będzie buszmenką, bo każda tylko takiej miło-
ści pragnie.

Murek oburzył się:
– No nie, na to się nie zgodzę. Pierwsza pani, panno Niro, nie byłaby zdolna do takiego...

rozwydrzenia!

W jego  głosie  zabrzmiało  tyle  mocnego  przeświadczenia,  że  spojrzała  nań  i  wybuchnęła

śmiechem.

– Ciekaw jestem, czy byłaby pani szczęśliwa, gdybym według tego przepisu uderzył panią!

Ja przepraszam, ale to słowa pani.

Zaśmiała się jeszcze głośniej i długo nie mogła się uspokoić:
– Gdyby pan uderzył?... O, mój Boże... Nie, ja uduszę się ze śmiechu!... O, zapewniam pa-

na, że nie sprawiłoby mi to żadnej przyjemności. I on już przepraszał... Ratunku!

– Nie widzę w tym nic zabawnego – skrzywił się.
– Niech pan powie, panie Franku, jak pana kochały kobiety?
– Jak to kochały?
– No, przecież musiał pan do swoich lat trzydziestu mieć chociażby kilka romansów?
Oczywiście,  miał,  lecz  mówienie  o  tym  z  Nirą  uważałby  za  najwyższą  nieprzyzwoitość.

Ponieważ jednak nie chciał kłamać, powiedział wymijająco:

– Nie sądzę... To jest wiem na pewno, że dotychczas w żadnej kobiecie nie wzbudziłem

jakiegokolwiek poważniejszego uczucia.

Nie mijało się to z prawdą. Przygodne i krótkotrwałe związki w jego życiu obywały się bez

głębszych uczuć. Jedna tylko Zunia Bolczówna, u której rodziców mieszkał w Stanisławowie,
gdy pracował w Kasie Chorych, twierdziła, że go kocha. Okazało się jednak, że jednocześnie
polowała na małżeństwo z porucznikiem Dołkiem, za którego też w końcu wyszła.

background image

22

– A pan, panie Franku, też nigdy nie kochał? – zapytała Nira.
– Owszem. Nawet uważałem to za mój obowiązek...
– Co? Kochanie się? – zdziwiła się.
– Nie. Powiedzenie o tym pani. Kochałem się będąc studentem. W pewnej dentystce...
– W dentystce? – Nira z trudem powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem.
– Tak, ale to była miłość bardzo naiwna, młodzieńcza i zresztą niefortunnie ulokowana. W

każdym razie miłość zupełnie inna od tej, którą kocham panią.

Nira swobodnie wzięła go pod rękę i pochylając się szepnęła:
– Ta też jest źle ulokowana.
– Nie powiedziałaby pani słowa „też”, gdyby... Tamta kobieta niegodna była nawet spoj-

rzeć na panią. Była uosobieniem fałszu i brudu.

– O?... Uwodziła swoich pacjentów?
Murek nie odpowiedział, więc westchnęła i dodała:
– W każdym razie cieszę się, że dopuszcza pan możliwość istnienia kilku rodzajów miło-

ści. Niech pan patrzy, co za tłok!

Rzeczywiście  w  parku  było  pełno  ludzi.  Koncertowa  koncha  rozbrzmiewała  dźwiękiem

walca z płyty gramofonowej, spotężniałym dzięki wielkim megafonom. Na lodzie kręciło się
kilkadziesiąt osób. Murek przypiął łyżwy narzeczonej i sobie. Ślizgał się dobrze, a chociaż za
mało tu było miejsca do popisu jazdą figurową, Nira od razu oceniła jego umiejętność.

Była wyjątkowo wesoła, rozbawiona, wyglądała ślicznie. Aż oczy rwała. Wszyscy znajomi

i  nieznajomi  mężczyźni  przyglądali  się  jej  z  nieukrywanym  zachwytem.  Co  zaś  najbardziej
brało Murka i napełniało go dumą, to owa obojętność, z jaką Nira odnosiła się do całego oto-
czenia.  Zdawała  się  nie  spostrzegać  strzelistych  spojrzeń,  zajęta  wyłącznie  sobą  i  towarzy-
szem.

– Co to jednak znaczy wychowanie – myślał Murek – takt, umiejętność zachowania swo-

body przy jednoczesnym zignorowaniu zachwytów. To jest klasa panien z dobrego domu.

Przed dziewiątą odwiózł Nirę do domu. Na pożegnanie dowiedział się rzeczy przykrej.
–  Jutro  niech  pan  nie  dzwoni  –  powiedziała  –  o  jedenastej  rano  wyjeżdżam  z  mamą  do

Warszawy. Jeżeli pan chce, może pan przyjść na dworzec.

– Do Warszawy? – zmartwił się.
– Nie na długo. Dwa, trzy dni. Po sprawunki.
Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Horzeńscy często bywali w Warszawie.  Zwłaszcza

panie. Jednak tym razem niepokój ogarnął Murka. Przekonywał siebie, że nie ma to sensu, że
niepokój wynikł z ogólnego zdenerwowania, jednak nazajutrz przyszedł na dworzec ponury.
Ulokował panie w przedziale i długo spoglądał za znikającym pociągiem.

Wróciwszy do magistratu, znalazł na biurku bilet wizytowy Niewiarowicza. Bilet miał za-

gięty  rożek.  Panna  Celina  objaśniła,  że  prezydent  wstąpił  tu  przed  kwadransem,  bardzo  się
zirytował i zostawił kartkę.

– Co mówił?
–  Ja  nie  słuchałam  –  zaczerwieniła  się  panna  Celina...  –  Coś  tam,  że...  „znowu  go  nie

ma”...

Murek natychmiast poszedł do Niewiarowicza, lecz sekretarz oświadczył mu, że prezydent

nikogo nie przyjmuje. Uśmiechnął się przy tym dwuznacznie.

Po  godzinach  urzędowych  dr  Murek  w  fatalnym  nastroju  wrócił  do  domu  bez  obiadu.

Drzwi  otworzyła  służąca  Karolka.  Wystrojona  była  w  odświętną  sukienkę  i  wiało  od  niej
mocnym zapachem perfum. Od kilku tygodni, odkąd tu służyła, nie widział jej w takiej gali
ani w takim usposobieniu. Przewracała oczami, krygowała się, a nawet wyglądała ładniej niż
zwykle.  Tajemnica  tej  metamorfozy  szybko  wyszła  na  jaw.  Okazało  się,  że  pani  Rzepecka
wyjechała na cały tydzień do siostry w Lubelskie.

– A Karolka co? Za mąż wychodzi, że taka strojna?

background image

23

Wyszczerzyła w uśmiechu mocne, szerokie zęby:
– Eee... za mąż... kto by tam zaraz żenić się chciał.
Zdjął palto i jakoś mu się weselej zrobiło.
– A Karolka chciałaby? – spojrzał na nią życzliwie.
Nie mogła jeszcze mieć trzydziestki, chociaż na co dzień, w brudnej potarganej spódnicy i

w wypłowiałym swetrze wyglądała prawie staro.

– Ci... pewno – poruszyła szerokimi biodrami – bez chłopa cni się.
Uznał, że dość poufałości, chrząknął i skierował się do siebie. Karolcia ociągając się, ustą-

piła mu z drogi i powiedziała za nim:

– A panu doktorowi to już dziś zimno nie będzie. Nabuzowałam w piecu, że aż trzeszczy.
– Dziękuję Karolce.
– Proszę bardzo. Ja dla pana zawsze, tylko ta stara choroba skąpa, pies na każdą szczapę.
W obu pokojach Murka rzeczywiście było aż duszno. Chciał otworzyć któreś okno, lecz

wszystkie były opatrzone na zimę i pooklejane papierem. Zdjął marynarkę i wyciągnął się na
kanapie. Starał się zacząć myśleć spokojnie i systematycznie o swojej sytuacji, lecz z salonu
rozległy się gwizdy, piski, a wreszcie jakaś melodia. Karolka nastawiała radio. Używała swo-
body. Już zamierzał wstać i zburczeć ją za to, gdy zjawiła się sama:

– Czy panu nie przeszkadza, że ja gram na radiu?
– Nie, ale żeby Karolka nie zepsuła. Lepiej nie ruszać.
– A co tam zepsuć? – wzruszyła ramionami – stara wszystko powyłączała i myślała, że ja

nie potrafię puścić. Ale jak pan nie chce, to mogę nie grać.

– Lepiej nie – powiedział pedagogicznie.
Karolka stała w dalszym ciągu przy drzwiach, a po chwili odezwała się:
– Chciałabym coś zapytać, tylko nie śmiem...
– No co?
– A dlaczego pan doktor nie leczy ludzi tak, jak wszyscy doktorzy?
Ubawiło go to, lecz cierpliwie i rzeczowo wytłumaczył jej, jaka różnica jest między tytu-

łem doktorskim a zawodem lekarskim.

– Aha – zrozumiała – a co to, pan na obiad dziś nie pójdzie?
– Nie. Nie mam ochoty.
– To jakże tak?... O! Tak nie można. Chłop musi swoje zjeść.
Pomimo  protestów  Murka  uparła  się,  że  mu  coś  przyrządzi.  Nie  upłynęła  godzina,  gdy

zjawiła się z patelnią jajecznicy, przysmażoną kiełbasą i z butelką wódki. Nakryła serwetką
stół i Murek zwróciwszy jej wydatki zabrał się, z apetytem zresztą, do jedzenia.

– Kieliszki choroba pozamykała. Musi pan po chłopsku szklaneczką pić – kręciła się koło

stołu  Karolka  –  a  wie  pan  doktor,  że  ta  nasza  stara  to  mówi,  że  pan,  za  przeproszeniem,  z
chłopów. Przez złość tak mówi.

– Bo to prawda – potwierdził Murek.
– Ale też! Nie taka ja głupia. Jakby pan był z chłopów, to by pan był alfabeta, a nie doktor.

Tylko ta stara, to taka wiedźma, choroba. Ona mówi, że panu zachciało się z dziedziczką z
Czołnów żenić, ale, że oni, niby jejna rodzina, to nosem kręci. A że niby sama panna, to u niej
pan  nic  mieć  nie  może,  bo  strasznie  już  dbająca.  Żeby  dopiero  po  ślubie.  Jakby  tak  kręcili
nosem, to co by się tak o ten ślub strzymywała! No nie?

Murek zmarszczył brwi:
– Cóż to panią Rzepecką może obchodzić!
– A właśnie. Pewnie – przytaknęła Karolka – a jak przyjdzie do kuchni to furt pańską oso-

bą sobie tę krzywą gębę wyciera. Co ona nie gada!... Jak ta sklepiczarka z przeciwka mówiła,
że pan doktor to w magistracie każdą jedną urzędniczkę za kochankę ma, to nasza stara, że

background image

24

broń Boże, że pan całkiem bez kobitów się obchodzi, bo pan, jakoś to ona mówiła, namu-

nista, czy co?... Ale mówi, że to lepiej jak z takimi owcami, co to każdego jego kawalerskie
prawo. Ale ja tam nie wierzę...

– Najlepiej będzie – z gniewem przerwał jej Murek – jeżeli Karolka przestanie gadać głup-

stwa. I w ogóle nie wtrącać się do cudzych spraw!

– Ja też – zaczęła, lecz powiedział jej ostro:
– Proszę już iść do siebie!
Gdy zamknęły się za nią drzwi, zerwał się i zaczął chodzić po pokoju, wyrzucając przez

zaciśnięte  zęby  przekleństwa.  Nigdy  nie  przypuszczał,  że  jest  tematem  rozmów  i  to  takich
rozmów.

– I co ja ich wszystkich obchodzę! – wściekał się.
Ze złości wypił prawie całą butelkę wódki. Alkohol trochę go uspokoił. Zaczął nawet ża-

łować, że skrzyczał Karolkę. W każdym razie jej informacje tak  zniechęciły go do ludzi, że
postanowił  już  nie  wychodzić.  Rozebrał  się  i  położył  do  łóżka,  chociaż  zaledwie  było  po
siódmej. Ledwie zgasił światło, zapukała Karolka.

– Muszę zabrać naczynie – wyjaśniła – o jej, jak tu ciemno! Pan już śpi?
– Śpię – odpowiedział krótko.
Potykając się o krzesła, szła w ciemności.
– Niech Karolka zapali światło.
– Oj, nie mogę, bo się wstydzę. Ja już też rozebrana...
Zawadziła o łóżko. W nozdrza Murka uderzyła fala zapachu perfum i potu. Krew od razu

zabębniła  mocniej.  Wyciągnął  ręce.  Pochylała  się  nad  nim.  Dotyk  szorstkiej  płóciennej  ko-
szuli i ciepłego gładkiego ciała. Przemknęło mu przez nerwy wspomnienie jej szerokich bio-
der i grubych muskularnych łydek. Poderwał się i przyciągnął ją do siebie. Silnie, sprężyście
przywarła doń całym ciałem.

– Ty, głupia – wykrztusił przez zaciśnięte szczęki.
– Ojej – szepnęła.
I więcej nie zamienili słowa. O świcie słyszał przez sen brzęk talerzy i sztućców. Musiała

sprzątać ze stołu.

Obudził się codziennym nałogiem o siódmej. Okna iskrzyły się mroźną śniedzią. Pod bo-

kiem coś uwierało dotkliwie. Namacał czarną grubą szpilkę od włosów, obejrzał ją z niedo-
wierzaniem, z wolna położył na nocnej szafce i mruknął:

– Psiakrew!
Karolka przyniosła śniadanie. Kawę, bułki i masło oraz gazetę. Powiedziała „dzień dobry”,

lecz nie spojrzała mu w oczy. Umyślnie nie zabierał się do śniadania, nim krzątała się po po-
koju, zabierając ubranie i buty do czyszczenia. Wziął gazetę i z przyzwyczajenia zaczął prze-
glądać.  Był  to  „Głos  Poranny”,  mała  gazetka  miejscowa,  wydawana  przez  Związek  Pracy
Obywatelskiej. Poza przedrukami z pism stołecznych zawierała zawsze sporo wiadomości z
miasta, z urzędów, z województwa. W oczy rzucił się czarny dwuszpaltowy tytuł: „Zmiany w
magistracie”. Krótką notatkę przeczytał jednym tchem:

„Jak  dowiadujemy  się,  w  naszym  magistracie  w  najkrótszym  czasie  nastąpią  zmiany  na

kilku stanowiskach. Mianowicie ustępuje dotychczasowy szef sekcji bruków, wodociągów i
kanalizacji,  dr  Franciszek  Murek.  Sekcję  tę  obejmie  referent  aprowizacji,  p.  Paweł  Jelcza,
którego miejsce zajmie inż. Wacław Pośniak z wydziału rachuby”.

Murek czuł, że mu krew ucieka z twarzy. Przeczytał notatkę jeszcze raz. Ręce drżały i mu-

siał je oprzeć o kołdrę.

– Bzdury! To niemożliwe! – krzyknął głośno.
Zmiął gazetę i cisnął nią pod piec, lecz już po chwili wyskoczył z łóżka, by ją podnieść.

Ubierał  się  gorączkowo,  z  nienawiścią  spoglądając  na  zadowoloną,  półuśmiechniętą  twarz
Karolki. Śniadania nie jadł. Na ulicy hamował się, by nie biec.

background image

25

Pannę Celinę zastał zapłakaną. Nie zwrócił na to uwagi. Woźny, odbierając odeń palto, powiedział:
– Pan sekretarz Więcek prosił, aby pan doktor zaraz do sekretariatu...
– Dobrze.
W biurze musiano już czytać „Głos Poranny”. Wszyscy, których spotykał, patrzyli nań ze

szczególniejszą uwagą. Więcek przywitał go dyskretnym uśmieszkiem.

– Niewesoły liścik mam dla pana doktora. Oto tu – wskazał zapieczętowaną kopertę. – Ale

będzie pan łaskaw pokwitować odbiór.

Podsunął Murkowi książkę i wskazał rubrykę. Murek podpisał się i już teraz wiedział, że

wiadomość w „Głosie” nie jest zmyślona.

– Cóż to – starał się zdobyć na uśmiech – wypowiedzenie?...
Więcek rozłożył ręce.
Koperta  zawierała  krótkie  urzędowe  pismo  według  stereotypowej  formułki.  Z  dniem

pierwszym grudnia... wskutek redukcji... w związku z reorganizacją... na podstawie artykułu
takiego-to...

Nowe było tylko jedno: miał natychmiast zwrócić się do kasy celem otrzymania należnych

poborów za trzymiesięczny przepisowy okres wypowiedzenia. Oznaczało to, że chcą pozbyć
się go od razu.

Usiłując zachować spokój schował pismo do kieszeni i zapytał:
– Czy redukcja objęła dużo osób?
– No – z wahaniem odpowiedział Więcek. – Zamierzona jest szerzej. Ale narazie dotyczy

tylko pana doktora i panny Celiny.

– Tak – potrząsnął głową Murek – No, trudno. Czy już

 

jest pan Niewiarowicz?

– Panu chodzi o świadectwo? Mam je przygotować na jutro i przesłać do kasy, gdzie ra-

zem pan doktor je odbierze z...

– Ach, mniejsza o świadectwo Chciałem jednak rozmówić się z prezydentem.
Więcek zrobił ruch ubolewania.
– Bardzo żałuję, ale pan prezydent już zapowiedział, że nie będzie miał czasu pana przyjąć.
– Ani jutro?
– Ani w ogóle Pan prezydent jest teraz bardzo zapracowany.
Murek nie odpowiedział ani słowa i wyszedł.

background image

26

ROZDZIAŁ II

Do Izby Skarbowej przyjęto trzech nowych urzędników. Dyrekcja poczt rozpisała konkurs

na jedno z kontraktowych stanowisk, przy czym od kandydatów żądano ukończenia studiów
prawniczych.  Dyrekcja  robot  publicznych  zaangażowała  cztery  osoby.  O  wszystkich  tych
wolnych  miejscach  dr  Franciszek  Murek  dowiedział  się  w  porę  i  wszędzie  złożył  podania
wraz z odpisami świadectw. Wszędzie na próżno, chociaż o ile przez znajomych został poin-
formowany – jego kwalifikacje w wielu wypadkach były najlepsze.

W ciągu pierwszych kilku tygodni nie przejmował się tym zbytnio. Sam przecie, zajmując

jedno  z  kierowniczych  stanowisk  w  magistracie,  miał  nieraz  powód  do  narzekania  na  brak
wykształconych,  dzielnych  i  godnych  zaufania  pracowników.  Wyrobił  sobie  nawet  dość
ujemne zdanie o bezrobociu wśród inteligencji.

Ci ludzie albo nie umieją, albo nie chcą pracować – mawiał nieraz, gdy naciskał go kie-

rownik pośrednictwa pracy w związku byłych działaczy niepodległościowych, inżynier We-
icht.

Teraz, kiedy musiał sam się u niego zarejestrować, czuł się trochę nieswojo. Tym bardziej,

że wkrótce po magistrackiej dymisji w związku zaproponowano mu, by ustąpił z zarządu a to
dla dobra zrzeszonych. Wbrew zapewnieniom Murka, uważano tu, że jego udział w zarządzie
będzie nie w smak prezydentowi Niewiarowiczowi.

Nie upierał się. Wyszedł z posiedzenia obrażony. Postąpił jednak żle. Za przykładem bo-

wiem związku poszły niemal wszystkie organizacje, do których należał. Nawet Bezpartyjne
Zjednoczenie Pracy Państwowej, gdzie był bodaj najczynniejszym członkiem. Wyzyskano tu
małą  nieformalność:  nie  wpłacił  w  porę  składki  członkowskiej  i  został  skreślony,  chociaż
niemal wszyscy z wpłatami zalegali po pół roku lub dłużej.

– Mam złą passę – zagryzał wargi dr Murek – ale to nic. Musi się odwrócić
Tymczasem nie odwracało się. Zasób gotówki wyczerpywał się z wolna, lecz stale. Pomi-

mo poważnych oszczędności woreczek irchowy, noszony na piersi pod koszulą, chudł z tygo-
dnia  na  tydzień.  Od  pani  Rzepeckiej  trzeba  było  wyprowadzić  się  i  zamieszkać  w  jednym
pokoiku przy ulicy Dojazdowej u rodziny emerytowanego kolejarza. O tyle tu było lepiej, że
miał  osobne  wejście  przez  sionkę.  Wprawdzie  nie  miewał  wcale  gości,  lecz  wolał  być  nie
skrępowany. Jedyną osobą, która przychodziła tu od czasu do czasu, była służąca z dawnego
mieszkania, Karolka.

Przynosiła  listy,  które  wciąż  nadchodziły  pod  dawnym  adresem.  Zresztą  przychodziła

rzadko, wtedy tylko, gdy udało się jej zwieść czujność podejrzliwej wdowy. Korespondencja,
jaką dostarczała Murkowi, składała się wyłącznie z odpowiedzi na jego podania i to z odpo-
wiedzi wciąż odmownych. Dziewczyna musiała przedtem odczytywać te listy, gdyż widocz-
nie orientowała się w sytuacji Murka, chociaż nigdy z nią o tym nie mówił. W ogóle nie mó-
wili ze sobą. Poza kilku zdaniami na temat pani Rzepeckiej nie mieli sobie nic do powiedze-
nia.  On  uważałby  za  rzecz  śmieszną  i  niestosowną  dzielenie  się  z  nią  swoimi  nadziejami  i
troskami. Ona pogodziła się z tym bez słowa sprzeciwu, a całe współczucie dla pana doktora
wyładować umiała w  niezmiennej  gotowości  dostarczenia  mu  samej  siebie.  Raz  wprawdzie

background image

27

przyniosła dwa kawałki pieczonej kaczki, resztkę po świątecznym przyjęciu u pani Rzepec-
kiej, lecz zbesztana i wyśmiana, nie zrobiła już tego więcej.

Spędzali ze sobą krótkie półgodzinki, które dla Murka były tylko chwilowym oderwaniem

się od rzeczywistości. Po nich jeszcze czarniejsze przychodziły myśli i jeszcze dokuczliwsze
refleksje. Już to, że wstydził się wizyt Karolki, że po kryjomu wpuszczał ją przez sionkę, że
odnosił się do tej dziewczyny po zwierzęcemu – napełniało go goryczą do siebie. A już wręcz
gardził sobą za to, że w brudny sposób zdradza narzeczoną, że znieważa swoją miłość do Ni-
ry.

Nie pomagały żadne spekulacje i targi z sumieniem, żadne usprawiedliwienia i argumenty.

Ogarniało go przerażenie na myśl, że Nira mogłaby w jakiś sposób o wszystkim się dowie-
dzieć.  Na  szczęście  nie  wróciła  jeszcze  z  Warszawy.  Murek  przed  Bożym  Narodzeniem
otrzymał od niej krótką kartkę. Pisała, że leży chora na grypę, a po chorobie zapewne nie bę-
dzie mogła wracać od razu z obawy przed powtórnym zaziębieniem.

Murek pisał do niej regularnie dwa  razy na tydzień. Uważał, że  więcej nie wypada, lecz

objętość każdego listu wciąż wzrastała. Oczywiście ani myślał rozpisywać się o swoich kło-
potach. Bał się, by widząc nowy i tym  razem uzasadniony  powód do  odroczenia  ślubu,  nie
zaczęła  patrzeć  na  ich  narzeczeństwo  jak  na  rzecz  nierealną.  Dlatego  tylko  mimochodem
wspomniał o swoim ustąpieniu z magistratu i dodał, że w najbliższym czasie obejmie bardzo
dobre stanowisko.

Nira na listy, swoim zwyczajem, nie odpisywała. Zresztą nie pisywała też do domu, jak o

tym przekonał się w sam dzień Nowego Roku. Na ogół unikał spotkania z Horzeńskim, lecz
w tym dniu przyzwoitość nakazywała złożyć w willi przy ulicy Wielkiej życzenia. Wybrał się
umyślnie o piątej, by nie zastać gości.

Pan Horzeński wyszedł doń w szlafroku i przywitał z ostentacyjnym chłodem:
– Dziękuję panu za życzenia, chociaż, przyznam się, nie spodziewałem się tej wizyty.
– Jakże, proszę pana – zaczął Murek, lecz Horzeński przerwał mu od razu:
– Po tym co pan nam zrobił... Nie, proszę pana. Nawet dziwię się, że uważał pan za moż-

liwe zaszczycić mój dom.

Murek przestraszył się:
– A cóż ja zrobiłem?...
– Niezłe pytanie! – ironicznie zaśmiał się Horzeński.
– Zapewniam pana, że zostałem zredukowany bez żadnego powodu. Słowem honoru ręczę,

że  nie  popełniłem  najmniejszego  nadużycia!  Jeżeli  zaś  chodzi  o  to,  że  chwilowo  nie  mam
posady... Jestem przekonany, że w najbliższym czasie coś odpowiedniego znajdę. W każdym
razie córka szanownego pana, jako moja żona, proszę mi wierzyć, będzie miała byt zapew-
niony. Jestem młody, energii mi nie brak...

Horzeński niecierpliwie machnął ręką:
– A cóż mnie to obchodzi!? Do stu diabłów, co mnie obchodzi, czy pan masz posadę, czy

nie?... Chyba nie imaginujesz pan sobie, że wydamy Nirę za pana?

– Ależ... ja nie rozumiem...
– Taki pan naiwny? A jeszcze doktor praw! Zaprzepaściłeś mi pan jedyną okazję ratunku! Ja

tak panu ufałem, że sam już nie wtrącałem się w te rzeczy, a pan póty zwlekał z zakupieniem
przez  miasto  Fastówki,  aż  pana  wyleli!  Ja  omal  tego  życiem  nie  przepłaciłem,  słyszysz  pan?!
Przez pół roku zwodzić, zwlekać... oszukiwać! Tak, bo to już oszustwo!... Jestem zrujnowany!
Nie pozostaje mi teraz nic innego jak z pudełkiem od sardynek iść pod kościół. No! Ja panu tego
nie przebaczę. Wolno panu być głupcem, ale na własną odpowiedzialność. Teraz przepadło. Ku-
pują już grunty od wschodu. Jakiś tam Żelazikowski, hycel, parweniusz, obłowi się.

Czerwony i wściekły potrząsnął nad głową Murka pięściami:
– I ja zaufałem panu!... Niedorajda! Zachciało mu się wywrotowej polityki!... Coś pan, Hi-

tlerem czy Mussolinim, czy innym Witosem chciał zostać! Tfu!...  I ja  na  Związku  Ziemian

background image

28

muszę za takiego jegomościa oczami świecić. „Narzeczony pańskiej córeczki podobno w taj-
nych partiach rej wodzi...” Tfu! Jeszcze gotowi mnie posądzić, że z panem mam coś wspól-
nego!...

– Ależ... – próbował zacząć Murek, lecz Horzeński wrzasnął:
– W nosie mam pańską politykę! Ale jak ktoś chce coś robić, to niechże potrafi to ukryć!

Rozumiesz pan?... A tak pana wyleli, a cała nadzieja na Fastówkę przepadła...

Rzucił się na fotel i sapał, ruszając gwałtownie wąsami. Murek tymczasem zdołał się opa-

nować i powiedział spokojnie:

– Myli się pan. Nigdy ani panu, ani nikomu nie obiecywałem przeprowadzić w magistracie

sprawy Fastówki.

– Jak to?...
–  Nie  tylko  nie  obiecywałem,  lecz  najwyraźniej  w  świecie  powiedziałem,  że  byłoby  to

wbrew interesom miasta.

– I cóż z tego, że wbrew? Mało to rzeczy robi się wbrew? Zbzikował pan chyba!
– Ale ja jestem uczciwym człowiekiem...
– Poczciwym zjadliwie poprawił Horzeński. – I cóż pan z tej swojej uczciwości masz?...

Co?... Wyrzucili pana za drzwi. I ani Fastówki, ani posady. Wyrzucili za drzwi... Fiut i nie
ma.

Murkowi krew uderzyła do głowy:
– To się jeszcze pokaże!
– Niby co?
– A to, że ja do magistratu wrócę.
– Et – machnął rękami Horzeński.
– Jeżeli rzeczywiście postawiono mi  za  moimi  plecami  zarzut  jakiejś  politycznej  niepra-

womyślności, udowodnię, że to jest wyssane z palca. Ja nigdy nie należałem do żadnej partii,
do żadnej organizacji politycznej. A zresztą to wszystko plotki. Prezydent Niewiarowicz za-
pewnił mnie, że w te banialuki nie wierzy...

– Tak? Nie wierzy?... – zaśmiał się Horzeński. – Otóż powiem panu: Możesz pan mydlić

oczy komu pan chcesz, tylko nie mnie, bo mnie to nic nie obchodzi. Teraz już ani ziębi, ani
parzy. Ale pan musisz sam doskonale wiedzieć, za co pana wydalono, skoroś nie protestował.
To raz. A po wtóre tenże prezydent Niewiarowicz mówił głośno na imieninach u wojewody,
że pan podszedłeś go, ukrywając swoją przeszłość polityczną. Dość wyraźne czy nie?

– To bezczelne oszczerstwo! – wybuchnął Murek. – O, ja się nie dam podziemnym intry-

gom. Całe moje życie dotychczasowe jest jak na dłoni.

Do hallu weszła babcia Horzeńska, więc umilkł i zerwał się, by ją powitać i złożyć życze-

nia. Staruszka z miłym uśmiechem wyciągnęła doń rękę:

– No, nareszcie pan się zjawił. Czy to ładnie tak zapominać o moim domu?... Jak nie ma

naszej przynęty, to już stara babcia nie liczy się?...

– Skądże, proszę szanownej pani... Nie śmiałem narzucać się...
– Pan jest tu zawsze mile widziany. Nawet już wobec pana nie przestrzegamy przyjętych

form. Widzi pan, mój syn jest w szlafroku. Bądź, Staszku, tak dobry i włóż marynarkę. Nie
uznaję negliżu w salonie.

Mówiła z uśmiechem, lecz wyraz jej oczu był rozkazujący. Pan Horzeński skrzywił się i

powiedział:

– Pan Murek już właśnie żegnał się...
– Rzeczywiście spieszę, proszę szanownej pani.
– To trudno. Ja mam swoje prawa, mój panie Franciszku – wzięła go pod rękę staruszka. –

Pogawędzimy sobie. Proszę siadać. Staszku, bądź tak miły i zadzwoń na służbę. Napiję się z
panem Franciszkiem kawy,

– Serdecznie dziękuję – bąknął. – Ale...

background image

29

– To dla mnie wielka  uroczystość  –  przerwała.  –  Kawa  mi,  niestety,  szkodzi.  Zatem  nie

odmówi mi pan towarzystwa. Stęskniłam się za młodością. Oni tu wszyscy tacy starzy. Cóż,
miał pan jakieś wiadomości od narzeczonej?

Pan Horzeński wzruszył ramionami i wyszedł. Murek z wolna uspokajał się. Rozmowa z

babcią zawsze działała nań kojąco. Jakże żywy umysł zachowała ta kobieta, jaką umiejętność
rozmowy. Z nią jedną nigdy nie brakło tematu, tyloma rzeczami interesowała się, tyle czytała,
no i przede wszystkim tak łatwo umiała mówić. Niczym nigdy nie dawała poznać, że cokol-
wiek ją nudzi, potrafiła zawsze znaleźć miejsce na bezosobisty, czasem nawet ostry dowcip.

I teraz przetrzymała Murka przeszło pół godziny na rozmowie, w  której ani razu nie do-

tknęła drażliwych spraw jego dymisji, Fastówki, narzeczeństwa, chociaż niewątpliwie dosko-
nale  o  wszystkim  wiedziała  od  syna.  Nie  dotknęła  tych  spraw,  a  jednak  między  zdaniami,
między słowami potrafiła dać Murkowi do zrozumienia, że nie powinien zrażać się afrontami,
że ona nigdy nie łudziła się przyszłością Fastówki, a że pomimo wszystko jest najlepszej my-
śli co do jego małżeństwa z jej wnuczką.

Na pożegnanie jeszcze raz zobowiązała go do częstszych odwiedzin i dodała, że żegna go

w imieniu syna, który ani rusz nie może się rozstać z szlafrokiem.

Gdy tylko znalazł się sam na ulicy, ponownie ogarnęła go wściekłość. Więc Niewiarowicz

okłamał go, obrzydliwie okłamał. Całe jego oburzenie było komedią. Nędzna kreatura. Uląkł
się oszczerczej plotki. Oczywiście Boczarski nie wyssał nic z palca. Na owym pożegnalnym
bankiecie Gąsowski na pewno mówił źle o Murku. Ale dlaczego? Skąd wzięły się te plotki?
Niewiarowicz po śmierci brata nie jest pewny swego stanowiska i drży o własną skórę...

– O, ja mu jeszcze pokażę – zaciskał zęby Murek.
Chęć zemsty przemówiła w nim pierwsza. Począł wyszukiwać w pamięci zarzuty przeciw

Niewiarowiczowi.  Znalazło  się  ich  sporo.  Na  koszt  miasta  remontował  swoje  mieszkanie.
Woźny opłacany z magistrackiej kasy, był u niego lokajem. Od kupca Lubartowicza dostar-
czano mu mięsa bezpłatnie za przymykanie oczu na machinacje w rzeźni... A komisja do ba-
dania kina „Gloria”, a wydzierżawienie składów miejskich siostrzeńcowi?...

– Ja mu pokażę!...
Wystarczyło pójść do starosty Bożymka i wszystko to wyłożyć na stół. Ten już sobie pora-

dzi.  Pan  Niewiarowicz  wyleci  jak  z  procy.  Chce  być  stróżem  politycznej  prawomyślności
urzędników, niechże wylegitymuje się z własnej. Krótką ma pamięć, jeżeli sądzi, że Murek
nie zakonotował sobie jego zwierzeń... Już Bożymek ładnie go urządzi...

Murek zatarł nerwowo ręce, lecz uprzytomnił sobie, że zemsta taka jemu samemu nic by

poza satysfakcją nie dała. Starosta po wygryzieniu Niewiarowicza, wsadziłby na prezydenturę
własnego szwagra, a w każdym razie na głowie stanąłby, by Murek nie wrócił do magistratu.
Za wiele porażek jemu zawdzięczał.

– Nie, tu trzeba działać celowo i rozważnie.
Przede wszystkim należy zbadać, jakie zarzuty Gąsowski postawił, później zdemaskować

ich kłamliwość, zażądać rehabilitacji i powrotu na dawne stanowisko, a wtedy będzie czas na
porachunki z panem Niewiarowiczem. I nie tylko z nim. Z tymi wszystkimi, którzy od razu
od podejrzanego odwrócili się. Teraz zrozumiał, dlaczego z takim pośpiechem wykreślono go
lub  odsunięto  od  pracy  we  wszystkich  organizacjach  społecznych.  Ich  wszystkich  ogarnęła
panika na myśl, że mogą być posądzeni o bliskie stosunki z człowiekiem nieprawomyślnym.

Zaśmiał się gorzko.
– Oto ludzie.
Żeby chociaż wiedział konkretnie, o co go oskarżają. Jakież popełnił zbrodnie. Do jakiej

podziemnej partii miał należeć?

Tak, od wyświetlenia tego trzeba zacząć – postanowił.
Toteż zaraz nazajutrz rano wybrał się do mecenasa Boczarskiego. Służący wprowadził go

do poczekalni i zapowiedział, że od razu pan mecenas go nie przyjmie, gdyż ma u siebie już

background image

30

jednego klienta. Poczekalnia była właściwie niedużym salonem o ścianach, zawieszonych od
sufitu do podłogi obrazami w złotych ramach. Płótna były tak ciemne ze starości, że nie mógł
rozróżnić na pierwszy rzut oka ich treści. Przypomniał sobie natomiast kursujące po mieście
kpinki na temat ich wartości. Twierdzono, że nie są to bynajmniej antyki ani dzieła wielkich
malarzy, lecz imitacje, specjalnie zamówione przez Boczarskiego. Złocone mebelki i bardzo
efektowny dywan uzupełniały urządzenie pokoju. W amfiladzie drzwi były pootwierane, jed-
nak uszu Murka nie dolatywał żaden dźwięk. Nawet z położonego obok gabinetu nie słychać
było nic. Na stole leżały pisma francuskie, jakaś rozłożona i do połowy poprzecina książka w
tymże języku i angielski tygodnik ilustrowany. Zdołał zrozumieć z niego tylko datę: wydany
był przed rokiem.

Drzwi do gabinetu otworzyły się i Murek usłyszał ostatnie słowa rozmowy.
– Ani miesiąca dłużej – podniesionym głosem mówił adwokat.
– Nie będziesz pan taka świnia – odpowiedział klient, który zresztą stropił się, ujrzawszy

Murka.

Był to Stawski, znany w mieście niebieski ptak o złotych piórach. Niemal co roku bywał

aresztowany lub poszukiwany przez policję, znikał, ukrywał się za granicą, lecz zawsze wra-
cał i zawsze od wszelkich zarzutów umiał się wykręcić. Posądzano go  o przemyt, o handel
narkotykami, o rożne oszustwa i kombinatorstwo, lecz niczego mu nie dowiedziono.

– O wilku mowa – zwrócił się z uśmiechem do Murka, połyskując złotymi zębami. Usza-

nowanie panu doktorowi.

Murek  niechętnie  podał  mu  rękę.  Dawniej  w  magistracie  zbywał  go  kiwnięciem  głowy.

Teraz miał ochotę powiedzieć że słyszał koniec rozmowy i że nie o nim ani o wilku była mo-
wa lecz o Boczarskim i o świni. Powstrzymał się jednak, gdyż przemogła ciekawość.

– O mnie? – spytał
– Nie przypuszczałem, by moja osoba mogła być interesująca o tyle...
– Pan Leon Stawski – odezwał się pospiesznie mecenas – wspominał właśnie, że pan dok-

tor obejmuje jakieś poważne stanowisko w naszej skarbowości.

– To nieprawda – wzruszył ramionami Murek.
Zauważył przy tym, że tamci dwaj zamienili szybkie spojrzenia. Stawski klasnął w ręce i

wkładając monokl w oko, powiedział:

– Ach czego to ludzie nie wymyślą. No, na mnie czas. Moje

 

uszanowanie panu doktorowi,

padam do nóżek kochanego mecenasa. Cześć, cześć.

Po  wejściu  do  gabinetu  Murek  skonstatował,  dlaczego  nie  dobiegał  zeń  żaden  dźwięk.

Drzwi były grubo obite i zasłonięte ciężką kotarą, ściany pokryte dywanami.

– Co za tupet ma ten wstrętny żydziak – zaszął Boczarski, wskazując Murkowi krzesło. –

Nie znoszę go organicznie.

– Przyjemny nie jest – powściągliwie bąknął Murek. Mecenas widocznie uznał za niewy-

starczające swoje określenie, gdyż uważał za stosowne usprawiedliwić wizytę Stawskiego.

– Broniłem go kiedyś i dotychczas nie mogę od tego jegomościa odczepić się. No, tak. Los

adwokata. A czymże to panu mogę służyć? Murek przysunął swój fotel.

– Przychodzę do pana mecenasa i jako do adwokata, i jako do człowieka, który przypad-

kowo był świadkiem początku moich nieszczęść. Czy przypomina pan mecenas sobie naszą
rozmowę sprzed miesiąca, gdyśmy wracali wieczorem od państwa Horzeńskich?

– Owszem.
– A wie pan, że zostałem zwolniony z magistratu?
– Słyszałem o tym.
– Oto postanowiłem powrócić na dawne stanowisko. Wymówiono mi pracę pod pozorem

redukcji.  Okazało  się  jednak,  że  przyczyną  istotną  były  te  oskarżenia,  które  miał  rzucić  na
mnie Gąsowski. Oskarżenia od początku do końca nieuzasadnione. Postanowiłem tedy obalić
je. Lecz niepodobna walczyć z wiatrakami, gorzej, z próżnią. Właściwie nie mam pojęcia, co

background image

31

mi zarzucają. I dlatego przyszedłem do pana prosić o możliwie szczegółową relację z owego
bankieciku, a następnie o radę, w jaki sposób wystąpić o rehabilitację.

Boczarski oparł się o biurko, ruchem przyzwyczajenia wyciągnął mankiety, zapalił papie-

rosa i zapytał.

– A pan jest pewien, że jakiekolwiek informacje nieprzychylne o panu będą przy bliższym

i dokładniejszym sprawdzeniu pozbawione podstaw”?

– Ręczę za to głową.
– Jest pan u adwokata. To jak u spowiednika. Tu ściany nie mają uszu...
– Nie wątpię, ale ja nic do ukrycia nie mam.
– Ha, tym lepiej – zgodził się Boczarski. – Więc w klubie urzędniczym mówiono wtedy

tylko to, co panu powtórzyłem. Z tego niewiele da się wywnioskować. Osobiście wątpię, by
Gąsowski zostawił Niewiarowiczowi polecenie usunięcia pana. To  już była jego  własna,  że
tak powiem, gorliwość. Nie mnie jednego zresztą zaskoczyła pańska dymisja. Przecież Nie-
wiarowicz zawsze i głośno zachwycał się panem. I taka zmiana frontu. ...Stąd wnioskuję, że
zarzuty musiały być poważne. Jeżeli chodzi o to, co mówią w mieście, a co od czasu do czasu
obija mi się o uszy, to jedni twierdzą, że pan kiedyś był zamieszany w jakąś aferę komuni-
styczną, inni, że na uniwersytecie był pan szefem bojówki faszystowskiej...

– Absurdy!
– Gdzie leży prawda nie wiadomo, a dla pana, doktorze, najważniejsze, że to nikogo nie

obchodzi.

– Jak to?
– Nie obchodzi. Tak, czy owak, czy był pan tym czy tamtym, endeckim bojówkarzem, czy

bolszewickim  agitatorem,  to  nie  zmienia  sprawy.  Powiem  panu  więcej:  łatwiej  i  wygodniej
jest kogoś usunąć niż doszukiwać się konkretnych przeciw niemu dowodów. Słusznie nazwał
pan swoje zamiary walką z próżnią i jeżeli o mnie chodzi, a ja, panie, znam życie, radzę na to
wszystko machnąć ręką i poszukać nowej posady. Otóż to, nowej posady zwłaszcza...

– Pan daruje, mecenasie – przerwał Murek. – Ale moje postanowienie jest nieodwołalne.
Boczarski uśmiechnął się:
– Ha, w takim razie musi pan wydobyć z magistratu papier, w którym by sprecyzowano

zarzuty przeciw panu.

– Niewiarowicz mi takiego papieru nie da.
– No, więc cóż pan może zrobić? Nie napisze pan przecież skargi do sądu ani do minister-

stwa, że wydalono pana nieprawnie. Zarząd bowiem miasta ma niezaprzeczone prawo redu-
kowania pracowników, o ile uzna to za potrzebne.

– Niewątpliwie, ale nie z powodu gołosłownych oskarżeń.
– Jakich oskarżeń? Ma pan je na piśmie? Nie, a zatem co pan w skardze poda? Że po mie-

ście chodzą takie a takie plotki?... Drogi doktorze, przecież jest pan prawnikiem!

– Tak, muszę panu mecenasowi przyznać rację. Czy zatem nie ma sposobu?...
Boczarski zaczął kiwać się w fotelu:
– Sposób był jeden. Najprostszy. Zrezygnować z beznadziejnej drogi prawniczej i postarać

się o to, by wojewoda, jako najwyższa władza polityczna, wpłynął na Niewiarowicza. O, ja
wiem, że i ta droga nie należy do łatwych. Powinien pan wprost  zwrócić się do  wojewody.
Całkiem prywatnie. Nie ze skargą wydalonego urzędnika miejskiego, lecz jako obywatel po-
szkodowany na honorze, uważa pan, na honorze, samym posądzeniem o nieprawomyślność.
Jeżeli  wojewoda  uwierzy  panu,  wówczas  znajdzie  wiele  możliwości  wyświetlenia  sprawy.
Zaznaczam  jednak  jeszcze  raz,  że  winien  pan  zwrócić  się  doń  nie  jako  do  dygnitarza,  lecz
jako do autorytetu, że tak powiem, moralnego. Rozumie mnie pan?

– Więc nie składać podania?
– Podania?! – Boczarski wybuchnął śmiechem. – Ależ niech pana Bóg broni!

background image

32

Iść osobiście. Zaczął szczegółowo opisywać Murkowi, jak ma się odbyć jego posłuchanie

u wojewody i co należy mówić.

Słuchał, przyznając, że ten Boczarski jest jednak spryciarzem i że w zupełności zasługuje

na opinię zdolnego adwokata.

Bez żalu też zostawił na biurku monetę dziesięciozłotową, chociaż mecenas wzbraniał się

przed przyjęciem honorarium za taki drobiazg.

– A jak pan sądzi – zapytał Murek, gdy Boczarski żegnał go w przedpokoju. – Przeprowa-

dzę swoją sprawę pomyślnie?

– Wszystko jest w ręku opatrzności –  uśmiechnął  się  adwokat.  –  Niestety,  opatrzność  w

dzisiejszych czasach ma tak przepełnione ręce, że nigdy nie wiadomo, co i kiedy z nich spad-
nie. W każdym razie nie warto się przejmować, a jeżeli pomyśli  pan o prywatnej posadzie,
może będę mógł coś dla pana znaleźć.

– Do widzenia.
Przyjęcia w województwie odbywały się w środy i piątki. Wojewoda Łęk-Dornicki,  nie-

gdyś dowódca sławnej beskidzkiej dywizji, objąwszy przed trzema laty swój  wysoki  urząd,
wprowadził  własny  system  załatwiania  tych  petentów,  którzy  z  jakichkolwiek  powodów
chcieli stanąć przed obliczem samego wojewody z pominięciem przepisowej drogi urzędowej.
Entuzjastyczny  wielbiciel  staropolskiego  obyczaju  i  tradycji  piastowskich,  dokupił  zaraz  na
początku swych rządów położony za  gmachem województwa ogród Joska Szapiry, kazał w
pień wyciąć wszystkie drzewa, zostawiając tylko w środku jedno jedyne, starą rozłożystą lipę.
Od wczesnej wiosny do późnej jesieni pod tą właśnie lipą odbywały się zbiorowe audiencje u
pana wojewody. Indywidualnych nie cierpiał. Pod pniem ustawiono ciężki dębowy zydel dla
wojewody; petenci, w liczbie kilkunastu czy kilkudziesięciu otaczali  go półkolem, po czym
mieli  przyjemność  wysłuchania  kilku  ogólniejszych  uwag  o  pogodzie,  o  urodzajach,  o  zda-
rzeniach ostatnich dni znanych już – niestety – z gazet. Czasem wojewoda, będąc w lepszym
humorze, ubarwiał tę gawędę mniej lub bardziej popularnymi anegdotami czy dowcipami, a
zawsze nie szczędził własnych poglądów na wszystkie omawiane przez siebie sprawy czy to
miejscowe, czy krajowe, czy międzynarodowe. W ten sposób petenci mogli kształtować swój
światopogląd zgodnie z najbardziej miarodajną opinią swego starszego przyjaciela i opiekuna,
jak wojewoda lubił siebie nazywać,

Po takiej pogadance występowali kolejno interesanci, w zwięzłych słowach przedstawiali

swoją rzecz a wojewoda natychmiast wydawał decyzję, którą stojący za nim sekretarz zapi-
sywał  w  notesie.  W  szczególnie  rzadkich  wypadkach  wyznaczano  powtórne  posłuchanie  w
cztery oczy w gabinecie.

Podczas przyjęć pod lipą za  okalającym  ogródek  parkanem  gromadziła  się  zwykle  spora

liczba mniej zajętych obywateli, przeważnie młodzieży starozakonnej, którą w razie niesfor-
nego i hałaśliwego zachowania się rozpędzali dwaj dzielni policjanci. Z drugiej strony, w gę-
sto obsadzonych oknach gmachu wojewódzkiego, widniały rozradowane i uśmiechnięte twa-
rze personelu urzędniczego.

Po wysłuchaniu ostatniego petenta wojewoda dawał znak i dwaj inni policjanci obchodzili

półkole  z  dwoma  w  drzewie  rzeźbionymi  pudłami,  częstując  wszystkich  papierosami,  przy
czym wojewoda bacznie przestrzegał, by nie ominięto nikogo.

W zimie z konieczności cały cercle przenosił się do wielkiej sali wewnątrz gmachu, gdzie

patriarchalną lipę zastępowała nieco wyleniała palma. To już było nie to. W zimie też woje-
woda w gorszym bywał usposobieniu. Zamiast kremowej, czesuczowej marynarki lub siwej
samodziałowej kurty i długich, palonych butów, zjawiał się w zwyczajnym ubraniu, bez sę-
katej laski, którą po staroświecku można było, wbiwszy ostrym końcem w matkę ziemię, po-
deprzeć się z biodra, a przede wszystkim bez nastroju. Brak szerszego audytorium i fatalna
akustyka wysokiej, niemal kościelnej sali sprawiały, że zbiorowe posłuchania przypominały
raczej równie dawnowieczną, lecz mniej atrakcyjną publiczną spowiedź powszechną. W do-

background image

33

datku i policjanci nie zawsze zdążyli tu na czas pozdejmować lub poodwracać do ściany ta-
bliczki z napisami: „Palenie surowo wzbronione”.

Toteż i petentów w zimie bywało mniej niż zazwyczaj. Murek zastał w sali sześć osób, a

po  nim  przyszły  tylko  cztery.  Znał  prawie  wszystkich.  Było  kilku  ziemian  z  odleglejszych
powiatów, błotwicki hotelarz Majeran, osadnik wojskowy kapitan Dorsz, dwaj chłopi w ko-
żuchach i jakaś paniusia w wypłowiałym paletku i staromodnym kapeluszu.

Dr Murek liczył na to, że wojewoda po znajomości nie odmówi mu osobnej audiencji. O to

też tylko chciał prosić. Wyłuszczenie podobnej sprawy przy wszystkich było by niemożliwo-
ścią. Wiedział jednak, że trafiwszy na zły humor wojewody – nic nie wskóra.

A wojewoda, jak na nieszczęście, wszedł pochmurny i zamyślony. Zdawał się nikogo nie

spostrzegać,  chociaż  rzucił  swoje  głośne:  „Witajcie”.  Mruknął  od  niechcenia  kilka  zdań  o
mrozie i kradzieżach w lasach państwowych, paru słowami załatwił się ze zbrojeniami mor-
skimi Japonii i przystąpił do wysłuchania petentów. Na pierwszy ogień poszła paniusia, której
chodziło  o  jakieś  komplikacje  z  wdowią  rentą  inwalidzką,  po  niej  hotelarz  skarżył  się  na
przodownika,  który  go  gnębi  mandatami  karnymi,  gdyż  „ma  ciągłe  przyczepienie  do  mojej
rodowitej żony, a ona nie może na to patrzeć spokojnie”. Wśród ogólnej wesołości wywołanej
tą  romantyczną  historią  sekretarz  zanotował  krótką  decyzję:  „Dochodzenie  dyscyplinarne.
Przedłożyć”. Jeden z chłopów prosił o ulokowanie w szpitalu brata, „który jest wariat”, drugi
„dopraszał się łaski, żeby pan prezydent albo jaki minister trzymał do krztu trojaczki, co się
mojej babie przytrafiły”. Jedni przyszli ze skargami, inni z prośbami, inni z projektami.

Murek rozmyślnie uplasował się ostatni w półksiężycu i gdy przyszła na niego kolej, szyb-

ko wyłożył swoją prośbę, mówiąc wyraźnie, dobitnie, tonem żołnierskiego meldunku. Woje-
woda Łęk-Dornicki cenił w podwładnych taki ton i ilekroć w ten  sposób doń się zwracano,
zaraz  przechodził  na  „wy”,  co  było  oznaką  większej  konfidencji  z  podwładnym.  Dr  Murek
zresztą sam lubił tę formę, przypominającą wojskowy ład, karność i poczucie hierarchii. Nie-
raz jako gospodarz świetlicy, jako delegat zarządu tej czy innej organizacji społecznej lub już
całkiem służbowo, w charakterze reprezentanta magistratu, miał  możność stykania się z wo-
jewodą, którego poważał, szanował i podziwiał jako znakomitego administratora, dygnitarza
łaskawego, lecz pełnego dostojeństwa, człowieka z otwartą głową, tępiącego nadużycia i biu-
rokratyzm. Wojewoda bowiem słynął jako pogromca formalistyki biurokratycznej i sam przy
lada okazji to podkreślał.

Wysłuchawszy Murkowego meldunku, podniósł wysoko brwi i przechylił głowę:
– Nie widzę powodu, by robić wyjątki. O co panu chodzi?
– Sprawa ściśle osobista, panie wojewodo – resztę oddechu wydobył z siebie Murek, zbity

z tropu tym, że wojewoda zwrócił się doń „per pan”.

W głosie wojewody zabrzmiało zniecierpliwienie:
– Każdy ma sprawę osobistą. Słucham?
Murek czuł krople potu występujące na czoło. Jedno nieszczęsne słowo i wszystko przepa-

dło.

– Ale tu... tutaj... jest podłoże polityczne...
Wszyscy nastawili uszy, lecz wojewoda bez namysłu kiwnął głową:
– Dobrze. Za... – spojrzał na zegarek. – Za dwadzieścia pięć minut wezwie pana do mnie

pan sekretarz. A teraz proszę, kochani państwo, papierosika!

Dwaj policjanci kopnęli się żywo, obnosząc pudła z papierosami. Murek swego długo nie

mógł zapalić, bo ręka mu drżała. Gdy jednak ściśle w określonej minucie wprowadzony został
do gabinetu, zdążył się już uspokoić.

– Proszę siadać i mówić – wskazał mu miejsce wojewoda.
Murek niemal na pamięć miał przygotowaną swoją skargę. Zwolniono go bez podania po-

wodów,  a  tymczasem  głośno  mówi  się,  że  zarzuca  mu  się  nieprawomyślność.  Otóż  jest  to
niecne oszczerstwo. Murek w ciągu całego swego życia nie zrobił nic, co by mogło nasunąć

background image

34

cień podobnego podejrzenia. Wszystko da się sprawdzić, zbadać,  przeprowadzić najbardziej
drobiazgowe śledztwo. Murek błaga o to jak o łaskę. I nie zwraca się do pana wojewody jako
do reprezentanta władzy, lecz jako do najwyższego autorytetu moralnego... Wojewoda słuchał
uważnie i cierpliwie. Gdy Murek skończył, wojewoda uderzył dłonią w biurko:

– Dobrze, panie doktorze. Powiem panu, że i ja słyszałem o tych zarzutach. Ale nim co-

kolwiek postanowię, chcę wiedzieć prawdę. Czy może mi pan dać słowo honoru, że oskarżają
pana niesłusznie?

– Daję słowo honoru, panie wojewodo – powiedział uroczyście Murek, unosząc się z krze-

sła.

– Dobrze. Wierzę panu. A teraz proszę uważać. Nie mogę rozkazywać prezydentowi Nie-

wiarowiczowi w kwestiach personalnych. Nie mam prawa. Nie mogę też prywatnie naciskać
go w pańskiej sprawie, bo sam wykorzeniam protekcję. Ale obowiązek mi nakazuje wyświe-
tlić rzecz całą. Słusznie i trafnie zauważył pan, co jest świadectwem pańskiego państwowego
myślenia, że prezydent Rzeczypospolitej, mianując mnie wojewodą, w imieniu narodu i pań-
stwa złożył w moje ręce nie tylko władzę, lecz i autorytet moralny. Otóż jako stróż moralnych
dóbr narodu i państwa na swoim odcinku, winienem dbać, by nie została zmarnowana część
tych dóbr, jednostka wykształcona, uczciwa i pożyteczna. Zrozumiano?

– O panu jako o urzędniku i jako o człowieku miałem najlepszą opinię. Zdolnych, uczci-

wych i przydatnych ludzi jest mało, bardzo mało i społeczeństwu, narodowi, państwu brak ich
ciągle. – Nic dziwnego, w dziedzinie materiału ludzkiego prowadzi się gospodarkę rabunko-
wą. Ra-bun-ko-wą! A to jest najgorsze szaleństwo. Ludzi odpowiednich wyrzuca się na bruk,
a idą w górę lizusy, hemoroidziarze i inne pierdzistołki. Administracja, skarbowość, samorzą-
dy, wszystko obsadzone jest nie ludźmi z męską inicjatywą, lecz kastratami, eunuchami, nie-
zdolnymi do twórczego, radosnego rozmachu. A państwo nie może zmienić się w rupieciarnię
paragrafów,  biurokratyczną  łamigłówkę,  w  ciuClubabkę  dla  pierdzistołków,  w  której  każdy
zza swego papierka pokazuje drugiemu język i woła „akuku”. Zawsze to mówię. Ale to nie
ma nic do rzeczy. Więc co to pan chciał?... Aha! Zatem jest tak: każę sprawę zbadać, pana
prezydenta Niewiarowicza rozpytam. Zostawi pan u mego sekretarza, pana Landy, swój ad-
res, w ciągu trzech tygodni wezwę pana. Zrozumiano?

– Tak jest, panie wojewodo.
– Nic nie obiecuję, niczego nie przyrzekam, ale osobiście rzeczy dopilnuję. Oto wszystko.

Czy mogę jeszcze czym służyć panu?

Murek ze łzami w oczach zerwał się z miejsca, obtarł wilgotną dłoń o ubranie i tak nisko

pochylił  się,  ściskając  rękę  wojewody  jakby  zamierzał  ją  pocałować.  Zresztą  zrobiłby  to  z
prawdziwą przyjemnością.

Przez całą godzinę, czekając w korytarzu na przyjęcie u sekretarza Landy, wciąż powtarzał

sobie półgłosem:

Wojewoda! Oto człowiek! Oto dygnitarz!
Pełen był jak najlepszych nadziei. Nie popsuł mu nawet humoru fakt, że po przeszło go-

dzinnym oczekiwaniu dowiedział się od woźnego, że pan sekretarz już dziś, jako po godzinie
pierwszej, nikogo nie przyjmie.

Zgłosił  się  nazajutrz.  Tym  razem  musiał  wypełnić  karteczkę  meldunkową,  rodzaj  prze-

pustki i w kolejce został wywołany. Landa zanotował sobie adres Murka.

– Czy w magistracie – zapytał – jest pańska ewidencja, curriculum vitae itd?
– Naturalnie.
– No, to dobrze. Ech... znowu pisaniny będzie. Niech pana bogi pokochają, doktorze. Będę

musiał nową teczkę założyć dla pańskiej sprawy. I to właściwie nie mam pojęcia, do którego
skorowidza ją wciągnąć? To wcale nie należy do naszej kompetencji. Stary nie ma nic lepsze-
go do roboty!...

Murek uśmiechnął się pojednawczo:

background image

35

– A cóż ja miałem zrobić?
– Czy ja wiem – wzruszył ramionami Landa – skarga do sądu, zabiegi w policji politycz-

nej... Hm... W każdym razie niech  pan  złoży  mi  podanie.  Przecie  musi  być  jakaś  podstawa
postępowania.  Sprawa  nie  może  zacząć  się  ot  tak,  z  powietrza.  Stary  wprowadziłby  tu  taki
chaos, że choć łbem wal o ścianę.

– Więc złożę jeszcze dziś podanie. A czy trzeba ostemplować?
Landa aż podskoczył na fotelu:
– No, oczywiście! I pan jest doktorem praw, byłym urzędnikiem samorządowym, a o takie

rzeczy pan pyta! Znaczek stemplowy za trzy złote.

Rozmowa z sekretarzem tylko na krótko zachwiała optymizmem Murka. W gruncie rzeczy

przyznawał  mu  rację.  Sam  zawsze  był  zwolennikiem  bezwzględnego  porządku  i  ścisłego
przestrzegania przepisów. Sam wygląd Landy sprawiał Murkowi przyjemność. Tak powinni
wyglądać  wszyscy  urzędnicy:  schludnie,  poważnie,  godnie.  U  dygnitarzy  już  inaczej.  Na
wyższych szczeblach dopuszczalna a nawet potrzebna jest indywidualność. Na przykład, mi-
nister  albo  wojewoda,  a  chociażby  prezydent  miasta.  Każdy  z  nich  musi  czymś  się  wyróż-
niać...

Przypomniał sobie Niewiarowicza. No, ten będzie miał minę, gdy wyrzucony przezeń Mu-

rek wróci do magistratu. A wróci triumfalnie, wielokroć mocniejszy niż dawniej. Niewiaro-
wicz, upokorzony, będzie musiał przeprosić. Ale mało tego. Murek już potrafi wówczas dać
mu do zrozumienia, kto kogo naprawdę trzyma w ręku. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie.

Dr Murek przymykał oczy i widział nadchodzący dzień swego powrotu. Jałcza, Więcek i

wszystkie  te  pieski,  które  odwróciły  się  doń  z  chwilą  dymisji  ogonami,  zaczną  skakać  na
dwóch łapkach. W mieście, w innych urzędach, też nastąpi pierwszoklaśna konfuzja...

A  u  Horzeńskich?...  Tu,  niestety,  nie  można  było  spodziewać  się  radykalnej  zmiany  na-

stroju. Teraz, kiedy wyszło na jaw o co Horzeńskiemu chodziło i na co miał nadzieję, po bru-
talnym  zachowaniu  się  przyszłego  teścia,  dr  Murek  nie  spodziewał  się  powrotu  dawnych,
wprawdzie chłodnych lecz poprawnych stosunków. Może to zresztą  i lepiej.  Po  rozparcelo-
waniu Fastówki Horzeńskim zostanie niewielki kapitalik. Wyżyć wyżyją ale oczywiście nie
na dotychczasowym poziomie. Niechże między nimi a zięciem nie będzie uczuć rodzinnych.
Tym lepiej dla zięcia. Ani przez chwilę Murek nie zwątpił w Nirę. Ona nie da się przekabacić,
a zbyt mało liczy się z wolą rodziców by zdecydowała się przekreślić swoje uczucia do narze-
czonego z tej jedynej racji, że zawiodły nieuczciwe projekty finansowe ojca.

Widmo nowej zwłoki w wyznaczeniu daty ślubu rozwiewało się dzięki audiencji u woje-

wody. Murek był pewien, że najdalej za miesiąc wróci na poprzednie stanowisko. Tak w to
wierzył,  że  poszedł  do  zakładów  stolarskich  i  opłacił  zwykłą  ratę  za  zamówione  meble.
Umówił się tam też co do sprowadzenia z Czołnow i odrestaurowania tych antyków czołnow-
skich które już

 

faktycznie były jego własnością.

Głównie też z zamiarem porozumienia się w tej sprawie poszedł któregoś dnia do willi na

Wielką. Liczył też i na rozmowę z babunią, zamierzając prosić staruszkę, by napisała do War-
szawy w celu przyspieszenia powrotu córki i wnuczki.

Ku swemu zdziwieniu i radości dowiedział się od lokaja, iż panie właśnie przyjechały po-

południowym pociągiem.

–  Ale  niech  pan  doktor  lepiej  innym  razem  będzie  łaskaw,  bo  teraz  państwo  chyba  nie

przyjmą.

Dopiero teraz Murek zauważył przestraszony wzrok lokaja, nieład w przedpokoju i rozbitą

szybę w drzwiach do salonu. Skądś, z dalszych pokojów dobiegał hałas przewracanych mebli
gwar wielu głosów i krzyki.

– Co się tu stało?! – zapytał przerażony.
Służący machnął rękami.

background image

36

– Cały dom rozwalą. Złapała go z tą rudą, co to niby do rachunków przychodziła. Stary, a

głupi. Drzwi od  gabinetu nie mógł zamknąć. Ale to i dobrze, należało mu się.  Ludziom  od
roku zalega, a w tę rudą to pchał drań forsę.

– Ale kto?
– No jaśnie pan. Starsza jaśnie pani to chyba wykituje z tego wszystkiego.
Przeraźliwy spazmatyczny krzyk kobiecy ostrym piskiem rozległ się gdzieś bliżej.
– Morderca! Ratunku! Morderca.
Murek rzucił na ziemię kapelusz i skoczył przez otwarte drzwi.  W hallu na środku  leżał

wywrócony wielki fotel i stolik z porcelaną. W gabinecie na ciemnym dywanie widniały roz-
rzucone części męskiej i kobiecej garderoby.

Pod obcasami zatrzeszczało szkło rozbitej lampy. Przez palarnię Murek wpadł do buduaru,

gdzie na podłodze kłębiło się kilka osób. Chrapliwy głos Horzeńskiego charczał urywanie.

– A masz, a masz, a masz wiedźmo, masz.
Czyjaś głowa miarowo uderzała o podłogę.
– Złodziej, morderca! – piszczał kobiecy głos.
Z przewalającej się kupy sterczały gołe, kosmate i chude nogi Horzeńskiego. Jedną z nich

ciągnęła  oburącz  marszałkowa  Radecka,  której  siwe  włosy  prawie  zakrywały  twarz.  Poko-
jówka  Milcia  walczyła  w  środku,  gdzie  w  strzępach  różowej  koszulki,  z  twarzą  ociekającą
krwią, leżała na wznak owa ruda, do której przywarła pani Horzeńska. Jej mąż usiłował ode-
rwać jej ręce od ofiary a ciotka Leokadia biła go popielniczką  po  głowie. W pewnej chwili
Horzeński  wierzgnął  nogą  i  marszałkowa  Radecka,  niczym  wyrzucona  z  katapulty,  prze-
mknęła z nieludzkim krzykiem obok Murka i uderzając całym ciężarem o misterne biureczko
w rogu pokoju, legła z trzaskiem w jego gruzach.

Murek,  szybko  zorientowawszy  się  w  sytuacji,  zrzucił  palto,  przeskoczył  przez  Milcię  i

upatrzywszy dogodny moment, chwycił pod ramiona rudą pannę. W następnej chwili zapew-
niwszy  sobie  równowagę  w  rozstawionych  nogach,  szarpnął  z  całej  siły.  Piekielny  wrzask
towarzyszył temu cesarskiemu cięciu. W rękach pani Horzeńskiej zostały dwie smugi rudych
włosów, ciotka Leokadia przewróciła się, a Horzeński zsunął się z pleców żony, lecz wino-
wajczyni całego zajścia stała już bezpiecznie za plecami Murka.

– Bandyci! Zabili! Zabili mnie! – rozpaczliwie darła się z kąta marszałkowa Radecka spod

stosu zmasakrowanego biureczka, wyciągając ku niebu ręce czarne od atramentu.

–  Proszę  się  uspokoić!  Proszę  państwa!  –  zdyszanym  głosem  usiłował  przekrzyczeć  ich

Murek.

– Ja tę dziewkę uduszę! Łajdaczka! – wypiskiwała histerycznie pani Horzeńska, siedząc na

podłodze w podartych karakułach, z głową karykaturalnie zmierzwioną, potrząsając kurczowo
zaciśniętymi pięściami.

– Ciebie uduszę, ty wiedźmo – rzucił się do niej znowu mąż, straszny i śmieszny w po-

szarpanej górze od piżamy, z wielką czerwoną pręgą przez policzek i z kłakami włosów na
piersi.

Na szczęście przytomna pokojówka zagrodziła mu drogę i pchnęła na tapczan, aż jęknęły

sprężyny. Na karku widniała napuchnięta rana, z której cieniutką strużką ciekła krew.

Murek  uznał  za  najlepsze  natychmiastowe  usunięcie  obiektu  awantury.  Ruda  panienka

trzymała się kurczowo jego ramienia, skulona i rozdygotana.

– Niech pani idzie tu – pociągnął ją do sypialni a stąd do łazienki. – Proszę obmyć krew.

Zaraz przyniosę pani ubranie.

– Ja się boję! – jęknęła – Ja się boję, niech pan nie odchodzi!
Wyglądała  okropnie.  Twarz  podrapana  ociekała  krwią,  resztki  kombinezki  żałośnie  zwi-

sały z jednego ramienia. Pełne obwisłe piersi i duży okrągły brzuch pokryty siecią niebieskich
żyłek również nosiły liczne ślady walki.

background image

37

–  Jakie  to  szczęście  –  przemknęło  Murkowi  przez  głowę  –  że  Nira  nie  widziała  tego

wszystkiego. Gdzie ona może być? Może gdzie leży zemdlona!

Nawinął się właśnie lokaj, któremu kazał odszukać garderobę panny. W buduarze był już

spokój. Pani Horzeńska, zanosząc się spazmatycznym łkaniem, doprowadzała przed lustrem
swój wygląd do jako takiego porządku. Jej męża już nie było. Musiał wynieść się do gabinetu.
Ciotka  Leokadia  cuciła  w  kącie  marszałkową  Radecką.  Murek  przypomniał  sobie,  po  co  tu
wszedł: chodziło o palto. Podniósł je z podłogi, strzepnął i właśnie rozejrzał się za bezpiecz-
nym miejscem,  gdzie by je ulokować,  gdy w drzwiach stanęła babcia  Horzeńska  Oparta  na
swojej laseczce i blada jak papier, zwróciła się jednak do Murka z uśmiechem.

– Dobry wieczór, panie Franku. Proszę mi wybaczyć, że w moim domu.
Głos  zadrżał  i  już

 

Murek  przestraszył  się,  że  staruszka  straci  przytomność.  Ona  jednak

opanowała się i dorzuciła jednym tchem:

– Dziękuję. Proszę, Nirę znajdzie pan w jej pokoju.
Nic nie odpowiedział, tylko serce mu się ścisnęło litością i podziwem dla tej staruszki. On

sam, młody i zdrowy, pomimo silnych nerwów, czuł się zupełnie wytrącony z równowagi. W
pierwszych chwilach działał nie myśląc, zrobił to, co zrobiłby instynktownie w każdej podob-
nej sytuacji. Teraz jednak nie umiał przywołać się do przytomności, zrozumieć, co właściwie
zaszło  i  jaką  on  sam  w  tym  rolę  odegrał.  Ogarnął  go  nagle  wstyd  za  tych  ludzi,  uczucie
wstrętu,  podobne  do  tego,  jakie  miał  już

 

raz,  kiedy  jeden  z  kolegów  biurowych  ukradkiem

wybierał mu z szuflady papierosy. Czuł się tak, jakby w jego oczach zostało zdemaskowane
jakieś nędzne oszustwo, jakby odkrył falsyfikat w tym, co cenił, co chciał cenić. A jednocze-
śnie gdzieś pod krtanią łaskotała go potrzeba śmiechu. Przykrego, złego śmiechu.

Minął się w korytarzu z rudą dziewczyną, którą służący dość bezceremonialnie popychał

ku kuchennemu wyjściu. Zapukał do drzwi Niry. Nie było odpowiedzi, wobec czego nacisnął
klamkę. Leżała na tapczanie, oparta na łokciach i czytała książkę.

– No, jakże tam?– zapytała, nie odwracając głowy – życie rodzinne kwitnie?
– To ja – powiedział Murek – dobry wieczór pani.
Zerwała się i usiadła:
– Pan?... A pan skąd się tu wziął?
– Właśnie przyszedłem niedawno.
– W samą porę! – wybuchnęła głośnym śmiechem.
Podciągnęła  nogi  i  zakryła  je  brzegiem  różowego  szlafroczka.  Na  włosach  miała  siatkę,

która,  zapinając  się  pod  brodą,  podkreślała  śliczny  owal  jej  twarzy.  Rozjarzone  śmiechem
oczy paliły się czarnym ogniem. Wydała mu się nieprawdopodobnie i niewiarygodnie piękna,
najdroższa i najbardziej upragniona.

– Przyjechała pani! – chwycił jej rękę i wśród pocałunków powtarzał: – Przyjechała! Moja

ukochana! Przyjechała... Tak tęskniłem...

Lekko wyswobodziła dłoń z jego rąk:
– No dobrze, dobrze, ale niech mi pan powie, czy tamci już wszyscy w szpitalu?
– Którzy tamci? – zdziwił się szczerze.
– No, moja kochana rodzinka!
 Zasępił się.
– Rzeczywiście, bardzo, bardzo przykre... Pani słyszała?
Z irytacją odsunęła książkę.
– Czy słyszałam? Cała dzielnica musiała słyszeć. Mama jest zupełnie niepoczytalna. Czy

to pan pisał ten anonim?...

Murek aż oniemiał.
– No, mnie pan może się przyznać. Pan pisał?
– Jaki anonim?

background image

38

– Niechże pan nie udaje – zniecierpliwiła się. – Babcia pisała, że tatuś zrobił panu brutalną

scenę a zaraz po liście babci przyszedł ten anonim o tatusiu i jego... złotowłosej amantce. Mu-
szę panu przyznać, że to było szatańsko zręczne posunięcie. Nie podejrzewałam pana o tyle
dyplomatycznych zdolności: jednym zamachem zemścić się na tatusiu, zdyskredytować go i
zmusić matkę, a zatem i mnie do powrotu.

–  Myli  się  pani  –  potrząsnął  głową  –  nigdy  w  życiu  nie  napisałem  żadnego  anonimu.  I

zdaje mi się, że niczym też nie dałem pani, panno Niro, powodów do posądzenia mnie o taką
podłość.

Wzruszyła ramionami.
–  Ach!  Podłość!  Lubi  pan  nadużywać  mocnych  słów  Może  nie  pan  pisał,  ale  pan  to  za-

aranżował. Mama, gdy przeczytała o zastawieniu jej brylantów, wpadła w istny szał. Bałam
się, że nasz dom musi teraz przypominać scenę teatru z ostatniego aktu „Hamleta”. Same tru-
py. Co?

– Jakie to szczęście, że pani tego nie widziała!.
– O, nie. Podobne widowisko może być interesujące, ale jeden raz. Gdy powtarza się czę-

ściej,  zaczyna  nudzić  Wykąpałam  się  tymczasem  i  jak  pan  widzi,  usiłowałam  czytać,  o  ile
odgłosy życia rodzinnego na to pozwalały

Murek posmutniał. Był przekonany, że Nira nadrabia miną, by nie okazać, jak wstydzi się

za swoich, lecz dotknął go ten sarkastyczny ton.

– Panno Niro – odezwał się. – Niech pani nie udaje cynizmu. Proszę mi wierzyć, że w peł-

ni współczuję pani, że dla mnie to. to zajście jest równie bolesne...

– O? Bolesne? Czyżby i pan przy tym oberwał jakiegoś guza? – zaśmiała się swobodnie.
Murek zmarszczył brwi.
– Powtarzam, że nie do twarzy pani z tym tonem. Wiem doskonale, że pani cierpi. Drwi-

nami tego się nie zakryje. Musi pani kochać i rodziców, i dom...

ognisko.
Nira wyprostowała się, jej oczy zwęziły się i błysnęły gniewem.
– Kochać? Kochać? Ja nie cierpię ich! Słyszy pan, nie cierpię! Duszę się w tym domu! Ze

wstrętem oddycham tym powietrzem. Czy pan nie widzi, że jestem młoda, chcę życia, chcę
szczęścia,  chcę  prawdziwego  zła  i  dobra,  nawet  cierpień,  nawet  krzywd,  ale  prawdziwych
bujnych, żywiołowych! A tu jest trupiarnia! Dogorywanie! Tu nie ma żadnego ogniska, tylko
sterta nawozu, tlejąca w zaduchu hipokryzji! To wszystko jest skazane na zagładę! Co mnie
może łączyć z tym roślinnym dogorywaniem, z tym z tym próchnem!

Zerwała się i oburącz chwyciła się za głowę.
– O, Boże, Boże! Ja muszę stąd się wydostać, ja muszę oderwać się od tego! Nie dam się

wessać w to grzęzawisko! Nie dam się! I wyrwę się, słyszy pan, wyrwę się za wszelką cenę!
Stała przed nim, drżąca z gniewu i buntu.

– Nie zniosę tego dłużej, duszę się!
Ogromna  radość  ogarnęła  Murka,  Na  początku  trochę  przestraszony  jej

 

wybuchem  i  po-

gardą, z jaką mówiła o własnej rodzinie, teraz widział tylko jedno, prostą konsekwencję ona
chce czym prędzej rozstać się z domem a zatem wyjść za niego, zacząć nowe życie.

– Niro, szczęście moje! – wyszeptał w największym rozczuleniu. – Zabiorę cię, tak, zabio-

rę panią stąd, jak najprędzej.

Murek, sam bliski łez, łagodnie i tkliwie objął ją i nieznacznym delikatnym ruchem dłoni

głaskał jej

 

ramię.

– Zabiorę cię – mówił półgłosem. – Już niedługo. Będziemy mieli własny dom, własne ogni-

sko, własne szczęście. Dla ciebie, tylko dla ciebie będę żył... Gotów jestem i umrzeć dla ciebie
Niro mój najdroższy skarbie, moja kochana, pokrzywdzona królewno... No, nie płacz już... Nie
płacz... Za każdą z twoich łez oddałbym całą swoją krew. Tylko troszkę cierpliwości. Wszystko

background image

39

będzie  słonecznie  i  dobrze.  Już  prędko...  Rodzice  muszą  się  zgodzić  na  przyspieszenie  ślubu.
Zgodzą się, zobaczysz. Nie mają prawa więzić mojego rajskiego ptaka... Już niedługo.

Zdawała się uspokajać pod wpływem jego słów, co rozrzewniło go jeszcze bardziej. Zniżył

głos i mówił szeptem, tuz przy jej głowie.

– To prawda, że na razie nie możemy jeszcze się pobrać, ale to kwestia kilku tygodni, mie-

siąca. Moja redukcja zostanie cofnięta. Wrócę do magistratu na dawne stanowisko. Sam wo-
jewoda  tym  się  zajął.  A  gdy  będę  miał  zapewnioną  stałą  pensję,  gdy  wrócę  do  magistratu,
wtedy już nic.

Stanowczym ruchem uwolniła się z jego objęć.
– Boże! – powiedziała zniecierpliwionym lecz już

 

spokojniejszym głosem. – Niechże mi

pan da święty spokój z tym swoim magistratem!

Murek zaniepokoił się: chyba powiedział coś bezsensownego, czy  popełnił jakiś nietakt?

Od razu stracił pewność siebie i patrzył na nią skonfundowany.  Nira  tymczasem  ociężałym
ruchem jakby zmęczona, zapaliła górne światło, wyjęła z szafy suknie i jeszcze jakieś szcze-
góły garderoby i za parawanem zaczęła się ubierać. Nie wiedział, czy ma wyjść, czy zostać, a
bał się pytaniem sprowokować nieprzychylną odpowiedź. Stał i czekał. Po chwili wyszła w
długiej  wieczorowej  sukni  i  usiadłszy  przed  lustrem  ze  skupioną  uwagą  zdejmowała  siatkę
pieczołowicie  i  długo  układała  poszczególne  pasma  i  fale  włosów,  połyskujących  na  zgię-
ciach miedzią, potem jakimś kremem z lekka wytarła twarz, przyczesała brwi i westchnąwszy
powiedziała.

– Proszę mi wybaczyć, panie Franku, stan moich nerwów.
– Ależ.
– Nie jestem historyczką, ale niewiele do tego brakuje. Mówmy o czymś innym Cóż pan

porabia?

– Ja? uśmiechnął się – O, to nic ciekawego Może pani mi lepiej powie, jak spędzały panie

czas w Warszawie?

Niechętnie i jakby z przymusem mówiła o krewnych, o znajomych, o teatrach, o modzie i

cenach futer, o restauracjach i dancingach. Stopniowo wspomnienia warszawskie ożywiły ją:
nawet zaśmiała się kilka razy. Miał ogromną ochotę zapytać, czy widywała Junoszyca, lecz
póty to odkładał, aż zapukano do drzwi.

Wszedł służący.
– Jaśnie pani starsza prosi do stołu – zameldował.
Murek  spojrzał  nań  zdumiony,  potem  pytająco  na  Nirę.  Nie  przypuszczał,  by  po  tej  po-

twornej awanturze kolacja miała odbyć się normalnie. Zwłaszcza  swoją obecność uważał za
nieodpowiednią i chciał Nirę pożegnać, lecz lokaj pospieszył zaznaczyć, że jaśnie pani starsza
koniecznie prosi i pana doktora.

Gdy niechętnie i zażenowany wchodził za Nirą do jadalni byli tam już wszyscy, nie wyłą-

czając  pana  i  pani  domu.  Jak  zwykle  tutaj,  ubrani  wieczorowo,  nieco  uroczyści  i  uprzejmi.
Mogłoby się zdawać, że w tym domu nic nie zaszło, że ci ludzie  w ogóle nie byliby zdolni
nawet do podniesienia na siebie głosu. Gdyby nie wyraźne choć zapudrowane lub pozaklejane
plasterkami siady bójki, Murek sam zwątpiłby w to co widział na własne oczy zaledwie przed
dwiema godzinami. No i rozmowa nie dawała się nawiązać, mimo usilnych zabiegów babci.
Tylko głuchy pan Salwator, stryj pana domu, zdradzał wyśmienity humor gadając bez prze-
rwy. Musiał nie słyszeć awantury i nic o niej nie wiedzieć, gdyż raz po raz zwracał się do jej
uczestników z dowcipami, anegdotkami i żarcikami na temat szram i sińców. Bawił się tym
znakomicie.

Na Murku zrobiło to wszystko razem makabryczne wrażenie. Wracając do domu obiecał

sobie dwie rzeczy: jak najprędzej wyrwać Nirę z tego domu i rozstać się z Karolką. Już wów-
czas,  gdy  Nira  płakała,  przeklinał  w  duchu  swoją  słabość,  to,  że  uległ  pokusie  i  że  plamił
swoją miłość brudnym i niegodnym uczciwego człowieka stosunkiem fizycznym.

background image

40

Nazajutrz,  gdy  przyszła  Karolka,  usiłował  wytłumaczyć  jej  stan  swego  sumienia.  Zrozu-

miała tylko, że ją odpędza, a chociaż nie przejęła się tym zbytnio, chlipała prawie pół godzi-
ny, dając Murkowi do zrozumienia, że gdyby mu się coś odmieniło, zawsze gotowa jest do
powrotu.

Jeden po drugim mijały dni, dręczące bezczynnością. Prawie co dzień widywał się z narze-

czoną,  a  pewien  swego  rychłego  powrotu  do  magistratu,  chodził  po  mieście  ostentacyjnie
uśmiechnięty i z podniesioną głową, zwłaszcza towarzysząc pannie Horzeńskiej. Może dlate-
go,  a  może  przez  zwykłą  ciekawość,  zatrzymywali  go  teraz  częściej  znajomi,  wypytując  o
zamiary  na  przyszłość  a  mimochodem  starając  się  dowiedzieć  coś  bliższego  o  awanturze  u
Horzeńskich, o której opowiadano niestworzone rzeczy. Służba musiała roznosić plotki, a te
wykoślawiały  i  bez  tego  przykrą  prawdę  do  rozmiarów  niemal  zbrodni.  Życie  jednak  poto-
czyło  się  wkrótce  dawnym  trybem  i  już  nie  mogło  być  mowy  o  zamordowaniu  w  willi  na
Wielkiej owej rudej panienki, gdyż kilka osób widziało ją na własne oczy w separatce w re-
stauracji Wiecheckiego i to z Horzeńskim.

Tymczasem  minął  zapowiedziany  przez  wojewodę  termin  i  Murek  zaczął  nachodzić  se-

kretarza Landę, by dowiedzieć się o losie swojej sprawy. Ten jednak nie chciał czy nie umiał
nic powiedzieć i skończyło się na tym, że trzeba było znowu udać się do samego wojewody.

Na piątkowym zbiorowym przyjęciu, na które Murek przyszedł pełen najlepszych nadziei,

wojewoda na szczęście był w doskonałym usposobieniu. Dobrodusznie przemówił za zgodą
między obywatelami różnych wyznań, wskazał na nieistotność rozbieżności rasowych i kla-
sowych, które już z odległości księżyca muszą być niedostrzegalne, a co dopiero z takiego na
przykład gwiazdozbioru Wielkiej czy nawet – przypuśćmy – Małej Niedźwiedzicy. Po kilku
hipotezach  astronomicznych  i  muśnięciu  sprawy  przyszłych  stosunków  międzyplanetarnych
przeszedł od razu do wysłuchiwania petentów i łaskawie większość spraw zadecydował przy-
chylnie, gdy jednak uśmiechnięty zwrócił się do Murka, wyraźnie spoważniał:

– A, pan doktor Murek. O cóż panu chodzi?...
Nim jednak Murek zdążył coś powiedzieć, wojewoda zmarszczył brwi i zawołał:
– Przypominam. Tak, tak. Otóż panie doktorze, zbadałem pańską skargę. Zbadałem i przy-

kro mi bardzo, że wprowadził mnie pan w błąd.

– Ja, panie wojewodo... – zaczął Murek.
– Pan – ostro przerwał wojewoda. – Co pan doktor sobie wyobraża, ja nie wiem. Zaprząta

pan swoją osobą województwo i ministerstwo, jakby wszystkie najwyższe instancje admini-
stracyjne nie miały nic innego do roboty jak zajmować się pańską przeszłością polityczną.

– Ależ, panie wojewodo, ja nie mam żadnej przeszłości politycznej! – prawie krzyknął w

rozpaczy Murek.

Wojewoda skrzywił się:
– Ma pan czy nie, to jest obojętne. Gdyby pan miał antypaństwowe grzechy na sumieniu,

zostałby  pan  oddany  sądom.  A  skoro  ich  pan  nie  ma  lub  obciążają  pana  rzeczy  niekaralne,
nikt  pana  z  tego  powodu  usunąć  z  posady  nie  miał  prawa.  Zrozumiano?...  W  państwie  jest
prawo. Pan  wie,  co  to  jest  prawo?...  Praworządność!  Każdy  obywatel  temu  prawu  podlega.
Ono wskazuje mu jego obowiązki i jego uprawnienia. Może pan znajduje, że to nie jest słusz-
ne, ale ja jestem przeciwnego zdania, panie doktorze Murek. I skąd do licha, ubrdał pan sobie,
że zwolniono pana z powodów politycznych?... Czy to nie mania wielkości? Do stu diabłów!
Ministerstwo nic o tym nie wie. Zarząd miasta wyraźnie i w urzędowym piśmie stwierdza, że
zwolniono pana wskutek zwyczajnej redukcji. Pan prezydent Niewiarowicz osobiście to po-
twierdza. A pan, pan ma widocznie jakieś niezdrowe ambicje, jakieś chorobliwe przywidze-
nia. Czy panu się zdaje, że ja jako wojewoda, nie mam nic lepszego do roboty niż zajmowanie
się pańskimi fantazjami?... Niech się pan opamięta, panie doktorze Murek!...

Wojewoda skończył, zmrużył nerwowo powieki i odwrócił się do następnego interesanta.

background image

41

Schodząc po szerokich schodach Murek na próżno usiłował zebrać myśli. Jedno wiedział:

– Przegrana. Spadło to nań jak obuch i przyćmiło zdolność zdawania sobie sprawy z przyczyn
i szczegółów poniesionej klęski. Do późnego wieczora leżał na łóżku, przykrywszy się wraz z
głową paltem.

Obmierzło mu nagle wszystko. Ogarnęła go taka apatia, że gdyby bodaj pożar wybuchł w

domu, nie miałby ochoty ruszyć się z miejsca. Stopniowo, z wolna krystalizowała się świa-
domość krzywdy, krzywdy, wobec której był bezsilny. Krótko jednak poddawał się rozrzew-
nieniu nad własną bezsilnością. Pięści same zaczęły się zaciskać, a krew napływała do mó-
zgu. Wiedział dobrze, co mu nakazywała zrobić jego natura. Przed oczyma jak żywy stanął
obraz lat dziecinnych. Na rynku w miasteczku tłum ludzi a w środku Mikoła Bacel, gospodarz
z Ławrynówki, kum ojca, bosy, w parcianych portkach, z dyszlem w obu rękach a na dyszlu
krew, a na ziemi, w kałuży brodaty Judka, co po wsiach jeździł za bydłem, i żandarm z błysz-
czącymi guzikami. A Mikoła krzyczał:

– Moja krzywda, wasza śmierć!
A wszyscy naokoło milczeli albo jeszcze przytakiwali, bo stronę  Mikoły  trzymali,  że  go

Żyd oszukał, a żandarm za Żydem się ujął. Judka leżał z rozwaloną głową i z dziwnie otwartą
gębą a ten drugi w mundurze, cały we krwi, ruszał się jeszcze, a co się poruszył, Mikoła za-
wijał dyszlem i walił z całej siły, krzycząc:

– Moje krzywda, wasza śmierć.
I chociaż zaraz przyszło dużo żandarmów, którzy strasznie wygrażali i po rękach i nogach

zakuli Mikołę w łańcuchy, w pamięci Murka pozostał on jako bohater. Miał wtedy lat sześć,
nie więcej, może siedem, ale nigdy później nie zdobył się na potępienie Mikoły Bacela, go-
spodarza  z  Ławrynówki.  Już  będąc  w  domu  pana  Słowińskiego,  chodząc  do  czwartej  czy
piątej gimnazjalnej, dowiedział się, że Mikołę wtedy powiesili. Wiadomość ta nie oburzyła go
wcale. Tak i  należało.  Ale  Mikoła  umierał  ze  spokojnym  sumieniem,  bo  za  swoją  krzywdę
zapłacił, sprawiedliwość sobie wymierzył...

Byle to zrobić, a potem to już wszystko jedno!...
Murek usiadł na łóżku i wpatrzył się w ciemność. Serce biło mocno i niespokojnie. Wie-

dział, co mu szumi po głowie. Tak, pragnął odpłaty za swoją krzywdę. Nie kary, nie zemsty,
lecz  sprawiedliwej  odpłaty.  Moja  krzywda,  wasza  śmierć!...  Właśnie,  tylko  śmierć.  Dawny
projekt denuncjacji wydał mu się śmieszny i zbyt łagodny. Czuł w sobie konieczność bezpo-
średniego fizycznego działania. Chwycić za gardło i udusić lub rozbić łeb!...

I nagle zastanowił się: komu?... Przez myśl przesunęły się szybko postacie wojewody, Gą-

sowskiego, Niewiarowicza, Jelczy, Czakowskiego, sekretarza Więcka, Landy i nie wiadomo
dlaczego, Junoszyca. Do nich wszystkich rosła w nim nienawiść. Stopniowo coraz wyraźniej
uświadamiał sobie, że jednak od Niewiarowicza przede wszystkim ma prawo zażądać rozra-
chunku. Gdzieś pod czaszką zaczęło formować się i twardnieć postanowienie.

Ciężko podniósł się z łóżka, nie zapalając lampy, odszukał po omacku kapelusz, naciągnął

palto i wyszedł do sionki. Przekręcał właśnie klucz w zamku, gdy sąsiednie drzwi uchyliły się
i w kłębie pary, buchającej w mróz z ciepłego wnętrza, stanął pan Żurko, właściciel mieszka-
nia.

– A pan doktor, za przeproszeniem, wychodzi? – zapytał tonem rozczarowania.
– A bo co, panie Żurko?
– Eee... nic. Tak sobie. Myślałem, że pan może nie pogardzi... Hę... moja stara kazała...
Staruszek zakaszlał w przeciągu i dodał:
– A i prośbę mielibyśmy.
Murek bez słowa wszedł do pokoju, a raczej do schludnie utrzymanej kuchni. Z sąsiedniej

alkowy  od  razu  przydreptała  Żurkowa,  przygarbiona,  chuda  staruszka.  Oboje  przypominali
parę białych, ruchliwych i zaniepokojonych królików. Żyli samotnie. Mieli wprawdzie troje
dzieci, lecz dwie córki już dawno wyszły za mąż i mieszkały gdzieś daleko a syn wyemigro-

background image

42

wał do Ameryki i tyle o nim wiedzieli, że doszedł do majątku. Do rodziców nie przyjeżdżał
ani  znaku  życia  nie  dawał.  Toteż,  ile  razy  staruszkowie  zaczepiali  Murka,  rozmowa  wciąż
kręciła  się  koło  niewdzięczności  dzieci.  Nawet  nie  narzekali  na  nich.  Niczego  przecież  od
nich nie chcieli, broń Boże. Skarżyli się tylko, że przyjdzie im umrzeć, nie doczekawszy się
ciepłego  słowa  od  nich.  Na  komodzie  w  kolorowych  ramkach  stały  fotografie,  nad  nimi  z
niebieskiego wazonu zwieszały się papierowe czerwone kwiaty. Nawet czystość tutaj, nawet
białe firaneczki na oknach i doniczki z pelargoniami, wszystko  tu  było  smutne,  osierocone,
gotowe do pożegnania na zawsze. W starych oczach, między zmarszczkami, wciąż szkliły się
łzy, nie wiadomo, czy ze smutku, czy ze starości, aż i obcierać ich nie było warto, a może i
nie czuli, jak im wysychały na powiekach. Cały dzień krzątali się oboje w swoim mikrosko-
pijnym  gospodarstwie  a  wieczorami  gawędzili  wciąż  o  tym  samym,  najczęściej  po  ciemku,
przez oszczędność a i dlatego, że nawet przez okulary czytać już przy sztucznym świetle nie
mogli.

Murek czuł dla staruszków jakąś bliżej nieokreśloną litość i dlatego, chociaż początkowo

wytargował swój pokój za piętnaście złotych miesięcznie, później dobrowolnie dorzucił jesz-
cze trzy złote. Dla niego nie był to wielki pieniądz, dla nich  stanowiła ta kwota o możności
takiego luksusu jak mleko do kawy.

Toteż,  gdy  Żurkowa  skwapliwie  zaczęła  nakrywać  stół  obrusem.  Murek  stanowczo

oświadczył, że za przyjęcie dziękuje. Usadowił się pod oknem i zapytał:

– O cóż chodzi?
– Bardzo wielka przykrość... Ot... na stare lata – zaczęła Żurkowa, lecz mąż przerwał jej:
– Do pana doktora jako do wykształconego człowieka zwracam się. Może pan da łaskawie

jaką radę. Już do żadnej impulsywnej pracy nie nadaję się. Ręce trzęsą się, widzę już słabo.
Jeszcze ot, w ogródku tam coś tego i owego, ale żeby tak, to nic. Sam pan doktor widzi. Ale,
jak panu wiadomo, służyłem kiedyś kolejowo. Czterdzieści lat, panie, czterdzieści lat. Bywa-
ło, pogoda nie pogoda, choroba nie choroba, do swojej roboty marsz! I za cóż, pytam się taka
krzywda?...

– Jaka krzywda?
– A no, powiadają, że u zaborcy, niby, że u ruskich służyłem. A mójże panie, moja wina?

A bo to chciałem akurat u ruskich?

– Polskich to i nie było wtedy – tonem zapewnienia dodała staruszka.
– Otóż to – potwierdził. – A oni mi powiadają, że teraz taki przepis wyszedł, że mnie moją

emeryturę  zmniejszyć  trzeba.  Ludzie,  mówię,  opamiętajcie  się!  Za  co?...  Czy  ja  co  złego,
uchowaj Boże, zrobiłem?... Nie to, powiadają, ale służba w zaborczych ruskich na mniej liczy
się. To, mówię, może i mnie należy się odmłodnieć, żeby z tych czterdziestu lat, co mi potrą-
cali na emeryturę, wróciło się?... I jakże to tak?

Staruszek ubawił się własnym dowcipem, klepnął się po kolanie i zerknął na żonę, a ta za-

śmiała się cichutko, zakrywając usta ręką.

– I widzi pan doktor, co parę lat zmniejszali. To na oszczędności, to obniżki, a to procenty,

a  teraz  znowu.  Powiadają,  że  od  rządu  taki  przepis  wyszedł.  Jakże  od  rządu  niesprawiedli-
wość? Za co? Tak tu siedzim z moją starą i kalkulujem: jak tu z tego wyżyć? Za mieszkanie
płacić trzeba a i opału nikt darmo nie da. Co jemy, sam pan doktor widzi. Kartofle i kluski. A
choćbyśmy tego mięsa, co na niedzielę do posmakowania kupujemy, wyrzekli się jak pokusy
piekielnej, to i tak nie wyciągniem.

Tu znowu wtrąciła się staruszka i zaczęła szczegółowo wyliczać pozycje niezbędnych wy-

datków i zakończyła:

– Lepiej przyszliby i powiedzieli: nie ma dla was nic więcej, umierajcie!
– Co też opowiadasz – zachichotał jej mąż. – Przecież na koszt pogrzebu nie byłoby. Jesz-

cze przeklinaliby po śmierci. Tak ot czterdzieści lat pracy... Życie człowiekowi zeszło a nawet
na trumnę sosnową nie starczy... Ale ja myślę – ożywił się nagle – że od pana doktora jako od

background image

43

urzędowej osoby  i  w  ogóle  znającego,  jakaś  rada  nam  przyjdzie.  Bo  my,  cóż  możemy  zro-
bić?... Żadnej siły ani opieki nie mamy. Prawo z nami, po naszej stronie, ale to słaba pocie-
cha. Przez sądy swojego nie dojdziem, a choćby, to na sądy pieniędzy potrzeba. Nikt z nami
się nie liczy. Emeryt to tak jak ubogi krewny, co się go z łaski utrzymuje, a jak za długo żyje,
to i łaski coraz mniej. – A my, starzy, nikomu już niepotrzebni. Choćby i wszystko nam ode-
brali, to i tak jesteśmy bezbronni.

Staruszek wyjął chustkę i długo nos wycierał. Murek pomyślał, że mógłby być synem tych

dwojga i że to może lepiej, że jest sierotą. I tak zabolała go ich właśnie bezradność, bezbron-
ność.

Pokiwał  głową.  Cóż  im  może  poradzić?...  Ciężko,  bardzo  ciężko,  ale  niech  starają  się

przetrwać.  Może  przyjdzie  poprawa.  Teraz  takie  zarządzenia  wyszły.  Wszystkim  obcinają
pobory. Jednym mniej, innym więcej. Nie zawsze sprawiedliwie...

Tu Murek siłą kilkuletniego nawyku poczuł się w jakimś stopniu odpowiedzialny za zarzą-

dzenia  państwowe,  odezwał  się  w  nim  obowiązek  solidaryzowania  się  z  państwem.  Zaczął
pouczającym i poważnym tonem wyjaśniać, że rządy też są instytucją ludzką, że osiągnięcie
bezwzględnej sprawiedliwości w podziale dochodów i obciążeń jest bardzo trudne, że kryzys
zmusza państwo do rozstrzygnięć nieraz przykrych a jednostki, które na tym ucierpiały, po-
winny pogodzić się z nową sytuacją, gdyż dobro całości tego wymaga.

Żukrowie  słuchali  coraz  bardziej  onieśmieleni,  aż  umilkł  zawstydzony  pustką  własnych

słów. Jakże inaczej brzmiały, ile miały głębokiego sensu i niewzruszalnej prawdy wtedy, gdy
w nie wierzył.

– Pogodzić się? – lękliwie odezwał się Żurko. – I pewnie muszę się pogodzić, bo cóż zro-

bię?... Ho, gdybym był młody, jak pan, ho!...

Murek spojrzał nań z nagłym zainteresowaniem i zapytał półgłosem:
– I cóżby wtedy pan zrobił?
– Wtedy?... Oho! Co tam gadać! Nie zostawiłbym swojej krzywdy nikomu na pamiątkę...

Pewno!  A  potem  plunąłbym  i  poszedł  w  świat!  Dla  młodego  wszędzie  miejsce  i  kawałek
chleba się znajdzie. Prawda, stara?

Staruszka westchnęła i machnęła rękami. Murek zapiął palto, wstał i pożegnał się.
Zaraz za drzwiami uderzył go mocnym porywem lodowaty wiatr. Setki drobnych jak pył

śnieżynek wdarły się za kołnierz, siekły w twarz, kłuły w oczy. Pochylił się i szybko szedł
pod  wiatr.  Pod  nogami  śnieg  skrzypiał  urywanym  metalicznym  dźwiękiem.  Trzeba  było
przymknąwszy powieki iść prawie na oślep. Ulice były puste. Na  rogu Poznańskiej i Leśnej
ktoś mu się ukłonił. Odpowiedział sięgnięciem ręki do kapelusza. Przejmujący powiew wtar-
gnął do rękawa i poszedł przez plecy. W gęstej zadymce topniały i rozmazywały się światła
latarń.  We  wnęce  koło  kościoła  czerwona  lampka  żarzyła  się  pod  figurą,  oświetlając  stopy
posągu i rój czerwonych wirujących dookoła gwiazdek.

Za  kościołem  skręcił  w  lewo,  otworzył  furtkę  i  zadzwonił  na  ganku.  Wysokie  ciężkie

drzwi uchyliły się, pokojówka w czarnej sukience i w białym haftowanym fartuszku powitała
go jak starego znajomego. Dawniej często bywał u prezydenta, czy służbowo, czy jako gość.

– O, tak dawno pana doktora nie widziałam! – z przymilnym uśmiechem na pucułowatej

twarzy zabrała się do zdejmowania palta. – Proszę tylko usiąść na chwilę, buciki obetrę. Taka
zawieja, że strach. Zziąbł pan doktor?

Spojrzał na jej zalotne oczy, na pogodny uśmiech. Z odległych pokojów dolatywały śmie-

chy i piski dzieci. Poza tym jasno tu było, zacisznie i jakoś dziwnie bezpiecznie.

– Zziąbłem. Mróz tęgi – powiedział i nie patrząc jej w oczy zapytał:
– Jest pan prezydent?
– A jakże. Niech pan doktor pozwoli do salonu. Zaraz zamelduję.
– W salonie rozejrzał się po znajomych ścianach. Nie siadał, a  gdy minęło kilka minut i

nikt się nie zjawił, zaczął chodzić. Nie zdawał sobie sprawy z celu swego przybycia. Nie miał

background image

44

żadnego konkretnego zamiaru, ale wiedział, że jest tu wrogiem i że nie odejdzie stąd bez cze-
goś,  co  się  stać  musi.  Nie  odczuwał  najmniejszego  podniecenia.  Przeciwnie,  owładnął  nim
jakiś ołowiany ponury spokój, jaki nadchodzi po ostatecznej decyzji.

– Dobry wieczór, panie Franciszku – usłyszał za sobą głos kobiecy i wzdrygnął się.
Do salonu weszła pani Niewiarowiczowa, korpulentna, z lekka siwiejąca blondynka, o po-

godnym spojrzeniu. Wyciągnęła do Murka rękę:

– Czy to wizyta, czy ma pan do męża interes?... On właśnie się ubiera. Zmizerniał pan tro-

chę.  Dawno  nie  widzieliśmy  się.  Niechże  pan  siada.  No,  proszę  siadać  –  powtórzyła  z
uprzejmym  naciskiem  cokolwiek  rozkapryszonym  tonem,  z  którym  przed  dwudziestu  laty
musiało  jej  być  do  twarzy,  bo  i  dziś  jeszcze  czymś  nieuchwytnym  przypominała  dziecko.
Usiadł niechętnie i powiedział twardo:

– Ja tylko z interesem, i tylko do pana Niewiarowicza.
– Mąż zaraz nadejdzie – zdawała się nie spostrzegać jego tonu. – Tymczasem ja pana po-

nudzę. Cóż pan porabia panie Franciszku?

Spojrzał na nią niemal z nienawiścią...
– Chyba pani prezydentowa żartuje. Cóż mogę porabiać? Szlifuję  bruki z łaski małżonka

pani.

Zmieszała się. powolnym ruchem poprawiła włosy i powiedziała ciepłym głosem:
– Tak to bardzo, bardzo przykre.
– Dla kogo? – zapytał z ironią.
– O, niech mi pan wierzy, panie Franciszku, że i dla mnie. Lubiłam pana zawsze i ceniłam.

Proszę mi wierzyć. Nie umiem, wprost nie umiem darować mężowi pańskiej dymisji. To nie
było fair, nie comme il faut, nawet niskie. Ach, po cóż zresztą wyszukiwać nazwę! Mam do
męża o to żal, panie Franciszku. Jest dla mnie coś obrzydliwego w tropieniu i prześladowaniu
najzacniejszego  człowieka  za  dawne,  zapomniane  a  często  i  odpokutowane  błędy.  Ile  razy
czytam historię Jean Valjean’a Wiktora Hugo...

– To nie ma nic wspólnego – przerwał niecierpliwie – ja nie jestem żadnym zbrodniarzem,

proszę pani.

– Ależ ja tego bynajmniej nie chciałam powiedzieć. Analogia ma tu odniesienie.
–  Żadnego  odniesienia  mieć  nie  może!  Gdybym  miał  sobie  coś  do  wyrzucenia,  chociaż

cień na swojej przeszłości to bym słowa nie miał prawa powiedzieć. Tymczasem postawiono
mi za plecami zarzuty i uniemożliwiono obronę. Co ja zresztą będę pani o tym mówił skoro
pani sama od swego czcigodnego małżonka wszystko wie.

– Rozumiem pana – przytaknęła – że dobrej pamięci o moim mężu pan nie zachowa. Po-

wtarzam, że sama mu tego przebaczyć nie umiem. Chociaż to przecież nie on wyciągnął tę
sprawę, tylko dygnitarz z ministerstwa, radca Gąsowski. Zapewne, mój mąż okazał mało od-
wagi i mało charakteru. Kiedy Gąsowski robił mu zarzuty, że takiego człowieka jak pan poję-
cia  nie  mam,  co  on  ma  przeciw  panu.  Mąż  powinien  był  przeciwstawić  się.  Może  zażądać
dowodów. Czy ja wiem. Ale Gąsowski ma ogromne wpływy w Warszawie. Sam pan rozumie,
że jedno jego słowo, a mój mąż straciłby swoje stanowisko. Od śmierci jego brata nie mamy
żadnego oparcia ani stosunków. Już raz przed dziesięciu laty zostaliśmy na bruku. Ale mąż
wówczas był młodszy i obowiązków mieliśmy mniej. A żyć trzeba...

– Państwu trzeba, a mnie nie? – zapytał z sarkazmem.
– Panie Franciszku! Ja przecież go nie pochwalam, ja go nie bronię nawet. Tylko chcę żeby pan

był dlań wyrozumialszy. To dobry chociaż słaby człowiek. Niechże pan powie, co byśmy robili,
znalazłszy się na bruku? On już

 

jest przecie stary, a rodzinę mamy liczną szkoły drogo kosztują,

Anielka chora na gruźlicę, musi przebywać w Zakopanem. Wyjazd stamtąd to dla niej śmierć. Cóż
by począł mój mąż? Kto wie czy nie łatwiej byłoby mu postąpić zgodnie z sumieniem i stanąć w
pańskiej obronie. Ale co potem? On przecież nie ma żadnego fachu, ani jak panu wiadomo, wy-

background image

45

kształcenia. Za to jest stary i obarcza go rodzina. Przysięgam panu, panie Franciszku, że ja osobiście
wolałabym pójść na najgorszą nędzę niż teraz świecić przed panem moim wstydem.

Odwróciła głowę i zakryła dłonią oczy. Po policzkach spływały łzy, żłobiąc ciemne bruzdy

w powłoce pudru i różu. Po chwili opanowała się i znowu zaczęła mówić. Wyglądała już

 

teraz

inaczej, policzki jakoś obwisły i napuchnięte powieki postarzały się bardzo. Ramiona opadły
a małe pulchne ręce raz po raz składały się jak do modlitwy. Mówiła coś o młodości Murka, o
jego zdrowiu, wykształceniu, o tym, że dla takiego człowieka życie stoi otworem, że powi-
nien mieć litość dla słabych i starych.

Nie słuchał już

 

tego. Już mu to było wszystko jedno, co mu ta kobieta powie. Przyszedł tu

załatwić  porachunki  z  krzywdzicielem.  Przyszedł  urzeczony  wizją  Mikoły  Bacela  a  teraz
przemieniło się w nim coś w środku, przekręciło, na inną wychodziło prawdę. Niby nic no-
wego  nie  stało  się.  Babska  gadanina.  Sam  to  wszystko  wiedział,  ale  –  już

 

teraz  ni  siły,  ni

ochoty do porachunku nie miał. Osłabiło w nim i nawet aureola Mikoły jakoś przyciemniała.

Wstał i kiwnął głową:
– Niech tam – powiedział po prostu – niech tam będzie moja krzywda.
– Panie Franciszku – chwyciła go za rękę – Bóg panu nagrodzi. Za to przebaczenie. Oboje

z mężem baliśmy się, że pan będzie się mścił, ale wiedzieliśmy, że pańska szlachetność jak
szczere złoto.

– Co tam szlachetność – zniecierpliwił się – Nie szlachetność, a zwykła pogarda. Niech go!
W tej chwili prezydent. Niewiarowicz swoim sprężystym krokiem wszedł do salonu, z wy-

soko podniesioną głową.

– A, pan doktor. Czymże mogę służyć? – odezwał się dostojnie i swobodnie. – Czy pozo-

stały jeszcze jakieś sprawy niezałatwione?

Pani Niewiarowiczowa chciała coś powiedzieć, lecz Murek splunął prezydentowi pod nogi

i powoli, nie spiesząc się, wyszedł.

Zatrzaskując za sobą drzwi miał wrażenie, że oto rozstaje się raz na zawsze z przeszłością,

z  przeszłością  spokojną,  bezpieczną,  uporządkowaną  układającą  się  kalendarzowo  według
rozkładu godzin urzędowych w podziałce dni biurowych i świąt, według reguł z góry wiado-
mych, prowadzących wyraźną drogą aż do zacisza emerytury. Na drodze tej w perspektywie
rysowały się nieodzowne, konieczne i przewidziane etapy awanse, małżeństwo, dzieci, może
order, a w każdym razie uznanie, przypieczętowane w końcu czarną klepsydrą.

Czy takiego życia pragnął?... Czy takie sobie wybrał?... Nie. Rozpoczął je tak a nie inaczej,

gdyż po prostu innego życia nie rozumiał. Po obu stronach wytkniętej trasy, pewnej i nieza-
wodnej jak asfaltowa droga bałwaniła się ustawiczna zmienność,  kłębiły się wiry, bez prze-
rwy działo się coś, wznosiły się wysoko i zapadały w nicość powodzenia i klęski, kariery i
upadki, bogactwo i głód. Tam, gdzie pierwszy każdego miesiąca nie przynosi gwarancji okre-
ślonego bytu, gdzie z wyższych kondygnacji piramidy organizacyjnej nie spływa ujęty w pa-
ragrafy i przepisy program pracy, gdzie człowiek zdany jest na własną przemyślność, na ka-
prysy  losu,  na  fale  koniunktury,  na  ciągłe  ryzyko,  tam  trzeba  nie  usypiającej  czujności,
wiecznego pogotowia, zdolności do codziennej walki.

A dr Murek, jeżeli po skończeniu prawa nie dał się namówić do wyboru kariery adwokac-

kiej, w której przecie szersze i wspanialsze rozwijały się możliwości z perspektywą bogactwa
włącznie,  jeżeli  wybrał  zawód  urzędniczy,  to  właśnie  dlatego,  że  takie  życie  było  niemal
przyrodzoną jego potrzebą.

Po rozmowie z panią Niewiarowiczową, po zatrzaśnięciu za sobą drzwi przeszłości, wie-

dział i rozumiał, że został strącony ze znanej sobie bezpiecznej drogi, że znalazł się w obcym,
groźnym żywiole, gdzie trzeba zdobyć już nie dostęp do spokojnego żerowiska, lecz dzień po
dniu walczyć o każdy kęs chleba. Nie wiedział tylko, jak to ma  robić, o co się zaczepić, od
czego zacząć...

background image

46

Zaczęły  mijać  dni,  nieznośnie  dręczące,  tym  cięższe,  że  w  samotności  trawił  swoją  roz-

pacz. Nie miał nikogo, z kim mógłby lub chciał podzielić się myślami. W domu Horzeńskich
oczywiście nie napomknął ani słowem o ostatecznej przegranej. Przeciwnie, gdy zainterpelo-
wano go o to w związku z plotkami o owej audiencji u wojewody, zdobył się na śmiech i za-
pewnił, że owszem, ma wszystkie szanse powrotu na dawne stanowisko, waha się jednak, czy
to się opłaci, bo ma znacznie lepszą propozycję prywatną.

Z  niepokojem  zerkał  na  obecnych,  w  obawie,  że  wyczyta  w  ich  oczach  powątpiewania.

Drżał na myśl, że Nira zwątpi w możność małżeństwa i zerwie z nim, byle wyrwać się z do-
mu.  Pewnego  niedzielnego  popołudnia  groźba  ta  zdawała  się  nagle  urzeczywistniać.  Przy
podwieczorku przyniesiono pocztę i Nira, przeczytawszy adresowany do niej list, oznajmiła:

– Za tydzień wyjeżdżam do Warszawy.
Dla wszystkich widocznie było to niespodzianką, gdyż nawet pani Horzeńska spytała:
– Co się stało?
– Nic się nie stało – spokojnie odpowiedziała Nira. – Ciocia Stefa pisze mi, że otrzymałam

posadę.

– Jak to posadę? – zdziwił się pan Horzeński. – Nic mi nie wspominałaś o żadnych zamia-

rach!?...

– Bo nie wiedziałam, czy uda mi się coś dostać.
Murek zaśmiał się. Nie wyobrażał sobie panny Niry w roli urzędniczki:
– Pani żartuje! Chciałoby się pani pracować?...
–  Proszę  pana  –  wzruszyła  ramionami.  –  Nie  zawsze  robi  się  to,  co  odpowiada  naszym

upodobaniom. Są czasem i konieczności, które...

– Nie widzę tu żadnych konieczności – z naciskiem powiedział pan Horzeński. – Masz ro-

dzicielski dom, niczego ci tu nie brak. a to ci z góry powiem, moja córko, że ja jestem prze-
ciwny wysługiwaniu się po biurach panien z dobrych rodzin. Ani towarzystwo, ani w ogóle
nic, nie ma o czym mówić...

– Czy... Czy tato boi się demoralizującego wpływu biura? – zapytała z ironią.
– A chociażby – zaperzył się.
Córka zmierzyła go szyderczym spojrzeniem i stary zmieszał się.
– Ja nie będę chodziła do czcigodnych ojców rodzin w celu prowadzenia ich rachunków –

powiedziała z naciskiem i dodała. – Zresztą nie ma o czym mówić. Jestem pełnoletnia i roz-
porządzam sobą.

– Tylko do pewnego stopnia, moja droga – hamował gniew pan Horzeński – jeszcze dziś

napiszę do Stefy, by podziękować jej za łaskawe wtrącanie się do moich spraw.

– Nie radzę pisać – tonem groźby odpowiedziała Nira – bo jeżeli tej posady nie dostanę, to

i tak wyjadę. Tylko, że będę musiała poszukać innych środków utrzymania.

– Dziecko drogie  –  łagodząco  odezwała  się  babcia  –  ja  osobiście  nie  widzę  nic  złego  w

twoich  zamiarach  i  sądzę,  że  ojciec  pogodzi  się  z  nimi  również.  Powiedz,  gdzie  ma  być  ta
posada?

W biurze, babciu, a w którym wolę nie mówić, póki nie otrzymam  oficjalnego zawiado-

mienia.

– Jak chcesz, kochanie. Nie nalegam. W każdym razie zamieszkasz chyba u Stefy?
– Taki mam zamiar – po chwili wahania odpowiedziała Nira.
Burza została zażegnana, lecz Murek czuł się przygnębiony, co nie uszło uwagi babci. To-

też, gdy zostali we dwoje, starała się dodać mu otuchy. Mówiła, że dla niego to i lepiej. Na-
rzeczona  jeszcze  przed  ślubem  pozna  wartość  pracy,  nauczy  się  cenić  zarobione  pieniądze,
straci  trochę  fum  odziedziczonych  po  matce.  A  gdy  spróbuje  życia  samotnej  kobiety,  tym
bardziej zatęskni do własnego małżeńskiego domu i do męskiej opieki.

Argumenty babci trafiły Murkowi do przekonania. Tym niemniej perspektywa rozłąki nie

wydawała mu się pociągająca. Toteż odtąd codziennie wypytywał Nirę, czy nadeszło oficjal-

background image

47

ne  zawiadomienie  z  Warszawy.  Wyjazd  jej  w  domu  został  już  przesądzony,  w  związku  z
czym Murek kilkakrotnie towarzyszył 

:

 narzeczonej i jej matce przy zakupach.

W każdym razie nie mógł, nie miał prawa prosić Niry, by zrezygnowała ze swego zamiaru.

Cóż ofiarowałby jej w zamian? Obawiał się nawet, czy ona nie dostrzegła, że przestał dopo-
minać się o wyznaczenie daty ślubu,

Nie stracił bynajmniej wiary we wspólną przyszłość, bo gdyby tak było, nie znalazłby w

sobie ani sił, ani energii do życia.

Tymczasem jednak gotówka topniała z każdym dniem. Topniała w coraz mniejszych daw-

kach, lecz najmniejszy, bodaj groszowy wydatek przybliżał widmo pustki w woreczku. Toteż
zrezygnowawszy z zabiegów o posadę w jakimkolwiek urzędzie, Murek odwiedził wszystkie
znane  sobie  instytucje  prywatne  w  nadziei,  że  bodaj  najskromniejszą  posadkę  znajdzie.
Wszędzie jednak był raczej nadmiar pracowników i przemysliwano o redukcjach. O zaanga-
żowaniu kogoś nowego nawet mowy być nie mogło.

Z  bólem  serca  postanowił  zrezygnować  z  zamówionych  mebli,  za  które  już  szereg  rat

wpłacił. Właściciel firmy nie chciał jednak ani słyszeć o zwrocie bodaj  części  pieniędzy.  Z
punktu prawnego miał słuszność i Murek musiał zadowolić się obietnicą, że w wypadku na-
bycia jego mebli przez kogoś innego otrzyma część swoich wpłat.

Poszedł też do Fajncyna, właściciela kamienicy, gdzie zarezerwował dla siebie mieszkanie.

Nie był tu do niczego zobowiązany, ale dla przyzwoitości należało poinformować właściciela,
że się zrzeka.

– Co jest? – zapytał Fajncyn – pan doktor się żeni?
– Na razie nie. Muszę swoje projekty odłożyć.
– Nu, odłożyć, to i mieszkanie może poczekać. Ja pana doktora powim, że o dobrego lo-

katora, na taki lokal, to teraz trudno. A mam byle komu wynająć, co to płacić nie będzie, to
wolę jeszcze poczekać.

Murek uśmiechnął się smutnie.
– Za długo pan czekałby.
– No? Dlaczego?
– Bo póki dobrej posady nie znajdę, to się nie ożenię.
Żyd spojrzał nań z zaciekawieniem.
– Jakże, to pan doktor już

 

w magistracie nie pracuje?

– Ano nie.
– Dlaczego?
– Zredukowali mnie. Jestem bezrobotny.
– Ajajaj – pokręcił głową Fajncyn – taka osoba i bezrobotny... Ale pewno nie dziś, to jutro,

pan doktor w jakim urzędzie znowu co dostanie?

Murek potrząsnął głową.
– Wszędzie pełno. Trudno bardzo.
Żyd zamyślił się i po dłuższej chwili zapytał:
– Przecież pan zna się na prawie i na urzędach, i na podatkach, i na rozporządzeniach. Pan

mógłby być jak adwokat?

– No nie, bo do adwokatury trzeba przejść przez apukanturę, a poza tym...
– Uj,

 

ja też nie mówię – przerwał Fajncyn – tylko tak kalkuluję, że jakby pan w jakiej fir-

mie tymi rzeczami się zajął, to i zarobek może być. Ja panu powiem: bracia mojej żony, to oni
mają wielkie interesy. Oni handlują z lasem. Firma „Polskie drzewo”. To oni kupują na wy-
rąb, a później przecierają w tartakach i sprzedają, to na Śląsk do kopalni, to za granicę. Oni
oba  to  wciąż  w  rozjazdach  a  z  tym  chodzeniem  po  urzędach  to  dla  nich  nieszczęście.  Oni
wprawdzie mają swego adwokata, ale taki adwokat to skórę zedrze, a robić mu się nie chce.
Jak pan chce, to ja mogę z nimi pogadać.

background image

48

Murek bardzo podziękował Fajncynowi, lecz nie miał nadziei, by jego projekt został zre-

alizowany.  Nie  zaprzestał  też  starań  nad  zdobyciem  posady.  Codziennie  wynotowywał  z
dzienników kilka odpowiednich ogłoszeń i wysyłał oferty. Koszt znaczków pocztowych stał
się poważną pozycją w jego budżecie. Odpowiedzi jednak nie otrzymywał wcale lub nadcho-
dziły takie, które proponowały mu akwizycję i domokrążną sprzedaż. Zawsze jednak żądano
kaucji, której przecież złożyć nie mógł.

Pod koniec lutego Nira wyjechała do Warszawy. Pociąg odchodził o siódmej rano i dlatego

złożyło  się  tak  szczęśliwie,  że  nikt  z  rodziny  jej  nie  odprowadzał,  dzięki  czemu  Murek  do
ostatniej chwili mógł być z nią sam na sam.

Nira była w cudownym usposobieniu, rozmowna i wesoła. Raz po raz parskała śmiechem,

żartując z pogrzebowej miny narzeczonego i zapewniając go, że pomimo oddalenia będzie mu
tak wierna, jak dotychczas.

– Chyba że poznam w Warszawie jakiegoś maharadżę. Wówczas za siebie nie ręczę i wy-

dam się za niego – śmiała się. Zresztą mam nadzieję, że pan, panie Franku przyjmie godność
drużby? Prawda?

– Z takich rzeczy nie wolno żartować – cicho powtarzał Murek, lecz w zgiełku podróżnych

nawet go nie słyszała.

Dopiero na pożegnanie podała mu swój

 

adres w Warszawie i obiecała obszernie napisać.

Wyskoczył z pociągu już

 

w biegu i długo machał na peronie chusteczką, chociaż wiedział,

że Nira przez zamarznięte szyby nie może go widzieć. Wracając do domu, rozważał w myśli
przepowiednie  babci  Horzeńskiej,  która  przewidywała,  że  po  miesiącu  czy  dwóch  wnuczce
obrzydnie posada i wróci do swoich.

Przed bramą domu stał jakiś starszy Żyd i rozglądał się. Gdy Murek go mijał, wchodząc do

bramy, Żyd zapytał.

– Przepraszam pana, czy doktor Murek?
– Tak.
– Ja mam do pana interes. Jestem Lesser, szwagier Fajncyna.
– Aaa – zdziwił się Murek.
– Możemy wstąpić do pana pogadać?
– Proszę bardzo – zakłopotał się Murek. – Tylko u mnie jeszcze nie sprzątnięte.
Lesser zaśmiał się.
– Ja nie kobita, mnie wszystko jedno.
Obawy  Murka  były  nieuzasadnione.  Stara  Żurkowa  wstała  wcześnie,  a  pokój  lokatora

uprzątała przede wszystkim. Lesser usiadł przy stole, rozejrzał się i zapytał:

– Pan już

 

dawno bez posady?

– Trzeci miesiąc.
– Zredukowali?
– Tak.
–  Ja  wiem,  że  pan  jest  uczciwy  człowiek  –  innym  tonem  zaczął  Lesser.  –  My  z  bratem

mamy interes, co go pan pewno zna, „Polskie Drzewo”.

– Owszem, słyszałem.
– Otóż mój brat to on trochę na rabina się szykował on nawet w żargonie źle mówi. Tylko

po hebrajsku. To pan rozumie, że wszystko na mojej głowie. Żeby firma szła, ja muszę dopil-
nować, żeby dobrze kupić i dobrze sprzedać. Ja muszę każdą rzecz sam sprawdzić. I las i wy-
rąb, i transport i w tartakach. To już

 

ja, żebym nie wiem co, żebym i nocami nie spał, jak rok

okrągły, to i tak nie mogę dopilnować wszelkich spraw urzędowych. Pan mnie rozumie? Za
dużo ich jest. Podatki takie i siakie, i jeszcze inne, ubezpieczenia, kasy chorych. Ja wiem? To
trzeba nogi do tego połamać. Oni myślą, że człowiek tylko po to ma przedsiębiorstwo, żeby
im różne papierki i formalności wypisywać i płacić, czy jest za co czy nie ma. Żeby nie mój
brat, co jest uparty, to ja bym już

 

dawno cały interes zwinął i wyjechał na drugi koniec świata.

background image

49

Ale skoro nie mogę to już

 

chcę jakoś na swoje wyjść. Adwokat, co mi te rzeczy załatwia, ani

dba o to ani ja mu nie mam czasu na ręce patrzeć. Fajncyn powiadał mi, że pan doktor, do
tego w sam raz. Dużo pan u mnie nie zarobi, ale lepsze to jak nic. Co pan o tym myśli?

– Myślę– odpowiedział Murek – że zasadniczo mógłbym zgodzić się.
– To i dobrze. – Powiem panu tak robim próbę. Będzie nam sztymować razem, to pomy-

ślimy o stałej umowie. Na razie daję panu dniówkę, pięć złotych.

– Jak to dniówkę?
– No, to tak dla wygody i pańskiej, i mojej. Jakbyśmy wzięli umowę miesięczną, to obaj

musielibyśmy  zapłacie  od  tego,  diabli  wiedzą  po  co,  ubezpieczenie  i  podatek.  A  tak  lepiej.
Więc dniówkę pięć i poza tym od każdej sprawy jakiś procent. Wytargujesz pan zniżkę jakiejś
zaległości – procent... Ile?... Ja wiem?... Zależnie od sprawy. Kłócić się nie będziemy.

Murek  zastanowił  się.  Oczywiście,  nie  zachwycała  go  ta  propozycja.  Oczywiście,  per-

spektywa  nie  ustalonej  pracy  i  równie  nieustalonych  zarobków  nie  odpowiadała  mu  wcale.
Przejmowała go strachem myśl, że nie da sobie rady, a niesmakiem konieczność działania w
imieniu żydowskiej firmy, w dodatku na niekorzyść skarbu państwa. Jednak wyboru nie miał.
I tak z nieba mu to spadło. Dlatego może nawet nie pomyślał o wytargowaniu lepszych wa-
runków i zgodził się.

Firma „Polskie Drzewo” składała się z maleńkiego baraku, gdzie  mieścił się kantorek i z

olbrzymiej  posesji  zawalonej  stertami  desek,  bali,  tarcic,  sągami  drzewa  i  gonty.  Wszystko
razem położone na końcu przedmieścia Chęty, za dworcem nad  rzeką w kącie utworzonym
przez brzegi i własną bocznicę kolejową.

Brat Hermana Lessera, Nuchim, gruby i milczący brodacz, zaglądał tu rzadko, sam Her-

man nigdy. W kantorku sprawował władzę buchalter Kacowicz mały nerwowy Żydek który,
jak sam twierdził, jeden, edyny całą firmę umiał na pamięć. Kacowicz przyjął Murka z rezer-
wą. Znał go zresztą z magistratu, gdzie nieraz załatwiał interesy. Stąd pozostał mu szacunek
należny osobie urzędowej, od której humoru zależy wiele, lecz i niechęć do człowieka obce-
go. Minęło kilka dni, zanim doszedł do przekonania, że Murek nie dybie na wysadzenie go z
posady. Zresztą i posada nie była do pozazdroszczenia. Poza oficjalna rolą buchaltera Kaco-
wicz spełniał tysiące przeróżnych funkcji. Kontrolował ładunki stróżów nocnych i dziennych
zajmował się wypłatami prywatnymi, sprawami rodziny chlebodawców, pisaniem ofert, wy-
ławianiem z pism ogłoszeń o przetargach i licytacjach, a w razie potrzeby sam otwierał bra-
mę, palił w piecu i gotował herbatę. Od świtu do nocy po całej  posesji rozlegał się jego ja-
zgotliwy, zaaferowany dyszkant.

W  nawale  tych  zajęć  zdążył  jednak  w  stosunkowo  krótkim  czasie  zaznajomić  Murka  z

urzędowymi sprawami i z ostrożna zaczął nim komenderować, wysyłając go to do izby skar-
bowej, to do zarządu kolejowego, to do zakładu ubezpieczeń.

Pod koniec tygodnia przyjechał  Herman  Lesser  i  wysłuchawszy  Murkowego  sprawozda-

nia, wypłacił mu trzydzieści złotych dniówek i ekstra setkę za załatwienie sprawy postojowe-
go na kolei.

Murek  powoli  przyzwyczajał  się  do  nowego  stanowiska.  Do  późnego  wieczora  co  dzień

studiował ustawy i taryfy wyszukując w nich możliwość zmniejszenia wydatków firmy. A że
z  wieloma  stronami  obecnego  zajęcia  był  już

 

dawniej  obeznany,  że  orientował  się  w  sieci

dróg urzędowych i kompetencjach rożnych władz – szło mu coraz łatwiej. Jednak wstydził się
po trochu bądź co bądź niewyraźnej pozycji, jaką zajmował i w miarę możności unikał wy-
wnętrzania się na ten temat. Bywając wszakże w wielu urzędach w nowym charakterze, mu-
siał legitymować się jako radca prawny firmy, Polskie Drzewo” i w mieście, gdzie nic ukryć
się nie dawało, wkrótce wszyscy wiedzieli, że dr Murek – jak wyraził się Żytniewicz z izby
skarbowej  –  wyzyskuje  swoje  umiejętności  dla  oszwabiania  skarbu.  Niektórzy  urzędnicy,
dawni koledzy, nie ukrywali przed Murkiem zazdrości, podejrzewając że teraz dopiero  robi
kokosy.

background image

50

Wieści o tym dotarły i do willi na Wielkiej. Pani Horzeńska, spotkawszy Murka w staro-

stwie, przywitała go prawie serdecznie, nawet napomykając o tym, że „drogi pan tak jest za-
jęty robieniem interesów, podobno świetnych, że zapomina o nas”.

Murek  nie  zapomniał,  lecz  od  czasu  wyjazdu  Niry  nie  chciał  u  Horzeńskich  bywać.

Wspomnienie tamtej awantury było silniejsze niż poczucie obowiązku odwiedzenia rodziców
narzeczonej. Tym bardziej, że od niej samej miał – ku swemu radosnemu zdziwieniu – częste,
dość częste wiadomości. W niespełna dwa tygodnie otrzymał wprawdzie krótkie, lecz aż czte-
ry karteczki. Pisała, że jeszcze posady nie ma, lecz to kwestia dni, że jest zdrowa i że życzy
mu  zrobienia  milionów  na  handlu  drzewem.  Widocznie  miała  o  nim  wiadomości  z  domu,
wiadomości, oczywiście, nieścisłe i przesadzone. Pomimo to w swoich  niemal  codziennych
listach do Niry nie prostował tych informacji. Niech lepiej myśli, że powodzi mu się świetnie.

W istocie powodziło się nieźle. Lesserowie byli zadowoleni, Kacowicz również. Drugi ty-

dzień przyniósł wprawdzie tylko dniówkę, za to trzeci prawie dwieście złotych. W perspek-
tywie wyłaniała się nawet znacznie pokaźniejsza suma w związku z wykryciem przez Murka
nadmiernego obliczenia podatku za place firmy.

Właśnie po wynotowaniu potrzebnych danych, które ostatecznie i czarno na białym wyka-

zywały błąd, zjawił się w urzędzie, gdy referent wręcz mu oświadczył, że nie będzie w ogóle
z nim pertraktował. Otrzymał taką instrukcję od zwierzchnika:

– Pan, doktorze, nie jest współwłaścicielem tej firmy, nie posiada pan plenipotencji.
– Mogę przedstawić w razie żądania, odpowiednie upoważnienie.
– Może pan. Ale naczelnik wyraźnie oświadczył, że nie będzie sobie zawracał tym głowy.

Niech tu przyjdzie który z właścicieli.

Murek chciał powiedzieć, że jest to samowola i że wreszcie skieruje skargę do wyższej in-

stancji, lecz powstrzymał się. W interesie przedsiębiorstwa leżało przede wszystkim zgodne i
potulne ustosunkowanie się do wszelkich władz.

Nazajutrz  Herman  Lesser,  który  specjalnie  musiał  odłożyć  wyjazd  do  Gdańska,  wrócił  z

urzędu chmurny i zrezygnowany. Wyprawił Kacowicza z jakimś poleceniem i usiadłszy przed
żelaznym piecykiem westchnął:

– Po co panu ta polityka?
Murek aż zerwał się z krzesła.
– Ja panu powiem, co mi oni powiedzieli – ciągnął Lesser. – Oni powiadają, że nasza firma

nie  mogła  sobie  znaleźć  innego,  jak  takiego,  co  go  za  niebłagonadiożność  usunęli.  I  co  ja
mam robić?... Sam pan to rozumie, panie Murek. Ja z pańskiej roboty jestem kontent, ja do
pana mam zaufanie, że pan nie złodziej, że pan solidny gość. Ale co ja mogę poradzić, jak mi
mówią, że dla mnie niebezpiecznie pana trzymać. Ja wiem?... Oni mogą takie szykany wymy-
ślić, że mnie tylko zostanie powiesić się. Ja muszę ich słuchać. Mało tego. Oni mi jakiegoś
innego tu wpychają... Twierdzą, że jak mam dać chleb, to niech dam takiemu, co jest poleco-
ny, to i firma na tym lepiej wyjdzie... I co ja z nim zrobię?... On jest były oficer. Ja wiem?...
Ja mu słowo powiem, to on gotów do mnie strzelać z rewolwerem. Ja w ogóle się go boję...
Oj,  czemu  mnie  pan  nie  uprzedził,  że  pan  polityczny?...  Ja  nie  potrzebowałbym  teraz  brać
sobie obcego człowieka na kark. Już to pan nieładnie ze mną postąpił...

Murek  stopniowo  uspokajał  się.  Czyż  miał  polemizować  z  Lesserem,  udowadniać  mu

swoją niewinność, prosić o zmianę decyzji?... Sam wiedział dobrze, że człowiek ten inaczej
postąpić nie może.

Zdjął z gwoździa palto, nacisnął na uszy kapelusz i powiedział:
– No, trudno. Do widzenia, panie Lesser. Należy mi się jeszcze dwadzieścia pięć złotych.

A może i tego pan nie da?

– Oj, panie Murek. Czego się pan na mnie obraża? Moja wina?
– No, nie – przyznał.
– Trzeba panu było z tą polityką?... A co do należności, to dlaczego dwadzieścia pięć?

background image

51

– Prosty rachunek: pięć dni.
Lesser zaśmiał się:
– To pan liczy i dzisiejszy dzień i wczorajszy?... A przecież pan w te dni nic nie zrobił. Pa-

nu należy się piętnaście.

Murek machnął ręką:
– Może mi pan i nic nie dać. Do sądu nie podam.
Lesser odliczył bilonem piętnaście złotych i położył na stole:
Na dworze była odwilż. Nogi po kostki zapadały w mokry podciekły śnieg. Ciepły, wil-

gotny wiatr, przefiltrowany przez sterty desek, pachniał żywicą. Przed dworcem utworzyła się
wielka kałuża, ale na Parkowej, gdzie ruch pojazdów był mniejszy, było jeszcze sucho i biało.
Przechodząc obok domu Boczarskiego, Murek przypomniał sobie napomknięcie mecenasa o
jakiejś posadzie. Nie miał nic do stracenia i dlatego postanowił wstąpić. Boczarski jeszcze nie
wrócił z sądu. Czekano nań z obiadem. Gdy jednak zjawił się, przyjął Murka natychmiast.

– Słyszałem, że doktor z Lesserami wszedł w spółkę. Niech pan uważa. To spryciarze.
–  Wcale  nie  wchodziłem  w  spółkę  –  zaprzeczył  Murek.  –  Z  czymże  zresztą  miałbym

wejść?

– No, no – przymrużył oko adwokat. Już tam nie bez tego, żeby pan sobie przy tych magi-

strackich interesach czego nie uciułał.

– Myli się mecenas – poczerwieniał Murek. – Nie jestem złodziejem...
– O, takie mocne słowa – skrzywił się Boczarski. – Pan zbyt rygorystycznie traktuje pol-

skie słownictwo, panie kolego. Papierosika?... A cóż pana do mnie sprowadza? Bo i ja wobec
tego, że jak słyszę, jest pan wolny, miałbym pewną propozycję.

– Właśnie. Wspominał pan kiedyś...
– Rzecz wkrótce stanie się aktualna. – Boczarski wstał, zamknął drzwi i starannie zacią-

gnął grubą portierę. – Przede wszystkim zaznaczam, że ja nic z tym nie mam wspólnego. Wy-
stępuję tylko jako adwokat w imieniu klienta do którego... wolę się nie przyznawać. Dlatego
też proszę pana o słowo, że nasza rozmowa zostanie w absolutnej tajemnicy. Bez względu na
to, czy przyjmie pan propozycję, czy odrzuci.

– Słowo mogę dać – zgodził się Murek.
– Zatem... Chodzi o pewne przedsiębiorstwo. Zapewne domyśla się pan, że nie ja je zakła-

dam. Podkreślam, że nie mam z tym absolutnie, ale to absolutnie nic wspólnego. Są kapitali-
ści... Przeważnie zagraniczni... Tu reprezentuje ich – znany panu – Leon Stawski.

Umilkł i czekał na odezwanie się Murka.
– Nie zraża to pana? – zapytał po chwili.
– Cóż, w każdym razie nie zachęca. Ten Stawski to notoryczna szuja.
– Nie zaprzeczam. I właśnie dlatego nie może się eksponować. Ktoś, kto da firmie nazwi-

sko i zostanie dyrektorem przedsiębiorstwa, musi posiadać pełne kwalifikacje moralne.  Ina-
czej firma nie uzyska prawa istnienia.

– Wątpię – odezwał się Murek – czy u władzy moje nazwisko będzie dobrze widziane, ze

względu na te oszczerstwa...

– Polityczne?... O, to nie gra roli. Zresztą, taki spryciarz jak Stawski, przeprowadzi rzecz w

Warszawie, gdzie o panu nikt nic nie wie.

– A jakież to ma być przedsiębiorstwo?
Boczarski stuknął palcami i skrzywił się:
– Nie wiem dokładnie. Werbownictwo emigracyjne, pośrednictwo w osiedlaniu się w ko-

loniach czy stręczenie pracy w Ameryce... Coś w tym rodzaju.

– Ja na tym nie znam się wcale.
– Ach – wzruszył Boczarski  ramionami.  –  Cóż  to  pana  obchodzi?  Stawski  sam  wysunął

pańską kandydaturę. Widocznie wie, co robi.

– A ileż ja tam dostanę?

background image

52

– To rzecz umowy. Sądzę, że... kilkaset złotych. W każdym razie nie będzie pan miał wiele

roboty. Głównie chodzi o firmę, o nazwisko, o brzmieniu, że tak powiem, swojskim, o to, że
pan jest Polakiem i katolikiem, no, i posiadaczem tytułu naukowego. I za to się płaci. Co do
zajęć, zdaje się, będą kontenci, gdy pan ograniczy je do minimum. Te Żydy mają różne inte-
resy i nie lubią, by w nich szperać.

– To znaczy, że interesy są brudne.
–  Mój  panie  kolego  –  westchnął  Boczarski.  –  Nie  tylko  brudne  rzeczy  trzeba  ukrywać.

Zresztą nie jest pan aż tak naiwny, by chciał się tym interesować.

Poza tym, powtarzam, że o niczym nie wiem. Jeżeli pan chce, proszę wprost zwrócić się

do Stawskiego. Murek kiwał się na krześle i w milczeniu palił papierosa.

– Zatem? – przynaglił adwokat.
– Dobrze. Gdzie go można znaleźć?
– To rozumiem zatarł ręce Boczarski. – Więc on mieszka u ojca, przy Alei Kosynierów 6.

Ten duży czerwony dom. Wie pan?... Drugie piętro. Tylko niech pan nie szuka na drzwiach
nazwiska  Stawski.  Jego  ojciec  nazywa  się  jeszcze  po  prostu  Zalcman.  Za  dwa  dni  Stawski
przyjedzie i wówczas niech pan doń wstąpi. No, a teraz nie ośmielę się pana dłużej zatrzy-
mywać, bo i mnie obiad stygnie.

Stawski bawił w Krakowie i wrócił dopiero po czterech dniach. Murka przyjął z wylewną

poufałością.

– W sam czas, kochany panie doktorze. W sam czas. Boczarski wyłożył panu wszystko?
– Nie, bo przecież on z tym nie ma nic wspólnego.  Napomknął tylko, że  chodzi o biuro

emigracyjne.

Stawski wybuchnął śmiechem i klapnął Murka po kolanie, ponieważ zaś miał zawsze spo-

cone ręce, Murek cofnął nogę. Nie cierpiał plam na ubraniu.

– Ten Boczarski to morowy karaluch – śmiał się  Stawski.  –  Jemu  się  zdaje,  że  wszyscy

wciąż uważają go za świętego. No, ale mówmy o biznesie. Pięć kościuszek miesięcznie. Do-
bra pensja?

– Dobra. Ale zależy za co.
– Właściwie za darmo – przysunął swoje krzesło Stawski. – Pan będziesz, doktorze,  dy-

rektorem Zjednoczenia Organizacji Kolonizacyjnych. Niezła nazwa. co?

– Więc to nie firma, tylko jakaś instytucja społeczna?
– Właśnie cała sztuka w tym, żeby firmę tak nazwać, żeby wyglądała na społeczną. Firma

musi udawać, że prawie bezinteresownie ułatwia emigrantom wyjazd i znalezienie pracy za
granicą. Pojmuje pan?..: Musi poza tym dla pociągnięcia klienteli chłopskiej mieć zabarwie-
nie ludowe. Jak panu na imię?

– Franciszek.
– Doskonale. Dyrektor Franciszek Murek i doktor praw. Czego  więcej  trzeba?  Praca  dla

naszego ukochanego ludu! Nie?... Pod takim szyldem można działać bezpiecznie.

– A cóż może być niebezpiecznego?
Stawski zrobił niewyraźny gest:
– No... Różnie. Władze do wszystkiego się czepiają, wszędzie wsadzają swój nos. W kraju

bezrobocie, głód, a oni zamiast cieszyć się, że tyle tam ludzi wyjedzie, wolą węszyć w każdej
takiej imprezie, powiedzmy handel żywym towarem... Że kilkaset  dziwek znajdzie chleb za
oceanem, to już koniecznie żywy towar... Zresztą, panie Franciszek, czy pan myśli, że one, te
wiejskie dziewczyny nie wolą tego niż kopać kartofle? A w takiej firmie emigracyjnej zawsze
może się zdarzyć, że pewien procent emigrantek w Ameryce puści  się na lekkie wody. Czy
my za to, pytam się pana, możemy ponosić odpowiedzialność? My jej już

 

tu, na miejscu, da-

jemy posadę w Ameryce i kontrakt z pracodawcą tamtejszym.  Ale nie możemy  ręczyć,  czy
ona tam tego kontraktu nie zerwie? Cholera ją wie, nieprawdaż? No, ale im posądzić o handel
żywym towarem łatwo. Tylko, widzi pan, udowodnić to będzie trudno. Kontrakt!!! Pojmujesz pan?

background image

53

Murek patrzył spode łba na błyski w jego oczach, na półuśmieszek, biegający wokół gru-

bych warg.

– Ale biuro nie będzie zajmowało się wyłącznie eksportem kobiet? – zapytał jeszcze.
Stawski wydął usta.
– No, wyłącznie nie. Jak się zdarzy jakiś amator. Ale głównie w południowej Ameryce jest

zapotrzebowanie na kobiety. W filantropię nie możemy się bawić. Popyt stwarza podaż. A co
do pana, drogi panie Franciszku, to pan ani werbowaniem, ani niczym nie będzie się zajmo-
wać. Tylko najlegalniejsze dawanie kontraktów do podpisu. Oto wszystko.

Murek pokiwał głową i wstał. Stawski przyglądał się mu z niepokojem.
– I za to pięćset, powiedzmy pięćset pięćdziesiąt złotych miesięcznie. To jest grosz! To jest

forsa!

–Właściwie powinienem– wolno zaczął Murek – wprost od pana pójść do policji. Za takie

rzeczy do kryminału.

– Wolne żarty – wybuchnął śmiechem Stawski. – Co pan głupstwa opowiadasz? Z czym

pójdzie  pan  do  policji!!!  Tu  za  drzwiami  może  być  choćby  i  pięć  osób,  co  naszą  rozmowę
słyszały. Co one by zeznały? Nie bądź pan głupi, panie Franciszek. A zresztą, co ja złego, co
nieprawnego mówiłem? Opamiętaj się pan. Z pańską naiwnością daleko pan nie zajedziesz.
Chcesz pan sześćset złotych?

Zastąpił Murkowi drogę.
– Siedemset! – zawołał już

 

z gniewem.

– Puść pan – odpowiedział Murek. – Nie na takiegoś pan trafił. Prawda, że teraz nic panu

zrobić nie mogę, boś za sprytny. Ale nie radzę otwierać takiej firmy. Nie radzę!!

Otworzył drzwi i w przedpokoju natknął się na dwóch młodzieńców, którzy odskoczyli w

bok. Usłyszał jeszcze za sobą wściekły głos Stawskiego:

– To dopiero idiota!
Ogarnęło go jakieś nieznośne obrzydzenie do życia, do ludzi, do tego miasta, do tych ulic

błotnistych i szarych, do samego siebie. Zrozumiał wreszcie, że tutaj już

 

przegrał z kretesem,

że tu nic dla siebie nie znajdzie i przyszły mu na myśl słowa Boczarskiego:

– W Warszawie nikt o panu nic nie wie.
Tak. Wyjechać. Najprędzej wyjechać. Na szerszy świat. Tam przecież musi znaleźć sobie

kawałek chleba. Jest nie do pomyślenia, by w społeczeństwie, liczącym tak mały odsetek in-
teligencji mógł zginąć człowiek wykształcony, młody, zdrowy zdolny do  pracy.  Społeczeń-
stwo ma obowiązek, już

 

nie tylko ze względów humanitarnych lecz i we własnym dobrze zro-

zumianym interesie, znaleźć w sobie miejsce dla niego.

Pogrążywszy się w tych rozważaniach, odzyskiwał energię, wiarę w przyszłość i chęć do

działania.

Warszawa! Że nie pomyślał o tym wcześniej! Że z takim uporem trzymał się tego złego

miasta, które go odepchnęło, wyparło się i omal nie wtrąciło w  bagno. Warszawa. Szerokie
horyzonty. Inne tempo życia i – co ważniejsze – Nira.

Wstąpił na pocztę, gdzie już

 

od dawna odbierał listy. Tym razem była niebieska koperta z

Kielc: wydział finansowy magistratu odpowiedział odmownie na ofertę Murka... I kolorowa
kartka od Niry. Donosiła, że czuje się świetnie i otrzymała już

 

posadę w Towarzystwie Ubez-

pieczeń „Sumienność”.

– Warszawa! Pakować się i jechać! Zaraz jutro – powtarzał idąc do domu. Zaraz za furtką

wyjął klucz. W ciemnej sionce ręce natknęły się na coś żywego.

– Kto tu? – zaniepokoił się.
– To ja – usłyszał pokorny szept.
– Kto ja?
– Karolka.

background image

54

Wezbrało w nim oburzenie. Przecież stanowczo i raz na zawsze zabronił jej przychodzić.

Że taka dziewczyna wstydu nie ma ani ambicji.

– Po co Karolka przyszła? Czy nie zabroniłem Karolce przychodzić?!
Nic  nie  odpowiedziała.  Otworzył  drzwi  do  swego  pokoju.  Weszła  za  nim  i  stanęła  przy

progu.

– Ja nie po to – wybąkała – tylko chciałam pożegnać się. Niech pan nie gniewa się.
Murek udobruchał się, lecz zapytał surowo.
– Po co pożegnać się? – Bo nie mam już

 

służby. Pani Rzepecka mnie wydaliła. A i sama

poszłabym.

– No, to Karolka nową służbę znajdzie.
Wytarła nos rąbkiem włóczkowego szalika.
– Eee i szukać nie będę.
– Cóż to, praca Karolce obrzydła?
– Nie to.
– Tylko co?
– A ot, do ojca, do swoich pojadę.
Murek z tych niechętnych odpowiedzi  wywnioskował,  że  musiało  coś  się  stać.  Przyjście

Karolki sprawiło mu wielką przykrość. Samą swoją obecnością przypominała mu, że postąpił,
ba, że postępował źle, że nie był w porządku wobec własnego sumienia. Milczał i nie patrzył
na nią. Skoro chce wracać do swoich, niechże wraca, lecz po co  go nachodzi? Obecność tej
dziewczyny zaczęła go niecierpliwić. Skąd w ogóle wyobraziła sobie, że musiała właśnie jego
pożegnać?

Tymczasem Karolka bynajmniej nie zabierała się do odejścia. Przysiadła na brzeżku krze-

sła i rozluźniła węzeł ciepłej chustki wełnianej. Murek, chcąc  zabrać się do pakowania, po-
wiedział:

– Ja wiele czasu nie mam. Też wyjeżdżam.
Dziewczyna zaniepokoiła się;
– Wyjeżdża pan. A to dopiero...
– Bo co Karolka chciała?
– Eee... nic. Tak sobie. Tylko jeszcze o radę prosić... Niech pan, broń Boże, nie pomyśli,

że ja cośkolwiek. Gdzież tam. Ani mi w głowie. Ja nie taka. Sama chciałam i nikogo nie wi-
nuję. Tylko, że teraz nie wiem. Bo, żeby mój ojciec inszy był. Żeby wyrozumienie miał, a to
on bardzo na ludzi uważający, co niby powiedzą. A wiadomo, ludzie. Im tylko na język trafić,
to już nie popuszczą. Gadaniem gorzej jak psami zaszczują. A ojciec, że to gospodarz i swój
ambit ma, to nie ścierpi...

Murek  nie  mógł  zorientować  się  w  tej  całej  gadaninie,  a  że  przeczuwał  coś  przykrego,

wolał nie dopytywać się.

– Ja nie z żadnymi pretensjami przyszłam – zaczęła znowu Karolka, patrząc w podłogę –

ale prosić, czy pan doktor sposobu jakiego nie znajdzie. Bo teraz to jeszcze nic, ale później
wiadomo... Każdy pozna, na służbę nikt nie weźmie w niezdrowiu, a ojciec przepędzi... Znam
ja go. Przepędzi.

– Co Karolka opowiada? Jakie niezdrowie? – zerwał się z krzesła.
Zaczerwieniła się i powiedziała obojętnie:
– Niby pan nie wie. Spodziewam się.
Chwycił ją za ramiona i potrząsnął:
– Co? Co?...
– Ano tak... Żeby choć ta cholera, moja stara, oddała mi moje zasługi... Ale powiada, że

sama nie ma, że pokoje stoją niewynajęte. A ja do jednej znającej baby chodziłam. To chce

background image

55

pięćdziesiąt  złotych.  Żeby  stracić...  Zborgować  nie  zborguje.  Mówi,  że  i  tak  ryzyko  dla

niej, bo jakby nie udało się, to do więzienia pójdzie... Ja od pana doktora pieniędzy nie chcę,
ja nie taka. Ale może pożyczki czy poręczenia u tej baby...

Wyrzuciła  to  z  siebie  jednym  tchem  i  umilkła.  Murek  przetarł  czoło.  Spadło  to  nań  no-

wym, najgorszym ciężarem i zupełnie oszołomiło. Zaczął chodzić  po pokoju, coraz prędzej,
coraz nierówniej.

Dziewczyna  wodziła  za  nim  spojrzeniem  i  siedziała  nieruchomo.  Nagle  zatrzymał  się

przed nią:

– I to moja wina? – zapytał półgłosem.
– Niczyja wina – wzruszyła ramionami – bo to pan chciał, żeby tak było?
– Nie o to chodzi. Ale czy to przeze mnie?
– Przecież nie z wiatru – zmarszczyła brwi.
– I może Karolka przysięgnąć, że moje?
Żachnęła się:
– A cóż to! Żądam ja czego od pana?... Nachodzę?... Raz przyszłam po radę i pomoc. Jak-

by z kim innym, to do pana nie przyszłabym. Co ja? Uczciwa dziewczyna jestem i łaski ni-
czyjej nie potrzebuję. Chce pan pomóc, pomoże. Nie, to i nie proszę.

Wstała i zaczęła zaciągać chustkę.
– Niech Karolka zaczeka – wziął ją za łokieć. – Tak nie można.  Oczywiście, skoro moja

wina, to i moja odpowiedzialność. Oczywiście. Tylko niech Karolka do żadnych bab nie cho-
dzi. Karolka jest katoliczka, a kościół tego zabrania. To jest wielki grzech...

– I tamto było grzech – zauważyła rzeczowo.
– Ale to i grzech i zbrodnia. Prawo tego zabrania. To trzeba już odpokutować. Trudno. Za-

bijać nie wolno. Tak, to nie ulega dyskusji.

– Lepiej teraz – bąknęła – póki nieżywe, jak potem.
– Ani teraz, ani potem – powiedział stanowczo. – Tylko jaką na to znaleźć radę?... Jaką ra-

dę... Przecież Karolka sama rozumie, zirytował się – że ja nie mogę z Karolką się żenić!

– Co pan? – zachichotała. – Albo to ja głupia, żeby tak myśleć?
– No, właśnie – przytaknął i uspokoił się.
Usiadł plecami do niej przy stole, oparł głowę na rękach i starał się wynaleźć jakiś sposób

na załatwienie tej sprawy. Na dworze szybko się ściemniało. Koło domu z wielkim hałasem
przeszedł  autobus  do  Błotowic.  Karolka  nie  ruszała  się  z  miejsca,  tylko  od  czasu  do  czasu
pociągała nosem. Gdy już zrobiło się całkiem ciemno, wstała i dawnym zwyczajem zapaliła
lampę. Murek nawet tego nie zauważył. Wreszcie odsunął krzesło.

– Niech Karolka zaczeka – powiedział. – Zaraz wrócę. Słyszała, jak zapukał do izby Żur-

ków. Nie było  go może pół  godziny, może  dłużej.  Wszedł,  usiadł  na  łóżku  i  kazał  Karolce
usiąść naprzeciw.

– Więc będzie tak – powiedział. – Karolka zamieszka tu u państwa Żurków. To bardzo do-

brzy  i  serdeczni  ludzie...  Serce  mają.  Na  utrzymanie  ja  będę  Karolce  przysyłał,  ile  będzie
trzeba, a za kąt w ich izbie Karolka będzie musiała im, starym, posłużyć, wyręczyć. I jeszcze
tak ze trzy złote dopłacić. Ja im wszystko powiedziałem. Co tu było robić tajemnicę? Powie-
działem, jaka jest prawda. Zgodzili się, a dla Karolki to i lepiej, bo jak pora przyjdzie, to stara
się zaopiekuje. Teraz to ja pieniędzy nie mam. Sam jestem bez pracy. Ale zostawię tu swoje
rzeczy, to Karolka po trochu będzie je sprzedawać i na kilka miesięcy musi starczyć, a później
będę dosyłać.

Słuchała w skupieniu.
– Jak się urodzi – ciągnął – to ja tam swego ojcostwa nie będę się zapierał. – W Bogu na-

dzieja, że zarobić potrafię na siebie, to i dziecku starczy.

– To pan na siebie biedę napytał – westchnęła Karolka po dłuższej przerwie.
Wzruszył ramionami.

background image

56

– Pewno, że to nie radość. Ale co robić?... Trzeba. Więc jak Karolka?
– Aże mi wstyd, ja panu nie tylko co, ale i ciężarem.
– Trudno. Więc Karolka zgadza się?
– Jakże mam nie zgodzić się. Tylko teraz jeszcze to, iż mogę pracować. Byle potem pań-

stwo chciało mnie przyjąć.

Zapewnił ją, że co do tego, nie może być żadnych obaw. Starym przyda się pomoc, a są

uczciwi. Potem otworzył szalkę i komodę. Systematycznie wyjmował wszystko, rozkładając
na dwie strony. To zabierał, a tamto jej zostawiał do spieniężenia. Tłumaczył, ile co jest war-
te,  żeby  nie  dała  się  handlarzom  oszwabić,  radził,  co  sprzedawać  najpierw,  a  co  starać  się
przetrzymać jak najdłużej.

– Jakbym prędko pracę znalazł – mówił – to zabiorę, co zostanie, bo przy sprzedawaniu

wielka jest strata.

I tak ciężko mu było rozstawać się z tymi rzeczami, które stanowiły cały jego wieloletni

dorobek.  Każdą  szanował  i  utrzymywał  we  wzorowym  stanie.  Wprawdzie  już  od  kilku  dni
liczył się z koniecznością stopniowego wyzbywania się garderoby, gdy postanowił jechać do
Warszawy, zamyślał sprzedanie wszystkiego, oprócz najniezbędniejszych przedmiotów. Nie
przewidywał wszakże, że wyzbędzie się ich za darmo.

Pocieszał się tylko tym, że spełnia swój obowiązek, że bierze na siebie słuszną karę za lek-

komyślną winę, że czyn jego jest dobry, nie przymuszony, a że wierzył w to, iż dobro posiane
daje stokrotny plon, wzrosła w nim nadzieja pomyślniejszej przyszłości.

– Komu Bóg daje obowiązki – myślał – temu daje też możność ich wypełnienia. Docho-

dziła już dziewiąta, gdy skończył i powiedział:

– No, Karolka może już iść, a jutro przed szóstą rano proszę wstąpić, żeby to, co zosta-

wiam, ułożyć i zostawić na przechowanie u Żurków. Ja o siódmej jadę.

– Kolację jeszcze panu przyrządzę – rzekła dziewczyna i nie czekając na zgodę, zabrała się

do rozpalania spirytusowej maszynki.

Bułki, trochę kiełbasy i herbata, do której kazał i Karolce usiąść, nie zabrały wiele czasu.

Dziewczyna jednak nie zabierała się do wyjścia. Posłała łóżko i stanęła pod piecem.

– Na co Karolka jeszcze czeka? – zapytał.
– Ja?... Na nic.
– No to do widzenia. Do jutra.
Zdjął marynarkę i zaczął odwiązywać krawat. Dziewczyna nie ruszyła się z miejsca.
– Czemu Karolka nie idzie? – zdziwił się.
Znowu nic nie odpowiedziała.
– No? – przynaglił ją niecierpliwie.
– Niech pan się kładzie. Ja nie przeszkadzam – bąknęła niewyraźnie.
– Owszem – powiedział stanowczo – przeszkadzasz i proszę iść. Odwróciła się twarzą do

pieca i wodząc dłonią po kaflach, zaśmiała się:

– A jakbym z panem przenocowała, to co?... Tak, na pożegnanie... Co sobie szkodować?...
Murek oburzył się. Pospiesznie naciągnął znowu marynarkę, zburczał ostro dziewczynę i

wypchnął ją za drzwi.

Przez  całą  noc  nie  mógł  zasnąć.  Wstał  i  ubrał  się,  zanim  Karolka  nadeszła.  Jeszcze  raz

rozmówił się z Żurkami, domknął walizkę, pożegnał się i ruszył na dworzec. Do pociągu było
jeszcze pół godziny. Umyślnie nie wszedł do poczekalni, gdzie zebrało się kilka znajomych
osób, widocznie również jadących do stolicy. Nie chciał narazić się na rozmowę i pytania, a
wiedział, że nikt z nich do wagonu trzeciej klasy nie wsiądzie. Przyszło mu na myśl, że postą-
pił źle, niezłożywszy pożegnalnej wizyty Horzeńskim. Właściwie zależało mu tylko na babci.
Obiecywał sobie jednak, że z Warszawy usprawiedliwi się listownie nagłością wyjazdu.

background image

57

Punktualnie o siódmej pociąg ruszył. Korzystając z tego, że sam był w przedziale, wyjął

irchowy  woreczek,  przeliczył  pieniądze.  Zostało  mu  niespełna  sto  dwadzieścia  złotych.  Sto
dwadzieścia złotych i walizka z rzeczami.

Koła niespokojnie zastukały na zwrotnicach, zadudniły na moście i wpadły w równy skan-

dowany rytm.

background image

58

ROZDZIAŁ III

Pani Bożyńska spojrzała na siostrzenicę podejrzliwie i wypuszczając nosem kłęby dymu,

powiedziała bez nacisku:

–  Nie  chciałabym  cię  martwić,  droga  Niro,  ale  o  tym  panu  Junoszycu  słyszałam  bardzo

rozmaite zdania.

Nira podniosła brwi:
– Rozmaite?... Zatem i dodatnie. Cóż, kochana ciociu, to już dobrze. Ludzie o nikim życz-

liwie nie mówią.

– Tak, kochanie. Jednak dobrze jest  wiedzieć  przynajmniej  coś  o  człowieku,  którego  się

przyjmuje. Sama rozumiesz, że żadnej z moich przyjaciółek nie wystarczy mgliste określenie:
„pan który robi interesy”. Nazwisko ma przyzwoite, ale na Podolu, o którym wspominał, nikt
Junoszyców nie zna.

Nira znowu zerknęła na zegarek i wstała zniecierpliwiona.
– Ach, ciociu, więc poproś go o przedstawienie dowodu osobistego. Powtarzam ci, że u nas

przyjmowany był w najlepszych domach. Sama zresztą powiedziałaś, że jest „bardzo dobrze”.

– Nie zaprzeczam.
–  A  i  tu,  w  Warszawie,  nie  brak  mu  stosunków,  pierwszorzędnych  stosunków.  Zresztą,

czyż się wprasza do domu cioci?... Jeżeli się nie podoba...

– Nie podoba mi się – przerwała pani Bożyńska – ta żarliwość, z jaką go bronisz.
– Bynajmniej nie żarliwość. Po prostu jestem zdenerwowana. Miał być przed ósmą, a już

jest kwadrans po!... Obawiam się, że... przeciąga mu się ta konferencja.

Nim  pani  Bożyńska  zdążyła  wypowiedzieć  nową  uwagę,  zjawił  się  lokaj  i  oznajmił,  że

przyszedł pan Junoszyc.

Wszedł swobodnym krokiem, jak zawsze dystyngowany, w pysznie skrojonym smokingu.
– Pani zeche wybaczyć – zwrócił się elastycznym ukłonem do pani Bożyńskiej – że pory-

wam jej siostrzenicę. Panna Horzeńska była tak rozrzutna, że obiecała mi osłodzić moją sta-
rość tego wieczoru i pozwolić mi pokazać się w teatrze w jej zachwycającym towarzystwie.

Mówił po francusku, gdyż w domu tym, o czym wiedział, języka polskiego używała tylko

służba i czasem Nira.

–  Jestem  przekonana  –  odpowiedziała  pani  Bożyńska  –  że  nie  zostaną  później  państwo

zbyt długo na kolacji.

– Panno Niro – Junoszyc skłonił głowę. – Będzie tak, jak pani rozkaże, ale nie ośmieliłbym

się być winowajcą w oczach pani Bożyńskiej.

– Bardzo słusznie – przytaknęła pani Stefania – mam dziś wieczorem kilka osób na bry-

dżu. I zależy mi na tym, by moja siostrzenica wróciła najdalej o pierwszej.

– Dobrze, ciociu – nadstawiła jej policzek do pocałunku Nira.
– Termin będzie ściśle dotrzymany – powiedział na pożegnanie Junoszyc.
Od Ogrodu Saskiego powiał wiatr zapachem młodych liści. Chodniki były zapchane tło-

czącą się publicznością. Jezdnią mknęła rzeka samochodów. Junoszyc zatrzymał się na rogu i
otworzył drzwiczki taksówki.

–  Wsiadaj  –  powiedział  krótko  i  rzucił  szoferowi  –  Hotel  Śląski.  Gdy  wóz  ruszył,  Nira

chwyciła go za rękę:

– Co ty ze mną robisz? Koki! Co ty ze mną robisz! Przez dwa tygodnie nie napisałeś ani

słowa! Myślałam, że oszaleję.

background image

59

– Oszalałaś naprawdę – odpowiedział gniewnie. – Diabli wiedzą, co tobie może strzelić do głowy!
– A cóż ja zrobiłam? – przestraszyła się.
– Jesteś paradna. Mobilizujesz całą Warszawę. Dzwonisz do wszystkich moich znajomych,

podnosisz alarm, narażasz mnie na śmieszność.  I  wtedy,  kiedy  ja  nie  mogę  pokazać  się  we
własnym mieszkaniu, bo zależy mi na tym, by myślano, że jeszcze nie wróciłem z Wiednia...

– Koki! Przepraszam, bardzo przepraszam – przytuliła się doń Nira – ale ja tak strasznie,

tak strasznie tęskniłam...

– Więc tęsknij na zdrowie, tylko do ciężkiego diabła nie psuj mi moich interesów! Jeżeli...

Jeżeli tak dalej będzie mi nie szło, gotów jestem uwierzyć, że tego pecha to ty mi przynosisz.

– Koki! – jęknęła.
– Wysiadaj – odburknął.
Taksówka stała przed małym hotelikiem przy ulicy Skośnej. Duży brudny pokój na pierw-

szym piętrze, pomimo otwartych okien dusił zapachem stęchlizny. W sąsiednim numerze ja-
kaś kobieta wybuchała paroksyzmami kaszlu, w przerwach obrzucając kogoś przekleństwami.
Na stoliku rozłożony był papier z resztkami bułek i szynki. Pusta butelka od koniaku, druga
do połowy wypróżniona i  trzy  kieliszki  były  świadectwem  niedawno  skończonej  przekąski.
Na łóżku leżała wspaniała walizka z krokodylowej skóry, na nocnej szafce takiż neseser.

– Musiałeś tu się zatrzymać? – ze zdumieniem zapytała Nira.
– Przecież nie zrobiłem tego dla przyjemności.
– A tam, na Szucha?
– Tam czeka na mnie ten amerykański idiota. Zaśmieci mi całą garsonierę. Co noc wraca

urżnięty w sztok i rzyga na moje dywany. Jeżeli do wtorku nie uzyskam zezwolenia na bez-
cłowy wwóz tych jego zakichanych maszyn, bydlę pójdzie do prokuratora.

– Ale ty masz szansę? – zapytała Nira.
– Mam?... Guzik mam. – Junoszyc kopnął krzesło, które omal nie wywróciło się. – Mam w

kieszeni fałszywą studolarówkę, te dwie walizki i... ciebie. Niezły bagaż, co?

Zaśmiał się, zaklął i wyciągnął się na kanapie. Nira wciąż  stała  oszołomiona.  Nawet  nie

odczuła obelgi. Jej myśl z wytężeniem pracowała nad jednym: – Jak mu pomóc? Przecie, gdy
wyjeżdżał, bez chwili wahania zastawiła swoje futro. Gdyby sprzedała popielice, mogłaby za
to sprawić sobie pelerynkę z pięknych srebrnych lisów. Wiosna tego roku była późna i każda
przyzwoita kobieta, jako tako dbająca o swój wygląd, nie pokazywała się na mieście bez fu-
trzanej pelerynki, bez dwóch spiętych lub chociażby jednego lisa. Takie efektowne rozszerze-
nie ramion zwężało biodra, wysmuklało sylwetkę a owalowi twarzy i głowie dawało niezastą-
pione tło.

Codziennie,  wracając  z  biura,  Nira  rozpaczliwym  spojrzeniem  obrzucała  mijane  kobiety.

W samym biurze na trzydzieści z górą pracownic ona jedna nie miała nawet najskromniejsze-
go  lisa.  Prawie  wszystkie  zarabiały  nie  więcej  niż  Nira:  dwadzieścia  z  czymś  złotych  mie-
sięcznie. Można jeszcze było zrozumieć to u mężatek lub u tych panien, którym wiek i uroda
umożliwiały  otrzymywanie  drogich  prezentów.  Były  jednak  i  mocno  starszawe,  jędzowate
paniusie, utrzymujące się wyłącznie z pensji, a i te jakimś cudem umiały tak ułożyć swój bu-
dżet, że starczyło im na futra.

O pożyczeniu od ciotki Stefy Nira nie mogła marzyć. I tak ledwie tam wiązano koniec z

końcem. Rodzice od lutego zdobyli się na przysłanie pięćdziesięciu złotych. A wiosna, jak na
złość,  ciągnęła  się  bez  końca.  Wiadomość  o  przyjeździe  Junoszyca  napełniła  Nirę  otuchą.
Była pewna, że interesy powiodły mu się i że nie sprawi mu kłopotu wykupienie choćby tylko
popielic. Zabrała nawet kwit lombardowy ze sobą.

Tymczasem on sam jest w najgorszej sytuacji. Z niepokojem przyglądała się jego pięknej

twarzy.  Wargi  ułożył  jakby  do  gwizdania,  gładkie  wspaniałe  czoło  zarysowało  się  lekką
bruzdą między brwiami.

background image

60

Im dłużej przyglądał się mu, tym bardziej ustępowały obawy i zwątpienia. Wierzyła, nie,

wiedziała, że ten człowiek, że taki człowiek przegrać nie może. Była pewna, że pod tym czo-
łem nieustannie pracuje potężny, precyzyjny mózg, że tysiące myśli przesuwają się niestru-
dzenie, aż nagle dadzą olśniewające skojarzenie. Jakże dobrze to znała! Wówczas usta rozsu-
ną się w półuśmiech, podniosą się opuszczone powieki i oczy błysną decyzją. Jej nie powie
nic, ale już w następnej chwili siada do telefonu czy do biurka... Zaczyna działać. A później,
gdy szeregiem niezawodnych posunięć zrealizuje plan, potrafi całą rzecz tak opowiedzieć...

Przysiadła na brzeżku kanapy i delikatnie, wstrzymując oddech,  zaczęła wodzić wargami

wzdłuż  brwi.  Zwykle  lubił  to.  I  Nirze  zdawało  się,  że  tą  pieszczotą  bierze  jakoś  bodaj  naj-
mniejszy udział w jego myślach. Teraz jednak odsunął Nirę zdecydowanym gestem:

– Daj spokój z tym lizaniem się – powiedział szorstko. – Nie jestem usposobiony. Że też te

kobiety nie umieją nigdy wyczuć nastroju!

– Nie wiedziałam, że i od innych musisz tak się opędzać – odsunęła się Nira.
– Muszę.
– Wiem, że mnie zdradzasz – starała się mówić cicho, by nie dostrzegł jej podniecenia.
Junoszyc ziewnął:
– Zdradzam.
– Nie, to niemożliwe! – chwyciła go za ręce.
– Niemożliwe – zgodził się obojętnie.
Przywarła ustami do jego warg.
– Koki, mój Koki – powtarzała wśród pocałunków – ożeń się ze mną, błagam cię, ożeń się!

Przecie ja ci nie będę żadnym ciężarem. Będę pracowała. Będę ci pomagała. I przysięgam ci:
Nie będę– zazdrosna...

Pod pocałunkiem uczuła, że jego usta uśmiechają się. W oczach jednak błysnął gniew.
– Koki... – dodała jeszcze nieśmiało i umilkła.
– Zamęczysz mnie, zanudzisz – odezwał się znużonym głosem. – Już ci dwa razy mówi-

łem, że nie mogę, nie chcę i nie ożenię się z tobą. Nie cierpię żadnych obowiązków. Po co mi
u diabła ciężkiego małżeństwo?...

– Więc mnie nie kochasz! – zawołała porywczo.
– Kocham i co z tego?
– Gdy się kocha, to się chce mieć tego kogoś na własność.
Junoszyc skrzywił się:
– Toteż i mam ciebie,
– Takie widywanie się ukradkiem – zaczęła, lecz przerwał jej, wpadając w słowo:
– ...mnie zupełnie wystarcza. Moja droga, żenić się powinni tacy ludzie, jak ten twój na-

rzeczony... Jakże mu tam?... Murek. Cóż z nim? Jeszcze jest w Warszawie?

– Ach, nic mnie to nie obchodzi. Jest, zdaje się.
– Dostał jaką posadę?
Nira wzruszyła ramionami:
– Czy ja wiem?! Zdaje się, że wziął się do handlu.
– Do handlu? – zdziwił się Junoszyc. – Na tym to on nic nie zarobi. To cymbał.
Zapukano do drzwi. Numerowy oznajmił, że przyszedł jakiś pan i pyta o pana Junoszyca.

Zgodnie z zastrzeżeniem, portier powiedział, że nikt taki tu nie mieszka, ale ten pan pomimo
to kazał „poszukać” i powiedzieć, że ma certyfikat.

Junoszyc zerwał się z kanapy i kazał natychmiast wprowadzić owego pana. Nira musiała

stanąć przy oknie i odwrócić się do pokoju plecami. W szybie widziała odbicie małego, ele-
ganckiego jegomościa, który szybko wręczył Junoszycowi jakieś papiery. Zamienili przy tym
kilka krótkich zdań i interesant wyszedł.

Na twarzy Junoszyca nie znalazła żadnej zmiany. Stał i spokojnie przeglądał papiery.
– No – powiedział wreszcie – chociaż to się udało.

background image

61

– Udało się?
– Phi... drobiazg. Kilkanaście tysięcy. Ale i to dobre. Uniknęłaś przykrej historii. Masz szczęście.
– Ja? – zdziwiła się.
– Aha. Musiałbym cię narazić na towarzystwo tego amerykańskiego szympansa.
– Tego, któregoś umieścił w swojej garsonierze?
–  Tak.  No,  popraw  kapelusz.  Jedziemy  na  kolację  do  Bristolu.  Musiałabyś  go  zabawiać

przez kilka dni i natchnąć ochotą do dłuższego pobytu w naszej pięknej stolicy.

– Chyba nie wyobrażałeś sobie, że zgodzę się na taką rolę! Wstydź się, Koki!
– Wstydzę się, ale wyobrażałem – zaśmiał się wesoło.
Zarzuciła mu ręce na szyję;  ten  jego  cynizm  działał  na  nią  jak  wzrok  węża:  przejmował

wstrętem i obezwładniał.

Wchodząc na salę restauracyjną przypomniała sobie z dotkliwą wyrazistością brak wyma-

rzonej  pelerynki  z  lisów.  Było  sporo  znajomych  Junoszyca,  który  kłaniał  się  z  tym  swoim
pańskim wdziękiem na prawo i lewo. Imponował jej właśnie tym kontrastem świetnej dżen-
telmeńskiej powierzchowności i brutalnej siły wewnętrznej, nieliczącej się z niczym i nikim.
W niektórych spojrzeniach i ukłonach dostrzegała  maskowaną  niechęć  lub  ostentacyjną  po-
wściągliwość, lecz wyraźnego lekceważenia nikt nie ośmieliłby się mu okazać.

– A co sobie o mnie myślą – mawiał Junoszyc – to mam w nosie. Stolik, przy którym sie-

dli, natychmiast został otoczony przez nadskakującą służbę. Wiedzieli, że będą drogie napoje
i dania, że kapnie suty napiwek. Na reprezentację Junoszyc nie żałował pieniędzy.

– Ludzie muszą wiedzieć, że się komuś powodzi – twierdził – jeżeli mają go szanować.
Przy kawie zapalił cygaro i przyjrzawszy się Nirze, powiedział:
– To dobrze, że wyglądasz tak... skromnie. Niech wiedzą, że bywam z kobietą z towarzy-

stwa. Jednak przydałoby ci się jakieś futro. Skończę z tym amerykańskim durniem i kupię ci
coś ładnego.

Przecież wiedziała, że on sam o tym pomyśli! Jakże mogła go nie kochać!
Do  stolika  przysiadł  się  jakiś  chudy  blondyn  w  binoklach.  Junoszyc  przedstawił  go  pół-

gębkiem i z tego wywnioskowała, że to ktoś podrzędny, tym bardziej, że podczas rozmowy
nie wymienił też jej nazwiska, co robił chętnie, ilekroć zależało mu na danym człowieku. Z
reguły przechodzili przy obcych na pan i pani. Blondyn mówił o jakimś zakwestionowanym
zapisie hipotecznym, o kaucji w związku z dostawami i prosił Junoszyca o zainteresowanie
się tymi sprawami. Do podobnych rozmów Nira była przyzwyczajona. Ilekroć znaleźli się w
kawiarni czy restauracji, zawsze ktoś się przysiadał do stolika lub odwoływał Junoszyca do
telefonu.

W trakcie rozmowy padło kilka nazwisk a po jednym z nich Junoszyc zwrócił się do Niry:
– Czy w domu pani ciotki nie bywa prezes Holbein?
– Nie... Chyba nie. Jak on wygląda?
– Bardzo gruby, sepleni i nosi okulary.
– Nie. Na pewno nie znam – potrząsnęła głową Nira.
Junoszyc zamyślił się:
–  A  może  ktokolwiek  ustosunkowany  w  Zakładach  Przemysłowych  „Rono”?...  Kto  tam

jest?...

– Serkowski, Wundt, Jagodziński – szybko podpowiedział blondyn. Okazało się jednak, że

u pani Bożyńskiej żaden z wymienionych nie bywa i Nira żadnego z nich nie zna. Gdy blon-
dyn pożegnał się i odszedł, Junoszyc zaczął bębnić palcami po stole.

– Brak mi wielu ludzi. Mógłbym wiele fajnych rzeczy przeprowadzić, gdybym bliżej znał

takiego na przykład Holbeina albo chociażby Jagodzińskiego.

Patrzyła nań wzrokiem winowajczyni. W jego słowach wyczuwała niezadowolenie.
Po długiej pauzie Junoszyc nagle zapytał:
– W „Sumienności” nie ma zmian?

background image

62

– Nie, przynajmniej ja o żadnych nie słyszałam.
– Wciąż siedzisz w dziale korespondencji?...
– Tak. Mieli mnie przenieść do rachuby, ale okazało się, że moje języki obce są podobno

niezastąpione i dyrektor Lender nie chce mnie puścić.

Junoszyc pogwizdywał pod nosem i niespodziewanie powiedział:
– To nonsens. Marnowanie czasu i możliwości.
– Jakich możliwości?
– Posłuchaj, Niro... Zarabiasz coś trzysta złotych?
– Znacznie mniej.
–  Właśnie.  Czyś  ty  nigdy  nie  pomyślała,  że  w  tymże  Towarzystwie  Asekuracyjnym  jest

droga do wcale dobrych dochodów?...

– Dla mnie?
– Dla ciebie bardziej niż dla kogo innego. Jesteś ładna i masz masę wdzięku...
– Dziękuję. – Zarumieniła się tak jakby nigdy i od nikogo podobnych komplementów nie

słyszała. Co prawda, Junoszyc nie mówił ich nigdy. Nawet przed trzema laty, gdy go poznała
podczas krótkiego pobytu w Warszawie i gdy starał się ją zdobyć, nie posługiwał się w tym
celu prawieniem komplementów. To nie leżało  w  jego  typie.  Wiedziała,  że  mu  się  podoba.
Chciała wierzyć, że ją kocha, lecz on sam o tym nie mówił, ona zaś na tym jednym punkcie
nie wyrzekła się wobec niego swoich ambicji i wolałaby umrzeć niż dopytywać się o to.

Musiał zauważyć jej rumieniec i zmieszanie, lecz ciągnął dalej tym samym tonem:
– Masz prezencję, formy, umiejętność konwersacji. Na dziesięć metrów pachnie od ciebie

arystokracją w najlepszym znaczeniu tego słowa, no i nazywasz się pierwszorzędnie. Wszyst-
ko to razem jest pewnym kapitałem, który można, a zatem trzeba wyzyskać. Jestem pewien,
że otrzymawszy twój bilet wizytowy i relację o twoim wyglądzie, żaden mężczyzna nie po-
myśli, żeby odprawić cię z przedpokoju. Do głowy mu nie przyjdzie, że jesteś agentką aseku-
racyjną.

– Więc ty chciałbyś, Koki, bym została agentką? – przeraziła się.
– Chciałbym.
– Ależ to okropna praca... Chodzić po mieszkaniach...
– Po pierwsze, nie widzę w tym nic okropnego. To raz. Panie z najlepszego towarzystwa

pracują dziś po sklepach. Po drugie, zarobisz na tym pięć razy więcej niż siedząc w biurze, a
poza tym, nie chodzi tu w ogóle o pracę ani o ubezpieczanie od apopleksji różnych pierników,
lecz  o  nawiązanie  z  nimi  znajomości.  Niczego  więcej.  Ot,  zwyczajna  znajomość,  najwyżej
lekki flircik. Chodzi o to, by taki facet nabrał nadziei, że z czasem, przy pewnych staraniach
może spodziewać się powodzenia u ciebie. Nie ma starszego mężczyzny, dobrze sytuowane-
go,  który  by  się  nie  skusił  taką  perspektywą.  Znam  ich  dobrze.  Popisanie  się  romansem  z
młodą i ładną panną z towarzystwa, toż to więcej warte dla takiego typa niż wygrana na lote-
rii. No, i popisanie się przed samym sobą. Odzyskanie nadwątlonej wiary we własne męskie
uroki.

W miarę jak Junoszyc rozpalał się do projektu. Nira była  coraz  zimniejsza. Czuła tu coś

obrzydliwego.

– Nie sądzę – powiedziała – bym swoim sposobem bycia umiała dać komuś wrażenie, że

jestem gotowa na każde skinienie palcem.

– Bo i nie trzeba dawać żadnego wrażenia – skrzywił się. – Nie znasz ludzi. Już sam fakt,

że taki jegomość widzi ponętny obiekt w roli agentki, wystarcza. Będzie przeświadczony, iż
kosztem  ubezpieczenia  się  zyska  jej  skłonność.  Każda  kobieta,  którą  warunki  ekonomiczne
stawiają w zależności od mężczyzny, wywołuje w nim najdalej idące nadzieje. Nie potrzebu-
jesz  robić  w  tym  kierunku  specjalnych  wysiłków.  Wystarczy,  jeżeli  po  niejakich  certacjach
przyjmiesz propozycję przejażdżki samochodem lub kolacji w dobrym lokalu.

– Ale po co?

background image

63

–  Bądź  cierpliwa  –  zmarszczył  brwi.  Po  to,  że  przy  pierwszej  sposobności  poznajomisz

mnie z takim gościem. „Mój kuzyn, pan Junoszyc”. Oto wszystko. Nira uśmiechnęła się me-
lancholijnie:

– Nie wydaje mi się to wszystko szczególnie zachęcające...
– A mnie wydaje się bardzo dobrym pomysłem.
– Poza tym wątpię, by dyrekcja zechciała powierzyć mi agenturę.
– O to się nie bój. Zaraz jutro lub pojutrze wpadnę do was i pomówię z twoim dyrektorem.
– Odmówi.
Junoszyc zaśmiał się:
– Bądź spokojna. Mnie nie odmówi. Mam ja na niego pewien haczyk i on o tym doskonale

wie.

Przed pierwszą Nira była już w domu. Junoszyc uparł się, by ciotce Stefie dotrzymać sło-

wa. Zjawienie się siostrzenicy pani Bożyńska powitała zadowolonym uśmiechem. Rzeczywi-
ście  było  kilka  osób.  W  gabinecie  grano  w  brydża.  „Piąta  wychodząca”,  pani  Szczaniecka,
która z nudów przeglądała już od godziny stare ilustracje (jedna para broniła robra), przyjęła
zjawienie się Niry z zachwytem i Nira musiała ją bawić sprawozdaniem ze sztuki, na której
nie była.

Te ciotczyne brydże, powtarzające się po dwa i trzy razy na tydzień,  gromadziły najczę-

ściej to samo towarzystwo. Kilka pań z plutokracji i zubożałej arystokracji, wszędobylskich i
rozplotkowanych, wypalających moc papierosów i wałkujących plotki publiczne i prywatne, i
stosunkowo niewielu mężczyzn. Byli to przeważnie cudzoziemcy, dyplomaci minorum gen-
tium, starsi panowie, reprezentujący różne egzotyczne republiki, kończący w Warszawie swój
lekki, błyskotliwy żywot spędzony smakowicie i dostatnio na koszt owych republik, których
obywatele dla dodania blichtru swym przedstawicielom musieli się wyrzec luksusu noszenia
butów  i  używania  mydła.  Oprócz  tych  wyszlifowanych  starych  próżniaków  i  darmozjadów
bywali też i młodzi dyplomaci, początkujący karierowicze. Ci przez odwiedzanie pani Bożyń-
skiej zaspokajali swe poczucie obowiązku dyplomatycznego, nawiązując tak zwany kontakt z
miejscowym społeczeństwem.

Młodzi mogliby być zabawni, gdyby nie ich ustawiczny strach przed ewentualnością więk-

szych wydatków czy wyższej przegranej w brydża. Nie dorobili się jeszcze przyzwoitych po-
borów a ich pensyjki z trudem wystarczały na opędzenie kosztów reprezentacyjnego wyglądu.
Pannie Horzeńskiej przyglądali się łakomie, lecz żaden z nich nie ryzykował żadnych awan-
sów. Rewanże za skromne zresztą przyjęcia obywali kwiatami lub zaproszeniami na większe
herbatki w poselstwach czy ambasadach. Starsi ich koledzy, z tytułu swoich stanowisk, rozpo-
rządzali  już

 

konkretniejszymi  dowodami  wdzięczności  –  mogli  sprowadzać  wina,  perfumy

czy pończochy bez cła.

Permanentny brydż ciotki Stefy i zbierające się na nim towarzystwo były podobno przy-

czyną rozwodu pani Bożyńskiej z mężem. Pan Bożyński nie nazywał przyjaciółek żony ina-
czej, jak „stare gitary”, przyjaciół „wałkoniami za cudze pieniądze” a brydża „piekielną kata-
rynką”. Mieszkał na Wspólnej i prowadził w domu biuro pośrednictwa sprzedaży majątków
ziemskich, przy czym wiodło mu się niezgorzej, dzięki licznym pokrewieństwom i stosunkom
w różnych stronach kraju. W każdym razie starczało na wypłacanie renty byłej żonie.

Mieli troje dzieci. Najstarszy Wojciech, na złość matce – jak twierdziła – został inżynie-

rem i co gorsza, zamiast wejść do któregoś z pułków kawalerii, uzyskał przydział do saperów.
Jego batalion stał o kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, lecz Wojtek przyjeżdżał rzadko,
dość jednak często, by swym wyglądem i dezaprobującą małomównością utrzymywać matkę
w stanie trwałej niechęci do siebie. Wysoki i zgrabny, ubierał się u jakiegoś małomiasteczko-
wego  krawca  i  mundur  oficerski  wisiał  na  nim  workowate.  Od  czasu  zainstalowania  się  na
Królewskiej Niry, która widocznie mu się podobała, zaglądał częściej, lecz nie przestał mil-

background image

64

czeć ani nie zaczął dbać o swoją powierzchowność. Nirze kiedyś zwierzył się, że pracuje nad
jakimś wynalazkiem, o czym nikt nie wiedział.

Młodsza o dwa lata od Wojtka Krystyna mieszkała z ojcem, dokąd się przeniosła po trzy-

letnim niefortunnym pożyciu małżeńskim ze słynnym bokserem Kruszyną. Ich „mezalians” w
swoim czasie był głośnym skandalem, który Kryśce nie opłacił się zupełnie.

Najmłodsza  Mika,  niebrzydka  mała  blondyneczka,  o  filigranowej  figurze  i  jasnoniebie-

skich oczach, po skończeniu klasztornej pensji za granicą, mieszkała przy matce w roli panny
na  wydaniu.  Cicha  i  anemiczna,  tak  przez  wzgląd  na  usposobienie  jak  i  na  zdrowie,  była
rzadkim gościem w salonie, wcześnie kładąc się spać i wcześnie  wstając. Rankami chodziła
na studia malarskie, wieczory spędzała w swoim pokoju, pełnym sielankowych akwarel i atła-
sowych poduszek. Nie lubiły się z Nirą i unikały się wzajemnie, chociaż nigdy nie zamieniły
nie tylko najmniejszego przykrego słówka, lecz ani nieprzychylnego spojrzenia.

Nira nie mieszkali u ciotki darmo. Za pokój i utrzymanie oddawała więcej niż połowę swej

pensji. To dawało jej poczucie niezależności i prawo przyjmowania własnych znajomych.

Nie było ich zresztą wielu. Najczęściej zaglądała nowa przyjaciółka i koleżanka biurowa,

pani Lechowska, rozwódka, ocierająca się o żydowsko-polską arystokrację. Nira lubiła ją za
jej spryt, dowcip i cynizm. Drugim gościem był Junoszyc, trzecim i ostatnim z częstszych –
Murek.

Jego zjawienie się w Warszawie Nira przyjęła jak klęskę. Jeżeli, wyjeżdżając z domu, nie

zerwała z nim ostatecznie to tylko na kategoryczne żądanie Junnoszyca.

– Ani się waż! – mówił. – Zapewniam cię, że to wymarzony mąż dla ciebie. Póki nie znaj-

dziesz innego bubka, ani się waż zrywać z tym Murkiem. Trzeba być rozsądną. Interesy two-
ich rodziców wiszą na włosku. Mnie mogą diabli wziąć w każdej chwili. Sama to rozumiesz,
że musisz mieć jakieś oparcie. A ten Murek wcale nie jest uciążliwy. Co ci to szkodzi?

Mówił jeszcze o tym, że może się sam znaleźć w trudnej sytuacji, w której będzie potrze-

bował pomocy, że zresztą nikt nie zmusza jej do brania ślubu a  takie nominalne narzeczeń-
stwo ma swoje zalety.

Na wyraźne życzenie Junoszyca wysłała kilka kart pocztowych do Murka, rozgniewała się

jednak, gdy przyjechał. Przede wszystkim na tle Warszawy wyglądał bardzo prowincjonalnie.
Po drugie zjawił się u ciotki podczas nieobecności Niry i przedstawił się jako jej narzeczony.
Wprawdzie ciotka Stefa uznała, że prezentuje się możliwie a maniery ma lepsze niż nazwisko,
nie powinien był jednak przyjmować zaproszenia na obiad. Mika orzekła, że jest przystojny.
Pochlebiało to Nirze, ku jej własnemu zdumieniu. Rzeczywiście i jej samej wydał się ładniej-
szy od obrazu, który zachowała w pamięci. Może dlatego, że obraz ten brzydł z dnia na dzień,
nie  podsycany  życzliwością  wyobraźni.  Murek  niewątpliwie  mógł  się  zaliczać  do  przystoj-
nych mężczyzn. Prawie wysoki, mocno zbudowany. O długiej kanciastej twarzy i twardych
rysach,  wywierałby  nawet  wrażenie  bardzo  męskiego,  gdyby  nie  różowe  k0olorki,  ciemno-
blond przystrzyżone wąsiki i nadmiar tłuszczu. Przypominałby zażywnego kupczyka, gdyby
nie jasne i surowe spojrzenie niebieskich oczu.

– Bardzo solidny – zawyrokowała po jego wyjściu ciotka Stefa. – Chociaż przydałoby mu

się więcej obycia. W twoich rączkach, Niro, szybko tego nabędzie.

Lecz Nira bynajmniej nie zamierzała zajmowa się taką guwernerką. Przeciwnie. Od  razu

oświadczyła Murkowi, że nie może mu poświęcać wiele czasu. Biuro, obowiązki towarzyskie,
przemęczenie. Dała mu nawet do zrozumienia, że ciotka Bożyńska, ze względu na snobizm
własnych i bywających u niej osób, nie życzy sobie wizyt narzeczonego siostrzenicy.

– Pan rozumie, panie Franciszku – mówiła Nira. – To nie jest dom mój, dom moich rodzi-

ców, gdzie byłam swobodna.

On  prostodusznie  przyznał  jej  słuszność  i  stanęło  na  tym,  że  widywać  się  będą  albo  na

mieście,  albo  po  uprzednim  porozumieniu  się  telefonicznym  u  ciotki  Stefy.  Nira  zaś  tak

background image

65

umiała za każdym razem sytuację przedstawić, że od jego przyjazdu, to jest w ciągu dwóch
miesięcy, widzieli się tylko sześć razy.

I on zdawał się godzić z tym stanem rzeczy. O ile początkowo telefonował z natarczywymi

prośbami co dwa, trzy dni, o tyle teraz odzywał się rzadziej, stał się mniej wymagający i do-
kuczliwy.

Zresztą obecność narzeczonego w Warszawie miała dla Niry i swoje dobre strony. Istniał

poważny pretekst do wychodzenia z domu o różnych porach, bez pobudzania podejrzliwości
ciotki, która nie tyle przez pragnienie rozciągnięcia nad nią moralnej opieki, ile przez cieka-
wość i ze względów prestiżowych poczuwała się do obowiązku kontroli.

Nira łatwo zbywała wszelkie indagacje:
– Byłam z narzeczonym w cukierni.
W wypadku zaś, gdy dłużej zabawiła w garsonierze Junoszyca, tłumaczyła się przyjęciem

u siostry Murka. Musiała dla świętego spokoju wymyśleć tę siostrę i wydać ją za mąż za ma-
jora weterynarza: prości, ale poczciwi ludzie.

Junoszyc pękał ze śmiechu, słuchając sprawozdań Niry o skromnym, lecz pogodnym życiu

owych majorostwa, o ich trojgu rozkosznych dzieciach i o tym, jak ciotka Stefa drobiazgowo
wypytuje o stosunek Murka do tych maleństw, by wywnioskować, czy będzie dobrym ojcem.

W istocie Nira nie wiedziała nawet,  gdzie Murek mieszka. Wspomniał raz o tym  mimo-

chodem, że u krewnych na Żoliborzu, a gdy zdziwiła się, że dawniej nie mówił o tym, że ma
w ogóle krewnych, był to potwierdzeniem:

– Ach, to bardzo dalecy krewni.
I zmienił temat rozmowy. Ponieważ dla Niry było najzupełniej obojętne, gdzie on mieszka

i jaką ma rodzinę, nie przyszło jej nigdy na myśl wracać do tego przedmiotu.

Spotykali się zazwyczaj w niewielkiej cukierence na Miodowej. Przez telefon zapowiadał

zawsze, że ma moc rzeczy do powiedzenia, lecz gdy siedzieli naprzeciw siebie przy stoliku,
powtarzał w kółko, że ją kocha, że dla takiej miłości warto żyć, że kiedyś będą bardzo szczę-
śliwi i wlepiał w nią cielęco zachwycone oczy. Nawet o sobie prawie nic nie opowiadał.

Z jego słów wiedziała, że ma „napiętą” bardzo dobrą posadę, a tymczasem pomaga pew-

nemu adwokatowi. Nie musiało mu się jednak dobrze powodzić. Przychodził zawsze w tym
samym ubraniu i w tych samych bucikach, dość zniszczonych. Gdy pod koniec marca zrobiło
się cieplej, musiał chyba zastawić palto, bo później oziębiło się znacznie, on jednak twierdził,
że mu bez palta ciepło, chociaż miał sine ręce.

Wtedy nawet pożałowała go trochę. W gruncie rzeczy nie był dla niej antypatyczny. Daw-

niej, w domu rodziców, gdy po pół roku i dłużej nie widywała Junoszyca, w głębi duszy go-
dziła się na ostateczność zostania jego żoną. Działał nawet na jej rozbudzone, a głodne zmy-
sły, tym bardziej, że podniecała je myśl o jego miłości. Poza tym i za tę miłość, choć jej nie
ceniła, była mu przecież wdzięczna. Koki miał rację, że kobieta musi zawsze mieć w odwo-
dzie taką miłość, gotową do najdalej idących poświęceń, taki pas ratunkowy. Dawało to po-
czucie  bezpieczeństwa.  Jeżeli  nie  ostatecznego  portu,  to  chwilowej  przystani,  skąd  można
znowu rozejrzeć się po życiu.

A Nirze biegło ono skokami z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Było to życie podróż-

ne,  dorywcze,  tymczasowe.  Jej  młodość  wchłaniała  zdarzenia,  niecierpliwie  przepuszczała
przez palce prąd czasu, bulgoczący w krętym łożysku, pędzący w niewiadomym celu. W tym
nurcie ani się było dna dopatrzeć, ani własnego odbicia.

Pod wpływem takich czy innych przykrości przychodziła czasem refleksja:
– A co dalej?... Czym się to wszystko skończy?...
Lecz  nienawidziła  tej  myśli.  Przepędzała  ją  gwałtownym  wzywaniem  na  pomoc  wspo-

mnień  o  rozkoszy,  o  drobiazgach  codziennych,  o  fatałaszkach.  Zaludniała  świadomość  tym
wszystkim, zamulała, zagęszczała, by zakryć, zatopić, zepchnąć pod powierzchnię myśl nie-
dobrą, wynurzającą się, niczym topielec z ustami otwartymi do groźnego pytania:

background image

66

– Co dalej?... Czym się to skończy?...
Dlatego i marzeń nie  lubiła.  Nie  były  to  zresztą  marzenia  dalekosiężne.  Ot,  spędzić  całą

dobę od świtu do świtu z Junoszycem wyjechać z nim na kilka tygodni na Riwierę, sprawić
sortie z sześciu srebrnych lisów, wykupić mercedesa z zastawu...

Ostatnie marzenie wkrótce się spełniło. Koki przeprowadził jakiś interes z cyną czy cyn-

kiem i pięknie odświeżony samochód znów był do dyspozycji. A Nira potrzebowała go teraz
bardziej niż dawniej.

Pod  koniec  maja  decydująco  zmieniła  się  jej  sytuacja  w  Towarzystwie  Asekuracyjnym:

została agentką. Przestała pobierać pensję, miała zaś otrzymywać prowizję od przeprowadzo-
nych ubezpieczeń, co w razie powodzenia powinno było dać wcale przyzwoity dochód.

Co pewien czas Junoszyc układał jej listę osób, które nadawałyby się na klientelę. Uzgad-

niała ją następnie z szefem i codziennie odwiedzała kilka upatrzonych ofiar.

Jednych ubezpieczało się na życie lub od nieszczęśliwych wypadków, innych od kradzieży

lub od odpowiedzialności cywilnej. Nie każda polisa opłacała się Nirze. W wielu wypadkach
chodziło  głównie  o  co  innego,  o  nawiązanie  znajomości,  o  zbliżenie  takiego  jegomościa  z
Junoszycem, o wyjednanie protekcji dla jego przedsięwzięć.

Przewidywania Junoszyca nie we wszystkim się sprawdziły. Zdarzało się, niestety, że ten czy

inny „upatrzony” wcale jej nie przyjmował lub z miejsca odprawiał z niczym. Starzy spryciarze
mieli przecież „nosa”, dzięki któremu doszli do majątku. Znali się na ludziach i na interesach.

Tak na przykład nie powiodło się z grubą rybą, o którą Koki najbardziej zabiegał. Prezes

Zakładów  Przemysłowych  „Rono”,  Holbein,  wprawdzie  za  trzecim  razem  raczył  dopuścić
Nirę przed swoje oblicze, lecz okazał  zupełny  brak  zainteresowania  zarówno  dla  asekuracji
jak i dla agentki. Na zakończenie trzyminutowej audiencji powiedział oschle:

– Radzę pani wydrukować na biletach wizytowych to, że jest pani agentką Towarzystwa

„Sumienność”.  Zabieranie  ludziom  czasu  przez  wprowadzanie  ich  w  błąd  jest  też  klęską  i
przed taką klęską chętnie się ubezpieczę, jeżeli wprowadzicie ten dział. Do widzenia!

Tegoż  wieczoru  Junoszyc  kazał  Nirze  uśmiechnąć  się  do  Holbeina  w  kawiarni,  dokąd

umyślnie w tym celu przyszli. Ten gruby wół jednak nawet się nie ukłonił, choć musiał za-
uważyć i poznać.

Ta przykrość i irytacja Junoszyca sprawiły, że po wyjściu z kawiarni rozpłakała się na uli-

cy, co znowu przyniosło jej w zysku całą litanię obelg i dwa wielkie sińce nad łokciem.

Chciała przecież jak najlepiej, zrobiła wszystko co mogła, posunęła się aż do kompromita-

cji, zaczepiając obcego człowieka w publicznym miejscu. Junoszyc jakby nie umiał tego zro-
zumieć. Jak kleszczami ściskał jej rękę:

– Mam w nosie twoją kompromitację! Słyszysz?! Gdybym ci kazał, musiałabyś z nim czy

z każdym innym położyć się do łóżka!

– Koki! – chlipała z bólu i obrazy. – Co ty mówisz?
– A co wielkiego? Ważna mi rzecz – syczał szeptem, by nie słyszeli go przechodnie. – Ni-

by to taka świętość?... Cnota, psiakrew, dziewica!

Wyrwała mu rękę:
– Nie masz prawa tak mówić!
– Ciszej! – syknął.
– Nie masz prawa! To nikczemnie z twojej strony. Ty przecież wiesz, że przedtem nie na-

leżałam do nikogo!

– I cóż z tego?... Zdaje ci się, że to taki rarytas?... a zresztą potem już nie miałem już kontroli.
Zatrzymała się i spojrzała mu prosto w oczy, on tylko zrobił niecierpliwy ruch ramieniem i dorzucił:
– Przy twoim temperamenciku!...
– Koki!...
– Z tym fajtłapowatym Murkiem pewnie też nie bawiłaś się w ciuClubabkę, lecz w...
Z naciskiem wyrzucił z siebie ordynarne słowo i dodał:

background image

67

– Mnie nie oszukasz.
– Nie wierzysz? Ty mnie nie wierzysz? – zapytała rozpaczliwie.
– Graj komedię komu innemu – odpowiedział zimno. – I nie udawaj takiej prawdomównej.

Kłamać to i ja mógłbym się od ciebie nauczyć. Umiesz łgać jak z nut.

– Ale nie tobie!
– Kto łże, ten wszystkim łże.
Umilkła. Nagle wezbrała w niej dzika, szalona nienawiść do tego człowieka.
Szli  obok.  Nie  podnosząc  powiek,  widziała  jego  nogi  w  jasnych  spodniach  i  brązowe,

błyszczące buciki.

Najszaleńcze  myśli  przychodziły  jej  do  głowy.  Pchnąć  go  nagle  pod  rozpędzone  auto.

Niech  ginie rozmiażdżony... Niech zginie za  to,  że  mogły  mu  przez  usta  przejść  te  słowa...
Albo pójść do policji i donieść. Niech zgnije w więzieniu za wszystkie swoje sprawki... Tak,
donieść albo nie, to za mało... Żeby go ktoś bił, aż do krwi, żeby zabił... Cóż prostszego! Wy-
starczy odszukać Murka i wyznać mu całą prawdę!... Tak! Powiedzieć mu: – Pomścij moją
hańbę! Ten człowiek uwiódł mnie, podeptał, zepchnął w bagno... O, takiego Murka nie trzeba
będzie zachęcać do zemsty. On się z nim po chłopsku rozprawi...

Czuła, że krew ucieka jej do serca, jakieś dziwne drżenie rozpłynęło się po całym ciele.
– Zemsty... Zemsty... – wirowało w głowie.
– Uważaj! Tramwaj! – szarpnął ją za ramię.
Tuż  przed  nią  szybko  przesunął  się  długi,  czerwony  wagon.  Stanowczym  targnięciem

uwolniła się od ręki Junoszyca. Przeszli przez jezdnię i skręcili w boczną ulicę. Było tu cał-
kiem pusto. Nira zatrzymała się.

– Posłuchaj, Koki – powiedziała, jak się jej zdawało, spokojnie, chociaż głos jej drżał fe-

brycznie  –  znosiłam  od  ciebie  wiele  upokorzeń,  chamskich  obelg  i  lekceważenia,  ale  teraz
przebrałeś miarę...

Zabrakło jej oddechu. Junoszyc stał nieruchomo.
W jego oczach było zdumienie.
– Przebrałeś miarę – ciągnęła. – Lecz omyliłeś się. Ja nie pozwolę sobą poniewierać, po-

miatać. Nie jestem dziewką!

– I cóż dalej? – zapytał bezbarwnym tonem a jego rysy zesztywniały.
– Ja ci tego nie przebaczę! – wybuchła. – Gorzko za to zapłacisz! Nie cofnę się przed żad-

ną zemstą!

Spodziewała  się,  że  zacznie  ją  uspokajać,  przepraszać,  perswadować  lub  że  wybuchnie

gniewem. On jednak stał spokojnie. Nagle na jego twarzy zjawił się lekki uśmiech.

– Ha, cóż? – odezwał się obojętnie. – Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci w tym

powodzenia. Żegnam!

Zwykłym ruchem uchylił kapelusza i ruszył w stronę domu swoim normalnym, elastycz-

nym krokiem.

Nira stała jak urzeczona. Zdawało się jej, że za chwilę straci przytomność i upadnie. Wi-

działa, jak o kilkadziesiąt kroków dalej on sięgnął do kieszeni i nie zatrzymując się, zapalił
papierosa.  W  świetle  następnej  latarni  mignęło  jego  jasne  ubranie.  Już  zaczęła  go  tracić  z
oczu.

Ogarnęło ją nagle nieludzkie przerażenie. Zrozumiała, że traci go na zawsze, że nigdy nie

usłyszy jego głosu, nigdy nie będzie mogła oprzeć głowy o jego ramię, że oto tam w mroku
niknie jej szczęście, którego niczym nie da się okupić...

Zaczęła biec. Coraz szybciej, coraz szybciej... Nogi były  jakby drewniane, nie czuła pod

nimi chodnika, pędziła w jakiejś próżni, w której tupot jej biegu zdawał się ją doganiać echem
panicznej ucieczki przed tym, co się stało, przed bólem i rozpaczą.

Dopadła go przed bramą. Spazmatycznie, kurczowo chwyciła za rękę i przycisnęła ją do

piersi, rozdygotanej łomotem serca. Nie wyrwał ręki i nie powiedział słowa. Pokornie wcho-

background image

68

dziła za nim na schody,  czekała,  aż drzwi otworzy i wsunęła się za nim. Na próżno jednak
szukała jego wzroku. Zatrzasnął drzwi, powoli ściągał rękawiczki, powiesił kapelusz, zapalił
w gabinecie światło i zaciągnął story.

Wtedy dopiero stanął przed nią.
–  Więc  co?  –  zapytał  przesadnie  łagodnym  tonem.  –  Więc  co,  panienko?...  Chciałaś  się

mścić?... Mścić?...

Nieprzytomna ze strachu i ze szczęścia, wyrzucała z siebie najpokorniejsze słowa, błaga-

nia, przeprosiny, łkania. Usiłowała zarzucić mu ręce na szyję, lecz on z całej siły odepchnął ją
od siebie. Cztery czy pięć kroków i nogi zawadziły o dywan, całym ciężarem uderzyła o krze-
sło i upadła wraz z nim na podłogę.

Junoszyc poderwał ją z ziemi:
– Mścić się?... – pytał straszliwym szeptem przez zaciśnięte zęby. – Na mnie się mścić?...

Może zadenuncjować? Co?... Ty... suko!

Zwinęła się z bólu, lecz on jak kleszczami trzymał ją oburącz za ramiona.
– Koki!... Litości!... Daruj!... – jęczała.
W ustach miała smak krwi.
– Ja cię nauczę! Ja ci pokażę! – rzucił nią o ziemię i widocznie zmęczony, usiadł na fotelu.
Nira rozdygotana, z włosami w nieładzie, doczołgała się doń i szlochając, objęła jego nogi.
– Koki!... Ja byłam... szalona... Przebacz... przebacz... Przecie ja cię tak kocham... Daruj...
Pochylił się, podniósł ją i posadził na kolanach. Przywarła z całej siły do jego piersi. Nie

czuła już bólu, tylko niewypowiedzianą radość, tylko jego pocałunki na twarzy, mokrej od łez
i krwi.

– Już dobrze – mówił ciepło i serdecznie. – Już dobrze, już nie pamiętamy o niczym... Mi-

nęło.

I przyszła noc, jedna z najszaleńczych, nieprzytomnych, dzikich i rozkiełznanych, podczas

których zapomina się nie tylko o wieczornym dramacie, lecz o całym świecie, o tym co było i
co będzie, o własnym istnieniu i nawet o miłości samej.

Jak pijana Nira wracała do domu. Słońce już wznosiło się ponad dachy. Ulice pełne były

tupotu nóg śpieszących do pracy. Dalekie gwizdki fabryczne nawoływały się z krańców mia-
sta. Polany wodą asfalt lśnił atłasową czernią. Odświeżone nocą powietrze wypełniało płuca
aż do dna.

W domu wszyscy spali. Ciotkę jednak obudziły ostrożne kroki Niry. Musiała się wytłuma-

czyć:  –  Pojechała  wieczorem  samochodem  pod  Łowicz.  Z  narzeczonym  i  jego  siostrą.  Po
ciemku wpadli na furmankę. Samochód zarzucił. Wypadła i pokaleczyła się.

– Jezus, Maria! – usiadła na łóżku ciotka. – Czy ci tylko nic nie jest?!
– Nie, nic. Przenocowaliśmy w Łowiczu i tam w aptece mnie opatrzono. To wszystko po-

wierzchowne.

O pójściu do biura w takim stanie nie mogło być mowy. Przez lewy policzek biegła na-

brzmiała  szrama,  pod  okiem  i  koło  ust  były  dwie  mniejsze  ranki,  jednak  powierzchowne  i
niebolesne. Za to ręce, ramiona i biodro, pokryte wielkimi sińcami, dokuczały bardzo.

Obudziła  się  po  południu.  Ciotki  nie  było  ani  Miki.  Za  to  przyjechał  Wojtek.,  Nałożyła

szlafroczek i wyszła doń do buduaru. Wojtek wiedział już od matki o „katastrofie pod Łowi-
czem” i był tym widocznie przejęty.

–  Twój  narzeczony  jest  zbyt  lekkomyślmy  Niro  –  powiedział.  –  Gdybym  ja  miał  taką

dziewczynę, nosiłbym ją w pudełeczku, owiniętą w watę.

– Nie jestem ze szkła – zaśmiała się.
– Przecie nie tylko  szkło  tak  się  pielęgnuje.  Na  przykład  kwiaty...  Jakiś  rzadki  storczyk.

Tak, ty mi właśnie przypominasz jakiś egzotyczny kwiat. Nie cieplarniany, lecz wyrosły buj-
nie i dziko gdzieś wśród lian, w dziewiczej puszczy...

Patrzył na końce swoich palców i mówił jakby do siebie.

background image

69

– Każdy człowiek przypomina jakieś zwierzę czy roślinę. A ty właśnie storczyk. Masz w

sobie przepych i dzikość, ale i świeżość. Znać po tobie, że nie dotknęła cię nigdy chciwa ręka.
To zabawne ale przysiągłbym, że to samo musi odczuwać każdy mężczyzna i to onieśmiela.
Założyłbym się... Ale nie uważaj tego za wtrącanie się w twoje intymne sprawy... Założyłbym
się, że nawet twój narzeczony nigdy cię nie pocałował...

Nira zaśmiała się. Ten  Wojtek  był  paradny.  W  pierwszej  chwili  bala  się,  że  z  niej  drwi.

Mówił jednak serio.

– To prawda – powiedziała.
– A widzisz!... Nie stawiałem sobie nigdy za punkt honoru zbliżanie się do wielu kobiet,

ale chyba jestem dobrym psychologiem.

– Tego ci odmówić niepodobna – przyznała z powagą. – Tylko jakiż dla mnie zysk z tego

pietyzmu? Na pewno wolałabym pocałunki, niż szramy na twarzy i sińce.

– A ja ci mówię – potrząsnął głową z głębokim przeświadczeniem – że nie znasz siebie.
– Jesteś kapitalny, Wojtku – zaczęła się tym bawić.
Przyszło jej na myśl, co by też zrobił, gdyby tak teraz niespodziewanie siadła mu na kola-

nach i mocno pocałowała go w usta?...

– W każdym razie – odezwał się – dr Murek zasłużył w zupełności na ostrą naganę, którą

mu mama dała.

Nira zaniepokoiła się:
– Jak to?... On był tu?...
 – Nie telefonował. Mama tym razem miała rację. Podobno tak się zmieszał, że plótł jakieś

głupstwa. Kiedy się prowadzi wóz, w którym jest kobieta, nie wolno brawurować, bo...

– Czy on tu przyjdzie? – przerwała Nira.
– Zdaje się. że tak. Miał cię odwiedzić. To chyba jego obowiązek.
– Nie sądzę.
– Jeżeli nie miałabyś nic przeciwko temu, chciałbym skorzystać  ze sposobności i poznać

przyszłego kuzyna.

–  Ależ  proszę  cię  bardzo  –  odpowiedziała  roztargniona,  zajęta  myślą,  jakby  pozbyć  się

Murka. Gdyby miał u siebie telefon!... Co za barbarzyństwo nie mieć telefonu!...

W przedpokoju rozległ się dzwonek. Nira zerwała się:
– Ja sama mu otworzę!
– Pozwól...
– Nie, nie. I nie idź za mną – powiedziała uśmiechnięta, lecz stanowczo.
– Ach, przepraszam – cofnął się Wojtek.
Nie  był  to  jednak  Murek.  Jeszcze  dwa  razy  na  próżno  biegała  do  dzwonków.  Przyszedł

elektrotechnik,  później  dozorca  domu  i  jakiś  domokrążca.  Dopiero  za  czwartym  razem  we
drzwiach ukazał się Murek. Ledwo go poznała, tak się zmienił. Mocno opalony, schudł bar-
dzo. Policzki straciły rumiany kolor i zapadły się. Gdyby nie zdrowa opalenizna, wyglądałby
jak rekonwalescent po ciężkiej chorobie.

Patrzał na Nirę z niepokojem i z radością:
–  O,  dzięki  Bogu,  nic  pani  nie  jest.  Nie  zrozumiałem  słów  pani  Bożyńskiej.  Tak,  jakby

gniewała się na mnie za jakąś katastrofę samochodową?...

– Wszystko panu wyjaśnię, ale teraz nie mogę – przerwała mu z pośpiechem... – Niech pan

wieczorem przyjdzie do cukierni, tam, na Miodową. Teraz, do widzenia...

– Dzisiaj?...
– Tak, o ósmej. Do widzenia.
Pocałował  obie  jej  ręce  i  odszedł.  Z  westchnieniem  ulgi  zatrzasnęła  drzwi  i  wróciła  do

Wojtka:

– Żałuję,  ale poznasz  go  innym  razem  –  powiedziała.  Wpadł  dosłownie  na  sekundę.  Ma

istny nawał interesów. Nie miałam serca zatrzymywać go dzisiaj.

background image

70

– Szkoda... Chciałbym wiedzieć, jaki jest człowiek, którego kochasz.
– Skądże jesteś taki pewny, że go kocham?
– Ach, to leży w twoim typie. Poza tym nie zaręczyłabyś się z człowiekiem nie kochanym.

Zresztą  widziałem  niecierpliwość  twego  oczekiwania.  Nie  jestem  złym  psychologiem?...
Prawda?...

Chciała zmienić rozmowę i dlatego zażartowała:
– Za to technologiem jesteś na pewno świetnym. No, jakże tam z twoim wynalazkiem?
Nie omyliła się. Zaczął z przejęciem mówić o swoich pracach. Nie znała mężczyzny, który

by nie dał się wziąć na taki haczyk. Nawet Koki zapominał o wymówkach i dokuczaniu, gdy
umiejętnie skierowała rozmowę na jego interesy.

Zaognienie szram do wieczora minęło prawie zupełnie. O ósmej punktualnie przyszła do

cukierni. Murek już na nią czekał. Siedział nad szklanką herbaty. W silnym świetle wyglądał
jeszcze mizerniej. Zerwał się na powitanie. Rozczulenie hamowało mu głos.

– I ja napiję się herbaty – rzuciła kelnerowi.
– Może jakieś ciastka? Tu są niezłe ciastka – zaproponował Murek.
– Nie, dziękuję.
– Panno Niro, pani przecie wyszła przed kolacją. Naprawdę, ciasteczko pani nie zaszkodzi.
Zgodziła  się.  Zresztą  ciastko  było  obrzydliwe  i  zostawiła  je  ledwie  napoczęte.  Opowie-

działa  Murkowi  obmyśloną  po  drodze  historyjkę  o  katastrofie.  Poza  niepokojem  o  stan  jej
zdrowia, nie zajął się tym głębiej. Jak za każdym widzeniem się, promieniał i był wzruszony,
co dodawało mu ślamazarności. Jednak był jakby żywszy w ruchach i w spojrzeniu. Musiał
stracić ładnych kilka kilogramów. To samo ubranie, w którym widywała go zawsze, stało się
zbyt luźne.  Między  szyją  a  kołnierzykiem  utworzyła  się  również  na  palec  szeroka  przerwa.
Ręce za to zgrubiały, krótko obcięte paznokcie były popękane, na jednym widniał duży czar-
ny podciek od uderzenia lub przyciśnięcia.

– Ale co się z panem działo? – pytała.
– Ze mną? Nic...
– No, jak to, chorował pan chyba! Tak schudnąć! A może pan zajmuje się jakimś sportem?
– A tak, tak właśnie! – podchwycił skwapliwie. – Uprawiam sporty... Wiosłuję... To do-

skonale robi na zdrowie. Doskonale. Opalam się przy tym.

– Nawet lepiej pan z tym wygląda – przyznała.
– Oooo... – zmieszał się.
– Widocznie sport zabiera panu moc czasu, od dawna pan się nie odezwał?
– No – spochmurniał. – Chciałbym, proszę mi wierzyć, panno Niro, że chciałbym jak naj-

częściej... Ale mam moc zajęć.

– Więc i powodzi się panu nieźle?
– Niestety – uśmiechnął się. – Zaledwie nieźle.
– Szkoda – powiedziała obojętnie.
Murek ożywił się:
–  Ale  to  tylko  tymczasem.  Stadium  przygotowawcze.  Proszę  nie  wątpić,  że  wkrótce,  że

bardzo prędko będzie lepiej. – Był zaniepokojony i jeszcze dodał: – To tylko kwestia czasu.

Tak się z nim inaczej rozmawiało niż z innymi, tak wszystko, co mówił, było jakieś bez-

krwiste, ślamazarne, nieistotne. Siedzieli razem przeszło godzinę, a nawet na krótki moment
nie umiał jej zainteresować. I to powracanie do wspomnień! Lubował się w rozpamiętywaniu
błahych zdarzeń, które minęły, a o których nie pamiętała nigdy.

Przyglądała się Murkowi i z całą wyrazistością zdawała sobie sprawę z niepodobieństwa

posłużenia  się  tym  człowiekiem  jako  narzędziem  zemsty.  Rzeczywiście,  tylko  w  chwili  za-
mroczenia mogło jej przyjść na myśl rzucenie go na Junoszyca. Koki, chociaż fizycznie może
słabszy,  rozprawiłby  się  z  nim  bez  trudu.  Górował  nad  nim  jak  Europejczyk  nad  dzikusem
albo jak drapieżne zwierzę nad domowym, poczciwym bydlęciem...

background image

71

Ta właśnie poczciwość Murka najbardziej denerwowała Nirę. Zdawało się jej, że każdym

słowem,  każdym  poglądem,  każdym  wypowiedzeniem  się  o  ludziach,  o  niej,  o  sobie,  prze-
chwalał się swoją dobrocią, miękkością, uczciwością, tym wszystkim, co wywoływało w niej
gniew, pogardę, ironię. Zupełnie tak, jakby chciał wyzyskać lada sposobność do dydaktycz-
nego  pouczenia,  do  przeciwstawienia  swej  idiotycznej,  naiwnej,  prostaczkowej  zacności
światopoglądowi Niry.

Jakąż miałaby ochotę roześmiać się mu w oczy i bez ogródek powiedzieć, co sądzi o nim i

jego cielęcych cnotach! Zdemaskować się przed nim, oślepić go jaskrawym światłem swojej
prawdziwej rzeczywistości. Podeptać przed nim ten płaszczyk niewinnej dziewiczości, w któ-
rą on ją otula jak kochająca niania! Bryznąć mu w twarz śmiechem, obezwładnić swoim bez-
wstydem,  bezwstydem  bezlitośnie  zgniecionego,  pokrytego  sińcami,  do  reszty  nasyconego
ciała.

Patrzyła nań z wysokości świadomej woli swego grzechu jak człowiek pozbawiony skru-

pułów  a  ukrywający  w  zanadrzu  nóż,  gotowy  do  pchnięcia;  rozkoszowała  się  myślą,  że  w
każdej chwili może unicestwić świat złudzeń tego człowieka, świat, który jest jedynym jego
światem...

– I cóżby zostało wtedy z pana doktora Franciszka Murka – lubowała się swoją władzą.
A on nic nie rozumiał i szeptał przez stolik w zachwycie:
– Pani oczy są dziś jak za woalem...
Nie mogła tego dłużej znieść.
– Chodźmy – wstała. – Czekają na mnie, już późno.
Zerwał się i podszedł do drugiego stolika, by tam zapłacić kelnerowi. Zawsze rachunek w

cukierni – te kilka groszy – regulował z taką pseudodżentelmeńską, prowincjonalną dyskre-
cją. Buty jego miały wydeptane obcasy.

Szła obok niego szybko.  Uparł  się  ją  odprowadzić,  narażając  przez  to  na  niebezpieczeń-

stwo  spotkania  z  kimś  z  Towarzystwa  Asekuracyjnego.  W  pierwszej  chwili  chciała  wziąć
taksówkę, lecz perspektywa znalezienia się w niej sam na sam z Murkiem była najgorsza. Na
pewno próbowałby ją pocałować, a doprawdy tego by już nie zniosła.

Żegnając się z nim w bramie obiecywała sobie, że nieprędko da się namówić do nowego

spotkania. Zresztą już teraz zapowiedziała:

–  Jako  agentka  ubezpieczeniowa,  bo  zmieniłam  miejsce  w  biurze  na  agenturę,  jestem

okropnie  zajęta.  Czasami  przez  cały  dzień,  a  później  tak  zmęczona,  że  niczego  mi  się  nie
chce.

– Jako agentka? – szeroko otworzył oczy. – Przecież nie chodzi pani po mieszkaniach?...
– Dlaczego? – wzruszyła ramionami. – A cóż w tym złego?
– Przecież to... to nie wypada!
– Co?
– No, żeby młoda panna... takie rzeczy!... Pani przecie musi bywać u różnych... Nawet u

mężczyzn...

Skrzywiła się niecierpliwie:
– Boi się pan by mnie kto nie uwiódł?... Murek oburzył się:
– Cóż znowu! Jakże! Nigdy w świecie! Pani takie rzeczy mówi. Wcale mi w  głowie nie

postało. Po prostu sądzę, że to nieludzko i... po świńsku ze strony dyrekcji Towarzystwa nara-
żać pannę z przyzwoitej rodziny na różne zaczepki...

– Nikt mnie nie zaczepia – wzruszyła ramionami, nie bez żalu wspomniawszy o kamiennej

obojętności prezesa Holbeina z Zakładów „Rono”.

–  Chociażby  nie  zaczepiał  –  upierał  się  Murek.  –  Jednak  rodzaj  tej  pracy  może  popsuć

młodej pannie opinię. Nira spojrzała na zegarek.

background image

72

– Nie mam już czasu. Ale niech pana uspokoi to, że jeżeli taki chodzący kodeks dobrego

tonu jak ciotka Stefa nie widzi w tym nic uwłaczającego mojej... czci dziewiczej, to na pewno
i pan nie ma powodów do obiekcji. Dobranoc.

W rzeczywistości ciotka Stefa nie miała nic przeciw nowej pracy siostrzenicy. Przeciwnie.

Cieszyła się z jej większych zarobków i na ich konto podwyższyła Nirze komorne. Poza tym
w relacjach siostrzenicy z wizyt u różnych klientów miała zysk  moralny: informacje o tym,
kto się asekuruje i na czyją korzyść. Gdyby nie Nira, nie mogłaby pani Bożyńska zaimpono-
wać przyjaciółkom wiadomością, że hrabia Dorczycki ubezpiecza się na rzecz siostry, z po-
minięciem  żony  i  dzieci  lub  że  wiceminister  Legota  płaci  asekurację  za  auto  wdowy  po
Messingu, zwanej „wesołą krówką”.

Nirze  jednak  nie  zawsze  udawało  się  wracać  do  domu  z  sensacyjnymi  historyjkami.

Wbrew różowym nadziejom Junoszyca tylko niewiele osób dawało się nakłonić do podpisa-
nia  deklaracji.  Niektórzy  mieli  już  polisy  z  innych  Towarzystw,  inni  nie  dbali  o  przyszłość
swojej  rodziny  i  śmiali  się  z  najczarniejszych  perspektyw,  jakich  nie  skąpiła  im  Nira.  Inni
wreszcie chętnie ją przyjmowali, częstowali czekoladkami lub winem, umawiali się z nią do
kawiarni czy na raki do Wilanowa, lecz o interesie nie mówili.

Jeden z młodych przemysłowców, bardzo rzutki i ustosunkowany, nawet przystojny, inży-

nier Czubarkiewicz, sprawę postawił aż nazbyt jasno:

– Czy to pani własność ten mercedes? – zapytał Nirę pod koniec jej drugiej wizyty.
– Nie. To moich krewnych – skłamała bez namysłu.
– Tak przypuszczałem. Gdyby pani najlepiej z tym łażeniem po ludziach szło, nie mogłaby

pani sobie pozwolić na taki wóz. Zresztą po co pani taki luksus?... Ile pani zarabia?...

– Niedużo. Niestety, zbyt często klienci są tak oporni, jak pan. Gdyby jednak pan dał się

namówić...

– Dajmy temu spokój – przerwał. – Ponieważ mój czas jest bardzo ograniczony, a jestem

nie salonowcem, lecz businessmanem, powiem po prostu: Proponuję pani ładne pięciopoko-
jowe  mieszkanie,  kupię  pani  porządnego  chryslera  i  proponuję  dwa  tysiące  miesięcznie  na
pani osobiste wydatki. Pani mi się bardzo podoba. Żona moja jest chora i rzadko przyjeżdża z
sanatorium. Poza tym dodam, że nie jestem zbyt dokuczliwy, gdyż – jak zaznaczyłem – po-
chłaniają mnie interesy.

Nira obrzuciła go zaciekawionym spojrzeniem, lecz odpowiedziała niemal wyniośle:
– Nie zrozumiałam jednego: jakiego rodzaju posadę pan mi proponuje?
– Nie bądźmy naiwni – zaśmiał się Czubarkiewicz, pokrywając śmiechem lekkie zmiesza-

nie.

– Pan daruje... – Nira wstała. – Zdaje się, że pomyliliśmy się oboje.
– Co do czego?
– Ja co do pańskiego wychowania, a pan co do mojego.
– Ależ ja wiem o tym, że jestem źle wychowany – odzyskał swobodę Czubarkiewicz. – I

wiem, że pani jest wychowana na wielką damę. Będąc dzieckiem, znałem nawet pani rodzi-
ców. Pani jest na pewno córką państwa Horzeńskich z Czołnów?

– Tak.
– No, właśnie. A mój ojciec w Czołnach był gorzelanym. I proszę nie myśleć, że chciałem

panią obrazić. Po prostu nie sądzę,  by  panience  z  tak  niegdyś  bogatej  rodziny  odpowiadała
praca agentki. A że mnie stać na to, by... ułatwić pani egzystencję...

– Żegnam pana – powiedziała i wyszła.
Czubarkiewicz wyjrzał za nią do poczekalni i zawołał:
– W każdym razie proszę pamiętać o tej propozycji.
Nic nie odpowiedziała. W pierwszej chwili zawstydziła się, gdyż zdawało się jej, że kilka-

naście osób oczekujących w tym pokoju, domyśli się z łatwością o co chodzi. Ruszając jed-
nak samochodem sprzed bramy, zerknęła w górę. by przekonać się, czy ten agresywny pro-

background image

73

stak nie wygląda za nią przez okno. I nawet ucieszyło ją, gdy ujrzała jego sylwetkę. Nie czuła
się  obrażona.  Bądź  co  bądź  świadczyło  to  o  jej  powodzeniu,  a  poza  tym,  poza  swoim  nie-
okrzesaniem, Czubarkiewicz to jednak „ktoś” i wcale niebrzydki.

Wizyta  u  Czubarkiewicza  napełniła  ją  otuchą.  Koki  jej  nie  docenia,  skoro  domaga  się

utrzymania narzeczeństwa z Murkiem, widząc w nim jedyną ostoję na wszelki wypadek. Je-
żeli znalazł się Czubarkiewicz, znajdą się i inni. Gdyby nie ta chora żona (chore żony prędko
umierają), gdyby nie to gminne nazwisko... No, i bezczelność: syn gorzelanego z Czołnów!
Co za wstyd!... Oto do czego doprowadziła ojcowska gospodarka i hulanki...

Tegoż dnia Nira z prawdziwą przyjemnością napisała do matki:
„...żałujecie mi pieniędzy, a właśnie poznałam niejakiego Czubarkiewicza, którego ojciec

był gorzelanym w Czołnach. Syn chce mnie wziąć „na stajenkę”. Taki jest los córek tych pa-
nów, którzy stracili majątek na utrzymywanie córek oficjalistów. Niezła zmiana ról. Powin-
szuj tego papie i zapytaj, czy nie zna jakiegoś wzbogaconego ekonoma, z którym mogłabym
odrobić rodzicielskie pieniądze w taki sposób, w jaki czcigodny papa je stracił”.

Wiedziała doskonale, jak boleśnie list ten dotknie rodziców. Nie cierpiała ich z całej duszy.

Uważała, że roztrwonili jej majątek i zwłaszcza ojcu nie umiała tego przebaczyć. Dręczenie
jego sumienia i dumy uważała za jedną z największych swoich przyjemności.

Po tym wszystkim była w doskonałym humorze. Jednak wieczorem na dancingu nie od-

kłoniła się Czubarkiewiczowi, co przyprawiło o wściekłość Junoszyca. Przy stoliku nie mógł
zrobić jej awantury. Byli w większym towarzystwie. Zaprosił ją więc do tanga i podczas tańca
szeptem  zwymyślał  od  ostatnich.  Broniąc  się,  próbowała  kłamać,  że  Czubarkiewicza  i  jego
ukłonu nie dostrzegła, lecz Koki „umiał ją na pamięć” i wobec niego kłamstwa były bezsilne.

– I jak on mnie zna – myślała z zachwytem i z tym rozkosznym strachem, z którym zawsze

słuchała jego brutalnych gróźb.

Tym razem burza nie rozpętała się na dobre: siedzieli na dancingu do późna, a wczesnym

rankiem  Junoszyc  wyjechał  do  Gdańska.  Często  jednak  drobne  scysje  między  nimi  na-
brzmiewały  do  rozmiarów  groźnych.  Dochodziło  do  gwałtownych  scen,  do  spięć  i  wyłado-
wań,  po  których  świat  był  jak  las  po  przejściu  nawałnicy,  wilgotny  od  łez  deszczu,  pełen
drobnych spustoszeń i pokaleczonych gałęzi, lecz bogatszy świeżością, jaskrawszy słońcem i
zielenią, nalany sokami nowego życia, bujnego i nasilonego.

Dlatego Nira, chociaż bała się tych huraganów, nie starała się  nigdy uciekać przed nimi.

Może pożądała ich nawet. Nie tylko w świadomości szczęścia, które po nich nastąpi, lecz i
dla nich samych. Lubiła niebezpieczeństwo. Podniecało ją, napinało jej nerwy, dawało inten-
sywny smak gwałtownej powszedniości codziennej. A właśnie taki mężczyzna jak Junoszyc,
był nieustającym niebezpieczeństwem. Milczał, a zdawało się, że głos jego odezwie się groź-
nym pomrukiem, uśmiechał się, a spod uśmiechu w każdej chwili mógł błysnąć gniew, gła-
skał, a nigdy nie było wiadomo, czy jego palce nie zacisną się gwałtownym skurczem.

Gdy wyjeżdżał i nie widywała go kilka dni, nieraz leżąc w swoim pokoju, przywoływała

wyobraźnią jego nastroje, słowa, mimikę. Przecież „znała” go, a jednak była w tym jakaś za-
sadnicza luka, bo nigdy nie mogła przewidzieć, jak postąpi w tym czy innym wypadku.

W domu pani Bożyńskiej bywał teraz częściej. Ciotka Stefa pogodziła się z jego „niewy-

raźną” pozycją społeczną. Grywał w brydża, bawił panie. Na Nirę z reguły jak najmniej zwra-
cał uwagi, ograniczając się do kilku  głośnych  szarmanckich  komplementów,  którymi  umie-
jętnie podkreślał, że taki starszy pan jak on nie może niestety liczyć na żaden przychylniejszy
sąd w oczach takiej cudownej istoty jak ona. Wyznaczał sobie wyraźną rolę niefortunnego i
zrezygnowanego  adoratora,  surowo  karcąc  wszelkie  próby  Niry,  która  bodaj  czymkolwiek,
wbrew rozsądkowi chciałaby jednak pochwalić się przed ludźmi tym, że należy do niej.

W środku sierpnia Junoszyc musiał wyjechać na dłużej do Moskwy. Przeprowadzał jakąś

kombinację z futrami i wiele sobie po niej obiecywał. Jego nieobecność wytworzyła w dniu
Niry  wielką  próżnię.  Z  początku  wypełniała  ją  wysiadywaniem  w  kawiarniach  z  panią  Le-

background image

74

chowską. Zawsze kilka osób przysiadało się do nich i Nira w ten sposób poznała paru intere-
sujących panów. Wkrótce jednak i Lechowska wyjechała na urlop. Trzeba było długie godzi-
ny spędzać w domu. Jak na złość nawet Wojtka nie było, miał manewry czy coś w tym ro-
dzaju. Ciotka wyjechała do krewnych na Pomorze. Meble w salonie zaciągnięto białymi po-
krowcami i wyglądało to jak w poczekalni u dentysty.

Z  nudów  Nira  zbliżyła  się  do  kuzynki.  Mika  miała  swoje  dobre  strony.  Była  doskonale

wychowana czy też takie miała usposobienie, dość, że nie starała się nigdy wtrącać do spraw
ciotecznej siostry, jak zresztą i do czyichkolwiek, nie wyłączając matki i domu. Natomiast i o
sobie mówić nie lubiła. Nawet o takich sprawach jak suknie, kapelusze czy drobiazgi toaleto-
we. Z konieczności rozmawiały o rzeczach obojętnych. O malarstwie, o stylach, o znajomych,
o technice ubezpieczeń. Dla wszystkiego Mika miała grzeczne i umiarkowane zainteresowa-
nie, gdy jednak temat zbytnio zbliżał się do jej osobistego życia, umiała zręcznie się wycofać.
Nira naprawdę nie wiedziała, co o niej sądzić. Na ogół wolała uważać ją za niewinną gąskę,
zdarzało się jednak, że nabierała najgorszych podejrzeń. Wówczas dopatrywała się w kuzynce
wyrafinowanej obłudnicy, świętoszki, sprytnie ukrywającej swoje grzechy. W gruncie rzeczy,
skąd można było wiedzieć, co Mika robiła całymi dniami na mieście, wychodząc z kasetą lub
ze szkicownikiem?... Wprawdzie wciąż rosły stosy jej obrazków,  ale ich treść świadczyła o
zupełnie dziwacznych upodobaniach autorki. Przeważały tu widoczki z ubogich dzielnic, wy-
krzywione płoty, brudne kramiki, grupki uliczników, stragany zawalone rupieciami, chabety
w  zniszczonych  dorożkach,  sylwetki  wszelkich  obdartusów,  słowem  całe  to  świństwo,  do
którego Nira czuła wrodzony wstręt, to śmietnisko życia, o którym nie chciałaby w ogóle nic
wiedzieć.

Któregoś dnia Mika powiedziała przy obiedzie:
– Widziałam dziś kogoś łudząco podobnego do twego narzeczonego.
– Ach – poruszyła kącikami ust Nira. – Nie odznacza się on zbyt oryginalną powierzchow-

nością.

– Niezupełną masz rację. Zresztą tylko w pierwszej chwili odniosłam takie wrażenie, a pa-

na Murka widziałam tylko raz.

– I któż to był?
– Nie wiem. Jakiś tragarz. Ładował worki z mąką na ciężarowy samochód.
Nira wzruszyła ramionami:
– W każdym razie dziękuję ci za komplement.
– Za co? – zdziwiła się Mika.
– No, za porównanie mego narzeczonego do tragarza.
Mika nic nie odpowiedziała, tylko jej różowe, niemal przeźroczyste palce poruszyły się le-

ciutkim gestem zniecierpliwienia. Nira spojrzała na jej ręce. Nigdy u nikogo tak pięknych nie
widziała. Ich linia, karnacja, wyraz miały w sobie coś urzekającego. Zazdrościła jej tych rąk.

– Zresztą – powiedziała – dziwię się, że ty, artystka, dopatrujesz się w nim urody. Niestety,

jest aż nadto pospolity... Co nie koliduje z jego stroną wewnętrzną... Ani z nazwiskiem.

Mika zapytała obojętnie:
– Jednak musi reprezentować pewne wartości, skoroś postanowiła zostać jego żoną?
– Och moja złota, to raczej dowód, że w sobie nie widzę żadnych wartości,  uprawniają-

cych do podwyższenia skali wymagań.

W jej głosie zabrzmiało rozdrażnienie i Mika natychmiast to spostrzegła, bo powiedziała:
– Bardzo cię przepraszam, Niro. Nie chciej mego pytania rozumieć jako zamiaru zagląda-

nia do twoich spraw intymnych.

Nira jednak nie skorzystała ze sposobności do odwrotu. Rozgniewana zaśmiała się:
– Cóż w tym intymnego?
– Nie mówmy już o tym. Jakże, czy babcia nie pisała?
– Owszem, mówmy – uparła się Nira. – Chcę wiedzieć, co w tym widzisz intymnego?

background image

75

– No, uczucia...
– Jakie uczucia?
Mika zaróżowiła się i wydobyła z siebie:
– Sądzę, że... miłość.
Nira spojrzała na nią z politowaniem:
– Jesteś bardzo naiwna, moja złota. Czy ty serio wyobrażasz sobie, że ja, właśnie ja, mo-

głabym się kochać w takiej... cielęcinie! Jesteś pyszna. Tyś chyba sama nigdy się nie kocha-
ła?...

– Mam inne zainteresowania – powiedziała cicho.
– Więc jeszcze kiedyś zrozumiesz, że zaręczyny nie obowiązują do miłości ani miłość do

zaręczyn.

Po  tej  rozmowie  znowu  unikały  się  wzajemnie.  Nira  nie  starała  się  nawiązać  kontaktu,

gdyż drażniła ją ta przesadna subtelność i wrażliwość kuzynki,  jej – jak kiedyś powiedziała
Junoszycowi – starannie pielęgnowana anielskość, jej równie starannie ukrywane  życie  we-
wnętrzne i te jasne „dziewicze” oczy i blade policzki.

Junoszyc, który Mikę dwa czy trzy razy widział, twierdził, że to „smaczny kawałek, cho-

ciaż pewno mdły”. On jednak w każdej kobiecie, nawet najbrzydszej musiał znaleźć coś, co
go interesowało. Jeden miał wielki plus:

przy żadnej nie zatrzymywał się dłużej.
Oczywiście, Nira nie wiedziała i nie mogła wiedzieć, co robił podczas swoich wyjazdów.

W Warszawie jednak była pewna jego wierności. Wracał zresztą zawsze stęskniony, namięt-
ny, niemal żarłoczny.

I tym razem, chociaż w Moskwie zabawił o dziesięć dni dłużej niż zapowiedział, przyje-

chał młody, wesoły, nawet serdeczny. Okazało się, że dobił futrzanego interesu, że nie tylko
zarobił  moc  pieniędzy,  lecz  udało  mu  się  „zlikwidować”  pewnego  konkurenta,  niejakiego
Pycza. Zlikwidowanie polegało na wsadzeniu jegomościa do paki, na co najmniej pięć lat.

– Umiem płacić swoje rachunki? – mrużył do Niry oko i z rozmachem zakładał nogę na

nogę. – Ten facet już mnie dwa razy wystrychnął na dudka. Gdy tylko nawiązywałem  co z
bolszewikami, właził mi w paradę i sprzątał sprzed nosa wszystko. Miał diabelny węch. Albo
raczej  stosunki  w  tamtejszym  poselstwie.  Wyobraź  sobie  moją  minę.  Przyjeżdżam  w  Mo-
skwie do hotelu, a on tu już od dwóch dni!

– No i jakżeś z tym załatwił?
– Ach, po prostu. Znaleźli u niego w numerze kompromitujące dokumenty.
– I to ty?.. Junoszyc zaśmiał się:
– O, nie! On nie taki głupi! Ale pewna bardzo zgrabna dziewczynka załatwiła to bez trudu.

Ja od dawna wiedziałem, że tego durnia dziwki zgubią. To istny królik. Piekielnie leci na ba-
by. No nic, teraz mu w ciupie wychłodnie!

– A ty... bardzo mnie zdradzałeś?
– Cóż ci ztego przyjdzie, gdy zaprzeczę?... Albo gdy powiem, że codziennie?... Widzisz.

Nie należy stawiać takich głupich pytań. Ja nie pytam, czyś się tu nie puszczała.

– Bo to ciebie nie obchodzi – zasępiła się Nira.
– Nie to – podniósł wskazujący palec do góry. – Nie to, panieneczko! Po prostu i bez two-

ich zwierzeń wiem, żeś była mi wierna.

– Tak, tak, tak – rzuciła mu się na szyję.
– A za to spotka cię nagroda!
– Jaka? – zaciekawiła się.
– Za tydzień wyjeżdżamy razem.
– Dokąd? – zbladła Nira.
Junoszyc zrobił dłuższą pauzę i wydeklamował:
– Na Riwierę! Do Paryża! Do Włoch!

background image

76

– Koki!
– Słowem, dokąd oczy, a raczej mercedes poniesie.
– Samochodem! – ucieszyła się.
– I bez szofera. To teraz jest dobrze widziane. Sportowo i modnie. W razie gwoździa bę-

dziesz musiała pompować kichy.

– Ależ z rozkoszą!
– Nie napracujesz się – pocieszył ją. – Za granicą wszędzie co kilka kilometrów są stacje

obsługi samochodowej. Nira cieszyła się jak dziecko:

– Ty jesteś niezrównany. Koki! Boski, oszołamiający.
– Oczywiście będziesz musiała wziąć urlop z biura. Płatnego nie dostaniesz, ale mniejsza o

to.

– A na jak długo? – tuliła się doń Nira.
–  Ba,  tego  ja  sam  nie  potrafię  określić.  Dwa,  trzy  miesiące!  Na  jak  długo  starczy  forsy.

Mam jej sporo, ale nie myślę sobie oszczędzać. Pieniądze są od tego, by je puszczać.

– I będziemy hulać?
– Niczym milionerzy.
– To pysznie! I pozwolisz mi na ruletkę?
– O, to w pewnych granicach. Ruletka wymaga zimnej krwi.
– Ale będziemy wszędzie mieszkać razem. Będę uchodziła za twoją żonę, dobrze?
– Na ten hazard mogę ci pozwolić.
Rozgorączkowana nadmiarem planów, nie mogła usiedzieć spokojnie.
– Tak, tak – powtarzała. – Spędzić po ludzku takich kilka miesięcy, a potem... Potem niech

się dzieje co chce.

Nagle zasępiła się.
– Ale ja przecież nie mam ani sukien, ani kapeluszy, ani nic. To, co mi zostało, to straszne,

już dawno wyszło z mody.

– Głupstwo! – machnął ręką. – Wyekwipujesz się za granicą. W Wiedniu, w Paryżu.
– Koki! Jaka ja jestem szczęśliwa!
– No, doskonale – ziewnął – ale teraz idź już do domu. Jestem zmęczony, a w sleepingu

brzęczało coś przy oknie i nie mogłem zasnąć.

Wracała  do  domu  w  cudownym  usposobieniu.  Obiecana  podróż,  projekty  i  nadzieje  po

prostu ją rozsadzały. W mieszkaniu nie zastała nikogo. Zmartwiła się tym, bo już chciałaby
się swoim wyjazdem pochwalić.  Zajrzała do kuchni.  Stara  Marcinowa  oświadczyła,  że  mu-
siało się coś stać, bo panienka Mika wysłała Józefa na pocztę z depeszą do pani. żeby przy-
jeżdżała natychmiast, a sama panienka dzwoniła do jakiegoś szpitala i wyszła, nic nie jedząc,
a spiesząc się bardzo.

– A jak Marcinowa myśli, co się stało?
– Czy ja wiem, panienko?... Może coś z panem Wojciechem?
– Może – obojętnie odpowiedziała Nira. – A wie Marcinowa, że ja wyjeżdżam za granicę?
– Skądże mam wiedzieć – kobiecina zerknęła na nią i odwróciła się do kuchni.
– Jadę na kilka miesięcy. Do Francji, do Włoch... Po całej Europie.
– A po co, panienko?
– Tak, dla przyjemności... Kucharka zaśmiała się:
– Co też panienka mówi. Już tam dla przyjemności to nikt nie jeździ na koniec świata. Ja

raz jechałam koleją żelazną do Lwowa... Pamiętam jak dziś. To i strach człowiekowi i tłok, i
tym samym wagonem rzuca. Trzy dni później chorowałam. Już przyjemności to tam niewiele.
Chciałabym pojechać, ot, do Ziemi Świętej... A panienka pewno i tam będzie?

– Oczywiście, będę – skłamała Nira. Chciała czymś zaimponować Marcinowej.

background image

77

Zatelefonowała  do  pani  Lechowskiej,  lecz  okazało  się,  że  nie  wróciła  jeszcze  z  urlopu.

Niezadowolona zabrała się do przeglądania swej garderoby. Było  jeszcze bardzo wcześnie i
nie miała nic do roboty. Toteż ucieszyła się gdy zadzwonił Murek.

– Niech pan przyjdzie do mnie – powiedziała mu od razu. – Jestem sama. Byle prędko.
– Za pięć minut będę – uradował się.
– Proszę śpieszyć.
Sama otworzyła mu drzwi i umyślnie przeprowadziła do swego pokoju, gdzie były poroz-

kładane suknie, narzutki, bielizna.

– Tak tu wygląda, jakby się pani pakowała? – spytał z niepokojem.
– Zgadł pan, panie Franku.
– Pani wyjeżdża? – głos jego zabrzmiał prawie tragicznie. Zaśmiała się:
– Cóż pan taki przerażony?
– Nie spodziewałem się.
– Wyjeżdżam za kilka dni.
– Do rodziców?
– O, nie! Jadę za granicę.
– Za granicę? – zdziwił się. – A posada?... Przecie urlop pani wypada w grudniu.
– Ach, urlop – wzruszyła ramionami. – Dadzą mi wcześniej albo zupełnie zrezygnuję z po-

sady.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem:
– Jak to sama pani zrezygnuje?
– No, pewnie. Cóż wielkiego taka posada?
– To lekkomyślnie – odezwał się po pauzie łagodnym tonem. – Dziś czasy są bardzo cięż-

kie. O posadę trudno. Gdy się ma coś w ręku, nie należy tego wypuszczać.

– Pan zdaje się nie rozumieć, że jedna podróż za granicę daje człowiekowi więcej niż sto

posad. Czy pan naprawdę sądzi, że ja jestem stworzona do pracy?...

Murek nic nie odpowiedział.
– Pan nie rozumie: – Wiedeń, Neapol,  Paryż,  Nicea...  Luksusowe  hotele,  wytworne  oto-

czenie...

– Owszem – zgodził się. – Zapewne, że to daje pewną satysfakcję. Może nawet dużą. Ależ

też i kosztuje. Niedbale poruszyła ręką:

– Ach, to już mnie nie obchodzi.
– Jak to?
– No... Jadę na koszt ciotki Stefy. Ciotka chce, bym coś zobaczyła. Miewa czasem takie

hojne wybryki.

– I... i sama pani jedzie, panno Niro?
– Ja?... Nie, cóż znowu. Jadę z ciocią i z Miką.
– Z kim?
– No, z moją cioteczną siostrą. Poznał pan ją przecie tutaj.
Murek zastanowił się:
– Wie pani,  że  nie  przypominam.  Owszem,  jakaś  panienka  bardzo  młodziutka,  taka  sza-

tynka?...

Miał wręcz talent wyprowadzania Niry z równowagi.
– Nie taka znów młodziutka. Tylko o dwa lata młodsza ode mnie. A po wtóre, nie szatyn-

ka, tylko blondynka. Pan ma kurzą pamięć. Widzieć kogoś i nie pamiętać!

– Niech się pani nie gniewa – uśmiechnął się. – Ale czyż ja mogę kogoś widzieć naprawdę

dobrze, jeżeli przy tym jest pani!?

– Dziękuję za uprzejmość.
– To nie uprzejmość, to prawda – powiedział z naciskiem.

background image

78

– Panie Franciszku. Drzewa są zielone. To też prawda, ale jeżeli pan ją będzie tysiąc razy

powtarzać, obrzydnie do ostateczności.

– Dawniej nie drażniło to pani – spochmurniał.
– Ale nudziło zawsze – odcięła się ostro.
Teraz już zła była na siebie, że sprowadziła go tutaj. Ten człowiek, pomimo swojej miło-

ści, o której ciągle gadał, nie umiał ucieszyć się jej szczęściem, przejąć się jej radością. Gdy-
by liczyła się bardziej z jego nastrojami, zepsułby jej połowę satysfakcji wyjazdu.

W przedpokoju niecierpliwie zaterkotał dzwonek. Po chwili do Niry zapukała Marcinowa:
– Proszę panienki, przyjechał pan Wojciech i prosi panienkę na chwilę.
Przeprosiła Murka i wyszła.
– Gdzie jest pan Wojciech?
– W przedpokoju. Nawet płaszcza nie chce zdjąć. Rzeczywiście, stał w płaszczu i z waliz-

ką w ręku.

– Jak z ojcem? – zapytał, nie witając się.
– Co z ojcem? – szeroko otworzyła oczy.
– No, czy żyje?
– Nic nie rozumiem! – przeraziła się.
– Jak to? Nie wiesz? Mika zatelefonowała do mnie, że strzelał do siebie.
– Jezus! Maria! – krzyknęła za plecami Niry służąca.
– Wojtek! Co ty mówisz! Ja o niczym nie wiem! Wróciłam do domu i nikogo nie zastałam.

Czy to możliwe?

– Trzeba telefonować do Mierzejewa do matki. Zajmij się tym, Niro. Ja jadę na Wspólną.
– Do cioci już podobno Mika wysłała depeszę.
– Tak, tak, paniczu, Józef poleciał na telegraf. Będzie za dwie godziny! Boże, Jezusieńku –

lamentowała Marcinowa.

– No, to do widzenia – pośpiesznie rzucił Wojciech i wybiegł. Nira oparła się o ścianę:
– A to miła historia.
Jej myśl z niepokojem krążyła koło jednego: czy zamach samobójczy wuja Bożyńskiego

nie pokrzyżuje planów jej wyjazdu?...

– Też stary wariat! – powiedziała z irytacją.
Zajęła się przede wszystkim wyprawieniem Murka. Nie wspomniała mu, ma się rozumieć,

o  wypadku.  Zbyła  pierwszym  lepszm  pretekstem  i  zamknęła  za  nim  drzwi.  Ponieważ  nie
chciała  więcej  z  nim  się  widzieć  przed  wyjazdem,  zrobiła  mu  małe  ustępstwo,  pozwalając
pocałować się w policzek.

Zaczął  dzwonić  telefon.  Różni  znajomi,  dalsi  krewni,  przyjaciółki  ciotki  już  wiedzieli  o

wypadku.  Dzwonili  po  bliższe  informacje.  Od  nich  Nira  dowiedziała  się  kilku  szczegółów.
Wuj Bożynski stracił wiele na jakiejś transakcji. Musiał od dawna nosić się z zamiarem sa-
mobójstwa, bo wymówił pracownikom swego biura, uregulował drobne rachunki i wszystko
zostawił w idealnym porządku. Widziano go dziś na śniadaniu u Simona i Steckiego w towa-
rzystwie kilku panów. Stamtąd wrócił do domu i palnął sobie w łeb.

Nira do późna nie kładła się spać. Przed północą wróciła Mika. Wyglądała sama jak śmierć

angielska. Oczy miała czerwone od płaczu. Wojciech nie przyszedł wcale. Został na Wspólnej
z Krysią, która raz po raz mdlała. Około dziewiątej pan Bożyński skonał w szpitalu podczas
próby wyjęcia kuli z czaszki. Strzał był oddany w skroń i początkowo łudzono się nadzieją
uratowania mu życia.

Mika nie  kładła  się  spać.  Nira  musiała  dotrzymać  jej  towarzystwa,  co  było  tym  bardziej

przykre, że Mika na wszystkie pytania  odpowiadała  monosylabami.  Nad  ranem  przyjechała
ciotka Stefa. Nadspodziewanie spokojnie przyjęła wiadomość o śmierci męża. Przebrała się
natychmiast w czarną suknię i pojechała do kostnicy a później na Wspólną, zabierając z sobą
Mikę.

background image

79

Nira przespała się do ich powrotu. Przed obiadem cała rodzina zebrała się na Królewskiej.

Wojtek zdawał sucho sprawę z formalności pogrzebowych, które pozałatwiał. Mika milczała,
Krysia nie przestawała płakać. Pani Bożyńska przez lorgnon rzeczowo przeglądała karty wi-
zytowe osób, które złożyły kondolencje.

– Jedno jest zupełnie pewne – odezwała się spokojnie. – Wasz ojciec zostawił nas w zu-

pełnej  nędzy.  Nie  będę  teraz  roztrząsała,  czy  postąpił  uczciwie.  Bóg  go  osądzi.  W  każdym
razie nie zostało po  nim  nic  oprócz  długów,  a  wiecie  dobrze,  że  jedynym  źródłem  naszego
utrzymania była renta, którą mi wypłacał.

– Nie zarabiam dużo – odezwał się Wojtek – ale... ale musi to dla nas wszystkich wystar-

czyć.

Pani Bożyńska uśmiechnęła się z politowaniem:
– Dziękuję ci za jałmużnę.
– To mój obowiązek – odpowiedział twardo.
– To absurd, mój drogi.
– Nie myślę. Oczywiście, mama i wy będziecie musiały zmienić sposób swego życia, bar-

dzo poważnie skurczyć wydatki. Mam kolegów, którzy utrzymują z takich poborów jak moje
większe rodziny.

–  Więc  życie  w  małym  miasteczku  z  oficerskiej  pensyjki?  –  zapytała  pani  Bożyńska.  –

Nie, mój drogi! Sam nie zdajesz sobie sprawy z sensu swojej rodzinnej... filantropii.

– Owszem. Wiem, co proponuję.
– Ale nie wiesz, że to do reszty zwiąże ci życie.
– Godzę się z tym.
– Ale ja się nie godzę. Ani twoje siostry.
–  To  już  wasza  rzecz  –  zniecierpliwił  się.  –  W  każdym  razie  nie  cofam  tęgo,  co  powie-

działem.

Pani Bożyńska westchnęła:
– Cenię twój charakter.
Mika wstała i serdecznie ucałowała brata:
– Dziękuję ci, Wojtku. Rzeczywiście, powinieneś wziąć do siebie mamę. Ja sobie dam ra-

dę. Będę pracować.

– Sprzedawać może te obrazki? – zapytała pani Bożyńska.
– A chociażby.
– Nie łudź się, że z tego wyżyjesz.
– Więc wezmę jakąś posadę.
Krysia dodała:
– Naturalnie. Ja też poszukam posady. Nie święci garnki lepią. Nira pracuje i zarabia.
Nira przysłuchiwała się tej rozmowie w milczeniu. Nie mogła znaleźć stosownej chwili, by

ich zawiadomić o swoim rychłym wyjeździe za granicę ani pretekstu do opuszczenia tej ża-
łobnej narady familijnej.

Na szczęście zadzwonił Junoszyc z zapytaniem, czy może przyjść z wizytą kondolencyjną.

W imieniu ciotki podziękowała mu i skorzystała ze sposobności, by wyjść z domu.

Spotkali się przed kawiarnią i pojechali na spacer. Junoszyc mówił o samobójstwie Bożyń-

skiego z irytacją:

– Masz oto klasycznego idiotę. Facet zdrów jak byk, mógłby jeszcze żyć ze dwadzieścia

lat. i o co palnął sobie w łeb?... Że cudze pieniądze wpakował  w majątek, który poszedł na
licytację? Więc cóż z tego? Nikt nie mógłby mu udowodnić złej woli. Zresztą w ogóle wątpię,
by ten cymbał miał jakąś złą wolę. Sam na tym grosza nie zarobił. Taki masz los fujary. I że-
by chociaż przedtem użył sobie. Rozumiałbym. Miał  przecie  kolosalny  kredyt.  Każdy  bank
dałby na jego weksle kilkadziesiąt tysięcy. Widział klapę?... No, to trzeba było już zrobić kla-

background image

80

pę na całego. Forsę w kieszeń i jazda w świat. A na kulkę zawsze miałby czas jakby go na-
kryli. Ja przynajmniej tak rozumiem życie.

Nira cieszyła się z wyjazdu. W tej atmosferze, jaka panowała na Królewskiej, nie mogłaby

wytrzymać. O dalszym wynajmowaniu pokoju u ciotki też myślała z niechęcią. Po powrocie z
podróży trzeba będzie postarać się o inny.

Tymczasem okazało się, iż jeszcze przed pogrzebem rodzina Bożyńskich powzięła posta-

nowienie likwidacji luksusowego mieszkania. Ciotka Stefa miała na razie znaleźć przytułek u
krewnych na Pomorzu, Krysię zabierał do siebie Wojtek. Mika zaś miała zamieszkać u swojej
przyjaciółki, MArletki Kosickiej i szukać posady.

–  Cóż  począć?...–  mówiła  pani  Bożyńska.  –  Deklasujemy  się.  Nie  my  pierwsi,  nie  my

ostatni.

Jej rzekome pogodzenie się z losem wyglądało na chęć usprawiedliwienia się przed samą

sobą z jakiejś dziwnej i dla Niry niezrozumiałej rezygnacji, niechęci do walki, do utrzymania
się w dotychczasowej pozycji, jeżeli nie materialnej, to przynajmniej towarzyskiej.

Po pogrzebie mieszkanie napełniło się rejwachem: sprzedawano  całe urządzenie. Szły za

bezcen stare meble, dywany, porcelana, brązy, obrazy. Pulchni dokarmieni panowie i wybry-
lantowane damy o grubych, krótkich palcach, zakończonych bardzo czerwonymi paznokcia-
mi, obmacywali i ważyli w ręku srebra z  herbami  Bożyńskich,  Nirskich,  Sułkowskich.  Ho-
rzeńskich.  Wściekliców,  Dowmuntów  z  koronami  i  Nirtami,  nad  których  wykonaniem  ślę-
czeli miesiącami mistrzowie Florencji i Wenecji, Gandawy i Królewca, Moskwy i Nowogro-
du. Dawne stulecia, przebrzmiałe tytuły wojewodów i kasztelanów, koniuszych  i  szambela-
nów, minione stulecia ulegały przerachowaniu na niedbale rzucane, choć starannie odliczane
papierki. Dom wyglądał jak bazar. Robotnicy pakowali i wynosili meble, niektórzy kupujący
chodzili po pokojach, nie zdejmując kapeluszy.

Wkrótce zostało sprzedane wszystko. Nowonabywcy zostawili na pewien  czas tylko naj-

niezbędniejsze rzeczy. W ten sposób ocalał pokój Niry, co ucieszyło ją bardzo, gdyż paszport
zagraniczny miała otrzymać dopiero za kilka dni.

Gdy na pytanie ciotki, co ze sobą zrobi, oświadczyła, że wyjeżdża za granicę, przyjęto to

dość obojętnie. Tylko Mika zapytała:

– Sama jedziesz?
– Nie – odpowiedziała Nira – skądże. Jadę z prezesem naszego towarzystwa jako jego se-

kretarka.

– Tak?... – wieloznacznie zauważyła pani Bożyńska.
– O, niech ciocia się nie boi. Prezes Nikolski jedzie z żoną i z córką.
Więcej nie było o tym mowy. Tegoż dnia Wojtek wyjechał wraz z Krysią a Mika przenio-

sła się do MArletki Kosickiej na Żoliborz. Pani Bożyńska miała zapakowane kufry i składała
pożegnalne wizyty.

W niedzielę wieczorem, wracając od Junoszyca, Nira spotkała tuż przed domem Murka.
– Telefonowałem kilka razy – powiedział – lecz  nikt  się  nie  odzywa.  Więc  właśnie  sze-

dłem, by się dowiedzieć, czy pani już wyjechała?

– Jutro wyjeżdżam – przywitała się z nim Nira – tak się złożyło, że nie mogłam wcześniej.
– Ja się tylko tym cieszę – zaśmiał się.
– Dlaczego? – zdziwiła się.
– No, bo jeszcze raz panią zobaczyłem.
– Ach – machnęła ręką – pan zawsze jest czułostkowy. Nie zaproszę pana na górę, bo tam

wszystko do góry nogami. Przejdziemy się trochę. Skręcili w Marszałkowską.

– Czy pozwoli pani, że przyjdę jutro odprowadzić panią na dworzec? – zapytał, zaglądając

jej w oczy.

– Och, nie. To zbyteczne. Stanowczo zbyteczne.
– Jednakże bardzo prosiłbym.

background image

81

Nie mogła mu przecie powiedzieć, że jedzie samochodem, nie koleją. Miała z walizkami

wsiąść w taksówkę, by ciotka nie wiedziała, dokąd się udaje. Ponieważ już i ciotce oświad-
czyła, że jej pociąg odchodzi do Wiednia o pierwszej dwadzieścia z głównego  dworca,  po-
wtórzyła to teraz Murkowi. O tej porze będzie już o sto kilometrów za Warszawą.

– Więc przyjdę na dworzec. Można?
– Proszę, jeżeli pan chce, ale to niepotrzebne. Nie lubię pożegnań. Wieczór był upalny i

Nirze przyszło na myśl, że jutro w samochodzie może być gorąco. Że też wcześniej nie po-
myślała o  kupieniu  jakichś  owoców.  Koki  lubi  banany  i  świeże  figi.  W  ogóle  słodycze.  Po
drodze nie dostaną dobrych.

Mijali właśnie dużą owocarnię.
– Wejdźmy na chwilę powiedziała. – Muszę sobie na drogę kupić trochę owoców. Wzięła

banany, gruszki, świeże figi, wspaniałe soczyste śliwki, morele i kilka tabliczek czekolady.

– Razem dwadzieścia złotych trzydzieści pięć groszy – powiedziała sklepowa. – Czy pań-

stwo każą odesłać? To będzie duża paczka.

– Nie, nie. Zabierzemy sami – odpowiedziała Nira. – Chyba pan to udźwignie, panie Fran-

ciszku?

– O, drobiazg – zaśmiał się.
Nira zbliżyła się do kasy i otworzyła torebkę. Nie miała tam ani grosza. Widocznie port-

monetkę zapomniała w domu.

– Co za roztargnienie – zawołała. – Nie zabrałam pieniędzy. Jeżeli panu nie zrobi to różni-

cy...

Murek zaczerwienił się:
– Ależ z przyjemnością... Żadnej różnicy!
– Aha! – Nira zwróciła się do sklepowej. – Zapomniałam jeszcze o daktylach.
– Na wagę pani każe czy takie pudełko?
– Tak, pudełko.
– Trzy pięćdziesiąt, proszę pani.
Murek zabawnie macał się po kieszeniach i układał na marmurowej tafli przy kasie kupki

niklowych monet:

– Zdaje się, że dobrze – zapytał kasjerki – dwadzieścia trzy złote osiemdziesiąt pięć gro-

szy.

– Zgadza się.
– Ale może pani jeszcze sprawdzi.
Nira zaśmiała się:
– Pozbawiłam pana wszystkich drobnych. No, chodźmy.
– Dziękujemy państwu – skłoniła się kasjerka.
– Proszę bardzo – kiwnął jej głową Murek.
Na ulicy dopędził w tłumie Nirę i zabiegł tak, by mieć ją po prawej strome. W lewej ręce

niósł dużą paczkę, którą co chwila uderzał po kolanach przechodniów.

– I cóż pan porabia? – pytała Nira. – Poprawiły się pańskie sprawy?
– O tak. Wprawdzie nie mam jeszcze stałej posady, ale zarabiam dobrze.
– Cóż pan robi?
– Ach, eksploatuję swoje prawnicze wykształcenie. Poza tym biorę się do handlu.
– To bardzo dobrze. Na handlu ludzie robią majątki. W każdym razie lepsze to niż jakaś

posada.

– No, to rzecz względna – odpowiedział z wahaniem.
–  Chyba  nie  żałuje  pan  swojej  dawniejszej  posady?  Tu  nie  ciasna  prowincja.  Szerokie

możliwości.

– Zapewne.

background image

82

– A przy pańskim zamiłowaniu do oszczędności – ciągnęła – zbije pan wkrótce grube pie-

niądze. Mądrze pan robi. Tylko jedno...

– Co, panno Niro?
–  Pan  jest  zanadto...  W  dzisiejszych  czasach  nie  można  być  tak  przesadnie  uczciwym.

Niech pan mnie źle nie zrozumie. Cenię uczciwość, ale tylu jest ludzi, którzy czyhają na cu-
dzy grosz.

Przypomniała sobie słowa Junoszyca:
– Trzeba wybrać: albo się jest wilkiem, albo baranem. Najsilniejszego barana wilki w koń-

cu zjedzą. Czyż nie mam racji?

– Po części – przyznał niechętnie.
– Nie po części, a całkowicie. Na przykład pan zajął się teraz handlem, interesami. Jeżeli

pan sam nie będzie wygrywał, to wygrają ci ludzie, którzy zawsze znajdą sposobność, by pa-
na oszukać. Tu trzeba pozbyć się przesadnych skrupułów. Lepiej być wilkiem niż baranem.

– Jest coś ważniejszego od tej kalkulacji, panno Niro – powiedział poważnie – to sumienie.
– Owszem – przyznała niecierpliwie. – Niech pan to wpaja w swoich konkurentów, agen-

tów, hurtowników, w dostawców i odbiorców. Ale chyba rozumie pan, że nadmiar sumienia,
przewrażliwienia na tym punkcie, wręcz uniemożliwia życie.

Murek milczał.
–  Tak  się  pan  do  mnie  odnosi  –  zirytowała  się  –  jakbym  nie  mówiła  tego  jedynie  przez

życzliwość dla pana.

– O, ja to rozumiem – zapewnił pośpiesznie – i bardzo pani jestem wdzięczny za to.
– Nie zauważyłam.
– Ależ tak. Mnie doprawdy wzrusza to, że pani myśli o mnie, chociaż przeze mnie musi

pani ciężko pracować...

– Jak to przez pana?
– No, bo gdybym już mógł stworzyć to, co jest moim obowiązkiem, stworzyć dom dla pa-

ni, zapewniony byt... To moja wina. Tylko, że czasy są tak ciężkie. Wszędzie redukcje, kry-
zys... Jednak moja wina.

– Co też pan mówi – zaśmiała się szczerze.
– To i tak wielka dobroć pani. Niro, że chce pani tak długo czekać na mnie. Życie na wiel-

ką próbę wystawia nasze uczucia. Ale ja do śmierci będę pani wdzięczny za tę dobroć, za to
zaufanie. Ilekroć panią widzę, palę się ze wstydu, że jeszcze nie mogę powiedzieć: – Najdroż-
sza. Już możesz nie przemęczać się pracą. Wywalczyłem naszą przyszłość. Bierzemy ślub i
zaczynamy nowe życie!

– Panie Franku – spuściła oczy, by nie zobaczył w nich ironii.
On jednak był zanadto zajęty tym, co mówił:
– Tak, tak, panno Niro, moja wina. Wstydziłem się dlatego narzucać się pani prośbami o

zbyt częste spotkania a przy każdej rozmowie przygniatał mnie ten kamień. I strach, że oto od
pani usłyszę: – Dłużej czekać na pana nie mogę, zwracam panu słowo... Zimny pot mnie ob-
lewał  na  myśl  o  tym.  O,  jakże  błogosławiłem  i  błogosławię  panią  za  jej  delikatność,  za  jej
dobroć.  Od  dawna  chciałem  to  pani  powiedzieć,  tylko  nie  chciało  mi  przejść  przez  gardło.
Dlatego  skłamałem,  że  chciałem  panią  pożegnać.  To  nieprawda.  Od  kilku  godzin  krążyłem
dziś pod bramą pani domu, by jeszcze przed pani wyjazdem zrzucić ten ciężar z serca i błagać
panią o jeszcze trochę cierpliwości.

Nira  uczuła  coś  jakby  litość  dla  tego  dziwacznego  człowieka.  Cóż  mu  mogła  odpowie-

dzieć?... Patrzał na nią od tylu miesięcy, mówił z nią, nie starała się przecie go okłamać. Tyle
razy gotowa była ukazać mu siebie w prawdziwym świetle, a on wciąż ją idealizował, wciąż
dopatrywał się w niej jakichś nadzwyczajnych zalet. Obarczał ją tym wszystkim jak jakimś
pontyfikalnym strojem, zapewne pięknym, zapewne godnym podziwu, ale nieznośnie sztyw-

background image

83

nym, obcym, drażniącym. Zapatrzony w urojoną wizję jakiegoś nieziemskiego ideału, wręcz
nie dawał się ściągnąć do rzeczywistości.

Szli przed bramą. Miał słodko uśmiechniętą minę, wzruszenie w oczach. Spodnie, widocz-

nie od dawna nie prasowane, zaznaczały się kulistymi wypukłościami na kolanach. Sznurek
od paczki głęboko wżynał się w rękę.

– Przecenia pan mnie, panie Franku – powiedziała. – Jestem stokroć gorsza niż pan sądzi.

Jestem zła i nie zasługuję na pańską miłość.

– O, nie – potrząsnął głową.
– I nic panu nie mam do zarzucenia. Zapewniam pana. Wcale ciężko nie pracuję. Nie zale-

ży mi na przyśpieszeniu małżeństwa. Jestem jeszcze bardzo młoda.

W jego oczach zakręciły się łzy.
– Co pan wyprawia! – zauważyła strofującym tonem.
– Niro, moja jedyna, najukochańsza, Niro. Ja wiem, że nie jestem pani wart.  I... i muszę

jeszcze coś pani wyznać. To jest bardzo ciężko. Ale nie mam prawa oszukiwać pani. Tylko
błagam i  proszę  o  trochę  litości.  Może  pani  potrafi  mi  to  wybaczyć.  To  naprawdę  stało  się
jakoś  wbrew  mojej  wiedzy...  To  jest,  nie  wiedzy,  lecz  woli.  Chwila  słabości,  zapomnienia,
czy ja wiem...

Nira zdziwiła się:
– O czym pan mówi?
– Tak, muszę powiedzieć pani całą prawdę, całą prawdę – powtarzał prędko, aż słowa zle-

wały się. – Całą prawdę o tym co zrobiłem, co obciąża moje sumienie i nawet całą moją przy-
szłość. Ale przysięgam pani, że przeklinałem siebie za to. Czy pani mi uwierzy?... Czy pani
będzie zdolna mi przebaczyć?...

– Nie zamordował pan chyba nikogo? – zdumienie Niry wzrastało.
– Nie, może nawet gorzej – mówił rozgorączkowany. – Popełniłem podłość wobec pani i

wobec jednej kobiety. Nikczemność. Tak, trzeba to nazwać po imieniu, nikczemność.

Zniecierpliwiła się:
– Niechże pan nareszcie wykrztusi!
Murek opuścił głowę i po dłuższej pauzie szepnął:
– Ja mam dziecko.
– Co?
–  Tak.  Mam  dziecko.  Przed  dwoma  tygodniami  przyszło  na  świat...  Jedna  chwila  zapo-

mnienia i...

Nira  obrzuciła  spojrzeniem  jego  nagle  zgarbioną  postać,  tragiczny  wyraz  twarzy,  nieco

wymięty kapelusz i nie mogła wytrzymać: wybuchła długim beztroskim śmiechem. Było coś
tak zabawnego w tej sytuacji, w tym wyrażeniu i w znaczeniu, jakie on do tego przywiązywał,
że dopiero po dłuższej chwili zdobyła się na pytanie:

– I któż jest szczęśliwą matką?
– Ach – machnął ręką. – Zwykła dziewczyna z ludu... Służąca...
– A to wspaniała historia! Nie posądzałam pana o taką przedsiębiorczość. Pyszne! Cóż?...

Winszuję.

Musiała  zużyć  sporo  argumentów,  by  go  przekonać,  że  nie  czuje  doń  żalu  ani  o  sam

grzech, ani o jego skutki. Murek rozczulił się i dziękował jej ze łzami w oczach za przebacze-
nie.

– O ile mi teraz będzie lżej – powtarzał.
Było już jednak późno. Na pożegnanie wycałował jej ręce. Potem przy świetle latarni za-

notował raz jeszcze swój adres, pod który Nira z zagranicy obiecała napisać. Na szczęście nie
wspomniał już więcej o przyjściu na dworzec.

Wchodząc na schody Nira śmiała się szczerze i wesoło. Bawiła się myślą, jak całą tę kapi-

talną historię opowie jutro Junoszycowi i jaką oboje będą mieli z tego zabawę.

background image

84

ROZDZIAŁ IV

Murek oparł się o latarnię i czekał, aż w oknach na pierwszym piętrze zapaliły się światła.

Nałożył kapelusz i z wolna ruszył w stronę Placu Teatralnego. Na zegarze ratuszowym było
już wpół do jedenastej. Należało przyspieszyć kroku, by zdążyć  przed zamknięciem bramy.
Nie usłyszałby wprawdzie od starego Niecki żadnego złego słowa, ale nie lubił korzystać z
cudzej grzeczności nad miarę. Do Leszna zaś był kawał drogi.

Pan Niecka z żoną i zięciem siedzieli na ławeczce przed swoją bramą. Przy nich, jak zwy-

kle w święto, przystanęło kilka osób pogadać. Młodsza córka Niecki gziła się i chichotała ze
swoim kawalerem, czeladnikiem ślusarskim z naprzeciwka. Jego szeroko wyłożony a la Sło-
wacki kołnierz koszuli i połyskujący brylantyną przedziałek Murek rozpoznał już z daleka.

– Dobry wieczór – powiedział uchylając kapelusza. – A upał jakby zelżał.
– A jakby – odpowiedział Niecka.
– Może pan lodów zafundujesz – odezwał się elegant – pannę Julcię trochę podstudzić?
–  Nie  bądź  taki  mądry  –  zażartował  zięć  dozorcy  –  sam  ją  przygrzewasz,  to  i  sam  pod-

studź.

– I owszem – nie dał się stropić kawaler – dlaczego nie. Ja się mogę dołożyć do tych lo-

dów...

Zrobił efektowną pauzę i dodał:
– ...z gębą.
Wszyscy zaśmiali się, a Murek zapytał dozorcę:
– A do mieszkania można?
– A można.
– Co pan taki nierozmowny przy niedzieli? – zaczepił go jeszcze czeladnik ślusarski.
– Dyć przez ten gorąc!
– O, przystał do człowieka – ofuknęła go dozorczyni.
– Ledwie się dycha – pojednawczo dorzucił Murek i przesunął się bokiem obok Julki, od

której grzało jak od pieca. W stróżówce dzieci już spały. Helenka, starsza córka Niecki, nie
krępując się tym, głośno wybijała poduszki, szykując posłanie dla męża i rodziców. Ciasno tu
było i duszniej, niż na dworze, ale czysto i porządnie.

– Już z konkurów? – przywitała go Helka, nie przerywając roboty.
– A już... Tylko skąd pani wie, że z konkurów?
– Bo nieszpory już dawno się skończyli. A pan Franciszek to chyba nie myśli, żem głupia.
– Skądże – zaśmiał się.
– Ja na chłopów jestem znająca – powiedziała tonem podziwu dla samej siebie.
– Niech pani Helena nie patrzy, to się szybko przebiorę – powiedział po namyśle.
– A przebieraj się pan. Ja tam nieciekawa. A odzienie pańskie tam, w sionce.
Zaczerwienił się i bąknął „dziękuję”. Wiedział, dlaczego wyrzucono je do sionki. Helena

bała się, by robactwo nie rozlazło się po izbie. Przyniósł je zwinięte w tobołek i zawiązane
rękawami  koszuli,  prędko  rozebrał  się  za  firanką  do  naga,  bieliznę  złożył,  zawinął  razem  z
krawatem  w  gazetę  i  umieścił  na  półce  przy  komodzie,  po  czym  wciągnął  na  siebie  swoje
codzienne ubranie, postrzępione i gdzieniegdzie wylatane niezdarnie. Świąteczne wyniósł do

background image

85

bramy,  starannie  wytrzepał  i  wyczyścił  szczotką,  by  powiesić  je  w  szafie.  Świąteczne  buty
otarł z kurzu, zawinął w ściereczkę i wsunął na zwykłe miejsce pod komodę.

Chociaż spieszył się z tym wszystkim, nie zdążył do zamknięcia bramy i musiał poczekać

jeszcze dobry kwadrans, aż pan Niecka poszedł ją otwierać zapóźnionemu lokatorowi.

– Dobranoc państwu – powiedział całej rodzinie, która już zebrała się do snu w izbie – i

bardzo przepraszam za kłopot.

– Niech tam już będzie – odpowiedziała stara – dobranoc.
Na  ulicy  było  pusto  jak  wymiótł.  Murek  skręcił  przez  plac  Kercelego  w  Towarową.  Do

domu noclegowego na Ochocie miał dobre pół godziny drogi, a jeszcze nie był pewien, czy
znajdzie się wolne miejsce. Zastanowił się nawet przez chwilę, czy nie lepiej pójść na Dziką,
do „Cyrku”, gdzie nocleg jest tańszy o dwa grosze, bo tylko piątaka się płaci, ale zdecydował
się w końcu na Ochotę, a to w nadziei spotkania – „Generała”, który tam najczęściej nocował,
a który obiecał Murkowi protekcję do jednego, co trzymał karuzelę na Sielcach. Przy karuzeli
zarobek miał być niezły, a fatyga niewielka. Przy tym Murek odpowiadał głównemu warun-
kowi: był frajerem, czyli nie robił na lewo.

Schronisko na Ochocie nazywało się nie wiadomo dlaczego Berlinem i w gwarze swoich

przygodnych mieszkańców, w gwarze ulicznej, było pod tą nazwą znane  równie dobrze jak
Cyrk na  Dzikiej, jak Bristol na Pradze, albo Kamczatka  w  Mokotowie.  Cieszyło  się  jednak
lepszą opinią. Po pierwsze z rana dostawało się tam za pięć  groszy osłodzoną kawę i przy-
zwoitą pajdę chleba, po drugie policja rzadziej tu zaglądała.

Odkąd  zięć  Niecki  stracił  pracę  w  fabryce  w  Pruszkowie  i  zamieszkał  na  stałe  u  teścia,

Murek  musiał  wynieść  się  z  wygodnej  stróżówki  i  tułał  się  po  domach  noclegowych.  Tyle
tylko, że u Niecków na Lesznie pozwalano mu zostawić rzeczy, a  raczej tę ich resztę, która
mu pozostała, a której nawet w dniach najgorszej głodówki nie sprzedał, gdyż stanowiła jego
paradny strój do widywania się z Nirą. Wprawdzie można było w każdym schronisku oddać
zarządzającej  na  przechowanie  te  rzeczy,  jednak  wiedziano  by  wówczas  o  ich  istnieniu  i
współtowarzysze nie daliby spokoju, póki by tego nie sprzedał na wódkę.

Berlin był utrzymywany i prowadzony przez jakąś amerykańską sektę religijną, czym się

nikt z jego lokatorów nie interesował.  Znali tylko zarządzającą, przezwaną od lat Hrabiną i
stróża, tęgiego chłopa z czarną brodą, „Rasputina”, który w razie potrzeby umiał sobie pora-
dzić nawet z największymi zabijakami i jednej tylko Hrabiny bał się jak ognia.

Codziennie  o  ósmej  Rasputin  otwierał  drzwi  Berlina  i  wpuszczał  gości.  W  kantorku  za

okienkiem  siedziała  Hrabina,  odbierając  od  każdego  należne  siedem  groszy  na  nocleg  i
przyjmując  na  przechowanie,  jeżeli  kto  miał  coś  do  przechowania,  pieniądze,  dokumenty,
zegarki, towar, słowem wszystko to, z czego współmieszkańcy w ciągu nocy doszczętnie by
posiadacza okradli, a co z rana odbierało się w całości i nie naruszone z rąk tejże Hrabiny.

W porze ciepłej, jak zwykle, w  Berlinie bywało dość pusto. Przychodzili  tylko  ci,  co  na

lato nie wywędrowali z miasta, ci co dla uniknięcia zatargu w komisariacie nie dekowali się
do spania pod mostami czy na ławkach w ale jach.

Oczywiście, świeże powietrze miało swoje zalety. Murek nieraz już spędził noc pod gołym

niebem. Do tego celu nadawały się niektóre ustronniejsze uliczki, rzadziej odwiedzane przez
patrole  policyjne,  wszelkie  rury  kanalizacyjne,  place,  na  których  zaczęto  budowę  i  gdzie
wśród stosów nagromadzonych materiałów budowlanych zawsze można było nawet bez zgo-
dy  stróżów  znaleźć  kryjówkę,  wybrzeża  Wisły,  no  i  bezpieczne  od  deszczu  zakamarki  pod
wiaduktem mostu Poniatowskiego. Tam „gliny” bały się zapuszczać pojedynczo i zjawiały się
tylko w wypadku większej obławy.

Wtedy jednak wszystkich hurtem zabierano do komisariatu, badano papiery, rewidowano

kieszenie, po czym podejrzanych lub poszukiwanych odsyłano do urzędu śledczego, wprost
do  „mamra”  albo  do  sądu.  Wszakże  i  najniewinniejszy  musiał  przesiedzieć  do  południa,  a
nieraz i do wieczora. Dla nikogo taka rzecz przyjemna nie była. Raz, że glinom i tajniakom po

background image

86

kilku wypadkach zatrzymania człowiek w oko wpadał na zawsze, a po drugie każdy przecie
miał jakieś zajęcie, do którego było mu spieszno.

Murka zagarnięto kiedyś w przystani na Wiśle, innym znowu razem na placu Nędzy. Od-

tąd unikał noclegów na lufcie. Zdarzały się wprawdzie obławy i w schroniskach, lecz stąd nie
zabierano tych, co mieli dokumenty w porządku. A przy tym nie narażał się człowiek na po-
bicie ani na dostanie majchrem po żebrach, o co na lufcie z lada powodu było łatwo. Wystar-
czało podejrzenie, że się jest kapusiem lub że się ma kilka złotych. W domu noclegowym też
czasem wynikały bójki, ale rzadziej. Panowała tu dyscyplina, wprowadzona przez autochto-
nów,  przez  stałych  bywalców,  obowiązująca  ściślej  i  przestrzegana  surowiej  niż  miejscowy
regulamin.

Kto raz jeden z tych rygorów się wyłamał, był wyrzucony bez pardonu i apelacji „na zbitą

mordę” i nie mógł marzyć o tym, by wpuszczono go kiedykolwiek do Berlina. Rasputin miał
oko nieomylne, że i na Daniłowiczowskiej takiego nie było, a łapę ciężką jak cholera.

Murka jednak znał i wpuścił bez przeszkód. Na dobry wieczór nic nie odpowiedział. Na

pytanie, czy miejsce się znajdzie, odburknął „hu”, co oznaczało potwierdzenie. Czytał jakąś
książkę, poruszając bezgłośnie wargami, wskutek czego jego wąsy i łopaciasta broda trzęsły
się zabawnie.

Broda Rasputina bywała na sali tematem częstych żarcików, zdarzał się i dowcipniś, co go

pytał:

– A jak pan śpisz, to jak brodę trzymasz, pod kołdrą czy też na niej samej?
Po prawdzie nikt jednak nie widział, by Rasputin spał kiedykolwiek. Nocami czytał, z rana

przez godzinę i dłużej wielką szczotką czesał swoją łopatę, a przez dzień obrządzał, naprawiał
i  doprowadzał  do  porządku  cały  dom  noclegowy.  Kitował  rozbite  szyby,  zamiatał  ogródek,
robił w nim grządki pod nasturcje i pelargonie, sztukował połamane deski w narach, cemen-
tował dziury, powybijane w podłodze, naprawiał krany w ubikacji. Roboty mu nie brakowało
a nieraz wzywano go jeszcze do komisariatu czy do śledczego, by wypytać o tego czy innego
pensjonariusza.

Tego wieczora Murek nic nie zostawił w okienku u Hrabiny. Ze zbieranych przez trzy ty-

godnie  pieniędzy,  które  miał  wkrótce  wysłać  Żurkom  na  utrzymanie  Karolki,  zostało  całej
parady siedemdziesiąt dwa grosze. Niespodziewany, a tak olbrzymi wydatek na owoce i sło-
dycze dla Niry, zniszczył jego budżet. Nie żałował jednak tego  ani przez mgnienie oka. Na
razie wolał nie zastanawiać się nad zagadnieniem, skąd weźmie dla Karolki. Po trochu liczył
na szczęśliwy los. Przecie wtedy, gdy otrzymał od pana Żurki list o zbliżającym się rozwiąza-
niu i o połączonych z tym kosztach, też nie miał co posłać, ale opatrzność widać czuwała nad
nim,  gdyż  przez  protekcję  Niecki  dostał  uporządkowanie  książek  meldunkowych  u  jednej
Żydówki na Młynarskiej. Jej mąż, właściciel kamienicy, umarł, a ona po polsku ani czytać ani
pisać nie umiała, meldunki zaś były zapuszczone, za co groziła gruba grzywna. W cztery dni
wówczas, pracując po piętnaście godzin na dobę, zarobił siedemdziesiąt złotych.

Jednak praca tego rodzaju zdarzała się niezmiernie rzadko. Na pisanie, na rachunki, na ja-

kąkolwiek robotę kancelaryjną czyhało tylu kandydatów, że można było umrzeć z głodu, nim
się wywęszyło jaki zarobek.

Po przyjeździe do Warszawy, po dwóch miesiącach bezowocnego dobijania się o posadę w

setkach urzędów i biur, u tysiąca osób prywatnych, w biurach pośrednictwa pracy i w różnych
komitetach, trafem wpadł na niezły proceder. Przed gmachami urzędów skarbowych i sądów
zawsze  można  było  upolować  jakiegoś  mało  piśmiennego  lub  nieobeznanego  z  procedurą
urzędową interesanta. który chętnie płacił za napisanie podania złotówkę albo i dwie. Wystar-
czyło pokręcić się na podwórzu lub w sieni, by takiego odnaleźć, zaczepić  i  złapać.  Murek
widział  wielu  młodych  i  starszych  ludzi  uprawiających  ten  proceder  osobiście  lub  też  speł-
niających rolę naganiaczy dla biur podań i pomniejszych adwokatów. Nie przypuszczał tylko,
że wszyscy oni są zorganizowani i że nie jest bezpiecznie robić im konkurencję.

background image

87

Gdy po dwóch tygodniach zapoznał się jako tako z nowym fachem i w geografii urzędów

zorientował  się  nieźle,  postanowił  porzucić  punkty  mniej  rentowne  i  zainstalował  się  przy
sądzie okręgowym na Miodowej. Szło nieźle. Dzienny zysk po odliczeniu kosztów papieru,
dochodził do pięciu złotych, a klientela rosła, gdyż brał mniej niż inni. Zyskał nawet sprzy-
mierzeńca w osobie odźwiernego, który chętnie kierował doń interesantów. Pewnego jednak
dnia zbliżyli się do Murka dwaj konkurenci.

– Panie ładny – powiedział jeden z nich krótko. – Zjazd stąd, bo zęby będą w robocie.
– A cóż to wasz monopol?
– A nasz.
– Takiego prawa nie ma i odczepcie się panowie – odpowiedział bez obawy, obliczając, że

z łatwością obroni się przed takimi chudziakami.

– Mówię panu: fora ze dwora! Żeby jutro tu pańskiego śladu nie było. Ani tu, ani na placu

Krasińskich, ani nigdzie.

– To wy się wynoście!
– Nie tacy tu już zęby zbierali! – groźnie dorzucił drugi.
– To i wy pozbieracie – zaśmiał się Murek.
– Zobaczymy!
– A zobaczymy! – krzyknął za nimi.
Nazajutrz  do  południa,  mimo  że  załatwił  dwóch  interesantów,  a  wczorajsi  przeciwnicy

kręcili się, jak zwykle, w pobliżu, nie zaczepiali go wcale. Koło pierwszej podszedł do Murka
jakiś jegomość, z wyglądu sklepikarz podwarszawski i zapytał:

– To pan pisze podania?
– Ja, a o co panu chodzi?
– Trzeba mi napisać o wstrzymanie egzekucji, a jak, to już pan będziesz wiedział. Sprawa

długa, pójdziem, to po kufelku piwa wypijem i akuratnie opowiem.

Murek zgodził się. Najczęściej na pisanie wchodził z klientami do pobliskiej cukierni, lub

do kawiarenki na Podwalu. Tam też poszedł z tym sklepikarzem.

W pierwszej salce siedziało pięciu czy sześciu mężczyzn, w drugim zaś pokoiku, od po-

dwórza, nie było nikogo. Siedli, panienka przyniosła butelkę jasnego i szklanki. Zanim jednak
Murek zdążył dopić swojej a sklepikarz zaczął opowiadać, owi ludzie z pierwszej salki weszli
i zamknęli za sobą drzwi.

Murek  za  późno  zorientował  się,  że  został  wciągnięty  w  zasadzkę.  Wysoko  położone

okienko w grubym murze i tak nie przydałoby się na nic, bo było zakratowane.

– Cóż to szanowna osoba chce pisać? – zagadnął prowokacyjnie jeden z drabów, wskazu-

jąc rozłożony papier.

Dwaj inni zachodzili z boku. Murek cofnął się za stolik.
– Ten pan – odpowiedział grzecznie, chociaż nie przewidywał pokojowego finału najścia –

ten pan życzy sobie, bym mu napisał podanie.

– A w publicznym szalecie na ścianie palcem pisać nie łaska?...
– Fasuj go w kantorek! – krzyknął czwarty spod drzwi.
W  tejże  chwili  rzekomy  klient  trzasnął  Murka  po  głowie  butelką.  Zahurgotały  krzesła  i

stoliki. Następny cios pięścią między oczy i nieomal jednoczesny kastetem w głowę oszoło-
miły Murka. Bił się na ślepo, lecz zawzięcie. Nie brakowało mu siły, jednak przekonał się, że
nie ma w tym wprawy. Uderzenia w dołek i kopnięcia w golenie podcięły mu nogi. Uczepił
się jednego z napastników i runął wraz z nim. Tym osłonił się przed ponownym ciosem bu-
telki, lecz jednocześnie otrzymał straszliwe kopnięcie obok krzyża. Skręcił się z bólu i zawył.

– Jeszcze go w nyrkę! – doradzał czyjś spokojny głos.
Uderzenia pięści i obcasów spadały jedne po drugich. Wreszcie siły opuściły go zupełnie,

nie bronił się, nie zasłaniał, leżał nieruchomo.

background image

88

– Niech tylko szanowna osoba kity nie odwala, bo za przeproszeniem nie ma o co, pies ci

twoją zabagduloną mordę lizał – przemówił jeden z napastników łagodnie.

Inny pochylił się nad Murkiem:
– Widzisz, bracie i masz nieprzyjemność. A trzeba to było komu w parasolkie włazić?
Wychodzili, nie spiesząc się, obciągając marynarki i poprawiając czapki na głowie. Ostatni

zatrzymał się w drzwiach:

– A jeżeli szanownej osobie mało, to następną razą spuścimy ci takie manto, że szanowną

osobę  przez  lejek  do  trumny  stroskana  rodzina  wlewać  będzie.  Pisaciel,  zatabaczona  jego
kancelaria!

Minęła  dobra  godzina,  nim  mógł  podnieść  się  o  własnych  siłach  i  dowlec  na  Leszno.

Przeleżał wtedy cztery dni, a choć go wściekłość brała, rozsądek przeważył: więcej pod sąd
nie poszedł. Próbował jeszcze szczęścia przed gmachem województwa, lecz tu policja wyła-
pywała  takich  amatorów.  Wywijał  się  jak  umiał,  lecz  w  końcu  go  złapano.  Przenocował  w
komisariacie, nazajutrz zaś stanął przed sądem starościńskim.

Urzędnik,  pełniący  tu  funkcję  sędziego  administracyjnego,  przejrzał  protokół,  papiery  i

przyjrzał się mu z ostentacyjnym zgorszeniem:

– I pan jest doktorem praw?
– Tak jest.
– Niesłychane.
– Od szeregu miesięcy jestem bez posady – zaczął Murek. – Nie mam z czego żyć. Z nę-

dzy chwyciłem się takiego zajęcia.

Urzędnik przerwał zaburzeniem:
– I to mówi wykształcony prawnik! Niesłychane! Czego zatem można wymagać od anal-

fabetów?! Czy pan tego nie rozumie? Jeżeli ktoś chce zarobkować pisaniem podań, powinien
uzyskać  koncesję,  pozwolenie,  opłacić  świadectwo  przemysłowe.  Pan  uprawia  nieuczciwą
konkurencję w stosunku do tych. co zmuszeni są utrzymywać biura czy kancelarie adwokac-
kie.

– Kiedy mnie nie stać na obiad, cóż dopiero na biuro. Mieszkam  kątem u stróża. A jako

prawnik, jako były urzędnik państwowy i komunalny znam się o tyle na...

– Wybaczy pan – urzędnik podciągnął nerwowym ruchem mankiety. – Ale to jest bardzo

smutny objaw. Bardzo smutny. Żeby prawnik, który powinien świecić przykładem społeczeń-
stwu, stanowić wzór poszanowania prawa, uprawiał kłusownictwo? Czemuż pan nie zostanie
adwokatem?

– Pan starosta żartuje sobie. Musiałbym odbyć aplikanturę, a za co?...
– Hm...  Tak...  No,  ale  to  już  pańska  rzecz.  Ja  musiałbym  dać  panu  co  najmniej  trzy  dni

aresztu. Jeżeli jednak da mi pan słowo, że nie wróci do tego procederu... Na miły Bóg, przecie
może pan poszukać innego, uczciwego zajęcia!?

– Niczego bardziej bym nie pragnął...
– No... dobrze. Zwolnię pana, ale nie sprawi mi pan zawodu?
– Obiecałem, więc dotrzymam. Sam przyznaję panu staroście rację, ale cóż?... Nędza.
Urzędnik stukał ołówkiem po papierach.
– Widzę, że jest pan zarejestrowany w Państwowym Urzędzie Pośrednictwa Pracy.
– Od dawna.
– No i cóż?...
– Dwa razy na tydzień chodzę tam na próżno.
– Bo może pan jest zbyt wybredny?
Murek roześmiał się:
– Każdą posadę przyjąłbym. Tylko, że kandydatów jest ponad dwadzieścia tysięcy, a po-

sada zdarzy się jedna na miesiąc.

– Dam panu kartkę do dyrektora – zdecydował się urzędnik.

background image

89

Po kilku dniach daremnego dobijania się udało się wreszcie Murkowi złożyć u sekretarza

tę kartkę. Nikłe nadzieje, jakie z nią wiązał, rozwiały się jednak od razu. Sekretarz odesłał go
do  jednej  z  urzędniczek,  pulchnej  szatynki,  zajętej  właśnie  nieznacznymi  poprawkami  przy
własnych paznokciach. Kazała mu czekać. Po upływie godziny wywołała go przed okienko:

– Pan Murek?
– Tak.
– Doktor praw, Franciszek Murek, lat 31?
– Tak.
– Pan przecie jest już u nas zarejestrowany!
– Tak jest.
– Więc cóż pan nam głowę zawraca?! I to jeszcze inteligentny człowiek.
Zatrzasnęła okienko i na tym się skończyło. W innych biurach też nic nie wskórał. Ponie-

waż jednak zrobił się jakiś ruch w pośrednictwie pracy dla pracowników fizycznych, zaczął
starać się o jakąkolwiek robotę przy kolei, przy brukach, przy  kanalizacji. Tu jednak przyj-
mowano wyłącznie poleconych przez pośrednictwo a  w pośrednictwie wydawano polecenia
tylko pracownikom zarejestrowanym w dziale fizycznym i to według kolejności. Gdyby na-
wet ukrył swoje wykształcenie i zerejestrował się jako prosty  robotnik, nie dostałby zajęcia
wcześniej jak za pół roku, a narażał się na wykrycie podwójnego zapisu, co pociągnęłoby za
sobą wykreślenie z obu kartotek.

Nie pozostawało nic innego, jak czekać, kontentując się dorywczymi zarobkami. Czasem,

gdy nic lepszego do roboty nie miał, przystawał pod administracjami dzienników i notował
ogłoszenia pracy. Później pisał podania i składał je, niestety, zawsze bez skutku. Raz jeden
zdarzyło się, że był o włos od posady u  rejenta, lecz rejentowi wystarczyło to, że kandydat
mieszkał kątem u stróża, by zrezygnować z takiego pracownika.

Pozostawały  zajęcia  przygodne.  Tu  przy  ładowaniu  węgla,  tam  przy  rozbieraniu  jakiejś

szopy, rozdawanie ulotek na ulicach, wyręczanie straganiarza na Kercelaku lub zieleniarki w
halach. Kręcąc się w handlowych dzielnicach i bacznie śledząc obładowane furgony, można
było  zarobić  kilkadziesiąt  groszy  dźwiganiem  worków,  pak  lub  beczułek,  ale  i  tu  należało
strzec się zawodowych tragarzy, którzy z konkurentami nie wdawali się w dyskusję. Tolero-
wali tylko związkowych, oba zaś istniejące na terenie Warszawy  związki nowych członków
nie przyjmowały.

Najłatwiej było dostać coś przez protekcję. Stare, wytrawne obibruki warszawskie, nocują-

ce w domach noclegowych, znały miasto, niczym kieszenie. Wystarczało pozyskać sympatię
którego z nich, a zawsze coś się znalazło. Jeden wiedział, kiedy i gdzie będą rozdawać dar-
mowe ubrania, inny był w stosunkach ze straganiarzami na Koszykach na Grójeckiej, na Or-
dynackim czy na samym Placu Nirowskim, jeszcze inny miał dostęp do dzierżawców kortów
tenisowych,  bud  w  Lunaparku  czy  „drewnianych  sal”.  Arystokracją  byli  ci,  co  znali  takie
miejsca, skąd można było za małą kaucją dostać do rozsprzedaży  szmuglowane zapalniczki,
niełamiące  się  grzebienie,  plany  miasta,  pocztówki  pornograficzne,  metalowe  centymetry,
spinki, kalendarze, osełki do żyletek, szelki gumowe, „okazyjne zegarki”, szczenięta prawie
rasowe,  maszynki  do  wiązania  krawatów,  do  wiecznej  ondulacji,  do  podpinania  nogawek,
porcelanowe figurki, mydełka „pachniące”, podwiązki, kwiaty, ramiączka do ubrań, słowem
wszystko to, co się sprzedaje w błyskawicznym tempie na ulicach „za jedne dziesięć groszy”.
W  sezonie  wyprzedaży  owoców  równie  intratne  było  wojażowanie  po  mieście  z  ręcznym
wózkiem  pomarańcz,  „świeżych  malinowych”  jabłek  nieco  nadtłuczonych,  węgierskich  śli-
wek, truskawek czy wiśni. Tu jednak trzeba było mieć czujność żurawia i wywąchać glinę na
końcu ulicy, ucieczka bowiem z wózkiem stanowiła nie lada sztukę, a nieprawny właściciel
narażał się na bankructwo. Towar konfiskowano bez pardonu.

Do lżejszych zarobków należało chodzenie po mieście środkiem jezdni z plakatem rekla-

mowym w ręku lub na plecach.

background image

90

Takie obnoszenie wieści, że Greta Garbo oczaruje stolicę w filmie „Miłość królowej” lub

że Radion sam pierze, a Flit tępi mole, dawało jednak niewiele, a najgorsze dla Murka było
to,  że  z  reklamami  musiało  się  chodzić  po  głównych  ulicach  śródmieścia,  gdzie  mogło  się
zdarzyć, że zobaczyłaby go Nira. Na takie ryzyko nie mógł sobie pozwolić.

Przez protekcję szlafkameradów z „Berlina” udawało się czasem dostać coś całkiem extra,

jak na przykład mycie okien lub trzepanie dywanów. Wprawdzie z zarobku oddawało się po-
łowę cieciowi, czyli dozorcy domu, który robotę nastręczył, ale najczęściej otrzymywało się
napiwek  lub  obiad  w  kuchni.  Zawiązanie  zaś  bliższych  stosunków  z  kucharką  było  zawsze
wysoce pożyteczne i dobijali się o to najwytrawniejsi lokatorzy Berlina, Cyrku czy Kamczat-
ki.

–  Kuchta,  czyli  garkotłuk,  ona  czułom  serdeczność  ma  –  mówił  doświadczony  „berliń-

czyk” zwany Cipakiem – nie bez tego, żeby na swoje państwo nie  uważała, jak mąż rodzo-
nom żonę względem małżeńskiego przysposobienia  użytkuje.  A  o  wiele,  jeżeli  swojom  po-
trzebę poczuje, bo jej także samo i kuchnia przygrzewa, tak i usiedzieć nie może, tylko patrzy
za chłopem, któren by odpowiedzialny w tejże samej fonkcji był, podstawny i fason znający.
Takiem prawem i opchnąć zawsze będzie miał co i ankoholem się podszprycować, i wiadomo
fizykalnej miłości zazna. A jeśli karkulasję pojmie, to oświadczy się tej to damie serca i ta-
kiem sposobem może z kuferka albo i z PKO co ruszyć, albo i garniturek dwurzędowy i lakie-
ry w charakterze prezentu otrzymać.

– Ono to jest prawda – zastrzegał się sąsiad z nary, specjalista od zapalniczek – faktycznie

tenże sam parzygnat sumienie ma miętkie, ale więcej do wojskowych ciągnie, czyli całkiem
do fonkcjonariuszy  straży  ogniowej,  że  to  bliszczące  guziki,  kazionny  mundur  i  na  mieście
jej, cholerze, aligancko się takim de pachę  pokazać.  Sama,  że  się  tak  wyrażę,  kocmołuch  z
dziobatym pyskiem, jakby na niej groch młócili, a tamberię odstawia i na cywilnego mężczy-
znę nosem kręci. Dlatego ja ich nie tureluje, tychże samych kuchtów.

Odzywały  się  różne  głosy  aprobaty  i  protestu,  lecz  wszystkich  zagłuszał  stentorowy  bas

Cipaka:

– Bo pan, panie kochany, co się tyczy tej danej sprawy, łajek jesteś, czyli kapistran. Bez

nijakiego obrotu ani wyznania się we płci. Kobieta każda jedna swoje życzenie ma względem
mężczyzny  z  frajerem  i  z  odsadą,  co  nie  tylko  na  kotlety  gały  wywala,  ale  po  części  i  do
pieszczotów  sens  rozumie.  Zatrajlować  babę  trzeba,  przyśpiewkę,  albo  i  podobnież  ma  się
rozumieć podśmieszki jakie zaiwanić, to choćby i na kaprala od szwoleżerów się nie złakomi,
że tamuj, we wojsku to czasowe ludzie, swoje odsłużył i apiać do domu, a co wsunął, to jego.
Natomiast cywil na ten przykład nie wróbel, swoje przyrodzenie do miejscowości ma i chyba
co do więźnia go na fajerant zamkną, a stale jest do ewidencji.

Ktoś znowu Cipakowi przyznawał rację, ktoś opowiadał przygody z taką jedną, która do

tego stopnia była inteligentna, że dorożką do kościoła jeździła, inni przysłuchiwali się, wtrą-
cając  od  czasu  do  czasu  żarciki  lub  przekleństwa  w  zależności  od  usposobienia  i  nastroju.
Nieraz gadanie przeciągało się do późnej nocy.

Tym jednak razem niewielu było „swoich”, o czym Murek przekonał się, przeszedłszy raz

i  drugi  między  narami,  o  ile  światło  słabej  żarówki,  zwisającej  od  sufitu  i  oplecionej  gęsto
drutem, na to pozwalało. W ogóle było dużo wolnych miejsc, zwłaszcza na górze. Wszyscy
już spali. Jakiś młody blondynek podniósł głowę, gdy Murek gramolił się na górę obok niego,
przezornie pomacał się po kieszeniach i zasnął znowu. Wyślizgane deski prycz połyskiwały
jak od politury. Murek zdjął buty, zawinął je w spodnie i podłożył pod głowę, nakrywając się
marynarką.

Niewiele tego dnia miał czasu do spania. Dochodziła północ, a o piątej, jak zwykle, zjawiał

się  Rasputin  z  dzwonkiem.  Trzeba  było  wstawać.  Ubierali  się  milcząc  lub  klnąc.  Pierwszą
czynnością było sprawdzenie, czy współtowarzysze w nocy nie wyciągnęli papierosów, jeśli
je kto miał, drobnych, łyżki służącej do jedzenia, sprężynowego noża, mającego wiele prze-

background image

91

znaczeń, szczypty tytoniu i bibułki, kawałka kiełbasy i podobnych drobiazgów. Później nie-
którzy myli się w ubikacji, inni golili się, ustawiwszy na oknach odłamki lusterek, inni do-
prowadzali  do  porządku  garderobę  przy  pomocy  igieł  i  nici,  zaś  „frajerów”  zapędzano  do
sprzątania. Podłogę, nary, okna, drzwi, wszystko trzeba było zlać kubłami wody i wyszoro-
wać ryżowymi szczotkami na krótkich kijach. W ubikacji i w umywalni był w robocie karbol,
od którego śmierdziało jak nieszczęście.

Z dobrych znajomych Murek spotkał jedynie staruszka zwanego Popem, lwowiaka Taco-

ka, awanturnika Kędziołkę i Cipaka. Od niego dowiedział się, że Generał wczoraj grasował
na Bielanach i wybierał się na jakiś fach do Zielonki.

– Szkoda – westchnął Murek.
Cipak nic nie odpowiedział, bo właśnie  wyleniałym  pędzelkiem  mydlił  sobie  twarz.  Ten

był  zawsze  elegantem.  Aż  dziwiono  się,  jak  mógł  pomieścić  w  kieszeniach  tyle  tego  świń-
stwa. Do toalety rozkładał przed sobą całą aptekę: mydło, puder, maść do włosów, fiksatuar
do  wąsów,  grzebyk,  szmatkę,  przybory  do  golenia,  buteleczkę  z  wodą  kolońską,  siatkę  na
głowę, bindę na wąsy. Poza tym miał zawsze w zapasie kilka jaskrawych krawatów, pastę do
butów i flanelkę. A że umiał, jak mawiał, „krawieckim sposobem” podkładać na noc ubranie,
rano wyglądał tak szykownie i świeżo jakby nocował nie w schronisku, lecz w hotelu.

Z tej racji jak również dlatego, że był „chłopak oblatany”, spryciarz, cwaniak i kombinator,

któremu gębą nikt nie dał rady, a w razie bijatyki niewielu, należał do ferajny, czyli do miej-
scowej  arystokracji.  Do  tej  nader  ekskluzywnej  i  uprzywilejowanej  klasy  zaliczali  się  tylko
wytrawne łazęgi, których przezwiska znane były w całym kraju i otoczone estymą, zawodowi
przestępcy, renomowani nożowcy, no i w drodze łaski, różni „bywszy ludzie”, jak carscy ofi-
cerowie, zbankrutowani kupcy, defraudanci, którzy z więzienia mieli tylko jedno wyjście – na
ulicę, bezrobotni urzędnicy, bezdomni inteligenci.

Tych ferajna chętnie brała w opiekę, dopuszczała do towarzystwa a nawet do sztamy, a co

za tym szło, do przygodnych zarobków. Zwykły nowicjusz, czyli dzwoniec albo gruczoł, nie
mógł o tym marzyć. Jeżeli zaś próbował się stawiać, wyłamywać się spod rozkazów arysto-
kracji, wymigiwać się od posług  lub  ukrywać  posiadane  hopy,  spuszczano  mu  manto,  żeby
nie  był  taki  rozparzony.  Pokorniejsi,  zanim  zaczęto  ich  tolerować,  ulegali  mniej  bolesnym
zabiegom. Do tych przede wszystkim należał ulubiony „rower”. Zabawa ta polegała na wci-
śnięciu  między  palce  u  nóg  śpiącego  zwitka  gazety.  Gdy  się  zwitek  podpalało,  delikwent
przez sen machał nogami, co do złudzenia przypominało ruchy jadącego na rowerze. Tylko
zwyczajny wiejski hamulec, ćwok czy lebiega nie umiał poznać się na takim niewinnym żar-
cie i podnosił alarm, za co oczywiście dostawał po klawiaturze albo kopniaka w denko. Mo-
rowszy knajak ograniczył się do paru słówek i kimał dalej.

Murkowi zaraz przy pierwszym noclegu w Kamczatce założono rower. Wtedy to właśnie

Generał  stanął  w  jego  obronie  i  zaprzyjaźnili  się.  Ponieważ  zaś  Generał  odsiedział  już  w
mamrze  w  różnych  terminach  i  w  rozmaitych  dozach  razem  lat  przeszło  dwanaście,  a  do
szpitala  wyprawił  więcej  pacjentów  niż  sama  kasa  chorych,  był  autorytetem  i  powagą.  Nie
mniejszą, chociaż nieco w innym rodzaju, cieszył się Cipak, młodszy od Generała, bo liczył
sobie tyle lat, co Murek, ale słynący z obrotności, której zawdzięczał renomę nieuchwytnego.
I  rzeczywiście  miał  zupełne  prawo  przy  zatrzymaniu  przez  policję  podkreślać  z  dumą  „są-
downie nie karany”, co zdawało się wprowadzać w podziw nie tylko policjantów, lecz i jego
samego.

–  Nigdy  dłużej  jak  siedem  dni  w  areszcie  nie  siedziałem  –  mawiał  chełpliwie  –  a  życzę

pańskiej cioci, żeby tyle razy ją fotografowali i z anfasem, i z profilem, co moją osobę. Dlate-
go zmartwienia nie mam, iż w narodzie pamięć o mnie zaginie. Także samo więcej tuszu tym
oto  danym  palcem  pokazującym  spotrzebowałem  na  odciśnięcia  daktyloskopijne  niż  farby
idzie nad odnowienie mostu Kierbedzia. Każda glina, czyli podobnież komisarz, mnie zna i
jak z rodzonym bratem się wita, a nakryć nie da rady.

background image

92

– Ech, ty Cipak – kręcił nad nim głową były sztabskapitan Irmakow zwany Pieczonką. To-

bie by obrazowanie mieć, szkolu skończyć i w bomondzie zakręcić się. Ty by samego Stawi-
skiego  przechytrzył  i  teraz  swoim  awtomobilem  po  ulicach  się  rozbijał.  Łeb  u  ciebie  taki.
Tylko wot kształcenia nie ma, parlefransu brak.

Cipak na to spluwał cienką, ostrą strzałą śliny, celując w muchę, siedzącą na tłomoczku i

odpowiadał.

– Przez matkę to wszystko, bo uważania na rodzone dziecko nie miała, zadając się z cha-

łujami, zamiast za właściciela składu węgla na Widok ulicy wyjść, ktoren był facet bogaty i
miał życzenie wziąć ją za ślubną żonę. Ale i tak ja swoje pojęcie mam, a jeszcze nie było ta-
kiego dnia, żebym z głodu s... czym nie miał.

Dla tej swady i dzięki nie opuszczającemu go powodzeniu Cipak cieszył się wielką popu-

larnością nawet wśród takich ryb obieżyświatów, co to tylko przelotem do Warszawy wpada-
li, a spędzali całe życie na dalekich podróżach, znali Paryż i  Londyn, New Jork i Szanghaj,
Rio de Janeiro i rożne wyspy, o których nawet Pieczonka nie słyszał. Każdy z nich wypyty-
wał o Cipaka, a cóż dopiero miejscowi, drobni włóczędzy i kanciarze, niedouczone złodzie-
jaszki,  niezręczni  lipkarze,  potokarze,  pajęczarze,  którzy  żadnego  fachu  dobrze  nie  umieli  i
często po dwa i trzy dni nie mieli co do gęby włożyć. Dla tych Cipak był niedościgłym ide-
ałem.

Tym bardziej, że byle kogo do sztamy nie dopuszczał i jeżeli organizował jakąś zbiorową

robotę, a pomysłów miał zawsze pod dostatkiem, wybierał jedynie doświadczonych, szemra-
nych chłopaków, co szli za nim jak przyczepka za tramwajem, bo wsypy nie było nigdy.

Wolał jednak działać na własną rękę. Do większych kantów, przy których nie mógł obejść

się bez pomocy, zabierał się jedynie przed bardziej uroczystymi świętami jak Boże Narodze-
nie, Wielkanoc, Zielone Świątki albo Boże Ciało. Poważniejszy zarobek dawał możność bez-
troskiego używania i świętowania przez kilka dni czy tygodni.

Do mniejszych kombinacji nikogo nie dopuszczał. Na cały dzień znikał, wsiąkał, przepadał

i polował własnym przemysłem a bez zdobyczy nie wracał. Gdy w razie obławy wywiadowca
wyłowił z jego kieszeni kilkadziesiąt złotych i pytał:

– Skąd to masz?
Cipak, ani okiem mrugnąwszy, odpowiadał.
– Babunia mi w Ameryce wykitowała i na pamiątkę po telegrafie przysłała, abym za  jej

duszę na mszę śpiewaną dał.

Robił przy tym bezczelną minę, bo wiedział że mu niczego nie udowodnią.
Do Murka poczuł nie wiadomo dlaczego sympatię która wzmocniła się od pewnego dnia,

gdy go spotkał na ulicy w odświętnym ubraniu w towarzystwie  eleganckiej kobiety. Murek
właśnie odprowadzał Nirę. Oczywiście, Cipak nie zapytał go ani słówkiem o nią. W domach
noclegowych  panował  szanowany  przez  wszystkich  zwyczaj  niewtrącania  się  do  cudzych
spraw ani do cudzej przeszłości. Nie obchodziła tu przeszłość nikogo, z wyjątkiem szpiclów,
konfidentów lub wręcz samych tajniakow, którzy udając  włóczęgów,  nocowali  w  Cyrku,  w
Berlinie czy w Kamczatce by wywąchać ukrywających się przestępców. Zwłaszcza po jakiejś
większej robocie, po śmielszym włamaniu, po grubszej kradzieży czy oszustwie gdy policaje
mieli nakaz spod ziemi wydobyć winnych, w domach noclegowych zjawiał się jeden z dru-
gim szpicel, udawał swojego, brata łatę, zwierzał się ze zmyślonych zbrodni i starał się wy-
pytać innych. Dlatego zarówno wylewność jak i ciekawość była wysoce podejrzana i często
gęsto  kończyła  się  „kocem”  czyli  okręceniem  delikwentowi  głowy  pierwszym  lepszym  ła-
chem i stłuczeniem go „na miętko”.

Jednak instynkt tych ludzi, instynkt wyrobiony latami włóczęgi, zmysł szybkiej orientacji,

niezbędny  w  życiu  opartym  na  znajomości  człowieka,  samorodna  empiryczna  wiedza  psy-
chologiczna stanowiąca warunek niezbędny we wszelkich kantach, z łatwością klasyfikowały
każdego  nowego  przybysza.  I  o  Murku  współtowarzysze  wiedzieli  więcej  niż  sam  sądził,

background image

93

chociaż nikomu się nie zwierzał ani opowiadał o sobie. Chciał dostosować się do otoczenia i
nie drażnić ich swoim wysławianiem się, usiłował używać ich gwary, co nie szło mu łatwo,
zważywszy,  że  i  tu  była  istna  wieża  Babel  różnych  żargonów  i  dialektów,  poczynając  od
chłopskiego  mazurzenia  i  andziorskiego  operowania  niemal  wyłącznie  najordynarniejszymi
słowami, aż do wytwornego sposobu wyrażania się takiego na przykład Cipaka, który tylko w
chwilach gniewu zionął wielopiętrowymi przekleństwami i wówczas jednak nie zapominając
o misternej, długookresowej i wyszukanej formie zdań.

Tak  przemawiał  do  szerszego  audytorium.  Natomiast  w  rozmowie  z  poszczególnymi  in-

terlokutorami wyrażał się mniej kwieciście.

I teraz, skończywszy toaletę i otrzymawszy z rąk Rasputina kubek z kawą, a z rąk Hrabiny

pajdę razowca, przysiadł obok Murka na wilgotnej jeszcze pryczy i wydobył z kieszeni ka-
wałek kiełbasy. Przeciął ją na pół i podsunął Murkowi.

– Masz, Mecenas. Bez kiełbasy chleb swego ślizgu nie ma.
– Dziękuję, ale cóż ja tobie będę zabierać.
– Wtranżalaj, nie pytaj – wielkodusznie machnął ręką Cipak.
Jedli  w  milczeniu,  po  czym  Cipak  wydobył  zza  pasa  wstążki  kapelusza  dwa  papierosy  i

znowu  poczęstował  Murka.  Natychmiast  otoczyło  ich  kilku  kandydatów  do  „sztachnięcia
się”.

– Mecenas, daj raz pociągnąć!...
Przezwisko Mecenasa przyczepiło się do Murka stąd, że niektórzy „berlińczycy” widywali

go dawniej przed sądem na Miodowej. Nazywano go też Trzewikiem. O prawdziwe nazwisko
nikt tu nie pytał i nikt nie dbał. Byli i tacy jak Pop na przykład, którzy w ogóle swego własne-
go nazwiska zapomnieli. I nie było to dziwne, gdyż przez kilkadziesiąt lat go nie używał. Do
każdego za to nie wiadomo jak i kiedy przylepiały się jakieś przezwiska. Sztabskapitan zyskał
swoje  z  przymówki,  którą  posługiwał  się  stale:  –  Ja  ciebie  w  pieczonkę  sielezionkę!...  Pop
dostał  swoje  za  brodę  i  długie  włosy,  spadające  siwymi  kosmykami  aż  na  plecy.  Tacok  od
galicyjskiego „ta co?”, a Cipak stąd, że mówił często:

– Na kogo się cipasz, lebiego?
Była co do jego przezwiska i inna wersja, wywodząca ten pseudonim od wprawy Cipaka w

łapaniu kur po przedmieściach lub też odwrotnie, od jego zamiłowania do płci pięknej, co w
ulicznej gwarze miało swoje dobitne uzasadnienie. Zresztą poza  Murkiem i pewnym byłym
nauczycielem  szkoły  powszechnej  nikt  się  tą  genealogią  nie  zajmował.  Ów  nauczyciel,  po
odbyciu wyroku za uświadamianie swoich uczennic, od dawna był lokatorem schronisk i za-
pewniał  Murka,  że  opracowuje  słownik  warszawskiej  gwary  brukowej,  którym  zadziwi  na-
ukę, w istocie trudnił się grą w trzy karty na placu Żelaznej Bramy lub chodził po domach
udając uciekiniera, który zwiał z wysp Sołowieckich.

O nim właśnie poinformował kolegów Cipak:
– Wczoraj w Saskim Ogrodzie przyskrzynili Majeranka.
Warszawa jest wielkim miastem. Mieszkańcy śródmieścia nigdy nie bywają w odległych

dzielnicach peryferii, tamci z przedmieść rzadko zapuszczają się w okolice centrum. Jedni nie
znają i nie widują drugich, a już żadnego kontaktu nie ma między tymi, co żyją na Powąz-
kach,  na  Woli,  w  Targówku,  w  Sielcach  czy  Czerniakowie,  na  Wierzbnie  czy  Pelcowiźnie.
Ich życie, praca, zakupy, znajomi i krewni – wszystko koncentruje się we własnej dzielnicy a
mieszkaniec z Żoliborza tylko z gazet dowiaduje się o tym, co stało się na Okęciu, jednocze-
śnie z wieściami o zdarzeniach we Francji czy Anglii. Natomiast niezadomowione, koczujące
plemię ..cyrkowców”, „berlińczyków” czy „kamczatków” jest zawsze i to natychmiast poin-
formowane o wszystkim przez niewidzialną samoczynną pocztę, która w przeciągu  godziny
przebywa  Wielką  Warszawę  z  krańca  po  kraniec,  alarmując  domy  noclegowe,  targowiska,
szynki,  spelunki  i  meliny.  Od  razu  wiadomo,  kogo  aresztowali,  kto  zwiał,  kogo  poszukują.
Niewidzialna poczta idzie ulicami od rogu do rogu, od jednej dzielnicy do drugiej, rozwidla

background image

94

się, rozgałęzia i zawsze dotrze do zainteresowanych wiadomością, wskazówką, ostrzeżeniem.
Wszystko jest ważne. Na Siekierkach powódź i ludzie, ratując w pośpiechu dobytek, potracili
głowy,  na  Franciszkańskiej  pożar  w  fabryce  trykotaży,  na  szóstym  posterunku  wykoleił  się
pociąg towarowy. Człowiek nie w ciemię bity przy każdej okazji może się obłowić. Pożywi
się także, gdy wie, w której knajpie odchodzi okolicznościowa zabawa „na cały regulator” z
racji wesela, chrzcin czy wyjścia z więzienia. To znowuż baczne  oko  dostrzeże  charaktery-
styczny ruch przed rezerwą policyjną albo odsłonięte ciężarówki przed komisariatem – nie-
omylną zapowiedź obławy. Albo rozchodzi się wiadomość o wsadzeniu do paki tego czy in-
nego kamrata.

Informacje,  podawane  z  ust  do  ust,  nie  tylko  przechodzą  przez  środowiska  włóczęgów  i

zawodowych przestępców. Na pomoc im, zepchniętym pod powierzchnię życia, przychodzą
wszyscy  ci,  którzy  z  trudem  utrzymując  się  na  powierzchni,  pochodzeniem,  sercem  i  biedą
solidaryzują się z tamtymi. Tragarze, drobni rzemieślnicy, półbezrobotni robociarze, szoferzy
taksówek, dorożkarze, przekupnie, kelnerzy w podejrzanych knajpach. A oprócz nich wielka
armia dziewcząt ulicznych, słowem wszystko to, co ustrój ekonomiczny i społeczny wgniótł
w suteryny i baraki, w ciemne zaułki i nory, to, co skazał na piwniczną, zatęchłą egzystencję,
od czego się odgrodził zasiekami z paragrafów kodeksu karnego, z przepisów policyjnych, z
kanonów prawa własności, by nie wdzierało się do schludnego życia warstw dostatnich, nie
zakażało swymi wyziewami powietrza ludzi zadowolonych ze swej duchowej i fizycznej hi-
gieny, posłusznych prawu, moralności i obyczajowi, zrodzonym z religii, ustaw i tradycji.

Sam doktor praw, Franciszek Murek, niegdyś innymi oczyma patrzał na ten podział, który

wydawał  mu  się  równie  koniecznym  jak  podział  biologiczny  na  ludzi,  zwierzęta  i  rośliny.
Spoglądając  w  dół,  oczywiście,  odczuwał  potrzebę  humanitarnego,  w  granicach  obywatel-
skiego rozsądku, leczenia tych ran społecznych, ale czasami poza świadomością rodziło się w
nim  przeświadczenie,  że  źródłem  najodpowiedniejszym  byłoby  rozpalone  żelazo:  sprawnie
działająca szubienica, pilnie strzeżone więzienia, domy poprawcze i przymusowe roboty.

Niewiele pozostało mu wspomnień z wczesnego dzieciństwa, z owej wprawdzie gospodar-

skiej,  lecz  nędznej  i  głodem  wymiecionej  chałupy,  którą  raczej  wolał  zapomnieć,  by  swym
bądź co bądź ciepłym refleksem nie psuła racjonalnej symetrii w rozkładzie świateł i cieni w
obrazie socjalnej rzeczywistości, której on sam, dr Murek, był może niezbyt ważną, lecz po-
trzebną i świadomą podporą.

I teraz, chociaż zepchnięty pod nurt, chociaż wyrzucony poza zasieki, nie zrezygnował by-

najmniej  z  dawnych  poglądów  na  rację  norm  struktury  społecznej.  Przekonał  się  tylko,  że
poniżej granicy są ludzie, różni od tamtych nie tyle treścią, ile formą życia, nie tyle wyzuci z
moralności i pozbawieni ideałów, ile stosujący inną miarę, równie stałą i niewzruszoną, lecz
inną  –  do  wszelkich  imponderabiliów  jak  uczciwość,  honor,  sumienie,  przyjaźń,  lojalność,
poczucie obowiązku i sprawiedliwości.

Świat pojęć tych ludzi z dołu nie mniej konsekwentny i całkowity od tamtego, w jednym

był do niego podobny: groził sankcjami i karami każdemu, kto spod panujących tu praw się
wyłamał.  Społeczeństwo  to  stworzyło  własne  instytucje  sądowe,  rozporządzało  siłą  wyko-
nawczą  do  realizacji  wyroków,  stosowało  różne  kary,  poczynając  od  grzywny  i  konfiskaty
czy zakazu zarobkowania a do kary śmierci włącznie. W niektórych zawodach praktykowano
areszt domowy lub zesłanie, przy czym naruszenie wyroku dintojry groziło śmiałkowi kulą w
tył czaszki lub nożem w serce.

Murek bynajmniej nie pogodził się z panującymi zasadami bytowania. Nie czuł się człon-

kiem  tego  społeczeństwa,  lecz  przypadkowym  rozbitkiem,  wyrzuconym  przez  fale  na  obcy
brzeg.  Dość  jednak  miał  zmysłu  rzeczywistości  i  poczucia  własnej  słabości,  by  próbować
apostolstwa.  Starał  się  raczej  upodobnić  do  otoczenia,  na  które  los  go  skazał,  chciał  prze-
trwać.  Nie  rezygnując  z  własnego  światopoglądu,  skorygował  jedynie  niektóre  dawne  swe,
zbyt powierzchowne, sądy o tych ludziach. Nie mógł ich usprawiedliwić. Nawet wtedy, gdy

background image

95

brał pod uwagę tysiące fatalnych okoliczności, które ich zmarnowały. Głód,  nędza,  alkoho-
lizm rodziców, bagno wychowania, atmosfera rynsztoków, ekskluzywizm warstw wyższych i
często tępy rygoryzm władz publicznych.

Nie  mógł  im  przebaczyć  braku  aspiracji,  braku  woli  i  pragnienia  przejścia  do  wyższego

poziomu. To była cała ich wina.

I właśnie może dlatego dla takiego oczajduszy, dla takiego draba spod ciemnej gwiazdy,

dla takiego cwaniaka, jak Cipak, żywił rodzaj prawdziwej sympatii. Cipak lubił marzyć a jego
marzenia zawsze sięgały poza sprawy powszednie życia bieżącego. Czasem, po paru kielisz-
kach, zaczynał opowiadać, jakim by to był innym człowiekiem, gdyby się ożenił, miał dzieci,
posyłał  je  do  szkół  a  sam  „fachem  przyzwoitem”  się  zajmował.  Na  przykład,  być  motorni-
czym  w  tramwajach  albo  inkasentem  w  elektrowni.  Byt  spokojny,  ludzie  z  szacunkiem.
Przyjdzie  święto,  w  mieszkaniu  czyściutko,  gramofon,  albo  i  radio  gra,  goście  przychodzą,
koledzy z pracy.

A już coś innego, gdyby został sędzią. O, wtedy wiedziałby, co w kim siedzi. I nikogo na

uwięzienie nie skazałby. Bo i co więzienie? Tam nikt się jeszcze nie poprawił, a każdy złego
się nauczył. Dlatego za pierwszą winę nie byłoby żadnej kary. Ot, pogadać z facetem, wytłu-
maczyć, dla przykładu, dać dwa, trzy razy w mordę i do zajęcia, do zarobku skierować. Żeby
głód na pokusy go nie zmiękczył.

– A to co pomoże taka rzecz, jak to w sądach idzie. Złapią takiego szczeniaka na dolinie,

coś tam sędzia pomruczy i do mamra frajera, któren jest alfabeta i tu tudy, ni siudy nie kapi-
ruje. A z tego samego więźnia wyjdzie obkuty na wszystkie kanty, niczym jakby uniwersytet
zakończył. I co za pożytek?... A skądże, zapytuję się, ów dany młodziak swoje pojęcie mógł
posiadać, skoro jeżeli nikt go względem karalnego kodeksu nie obświadomił?... Od maleńko-
ści po tretuarach szlaje się, nijakiego powszechnego nauczania domowego nie otrzymawszy, i
takim prawem niewinowaty. Dzieci trzeba w narodzie kształtować, przy niedzieli jem wytło-
maczenie dać, o wiele chcesz, żeby twój syn kreminalisto nie został, a córka, czyli insza na
ten przykład siostrzenica, do świętego Łazarza na emeryturę nie poszła.

Wprawdzie były to tylko marzenia i Cipak nigdy konkretnych projektów zmiany trybu ży-

cia nie robił. Ale i to było rzadkością w tym środowisku, gdzie troska o najbliższą noc, o naj-
bliższy posiłek doszczętnie absorbowała wszystkie myśli i pragnienia. Murek też był głęboko
przekonany, że kiedyś, wróciwszy do normalnego życia, znajdzie  możność wydobycia i Ci-
paka na powierzchnię. To ułatwiło mu przyjmowanie odeń czy to poczęstunku, czy pomocy,
chociaż o swoich projektach Cipakowi oczywiście nie wspominał ani słowem.

Po śniadaniu wyszli razem i Cipak powiedział:
– O wiele się nie mylę, masz chęć, żeby ci jakie zajęcie nadać?
– Właśnie – potwierdził Murek – przydałoby się. A możesz?
Cipak niedbale wpakował ręce w kieszenie:
– Ja tylko „zerem” dookoła Warszawy jeździć nie mogie, bo mi się we łbie kręci i całe po-

żywienie z mgłości zrucam, a resztę to wszystko mogie.

Murek zaśmiał się z dowcipu przymilnie.
– Uważaj, Trzewik (Murka przezywano Trzewikiem od czasu, gdy mu buty w nocy skra-

dziono, a on skarżył się, że zginęły mu trzewiki). Uważaj, Trzewik. Dla ciebie ja mam fajną
robotę, bo ty, jako jenteligent, z babami sobie poradzisz. Sam  takie ecie-pecie wykombino-
wałem i swojem fachem z tobą się podzielę.

– Porządny z ciebie chłop – ucieszył się Murek.
– Ty mnie nie masz co bajerować – splunął Cipak. – Przez miętkie serce to robię. Tylko

pod  jednym  warunkiem:  gębę  masz  na  cuhaltowy  kluczyk  przymknąć,  bo  jakby  się  każdy
łachudra dowiedział, nie strzymalibyśmy konkurencji. Zapyta cię który, co niesiesz?... To ty
mu cyk!... Że niby z wizyty. Panimajesz?... A nie to: Wont, lebiego, na zatraconą twoją me-

background image

96

trykę!...  I  ju...  A  jeżeli  glina  się  przylepi,  swoje  tłomaczenie  masz,  i  nijakiem  sposobem
zmartwienia nie zaznasz.

– Cóż to za robota?
Cipak uśmiechnął się:
–  Faktycznie  uczony  ty  jesteś,  Trzewik,  i  swoje  zrozumienie  posiadasz,  ale  do  jenteresu

musowo smykałkę trza mieć. Choćbym cię samem słupem telegraficznem pięć dni tam i na-
zad przezmost Kierbedzia pędzał, to i tak nie odgadniesz.

– Nie odgadnę – przyznał Murek.
– Domowem doradcem trzeba się zahipotekować.
– Jak to domowym doradcą?
– W znaczeniu przyjaciela domu, czyli mieszkania. Panimajesz?
Murek jeszcze nie mógł się zorientować i opak musiał rzecz wyłuszczyć dokładnie:
– Kuchty u bogatszych państw, one rozparzone są i tylko by do kina chodzili albo z fraje-

rami na ksiuty. Robota jeim nie w głowie. Szczególniej zwłaszcza tym, co to na powyższych
piątrach mieszkają. Dla takiego tłomoka wielkie nieszczęście jest z kubłem ze śmieciamy na
podwyrko pyrgać i bez fasonu zapaćkaną kiecką przed inszemy koleżankami pokazywać się.
To taka cholera śmiecie albo w nocy wynosi, albo w kubełku ubija na cement przez trzy dni,
że śmierdzi w całkiej kuchni, jak zaraza. Przez co i od państwa wygawory dostaje i w razie
kawaler przyjdzie, nosem kręci i gotów wyobrażenie mieć, że owa dana panienka osobiście
śmierdzi, i to ci powiem. Trzewik, że właśnie z takiego śmierdzenia moja kombinacja wyszła.
Tylko  trzeba  takie  mieszkania  wybierać,  gdzie  państwa  jest  kupa,  które  wypić  lubieją.  Bo
spryt jest w butelkach. Im więcej chlają ciściochy, czyli też wina, albo piwa, tym więcej bu-
telek próżnych zostaje.

– Aha! – domyślił się Murek.
– Tak owe butelki kuchta Żydom za mizerne parę groszy opyla. Ale Żyd z kubełkiem na

podwyrko latać nie będzie, bo jego fach więcej handlowy. Dla parzygnata zaś te groszaki byli
nie byli. Ona woli jeich nie widzieć, byle swój honor przed innemy kuchtamy trzymać. Sama
forsy nie dałaby, ale głupiom z natury czyli z przyrodzenia będąc, póki tej to forsy namacalnie
się nie dotknie. w towarze, znaczy się, we tych to butelkach, jej nie widzi. Dlatego jej karku-
lacja żeby kto śmieci wydygował, a za to jemu butelki odda i jeszcze na opchnięcie czego nie
pożałuje. Bywają dni, że głównie przed świętami  człowiek  i  miejsca  we  wnętrznościach  na
tyle żarcia nie ma. A co się tyczy butelek, to na Smoczej ulicy pod numerem siedemnastym
jest jeden pudel, do którego cię zaprowadzę, co cały towar bierze, byle nadtłuków nie było, bo
wtedy szmelc.

– A ile można zarobić? – zaciekawił się Murek.
– Przy większej harówce, na wypadek potrzeby, dociągnie i do piątaka w jednem dniu. Ten

pudel, jak go za mordę trzymać, to gotówkę regularnie płaci: za monopolowe szkło od litrów-
ki siedem groszy, za połówki cztery, od wina sześć, a od piwa,  co rzadziej się przytrafi, bo
pod zastaw buteleczkie wydają dwadzieścia. We dwa, trzy obroty jak nic trzy złotówki opę-
dzisz. Tylko u kuchty trzeba zadufanie mieć, że kubełka nie odfasujesz i takiem prawem bez
mojej rekomendacji do żadnej się nie wtranżolisz. Jednakowoż o  wiele już w tej kamienicy
przy jednym tłomoku się zaczepisz, to takie rozliczenie masz, że inne przez zazdrość same cię
zawołają, że to żadna z owem kubełkiem demonstrować siebie niechętna.

Murek wprawdzie trochę rozczarował się tą propozycją, gdyż wolałby znaleźć coś dające-

go perspektywy otrzymania posady, lecz i za to musiał być wdzięczny, gdyż zarobek był tu
spokojnieszy, niż gdzie indziej, a trzeba było w ciągu kilku dni zebrać przynajmniej dziesięć
złotych, by posłać panu Żurko na utrzymanie Karolki i dziecka.

Z  wrodzonym  sobie  zamiłowaniem  do  ścisłości  wypytywał  Cipaka  o  szczegóły  nowego

zajęcia,  o  najlepsze  metody  załatwiania  butelkowych  transakcji  o  sposoby  zjednywania  no-
wych klientek. Przeszli Grójecką i przy starej rogatce skręcili przez wiadukt nad torami kole-

background image

97

jowym w stronę placu Kercelego, gdzie przede wszystkim należało kupić worek do butelek.
Po drodze dowiedział się wielu rzeczy. Jak wywiadywać się. w którym mieszkaniu używa się
większych ilości napojów, w jakich dzielnicach szukać klientek, od czego zaczynać rozmowę,
jak pozyskiwać względy służących i wkradać się w dalsze ich łaski. Cipak bowiem wyraźnie
zaznaczył,  że  proceder  butelkowy,  jakkolwiek  dostatecznie  rentowny,  wymaga  dużo  pracy,
latania po schodach, dźwigania cuchnących odpadków i latania z  ciężkim workiem szkła na
Smoczą. Dlatego należy zajęcie to uprawiać jako rzecz wstępną do czasu, póki nie wejdziesz
z trzema czy czterema kucharkami w bliższe stosunki.

Bliskość ich nie miała koniecznie polegać na romansie. Tego raczej należało unikać. Wy-

godniejsza jest przyjaźń. Każda z tych dziewczyn czy kobiet ma jakąś mniej lub bardziej nie-
szczęśliwą miłość. I tu dla człowieka rozsądnego i znającego życie otwiera się szerokie pole
działania  w  roli  przyjacielskiego  doradcy.  Ocena  postępków  niemoralnego  amanta,  kwalifi-
kowanie  powiedzeń  i  zachowania  się  starającego  się  kawalera,  wywiedzenie  się,  kto  to  na-
prawdę jest, gdzie mieszka i czy, Boże broń, nie jest już żonaty, pisanie listów do ukochanego
albo do rywalki – oto w głównych zarysach repertuar  obowiązków  doradcy.  Taki  facet  jest
przez służące ceniony i poważany a przez wdzięczność niejedna z nich może i swoim pań-
stwu  polecić  przyjaciela,  „któren  jest  człowiekiem  solidnym”.  A  w  mieszkaniu,  jak  to  w
mieszkaniu – zawsze jest coś do zrobienia: kran cieknie czy dzwonek nie działa; trzeba coś
zapakować czy odnieść, czy podłogę wyfroterować albo okna na zimę opatrzeć. A u państwa,
jak to u państwa – zawsze znajdzie się jakieś przenoszone ubranie, bielizna czy buty, a cza-
sem nawet zimowe palto, za jakie na Kercelaku trzeba dać najmniej dwie dychy, a wziąwszy
skąd samemu dostać najmniej dwa miesiące.

Pierwszym domem, do którego Cipak Murka wprowadził, była wielka czerwona kamienica

na Bielańskiej. Pierwszą klientką, którą z Murkiem zapoznał, kucharka u adwokata Goldma-
na,  panna  Wikcia,  niewiasta  otyła,  „sercowa”  i  cierpiąca  na  lekką  zadyszkę.  Kuchnia  była
obszerna  i  dość  zapuszczona.  Spod  zlewu  sterczał  czubaty  kubeł  śmieci,  na  którego  wierz-
chołku z trudem się trzymały liczne łupiny od jajek.

Panna  Wikcia,  licząca  sobie  pod  pięćdziesiątkę  i  widocznie  z  usposobienia  popędliwa,

przyjęła Cipaka dość ostro:

– Cóż to pan Feliks sobie myślisz! Cztery dni czekam od obiecanego piątku!
Wystarczyło jednak pięć minut zręcznie przeprowadzonej konwersacji a kucharka zmiękła

i nawet rozczuliła się losem przygodnie przez Cipaka stworzonej siostry, którą porzucił wia-
rołomny sierżant wojsk łączności. Panna Wikcia, którą podobny los spotkał ze strony pewne-
go listonosza, zajęła się rozważaniem ułomności natury męskiej, w trakcie czego Murek zdą-
żył odtransportować śmieci do podwórzowego zsypiska i wrócił z wypłukanym kubłem. Tym
właśnie wypłukaniem zwrócił na siebie szczególnie życzliwą uwagę panny Wikci, jako „oso-
ba porządek czująca”, w następstwie czego do worka powędrowało za jednym zamachem aż
osiem butelek.

Zanim worek zapewnił się do wierzchu i nabrał takiej wagi, że plecy Murka wyginały się

pod nim, odwiedzili coś z piętnaście kuchni. Cipak, oczywiście, sam palcem nie ruszył, ogra-
niczając się do roli protektora i mistrza ceremonii. Najgorsze, według Murka, było to, że bu-
telki dostawało się nie zawsze, natomiast kubeł albo i dwa trzeba było wydygować i tak. Poza
tym niecierpliwiło go mitrężenie czasu na rozmowy z kucharkami. Każda z nich, o ile tylko
jej pani nie zajrzała do kuchni, była gotowa godzinami gadać. Niestety, na to nie było sposo-
bu. Doświadczony specjalista, Cipak, zapewniał, że niczym tak łatwo nie zraża się klientek
jak niechęcią do trajlowania. Musiał i Murek w to się wprawić. Przysłuchiwał się i uczył.

Skrupulatnie zapisawszy sobie kilkadziesiąt adresów, pożegnał się przed wieczorem z Ci-

pakiem. Pierwszy dzień ma się rozumieć nie dał żadnego zysku. Wypłacone przez  Żyda na
Smoczej pieniądze poszły w lwiej części do kieszeni mentora, za swoją cząstkę Murek musiał
kupić  butelkę  czystej  i  chleba,  co  wraz  z  otrzymanymi  od  klientek  dwoma  kotletami  wie-

background image

98

przowymi i kawałkiem podeschłego sera złożyło się na ucztę, czyli na oblanie interesu. Przy-
pominało to nawet poniekąd majówkę, gdy usadowili się na trawie na obszernych niezabudo-
wanych  i  nieoparkowanych  placach  przy  zbiegu  ulicy  Karolkowej  z  Dworską,  w  pobliżu
szpitala  żydowskiego.  Pod  koniec  uczty,  gdy  już  po  wódce  śladu  nie  zostało,  Cipak  na
uprzejme  zaproszenie  jednej  z  licznych  biwakujących  grupek,  przesiadł  się  do  znajomych,
Murek zaś, podłożywszy pusty worek pod głowę, przespał się do zmroku.

Od  tego  dnia  Cipaka  nie  widział  prawie  przez  tydzień.  Opowiadano,  że  nocuje  w  Kam-

czatce, to znów w Cyrku.

Tymczasem interesy Murka szły nie najgorzej. Wprawdzie o wyrobienie piątaka dziennie

było trudno, do tego trzeba było mieć zdolności Cipaka, ale i na to, co zarabiał, nie narzekał.
Pomny instrukcji nauczyciela, zmyślonymi historyjkami o własnych przeżyciach sercowych,
wzruszał serca kucharek, które to wzruszenie często znajdowało smakowity wyraz w obfitym
talerzu zupy czy kawałku mięsa. W ten sposób na utrzymanie nic lub prawie nic się nie wy-
dawało,  ale  samo  zmyślanie  romantycznych  bajek  o  sobie  kosztowało  Murka  sporo  trudu.
Tym bardziej, że dla każdej kategorii słuchaczek należało inną bujdę wykombinować. Czego
też im nie naopowiadał! Starsze, siwiejące kuchty rozczulał zwierzeniami o matce, którą bol-
szewicy „żywcem palili” albo o siostrze, którą jeden stary hrabia porwał i w swoim zamku
więzi  a  przekupiona  przezeń  policja  żadnej  wiary  dać  nie  chce.  Młodszym  mówił  o  żonie,
która go zdradziła, z oficerem nad morze uciekła, o kochanej  dziewczynie,  przemocą  przez
bogatych rodziców wydanej za znienawidzonego, ale zamożnego naczelnika stacji, o tym, że
jest wdowcem i ma we Lwowie troje drobnych dziatek, nad którymi znęca się zła rodzina. Dla
tercjarek,  członkiń  bractw  różańcowych,  słowem  dla  wszystkich  dewotek,  których  pośród
kucht nie brakowało, zachowywał historię najefektowniejszą: dzieje grzesznika, pijaka i roz-
pustnika, który nawet krew ludzką miał na sumieniu, lecz na łożu śmierci ślub uczyniwszy,
nie tylko zdrowie odzyskał, lecz z drogi występku zawrócił i teraz pokutę czyni. Opowiadanie
takie  było  nader  intratne,  w  skutkach  dalszych  jednak  mogło  się  okazać  zbyt  ryzykowne  z
dwóch przyczyn. Po pierwsze, zainteresował się Murkiem jakiś ksiądz misjonarz, który szer-
szemu gronu wyznawczyń chciał przedstawić żywy przykład cudownego nawrócenia: po dru-
gie, nie mniej zaciekawił się pokutnikiem dzielnicowy przodownik policji, mniej może dbają-
cy o dobrowolną pokutę gresznika, a uważający za swój obowiązek sprawdzenie, czy strasz-
liwe  grzechy  Murka  figurują  w  odpowiednich  rejestrach  ludzkich  naszego  padołu,  czyli  w
kartotece policyjnej.

Wiele kłopotu kosztowało Murka uwolnienie się od zainteresowań wykazanych przez wła-

dze duchowne i świeckie. Na szczęście skończyło się tylko rezygnacją z wygodnego rewiru
czterech kamienic przy ul. Zielnej.

Mijały  tygodnie.  Dni  spędzał  na  wynoszeniu  odpadków  kuchennych  i  zbieraniu  butelek,

noce w Berlinie, w Cyrku lub w Kamczatce. Mozolnie uciułane pieniądze dzielił zawsze na
dwie połowy: jedną opędzał własne potrzeby, starając się odłożyć bodaj cokolwiek u Hrabiny,
drugą sumiennie wysyłał państwu Żurkom dla Karolki i dziecka. Listy, nadchodzące od nich
na adres Niecki, wciąż jednak pełne były nowych żądań. A to Karolka zaniemogła, to trzeba
na tran dla małego Stefanka,  a  to  chrzciny  kosztowały  czternaście  złotych,  a  to  Stefankowi
stolarz zrobił kołyskę. Czasami pisała swymi koszlonami Karolka, częściej jednak pani Zur-
kowa, wprawniej władająca piórem.

Murek nie buntował się przeciw temu haraczowi, który sam sobie  nałożył. Była to praw-

dziwa i zasłużona pokuta, a Bóg wiedział, jak ciężko było mu ją wypełniać. Ręce popuchły od
dźwigania kubłów, nogi obolały w zdartych butach, na grzbiecie od ucisku worka z butelkami
porobiły się sińce.

Najgorsze wszakże było samo wyrzucanie odpadków do ziejących cuchnącym oparem śmietni-

ków. Nie pomagało wstrzymywanie oddechu czy nawet żucie czosnku. Ohydna słodkawa woń śmiet-

background image

99

niska, woń rozkładających się brudów zapełniała płuca wstrętnym rozparzonym wyziewem, aż żołą-
dek kurczył się w spazmie obrzydzenia, krew uciekała z twarzy i w głowie zaczynało kołować.

Z początku sądził, że z czasem przyzwyczai się do tego. Było jednak odwrotnie. Już samo

zbliżenie  się  do  śmietnika  wywoływało  mdłości,  a  gdy  kubeł  trzeba  było  dłużej  wytrząsać,
dochodziło  do  torsji.  Cipak,  któremu  o  tym  kiedyś  mimochodem  wspomniał  w  nadziei,  że
usłyszy jakąś radę, uśmiał się tylko z Murka:

– Coś taki delikatny, jak dziewica po trzecim bachorze!...
A Murek nie był wcale wydelikacony. Przeciwnie. Coraz łatwiej znosił to życie nędzarza,

tylko tego jednego nie umiał w sobie zwalczyć. W każdym razie to zajęcie dawało mu więcej
niż inne, a poza tym było jednostajne, systematyczne, prawie stałe, niczym posada. Nie był
tak  lekkomyślny,  by  zaryzykować  powrót  do  tragarstwa  czy  do  obnoszenia  plakatów.  Tym
bardziej,  że  ani  na  jeden  dzień  nie  zaprzestał  starań  o  posadę.  Po  dawnemu  pisał  oferty  na
wszystkie ogłoszenia, upominał się w biurach pośrednictwa pracy,  wysyłał listy  do  uniwer-
syteckich przyjaciół i kolegów.

Żaden z nich z reguły nie odpisywał. Jeden tylko, obecnie adwokat i radca prawny jakieś

firmy w Katowicach, nadesłał odpowiedź: posady żadnej nie ma, niestety, ale bądź tak dobry
(skoro już siedzisz w stolicy), wyszukać w archiwach hipoteki akta dotyczące itd. Murek akta
wyszukał, tracąc na to pół dnia, ponieważ jednak uwierzytelnienie odpisów kosztowało kilka-
naście złotych, odpisał adwokatowi, że czeka na pieniądze. Zamiast pieniędzy adwokat przy-
słał cierpki list zaznaczając, że nie spodziewał się takiego braku zaufania, w dodatku na tak
drobną kwotę, i to od człowieka, który, powołując się na koleżeństwo, prosi o protekcję. „Dla
takich ludzi nic się nie robi”.

Drugi wypadek, kiedy zaświtała Murkowi nadzieja, zdarzył się przy konkursie na posadę

w  Biurze  Kodyfikacji  Ustaw  Samorządowych.  Niespodziewanie  wezwano  go  w  miesiąc  po
złożeniu podania. Przebrał się w swoje galowe ubranie i poszedł półprzytomny z radości.

– Panie doktorze – przyjął go szpakowaty dygnitarz – pańskie kwalifikacje na stanowisko

naczelnika wydziału prawnego są doskonałe. Z kilkuset kandydatów wybrałem pana.

– Niezmiernie jestem wdzięczny panu prezesowi – z trudem wydobył z siebie Murek.
– Jak pan wie, znajdujemy się w stadium organizacji. Będzie doktor miał szerokie pole do

popisu. Ale i dużo pracy.

– Niczego bardziej nie pragnę.
– To cudownie. Zechce pan złożyć oryginał swoich papierów... A  i jeszcze jedno: do ja-

kich związków czy stowarzyszeń pan należy?... Tylko proszę o absolutną szczerość.

Murek uśmiechnął się:
– Do żadnych, panie prezesie.
– Jak to?... Więc może do jakiegoś stronnictwa?...
– Nie.
Dygnitarz spojrzał na Murka z nie ukrywanym zdumieniem:
– Zatem w życiu publicznym, w społecznym nie bierze pan żadnego udziału?
Murek rozłożył ręce:
– Panie prezesie, od bardzo dawna jestem bez pracy. Z największym wysiłkiem zarobkuję

doraźnie, by nie umrzeć z głodu.

Prezes niecierpliwie poprawił krawat.
– No tak, rozumiem, rozumiem... Ale widzi pan, doktorze, ja nie mogę kierowniczego bądź

co bądź stanowiska powierzyć komuś, kogo nie poleca żadna organizacja czy instytucja. Hm.

Murek obu rękoma kurczowo uczepił się brzegu biurka:
– Jeżeli pan prezes życzy zaczął – będę się starał wstąpić do jakiejś organizacji...
– Nie o jakąś chodzi! – przerwał prezes. – Pan przecie orientuje się, że nie chodzi tu o byle ja-

ką organizację, tylko o taką, której polecenie... No i teraz wstąpić... Nie, to niemożliwe. A może
pan może powołać się na jakieś wybitne osobistości?... Kto mógłby udzielić panu referencji?

background image

100

Murek spuścił głowę. Kogóż mógł wymienić?!... Z dawniejszychh lat znał kilku dygnita-

rzy, lecz wiedział, że żaden z nich nie może go pamiętać. A z ostatnich czasów – prezydent
Niewiarowicz, wojewoda Łęk-Dornicki, dyrektor departamentu Gąsowski?... Ci nie wydaliby
o Murku przychylnych opinii.

– Przecież musi pan kogoś znać! – powiedział z naciskiem prezes.
– Niestety... Urodziłem się i kształciłem w Małopolsce – bąknął Murek.
– Dziwne. No, szkoda. Szkoda, powtarzam, bo chciałbym doktora mieć u siebie. A każdy z

kandydatów powołuje się na rekomendacje wpływowych osobistości. Angażując pana, nara-
ziłbym się na liczne ataki. Pan rozumie?...  I nie mógłbym żadnemu z tych protektorów po-
wiedzieć, że taka to i taka figura żądała przyjęcia doktora Murka. Stanowisko jest zbyt po-
ważne, by dało się obsadzić je po cichu. Szkoda.

– Panie prezesie, czy naprawdę...
– Doktorze. Prima charitas ab ego. Ja i tak mam dość wrogów. Niech pan jeszcze poszuka

w pamięci...

Murkowi przyszła genialna myśl:
– Więc może, panie prezesie, przyjmie mnie pan prezes na jaką bądź posadę. Jaką bądź.

Niech pensja będzie najmniejsza, a każdą pracę wykonam sumiennie...

Dygnitarz namyślił się i kiwnął głową:
– Dobrze. To jest możliwe. Niech się pan zgłosi za tydzień.
Murek  wychodził  rozpromieniony.  Wstąpił  nawet  do  państwa  Gubińskich  na  Piwnej,  by

zapytać, czy pokoik, który kiedyś oglądał, jest nadal do wynajęcia. Pokoik był wolny i pan
Gubiński  obiecał  jeszcze  tydzień  z  nim  poczekać.  Okazało  się  jednak,  ż  Murkowi  nie  było
sądzone tam zamieszkać.

Gdy w wyznaczonym dniu zgłosił się w biurze, prezes zwrócił mu jego podanie:
–  Żałuję  bardzo  –  powiedział  –  ale  nie  mogę  pana  zaangażować  do  wydziału  prawnego

wbrew  woli  naczelnika  tego  wydziału.  Nie  prowadziłoby  to  do  niczego,  a  pan  Rządkowski
stanowczo oparł się zaangażowaniu pana. Pan rozumie, że nie mogę narzucać mu nikogo.

– Ale dlaczego ten pan?...
Prezes przerwał machnięciem ręki:
–  Uważa  za  kłopotliwe  dla  siebie  posiadanie  podwładnego  z  tytułem  doktorskim.  I  rze-

czywiście tam potrzebny jest zwykły kancelista. Żałuję bardzo i do widzenia.

Murek  tego  dnia  do  wieczora  błąkał  się  po  mieście  bezczynnie.  Nie  czuł  nawet  głodu.

Uśpiona w nim dotychczas i narkotyzowana codziennymi nadziejami rozpacz wybuchła z całą
siłą.

– To już koniec – powtarzał głośno – już koniec.
Dotychczas starał się nie myśleć o swoim „dojutrkowaniu”. Tygodnie i miesiące poniże-

nia,  brudu,  ciężkiej  fizycznej  pracy,  były,  zdawały  się  być,  czymś  chwilowym,  przemijają-
cym, nieważnym. Dopóki istniała nadzieja. Swój obecny tryb życia Murek uważał za krzyw-
dę, za niesprawiedliwość, za nonsens wreszcie. A przecież wierzył niezachwianie, że wszelka
niesprawiedliwość zdarzyć się może, lecz nie może trwać.

I teraz nie zwątpił o tym. Opanowała go tylko obawa, że w nim samym tkwi jakieś fatum,

jakieś  złe  przeznaczenie  czy  grzech,  który  mści  się  na  nim  i  najcięższą  pokutą  nie  daje  się
przekreślić.

Bo jakże mogło być inaczej? Przecież życiem rządzą niewzruszalne prawa, przecież świat

jest  uporządkowany,  zbudowany  według  zasad  mądrych  i  słusznych,  oparty  na  wielu  tysią-
cach lat doświadczenia, na konstrukcji wypracowanej przez setki pokoleń. Kieruje nim nie-
znużona  myśl  uczonych,  reformatorów,  kierowników  życia  zbiorowego.  Nad  usuwaniem
usterek tego życia pracują rządy i parlamenty. Byt społeczeństwa, ludzkości i każdej jednostki
jest  mądrze  unormowany,  obliczony  sprawiedliwie  równowagą  uprawnień  i  obowiązków,

background image

101

zorganizowany  do  najdrobniejszych  szczegółów.  Mechanicznie  ustrojem  państwa,  ustrojem
społecznym i ekonomicznym, duchowo dogmatami moralności i obyczaju.

Oto przychodzi godzina i miasto rozbłyska milionami świateł. Zamykają się sklepy. Tłumy

ludzi mijają się w pośpiechu. Jedni śpieszą do zajęć, inni do odpoczynku, inni do kin, teatrów.
Środkiem ulicy, w szalonym tempie pędzą samochody, autobusy, motocykle. Na rogach czu-
wają policjanci. Wszystko jest dokładnie rozmieszczone w przestrzeni i czasie. Nad wszyst-
kim panuje duch ładu, porządku, regulaminu. Cokolwiek śmiałoby ten ład zakłócić, zepsuć –
ulegnie  natychmiastowej  likwidacji  dzięki  czujnym  organom  społecznym.  Wszystko  ma
swoją godzinę, swoje miejsce, swoje prawo i swoją rację istnienia. Zamiatacze ulic, tragarze,
robotnicy fizyczni, których umysł i wykształcenie nie sięga wyżej, spełniają swój obowiązek
pracą mięśni, na następnym szczeblu drabiny inteligencja zawodowa, lekarze, inżynierowie,
prawnicy, a obok kupcy, finansiści, przemysłowcy. Każdy zajmuje pozycję wyznaczoną mu
przez zdolności, wykształcenie, urodzenie, czy energię, wolę i charakter.

A oto on, Franciszek Murek, znajduje się poza tym wszystkim. Jest niepotrzebny.
Byłoby absurdem szukać przyczyny tego w wielkiej machinie świata. To raczej on, Franci-

szek Murek, jest niczym. W sobie należy szukać, w sobie znaleźć ten błąd czy przeznaczenie.
Olbrzymia machina świata, wielka  centryfuga życia wiruje w niezmąconym tempie.  W  niej
wszystko działa sprawnie. Wokół placu pędzą samochody prawą stroną, wsiąkają w korytarze
ulic. Chodnikami płyną tłumy, jedni znikają w bramach domów, inni wychodzą z kamienic,
świecących  prostokątami  okien.  Jak  plastry  wosku  są  domy,  jak  pszczoły  są  ludzie.  Zaraz
porywa ich życie, szybki wir godzin i minut pracy, zabawy, zajęć, terminów, rotacyjna ma-
china dnia powszedniego i powszedniego życia, o którego dobrodziejstwo trzeba się modlić
jak o chleb powszedni...

Z rozmyślań obudziły Murka pierwsze krople deszczu. Spadały grube i ciężkie, wsiąkając

w materiał ubrania. Po zmoczeniu ubranie będzie wyglądało fatalnie, ubranie, które przecież
jest  jego  jedynym  paszportem  do  dawnego  życia.  Rzeczywistość  przemówiła,  zagłuszając
wszystkie refleksje. Ukrył się w bramie, a gdy deszcz ustał, poszedł na Leszno i przebrał się
w stróżówce Niecki w swoje robocze łachmany. Rodzina Niecków siedziała przy kolacji.  Z
talerzy,  nałożonych  kopiasto  sypką  jęczmienną  kaszą,  parowało  zapachem  przeskwarczonej
słoniny.

– Smacznego apetytu – powiedział Murek.
– Dziękuję – odpowiedział chłodno dozorca a jego żona dla przyzwoitości dodała:
– A może i pan by z nami?... Prosimy.
– Niegłodnym, dziękuję – przełknął ślinę Murek.
Już się przebrał i w tym brudnym ubraniu nijako mu było siadać z nimi do stołu.
– Chorego pytają, zdrowemu dają – gościnnie przygadał zięć Niecków, podsuwając Mur-

kowi stołek.

Obie córki dozorcy też dorzuciły kilka uprzejmych słów, pomimo to jednak Murek odczuł

w powietrzu coś niechętnego i wymówił się:

– Bardzo państwu dziękuję, ale spieszę się. Dobrej nocy.
– A no, jak pan Franciszek śpieszysz, to i zatrzymywać nie możem – odezwał się stary, nie

podnosząc głowy znad talerza – to już i o tamtem pogadamy inną razą.

Murek zatrzymał się przy drzwiach:
– A o czym takim, panie Niecka?...
– Tak – machnął dozorca ręką – nic pilnego.
Jego żona jednak postanowiła sprawę od razu postawić jasno:
– A po prawdzie mówiąc – powiedziała, wstając po czajnik – to pan Franciszek sam jest

rozumiejący, że tak nie idzie. Niby z tem robactwem. My, owszem, dlaczego nie, sami wi-
dzim, położenie bezrobotne. Ale myślelim, miesiąc–dwa.

background image

102

– Wczoraj ojcu całą marynarkę obleźli – wtrąciła młodsza córka. Murek zorientował się, o

co chodzi i poczerwieniał.

– Dobrze – bąknął – i tak od państwa dosyć miałem grzeczności Tylko... tylko, że dziś nie

mam gdzie zabrać swoich rzeczy.

Dozorczyni zerknęła nań ze współczuciem:
– Nie o dziś się rozchodzi. Pożaru nie ma. A ot, siadaj pan z nami i tak kaszy zostanie.
– Nie, nie, bardzo dziękuję i przepraszam za kłopot – zwrócił się do drzwi – jak tylko będę

mógł, to zabiorę... Dobranoc.

Wyszedł czym prędzej w obawie, by mu nie kazano od razu wziąć rzeczy. Co by z nimi

począł? Zostawić w domu noclegowym na przechowanie, to by się wygniotło,  jak  z  psiego
gardła. Miałby jeszcze jeden sposób: zostawić to u którejś z kucharek, choćby u takiej Wikci
albo u panny Maryśki z Niecałej. Ale przecież już teraz wiedział, że nie wróci, że za żadne
skarby nie wróci do tego obrzydliwego zajęcia. Wczoraj wysłał Karolce dwadzieścia osiem
złotych,  na  cały  miesiąc  ma  spokój.  A  sam  jakoś  przeżyje.  Byle  nie  nosić  tych  ohydnych,
cuchnących  śmieci.  Setki  i  tysiące  ludzi  w  Warszawie  nie  umiera  z  głodu,  chociaż  nie  ma
żadnego stałego zarobku. A do takiego zarobku łatwo się przyzwyczaić. Przyzwyczajenie zaś
gorzej podcina siły człowieka, chęć ratowania się niż najgorsza bieda.

Idąc rozmyślał nad tym, dlaczego właśnie tak drży o to swoje paradne ubranie. Niech je

Nieckowie nawet wyrzucą. Co mu po tym!...

Drobny kapuśniaczek przeszedł znowu w ulewny deszcz. Ludzie chowali się do bram. Mu-

rek  stanął  pod  szklanym  daszkiem  jakichś  drzwi  i  oparł  się  o  ścianę,  dokąd  nie  dolatywały
krople deszczu. Stała tam już jakaś panienka w granatowym kostiumiku, spod którego wyglą-
dał  kołnierzyk  białej,  zapiętej  pod  szyję,  bluzki.  Mały,  szary  kapelusik  i  wyzierające  spod
niego mokrymi kosmykami jasnoblond włosy, wyglądały żałośnie. W niebieskich oczach i w
dziecinnie zadartym z lekka nosku było coś bezradnego. Z papierowej rozmokłej torebki, któ-
ra rozłaziła się na kantach, wystawał brzuszek rumianej kajzerki.

Panienka kilka razy spojrzała na Murka, jak  mu  się  wydało,  zaczepnie.  Zdziwił  się  tym.

Nie robiła wrażenia ulicznej dziewczyny, raczej przypominała hafciarkę czy ekspedientkę, a
może urzędniczkę w jakimś biurze. Obrzucił spojrzeniem jej skromny, lecz schludny wygląd,
później swoje połatane i brudne ubranie i przypuszczenie o zaczepnych zamiarach przygodnej
towarzyszki wydało mu się zupełnie niedorzeczne. Przyszło mu do głowy, że ta panieneczka
na pewno boi się stać tu obok włóczęgi, od którego musi zalatywać stęchłym i kwaśnym odo-
rem jego łachów, że w każdym razie odczuwa doń wstręt. Dlatego przemknęła mu myśl, czy
by nie poszukać schronienia w najbliższej bramie i odsunął się od panienki jak najdalej, o ile
pozwalał na to zasięg wąskiego daszka. Odwrócił głowę i patrzył w chlupiące gęsto po chod-
niku i jezdni lejki deszczu.

– Jeśli brzydzi się mnie – myślał nie bez irytacji – to niech ona idzie gdzie indziej.
Chciał jej to nawet w niegrzeczny sposób powiedzieć i zastanawiał się właśnie nad tym,

gdy panienka odezwała się:

– Panu pryska na plecy.
– Nie szkodzi, niech pryska – odmruknął obojętnie.
– Ale może się pan przysunąć, tu jest dość miejsca.
Obejrzał się: patrzyła nań jakby z litością. To go rozgniewało.
– Mnie dobrze i tu – wzruszył ramieniem.
Poryw wiatru uderzył w strugi deszczu i Murek odruchowo cofnął się pod daszek. Dziew-

czyna powiedziała:

– Niech pan tu stanie na stopniach, koło mnie.
– Co pani na tym zależy – odezwał się opryskliwie. – Chce pani, żeby ją moje wszy oblazły?
Widocznie stropiła się, lecz już po chwili uśmiechnęła się przyjaźnie:
– To nie jest najgorsze nieszczęście.

background image

103

– Co tam pani rozumie! – uciął lekceważąco.
– Pan nie jest, widzę, rozmowny – nie ustępowała.
– Za to pani jest zanadto rozmowna – powiedział strofującym tonem. – Czy pani tak z każ-

dym spotkanym obdartusem zaczyna gadanie?

– Nie z każdym.
– No, to i chwała Bogu. Bo jeszcze pani kiedy tak opadnie, że proszę siadać.
Zaśmiała się:
– Kiedy ja się wcale nie boję.
– Bo pani jest naiwna. Rodzice nie powinni wypuszczać pani na ulicę bez niańki.
– Na to trzeba być bogatą – zauważyła.
Murek nic nie odpowiedział, wobec czego ciągnęła dalej:
– Jestem już wcale nie taka młoda. I zupełnie samodzielna. Pracuję na siebie. Dlatego mam

szacunek dla ludzi pracy... I wcale mnie nie przestrasza, że ktoś ciężko pracujący ma znisz-
czone ubranie. Przeciwnie, ile razy...

– Jeżeli to ma odnosić się do mnie, panieneczko – przerwał – to bardzo się panieneczka

myli. Jestem włóczęgą, obibrukiem, elementem podejrzanym. Z tego gatunku, co to nigdzie
nie meldowani. Rozumie pani? Wyrzutek społeczeństwa, odpadek...

– Nieprawda – potrząsnęła głową.
– Co? – zdziwił się.
– To nie jest prawda. Pan nie jest człowiekiem złym. Pan jest tylko nieszczęśliwy.
Zaśmiał się krótko i niecierpliwym ruchem podniósł kołnierz marynarki.
– Czego ta dziewczyna chce ode mnie? – zaniepokoił się i postanowił urwać rozmowę.
Jednak panienka po kilku chwilach odezwała się znowu:
–  Mówi  pan,  że  potrzebna  jest  mi  niańka.  A  proszę  sobie  wyobrazić,  że  codziennie  o

zmierzchu wracam na Żoliborz zupełnie sama. Najgorszymi dzielnicami. Z początku się ba-
łam, ale cóż mam robić. Nie stać mnie na tramwaj.

Murek milczał.
– Czy pan, jak deszcz ustanie, też idzie na Żoliborz? – zapytała.
– Nie.
– Ale bywa pan tam często?
– Po co?... Wcale nie bywam.
– Myślałam... Pan tam nie ma krewnych?
Spojrzał na nią zdumiony:
– A cóż to panią, do cholery, obchodzi?... W ogóle nie  mam  żadnych  krewnych.  Jestem

sam jak palec.

– To dziwne.
– A skąd to pani przyszło do głowy?
– Tak – zawahała się. – Może mi się zdawało, że  widziałam  pana  w  tamtych  stronach...

Czy pan nie ma siostry?

Potrząsnął przecząco głową. Tak szeroko otworzyła oczy, jakby zakomunikował jej jakąś

niezwykłą, rewelacyjną wiadomość.

– Nie ma pan siostry zamężnej z majorem?
Wybuchnął śmiechem:
– Nie, panieneczko. Teraz to widzę, że mnie pani bierze za kogoś innego.
Wydawała się bardzo speszona. Milczała czas dłuższy,  wreszcie  powiedziała  tonem  sen-

tencji bez żadnego związku z tematem:

– Najohydniejszą rzeczą na świecie jest kłamstwo.
Rozśmieszyło to Murka jeszcze bardziej:
– Niby z tym majorem i z tą siostrą? Przysięgam Bogu, że nie łżę. Czy zdaje się pani, że

każdy włóczęga i oberwaniec musi być szwagrem majora?...

background image

104

– Wcale nie – odpowiedziała w zamyśleniu. – Ale pan nie jest zwykłym włóczęgą.
– Tylko czym? – zapytał ironicznie. – Na maskaradę idę?
– Niekoniecznie na maskaradę. Harun al Raszyd nie dla zabawy przebierał się za nędzarza.
– Harun al Raszyd szukał wśród nędzarzy prawdy, a nie chleba.
Panienka przymrużyła oczy i uśmiechnęła się filuternie:
– A widzi pan. Wiedziałam, że pan nie jest zwykłym włóczęgą!
– Bo co?
– Bo tylko człowiek inteligentny może wiedzieć o Harunie al Raszydzie, co wie pan.
Teraz Murek szczerze się zdziwił jej sprytowi. Od razu wydała mu się ciekawsza:
– Można też być byłym inteligentem – powiedział. – Myli się pani, sądząc, że wśród włó-

częgów i wszelkich wyrzutków społeczeństwa nie ma  takich  ex  inteligentów.  Ciekaw  tylko
jestem, z czego pani wywnioskowała, że kiedyś tam czegoś się uczyłem? Bo chyba nie z mo-
jej nieogolonej twarzy ani z tych łachów.

– Ach – odpowiedziała lekko. – Nie sądzi się ludzi z powierzchowności.
– Tylko jak?
– Trzeba patrzeć głębiej.
– Znaczy, być jasnowidzem? – zadrwił.
– A jakby jasnowidzem – przytaknęła.
– Bajeczki, droga pani! No, deszcz już prawie nie pada. Do widzenia. Na mnie czas.
– Chwilę! – zatrzymała go. – Czy pan się naprawdę śpieszy? Bo jeżeli... Jeżeli nie, to niech

mnie pan odprowadzi na Żoliborz.

– Po co?
– Będę się czuła bezpieczniej.
– Chce mnie pani na niańkę?
– Tak – potwierdziła poważnie.
Murek w zakłopotaniu przestępował z nogi na nogę:
–  Śmieszna  z  pani  dziewczyna.  I  bardzo  lekkomyślna.  Idąc  prosto,  trzeba  przechodzić

przez  plac  Nędzy  i  przez  puste  tereny  pod  Cytadelą.  Wybierać  sobie  na  niańkę  przygodnie
spotkanego oberwusa, to chyba dość naiwne.

– Dlaczego?
– Tego już pani nie będę mówić.
– A pójdzie pan?
– Mogę pójść – zgodził się obojętnie.
– To cudownie. Bardzo panu dziękuję, bardzo.
– Przecież mówiła pani, że zawsze chodzi sama i nigdy nie odczuwa obawy?
– Ale wolę iść z panem.
– Jeszcze spotka pani kogoś znajomego i trzeba będzie wstydzić się takiego towarzystwa –

dodał tonem perswazji.

– O, to mnie nie obchodzi – zapewniła prędko.
Szli w milczeniu przez kilka minut. Gdy mijali latarnie, Murek z ukosa przyglądał się pro-

filowi swej towarzyszki. Przypominała jakiś bardzo egzotyczny kwiat. Była nawet dość ładna,
chociaż  zupełnie  nie  w  typie  Murka.  A  najdziwniejsze,  że  nie  wyglądała  na  agresywną  ani
nawet odważną.

–  Jakie to dzisiaj panny – rozmyślał. Taka młodziutka i daje sobie radę. Ba, nie wieje od

pierwszego lepszego, ale jeszcze się mu nrzuca.

Minęli zabudowane dzielnice i szli tu prawie po ciemku. Pod nogami chlupotały kałuże.
– Powiedział pan, że nie ma pan krewnych – odezwała się panienka. – Więc jest pan zu-

pełnie samotny?

– Zupełnie.
– To musi być bardzo przyjemnie.

background image

105

– Jak dla kogo.
– I nie ma nikogo, o kim by pan myślał, za kim by tęsknił?
– O, to inna rzecz – powiedział po chwili wahania.
Dziewczyna westchnęła:
– Rozumiem. Pan się kocha?
– Czy to też jasnowidzenie? – zaśmiał się nieszczerze, zaskoczony.
– Tak. Kocha się pan nieszczęśliwie.
– O?
– Tak, nieszczęśliwie.
– Niby dlaczego nieszczęśliwie?...
Zatrzymała się i powiedziała z namysłem:
– Bo... nie może pan ożenić się z kobietą, którą pan kocha. To jedno...
– Jest i drugie?
– Tak. Drugie jest to, że ona nie jest pana warta.
W jej głosie zadźwięczała jakaś ostra, zła nuta. Murek wzruszył ramionami:
– Głupstwa pani plecie – odpowiedział, nie ukrywając gniewu. Panienkę to zreflektowało:
– Ja bardzo pana przepraszam. Zresztą cóż ja mogę o tym wszystkim wiedzieć?...
– To i nie trzeba pleść tego, co ślina na język przyniesie.
– Przepraszam – powiedziała bardzo ciepłym tonem. – Moje „jasnowidzenie” tu zawiodło.

Za to powiem panu, że pan od niedawna jest w Warszawie. Pochodzi pan z Małopolski.

– To żadna sztuka. Poznała pani po akcencie.
– Więc dodam panu jeszcze, że jest pan człowiekiem wykształconym. Skończył pan uni-

wersytet. Chyba prawo. Co?

– Przypuśćmy – starał się ukryć zdziwienie.
– Może ma pan nawet tytuł doktorski...
– Skąd pani wie!...
– Zajmował pan jakieś poważne stanowisko – mówiła dalej. Ale na prowincji. I musiał pan

ustąpić z tego stanowiska z powodu jakichś spraw politycznych. Czy tak?

Murek stanął i chwycił ją za rękę:
– Skąd pani to może wiedzieć?
– A widzi pan – uśmiechnęła się – że skoro to co mówię, zgadza się z rzeczywistością, to

mój system patrzenia nie na powierzchowność człowieka, lecz w głąb jego istoty, jest dobrym
systemem.

Murek zdjął kapelusz i przetarł czoło:
– Wie pani, to jest nadzwyczajne.
– A poza tym jest pan człowiekiem dobrym, uczciwym, zacnym. I bardzo łatwowiernym.

Proszę tego nie brać za przyganę. Pańska łatwowierność wypływa z dobroci. Sądzi pan ludz-
kie pobudki według własnych. I dlatego dokoła widzi pan ludzi szlachetnych, kobiety uczci-
we...

– Pani jest dziwną dziewczyną... Doprawdy. Gdybym nie wiedział, że pani mnie nie zna i

znać nie może, to bym był przekonany, że... No, może mi pani coś jeszcze o mnie powie?

– Cóż? – zastanowiła się. – Pracuje pan ciężko. Bardzo ciężko. Nieraz dźwiga pan ogrom-

ne worki i paki z towarami... Ale jest pan bezrobotny.

Murek przytaknął:
– A o mojej przyszłości też może pani coś powiedzieć?
– Tak, zdaje mi się, że tak.
– Więc?
– Nie należy rozpaczać. Nie wolno tracić nadziei. Wszystko się panu poprawi. Zajmie pan

odpowiednie stanowisko, bo pan jest tego wart.

– A... kiedy?

background image

106

– Tego nie wiem. Ale niech się pan nie poddaje losowi. Musi pan walczyć, iść śmiało na-

przód! Koniecznie. Trzeba wierzyć we własne siły i swoje prawo do życia. Walczyć! Jestem
pewna, że taki człowiek jak pan, zginąć nie może!

Jej głos lekko drżał, był melodyjny i ciepły. Murek słuchał tego jak jakiegoś proroctwa.
– A, czy kobieta, którą... którą kocham, zostanie moją? – zapytał cicho.
Panienka jakby się ocknęła:
– Nie wiem. Nie wiem – powiedziała prędko. – Za wiele pan ode mnie wymaga.
Zatrzymała się przed dużą nową kamienicą:
–  O,  widzi  pan,  tu  mieszkam.  To  jest  ulica  Skośna,  numer  siódmy.  Mieszkam  u  swojej

przyjaciółki na piątym piętrze. Mieszkanie dwadzieścia osiem. Będzie pan pamiętał?

– Chyba nie zaprosi mnie pani na bal?
– Nie na bal, ale zaproszę. W niedzielę zawsze jestem w domu. Niech pan wstąpi.
Murek zrobił wymowny gest, wskazując na swój wygląd.
– Ach, to nic nie szkodzi. A poza tym, jeżeli zechce mnie pan spotkać, nie jest to trudne.

Pracuję w pobliżu placu Teatralnego i codziennie o siódmej wracam do domu tą samą drogą.
Za każdym razem będę od dziś spoglądała pod ten szklany daszek, który nas chronił od desz-
czu. Ale będę bardzo, bardzo będę panu wdzięczna, jeżeli pan przyjdzie do mnie do domu.

– A o kogo miałbym spytać?
Zawahała się:
– Nazywam się Mika. To wystarczy.
– Mika?... Słyszałem już kiedyś takie imię. Jeżeli będę mógł, to przyjdę.
– Proszę bardzo.
– I dziękuję, panno Miko, za przepowiednie. Jeśli mam być szczery, to... przydały mi się

dziś szczególniej. Jak to się mówi, dodały mi ducha.

– Tak? – zapytała z radością. – Naprawdę?
– Naprawdę. Miałem dziś przykry zawód... A pani musi być wyjątkowo dobra. Dziękuję. I

do widzenia.

– Do widzenia – wyciągnęła doń rękę bez rękawiczki. Zdjął kapelusz i uścisnął lekko jej

dłoń bardzo delikatną i nienaturalnie białą w jego ciemnej dłoni.

Skinęła  mu  głową  i  znikła  w  bramie.  Powoli  wracał  ku  miastu.  Ulica  Skośna  siedem,

mieszkanie dwadzieścia osiem, piąte piętro – powtórzył sobie.

Nie, nie miał zamiaru tam pójść. Adres chciał zapamiętać na wszelki wypadek. Tak samo

jak i to imię: Mika. Imię dziwnego spotkania i dziwnej rozmowy. W tym wszystkim było coś
niezrozumiałego, może ponad zmysłowego. Czy jeden człowiek może sięgnąć tak głęboko do
życia drugiego?... Czytał kiedyś jakąś okultystyczną książkę o jasnowidzeniu, telepatii i me-
diumizmie.  Uważał  to  za  szarlataństwo,  chociaż  nie  odrzucał  mglistych  przeczuć  istnienia
niepoznanych jeszcze tajemnic ludzkiej duszy.

–  Niezwykła  przygoda  –  uśmiechnął  się  do  siebie  i  natychmiast  przyłapał  się  na  tym

uśmiechu.

Tak, to go jakby odmieniło. Nie była to radość ani wesołość. Tylko ta pogoda, której nie

zaznał od tak dawna. Pogoda, wypływająca z uśmierzenia bólu, ze świadomości, że musi się
odmienić. Ale ta blondyneczka ma rację: trzeba walczyć. Nie wolno kapitulować. Śmiało na-
przód!

– Do licha! Mam dopiero trzydzieści jeden lat!
Gwiżdżąc, szedł ulicami i śmiało spoglądał dokoła na lśniący po deszczu asfalt, na jaskra-

we pręgi neonowych reklam, w okna samochodów, w witryny sklepów i nawet w oczy prze-
chodniów. Gdy na rogu zobaczył jegomościa o ostentacyjnie obojętnej minie i czujnych, tak-
sujących oczach, umyślnie przeszedł tuż, niemal ocierając się o niego i śmiało wytrzymując
jego spojrzenie. Wiedział, że to „łapacz”, któremu może przyjść do głowy fantazja zatrzyma-
nia obdartusa, ale chciał wyegzaminować własną nie odwagę, lecz śmiałość. I wyszedł zwycięsko.

background image

107

– Aż dziw – pomyślał. – Co może z człowiekiem zrobić taka sobie zwykła blondyneczka!
Nasunęło  mu  to  refleksje  o  kobietach  w  ogóle  i  o  roli,  jaką  często  odgrywały  w  historii

przez swój wpływ na mężczyzn. Tylko dawniej wyobrażał sobie, że musiały one być podobne
do  Niry,  musiały  być  piękne,  wyniosłe,  pełne  żywiołowych  sił,  władcze.  Najchętniej  i  naj-
skwapliwiej czytał biografie takich właśnie kobiet. Królowa Saba, Kleopatra, Joanna d’Arc,
Katarzyna  Medici,  a  nawet  Katarzyna  Wielka  czy  angielska  Elżbieta,  wywoływały  w  nim
podziw  i  pietyzm.  Z  literatury  polskiej  wybierał  ulubione  postaci  Grażyny,  przełożonej  z
„Emancypantek”,  Oleńki  Billewiczówny  a  także  kniahini  Kurcewiczowej.  Jeszcze  będąc
sztubakiem, wykupił od jednego z kolegów za kilkanaście stalówek i dwa znaczki pocztowe
Republiki Panamskiej pocztówkę z podobizną Emilii Plater, wydającej z siodła rozkazy od-
działowi powstańców. Nigdy nie zapomniał jej twarzy pięknej i dumnej ani oczu roziskrzo-
nych, ani władczo podniesionej głowy.

Podobały mu się czasem i kobiety w innym typie, lecz nie wywierały trwalszego wrażenia.

Do takiej na przykład pastelowej blondyneczki, jak dzisiejsza znajoma, czuł wiele sympatii,
ale odnosił się do niej w duchu jak do dziecka. Może dlatego myślał o niej z rozczuleniem i
wesoło.

W  „Berlinie”  panowało  niezwykłe  ożywienie  i  Murka  powitano  wieloma  okrzykami,  co

świadczyło, że była już w robocie wódka. I rzeczywiście na ostatniej narze funkcjonował cały
bufet. Kilka już wypróżnionych i kilka jeszcze pełnych butelek czystej, chleb, kiełbasa, a na-
wet kwaszone  ogórki  świadczyły  o  wystawności  popijawy.  Stawiali  dwaj  najwięksi  z  tutej-
szych  szmirsów:  sztabskapitan  Pieczonka-Sielezionka  i  drugi  Moskal  zwany  Grafem,  gdyż
podawał  się  za  byłego  szambelana  carskiego  i  za  arystokratę.  Czym  był  naprawdę,  trudno
było ustalić.  Byli i tacy, którzy  posądzali  go  o  sowieckie  szpiegostwo.  Wiadomo  natomiast
było, że władał biegle kilkoma językami, że wyspecjalizował się w brylanciarstwie, czyli w
sprzedawaniu  naiwnym  rosyjskich  klejnotów  koronnych  i  że  w  związku  z  tym  kilkakrotnie
już zwiedził Pawiak i Mokotów. Pieczonka mówił o nim, że to „dusza-człowiek”, a inni byli
podobnego  zdania,  gdyż  wszystkie  wyłudzone  od  fajerów  pieniądze  Graf  sumienie  i  do-
szczętnie  przepijał  w  „swojej  kompanii”,  czyli  w  którymś  domu  noclegowym.  Tak  samo
zresztą postępował i Pieczonka, chociaż rzadziej miał po temu sposobność, bo nie cieszył się
takim szczęściem w interesach jak Graf.

Tym jednak razem obaj na spółkę wykiwali jakiegoś gościa i obaj ledwie trzymali się na

nogach,  gdyż  zaczęli  „kutit”  wcześniej,  po  drodze.  Reszta  towarzystwa  trzyma  się  mocno.
Wokół zastawionej ucztą nary zasiedli najpoważniejsi: Cipak, Generał, Jasiek-Cybula, mistrz
od  „czarna  przegrywa  –  czerwona  wygrywa”,  Krzywy  Leonek,  byty  reustaurator  z  Powiśla
Bandzioch, gruby jak beczka i chudy, cienki z kozią bródką Niżynier, podobno inżynier au-
tentyczny, który za jakieś zabójstwo spędził kilka lat w kryminale i w domu obłąkanych, a na
bruku był już od dawna.

Do tego ściślejszego grona przyciągnięto i Murka. Patałachy i różne łachudry  dostały po

szklance wódki i kawałku kiełbasy i wylegiwały się teraz na pryczach, rozmawiając półgło-
sem,  reperując  garderobę,  wyłapując  insekty  lub  przysłuchując  się  opowiadaniom  „kompa-
nii”, z których to opowiadań wielu pożytecznych rzeczy można się było nauczyć, a przynajm-
niej dowiedzieć się ciekawych historii o żyjących i zmarłych lokatorach Cyrku, Berlina, Bri-
stolu czy Kamczatki.

Na górnej pryczy jakiś miedziak grał na organkach rzewne tango, przy którego dźwiękach

sztabskapitan Pieczonka-Sielezionka zataczał się w prysiudach między dwoma  rzędami nar,
usiłując wpaść w rytm kozaka. Pokrzykiwał uha! klepiąc się z fantazją po udach, po chole-
wach i po karku i z rozpędu zrzucając z brzegu prycz suszące się tam po błotnistym dniu onu-
ce. Ich właściciele bez urazy zbierali z ziemi i rozwieszali je z powrotem. Graf, stojąc roz-
party  w  przejściu,  przytupywał  i  klaskał  w  dłonie  do  taktu,  wrzeszcząc  od  czasu  do  czasu
ochrypłym basem:

background image

108

– Mesje a gosz na lewo, medam a gosz na prawo!
To znowu:
– An nawan! Rą! Orkiestr gromcze! Awek le fo!... Taram-tam-tam. A-wanse!!!...
Trochę  to  brzmiało  jak  kawaleryjska  komenda,  trochę,  jak  wołanie  tonącego  o  ratunek.

Wreszcie Graf zrezygnował z wodzirejstwa i zaśpiewał, aż szyby zadrżały:

– Ach ty, sukinsyn kamarinskij mużik! Zadrał nogu, da pa gorodu bieżit!...
Jasiek-Cybula nie wytrzymał i pchnąwszy pod żebra stojącego w pobliżu ospowatego dry-

blasa Bichacza, puścił się z nim w wir polki.

Gęsty dym papierosów unosił się nad pryczami, parowały w cieple przemoczone na desz-

czu  ubrania,  dobroczynny  alkohol  łagodnym  balsamem  rozpływał  się  we  krwi,  usypiał
zmartwienia  i  troski,  roztapiał  w  zapomnieniu  przeszłość,  zmarnowane  nadzieje,  przegrane
życie, łzy i nędzę, wilczy głód i wilczą nienawiść. Dobroczynny alkohol zamieniał wyślizga-
ne  deski  prycz  w  miękkie  posłanie,  duszną  izbę  noclegowego  przytułku  w  szeroki,  jasny
świat, zapędzone i marne zwierzęta w ludzi. Dobroczynny alkohol rozluźniał naprężone usta-
wiczną czujnością nerwy i roztapiał stężałe rysy ponurych twarzy w bezpiecznym uśmiechu.

Tymi  kilkoma  łykami  przezroczystego,  cudownego  płynu,  tymi  kilkoma  chwilami  czło-

wieczeństwa,  tym  interwałem  między  beznadziejną  rzeczywistością  a  ciężkim,  cuchnącym
snem opłacał świat, rządzony przez wielkich i przewidujących drapieżników, ochronę swoich
przywilejów przed szaleństwem i ostateczną rozpaczą drobnych, wynędzniałych z głodu sza-
kali.  Tu  była  ta  klapa  bezpieczeństwa,  furtka  otwarta  do  teatru  złudzeń,  namiastka  władzy,
dobrobytu i szczęścia.

Chudy i łysy włóczęga zwany Niżynierem, pochylił się do Murka i robiąc okrągły gest rę-

ką, mówił cienkim, drażniącym głosem:

– Widzisz ich?... I czy nie przychodzi ci do głowy, że ze względu na bezpieczeństwo pu-

bliczne należałoby wódkę darmo rozdawać ludowi, tak jak chleb rozdawano plebsowi rzym-
skiemu? Na kartki, psia jego mać, na kartki. Każde bydle otrzymuje gratis czterdziestkę go-
rzały.

– Dlaczego gratis? – zdziwił się Murek.
– Przeprowadź kalkulację – podniósł w górę brudny, cienki palec Niżynier. – Przeprowadź

kalkulację. Co się lepiej opłaca? Czy utrzymywanie tysięcy policjantów, więzień, sądów czy,
powiedzmy, nawet pół litra sznapsa na mordę? O co chodzi? O asekurację prywatnej własno-
ści, mienia i życia sytych członków społeczeństwa! Prawda czy nie prawda?

–  Prawda  –  przyznał  Murek,  starając  się  odsunąć  głowę  jak  najdalej  od  obrośniętych  si-

wiejącą szczeciną ust Niżyniera, w których bezzębnej czeluści sterczały brązowe żółte pieńki.

– A widzisz, Trzewik, tyś nie taki głupi! Powiedzże tedy, po jaką cholerę my żyjemy? Po

co jeszcze dźwigamy na szkieletach nasze ścierwo? Czemu zamiast skoczyć do królowej rzek
polskich i wypuścić kilka bąbelków na pożegnanie, od świtu do nocy żerujemy po rynszto-
kach  i  śmietnikach,  czatujemy  na  ochłapy,  które  spadną  ze  stołu,  a  gdy  nie  ma  innej  rady,
rzucamy się odbitemu od stada tłustemu cielakowi do gardła? Czemu?... Oto, uważasz, dlate-
go, że chcemy, że musimy złapać łyk szczęścia, a nasze szczęście, nasze zaś... szczęście może
być  tylko  poza  naszą  świadomością,  poza  rzeczywistością.  Marzenie,  fatamorgana,  Niraż,
psia jego, zapaskudzona mamusia. To znaczy fiut w krainę ułudy!... Fiut!... A fiut może być
tylko przez szyjkę butelczyny! Prawda czy nie prawda?

Na narze przy wypróżnionych flaszkach zrobiło się pusto. Reszta towarzystwa rozlazła się

po kątach. Na górze niektórzy już chrapali, inni rżnęli w „oko” i dolatywał stamtąd tylko tłu-
sty odgłos przybijanych kart, przy drzwiach do umywalni awanturniczy Leonek wywołał bój-
kę.  Przy  resztkach  uczty  został  tylko  Murek,  Niżynier  i  Cipak,  z  uwagą  przysłuchujący  się
rozmowie, chociaż zajęty obcinaniem paznokci u nóg przy pomocy wielkiego sprężynowego
noża.

background image

109

– Faktycznie – odezwał się z przekonaniem. – Niżynier ma recht. Jak człowiek sobie pod-

kizi  i  chodzi,  czyli  też  znachodzi  się  w  pijanem  widzie,  weselej  mu  na  duszy,  bez  żadnej
przyczyny. Bo alkohol swoją działalność posiada, w znaczeniu ma się rozumieć, na systemę
nerwową, a i na oczy, że się na ten przykład innem wszystko wydaje. Jakem się zeszłej nie-
dzieli ufronił na ament, to patrzę rodzonem wzrokiem na Pietrka, tego sklepikarza z Grójec-
kiej ulicy, a oni mi w dubelt idzie, niby dwie osoby z jednej. I najgorsze, że nie wiem, któren
z nich me wali w mordę. A ja co się w jednego zamachnę to on powietrze, co w drugiego –
powietrze.  I  tak  widzę,  że  rady  nie  dam.  Trzeba,  myślę,  odłożyć  pierediełkę  i  dopiero  go
wczoraj  przykaraulilem.  A  co  było?  Niraż,  fakta  tego  samego  morgana,  czyli  apteczne  złu-
dzenie ludzkiego okna. Niżynier kręcił kozią bródką i w zamyśleniu mrugał obrzękłymi po-
wiekami.

– Powinni na kartki wydawać – zaczął znowu. – Żłobki z wódką dla bezrobotnych, włó-

częgów i wszelkiej hołoty. Mniejsza o żarcie. Kiedy zapuszczasz grabę do obcej kieszeni, to
robisz to po co?... Żeby zdobyć mues na wódkę, na to ersatzszczęście w butelce. To cię trzy-
ma. Po to żyjesz jak bezpański pies, że masz nadzieję wieczorem się ubzdryngolić i nacieszyć
się tym najpiękniejszym ze światów, póki się nie wyrzygasz, nie uśniesz albo nie dostaniesz
w pijackiej sprzeczce majchra pod żebro. Patrzcie, już tam się  walą.  I w  porządku.  Dać  im
jeszcze spirytusu! Niech się wymordują! Oto przewidująca polityka populacyjna. Planowana
likwidacja  mętów  społecznych  i  nadkontyngentu  narodowego.  To  bezpłatna  dystrybucja
szczęśliwości  i  paszport  do  niebios.  W  jednym  okienku  ponad  kontyngentowy  obywatel
otrzymuje wódkę, w drugim nóż albo spluwę. Potem zamknąć ich w dobrze izolowanym lo-
kalu.  I  pensja  kata  zaoszczędzona,  a  własność  prywatna  ma  sto  procent  bezpieczeństwa.
Oczywiście,  drobna  własność.  Bo  gruba,  co  innego.  Grubych  sum  i  wielkich  majątków  nie
kradną doliniarze ani cyrkowcy, ani berlińczycy czy kamczatniki. Od tego są porządni ludzie,
szanowne osobistości, czcigodni obywatele.

Cipak z trzaskiem złożył nóż i wyrzucił przez zęby długie przekleństwo.
– Dystrybucja szczęścia i śmierci dla dołów! Tanio, szybko, dokładnie! – zapalał się Niży-

nier. – Stworzyć urząd asekuracji drobnego mienia. U. A. D. M. i P. L. E. N. i planowej li-
kwidacji  elementów  niepożądanych!  Państwowy  Zakład  Oczyszczania  Społecznego,  Po-
wszechny Instytut Spalania Ludzkich Śmieci. Dajcie ludowi wódy! Wódy i noży!

– Nie zgadzam się – potrząsnął głową Murek. – Przecież wódka nie po to jest sprzedawana

ani nawet po to, by nędzarzom dać namiastkę szczęścia.

– I nie każden jeden jest taki – dorzucił Cipak – żeby zaraz po pijanemu z nożem na inne-

go.  Po  większej  części  albo  płakać  zacznie,  albo  chojraka  odstawia,  a  podobnież  spać  się
uwali.

Niżynier poklepał go po kolanie:
– Ci niech sobie wegetują. Tacy są nieszkodliwi.
– Jak który jest ze słabym żołądkiem, to faktycznie nieszkodliwy po ankoholu. Czut-czut

wleje i zaraz zwegetuje. A potem już tego fajeru nie ma, bo cała siła z niego wyjdzie. Ale za
to jest nieszkodliwy, bo i co mu może zaszkodzić ten sznaps, jak go w trzy miga zwegetuje.
Tylko, że to więcej z nieprzyzwyczajenia, a i wódki szkoda. Marnotrajstwo.

Murek  usiadłszy  wygodnie  w  kącie,  gdzie  go  nie  mógł  dosięgnąć  wydech  Niżyniera  ani

bryzgi śliny, wylatujące z jego jamy ustnej powiedział:

– Ja w ogóle nie zgadzam się z tymi poglądami. I nie wierzę, byś żył tylko po to, by od

czasu do czasu urżnąć się.

– Nie wierzysz? – łapczywie podchwycił Niżynier, który „pod gazem” zawsze chciał dys-

puty.

– Nie.
– Więc może mi wyjaśnisz, jaka zafajdana flanelka trzyma mnie przy życiu?
– To bardzo proste – odpowiedział Murek. – Twoje człowieczeństwo.

background image

110

– Co takiego? – udał zdumienie Niżynier.
– Człowieczeństwo.
– Ho, ho... Bardzo piękny  truizm. Tylko,  że  to  nic  nie  znaczy.  Ty,  Trzewik,  lubisz  pod-

puszczać takie okrągłe słówka. Bardzo patetyczne, o wyszlifowanej łupince, a w środku g...!

– Niby dlaczego? – przysunął się Cipak.
–  Bo  sensu  tam  nie  ma!  Pojęcie  sztuczne.  To  nic  nie  wyraża.  Pod  to  da  się  podłożyć

wszystko. Człowieczeństwo! Mieści się tu i maczuga Kaina, i krzyż Chrystusa. I spalona ręka
Mucjusza Scevoli, i sztylet Brutusa. I pompka do transfuzji krwi, i bomba z trującym gazem. I
sobolowe futro, i moja zawszona koszula. Wszystko to jest człowieczeństwo!

Murek zniecierpliwił się:
– Jak tak mamy gadać, to szkoda czasu.
– Więc, proszę cię, jak? – pośpiesznie zgodził się Niżynier.
– Bez łapania za słówka, bez talmudyzmu. Wiesz doskonale, co rozumiem pod wyrazem

człowieczeństwo. To, co znaczy ono potocznie. Więc poczucie własnej  godności, sumienie,
dążność  do  ulepszania  się,  a  poza  tym,  poza  stroną  indywidualną,  strona  druga,  społeczna.
Żyje się  wśród ludzi, ma się  świadomość  więzi  społecznej,  jest  się  członkiem  narodu,  oby-
watelem państwa!

Niżynier przytakiwał spokojnie:
– Zgoda, zgoda. Możemy i tak to człowieczeństwo definiować. Stoję na wskazanej przez

ciebie płaszczyźnie. Więc pięknie, ale widzisz, ja mam gdzieś całe to swoje człowieczeństwo.
Kpię z niego! Jeżeli je kiedyś miałem, to zostawiłem je na przechowaniu w więzieniu moko-
towskim przed czternastu laty,  gdy  tam  mi  wyznaczono  mieszkanie.  Człowieczeństwa  jak  i
żadnych rzeczy prywatnych, nie można zabierać do celi...

– To prawda – przyznał Cipak. – Wszystko zabierają, a oddają, jak się wychodzi na wol-

ność.

– Otóż to. I mnie oddali teczkę, zegarek, portfel, szelki, cywilne ubranie. Tylko człowie-

czeństwa mi nie zwrócili. Gdzieś się zapodziało. Wyparowało. Może je kto zużytkował i po-
szło Wisłą do polskiego morza. Nie wiem. I powiem ci jeszcze, że się o nie nie upominałem.

– Nieszczere pochwałki – skrzywił się Murek. – Nieszczere i niepotrzebne.
–  Poczekaj  –  upierał  się  Niżynier  –  Mówiłeś:  godność,  mówiłeś:  sumienie,  dążność  do

ulepszania się. Spójrzże na mnie i puknij się w czoło. Gdzieś ty w tym mojem ścierwie umiej-
scowił ową aptekę?...

– Właśnie nie w ścierwie, lecz w duszy!
Niżynier błysnął niedobrym spojrzeniem:
–  Musiałbyś  wprzódy  udowodnić,  że  ją  mam.  Ja  jej  nie  czuję.  Wydymiła  ze  mnie.  I  do

ciężkiej cholery, ciszę się z tego. Pies z nią tańcował. Amen. Cóż ty myślisz, młodociana ofia-
ro, że dusza będzie w tobie siedziała, póki ci nie przyjdzie ochota na odwalenie kity? Że już
będziesz kupą gnijącego mięsa i spróchniałych kości, że już ci klepki rozmiękną, zidiociejesz
i paraliż cię trafi, a dusza wciąż będzie w tobie?... Otóż nie, osłodo mojej starości, nie, skur-
czysynku! To jest wielka pani! Panimajesz? Jak się sam staniesz takim gnojkiem jak ja, takim
prewetem na dwóch nogach, to przekonasz się, że z ciebie ucieknie. I nie znajdziesz w sobie
bezczelności, by ją przytrzymywać! Tak, kwiatuszku! Zacznie dymić z ciebie jak z pęknięte-
go garnka, aż wydymi do cna. Zobaczysz...

Czoło Murka zmarszczyło się posępnie:
– Nie zobaczę.
– Tere-fere!
– Nie zobaczę, bo nie chcę tego! – prawie krzyknął. – Rozumiesz?
– Każdy z nas w twoim wieku tak mówił.
– Widocznie nie miał woli.
Niżynier z przesadną powagą zapytał:

background image

111

– A ty ją masz?...
– Tak – z przekonaniem odpowiedział Murek. – Mam wolę i poczucie godności, i sumie-

nie, i chęć ulepszania się, chociaż żyję w takich warunkach jak ty.

– Pożyjesz dłużej, wtedy zobaczysz.
– Nie.
– A ja ci powiadam, cherubinku. Cóż ty do wielkiej Anielki wyobrażasz, że twoja wola to

stal? A jeżeli i stal, to takie życie jest ostrzejsze od karboundowych pilników, mocniejsze od
żrących kwasów, zawziętsze od rdzy. Przeżre cię na wylot.

Cipak pokiwał głową:
– Co gadać, życie sobacze.
–  A  poza  tym  wszystkim  –  po  namyśle  powiedział  Murek  –  są  jeszcze  inne  siły,  które

podtrzymują człowieka w jego wartości.

– Na przykład?
– Na przykład miłość.
Niżynier wybuchnął śmiechem:
– Miłość?...
– Tak – nie zmieszał się Murek – pragnienie szczęścia kochanej kobiety i otrzymywanie od

niej takiego samego uczucia.

– Młodociany entuzjasto! Kochana kobieta! A czy ty wiesz w ogóle, co to jest kobieta?...

Najnędzniejsze bydlę, najgorsza samica! Najwstrętniejsza suka! Bo i suka parzy się tylko dwa
razy do roku, tylko wtedy, gdy ją przyroda do tego zmusza, a kobieta to wcielenie grzechu,
uosobienie rozpusty nieustającej. to przekleństwo ludzkości!...

Zerwał się z pryczy i trząsł się cały, z rozdygotanych warg posypały się najordynarniejsze

wyzwiska, najwulgarniejsze epitety. Na mokrym czole wystąpiły żylaste pręgi, czerwone gał-
ki oczne wyszły na wierzch, zaciśnięte pięści trzęsły się jak w febrze.

Zwabieni jego krzykiem zbliżyli się obaj Rosjanie i jeszcze kilku mniej pijanych. Niżynier

wreszcie zakrztusił się i zsiniały opadł na narę, charcząc i kaszląc.

Cipak zrobił oko do Murka:
– Już musiała mu jakaś zdzira dogodzić!...
Ale Murek był nieustępliwy:
– Obelgi mnie nie przekonają. Przyznaję, że są zapewne kobiety złe, tak samo jak są i źli mężczyźni...
– Nieprawda! – ochryple zawarczał Niżynier, łapiąc oddech.
– Nie trajluj już o babach – pojednawczo odezwał się Cipak – bo go szlag trafi i jeszcze

nam tu zimnem trupem padnie.

– Dobrze – zgodził się Murek, w którym pod wpływem wypitego alkoholu wezbrało pra-

gnienie nie tyle może przekonania Niżyniera, ile sprecyzowania  dla samego siebie własnych
poglądów, utwierdzenia się w przedświadczeniu, że nie dojdzie do takiej ruiny jak Niżynier. –
Dobrze.  Miłość  jest  wielką  dźwignią,  ale  nie  jest  jedynym  motorem.  Weźmy  choćby  taką
rzecz jak obowiązek.

– Jaki obowiązek? – odzyskiwał równowagę Niżynier.
–  Powiedzmy,  rodzinny.  Obowiązek  utrzymywania  rodziny  albo  dziecka.  Wychować  je,

wykształcić, przygotować do życia...

– Żeby później wyparło się ojca?... Albo żeby zeszło jego śladem na psy?
– A poza tym – ciągnął Murek – szereg innych obowiązków. Wobec państwa, wobec społeczeństwa,

wobec narodu. Nie uwierzę, byś przynajmniej w podświadomości nie czuł tych obowiązków.

Niżynier kiwnął głową:
Owszem, czuję je w odpowiednim miejscu. Aż tu od nich siedzieć niewygodnie.
– To nie argument – pobłażliwie uśmiechnął się Murek.
– Nie argument? Pętaku! Czy ty myślisz, że argumentów mi brak? Patrz, pętaku! – jednym

szarpnięciem odsłonił chudą, owłosioną pierś. Pod prawym obojczykiem widniała duża, głę-

background image

112

boka blizna. – Widzisz?... To od kuli. Z frontu. Za państwo, za naród, za ojczyznę. A zobacz,
tam, na plecach. Widzisz?... To gumy. Od państwa, od narodu, od ojczyzny!... Zaśmiał się i
splunął: – Państwo? A cóż mi to państwo daje?...

– Co ty jemu dajesz? – zmarszczył brwi Murek.
– Ja? Służę. Służę chętnie tym, co posiadam, całym moim żywym inwentarzem. Będzie te-

go ze trzy kopy. Ale państwo moich wszy nie chce. I cóż mnie po państwie? Że mnie obroni
od Niemców czy Rosjan?... Ależ mnie naplewać na to, czy będzie  mnie zamykał w areszcie
przodownik czy krasnyj komisarz, czy niemiecki szupo!

– I pewno! Jaka różnica? – odezwały się liczne głosy.
– Jedna cholera! – przytwierdził Cipak.
– A naród?... Czy będę przeklinał po polsku, czy po angielsku, to mi też chyba wszystko

jedno. Tak samo z tym obowiązkiem wobec społeczeństwa. Za cóż to mamy być mu obowią-
zani? Za te nary, za te łachmany? A może za to, że tropią nas, jak dzikie zwierzęta, że niszczą
jak pluskwy? Co nas z tym twoim społeczeństwem łączy? Nic, oprócz tych ochłapów, które
czasami  możemy  im  od  pyska  wyrwać,  żeby  nie  zdechnąć  z  głodu.  Idźże,  pętaku,  do  tego
społeczeństwa! Niech ci ono choć jeden palec poda!...

Cipak wtrącił słówko i audytorium zaśmiało się głośno.
– Frajer jeszcze z ciebie – mówił Niżynier. – Dęty frajer. I co to w ogóle jest to twoje spo-

łeczeństwo?... Też puste słowo. Niby kto?... Kamieniczniki, spasiona ich mać, co nic nie ro-
bią, tylko forsę z lokatorów ściągają, czy kupcy i bankierzy, co mają w głowie jedno czere-
mere, jakby tu więcej tejże forsy wydusić, czy obszarnicy, co żyją z ukradzionej przez przod-
ków ziemi i z chłopskiej pracy?... Pytam: kto, do cholery, jest tym społeczeństwem?... Fabry-
kanci, ziemianie, kupcy?... Kto?

– Oni wszyscy – spokojnie powiedział Murek. – Oni wszyscy, i chłopi, i robotnicy i urzęd-

nicy, i księża, i my...

– Stop! Stop!  –  przerwał  Niżynier.  Nie  rozpędzaj  się,  Trzewik,  bo  nosem  w  ścianę  ude-

rzysz. Po pierwsze, nie mieszaj tu urzędników. Urzędnicy, to – państwo, a po drugie, nie wsa-
dzaj tu księży. Księża, to urzędnicy państwa watykańskiego. I jedni i drudzy robią to, co im
ich państwo każe. A społeczeństwo, jak myślę, pochodzi od słowa społem, pospołu. Tak, czy
nie?  Otóż,  co  może zespolić  robotnika  i  chłopa  z  burżujem?...  Chyba  tyle,  co  policjanta  ze
mną  albo  z  tobą,  czy  też  psa  z  gnatem.  Gdy  zobaczysz,  że  pies  obrabia  gnata,  nie  powiesz
chyba,  że  to  jest  psio-gnatowe  społeczeństwo?  Co?...  A  tychże  burżujów,  co  między  sobą
łączy?... Nie to przecie, że każdy z nich tylko się czai, by drugiemu forsę zahapać?

– Łączy ich wiele – nie poddawał się Murek. – Wspólne zwyczaje, kultura, obyczajowość,

poglądy na moralność. I to jest właśnie społeczeństwo.

– No, to wsadźże je sobie – wybuchnął Niżynier. – Wspólne obyczaje, moralność! Chyba

dlatego wspólne, że każdy z nich chciałby okraść drugiego i każdy ma gębę, pełną pięknych
słówek. Znam ja ich! Znam! Oni to robią opinię publiczną, tę siatkę, w którą omotają każdego
słabszego, jeżeli mu się tylko jakie nieszczęście przytrafi. Omotają i trach o ziemię. Zadepczą
w  imię  moralności,  w  imię  prawa,  a  później  na  wyścigi  biegną,  żeby  rozdrapać  to,  co  po
tamtym zostało, by zająć jego miejsce, zabrać jego dorobek, jego sławę, jego samicę! Znam ja
ich! A w obronie zadeptanego, myślisz, że stanie kto? Nie, bracie, nikt! Żaden wzniosły bał-
wan, żaden najserdeczniejszy przyjaciel, ani kobieta, choćbyś ją przedtem złotem obsypywał,
choćbyś jej, jak pies służył, pójdzie do innego, do silniejszego, do większego samca, do bo-
gatszego, bo ją jej sucza natura niesie, roznosi, tę najgorszą ścierkę, tę fałszywą gadzinę, tę...

Znowu  zapienił  się  i  wśród  kaszlu  wyrzucał  z  siebie  wściekły  bełkot  najobelżywszych

słów, aż stracił oddech i upadł nieprzytomny na pryczę.

–  Jazda,  Pieczonka, zakomenderował  zawsze  rzeczowy  Cipak.  –  Bierz  go  za  gicały  i  do

ubikacji pod kran. Zemdlał.

background image

113

Towarzystwo  rozlało  się  po  narach.  Wkrótce  powrócił  i  ocucony  Niżynier.  Do  dyskusji

nikt  już  nie  miał  ochoty.  Murek  ułożył  się  na  górze,  podsunął  pod  głowę  buty,  owinięte  w
spodnie, przykrył się marynarką, lecz zasnąć nie mógł. W kącie  cichutko grał na organkach
dziobaty Stasiek. Pod lampą jeszcze kilku namiętniejszych graczy kłóciło się o rzekomo zna-
czone karty, z różnych stron dolatywało chrapanie. W rogu, w sąsiedztwie krzywej pryczy, w
najciemniejszym zakamarku sali kotłowało się wśród sapania, nagłych ruchów i stłumionych
szeptów. Tam sypiał zwykle młody  chłopak, dezerter Jasiek, nazywany tutaj, jak i wszyscy
jemu  podobni  „ciotą”.  Murek  przypomniał  sobie  jego  długie  płowe  włosy,  różową  twarz  i
grube, bardzo wydatne wargi. Zaklnął pod nosem i przewrócił się na drugi bok. Nie wiadomo,
dlaczego przyszło mu na myśl, że  tę  blondyneczkę  z  Żoliborza  widział  już  kiedyś  dawniej.
Nawet jej imię. Mika, wydało mu się znajome. Musi to być dobra dziewczyna...

Pod zamkniętymi powiekami zaczął się rysować jej delikatny, dziewczęcy profil, lecz oto

zmienił się szybko w rysy Niry. Ach, z jakąż dokładnością, gdyby był malarzem, mógłby z
pamięci odtworzyć ją w najdrobniejszych szczegółach. Jak precyzyjnie wypieściłby kształt jej
nosa i dumnych ust, i te cienie koło oczu... I to spojrzenie takie władne lub inne, roziskrzone
gniewem, lub tamte, leniwe i ciężkie...

Wydało mu się wprost rzeczą nie do wiary, że ta świetna panna godzi się pracować, godzi

się znosić niedostatek i tak długo czekać na narzeczonego. I ta ufność, z jaką czeka. Przecie
na pewno inna zniecierpliwiłaby się od dawna. Zerwałaby i wyszła za jednego z adoratorów,
a  niepodobna  pomyśleć,  by  taka  dziewczyna  jak  panna  Nira  Horzeńska  nie  spotykała  męż-
czyzn, którzy by mogli zapewnić jej wygodne i bogate gniazdko rodzinne.

I cóż plecie taki Niżynier! Widocznie stykał się w życiu tylko z najgorszymi kobietami, a

jeszcze prawdpodobniejsze, że sam był nic nie wart i dlatego na świat i na ludzi patrzy tak
czarno.

Murek do późnej nocy nie mógł otrząsnąć się z przykrego wrażenia tej dyskusji. A chociaż

w  najmniejszym  stopniu  nie  podzielał  pesymizmu  Niżyniera,  czuł  się  nieco  przestraszony
jego zapewnieniami, że i on, Murek, dojdzie do takiego światopoglądu, że i on skazany jest na
dożywotnie gnicie w rynsztokach i domach noclegowych. Ogarnął go strach przed tym, że z
czasem stępieje na tę ohydę, że stopniowo pogodzi się z tą nędzną wegetacją, że przyzwyczai
się do tej nędznej sytuacji.

– Za nic! – przysięgał sobie w duchu. – Za nic! Wszystko, byle nie to! Trzeba walczyć. Ta

blondyneczka miała rację. Walczyć!

Szukał w myśli najradykalniejszych sposobów tej walki. Zastanawiał się, czy by nie pójść

do której redakcji i nie ogłosić drukiem historii swojej dymisji i upadku, aż do pracy śmiecia-
rza. To może wstrząsnęłoby opinią publiczną. Może otworzyłoby ludziom oczy na krzywdę
wyrządzoną jednemu z niewinnych członków społeczeństwa. Ale taką rzecz należałoby pod-
pisać pełnym imieniem i nazwiskiem. Inaczej nie miałaby żadnej wagi. Wówczas zaś dostała-
by  się  do  rąk  rodziny  Horzeńskich  i  Nira  dowiedziałaby  się,  że  jej  narzeczony  posługiwał
kucharkom,  tułał  się  po  noclegowych  barłogach,  a  nie  wiadomo,  czy  rozgłoszenie  tego  nie
zniechęciłoby jej do małżeństwa z człowiekiem, o którym każdy wiedziałby tyle nieprzyjem-
nych bądź co bądź rzeczy.

W każdym razie postanowił zdecydować się bodaj na głośny skandal niż na kontynuowa-

nie takiego życia. Zwłaszcza z tymi ohydnymi śmieciami należy skończyć.

Tu przypomniał sobie, że będzie jednak musiał wstąpić do Antośki na Mazowiecką, gdzie

zostawił kiedyś okazyjnie kupiony za trzydzieści groszy sweter  do zacerowania. Wieczory i
ranki bywały już mocno chłodne. Za to zacerowanie zniesie jej ostatni raz kubeł z odpadkami
i na tym szlus! Niech sama dyguje albo pokojówka Frania. Że służą u ministra, to jeszcze nie
powód, by miały na posyłki doktora praw. Gdyby tak pójść i temu ministrowi powiedzieć?...
Na pewno zdębiałby.

background image

114

I nagle myśl ta wydała mu się całkiem niezła. Aż przysiadł na pryczy, by dokładniej zasta-

nowić  się  nad  niespodziewanym  pomysłem,  który  już  po  chwili  wydał  mu  się  genialny.  O
ministrze Skupińskim słyszał wiele, czytywał w gazetach jego mowy, słyszał go przemawia-
jącego przez radio jeszcze jako premiera. Obecnie miał tekę sprawiedliwości. Tym lepiej dla
Murka jako prawnika.

– Tylko prosto w dym! – zachęcał siebie. – Niczego się nie bać! Bo i co ostatecznie miał

do  stracenia?...  Nic.  A  do  wygrania  wszystko.  Nad  obmyśleniem  planów  działania  spędził
resztę nocy. O świcie, pijąc kawę, zerknął z uśmiechem na Niżyniera, jakby mu chciał powie-
dzieć:

– Myliłeś się, brudny cyniku. Ja nie pójdę w twoje ślady. O ósmej był już na Mazowiec-

kiej.  Antosia  jednak  ani  słyszeć  nie  chciała  o  ułatwieniu  mu  dostępu  do  swego  pana.  Nie
skutkowały żadne argumenty.

Posada w domu ministra była zbyt wygodna, by dla jakichkolwiek względów chciała wy-

stawić się na ryzyko. Natomiast oświadczyła Murkowi, że najlepiej zaczepić ministra przed
bramą i to nie z rana, gdy jedzie do ministerstwa, bo wówczas jest zły, lecz o trzeciej, gdy
przyjeżdża na obiad i bywa w lepszym humorze.

I ta rada była coś warta. Przez dwa dni Murek na próżno usiłował przypilnować ministra.

Albo przebiegał zbyt prędko, albo był w towarzystwie jeszcze paru osób. Dopiero na trzeci
dzień udało się. Murek czekał na schodach. Na dole trzasnęły drzwi. Minister wolno wchodził
na górę. Gdy Murek niespodziewanie zagroził mu drogę, aż odskoczył.

– Co to jest! – krzyknął – czego pan!?...
Murek odstąpił i zdjął kapelusz:
– Pan minister wybaczy, mam prośbę do pana ministra.
– Kto pan jest? – już spokojniej zapytał, choć jeszcze trzymał teczkę tak, jakby chciał za-

słonić się nią od napastnika.

– Jestem człowiekiem, który wynosi śmieci z mieszkania pana ministra.
– Co? Co pan robi?
– Wynoszę śmieci z mieszkania pana ministra.
Twarz starszego, wygolonego pana nagle poczerwieniała – oczy zwęziły się:
– Aha! – powiedział. Rozumiem. Cóż, proszę za mną.
Ruszył naprzód, bez słowa otworzył drzwi, zdjął palto i wprowadził Murka do obszernego

gabinetu. Murek zdumiony tym, nie ruszał się od progu. Minister zapalił spokojnie papierosa i
zapytał:

– I cóż pan znalazł w tych śmieciach?
Pod wpływem ostrego spojrzenia i tych słów Murek stracił kontenans. Nie miał pojęcia, o

co chodzi.

– No – odezwał się po chwili minister. Śmielej, młody szantażysto, śmielej! Jakie tam pa-

pierki wyzbieraliście i posklejali?

– Nie jestem żadnym szantażystą...
 – Naturalnie, naturalnie, nie jesteście. Jesteście ideowcem, pracującym dla swojej partii i

szperającym  w  cudzych  śmieciach,  w  śmieciach  politycznego  przeciwnika.  Ale  ponieważ
znaleźliście się w chwilowych trudnościach materialnych, a wasze sumienie przemówiło, go-
towi jesteście oddać mi pewne podarte szpargały? Czy tak?

Murek teraz dopiero zrozumiał, o co go podejrzewają i uśmiechnął się:
– Nie, panie ministrze. Jestem człowiekiem uczciwym. Śmieci zaś nosiłem do zsypiska nie

po to, by wyszukiwać w nich jakieś papiery, lecz by zarobić kilka groszy na chleb.

– I znaleźliście tak sobie, przypadkowo?
– Nic nie znalazłem, panie ministrze, i niczego nie szukałem.
Minister nie ukrywał zdumienia:
– Więc czegóż u licha ode mnie chcecie?

background image

115

– Chcę pracy.
– Pracy? – minister spojrzał nań jak na wariata. – Pracy? Przecie sami mówicie, że pracu-

jecie. Wynosicie śmieci.

– Tak, panie ministrze, ale ja jestem doktorem praw. Nie! Niech pan minister nie sądzi, że

ma do czynienia z obłąkanym. Mój wygląd to skutek wielu miesięcy najcięższej nędzy. Na-
zywam się Franciszek Murek. Mam oto wszystkie dokumenty...

Wydobył  paczkę  papierów  i  położył  na  brzegu  biurka,  lecz  minister  zdecydowanym  ru-

chem odsunął je od siebie:

– Nie potrzeba. Wierzę wam... Wierzę panu.
– Nie chcę panu ministrowi zabierać wiele czasu. Będę się streszczał. Ukończyłem prawo,

uzyskałem doktorat, zajmowałem kolejno szereg posad w instytucjach prywatnych, społecz-
nych, państwowych i komunalnych. Teraz, od roku jestem zredukowany.

Minister rozłożył ręce:
– Cóż, takich jest więcej! Różne bywają przyczyny...
Zapewne, panie ministrze. Ale u mnie żadnych, literalnie żadnych, przyczyn nie było. Nie

ma  najmniejszej  plamki  na  mojej  przeszłości.  Jeżeli  zaś  pan  minister  raczy  przejrzeć  moje
świadectwa, przekona się pan minister, że z mojej pracy zwierzchnicy byli zawsze zadowole-
ni. Awansowałem szybko w każdej instytucji, a jeżeli przechodziłem z jednej do drugiej, to
tylko dlatego, że w drugiej dawano mi wyższe stanowisko i szersze pole pracy.

– Wierzę chętnie.
– I proszę być pewnym, panie ministrze, że w ciągu tego roku nie zaniedbałem niczego, by

zdobyć jakąkolwiek posadę, bodaj najdrobniejszą. Robiłem wszystkie wysiłki.

Minister uśmiechnął się i poczęstował Murka papierosem.
– Nie wątpię, skoro potrafił pan tak obcesowo mnie zaatakować.
– Przyznaję, że to bezczelność z mojej strony. Ale musiałem wyczerpać wszelkie środki.
– A dlaczego wybrał pan właśnie mnie?
Murek nie opuścił oczu i powiedział śmiało:
– Bo znam pana ministra z jego przemówień, działalności, rozporządzeń. I uważam pana

ministra za mądrego człowieka.

– Bardzo mi przyjemnie, że zasłużyłem sobie na taką opinię. Na  ogół... Ale niechże pan

usiądzie.

– Dziękuję – potrząsnął głową Murek – moje ubranie bardziej nadaje się do  dezynfekcji

niż do zetknięcia z tym fotelem. Nocuję pośród najgorszych mętów społecznych, pod mosta-
mi lub w domach noclegowych. Od pół roku nie wiem, co to jest pościel, co to jest wanna, co
to jest czysta bielizna.

– Bardzo panu współczuję.
– Ale ja nie przyszedłem, by wzruszać pana ministra moją nędzą. Nawet nie narzekam na

nią. Powiedziałem sobie: Trudno, ale przecierpię. Chodzi tylko  o to, że nie widać końca tej
nędzy. Jestem młody i zdrowy. Od najcięższej fizycznej pracy nie umrę, nie spadnie mi koro-
na z głowy od wynoszenia śmieci, od posługiwania pańskiej kucharce, panie ministrze. Ale
przyszedłem do pana jako do człowieka rozumnego z pytaniem: Czy społeczeństwo, czy pań-
stwo nie może lepiej zużytkować kwalifikacji wykształconego, uczciwego i chętnego do pra-
cy obywatela?

Minister poruszył się na fotelu:
– Zapewne. Ale dlaczego pan właśnie do mnie z tym pytaniem się zwraca?
– A do kogo mam się z nim zwrócić? Pan minister chyba bardziej niż ktokolwiek powoła-

ny jest do ocenienia, czego państwo chce, a czego nie chce, czy tak ma być zorganizowane
społeczeństwo, czy inaczej. Pan reprezentuje to państwo i społeczeństwo. Pan jest uprawnio-
ny do tego z tytułu swego stanowiska i z tytułu własnej woli do kierowania jego sprawami.

Murek zrobił pauzę i mówił dalej:

background image

116

– Zawdzięczam społeczeństwu i państwu wiele. Dały mi bezpłatnie wykształcenie. Więcej,

bo przez szereg lat w gimnazjum i na uniwersytecie otrzymywałem stypendium. Wydano na
mnie  dużo,  bardzo  dużo  pieniędzy,  bo  przecież  poza  stypendium  utrzymywanie  szkół  po-
wszechnych, gimnazjów i uniwersytetów kosztuje miliony. I czy po to to wszystko, by teraz
doktor praw nosił śmieci?...

– Ma pan zupełną rację! – przyznał minister. – Zupełną rację. To jest marnotrawstwo gro-

sza publicznego. Zawsze byłem tego zdania, że nadprodukcja inteligencji grozi nam wielkimi
trudnościami.  Za  wiele  szkól  ogólnie  kształcących,  za  mało  zawodowych,  rzemieślniczych,
technicznych. Zupełna racja. Najwyższy czas zmienić kurs polityki oświatowej.

Podsunął sobie blok i szybko zanotował kilka zdań.
– A pański przykład jest klasyczny – powiedział odkładając ołówek – klasyczny. Gdyby

był  pan  wykwalifikowanym  rzemieślnikiem,  to  nawet  w  takim  kryzysie,  jaki  przeżywamy
obecnie, mógłby się pan utrzymać ze swej pracy zawodowej. Prawda?... Z trudem, ale jako
tako. Tymczasem obdarzono pana doktoratem i kazano nosić śmieci i tułać się po przytułkach
dla włóczęgów. Przepraszam pana na chwilę...

Wziął słuchawkę telefonu, nakręcił numer i wydał komuś dyspozycję, by na godzinę szóstą

przysłano mu do mieszkania stenografkę.

– Widzi pan – zwrócił się do Murka – jesteśmy młodym państwem. Wiele rzeczy nie funk-

cjonuje  sprawnie.  Ciągle  trzeba  różne  braki  zastępować,  to  zmieniać,  tamto  naprawiać.
Zresztą sam pan to rozumie, jako człowiek inteligentny. – Mamy  niestety,  właśnie  nadmiar
inteligencji. Z czasem to się wyreguluje.

– Ale, panie ministrze, co się zrobi z tymi, co już są, a którzy nie mają pracy. Co państwo

zrobi ze mną?

– Z panem...
– Czy każe mi nadal wynosić śmieci?
Brwi ministra zmarszczyły się niecierpliwie:
– To już inne zagadnienie. Zagadnienie koniunkturalnego bezrobocia, zastoju, kryzysu. Na

to ja panu żadnej rady dać nie mogę.

– Ale pan minister mógłby dać mi posadę. I z tą prośbą właśnie przyszedłem.
– Nie, panie – minister wstał.– Mogę panu tylko to dać, co mam. A posad nie mam. Oczy-

wiście,  mógłbym  któremuś  z  moich  podwładnych  odebrać  posadę  i  ofiarować  ją  panu,  ale
wówczas on byłby skazany na nędzę. Dlaczego tedy mam robić to przesunięcie?...

Murek zagryzł wargi i milczał.
– A zresztą kwestia, kto ma zdychać, a kto żyć wygodnie, nie jest, nie była i nie będzie

nigdy rozstrzygnięta innym prawem, jak odwiecznym prawem walki o byt. Zwycięża silniej-
szy, przegrywa słabszy. I koniec. Tej reguły nie zmieni najlepszy ustrój państwowy, najwspa-
nialsza organizacja społeczeństwa. Bo to jest prawo przyrody.  Naturalna selekcja  gatunku...
Tak... Wie pan to równie dobrze jak ja. No, cóż. Muszę pana już pożegnać. Aha...

Sięgnął do kieszeni po portfel i wydobył jakiś banknot:
– Ja osobiście, czym mogę, tym panu służę.
Murek jednak cofnął się:
– Dziękuję, panie ministrze, wsparcia nie chcę.
– Niechże pan traktuje to jako pożyczkę.
– Nie, dziękuję.
Minister z niezadowoleniem schował banknot z powrotem i powiedział:
– Więc cóż... Mogę wydać u siebie w ministerstwie polecenie, by przyjęto pana, gdy tylko

coś się zwolni. Niech pan jutro zgłosi się do szefa biura personalnego. Pan się nazywa doktor
Murek?

– Murek, Franciszek Murek.
– Dobrze. Nie zapomnę o panu i życzę powodzenia.

background image

117

Podał Murkowi rękę i otworzył drzwi. W przedpokoju pokojówka aż usta otworzyła, gdy

zobaczyła, przez jakiego to interesanta obiad się spóźnia.

Murek nacisnął kapelusz na czoło i wyszedł. Nie miał wielkich nadziei co do skutków tej

wizyty, nazajutrz jednak złożył w ministerstwie podanie, na którym w jego obecności urzęd-
nik napisał: „osobiste polecenie Pana Ministra”.

W  trzy  dni  później  w  witrynie  jednego  z  dzienników  Murek  przeczytał  wielki  artykuł,

podpisany przez ministra, z opisem doli zdeklasowanych inteligentów, którzy muszą zarob-
kować jako śmieciarze i z konkluzjami na temat konieczności przeciwdziałania nadprodukcji
inteligencji.

Artykuł był piękny, rzeczowy i musiał wywrzeć silne wrażenie i znacznie podnieść powa-

gę autora.

Do wynoszenia kubełków z odpadkami Murek nie wrócił. Uparł się. Na kilka dni zresztą

znalazł  pracę  przy  przeładunku  towarów  w  wielkich  składach  przy  ulicy  Ciasnej,  które  to
składy groziły zawaleniem się i z rozporządzenia władz należało je opróżnić.

Któregoś dnia, przechodząc Królewską, ze zdziwieniem ujrzał, że w oknach na pierwszym

piętrze, w mieszkaniu ciotki Niry wywieszono reklamy jakiegoś biura.

Zainterpelował w tej sprawie dozorcę domu i dowiedział się, że pani Bożyńska już od bar-

dzo dawna tu nie mieszka. Wyprowadziła się z całą rodziną. Sama na wieś, na prowincję, a
gdzie reszta, nie wiadomo.

Zdziwiło to bardzo Murka. Zestawiwszy daty wyjazdu Niry za granicę i wyjazdu na wieś

jej ciotki, doszedł do przekonania, że tkwi w tym jakieś nieporozumienie lub tajemnica. Nie-
stety, gburowaty dozorca domu nie chciał wdawać się w rozmowę. Po dłuższym namyśle po-
stanowił zatelefonować do biura towarzystwa asekuracyjnego. Tam dowiedział się, że panna
Horzeńska już nie pracuje. Otrzymała miesięczny urlop bezpłatny, ponieważ jednak nie dała
w terminie znać o sobie, a do pracy nie stawiła się, skreślono ją z listy akwizytorów.

W najwyższym stopniu zaniepokojony tym wszystkim, nazajutrz poszedł znowu na Kró-

lewską. Udało mu się przypilnować dozorczynię, bardziej rozmowną niż jej mąż. Ta zakomu-
nikowała  mu,  że  listy  do  pani  Bożyńskiej  przeadresowuje  się  do  majątku  jej  krewnych  na
Pomorzu. Poza tym, że ta panienka, siostrzenica pani Bożyńskiej, wcale nie pojechała z ciot-
ką, tylko całkiem innego dnia i to sama, a wymeldowana jest za granicę, do „Francyi”.

Pod adresem Niecków, do których pobiegł natychmiast, nie przyszła od Niry najmniejsza

kartka.

Murek sam nie wiedział, co myśleć o tej sprawie. Czuł, że musiało się stać coś złego, że

Nira nie powiedziała mu całej prawdy.  Dlaczego?... Co ją zmusiło do zatajenia  czegoś  nie-
wątpliwie ważnego i niewątpliwie groźnego?... Najdziwaczniejsze domysły przychodziły mu
do głowy, każdy jednak wydawał się w końcu nonsensem.

Po tygodniu daremnych rozmyślań, po wielu niedorzecznych wystawaniach przed domem

na  Królewskiej  i  powtarzaniu  telefonów  do  dyrekcji  towarzystwa  ubezpieczeniowego,  roz-
strojony nerwowo, bliski rozpaczy, zdecydował się na napisanie  bardzo obszernego listu do
starej  babki  Horzeńskiej.  Przewidywał,  że  list  ten  może  pokrzyżować  jakieś  plany  Niry,  że
Nira mogła i przed najbliższą rodziną zataić swoje zamiary. Wolał jednak narazić się na każde
przykrości niż żyć dłużej w takim stanie rozstroju nerwów. Dosłownie nie był zdolny do żad-
nej pracy, nie sypiał nocami, chodził ponury, nie jedząc nieraz przez cały dzień.

W liście opisał dokładnie i szczerze wszystko. Prosił o wyjaśnienia, o radę, wreszcie o ad-

res Niry.

Od wysłania listu codziennie teraz chodził do Niecków dowiadywać się, czy nadeszła od-

powiedź. Odpowiedzi jednak nie było. Działało to na Murka tak przygnębiająco, że obojętnie
znosił już całkiem wyraźne dopominanie się Niecków, by zabrał swoje rzeczy.

W  tym  czasie  zbliżył  się  bardziej  do  często  nocującego  w  „cyrku”  na  Dzikiej,  młodego

włóczęgi, zwanego Amerykańcem. Amerykaniec uchodził za jednego z najdoświadczeńszych

background image

118

trampów.  Zjeździł  na  gapę  cały  świat,  całymi  latami  obijał  się  w  Ameryce,  w  Anglii,  w
Niemczech, a nawet w Chinach i w Australii. Cwaniak był pierwszorzędny i lubił o swoich
przygodach  opowiadać.  Murek  prowadził  z  nim  długie  rozmowy,  wypytując  o  sposoby  po-
dróżowania, o sztukę obchodzenia się bez dokumentów, o umiejętność porozumiewania się z
ludźmi, których języka się nie zna, o zdobywanie jedzenia i papierosów. W relacjach Amery-
kańca wszystko wydawało się proste i łatwe. Oczywiście, tu i ówdzie przyłapią, pobiją, wsa-
dzą do paki, odstawią ciupasem do granicy. Oczywiście, trzeba być wytrzymałym na chłód i
upał, na pragnienie i głód. Ale za to co za rozkosz dopiąć swego i przyglądać się obcym kra-
jom, miastom, ludziom, znać świat jak własną kieszeń.

Murek był gotów na wszelkie trudy, nie chodziło mu jednak o przyjemność podróżowania

ani o satysfakcję poznania świata, który w gruncie rzeczy nie obchodził go wcale. Chodziło
mu o Nirę. Odszukać ją, stanąć przed nią i zapytać:

– Dlaczegoś mi kłamała?... Co ukrywasz przede mną?... Jak możesz przez tak długi czas

nie dawać znaku życia człowiekowi, który tak cię kocha?... Widzisz, odnalazłem cię za dzie-
sięciu granicami, by zażądać od ciebie prawdy.

Byłoby to bardzo piękne, ale trudno było łudzić się możliwością doprowadzenia do reali-

zacji  takich  marzeń.  Przede  wszystkim  Murek  nie  wiedział,  czy  Nira  rzeczywiście  jest  we
Francji, po drugie Francja też jest ogromnym krajem,  w  którym  odnalezienie  jednego  czło-
wieka i to na własną rękę, bez pieniędzy, bez znajomości języka, byłoby niepodobieństwem..

Dlatego  projekty  swojej  wyprawy  zostawiał  na  wieczorne  godziny  półsennych  rojeń,  na

jawie  zaś  po  dawnemu  starał  się  jako  tako  zarobić  na  niezbędne  alimenty  dla  Karolki  i  na
mniej  konieczny  kawałek  chleba  i  nocleg  dla  siebie.  O  zarobek  zaś  teraz  było  stosunkowo
łatwiej, bo spadły duże śniegi i co dzień magistrat potrzebował wielu rąk do pracy. Po zainka-
sowaniu dniówki Murek szedł zwykle na Leszno dowiedzieć się o listy.

Pewnego wieczora, wracając stamtąd, przechodził obok owego daszku, pod którym poznał

kiedyś  ową  panienkę  z  Żoliborza.  Ku  swemu  zdumieniu  zobaczył,  że  stała  na  tym  samym
miejscu i rozglądała się wokoło.

– Wiedziałam, że pana tu dziś spotkam – przywitała go uśmiechem.
– Skądże pani wiedziała? Czy to też jasnowidzenie?
– Zwykłe przeczucie. A to ładnie tak nie dotrzymywać obietnicy? Miał mnie pan odwie-

dzić!

– Po co miałem narzucać się pani – wymijająco odpowiedział Murek. – Każdy ma swoje

towarzystwo.

– Ależ ja pana prosiłam!
– Bardzo pani dziękuję.
– Widocznie zależało mi na tym! – w jej głosie zabrzmiał ton irytacji. – No, teraz musi pan

koniecznie iść ze mną.

– Odprowadzę panią.
– Nie, nie. Wstąpi pan do mnie. Jestem dziś sama. Moja przyjaciółka pracuje w telefonach

międzymiastowych i ma teraz nocne dyżury.

Murek zaśmiał się:
– A to szykownego kawalera pani sobie przy tej okazji wybrała.
– Jak pan mówi! – oburzyła się.
– Ja przecie nic złego... Tak tylko, na mój wygląd.
Panienka skinęła głową:
– Pański wygląd obchodzi mnie o tyle, że pan bardzo zmizerniał. Czy może pan chorował?
– Całe moje życie jest chorobą.
– I ma pan smutne myśli. Wie pan, co?... Zjemy razem kolację. To będzie cudowne. Tylko

niech pan nie liczy na żadne frykasy. Bułki, masło i herbata z mlekiem. To, niestety, wszyst-
ko.

background image

119

– Dla mnie to już są frykasy. Ale cóż ja będę panią objadał!
Próbował się wykręcić, chociaż w gruncie rzeczy miał wielką ochotę pójść do niej. Nie dla

jedzenia.  Tylko,  ot,  posiedzieć  i  porozmawiać  z  inteligentną  dziewczyną,  odetchnąć  raz  od
wielu  miesięcy  innym  powietrzem.  Po  prawdzie  poszedłby  tam  i  dawniej,  gdyby  nie  przy-
puszczał, że ówczesne zaprosiny były tylko chwilowym kaprysem.

Po drodze opowiadał o swoim trybie życia, o warunkach pracy, o sposobach wyszukiwania

zarobku, o noclegach na pryczy, o różnych ludziach, z którymi się styka.

Panienka żywo interesowała się wszystkim. Nie miała dotychczas  najmniejszego pojęcia,

że tak można egzystować i że tylu biedaków spędza w ten sposób całe życie.

W dużej, nowej kamienicy, winda jeszcze nie była czynna i panna Mika uważała za sto-

sowne przeprosić Murka, że muszą wchodzić własnymi nogami aż na piąte piętro, co ubawiło
go bardzo.

–  Owszem,  nie  jestem  przyzwyczajony  włazić  tak  wysoko...  z  pustymi  rękami  –  powie-

dział wesoło.

Mieszkanko było malutkie: dwa pokoiki i łazienka. Kuchnia mieściła się w niszy, a skła-

dała się  z  dwóch  gazowych  palników,  zlewu  i  serii  garnków.  Przekonał  się  o  tym  zaraz  na
wstępie, bo Mika przede wszystkim przystąpiła do nastawiania wody na herbatę.

W  obu  pokoikach  stało  niewiele  mebli,  było  jasno  i  tak  czysto,  że  Murek  krępował  się

usiąść, by swym ubraniem nie zawalać obicia krzesła.

– Nie mamy ani gramofonu, ani radia – powiedziała Mika. – Zatem musimy rozmawiać.

Jak się tu panu podoba?

– Bardzo ładnie i tak zacisznie, że się zapomina o reszcie kamienicy i o istnieniu paru se-

tek ludzi, którzy obok mieszkają.

– Pan tak nie lubi ludzi?
– Kiedyś ich nie znałem – odpowiedział enigmatycznie.
– No, a lubić można tylko tych – zakonkludowała – których się zna.
– Bardzo mi przykro wobec tego – zażartował Murek – że pani mnie nie lubi.
Potrząsnęła głową:
– Nie udał się panu dowcip, bo przecież pana znam.
– O ile można znać kogoś, widząc go drugi raz w życiu.
– Nawet nie widząc wcale.
– A to w jaki sposób? – zdziwił się.
– Ze słyszenia. Czy nie zdarzyło się panu nigdy słyszeć o sobie wiadomości, powtarzanych

przez ludzi, których pan w życiu nie widział? Murkowi przypomniały się plotki pani Rzepec-
kiej i przyznał:

– Owszem, ale pani nie zadaje się z takimi, z którymi ja się stykam. Zresztą choćby nawet

tak nie było, to najwyżej dowiedziałaby się pani, że przezywają mnie wśród nich Trzewikiem.

– Jak?
– Trzewikiem.
– Bardzo niemądre przezwisko – skrzywiła się. – Skądże takie powstało?
– Ot, przygodnie. W tych sferach nikt nie posługuje się nazwiskiem, bo i niebezpiecznie.
– Dlaczego niebezpiecznie?
– Zostawia się policji wyraźny ślad.
– A większość pańskich towarzyszy niedoli pragnie uniknąć zetknięcia się z policją.
– Nie większość. Wszyscy.
– I pan też? – zapytała z przestrachem.
– I ja też.
Zamilkła i dopiero po dłuższej chwili zapytała:
– A... a czy... pan popełnił... coś takiego? Wzruszył ramionami:
– Och, nic „takiego”. Jestem bezdomny, bezrobotny, jestem nędzarzem. To wystarczy.

background image

120

Tyle goryczy było w jego słowach, że Mika mimowolnym ruchem oparła mu rękę na ra-

mieniu i zarumieniła się, gdy to spostrzegła.

– Więc wszystko kwestia pieniędzy?... Nie, nie wierzę, by pan tak na świat patrzył!
– Nie ja, ludzie tak patrzą. Niechże pani sama powie, czy pieniądze nie klasyfikują ludzi.

Na przykład, człowiek zamożny jest na ulicy przechodniem a obdartus gapiem. Ktoś, kto po-
dróżuje z pełnym portfelem, nazywany jest turystą. Niech jednak nie ma pieniędzy, już staje
się włóczęgą. Żyjący w dostatkach ma tytuł „osoby”, a bogacz „osobistości”, lecz nędzarz jest
tylko „osobnikiem”. Pieniądze uprawniają do nieprzestrzegania form towarzyskich.  Zyskuje
się opinię oryginała, biedak za to samo będzie nazywany chamem. Bogaty, gdy bije po pysku,
broni swego honoru, hołysz jest po prostu opryszkiem. Nawet w kryminale rozróżnia się takie
rzeczy stanowe. Gość, co świśnie milion, jest defraudantem, a żebrak, co wyciągnie bliźniemu
z kieszeni złotówkę, to złodziej.

– Tak może jest, niestety – przyznała Mika – ale pan na pewno nie w ten sposób patrzy na

świat.

– Ja... Ja, proszę pani... Ja staram się jeszcze patrzeć na świat inaczej.
– I powinien pan w tym wytrwać!
– Czy ja wiem – odpowiedział po namyśle.
– Ja wierzę panu.
Murek dość lekceważąco machnął ręką:
– Co tam pani wie... Pani jest jeszcze bardzo młoda, gdyby pani przeszła to, co ja... Pani

jest naiwna.

Mika zaczerwieniła się.
– Czy dlatego pan to mówi, że wierzę w pańską uczciwość i pański charakter? W jej głosie

zabrzmiała nutka urazy, lecz Murek nie zwrócił na to uwagi.

– Taka wiara jest gołosłowna.
– A właśnie, że nie!
– I bardzo... bardzo ryzykowna.
– Dlaczego?
– Niechże się pani zastanowi! Uroiła pani sobie, że spotkany na ulicy włóczęga jest ide-

ałem uczciwości i szlachetności...

– Przypuśćmy, że uroiłam, i cóż z tego?
– A to z tego, że sprowadza go pani do swego mieszkania. I zostaje pani z nim we dwójkę,

z obcym drabem, który może być najgorszym bandytą!

Zaśmiała się:
– Jestem zbyt biedna, bym miała się bać rabunku.
Murek zniecierpliwił się:
– Ale nie chodzi o rabunek!
– Tylko o co?
– O co, o co? O to, że mógłby taki drab rzucić się na panią i zrobić z nią wszystko, co by

się mu podobało. Rozumie teraz pani?

– Tak.
– No więc, co to jest, jeżeli nie naiwność?
– Znajomość ludzi.
– Pani jest paradna! – Prawie rozgniewał się. –  I nie  radzę  robić  takich  eksperymentów.

Może pani tego jeszcze gorzko żałować. Taka młodziutka i ładna panieneczka to łakomy ką-
sek, zwłaszcza gdy sama w ręce idzie, gdy wprost zaweźmie się,  by facetowi wszystko uła-
twić. Tak nie wolno! Jeszcze narwie się pani z filantropią na drania, a wtedy już będzie po-
niewczasie. Nie można ufać tak każdemu...

– Ja też nie każdemu, tylko panu ufam.
– I niemądrze!

background image

121

– A właśnie, że mądrze!
Śmiało patrzyła mu w oczy. Murkowi przyszła gwałtowna ochota zastraszenia tej gęsi, któ-

ra najwidoczniej uważała go za jakieś niewinne jagnię.

– Ech, pokazałbym ja pani, gdzie raki zimują – powiedział wstając i odtrącając nogą krze-

sełko. – Ale już niech tam... No, miała pani dać tę herbatkę?... Będzie czy nie?

Umyślnie przybrał ton opryskliwy, lecz na Mice nie zrobiło to żadnego wrażenia. Przeciw-

nie. Zaśmiała się i zawołała:

– Jest pan bardzo grzeczny i dlatego już dostanie pan herbaty.
–  Grzeczny,  grzeczny  –  wzruszył  ramionami.  –  Ja  monopolki  napiłbym  się,  nie  herbaty.

Może mi pani jeszcze da cukierka!

W żaden sposób nie dawała się zastraszyć ani zgorszyć. Nakryła do stołu i wesoło gawę-

dząc, smarowała Murkowi bułki masłem.

– Nie – powiedziała wreszcie z przekonaniem. – Pan nie potrafi być groźnym.
– Jak to? I nic się pani nie boi?
– Ani trochę.
– Chyba dlatego, że Bóg podobno czuwa nad niewiniątkami.
– Nie tylko.
– A cóż jeszcze?
– A to, że pan nie może być niebezpieczny dla mnie, bo... pan się kocha w innej.
– Niech pani nie wyobraża sobie, że dla mężczyzn to jest równoznaczne z nienawiścią do

reszty kobiet.

– Dla ogółu mężczyzn zapewne. Ale pan jest wyjątkiem.
– Słowem, uważa mnie pani za fujarę ostatniego rzędu?
Nic nie odpowiedziała, tylko zaśmiała się wesoło.
– I niechże mi pani wobec tego wyjaśni, po kiego licha zaprosiła mnie pani do siebie.
– Och, mój Boże, po prostu chciałam mieć towarzystwo przy kolacji.
– Akurat moje?
– Tak.
– Lepszego już w Warszawie nie było?
– Pojęcie „lepszości” jest względne.
– Nie, proszę pani – nie ustępował Murek. – Niech pani nie wykręca się sianem. Mówiąc

szczerze, to pani mnie wtedy pierwsza na ulicy zaczepiła. Pod tym daszkiem, podczas desz-
czu...

– I cóż z tego?
– Więc po co? Korzyści pani żadnej ode mnie mieć nie może. Bo nawet węgla do pieców

tu nosić nie trzeba: centralne ogrzewanie. Z nudów też pani tego nie zrobiła, bo kto od świtu
do zmroku pracuje, nie ma czasu na wybryki z nudów. Podobać się też pani nie mogę, więc o
cóż chodzi?

– Nie wie pan, że kobiety miewają kaprysy?
– Zawracanie głowy. W każdym najkapryśniejszym kaprysie musi być jakaś przyczyna.
– No, więc proszę: – Pan mi się podoba.
Murek spojrzał na nią ponuro. Zdawało mu się, że ta panieneczka kpi sobie z niego. Uczuł

się tym boleśnie dotknięty.

– A ja pani powiem – odezwał się po pauzie – że to jest i nie subtelne, i nawet okrutne

drwić z kogoś, dlatego że jest oberwusem i nędzarzem.

– Ależ proszę pana – krzyknęła Mika. – Ja mówię szczerze, mówię prawdę. To pan jest

bardzo  płytki,  jeżeli  pan  przypuszcza,  że  podobać  się  może  tylko  dzięki  elegancji  czy  tam
ogolonej twarzy! Wstydziłby się pan doprawdy!

Była podniecona i rozgniewana. Murek przyglądał się jej ze zdumieniem.

background image

122

– Tak! – mówiła wzburzona. – I trzeba być bardzo gruboskórnym, żeby nie widzieć, że się

podoba kobiecie, a w dodatku podejrzewać ją o kpiny!

– Na miły Bóg! A cóż się pani we mnie podoba?... Czy ten brud i łachmany, czy to, że je-

stem fujarą i gruboskórnym?...

– Już teraz nic mi się nie podoba! – powiedziała z gniewem i zaczęła szybko sprzątać ze

stołu.

Zabrała szklanki i Murek słyszał, jak głośno myła je nad zlewem. Nagle stanęła na progu i

gestykulując mokrymi rękami zawołała:

– I żeby pan nie wyobrażał sobie, że mam jakiekolwiek wyrachowanie.
– Wcale sobie nie mogę wyobrazić, gdybym nawet chciał.
– Boja wiem, że się panu ja właśnie nie podobam! Wiem z całą pewnością. Bo gdybym się

panu podobała, to by pan nie zapomniał, jak wyglądam i poznałby mnie pan!

– Jak to poznałbym?
–  Najprościej  w  świecie.  Choćby  tak,  jak  się  poznaje  każdego  człowieka  czy  choćby

przedmiot, jeżeli wywarł na nas wrażenie dość silne, by zapamiętać jego wygląd.

– A wie pani! – zainteresował się Murek. – Że i mnie się wydawało, że już gdzieś panią

widziałem...

– Otóż to! Nie raczył pan zwrócić na mnie uwagi.
– Ja bardzo przepraszam...
– Nie ma za co. To nie pańska wina, tylko moja. Trochę mi przykro, ale to nawet i lepiej.
– Więc niech mi pani przypomni!
– Nic nie przypomnę.
–  Proszę  mi  chociaż  powiedzieć,  czy  spotkałem  panią  tu,  w  Warszawie,  czy  gdzieś  na

prowincji, czy może kiedy w pociągu?...

– W sa-mo-lo-cie!! – wysylabizowała.
– To niemożliwe. Ja nigdy nie latałem.
– O? Serio? To wielka szkoda – zaczęła umyślnie mówić szybko. – Podróż lotnicza to bar-

dzo przyjemna rzecz. Daje dużo emocji, no i widoki, co za widoki! Poza tym szybkość i czy-
stość takiej podróży. Ani odrobiny kurzu. Bo i skąd by. Taki pęd powietrza wszystko wydmu-
cha.

Na próżno próbował jej przerwać i prosił, by powiedziała, gdzie i kiedy się spotkali.
– Nic z tego – powtarzała. – Mówmy o lotnictwie.
Wreszcie zawyrokowała:
– Za to, że pan mnie sobie nie przypomina, musi pan być ukarany. Zgoda?
– Zgoda.
– Przyjmuje pan pokornie karę?
– Najpokorniej.
– Więc trzymam pana za słowo! Otóż za karę pańska ciekawość musi odcierpieć. Owszem,

powiem panu, gdzieśmy się widzieli i kiedy to było, ale powiem dopiero wtedy, gdy uznam to
za stosowne.

– Ale jeszcze przed moją śmiercią? – zrobił płaczliwą minę.
– Na pewno – skinęła głową. – I przekonam się, czy pan ma męski charakter, czy będzie

pan mnie nudził pytaniami albo starał się dowiedzieć od kogoś innego, czy lojalnie zaczeka
pan na moje osobiste rewelacje.

Pomimo solennej obietnicy Murek nie mógł przestać o tym myśleć i na próżno łamał sobie

głowę.

Mika umiejętnie skierowała rozmowę na inne tematy: Murek ani się spostrzegł, jak zaczął

jej  opowiadać  o  swojej  przeszłości,  o  ohydnej  intrydze,  przez  którą  został  zredukowany  w
magistracie,  o  stopniowym  staczaniu  się  w  coraz  gorszą  nędzę,  o  beznadziejnej  miłości  do

background image

123

narzeczonej, której nie może zapewnić nawet najskromniejszego domu, o bezowocnych wy-
siłkach w celu znalezienia jakiejkolwiek posady.

Panienka słuchała z nieukrywanym przejęciem, wypytywała o szczegóły i często jej głos

stawał się drżący a oczy wilgotniały.

– To nie może tak być, nie może! Jest sposób. Napisać do prezydenta.
– Co napisać?...
– Wszystko! Wszystko tak, jak pan mi to przed chwilą opowiedział. I prosić o rehabilita-

cję, o sprawiedliwość, o powrót na dawne stanowisko albo o nowe. To jest niepodobieństwo,
by głowa państwa, by zwierzchnik najwyższy pozostawił to bez rozpatrzenia! Jestem przeko-
nana, że to pomoże.

Murek zastanowił się i westchnął:
– A no, może i ma pani rację. Spróbuję.
– Niech pan to napisze, ale obszernie, z nazwiskami, z datami. A ja poproszę MArletkę, by

przepisała to na maszynie.

– Jaką MArletkę?
–  Kosicką,  moją  przyjaciółkę,  u  której  tu  mieszkam.  Bardzo  dobra  i  bardzo  uczynna

dziewczyna. Tylko nie wiem, czy... Zawahała się i umilkła.

Murek powiedział:
– Cóż ja będę ją swoimi sprawami trudził...
– Ach, nie, nie to. Tylko widzi pan, ona... może nie zechce pisać tej skargi bo to do prezy-

denta, a ona nie uznaje naszych władz.

– Jak to nie uznaje?
– MArletka jest komunistką. Tylko – przestraszyła się – niech pan tego nikomu nie mówi!

Broń Boże! Mogliby ją aresztować.

Murek wzruszył ramionami:
– Powinni.
– Ale ona nic złego nie robi – broniła przyjaciółki Mika. – A każdemu wolno mieć takie przekonanie,

jakie uważa za najlepsze. Złota dziewczyna. Na pewno zgodzi się, już dla mnie to zrobi.

Umówili się, że za dwa dni spotkają się pod znanym daszkiem, dokąd Murek miał przy-

nieść rękopis skargi.

Najgorzej  było  z  pisaniem.  Znał  wprawdzie  w  mieście  kilka  takich  klatek  schodowych,

gdzie bezpiecznie można było usadowić się na parapecie okna, przynajmniej póty, póki do-
zorca nie spędzał. Jeszcze wygodniej byłoby w urzędzie pocztowym, lecz czatujący tam wy-
wiadowcy lubili zbyt często zapraszać podejrzanie ubranych na przesłuchiwanie do komisa-
riatu. O pisaniu na świeżym powietrzu nie mogło być mowy. Nastały silne mrozy, od których
grabiały  nie  tylko  palce,  lecz  i  całe  ciało  stawało  się  sztywne  i  obolałe.  Przez  marynarkę,
sweter i dwie koszule chłód przenikał z taką łatwością, jakby człowiek wcale na sobie nic nie
miał. Na Kiercelaku w związku z tym  ceny palt poszły w  górę.  Za  najlichszą  jesionkę,  po-
rządnie już przetartą żądano najmniej piętnastu złotych. Co sprytniejsi współlokatorzy z noc-
legów zaopatrzyli się od dawna w watowane palta lub nawet kożuchy. Lecz Murek ani umiał,
ani chciał posługiwać się ich sposobami.

Dlatego nie wykończył swego obiecanego elaboratu na czas i nie stawił się w umówionym

dniu pod daszek. Przypilnował Mikę dopiero pod koniec tygodnia  i wręczył jej plik arkusi-
ków różnego formatu, zapisanych gęsto ołówkiem.

Kazała mu zgłosić się na Żoliborz, ale po niedzieli, gdyż MArletka obiecała przepisać, gdy

skończy nocne dyżury w telefonach.

W  wyznaczonym  terminie  robota  rzeczywiście  była  skończona.  Mika  wręczając  to  Mur-

kowi, powiedziała:

– MArletka koniecznie chce pana poznać.
Murek zrobił niechętny gest ręką.

background image

124

– Och – zgorszyła się Mika. – Nie odmówi jej pan tego. Była przecie dla pana tak życzliwa.
– Ale po co?
– Twierdzi, że musi z panem pomówić. Coś tam gadała, że jest pan na błędnej drodze i że

szkoda takiego człowieka. Obiecałam jej, że was zapoznam. Tym bardziej, że wspomniała o
możności pracy dla pana.

To zainteresowało Murka, niestety. Mika nic bliższego powiedzieć nie umiała. Natomiast

wygadała się, że sama na swoją rękę robiła starania, by znaleźć dlań jakieś zajęcie w firmie, w
której  pracuje.  Na  nieszczęście  wszystko  spełzło  na  niczym,  gdyż  i  tam  redukują  personel
biurowy.

– I mnie taki los spotkał – zakończyła, rozkładając ręce.
– Co pani mówi?...
– Och – uspokoiła go. Z biura musiałam ustąpić, ale dano mi inną pracę. W laboratorium.
– A cóż to za forma? Chemiczna?
– Tak. Fabrykacja różnych lekarstw, preparatów, specyfików. Bardzo duża firma. Na pew-

no znają pan, chociażby z reklam. „A. Zleist i Spółka”.

– Oczywiście, wiem – potwierdził. – A co pani w tym laboratorium robi? Mika z lekka za-

rumieniła się:

– Ach, bardzo nieprzyjemne rzeczy. Nawet obrzydliwe... Bo widzi pan, ja pracuję teraz w

wydziale  preparatów  hormonalnych.  Tam  wycina  się  różnym  biednym  zwierzątkom  pewne
gruczoły, których wydzielina idzie na wzmocnienie... temperamentu rozmaitych pań i panów.
Brr... Gdyby ci pacjenci wiedzieli, jak dla nich cierpią biedne koguty, kury i króliki!... Ja po
tym wszystkim, za żadne skarby nie wzięłabym do ust tych pastylek, ani bym pozwoliła za-
strzyknąć sobie tych hormonów. Człowiek jest najbardziej egoistycznym i bezlitosnym stwo-
rzeniem na ziemi. Najpierw odbiera biednym zwierzętom ich radość życia, a później je całe
zjada...

– Jak to zjada?... To wy tam jecie te swoje ofiary?
– Gdzież tam. Nie my. Ale przecież w każdej restauracji można dostać porcję kapłona czy

pulardy.

Murek  z  niedowierzaniem  patrzył  na  delikatne,  wątłe,  niemal  przezroczyste  ręce  Miki.  I

tymi właśnie ślicznymi rękami wykonywała ona owe obrzydliwe operacje.

– I może pani to robić? – zapytał z niedowierzaniem.
– Muszę – uśmiechnęła się smutnie. – W biurze nie było pracy, zaproponowano mi to za-

jęcie, cóż miałam począć? I za to powinnam być wdzięczna.

– Ale to są świnie – oburzył się: – Żeby młodej panience dawać taką bezwstydną robotę!

To nie mogli znaleźć w całej firmie innego miejsca, a tam postawić mężczyznę?

– Zapewne. Ale mężczyznom więcej trzeba by płacić. A my dostajemy po sto czterdzieści

złotych miesięcznie. Niech pan nie myśli, że pracuję tak sama.

Jest nas przeszło dwadzieścia kobiet. Przeważnie młode panienki. Są dwie studentki me-

dycyny i te przynajmniej niejako są w swoim fachu, ale inne nic z tym wspólnego nie mają.
Jedna na przykład studiuje inżynierię lądową, druga jest w konserwatorium, a ja mam kole-
żankę, rzeźbiarkę, z którą kiedyś uczyłyśmy się w szkole sztuk pięknych. Cóż począć. Trzeba.
Z początku brzydziłam się okropnie i wstydziłam się, ale do wszystkiego  widocznie można
się przyzwyczaić. Może i nie zdecydowałabym się na te hormony, ale MArletka zakrzyczała
mnie, że żadna praca nie przynosi ujmy i że trzeba gwizdać na przesądy.

– O, przepraszam – zaoponował Murek. – Praca wprawdzie nie przynosi ujmy, ale gwiz-

danie na to, co pannie Mariecie podoba się nazywać przesądami,  to całkiem inna para kalo-
szy. To wcale nie przesąd. Mężczyźni są właśnie do tego, by brać na siebie wszelką nieprzy-
jemną i brutalną pracę. Bo chcą w kobiecie widzieć coś lepszego i czystszego od siebie. I mu-
szą starać się, by osłonić ją przed wszystkimi brudami życia. Gdybym ja był dyktatorem czy
tam innym królem, wydałbym ustawy zabraniające zatrudniania młodych dziewcząt przy po-

background image

125

dobnych świństwach. Kobieta powinna być upiększeniem, ozdobą, piękniejszą stroną naszego
życia. Należy pielęgnować w niej dobroć, szlachetność, subtelność  uczuć,  żeby  mężczyzna,
wracając do domu, mógł przy niej i dzięki niej zapomnieć o wszystkim, co w walce o byt jest
złe i brudne, by miał obok siebie żywe źródło wiary w inne wartości niż chleb i władza, war-
tości duchowe. Dlatego w ogóle jestem przeciwnikiem pozadomowej pracy kobiet.

– Więc lepiej niech umierają z głodu?
– No, nie – zawahał się Murek. – Obecne czasy nie są normalne. Ale należy dążyć do zu-

pełnego uwolnienia kobiet od zajęć zarobkowych, od walki o byt, od babrania się w tym, co
mocniejsze  męskie  nerwy  zniosą,  przed  czym  twardszy  charakter  męski  nie  ugnie  się,  a  co
kobietę najczęściej złamie i zaszarga.

Mika zapytała bez przekonania:
– Więc według pana kobieta ma być lalką do zabawy?
– Wcale nie lalką – zaprotestował. – Powinna być łącznikiem między duszą męża a tym

światem piękna i radości, o którym gotów zapomnieć grzęznąć po uszy w trosce o byt. Czyż
to nie szczytne i nie wielkie zadanie?... W uboższych warstwach społecznych kobiety pracują
na równi z mężczyznami. A skutek? Oboje zmieniają się w otępiałe zwierzęta pociągowe, dla
których poza trudem i jedzeniem nic już nie ma.

Zamyślił się i po chwili dodał:
– Kobieta, którą kocham, mogłaby mi dać pełnię szczęścia, ową całą piękną stronę życia.

Niestety, ja nie mogę zapewnić jej takich warunków egzystencji materialnej, bez jakich naj-
cudowniejszy kwiat uwiędnie.

Mika lekko przybladła:
– A nie boi się pan zawodu?
– Jakiego zawodu?
–  No,  przypuśćmy,  że  zdobył  pan  już  owe  warunki  materialne.  Czy  jest  pan  pewien,  iż

pańska ukochana potrafi dać z siebie to, czego się pan po niej spodziewa?

– Oczywiście – bez wahania odpowiedział Murek, lecz nagle ścisnęło mu się coś w sercu i

dorzucił: – O ile na świecie w ogóle istnieją rzeczy pewne, całkowicie pewne.

Mika nalała dwie szklanki herbaty i smarując masłem bułkę powiedziała z namysłem:
– Owszem. Są rzeczy pewne. Jeżeli się kogoś zna bardzo blisko, jeżeli nie są przed nami

skryte żadne myśli danej osoby, jeżeli wiemy o każdym jej kroku...

Murek nagle spochmurniał...
– Znam takie wypadki – wolno ciągnęła Mika – gdy wierzono komuś, absolutnie nie za-

sługującemu na zaufanie. Miłość zaślepia. Czy na przykład pan... Ja przepraszam, że wtrącam
się do tych rzeczy, ale mówię tylko dla przykładu. Czy na przykład pan nie ma żadnych wąt-
pliwości co do postępowania kobiety, którą kocha? Czy niektóre rzeczy nie wydają się panu
tajemnicze, niezrozumiałe?...

– Skąd... skąd pani wie?... – zapytał ochrypłym głosem.
– Nic nie wiem – wzruszyła ramionami.
Murek uśmiechnął się z przymusem:
– Dziwna z pani dziewczyna. Ja takich obaw nie mam, chociaż...
– Chociaż byłyby do nich podstawy? – podchwyciła.
– Tak... Ale zewnętrzne. Pozory.
Po chwili dodał:
–  Rzeczywiście  mało  ją  znam.  Za  mało.  Złożyło  się  na  to  wiele  przeszkód.  Nieuniknio-

nych. Widzi pani, ja sam przed nią musiałem zataić moje bezrobocie,  bezdomność  i  nędzę.
Może było to z mojej strony tchórzostwo. Nie chciałem jej tym przerazić, jej, która na pewno
w ogóle nie wyobraża sobie, by można było żyć tak nędznie.

– Więc ona pochodzi z warstwy zamożnej?
– Tak, chociaż teraz jest też zmuszona do pracy.

background image

126

– Ach, więc o to chodzi. Zakochał się pan w niej, gdy jeszcze była aniołem, który nie ska-

lał swych stóp dotknięciem ziemi. I dlatego właśnie zakochał się pan w dziewczynie z war-
stwy  próżnującej...  Dla  zapewnienia  sobie  w  domu  istoty  czarodziejskiej  i  nieziemskiej.  A
ona jest taką snobką, że wstydziłaby się pana, dźwigającego ciężary i sypiającego w domach
noclegowych?... Czy tak?...

W spokojnym i ciepłym głosie Miki zadźwięczały ostre tony, niemal szyderstwa.
– A czy nie przypuszcza pan, że ten anioł upiększa życie komuś innemu?... Czy nie rozu-

mie pan, że ten anioł nigdy, słyszy pan, nigdy nie potrafi ocenić pańskiego ciężkiego trudu i
pańskich zgrubiałych rąk i żadnej pracy?...  Czy  ten  anioł,  po  rozebraniu  się  z  kosztownych
piórek, nie okaże się zwykłym pasożytem?!,..

Na  twarz  Miki  wystąpiły  czerwone  plamy,  oczy  straciły  swój  łagodny  wyraz  i  uderzały

gniewnymi spojrzeniami, ręce kurczowo ściskały serwetkę.

On siedział ponury i najgorsze podejrzenia zaczęły  go dręczyć.  Nie  umiał  się  zdobyć  na

obronę. Chociaż od wczesnego ranka nie miał nic w ustach, zapomniał o głodzie.

– Pójdę już – zerwał się z krzesła.
Mika opamiętała się:
– Ależ pan nic nie jadł!
– Nie mogę – powiedział szczerze. – Pani powinna to zrozumieć. Nie mogę.
– Co ja narobiłam! – załamała ręce. – Proszę pana! Niech pan tego na serio nie bierze. Ja

bardzo przepraszam. Proszę mi wierzyć, że ja tylko przez życzliwość dla pana...

– Wierzę – mruknął i sięgnął po czapkę.
Mika zastąpiła mu drogę:
– Nie gniewa się pan na mnie?
– Skądże...
– Na pewno nie?
– Nie, bo i za co? Mówiła pani od serca...  A ja... Ja wolałbym  już, żeby to było bodaj i

prawdą, bylem nareszcie wiedział... Ach, żebym coś pewnego wiedział...

Chwyciła go za rękę:
– Pan szczerze to mówi? Chce pan?...
Wpatrzył się w nią z przerażeniem:
– Co pani wie?...
– Mniejsza o to. Ale dam panu coś bardzo ważnego. Niech pan jutro czeka na mnie pod

daszkiem. Przyjdzie pan?

– Przyjdę. Ale niech mi pani zaraz powie...
– Nie – przerwała stanowczo. – Nic panu dziś powiedzieć nie mogę, a potrzebnych rzeczy

nie mam w ręku. Przyniosę je panu jutro. Do widzenia.

– Do widzenia – automatycznie odpowiedział Murek i półprzytomny zbiegł ze schodów.
Cięty mróz szybko przywrócił mu przytomność. Biegł kilkadziesiąt kroków, później zwal-

niał i z całej siły rozcierał uszy, nos i policzki, by znowu przejść w kłus. Ostre powietrze roz-
pierało płuca i aż hamowało oddech. Z Żoliborza na Leszno dobrych kilka kilometrów prze-
był Murek w niespełna półgodziny. Brama jeszcze była otwarta a stary Niecka w olbrzymim
kożuchu i bezgłośnych wojłokowych stęporach czekał przy furtce na przepisową godzinę.

Murka przywitał krótko:
– Tam listy do pana Franciszka są.
– Skąd?
– Dyć z poczty. Skąd mają być?
Wpadłszy do ciepłej izby, miał wrażenie, jakby go wyjęto z ukropu. Nieckowa podała mu

dwa listy. Z trudem otworzył zgrabiałymi palcami pierwszy: była to odmowna odpowiedź na
prośbę o posadę w Poznańskiej Fabryce Karoserii. Drugi: poznał charakter pisma babci Ho-
rzeńskiej. Na białej ćwiartce papieru widniało kilka zdań:

background image

127

„Jestem  poważnie  chora  i  dopiero  dziś  czuję  się  o  tyle  lepiej,  że  mogę  panu  odpisać.

Zresztą nie było z czym się spieszyć. Dowiedział się Pan już dawno wszystkiego z prasy. Jest
to podła dziewczyna i niech jej Bóg przebaczy naszą hańbę i wstyd a Pańską krzywdę, bo ja
nawet teraz, w przeddzień śmierci, przebaczyć nie umiem. Dla Pana to szczęście, że jeszcze
nie była Pańską żoną”.

Murek nie słyszał ani zaproszeń do ogrzania się przy piecu, ani pytań, ani rozmowy rodzi-

ny Niecków.

Raz  po  raz  czytał  list,  stojąc  nieruchomo,  wpatrzony  w  litery,  które  zaczęły  mu  skakać

przed oczyma i zlewać się w niezrozumiałe wykrętasy. W głowie zakręciło się i zatoczył się
pod ścianę, przy której byłby upadł, gdyby nie podchwyciła go Julcia.

W izbie zrobił się rwetes. Murka przemocą posadzono na krześle, a zięć Niecków wmusił

w niego spory kubek wódki. Na półgłośne protesty żony odpowiedział z pasją:

– Chcesz, żeby człowiek kopyta wyciągnął?!... Nie widzisz, że jakieś nieszczęście na niego

spadło?... Wódki będzie żałować!

Murek  słyszał  to  jak  przez  sen.  Po  kwadransie  jednak  stopniowo  odzyskał  świadomość.

Alkohol rozgrzał stężałą od mrozu krew, serce zaczęło bić mocno i równo.

Wzrok trafił na zaciśnięty w garści arkusik papieru. Przetarł oczy i przeczytał jeszcze raz.
– Cóż ona zrobiła?! – zapytał głośno, aż wszyscy spojrzeli nań z zaciekawieniem.
Spostrzegł się i wstał. Zdawkowymi  słowami  przeprosił,  podziękował  i  wyszedł.  Wódka

wypita na czczy żołądek działała zbyt silnie. Zataczając się dobrnął na Dziką do Cyrku i zwa-
lił się na pryczę jak kłoda. Dopiero z rana ból dał mu znać o odmrożeniu, którego musiał się
nabawić idąc z Leszna. W kieszeni znalazł list babci Horzeńskiej.

Próżno  głowił  się  nad  nim  przez  cały  dzień,  próżno  chodził  po  administracjach  dzienni-

ków, szukając w kompletach pism jakichkolwiek wyjaśnień.

Wieczorem  o  umówionej  porze  czekał  pod  daszkiem.  Mika  przyszła  punktualnie.  Była

zdyszana i podniecona.

– Dam panu to – zaczęła – ale pod jednym warunkiem. Musi mi pan dać słowo honoru, że

żadnego głupstwa pan nie zrobi.

– To są gazety? – zapytał wskazując rulon, który trzymała w ręku.
–  Tak  –  potwierdziła.  –  Ale  nie  dam  ich  panu,  póki  nie  otrzymam  przyrzeczenia,  że  nie

zrobi pan żadnego głupstwa.

Wzruszył ramionami i wyciągnął rękę. Mika jednak cofnęła paczkę.
–  I  jeszcze  jedno  musi  mi  pan  obiecać:  spełni  pan  moją  prośbę,  którą  napisałam  tam  na

karteczce. Dobrze?

– Dobrze – odpowiedział obojętnie.
– Więc proszę. I niech pan... niech pan z jednego przykładu nie sądzi wszystkich.
Podała mu paczkę, skinęła głową i szybkim krokiem zawróciła w boczną ulicę.
Murek wszedł do pobliskiej mleczarenki, namacał w kieszeni kilka niklowych monet i po-

prosił o szklankę herbaty.

Spokojnie  i  ostrożnie  rozwiązał  sznurek  i  odwinął  żółty  papier.  Wewnątrz  było  kilkanaście

wycinków z gazet i karteczka na samym wierzchu. Podpis na niej uderzył Murka w oczy i wyja-
śnił wiele: Mika Bożyńska! Więc to ta kuzynka Niry, ta sama milcząca panienka, którą raz czy
dwa razy widział na Królewskiej... Jakże mógł jej nie poznać!... Chyba dlatego, że wtedy nosiła
włosy inaczej. Miała na głowie wielką jasną strzechę, a teraz czesała się gładko...

Zaczął  rozwijać  gazety.  Niestety,  były  to  wycinki  lub  całe  strony  z  pism  francuskich,  a

Murek prawie nie znał tego języka. Tyle co z gimnazjum. Przede  wszystkim jednak w oczy
rzuciły się fotografie. Poznał ich od razu: Nira i Junoszyc.

Krew mu uderzyła do głowy. Jakże był naiwny, że nie pomyślał o tym łajdaku od razu!
Z  trudem  przypominając  znaczenie  poszczególnych  słów  starał  się  odcyfrować  sens

wzmianek i artykułów, Wielkie nagłówki i podpisy  pod fotografiami były dość zrozumiałe:

background image

128

„Para  międzynarodowych  oszustów”,  „Aresztowanie  polskiego  aferzysty  i  jego  kochanki”,
„Piękna kurtyzana w roli księżniczki”, „Milionowe oszustwa w Nicei i w Paryżu”, „Hrabina
Bontoppuli  i  amerykański  milioner  Realy  ofiarami  sprytnej  aferzystki”,  „Gościnne  występy
cudzoziemskich złodziei”. „Jak się wyłudza pieniądze od naiwnych”... „Panna Nira Horzeń-
ska wyłudziła w ciągu nocy trzysta tysięcy od zakochanego Amerykanina” itd... itd...

Z treści Murek zdołał wyciągnąć masę często sprzecznych wiadomości. Pisma podawały,

że  w  Paryżu  i  w  eleganckich  miejscowościach  Riviery  już  od  szeregu  miesięcy  grasowała
para podejrzanych cudzoziemców, podających się za księcia i księżną Junoszyców. Mieszkali
w najdroższych hotelach, posiadali luksusowe auto i kamerdynera, który okazał się od dawna
poszukiwanym specjalistą od fałszywych czeków, słynnym Georgem Bourtonem.

Posługując  się  akcjami  fikcyjnych  przedsiębiorstw,  oszuści  umieli  oplatać  wiele  zamoż-

nych osób, naciągając je na poważne sumy. Poza tym rzekoma księżna nawiązywała flirty z
różnymi żonatymi panami i aranżowała schadzki, podczas których zjawiał się jej kochanek i
grając  rolę  zdradzonego  męża,  groził  skandalem  i  kompromitacją.  Świadkiem  przyłapania
„księżny” in flagranti bywał z reguły „kamerdyner”, występujący w roli prywatnego detekty-
wa. „Książę” najpierw groził rewolwerem, lecz gdy „niewierna” rzucała się mu do nóg z pła-
czem, dawał się ubłagać  i  rezygnował  ze  skandalu  pod  warunkiem,  że  rozwiedzie  się  z  nią
natychmiast, a winowajca ją poślubi. Żonaty winowajca oczywiście był w rozpaczy i skwa-
pliwie godził się, raczej na „zapewnienie bytu” przyszłej rozwódce, czyli na odszkodowanie,
wyrażające się w kwotach od 20 do 30 tysięcy franków.

Po każdej takiej aferze oskubany jegomość czym prędzej wyjeżdżał a „księstwo” przeno-

sili się do innej miejscowości. Olbrzymie zyski z tego procederu szły na hulaszcze życie i na
ruletkę. Przedsiębiorstwo prosperowało świetnie, póki jedna z ofiar, angielski parlamentarzy-
sta, sir B. M. zorientowawszy się w całej machinacji, nie zawiadomił policji.

Przy rewizji w wytwornym apartamencie oszustów znaleziono fałszywe akcje, paszporty,

czeki i cały arsenał pieczęci i stempli oraz podrobionych blankietów różnych firm, banków i
przedstawicielstw dyplomatycznych. W arystokratycznych sferach Paryża, gdzie powszechnie
przyjmowano polskiego „księcia” i jego „żonę”, aresztowanie wywołało wielką sensację.

Z dalszych wycinków, gdzie szczegółowo i obszernie opisane były poszczególne oszustwa,

wynikało,  że  „kamerdyner”  Bourton  zdołał  zbiec  przed  wejściem  policji,  że  „książę”  Juno-
szyc  został  osadzony  w  więzieniu,  zaś  „m–  lle  Horzeńska”  została  wypuszczona  za  grubą
kaucją, którą złożył za nią jeden z jej wielbicieli brazylijski plantator R. C. Malto. Co najcie-
kawsze, Brazylijczyk sam był niedawną ofiarą pięknej Polki, lecz widocznie nie mógł o niej
zapomnieć, gdyż sam zgłosił się do sędziego śledczego z propozycją uwolnienia oszustki.

Następował  drobiazgowy  opis  uwolnienia  Niry  Horzeńskiej  i  odjazdu  jej  wraz  z  panem

Malto jego samochodem w niewiadomym kierunku.

Murek podniósł głowę i w lustrze na ścianie zobaczył swoją twarz kredowo bladą i głupio

uśmiechniętą.

Paru łykami wypił herbatę, która tymczasem zupełnie wystygła, złożył gazety i wsadził je

w kieszeń. Potem obojętnie przeczytał kartkę Miki Bożyóskiej. Prosiła, by nie brał do serca
utraty istoty złej i niegodnej, by wierzył, że są inne, uczciwe i wierne kobiety. Prosiła jeszcze,
by koniecznie nie zapomniał o niej, prawdziwej swojej przyjaciółce...

Zaśmiał się półgłosem i wepchnął list Miki do kieszeni między wycinki.
– Wszystkieście jednakie – pomyślał z nienawiścią. – Wszystkie.
Sam dziwił się swemu spokojowi. Wszystko widział, wszystko rozumiał, na wszystko pa-

trzył trzeźwo. Tylko w piersiach, w płucach czy w sercu coś boleśnie darło. Wyjął niklową
złotówkę i zastukał w obciąh panienka sobie zatrzyma.

Kiwnął jej  głową  i  wyszedł.  Wiatr  uderzył  go  w  plecy  i  popychał  ostrymi  podmuchami.

Dopiero w pobliżu Wisły zmienił kierunek i dął teraz wprost w twarz, wściekle, zajadle, nie-
ustępliwie. Murek stanął na moście, wyciągnął z kieszeni plik wycinków, rwał je na strzępy,

background image

129

które wiatr wyrywał mu z rąk i niósł w ciemność nad zamarzniętą rzekę. Gdy już nic nie zo-
stało, splunął i zawrócił do miasta.

Na  Krakowskim  Przedmieściu  musiał  się  zatrzymać.  Nie  było  przejścia.  Pomimo  mrozu

stał  tłum  gapiów  przed  wielkim  i  rzęsiście  oświetlonym  gmachem,  z  którego  za  każdym
otwarciem dobiegały urywki melodii. Wewnątrz był bal. Przed wejście jedna po drugiej za-
jeżdżały lśniące limuzyny. Portier w czerwonej liberii podbiegał, połyskując złotymi galona-
mi i otwierał drzwiczki. Z miękkich, wyściełanych, zacisznych wnętrz wysiadali panowie w
cylindrach i panie w kosztownych futrach. Ich stopy migały spod długich sukien ażurowymi
pantofelkami, złotymi i srebrnymi. W nozdrza uderzał silny zapach perfum i oto przed pojazd
wsuwał  się  nowy  samochód,  majestatyczny,  bezgłośny,  lśniący,  a  wewnątrz  uśmiechnięci
panowie, pachnące panie, błyski brylantów i szelest drogich jedwabiów.

Dwaj policjanci, zziębnięci  i  przytupujący  nogami  torowali  drogę  autom  i  ich  właścicie-

lom, raz po raz pokrzykując groźnie na cisnących się gapiów:

Rozejść się! Proszę się rozejść!... I oto Franciszek Murek po raz pierwszy w życiu zadał

sobie pytanie: Dlaczego?

Dlaczego on i jemu podobni mają rozchodzić się i ustępować miejsca tamtym. wyfutrzo-

nym, sytym, bogatym? Z jakiego tytułu, na podstawie  jakich  praw  ludzi  tak  podzielono,  że
tamci właśnie mają wszystko, a on, Franciszek Murek, nic nie ma? Dlaczego?...

Aż zdumiał się nad własnym pytaniem. Przez całe dotychczasowe życie nie przyszło mu na

myśl zastanawiać się nad tym. Czy wierzył w to, że tak być musi, czy wiedział, że niczego w tym
porządku zmienić nie potrafi? Czy był przekonany o słuszności tego porządku?... A przecież ni-
czym od tych ludzi się nie różnił. I cóż by się zmieniło, gdyby on, Franciszek Murek, wyrzucił z
tego  auta  wyfraczonego  bogacza,  gdyby  zajął  jego  miejsce,  do  syta  napełnił  swój  żołądek,  do
pęknięcia  wypchał  pieniędzmi  kieszenie,  zawładnął  jego  własnością,  odebrał  mu  władzę?  Nic.
Nic by  się  nie  zmieniło.  Nawet  te  dziwki  w  jedwabiach  i  w  złoconych  pantofelkach  tak  samo
opierałyby się o ramię Franciszka Murka, bo im przecież tylko o użycie chodzi, nawet ci sami
policjanci rozpędzaliby tłum przed jego autem i krzyczeli jak posłuszne automaty:

– Rozejść się! Proszę się rozejść!
Jakież śmieszne wydało się teraz Murkowi przeświadczenie, że władza i bogactwo przypa-

da ludziom słusznie z urodzenia, z zasługi, z ich wysokiej wartości wewnętrznej. Prawie po-
łowa  ludzi  to  Junoszyce  i  Horzeńscy,  a  reszta  matoły,  dziedziczące  po  przodkach  majątki,
kiedyś przez tych przodków, dawniejszych Junoszyców uzbierane lub też spryciarze i karie-
rowicze polityczni, co na cielęcej naiwności tłumu Murków wyjechali w górę.

A teraz wyniośle i obojętnie przemierzają swoimi lakierowanymi  pantoflami te kilka me-

trów szorstkiego, zamarzniętego asfaltu od wyściełanego  miękko  samochodu  drzwi,  za  któ-
rymi odbywa się bal. Nawet nie widzą, nie dostrzegają tłoczących się  gapiów. Jakby mijali
martwe podmioty, nie zaś podobnych sobie ludzi. A może dlatego są ostentacyjnie uśmiech-
nięci  i  zajęci  swoim  towarzystwem,  że  wielkodusznie  chcą  pozwolić  biedakom  podziwiać
mały ułameczek swego beztroskiego życia?...

Murek obejrzał się na stojących obok niego. Zastygłe od chłodu twarze były martwe i bez

wyrazu, ale oczy patrzyły źle i nienawistnie.

Jedna  po  drugiej  zajeżdżały  lśniące  limuzyny.  Groźnie,  natarczywie  krzyczały  klaksony,

jakby zdumione tym, że ktoś tam ośmiela się ich panom tarasować drogę. Nowa fala perfum
uderzyła w nozdrza.

I Murek powiedział głośno:
– Pasożyty, psia ich mać... Burżuje!...
A policjanci wołali:
– Rozejść się! Proszę się rozejść!

background image

130

ROZDZIAŁ V

Silna była zima tego roku. Po mroźnym grudniu i styczniu przyszedł luty niebywale śnież-

ny. Od południa nadciągnęły ciężkie grube chmury i rozwiesiły się na niebie nieruchome, a z
nich dniami i nocami bez ustanku sypał śnieg.

Na  dachach  kamienic  powyrastały  kopiaste  papachy,  drzewa  w  skwerach  i  w  ogródkach

przysiadły w śniegu aż po  gałęzie. Wzdłuż ulic wznosiły się z każdym dniem wyższe białe
piramidy, przez jezdnie rankiem brnęło się niemal po kolana w suchym śniegu. Miasto wy-
glądało czysto, zacisznie i wesoło. Ale rósł w nim niepokój. Wielki brzuch miasta zaczął od-
czuwać  próżnię.  Brzuch,  który  pochłania  dziennie  setki  tysięcy  ton  chleba  i  mięsa,  mleka  i
masła, węgla i drzewa, całe pociągi najrozmaitszych towarów, całe tabory żywności, nie mógł
już  otrzymywać  regularnie  swoich  porcji.  Cały  organizm  stolicy  począł  odczuwać  brak  po-
karmu. Z okien sklepów znikały produkty, a na tych, które jeszcze zostały, ceny rosły i rosły.

Terkotały niecierpliwie aparaty telegrafu, po drutach telefonicznych biegły rozkazy za roz-

kazami, stacja radiowa wysyłała depesze:

– Oczyścić arterie dowozowe.
Ale  niewiele  to  pomagało.  Drogi,  trakty  i  szosy  zawiało  tak,  że  o  przekopaniu  się  przez

potężne zaspy, przez garbate kurhany nie mogły marzyć nawet najsilniejsze ciężarówki. Ko-
leje  zasypało  tak,  że  gdyby  nie  szpalery  słupów  telegraficznych,  nie  wiedziałbyś  nawet,  że
pod tą białą falistą przestrzenią jest grunt twardy, a na nim tory i szyny. Grzęzły w zaspach
pociągi, potężne lokomotywy na próżno wytężały swe stalowe ścięgna i wpierały się gorącą
piersią w nieustępliwy puch, złożony z drobnych kropelek zamarzniętej wody, puch tak nikły,
że rozpływał się w palcach, a przecież nie do pokonania. Ze świstem i warkotem pracowały
pługi  śnieżne,  mozolnie  zdobywając  metr  po  metrze  wolny  teren.  Wgryzały  się  w  wysokie
sypkie pagórki, żłobiąc w nich korytarze i po kilku minutach swobodnego biegu wbijały się w
następny kurhan. Aż ustawały zziajane.

Z okolicznych wiosek, położonych o pięć, dziesięć i więcej kilometrów od toru, werbowa-

no chłopów. Szli gromadnie i chętnie, radzi niespodziewanej okazji zarobku, dzięki któremu
będzie na naftę, na sól do strawy, na zapałki, słowem na te zbytki, których od paru lat już nie
znali. Stawali rzędami, człowiek przy człowieku i aż furczały łopaty a ludzie spoceni, zgrzani
i  weseli  przerzucali  się  żartobliwymi  okrzykami,  pokpiwając  sobie  z  zarozumiałych  potęż-
nych maszyn, które ugrzęzłyby tu na amen, gdyby nie chłopskie ręce i zwykłe łopaty.

A w żartach tych, w tych pośmieszkach nie było ani złośliwości, ani nienawiści, ani żółci.

Ot, zwyczajna chłopska wesołość, jednako rodząca się w gromadzie, czy to przy pracy, czy
przy zabawie, pogodna i świeża, jak wszystko to, co z ziemi wyrasta i jej sokami żyje.

Na wszystkich liniach kolejowych, promieniście zbiegających się w stolicy, raźno szła ro-

bota  i  szybko,  a  przecież  dla  Warszawy  za  wolno.  Niecierpliwiło  się  miasto,  wyglądając  z
godziny  na  godzinę  dopływu  swojej  paszy.  A  tymczasem  na  odległych  o  setki  kilometrów
stacjach wyczekiwały długie  czerwone  gąsienice  pociągów,  ciężkie  ładunkiem  i  same  grzę-
znące w śniegu.

Niecierpliwa Warszawa zaczęła masowo wysyłać kopaczy na odsiecz tamtym. Setki i ty-

siące bezrobotnych tłoczyły się do wagonów. Na kolei większy był zarobek i jeść dawano, bo

background image

131

skądże by w czystym polu strawę dostać, gdyby jej nie podwieziono drezyną w wielkich pa-
rujących  kotłach.  Więc  błogosławili  w  duchu  śnieżycę,  więc  obliczali,  ile  to  czasu  znośnie
dzięki niej przebytują, a tylko cieszyć się nie umieli.

Bo i z czego?... Przyjdzie odwilż albo wiatr chmury spędzi i nie będzie śniegu. Skończy się

praca, skończą się zarobki. Ot, na jakiś czas polepszy się trochę stara bida, a i to nie wiadomo,
po co, skoro i tak zdechnąć z głodu przyjdzie nie wcześniej, to później.

Niechętnie i płytko zanurzały się łopaty w śniegu. Gdy nadbiegał brygadzista i przynaglał

swoim sroczym skrzeczącym głosem, nikt na to nie zwracał uwagi. Od  czasu do czasu zja-
wiały się ważniejsze figury: wyżsi urzędnicy kolejowi i jakiś gruby inżynier, który obliczał
dniówki. Dochodziło do awantur. Któregoś dnia pobito grubego inżyniera i wtłoczono go w
śnieg tak głęboko, że nieomal się nie zatchnął. Po tym zajściu aż do obiadu nikt nie wziął ło-
paty do ręki. Przy jedzeniu zjawił się jakiś facet w strzeleckim mundurze i zaczął przemawiać
do kopaczy w podniosłych i energicznych zwrotach tłumacząc im,  że spełniają ważną i od-
powiedzialną robotę, że powinni wytężyć wszystkie siły, że ratują prawidłowe funkcjonowa-
nie kolei, system aprowizacji kraju, że państwo na  przerwie  w  transporcie  traci  miliony,  że
prywatni kupcy i przemysłowcy tracą tyle, że każda godzina ma tu wagę złota. Apelował do
uczuć  obywatelskich,  do  patriotyzmu,  do  poczucia  odpowiedzialności  i  obowiązku,  do  zro-
zumienia powszechnego interesu i w ogóle mówił z przekonaniem i zapałem.

Zdawał się nie wiedzieć, że jego wezwania i argumenty trafiają w próżnię. Ludzie słuchali

uśmiechnięci i obojętni.

Murek rozglądał się i ze zdumieniem konstatował,  że  on  sam,  który  do  niedawna  gotów

był z wiarą we własne słowa przemawiać tak jak ten „strzelec”, dziś jest całkowicie po stronie
tłumu.  Tego  tłumu,  który  nazwałby  ciemnym  i  nieuświadomionym,  nieumiejącym  docenić
szczęścia  niepodległości,  zaszczytu  budowania  wspólnej  przyszłości  państwowej  itd.  Dziś
wiedział dobrze, że wychudzonych nędzarzy, do których sam należy, nic nie obchodzi interes
państwa czy tych bogaczy, których towary ugrzęzły w zasypanych śniegiem pociągach.

Przecie z rana, gdy bito grubasa, Murek nie znalazł w sobie nie tylko ochoty do stanięcia w

jego obronie, lecz nie znalazł nawet współczucia. Wzrastała w nim i kamieniała głucha nie-
nawiść do wszystkiego, co czcił i szanował przez tyle lat. To,  co dawniej było dlań dogma-
tem,  prawo  hierarchii  społecznej,  owa  piramida  władzy,  dziś  wywoływało  jedynie  wciąż
wzmagające się przeświadczenie, że wszystko oparte jest na fałszu, na niesprawiedliwości, na
krzywdzie, że zaszczyty opanowali spryciarze i złodzieje, że hasła patriotyczne służą wyłącz-
nie do otumaniania naiwnych biedaków, że prawa, dające nielicznym wszystko, a milionom
ludzi nędzę, są łajdactwem.

Nie  zostało  w  nim  miejsca  na  żadne  wątpliwości,  na  żadne  obiekcje.  Tak  jak  przedtem

wierzył nieugięcie w słuszność i rację istnienia ustroju, w którym zajmował niewielką, lecz
należną mu pozycję, tak obecnie bez wyjątku potępiał wszystko. Świat, do którego należał i
chciał należeć, odrzucił go jak niepotrzebną szmatę, odsłaniając jednocześnie takie bagno jak
prawda o Nirze.

Właściwie  mówiąc,  pragnął  teraz  tylko  jednego:  zemsty.  Zemsty  na  tym  wszystkim,  co

było oszustwem, blichtrem, kłamstwem i wyzyskiem.

Gdyby mógł pod tę piramidę podłożyć ładunek dynamitu, wysadziłby ją w powietrze bodaj

za cenę własnego życia...

Ludzie zaczęli przerywać mówcy drwiącymi okrzykami. Z dalszych  szeregów rozległ się

ochrypły głos, doradzający wykąpanie w śniegu „tego frajera”. Wówczas mówca mimocho-
dem wspomniał o zajściu z inżynierem i zagroził aresztowaniem prowodyrów i podżegaczy,
którzy mącą wodę i zacnych obywateli buntują, wyzyskując ich nieuświadomienie.

Na to ozwały się liczne protesty, a Murek, stojący w pobliżu, nie wytrzymał i krzyknął:
–  Sam  jesteś  głupiec  i  nieuświadomiony!  Znalazł  się  nauczyciel!  Nie  damy  obniżyć

dniówki i już!

background image

132

– Obywatele! – mówca usiłował przekrzyczeć gwar, lecz Murek zawołał znowu:
– My tam nie obywatele, my bezrobotni.
– Zjeżdżaj, frajerze! – wrzasnął ktoś z boku.
– Towarzysze! Towarzysze! Precz z burżujami!... – wołał jakiś głos, a szeroko powtórzone

„precz” rozpaliło w Murku jakiś nieznany mu zapał.

Wskoczył na ubitą kupę śniegu i mówił coś,  i  krzyczał,  groził,  i  wymachiwał  pięściami.

Grupka  urzędników  kolejowych  i  inżynierów,  stojących  za  strzelcem,  zaczęła  się  naradzać,
lecz nagle posypały się na nią grudki śniegu. Ktoś bliżej stojący zawinął łopatą i uderzył od-
wróconego tyłem kolejarza. Świsnęła w powietrzu druga łopata, zakotłowało się. Niemal set-
ka ludzi napierała ze wszystkich stron. Osaczeni wyjęli rewolwery. Tłum jednak nie cofał się.
Huknął  jeden  strzał,  drugi,  jeszcze  kilka.  Pomimo  zmroku  i  gęsto  padającego  śniegu  widać
było, że strzelano w powietrze.

– Rozbroić ich! – wrzeszczano z tylnych szeregów.
– Towarzysze! Nie dajmy się zabijać!
– Precz z burżujskimi pachołkami!
Stojący dalej zaczęli ciskać łopatami przez głowy bliższych. W wielkim hałasie niepodob-

na  było  dosłyszeć  nawoływań  i  ostrzeżeń  otoczonych  urzędników.  Jeden  z  nich,  ugodzony
silnym ciosem w głowę, zwalił się z nóg, zalany krwią.

Wówczas tamci zaczęli strzelać w tłum.
Przeraźliwy  krzyk  rannych  otrzeźwił  nacierających.  Pięciu  z  nich  osunęło  się  na  ziemię.

Na śniegu szybko wystąpiły czerwone plamy.

Murek stał opodal i ponuro przyglądał się, jak rzucono się z obu stron do rannych. Tłum

powoli rozchodził się. Widok krwi otrzeźwił wszystkich. Zakładano prowizoryczne opatrunki
i  czterech  rannych  umieszczono  na  drezynie,  która  odjechała  do  pobliskiej  stacji.  Piąty  nie
żył. Leżał na wznak z rybio otwartymi ustami. Wydawał się mniejszy niż za życia, szczuplej-
szy i  bledszy.  Murek  znał  go  lepiej  niż  innych,  pracował  z  nim  kilka  razy  przy  wyładunku
barek na Wiśle. Był to bezrobotny tokarz, mieszkający w barkach dla bezdomnych za Powąz-
kami wraz z żoną i dwojgiem dzieci. Na imię miał Paweł.

Wraz ze zwierzchnikami odjechali i brygadziści. Pomimo to ludzie bez przymusu zabrali

się roboty. Pracowali w milczeniu aż do chwili, gdy nadjechał po nich pociąg służbowy.

Jak tego spodziewali się wszyscy, z wagonów wyskoczyło kilkunastu policjantów. Rozpo-

częło  się  śledztwo.  Brygadziści  i  urzędnicy  wskazywali  tych,  których  uważali  za  głównych
winowajców.

– A gdzie jest ten blondyn w zielonym swetrze? – dopytywał się inżynier.
Stojący obok Murka krępy i dziobaty znajomy z „Cyrku” szepnął mu:
–  Wiej,  Trzewik,  bo  wsiąkniesz.  Ciemno  już.  Nie  złapią.  Byle  do  Warszawy,  a  tam  już

kamień w wodę.

– On się nazywa Trzewik – wyjaśnił brygadzista przodownikowi policji.
– Który z was Trzewik? – zawołał policjant.
Murek przykucnąwszy za plecami towarzyszy zaczął ostrożnie posuwać się aż do przeko-

pu w śnieżnym wale. W pięć minut później był już daleko w polu. Tylko iść było ciężko, bo
nogi zapadały się powyżej kolan. Na szczęście mógł się nie obawiać, że znajdą go po śladach.
Śnieg do rana zasypie wszystko.

Kierował się ku Warszawie, lecz wiedział, że musi zabłądzić już choćby dlatego, że omi-

jając zaspy stracił zupełnie orientację. Po dwóch godzinach trafił na zasypane, lecz znaczne
dzięki nadbrzeżnym wierzbom łożysko jakiejś niewielkiej rzeczułki i postanowił iść jej kory-
tem w tym przekonaniu, że wcześniej czy później dojdzie do jakiejś wsi.

Nie  omylił  się.  Zaczynało  świtać,  gdy  do  jego  uszu  doleciało  pianie  kogutów.  Ludzie

wstawali  do  obrządku,  tu  i  ówdzie  błysnęły  małe  światełka  okien,  do  połowy  oblepionych
śniegiem. Od obejścia powiało zapachem krów. Murek zastukał do pierwszej z brzegu chaty i

background image

133

poprosił  o  nocleg.  Stara  babina  podniosła  wysoko  lampeczkę  z  chwiejnym  płomykiem  i  w
milczeniu wskazała gościowi ławę z siennikiem.

Obudził się koło południa. Śnieg wciąż padał, w izbie było chłodno, tylko od pieca bił żar.

Na węglach stał duży sagan, nad którym bulgotało i unosiła się gęsta para. Przy ogniu krzątała
się  starowina,  w  rogu  przy  stole  w  zniszczonym  kożuchu  siedział  czterdziestoletni  wąsaty
chłop i bezmyślnie patrzył przed siebie. Pod drzwiami niemłoda już kobieta karmiła z szaflika
dwa białe prosiaki. Od pułapu na wetkniętym za belkę drągu zwisała na czterech postronkach
kołyska.

Pusto tu było i biednie, i dziwnie swojsko. Murek wprawnym nieznacznym ruchem poma-

cał się po zapiętej agrafką od spodu kieszeni, gdzie miał trochę pieniędzy, podniósł się zaczął
rozpytywać.

Wioska  nazywała  się  Łupiny.  Niewielka,  wszystkiego  czternaście  chałup.  Do  Warszawy

będzie ze czterdzieści kilometrów, do najbliższej stacji dwanaście. Już od wielu dni nikt ze
wsi nie wyjeżdżał. Przy takich drogach szkoda koni. Na pytanie, czy znalazłaby się gdzie w
okolicy jakaś robota, gospodarz tylko wzruszył ramionami. Z kolei Murek wyjaśnił, że sam
idzie z dalekich stron szukać zarobku do Warszawy. Do Łupin zabłądził, ale że mu niespiesz-
ne,  gotów  bezinteresownie  pomóc  przy  gospodarstwie,  a  za  utrzymanie  chętnie  zapłaci,  ile
będzie się należało.

Oświadczenie  to  ożywiło  wszystkich  mieszkańców  chałupy.  Niespodziewany  dochód

otwierał perspektywy na załatwienie najpilniejszych długów w miasteczku.

Już po kilku dniach pobytu w Łupinach Murek poznał wszystkich mieszkańców wioski i

całe ich biedne, proste życie. Najbogatsi gospodarze mieli tu po dziesięć morgów, byli jednak
i tacy, co żyli z trzech, jeżeli ich bytowanie w ogóle życiem można było nazwać. Ziemia w
Łupinach była kiepska, łąki bagniste i kwaśne, grunty wyżej położone sypkie i jałowe, a tyle
wymagające pracy, że nawet z liczniejszych rodzin mało kto mógł iść na zarobek do pobli-
skich majątków. Zresztą i rodzin tu zbyt wielkich nie było, bo dzieci się nie chowały. Rodziło
się ich, jak wszędzie sporo. Tylko, że marły jak muchy od choroby, którą tu gorączką nazy-
wano, a która miała swe źródło w bagnistych rozlewiskach rzeczki.

W  odległej  od  cztery  kilometry  Pasznicy  Wielkiej  istniała  wprawdzie  szkoła,  do  której  i

Łupiny należały, ale przez większą część roku dzieci nie mogły do niej chodzić, gdyż w mro-
zy nie miały  w czym przez śniegi zaś i przez roztopy nie miały  jak.  Zresztą i starsi rzadko
komunikowali się ze światem: nie mieli za co kupować, nie mieli czego sprzedawać, chociaż
sami,  mięsa  ani  jajek,  ni  masła  nie  jedząc,  chyba  w  wielkie  święto,  wszystko  co  udało  się
uchować i uzbierać wynosili do miasteczka. Nie starczyło jednak tego na rzeczy najniezbęd-
niejsze, na żelazo do kucia, na sól, na naftę, na zapałki, a z  przyodziewku na buty i perkal.
Chleba  u  biedniejszych  już  od  marca  nie  było  ani  okrasy.  Ot:  kartofle,  kapusta  i  daj  Boże,
groch. Aż do jesieni. Gdy na kogo nieszczęście przyszło i krowa mu padła, cała wieś rozbie-
rała mięso, wypłacając się, czym kto miał: starymi podkowami, torbą pierza, półkwaterkiem
oleju, a najczęściej czarną solą bydlęcą, bo nikt innej nie tylko w Łupinach, lecz i po wszyst-
kich wsiach dokoła nie używał. Wprawdzie od soli tej pieczenie  w kiszkach było, ale ziem-
niaki bez soli jeszcze gorsze.

Ponure myśli rodziły się w Murku,  gdy tak patrzył na tę nędzę.  A patrzeć musiał długo.

Dopiero z końcem miesiąca śniegi spadać zaczęły gwałtownie. Powiały wiatry silne i ciepłe.
Łożysko  rzeczki  bulgotało  od  spienionej  nadlodowej  wody,  słońce  przygrzewało  z  jasnego
nieba, a śnieg w oczach tajał, aż tu i ówdzie przeglądać poczęła rozmiękła mazista gleba.

O  ile  z  początku  Murek  niewiele  miał  do  roboty,  ot,  drzewa  nałupać,  śnieg  odgarnąć,

sieczki  pociąć,  o  tyle  teraz  nie  próżnował.  Zapobiegliwi  gospodarze,  których  stodółki  stały
bliżej brzegu, na gwałt je musieli rozbierać w obawie powodzi i wyżej budulec składać. Mu-
rek z własnej ochoty przy tym pomagał. A roboty starczało od świtu do nocy, bo wody wciąż
przybywało i trzeba było się śpieszyć.

background image

134

Wolał to niż próżnowanie. Przy próżnowaniu gnębiły go ciężkie refleksje, które tu, w wio-

skowej  ciszy,  odzywały  się  głośno  i  natarczywie.  Po  stokroć  pytał  siebie,  czy  winien  jest
owemu zajściu na kolei, czy przyczynił się do śmierci niewinnego człowieka i do pokalecze-
nia innych. Pierwszy to raz w życiu wystąpił przeciw porządkowi, przeciw władzy i przeciw
prawu. Nie to jednak wywoływało niepokój jego sumienia. Po prostu nie wiedział, dlaczego
to zrobił. Nie widział celu swego postępku. Jedynym jego usprawiedliwieniem była nienawiść
osobista i chęć zemsty na tym wszystkim, co haniebnie zawiodło. Zdawał sobie jednak spra-
wę  z  tego,  że  takie  negatywne  ustosunkowanie  się  do  niczego  nie  prowadzi.  Wprawdzie  w
krwawym  zajściu  było  jedno  pozytywne.  Chodziło  o  niedopuszczenie  do  zmniejszenia
dniówki, ale czyż on sam wówczas o tym myślał?...

Im dłużej zastanawiał się nad tą kwestią, tym usilniej starał się utwierdzić w przekonaniu,

że  występował  w  obronie  biedaków  przeciw  interesom  bogaczy,  przeciw  władzy,  która  na
straży tych interesów stoi. Im dłużej przyglądał się nędzy w Łupinach, im gruntowniej w tę
nędzę się wżywał, tym częściej sobie powtarzał:

– Oto cel: walczyć o nich, walczyć o siebie i za nich!
Rozumiał to, lecz rozumieć nie znaczyło jeszcze wierzyć. Po  zburzonej  w  duszy  dawnej

świątyni nie został kamień na kamieniu. Nienawiść wyżarła i wypaliła ostatni ślad po niej. Do
wzniesienia  nowej  nie  brakowało  ani  ochoty,  ani  materiału.  Brakowało  wiary.  Brakowało
tego, co w dawnym światopoglądzie stanowiło cement: dogmatu. I konstrukcji. Umysł Fran-
ciszka  Murka  zbyt  był  przyzwyczajony  do  orientowania  się  w  skończonym  systemacie,  do
kategoryzowania myśli i zjawisk według wiadomych i niezmiennych reguł, by mógł dojść bez
nich na nowym terenie do syntezy.

Błyskające w rozmyślaniach jaskrawe słowa jak obrona nieszczęśliwych, jak prawa prole-

tariatu, jak rewolucja, nie wystarczały do rozświetlania wszystkich tych mroków, które się w
nim kłębiły. Ponad wszystkim zaś unosiła się dominująca żądza zemsty za osobistą krzywdę.

Na próżno próbował odnaleźć siebie w rozmowach z chłopami. Na próżno opowiadając im

o biedzie i o zbytkach bogaczy, o ciężarach podatkowych i o luksusie, w jakim żyją płaceni z
tych  podatków  dygnitarze,  wyczekiwał  prostej  i  jasnej  odpowiedzi.  Mówili  wprawdzie,  że
dobrze byłoby Żydów w miasteczku przetrząść, towary i pieniądze im odebrać, że należałoby
dworską ziemię podzielić, ale z tego nie wynikało nic.

Mijały tygodnie i Murek coraz bardziej czuł się wśród nich swojsko, lecz należało już po-

myśleć o zarobku. Pieniądze topniały, a  biedna  Karolka  z  dzieckiem  od  dawna  już  musiała
wyglądać na obiecaną przesyłkę. Toteż z pierwszą okazją,  gdy jeden z  gospodarzy  do  mia-
steczka jechał, Murek z nim się zabrał. Z miasteczka do stacji było niespełna trzy kilometry,
na stacji zaś, przypomniawszy dawne wskazówki Amerykańca, Murek bez większych trudno-
ści ulokował się na lorze i tak towarowym pociągiem dojechał do Warszawy.

Przez ostrożność nie poszedł na nocleg do żadnego ze schronisk. Przespał się w stajni  u

znajomego dorożkarza, nazajutrz zaś ruszył na miasto, by znaleźć zarobek. W halach Nirow-
skich  niespodziewanie  spotkał  Cipaka  i  dowiedział  się  odeń,  że  istotnie  policja  po  domach
noclegowych szukała człowieka przezwiskiem Trzewik, lecz już się uspokoili.

Cipak radził Murkowi wrócić do noszenia śmieci, poinformował go też o robocie na Sie-

kierkach, gdzie sypano wał przeciwpowodziowy i płacono nieźle.

Istotnie Murek znalazł tam zarobek na kilka dni, potem wyszukał sobie coś bardziej stałe-

go w składzie desek na Sielcach, co było o tyle dogodniejsze, że można było sypiać w szopie.
Już  w  trzy  tygodnie  później  mógł  wysłać  Karolce  czterdzieści  złotych  i  sprawić  sobie  na
Wołówce dobre buty na podwójnej podeszwie.

Któregoś dnia świątecznego przypomniał sobie obietnicę daną pannie Mice Bożyńskiej i wybrał

się na Żoliborz. Drzwi otworzyła mu mała, brzydka brunetka, chuda i jakby trochę garbata.

– Miki nie ma – powiedziała. – Ale proszę wejść i poczekać. Niedługo wróci.
Powiesił czapkę na wieszaku i usiadł przy stole, na którym leżała otwarta książka.

background image

135

– Niech pani czyta – odezwał się. – Nie przeszkadzam.
– Nic pilnego – złożyła książkę. – Pan pewnie jest doktorem Murkiem?
– Tak.
Wyciągnęła doń rękę:
– Nazywam się Kosicka.
– Winieniem pani wdzięczność za to, co pani przepisywała dla mnie.
Machnęła ręką.
– Drobiazg. Tylko szkoda było wysiłku. Na pewno nic nie pomogło?
– Nic – potwierdził.
– Z góry wiedziałam. I przyznam się, że nie mogłam zrozumieć pana.
– Pod jakim względem?
– A no, że pan po tylu doświadczeniach, po doznaniu tylu krzywd i niesprawiedliwości od

nich, jeszcze patrzy im na ręce. Po nich niczego nie można się spodziewać.

Murek uśmiechnął się złośliwie:
– A po kim?
Panna Kościcka nie odpowiedziała.
– Po kim się mam czego spodziewać? – powtórzył Murek.
– Nie po obcych przecie – spojrzała mu w oczy – nie po wrogach. Tylko po swoich. Pan...

pan jest synem chłopa? Tak?

– Tak.
– Zazdroszczę tego panu – westchnęła – moi rodzice żyli z cudzej pracy, a pan nie ma na

sobie tej plamy.

– Jak to plamy? – zdziwił się szczerze.
– To przecież jasne. Cóż może być podlejszego niż pasożytowanie na cudzym trudzie, na

cudzym pocie. Wyzysk! A któż ma większe prawo do upomnienia się o należne mu miejsce
na świecie niż ten, który przez szereg pokoleń był haniebnie wyzyskiwany! To jest najlepszy
dyplom szlachecki!

Murek zastanowił się:
– Powiedzmy. Ale mała stąd satysfakcja. Upoważnia najwyżej do zdychania z głodu.
– W ustroju kapitalistycznym i faszystowskim tak.
– A pani jest komunistką? – zapytał.
Zmarszczyła brwi i odpowiedziała śmiało:
– Jestem i nie myślę zapierać się tego. Zwłaszcza przed panem.
– Dlaczego zwłaszcza?
– Bo już od dawna chciałam pana poznać i pomówić z panem o tych sprawach. Przepisy-

wałam pański życiorys  i  jestem  przekonana,  że  to  karygodna  zbrodnia,  że  pan  się  marnuje.
Syn  chłopski,  jednostka  z  wyższym  wykształceniem,  z  charakterem.  Potrzeba  takich  ludzi.
Czy pan nigdy nie interesował się ruchem komunistycznym?

Murek zaśmiał się:
– Owszem, ale nie ucieszy to pani, bo o tyle interesowałem się, że czytując sprawozdania z

procesów uważałem, że zbyt małe kary sądy nasze dają komunistom.

Machnęła ręką:
–  Ach,  nieuświadomienie.  To  tylko  świadczy  o  tym,  że  nie  znał  pan  ideologii  komuni-

stycznej. Czytał pan Marksa?

– Nie.
– Ani Lenina?... Nawet żadnych broszur?... No, widzi pan! Jakże pan mógł ustosunkować

się  mądrze  do  wielkiej  idei,  nie  znając  jej  fundamentalnych  podstaw.  Jednak  prawda  ich  i
główny sens jest oczywisty dla każdego trzeźwo myślącego człowieka.

– Jakaż to prawda? – zapytał poważnie.

background image

136

– To, że wszystko  co jest na świecie, cały dorobek, wszelkie bogactwa, wszystko to po-

wstało  z  pracy.  Zatem  winno  należeć  do  tych,  co  pracują,  nie  zaś  do  pijawek,  pasożytów  i
darmozjadów. Świat jest własnością ludzi pracy, jest ich własnością wspólną. I tylko oni mo-
gą stanowić prawa i obyczaje, tylko oni mogą rządzić, tylko oni mogą korzystać z tego, co
wyprodukowali. Oni, to znaczy my. Pan i ja, a pan bardziej niż ja.

Murek  słuchał  z  natężoną  uwagą.  Nieraz  i  dawniej  obijały  mu  się  o  uszy  takie  poglądy,

lecz wówczas niejako automatycznie umieszczał je w przegródce z napisem: „Frazesy i utopie
demagogii wywrotowej”. Teraz zaś każde słowo znajdowało w nim oddźwięk. Kosicka przy
tym mówiła z zapałem i z mocnym przeświadczeniem. Mówiła o braterstwie ludzi pracy, o
równości,  o  sprawiedliwości  powszechnej.  Mówiła  o  prawie  własności,  które  jest  najwięk-
szym bezprawiem. O szczytnych celach walki w imię realizacji ideałów, o poświęceniu naj-
zacniejszych  i  najlepszych,  którzy  w  podziemiach  pracują  nad  przygotowaniem  nowego
ustroju, który ogarnie całą ludzkość, zjednoczy wszystkich, wykluczy wojny i wyzysk i trwać
będzie wiecznie. Mówiła o szczęściu budowania jasnej i pięknej przyszłości, o potężnej orga-
nizacji ludzi ideowych...

Urwała dopiero wtedy, gdy szczęk klucza w drzwiach wejściowych oznajmił powrót Miki.
Panna  Bożyńska  stanęła  w  progu  i  nie  mogła  opanować  wrażenia,  jakie  wywarł  na  niej

niespodziewany widok Murka. Zaczerwieniła się i powiedziała dość bezsensownie:

– Już poznaliście się?
I nieśmiało wyciągnęła rękę do Murka:
– Więc jednak pan nie gniewa się na mnie?...
– Za cóż miałbym się gniewać – spokojnie odpowiedział Murek.
Panna Kosicka zerwała się.
– Przyrządzę herbatę.
Mika nie dosłyszała tego i nawet nie spostrzegła dyskretnego wycofania się przyjaciółki.
– I nie ma pan do mnie żalu? – zapytała cicho.
– Skądże? Za co?
– Myślałam... Tak długo pana nie było... Ja wiem, że postąpiłam brzydko, nielojalnie, że

panu dałam te wycinki z gazet... I że przedtem ukrywałam przed panem swoje nazwisko. Ale
sama nie wiedziałam, co robić. Bo tak: gdybym powiedziała panu, że jestem kuzynką Niry,
zapytałby  pan  o  nią,  a  nie  chciałam  kłamać.  Ja  od  dawna  wiedziałam,  że  ona  wyjechała  z
tamtym ohydnym człowiekiem. Ale gdybym otworzyła panu oczy na tę sprawę, mógłby pan
mnie posądzić o to, że ja kłamię, bo mi na tym zależy. Gdy jednak było już w pismach... Pan
nie ma pojęcia, jak mnie bolało to, że pan jest haniebnie oszukiwany przez istotę, która nigdy,
słyszy pan, nigdy nie była warta jednego pańskiego palca. Ale byłam w rozpaczy, że pan mi
nie daruje...

Mówiła szybko, tak jakby od dawna ułożyła sobie, co mu ma przy  pierwszym spotkaniu

powiedzieć. Jej oczy wciąż zmieniały wyraz od niepokoju i obawy aż do czułości i gniewu.
Wyglądała jakoś dziecinnie.

– Przeciwnie, winienem pani wdzięczność – bąkał Murek.
Wzięła go za rękę:
– Co tam...
– Ale powinien pan ją wyrzucić całkiem z pamięci. Ona nie zasługuje na to, by o niej my-

śleć.

– Przejdzie – machnął ręką.
– Tak, tak, przejdzie. I już nie mówmy o tym. Tyle jest na świecie rzeczy dobrych i pięk-

nych. Mój Boże, czy pan wie, że ja co dzień, co dzień wystawałam tam, pod naszym dasz-
kiem! Tak długo pana nie było!...

– W ogóle nie było mnie w Warszawie.
Mika szeroko otworzyła oczy:

background image

137

– Wyjeżdżał pan?
– Tak.
– Ale... ale... nie zagranicę?
– Nie.
– Mój Boże! zaśmiała się. – Co mi do głowy może przyjść. A gdzież pan był?
– Za pracą.
Weszła panna Kosicka. Przyniosła tacę z herbatą. Nakrywając stół, poruszała się dziwnie

nerwowo i kanciasto. Wyglądała jakoś nieproporcjonalnie, wąskie – ramiona, szeroka i płaska
w biodrach, krótkie nogi. Była pomimo niedużego wzrostu ciężka  i przysadzista. Miała wą-
skie,  brzydkie  usta,  czarne,  krótko  obcięte  włosy,  rysy  niesymetryczne  i  ostre,  tylko  oczy
piękne, prawie czarne, poważne i wyraziste.

– Przegryziemy trochę – oznajmiła rzeczowo. – Jest po dwie bułki na osobę.
– Wiesz, MArletko – zwróciła się do niej Mika. – Pana Murka nie było w Warszawie, wy-

jeżdżał na robotę.

– A dokąd? – zapytała Kosicka.
– Na kolej. Do uprzątania śniegu – odpowiedział Murek.
– Śniegu?... Już chyba od miesiąca nie ma śniegu.
– Tak, ale ja później musiałem przycupnąć w jednej wiosce, bo szukali mnie.
– Kto?
– Policja.
– Co pan mówi! – przestraszyła się Mika.
– Czegóż od pana chcieli?...
Murek wzruszył ramionami:
– Ach, była tam taka awantura, strzelanina. No, i mnie uważali za jednego z inspiratorów.
– Jak to? – krzyknęła Kosicka. – Przy stacji Majdanowo?
– Tak.
– W końcu lutego?
– Zgadza się – potwierdził Murek.
– I pan w tym brał udział?...
Uroczyście wstała i wyciągnęła doń rękę:
– Niech pan pozwoli, że uścisnę pańską dłoń.
Murek uśmiechnął się:
– Nic takiego nie zrobiłem.
–  Jak  to  nic!  Wystąpił  pan  w  obronie  wyzyskiwanych  ludzi,  w  obronie  bezrobotnych,  z

których chciano za nędzne dniówki wyciągnąć resztkę sił. Winszuję panu!

Zwróciła się do zdumionej Miki:
– Widzisz? Ja się nigdy nie mylę w sądzie o ludziach. Wiedziałam, że pan Murek odnaj-

dzie w sobie ten instynkt proletariusza. Wystarczył mi jego życiorys i ta charakterystyka, któ-
rą słyszałam od ciebie.

Murek zmarszczył brwi:
– Żaden instynkt, proszę pani. Po prostu chcieli nam obniżyć dniówkę.
– Tak?... A o tym wcale w gazetach nie pisano. Łajdacy! Zwalono wszystko na agitatorów

komunistycznych.

– Żadnych komunistów tam nie było – zapewnił Murek.
– A ja  panu  mówię,  żeście  wszyscy  byli,  jeżeli  nie  członkami  partii,  to  wyznawcami  jej

ideologii. Niechże pan nam opowie, jak się to odbyło naprawdę, bo gazetom za grosz wierzyć
w tych rzeczach nie można. Więc?...

– Pozwólże panu zjeść! – żałośnie upominała się Mika.
– Ach, przepraszam.
– Nic, mogę jeść i gadać – uśmiechnął się Murek.

background image

138

I zaczął opowiadać po porządku, jak to było, jak werbowano w Warszawie na jednych wa-

runkach, a później chciano narzucić zwerbowanym już na miejscu inne. Zmniejszyć dniówkę
albo wprowadzić akord. Praca była rzekomo mało wydajna. A jakże mogła być wydajna, sko-
ro  ludzie  nie  mieli  sił...  Niektórzy  już  od  dwóch  lat  głodowali,  kawałka  uczciwej  posilnej
strawy nie widzieli! Jakże miała iść robota, kiedy śnieg w dziurawe buty właził a nad czło-
wiekiem wciąż tylko pokrzykiwano, żeby prędzej!

Opowiedział  o  licznych  zatargach,  o  pobiciu  inżyniera,  o  poobiednim  przemówieniu  i

wreszcie  o  samej  strzelaninie.  Opowiedział,  jak  przyjechała  policja  i  jak  zaczęto  szukać
Trzewika.

–  A  mnie  właśnie  przezywano  Trzewikiem.  Tedy  dałem  nura.  Ciemno  było,  śnieg  padał

gęsto,  ślady  zasypał.  Błądziłem  przez  noc,  a  rankiem  doszedłem  do  pewnej  małej  wioski,
gdzie i przesiedziałem kawał czasu.

– A w wiosce nie szukali?
– Jakoś nie. Za to tu po domach noclegowych szukali. Dlatego nie mogę tam nocować.
– I gdzież pan sypiał? – ze łzami w oczach zapytała Mika.
– Różnie, po stajniach, a teraz w szopie przy składzie desek.
– Zaszczują człowieka – potrząsnęła zaciśniętymi pięściami panna Kosicka. – Zaszczują,

jak psy!

– I czemuż pan do nas nie przyszedł? – z wyrzutem powiedziała Mika.
Murek skrzywił się:
– Tego by jeszcze brakowało. Paniom...
– Zaraz, doktorze – przerwała rzeczowo Kosicka. – A czy policja zna pańskie nazwisko?
– W ogóle?
– No nie, czy wie o tym, że Trzewik spod Majdanowa to pan?
– Skądże może wiedzieć. Tam nazwiska nikomu nie są potrzebne.
– I do listy przy werbunku nie podawał pan swojego?
– Podałem: Trzewik.
– To doskonale. Zaraz, zaraz. To niepodobieństwo, by pan tułał się jak pies po stajniach i

szopach. Niech pan chociażby kątem gdzie zamieszka.

Murek zaśmiał się:
– Za kąt też trzeba płacić.
Kosicka bębniła palcami po stole:
– A chce pan dostać stałą i godną pana pracę?
– Pewno.
– No, to doskonale. Doskonale. Ja mam do pana zaufanie. Od razu wprawdzie niepodobna,

ale jestem przekonana, że wkrótce rzecz będzie załatwiona.

– Byłbym pani wdzięczny – bez wiary powiedział Murek.
– Zatem musimy się umówić – tonem dyspozycji rzekła Kosicka. – Niech pan zaraz jutro

przyjdzie na róg Grzybowskiej i Żelaznej. Wieczór, godzina ósma punkt. Ja tam przyjdę. Zro-
bione?

– Zrobione.
– No. to cieszę się, a teraz do widzenia. Muszę już iść i tak pewnie się spóźnię.
Kosicka spojrzała na zegarek, podała Murkowi i Mice rękę i wyszła.
– Tak się boję – odezwała się Mika – że ona pana wciągnie do tych swoich komunistycz-

nych konspiracji.

– Jestem przekonany, że o to chodzi – kiwnął głową Murek.
– I pan, panie Franciszku, wstąpiłby do komunistów?
– Zobaczę – odpowiedział po chwili namysłu. – Zresztą, dlaczego nie miałbym wstąpić?...

Im więcej nabieram doświadczenia, tym lepiej widzę, że tam moje miejsce. Mam być łachem
nikomu ani sobie potrzebnym, niechże przydam się do czegoś...

background image

139

– Ale to niebezpieczne.
– A moje obecne życie?...
Mika oparła łokcie na stole i splotła  palce  pod  podbródkiem.  Przypominała  małą  dziew-

czynkę w szkole. Dłuższy czas wpatrywała się w Murka, aż powiedziała:

– Ale przyrzeknie mi pan, że nie będzie się narażał?
Dlaczegóż mam się narażać? – zdziwił się. – I dlaczego pani mam to przyrzekać?
Na twarz Miki wystąpiły rumieńce:
– Ach, ja nie śmiem... Ja nie uzurpuję sobie żadnych praw... Mój Boże! Czyż nie wolno mi

pana lubić?...

– Nie warto – powiedział szorstko.
– O, nie!
– Nie warto, bo nic już po mnie nie przyjdzie.
– Jak komu...
– Ani pani, ani żadnej kobiecie. Pod tym względem każda znalazłaby we mnie tylko go-

rycz.

Spojrzał na Mikę i przede wszystkim uświadomił sobie, że jest ona kuzynką Niry, że po-

chodzi z tamtego środowiska, że wywodzi się z rodziny, z warstwy, której on całą duszą nie-
nawidzi, której zaprzysiągł zemstę.

Wprawdzie do samej Miki, od pierwszego już spotkania poczuł sympatię, wprawdzie wy-

dawała mu się prosta i dobra, subtelna i szczera, ale przecież stokroć więcej widział niegdyś
w innej zalet... I wszystkie okazały się kłamstwem, obłudą, podłym oszustwem.

Nie! Należy wystrzegać się tych kobiet, wychowanych w zgniłej atmosferze, w hipokryzji

i  w  zakłamanych  konwenansach.  Od  dziecka  uczą  je  udawania,  nieszczerości  i  fałszu.  Jak
najdalej od nich, jak najdalej. Może mężczyźni z tego samego, co one środowiska, umieją im
zajrzeć do wnętrza, ale on, Franciszek Murek, nie potrafi rozgryźć tych lalek, nie potrafi i nie
chce.

– O czym pan tak się zamyślił? – zagadnęła Mika.
– Et, o niczym...
– Nie powie mi pan?...
– Panno Miko – odkaszlnął – choćbyśmy nie wiem jak długo rozmawiali, to i tak nie poro-

zumiemy się...

– Dlaczego? – zaprotestowała.
– A dlatego, że pani myśli innymi kategoriami, a ja innymi. Pani jest z innej gliny, a ja z

innej. Ot, co! A kiedy zdarzy się, że tacy dwoje zejdą się, to w końcu okaże się, że i tak nie są
dla siebie. Po prostu mówię i proszę mi tego za złe nie mieć. Sama pani wie, że inaczej tych
rzeczy dzisiaj już sądzić nie mogę.

– To jest nieprawda! – powiedziała z przekonaniem.
– Na własnej skórze ją poznałem, tę nieprawdę – zaśmiał się ironicznie.
– Po pierwsze, wszyscy ludzie są z jednej gliny. A po drugie, są źli i dobrzy. Że pan doznał

bolesnego zawodu, to jeszcze nie powód, nie powód dla człowieka rozumnego, by wszystkich
taką miarą sądzić. Jedno doświadczenie nie mówi o wszystkim.

– Za wiele sił trzeba mieć na powtórki. A i życia nie starczyłoby. Nie, panno Miko. Otwar-

cie pani mówię, że panią lubię. Okazała mi pani wiele życzliwości, ale niechże to będzie do-
syć. I tak oboje będziemy myśleli o sobie wzajemnie jak najlepiej. Byłoby może inaczej, gdy-
bym ja panią, a pani mnie naprawdę poznała.

– Ja pana tak dobrze znam! – zawołała. – Tak dobrze!
– Bajki – machnął ręką. – Ot, krowę można poznać, bo ona zawsze je to samo, nic się w

niej nie zmienia. A człowiek zmienia się i to tak, że czasem sam siebie nie poznaje.

background image

140

– Ależ, panie Franciszku – połapała się Mika. – Ja przecież niczego od pana nie żądam.

Czy nie wolno mi lubić pana?... Wolno. Więc będę... A chyba w tym też nie ma nic złego, że
chcę od czasu do czasu pana widywać?

– Zapewne – przyznał niezdecydowanie.
Oboje  mieli  zwarzone  humory  i  rozmowa  nie  kleiła  się.  Murek  posiedział  jeszcze  kwa-

drans i pożegnał się, obiecując sobie nie przychodzić tu więcej.

Do wieczora dnia następnego zajęty był myślą o spotkaniu z Kosicką i snuł na ten temat

domysły.

Na rogu Grzybowskiej i Żelaznej stawił się punktualnie o ósmej. Długo rozglądał się, usi-

łując w tłumie dostrzec sylwetkę panny Kosickiej. Nastały już ciepłe wieczory i ulice pełne
były ludzi, fajerantujących, już przebranych po pracy, choć nie tak elegancko jak w dni świą-
teczne. Najwięcej było młodzieży, wałęsającej się grupkami, osobno flanujących dziewcząt,
roześmianych i piskliwych. Starsi mężczyźni przemykali się pojedynczo i w  milczeniu,  mi-
mochodem  zaglądając  przez  otwarte  drzwi  do  narożnej  knajpy,  gdzie,  jak  zwykle  w  ponie-
działek,  w  dzień  bezgotówkowy  dla  całej  robotniczej  ludności,  panowały  pustki.  Przed  ja-
skrawymi  reklamami  kina  na  przeciwnym  rogu  roiły  się  liczne  gromady  wyrostków.  Środ-
kiem jezdni z ciężkim turkotem sunęły zapóźnione ładowne wozy i  gęsto  dzwoniąc,  sunęły
tramwaje pełne Żydów. Murek uczuł czyjeś dotknięcie na łokciu i usłyszał krótkie:

– Chodźcie!
Kosicka nie tracąc czasu na powitanie, ruszyła naprzód w stronę Chłodnej. Po chwili skrę-

cili w Krochmalną, gdzie było prawie pusto, a potem na lewo na  Wronią i weszli do bramy
niedużej, szarej kamienicy. W drugim podwórzu, gdzie leżały od lat zapewne nagromadzone
tu smutne resztki starych samochodów, weszli po zewnętrznych schodach, przylepionych do
ściany domu, na drugie piętro. Z niewielkiej i brudnej sionki kilkoro drzwi prowadziło w róż-
nych kierunkach. Kosicka zapukała mocno do środkowych.

– A kto tam? – rozległ się z wewnątrz spokojny męski głos.
– Z magla, po koszyk – odpowiedziała Kosicka.
Drzwi otworzyły się i znaleźli się w małej kuchence. Przy płycie wysoka chuda dziewczy-

na gotowała coś w dużym garnku. Dwoje małych dzieci bawiło się na podłodze. Mężczyzna,
który drzwi otworzył, niski, krępy szatyn o małych, przenikliwych oczach, zlustrował Murka
krótkim spojrzeniem i kiwnął głową, by weszli do sąsiedniego pokoju. Tu wyciągnął do Mur-
ka szeroką rękę i powiedział:

– Witajcie, towarzyszu!
Rękę miał twardą, spracowaną, a głos ciężki, niski. Mógł mięć pięćdziesiątkę. Od pierw-

szego  wejrzenia  wzbudził  w  Murku  zaufanie  i  estymę.  Wyglądał  na  człowieka  silnej  woli,
bezwzględnego i na wskroś porządnego.

W pokoju stało szerokie łóżko, szafa, wózek dziecinny i kilka wiedeńskich krzeseł. Okna

były szczelnie zasłonięte.

– Siadajcie – gospodarz podsunął im krzesła i zwrócił się do Murka: – Towarzyszka Ko-

sicka opowiadała o was. Wyście byli pod Majdanowem?

– Byłem.
– I chcecie z nami pracować?
– Tak myślę – po chwili wahania odpowiedział Murek.
– Tu nie można myśleć. Trzeba wiedzieć. Trzeba czuć potrzebę wejścia do partii. Trzeba

rozumieć, że walka ze zgniłą burżuazją, z wyzyskiem kapitalistycznym, z gnębicielami pro-
letariatu może być przeprowadzona tylko przez komunistyczną partię.  Trzeba  zdawać  sobie
sprawę z tego, że jest głupotą nie stanąć do szeregu, skoro się ma świadomość swego klaso-
wego interesu, skoro jasne jest, że jednocząc się w zwartą całość, zyskuje się siłę i moc, a bez
partii zostaje się tylko wiórem, którym wiatr pomiata. Trzeba pojmować swój obowiązek wo-
bec  wielkich  i  biernych  mas,  trzymanych  w  nędzy  i  ciemnocie,  obowiązek  wyrwania  ich  z

background image

141

wiekowej niewoli. Trzeba te masy ukochać i pragnąć zdobyć dla nich prawa ludzkie, zrabo-
wane przez spasioną burżuazję, przez gangrenę warstw posiadających. Zdobycie prawa nawet
wbrew  woli  tych  mas,  żyjących  pod  nieustannym  terrorem,  w  strachu  i  upodleniu.  Trzeba
czuć w piersiach żar tej wielkiej idei i wolę ratowania siebie  i swoich braci, budowania dla
siebie i przyszłych pokoleń nowego sprawiedliwego ustroju.

Umilkł, lecz nie spuszczał wzroku z oczu Murka, a po dłuższej pauzie zapytał:
– Czy chcecie z nami pracować?
– Chcę – poważnie odpowiedział Murek.
– A wiecie, że w szeregach komunistycznych przestrzegana jest bezwzględna karność?
– Wiem.
– Literatury nie znacie?
– Nie.
– Dam wam, towarzyszu, adres. Zgłosicie się tam jutro. Do towarzysza Liczki. Powiecie,

że skierował was Krótki. To mój pseudonim partyjny. Wy do samej partii od razu nie możecie
być przyjęci. Musicie najpierw przejść okres przygotowawczy i zostaniecie zaliczeni do sym-
patyków. Gdzie mieszkacie?

– Nigdzie – odpowiedział Murek. – Dawniej po domach noclegowych, teraz, gdzie się da.
– Bez roboty?
– Bez. Już od półtora roku.
Krótki zamyślił się.
– A co umiecie?
– Jestem prawnikiem.
–  Wiem  –  machnął  ręką.  –  Ale  z  rzemiosła?...  Nic?...  To  gorzej.  No,  to  się  jakoś  zrobi.

Wszystko wam jedno zatem, do której dzielnicy was przypisać?

– Wszystko jedno.
– Dobra. Przydzielimy was do komitetu Wola 2. Będziecie wobec tego komunikować się

nie  z  Liczką,  lecz  z  Podsiadłym.  Musicie  zapamiętać,  bo  pisać  i  notować  nie  wolno:  towa-
rzysz Podsiadły. Znajdziecie go w lokalu Związku Zawodowego Bednarzy przy Mozyrskiej
pod czternastym.

– Towarzysz Podsiadły, Mozyrska 14. Związek Zawodowy Bednarzy – powtórzył Murek.
– Tam potrzeba ludzi – ciągnął Krótki. – Podsiadły będzie już poinformowany o was.
– Dziękuję.
Z pełnej szacunku miny, z jaką Kosicka wpatrywała się w Krótkiego, Murek domyślił się,

że ten z wyglądu rzemieślnik musiał zajmować w partii wybitne stanowisko i był jakąś zna-
komitością. Mieli widocznie jeszcze coś poufnego do omówienia,  gdyż poprosili Murka, by
zaczekał w sąsiedniej kuchni. Oprócz kobiety przy płycie i dzieci, siedzieli tu  teraz  jeszcze
trzej mężczyźni i w milczeniu palili papierosy, widocznie oczekując audiencji u gospodarza.

Wyszła Kosicka, przywitała się z owymi trzema i skinąwszy na Murka, otworzyła drzwi

do sieni. Przed wyjściem z bramy rozejrzała się na obie strony.

– No i jak? – zapytała. – Jak, nowy towarzyszu?
– Dziwnie jakoś – odpowiedział. – Nigdy nie brałem udziału w żadnej konspiracji... Ten

Krótki to musi być tęgi działacz?

–  O,  tak.  Trzeba  bliżej  go  poznać,  by  należycie  to  ocenić.  Jednakże  wbrew  nadziejom  i

wbrew zamiarowi zbliżenia się do Krótkiego, Murkowi przez dłuższy czas nie było sądzone z
nim się spotkać.

Nazajutrz zgłosił się pod wskazany adres. Niewielki, kilkupokojowy lokal związku zawo-

dowego  nie  wyróżniał  się  niczym  specjalnym.  Szyldzik  na  drzwiach,  nigdy  niemyte  okna,
zabłocone podłogi. W większej salce odbywało się posiedzenie, obok w małym pokoiku stał
duży stół zawalony gazetami. Wejście Murka nie zwróciło niczyjej uwagi. Zaczepił jednego z
kilkunastu kręcących się tu i rozmawiających grupkami robotników.

background image

142

– Czy zastałem towarzysza Podsiadłego?
– W sekretariacie, tam – wskazał zapytany na zamknięte drzwi.
Zapukał i wszedł.
Przy biurku siedział chudy młodzieniec w jasnym eleganckim ubraniu i segregował pliki

papierów. Na wyciągniętych nogach miał tylko skarpetki. Żółte półbuciki stały obok.

– Ja do towarzysza Podsiadłego – niepewnie odezwał się Murek.
– Jestem. A czego? – spojrzał nań obojętnie młody człowiek.
– Nazywam się Murek. Przysyła mnie Krótki.
Podsiadły ożywił się:
– A! Wiem, wiem. Siadajcie towarzyszu. Za chwilę wam służę. Muszę znaleźć jedną rzecz

dla zarządu. O, jest... Zaraz wrócę.

Wybiegł nie nakładając butów, po minucie wrócił:
– Otóż – zaczął – nie będę wam długo zawracać głowy. Musicie przede wszystkim zazna-

jomić się z literaturą podstawową. Dam wam wszystko, co mam pod ręką.

Mówiąc to odsunął szafę, za którą na półkach umieszczonych we wnęce muru leżały stosy

książek. Wybrał kilkanaście broszur i podał Murkowi.

–  Macie  i  uważajcie:  nie  robić  na  marginesach  żadnych  notatek,  podpisów  ani  znaków.

Przez to najłatwiej wpaść. W razie czego trzeba powiedzieć, żeście tę bibułę znaleźli na ulicy.

– Rozumiem.
– A teraz tak: we środy i piątki tutaj o ósmej wieczór odbywają się zebrania. Pogadanki,

dyskusje, referaty. Trzeba na to przychodzić. Policji nie włazić w oczy, bo chociaż zebrania te
odbywają się pod całkiem legalnym pozorem kółka samokształceniowego przy związku, trze-
ba unikać wzbudzenia podejrzeń. Na wszelki wypadek wystawię wam legitymację związko-
wą. Wyciągnął z szuflady niebieski blankiet, wypisał na nim imię i nazwisko Murka i przyło-
żył pieczątkę.

– I jeszcze jedno – odezwał się po namyśle. – Będę miał z wami. towarzyszu, kłopot. Z tą

pracą. Skąd ja dla was wezmę posadę? Wiem, że do fabryki tapet w przyszłym tygodniu będą
potrzebować  robotników  placowych.  Mamy  tam  swoich  ludzi.  Dałoby  się  was  wkręcić,  ale
skoro  jesteście  wykształconym  człowiekiem,  może  byście  przeczekali,  aż  znajdzie  się  coś
odpowiedniejszego?

Murek wzruszył ramionami:
– Mnie tam wszystko jedno. Aby z głodu nie zdechnąć. Roboty się nie boję.
– Tym lepiej, towarzyszu, tym lepiej. Jednak pomyślę o was. No, lecz przede wszystkim

pamiętajcie, że partia nie zostawia swoich na łasce losu, ale też i nie przebacza tym, którzy
mają język za długi. Rozumiecie?

– Ja tam do gadatliwych nie należę.
– To i dobrze.
– Z własnej woli przychodzę – podkreślił Murek – bo kiedym zdecydował się, nawet nie

wiedziałem, że przez partię mogę dostać pracę.

– Wiem, wiem. To też jestem przekonany, że wkrótce zostaniecie przyjęci do partii.
Od  tego  dnia  Murek  każdą  wolną  chwilę  poświęcał  studiowaniu  otrzymanych  broszur.

Były tam prace popularne, przeznaczone dla półinteligentów, jak: „Dlaczego zostałem komu-
nistą”, „Zbrodnie ustroju kapitalistycznego”, „Rewolucja październikowa”, „Wodzowie pro-
letariatu”, życiorysy Marksa, Lenina i Stalina. Były jednak i studia poważne, gruntowne, cho-
ciaż  synoptycznie  ujęte  o  materialistycznym  pojmowaniu  dziejów,  o  historii  ruchu  robotni-
czego, o kolektywiźmie, o ustroju sowieckim, o konieczności walki klasowej i inne.

Był to dla Murka świat całkiem nowych pojęć. Aż dziwił się, że żadne z nich nie wywoły-

wały w jego umyśle automatycznego sprzeciwu i tłumaczył to sobie dość prosto. Widocznie
poglądy te musiały w nim tkwić potencjalnie, a uświadomieniu ich sobie stała na przeszkodzie
gruba warstwa narzuconych przez wychowanie i otoczenie wyobrażeń i przekonań cudzych.

background image

143

Światopogląd  socjalistyczny  dziś  wydawał  mu  się  tak  uderzająco  logiczny,  tak  sprawie-

dliwy  i  mądry,  że  tylko  tępym  konserwatyzmem  mózgów  ludzkich  mógł  objaśnić  fakt,  że
dotychczas nie zatriumfował na całej ziemi. Bo przecież trudno byłoby uwierzyć we wszech-
moc  nielicznej  warstwy  kapitalistów  i  faszystów.  Ich  władanie  we  wszystkich  krajach  jest
skutkiem nieświadomości klasowej mas pracujących.

Dawniejszy szacunek dla tak zwanych sfer wyższych zamienił się w nim nie tylko w nie-

nawiść, lecz i pogardę. W pogardę zarówno dla świata Niry jak i dla tych wojewodów, mini-
strów i dygnitarzy, którzy teraz z dystansu nowej orientacji Murka wyglądali jak puste kukły.

Trawiąc przy lekturze długie godziny na rozmyślaniach, Murek nieraz wracał wspomnie-

niami  do  swoich  dawnych  sądów,  ocen  i  planów  życiowych.  Właściwie  mówiąc,  powinien
był dziękować losowi za pokrzyżowanie tak niedorzecznych marzeń jak małżeństwo z Nirą
Horzeńską.  Ogarniało  go  obrzydzenie  na  myśl,  że  do  śmierci  byłby  związany  z  istotą  do
gruntu nędzną. Bo gdyby Nira nawet nie popełniła tych łajdactw, jej natura musiała być do
nich  zawsze  gotowa.  Natura  płytka,  pozbawiona  kryteriów  etycznych,  żądna  użycia.  I  cóż
dawało jej tytuł do lekceważenia takiego człowieka jak on? Człowieka prostego i zwyczajne-
go, ale wyższego od niej i całego jej środowiska wykształceniem, uczciwością i pracą. I on,
ślepiec, myślał wtedy, że to jemu wielką łaskę robią, oddając mu za żonę istotę bez żadnych
wartości.

Bo i kultura tych ludzi była w najlepszym wypadku tylko kulturą towarzyską, co nie prze-

szkadzało wynikaniu przy okazji najbrutalniejszych awantur.

Zapewne i w tamtej sferze istnieją ludzie prawdziwi, ludzie, którym snobizm i dziecinna

wiara  w  wyższość  swego  urodzenia  nie  odebrały  poczucia  zdrowego  rozsądku.  Znał  wśród
nich mężczyzn obdarzonych wiedzą i umiejętnością myślenia, kobiety uczciwe, ludzi umieją-
cych sięgać swymi zainteresowaniami poza małpi ogródek swego życia towarzyskiego, zaj-
mujących się sprawami społecznymi, ekonomicznymi, pracujących i ceniących pracę. Takich
jednak uważał za stosunkowo rzadkie wyjątki, które ani nie rehabilitowały reszty, ani nie mo-
gły usprawiedliwić  jej  pasożytniczej  egzystencji,  którą  kiedyś  rewolucja  zniszczy  i  zetrze  z
oblicza ziemi.

Na ten właśnie temat wygłosił Murek pierwszy swój referat na jednym z zebrań w związ-

ku. Miał dość materiału przykładowego, „małpi ogródek” znał z autopsji, a jego gwałtowna
nienawiść  i  wstręt  do  burżujów  były  tak  sugestywne,  że  nie  tylko  zwykli  słuchacze,  lecz  i
towarzysz  Podsiadły,  gratulowali  mu  wykładu.  Jednak  instruktor,  młody  komunista,  zwany
towarzyszem Piotrem, wysunął dość poważne zastrzeżenia:

–  Waszemu  ujęciu  kwestii  –  powiedział  –  muszę  postawić  istotny,  podstawowy  zarzut.

Wyście potraktowali rzecz negatywnie. Potępiliście małpi ogródek, ostrzegliście towarzyszy
przed fałszywym blichtrem burżujskiego życia, udowodniliście, że burżuje żyją w obłudzie, w
egoizmie, w ciemnocie gorszej nieraz niż analfabeci, że należy unikać nie tylko małżeństwa,
lecz  i  znajomości  z  osobnikami  z  ich  świata.  Aleście  nie  dali  programu  pozytywnego.  I  to
wasz błąd, towarzyszu. Istotnie, wielu proletariuszom imponuje burżuazja, jeszcze więcej jest
takich proletariuszek, co w swej głupocie marzą o wyjściu za mąż za hrabiego czy dyrektora.
Takiej  gęsi  nawet  do  głowy  nie  przyjdzie,  że  wymarzony  burżuj  jest  najczęściej  gorszym
chamem niż zwykły robociarz. Otóż należało wskazać wyraźnie, że świadomy człowiek pra-
cy, że czynny komunista wręcz powinien żyć życiem proletariatu, że jest jego obowiązkiem
założenie rodziny z kobietą ze swego środowiska i wychowanie dzieci w komunistycznej at-
mosferze idei i pracy. Czyż nie mam racji, towarzysze?

Wywiązała się ożywiona dyskusja, a chociaż zabierali w niej glos i przeciwnicy poglądu

towarzysza Piotra, Murek w duchu podzielał jego zdanie bez zastrzeżeń.

I dlatego właśnie przypomniała mu się Karolka...
Takie przeniesienie abstrakcyjnej tezy na konkretny obiekt z początku wydało się Murko-

wi niedorzeczne. Może z tej przyczyny, że kiedyś, gdy z powodu Karolki męczyły go wyrzuty

background image

144

sumienia, umiał wynaleźć tysiące argumentów, które go usprawiedliwiały i sam w nie uwie-
rzył. Teraz jednak pod wpływem nowych przemyśleń zaczęło się w nim rodzić przeświadcze-
nie,  że  pierwszym,  zdecydowanym  krokiem  w  przyszłość  powinno  być  zadokumentowanie
prawdziwej łączności z tą klasą, do której należy i chce należeć, dla której dobra i wydźwi-
gnięcia spod burżuazyjnej przemocy pragnie pracować.

Jakże wstąpić w to nowe życie z balastem krzywdy wyrządzonej dobrej, uczciwej dziew-

czynie,  krzywdy  dotychczas  nienaprawionej  dlatego  jedynie,  że  pokrzywdzona  jest  prostą
chłopką, że nie potrafiłaby dochodzić swoich słusznych ludzkich praw? Tych właśnie praw, w
których obronie on, Franciszek Murek, występuje.

Myśl o tym coraz głębiej zapuszczała korzenie, aż wplotła się tak trwale, tak nierozłącznie

w rozważania Murka, jak dawniej o Nirze, która miała stanowić integralną część życia dokto-
ra praw i urzędnika, posuwającego się planowo i zgodnie z pragmatyką służbową po szcze-
blach drabiny rang aż ku dygnitarstwu.

Teraz mógł już regularniej wysyłać Karolce pieniądze na utrzymanie synka. Dostał pracę.
Po kilku tygodniach od rozmowy z Krótkim przekonał się, że ci ludzie nie rzucają obietnic

na próżno. Najpierw dano mu robotę jako brygadziście placowemu w dużej fabryce na Pra-
dze,  gdzie  delegatami  robotniczymi  byli  sami  komuniści.  Praca  była  lekka,  gdyż  polegała
właściwie tylko na dozorowaniu, ale i zarobek niewielki, i rzecz czasowa, na sześć tygodni.

Natomiast później został przyjęty do warsztatów kolejowych w charakterze pisarza. Tu ty-

godniówka nie była większa, lecz zajęcie stałe, a przy tym nie wyłącznie zarobkowe. Miał już
do  spełnienia  zadanie,  nałożone  nań  przez  partię.  Mianowicie,  w  warsztatach  kolejowych,
stanowiących nader  ważną placówkę  robotniczą  i  mogącą  w  razie  strajku  odegrać  poważną
rolę, dotychczas wpływy komunistyczne były bardzo słabe.

Należało  umiejętnie  i  stopniowo  prowadzić  agitację  tak,  by  nie  wzbudzić  podejrzliwości

zwierzchników. Dla uśpienia ich czujności Murek musiał rygorystycznie wypełniać swe nie-
skomplikowane zresztą czynności i zdobyć opinię wzorowego pracownika.

Do agitacji w warsztatach nastręczały się codziennie liczne okoliczności. W myśl druko-

wanych instrukcji, które Murek przestudiował sumiennie, należało wyzyskiwać każde nieza-
dowolenie poszczególnych robotników. Pretekstów było moc: drożyzna, niesprawiedliwy los,
śruba akordowa, wady ubezpieczalni, arbitralność zwierzchników, ich dostatni tryb życia itd.
A  z  drugiej  strony  perspektywy  ustroju  sowieckiego:  prawdziwa  równość,  radosna  praca,
otwarta droga dla każdego biedaka do sławy i zaszczytów.

Przy  lada  sposobności,  o  którą  pisarzowi,  wciąż  mającemu  styczność  z  robotnikami,  nie

było trudno, w małych dawkach sączyło się tę propagandę z naiwną i pozornie obojętną miną.

W bytowaniu Murka, w związku z wstąpieniem do warsztatów kolejowych, zaszła jeszcze

jedna zmiana. Mianowicie musiał przedstawić dowód zameldowania, a zatem zameldować się
naprawdę,  czyli  znaleźć  dla  siebie  jakiś  niedrogi  kąt.  Zresztą  sam  od  dawna  tęsknił  już  do
tego.

O wynajęciu najskromniejszego bodaj pokoiku z zarobków pisarza warsztatowego nie było

co marzyć. Jedyną możliwością pozostało tak zwane podnajęcie kąta, czyli łóżka przy jakiejś
rodzinie.  Po  krótkich  poszukiwaniach  znalazł  coś  odpowiedniego.  Na  parkanie  przylepiona
była  kartka  z  zawiadomieniem,  że  jest  wolne  „pomieszczenie  dla  kawalera,  przy  familii”.
Przy ulicy Solec, w niedużej kamienicy, na drugim piętrze, w dwupokojowym mieszkanku,
było czysto i schludnie, chociaż ubogo.

Stara,  koścista  kobieta,  o  wielkich  czarnych  oczach,  nieprzyjemnie  przenikliwych,  obej-

rzała Murka krytycznie i krzyżując ręce na wypukłym brzuchu, zapytała:

– Szanowny pan względem czego?
– Ogłoszenie przeczytałem. Szukam pomieszczenia.
– A zatrudnienie pan ma?
– Mam...

background image

145

– A gdzie?... Bo ja tylko wypłacalnym osobom wynająć mogę.
– Pracuję w warsztatach kolejowych.
Stara zamyśliła się i powiedziała gniewnie:
– Z góry płacić trzeba. Ja tam łatków ni łachudrów nie potrzebuję. I jak pan chcesz: z po-

ścielą, czyli też bez?

– To zależy ile będzie kosztować.
– Z pościelą trzydzieści, bez pościeli dwadzieścia pięć i szkoda gadać. Targować się idź

pan do Żydów. U mnie wszyscy tak płacą.

Odstąpiła na bok i ruchem podbródka wskazała żelazne łóżko, stojące w kącie, nieco po-

wyginane, lecz zakryte czystą kolorową kapą z nakrochmalonego kretonu.

– Tutaj dorzuciła krótko.
Oprócz  wskazanego  w  pokoju  stały  jeszcze  trzy  łóżka  i  ceratowa  kanapa.  Mniej  więcej

przez środek pokoju przeciągnięty był drut, na  którym  wisiała  rozsunięta  obecnie  kwiecista
perkalowa kotara. Drewniana podłoga wyszorowana była do białości i w kierunkach widocz-
nie bardziej uczęszczanych, zasłana rozłożonymi gazetami.

W małej kuchence obok stało duże, meblowe łóżko, komoda i stół, przykryty żółtą ceratą,

przeświecającą spod ażurowej, szydełkowej serwety.

– A kto tu jeszcze mieszka? – zapytał Murek.
– Pański interes?... Ludzie mieszkają. Porządne ludzie. Ja z córką w kuchni, a tu suplikato-

ry.

Obtarła usta fartuchem i poufniejszym tonem dodała:
– A jeżeli masz pan jakie lepsze rzeczy, to mogę do siebie, do komórki wziąć pod klucz.

Zawsze bezpieczniej na ludzką pokusę.

Murek machnął ręką:
– Na moje tam nikt się nie połakomi.
Stara zaniepokoiła się:
– A płacić trzeba z góry!
– Dobrze, dobrze. Ma pani tu zadatku trzy złote – uśmiechnął się – a wieczorem zajadą tu

wozy meblowe z moimi rzeczami.

Już chciał wychodzić, lecz gospodyni zatrzymała go oświadczeniem, że dokumenty musi

jutro dać do zameldowania i to nie żadne lewe, tylko akuratne, bo ona z policją nijakich spraw
mieć nie chce.

Pożegnał  ją  zapewnieniem,  że  wszystko  będzie  w  porządku.  W  bramie  zaczepił  dozorcę

domu i dowiedział się, że owa baba jest z lepszej familii, gdyż jej rodzice mieli mydlarnię na
Okopowej, ale wyszła za mąż za śmirusa i drania, „któren teraz we więźniu wyrok odsiaduje”.
Ale ona sama, znaczy się, pani Koziołek, jest porządną lokatorką, a żyje z wróżenia i nijakiej
lekramy nie potrzebuje, bo na całem Powiślu każdy wie, że jak pani Koziołek co powie, to
sprawdzi się, jak amen w pacierzu.

Co do jej sublokatorów nie umiał udzielić bliższych informacji.
– Spokojne ludzie – kiwnął tylko głową.
Tegoż  wieczora  Murek  poznał  prawie  wszystkich.  Najwygodniejsze  łóżko  w  kącie  przy

piecu zajmował szpakowaty brunet o zakrzywionym nosie, ruszający się wolno i z namysłem
cedzący słowa. Ze swego rodzaju szacunku, z jakim zwracali się doń współlokatorzy, można
było wywnioskować, że w tym gronie jest najpoważniejszy. Zresztą, jego ubranie, czysta bie-
lizna  i  niespracowane  ręce  zdawały  się  świadczyć,  że  żyje  sobie  niezgorzej.  Mówiło  się  o
nim: pan Piekutowski. Jeden tylko z całego towarzystwa nazywał go Felusiem i traktował go
poufałej.  Tego  nazywano  po  prostu  Majstrem.  Był  niski,  raczej  gruby,  o  nadmiernie  rozro-
śniętej  klatce  piersiowej.  W  bladej  i  gąbczastej  twarzy,  gęsto  usypanej  śladami  po  ospie,
świeciły mu się małe, niebieskie i złe oczy.

background image

146

O  ile  pan  Piekutowski  nie  zwracał  uwagi  na  przybysza,  o  tyle  Majster  zainteresował  się

nim żywo z tak niezdarnym udawaniem poczciwego gadulstwa, że Murek od razu zorientował
się, iż biorą go na spytki.

Miałby wielką ochotę „odstawić” z miejsca Majstra, do którego poczuł niechęć, lecz po-

stanowiwszy  uprzednio  utrzymywać  z  współmieszkańcami  poprawne  stosunki,  zbywał  na-
trętne wypytywania zwięzłymi ogólnikowymi  odpowiedziami,  że  pracuje  tu  i  tu,  że  zarabia
mniej niżby chciał, że długo był bezrobotny, a dawniej mieszkał na prowincji, że jest nietrun-
kowy, że uchował się w kawalerskim stanie.

Rozmowy tej z pozorną obojętnością słuchali wszyscy, nie wyłączając gospodyni, siedzą-

cej w kuchni przy stole i zajętej cerowaniem bielizny.

Trzeci lokator, pan Wicuś, chuderlawy blondyn o koślawej i pokrytej bliznami szyi, inwa-

lida  wojenny,  dogadywał  wesoło,  usiłując  do  każdego  wypowiedzianego  słowa  doczepić
opowiadanko o tym, co mu dzisiaj lub też kiedyś przytrafiło się w jego budce z papierosami
na ulicy Dobrej.

Nie zwracając najmniejszej uwagi na rozbierających się lokatorów, po kuchni i po pokoju

krzątała  się  córka  pani  Koziołkowej,  prawie  trzydziestoletnia,  rosła  i  silnie  zbudowana  ko-
bieta, z tęgimi białymi łydami i dużym, jędrnym biustem. Jej domowa letnia sukienka, sięga-
jąca zaledwie do kolan, była tak obcisła i odsłaniała tyle zdrowego młodego ciała, że robiła
wrażenie zupełnej nagości, za którą nieznacznie wędrowały oczy wszystkich mężczyzn. Tyl-
ko twarz miała wręcz obrzydliwą, drugą, zwisającą ciężko ku przodowi, z ledwie zarysowaną
wypukłością nosa, jakby wciągniętego na całej swej długości między policzki. Okrągłe, za-
mglone oczy i grube, wywinięte wargi przy zupełnym niemal zaniku podbródka nadawały tej
twarzy wyraz barani czy koźli.

– Żebym miał taką mordę – mruknął Wacuś – to bym na niej nawet siadać nie chciał.
Pomimo tej fatalnej brzydoty Idalka, czy też, jak ją na całym Powiślu nazywano, Ibalka,

miała już trzech mężów. Po dwóch pierwszych owdowiała, trzeciego, konduktora z tramwa-
jów, rzuciła, gdyż – jak mówiono – nastarczyć jej nie mógł, a w mieszkaniu na klucz zamy-
kał.

Idalka  posprzątała  to  i  owo,  rozłożyła  pościel  na  kanapie  zaciągnęła  kretonową  zasłonę,

przez co kanapa znalazła się jakby w osobnym pokoiku i wyszczerzywszy swoje długie, rzad-
kie i żółte zęby, powiedziała bardzo niskim, matowym głosem:

– No, to i dobranoc, chłopy.
– Dobranoc – odpowiedział tylko Murek.
Inni nie zareagowali wcale. Idalka przeszła do kuchni, cokolwiek przymknąwszy drzwi za

sobą. Po chwili rozległ się stamtąd plusk wody. Majster podrapał się po plecach i oświadczył
szeptem:

– Myje się, ścierwo.
– A kto śpi tam, na kanapie? – zapytał go Murek.
– Tam?... Kobieta jedna.
– To jest dziewucha! – dorzucił Wacuś i cmoknął smakowicie.
Pan Piekutowski, rozwiązując tasiemki przy długich, białych kalesonach, odezwał się ła-

godnie:

– Lepiej nie roztkliwiaj się, Wacuś. Nie dla psa kiełbasa.
Wacuś westchnął i machnął ręką:
– Czy ja nie wiem?
– No, to i nie gadaj – ostro uciął Majster.
– A pan, panie szanowny – zwrócił się Piekutowski do Murka – też musisz być poinfor-

mowany,  że  owa  kubita,  czyli  panna  Arletka,  to  ma  swojego  narzeczonego,  co  bardzo  nie
lubi, jak mu kto w jego sprawy nos wsadza.

– No, to i w porządku.

background image

147

Kiwnął głową i wyciągnął się pod kołdrą.
– Feluś, gasić? – zapytał Majster.
– Gaś!
Majster wyskoczył z łóżka i poczłapał bosymi nogami do kontaktu, stąpając piętami i za-

dzierając do góry palce. Wacuś, który zajęty był obliczaniem czegoś w notesie, z rezygnacją
złożył swoje papierki i wepchnął pod poduszkę.

Zaległa cisza. Przez chwilę jeszcze z kuchni dolatywało stękanie starej, układającej się do

snu, później i tam zgasło światło.

Murek,  który  za  przykładem  współlokatorów  położył  się  w  kalesonach,  teraz  je  ściągnął

pod kołdrą. Tak przyjemnie było czuć dotyk prześcieradła do nagiej skóry. Od tak dawna już
nie spał w łóżku. Dotyk zimnej poduszki był po prostu rozkoszny.

Zasnął szybko, lecz wkrótce się obudził. W pokoju było prawie ciemno. Pomimo to odróż-

nił wyraźnie jakąś sylwetkę, posuwającą się przez środek pokoju. Podłoga skrzypiała. Wśród
ciszy rozległ się szelest przy łóżku pana Piekutowskiego i ozwał się jego zaspany szept:

– Poszła do cholery, ty szlajo!...
Jednocześnie łóżko zaskrzypiało. Chwila szamotania się i warknięcie pana Piekutowskie-

go:

– Nie odczepisz się?...
Widocznie  jednak  adresatka  tych  wezwań  nie  myślała  się  do  nich  zastosować,  gdyż  sły-

chać było tylko jej gardłowe sapanie. Wkrótce szamotanie się ustało, a raczej przeszło w ury-
wany rytm.

Murek odwrócił się do ściany i naciągnął kołdrę na ucho. Z początku myślał, że nie zaśnie,

zmęczenie jednak silniejsze było od wyobraźni, która pod pewnymi względami niemal zanika
u ludzi, co od szeregu miesięcy nie najadali się nigdy do syta.

O świcie, zanim jeszcze odezwały się ranne syreny fabryczne, Murek się obudził. W po-

koju było duszno. Podniósł głowę i ze zdumieniem zobaczył na sąsiednim łóżku leżącą obok
Wacusia Idalkę, zupełnie odsłoniętą, z jedną ręką zwisającą do podłogi i z szeroko otwartymi
ustami.

Wzdrygnął się, naciągnął ubranie i poszedł do kuchni umyć się nad zlewem.
Gdy już wychodził, zaczęli się podnosić i inni. Idalkę Wacuś nakrył kołdrą.
– Śmierci na nią nie ma – zajęczał żałośliwie.
– Życie z człowieka wyciśnie, szantrapa – potwierdził Majster.
Przez  szparę  w  zasłonie  Murek  zerknął  na  kanapę.  Pościel  nie  była  ruszona.  Widocznie

owa Arletka spędziła noc gdzie indziej.

Wychodził właśnie z bramy, gdy zatrzymała się taksówka i wyskoczyła z niej ładna, śnia-

da panna w długiej czarnej jedwabnej sukni. Murek przez tę chwilę, kiedy płaciła szoferowi,
zdążył zauważyć, że ma bardzo umalowaną twarz i śmiałe spojrzenie.

Poczekał, aż weszła do bramy i zapytał dozorczynię:
– Co to za panienka?
– Panienka to ona w łokciu – jowialnie oświadczyła kobiecina – a mieszka u tej to wróżki,

co i pańska osoba. U pani Koziołek.

– Aha! Arletka – pomyślał Murek.
Tegoż dnia miał sposobność poznać Arletkę osobiście. Gdy  wrócił do domu, nie było  w

pokoju, nikogo poza nią. W kuchni coś pitrasiła stara Koziołkowa.

Arletka w długim różowym szlafroku siedziała przy oknie i lakierowała paznokcie. Teraz

nie była wcale umalowana i przez to wydała się znacznie młodsza. Na pewno nie miała wię-
cej jak dwadzieścia lat.

– Dobry wieczór – skłonił się Murek.
– Dobry wieczór – skinęła głową i przyjrzała się mu z zaciekawieniem.
– Jestem tu nowym sąsiadem pani – objaśnił, ponieważ nie spuszczała zeń wzroku.

background image

148

Była bardzo ładna i gdyby nie wyskubane do cieniutkiej kreski brwi, jej urodzie nie miałby

nic do zarzucenia. Przy tym wywierała wrażenie dumne, co Murkowi zawsze się podobało.

– A może przeszkadzam pani w ubieraniu? – zapytał.
– Nie – uśmiechnęła się.
– Bo ja mogę wyjść. Mnie wszystko jedno.
–  Pan  bardzo  uprzejmy,  ale  nie  trzeba.  Gdybym  chciała,  zaciągnęłabym  kotarę.  Zresztą

dziś nigdzie nie idę. Dopiero wieczorem do zajęcia.

– To pani pracuje na nocnej zmianie?
– Jak to na zmianie? – zdziwiła się i nagle wybuchnęła śmiechem: – ach, u nas jest tylko

jedna zmiana, właśnie nocna. Ja pracuję na dansingu.

Obejrzała paznokcie pod światło i dodała:
– W takiej budzie na Chmielnej. Pewno pan nieraz tamtędy przechodził. Nazywa się Dan-

cing Club.

– Owszem – przytaknął.
– No, i tak – powiedziała bez znaczenia, lecz z widoczną chęcią podtrzymania rozmowy.
Murkowi jednak zrobiło się przykro, sam nie wiedział dlaczego.  Wolałby sądzić, że dzi-

siejszego ranka wracała od narzeczonego niż wyobrazić ją sobie jako fordanserkę w jednym z
tych nocnych hulaszczych lokali.

– Ten narzeczony też musi być ładny numer – pomyślał – jeżeli pozwala jej na to.
I powiedział ogólnikowo:
– Wesoła praca.
– Taka sobie. Lepsza ta niż żadna.
– Zawsze lekka.
– O, nie! zaprotestowała – niechby pan tak spróbował całą noc przetańczyć z pierwszym

lepszym. Najczęściej pijanym w dodatku. No i pić. Nie cierpię pić.

– A musi pani, żeby podbić rachunek gościa?
– Oczywiście. Koleżanki to co pewien czas wstają od stolika, idą do garderoby i palce w

usta... Ale ja tego strasznie się brzydzę. Nie umiem. Raz spróbowałam i wtedy tak mnie gło-
wa rozbolała i naprawdę rozchorowałam się. Okropne!  I ten zaduch w lokalu. Do nas przy-
jeżdżają już z innych knajp. Rzadko który trzeźwy. A ja mam wciąż takie szczęście, że nie
dadzą mi spokoju. Siada taki przy stoliku i już pyta, czy Arleta wolna...

– Ładne imię.
–  Tak  mnie  przezywają  –  wyjaśniła  rzeczowo.  –  Ja  wolę  swoje,  chociaż  podobno  jest

brzydkie.

– A jak pani na imię?
– Zofia, Zośka. Pospolite, to prawda, ale...
Do  pokoju  weszła  pani  Koziołek,  ostentacyjnie  kłapiąc  szerokimi  pantoflami  i  niosąc  z

szacunkiem talerz z parującą jajecznicą.

–  Proszę  –  postawiła  przed  Arletką  –  na  słonince.  Tylko  nie  ma  co  rozgadywać  się,  bo

ostygnie.

– Tym lepiej, ciociu – poklepała starą po ramieniu Arletka – nie lubię przecie gorącego.
Baba jednak ściągnęła brwi i karcąco spojrzała na Murka:
– A pan coś strasznie rozmowny?... Nie wyglądał...
– Ciociu – przerwała Arletka – a chleba dostanę?
– Zaraz – odpowiedziała krótko i już w milczeniu przyniosła w ręku bochenek i nóż.
Gdy wyniosła się z powrotem do kuchni, Arletka zabrała się do jajecznicy i jadła z apety-

tem.

– Czy pani jest siostrzenicą pani Koziołkowej? – zapytał Murek półgłosem.
– Skądże – odwróciła się doń z pełnymi ustami. – Ona jest ciotką mojego Kazika.
– Narzeczonego?

background image

149

– Aha. On jest piekielnie zazdrosny i dlatego muszę tu mieszkać pod okiem pani Koziołek.
– No, nie wydaje mi się, by pani Koziołek była zbyt surową strażniczką cnoty.
– Wiem – zaśmiała się. – Wiem, o czym pan myśli, o Idalce, tak?
– Może...
– Czy i pan już zapoznał się z jej miłością? – zachichotała. – Idalka oporu nie uznaje. Ani

wyboru. Każdy dobry.

– Co do mnie, nie ma obawy...
Arletką nagle spoważniała...
– Wszyscy jednacy – powiedziała z pogardą. – Każdy z was zapiera się, śmieje się z jej

brzydoty,  spluwa,  a  gdy  mu  tylko  ta  krowa  wpalcuje  się  do  łóżka...  jazda!  Zapomina  o
wszystkim. Samcy!

– Za pozwoleniem – ironicznie zauważył Murek. – Czy to on, czy ona? Kto kogo atakuje?
– Ach, nie w tym rzecz – zniecierpliwiła się. – Skoro wie pan, że to u niej choroba.
– Wcale tego nie wiedziałem.
– Mówię panu, choroba. Ale wy, mężczyźni! Czasami, gdy nie idę do pracy i wieczorem

kładę się spać, to przecie słyszę, co oni mówią i jak z nią rozmawiają. A w nocy?... Sam pan
wie. Nie mogę zasnąć, tak mnie to złości i śmieszy. Idalka, biedactwo, na nic nie zważa. Jak
się, panie, nazywa taka choroba?

– Skądże pani przypuszcza, że ja mam to wiedzieć?
– Bo... bo pan jest – zawahała się – pan jest inteligent.
– I z czego to pani wnioskuje, czy z mojej elegancji, czy z delikatnych rączek?
Zaśmiała się kokieteryjnie:
– Już ja umiem poznać się na takich rzeczach. Pan myśli, że u nas w Dancing Clubie nie

bywają  różni?...  Oho!  Zaczynając  od  arystokratów  i  ministrów,  a  kończąc  na  właścicielach
remiz dorożkarskich. I trzeba od razu skapować się, jak z takim gadać.

– Z hrabią po salonowemu, a z prostakiem po prostu – domyślnie dopowiedział Murek.
Potrząsnęła głową:
– Właśnie, że nie. Odwrotnie. Taki gość od magli, dość ma w domu cholerowania żony i

chce w lokalu siedzieć z damą, a nawet sam stara się udawać wykwintnego, póki nie zaleje się
w pestkę. A hrabia lubi, żeby mu zawalić ordynarnie, by nie umieć przyzwoicie jeść i prze-
kręcać francuskie słowa. Taki idiota wówczas cieszy się, że jest mądry i wykwintny, śmieje
się, podmiguje z przyjaciółmi, a jak mu na każde jego najgłupsze powiedzenie pisnąć jeszcze
„o  jej!”,  to  rozpływa  się  z  zadowolenia.  Potem  łaskawie  oświadcza,  że  wydobędzie  taką
dziewczynę z błota i da jej... Jak to się nazywa?... Aha: polor i oprawę. A całe gadanie po to,
by nabrać biedną fordanserkę na darmowe przespanie się z nim. A nuż skusi się nadziejami na
„wyższy poziom”, to znaczy w praktyce na dostanie się do faceta na stajenkę, no i nie upomni
się o doraźną należność.

Westchnęła i dodała zabawnie smutnym tonem:
– Świnie.
– Ale pani ma zdolności obserwacyjne, panno Arleto – powiedział Murek z podziwem.
– W życiu wszystko się wyrabia. Dlatego też jestem pewna, że pan nie jest tym, na co ze-

wnętrznie wygląda.

– Tylko czym? – zaciekawił się szczerze.
– Pan?... Albo pan zbankrutował i z biedy do tego doszedł, albo...
Jej oczy uważnie i badawczo patrzyły z ukosa.
– Albo? – podchwycił Murek.
– Albo spełnia pan swój obowiązek służbowy.
Murek zrozumiał, o co go posądza:
– Czyli, że jestem tajniakiem? – zapytał z uśmiechem. – Wyglądam na to?...

background image

150

Miał jej ochotę powiedzieć, że właśnie przedwczoraj został już  członkiem partii komuni-

stycznej, lecz w porę ugryzł się w język.

– Mnie to nic nie obchodzi – odezwała się znudzonym tonem.
– Widzi pani i ja trochę znam się na ludziach. Więc po co pani mnie buja?...
– Ja? – szeroko otworzyła oczy.
– Właśnie. Czy warto tyle czasu ze mną gadać, skoro chodziło pani tylko o dowiedzenie

się, czy nowy współlokator nie jest z policji i nie wprowadził się tu do szpiclowania?

Zarumieniła się i czując to wybuchła śmiechem, by zatuszować zmieszanie.
– Ładnie pani się śmieje, ale lepiej było spytać wprost. Wówczas powiedziałbym, że nie, a

pani, jeżeli się chociaż trochę zna na ludziach, nie pytałaby się więcej i tym samym oszczę-
działaby pani sobie przykrości rozmawiania. Ot co. A tak, to dała mi tylko pani do zrozumie-
nia, że boi się pani policji, a zatem są jakieś powody tych obaw. I gdybym był agentem, łapa-
czem, szpiclem, dopiero teraz wpadłbym na myśl posądzania pani.

Powiedział to wszystko z łagodną ironią. Arletka nie próbowała mu przerwać, jednak gdy

skończył, zaprzeczyła:

–  Nic  do  ukrywania  nie  mam.  Proszę  bardzo.  A  pana  nie  posądzam,  tylko  tak  wyszło  z

rozmowy.

– No, no – pobłażliwie podniósł rękę Murek.
– Daję panu słowo! Czyż pan jest o sobie tak złego zdania, że rozmowa z panem to przy-

krość?

– Jestem takiego zdania.
– Więc bardzo się pan myli...
– Niechże się pani nie wysila – spojrzał na nią z nieukrywanym lekceważeniem. – Tu nie

dancing, a ja nie hrabia ani inny maglarz, tylko zwykły pisarz warsztatowy.

– Głupi pan jest – rzuciła niecierpliwie.
– Dziękuję za szczerość.
– A właśnie, że szczerość, bo przyjemnie mi z panem rozmawiać. Ja też, proszę pana, po-

chodzę z inteligencji i wolę gadać z panem niż z innym.

– Niech pani sobie tym nie zawraca  głowy – powiedział obojętnie, chociaż czuł, że roz-

drażni ją tym jeszcze bardziej. Zły był na nią.

Chciała mu coś odpowiedzieć, lecz zapukano do drzwi. Murek przekręcił klucz w zamku i

odciągnął  grubą  zasuwę.  Był  to  pan  Piekutowski.  Rozejrzał  się  spokojnie,  burknął  „dobry
wieczór” i poszedł do kuchni umyć ręce.

Murek zauważył, że przyjście Piekutowskiego speszyło Arletkę. Zaczęła nucić jakąś pio-

senkę i przekładać fatałaszki w swojej walizce.

Wziął  czapkę,  nasunął  na  czoło,  otworzył  drzwi  i  wolno  schodził,  gdy  usłyszał  za  sobą

trzask klamki i głos przyciszony:

– Panie, chwileczkę!...
Zawrócił. Zamknęła drzwi za sobą i szepnęła:
– Chcę pana przekonać i opowiedziać o sobie. Niech pan czeka o dziesiątej na przystanku

na Dobrej.

Zanim zdążył jej odpowiedzieć, że  nie  ma  na  to  czasu,  weszła  z  powrotem  i  przekręciła

klucz. Jednocześnie poznał głos Piekutowskiego:

– Czego latałaś za tym frajerem?
– Żeby wrzucił do skrzynki list – odpowiedział głos Arletki.
Mówili coś jeszcze, lecz dalej od wejścia i nie było słychać.
– Po co ona kłamie? – myślał Murek i jednocześnie zbiegł ze schodów w obawie, że Pie-

kutowski dopędzi go i zażąda pokazania listu.

Za ten pośpiech sam siebie przywołał do porządku. Ta cała Arletka obchodziła go akurat

tyle, co i Piekutowski. Był nawet niezadowolony z siebie, że dał się wciągnąć w jakie takie

background image

151

zbliżenie  z  tą  dziewczyną.  Opowie  o  sobie!...  Śmiechu  warte.  Każda  taka  dziwka  ma  parę
zmyślonych historyjek do opowiadania naiwnym. Oczywiście, rosyjska księżniczka albo cór-
ka księdza! Znane rzeczy. I porwał ją zakochany rotmistrz od ułanów!... Uwiódł, by porzucić.
Małpy.

Chociaż starał się nastroić siebie jak najgorzej do Arletki, nim doszedł do związku na Mo-

zyrską, jego nieżyczliwość stopniała. Bądź co bądź biedna dziewczyna, na pewno wolałaby
uczciwą pracę niż mizdrzenie się do grubych burżujów w nocnej knajpie. Zresztą ma narze-
czonego i pilnują jej wszyscy. Może i całkiem porządna. W każdym razie nie kłamie, że po-
chodzi z inteligencji. Niemożliwe, by wyrobiła się tak, czy to wśród lokatorów pani Kozioł-
kowej, czy też po knajpach.

Pomimo  wzrastającego  zaciekawienia  się  Arletką  na  spotkanie  nie  poszedł.  Miał  zresztą

ważniejsze sprawy. W związku czekali dwaj towarzysze, wraz z którymi wybrany był do ko-
mitetu propagandowego na miejsce aresztowanych przed tygodniem starych członków partii.

Wszedł już całkiem nieźle w te rzeczy. I cieszył się, widząc wzrastające zaufanie i przy-

chylność wybitniejszych komunistów. Z samym Krótkim widywał się teraz często, a Krótki
był  w  partii  figurą,  komisarzem  „propagitu”  na  całe  państwo.  Znał  się  już  też  na  hierarchii
partyjnej i wiedział że ponad Krótkim, Podsiadłym, Piotrem i tymi wszystkimi, których znał,
stał wszechmocny komitet wykonawczy, a i ten podlegał delegatowi Kominternu.

O ile dawniej dręczyła go mglistość konturów, w jakich wyobrażał sobie organizację partii,

o tyle obecnie czuł i rozumiał celowość a także logikę tej wielkiej przejrzystej konstrukcji, w
której każda kondygnacja miała swoje zadania, swoje kompetencje, swój regulamin, a podle-
gała wyższej, tworząc takąż piramidę, jak ta, rządowa, w której kiedyś był jedną z doskonale
dopasowanych cegiełek.

Uświadomienie  sobie  własnej  przydatności  w  tej  nowej  piramidzie  przyniosło  Murkowi

wielką ulgę, wypełniło próżnię, ustabilizowało go w nowym świecie.

Wiedział znowu, czym jest, co ma robić i po co istnieć. A to, chociaż nie dawało wszyst-

kiego, dawało wiele. Dawało spokój i możność pogodzenia się z losem.

Nauczył się przy tym jednej rzeczy: konspiracji. Była ona czymś w rodzaju dobrze znanej

z  dawnych  czasów  –  tajemnicy  urzędowej.  Nauczył  się  sztuki  zupełnego  panowania  nad
swymi  odruchami,  odliczania  słów,  odmierzania  gestów,  usłużnych,  i  totumfackich  uśmie-
chów  w  rozmowie  ze  zwierzchnikami  w  warsztatach,  operowania  mimiką  przy  agitowaniu
robotników,  posługiwania  się  całym  arsenałem  środków,  może  niezbyt  pięknych,  lecz  ko-
niecznych.  Koniecznych  nie  tylko  w  podziemnej  pracy  partyjnej,  lecz  –  jak  wielekroć  się
przekonywał – na każdym terenie, w całym życiu.

O ileż teraz czuł się dojrzalszym, o ile bardziej doświadczonym i zręczniejszym od tego

Murka, który bezkarnie i niezasłużenie został wyrzucony z mgistrackiej posady i pozwolił się
zepchnąć pod powierzchnię.

Znacznie  więcej  wiedział  teraz  o  sobie,  znacznie  lepiej  rozumiał  siebie  i  innych.  Szkoła

materializmu komunistycznego nie poszła na marne. W jej betonowej świątyni nie było miej-
sca na chwasty przesądów, na kwiatuszki złudzeń. Sceptycyzm jak kwas siarczany wypalał do
korzeni  wszelkie  naiwne  roślinki,  które  przesłaniały  dawniej  matematyczną  architekturę
prawd ludzkich. W tym wszystkim światu było może mniej pięknie i chłodniej, surowiej, lecz
za to jaśniej i prościej.

Patrząc przez to na swoją przyszłość, patrząc na zmiany w samym sobie i ogromne prze-

obrażenia w panoramie świata Murek doszedł do jednego przekonania: oto nie żałował już ani
swego biurka urzędniczego, ani oplutych przez Nirę uczuć, ani głodu po Cyrkach, Berlinach i
Kamczatkach, ani wygód, ani trudów i nędzy. Nie żałował, gdyż temu właśnie złemu losowi
zawdzięczał dotarcie do prawdziwej drogi prowadzącej do wielkiego celu, i drugie: zawdzię-
czał to, co nazywał swoją dojrzałością wewnętrzną.

background image

152

Trafniej i pewniej wartościował teraz ludzi, z którymi się stykał. I tak na przykład już po

paru tygodniach mieszkania na Solcu „rozgryzł” swoich współlokatorów. Dowiedział się, że
Piekutowski  jest  z  zawodu  elektrotechnikiem,  a  „Majster”  szoferem  na  taksówce,  ale  obaj
swój fach traktują jako coś dodatkowego i niezbyt ważnego. Murek nie wątpił, że należą oni
do jakiejś bandy złodziejskiej czy bandyckiej, której hersztem musiał być oczywiście ów sio-
strzeniec Koziołkowej a narzeczony Arletki. Inwalida Wacuś nie miał nic wspólnego z nimi, a
nawet trochę ich się bał jak i sama Koziołkowa. Jej córka była  tępa i obojętna na wszystko
oprócz swego nocnego żerowiska.

Murek trzymał się z daleka. Początkowo próbował i tu agitacji komunistycznej,  ale dość

szybko zorientował się, że w tym zdemoralizowanym środowisku nie zda się to na nic. Ogra-
niczył się tedy do agitowania Wacusia. Czasami jednak dawał się wciągnąć w ogólną rozmo-
wę i nie krępował się wówczas w wypowiadaniu swoich poglądów społecznych. Sprawiło to,
że uznano go za nieszkodliwego. Kto sam jest komunistą, nie pójdzie „kapować” do policji i
można przy nim swobodniej rozmawiać. Toteż i rozmawiano. Sypały się opowiadania o słyn-
nych przestępcach, o wielkich  kradzieżach  i  rabunkach,  o  mistrzowskich  ucieczkach  z  wię-
zienia,  o  subtelności  kodeksu  karnego,  o  tych,  którzy  się  dorobili  na  kasiarstwie  wielkich
fortun, a umieli tak pozacierać ślady, że i dziś niczego im udowodnić niepodobna.

Murek gardził swoimi współlokatorami, ale i współczuł z nimi. Czyż ich winą było to, że

nie wychowano w nich poczucia moralności, potrzeby celów wyższych, głodu idei? Oczywi-
ście w społeczeństwie komunistycznym nie będzie dla takich miejsca, bo zresztą nie będzie i
pożywki, na której żyją: własności prywatnej. Lecz obecnie nie należy ich zbyt surowo potę-
piać.  Murek  przeczytał  już  kilka  autobiografii  byłych  przestępców,  którzy  w  Sowietach,  w
atmosferze powszechnego, radosnego, wysiłku pracy, porzucili swoje nędzne rzemiosło i stali
się godni wielkiej przyszłości.

Mówił nawet o tym na dwóch masówkach robotniczych w Pruszkowie i w Rembertowie,

dokąd  był  delegowany  przez  sekretariat  „Propagitu”.  W  Rembertowie  omal  go  policja  nie
złapała przy tej sposobności. Uciekł tylko dzięki temu, że jeden z towarzyszy, felczer miej-
scowej Kasy Chorych obandażował mu głowę i kazał wynieść na noszach do pociągu. Felcze-
ra znano a chory tak jęczał, że wśród czatujących na dworcu łapaczy „niebezpieczny agitator
warszawski”  przemknął  się  łatwo.  Trzeba  było  zawsze  być  przygotowanym  na  wsypę,  ale
tymczasem wiedział, że nie jest śledzony i nawet śmiało przynosił do domu książki komuni-
styczne, które czytywał wieczorami, a zwłaszcza w święta.

Pewnego  dnia  Arletka,  która  od  owego  zignorowania  przez  Murka  wyznaczonej  randki,

demonstracyjnie nie zwracała nań uwagi, zapytała go:

– Może mi pan da jaką książkę do czytania?
– Z przyjemnością! Ale ja nie mam takich książek, które panią zajmą.
– A jakież pan ma?
– Poważne, dotyczące różnych zagadnień społecznych. Polityczne, naukowe.
– Tak – przyznała. – Na tym się nie poznam. Za mądre.
– Nie za mądre, tylko nie zainteresuje to pani.
– Tak samo, jak na przykład pana nie zainteresowało moje życie.
– Co znowu – mruknął. – Nigdy tego nie powiedziałem...
– Ale pan dał mi do zrozumienia. Nie przyszedł pan wtedy. I ja wiem, dlaczego. Pan ma

swoją kobietę i jest pan zakochany.

– Nie, nie mam.
– Żadne zapieranie się nie pomoże. Ja się nie mylę.
– Czy dlatego, że nie przymilam się do pani?
– A pewno! – powiedziała wyzywająco. – A poza tym niech pan nie myśli, że nie wiem o

tym, że pan już trzy razy wyrzucił Idalkę, która pchała się do pana. Pan ma kochankę.

background image

153

– Jeżeli pani podoba się tak myśleć – wzruszył ramionami – to proszę bardzo. Jednak cał-

kiem z innych powodów nie czekałem wtedy na panią.

– Z innych?... – zastanowiła się. – I to możliwe. Uważa mnie pan za bydlątko, nie warte

zachodu. Za dziwkę?...

– Bynajmniej. Tylko proszę mi wytłumaczyć, po co miałbym zbliżać się do pani?...
– Jak to, po co?
– Ma pani przecie swego narzeczonego.
– I cóż stąd? Czy nie wolno mi nikogo znać poza nim?
– Wolno, ale nie warto. Sądzę, choć jeszcze go nie widziałem, że musi to być chłop młody

i morowy, że ma na panią silny wpływ, że, słowem, zaspokaja wszystkie pani potrzeby,  fi-
zyczne i duchowe.

– Ach tak... A z czegóż to pan wnioskuje, że ma na mnie aż tak wielki wpływ?
– Z czego? – zaśmiał się. – No, przecież trzyma panią gorzej niż na uwięzi a pani drży na

myśl jego gniewu. A już trzeba mieć kogoś w garści, by go pchnąć na taką... na taką zabłoco-
ną drogę, na jaką on pchnął panią.

Dziewczyna niespokojnie spojrzała w stronę drzwi do kuchni.
– Tak – ciągnął Murek – wy,  kobiety,  przepadacie  za  tymi,  którzy  was  traktują  jak  psa-

przybłędę i wciągają was w swoje gnojowisko. Szczególniej kobiety wychowane w bezmyśl-
nym zbytku, którym nie wpojono żadnych zasad, żadnej moralności. Jak ćmy lecą na świeci-
dełka, na blichtr. Użyć! Za wszelką cenę!

Dziewczyna wysłuchała go uważnie i zapytała na serio:
– A pan co? Pan kazałby wyrzec się wszystkiego, co może nam sprawić radość, zapełnić

życie, dać szczęście. Wyrzec się: Tak?

– Nie, nie! – podniósł głos – nie wyrzekać się, lecz znaleźć szczęście i radość w czymś in-

nym, w wartościach wyższych! – I jakież to wartości?

– Jakie? Życie pożyteczne, życie twórcze. Praca dla społeczeństwa, dla ludzkości.
Arletka skrzywiła usta:
– Z jakiej racji? Czy panu ludzkość dużo dobrego wyświadczyła?... Bo mnie samo zło.
– To nie ma znaczenia. A zresztą, jeżeli nie stać kogoś na wyższe ideały, może chociażby

żyć dla siebie. Przecież pani nie zaprzeczy, że są kobiety, które znajdują szczęście właśnie w
swoim kobiecym powołaniu: być dobrą żoną, dobrą matką. Rozumie pani?...

Spojrzał na nią ze złością i odwrócił się. Szkoda było czasu na przekonywanie ślepego o

piękności kolorów. Z powrotem rozłożył książkę, lecz przyszła mu nowa myśl i powiedział:

–  Są  takie  kobiety,  które  w  najgorszych  warunkach,  nawet  w  nędzy,  nawet  narażone  na

szykany otoczenia, zdolne są jednak zdecydować się na urodzenie nieślubnego dziecka. I w
tym dziecku widzą swoją radość i cel, i szczęście. Ale to są dziewczęta, proste, z ludu, zdrowe
moralnie, których twarda skóra nie przyjmuje zarazków z burżujskiego, gnijącego świata.

– Bajki, bajki, mój panie – zaśmiała się Arletka – każda z przyjemnością zamieniłaby tę

twardą skórę na jedwabną bieliznę.

– Nieprawda.
– Pan nie zna kobiet. Wszystkieśmy jednakie. Chcemy jak najpełniej użyć młodości. A co

do męża i dzieci?... Owszem. Bardzo chętnie. Nawet w najgorszą biedę. Ale na to trzeba się
zakochać. Albo już znudzić się ostatecznie i zapragnąć spokoju. Albo zbrzydnąć i w ten spo-
sób zapewnić sobie roboczego wołu, który by tyrał na rodzinę do śmierci. Nic pan nie wie o
kobietach.

– To pani nic nie wie o tych innych.
– O jakich innych?
– O tych, co ciężko pracują i nieciekawe są jedwabiów.
Arletka wstała i zbliżyła się do niego:

background image

154

– Panie Murek, a czy pan uważa za ciężką pracę na przykład dozorowanie miejskiego sza-

letu?... Sprzątanie i szorowanie po klientach takiej instytucji?... Oddychanie od rana do nocy
przez szereg lat najohydniejszymi wyziewami?

Na twarz jej wystąpiły rumieńce, oczy iskrzyły się i mówiła coraz głośniej:
– Czy spełnianie takich najniższych posług, w mróz i upał, z rękami popękanymi od cuch-

nących ścierek, ze strawą przełykaną wraz z oparami wydzielin ludzkich, czy to według pana
ciężka praca, panie Murek?

– I to pani?
– A ja! Ja, panie! Ja przez dwa lata to robiłam, o tymi wypielęgnowanymi rączkami, proszę

pana! I drżałam na myśl, że mogą ten cuchnący kawałek chleba odebrać, mnie i mojej matce.
A przyszłam do  szaletu  publicznego,  trzeba  panu  wiedzieć,  nie  z  suteryny,  lecz  z  pięknego
pałacu, tak, z pałacu, gdzie była pensja, na której się uczyłam, jak się wytwornie dyga i wy-
kwintnie obiera owoce, gdzie w parku biły fontanny i stały posągi.

– Nic nie rozumiem – ze zdumieniem powiedział Murek.
Podniecenie Arletki nagle opadło. Machnęła ręką i udała, że ziewa:
– Ech, co tam. Przecie pana to nic nie obchodzi.
– Przeciwnie.
– Zresztą, nie mam już ochoty. Dajmy temu spokój.
Murek jednak nalegał i prosił, by opowiedziała mu swoją historię. Upierała się, lecz gdy

zaczął ją wyciągać na szczegóły, dała się rozruszać.

Była nieślubnym dzieckiem, córką zwykłej freblanki i dyrektora dużej papierni. Dyrektor

miał  własną  rodzinę,  lecz  wziął  na  siebie  obowiązek  wychowania  i  wykształcenia  dziecka.
Małą Zosię umieścił najpierw w drogim internacie, a gdy skończyła lat dziewięć, na pensji w
Poznańskiem. Była w szóstej klasie, gdy umarł. Jego rodzina o niczym nie wiedziała i wie-
dzieć nie chciała. Zosia wróciła do matki, której przedtem prawie nie widywała. przedwcze-
śnie  postarzałej  i  chorej.  Już  wówczas  matka  utrzymywała  się  z  dozorowania  szaletu  miej-
skiego. Córka przynosiła jej obiad, a z czasem zaczęła ją zastępować, gdyż poważna choroba
nerek robiła wciąż postępy. Dochód z szaletu z biedą wystarczał na utrzymanie się przy życiu.
Na rok przed śmiercią, matka nie mogła już wstawać z łóżka i wówczas Zośka musiała wysi-
lać  swój  spryt,  by  miejskich  kontrolerów  przekonać,  że  tylko  na  chwilkę  zastępuje  matkę,
która właśnie wyszła. Przepisy nie pozwalały, by dozorczynią szaletu była młoda dziewczyna.

– Gdy mama umarła, byłam wolna – zakończyła swe opowiadanie Arletka.
– Tak – przyznał Murek – niewesołą miała pani pierwszą znajomość z życiem.
– Do słówek łacińskich, francuskich i angielskich, których uczyłam się na pensji, przybyły

nowe polskie: te, którymi zapisane są ściany w szaletach.

– I tam... tam pani poznała swego narzeczonego?
Skinęła głową i zagryzła wargi. Po dłuższym milczeniu dodała:
– Przychodził tam kilka razy. Pewnego wieczoru zamknął drzwi od wewnątrz na klucz i

zgwałcił mnie na kamiennej posadzce.

– Bydlę – wyrwało się Murkowi, lecz dziewczyna wzruszyła ramionami:
– Miał rację.
– I odtąd go pani pokochała?
Zaśmiała się krótko:
– Nie, panie, odtąd wiedziałam, w jaki sposób biedna i młoda dziewczyna może zarabiać

na swoją egzystencję. A jak zarabiać, nauczyli mnie później inni. Jego spotkałam znowu pra-
wie po roku. Nosiłam już wówczas krepdeszynowe kombinezki.

– A teraz kocha go pani?
Arletka odeszła od okna, obejrzała się, jej usta skrzywiły się  nienaturalnym uśmiechem a

oczy dziwnie przymrużyła.

background image

155

– Po co panu to wiedzieć? – powiedziała takim tonem jakby mu mówiła: zapytaj jeszcze

raz, a dowiesz się czegoś bardzo ważnego, koniecznie zapytaj.

Murek odczuł to dobrze, lecz nie odezwał się ani słowem. Po tych zwierzeniach Arletka

wydała mu się bliższa i bardziej godna współczucia, sympatyczniejsza i pociągająca. Przecież
nie chciał jej wierzyć, przecie wciąż upominał siebie i przestrzegał przed przyjmowaniem za
dobrą monetę tej romantycznej historyjki... A jednak wierzył. I chociaż w duchu przyznawał,
iż dość nieszczęść zwaliło się na tę młodą dziewczynę, by niszczyć w niej pragnienie dobra i
wiarę w wyższe cele życia, lecz wiedział, że się już to nie da odrobić i po prostu bał się suge-
stywności jej cynizmu. Zdawał sobie sprawę z tego, że zbliżając się do niej poprzez ten cy-
nizm nie znajdzie argumentów dość bezpośrednich ani dla niej, ani dla siebie, argumentów,
które by utorowały czystą, prostą drogę. A ugrzęznąć nie chciał i – nie miał prawa.

Im dłużej nad tym myślał, tym mocniej żałował, tym wyraźniej widział, że odstępuje od

czegoś, za czym przyjdzie tęsknota, tęsknota, przed którą trzeba będzie się bronić. Ale posta-
nowienia nie zmieniał.

– Moja droga biegnie w inną stronę – powtarzał sobie.
I  wiedział  już  dobrze,  w  którą  stronę.  Inwentarz  jego  życia  zamykał  się  w  dwóch  pozy-

cjach: walka o zwycięstwo proletariatu i spełnienie obowiązku wobec dwóch istot ludzkich z
tegoż proletariatu, własnego syna i Karolki.

Od czerwca już odkładał sobie po kilka złotych miesięcznie. Za  trzy miesiące będzie już

miał kwotę wystarczającą na podróż i wszystkie formalności. Ożeni się z Karolką, zabierze ją
i dziecko, wynajmie gdzieś na przedmieściu jednoizbowe mieszkanko, czas wolny od pracy
zawodowej i od roboty partyjnej poświęci kształceniu żony.

Czyż miało to jakiekolwiek znaczenie, że Karolki nie kochał? Ceni ją i szanuje. A to wię-

cej znaczy. Jeżeli nie znajdzie szczęścia w tym małżeństwie, będzie to jego wyłączną winą. W
każdym razie powinien zrobić wszystko, by to szczęście dać jej.

Od Żurków dość często przychodziły listy. Karolka też dopisywała, dziękując za pieniądze

i dodając informacje o tym, jak rośnie i rozwija się mały Stefanek. Niestety, chłopak był cho-
rowity i leczenie pochłaniało dużo pieniędzy. Jak na półtoraroczne dziecko, był za to bardzo
rozwinięty. Wymawiał wiele słów i umiał powiedzieć, że tato jest daleko w Warszawie.

Czytając  te  listy,  Murek  nie  bez  rozczulenia  myślał  o  dniu,  w  którym  weźmie  na  ręce

swoje własne dziecko, stworzenie najbliższe mu na świecie, kiedy przyjrzy się jego rysom, z
których – jak pisał pan Żurko – jest uderzająco do ojca podobne.

Murek  nie  był  przesądny.  Do  snów,  zabobonów  i  wróżb  nie  przywiązywał  żadnej  wagi,

jednak,  gdy  Karolka  przysłała  w  liście  kosmyk  jasnych  włosów  Stefanka,  przyszło  mu  na
myśl,  ot,  prawie  dla  żartu,  poprosić  panią  Koziołek,  by  powróżyła,  jaka  będzie  przyszłość
tego dziecka.

Nie raz i nie sto razy słyszał, jak wróżyła innym. Zwykle w rannych godzinach, ale często i

wieczorem przychodziło do niej wiele osób. Szwaczki, kucharki, żony rzemieślników i skle-
pikarzy. Rzadziej mężczyźni. Tematami interesującymi dziewczęta była zawsze miłość i na-
dzieje na małżeństwo, mężatki szukały u wróżki odpowiedzi na pytanie, czy mąż jest wierny,
czy  też  je  zdradza  i  z  kim.  Mężczyźni  rzadko  przychodzili  w  tym  celu.  Przeważnie  byli  to
tacy,  którzy  planowali  jakąś  ryzykowniejszą  wyprawę  złodziejską  i  chcieli  wiedzieć,  czego
należy się wystrzegać, czy plan się uda, czy zdołają ujść bezkarnie. Inni zasięgali rady, czy
warto kupić nastręczony sklepik, kilka morgów lub taksówkę, sprzedać coś czy przystąpić z
kimś do spółki. Ryzykując cały swój dorobek musieli być ostrożni i bodaj za pośrednictwem
kunsztu  pani  Koziołek  zerknąć  w  przyszłość.  Jeszcze  inni  byli  to  bezrobotni,  ciekawi,  czy
dostaną pracę, czy lepiej od razu skoczyć do Wisły.

Nieraz jednak przed odrapaną kamienicą zatrzymywała się luksusowa limuzyna. Przyjeż-

dżały bogate panie z miasta, równie naiwne i święcie wierzące we wróżby jak praczki i maj-
strowe z Powiśla.

background image

156

Murek czasami wsłuchując się w przepowiednie pani Koziołek, wciskał twarz w poduszkę,

by głośnym śmiechem nie speszyć jej klienteli. Stara była sprytną wróżką. Musiała wielu lu-
dzi znać i wiele życiowych sytuacji widzieć. Bez większego wysiłku dawała sobie radę z inte-
resantkami. W przeciągu kilku minut potrafiła z przejętej kobieciny wyciągnąć moc informa-
cji, żonglując przepowiedniami i pytaniami, zawsze mistrzowsko skonstruowanymi, dającymi
możność szerszego wejrzenia w życie i stosunki klienta, w końcu mogła każdego oszołomić
wysypaniem przed nim tychże wiadomości. W rezultacie osoba, która przyszła po wróżby, nie
dowiadywała się niczego poza potwierdzeniem własnych domysłów,  natomiast wróżka wie-
działa  o  niej  bardzo  wiele.  Czasami  znacznie  więcej  niż  pozwalało  na  to  bezpieczeństwo
mieszkania, biżuterii czy oszczędności klientki.

Jedno  podziwiał  Murek  w  tym  wróżbiarstwie  pani  Koziołkowej:  to  rady,  jakie  dawała

swym interesantom. Były to zawsze rady trzeźwe, ostrożne, świadczące o wielkim doświad-
czeniu i znajomości świata. Stosowanie się do tych rad nikomu na złe wyjść nie mogło, a że
nie po to się wróżce płaci, by zlekceważyć później jej wróżby, więc też każdy i każda miał na
sobie samym namacalny dowód jasnowidztwa pani Koziołek.

Na tym oczywiście wyrosła i ugruntowała się popularność tej rozumnej i przebiegłej ko-

biety,  to  gwarantowało  jej  wcale  przyzwoity  dochód  i  o  tyle  o  ile  wygodną  egzystencję  do
śmierci.

Już całkiem bezpłatnie z wróżb pani Koziołkowej korzystali jej sublokatorzy, wszyscy bez

wyjątku. Trzeba było tylko wyczekać jej dobrego humoru. Murka, jako trzymającego się naj-
bardziej z daleka, nie obdarzała przesadną sympatią i dopiero na trzecią jego prośbę odpowie-
działa zgodą.

Wróżyła z kart i z ręki. W danym wypadku, gdy chodziło o wróżby dla osoby trzeciej, wy-

starczyły  same  karty.  Obejrzała  uważnie  pęczek  włosów,  związany  niebieską,  wąską  wstą-
żeczką i rozłożyła kabałę.

Mówiła dużo i szybko, prawie nie spuszczając wzroku z twarzy Murka. Treść jednak była

bardzo uboga. Widocznie nie udawało się jej przeniknąć myśli sublokatora, nie udawało się
też wywołać zmiany w wyrazie jego oczu, ponieważ zaś pytania zbywał monosylabami i nie
dał  się  wciągnąć  w  rozmowę,  musiała  wróżyć  po  omacku.  Tym  bardziej,  że  o  Murku  wie-
działa niewiele, tyle, ile sam jej wprowadzając się, powiedział.

Tu jednak mógł podziwiać jej spryt. Dostrzegła, iż włosy wyjmował z koperty, więc do-

myśliła się, że osoba, do której należą, jest daleko. Włosy były bardzo jasne i bardzo miękkie,
więc orzekła, że owa osoba jest dzieckiem. A o jakież dziecko można pytać, jeśli nie o wła-
sne. Zatem jest to dziecko Murka. Ale Murek według paszportu jest kawalerem, czyli dziecko
nieślubne. Któż by włosy dziecka związał wstążeczką, jeżeli nie kobieta, któż by je posyłał
ojcu,  jeżeli  nie  matka.  Zatem  pani  Koziołek  mówi  śmiało,  zapewnia  Murka,  iż  matka  tego
dziecka żyje i kocha go bardzo, że tęskni i ma nadzieję, że Murek się z nią ożeni. (Któraż ko-
bieta nie pragnęłaby ślubu z ojcem swego dziecka!). Ponieważ dzieci często chorują, można
śmiało powiedzieć, że i to było chore w miesiącu, którego nazwa zaczyna się od litery M albo
M do góry, czyli W. Tedy są do wyboru dwa wiosenne miesiące marzec i maj i jeden jesienny
wrzesień. W tych porach roku łatwo się dziecko zaziębia. Poza tym nietrudno odgadnąć, że
ojciec, który prosi o wróżbę, kocha swe dziecko i będzie chciał je zobaczyć, a ponieważ Mu-
rek wspomniał kiedyś, że na jesieni dostanie tydzień urlopu, tedy oczywiście zobaczy dziecko
na jesieni.

Murek cieszył się tą zabawą śledzenia myśli wróżki i tylko ciekaw był, jak wybrnie z okre-

ślenia płci dziecka. Tymczasem kuta na wszystkie nogi baba i tu sprytnie wymigała się z kło-
potu, bo po prostu zapytała:

– Czy to chłopiec czy dziewczynka?
– Chłopiec – odpowiedział odruchowo, zanim zdążył się spostrzec.

background image

157

I oto jednym słowem, nie upilnowanym w porę, zepsuł sobie całą grę. Stara wiedziała te-

raz,  że  nie  omyliła  się  w  niczym.  Miała  całkowite  potwierdzenie  i  wiedziała  odtąd,  że  jej
sublokator  ma  na  prowincji  kochankę  i  nieślubnego  syna.  Zły  na  siebie  Murek  słuchał  już
piąte przez dziesiąte przepowiedni dla chłopca. Będzie się dobrze uczył, będzie zdrowy, tylko
mając lat siedemnaście będzie słabował na płuca. Zostanie inżynierem i wszyscy będą szczęśliwi,
ale pod warunkiem – tu zaczynały się rady – pod warunkiem, że Murek weźmie matkę syna za
ślubną żonę, co nie powinno nastąpić jednak zbyt prędko, a wówczas dopiero, gdy będzie zarabiał
więcej,  co  nastąpi  w  przyszłym  roku.  Na  zakończenie  pani  Koziołek  dodała,  że  matka  owego
dziecka, nie pod każdym względem zasługuje na małżeństwo z Murkiem, ale na jesieni on ją zo-
baczy, dowie się o niej nowych rzeczy i wtedy postanowi, czy ma być tak, czy siak.

Siedząc tegoż dnia wieczorem na zebraniu egzekutywy dzielnicowej, Murek przyłapał sie-

bie na śmiesznym zadowoleniu z wróżby pani Koziołkowej.

Jakkolwiek  doskonale  umiał  rozśrubować  cały  mechanizm  jej  procederu,  nie  potrafił

uwolnić się od wiary w przepowiadaną przyszłość, oczywiście dlatego, że takiej przyszłości
chciał.  Zabawne  jednak  było  przekonać  się  na  sobie  samym  o  względności  logiki  ludzkiej,
ulegającej wyraźnej grawitacji i niewątpliwym wygięciom, ilekroć wypadnie jej zawadzić o
uczucia człowieka, o jego pragnienia, marzenia  czy  nadzieje. W  sferze emocjonalnej logika
przestaje być sprawdzianem precyzyjnym i godnym zaufania.

Niespodziewanie przyszedł mu do głowy dalszy wniosek: jeżeli uczucia mącą logikę, wy-

zbycie  się  wszelkich  uczuć  powinno  gwarantować  jej  siłę  i  wszechwładzę  w  działaniu  jed-
nostki. Dopiero wówczas może się stać nieomylnym narzędziem własnej woli.

Zastanowił  się  przez  chwilę,  czy  odkrycie  to  może  mu  się  na  coś  przydać  w  jego  pracy

partyjnej? Doszedł jednak do przekonania, że jest to niepodobieństwo. Przecie do komunizmu
popchnęło go wcale nie abstrakcyjne rozumowanie, lecz właśnie uczucia, emocjonalne kon-
sekwencje najbardziej osobistych przeżyć. Nawet to, co w tej decyzji nie miało związku z nim
samym, wyrosło z uczuć. Widział nędzę bezrobotnych i bezdomnych, patrzył na ciężką pracę
wyzyskiwanych  robotników,  podczas  zimowego  pobytu  w  ubogiej  wiosce  przyjrzał  się
strasznej biedzie głodujących  chłopów.  I najpierw współczuł z nimi, najpierw zrodził się w
nim bunt, najpierw zapragnął poprawy ich losu, losu upośledzonych,  a stokroć wartościow-
szych od bogaczy – zanim sformułował to wszystko w mózgu i znalazł miejsce dla swoich
pragnień w realnych paragrafach programu rewolucji komunistycznej.

Praca w partii dawała mu wiele satysfakcji. A pracy było dużo. Agitacja, rozpowszechnia-

nie  druków,  ulotek  i  komunikatów,  organizowanie  wieców,  kontrola  nad  prawomyślnością
partyjną członków, redagowanie sprawozdań dla CKW – wszystko to pochłaniało dużo wy-
siłków i czasu.

Ponieważ zaś Murek  poza zajęciem  w  warsztatach kolejowych  nie miał  żadnego  życia  pry-

watnego, wkrótce wybił się do pierwszych szeregów najczynniejszych działaczy partyjnych.

W ostatnich dniach lipca został wezwany przez towarzysza Krótkiego, który mu oświad-

czył,  że  Centralny  Komitet  Wykonawczy,  oceniając  jego  zasługi  postanowił  mianować  go
sekretarzem Grupy Aktywnej. Był to awans nie byle jaki, gdyż funkcja sekretarza była niemal
równoznaczna z kierownictwem samodzielnym a Grupa Aktywna stanowiła jedno z najważ-
niejszych  ogniw  w  centralnych  władzach  partyjnych.  Zadaniem  grupy  była  organizacja  de-
monstracji  publicznych,  pochodów,  strajku  i  sabotażu,  czyli  działalność  rzadko  rozmijająca
się z rozlewem krwi.

Murek oczywiście nie brał  udziału  w  bezpośredniej  akcji.  Jako  sekretarz  przygotowywał

tylko dla komitetu grupy wnioski i plany akcji w myśl ogólnych rozkazów z CKW. Tutaj już
panowała ściślejsza konspiracja i nikt z komitetu grupy nie znał prawdziwego nazwiska Mur-
ka, który musiał przybrać pseudonim. Wymyślił go sobie przezornie: Garbaty. Ponieważ był
zupełnie prawidłowo zbudowany, mógł liczyć, że wywiadowi rządowemu przyjdzie z trudno-
ścią zidentyfikowanie go z Garbatym.

background image

158

Szeregowych członków grupy, którą kierował, nie widywał w ogóle, chociaż decydował o

takim czy innym uformowaniu sekcji. Tutaj u góry inni już byli  ludzie niż w szarych szere-
gach. Znacznie mniej robotników i znacznie więcej inteligentów, sporo Żydów. Wśród nich
nie brakło osobistości znanych: lekarzy, adwokatów, dziennikarzy, pisujących w wydawnic-
twach  bynajmniej  nie  komunistycznych.  Ku  swemu  miłemu  zdziwieniu,  Murek  spotkał  tu
jednego z inżynierów z warsztatów kolejowych, którego uważał dotychczas za endeka, a na-
wet za monarchistę.

Centralne biuro było świetnie zamaskowane. Mieściło się mianowicie w lokalu specjalnie

w tym celu założonej firmy handlowej, zajmującej się wynajmem filmów. Ma się rozumieć,
przedsiębiorstwo to nie dawało zysków, jednak deficyty były minimalne.

Tutaj też, zainteresowawszy się źródłem, z którego owe deficyty  pokrywano,  Murek  do-

wiedział się po raz pierwszy, że budżet partii zaledwie w pięciu procentach pokrywa się ze
składkami członkowskimi, reszta zaś przychodzi z Moskwy. Był zaskoczony tą wiadomością,
która mu się bynajmniej nie podobała. Nie podobała się zaś tym bardziej, że dystrybucja tych
wielkich funduszów znajduje się w ręku trzech członków CKW, którzy wyliczają się z wy-
datków tylko delegatowi Kominternu.

Zresztą  wszystko  tu  musiało  być  dawane  i  brane  „na  wiarę”,  gdyż  pokwitowania  wysta-

wiano  tylko  w  bardzo  rzadkich,  wyjątkowych  wypadkach.  Przez  ręce  samego  Murka  prze-
chodziły  obecnie  różne  kwoty,  lecz  nie  mogąc  pogodzić  się  z  systemem  bezdowodowym,
wypłacał zawsze przy świadku.

Członek CKW, adwokat Szeps, noszący w partii pseudonim Zamojski, śmiał się z tej skru-

pulatności Murka:

– O zbyt wielkie rzeczy tu chodzi, towarzyszu, by zawracać sobie głowę takimi głupstwami.
Nie przekonało to Murka, nie miał zresztą prawa wtrącać się do zwyczajów i dyscypliny w

Centralnym Komitecie Wykonawczym, do którego nie należał i którego ściślejszej organiza-
cji nawet nie znał.

W tym czasie miał jeszcze jeden kłopot: musiał nauczyć się strzelać. Zbyt często miewał

przy sobie ważne dokumenty, zbyt łatwo mógł wpaść w oko wywiadowcom, by ryzykować
wsypę bez próby obrony podczas ucieczki. Otrzymał doskonały i niezawodny  nagan a  ćwi-
czył się w strzelaniu na tyłach posesji Jakóbiaka przy ul. Ciemnej za halą fabryczną. W hali
sztancownice pracowały tak głośno, że strzały nie mogły zwrócić niczyjej uwagi.

Ta nauka szła Murkowi niesporo. Już samo noszenie ciężkiego rewolweru w kieszeni nie

sprawiało mu przyjemności, a to, że nosi przy sobie broń, musiało ludziom wprawnym rzucać
się w oczy, bo na przykład pan Piekutowski, zerknąwszy raz na rozbierającego się Murka, z
uśmieszkiem zapytał:

– A spluwa partyjna?
– Pożyczyłem od kolegi – bąknął Murek.
– Frajer z pana – westchnął Piekutowski. – A mógłby pan do czegoś dojść. Tylko nie przez

tych tam...

Nie było to pierwsze nagabnięcie ze strony współlokatorów. To Majster, to pan Piekutow-

ski  od  czasu  do  czasu  wymawiali  dwuznaczne  stówka,  dając  Murkowi  do  zrozumienia,  że
wciągnęliby go do towarzystwa. Raz czy dwa razy zapraszali go nawet na „ochlaj” z racji –
jak mówili – że się im kryzys poprawił. Domyślił się. co to znaczyło i dlatego właśnie stronił
od nich. Od nich i od Arletki, która niewątpliwie należała do „ferajny”, pozostającej pod ko-
mendą jej narzeczonego. Nie wiedział, czy Arletka pomagała im czynnie, ale był przekonany,
że jeżeli nawet tak, to działa pod przymusem, pod groźbą i wbrew woli.

Aż nadto wyraźnie dawała to Murkowi do zrozumienia. Wyzyskiwała każdą sposobność,

by  uśmiechem,  spojrzeniem  czy  paru  zdaniami  dać  mu  poznać,  że  go  bardzo  lubi.  Ilekroć
znajdowali się sami, a zdarzało się to co prawda rzadko, starała się czy to pod pretekstem zaj-
rzenia do czytanej przez Murka książki, czy pod innym byle pozorem otrzeć się oń, przytulić,

background image

159

dotknąć jego ręki. On ze swej strony nie szukał takich okazji, jednak skoro się przytrafiły, nie
umiał  zdobyć  się  na  brutalny  gest.  A  na  najchłodniejsze  słowa  dziewczyna  zdawała  się  nie
zwracać żadnej uwagi. Widocznie intuicja mówiła jej, że w tę oziębłość nie trzeba wierzyć.

Murek coraz częściej łapał siebie na zamyśleniu się na ten temat, na rozważaniu w gruncie

niedorzecznego zamiaru wyratowania Arletki. Wyratowania niekoniecznie dla siebie, lecz dla
partii. W normalnych czasach nie przyjęto by jej, niedawno wszakże nadeszła nowa instrukcja
Kominternu, by masowo przyjmować, kogo się da. Był dopiero koniec sierpnia. Moskwa jed-
nak zawczasu planowała wielkie manifestacje na dzień 1-go maja i chodziło o zwerbowanie
największych mas, szybkie przeszkolenie partyjne, by w dniu święta robotniczego, zademon-
strować ogromny wzrost sił KPP.

W związku z tym w partii było moc roboty. Murkowi wciąż CKW zabierał najpotrzebniej-

szych ludzi, wysyłając ich jako kurierów na kontakty do miast prowincjonalnych. Nawet za-
stępcę Murka, towarzysza Dyla, delegowano do Kalisza. Murkowi było to tym bardziej nie na
rękę, że wreszcie po długich zabiegach w dyrekcji warsztatów kolejowych uzyskał zgodę na
swój urlop na pierwszy tydzień września i dostał kilkadziesiąt złotych pożyczki. Na wyjeździe
w tym czasie zależało mu bardzo, gdyż po pierwsze chciał czym prędzej ożenić się z Karolką
i wyprowadzić się od pani Koziołkowej, której od piętnastego września wymówił. Chciał być
jak najdalej od Arletki. Poza tym drugiego września musiał poznać wreszcie swego małego
Stefanka, drugiego września, w dzień jego imienin.

Dlatego  zdecydował  się  wobec  władz  partyjnych  kwestię  swego  wyjazdu  postawić  na

ostrzu noża. Spodziewał się sprzeciwu a nawet wyraźnego zakazu. Tymczasem rzecz poszła
nieoczekiwanie  łatwo.  Gdy  towarzyszowi  Zamojskiemu  i  towarzyszowi  Bigelsteinowi  z
CKW otwarcie i szczerze powiedział, dokąd i po co musi jechać, ci nie tylko nie okazali nie-
zadowolenia, lecz ucieszyli się. Okazało się, że już od  kilku  dni  zastanawiano  się,  kogo  by
pewnego i niepodejrzanego przez policję tam właśnie wysłać. Sprawa musiała być niesłycha-
nej wagi, gdyż Bigelstein i Zamojski sami tu decydować nie chcieli. Kazali Murkowi naza-
jutrz  wieczorem  stawić  się  w  jednym  ze  znanych  mu  już  konspiracyjnych  mieszkań.  Tam
zastał Bigelsteina i dwóch nieznanych sobie mężczyzn.

– Towarzyszu Garbaty – zwrócił się jeden z nich do Murka – pójdziecie teraz do towarzy-

sza Kurbskiego, głównego sekretarza partii.

Obrzucił go uważnym spojrzeniem i dodał:
– Miarą zaufania, jakim się cieszycie, niech będzie to, że was nie zrewidujemy i nie odbie-

rzemy wam broni.

Murek poczerwieniał i powiedział krótko:
– Dziękuję, towarzysze.
Wyszli we dwójkę, skręcili w boczną ulicę i wsiedli do oczekującego ich samochodu. Chociaż

wewnątrz było ciemno, konwojent wyjął jakąś gazetę, podał ją Murkowi i powiedział sucho:

– Czytajcie.
Murek zrozumiał: chodziło o to, by nie patrzył, dokąd  go  wiozą.  Ostrożność  tę  uznał  za

usprawiedliwioną,  spuścił  głowę  i  zamknął  oczy.  Po  kwadransie  auto  stanęło  na  podwórzu
jakiejś  willi.  Z  jednej  strony  były  sztachety,  znad  których  zwisały  gałęzie  drzew,  z  drugiej
ciemne okna domu. Kierowca wyskoczył i zadzwonił do małych drzwi. Po chwili weszli do
środka. W dużym i elegancko urządzonym gabinecie czekali dobre pięć minut w milczeniu.
Nagle weszli dwaj mężczyźni. Jeden duży i ciężki, o tłustych, obwisłych policzkach, z czar-
nymi, rzadkimi i szczecinowato sterczącymi wąsami, mógł mieć około pięćdziesiątki. Wydat-
ny garbaty nos i grube wargi zdradzały jego semickie pochodzenie. Gdyby nie wielkie, czar-
ne, dziwnie płonące oczy, wyglądałby na kupca czy zamożnego przemysłowca. Drugi, znacz-
nie niższy, w mundurze majora wojsk polskich, co bardzo zaskoczyło Murka, był szczupły i
blady. Grube szkła binokli i wąskie, zacięte usta nie harmonizowały z gwałtowną ruchliwo-
ścią tego człowieka.

background image

160

Obaj  podali  oczekującym  rękę,  po  czym  blondyn  w  mundurze  zaczął  krążyć  po  pokoju,

nerwowo przyglądając się sztychom na ścianach a Kurbski siadł przy biurku i niskim, cichym
głosem powiedział:

– Towarzyszu Garbaty. Partia chce wam powierzyć nader ważną misję. Na podstawie wia-

domości, jakie mam o was i o waszej krótkiej, lecz pełnej poświęcenia pracy w naszych sze-
regach, sądzę, iż nie uchylicie się  od  niebezpiecznej  misji,  którą  wam  powierzę.  Jeżeli  was
nakryją... pójdziecie pod sąd. Dożywocie pewne. Zgadzacie się czy nie?

– Zgadzam się, towarzyszu – bez namysłu odpowiedział Murek.
Kurbski skinął głową.
– Kiedy chcecie jechać?
– Jutro wieczorem, siódma dwadzieścia.
– Doskonale. Nie obarczę was paczką partyjną. Weźmie ją zwykły kurier. Władacie dobrze

językiem niemieckim?

– Zupełnie biegle.
– Zatem otrzymacie na  wszelki  wypadek  paszport  na  nazwisko  obywatela  niemieckiego.

Tych nie rewidują tak łatwo. Otóż po przybyciu na miejsce udacie się na ulicę Kraszewskiego
numer czternaście.

– Czterdzieści! – poprawił człowiek w mundurze majora.
– Czterdzieści – powtórzył Kurbski. – Jest tam sklep tytoniowy  i jednocześnie kolektura

loterii Kopelowicza. Wejdziecie i zapytacie: – Czy nie wygrałem pięciu tysięcy?... Na to Ko-
pelowicz zapyta: – A który pański numer?... Musicie odpowiedzieć: – Mam to gdzieś zapisa-
ne na pudełku od „egipskich”. Zapamiętacie?

– Zapamiętam.
–  Wtedy  Kopelowicz  skomunikuje  was  z  towarzyszem  SławoNirem.  Hasłem  dla  niego

jest: – „Przyjechałem po rachunki za wełnę”... Zapamiętacie?

– Zapamiętam.
– Towarzysz SławoNir wręczy wam paczkę z niesłychanie ważnymi dokumentami, które dla

partii przedstawiają wręcz nieocenioną wartość. Paczka będzie zalakowana i nie wolno wam jej
otworzyć pod żadnym pozorem i w żadnym wypadku. Czy palicie papierosy lub fajkę?

– Palę papierosy.
– Otóż w razie niebezpieczeństwa, na przykład rewizji w pociągu, macie dotknąć żarzącym

się papierosem lontu, który będzie z paczki wystawał i wyrzucić ją przez okno. Paczka spło-
nie w ciągu jednej minuty doszczętnie, gdyż papiery będą specjalnie nasycone.

Kurbski poczęstował Murka papierosem i już tonem nieoficjalnym zaczął mu udzielać rad

i instrukcji szczegółowych.

– Wiem, towarzyszu, że starczy wam odwagi, przezorności i zimnej krwi – zakończył – by

tę ważną misję spełnić i dostarczyć paczkę do rąk własnych towarzyszowi Bigelsteinowi.

Nazajutrz  na  dworcu  był  punktualnie.  Gdy  już  pociąg  ruszał,  do  wagonu  wszedł  stary

znajomy,  sekretarz  magistratu,  Więcek.  Obaj  zdziwili  się  tym  spotkaniem.  Więcek  właśnie
wracał z Warszawy po załatwieniu różnych spraw magistratu w ministerstwie. Ubogi wygląd
Murka sprawił mu widoczną satysfakcję. Natomiast próby wydobycia z Murka zwierzeń za-
wiodły. Za to Murek dowiedział się od Więcka, że zaszły wielkie zmiany „na starych śmie-
ciach”. Lassota zastrzelił się a Jelcza poszedł do kryminału, gdyż popełnił grube nadużycia.
Niewiarowicz od trzech miesięcy jest chory a zastępuje go dawny sekretarz wojewody, Lan-
da,  który  pewnie  zostanie  zatwierdzony  wkrótce  jako  prezydent  komisaryczny.  Spaliła  się
restauracja  Wiechowskiego,  Żytniewicz  z  Izby  Skarbowej  rozszedł  się  z  żoną,  umarła  pani
Rzepecka, Horzeńskim zlicytowali Fastówkę a niedługo pójdzie i  willa przy ulicy Wielkiej.
W cukierni u Tempki był niedawno skandal – generałowa Zagajska publicznie spoliczkowała
mecenasa Boczarskiego. O co poszło, nie wiadomo. Uchodzi jednak za rzecz pewną, że łączył
ich romans...

background image

161

Murek słuchał tego wszystkiego nie bez zaciekawienia, ale z uczuciem obojętności i pogardy.
– Prowincjonalne bagienko – myślał i cieszył się w duchu, że tak daleko jest teraz od tych

drobnych, złych i niskich ludzi, od tego nędznego miasta.

A jednak, gdy przy końcu podróży zaczął poznawać krajobraz, gdy koła wagonów zastu-

kotały na zwrotnicach i przed oknami zaczęły się przesuwać tak  i dobrze znane kontury do-
mów i ulic – serce uderzyło żywiej.

Pośpiesznie pożegnał się z Więckim, przebiegł przez peron, przez poczekalnię i oto stanął

na dużym placu przed dworcem. Wokół drzewa były jeszcze całkiem zielone. Trzy rachitycz-
ne taksówki i kilka chabet w dorożkach stało sennie koło czerwonych od rdzy sztachet skwe-
ru. Dzień był jasny, słoneczny i ciepły.

Szedł ulicami, które wydały mu się dziwnie puste i śpiące. Poznawał stare szyldy i witryny

sklepów, te same, a przecież jakby naiwne i zabawne przez to, że dawniej innymi oczyma na
nie patrzył.

Zaczęła  go  niepokoić  myśl:  jak  też  wygląda  Karolka?...  Może  zbrzydła  i  zbabiała?...  Po

dziecku  często  się  to  kobietom  zdarza.  Czy  mały  Stefanek  rzeczywiście  jest  „wykapany  oj-
ciec”?... Jak oni tam żyją, jak ich zastanie?... Ich – swoją rodzinę. Swoich najbliższych. Posta-
nowił najpierw pójść do nich. Muszą mieć więcej czasu na spakowanie się. Jutro rano przecież
wyjadą razem z nim do Warszawy. Jeżeli rozkład jazdy nie został zmieniony (jaka szkoda, że
nie zapytał o to na dworcu!), jeżeli rozkład jest ten sam, to pociąg odchodzi o siódmej.

Na  załatwienie  spraw  partyjnych  starczy  czasu  po  południu.  Powtórzył  sobie  w  pamięci

wyuczone  hasła  i  uśmiechnął  się  na  myśl  o  zdumieniu  starego  Kopelowicza,  gdy  w  nim,
Murku, w wysłanniku Centralnego Komitetu, pozna dawnego dygnitarza magistrackiego.

Wszedł  na  Dojazdową  i  przyspieszył  kroku.  Drewniany  domek,  gdzie  mieszkają  Żurko-

wie...  Krzaki  w  ogródku  podrosły  pokaźnie...  Taki  ciepły  dzień,  dziecko  na  pewno  jest  w
ogródku. Stefanek... Rodzony syn... Wzruszenie leciutko ścisnęło mu gardło, puls walił moc-
no w skroniach.

Dziecka jednak w ogródku nie było. Po grządkach spacerowało kilka kur. Po omacku prze-

szedł  przez  ciemną  sionkę,  odszukał  klamkę  drzwi  swego  dawnego  pokoju.  Nie  były  za-
mknięte. Wszedł i uśmiechnął się: pokoik był czyściutki, przybrany ozdobami z kolorowego
papieru, nad komodą w ramkach wisiało kilka fotografii Karolki.

–  Ach  te  kobiety  –  rozrzewnił  się,  stwierdziwszy,  że  Karolka  do  fotografii  stroiła  się  w

zamaszyste kapelusze, w których zresztą wyglądała wcale ładnie.

Na komodzie poznał kilka swoich starych drobiazgów: przybory do pisania, porcelanową

figurkę Chińczyka a nawet srebrny nóż do rozcinania kartek. Nie musiało im tu być za ciężko,
skoro tego nie sprzedali. Obok pod lustrem leżały rurki do fryzowania, pudełko z pudrem i
drugie z różem.

– Wybiję jej to z głowy – pomyślał pobłażliwie i cofnął się do sionki, by przejść do kuch-

ni, gdzie na pewno wszyscy musieli być w komplecie, jako w porze obiadowej. Umyślnie nie
zawiadomił ich o swoim przyjeździe listownie chcąc tym większą sprawić im niespodziankę.

Wszedł nie pukając. Musiało już jednak być po obiedzie, bo była tu tylko stara Żurkowa.

Pochylona nad rynienką myła właśnie talerze.

– A kto to? – zapytała nie podnosząc głowy.
– Dzień dobry pani, to ja.
Staruszka odwróciła się i krzyknęła przeraźliwym głosem:
– Jezus, Maria!
– Nie poznaje mnie pani? – uśmiechnął się Murek.
Lecz Żurkowa blada jak płótno, z przerażeniem w oczach, zaczęła się cofać, zasłaniając się

drżącymi rękami i mamrocząc jak nieprzytomna:

– Boże, ratuj. Boże, ratuj... Boże, ratuj...
– Zbzikowała na starość – pomyślał Murek i starając się uspokoić Żurkowa, powiedział:

background image

162

– Niechże pani nie boi się, to ja, Murek, dawny wasz lokator. Proszę przyjrzeć się!
Staruszka jednak miała wzrok obłąkany i zdawała się nic nie rozumieć, bo przywarła do

ściany, która uniemożliwiała jej dalszy odwrót i zajęczała:

– Panie, litości, litości!...
– Ależ ja jestem Murek, doktor Murek i nic złego pani nie chcę  zrobić. Przyjechałem po

Karolkę i po Stefanka. Nie poznaje mnie pani?

– Na mękę pańską, litości!... – zaskowyczała Żurkowa i osunęła się na kolana, składając ręce jak

do modlitwy. – Niech pan nie zabija! Nie moja wina! Bóg mnie skarał, nie moja wina. To ta łaj-
daczka, to ta nieczysta, to ona, my nic... Zlituj się pan nad starą, już i tak niedługo umrę... I on nie
winien, to ona opętała nas, ona! Jędza, rozpustnica! Grzech śmiertelny na nasze dusze...

Biła się piąstkami w piersi i krzyczała cienkim, ochrypłym głosem:
– Bóg nas skarał, będziemy gorzeć w ogniu piekielnym, ale zlituj się pan, ja wszystko po-

wiem, całą świętą prawdę, nic nie zataję, jak na spowiedzi!... Ja wiedziałam, o, ja wiedziałam,
że tak się skończy. Bóg nierychliwy, ale zmiłuj się nad nami!... Wszystko powiem!

Murek z  tego  chaosu  wykrzykników  i  zaklęć  zaczął  rozumieć,  że  Żurkowa  niewątpliwie

jest przerażona, ale nie straciła zmysłów, że poznała go i że musiało się tu stać coś okropnego.

– Dziecko nie żyje – przemknęło mu przez głowę i zawołał surowo:
– Gdzie Stefek?
– Jezu! Ratuj! – wyciągnęła ręce stara.
– Gdzie dziecko?... – powtórzył groźniej.
– Nie ma! Boże mój! Nie ma!
– Umarło?!...
– Nie, nie, jak na świętej spowiedzi powiem: nie ma!
– Więc skoro nie umarło – uspokoił się nieco Murek – gdzież jest?... Oddaliście komuś?...

Do żłobka?...

– Nie, nie ma, nie było. Nigdy nie było – trzęsła się stara, szlochając i raz po raz wyciąga-

jąc błagalnie ręce – wszystko kłamstwo, przez tę nędzę, przez biedę, szatan podkusił, ta la-
dacznica namówiła. Bóg nas skarał... Wszystko kłamstwo!... Na starość w więzieniu przyjdzie
nam gnić. Ale to jej wina! Ona, ta diablica nieczysta to wymyśliła, ona nas biednych na poku-
szenie przywiodła!... Ona...

– Jaka ona? – krzyknął Murek.
– Ona, Karolka, nasz zły duch!...
Murek przetarł czoło.
– Więc jak? – zapytał cicho. – W ogóle dziecka Karolka nie miała?
– Nie miała.
– A ciążę zepsuła?
– I w ciąży nie była.
– Więc wszystko po to, byście ze mnie pieniądze mogli ciągnąć?
–  Boże,  zmiłuj  się!  My  starzy,  a  ta  diablica  –  zaczęła  znów  jęczeć  stara,  lecz  Murek  jej

przerwał i kazał opowiadać po porządku. Widząc, że jej bezpośrednie niebezpieczeństwo nie
grozi, stara oprzytomniała, podniosła się nawet z podłogi i szybko zaczęła mówić.

Karolka zmyśliła wszystko, a ich, Żurków, namówiła do współudziału w oszustwie. Z li-

stów Murka wiedzieli, że mu ciężko i że jest bez posady, toteż nie spodziewali się, że przyje-
dzie. Karolka sądziła, że raczej przestanie nadsyłać pieniądze, bo mężczyzna nigdy stały nie
jest.  Wciąż  powtarzała  Żurkom,  że  trzeba  brać,  póki  daje.  A  pieniędzmi  dzielili  się  równo.
Karolka wynajęła poza tym tamten pokoik i przyjmowała tam mężczyzn, a że zarabiała tak po
trzydzieści  i  więcej  złotych  miesięcznie,  to  i  Żurkom  musiała  więcej  płacić,  choćby  za  ten
wstyd, że publiczna w ich mieszkaniu żyje. Gdyby nie to, co Murek przysyłał, to przy obciętej
emeryturze z głodu umrzeć by przyszło. A listy pisali zawsze z namowy Karolki, tej diablicy,
tego złego ducha...

background image

163

Murek siedział nieruchomo i tylko na twarzy wystąpiły mu pod skórą dwa węzły musku-

łów od kurczowo zaciśniętych szczęk a na czoło krople potu. Stara ośmieliła się i gadała co-
raz głośniej i coraz potoczyściej, aż warknął na nią:

– Dość!
Umilkła przestraszona i czekała, co Murek zrobi. On jednak nie ruszał się z miejsca, jakby

skamieniał.  Minęło  może  pół  godziny,  może  więcej.  Huknęła  głośno  furtka  i  zaskrzypiały
deski  w  sieni.  Murek  poznał  głosy  rozmawiających  i  podniósł  się  z  krzesła  w  chwili,  gdy
drzwi się otworzyły.

Karolka  weszła  pierwsza.  Krzyknęła  jakimś  przenikliwym,  ptasim  piskiem  i  cofnęła  się,

lecz ucieczkę uniemożliwiło zatarasowanie drzwi przez pana Żurko.  Zresztą  Murek  jednym
susem był już przy progu, wepchnął starego do środka i przekręcił klucz w zamku. Żurko za-
czął bełkotać coś niezrozumiałego i trząsł się jak w febrze. Karolka ponuro, spode łba oglą-
dała się dokoła jakby wypatrując drogi do ucieczki.

Murek po dłuższej chwili zapytał przerywanym, głuchym głosem:
– Co ja wam... złego zrobiłem?... Ludzie!...
Zapanowała taka cisza, że słychać było tykanie zegara.
– Wy, starzy, których ja jak rodzonych... Żeby wam moja krzywda grób przygniotła, żeby

was... A ty, ścierwo – zwrócił się do Karolki – ty mi za to zapłacisz!

Wolno, bardzo wolno ruszył ku niej. Karolka obejrzała się i nagle wzięła się pod boki.
– Więc co?! – podniosła głowę. – Więc bij! Zabij!
Murek zamierzył się i z całej siły wyrżnął ją pięścią w środek twarzy. Zwaliła się na pod-

łogę z głuchym łoskotem. Oboje starzy wcisnęli się w kąt i wczepieni w siebie, jęczeli piskli-
wie, wzywając wszystkich świętych na pomoc. Murek jednak tego nie słyszał. Porwał krzesło
i wymierzył leżącej cios tak silny, że krzesło rozsypało się na kawałki a Karolka zerwała się z
bólu i rzuciła się do drzwi. Nim dobiegła, chwycił ją za włosy a drugą ręką zaczął wymierzać
uderzenia coraz mocniejsze: w twarz, w piersi, w brzuch. Wiła się charcząc i szamocąc się na
próżno, aż szarpnął i w garści został  mu  duży  pęk  włosów  a  Karolka  potoczyła  się,  upadła
ciężko grzbietem na kubeł z węglem i bluznęła czarną krwią. Zadarta spódnica odsłoniła gru-
be, nagie uda.

Murek zamachnął się i wymierzył jej straszliwe kopnięcie w podbrzusze. Zawyła nieludz-

kim głosem, zwinęła się w kłębek, znowu rozprężyła, nogi i ręce zatrzepotały w konwulsyj-
nych drgawkach po podłodze i znieruchomiała.

Nie zastanawiał się w tej chwili, czy umarła, czy tylko zemdlała. Stał pochylony nad nią,

dysząc ciężko i wpatrywał się w jej zmasakrowaną, siną i spuchła twarz, podobną do kawałka
surowego mięsa. Potem zaśmiał się, spojrzał na własne ręce, pokrwawione i pokaleczone na
kostkach. Ostrożnie, by nie poplamić krwią ubrania, wydobył z kieszeni kopertę a z niej ów
kosmyk jasnych włosów i wepchnął go dużym palcem w półotwarte usta Karolki.

– Żryj, ścierwo – zaśmiał się znowu.
Potem otworzył drzwi, zamknął je za sobą na klucz i wszedł do pokoju Karolki. Najpierw

pozdzierał fotografie ze ściany, porwał je i podeptał, powyciągał szuflady, darł w strzępy bie-
liznę, bluzki, suknie, pościel. Systematycznie niszczył wszystko, aż po kwadransie skończył i
wrócił do tamtej izby. Karolka siedziała na ziemi, oparta o ścianę. Podłoga była zalana wodą.
Widocznie starzy cucili Karolkę, która pojękiwała mocno.

Murek strącił ze stołu talerze, postawił na nim miednicę umył twarz i ręce, odepchnął sta-

rą, która przydreptała usłużnie z ręcznikiem i wytarł się własną chustką do nosa, po czym nie
obejrzawszy się za siebie wyszedł.

Zrobił już spory kawał drogi, zanim oprzytomniał i stwierdził, że nie wiadomo po co idzie

w kierunku dworca. Skręcił do miejskiego ogrodu i usiadł na ławce. Musiał zastanowić się i
zebrać myśli, które nagle zderzyły się z rzeczywistością i stały się śmieszne, głupie, niepo-
trzebne, nienawistne. Przez szereg miesięcy układały się,  wiązały, splatały w nierozerwalną

background image

164

całość.  Jeszcze  przed  trzema  godzinami  nie  uwierzyłby,  że  może  zajść  coś,  co  zmieni,  co
zniszczy jego plany, jego przyszłość. Żona, dziecko, rodzina i praca dla partii, dla rewolucji
komunistycznej,  walka  o  wolność  proletariatu,  tych  milionów  uciemiężonych,  pokrzywdzo-
nych prostych ludzi, takich jak on sam, jak Żurkowie, jak Karolka i jak to dziecko, które uro-
dziło się wprawdzie w niewolnictwie, lecz dorośnie w wolności, którą jego ojciec, towarzysz
Franciszek Murek, dlań zdobędzie.

A  tymczasem  oszukano  go.  Najhaniebniej  oszukano.  Jak  zwierzę  harował.  Wyrzekał  się

tysiąc razy posiłku, by im nie dać zaznać głodu. Żerował jak pies po śmietniskach, nocował
jak  bezpańskie  bydlę,  byle  tylko  dla  nich  te  kilka  groszy  uciułać.  A  oni...  Nieszczęśliwi!
Uciemiężeni!... Wyzyskiwali jego ostatni pot, jego najcięższy trud. Bez najmniejszej litości.
Gorzej od tych bogaczy, kapitalistów, burżujów...

–  Tylko  w  proletariacie  tkwi  głęboka  etyka  i  poczucie  społeczne,  tylko  w  proletariacie

egoizm jednostki nie przesłania wielkich celów ogólnoludzkich!... – Jakże dobrze pamiętał te
słowa, swoje własne słowa, którymi rozpoczął swój pierwszy artykuł w „Głosie Proletariatu”.

Jeszcze niedawno czytał ten artykuł Arletce. Wtedy, gdy powiedziała, iż wszyscy ludzie,

biedni czy bogaci, to jednakowe świnie. Jak to ona wyraziła się wtedy?...

– Każdy jest świnią na taki kaliber, na jaki go stać!...
Z uczuciem dziwnej obojętności patrzył przed siebie na rzadkie drzewa ogrodu, na powy-

krzywiane sztachety, na przechodniów, snujących się leniwie, na szare domy i kocie łby jezd-
ni. Ta energia, ta chęć działania, ta wiara w sens swego nowego życia, wszystko to rozlało się,
stajało z nim, wyparowało. Pozostała pustka zupełna i lepki osad goryczy.

Sięgnął do kieszeni po papierosy i namacał rewolwer. A gdyby tak?...
Zbiegną  się  ludzie,  policja...  W  kostnicy  oczywiście  rozpoznają  zwłoki:  wielu  musi  tu

jeszcze pamiętać doktora Murka. A w gazetach napiszą zdawkowo: „Nowa ofiara kryzysu”. I
nikomu na myśl nie przyjdzie, że kryzys to tylko wykręt, że trzeba byłoby uczciwie powie-
dzieć: ofiara społeczeństwa, zagryziony przez ludzi... Że w innym ustroju...

Ale myśl, która biegła utartym od szeregu miesięcy torem, zatrzymała się przed refleksją:

–  w  ustroju,  stworzonym  przez  naiwnych  zapaleńców  dla  takich  Żurków  i  Karolek,  też  dla
proletariatu, który póty jest proletariatem, póki nie nadarzy się sposobność do pasożytowania,
do wyzysku, do żerowania na cudzy koszt.

Słońce zniżało się już ku czerwonym wieżom kościoła Marii Panny. Wstał i ruszył przed

siebie. Właściwie nic go już nie obchodziła misja partyjna, z którą tu przyjechał, nie miał jed-
nak nic lepszego do roboty. Zawiezie im tę paczkę, odda i wystąpi z partii. Już nie potrafiłby
pracować dla nich tak jak dotychczas.

Przechodząc obok magistratu, nawet nie spojrzał w tamtą stronę. Nie odpowiedział też na

ukłon młodego Kesla, który stał we drzwiach swojej cukierni. Szedł coraz wolniej, zastana-
wiając się, czy nie zawrócić od razu na dworzec i jechać do Warszawy... Do Warszawy albo
gdzie bądź.

Jednak  nie  zawrócił.  Minął  trafikę  Kopelowicza.  Wewnątrz  był  jakiś  kupujący.  Murek

przeczekał i wszedł dopiero, gdy klient wyszedł. Kopelowicz od razu poznał Murka. Gdy ten
wymienił hasło, kupiec aż przybladł. Trzeba było jeszcze raz hasło powtórzyć, by przerażony
Żyd  wybąkał  odpowiedź.  Widocznie  obawiał  się  prowokacji.  Uspokoił  go  dopiero  odzew.
Wpuścił Murka do swego mieszkania za sklepem, do sklepu wysłał córkę, ładną drobną Ży-
dóweczkę, a sam wybiegł na podwórze.

Po kwadransie wrócił z barczystym, elegancko ubranym, młodym Żydem, który przede wszyst-

kim kazał gospodarzowi zasłonić okna i zamknąć na klucz drzwi od sklepu, po czym zapytał:

– Towarzysz Garbaty?...
– Tak – potwierdził Murek – zawiadomiono was?
– Zawiadomiono, ale powiedzcie, towarzyszu, im tam w centrali, że ja pracować nie mogę.

Nam się tu ziemia pod nogami pali, a oni jakby chcieli naszej zguby. Wciąż starym szyfrem

background image

165

depeszują. Tu na telegrafie siedzi teraz specjalny oficer z „dwójki”. I paczki nie dam, bo nie
mogę jej otrzymać. Cóż oni sobie myślą, że wszystko darmo?... Wyście nie przywieźli tych
trzech tysięcy dolarów?

– Nie!
– Otóż to! Towarzysz SławoNir oświadczył, że papierów nie da bez forsy. Już za poprzed-

nią przesyłkę musiał z własnej kieszeni wybulić. Teraz nie da.

– Więc to nie wy jesteście SławoNirem? – zdziwił się Murek.
– Nie, ja jestem Kobielski, prezes tutejszej egzekutywy. SławoNir w ogóle gadać nie chce

nie tylko z wami, ale i ze mną. On otrzymał na pokrycie kosztów siedem tysięcy dolarów. On
się wprost odgraża, że doniesie do Moskwy, że oni tę forsę rozkradli, a on tu musi płacić z
własnej kieszeni. I teraz nie da. Już nie mówię o sobie. Oni są za mądrzy, towarzyszu. Im się
zdaje,  że  gdy  zrobili  mi  zarzut  o  owe  franki  szwajcarskie,  to  już  jestem  przegrany  i  muszę
pysk  stulić.  Proszę,  niech  dowiodą!  Ale  taki  parszywy  łobuz  jak  Bigelstein,  woli  mnie  nie
ruszać.  On  wie,  co  ja  wiem  o  nim.  Niech  lepiej  uważa.  Powtórzcie  to  mu,  proszę.  W  razie
czego  ja  patyczkować  się  nie  będę  i  niczego  tu  do  ukrywania  przed  wami,  towarzyszu,  nie
mam.

Murek dość już miał wprawy, by nie okazać zdumienia wobec tego potoku rewelacji. Słu-

chał  na  pozór  obojętnie  długich  wywodów  Kobielskiego  o  jakichś  czekach,  jakimś  Piekar-
skim, który uciekł do Rumunii z całą kasą egzekutywy, o tym, że sekretarz towarzysz Lempke
jeździł z donosem do Warszawy przez osobistą zemstę, bo jego żona romansuje z Kobielskim,
że Ginsberg  wcale nie jest prowokatorem i z  polecenia  towarzysza  SławoNira  został  konfi-
dentem policji. Wreszcie zakończył z czarującym uśmiechem:

– Towarzyszu Garbaty. Co będziemy sobie zawracać głowy i oszukiwać się wzajemnie? Ja

wiem, że oni was tu przysłali nie tylko po papiery, ale i na przeszpiegi w tutejszej egzekuty-
wie. No, nie?... Nie?...  Po  co  macie  się  trudzić  i  sięgać  lewą  ręką  do  prawej  kieszeni?... Ja
wam i tak otwarcie służę wszelkimi informacjami. No?... Zgoda?

Murek chrząknął.
– Żartujecie, towarzyszu Kobielski. Jeślibym nawet miał taką misję, jakże mógłbym wam

do tego się przyznać?...

Kobielski mrugnął porozumiewawczo i wyciągnął do Murka rękę:
– Zrobione. Ja wiem, że dużo będzie zależało od waszego raportu i z góry serdecznie wam

dziękuję. A żebyście wiedzieli, że ze mnie szczery chłop, to wam powiem coś, czym będzie-
cie mogli Bigelsteina i Szepsa trzymać za mordę. Ręka rękę myje. Czy chcecie pogadać z tym
frajerem Lempkem i z resztą komitetowych?... Proszę bardzo! Ja nic do ukrywania nie mam.
Ale myślę, że to zbędne. Lempke oczywiście będzie na mnie psy wieszał a Glass wylezie ze
swymi starymi oszczerstwami. A jednak nic mi nie zrobią. Ani mnie, ani SławoNirowi, ani
Wałachowi. Bo Bigelstein i Szeps wiedzą, że byłby koniec. No, więc jak?... Chcecie, by zro-
bić wam kontakty czy wystarczy wam moje słowo?

– Wystarczy – przytaknął Murek.
– No, to w porządeczku, dajcie łapę.
Mocno  potrząsnął  ręką  Murka  i  przysunąwszy  się  doń  z  krzesłem  nachylił  się  do  jego

ucha:

–  Bigelsteinowi  wystarczy  powiedzieć  tylko  parę  słów.  Jemu  albo  Szepsowi.  Wystarczy

powiedzieć w rozmowie mimochodem: „W Baranowiczach lepiej bywało z angielską walu-
tą”. To sami zobaczycie, że każdy z nich aż przysiadzie.

– A cóż było w Baranowiczach?...
– Oni tam zrobili taką machlojkę, że aż do śmierci nie życzyłbym sobie lepszego interesu.

Pamiętacie,  jak  przed  czternastu  laty  zastrzelił  się  w  Baranowiczach  Frumkin?...  A  wiecie,
czemu się zastrzelił? Bo wiózł z Moskwy okrągłe trzydzieści tysięcy funtów żywą gotówką –
zaśmiał się głośno i dodał:

background image

166

– Z taką forsą to mu życie zbrzydło? A ja mam dowody w ręku. Rozumiecie, towarzyszu

Garbaty?... A niech by spróbowali mnie sprzątnąć tak jak towarzysza Frumkina, to w dwa dni
potem Komintern dostanie te dowody. I Bigelstein wie o tym. żem nie taki głupi, by trzymać
to u siebie. Już mi dwa razy, ach, jakże sprytnie, nasyłali złodziei do sklepu, ale takich zło-
dziei,  co  nic  nie  ukradli,  bo  szukali  czego  innego.  Niech  oni  dla  mnie  nie  będą  za  wielkie
cwaniaki! A między nami, towarzyszu sztama, sztama!

– Sztama – powtórzył Murek.
Kobielski  był  rad  z  siebie  i  oświadczył,  że  z  góry  przewidywał  to  porozumienie  i  kazał

przygotować  w  domu  przekąskę,  by  przymierze  oblać.  Dał  Murkowi  adres  i  wyprawił  go
przed sklep, a sam wyszedł przez podwórze. Połączyli się dopiero przy końcu ulicy Poznań-
skiej. Kobielski mieszkał wcale elegancko, a przekąska okazała się wystawną kolacją. Po kil-
ku  kieliszkach  gospodarz  zaczął  wypytywać  Murka,  czy  rzeczywiście  nie  przywiózł  z  sobą
pieniędzy dla SławoNira. I skwasił się trochę, gdy się dowiedział, że naprawdę nie.

– Myślałem, że tylko tak cyganicie, by spróbować, czy nie uda się załatwić rzeczy bez for-

sy – powiedział szczerze.

Pod  koniec  kolacji  zatelefonował  dokądś,  oświadczając  Murkowi,  że  SławoNir  zaraz

przyjdzie.  Po  kwadransie  istotnie  w  przedpokoju  zaterkotał  dzwonek  i  Kobielski  pobiegł
otworzyć drzwi.

Murek aż zaniemówił, gdy ujrzał na progu swego dawnego znajomego. Sławomirem był

Leon Stawski. I on też nie ukrywał zdumienia na widok Murka. Pomimo wrodzonej swady,
którą usiłował pokryć konsternację, robił wrażenie zaskoczonego. Rozmowa o przeszłości nie
kleiła  się.  Stawski  więc  przeszedł  na  sprawy  aktualne  i  z  właściwym  sobie  tupetem  wręcz
zapytał Murka, jakie zajmuje stanowisko we władzach partyjnych?

– Wyższe – odpowiedział Murek – od tego, które mam oficjalnie.
Stawski i Kobielski zamienili szybko spojrzenia, po czym z ożywieniem zaczęli mówić o

brakach pieniężnych w lokalnej organizacji, o trudnościach propagandy w miejscowym garni-
zonie i w sąsiednich wytwórniach wojskowych, o zatargach z trockistami, których namnożyło
się w ostatnich czasach. Wreszcie Stawski wydobył spod kamizelki niewielki pakiet, owinięty
w  gazetę  i  wręczył  go  Murkowi,  górnolotnie  wyjaśniając,  że  chce  tym  zadokumentować
swoją wierność, oddanie i karność wobec zwierzchnictwa partyjnego, lecz że zaklina CKW,
by nie zwlekało 

przesyłką pieniędzy, gdyż wszystkie koszty sam poniósł i bliski jest ban-

kructwa.

Murek zapewnił, że użyje całego swego wpływu, by gotówkę wycisnąć.
– Nawet cisnąć nie trzeba – denerwował się Stawski – przecie oni dostaną tę forsę z rączki

do rączki!

Z kolei Stawski objaśnił Murka, jak ma się z paczką obejść w razie rewizji w pociągu, ale

ostrzegł go, by dopiero w ostatecznym niebezpieczeństwie zniszczył papiery, gdyż są to uni-
katy niezmiernej wartości, których zdobycie kosztowało moc pieniędzy i ryzyka.

– Zresztą co mam mówić, towarzyszu Franciszku – zakończył poufale – sami  doskonale

wiecie.

– Wiem – spokojnie potwierdził Murek, chociaż nie miał pojęcia, co  paczka  zawiera  i  z

góry postanowił sobie, że zbada w odpowiedniej chwili jej zawartość.

Noc spędził u Kobielskiego, a nazajutrz wczesnym rankiem był już na dworcu. Bez trudu

znalazł pusty przedział trzeciej klasy, otworzył przede wszystkim okno, by być gotowym na
wszelkie ewentualności, a gdy pociąg ruszył i konduktor sprawdził bilety, ostrożnie rozwinął
gazetę. Wewnątrz była zalakowana koperta z szarego, dziwnie szorstkiego papieru, cuchnące-
go jakimiś chemikaliami. Z boku wystawał krótki postrzępiony loncik. O otworzeniu koperty
bez  złamania  pieczęci  nie  mogło  być  mowy.  Wyjął  scyzoryk  i  przeciął  ją  uważnie  wzdłuż
grzbietu. Jeszcze wyjrzał na pusty korytarz i wydobył z koperty jej zawartość.

background image

167

Jeden rzut oka wystarczył mu, by zrozumieć, o co chodzi. Były to precyzyjne plany tere-

nów wytwórni wojskowej w Rzeczkach, o kilka kilometrów od miasta. Już dawniej wiedział,
że produkują tam w największej tajemnicy jakieś armaty czy armatki. Teraz miał przed sobą
całą  paczkę  planów  konstrukcyjnych,  obliczeń,  całe  tabele  cyfr  i  ze  dwadzieścia  malutkich
błon  fotograficznych,  na  których  pod  światło  z  trudnością  rozróżnił  miniaturowe  sylwetki
działek,  poszczególnych  części  i  armatek  wmontowanych  w  czołgi  i  samoloty.  Drobnym
maczkiem zapisano na odwrocie planów szczegółowe dane o rozmiarach produkcji, o rodzaju
materiałów, o niezwykłej sile ognia armatek BZ 38.

Miał przed sobą kompletnie zebrane i świetnie opracowane materiały szpiegowskie. Pań-

stwo, do którego rąk dostałyby się te rzeczy, nie tylko mogłoby produkować takąż broń, lecz
w razie wojny skutecznie zbombardować fabrykę. Murek nie miał wątpliwości, dla kogo to
było przygotowane i kto miał za to zapłać. Zdawał też sobie sprawę, że wartość tej niewielkiej
koperty  była  ogromna.  Może  kilkaset  tysięcy,  a  może  i  milion.  Oczywiście,  szefem  akcji
szpiegowskiej  na  miejscu  był  Stawski.  Posługiwał  się  zapewne  zarówno  członkami  partii,
którzy szpiegowali ze względów ideowych jak i przekupstwem pośród personelu fabryki. W
centralnej egzekutywie warszawskiej zbiegały się nici szpiegowskie z całego kraju. Tam też
grzęzły zyski z procederu, bo na prowincję wysłano mizerne sumki.

Rozmyślając nad tym i nad wszystkim, co wygadali przed nim Stawski i Kobielski.
Murek przypomniał sobie własne dawniejsze obiekcje w związku z gospodarowaniem kasą

CKW przez Szepsa i inne grube ryby.

–  Więc  tak  wyglądają  wierzchołki?!  Banda  szpiegów,  złodziei,  szantażystów  i  zdrajców

ruchu robotniczego. Doły pracują z poświęceniem, z zapałem, z wiarą w ideały, a góra zbija
forsę i drwi w duchu ze stada baranów. No, nie! Już ja się dłużej bujać nie dam!...

Tysiączne  myśli  przebiegały  mu  przez  głowę.  Może  zwrócić  się  do  nieposzlakowanych

ideowców, do Krótkiego, do Podsiadłego, do Piotra, do Liczki i zdemaskować draństwo na-
czelnych  władz  partyjnych.  Wystrzelać  łotrów!...  Zmusić  ich  do  zameldowania  się  w  Mo-
skwie! Niech idą pod sąd.

– A skąd wiem – przyszła refleksja – że tam będzie sprawiedliwość?
I od razu odeszła go ochota działania. Bo i dla kogo?... Dla tłumu, złożonego z takich Żur-

ków i z takich Karolek?...  I po co?... By do władzy w partii doszli inni złodzieje i sprycia-
rze?...

– Nie ma głupich!
Jednak  w  kieszeni  tkwiła  niepokojąca  koperta  z  cenną  zawartością.  Co  z  tym  zrobić?...

Miałby ochotę podpalić lont i zniszczyć wszystko. Uwolniłby się od kłopotu i łamania głowy.
Ale  zniszczyć  coś,  co  przedstawiało  tak  wielką  wartość?...  Nie,  do  tego  po  prostu  nie  był
zdolny, on, Franciszek Murek, który nigdy w życiu grosza jednego bez namysłu nie wydał,
który podnosił i chował guzik znaleziony na ulicy.

Więc może zanieść to do policji?... Przysłużyć się państwu, spełnić obowiązek obywatela i

patrioty?

Roześmiał się na tę myśl. Za to wszystko, czego doznał od państwa, za tyle dobrodziejstw,

którymi obdarowała  go ukochana ojczyzna, nie ruszyłby  nawet  palcem.  A  zresztą  wiedział,
czym by się to skończyło: wsadziliby go do więzienia.

– Zatem – zastanowił się – czym właściwie jestem i dla kogo żyję? I po co żyję?
Czuł nieznośny zamęt w głowie. Nie myśleć, o niczym nie myśleć!... Na pierwszej większej

stacji  poszedł  do  bufetu  i  wypił  kilka  większych  wódek.  Zasypiając  w  wagonie  przypomniał
sobie owego inżyniera, z którym kiedyś dyskutował w domu noclegowym. Inżynier, wstrętny
łach ludzki... Ale miał dużo... dużo racji. I co on przepowiedział Murkowi? Aha, że też będzie
żył od jednego łyku wódki do drugiego, że też zeszmacieje... A niech by... niech by!...

Obudził się, bo go ktoś potrząsał za ramię. Zerwał się na równe nogi.
– Już Warszawa – mówił konduktor. – Proszę wysiadać. Zaspał pan.

background image

168

Peron był już pusty. Pasażerowie musieli dawno wyjść z dworca. Jeżeli czekał tu na Murka

ktokolwiek z partii, też zapewne odszedł. W każdym razie trzymanie w kieszeni planów nie
byłoby rozsądne. Murek przypomniał sobie już dawniej znalezioną kryjówkę na Czerniako-
wie w składzie drzewa, gdzie kiedyś pracował. Wsiadł w tramwaj i pojechał. Na placu obok
składu  drzewa  stały  resztki  fundamentów  po  spalonym  domu.  Odgarnąwszy  gruz  w  jamie
otworzył zardzewiałe drzwiczki od pieca, który kiedyś służył pewno do ogrzewania suteryny.
Nieraz  przechowywał  tu  pieniądze  i  różne  drobne  przedmioty.  Teraz  wsunął  tam  szarą  ko-
pertę, piec zamknął i zasypał gruzem z powrotem. W godzinę później stawił się u towarzysza
Kudełki i zażądał kontaktu z Bigelsteinem.

Postanowił nie zdradzić się z decyzją porzucenia partii. Naraziłby się na podejrzenia. Bigelste-

inowi złożył krótki raport: był na miejscu, widział się z towarzyszami Kobielskim i SławoNirem,
paczkę otrzymał, ale w drodze zniszczył ją zgodnie z instrukcją, gdyż groziła rewizja.

Bigelstein  okazał  się  jednak  przebieglejszy  niż  Murek  myślał.  Sprytnie  uszeregowanymi

pytaniami  chciał  go  przyłapać  na  kłamstwie.  Trafił  jednak  na  przygotowanego.  W  raporcie
Murka wszystko trzymało się kupy.

– A co było w paczce? – próbował go zaskoczyć Bigelstein.
– Nie otwierałem, nie wiem.
– To szkoda, psiakrew! No i cóż, zrewidowano was?
– Nie. Gdyby zrewidowano, znaleziono by rewolwer i fałszywy paszport, ale na szczęście

wystarczyła im moja legitymacja warsztatowa i dali mi spokój.

Teraz  dopiero  Bigelstein  rozłościł  się.  Nawymyślał  Murkowi  od  tchórzów,  od  bubków  i

oświadczył, że tacy ludzie nie nadają się do poważnej roboty.

– Wasz brak zimnej krwi, wasze tchórzostwo naraziły partię na stratę wręcz olbrzymią. I

zapowiadam wam, że poniesiecie za to karę.

Przez chwilę Murek miał ochotę roześmiać mu się w nos i zapytać, jaką to karę dostałby za

zamordowanie Frumkina w Baranowiczach. Opanował się jednak i wysłuchał „rugi” do koń-
ca. Nie skończyło się jednak na tym. Kazano mu czekać, a po godzinie zjawił się sam towa-
rzysz Kurbski i jeszcze jacyś dwaj nieznani Murkowi mężczyźni. Wszyscy byli nań wściekli i
badali  go  jak  zbrodniarza,  zasypując  krzyżowymi  pytaniami.  Był  już  zupełnie  wyczerpany,
gdy skończyli to  śledztwo.  Murek  dosłyszał,  jak  wychodząc  Kurbski  powiedział  z  pasją  do
jednego z towarzyszy:

– To tępe bydlę. On jest za głupi, by mógł to zrobić.
– Czekajcie, dranie! – pomyślał Murek.
Gdy  znalazł  się  na  ulicy,  musiało  już  być  grubo  po  północy.  Wszystkie  restauracje  były

pozamykane. Czuł głód i chciał się napić. Przyszło mu na myśl, że bufet na dworcu musi być
jeszcze  otwarty  i  ruszył  w  tamtą  stronę.  Skręcał  właśnie  w  Chmielną,  gdy  rzucił  mu  się  w
oczy neonowy szyld: „Dancing Club”. Miał na sobie nowe ubranie a w kieszeni zapasik go-
tówki,  uciułanej  na  zapoczątkowanie  rodzinnej  egzystencji.  Zresztą  wiedział,  że  zobaczy  tu
Arletkę. Chociaż nigdy nie był w podobnym lokalu, czuł się zbyt zmęczony śledztwem par-
tyjnym  i  własnymi  myślami,  by  zwrócić  uwagę  na  nowe  dla  siebie  otoczenie.  Kolorowe
oświetlenie, miękkie fotele, dyskretne loże, wysoki szynkwas z nienaturalnie wysokimi stoł-
kami a w środku sali krążek wyfroterowanej posadzki. Publiczności niewiele, kilka stolików
zajętych i dwa większe pijane towarzystwa w lożach. Usiadł w narożnej lóżce, gdzie zapro-
wadził go facet we fraku, i kazał sobie podać coś do jedzenia – wszystko jedno co – i czystą
wódkę. Kelner spoglądał nań dość nieufnie, rozruszał się dopiero wówczas, gdy gość zażądał
zaproszenia panny Arletki.

– Ta się dopiero zdziwi! – myślał Murek.
I rzeczywiście, zdumienie Arletki nie miało granic, ale też i radości nie ukrywała. Wyglą-

dała nader ładnie w jasnej sukni z mieniącego się jedwabiu, z gołymi ramionami i plecami.
Usiadła obok Murka i nie spuszczała zeń pytającego wzroku:

background image

169

– Czy tak wypiękniałem – zapytał z uśmiechem – że pani mi się wciąż przygląda?
– Przeciwnie – potrząsnęła głową – zbrzydł pan. Musiał pan mieć dużo przykrości. Taki

pan mizerny! Spotkało pana coś złego?

– Tak – odpowiedział i rysy ściągnęły mu się jeszcze bardziej.
Arletka przysunęła się bliżej i zaczęła lekko głaskać jego rękę. – Biedny pan Franek, bied-

ny...

– Bardzo – potwierdził.
– Ktoś panu zrobił zawód?...
– Wszyscy... I wszystko.
Dziewczyna  nagle  błysnęła  zagniewanym  spojrzeniem  i  jakby  ze  złością  ścisnęła  rękę

Murka:

–  Bo  to  pańska  wina!  Tylko  pańska  wina!  Pan  wszystkim  wierzysz!  A  ludzie  są  dranie,

ostatnie, zimne dranie! Dobrze panu tak! Bardzo się cieszę! Należało się panu.

– Należało się – ponuro skinął głową, lecz to jeszcze bardziej rozjątrzyło Arletkę.
– O, doskonale! Teraz pan na siebie gotów całą winę wziąć. Żeby taki mężczyzna był ta-

ką... taką... ciamajdą! Jeszcze gotów rozpłakać się nad sobą! Tego by jeszcze...

Urwała, bo w oczach Murka rzeczywiście zakręciły się łzy.
–  No,  panie  Franku  –  przytuliła  się  do  niego  i  mówiła  cichym,  ciepłym  głosem  –  panie

Franku, przepraszam! Bardzo przepraszam. Pan przecie wie, że kogo jak kogo, ale pana ja nie
chciałabym urazić.

Głaskała jego ręce i zaglądała mu w oczy.
Kelnerzy przynieśli wódkę i przekąski. Orkiestra zaczęła grać jakieś namiętne tango. Kilka

zataczających się par zjawiło się na tanecznym krążku podłogi. Jeden z zawianych gości pro-
sił Arletkę do tańca, lecz wykręciła się. Murek jadł a dziewczyna dolewała mu wciąż wódki.

Murek  był  wygłodzony  i  alkohol  zaczął  działać  szybko.  W  żołądku  rozgrzało  się,  krew

pulsowała  mocniej,  myśli  biegły  szybciej.  Arletka  pokazywała  mu  poszczególnych  gości  i
koleżanki,  dowcipkowała  i  starała  się  go  rozchmurzyć,  a  że  się  jej  nie  udawało,  co  pewien
czas wpadała w irytację i nie skąpiła docinków Murkowi, by po chwili znowu go kokietować
i przymilać się czule.

– Jeszcze wódki – rzucił Murek kelnerowi.
– Pan się urżnie – ostrzegła Arletka.
–  I dobrze. Nic lepszego wymyślić nie mogę. Miała pani rację, panno Arletko: ludzie to

świnie. No, pijmy! Strzemiennego!

– Dlaczego? Pan już chce iść?
Spojrzał na nią z ironicznym uśmiechem:
– Tak. To najmądrzejsze wyjście. Do Abrahama na piwo.
Jego żartobliwy ton nie zwiódł dziewczyny:
– Tego pan nie zrobi – powiedziała z przekonaniem.
– Zrobię, zrobię. Widzi pani, nic innego mi  nie  zostało.  Zawsze  rozumiałem,  że  żyję  po

coś, dla czegoś, z jakimś celem. I że tylko dlatego żyję. W tym był jakiś sens. Ja nie potrafię
żyć tak, jak pani, na przykład, z dnia na dzień. Pani nie rozumie się na tym, ale ja już straci-
łem wszystko. Po prostu nie mam dla kogo żyć! A skoro nie mam dla kogo, to nie mam i po
co.

Oburącz chwyciła go za ramię i potrząsnęła nim z całej siły:
– Zwariował pan chyba?!... Już się pan upił czy co?!
– Dlaczego?
– Bo mówi pan takie bzdury! Przecie pan jest rozsądny człowiek a plecie niedorzeczności.

Niechże się pan sam zastanowi!

Mówiła z takim przekonaniem, tonem tak spokojnej perswazji, że spojrzał na nią z zacie-

kawieniem:

background image

170

– Zastanawiam się i cóż stąd? – zapytał.
– Jak to co? Twierdzi pan, że dla nikogo żyć nie warto. Zgoda. Nie warto. A czy nie przy-

szło panu do głowy, że warto żyć dla siebie!? Po prostu dla siebie!

Murek odstawił kieliszek i zmarszczył czoło:
– A co to znaczy „dla siebie”?
– To znaczy plunąć na wszystkich, wszystkich mieć w nosie a starać się uprzyjemnić sobie

egzystencję, sobie samemu.  Bez skrupułów, bez zastanowienia się, czyim kosztem się żyje.
Pana krzywdzili, kto chciał i nie chciał, niechże i pan tego się nauczy. Brać! Brać co się da!
Dobrowolnie czy przemocą, czy podstępem. I nie patyczkować się.

– I pani tak robi?
– A tak!
– I daje to pani zadowolenie?
Wzruszyła ramionami:
– W każdym razie większe niż gdyby mnie wyzyskiwano. Ja wiem, panu nie odpowiada

takie życie jak moje. Dobrze, ale pan ma możność brania z życia tego co chce. Czy ja wiem:
pieniądze,  władza,  kobiety.  Tylko  ręce  wyciągnąć.  Ale  trzeba  chcieć  i  nie  być  mazgajem.
Świat przed nim stoi otworem, a on do Abrahama, bo nie ma dla kogo żyć! Ładne rozumowa-
nie. Przecie tym lepiej, że nie ma pan dla kogo. Tym pan jest wolniejszy.

– A sumienie?...
Arletka zaśmiała się pogardliwie:
– Niech pan, panie Franku, da ogłoszenie: jest do wynajęcia sumienie. Założę się, że pies z

kulawą nogą nie przyjdzie... Co tu gadać! Dużo pan miał pożytku z tego swego sumienia?

Murek wypił jeden po drugim dwa kieliszki wódki i milczał. Lokal opustoszał już prawie

zupełnie. Orkiestra pakowała swe instrumenty. Arletka nie przestawała mówić.

– Zamykamy, proszę państwa, zamykamy – przynaglali zapóźnionych gości kelnerzy.
– Przecie pan ma trzydzieści kilka lat, a nic pan życia nie użył. Nic – nie ustawała Arletka

– przez te przesądy, przez tę głupią moralność, której każdy ma pełną gębę dla innych. A won
z taką moralnością!

– Może i racja... Może i racja – odezwał się Murek.
– Nie może – ucieszyła się – na pewno racja!
– Zamykamy – stanął przed lożą kelner z gotowym już rachunkiem.
– Może nie ma pan pieniędzy? – szeptem zapytała Arletka – bo ja mogę...
– Ależ mam!
Zapłacił i Arletka powiedziała:
– Ja też wychodzę. Niech pan koniecznie na rogu zaczeka. Ale koniecznie! Dobrze?
Nim zdążył odpowiedzieć, pobiegła do garderoby. Szumiało mu trochę w głowie i lekko

zatoczył się wychodząc z loży. Na ulicy było już prawie zupełnie jasno. Doszedł  do  rogu  i
zatrzymał się. Ręce pachniały perfumami Arletki. Nerwy uspokoiły się, myśli płynęły jakoś
łagodnie. Kto wie, czy ta Arletka nie ma słuszności!... Sumienie do wynajęcia!... A Karolka...
głupie i złe bydlę...

Musiała zbliżać się siódma, bo robotnicy śpieszyli do pracy...
– Po co ja tu stoję?... Aha...
Niedługo czekał. Z daleka poznał Arletkę. Jaka ona smukła i jaka zgrabna – zauważył.
Wzięła go zdecydowanie pod rękę i powiedziała:
– Chodźmy. Muszę jeszcze z panem pomówić.
Szli chwilę w milczeniu. Murek zastanawiał się, usiłując zebrać myśli. Wreszcie zapytał:
– Panno Arletko, czego pani właściwie chce ode mnie?
– Czego?... – spojrzała nań jakby gniewnie i dodała po pauzie – ja chcę pana.
– Przepraszam – nie zorientował się – jak to mnie?
– Chcę pana mieć! Mieć pana dla siebie.

background image

171

Nagle stanęła i pociągnęła go za łokieć:
– To tutaj. Chodźmy.
Weszli do bramy, później na drugie piętro. Na drzwiach wisiał szyldzik:
„Hotel Szwedzki”. Murek nie protestował. Na końcu długiego korytarza zaspany numero-

wy  otworzył  drzwi  oznaczone  liczbą  13.  Pokój  był  nieduży,  lecz  czysty.  Arletka  zapuściła
roletę, odrzuciła kołdrę na dużym, szerokim łóżku i zaczęła się rozbierać.

Murek zaśmiał się z zażenowania i rozwiązał krawat.
– A on?... zapytał – ten narzeczony?
– Nienawidzę go. Zresztą... co to ciebie obchodzi!
– A nie boisz się?...
– Nie – odpowiedziała z zaciśniętymi szczękami – on... nie będzie żył... Ach, co mamy so-

bie zawracać nim głowę. Najważniejsze jest to, że mam ciebie. Nikogo więcej nie chcę. Ni-
kogo!...

Przytuliła się doń, a raczej przyciągnęła go do siebie i przywarła z całej siły. Pod jej gład-

ką, gorącą skórą drgały jędrne mięśnie.

Murek od bardzo dawna nie miał kobiety, a takiej kobiety nie miał nigdy i pomimo tego,

że  od  alkoholu  jak  i  od  rozkoszy  był  półprzytomny,  uświadomił  to  sobie  jasno.  Gdy  go  w
kwadrans później, dotykając wargami jego ucha zapytała szeptem:

– Czy dobrze ci ze mną?
Za całą odpowiedź zasypał pocałunkami jej oczy, usta i szyję.
– Mój, mój, mój – powtarzała ona.
Musiało już być koło południa, gdy zerwała się i zaczęła się ubierać. Był tak senny, że tyl-

ko piąte przez dziesiąte rozumiał, co do niego mówiła.

Mówiła, by przyszedł na Solec do mieszkania przed siódmą. Że szykuje się jakaś wielka

robota,  stuprocentowa,  bo  wszystko  obmyślane  i  przygotowane  pierwszorzędnie.  Że  robota
nie jest przewidziana „na mokro”, ale może się zdarzyć potrzeba. Że pójdzie Kazik sam oraz
Piekutowski  i  Majster,  a  miał  iść  jeszcze  jeden,  ale  wczoraj  zwichnął  nogę,  Piekutowski  i
Majster uradzili zaproponować Murkowi, jeżeli wróci, współudział w wyprawie i w zysku, bo
we trzech nie dadzą rady a forsy do podziału będzie więcej niż lodu.

– Wystarczy nam na długo – zakończyła. – Rzucę tę budę i pojedziemy sobie w świat. We

dwoje! Pomyśl tylko, jak to będzie cudnie!... Więc co?... Zgadzasz się?...

– Zgadzam się. Raz kozie śmierć.
– Nie, po co śmierć! Będziemy żyć! Ach, jak będziemy żyć! No, a teraz prześpij się, mój

ty najdroższy!

Wycałowała go i wybiegła.
– Raz kozie śmierć – powtórzył Murek i zasnął.
Gdy obudził się, było już ciemno. Minęło sporo czasu, nim uprzytomnił sobie gdzie jest i

co się stało. Poduszka pachniała perfumami Arletki. Ubierając się zajrzał do kieszeni. Zostało
mu jeszcze sporo gotówki. Jak zwykle po przepiciu nie czuł się zbyt dobrze.

–  Klin  klinem  –  pomyślał  i  wstąpił  do  najbliższego  baru.  Wypił  kilka  wódek,  przegryzł

ostrym korniszonem i już w lepszym nastroju ruszył na Powiśle.  Przypominał mgliście pro-
jekty Arletki, o których mu mówiła tam, w hotelu. Chodziło o jakiś napad bandycki, w któ-
rym i on miał wziąć udział.

Musiała już widocznie namawiać Piekutowskiego i Majstra,  gdyż obaj  powitali  Murka  z

jakby koleżeńską serdecznością, nie ukrywając radości z jego przyjazdu. Arletka witała się z
Murkiem tak, jakby go od dawna nie widziała. Piekutowski i Majster bezceremonialnie wy-
prawili Koziołkową i jej córkę z kuchni i zamknęli się tam z Murkiem, po czym Piekutowski
krótkimi  zdaniami  wyłożył  sprawę.  Potrzeba  im  takiego  właśnie  morowego  wspólnika  jak
Murek. Robota jest gruba. Starczy na czterech. Wszystko pójdzie jak po maśle.

– Masz spluwę? – zapytał Majster.

background image

172

– Mam – sięgnął do kieszeni Murek.
– No, to klawo. Pójdziesz z nami?
– Pójdę – ponuro odpowiedział Murek.
– No, to o dziesiątej na rogu Skolimowskiej – Piekutowki spojrzał na zegarek – za pół go-

dziny. A tu masz maskę.

W  pokoju  Koziołkowa  z  Idalką  szeptały  o  czymś  z  Arletką,  gdy  jednak  tamci  wyszli,

cofnęły się do kuchni, Arletka zaś zamknęła za nimi drzwi i zarzuciła Murkowi ręce na szyję:

– Zgodziłeś się?... – zapytała – Pójdziesz?
– Pójdę – odpowiedział twardo i uwolnił się od jej rąk.
–  Zobaczysz,  jacy  będziemy  szczęśliwi  –  przysiadła  obok  niego  na  łóżku  i  szeptała  naj-

czulsze słowa, usiłując dodać mu otuchy.

Murek siedział jak skamieniały, potem wyjął rewolwer, obejrzał ładunki, przełożył maskę

do prawej kieszeni i wstał.

– Na mnie czas.
Bez  słowa  przywarła  do  jego  ust,  aż  oboje  stracili  oddech.  Gdy  już  był  na  schodach,  z

otwartych drzwi wybiegł za nim cichy szept.

– Kocham się.
Na dworze zacinał zimny gęsty deszcz, podmuchy wiatru uderzały  w twarz ostrymi kro-

plami. Rzadkie latarnie stały w mglistych otokach, pod nogami chlupotała woda.

Zaczynała się prawdziwa jesień.

KONIEC


Document Outline