background image
background image

Grzegorz Gajek

Sen, brat śmierci

Warszawa, 2013

background image

O autorze

Grzegorz  Gajek  -  ur.  w  1987  r.,  z  wykształcenia  kulturoznawca,  z  zamiłowania  mitolog.  Autor  powieści

„Szaleństwo  przychodzi  nocą”  (Novae  Res,  2013).  Prywatnie  całkiem  sympatyczny  facet.  Wielki  miłośnik  wina,
dobrej kuchni i wszystkiego, co piękne. Więcej informacji na stronie 

gajekgreg.pl

.

background image

Od autora

Zawsze fascynowały mnie sny. Zawsze też fascynowała mnie noc. Ci z was, którym zdarzyło się kiedyś pracować

na  nocne  zmiany  albo  podróżować  nocnymi  pociągami,  albo  biwakować  w  lesie  w  noc  pełni  księżyca  pewnie
zrozumieją,  skąd  wzięło  się  to  drobne  dziwactwo.  O  trzeciej  albo  czwartej  nad  ranem  świat  wygląda  odrobinkę
inaczej,  staje  się  jakby  ociupinkę  mniej  rzeczywisty.  Ludzie  są  senni,  rozmowy  zbaczają  na  dziwne  tory,  o  wiele
łatwiej opowiada się niestworzone historie.

Niestworzone  historie  to  właśnie  to,  czym  chcę  się  w  życiu  zajmować.  Nie  przez  przypadek  moja  pierwsza

powieść nosi tytuł „Szaleństwo przychodzi nocą”. Pisząc ją myślałem właśnie o tym, jak delikatna potrafi być nasza
rzeczywistość,  jak  przerażająco  niewiele  dzieli  nas  czasami  od  obłędu  –  nas,  zwykłych  szaraczków,  pracujących  i
jeżdżących pociągami.

Podobne przemyślenia towarzyszą mi właściwie, odkąd tylko na poważnie wziąłem się za pisanie. Dowód na to

stanowi niniejszy zbiór opowiadań, do którego trafiły teksty stworzone w ciągu siedmiu ostatnich lat. Do bardzo wielu
z  nich  trafiły  strzępki  (a  czasami  i  pokaźne  kawały)  moich  prawdziwych  snów  i  koszmarów.  Mówiąc  krótko,
chciałbym zabrać Was w podróż do mojego prywatnego „świata pomiędzy”. Mam nadzieję, że zechcecie wsiąść ze
mną do tego pociągu.

background image

Pierwsza odsłona

Mam  takie  wspomnienie  z  dzieciństwa  albo  może  ze  snu:  siedzę  przed  telewizorem  i  przyglądam  się  małpie

skąpanej  w  złotym  blasku  afrykańskiego  słońca,  a  ona  przygląda  się  mnie  skąpanemu  w  błękitnej  poświacie
migoczącego ekranu. Dokoła mnie ciemność. Na szafie siedzi lis – tam dokładnie, gdzie za dnia stoi stara maszyna do
pisania. Dwa zające przycupnęły niespokojnie pod stołem, w tym miejscu, gdzie mama jutro zostawi swoje kapcie. Ze
składu  porcelany  wygląda  sowa  parą  oczu  wielkich  jak  spodki  –  ona  jedna  zostanie,  gdy  wstanie  słońce.  Tylko
skurczy się, zmieni w małą, niebiesko-białą, porcelanową sówkę.

W  pewnym  momencie  małpa  macha  na  mnie  ręką,  żebym  się  zbliżył.  Podchodzę  więc  do  telewizora,  a  ona

również  ze  swojej  strony  zbliża  się  do  przezroczystej  tafli  ekranu  –  tak  bardzo,  że  para  z  jej  nosa  osiada  mgiełką
między naszymi twarzami.

–  Spójrz  za  telewizor  –  mówi  zduszonym,  konspiracyjnym  szeptem.  –  Jest  tam  przejście,  którego  –  założę  się  –

dotąd nie widziałeś. Idź tam, a zobaczysz świat, jakiego nie znałeś…

Zaintrygowany,  z  bijącym  sercem,  trochę  może  przestraszony  odsuwam  szafkę  i  odgarniam  plątaninę  kabli.  Oto

widzę,  że  faktycznie,  w  ścianie,  za  telewizorem  jest  dziura.  Rodzice  musieli  specjalnie  ją  zastawić,  abym  jej  nie
znalazł.  Zaglądam  do  niej  –  ostrożnie…  Po  drugiej  stronie  jest  pokój.  Wygląda  znajomo,  tylko  meble  są  w  nim
strasznie duże. Podchodzę do łóżka. Gdybym chciał na nie wejść, miałbym problem z sięgnięciem nogą do krawędzi
materaca. Podchodzę do biurka. Gdybym chciał coś z niego wziąć, to dotknę rękami blatu, ale nie będę widział, co na
nim jest.

Wiem  już,  gdzie  jestem.  To  sypialnia  rodziców.  Wiem,  że  nie  powinienem  w  niej  być,  więc  w  półmroku,

półomackiem szukam drzwi. Wychodzę z pokoju.

Lecz miejsce, w którym się znajduję, to nie hol. Tu jest chłodno. Przez wielkie okna wpada fioletowy szum miasta

upstrzony pomarańczowymi, śpiewnymi zaciekami tramwajowego biegu. Widzę czarne ramiona drzew na zewnątrz i
równie  czarne  węże  poręczy  wewnątrz.  Schody  mają  ten  charakterystyczny,  szarawy  zapach  betonu  wydeptanego  i
wyślizganego  tysiącami  butów.  Czuję  strach  i  zachwyt.  Nigdy  nie  byłem  na  klatce  schodowej  w  nocy.  Rodzice  nie
wypuszczali mnie tak późno z mieszkania. Stąd prowadzi wiele dróg – schody, windy, drzwi innych mieszkań. W dół,
w górę i na boki do tysiąca różnych światów.

Ruszam  w  górę.  Coś  mnie  pcha  na  dach,  do  nieba.  Biegnę  po  schodach.  Z  trudem,  bo  stopnie  są  dla  mnie  za

wysokie.  Pomyślałem  o  windzie,  ale  winda  jest  niebezpieczna.  Jestem  tak  lekki,  że  może  mnie  ona  nie  wyczuć  i
zatrzyma się gdzieś, pomiędzy piętrami, w ciemnej nicości.

Lecz nagle staję. I dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, co mnie zatrzymało. To uczucie, że na klatce poza mną

jest ktoś jeszcze. Patrzę w górę. Powoli. Serce mi bije, ale inaczej niż wcześniej, innym strachem. Na górze jest On.
Wysoki, chudy, o tysiącu twarzach albo bez twarzy. Rusza w moją stronę, ale jego ciało zostaje w miejscu. Rozciąga
się tylko. Nienaturalnie. Jego długie, kościste ramiona popychają w moją stronę długie, kościste dłonie wyposażone w
równie długie, kościste palce. Nie mogę krzyczeć. Uciekam, ale schody trzymają mnie w miejscu. On jest coraz bliżej,
więc próbuję go uderzyć lub kopnąć, ale On tego nie czuje. W końcu zdesperowany zeskakuję z klatki schodowej w
bok, do pomieszczenia z windami. Schody puszczają mnie. Roztrzęsiony wpadam do jednej z wind. Bordowe drzwi
zamykają się i ruszam.

Leżę w ciemności. Tylko od czasu do czasu jasne płaty światła wpadają przez wąskie okienko. Nie wiem, gdzie

jadę  –  w  górę  czy  w  dół  –  lecz  w  końcu  winda  staje.  Jednak  nie  otwierają  się  te  drzwi,  którymi  wszedłem.  Tylna
ściana rozsuwa się na boki i przez nią wchodzę do drugiej windy. Ta jest mniejsza i nie ma wewnętrznych drzwi. Gdy
rusza, przed moimi oczami przesuwa się goły mur. Mogę go dotknąć, ale się boję. W końcu i ona staje. Wychodzę.

W tej części bloku nie byłem nigdy. Nie wiedziałem nawet, że istnieje. Wygląda inaczej niż ta, w której mieszkam.

Korytarze są tu niższe. Nie ma okien. Po ścianach ścieka bure światło z lamp, zawieszonych pod sufitem. Jest więcej
mieszkań  –  więcej  drzwi.  Błądzę  między  nimi.  Szybko  gubię  drogę  między  kolejnymi  segmentami  bloku.  Raz
wychodzę schodami wyżej, raz schodzę niżej. Parokrotnie mijam te same, lekko uchylone drzwi, zza których sączy się
rudawy blask. Ignoruję je z początku, jednak w końcu postanawiam zajrzeć.

Wewnątrz  wita  mnie  bicie  zegara  i  równy  ukłon  dwunastu  mechanicznych  pajaców  zawieszonych  na  ścianie.

Dokoła pełno bardzo starych mebli, z rodzaju tych, które zdają się być zrobione z kurzu udającego tylko starą sklejkę.
Na  każdym  meblu  leży  co  najmniej  kilka  serwet  –  wszystkie  w  różnych  odcieniach  koloru  rdzawego.  Bzyczącą
żarówkę, wiszącą u sufitu, okrywa klosz z czerwonej krepy. Stąd ten rudawy blask. W powietrzu unosi się niezwykła
mieszanina  zapachów:  kurzu,  starych  dywanów,  naleśników  smażonych  na  oleju,  kasztanów,  drewna  i  potu.
Mieszanina ta kojarzy mi się wyłącznie ze starością i śmiercią.

background image

Przechadzam się po mieszkaniu. Jest dość zwyczajne. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Nie ma w nim nikogo. Tylko

kilka  sztucznych  psów,  wiecznie  kiwających  głowami,  kilka  pajaców  i  kukieł,  kilku  przodków  na  obrazach,  Pan
Marszałek odlany w brązie, z brązowym wąsem i szabelką, wreszcie kilka starych fotografii równie starych ludzi.

Na drugim końcu mieszkania znajduję kolejne drzwi, obarczone judaszem i ciężkim zamkiem. Otwieram je i znowu

wychodzę  na  klatkę.  Zostawiam  za  sobą  zapach  starości  i  śmierci,  z  ulgą  witam  neutralny  zapach  długo  deptanego
betonu. Kontynuuję moją wędrówkę w górę.

W końcu dochodzę na ostatnie piętro. I zostaje już tylko drabina oddzielająca mnie od żółtej, metalowej klapy i

nieba  ponad  nią.  Ta  drabina  jest  krótka  –  a  ostatnie  piętro  niższe  niż  inne.  Szybko  się  po  niej  wspinam,  otwieram
właz.  Owiewa  mnie  zimna  bryza  bez  zapachu.  Ogarnia  cisza.  Przez  kwadratowy  otwór  zieje  tylko  ciemność.  Nade
mną nie ma ani jednej gwiazdy…

background image

Sogno Ventura

Niniejszą  opowieść  należałoby  zacząć  od  pytania:  kim  był  Frena?  Ktoś  patrzący  z  zewnątrz,  ale  obdarzony

odrobiną wyobraźni, mógłby odpowiedzieć, że Frena był duchem, straszydłem, zamieszkującym pewien pustostan przy
niewielkiej uliczce niedaleko Okęcia. Dzieciaki z okolicy zakradały się czasem do jego legowiska, a potem uciekały z
krzykiem. Nieraz rzucały sobie wyzwania: Pójdziesz? Nie pójdziesz?! Peniasz! Cykasz się!

Jeśliby  do  sprawy  podejść  w  sposób  bardziej  racjonalny,  trzeba  by  stwierdzić,  że  Frena  był  upiorem  tylko  w

sensie społecznym. Bo, jak my wszyscy, składał się z kości, krwi i ciała, ale egzystował gdzieś na skraju społecznej
percepcji. Nie miał pracy, ubezpieczenia, PESEL-u, nie płacił podatków. Treścią i celem jego życia było ćpanie.

Co  ciekawe,  największy  problem  z  odpowiedzią  na  pytanie  o  to,  kim  jest,  miałby  zapewne  sam  Frena.  Po

prawdzie, to nawet sam tego nie pamiętał. Budził się każdego dnia ze świadomością, że jest; jednak bez świadomości,
że był. Można powiedzieć, że bywał. Nie znał swojego imienia. Nie wiedział, jak wygląda. Z jakiegoś powodu bał
się luster.

Wiedział za to, że w pustostanie bywa ktoś jeszcze. Ten Drugi.
Ten  Drugi  był  żałosną  kreaturą  spełniającą  wszystkie  polecenia  Freny.  Kiedy  trzeba  było  skołować  hajs  albo

kolejną  działkę,  albo  chociaż  ukraść  leki  jakiemuś  staruszkowi,  Frena  wysyłał  Drugiego.  Układ  ten  odpowiadał  im
obu, ponieważ Ten Drugi był jeszcze bardziej niż Frena bezradny i pozbawiony świadomości.

Ale, ale… Czujny czytelnik zastanawia się zapewne, dlaczego co i rusz mówimy „Frena to, Frena tamto”, skoro

człowiek ten nie wiedział, że tak się nazywa. Zresztą, czy to w ogóle jest imię?

Już  spieszę  z  wyjaśnieniem.  W  życiu  Freny  poczucie  tożsamości  pojawiło  się  w  ściśle  określonym  momencie,

wraz  z  poczuciem  ciągłości.  Pewnego  razu  wydarzyło  się  coś,  co  poszatkowało  jeden  wieczny  dzień  na  ciąg
następujących po sobie chwil.

Frena  spadł  ze  schodów  i  złamał  rękę.  Była  to  paskudna  kontuzja.  Kość  przebiła  mięśnie  i  skórę,  powodując

niemały krwotok. Jednak Frena był już w takim stanie, że nawet tego nie poczuł. Na poły omdlał, na poły zapadł w
narkotyczny sen.

Kiedy spał, duchy zwęszyły jego krew. Cienie zaczęły wypełzać z kątów, drżące, strachliwe… Od tak dawna nie

czuły  nawet  posmaku  ludzkiego  życia.  Głód  skłaniał  je  do  tego,  żeby  podchodziły  bliżej,  coraz  bliżej.  W  końcu
obsiadły  Frenę  i  zaczęły  ucztować.  Spijały  posokę,  pożerały  poszarpane  ciało  –  kawałek  po  kawałeczku,  bardzo
drobnymi kęsami.

Frena ocknął się (czy naprawdę?) i zaczął krzyczeć. Wołać pomocy. Pomocy! Chodź tu! Pomóż mi!
Ten Drugi się nie zjawił.
Frena osłabł. Nie mógł zapanować nad kłębiącymi się wokół niego cieniami. Jeszcze nie posiadał woli, aby tego

dokonać. Omdlał ponownie, a we śnie przyszedł do niego jakiś człowiek – dziwny brodacz o bezwiecznych oczach,
ubrany w wyblakły podkoszulek w paski i spodnie zrobione z kawałków starego żagla, przewiązane sznurem.

Człowiek ten (podróżnik) dotknął ramienia Freny:
– Kim jesteś, chłopcze? – zapytał.
– Nazywam się Frena.
Nie wiedział, dlaczego udzielił takiej odpowiedzi, ale od tego czasu to właśnie miało być jego imię.
Podróżnik popatrzył na prawo i lewo. Nagle wykonał gniewny gest i znaleźli się z powrotem w pustostanie. Po

duchach nie było ani śladu.

Frena  zauważył,  że  jego  rana  jest  zaleczona,  choć  w  miejscu  po  niej  skóra  stała  się  gładka  i  różowa  jak  skóra

niemowlęcia.

– Dzięki – powiedział.
– Nie ma sprawy.
Na chwilę zapadła cisza. Co się mówi w takich chwilach?
– A… – zaczął niepewnie Frena. – A kim ty jesteś?
– Jestem Randolf Karter.
– No tak.
Znowu cisza.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytał po jakimś czasie Frena.
– Wezwałeś mnie, więc przyszedłem.
– No tak.
Karter uśmiechnął się.

background image

– Czy jesteś podróżnikiem?
Frena się zmieszał.
– Nie – odpowiedział. – A ty?
– Tak. Dziwne… Byłem przekonany… Wyglądasz na jednego z nas. Czy śniłeś kiedyś o podróżach?
Dobre  pytanie.  Czy  śnił?  Nie  pamiętał.  Może.  Możliwe.  Spróbował  wysilić  pamięć  i  nagle  okiem  wyobraźni

dostrzegł jakiś obraz.

– Tak – powiedział. – Śniłem kiedyś o takim mieście.
Karter uśmiechnął się ponownie. Wyciągnął dłoń ku Frenie.
– Daj mi rękę – rzekł miękko.
Frena cofnął się nieufnie: Co to, jakiś pedzio? Nie lubił pedziów.
Karter  uniósł  dłoń.  Przez  chwilę  przyglądał  się  swoim  palcom,  jakby  chciał  stwierdzić,  czy  jest  w  nich  coś

strasznego.

– Nie bój się.
– Nie boję się – burknął Frena.
Przygryzł  wargę  i  pospiesznym,  niezgrabnym  ruchem  chwycił  dłoń  Kartera.  Wrażenie  było  niesamowite.  Duchy

ponownie wyskoczyły ze swych kątów i poniosły ich przez nieskończone przestrzenie. Tyle że nadal stali na parterze
w pustostanie…

Nagle Frena poczuł jakiś obcy zapach. Powietrze stało się inne, wyraźniejsze, słonawe. Frenie zrobiło się tęskno,

jakby trafił w jakieś bezpieczne miejsce z dzieciństwa. „Woda święcona… Tak pachnie woda święcona” – pomyślał.
Nie wiedział jeszcze, że to Morze Mgieł go wezwało. W ogóle nie wiedział wówczas, co to morze.

Karter puścił jego dłoń. Rozejrzał się.
– No to jesteśmy – oświadczył radośnie.
Stali  w  samym  środku  portowej  tawerny.  Nazywała  się  „Śmiały  harpunnik”.  Frena  wiedział  to,  ale  nie  miał

pojęcia,  skąd.  Na  ścianach  wisiały  wielkie  sieci,  stare,  pożółkłe  mapy,  suszone  pęki  wodorostów.  Ćmiące  kaganki
dawały niewiele światła.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Frena.
– To wieczne miasto Sogno Ventura. Port snów. Bezpieczna przystań.
Frena podszedł do baru. Na ladzie stały kamionkowe flaszki z jakimiś trunkami, ale nie było barmana.
– Czy można tu dostać coś do picia? Za ladą nikogo nie ma.
– A przyniosłeś kogoś ze sobą?
Frena  obejrzał  się  zdziwiony,  a  gdy  odwrócił  spojrzenie  z  powrotem,  stał  przed  nim…  człowiek.  Płaski.

Kartonowy.

– Śmiało, zamów – zachęcił go Karter.
– Ale…
– Zamów.
– No dobra. To może wódkę… Proszę?
Nic  się  nie  stało.  Zawiedziony  Frena  popatrzył  na  Kartera.  Podróżnik  uśmiechał  się.  Kiwnął  głową,  jakby

wskazywał coś na ladzie.

Na barze, koło łokcia Freny, stał kieliszek wódki. Frena się napił. Przyjemne ciepło wypełniło jego ciało. Nabrał

ochoty na zwiedzanie.

W  tawernie  było  mnóstwo  zakamarków,  niewielkich  lóż  wyłożonych  bordowym  pluszem  (jak  w  operze),

schowków, pokoików, szaf kryjących drzwi do tajnych pomieszczeń i drzwi, kryjących szafy. W jednej z sal stało…
coś. Duże, kanciaste coś, przykryte szarą kapą. Frena podszedł zainteresowany. Oparł ręce na zakurzonym materiale.
Zaciągnął się zapachem starości.

Nie odważył się zajrzeć pod kapę. Wrócił do baru.
Kartera już tam nie było.
– Hej! – zawołał Frena. – Gdzie jesteś?
Nic. Cisza.
Popatrzył na barmana. Ten oczywiście się nie odezwał, wobec czego Frena wyszedł przed tawernę i znalazł się na

podwórku zamkniętym z czterech stron murami kamienic. Potem zobaczył półokrągłe, żółte drzwi. Otworzył je i stanął
na  ulicy.  Rozejrzał  się.  Na  ścianie  sąsiedniego  budynku  znajdowała  się  jakaś  tabliczka,  ale  napis  na  niej  był
niewyraźny, jakby zamazany. Frena wytężył wzrok i wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, litery nabrały
ostrości: ulica Za Pomnikiem.

– „Za jakim pomnikiem?” – zaczął się zastanawiać Frena, jednak zaraz jakiś dźwięk odwrócił jego uwagę.
Gdzieś w oddali rozbrzmiewał gwar ludzkich głosów. Śmiechy, śpiewy. Popiski muzyki. Stopy uderzające o bruk.

Wystrzały. Nawoływania, okrzyki.

background image

– „Karnawał trwa” – pomyślał nagle Frena.
Procesja karnawałowa szła w dół ulicy: od centrum miasta prosto ku niemu. Zbliżała się coraz bardziej i bardziej.

Dopiero po chwili Frena zorientował się, że już powinien ją widzieć. Mieszkańcy miasta dążyli do niego bezustannie,
ale wcale nie byli bliżej.

Poczuł, jak zimny dreszcz strachu wspina się po jego kręgosłupie.
– Karter?! – zawołał ponownie.
Karter  nie  odpowiedział,  więc  Frena  odwrócił  się  i  ruszył  w  dół  ulicy  –  byle  dalej  od  głosów  wiecznych

balowników.

Po  paruset  metrach  dotarł  do  niewielkiego  łuku,  na  którym  kończył  się  spadek  terenu.  Dalej  zaczynało  się

nabrzeże:  szeroki  bulwar  wykładany  drewnianym  chodnikiem  i  rozpłomieniony  setkami  gazowych  latarń.  W
fioletowo-złotym blasku, objęty szarą bramą łuku, majaczył jakiś cień. Groźny i fascynujący zarazem.

Frena przez chwilę walczył ze sobą, lecz w końcu zdecydował się podejść bliżej i zobaczyć, co to takiego. Jego

oczom ukazał się majestatyczny pomnik z brązu. Starzec i morze. Nie poświęcił zbyt wiele czasu na podziwianie go,
ponieważ coś innego przykuło jego uwagę. W odległości zaledwie kilkunastu metrów od niego, tam gdzie kończył się
bulwar i keja, zaczynało się Morze Mgieł. Bezkresny, poszumny przestwór, tęskny i tęskniący.

Gdzieś w oddali zabrzmiał zew śpiewnicy i Frena poczuł w piersi, po lewej stronie, dziwne, boleśnie przyjemne

ukłucie.

– Jest piękne, prawda?
Karter stał tuż obok niego. Wpatrywał się w falującą leniwie wodę.
– Aha – bąknął Frena.
– Chodź, pokażę ci coś.
Ruszyli  wzdłuż  brzegu  Bulwarem  Cichych  Ludzi.  Po  paruset  metrach  skręcili  w  Rybną,  potem  w  uliczkę  Nad

Wodą, potem w Solną. Wreszcie wyszli przez Bramę Rybną na Bulwar Głupców.

– Najsłynniejszy bulwar Sogno Ventura – oznajmił Karter.
– Dlaczego? – zapytał Frena. – To jest, z czego słynie?
Karter nie odpowiedział tylko ruszył na molo i przysiadł na jego skraju. Frena stanął obok. Zapatrzył się w mgłę.

Niewiele widział, ale jego uszu dobiegał jakiś słabo uchwytny poszum. I coś jakby rytmiczne westchnięcia.

– Co to? – szepnął Frena.
– Mrzonki zacumowane w porcie.
Powiał wiatr, rozganiając mleczny opar. Oczom Freny ukazała się niewielka łódka, niemal tratwa. Miała dziwny

żagiel, przypominający skrzydło nietoperza, a jej kadłub wydawał się nierzeczywisty.

Karter z mgły wydobył cumę i przyciągnął mrzonkę do brzegu.
– Chodź – powiedział. Następnie zwinnie skoczył na pokład.
Frena  bez  wahania  podążył  za  nim.  Odcumowali  i  wypłynęli.  Po  paru  minutach  wieczne  miasto  Sogno  Ventura

zmieniło się w plamę złotego blasku za ich plecami. Frena obejrzał się na nią tęsknym wzrokiem.

– Jak to jest w ogóle możliwe? – zapytał.
– Co takiego?
– Jak mnie tu sprowadziłeś?
Karter zaśmiał się.
– To magia – oświadczył.
– Naucz mnie. Proszę – odparł na to Frena.
–  Dobrze,  to  nic  trudnego.  Magia  jest  już  w  tobie,  musisz  ją  tylko  wydobyć.  Istnieje  kilka  prostych  zasad.  Po

pierwsze, zawsze potrzebne jest coś żywego i coś martwego, i coś, co usypia umysł. Po drugie, zawsze potrzebna jest
ofiara. Po trzecie, zazwyczaj potrzebna jest krew. Reszta to już wola i melodia słów, i rytm przedmiotów. Tworzysz
je sam. Tylko musisz pamiętać o równowadze. Bogowie nie znają próżni. Rozmiar ma znaczenie.

– I to wszystko?
– Tak.
Frena  poważnie  kiwnął  głową.  Przymknął  oczy,  żeby  poczuć  magię.  Tak,  była  tam.  Była  w  nim  i  wszędzie

wokół… A może to było jedno i to samo miejsce. Miejsce? Czymże są miejsca?

Głęboko  zaciągnął  się  powietrzem.  Słona  bryza  wdarła  mu  się  w  nozdrza.  Morze  odezwało  się  furkotem  fal.

Drobne kropelki wody rozprysły się po pokładzie mrzonki. Żagiel wydął się z łopotem.

– Jak długo będziemy mogli tu zostać? – zapytał Frena.
– A jak długo byś chciał?
– Chyba już na zawsze.
– O nie, to niemożliwe.
– Dlaczego?

background image

– Zbliża się świt, a o świcie budzą się tytani morza. Nikt, kto zobaczył mrzonki o brzasku, nie przeżył, aby o tym

opowiedzieć.

Frena  otworzył  oczy.  Faktycznie  słona  pomgłać  wokół  nich  zmieniała  barwę.  Jaśniała.  Granat  spływał  z  niej  i

roztapiał się wśród fal. Na jego miejsce powoli naciekało czerwone złoto.

* * *

Ten Drugi krążył w kółko, pochlipując z cicha nad leżącym na podłodze ciałem. Bał się zbliżyć, bo był pewien, że

jest martwe. Nie ruszało się. Oczy miało wywalone białkami na wierzch.

– Dlaczego? No? No, dlaczego? – jęczał Ten Drugi.
Jak on mógł mu to zrobić? Jak mógł tak po prostu umrzeć? Co pocznie bez niego? Sam, tylko nie sam, dlaczego, no

dlaczego ma być sam…

Ten  Drugi  zatrzymał  się  raptownie.  Przykucnął.  Zakwilił.  Dotknął  dłoni  leżących  na  ziemi.  Pospiesznie  cofnął

palce. Zachlipał, zaczął dalej krążyć.

Wtem  rozległ  się  donośny  trzask.  Rozwarły  się  drzwi  pustostanu.  Do  wnętrza  wtoczył  się  nieprawdopodobny

smród,  a  zaraz  za  nim  –  jakiś  człowiek.  Właściwie  jakiś  wielki  kołtun  kłaków,  wciśnięty  w  bardzo  stary  i  bardzo
brudny płaszcz. O człowieczeństwie świadczył jedynie wystający znad kołnierza potężny, sino-czerwony nos.

– O – powiedział nos. – Sorki, miszczu. Nie wiedziałem, że parafia jest zajęta.
Nie uczynił jednak żadnego ruchu, który mógłby sugerować, że się wycofa.
Ten Drugi dotarł do niego jednym susem.
– Musisz mi pomóc! – powiedział. – Musisz mi pomóc, on nie żyje. On chyba nie żyje. Dlaczego nie żyje?
– Zaraz, zaraz, miszczu, spokojki. Niech no popaczę.
Kołtun z nosem zbliżył się do ciała. Nachylił się, postukał, popukał, powąchał.
– E, żyje – zawyrokował. – Trochę za dużo przyćpał i tyle. Cho no, zaniesiemy go do barłogu. Zarazki będzie jak

nowy.

Chwycił ciało pod pachy. I spróbował dźwignąć, ale mu się nie udało.
– No nie stój tak, pomóż – ponaglił.
Ten Drugi otarł łzy i głośno smarknął. Chwycił za nogi.
We dwóch unieśli ciało i zabrali je na górę.
– E no, elegansior tu macie wszystko urządzone – skomentował po drodze nos w kołtunach. – Sucho, przytulnie.

Pokoiki, szafeczki. To w was lubię, ćpunki. Jesteście prawie jak prawdziwi ludzie. Tyle tylko, że was nie ma. Więc
na pewno nie będziecie mieli nic przeciwko, żebym tu sobie parę nocy przekimał. Co?

– Nie – odpowiedział poważnie Ten Drugi, gdy już układali ciało na warstwie mocno wysłużonych śpiworów. –

Uratowałeś mu życie. Możesz zostać, ile chcesz.

– Mu ży… – zaczął kołtun, lecz zaraz sam sobie przerwał litościwym kaszlem. – No pewnie, że ta. Słuszną masz

rację, miszczu.

Frena chrząknął nagle. Zatrzepotał ramionami.
– O, budzi się.
–  Już  prawie  wstało  –  wymamrotał  Frena.  Nieprzytomnymi  oczami  potoczył  po  pomieszczeniu.  Uniósł  się  na

ramieniu i zawołał do kogoś, kogo tam nie było: – Jeszcze chwilę!

* * *

Frena, gdy doszedł już do siebie, nie był zachwycony. Wadziło mu, że w jego domu zalęgł się potworny smród.

Nie wspominając już o tym, który go roznosił. Miał pretensje do Tego Drugiego, że pozwolił nieproszonemu gościowi
nocować.

– On uratował ci życie – odpowiadał uparcie tamten.
– Niczego mi nie uratował, debilu zatracony! – tłumaczył Frena, marnując tylko ślinę.
Jednak bardziej dręczyło go to, co zobaczył… co prawie zobaczył… czego nie zobaczył… Tam, w Sogno Ventura.
Przez  kilka  dni  chodził  jak  struty  albo  zaszywał  się  w  jakimś  kącie  i  próbował  wspominać,  ale  nie  miał  czego.

Może jedynie palce świtu umykające szybko, tak szybko.

Wreszcie  postanowił  działać.  Skołował  dwie  butelki  wódki  i  zaprosił  włochoczłeka,  żeby  się  z  nim  napił.  Sam

raczej  pozorował,  ale  partnerowi  od  flaszki  polewał  z  gestem.  Nie  minęło  dużo  czasu,  a  gość  zjechał  z  mocno
zdezelowanego  krzesła,  na  którym  siedział.  Nie  był  całkiem  nieprzytomny;  coś  tam  ględził  pod  nosem.  Lecz
przynajmniej nie pętał się pod nogami.

Frena poszedł obudzić Tego Drugiego, który kimał na pięterku.
– Chodź! – wdusił mu do ucha podekscytowanym szeptem. – Szybko, chcę ci coś pokazać.

background image

– Soo? – wydukał Ten Drugi, gramoląc się z barłogu. – Chcesz pyknąć, tak?
– Nie. To coś dużo lepszego. No, chodźże już. Do kuchni! Prędko!
Stanęli  nad  kuchenką.  To  jest,  ekhem,  nad  wysłużonym  palnikiem  gazowym,  założonym  na  mocno  przerdzewiałą

butlę, która nie przeszłaby żadnej kontroli BHP.

Frena  wygrzebał  z  szafki  powyginany  rondel.  Wlał  do  niego  całą  wódkę,  jaka  mu  została  (niecałe  pół  butelki),

postawił na ogniu. Następnie dorzucił garść pigułek, które zwinęli kiedyś jakiemuś dziadkowi, i sięgnął po nóż.

– Co ty…? – jęknął Ten Drugi.
Frena go zignorował. Zaciskając zęby, rozorał sobie skórę na ramieniu tępym ostrzem. W tym samym miejscu, w

którym widniały płaty różowiutkiej, dziwnie delikatnej skóry.

Krew zaczęła kapać do garnka.
– Coś żywego i coś martwego… – mruknął Frena.
Z kolejnej szuflady wyjął niewielkie pudełeczko. Wyciągnął z niego podduszoną mysz. Poczekał aż wódka zacznie

parować i wtedy wrzucił do niej zwierzątko. Trzasnęły pękające gałki oczne.

Ten Drugi z rosnącym przerażeniem przyglądał się tym operacjom.
Tymczasem  Frena  z  zadowoleniem  zauważył,  że  cienie  zaczynają  wypełzać  z  kątów  i  czaić  się  u  ich  stóp.

Wyciągnął do nich krwawiące ramię.

– Posilcie się – powiedział miękko.
Cienie wpełzły na niego. Przyssały się do otwartej rany, a potem pokierowały ruchami Freny, który uniósł garnek i

duszkiem wypił palącą ciecz.

Nie poczuł bólu. Zwymiotował czymś błękitnym, z powrotem do rondla. Podsunął go Temu Drugiemu pod nos.
– Pij! – polecił.
– Nie.
Ale opar wystarczył. Świat już wirował. Stojąc w kuchni, spadali przez nieskończone przestrzenie.
Wylądowali ponownie w „Śmiałym harpunniku”.
Ten Drugi stanął na środku tawernianej sali, lustrując wszystko oczami okrągłymi i błyszczącymi niczym spodki.
– Łoł! – oświadczył wreszcie.
– Robi wrażenie, co? – uśmiechnął się Frena.
Ten Drugi nie odpowiedział, tylko podszedł do kartonowego barmana. Lekko stuknął go palcem. Barman zachwiał

się.

– Co to za cudak? – spytał Ten Drugi.
– Dwie wódki, poproszę – powiedział Frena, podchodząc do lady.
– Ło…!
Ten Drugi z otwartymi szeroko ustami zagapił się na kieliszki, które się przed nim pojawiły.
– Twoje zdrowie – Frena stuknął kieliszkiem o kieliszek i wypił.
– I on tak serwuje wszystko, co tylko chcesz?
– Mhm. Jeszcze po jednemu?
– Czekaj, czekaj… To może ja… tego… Jakieś brendi poproszę?
– Będziesz te szczyny pił, kretynie?
Ale  na  ladzie  już  pojawił  się  nowy  kieliszek  –  okrągła  bańka  na  cienkiej  nóżce.  Wewnątrz  połyskiwał

bursztynowy  trunek.  Frena  z  niesmakiem  pokręcił  głową  i  zamówił  drugą  wódkę.  Popatrzył  na  zegar,  wiszący  na
ścianie. Mieli jeszcze czas.

Usiadł przy stoliku i przyglądał się, jak Ten Drugi zwiedza tawernę. Jego myśli krążyły wokół bladych sylwetek

kołyszących się na Morzu Mgieł, pojawiających się w miarę, jak słońce wynurzało się z głębin.

Z  zamyślenia  wyrwały  go  dźwięki,  które  przez  chwilę  brzmiały  jak  muzyka.  Potem  jednak  zmieniły  się  w

mieszankę losowych brzdąknięć.

– E! – zawołał Frena, unosząc się z miejsca. – Co tam robisz?
Przeszedł  do  jednego  z  bocznych  pomieszczeń  i  zastał  Tego  Drugiego  siedzącego  przy  wielkim  czarnym

fortepianie,  nadal  do  połowy  przykrytym  szarą  kapą.  Nad  klawiaturą  błyszczała  mosiężna  tabliczka  z  napisem:
OPRZYJ DOCZESNE SZCZĄTKI.

– Popatrz, muzykuję!
– Zostaw to! – Frena zamknął pokrywę nad klawiszami, omal nie przycinając Temu Drugiemu palców. – Idziemy!
Ten  Drugi  trochę  marudził,  ale  dał  się  odciągnąć  od  instrumentu.  Powędrowali  na  nabrzeże,  a  potem  prosto  na

Bulwar Głupców – w miejsce, gdzie wcześniej Frena z Karterem wsiedli na mrzonkę.

Niewielka łódeczka znowu stała zacumowana przy kei. Jej nietoperzowy żagiel trzeszczał pod wpływem lekkiej

bryzy.

– Co powiesz na przepływkę? – zapytał Frena.

background image

– No nie wiem…
– Chodź!
Wsiedli  do  łódki.  Odcumowali.  Popłynęli.  Mrzonkę  prowadziło  się  zadziwiająco  łatwo.  Frena  nie  wiedział

absolutnie nic o żeglowaniu, ale najwyraźniej nie miało to żadnego znaczenia.

Po jakiejś godzinie prucia słonych fal, usłyszał znajomy dźwięk. Szum, kojarzący mu się – nieco absurdalnie – z

szumem  skrzydeł  tysiąca  ważek.  Nie  było  tego  widać  w  gęstej  mgle,  ale  wpłynęli  między  wielką  ławicę  mrzonek,
kiwających się bez celu na powierzchni wody.

Frena puścił rumpel i rozsiadł się wygodnie. Ich łódka stanęła.
– Co teraz? – zapytał Ten Drugi.
– Nic. Czekamy.
– Aha… Słuchaj…
Frena  go  zignorował.  Odchylił  głowę  do  tyłu,  przymknął  oczy.  Rozkoszował  się  zapachem  morza  i  jego  cichym

śpiewem. Zdawało się, że drzemie.

Ten Drugi zaczął się kręcić niespokojnie. Źle znosił bezczynność. Wstał, usiadł, wstał. Pochodził tyle, ile mógł.

Pomacał  żagiel.  Pobełtał  palcami  wodę  za  burtą.  Postanowił,  że  spróbuje  naśladować  swojego  przyjaciela,  ale  jak
siedział zbyt długo z odchyloną głową, kark zaczynał go boleć.

Po długim, długim czasie wreszcie coś się stało. Dał się słyszeć cichy świst, jakby cały przestwór mórz wzdychał

nagle. Bryza zakolebała mrzonkami. Zadźwięczały obijające się latarnie na czubkach masztów.

Frena  ożywił  się,  spiął.  Chwycił  rumpel.  Otaczający  ich  opar  zaczynał  jaśnieć.  Pojawiały  się  w  nim  zarysy

nietoperzowych żagli. I coś jeszcze, coś tam, tam daleko.

– Widzisz? – szepnął Frena.
– Nie – odparł Ten Drugi. Lecz zaraz zmienił zdanie. – Tak!
– To wyspa.
Poza  lasem  masztów  zamajaczyła  większa  ciemniejsza  plama.  Zza  niej  błysnęło  złote  światło,  obrysowując

kształty skał. I coś się poruszyło, jakaś postać…

Uderzenie zimnej wody wybiło Frenie powietrze z płuc. Słona ciecz zalała krzyk.
Frena zakrztusił się, obrócił na bok i zwymiotował.
Nieopodal rozległ się donośny kaszel. Ktoś się poruszył. Coś z brzękiem runęło na podłogę.
Frena  przez  łzy  zobaczył,  jak  Ten  Drugi  nieporadnie  gramoli  się  na  nogi,  zrzucając  przy  tym  garnek  z  ich

prowizorycznej kuchenki.

* * *

Po powrocie z „podróży” Ten Drugi czuł się dziwnie, ale był zadowolony. Przez wiele dni nie czuł głodu, który

niegdyś spędzał mu sen z powiek. Nie odczuwał potrzeby, żeby sobie pyknąć i rzadko wybiegał myślami do dwóch
szpryc, które trzymali ukryte pod luźną deską w jednym z pokoi.

Człowiek-kołtun  uczył  go  grać  w  szachy.  Okazało  się,  że  gra  ta  wcale  nie  była  skomplikowana  ani  nudna.

Kołtuniak znał mnóstwo ciekawych zasad. Na przykład, po biciu konia ruch wykonywał ten, kto pierwszy pierdnie. A
jeśli spotkały się dwa piony, wygrywał ten, którego właściciel dalej splunął.

Rzecz jasna, Człowiek-kołtun ciągle wygrywał, bo na zawołanie pierdział, bekał i co tam jeszcze chcecie. Jeśli

chodzi  o  plucie,  to  był  w  stanie  z  pięciu  metrów  trafić  pająka  pełznącego  po  ramie  okna.  No  i  czasami  zapominał
powiedzieć Temu Drugiemu o tej czy innej zasadzie, a przypominał sobie akurat wtedy, kiedy mógł z niej skorzystać.

Jednak  Temu  Drugiemu  sielankę  psuła  obawa  o  jego  jedynego  przyjaciela,  który  od  czasu  podróży  stał  się

milczący  i  ponury.  Zaszywał  się  całymi  dniami…  gdzieś.  Ten  Drugi  nie  wiedział,  gdzie.  W  dodatku,  nie  wiadomo
kiedy, Frena skołował skądś bardzo długi nóż, który zawzięcie ostrzył po nocach.

Wreszcie,  po  jakimś  tygodniu,  gdy  Wielki-Nos-We-Włosach  smacznie  chrapał,  Frena  przyzwał  do  siebie  Tego

Drugiego i oświadczył:

– Wiem już, jak to zrobić.
– Jak co zrobić? – zdziwił się Ten Drugi.
Jego przyjaciel nie odpowiedział.
– Przynieś mi moje wudu – rzekł tylko.
– Twoje co?
– Szprycę, debilu, szprycę!
– Aha. Okej.
Ten Drugi pospiesznie wykonał polecenie.
– Chcesz sobie pyknąć? – zapytał, podając jedną ze strzykawek.
– Nie, pogrzebać sobie igłą w dupie. A jak myślisz?

background image

– No dobra, dobra…
– Walnij sobie też.
Ten Drugi się zawahał.
– Chyba nie chcę. Wiesz, nie mam ochoty sobie pyknąć. Jakoś tak… no, przeszło mi, no.
– Wal! – Warknął tamten.
A Ten Drugi posłuchał. Ze świata nagle zniknęły wszystkie ostre krawędzie.
– Chodź!
Poszli  do  pokoju,  w  którym  spał  Człowiek-kołtun.  Przyjaciel  Tego  Drugiego  z  całej  siły  kopnął  leżącego

mężczyznę  w  twarz.  Kołtuniak  obudził  się  z  krzykiem  bólu,  zaraz  jednak  bezlitosna  stopa  znów  spotkała  się  z  jego
policzkiem. Facet odtoczył się pod ścianę. Zasłonił głowę rękami. Błędne spojrzenie rozbieganych oczu spoczęło na
Tym Drugim.

– Miszczu! – zawył błagalnie Człowiek-Kołtun.
Ten  Drugi  nie  drgnął.  Był  zbyt  przerażony.  Pozwolił  swojemu  przyjacielowi  tak  długo  kopać  i  bić,  aż  wielkie,

śmierdzące ciało znieruchomiało.

– No, pomóż mi – rozkazał przyjaciel Tego Drugiego, chwytając Człowieka-Kołtuna pod ramiona. – Bierz go za

nogi. No, rusz się, tępaku!

Ten Drugi drgnął. Poczuł, że po jego twarzy toczą się łzy strachu. Jednak chwycił nogi nieprzytomnego mężczyzny.
We dwóch z trudem dźwignęli go do góry i zanieśli do kuchni. Na ogniu już syczała gorąca wódka w rondlu.
– Przytrzymaj go!
Oparli Kołtuniaka o ścianę. Przyjaciel Tego Drugiego wyjął zza pazuchy ortalionowej kurtki długi nóż i poderżnął

nieprzytomnemu  mężczyźnie  gardło.  Nie  poszło  łatwo.  Ostrze  zatrzymało  się  na  jakiejś  chrząstce.  Co  gorsza,  w  tym
momencie  facet  się  ocknął.  Spróbował  krzyknąć,  ale  z  jego  gardła  dobył  się  tylko  obrzydliwy  bulgot.  Zatrzepotał
rękami i nogami.

Przyjaciel  Tego  Drugiego  wypuścił  nóż,  chwycił  rondel  i  zaczął  zbierać  do  niego  buchającą  krew,  tak

manewrując, aby unikać nieskoordynowanych wymachów kończyn.

– Coś żywego i coś martwego – wymamrotał i wziął potężny łyk.
Ten Drugi zaczął się cofać. Zbierało mu się na mdłości. W uszach wył okropny śpiew człowieka duszącego się

własną krwią. Nie mógł oderwać spojrzenia od oczu, przemieniających się powoli w parę szklanych koralików.

– Pij! – polecił jego przyjaciel.
Jednak Ten Drugi odwrócił się i uciekł.

* * *

Wiatr kołysał mrzonką. Coraz szybciej, coraz szybciej. Frena czuł, że podniecenie zaraz go rozsadzi. Już niedługo.

Niedługo. Tak niedługo. Już, już, różowe palce świtu muskały czubki masztów. W szkle latarń pojawiały się pierwsze
błyski odbitego światła. Nietoperzowe żagle zaczynały płonąć barwami: czerwienią, żółcią, złotem, fioletem, różem.

Serce Freny uderzyło dwa razy i w tym momencie z mgły wyłoniła się wyspa. Wielki kawał dumnej, czarnej skały.

Na  jej  szczycie  wznosiły  się  ruiny  pradawnej  świątyni.  Spośród  powalonych  kolumn  pokrytych  śliskim  mchem  i
barwnymi porostami wystawał kawałek złotego pomnika: głowa w hełmie, włócznia, fragment togi. Nieopodal walały
się resztki potężnego cyklopowego muru.

Zaraz… Coś było nie tak. Podczas poprzedniej wizyty na wyspie coś się poruszało. Frena uświadomił to sobie,

ale  nie  zdążył  się  nawet  zdziwić,  zanim  jakieś  potężne  cielsko  chwyciło  go  i  oplotło.  Poczuł,  jak  miażdżone  żebra
wbijają mu się w płuca. Momentalnie zaczęło mu ciemnieć przed oczami.

* * *

Ten Drugi siedział w kącie, drżąc ze strachu i odrazy. Z trudem powstrzymywał mdłości. W jego głowie kłębiły

się myśli.

–  „On  uratował  ci  życie…  Nie,  kretynie,  nie  uratował…  Dlaczego  mu  to  zrobiłeś…  Bo  muszę  zobaczyć…  Nie

uratował… Nie mogę tego zrobić… Nie mogę tego zrobić… Muszę… Nie uratował mi życia… Nie, uratował tobie
życie…”.

W pewnym momencie zamarł. Jego głowę wypełniła pustka. W pustce zabrzmiał krzyk.
– „On poszedł zobaczyć tę istotę z wyspy” – uświadomił sobie Ten Drugi.
Przezwyciężając  przerażenie  popełzł  do  kuchni.  Obrzucił  wzrokiem  zachlapane  krwią  pomieszczenie,  martwe

ciało leżące na podłodze, żywe ciało jego przyjaciela stojące całkiem bez ruchu.

Wyłuskał  rondel  z  ciągle  zaciśniętych  palców.  Od  zapachu  cieczy  zrobiło  mu  się  niedobrze,  ale  wypił  mimo

wszystko.

background image

Uderzył stopami o podłogę tawerny. Rozejrzał się. Przy ladzie siedział brodaty facet w spodniach, wyglądających

jakby uszyto je ze starych szmat, i spranej koszulce w pasy. Leniwie popijał ciemne piwo.

Ten Drugi podbiegł do niego.
– Czy był tu… mój przyjaciel? – zapytał.
Randolf Karter spojrzał na niego smutnymi oczami o barwie równie spranej, jak koszulka, którą nosił.
– Był – odparł po prostu.
– Muszę go znaleźć!
– Poszedł na nabrzeże.
Ten Drugi chciał wybiec z tawerny, lecz Karter chwycił go za ramię.
– Poczekaj – powiedział.
– Co?
– Użyj totemu.
– Jakiego totemu?
– Totem przyzwał cię do siebie. Ciebie, nie twojego przyjaciela. Myślałem, że z was dwóch to on jest silniejszy,

to on jest prawdziwym podróżnikiem. Ale totem wybrał ciebie.

– Fortepian… – szepnął Ten Drugi.
Pobiegł  do  bocznego  pomieszczenia.  Gorączkowym  ruchem  zrzucił  na  bok  szarą  kapę.  Uniósł  wieko.  Uderzył

akord.

Powietrze  rozciął  ryk.  Tawerna  nagle  eksplodowała,  a  Ten  Drugi  wraz  z  fortepianem  znalazł  się  na  szczycie

pradawnej  świątyni  na  środku  wyspy,  pośród  Morza  Mgieł.  Zagrał  kilka  dźwięków,  a  mrzonki  odpowiedziały
zgodnym śpiewem żagli.

Oparł swoje doczesne szczątki na krawędzi klawiatury. Zaczął miarowo uderzać klawisze. Popłynęła melodia.
Tytani morza wyłonili się z fal, oparli się na przybrzeżnych skałach. Jeden z nich wyszedł na brzeg i zatrzymał się

tuż przed świątynią.

Ten Drugi przyjrzał mu się, nie odrywając palców od klawiatury. Tytan był przerażający i piękny zarazem. Bił od

niego jaskrawy blask. Jego ciało składało się z niezliczonych macek, dziobów, chwytnych odnóży, jednak pomiędzy
nimi błyskała złota skóra kobiety: nieludzko piękna twarz, nagie piersi, brzuch. Niczego więcej nie dało się dostrzec.

– Czego tutaj chcesz? – zapytał tytan. Jego głos był męski i kobiecy zarazem.
– Przyszedłem błagać o życie mojego przyjaciela.
– Przybył tu, aby zobaczyć coś, czego nie wolno mu było zobaczyć. Nie możemy darować mu życia.
– Jestem gotów oddać coś za nie.
– A cóż ty miałbyś nam do ofiarowania?
Ten Drugi nie wiedział, skąd w jego umyśle wzięła się odpowiedź:
– W zamian za jego życie ofiaruję wam swoje imię.
Ciało tytana zafalowało. Złota twarz ukazała się na dłużej.
– Imię podróżnika to cenna ofiara. Czy wiesz, że jeśli nam je oddasz, to część ciebie zostanie tu już na zawsze?
– Wiem, ale ta część… Ona już tu była od zawsze.
Na krawędzi wyspy zabrzmiał melodyjny zaśpiew. Podjęło go wiele głosów.
–  Dobrze,  zgadzamy  się  –  powiedział  tytan.  Część  macek  rozwinęła  się  i  bezwładne  ciało  przyjaciela  Tego

Drugiego opadło na skały.

– Podaj mi je tutaj. Złóż je na pokrywie fortepianu.
Tytan wydawał się niezadowolony, ale spełnił jego życzenie.
Ten Drugi uderzył akord. Szybko, zanim zdążą zmienić zdanie. W powietrzu zabrzmiał ryk.

* * *

Frena potrząsnął głową. Zamrugał. Uniósł wzrok i spojrzał wprost w puste oczy Tego Drugiego. Po raz pierwszy

się  go  przestraszył.  Po  raz  pierwszy  poczuł,  że  może  to  on,  Frena,  jest  żałosną  kreaturą,  która  powinna  wypełniać
wszystkie rozkazy.

– Co się stało? – zapytał.
– Nic – odparł Ten Drugi Frenie.
A może to Frena odparł Temu Drugiemu? Może to Ten Drugi patrzył w nieskończoną pustkę oczu Freny?
Ostatecznie, teraz we dwóch mieli tylko jedno imię.

background image

Węprzyn by night

This one’s called „Cymbaline” and it’s… about a nightmare.

– Roger Waters na koncercie w Filmore w 1970 roku

– Koniec trasy, dalej nie jadę – powiedział kierowca.
Marek  westchnął,  przetarł  twarz  i  niechętnie  uniósł  się  z  fotela.  Zasiedział  się,  rozespał  w  cieple  i

charakterystycznym, metaliczno-ludzkim zapachu starego PKS-u. Cóż, kolego, pora wysiadać.

– Hej, koniec trasy, słyszał pan? – Kierowca wyskoczył już z kabiny i teraz niecierpliwie popatrywał ku niemu od

drzwi.

Marek ziewnął, kiwając głową, po czym machnął na faceta ręką, żeby trochę wyluzował. Następnie zdjął swoją

torbę z półeczki ciągnącej się nad fotelami i wyszedł z autokaru.

Kierowca  wydał  z  siebie  niecierpliwy  odgłos,  przypominający  nieco  syk  hydrauliki  zatrzymującego  się  PKS-u.

Człowiek  i  jego  maszyna,  zrośnięci  w  jedną  nierozerwalną  całość,  współ-czującą,  i  współ-nieznoszącą  ospałych
podróżnych,  gdy  pora  wracać  do  domu  się  nawalić.  Chociaż  może  ten  gość  wcale  nie  był  jakimś  degeneratem.
Ostatecznie  Marek  nic  o  nim  nie  wiedział.  Równie  dobrze  mógł  się  niecierpliwić,  bo  gdzieś  tam  czekały  na  niego
dzieciaki i miła żonka, z którą będzie się jeszcze tej nocy kochał, mimo iż już zbliżała się trzecia.

– Choć pewnie śpi – mruknął Marek, częściowo do kierowcy, częściowo do samego siebie.
– Co proszę? – Facet właśnie męczył się z zamkiem w drzwiach autokaru.
– Nie, nie, ja tak… nic.
Kierowca  wreszcie  uporał  się  z  tym,  co  robił,  i  ruszył  w  stronę  budynków  bazy  PKS-u.  Tymczasem  Marek

postanowił obejrzeć dworzec.

Była  to  typowa  dla  małych  miasteczek  zajezdnia  z  dwoma  podwójnymi  stanowiskami  dla  autokarów.  Każde

stanowisko  rozdzielono  na  pół  ścianą  z  niewielkim  daszkiem.  Pod  ścianą  stały  ławeczki  (wcale  nieodrapane,
przeciwnie:  pomalowane  świeżą  i  błyszczącą,  brązową  farbą),  a  na  niej  wisiały  tablice  z  rozkładami  jazdy,
reklamami i czymś, co wyglądało na herb miasta.

Marek  podszedł  do  najbliższej  tablicy  i  przyjrzał  się  herbowi.  W  biało-czerwonym  (patriotycznym!)  polu

krzyżacki (już mniej patriotyczny) zamek i bocian (patriotyczny, że hej). To znaczy chyba bocian. Biorąc pod uwagę
wierność ornitologiczną, równie dobrze mogła to być czarno-biała sroka.

Pod herbem widniały dwa napisy. Pierwszy, ten pod szkłem, głosił:

WĘPRZYN WITA I ZAPRASZA

NA WSPANIAŁY WYPOCZYNEK

W PRAWDZIWYCH MAZURSKICH KLIMATACH

Drugi napis, ten na szkle, najwyraźniej został wykonany przez jakiegoś miejscowego żartownisia, gdyż głosił:

TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON

Marek pokręcił z dezaprobatą głową. Nie wolno śmiać się z barda.
Odwrócił się od tablicy.
W  budynku  dworca  nadal  paliły  się  światła.  Kasy  biletowe  już  zamknięto,  ale  poczekalnia  dla  podróżnych  była

czynna, podobnie jak niewielki bar w prawym skrzydle.

Marek zaciągnął się świeżym mazurskim powietrzem i ruszył w tamtą stronę. Musiał gdzieś przeczekać do rana.

Potem zacznie szukać jakiegoś miejsca, w którym mógłby się zahaczyć. Może na początek wynajmie gdzieś bungalow.
Było już po sezonie, zbliżał się październik, więc chyba nie będzie za drogo, w każdym razie na kilka dni starczy mu
kasy.  Do  czasu,  aż  znajdzie  jakąś  robotę.  Na  przykład  na  stacji  benzynowej,  tam  powinien  się  nadać,  ostatecznie
trzeba tylko umieć znaleźć dziurę i wsadzić do niej pistolet. To akurat każdy facet potrafi (zaśmiał się pod nosem ze
swojego żarciku). Chociaż z drugiej strony to nie powieść Irwina Shawa, w której każdego włóczęgę przyjmuje się z
otwartymi ramionami (bystry z ciebie chłopak, czemu chcesz się tutaj marnować?), poklepuje po plecach i płaci mu
się  za  uczciwą  pracę.  W  Polsce  nawet  cieć  na  stacji  benzynowej  jest  pewnie  jakimś  przygłupim  kuzynem  szefa
zmiany.

background image

Nie, nie, kolego, u nas teraz jest kapitalizm, amerykański sen to my.
Marek potrząsnął głową. Zauważył, że od paru ładnych sekund stoi przed drzwiami dworcowej knajpy i wpatruje

się w szyld z napisem „BAR”.

„Może  nie  będzie  aż  tak  źle”  –  pomyślał.  –  „Masz  strasznie  pesymistyczną  wyobraźnię.  Może  naprawdę  te

mazurskie klimaty i wypoczynek w towarzystwie czarno–białych srok dobrze ci zrobią”.

Wreszcie zdecydował się na krok naprzód. Otworzył drzwi i wszedł do baru.
W środku panowała senna atmosfera. Starszawa barmanka w białym uniformie rozwiązywała właśnie krzyżówkę,

siedząc na wysokim krześle za ladą. Było też kilkoro klientów. Jakaś rodzinka: ponury ojciec, mamusia z nadwagą i
dzieciak w czapce z daszkiem. Siedzieli w kącie, na kanapie obitej czerwoną tapicerką, jedli frytki i pili coca-colę.
Jakieś dwa czy trzy stoliki od nich, mniej więcej pośrodku sali, facet w skórzanej kurtce palił papierosy (od dłuższego
czasu, sądząc po zawartości stojącej przed nim popielniczki).

Marek podszedł do lady. Barmanka zdjęła okulary i zsunęła się z krzesła.
– Co podać? – zapytała.
Marek poczuł bardzo wyraźnie jej oddech – papierosy i alkohol. Skrzywił się, ale mimo to powiedział:
– Dobry wieczór. Coś może śniadaniowego… na przykład jakąś jajecznicę albo…?
–  Jest  jajecznica  –  przerwała  mu  barmanka  i  ku  jego  najwyższemu  zaskoczeniu,  uśmiechnęła  się  do  niego.  –

Podać?

– Tak, poproszę.
– Z kiełbaską i na cebulce?
– Jak u mamy – uśmiechnął się i kiwnął głową.
– Coś do picia? Kawkę?
– Colę.
– Z lodówki?
Marek  zastanowił  się  przez  chwilę.  Na  dworze  było  zimno,  a  jego  być  może  czekał  nocleg  w  dworcowej

poczekalni. Lepiej uważać na gardło. Tylko że tak bardzo nie lubił ciepłej coli.

– Nie, z półki – zdecydował mimo wszystko.
Barmanka podała mu butelkę.
– Pan siada – powiedziała. – Zawołam, jak będzie gotowe.
Marek  wziął  colę  i  wybrał  miejsce  przy  oknie  od  strony  miasta,  plecami  do  pozostałych  gości.  Usiadł,  zdjął

nakrętkę, wziął łyka. Fe, ciepła. Ale słodka. I z kofeiną. Cukier dobry.

Gdy tak siedział i popijał w milczeniu, nagle spostrzegł, że w barze jest jeszcze jedna osoba, której nie zauważył

wcześniej. Siedziała w kącie za krawędzią lady, dlatego jej nie widział od strony wejścia. Była piękna. Nie tak po
prostu piękna, tylko „napatrz się, gościu,  ile  możesz,  bo  już  więcej  takiej  nie  zobaczysz”.  Markowi  skojarzyła  się  z
etiopską boginią. Dlaczego etiopską? Cóż, była Murzynką (i być może to w całej jej postaci dziwiło najbardziej). Ale
znowu:  nie  taką  zwykłą  Murzynką  z  wielkim  nosem,  wielkimi  ustami  i  wielkim  tyłkiem.  Wręcz  przeciwnie,  miała
bardzo regularne i łagodne rysy twarzy, a do tego niesamowite oczy. (Marek pomyślał, że jego wewnętrzny głos brzmi
trochę rasistowsko, ale nie mógł nic na to poradzić; uważał, że Murzynki są grube, a ta tutaj nie była. Owszem miała
nieco bardziej zaokrąglone kształty niż paniusie z FTV, ale bez przesady).

– Podoba ci się nasza czarnuleczka, co?
Marek  aż  się  wzdrygnął.  Głos  rozbrzmiał  tuż  koło  jego  ucha:  rodzaj  nieprzyjemnego,  dychawicznego  szeptu.  Co

gorsza,  jego  posiadacz  zbliżył  się  całkiem  bezgłośnie.  I  pachniał  nieprzyjemnie  –  starą  skórą  przesiąkniętą
papierosowym dymem.

Marek  domyślił  się,  kto  to,  zanim  się  obejrzał.  Pan  Skórzana  Kurtka  najwyraźniej  skończył  już  palić  i  teraz

postanowił podkraść się do „nowego” w mieście.

– Tak, podoba ci się – ciągnął pochylony nad nim. – Widzę, jak na nią patrzysz, znam to spojrzenie, widziałem

wielu, którzy tak patrzyli. Podoba ci się, nie? No powiedz, podoba się. Nie?

Marek  odsunął  się,  potrącając  stół  i  wywracając  butelkę  z  colą,  która  stoczyła  się  na  ziemię.  Poczuł  się  w  tej

chwili jak straszny mięczak, ale głos tego faceta sprawił, że wyraźnie skoczyło mu ciśnienie. Jego serce zaczęło walić
jak oszalałe i zrobiło mu się zimno w dłonie.

– O co panu chodzi? – zapytał.
– Mi? – Skórzana Kurtka uśmiechnął się. Był brzydki i miał ohydny żółty nalot na zębach. – Mi o nic nie chodzi.

Po prostu chcę wiedzieć, czy podoba ci się ta młoda dama? No to jak? Podoba ci się, nie?

Marek cofnął się jeszcze o krok, odruchowo ustawiając się tak, żeby pomiędzy nim a tamtym facetem znalazł się

stół.

– Gościu… – zaczął.
– No, podoba ci się. Nie?

background image

– Tak, tak, czy mogę teraz wrócić do mojej coli? – Marek pochylił się i podniósł butelkę z ziemi.
Skórzana Kurtka przestał się uśmiechać. Przez chwilę przyglądał się Markowi, po czym okrążył stół i stanął tuż

przed nim, zbliżając swą twarz do jego twarzy.

– Zerżnąłbyś ją, co? – zapytał konfidencjonalnym szeptem.
Marek odsunął się gwałtownie.
– Facet! Weź… – zaciął się na chwilę. – Weź spierdalaj!
Skórzana Kurtka błyskawicznym ruchem złapał go za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
– Zerżnąłbyś ją – stwierdził. – Znam takich jak ty, gnojku, widziałem, jak na nią patrzyłeś, widziałem wielu, którzy

tak patrzą, zerżnąłbyś ją bez mrugnięcia okiem, ty pierdolony zboczeńcu.

„Jezu, kurwa, psychol” – pomyślał Marek. – „Najebany psychol”.
Po  tej  krótkiej  tyradzie,  wygłoszonej  zduszonym  szeptem,  pan  Skórzana  Kurtka  puścił  go  i  sięgnął  za  pazuchę.

Przez  ułamek  sekundy  Marek  był  przekonany,  że  wyjmie  nóż,  lecz  zamiast  tego  w  jego  dłoni  pojawiło  się  czarne
skórzane etui. Rozłożył je, pokazując policyjną odznakę.

– Mam cię na oku, pojebie – mruknął. – Wiem, że spróbujesz ją zerżnąć, i nie pozwolę na to. Nie myśl, że kurwa

pozwolę. Widziałem, jak na nią patrzyłeś, widziałem wielu, którzy tak patrzą. Nie pozwolę.

– Facet, od… – zaczął Marek, ale widok odznaki powstrzymał cisnące mu się na usta słowo. – Odczep się ode

mnie.

Skórzana Kurtka roześmiał się głośno i nieprzyjemnie, po czym bez słowa odwrócił się i wyszedł z baru.
Marek  poczuł,  jak  schodzi  z  niego  adrenalina.  Lekko  trzęsącą  się  ręką  spróbował  odstawić  butelkę  coli  z

powrotem na stół, ale tylko przewrócił ją znowu. Tym razem jednak nie pozwolił jej spaść na ziemię. Opadł ciężko na
krzesło i odetchnął głęboko.

Uderzył  go  surrealizm  całego  zajścia.  Jak  w  jakimś  pieprzonym  amerykańskim  filmie.  Wyobraził  sobie  Bruce’a

Willisa, mówiącego „I’m having an eye on you, fucker” i myśl ta nawet go rozbawiła, choć był to rodzaj histerycznego
rozbawienia. Pieprzony, nawalony gliniarz. Nie ma to jak dobry początek w nowym mieście.

Marek  uniósł  głowę  i  rozejrzał  się  po  barze.  Rodzinka  z  dzieciakiem  z  nowo  odkrytym  zapałem  pałaszowała

frytki, próbując nie odwracać się w jego stronę. Barmanka przyglądała mu się z dziwnym wyrazem twarzy. Przed nią
parowała jajecznica.

Etiopska Bogini znikła.
Marek  wstał  i  podszedł  do  lady.  Spodziewał  się,  że  barmanka  jakoś  skomentuje  jego  spięcie  z  panem  Skórzaną

Kurtką („You better watch out, stranger. McClane’s got his eye on you”), ale nic takiego nie zaszło. Przesunęła talerz
w jego stronę i powiedziała:

– Osiem złotych.
Wysupłał portfel, który sprytnie zakamuflował na dnie torby, zapłacił i wrócił do stołu. Zjadł szybko. Miał ochotę

już opuścić tę knajpę. Wiedział, że będzie mu się źle kojarzyć.

Rzucił ostatnie spojrzenie tam, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Etiopska Bogini.
O, a to co?
Wstał  i  podszedł  do  stolika.  Na  jednym  z  krzeseł  leżał  niewielki  czarny  futerał  na  aparat  cyfrowy  z  napisem

CANON.  Marek  uniósł  go  ostrożnie.  W  ułamku  sekundy  przeleciała  mu  przez  głowę  wizja  romantycznej  pogoni  za
tajemniczą  nieznajomą.  Wiedział  jednak,  że  to  tylko  głupie  mrzonki.  Rozsądniej  było  zostawić  aparat  barmance.
Dziewczyna może sobie jutro przypomnieć, że go tutaj zostawiła. Z drugiej strony, cholera wie, co ta barmanka z nim
zrobi. Może lepiej po prostu odłożyć aparat na krzesło i zapomnieć o całej sprawie.

Popatrzył  na  boki,  żeby  zobaczyć,  czy  nikt  go  nie  obserwuje,  i  kątem  oka  dostrzegł  pomarańczowy  błysk

wyrzucanego na zewnątrz niedopałka. Chwilę później w jego polu widzenia pojawiła się Etiopska Bogini, kołyszącym
krokiem wędrująca w stronę miasta.

Niewiele myśląc, wybiegł za drzwi z aparatem w dłoni.
Dziewczyna  szła  dość  żwawo  i  powoli  nikła  już  w  cieniu  pobliskiej  alejki.  Marek  ruszył  za  nią  truchtem.  Nie

chciał podrywać się do sprintu, żeby jej nie przestraszyć. Pomyślał, że może dobrze byłoby ją ostrzec, że się zbliża.

– Hej, proszę pani! – zawołał. – Proszę poczekać, zostawiła pani aparat!
Ona jednak chyba go nie usłyszała. A może faktycznie się przestraszyła. Tak czy owak skręciła w kolejną, jeszcze

węższą alejkę.

„Że też nie boi się chodzić sama o tej porze takimi gównianymi uliczkami” – pomyślał Marek. Nie przyszło mu do

głowy, że może on też powinien się bać.

Nagła  eksplozja  bólu  w  prawym  kolanie  ścięła  go  z  nóg.  Upadł,  upuszczając  aparat  i  swoją  torbę  podróżną.

Kolejny cios spadł na jego twarz, ale zdołał zasłonić się ręką. W palcach coś mu chrupnęło i z wrzaskiem odtoczył się
pod mur.

–  Mówiłem,  że  cię  będę  obserwował  –  powiedział  Skórzana  Kurtka,  wyłaniając  się  z  cienia.  Na  dłoń  nawijał

background image

właśnie  gruby  skórzany  pasek  z  ciężką  klamrą.  –  Nie  myliłem  się  co  do  ciebie.  Uganiasz  się  za  dziewczętami  po
ciemnych alejkach, co? Myślałeś, że sobie tylko żartowałem, że chciałem cię nastraszyć. Srasz teraz po gaciach, nie?
No powiedz, gnojku. Srasz, nie? Nawet nie myślałeś, że mogę się tak szybko zjawić. A ja wiedziałem, co z ciebie za
jeden, dlatego grzecznie na ciebie poczekałem.

Marek jęknął i spróbował się unieść z ziemi, ale pan Skórzana Kurtka zamachnął się paskiem i ponownie uderzył

go klamrą w kolano. Chlast.

–  Wiedziałem,  że  za  nią  pójdziesz,  jebany  zboczeńcu  –  wysyczał.  –  Widziałem,  jak  na  nią  patrzysz,  widziałem

wielu, którzy tak patrzyli. Pierdoleni zboczeńcy. Wiedziałem, że nie odpuścisz, znam was, wiem, jak się nazywacie.
Gwałciciele.

Mówienie  najwyraźniej  go  podniecało.  Zaczął  przestępować  nerwowo  z  nogi  na  nogę.  Pasek  skrzypiał,  kiedy

obracał go w rękach.

– Człowieku, na litość boską… – zaczął Marek, ale Skórzana Kurtka nie pozwolił mu dokończyć. Chlast.
–  Wiesz,  że  co  trzeci  gwałciciel  to  mężczyzna  w  wieku  między  dwudziestym  a  trzydziestym  rokiem  życia?  –

zapytał, po czym uderzył go paskiem w ramię.

Chlast.
–  Wiesz,  że  prawie  połowa  gwałconych  kobiet  jest  zbyt  przerażona,  żeby  się  bronić?  Jak  się  z  tym  czujesz,

gnojku? Też jesteś przerażony?

Chlast.
– Wiesz, że dwadzieścia procent gwałtów odbywa się w obecności świadków?
Chlast.
– Wiesz, że co drugi mężczyzna fantazjuje o brutalnym seksie? Ty pewnie też, nie?
Chlast.
– Wiesz, że siedmiu z dziesięciu gwałcicieli przyznaje, że w dzieciństwie było molestowanych przez rodziców? A

jak było z tobą? Tatuś kochał syneczka w pupcię, co?

Chlast.
– Wiesz, że aż dziewięćdziesiąt procent gwałcicieli ma problemy z erekcją? – Chlast. – Tak, znam was, pojeby. –

Chlast. – Nie staje wam normalnie, to szukacie wrażeń. – Chlast.

Statystyczna  litania  zdawała  się  powoli  doprowadzać  pana  Skórzaną  Kurtkę  do  szału.  Nie,  inaczej.  Cholernie

szybko doprowadzała go do szału. Zapluł się już, poczerwieniał na twarzy. Marek zauważył nawet, że jego dżinsy w
okolicy krocza napięły się niebezpiecznie.

„Zajebie  mnie  skurwysyn,  jak  nic  mnie  zajebie,  a  potem  spuści  się  na  moje  zimne  zwłoki”.  –  Ta  myśl  wyrwała

Marka z karuzeli bólu (chlast, chlast, chlast). Krzyknął głośno i pomiędzy kolejnymi razami rzucił się na atakującego
go  faceta  (połowa  gwałconych  kobiet  jest  zbyt  przerażona,  żeby  się  bronić).  Z  impetem  walnął  nim  o  mur,  a  potem
przygwoździł go do ziemi.

–  Ty  skurwysynu  popierdolony!  –  wydarł  się,  dając  upust  wściekłości  i  bólowi.  –  Chciałem  jej  tylko  oddać

aparat! Pierdolony, kurwa, aparat!

Skórzana Kurtka znieruchomiał. Przez moment wydawało się, że dociera do niego, iż mógł się pomylić.
„Zaskarżę skurwysyna” – pomyślał Marek i w tej samej chwili uwierzył, że wyjdzie z tego cało. To był błąd.
Skórzana  Kurtka  szarpnął  gwałtownie  głową,  uderzając  go  prosto  w  łuk  brwiowy.  Zabolało  jak  diabli  i  twarz

Marka  oblała  krew.  Zluzował  nieco  chwyt,  a  leżący  pod  nim  facet  wykorzystał  to.  Ścisnął  go  mocno  silnymi
ramionami i obrócił tak, że zamienili się miejscami. Następnie złapał go za nadgarstki i wykręcił mu ręce. Już nic nie
mówił. Sapał tylko głośno, próbując utrzymać go jedną ręką, podczas gdy drugą sięgnął za plecy i coś tam gmerał.

„Szuka spluwy” – przemknęło Markowi przez myśl. Zaczął się miotać jeszcze gwałtowniej i jakoś udało mu się

oswobodzić lewą dłoń. Szybko sięgnął nią za plecy Skórzanej Kurtki, żeby chwycić broń, zanim uda się to tamtemu.
Palce  zacisnęły  się  na  gładkim,  metalowym  przedmiocie,  ale  nie  zdołały  go  utrzymać.  Co  najmniej  dwa  były
niesprawne po spotkaniu z metalową klamrą od paska.

Skórzana Kurtka wyjął zza pleców kajdanki i po krótkiej szamotaninie skuł ręce Marka. Uśmiechnął się i dopiero

wtedy sięgnął po spluwę, którą zresztą nosił pod pachą. Potem wstał. Wyglądało na to, że zastanawia się, co dalej.

Marek nie mógł na niego patrzeć. Nie mógł patrzeć w czarny otwór lufy. Obrócił się na brzuch i zaczął odpełzać.

Uświadomił  sobie,  że  płacze  z  bólu  i  strachu.  Z  nosa  wisiał  mu  czerwonawy  glut.  Całą  prawą  połowę  twarzy  miał
zalaną krwią, która zostawiała ciemne plamy na chodniku.

TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON.
A ty, Mareczku… Ty też tu zdechniesz. Naprawdę.
Ale strzał nie padł.
Marek  usłyszał  kroki  co  najmniej  kilku  osób.  Niezgrabnie  uniósł  się  na  klęczki  i  obejrzał.  Pan  Skórzana  Kurtka

zniknął,  za  to  u  wylotu  alejki  pojawiło  się  parę  postaci.  Jedna  nijaka,  jedna  potężna  i  jedna  niewielka.  Rodzinka  z

background image

baru.

– Pomocy! – krzyknął rozpaczliwie Marek, choć w gruncie rzeczy nie było to chyba koniecznie. – Pomocy!
Tatuś  pokazał  żonie  i  dziecku,  żeby  zostali  na  miejscu,  i  podbiegł  do  niego.  Wyciągnął  ręce,  jakby  chciał  mu

pomóc wstać, ale zastygł w pół ruchu.

– Rajciu – powiedział. – Kto pana tak urządził?
Marek uniósł się na nogi. Pytanie było idiotyczne, ale mimo to odpowiedział.
– Jakiś pierdolony psychopata!
Tatuś skrzywił się nieco.
– Proszę tak nie przeklinać, dobrze? – szepnął. – Żona nie lubi, jak się przeklina.
Marek spojrzał na niego otępiałym wzrokiem. Nie przeklinać… Ktoś go prawie kurwa zajebał na śmierć, a on ma

nie przeklinać. Co za różnica, do kurwy nędzy?!

–  Dobrze  –  mruknął,  czując,  że  opuszczają  go  siły.  –  Muszę  do  szpitala.  Proszę,  czy  może  mnie  pan  zabrać  do

szpitala?

–  Jasna  sprawa,  partnerze  –  oświadczył  radośnie  tatuś.  (Partnerze?  Kto  tak  mówi?  Przecież,  to  nawet  nie  jest,

kurwa, po polsku!). – Mamy tu niedaleko samochód. Zaraz pana zabierzemy. Pomóc panu iść?

Marek pokiwał głową. Tatuś wziął go pod ramię i podniósł z ziemi jego torbę oraz aparat fotograficzny. Razem

wyszli z alejki. Żona i synalek ruszyli za nimi i po minucie lub dwóch znaleźli się w samochodzie. Był to stary ford
escort w wersji combi, na oko rocznik 1990. Fotele obłożono włochatymi narzutami, które wydzielały nieprzyjemną
woń  będącą  mieszaniną  potu  i  waniliowego  odświeżacza  powietrza.  Pod  lusterkiem  wstecznym  wisiała  pluszowa
owieczka, a pod osłoną przeciwsłoneczną po stronie pasażera dyndał medalik ze świętym Krzysztofem. Tatuś siadł za
kierownicą i zapiął pas (na którym miał przypiętą kolejną pluszową zabawkę – królika Bugsa), po czym kazał to samo
uczynić pozostałym.

– Chce pan chusteczkę nawilżaną, żeby oczyścić twarz? – zapytała uprzejmie mamusia.
Marek pokiwał głową, ale chyba tego nie dostrzegła, więc powiedział:
– Tak, poproszę.
Kobieta  wygrzebała  z  torebki  paczkę  nawilżanych  chusteczek  o  zapachu  czerwonych  grejpfrutów  i  podała  mu

jedną.

Tatuś zapalił silnik, włączył światła, sprawdził, czy wszyscy mają zapięte pasy, i w końcu ruszył.
Marek  zajął  się  swoimi  obrażeniami.  Wyobrażał  sobie,  że  musi  wyglądać  okropnie.  Na  twarzy  i  koszuli  miał

mnóstwo krwi, był brudny i usmarkany. Bolało go prawie całe ciało, ale najbardziej prawe kolano i lewa dłoń.

Otarł  twarz,  zaczynając  od  nosa  i  ust,  a  potem  spróbował  oczyścić  ranę  nad  okiem.  Chusteczka  momentalnie

zmieniła się w bury glut, ale nie poprosił o następną. Kto normalny daje jedną chusteczkę facetowi, który dopiero co
wyszedł ze spotkania z dwunogim buldożerem?

Następnie  przyjrzał  się  swoim  dłoniom.  Kajdanki  krępowały  jego  ruchy,  ale  udało  mu  się  zbadać  najbardziej

obolałe palce. Były nieco spuchnięte i zaczerwienione, ale ku swemu najwyższemu zdumieniu stwierdził, że chyba nie
są złamane. Na próbę szarpnął kajdanki, lecz to oczywiście nic nie dało.

– W tym mieście jest szpital? – zapytał.
– Nie, ale jest w Szczytnie – odpowiedział tatuś, łapiąc jego spojrzenie w lusterku wstecznym. Po chwili dodał,

jakby  coś  mu  nagle  przyszło  do  głowy:  –  Ale  niech  się  pan  nie  martwi,  to  żaden  problem.  Do  Szczytna  jest  ze
dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Nie ma sprawy.

– Dziękuję – odparł Marek i apatycznie wpatrzył się w swoje stopy.
W samochodzie było ciepło i lekko kołysało. Za oknami śmigały plamy pomarańczowego światła, cienie tańczyły.

Silnik mruczał cicho, wszyscy milczeli. Marek poczuł się senny.

– Rajciu! – Tatuś chyba nie potrafił wytrzymać długo w ciszy. – Ale ktoś pana urządził.
Marek nie odezwał się. Cały czas przyglądał się swoim stopom. Kątem oka widział, jak cień jego kolan wskakuje

na drzwi, gdy plama światła przelatuje przez samochód, a potem znika, gdy znów rozlewa się cień.

–  To  jednak  niebezpieczne  chodzić  o  tej  porze  po  ulicy  –  ciągnął  tatuś.  –  Wie  pan,  ciągle  się  słyszy  o  jakichś

napaściach i w ogóle. Jak ta dziewczyna ostatnio. W wiadomościach mówili. Wyszła z dyskoteki i tyle ją widzieli.
Miał pan sporo szczęścia, żeśmy przechodzili, nie?

Marek  dalej  milczał.  Oczy  mu  się  zamykały.  W  głowie  miał  pustkę,  słowa  gadającego  do  niego  faceta  utykały

gdzieś w przestrzeni między nimi. Światła przelatywały coraz rzadziej, po jakimś czasie zaczęły się pojawiać tylko
przygodnie, a w końcu zapadła ciemność. Chyba wyjechali z miasta.

Pstryk. Tatuś sięgnął nad głowę i zapalił niewielką lampkę w kabinie.
–  Albo  autostop.  –  Rozważania  na  temat  nocnych  niebezpieczeństw  najwyraźniej  go  fascynowały.  –  Wie  pan,

nigdy  bym  nie  skorzystał  z  autostopu  po  zmroku.  Strach,  nie?  Nie  wiadomo,  na  kogo  się  trafi.  W  wiadomościach
ostatnio mówili o tych porywaczach, nie wiem, czy pan słyszał. Biorą dziewczyny na stopa, a potem jakoś je ogłuszają

background image

i wywożą do Rosji albo na Ukrainę, albo do Szwecji.

Sięgnął do schowka. Otworzył go i chwilę w nim grzebał. Wydobył gumę do żucia. Kontynuował swój wywód,

głośno ciamkając.

–  Wyobrażam  sobie,  że  chłopców  też  porywają,  tylko  rzadziej  –  roześmiał  się  nienaturalnie.  –  Oczywiście  dla

pana to może brzmieć dziwnie. W pewnym sensie złapał pan stopa. A po tym, co pan przeszedł, ma się pan czego bać.

Pstryk. Charakterystyczny odgłos centralnego zamka wyrwał Marka zza ściany otępienia.
– Czemu pan zamyka drzwi? – zapytał.
– Ostrożność – odparł tatuś. Obrócił  głowę  w  jego  stronę,  żeby  spojrzeć  nad  oparciem  fotela,  i  uśmiechnął  się.

Między jego zębami błyskała guma do żucia. – A co, napędziłem panu stracha? W sumie nie wie pan, czy nie wywożę
pana do Rosji albo Szwecji, nie? A jeszcze ma pan na rękach te kajdanki. Wygląda groźnie, prawda?

Tatuś odwrócił się z powrotem w stronę drogi, a do tyłu spojrzała teraz mamusia. Nie uśmiechała się, po prostu

przyglądała się Markowi – bezmyślnie i bez emocji.

Marka  znowu  ogarnęło  to  samo  uczucie  co  wtedy,  gdy  usłyszał  głos  Skórzanej  Kurtki  tuż  przy  uchu.  Nie,

niemożliwe, przecież to pieprzona rodzinka z dzieckiem, pieprzona rodzinka z pieprzonym…

Spojrzał  na  siedzącego  obok  niego  dzieciaka  i  zmartwiał.  Spod  czerwonej  czapeczki  z  daszkiem  nie  wyglądała

wcale  twarz  dziesięciolatka,  której  się  spodziewał.  Chłopak  musiał  mieć  osiemnaście  albo  nawet  dwadzieścia  lat.
Był mały, chudy i blady, w dodatku wyglądał na lekko niedorozwiniętego, ale kępki ciemnego, twardego zarostu na
szyi  nie  pozostawiały  żadnych  wątpliwości  co  do  jego  wieku.  Przyglądał  się  Markowi  z  tym  samym  bezmyślnym
wyrazem twarzy co jego matka. O ile oczywiście ta kobieta była naprawdę jego matką.

Przez okno znowu zaczęły wpadać jaskrawe płaty światła. Marek cofnął się w kąt i panicznie wyjrzał na zewnątrz.

Właśnie mijali tablicę z napisem Węprzyn. Nieprzekreśloną.

–  To  nie  jest  kurwa  moment  na  żarty!  –  krzyknął.  –  Niech  pan  nie  pierdoli  głupot,  dlaczego  wjeżdża  pan  z

powrotem do miasta, niech pan kurwa nie pierdoli, po prostu chcę do tego pierdolonego…!

– Proszę nie przeklinać – przerwała mu stanowczo mamusia, po czym się odwróciła.
Tatuś posłał mu zakłopotane spojrzenie i otworzył wszystkie drzwi.
– Rajuśku – powiedział. – Nie sądziłem, że pan to weźmie na poważnie. Przecież nigdzie pana nie wywieziemy.
–  Dlaczego  znowu  wjeżdżamy  do  miasta?  –  zapytał  jeszcze  raz  Marek.  Nerwowo  dotknął  rany  nad  okiem.

Przyschła już i nie krwawiła.

–  Kawałek  jechaliśmy  przez  las.  ie  wiem,  dlaczego  dwa  razy  postawili  tablicę.  Kto  by  tam  zrozumiał  polskich

drogowców?

Marek  nie  poczuł  się  wcale  uspokojony.  Szarpnął  od  niechcenia  kajdanki.  Nie  liczył  na  zbyt  wiele  i  bardzo  się

zdziwił,  kiedy  nagle  puściły  i  spadły  na  podłogę.  Wyjrzał  przez  okno.  Byli  na  obrzeżach  miasta.  Właściwie  znowu
wjeżdżali w las, tylko że wzdłuż drogi ciągnęły się jeszcze latarnie i tu i ówdzie stały jakieś chałupy: zajazdy, stacje
benzynowe, magazyny i tym podobne. Przed oczami mignęła mu tablica „MINNESOTA blues club 24H 500m”.

– Wie pan co? – powiedział. – W sumie nie muszę do szpitala. Proszę mnie wysadzić przy tej knajpie, dobrze?

Obmyję się tylko i będzie w porządku.

– Daj pan spokój… – chciał się sprzeciwić tatuś, ale Marek zaraz mu przerwał.
– Nie, nie, naprawdę. Nic mi nie jest. Tylko się obmyję i tyle. Proszę stanąć.
– Jak pan sobie życzy.
Tatuś zwolnił, włączył migacz i po chwili zjechał na pobocze. Marek czym prędzej wyskoczył na zewnątrz, rad, że

udało mu się wydostać z tego upiornego samochodu. Zabrał swoje graty, machnął na pożegnanie posranej rodzince, a
gdy tamci odjechali, odwrócił się w stronę obiecanej knajpy.

Przy krawędzi szosy znajdował się tylko wielki szyld Pepsi z nazwą lokalu. Do samego baru trzeba było podejść

kawałek żużlową drogą, aż na polankę w lesie. Pod szyldem wisiała karteczka „Dziś o 22.00 Prorok i jego kapela na
żywo”.

Marek ruszył dróżką. Po kilku krokach doleciała go muzyka.

Mabbe there ain’t no Haven

Mabbe there ain’t no Hell

Hey, hey, hey…

Przystanął na chwilę i zaczął się przysłuchiwać. Piosenka po paru sekundach się skończyła i po krótkiej przerwie

zaczęła się następna. Grała tylko gitara i harmonijka, ale rozpoznał utwór Creedence Clearwater Revival.

Left a good job in the city

Working for the man every night and day…

background image

Ruszył dalej, próbując sobie przypomnieć tytuł.

Big wheels keep on turnin’

Proud Mary keep on burnin’

Rollin’, rollin’, rollin’ on the river

No tak, „Proud Mary”. Tak się nazywał ten kawałek.
Zespół doszedł właśnie do drugiej zwrotki i urwał nagle, kiedy Marek wszedł do knajpy.
W  środku  nie  było  żadnych  gości.  Tylko  trzech  facetów  z  kapeli  siedziało  przy  jednym  stoliku  w  towarzystwie

kilkunastu kufli (część z nich była pełna, część pusta). Wszyscy trzej byli grubi i starzy. Gitarzysta miał wielką brodę i
kowbojski  kapelusz.  Harmonijkarz  miał  mniejszą  brodę  i  długie  włosy,  na  które  zatknął  dumnie  coś  w  rodzaju
kapitańskiej czapeczki. Najbardziej jednak rzucał się w oczy trzeci, który na niczym nie grał, ale chyba śpiewał. Był
ogromny.  Musiał  mieć  ponad  dwa  metry  wzrostu,  a  ważył  chyba  ze  dwieście  kilo.  Na  jego  potężnych,  włochatych
barach  tkwiła  potężna,  kwadratowa  głowa.  Twarz  wyglądała  jak  jedna  z  tych  na  posągach  z  Wysp  Wielkanocnych.
Marek nie miał żadnych wątpliwości, że Prorok to właśnie on.

– Toaleta jest na tyłach, w prawo za barem – odezwał się Prorok. Jak można się było spodziewać, miał głęboki,

dudniący głos. Nie zabrzmiało w nim ani pół nuty zdziwienia. – Ogarnij się, chłopaku, a potem pewnie przyda ci się
piwko. Zuza!

Z zaplecza wyłoniła się ładna, choć już niemłoda kobieta. Spojrzała na Marka. Ona również się nie zdziwiła.
– Zaraz ci przyniosę plastry i wodę utlenioną – mruknęła i ponownie znikła na zapleczu.
Marek stał bezradnie, podczas gdy trzej faceci przyglądali mu się niecierpliwie.
„Gdzie ja na miłość boską jestem?” – pomyślał. – „Czy tutaj takie rzeczy naprawdę dzieją się na każdym kroku?

To jakaś cholerna Strefa Mroku, czy jak?”.

– No idźże się umyj, chłopcze – popędził go Prorok.
– Właśnie, piwo nam stygnie – dorzucił gitarzysta.
Marek  chwilę  jeszcze  tkwił  w  miejscu,  przypatrując  im  się  z  niedowierzaniem  (całkiem  jakby  to  oni  byli

zakrwawionymi  brudasami),  potem  jednak  drgnął  i  posłusznie  ruszył  w  stronę  toalety.  Po  drodze  przechwyciła  go
barmanka  Zuza,  która  wcisnęła  mu  buteleczkę  wody  utlenionej,  paczkę  plastrów  i  rolkę  ręczników  jednorazowych.
Tak wyposażony zamknął się za drzwiami z obrazkiem chłopczyka sikającego do wiadra i zabrał do udzielania sobie
spóźnionej pierwszej pomocy.

Na początek ściągnął zakrwawione ciuchy i starannie obmył twarz i ramiona. Popatrzył w lustro. Nadal wyglądał

jak straszydło, więc po prostu wcisnął całą głowę pod strumień ciepłej wody. Pomogło. Wytarł się i przemył rozcięty
łuk brwiowy odrobiną wody utlenionej: zapiekło, ale nie aż tak, jak się spodziewał. Następnie przykleił plaster.

Pozostałe  obrażenia  nie  wydawały  się  na  tyle  poważne,  żeby  poddawać  je  jakimś  szczególnym  zabiegom,

stwierdził  zatem,  że  spróbuje  uprać  ciuchy.  Zaczął  od  białej  koszulki,  która  wyglądała  znacznie  gorzej  niż  ciemna,
rozpinana bluza, którą nosił na wierzchu.

Najpierw  odkręcił  ciepłą  wodę,  ale  zaraz  sobie  przypomniał,  co  mu  kiedyś  powiedziała  matka  o  pewnym

nieporadnym  filmowym  zabójcy.  „Już  po  gościu,  policja  go  dorwie.  Krew  spiera  się  zimną  wodą,  każda  kobieta  to
wie”. Marek miał wtedy siedem lat. Dopiero dużo później zrozumiał, skąd u kobiet bierze się ta niezwykła wiedza.

Wylał na koszulkę odrobinę mydła w płynie i zaczął szorować. T–shirt błyskawicznie z białego przemienił się w

bury.  Cóż,  widać  tak  miało  być.  W  tej  sytuacji  nawet  matczyna  mądrość  nie  mogła  pomóc.  Zaklął  pod  nosem  i
wepchnął szmatę, którą jeszcze do niedawna nosił na sobie, do śmietnika.

Z bluzą poszło mu lepiej, nawet dało się ją uratować, ale była mokra, więc i tak nie mógł jej założyć. Zamiast tego

wygrzebał z torby nową koszulkę (czarna z logo Black Sabbath wydała mu się odpowiednia) i dżinsową kurtkę, która
co prawda nie była tak ciepła jak bluza, ale na razie musiała wystarczyć.

Przebrany i opatrzony wrócił do baru. Prorok i jego kumple przygrywali coś, kiedy był w toalecie, ale przestali,

gdy z niej wyszedł.

Marek  zauważył,  że  przy  stole  pojawiło  się  jeszcze  jedno  krzesło.  Przed  nim  stał  wielki  kufel,  znad  którego

unosiła się para.

– Siadaj, kolego – zaprosił go Prorok. – Pomyślałem, że grzane dobrze ci zrobi. Nie widziałem cię wcześniej w

okolicy,  a  każdy,  kto  tu  zawita,  prędzej  czy  później  do  mnie  trafia…  Więc  pomyślałem,  że  musisz  być  nowy.  Co
takiego sprowadza cię do Wampirzyna?

– Wampirzyna? – zdziwił się Marek, siadając na przygotowanym miejscu i zaciągając się wspaniałym, korzennym

zapachem.

– To stara indiańska nazwa tego miasta. – Prorok mrugnął do niego porozumiewawczo.
–  Aha  –  skomentował  inteligentnie  Marek.  Potrzebował  chwili,  żeby  zebrać  myśli.  Spostrzegł,  że  Prorok

przelotnie spojrzał na jego lewy nadgarstek. Stłumił chęć poprawienia mankietu.

background image

„Patrzy na zegarek” – powiedział sobie. – „Nie grzeb tam, to niczego nie zauważy”.
Był jednak pewien, że Prorok zauważył. Wyglądał na faceta, który wszystko zauważa.
– Cóż, tak naprawdę nie ma o czym opowiadać – odezwał się w końcu Marek. – Potrzebowałem zmiany otoczenia,

więc pomyślałem, że może Mazury… I tak jakoś wyszło, że przyjechałem tutaj. Ale coś mi się wydaje, że nie zagrzeję
tu  miejsca.  Może  spróbuję  w  Szczytnie.  Tak  w  ogóle  to  szukam  pracy,  jakby  przypadkiem  któryś  z  was  wiedział  o
jakimś wakacie, to… no.

Prorok przez chwilę przyglądał mu się uważnie. Wreszcie pociągnął długi łyk piwa (z równie gigantycznego kufla,

na oko o pojemności dwóch litrów) i nagle postukał się wielgachnym paluchem w łuk brwiowy.

– Rozumiem, że miejscowi cię nie polubili – powiedział.
Marek również pociągnął łyk piwa. Smakowało świetnie.
– Tylko jeden facet – wyjaśnił. – Ale to gliniarz, więc… no wiecie.
– Gliniarz? – zainteresował się nagle gitarzysta. – Mamy w mieście jakichś psychopatycznych gliniarzy, chłopaki?
Popatrzył po swoich towarzyszach. Harmonijkarz wzruszył ramionami, ale chyba się zamyślił. Marek zdał sobie

sprawę, że z całej trójki tylko ten jeden dotąd się nie odezwał.

Prorok podrapał się za uchem.
– Nie przypominam sobie żadnych psychopatycznych gliniarzy – mruknął. – Jak wyglądał ten gość?
Marek spróbował sobie przypomnieć i stwierdził, że ma z tym pewien problem.
– Był jakiś taki… nierzucający się w oczy. Mały… chyba. Na pewno miał skórzaną kurtkę i strasznie dużo palił.
Twarz harmonijkarza rozjaśniła się nagle. Klepnął Proroka w ramię, ale nadal nic nie mówił.
Prorok nie zareagował.
– A o co wam poszło? – zapytał gitarzysta.
– Niech mnie cholera, jeśli wiem. – Marek pokręcił głową. – Facet był jakiś… – zawahał się, nie wiedząc, czy

może wyrazić się tak dosadnie, jak miałby ochotę.

– Pierdolnięty? – podpowiedział gitarzysta.
– Gorzej, całkiem pojebany! – Wybuchnął Marek, czując, że przy tych facetach nie musi przebierać w słowach. –

Ubzdurał  sobie,  że  chcę  zgwałcić  jakąś  dziewczynę.  Strasznie  się  podniecił  i  pieprzył  coś  o  jakichś  statystykach
gwałtów.  Myślałem,  że  mnie  normalnie  zapierdoli  na  miejscu. Ale  całe  szczęście  zjawiła  się  jakaś  rodzinka…  też
zresztą pojebana… i ten facet gdzieś zwiał. Jeśli on jest tutaj gliniarzem, to po prostu nie ma chuja, żebym został.

Marek z natury nie przeklinał, ale teraz potok wulgaryzmów pozwolił mu rozładować złość i strach. Ulżyło mu i

pociągnął długi, uspokajający łyk ciepłego, słodkiego piwa.

Tymczasem harmonijkarz znowu się ożywił i jeszcze raz klepnął Proroka w ramię. Zaczął coś pokazywać na migi.

Prorok spojrzał na niego i nagle jego twarz również się rozjaśniła.

– A niech mnie, jeśli to nie ten mały Jasiu Kogucik! – powiedział. – Pamiętacie?
Gitarzysta pogardliwie smarknął (dosłownie, zielony glut śmignął prosto na podłogę).
– Tego ubeka pierdolonego? – odparł. – Jak moglibyśmy nie pamiętać?
– Przestań, jesteś niesprawiedliwy dla faceta…
– Zaraz, zaraz – wtrącił się Marek. – Znacie tego psychola?
–  Znamy  –  przyznał  Prorok.  – A  raczej  znaliśmy.  Chyba.  Mieszkał  tu  taki  jeden.  Był  w  policji…  znaczy  wtedy

jeszcze w milicji. Miał obsesję na punkcie gwałcicieli, bo jego siostra została zgwałcona i zamordowana. Palił jak
parowóz. I miał taką skórzaną kurtkę… z Turcji ją chyba przywiózł. Wyjechał do Niemiec w osiemdziesiątym trzecim
czy  szóstym,  a  potem  podobno  do  Stanów.  Byłem  przekonany,  że  nie  żyje  od  dawna…  Czy  nie  mówił  nam  jakoś  w
zeszłe święta Jacek Zalewski, że Jasiu kojfnął? Benek, nie pamiętasz?

–  E,  ze  dwa  albo  trzy  lata  temu  to  mówił.  –  Gitarzysta  wzruszył  ramionami.  –  A  niech  tam  gnije  gdzie  chce,

esbeckie nasienie.

– No tak, tylko że najwyraźniej facet żyje, chyba że wrócił po zemstę zza grobu – burknął Marek. – Kogucik…
Prorok spojrzał na niego, a na jego tytanicznym obliczu malowała się powaga.
Marka przeszedł dreszcz. Uczucie surrealizmu szykowało się do kolejnej ofensywy na jego sterany mózg. Zemsta

policjanta, przepraszam, milicjanta zombie. To brzmi jak fabuła jakiegoś kiepskiego komiksu – jak powiedział kiedyś
Spiderman.

– Kogucik to nie jest jego prawdziwe nazwisko – powiedział Prorok. – Wiesz, dlaczego go tak nazywaliśmy?
–  Oj,  daj  spokój!  –  wybuchnął  nagle  Benek.  –  Nie  będziesz  chyba  opowiadał  tej  gównianej  historyjki  z

dzieciństwa? Co ty, Prorok, jakiś Steinbeck pierdolony jesteś? To był ubek, ubek pierdolony, że zacytuję wieszcza.

– Nie żaden ubek – odparł spokojnie Prorok. – Milicjant. I to krótko.
– Ubek, esbek, a chuj mnie tam…!
– Dasz mi opowiedzieć?
– A opowiadaj sobie i niech cię… niech cię cholera i twojego Jasia kurwa Kogucika tyż!

background image

Prorok westchnął przeciągle. Zabrzmiało to tak, jakby na dworze właśnie zaczynał się huragan.
– Jasiu był najmniejszym dzieciakiem w szkole – zaczął. – Chudy, z krzywymi nogami, małomówny, dziewczyn się

wstydził, z chłopakami w piłkę nie grał. Ale był, cholera jedna, zadziorny. I silny jak na takie chuchro. Wszyscy go
zaczepiali, nabijali się z niego, a on nigdy nie puszczał niczego płazem. Bił się. Ryczał jak dziecko i młócił pięściami.
Był kurduplem, więc nieraz mu gębę skuli, ale i niejednego większego od siebie sprał. A najgorzej się wkurzał, jak
jego siostrę obrażali. Ona była z cztery czy pięć lat starsza od niego i w gruncie rzeczy niewarta tego, by ją bronić.
Wiesz, latawica to się kiedyś ładnie nazywało. Już jak skończyła piętnaście lat, to wszyscy gadali, komu to ona nie
daje. A Jasiu się wkurzał, bo wierzył, że to nieprawda. Ale niestety chyba się mylił. To nie była udana rodzina. Matka
ich  młodo  odumarła.  Ojciec  był  pijak…  nie  jakiś  tam  alkoholik,  ale  pijak  po  prostu.  Pracę  miewał  albo  i  nie,  a  w
końcu wylądował w więzieniu. Wyszedł odmieniony, ale było już trochę za późno. Córka… Alina się chyba nazywała
czy Alicja… Jakoś tak, nieważne. W każdym razie była już wtedy podrośnięta i nienawidziła go. Za to Jasiu bardzo go
kochał  i  też  się  wkurzał,  kiedy  na  niego  gadali.  Tak  się  jakoś  ułożyło,  że  on  nawet  na  ludzi  wyszedł,  ale  ona  nie
bardzo.  No  i  któregoś  dnia  jakiś  jej  klient  chciał  najwyraźniej  czegoś…  dziwnego,  a  ona  się  nie  zgodziła.  Więc  ją
brutalnie zgwałcił, a potem zamordował. Jasiu był już wtedy w milicji i bardzo to przeżył. Zwłaszcza że nie udało im
się  odnaleźć  sprawcy.  A,  i  jeszcze  ten  ojciec  umarł  jakoś  tak  niewiele  wcześniej.  No  i  Jasiu  zdziwaczał.  Zaczął
strasznie dużo palić, czasami wpadał w cug alkoholowy. Wtedy też zaczęła się ta jego obsesja na punkcie gwałcicieli.
Na początku inni gliniarze trochę go chronili. Nawet jak pobił kilku podejrzanych, to tylko zaczęli mu dawać więcej
papierkowej  roboty. Ale  jemu  wszystko  leciało  z  rąk.  Zaczął  się  upijać  po  nocach,  wdawać  w  bójki,  czasami  nie
zjawiał  się  w  pracy.  W  końcu  musieli  go  zwolnić  i  wtedy  wyjechał  z  kraju.  W  gruncie  rzeczy  to  bardzo  smutna
historia.

– Tak, jak cholera – burknął gitarzysta i jednym haustem dopił resztę piwa. – Zagrajmy lepiej jakiegoś bluesa, bo

się popłaczę.

To  powiedziawszy,  zaczął  grać  delikatne  arpeggio.  Przeskoczył  kilka  akordów,  zagrał  efektowne  przejście,  a

potem  powtórzył  całość  od  nowa.  Klasyczny  dwunastotaktowy  blues,  spokojny,  lekko  melancholijny.  Harmonijkarz
(Marek wciąż nie wiedział, jak się nazywa) trącił Proroka i wszedł ze swoją partią. Jego harmonijka zabrzmiała jak
gwizdek nadjeżdżającego pociągu.

– No dalej, śpiewaj – powiedział Benek.
Prorok zaśmiał się krótko, odstawił piwo. Już lekko kiwał się w rytm. Po chwili oczy mu uciekły, jakby wpadał w

trans. Klasnął donośnie w dłonie, zaczął przytupywać. Otworzył usta, ale przez chwilę jeszcze nie śpiewał. W końcu
popłynął głos. Był potężny, wibrujący i niski, a jednak uderzał w zadziwiająco miękkie tony.

I followed her to the station

With a suitcase in my hand.

Yes I followed her down to the station

And I had a suitcase in my hand.

Oh Lord it’s hard to tell, it’s hard to tell

When all your love is in vain.

Marek  rozpoznał  piosenkę,  choć  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  kto  ją  napisał.  Jakiś  stary  bluesman  jak  Wilson

Pickett  czy  Walter  Trout.  Na  pewno  grali  ją  kiedyś  Rolling  Stonesi,  ale  ani  Mick  Jagger,  ani  Keith  Richards  z
pewnością  nie  spłodzili  sami  niczego  tak  dobrego.  Opowiadała  o  prostym  smutku  czarnego  człowieka…  właściwie
każdego człowieka, niezależnie od rasy… który w swoim życiu stracił coś ważnego. Marek poczuł, że on też zna ten
smutek i pomyślał o Etiopskiej Bogini.

Kiedy Prorok i jego kumple skończyli piosenkę, odezwał się cichym głosem.
– Wiecie, przypomniała mi się jedna dziewczyna…
– Zaczynamy noc zwierzeń bluesowych? – zaśmiał się Benek.
Marek  nie  poczuł  się  onieśmielony  tym  komentarzem.  Prorok  i  harmonijkarz  pochylali  się  ku  niemu  z

zaciekawieniem.  Zrozumiał,  że  ci  goście  właśnie  tak  spędzają  swoje  wieczory,  grają  muzykę,  którą  kochają,  i
gawędzą o kobietach, które znali.

–  Właściwie  nie  chodzi  o  żadne  wielkie  zwierzenie  –  sprostował.  –  Nawet  nie  wiem,  jak  ona  ma  na  imię.  Nie

chodzi o wielką miłość mojego życia…

– E, a już liczyłem na jakąś pikantną historię – wtrącił znowu Benek.
Tym razem interweniował Prorok. Klepnął go lekko wielkim łapskiem w tył głowy, zrzucając mu kapelusz.
–  Daj  chłopakowi  mówić  –  skarcił  go.  Następnie  zwrócił  się  do  Marka.  –  No  dalej,  opowiadaj.  Każdy  z  nas

spotkał kiedyś piękną dziewczynę, której nie miał okazji poznać. Przy bluesie dobrze się marzy.

– W sumie to widziałem ją tylko przez chwilę… Dzisiaj, nie więcej niż kilka godzin temu. Była jak ta dziewczyna

z „Love In Vain”… Nie wiem, jak to opisać, żeby nie wyszło głupio.

background image

Benek  zagrał  kilka  pierwszych  dźwięków  piosenki,  którą  dopiero  co  skończyli,  i  nagle  odezwał  się

niespodziewanie poważnym tonem.

–  Wiem,  o  co  ci  chodzi.  Kiedyś…  za  pięknych  czasów  minionego  ustroju…  siedziałem  sobie  na  przystanku  i

grałem. Rozumiesz, takie sentymentalne bzdety, jak się gra przy ogniskach. Właściwie w tamtych czasach nie robiłem
prawie  nic  innego  poza  przesiadywaniem  w  różnych  miejscach  i  graniem.  No  i  piciem  oczywiście.  No  dobra,
przypalałem czasami, ale to jebana komuna wtedy była i towaru brakowało. Nieważne. Nie o tym chciałem. – Benek
podrapał  się  w  kark.  –  Więc  siedziałem  na  tym  przystanku  i  przyjechał  PKS.  Jakiś  taki  przelotowy,  Gdańsk  –
Warszawa  czy  coś  tam  takie.  Zatrzymali  się  pewnie  na  szczanie.  I  wysiadła  z  niego  taka  dziewczyna,  ale  po  prostu
no…  po  prostu  no…  –  zaciął  się  na  chwilę,  nie  mogąc  znaleźć  odpowiedniego  słowa.  Nagle  jego  oblicze  się
rozjaśniło. – Zajebista.

Prorok zaśmiał się donośnie. Najwyraźniej poetycka wrażliwość Benka chwyciła go za serce.
–  Naprawdę,  mówię  wam  –  ciągnął  tamten  niezrażony.  –  Takiej  dziewczyny  to  po  prostu  nigdy  nie  widziałem.

Wszyscy rozleźli się do sracza, na fajka czy gdzie tam chcieli, a ona stanęła przy tym autokarze. Nie patrzyła na mnie,
ale widziałem, że mnie słucha. Potem, kiedy ludziska zleźli się z powrotem, też usiadła na swoim miejscu, spojrzała
na mnie, uśmiechnęła się i autokar odjechał. Całkiem jak w tej piosence.

– Tak, to jest właśnie coś takiego – przyznał Marek. W głowie zaczęła mu świtać pewna myśl. – Posłuchaj… e…

Proroku. Mówiłeś, że znasz każdego w tym mieście, więc tak sobie pomyślałem…

– Że może pomogę ci znaleźć tę dziewczynę? – Prorok się uśmiechnął.
– No taa… Ale nie chodzi mi o żadne romantyczne sprawy, po prostu… Widzisz, byłem w tej samej knajpie, co

ona. Zostawiła aparat, który próbowałem jej oddać, kiedy napadł mnie ten wasz Jasiu Kogucik.

– Powiedz, jak wyglądała.
– Cóż, jest… no… czarna… to znaczy jest Murzynką… Przypuszczam, że kogoś takiego trudno przegapić w małym

mieście.

W twarzy Proroka nagle zaszła jakaś zmiana, ale Marek nie mógł do końca uchwycić, na czym polegała. Frontman

wydawał się nieco zaniepokojony, lecz także… No, wyglądało to tak, jakby coś zrozumiał.

„Cholera,  a  jeśli  doszedł  do  wniosku,  że  naprawdę  jestem  gwałcicielem  i  teraz  próbuję  wybadać,  jaki  ta

dziewczyna ma adres?” – pomyślał Marek.

Prorok jednak rzekł spokojnie:
– Masz rację. Znam ją dobrze, czasami nawet pracuje u mnie. Na mojej łajbie.
–  Na  co  dzień  niestety  nie  zgarniamy  tantiem  za  platynowe  płyty  –  wyjaśnił  Benek.  –  Mamy  łajbę.  Wiesz,

obwozimy turystów dookoła Jeziora Styczyńskiego, a czasami zabieramy ich na taką małą wysepkę na środku.

–  Nazywa  się  Weronika  –  ciągnął  Prorok.  –  Ta  dziewczyna  znaczy  się.  Pewnie  spodziewałeś  się  jakiejś

Umgłendu, co?

– Nie. – Marek postanowił nie przyznawać się, jak naprawdę nazywał ją w myślach. – Szczerze powiedziawszy,

myślałem raczej o Nicole czy czymś w tym stylu. Wiecie, jakieś amerykańskie imię.

– No tak. Gdzie właściwie ją spotkałeś?
– W barze przy dworcu PKS-u.
– Przy samym dworcu? – zdziwił się Prorok.
– Tak. W tym samym budynku co poczekalnia.
– Nie pomyliło ci się coś? Ta knajpa jest zamknięta od kilku miesięcy.
–  Spaliła  się  do  samych  fundamentów  –  dodał  Benek.  –  A  mówiłem  tej  pijanej  cipie,  żeby  gasiła  peta,  kiedy

zbiera obrusy do prania. Taka fajna knajpa i poszła do chuja.

– Zaraz… – Marek poczuł się zdezorientowany. – Przecież dopiero co tam byłem, gadałem z barmanką.
– Z Elą Nowacką? – spytał Benek. – Taką upasłą krową z krzywymi zębami i w okularach?
– Dokładnie.
– Niemożliwe. E–e. Ni chuja. Ta kretynka spaliła się razem z całym pieprzonym barem.
Prorok wymienił zakłopotane spojrzenia z harmonijkarzem.
– Pewnie chodziło ci o bar po drugiej stronie ulicy – stwierdził. – Te popeerelowskie zabytki, które nazywacie

barmankami, wszystkie wyglądają tak samo.

Marek  wzruszył  ramionami.  Nie  widział  nigdzie  żadnej  spalonej  knajpy,  ale  ostatecznie  nie  miał  czasu  na

zwiedzanie.  Może  faktycznie  minął  budynek  dworca  i  przeszedł  na  drugą  stronę  ulicy?  W  tej  chwili  nie  mógł  sobie
przypomnieć.

– No dobrze, a co z tą dziewczyną? – zapytał. – Weroniką?
Prorok zamyślił się na chwilę, a potem zwrócił się do harmonijkarza.
– Edi, zawiózłbyś go?
Harmonijkarz przekrzywił głowę na bok, przyglądając się Markowi, a potem pokiwał nią energicznie.

background image

– Super – stwierdził Prorok. – Edi cię zawiezie. W ogóle to chyba pora, żebyśmy się przedstawili. Więc załatwmy

to szybko. Mnie, jak się pewnie domyśliłeś, wszyscy nazywają Prorokiem i to imię mi odpowiada. Gitara rytmiczna,
pan Bernard „Benek” Załusa; harmonijka, pan Edward „Edi” Cyliński. Edi jest niemową, więc nie zdziw się, jeśli nie
będzie cię zabawiał rozmową w czasie drogi. Legenda głosi, że w poprzednim wcieleniu trochę za dużo kłamał, więc
bogowie go pokarali – mrugnął porozumiewawczo, tak samo jak wtedy, kiedy mówił o indiańskiej nazwie miasta. –
Ale za to jedna z pięknych boginek, która skrycie się w nim podkochiwała, postanowiła osłodzić mu jego męki i żeby
mógł śpiewać, podarowała mu złotą harmonijkę, na której przygrywa jak nikt inny na tej planecie.

Edi chyba się zarumienił (albo przynajmniej spróbował) i skromnie wzruszył ramionami.
– A jak tobie na imię, chłopcze?
– M… Marek. I grałem kiedyś na pianinie, ale nie za dobrze, więc przestałem.
– No dobra. – Prorok uniósł się z miejsca. Benek i Edi poszli w jego ślady. – To jedźcie. My z Benkiem chyba

przeniesiemy się na łajbę i tam sobie jeszcze pohałasujemy. Jakbyś nie miał gdzie się podziać, to możesz wrócić do
nas z Edim. Na łódce znajdzie się nawet jakiś stary siennik, na którym można się przespać. A jeśli nie, to odwiedź nas
jeszcze kiedyś. Na łajbie najłatwiej nas znaleźć. Kawałek za tym wspaniałym przybytkiem jest już jezioro i tam jest
przycumowana. Pytaj Zuzy, pokaże ci gdzie. Aha, nazywa się „Etiopska Bogini”.

Marek nie miał czasu się zdziwić, gdyż Edi pociągnął go za ramię do wyjścia, jednakże to, że łódź Proroka nosiła

tę  nazwę,  wzbudziło  w  nim  uczucie  niepokoju.  Jak  częste  są  takie  zbiegi  okoliczności?  Gdyby  to  był  sen,  nazwa
mogłaby po prostu wyleźć z jego podświadomości. Podobnie jak gliniarz zombie i nieistniejąca knajpa. Aha, no i ta
chora  rodzinka  też.  Zwykła  projekcja  lęków  i  obsesji,  pokłosie  zbyt  wielu  nocy  zarwanych  nad  książkami  Stephena
Kinga i H. P. Lovecrafta. Ale to przecież nie był sen.

Edi zaciągnął go na niewielki parking. Stały tam tylko dwa samochody, dwie toyoty, żeby być dokładnym: potężna

toyota hilux (wyglądała, jakby wyjechała prosto z rancza w Arizonie) i o wiele skromniejsza toyota corolla, model z
lat  dziewięćdziesiątych,  ten,  co  wygląda  jak  rozdeptana  żaba.  Oczywiście  wsiedli  do  corolli,  wcześniej  pakując
aparat i torbę Marka do bagażnika.

Edi zapalił silnik, uśmiechnął się przyjaźnie i pokazał Markowi, żeby zapiął pas. Potem ruszyli. Toyotka wyrwała

błyskawicznie  do  przodu  (to  musiała  być  wersja  z  silnikiem  1.6).  Harmonijkarz  prowadził  ją  sprawnie,  mocno
dociskając  pedał  gazu.  Błyskawicznie  znaleźli  się  w  centrum  Węprzyna  i  tam  dopiero  Edi  zwolnił  –  pozwolił
samochodowi toczyć się, podczas gdy sam wyglądał uważnie przez okna.

Marek  poczuł  ukłucie  niepokoju.  Nagle  w  jego  głowie  kilka  faktów  połączyło  się  w  logiczny  ciąg.  Był  środek

nocy, a oni jechali do pięknej dziewczyny o egzotycznej urodzie. Może jeszcze do jej domu, co? Zupełnie zidiociałeś?
Tak,  zadzwonicie  do  drzwi,  ona  otworzy  (w  pełnym  makijażu  jak  w  amerykańskich  filmach),  podziękuje  wam  i
zaprosi na kawę. No i ciastka, nie zapominaj o ciastkach. Mam dla ciebie złe wieści, kolego, twoja Etiopska Bogini
jest… hm… jak by to powiedzieć? „Dziewczyną pracującą”? Czyli zwykłą dziwką. A boski Hermes-Edi prowadzi cię
do  burdelu  albo  co  gorsza  rozgląda  się  po  ciemnych  uliczkach,  żeby  zobaczyć,  gdzie  przyjmuje  klientów  piękna
Nicole. Skąd wiesz, może naprawdę tak brzmi jej pseudonim artystyczny?

Marek  przełknął  ślinę.  Klepnął  lekko  Ediego  w  ramię.  Harmonijkarz  spojrzał  na  niego  zdziwiony,  lecz  zaraz

wrócił do przepatrywania ulic.

–  Słuchaj  –  zagadnął  go  Marek.  –  Może  ty  oddasz…  e…  Weronice…  ten  aparat?  Ja  chyba…  chyba  jednak  nie

chcę jej widzieć.

Edi  spojrzał  na  niego  zdziwiony.  Zaraz  jednak  się  uśmiechnął  i  uspokajająco  machnął  ręką.  Spróbował  też

przekazać mu coś na migi, ale Marek nie miał pojęcia, o co chodzi. Zresztą nie zastanawiał się nad tym długo, bo coś
za plecami harmonijkarza przykuło jego uwagę.

– Możesz się zatrzymać na chwilę?
Edi  nie  zareagował  od  razu.  Zwolnił,  obejrzał  się  na  to,  co  zauważył  Marek,  i  dopiero  potem  stanął.  Następnie

cofnął trochę.

Za  oknem  ukazał  się  budynek  dworca  PKS-u.  W  jednym  z  jego  skrzydeł  okna  były  zabite  deskami,  na  których

poprzyczepiano różne plakaty i ogłoszenia. Nad drzwiami wisiał nadtopiony, plastykowy szyld – można było odczytać
litery „B” i „A”. Nieopodal stała jakaś kobieta i paliła papierosa.

Marek wysiadł z samochodu i powoli podszedł do niej. Nie miała na sobie już tego białego uniformu, w którym

widział ją wcześniej, ale poznał ją od razu. To była ta sama barmanka, która sprzedała mu jajecznicę i colę.

Kiedy  się  zbliżał,  zauważył,  że  kobieta  chwieje  się  lekko  na  nogach.  Wyraźnie  czuć  było  od  niej  alkohol.

Spojrzała na niego niezbyt przytomnie i uśmiechnęła się, pokazując brzydkie, pożółkłe zęby.

– Hej, pamiętam cię – wymamrotała. – Smakowała ci moja jajecznica?
Marek przełknął ślinę.
Powiał wiatr. Barmanka zachwiała się mocniej. Niedopalony papieros wysunął się spomiędzy jej palców i upadł

na ziemię. Zajęło się od niego kilka suchych liści, które jednak zaraz zgasły.

background image

TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON
Marek odwrócił się od niej (nie, jej tam nie ma, wcale jej tam nie ma) i podbiegł do samochodu. Edi spojrzał na

niego dziwnie, ale oczywiście nic nie powiedział. Wrzucił jedynkę i pojechali dalej.

Po jakiejś minucie czy dwóch zajechali do portu nad Jeziorem Styczyńskim. Było tam kilka knajp, ale wszystkie

stały zamknięte. Przy pomoście kołysała się leniwie jedna jedyna żaglówka, której jeszcze nie ściągnięto na ląd.

Edi minął część przeznaczoną dla łódek i zatrzymał się na niewielkim parkingu niedaleko plaży miejskiej. Pokazał

Markowi,  żeby  wysiadł,  sam  jednak  został  za  kierownicą,  czekając,  aż  wygrzebie  z  bagażnika  aparat.  Następnie
machnął na niego, żeby zbliżył się do okna, i zaczął coś pokazywać.

– Mam iść tam? – zdziwił się Marek.
Nieopodal znajdował się niewielki park z kilkoma ławeczkami i nieczynną fontanną pośrodku. Najwyraźniej tam

właśnie chciał go wysłać Edi.

– Zwariowałeś, mam łazić nocą po parku?
Edi wzruszył ramionami, a potem uspokajająco zamachał rękami.
– No dobra, ale lepiej nie gaś silnika, na wypadek jakbym tam spotkał Shoggotha albo jakieś inne Cthulhu.
Wolał nie pytać, co piękna dziewczyna może robić o tej porze w ponurym parku. Westchnął i ruszył w kierunku

fontanny.

Zrobiło mu się nieprzyjemnie. Jak dotąd ciemne zakątki Węprzyna nie okazały się zbyt bezpieczne. Wcale by go

nie  zdziwiło,  gdyby  zza  jakiegoś  krzaka  wytoczyło  się  dwóch  pijanych  karków.  W  Warszawie  takie  rzeczy  były  na
porządku dziennym.

Nerwowo zaciskając w dłoniach futerał z aparatem, dotarł w końcu do wybranego punktu i zaczął się rozglądać.

Wyglądało na to, że w parku nie ma nikogo poza nim.

Na co właściwie liczył? Po cholerę dał się tutaj wywieźć? Nawet gdyby faktycznie znalazł swoją boginię, to co

by z tego miał? Kilka żenujących chwil wyjaśnień? Hej, chłoptasiu, chcesz się zabawić? (Nie wiedział, czy dziwki
rzeczywiście  tak  zapraszają  klientów,  ale  tak  to  zawsze  brzmi  na  filmach).  Nie,  dziękuję,  zgubiła  pani  swój  aparat.
Swoją  drogą,  ciekawe,  jakie  zdjęcia  zostały  nagrane  na  kartę  pamięci.  Jakieś  ostre  sceny  z  klientami?  Fotografie
kosztują pięć dych ekstra, kochasiu.

Wiatr zaszurał zeschłymi liśćmi, a Marka przeszedł dreszcz. Postanowił, że wróci do samochodu, zostawi aparat

Prorokowi,  a  następnego  dnia  wyjedzie  do  Szczytna,  zapominając  o  wszystkim,  co  go  spotkało  w  tej  przeklętej
mieścinie. Niestety zanim zdążył wprowadzić w życie swoje postanowienie, coś przykuło jego uwagę.

Jedna z alejek, odchodzących od centralnego placyku, prowadziła do pomnika, który z daleka wyglądał jak ołtarz.

Tuż przy nim dostrzegł ciemną sylwetkę o z grubsza kobiecych kształtach. Ruszył niepewnie w jej stronę.

– Halo? – odezwał się. – Proszę pani, przepraszam…
Nie było żadnej odpowiedzi.
Marek zatrzymał się.
– We… – zaczął, ale urwał zaraz. – Pani Weronika?
Nadal nic.
Podrapał się nerwowo po karku, postąpił jeszcze kilka kroków naprzód… i nagle go olśniło. Idioto, to przecież

rzeźba!

Uderzony tą myślą przyśpieszył, żeby potwierdzić swe domysły, i faktycznie, gdy się zbliżył, zobaczył kamienną

figurę kobiety. Która wyglądała zupełnie jak jego Etiopska Bogini.

– Chcesz się zabawić, chłoptasiu?
Marek cofnął się gwałtownie. Czuł, że zalewa go fala paniki. Znał ten głos… Znał ten cholerny głos. Nie znowu,

nie, kurwa, nie znowu, na miłość boską, nie znowu.

Cienie za rzeźbą zakotłowały się. Coś powoli wyłoniło się z ciemności.
–  Taś,  taś,  taś  –  nuciło,  stawiając  kolejne  kroki.  –  Taś,  taś,  taś,  chłopaczku.  Myślałeś,  że  mi  się  wymknąłeś,

kochasiu? Naprawdę myślałeś, że mi się, kurwa, wymknąłeś, pojebany chłoptasiu?

Głos, który słyszał Marek, z całą pewnością należał do pana Skórzanej Kurtki. Jednak to, co się do niego zbliżało,

już  nie  było  panem  Skórzaną  Kurtką.  Teraz  miało  prawie  dwa  metry  wzrostu  i  tylko  w  ogólnych  zarysach
przypominało człowieka. Jedna ręka była nienaturalnie długa i muskularna, druga zaś krótka i chuda, jakby uschnięta
(jak podniesiesz rękę na matkę/ojca, to ci uschnie). Ale najgorsza była głowa. Nadal wyglądała jak głowa Skórzanej
Kurtki, tyle że chyba dostała się w tryby kombajnu, gdyż nie była już kulista. Miała kształt wgniecionego w kilkunastu
miejscach garnka.

–  Myślałeś,  że  ją  tu  znajdziesz,  co?  –  gadał  dalej  Skórzana  Kurtka.  –  Myślałeś,  że  mi  się  wymknąłeś,  że  teraz

wreszcie będziesz mógł ją zerżnąć, nie? Nie?!

Marek cofał się ciągle krok za krokiem, a stwór postępował w jego stronę.
– Zła wiadomość, chłoptasiu–kochasiu, pierdolony lowelasiu… jej już tu nie ma. Teraz ja ją chronię i nigdy jej

background image

nie  dorwiesz,  słyszysz,  nie  dotkniesz  jej  swoimi  pierdolonymi  brudnymi  łapskami,  nie  wetkniesz  w  niej  swojego
kutasa, bo wiesz co? Niedługo już nawet nie będziesz miał kutasa. Upierdolę ci go, a potem upierdolę ci głowę. Tak,
chłoptasiu-kochasiu, teraz jestem duży, teraz jestem silny, teraz mogę ci upierdolić twoją jebaną główkę jedną rączką.

Marek pomyślał, że mógłby zacząć uciekać, ale nie był w stanie się do tego zmusić. Czuł się jak w koszmarze…

Nie, czuł się jak w jakimś popierdolonym amerykańskim horrorze, z tym że jemu ten facet naprawdę, kurwa, upierdoli
główkę.  Jemu,  a  nie  jakiemuś  manekinowi  czy  animowanemu  komputerowo  modelowi.  W  związku  z  tym  mógł  się
tylko  cofać,  powoli,  kroczek  po  kroczku.  Taś,  taś,  taś. A  potem  bum.  Kolejna  zła  wiadomość,  chłoptasiu-kochasiu.
Wpadłeś na fontannę, już dalej się nie cofniesz.

Skórzana  Kurtka  podszedł  do  niego  bardzo  blisko,  tak  blisko,  że  niemal  go  dotykał.  Na  jego  ustach  pojawił  się

nieprzyjemny uśmiech.

– Wiesz, co teraz będzie? – zapytał dziwnie spokojnym głosem. Zupełnie jakby nie groził, że mu zaraz upierdoli

główkę, zupełnie jakby teraz mieli iść do kina albo na kręgle.

Marek pomyślał, że abstrakcyjność sceny, w której uczestniczy, przekracza wszelkie granice. Nie, to wcale nie on

patrzył prosto w pysk maszkarze brzydszej od Freddy’ego Kruegera. To w ogóle nawet nie była prawda. To był, to
była…  gra  komputerowa.  Trzeba  nacisnąć  shift  i  strzałkę  w  lewo  i  jego  postać  zacznie  ostrożnie  okrążać  fontannę.
Tylko nie puszczać shiftu, nie odrywać wzroku od oczu maszkary. Powoli, kroczek po kroczku, taś, taś, taś.

O, i już. Postać jest bezpieczna. Boty nie potrafią skakać, więc ta maszkara nie przeskoczy przez fontannę. Teraz

pora aktywować pozostałych członków drużyny. Pokręć myszką, rozejrzyj się, zobacz, gdzie są. Edi ciągle siedzi w
samochodzie,  ale  właśnie  się  wychyla  przez  okno.  Widzi  twoją  postać.  Silnik  samochodu  ciągle  jest  na  chodzie.
Wystarczy  do  niego  pobiec.  To  nie  może  być  więcej  niż  pięćdziesiąt  metrów.  Biegałeś  na  sto  metrów  w
podstawówce, pamiętasz? Miałeś najlepszy czas w klasie. Uda ci się. No już, biegnij.

Marek rzucił się w prawo, jakby miał zamiar tam biec, ale w ostatniej chwili zmienił kierunek i pobiegł w lewo,

w stronę parkingu. Skórzana Kurtka dał się nabrać. Skoczył w prawo, potem zawrócił, ale uderzył nogą o fontannę.
Ryknął wściekle i rzucił się w pogoń.

Marek  tymczasem  biegł,  jakby  go  gonił…  hm…  zmutowany  gliniarz  zombie?  Toyota  zbliżała  się  błyskawicznie,

ale  nagle  zdał  sobie  sprawę  z  czegoś  bardzo  złego.  Edi  ze  swojego  miejsca  nie  widział,  co  się  dzieje,  nie  widział
Skórzanej Kurtki. A kiedy zobaczył, że Marek biegnie w jego stronę, zaczął wysiadać z samochodu.

– Nie! – wrzasnął Marek. – Nie wychodź! Nie wychodź!
Nagle jakiś cień przemknął nad jego głową i Marek stanął jak wryty. Skórzana Kurtka dał gigantycznego susa i po

prostu przeskoczył nad nim.

– No, no, chłopaczku – powiedział. – Myślałeś, że uciekniesz? One też zawsze myślą, że mogą uciec, wiesz? Te

dziewczyny, które padają ofiarą gwałtów. Ale przed niektórymi rzeczami nie można uciec, nie? Na przykład przede
mną. Jestem teraz duży, jestem szybki i jestem skoczny, chłoptasiu. Nie uciekniesz mi.

Marek spojrzał ponad jego ramieniem. Edi stał ciągle z jedną nogą w samochodzie. Nie ruszał się. Nic dziwnego.

Co ty byś zrobił, jakby na twojej drodze stanął zmutowany gliniarz zombie? To nie był dobry moment paraliż. Marek
zrozumiał, że od tego, co zrobi teraz Edi, może zależeć jego życie. Musiał kupić mu trochę czasu, żeby się otrząsnął.

–  Posłuchaj  –  odezwał  się  piskliwym  głosem.  –  Nie  jestem  gwałcicielem,  nigdy  nie  skrzywdziłem  żadnej

dziewczyny, nigdy…

– Zamknij ryj, bo ci zajebię – przerwał Skórzana Kurtka takim tonem, jakby prosił o zamknięcie okna w pociągu.
Marek ostrożnie wysunął prawą rękę przed siebie, żeby odciągnąć uwagę gliniarza, a lewą spróbował dać jakiś

znak Ediemu. Nie przestał też mówić.

–  Proszę,  tylko  mnie  wysłuchaj,  okej?  Nie  jestem  gwałcicielem,  naprawdę.  Nigdy  nie  skrzywdziłem  żadnej

dziewczyny. Wiem, co czujesz, wiem, co przeszedłeś. Ty i ja wcale się tak bardzo nie różnimy.

– Różnimy się – burknął Skórzana Kurtka i nagle popatrzył na lewą rękę Marka.
– Nie, nie, wcale nie. – Marek szybko przestał dawać sygnały Ediemu. – Spójrz – wyciągnął przed siebie lewą

rękę i podwinął mankiet. – Obaj przeszliśmy przez piekło. Ja nawet… nawet chciałem się zabić, widzisz? – na lewym
nadgarstku Marka, tuż pod paskiem zegarka, widniała brzydka, biała blizna. – Nie jestem gwałcicielem. Jestem miłym,
wrażliwym facetem.

Skórzana Kurtka skupił wzrok na bliźnie. Marek zamachał panicznie prawą ręką do Ediego i to wreszcie odniosło

skutek. Harmonijkarz wsiadł do samochodu i cicho zamknął drzwi.

– Co mnie obchodzi twoja pierdolona blizna? – zapytał Skórzana Kurtka. – Gdybym był takim pojebem jak ty, też

chciałbym się zabić.

Nagle  rozległ  się  głośny  pisk  opon.  Marek  rzucił  się  na  bok.  Ostre  światło  reflektorów  przecięło  mrok  i  coś

huknęło  głucho.  Tam,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  stał  Skórzana  Kurtka,  teraz  stała  corolla  z  wgniecioną  maską.  Edi
otworzył drzwi od strony pasażera. Marek nie potrzebował większej zachęty, wskoczył do wozu i wrzasnął:

– Jedź!

background image

Edi wrzucił wsteczny i wdepnął do oporu pedał gazu. Opony zawyły rozpaczliwie, zabuksowały, ale jakoś udało

im się wyjechać z alejki na parking. Prosto na jakiś inny samochód. Rozległ się trzask tłuczonego metalu i szkła. Edi
spanikował. Zgasł mu silnik.

Marek rozejrzał się rozpaczliwie, żeby sprawdzić, co się dzieje. Na całym parkingu poza toyotą były tylko dwa

samochody. Dwa pierdolone samochody, a oni wjechali w jeden z nich.

Co  gorsza,  Skórzana  Kurtka  pozbierał  się  już  po  uderzeniu  i  jego  pokraczna  sylwetka  właśnie  pojawiła  się  w

rzucanym przez reflektory corolli snopie światła.

– Spierdalajmy stąd, spierdalajmy, spierdalajmy! – krzyknął Marek.
Edi zmienił bieg na jedynkę i przekręcił kluczyk, ale Marek był przekonany, że silnik nie zapali. Kiedy człowiek

się śpieszy, samochód rzęzi i rzęzi, ale żeby ruszył – nie ma mowy. Całe szczęście, że zombiaki tak wolno pełzają,
nie? A zresztą wiadomo, że na filmach ostatnie trzy minuty do wybuchu bomby zawsze trwają kwadrans.

Jednak życie – jak mawiają – to nie film. Nie oznacza to bynajmniej, że w rzeczywistości wszystko, co mogłoby

pójść  źle,  idzie  źle.  Czasami  na  przykład  silnik  zaskakuje  błyskawicznie.  I  tak  właśnie  stało  się  tym  razem.  Edi
wykręcił kierownicę i znowu wcisnął gaz do dechy. Toyotka wyrwała gwałtownie do przodu, obróciła się i pomknęła
w głąb miasta. Skórzana Kurtka został daleko za nimi.

Marek poczuł się ogłuszony, jakby ktoś właśnie wyciął kawałek z jego życia. Jakby pomiędzy momentem, gdy był

bliski śmierci, a tym, gdy był już bezpieczny, powstał jakiś gigantyczny uskok czasoprzestrzenny. Po prostu nie mógł
uwierzyć, że nadal żyje.

– Co to właściwie było? – zapytał. – Co to, kurwa, było?
Edi nie odpowiedział.
Resztę  drogi  pokonali  w  milczeniu.  Nie  trzeba  było  ustalać,  dokąd  zmierzają.  Zostawili  samochód  na  parkingu

przy  „Minnesota  blues  clubie”,  zabrali  z  bagażnika  aparat  i  piechotą  powędrowali  na  pobliskie  molo,  gdzie  stała
„Etiopska Bogini”.

Prorok nie wydawał się zdziwiony ich widokiem.
– Nie znaleźliście jej? – raczej stwierdził, niż zapytał.
–  Nie  –  odparł  Marek.  –  Za  to  znaleźliśmy  waszego  małego  Jasia  Kogucika.  Tylko  że  nie  jest  już  mały.

Przeciwnie, jest duży. Zajebiście wielki Jasiu Kogucik.

Na chwilę zapadła cisza. Przerwał ją siedzący nieopodal i palący fajeczkę Benek.
– O, kurwa – mruknął.
– Aha – zgodził się Prorok. Następnie zwrócił się do Marka. – Chyba będzie dobrze, jeśli o tym pogadamy.
– Racja – powiedział Marek. – Święta, kurwa, racja. Najwyższy czas, żeby ktoś mi wytłumaczył, co się dzieje w

tym popierdolonym miasteczku.

Prorok popatrzył po swoich dwóch kolegach.
– Zostawcie nas samych, co, chłopaki?
Tamci bez szemrania zeszli na ląd i stanęli na molo. Marek został sam z potężnym bluesmanem, który oparł się o

reling swojej łajby i zapatrzył na jezioro – czarne w bezksiężycową noc.

– Od czego mam zacząć? – zapytał Prorok.
– Wiesz, jak wygląda teraz twój przyjaciel z dziecinnych lat, mały Jasio? – odpowiedział pytaniem Marek.
– Domyślam się.
– Nie, kurwa, nie domyślasz się. Wygląda jak pierdolony mutant z „Archiwum X”. Co więcej, z tego, co mówisz,

wynika, że to mutant-zombie, bo ten facet od dawna nie żyje. Podobnie jak barmanka z dworca PKS-u, którą zresztą
też miałem przyjemność spotkać, a nawet zjeść podaną przez nią jajecznicę-widmo. To jest dopiero temat na horror,
co?  Nawet  King  by  na  to  nie  wpadł,  to  lepsze  niż  „Christine”  albo  „Maglownica”.  Pierdolona,  kurwa,  jajecznica-
widmo. No i jeszcze są te pojeby w samochodzie… Nie rozwodziłem się na ich temat wcześniej, ale coś mi się zdaje,
że  wiesz,  kogo  mam  na  myśli.  Szczerze  powiedziawszy,  nie  zdziwiłbym  się  wcale,  gdyby  się  okazało,  że  ty  i  twoi
kolesie też jesteście od dawna martwi. Chciałbym tylko wiedzieć, jakim cudem się w to wszystko wpierdoliłem?

Prorok nie odpowiedział, za to odsunął rękaw z jego lewego ramienia, odsłaniając bliznę na nadgarstku. Marek

wyrwał rękę z uścisku i nerwowo wcisnął dłoń do kieszeni.

–  Co,  sugerujesz,  że  ja  też  jestem  martwy?  O  nie,  nie  wmówisz  mi  tego.  Pamiętam,  jak  byłem  w  szpitalu,

pamiętam,  jak  mnie  odratowali,  pamiętam,  jak  stamtąd  wyszedłem,  pamiętam,  że  zostawiłem  list  moim  posranym
rodzicom,  że  wyjeżdżam,  pamiętam,  jak  kupiłem  bilet  na  dworcu.  Pamiętam  wszystko,  co  się  działo  po  tym,  jak
wpadłem na genialny pomysł poderżnięcia sobie pierdolonych żył, jasne? To znaczy, że nie umarłem.

– Nie próbuję ci niczego wmawiać – odparł spokojnie Prorok.
– Więc co, chcesz mnie powoli wdrożyć w nową rzeczywistość, w której będę musiał spędzić wieczność? Jesteś

pojebany! Wszyscy jesteście pojebani!

Prorok drgnął.

background image

–  To,  co  mówisz,  nie  jest  miłe  –  mruknął,  ale  nie  wyglądał  na  urażonego.  –  Przyjąłem  cię  tutaj,  ugościłem,

opowiadałem historie, dzieliłem się z tobą moją muzyką…

– Wszystko pięknie i bardzo ci jestem za to wdzięczny, tylko co z tego, skoro nadal nie chcesz odpowiedzieć na

moje pytania.

– Próbuję, ale nie wiem, czy zauważyłeś, że ciągle gadasz i nie dajesz mi dojść do słowa?
Marek zbaraniał na chwilę. Potem poczuł, że wreszcie uchodzi z niego para. Po spotkaniu ze Skórzaną Kurtką był

tak roztrzęsiony, że faktycznie musiał się rozładować, i nie dopuszczał Proroka do głosu. Poczuł się niezręcznie. Oparł
się obok niego o reling i również zapatrzył w jezioro. Westchnął.

– No dobra – powiedział. – Więc o co tu chodzi?
Prorok podrapał się wielkim paluchem po równie wielkim nosie.
– To nie jest łatwe do przyjęcia dla racjonalnie działającego umysłu – zaczął.
– Po tym co widziałem, nie sądzę, żeby mój umysł działał bardzo racjonalnie.
– Wiem, ale chodzi o to, że… Jasiu Kogucik stał się kimś… no cóż, w sumie kimś takim jak ja…
–  Daj  spokój,  ten  gość  to  jakieś  monstrum  –  odparł  Marek,  choć  nagle  w  jego  głowie  pojawiło  się  pytanie,

dlaczego Prorok jest tak nieprawdopodobnie wielki.

– Być może. Nie wiem, co mogło mu się stać. Ale jeśli tak jak ja zboczył z drogi, jego przemiana musiała być…

ogromna.  Obawiałem  się,  że  do  tego  dojdzie,  ale  nie  sądziłem,  że  tak  szybko.  Miałem  nadzieję,  że  razem  z  Edim
odnajdziecie  Boginię,  zwrócicie  jej  totem,  a  potem…  Potem  wszystko  potoczy  się  tak,  jak  powinno.  Jak  musi  się
potoczyć.

– Poczekaj, poczekaj, nic nie rozumiem. Z jakiej drogi zboczyłeś?
– Nie przeszedłem na drugą stronę. Wymknąłem się śmierci.
– Czyli jednak…?
– Tak, Jasiu Kogucik właściwie nie żyje. Podobnie jak ci inni ludzie, których spotkałeś. Wszyscy oni błąkają się

tutaj, w oczekiwaniu na Boginię. Na Weronikę… Nazywamy ją Weronika, to śmieszne, prawda?

– Trochę… absurdalne
Prorok roześmiał się. Jego potężny głos odbił się echem na drugim brzegu jeziora.
– Masz rację – przyznał. – Widzisz, zanim zacząłem grać bluesa, byłem filologiem klasycznym. To też śmieszne,

nie? Weronika, jak ta kobieta z Biblii. Vera eikon znaczy „prawdziwe oblicze”. To taka moja prywatna gierka słowna.
Ona  zna…  albo  przynajmniej  myślę,  że  zna  prawdziwe  oblicze  Boga.  Albo  bogów.  W  sumie  to  cholera  wie.  My
jesteśmy tylko pośrednikami na tym świecie. Takich jak ja albo Jasiu Kogucik nazywam daimonami. Daimonion to coś
w rodzaju… czy ja wiem… dżina albo anioła. Pomniejsi bogowie tacy jak Weronika wyrywają nas z objęć śmierci,
abyśmy mogli im służyć.

– Jesteś dżinem grającym bluesa?
Prorok roześmiał się ponownie.
–  Blues  to  muzyka  duszy  –  powiedział.  –  W  jego  dźwiękach  i  słowach  kryją  się  stare  zaklęcia.  Bo  widzisz,

zaklęcia  to  wcale  nie  słowa.  To  uczucia  i  tęsknoty,  nienazwane  smutki,  pragnienia.  Nieważne,  w  jakim  języku  je
wypowiesz, od ciebie zależy, czy nabiorą mocy. Oczywiście niektóre słowa są lepsze od innych, łatwiej ich użyć do
wypowiadania zaklęć. Podobnie jak niektóre melodie. Lubisz na przykład Pink Floyd?

– Znam, ale nie przepadam – odpowiedział Marek. – Wolę czarnego bluesa. Myślałem zresztą, że ty też.
– Poniekąd – przytaknął Prorok. – Ale ci czterej faceci czuli bluesa. Tylko zabrali go w zupełnie inną przestrzeń.

Krążą  plotki,  że  na  swoich  koncertach  rozdawali  ludziom  hasz  albo  maryśkę,  ale  to  nieprawda.  Oni  potrafili
wprowadzić ich w trans swoją muzyką. Wiele z ich piosenek stało się moimi zaklęciami.

– Zaklęciami, których używasz do czego właściwie?
– Jestem trochę jak Hermes…
– Posłaniec? – zdziwił się Marek.
– Miałem raczej na myśli Hermesa Psychopomposa, przewodnika zagubionych dusz. Pamiętasz, jak ci mówiłem,

że każdy w tym mieście prędzej czy później do mnie trafi?

– To trochę ponury żart.
–  Istotnie.  Ale  tym  się  właśnie  zajmuję.  O,  jeśli  wolisz,  możesz  mnie  porównać  do  Charona.  To  chyba  lepiej

rozpoznawalny przykład z mitologii.

– Gość, który przewoził dusze do krainy zmarłych?
– Właśnie ten. Mam nawet łajbę. Zbieram zagubione dusze i przewożę je na wyspę do Bogini, która nakierowuje

ja na właściwą drogę.

Marek poczuł, że w jego głowie zaskakują jakieś trybiki.
– Ale  Bogini  z  jakiegoś  powodu  odeszła,  prawda?  –  zapytał.  –  Dlatego  nie  znaleźliśmy  jej  w  tym  miejscu,  do

którego mnie wysłałeś z Edim.

background image

– Tak, odeszła… – Prorok zamyślił się na chwilę. – Myślę, że była nieszczęśliwa… ale kto zrozumie bogów?
– I co teraz?
– Nie wiem. Wiem o wiele mniej, niżbym chciał. W najlepszym razie trafiające tu dusze zostaną uwięzione i będą

się błąkać między życiem a śmiercią.

– A w najgorszym?
Prorok potrząsnął wielką głową i wzruszył ramionami.
– Cholera wie. Może wszechświat straci równowagę i cały się rozpadnie. Albo, czego bardziej się obawiam, na

miejsce Bogini przybędzie ktoś inny, starszy. Bo widzisz, nawet bogowie nie są panami własnego losu, oni też czemuś
służą.  Widziałem  zaledwie  cień  tej  istoty,  której  służy  Weronika,  ale  uwierz  mi…  nie  chciałbym,  żeby  to  coś  nas
odwiedziło.

– Więc co możemy… – Marek ugryzł się w język. – Co możesz na to poradzić?
– Ja? – Prorok uśmiechnął się niewesoło. – Nic.
–  Czułem,  że  to  powiesz…  –  Marek  westchnął.  –  Więc  co,  jestem  wybrańcem  Mocy,  który  przywróci  ład  we

wszechświecie?

Prorok zaśmiał się cicho, jakby ze smutkiem.
– Nie wiem, czy Bóg albo bogowie mieli jakiś wielki plan co do ciebie. Może to było przeznaczenie, a może po

prostu pech… Fakt faktem, że Bogini pozostawiła swój totem, a ty go podniosłeś.

– To jest totem? – Marek z niedowierzaniem uniósł aparat fotograficzny, który ciągle miał zawieszony na szyi.
– No tak… – Prorok wyglądał, jakby był trochę zakłopotany. – To tak jak z tymi zaklęciami. Sam przedmiot jest

tylko przedmiotem, moc płynie z tego, kto go używa.

– I co ja mam z nim teraz zrobić?
– Musisz go użyć, żeby sprowadzić Boginię z powrotem. Żeby mogło się wydarzyć to, co musi się wydarzyć.
– Ale dlaczego ja? – zapytał Marek.
– Nie dasz rady go nikomu oddać. Na pewno przyszło ci to do głowy, lecz zawsze odrzucałeś tę myśl, prawda?

Możesz go oddać tylko Bogini. A jeśli go zatrzymasz, to… no cóż… Nie wiem dokładnie. Przypuszczam, że przemieni
cię w daimona.

– Zaraz, zaraz, czy nie mówiłeś, że przemiana w daimona to wymknięcie się śmierci?
– Ty w pewien sposób wymknąłeś się śmierci.
Marek poczuł, że kolejny trybik zaskakuje w jego głowie. Przez chwilę milczał, analizując to, do czego doszedł, a

w końcu odezwał się cicho.

–  Wtedy,  w  szpitalu…  Wiesz,  że  przez  chwilę  byłem  martwy?  Przez  jakieś  trzydzieści  sekund,  przez  pieprzone

trzydzieści sekund – do jego głosu wkradła się niebezpieczna nuta. Niebezpieczna, bo dziwnie bliska rozpaczy. – To
dlatego  się  w  to  wpakowałem,  prawda?  Zobaczyłem  skrawek  tego,  co  się  znajduje  po  drugiej  stronie,  a  potem
wróciłem. O, kurwa, co ja teraz kurwa… – Głos uwiązł mu w gardle. Potem roześmiał się histerycznie, czując, że w
oczach stają mu łzy. – Już nigdy więcej się nie zabiję, tego możesz być pewien.

–  Jeszcze  nie  wszystko  stracone  –  powiedział  Prorok.  –  Musimy  oddać  totem,  to  cię  wyzwoli.  Będziesz  mógł

wyjechać do Szczytna, zacząć wszystko od nowa.

– Jak? Jak mamy to zrobić? Za każdym razem kiedy chcę się go pozbyć, na drodze staje mi to cholerne monstrum.
– Będziemy musieli je zniszczyć – odparł poważnie Prorok.
– Przecież on już jest martwy!
– Tak. Dlatego będziemy musieli go zniszczyć. Zabić jego duszę.
– W jaki sposób?
– Odeślemy go do tej istoty, której służy Bogini. To jest możliwe, aczkolwiek będzie dosyć… makabryczne. Żeby

go zniszczyć, trzeba wyciąć mu serce i złożyć je na ołtarzu na wyspie.

Marek cofnął się od relingu i popatrzył na Proroka.
– Mam mu wyciąć serce? – zapytał. – Czy ja wyglądam na pierdolonego rzeźnika? Nie wyciąłbym nawet wątróbki

z martwej kury, a co dopiero ludzkie serce!

– To już nie jest człowiek. Zresztą… myślę, że znajdzie się ktoś, kto nie będzie miał podobnych skrupułów.
– Kto taki?
–  Te,  jak  to  ująłeś,  „pojeby  w  samochodzie”.  Za  życia  ci  ludzie  porywali  autostopowiczów.  Dziewczęta

sprzedawali do nielegalnych burdeli. Chłopców różnie. Albo też do burdeli, albo na organy. Jedno serce w tę czy we
w tę nie powinno im robić różnicy.

Marek poczuł, że go mdli. Nagle zaczął się bać Proroka.
– Nie, nie wezmę w tym udziału, nie mogę…
Prorok westchnął ciężko.
– Wydaję ci się teraz bezdusznym potworem, prawda? Takim samym jak Jasiu Kogucik.

background image

– Tak – przyznał szczerze Marek.
–  Jestem  potworem.  I  mieszkam  w  potwornym  świecie,  do  którego  ty  miałeś  pecha  trafić.  Zabłąkane  dusze  to

ludzie, których życie było przesiąknięte złem. Jakbym miał wybór, wolałbym wysłać do piekła tych psycholi zamiast
Jasia,  który  był  ofiarą  zła,  a  nie  jego  sprawcą.  Ale  nie  mogę  tego  zrobić.  Mam  zadanie  do  wykonania  i  muszę
korzystać ze wszystkich dostępnych mi środków, żeby je wykonać. Tylko tak mogę zapracować na własne odkupienie.
Tylko tak ty możesz zapracować na swoje. Siła, która steruje tym światem, czy jest to jeden wszechmocny Bóg, czy
wielu mniejszych bogów, jest okrutna. To, co nam się wydaje złem, dla niej… Cholera wie, czym dla niej może być.

Marek  nie  wiedział,  co  odpowiedzieć.  Był  przerażony.  Jeszcze  bardziej  przerażony  niż  podczas  spotkania  ze

Skórzaną Kurtką. Z potworem. Potworem… Potwory mają różne twarze, Marku. Prorok ma rację, jest potworem. Ale
ty też nim jesteś. I nawet mówiąc „nie wezmę w tym udziału”, wiedziałeś, że weźmiesz. Bo chcesz się uwolnić. Bo
wierzysz, że możesz skazać swoją duszę na potępienie. A szczerze powiedziawszy, gdyby na szali ważył się los całej
ludzkości, nawet wtedy nie zgodziłbyś się poświęcić dla niej swojej duszy. Żaden człowiek by się nie zgodził. Żaden
potwór by się nie zgodził.

Milczenie  się  przedłużało  i  to  chyba  przeszkadzało  Prorokowi,  gdyż  zaczął  się  wiercić,  a  w  końcu  zagadnął,

zmieniając zupełnie temat.

– To przez dziewczynę? – zapytał, wskazując nadgarstek Marka.
–  Przez  dziewczynę?  –  powtórzył  wolno  tamten.  Popatrzył  na  swój  mankiet.  –  Czy  ludzie  zabijają  się  tylko  z

powodu nieszczęśliwej miłości?

– Nie wiem – przyznał Prorok.
– Panuje opinia, że samobójstwo zawsze ma jedną, konkretną przyczynę. Śmierć kogoś bliskiego, grzech, wielki

miłosny  zawód. Ale  to  nie  tak.  To,  co  zrobiłem,  było  pewnie  najgłupszą  rzeczą  w  moim  życiu.  Tym  głupszą,  że  tak
naprawdę nie wiem, czemu tak postąpiłem. Dziewczyna była gdzieś po drodze, ale dawno. Byli rodzice, w separacji,
odkąd  pamiętam. Ale  jakoś  nie  mogli  się  rozwieść,  nie  mogli  się  zostawić  w  spokoju.  Nie  mogli  mnie  zostawić  w
spokoju. Były studia, do których nie byłem przekonany, była praca, którą bałem się podjąć, bo zbyt szybko musiałbym
stać się samodzielny i stawić czoło światu. Chyba po prostu nie byłem zadowolony ze swojego życia i postanowiłem
coś  w  nim  zmienić.  I  chyba…  chyba…  tak  myślę…  nie  wierzyłem,  że  naprawdę  umrę.  Raczej  sądziłem,  że  się
przemienię. I udało się, prawda? Tylko zupełnie nie tak to miało wyglądać.

Prorok z namysłem pokiwał głową.
–  Niewiele  rzeczy  w  tym…  –  zaczął,  ale  przerwał  nagle.  Jego  twarz  wykrzywiła  złość.  –  Niewiele  w  tym

popierdolonym świecie wygląda tak, jak miało wyglądać.

Marek  uniósł  brwi.  Po  raz  pierwszy  usłyszał  z  ust  Proroka  przekleństwo  i  zaniepokoiło  go  to.  Wolał  jednak  tej

sprawy nie poruszać.

– I co teraz? – zapytał.
– To zależy od ciebie.
Marek westchnął.
– W porządku – powiedział. – Jak zwabimy Jasia Kogucika i Boginię?
–  Rozpoczniemy  rytuał  przejścia.  Będziesz  musiał  przyłączyć  się  do  mojego  zaklęcia  i  obudzić  moc  totemu,  to

ściągnie  Boginię.  Jasiu  przyjdzie  za  nią.  W  pierwszej  kolejności  trzeba  się  pozbyć  jego,  ale  to  zostaw  naszym
porywaczom ciał. Im nic nie grozi w odróżnieniu od ciebie. Bo wiesz, martwego już drugi raz nie da się zabić. Nawet
gdyby go spalić na popiół, po jakimś czasie ten popiół zbierze się z powrotem do kupy i zregeneruje.

–  Jak  Terminator  –  burknął  Marek.  – Ale  czy  to  nie  działa  również  przeciwko  nam?  Jak  mamy  załatwić  Jasia

Kogucika, jeśli będzie się ciągle regenerował?

–  Bogini,  kiedy  odeszła,  zostawiła  po  sobie  nóż  ofiarny.  To  dzieło  bogów,  osnowy  naszej  rzeczywistości  nie

zatrzymają jego ostrza. Będziemy musieli go użyć, żeby wyciąć Jasiowi serce.

– Świetnie. Magiczny rambonóż. I co dalej, jak go już załatwimy?
–  Bogini  musiała  udzielić  Jasiowi  części  swojej  mocy,  żeby  mógł  stać  się  daimonem,  więc  będzie  osłabiona,

kiedy go zniszczymy. Nasze wspólne zaklęcie powinno być wystarczająco silne, żeby zmusić ją do powrotu. Wtedy
będziemy mogli dokończyć rytuał przejścia i każdy radośnie pójdzie w swoją stronę.

Marek czuł, że znowu zbiera mu się na płacz.
– Kaszka z mleczkiem – powiedział trochę bardziej piskliwie, niż chciał. I nagle poczuł, że się uspokaja. Odsunął

się od relingu i ruszył w stronę prowadzącego na molo trapu.

Edi  powitał  go  niepewnym  uśmiechem  i  spojrzeniem  zbitego  psa.  Benek  stał  nieco  z  boku  i  w  zamyśleniu  żuł

cybuch fajki.

– Będziesz musiał nauczyć się zaklęcia – zawołał za nim Prorok.
– Chyba już je znam – odparł cicho Marek, choć wiedział, że tamten go nie usłyszy. Potem zwrócił się do Benka. –

Znasz „Cymbaline”?

background image

Gitarzysta popatrzył na niego zdziwiony, następnie wymienił spojrzenia z Edim.
– Pewnie, że znam – odparł. – Czekaj, zaraz skoczę po gitarę.
Wszedł na pokład „Etiopskiej Bogini” w tym samym momencie, kiedy Prorok schodził na molo.
– Będziesz musiał nauczyć się zaklęcia – powtórzył wielki bluesman.
Marek nie zdążył odpowiedzieć, a już z pokładu łajby rozległy się ciche dźwięki gitary, grającej akordy łagodne,

lecz i niepokojące zarazem. Chwilę później zjawił się Benek.

Prorok odwrócił się zdziwiony.
– Ty mu kazałeś to zagrać? – zapytał Marka. – Skąd znasz tę piosenkę?
– Kiedy wspomniałeś o Pink Floyd, przyszła mi do głowy.
– Ale skąd… skąd…? – Prorok zamilkł. Zdziwienie nagle go opuściło. – Znasz słowa? – upewnił się.
– Jeśli będziesz śpiewał ze mną, to mi się przypomną – odparł Marek.
–  Racja.  Benek,  nie  graj  już.  Łapcie  się  za  cumy,  chłopaki,  odpływamy.  Ja  jeszcze  muszę  skoczyć  po  kogoś  do

knajpy.

Marek  nie  wiedział,  skąd  się  wziął  jego  nagły  spokój  i  pewność,  co  i  jak  trzeba  zrobić.  Jeszcze  przed  minutą

znajdował  się  na  krawędzi  paniki,  a  teraz  nagle…  Nagle  ogarnęła  go  pustka,  jakby  już  nic  nie  miało  znaczenia.
Obojętnie  przyglądał  się,  jak  Prorok  odchodzi  w  stronę  „Minnesota  blues  clubu”,  a  potem  jak  Edi  i  Benek  wodują
silnik, odpalają go i zabierają się do ściągania cum. Z równym spokojem przyjął powrót przerośniętego bluesmana i
fakt, że wraz z nim pojawiła się posrana rodzinka. Zignorował powitania nowo przybyłych i niedbałym gestem kazał
im ładować się na pokład. Sam też wlazł za nimi.

Byli gotowi.
TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON
Marek  nie  wiedział,  dlaczego  napis,  który  zobaczył  zaraz  po  przybyciu  do  Węprzyna,  znowu  przyszedł  mu  do

głowy. Może dlatego, że wreszcie zrozumiał, co jego autor miał na myśli. I że ten autor wcale nie był żartownisiem.

Prorok  stanął  za  sterem  i  wymieniając  się  z  Edim  i  Benkiem  jakimiś  uwagami,  powoli  wyprowadził  łajbę  na

jezioro. Potem ruszyli wzdłuż brzegu. Silnik głośno terkotał, a woda chlupotała, rozcinana przez toporny kil.

Zerwał się wiatr od strony lądu, niosący ze sobą deszcz liści, które w mroku bezksiężycowej nocy wyglądały jak

czarne  plamy.  Marek  popatrzył  w  niebo.  Ciemne  chmury  mknęły  coraz  szybciej,  jednak  po  paru  minutach  znów
zwolniły. Szum i jęki nadbrzeżnych drzew umilkły. Odezwała się gitara.

Nadprzyrodzony spokój opuścił Marka równie niespodziewanie, jak się zjawił.
Do  gitary  dołączyła  harmonijka,  jej  dźwięki  meandrowały  niespokojnie,  powolne  i  niepewne.  Wznosiły  się  i

opadały,  cichły  i  nabierały  mocy.  Potem  włączył  się  potężny  głos  Proroka,  odbijał  się  zwielokrotnionym  echem  od
brzegów jeziora, zupełnie jakby to kilku ludzi śpiewało w różnych miejscach.

The path you tread is narrow

and the drop is sheer and very high.

Ravens all are watching

From a vantage point nearby.

Marek  zaczął  drżeć:  po  trosze  z  zimna,  w  znacznej  części  ze  strachu.  Mimo  to  również  zaczął  śpiewać  (fakt,  że

znał słowa, choć nigdy w życiu ich nie słyszał, tylko wzmógł jego niepokój). Jego słabiutki, trzęsący się głos wtopił
się w głos Proroka i pozornie w nim zginął. Pozornie, gdyż w jakiś niepojęty sposób go dopełniał. Doszli do refrenu:

And it’s high time, Cymbaline

Please wake me.

W  tym  momencie  wiatr  zerwał  się  ponownie.  Od  strony  lasu  dobiegł  odgłos  przypominający  zbiorowe

westchnięcie, a po chwili między pniami drzew rozbłysło przedziwne błękitne światło.

– To ona! – krzyknął Prorok. Zakręcił gwałtownie kołem sterowym, kierując łajbę w stronę brzegu. – Benek, weź

ster!

Przerwali  zaklęcie.  Benek  chwycił  koło,  podczas  gdy  Prorok  pobiegł  pod  pokład.  Po  chwili  pojawił  się  z

powrotem, niosąc w dłoni długi błyszczący sztylet. Marek zapatrzył się na zbliżającą się coraz szybciej czarną ścianę
lasu, rozerwaną pośrodku przez świetlistą kulę. Zdawało mu się, że w powodzi blasku zaczyna dostrzegać niewyraźną
sylwetką. Tylko jedną sylwetkę.

– Nie ma Skórzanej Kurtki! – rzucił przez ramię do pozostałych.
– Kogo? – zdziwił się Prorok.
– Jasia Kogucika – sprostował Marek. – Dlaczego nie ma go z nią?
Prorok stanął obok niego , aby się lepiej przyjrzeć brzegowi. Nic nie powiedział.

background image

– Dlaczego nie ma go z nią? – powtórzył Marek. Jego głos zadrżał wyraźnie.
–  O  kurwa  –  zdążył  tylko  jęknąć  Prorok,  potem  łajba  nagle  się  zatrzęsła  i  usłyszeli  huk,  jakby  wpłynęli  na

kamienie. W rozbryzgach piany coś wielkiego i czarnego wyłoniło się przed nimi z wody i z pełnym impetem uderzyło
w dziób łodzi.

Marek runął do przodu, czując, jak coś twardego wbija mu się w pachwinę. Na oślep chwycił się relingu i jakimś

cudem udało mu się na nim zawisnąć. Prorok nie miał tyle szczęścia. Zasada zachowania pędu bezlitośnie cisnęła jego
ogromnym cielskiem prosto w odmęty jeziora.

– To on! – wydarł się Benek. – Bierzcie skurwiela! Bierzcie!
Marek  spróbował  podciągnąć  się  na  pokład,  ale  śliskie  stalowe  linki  wyśliznęły  mu  się  z  palców  i  w  efekcie

zawisł głową w dół i z nogami zaczepionymi o stalowy słupek, na który nadział się wcześniej.

Jak  w  jakimś  idiotycznym  francuskim  filmie  ujrzał  odwrócone  do  góry  nogami  ludzkie  postaci  wskakujące  do

wody i rzucające się na potwora, którego już tylko resztki poszarpanej skórzanej kurtki pozwalały zidentyfikować jako
Jasia  Kogucika.  Od  ich  ostatniego  spotkania  najwyraźniej  urósł  jeszcze  bardziej.  Mimo  to  trojgu  zdesperowanych
handlarzy organów jakoś udało się go powalić i cała grupa zmieniła się w wielką plątaninę rąk i nóg, taplających się
w przybrzeżnym mule.

Marek,  widząc,  że  stanęli  w  płytkim  miejscu,  puścił  się  i  wpadł  do  wody,  osłaniając  głowę  rękami.  Grzmotnął

nieprzyjemnie o dno, ale zaraz poderwał się na nogi i brodząc niezgrabnie, ruszył w stronę brzegu i Bogini. W duszy
modlił się, żeby magiczne totemy były bardziej wodoodporne niż chińska elektronika.

Zatrzymało go donośne parsknięcie. Tuż obok niego wyłoniła się potężna, ciemna sylwetka. Spróbował odskoczyć

w  tył,  jednak  woda  skutecznie  utrudniała  mu  ruchy.  Poczuł,  jak  coś  podskakuje  mu  gwałtownie  w  piersi  i  w  końcu
zrozumiał, co znaczy określenie „serce podeszło komuś do gardła”.

–  O  kurwa!  –  usłyszał  i  zorientował  się,  że  tajemniczy  stwór  to  nikt  inny  jak  Prorok.  Nie  zdążył  się  jednak

nacieszyć tym faktem, gdyż wielkolud wykrzyknął zaraz: – Zgubiłem sztylet! Zgubiłem ten pierdolony sztylet!

Jakby w odpowiedzi na jego słowa za ich plecami rozległ się przeraźliwy odgłos, podobny do kwiku zarzynanej

świni. Moment później usłyszeli coś jakby mlaśnięcie i głośny plusk. A potem jeszcze dwa okrzyki.

Obejrzeli się tylko po to, by ujrzeć, jak Skórzany Potwór brodzi w ich stronę w wodzie, która jemu sięgała ledwie

do kolan. Za nim na powierzchni jeziora unosiły się wielkie, ciemne grudy. W większej dłoni trzymał ofiarny sztylet.

Marek zamarł. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w zbliżającą się powoli monstrualną sylwetkę. Prawie się nie

bał. Prawie. Spiął się tylko, szykując do konfrontacji. Na Proroka nawet nie patrzył, mimochodem tylko zarejestrował
chlupot wody, kiedy tamten oddalał się powoli.

Co właściwie chcesz zrobić?
Żebym to ja wiedział. Żebym tylko, kurwa, wiedział.
Nagle  od  strony  łodzi  dało  się  słyszeć  głośne  plaśnięcie  o  wodę.  Skórzany  Potwór  zatrzymał  się,  ale  tylko  na

ułamek  sekundy.  Postąpił  jeszcze  kilka  kroków  naprzód.  I  znów  stanął.  A  uszu  Marka  doszedł  cichy  dźwięk
harmonijki.

Dopiero teraz zauważył, że w wodzie przy „Etiopskiej Bogini” stoi Edi. Harmonijkarz trzymał ręce przy twarzy,

jakby chciał rozgrzać je swoim oddechem. Między jego palcami coś połyskiwało lekko, odbijając nadal sączącą się
spomiędzy  drzew  poświatę.  Marek  mógłby  przysiąc,  że  to  coś  jest  złote,  choć  oczywiście  w  półmroku  i  z  tej
odległości nie widział zbyt dobrze.

Skórzany  Potwór  odwrócił  się  i  dłuższą  chwilę  stał  jak  zaczarowany,  podczas  gdy  Edi  grał.  Wyglądało  to  tak,

jakby przedziwna, nieziemska melodia zawładnęła ciałem potwora, zmusiła je do posłuszeństwa.

„Może jeszcze wyjdziemy z tego cało” – przeleciało przez głowę Markowi, ale w tej chwili bestia się poruszyła.

Nadal powoli, jakby musiała przeciwstawić się niewidocznej sile, zaczęła iść w stronę harmonijkarza. Gdy znalazła
się tuż koło niego, z namaszczeniem uniosła sztylet i nieśpiesznym, ciężkim ruchem wbiła ostrze w pierś Ediego.

Harmonijkarz  szarpnął  się  spazmatycznie,  a  spomiędzy  jego  złożonych  dłoni  pociekła  krew.  Nie  przestał  jednak

grać. Nawet kiedy ciało zwisło bezwładnie, melodia trwała nadal. Zdawała się wypływać z niego razem z życiem.

Skórzany Potwór spróbował cofnąć ostrze, ale nie mógł. Zawył rozpaczliwie. Z jego ciałem zaczęło dziać się coś

dziwnego. Gniło i usychało, poczynając od uzbrojonego ramienia.

Dla  Marka  w  tym  momencie  czar  prysł.  Ogarnął  go  rodzaj  zimnej  furii,  podobnej  nieco  do  tego  nienaturalnego

spokoju, który odczuwał wcześniej. Ponownie wypełniła go pewność, że bardzo dobrze wie, co należy uczynić.

Podbiegł do Skórzanego Potwora i z całej siły uderzył złożonymi rękami w wyciągnięte ramię, które zdawało się

przylepione do korpusu umierającego harmonijkarza. Ramię nieoczekiwanie pękło jak spróchniały badyl. Nawet nie
pociekła  z  niego  krew.  Stwór  z  impetem  przewrócił  się  do  wody,  a  Marek  wyszarpnął  sztylet  z  piersi  Ediego.
Krótkim, idealnie wymierzonym pchnięciem wbił go w szyję gramolącego się monstrum. Skórzany Potwór padł i już
się nie poruszył. Nie było trzeba wycinać mu serca. Marek nie miał pojęcia, skąd to wie, ale był pewny.

Ogarnął  go  kokon  ciszy.  Wszystko  dookoła  zamarło.  Prorok  i  nadal  stojący  na  pokładzie  „Etiopskiej  Bogini”

background image

Benek  przyglądali  mu  się  bez  słowa.  Poprawił  zwisający  mu  z  szyi  futerał  z  aparatem  i  zaczął  brnąć  przez  płytką
wodę w stronę lśniącej na brzegu błękitnej kuli światła. Tym razem nic nie zagrodziło mu drogi.

Stanął twarzą w twarz z cudowną boginią.
Jej doskonałe rysy zachwyciły go po raz kolejny. Uśmiechnęła się, a jego ogarnął smutek. W tym uśmiechu była

niema prośba, której on nie mógł spełnić. Coś zatoczyło krąg i coś się wypełniło. Nie wiedział dokładnie, co. Bardzo
niewiele rozumiał ze świata bogów.

Bogini  delikatnie  dotknęła  jego  dłoni,  którą  bezwiednie  zacisnął  na  pasku  od  aparatu.  Popatrzył  na  jej  smukłe

palce. Przełknął głośno ślinę. Odsunął dłoń Weroniki i wyciągnął aparat z futerału. Totem.

Uruchomił go. Wszedł w tryb przeglądania zdjęć. Woda najwyraźniej nie zaszkodziła elektronice.
Obrazy przewijały się przed jego oczami, podczas gdy w jego umyśle przewijały się słowa.
Czy nie mówił nam jakoś w zeszłe święta Jacek Zalewski, że Jasiu kojfnął?
Spaliła się do samych fundamentów. A mówiłem tej pijanej cipie, żeby gasiła peta, kiedy zbiera obrusy do prania.
Za życia ci ludzie porywali autostopowiczów. Dziewczęta sprzedawali do nielegalnych burdeli. Chłopców różnie.

Albo też do burdeli, albo na organy.

Panuje opinia, że samobójstwo zawsze ma jedną konkretną przyczynę.
Tak,  Marku,  tak  to  właśnie  wyglądało.  Nieprzyjemna  sprawa,  co?  Tyle  krwi.  Sądzisz,  że  rodzicom  udało  się

domyć wannę? No i taki blady jesteś… I żebyś się chociaż równo poharatał, a ty co? Trzęsła się rączka, prawda?

Marek spróbował przełknąć, ale miał sucho w ustach. W gruncie rzeczy już wcześniej wiedział. Nie wierzył ani

sobie, ani Prorokowi. Wiedział, co wydarzyło się naprawdę. A jednak wolał się oszukiwać.

Ale, ale… W aparacie zostało jeszcze jedno zdjęcie, prawda? Nie obejrzysz go?
Marek powoli pokręcił głową, jakby próbował odpowiedzieć na czyjeś pytanie.
Żeby mogło się wydarzyć to, co się musi wydarzyć.
Jak mogłeś tak mnie zwodzić, Proroku? Czy nie wiedziałeś? Naprawdę nie wiedziałeś?
Marek  schował  aparat  z  powrotem  do  futerału  i  powoli  uniósł  sztylet.  Ostrze  bez  oporu  weszło  w  ciało  bogini.

Weronika upadła na ziemię, a on pochylił się, żeby wyciąć jej serce. Zawinął je delikatnie w skraj czarnej koszulki,
poprawił pasek od aparatu, który teraz stał się jego totemem, i skierował się w stronę łodzi. Musieli jeszcze popłynąć
na wyspę.

Żeby mogło się wydarzyć to, co się musi wydarzyć.
Teraz się przemieniłem. Teraz mogę zacząć wszystko od nowa.

background image

Psychol

Jan  Serdecz  urodził  się  pierwszego  kwietnia  tysiąc  dziewięćset  osiemdziesiątego  drugiego  roku,  ale  ani  nie  był

serdeczny, ani nie miał poczucia humoru. Jego matka, Teresa z domu Żołądek („Przez żołądek do serca, hi, hi, hi” –
zwykła  mawiać,  zapytana,  jak  poznała  swojego  męża),  była  dobrą  kobietą,  która  zawsze  dbała,  aby  Jan  miał
zawiązane  oba  buty,  i  nauczyła  go  patrzeć  w  prawo,  w  lewo,  a  potem  znowu  w  prawo  przy  przechodzeniu  przez
jezdnię. Jego ojciec, Jan Serdecz senior (po narodzinach juniora zapuścił wąs i zaczął się tytułować Senior Karamba,
ale nikogo to nie śmieszyło) pracował jako tramwajarz, rzadko się upijał i nigdy nie bił syna.

Oboje  rodzice  po  małym  Jasiu  spodziewali  się  wielkich  rzeczy.  Matka  wierzyła,  że  pewnego  dnia  zostanie

milionerem, a ojciec wymarzył dla niego karierę najlepszego tramwajarza w całym mieście. Wyszło jak zwykle. Jaś
skończył technikum, uparł się na jakieś bzdurne studium, z którego go szybko wyrzucili i koniec końców wylądował na
poczcie.  Trzeba  zaznaczyć,  że  pokładane  w  nim  nadzieje  nie  poszły  całkiem  na  marne,  gdyż,  kiedy  już  okrzepł  w
zawodzie, szybko awansował i w wieku niespełna lat trzydziestu został zastępcą kierownika.

W pracy nie był lubiany. Podwładni uważali, że jest złośliwy i nie da się ukryć, że mieli sporo racji. Nie żeby był

zupełnym potworem, ale sprawiało mu przyjemność, kiedy jakaś pani Krysia lub Joasia walnęła byka przy odbiorze
awizo,  włożyła  kopertę  w  złą  przegródkę  czy  pomyliła  się  w  rachunkach.  W  tego  typu  sytuacjach  uśmiechał  się
pobłażliwie i tłumaczył słodkim głosem, nad którym długo pracował po nocach:

− Nie możemy sobie pozwolić na takie błędy, pani Krysiu lub Joasiu, wielu ludzi polega na nas. Czy pani sprawia

przyjemność,  kiedy  poczta  nie  przychodzi  na  czas  albo  kiedy  przesyłka  gdzieś  się  zagubi  w  drodze?  A  przecież
wystarczy  odrobina  więcej  uwagi,  prawda,  pani  Krysiu  lub  Joasiu?  Tylko  odrobinka.  Przecież  zawsze  można
sprawdzić  dwa  razy,  nawet  jeśli  się  nie  uważało  w  szkole  na  lekcjach  matematyki,  co  zresztą  całkiem  rozumiem.
Proszę  o  tym  pamiętać,  pani  Krysiu  lub  Joasiu,  bo  to  nie  do  pani  potem  przychodzą  zażalenia,  lecz  do  pana
kierownika, a to, jak oboje dobrze wiemy, oznacza, że muszę się nimi zająć ja.

Nic dziwnego, że ktoś taki jak on nie ożenił się, ani nie był nawet zagrożony ożenkiem. Życie jego zbyt pełne było

obowiązków  i  odpowiedzialny  był  za  zbyt  wiele  rzeczy  i  osób,  by  móc  sobie  jeszcze  głowę  zaprzątać  rodziną.
Zresztą,  każdego  dnia,  kiedy  po  pracy  wsiadał  w  samochód  i  wracał  do  swojego  schludnego,  dwupokojowego
mieszkanka, przepełniało go poczucie satysfakcji z dobrze spełnionego obowiązku.

Nic jednak nie może trwać wiecznie, prawda? Dlatego w życiu Jana Serdecza nastąpiła w końcu katastrofa.
Wszystko  zaczęło  się  niewinnie.  Jan  wyszedł  właśnie  z  pracy,  otoczony  swym  zwykłym  obłoczkiem

samozadowolenia,  gdy  nagle  dostrzegł  coś,  co  wytrąciło  go  z  równowagi.  Na  drzwiach  jego  siedmioletniego,
granatowego  forda  pojawiła  się  rysa.  Nie  była  duża,  właściwie  trudno  ją  było  nawet  dostrzec,  ale  była  –  i  to
wystarczyło.

Jan wpatrywał się w nią dłuższy moment, jakby nie mógł uwierzyć w świadectwo oczu swoich. Schylał się, głowę

przekrzywiał, nawet dotknął rysy palcem. Była tam, naprawdę tam była.

„No i co z tego, że mam rysę na samochodzie? – pomyślał Jan. – Samochody ciągle się rysują. Wystarczy, że jakiś

kamień wypryśnie spod kół”.

Niestety,  stwierdzenie  to  wcale  go  nie  uspokoiło  i  przez  całą  drogę  powrotną  rozmyślał  o  rysie.  Dopiero  kiedy

zajechał pod dom, pogodził się z tą niespodziewaną zmianą w swoim życiu (albo przynajmniej tak mu się wydawało).

− No i co z tego, że mam rysę na samochodzie? – zapytał na głos, wysiadając ze starego forda.
Ruszył w kierunku swojego bloku i wtedy właśnie nastąpiło kolejne niechciane i niespodziewane wydarzenie: od

strony  altanki  śmietnikowej  jego  uszu  dobiegło  ciche  skomlenie.  Być  może,  gdyby  nie  znalazł  wcześniej  rysy  na
drzwiach  samochodu,  nie  zwróciłby  na  nie  w  ogóle  uwagi,  ale  jedna  rzecz  już  się  dokonała,  więc  teraz  musiała
nastąpić kolejna. Jan zboczył z prowadzącego do bloku chodnika i zajrzał do altanki.

Leżał za nią pies, przedstawiający istny obraz nędzy i rozpaczy. Miał wyliniałą sierść, zapadnięty brzuch, krzywe,

wystające  żebra  i  zaropiałe  oczy.  Leżał  i  skomlał,  bo  już  na  nic  innego  nie  starczało  mu  sił,  nawet  nie  zareagował,
kiedy w pobliżu pojawił się człowiek.

Jan przyglądał mu się długo, jeszcze dłużej niż przedtem rysie na drzwiach. W końcu jednak poczuł się głupio i

wrócił na właściwą ścieżkę. Nie mógł się jednak powstrzymać i nie pomyśleć: „Biedny…”.

Potem wrócił do domu i próbował zapomnieć o niepokojących wydarzeniach dnia. Prawie mu się to udało, ale,

gdy nadeszła noc, zasnął i miał bardzo dziwny sen.

Śniło mu się, że jest małym chłopcem i mieszka z rodzicami na wsi (nie miało to nic wspólnego z rzeczywistością,

w istocie całe dzieciństwo spędził w mieście). Pewnego ranka przyszedł do niego jego własny pies (jako żywo nigdy
nie miał psa, a jednak był przekonany, że ten należy do niego) i obudził go, ciągnąc za rękaw.

background image

Mały Jaś usiadł na łóżku, ziewnął i przetarł oczy.
− O co chodzi? – zapytał. – Jeszcze ciemno, czego mnie zrywasz?
Pies nie odpowiedział. Pociągnął Jasia za nogawkę.
− No dobra, idę, nie ma o co się awanturować.
Razem wyszli z pokoju, zeszli po schodach do sieni, a potem przez werandę wydostali się na podwórko. Słońce

jeszcze nie wstało, ale niebo zaczynało już szarzeć. Trawa na podwórku była mokra i pachniała tak intensywnie, jak
potrafi tylko trawa zapamiętana z dzieciństwa. Kilka centymetrów nad nią unosiła się lekka mgiełka.

Pies pociągnął Jasia do stodoły.
− O co ci chodzi? – zapytał Jaś. – Nie będę tam wchodził, tata trzyma tam wszystkie swoje maszyny.
A jednak, kiedy pies wśliznął się przez uchylone drzwi, Jaś wszedł za nim.
Wewnątrz stodoły pachniało smarem i sianem. Większą część przestrzeni zajmowały rozmaite maszyny rolnicze i

ogrodowe.  Pies  pobiegł  prosto  pod  jedną  ze  ścian,  gdzie  stał  niewielki  traktorek-kosiarka.  Tam  przysiadł  i  zaczął
skomleć.

− Co jest? – spytał Jaś. – Coś jest nie tak z tą kosiarką? Pokaż.
Pies posłusznie poskrobał pazurami w jedno z kół. Jaś przyklęknął i zaczął je oglądać, jednak nie mógł stwierdzić,

co  jest  z  nim  nie  tak.  Dopiero  po  chwili  wpadł  na  to,  żeby  sięgnąć  pod  podwozie  i  starannie  obmacać  mocowanie
koła.

− Oś jest pęknięta – powiedział do psa. – Tata nie może jeździć kosiarką z popsutą osią. Musimy to naprawić.
Pies parsknął z aprobatą.
Wzięli  się  za  robotę  jak  zawodowcy.  Unieśli  kosiarkę  na  podnośniku,  podsunęli  pod  nią  matę,  na  której  ułożyli

starannie dobrane narzędzia, podciągnęli sobie ręczne lampy na długich przewodach. W pierwszej kolejności należało
zdjąć  koła.  Zabrał  się  za  to  Jaś,  pies  czuwał  nieopodal.  Kiedy  jedno  koło  było  już  zdjęte,  a  drugie  trzymało  się  na
ostatniej śrubie, pies nagle szczeknął, zaskomlał i uciekł.

Jaś wypełzł spod kosiarki, żeby zobaczyć, co się dzieje. W tym momencie otworzyły się drzwi do stodoły.
Na pewno znacie to uczucie, które wtedy ogarnęło Jasia. Ciekawi mnie tylko, kto czyha za drzwiami w waszych

koszmarach? Czy to ktoś, kogo znacie, czy może jakaś wymyślona postać? I czego chce, dlaczego na was czeka?

W  przypadku  Jasia  osobą,  która  wkroczyła  przez  otwarte  podwójne  drzwi  stodoły,  był  Ojciec.  Trudno

powiedzieć,  czy  dokładnie  Senior  Karamba,  ale  w  każdym  razie  Ojciec.  Wszedł,  rozejrzał  się  gniewnie  po
pomieszczeniu i nagle zamarł. Jego oczy zatrzymały się na Jasiu.

− Co ty tu…? – zaczął, postępując pół kroku w jego stronę. Wtem twarz mu poczerwieniała. – Coś ty, gnoju, zrobił

z moją kosiarką?!

Jaś nie zdołał nic odpowiedzieć. W ułamku sekundy Ojciec znalazł się tuż przy nim, uniósł go z ziemi i brutalnie

odrzucił  na  bok.  Następnie  przyklęknął  przy  częściowo  rozmontowanej  maszynie  i  przystąpił  do  oględzin.  Kiedy
przekładał kolejne części, jego dłonie poruszyły się szybko jak chwytaki maszyny. Przez cały czas sapał, wyrzucając z
siebie nieprzerwany strumień złorzeczeń:

− Gnój cholerny ciągle się plącze gdzie go nie trzeba no jak mi coś tu to ja mu gnój cholerny żeby go cholera gnoja

jednego…

Nagle zamilkł. Jego dłonie zawisły nieruchomo w powietrzu. Podniósł się z kolan i odwrócił w stronę Jasia.
− Więc to tak – powiedział dziwnie spokojnie i cicho. – Więc to tak… Podejdź no tu… Dobrze. Zdejmij spodnie.

Wypnij się.

Jaś  wykonał  posłusznie  wszystkie  polecenia.  Wiedział,  co  teraz  nastąpi,  więc  zamknął  oczy  i  zaczął  sobie

wyobrażać, że to jakiś inny chłopiec, wcale nie on, czeka na karę. Chłodna dłoń Ojca musnęła jego nagie pośladki.
Potem  usłyszał  chrząknięcie,  brzęknięcie  i  świst  przecinanego  powietrza.  Ojciec  przywalił  mu  z  całej  siły  grubym
łańcuchem od traktora.

Jaś upadł na twarz, wyjąc z bólu. Zakrył pośladki dłońmi i rozpłakał się.
Ojciec  nie  uderzył  go  drugi  raz.  Spokojnie  zwinął  łańcuch  i  odwiesił  na  miejsce  na  ścianie.  Potem  kucnął  przy

zawodzącym  chłopcu,  odciągnął  na  bok  jego  dłonie  i  delikatnie  pogłaskał  zaczerwienione  pośladki.  Nie  zwrócił
uwagi na odrobinę krwi, która sączyła się z rozciętej skóry.

− Masz teraz nauczkę – powiedział niemal czule. – Nie będziesz więcej psuł moich rzeczy, co? Nie będziesz psuł

zabawek tatusia?

Następnie wstał i wyszedł ze stodoły, głośno zatrzaskując za sobą drzwi.
Na dźwięk tego trzaśnięcia Jan poderwał się z łóżka. Był zlany potem i cały dygotał. Czuł też, że z bólu i strachu

zasikał  piżamę.  Dopiero  po  chwili  uświadomił  sobie,  że  nie  jest  wcale  małym  chłopcem  i  nie  został  dopiero  co
stłuczony przez ojca. Ogarnął go wstyd.

Z  obrzydzeniem  ściągnął  z  siebie  piżamę,  zerwał  też  wilgotne  prześcieradło  z  łóżka.  Zwinął  wszystko  razem  w

kulę, którą wrzucił do wanny, aby zalać ją wodą. Potem, cały czas goły jak go Pan Bóg stworzył, wparował do kuchni,

background image

otworzył lodówkę, wyjął z niej karton mleka i wypił prawie cały jednym duszkiem. Wreszcie siadł przy stole. Trzęsąc
się z zimna, siedział tam przez godzinę.

Tymczasem  za  oknem  powoli  zaczął  wstawać  dzień.  Zimne  kwietniowe  słońce  z  trudem  przebiło  się  przez

szczelną  powłokę  chmur,  oświetlając  szare  bloki  i  brudne  ulice.  Nadszedł  nieprzyjemny,  mokry,  wczesnowiosenny
poranek.

Kiedy blade światło wypełniło kuchnię, Jan drgnął.
Był zmarznięty i niewyspany, ale powoli wychodził z szoku. Poszedł do łazienki, żeby uprać pościel i piżamę, a

także samemu się wykąpać i wyszykować do pracy. Cały czas czuł jednak, że coś się zmieniło.

Gdy już się umył i ubrał, zamiast usiąść do śniadania, wygrzebał z szafki nowy karton mleka. Wziął też jakąś starą

miskę i pętko kiełbasy podwawelskiej. Z tym wszystkim w rękach wyszedł z mieszkania, nie zamykając za sobą drzwi.
Na klatce wcisnął przycisk przyzywający windę, ale po paru sekundach znudziło mu się czekanie, więc zbiegł na dół
po schodach. Udał się prosto do altanki śmietnikowej.

Pies nie żył. Jego pies ze snu… Nie, nie, przecież to nie jego pies, tamten należał do kogoś innego, a w ogóle to

przecież ten chłopiec nie był nim…

Nie był?
Jan rzucił wszystko, co trzymał, na ziemię. Zawrócił w stronę bloku, a potem znów w stronę parkingu. Stanął przy

swoim samochodzie. Nie miał kluczyków.

Biegiem wrócił po nie do mieszkania.
Kiedy w końcu udało mu się dostać do starego forda, oparł obie ręce na kierownicy i długo wpatrywał się przez

przednią szybę w przestrzeń. Co miał teraz robić? Jechać do pracy i udawać, że nic się nie stało? Ale zmiany już się
dokonały, nie udało mu się ich powstrzymać… Więc co?

Zapalił  silnik  i  ruszył  na  miasto.  Odruchowo  skierował  się  ku  poczcie,  ale  po  dwóch  przecznicach  zboczył

gwałtownie z trasy. Zaczął przyspieszać. Silnik warczał głośno z bólu i rozkoszy. Wyciągali już osiemdziesiąt i to na
drugim biegu.

Jan nagle poczuł, że przepełnia go uniesienie. Tak, właśnie to powinien teraz robić, gnać na oślep przed siebie. Po

raz pierwszy w życiu był wolny i, do cholery, było mu z tym dobrze. Na jego twarzy pojawiły się wypieki, a w kroczu
poczuł przyjemne mrowienie. Chyba mu stawał.

Wrzucił  trójkę  i  przyspieszył  jeszcze  bardziej.  Mknął  ulicami,  ścigając  się  z  innymi  samochodami.  Olewał

czerwone światła. Kilka razy ledwo uniknął zderzenia, ale to tylko podnieciło go jeszcze bardziej. Zdawało mu się, że
gniewne trąbienie innych to rodzaj fanfary na jego cześć.

Drogowe  szaleństwa  zbrzydły  mu  dopiero  po  dłuższym  czasie.  Przystanął  na  jakichś  światłach  i  zaczął  się

zastanawiać, co robić dalej. Jego telefon wibrował bez przerwy od ósmej, więc na dobry początek postanowił się go
pozbyć.  Rozważał  właśnie,  czy  byłoby  lepiej  zrzucić  go  z  mostu,  czy  cisnąć  pod  koła  pędzącego  tramwaju,  gdy  na
pasie obok stanęła śmieciarka. Na jej pace, przywiązana za łapy do jakiegoś pręta, wisiała pluszowa małpa.

Małpa  była  duża,  mniej  więcej  wielkości  siedmioletniego  dziecka,  tylko  trochę  bardziej  przysadzista.  Miała

brudne,  różowe  futro  oraz  buro-białe  łapy  i  taki  sam  pysk.  Brakowało  jej  jednego  oka,  ale  drugie  –  duże,  okrągłe  i
czarne  –  patrzyło  z  niezwykłym  jak  na  małpę  wyrazem  inteligencji.  W  dodatku  patrzyło  prosto  na  Jana,  który  pod
wpływem tego spojrzenia opuścił boczną szybę i wychylił się w tamtą stronę.

− Pomóż mi – powiedziała małpa. – Zabierz mnie stąd. Nie chcę trafić na wysypisko, to niesprawiedliwe, żeby

kogoś karać tylko za to, że jest niepotrzebny.

− Jak mam ci…? – zaczął Jan, ale w tym momencie światło się zmieniło i śmieciarka ruszyła.
Jan wrzucił jedynkę i pognał za nią.
Czuł,  że  to  niezwykle  ważne,  aby  uratować  Różową  Małpę,  ale  nie  miał  pojęcia,  jak  to  zrobić.  Potrzebował

jakiegoś  planu.  Myśli  rozpaczliwie  ganiały  po  jego  głowie,  kiedy  mknął  ulicami  za  śmieciarką.  Z  całą  pewnością
musiał poczekać na dobrą okazję. Póki wielka ciężarówka pozostawała w ruchu, nie było mowy o dostaniu się do jej
paki. Ale  co,  jak  się  zatrzyma?  Czy  będzie  mógł  tak  po  prostu  podejść  i  odebrać  śmieciarzom  ich  trofeum?  Nie,  na
pewno nie. Różowa Małpa była zbyt cenna, żeby mogli ot tak ją oddać. Nie miał pojęcia, skąd to wie, ale był tego
pewien.

„Najważniejsza rzecz to nie stracić tej cholernej śmieciarki z oczu” – pomyślał.
Jak wiadomo, takie myśli kuszą los.
Zbliżali  się  właśnie  do  dużego  skrzyżowania  ze  światłami.  Ruch  na  ulicach  powoli  robił  się  coraz  większy.

Światło zmieniło się na pomarańczowe. Śmieciarka ledwo się na nie załapała. Jan zebrał się w sobie, by śmignąć na
czerwonym,  zanim  ruszą  samochody  z  poprzecznej  ulicy,  jednak  w  tym  momencie  samochód  z  sąsiedniego  pasa
zajechał mu drogę, więc musiał dać ostro po hamulcach. Rozwścieczony rąbnął w klakson, ale cóż to dało?

„Nie panikuj – zrugał się w myślach. – Za kilkaset metrów są kolejne światła i pewnie będzie już niewielki korek.

Tam ją dogonisz”.

background image

Kiedy światło zmieniło się z powrotem na zielone, zatrąbił ponownie i o mało nie wjechał w tył palantowi, który

zajechał mu drogę. Gdyby mógł, najchętniej przepchnąłby go przez skrzyżowanie.

W końcu minął przecznicę. Tuż za nim przemknęła karetka.
Zgodnie  z  przewidywaniami  po  kilkuset  metrach  natknął  się  na  korek.  Śmieciarka  stała  zaledwie  kilka

samochodów przed nim.

„Nie panikuj, teraz ci nie ucieknie” – pomyślał, po raz kolejny kusząc los.
Jakby w odpowiedzi na jego myśl, ze skrzyżowania za nim wyłonił się radiowóz. Podjechał blisko, odpalił koguta

i zaczął coś nadawać przez megafon.

− Rerowcagrantowegofrdapszetrzymaćpasd.
W pierwszej chwili Jan nie zareagował. Policjant powtórzył swoje polecenie, tym razem wyraźniej:
− Kierowca granatowego forda: proszę zatrzymać pojazd.
Jan  w  bezsilnej  złości  uderzył  rękami  o  kierownicę  i  zjechał  na  chodnik.  Kątem  oka  dostrzegł,  że  śmieciarka

włącza prawy migacz. Zbliżała się już do skrętu.

Policyjny  radiowóz  stanął  tuż  obok.  Siedzący  w  nim  policjant  zaczął  się  gramolić  na  zewnątrz.  Widząc  to,  Jan

wyskoczył  z  samochodu.  Musiał  jak  najszybciej  załatwić  tę  sprawę.  Był  gotów  zapłacić  każdy  mandat,  byle  tylko
ruszyć już w dalszą pogoń.

Niestety jego gorliwość nie spotkała się z dobrym przyjęciem.
−  Ej!  –  krzyknął  policjant,  przyjmując  groźną  postawę  i  opierając  dłoń  na  zawieszonej  przy  pasku  pałce.  –  Nie

wolno wysiadać z pojazdu!

− Przepraszam – jęknął Jan, ale nie wsiadł z powrotem. – Bardzo się spieszę, przepraszam, już płacę…
− Wsiadaj do wozu! – ryknął policjant, wyszarpując pałkę.
Tym  razem  Jan  posłuchał.  Niezgrabnie  wpadł  do  samochodu  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.  Tymczasem  gliniarz

obszedł dookoła jego forda, uważnie oglądając rejestrację i światła. Nie spieszył się. W końcu podszedł do okna od
strony kierowcy i zapukał w nie pałką, którą ciągle trzymał w dłoni.

− Tak lepiej – burknął, kiedy Jan opuścił szybę. – Poproszę dokumenty i kartę pojazdu.
Jan drżącymi, zimnymi palcami zaczął grzebać po kieszeniach. Po chwili uświadomił sobie, że przecież nie wziął

z domu portfela. Miał tylko przepustkę parkingową z wielkim numerem 40, ale bez żadnych istotnych danych.

− Co mi pan tu daje? – parsknął tamten. – Dokumenty!
− Tak, tak, oczywiście – Jan postanowił grać na zwłokę. – O co chodzi, panie policjancie? Naprawdę bardzo się

spieszę… Czy złamałem jakieś przepisy?

Gliniarz nie odpowiedział. Wyrwał mu z ręki przepustkę i zaczął oglądać.
− Janie! − Jan drgnął. Głos dobiegł z tylnego siedzenia jego samochodu. To był głos Różowej Małpy. – Nie ma

czasu, musisz mi pomóc… Ciężarówka już skręca…

Jan nie odważył się obejrzeć ani spojrzeć w tylne lusterko, popatrzył za to za śmieciarką. Faktycznie była tuż przy

skrzyżowaniu.

− Panie policjancie, naprawdę się spieszę… − powiedział.
− Nie ustąpił pan pierwszeństwa pojazdowi uprzywilejowanemu.
− Słucham?
Policjant chyba się zdenerwował, bo zrezygnował z uprzejmości.
− Karetki nie widziałeś? – warknął.
− Nie… Naprawdę…
− Janie, nie ma czasu!
− No to na przyszłość będzie pan bardziej uważał – powiedział znów spokojnie policjant. – Takie wykroczenie to

pięćset złotych i sześć punktów.

− Tak, oczywiście, bardzo mi przykro – odparł Jan. – Już płacę…
− Chwileczkę, chwileczkę, niech się pan tak nie spieszy. Muszę sobie dobrze obejrzeć to pańskie autko. Tablice

ma pan takie syfne, że numerów nie da się rozczytać. Nie jest przypadkiem sprowadzane?

− Nie, chyba… na pewno… nie…
− Janie, nie ma czasu! – powtórzyła Różowa Małpa.
− Więc co mam zrobić? – jęknął Jan.
− Co proszę? – zdziwił się policjant.
− Zabij go – powiedziała Małpa.
Jan zamarł.
„Zabij go…” – pomyślał.
Jak miał to zrobić? Przecież nie mógł… Człowieka zabić? Nie, nie…
− W schowku masz nożyczki. Pamiętasz? Trzy dni temu pani Krysia zgubiła nożyczki, więc szef kazał ci szybko

background image

skoczyć po nowe. Ale zanim wróciłeś, tamte już się znalazły.

− Nie mogę… − jęknął Jan.
− Musisz! – odparła Małpa.
− Nie wiem, co z panem jest nie w porządku, ale będę musiał prosić, aby wysiadł pan z samochodu – powiedział

policjant.

− Nie mogę – powtórzył Jan i z całej siły uderzył go drzwiami. Następnie zapalił silnik i ruszył po chodniku w

stronę  skrzyżowania.  Co  chwila  trąbił.  Ludzie  przed  nim  krzyczeli,  uskakiwali  na  boki.  Starał  się,  jak  mógł,  żeby
nikogo nie potrącić. W końcu udało mu się dopchać do skrętu i zjechał z powrotem na ulicę.

Po śmieciarce nie było śladu.
− Skręć tu w lewo! – krzyknęła Różowa Małpa z tylnego siedzenia. − Odetniesz jej drogę!
Bez zastanowienia wykonał polecenie. Wjechał w drogę jednokierunkową.
Prosto  na  niego  szarżował  wielki  nissan  navara.  Jan  obrócił  gwałtownie  kierownicę.  Koła  jego  forda

zabuksowały na śliskiej nawierzchni. Wizg klaksonu przeszył powietrze.

„Tylko nie hamuj” – przypomniał sobie Jan z kursu na prawo jazdy.
Spróbował kontrować kierownicą. Cudem minął się z nissanem. Zarzuciło go na chodnik. Skosił śmietnik, przytarł

latarnię, ale jakoś udało mu się wrócić na drogę.

Skręcił przy najbliższej okazji, wracając na normalną, dwukierunkową ulicę. Zaledwie kilkadziesiąt metrów przed

nim toczyła się spokojnie śmieciarka. Odetchnął z ulgą. Mógł teraz chwilę odpocząć, jadąc powoli, jak na uczciwego
obywatela przystało.

− Policja będzie cię szukać – upomniała go Różowa Małpa.
− Wiem, nic na to nie poradzę – odpowiedział.
− Trzeba było zabić tamtego gliniarza.
− Tak, bo wtedy to by mnie nie szukali.
− Zrobiłoby się zamieszanie, śledztwo. Minęłoby sporo czasu, zanim ktoś by zrozumiał, co się właściwie stało. A

tak, facet zaraz się pozbiera, zgłosi cię na komendę, wezwie posiłki.

− Nie wie, gdzie pojechałem…
− Zgłupiałeś? Niedługo będzie o tobie  wiedział  każdy  patrol  w  mieście.  Nawet  jeśli  uda  ci  się  mnie  wydostać,

policja przyjdzie po ciebie. Dopadną cię.

Małpa miała rację, oczywiście. Zachował się jak kompletny idiota. Ale ostatecznie jakie to miało teraz znaczenie?
− Trudno – powiedział Jan. – Już nic na to nie poradzimy. Najpierw wydostańmy cię z łap tych śmieciarzy, potem

będziemy się martwić. Masz jakiś pomysł, jak to zrobić?

Małpa milczała przez chwilę.
−  Kierują  się  na  wylotówkę  –  powiedziała  w  końcu.  –  Znaczy,  że  będą  zjeżdżać  do  bazy.  Wyprzedź  ich,

poprowadzę cię na wysypisko. Zaczaisz się tam na nich, a kiedy przyjadą… No cóż, będziesz wiedział, co robić.

Jan  posłusznie  przyspieszył  i  wyprzedził  śmieciarkę.  Prowadzony  przez  Różową  Małpę  w  niespełna  kwadrans

dojechał  na  wysypisko.  Samochód  zostawił  na  chodniku  pod  bocznym  ogrodzeniem,  a  sam  przelazł  przez  siatkę.
Przekradając się między kupami rozmaitego śmiecia, doszedł pod główną bramę. Tam przyczaił się i obserwował.

Śmieciarka nadjechała po kilku minutach. Wysiadło z niej dwóch facetów. Trzeci wyszedł ze stróżówki i zaczął z

nimi  gadać.  Z  tej  odległości  Jan  nie  był  w  stanie  rozróżnić  słów,  docierał  do  niego  tylko  jednostajny  bełkot,
przerywany od czasu do czasu wybuchami śmiechu. W pewnym momencie jeden ze śmieciarzy wrócił do ciężarówki i
zdjął  z  paki  małpę.  Rzucił  ją  stróżowi.  Tamten  coś  powiedział  i  wszyscy  wybuchli  śmiechem.  Potem  dwaj  faceci
załadowali się z powrotem do swojego wozu. Śmieciarka odjechała w głąb wysypiska, a stróż chwycił małpę za łapy
i na pożegnanie zakręcił nią nad głową. W końcu wrócił do swojej budki.

Jan poczuł, że nadeszła jego szansa. Podkradł się pod stróżówkę. I zamarł.
Nie wiedział, co robić.
Przecież nie będzie urządzał jakiejś akcji antyterrorystycznej. Nie, nie tak należało się za to zabrać.
Przeszukał  spodnie  i  w  jednej  z  kieszeni  znalazł  pięć  dych.  Powinno  wystarczyć.  Ostatecznie  dla  stróża  Małpa

była  tylko  starą  zabawką. Ale  co,  jeśli  nie  wystarczy?  Co,  jeśli  stróż,  podobnie  jak  śmieciarze,  zna  jej  prawdziwą
wartość?

„Wtedy będę się martwił” – pomyślał Jan i wkroczył do stróżówki.
− Dzień dobry – powiedział.
− Dobry – odparł stróż, ledwo odrywając wzrok od małego telewizorka.
Różowa Małpa z nadzieją spojrzała na Jana. Stróż powiesił ją na klamce małego okienka, z łapami zawiązanymi

nad głową.

− Chciałbym kupić tę pluszową zabawkę – powiedział Jan, wskazując Małpę.
Teraz stróż się zainteresował.

background image

− Naszą szczęśliwą małpę?
− Eee… Tak. Mogę panu pięć dych za nią dać.
− Pięć dych? – parsknął stróż. – Panie, co pan? Ta małpa jest warta o wiele więcej.
− Ale… to tylko zwykła pluszowa małpa, prawda?
− To po co pan chcesz ją kupować?
− Tak się składa, że kolekcjonuję akurat małpy tej firmy – skłamał gładko Jan. Nigdy nie miał z tym problemu. –

Wiedział pan, że wyprodukowano ich zaledwie sto?

− Serio? – stróż podejrzliwie zmrużył oczka. – Coś takiego… Kto by pomyślał. Ale małpa nie jest na sprzedaż.
− Człowieku – zirytował się Jan. – Przecież to podarty szmaciak, ile on może być dla ciebie wart? Pięć dych ci

nie starczy?

− To szczęśliwa małpa – wyjaśnił stróż. – Ferdek w zeszłym tygodniu znalazł dzięki niej stówę, a Andrzej i Seba

wczoraj znaleźli prawie trzy. I jeszcze Ferdek wygrał radioodbiornik. Nie, panie, małpa nie jest na sprzedaż. Teraz
jest moja kolej, żeby ją trzymać i nie mam zamiaru tracić okazji.

Jan poczuł, że ogarnia go rozpacz. Nerwowo przetarł czoło.
Małpa wpatrywała się w niego przenikliwie swym jedynym okiem.
− Tym razem będziesz musiał go zabić, wiesz o tym, prawda? – powiedziała.
−  Nie  –  odparł  Jan,  nie  przejmując  się  obecnością  stróża.  –  Słuchaj  pan,  pojadę  do  domu  i  zaraz  przywiozę…

przywiozę… pięć stów. Pasuje? Pięć stów, co?

− Daj pan spokój – odparł stróż. – Takie coś trafia się raz w życiu. Pan mi dasz pięć stów, a jutro bym szóstkę w

totka strzelił. Nie ma głupich.

− Zabij go, to jedyne wyjście – wtrąciła się Małpa.
− Nie, zamknij się, nie mogę! – krzyknął Jan.
Stróż uniósł się z miejsca.
− E, tylko bez awantur! Małpy nie dostaniesz pan i tak, więc lepiej się stąd zabieraj.
− Zabij go. Wiesz, że go nie przekonasz.
− Przekonam – jęknął Jan. – Przekonam…
− No to spróbuj – odparła Małpa. – Przekonaj go, chcę to zobaczyć. Zaproponuj mu swój samochód.
− Panie, słuchaj pan… − zaczął stróż, ale Jan zaraz mu przerwał.
−  Nie,  to  pan  posłuchaj  –  powiedział.  –  Mam  tu  samochód  zaparkowany,  ford,  siedmioletni,  w  dobrym  stanie,

jeszcze nie ma stu tysięcy, oddam go za tę małpę…

− A idź mi pan stąd z tymi banialukami! – zdenerwował się stróż. – Samochody będziesz pan rozdawał? Nie ma

głupich.

−  Spójrz  w  prawo  –  odezwała  się  ponownie  Małpa.  –  Widzisz  klucz  francuski?  Tam,  na  kaloryferze.  Weź  go.

Zabij skurwiela.

− Nie, przecież… Nie! Nie! – rozwrzeszczał się Jan.
Stróż cofnął się trochę. Sięgnął po coś pod biurko.
− Won mi stąd! – krzyknął.
− Nie!
− Zabij go!
− Won, psycholu!
− Zabij!
− Nie!
− Wooooon!!!
Jan obrócił się na pięcie i wybiegł ze stróżówki.
Stróż  opadł  ciężko  na  fotel.  Rozluźnił  się  nieco,  puścił  kij  bejsbolowy,  który  na  takie  wypadki  trzymał  pod

biurkiem. Przyszło mój jednak do głowy, że warto by było zadzwonić po Andrzeja i Sebę. Nigdy nie wiadomo, co taki
psychol…

Drzwi  z  hukiem  wyleciały  z  framugi.  Wpadł  przez  nie  Jan.  Nawet  nie  spojrzał  na  klucz  francuski  leżący  na

kaloryferze. Podbiegł prosto do stróża i wyrżnął go w twarz. Tamten zalał się krwią i przewrócił razem z fotelem. Jan
przeskoczył biurko i siadł mu na piersi. Zaczął go okładać na oślep pięściami.

− Zabij! Zabij! – dopingowała małpa.
Z  początku  stróż  próbował  niezdarnie  się  bronić,  ale  potem  już  tylko  rzęził,  podczas  gdy  Jan  miażdżył  mu  nos,

rozgniatał wargi o zęby i tłukł jego głową o ziemię. Po chwili jego twarz zmieniła się w bezkształtną krwawą masę. Z
pękniętej czaszki sączyła się krew, a uszami wypływała jakaś kleista ciecz.

Jan nawet nie zauważył, kiedy facet umarł. Dopiero po kilku ładnych minutach zorientował się, że okłada trupa.

Wtedy uniósł się z ziemi. Zerwał Małpę z okna i chciał uciekać, ale ona go powstrzymała.

background image

− Musisz zatrzeć za sobą ślady – powiedziała.
− Jak? – zapytał.
− Tam w kącie stoi mała kuchenka gazowa. Wysadź butlę.
− Nie jest trochę za mała?
− Wystarczy, żeby wszystko się od niej zajęło. Tylko podciągnij ciało gdzieś blisko.
− Okej. – Jan przeciągnął martwego stróża w pobliże kuchenki. – Co teraz?
− Oglądałeś „McGyvera”?
− Pewnie.
−  No  to  się  w  niego  zabawimy.  Weź  czajnik.  Załóż  dziubkiem  na  zawór  butli.  Uszczelnij  czymś,  jakąś  szmatą.

Może być i to. Teraz drugą szmatę włóż pod wieczko. Dobrze dociśnij. Odkręć zawór. Masz czym podpalić szmatę?

− Nie.
− Stróż na pewno ma. Musiał czymś zapalać to ustrojstwo.
Jan szybko przejrzał kieszenie stróża. Znalazł paczkę zapałek.
− Świetnie – powiedziała Małpa. – Zapalaj i spadamy.
Jan  podpalił  lont  swojej  amatorskiej  bomby  z  opóźnionym  zapłonem  i  wybiegł  ze  stróżówki  z  Różową  Małpą

przerzuconą przez plecy. Eksplozja nastąpiła chwilę potem. Nie była zbyt widowiskowa, ale zgodnie z planem budka
zaczęła się palić.

Potem poszło już łatwo. Jan przeszedł przez ogrodzenie w tym samym miejscu co wcześniej, wsiadł do samochodu

i pojechał do domu. Gdy tam dotarł, wszedł do sypialni, położył małpę na łóżku, a sam siadł na krześle naprzeciwko
niej. Był wyczerpany.

− No i co będziemy teraz robić? – zapytał.
Małpa nie odpowiedziała.
Jan ziewnął. Był senny, czuł, że oczy same mu się zamykają. W jego głowie wszystkie wydarzenia dnia utworzyły

jedną wielką, niezrozumiałą plątaninę rzeczy, które chyba wcale nie przytrafiły się jemu.

Więc komu?
To proste. Przecież temu chłopcu, który miał psa. Tak, właśnie jemu.
Nagle tkwiący w kieszeni Jana telefon zaczął wibrować. Jan wyciągnął go i przez chwilę patrzył bezmyślnie na

wyświetlacz. Dzwonił szef. Szef… No, jak szef dzwoni, to chyba trzeba odebrać, nie?

Nacisnął zieloną słuchawkę.
− Halo?
− Janek? No, Bogu dzięki, już myślałem, że się do ciebie nie dobiję! Co się z tobą dzieje?
− Bardzo przepraszam, panie kierowniku, ale chyba się czymś zatrułem – odpowiedział Jan. – Obawiam się, że

byłem  do  tego  stopnia  niedysponowany,  że  cały  dzień  musiałem  spędzić  w  łazience  i  to  w  dość  niekomfortowej
pozycji.

− A, to chwała Bogu! – ucieszył się dość nieadekwatnie kierownik. – Już się bałem, że coś poważnego ci się stało,

jakiś, uchowaj Boże, wypadek czy co. A tu u nas urwanie głowy!

− Nie, nie, nic z tych rzeczy. Jutro już będę w pracy, panie kierowniku, niech pan się nie martwi. Przyniosę L4 od

lekarza.

− Oj, to już się nie kłopocz – odparł szybko kierownik. – Grunt, że będziesz. Bez ciebie to mi te baby na głowę by

wlazły. No nic, to zdrowiej i do jutra.

− Do widzenia, panie kierowniku.
Jan  wyłączył  telefon  i  uniósł  wzrok.  Przez  chwilę  przyglądał  się  Małpie.  Jego  myśli  krążyły  wokół  urzędu

pocztowego. Prawie wybuchnął śmiechem, kiedy wyobraził sobie, co szef musiał przeżyć pod jego nieobecność.

Nagle zabrzmiał dzwonek do drzwi, wyrywając go z zadumy. Jan nie zdziwił się, choć pewnie powinien. Wstał,

poszedł  do  przedpokoju,  wyjrzał  na  klatkę.  Stał  tam  jakiś  facet.  Wydawał  się  znajomy,  być  może  był  którymś  z
sąsiadów.

− Dzień dobry – powiedział. – Znalazłem to pod drzwiami… To pańskie?
Jan  zmęczonym  wzrokiem  popatrzył  na  brelok  z  kluczykami  samochodowymi,  który  tamten  trzymał  w  dłoni.

Pokręcił powoli głową, ale na wszelki wypadek obmacał kieszenie. Jego kluczyki były na swoim miejscu.

− To chyba od skody – ciągnął nieznajomy. – Jeśli to nie pańskie, to może wie pan…?
− Nie. Przepraszam – odparł szybko Jan.
− No nic, trudno. To może zostawię je u dozorcy. Do widzenia.
− Do widzenia.
Jan odetchnął z ulgą. Nie miał w tej chwili ochoty z nikim gadać. Musiał przygotować się na następny dzień do

pracy. Nie był pewien, czy ma jeszcze czyste koszule, więc poszedł sprawdzić, czy jakaś wisi na suszarce w łazience.
Okazało się, że nie, więc zajrzał do kosza na pranie. Tak, tam było ich sporo. Cóż, może zdążą wyschnąć przez noc.

background image

Nasypał  proszku  do  komory  w  pralce  i  zaczął  ładować  bęben,  kiedy  w  jego  głowie  odezwał  się  jakiś

ostrzegawczy brzęczyk: „Drzwi! Drzwi! Zamknąłeś drzwi? Przekręciłeś zamek?”.

Obrócił się gwałtownie i wybiegł, ale nie do przedpokoju, tylko do sypialni.
Małpy nie było na łóżku.
Pobiegł  do  kuchni.  Nagle  poczuł,  że  coś  zimnego  pojawiło  się  w  jego  brzuchu.  Na  chwilę  go  zamroczyło. Ale

Małpa tam była, siedziała na stołku przy stole. Całe szczęście… Przecież ktoś mógł ją ukraść, mógł ja porwać!

To  coś  zimnego  w  jego  brzuchu  poruszyło  się  i  nagle  Jan  zrozumiał,  że  łączy  się  jakoś  z  czarną  rękojeścią

kuchennego  noża,  wyrastającą  tuż  pod  zagięciem  jego  koszuli,  nieco  z  boku,  niedaleko  miednicy.  Nóż  spoczywał  w
silnej męskiej dłoni. Jan znał tę dłoń, bo wcześniej widział w niej brelok z kluczykami. Z niedowierzaniem popatrzył
na małpę.

Na biało-burym pysku zagościł bardzo ludzki uśmiech. Jedyne oko błyszczało. Przyglądała się z rozkoszą, jak nóż

obraca się, rozpruwając Janowi jelita.

− I co teraz? – zapytał facet od kluczyków, odpychając od siebie omdlewające ciało.
− Oglądałeś kiedyś McGyvera? – odpowiedziała pytaniem na pytanie małpa.

background image

Lwica

Maria  dość  swobodnie  przepłynęła  od  wieczoru  spędzonego  na  wakacyjnym  seksie,  przez  gorącą  turecką  noc

pełną romantycznych (i nadal trochę erotycznych) fantasmagorii na temat podróży poślubnej, którą odbyli z Andrzejem
siedem  lat  wcześniej,  aż  po  rześki  poranek,  dźwięczący  śpiewem  ptaków  i  powodziami  słonecznego  blasku
wdzierający się przez okno do sypialni. Tak, to jest coś, czego każde małżeństwo od czasu do czasu potrzebuje, jak
okresowy przegląd w samochodzie. Trzeba sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu. Przede wszystkim serce,
choć  i  o  innych  częściach  ciała  nie  należy  zapominać.  Każdy  zabiera  się  za  to  inaczej,  ale  dla  młodych  (jeszcze)
państwa Kosockich powtórka z miesiąca miodowego w Turcji zdawała się strzałem w dziesiątkę.

A przegląd zdecydowanie był im potrzebny. Nad ostatnimi kilkoma miesiącami wisiał jakiś cień, choć Maria nie

mogła sobie przypomnieć, czy coś niedobrego właściwie się działo. Zresztą teraz wszystko to wydawało się nierealne
i dalekie, jak koszmar, o którym zapomina się, gdy tylko wstanie słońce. Gdzieś w tej części jej mózgu, którą zwykła
zwać  „piwnicą”  kryły  się  co  prawda  jakieś  wspomnienia.  Wyglądały  prawdopodobnie  jak  wielka  kula  smarków,
składająca się z szaleństwa pracy i ciągłego stresu. Gdyby chciała, mogłaby z tej kuli coś wydobyć: jakieś migawki
płaczu, fragmenty rozmów z mamą, groźnie pozgrzytujące imię Katarzyna… Ale nie chciała.

Była  siódma  rano,  przez  otwarte  na  oścież  okno  wpływało  pachnące  wakacjami  powietrze,  a  Maria  była

szczęśliwa. Andrzej jak zwykle zerwał się o szóstej, napachnił cały dom kawą i teraz siedział w sąsiednim pokoju,
zapamiętale  waląc  w  klawisze  starej  maszyny  do  pisania,  którą  odziedziczył  po  dziadku.  Innymi  słowy  –  też  był
szczęśliwy. Szczęście Andrzeja objawiało się tym, że wracał do pisania powieści, którą zaczął jeszcze na studiach ‒
koniecznie używając do tego celu totemicznego zabytku z czasów PRL-u.

Maria  przeciągnęła  się  leniwie,  rozkoszując  się  zapachem  swojego  mężczyzny,  którym  była  przesiąknięta  ich

wymięta  pościel.  W  nagłym  przebłysku  czegoś,  co  psychologowie  nazywają  osobowością  narracyjną,  postanowiła
nawet zamruczeć z zadowolenia jak kotka – koniecznie jak kotka, bo tak właśnie czynią zadowolone z życia kobiety w
książkach. Potem uniosła się i…

…zamarła.
Niewielki, piętrowy domek, który państwo Kosoccy postanowili wynająć na wakacje, był malowniczo położony

na  zboczu  porośniętego  drzewami  wzgórza.  Otaczały  go  głównie  pinie  i  trochę  innych  iglaków  o  fantazyjnie
poprzeginanych pniach i rozłożystych konarach. Z daleka wyglądały, jakby chciały się przytulić do stoku. Człowiek,
od  którego  wynajęli  domek  –  Musad,  Musfad,  Mufhad  czy  jakoś  tak  –  powiedział,  że  to  wiatr  je  tak  uformował.
„Jesienią zaczyna tu wiać, jakby wszystkie szejtany kogoś gnały”.

Jedno  z  tych  drzew,  wyjątkowo  stare  i  rozrośnięte,  sięgało  gałęziami  aż  do  okien  na  piętrze  domu.  Jego

rozpłaszczone,  rozłożyste  konary  utworzyły  coś  na  kształt  naturalnego  ganku,  choć  oczywiście  nikt  przy  zdrowych
zmysłach nie próbowałby na nim stawiać foteli. Siadały na nim tylko ptaki i być może to one właśnie zwabiły patrzącą
teraz na Marię…

…kotkę.
Bardzo  dużą  kotkę  o  płowej  sierści  i  okrągłych,  żółtych  ślepiach.  Właściwie…  właściwie…  I  Maria

uświadamiała to sobie bardzo powoli… To nie była kotka. To była lwica.

W  pierwszej  chwili  Maria  nie  poczuła  strachu,  tylko  fascynację,  jakby  była  w  zoo.  Podziwiała  lśniącą  sierść

wielkiej kocicy, jej umięśnione łapy i kształtną głowę. Dopiero po kilku sekundach zdała sobie sprawę, jak niewiele
je dzieli – tylko otwarte okno. Żadnych krat, ani szyb. Ta obserwacja sprawiła, że w umyśle Marii też otworzyło się
jakieś okienko, przez które zaczęły napływać obrazy z telewizji i kolorowych gazet. Widać było na nich lwy atakujące
gazele, gnu, zebry, a także – ludzi. Z tymi obrazami nieuchronnie wlała się fala paniki.

Maria usiadła gwałtownie na łóżku. Chciała krzyknąć, ale z jej ust wydobył się tylko krótki, urwany odgłos, jak

szczeknięcie albo czknięcie. Lwica niespokojnie powiodła za nią wzrokiem. Jej nozdrza rozdęły się. Mięśnie grzbietu
zadrgały, wprawiając płową sierść w falowanie.

‒ „Zawołaj Andrzeja!” – krzyknął jakiś głos w głowie Marii.
Bardzo chciała go posłuchać, ale tymczasem troll zdrowego rozsądku zaczął już wpychać trolla paniki z powrotem

do  piwnicy.  Jeśli  zacznie  się  drzeć,  to  może  sprowokować  lwicę  do  ataku. A  nawet  jeśli  nie,  to  co  zrobi Andrzej,
kiedy wparuje tutaj, zwabiony jej krzykiem? Zatłucze lwa gołymi pięściami? E-e.

‒ „Poczekaj, aż coś odwróci jej uwagę i wtedy bardzo spokojnie podejdź do okna i je zamknij” – powiedział troll

zdrowego rozsądku.

‒ „A jeśli ona rzuci się na mnie?” – odparła w myślach Maria.
‒ „Weź swoją pościel i rzuć jej na głowę. Na jakiś czas się zaplącze. Widziałem to kiedyś na filmie. A ty wtedy

background image

zwiewaj i zamknij ją w pokoju.”

Maria  pokiwała  głową  i  powoli  zaczęła  ściągać  do  siebie  pościel.  Lwica  przez  chwilę  przyglądała  jej  się  z

zainteresowaniem, ale potem ziewnęła i odwróciła głowę na bok.

Maria poczuła, że to jej szansa. Poderwała się z łóżka i skoczyła do okna, co oczywiście było durnym pomysłem.

Lwica, zaalarmowana hałasem, uniosła się i prychnęła gniewnie, osadzając Marię na miejscu. Ich oczy spotkały się.

‒  „No  chodź,  kochanie,  chodź,  spróbuj  tylko,  złociutka”  –  zdawało  się  mówić  spojrzenie  lwicy.  To  było  złe

spojrzenie:  hipnotyzujące.  Przyciągające  i  przerażające  zarazem.  Maria  chciała  odwrócić  wzrok,  ale  nie  mogła,  bo
nagle zrodziło się w niej irracjonalne przekonanie, że jeśli to zrobi, zginie.

‒ „Spokojnie” – powiedział troll zdrowego rozsądku. – „Miało być spokojnie.”
Lwica położyła się z powrotem na konarze, wciąż patrząc Marii prosto w oczy.
‒ „Zbiera się do skoku” – pomyślała Maria.
‒ „Nie, nie, nic z tych rzeczy.” – Zaczął ją uspokajać jej troll. – „Ma łapy na bok. Gdyby szykowała się do skoku,

to  podwinęłaby  je  pod  siebie. A  teraz…  Idź  spokojnie  w  jej  stronę.  Nie  spuszczaj  z  niej  oka.  Trzymaj  pościel  w
pogotowiu. I spróbuj zamknąć to pieprzone okno.”

‒ Okej – szepnęła Maria i powoli posuwając stopy po posadzce ruszyła przed siebie.
Wydawało jej się, że zajęło to całe wieki, ale w końcu zbliżyła się do okna na tyle, że mogła je zamknąć. Lwica

znajdowała  się  teraz  może  metr  od  niej.  Maria  wyraźnie  czuła  zapach  futra  i  zwierzęcego  potu  albo  może  moczu.
Wydał jej się obcy, w jakiś sposób nieprzystający do świata, w którym pani Kosocka żyła, jadła i oglądała telewizję.

Sięgnęła do klamki okna.
‒ „Tylko spokojnie!” – krzyknął troll, ale było już za późno.
Maria gwałtownie pchnęła okno do framugi.
Lwica poderwała się z miejsca. Skoczyła. Głucho rąbnęła o szkło. Maria instynktownie rzuciła się całym swym

ciężarem naprzód, żeby tylko nie pozwolić jej wedrzeć się do środka.

Wielka kocica straciła równowagę, zakręciła się, przeszorowała pazurami po ścianie i o mały włos nie runęła na

ziemię. Udało jej się jednak jakoś tak wywinąć, że utrzymała się na gałęzi.

Maria wykorzystała swoją szansę i z hukiem zatrzasnęła okno.
‒ Ty dziwko! – wrzasnęła. – Ty pieprzona, pieprzona dziwko!
I zaczęła płakać.
Lwica tymczasem prychnęła gniewnie i ruszyła wzdłuż konaru – poza jej pole widzenia.
W pokoju obok rozległo się niespokojne szuranie.
‒ Iśka?! – zawołał Andrzej. – Co tam się na litość Boską dzieje?
Maria usłyszała, jak rusza w stronę drzwi.
‒ „Teraz już wszystko będzie dobrze” – pomyślała. – „Andrzej tu przyjdzie i wszystko będzie dobrze…”
Ale wiedziała, że to nieprawda. Po prostu potrzebowała chwili, żeby to sobie uświadomić.
‒  Nie  wychodź!  –  wrzasnęła  i  zgodnie  z  jakąś  przedwieczną,  ponadczasową  logiką  kosmosu  sama  pobiegła  do

drzwi.

Między  sypialnią,  a  pokojem,  który Andrzej  ochrzcił  dumnym  mianem  „studium”,  biegł  korytarz,  kończący  się  z

jednej  strony  schodami,  a  z  drugiej  –  oknem.  To  okno  znalazło  się  tam  głównie  dlatego,  że  architektowi,  który
projektował  dom,  bardzo  podobała  się  wizja  trzech  lukarn  wyrastających  z  dachu  niczym  wieże  zamku,  ale  niestety
zabrakło  mu  pokoi,  do  których  mógłby  je  wcisnąć.  Odległość  między  tą  konkretną  lukarną  a  wejściem  do  sypialni
wynosiła około półtora metra, co pokrywa się z grubsza z długością ciała przeciętnej lwicy. Maria przekonała się o
tym,  gdy  coś  ciężkiego  i  rozpędzonego  uderzyło  w  drzwi,  które  próbowała  otworzyć,  wtłaczając  ją  z  powrotem  do
pokoju.

‒ Nie wychodź! – wrzasnęła ponownie.
Odpowiedział jej odgłos otwieranych drzwi. Potem rozległo się głuche uderzenie i krótki krzyk Andrzeja.
‒ Andrzej!
‒ Chryste tam jest pieprzony lew!
‒ Andrzej! Andrzej! Nic ci nie jest?! Powiedz, że nic ci nie jest! Powiedz, że nic ci nie jest! Powiedz, że nic ci nie

jest!

Teraz Maria rozryczała się już na dobre i nawet nie słyszała, kiedy Andrzej próbował ją uspokajać.
‒ Iśka, nic mi nie jest, spokojnie, nic mi nie jest…
Dopiero jego krzyk zwrócił jej uwagę.
‒ Maria!
Przeszedł ją gwałtowny dreszcz.
‒ Posłuchaj mnie – powiedział Andrzej. – Musimy wezwać pomoc. Jakichś gliniarzy, ludzi z zoo, kogokolwiek.

Tam u ciebie powinny być nasze komórki. Znajdź je, w porządku? W porządku? Słyszysz mnie, kochanie?

background image

‒ Tak… tak…
‒ Okej. Znajdziesz komórkę?
‒ Tak.
Maria dopiero teraz zdała sobie sprawę, że leży na podłodze pod drzwiami, do połowy zawinięta w pościel, która

miała być jej bronią przeciw lwicy. Na oślep wymacała nad swoją głową klamkę do drzwi. Pod nią sterczał klucz.
Przekręciła go.

Teraz mogła się podnieść. Kopnięciem odsunęła od siebie prześcieradła i poprawiła koszulę nocną, która zdążyła

jej się zsunąć, odsłaniając jedną pierś. Odetchnęła głęboko. I w tym momencie zdała sobie sprawę z jeszcze jednej
rzeczy. Z korytarza dochodził rytmiczny dźwięk, jakby ktoś uderzał gąbkową piłką w bęben. Tomp, tomp, tomp, tomp.
Raz trochę dalej, raz trochę bliżej. Tomp, tomp, tomp, tomp. Bez przerwy.

Na nowo zaczęła ją ogarniać panika, ale głos Andrzeja pomógł jej się opanować.
‒ I jak, masz ją?
‒ Już szukam – odparła.
‒  Spokojnie,  Isiu,  wszystko  będzie  dobrze.  Znajdź  tylko  komórkę,  to  zadzwonimy  po  pomoc.  Póki  siedzimy  w

pokojach, nic nam nie może zrobić.

Maria  pokiwała  głową,  otarła  nos  i  zaczęła  się  rozglądać  po  pokoju.  Najpierw  sprawdziła  na  stoliku  nocnym,

potem  w  swoich  dżinsach,  potem  w  dżinsach Andrzeja,  a  w  końcu  w  małym  plecaczku,  który  nosili  ze  sobą,  kiedy
chodzili  na  wycieczki.  Nigdzie  tam  nie  było  żadnego  z  ich  telefonów.  Wykonawszy  nerwowe  kółko  po  pokoju,
wróciła  do  stolika  nocnego.  Przecież  tu  zawsze  kładła  swój  telefon,  bo…  Bo  niedaleko  było  gniazdko  i  mogła  go
podłączyć do ładowania, tylko… Gwałtownym ruchem odsunęła na bok stolik…

…tylko gniazdko się spaliło. Andrzej miał zadzwonić do faceta, od którego wynajęli dom, żeby ktoś przyjechał i

je naprawił, ale jeszcze tego nie zrobił. Więc podłączyli telefony w kuchni… Na dole.

Maria poczuła się tak, jakby ktoś spuścił z niej całe powietrze. Podeszła do drzwi i oparła się o nie.
‒ Andrzej – odezwała się.
‒ Tak, kochanie?
‒ Zostawiłam telefon na dole…
‒ Jak to… Chryste! Ja… Na dole?
‒ Tak.
‒ Jezu, kurwa, Jezu święty! Gdzie na dole?
‒ W kuchni.
Zapadła cisza. Ustał nawet miarowy odgłos kroków na korytarzu. Maria wyobraziła sobie, że lwica usiadła pod

jej drzwiami i słucha, słucha uważnie. Przeszedł ją dreszcz.

‒ W porządku – powiedział w końcu Andrzej. – W porządku. Okej, wiem… wiem, co zrobimy. Musisz…
‒ Andrzej! – przerwała mu.
‒ Co? Co jest?
Zawahała się. No właśnie, co? Lwica słucha? Usłyszy wasz plan? Nie bądź kretynką!
‒ Nic, nic… Co mam zrobić?
‒  Musisz  jakoś  odwrócić  jej  uwagę.  Zacznij  trzaskać  drzwiami,  czy  coś  takiego.  Tylko  uważaj,  żeby  jej  nie

wpuścić  do  pokoju.  To  tylko  zwierzę,  jak  kot.  Kiedy  zacznie  atakować  drzwi,  nie  będzie  się  rozglądać.  Wtedy
spróbuję się za nią przemknąć i zejść do kuchni.

‒ A jeśli…?
‒ Nie bój się. Zamknę się tam i wezwę pomoc. W porządku?
‒ Tak.
‒ Jesteś gotowa?
‒ Tak.
‒ Okej… Okej… Jak powiem już, to zacznij trzaskać… Już!
Maria  posłusznie  przekręciła  klucz,  otworzyła  drzwi  i  już  miała  nimi  trzasnąć,  kiedy  coś  uderzyło  w  nie  z  dużą

siłą  od  zewnątrz.  Maria  krzyknęła,  ale  spróbowała  ponownie  odepchnąć  drzwi.  Lwica  znowu  je  zaatakowała.  Tym
razem dało się słyszeć jej pazury, żłobiące głębokie bruzdy w drewnie.

Marię nagle ogarnęła złość. Poczuła, że nie chce już tylko odwrócić uwagi lwicy, chce ją skrzywdzić, zanim ona

skrzywdzi ją lub jej mężczyznę. Z całej siły kopnęła drzwi i ku swojej satysfakcji usłyszała, że po ich drugiej stronie
coś chrupnęło nieprzyjemnie. Kopnęła jeszcze raz, ale tym razem lwica była gotowa. Odbiła drzwi tak, że uderzyły
Marię, przewracając ją na podłogę.

Potem wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Na korytarzu coś się zakotłowało. Maria usłyszała krótki krzyk, a

następnie głuche uderzenie ciała walącego się po schodach. I zapadła cisza.

‒ Andrzej? – jęknęła Maria. – Andrzej?!

background image

Cisza.
‒ Andrzej… An…
Zachłysnęła się powietrzem. Umilkła. Coś zaczęło szemrać w jej głowie, jakby tysiąc głosów, szepczących naraz.

Ale nie słuchała żadnego z nich.

‒ Ty dziwko! – warknęła. Trudno powiedzieć, do kogo właściwie się zwracała. – Ty dziwko!
‒ Ty kretynko! – powiedział troll zdrowego rozsądku. Jego głos już nie rozbrzmiewał w jej głowie. Nie widziała

go,  ale  była  pewna,  że  stoi  dwa  kroki  za  nią.  –  Dlaczego  pozwoliłaś  mu  tam  pójść?  Jesteś  pieprzonym  tchórzem  i
kretynką!  Dlaczego  nigdy  nie  myślisz?  Okno,  kretynko,  mogłaś  wyjść  oknem  i  po  drzewie  na  dół! A  potem  znowu
przez okno do kuchni! Teraz on nie żyje, mężczyzna, który cię kochał, mężczyzna, który dla ciebie był gotów… No tak,
bardzo pięknie, pójść prosto w paszczę lwa! Przez ciebie nie żyje, przez ciebie, ty tępa dziwko!

‒ Nie – odparła głucho Maria. – Może nie… może wcale nie…
‒ Co? Sądzisz, że spadł i jest tylko nieprzytomny, tak? „Może wcale nie…” co? Nie zginął? Może lew zmienił się

nagle  w  weganina  i  wcale  nie  odgryza  teraz  kawałków  jego  twarzy,  nie  próbuje  wyrwać  mu  flaków  z  brzucha,  nie
zmienia twojego ukochanego męża w krwawą pulpę? Wiesz czym jest teraz twój mąż? Jest ciałem! Jest pieprzonymi
zwłokami! Właściwie jest kawałkiem mięsa gotowym do oprawienia!

‒ Zamknij się! Zamknij się!
Maria  obróciła  się  gwałtownie,  gotowa  uderzyć  trolla,  ale  jego  oczywiście  tam  nie  było.  Za  to  dokładnie  na

wprost siebie ujrzała okno, a za nim – powykrzywiane konary rosnącego pod domem drzewa.

Bez  dłuższego  namysłu  podbiegła  do  okna,  otworzyła  je  i  zaczęła  się  gramolić  na  drugą  stronę.  Zejście  po

grubych,  splątanych  gałęziach  jak  na  ironię  okazało  się  dziecinnie  proste  i  po  minucie,  może  dwóch  stanęła
bezpiecznie na ziemi.

I co teraz?
Troll paniki zaczął znowu wyrywać się z piwnicy, wrzeszcząc:
‒ Do samochodu! Do samochodu!
Jednak troll zdrowego rozsądku szybko go uciszył i zepchnął z powrotem na dół.
‒ Nie masz kluczyków. Zostały w torebce, w przedpokoju. Albo wejdź głównymi drzwiami, zabierz je, a potem

zwiewaj, albo zakradnij się przez okno do kuchni i wezwij pomoc, jak planowaliście.

‒ Jeśli wezwę szybko pomoc, to jest szansa, że Andrzej…
‒ On nie…! – zaczął gniewnie troll, ale Coś mu przerwało.
To Coś ociężale wypełzło z piwnicy, przyduszając wszystkie inne kryjące się tam stworzenia. Kiedy szło, wokół

niego  rozlewała  się  gęsta  jak  śluz  ciemność,  która  spływała  po  jego  niezliczonych  mackach.  Coś  miało  tysiąc
niewidzących oczu i tysiąc ust, które znały tylko jedno słowo:

‒ Zabij!
Przerażona Maria czym prędzej zepchnęła Coś do piwnicy.
‒ Co to było? – jęknęła.
‒  Nie  wiem  –  odparł  troll  zdrowego  rozsądku.  Jego  głos  wyraźnie  drżał.  –  Ale  lepiej  nie  pozwólmy,  żeby

wróciło.

‒ Nie. Lepiej nie – zgodziła się Maria. – Jeśli jest choć cień szansy, że Andrzej nadal żyje, to nie mogę go tam

zostawić. Muszę dostać się do tej kuchni. Pomożesz mi?

‒ Tak.
‒ No to ruszajmy.
Maria pospiesznie okrążyła dom i podeszła pod kuchenne okno. Było zamknięte.
‒ Niech to cholera – jęknęła. – I tak będziemy musieli wejść drzwiami.
‒ Czekaj, czekaj. Zajrzyj do środka.
‒ Po co? Nic tam nie ma. Garnki, noże, krzesła, zwykła kuchnia.
‒ A drzwi? Są zamknięte?
‒ Drzwi wejściowe?
‒ Nie, drzwi do kuchni.
‒ Tak. Ale nie na klucz. Chodźmy już!
‒ Czekaj!
‒ Nie ma czasu! – powiedziała niecierpliwie Maria.
‒ Wiem – odparł troll. – Dlatego wybij okno.
Maria osłupiała na chwilę. Potem podniosła  największy  kamień,  jaki  udało  jej  się  znaleźć  i  z  całej  siły  rąbnęła

nim  w  okno.  Szybka  pokryła  się  pajęczyną  pęknięć,  ale  nie  wypadła.  Gdzieś  w  głębi  domu  rozległo  się  głośne
szurnięcie.

‒ Jeszcze raz!

background image

Maria  uderzyła  ponownie.  I  jeszcze  raz,  i  jeszcze…  W  końcu  udało  jej  się  wybić  sporą  dziurę,  przez  którą

przełożyła rękę i otworzyła okno od środka. Gdy tylko weszła do kuchni, zamknęła je za sobą.

W  głębi  domu  znowu  rozległo  się  szurnięcie,  po  którym  nastąpił  trzask  jakiegoś  upadającego  mebla  i  dudnienie

kocich łap o podłogę.

‒ Zamknij drzwi! – krzyknął troll.
Maria rzuciła się, aby wykonać polecenie, ale nie znalazła klucza. Jedyne, co przyszło jej do głowy, to zaprzeć się

i z całej siły przytrzymać klamkę.

Ułamek  sekundy  później  rozpędzona  lwica  gruchnęła  o  drzwi.  Marii  ledwo  udało  się  ustać  na  miejscu  i  z

przerażeniem zdała sobie sprawę, że te drzwi, w odróżnieniu od tych na piętrze, otwierają się do środka.

‒ Trzymaj! – Troll podał jej krzesło. – Podeprzyj tym klamkę. Właśnie tak!
Lwica ponownie uderzyła w drzwi. Prowizoryczna blokada drgnęła, ale wytrzymała. Rozległ się protestacyjny jęk

drewna.

Trzeci atak na szczęście nie nastąpił. Zniechęcona kocica odeszła. Tomp, tomp, tomp, tomp.
Maria westchnęła ciężko i zaczęła rozglądać się za telefonem. Jej komórka leżała grzecznie na półce z filiżankami,

podłączona do ładowania, więc podeszła do niej i wzięła ją do ręki. Spojrzała na wyświetlacz.

USŁUGA NIEDOSTĘPNA.
Z niedowierzaniem pokręciła głową. Takie rzeczy zdarzają się tylko w amerykańskich horrorach klasy B. Przecież

wykupiła roaming, jeszcze wczoraj dzwoniła do swojej mamy. W dwudziestym pierwszym wieku, żeby stracić zasięg
trzeba wyjechać do cholernej dżungli amazońskiej. Albo chociaż w Bieszczady. W regionach turystycznych zasięg jest
zawsze. Zawsze i…

Maria mrugnęła. Napis „usługa niedostępna” nagle zniknął, a przy ikonie antenki pojawiły się trzy kreski.
Nie  tracąc  więcej  czasu  zaczęła  wklepywać  dziewięć-dziewięć-dziewięć.  A  potem  uświadomiła  sobie,  że  nie

dość, że to numer na pogotowie, to jeszcze w dodatku na polskie pogotowie. Zamarła. Jaki na litość boską może być
numer na turecką policję? Przecież żaden turysta nigdy tego nie sprawdza.

‒ Spróbuj sto dwanaście – poradził troll. – To podobno wszędzie działa.
Wykręciła  podany  numer  i  chwilę  później  jej  serce  podskoczyło  z  radości.  W  słuchawce  odezwał  się  miły,

kobiecy głos, który nawijał coś po turecku.

‒ Hello, hello! – przerwała mu Maria. – I need help! I am polish turist, I need help please!
Jednak głos nie umilkł. Tym samym ciepłym, monotonnym tonem nadawał swój przekaz.
‒ Hello… ‒ spróbowała jeszcze raz Maria.
‒ To nagranie – wtrącił się troll. – Pewnie mówi ci, że nie ma takiego numeru. Albo poucza o wszechogarniającej

miłości Allacha. Allach jest zawsze przy tobie.

Marii na chwilę opadły ręce, ale wtedy przypomniała sobie, do kogo może zadzwonić.
Pospiesznie wyszukała numer do faceta, od którego wynajęli dom, i wcisnęła zieloną słuchawkę.
Turek odebrał po zaledwie trzech sygnałach. Rzucił coś, co brzmiało jak „Allach”, a znaczyło zapewne „Słucham”

(dla Marii wszystkie tureckie słowa brzmiały jak Allach, a przeciętne tureckie zdanie wyglądało dla niej mniej więcej
tak: „Allach, lach, lach, lach-Allach.”)

‒ Maria Kosocka z tej strony. Panie Musfah…!
‒ Ach, pani Hosocka – odparł Turek zadziwiająco poprawną, choć nieco skażoną obcym akcentem polszczyzną. –

Jah sie pani ma? Jah dom, szysko w porządku?

‒  Panie  Musfah,  niech  pan  posłucha!  –  przerwała  mu  Maria.  –  W  moim  domu  jest  lwica!  Musi  pan  wezwać

policję!

‒ Lwica? – zdziwił się tamten. – Pani Hosocka, w Turcji nie żyją lwice.
‒ Co mnie to obchodzi! Może uciekła z zoo! Ale jest teraz w moim domu!
‒ Z zoo? Niemożliwe, pani Hosocka, niemożliwe. Do najblisze zoo jest ze szysta hilometrów.
‒ Posłuchaj mnie ty zasrany arabie! W moim domu jest pieprzona lwica, zabiła mojego męża! Więc nie tłumacz

mi, że to niemożliwe, tylko wezwij policję!

W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
‒  Dobrze,  pani  Hosocka,  zadzwonię,  dzie  tszeba  –  powiedział  w  końcu  Turek,  a  po  krótkim  wahaniu  dodał

jeszcze: ‒ Czy… czy ta… lwica… wyrządziła duże szody w domu?

Maria  nie  odpowiedziała,  tylko  z  krzykiem  cisnęła  telefonem  o  ścianę.  Potem  usiadła  na  podłodze  i  zaczęła

płakać.

‒ Isiu…
Czyjaś dłoń musnęła jej kark. Podniosła pospiesznie głowę, ale w kuchni nie było nikogo poza nią i trollem, który

przysiadł w cieniu między kuchenką a zlewozmywakiem.

‒ Co teraz robimy? – zapytała trolla.

background image

‒ Czekamy aż przybędzie kawaleria.
(Coś drgnęło w piwnicy i otworzyło jedno z tysiąca oczu.)
‒ Świetnie… świetny plan – zaczęła Maria, ale nagle przerwał jej czyjś głos.
‒ Isiu…
‒ Słyszałeś to? – spytała trolla.
‒ Tak – odparł tamten. – Jakby ze zlewu?
Maria poderwała się z ziemi, podbiegła do zlewu i zaczęła nasłuchiwać.
‒ Iśka, kochanie, jestem tu…
‒ Andrzej? ‒ Marią wstrząsnął dreszcz, niewiele brakowało, żeby upadła. Przycisnęła ucho ściany. – Andrzej…

Nic ci nie jest?

‒  Tego  bym  nie  powiedział…  ale  żyję.  Chyba  straciłem  na  chwilę  przytomność.  Czuję  się  gorzej  niż  po

księżycówce Wojtka, więc to musi być wstrząs mózgu. Pieprzone schody! – Andrzej roześmiał się histerycznie.

‒ Jesteś bezpieczny? Zamknąłeś się w pokoju?
‒ Tak, wszystko w porządku.
‒  Dobrze,  poczekaj,  zaraz  do  ciebie  przyjdę.  Lwica  gdzieś  polazła,  zdążę  się  prześliznąć.  Pomoc  już  jest  w

drodze.

I  nie  namyślając  się  więcej  rzuciła  się  do  drzwi.  Jednak  troll  zdrowego  rozsądku  wyskoczył  ze  swojego  kąta  i

chwycił ją za ramię.

‒ Co robisz?! – krzyknął. – Siedź na dupie, zaraz tu będzie policja!
‒ Odpieprz się! – Maria spróbowała oswobodzić ramię, ale troll miał silne palce.
‒ Przynajmniej weź ze sobą jakąś broń. Tu jest mnóstwo noży.
(Coś poruszyło się gniewnie w piwnicy; odrobina śluzu pociekła po jego mackach.)
Maria odepchnęła od siebie trolla, ale wzięła nóż – największy, jaki udało jej się znaleźć. Tak uzbrojona odsunęła

krzesło spod drzwi i ostrożnie wyjrzała na korytarz. Po lwicy nie było ani śladu, więc powoli wyszła z kuchni. Drzwi
do salonu, w którym zamknął się Andrzej, znajdowały się zaledwie o kilka kroków od niej, ale musiała przejść przed
schodami. Lwica mogła się tam na nią zaczaić.

Odetchnęła  głęboko  i  powoli  ruszyła  przed  siebie.  Kiedy  znalazła  się  niedaleko  schodów,  przystanęła  i  zaczęła

nasłuchiwać,  licząc  na  to,  że  w  razie  czego  może  usłyszy  oddech  dyszącego  zwierzęcia.  Wydawało  się  jednak,  że
jedynym dźwiękiem, jaki można usłyszeć w całym domu jest rozpaczliwe dudnienie jej własnego serca.

Wyjrzała za róg.
Na schodach nikogo nie było, więc odwróciła się w stronę drzwi do salonu.
(Coś poruszyło się ponownie.)
Drzwi były otwarte.
‒ Isia? – odezwał się głos Andrzeja.
Maria weszła do salonu, ale nie ujrzała swojego męża.
(Przebudzenie  Czegoś  było  bardzo  gwałtowne.  Nagły  skurcz  mięśni  uniósł  całe  jego  ciało,  śluz  w  jego

wewnętrznych  naczyniach  wzburzył  się.  Potężne  zwały  mięsa  nabrzmiały,  wypełniając  całą  piwnicę.  Tysiąc  oczu
otworzyło się naraz, obracając się opętańczo, gdyż niczego nie mogły zobaczyć. Tysiąc ust ryknęło zgodnie nieludzkim
głosem. Coś rozsadziło drzwi do piwnicy i zaczęło wypełzać, siejąc dookoła ciemność.)

Stworzenie,  które  na  nią  czekało,  nie  było  człowiekiem.  Trudno  też  powiedzieć,  żeby  było  zwierzęciem.  Miało

korpus  lwa  zwieńczony  dziwną,  złożoną  z  delikatnej,  połyskującej  tkanki  naroślą,  w  którą  wtopiony  był  fragment
ludzkiej twarzy z jednym okiem, nosem i otwartymi w bezzębnym uśmiechu ustami.

‒ Chodź do mnie Isiu, chodź do mnie, kochanie – powiedziała twarz Andrzeja głosem Andrzeja. Miękka tkanka, w

której była osadzona, zafalowała.

(Coś  wydostało  się  wreszcie  z  piwnicy,  a  jego  macki  wystrzeliły  na  wszystkie  strony,  oplatając  ciało  Marii  od

wewnątrz.)

Maria bez słowa, ani krzyku rzuciła się przed siebie, zamachując się nożem. Ostrze trafiło w różowawą tkankę i

rozcięło  ją  bez  problemu.  Niby-głowa  stoczyła  się  na  ziemię,  ale  spod  niej  wyrósł  nagle  łeb  lwicy.  Zwierzę
zaatakowało z rykiem.

Maria  spróbowała  unieść  nóż  na  wysokość  twarzy,  żeby  wbić  go  w  gardło  lwicy,  ale  nie  starczyło  jej  czasu.

Rozpędzone  cielsko  uderzyło  w  nią,  wybijając  jej  powietrze  z  płuc  i  broń  z  ręki.  Przetoczyły  się  po  podłodze  i  z
hukiem wpadły na stolik telewizyjny. Ciężki, kineskopowy telewizor zwalił się na ziemię.

Lwicę, która przyjęła większą część uderzenia, na chwilę zamroczyło. Maria spróbowała poderwać się z ziemi,

jednak  nie  była  w  stanie  utrzymać  równowagi.  Zataczając  się  rozpaczliwie,  wpadła  na  kanapę  i  przekoziołkowała
przez nią pod szafę ścienną. Jedyne co mogła zrobić, to wpełznąć do środka i zamknąć się tam, a i to udało jej się w
ostatniej  chwili.  Lwica  pozbierała  się  z  ziemi  i  skoczyła  za  nią.  Jej  pazury  uderzyły  w  drzwi,  które  zatrzęsły  się  i

background image

wyraźnie wgięły.

Maria  poderwała  się  pospiesznie  na  nogi.  Na  jej  głowę  posypały  się  wieszaki.  Barkiem  boleśnie  przysunęła  w

poprzeczkę, na której wisiały.

Lwica wzięła rozpęd i skoczyła ponownie. Rozległ się głuchy trzask. Drzwi wgięły się jeszcze bardziej.
‒ I co teraz?! – wrzasnęła Maria, licząc na to, że trollowi zdrowego rozsądku uda się ją usłyszeć. To jednak było

niemożliwe.

Rozległ się głośny tupot kocich łap. Tomptomptomptomp. I zaraz drzwi jęknęły protestacyjnie. Na ich powierzchni

pojawiła się szpara, przez którą wpadła odrobina światła.

‒ Co teraz?!
‒ Zabij – odpowiedziało spokojnie Coś.
‒ Jak?! Na litość boską jak?!
Coś nie odpowiedziało. Nic więcej nie umiało powiedzieć.
Lwica  znowu  rąbnęła  w  drzwi,  a  Maria  zaczęła  się  rozglądać  po  wnętrzu  szafy.  Jej  nóż  został  na  zewnątrz,

wieszakami mogła najwyżej podłubać w zębach. Czym ma zabić tą pieprzoną bestię? Przecież nie wbije jej w oczy
obcasów swoich szpilek!

Wtem  jednak  przypomniała  sobie  o  poprzeczce,  w  którą  uderzyła.  Dotknęła  jej  dłonią  (lwica  zaatakowała

ponownie).  Była  to  zwykła  metalowa  rura,  długa  na  jakieś  półtora  metra,  zrobiona  zapewne  z  jakiegoś  aluminium.
Maria pociągnęła na próbę i rura wygięła się nieznacznie. Szarpnęła mocniej, potem uwiesiła się na niej całym swoim
ciężarem i zaczęła kołysać.

Nagle drzwi szafy pękły z trzaskiem. Przez powstałą dziurę dostała się łapa. Lwica na oślep szukała swojej ofiary.
Maria cofnęła się w kąt, żeby uniknąć pazurów i pociągnęła z całych sił. Rura ułamała się mniej więcej w dwóch

trzecich  długości.  Jej  koniec  wypadł  z  zaczepu  na  ścianie.  I  oto  Maria  miała  w  swych  dłoniach  włócznię.  Niezbyt
ostrą (w miejscu złamania wieńczył ją nierówny występ) i zrobioną z aluminium, ale jednak włócznię.

Lwica wyciągnęła łapę i odsunęła się, by wziąć rozpęd do ostatecznego ataku.
‒ Zabij – powiedziało Coś.
Maria  odczekała  trzy  uderzenia  serca,  a  potem  otworzyła  drzwi  szafy  i  wystawiła  przed  siebie  prowizoryczną

broń. Lwica nie zdążyła już wyhamować. Ostry zadzior wbił się prosto w jej podbrzusze, przebił mięśnie i ugrzązł we
wnętrznościach. Ranione zwierzę padło na ziemię. Skowycząc, zaczęło się wić.

(Coś wydało nieartykułowany, radosny odgłos.)
Maria  oparła  się  całym  ciężarem  na  „drzewcu”,  wbijając  włócznię  głębiej  w  ciało  lwicy.  Nierówny  „grot”

zatrzymał się dopiero na kręgosłupie.

Następnie skoczyła po nóż, który przyniosła z kuchni. Lwica spróbowała się podnieść i jeszcze ją zaatakować, ale

Maria była szybsza. Wbiła szerokie ostrze w gardło zwierzęcia, a potem odpełzła pod ścianę, z dala od trzepoczących
wściekle, słabnących łap.

Dopiero, kiedy lwica ostatecznie znieruchomiała, odważyła się podnieść i podejść, by popatrzeć na ciało. Zrobiła

kilka kroków na miękkich nogach, a potem zgięła się nagle wpół i zwymiotowała.

(Coś wreszcie wydostało się z ciała Marii, by ucztować na świeżej krwi.)
Być  może  przewróciłaby  się  we  własne  rzygowiny,  gdyby  ktoś  jej  nie  podtrzymał.  Poznała  silne  palce  trolla

zdrowego rozsądku.

‒ Jeszcze tylko muszę znaleźć Andrzeja – wysapała. – Jeszcze tylko to…
‒ Posłuchaj… ‒ zaczął troll, ale nie dała mu skończyć.
‒ Wiem, wiem… Chociaż jego ciało, proszę…
‒  Isiu.  –  Troll  objął  ją  delikatnie.  –  Jego  tutaj  nie  ma.  Idź  do  samochodu.  Zostawiłaś  portfel  w  schowku.  Jak

zwykle,  kiedy  jesteś  zdenerwowana,  a  ostatnio…  Ostatnio  nie  byłaś  sobą.  Tam  zdaje  się  zostawiłaś  wizytówkę  tej
kobiety.

‒ Jakiej kobiety, o czym ty mówisz?
‒ Idź do samochodu, proszę.
Maria jak w transie wyszła z salonu. W przedpokoju wygrzebała kluczyki z torebki. Pobiegła na podjazd, gdzie

stał wynajęty ford focus. Jej dłonie się trzęsły, kiedy otwierała drzwi i wygrzebywała portfel ze schowka. W jednej z
przegródek portfela znalazła zdjęcie Andrzeja, które zawsze nosiła przy sobie. Spod niego wystawał róg wizytówki.
Wyciągnęła ją i przeczytała:

KATARZYNA HELLER

Psychiatra

Obróciła  kartkę  na  drugą  stronę.  Ktoś  napisał  tam  odręcznie:  PRZYMIERZE  PORZUCONYCH  GRUPA

WSPARCIA DLA RODZIN DOTKNIĘTYCH RAKIEM 226231111.

background image

(Coś nażarło się krwi, a teraz w zadowoleniu konało.)
Wiedziona nagłym impulsem pobiegła z powrotem do domu, do kuchni. Podniosła telefon i przejrzała pospiesznie

listę  połączeń.  Na  szczycie  widniał  numer  właściciela  domu,  a  pod  nim  numer  112.  Potem  następował  długi  ciąg
połączeń  z  numerem  nazwanym  MAMA,  przerwany  zaledwie  kilkakrotnie  kontaktami  nazwanymi  TUREK,  NIKA,
DOKTOR HELLER, PP. Ani razu nie pojawiał się ANDRZEJ.

Maria wyszła z powrotem przed dom. Wewnątrz nie czuła się dobrze. Usiadła w samochodzie. W oddali dał się

słyszeć warkot silnika i krótki sygnał syreny policyjnej.

background image

Vox Dei

Roma, 11 Octobris mensis, A.D. 1517

Iulius Monescius ad suum filium Marcum

Care Filii,

Wieść  o  Twej  chorobie  bardzo  mnie  zmartwiła,  jednocześnie  –  wbrew  sobie  –  doznałem  uczucia,  może  nie

radości  –  jak  by  to  o  mnie  świadczyło?!  –  ale  raczej  pewnego  zadowolenia,  że  oto  ja  –  Twój  stary,  zwariowany
ojciec  –  który  u  progu  siódmego  dziesięciolecia  swego  żywota,  bliższy  jest  duchem  raczej  poczynaniom  owego
Mariusza – którego tak pięknie przedstawił w swych pismach Salustiusz – niż czynom Twego pana, z bożej łaski regis
Hungariae
, Ludwika. W każdym razie, właśnie ja mogę Ci służyć swą pomocą i być Ci osłodą – za pośrednictwem
atramentu  i  pióra  –  w  męce  długiego  powrotu  do  zdrowia.  Zgodnie  zatem  z  Twym  życzeniem  –  a  prosiłeś  mnie  o
cokolwiek  nadającego  się  do  poczytania  w  ciągu  tych  długich  dni  leżenia  w  łóżku,  które  Cię  czekają  –  przesyłam
dziełko  pewnego  Bryta, nomine  Moro,  drukowane  –  niestety!  –  w  Brytanii,  a  przywiezione  tu  przez  kupczyka
żydowskiego, u którego mogłem je nabyć. Obok tego pragnę Ci przesłać również opowieść spisaną własną moją ręką;
opowieść,  której  nie  poznał  dotąd  nikt,  a  której  wydarzenia  –  ze  mną  w  charakterze  jednej  z personis  dramatis  –
rozegrały się tak dawno temu, że świata, jakim wówczas był – a był inny zgoła – niemal nikt już nie pamięta.

Nie  pomnę  roku,  ale  myślę,  że  byłem  wówczas  znacznie  młodszy,  niż  Ty  jesteś  teraz.  W  owych  czasach  orbis

terrae  był  o  wiele  mniejszy  niż  dzisiaj  –  powiesz,  że  to  niemożliwe  –Ty,  jeden  spośród  sług  rozumu,  z  chłodnym
licem  przyjmujący versii  Vergilii  atque  Horatii ,  piewca  stałości  i  wymierności  wszechrzeczy.  Jednak  dla  nas,
którzyśmy  wówczas  żyli,  świat  urósł  w  biegu  naszych  żywotów,  napuchł  tak,  iż  przypomina  bardziej  wzburzone
gniazdo  szerszeni,  niźli  dom  dany  ludziom  od  Boga.  Bo  czyż  nie  był  ów  świat  mojej  młodości  mniejszy,  zanim
Vespucci  dotarł  do  nowego  lądu  daleko  na  zachodzie?  Czyż  Tobie,  i  Tobie  podobnym,  nie  wydaje  się
nieprawdopodobne to, że w owym czasie na całej Sorbonie nie było nawet dwóch tysięcy ksiąg! A dziś byle dziełko,
choćby  takiego  Morusa,  wydaje  się  w  nakładzie  pięciuset  albo  i  tysiąca  sztuk?  Czyż  nie  wydaje  Ci  się
nieprawdopodobne to, że wielki ród Iagielloni – który obecnie regens in Polonia, Hungaria, Lithuaniaque, i którego
Ty, dumny Rzymianin, jesteś sługą – był wówczas uważany za dziki, nieledwie pogański? I czyż nie wydaje Ci się w
końcu nieprawdopodobne to, że wszystko, co Cię otacza: i wojna, i polityka, i narzędzia, i broń, i miasta, i kraje, i
ostatecznie wszystko, wszystko w ogóle, mogło być kiedykolwiek inne?

Jednak nadto już pozwoliłem błądzić moim myślom; musisz to wybaczyć starcowi – z którego młodzi Rzymianie

się  śmieją,  gdy  widzą  go  wśród  ruin  upadłego  Miasta  mamroczącego  strofy  z  Katulla  albo  rozmyślającego  o
Cyceronie – on sam jest podobny do ruin będących wyłącznie cieniem przeszłości… Ale wróćmy do opowieści!

Było to jesienią, pamiętam dobrze widok więdnących liści i nisko pochylonych koron cyprysów; przypomina mi

się ów czas, gdy przechadzam się Via Appia. Ty, żyjący w swym ogromnym świecie, nie możesz już wiedzieć, jak to
jest wędrować jesienią po drogach i bezdrożach słonecznej Italii, oglądać ze wzgórz wełniste obłoki porannych mgieł
nad  halami,  zmieniające  się  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  w  stadka  białych  owiec  poganianych  przez
pastuszków. Wędrowałem dużo po tamtej Italii – kraju mej młodości – ubogi, tęskniący jedynie do bogactwa wiedzy,
w  dziurawych  sandałach  i  podartym  płaszczu,  z  palcami  poplamionymi  atramentem,  ledwo  mężczyzna,  niemalże
dziecko, wieczny żak, nigdy prawdziwy uczony, przedkładający wciąż uroki Katullowych erotyków nad niskie pokusy
ciała,  wierzący  –  jakże  naiwnie!  –  że  poszukiwanie  platońskiej  prawdy  jest  najszczytniejszym  celem,  jaki  może
postawić sobie człowiek, i że owa prawda jest wiecznie i nierozerwalnie złączona z dobrem.

Byłem  wtedy  księgarzem;  i  znów,  nic  Ci  to  pewnie  nie  mówi,  bo  dziś  takich  ludzi  się  już  nie  spotyka.

Wędrowałem  od  klasztoru  do  klasztoru.  Sprzedawałem  jedną  księgę  w  zamian  za  możliwość  przepisania  innej.
Przynosiłem później tę przepisaną i odsprzedawałem ją gdzie indziej, znów na mocy podobnego układu. Dorabiałem
także  od  czasu  do  czasu  jako  skryba  w  kancelariach  możnych  panów  i  biskupów,  aby  mieć  przynajmniej  tyle
pieniędzy, by napchać wiecznie głodny brzuch kawałkiem starego chleba i suchymi otrębami. Tak wędrując, dotarłem
do  owego  klasztoru,  o  którym  chciałbym  Ci  opowiedzieć.  Wzniesiono  go  w  miejscowości,  której  nazwę  w  mej
pamięci  zatarł  czas.  Może  stało  się  tak  z  woli  Boga,  abym  nie  mógł  odnaleźć  ponownie  tego  miejsca,  gdzie  byłem
świadkiem rzeczy niezwykłych i niepojętych; rzeczy, których śmiertelny człowiek więcej niż raz w swoim życiu nie
powinien oglądać.

Pamiętam  dokładnie  tę  chwilę,  gdy  zbłąkany  w  górach  ujrzałem  mury  klasztoru  –  szare  i  rozmyte  w  strugach

background image

jesiennego deszczu, zdawały mi się bardziej majakiem, niż rzeczą prawdziwą; atoli zmarznięty i zmęczony ruszyłem
tam  z  błogosławieństwem  w  sercu.  Bramy  nikt  nie  pilnował  poza  niewielkim,  szarym  kotem,  równie  mokrym  i
nastroszonym jak ja, który przycupnął na jednej z belek pod stropem bramnego budynku. Może i było to dziwne, lecz o
tym wówczas nie myślałem, zadowolony, że przynajmniej nie leje mi się już na głowę. Zawsze to niedobra wróżba
spotkać  kota  –  tam  gdzie  spodziewało  się  ludzi.  Zwierzę  to  bowiem  –  jak  Ci  zapewne  wiadomo  –  szczególnie  jest
przez czartów i czarowników ulubione; przestrzegał przed nim już Apulejusz – człowiek światły i uczony, a nie byle
zabobonny klecha, tak jak owi wędrowni głupcy, którzy teraz przemierzają Italię, przestrzegając przed zakusami złego
i wzbudzając lęk w prostym ludzie, któremu grożą ogniami piekielnymi za najmniejszą nawet krotochwilę.

Ja  jednak,  zwalczywszy  wrażenie,  że  miejsce  to  jest  opuszczone,  ruszyłem  dalej  na  podwórzec  monastyru  i  po

chwili  zdałem  sobie  sprawę,  że  w  szum  deszczu  niepostrzeżenie  wkradł  się  dźwięk  ludzkich  głosów,  śpiewem
sławiących dzieło Pana; najwidoczniej mnisi w kaplicy odbywali nieszpory, czym zresztą wytłumaczyłem sobie brak
czyjejkolwiek obecności przy bramie. Nie chciałem im przeszkadzać w modlitwie. Odczekałem zatem, aż skończą, i
dopiero wtedy się pokazałem.

Gwardian klasztoru przyjął mnie bardzo serdecznie. Oblicze owego człowieka wyglądało cnotliwie i szlachetnie:

nos prosty i długi, usta równe, zawsze lekko uśmiechnięte, oczy szare i błyszczące jak polerowana stal pod srebrnymi
łukami  brwi,  zmarszczki  świadczące  o  mądrości  i  bojaźni  Bożej  –  wiedziałem,  że  i  jego  dusza  była  cnotliwa  i
szlachetna.  Widzę  owo  oblicze  bardzo  dokładnie,  choć  nie  pomnę  już  imienia  –  cóż  zresztą  znaczą  imiona?  Widzę
dokładnie  uśmiech,  którym  mnie  powitał,  gdym  rzekł:  „Giulio  Moneschi,  księgarz,  do  usług  waszej  wielebności”.
Wdaliśmy  się  zresztą  zaraz  w  rozmowę  o  księgach  i  pisarzach,  gdyż  człek  ów  był  wielce  uczony;  trudno  się  zatem
dziwić, że – obiecawszy mi miejsce w celi i miskę strawy – ochoczo poprowadził mnie do skryptorium, gdzie pragnął
obejrzeć to, com przyniósł, i wyszukać dla mnie księgi na wymianę. „Nasza biblioteka jest niestety bardzo uboga” –
inquit. – „Zaledwie około stu dwudziestu woluminów, choć z przyjemnością mogę powiedzieć, że mamy kilka rzeczy
rzadkich i interesujących”.

Wtedy  właśnie,  ujrzałem  po  raz  pierwszy  brata  Alberto,  który  w  niniejszej  historii  będzie  odgrywał  rolę

niezwykle ważną. Nim jednak przejdę do dalszego toku opowieści, pragnąłbym opisać Ci jeszcze wygląd skryptorium,
w  którym  doszło  do  spotkania,  gdyż  było  to  miejsce  niezwykle  interesujące,  a  należy  do  tego  minionego  świata,  o
którym Ci już pisałem.

Skryptorium miało kształt sześcioboku. Na każdej ze ścian widniał fresk przedstawiający jednego z ewangelistów:

był zatem byk na ścianie północnej, lew na południowej (nad drzwiami, którymi weszliśmy), orzeł na zachodniej (nad
drzwiami biblioteki) oraz zwierzę o ludzkiej twarzy na wschodniej ścianie; na trzech spośród nich znajdowały się po
trzy okna umieszczone wysoko. W dni słoneczne długie snopy światła musiały jasnymi kaskadami spływać na pulpity
skrybów, których było dwanaście, tyle – zdaje się – ilu było mnichów w klasztorze. Jak zapewne zauważyłeś, pełno w
tym opisie liczb biblijnych. Nie potrafię powiedzieć, jak dawno powstał przybytek, w którym się znalazłem, nie ma
jednak  wątpliwości,  że  było  to  w  owych  czasach,  gdy  bardziej  niż  dziś  wierzyło  się  w  magię  liczb  –  być  może  za
czasów  Alkuina  i  Pawła  Diakona  albo  i  jeszcze  dawniej.  Osobiście  –  może  na  przekór  wielu  współczesnym
myślicielom  i  przy  całej  miłości,  jaką  darzę  spuściznę Romae  Eternae  –  zawsze  odczuwałem  dużą  przyjemność  w
oglądaniu  architektury  owych  odległych  wieków;  przede  wszystkim  w  odnajdowaniu  porządku  opartego  nie  na
zapatrzeniu w człowieka, lecz w Biblię, a przez nią – w Boga. W skryptorium wzorzec był dość prosty: cztery ściany
poświęcone  czterem  ewangelistom,  lecz  także  czterem  obliczom  Chrystusa  –  byk  symbolizował  kapłaństwo,  lew  –
władzę  królewską,  orzeł  –  istotę  niebieską,  a  człowiek  –  istotę  ziemską.  Ów  wzorzec  symbolizował  także  cztery
strony  świata,  gdyż  na  wszystkie  cztery  powinni  mnisi  (których  jest  dwunastu  jak  apostołów)  nieść  dobrą  nowinę;
dziewięć okien – czyli trzy razy po trzy – symbolizowało pełnię doskonałości misji chrystianizacyjnej. Lecz dość już
tych rozważań o symbolach!

W pierwszej chwili, gdy wszedłem do skryptorium, ogarnęła mnie cisza – zostałem odcięty od wściekłego wycia

wiatru i szumu deszczu – zaraz jednak doszło moich uszu nieśmiałe skrzypienie pióra na pergaminie, nie mogłem za to
dostrzec  tego,  który  pisał,  zanadto  przykuły  moją  uwagę  błyszczące,  żywe,  bardzo  ludzkie  oczy  wprawione  w
zwierzęce  oblicza  ewangelistów  –  jedyne  wyraźne  części  bladych,  starodawnych  fresków.  Dopiero  ochłonąwszy  z
pierwszego  wrażenia,  dostrzegłem,  że  wszystkie  cztery  ponure  oblicza  wydobywa  z  ciemności  blask  jednego
chwiejnego  płomienia:  przy  pulpicie  w  rogu  sali  płonął  kaganek,  obrysowując  jasną  poświatą  czarną  sylwetkę
jakiegoś mnicha, który pisał coś zgarbiony nad księgami. Zbliżyłem się do niego discens: „Co przepisujesz, frater?”.
On jednak zamiast odpowiedzieć, zabulgotał coś niewyraźnie i obrócił głowę, a spod ciemnego kaptura wyjrzało na
mnie  oblicze  zdeformowane,  wyjrzało  jednym  tylko  okiem,  gdyż  drugie  –  ciągle  ruchome  –  taksowało  nerwowo
otoczenie.

Gwardian pospieszył z wytłumaczeniem, „frater Alberto jest niemową”, inquit, „Bóg obdarzył go duszą, lecz jego

umysł jest niczym niezapisana karta pergaminu”. Odparłem, że wszak umie pisać. Na to gwardian „Wiem, to cud!” –
inquit. „Nie rozumie tego, co pisze, ale robi to doskonale, bezbłędnie i w sposób niezwykle piękny. Potrafi również

background image

tworzyć  znakomite  iluminacje”.  Zaskoczyło  mnie  to,  więc  postanowiłem  zobaczyć  dzieło  brata  Alberto  na  własne
oczy i zajrzałem mu przez ramię – ten tymczasem wrócił był już do przepisywania. W istocie dukt jego był niezwykle
piękny i przejrzysty, a pisał niczym jakaś boska machina, cięgiem, nie odrywając niemal pióra od pergaminu, dopóki
nie zbrakło mu atramentu. Wtedy sięgał – zawsze takim samym, idealnie wymierzonym ruchem – do kałamarza – i nie
uroniwszy  nawet  kropli!  –  wracał  do  stawiania  kształtnych,  czarnych  znaczków.  W  pewnym  momencie  przerwał
pisanie mniej więcej w trzech czwartych linijki i postawił jakąś dziwną kreskę. Podobnie uczynił w kilku następnych
linijkach,  ale  kreski  stawiał  już  w  innych  miejscach.  Dopiero  po  chwili  spostrzegłem,  że  znaki  te,  z  pozoru
przypadkowo stawiane, zaczynają się układać w iluminację.

Przyznałem, że to niesamowite, a gwardian na to odrzekł: „Bóg wiedzie rękę tego poczciwego matołka. Pozwól za

mną. Nie przeszkadzajmy, gdyż brata Alberto łatwo jest spłoszyć”. Opuściliśmy zatem skryptorium i wkroczyliśmy do
biblioteki, gdzie zacząłem z ożywieniem przeglądać księgi – choć byłem już wielce zmęczony zimnem i wędrówką,
tak  iż  kolana  moje  były  chwiejne,  a  powieki  kleiły  się  ze  sobą.  Wytrwałem  jednak  poruszony  owym  ukochanym
zapachem starych woluminów, w którym uchwytna jest woń rąk dotykających ich przed laty, i kaganków, przy świetle
których były przepisywane – tak iż staje przed oczyma wyobraźni niemalże cały obraz ich historii.

Zgodnie ze słowami gwardiana zbiór nie był duży, starałem się zatem podejść do niego z dystansem, nie licząc na

możliwość znalezienia żadnego niezwykłego dzieła. Lecz jak duży był mój dystans do prowadzonych poszukiwań, tak
wielkie  było  moje  zdziwienie,  gdy  wpadł  mi  w  ręce  odpis  z  „Satiriconu” Petronii  Arbitri,  niekompletny
(bynajmniej!), ale zawierający aż jedenaście ksiąg, czyli o wiele więcej niż wszystkie do dziś poznane przeze mnie
kopie. Znasz na tyle swego ojca, żeby wiedzieć, jak się trzęsą jego starcze dłonie, gdy wpadnie w nie rzadka księga
(nawet  teraz,  gdy  wszak  o  wiele  jestem  mędrszy  niż  wówczas),  możesz  sobie  zatem  wyobrazić,  jaki  byłem
wstrząśnięty. Było to tak, jakby mi kto wręczył kielich pełen nektaru, ja jednak bałem się ust przytknąć do krawędzi,
gdyż nie ufałem mym zmęczonym oczom (oczyma wszak pije się literaturę), które mogłyby coś ze wspaniałego napoju
uronić – zwalczyłem zatem ciekawość. Petroniusz – godny tego, aby go chłonął wyłącznie wypoczęty umysł – miał na
mnie poczekać do rana, ja zaś tymczasem udałem się na spoczynek, zmożony nadmiarem wrażeń owego dnia.

Tamtej  nocy  miałem  przedziwny  sen,  warty  chyba  opowiedzenia,  gdyż  nieraz  go  jeszcze  śniłem  w  ciągu  mego

żywota, w dni szczególnie zimne albo gdy jakie jadło nieświeże zatruło mój żołądek. Im zresztą starszy jestem, tym
częściej go śnię.

W  owym  śnie  widzę  twarz  brata Alberto,  widzę,  jak  się  odmienia.  Jego  rozrośnięte  łuki  brwiowe  kurczą  się  i

prostują, wykrzywione usta przyjmują formę równomierną, wypełniają się białymi, zdrowymi zębami; czoło podnosi
się, okrągleje i wypełnia, znika owa dziwaczna bruzda przecinająca je na co dzień; jego policzki robią się gładkie,
znikają z nich kępki dziwnych jakby młodzieńczych włosków, skóra rumienieje, traci swą niezdrową szarość; w końcu
oczy  jego  zajmują  właściwe  miejsce,  znika  z  nich  mętna  głupota,  a  rozświeca  je  jasny  blask  rozumu.  Zaraz  potem
zdążam już za nim – nie szkaradnym i zgarbionym, lecz przeciwnie – pięknym i wyprostowanym – poprzez korytarz
pełen półmroku. Prowadzi mnie do miejsca, gdzie – jak mi się zdaje – powinno się znajdować wyjście na dziedziniec,
lecz nie ma go tam. Zamiast tego otwiera się przed moimi oczyma kolejny korytarz prowadzący lekką pochyłością w
dół, jakby pod ziemię. Brat Alberto prowadzi mnie żwawo, tak iż ledwo mogę nadążyć, dokoła tańczą nasze cienie –
powiększone i rozmnożone przez liczne pochodnie. Im głębiej schodzimy, tym korytarz staje się większy, aż w końcu
nie można już dostrzec jego krańców. I właśnie wtedy, kiedy zdawałoby się, że ciemność nas pochłonie i zaginiemy w
niej – wtedy docieramy do drzwi. Brat Alberto otwiera je i puszcza mnie przodem.

I oto znajduję się w skryptorium, pod ścianą, na której jest namalowana postać zwierzęcia z ludzką twarzą; wydaje

mi  się,  że  nie  powinno  tam  być  drzwi,  ale  zakładam,  że  mogłem  ich  nie  zauważyć.  Poza  mną  znajdują  się  tam  też
wszyscy  mnisi  –  cała  dwunastka,  wśród  nich  gwardian  i  brat Alberto,  który  dopiero  co  był  wszedł  za  mną.  Mnisi
piszą, lecz gdy podchodzę bliżej, dostrzegam, że nie mają oczu, robią to więc na ślepo. W tym momencie gwardian i
dwaj  inni  mnisi  podnoszą  się  od  pulpitów  i  stają  pod  ścianami  –  każdy  pod  symbolem  innego  ewangelisty:  zatem
gwardian stoi pod lwem, jeden mnich pod orłem, drugi pod bykiem, a brat Alberto wciąż pod ścianą ze zwierzęciem o
ludzkiej  twarzy.  I  oto  widzę,  że imago  gwardiana  zaczyna  się  odmieniać.  Jego  łuki  brwiowe  grubieją,  szczęka  się
wydłuża, nos jakby rozlewa po twarzy, wtapia w nią; kark jego się wykrzywia, szyja wydłuża, włosy rosną i rudzieją;
zaraz  też  gęsta  szczecina  zaczyna  pokrywać  całe  jego  oblicze,  zęby  rozpychają  i  deformują  jego  policzki  i  wargi,
rosną  w  kły.  Po  chwili  na  ludzkich  barkach  spoczywa  już  głowa  lwa.  Podobnie  zęby  jednego  z  mnichów  z  ust
wychodzą,  rogowacieją  w  twardy,  ptasi  dziób,  skóra  pokrywa  się  piórami  i  po  chwili  ma  już  on  twarz  orła.
Trzeciemu  zaś  nos  rozrasta  się  na  boki,  przez  skórę  czaszki  wyrzynają  się  ostre  rogi  i  porasta  go  szczeć  –  staje  się
bykiem. Tylko brat Alberto zachowuje swoje piękne, anielskie oblicze.

Wtem do moich uszu dochodzi szept albo jakby cichy zaśpiew i słyszę owe wersety z czwartej eklogi Wergilego:

Ultima Cumaei venit iam carminis aetas;

magnus ab integro saeclorum nascitur ordo.

background image

iam redit et Virgo, redeunt Saturnia regna,

iam nova progenies caelo demittitur alto.

Przebudziłem się nad ranem z owym szeptem wciąż dudniącym w mych uszach, choć może to tylko krew szumiała,

popędzana  gwałtownym  łomotaniem  serca  w  mej  piersi  –  takoż  w  mej  głowie  pędziły  myśli,  wciąż  obciążone
strzępami  obrazów  z  koszmaru,  i  pędził  również  mój  wzburzony  oddech,  wstrząsając  spotniałą  piersią.  Wyrwany  z
porządku snu, a wtrącony w chaos półjawy, musiałem jakoś uspokoić podekscytowaną imaginację. Zacząłem przeto
porządkować przestrzeń dokoła mnie, aby pewniej zahaczyć w niej własne jestestwo: znajdowałem się zatem w celi
zakonnej,  na  twardym  sienniku,  stopami  zwrócony  ku  drzwiom  (pamiętać  bowiem  powinienem,  że  drzwi  prowadzą
mnie  do  życia,  czyli  spraw  jak  stopy  przyziemnych,  ponadto  zaś  przemijających,  o  czym  z  kolei  przypominały  trzy
trupie czaszki wyrzeźbione nad framugą), głową zaś ku oknu (czyli ku Niebu; jak wiesz w głowie znajduje się mózg, a
w mózgu owa część zamieszkana przez duszę, która wszak powinna do Nieba właśnie dążyć), po prawej ręce miałem
krzyż  wiszący  na  ścianie,  po  lewej  zaś  niewielki  stolik  z  miską  do  obmycia  twarzy  (znowuż  tkwi  w  tym  owa
pradawna  symbolika,  prawa  bowiem  jest  modlitwa,  zaś  zbytnia  dbałość  o  ciało  –  haniebna).  Takimi  właśnie  albo
podobnymi rozmyślaniami zająłem swój umysł. Wkrótce się uspokoiłem i mogłem usnąć ponownie, choć nie na długo,
gdyż o pierwszym brzasku obudzono mnie na modlitwę poranną.

Rankiem spadł pierwszy śnieg: zima tamtego roku nadeszła prędko i bardzo była zajadła. Rychło przełęcz, którą

się  z  klasztoru  do  najbliższych  osad  schodziło,  została  całkiem  zasypana,  tak  iż  nie  miałem  nawet  co  myśleć  o
odejściu;  byłem  jakoby  więzień ferorum  elementorum  –  inna  sprawa,  że  donikąd  nie  planowałem  się  wybierać,
przeciwnie, ustaliłem z gwardianem, które księgi mam zostawić w zamian za możność stworzenia odpisu „Satiriconu”
i  przystąpiłem  do  lektury,  warto  bowiem  było  przeczytać  dzieło  zanim  się  zaczęło  je  przepisywać.  Siedziałem
głównie w swojej celi – aby głos mój, gdym czytał, nie przeszkadzał pracującym mnichom. Nie mogłem jednak oddać
się  zupełnie  swemu  zajęciu,  wypadało  bowiem,  abym  w  zamian  za  udzieloną  gościnę  pomagał  w  rozmaitych
sprawunkach; musiałem również uczestniczyć w nabożeństwach.

W ten sposób nie skończyłem jeszcze pierwszego czytania, gdy – w szóstym albo siódmym dniu mojego pobytu –

gwardian zachorzał ciężko, „gorączka płucna” – inquit jeden z braci, gdym spytał o naturę choroby. Zmarł w jakieś
dwa  tygodnie  później,  po  nim  zaś  zachorowali  dwaj  kolejni  mnisi;  zachorowałem  też  ja,  lecz  nie  uprzedzajmy
wypadków. Chciałbym Ci pierwej opowiedzieć o zdarzeniach, które miały miejsce jeszcze za życia gwardiana.

Przede wszystkim warto chyba powiedzieć, że zły stan jego zdrowia napełnił wszystkich mnichów autentycznym

przejęciem,  niejednego  żalem  i  rozpaczą,  wszyscy  bowiem  byli  do  niego  bardzo  przywiązani  i  kochali  go  tak,  jak
dzieci  kochają  ojca  lub  owce  pasterza.  Zaraz  też  podjęto  gorliwe  modlitwy  w  intencji  jego  ozdrowienia,  szukając
wstawiennictwa u czcigodnego patrona klasztoru (który to był święty – już nie pomnę), na przemian też różni bracia
czuwali  przy  jego  łożu.  Piszę  to  nie  bez  przyczyny,  chciałbym  Ci  bowiem  przedstawić  owych  ludzi  w  sposób  jak
najbliższy prawdzie, a wiem, że na podstawie dalszego ciągu mej opowieści możesz powziąć wrażenie niepełne lub
wręcz  fałszywe,  nie  jest  bowiem  człowiek  panem  swego  losu,  nie  jest  nawet  panem  swego  umysłu,  nawet  nie  rąk
swoich – powiedziałbym! – gdyż nieraz okoliczności i sploty zdarzeń prowadzą na złą drogę najszlachetniejsze natury.

Opiekę nad gwardianem sprawował mnich wielce czcigodny i wiekiem podeszły, który w klasztorze pełnił funkcję

zielarza.  Oczywiście  jego  wiedza  medyczna  nie  odznaczała  się  doskonałością,  a  rozum  przytępiły  już  długie  lata
życia, niemniej był to jedyny, obok chorego, wykształcony człowiek. Pozostali nie mieli nawet święceń kapłańskich,
składali  bowiem  wyłącznie  śluby  zakonne.  A  zatem  klasztor  zamieszkiwali  ludzie  prawie  świeccy,  w  większości
prości chłopi lub synowie zubożałego rycerstwa. Trudno się zatem dziwić, że kiedy gwardian, w ostatnich już dniach
swego ziemskiego żywota, poprosił onego starca – którego, pamiętam, pieszczotliwie zwano Dziaduniem – o ostatnie
namaszczenie,  tamten  wzajem  poprosił  go  o  to  samo,  bał  się  bowiem,  że  jeśliby  i  on  zachorzał,  nie  będzie  komu
przyjąć jego spowiedzi. Pozostali mnisi, poruszeni tym gestem, również przystąpili do spowiedzi – a ja wraz z nimi –
i  zapanował  w  klasztorze  jakby  świąteczny  nastrój,  wszyscy  bowiem  poczuli  się  zjednoczeni  ze  sobą  wzajem  i
Bogiem.

Zastanawiasz  się,  co  w  tym  czasie  robił  brat  Alberto.  Zacząłem  zwracać  na  niego  uwagę  baczniejszą  niż

zazwyczaj, jako że jego matołkowate oblicze nosiło znamiona dziwnego jakiegoś strachu i bełkotał, i łkał nieustannie,
ilekroć oddalił się od łoża gwardiana, a robił to rzadko, raczej przymuszony przez pozostałych niż dobrowolnie. Gdy
zaś znajdował się przy chorym, to przeciwnie – nienaturalnie był spokojny, a i gwardian zdawał się czuć lepiej w jego
obecności.  Jego  twarz  nabierała  jakby  rumieńców  i  zdawało  się,  że  zdrowieje.  Wszyscy  inni  wydawali  się  jednak
zaniepokojeni bełkotliwą obecnością brata Alberto. Atoli najbardziej mnie zadziwiło, gdy pewnego razu ujrzałem go,
jak  kulił  się  pod  drzwiami,  dopiero  co  wyrzucony  z  celi  chorego.  Mamrotał  w  kółko  jakieś  wyrazy,  jakby  „Pater
noster…
”, ale nie znał chyba dalszego ciągu modlitwy, bo był w stanie wymówić tylko te dwa słowa. W tym bełkocie
było coś tak przejmującego, że aż ciarki mi przeszły po plecach.

Wszak to nie koniec wydarzeń dziwnych, które napełniły mnie niepokojem. Pierwej miałem kolejny straszny sen.

background image

Spałem  i  śniłem,  że  jakiś  bezwład  ogarnął  moje  ciało,  jakoby  mnie  zmora  dusiła.  Próbowałem  krzyczeć,  jednak
czułem się tak, jakbym był sobą w niesobie i nie mogłem dobyć głosu z gardła. Wiedziałem przy tym, że wszystko to
jest marą i próbowałem się obudzić, nieważne jednak jak mocno natężałem swoją wolę – nie byłem w stanie. I tak
trwałem  jak  sparaliżowany;  zdawało  mi  się,  że  całą  wieczność.  Aż  w  końcu,  zupełnie  niespodziewanie  się
przebudziłem – jednak to przebudzenie miało miejsce we śnie – i uświadomiłem sobie, że znów władam ciałem, jest
ono jednak odrętwiałe i przechodzi je mrowienie; znasz zapewne to wrażenie, gdy nieraz człowiek śpi z głową opartą
o  własne  ramię,  a  gdy  się  budzi  jest  ono  niczym  z  drewna  uczynione,  jakby  cudza  ręka  do  własnego  ciała  została
przytroczona – tak właśnie ja cały się czułem. I ogarnął mnie niewysłowiony strach, taki iż chciałem krzyczeć, wołać
pomocy,  jednak  z  mojego  gardła  dobył  się  tylko  słabowity  skrzek.  Spróbowałem  się  poruszyć,  naprężyć  wszystkie
mięśnie, lecz moje ciało tylko podskakiwało niczym popychana kłoda, aż w końcu spadłem z łoża i w tym momencie
przebudziłem się naprawdę – zdyszany i przelękły. A w ciemności nocy zdawało mi się, jakbym usłyszał jakiś odległy
szept,  wcale  podobny  do  tego,  który  słyszałem  pierwszej  nocy.  Wyszedłem  zatem  z  mojej  celi  i,  błąkając  się  po
korytarzach,  próbowałem  odnaleźć  źródło  tego  dziwnego  głosu.  W  końcu  doszedłem  do  dormitorium,  gdzie  spali
wszyscy mnisi, poza gwardianem. Wtedy usłyszałem, że brat Alberto coś mamrocze, a gdym się zbliżył, udało mi się
rozróżnić słowa:

magnus ab integro saeclorum nascitur ordo…

Nagły  dreszcz  przeszedł  moje  ciało,  gdym  rozpoznał  te  same  strofy  z  Wergilego,  które  słyszałem  w  owym

poprzednim śnie. Ogarnięty dziwnym strachem, czym prędzej czmychnąłem z dormitorium i pobiegłem z powrotem do
celi. Dopiero kiedy nieco ochłonąłem, zacząłem się nad całym zdarzeniem zastanawiać i wydało mi się niemożliwe,
żebym z takiej odległości, poprzez grube ściany, usłyszał szept brata Alberto.

Co zatem przywiodło mnie owej nocy do dormitorium braci? Powiesz być może, że starość stępiła moją pamięć,

że  przez  długie  lata  wspomnienia  z  owego  czasu  uległy  wykrzywieniu,  czy  w  końcu,  że  zdziecinniały  fantazjuję  po
prostu, lecz nie potrafię odpędzić myśli, że działały tam siły, których ludzki umysł nie potrafi pojąć. A rzeczy, które mi
się  później  przytrafiły,  są  tak  nieprawdopodobne,  że  sam  nieraz  zastanawiam  się,  czy  nie  były  marą  jedynie,  ułudą
zmęczonego chorobą umysłu; Ty zapewne stwierdzisz, iż tak było w istocie, lecz wstrzymajmy się z tym jeszcze, inne
bowiem wydarzenia wciąż domagają się opowiedzenia.

Następnego  dnia  po  owym  śnie  gwardian  przyzwał  mnie  do  siebie.  Był  już  bardzo  słaby,  blady,  oczy  jego  były

podkrążone,  widać  było,  że  umiera  trawiony  gorączką.  Odezwał  się  wówczas  do  mnie,  głosem  nikłym,  rzężącym,
przerywanym nieraz suchotniczym kaszlem i wypowiedział do mnie takie mniej więcej słowa:

„Nie  znamy  się  długo,  młodzieńcze,  ale  wiem,  że  jesteś  obdarzony  naturą  światłą  i  prawą  oraz  podobną  mej

własnej  ze  względu  na  nauki,  które  pobierałeś  i  pisarzy,  których  myśli  poznawałeś  i  hartowałeś  w  ich  ogniu  swoją
cnotę.  Zupełnie  inny  jesteś  od  tych  wszystkich,  nad  którymi  sprawuję  tu  pieczę,  oni  bowiem,  choć  poczciwi,  wciąż
tkwią  w  ciemnocie  i  zabobonie  swych  przodków.  Lękam  się  zatem,  co  uczynią,  gdy  mnie  tu  zabraknie.  Lękam  się
głównie ze względu na brata Alberto, którego szczególnych zdolności nie są w stanie zrozumieć, i którego z powodu
fizycznej  i  umysłowej  niesprawności  traktują  z  nieufnością  i  lękiem.  Zaklinam  cię  więc,  jeśli  nie  ze  względu  na
przyrodzoną  ci  prawość,  jeśli  nie  nawet  ze  względu  na  wdzięczność,  którą  z  pewnością  odczuwasz  za  udzieloną  ci
gościnę,  to  ze  względu  na  obowiązek,  jaki  poprzez  swoje  szlachetne  wykształcenie  powziąłeś  przed  Bogiem,  abyś
zaopiekował  się  bratem  Alberto,  udzielił  mu  swojej  pomocy  i  go  ochronił,  gdyby  czyhało  na  niego  jakieś
niebezpieczeństwo. A oto co musisz uczynić: niemożliwe jest, aby brat Alberto tu pozostał, zbyt wiele wzbudza lęku
w swych współbraciach; zabierzesz go zatem do pewnej miejscowości, do znanego mi proboszcza, i tam, powołując
się  na  moje  imię,  zostawisz  swojego  podopiecznego.  Ów  człowiek,  do  którego  cię  wysyłam,  będzie  wiedział,  co
czynić, zna mnie i z pewnością zaopiekuje się tym nieszczęsnym Bożym stworzeniem. Osada nie znajduje się daleko
stąd, zaledwie o parę dni, nie nadłożysz zatem zbytnio drogi. Okropności, które by tego nieszczęśnika mogły spotkać,
gdybyś  mu  pomocy  nie  udzielił,  byłyby  wielkie  i  straszne.  Chyba  nie  muszę  ci  tego  opisywać,  wystarczająca  jest
bowiem Twoja wrażliwość, abyś mógł to sobie wyobrazić. Wspomnę jednak, że gdyby wygnano brata Alberto – co
doprawdy nie jest wcale najgorszym, do czego mogliby się posunąć ludzie prości i zabobonni – to on, ze względu na
swoją  umysłową  niesprawność  oraz  fizyczne  okaleczenie,  prawdopodobnie  spadłby  z  pierwszej  przełęczy  i
roztrzaskał  się  na  miazgę.  A  gdyby  zalękniony  próbował  przycupnąć  w  jakiej  grocie  czy  załomie,  zamarzłby,
umierając powoli straszną śmiercią, wynikającą wszak tylko z zupełnej jego nieznajomości świata. Doprawdy, nawet
o  wiele  mniej  szlachetna  natura  niż  twoja  nie  skazałaby  go  na  taki  los.  Czy  zatem  będziesz  w  stanie  odmówić  mu
wsparcia?”

Wielce  mnie  ta  mowa  zdziwiła,  bowiem  sam  już  wówczas  poświęcałem  dużo  miejsca  w  swych  rozmyślaniach

bratu Alberto: dziwnym snom, które o nim miałem, jak i tym rzadkim słowom, które słyszałem z jego ust, mimo że – o
czym  dotąd  byłem  przekonany  –  mówić  logicznie  nie  umiał.  Zwróciła  zatem  moją  uwagę  troska,  jaką  miał  o  niego
gwardian. Musisz sobie bowiem wyobrazić, że to, com wyżej przytoczył, nie było wcale wypowiedziane tak płynnie,

background image

jakby się mogło wydawać. Przeciwnie – była to mowa człowieka umierającego, dla którego każde słowo jest męką.
Doprawdy  bezduszny  musiałby  być  ten,  który  tak  proszony,  odmówiłby  pomocy.  Zaprzysiągłem  zatem  pomóc
biednemu bratu Alberto, cokolwiek by się działo, a wynikało to nie tylko z litości, jaką we mnie budził, lecz także z
rosnącej  fascynacji  i  jakiegoś  przeczucia,  którego  nie  byłem  w  stanie  do  końca  pojąć,  ale  które  mówiło  mi,  że  tak
właśnie powinienem uczynić.

Jeszcze  tego  samego  wieczoru  gorączka  chorego  wzrosła  straszliwie  i  zaczął  majaczyć  w  półśnie.  Dziadunio

orzekł, że to ostatni, najsilniejszy atak i jeśli gwardian go przeżyje, wszystko będzie dobrze i ozdrowieje. Zmaganie
chorego ze śmiercią trwało całą noc. Ja, stary zielarz oraz brat Alberto trwaliśmy przy nim nieustannie, podczas gdy
pozostali zgromadzili się w kaplicy i modlili się o jego uzdrowienie. I faktycznie nad ranem atak zelżał i zdawało się,
że  już  z  tego  wyjdzie.  Pełen  nadziei  Dziadunio  udał  się  na  spoczynek  –  zresztą  wcześniej  już  przysypiał  nad  łożem
chorego, gdyż czuwanie jest trudne w tym wieku – a i ja sam tak uczyniłem. Jedynie brat Alberto pozostał w celi, choć
był wyraźnie wycieńczony i spotniały, jakby sam walczył z chorobą. To jego straszny krzyk zbudził nas niewiele po
brzasku, gdy ostatecznie śmierć zamknęła powieki szlachetnego duszpasterza.

Lament  po  zmarłym  trwał  przez  kilka  dni,  po  czym  pochowano  go  ze  wszystkimi  honorami  na  przyklasztornym

cmentarzu. Nad grobem Dziadunio wygłosił krótką przemowę, której tu nie będę przytaczał, gdyż ze względu na swój
wiek mówił niezbyt składnie, wspomniał w każdym razie o tym, iż nie powinniśmy się martwić, gdyż po śmierci czeka
nas jedynie wieczna szczęśliwość, i że prawdopodobnie bardzo niedługo on sam spotka się ze zmarłym w przybytku
Pańskim,  gdyż  nie  spodziewał  się,  aby  dane  mu  było  przeżyć  tę  zimę.  Nie  pomylił  się  zresztą.  W  jakieś  dwa  dni
później on i jeszcze jeden mnich zapadli na tę samą chorobę co gwardian, a wkrótce po nich i ja.

Z początku brat Alberto przychodził do wszystkich chorych, jednak szybko zaczęto go odganiać. Choć nikt tego na

głos nie wypowiedział – podejrzewano, że w jakiś sposób przyczynił się do śmierci gwardiana. Nieufność wzrosła do
tego stopnia, że bracia zabronili mu spać we wspólnym dormitorium i przegonili go do stodoły, jednak nie wyszło to
na  dobre  ani  biednemu  matołkowi,  ani  pozostałym  zakonnikom.  Bowiem  wkrótce  doszło  tam  do  pożaru,  któremu
zresztą najprawdopodobniej faktycznie był winny brat Alberto, lecz nie ze względu na złą wolę, o którą go oskarżyli
mnisi,  ale  przez  swoje  niedołęstwo.  Nic  zresztą  strasznego  się  nie  wydarzyło;  na  całe  szczęście  wszędzie  było
wilgotno i ogień udało się zasypać śniegiem, zanim się rozprzestrzenił. Niemniej sytuacja stała się dość napięta i w
końcu tylko ja nie sprzeciwiałem się obecności tego nieszczęśnika.

W  niespełna  tydzień  później  obaj  mnisi  pomarli,  ja  zaś  balansowałem  na  krawędzi  życia  i  śmierci.  Niewiele

pamiętam z owego czasu. Powiedziano mi później, że gorączka trawiła mnie przez dwa tygodnie, że majaczyłem przez
sen,  podobnie  jak  czynili  to  chorzy  przede  mną.  Momentami  odzyskiwałem  przytomność  –  tak  mi  powiedzieli  –  i
można było wtedy ze mną normalnie rozmawiać, sam jednak nic z tych przebudzeń nie pamiętam. Jedyną rzeczą, jaką
sobie przypominam, był kolejny sen, czy może raczej gorączkowe widzenie.

Śniłem znów, że widzę, jak się  odmienia  oblicze  brata Alberto  i  jak  mnie  potem  prowadzi  korytarzami  za  rękę.

Tylko tym razem biegliśmy i coś zdawało się nas gonić. To było szare i miało postać niby-wilka, niby-człowieka, nie
widziałem  zresztą  dokładnie.  Uciekliśmy  do  biblioteki,  gdzie  bezocy  mnisi  przepisywali  księgi.  Chcieliśmy  biec
dalej, jednak tamci nas zatrzymali, otoczyli niczym mur szarych, pomarszczonych twarzy, wpatrzonych w nas pustymi
dziurami  oczodołów.  Czułem,  że  To  co  nas  goniło,  stało  teraz  tuż  za  nami.  Po  karku  przebiegały  mi  ciarki  od
lodowatego  oddechu  bestii,  która  –  jak  stwierdziłem  pełen  grozy  –  miała  już  nie  jedną,  lecz  dwanaście  razy  po
dwanaście głów, wszystkie bowiem oblicza mnichów z nią były połączone długimi szyjami. Bałem się spojrzeć poza
siebie, gdyż wiedziałem, że tam czai się śmierć.

Wtem  usłyszałem  głos  brata Alberto,  „chociaż  idę  ciemną  śmierci  doliną,  zła  się  nie  ulęknę,  bo  Ty  jesteś  przy

mnie”  – inquit.  W  tym  momencie  dojrzeliśmy  blask.  Znad  szarego  muru  ohydnych  łbów  uniosły  się  trzy  skrzydlate
postacie: jedna z głową lwa, druga z głową wołu, trzecia zaś z głową orła. Poczułem, że czyjeś silne ręce chwytają
mnie  za  ramiona  i  uniosłem  się  w  górę;  to  brat Alberto  wzbił  się  na  swych  skrzydłach  i  poszybowaliśmy  razem  na
wysoką wieżę.

Jednak bestia nie rezygnowała i wspinała się za nami, ze swoich stu czterdziestu czterech gardzieli wydając ryk

przeraźliwy, który wstrząsnął posadami świata, potem przeszedł w skowyt i jakby lament, ścinający w żyłach krew,
rozrywający zasłonę wyszywanej gwiazdami nocy, tak iż pozostała tylko ciemność nieprzenikniona. Atoli brat Alberto
magna  voce  exclamavit:  „zła  się  nie  ulęknę!”  –  a  krzyk  jego  był  równie  potężny,  co  skowyt  bestii,  która  pod
wpływem  tego  głosu  runęła  z  wieży  w  dół.  Gdy  brat Alberto  to  ujrzał,  złożył  mnie  na  zimnej,  kamiennej  posadzce,
wstrząsnął skrzydłami i pofrunął ku niebiosom, zaś żar dobył się spod jego piór taki, że osmaliło mi twarz, spalając
całkiem brwi i rzęsy, i pozostałem nagi i osmalony, wstrząsany dreszczami chłodnej nocy.

Zmarznięty i jednocześnie zlany potem od poprzedniego gorąca przebudziłem się, czując dziwny ciężar na piersi.

Dopiero po chwili poczułem, że to czyjaś dłoń mnie dotyka, usłyszałem też głos brata Alberto, który coś mamrotał w
zwykły dla siebie, bezsensowny sposób. Delikatnie odsunąłem jego dłoń i spróbowałem wstać, nadto jednak byłem
osłabiony, on zaś uciekł z celi, jakby spłoszony moim poruszeniem.

background image

Do dziś zastanawia mnie uzdrowienie, którego wówczas dostąpiłem. Dlaczego mnie jednemu dane było żyć, gdy

inni pomarli? Nigdy wszak nie byłem silnego zdrowia, wiem zaś, że bez opieki medyka jedynie organizmy obdarzone
niezwykłą wytrzymałością są w stanie zwalczyć płucną gorączkę. Zdrowy rozsądek buntuje się przeciwko temu, czy
jednak jest niemożliwe, aby to brat Alberto mnie uleczył? Wspomnij choćby jego zachowanie przy łożu gwardiana –
wszak było to tak, jakby sam przeżywał jego chorobę. Później zaobserwowałem, że podobnie zachowywał się przy
pozostałych  chorych,  ci  jednak  go  odpędzali.  Ja  jeden  pozwoliłem  mu  trwać  przy  sobie…  i  ja  jeden  przeżyłem.
Oczywiście zbieżność w czasie pewnych zdarzeń nie musi świadczyć o ich wzajemnym związku, nie wiem jednak, jak
całe to zajście wytłumaczyć; dość już bowiem w swym życiu widziałem, aby móc twierdzić, że i drogi rozumu nieraz
wiodą nas na manowce. Wróćmy jednak do dalszych wydarzeń owych dni.

Siły powróciły mi dość szybko, lecz nie chciałem jeszcze opuszczać klasztoru, przynajmniej nie bez przeczytania

owego obszernego fragmentu „Satiriconu”, który odkryłem. Była to błędna decyzja, dziś już to wiem, wówczas jednak
uśpił moją uwagę pozorny spokój. Brat Alberto kolejne dni spędzał zamknięty w skryptorium, gdzie nie rzucał się w
oczy pozostałym mnichom. Ja również często tam bywałem, czytając lub robiąc notatki. Muszę przyznać ze wstydem,
iż  tak  mnie  to  pochłonęło,  że  nie  dostrzegałem,  czy  też  nie  chciałem  dostrzegać,  jak  zgodnie  z  przewidywaniami
gwardiana, nieufność mnichów wobec brata Alberto wciąż rosła; bez swego pasterza ci ludzie byli całkiem zagubieni
i  sztywne  dotąd  pęta  zakonnej  dyscypliny  nagle  zaczęły  się  rozluźniać.  Ja  jednak  ogarnięty  jakimś  szałem  czy
zaślepieniem, nie zwracałem na to uwagi, podobnie jak nie zwracałem uwagi na to, co czyni sam brat Alberto. A ów –
jak się później okazało – cały czas przepisywał jakieś excerpta z Biblii.

Rychło musiało się to jednak skończyć. Doszło bowiem do wydarzenia, które wszystkich napełniło niepokojem, a

niejednego strachem.

Oto pewnego dnia zebrali się mnisi na modlitwę w intencji dopiero co zmarłych. Jeden z nich zaintonował psalm

dwudziesty  trzeci,  gdy  nagle  rozległ  się  w  kaplicy  przeraźliwy  huk:  to  brat Alberto  wpadł  do  niej,  potykając  się  o
świeczniki i przewracając je, następnie wyskoczył pomiędzy stalle, rycząc nieludzko. A były to znów słowa czwartej
eklogi:

magnus ab integro saeclorum nascitur ordo.

iam redit et Virgo, redeunt Saturnia regna

iam nova progenies caelo demittitur alto.

Jednak  ci  niewykształceni  mnisi,  choć  znali  łacinę,  nie  rozumieli  słów  i  szeptali  między  sobą:  „to  wersety  z

Janowej  Apokalipsy”  i  „szatan  go  opętał,  nie  wie,  co  mówi”.  Pełni  też  byli  strachu  i  cofali  się  przed  szalejącym
kaleką jak przed zadżumionym. „Od nowa rodzi się wielki wieków porządek. Już powraca i Dziewica, i władza córy
Saturna, już nowy potomek zstępuje z wysokiego nieba”.

„Precz!”  – exclamavit  jeden  z  mnichów,  „Nie  wódź  nas  na  pokuszenie.”  –  I  cisnął  w  biedaka  ciężkim

świecznikiem.  Pozostali  przyłączyli  się  do  owych  okrzyków:  „Przeciw  Bogu  bluźnisz!”,  „Czyż  za  głos  Boga  się
uważasz?!”, „Se Dei vocem putes?!”. I byliby może na niego napadli, gdybym wówczas nie znalazł w sobie odwagi i
nie  wykrzyknął:  „Czyście  szaleni?  Wszak  on  Wergilego  cytuje.  Toż  to  rzymski  poeta!”.  Oni  jednak  za  złe  mi  to
poczytali  i  na  mnie  również  zaczęli  patrzeć  spode  łba.  „Więc  poganina  głosem  woła”  –  mówili  między  sobą.  Całe
szczęście uciekł tymczasem brat Alberto i zostało odwleczone najgorsze.

Pogoda owego dnia była fatalna; zerwała się straszliwa burza śniegowa. Gdyby nie to, opuściłbym czym prędzej

klasztor, gdyż zaiste już w nim wrzało. Podjąłem jednak mocne postanowienie wyruszenia z samego rana, jeśli tylko
będzie to możliwe. Oczywiście brata Alberto miałem zabrać ze sobą. Niestety nie dane mi było to uczynić. Widać taka
wola Boża – tłumaczę sobie. – Bowiem gdyby Bóg zechciał ocalić swego ułomnego sługę, nie byłby pozwolił, aby
zawieja  opóźniła  nasz  wyjazd.  Kimże  jestem  ja,  pyłek  mizerny,  żeby  próbować  zgłębić  zamysły  Wszechmocnego?
Najwyraźniej tego wymagał Boski plan, aby tamtej nocy, w tamtym klasztorze dokonała się ofiara. Czyż i Pan nasz,
Chrystus, nie musiał złożyć się w ofierze, aby powstrzymać moce szatana? Zło jest silne na świecie, a Głos Pana woła
tych właśnie, słabych i ułomnych, aby stawili mu czoła.

Spakowałem w pośpiechu swój skromny dobytek i próbowałem odnaleźć brata Alberto, lecz nigdzie go nie było.

Ostatecznie  więc  poszedłem  tylko  zabrać  ze  skryptorium  ową  księgę,  którą  przepisywał.  Prawdopodobnie  nie
zwróciłbym  wcale  uwagi  na  to,  co  w  niej  było  napisane,  gdyby  w  pewnym  momencie  nie  upadła  na  ziemię  i  nie
otworzyła  się  na  jakiejś  stronie.  Gdym  się  pochylił,  ujrzałem  pismo  greckie,  którego  w  owym  czasie  nie  znałem
jeszcze.  Zaskoczyło  mnie  jednak,  że  podczas  gdy  większość  tekstu  była  spisana  czcionką  równą  i  piękną,
gdzieniegdzie  pojawiały  się  też  znaki  koślawe,  jakby  ręką  kaleki  pisane,  zaś  przy  dokładniejszym  przyjrzeniu  się
dostrzegłem też kilka słów w alfabecie łacińskim. Dwa z nich szczególnie były wyróżnione, pierwsze głosiło „NIE”, a
drugie „POJMIESZ”. Cały tekst również kończył się sentencją łacińską, napisaną tak koślawo, że niemal nieczytelną.
Non mea voluntas, sed tua fiat” – odcyfrowałem w końcu. „Nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie”.

Schowałem  wówczas  książkę  do  tobołka  i  wyszedłem  na  dziedziniec.  Wtem  wydało  mi  się,  żem  dojrzał  coś

background image

dziwnego,  jakby  szary  cień  pnący  się  w  górę  po  kościelnej  wieży.  Dreszcz  mną  wstrząsnął  i  wytężyłem  wzrok,  nic
więcej  już  jednak  nie  dostrzegłem.  Wróciłem  do  swego  pokoju  i  wkrótce  zapadł  zmierzch.  Nie  wiedziałem  jeszcze
wówczas, że zanim słońce wstanie ponownie, wszystko już ma się rozwiązać.

Oto  jak  wyglądały  wydarzenia  owej  nocy  (wiedz,  że  dłonie  moje  drżą,  gdy  to  wspominam  i  próbuję  opisać,  co

zaszło).

Około jutrzni, czyli niewiele po północy, wszystkich zgromadzonych w klasztorze przebudziło nieludzkie wycie i

skomlenie. Wybiegliśmy na dziedziniec i ujrzeliśmy, że oto brat Alberto wspina się na kościelną wieżę z pochodnią w
dłoni. „Chce podpalić kaplicę!” – quisquis inquit. Zaraz też rzucili się po schodach na górę, gdzie dorwali biednego
kalekę, ściągnęli go na ziemię i zaczęli bić. Istny szał ich ogarnął, mnie zaś na ten widok jakby sparaliżowało. Jak w
owym  śnie:  chciałem  się  ruszyć,  ale  zdjęty  strachem  nie  mogłem  chciałem  krzyknąć,  ale  tylko  skrzek  niewyraźny
wyrwał się z mej krtani, chciałem w końcu zamknąć oczy, żeby nie patrzeć na okrutną śmierć niewinnego, lecz mogłem
tylko stać i być niemym świadkiem tego okropnego zdarzenia.

Wtem  powtórzył  się  straszny  skowyt,  który  słyszeliśmy  wcześniej.  Przerażeni  mnisi  odskoczyli  od  obitego  i

skrwawionego  ludzkiego  strzępu,  w  który  zmienił  się  brat Alberto.  Oni  tego  nie  widzieli,  ale  ja  dostrzegłem  owo
szare Coś z mojego koszmaru, czające się za naszymi plecami. Dostrzegłem jego twarz, niewyraźną w mroku, wygiętą
grymasem okrutnego śmiechu. To ryknęło ponownie. Głos przeszedł w pisk tak przeszywający, że widziałem, jak kilku
mnichów  padło  na  kolana  z  krwią  cieknącą  z  uszu  i  oczu,  choć  może  był  to  tylko  fantom  mojego  nagle  oszalałego
umysłu. Rozbiegli się w przerażeniu, a brat Alberto wstał chwiejnie. Na dziedzińcu pozostało nas tylko troje: ja, on i
szare  Coś  za  moimi  plecami.  To  podeszło  do  mnie,  poczułem  zimny  dech  na  karku.  Brat Alberto  wpatrywał  się  we
mnie  –sam  taki  brzydki  jak  zwykle,  lecz  z  jakimś  dziwnym  wyrazem  oczu.  Za  nim  też  Coś  się  pojawiło.  Mnisi
powrócili,  niosąc  z  kaplicy  ciężki  krzyż.  „Apage!”  –  wykrzyknął  jeden  z  nich  i  w  tym  momencie  masywne  ramię
krzyża  gruchnęło  w  potylicę  brata  Alberto.  Poleciał  do  przodu,  lecz  nie  upadł.  Jego  oczy  wciąż  się  we  mnie
wpatrywały. „Apage!” – i krzyż ponownie uderzył w jego głowę. Teraz dostrzegłem, że na ciemnym drewnie pozostał
czerwony ślad. Oczy brata Alberto zeszkliły się i runął na ziemię, plamiąc biały śnieg swoją krwią. To Coś za mną
zaśmiało się i znikło. Mnisi podnieśli bezwładne ciało, wynieśli poza mury i zepchnęli w dół po zboczu.

Dopiero wtedy udało mi się ruszyć. Pobiegłem pospiesznie za nimi, a potem dalej w dół stoku. Poleciały za mną

klątwy  i  kilka  kamieni,  lecz  się  tym  nie  przejąłem.  Brat Alberto,  gdym  do  niego  dotarł,  żył  jeszcze.  Dyszał  ciężko,
chrapliwie, a gdy ujrzał, że się nad nim pochylam, zaczął coś mówić. Musiałem przystawić ucho niemal do samych ust
jego,  aby  zrozumieć  słowa.  Recytował  wiersz!  I  to  nie  te  grozą  przejmujące  strofy  z  Wergiliusza.  Recytował
Horacego! Przytaczam tutaj ową pieśń we własnym przekładzie:

Wyjrzyj za okno, przyjacielu,

Oto zima mroźnymi szpony chwyciła groźną Soracte,

Rzeki trzeszczącym skuła lodem

I legła ciężkim białego puchu kobiercem na barkach kosodrzewiny.

Nie daj jej tutaj przystępu, Taliarchu,

Odegnaj ciepłym żarem kominka chłód ze swego dworu,

A winem zacnym, czteroletnim,

Które się leje z sabińskiej amfory, odegnaj go z serca.

Kilka kropel ofiaruj nieśmiertelnym,

Którzy mocni koić srogie wichry, gdy morze niespokojne,

Tak iż nie mierzwią bujnej

Cyprysu korony, ni dręczą starczej łysiny jesionu.

A o jutro – nie pytaj,

Zawierz losowi, a co da, wszytko ci zyskiem będzie,

Tymczasem, przyjacielu drogi,

Tańców używaj i nie gardź dziewcząt miłością płochą.

Dopóki od nas – młodych

Daleka jest ta starość, choć bezzębna a zgryźliwa,

Szukaj wiatru na Polu Marsowym,

Słuchaj szeptów potajemnych, które z serca wprost do serca płyną.

Na  ostatnią  zwrotkę  już  tchu  mu  nie  starczyło,  tylko  „i  niech…  i  niech…  nie  warto…  pamiętaj” inquit  i  ducha

background image

oddał  Panu.  Gdym  zresztą  ów  wiersz  tłumaczył  –  a  było  to  bardzo  dawno  temu;  byłem  pewnie  wówczas  w  Twoim
wieku – nie mogłem za nic ująć ostatniej strofy tak, jakbym tego chciał. Zrezygnowałem z niej zatem i własnymi moimi
słowy  wiersz  zakończyłem,  myśląc  o  tym,  co  mi  rzekł  umierający  brat  Alberto.  Oto  jak  brzmi  w  mojej  wersji  ta
ostatnia zwrotka:

Wszystkiego zapomnij,

Pamiętać nie warto, że świat zimny sroży się dokoła,

Ciepłych objęć tylko szukaj,

Prochem i tak w końcu wszyscy jesteśmy, pamiętaj – nie warto.

Jeśli  chodzi  o  dalsze  zdarzenia,  to  już  nie  ma  wiele  do  opowiadania.  Nadludzkim  wysiłkiem  dotaszczyłem  do

najbliższej  osady  zwłoki  człowieka,  którego  gwardian  powierzył  mej  pieczy  w  chwili  swej  śmierci.  Tam  go
pochowano, ja zaś rozchorowałem się ponownie z wyziębienia. Leżąc w łóżku, rozmyślałem, jak bardzo zawiodłem
nadzieje pokładane w mej prawości i zastanawiałem się, czyż możliwe jest ocalenie świata od grzechu i piekła, skoro
nie jesteśmy nawet w stanie ocalić życia jednego człowieka – gdy Głos Pana wzywa nas, abyśmy stawali w obronie
tego, co za święte uważamy.

Jestem już stary, więc Tobie, mój synu, stawiam to pytanie, bo Twoje pokolenie będzie musiało walczyć, aby ten

olbrzymi, niepojęty świat, w którym przyszło Wam żyć, uczynić lepszym.

Cura ut valeas,

Giulio

background image

Wurdałak

Cracovia, 27 Novembris mensis, A.D. 1517

Marcus Monescius ad suum patrem Iulium

Czcigodny Ojcze,

Wielce jestem wdzięczny za księgę, którą przesłaliście, ale bardziej jeszcze za opowieść zawartą w dołączonym

do niej liście. Była mi ona główną ekscytacją ku temu, abym Wam opisał pełny przebieg wypadków towarzyszących
memu  zranieniu.  Wybaczcie  tylko,  jeśli  mym  słowom  zbraknie  cyceroniańskiej  gracji  Waszego  pióra.  Bliższą  mi
zawsze była cezariańska zwięzłość, a i opowieść moja tak jest dziwną i niepokojącą, że jedynie suche przedstawienie
faktów może mnie utrzymać w przekonaniu, że nie uległem złudzeniu.

Jak wiecie, pan mój, Ludwik, z Bożej Łaski król Węgier i Czech, nieledwie jeszcze pacholęciem jest odumartym

przez  ojca  zeszłej  zimy.  Do  opieki  nad  nim  zobowiązało  się  dwóch  wielkich  mężów,  jako  to  Maksymilian,  cesarz
rzymski, oraz Zygmunt, król Polski, a Ludwika stryj. Celem umocnienia rodzinnej zażyłości pan mój z początkiem lata
tego  roku  został  zaproszony  na  dwór  Zygmunta.  Muszę  przy  tym  pochwalić  się,  że  i  ja  w  owym  zaproszeniu  byłem
imiennie  wymieniony,  gdyż  król  wielką  atencją  darzy  Italię.  Chodzą  pogłoski,  że  poszukuje  żony  spośród  naszych
wielmożów, może nawet z Medicich.

Pod koniec czerwca stanęliśmy na zamku w Krakowie. Król podjął nas godnie, nie szczędząc pieniądza na uczty,

żonglerów  i  śpiewaków.  Owe  krotochwile  szybko  mi  spowszedniały,  jednak  tyle  z  nich  wyniknęło  dobrego,  że
wszedłem w zażyłość z pewnym uczonym mężem imieniem Wawrzyniec Choroszewski herbu Jastrzębiec. (Osobliwe
jego  imię,  jak  mi  eksplikował,  bliskim  jest  naszemu  Lorenzo  i  należy  je  kojarzyć  z  laurowymi  wieńcami  poetów).
Odnalazłszy  w  nim  pokrewny  umysł,  zyskałem  przewodnika,  który  wielce  mi  był  pomocnym  w  moich  studiach  nad
wschodnimi krajami, zarówno w materii ich fauny i flory, jak i obyczajów i wierzeń.

Z  końcem  lipca  zbrzydło  i  królowi  ucztowanie,  więc  udaliśmy  się  ku  przepastnym  borom  przy  wschodnich

rubieżach  Rzeczypospolitej  –  na  łowy.  Przy  okazji  stryj  mego  pana  chciał  mu  pokazać  siedliska  polskiego  wołu
leśnego,  którego  w  miejscowej  mowie  zwą  „żubrem”.  Zwierzęta  owe  wydały  mi  się  wielce  interesującymi  ze
względu  na  swe  rozmiary  i  siłę.  Z  zaciekawieniem  przyjąłem  również  informację,  że  są  one  chronione  specjalnym
królewskim  nakazem  i  nie  wolno  nikomu  na  nie  polować  pod  karą  gardłową.  Szersze  ich  opisanie  zamieszczę  w
traktacie, nad którym pracuję, tymczasem wracam do opowieści.

W  pierwszych  dniach  sierpnia  dotarliśmy  do  miejscowości  Strzyżewo-Wieś,  należącej  do  zamieszkałego  w

odległości  kilku  stajań  Hieronima  Strzygłowa  herbu  Sulima.  Król  z  większą  częścią  dworu  osiedli  w  pobliskim
pałacyku  myśliwskim,  reszta  musiała  stanąć  we  wsi  rozlokowana  po  różnych tabernach.  W  tej  drugiej  grupie
znaleźliśmy się również ja i pan Wawrzyniec, co było nam na rękę, gdyż zamiarowaliśmy przed udaniem się na łowy
rozpytać się wśród szlacheckiej drobnicy i chłopstwa o lokalne wierzenia.

Aborigini nie przyjęli nas życzliwie. Łatwo było zmiarkować, że tameczny lud jest ponury i radziej trzyma sam ze

sobą niźli z obcymi. Przechadzając się po osadzie od taberny do taberny zauważyliśmy też, że jakowyś niepokój wisi
nad  chałupami  jakby  cień  mrocznej  tajemnicy.  Kto  miał  okiennice,  trzymał  je  zatrzaśniętymi,  a  na  wielu  drzwiach
wisiały krzyże.

Aby  wyjaśnić  to  zjawisko,  zaszliśmy  do  fary.  Tameczny  proboszcz  powiedział  nam,  że  zeszłej  zimy  do  wsi

zawitała zaraza, a wygłodniali wilcy mnóstwo bydła poszarpali. Gołota, chłopstwo i insza ciemnota, eksplikował, boi
się, że i tego roku się to powtórzy.

Człowiek  ten  nie  pojmował  prawdziwej  istoty  goszczącego  wśród  prostego  ludu  strachu,  czego  mieliśmy  się

wkrótce  dowiedzieć.  Polak,  choćby  niewiadomo  jak  skryty  w  sobie,  to  urodzony  gawędziarz,  trzeba  mu  tylko
półgarnca  miodu  lub  kwaterki  wódki.  Mając  to  na  uwadze,  wróciliśmy  do  jednej  z tabern  i  powtórzyliśmy  swoje
zapytania, hojnie sięgając do kiesy. Okazało się, iż zdaniem wielu aboriginów za zarazę i straty wśród bydła i trzody
winny jest stwór zwany vurdalacus.

Ó w vurdalacus,  pół-człowiek,  pół-bestia,  to  upiór  zrodzony  z  kazirodczego  związku,  pożywiający  się  ludzką

krwią lub mięsem, duszący dzieciątka w kołyskach, przynoszący ze sobą mór i nieurodzaj. Ten i ów, podochociwszy
sobie więcej niżby wypadało, przebąkiwał, że taką bestią jest pan miejscowy, Hieronim Strzygłów, jednak insi zaraz
ich uciszali. Zapewne bali się gniewu pana.

background image

Parobcze  gadanie,  rzekł  nam  karczmarz,  młody  żydowin.  Później  jął  tłumaczyć,  że  może  pan  Strzygłów  i  dusi

dzieci, ale podatkami, a krowy porywa jako daninę. Surowy ów pan nie cieszył się wielką miłością, gdyż niezależnie
od  urodzaju  trzymał  się  ściśle  litery  prawa,  a  przy  tym  wielki  był  oryginał  i  odludek.  Jak  wielki,  miałem  się
przekonać.  Jak  również  o  tym,  ile  prawdy  jest  w  gadaniu  prostaczków,  a  już  teraz  mogę  rzec,  że  więcej  niźli  się
onemu karczmarzowi zdawało. Tymczasem jednak oburzała mnie ciemnota, z którą się spotkałem.

Następnego ranka ruszyliśmy wreszcie na łowy.
Przez  trzy  dni  musiałem  znosić  niewygody  spania  na  twardej  ziemi  i  przyglądać  się,  jak  młódź  rycerska  ciska

oszczepem  lub  strzela  z  łuku,  choć  radziej  zaszyłbym  się  w  ciepłej  komorze  z  jakąś  księgą.  Za  to  pan  mój  Ludwik
bawił się znakomicie. Trzeba Wam wiedzieć, Ojcze, że od kołyski nieomal zdradzał ciągoty ku sprawom rycerskim,
choć jako dziecię był słabego zdrowia. Stryj jego, mimo iż posunięty wiekiem i tuszą, również wielką przyjemność
znajdował w łowach. Sam byłem świadkiem jak przy pomocy włóczni powalił sporego dzika.

Czwartego dnia, bardziej z nudy niż jakowejś głębszej potrzeby, dałem się namówić na udział w nagonce na knura.

Na swoje nieszczęście.

Uciekał  nam  przez  większą  część  dnia,  klucząc  po  bagnach,  gdzie  konie  nie  mogły  pewnie  stąpać.  Zwodził  nas,

drażnił,  raz  nawet  napadł  na  naganiacza  i  śmiertelnie  poharatał  dwa  psy.  Zanim  zagnaliśmy  go  w  jar,  z  którego  nie
miał dogodnego wyjścia, zaczęło się już ściemniać.

Pamiętając, jaki los spotkał owe psy, które wcześniej weszły mu w drogę, nie byłem bardzo prędki, by podążyć za

nim.  Widząc  moje  niezdecydowanie,  przodem  ruszył  pan  Deciusz  herbu  Topór,  aby  zakończyć  sprawę.
Prawdopodobnie, nieświadom, oddał swoje życie za moje.

Z  jaru  wypadła  na  nas  jakaś  bestia.  Czy  był  to  ów  dzik,  którego  tropiliśmy?  Nie  wiem.  Usłyszałem  kwik  koni,

krzyk. Bardzo wyraźnie poczułem ohydny smród, którego nie potrafię nazwać inaczej niż smrodem śmierci. Kojarzył
mi się z gnijącym mięsem, krwią i mokrą sierścią. Potem mój koń upadł, a ja straciłem zmysły.

Co zaszło, wiem z opowieści. Wedle nich dzik, wyjątkowo potężna bestia, wypadł z jaru, powalił pana Deciusza,

tratując go śmiertelnie, a potem uderzył kłami mego wierzchowca, rozpruwając mu brzuch i wywlekając wnętrzności.
Konie  reszty  naszego  towarzystwa  popłoszyły  się  tak,  jakby  sam  diabeł  na  nie  napadł,  więc  mało  kto  widział,  co
dokładnie  się  dzieje.  Zanim  udało  im  się  nad  nimi  zapanować,  bestia  znikła.  Mnie  znaleźli  nieprzytomnego  ze
strzaskaną  nogą,  przygniecionego  truchłem  własnego  wierzchowca.  Zabrali  mnie  czym  prędzej  do  królewskiego
obozu, gdzie cyrulik stwierdził, że należy mnie przenieść do łoża i porządnie opatrzyć.

Najbliższym dworem w okolicy okazało się Strzyżewo, sadyba pana Strzygłowa herbu Sulima.
Ocknąłem  się  dopiero  po  tygodniu,  wychudły  i  blady.  Miałem  paskudnie  złamaną  nogę,  pęknięta  kość  przebiła

skórę i mięśnie. Cyrulik bał się, że zabierze mnie zakażenie krwi; gorączka długo nie ustępowała. Ostatniego dnia byli
pewni,  że  nie  wyżyję,  ale  po  przesileniu  przyszła  poprawa.  Rankiem  –  otworzyłem  oczy.  Nadal  wzdrygam  się  na
wspomnienie człowieka, którego wówczas ujrzałem.

Zdawało mi się, że ciągle majaczę. W komorze panowała duchota, śmierdziało starą krwią i przepoconą pościelą.

Moich  przyjaciół  nie  było  w  pobliżu.  Tylko  on  jeden  odcinał  się  czarną  plamą  na  tle  roziskrzonych  od  słońca
bielonych ścian, bardziej cień niż człowiek. Mój gospodarz.

Sam jego wygląd budził niepokój. Niewysoki, chudy, żółtawy, miał w sobie coś chorobliwego, jakby dawno nie

oglądał  słońca.  Jego  rzadkie  włosy  były  kruczoczarne.  W  odróżnieniu  od  innych  Polaków  policzki  miał  gładko
wygolone,  więc  wąs  nie  zasłaniał  nadmiernie  mięsistych  ust.  Oszczędny  w  ruchach,  zawsze  mówił  cichym  głosem.
Jeśli,  jak  powiadają,  oczy  są  zwierciadłem  duszy,  to  człowiek  ów  najwyraźniej  duszy  nie  posiadał,  gdyż  jego  oczy
zdawały się martwe.

Tego dnia, któregośmy się po raz pierwszy ujrzeli, nie zamieniliśmy ani słowa. Pan Strzygłów przypatrywał mi się

dłuższą chwilę. Cień uśmiechu błąkał mu się po ustach. W końcu wyszedł, a ja poczułem się tak, jakbym dopiero w tej
chwili  obudził  się  z  koszmaru.  Później  zaszedł  do  komory  mój  przyjaciel  pan  Choroszewski  wraz  z  kilkoma
serdecznymi  mi  dworzanami  Ludwika.  Na  mą  prośbę  roztworzyli  wszystkie  okna.  Chłód  poranka,  wesołe  głosy
kompanów i wrychle podane wino przepędziły cienie z mojej duszy.

Niestety następnego dnia towarzystwo musiało dołączyć do bawiących się łowami królów, jednak do tego czasu

na  tyle  sił  mi  wróciło,  że  byłem  w  stanie  moje  wcześniejsze  niepokoje  zrzucić  na  karb  choroby  i  zasłyszanych  w
tabernie bajań pijanego chłopstwa. Nie powiem, żeby przymusowa gościna widziała mi się miłą, ale cóż było czynić?

Następny  tydzień  minął  jak  tydzień  katorgi.  Sen  męczył  mnie  więcej  niż  odprężał.  Ból  i  nawracająca  czasami

gorączka  przynosiły  koszmary.  Budziłem  się  późno,  z  piekącymi  oczyma  i  sztywnym  karkiem,  tylko  po  to  by  ujrzeć
mojego ponurego gospodarza i ponownie nie zamienić z nim słowa. Dni spędzałem w łożu, bez ruchu, z utęsknieniem
wyglądając wizyt cyrulika lub przynoszącego mi jedzenie olbrzymiego, gburowatego sługi. Były to jedyne okazje do
tego, by z kimś słowo zamienić i przerwać nieznośną nudę. Wiadomość, że mogę spróbować stanąć na nogi, przyjąłem
jak błogosławieństwo.

W dniu, w którym wreszcie opuściłem łoże, zostałem poproszony na wieczerzę do gospodarza. Przy długim stole

background image

w  sali  bawialnej  poza  nim  samym  zastałem  również  jakąś  damę.  W  pierwszej  chwili  założyłem,  że  musi  być  jego
siostrą.  Po  pierwsze,  dlatego  że  pan  Strzygłów  nie  wyglądał  mi  na  kogoś,  komu  mogłoby  zależeć  na  niewieścich
wdziękach. Po drugie, dama poza jedną posiadała wszystkie te same co on cechy urody, jako to kruczoczarne włosy,
kontrastujące  z  nimi  jasne  oczy,  bladą  cerę  i  drobną  budowę  kości.  Różniło  ich  to,  że,  podczas  gdy  mój  gospodarz
straszył odrażającą wręcz szpetotą, ona zachwycała rzadkim, delikatnym pięknem.

Pan  Strzygłów  nie  spieszył  się  z  prezentacją,  zatem  przedstawiłem  się  sam  i  w  zamian  dowiedziałem,  że  dama

jednak jest jego żoną. Katarzyna Strzygłów, tak się nazywała.

Siedliśmy. Służba wniosła dania.
Ku memu zdziwieniu, zostałem usadzony na jednym końcu długiego stołu z panią Katarzyną po prawicy, podczas

gdy  pan  Strzygłów  zasiadł  na  końcu  przeciwnym  –  samotny.  Nie  powiem,  żebym  nie  cieszył  się  tym  stanem  rzeczy.
Żona gospodarza okazała się o wiele lepszym kompanem do rozmów niźli on sam. Szybko zmiarkowałem, że jest to
dama  wielkiej  ogłady  i  do  tego  uczona.  Łaciną  władała  z  pełną  swobodą.  Choć  nie  światowa,  z  lektur  wiele
wiedziała o obcych krajach i zachęcała mnie, abym opowiadał o osobliwościach Italii. Intelektualna ekscytacja, jak i
–  nie  ukrywam  –  kilka  kielichów  wina  sprawiły,  że  poczułem  się  na  tyle  kontent,  aby  popróbować  konwersacji
również  z  panem  Strzygłowem.  Uderzyło  mnie,  że,  podczas  gdy  ja  i  jego  małżonka  zajadamy  w  najlepsze,  on  tylko
obraca w palcach kielich z winem i przygląda nam się, samemu nie tykając potraw. Zagadnąłem go o to.

Nie  odpowiadał  tak  długo,  że  przyszło  mi  do  głowy,  iż  mnie  nie  dosłyszał  lub  zignorował.  Zmieszany,  nie

powtarzałem  zapytania.  On  jednak  po  jakimś  czasie  drgnął,  jakby  dopiero  co  się  przecknął.  Popatrzył  na  mnie.
Zaśmiał  się,  zakrywając  dłonią  usta.  Wreszcie  rzekł:  Miły  panie,  proszę  o  wybaczenie,  jadam  tylko  specjalnie
przygotowane potrawy. Później zapatrzył się na swój kielich. Myślałem, że jego zainteresowanie moim pytaniem już
minęło, lecz myliłem się ponownie. Nie odrywając wzroku od kielicha zaczął mówić cichym, aksamitnym głosem.

Rozwodził  się  szeroko  nad  starym  zranieniem,  które  otrzymał  podczas  wojny  moskiewskiej.  Bełt  z  kuszy,

powiedział,  ugodził  go  prosto  w  wątpia.  Cudem  wyżył,  ale  organy  jego  dotąd  nie  odzyskały  dawnej  sprawności,
dlatego  jadał  jedynie  delikatne,  długo  gotowane  mięsiwa.  Z  jakiego  zwierzęcia,  nie  powiem,  skwitował.  A  na
zakończenie, ku mej najwyższej odrazie, wdał się w rozważania nad trudnościami wydalniczymi, które miewał.

Do  tego  czasu  żałowałem  już,  żem  się  w  ogóle  do  niego  zwrócił.  Spróbowałem  przeprosić  się  bólem  w  nodze,

który zresztą naprawdę od jakiegoś czasu mi doskwierał, ale pan Strzygłów upierał się, żebym poczekał, aż wniosą
jego danie. Chciał mi pokazać owo cudo, które z taką łatwością przechodziło przez jego jelita.

Rad  nierad  musiałem  wytrwać.  Odrobinę  pociechy  odnalazłem  w  tym,  że  gospodarz  umilkł,  pozwalając  żonie

przejąć  zadanie  zabawiania  mnie.  Pomimo  bólu  i  spowodowanego  wzburzeniem  nawrotu  gorączki  odpowiadałem
grzecznie, starając się wykrzesać z siebie wcześniejszy entuzjazm.

Nareszcie  wniesiono  danie  dla  pana  Strzygłowa.  Nie  wyglądało  imponująco.  Ot,  podługowaty  kawał  szarego

mięsa.  Najwyraźniej  gotowany.  Bez  sosu.  Nie  zwróciło  wówczas  mej  uwagi,  że  wcale  nie  wydaje  się  delikatny,
odpowiedni dla kogoś cierpiącego na wątpliwe schorzenia. Nie zastanowiłem się też, pomimo wcześniejszej uwagi
pana Strzygłowa, z jakiego może być zwierzęcia.

Radowałem się tylko, że dane mi będzie wreszcie oddalić się do swej komory. Wstałem. Zakręciło mi się nieco w

głowie. Pani Katarzyna przyzwała znanego mi już potężnego sługę, aby mnie podtrzymał i odprowadził. Przeprosiła,
że tak długo mnie trzymali, a potem zaczęła chwalić mą ogładę.

Wtem  pan  Strzygłów  ponownie  się  odezwał,  nie  patrząc  na  nas,  nie  odrywając  się  od  posiłku,  całkiem  jakby

mówił  do  siebie.  Jego  słowa  wprawiły  mnie  w  osłupienie  i  zażenowanie  tak  wielkie,  że  spłoniłem  się  jak  panna.
Zachwycał się bowiem mą urodą, chwaląc zwłaszcza me wyraźnie silne – achillejskie, jak rzekł – łydki oraz kształtne
uda.

Nie  byłem  pewien,  czy  wziąć  tę  wypowiedź  za  afront,  zresztą  nie  bardzo  wypadało,  abym  ganił  swego

gospodarza, więc wycofałem się pospiesznie z sali.

Położywszy się, długo nie mogłem zasnąć. Rozbolała mnie głowa i czułem się słabo. Noga dawała mi się we znaki

nie mniej niż pierwszego dnia po przebudzeniu. Wypełniała mnie odraza wobec dworu, w którym byłem uwięziony, i
siedzącego  na  nim  pana.  Zastanawiałem  się,  ile  jeszcze  będę  musiał  czekać,  nim  ktoś  mnie  stamtąd  zabierze.
Współczułem też biednej damie, która w tym ponurym miejscu spędziła pewnikiem większą część żywota.

Zdarza się tak czasem, że gdy intensywnie o kimś myślimy, samą siłą umysłu sprowadzamy tego kogoś do siebie.

Dla mnie pewnie lepiej by było, gdyby wtenczas tym kimś okazał się pan Wawrzyniec, miast niego jednak jeszcze tej
samej nocy do drzwi mojej komory zapukała pani Katarzyna.

Jej  wizyta  nie  wydała  mi  się  niczym  niestosownym,  tym  bardziej,  że  przyszła  wraz  ze  sługą.  Nie  ma  zresztą  nic

zdrożnego  w  tym,  że  dama  odwiedza  mężczyznę,  gdy  ten  zaległ  zmożony  chorobą.  Ponadto  godzina  nie  była  wcale
późną,  gdyż,  zmęczony  wieczerzą,  szybko  się  położyłem.  I  proszę,  Ojcze,  nie  myślcie,  że  się  Wam  tłumaczę,  jak  to
robią  winni.  Daleki  jestem  od  tego,  by  ukrywać  swoje  grzechy.  Tamtej  nocy  moje  spotkanie  z  panią  Katarzyną,
przynajmniej dla mnie, było zupełnie pozbawione grzesznych intencji.

background image

Przyszła, aby przeprosić mnie, jeśli poczułem się dotknięty zachowaniem jej męża. Nalegała, abym mu wybaczył,

gdyż ze względu na słabe zdrowie stał się zgorzkniałym i nieraz nie całkiem władnym nad słowy i czyny. Przyniosła
mi też księgę, abym miał czym się zająć w ciągu następnych dni rekonwalescencji.

Od  tamtej  chwili  widywaliśmy  się  regularnie.  Przychodziła  miast  cyrulika  zmieniać  mi  opatrunki,  a  czasami  po

prostu zobaczyć jak się mam. Wieczerzaliśmy razem każdego dnia, rozmawiając przy tym z sobą i unikając uwagi pana
Strzygłowa.  Przy  ładniejszej  pogodzie  prowadzała  mnie  po  podwórcu,  choć  z  konieczności  te  spacery  musiały  być
krótkimi.  Kiedy  skończyłem  książkę,  którą  mi  dała,  przyniosła  następną.  Nie  było  to  nic  wartego  wspomnienia,  ale
pozwalało wypełnić czymś nudę chwil spędzanych bez niej.

Przez jakiś czas rosłem w siłę, ale potem pogoda się zmieniła. Nadszedł okres słotny, zapowiedź coraz bliższej

jesieni. Wraz ze wzburzeniem elementów najwyraźniej wzburzyły się również humory w moim ciele. Ból w nodze stał
się silniejszym, coraz częściej cierpiałem na nawroty gorączki.

W tym okresie pani Katarzyna jeszcze czulszą otoczyła mnie opieką i jeszcze więcej czasu spędzaliśmy wspólnie.

Aż pewnej nocy odwiedziła mnie w łożnicy i – niech Bóg mnie osądzi – nie opierałem się jej. Ból i gorączka zamiast
ostudzić mój zapał tylko go zwiększyły. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie ta grzeszna ciągota, czy była wynikiem
choroby,  czy  związanego  z  brakiem  aktywności  niepokoju  ducha,  czy  może  wreszcie  wynikła  z  niesamowitej  aury
miejsca, w którym się znalazłem. Piszę Wam o tym, Ojcze, zanim powierzę moje grzechy Bogu przez spowiedź, gdyż
wiem, że mnie nie potępicie, a potrzebuję z kimś podzielić się brzemieniem, by lepiej zrozumieć szaleństwo własnej
natury. Odrazą napawa mnie to, co uczyniłem, ale nie tak wielką jak to, co nastąpiło potem.

Przez dwa albo trzy dni moje kontakty z panią Katarzyną straciły na częstotliwości, co jest naturalne, biorąc pod

uwagę  sytuację.  Nie  czułem  się  jednak  winny.  Dlatego,  kiedy  przyszła  znowu  nocą,  przyjąłem  ją  ochoczo.  Dopiero
gdyśmy się zbliżyli, spostrzegłem, że w jakiś czas po niej do komory wkradł się jej mąż. Byłem wstrząśnięty, bałem
się,  że  przyłapał  nas  i  zareaguje  w  jedyny  możliwy  dla  mężczyzny  sposób  –  sięgając  po  żelazo.  Tymczasem  on
siedział tylko i przyglądał się nam tymi swoimi nieludzkimi, wyłupiastymi oczyma.

Pani  Katarzyna  wyczuła  moją  nagłą  drętwotę.  Rozejrzała  się  po  pokoju,  a  ujrzawszy  go,  roześmiała  w  sposób

wyuzdany.  Miast  przerwać,  zachęcała  mnie  do  dalszych  igraszek.  Lecz  ja  straciłem  po  temu  wszelką  ochotę.
Obrzydzony,  odepchnąłem  ją  od  siebie.  Krzyknęła  coś  po  polsku,  po  czym  wyszła  w  stanie  najwyższego  oburzenia.
Pozostałem sam na sam z jej mężem.

Wtenczas  zaczął  mnie  ogarniać  strach.  Absurd  sytuacji  i  jej  kontradykcja  wobec  naturalnego  porządku  rzeczy

sprawiły,  że  -  kolejny  już  raz  -  poczułem  się  jak  w  koszmarze.  Oto  ja,  w  ciemnej  komorze,  w  łożu  splamionym
grzeszną rozpustą, a naprzeciw mnie para pustych zwierzęcych oczu.

Jeśli przeżyję tę noc, wyjadę – postanowiłem sobie.
Pan Strzygłów po dłuższym czasie poruszył się wreszcie. Wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął dłoń. Cofnąłem się

odruchowo.  Coś  głęboko  we  mnie  podpowiadało  mi,  że  jego  dotyk  jest  nieczysty.  Jednak  jak  długie  jest  łoże?  Nie
miałem gdzie uciekać.

Dotknął mnie. Delikatnie musnął palcami mój policzek. Uśmiechał się przy tym. Potem, równie delikatnie, musnął

moją usztywnioną, obandażowaną nogę. Zakłuło lekko. Wyszedł.

Tę  noc  spędziłem  bezsennie,  a  o  pierwszym  brzasku  zabrałem  się  za  wykonanie  swego  postanowienia.  Sprawa

okazała  się  trudna.  O  jeździe  konnej  nie  było  mowy,  więc  zaczepiłem  parobka  z  wozowni.  Ten  nie  dość,  że  nie
rozumiał łaciny, to jeszcze okazał się niemową. Próbowałem wabić go obietnicami zapłaty, pokazując mu sakiewkę i
powtarzając  nazwę  Strzyżewo-Wieś.  On  pokazał  tylko,  jak  jego  but  grzęźnie  w  błocie  i  wzruszył  ramionami.
Zrozumiałem.

Myśl o spędzeniu kolejnego dnia w tak nienaturalnych okolicznościach wydała mi się wstrętną, więc w odruchu

desperacji  postanowiłem  skonfrontować  mego  gospodarza.  Przyjął  mnie  życzliwie,  jakby  nic  nigdy  nie  zaszło.
Informację o moim wyjeździe zbył machnięciem ręki. Nastawał, abym dokończył kuracji. Lękał się o moje zdrowie.

Nie uspokoiła mnie ta rozmowa. Resztę dnia spędziłem na gorączkowych modłach o poprawę pogody, a nocą nie

kładłem się spać pomimo znużenia.

Niewiele to zmieniło. Tym razem odwiedził mnie gospodarz wraz z samsonowatym sługą. Z początku, podobnie

jak  poprzednio,  obaj  siedzieli  tylko  i  przyglądali  mi  się.  Próbowałem  ich  zagadywać,  ale  ignorowali  mnie.  Później
pan Strzygłów wstał, podszedł do mnie i spróbował znowu dotknąć mojej twarzy. Odtrąciłem jego rękę i w gniewie
chciałem zerwać się z łóżka i wynieść choćbym miał kusztykać całą drogę przez las, lecz nim zdążyłem się podnieść,
dopadł do mnie sługa i oburącz przycisnął do łoża. Zaczęliśmy się szamotać. Uderzyłem wielkoluda w twarz, łamiąc
mu nos i już zrywałem się do nieporadnej ucieczki, gdy nagła eksplozja bólu osadziła mnie na miejscu. Pan Strzygłów
otwartą dłonią uderzył mnie w zranioną nogę.

Zakręciło mi się w głowie, żółć podeszła do ust. Zrozumiałem, że w obecnym stanie jestem całkowicie bezradny,

zdany na łaskę zwyrodnialca, który przyjął mnie w gościnę. Jego sługa otarł krew z twarzy i ponownie skrępował mi
ramiona.

background image

Pan  Strzygłów  uśmiechnął  się.  Jego  spojrzenie  wyraźnie  padło  na  moje  wstydliwe  części.  Wyciągnął  dłoń  i

dotknął ich. Później powoli powiódł palcami wzdłuż uda aż do pękniętej piszczeli. Nacisnął na nią lekko. Ponownie
zakręciło mi się w głowie. Krzyknąłem.

Spoliczkował mnie.
Potem wyszedł nie uroniwszy ani słowa, a sługa podążył za nim. Zostałem sam. Obrzydzenie i strach przelały się

przeze mnie obezwładniającą falą i musiałem dać im upust, kalając podłogę podle łoża. Humory uszły ze mnie z taką
gwałtownością, że straciłem zmysły i na kilka godzin popadłem w gorączkowe majaczenia.

Ocknąłem się nad ranem; osłabiony, lecz zdeterminowany opuścić to obłąkane miejsce.
Pomyślałem o wymknięciu się oknem, lecz po bliższych oględzinach zorientowałem się, że w moim stanie byłoby

to po pierwsze niebezpieczne, po drugie – hałaśliwe. Podszedłem zatem do drzwi. Na poły spodziewałem się, że będą
zamknięte. Nacisnąłem klamkę – ustąpiły bez oporu. Wyjrzałem do izby. Pusto.

Ostrożnie ruszyłem do wyjścia na podwórzec. Niestety po obejściu kręcił się już ten sam potężny parobek, który

nawiedził  mnie  w  nocy.  Gdyby  nie  moja  noga  pewnikiem  dałbym  radę  przemknąć  się  kole  niego,  póki  był  zajęty.
Chętnie  zaryzykowałbym  nawet  kradzieży  koni  byle  tylko  się  wydostać.  Tymczasem  byłem  więźniem,  choć  nikt  nie
trzymał nade mną straży.

Cofnąłem  się  do  izby.  Powoli  dochodziło  do  mnie,  że  jeśli  mam  się  uratować  to  tylko  jednym  sposobem  i  choć

jestem  mężem  pióra  i  kałamarza,  a  nie  miecza,  gotowałem  się  do  walki.  Na  początek  trzeba  mi  było  znaleźć  broń.
Fechtunek nie wchodził w grę, więc zacząłem się rozglądać za jakimś pistoletem. Polacy mają w zwyczaju trzymać
mnóstwo  wszelakiego  oręża  pod  ręką,  gdyż  w  razie  wojny  król  mocny  jest  wszystkich  ich  powołać  do  wojska.
Trzymają  także  liczne  trofea  jako  znak  dawnych  wojennych  przewag.  Jednak  ku  memu  zdziwieniu  nie  udało  mi  się
niczego znaleźć ani w sieni, ani w izbie, ani w wieczerniku.

Postanowiłem zakraść się do prywatnej komory pana Strzygłowa. Jego samego na szczęście tam nie zastałem. W

ogóle dwór wydał mi się dziwnie cichy i wyludły; jedynie z kuchni dochodziły dźwięki jakiejś krzątaniny.

Zabrałem się za przeszukiwanie sekretarzyka. Znalazłem tam mnóstwo papierów, ale niczego, co mogłoby mi być

pomocnym w ucieczce. Już miałem porzucić bezowocne wysiłki, kiedy spojrzenie moje padło na potężny, oprawny w
skórę  wolumen,  spoczywający  w  jednej  z  szuflad.  Na  obwolucie  widniał  elegancki,  choć  nieco  już  zatarty,
inkrustowany napis: Silva Rerum.

W  tym  miejscu  pozwolę  sobie  na  krótką  dygresję,  gdyż  owe Silvae  Rerum  są  ciekawą  osobliwością  polskiego

obyczaju,  którą  przyszło  mi  poznać  za  sprawą  pana  Choroszewskiego,  a  która  zupełnie  jest  nieznaną  w  naszych
stronach. Polscy panowie prowadzą księgi, w których spisują rozmaite wydarzenia swojego żywota jako i kurioza, na
które zdarza im się natrafić. Wśród ich notatek znaleźć można wersety poezyj, opisy podróży, wspomnienia z wojen,
przepisy na smakowite potrawy, a także informacje o narodzinach, chrzcinach, ślubach, zgonach i innych codziennych
sprawach. Księgi takie przekazuje się z pokolenia na pokolenie, niektóre z nich sięgają nawet czasów piastowskich.

Gdym  natrafił  na Silva  Rerum  pana  Strzygłowa,  wielka  i  zgubna  mnie  zdjęła  ciekawość.  Niebaczny  na

niebezpieczeństwo, zacząłem czytać, licząc na to, że znajdę wzmianki, które pozwolą mi lepiej zrozumieć zwyrodniałą
naturę mego gospodarza.

Notatki  czynione  jego  własną  ręką  były  nieliczne  i  mało  czytelne,  jakby  cierpiał  na  jakowyś  niedowład,  łacina

wulgarna.  Kryły  się  w  nich  sugestie  najmroczniejszej  natury.  Niektóre  zdania  wryły  mi  się  w  pamięć  tak  silnie,  że
pewnie do końca życia będę zmuszony odczytywać je znów i znów w najgorszych koszmarach.

Słabuję, upuszczanie krwie na nic, potrzeba mi żywota…
Dziewka jest mi wstrętną, odesłałbym ją, żeby nie krew, nie wola ojca.
Znów porodziła martwe…
Porodziła szkaradztwo, żywota w nim nie stało na nic.
Słabuję, ciągle słabuję.
Żywot bydlęcy na nic.
Przeklęta  dziewka,  jej  łono  już  chyba  całkiem  uschło.  Trzeba  je  wzmocnić,  tylko  nie  wiem,  jak.  Pije  krwie  i

wywar z wątroby, ale to na nic.

Płuco i serce, i srom, z różnych… Części męskie i kobiece. Bez krwie. Nie tak jak radził ojciec.
Porodziła. Tym razem żyło dłużej, ale było słabym i odrażającym.
Pomarło.
Słabuję. Upuszczanie krwie i żywot w odpowiednich proporcjach. Płuco i serce, i srom. Tak.
Czytając, zdałem sobie sprawę, że pan Strzygłów nie tylko podatny jest przeciwnym naturze ciągotom ciała, ale

również zaprzedał się sztuce alchemicznej i mrocznym praktykom. Jego perwersje bynajmniej się na tym nie kończyły.
W  pisanych  pewniejszą  ręką  jego  ojca  notatkach  natrafiłem  na  zapis,  który  rzucał  cień  ohydnego  plugastwa  na  łoże
małżeńskie mego gospodarza.

Żona  moja  porodziła  znów,   pisał  starszy  Strzygłów,  tym  razem  dziecko  żywie,  ale  przyszło  przed  czasem  i

background image

bardzo  słabym  jest  i  ułomnym.  Pewnikiem  nie  wyżyje.  Daliśmy  mu  Hieronim.  A  potem:  Porodziła  córkę.  Ta  jest
silna. Damy jej Katarzyna.

Dalej przerzucałem kartki, nie mogąc zapanować na zdrożną ciekawością, mimo iż odraza rosła we mnie z każdą

chwilą.  W  gorączkowych  poszukiwaniach  natrafiłem  na  kolejne  sugestie  kazirodczego  spółkowania,  wiele  pokoleń
wstecz.  Ród  Strzygłowów  stary  jest,  herb  Sulima  jeszcze  piastowscy  króle  mu  nadali.  Od  jak  wielu  wieków
krzyżowali  się  tylko  sami  z  sobą,  boję  się  myśleć.  Deformacje  i  inne  zesłane  przez  Boga  znamiona  bluźnierczych
związków dotykały ich przynajmniej od czasów króla Kazimierza, dziada mego pana Ludwika. Obecnie wyglądało na
to, że sama natura postanowiła przeciwdziałać ich dalszemu rozmnażaniu, wyjaławiając łono pani Katarzyny.

Pochłonięty  perwersyjną  fascynacją  musiałem  spędzić  na  czytaniu  przynajmniej  godzinę,  gdyż  na  dworze

rozedniało  już  w  pełni.  Dopiero,  gdy  poczułem  słońce  na  skórze,  otrząsnąłem  się  i  zamknąłem  księgę,  ale  wtenczas
było  już  za  późno,  straciłem  szansę  na  to,  by  niepostrzeżenie  wymknąć  się  i  zapomnieć  o  całej  sprawie,  jakby  była
zaledwie dusznym snem.

Pan Strzygłów stał o dwa kroki ode mnie.
Musiał  zakraść  się  swoim  zwyczajem,  korzystając  z  mojej  nieuwagi.  Choć  mikrej  postury,  zajął  mi  drogę  do

drzwi.  Jego  mięsiste  wargi  rozciągał  bezmyślny  uśmiech,  a  blade,  wyłupiaste  oczy  wpatrywały  się  we  mnie. Albo
może raczej w jakiś punkt tuż nad mym ramieniem, bo miałem wrażenie, że wcale mnie nie widzi.

Chwilę  trwaliśmy  w  milczeniu  i  bezruchu.  W  końcu  on  zapytał,  co  robię  w  jego  prywatnej  komorze.  Zupełnie

jakby nic dziwnego między nami nie zaszło, tylko to może, że przyłapał mnie, jak nadużywając jego gościny myszkuję
po  domu.  Wtenczas  coś  we  mnie  pękło.  Poczułem  jak  gotują  się  we  mnie  krew  i  żółć,  sprowadzając  bachiczne
szaleństwo. Cisnąłem w niego księgą.

Próbował się zasłonić, lecz nie zdołał. Ciężki wolumen uderzył go w twarz i powalił, zalanego krwią, na podłogę.

Zaczął wyć. Był to niezwykle wysoki, nieludzi wrzask przypominający po trosze skowyt psa, a po trosze zawodzenie
dziecka. Nie próbował zatamować krwotoku. Wpatrywał się tylko w swe zbroczone dłonie i wył.

Nie wiem czemu, ale ten jego krzyk rozwścieczył mnie jeszcze bardziej. Pomyślałem, że chcę, aby się zamknął,

choćbym  miał  go  do  tego  zmusić  wtłaczając  mu  jego  własne  zęby  do  gardła.  Nie  panując  na  buzującymi  w  żyłach
humorami, pochwyciłem swe kule i, podskoczywszy na jednej nodze do pana Strzygłowa, z całych sił uderzyłem go w
głowę.

Padł i ucichł. Byłem pewien, że go zabiłem.
Przeskoczyłem ciało i ruszyłem do kuchni. Słyszałem, że sługa rzucił to, co robił w podwórcu i wpadł już był do

sieni, więc chciałem mu stawić czoła choćby z nożem kucharskim w dłoni. Nie przewidziałem tylko, że kto inny stanie
mi na drodze – pani Katarzyna.

Wpadłem na nią, przekraczając próg kuchni. Dźgnęła mnie kilka razy na oślep, raniąc w ramię i plecy, ale potem

krótkie  ostrze  ugrzęzło  w  fałdach  mego  grubego  kubraka.  Mimo  dezorientacji  udało  mi  się  chwycić  ją  nieporadnie.
Razem  upadliśmy  i  przetoczyli  się  w  poprzek  kuchni.  Od  uderzenia  straszliwy  ból  przeszył  mą  nogę  i  poczułem,  że
krew  na  nowo  pociekła  z  rany.  Nie  zdołałem  utrzymać  chwytu.  Pani  Katarzyna  wpadła  na  ceglaną  kuchnię,
przewracając garnki. Zalała ją wrząca woda. Krzyknęła krótko, przejmująco, a potem z bólu omdlała.

Ja  tymczasem  rzuciłem  się,  aby  chwycić  nóż,  który  upuściła.  Dopadłem  go  i  spróbowałem  się  podnieść,

balansując  na  zdrowej  nodze.  Wtedy  ujrzałem,  co  poza  wodą  wydostało  się  z  garnka.  Pod  mymi  stopami  leżała  na
poły obgotowana z mięsa ludzka głowa.

Odkrycie to tak mną wstrząsnęło, że nie zdążyłem się przygotować na wejście parobka, który rzucił się na mnie,

szybko wyłuskał mi nóż z dłoni i przygniótł mnie do ziemi.

Tymczasem pan Strzygłów musiał się był ocknąć, bo wszedł wrychle do kuchni. Był jeszcze bardziej bladym niż

zazwyczaj, a krew okryła jego twarz ponurą maską, upodabniając go do jakiegoś nieludzkiego stworu. Trzymał się za
głowę  i  krok  jego  chwiał  się  nieco,  lecz  poza  tym  zdawało  się,  że  doszedł  już  do  zmysłów.  Bezczułym  wzrokiem
obrzucił pomieszczenie, po czym nakazał parobkowi spętać mnie, a następnie zająć się panią Katarzyną. Uczyniwszy
to,  na  następne  polecenie  swego  pana,  sługa  wyniósł  mnie  do  stajni,  gdzie  osiodłał  trzy  konie.  Usadzono  mnie  w
wysokim,  damskim  siodle,  tak,  abym  mógł  siedzieć  z  usztywnioną  nogą  wyprostowaną  i  przywiązano  postronkiem,
bym nie spadł. Pojechaliśmy w las.

Z  naszej  trasy  pamiętam  niewiele,  gdyż  mroczyło  mi  się  w  głowie  z  bólu  i  gorączki.  Gdyśmy  później  z  panem

Choroszewskim  i  ludźmi  króla  jegomości  próbowali  odnaleźć  miejsce,  do  którego  mnie  wywieziono,  Bóg  mi
świadkiem – nie dałem rady go wskazać. Pamiętam, że było to w jakiejś starej części lasu, gdzie drzewa były grube i
pokryte wiekowym mchem. Stał tam krąg uczyniony z postawionych na sztorc, zgrubnie ciosanych kamieni. Pośrodku
znajdował się pogański ołtarz, splamiony zbrązowiałą krwią bluźnierczych ofiar. Na nim właśnie mnie złożono.

Powiadają  filozofowie,  że  spojrzeć  w  oko  śmierci  i  nie  zadrżeć  jest  największą  cnotą.  Księża  nauczają,  że  nie

będzie wydany na zatracenie ten, którego pogańska ręka powali, a kto ochoczo zbędzie żywota w imię Pana Naszego i
Zbawcy,  Jezusa  Chrystusa,  sławiąc  je  w  głos  w  ostatnich  swych  chwilach,  temu  nawet  czyśćcowe  męki  będą

background image

oszczędzone. Ja jednak, patrząc w pustkę oczu dobywającego noża pana Strzygłowa, zdobyłem się na szloch zaledwie.
Jeśli modliłem się do Boga, to o to tylko, aby wybawił moje grzeszne ciało z niebezpieczeństwa.

Chciałbym  myśleć,  że  moje  modły  zostały  wysłuchane.  Drżę  jednak  na  wspomnienie  o  tym,  gdyż,  jeśli  tak  się

stało,  ryzykując  bluźnierstwem  muszę  zapytać:  przez  kogo? A  jeśli  nie  przez  litościwego  Pana,  to  cóż  uczyniłem  ze
swą duszą w tamtej chwili tchórzostwa?

Pozostaje mi tylko wierzyć, że strach i ból sprowadziły na mnie pomieszanie zmysłów, a świadectwo mych oczu

jest fałszywym.

Pan  Strzygłów  kazał  parobkowi  przytrzymać  mnie,  gdy  on  sam  miał  zadać  cios.  Nim  ten  jednak  padł,  krew

zbroczyła  mą  twarz.  Usłyszałem  krótkie  chrząknięcie.  Z  brzucha  potężnego  sługi  wyrósł  długi,  pokryty  śliską
czerwienią  róg.  Zaraz  potem  zwalisty  mąż  padł  martwy,  a  mnie  ukazało  się  stworzenie  bardziej  przerażające  niż
podobizny diabłów z dzieł flamandzkich mistrzów.

Róg wyrastał z podbródka niemal ludzkiej twarzy osadzonej na nienaturalnie długiej szyi, wyrastającej spomiędzy

łopatek bestii o kształcie dzika, ale rozmiarach żubra. Paradoksalnie twarz ta wyglądała całkiem łagodnie, miała duże
oczy o kształcie migdałów, brwi ciemne, wygięte w subtelne łuki, usta delikatne. Zawisła na chwilę nade mną. Potem
stwór wyciągnął szyję i zbliżył swe oblicze ku zmartwiałemu z przerażenia panu Strzygłowowi.

Tamten  zdążył  wyrzec  tylko  jedno  słowo.  Nie  dosłyszałem  dobrze,  lecz  zdało  mi  się,  że  było  to  polskie  słowo

„ojcze”.

Gdy  się  odezwał,  twarz  stwora  rozwarła  się  niemal  na  pół,  odsłaniając  garnitur  wilczych  kłów.  Jednym

kłapnięciem bestia zerwała głowę pana Strzygłowa z ramion.

Bryznęła  na  mnie  posoka.  Krzyknąłem.  Spróbowałem  rzucić  się  do  ucieczki,  ale  udało  mi  się  tylko  stoczyć  z

ołtarza. Uderzyłem nogą o kamień. Po krótkim przebłysku bólu ogarnęła mnie dobrotliwa ciemność.

Ocknąłem  się  w  jakiś  czas  potem.  Ciał  pana  Strzygłowa  i  jego  sługi  nie  było  nigdzie  w  pobliżu.  Tylko  świeża

krew  plamiąca  ołtarz  pozostała  jako  świadectwo  ich  gwałtownej  śmierci.  Martwe  były  też  ich  konie,  i  na  poły
pożarte. Mój za to - ocalał. Pasł się spokojnie nieopodal, choć dawno powinien spłoszyć go smród śmierci.

Dosiadłszy go, odjechałem, byle dalej od tamtego plugawego miejsca.
W  dwa  dni  później  odnaleźli  mnie  osłabłego  pan  Choroszewski  i  królewscy  myśliwcy.  Zabrali  mnie  do  obozu,

gdzie mogłem wypocząć. Z ich opowieści dowiedziałem się, że pojechali po mnie na dwór w Strzyżewie, sądząc, że
dość już nabrałem sił, bym mógł dołączyć do reszty towarzystwa, jednak dom i gospodarstwo zastali wyludłym. Całe
szczęście ogary odnalazły mnie bez trudu. Jak się okazało, koń mój, gdym w przebłyskach przytomności nie próbował
zwrócić go gdzie indziej, do rodzimej zawracał stajni.

W  zamian  opowiedziałem  im  historię  mej  przymusowej  niewoli,  nie  szczędząc  przy  tym  opisów  perwersyj

gospodarza.  Zarzut  czarnoksięstwa  i  kazirodztwa  nie  mniej  ciężkim  jest  w  Rzeczypospolitej  niż  w  Rzymie,  jednak
wróciwszy  na  miejsce  nie  znaleźliśmy  żadnych  śladów  mogących  potwierdzić  moją  historię.  Znikła  nawet Silva
Rerum
 Strzygłowów.

Od tego czasu powstała na dworze pewna nieufność wobec mnie. Nikt nie miał wątpliwości, że jakoweś mroczne

sprawy  zaszły  na  Strzyżewie,  jednak  jaką  rolę  w  nich  odegrałem  –  nikt  nie  był  pewien.  Zauważyłem,  że  dworacy
unikają kontaktów ze mną, a niejeden odżegnuje się od złego po spotkaniu. Poprosiłem zatem pana mego o zwolnienie
z obowiązków na czas rekonwalescencji i wróciłem z panem Wawrzyńcem do Krakowa. Przez jakiś czas radowałem
się,  że  chociaż  ten  jeden  przyjaciel  pozostał  mi  wiernym,  ale  z  czasem  spostrzegłem,  że  i  on  odwiedza  mnie  coraz
rzadziej i jakby jest zakłopotanym.

W tym mniej więcej czasie wysłałem  Ci  mój  poprzedni  list.  Obecnie  czuję  się  już  dużo  silniejszym,  choć  nadal

kuleję i ból mi dokucza. Niemniej za kilka dni ruszam śladami króla Ludwika z powrotem do Budy, coby zdążyć przed
nadejściem najsroższych mrozów.

Ostatnią tylko rzecz chciałbym Ci jeszcze opowiedzieć, nim zapieczętuję ten list. Kiedy przechadzam się czasami

po rynku, zdaje mi się, że widuję okutaną wielkim szalem kobietę, która mi się przypatruje. Jest ona ciężarną, choć
niedługo sądząc po rozmiarach jej brzucha. Kilka razy chciałem przyjrzeć się jej dokładniej, ale zawsze niknie mi w
tłumie,  nim  zdążę  na  dobre  rozróżnić  rysy  jej  twarzy.  Zeszłej  nocy  przyśniło  mi  się,  że  zachodzi  do  mojej  komory.
Obudziłem  się  z  przeczuciem,  że  ujrzę  pana  Strzygłowa,  jak  siedzi  w  kącie  i  wlepia  we  mnie  swoje  dziwne  oczy.
Oczywiście nic takiego nie zaszło.

Czy sądzisz, że to z napięcia nerwów? Myślisz, że może i ta kobieta mi się przywiduje?

Cura ut valeas,

Marco

background image

Metamorfozy

We śnie ulotnym zbłądziłem na manowce mar. Przespałem moją stację i oto inne, jakieś obce miasto wokół mnie

wyrasta. Tną stalową zasłonę nieba betonowe drapacze chmur, wyszczerzają się antenami, iglicami obleganymi przez
czarne ptaki bez skrzydeł. Tory zalewa asfalt, z niego wynurzają się wyspy szarych płyt, ronda zataczają kręgi, rozpina
się tramwajowa trakcja. Wokoło mnie pęcznieje ponure miasto.

Wysiadłem.
Samochody  przemykały  obok  mnie,  wznosiły  się  na  białych  skrzydłach.  Czułem,  że  dom  daleko  –  daleko  ciepłe

schronienie  mego  łóżka  –  lecz  miejsce  wydało  mi  się  znajome.  Ulice  te  same,  co  w  latach  dzieciństwa,  tylko  jakby
nabrzmiałe i dziwnie splątane.

Ruszyłem przed siebie w gęstniejącym mroku, szlakiem wyznaczanym blaskiem latarń. Poznałem, że zbliżam się

do parku – miejsca tylu niewinnych dziecięcych igraszek. Park ten ciągnął się za moją starą szkołą, pomyślałem więc,
że  tam  zajdę.  Nie  miałem  pojęcia,  która  godzina,  wiedziałem  wszak,  że  w  dzień  czy  w  nocy,  na  portierni  z  tyłu
budynku zawsze pali się światło. Błąkając się wśród czarnych drzew, jego blasku szukałem.

Szkoła nic się nie zmieniła. Biały budynek na czarnej wyspie asfaltu wśród kobierca zeschłych i gnijących liści.
Stanąłem przy płocie.
Ta część budynku, która oto malowała się przed moimi oczami, była znacznie starsza niż ta, w której odbywały się

lekcje i – kiedyśmy byli dziećmi – nikt z nas do niej chodził. Wiedziałem, że mieści się tam dawna biblioteka i jakieś
pokoje, w których bywał tylko dyrektor.

Przechadzając się wzdłuż płotu, który od moich szkolnych czasów porósł gęsty bluszcz, spostrzegłem nagle małą,

zaśniedziałą klamkę wystającą spomiędzy liści. Nacisnąłem na nią i moim oczom ukazał się obrys metalowej furtki.
Zafascynowany, skorzystałem z odkrytego wejścia i po cichu przemknąłem pod okienko portierni. Leniwie sączył się z
niego migotliwy, błękitny blask. Ostrożnie zajrzałem do wnętrza.

Pokoik,  ku  memu  zdziwieniu,  był  prawie  pusty.  Z  szarych,  gołych  ścian  sterczały  tu  i  ówdzie  przewody,  na

podłodze  nie  było  dywanu  ani  posadzki.  Tylko  dwa  telewizory,  zwrócone  przodem  ku  sobie,  sterczały  samotnie
pośrodku pomieszczenia. Na jednym leciał jakiś program – ktoś wyglądał ciekawie z ekranu, jakby oglądał telewizję.
Drugi stał do mnie tyłem.

Zdziwiony,  postanowiłem  wejść  do  budynku  i  rozejrzeć  się  nieco  w  poszukiwaniu  starego  portiera.  Drzwi  były

otwarte i wyszedłem przez nie wprost na potrójną klatkę schodową. Zszedłem na dół. Z otaczającego mroku wyłoniły
się ciasne korytarze szatni. Długo błądziłem wśród boksów, porozdzielanych siatką pomalowaną na zielono, widząc
gdzieniegdzie odpryski, spod których wyłaniała się starsza, czerwona farba. Nie zdawałem sobie nigdy sprawy, że ta
część szkoły może być taka rozległa.

Ostatecznie dotarłem do szkolnej łaźni.
W  nozdrzach  poczułem  wilgoć  i  ten  charakterystyczny  zapach  stęchlizny  i  chloru.  Podeszwy  moich  butów

zapiszczały na śliskiej posadzce. Rozejrzałem się za włącznikiem
i zapaliłem światło.

Jarzeniówki rozbłyskują niepewnie, jedna po drugiej. Mdła żółć ścieka z sufitu, wbełtuje się w mrok. Przed moimi

oczami wyłaniają się seledynowe kafelki – brudne, miejscami spękane. Wśród nich, gdzieniegdzie, chciwie wsysają
światło  czarne  płytki,  rozrzucone  jak  karaczany  w  całkiem  przypadkowych  miejscach.  Po  obu  stronach  przejścia
rdzawe odpływy wody kolejno rozdziawiają swe paszcze, nad nimi wyrastają przypleśniałe, ceratowe zasłony, unoszą
się i nabrzmiewają wulgarnie główki pryszniców, spluwające mdławą zawiesiną.

Idę  po  śliskim  gruncie,  wśród  narastającego  wokół  mnie  wstrętu.  Przyglądam  się  toaletom  zbrązowiałym  i

zżółkłym  od  uryny,  które  bulgotem  przyjmują  moją  obecność.  Na  moich  oczach  okrywa  je  mech;  zasłony  natrysków
twardnieją,  łykowacieją,  prysznicowe  rzygacze  chropowacieją,  obracają  się  w  kamień.  I  oto  już  jestem  w  ponurym
ogrodzie.

Wtem  moich  uszu  dochodzi  szum  bieżącej  wody.  Z  zaciekawieniem  zaglądam  za  jedną  z  zasłon.  W  pierwszej

chwili w me nozdrza uderza smród potu i łoju – smród starego portiera. Lecz zamiast jego nalanej twarzy porośniętej
brodą i opasłego brzuszyska, ukazuje mi się czarny karaczan. Jego napęczniały odwłok lśni w rozbryzgach cieknącej
wody. Twarde, chitynowe odnóża chroboczą na kafelkach wystających gdzieniegdzie spośród mchu.

– To pan? – pytam.
– Ano ja – odpowiada i obraca ku mnie czułki. – My się znamy?
– Chodziłem tu do szkoły…
– Ach… absolwent! – cieszy się karaluch. – Zawsze mi miło, gdy tu wracacie.

background image

– Taa… – mruczę, zbity nieco z tropu. – Ale… co… się panu stało?
– A… to… – teraz on jest zmieszany. – Widzisz, takie tera czasy. Bieda, zło, korupcja… Rozumiesz? A najgorsze,

że przyszedł tu ten… Janusz… ten, dwulicowy. Człowiek się musi zmienić, rozumiesz… dostosować, proszejacię, bo
czasy  się  zmieniają.  Taki  lepiej  być  karaczanem.  Ale…!  Mówiłem  o  tym  Januszu.  Otóż,  proszejacię,  rozumiesz,
przyszedł  tu  pewnego  razu  i  mówi,  że  on  lepiej  by  tę  robotę  wykonywał  ode  mnie.  Więc  mu  ja,  proszejacię,
pokazuję… a, nici! Klamka u nas szeroka, ciężka, więc chwytam ją oburącz, prę, ciągnę. I oto zaczynają się lekcje,
rozbrzmiewają  dzwonki.  Otwiera  się  młodość  i  dorosłość  zarazem,  dziewczęta  po  raz  pierwszy  dają  chłopcom
przystęp  do  swych  ust,  otwierają  im  swe  serca  i  uda,  pękają  wrota  dziewictwa,  niewinności,  rozpoczynają  się
miłości,  szaleństwa  młodości.  Otwieram  drzwi  schadzkom  i  szybkim  razom  w  toaletach  szkolnych.  Daję  początek
kipiący  młodością,  radością,  werwą.  Zaczynam  wszystko,  co  piękne.  Otwieram  drzwi  nauce,  ideałom,  pędowi  do
wiedzy,  szczęściu!  Patrz  tera  –  mówię  ja  mu  –  jaką  wielką  pracę  wykonuję  ja,  portier,  jak  wspaniały,  jak  wielki
początek daję.

On – nawet nie spojrzał. Wzruszył tylko, rozumiesz, ramionami, płaszczyk na bok odrzucił. Unosi ręce, a wrota jak

nie  hukną,  jak  się  nie  rozewrą  z  trzaskiem!  Tłoczą  się,  pchają  gromady  uczniów,  potrącają  nawzajem,  szturchają.
Rozpoczyna się przemoc, otwiera, proszejacię, kariera, bałamuctwo, kłamstwo – proszejacię, drzwi do trupiarni się
otwierają. Teraz uda dziewczęce przemoc rozwiera, przemoc rozrywa ich dziewictwo. Już nie szaleństwo, już szał się
zaczyna!  Początek  to  był  tak  potężny,  tak  wielki  i  głośny,  że  szkoła  zadrżała  w  posadach.  Tu,  w  tych  progach  już,
zaczęły się wojny, zaczęła nienawiść… zaczęły wielki czyny i zmiany.

A  ja,  cóż  mogłem…?  Wobec  czegoś  tak  wielkiego  musiałem  ustąpić,  odejść  w  cień.  Musiałem  się  skurczyć,

stwardnieć, w karaczana obrócić.

Wyrzekłszy te słowa, skulił się jakoś, zmalał jeszcze bardziej i, nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć lub zrobić,

spłynął wraz z wodą do ścieku. Ja zaś – nie mogąc zrobić nic lepszego – ruszyłem dalej.

Podziemnymi korytarzami musiałem – tak mi się zdaje – opuścić szkołę. Słyszałem, że znajdowało się kiedyś takie

przejście  prowadzące  do  katakumb  pobliskiego  kościoła.  Czy  jednak  tam  zaszedłem?  Nie  wiem…  Znalazłem  się  w
jakiejś  pełnej  półmroku  sali,  której  końców  nie  było  widać.  Wokół  mnie  stały  alabastrowe  rzeźby  kobiet  –  jakby
tancerek  zastygłych  w  ruchu.  (Czy  była  to  jakaś  kolekcja  dyrektora? A  może  proboszcza?  –  Nie  wiem.)  Postąpiłem
krok przed siebie i wnet w figury wstąpiło życie. Ich skóra zaczęła mięknąć, różowieć, rozgrzewać się wewnętrznym
ciepłem, ich białe piersi uniósł oddech, opiął zwiewny materiał, ich włosy wzburzyły się w ruchu.

Stanąłem  jak  wryty  i  zaraz  one  też  zamarły  –  w  połowie  tańca.  Ruszyłem  się  ponownie  i  na  nowo  otoczył  mnie

szelest  lekkich  szatek,  chichot  czerwonych  usteczek.  A  kiedym  tak  kroczył  pośród  tych  ciał  młodych,  gorących,
wirujących  w  pląsach  –  nagle  z  jakiegoś  nieznanego  mi  dotąd  zakamarka  pamięci  odezwało  się  wspomnienie.
Zrozumiałem, że przekraczam właśnie przedsionek kazamatów Mistrza Zegarków.

W tym lochu nic nie było stałe i niezmienne, wszystko trwało w ciągłym ruchu.

W  miejscu  ścian  huczały  potężne  tłoki,  podłogi  wirowały,  poruszane  zębatymi  kołami,  nad  głową  trzeszczały  i
strzelały sprężyny, gdzieś przesypywał się piach, gdzieś płynęła woda,
a wszędzie – wisiały zegary. Przeróżne: mechaniczne, elektryczne, duże, małe, piszczące, dzwoniące, z kukułkami i z
dzwonkami.  Niektóre  były  ogromne,  misternie  skonstruowane,  z  modelami  planet,  znakami  zodiaku,  symbolami
miesięcy i lat.

Mieszkał  tam  tylko  jeden  człowiek,  a  nazywał  się  Salwador.  Był  to  jegomość  wysoki,  chudy,  z  nawoskowanym

wąsem i w fioletowym płaszczu. Nosił on ze sobą torbę pełną gipsowych odlewów męskich członków. Jego głównym
zajęciem było wtykanie tychże odlewów między koła zębate. Gdy to czynił, maszyna zmieniała swój bieg. Niegdyś –
kto  wie,  jaką  przedziwną  myślą  zwiedziony  –  wydobył  z  otchłani  swej  torby  dwa  członki  szczególnie  okazałe,  aż
pękate, i z nieukrywaną fascynacją wepchnął oba naraz między tryby. Machina zgrzytnęła, stęknęła… a chaosu, jaki
zapanował potem, wręcz nie da się opisać. Kuranty wszystkich zegarów zaczęły zgodnie dzwonić, sprężyny strzelać,
tłoki pękać, kółka spadać z osi. Podłogi runęły na ściany, słupy pary wypchnęły sufity wysoko w górę, bojlery zaczęły
się topić od gorąca, a ich zawartość krzepnąć w kamienne bryły. Wskazówki na cyferblatach pomykały jedne do tyłu,
inne do przodu, jeszcze inne na boki, a wreszcie – poczęły stawać w miejscu. Cała machina się naprężyła, zaparła,
zebrała w sobie, nadęła, poczerwieniała z wysiłku… i być może pękłaby w końcu, rozpadła się, może zawaliłyby się
lochy, gdyby oba gipsowe fallusy nie skruszyły się na czas.

Po  tym  wypadku  Salwador  zaprzestał  eksperymentów,  pilniej  za  to  wykonywał  swe  inne  zadania.  Zwłaszcza

oddawał  się  zbieraniu  zużytych  zegarów.  One  bowiem  od  ciągłej  pracy  rozgrzewały  się  straszliwie  i  z  czasem
zaczynały  topić,  robić  się  gumiaste  i  rozciągliwe;  myliły  bieg  minut  i  godzin,  a  nieraz  rozlewały  się  po  posadzce.
Zatem jedyny mieszkaniec ponurego przybytku pracowicie sprzątał czasomierze i zastępował wciąż nowymi.

Gdy przekroczyłem progi kazamatów, otoczył mnie zewsząd miarowy klekot mechanizmów zegarowych. Cyk-cyk-

cyk-ting!  cyk-cyk-cyk-ting!  Niespodziewanie  wszystkie  zaczęły  bić  godzinę.  W  korytarzach  rozległ  się
nieprawdopodobny jazgot, a potem równie niespodzianie zapadła cisza. I znów tylko cyk-cyk-cyk-ting…!

background image

Popatrzyłem  po  cyferblatach.  Na  każdym  widniała  inna  godzina,  na  żadnym  –  pełna.  Zrozumiałem  wtedy,  że  te

zegary wybiły moją godzinę.

Kiedym  tak  stał,  przyglądając  się  biegnącym  po  tarczach  wskazówkom  lub  zmieniającym  się  na  wyświetlaczach

cyfrom  –  z  półmroku  wyłonił  się  Salwador.  W  dłoni  trzymał  gipsowy  odlew  raczej  niewielkiego  penisa,  pomimo
wyraźnej erekcji. Spoglądając to na niego, to na mnie, chichotał sam do siebie.

– Wejdź – rzekł w końcu. – Jesteś następny, numerze pięćdziesiąty pierwszy.
–  Następny?  –  zdziwiłem  się,  lecz  on  się  odwrócił  i  ruszył  przed  siebie.  Pobiegłem  za  nim.  –  Poczekaj!  Czy

zobaczę mistrza zegarków? Czy on czeka na mnie?

Stanął i obejrzał się na mnie ponad wysokim kołnierzem swego fioletowego płaszcza.
–  Czekał  na  ciebie,  a  teraz  jesteś  u  niego  –  odparł  enigmatycznie.  –  Wyobrażałeś  sobie,  że  co?  Że  jest

człowiekiem,  tak?  Owszem,  był…  Ale  tak  dawno,  że  nikt  nie  może  tego  już  pamiętać.  Kiedyś  był  wynalazcą,
najpotężniejszym umysłem ludzkości. Tworzył wspaniałe urządzenia, potrafił zapanować nad pogodą, nad żywiołami,
dać ludziom skrzydła i skrzela, zrzucić okowy grawitacji, zaprzeczyć prawom fizyki, zadać kłam matematyce, nawet
wydłużyć  życie…  Lecz  wszechświat  wiecznie  mu  uciekał,  rozszerza  się  wszak  w  nieskończoność  z
nieprawdopodobną prędkością – a jego myśl wciąż go goniła. Im więcej wiedział, tym więcej chciał poznać. Chciał
ogarnąć wszechrzeczy, ogarnąć je sobą i uporządkować, jednak tego nie potrafił… Nie potrafił też zmienić ludzkich
dusz. Wiecznie prześladował go nieskończenie zazdrosny Bóg Ojciec, odsuwając wciąż dalej wszechwiedzę, której
tamten już niemalże dosięgał koniuszkami palców.

Sfrustrowany, zbuntował się przeciwko swemu twórcy. Postanowił stworzyć się od nowa i w sobie zamknąć cały

świat – nowy świat, lepszy świat! Zaczął rozbudowywać swoje ciało, wyposażać je w liczne elementy, niszczyć stare.
Zaczął  rozdzielać  i  rozprzestrzeniać  swój  umysł  –  rósł  i  rósł,  aż  przemienił  się  w  ten  tytaniczny  mechanizm,  który
widzisz wokół siebie. Stał się prawdziwym demiurgiem – konstruktorem trybów wszechrzeczy, tym który wprawił je
w ruch.

Powiedziałem, że jest tu nadal… Ale czy jest? Sam się począł i sam zrodził, czyż jednak jest sobą w istocie? Czy

nie rozpłynął się w ogromie swego dzieła? Czy jego wola, która wprawiła w ruch te wszystkie koła zębate nadal nimi
obraca, czy raczej kręcą się już same? Tego – nie dowiem się nigdy…

Wyrzekłszy  te  słowa,  ponownie  odwrócił  się  ode  mnie  i  rozpłynął  w  mroku.  Ruszyłem  za  nim,  próbując  go

dogonić, lecz zniknął mi z oczu. Zagubiony wśród korytarzy ciągle zmieniających swe położenie, sądziłem, że nigdy
już nie wydostanę się z tego lochu. Lecz wtem na mojej drodze stanął mały, czarny kot.

Patrzył na mnie chwilę, przekrzywiając łebek to na jedną, to na drugą stronę. W istocie dziwny to był kot. Miał

olbrzymie, niebieskie oczy w kształcie migdałów, przecięte w połowie wąskimi szparkami źrenic. Te oczy zajmowały
połowę jego pyska, który też nie był normalny, tylko jakoś wyciągnięty, z długim nosem – bardziej jakby ludzki, niż
być powinien. W ogóle cała głowa tego stworzenia zdawała się nie przystawać do drobnego, kociego ciałka; była za
duża.

Przyjrzawszy mi się uważnie, zwierzak obrócił się i machnął ogonem, jakby chciał pokazać, żebym szedł za nim.

Nie  mając  żadnej  lepszej  alternatywy,  ruszyłem  jego  śladem  i  po  chwili  doszliśmy  do  jakiejś  większej,  kulistej
komnaty.  Kot,  nie  zastanawiając  się  wiele,  skoczył  na  ścianę.  Skoczyłem  za  nim  i  wnet  ściana  stała  się  podłogą.
Wyszliśmy okrągłymi drzwiami i – ku memu zdziwieniu – znaleźliśmy się na suficie. Nad naszymi głowami wisiały
spokojnie jakieś fotele i stoliki, a niedaleko mnie stał żyrandol.

Szliśmy  tak  dłuższy  czas,  a  mój  przewodnik  wyraźnie  nic  sobie  nie  robił  z  zachodzących  wokół  nas  obrotów

świata. Byliśmy jakby zawieszeni w przestrzeni, do której nie należeliśmy i wyraźnie parliśmy przed siebie, aby się z
niej wydostać.

W końcu, po ładnych paru godzinach marszu, kot przystanął. Obrócił głowę wokół jej własnej osi, na chwilę tylko

zatrzymując ją, gdy była zwrócona ku mnie. Jego pysk wydłużył się wtedy jeszcze bardziej i przez chwilę zamajaczyło
na nim coś niby uśmiech. Następnie jego szyja zaczęła się wydłużać i pęcznieć, jakby obrastała grzywą, aż sięgnęła
sufitu – albo przynajmniej tego, co mi się sufitem wydawało, gdyż w tym sześciennym pomieszczeniu wszystkie boki
były  identyczne.  Dotknął  nosem  jednego  punktu  i  wnet  ściana  w  tym  miejscu  się  otworzyła.  Kot  machnął  na  mnie
ponaglająco  ogonem,  więc  posłusznie  przewędrowałem  na  sufit  i  przelazłem  przez  otwór,  który  zamknął  się  tuż  za
moimi plecami.

Z początku nie miałem pojęcia, gdzie się znalazłem. Otaczała mnie ciemność i tylko słyszałem ledwie uchwytny

szmer  wody.  Zaraz  jednak  wokoło  zaczęło  się  robić  jaśniej  i  zobaczyłem  najpierw  trawiastą  równinę,  potem
niewielki strumyk, potem wyspę pośrodku niego, a w końcu – Ją, siedzącą na wyspie.

Była  piękna.  Miała  jasne  włosy,  oczy  lazurowe,  sypiące  jaskrawe  iskierki,  skórę  delikatną,  białą,  niemal

nierzeczywistą. Drobne piersi zasłaniała ramieniem, a szczupłe uda trzymała blisko siebie. Gdy mnie ujrzała, po jej
policzkach rozpłynął się różowy rumieniec; uśmiechnęła się jednak.

Zachęcony tym uśmiechem, podchodzę więc do Niej i klękam. Jej zwiewne palce dotykają mojej głowy, bawią się

background image

moimi  włosami,  głaszczą  policzki,  w  końcu  –  zachęcają,  abym  się  zbliżył.  Czując  jej  delikatne  ciepło,  całuję  jej
różane usta. Splatają się nasze gorące oddechy, tak jak splatają się nasze rozgorączkowane ramiona. Przyciąga mnie
do siebie i trzyma blisko, jak najbliżej – i ja trzymam ją, żeby mi nie uciekła, żeby nie znikła.

Jej biała szyja i piersi różowieją pod deszczem moich pocałunków, i czuję, jak jej skóra staje się jeszcze bardziej

eteryczna, aksamitna – jej dotyk pieści moje usta i policzki. Jednocześnie czuję, że sam twardnieję, powoli, od dołu. I
wnet wpijamy się stopami w żyzną glebę, kora zaczyna biec w górę po naszych splecionych łydkach, przytulonych do
siebie  udach,  złączonych  biodrach,  nasze  ramiona  obrastają  bluszczem,  zrastają  się  ze  sobą  na  zawsze,  z  mojego
chropawego ciała wyrastają twarde konary, które pokrywają niczym puch jej delikatne, różowe kwiaty. I tak staliśmy
się jednym, kwitnącym drzewem pachnącej jabłoni, jednym drzewem o dwóch zrośniętych pniach i splątanych ze sobą
korzeniach.  Nasze  drzewo  wyrosło  wysoko  w  górę,  wybujało  i  ujrzałem  je,  gdym  się  obudził  w  pociągu,
przegapiwszy swoją stację i swój sen.

Jak  się  zapewne  domyślasz,  Drogi  Czytelniku,  oto  osiąga  swój  kres  moja  historia. A  jak  się  zakończy,  na  czym

stanie? – zapytasz mnie. Otóż zakończy się tak, jak każda dobra historia powinna – śmiechem. Śmiechem wcale nie
wesołym, a opętańczym i pustym. Tak, bo śmiałem się cały czas, jak wariat błądząc po krainach moich snów. Śmiałem
się z Ciebie, a teraz Ty śmiej się ze mnie. Śmiej się ze wszystkiego, co kazałem Ci zobaczyć, usłyszeć, poczuć, a ja
będę  się  śmiał  z  tego,  żeś  to  mimo  wszystko  zobaczył,  usłyszał  i  poczuł.  Bo  cóż  innego  nam  pozostaje  wobec
wiecznych i nigdy nie kończących się przemian tego świata?

background image

Angelwing

Świątynia – wybujałe, ginące w mroku arkady oplecione kamiennym bluszczem. Pnące się ku niebu kolumny. Sufit

z  tętniących,  koralowych  konarów  i  giętkich  kryształowych  witek.  Pulsujące  ściany  zwodzące  oko  miriadami
nierówności  tańczących  w  chybotliwym  świetle  kaganków,  raz  ginących  w  cieniu,  raz  rozbłyskających  jasno.
Świątynia Boga, katedra życia… Miejsce kaźni.

Serafin  potrząsnął  głową,  odpędzając  nieznośne  myśli.  Uriel  na  nich  czekał,  jego  aura  była  wyraźna. Ale  Eos,

dowódca Serafina, się nie spieszył. Może napawał się chwilą, a może przygotowywał do spotkania ze swoim ostatnim
wrogiem?

Eos  i  jego  wojownicy,  wśród  nich  Serafin  i  towarzyszący  im  teraz  Zariel,  przez  ostatnie  miesiące  polowali  na

członków  rady  starszych  plemienia  Woletorów.  Zabili  już  jedenastu,  nie  tracąc  żadnego  ze  swoich  ludzi.  Tamci,
rozproszeni  i  źle  zorganizowani,  nie  stanowili  dla  nich  wyzwania.  Ale  Uriel  był  inny  –  i  Serafin  o  tym  wiedział.
Przewodniczący  starszyzny,  pierwszy  w  radzie  i  w  boju,  legenda  wśród  młodych. A  teraz  miał  zginąć.  I  ta  katedra
stanie się jego grobowcem.

– Chodźmy – mruknął Eos.
Ruszyli.  „Czy  śmierć  może  być  szlachetna?”  –  zdążył  jeszcze  pomyśleć  Serafin,  potem  stanęli  w  kręgu  światła.

Przed nimi, przy ołtarzu klęczał starzec w skrzydlatej zbroi wojownika.

– Urielu! – zawołał Eos, a jego silny i czysty głos rozbrzmiał pomiędzy wysokimi ścianami katedry.
Starzec  nie  wstał.  Obejrzał  się  tylko  przez  ramię.  „On  jest  wiekowy”  –  pomyślał  Serafin  –  „a  my  jesteśmy

zwykłymi oprawcami.”

– Przyszedłeś z sekundantami, Eosie? – w głosie Uriela pobrzmiała drwina.
– Wiesz, że nie mam zamiaru wyzywać cię na pojedynek.
Uriel uniósł się powoli i odwrócił z gracją starego szermierza. Przy boku miał miecz.
– Trzech… – mruknął, a jego spojrzenie spoczęło na Serafinie. – Więc i ty jesteś

z nim? – zapytał ze smutkiem.

–  Nie  próbuj  podburzać  przeciwko  mnie  młodego  Serafina  –  wciął  się  Eos.  –  Przyszliśmy  wymierzyć  ci

sprawiedliwość, przyjmij to tak, jak na wojownika przystało.

Starzec spojrzał na niego i się uśmiechnął.
–  To  najlepszy  z  twoich  ludzi,  wiesz  o  tym  –  rzekł.  –  Doskonały  szermierz,  sam  go  szkoliłem.  Ale  jest  też

szlachetny,  czego  o  tobie  nie  można  powiedzieć.  Zaiste  to  wielka  szkoda,  że  stanął  po  twojej  stronie…  Choć  może
lepiej, żeby ktoś taki przeżył, aby naprawić wszystko to, co zniszczą twój terror i twoje szaleństwa.

Eos postąpił krok ku niemu. Jeden, drugi, trzeci. Stanął. Serafin i Zariel, którzy zostali za nim, nie widzieli jego

twarzy, gdy przemówił nagle – cicho, niemal szeptem.

–  Uważasz,  że  jesteś  lepszy  ode  mnie,  bo  trzymasz  się  prastarych  kodeksów.  Trzymasz  się  ich,  prawda  Urielu?

Kodeksów silnych, kodeksów lepszych, kodeksów tych, którzy są
w stanie się bronić… A słabi, Urielu? Co z nimi? Dlaczego twoja moralna tarcza przysłania ci ich?

– Słabi pójdą za tobą i będą ginąć za twoją sprawę – odparł chłodno starzec. – Czy to uważasz za moralne? Czy

wojna i rzezie są moralne?

–  Wojna  jest  ponad  moralnością.  Poprowadzę  nasz  lud  do  walki  z  Kainitami,  bo  tak  trzeba.  Ty,  pozwalając  im

mordować  Homonulusów  i  Przebudzonych,  nie  jesteś  wcale  w  niczym  lepszy  ode  mnie.  Czy  przyzwolenie  na
morderstwo nie jest tym samym, co morderstwo?

Uriel roześmiał się nieprzyjemnie – tak że Serafina przeszedł dreszcz. „Ci dwaj są nade mną” – pomyślał.
–  Nie  zasłaniaj  się  obroną  słabszych  –  rzekł  starzec.  –  Czy  taką  właśnie  bajkę  sprzedajesz  swoim  młodym

poplecznikom? Zawsze byłeś najsłabszy z całej naszej sysytii, kryłeś się za naszymi plecami. Wszyscy z nas skończyli
w  radzie,  byliśmy  najlepszymi  wojownikami  plemienia…  Poza  tobą.  Czy  to  zazdrość  tobą  kieruje?  Powiedz  to
otwarcie. Zawsze byłeś ambitny… Czy nie władza cię pociąga, Eosie?

Eos westchnął. Jego skrzydła poruszyły się, jakby trącone wiatrem.
– Mylisz się. Nie dostrzegasz tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas. Świat się zmienia, a ty chcesz wystąpić

przeciwko tym zmianom.

– A zatem polityka? Podparta ideologią? Powiedziesz nasz lud do wojny, która zmieni układ sił na świecie. Dla

polityki  i  własnej  ambicji  odrzucisz  honor,  odrzucisz  wszystko  to,  w  co  wierzyliśmy…  Wysoką  cenę  jesteś  gotów
zapłacić.

– Nawet nie wiesz, jak wysoką – szepnął Eos i powolnym ruchem wydobył miecz z pochwy.

background image

Serafin poczuł wyraźnie, jak tętno mu przyspiesza. Również oparł dłoń na rękojeści miecza. To stanie się teraz.

Zdradzi swojego dawnego mistrza. Stanie przeciw niemu. Krew splami święte miejsce. „Oby to, o co walczymy, było
tego warte”.

Uriel odpowiada coś, ale słowa giną w półmroku, w odwiecznej ciszy potężnych murów. Pozostaje tylko sens. On

jest  gotów.  Gotów  na  śmierć.  Serafin  czuje  ulgę.  Jego  dawny  mistrz  wyzwał  Eosa.  „Więc  to  nie  ja  go  zabiję.” A
jednak w tej chwili rozumie, że jest tchórzem.

– Mógłbyś być najlepszym z naszych wojowników… – on to mówi o nim.
Eos  rusza.  Nic  nie  mówi,  tylko  daje  znak  ręką.  Zaraz.  „Nie  przyszedłem  cię  wyzwać…  wymierzyć

sprawiedliwość…” Zariel rusza za nim. Nie. To nie tak powinno być. „Czy śmierć może być szlachetna?”

Serafin zerwał się z miejsca, uderzył Zariela barkiem, powstrzymując jego natarcie. Eos i Uriel poderwali się z

ziemi. Starli się pod sklepieniem, miecze błysnęły.

– Co robisz?! – zawył rozwścieczony Zariel, odpychając go na bok. Potem zafurkotały jego skrzydła i ruszył ku

walczącym.

Uriel dostrzegł go kątem oka. Zepchnął Eosa i poszybował wyżej, pomiędzy żebrowanie sklepienia.
– Nie pozwól mu uciec!
Ale  było  już  za  późno.  Starzec  musiał  wiedzieć  o  jakimś  tajemnym  wyjściu.  Gdy  Zariel  dostał  się  pomiędzy

koralowe żebra, Uriela już tam nie było.

* * *

– Czy to rozważne? – zapytał Zariel.
Eos  nie  odpowiedział.  Stał  w  olbrzymim  oknie  i  podziwiał  panoramę  miasta.  Wieczór  zapadał  granatowy,

podmalowany  pomarańczowym  blaskiem  latarń.  Ciężki  zaduch  unosił  się  z  żywokoralowych  konstrukcji.  Na  górze
było chłodniej. Pośród smukłych koron drzewo-bloków ciągnęła się bryza niczym ożywcza wstęga.

Lubił miasto. Z całą jego anonimowością, życiem i różnorodnością. Lubił letnie wieczory w mieście, odurzający

zaduch,  błąkanie  się  w  alejach,  nierzeczywiste  kształty  budowane  z  cienia  przez  jaskrawe  światła.  I  głos.  Szum
pojazdów,  gwar  odległych  rozmów.  „Jestem  potworem”  –  myślał  sobie,  stojąc  tam,  na  trzydziestym  piętrze.  „Ale
kiedyś byłem człowiekiem”.

– Serafin jest za słaby, nie podoła temu zadaniu. Widziałeś, co zrobił w katedrze…
Eos drgnął. Głos Zariela go irytował.
– Nie jest słaby – rzekł, bardziej do swego półprzejrzystego odbicia w szybie niż do niego. – Uriel nie rozumie

wielu rzeczy, ale nie jest głupcem. Serafin może stać się najlepszym z moich wojowników.

– Ale jeśli zawiedzie? Uriel wciąż jest popularny, póki żyje, stanowi zagrożenie dla wszystkiego, o co walczymy

–  to  odezwał  się  Nicefor  –  polityk,  intrygant,  prawa  ręka  Eosa.  Jego  najlepsze  jak  dotąd  narzędzie,  zupełnie
nierozumiejące jego myśli.

– Sewerus uda się z nim. Znacie jego reputację. Jeśli Serafin zawiedzie… on dokończy sprawę.
–  Serafin  zawiedzie,  wiesz  o  tym  –  zawyrokował  Zariel.  –  Stary  jest  sprytny.  Nie  kryje  swoich  śladów,  nie

maskuje aury. Uciekł do Sawary i chce, żeby Serafin udał się tam za nim. Dobrze wiesz, o co mu chodzi, co planuje.
Nie ma sensu marnować chłopaka.

Zariel nie jest głupi. Ale nie rozumie wszystkiego. Eos westchnął. „To gra. Wszystko to gra.” A Uriel był godnym

przeciwnikiem.

* * *

Wagon dygotał lekko. Pod nogami dało się wyczuć ledwo uchwytne drżenie. To prowadnica trąca o pojedynczą

magnetyczną  szynę.  Za  oknem  monotonny  krajobraz.  Kwadraty  pól.  Osiedla.  Ludzie  –  Homonulusy.  Wszędzie  ich
pełno,  w  pociągu  też.  Nawet  nie  wiedzą,  że  wokół  nich  toczy  się  cicha,  podskórna  wojna.  Wojna  o  nich.  Ale
Przebudzonych jest coraz więcej. Może w końcu całe społeczeństwo zrzuci łuski z oczu, dowie się o istnieniu Sfery.

Patrzą  na  niego  ze  zdziwieniem.  Jest  obcym,  nieczłowiekiem.  Takich  jak  on,  skrzydlatych  wojowników,  widują

rzadko.  Równie  rzadko  widują  Pretorian,  żołnierzy  Przebudzonych  –  żywe  maszyny  wyspecjalizowane  w  zabijaniu
Kainitów. Mówią, że to jacyś rządowi.

Serafin  westchnął.  Spojrzał  na  mężczyznę  siedzącego  naprzeciwko.  Ów  nie  wyróżniał  się  tak  bardzo.  Z  pozoru

zwykły  człowiek.  Wysoki,  muskularnie  zbudowany,  brzydki,  ubrany  w  długi  płaszcz.  Ale  pod  tym  płaszczem  nosi

background image

srebrne sztylety i pistolety skałkowe – tym walczy się w nadrzeczywistości Sfery. Zaawansowana technologia tam nie
działa. Tam… Serafin nieraz zastanawiał się, czym właściwie jest Sfera. Umiał się w niej poruszać, ale nie rozumiał
jej istoty. Dokoła wszystko wydawało się niby takie samo, tylko działało inaczej – inna fizyka.

Westchnął. Siedzący naprzeciw Sewerus spojrzał na niego badawczo, ale się nie odezwał. Raczej nie rozmawiali

ze sobą. Serafin trochę się go obawiał. Znał jego reputację. Najemnik, żołnierz fortuny, zabójca. Cholernie skuteczny.

Przeniósł spojrzenie na tablicę informacyjną. „Linia 34, 35, 37… Nie ma linii trzydziestej szóstej… Tam musimy

się udać. Starą kolejką do Sawary. Ale trasa jest zamknięta. Co rząd powiedział Homonulusom? Że jakiś wypadek?
Że kontaminacja… Nie pamiętam…”.

Migające za oknem słupy zaczęły zwalniać. Basowy jęk poniósł się po szynie. Dojeżdżali do stacji. Sewerus bez

słowa się podniósł, zdjął z półki swoją torbę podróżną
i ruszył do wyjścia. Serafin poszedł w jego ślady.

Było popołudnie, kiedy opuścili pociąg. Pogoda nawet przyjemna. Jeden z owych chłodniejszych dni późnego lata.

Gdzieś w oddali odzywały się od czasu do czasu ptaki. Od strony miasteczka, w pobliżu którego wysiedli, dochodził
gwar ludzkich głosów
i maszyn.

Nie zamieniając ani słowa, ruszyli wzdłuż szyny. W jakieś pół godziny dotarli do bocznicy – znajdowała się tam

stacja,  zapuszczona,  z  powybijanymi  oknami,  pomazana  farbą  w  różnorakie  napisy.  Od  niej  ciągnęły  się  zwykłe,
podwójne  szyny  i  trakcja.  W  dawnych  latach  odjeżdżał  z  tego  miejsca  tramwaj.  Ludzie  przesiadali  się  do  niego  z
szybkobieżnej  kolejki.  Linia  trzydzieści  sześć.  Napis  wciąż  był  jeszcze  czytelny,  choć  farba  z  tablicy  schodziła
grubymi płatami, odsłaniając przerdzewiały i skorodowany metal.

Minęli  dawny  budynek  stacji.  Zapach  uryny  unosił  się  od  niego  na  odległość  –  pewnie  nieraz  nocowali  w  nim

bezdomni.  Podwójne  tory  prowadziły  ich  przez  najbliższych  parę  godzin,  aż  w  końcu  doprowadziły  na  niewielkie
wzniesienie. Tam stanęli.

Serafin westchnął. Miasto leżało przed nimi, rozcięte złotą wstęgą rzeki tonącej

w ostatnich promieniach słońca, pyszne potężnymi drapaczami chmur z żywokoralu
i kryształu – te zdawały się płonąć, ogarnięte rudą łuną wieczoru. Ale ostatnie blaski dnia szybko zginęły, ustępując
szarości.  Wtedy  zdało  mu  się,  jakby  niższa  zabudowa  z  lichego  betonu  dopiero  rozlała  się  wokół  centrum.  Nagle
wyrosły  czarne  słupy  masztów  i  anten  –  ponure  w  swej  samotnej  obojętności.  A  w  miarę  jak  zmrok  gęstniał  –
rozjarzały się latarnie. Dziwaczne, losowe wykwity barwy w tej martwej metropolii.

– Zabawne – mruknął Serafin. – Zawsze wydawało mi się większe…
Sewerus spojrzał na niego, oczami nagle czujnymi.
– Byłeś tu przed kollapsem? – zapytał.
– Mieszkałem kilka lat… Gdy byłem mały, potem się przeprowadziłem.
Wysoki  brzydal  pokiwał  głową.  Chyba  nie  chciał  ciągnąć  wątku.  Przestąpił  z  nogi  na  nogę,  podrapał  się  po

brodzie. Niedogolony zarost zachrzęścił wyraźnie pod jego palcami.

– Strasznie tu cicho – zauważył.
– Tak… – Serafin zmarszczył brwi. Miasto było nieme. Żadnych odgłosów życia. Tylko… – Słyszysz?
Sewerus potrząsnął głową. Po jego długiej, kościstej twarzy przemknął wyraz zdziwienia.
– Tramwaj – Serafin bardziej czuł niż słyszał śpiewny szept pędzącego gdzieś po szynach pojazdu.
– I co z tego?
– Nie wiem… nic. Ruszajmy.
Zeszli  ze  zbocza,  minęli  wysokie  ogrodzenie  i  wojskowy  posterunek.  Po  chwili  weszli  pomiędzy  przysadzistą,

kanciastą zabudowę przedmieścia. Trakcja i szyny wciąż ich prowadziły, aż dojrzeli między domami placyk, a na nim
kilka pojazdów – zajezdnia.

– Powiedzieli mi – odezwał się Sewerus – że ten gość, którego szukamy, to był twój mistrz… Że możesz wyczuć

jego aurę, bo dobrze się znaliście. Wyczuwasz, gdzie jest?

Serafin przystanął.
–  Widzisz?  –  zamiast  odpowiedzieć,  pokazał  coś  palcem.  Między  pękatymi  kadłubami  wagonów  kolebała  się

jakaś postać. Jej cienkie nogi niosły ją niepewnie od jednych torów do drugich. Ciężka, okrągła głowa przechylała się
niebezpiecznie na boki, jakby miała zaraz odpaść. Krokom dziwacznego stwora towarzyszył ponury chrzęst.

– Robot serwisowy – mruknął Sewerus.
Serafin kiwnął powoli głową, ale nie odrywał wzroku od sunącej ku nim sylwetki. Przerdzewiałe stawy maszyny

zginały się, choć opornie, wydając niemiłosierne jęki. Spod blach pancerza wystawały gołe serwomotory – w dużej
części niesprawne. „Cud, że to coś w ogóle chodzi…” – pomyślał Serafin.

Jednak w ruchach tej powykręcanej i chromej postaci było coś niepokojąco ludzkiego. Coś ze starego pijaka albo

kalekiego  żebraka.  Szedł  ku  dwóm  przybyszom,  jakby  miał  jakiś  cel.  Jakby  jakaś  komenda  na  chwilę  rozjarzyła  się

background image

niespodziewanym impulsem w jego skorodowanych zwojach mózgowych.

Sewerus chyba poczuł ten sam niepokój, bo sięgnął po broń. Serafin trwał nieporuszony.
–  Czuję  Uriela  –  rzekł  niespodziewanie,  odpowiadając  na  zadane  wcześniej  pytanie.  –  Ale  nie  potrafię

powiedzieć,  gdzie  jest  dokładnie.  Jesteśmy  poza  Sferą,  jego  aura  właściwie  nie  powinna  zostawiać  tutaj  śladu. A
jednak czuję go tak, jakby był w całym mieście. W jakiś niepojęty sposób rozprzestrzeniony.

–  Zdarza  się  –  odburknął  Sewerus.  –  Nie  podoba  mi  się  ten  robot  –  dodał  po  chwili,  od  niechcenia  unosząc

karabin do oka.

– Po co chcesz do niego strzelać? – Serafin odwrócił się ku niemu zdziwiony.
– Psuje mi krajobraz.
– Daj spokój…
– Skąd wiesz, że nas nie zaatakuje? – Sewerus opuścił broń.
– To złom – Serafin aż parsknął śmiechem. Cała sytuacja wydała mu się nagle całkiem absurdalna.
– Masz rację, szkoda naboi.
Tymczasem  automat  dotoczył  się  już  całkiem  blisko.  Przystanął.  Głowa  odchyliła  mu  się  na  bok  i  zawisła  na

kawałku mechanicznego ścięgna. Nagle jedno z jego oczu zamigotało.

– Ni–iiiiiiiiii…!!! – zawył, łamiącym się, elektronicznym głosem i zatoczył się w ich stronę. Sewerus ściął go z

nóg krótkim uderzeniem kolby. Robot wykonał piruet i padł na ziemię.

– Niiiii… – zazgrzytał jeszcze, po czym migotanie jego bardziej sprawnego oka ustało.
Obaj  mężczyźni  pochylili  się  nad  mechanicznymi  zwłokami.  Z  tylnego  pancerza  maszyny  wyzierała  ogromna

dziura. Wnętrze było niemal puste. Jakby ktoś wydarł stamtąd wszystkie mechanizmy. Jednak w samym środku otworu,
zawieszone na kilku przewodach i rurkach hydraulicznych – tętniło słabo organiczne serce.

– Co to? – skrzywił się z niesmakiem Sewerus.
Jego towarzysz cofnął się gwałtownie, pobladły nagle na twarzy.
– Zabij to – rzekł. – Lepiej to zabij.
Najemnik oddał krótką serię prosto w otwór w pancerzu robota. Z serca została krwawa miazga.
W  tym  momencie  dokoła  nich  zaczęło  się  dziać  wiele  rzeczy  naraz.  Światła  zajezdni  rozjarzyły  się  jasno.  Po

liniach  trakcji  z  szumem  popłynął  prąd.  Motory  tramwajów  z  jękliwym  zaśpiewem  obudziły  się  do  życia.  Koła
zgrzytnęły  po  szynach.  Kilka  maszyn  opuściło  zajezdnię.  Jedna  z  nich  stanęła  przy  zaalarmowanych  mężczyznach,
ściskających w dłoniach broń. Jej drzwi otwarły się z hydraulicznym sykiem.

Spojrzeli po sobie niepewnie. Serafin powoli schował miecz i podszedł do pojazdu. Ostrożnie zajrzał do środka.
W  pierwszej  kolejności  uderzył  go  zapach  –  kurz,  smar,  stare  tapicerki,  rdza…  Jakiś  ślad  ludzi,  których  pot

przesiąknął  przez  sztuczną  skórę  obijającą  fotele.  Potem  zwrócił  uwagę  na  brud,  zacieki  na  ścianach  i  szybach,
migotliwe oświetlenie starych lamp.

Stanął na schodku i zajrzał głębiej. W sterówce nie było kierowcy. Siedział tam tylko jakiś robot – przeżarty do

głębi  rdzą  mechanicznej  śmierci.  Jego  cienkie  kończyny  zdawały  się  zrastać  z  pulpitem  sterowniczym  i  fotelem
kierowcy, całkiem odartym z obicia. On jakby się zapadł, wrósł w ten pojazd, którym niegdyś zawiadywał.

– Co robimy? – zza pleców Serafina dobiegł głos Sewerusa.
– Wsiadamy? – spojrzał na niego przez ramię i się uśmiechnął.
Sewerus wyszczerzył swe krzywe, ostre zęby.
– Ty przodem – zaśmiał się.
Wsiedli.  Drzwi  zamknęły  się  za  nimi  z  sykiem.  Tramwaj  zadrżał  spazmatycznie.  Koła  jęknęły,  serwomotory

zawyły protestacyjnie – ruszyli. Rozklekotany wagon brzęczał i stękał tak, jakby miał się zaraz rozpaść.

Sewerus stanął w sterówce i wyjrzał przez przednią szybę.
– Sądzisz, że to nas zabierze do twojego mistrza? – zapytał.
–  Nie  sądzę  –  odparł  Serafin.  – Ale  i  tak  musimy  dotrzeć  do  centrum.  Zresztą…  Kto  wie  co  steruje  wszystkimi

dziwnymi maszynami tego miejsca?

Stojący przed nim potężny brzydal pokiwał głową, po czym przygarbił swe szerokie ramiona, by lepiej widzieć,

co dzieje się na zewnątrz. „Chce mnie o coś spytać, ale tego nie zrobi… Dziwny człowiek. Ciekawe, co myśli, kiedy
tak patrzy na to wszystko?”

Serafin również wyjrzał przez okno. Mijały ich czarne bryły ponurych, podupadłych budowli. Gdzieniegdzie jakiś

wykwit  światła  –  całkiem  losowy,  pojawiający  się  niespodziewanie  –  wydobywał  z  mroku  fragment  chodnika  albo
zszarzały,  obumarły  koral  jakiegoś  muru.  „Światło  bardziej  przygnębiające  niż  ciemność…”  Wszystko  zdawało  się
martwe,  zastygłe  w  bezruchu  –  pozostawione  w  marazmie,  w  którym  schwycił  je  kollaps.  Gdy  jednak  wpatrzył  się
intensywniej w noc, pod cienką warstewką czerni bardziej wyczuł niż dostrzegł delikatne drżenie ruchu.

Wstrzymał oddech i przytknął nos do brudnej szyby. Mijające ich ciemne kształty przemykały coraz szybciej, a on

próbował uchwycić poruszające się między nimi cienie, jakieś sylwetki.

background image

Nagle motor tramwaju zawył głośniej, jakby zmuszony do większego wysiłku. Wagonem rzuciło. Obaj mężczyźni

musieli chwycić się poręczy, aby nie upaść. Za oknami ciemność nagle rozpadła się na dwoje. Od mrocznej sylwetki
miasta  odciął  się  głęboki  granat  gwieździstego  nieba.  Dokoła  wyrosły  potężne  drapacze  chmur  z  żywokoralu  i
kryształu skrzące się punktami odbitego światła. Wyjechali na wiadukt.

Gdy tylko minął pierwszy szok wywołany zderzeniem z bezkresem nieba, dostrzegli, że równie niespodziewanie

całe  otoczenie  zaczęło  tętnić  ruchem,  choć  nie  życiem.  W  tym  momencie  wydało  się  im,  że  znajdują  się  wewnątrz
wielkiej fabryki – fabryki, w której wszystkie maszyny uległy awarii, a obsługujący je ludzie legli zmożeni gorączką.

Serafin  widział  długie  taśmy  produkcyjne,  ciągnące  się  między  wieżami  bloków.  Widział  buchające  dymem

spalarnie  oraz  zgniatarki,  legiony  okaleczonych  lub  zdeformowanych  maszyn  –  część  z  nich  była  niszczona,  część
gdzie indziej rozkładana i składana w twory równie upośledzone, wszystko to bez wyraźnego celu czy planu. Ciężkie
czarne mgły snuły się po ulicach, rozświetlane gdzieniegdzie krwistym ogniem pieców.

– Przyspieszamy – mruknął Sewerus, odrywając swego towarzysza od tego ponuro fascynującego widoku.
Koła  zgrzytnęły  kilkakrotnie.  Dostrzegli  iskry.  Silnik  zaczął  wyć  opętańczo,  przeciążone  tłoki  huczały.  Czarne

bloki przemykały za oknami. Coraz szybciej. Szybciej. W końcu widać było już tylko rozmazane sylwety.

– Patrz! – wykrzyknął najemnik, pokazując coś przed nimi.
Serafin wyjrzał przez przednią szybę i w jednej chwili pojął sytuację. Z zawrotną prędkości zbliżali się do mostu.

Nieukończonego.

Przez chwilę poczuł, jakby grudka ołowiu zaległa mu w żołądku. Potem krzyknął:
– Widzę! – i z rozmachem uderzył w jedną z bocznym szyb. Odpryski szkła wystrzeliły do tyłu, porwane przez pęd

powietrza. – Trzymaj się! – Chwycił Sewerusa pod ramiona i skoczyli. Wiatr szarpnął jego rozłożonymi skrzydłami.
Poczuł rozdzierający ból w plecach. Pociemniało mu w oczach i runęli na ziemię.

Uderzenie wybiło Serafinowi całe powietrze z płuc. Przez kilka sekund walczył

o  oddech,  powoli  zyskując  świadomość  bólu  w  poobijanych  członkach.  W  końcu  uniósł  się  powoli  na  ramieniu.
Kręciło mu się w głowie i widział jak przez mgłę.

Sewerus  upadł  o  wiele  lepiej.  Jak  kot  –  na  cztery  łapy.  Jego  bojowe  symbionty  aktywowały  się  momentalnie.

Ramiona i nogi nabrzmiały, wystąpiły na nich czarne pręgi – jakby wychodzące na wierzch żyły. Wokół prawego oka
pojawiła  mu  się  sina  opuchlizna,  gałkę  przesłoniła  błona.  Jego  oddech  przyspieszył,  poczuł  pompowaną  do  krwi
adrenalinę.

Z  oddali  dobiegł  jego  uszu  łoskot  tramwaju  zwalającego  się  z  mostu.  Sewerus  omiótł  wzorkiem  okolicę  w

poszukiwaniu niebezpieczeństwa, a gdy nie dostrzegł niczego niepokojącego, podszedł do Serafina.

– Jesteś cały? – zapytał, pomagając mu stanąć na nogi.
– Chyba tak – odparł tamten, choć bolały go obite plecy, a w głowie wciąż szumiało. Zbroja z elastycznego koralu

jirwe  ochroniła  go  przed  poważniejszymi  obrażeniami,  ale  jego  mechaniczne  skrzydła  nie  nadawały  się  już  do
niczego.

„Żałosny widok… upadły anioł w rynsztoku” – pomyślał gorzko i ściągnął bezużyteczny napierśnik. Przeciągnął

się  i  spróbował  rozruszać  swoje  mocno  wysklepione  wyrostki  nośne.  W  mięśniach,  którymi  obsługiwał  skrzydła,
odezwał  się  piekący  ból.  Dziwnie  się  bez  nich  czuł,  z  dwoma  tylko  sterczącymi  dziwacznie  kikutami,  słabymi  i
bezużytecznymi bez mechanicznych stymulatorów.

– Co teraz? – zapytał, ale Sewerus machnął tylko niespokojnie ręką. Stał kilka kroków dalej i zdawał się czegoś

wypatrywać.

Znajdowali  się  na  jednym  z  bocznych  wiaduktów,  prowadzących  do  mostu.  Nad  nimi  wyrastała  rozbudowana,

składająca  się  z  licznych  przejść  i  podjazdów  podbudowa.  Najemnik  utkwił  wzrok  właśnie  w  jednym  z  korytarzy
prowadzących w głąb tego potężnego, betonowego labiryntu.

– Co jest? – szepnął Serafin.
Odpowiedź  nie  była  konieczna.  Też  już  to  dostrzegł.  W  głębi  tunelu  rozbłyskiwała  co  chwila  pomarańczowa

lampa.  W  jej  chybotliwym  blasku  ujrzeli  cień.  Wiele  cieni  wyrastających  niczym  pajęcze  odnóża  od  pojedynczej,
czarnej sylwetki. W wykwitach rdzawego blasku mnożyły się, rozpełzały po ścianach, by zaraz, w agonalnym skurczu,
zbiec się z powrotem w plamę głębszego mroku.

Postać  stanęła.  Trwała  przez  chwilę  w  blasku.  Rozmyła  się  w  nocy.  I  znów.  Światło  na  nowo  wyrzeźbiło  jej

kontur. Przyglądała się.

– Co to? – Serafin nadal szeptał.
– Nie wiem… – odparł równie cicho Sewerus.
– Widział nas…?
Cisza. Błysk. Cień rozlewa się i znika. Pulsuje w rozbłyskach czerni.
– Może to kolejny robot… – Sewerus sięgnął po pistolet. Swój lekki karabinek zgubił, gdy wypadli z pędzącego

wagonu.

background image

– Pewnie tak – Serafin niespodziewanie poczuł, że ogarnia go lęk. „Demony kollapsu. Wykoślawione byty spoza

Sfery.  Mroczne  odbicia  naszego  świata,  cienie  zapomnianych…”  –  Lepiej  chodźmy  –  rzekł  tak  cicho,  że  jego
towarzysz nie miał szans tego usłyszeć. Ale chyba wyczuł drżenie jego głosu, bo zaczął się niepewnie cofać.

Błysk i ciemność. Tajemnicza postać znów zniknęła.
Mrok  zakotłował  się  przed  Serafinem.  Ruszył.  Huk!  Krwawa  szrama  światła  –  Sewerus  wystrzelił  flarę.  W

jaskrawej poświacie dostrzegli rój sylwetek – część z nich może była tylko cieniami, złudzeniami. Mrowie ich biegło
ku przybyszom, przebierając licznymi odnóżami.

Padło kilka strzałów. Płomień zagasł. Rzucili się biegiem do ucieczki – w noc, w labirynt korytarzy plączących się

pod mostem. Za sobą słyszeli ponury chrzęst wielu mechanicznych stawów.

Sewerus  długo  ich  prowadził,  odnajdując  w  ciemnościach  bezpieczną  drogę  za  pomocą  swego  optycznego

symbionta. Ponury głos za nimi raz się zbliżał, raz oddalał, więc nie ustawali, biegnąc jakby sam diabeł deptał im po
piętach.  Zresztą,  kto  wie…  W  końcu  jednak  dźwięk  ów  oddalił  się,  ścichł,  zanikł  całkiem.  Lecz  oni  wciąż  się  nie
zatrzymywali. Dopiero gdy Serafinowi nie stawało już sił, rzucili się pod jakąś ścianę.

Wojownik dyszał ciężko. W głowie dudniło mu od przyspieszonego biegu krwi, czuł też jakby jego płuca miały

zaraz  pęknąć  z  wysiłku.  Za  to  Sewerus  –  przeciwnie.  Zadyszał  się  nieco,  ale  poza  tym  wciąż  był  pobudzony  od
potężnego zastrzyku adrenaliny, który zafundowały mu jego biowszczepy. Posiedział chwilę, lecz zaraz wstał i zaczął
się niespokojnie przechadzać.

– Dlaczego się zgodziłeś na to wszystko? – zapytał nagle, przystając.
– Na co? – zdziwił się Serafin, który nie mógł przecież znać toku myśli tamtego.
Sewerus potrząsnął głową. Usiadł z powrotem obok niego.
– Twój mistrz… szanowałeś go?
– Tak, był mi przyjacielem i przewodnikiem.
– Więc dlaczego chcesz go zabić?
Serafin westchnął ciężko, próbując opanować rozchwiany oddech.
– Nie wiem, czy chcę… – odparł po chwili namysłu.
– Więc dlaczego się zgodziłeś, żeby cię wysłali na tę misję?
– Uriel… nie rozumie tego, co się dzieje. Stał się niebezpieczny. Jeśli stanie przeciwko Eosowi, dojdzie do wojny

domowej. Sprawy zaszły już za daleko…

– Ale mogli wysłać kogoś innego… Czemu się zgodziłeś?
Serafin wpatrzył się w ciemny obrys sylwetki Sewerusa. W mroku nie widział jego twarzy. Zastanawiał się, jaki

ma  wyraz.  Westchnął  ponownie.  Nagle  poczuł  się  bardzo  zmęczony.  Nie  miał  już  ochoty  rozmawiać.  Adrenalina
odpływała, pozostało wycieńczenie. Chłód, drżenie mięśni.

– Co za różnica, kto to zrobi? – mruknął w końcu. – Przed przeszłością nie ma co uciekać. On musi zginąć… A

jeśli tak ma być, niech narzędziem jego śmierci będzie ktoś, kto rozumiał, co znaczyło jego życie.

Sewerus nie odpowiadał i Serafin nie mógł się oprzeć wrażeniu, że przygląda się uważnie jego twarzy. Po chwili

się poruszył, chyba wzruszył ramionami. I wstał.

–  Ładnie  to  brzmi…  –  powiedział.  –  Czy  to  Eos  nauczył  cię  mówić  w  ten  sposób?  Pięknie  dobierać  słowa…?

Narzędzie śmierci znające życie… – Usiadł nieco dalej. Przez chwilę się sadowił, jakby chciał iść spać. – Po waszym
spotkaniu, jeden z was musi być martwy. I tylko tyle.

– Do czego zmierzasz? – rzucił niecierpliwie Serafin. – Uważasz, że zdradzam mojego przyjaciela?
– Nie. Ty chcesz go zabić.
– To już nie jest mój przyjaciel!
Cisza…
– Wszystko jedno, to nie moja sprawa.
–  Twoja,  bo  idziesz  tam  ze  mną…  Powiedz,  co  Eos  kazał  ci  zrobić,  jeślibym  przypadkiem  odmówił  zabicia

Uriela?

– Nic.
– A jeślibym stanął po jego stronie?
– Zabiłbym cię.
Uderzył go twardy ton głosu. „Tak, zrobiłby to” – i nagle poczuł strach przed nim i wstręt do tej rozmowy, którą

odbyli. Sewerus chyba to wyczuł.

–  Więc  lepiej  tego  nie  rób…  –  mruknął,  jakby  dla  pojednania,  może  trochę  zmieszany  szorstkością  swej

wypowiedzi.  Serafin  nie  odrzekł  nic.  –  Posłuchaj,  to  głupota,  to  wszystko…  Gdy  przyjdzie  dzień,  wracaj  do  domu.
Dokończę  to  zadanie  za  ciebie,  tak  będzie  lepiej  dla  wszystkich…  Człowiek  nie  powinien  być  zmuszony  stawać
przeciwko  tym,  których  ceni  i  szanuje.  –  Wciąż  cisza.  Podrapał  się  po  głowie.  –  Myślisz,  że  cię  nie  rozumiem…
Jestem takim samym zwykłym gościem, jak ty. Też mam przyjaciół. I miałem przyjaciół, którzy ginęli, ale nigdy nie

background image

chciałbym, żeby to było z mojej ręki.

– Mniejsza z tym. Śpij. Jutro musimy odnaleźć Uriela… – odparł Serafin.
– Śpij ty, ja i tak teraz nie zasnę. Wezmę pierwszą wartę.

* * *

Godziny  czuwania  Serafina  ciągnęły  się  powoli  niczym  w  koszmarnym  śnie  –  ponure  godziny  zimna  i  mroku.

Nadzieja na pojawienie się światła trzymała go na nogach. Jednak według zegara ranek powinien był już nadejść, a
ciemność wciąż trwała.

Nagle usłyszał, że Sewerus budzi się z jękiem. Wyjął z torby błyszczka i potarł go, aż zaczął świecić, wtedy ujrzał

twarz towarzysza. Była blada, poszarzała, z zapadłymi, podkrążonymi oczami.

–  To  przez  symbionty  –  mruknął  Sewerus,  widząc  jego  spojrzenie.  Następnie  wygrzebał  ze  swojego  ekwipunku

niewielki iniektor i zrobił sobie zastrzyk. Po paru minutach jego wygląd zaczął wracać do normy. – Mam tyle gówna
napompowanego do krwi, że mój organizm przestaje normalnie funkcjonować – oznajmił tonem wyjaśnienia. – Coś za
coś, prawda? Jak tylko skończymy tę misję, czeka mnie kilkanaście godzin w aparaturze oczyszczającej.

Zebrali  swoje  rzeczy  i  ruszyli  w  dalszą  drogę.  Sewerus  prowadził  znowu,  jednak  przystanął  po  kilkudziesięciu

krokach.

– Dziwne, tu powinien znajdować się korytarz, którym doszliśmy do tej części podziemi.
– Może go minęliśmy…
– Daj trochę więcej światła.
Błyszczek rozjarzył się jaśniej, a korytarz jakby rozrósł się wokół nich, napuchł. Sufit uniósł się wysoko w górę,

tak iż światło ledwo go sięgało.

– Wczoraj to wyglądało inaczej…
– Anomalie kollapsu – szepnął Serafin do siebie.
– Co tam mruczysz?
–  Jesteśmy  poza  Sferą.  W  chwili  kollapsu  pękły  wiązania  Wielkiego  Porządkowania,  ale  nie  wszystkie.  Świat

wydaje  się  normalny,  ale  materia  tutaj  podlega  ciągłym,  wewnętrznym  reporządkowaniom.  Przestrzeń  jest  zmienna.
Byłeś kiedyś poza Sferą?

– Kilka razy… Nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło.
–  Eos  twierdzi,  że  na  zewnątrz  zachodzą  tak  zwane  „małe  porządkowania”.  Nie  panuje  tam  taki  zupełny  chaos.

Tylko, że te porządkowania są mniej trwałe, niż to nasze – wielkie. Co jakiś czas rozbija je nowy kollaps, o wiele
słabszy, niż ten, który miał miejsce tutaj. Materia w Sawarze jest bardziej niestabilna, niż gdziekolwiek indziej, nowe
porządkowania zachodzą z dużą częstotliwością.

Sewerus milczał chwilę.
– Świetnie – burknął w końcu. – To będzie miało znakomity wpływ na skuteczność naszych poszukiwań…
– Lepiej ruszajmy – odparł cicho Serafin.
Korytarz  prowadził  ich  długo,  drogami  ciemnymi  i  splątanymi.  Łudził  od  czasu  do  czasu  plamą  światła,  która

jednak zawsze okazywała się jedynie kałużą albo kawałkiem szkła, odbijającym blask ich własnego błyszczka.

Rozmawiali ze sobą niedużo. Brnęli tylko naprzód z zawziętością szczurów uwięzionych w labiryncie, z takim, jak

one strachem, ukrytym gdzieś w głębokich warstwach świadomości.

– Słyszałeś? – zapytał Sewerus, przystając jednocześnie.
– Nic nie słyszałem – Serafin nawet się nie zatrzymał.
Sewerus obejrzał się za siebie. W oddali coś znowu błysnęło. Potrząsnął głową i ruszył za towarzyszem.
Przez jakiś czas wędrowali w ciszy, dopóki dźwięk nie rozległ się znowu. Tym razem usłyszeli go obaj. Stanęli i

popatrzyli po sobie.

– Co to? – zapytał Sewerus, nie zdając sobie nawet sprawy, że zniża głos do szeptu.
Serafin  nic  nie  odpowiedział.  Przekrzywił  tylko  głowę  i  nasłuchiwał.  Znał  ten  szum.  To  niemal  nieuchwytne

drżenie, ledwie muskające bębenki. Zbliżył się do ściany. Wyciągnął rękę. Żywokoral cofnął się, zapadł w siebie jak
przestraszone zwierzę. Dotknął go. Ów drżał – zimny i wilgotny dla skóry. W jego drżeniu niósł się dźwięk, śpiewny
szept.

– Nad nami są szyny… Musimy być blisko powierzchni.
– Niemożliwe, nie wspięliśmy się ani odrobinę do góry… To te twoje anomalie?
Serafin  pokiwał  głową.  Koral  pod  jego  palcami  drżał  coraz  mocniej.  W  pewnym  momencie  zaczął  puchnąć,

przyjmując swą dawną objętość. W tej chwili korytarz się zatrząsł. Śpiewny szept przeszedł w przeszywający wizg.
Wizg. I cisza…

– Jesteśmy blisko – powtórzył.
Labirynt  jednak  kpił  z  nich  nadal  i  wodził  splątanymi  korytarzami.  Więcej  nie  poczuli  drżenia  tramwaju

background image

przejeżdżającego  nad  ich  głowami.  Tylko  od  czasu  do  czasu  pojawiało  się  za  nimi  światło.  Niewielka  jaśniejsza
plamka w ciemnościach. Serafin nie oglądał się na nią, jednak Sewerus sprawdzał co chwila, czy aby nie pojawiła się
znowu. Wraz ze zmęczeniem, jego zmysły przestawały funkcjonować poprawnie. Wyostrzony do granic słuch zaczął
podpowiadać  mu  złośliwie,  że  coś  czai  się  za  jego  plecami  –  niczego  tam  jednak  nie  było.  Panująca  wokoło  cisza
zdawała  się  tak  nieprawdopodobna,  że  jego  zdezorientowany  mózg  sam  zaczął  wytwarzać  dla  siebie  dźwięki,  być
może po to, aby nie zwariować z braku bodźców.

W końcu zmęczeni wędrówką i sfrustrowani jej bezcelowością, postanowili zatrzymać się na odpoczynek. Siedli

pod ścianą, wyjęli racje podróżne i jedli w ponurym milczeniu. Potem sen powoli zaczął ich morzyć.

Sewerus  zasnął  pierwszy.  Tylko  na  chwilę.  I  widział  korytarz,  a  w  nim  blade  światełko.  Rozpadło  się  na  kilka

mniejszych i obudził się.

– Światło – mruknął sennie Serafin. – Widzisz je?
Sewerus  potrząsnął  głową,  próbując  zrzucić  z  powiek  resztki  snu.  Tak,  widział.  Niewielkie  światło  w  głębi

korytarza. Zatoczyło koło i znikło. Rozpadło się na wiele małych części. Gdy się przebudził, znowu zobaczył światło.

– Widzę je, widzę, Serafinie.
Chwiało się lekko, jakby trącane wiatrem. Serafin nie odpowiadał. Światło zatoczyło się w bok. Znikło i znów się

pojawiło.  Wisiało  przez  chwilę,  jakby  się  wpatrywało.  Po  chwili  korytarz  wokół  Sewerusa  zaczął  się  rozpływać,
roztapiać  w  gęsty  mrok,  wypływać  poza  zasięg  percepcji. A  światło  rozpadło  się  na  wiele  mniejszych.  Wtedy  się
obudził.

Potrzasnął głową, przetarł oczy i wstał. Serafin spojrzał na niego z niepokojem.
– Widzisz to? – zapytał, pokazując coś w głębi korytarza.
– Światło? – Sewerus odparł pytaniem, nie podniósł jednak wzroku.
– Tak…
– Widziałem je kilka razy, kiedy szliśmy.
– Sądzisz, że to złudzenie? Tylko złudzenie?
– Może – Sewerus usiadł z powrotem. – Lepiej weź pierwszą wartę, mnie się oczy same zamykają.
– W porządku.
Sen jednak jak na złość teraz nie chciał przyjść. Złośliwe, blade ślepię wpatrywało się w niego z głębi ciemności,

nie dając mu spokoju. Kiedy zamykał oczy widział je nadal. Jakby plamę wypaloną na wewnętrznej stronie powieki.
Odwracał  się  na  bok,  lecz  jaskrawe  widziadło  pozostawało.  Zaklął.  Światło  rozpadło  się  na  wiele  mniejszych.
Serafin szturchnął go w ramię.

Obudził się.
– Co jest?
– Zbliża się…
– Co?
– To światło.
Sewerus poderwał się na nogi. Wyszarpnął z kabury pistolet i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę świetlistej

plamy. Serafin poderwał się również i podążył za nim. Tamten jednak po paru krokach przystanął.

– Teraz go widzę – szepnął. – Widzisz? To jakiś gość z błyszczkiem…
Serafin  wytężył  wzrok  i  dostrzegł,  że  niewielki  świetlny  punkt  faktycznie  obrysowuje  swym  blaskiem  jakąś

sylwetkę. Oparł dłoń na rękojeści miecza i czekał. Gdy światło zbliżyło się na tyle, żeby dało się wyraźnie dostrzec
zarys ludzkiej postaci, usłyszeli głos:

– Czy się zgubiliście?
– Uriel? – wyrzucił z siebie z niedowierzaniem Serafin.
– Tak, to ja, chłopcze.
Uriel postąpił kilka kroków, aż ujrzeli wyraźnie jego twarz.
– Jak… i dlaczego nas odnalazłeś?
– Nie odnalazłem, przyzwałeś mnie.
– Nie rozumiem.
– Ani ja – wciął się Sewerus. – Człowieku, przyszliśmy cię zabić! A ty włazisz nam tak po prostu w ręce?
– Ja i tak już nie żyję…
– Co masz na myśli? O co w tym wszystkim chodzi? – Serafin ze zdumieniem stwierdził, że w jego głosie zaczyna

pobrzmiewać z trudem hamowana wściekłość.

– Wszystko wam wyjaśnię – odparł spokojnie Uriel. – Jest kilka rzeczy, które musisz zobaczyć, Serafinie. Zanim

będziesz mógł mnie zabić. Nawet nie zaczynasz domyślać się planów Eosa. Chodź za mną.

To powiedziawszy, minął ich i ruszył w dół korytarza.
Sewerus, zbyt zszokowany, żeby go powstrzymać, spojrzał tylko na swego towarzysza.

background image

– On zwariował… – stwierdził.
– To możliwe… tu, poza Sferą. Lepiej chodźmy za nim.
Sewerus wpatrywał się w niego przez chwilę czujnym wzrokiem. Potem bez słowa poszedł za Urielem.
Tuż  za  rogiem  korytarz  odmienił  się  nagle.  Nie  znajdowali  się  już  pod  ziemią,  tylko  wysoko  ponad  nią,  na

stalowym wiadukcie. Wokół plątało się mnóstwo podobnych konstrukcji: jedne wyżej, drugie niżej, wszystkie skąpane
w fioletowej poświacie dziwnego księżyca.

–  Czy  znasz  legendy  o  aniołach?  –  odezwał  się  nagle  Uriel.  –  O  starożytnych  założycielach  naszego  plemienia,

tych,  którzy  dali  nam  skrzydła?  Pradawne  teksty  mówią,  że  przybyli  sponad  gwiazd  i  posiedli  większą  władzę  nad
Sferą niż ktokolwiek inny. Byli tak potężni, że potrafili zmieniać materię, ich siły przewyższały dyrektywy Wielkiego
Porządkowania – może zresztą to oni je stworzyli, podania nie się co do tego zgodne. Eos badał je bardzo dokładnie,
był  wręcz  opętany  starożytnymi  naukami.  Badał  Sferę,  jej  właściwości.  To  doprowadziło  go  do  Przebudzonych.
Kainici może są panami Sfery, ale nie rozumieją jej istoty – Przebudzeni za to chcą ją badać.

Gdy doszło do kollapsu, Eos był wstrząśnięty – jak wszyscy. Nigdy nie przypuszczaliśmy… nie śmieliśmy sądzić,

że to może się wydarzyć. Ale on, on widział coś więcej. Zrozumiał, że Sfera jest zniszczalna, a zatem można ją także
opanować.  Ktoś  kiedyś,  przed  początkiem  czasu,  nadał  jej  kształt,  a  teraz  jego  władza  słabnie.  Pękają  dawne
wiązania.  Coś  zburzyło  odwieczną  równowagę.  Istnieją  prastare  mity  o  powrocie  aniołów.  Eos  był  pewien,  że
właśnie z tym mamy do czynienia. Nalegał na mnie, abyśmy udali się do Sawary, żeby zbadać, zobaczyć wszystko na
własne oczy. Tak też uczyniliśmy.

Ci, którzy pozostali w mieście, byli martwi lub obłąkani, poza jedną osobą. Tobą, Serafinie. Znaleźliśmy cię w

świątyni, jakby pogrążonego we śnie, jakby dręczonego przez koszmary. A miasto wokół nas zmieniało się nieustannie
i stało się wielkie, przytłaczające… jakbyśmy byli czterolatkami – takimi, jak ty wówczas. Wtedy zrozumieliśmy, że
przeżyłeś, gdyż w jakiś niepojęty sposób opanowałeś zachodzące wokół ciebie porządkowania.

Zabraliśmy  cię  wtedy  z  Sawary.  Eos  nalegał  na  to,  żeby  mógł  cię  wziąć  na  wychowanie.  Zgodziłem  się,  pod

warunkiem,  że  pozwoli  mi  w  nim  uczestniczyć.  On  chciał  odkryć,  co  dało  ci  tę  moc,  szukał  w  proroctwach  słów  o
jakimś  wybrańcu,  o  mesjaszu. Ale  żadnych  takich  nie  było.  I  niczego  nie  mógł  dowiedzieć  się  z  obserwacji  ciebie.
Rozwijałeś się, jak każdy normalny chłopiec. Nigdy więcej nie ujawniłeś talentu władania Sferą i porządkowaniami.

Uriel umilkł. A Serafin i Sewerus stąpali za nim po coraz węższej kładce, również milczący. Gdy nareszcie doszli

do jej końca, ich oczom ukazały się drzwi.

– Co chciałeś mi pokazać? – wydusił w końcu ze ściśniętego gardła Serafin.
– Tylko to – odparł Uriel i otworzył drzwi. Przeszli przez nie.
Świątynia – wybujałe, ginące w mroku arkady oplecione kamiennym bluszczem. Pnące się ku niebu kolumny. Sufit

z  tętniących,  koralowych  konarów  i  giętkich  kryształowych  witek.  Pulsujące  ściany  zwodzące  oko  miriadami
nierówności  tańczących  w  chybotliwym  świetle  kaganków,  raz  ginących  w  cieniu,  raz  rozbłyskających  jasno.
Świątynia Boga, katedra życia… Miejsce kaźni.

„I miejsce narodzin, moich narodzin.”
Serafin  opuścił  wzrok.  „Czy  śmierć  może  być  szlachetna…?  Nie  chciałbym,  żeby  którykolwiek  z  nich  zginął  z

mojej ręki… Jeden z was będzie martwy…”

– Daj mi swój miecz.
To Sewerus. Jego głos w ciemnościach. Nie spojrzy mu w twarz.
– Daj mi go – powtarza.
Serafin jest posłuszny. Słyszy kroki, potem szczęk oręża i słowa gdzieś z oddali. „Wyzywam cię…” i „Mógłbyś

być najlepszym”. Walka nie będzie długa. Wie to. Słyszy kroki poruszających się szermierzy. Brzęk zderzających się
ostrzy. Śmierć się zbliża. Jest krótkie uderzenie. Głuchy chrzęst. Żadnego krzyku. Jakby jęk.

–  Niemożliwe  –  słyszy  nagle  głos  Sewerusa.  To  wyrywa  go  z  marazmu.  Podnosi  głowę,  podchodzi  bliżej.

Niedaleko ołtarza spoczywają stare zwłoki. Na poły rozłożone, jakby leżały tu co najmniej od tygodnia. Są ubrane w
ozdobną zbroję starszyzny Woletorów. Spomiędzy pancernych płyt koralu jirwe sterczy sztylet.

– Jak to możliwe? – szepcze Serafin. – Czy on był tu cały czas?

* * *

– Eosie…
– Wejdź, Niceforze – głos Eosa wypłynął zza potężnego oparcia jego fotela.
Woletor postąpił kilka kroków przed siebie i stanął. Wciąż nie widział swojego wodza.
– Przybył posłaniec… Doszło do kollapsu w okolicach Seuanno, około miliona zaginionych. To stało się nagle,

nie zdążyli nikogo ewakuować.

– Wiem już o tym… Czego spodziewają się po nas Przebudzeni?
– Pretorianie są bezradni. Reperkusje po kollapsie odbiły się w głębi Sfery. W promieniu kilkuset kilometrów od

background image

Seuanno panują anomalie. Potrzebują kogoś, kto będzie umiał działać bez pomocy Sfery, potrzebują naszego wojska.

– Co proponują?
– Dadzą ci całkowite pełnomocnictwo i naczelną władzę nad wojskiem. W zamian nasi wojownicy mają pomóc w

opanowaniu sytuacji i obronić ich terytorium.

– A Kainici?
– Co z nimi?
– Ich wojska na południu bez możliwości poruszania się w Sferze będą osłabione.
– Nie aż tak, jak Pretorianie, którzy poza Sferą są bezradni jak dzieci.
– Właśnie – Eos kiwnął głową. – Przyślij mi tu Zariela.
– Mam wysłać odpowiedź do rządu Przebudzonych?
– Tak, powiedz, że osobiście poprowadzę oddział do obrony ich terytoriów.
Nicefor  wycofał  się  i  po  chwili  przysłał  Zariela,  który  zjawił  się  w  pełnym  rynsztunku  gotowy  do

natychmiastowego wymarszu.

– Dobrze, że jesteś – Eos wstał z fotela i zmierzył go krytycznym spojrzeniem. – Poprowadzisz nasze oddziały na

południe, do Ruuli. Weźmiesz sysytie z pierwszej i trzeciej kohorty.

– Pierwszej i trzeciej? – Zariel nie potrafił ukryć swojego zdumienia. – To nasi najlepsi wojownicy.
– Drugiej takiej okazji nie będziemy mieli. Jeśli zdobędziemy Ruuli, będziemy mieli przyczółek w samym środku

strefy kainickich wpływów. Do obrony Przebudzonych i akcji ratowniczych wystarczą mi słabsze oddziały.

– To ryzykowne – zauważył Zariel. – Jednym uderzeniem trudno nam będzie ich pokonać, a Przebudzeni nie ufają

nam na tyle, żeby długo tolerować naszą obecność. Chyba, że planujesz też skorzystać z sytuacji, żeby…

– Nie – przerwał mu ostro Eos. – Sprzymierzyliśmy się z Przebudzonymi i dotrzymamy warunków umowy. Czy i ty

uważasz, jak moi wrogowie, że zapomniałem o honorze wojowników?

– Nie, Eosie – Zariel spuścił głowę, spojrzał w bok. Widać było po nim wyraźnie, że coś w sobie stłumił.
– Czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć?
– Jeśli mogę mówić szczerze…
– Jak zawsze.
Zariel wziął głęboki wdech.
– Nie rozumiem cię – rzucił w końcu. – Chcesz bronić słabszych, ale najlepsze sysytie posyłasz do ataku. Wielu

cywilów może przez to zginać. Chcesz wzmocnić pozycję naszego plemienia, ale nie korzystasz z okazji, aby sięgnąć
po  władzę  nad  Przebudzonymi.  Obaj  dobrze  wiemy,  co  oznacza  naczelne  dowództwo  wojska.  Oni  sami  liczą  się  z
tym, że jeśli nie zechcesz go później złożyć, to nie będą w stanie ci go odebrać. Chciałbym wiedzieć, co tobą kieruje.

Eos zbliżył się do niego. Uśmiechnął się i oparł dłoń na jego ramieniu.
–  Nie  martw  się  o  nasze  plemię  –  rzekł.  –  Jeśli  zdobędziemy  Ruuli,  zarówno  Kainici,  jak  i  Przebudzeni  będą

musieli  się  z  nami  liczyć. Ale  w  tej  walce  nie  o  to  chodzi.  Musimy  zbierać  nasze  siły…  i  musimy  zbierać  wiedzę.
Wiedza, Zarielu – to nasz prawdziwy cel. Musimy być gotowi.

– Gotowi na co?
– Idź już – odparł Eos, ignorując jego pytanie.
– Taak… Tak jest – Zariel skłonił się niechętnie i skierował w stronę wyjścia. Zanim jednak wyszedł, przystanął

na chwilę i zapytał:

– A co się stało z Serafinem?
Eos nie odpowiedział od razu. Uśmiechnął się tylko.
– Sądzę, że wykonał swoją misję – rzekł w końcu.

background image

Synowie Kaina

– Panie Sewerusie, musi pan pomóc! – Kitamura, korpulentny, skośnooki konus, chwycił go za rękaw płaszcza. On

jednak spojrzał na niego jak na karalucha i niecierpliwym ruchem strząsnął z ramienia.

– Przykro mi, panie przewodniczący – odparł. – Ale to nie moja sprawa. Nie opowiadam się po żadnej ze stron.

W  czasie  wojny  byłem  najemnikiem,  pracowałem  dla  tych,  którzy  lepiej  płacili.  Nie  mam  poglądów  ani  sympatii
politycznych czy ideologicznych.

Odwrócił się i ruszył w poprzek betonowej platformy peronu ku pękatemu wagonowi kolei podziemnej.
– Ale  proszę  pana,  pan  wie,  że  jeśli  oni…  jeśli  oni  się  tu  zjawią,  to…  to  będzie  masakra!  Tylko  pan  może  ich

powstrzymać…

–  Nie,  panie  przewodniczący,  nie  mogę.  Nie  jestem  żołnierzem.  Już  nie  jestem  żołnierzem.  Śmierć  to  przykra

sprawa. I tak, jeśli zjawią się tu Pretorianie, to wielu waszych zginie – takie jest życie. Przegrani muszą płacić cenę
porażki. Nie będę dla pańskich ludzi nadstawiał karku; żaden z nich nie nadstawiłby karku dla mnie.

Mały człowieczek dogonił go i ponownie zatrzymał.
– Panie Sewerusie… na miłość boską – wycedził przez zęby zduszonym szeptem.
Sewerus zaśmiał się tylko nieprzyjemnie.
– I to pan mówi o Bogu? Pan, Kainita? Panie Kitamura… – rzekł z dezaprobatą.
Kitamura  wziął  haust  powietrza,  jakby  chciał  go  dalej  namawiać,  lecz  nagle  chrząknął  dziwnie,  a  jego  oczy

wywróciły się białkami na wierzch.

–  S…  są…  –  wyjąkał  piskliwie  i  zaraz  obrócił  się  na  pięcie.  Szybkim  krokiem  ruszył  ku  wyjściu.  Sewerus

obserwował przez chwilę jego niknącą sylwetkę. Gdy Kitamura był już daleko, nagle dołączyły do niego dwie kolejne
postaci, o wiele większe i groźnie wyglądające. „Głupiec” – pomyślał Sewerus, po czym wsiadł do pociągu.

Wagon był obszerny. Znajdowało się w nim w sumie osiem rzędów foteli: po cztery z każdej strony, a między nimi

korytarzyk. Wszystkie miejsca siedzące już zajęto, zatem wcisnął się między ludzi stojących w korytarzyku. Większość
z  nich  była  Homonulusami,  jednak  Sewerus  z  łatwością  rozpoznawał  Kainitów.  Mieli  o  wiele  silniejszą  aurę.
Homonulusowie właściwie w ogóle jej nie posiadali.

Koła wagonu zgrzytnęły, jakby miał już ruszać, jednak nic takiego się nie stało. Ostatni pasażerowie wpychali się

do wnętrza. Obok Sewerusa stanęła para Kainitów: starszy mężczyzna i dziewczyna – na oko piętnastoletnia, ładna, o
miłej, okrągłej buzi. Spojrzała na niego. Miała smutne oczy; pomarańczowe ze złotymi obwódkami. Odwrócił się od
niej pospiesznie.

– Kurwa mać… – mruknął do siebie.
– „Nie rób tego…” – zdążyło mu zadzwonić w głowie, gdy do pociągu wkroczyli Pretorianie.
Nagle zrobiło się strasznie cicho. Jakby wszystkie odgłosy – szum rozgrzewających się silników, gwar ludzkich

głosów, zgrzytanie kół – zostały stłamszone gdzieś na granicy rzeczywistości. Wszyscy Homunulusi zastygli niczym w
stuporze.  Tu  i  tam  część  z  nich  wykonywała  nienaturalnie  spowolnione  ruchy,  które  zaraz  ustały.  Tylko  Kainici
poruszali się normalnie.

Sewerus  poddał  się  ogarniającemu  go  paraliżowi.  Pozwolił  dziwnemu  mrowieniu  rozejść  się  po  jego  ciele.

Stłumił swoją aurę. Dostrzegał jeszcze resztki ruchu. Przed oczami mignęły mu czarne sylwetki czterech Pretorian –
strasznie chudych i wysokich, w czarnych pancerzach, z pióropuszami na głowach i długimi ostrzami podczepionymi
do rękawic. Na granicy jego umysłu pojawiła się świadomość rozlegających się krzyków bólu i rozpaczy, spostrzegł
jeszcze czerwone eksplozje krwi.

– „Czterech…” – jego myśli płynęły bardzo powoli. – „I tak nie dałbyś im rady. Nie rób tego…”.
Nagle tors Kainity stojącego obok niego pękł. Mignęło srebrne ostrze. Krew bluznęła gęstym strumieniem. Ujrzał

rozdzierane wnętrzności. Dziewczyna, która z nim była, nie krzyknęła, tylko jej twarz wygięła się jakby do krzyku. W
tym momencie Sewerus poczuł, że coś się w nim łamie. Jego myśli przyspieszyły nagle.

–  Ani  drgnij!  –  syknął,  chwytając  ją  mocno  za  ramię.  Znieruchomiała  pod  wpływem  jego  głosu.  Jego  aura

przesłoniła jej aurę.

Błyskawicznym  ruchem  wyszarpnął  spod  płaszcza  pistolet  skałkowy.  Gruchnął  strzał.  Ścianę  wagonu  ochlapała

krwawa miazga z mózgu i w powietrzu słychać było trzask kości jednego z Pretorian.

–  „Jeden”  –  odliczył  w  myśli  Sewerus,  upuszczając  pistolet  i  wydobywając  następny  spod  płaszcza.  Kolejny

srebrny pocisk poszybował w powietrzu, przecinając tor biegu innego Pretorianina. – „Dwa”.

Odrzucił  pistolet,  puścił  dziewczynę  i  dobył  dwóch  długich,  zakrzywionych  sztyletów.  Trzeci  Pretorianin

przemykał właśnie tuż obok niego. Zauważył, co się dzieje, lecz nie zdążył zareagować. Ostrze Sewerusa rozorało mu

background image

szyję. Padł w fontannie krwi, ścięty z nóg nagłym uderzeniem. „Trzy”.

Ostatni był nieco dalej, więc zdążył sparować cios. Zahamował, obrócił się na pięcie

i  uderzył.  Sewerus  nie  przejął  się  mknącym  w  jego  stronę  ostrzem.  Wbił  własną  broń  między  żebra  przeciwnika,
czując wyraźnie, jak rozrywa płuca i serce.

„Cztery” – zakończył odliczanie, gdy tamten upadł. Poczuł, że po jego boku spływa cienka strużka krwi. Rana była

płytka, ale gdyby przeciwnik miał czas wymierzyć cios odrobinę dokładniej, to pewnie byłaby śmiertelna. Pretorianie
umieli zabijać, choć oczywiście nie tak dobrze jak Sewerus.

W  czasie  wojny  zabił  przeszło  sześćdziesięciu  Pretorian  w  osiemnastu  starciach.  Więcej  niż  jakikolwiek  inny

człowiek. Ale wtedy w jego organizmie żyły jeszcze symbionty: kordialis, który w razie czego mógł zastąpić funkcję
serca, oculus, zaimplanotwany pod skórę czaszki, który wyostrzał jego zmysły, wis, pompujący do jego krwi bojowe
hormony oraz cztery glisty–wzmacniacze, które wzmagały siłę jego mięśni.

* * *

Dom  Sewerusa  rósł  w  podziemnej  jaskini  na  obrzeżach  miasta  Wejtl.  Jego  organiczne  ściany  przyjęły  kształt

zbliżony  do  naturalnej  struktury  skały,  dlatego  od  środka  przypominał  wnętrze  niedużej  kopuły.  Znajdowało  się  tam
niewiele mebli, przeważnie surowych, zrobionych z szarej stali. Nie było żadnych ozdób.

– W kuchni jest trochę jedzenia – rzekł Sewerus, pokazując Szejli ciasny aneks kuchenny. Następnie udał się do

łazienki, nalał czerpakiem nieco wody ze zbiornika do miski i zaczął oglądać swoją ranę. Zakrwawioną koszulę cisnął
w kąt.

Draśnięcie było płytkie, ale zaczynało ropieć. Wziął zatem przypominającego gąbkę wysysacza, zwilżył go nieco

w misce i przytknął do swego boku. Syknął cicho, gdy mikroząbki stworzenia wpiły się w jego skórę.

Nagle w lustrze pojawiła się twarz Szejli. Dziewczyna zbliżyła się do niego od tyłu i musnęła palcami krawędź

jego zranienia. Sewerus zastygł w bezruchu i przyglądał się jej odbiciu. Sięgała mu ledwie do ramion, ale jak na swój
wiek  była  bardzo  ładnie  zbudowana.  Brązowa  suknia  służki  opinała  ciasno  jej  szczupłą  talię,  a  obramowany  białą
materią dekolt odsłaniał zarys krągłych, niedużych piersi. Jej śliczna, dziewczęca buzia kontrastowała mocno z jego
własną twarzą – brzydką, obarczoną za długim nosem i szerokimi ustami, zeszpeconą tu i tam bladymi pajęczynkami
blizn.

Dziewczyna objęła go i poczuł, jak jej delikatny, ciepły policzek przytula się do jego pleców. Jej dłonie spoczęły

na jego nagim brzuchu i powoli zaczęły wędrować niżej. Wzdrygnął się nieco, chwycił jej ręce i odsunął ją od siebie.

– Nie jesteś przestraszona tym, co wydarzyło się w pociągu? – zapytał.
– Jestem… – odparła, spuszczając oczy i nagle się rumieniąc.
Zapadła cisza. Sewerus przykleił do swojego boku plaster i wyszedł. Także był przestraszony, czuł, że dłonie drżą

mu  nieznacznie.  Dopiero  co  wystąpił  przeciwko  Pretorianom.  Dla  niej.  Cholera,  dla  tej  gówniary!  W  kilka  sekund,
niewiele  myśląc,  podpisał  na  siebie  wyrok.  Będą  na  niego  polować  –  był  tego  pewien.  Dotąd  zostawiali  go  w
spokoju. Może i uważali go za trochę groźnego, może i chętnie by się go pozbyli wcześniej, ale znajdował się poza
Sferą. Teraz jego aura pozostawiła wyraźny ślad, trop dla gończych psów.

Westchnął, rozglądając się po mieszkaniu. Musiał odpocząć, dzień, góra dwa. Potem trzeba było ruszać. Tutaj już

nie było bezpiecznie.

Szejla weszła za nim do pokoju. Wciąż zarumieniona, stanęła naprzeciwko niego i ze wzrokiem wbitym w ziemię

zaczęła rozpinać dekolt. Przez chwilę patrzył tępym wzrokiem na jej trochę jeszcze dziewczęce piersi. Nagle drgnął.
Podszedł  do  niej,  przyciągnął  ją  do  siebie  i  wpił  się  wargami  w  jej  drobne,  drżące  usta.  Ściągnął  pospiesznie  jej
sukienkę. Drżała cała, a jej ramiona pokryła nagle gęsia skórka. Poddawała się jednak jego pieszczotom. Podniósł ją z
ziemi i zaniósł do łóżka.

* * *

Szejla leżała z głową opartą w zagłębieniu pomiędzy jego barkiem a szyją. Jej oddech, rozgrzany i wciąż lekko

przyspieszony, przyjemnie pieścił jego skórę. Sewerus westchnął. Czuł się trochę za stary.

– Dlaczego ci ludzie w pociągu musieli wszyscy zginąć? – zapytała nagle Szejla.
– Nie wiem – odparł po chwili wahania. – Bo życie to bardzo okrutna i niesprawiedliwa gra… Ktoś ciągle ginie.

Żyją silniejsi…

– Czyli Pretorianie?
– Tak, oni są od nas silniejsi – powiedział, lecz zaraz zbeształ się w duchu za to pochopnie wypowiedziane „nas”.
– Kim oni właściwie są?
No tak, ona przecież musiała urodzić się już po wojnie. Niewiele wiedziała.
–  Byli  kiedyś  ludźmi  –  rzekł.  –  Zwykłymi  Homonulusami.  Dawno  temu  Kainici  żyli  wśród  Homonulusów  w

background image

spokoju,  górowali  nad  nimi  jednak,  gdyż  potrafili  poruszać  się  w  Sferze.  Dzięki  temu  byli  w  stanie  manipulować
ludźmi i nimi władać. Tak to trwało, dopóki nie pojawili się Przebudzeni. Podobnie jak pozostali Homonulusowie nie
posiadali własnej aury, ale odkryli istnienie Sfery. I Kainitów. Chcieli wyzwolić od nich ludzkość, więc próbowali
zawładnąć  Sferą.  I  choć  nie  posiadali  aury,  zaczęło  im  się  to  udawać  –  poprzez  trening  psychiczny  i  wynalazki
techniczne. Szybko dorównali mocą Kainitom i powstało tak zwane Ekwilibrium – niedoszli wyzwoliciele podzielili
się ze swoimi przeciwnikami władzą nad Homonulusami, którzy zresztą żyli w błogiej nieświadomości tego, co się
dzieje. Ale to nie mogło trwać długo, bo Przebudzeni wciąż pracowali nad nowymi środkami walki. I w końcu udało
im  się  stworzyć  Pretorian  –  doskonałe  maszyny  do  zabijania,  od  dziecka  spędzające  więcej  czasu  w  Sferze  niż  w
zwykłym  świecie,  umysłowo  wypaczone  potwory,  które  miały  tylko  jeden  cel  –  pokonać  Kainitów.  Wtedy  właśnie
doszło do wojny… i Pretorianie wygrali.

Szejla  powoli  kiwnęła  głową.  Nic  nie  powiedziała  i  chwilę  leżeli  w  ciszy.  Potem  Sewerus  wyplątał  się  z  jej

objęć i usiadł na skraju łóżka.

– Ten mężczyzna, z którym byłaś w pociągu… to był twój ojciec? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała. – To był mój pan.
–  Aha…  –  mruknął  i  zaczął  się  ubierać.  Gdy  skończył,  wyszedł  do  kuchni.  Zagotował  wodę  w  elektrycznym

czajniku,  zrobił  sobie  herbatę  i  zaczął  ładować  pistolety.  Lepiej,  żeby  były  gotowe.  Nabił  je  prochem  i  srebrnymi
kulami, zabezpieczył i odłożył. Wiele by dał za broń automatyczną, jakiej używali Homonulusowie, ale wiedział, że w
Sferze jest bardzo mało skuteczna. Podobnie jak większość ich technologii.

Dopił  herbatę  i  zaczął  się  zastanawiać,  gdzie  by  się  położyć  spać  –  do  łóżka  jakoś  nie  chciał  wracać.  Nagle

doszedł jego uszu dziwny łopot, jakby żagli na wietrze, i coś stuknęło w dach. Chwycił pistolety i ostrożnie podszedł
do  wyjścia  na  górę.  Nasłuchiwał  chwilę,  wstrzymując  oddech,  a  gdy  nic  więcej  się  nie  odezwało,  ruszył  po
schodkach.  Uchylił  klapę  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Na  skale,  która  tworzyła  sklepienie  jaskini,  stała  jakaś  postać  –
wysoka, zakuta w bojową zbroję zakrywającą wszystko łącznie z twarzą. Płyty pancerza nie były gładkie, lecz pokryte
guzowatymi zgrubieniami, a za plecami przybysza rozpościerała się para mechanicznych skrzydeł.

– Serafin… – mruknął Sewerus, wychodząc na dach. – Co cię tu sprowadza?
Serafin był jednym z Woletorów, plemienia słynnych latających wojowników, podobnie jak Kainici i Przebudzeni

świadomych  istnienia  Sfery,  jednak  nie  pretendujących  do  sprawowania  nad  nią  kontroli.  W  czasie  wojny  byli
początkowo neutralni, jednak Eos, jeden z najsilniejszych spośród nich, wraz z sześcioma innymi, do których należał i
Serafin, zbuntowali się, wybili dawną starszyznę i zmusili plemię do opowiedzenia się po stronie Przebudzonych.

– Miło cię znów widzieć, Sewerusie – odezwał się przybysz, nie odpowiadając na pytanie. – Tyle lat minęło, to

cud, że jeszcze żyjesz. Sewerus puścił tę uwagę mimo uszu.

– Czego chcesz? – zapytał opryskliwie.
– Słyszałem o Twoim drobnym wypadku w Ettene… Czterech martwych Pretorian…
– Do rzeczy.
– Masz kłopoty, Sewerusie, poważne kłopoty. Oni już cię szukają.
– Powiedz mi coś, czego nie wiem.
– Eos kazał nam cię odnaleźć. Nam, Woletorom. Niedługo będę musiał mu powiedzieć o tym miejscu. Wyczyta z

mojej aury, że coś wiem. Przybyłem cię ostrzec. Mam wobec ciebie dług, więc go spłacam.

– Zbytek łaski, Serafinie – odburknął Sewerus.
Wojownik westchnął. Zabrzmiało to, jakby jakiś owad zabrzęczał w metalowej puszce.
– Po co to zrobiłeś, Sewerusie? – zapytał. – Przecież nienawidzisz Kainitów, po co zabijałeś tych Pretorian?
–  Lubię  zabijać  –  Sewerus  zaśmiał  się,  odsłaniając  swoje  groźnie  wyglądające  kły.  –  Mogłeś  się  domyślić,  że

prędzej  czy  później  mi  się  to  znowu  przytrafi.  Po  tylu  latach  zabijania  człowiek  się  przyzwyczaja,  zaczyna  mu  to
sprawiać radochę. Czy tobie to sprawia radochę? Co, Serafinie?

– Nie – odparł tamten. – Wiesz, że nie. Będziesz musiał uciekać. Przyniosłem ci coś – wydobył z przytroczonej do

pasa ładownicy dużego, białego pędraka, który niósł na grzbiecie coś, jakby owadzie jajo.

– Pochłaniacz? – Sewerus wziął do ręki owada.
–  Przez  jakiś  czas  zamaskuje  twoją  aurę,  będziesz  wyglądał  jak  zwykły  Przebudzony.  Ale  spiesz  się,  bo  nie

pomoże ci to na długo. Lepiej, żebyś jak najszybciej wydostał się poza zasięg Sfery. I nie bierz ze sobą dziewczyny…

Sewerus spojrzał na niego podejrzliwie, a jego oczy zwęziły się w szparki.
– Dlaczego?
– Zanadto rzuca się w oczy. Pretorianie nie lubią, jak ktoś im się wymyka z łapanki.
To powiedziawszy rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze.
– Żegnaj – powiedział jeszcze. – Dług uważam za spłacony. Następnym razem, gdy się spotkamy, będę musiał cię

zabić.

– Chyba, że ja wcześniej zabiję ciebie – mruknął Sewerus, patrząc na oddalającą się skrzydlatą postać.

background image

* * *

Raczej  wyczuł  ich  obecność,  niż  ich  dostrzegł,  kiedy  wmieszali  się  w  tłum.  Pretorianie.  Sześciu.  Najwyraźniej

kogoś szukali.

Wielu  Kainitów  uciekało  w  tych  czasach  na  Wschód.  Trzymali  się  wielkich  skupisk  ludzkich,  podróżowali

pociągami.  Skupiska  Homonulusów  tłumiły  ich  aurę.  Gdyby  wyruszyli  sami,  ściśnięci  w  wystraszoną  gromadkę,
byliby  niczym  wielki,  jarzący  się  na  czerwono  neon  odciśnięty  w  Sferze  dla  tych,  którzy  ich  prześladowali.
Rozproszeni, skryci w ciżbie mieli trochę większe szanse na przeżycie. Trochę… większe…

Sewerus  poczuł  się  tak,  jakby  bryłka  lodu  stanęła  mu  w  żołądku,  kiedy  minął  ich  patrol,  oskrzydlający  jakiegoś

Kainitę i spychający go ku bocznej alejce. Zmusił się, żeby iść dalej w sposób całkiem obojętny, lecz Szejla stanęła
jak wryta i spojrzała za oddalającym się oddziałkiem. Dowódca Pretorian zauważył to i zatrzymał swoich ludzi.

– Na co się gapicie? – szczeknął głosem syntezowanym przez maskę ochronną.
– Dobrze wykonujecie swoją robotę, żołnierzu. Wkrótce skończymy z tym ścierwem – odparł Sewerus, opierając

ręce na ramionach Szejli i próbując ją powoli odciągnąć.

Pretorianin przyglądał im się przez chwilę, a Sewerus walczył ze sobą, żeby nie stracić zimnej krwi i nie sięgnąć

po pistolety. Czuł, że jego mięśnie się napinają, a serce zaczyna mocniej bić.

– Podejdź tu… – wycedził nieufnie dowódca. – Bracie.
Sewerus uśmiechnął się, modląc się w duchu, żeby wyglądało to autentycznie,

i zbliżył się do nich. Złapany Kainita spojrzał na niego błędnym wzrokiem. Nagle jego oczy rozszerzyły się, ryknął i
szarpnął się panicznie. Dowódca Pretorian wyciągnął pistolet. Sewerus drgnął w tym momencie, ale ponownie stłumił
w  sobie  odruch  obronny.  Wiedział,  że  gdyby  chcieli  go  zaatakować,  wysunęliby  swoje  ostrza.  Pistoletów  używali
tylko w jednym celu…

– Czyń honory, bracie – powiedział żołnierz, podając mu broń.
Sewerus bez chwili wahania uniósł pistolet i wypalił do miotającego się Kainity. Czaszkę mężczyzny rozerwało

na strzępy. Krew i mózg opryskały mundury dwóch Pretorian.

– Dobro zwycięży, bracie – mruknął dowódca i odebrał Sewerusowi pistolet. W jego głosie zabrzmiało coś, jakby

ulga. Choć nie, oni nie znali strachu, nie mogli też znać uczucia ulgi.

– Musieliśmy sprawdzić twoją wierność. Szukamy niebezpiecznego zdrajcy.
– Rozumiem – odparł Sewerus. – Kontynuujcie swoją pracę.
I oddalił się, ciągnąc za sobą Szejlę. Gdy zajrzał do torby, w której niósł pochłaniacza, ujrzał, że ciało stworzonka

nabrzmiało i spuchło, a jajowaty przedmiot, który niosło na grzbiecie wyglądał, jakby miał zaraz eksplodować.

Udali  się  na  stację  kolei  podziemnej  i  złapali  pociąg  do Alassanu,  niewielkiej  mieściny  daleko  na  północnym-

wschodzie. Szejla wyglądała na nieco wstrząśniętą i nie odzywała się przez całą podróż.

– Zabiłeś już kiedyś Kainitę – stwierdziła bez cienia emocji, gdy dotarli na miejsce

i  ruszyli  do  małego  hoteliku,  w  którym  Sewerus  postanowił  się  zatrzymać.  – Ale  w  czasie  wojny  walczyłeś  po  ich
stronie, prawda?

– Niezupełnie… Przez pierwsze trzy lata wojny służyłem Przebudzonym… I zabiłem wielu Kainitów.
– Więc dlaczego zmieniłeś strony?
– Ci drudzy lepiej płacili – odparł sucho Sewerus, a jego twarz stężała. Jednak Szejla drążyła dalej.
– Nagle ot tak, po prostu postanowiłeś zdradzić swoich mocodawców i iść do ich wrogów?
– Nikogo nie zdradziłem – wycedził przez zęby. – Nasz kontrakt uległ rozwiązaniu. Przez rok byłem bezrobotny,

potem Kainici zaproponowali mi, żebym pracował dla nich. Nie widziałem powodu, żeby odmówić.

–  Jesteś  zbyt  dobrym  wojownikiem,  żeby  Przebudzeni  tak  po  prostu  cię  puścili  po  wygaśnięciu  kontraktu.  Nie

chcieli przedłużyć umowy?

– Ech… Dobrze, powiem ci, jak to było – odszczeknął rozeźlony Sewerus. – W czasie starcia koło Skarro nasz

dowódca  poprowadził  nas  prosto  w  zasadzkę.  Straciłem  tam  wielu  dobrych…  –  zawahał  się  na  chwilę.  –  Wielu
dobrych żołnierzy. Z życiem uszedłem tylko ja i… i ten nasz dowódca. Potem na jakiś czas miałem dość walki, więc
odszedłem. Jasne?

–  Tak  –  odparła  cicho  Szejla  i  niespodziewanie  dotknęła  jego  dłoni.  Sewerus  szedł  dalej,  jakby  niczego  nie

poczuł.

Gdy  już  się  ulokowali  w  hotelowym  pokoju,  Szejla  poszła  wziąć  prysznic,  a  on  siadł  i  zaczął  rozmyślać.  Był

zmęczony. Wiedział jednak, że musi wykrzesać z siebie resztki energii, jeśli chce… Jeśli chce czego? „Chyba tylko
przeżyć…” – pomyślał z goryczą. Niczego nie był w stanie osiągnąć, niczego wywalczyć. Przeżyć… „Jakże niewiele
ze  mnie  zostało…”.  Potrząsnął  głową,  żeby  odpędzić  te  myśli.  Najchętniej  by  nie  myślał  o  niczym.  Trochę  wbrew
sobie poczuł, że chciałby, aby Szejla znów go zaciągnęła do łóżka. To by pomogło… Na chwilę. Ale kiedy wyszła
spod  prysznica,  zawinięta  w  ręcznik,  ze  swymi  czarnymi,  lekko  kręconymi  włosami  zebranymi  wysoko  czerwoną

background image

tasiemką, nawet na niego nie spojrzała, tylko od razu położyła się spać. Stłumił w sobie chęć położenia się obok niej,
założył płaszcz i wyszedł. Noc była chłodna. Długie, postrzępione, szare chmury zakryły księżyc i większość gwiazd.
Od strony puszczy, która ciągnęła się tuż za miastem, oddzielona wysokim ogrodzeniem, dolatywały od czasu do czasu
okrzyki jakichś nocnych ptaków.

W jednej z bocznych alejek odnalazł swoją skrytkę ze sprzętem zakamuflowaną pod dużym kontenerem na śmieci.

Miał kilka tego rodzaju magazynków w różnych miastach. Wiedział, że może nadejść taki dzień, gdy będzie musiał się
ukrywać lub uciekać, wówczas będzie mu potrzebna broń albo inny ekwipunek.

Wydobył  ze  skrytki  dodatkowy  komplet  nabitych  pistoletów  skałkowych,  zapasowe  srebrne  kule  i  proch  oraz

konwencjonalny karabinek bojowy – nieprzydatny w walce
z Pretorianami, za to skuteczny przeciwko rozmaitym bestiom, żyjącym poza Sferą. Wyciągnął też złożony namiot, parę
termokoców,  błyszczka  (niedużego  owada,  którego  odwłok  świecił  jasno,  gdy  się  go  potarło)  –  zwykłe  latarki  oraz
inny elektroniczny sprzęt przyciągały bestie – kilka żelaznych racji, kompas, mapy i parę innych przydatnych rzeczy.
Na samym końcu wydobył trzy iniektory wypełnione gęstą, karmazynową substancją. Krew Homonulusów.

Zapakowawszy to wszystko do plecaka, zamknął skrytkę, zabezpieczył ją kodem i na powrót zamaskował.
W  drodze  powrotnej  zaczął  układać  plan  działania  na  następny  dzień.  Plany  to  dobra  sprawa.  I  tak  nigdy  nie

działają, ale przynajmniej zajmują umysł przed akcją. Dobrze robią na nerwy. Sewerus zawsze najbardziej bał się w
przeddzień walki. Gdy zaczynało się strzelanie, było mu już wszystko jedno.

* * *

–  Dochodzi  dwunasta  –  mówił  nerwowym  szeptem,  gdy  szli  następnego  dnia  w  stronę  posterunku  Pretorian.  –

Czterech z nich zaraz pójdzie na obchód, zostanie dwóch. Z dwoma powinienem sobie poradzić. Albo przynajmniej
odciągnąć ich uwagę. Ty musisz w tym czasie dobiec do ogrodzenia. Weź ten przecinak wibracyjny. Mocy starczy na
jakieś  trzydzieści  sekund,  ale  to  dość…  To  coś  wchodzi  nawet  we  wzmacnianą  stal  jak  w  masło.  Jak  się
przedostaniesz na drugą stronę to biegnij. Nie zastanawiaj się. Biegnij na północ. Kompas masz. Jeśli mi się uda, to
sam  cię  odnajdę.  Jeśli  nie  –  po  jednym  dniu  marszu  skręć  na  zachód.  Potem  po  trzech  dniach  wystrzel  racę.  Co
godzinę jedną. Twoi ludzie powinni cię już odnaleźć, będziesz blisko ich terenów. Pretorianie się tam nie zapuszczają
w ogóle nie zapuszczają się w głąb puszczy. Tam czują się jakby byli głusi i ślepi. Dobra… to tu… – przystanął za
rogiem  ostatniego  domu  na  obrzeżu  miasta.  Przed  nimi  ciągnął  się  szeroki  na  kilkadziesiąt  metrów  pas  pustej
przestrzeni, dalej znajdowało się ogrodzenie i posterunek.

– Ruszaj dopiero jak będę w pół drogi do nich.
Wziął głęboki oddech. Pora zaczynać. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął z niej trzy iniektory z

krwią.

–  Jeszcze  jedno  –  rzekł,  nie  oglądając  się  na  nią.  –  Jak  do  ciebie  dołączę,  mogę  być  osłabiony  i  nieco…

niekontaktowy. Na noc lepiej mnie zwiąż. I zaknebluj. To bardzo ważne. Moje krzyki mogłyby nam ściągnąć coś na
karki…

Szejla  nic  nie  odpowiedziała,  ale  miał  wrażenie,  że  kiwnęła  głową.  Nie  zastanawiając  się  już  dłużej,  odwinął

rękaw  i  przyłożył  pierwszy  iniektor  do  skóry.  Lekkie  ukłucie.  Mrowienie  przechodzące  jakby  po  samych  końcach
nerwów.  Potem  zimno  i  nagle  odzywa  się  gwałtowne  kołatanie  serca.  Widzi  jak  żyły  jego  chudego,  umięśnionego
ramienia  zaczynają  nabrzmiewać.  Drugi  iniektor.  Serce  przyspiesza  jeszcze  bardziej.  Myśli  znikają  z  głowy.  Trzeci
iniektor.  Serce  szarpie  się  jak  oszalałe,  oddech  staje  się  płytki  i  chrapliwy.  Na  chwilę  ciemnieje  mu  przed  oczami.
Wirują tylko plamki światła. Potem wszystko staje się nieprawdopodobnie jasne i wyraźne.

Rusza. Jest lekki i szybki. Kilka sekund i już jest przed strażnicą. Jeden z Pretorian staje mu na drodze. Pistolety w

dłoniach.  Huk.  Kula  uderza  w  ścianę  posterunku.  Druga  rozrywa  ramię  Pretorianina.  Pojawia  się  następny.  Kolejna
para  pistoletów.  Huk.  Strzał  zrywa  głowę  z  ramion  rannego  Pretorianina.  Drugi  unika  zwinnie.  Wysuwa  ostrza.
Sewerus łapie sztylety. Jest szybszy. Dwoma błyskawicznymi cięciami podrzyna tamtemu gardło.

Pozostałych Pretorian zaalarmowały krzyki, więc biegiem zawrócili z obchodu. Jednak Sewerus się nie oglądał.

Ruszył  w  głąb  lasu.  Odnaleźć  Szejlę  –  tylko  jedna  myśl  jarzyła  mu  się  w  głowie.  Świat  wokół  niego  był  rozmyty  i
rozmazany, ale czuł wyraźnie jej zapach. Przedarła się już przez ogrodzenie. Musiała być paręset metrów przed nim.
Nawet nie zauważył, kiedy pokonał tą odległość. Wyprzedził ją i stanął naprzeciw.

Na jego widok Szejla zatrzymała się gwałtownie i aż krzyknęła. Twarz Sewerusa była biała jak papier i lśniąca

od potu. W błyszczących, przekrwionych oczach o nienaturalnie powiększonych źrenicach pojawiły się ciemne smugi.
Pod jego skórą drżały wyraźnie mięśnie, co sprawiało, że wykrzywiał się w dziwacznych i strasznych grymasach.

Wpatrywał się w nią przez kilkanaście sekund, po czym obrócił się nagle i ruszył dalej biegiem. Podążyła za nim,

jednak już po kilkunastu minutach zaczęło jej brakować sił. Przystawał co jakiś czas i czekał na nią, jednak nie dawał
jej odpocząć. Dopiero po jakiś dwóch czy trzech godzinach stanął, równie niespodziewanie, co ruszył – i upadł.

background image

* * *

Obudził  się  z  długiej,  ciemnej  nocy  pełnej  krzyków  i  nieludzkiego  wycia.  Potrząsnął  głową,  ale  resztki

koszmarnych obrazów zdawały się trzymać jego powiek. Zadrżał i w tym momencie poczuł, że coś go dotknęło. To
było  nieduże,  chłodne  w  zetknięciu  z  jego  rozgrzaną  skórą,  kojące.  Cofnęło  się  na  chwilę,  lecz  potem  znów  go
musnęło. W czterech punktach na swej piersi poczuł przyjemne mrowienie. Wyciągnął rękę, dotknął tego i rozpoznał
dłoń. Jego długie palce ją objęły– drobną i kruchą. Przycisnął ją mocno do siebie. Dopiero wtedy zaczęły do niego
wracać  wspomnienia.  Znał  tę  skórę,  czuł  już  te  palce,  pieszczące  jego  ciało.  Znał  zapach,  który  unosił  się  w
powietrzu. Szejla…

Otworzył oczy i ujrzał nad sobą jej okrągłą, dziewczęcą buzię. Jej oczy były nieco podpuchnięte i zaczerwienione,

jakby od długiego płaczu, ale się uśmiechnęła. Spróbował się do niej odezwać, ale coś mu w tym przeszkadzało. Na
twarzy dziewczyny pojawił się na chwilę wyraz zmieszania, gdy sięgnęła do jego ust i wydobyła z nich knebel.

– Długo byłem nieprzytomny? – zapytał.
– Kilka godzin… Co to było? Co się z tobą stało?
Sewerus  uniósł  się  na  łokciu  i  rozejrzał.  Znajdowali  się  oboje  w  namiocie.  Na  ścianie  wisiał  błyszczek,  który

swoim mętnym światłem rozpraszał nieco mrok.

– Nazywają to Szałem Czystej Krwi. Używaliśmy tego w czasie wojny… Nasz organizm tak reaguje na zetknięcie

z krwią Homonulusów. Budzi się w nas potwór. Wielu żołnierzy Kainitów wprowadzało się w ten sposób w bojowy
szał. Ale to niebezpieczne – za duża dawka może zabić. A każda, nawet niewielka, doprowadzić do obłędu. Dawno
temu…  jeszcze  przed  wojną…  korzystanie  z  krwi  Homonulusów  było  zabronione,  zanieczyszczanie  czystej  krwi
Kainitów  szlamem  uznawano  za  haniebne  –  jego  usta  wygiął  sardoniczny  uśmiech.  –  Wielcy  synowie  Kaina,  tak
odlegli od niskich stworzeń, którymi władali, tak bojący się potworów, które w nich drzemią. Zresztą… kiedy zaczęło
się zabijanie, było im już wszystko jedno. Tak, mała, wszyscy jesteśmy w głębi potworami, potrzeba tylko jakiegoś
bodźca, żeby to z nas wylazło.

Szejla spuściła wzrok, ale mógłby przysiąc, że dostrzegł w jej oku błysk.
– Czemu nienawidzisz Kainitów? – zapytała cicho.
Sewerus roześmiał się nieprzyjemnie.
– Bo zawsze byli aroganckimi durniami – odparł. – Gardzili ludźmi nieczystej krwi.
– Mówisz, jakby to i ciebie samego dotknęło.
–  Tak…  –  przyznał  niechętnie  Sewerus.  –  Moja  matka  była  Kainitką,  ale  mój  ojciec  –  zaledwie  Oświeconym.

Choć ty pewnie nie wiesz, kim byli Oświeceni. Odkąd Kainici przegrali wojnę, już takich nie ma.

– Nie wiem… Powiedz mi.
– To byli Homonulusowie, którzy tak jak Przebudzeni zyskali świadomość Sfery, ale nie przez własne poznanie,

tylko poprzez związki z Kainitami. Moja matka poślubiła takiego człowieka i w dodatku miała z nim syna – mnie.

Sewerus zamilkł, ale Szejla wpatrywała się w niego wyczekująco tymi swoimi smutnymi oczami.
– To rzadka okoliczność – podjął po chwili, uśmiechając się krzywo. – Z reguły dzieci z takich związków rodzą

się dzikie i wypaczone, Szał Czystej Krwi dotyka ich jeszcze
w łonie matki. Ale czasem się zdarza, jak w moim wypadku, że dziecko rodzi się i może normalnie się rozwijać.

– To musiało być ciężkie, prawda? Żyć jako odmieniec?
–  Kainici  bali  się  ludzi  takich  jak  ja  czy  mój  ojciec.  Masz  rację,  moje  dzieciństwo  nie  należało  do  szczególnie

przyjemnych. Pożycie moich rodziców było zawiłe i nieszczęśliwe.

– Ale czemu… czemu przyłączyłeś się do nich? To jest do Kainitów…
– Kainici czy Przebudzeni – Sewerus pokręcił głową. – Wszyscy umieramy tak samo. Przestało się liczyć, kogo

zabijam.  Chcieli  mnie,  bo  wiedzieli,  że  jestem  skuteczny,  pomimo  mojego  nieczystego  pochodzenia,  i  byli  gotowi
dobrze  zapłacić.  Nagle  stali  się  bardzo  tolerancyjni.  –  Zawahał  się  i  jego  wąskie  usta  ponownie  rozciągnął
nieprzyjemny uśmiech. – Ale, gdy wszystko zaczęło się sypać, w szale ucieczki i tak porzucili każdego, kto był gorzej
urodzony, nawet nie mieszańców. Swoich własnych braci zostawili na śmierć… – urwał na chwilę, lecz zaraz podjął.
– Ja jednak nie byłem już taki głupi. Gdy padły ośrodki dowodzenia, nie próbowałem, jak niektórzy młodzi idealiści,
zbierać resztek niedobitków, aby polec w honorowej walce, broniąc kwilących jak dzieci ludzi szlachetniejszej krwi,
którzy  mogli  salwować  się  ucieczką.  Wojna  była  skończona,  ważne  było  tylko  to,  aby  przeżyć  –  korzystając  ze
wszelkich  dostępnych  możliwości.  Zresztą,  na  pewno  sama  dobrze  wiesz,  jacy  są  ci  Kainici. A  może  twój  pan  był
dobry i łagodny, z wyrozumiałością traktował swe nisko urodzone sługi?

Szejla pokręciła głową. Na jej policzkach malowały się ceglaste wypieki. Wyglądała na zdenerwowaną. Dopiero

teraz  doszło  do  Sewerusa,  co  musiała  przeżyć,  gdy  był  nieprzytomny.  W  mroku  zasferycznej  puszczy  musiała
zaciągnąć jego bezwładne ciało
w bezpieczne miejsce i rozstawić tam namiot. A potem słuchać jego stłumionych krzyków

background image

i obserwować napady nieprzytomnego w amoku, gdy Szał owładnął jego uśpionym umysłem. Widział nieraz żołnierzy,
z których powoli schodziły skutki użycia krwi Homonulusów. Nie był to przyjemny widok.

– Chodź – rzekł miękko i wyciągnął ku niej rękę.
Posłusznie  ułożyła  się  obok  niego  i  pozwoliła  się  objąć,  wtulając  twarz  w  fałdy  termokoca,  którym  był  okryty.

Biernie poddała się jego pieszczotom, a potem zaczęli się kochać. A gdy skończyli, rozpłakała się, ale w tym płaczu
rozbrzmiała ulga. Usnęła spokojnie.

* * *

Rwędy harędy

Bupie bajędy

Sewerus błyskawicznie chwycił za karabin, gdy słowa absurdalnej piosenki ponownie doszły ich uszu.

Rwimbam chlęćkę

Piorę palęćkę.

A wotam schlęćkana

Skrobnie malowana.

Gdy przebrzmiał ostatni wers – wyryczany dziwnym, jakby wydostającym się przez poszarpane nozdrza głosem –

rozległ się pełen satysfakcji gulgot, potem odgłos przypominający urwany szloch, aż w końcu zapadła cisza.

Ktokolwiek wyśpiewywał te idiotyzmy, szedł za nimi już od dobrych paru godzin i nie pomagały żadne sztuczki

Sewerusa  mylące  ślady  –  ten  ktoś  nie  chciał  się  odczepić.  Sam  jednak  pozostawał  niewidoczny,  a  gdy  parę  razy
spróbowali przedrzeć się przez zarośla
w stronę, z której dochodził głos, nie odnajdywali żadnych śladów. Trudno zresztą było cokolwiek wytropić na tym
podmokłym bagnisku, na którym się znaleźli. Brnęli zatem dalej pośród kałuż i rozlewisk, od czasu do czasu nękani
nieprzyjemną obecnością intruza.

Rwędy harędy

Bupie bajędy

Harrrr…

To  byłoby  może  i  śmieszne  –  uważał  Sewerus  –  gdyby  nie  znajdowali  się  daleko  od  Sfery,  w  obcej  puszczy,  i

gdyby nie dziwne, chrapliwe brzmienie śpiewającego głosu. Jeszcze te płaczliwe lub mlaszczące dźwięki, wydawane
przez stwora od czasu do czasu…

Szejla  pisnęła  nagle,  gdy  jej  noga  ześliznęła  się  z  suchego  gruntu  w  głęboką  kałużę.  Sewerus  zareagował

błyskawicznie, szykując się do walki.

– Nie krzycz – syknął, widząc, że nic się nie stało. – Ktokolwiek za nami łazi, lepiej nie przyciągać jego uwagi.
Szorstkim  ruchem  pomógł  jej  wyciągnąć  nogę  z  wody.  Rozejrzał  się.  Zmarszczył  nos,  czując  dolatującą  go

ponownie falę bagiennego smrodu. Im dalej się zagłębiali, tym bardziej cuchnęło i nie mógł się oprzeć wrażeniu, że
oprócz gnijących roślin czuje też coś innego – rozkładające się mięso.

–  Moje  legowisko,  bamo  –  odezwał  się  nagle  śledzący  ich  głos,  gdzieś  całkiem  blisko.  –  Harhh…  gharhhh…

moje, moja, bamo… boja bamo…

Sewerus uniósł broń i zastygł w bezruchu.
– Bamo, bamo… – bełkotał dalej głos. Nagle załkał, zarzęził i znowu zapadła cisza.
Po  paru  minutach  nerwowego  nasłuchiwania  ruszyli  dalej.  W  lesie  było  bardzo  niewiele  światła.  Gęste  korony

wielkich  drzew  o  gąbczastej  korze  pokrytej  guzami  prawie  nie  przepuszczały  słońca,  było  więc  też  chłodno.  Po
południu półmrok zgęstniał jeszcze bardziej
i zrobiło się tak zimno, że para wydostawała się z ust.

Kierowali  się  teraz  na  zachód,  z  powrotem  w  stronę  Sfery,  do  jej  bezpieczniejszej  części,  zamieszkałej  przez

Kainickich uchodźców.

Im ciemniej się robiło, tym bardziej Sewerus był zaniepokojony obecnością intruza. Długo się już co prawda nie

odzywał,  ale  od  czasu  do  czasu  słychać  było  plusk  i  kroki  mlaszczące  w  błocie.  Smród  stał  się  już  teraz  nie  do
zniesienia, wkrótce też dostrzegł jego źródło: gdzieniegdzie, głębiej w lesie, wisiały kawałki nadpsutego mięsa nabite
na sterczące
z ziemi badyle. Kimkolwiek lub czymkolwiek było śledzące ich stworzenie, wątpił, aby było przyjaźnie nastawione.

– Czy nie możemy zatrzymać się i odpocząć? – zapytała Szejla, gdy zbliżał się już wieczór.

background image

–  Nie,  tu  nie  jest  bezpiecznie  –  odparł  krótko  Sewerus,  ale  objął  ją  ramieniem.  Ona  nie  słyszała  tego,  co

wyłapywały  jego  wyczulone  zmysły  wojownika.  Coś  zataczało  wokół  nich  kręgi.  Poruszało  się  w  wodzie,  tylko
czasem wyskakując na ląd. Było już niedaleko. Skradało się niemal bezszelestnie. Sewerus mocniej zacisnął dłoń na
kolbie karabinu szturmowego.

Nagle  to  coś  stanęło.  Dokładnie  przed  nimi.  Zaczęło  węszyć.  Szejla,  która  usłyszała  ten  donośny,  chrapliwy

oddech zatrzymała się gwałtownie, tłumiąc okrzyk.

– Kim są…? Kim sssą…? – rozległo się.
Sewerus popchnął Szejlę za siebie.
– Pokaż się! – rozkazał.
Stwór zakręcił się, zaszlochał.
– Dak, dak, bogaże, bogaże – wybełkotał i nagle wychylił się z bagiennego szlamu. Był niewysoki i przeraźliwie

chudy.  Jego  skóra  wydawała  się  cienka  i  śliska,  wyraźnie  malowały  się  pod  nią  żebra.  Jedną  rękę  miał  długą,
sięgającą niemal do ziemi, obarczoną olbrzymią dłonią, w której coś niósł, drugą zaś nienaturalnie krótką. Nie miał
szyi,  wprost  z  jego  barków  wyrastało  coś  niby  gadzia  paszcza,  na  końcu  której  znajdowała  się  właściwa  głowa  –
niewielka  i  pomarszczona,  jakby  wypaczona  główka  dziecka  umieszczona  w  jakimś  dziwacznym  łożysku  na  końcu
krokodylego łba.

– Idź precz! – wykrzyknął Sewerus, gdy odzyskał już mowę po chwili przerażenia.
– Nie, nie… – zaszlochał stwór. – Jest początkiem i końcem. Imię jego Głód. Zew jego… zew jego… – urwał i

wydobył  z  siebie  przeraźliwy  odgłos,  będący  czymś  pomiędzy  sykiem  węża  a  wyciem  wilka.  –  Da…  da…  –
wybełkotał i skoczył w ich stronę.

Sewerus nie namyślał się długo. Nacisnął spust. Stwór potknął się, zaskomlał i padł. Naboje nie wyrządziły mu

dużej  krzywdy.  Ledwie  rozcięły  zaskakująco  twardą  skórę.  Gdy  trafiła  go  druga  seria,  zaczął  się  wić.  Zawodząc
przeraźliwie, dał nura w pobliskie rozlewisko.

Nie był to jednak jego koniec. Gdy szli dalej, w gęstniejącym już powoli mroku nocy, on wciąż szedł niedaleko

nich. Od czasu do czasu słyszeli, jak szlocha.

– Skrzywdzili, skrzywdzili, bamo… skrzywdzili… bamo, bamo…
Koło  północy  Szejla  była  już  tak  wycieńczona,  że  ledwie  powłóczyła  nogami,  zatem  Sewerus  zadecydował,  że

pozwoli  jej  odpocząć.  Znaleźli  kawałek  suchego  gruntu,  gdzie  posadził  ją  pod  drzewem,  owinął  w  termokoce  i
pozwolił się chwilę zdrzemnąć. Sam stanął na warcie, tuż koło niej i wsłuchiwał się w nocne odgłosy.

Od  czasu  do  czasu  dochodził  go  głos  owego  dziwnego  stworzenia,  które  ich  śledziło.  Szlochało  dosyć  głośno  i

syczało. Najwyraźniej próbowało się zająć swoimi ranami. Potem ucichło niespodziewanie i nagle odezwało się tuż
koło jego głowy.

– Jest początkiem i końcem – syknęło.
Obrócił  się  gwałtownie.  Palec  zadrżał  mu  na  spuście.  Jednak  nie  strzelił.  Główka  na  końcu  gadziego  pyska

wpatrywała się w niego małymi, czarnymi oczkami.

–  Imię  jego  Głód,  samotność  jego  kara  –  oświadczył  stwór.  –  Przeklęte…  przeklęte…  –  wychrypiał,  lecz  zaraz

jakby przeraził się swoich słów. Skulił się i zaskomlał. – Bamo… bamo… sam… nie… sam…

Sewerus  wpatrywał  się  w  niego  z  mieszaniną  fascynacji  i  odrazy.  Stwór  uniósł  swoją  wielką  dłoń,  w  której

trzymał  coś  na  kształt  kawałka  mięsa  zawiniętego  w  szmatę,  a  ruch  ten  był  taki,  jakby  stwór  chciał  nim  wszystko
wyjaśnić.

– Odejdź – rzekł cicho Sewerus.
–  Dak,  dag…  Dak,  bamo,  dak…  pójdzie…  pójdzie  –  zaskomlała  zdeformowana  istota  tak  głośno,  że  Szejla

obudziła  się  i  krzyknęła  głośno,  widząc  przerażające  oblicze.  Stwór  odskoczył  szybko  w  tył.  –  Jego  imię  Głód!  –
zaryczał nagle i rzucił się znów do przodu.

Sewerus  zdzielił  go  kolbą.  Zderzyli  się  ze  sobą.  Ostre  pazury  krótszej  ręki  poczwary  rozcięły  skórę  na  nodze

mężczyzny. Ignorując ból, Sewerus natarł całą swoją masą, przygniatając ohydnie cuchnące cielsko do ziemi. Gadzia
paszcza  kłapnęła  tuż  koło  jego  ucha.  Oplotły  go  niezwykle  silne  i  zwinne  kończyny.  Wnet  sam  znalazł  się
przygwożdżony  do  ziemi.  Paszcza  uniosła  się  nad  nim.  Szarpnął  się  desperacko  i  zanim  padł  cios,  uwolnił  rękę  z
karabinkiem. Wypalił prosto w rozwartą gardziel. Krew i kawałki mięsa ochlapały jego twarz. Stwór padł martwy,
zalewając go posoką.

* * *

Pojawili się tak nagle, że nie było mowy o obronie. Działali szybko i precyzyjnie, jakby z góry wiedzieli, gdzie

znajdą się ci, których szukają. Spadli z nieba z łopotem skrzydeł i otoczyli ich. Sewerus próbował osłonić Szejlę, ale
odcięli  ją  od  niego.  Ona  się  nie  broniła.  Wyglądała,  jakby  dobrze  wiedziała,  co  się  wydarzy.  Stanęła  za  murem
otaczających go Woletorów, z opuszczoną głową i wzrokiem wbitym w ziemię. Wtedy ogarnął go zimny spokój.

background image

„Nie  bierz  ze  sobą  dziewczyny”  –  tak  powiedział  Serafin.  Teraz  już  rozumiał  jego  słowa.  Nie  wzbudziło  jego

podejrzeń, gdy Szejla tego dnia objęła prowadzenie, gdy odnalazła tę polanę i uparła się, by na niej odpocząć. Musieli
ją doskonale przygotować, zapoznać z topografią terenu. Cały czas pchała go ku temu miejscu, nawet gdy wydawało
się mu , że to on prowadzi.

Zmierzył wzrokiem otaczających go Woletorów. Było ich sześciu. Wśród nich rozpoznał Serafina. Pozostali mieli

charakterystyczne znaki na zbrojach – znaki świty Eosa. Po chwili pojawił się siódmy wojownik, mniejszy i bardziej
przysadzisty niż pozostali, bardziej niepozorny, bardziej niebezpieczny. Jako jedyny nie miał na głowie hełmu. Gąszcz
białych włosów otaczał jego dziwną, nieludzką twarz o olbrzymich oczach i drobnych, zaciętych ustach.

– Proszę, proszę – powiedział tak cicho, że jego głos ledwie wybił się ponad szum drzew i odgłosy puszczy. –

Witaj Sewerusie.

– Widzę, że nic się nie zmieniłeś, Eosie – warknął Sewerus. – Wciąż chowasz się za plecami swoich siepaczy,

wciąż lubisz w walce ten stosunek: siedem do jednego. Czyż nie tak zarzynałeś swoich przeciwników ze starszyzny?
Jednego po drugim?

–  Och,  Sewerusie,  Sewerusie  –  Eos  zniżył  głos  niemalże  do  szeptu.  Na  jego  twarzy  pojawił  się  bardzo

autentycznie wyglądający wyraz smutku. – Czy naprawdę tak nisko mnie cenisz? Myślisz, że zapomniałem o kodeksie
wojownika?

– Chyba kodeksie rzeźnika! – wciął się Sewerus.
– Ranisz mnie, doprawdy. Jesteś taki niesprawiedliwy.
– Każ swoim ludziom schować broń i się cofnąć, to może zmienię zdanie.
Ku  jego  najwyższemu  zdziwieniu  Eos  kiwnął  głową  swoim  Woletorom,  a  oni  zrobili  krok  do  tyłu  i  pochowali

miecze.

– Tak lepiej?
– Czego chcesz? – Sewerus wpatrywał się w niego w każdej chwili gotowy do ataku.
–  Chcę  ci  pokazać,  że  honor  nie  jest  dla  mnie  tylko  pustym  słowem.  Chcę  ci  dać  równe  szanse  obrony  –  Eos

uśmiechnął się jak dobry wujek, a potem zwrócił głowę do jednego ze swoich wojowników. – Serafinie! – jego głos
nagle  zrobił  się  surowy.  –  Zdejmij  zbroję…  Dam  ci  równe  szanse  –  ciągnął  zwracając  się  z  powrotem  ku
Sewerusowi. – Jeden na jednego, z równym uzbrojeniem.

To powiedziawszy rzucił mu swój miecz.
Serafin  wyglądał  na  zmieszanego  i  zaniepokojonego,  ale  wykonał  polecenie.  Powoli  zdejmował  kolejne  części

zbroi.  Najpierw  pokazała  się  jego  głowa,  okolona  włosami  równie  jasnymi,  co  włosy  Eosa,  o  twarzy  równie
nieludzkiej z tymi olbrzymimi oczami. Potem odsłonił szczupły tors, opleciony mięśniami przypominającymi napięte
postronki. Jego łopatki były mocno wysklepione, aby mogły podtrzymywać mechaniczne skrzydła. Na końcu ukazały
się długie, muskularne ramiona i nogi. Gdy był już niemal nagi, odziany tylko w przepaskę biodrową, chwycił miecz i
lekko skłonił się przeciwnikowi.

Sewerus  cały  czas  pilnie  śledził  te  przygotowania  i  dopiero,  kiedy  zostały  ukończone,  również  chwycił  miecz  i

stanął naprzeciw Serafina. Spojrzał mu w oczy. Nie było w nich strachu, raczej jakiś żal czy smutek.

– Starzy przyjaciele znowu razem, co? – zadrwił Sewerus.
– Mówiłem ci… – odparł cichym, zgaszonym głosem Serafin. – Tym razem będę musiał cię zabić…
–  Dobrze  słyszeć,  że  wciąż  zachowałeś  swój  dawny  optymizm.  Zupełnie  jak  pod  Skarro,  co?  Zwycięstwo  jest

pewne, nie ma się czego bać.

Kątem oka dostrzegł, że Eos się uśmiecha.
– Nie – syknął Serafin, a w jego oczach nagle zapłonął gniew. – Nie tym razem. Tym razem przeżyje tylko jeden.

Żadnych długów.

– Och, doprawdy? – Sewerus skrzywił się z niesmakiem, uniósł miecz i stanął

w  pozycji  szermierczej.  –  To  nie  podłożysz  mi  się  pod  ostrze?  Nie  poświęcisz  życia  w  imię  naszej  przyjaźni?
Zastanów  się  dobrze,  Serafinie,  to  by  było  takie  piękne.  Takie…  wielkie!  Siła  przyjaźni  przedłożona  ponad  głupią
butę! Ładne, co nie? Godne pieśni!

– Jesteś zwierzęciem, Sewerusie – wycedził przez zęby Serafin.
–  Tak…  jestem  –  Sewerus  wyszczerzył  kły  w  groźnym  uśmiechu,  lecz  w  tym  momencie  ponownie  dostrzegł  tę

dziwną radość na twarzy Eosa. Przywódca Woletorów coś za bardzo był z siebie zadowolony.

– Lepiej by było, gdybyś zginął tam, pod Skarro. Lepiej by było, gdybyśmy obaj tam zginęli, a nie trwali w tym

brudzie, w którym teraz żyjemy – powiedział Serafin.

– Jeśli chcesz, zaraz ukrócę ci mękę – odparł Sewerus i ruszył ku niemu.
Ich pierwsza wymiana ciosów była bardzo szybka. Ostrza szczęknęły kilka razy, sypnęły iskrami. Zawirowali jak

w  jakimś  zabójczym  tańcu.  Badali  się  nawzajem.  Potem  odskoczyli  od  siebie,  dysząc.  Starli  się  ponownie,  każdy
wykonał  serię  cięć,  parad  i  fint.  Jednak  Serafin  się  pospieszył,  zbyt  szybko  chciał  zadać  rozstrzygający  cios.  Z

background image

ostatniego  zwodu  wyszedł  do  szerokiego  cięcia  na  szyję.  Sewerus  przejrzał  ten  ruch,  skrócił  gwałtownie  dystans.
Klinga  musnęła  jego  szyję,  ale  nie  przejął  się  tym.  Wykorzystał  lukę  w  obronie,  ciął  nisko  i  płasko.  Odskoczyli  od
siebie ponownie.

Walka już była skończona – Sewerus to wiedział. Serafin z głębokim rozcięciem na udzie nie miał szans wykonać

żadnego  sprawnego  uniku,  uszkodzony  mięsień  skutecznie  zmniejszył  jego  możliwość  manewru.  Zaatakował
ponownie. Woletor przerzucił cały ciężar ciała na zdrową nogę, przyjął pozycję defensywną i z determinacją parował
ciosy, ale również świadom był, że to koniec.

Po  kilkunastu  próbnych,  rozrzuconych  cięciach  Sewerus  natarł  gwałtownie,  jednym  ciosem  rozorał  pierś

przeciwnika, drugim ugodził go śmiertelnie w szyję. Serafin upadł. Rzęził przez chwilę. Z jego ust dobywała się ślina
zmieszana z krwią. Trzęsąc się i ryjąc ziemię rękami i nogami, odwrócił się na brzuch. Tak skonał – z ustami pełnymi
piachu.

Sewerus patrzył chwilę na ciało, zastanawiając się, co właściwie czuje. Potem uniósł głowę i ujrzał rozanielone

oblicze Eosa.

– Wspaniale – szepnął przywódca Woletorów. – Co za technika, jaka pewność…
Sewerus poczuł się nagle tak, jakby go ktoś zdzielił obuchem po głowie. Przez jego umysł przemknęła myśl, żeby

zarżnąć tego skurwysyna, zarżnąć go tu i teraz. Jednak tego nie zrobił. Miecz wysunął mu się z dłoni.

– A teraz bierzcie go – rozkazał Eos.
Woletorzy błyskawicznie sięgnęli po broń. Sewerus usłyszał huk i nagle ogarnęła go ciemność.

* * *

– A już miałeś nadzieję, że zginąłeś, co?
Dźwięk głosu Eosa był pierwszą rzeczą, jaką usłyszał po przebudzeniu. Zaklął w duchu.
– Jesteś taki naiwny, Sewerusie, taki naiwny…
Czuł się fatalnie. Mięśnie jego rąk i nóg były napięte i obolałe, piekło go prawe oko, bolała głowa i coś zdawało

się go uciskać w okolicy mostka, jakby miał tam jakąś gulę.

– Jak się czujesz ze swoimi nowymi symbiontami? Przyjemnie znowu być maszyną do zabijania, co? Choć zaraz…

ty nigdy nie przestałeś nią być.

Z  trudem  uniósł  głowę.  Znajdował  się  w  pojemniku  regeneracyjnym.  Ciepły  żel  opływał  całe  jego  ciało.  Głos

słyszał poprzez nałożone na uszy odbiorniki. Za szkłem zbiornika dostrzegł niewyraźne sylwetki. Przycisnął twarz do
przezroczystej ścianki i ze zdziwieniem stwierdził, że rozpoznaje niską, baryłkowatą postać Kitamury. Obok niego stał
Eos, dalej jacyś inni ludzie. A wśród nich… Ona też tam była! Szejla…

Szarpnął się wściekle, ogarnięty nagłym uczuciem przykrego zrozumienia.
– Och, nie miotaj się tak – odezwał się ponownie Eos. – Czyżbyś się poczuł zdradzony? Tak, tak, przykro mi, ale

to  był  jedyny  sposób,  żeby  cię  tu  zwabić.  Pan  Kitamura  okazał  się  niezwykle  przydatny.  Miał  niezłą  intuicję  co  do
ciebie. A  ta  dziewczyna…  Czyż  nie  była  wspaniała?  Patrząc  na  nią,  sam  jestem  niemal  przekonany,  że  jest  w  tobie
rozkochana.

Szejla  opuściła  głowę.  Była  zmieszana.  Sewerus  spojrzał  na  nią  z  nienawiścią,  na  co  ona  odpowiedziała  tym

swoim wzrokiem zbitego szczeniaczka.

–  No,  no,  nie  wściekaj  się  Sewerusie.  Rozumiem,  że  taka  nagła  zmiana  sytuacji  mogła  cię  nieco  wytrącić  z

równowagi,  ale  wkrótce  zaczniesz  doceniać  nowe  aspekty  swojego  położenia  –  Eos  podszedł  do  zbiornika  i  jego
twarz nagle się zmieniła. Zniknął z niej drwiący uśmiech. – Czy naprawdę sądziłeś, że zniszczyłbym taką cenną broń,
jak ty? – zapytał poważniejąc. – Nadchodzą nowe czasy, Sewerusie, nowa wojna. Przebudzeni w swoich badaniach
Sfery zapędzili się za daleko, odkryli za wiele… Za wiele na temat tego, co kryje się poza nią. Ta nowa wojna nie
będzie  w  niczym  podobna  do  tej,  którą  pamiętamy.  Możesz  mnie  nienawidzić,  nie  przeszkadza  mi  to.  Jesteś  mi
potrzebny i wkrótce zdasz sobie sprawę, że ja jestem potrzebny tobie. Po to cała ta maskarada. Musiałem cię uzbroić
tak, żebyś był gotów walczyć z tym, co nadejdzie, żebyś był gotów zabijać Pretorian, Kainitów, Woletorów, dawnych
przyjaciół,  nowych  wrogów.  Musiałem  ci  zwrócić  całą  twoją  nienawiść  i  cały  twój  ból,  żebyś  był  tak  silny  jak
kiedyś, może nawet silniejszy.

– Po co? – zapytał, bezgłośnie poruszając ustami. Eos zrozumiał.
– A jak sądzisz? Możemy mieć już tylko jeden cel. Przeżyć…

background image

Anabaza

Owego  roku  w  górach  na  północy  Judei  spadł  śnieg.  Górale,  jak  tylko  dostrzegli  pierwsze  mokre,  szybko

topniejące  płatki,  gromadnie  wylegli  przed  swe  domostwa.  Wszystko  to  byli  ludzie  twardzi,  o  twarzach  i  rękach
przypominających  glinę  suszoną  na  słońcu–  ogorzałych  i  pobrużdżonych  od  pracy  i  gorącego  wiatru.  Teraz  jednak
podskakiwali  i  bawili  się  jak  dzieci.  Chwytali  w  dłonie  drobny  puch  i  śmiali  się,  gdy  po  rozwarciu  palców
pozostawało na nich zaledwie kilka kropel wody. Wystawiali również swe duże, różowe języki i obracali nimi, łapiąc
śnieżne płatki.

Dla tych ciężko pracujących ludzi śnieg oznaczał urodzaj. Tego roku ich owce będą jadły do syta, będą miały gęstą

sierść, tłuste i smaczne mięso, i chętnie będą się ze sobą parzyć. Ponadto ludzie żyjący w głębi kraju będą się cieszyć
dobrymi plonami, więc chleb, wino i oliwa będą tanie. Zamorscy kupcy będą chętnie handlować. Z kolei rolnicy za
pieniądze, które dostaną, będą kupować to, co im przyniosą górale.

Wiosną,  gdy  do  Judei  przybył  Gnejusz  Minatus,  marzenia  prostych  ludzi  z  północy  zaczynały  się  już  spełniać.

Rzeki  wylały,  nanosząc  na  pola  grube  pokłady  żyznego  mułu.  Wędrując  przez  kraj,  Rzymianin  miał  nozdrza  pełne
owego  wilgotnego  zapachu  płodności,  który  wydziela  spulchniona  gleba  gotowa  hojnie  obrodzić.  Z  dnia  na  dzień
słońce  świeciło  dłużej  i  mocniej,  w  jego  blasku  rozwijała  się  pachnąca  trawa  o  grubych,  oleistych  łodyżkach  oraz
tamaryszek roztaczający intensywną woń.

Wiosna  przyniosła  też  nowe  siły  ludziom,  którzy  tłumnie  brali  się  do  pracy  na  polach,  w  winnicach  i  gajach

oliwnych. Gnejusz z przyjemnością przyglądał się ich krępym, muskularnym sylwetkom, ciemnym czołom lśniącym od
potu i ustom, śpiewającym piosenki w języku, którego nie znał. Choć patrzyli na niego nieufnie, nie czuł wrogości w
spojrzeniach tych prostych wieśniaków.

Inaczej  rzecz  się  miała  z  mieszkańcami  miast.  Ci  nie  mieli  w  sobie  ani  odrobiny  tej  zdrowej  witalności,  którą

pysznili  się  ich  pobratymcy  ze  wsi.  Byli  tajemniczy,  chowali  się  w  cieniach  wąskich  uliczek  między  brudnymi,
glinianymi  domami  o  płaskich  dachach.  Przybysza  traktowali  z  jawną  niechęcią,  jak  ognia  unikali  z  nim  rozmowy,
nieraz syczeli i uciekali na jego widok.

Z czasem Rzymianina zaczęły ogarniać straszne podejrzenia. Im bardziej zagłębiał się w kraj, im bliżej był stolicy,

tym  dziwniejsi  wydawali  mu  się  ludzie.  Wkrótce  utwierdził  się  w  przeświadczeniu,  że  w  tej  odległej  prowincji
imperium  rzymskiego  dzieje  się  coś  podejrzanego  i  nienormalnego.  Nie  umknęły  jego  uwadze  ponure  domostwa,
odsunięte na krawędzie miast, które inni mieszkańcy omijali szerokim łukiem, lecz nie ze strachem czy obrzydzeniem,
ale raczej z jakiegoś rodzaju bojaźliwą czcią. Nie sposób było zobaczyć mieszkańców tych domów.

Również  głębiej  w  miastach  zdarzały  się  domy,  których  unikali  ludzie.  Otaczała  je  aura  tajemnicy,  choć  nie  tak

nieprzejrzanej  jak  w  przypadku  tych  odleglejszych  budynków.  Nieraz  Gnejuszowi  udało  się  dostrzec  przez  okienko
takiego domu błysk oczu obserwujących go uważnie lub zarys jakiejś dziwnej, zdeformowanej twarzy.

Wkrótce zaczął dostrzegać pewne delikatne deformacje również u ludzi na ulicach. Wielu z nich miało skośnawe

oczy pozbawione rzęs, uszy jakby trochę niewykształcone i nosy o niemal pionowych nozdrzach, wyraźnie zapadnięte
w  twarz.  Wszystko  to  kazało  mu  przypuszczać,  że  mieszkańcy  miast  tworzą  jakieś  wynaturzone,  zamknięte
społeczności,  w  których  lata  chowu  wsobnego  byłyby  przyczyną  trwałej  skazy  krwi,  a  co  za  tym  idzie  –  tych
odpychających cech fizycznych.

Ulgę poczuł dopiero, gdy po kilkunastu dniach dotarł do Jerozolimy. Wiedział, że tam spotka się wreszcie z kimś

normalnym,  z  drugim  Rzymianinem.  Wiedziony  tą  myślą,  szybkim  krokiem  przemierzał  wąskie,  wypchane  ludźmi
uliczki. Mieszkańcy odsuwali się od niego pospiesznie, jakby nie chcieli się zbrukać.

W  mieście  panowała  specyficzna  atmosfera.  Miała  ona  w  sobie  coś  z  tej  bojaźliwej  nabożności,  z  jaką  Żydzi

traktowali  niektóre  domy,  jednak  nie  skupiała  się  w  jakimś  określonym  miejscu.  Przejawiał  się  w  niej  też  nowy
element  –  oczekiwanie.  Gnejusz  w  wielu  miejscach  dostrzegał  zawieszone  nad  drzwiami  liście  palmowe  lub  pęki
ziół.  Raz  po  raz  słyszał  rozpaczliwe  beczenie  zarzynanych  jagniąt.  Widział  ślady  krwi  na  progach  lub  framugach.
Słyszał ponure zaśpiewy. Widział grupy rozmodlonych ludzi, którzy kiwali się rytmicznie.

Zaczęło  mu  się  kręcić  w  głowie.  Ogarnęły  go  oszałamiające  zapachy  kadzideł  zmieszane  z  fetorem  potu  i  krwi.

Jedynie  myśl  o  spotkaniu  z  jego  przyjacielem,  namiestnikiem  Poncjuszem  Piłatem,  trzymała  go  przy  zdrowych
zmysłach. W wyobraźni odmalował sobie obraz schludnej rzymskiej willi z łaźnią, ciepłą wodą i winem – i trzymając
się tej wizji, udało mu się wreszcie dobrnąć do rezydencji prokuratora.

Niewolnicy Piłata pomogli mu się obmyć, nakarmili go. Z prostej, wędrownej tuniki przebrali go w togę – i tak

odmienionego zawiedli przed oblicze swego pana.

Poncjusz nie okazał radości na widok przyjaciela. Leżał właśnie przy stole, na wpół uniesiony, i czytał jakiś zwój,

background image

popijając  przy  tym  wino  z  niewielkiego  srebrnego  pucharu.  Niezobowiązującym  kiwnięciem  dłoni  pozdrowił
Gnejusza i, kontynuując ten sam leniwy ruch, odprawił swe sługi.

–  Nie  mamy  teraz  wiele  czasu  na  rozmowę  –  stwierdził  lakonicznie,  nie  odrywając  wzroku  od  lektury.  –  Zaraz

trzeba będzie wychodzić. Ale spocznij na chwilę.

Gnejusz ułożył się obok niego.
– Wychodzić gdzie? – zapytał, a w jego głosie pojawiła się nuta zniecierpliwienia. – Dopiero przybyłem, a ty nie

zapytasz mnie, jak minęła moja podróż, nie zechcesz poznać wieści z zewnątrz?

Piłat oderwał w końcu wzrok od swego zwoju. Jego błękitne oczy wydawały się zmęczone.
– Będzie na to czas, gdy wrócimy. Teraz… nie wiem, czy chcę o tym słuchać. Na zewnątrz nikt z takich jak my nie

utrzyma  się  długo.  Nie  dziwi  mnie,  że  w  końcu  tu  trafiłeś.  Ta  zapyziała  prowincja  to  idealne  miejsce  dla  takich
niewygodnych i opornych ludzi, jak my.

Gnejusz pokiwał głową. Nie chciał mówić przyjacielowi, że niedługo zjawi się więcej przybyszów. Nie przynosił

dobrych wieści. Czyżby Poncjusz to wyczuł?

Spojrzał mu w twarz. Była okrągła, o gładkiej skórze, pozbawiona wszelkich bruzd, które by mogły świadczyć o

wieku lub zmartwieniach. Jego wysokie czoło gładko przechodziło w idealnie gładką łysinę. Spod niego, oddzielona
równą  linią  stalowoszarych  brwi,  wyglądała  para  wyblakłych  oczu.  Tylko  one  nosiły  w  sobie  ślad  rezygnacji  i
udręczonego zobojętnienia.

– Co tu się właściwie dzieje? – zapytał, żeby zagaić rozmowę. – To jakieś żydowskie święto? Ci ponurzy Żydzi

napawają mnie strachem.

– Dziś będziemy mieli anabazę – odparł Poncjusz.
– Anabazę?
– Rytuał przejścia… Zobaczysz, o co w tym chodzi.
– Nazwa jest grecka… To jakiś żydowski wymysł? Ty się nie boisz tych ludzi?
Poncjusz odłożył zwój na stół, usiadł i włożył sandały.
–  Tutaj  wszystko  jest  zorganizowane  inaczej  niż  tam  –  kiwnął  głową  w  jakimś  nieokreślonym  kierunku.  –  Na

zewnątrz. Ci ludzie… Powiedzmy, że już nie do końca są ludźmi… – zawahał się na chwilę, po czym nagle zmienił
temat. – Anabazę obchodzi się wszędzie. Ale tu wygląda najgorzej, jest najcięższa. Judea to miejsce dla takich jak my,
mówiłem ci już. Zresztą zobaczysz. Każdy z nas będzie to musiał w końcu przejść – to powiedziawszy, uniósł się z
miejsca i przyzwał sługi. – Chodź, pora iść.

Niewolnicy  ubrali  ich  w  płaszcze,  a  gdy  obaj  mężczyźni  zasiedli  w  lektyce  –  wynieśli  ją  przed  dom.  Na  ulicy

czekało już ośmiu liktorów dzierżących topory zatknięte w pęki rózg. Ci krzepcy mężczyźni o oliwkowych twarzach
byli  rekrutowani  spośród  syryjskich  legionistów  i  poza  symbolicznym  atrybutem  władzy  prokuratora  stanowili
również jego straż przyboczną. Na komendę swego pana otoczyli lektykę i wraz z nią ruszyli w dół ulicy.

– Będziemy musieli wyjść za miasto – mruknął Poncjusz, z delikatnym niesmakiem wyglądając za cienką zasłonę.
Wokół ich niewielkiego orszaku zebrał się tłum. Setki głosów zlały się w jedno nieustające buczenie, nie dało się

rozróżnić żadnych słów. Ponury zaśpiew niósł ze sobą uczucie niepokoju i oczekiwania. Powietrze zdawało się drżeć.

Gnejusz również wyjrzał za zasłonę lektyki i aż się wzdrygnął. Otaczało go morze dziwnych, obcych twarzy. Raz

po  raz  dostrzegał  zdeformowane  oblicza.  Niektóre  były  do  tego  stopnia  odmienione,  że  nie  dało  się  w  nich  już
dostrzec ludzkich rysów: niemal całkiem pozbawione włosów, uszu i nosów stawały się okropnymi karykaturami bez
wyrazu. Nawet ich oczy były nieludzkie. Mętne, wodniste i wyblakłe; wyglądały jakby wciąż patrzyły poza świat, w
jakąś nieznaną otchłań szaleństwa.

Szum  śpiewających  lub  skandujących  głosów  narastał.  Tłum  falował  niespokojnie.  Kilka  razy  ktoś  wpadł  w

prokuratorski orszak, krzycząc w obcym języku, lecz liktorzy zaraz odpędzali takich ludzi. Zebrani, nie odłączając się
od  wielkiego  pochodu,  kiwali  się  lub  tańczyli,  zderzali  się  ze  sobą  lub  o  siebie  ocierali.  Ich  pokraczne  sylwetki
zdawały się momentami spajać w jedną, przerażającą, rozedrganą masę.

Rzymianin drżącą dłonią nasunął zasłonę na swoje miejsce.
– Czemu idziemy za miasto? – zapytał.
–  Będzie  dziś  ukrzyżowanie  –  odparł  obojętnie  Poncjusz.  – Anabazę  mamy  co  tydzień,  w  każdy  szabat.  Prawie

zawsze jest ukrzyżowanie. Trafiłeś w najgorsze możliwe miejsce, tu oczyszcza się przez cierpienie i szał. Krzyżujemy
tych najoporniejszych z opornych.

Poncjusz westchnął i spojrzał na przyjaciela.
– Mnie też to kiedyś czeka – rzekł bez strachu, a jedynie z głęboką rezygnacją. – Nie bądź taki, jak ja. Poddaj się

anabazie.

Gnejusz wpatrywał się w niego wstrząśnięty.
– Długo już tu jesteś?
–  Długo,  krótko…?  –  Poncjusz  wzruszył  ramionami.  –  Tutaj  to  bez  znaczenia…  Tam,  na  zewnątrz,  może  to  jest

background image

jakaś  różnica:  dziesięć,  pięćdziesiąt,  sto  lat.  Przypuszczam,  że  tutaj  spędziłem  tyle  samo  czasu,  co  ty  tam.  Boję  się
anabazy, za bardzo chcę być człowiekiem.

– Czy oni chcą, żeby anabaza była karą?
– Nie wszędzie… Tutaj – tak.
– Ukarzą nas za to, że oddaliśmy się prawdzie?
Poncjusz roześmiał się gorzko. Cały czas patrzył na roztańczonych ludzi na zewnątrz. W locie chwytał błyski ich

płonących  oczu,  grymasy  przerażających  twarzy.  Ze  wszystkich  stron  rozlegało  się  obłędne  dźwięczenie  cymbałów,
dudnienie bębnów, jazgot piszczałek. Tłum ogarniała zbiorowa ekstaza. Ludzie deptali się nawzajem. Na ramionach
wynosili w górę najbardziej zdeformowanych spośród siebie, którzy szamotali się dziko i zawodzili głosami pełnymi
okrutnej, bolesnej radości.

Prokurator na chwilę się odwrócił.
–  A  cóż  to  jest  prawda?  –  zapytał.  –  W  świecie,  gdzie  wszyscy  są  jednym,  gdzie  żyją  w  falach  jednego

nieprzerwanego strumienia informacji, nie ma prawdy. Nawet to, co jest na zewnątrz, to już jest kłamstwo. Stworzyli
to dla takich, jak my, dla pragnących prawdy, ale chcieli to kontrolować. Więc to wszystko jest sztuczne! Nie jestem
maszyną,  nie  chcę  nią  być!  Siedzę  tutaj,  zawieszony  między  dwoma  światami,  w  tym  przeklętym  gigantycznym
złudzeniu. Żydzi, Judea, ukrzyżowanie! Miał fantazję ten, który to wszystko wymyślał! Anabaza to też tylko kłamstwo.
Stworzyli  to,  żebyśmy  nie  zwariowali,  gdy  nasze  na  poły  człowiecze  umysły  zostaną  na  nowo  podłączone  do  sieci.
Nazwali  to  rytuałem  przejścia,  stopniowym  rozszerzaniem  świadomości.  Na  zewnątrz  mieliśmy  ciała,  tutaj  mamy
jeszcze  choć  swoją  świadomość,  tożsamość.  Gdy  przejdziemy  anabazę,  nie  będziemy  mieli  już  nic.  Staniemy  się
znowu komputerami, wielkimi procesorami danych…

Poncjusz  zamilkł.  Jego  oczy  lśniły  teraz  od  gniewu,  na  policzkach  malowały  się  wypieki.  Wstrząsnął  gniewnie

ramionami i zaraz jakby przygasł. Znów ogarnęła go rezygnacja. W tej chwili gdzieś na zewnątrz rozbrzmiała potężnie
trąba.

– Patrz teraz – rzekł cicho, ale z dziwnym naciskiem prokurator. – Patrz, bo cię to czeka!
Gnejusz, ponaglony chłodem jego głosu, wyjrzał posłusznie przez zasłonę.
Tłum na chwilę zamarł wsłuchany w dźwięk odległej trąby. Zaraz jednak drgnął i się uniósł, ogarnięty zbiorowym

szałem.  Ludzie  bramą  wytoczyli  się  przed  miasto,  już  nie  śpiewając,  lecz  po  prostu  wrzeszcząc  dziko.  Ogarnięci
ekstazą  rozrywali  swoje  szaty,  drapali  twarze,  tratowali  się  bez  opamiętania.  Tych,  których  wcześniej  nieśli  na
ramionach, zaczęli teraz szarpać, zrywać z nich skórę i mięso, gryźć, bić.

Gnejusz  ogarnięty  parkosyzmem  strachu  i  nagłym  napływem  mdłości  chciał  się  cofnąć,  ukryć,  odwrócić  głowę.

Lecz Poncjusz przypadł do niego i z zadziwiającą siłą przytrzymał jego głowę swymi chłodnymi palcami.

– Patrz! – syknął mu do ucha.
–  Poncjuszu,  przestań!  –  wykrzyknął  Gnejusz,  czując,  że  jego  przyjaciela  też  ogarnęło  szaleństwo.  –  Puść  mnie!

Nie patrzmy już na to!

Po chwili uścisk prokuratora zelżał. Sam zasunął zasłonę. Siadł na swoim miejscu, odetchnął.
– To jeszcze nie koniec – odezwał się. – Jeszcze czeka nas ukrzyżowanie.
– Nie, nie, proszę cię… – wyjęczał Gnejusz ze łzami w oczach. Było mu niedobrze.
Poncjusz przyglądał mu się przez chwilę.
– Zgoda – rzekł w końcu. – Nie każę ci na to patrzeć. Ale będziesz musiał być ze mną, kiedy będę przesłuchiwał

skazańca.

– Przesłuchiwał…? Po co?
– Ciekawi mnie. Centrali bardzo zależy na tym, żeby przeszedł anabazę. Jest nośnikiem jakichś danych. Zjawił się

tu niedawno i sam zaczął odprawiać rytuały. Wielu przyłączyło się do niego. Ciekawi mnie, dokąd ich odsyła… Bo
przecież  nie  mogą  wrócić  do  sieci,  nie  za  jego  pośrednictwem.  System  nie  pozwala  na  wystąpienie  dwóch  anabaz
jednocześnie w jednym sektorze przejściowym.

Gnejusza nagle ożywiła jakaś myśl. Na chwilę zapomniał o szalejącym na zewnątrz tłumie.
– Sądzisz, że odsyła ich z powrotem? – zapytał. – Na zewnątrz?
– Nie wiem – Poncjusz pokręcił głową. – To chyba niemożliwe…
Zapał  Gnejusza  osłabł  momentalnie.  Ogarnął  go  żal.  Kimkolwiek  był  ten,  którego  mieli  ukrzyżować,  i  tak

przegrali. Zresztą centrala już położyła na nim swoją łapę, już go schwytali. Kiedy tylko włączą go do sieci, wszystkie
jego dane trafią do nich.

Niewolnicy wraz z eskortą liktorów zanieśli lektykę do budynku sądu. Znajdował się on na zboczu góry. Stał tam

już przygotowany krzyż. Część tłumu wlała się na dziedziniec otoczony murem, reszta rozpełzła się bezładnie po trasie
prowadzenia skazańców. Człowiek, który miał być ukrzyżowany, czekał na Poncjusza i Gnejusza w jednej z sal. Był to
wysoki, szczupły młodzieniec o dużych, spracowanych dłoniach. Miał jasne oczy kształtu migdałów i kiedyś musiał
być bardzo przystojny. Obecnie jednak był wychudzony i brudny, a jego oblicze zostało okaleczone licznymi razami.

background image

– Kim jesteś? – zapytał Poncjusz, siadając na prokuratorskim fotelu.
Młodzieniec uśmiechnął się.
–  Chyba  powinienem  powiedzieć,  że  nazywam  się  Jeszua  ben  Josef  –  rzekł.  –  Ale  znał  mnie  pan  pod  innymi

imieniem… Pan też wtedy nie nazywał się tak, jak teraz. Nazywał się pan Ponty, prawda?

Poncjusz zamarł, zaczął unosić się z fotela, jednak zastygł w pół ruchu. Jego oczy rozszerzyły się. Zrozumiał.
Z westchnięciem opadł na miejsce, po czym machnął ręką na Gnejusza.
– Wyjdź na chwilę… – rzekł drżącym głosem.
Gnejusz wpatrywał się w niego przez kilka sekund. Chciał zaprotestować, jednak się nie odważył. Przełknął ślinę,

popatrzył po twarzach obu mężczyzn i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi.

W holu usiadł pod ścianą, oparł o nią głowę. Jego czoło było gorące, a marmur przyjemnie chłodny. Wokół niego

wszystko działo się zbyt szybko. Jeszcze niedawno – choć nie potrafił dokładnie określić czasu – był kimś zupełnie
innym. Nazywał się Sarnas, miał ciało, o którym myślał… o którym wiedział, że jest prawdziwe. Miał protezę – tak
się to jego ciało nazywało. Uczestniczył w wielkim programie rehumanizacji. Jego jaźń rozpływającą się w ciągłym
strumieniu  informacji  zamknięto  w  ludzkiej  powłoce.  Stał  się  taki,  jacy  byli  jego  twórcy  przed  nieskończonymi
eonami. Przestał być zbiorem danych, stał się istotą.

Wstrząsnął nim dreszcz. Z zewnątrz, z sądowego dziedzińca, dobiegły go wrzaski tłumu. „Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!” –

krzyczeli  wszyscy.  Ilu  z  nich,  jak  on,  było  nieudanymi  produktami  programu,  a  ilu  tylko  stworzonymi  przez  centralę
programami, które miały im pomóc przenieść się znów do wspaniałej rzeczywistości sieci?

Nagle otworzyły się drzwi i stanął w nich Poncjusz. Energicznym krokiem podszedł do Gnejusza.
– Czy to prawda? – zapytał go. – Czy to prawda, że program… że program…?
Głos uwiązł mu w gardle.
– Tak. Program został przerwany, wszystkie protezy mają być odłączone.
– A klony? Miliony żywych istnień obsługiwały proces rehumanizacji.
– Klony zostały… zdezaktywowane…
– Wszystkie?
– Nie wiem…
Zamilkli. Hałas dochodzący z zewnątrz narastał, ale obu im wydawał się nierzeczywisty.
– A ten…? – zaczął Gnejusz. – Kim on jest?
Poncjusz  uniósł  oczy  ku  jego  twarzy.  Uśmiechnął  się  dziwnie.  Powoli  zrodził  się  w  nim  zgrzytliwy,  obłąkańczy

śmiech, po trosze radosny, po trosze ironiczny. Ze śmiechem wyciekała z niego głęboka nienawiść, ale także ulga, szał
wściekłości i ekstazy. Śmiał się, gdyż ogarnęło go uczucie triumfu.

– Oto człowiek – rzekł w końcu ze łzami w oczach.

* * *

Gnejusz i Poncjusz wpatrywali się w zwisające z krzyża wychudłe, nagie ciało. Ukrzyżowany żył jeszcze, dyszał,

krew  i  pot  ściekały  po  jego  twarzy.  Tłum  rozpłynął  się  gdzieś,  zniknął.  Nie  został  nikt,  nawet  żeby  drwić.  Znikły
resztki ludzkiego mięsa i podarte szmaty. Pozostało tylko bezkresne, pochmurne niebo barwy ołowiu.

Człowiek na krzyżu uniósł się na chwilę. Spazm śmierci ściągnął jego mięśnie

w koślawe bryły. Potem głowa mu opadła i wyzionął ducha.

– Jak myślisz, co się teraz stanie? – zapytał Gnejusz.
– Teraz nastąpi prawdziwa anabaza – odparł Poncjusz. – I świat, ten przeklęty świat… wreszcie się skończy.

background image

Spis treści

O autorze
Od autora
Pierwsza odsłona
Sogno Ventura
Węprzyn by night
Psychol
Lwica
Vox Dei
Wurdałak
Metamorfozy
Angelwing
Synowie Kaina
Anabaza


Document Outline