background image

LISA JANE SMITH 

POWRÓT O ZMIERZCHU 

Pamiętniki wampirów 05 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kathryne Jane Smith 

mojej świętej pamięci matce, z wielką miłością 

background image

PROLOG 

Stefano. 

Elena była sfrustrowana. Nie potrafiła pomyśleć  jego imienia, by zabrzmiało tak, jak 

chciała. 

- Stefano  -  powtórzył  raz  jeszcze.  -  Czy  moŜesz  wypowiedzieć  moje  imię, 

najukochańsza? 

Elena przyjrzała mu się z namysłem. Złamał jej serce swoją urodą, rzymskimi rysami i 

ciemnymi  włosami  opadającymi  niesfornie  na  czoło.  Chciała  ująć  w  słowa  uczucia,  jakimi 

darzyła Stefano, ale zaćmiony umysł nie pozwalał. 

O tak wiele spraw pragnęła go zapytać... i tyle mu powiedzieć. Ale nie mogła znaleźć 

właściwych  słów.  Nawet  nie  mogła  mu  przesłać  myśli.  Stefano  odbierał  tylko  chaotyczne, 

pojedyncze obrazy. 

Ale przecieŜ to był dopiero siódmy dzień jej nowego Ŝycia. 

Stefano opowiedział Elenie, Ŝe kiedy po raz pierwszy się obudziła po tym, gdy umarła 

jako wampirzyca, potrafiła chodzić, mówić i robić wiele rzeczy, których teraz nie pamiętała. 

Nie wiedział, dlaczego tak było - nie słyszał nigdy o nikim, poza wampirami, kto wróciłby po 

ś

mierci. 

Elena była wampirzycą, gdy umierała, ale z pewnością nie teraz. 

Stefano  powiedział  jej  teŜ,  Ŝe  bardzo  szybko  się  uczyła.  Przesyłała  mu  telepatycznie 

nowe obrazy, nowe słowa. 

ChociaŜ łatwiej było się  z nią porozumieć, raz trudniej, był pewien, Ŝe któregoś dnia 

Elena  znów  będzie  sobą  i  zacznie  zachowywać  się  jak  młoda  dziewczyna,  którą  jest.  Nie 

będzie juŜ osiemnastolatką z umysłem dziecka. Duchy najwidoczniej chciały, Ŝeby dorastała 

jeszcze raz, poznając świat oczami dziecka. 

Elena uwaŜała, Ŝe nie było to miłe ze strony duchów. 

A jeśli Stefano w tym czasie znajdzie sobie inną dziewczynę? Obawiała się tego. 

To dlatego pewnej nocy, gdy Stefano się obudził, Eleny nie było w łóŜku. Znalazł ją w 

łazience,  nachyloną  nad  gazetą.  Z  wielkim  przejęciem  wpatrywała  się  w  tekst,  próbując 

zrozumieć coś ze znaków na papierze, o których wiedziała, Ŝe są literami, które układają się 

w wyrazy, które kiedyś znała. Papier był wilgotny od jej łez. Nie potrafiła przeczytać Ŝadnego 

słowa. 

- Nie płacz, kochana. Nauczysz się znowu czytać. Po co ten pośpiech? 

background image

Powiedział  to,  zanim  zobaczył,  Ŝe  połamała  ołówek,  zaciskając  na  nim  dłoń  zbyt 

mocno,  i  podarte  papierowe  serwetki.  Próbowała  przerysować  litery  i  słowa.  MoŜe  gdyby 

umiała  pisać  jak  inni  ludzie,  Stefano  przestałby  sypiać  w  fotelu.  Wiedziałby,  Ŝe  Elena  jest 

dorosła, i kładłby się spać u jej boku. 

Patrzyła, jak oczy Stefano napełniają się łzami. On jednak uwaŜał, Ŝe męŜczyźnie nie 

wolno płakać, więc obrócił się do niej plecami, by nie widziała jego łez. 

A potem wziął ją na ręce i zaniósł do łóŜka. 

- Eleno,  powiedz  mi,  co  mam  zrobić.  Zrobię  to,  nawet  jeśli  wydaje  się  niemoŜliwe. 

Przysięgam. Tylko mi powiedz. 

Wszystkie słowa, które chciała powiedzieć, tkwiły w jej głowie zaklinowane. Zaczęła 

płakać. Stefano bardzo delikatnie otarł jej łzy, jakby obawiał się, Ŝe moŜe jej zrobić krzywdę. 

Wtedy Elena uniosła twarz, zamknęła oczy i ułoŜyła usta do pocałunku. Ale... 

- Masz  umysł  dziecka  -  powiedział  Stefano  łamiącym  się  głosem.  -  Ni  mogę  tego 

zrobić. 

Dawniej  porozumiewali  się  za  pomocą  znaków,  które  Elena  pamiętała.  Uderzyła 

palcami w szyję: raz, dwa, trzy razy. 

To znaczyło, Ŝe czuła się źle. To znaczyło, Ŝe chce... 

Stefano jęknął. 

- Nie mogę... 

Znów uderzyła trzy razy. 

- Nie jesteś jeszcze sobą... 

Jeszcze trzy razy... 

- Kochanie, posłuchaj... 

Kolejne  trzy  uderzenia.  Spojrzała  na  niego  błagalnym  wzrokiem.  Gdyby  mogła 

mówić,  powiedziała  by:  „Proszę,  zaufaj  mi  choć  trochę  -  nie  jestem  dzieckiem.  Proszę, 

posłuchaj tego, czego nie mogę ci powiedzieć”. 

- Cierpisz. Bardzo cierpisz - szepnął czule Stefano. - Gdybym... tylko trochę... 

I  nagle  pewnym  ruchem  uniósł  jej  głowę  i  obrócił  pod  takim  kątem,  jak  trzeba,  a 

potem Elena poczuła ukąszenie, które bardziej niŜ cokolwiek innego przekonało ją, Ŝe Ŝyje i 

Ŝ

e nie jest juŜ duchem. 

 

Przekonało ją teŜ, Ŝe Stefano kocha ją i nikogo innego, i Ŝe w końcu moŜe się z nim 

porozumieć. Powiedziała, co czuje za pomocą okrzyków. Stefano słuchał oniemiały. 

Elena uznała, Ŝe tak jest sprawiedliwie. Potem juŜ zawsze spał obok niej, a ona zawsze 

background image

była szczęśliwa. 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Damon  Salvatore  właściwie  wisiał  w  powietrzu,  lekko  tylko  przytrzymywał  się 

gałęzi... 

Kto zna nazwy drzew? Kogo obchodzi, co to za drzewo? Było wystarczająco wysokie, 

Ŝ

eby  zaglądać  z  niego  do  sypialni  Caroline  Forbes  na  piętrze,  a  o  szeroki  pień  mógł  oprzeć 

plecy.  UłoŜył  się  wygodnie,  z  rękami  załoŜonymi  za  głowę.  Jak  polujący  kot  czuwał  z 

przymkniętymi oczami. 

Czekał  na  magiczną  godzinę  czwartą  czterdzieści  cztery,  tuŜ  przed  świtem,  kiedy 

Caroline  odda  się  swojemu  rytuałowi.  Widział  to  juŜ  dwa  razy  i  był  podekscytowany  Nagle 

ukąsił go komar. 

To  absurdalne,  komary  nie  kąsają  wampirów  -  ich  krew  nie  jest  tak  poŜywna  jak 

ludzka. Ale to, co poczuł na karku, z pewnością przypominało ukąszenie komara. 

Rozejrzał się, ale niczego nie zobaczył. 

Igły sosny. Nic latającego. śadnego owada przycupniętego na gałęzi. 

W porządku zatem. To musiała być igła. Tak czy owak, ukłucie bolało coraz bardziej. 

Pszczoła samobójca? Damon ostroŜnie dotknął dłonią karku. Nie wyczuł Ŝądła. Tylko 

mały pęcherzyk, który coraz bardziej bolał. 

Przestał zwracać uwagę na ból, bo w sypialni Caroline coś się działo. Nie był pewien 

co,  ale  poczuł  nagły  przypływ  mory  wokół  śpiącej  dziewczyny,  jakby  buczenie  kabli 

wysokiego napięcia. Kilka dni temu właśnie to odczucie przyprowadziło go pod jej okno. Nie 

potrafił  jednak  ustalić  jego  źródła.  O  czwartej  czterdzieści  zadzwonił  budzik.  Caroline 

obudziła  się,  chwyciła  zegar  i  rzuciła  w  kąt  pokoju.  Masz  dziewczyno  szczęście,  pomyślał 

Damon  z  pewną  przekorą.  Gdybym  był  zwykłym  włamywaczem,  a  nie  wampirem, 

nastawałbym na twoją cnotę - zakładając, Ŝe jeszcze jej nie straciłaś: Aleja odpuściłem sobie 

dybanie na dziewice . pięćset lat temu. 

Na  ułamek  sekundy  uśmiechnął  się,  a  potem  jego  czarne  oczy  znów  stały  się  zimne 

jak lód. Spojrzał w otwarte okno. 

Tak...  Zawsze  uwaŜał,  Ŝe  jego  młodszy  brat  idiota,  Stefano,  nie  doceniał  Caroline 

Forbes.  Dziewczyna  była  niezłym  ciachem:  długie,  opalone  na  złoto  nogi,  wąska  talia, 

kasztanowe loki. No i jej umysł. Wynaturzony, spaczony. Po prostu wspaniały. Na przykład, 

jeŜeli się nie mylił, nakłuwała laleczki wudu. Fantastycznie. 

Damon lubił obserwować artystów przy pracy. 

background image

Jakaś  moc  wciąŜ  pulsowała  w  pokoju  Caroline,  a  on  nie  mógł  jej  rozgryźć.  Czy 

dziewczyna była nią obdarzona? Na pewno me. 

Caroline w pośpiechu sięgnęła po coś, co wyglądało jak garść jedwabnych pajęczyn w 

kolorze  zielonym.  Zdjęła  koszulę  nocną  i  -  niemal  zbyt  szybko,  by  Damon  to  zauwaŜył  - 

włoŜyła seksowną bieliznę. Na co czekasz, dziewczyno? - zastanawiał się Damon. 

Właściwie powinien zachować większą ostroŜność. Nagle rozległ się trzepot skrzydeł; 

na ziemię upadło jedno hebanowe pióro, a na gałęzi siedział niezwykłych rozmiarów czarny 

kruk. 

Ptak  uwaŜnie  przyglądał  się  jednym  okiem  Caroline,  która  zrobiła  krok  do  przodu, 

jakby kopnął ją prąd, z rozchylonymi ustami i wzrokiem wpatrzonym we własne odbicie. 

Potem uśmiechnęła się, jakby z kimś się witała. 

Damon  zlokalizował  źródło  mocy.  Było  w  lustrze.  Nie  w  tym  samym  wymiarze  co 

lustro,  ale  wewnątrz  niego.  Caroline  zachowywała  się...  dziwnie.  Odrzuciła  do  tyłu  długie, 

kasztanowe włosy. Opadały na plecy, stanowiąc wspaniały widok. ZwilŜyła językiem wargi i 

uśmiechnęła  się  znowu  -  scena  przypominała  spotkanie  kochanków  Kiedy  dziewczyna 

przemówiła, Damon słyszał ją bardzo wyraźnie. 

- Dziękuję. Ale spóźniłeś się dzisiaj. 

W  sypialni  Damon  nie  widział  nikogo  oprócz  Caroline  i  nie  słyszał,  Ŝeby  ktoś  jej 

odpowiedział. Ale odbite w lustrze usta Caroline otwierały się, mimo Ŝe dziewczyna miała je 

zamknięte. 

Brawo! - pomyślał, zawsze doceniając kaŜdego, kto robił ludziom takie psikusy. 

Dobra  robota,  kimkolwiek  jesteś!  Czytając  z  warg  w  lustrze,  wyłapał  coś  jakby 

„przepraszam” i „uroczo'' .Pokiwał głową. 

- ...nie musisz... po dzisiaj.. - mówiło dalej odbicie Caroline. 

- A jeśli nie uda mi się ich oszukać? - zapytała Caroline. 

- ...miała pomoc. Nie przejmuj się, odpocznij... 

- Dobrze. I nikomu nie stanie się krzywda, tak? To znaczy nikt nie umrze? 

- Dlaczego mielibyśmy..? 

Damon  uśmiechnął  się  w  duchu.  Ile  razy  słyszał  juŜ  takie  rozmowy?  Sam  doskonale 

znał  tę  strategię:  najpierw  osacza  się  ofiarę,  potem  uspokaja  się  ją  Zanim  się  zorientuje, 

moŜna  skłonić  ją  do  wszystkiego,  aŜ  nie  będzie  więcej  potrzebna.  .  A  wtedy  -  oczy  mu 

zabłysły - szuka się kolejnej. Caroline nerwowo wyłamywała palce. 

- Ale tylko dopóki... wiesz. Obiecałeś. Naprawdę mnie kochasz? 

- ...zaufaj  mi.  Zajmę  się  tobą...  i  twoimi  wrogami  teŜ.  JuŜ  się  nimi  zajmuję. 

background image

Dziewczyna przeciągnęła się - chłopcy z Liceum imienia Roberta E. Lee zapłaciliby duŜo za 

ten widok. 

- Chcę  to  zobaczyć  -  powiedziała:  -  Mam  juŜ  dość  słuchania  o  tym,  Ŝe  Elena  to, 

Stefano tamto... Teraz wszystko zacznie się od początku. . 

Przerwała,  jakby,  uświadomiła  sobie;  Ŝe  ktoś  na  drugim  końcu  linii  odłoŜył 

słuchawkę.. ZmruŜyła. oczy i zacisnęła wargi. Po chwili jednak się uspokoiła. WciąŜ patrzyła 

w lustro. Jedną dłoń połoŜyła delikatnie na brzuchu. Spojrzała na nią i jej twarz rozjaśniła się 

na moment. Potem pojawił się na niej wyraz zrozumienia i niepokoju zarazem. 

Damon  ani  na  chwilę  nie  oderwał  wzroku  od  lustra.  Zwykłe  lustro.  I  nagle,  kiedy 

Caroline się odwracała, zauwaŜył czerwony błysk. 

Płomień?  Co  tu.  się  dzieje?  -  pomyślał,  przyjmując  z  powrotem  postać  zabójczo 

przystojnego faceta leŜącego na  gałęzi drzewa.  Istota z lustra na pewno  nie pochodziła stąd. 

Ale zdaje się, Ŝe zamierzała sprawić kłopot jego bratu. Uśmiech zadowolenia pojawił się na 

ustach Damona. 

Nic  nie  sprawiało  mu  takiej  przyjemności,  jak  widok  przemądrzałego, 

ś

więtoszkowatego  Stefano  „jestem  lepszy  od  ciebie,  bo  nie  piję  ludzkiej  krwi”  Salvatore  w 

tarapatach. 

Nastolatki z Fell's Church - i niektórzy dorośli - uwaŜali opowieść o Stefano Salvatore 

i miejscowej piękności Elenie Gilbert za współczesną wersję Romea i Julii. Ona oddała Ŝycie, 

Ŝ

eby  go  uratować,  kiedy  oboje  zostali  porwani  przez  psychopatkę,  a  potem  on  umarł  z 

tęsknoty. KrąŜyły nawet  plotki, Ŝe Stefano nie był zwykłym człowiekiem, ale czymś innym. 

Demonem, dla którego odkupienia Elena się poświęciła. 

Damon znał prawdę. Stefano rzeczywiście umarł, ale to było setki lat temu. 

Naprawdę był wampirem, ale nazywanie go demonem to jakby powiedzieć o Sierotce 

Marysi, Ŝe jest uzbrojona i niebezpieczna: 

Tymczasem Caroline wciąŜ mówiła do pustego pokoju. 

- Tylko  poczekaj  -  wyszeptała,  podchodząc  do  biurka.  Długo  grzebała  w  stercie 

papierów i ksiąŜek, aŜ znalazła miniaturową kamerę wideo. Zielone światełko wyglądało jak 

oko. OstroŜnie podłączyła kamerę do komputera i wpisała hasło. 

Wzrok Damona był duŜo lepszy niŜ jakiegokolwiek człowieka. Wyraźnie widział, jak 

opalone palce z długimi paznokciami wstukują „o bogini”. Bogini Caroline Forbes, pomyślał. 

ś

ałosne. 

Dziewczyna obróciła się i Damon zobaczył łzy w jej oczach. Nagle zaczęła szlochać. 

Opadła na łóŜko, chlipiąc i kiwając się w tył i w przód. Uderzała pięścią w materac, ale cały 

background image

czas  płakała.  i  płakała.  Jej  zachowanie  zaskoczyło  Damona.  Po  chwili  obudził.  się  w  nim 

instynkt. 

- Caroline? Caroline, mogę wejść? 

- Co? Kto tu jest? - rozejrzała się nerwowo. 

- Damon:  Mogę  wejść?  -  zapytał  z  fałszywym  współczuciem,  jednocześnie 

wywierając na nią nacisk telepatycznie. 

Wampiry  mogą  kontrolować  ludzkie  umysły  Do  jakiego  stopnia,  zaleŜy  od  wielu 

czynników: diety (jeśli Ŝywią się ludzką krwią zyskują potęŜną moc), siły woli ofiary, relacji 

między  obojgiem,  pory  doby  i  tylu  innych  rzeczy,  Ŝe  Damon  nawet  nie  próbował  tego 

zrozumieć. Wiedział tylko, kiedy był bardzo silny. Teraz był. 

- Mogę  wejść?  -  powtórzył  czarującym  głosem.  W  tej  samej  chwili  złamał  wolę 

Caroline, bo jego była o wiele silniejsza. 

- Tak  -  odpowiedziała,  ocierając  łzy.  Najwidoczniej  nie  widziała  nic  niezwykłego  w 

tym, Ŝe wchodzi do niej przez okno. - Wejdź, Damonie. 

W ten sposób zaprosiła go. Jednym zgrabnym ruchem wampir znalazł się w środku. W 

pokoju pachniało perfumami; mocnymi perfumami. Poczuł zew krwi. Jego górne kły zrobiły 

się  dwa  razy  większe,  a  ich  brzegi  stały  się  ostre  jak  brzytwa  To  nie  była  właściwa  pora  na 

pogaduszki,  chociaŜ  zwykle  gawędził  z  ofiarami  -  czekanie  na  deser  stanowi  połowę 

przyjemności, jaką sprawia zjedzenie go. Teraz jednak odczuwał silny głód. UŜył maksimum 

mocy, by zawładnąć umysłem Caroline i uśmiechnął się do niej promiennie. Podziałało. 

Caroline  otworzyła  usta,  jakby  chciała  coś  powiedzieć.  Jej  źrenice  rozszerzyły  się,  a 

potem zwęziły. 

- Ja... ja... - wykrztusiła. - Och... I była jego. Łatwo poszło: 

Kły  Damona  wibrowały.  Odczuwał  ból,  który  sprawił,  Ŝe  zaatakował  z  prędkością 

kobry - zanurzył zęby w pulsującej Ŝyle. Był głodny, piekielnie głodny. Jego ciało OstroŜnie, 

nie przestając patrzeć dziewczynie  w oczy, uniósł jej głowę, aby odsłonić szyję. Pulsowanie 

krwi, ciepłej i słodkiej, odbierał wszystkimi zmysłami: czuł uderzenia jej serca i zapach krwi 

tuŜ pod powierzchnią gładkiej skóry Nachylił się. 

Nigdy jeszcze nie był tak podekscytowany, tak spragniony... 

Tak spragniony, Ŝe aŜ go to zdziwiło. Zastygł bez ruchu. W końcu kaŜda dziewczyna 

smakuje równie dobrze. Co sprawiało, Ŝe Caroline wzbudzała w nim takie pragnienie? Co się 

z nim działo? 

Nagle zrozumiał. 

Odzyskałem kontrolę nad swoim umysłem, dziękuję. Myślał jasno i logicznie. 

background image

Zmysłowa aura, której uległ, zniknęła. Puścił podbródek Caroline i się wyprostował. 

Istota, która nawiedzała dziewczynę, o mało nie przejęła nad nim kontroli. Próbowała 

zmusić go do złamania obietnicy, którą dał Elenie. 

Kątem  oka  znów  dostrzegł  czerwoną  iskrę  na  lustrze.  Tę  istotę  musiało  przyciągnąć 

epicentrum  mocy,  które  znajdowało  się  w  Fell's  Church  -  był  tego  pewien.  Na  krótko 

zawładnęła  jego  umysłem,  chciała,  by  wysuszył  Ŝyły  Caroline.  By  wypił  całą  jej  krew,  by 

zabił człowieka - czego nie zrobił, odkąd złoŜył obietnicę Elenie. 

Dlaczego?  Wściekły,  szukał  umysłem  intruza.  Powinien  wciąŜ  tu  być,  lustro  było 

portalem  pozwalającym  jedynie  na  przemierzanie  niewielkich  odległości.  W  dodatku 

nieznajomy  na  chwilę  przejął  nad  nim  kontrolę,  nad  Damonem  Salvatore,  więc  musiał  być 

bardzo blisko. 

Damon  nikogo  nie  znalazł.  To  rozwścieczyło  go  jeszcze  bardziej.  Nieświadomie 

przykładając dłoń do karku, posłał w przestrzeń wiadomość: Ostrzegam cię tylko raz. 

Trzymaj się ode mnie z daleka! 

Wiadomość  wysłał  z  mocą;  która  w  jego  umyśle  zajaśniała  jak  błyskawica.  To 

uderzenie  mocy  powinno  zabić  kogoś  na  dachu,  w  powietrzu,  na  drzewie...  moŜe  w  domu 

obok. Gdziekolwiek był. 

Tajemnicza istota powinna upaść na ziemię, a on powinien ją wyczuć. 

Ale  chociaŜ  ciemne  chmury  zebrały  się  nad  nim;  a  wiatr  wyginał  gałęzie,  nikt  nie 

upadł, nikt nie próbował go zaatakować. 

Nie  wyczuwał  nikogo,  kto  byłby  na  tyle  blisko,  Ŝeby  wedrzeć  się  do  jego  umysłu,  a 

ktoś znajdujący się daleko nie - mógł oddziaływać na Damona z tak potęŜną mocą: 

Starszy  brat  Stefano  bywał  czasem  próŜny,  ale  w  gruncie  rzeczy  miał  trzeźwy  osąd 

własnej  osoby  Był  silny  i  wiedział  o  tym.  Tak  długo,  jak  długo  dobrze  się  odŜywiał  i  nie 

ulegał sentymentom, niewiele było istot, które mogły się z nim równać. 

Dwie zjawiły się tutaj w Fell's Church, pomyślał, ale zaraz stwierdził, Ŝe z pewnością 

w okolicy nie było innych starych, potęŜnych wampirów jak on, bo wiedziałby o tym. 

Być moŜe były tu całe stada wampirów, ale Ŝaden nie miał takiej mocy, by opanować 

jego myśli. 

Damon był teŜ pewien, Ŝe nie było tu nikogo innego, kto mógłby go pokonać. 

Wyczułby go; tak jak wyczuwał strumienie dziwnych mocy, które krzyŜowały się pod 

miasteczkiem. 

Spojrzał jeszcze raz na Caroline, wciąŜ w transie, w który ją wprawił. Wyjdzie z niego 

powoli. 

background image

Potem  obrócił  się  i  ze  zwinnością  pantery  wyskoczył  przez  okno  na  gałąź  drzewa;  a 

potem zgrabnie zeskoczył na ziemię. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Damon musiał poczekać kilka godzin, by się poŜywić - dziewczyny spały tak mocno, 

Ŝ

e  nie  mógł  ich  obudzić  i  nakłonić,  by  go  zaprosiły  do  sypialni.  Był  wściekły.  Głód,  który 

wzbudziła  w  nim  tajemnicza  istota,  był  realny,  nawet  jeŜeli  Damonowi  szybko  udało  się 

odzyskać kontrolę nad swoim umysłem. Potrzebował krwi i potrzebował jej juŜ. 

Dopiero  potem  pomyślał  o  dziwnym  gościu  Caroline:  demonie,  który  oddał  mu 

dziewczynę na pewną śmierć zaraz po tym, kiedy zawarł z nią układ. 

Ranek  zastał  Damona  przejeŜdŜającego  główną  ulicą  miasta,  obok  antykwariatu, 

restauracji i sklepiku z pocztówkami. 

Chwileczkę,  tutaj  otworzono  nowy  sklep  z  okularami  przeciwsłonecznymi.  Damon 

zaparkował  i  wysiadł  z  samochodu  z  gracją  wyćwiczoną  przez  stulecia.  Spojrzał  w 

przyciemnianą  szybę  wystawową  i  uśmiechnął  się  do  swojego  odbicia.  Świetnie  wyglądam, 

pomyślał z zadowoleniem. 

Gdy  stanął  w  drzwiach  sklepu,  zaanonsował  go  dzwonek  wiszący  nad  nimi.  Za  ladą 

stała bardzo ładna dziewczyna o zaokrąglonych kształtach, z brązowymi włosami zebranymi 

w kucyk i duŜymi niebieskimi oczami. 

Spojrzała w jego stronę i uśmiechnęła się nieśmiało. 

- Dzień dobry - przywitała go. - Jestem Page. Damon patrzył na nią uwodzicielsko, po 

czym posłał jej czarujący uśmiech. 

- Dzień dobry, Page - powiedział, przeciągając nieco sylaby. 

Dziewczyna przełknęła ślinę. 

- Czy mogę w czymś pomóc? 

- O tak - przytaknął, nie pozwalając jej odwrócić wzroku. - Tak sądzę. 

Znowu obrzucił dziewczynę taksującym wzrokiem i z powaŜną miną stwierdził: 

- Powinnaś być damą dworu w jakimś średniowiecznym królestwie. 

Page zbladła, po czym zarumieniła się - wyglądała jeszcze ładniej. 

- Ja... ja zawsze o tym marzyłam. Ale skąd wiedziałeś? Damon tylko się uśmiechnął. 

Elena spojrzała na Stefano szeroko otwartymi oczami w kolorze lapis - lazuli. Właśnie 

powiedział jej, Ŝe będzie miała gości! Odkąd wróciła z zaświatów, nie miała gościa. 

Musiała się dowiedzieć, co to jest gość. 

Damon  spędził  w  sklepie  z  okularami  piętnaście  minut.  Teraz  szedł  chodnikiem, 

pogwizdując, w nowych ray banach. 

background image

Page drzemała na podłodze. Później szef zaŜąda, Ŝeby zapłaciła za skradzione okulary, 

ale  teraz  czuła  się  obłędnie  szczęśliwa.  Do  końca  Ŝycia  -  miała  zapamiętać  ekstazę,  którą 

przeŜyła. 

Damon  zaglądał  przez  szyby  do  sklepów,  choć  niezupełnie  w  takim  celu,  w  jakim 

zwykle  robią  to  ludzie.  Urocza  starsza  pani  w  sklepiku  z  pocztówkami...  nie.  Facet  w 

elektronicznym... nie. 

Ale... coś ciągnęło go z powrotem do sklepu z elektroniką. Jakie wspaniałe urządzenia 

się  teraz  produkuje.  Zapragnął  mieć  małą  kamerę  wideo.  A  Damon  nie  miał  w  zwyczaju 

odkładać zaspokojenia swoich pragnień. Podobnie jak wybrzydzać, gdy był głodny. Krew to 

krew niewaŜne, w czyich Ŝyłach krąŜy. 

Chwilę  po  tym,  gdy  sprzedawca  zademonstrował  mu  działanie  kamery,  Damon 

wyszedł ze sklepu z tym cackiem w kieszeni. 

Spacer  sprawiał  mu  przyjemność,  chociaŜ  kły  znów  zaczęły  boleć.  To  dziwne, 

powinien juŜ być nasycony. Ale z drugiej strony  nie pił krwi poprzedniego dnia. To pewnie 

dlatego wciąŜ jest głodny. Poza tym zuŜył duŜo mocy na uwolnienie się od demona w pokoju 

Caroline.  Tymczasem  napawał  się  tym,  Ŝe  odzyskał  siły,  a  jego  organizm  funkcjonuje  jak 

dobrze naoliwiony mechanizm, Ŝe kaŜdy ruch sprawia mu rozkosz. 

Przeciągnął  się  dla  czystej  zwierzęcej  przyjemności,  a  potem  przystanął,  Ŝeby 

przyjrzeć  się  swojemu  odbiciu  w  witrynie  antykwariatu.  Trochę  potargany,  ale  zabójczo 

przystojny. No i dokonał dobrego wyboru: nowe okulary podkreślały jego urodę. 

Właścicielką  antykwariatu,  wiedział  o  tym,  była  pewna  wdowa,  która  miała  bardzo, 

bardzo ładną siostrzenicę. 

W środku sklepu panował półmrok i było chłodno. 

- Czy  wiesz  -  zapytał  dziewczynę,  gdy  podeszła  do  niego  -  Ŝe  wyglądasz,  jakbyś 

marzyła o zwiedzaniu egzotycznych krajów? 

Stefano wyjaśnił Elenie, Ŝe goście to jej przyjaciele, jej dobrzy przyjaciele. Powiedział 

teŜ,  Ŝe  powinna  chodzić  ubrana.  Nie  rozumiała  dlaczego.  Było  gorąco.  Zgodziła  się  nosić 

koszulę nocną, ale w dzień było gorąco, no i nie miała koszuli dziennej. 

Poza tym ubrania, które Stefano jej podał - jego dŜinsy z podwiniętymi nogawkami i 

zdecydowanie za duŜa koszulka polo - były... złe. Kiedy dotknęła koszulki, zobaczyła obrazy 

kobiet w małych, ciemnych salach, pochylonych nad maszynami do szycia. 

- Ze  sweat  shopu

?  -  zapytał  zdumiony  Stefano,  kiedy  Elena  przesłała  mu 

                                                 

 Sweat shopy to zakłady produkcyjne w krajach Trzeciego Świata, w których panują cięŜkie warunki 

background image

telepatycznie te obrazy. - To? - Rzucił ubrania na podłogę. 

- A to? - Dał jej inną koszulkę. 

Elena  przyjrzała  jej  się  uwaŜnie,  dotknęła  ją  policzkiem.  śadnego  cierpienia,  Ŝadnej 

niewolniczej pracy. 

- W  porządku?  -  dopytywał  się  Stefano.  Ale  Elena  nie  słuchała.  Podeszła  do  okna  i 

wyjrzała przez nie. 

- Co się stało? 

Tym razem przesłała mu tylko jeden obraz. Rozpoznał go od razu. 

Damon. 

Stefano poczuł skurcz serca. Jego starszy brat utrudniał mu Ŝycie, jak mógł, od prawie 

pięciu wieków Za kaŜdym razem, gdy Stefano udało się uciec, Damon znajdował go... Po co? 

Dla zemsty? Satysfakcji? Dawno temu, we Włoszech ery renesansu, zabili się nawzajem, gdy 

ich  szpady  niemal  jednocześnie  przebiły  ich  serca.  Pojedynkowali  się  o  wampirzycę,  którą 

obaj kochali. Od tamtej pory było między nimi tylko gorzej. 

Ale teŜ kilka razy ocalił mi Ŝycie, pomyślał Stefano, sam zbijając się z tropu. I daliśmy 

słowo, Ŝe będziemy się o siebie troszczyć.... 

Spojrzał  na  Elenę.  To  ona  zmusiła  ich  do  złoŜenia  tej  obietnicy,  kiedy  umierała. 

Dziewczyna odwzajemniła spojrzenie. Patrzyła na Stefano niewinnymi niebieskimi oczami. 

Musiał jakoś poradzić sobie z Damonem, który właśnie zaparkował swoje ferrari obok 

jego porsche przed pensjonatem. 

- Zostań  tu  i  nie  podchodź  do  okna.  Błagam  -  powiedział  zdenerwowany  do  Eleny. 

Wybiegł z pokoju, zatrzasnął drzwi i zbiegł po schodach na dół. 

Damon  stał  przy  samochodzie  i  gapił  się  na  zniszczoną  fasadę  budynku  -  najpierw 

przez ciemne okulary, potem bez nich. Wyraz jego twarzy sugerował, Ŝe widok był tak samo 

okropny. 

Ale tym Stefano się nie przejmował, zaniepokoiło go co innego - aura wokół Damona 

i róŜnorodność zapachów, których człowiek by nie wyczuł, a co dopiero rozróŜnił. 

- Coś  ty  robił?  -  zapytał,  zbyt  zdenerwowany,  by  zdobyć  się  chociaŜ  na  zdawkowe 

powitanie. 

Damon odpowiedział promiennym uśmiechem. 

- Byłem  na  zakupach.  Kupiłem  kilka  rzeczy.  -  Wskazał  na  skórzany  pasek  i  okulary, 

po czym połoŜył rękę na kieszeni z kamerą. - Nie uwierzyłbyś, ale w tej mieścinie trafiają się 

                                                                                                                                                         

pracy.  Zatrudniane  w  nich  kobiety  i  dzieci  są  zmuszane  do  pracy  przez  wiele  godzin  za  skandalicznie  niską 
płacę, nie mają Ŝadnych praw pracowniczych (przyp. red.). 

background image

ś

wietne okazje. Uwielbiam zakupy. 

- Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  uwielbiasz  kraść?  Ale  to  i  tak  nie  tłumaczy  nawet  połowy 

zapachów,  które  cię  otaczają.  Umierasz  czy  ci  odbiło?  -  Czasem,  kiedy  wampir  zostanie 

zatruty albo zaatakuje go jedna z tajemniczych chorób, na które zapadają wampiry, poluje jak 

szalony, bez opamiętania, na wszystko - wszystkich - w okolicy. 

- Byłem  po  prostu  głodny  -  wyjaśnił  Damon  uprzejmym  tonem.  -  A  co  się  stało  z 

twoim dobrym wychowaniem? Przejechałem taki kawał drogi, a ty ani „Cześć, Damonie”, ani 

„Jak  miło  cię  widzieć”.  Zamiast  tego  słyszę  „Coś  ty  robił?”  Co  by  na  to  powiedział  signore 

Marino, braciszku? 

- Signore  Marino  -  wycedził  przez  zęby  Stefano,  zastanawiając  się,  jak  Damonowi 

udaje się za kaŜdym razem wyprowadzić go z równowagi (tym razem przypominając mu ich 

dawnego  nauczyciela  etykiety  i  tańca)  -  zamienił  się  w  proch  setki  lat  temu,  tak  jak  i  my 

powinniśmy.  Ale  to  nie  ma  nic  wspólnego  z  naszą  rozmową,  bracie.  Pytałem,  co  robiłeś,  i 

wiesz, co miałem na myśli. Musiałeś wypić krew połowy dziewczyn w mieście. 

- Dziewczyn i kobiet. - Damon, znacząco uniósł palec. 

- Nie  powinniśmy  dyskryminować  kobiet,  to  niepoprawne  politycznie.  A  moŜe  ty 

powinieneś zmienić dietę. Gdybyś pił więcej ludzkiej krwi, moŜe wreszcie byś zmęŜniał. 

- Gdybym pił więcej...? - Stefano przyszło do głowy kilka zakończeń tego zdania, ale 

Ŝ

adne dobre. - Co za szkoda - wycedził do niŜszego od niego Damona - Ŝe ty nie urośniesz juŜ 

ani milimetra, choćbyś nie wiem jak długo Ŝył i jak duŜo krwi wypił. A teraz moŜe powiesz 

mi, co tu robisz. Jak cię znam, narobiłeś w mieście strasznego zamieszania. 

- Przyjechałem po swoją skórzaną kurtkę. 

- A  czemu  po  prostu  nie  ukradniesz  nowej...  -  Stefano  przerwał,  poniewaŜ  nagle 

poleciał do tyłu, a potem uderzył o ścianę pensjonatu. 

- Nie  ukradłem  tych  rzeczy,  chłoptasiu.  Zapłaciłem  za  nie,  moją  własną  walutą. 

Snami,  fantazjami  i  rozkoszą  nie  z tego  świata.  -  Ostatnie  słowa  wypowiedział  z  naciskiem, 

bo wiedział, Ŝe najbardziej rozwścieczą Stefano. 

Nie  mylił  się.  Stefano  miał  jednak  powaŜniejszy  problem.  Wiedział,  Ŝe  Damon  był 

Ciekaw, co dzieje się z Eleną. To był powód do niepokoju. W dodatku dostrzegł dziwny błysk 

w  oczach  brata.  Jego  źrenice  na  moment  zapłonęły  czerwonym  płomieniem.  To,  co  Damon 

dzisiaj robił, nie było normalne. Stefano nie wiedział, co się dzieje, ale wiedział, Ŝe Damona 

nic nie powstrzyma. 

- Wampir nie powinien płacić - wyzłośliwiał się Damon. - Jesteśmy uosobieniem zła, 

powinniśmy  zamienić  się  w  proch.  Czy  nie  tak,  braciszku?  -  Uniósł  dłoń,  na  której  nosił 

background image

pierścień  z  błękitnym  kamieniem.  Ten  talizman  chronił  go  przed  spłonięciem  w  świetle 

słońca. 

Kiedy  Stefano  spróbował  się  poruszyć,  dłonią  z  pierścieniem  przygwoździł  go  do 

ś

ciany.  Stefano  próbował  się  wyrwać,  ale  Damon  był  szybki  jak  kobra,  nie,  szybszy.  DuŜo 

szybszy niŜ zwykle i silniejszy dzięki ludzkiej krwi, którą wypił tego dnia. 

- Damon,  ty...  -  Stefano  był  tak  wściekły,  Ŝe  na  chwilę  stracił  panowanie  nad  sobą  i 

próbował podciąć bratu nogi. 

- Tak,  to  ja,  Damon  -  syknął  tamten  jadowicie.  -  I  nie  płacę,  kiedy  nie  mam  na  to 

ochoty. Po prostu biorę. Biorę, co chcę, i nie daję nic w zamian. 

Stefano  wpatrywał  się  w  czarne  jak  węgiel  oczy.  Znów  zobaczył  błysk  płomienia. 

Próbował  myśleć.  Damon  zawsze  szybko  atakował,  nie  dawał  ofierze  szans.  Ale  nie  aŜ  tak 

szybko.  Stefano  znał  go  na  tyle,  Ŝeby  zorientować  się,  Ŝe  dzieje  się  coś  niedobrego. 

Wydawało  się,  Ŝe  Damona  trawi  gorączka.  Stefano  uŜył  swojej  mocy  jak  radaru,  próbując 

znaleźć przyczynę, która doprowadziła jego brata do takiego stanu. 

- Zaczynasz  coś  rozumieć.  -  Damon  uśmiechnął  się  z  przekąsem.  I  zaatakował  brata 

potęŜną falą mocy. Stefano miał wraŜenie, Ŝe płonie. 

Mimo  okropnego  bólu  musiał  zachować  zimną  krew.  Musiał  myśleć,  a  nie  tylko 

reagować  odruchowo.  Poruszył  się  nieznacznie,  obracając  głowę  w  bok  i  spoglądając  w 

stronę drzwi do pensjonatu. Oby tylko Elena go posłuchała i została w pokoju... 

Stefano wciąŜ czuł uderzenia mocy Damona niby smaganie biczem. Oddychał szybko 

i cięŜko. 

- Tak  jest  -  prychnął  Damon.  -  My,  wampiry,  bierzemy  to,  co  chcemy.  To  lekcja, 

której musisz się nauczyć. 

- Damonie, obiecywaliśmy opiekować się sobą nawzajem... 

- O, tak, teraz się tobą zaopiekuję. I Damon ugryzł brata. 

I zaczął pić jego krew. 

To  bolało  bardziej  niŜ  uderzenia  mocy.  Ugryzienie  ostrymi  jak  brzytwa  zębami  nie 

powinno sprawiać mu aŜ takiego bólu, Damon jednak wykręcił szyję Stefano - trzymając go 

za włosy - w taki sposób, by zadać bratu jak największy ból. 

A potem ból stał się nie do wytrzymania. Gdy wampir pije twoją krew wbrew twojej 

woli, cierpisz tortury. Czujesz, jakby wyrywano ci z ciała duszę. Było to największe fizyczne 

cierpienie, jakiego Stefano kiedykolwiek doświadczył. Po chwili łzy napłynęły mu do oczu i 

spłynęły po policzkach. 

Dla wampira jeszcze gorsze od bólu było upokorzenie - to, Ŝe inny wampir traktuje cię 

background image

jak  człowieka,  jak  poŜywienie.  Stefano  słyszał  walenie  swojego  serca,  kiedy  wyrywał  się, 

próbując uniknąć kłów Damona. Przynajmniej - dzięki Bogu - Elena posłuchała go i została w 

pokoju. 

Zaczynał się zastanawiać, czy Damon rzeczywiście oszalał i zamierza go zabić, kiedy 

tamten puścił go i odepchnął. Stefano potknął się, upadł, przewrócił na plecy i spojrzał w górę 

na stojącego nad nim Damona. Przycisnął palce do ran na szyi. 

- A teraz - powiedział lodowatym tonem Damon - pójdziesz na górę i przyniesiesz mi 

moją kurtkę. 

Stefano podniósł się powoli. Wiedział, Ŝe Damon rozkoszuje się jego upokorzeniem i 

opłakanym  wyglądem  -  jego  ubranie  było  pomięte  i  brudne.  Usiłował  je  otrzepać  z  trawy  i 

ziemi jedną ręką, podczas gdy drugą przyciskał ranę na szyi. 

- Milczysz - zauwaŜył Damon, oblizując wargi i mruŜąc oczy z radości. - śadnej ciętej 

riposty? Nawet słówka? Myślę, Ŝe powinienem częściej dawać ci taką lekcję. 

Stefano  z  trudem  zrobił  krok  w  stronę  wejścia  do  pensjonatu.  Nagle  zatrzymał  się 

przeraŜony. 

Elena wychylała się przez otwarte okno, trzymając w ręce kurtkę Damona. Wyraz jej 

twarzy świadczył o tym, Ŝe wszystko widziała. 

To był szok dla Stefano, ale podejrzewał, Ŝe dla Damona równieŜ. 

Elena zakręciła kurtką w powietrzu i rzuciła ją pod stopy Damona. 

Ku  zdumieniu  Stefano  jego  brat  pobladł.  Podniósł  kurtkę  z  miną,  jakby  wcale  nie 

chciał jej dotykać. Cały czas wpatrywał się w Elenę, aŜ w końcu wsiadł do samochodu. 

- Do widzenia, Damonie. Nie mogę powiedzieć, Ŝe miło było... 

Bez  słowa,  z  miną  niegrzecznego  dziecka,  które  dostało  lanie,  Damon  przekręcił 

kluczyk w stacyjce. 

- Zostawcie mnie w spokoju - powiedział beznamiętnym tonem i odjechał. 

Kiedy Stefano zamknął za sobą drzwi, oczy Eleny błyszczały. 

- On cię skrzywdził. 

- On krzywdzi wszystkich. Chyba nic nie moŜe na to poradzić. Ale dzisiaj było w nim 

coś dziwnego. Nie wiem co. Ale teraz mam to gdzieś. Proszę, ty układasz zdania! 

On  jest...  Elena  przerwała  i  po  raz  pierwszy,  odkąd  otworzyła  oczy  na  polanie,  na 

której  została  wskrzeszona,  na  jej  czole  pojawiła  się  zmarszczka.  Nie  mogła  znaleźć 

odpowiedniego obrazu. Nie znała odpowiednich słów. Coś w nim. Rośnie w nim. Jak... zimny 

ogień,  ciemne  światło  -  wreszcie  sformułowała  myśl.  -  Ale  ukryte.  Ogień,  który  pali  od 

ś

rodka. 

background image

Stefano próbował skojarzyć to z czymkolwiek, co znał, ale bez skutku. WciąŜ czuł się 

upokorzony tym, co się stało, i tym, Ŝe Elena to widziała. 

- Ja wiem tylko, Ŝe wypił moją krew. I krew połowy dziewczyn w mieście. 

Elena zamknęła oczy i pokręciła  głową. A potem wskazała Stefano miejsce na łóŜku 

obok siebie. 

- Chodź - zaŜądała. Jej oczy wydawały się wyjątkowo piękne. - Pozwól mi... usunąć... 

ból. 

Stefano stał bez ruchu, więc wyciągnęła do niego ramiona. 

Podszedł do Eleny i musnął wargami jej włosy. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

Caroline,  Matt  Honeycutt,  Meredith  Sulez  i  Bonnie  McCullough  rozmawiali  ze 

Stefano przez komórkę Bonnie. 

- Lepiej przyjdźcie późnym popołudniem - mówił Stefano. - Po lunchu Elena zwykle 

ucina  sobie  drzemkę.  Uprzedziłem  ją,  Ŝe  wpadniecie.  Jest  bardzo  podekscytowana.  Ale 

pamiętajcie  o  dwóch  rzeczach.  Po  pierwsze,  ona  wróciła  dopiero  siedem  dni  temu  i  nie  jest 

jeszcze...  całkiem  sobą.  Myślę,  Ŝe  za  kilka  dni  jak  dawniej  będzie  sobą,  ale  na  razie  nie 

dziwcie  się  niczemu.  Po  drugie,  nie  mówcie  nikomu  o  tym,  co  tu  zobaczycie.  Nikomu  ani 

słowa. 

- Stefano Salvatore! - krzyknęła uraŜona Bonnie. - Po tym wszystkim, przez co razem 

przeszliśmy, myślisz, Ŝe moglibyśmy coś chlapnąć? Stawiliśmy czoła zdziczałym wampirom, 

duchom,  wilkołakom,  pradawnym  istotom,  tajnym  kryptom,  seryjnym  mordercom  i  nawet... 

nawet Damonowi. I czy kiedykolwiek pisnęliśmy choćby słowo? 

- Przepraszam. Chodzi o to, Ŝe Elena nie będzie bezpieczna, jeŜeli któreś z was wyjawi 

cokolwiek  choćby  jednej  osobie.  Takie  historie  zawsze  trafiają  do  prasy.  Natychmiast  w 

gazetach  pojawiłyby  się  sensacyjne  nagłówki:  „Dziewczyna  wraca  ze  świata  zmarłych”. 

Wszyscy będą chcieli ją zobaczyć, dotknąć, zasypią ją pytaniami. I co wtedy zrobimy? 

- Rozumiem.  Ale  nie  musisz  się  obawiać  -  uspokoiła  go  Meredith.  KaŜde  z  nas 

przysięgnie, Ŝe nie powie nikomu ani słowa. - Spojrzała na Caroline. 

- Muszę  was  zapytać  -  Stefano  wykorzystywał  teraz  swoje  umiejętności  z  zakresu 

etykiety  i  dyplomacji,  które  nabył  jako  młody  arystokrata  Ŝyjący  w  czasach  renesansu  -  czy 

macie sposób na wyegzekwowanie przysięgi? 

- Myślę, Ŝe tak. - Meredith tym razem spojrzała Caroline prosto w oczy. Dziewczyna 

zarumieniła się tak mocno, Ŝe jej policzki przybrały barwę szkarłatu. 

- Czy ktoś chciałby jeszcze coś powiedzieć Stefano? - zapytała Bonnie, która trzymała 

telefon. 

Matt, który dotąd milczał, teraz wypalił: 

- Czy  moŜemy  porozmawiać  z  Eleną?  Tylko  się  przywitamy.  To  znaczy  juŜ  cały 

tydzień... 

- Chyba lepiej, Ŝebyście porozmawiali z nią osobiście. Jak przyjedziecie, zrozumiecie 

dlaczego. - Stefano się rozłączył. 

Byli w domu Meredith, siedzieli przy starym stole w ogródku. 

background image

- Przynajmniej  moŜemy  zanieść  im  coś  do  jedzenia  -  stwierdziła  Bonnie,  podnosząc 

się z krzesła. - Bóg jeden wie, czym karmi ich pani Flowers, o ile w ogóle. 

Matt równieŜ wstał. 

- Obiecaliśmy  coś  Stefano  -  powiedziała  cicho  Meredith.  -  Najpierw  musimy  złoŜyć 

przysięgę. I wyrazić zgodę na poniesienie konsekwencji w razie jej niedotrzymania. 

- Wiem,  Ŝe  chodzi  ci  o  mnie  -  zaperzyła  się  Caroline.  -  Dlaczego  po  prostu  tego  nie 

powiesz? 

- Masz  rację.  Miałam  na  myśli  ciebie.  Dlaczego  nagle  tak  bardzo  interesujesz  się 

Eleną? Skąd mamy mieć pewność, Ŝe nie rozpowiesz o niej po całym mieście? 

- Dlaczego miałabym to zrobić? 

- Dla rozgłosu. Uwielbiasz być w centrum uwagi. Opowiedzenie ludziom wszystkich 

ekscytujących szczegółów sprawiłoby ci rozkosz. 

- Albo  Ŝeby  się  zemścić  -  dodała  Bonnie,  siadając  z  powrotem.  -  Albo  z  zazdrości. 

Albo z nudy. Albo... 

- Dosyć! - przerwał jej Matt. - Tyle powodów chyba wystarczy. 

- Jeszcze  tylko  jedno  -  powiedziała  Meredith,  wciąŜ  tak  samo  cichym  głosem.  - 

Dlaczego  tak  bardzo  ci  zaleŜy,  Ŝeby  ją  zobaczyć,  Caroline?  Nie  byłyście  w  dobrych 

stosunkach,  odkąd  Stefano  przybył  do  Fell's  Church.  Pozwoliliśmy  ci  wziąć  udział  w 

rozmowie z nim, ale po tym, co powiedział... 

- JeŜeli  naprawdę  nie  wiesz,  dlaczego  mi  na  tym  zaleŜy,  po  wszystkim,  co  się  stało 

tydzień  temu...  cóŜ,  sądziłam,  Ŝe  zrozumiesz  sama!  -  Caroline  utkwiła  w  niej  zielone  oczy 

Meredith wytrzymała jej spojrzenie z kamiennym wyrazem twarzy. 

- W porządku! - wykrzyczała Caroline. - Zabiła go dla mnie. Czy wezwała go na sąd, 

czy cokolwiek z nim zrobiła. Tego wampira, Klausa. A po tym, gdy mnie porwał i... i uŜywał 

jak zabawki... kiedy tylko chciał krwi... - Jej twarz wykrzywił grymas bólu. 

Bonnie  zaczynała  jej  współczuć,  ale  jednocześnie  miała  się  na  baczności.  Intuicja 

podpowiadała jej, Ŝe coś tu nie gra. ZauwaŜyła teŜ, Ŝe chociaŜ Caroline mówi o Klausie, nie 

wspomina  nic  o  drugim  porywaczu,  Tylerze  Smallwoodzie  -  wilkołaku.  MoŜe  dlatego,  Ŝe 

Tyler był jej chłopakiem, zanim uwięzili ją z Klausem. 

- Przykro  mi  -  powiedziała  Meredith.  Brzmiała  jakby  naprawdę  było  jej  przykro.  - 

Więc chcesz podziękować Elenie. 

- Tak. Chcę jej podziękować. - Caroline oddychała cięŜko. - I chcę się upewnić, Ŝe z 

nią wszystko w porządku. 

- Dobrze.  Ale  ta  przysięga  będzie  cię  wiązać  na  długi  czas  -  ciągnęła  spokojnie 

background image

Meredith. - MoŜesz zmienić zdanie jutro, w przyszłym tygodniu, za miesiąc... Nie ustaliliśmy, 

co będzie groziło za złamanie przysięgi. 

- Meredith, nie moŜemy grozić Caroline - wtrącił się Matt. 

- Ani skłonić kogo innego, Ŝeby jej groził - dodała rozsądnie Bonnie. 

- Nie,  nie  moŜemy  -  przyznała  Meredith.  -  Ale...  Tej  jesieni  będziesz  się  ubiegać  o 

miejsce w Ŝeńskim bractwie w college'u, prawda, Caroline? Zawsze mogę powiedzieć twoim 

„siostrom”,  Ŝe  złamałaś  obietnicę  dotyczącą  kogoś  bezbronnego,  kto  nie  mógłby  cię 

skrzywdzić  i  kto  na  pewno  nie  chciałby  cię  skrzywdzić.  Jakoś  podejrzewam,  Ŝe  nie  byłyby 

szczególnie zachwycone twoją postawą. 

Caroline znów się zarumieniła. 

- Nie zrobiłabyś tego. Nie rozpowiadałabyś o tym w college'u... 

Meredith przerwała jej ostro. 

- Przekonaj się. 

Caroline straciła pewność siebie. 

- Nie  powiedziałam,  Ŝe  nie  złoŜę  przysięgi  albo  Ŝe  nie  zamierzam  jej  dotrzymać. 

Naprawdę nauczyłam się paru rzeczy tego lata. 

Mam  nadzieję.  Nikt  nie wypowiedział  tych  słów,  ale  wydawało  się,  jakby  zawisły  w 

powietrzu.  W  minionym  roku  dokuczanie  Stefano  i  Elenie  Caroline  traktowała  jak  swoje 

nowe hobby. 

Bonnie zmieniła zdanie. Coś kryło się za słowami Caroline. Nie wiedziała, skąd to wie 

- musiał zadziałać szósty zmysł, którym była obdarzona. Ale moŜe to miało coś wspólnego z 

tym,  jak  bardzo  Caroline  się  zmieniła,  z  tym,  czego  się  nauczyła.  Bonnie  tak  próbowała  to 

sobie tłumaczyć. 

Tak często Caroline pytała ją o Elenę w ciągu tego tygodnia. Czy na pewno wszystko 

z nią w porządku? Czy moŜe posłać jej kwiaty? Czy moŜna ją juŜ odwiedzić? Była natrętna, 

ale  Bonnie  nie  miała  serca,  Ŝeby  jej  to  powiedzieć.  Wszyscy  czekali  z  niepokojem,  Ŝeby 

zobaczyć, jak Elena się miewa... po powrocie z zaświatów. 

Meredith,  która  zawsze  miała  przy  sobie  długopis  i  kartkę  papieru,  napisała  kilka 

słów. 

- Co powiecie na to? - zapytała. Wszyscy nachylili się nad stołem. 

„Przysięgam  nie  mówić  nikomu  o  jakichkolwiek  nadnaturalnych  wydarzeniach 

związanych  ze  Stefano  i  Eleną,  chyba  Ŝe  otrzymam  wyraźne  pozwolenie  od  jednego  z  nich. 

Pomogę równieŜ ukarać kaŜdego, kto złamie tę przysięgę, w sposób, który zostanie określony 

przez  resztę  grupy.  Przysięga  ta  obowiązuje  na  wieczny  czas,  a  przypieczętuję  ją  własną 

background image

krwią”. 

Matt pokiwał głową. 

- ”Na wieczny czas”, doskonale. Brzmi dokładnie tak, jak powinno. 

Potem  uroczyście  składali  przysięgę.  KaŜdy  po  kolei  odczytał  tekst  i  złoŜył  pod  nim 

swój  podpis,  po  czym  nakłuł  czubek  palca  agrafką,  którą  Meredith  wyciągnęła  z  torebki,  i 

przypieczętował przysięgę kroplą krwi. 

- Teraz  to  cyrograf  -  oznajmiła  Bonnie  tonem  kogoś,  kto  wie,  o  czym  mówi.  -  Nie 

radziłabym go zrywać. 

I wtedy właśnie to się stało. Kartka z tekstem przysięgi leŜała na środku stołu. Z dębu 

rosnącego  na  granicy  ogródka  i  lasu  sfrunął  wielki  kruk.  Wylądował  na  stole,  wydając  z 

siebie  przenikliwy  skrzek.  Bonnie  zaczęła  krzyczeć.  Kruk  przyjrzał  się  po  kolei  czworgu 

ludzi,  którzy  w  popłochu  odsuwali  krzesła  od  stołu.  To  był  największy  kruk,  jakiego 

kiedykolwiek widzieli. Jego pióra opalizowały w promieniach słońca. 

Kruk  wpatrywał  się  w  kartkę.  Wydawał  się  czytać  cyrograf.  A  potem  zrobił  coś  tak 

szybko, Ŝe Bonnie ze strachu schowała się za plecami Meredith. RozłoŜył skrzydła, pochylił 

się i zaczął gwałtownie uderzać dziobem w papier. 

A potem odleciał z głośnym łopotem skrzydeł. Cała czwórka patrzyła za nim, aŜ stał 

się maleńkim punktem na niebie. 

- Zniszczył naszą przysięgę - krzyknęła Bonnie zza pleców Meredith. 

- Nie sądzę - odpowiedział Matt, który stał bliŜej stołu. 

Kiedy odwaŜyli się podejść i spojrzeć na kartkę, Bonnie poczuła, jakby ktoś wysypał 

jej wiadro lodu na plecy. Serce zaczęło jej walić jak szalone. 

Choć  wydawało  się  to  niemoŜliwe,  ślady  po  wściekłym  dziobaniu  były  czerwone, 

jakby kruk podpisał się własną krwią. Układały się w ozdobne, delikatne litery: „D” 

I poniŜej: 

„Elena jest moja”. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Z  podpisanym  cyrografem  leŜącym  bezpiecznie  w  torebce  Bonnie  podjechali  pod 

pensjonat pani Flowers, w którym mieszkał Stefano. Szukali właścicielka, ale jak zwykle nie 

moŜna  jej  było  znaleźć.  Weszli  więc  na  górę  po  schodach  przykrytych  wytartym  dywanem, 

wołając niecierpliwie: 

- Stefano! Elena! To my! 

Otworzyły się drzwi na samej górze i wychylił się zza nich Stefano. Wyglądał... jakoś 

inaczej. 

- Musi być szczęśliwy - szepnęła Bonnie do Meredith. 

- Myślisz? 

- Oczywiście. Odzyskał Elenę. 

- No, tak. Taką jak wcześniej. Widziałaś ją w lesie - powiedziała znacząco Meredith. 

- Ale... to... och, nie! Ona znowu jest człowiekiem! Matt spojrzał na nie wymownie. 

- Przestaniecie w końcu? Usłyszą nas. 

Bonnie  nie  była  przekonana.  Oczywiście,  Stefano  mógłby  ich  usłyszeć,  ale  jeŜeli 

miałaby  się  martwić  o  to,  co  Stefano  słyszy,  musiałaby  teŜ  martwić  się  o  swoje  myśli  - 

Stefano zawsze mógł odczytać ich sens, nawet jeŜeli nie konkretne słowa. 

- Chłopcy  -  syknęła.  -  To  znaczy,  wiem,  Ŝe  są  absolutnie  niezbędni  i  w  ogóle,  ale 

czasem po prostu niczego nie rozumieją. 

- Poczekaj, aŜ będziesz miała do czynienia z dorosłymi męŜczyznami - wyszeptała w 

odpowiedzi  Meredith.  Bonnie  pomyślała  o  Alaricu  Saltzmannie,  doktorancie  w  college'u,  z 

którym Meredith była, powiedzmy, związana. 

- Mogłabym  powiedzieć  coś  na  ten  temat  -  dodała  Caroline  z  miną  znawczyni 

męŜczyzn. 

- Bonnie  na  szczęście  na  razie  nie  musi  nic  o  tym  wiedzieć.  Ma  jeszcze  mnóstwo 

czasu - przerwała jej Meredith matczynym tonem. - Chodźmy do środka. 

- Siadajcie,  siadajcie  -  zapraszał  ich  Stefano,  gdy  wchodzili.  Gospodarz  idealny  Ale 

nikt nie siadał. Wszyscy wpatrywali się w Elenę. 

Siedziała  po  turecku  przed  otwartym  oknem.  Jej  włosy  znów  miały  odcień  złota,  nie 

były  juŜ  białe  jak  wtedy,  gdy  Stefano  nieumyślnie  zmienił  ją  w  wampira.  Wyglądała  tak 

samo, jak zapamiętała Bonnie. 

Poza tym, Ŝe unosiła się metr nad podłogą. 

background image

Cała czwórka wpatrywała się w Elenę bez tchu. 

- Ona  to  po  prostu  robi  -  powiedział  Stefano  niemal  przepraszającym  tonem.  - 

Obudziła  się  następnego  dnia  po  naszej  walce  z  Klausem  i  zaczęła  lewitować.  Jeszcze  nie 

podlega siłom grawitacji. 

Odwrócił się do Eleny. 

- Spójrz,  kto  cię  odwiedził  -  szepnął  zachęcająco.  Elena  spojrzała  z  zaciekawieniem. 

Uśmiechała się do kaŜdego po kolei, ale najwidoczniej nie rozpoznawała nikogo. 

Bonnie wyciągnęła do niej ramiona. 

- Elena?  To  ja,  Bonnie,  pamiętasz?  Byłam  tam,  kiedy  wróciłaś.  Tak  strasznie  się 

cieszę, Ŝe cię widzę. 

- Eleno,  pamiętasz?  -  spróbował  jeszcze  raz  Stefano.  -  To  twoi  przyjaciele,  twoi 

dobrzy przyjaciele. Ta ciemnowłosa, wysoka piękna dziewczyna to Meredith, ta filigranowa 

ruda ślicznotka to Bonnie, a ten jakŜe amerykański przystojniał: to Matt. 

Na dźwięk imienia Matt Elena drgnęła. 

- Matt - powtórzył Stefana. 

- A ja? Czyja jestem niewidzialna? - zapytała Caroline, stojąca w drzwiach. Udało jej 

się  sprawić,  Ŝe  zabrzmiało  to  Ŝartobliwie,  ale  Bonnie  i  tak  wiedziała,  Ŝe  naprawdę  zgrzyta 

zębami na sarn widok Eleny i Stefano. 

- Oczywiście, przepraszam - odpowiedział Stefano i zrobił coś, na co nie mógłby sobie 

pozwolić  Ŝaden,  osiemnastolatek,  jeŜeli  nie  chciałby  wyjść  na  idiotę.  Wziął  dłoń  Caroline  i 

ucałował  ją  w  sposób  tak  dystyngowany  i  szarmancki,  jakby  był  arystokratą  z  renesansu. 

Którym zresztą był, pomyślała Bonnie. 

Caroline nie mogła ukryć, Ŝe mile połechtał ją gest Stefano. 

- Natomiast  ta  opalona  piękność  to  Caroline  -  dokończył  prezentacje,  puszczając  jej 

dłoń. Po czym dodał miękko, tonem, który  Bonnie słyszała tylko kilka razy  - Nie pamiętasz 

ich, najdroŜsza? Zaryzykowali dla ciebie Ŝycie. 

Elena  wciąŜ  unosiła  się  w  powietrzu,  teraz  w  pozycji  wyprostowanej,  kołysząc  się 

lekko na boki, jak boja na jeziorze. 

- Zrobiliśmy  to,  bo  cię  kochamy  -  wyjaśniła  Bonnie,  jeszcze  raz  wyciągając  ramiona 

do. Eleny. - Ale nie sądziliśmy, Ŝe cię odzyskamy. - Jej oczy napełniły się łzami. - Wróciłaś 

jednak. Nie pamiętasz nas? 

Elena stanęła na ziemi tuŜ przed nią. 

Nic  nie  wskazywało  na  to,  Ŝe  rozpoznaje  przyjaciół,  ale  na  jej  twarzy  pojawiły  się 

spokój  i  błogość.  Promieniowała  radością  i  miłością.  Bonnie  zamknęła  oczy  i  głęboko 

background image

odetchnęła.  Czuła  energię  emanującą  od  Eleny  jak  słońce  na  twarzy,  jak  szum  oceanu  w 

uszach.  Prawie  się  rozpłakała  wzruszona  dobrocią,  którą  uosabiała  Elena  -  choć  słowa 

„dobroć” dziś prawie się nie uŜywa, jednak są ludzie, uczynki po prostu niewyraŜalnie dobre. 

Elena była dobra. 

A potem Elena lekko, dotknęła jej ramienia i pofrunęła w stronę Caroline. Wyciągnęła 

ręce, by ją objąć. 

Caroline  się  spłoszyła.  Jej  policzki  i  szyja  zrobiły  się  purpurowe.  Bonnie  nie 

rozumiała, co się dzieje, ale zachowanie Eleny nie przeszkadzało jej. W końcu ona i Caroline 

były  kiedyś  przyjaciółkami  -  zanim  pojawił  się  Stefano.  To  dobrze,  Ŝe  Elena  postanowiła 

pierwszą uściskać Caroline. 

Elena objęła Caroline i zanim ta zdąŜyła się odezwać, pocałowała ją mocno w usta. To 

nie był delikatny pocałunek. Elena objęła Caroline i całowała ją długo i mocno. Dziewczyna 

zamarła zszokowana, a potem zaczęła się wyrywać z uścisku Eleny tak gwałtownie, Ŝe tamta 

odfrunęła od niej, otwierając szeroko oczy. 

Stefano chwycił ją pewnie jak bramkarz broniący strzału z duŜej odległości. 

- Co jest, do cholery? - Caroline zawzięcie ocierała usta wierzchem dłoni. 

- Caroline!  -  zawołał  Stefano.  -  Tb  nie  ma  nic  wspólnego  z  tym,  co  myślisz.  Nic 

wspólnego z seksem. Ona po prostu próbuje cię rozpoznać, dowiedzieć się, kim jesteś. 

- Pieski  preriowe  -  powiedziała  Meredith  spokojnie,  -  Pieski  preriowe  całują  się  na 

powitanie. To działa właśnie tak, jak mówisz: pomaga im się zidentyfikować. 

Caroline  była  jednak  zbyt  wstrząśnięta,  by  to  wyjaśnienie  mogło  ją  uspokoić. 

Ocieranie  ust  nie  było  dobrym  pomysłem  -  rozmazała  sobie  szkarłatną  szminkę,  więc 

wyglądała teraz jak bohaterka filmu Narzeczona Drakuli. 

- Czy ty oszalałaś? Myślisz, Ŝe kim ja jestem? śe jakieś chomiki tak robią, to jest niby 

w porządku? - Poczerwieniała jeszcze bardziej, od ramion aŜ po czubek głowy. 

- Pieski preriowe. Nie chomiki. 

- Och, co za… - Caroline przerwała, nerwowo przeszukując torebkę, w końcu Stefano 

podał jej pudełko chusteczek. Sam otarł juŜ ślady szminki Caroline z ust Eleny. 

Caroline poszła do łazienki i zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Bonnie  i  Meredith  wymieniły  porozumiewawcze  spojrzenia  i  jednocześnie 

wybuchnęły śmiechem. Bonnie skrzywiła się, naśladując minę Caroline, i na niby otarła usta 

wyimaginowaną garścią chusteczek. A potem jeszcze jedną. Meredith z dezaprobatą pokręciła 

głową,  ale  ani  ona,  ani  Matt  i  Stefano  nie  mogli  przestać  się  śmiać.  Nie  tylko  śmieszyła  ich 

reakcja  Caroline,  musieli  teŜ  rozładować  napięcie  -  teraz,  kiedy  Elena  znów  była  z  nimi  po 

background image

sześciu miesiącach. 

Przestali,  gdy  z  łazienki  wyleciało  pudełko  po  chusteczkach,  niemal  trafiając  Bonnie 

w głowę. Wtedy dopiero zauwaŜyli, Ŝe drzwi łazienki są otwarte, W łazience  wisiało lustro. 

Bonnie zauwaŜyła w nim wyraz twarzy Caroline. 

Tak, Caroline widziała, jak się z niej śmiali. 

Drzwi  zamknęły  się  ponownie.  Bonnie  zaczęła  nerwowo  bawić  się  swoimi  rudymi 

lokami, marząc, by podłoga pod nią rozstąpiła się i pochłonęła ją. 

- Przeproszę ją. - Bonnie głośno przełknęła ślinę. Uniosła wzrok i zorientowała się, Ŝe 

wszyscy wpatrują się w Elenę, która wyglądała na bardzo zranioną tym, Ŝe została odrzucona. 

Dobrze,  Ŝe  kazaliśmy  Caroline  podpisać  cyrograf,  pomyślała.  I  Ŝe  podpisał  go  teŜ 

wiecie  -  kto.  JeŜeli  jest  jedna  rzecz,  na  którą  moŜna  było  liczyć,  jeśli  chodzi  o  Damona,  to 

była nią konsekwencja. 

Bonnie  podeszła  do  przyjaciół  otaczających  Elenę,  która  się  wyrywała.  Stefano 

próbował ją przytrzymać. Matt i Meredith przekonywali Elenę, Ŝe wszystko jest w porządku. 

Elena  przestała  się  szamotać.  Płakała  rzęsistymi  łzami.  Zamiast  szczęścia,  które 

emanowało  od  niej  wcześniej,  Bonnie  wyczuwała  teraz  poczucie  krzywdy  i  Ŝal,  a  takŜe 

zrozumienie. 

- Nie  mogłaś  wiedzieć,  Ŝe  Caroline  tak  się  zdenerwuje.  Nie  zrobiłaś  jej  nic  złego.  - 

Bonnie głaskała ją uspokajająco. 

Łzy wciąŜ spływały po policzkach Eleny, a Stefano zbierał je chusteczką, jakby byty 

diamentami. 

- Ona myśli, Ŝe Caroline spotkało coś złego - wytłumaczył im - i martwi się o nią. Nie 

rozumiem, o co chodzi. 

Bonnie  uświadomiła  sobie,  Ŝe  Elena  moŜe  się  przecieŜ  porozumiewać  ze  Stefano 

telepatycznie. 

- Ja  teŜ  to  wyczułam  -  powiedziała.  -  Ból.  Ale  powiedz  jej...  to  znaczy...  Eleno, 

obiecuję, Ŝe przeproszę Caroline. Pokajam się. 

- Wszyscy będziemy musieli się kajać - wtrąciła Meredith. - Ale wcześniej chciałabym 

się upewnić, Ŝe nasza zagubiona dusza rozpozna mnie. 

Objęła Elenę i pocałowała ją. 

Niestety,  w  tej  samej  chwili  Caroline  otworzyła  drzwi  łazienki.  Zatrzymała  się  w 

progu. 

- Nie wierzę! - krzyknęła piskliwie. - WciąŜ to robicie! To odra. 

- Caroline - przerwał jej Stefano ostrzegawczym tonem. 

background image

Caroline - piękna, smukła, opalona - nerwowo wyłamywała palec. 

- Przyszłam  zobaczyć  się  z  Eleną.  Z  dawną  Eleną.  I  co  widzę?  Ona  jest  jak  dziecko, 

nie potrafi mówić. Unosi się w powietrzu jak jakiś szalony guru. Jak jakaś perwersyjna... 

- Przestań! - przerwał jej cicho, ale stanowczo, Sterano. - Mówiłem wam, juŜ za kilka 

dni powinna zachowywać się normalnie, sądząc po postępach, jakie zrobiła dotychczas. 

Stefano  rzeczywiście  jest  jakaś  inny,  pomyślała  Bonnie.  Nie  tylko  szczęśliwszy,  Ŝe 

odzyskał  Elenę.  Jest…  w  jakiś  sposób  silniejszy.  Zawsze  był  spokojny  -  odczuwała  jego 

spokój jak taflę jeziora. Teraz odbierała emocje chłopaka jak tsunami. 

Co mogło go tak bardzo zmienić? 

Odpowiedź otrzymała natychmiast, chociaŜ w postaci kolejnego pytania. Elena wciąŜ 

była częściowo duchem, podpowiadała jej intuicja. Co się dzieje, kiedy wypijesz krew kogoś, 

kto jest pól duchem, pół człowiekiem? 

- Caroline,  po  prostu  zapomnijmy  o  tym  -  zaproponowała  pojednawczo.  - 

Przepraszam, bardzo, bardzo przepraszam, wiesz. Źle zrobiłam i przepraszam. 

- Och,  oczywiście,  przeprosiłaś  i  wszystko  w  porządku,  tak?  -  Głos  Caroline  był 

lodowaty  jak  płynny  azot.  Zdecydowanym  ruchem  odwróciła  się  do  nich  plecami.  Bonnie 

zdąŜyła dostrzec w jej oczach łzy. 

Elena  i  Meredith  wciąŜ  obejmowały  się,  a  ich  policzki  były  mokre  od  łez.  Patrzyły 

sobie w oczy, a Elena znów jaśniała nieziemskim blaskiem. 

- Teraz  juŜ  zawsze  cię  rozpozna,  Meredith  -  powiedział  Stefano.  -  Nie  tylko  twoją 

twarz,  ale  takŜe  twoje  wnętrze,  twoją  duszę.  Powinienem  o  tym  wspomnieć  wcześniej,  ale 

dotąd tylko mnie poznała w ten sposób i nie wiedziałem... 

- Powinieneś był wiedzieć! - Caroline podeszła do niego wściekła. 

- Pocałowałaś dziewczynę i co z tego? - wybuchła Bonnie. - Co, myślisz, Ŝe wyrośnie 

ci broda? 

Gęstniejąca  atmosfera  w  pokoju  zadziałała  na  Elenę  jak  iskra  wzniecająca  poŜar. 

Zaczęta  fruwać  po  pokoju  z  prędkością  kufi  armatniej,  W  jej  włosach  pojawiały  się 

elektryczne  iskry  za  kaŜdym  razem,  gdy  nagle  zatrzymywała  się  lub  skręcała.  Gdy  mijała 

otwarte  okno,  Bonnie  pomyślała,  Ŝe  trzeba  natychmiast  zorganizować  jej  jakieś  ubrania. 

Spojrzała  na  Meredith  i  dostrzegła,  Ŝe  przyjaciółka  uświadomiła  sobie  to  samo.  Tak,  muszą 

znaleźć Elenie coś do ubrania. A zwłaszcza bieliznę. 

Kiedy  Elena  zatrzymała  się  i  Bonnie  zbliŜyła  się  do  niej,  tak  nieśmiało  jak  do 

chłopaka, z którym miała się całować po raz pierwszy w Ŝyciu, Caroline znowu wybuchnęła. 

- Ciągle to robisz! - Teraz juŜ prawie, skrzeczała. - Co jest z tobą? Nie masz wstydu? 

background image

Tb,  niestety,  wywołało  u  Bonnie  i  Meredith  kolejny  atak  śmiechu,  który  próbowały 

stłumić. Nawet Stefano się śmiał. Na nic się zdały jego dobre maniery. Poczucie obowiązku 

uprzejmego traktowania Caroline, która była jego gościem, przegrało z komizmem sytuacji. 

Bonnie spojrzała na Elenę i zauwaŜyła, Ŝe patrzy ona na Caroline z dziwnym wyrazem 

twarzy, Nie wyglądało to, jakby się jej bata, ale jakby bardzo bała się o nią. 

- Wszystko  w  porządku?  -  wyszeptała  Bonnie.  Ku  jej  zaskoczeniu  Elena  skinęła,  a 

potem  spojrzała  na  Caroline  i  pokręciła  głową.  Przyglądała  się  jej  uwaŜnie  jak  lekarz 

badający bardzo chorego pacjenta. 

Po  czym  podleciała  do  niej,  wyciągając  rękę.  Caroline  odsunęła  się,  jakby  myśl  o 

dotknięciu  Eleny  była  odraŜająca.  Nie,  dotyk  Eleny  nie  budził  w  niej  wstrętu,  pomyślała 

Bonnie. Caroline bała się tego dotyku. 

- Skąd mogę wiedzieć, co teraz, zrobi? - broniła się Caroline, ale Bonnie wiedziała, Ŝe 

to nie jest prawdziwy powód jej strachu. Co tu się dzieje? - zastanawiała się. Elena boi się o 

Caroline, Caroline boi się Eleny. Co to znaczy? 

Bonnie  dostała  gęsiej  skórki.  Coś  było  nie  tak  z  Caroline.  Nigdy  wcześniej  nie 

spotkała się z czymś takim. A powietrze... powietrze wydawało się gęstnieć jak przed burzą. 

Caroline odwróciła się, Ŝeby nie patrzeć na Elenę. Stanęła za krzesłem. 

- Po  prostu  trzymajcie  ją,  do  cholery,  z  dała  ode  mnie,  dobrze?  Nie  pozwolę,  Ŝeby 

jeszcze  raz  mnie  dotknęła...  -  zaczęła,  kiedy  Meredith  powiedziała  cicho  dwa  słowa,  które 

zmieniły sytuację. 

- Co powiedziałaś? - zapytała zdumiona Caroline. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Damon jeździł po mieście bez celu, kiedy zauwaŜył tę dziewczynę. 

Była sama, szła chodnikiem, wiatr rozwiewał jej włosy, niosła torby z zakupami. 

Damon  zachował  się  jak  dŜentelmen.  Zatrzymał  samochód,  poczekał,  aŜ  dziewczyna 

zrówna się z nim, wyskoczył z auta i otworzył drzwi od strony pasaŜera. 

Miała na imię Damaris. 

Po chwili ferrari pędziło z taką prędkością Ŝe włosy Damaris powiewały jak sztandar. 

Dziewczyna  zasługiwała  na  komplementy,  jakie  Damon  rozdawał  przez  cały  ten  dzień. 

Ucieszyło go to, bo zaczynało mu juŜ brakować wyobraźni. 

Schlebianie  tej  uroczej  istocie,  z  burzą  rudozłotych  włosów  i  mleczną,  cerą,  nie 

wymagało  wyobraźni.  Nie  spodziewał  się  z  jej  strony  Ŝadnych  problemów  i  zamierzał 

zatrzymać ją na noc. 

Veni, vidi, vici, pomyślał i uśmiechnął się do siebie. A potem poprawił się - no, moŜe 

jeszcze nie zwycięŜyłem, ale stawiam ferrari, Ŝe zwycięŜę. 

Zatrzymali  się  przy  punkcie  widokowym.  Kiedy  Damaris  upuściła  torebkę  i  schyliła 

się,  by  ją  podnieść,  Damon  zobaczył  jej  odsłonięty  kark,  od  którego  bieli  odcinały  się  rude 

włosy. 

Natychmiast pocałował ją w. kark, bez zastanowienia. Miała skórę ciepłą i miękką jak 

niemowlę.  Nie  próbował  kontrolować  jej  reakcji  ciekaw,  czy  da  mu  w  twarz.  Ona 

wyprostowała  się  tylko  i  odetchnęła  głęboko,  ale  pozwoliła  mu  objąć  się  i  całować. 

Ciemnoniebieskie oczy drŜącej dziewczyny wyraŜały zarazem opór i zachwyt. 

- Nie... nie powinnam była ci na to pozwalać. Chcę wrócić do domu. 

Damon uśmiechnął się. Jego ferrari było bezpieczne. 

Jej  ostateczna  kapitulacja  będzie  bardzo  przyjemna,  pomyślał,  kiedy  wracali  do 

miasta.  JeŜeli  nie  zawiedzie  jego  oczekiwań,  moŜe  nawet  zatrzyma  ją  na.  kilka  dni,  moŜe 

nawet ją przemieni. 

Teraz  jednak  dręczył  go  dziwny  niepokój.  Chodziło  o  Elenę  oczywiście.  Być  tak 

blisko  niej  i  nie  śmieć  się  zbliŜyć  z  obawy  o  to,  co  mógłby  jej  zrobić.  Do  diabła,  co 

powinienem zrobić, zaklął w duchu. Stefano miał rację - coś było z nim nie tak. 

Był  sfrustrowany  tak  bardzo,  Ŝe  nigdy  się  o  to  nie  posądzał.  To,  co  powinien  był 

zrobić, to przewrócić swojego braciszka twarzą do ziemi, skręcić mu kark, a potem pójść na 

górę po wąskich skrzypiących schodach i zabrać Elenę, czyby tego chciała, czy nie. Nie zrobił 

background image

tego  z  powodu  jakiejś  sentymentalnej  bzdury,  obawiając  się  jej  protestów,  gdy  uniósłby  jej 

doskonały podbródek i zatopił opuchłe z głodu kły w białej jak lilia szyi. 

Snucie fantazji przerwał mu jakiś hałas. 

- ...nie sądzisz? - pytała Damaris. 

Zirytowany  i  zbyt  pochłonięty  swoimi  myślami,  by  zastanawiać  się,  o  czym 

dziewczyna  mówi,  po  prostu  wyłączył  jej  umysł.  Damaris  była  śliczna,  ale  strasznie 

gadatliwa. 

Siedziała  teraz  z  -  włosami  rozwiewanymi  przez  wiatr,  niewidzącymi  oczami, 

zwęŜone źrenice były nieruchome. 

Wszystko  na  nic.  Damon  westchnął  zrezygnowany.  Nie  potrafił  wrócić  do  swojego 

snu  na  jawie.  Nawet  gdy  w  samochodzie  panowała  cisza,  przeszkadzał  mu  wyimaginowany 

szloch Eleny. 

Ale gdyby przemienił ją w wampira, nie szlochałaby, podpowiedział jakiś głos w jego 

głowie.  Damon  kiedyś  chciał  uczynić  ją  swoją  królową  nocy  -  dlaczego  nie  spróbować 

znowu?  NaleŜałaby  do  niego  całkowicie.  A  Ŝe  musiałby  zrezygnować  z  jej  ludzkiej  krwi... 

cóŜ, teraz teŜ jej nie pił, prawda? - ciągnął głos, Elena, blada i otoczona aurą mocy, z włosami 

niemal  srebrnymi,  w  czarnej  sukni  kontrastującej  z  jej  alabastrową  skórą.  Ta  wizja 

przyspieszyłaby bicie serca kaŜdego wampira. 

Pragnął  jej  bardziej  niŜ  kiedykolwiek  -  teraz,  gdy  była  dachem.  Nawet  jako 

wampirzyca zachowała  duŜo ze swojej natury.  Mógł sobie to wyobrazić: jej światłość i jego 

mrok,  jej  miękka  biel  w  jego  muskularnych,  odzianych  w  czerń  ramionach.  Zamknąłby  te 

cudowne usta pocałunkami, okryłby nimi ją całą... 

O czym on myślał? Wampiry nie całują ot tak, dla przyjemności - a juŜ zwłaszcza nie 

całują  innych  wampirów.  Krew,  polowanie  -  tylko  to  się  liczy  Całowanie,  jeŜeli  nie  było 

konieczne  do  zdobycia,  ofiary,  nie  miało  sensu.  Do  niczego  nie  mogło  prowadzić.  Tylko 

sentymentalni idioci jak jego brat zawracali sobie głowę takimi głupstwami. Para wampirów 

moŜe dzielić się krwią śmiertelnika, atakując jednocześnie, wspólnie kontrolując jego umysł, 

sami połączeni umysłami. W tym tylko wampiry znajdują przyjemność. 

Niemniej  Damon  był  podniecony  wizją  całowania  Eleny,  zmuszania  jej  do 

pocałunków, uczucia satysfakcji, gdy w. końcu złamie jej opór. 

MoŜe  wariuję,  pomyślał  Damon  zaintrygowany.  Nic  przypomina!  sobie,  Ŝeby  coś 

takiego  zdarzyło  mu  się  kiedykolwiek  wcześniej,  ale  pociągała  go  myśl  o  całowaniu  Eleny. 

Od wieków nie był tak podniecony. 

Tym  lepiej  dla  ciebie,  Damaris.  Dotarli  juŜ  do  rogu  skrzyŜowania  Sycamore  Street  i 

background image

Old Wood. Dalej droga stawała się coraz bardziej kręta i niebezpieczna - Nie przejmując się 

tym,  obrócił  się  do  dziewczyny,  Ŝeby  ją  obudzić.  Z  zadowoleniem  zauwaŜył,  Ŝe  wiśniowy 

kolor jej warg jest naturalny Pocałował ją delikatnie i czekał na reakcję. 

Przyjemność. Widział, jak jej umysł się nią wypełnia. 

Rzucił  okiem  na  drogę  przed  sobą  i  spróbował  jeszcze  raz.  Tym  razem  całował  ją 

dłuŜej.  Ucieszyła  go  jej  reakcja,  reakcje  ich  obojga.  To  było  niesamowite.  Musiało  to  się 

jakoś  wiązać  z  ilością  krwi,  którą  wypił  -  większą  niŜ  kiedykolwiek  w  ciągu  jednego  dnia  - 

albo kombinacją.... 

Musiał  przestać  zajmować  się  Damaris  i  skupić  uwagę  na  drodze.  Jakieś  niewielkie 

brunatne  zwierzę  pojawiło  się  ni  stąd,  ni  zowąd  przed  samochodem.  Damon  chwycił 

kierownicę obiema dłońmi, wbił w zwierzę zimne jak lodowiec oczy i nakierował samochód 

prosto na nie. 

Nie było aŜ tak małe - samochód mógł podskoczyć. 

- Trzymaj się - mruknął do Damaris. 

Zwierzę uskoczyło w ostatniej chwili. Damon gwałtownie skręcił kierownicą, chcąc je 

dopaść,  i  znalazł  się  na  skraju  rowu.  Tylko  nadludzki  refleks  wampira  -  i  precyzja  układu 

kierowniczego bardzo drogiego samochodu  - mogły  go uratować.  Na szczęście Damon miał 

jedno i drugie. Samochód obrócił się i zatrzymał z piskiem opon. 

Ale nie podskoczył. 

Damon  wysiadł  i  się  rozejrzał.  Zwierzę  jednak  zniknęło  równie  tajemniczo,  jak  się 

pojawiło. 

Dziwne. 

ś

ałował, Ŝe jechał pod słońce - jasne popołudniowe Światło osłabiło jego wzrok, Ale 

udało mu się zobaczyć niedoszłą ofiarę z bliska, kiedy ją mijał - stworzenie miało dziwaczny 

kształt: wąski pysk i jakby wachlarz z tyłu. 

No, cóŜ. 

Wrócił  do  samochodu,  w  którym  histeryzowała  Damaris.  Nie  był  w  nastroju  do 

uspokajania  kogokolwiek,  więc  znów  ją  uśpił.  Opadła  na  fotel,  a  łzy  powoli  obeschły  na  jej 

policzkach. 

Był  sfrustrowany.  Ale  przynajmniej  wiedział  juŜ,  co  chce  dzisiaj  zrobić.  Chciał 

znaleźć  jakiś  lokal  -  obskurną  i  brudną  knajpę  albo  wytworną  i  drogą  restaurację  -  i  innego 

wampira.  Biorąc  pod  uwagę  moce,  jakie  pulsowały  pod  Fell's  Church,  to  nie  powinno  być 

trudne. Wampiry i inne stworzenia nocy ciągnęły do takich miejsc jak ćmy do światła. 

A  potem  chciał  walczyć.  To  nie  byłaby  uczciwa  walka  -  Damon  był  najsilniejszym 

background image

Ŝ

yjącym  wampirem,  a  poza  tym  był  opity  krwią  najpiękniejszych  dziewcząt  miasta  Fell's 

Church. Ale nie obchodziło go to. Miał ochotę wyładować na czymś swoją frustrację, a jakiś 

wilkołak,  wampir  albo  ghoul  byłby  w  sam  raz.  MoŜe  nawet  więcej  niŜ  jeden  -  znów 

uśmiechnął  się  do  siebie,  a  w  jego  oczach  pojawił  się  groźny  błysk  -  jeŜeli  uda  mu  się  tyle 

znaleźć. A na deser - przepyszna Damaris. 

ś

ycie jest dobre. A nieŜycie, pomyślał Damon, nawet lepsze. Nie zamierzał siedzieć i 

narzekać tylko dlatego, Ŝe nie mógł natychmiast mieć Eleny. Zamierzał rozerwać się i stać się 

jeszcze  silniejszy  A  potem,  któregoś  dnia,  niedługo,  pójść  do  swojego  Ŝałosnego  młodszego 

brata i zabierze ją. 

Przez  chwilę  patrzył  we  wsteczne  lusterko.  Na  skutek  jakiegoś  załamania  światła,  a 

moŜe  wyładowania  w  atmosferze  przez  chwilę  wydawało  mu  się,  Ŝe  dostrzegł  w  swoich 

oczach czerwony płomień. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Powiedziałam  „wynoś  się”  -  powtórzyła  Meredith,  nie  podnosząc  głosu.  -  Mówisz 

okropne,  wstrętne  rzeczy.  Tak  się  składa,  Ŝe  to  Stefano  tuta  mieszka,  i  to  on  moŜe  cię 

wyprosić.  Ja  robię  to  jednak  za  niego,  poniewaŜ  on  jest  zbyt  dobrze  wychowany,  by 

powiedzieć dziewczynie , Ŝeby wynosiła się do diabła. 

Matt  odchrząknął.  Wcześniej  milczał,  teraz  zdecydował  się  powiedzieć,  co  myśli  o 

zachowaniu Caroline. 

- Znam  cię  zdecydowanie  zbyt  długo,  Ŝeby  owijać  w  bawełnę.  Meredith  mi  rację. 

JeŜeli  chcesz  obraŜać  Elenę,  i  nas,  wyjdź.  Ale  zanim  wyjdziesz,  chcę  ci  jeszcze  coś  po-

wiedzieć. NiezaleŜnie od tego, co Eleni robiła, kiedy... kiedy była tutaj wcześniej - jego głos 

załamał  się  na.  chwilę;  Bonnie  wiedziała,  Ŝe  miał  na  myśli  „tutaj,  na  Ziemi”  -  teraz  jest  tak 

podobna  do  anioła,  jak  to  tylko  moŜliwe.  Teraz  jest...  jest...  całkowicie...  -  Zawahał  się, 

szukając odpowiednich słów. 

- Niewinna jak dziecko - podpowiedziała Meredith. 

- Właśnie  -  przytaknął  Matt.  -  Niewinna,  wszystko,  co  robi,  jest  niewinne.  Twoje 

wstrętne słowa nie mogą jej splamić, ale my nie chcemy więcej słuchać wyzwisk. 

Stefano wyszeptał: „Dziękuję”. 

- Właśnie  wychodzę  -  wycedziła  Caroline  -  I  nie  praw  mi  kazań  o  niewinności  i 

czystości. Po tym wszystkim, co się tu stało! Pewnie chcesz sobie popatrzeć, jak dwie dziew-

czyny się całują. Pewnie... 

- Dość - powiedział Stefano spokojnie, ale jakaś niewidzialna siła zwaliła Caroline za 

drzwi. Za nią podąŜyła torebka. 

Potem drzwi zamknęły się cicho. 

Włoski na karku Bonnie się zjeŜyły. To była moc tak potęŜna, Ŝe dziewczyna stała jak 

sparaliŜowana.  Przeniesienie  Caroline  w  ten  sposób  -  a  to  nie  była  mała  dziewczynka  - 

wymagało wielkiej mocy. 

MoŜe  Stefano  zmienił  się  tak  bardzo  jak  Elena.  Bonnie  spojrzała  na  przyjaciółkę. 

Niepokój o Caroline sprawił, Ŝe Światłość emanująca od Eleny przygasła. 

Delikatnie dotknęła Elenę i pocałowała ją. 

Elena  szybko  się  odsunęła,  jakby  bała  się  wywołać  kolejną  awanturę.  Ale  to 

wystarczyło,  by  Bonnie  zrozumiała,  co  miała  na  myśli  Meredith,  mówiąc,  Ŝe  zachowanie 

Eleny  nie  ma  nic  wspólnego  z  seksem.  To  było...  Bonnie  miała  wraŜenie,.  Ŝe  jest  badana 

background image

przez kogoś, kto usiłuje ją poznać, uŜywając wszystkich zmysłów: Kiedy Elena odsunęła się 

od niej, promieniała światłem tak jak po pocałunku z Meredith. Wszystkie negatywne uczucia 

zostały... zniknęły. Bonnie poczuła, jakby światłość emanująca od Eleny objęła takŜe ją. - Nie 

powinniśmy jej przyprowadzać - powiedział Matt do Stefana. - Przepraszam za to. Znam ją i 

wiem, Ŝe mogłaby obrzucać wyzwiskami Elenę jeszcze długo, sama by nie wyszła. 

- Stefano się tym zajął - wtrąciła Meredith. - Czy to moŜe Elena? 

- To ja - przyznał Stefano. - Matt ma rację, a ja nie będę tolerował nikogo mówiącego 

ź

le o Elenie. 

Dlaczego  oni  o  tym  rozmawiają?  -  zastanawiała  się  Bonnie.  Meredith  i  Stefano  byli 

najmniej  skłonnymi  do  pogaduszek  osobami,  jakie  znała.  Wtedy  uświadomiła  sobie,  Ŝe  to  

powodu Matta, który podchodził wolno, ale z wyrazem determinacji do twarzy Eleny. 

Bonnie  podniosła  się  szybko.  Minęła  Matta,  nie  spoglądając  w  jego  stronę.  A  potem 

włączyła  się  do  rozmowy  Meredith  i  Stefano  o  tym.  co  się  stało.  Nie  było  dobrze  mieć 

Caroline za wroga, zgodzili się. Nic teŜ nie wskazywało na to, Ŝe kiedykolwiek nauczy się, Ŝe 

wszelkie  ataki  na  Elenę  w  końcu  obracają  się  przeciw  niej.  Bonnie  mogłaby  się  załoŜyć,  Ŝe 

knuje coś nowego juŜ teraz. 

- Ona  czuje  się  samotna.  -  Stefano  próbował  usprawiedliwić  Caroline.  -  Chce  być 

akceptowana  przez  kaŜdego  i  w  kaŜdej  sytuacji,  ale  jest...  wyalienowana.  Jakby  nikt,  kto  ją 

dobrze pozna, jej nie ufał. 

- W taki sposób próbuje się po prostu bronić - zgodziła się Meredith. - Ale moŜna by 

się jednak spodziewać odrobiny wdzięczności. W końcu ocaliliśmy jej Ŝycie. 

Jest w tym coś więcej, pomyślała Bonnie.  Intuicja próbowała jej coś powiedzieć - co 

mogło się zdarzyć, zanim udało im się ją uratować - ale była zbyt zdenerwowana, z powodu 

Eleny, Ŝeby się tym przejąć. 

- Dlaczego  ktoś  miałby  jej  ufać?  -  zapytała  Stefano.  Obejrzała  się  dyskretnie.  Elena 

miała  odtąd  rozpoznawać  Matta,  a  on  wyglądał,  jakby  miał  zemdleć.  -  Caroline  jest  piękna, 

jasne, ale to wszystko. O nikim nie powiedziała jednego dobrego słowa. Stale prowadzi jakąś 

grę... Wiem, Ŝe teŜ czasem to robimy, ale ona zawsze Ŝyczy ludziom źle. Oczywiście, potrafi 

uwieść  prawie  kaŜdego  faceta  -  nagle  opanował  ją  niepokój  i  dokończyła  zdanie  duŜo 

głośniej, Ŝeby go odsunąć - ale jeŜeli jesteś dziewczyną, to nie widzisz w niej więcej niŜ parę 

długich nóg i du... 

Bonnie przerwała, bo Meredith i Stefano zastygli w bezruchu z identycznym wyrazem 

twarzy mówiącym „O BoŜe, tylko nie to”. 

- Ma teŜ dobry słuch - powiedział jakiś drŜący ze złości głos za plecami Bonnie. Serce 

background image

podeszło jej do gardła. 

Takie są skutki ignorowania instrukcji. 

- Caroline...  -  Meredith  i  Stefami  próbowali  ratować  sytuację,  ale  było  za  późno. 

Caroline  wkroczyła  do  pokoju,  podnosząc  wysoko  nogi,  jakby  nie  chcąc  dotykać  podłogi 

Stefano. Szpilki trzymała w rękach. 

- Wróciłam  po  swoje  okulary  -  powiedziała  wciąŜ  tym  samym  tonem.  -  Przy  okazji 

usłyszałam dość, Ŝeby dowiedzieć się, co moi tak zwani przyjaciele o mnie myślą. 

- Mylisz  się  -  spokojnie  powiedziała  Meredith.  -  Usłyszałaś  tylko,  jak  zdenerwowani 

ludzie wyładowują złość po tym, gdy ich obraziłaś. 

- Poza  tym  -  Bonnie  odzyskała  głos  -  przyznaj,  Caroline,  Ŝe  liczyłaś  na  to,  Ŝe  coś 

usłyszysz. Dlatego zdjęłaś buty. Stałaś za drzwiami, prawda? 

Stefano zamknął oczy. 

- To moja wina. Powinienem był... 

- Nie, nie powinieneś - przerwała mu Meredith, i zwróciła się znowu do Caroline. - A 

jeŜeli  ty  wskaŜesz  mi  jedno  słowo  z  naszej  rozmowy  nieprawdziwe  albo  przesadzone,  nie 

licząc  moŜe  tego,  co  powiedziała  Bonnie,  bo  Bonnie  jest...  po  prostu  Bonnie...  W  kaŜdym 

razie, jeŜeli wskaŜesz jedno słowo, które nie było prawdą, przeproszę cię. 

Caroline nie słuchała. Grymas wykrzywił jej twarz, czerwoną z gniewu. 

- Jeszcze  mnie  przeprosicie  -  syknęła,  wskazując  palcem  kaŜde  z  nich  po  kolei.  - 

PoŜałujecie  swoich  słów.  A  jeŜeli  jeszcze  raz  spróbujesz  na  mnie  tej  swojej  wampirzej 

sztuczki  -  zwróciła  się  do  Stefano  -  to  mam  przyjaciół,  prawdziwych  przyjaciół,  którzy  się 

tobą zajmą. 

- Caroline, złoŜyłaś przysięgę... 

- I kogo to obchodzi? 

Stefano  się  podniósł.  Zrobiło  się  juŜ  ciemno,  pokój  oświetlała  tylko  nocna  lampka. 

Bonnie  spojrzała  na  cień  Stefano  i  szturchnęła  Meredith.  Cień  był  zaskakująco  ciemny  i 

niezwykle długi. Cień Caroline był przezroczysty i krótki - jak blada kopia przy oryginale. 

Powietrze  znów  zgęstniało,  jakby  zbliŜała  się  burza.  Bonnie  próbowała  przestać  się 

trząść,  ale  czuła  się,  jakby  wrzucono  ją  do  lodowato  zimnej  wody.  Zimno  przenikało  ją  do 

kości. Zaczynała się trząść coraz bardziej... 

Coś działo się z Caroline: coś się z niej wydostawało, a moŜe coś wchodziło w nią. A 

moŜe  jedno  i  drugie.  W  kaŜdym  razie  to  było  wszędzie  dookoła  niej,  i  dookoła  Bonnie. 

Napięcie było tak silne, Ŝe Bonnie miała wraŜenie, Ŝe serce wyskoczy jej z piersi. Obok niej 

Meredith - zwykle opanowana - wierciła się niespokojnie. 

background image

- Co...? - zaczęła szeptem. 

Nagle, jakby wszystko zostało wyreŜyserowane  przez moce kryjące się  w ciemności, 

drzwi  zatrzasnęły  się...  lampa,  zgasła..  stara  roleta  nad  oknem  rozwinęła  się  z  łoskotem.  W 

pokoju zapanowała absolutna ciemność. 

Caroline zaczęła krzyczeć. To był przeraźliwy krzyk. 

Bonnie  teŜ  krzyczała.  Nie  mogła  przestać,  chociaŜ  jej  krzyk  brzmiał  co  najwyŜej  jak 

echo imponującej arii Caroline. Dzięki Bogu Caroline szybko zamilkła. Bonnie udało się stłu-

mić kolejny okrzyk, ale  trzęsła się jeszcze bardziej. Meredith objęła ją mocno, ale po chwili 

oddała ją Mattowi, który wydawał się tym zaskoczony i nieco skrępowany. 

- Kiedy  wzrok  ci  się  przyzwyczai,  nie  jest  aŜ  tak  ciemno  -  powiedział  łamiącym  się 

głosem,  jakby  zaschło  mu  w  gardle.  Ale  tylko  to  przyszło  mu  do  głowy,  bo  wiedział,  Ŝe  ze 

wszystkiego  na  świecie  Bonnie  najbardziej  bała  się  ciemności.  W  mroku  kryły  się  rzeczy, 

które tylko ona widziała. A potem oboje wstrzymali oddech.. 

Elena świeciła. I miała skrzydła. 

- Czy ty widzisz to co ja? - wyjąkała Bonnie. Matt nie był w stanie wydobyć z siebie 

głosu. 

Skrzydła  poruszały  się  wraz  z  oddechem  Eleny.  Unosiła  się  w  powietrzu  w  pozycji 

siedzącej.. 

Przemówiła.  W  języku.  jakiego  Bonnie  nigdy  me  słyszała.  Nie  sądzili,  Ŝeby  gdzieś 

ludzie  mówili  takim  językiem.  Słowa  były  ostre  i  jasne,  jak  okruchy  kryształu  spadające  z 

wysoka. 

Wydawały  się  Bonnie  prawie  zrozumiałe  -  jej  parapsychiczne  zdolności  spotęgowała 

moc Eleny. Ta moc przeciwstawiła się ciemności i odpychała ją na bok... rzeczy, które kryły 

się w mroku, uciekały, skamląc, rozpierzchły się na wszystkie strony. Ostre jak brzytwa słowa 

podąŜyły za nimi, przepędzając je precz. 

A  Elena...  Elena  była  niewyobraŜalnie  piękna,  jak  wtedy  kiedy  byli  wampirem,  i 

wydawała się równie blada. 

Caroline  teŜ  przemówiła.  Wykrzykiwała  potęŜne  zaklęcia  czarnej  magii.  Bonnie 

wydało się, Ŝe wraz ze słowami z ust dziewczyny wydostaje się armia upiornych istot. 

To był pojedynek czarnej i białej magii. W jaki sposób Caroline poznała te zaklęcia? 

Nie była nawet spokrewniona z czarownicami, jak Bonnie.. 

Do  pokoju  dobiegały  dziwne  dźwięki,  przypominające  odgłos  lecącego  helikoptera. 

PrzeraŜały Bonnie. 

Musiała  coś  zrobić.  Jej  przodkowie  byli  Celtami,  miała  zdolności  parapsychiczne, 

background image

których  nie  mogła  się  pozbyć,  choćby  chciała.  Musiała,  pomóc  Elenie.  Powoli,  jakby 

przedzierała się przez wichurę, podeszła do przyjaciółki i połoŜyła dłoń na jej dłoni, aby ich 

moce się połączyły. 

Z  drugiego  boku  Eleny,  stanęła  Meredith.  Światło  świeciło  intensywniej.  Stwory  z 

ciemności uciekały przed nim, krzycząc i tratując się wzajemnie. 

Bonnie  zauwaŜyła,  Ŝe  Elena  się  potknęła.  Skrzydła  zniknęły.  Zniknęły  teŜ  istoty 

mroku. Elena przegnała je, pokonała potęŜną mocą białej magii. 

- Ona  upadnie  -  wyszeptała  Bonnie  do  Stefano.  -  Pojedynek  z  siłami  ciemności  ją 

wyczerpał... 

W  tym  momencie  nastąpiły  wydarzenia  tak  szybko,  jakby  w  pokoju  zabłysły  snopy 

stroboskopowego światła. 

Błysk. Roleta podniosła się z hukiem. 

Błysk. Zaświeciła lampa w dłoniach Stefano. Widocznie próbował ją naprawić.. 

Błysk, Drzwi do pokoju otworzyły się powoli, skrzypiąc, 

jakby chciały zrekompensować wcześniejsze trzaśniecie. 

Błysk.  Caroline  znalazła  się  na  podłodze,  na  czworakach,  oddychając  cięŜko.  Elena 

wygrała... 

Elena upadła. 

Tylko ktoś o nadludzko szybkim refleksie mógł złapać ją, zanim uderzyła o podłogę. 

Stefano rzucił lampę Meredith i w mgnieniu oka znalazł się przy Elenie. A potem obejmował 

ją mocno. 

- Do diabła - wykrztusiła Caroline. Tusz do rzęs spłynął po jej policzkach, zostawiając 

czarne  ślady.  Spojrzała  na  Stefano  z  nieskrywaną  nienawiścią.  Stefano  popatrzył  na  nią 

spokojnie - nie, surowo. 

- Nie wzywaj diabła - ostrzegł. - Nie tutaj Nie teraz. MoŜe usłyszeć i odpowiedzieć. 

- Jakby  jeszcze  tego  nie  zrobił.  -  prychnęła  Caroline.  Wyglądała  Ŝałośnie,  była 

pokonana, złamana. Jakby rozpętała coś, nad czym nie potrafiła zapanować, 

- Caroline, co ty mówisz? - Stefano ukląkł przy niej. - Chcesz powiedzieć, Ŝe ty juŜ... 

zawarłaś jakąś umowę? 

- Ups  -  jęknęła  Bonnie,  rozładowując  napięcie,  jakie  panowało  w  pokoju.  Caroline 

połamała  paznokcie,  na  podłodze  były  ślady  krwi.  Bonnie,  przejęta  współczuciem,  poczuła 

ból  w  palcach.  Kiedy  jednak  Caroline  machnęła  zakrwawioną  ręką  w  stronę  Stefano, 

współczucie  przemieniło  się  w  mdłości.  -  Chcesz  polizać?  zapytała  Caroline.  Jej  twarz  się 

zmieniła. - Nie udawaj, Stefano - ciągnęła drwiącym tonem. - PrzecieŜ pijasz ostatnio ludzką 

background image

krew,  prawda?  Ludzką  czy  czymkolwiek  ta  dziewczyna  jest.  Latacie  teraz  razem  jak 

nietoperze, co? 

- Caroline - wyszeptała Bonnie. - Nie widziałaś ich? Skrzydeł... 

- Jak  u  nietoperza  albo  wampira.  Stefano  przemienił  ją...  -  Ja  teŜ  je  widziałem  - 

powiedział Matt. To nie były skrzydła nietoperza. 

- Jesteście  ślepi?  Spójrzcie,  -  Meredith  pochyliła  się  i  podniosła  z  podłogi  długie, 

białe, błyszczące pióro. 

- MoŜe  jest  białym  krukiem  -  nie  ustępowała  Caroline.  -  To  by  się  zgadzało.  I  nie 

mogę  uwierzyć,  Ŝe  wszyscy  tak  się  przed  nią  płaszczycie,  jakby  była  królową.  Wszyscy  cię 

uwielbiają, prawda Eleno? 

- Przestań - rzucił Stefano, 

- „Wszyscy” to jest słowo klucz. - Przestań. 

- Kiedy  ich  całowałaś  -  Caroline  teatralnie  wzruszyła  ramionami  -  przypomniała  mi 

się... 

- Przestań, Caroline, 

- ...dawna Elena. - Głos Caroline ociekał jadem. - KaŜdy, kto cię zna, wie kim jesteś, 

byłaś, zanim Stefano zaszczycił nas swoją boską obecnością. Byłaś... 

- Caroline, przestań natychmiast... - Dziwką! Tak! Tanią dziwką! 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Na  chwilę  wszyscy  zamarli.  Stefano  zbladł  jak  ściana,  zacisnął  wargi  w  wąską  linię. 

Bonnie cisnęły się na usta słowa, wyjaśnienia, oskarŜenia pod adresem Caroline, Elena moŜe i 

miała tylu chłopaków, ile jest gwiazd na niebie, ale odkąd się zakochała, istniał dla niej tylko 

Stefano. Ale Caroline i tak by tego nie zrozumiała. 

- I  co,  zatkało  was?  Nie  macie  nic  do  powiedzenia?  -  naigrywała  się  Caroline.  - 

ś

adnych  ciętych  ripost?  Nietoperz  potknął  wam  języki?  -  Roześmiała  się,  ale  był  to 

wymuszony, sztuczny śmiech. Potem z jej ust padły słowa, których z pewnością nie powinno 

się  wypowiadać  publicznie.  Bonnie  pewnie  zdarzyło  się  uŜyć  ich  raz  czy  dwa,  ale  wy-

powiedziane przez Caroline tutaj i teraz tworzyły strumień jadowitej mocy. 

Ta moc rosła, wydawało się, Ŝe pokój jest dla niej za ciasny. Coś się stanie. 

Drgania, pomyślała Bonnie, gdy kaskady dźwięków nabierały mocy. 

Szkło, podpowiedziała jej intuicja. Odejdź od szkła. 

Stefano ledwie zdąŜył odwrócić się do Meredith i krzyknąć. 

- Rzuć lampę! 

Meredith,  która  miała  nadzwyczajny  refleks,  wycelowała  lampę  w  otwarte  okno. 

Ledwie lampa przeleciała przez okno, wybuchła. 

Odgłosy pękającego szkła dobiegły ich takŜe z łazienki. Kawałki lustra chyba musiały 

wbić się w drzwi. 

W  następnej  chwili  Caroline  uderzyła  Elenę,  zostawiając  na  jej  policzku  czerwony 

ś

lad. Etena podniosła dłoń i dotknęła twarzy, miała bardzo nieszczęśliwą minę. 

A  potem  Stefano  zrobił  coś,  co  Bonnie  uznała  za  najbardziej  zadziwiające  ze 

wszystkich wydarzeń tego dnia. Bardzo delikatnie poi oŜył Elenę na podłodze, pocałował ją w 

czoło i zwrócił się do Caroline. 

PołoŜył dłonie na jej ramionach i przytrzymał ją mocno, zmuszając do spojrzenia mu 

w oczy. 

- Caroline  -  powiedział.  -  Wróć.  Przez  wzgląd  na  przyjaciół,  którym  na  tobie  zaleŜy, 

wróć.  Przez  wzgląd  na  rodzinę,  która,  cię  kocha,  wróć.  Przez  wzgląd  na  twą  nieśmiertelną 

duszę, wróć. Wróć do nas! 

Caroline patrzyła na niego butnie. Stefano odwrócił się w stronę Meredith. 

- Nie  za  bardzo  się  do  tego  nadaję.  To  nie  jest  mocna  strona  wampirów  -  westchną! 

cięŜko. 

background image

Potem zwrócił się do Eleny. 

- Kochana,  moŜesz  pomóc?  -  zapytał  łagodnie.  -  Czy  moŜesz  jeszcze  raz  pomóc 

swojej przyjaciółce? 

Elena  podniosła  się  niepewnie,  opierając  się  najpierw  na  poręczy  fotela,  a  potem  na 

ramieniu Bonnie. Chwiała się jak nowo narodzone Ŝyrafiątko, a Bonnie - prawie o głowę niŜ-

sza - z trudem ją podtrzymywała. 

Stefano zrobił krok w ich kierunku, ale Matt był szybszy. 

Stefano obrócił Caroline twarzą do Eleny, trzymając ją mocno za ramiona. 

Elena,  podtrzymywana  w  pasie  przez  Matta  i  Bonnie,  miała  wolne  ręce.  Wykonała 

kilka dziwnych gestów, jakby malowała przed oczami Caroline kolejne obrazy, coraz szybciej 

i szybciej. Składała i rozkładała dłonie, wyginała palce. Wydawało się, Ŝe doskonale wie, co 

robi;  ale  Bonnie,  Meredith  i  Matt  nic  z  tego  nie  rozumieli.  Caroline  wodziła  wzrokiem  za 

dłońmi Eleny, ale wyraźnie nie podobało jej się to, co widziała. 

Magia,  pomyślała  zafascynowana  Bonnie.  Biała  magia.  Ona  wzywa  anioły,  tak  jak 

Caroline wzywała demony. Ale czy jest wystarczająco silna, by wyrwać Caroline ze szponów 

mroku? 

W  końcu,  jakby  chciała  dopełnić  ceremonii,  Elena  pochyliła  się  i  złoŜyła  na  ustach 

Caroline najniewinniejszy z pocałunków. 

Wtedy rozpętało się piekło, Caroline jakoś wyrwała się Stefano i próbowała dosięgnąć 

twarzy Eleny długimi paznokciami. Przedmioty znajdujące się w pokoju zaczęły unosić się w 

powietrzu, choć nikt ich nie dotykał. Matt próbował złapać Caroline za rękę, ale uderzyła go 

w brzuch tak mocno, Ŝe upadł na podłogę. Kolejny cios w kark niemal go ogłuszył. 

Stefano odciągnął więc Elenę i Bonnie na bezpieczną odległość. ZałoŜył, Ŝe Meredith 

da  sobie  radę  -  i  miał  rację.  Caroline  próbowała  ją  uderzyć,  ale  Meredith  była  szybsza. 

Złapała  Caroline  za  rękę  i  mocno  pchnęła.  Caroline  wylądowała  na  łóŜku,  ale  natychmiast 

wstała  i  ponownie  rzuciła  się  na  Meredith,  tym  razem  chwytając  ją  za  włosy,  Dziewczyna 

szarpnęła  głową i w dłoni Caroline został pęk włosów. Zanim zorientowała się, co się stało, 

Meredith zadała jej potęŜny cios w szczękę, powalając na podłogę. 

Bonnie ucieszyła się i postanowiła nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia. Kiedy 

Caroline  leŜała  zaskoczona,  Bonnie  zauwaŜyła,  Ŝe  wszystkie  jej  paznokcie  są  w  idealnym 

stanie - długie i błyszczące. śaden nie był złamany. 

To  musiała  sprawić  Elena.  Kilkoma  gestami  i  pocałunkiem  przywróciła  dłoniom 

Caroline poprzedni wygląd, Meredith tymczasem rozcierała swoją dłoń. 

- Nie  sądziłam,  Ŝe  tak  bardzo  boli  ręka,  gdy  się  kogoś  uderzy  -  zdziwiła  się.  -  Na 

background image

filmach, gdy faceci się leją, nie okazują, Ŝe bolą ich ręce. Czy chodzi o to, Ŝe wiedzą, jak za-

dawać ciosy, by bolało tylko tego drugiego? 

Matt się zaczerwienił. 

- Ja... hm, ja nigdy... 

- Boli wszystkich, nawet wampiry - przyszedł mu z pomocą Stefano. - Czy wszystko 

dobrze, Meredith? Mam na myśli, Ŝe Elena mogła… 

- Wszystko  w  porządku.  A  teraz  mamy  z  Bonnie  coś  do  zrobienia.  -  Skinęła  na 

przyjaciółkę.  -  My  odpowiadamy  za  to,  co  wyprawiała  Caroline.  Powinnyśmy  się  domyślić, 

Ŝ

e  wróci  na  górę.  Przyjechała  z  nami,  nie  ma  jak  wrócić  do  domu.  Pewnie  zeszła  na  dół  do 

telefonu i próbowała skłonić kogoś, Ŝeby po nią przyjechał, ale nikt nie chciał, więc nie miała 

innego  wyjścia,  jak  wrócić  do  nas.  Musimy  ją  odwieźć.  Stefano,  przepraszam.  Nie  była  to 

udana wizyta. 

Stefano miał ponurą minę. 

- Nie  przypuszczałem,  Ŝe  Elena  moŜe  znieść  tak  wiele.  Teraz  wiem,  Ŝe  tak  - 

powiedział. 

- Ja równieŜ mam samochód, ja powinienem odwieźć Caroline - wtrącił Matt. 

- MoŜe wrócimy jutro - zaproponowała Bonnie. 

- Tak, myślę, Ŝe tak będzie najlepiej - przyznał Stefano. - Prawdę mówiąc, niechętnie 

ją wypuszczam stąd. Boję się o nią. Bardzo. 

Bonnie była zaskoczona. 

- Dlaczego? 

- Myślę... jeszcze za wcześnie, Ŝeby mieć pewność, ale myślę, Ŝe ona jest opętana. Ale 

nie mam pojęcia przez co. Ustalenie tego moŜe zająć sporo czasu. 

Dreszcz  niepokoju  przebiegł  Bonnie  po  plecach.  Lodowaty  ocean  strachu  był  bardzo 

blisko, mogła utonąć w nim w kaŜdej chwili. 

- Pewne jest tytko to, Ŝe zachowywała się dziwnie, nawet jak na nią - ciągnął Stefano. 

- Nie wiem, czy wy teŜ to słyszeliście. Kiedy przeklinała, miałem wraŜenie, Ŝe jakiś głos jej 

podpowiadał. A ty nie słyszałaś? - zwrócił się do Bonnie. 

Bonnie  próbowała  sobie  przypomnieć.  Czy  słyszała  jakiś  inny  glos  oprócz  głosu 

Caroline? Najcichszy z szeptów... 

- To, co tu się stało, moŜe pogorszyć sprawę. Wyzwala diabła w chwili, gdy ten pokój 

był  przepełniony  mocą.  Fell's  Church  leŜy  na  krzyŜujących  się  liniach  mocy:  To  powaŜna 

sprawa.  Przy  tym  wszystkim...  śałuję  po  prostu,  Ŝe  nie  ma  tu  jakiegoś  dobrego 

parapsychologa.  

background image

Bonnie wiedziała, Ŝe wszyscy myślą o Alaricu. 

- Spróbuję  go  ściągnąć  -  obiecała  Meredith.  -  Ale  moŜe  teraz  być  gdzieś  w  Tybecie 

albo w Timbuktu. To trochę potrwa, zanim w ogóle uda się z nim skontaktować. 

- Dziękuję. - Stefano westchnął z ulgą. 

- Jak  powiedziałam,  jesteśmy  odpowiedzialni  za  to,  co  się  tutaj  stało  -  dodała  cicho 

Meredith. 

- Przepraszamy, Ŝe ją tu  przyprowadziliśmy - powiedziała głośno  Bonnie, z nadzieją, 

Ŝ

e moŜe Caroline to usłyszy. 

PoŜegnali się z Eleną. Nie byli pewni, jak się zachowa. Ale ona tylko uśmiechnęła się 

do kaŜdego i dotknęła ich dłoni. 

Na szczęście Caroline się obudziła. Kiedy podjechali pod jej dom zachowywała się juŜ 

rozsądnie,  choć  wciąŜ  była  nieco  oszołomiona.  Matt  pomógł  jej  wysiąść  z  samochodu  i 

odprowadził ją do drzwi. Otworzyła jej matka. Była to nieśmiała kobieta o zmęczonej, mysiej 

twarzy. Nie wyglądała na zaskoczoną tym, Ŝe jej córka jest w takim stanie. 

Dziewczyny spędziły noc u Bonnie. Do późna rozmawiały o ostatnich wydarzeniach. 

Gdy Bonnie zasypiała, wciąŜ dzwoniły jej w uszach klątwy Caroline. 

Kochany Pamiętniku, 

Coś stanie się dzisiaj w nocy. 

Nie  mogę  mówić  ani  pisać.  Nie  pamiętam,  jak  się  uŜywa  klawiatury.  Ale  mogę 

przesyłać  moje  myśli  Stefano,  a  on  moŜe  je  zapisywać.  Nie  mamy  przed  sobą  Ŝadnych 

tajemnic. 

Więc to jest teraz mój pamiętnik… 

tego  ranka  znowu  się  obudziłam.  Znowu  się  obudziłam!  Za  oknem  wciąŜ  było  lato  i 

wszystko było zielone.  W ogrodzie zakwitły Ŝonkile. I miałam gości. Nie wiedziałam, kim oni 

są, ale z trojga z nich emanuje silny jasny kolor. Pocałowałam ich, więc juŜ ich nie zapomnę. 

Czwarta  była  inna.  Widziałam  tylko  niewyraźny  kobr,  przybrudzony  czernią. 

Musiałam  uŜyć  potęŜnych  zaklęć  białej  magii,  by  powstrzymać  ją  przed  wprowadzeniem 

mrocznych sit do pokoju Stefano: 

Robię  się  senna.  Chcę  być  ze  Stefano  i  chcę,  Ŝeby  mnie  obejmował.  Kocham  go. 

Oddałabym wszystko, by z nim zostać. Pyta mnie, czy nawet łatanie? Nawet latanie - Ŝeby być 

z nim i chronić go. Wszystko, Ŝeby był bezpieczny. Nawet Ŝycie. 

Teraz chcę iść do niego. 

Elena 

Stefano  przeprasza  za  pisanie  w  nowym  dzienniku  Eleny,  ale  musi  coś  dodać,  bo 

background image

pewnego  dnia  moŜe  będzie  chciała  to  przeczytać,  przypomnieć  sobie.  Zapisałem  jej  myśli  w 

postaci  zdań,  ale  Elena  nie  przesyła  ich  w  takiej  formie.  To  tylko  urywki  myśli,  jak  sądzą. 

Wampiry  mają  wprawę  w  tłumaczeniu  ludzkich  myśli  na  pełne  zdania,  ale  myśli  Eleny 

wymagają więcej obróbki. Zwykle to tylko jasne obrazy i czasem pojedyncze słowa. 

„Czwarta” to Caroline Forbes. Elena znała ją prawie od dziecka tak mi się - wydaje. 

To,  co  mnie  zdumiewa,  to  to,  Ŝe  dzisiaj  Caroline  zaatakowała  Elenę  na  niemal  wszystkie 

wyobraŜalne sposoby, a jednak przeszukując umysł Eleny, nie znajduję tam uczuć gniewu czy 

bólu. To niemal przeraŜające, Ŝe jest tak niewinna, tak doskonała. 

To,  co  naprawdę  chciałbym  wiedzieć,  to  to,  co  się  stało  z  Caroline,  gdy  została 

porwana  przez  Klausa  i  Tylera.  Czy  to,  co  wyprawiała  dzisiaj,  zrobiła  z  własnej  woli?  Czy 

wciąŜ  tkwi  w  niej  okruch  nienawiści  Klausa?  Czy  moŜe  mamy  w  Fell's  Church  nowego 

wroga? 

I najwaŜniejsze co mamy z tym zrobić? 

Stefano, który jest właśnie odciągany ad kom... 

background image

ROZDZIAŁ 8 

Wskazówki staroświeckiego zegara pokazywały trzecią, kiedy Meredith obudziła się z 

niespokojnego snu. 

Przygryzła  wargi,  tłumiąc  krzyk.  Jakaś  twarz  nachyliła  się  nad  nią.  Ostatnie,  co 

pamiętała  z  poprzedniego  wieczoru,  to  to,  Ŝe  leŜała  na  wznak  w  śpiworze  i  rozmawiała  z 

Bonnie u Alaricu. 

Teraz  Bonnie  nachylała  się  nad  nią,  miała  zamknięte  oczy.  Klęczała  przy  poduszce 

Meredith  i  niemal  dotykała  jej  twarzy  nosem.  JeŜeli  dodać  do  tego  dziwną  bladość  jej  po-

liczków i krótki oddech, kaŜdy - kaŜdy, powiedziała sobie Meredith - by się przestraszył. 

Czekała, aŜ Bonnie się odezwie, wpatrując się w nią ze zdumieniem. 

Bonnie  wstała  i  tyłem  podeszła  do  biurka,  na  którym  leŜała  komórka  Meredith. 

Podniosła  ją  i  najwidoczniej  włączyła  nagrywanie  wideo,  bo  zaczęła  mówić  i  wykonywać 

jakieś gesty. 

To  było  przeraŜające,  Nie  moŜna  było  zrozumieć,  co  mówi.  Wypowiadała  słowa  od 

tyłu. Chaotyczne, gardłowe albo piskliwe dźwięki miały tę intonację, jatą często słyszy się w 

horrorach. Ale człowiek nie mógł w ten sposób mówić. Meredith miała złe przeczucie, Ŝe coś 

próbuje zawładnąć ich umysłami. 

MoŜe  to  coś  Ŝyje  wstecz,  pomyślała  Meredith,  próbując  nie  wsłuchiwać  się  w 

przeraŜające dźwięki. MoŜe myśli, Ŝe my tak robimy. MoŜe my się po prostu nie stykamy... 

Nie mogła znieść tego dłuŜej. Wydawało jej się, Ŝe odróŜnia słowa, nawet cale frazy. I 

nie brzmiały one przyjemnie. Proszę, niech to się skończy, niech się skończy natychmiast. 

Jęki i mamrotania... 

Bonnie  zazgrzytała  zębami.  Zrobiło  się  cicho.  A  potem,  jak  na  filmie  puszczonym 

wstecz, podeszła tyłem do swojego śpiwora, uklękła i wczołgała się do niego z zamkniętymi 

oczami. 

To była jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie Meredith kiedykolwiek widziała albo 

słyszała, a widziała i słyszała niemało. 

JuŜ nie mogła zasnąć. 

Wstała,  na  palcach  podeszła  do  biurka  i  zabrała  telefon  do  drugiego  pokoju.  Tam 

podłączyła go do komputera, Ŝeby puścić nagranie od tyłu. 

Kiedy  odsłuchała  je  raz  i  drugi,  uznała,  Ŝe  Bonnie  nigdy  nie  powinna  tego  usłyszeć. 

Oszalałaby ze strachu. 

background image

Nagrały  się  głosy  zwierząt,  pomieszane  z  tym  zniekształconym  głosem…  to  w 

kaŜdym razie nie był głos Bonnie. To nie był glos człowieka. Brzmiał teraz jeszcze straszniej, 

niŜ  gdy  słyszała  go  za  pierwszym  razem  -  co  mogło  znaczyć,  Ŝe  jego  właściciel  normalnie 

mówił wspak. 

Pomiędzy jękami, zniekształconym śmiechem i  głosami dzikich zwierząt, Meredith z 

trudem  odróŜniała  ludzką  mowę.  Próbowała  coś  z  tego  zrozumieć,  chociaŜ  dostała  gęsiej 

skórki. 

Dosłyszała coś takiego: 

„Pszszszs... buz - buz... e.. - . Nie. Ben... nie.... Nagłeeeee... i szszsz.... ją... seeee. Ty... 

wi.... jama... simy… być.... amprz.. JEJ pszszsz... budzeniu.... Nie. 

Ben... nie... nasssss... pszszszsz...jeeee - (a moŜe to było „nie”? a moŜe tylko jęk?).... 

puuuu....dź.... nie. Kto... nnnnnnn... esie.....tym....z - z - za... mnie”. 

Meredith zanotowała to i próbowała zrozumieć. W końcu zapisała kilka zdań; 

Przebudzenie będzie nagle i szokujące. Ty i ja musimy być tam przy jej przebudzeniu. 

Nie będzie nas przy niej później. Ktoś inny się tym zajmie. 

OdłoŜyła długopis obok kartki z odszyfrowaną wiadomością. 

A potem Meredith weszła do swojego śpiwora i  długo leŜała, wpatrując się w śpiącą 

Bonnie jak kot w mysią dziurę, aŜ w końcu błogosławione zmęczenie utuliło ją do snu. 

- Co  powiedziałam!?  -  Bonnie  była  ogromnie  zdumiona,  kiedy  Meredith 

zrelacjonowała jej wydarzenia poprzedniej nocy  Właśnie wyciskała sok z grejpfruta i sypała 

do misek płatki śniadaniowe. Meredith smaŜyła jajka. 

- Mówiłam ci juŜ trzy razy. Te słowa juŜ się nie zmienią, mogę ci to obiecać. 

- To  jasne,  Ŝe  przebudzenie  dotyczy  Eleny,  to  ona  musi  się  przebudzić.  A  ty  i  ja 

musimy tam być, gdy to nastąpi. 

- Masz rację - zgodziła się Meredith. 

- Musi sobie przypomnieć, kim naprawdę jest. A my musimy jej w tym pomoc! 

- Nie!  -  zawołała  Meredith.  -  To  nie  o  to  chodzi  w  wypowiedzianych  przez  ciebie 

słowach.  Zresztą,  nie  sądzę,  Ŝebyśmy  mogli  jej  pomóc.  MoŜemy  ją  nauczyć  pewnych 

czynności, tak jak Stefano to robi. Jak wiązać buty. Jak czesać włosy, Ale z tego, co mówiłaś, 

przebudzenie  będzie  nagle  i  szokujące.  I  nie  wspominałaś  nic  o  tym,  Ŝe  w  tym  pomoŜemy. 

Powiedziałaś tylko, Ŝe musimy być przy niej, bo potem z jakiegoś powodu nas przy niej nie 

będzie. 

Bonnie przez chwilę ponuro milczała. 

- Nas nie będzie - powtórzyła. - To znaczy, nie będzie nas przy Elenie? Czy.. - czy w 

background image

ogóle nas nie będzie? 

Meredith nagle straciła apetyt. 

- Nie wiem. 

- Sterano powiedział, Ŝe dzisiaj znowu moŜemy przyjść - - nalegała Bonnie. 

- Stefano byłby uprzejmy, nawet gdyby ktoś właśnie wbijał mu kołek w serce. 

- Mam  pomysł  -  krzyknęła  Bonie,  -  Zadzwońmy  do  Matta.  MoŜemy  odwiedzić 

Caroline...  o  ile  ona  będzie  chciała  się  z  nami  widzieć.  To  znaczy,  o  ile  cokolwiek  się 

zmieniło  od  wczoraj:  Potem  moŜemy  poczekać  do  popołudnia,  a  potem  zadzwonić  do. 

Stefano i zapytać, czy moŜemy odwiedzić Elenę. 

Kiedy dotarli do domu Caroline, jej matka powiedziała im, Ŝe córka jest chora, leŜy w 

łóŜku. Wrócili więc do Meredith. Bonnie całą drogę przygryzała wargi, Matka Caroline sama. 

wyglądała  na  chorą,  miała  podkrąŜone  oczy.  Gdy  z  nią  rozmawiali,  Bonnie  czuła  wielkie 

napięcie. 

Bonnie  i.  Meredith  zostawiły  Matta  przed  domem.  Chłopak  zajął  się  swoim  wciąŜ 

psującym się samochodem, a one poszły na gorę wybrać jakieś ubrania dla Eleny. Co prawda 

ciuchy Meredith będą na nią za duŜe, ale w ubrania Bonnie by nie weszła. 

O  czwartej  po  południu  zadzwoniły  do  Stefano.  Tak,  mogą  przyjść.  Elena  nie 

pocałowała ich na powitanie - ku wyraźnemu rozczarowaniu Matta. Ale ucieszyła się bardzo 

z  nowych  ubrań.  Unosząc  się  metr  nad  podłogą,  ciągle  unosiła  je  do  twarzy  i  wąchała,  po 

czym  uśmiechała  się  do  Meredith,  chociaŜ  gdy  Bonnie  wzięła  do  ręki  jedną  z  koszulek,  nie 

mogła wyczuć niczego poza płynem do płukania. 

- Przepraszam. - Sterano bezradnie rozłoŜył ręce, gdy Elena zaczęła kichać, obejmując 

błękitną, bluzkę jak małe kocię. Meredith zapewniła .go, Ŝe miło jest, zostać docenionym w 

ten sposób. Sama była jednak nieco zakłopotana. 

- Elena  potrafi  rozpoznać,  skąd  ubrania  pochodzą  -  wyjaśnił  Stefano.  -  Nie  włoŜy 

niczego, co uszyto w sweat - shopie. 

- Kupuję tylko w sklepach, o których wiem, Ŝe nie sprzedają takich rzeczy - zapewniła 

Meredith.  -  Bonnie  i  ja  musimy  coś  ci  powiedzieć  -  dodała.  Kiedy  Meredith  opowiadała  o 

tym,  co  stało  się  w  nocy,  Bonnie  zabrała  Elenę  do  łazienki  i  pomogła  jej  przebrać  się  w 

szorty, które leŜały na niej jak ulał, i błękitną bluzkę, która była tylko trochę za długa. 

Kolor bluzki podkreślał lekko potargane, ale wciąŜ piękne blond włosy Eleny. Kiedy 

jednak  Bonnie  próbowała  nakłonić  ją  do  spojrzenia  w  lusterko,  Elena  wydawała  się  skon-

sternowana,  jakby  nie  rozumiała,  co  to  jest  i  do  czego  słuŜy.  Bonnie  trzymała  lustro  przed 

Eleną,  a  ona  to  spoglądała  w  nie,  to  chowała  się  za  plecami  Bonnie  zafascynowana  tym,  Ŝe 

background image

osoba  w  lustrze  pojawia  się  w  tym  samym  momencie.  Bonnie  odłoŜyła  w  końcu  lusterko  i 

zajęła się jej włosami, z którymi Stefan o wyraźnie sobie nie radził. Kiedy wreszcie były juŜ 

rozczesane, z dumą wprowadziła Elenę do pokoju. 

I  natychmiast  poŜałowała.  Meredith,  Mart  i  Stefano  byli  pogrąŜeni  w  ponurej 

rozmowie.  Bonnie  z  wahaniem  puściła  rękę  Eleny,  która  natychmiast  pofrunęła  tu  kolana 

Stefano, i sama dołączyła do przyjaciół. 

- Oczywiście, Ŝe rozumiemy - tłumaczyła Meredith. - Nawet zanim Caroline urządziła 

przedstawienie, nie było innego wyboru. Ale… 

- Jakiego  wyboru?  -  zapytała  Bonnie,  siadając  na  łóŜku  obok  Stefano.  -  O  czym 

rozmawiacie? 

Zapadła cisza. Meredith objęła Bonnie i powiedziała:. 

- Rozmawiamy o tym, Ŝe Stefano i Elena muszą opuścić Fell's Church. Muszą odejść 

daleko stąd. 

Bonnie zatkało. Kiedy odzyskała mowę, potrafiła wykrztusić tylko głupie pytanie. 

- Odejść? Dlaczego? 

- Widziałaś,  dlaczego.  Widziałaś,  co  tu  wczoraj  zaszło  -  wyjaśniła  Meredith.  W  jej 

czarnych  oczach  malował  się  ból.  Ale  w  tej  chwili  Bonnie  nie  mogła  przejąć  się  niczyim 

cierpieniem poza własnym. 

Nadciągało jak lawina rozgrzanego do czerwoności śniegu. Lodu, który parzył. Udało 

jej się opanować na tyle, Ŝeby powiedzieć: 

- Caroline nic nie zrobi. Podpisała przysięgę. Wie, Ŝe złamanie jej, zwłaszcza Ŝe sami - 

wiecie - kto ją podpisał... 

Meredith  musiała  powiedzieć  Stefano  o  kruku,  poniewaŜ  tylko  westchnął  i  pokręcił 

głową,  delikatnie  odsuwając  Elenę,  która  próbowała  zajrzeć  mu  w  oczy.  Najwidoczniej 

wyczuwała, Ŝe jej przyjaciele są zmartwieni, ale z pewnością nie rozumiała dlaczego. 

- Mój  brat  jest  ostatnią  osobą,  która  powinna  się  zbliŜać  do  Caroline.  -  Stefano  z 

irytacją  odsunął  włosy  z  czoła,  jakby  właśnie  przypomniał  sobie,  jak  bardzo  są  do  siebie 

podobni.  -  Nie  sądzę  teŜ,  Ŝeby  Caroline  przejęła  się  groźbą  Meredith.  Ona  jest  we  władaniu 

ciemności. 

Bonnie się trzęsła. Nie podobały jej się skojarzenia ze słowem ciemność. 

- Ale...  -  zaczął  Mart.  Bonnie  pomyślała,  Ŝe  Matt  jest  się  tak  samo  oszołomiony  jak 

ona. 

- Posłuchajcie  -  przerwał  mu  Stefano  -  jest  jeszcze  jeden  powód,  z  jakiego  musimy 

stąd wyjechać. 

background image

- Jaki? - Matt był zaniepokojony. Bonnie nie mogła wydusić słowa. W jej głowie kryły 

się jakieś myśli na ten temat, ale odsuwała je. 

- Bonnie  chyba  juŜ  rozumie.  -  Stefano  spojrzał  w  jej  stronę.  Odpowiedziała 

spojrzeniem oczu wilgotnych od łez. 

- Pod  Fell's  Church  -  ciągnął  Stefano  -  krzyŜują  się  linie  mocy.  Nie  wiem,  czy  ktoś 

celowo załoŜył miasto w tym miejscu. Czy Smallwoodowie mieli z tym coś wspólnego? 

Bonnie,  Meredith  ani  Matt  nie  wiedzieli.  W  dzienniku  Honorii  Fell  nie  było  Ŝadnej 

wzmianki o tym, aby rodzina wilkołaków miała coś do powiedzenia przy zakładaniu miasta. 

- CóŜ,  jeŜeli  to  był  przypadek,  to  nieszczęśliwy.  Pod  miastem,  właściwie  pod 

cmentarzem  miejskim,  krzyŜuje  się  wiele  linii  mocy.  Tb  dlatego  ściągają  tu  wszelkie  istoty, 

złe i... nie tak bardzo złe. - Wyglądał na zakłopotanego. Bonnie zrozumiała, Ŝe mówi o sobie. 

- Tb mnie tu przyciągnęło. Podobnie jak inne wampiry, jak zresztą wiecie. Za kaŜdym razem, 

gdy pojawia się tu ktoś mający moc, miasto przyciąga z większą siłą. Kolejne istoty ściągają 

tu jeszcze chętniej. Tb błędne koło. 

- W końcu dowiedzą się o Elenie - powiedziała Meredith. - Pamiętajcie, to ludzie jak 

Stefano i Bonnie, ale pozbawieni zasad, Kiedy zobaczą Elenę... 

Bonnie  niemal  wybuchnęła  płaczem  na  myśl  o  tym.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  widzi 

chmurę białych piór opadających powoli na ziemię. 

- Ale...  Elena  nie  była  taka  zaraz  po  powrocie  -  wtrącił  Matt,  -  Mówiła.  Myślała 

logicznie, zachowywała się racjonalnie. Nie fruwała. 

- Mówi  czy  nie  mówi,  fruwa:  czy  chodzi,  ona  ma  moc  -  przypomniał  Stefano.  - 

Wystarczająco  duŜo  mocy,  Ŝeby  doprowadzić  zwykłe  wampiry  do  szaleństwa,  do  tego,  by 

skrzywdziły  ją,  aby  zdobyć  tę  moc.  A  Elena  nie  zabija  ani  nie  rani.  A  w  kaŜdym  razie  nie 

mogę  sobie  wyobrazić,  Ŝeby  to  robiła.  Mam  nadzieję,  Ŝe  uda  mi  się  zabrać  ją  w  miejsce,  w 

którym będzie... bezpieczna. 

- Nie  moŜesz  jej  zabrać  -  wykrztusiła  Bonnie.  Słyszała,  Ŝe  jej  głos  się  łamie,  ale  nic 

nie mogła na to poradzić. - Meredith ci nie powiedziała? Elena się przebudzi, a Meredith i ja 

musimy przy niej być. 

Bo nie będziemy przy niej później. Nagle zakończenie proroctwa stało się jasne. Nie 

było to takie złe jak nie być w ogóle nigdzie, ale wystarczająco złe. 

- Nie zamierzałem jej stąd zabierać, dopóki nie będzie przynajmniej chodzić - wyjaśnił 

Stefano,  obejmując  załamaną  Bonnie.  -  .  To  było  jak  siostrzany  uścisk  Meredith,  ale 

silniejszy. - I nawet nie wiesz, jak się cieszę, Ŝe ona się przebudzi. I Ŝe będziecie przy niej. 

- Ale... Ale te wszystkie potwory i tak przyjdą do Fell's Church? - pomyślała Bonnie. I 

background image

nie będzie cię, Ŝeby nas chronić? 

Uniosła wzrok i zobaczyła, Ŝe Meredith myśli o tym samym. 

- Moim zdaniem - powiedziała Meredith - Stefano i Elena dostatecznie wiele przeszli, 

Ŝ

eby ratować nasze miasto. 

CóŜ. Z tym nie moŜna było polemizować. Ze Stefano równieŜ nie. Podjął juŜ decyzję. 

Rozmawiali  jeszcze  długo,  rozpatrując  róŜne  moŜliwości  i  scenariusze,  próbując 

zrozumieć  proroctwo  Bonnie.  Niczego  nie  postanowili,  ale  przynajmniej  mieli  kilka 

alternatywnych  planów.  Bonnie  nalegała,  by  wymyślili  jakiś  sposób  na  szybkie 

komunikowanie się ze Stefano. Miała juŜ zaŜądać trochę jego krwi i kosmyka włosów, Ŝeby 

móc odprawić rytuał przyzwania, ale przypomniał jej, Ŝe mają telefony komórkowe. 

W końcu trzeba było się rozstać. Byli  głodni, a  Bonnie domyślała się, Ŝe Stefano teŜ 

czuje głód. Był bardzo blady. 

Kiedy Ŝegnali się na schodach, Bonnie musiała powtarzać sobie, Ŝe Stefano obiecał, Ŝe 

Elena będzie z nią i Meredith, Ŝeby im pomóc. Nie zabrałby jej, nie mówiąc im o tym. 

To nie było ostateczne poŜegnanie. 

Więc dlaczego miała takie wraŜenie? 

background image

ROZDZIAŁ 9 

Matt,  Meredith  i  Bonnie  odjechali.  Zanim  wyszła,  Bonnie  przebrała  Elenę  w  jej 

„koszulę nocną”. Zapadł juŜ mrok - przyniósł ulgę oczom Stefano. Gorsze od bólu oczu było 

jednak uczucie, Ŝe się dusi z głodu. Szybko coś na to zaradzę, powiedział sobie. Kiedy Elena 

zaśnie, wymknie się do lasu i upoluje jelenia. Nikt ani nic me skrada się tak jak wampir, nikt 

ani nic nie mogło konkurować  w polowaniu ze Sterano,  I nawet  gdyby trzeba było kilku je-

lenia by zaspokoił głód, Ŝadnemu nie zrobi krzywdy. 

Elena miała jednak inne plany. Nie chciało jej się spać. Gdy goście odjechali, zrobiła 

to,  co  zawsze  robiła,  gdy  była  w  tym  nastroju.  Podfrunęła  do  Stefano,  uniosła  głowę,  za-

mknęła oczy i dała mu usta do pocałunku. 

Stefano  zasunął  roletę  w  oknie,  chroniąc  ich  przed  wzrokiem  wścibskich  kruków,  i 

wrócił do Eleny. Siedziała w tej samej pozycji, lekko się rumieniąc. WciąŜ miała zamknięte 

oczy. Stefano czasem myślał, Ŝe mogłaby tak siedzieć wiecznie, czekając na pocałunek. 

- Naprawdę  nic  powinienem  tego  robić,  kochana.  -  Westchnął.  Pochylił  się  i 

pocałował ją lekko i niewinnie. 

Elena zamruczała niezadowolona. Dotknęła nosem policzka Stefano:. 

- Najukochańsza  moja  -  powiedział,  głaszcząc  ją  po  głowie.  -  Bonnie  udało  się 

rozczesać ci włosy? - Ale zaczynały go boleć górne zęby. 

Elena jeszcze raz dotknęła go nosem. Pocałował ją nieco mocniej. Właściwie wiedział, 

Ŝ

e jest dorosła. Była starsza i duŜo bardziej doświadczona niŜ dziewięć miesięcy temu, kiedy 

zatracili  się  w  namiętnych  pocałunkach.  Ale  ciągle  czuł  się  winny  i  nie  mógł  przestać  się 

martwić o to, Ŝe w tej chwili Elena nie wie, co oznaczają pocałunki. 

Tym razem okazywała. irytację. Miała juŜ dość. Przywarła do Sterano, zmuszając go, 

by ją przytulił. W tej samej chwili jej „proszę” zadźwięczało w jego umyśle jak uderzenie ły-

Ŝ

eczką o szklankę. 

To było jedno z pierwszych słów, które nauczyła się przekazywać telepatycznie. Czy 

była  aniołem,  czy  nie  -  doskonałe  wiedziała,  jaką  ma  władzę  nad  Stefano  dzięki  temu 

jednemu słowu. 

Proszę? 

- Och, kochanie - jęknął. - Moje śliczne kochanie... Proszę? Pocałował ją. 

Zapadła  cisza.  Jego  serce  biło  szybciej  i  szybciej.  Elenę,  swoją  Elenę,  która  kiedyś 

oddała  za  niego  Ŝycie,  trzymał  teraz  w  ramionach.  NaleŜała  tylko  do  niego,  a  on  naleŜał  do 

background image

niej i nie chciał, Ŝeby cokolwiek się zmieniło. Nawet szybko narastający ból zębów sprawiał 

mu przyjemność dzięki ustom Eleny przywierającym do jego ust. 

Czasem  myślał,  Ŝe  jest  najbliŜsza  przebudzenia,  kiedy  na  pół  spała,  tak  jak  teraz,  Tb 

ona zawsze inicjowała takie sytuacje,  ale on nie  potrafił się jej oprzeć. Kiedy  raz odmówił i 

nie  pocałował  jej,  natychmiast  przestała  „rozmawiać”  z  nim  i  odfrunęła  do  rogu  pokoju  i 

szlochała.  Nic  nie  mogło  jej  pocieszyć,  chociaŜ  ukląkł  na  podłodze  i  błagał  ją,  sam  niemal 

płacząc. Szlochała, dopóki znów nie wziął jej w ramiona. 

Obiecał sobie, Ŝe więcej nie popełni tego błędu. Ale wciąŜ miał poczucie winy. 

W końcu Elena, oderwała usta od jego ust. Stefano mógł myśleć tylko o tym, Ŝe Elena 

znów jest z nim, tak podniecona, drŜąca... AŜ w końcu przestał się kontrolować. 

Wiedział, Ŝe ból jego kłów sprawia jej tyle przyjemności co i jemu. 

Elena tuliła się do niego.  Ich umysły juŜ połączyły się w jedność, Dwa zęby Stefano 

wydłuŜyły się i wyostrzyły. Gdy dotknął nimi dolnej wargi Eleny, ból pomieszany z rozkoszą 

niemal odebrał mu oddech. 

Wtedy  Elena  zrobiła  coś,  czego  nie  robiła  wcześniej,  Delikatnie  i  ostroŜnie  chwyciła 

wargami kieł Stefano. 

Ś

wiat zawirował. 

Tylko dzięki miłości do  niej i dzięki połączeniu ich umysłów, nie ugryzł  jej. W jego 

Ŝ

yłach wrzała krew. 

Ale kochał ją i byli jednością. Jego kły nigdy nie były tak długie i ostre. ChociaŜ się 

nie  poruszył,  rozciął  wargę  Eleny.  Krew  spływała  kropla  po  kropli  do  jego  gardła.  Krew 

Eleny,  która  zmieniła  się,  odkąd  wróciła  ze  świata  duchów.  Kiedyś  była  wspaniała,  tryskała 

energią. 

Teraz...  teraz  to  była  klasa  sama  w  sobie.  Nie  do  opisania.  Nigdy  nie  doświadczył 

niczego takiego jak krew ducha, który powrócił. Była nasycona, mocą. 

Wampirom  picie  krwi  sprawiało  nieopisaną  rozkosz.  Człowiek  takiej  rozkoszy  nie 

doświadczał. 

Serce Stefano biło tak mocno, Ŝe niemal wyskoczyło z piersi. 

Elena delikatnie ugryzła jego kieł. 

Czuł jej satysfakcję, kiedy ból zmieniał się w rozkosz, poniewaŜ była z nim związana i 

poniewaŜ  naleŜała  do  tych  ludzkich  istot,  którym  sprawia  przyjemność  karmienie  wampira 

własną krwią. NaleŜała do elity. 

Przeszedł go dreszcz. Krew Eleny sprawiała, Ŝe świat wirował.. 

Elena oblizała wargę. Odchyliła głowę, nadstawiając mu szyję. 

background image

To  było  juŜ  za  duŜo,  nawet  dla  niego.  Nie  mógł  się  oprzeć.  Znał  siatkę  jej  Ŝył  tak 

dobrze jak rysy jej twarzy. A jednak... 

W porządku. Wszystko jest dobrze... Elena przekonywała go telepatycznie. 

Zatopił dwa obolałe kły w cienką Ŝyłę Eleny. Byty tak ostre, Ŝe nie poczuła bólu. Jej 

krew wypełniła jego usta. Radość dawania wprawiła Elenę w ekstazę. 

Istniało  ryzyko,  Ŝe  Sterano  wypije  za  duŜo  krwi  albo  nie  odda  jej  dość  własnej,  by 

utrzymać  ją  przy  Ŝyciu.  On  potrzebował  jednak  tylko  odrobinę,  Obawy  zniknęły,  doznali 

nieziemskiej rozkoszy. 

Matt  szukał  kluczyków,  kiedy  usadowili  się  na  przednim  siedzeniu  jego  gruchota. 

Trochę  wstydził  się  parkować  obok  porsche  Stefano.  Tapicerka  na  tylnym  siedzeniu  była 

podarta,  miała  zwyczaj  przyklejać  się  do  pleców  i  pośladków  kaŜdego,  kto  tam  usiadł.  Na 

szczęście  filigranowa  Bonnie  zmieściła  się  z  przodu,  pomiędzy  Mattem  i  Meredith.  Matt 

zerknął  na  nią,  bo  wiedział,  Ŝe  niechętnie  zapina  pasy.  Wąska  droga  przez  Stary  Las,  pełna 

ostrych zakrętów, była niebezpieczna, nawet jeśli akurat nie było na niej innych samochodów, 

które trzeba by wyminąć. 

Dość  umierania,  pomyślał  Matt,  ruszając  z  parkingu.  Dość  cudownych 

zmartwychwstań. Widział juŜ tyle  cudów, Ŝe wystarczy mu do końca Ŝycia. Tak jak  Bonnie 

chciał, Ŝeby wszystko wróciło do normalności, Ŝeby mógł Ŝyć jak zwykły człowiek. 

Bez Eleny, drwiąco szepnął jakiś głos w jego głowie. Poddajesz się bez walki? 

Nie mógłbym pokonać Stefano w Ŝadnej walce, nawet gdyby miał obie ręce związane 

za  plecami  i  worek  na  głowie.  Zapomnij.  To  skończone,  chociaŜ  mnie  pocałowała.  Teraz  to 

tylko przyjaciółka. 

Ale wciąŜ czuł na swoich wargach  gorące usta Eleny, która nie wiedziała jeszcze, Ŝe 

przyjaciele się nie całują. Czuł teŜ jej ciepłe i smukłe ciało. 

Cholera, wróciła jako kobieta doskonała, przynajmniej z wyglądu, pomyślał. 

- Kiedy  myślałam,  Ŝe  wszystko  juŜ  będzie  w  porządku.  -  Bonnie  przerwała  smętne 

rozmyślania Mata. - Kiedy myślałam, Ŝe wszystko się uda. 

- To chyba niemoŜliwe - tłumaczyła jej Meredith. - Ciągle ją tracimy. Ale nie moŜemy 

być samolubni. 

- Ja mogę - odparowała Bonnie. 

Ja  teŜ,  wyszeptał  głos  w  głowie  Matta.  Stary,  dobry  Matt;  Matt  nie  będzie  miał  nic 

przeciwko; dobry kumpel Matt. No cóŜ, tym razem stary dobry Matt ma coś przeciwko. Ale 

ona wybrała innego faceta, więc co mogę zrobić? Porwać ją? Zamknąć? UŜyć siły? 

Ta mysi podziałają jak kubeł zimnej wody. Matt otrząsnął się i skupił na drodze. 

background image

- Miałyśmy  razem  iść  do  college'u  -  ciągnęła  Bonnie.  -  A  potem  wrócić  do  Fell's 

Church.  Do  domu.  Wszystko  miałyśmy  zaplanowane  prawie  od  przedszkola,  a  teraz  Elena 

znów jest człowiekiem i myślałam, Ŝe to znaczy, Ŝe wszystko będzie znowu tak, jak powinno 

być.  Ale  nigdy,  nigdy  juŜ  tak  nie  będzie,  prawda?  -  Ostatnie  słowa  wyszeptała,  prawie 

płacząc. - Prawda? - powtórzyła, ale to właściwie nie było pytanie. 

Matt i Meredith spojrzeli na siebie. Współczuli Bonnie, ale nie potrafili jej pocieszyć. 

Bonnie, to tylko egzaltowana Bonnie, pomyślał Matt, ale on takŜe nie mógł pogodzić 

się z tym, Ŝe choć Elena wróciła do świata Ŝywych, nic nie jest tak jak dawniej. 

- Wszyscy  na  to  liczyliśmy,  kiedy  Elena  wróciła  -  tłumaczył  Bonnie.  Kiedy 

tańczyliśmy w lesie z radości, dodał w myślach, - Spodziewaliśmy się, Ŝe ona i Stefano będą 

mogli Ŝyć spokojnie gdzieś niedaleko i Ŝe będziemy się z Eleną przyjaźnić tak jak wcześniej, 

zanim Stefano... 

Meredith pokręciła głową. 

- Nie Stefano - powiedziała z naciskiem. 

Matt zrozumiał, o co Meredith chodzi. Stefano przybył do Fell's Church, Ŝeby pomóc 

ludziom, a nie, Ŝeby zabrać pewną dziewczynę od jej bliskich. 

- Oczywiście.  Chciałem  powiedzieć,  Ŝe  Elena  i  Stefano  mogliby  pewnie  znaleźć 

sposób, Ŝeby Ŝyć tutaj spokojnie. To wszystko wina Damona. To on przybył, Ŝeby zabrać ją 

wbrew jej woli. 

- A  teraz  Elena  i  Stefano  muszą  odejść.  A  kiedy  odejdą,  juŜ  nigdy  nie  wrócą  - 

dokończyła za niego Bonnie. - Dlaczego? Dlaczego Damon to rozpętał? 

- Z  nudów.  Stefano  powiedział  mi  kiedyś,  Ŝe  Damon  wywołuje  zamieszanie,  Ŝeby 

zabić nudę. ChociaŜ myślę, Ŝe tym razem kierowała nim nienawiść do Stefano ~ powiedziała 

Meredith. - Ale chciałabym, Ŝeby wreszcie zostawił nas w spokoju. 

- Co za róŜnica? - Bonnie teraz juŜ płakała. - Więc to wina Damona. Nic mnie to nie 

obchodzi. Nie rozumiem tylko, dlaczego wszystko musiało się zmienić! 

- Nie moŜesz wejść dwa razy tej samej rzeki. Albo nawet raz, jeŜeli jesteś wampirem o 

wielkiej mocny - stwierdziła kwaśno Meredith. Nikt się nie roześmiał. Potem dodała łagodnie. 

- Pytasz niewłaściwą osobę. MoŜe Elena umiałaby ci wytłumaczyć, dlaczego wszystko musi 

się zmieniać, jeŜeli pamięta, co się z nią działo - tam. 

- Nie chodziło mi o to, Ŝe musi się zmieniać... 

- Ale  musi.  Nie  rozumiesz?  Nie  ma  w  tym  nic  nadprzyrodzonego.  To  Ŝycie.  KaŜdy 

musi dorosnąć... 

- Wiem!  Matt  dostał  stypendium  sportowe,  a  ty  jedziesz  do  college'u,  a  potem  się 

background image

pobierzecie! I będziecie mieli dzieci! - Bonnie udało się sprawić, Ŝe zabrzmiało to jak coś bar-

dzo  nieprzyzwoitego.  -  Ja  utknę  w  szkole  do  końca  Ŝycia.  A  wy  oboje  dorośniecie  i 

zapomnicie o Elenie i Stefano... i o mnie - dokończyła bardzo cicho. 

- Ej.  -  Matt  zawsze  stawał  po  stronie  skrzywdzonych  i  przegranych.  Teraz,  mimo 

wspomnienia Eleny (zastanawiał się, czy kiedykolwiek zapomni o jej pocałunku), Ŝal mu było 

Bonnie. - O czym ty mówisz? Po college'u wrócę do Fell's Church. Pewnie tu umrę. I będę o 

tobie pamiętał. Oczywiście, jeŜeli ty nie będziesz miała nic przeciwko. 

Bonnie zadrŜała. Matt bez zastanowienia przytulił ją. 

- Nie jest mi zimno - wyjaśniła, ale nie próbowała strącić jego ręki. - Jest ciepła noc. 

Ja.. .ja po prostu nie lubię, jak ktoś mówi o umieraniu... UwaŜaj! 

- Matt, uwaŜaj! 

- Ooooo...  -  Mart  wcisnął  hamulec,  przeklinając  głośno.  Obiema  rękami  próbował 

utrzymać  kierownicę.  Jego  samochód  miał  kilkanaście  łat,  nie  by!  wyposaŜony  w  poduszki 

powietrzne. W gruncie rzeczy jechali kupą złomu. 

- Trzymajcie się! - krzyknął Matt, kiedy samochód z piskiem opon zaczął obracać się 

w miejscu. Uderzył w drzewo, tylne koła były w rowie. 

Matt  powoli  wypuścił  powietrze  i  zdjął  ręce  z  kierownicy  Obrócił  się  w  stronę 

dziewczyn t się przeraził. 

Bonnie  leŜała  z  głową  na.  kolanach  Meredith,  trzymając  się  jej  kurczowo.  Meredith 

siedziała wyprostowana, z nienaturalnie odchyloną głową. 

Gałąź drzewa wybiła szybę i cudem nie przebiła Meredith jak włócznia. 

Gdyby pas Bonnie nie pozwolił jej się obrócić; gdyby się nie schyliła; gdyby Meredith 

nie odrzuciła głowy do tyłu... 

Mart  zorientował  się,  Ŝe  patrzy  prosto  na  rozłupany,  ostry  koniec  gałęzi.  Gdyby  pas 

nie przytrzymał go na miejscu, gdyby pochylił się na bok. 

Słyszał  swój  cięŜki  oddech.  Samochód  wypełnił  się  zapachem  igieł.  Czuł  nawet 

aromat Ŝywicy, która kapała z drzewa. 

Meredith bardzo powoli próbowała odsunąć gałąź, która wycelowana była w jej szyję 

jak strzała. Nie mogła. Matt usiłował jej pomóc, Ale gałąź nawet nie drgnęła. 

- Muszę się wydostać - jęknęła Bonnie - zanim to mnie złapie. To chce mnie złapać. 

Matt spojrzał na nią w zdumieniu. Otarł policzek o koniec gałęzi. 

- To  nie  chce  cię  złapać.  -  Ale  gdy  chciał  odpiąć  pas,  poczuł  mdłości.  Dlaczego 

Donnie teŜ ma wraŜenie, Ŝe to nie gałąź, tylko coś Ŝywego, co moŜe jej zrobić krzywdę? 

- Wiesz, Ŝe chce - wyszeptała Bonnie. Trzęsła się, Szamotała się, usiłując odpiąć pas. 

background image

- Matt,  musimy  jakoś  wydostać  się  z  samochodu  -  powiedziała  Meredith.  WciąŜ 

siedziała w tej samej pozycji, z głową odchyloną do tyłu. Ale oddychała z trudem. -  To coś 

chce mnie udusić. 

- To  niemoŜliwe...  -  Ale  on  teŜ  to  widział.  Gałązki  wyrastające  z  grubego  konara, 

który  przebił  szybę,  poruszyły  się  nieznacznie,  ale  wyraźnie  było  widać,  Ŝe  wyginają  się  w 

stronę szyi Meredith. 

- Masz takie wraŜenie, bo siedzisz w bardzo niewygodnej pozycji - próbował uspokoić 

Meredith, ale sam nie wierzy! w to, co mówił. - W schowku jest tatarka. 

- Schowek jest zablokowany. Bonnie, dasz radę sięgnąć do mojego pasa? 

- Spróbuje. - Bonnie przesunęła się do przodu, nie podnosząc głowy. 

Z perspektywy Matta wyglądało co, jakby gałęzie zaciskały się wokół niej i wciągały 

ją do środka. 

- Mamy tu cholerną choinkę. - Oparł czoło o szybę. Coś dotknęło jego karku. Drgnął 

nerwowo. 

- Cholera, Meredith... 

- Matt... 

Matt  był  na  siebie  wściekły,  Ŝe  tak  się  przestraszył.  Ale  miał  wraŜenie,  Ŝe  coś  go 

drapie. 

- Meredith? - Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie. Meredith nie dotykała go. 

- Matt... nie ruszaj się... w lewo. Tam jest długa ostra drzazga. - Meredith zachowująca 

zimną  krew  nawet  w  niezwykłych  sytuacjach,  tym  razem  wpadała  w  panikę.  Oddychała 

płytko i szybko. 

- Meredith!  -  zawołała  Bonnie,  zanim  Matt  zdąŜył  odpowiedzieć.  Jej  głos  był 

przytłumiony. 

- W porządku. Muszę to tylko... odsunąć, Nie martw się, nie zostawię cię. 

Matt poczuł dotyk, wielu igieł na karku. 

- Bonnie, przestani Wciągasz drzewo do środka! Wciągasz je na mnie i Meredith! 

- Matt, zamknij się! 

Matt się zamknął. Serce waliło mu jak oszalałe. Miał wraŜenie, Ŝe konar się rozrasta, 

zajmując coraz więcej miejsca w samochodzie. 

- Mam!  -  powiedziała  Bonnie  i  usłyszeli  szczek  odpinanego  pasa.  Potem  drŜącym 

głosem dodała. - Meredith, igły wbijają mi się w plecy. 

- W  porządku,  Bonnie.  -  Meredith  mówiła  z  wysiłkiem;  -  Matt,  musisz  otworzyć 

drzwi. 

background image

- To nie tylko igły. To małe gałązki. Coś jak drut kolczasty. Ja... utknęłam... - ciągnęła 

coraz bardziej przeraŜona Bonnie. 

- Matt, otwórz drzwi! 

- Nie mogę. Cisza. 

- Matt? 

Matt walczył z gałęzią, obiema dłońmi próbując ją odepchnąć, zapierając się nogami. 

Pchał z całych sił. 

- Matt! - Meredith niemal krzyczała. - To zaraz podetnie mi gardło! 

- Nic mogę otworzyć drzwi! Z tej strony teŜ jest drzewo! 

- Tam nie moŜe być drzewa, to droga! 

- Jak moŜe tam rosnąć drzewo? 

Znów cisza. Matt czuł, jak igry i drzazgi wbijają się w jego kark JeŜeli szybko się nie 

porusza nigdy nie otworzy tych drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

Elena  była  szczęśliwa.  Teraz  jej  kolej.  Stefano  zaciął  się  ostrym  drewnianym  noŜem 

do papieru. Ib był najskuteczniejszy sposób zranienia wampira. Elena nie lubiła na to patrzeć, 

więc zamknęła oczy i otworzyła je dopiero, gdy na szyi Stefano pojawiła się krew. 

- Nie powinnaś wypić duŜo - wyszeptał Stefano. - Czy nie ściskam cię zbyt mocno? 

On teŜ się denerwował. Tym razem to ona pocałowała jego. 

Wiedziała,  jak  dziwne  mu  się  to  wydawało  i  Ŝe  jej  pocałunków  chciał  bardziej  niŜ 

tego,  Ŝeby  wypiła  jego  krew.  Śmiejąc  się,  odepchnęła  go  lekko,  uniosła  się  nad  podłogę  i 

jeszcze raz musnęła wargami jego szyję. Była pewna,, Ŝe pomyśli, Ŝe wciąŜ się z nim droczy. 

Ale  ona  przywarła  do  jego  szyi  jak  pijawka  i  zaczęta  ssać  tak  łapczywie,  aŜ  zmusiła  go  do 

pomyślenia „proszę”. Nie przestała ssać, dopóki nie powiedział tego głośno. 

Mattowi i Meredith ten sam pomysł przyszedł do głowy w tej samej chwili. Ona była 

szybsza, ale zawołali niemal równocześnie. 

- Co za idiota ze mnie! Matt, gdzie jest dźwignia fotela? 

- Bonnie,  musisz  znaleźć  dźwignię  i  pociągnąć  ją  do  góry.  Wtedy  Meredith  będzie 

mogła odchylić fotel! 

Głos Bonnie rwał się, jakby miała czkawkę. 

- Moje ręce... one wbijają się w moje ręce... 

- Bonnie  -  powiedziała  Meredith  ostro,  -  Wiem,  Ŝe  potrafisz  to  zrobić.  Matt,  czy 

dźwignia jest dokładnie pod siedzeniem? 

- Tak,  z  brzegu.  Na  pierwszej,  nic,  na  drugiej.  -  Brakło  mu  tchu,  by  wytłumaczyć 

dokładniej. Gdy na sekundę puszczał gałąź, ta mocniej naciskała na jego kark. 

Nie ma wyboru, pomyślał. Odetchnął głęboko i zaczął mocować się z gałęzią. Słysząc 

krzyk Meredith, obrócił się. Ostre drzazgi raniły mu szyję, ucho i skroń. Przeraził się, widząc, 

Ŝ

e kolejne gałęzie wdarły się do samochodu i coraz ciaśniej osaczają troje ludzi. 

Wszędzie było pełno igieł. 

Nic  dziwnego,  Ŝe  Meredith  traci  nerwy,  pomyślał.  Dziewczyna  była  niemal 

przysypana  gałązkami.  Jedną  ręką  walczyła  z  czymś,  co  naciskało  na  jej  gardło.  Ale 

zauwaŜyła, Ŝe się obrócił. 

- Matt... twój fotel! Szybko! Bonnie, wiem, Ŝe ci się uda. 

Matt  schylił  się  i  przez  stertę  igieł  dokopał  się  do  dźwigni  regulującej  oparcie,  nie 

mógł jej jednak poruszyć. Owijały ją cienkie, ale bardzo mocne witki. Chwycił je i szarpnął 

background image

gwałtownie. 

Oparcie  jego  siedzenia  odchyliło  się  do  tylu.  Zanurkował  pod  wielką  gałęzią  -  jeŜeli 

wciąŜ zasługiwała na to miano, bo w samochodzie było juŜ kilka grubych konarów. Gdy pró-

bował pomóc Meredith, jej fotel nagle teŜ się odchylił prawie do poziomu. 

Dziewczyna  zyskała  trochę  przestrzeni.  Przez  chwilę  leŜała,  łapczywie  łykając 

powietrze. Potem przeczołgała się na tylne siedzenie, ciągnąc za sobą. Bonnie, w której ciele 

tkwiło mnóstwo igieł. 

- Matt. Niech cię Bóg błogosławi... za to.., Ŝe masz taki łatwy w obsłudze samochód - 

wydusiła  Meredith  ochrypniętym  głosem.  Kopniakiem  podniosła  oparcie  fotela  do  pionu. 

Matt zrobił to samo. 

- Bonnie - wyszeptał. 

Bonnie  się  nie  ruszała.  Mnóstwo  cienkich  witek  owijało  się  wokół  niej,  wplątało  we 

włosy, Po gałęziach zostały rany. 

- BoŜe, to wygląda tak, jakby drzewo próbowało zapuścić w niej korzenie - stwierdził 

zszokowany Matt na widok obraŜeń dziewczyny. 

- Bonnie ? - Meredith wyplątywała gałęzie z jej włosów. - Bonnie? Spójrz na mnie. 

Bonnie znów przeszły dreszcze, ale przy pomocy Meredith uniosła głowę, 

- Nie sądziłam, Ŝe mi się uda. 

- Ocaliłaś mi Ŝycie. 

- Taksie bałam... Bonnie się rozpłakała. 

Lampka  w  samochodzie  mrugnęła  i  zgasła.  Matt  dostrzegł  jeszcze  wyraz  oczu 

Meredith. Poczuł się jeszcze gorzej, jeśli to było moŜliwe. Rozejrzał się. 

Samochód był szczelnie oblepiony igłami i gałęziami. 

Mimo to i on, i Meredith bez słowa sięgnęli do klamek. Oboje drzwi udało się uchylić 

na centymetr, ale natychmiast zatrzasnęły się z powrotem. 

Spojrzeli  po  sobie.  Meredith  zajęła  się  rozplątywaniem  włosów  Bonnie.  Wyciągała  z 

nich igły i gałązki. 

- Czy to boli? 

- Nie. Trochę,.. 

- Trzęsiesz się. 

- Jest zimno. 

Teraz  było  zimno.  Matt  słyszał  -  przez  to,  co  jeszcze  chwilę  temu  było  otwartym 

oknem,  ale  teraz  zostało  szczelnie  wypełnione  gałęziami  -  wycie  wiatru.  Słyszał  teŜ 

skrzypienie  drzew,  zaskakująco  głośno  i  dochodzące  z  jakiejś  absurdalnej  wysokości. 

background image

Wyraźnie zbierało się na burzę. 

- Co to, do cholery, było? - wybuchnął. - To, co próbowałem ominąć na drodze? 

- Nie  wiem.  Miałam  właśnie  zamknąć  okno  -  powiedziała  Meredith.  Tylko  mi  coś 

mignęło. 

- Pojawiło się nagle na środku drogi. - Wilk? 

- To było czerwone - wtrąciła Bonnie. - Wilki nie są czerwone. 

- Czerwone? - Meredith pokręciła głową. - To było duŜo za duŜe na. lisa. 

- Chyba rzeczywiście było czerwone - zgodził się Matt. 

- Wilki  nie  są  czerwone..:  a  wilkołaki?  Czy  Tyler  Smallwood  ma  jakichś  rudych 

krewnych? 

- To nie był wilk - powiedziała Bonnie. - To było... tył do przodu. 

- Tył do przodu? 

- Miało głowę z niewłaściwej strony. A moŜe miało głowy z obu stron. 

- Bonnie, naprawdę mnie przeraŜasz. 

Matt  nie  przyznałby  się,  ale  teŜ  był  przeraŜony.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  to,  co  zdąŜył 

zauwaŜyć, miało dokładnie kształt opisywany przez Bonnie. 

- MoŜe po prostu widzieliśmy to coś pod dziwnym kątem - zasugerował jednak. 

- To mogło być jakieś zwierzę wypłoszone lasu przez... - w tej samej chwili zaczęła 

Meredith. 

- Przez co? 

Meredith spojrzała w górę. Matt podąŜył za jej spojrzeniem. Powoli, trzeszcząc, dach 

się wyginał. Jakby opierało się o niego coś bardzo cięŜkiego. 

Matt zaklął pod nosem. 

- Póki  siedziałem  z  przodu,  dlaczego  po  prostu  nie  wcisnąłem  gazu...?  -  Popatrzył 

przed siebie, próbując dojrzeć między gałęziami stacyjkę. - Czy kluczyki jeszcze tam są? 

- Matt,  samochód  wylądował  tylnymi  kołami  w  rowie.  A  poza  tym,  gdyby  to  mogło 

nam pomóc, powiedziałabym ci, Ŝebyś to zrobił. 

- Gałąź odcięłaby ci głowę! 

- Tak - odpowiedziała krótko Meredith. 

- Zabiłaby clę! 

- JeŜeli  wy  dwoje  byście  się  dzięki  temu  uratowali,  kazałabym  ci  to  zrobić.  Ale  ty 

patrzyłeś w bok i nie mogłeś się obrócić. Ja patrzyłam na wprost. One tam juŜ były. Drzewa. 

Z kaŜdej strony. 

- To.,. nie jest... moŜliwe! - Matt uderzał pięścią w oparcie przed nim, podkreślając w 

background image

ten sposób kaŜde słowo, . 

- Czy to jest moŜliwe? 

Dach znowu zatrzeszczał i wygiął się jeszcze bardziej. 

- Przestańcie się kłócić! - zawołała Bonnie, ale głos jej się załamał. 

Usłyszeli huk, jakby wystrzał z pistoletu, i samochód przechylił się do tyłu i na lewo. 

- Co to było? Cisza. 

- Opona  pękła  -  powiedział  w  końcu  Matt.  Nie  ufał  swojemu  własnemu  głosowi. 

Spojrzał na Meredith. 

- Meredith,  gałęzie  wypełniają  przednie  siedzenia.  Ledwie  widzę  światło  księŜyca. 

Robi się ciemno. 

- Wiem. 

- Co teraz zrobimy? 

Matt  widział  niezwykłe  napięcie  i  frustrację  na  twarzy  Meredith.  Wydawało  się,  Ŝe 

cokolwiek odpowie, wycedzi to przez zaciśnięte zęby. Ale zamiast tego odpowiedziała cicho i 

łagodnie. 

- Nie wiem. 

Stefano wciąŜ drŜał - Elena zwinęła się w kłębek jak kot na łóŜku. Uśmiechnęła się do 

niego,  a  jej  uśmiech  był  pełen  miłości.  Zapragnął  chwycić  ją  w  ramiona,  całować  i  pić  jej 

krew. 

Doprowadziła go do szaleństwa. Wiedział aŜ za dobrze - z własnego doświadczenia - z 

jakim  niebezpieczeństwem  igrają.  Jeszcze  trochę  i  Elena  będzie  pierwszym  duchem 

wampirem, tak jak była pierwszym wampirem duchem, jakiego spotkał; 

Ale spójrzcie na nią! Patrzył na nią z czułością, jego serce biło coraz mocniej. Włosy 

Eleny,  Ŝywe  złoto,  opadały  jak  jedwab  na  łóŜko.  Jej  ciało  w  świetle  jedynej  małej  lampki 

wydawało się równieŜ obwiedzione złotem. Jakby złota aura spowijała ją całą, jakby się w tej 

aurze unosiła, poruszała, spała w niej. To było przeraŜające. Dla wampira to było jakby miał 

słońce we własnym łóŜku. 

Powstrzymał  ziewnięcie.  Elena  sprawiała,  Ŝe  ogarniała  go  senność.  Jej  krew  dawała 

mu  niesłychaną  moc,  ale  teŜ  odpręŜała  i  błogo  usypiała.  Poczuł  się  rozkosznie  senny.  Uśnie 

teraz w jej ramionach. 

Matt,  Bonnie  i  Meredith  juŜ  prawie  nic  nie  widzieli.  Drzewa  zasłaniały  niemal 

całkowicie  światło  księŜyca.  Wołali  o  pomoc.  Nic  to  nic  dało,  a  poza  tym,  jak  zauwaŜyła 

Meredith, powinni zuŜywać jak najmniej tlenu, więc siedzieli w milczeniu. 

Nie  wiedzieli,  co  robić.  Meredith  sięgnęła  do  kieszeni  dŜinsów  i  wyciągnęła  pęk 

background image

kluczy z miniaturowa, latarka. Włączyła ja. Światło dodało im otuchy. Taka mała rzecz, a tyle 

znaczy, pomyślał Matt. 

Czuli nacisk na przednie siedzenia. 

- Bonnie,  nikt  nie  usłyszy  naszych  krzyków  -  powiedziała  Meredith.  -  Gdyby  było 

inaczej, ktoś usłyszałby pękającą oponę i pomyślał, Ŝe to strzał i zawiadomił policję. 

Bonnie pokręciła głową, jakby nie chciała tego słuchać. WciąŜ wyciągała igły wbite w 

skórę. 

Ma rację, pomyślał Matt. W promieniu kilku kilometrów nie ma nikogo. 

- Tu jest coś bardzo złego - wyszeptała Bonnie, z trudem wypowiadając kaŜde słowo. 

Matt zbladł. 

- Jak bardzo... złego? 

- Jest  tak  złe,  Ŝe...  nigdy  nie  czułam  niczego  takiego.  Nawet  gdy  zginęła  Elena,  ani 

przy Klausie, ani nigdy. Nigdy nie czułam niczego tak złego jak to. To jest takie złe... i takie 

silne. Nie pomyślałabym, Ŝe coś moŜe być takie silne. To napiera na mnie i obawiam się... 

- Bonnie  -  przerwała  jej  Meredith.  -  Wiem,  Ŝe  oboje  myślimy  o  jedynym  moŜliwym 

sposobie... 

- Nic ma Ŝadnego sposobu! 

- Wiem, Ŝe się boisz... 

- Kogo  mam  wezwać?  Mogłabym  to  zrobić.,.  gdybym  miała  kogo  wezwać.  Mogę 

wpatrywać się w twoją małą latarkę i wyobraŜać sobie, Ŝe to płomień... 

- Trans? - Matt spojrzał ostro na Meredith. - Nie powinna tego więcej robić. 

- Klaus nie Ŝyje. - Ale... 

- Nikt mnie nie usłyszy! - krzyknęła Bonnie i zaczęła znowu płakać. - Elena i Stefano 

są zbyt daleko, poza tym pewnie śpią! A nikt inny nam nie pomoŜe! 

Ale  nie  mieli  wyboru.  Gałęzie  rozpychały  się  w  samochodzie,  zostawiając  im  coraz 

mniej miejsca i coraz mniej powietrza. 

- Hm - chrząknął Matt. - Czy.. czy jesteśmy pewni? 

- Nie  -  powiedziała  ponuro  Meredith.  Ale  w  jej  głosie  była  teŜ  nadzieja.  -  Pamiętasz 

dzisiejszy poranek? Myślę, Ŝe on wciąŜ jest gdzieś tutaj. 

Matt poczuł się gorzej. Meredith i Bonnie wyglądały blado w świetle latarki. 

- A zaraz zanim to się zaczęło, mówiliśmy o tym, jak wiele... 

- ...w zasadzie wszystko, co się stało i co zmieniło Elenę... 

- ...jest jego winą. 

- W lesie. 

background image

- Przy opuszczonej szybie. Bonnie wciąŜ płakała. 

Matt i Meredith zawarli milczące porozumienie ponad jej głową. 

- Bonnie - zaczęła Meredith delikatnie będziesz musiała zrobić to, co powiedziałaś. 

Spróbuj  wezwać  Stefano  albo  obudzić  Elenę,  albo...  albo  przeprosić  Damona.  Obawiam  się, 

Ŝ

e  tylko  Damon  moŜe  nam  pomóc.  On  nigdy  nie  chciał  nas  uśmiercić,  poza  tym  musi 

wiedzieć, Ŝe Elena nigdy mu nie wybaczy, jeŜeli pozwoli umrzeć jej przyjaciołom. 

Matt był sceptyczny. 

- MoŜe  i  nie  chce  uśmiercić  nas  wszystkich,  ale  moŜe  teŜ  poczekać,  aŜ  ktoś  z  nas 

umrze i uratować pozostałych, Nigdy mu nie uf... 

- Nigdy mu nie Ŝyczyłeś nic złego - przerwała mu Meredith. 

Matt spojrzał na nią zaskoczony i zamilkł. Czuł się jak idiota. 

- No więc, tu jest latarka - powiedziała Meredith. Mimo dramatycznych okoliczności 

jej glos był spokojny, wręcz hipnotyczny. śałosne małe światełko było tak cenne. To jedyne, 

co rozświetlało absolutną ciemność, 

Ale  jeśli  drzewa  będą  nadal  zabierać  coraz  więcej  przestrzeni,  zabraknie  im  tlenu  i 

zostaną zmiaŜdŜeni, pomyślał Matt. 

- Bonnie?  -  Meredith  zapytała  tonem,  jakim  starsza  siostra  mówi  do  młodszej,  by  ją 

uspokoić, gdy znajdzie się w niebezpieczeństwie, łagodnie, spokojnie. - Czy moŜesz udawać, 

Ŝ

e to płomień świecy... płomień świecy... i spróbować wejść w trans? 

- Jestem w transie. - Głos Bonnie brzmiał jak echo odbite od drzew. 

- Poproś o pomoc - powiedziała Meredith. Bonnie posłuchała. 

- Proszę,  pomóŜ  nam.  Damonie,  jeŜeli  mnie  słyszysz,  przyjmij  moje  przeprosiny  i 

przyjdź nam na ratunek. Potwornie nas przestraszyłeś i jestem pewna, Ŝe zasłuŜyliśmy na to, 

ale pomóŜ, proszę, pomóŜ. To boli, Damonie. To boli tak bardzo, Ŝe aŜ chce się krzyczeć. Ale 

nie  krzyczę.  Całą  energię  zachowuję  na  skontaktowanie  się  z  tobą.  Proszę,  proszę,  proszę, 

pomóŜ... 

Powtarzała to przez pięć, dziesięć, dwadzieścia minut, podczas gdy  gałęzie wciąŜ się 

rozpychały, odurzając ich słodkim zapachem Ŝywicy. Matt nie przypuszczał, Ŝe Bonnie moŜe 

być w transie tak długo. 

Potem latarka zgasła. Nie słychać było juŜ nic poza szumem sosen. 

Trzeba to było widzieć, 

Damon  znów  wisiał  wysoko  nad  ziemią,  jeszcze  wyŜej,  niŜ  kiedy  zaglądał  do 

Caroline. WciąŜ nie miał pojęcia, jak się nazywają te drzewa, ale nie przeszkadzało mu to. Ta 

gałąź  była  jak  loŜa,  z  której  oglądał  dramat  rozgrywający  się  na  dole.  Zaczynał  się  jednak 

background image

trochę  nudzić,  bo  nic  nowego  się  nie  działo.  Porzucił  Damaris,  kiedy  zaczęła  nudzić  o 

małŜeństwie i poruszać inne tematy, których wolał uniknąć. Jej męŜa, na  przykład. Nuuuda, 

Odszedł, nie sprawdzając nawet, czy ją przemienił, ale tak mu się wydawało. Go to będzie za 

niespodzianka, kiedy męŜulek wróci do domu! Uśmiechnął się na myśl o tym. 

Dramat na dole osiągał punkt kulminacyjny. 

Patrzył  i  podziwiał.  Polowanie.  Nie  miał  pojęcia,  czym  były  te  małe  stwory 

posługujące  się  drzewami,  ale  przekształciły  polowanie  w  sztukę,  jak  wilki  albo  lwy. 

Połączyły siły, Ŝeby schwytać zdobycz zbyt duŜą albo zbyt mocno opancerzoną, by poradzić 

sobie z nią w pojedynkę. W tym przypadku - samochód. 

Sztuka  współpracy.  Nieszczęsne  wampiry  są  takimi  samotnikami,  pomyślał. 

Gdybyśmy współpracowali, świat byłby nasz. 

Zamrugał sennie, po czym uśmiechnął się rozmarzony. Oczywiście, gdybyśmy mogli 

to  zrobić  -  na  przykład  opanować  jakieś  miasto  i  podzielić  się  mieszkańcami  -  szybko 

rzucilibyśmy  się  sobie  do  gardeł.  Dosłownie.  W  ruch  poszłyby  kły,  gwoździe  i  moc,  aŜ  nie 

zostałoby nic poza strzępami ciał na chodnikach spływających krwią. 

Piękny  widok,  pomyślał  i  zamknął  oczy,  Ŝeby  lepiej  go  sobie  wyobrazić.  Dzieła 

sztuki.  Szkarłatne  kałuŜe  krwi,  w  magiczny  sposób  wciąŜ  dość  płynnej,  Ŝeby  spływać  po 

białych marmurowych schodach w... na przykład, w Kallimarmaron w Atenach. Całe miasto 

ciche, oczyszczone hałaśliwych, chaotycznych, obłudnych ludzi - Pozostaliby tylko niezbęd-

ni  wampirom  nieszczęśnicy:  kilka  arterii  dostarczających  słodkiej  czerwonej  cieczy. 

Wampirza wersja ziemi miodem i mlekiem płynącej. 

Otworzył  oczy  zirytowany.  Na  dole  zrobiło  się  głośno.  Ludzie  krzyczeli.  Dlaczego? 

Po  co?  Królik  zawsze  piszczy,  gdy  zamykają  się  na  nim  szczęki  lisa,  ale  czy  kiedyś  inny 

królik ruszył mu na ratunek? 

Proszę, ludzie są równie głupi jak króliki, pomyślał, ale humor miał zepsuty. Próbował 

nie myśleć o sytuacji na dole, ale nie tylko ten hałas mu przeszkadzał. Miód i mleko to był ... 

błąd. To skojarzenie zaprowadziło go w niewłaściwym kierunku. Skóra Eleny była jak mleko, 

tej  nocy  tydzień  temu,  biała  i  ciepła,  nawet  w  świetle  księŜyca.  Jej  jasne  włosy  w  cieniu 

wyglądały jak rozlany miód. Elena nie byłaby zadowoloną, gdyby dowiedziała się o wyniku 

dzisiejszego polowania stworów z lasu. Płakałaby łzami, które wyglądają jak małe kryształki i 

pachną solą. 

Nagle Damon zamarł. Wysłał niewielką falę mocy jak radaru. 

Ale niczego nie znalazł poza drzewami. Cokolwiek tu było, było niewidzialne. 

W  porządku,  pomyślał,  spróbujmy  tego:  koncentrując  się  na  krwi,  której  tak  wiele 

background image

wypił  przez  ostatnie  dni,  skierował  we  wszystkich  kierunkach  uderzenie  mocy  potęŜne  jak 

wybuch Wezuwiusza. 

To  wróciło.  Niewiarygodne,  ale  pasoŜyt  znów  próbował  dostać  się  do  jego  umysłu. 

Nie miał Ŝadnych wątpliwości. 

Próbował go uśpić, podczas gdy jego towarzysze zajmą się ofiarami w samochodzie. 

Damon  rozwścieczony  potarł  kark.  To  coś  podszeptywało,  mu  marzenia,  brało  jego  własne 

mroczne  myśli  i  oddawało  je  jeszcze  mroczniejszymi,  aby  skłonić  go  do  ruszenia  znów  w 

miasto i zabijania dla przyjemności. 

Damon wpadł w furię. Wstał, rozprostował nogi i ramiona i zaczął szukać pasoŜyta za 

pomocą  fal  mocy  wysyłanych  jedna  po  drugiej.  On  musiał  gdzieś  tu  być;  drzewa  wciąŜ 

osaczały  samochód.  Ale  Damon  niczego  nie  znalazł,  chociaŜ  zastosował  najskuteczniejszą 

metodę przeszukiwania, jaką znal: tysiąc uderzeń na. sekundę wysyłanych na oślep w kaŜdą 

stronę. Powinien był natychmiast znaleźć zwłoki. Ale nie znalazł. 

To rozwścieczyło go jeszcze bardziej, ale tez trochę podekscytowało. Chciał walczyć. 

Chciał zabić coś, co warto było zabić. A teraz, gdy spotkał godnego przeciwnika, nie mógł go 

zabić, bo nie mógł go znaleźć. Wysiał groźną wiadomość: JuŜ raz cię ostrzegałem. Teraz cię 

wyzywam. PokaŜ się - albo trzymaj się ode mnie z daleka! 

Gromadził  moc,  spiętrzał  ją,  myśląc  o  wszystkich  śmiertelnikach,  dzięki  którym  ją 

zebrał.  Przytrzymywał  ją,  kształtował,  przygotowywał  do  zadania,  które  miała  spełnić. 

Wykorzystał  wszystkie  umiejętności,  jakie  nabył  w  kilkusetletniej  karierze  myśliwego.  W 

końcu poczuł, jakby trzymał w dłoniach bombę atomową. I wtedy ją wypuścił. Fala eksplozji 

oddalała się od niego niemal z prędkością światła. 

Teraz  na  pewno  powinien  poczuć  śmierć  czegoś  bardzo  potęŜnego  i  sprytnego  - 

czegoś, czemu udało się przetrwać poprzednie ataki. 

WytęŜył  zmysły,  czekając,  aŜ  usłyszy  albo  poczuje,  Ŝe  coś  zostało  pokonane  -  Ŝe 

spada zakrwawione z gałęzi, z powietrza, skądkolwiek. Coś powinno spaść i uderzyć b ziemię 

albo  wbić  się  w  nią  wielkimi  pazurami  -  jakaś  istota  na  pół  sparaliŜowana  i  zupełnie 

zgubiona, wypalona od środka, Ale chociaŜ słyszał wycie wiatru i widział, jak zbierają się nad 

nim  czarne  chmury,  wciąŜ  nie  mógł  wyczuć  Ŝadnej  istoty  znajdującej  się  wystarczająco 

blisko, by wedrzeć się do jego umysłu. 

Jak silne jest to coś? Skąd pochodzi? 

Jakaś  myśl  zabłysła  w  jego  głowie.  Okrąg.  Okrąg  z  punktem  w  środku.  Okrąg 

oznaczał  zasięg  uderzenia  mocy,  ab  punkt  w  środku  byt  jedynym,  do  którego  uderzenie  nie 

dotarło . Wewnątrz niego... 

background image

Nagłe  poczuł  uderzenie  w  głowę.  Oszołomiony  próbował  zebrać  myśli.  Myślał  o 

uderzeniu mocy, tak? I Ŝe spodziewał się, Ŝe coś umrze i spadnie z duŜej wysokości. 

Do  diabła,  nie  mógł  dostrzec  w  lesie  nawet  zwykłych  zwierząt  większych  od  lisa. 

ChociaŜ uŜył mocy tak, by zadziałała tylko na istoty mroku podobne do niego, zwierzęta tak 

się  przestraszyły,  Ŝe  w  popłochu  uciekły.  Spojrzał  w  dół.  Hm,  Zostały  tylko  drzewa  wokół 

samochodu. Ale one nie polowały na niego. Poza tym to były szpony niewidzialnego zabójcy. 

Nie miały zmysłów. 

Czy mógł się pomylić? Częściowo jego gniew kierował się przeciw niemu samemu - 

poniewaŜ był tak syty i pewny siebie, Ŝe zapomniał o ostroŜności. 

Syty... hej, moŜe się upiłem, pomyślał i znów mimowolnie się uśmiechnął. Upiłem się 

i mam paranoję. Pijacka furia. 

Oparł się o drzewo. Wiatr wył coraz głośniej i był coraz zimniejszy. Niebo wypełniło 

się  pędzącymi  czarnymi  chmurami,  które  zasłoniły  wszelkie  światło  księŜyca  i  gwiazd. 

Uwielbiał taką pogodę. 

WciąŜ  byt  podenerwowany,  chociaŜ  nie  widział  powodu.  Ciszę  zakłócał  tylko  cichy 

płacz w samochodzie. To musiała być ta mała ruda ze smukłą szyją.  Ta,  która narzekała, Ŝe 

Ŝ

ycie tak bardzo się zmienia. 

Damon oparł się nieco mocniej o drzewo. Myślami powędrował w stronę samochodu, 

ze zwykłej ciekawości. Tb nie była jego wina, Ŝe złapał ich, kiedy rozmawiali o nim. Ale to z 

pewnością zmniejszało ich szanse na ratunek. 

Zamrugał. 

To dziwne, Ŝe zdarzył im się wypadek, niemal w tym samym miejscu, gdzie on prawie 

rozbił swoje ferrari. Dziwne, Ŝe i om, i on próbowali minąć jakieś zwierzę. Szkoda, Ŝe go nie 

zauwaŜył, ale gałęzie drzew były zbyt gęste. 

Ruda znowu płakała. 

No co, teraz chcesz zmiany, mała wiedźmo? Zdecyduj się. Musisz ładnie poprosić. 

A potem, oczywiście, ja zdecyduję, na jaką zmianę zasłuŜyłaś. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

Bonnie nie mogła przypomnieć sobie Ŝadnej modlitwy, więc powtarzała jak dziecko: 

- BoŜe, zlituj się nad moją duszyczką... 

Rozpaczliwie  wzywała  pomocy,  ale  bez  skutku.  Była  juŜ  bardzo  senna.  Ból  ustąpił, 

czuła  się  otępiała.  Tylko  zimno  przeszkadzało  jej  usnąć.  Ale  temu  moŜna  było  zaradzić. 

Mogła  okryć  się  kocem,  grubym,  puszystym  kocem.  I  juŜ  byłoby  jej  ciepło.  Wiedziała  to, 

choć nie wiedziała skąd. 

Nie  poddała  się  tylko  dlatego,  Ŝe  mama  by  rozpaczała.  To  kolejna  rzecz,  którą 

wiedziała, nie wiedząc skąd. Gdyby tylko mogła przekazać mamie wiadomość, wyjaśnić, Ŝe 

walczyła  tak  długo,  jak  mogła,  ale  wyczerpanie  i  zimno  ją  pokonały.  I  Ŝe  wiedziała,  Ŝe 

umiera, ale to nie bolało, więc mama nie powinna płakać. A następnym razem Bonnie będzie 

mądrzejsza... następnym razem... 

Damon  miał,  oczywiście,  dramatyczne  wejście.  Gdy  stanął  na  masce  samochodu,  na 

niebie  pojawiła  się  błyskawica.  Jednocześnie  wysłał  falę  mocy  w  stronę  drzew  sterowanych 

przez  niewidzialnego  zabójcę.  Uderzenie  było  tak  mocne,  Ŝe  poczuł  reakcję  Stefano.  A 

drzewa..... wycofały się w mrok, odrywając dach samochodu jak wieko konserwy. To bardzo 

pomysłowe, stwierdził. 

Potem  zwrócił  uwagę  na  Bonnie,  tę  rudą,  która  powinna  teraz  całować  jego  stopy  i 

szeptać: „Dziękuję!”. 

Ale  nie  robiła  tego.  LeŜała  nieruchomo,  jakby  związana  przez  gałęzie.  Damon 

zirytowany  sięgnął  po  jej  dłoń,  ale  coś  go  poraziło.  Zanim  poczuł  to  na  palcach,  wyczuł 

dziwny  zapach.  Setki  małych  nakłuć,  a  z  kaŜdego  cieknie  krew.  Igły  sosen  musiały  pokłuć 

dziewczyny,  aby  wyssać  jej  krew  albo  raczej  Ŝeby  wpompować  do  jej  Ŝył  jakąś  substancję. 

Coś znieczulającego, Ŝeby nie ruszała się podczas... czegokolwiek, co było następnym etapem 

konsumpcji  ofiary.  Sądząc  po  dotychczasowym  zachowaniu  tych  istot,  nie  było  to  nic 

przyjemnego. Wstrzyknięcie soków trawiennych wydawało się najbardziej prawdopodobne. 

A  moŜe  to  było  coś,  co  miało  utrzymać  ją  przy  Ŝyciu,  jak  środek  zapobiegający 

zamarzaniu, pomyślał. Nieprzyjemnie zaskoczyło go, Ŝe była lodowato zimna, gdy dotknął jej 

nadgarstka.  Spojrzał  na  pozostałych  dwoje  ludzi,  ciemnowłosą  dziewczynę  o  niepokojąco 

chłodnym  wzroku  i  jasnowłosego  chłopaka,  który  zawsze  chciał  się  bić.  Być  moŜe  jednak 

trochę przedobrzył. Oboje wyglądali naprawdę źle. Ale tę rudą zamierzał uratować. Taki miał 

kaprys.  PoniewaŜ  wzywała  pomocy  tak  Ŝałośnie.  PoniewaŜ  te  istoty,  malaki,  chciały  zmusić 

background image

go,  by  patrzył,  jak  umiera.  Malak  -  to  określenie  istoty  mroku:  siostry  lub  brata  mocy.  Ale 

Damon  miał  teraz  wraŜenie,  Ŝe  samo  to  słowo  jest  czymś  złym,  Ŝe  wypowiadając  je,  trzeba 

szeptać bądź spluwać. 

Nie  miał  zamiaru  pozwolić  im  wygrać.  Podniósł  Bonnie,  jakby  była  piórkiem  i 

przerzucił ją sobie przez ramię. Potem odleciał. Lot bez zmiany postaci  był wyzwaniem, ale 

Damon lubił wyzwania. 

Postanowił  zabrać  ją  do  najbliŜszego  miejsca,  gdzie  była  gorąca  woda,  czyli  do 

pensjonatu  pani  Flowers.  Nie  musi  niepokoić  Stefano.  Wiedział,  Ŝe  są  tam  puste  pokoje. 

Stefano nie jest na tyle wścibski, by węszyć po cudzych łazienkach. 

Jak  się  okazało,  Stefano  był  nie  tylko  wścibski,  ale  teŜ  szybki.  Niemal  się  zderzyli: 

kiedy  Damon  z  nieprzytomną  Bonnie  mijał  zakręt,  z  naprzeciwka  nadjechał  Stefano.  Elena 

frunęła za samochodem jak weselne balony. 

Rozmowa braci nie była ani dowcipna, ani błyskotliwa. 

- Co ty robisz, do diabła? - zawołał Stefano. 

- A  co  ty  robisz?  -  Damon  odpowiedział  pytaniem  na  pytanie,  zanim  zauwaŜył 

niezwykłą  zmianę  w  Stefano.  I  niezwykłą  moc  Eleny.  Zszokowany  natychmiast  zaczął 

analizować sytuację, zastanawiając się, w jaki sposób Stefano stał się... 

Na wrota piekielne. No nic, musi tak czy owak robić dobrą minę do złej gry. 

- Wyczułem walkę - powiedział Stefano. - Odkąd to jesteś Piotrusiem Panem? 

- Ciesz się, Ŝe to nie ty w niej uczestniczyłeś. A ja mogę latać, bo mam moc, chłopcze. 

To  była  brawura.  ChociaŜ  w  jego  czasach  do  młodszego  krewnego  zwracano  się  per 

ragazzo, czyli „chłopcze”. 

Ale  czasy  się  zmieniły.  Część  umysłu  Damona  wciąŜ  próbowała  zrozumieć,  co  się 

stało.  Widział  i  czuł  aurę  Stefano,  chociaŜ  nie  mógł  jej  dotknąć.  Była...  niewyobraŜalna. 

Gdyby nie stał tak blisko, gdyby sam tego nie doświadczył, nie uwierzyłby, Ŝe jeden wampir 

moŜe mieć tyle mocy. 

Chłodnie  i  logicznie  ocenił  sytuację.  Stefano  był  obecnie  znaczne  potęŜniejszy  od 

niego. Zrozumiał teŜ, Ŝe brat wyruszył w wielkim pośpiechu i nie miał dość czasu albo dość 

rozsądku, by ukryć tę aurę. 

- No,  proszę,  proszę  -  rzucił  w  końcu  z  sarkazmem.  -  Czy  to  zorza  polarna?  A  moŜe 

aureola? Zostałeś kanonizowany? Czy rozmawiam juŜ ze świętym Stefanem? 

Telepatyczna odpowiedź Stefano nie nadaje się do druku. 

- Gdzie są Meredith i Matt? - spytał. 

- Czy  teŜ  -  ciągnął  Damon,  jakby  Stefano  nie  powiedział  ani  słowa  -  moŜe  naleŜy  ci 

background image

pogratulować, Ŝe wreszcie opanowałeś sztukę iluzji i oszustwa? 

- I co robisz z Bonnie? - domagał się odpowiedzi Stefano, ignorując  Damona tak jak 

on ignorował jego. 

- Ale  chyba  wciąŜ  masz  problemy  z  rozumieniem  słów  dłuŜszych  niŜ  monosylaby. 

Wyjaśnię to najprościej, jak się da. To ty wszcząłeś walkę. 

- Ja  wszcząłem  walkę  -  powtórzył  Stefano.  Zrozumiał,  Ŝe  Damon  nie  zamierza 

odpowiedzieć na Ŝadne pytanie, dopóki nie usłyszy prawdy. - Dziękuję Bogu, Ŝe ty byłeś zbyt 

pijany  albo  zbyt  szalony,  Ŝeby  dostrzec,  co  się  dzieje  wokół  ciebie.  Nie  chciałem,  Ŝebyś  ty 

albo  ktokolwiek  inny  dowiedział  się,  jaką  moc  daje  krew  Eleny.  Dzięki  temu  odjechałeś, 

nawet  się  na  nią  nie  oglądając.  I  nie  podejrzewając,  Ŝe  w  kaŜdej  chwili mogłem  cię  zdeptać 

jak robaka. 

- Nie przyszło mi do głowy, Ŝe piłeś jej krew. - Damon przypomniał sobie szczegóły 

ich bójki. To prawda, nie podejrzewał nawet, Ŝe Stefano tylko udawał i Ŝe mógłby w kaŜdej 

chwili go pokonać i zrobić z nim, co by tylko chciał. 

- A  to  twoja  czarodziejka  -  skinął  w  stronę  Eleny,  która  wciąŜ  unosiła  się  za 

samochodem, przywiązana, tak, przywiązana sznurkiem od prania do zderzaka. - Tylko nieco 

niŜej od aniołów zasiada w glorii i chwale - rzucił, nie mogąc odwrócić od niej wzroku. Elena 

w  oczach  istoty  obdarzonej  mocą  jaśniała  blaskiem  tak  mocnym,  Ŝe  niemal  oślepiała.  -  Ona 

chyba teŜ zapomniała, co to znaczy zachowywać się dyskretnie. Świeci jak gwiazda pierwszej 

jasności. 

- Ona nie umie kłamać, Damonie. - Było jasne, Ŝe gniew Stefano rośnie. - Powiedz mi 

teraz, co się stało i co zrobiłeś Bonnie. 

Chęć, by odpowiedzieć: „Nic. A co, myślisz, Ŝe powinienem coś zrobić?”, była niemal 

nie  do  opanowania.  Niemal.  Ale  Damon  miał  teraz  do  czynienia  z  innym  Stefano  niŜ 

kiedykolwiek wcześniej. To juŜ nie jest młodszy braciszek, którego z lubością wdeptuje się w 

ziemie, podpowiadał mu głos rozsądku. Posłuchał. 

- Dwoje pozostałych ludzi - powiedział z obrzydzeniem przeciągając ostatnie słowo - 

jest  w  samochodzie.  A  Bonnie  -  nagle  przybrał  ton  dŜentelmena  -  zamierzałem  odnieść  do 

ciebie. 

Stefano  dotknął  dłoni  Bonnie.  Krople  krwi  wypływające  z  nakłuć  rozmazały  się  w 

jedną wielką plamę. Przestraszony uniósł dłoń do oczu. Damon o mało  nie zaczął się ślinić, 

co byłoby bardzo nieeleganckim zachowaniem. 

Zamiast tego skupił się na dziwnym zjawisku. 

KsięŜyc w pełni świecił wysoko. A na jego tle Elena, ubrana w staroświecką koszulę 

background image

nocną zapinaną wysoko pod szyję. I prawdopodobnie nic więcej. Widział w niej raczej piękną 

dziewczynę, nie anioła. 

Pochylił  głowę,  aby  lepiej  dojrzeć  zarys  jej  sylwetki.  Tak,  zdecydowanie  w  takim 

oświetleniu  wyglądała  najlepiej.  Powinna  zawsze  prezentować  się  na  tle  jasnego  światła. 

Gdyby... 

Cios. 

Poleciał  do  tyłu.  Uderzył  o  drzewo,  starając  się  osłonić  Bonnie  -  mogłaby  złamać 

kręgosłup. Oszołomiony opadł na ziemię. 

Stefano stał nad nim. 

- Ty...  -  wykrztusił  Damon.  Próbował  zachować  godność,  ale  krew  cieknąca  z 

rozciętych warg mu to utrudniała. - Niegrzeczny chłopcze. 

- Zmusiła mnie. Dosłownie. Pomyślałem, Ŝe moŜe umrzeć, jeśli nie wypiję trochę jej 

krwi. Jej aura była tak silna. A teraz powiedz mi, co się stało z Bonnie... 

- Więc piłeś jej krew, pomimo swoich szlacheckich zasad... 

Cios. 

Kolejne  drzewo  pachniało  Ŝywicą.  Nigdy  szczególnie  nie  zaleŜało  mi  na  bliskiej 

znajomości  z  drzewami,  pomyślał  Damon,  spluwając  krwią.  Nawet  jako  kruk  siadał  na  nich 

tylko, gdy było to konieczne. 

Stefano  jakimś  sposobem  złapał  Bonnie,  zanim  upadła  na  ziemię.  Był  teraz  aŜ  tak 

szybki. Niesamowicie szybki. Elena była nadnaturalnym zjawiskiem. 

- Więc  teraz  moŜesz  się  przekonać,  co  sprawia  krew  Eleny.  -  Stefano  w  dodatku 

słyszał jego myśli. Damon nigdy nie unikał walki, ale teraz niemal słyszał, jak Elena szlocha 

nad  swoimi  ludzkimi  przyjaciółmi  i  poczuł  się  bardzo  zmęczony.  Bardzo  stary  i  bardzo 

zmęczony. 

Ale  tak,  rzeczywiście.  Krew  Eleny  -  która  wciąŜ  unosiła  się  w  powietrzu,  to 

rozprostowując  nogi  o  ręce,  to  zwijając  się  w  kłębek  -  była  jak  paliwo  rakietowe  w 

porównaniu z wodą z cukrem płynącą w Ŝyłach innych dziewczyn. 

Stefano  chciał  walczyć.  Nawet  nie  próbował  tego  ukryć.  Miałem  rację,  pomyślał 

Damon.  Dla  wampira  potrzeba  walki  jest  silniejsza  niŜ  cokolwiek  innego,  nawet  głód  czy, 

jeŜeli chodzi o Stefano - jak on to nazywał? - przyjaźń. 

Damon myślał, jak ratować skórę. Nie miał wielu moŜliwości, bo Stefano przygniatał 

go do ziemi. Myśl. Język. 

Skłonność  do  gry  nie  fair,  której  Stefano  jakoś  nie  potrafił  zrozumieć.  Logika. 

Instynktowna zdolność trafiania w spojenie przeciwnika... 

background image

Hm... 

- Meredith  i...  -  Cholera,  jak  ten  chłopak  ma  na  imię?  -  jej  eskorta  juŜ  nie  Ŝyją,  jak 

sądzę - powiedział niewinnie. - MoŜemy tu zostać i bić się, jeŜeli tak chcesz to nazwać, biorąc 

pod uwagę, Ŝe nawet cię nie dotknąłem. Ale moŜemy teŜ próbować ich ratować. Zastanawiam 

się, co ty na to. 

Stefano  uniósł  się  nad  ziemią  i  odleciał  do  tyłu.  Gdy  stanął  na  własnych  nogach, 

spojrzał po sobie w zdumieniu. Wyraźnie nie wiedział, co się z nim stało. 

Damon natychmiast wykorzystał okazję, by powiedzieć, co miał do powiedzenia. 

- To nie je ich skrzywdziłem. Spójrz na Bonnie - całe szczęście, znał jej imię - Ŝaden 

wampir  nie  zrobiłby  czegoś  takiego.  Sądzę  -  dorzucił,  by  zrobić  większe  wraŜenie  -  Ŝe 

zaatakowały ich malaki za pomocą drzew. 

- Malaki? - Stefano szybkim spojrzeniem obrzucił zakrwawioną Bonnie. - Musimy jak 

najszybciej umieścić ich w wannie z gorącą wodą. Weź Elenę... 

Och, cudownie. Oddałbym wszystko, naprawdę wszystko... 

- ...i  samochód.  Zawieź  Bonnie  do  pensjonatu.  Obudź  panią  Flowers.  Zrób,  co  tylko 

moŜesz dla Bonnie. Ja zajmę się Meredith i Mattem... 

Właśnie! Matt. Gdyby tylko miał jakiś sposób, Ŝeby to zapamiętać. 

- Są blisko, tak? Stamtąd dobiegło pierwsze uderzenie twojej mocy. 

- Uderzenie? Czemu nie nazwiesz tego - zgodnie z prawem - lekką bryzą? 

A  tymczasem,  póki  jeszcze  pamiętał...  M  jak  małe,  A  jak  aroganckie,  T  jak 

tałatajstwo.  I  juŜ.  Problem  w  tym,  Ŝe  pasowało  do  nich  wszystkich,  a  Ŝadne  z  nich  nie 

nazywało  się  MAT.  Cholera,  czy  tam  powinno  być  jeszcze  jedno  T  na  końcu?  Małe, 

Aroganckie, Trudne - do - usunięcia Tałatajstwo? 

- Pytałem, czy są blisko? 

Damon wrócił do teraźniejszości. 

- Tak, ale samochód jest zniszczony. Nie pojedzie. 

- Pociągnę go za sobą w powietrzu. - Stefano nie Ŝartował, stwierdzał fakt. 

- Jest w częściach. 

- Poskładam je. Daj spokój, Damon. Przepraszam, Ŝe cię zaatakowałem. Zupełnie źle 

zinterpretowałem  to,  co  się  dzieje.  Ale  Matt  i  Meredith  mogą  umierać,  i  przy  całej  mojej  i 

Eleny  mocy  moŜemy  nie  zdąŜyć  ich  ocalić.  Podniosłem  temperaturę  ciała  Bonnie  o  kilka 

stopni,  ale  nie  odwaŜę  się  zostać  z  nią  tutaj  i  ogrzewać  ją  wystarczająco  powoli.  Proszę, 

Damonie. - Posadził Bonnie na przednim siedzeniu porsche. 

Mówił jak Stefano, jakiego Damon znał. Ale teraz jego brat miał nie niesłychaną moc. 

background image

Dopóki jednak uwaŜał się na za mysz, był myszą. Koniec, kropka. 

Wcześniej  Damon  czuł  się  jak  Wezuwiusz  podczas  erupcji.  Teraz  wydawało  mu  się, 

Ŝ

e stoi przy Wezuwiuszu, który zaraz wybuchnie. Na bogów! Naprawdę bał się Stefano. 

Wziął się w garść. 

- Pojadę. Do zobaczenia. Mam nadzieję, Ŝe ludzie jeszcze Ŝyją. 

Kiedy się rozchodzili, Stefano posłał wiadomość, w której wyraŜał swoją dezaprobatę 

- tym razem nie było to uderzenie mocy jak wcześniej, gdy rzucił go o drzewo, ale dosadnie 

wyraził, co myśli o starszym bracie. 

Damon odpowiedział w podobny sposób. Nie rozumiem, wysłał myśl, co jest złego w 

powiedzeniu,  Ŝe  mam  nadzieję,  Ŝe  jeszcze  Ŝyją?  Byłem  w  sklepie  z  kartkami,  wiesz  -  nie 

wspomniał,  Ŝe  nie  chodziło  o  kartki,  tylko  o  kasjerkę  -  były  tam  działy:  „Mam  nadzieję,  Ŝe 

wydobrzejesz”  oraz  „Kondolencje”,  jak  rozumiem  na  wypadek,  gdy  ta  pierwsza  kartka  nie 

podziałała. Więc co jest złego w powiedzeniu „Mam nadzieję, Ŝe jeszcze nie umarli”? 

Stefano nie zawracał sobie głowy odpowiedzią. Damon i tak uśmiechnął się do siebie, 

zawracając porsche i ruszając w stronę pensjonatu. 

Spojrzał na Elenę frunącą nad samochodem. Unosiła się tuŜ na głową Bonnie, a raczej 

tym  miejscem,  gdzie  głowa  Bonnie  powinna  się  znajdować  -  dziewczyna  nie  tylko  była 

drobna, ale teraz ułoŜyła się w pozycji embriona. 

- Witaj, księŜniczko. Wyglądasz cudownie, jak zawsze. 

To  był  chyba  najgorszy  tekst,  jakim  kiedykolwiek  zdarzyło  mu  się  zacząć  rozmowę. 

Ale nie był sobą. Przemiana Stefano tak nim wstrząsnęła - stąd ten problem, pomyślał. 

- Da... mon. - Głos Eleny był słaby i drŜący... i przepiękny. Niemal ociekał słodyczą. 

Był  teŜ  duŜo  niŜszy,  tak  mu  się  wydawało,  niŜ  wcześniej.  Co  tylko  dodało  mu  uroku.. 

Wampirowi przywodził na myśl krew kapiącą ze świeŜo otwartej Ŝyły. 

- Tak, aniele. Czy nazywałem cię kiedykolwiek wcześniej aniołem? JeŜeli nie, to tylko 

przez przeoczenie. 

Kiedy to powiedział, uświadomił sobie, Ŝe to była kolejna nowa i wstrząsająca cecha 

jej głosu: czystość. Tak czyste mogą być tylko głosy serafinów. To powinno go zniesmaczyć, 

ale zamiast tego przypomniało mu jedynie, Ŝe Elenę trzeba traktować powaŜnie. Zawsze. 

Traktowałbym  cię,  jak  tylko  byś  chciała,  powaŜnie  czy  nie.  Pomyślał,  gdybyś  tylko 

nie była tak zakochana w moim braciszku. 

Zwróciły się ku niemy dwa szafiry: oczy Eleny. Usłyszała jego myśli. 

Pierwszy  raz  w  Ŝyciu  Damon  był  otoczony  przez  istoty  przez  istoty  potęŜniejsze  od 

niego. A dla wampira moc była wszystkim: bogactwem, pozycją społeczną, wygodą, seksem, 

background image

pieniędzmi, powodzeniem. 

To było dziwne uczucie. Nie całkiem nieprzyjemne, jeŜeli chodzi o Elenę. Lubił silne 

kobiety. Od stuleciu szukał jakiejś dostatecznie silnej. 

Ale  jej  spojrzenie  przypomniało  mu  o  sytuacji,  w  jakiej  się  znajdowali.  Zaparkował 

pod  pensjonatem.  Złapał  Bonnie  i  pofrunął  w  kierunku  pokoju  Stefano.  W  łazience  Stefano 

była wanna. 

Napełnił  wannę  wodą,  która  była  cieplejsza  o  kilka  stopni  od  temperatury  ciała 

Bonnie.  Próbował  wyjaśnić  Elenie,  co  robić,  ale  nie  wydawało  się,  by  była  tym 

zainteresowana. Latała tam i z powrotem po pokoju jak ptak zamknięty w klatce. 

Co  za  dylemat.  Poprosić  Elenę,  Ŝeby  rozebrała  i  wykąpała  Bonnie,  ryzykując,  Ŝe  ją 

utopi? Czy poprosić ją, Ŝeby to zrobiła i obserwować obie, ale nie dotykać - chyba Ŝe będzie 

grozić  katastrofa?  Poza  tym  ktoś  musiał  poprosić  panią  Flowers  o  gorące  napoje.  Napisać 

wiadomość i posłać Elenę? Za chwilę moŜe u być więcej umierających ludzi. 

Gdy zauwaŜył wzrok Eleny, wszystkie skrupuły zniknęły. Wysłał jej myśl. 

PomóŜ jej. Proszę! 

Wrócił do łazienki, połoŜył Bonnie na podłodze i wyłuskał ją z ubrania jak krewetkę 

ze skorupy. Zdjął sweter i bluzkę, Potem stanik - miseczka A, zauwaŜył z Ŝalem, odkładając 

go i starając się nie patrzeć na Bonnie. Ale zauwaŜył, Ŝe na całym ciele miała ślady ukłuć. 

Rozpiął dŜinsy i musiał się trochę nagimnastykować, Ŝeby ściągnąć jej buty, skarpetki 

i spodnie. 

Bonnie  została  tylko  w  róŜowych  jedwabnych  majtkach.  Podniósł  ją  i  ułoŜył  w 

wannie.  Wampirom  wanny  kojarzyły  się  krwią  dziewic,  ale  tylko  najbardziej  szalone  z  nich 

tego próbowały. 

Woda natychmiast zabarwiła się na czerwono.  Zostawił kran odkręcony,  by napuścić 

więcej wody. Zastanawiał się, co zrobić. Drzewa wpompowały coś do Ŝył Bonnie przez igły. 

Cokolwiek to było, zabijało dziewczynę. Więc trzeba to z niej wyciągnąć. Rozsądnie byłoby 

wyssać to jak jad węŜa, ale wolałby się najpierw upewnić, Ŝe Elena nie roztrzaska mu czaszki, 

gdy zobaczy, Ŝe metodycznie ssie rany na całym ciele Bonnie. 

Trzeba  będzie  to  rozwiązać  jakoś  inaczej.  Czerwona  woda  nie  ukrywała  nagości 

dziewczyny, ale widać było tylko zarys jej ciała. Damon oparł Donnie o brzeg wanny i zaczął 

metodycznie wyciskać i masować rany na ramieniu. 

Przekonał  się,  Ŝe  dobrze  rozumował,  gdy  poczuł  zapach  Ŝywicy.  Substancja 

wypływająca z ran była tak gęsta i lepka, Ŝe nie zdąŜyła jeszcze rozpuścić się w krwiobiegu. 

Dzięki  jego  zabiegom  trucizna  wypływała  teraz  z  ran.  Ale  czy  to  wystarczy,  by  dziewczyna 

background image

nie umarła? 

OstroŜnie,  obserwując  drzwi  i  wyczulając  zmysły  na  najdrobniejszy  ruch  w  pokoju, 

podniósł  rękę  Bonnie  do  ust,  jakby  zamierzał  ją  ucałować.  Zamiast  tego  jednak, 

powstrzymując z pewnym trudem ochotę by ugryźć, zaczął ssać ranę na jej nadgarstku. 

Prawie  natychmiast  splunął.  Usta  miał  pełne  Ŝywicy.  Wyciskanie  z  pewnością  nie 

wystarczy.  Ssanie  równieŜ,  choćby  nawet  zebrał  tuzin  wampirów,  które  obsiadłyby  Bonnie 

jak pijawki. 

Przykucnął  o  spojrzał  na  umierającą  dziewczynę,  którą  przysiągł  uratować.  Dopiero 

teraz uświadomił sobie, Ŝe cały jest przemoczony. Ściągnął kurtkę. 

Co mógł zrobić? Bonnie potrzebowała lekarstwa, ale nie miał bladego pojęcia jakiego. 

Nie wiedział, do jakiej wiedźmy się zwrócić. Czy pani Flowers posiada tajemną wiedzę? Czy 

to tylko zrzędliwa starsza kobieta? Czy jest jakieś uniwersalne lekarstwo  dla ludzi, jak krew 

dla wampirów? 

Mógłby zawieźć Bonnie do szpitala i pozwolić, Ŝeby lekarze spróbowali ja odtruć. Ale 

została  zatruta  przez  przybyszy  z  Tamtej  Strony,  z mroczniejszych  miejsc,  o  których  ludzcy 

lekarze nie mają pojęcia. 

Odruchowo  wycierał  ręcznikiem  dłonie  i  ramiona.  Przyszło  mu  do  głowy,  Ŝe  Bonnie 

naleŜy się jednak odrobina prywatności. 

Podniósł  nieco  temperaturę  wody,  ale  to  nic  nie  zmieniło.  Bonnie  sztywniała  coraz 

bardziej.  Umierała.  Co  za  szkoda,  taka  młoda,  do  tego  jeszcze  dziewica  -  jako  wampir, 

wiedział to. 

Otruto ją na jego oczach. Pułapka, atak, stado działające z niezwykłą koordynacją - te 

istoty zabijały ją, gdy on siedział i patrzył. Wręcz im kibicował. 

Wezbrał  się  w  nim  gniew.  Zacisnął  pięści,  gdy  pomyślał  o  zuchwalstwie  malaka, 

polującego  na  jego  ludzi  tuŜ  pod  jego  nosem.  Nie  zastanawiał  się  nad  tym,  kiedy  ta  trójka 

stała się „jego” ludźmi - widocznie uznał, Ŝe byli ostatnio tak blisko, Ŝe to go niego naleŜało 

decydowanie  o  ich  losie,  o  tym,  czy  będą  Ŝyć,  czy  nie,  czy  moŜe  ich  przemieni.  W  jego 

oczach  zabłysły  iskry  wściekłości,  gdy  zrozumiał,  Ŝe  malak  manipulował  jego  myślami, 

skłaniając  go  do  snucia  refleksji  o  śmierci,  podczas  gdy  śmierć  była  zadawana  pod  jego 

nosem. Teraz iskra gniewu wybuchła wielkim płomieniem. To było nie do zniesienia... 

...zadano śmierć Bonnie... 

Bonnie,  która  nie  skrzywdziłaby  muchy.  Bonnie,  która  przypominała  dokazującego 

kociaka.  Z  włosami  koloru,  który  nazywał  się  coś  tam  truskawkowe,  ale  który  wyglądał  jak 

Ŝ

ywy  płomień.  Z  bladą,  niemal  przezroczystą  cerą,  z  delikatnymi  fioletowymi  fiordami  i 

background image

rzekami  Ŝył  na  szyi  i  po  wewnętrznej  stronie  ramion.  Bonnie,  która  ostatnio  spoglądała  na 

niego z ukosa swoimi dziecięcymi oczami, wielkimi i brązowymi, spod rzęs jak gwiazdy... 

Damona bolały szczęki i kły. Czuł, jakby jego usta płonęły od trującej Ŝywicy. Ale nie 

zwracał na to uwagi, bo zaprzątała go tylko jedna myśl. 

Bonnie prosiła go o pomoc przez prawie pół godziny, zanim się poddała. 

Trzeba to było przyznać. Trzeba to było rozwaŜyć. Bonnie wzywała Stefano, który był 

zbyt daleko i zbyt zajęty swoim aniołkiem, ale wzywała teŜ Damona, błagając o jego pomoc. 

A on zignorował jej błagania. U jego stóp trzech przyjaciół Eleny umierało, a on tylko 

się przyglądał. Nie wzruszyły go rozpaczliwe próby Bonnie. 

Zwykle takie wydarzenia skłoniłyby go co najwyŜej do wyjechania do innego miasta. 

Ale wciąŜ tu był i doświadczał gorzkich konsekwencji swojego postępowania. 

Zamknął  oczy,  próbując  odciąć  się  od  obezwładniającego  zapachu  krwi  i  ...  jeszcze 

jakiegoś zapachu. 

Rozejrzał się zdziwiony. Czuł stęchliznę, ale łazienka lśniła czystością. A jednak czuł 

wyraźnie zapach czegoś, o stęchło. 

W końcu sobie przypomniał. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

Ciasne  pomieszczenie  z  malutkimi  oknami.  Regały  wypełnione  ksiąŜkami.  Starymi 

ksiąŜkami  o  charakterystycznym  zapachu  stęchlizny.  Był  w  Belgii  jakieś  pięćdziesiąt  lat 

temu. Zaskoczyło go, Ŝe istnieje jeszcze taka ksiąŜka po angielsku. Ale stała tam. Zniszczona 

okładka,  z  której  nie  dało  się  odczytać  tytułu  ksiąŜki  ani  nazwiska  autora.  Brakowało  kilku 

stron. Był to zbiór zaklęć na róŜne okoliczności - zakazana wiedza tajemna. 

Damon  przypomniał  sobie  jedno  z  zaklęć:  „Krwi  wampirzej  ili  samfirzej  jecno  uŜyć 

przeciw wszelakiej słabości ciała zadanej przez te, co zabawiają się w lesiech we wzejściu”. 

Malak  z  pewnością  zabawiał  się  w  lesie  i  był  właśnie  miesiąc  wzejścia,  czyli  -  w  dawnej 

mowie  -  letniego  przesilenia.  Damon  wiedział  juŜ,  co  moŜe  pomóc  Bonnie.  WciąŜ 

przytrzymując  głowę  dziewczyny  ponad  powierzchnią  ciepłej  czerwonawej  wody,  rozpiął 

koszulę.  W  pochwie  przytroczonej  do  paska  miał  drewniany  nóŜ.  Wyciągnął  go  i  jednym 

szybkim ruchem zaciął się u nasady szyi. 

Pociekło sporo krwi. Teraz musiał coś wymyślić, Ŝeby Bonnie ją wypiła. Schował nóŜ 

do pochwy, podniósł dziewczynę i usiłował przystawić szyję do jej warg. 

Szybko doszedł do  wniosku, Ŝe to kiepski pomysł. Znowu się wychłodzi, poza tym i 

tak  nie  przełknie  krwi.  UłoŜył  Bonnie  z  powrotem  w  wannie  i  pomyślał  chwilę.  Po  czym 

wyciągnął nóŜ i zaciął się jeszcze raz, tym razem na nadgarstku. Rozciął Ŝyłę wzdłuŜ, tak Ŝe 

krew  popłynęła  szeroką  struŜką.  Drugą  ręką  uniósł  głowę  Bonnie  i  do  jej  ust  przyłoŜył 

rozcięty  nadgarstek.  Krew  wyglądała  pięknie,  spływając  do  lekko  rozchylonych  warg.  Co 

jakiś czas dziewczyna przełykała. Tliła się jeszcze w niej iskierka Ŝycia. 

To  jak  karmienie  pisklęcia,  pomyślał,  niezwykle  zadowolony  ze  swojej  doskonałej 

pamięci, pomysłowości i w ogóle z siebie. Uśmiechnął się szeroko. 

Oby tylko podziałało. 

Usiadł wygodniej na brzegu wanny i odkręcił kurek z ciepłą wodą, cały czas trzymając 

Bonnie i karmiąc ją. Bawiła go ta sytuacja. Oto wampir nie Ŝywi się człowiekiem, ale oddaje 

mu własną krew, Ŝeby ocalić go przed śmiercią. 

Więcej nawet. Damon zachowywał się bardzo taktownie i przyzwoicie. Musiał Bonnie 

rozebrać,  ale  przykrył  ją  ręcznikiem  i  nie  wykorzystał  tego,  Ŝe  była  zupełnie  bezbronna.  Ku 

jego  zdumieniu  przestrzeganie  konwenansów  okazało  się  bardzo  podniecające.  Nigdy 

wcześniej nie zawracał sobie głowy dobrymi manierami. 

MoŜe dlatego Stefano tak bardzo kręcili ludzie. ChociaŜ nie, Stefano miał Elenę, która 

background image

była człowiekiem, wampirem, duchem, a teraz w końcu aniołem, o ile anioły istnieją. Sama w 

sobie  dostarczała  dość  duŜo  atrakcji.  Damon  nie  myślał  o  niej  juŜ  od  kilku  minut.  To  mógł 

być rekord. 

Chyba  powinien  zawołać  Elenę,  wyjaśnić,  dlaczego  rozebrał  Bonnie  i  poił  ją  własną 

krwią,  Ŝeby  nie  zmiaŜdŜyła  mu  czaszki,  gdy  pojawi  się  w  łazience  i  zastanie  Damona  w 

dwuznacznej sytuacji. 

Nie zdąŜył tego zrobić,  bo nagle drzwi do łazienki zostały otwarte kopniakiem przez 

Małe Aroganckie Tałatajstwo... 

Matt  miał  ponurą  minę.  Podniósł  z  podłogi  róŜowy  stanik  Bonnie.  Oblał  się 

szkarłatem, rzucił stanik, jakby go parzył. W tej chwili do łazienki wszedł Stefano. Matt wziął 

stanik i podetknął go pod oczy Stefano. Damon obserwował tę scenę rozbawiony. 

-  Jak  go  zabić,  Stefano?  Wystarczy  kołek?  Czy  moŜesz  go  potrzymać...  krew!  On 

karmi  ją  krwią!  -  Matt  przerwał.  Jego  mina  wskazywała,  Ŝe  zaraz  rzuci  się  na  Damona.  Zły 

pomysł, stwierdził w duchu Damon. 

Matt  wbił  w  niego  wzrok.  Stawiamy  czoła  potworowi,  pomyślał  Damon,  jeszcze 

bardziej ubawiony. 

-  Puść...  ją...  -  wycedził  chłopak,  co  przypuszczalnie  miało  brzmieć  jak  groźba,  ale 

zabrzmiało, jakby sądził, Ŝe Damon jest psychicznie upośledzony. 

Mały Umie Tylko Trajkotać, zaśmiał się w myślach Damon. Ale to dawało... 

- Mutt - powiedział kręcąc głową. 

-  Mutt?  Nazywasz...?  BoŜe,  Stefano,  pomóŜ  mi  go  zabić!  On  zabił  Bonnie!  -  Potok 

słów  wyrzucił  z  siebie  na  jednym  oddechu.  Damonowi  coraz  bardziej  podobał  się 

mnemotechniczny zabieg. 

Stefano  starał  się  ratować  sytuację.  Chwycił  Matta  za  ramiona  i  obrócił  go  w  stronę 

drzwi. 

- Idź do Eleny i Meredith - powiedział tonem, który nie zostawiał miejsca na sprzeciw, 

po czym zwrócił się do swojego brata. - Nie piłeś jej krwi. - To nie było pytanie. 

-  śłopać  truciznę?  Nie  jestem  idiotą,  braciszku.  Kąciki  ust  Stefano  zadrŜały.  Nic  nie 

odpowiedział. 

Damon przestał Ŝartować. 

- Mówię prawdę. 

- Czy to będzie twoje nowe hobby? 

Powinien zostawić Bonnie i wyjść. To byłoby najlepsze wyjście z tej sytuacji, ale... 

Ale. To było jego pisklę. Wypiła tyle krwi, Ŝe jeszcze trochę i zostałaby przemieniona. 

background image

A  jeŜeli  taka  ilość  jeszcze  nie  wystarczyła,  Ŝeby  ją  wyleczyć,  to  znaczy,  Ŝe  to  nie  było 

właściwe lekarstwo. Poza tym Pan Cudotwórca przyszedł. 

Zatamował krwawienie z nadgarstka i zaczął mówić... 

Drzwi znowu otworzyły się gwałtownie. 

Tym  razem  stanęła  w  nich  Meredith.  Trzymała  w  rękach  stanik  Bonnie.  Stefano  i 

Damon  skulili  się.  Meredith,  pomyślał  Damon,  to  przeraŜająca  osoba.  Przyjrzała  się,  czego 

nie zrobił Matt, rzeczom rozrzuconym na podłodze. 

- Co z nią? - zapytała Stefano, czego Matt równieŜ nie zrobił. 

- Będzie dobrze - odpowiedział. Damona zaskoczyło, Ŝe poczuł... nie ulgę, oczywiście, 

ale satysfakcję z dobrze wykonanej pracy. Poza tym dzięki temu mógł uniknąć śmierci z rąk 

Stefano. 

Meredith  odetchnęła  głęboko  i  zmruŜyła  swoje  wzbudzające  strach  oczy.  Jej  twarz 

pojaśniała.  Być  moŜe  się  modliła.  Damon  nie  robił  tego  od  stuleci.  Zresztą  Ŝadna  jego 

modlitwa nigdy nie została wysłuchana. 

Meredith otworzyła oczy. 

-  JeŜeli  dolna  część  bielizny  Bonnie  -  powiedziała  powoli  i  z  naciskiem  -  nie  jest 

wciąŜ na niej, ktoś tu będzie miał kłopoty. 

Stefano wyglądał na skołowanego. Jak moŜe nie rozumieć problemu brakującej części 

bielizny? - zastanawiał się Damon. Jak moŜna być takim... takim nierozgarniętym głupkiem? 

Czy  Elena  nigdy  nie  nosiła  bielizny?  Damon  znieruchomiał  pochłonięty  wizją  Eleny.  W 

końcu znalazł odpowiedź dla Meredith. 

-  Sprawdź  sama  -  zaproponował,  cnotliwie  odwracając  wzrok.  Meredith  podeszła  do 

wanny,  zanurzyła  rękę  w  ciepłej,  czerwonej  wodzie  i  odsunęła  ręcznik.  Usłyszał,  jak  z  ulgą 

wypuszcza powietrze. 

Kiedy obrócił się do niej, w jej oczach znów pojawiła się groźba. 

- Masz krew na wargach - wycedziła. 

Damon  był  zaskoczony.  CzyŜby  z  przyzwyczajenia  poŜywił  się  krwią  Bonnie  i 

zapomniał? Na ratunek przyszedł mu Stefano. 

-  Próbowałeś  wyssać  truciznę,  prawda?  -  Stefano  rzucił  mu  ręcznik.  Damon  wytarł 

usta.  Na  ręczniku  został  krwawy  ślad.  Nic  dziwnego,  Ŝe  wargi  tak  go  piekły.  Trucizna  była 

naprawdę silna, nawet jeŜeli na wampiry nie działała tak mocno jak na ludzi. 

- Masz teŜ krew na szyi - ciągnęła Meredith. 

- Nietrafiony pomysł - wyjaśnił, wzruszając ramionami. 

- Więc rozciąłeś nadgarstek. Głęboko. 

background image

- Głęboko dla człowieka. Czy konferencja prasowa juŜ się skończyła? 

Meredith  odpuściła.  Uśmiechnął  się  do  siebie.  Hurra!  Tak!  Meredith  zbita  z  tropu! 

Znał spojrzenie tych, którzy musieli ustąpić przed jego inteligencją. 

-  Co  moŜna  zrobić,  Ŝeby  wargi  Damona  przestały  krwawić?  MoŜe  dać  mu  coś  do 

picia? 

Stefano  wyglądał  na  oszołomionego.  Jego  problem  -  cóŜ,  jeden  z  wielu  jego 

problemów  -  polegał  na  tym,  Ŝe  uwaŜał  picie  ludzkiej  krwi  za  grzech.  A  nawet  mówienie  o 

tym. 

MoŜe  to  sprawiało  mu  przyjemność.  Ludzi  najbardziej  kręci  to,  co  uwaŜają  za 

grzeszne.  Nawet  wampiry  tak  mają.  Damon  zadumał  się.  Czy  da  się  wrócić  do  czasu,  kiedy 

cokolwiek mogło mu się wydawać grzeszne? Zdecydowanie brakowało mu podniet. 

Damon zaryzykował odpowiedź na pytanie, jak moŜna mu pomóc. 

- Napiłbym się ciebie, kochanie... ciebie, kochanie. 

-  O  jedno  kochanie  za  duŜo  -  odparowała  Meredith  i  zanim  zdąŜył  zrozumieć,  Ŝe 

chodzi jej tylko o kwestię językową, a nie o jego Ŝycie osobiste, wyszła z łazienki. Zabierając 

ze sobą rzecz wzbudzającą tyle emocji - róŜowy stanik. 

Stefano starał się nie patrzeć na Bonnie. Tak wiele tracisz, matole, pomyślał Damon. 

Tego słowa szukał wcześniej. Matoł. 

- Wiele dla niej zrobiłeś - stwierdził Stefano. Starał się takŜe unikać wzroku Damona, 

gapił się więc na ścianę. 

- Groziłeś, Ŝe się ze mną policzysz, jeŜeli tego nie zrobię. Nie lubię, jak ktoś mnie bije 

- posłał bratu promienny uśmiech. 

- Zrobiłeś więcej, niŜ musiałeś. 

-  Przy  tobie,  braciszku,  nigdy  nie  wiadomo,  jakie  jest  to  minimum,  które  musisz. 

Powiedz, jak wygląda nieskończoność? 

Stefano westchnął. 

-  Przynajmniej  nie  naleŜysz  do  tych  łobuzów,  którzy  są  odwaŜni  tylko  wtedy,  gdy 

mają do czynienia ze słabszymi. 

- Proponujesz, Ŝebyśmy wyszli na zewnątrz, jak to się mówi? 

- Nie, dziękuję ci za uratowanie Ŝycia Bonnie. 

- Nie sądziłem, Ŝe mam wybór. Jakim sposobem, skoro o tym mowa, Meredith i... i... 

ten chłopak wyszli z tego cało? 

-  Elena  ich  pocałowała.  Nie  zauwaŜyłeś,  Ŝe  zniknęła?  Gdy  ich  przywiozłem,  ona 

sfrunęła na dół, tchnęła powietrze w ich usta i w ten sposób ich uleczyła. Z tego co widzę, na 

background image

powrót staje się człowiekiem. 

-  Przynajmniej  mówi.  Niewiele,  ale  jednak.  -  Damon  przypomniał  sobie,  jak  jechał 

porsche, ze spuszczonym dachem i Eleną unoszącą się jak balon nad samochodem. - Ta mała 

ruda nie powiedziała ani słowa - dodał zrzędliwie. -Zresztą co za róŜnica. 

-  Dlaczego,  Damonie?  Dlaczego  nie  chcesz  przyznać,  Ŝe  troszczysz  się  o  nią, 

przynajmniej na tyle, Ŝeby nie pozwolić jej umrzeć, i to szanując jej prywatność i nie pijąc jej 

krwi? Wiedziałeś, Ŝe utrata krwi zabiłaby ją... 

-  To  był  eksperyment.  -  wyjaśnił  Damon  rzeczowo.  I  juŜ  się  skończył.  Bonnie  się 

obudzi  albo  będzie  spała,  umrze  albo  przeŜyje,  pod  opieką  Stefano,  nie  jego.  Był 

przemoczony i nie czuł się dobrze w obecności brata i jego przyjaciół. Był juŜ głodny. Piekły 

go wargi. - Ty się teraz nią zajmuj. Ja znikam. Ty i Elena, i... Mutt moŜecie skończyć... 

- On ma na imię Matt. To naprawdę nie tak trudno zapamiętać. 

-  PrzecieŜ  nie  moŜesz  się  interesować  tym  chłopakiem.  W  okolicy  jest  zbyt  wiele 

cudnych dziewcząt, Ŝeby kwalifikował się na cokolwiek innego niŜ zapas na czarną godzinę. 

Stefano uderzył pięścią w ścianę, krusząc tynk. 

- Do diabła, Damon, ludzie to nie przekąski. 

- Wszystko, o co ich proszę, to to, Ŝeby nimi byli. 

- Ty nie prosisz. W tym problem. 

-  To  był  eufemizm.  To  wszystko,  czego  od  nich  chcę,  w  takim  razie.  Wszystko,  co 

mnie interesuje. Nie próbuj mnie przekonać, Ŝe warto zwracać uwagę na coś więcej. Nie ma 

sensu. 

Pięść Stefano wystrzeliła do przodu. Damon nie mógł upuścić Bonnie, by się uchylić. 

Była nieprzytomna, mogłaby zachłysnąć się wodą. 

PosłuŜył  się  więc  mocą  jak  tarczą.  Uznał,  Ŝe  moŜe  przyjąć  cios  -  nawet  od  Nowego 

Silniejszego Stefano - nie puszczając dziewczyny, nawet gdyby Stefano miał mu wybić zęby. 

Pięść Stefano zatrzymała się o milimetry od jego twarzy. 

Braci spojrzeli sobie w oczy. 

- Czy teraz to przyznasz? 

- Co? - Damon był zdziwiony. 

-  Ze  na  czymś  ci  zaleŜy.  Wystarczająco  mocno,  Ŝeby  raczej  oberwać,  niŜ  puścić 

Bonnie. 

Damon spojrzał na dziewczynę w wannie, po czym się roześmiał. Nie mógł przestać. 

- I ty pomyślałeś, Ŝe ja... Ŝe ja martwię się o tę małą... 

-  Więc  dlaczego  wysysałeś  truciznę  z  jej  Ŝył  i  oddałeś  jej  swoją  krew?  -  zapytał 

background image

Stefano. 

- Kaprys. Mówiłem ci. Po prostu kap... - Damon ześlizgnął się z brzegu wanny. 

Głowa Bonnie zanurzyła się pod wodę. 

Obaj rzucili się na ratunek. Zderzyli się głowami. 

Damon juŜ się nie śmiał. Walczył jak lew, Ŝeby  wyciągnąć dziewczynę z wody. Tak 

samo  Stefano.  Ale  było  dokładnie  tak,  jak  Damon  wyobraŜał  sobie  godzinę  temu  -  Ŝaden  z 

nich nawet nie pomyślał o współpracy. KaŜdy chciał to zrobić sam i przeszkadzał drugiemu. 

- Zejdź mi z drogi, brachu - warknął Damon rozwścieczony. 

- Nie zaleŜy ci na niej. To ty zejdź mi z drogi. 

Nagle  w  wannie  jakby  wybuchł  gejzer.  Bonnie  podniosła  się  z  głośnym  pluskiem. 

Wypluła wodę. 

- Co się dzieje? 

Patrząc na swoje przeraŜone pisklę, które instynktownie zacisnęło dłonie na ręczniku, 

z  ognistymi  włosami  ociekającymi  wodą  i  mrugające  wielkimi  brązowymi  oczami,  Damon 

poczuł... ulgę. Stefano wybiegł do pokoju przekazać przyjaciołom dobre wiadomości. Zostali 

sami. Damon i Bonnie. 

- Smakuje obrzydliwie - skrzywiła się dziewczyna, wciąŜ plując wodą. 

- Wiem - powiedział Damon, wpatrując się w nią. 

-  Aleja  Ŝyję!  -  zawołała  Bonnie.  Jej  twarz  rozjaśniła  się  radością.  Damona  rozpierała 

duma.  On  i  tylko  on  zatrzymał  ją  na  progu  śmierci  i  uratował.  Uleczył  jej  zatrute  ciało.  To 

jego krew pokonała truciznę, jego krew... 

Damon  miał  wraŜenie,  Ŝe  grobowiec,  w  którym  była  uwięziona  jego  dusza,  zaczął 

pękać. 

Chciało  mu  się  śpiewać.  Mocno  objął  Bonnie.  To  juŜ  kobieta,  nie  dziecko,  pomyślał 

oszołomiony. Obejmował ją tak mocno, jakby od tego zaleŜało z kolei jego Ŝycie albo jakby 

znajdowali się na środku rozszalałego oceanu i puszczenie jej miałoby oznaczać jej ostateczną 

i nieodwołalną utratę. 

Zaraz miała nastąpić wybuch i Damon miał zostać uwolniony z grobowca. Był pijany 

dumą i... radością... 

Bonnie odepchnęła go. 

Wyraz  jej  twarzy  zmienił  się  gwałtownie.  Teraz  jej  mina  zdradzała  tylko  strach  i 

rozpacz. I odrazę. 

- Pomocy! Proszę, pomocy! - Brązowe oczy stały się jeszcze większe. 

W  drzwiach  tłoczyli  się  Meredith,  Stefano  i  Matt.  Patrzyli  na  przeraŜoną  Bonnie 

background image

kurczowo trzymającą ręcznik, próbującą się nim okryć, Damon klęczał przy wannie, z twarzą 

pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. 

- On słyszał, jak wołałam o pomoc, czułam, Ŝe słyszy, ale tylko patrzył. Stał i patrzył, 

jak  umieramy.  Chce,  Ŝeby  wszyscy  ludzie  umarli,  Ŝeby  nasza  krew  spływała  po  jakichś 

białych schodach. Proszę, zabierzcie go ode mnie! 

Proszę.  Mała  wiedźma  jest  duŜo  bardziej  utalentowana,  niŜ  podejrzewał.  To  nie  jest 

trudne zauwaŜyć, Ŝe ktoś odbiera twój przekaz, ale rozpoznać kto, wymagało nie lada talentu. 

W  dodatku  ewidentnie  potrafiła  usłyszeć  echo  niektórych  z  jego  myśli.  Zdolne  to  jego 

pisklę... nie, nie jego, nie kiedy patrzy na niego wzrokiem tak pełnym nienawiści. 

Zapadła  cisza.  Damon  mógł  zaprzeczyć,  ale  po  co?  Stefano  i  tak  domyśliłby  się 

prawdy. Bonnie pewnie teŜ. 

Meredith podbiegła do wanny, chwytając jeszcze jeden ręcznik. Miała w ręku kubek z 

jakimś ciepłym napojem -kakao, sądząc po zapachu. Był dość gorący, by stanowić skuteczną 

broń. Damon nie uskoczyłby przed chluśnięciem, przynajmniej będąc tak zmęczony. 

-  Proszę  -  powiedziała  do  Bonnie.  -Jesteś  bezpieczna.  Stefano  tu  jest.  Ja  tu  jestem. 

Matt tu jest. Proszę, weź ręcznik, owinę cię nim. 

Stefano, milcząc, wpatrywał się w brata. 

- Wynocha - powiedział w końcu. 

Wyrzucony  jak  pies.  Damon  rozejrzał  się  za  swoją  kurtką,  podniósł  ją,  Ŝałując,  Ŝe  z 

poczuciem humoru nie poszło mu równie dobrze. Twarze wokół niego wyglądały  wszystkie 

tak samo -jak wykute z kamienia. 

Ale  nie  był  to  kamień  tak  twardy  jak  ten,  który  znów  przygniótł  jego  duszę.  Łatwo 

było naprawić pęknięcia. Na starej warstwie połoŜono nową - w taki sposób powstają perły, 

ale tu nie miało się pojawić nic równie pięknego. 

Ludzie coś mówili, ale Damon nie rozróŜniał słów. Wyczuwał zbyt duŜo krwi. KaŜdy 

miał jakieś rany. Otaczał go ich zapach, zapach zwierzyny. Kręciło mu się w głowie. Musiał 

się  wydostać  stamtąd  jak  najszybciej,  zanim  rzuci  się  na  pierwszą  ofiarę  z  brzegu.  Było  mu 

gorąco... był spragniony. 

Bardzo, bardzo spragniony. ZuŜył mnóstwo energii od ostatniego posiłku, a teraz był 

otoczony przez zwierzynę. Otoczony. Jak ma się powstrzymać przed rzuceniem się na jedno z 

nich? Czy ktoś naprawdę zdołałby go powstrzymać? 

Za  drzwiami  czekała  Elena.  Zobaczyć  odrazę  na  jej  twarzy  -  to  będzie  bolesne, 

pomyślał. 

Ale  nie  dało  się  tego  uniknąć.  Kiedy  wychodził  z  łazienki,  Elena  unosiła  się  w 

background image

powietrzu  wprost  przed  nim.  Jego  wzrok  mimowolnie  skierował  się  na  to,  czego  nie  chciał 

widzieć: jej twarz. 

Jednak nie malowało się na niej obrzydzenie. Elena wyglądała na zmartwioną. 

Odezwała  się  nawet  do  niego,  tą  dziwną  mową,  która  nie  była  całkiem  jak  telepatia, 

ale  w  niewytłumaczalny  sposób  pozwalała  jej  dotrzeć  zarówno  do  jego  uszu,  jak  i 

bezpośrednio do jego myśli. 

Damon. 

Powiedz o malaku. Proszę. 

Damon  uniósł  brwi  zaskoczony.  Opowiedzieć  o  sobie  temu  stadu  ludzi?  Czy  ona  z 

niego drwi? 

Poza  tym  malak  niczego  tak  naprawdę  nie  zrobił.  Rozproszył  go  na  chwilę,  to 

wszystko.  Nie  ma  sensu  go  winić,  skoro  jedyne,  co  sprawił,  to  wyostrzenie  myśli  Damona. 

Zastanawiał się, czy Elena wiedziała, o czym Damon marzy. 

Damon. 

Widzę to. Wszystko. Ale proszę... 

No, cóŜ, moŜe duchy przywykły do widzenia wszystkich mrocznych myśli. 

Elena nie odpowiedziała na to w Ŝaden sposób, został więc sam w ciemności. 

W ciemności. Do tego był przyzwyczajony, stamtąd pochodził. KaŜdy pójdzie teraz w 

swoją  stronę,  ludzie  do  swoich  ciepłych,  przytulnych  domów,  a  on  do  ciemnego  lasu.  Elena 

zostanie ze Stefano, oczywiście. 

Oczywiście. 

- W tych okolicznościach nie powiem „Do zobaczenia” - powiedział, uśmiechając się 

do Eleny, która odpowiedziała smutnym spojrzeniem. - Powiem po prostu „Ŝegnaj” i niech to 

wystarczy. 

Nikt nie odpowiedział. 

- Damon. - Elena zaczęła płakać. Proszę. Proszę. 

Damon odszedł w mrok. 

Proszę... 

Szedł dalej, pocierając kark. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

Było juŜ późno, ale Elena nie mogła zasnąć. Powiedziała, Ŝe nie chce być zamknięta w 

wysokim  pokoju.  Stefano  obawiał  się,  Ŝe  chciała  wyjść  i  tropić  malaki,  które  zaatakowały 

samochód. Ale nie sądził, Ŝeby potrafiła kłamać, nie teraz. Ciągle uderzała w okno, twierdząc, 

Ŝ

e potrzebuje trochę powietrza. Nocnego, świeŜego powietrza. 

- Musimy cię w coś ubrać. 

Ale  Elena  była  uparta.  Jest  noc...  a  to  jest  moja  nocna  koszula,  powiedziała.  Nie 

podobała  ci  się  moja  dzienna  koszula.  Znowu  uderzyła  w  okno.  Jej  „dzienna  koszula”  to 

zwykła  niebieska  koszula,  która  spięta  paskiem  tworzyła  rodzaj  krótkiej  sukienki,  sięgającej 

do połowy ud. 

To, czego teraz się domagała, tak bardzo zgadzało się z jego własnym pragnieniem, Ŝe 

aŜ czuł się winny. Ale w końcu dał się przekonać. 

Lecieli  razem,  trzymając  się  za  ręce.  Elena  wyglądała  jak  duch  albo  anioł  w  swojej 

białej  koszuli.  Stefano,  cały  w  czerni,  niemal  znikał  na  tle  drzew  przykrywających  księŜyc. 

Dolecieli  aŜ  do  Starego  Lasu,  gdzie  szkielety  uschłych  drzew  mieszały  się  z  Ŝywymi 

gałęziami. Stefano wytęŜył swoje wzmocnione zmysły do granic moŜliwości, ale nie potrafił 

namierzyć  niczego  poza  zwykłymi  mieszkańcami  lasu,  którzy  powoli  i  z wahaniem  wracali, 

po  tym  gdy  wypłoszył  ich  wybuch  mocy  Damona.  JeŜe.  Jelenie.  Lisy,  w  tym  jedna 

wystraszona lisica z dwojgiem młodych, z powodu których nie mogła uciec. Ptaki. Wszystkie 

te zwierzęta, które sprawiały, Ŝe las był tak wspaniałym miejscem. 

Nic, co przypominałoby malaka albo coś równie groźnego. 

Zaczął  się  zastanawiać,  czy  Damon  po  prostu  nie  zmyślił  istoty,  która  nim 

manipulowała. Był w końcu niezwykle przekonującym kłamcą. 

Mówił prawdę, wtrąciła się w jego myśli Elena. Ale to albo jest niewidzialne, albo juŜ 

odeszło. Z twojego powodu. Z powodu twojej mocy. 

Elena  patrzyła  na  niego  z  mieszaniną  dumy  i  jakiegoś  innego,  trudnego  do 

zidentyfikowania, ale wyraźnie zauwaŜalnego, uczucia. 

Uniosła twarz. Światło księŜyca podkreśliło jej klasyczne rysy. 

Rumieniec zaróŜowił jej policzki. Wydęła lekko wargi. 

Och... do licha, pomyślał Stefano. 

-  Po  wszystkim,  co  przeszłaś  -  zaczął  i  zrobił  pierwszy  błąd:  objął  ją.  Jakiś  rodzaj 

synergii pomiędzy jego mocą a jej zaczął unosić ich spiralnym ruchem w górę. 

background image

Poczuł jej ciepło. Słodką miękkość jej ciała. WciąŜ czekała, z zamkniętymi oczami, na 

pocałunek. 

MoŜemy zacząć jeszcze raz, zaproponowała z nadzieją. 

To  była  prawda.  Chciał  odpowiedzieć  jakoś  na  uczucia,  którymi  obdarzyła  go 

wcześniej.  Chciał  objąć  ją  jeszcze  mocniej.  Chciał  ją  całować.  Chciał,  by  omdlewała  z 

rozkoszy w jego ramionach. 

I  mógł  to  zrobić.  Nie  tylko  dlatego,  Ŝe  będąc  wampirem,  nauczył  się  paru  rzeczy  o 

kobietach, ale dlatego, Ŝe znał Elenę. Ich serca, ich dusze były jednością. 

Proszę? 

Ale  była  teraz  taka  młoda,  tak  bezbronna  w  białej  koszuli,  z  rumieńcami  na 

policzkach. Nie mógł jej wykorzystywać. 

Otworzyła oczy i spojrzała wprost na niego. 

Czy chcesz... Powiedziała powaŜnym tonem, ale z przekorą w oczach... sprawdzić, jak 

wiele razy moŜesz mnie zmusić, Ŝebym powiedziała proszę? 

BoŜe,  nie.  Mówiła  jak  dorosła,  świadoma  swojej  urody  kobieta.  Stefano  poddał  się  i 

objął  ją  mocniej.  Pocałował  jej  jedwabiste  włosy.  Całował  całą  jej  twarz.  Kocham  cię, 

kocham cię. Zorientował się, Ŝe niemal miaŜdŜy jej Ŝebra, próbował więc ją puścić, ale Elena 

trzymała go równie mocno. 

Czy chcesz - zapytała niewinnie - sprawdzić, jak wiele razy ja mogę cię zmusić, Ŝebyś 

powiedział „proszę”? 

Stefano  patrzył  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu.  W  końcu  nie  wytrzymał,  wpił  się 

niemal w jej usta i zaczął całować je zachłannie. Nie przestawał, dopóki nie zakręciło mu się 

w  głowie.  Dopiero  wtedy  ją  puścił,  nie  pozwalając  jednak,  by  odsunęła  się  na  więcej  niŜ 

centymetr, dwa. 

Znów  spojrzał  w  jej  oczy.  KaŜdy  mógłby  się  w  nich  zatracić,  utonąć  w  ich  głębi. 

Stefano chciał się w nich zatracić. Ale jeszcze bardziej chciał czegoś innego. 

- Chcę cię całować -wyszeptał jej do ucha. Tak. Nie miała co do tego wątpliwości. 

- AŜ zemdlejesz w moich ramionach. 

Poczuł  dreszcz  przebiegający  przez  jej  ciało.  Zobaczył,  jak  jej  oczy  zachodzą  mgłą. 

Ku swojemu zaskoczeniu otrzymał jednak odpowiedź. 

- Tak - odpowiedziała Elena, bez wahania... i na głos. Tak teŜ zrobił. 

Całował  ją,  a  ona  drŜała  spazmatycznie.  A  potem,  poniewaŜ  juŜ  nadszedł  czas, 

paznokciem rozciął Ŝyłę na swojej szyi. 

Elena, która będąc człowiekiem, byłaby przeraŜona na myśl o piciu krwi innej osoby, 

background image

przywarła  ustami  do  otwartej  rany  z  cichym  jękiem  radości.  Poczuł  jej  ciepłe  wargi.  Jego 

ukochana piła jego krew. Chciałby oddać jej całą duszę, całego siebie. Wiedział, Ŝe ona czuła 

to samo, gdy ofiarowała mu swoją krew. To była więź, która ich łączyła. 

Czuł  się,  jakby  byli  kochankami  od  początków  wszechświata,  od  zarania  pierwszej 

gwiazdy  w  przedwiecznym  mroku.  To  było  coś  niezwykle  pierwotnego  i  głęboko 

zakorzenionego  w  jego  duszy.  Kiedy  poczuł,  jak  krew  spływa  do  ust  Eleny,  musiał  wtulić 

twarz w jej włosy, Ŝeby stłumić krzyk A potem szeptał jej szalone słowa o tym, jak bardzo ją 

kocha i Ŝe nigdy juŜ się nie rozstaną. A potem zabrakło mu słów. 

Wznosili się w górę w świetle księŜyca. Zrównali się z czubkami najwyŜszych drzew. 

To  była  bardzo  uroczysta,  bardzo  intymna  chwila.  Byli  zbyt  odurzeni  rozkoszą,  by 

zwaŜać na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Ale Stefano upewnił się juŜ wcześniej, Ŝe nic im 

nie grozi, i wiedział, Ŝe Elena zrobiła to samo. Las był bezpieczny, byli w nim sami, unosząc 

się w powietrzu, w świetle księŜyca spływającym na nich jak błogosławieństwo. 

Jedną z najbardziej poŜytecznych rzeczy, jakich Damon ostatnio się nauczył - bardziej 

uŜyteczną  niŜ  latanie,  chociaŜ  to  teŜ  się  przydawało  -  była  umiejętność  całkowitego  ukrycia 

się. 

Musiał,  oczywiście,  opuścić  wszystkie  zasłony,  które  ktoś  mógłby  zauwaŜyć,  nawet 

przypadkiem. Ale to nie miało znaczenia, bo skoro nikt nie mógł go znaleźć, nikt nie mógł go 

zaatakować. Więc był bezpieczny. 

Gdy wyszedł z pensjonatu, ukrył się w Starym Lesie. 

To  nie  było  tak,  Ŝe  obchodziło  go  choć  trochę,  co  myślały  o  nim  te  ludzkie  śmiecie. 

Przejmowanie się tym byłoby jak zastanawianie się, co pomyśli o nim kurczak, zanim ugotuje 

z niego rosół. A opinia jego brata była zdecydowanie na samym szczycie listy rzeczy, którymi 

się nie przejmował. 

Ale  była  tam  teŜ  Elena.  I  nawet  jeŜeli  ona  zrozumiała  -i  próbowała  sprawić,  by  inni 

zrozumieli - to było zbyt upokarzające zostać wyrzuconym na jej oczach. 

I  dlatego  wycofałem  się,  pomyślał  gorzko,  do  jedynego  miejsca,  które  mogę  nazwać 

domem.  ChociaŜ  było  to  dość  irracjonalne,  skoro  mógłby  spędzić  noc  w  najlepszym 

(jedynym)  hotelu  w  Fell's  Church  albo  w  domu  jednej  z  wielu  dziewcząt,  które  na  pewno  z 

chęcią  przyjęłyby  pod  swój  dach  znuŜonego  wędrowca.  Odrobina  mocy  wystarczyłaby  do 

uśpienia rodziców. Miałby dach nad głową i smaczną przekąskę. 

Ale  miał  paskudny  humor  i  chciał  po  prostu  być  sam.  Trochę  bał  się  polować.  Nie 

potrafiłby teraz zachować nad sobą kontroli. Wszystko, o czym mógł pomyśleć, to cierpienie, 

jakie zadałby kaŜdemu, kto znalazłby się w zasięgu jego kłów: 

background image

Tymczasem zauwaŜył jednak, Ŝe zwierzęta wracają. Wystarczyły mu do  tego zwykłe 

zmysły  -  nie  uŜywał  mocy,  by  nie  zdradzić  swojej  obecności.  Nocny  koszmar  juŜ  się 

skończył, a zwierzęta mają krótką pamięć. 

Nagle,  kiedy  właśnie  kładł  się  na  gałęzi,  myśląc,  Ŝe  czułby  się  duŜo  lepiej,  gdyby 

chociaŜ Mutt doznał jakichś powaŜnych i trwałych obraŜeń, zobaczył ich. Pojawili się znikąd. 

Stefano  i  Elena,  trzymający  się  za  ręce,  unoszący  się  w  powietrzu  jak  para  uskrzydlonych 

szekspirowskich kochanków. Jakby las był ich domem. 

W pierwszej chwili nie mógł w to uwierzyć. 

W następnej, kiedy juŜ miał wylać na nich gorzkie morze swojego sarkazmu, zaczęła 

się ich wspaniała scena miłosna. 

Na jego oczach. 

Unieśli się nawet na jego wysokość, jakby chcieli, Ŝeby nic mu nie umknęło. Całowali 

się, pieścili i... 

Uczynili go mimowolnym podglądaczem, chociaŜ w miarę jak ich pieszczoty stawały 

się  coraz  bardziej  namiętne,  patrzył  na  nich  z  coraz  większą  wściekłością.  Kiedy  Stefano 

rozciął  sobie  szyję,  aby  napoić  Elenę,  Damon  zazgrzytał  zębami.  Miał  ochotę  krzyczeć,  Ŝe 

kiedyś  ta  dziewczyna  mogła  naleŜeć  do  niego,  kiedy  mógł  wypić  całą  jej  krew,  a  ona 

umarłaby  szczęśliwa  w  jego  ramionach,  albo  uczynić  ją  sobie  posłuszną  i  dać  jej  rozkosz 

swojej krwi. 

Którą obecnie dawał jej Stefano. 

To  było  najgorsze.  W  zimnej  furii  wbijał  paznokcie  we  wnętrze  dłoni,  patrząc,  jak 

Elena owinęła się wokół Stefano jak długi, pełen gracji wąŜ i przywarła ustami do jego szyi. 

Stefano miał zamknięte oczy, odchylił głowę, kierując twarz ku gwiazdom. 

Na miłość wszystkich demonów w piekle, czy oni nie mogliby juŜ z tym skończyć? 

Wtedy zauwaŜył, Ŝe nie jest sam na swoim wygodnym drzewie. 

Było  tam  coś  jeszcze,  siedziało  spokojnie  na  gałęzi  obok  niego.  Więcej  niŜ  jedno. 

Stworzenia  widocznie  pojawiły  się  tam,  gdy  był  pochłonięty  sceną  miłosną  i  własnym 

gniewem. Niemniej, jeŜeli udało im się go podejść, musiały być naprawdę, naprawdę dobre. 

Nikomu się to nie udało od dwóch stuleci. MoŜe nawet trzech. 

Zaskoczyło go to tak bardzo, Ŝe z wraŜenia ześlizgnął się z gałęzi. 

Natychmiast  pochwyciło  go  jakieś  długie,  smukłe  ramię.  Gdy  spojrzał  w  górę, 

zobaczył parę złotych, śmiejących się oczu. 

Kim ty jesteś do diabła? - zapytał. Nie obawiał się, Ŝe podniebni kochankowie usłyszą 

echo  jego  myśli.  Nic,  moŜe  poza  smokiem  lub  bombą  atomową,  nie  zwróciłoby  teraz  ich 

background image

uwagi. 

Jestem piekielnym Shinichi, odpowiedział chłopiec. Miał najdziwniejsze włosy, jakie 

Damon  kiedykolwiek  widział.  Były  gładkie,  błyszczące  i  czarne,  z  końcówkami 

zabarwionymi  na  ciemnoczerwone  To  nie  był  jednak  normalny  kolor,  wyglądał  raczej  jak 

Ŝ

ywy  płomień  otaczający  jego  głowę  i  kark.  Dodawał  wiarygodności  sposobowi,  w  jaki  się 

przedstawił: „piekielny Shinichi”. Chłopiec był bardzo przekonujący w roli diabła. 

Z drugiej strony miał niewinne, złociste oczy anioła. 

Większość  ludzi  nazywa  mnie  po  prostu  Shinichi,  dodał,  ale  błysk  w  jego  oczach 

mówił, Ŝe to miał być Ŝart. Teraz znasz moje imię, a kim ty jesteś? 

Damon patrzył na niego w milczeniu. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

Elena obudziła się następnego ranka w wąskim łóŜku Stefano. Uświadomiła to sobie, 

zanim  całkiem  się  rozbudziła.  Mam  nadzieję,  Ŝe  usprawiedliwiłam  się  wczoraj  jakoś 

sensownie przed ciocią Judith, pomyślała. Wczoraj - to pojęcie wydało jej się niezbyt jasne. O 

czym  śniła,  Ŝe  to  przebudzenie  wydało  jej  się  tak  dziwne?  Nie  pamiętała.  Rany,  nic  nie 

pamiętała! 

AŜ nagle przypomniała sobie wszystko. 

Podniosła  się  z  impetem,  który  wystrzeliłby  ją  w  powietrze,  gdyby  zrobiła  to 

poprzedniego dnia. Zaczęła nerwowo przetrząsać wspomnienia. 

Ś

wiatło  dnia.  Przypomniała  sobie  światło,  w  którym  stała  -  bez  pierścienia  na  palcu. 

Spojrzała na obie dłonie. Nie ma pierścienia. Okno było odsłonięte i słońce świeciło prosto na 

nią,  ale  nie  czuła  bólu.  To  niemoŜliwe.  Wiedziała,  pamiętała,  miała  to  wyryte  w  kaŜdej 

komórce  swojego  ciała,  Ŝe  światło  słoneczne  zabija.  Nauczyła  się  tego,  gdy  raz  tylko  na 

moment  wystawiła  nieosłoniętą  dłoń  na  Ŝer  słonecznych  promieni.  Nigdy  nie  zapomni  tego 

bólu. Myślała teŜ, Ŝe nigdy nie zapomni, Ŝe nie wolno jej nigdzie ruszać się bez pierścienia na 

palcu  -  pierścienia,  który  sam  w  sobie  był  piękny,  ale  jeszcze  piękniejszy  dzięki  swej 

ochronnej mocy. Bez tego mogłaby... 

Och. 

Och! 

Ale przecieŜ to juŜ się stało, prawda? 

Umarła. 

Nie  tylko  wtedy,  gdy  została  przemieniona  w  wampira,  ale  umarła  naprawdę  i 

ostatecznie. Odeszła do krainy, z której nikt nie wraca. W jej własnym przekonaniu powinna 

była rozpaść się na miliony atomów albo trafić prosto do piekła. 

Ale  nic  takiego  się  nie  stało.  Śniła  o  jakichś  osobach,  które  dawały  jej  rodzicielskie 

rady,  i  o  tym,  Ŝe  bardzo  chciała  pomóc  ludziom,  których  nagle  tak  duŜo  łatwiej  było 

zrozumieć.  Szkolny  łobuziak?  Nagle  widziała,  jak  jego  ojciec  alkoholik  noc  w  noc 

wyładowuje  na  nim  swoją  frustrację  i  gniew.  Ta  dziewczyna,  która  nigdy  nie  odrabiała 

zadania  domowego?  Musiała  wyŜywić  troje  młodszego  rodzeństwa,  podczas  gdy  jej  matka 

cały dzień nie wstawała z kanapy. To zajmowało cały jej czas. KaŜde zachowanie, dobre czy 

złe, miało swoje przyczyny, które teraz dostrzegała. 

Komunikowała się teŜ z ludźmi poprzez ich sny. A potem w Fell's Church pojawiła się 

background image

jedna z pradawnych istot. Wszystko, co mogła zrobić, to przeciwstawić jej się w snach i nie 

uciec.  Ludzie  musieli  zwrócić  się  o  pomoc  do  Stefano  -  i  Damon  został  równieŜ  wezwany 

przez  przypadek.  Elena  pomagała  im,  jak  tylko  mogła,  nawet  kiedy  było  to  juŜ  nie  do 

zniesienia,  bo  pradawne  istoty  wiedzą,  jak  działa  miłość  i  jak  manipulować  ludźmi.  I  jak 

sprawić, by ich wrogowie robili to, czego one chcą. Ale walczyli z tym wrogiem i wygrali. A 

Elena,  próbując  uleczyć  śmiertelne  rany  Stefano,  w  jakiś  sposób  w  końcu  stała  się  znowu 

ś

miertelna: obudziła się naga, leŜąc na ziemi w Starym Lesie, przykryta kurtką Damona, który 

zniknął, nie czekając na podziękowanie. 

Przebudziły  się  wtedy  najprostsze  rzeczy:  jej  zmysły,  jej  serce,  ale  nie  jej  umysł. 

Stefano był dla niej taki dobry. 

- A teraz? Kim jestem? - zapytała na głos, przyglądając się swoim dłoniom, swojemu 

ciału,  posłusznemu  siłom  grawitacji.  Powiedziała  przecieŜ,  Ŝe  dla  Stefano  wyrzeknie  się 

nawet latania. Ktoś widać trzymał ją za słowo. 

- Jesteś piękna - odpowiedział jej ukochany, nie  poruszając się, pogrąŜony  jeszcze w 

półśnie. Po ułamku sekundy podniósł się gwałtownie. - Ty mówisz! 

- Wiem o tym. 

- Do rzeczy! 

- Dziękuję serdecznie. 

- Całymi zdaniami! 

- ZauwaŜyłam. 

- Proszę, powiedz coś dłuŜszego - nalegał Stefano, jakby nie wierzył w to, co słyszy. 

-  Chyba  za  wiele  zadawałeś  się  z  moimi  przyjaciółmi.  Twoja  prośba  zdradza 

zuchwałość Bonnie, uprzejmość Matta i dociekliwość Meredith. 

- Eleno, to ty! 

Zamiast  kontynuować  ten  śmieszny  dialog,  odpowiadając  „Stefano,  to  ja!”,  Elena 

zamilkła  i  się zamyśliła.  Powoli  wstała z łóŜka. Stefano  pospiesznie  odwrócił  wzrok  i  podał 

jej szlafrok. Stefano? Stefano? 

Cisza. 

Kiedy  obrócił  się  po  odpowiednio  długiej  chwili,  zobaczył,  Ŝe  Elena  klęczy  na 

podłodze, w promieniach słońca wpadających przez okno, trzymając szlafrok w rękach. 

- Elena? - Wiedziała, Ŝe wydawała mu się teraz bardzo młodym aniołem pogrąŜonym 

w medytacji. 

- Stefano. 

- Ty płaczesz. 

background image

-  Znowu  jestem  człowiekiem.  Niczym  mniej  i  niczym  więcej.  Zdaje  się,  Ŝe 

potrzebowałam po prostu kilku dni, Ŝeby tak się stało. 

Spojrzała mu w oczy. Były zawsze zielone. Jak szmaragdy podświetlone od tyłu. Jak 

letni liść oglądany pod słońce. 

Potrafię czytać w twoich myślach. 

- Ale ja nie potrafię czytać w twoich, Stefano. Chwytam tylko ogólny sens, a i tego nie 

jestem pewna... nie moŜemy na to liczyć. 

Eleno,  mam  w  tym  pokoju  wszystko,  czego  potrzebuję.  Usiądź  koło  mnie,  a  będę 

mógł powiedzieć, Ŝe wszystko, czego potrzebuję, jest na tym łóŜku. 

Nie usiadła koło niego, ale wstała i rzuciła mu się w ramiona. 

- WciąŜ jestem bardzo młoda - wyszeptała, obejmując go mocno. - A jeŜeli liczyć dni, 

to nie było za wiele takich... 

-  Ja  wciąŜ  jestem  dla  ciebie  zdecydowanie  za  stary.  Ale  móc  na  ciebie  patrzeć  i 

widzieć, Ŝe ty patrzysz na mnie... 

- Powiedz, Ŝe będziesz mnie zawsze kochał. 

- Będę cię zawsze kochał. 

- Cokolwiek się stanie. 

- Eleno, Eleno, kochałem cię jako śmiertelną dziewczynę, jako wampira, jako ducha, 

jako dziecko podobne do anioła. Teraz znów kocham cię jako ludzką istotę. 

- Obiecaj, Ŝe będziemy razem. 

- Będziemy razem. 

-  Nie.  Stefano,  to  ja.  -  Dotknęła  czoła,  jakby  chciała  podkreślić,  Ŝe  za  piękną  twarzą 

kryje  się  Ŝywy  i  błyskotliwy  umysł.  -  Znam  cię.  Nawet  jeŜeli  nie  mogę  czytać  w  twoich 

myślach, potrafię czytać z twojej twarzy. Twoje dawne lęki wróciły, prawda? 

Odwrócił wzrok. 

- Nigdy cię nie opuszczę. 

- Ani na jeden dzień? Ani na chwilę? 

Zawahał  się  przez  chwilę  i  spojrzał  znowu  na  nią.  JeŜeli  tego  naprawdę  chcesz.  Nie 

opuszczę cię, nawet na chwilę. Teraz przesyłał jej swoje myśli, wiedziała o tym, bo mogła je 

usłyszeć. 

- Uwalniam cię od wszystkich obietnic. 

- Eleno, ale one są szczere. 

- Wiem. Ale kiedy juŜ odejdziesz, chcę Ŝebyś miał czyste sumienie. 

Nawet bez nadnaturalnych zdolności potrafiła odczytać z twarzy Stefano kaŜdy niuans 

background image

jego myśli: Kaprysy. W końcu, dopiero się obudziła. Jest oszołomiona. Elenie nie zaleŜało na 

tym,  Ŝeby  którekolwiek  z  nich  było  mniej  oszołomione.  To  dlatego  ugryzła  go  lekko  w 

podbródek, dlatego go całowała. Z pewnością, pomyślała, jedno z nas jest oszołomione... 

Czas  wydawał  się  rozciągać  tak  bardzo,  Ŝe  w  końcu  się  zatrzymał.  Wszelkie 

oszołomienie zniknęło, wszystko stało się absolutnie jasne. Elena wiedziała, Ŝe Stefano wie, 

czego ona pragnie, i Ŝe chciał zrobić wszystko, o co ona go poprosi. 

Bonnie  wpatrywała  się  w  cyfry  na  ekranie  swojego  telefonu.  Dzwonił  Stefano. 

Nerwowo przeczesała palcami włosy i odebrała. 

To nie był Stefano, ale  Elena. Bonnie zaczęła chichotać i mówić jej, Ŝeby nie bawiła 

się zabawkami Stefano, bo one przeznaczone są dla dorosłych... aŜ w końcu do niej dotarło. 

- Elena? 

- Czy za kaŜdym razem będę to słyszeć? Czy tylko od najbliŜszych mi osób? 

- Elena? 

- Elena. Całkiem przebudzona - wtrącił Stefano, pojawiając się na ekranie. -Jak tylko 

wstaliśmy, postanowiliśmy zadzwonić... 

- Ele... ale jest południe! -wypaliła Bonnie. 

-  Byliśmy  zajęci  paroma  drobnymi  sprawami  -  wyjaśniła  Elena.  CzyŜ  to  nie  było 

cudowne, słyszeć, jak to mówi! Półniewinnie i z wielkim zadowoleniem z siebie, sprawiając, 

Ŝ

e masz ochotę objąć ją i błagać o wszystkie szczegóły. 

- Elena. - Bonnie wciąŜ nie mogła się otrząsnąć. Oparła się o ścianę, a potem osunęła 

na podłogę. Z jej oczu pociekły łzy. - Elena, oni powiedzieli, Ŝe musisz opuścić Fell's Church. 

Odjedziesz? 

Tym razem to Elena była w szoku. 

- Co powiedzieli? 

- Ze ty i Stefano musicie stąd odejść na zawsze. 

- Nigdy w Ŝyciu! 

- Kochanie moje... - zaczął Stefano, ale nagle przerwał i tylko otwierał i zamykał usta, 

nie mogąc wykrztusić ani słowa. 

Bonnie  przyglądała  mu  się.  To  się  zdarzyło  poza  widokiem  kamery,  ale  mogłaby 

przysiąc, Ŝe „kochanie” właśnie uderzyło Stefano łokciem w brzuch. 

- Spotykamy się o drugiej? - zapytała Elena. 

Bonnie  wróciła  do  rzeczywistości.  Elena  nigdy  nie  dawała  nikomu  czasu  na 

zastanowienie. 

- Jasne! 

background image

Elena - Meredith oddychała cięŜko. - Elena! Elena! 

- Meredith. Nie zmuszaj mnie do płaczu, ta bluzka jest z czystego jedwabiu! 

- Bo to jest moje sari z czystego jedwabiu! Elena wyglądała niewinnie jak anioł. 

- Wiesz, Meredith, chyba sporo urosłam ostatnio... 

-  JeŜeli  chcesz  powiedzieć  „więc  tak  naprawdę  na  mnie  leŜy  lepiej”  -  w  głosie 

Meredith  słychać  było  groźbę  -  to  ostrzegam  Cię,  Eleno  Gilbert...  -  Przerwała  i  obie 

dziewczyny wybuchnęły śmiechem, a potem płaczem. -Weź je sobie! Weź ją! 

- Stefano? - Matt potrząsnął telefonem, najpierw delikatnie, potem duŜo mocniej. - Nie 

widzę... - Przerwał i głośno przełknął ślinę. - E - le - na? - wykrztusił powoli, robiąc przerwę 

po kaŜdej sylabie. 

-  Tak,  Matt.  Wróciłam.  Tu  juŜ  wszystko  w  normie.  -PrzyłoŜyła  palec  do  czoła.  - 

Spotkasz się z nami? 

Matt nachylił się nad swoim nowym, niemal sprawnym samochodem. 

- Dzięki Bogu, dzięki Bogu - powtarzał. 

- Matt? Nie widzę cię. Wszystko w porządku? - On chyba zemdlał. 

- Matt? - wtrącił Stefano. - Elena naprawdę chce cię zobaczyć. 

-  Tak,  tak.  -  Matt  podniósł  głowę  i  spojrzał  w  telefon,  wciąŜ  mrugając  z 

niedowierzaniem. - Elena, Elena... 

- Tak mi przykro, Matt. Nie musisz przychodzić... Matt zaśmiał się krótko. 

- Czy to na pewno Elena? 

Ten uśmiech Eleny złamał juŜ niejedno serce. 

- W takim razie, panie Honeycutt, nalegam, Ŝeby spotkał się pan z nami w wiadomym 

miejscu o drugiej. Czy to brzmi bardziej jak Elena? 

-  Prawie  ci  się  udało.  Władczy  styl  dawnej  Eleny.  -Teatralnie  odkaszlnął  i  pociągnął 

nosem. - Przepraszam, jestem trochę przeziębiony. A moŜe to alergia. 

-  Nie  wygłupiaj  się,  Matt.  Zachowujesz  się  jak  dziecko. Ja  zresztą  teŜ.  Tak  samo  jak 

Bonnie i Meredith, kiedy do nich dzwoniłam. Ja płakałam juŜ prawie cały dzień, więc muszę 

się  naprawdę  pospieszyć,  Ŝeby  zdąŜyć  z  piknikiem.  Meredith  przyjedzie  po  ciebie.  Weź  coś 

do jedzenia albo picia. Pa! 

Elena odłoŜyła telefon, oddychając cięŜko. 

- To nie było łatwe. 

- On wciąŜ cię kocha. 

- Wolałby, Ŝebym została dzieckiem do końca Ŝycia? 

- MoŜe podobał mu się sposób, w jaki się witałaś i Ŝegnałaś. 

background image

- Nie drocz się ze mną. 

- Nigdy w Ŝyciu - odpowiedział łagodnie Stefano. A potem chwycił jej dłoń. - Chodź, 

pójdziemy na zakupy. Potrzebujesz samochodu. 

Pociągnął  ją  za  rękę.  Elena  nagle  wystrzeliła  do  góry  tak  gwałtownie,  Ŝe  musiał  ją 

przytrzymać, Ŝeby nie uderzyła o sufit. 

- Myślałem, Ŝe podlegasz juŜ siłom grawitacji! 

- Ja teŜ! Co mam zrobić? 

- Spróbuj pomyśleć o powaŜnych, trudnych sprawach. 

- A jeŜeli to nie pomoŜe? 

- Kupimy ci kotwicę! 

O  drugiej  Stefano  i  Elena  dotarli  na  cmentarz  nowym  czerwonym  jaguarem.  Elena 

owinęła  głowę  szalem,  który  ukrywał  jej  włosy  i  dolną  połowę  twarzy.  Do  tego  włoŜyła 

ciemne  okulary  i  czarne  koronkowe  rękawiczki,  które  w  młodości  nosiła  pani  Flowers. 

Meredith uznała, Ŝe wygląda niezwykle malowniczo w tym wszystkim, w jej fioletowym sari 

i  dŜinsach.  Razem  z  Bonnie  rozłoŜyły  przed  chwilą  koc,  a  mrówki  zdąŜyły  juŜ  skosztować 

kanapek, winogron i dietetycznej sałatki z makaronu. 

Elena opowiedziała o tym, jak obudziła się tego ranka.  Ilość pocałunków i uścisków, 

które  następnie  wymieniły  z  dziewczynami,  była  trudna  do  zniesienia  dla  męskiej  części 

towarzystwa. 

-  Chcesz  rozejrzeć  się  po  lasach  w  tej  okolicy?  Sprawdzić,  czy  są  tam  malaki?  - 

zapytał Matt Stefano. 

- Lepiej, Ŝeby ich nie było. JeŜeli las tak daleko od miejsca waszego wypadku teŜ jest 

nawiedzony... 

- To nie jest dobrze? 

- To jest bardzo źle. 

Mieli juŜ odejść w stronę lasu, kiedy Elena ich zatrzymała. 

-  Przestańcie  juŜ  być  tacy  męscy  i  opanowani  -  dodała.  -  Tłumienie  uczuć  nie  jest 

dobre. WyraŜanie ich jest duŜo zdrowsze. 

-  Słuchaj,  jesteście  twardsze,  niŜ  myślałem  -  odpowiedział  Stefano.  -  Piknik  na 

cmentarzu? 

-  Elenę  często  moŜna  było  tu  zastać  -  wyjaśniła  Bonnie,  wskazując  na  pobliski 

nagrobek nacią selera. 

-  To  grób  moich  rodziców.  Po  wypadku  zawsze  czułam  się  bliŜej  nich  tutaj  niŜ 

gdziekolwiek  indziej.  Przychodziłam  tu,  kiedy  było  mi  źle  albo  kiedy  potrzebowałam 

background image

odpowiedzi. 

- Dostawałaś je? - zapytał Matt, wyciągając korniszona ze słoika i podając słoik dalej. 

-  WciąŜ  nie  jestem  pewna.  -  Elena  zdjęła  okulary,  szal  i  rękawiczki.  -  Ale  zawsze 

czułam się lepiej po przyjściu tutaj. Dlaczego pytasz? Potrzebujesz jakiejś odpowiedzi? 

- Tak, właściwie tak - powiedział Matt ku powszechnemu zaskoczeniu. Gdy zauwaŜył, 

Ŝ

e  znalazł  się  w  ten  sposób  w  centrum  uwagi,  zarumienił  się.  Bonnie  obróciła  się  w  jego 

stronę,  Meredith  i  Elena,  które  leŜały  oparte  na  łokciach,  usiadły.  Stefano,  który  stał  obok, 

oparty o jeden z grobowców, przykucnął. 

- Jakiej, Matt? 

-  Chciałam  powiedzieć,  Ŝe  nie  wyglądasz  dzisiaj  za  dobrze  -  wtrąciła  zatroskana 

Bonnie. 

- Dzięki - odparował kwaśno. 

W wielkich brązowych oczach pojawiły się łzy. 

- Nie miałam na myśli... 

Ale nie zdąŜyła skończyć. Meredith i Elena objęły ją, przysuwając się blisko i tworząc 

przyjacielska  falangę.  Przekaz  był  jasny:  kaŜdy,  kto  zadziera  z  jedną  z  nich,  będzie  miał  do 

czynienia ze wszystkimi trzema. 

Meredith uniosła brew. 

- Sarkazm zamiast uprzejmości? Nie takiego Matta znałam. 

- Bonnie tylko chciała być miła - wyjaśniła Elena. - To nie była ładna odpowiedź. 

- Dobrze, dobrze! Przepraszam. Bonnie, naprawdę przepraszam. - Zwrócił się do niej 

zawstydzony. - Nie powinienem był tak zareagować. Wiem, Ŝe nie miałaś nic złego na myśli. 

Ja... ja po prostu nie wiem juŜ, co mówię i robię. W kaŜdym razie, chcecie się dowiedzieć, o 

co mi chodzi, czy nie? 

Wszyscy chcieli. 

- Dobra, juŜ mówię. Poszedłem dzisiaj rano odwiedzić Jima Bryce'a. Pamiętacie go? 

-  Jasne.  Chodziłam  z  nim  kiedyś.  Kapitan  druŜyny  koszykarskiej.  Miły  chłopak. 

Trochę za młody, ale... -Meredith wzruszyła ramionami. 

-  Jim  jest  w  porządku.  -  Matt  przełknął  ślinę.  -  Po  prostu.  ..  nie  chcę  plotkować  czy 

coś... 

- Mów! - Trzy dziewczyny rozkazały mu chórem. Matt się skulił. 

- Dobrze, dobrze! Miałem tam być o dziesiątej, ale byłem trochę wcześniej i zastałem 

Caroline. Właśnie wychodziła. 

Dziewczyny wstrzymały oddech. Stefano spojrzał na Matta badawczo. 

background image

- Masz na myśli, Ŝe spędziła u niego noc? 

-  Stefano!  -  zaczęła  Bonnie.  -  Nie  tak  działają  płotki.  Nie  moŜesz  mówić  tak 

otwarcie... 

-  Nie  -  przerwała  jej  Elena.  -  Niech  Matt  odpowie.  Pamiętam  dość  z  ostatnich  dni, 

Ŝ

eby się niepokoić o Caroline. 

- Rzeczywiście są powaŜne powody - dodał Stefano. Meredith skinęła głową. 

- To nie jest plotka. To jest bardzo waŜna informacja. 

- W porządku - ciągnął Matt. - Tak właśnie pomyślałem. Jim powiedział, Ŝe przyszła 

wcześniej, Ŝeby zobaczyć się z jego młodszą siostrą. Ale Tamra ma tylko piętnaście lat. Poza 

tym zarumienił się strasznie, jak o tym mówił. 

Bonnie, Elena, Meredith i Stefano wymienili porozumiewawcze spojrzenia. 

- Caroline zawsze była... no, wiecie... - pierwsza skomentowała Bonnie. 

- Ale nigdy nie słyszałam, Ŝeby chociaŜ spojrzała na Jima - odpowiedziała Meredith. 

Spojrzeli na Elenę, jakby spodziewali się, Ŝe wyjaśni im wszystko. 

-  Nie  widzę  Ŝadnego  powodu,  Ŝeby  odwiedzała  Tamrę.  -  Pokręciła  głową  i  zwróciła 

się do Matta. - Poza tym nie skończyłeś. Co jeszcze się stało? 

-  Coś  więcej  się  stało?  Pokazała  swoją  bieliznę?  -Bonnie  roześmiała  się,  ale 

natychmiast  przestała,  gdy  zobaczyła  rumieniec  na  twarzy  Matta.  -  No,  Matt,  nam  moŜesz 

wszystko powiedzieć. 

Chłopak wziął głęboki oddech i zamknął oczy. 

- No więc tak, kiedy Caroline wychodziła, to... to chyba postanowiła mnie poderwać. 

- Co zrobiła? 

- Nigdy... 

- Co dokładnie zrobiła? - nalegała Elena. 

-  Kiedy  Jim  myślał,  Ŝe  ona  juŜ  poszła,  zszedł  do  garaŜu  po  piłkę.  A  wtedy  Caroline 

nagle wróciła i powiedziała... Zresztą niewaŜne, co powiedziała. Chodziło o to, Ŝe woli futbol 

od koszykówki i czy ja zamierzam być sportowcem. 

- I co ty na to? - Bonnie była wyraźnie zafascynowana. 

- Nic. Tylko się na nią patrzyłem. 

- I potem Jim wrócił? - podpowiedziała Meredith. 

- Nie. Caroline odeszła, rzucając mi na poŜegnanie spojrzenie, po którym było jasne, 

co miała na myśli. A potem przyszła Tami. - Twarz Matta była juŜ purpurowa. -A potem... nie 

wiem, jak to powiedzieć. MoŜe Caroline powiedziała jej coś o mnie, Ŝeby ją do tego skłonić, 

bo ona... 

background image

- Matt. - Stefano odezwał się po raz pierwszy, odkąd zaczęli ten temat. Pochylił się do 

przodu i mówił cicho i powoli. - Nie pytamy dlatego, Ŝe chcemy posłuchać plotek. Chcemy 

się  dowiedzieć,  czy  w  Fell's  Church  dzieje  się  coś  naprawdę  złego.  Więc,  proszę,  powiedz 

nam, co się stało. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

Matt pokiwał głową, ale zarumienił się aŜ po nasadę włosów. 

- Tami... objęła mnie... 

Urwał, a reszta zamarła w milczącym oczekiwaniu. 

-  Matt,  czy  masz  na  myśli,  Ŝe  cię  uściskała?  -  zapytała  w  końcu  Meredith.  -  Tak  po 

koleŜeńsku? Czy... -Nie skończyła pytania, bo Matt zaczął gwałtownie kręcić głową. 

-  To  nie  był  niewinny  uścisk.  Byliśmy  sami,  staliśmy  w  drzwiach  i  ona...  No,  nie 

mogłem w to uwierzyć.  Ona ma tylko piętnaście lat, a zachowywała się jak dorosła kobieta. 

To znaczy... nie, Ŝeby dorosła kobieta kiedykolwiek zrobiła mi coś takiego. 

Na  jego  twarzy  zakłopotanie  mieszało  się  wyraźną  ulgą,  Ŝe  pozbył  się  tego  cięŜaru. 

Spojrzał po kolei na kaŜdego ze swoich przyjaciół. 

-  No  i  co  o  tym  myślicie?  Czy  to  tylko  przypadek,  Ŝe  Caroline  tam  była?  Czy  moŜe 

coś powiedziała Tami? 

-  To  nie  przypadek  -  odpowiedziała  bez  wahania  Elena.  -  To  byłoby  zbyt 

niewiarygodne: najpierw Caroline składa ci jakieś propozycje, a potem Tami zachowuje się w 

ten sposób. Znam... znałam ją. To miła, grzeczna dziewczynka. A przynajmniej była taka. 

- WciąŜ jest - dodała Meredith. - Mówiłam wam, spotykałam się kiedyś z Jimem. To 

naprawdę miłe dziecko,  ani trochę nie za bardzo dojrzałe jak na swój wiek. Nie sądzę, Ŝeby 

normalnie mogła zrobić cokolwiek niestosownego, chyba Ŝe... - Przerwała i zapatrzyła się w 

przestrzeń, po czym wzruszyła ramionami, nie kończąc zdania. 

Bonnie wyglądała na powaŜnie zatroskaną. 

-  Ale  musimy  coś  z  tym  zrobić  -  powiedziała.  -  Co  jeśli  zachowa  się  tak  wobec 

chłopaka, który nie jest tak uprzejmy i nieśmiały jak Matt? To się moŜe dla niej źle skończyć. 

-  W  tym  cały  problem.  -  Matt  znowu  poczerwieniał.  -To  znaczy,  to  dość 

skomplikowane... Gdyby to była jakaś inna dziewczyna, z którą umówiłbym się na randkę... 

Nie Ŝebym chodził na randki - dodał szybko, spoglądając na Elenę. 

-  Ale  powinieneś  -  odpowiedziała  z  naciskiem.  -  Matt,  nie  oczekuję  od  ciebie 

wierności na wieki. Nic nie ucieszyłoby mnie tak, jak widok ciebie z jakąś fajną dziewczyną. 

-Jakby  przypadkiem,  rzuciła  spojrzenie  w  stronę  Bonnie,  która  właśnie  z  wielkim 

zaangaŜowaniem gryzła nać selera. 

- Stefano, tylko ty moŜesz nam powiedzieć, co mamy zrobić. 

Stefano zmarszczył brwi. 

background image

- Nie mam pojęcia. Na razie za mało wiemy, Ŝeby coś wnioskować. 

- Więc co, będziemy czekać, co dalej zrobi Caroline? Albo Tami? - zapytała Meredith. 

- Nie będziemy czekać. Musimy się dowiedzieć więcej. Powinniście mieć na nie oko, 

a ja spróbuję znaleźć jakieś wyjaśnienie. 

-  Cholera!  -Elena  uderzyła  pięścią  o  ziemię.  -  Prawie...  -  Przerwała  nagle,  czując  na 

sobie zdumione spojrzenia przyjaciół. Bonnie z wraŜenia upuściła seler, a Matt zakrztusił się 

colą. Nawet Meredith i Stefano nie ukrywali zdziwienia. - Co? 

Meredith pierwsza odzyskała mowę. 

- Po prostu wczoraj... cóŜ, anioły nie klną. 

-  Czy  tylko  dlatego,  Ŝe  umarłam  kilka  razy,  mam  mówić  „niech  to  kurczę  kopnie” 

przez resztę Ŝycia? Nie ma mowy. Zamierzam być sobą, kimkolwiek jestem. 

- Dobrze - zgodził się Stefano, całując ją w czubek głowy. Matt odwrócił wzrok. Elena 

tylko  poklepała  Stefano  po  ramieniu,  ale  w  myślach  przesłała  mu  głośne  „kocham  cię”. 

Wiedziała,  Ŝe  to  usłyszy,  nawet  jeŜeli  jej  nie  uda  się  odczytać  odpowiedzi.  Udało  jej  się 

jednak - miała wraŜenie, Ŝe wokół Stefano unosił się ciepły róŜany cień. 

Czy to właśnie  Bonnie nazywała aurą? Elena uświadomiła sobie, Ŝe przez cały dzień 

widziała  wokół  Stefano  cień  jasny,  zimny,  w  kolorze  zbliŜonym  do  szmaragdu  -  o  ile  cień 

moŜe być jasny. Teraz znów zieleń wracała, w miarę jak ustępował róŜ. 

Rozejrzała  się  wokół,  przyglądając  się  pozostałym  przyjaciołom.  Bonnie  równieŜ 

otoczona była aurą w kilku bladych odcieniach róŜu. Meredith - głębokim, ciemnym fioletem. 

Matt - mocnym błękitem. 

Przypomniało  jej  to,  Ŝe  aŜ  do  wczoraj  -  czy  tylko  do  wczoraj?  -  widziała  tak  wiele 

rzeczy, których nikt inny nie widział. W tym coś, co ją wystraszyło. 

Co  to  było?  Wracały  do  niej  fragmenty  obrazów  -  drobne  szczegóły,  same  w  sobie 

dość  straszne.  To  mogło  być  małe  jak  paznokieć  albo  rozmiarów  muskularnego  ramienia. 

Ciało pokryte czymś jakby korą. Czułki jak u owada, ale było ich bardzo wiele, były długie i 

poruszały  się  bardzo  szybko.  Było  w  tym  coś  odraŜającego,  co  zawsze  czuła,  myśląc  o 

owadach.  Więc  to  był  jakiś  robak.  Ale  robak  zbudowany  zupełnie  inaczej  niŜ  jakikolwiek, 

którego  widziała.  Przypominał  bardziej  pijawkę  albo  kałamarnicę.  Miał  okrągły  otwór 

gębowy, otoczony ostrymi zębami i bardzo wiele macek, które poruszały się w powietrzu jak 

bicze. 

To  moŜe  się  przyczepić  do  kogoś,  pomyślała.  Ale  miała  teŜ  przeraŜające  przeczucie, 

Ŝ

e moŜe zrobić duŜo więcej. 

MoŜe stać się przezroczyste i wniknąć do wnętrza ciebie, a ty nie poczujesz nic poza 

background image

ukłuciem. 

I co się wtedy stanie? 

Zwróciła się do Bonnie. 

-  Czy  sądzisz,  Ŝe  gdybym  pokazała  ci,  jak  coś  wygląda,  to  potrafiłabyś  to  ponownie 

rozpoznać? Nie oczami... 

-  To  zaleŜy,  jakie  coś  -  odpowiedziała  ostroŜnie  Bonnie.  Elena  spojrzała  na  Stefano, 

który nieznacznie skinął głową. 

- Więc zamknij oczy - powiedziała. 

Bonnie usłuchała. Elena dotknęła palcami wskazującymi jej skroni, a kciuki połoŜyła 

delikatnie na jej powiekach. Próbowała uruchomić swoje moce. Wczoraj było to takie proste, 

a dziś wydawało jej się, Ŝe próbuje skrzesać ogień, uderzając o siebie dwoma kamieniami. 

W końcu poczuła iskrę. Bonnie odsunęła się gwałtownie i otworzyła szeroko oczy. 

- Co to było? - zawołała, oddychając cięŜko. 

- To, co widziałam wczoraj. 

- Gdzie? 

- W ciele Damona - odpowiedziała Elena powoli. 

-  Jak  to?  Czy  on  nad  tym  panował?  Czy...  czy...  -Bonnie  urwała,  a  jej  oczy  stały  się 

jeszcze większe. 

Elena dokończyła za nią. 

- Czy to coś panowało nad nim? Nie wiem. Ale jedno, co wiem prawie na pewno, to 

to, Ŝe był pod wpływem malaka, kiedy zignorował twoje wezwanie. 

- Pytanie brzmi: jeŜeli nie Damon, to co kontrolowało tę istotę? - Stefano podniósł się 

niespokojnie.  -  Zobaczyłem  obraz,  który  ci  pokazała  Elena.  To  nie  jest  coś,  co  ma  własny 

umysł. Ktoś musi to kontrolować z zewnątrz. 

- Na przykład inny wampir? - zapytała cicho Meredith. Stefano wzruszył ramionami. 

-  Wampiry  zwykle  je  ignorują,  bo  potrafią  same  zdobyć  wszystko,  czego  pragną.  To 

musiała być bardzo potęŜna istota, skoro udało jej się uŜyć malaka do opanowania wampira. 

PotęŜna i zła. 

- Ci tam - powiedział Damon ze swojego miejsca na gałęzi dębu - to właśnie oni. Mój 

młodszy brat i jego... przyjaciele. 

-  Cudownie  -  szepnął  Shinichi.  Usadowił  się  na  gałęzi  z  jeszcze  większą  gracją  i 

nonszalancją niŜ Damon. Nawet w tym zakresie rywalizowali ze sobą. Damon zauwaŜył, jak 

oczy Shinichiego zabłysły raz i drugi na widok Eleny i na wzmiankę o Tami. 

- Nawet mi nie mów, Ŝe nie masz nic wspólnego z tymi dziewczynami - dodał Damon. 

background image

- Od Caroline do Tamry i dalej, taki jest plan, co? 

Shinichi pokręcił głową. Wpatrywał się w Elenę i zaczął nucić coś pod nosem. Coś o 

policzkach jak płatki róŜ i włosach jak złoto. 

- Z tymi dziewczynami bym nie próbował. - Damon uśmiechnął się, chociaŜ wcale nie 

Ŝ

artował. ZmruŜył oczy. - To prawda, Ŝe wyglądają na mniej więcej równie mocne jak mokry 

papier toaletowy. Ale są duŜo silniejsze, niŜ byś się spodziewał. Zwłaszcza jeŜeli jedna z nich 

jest w niebezpieczeństwie. 

- Mówiłem ci juŜ, Ŝe to nie moja robota - powiedział Shinichi. Po raz pierwszy, odkąd 

się spotkali, wyglądał na zakłopotanego. - Ale moŜliwe, Ŝe znam sprawcę. 

- Powiedz. 

-  Czy  wspominałem  o  mojej  młodszej  siostrze  bliźniaczce?  Ma  na  imię  Misao.  - 

Uśmiechnął się szeroko. - To znaczy „dziewica”. 

Damon  natychmiast  poczuł,  jak  rośnie  jego  apetyt,  ale  zignorował  to.  Było  mu  zbyt 

wygodnie, Ŝeby myśleć teraz o polowaniu. Poza tym nie był pewien, czy moŜna polować na 

kitsune - duchy lisy - do których Shinichi twierdził, Ŝe naleŜy. 

-  Nie,  nie  wspominałeś  -  powiedział  więc,  drapiąc  się  po  karku.  Ślad  po  ukąszeniu 

zniknął, ale wciąŜ odczuwał swędzenie. - Musiało ci wylecieć z głowy. 

-  No  więc  ona  gdzieś  tu  jest.  Przybyła  tu  w  tym  czasie  co  ja,  kiedy  zobaczyliśmy 

rozbłysk mocy, jaki nastąpił przy powrocie... Eleny. 

Damon był pewien, Ŝe Shinichi tylko udawał wahanie przed wypowiedzeniem imienia 

Eleny. Przechylił głowę, zrobił minę typu „nie myśl, Ŝe mnie oszukasz” i słuchał dalej. 

- Misao lubi gry - powiedział krótko Shinichi. 

- Och, tak? Szachy, warcaby, karty? 

Shinichi  zakaszlał  teatralnie,  ale  Damon  zdołał  dostrzec  czerwony  błysk  w  jego  oku. 

On  rzeczywiście  jest  nadopiekuńczy  wobec  niej,  pomyślał.  Posłał  mu  jeden  ze  swoich 

najjaśniejszych uśmiechów. 

- Kocham ją - powiedział młody człowiek z czarnymi włosami, które wyglądały, jakby 

ich końcówki płonęły Ŝywym ogniem. Tym razem w jego głosie słychać było otwartą groźbę. 

- Oczywiście - odpowiedział Damon ugodowym tonem. - To widać. 

-  Ale,  cóŜ,  jej  gry  zwykle  kończą  się  zniszczeniem  jakiegoś  miasta.  Ostatecznie.  Nie 

od razu. 

Damon wzruszył ramionami. 

- Nikt nie będzie Ŝałował tej zabitej dechami dziury. Oczywiście, najpierw ja zabiorę 

stąd moje dziewczyny. 

background image

- Teraz to w jego głosie pojawiło się ostrzeŜenie. 

-  Jak  sobie  Ŝyczysz.  -  Shinichi  wrócił  do  swojego  normalnego,  uległego  tonu.  -

Jesteśmy sojusznikami i dotrzymamy umowy. Inaczej szkoda by było tracić... to wszystko. 

- Znów spojrzał w stronę Eleny. 

- W kaŜdym razie nie będziemy dyskutować o tym zgrzycie z twoimi malakami. Czy 

teŜ jej malakami. Jestem pewien, Ŝe unicestwiłem przynajmniej trzy sztuki, ale jeŜeli zobaczę 

jeszcze jednego, koniec naszej umowy. Nie chcesz mieć mnie za wroga, Shinichi. Uwierz mi. 

Wyglądało na to, Ŝe na Shinichim zrobiło to wraŜenie. Pokiwał grzecznie głową. Ale 

po chwili znów patrzył  na Elenę i nucił swoją piosenkę o złotych  włosach i mlecznobiałych 

ramionach. 

- I chcę spotkać się z tą twoją Misao. Dla jej dobra. 

- Wiem, Ŝe ona chce spotkać się z tobą. Jest teraz zajęta swoją intrygą, ale spróbuję ją 

oderwać na chwilę. - Shinichi przeciągnął się leniwie. 

Damon przyglądał mu się przez chwilę, po czym teŜ się przeciągnął. 

Shinichi uśmiechnął się na ten widok. 

Damona  zdziwił  ten  uśmiech.  ZauwaŜył,  Ŝe  za  kaŜdym  razem,  gdy  się  uśmiecha,  w 

oczach Shinichiego pojawiają się dwa małe szkarłatne płomienie. 

Ale  był  zdecydowanie  zbyt  zmęczony,  by  teraz  o  tym  myśleć.  Zbyt  odpręŜony. 

Właściwie to czuł się senny... 

-  Więc  będziemy  szukać  tych  malaków  u  dziewczyn  takich  jak  Tami  -  zapytała 

Bonnie. 

- Właśnie takich jak Tami - przytaknęła Elena. 

- I myślisz - wtrąciła Meredith - Ŝe Tami przejęła to jakoś od Caroline. 

- Tak. Wiem, wiem, pytanie brzmi: skąd to się wzięło u Caroline? Tego nie wiem. Ale 

nie  wiem  teŜ,  nikt  z  nas  nie  wie,  co  się  z  nią  działo,  kiedy  została  porwana  przez  Klausa  i 

Tylera  Smallwooda.  Nie  mamy  pojęcia,  co  robiła  przez  ostatni  tydzień,  poza  tym,  Ŝe  nie 

przestała nas nienawidzić. 

Matt złapał się za głowę. 

- I co potem zrobimy? Czuję się za to odpowiedzialny. 

- Nie. Jimmy jest odpowiedzialny, jeŜeli ktokolwiek. JeŜeli on... wiecie, spędził noc z 

Caroline,  a  potem  pozwolił  jej  opowiedzieć  o  tym  swojej  piętnastoletniej  siostrze...  To  nie 

czyni go jeszcze winnym, ale na pewno mógł być bardziej subtelny - powiedział Stefano. 

- I tu się mylisz - zaoponowała Meredith. - Matt, Bonnie, Elena i ja znamy Caroline od 

lat  i  wiemy,  do  czego  ona  jest  zdolna.  JeŜeli  ktokolwiek  jest  odpowiedzialny  za  to,  co  się 

background image

dzieje, to my. I chyba powinniśmy wyciągnąć z tego wnioski. Proponujemy, Ŝebyśmy do niej 

pojechali. 

- Popieram. - Bonnie westchnęła smutno. - Ale nie powiem, Ŝe nie mogę się doczekać. 

A jeŜeli w niej nie siedzi jeden z tych malaków? 

-  To  wtedy  trzeba  będzie  zbadać  sprawę  -  odpowiedziała  Elena.  -  Musimy  się 

dowiedzieć, kto stoi za tym wszystkim. To musi być ktoś wystarczająco silny, by wpływać na 

Damona. 

- Cudownie. - Meredith miała ponurą minę. - A biorąc pod uwagę moc, jaka zbiera się 

pod tym miejscem, moŜe to być w najgorszym razie... kaŜdy w Fell's Church. 

Pięćdziesiąt metrów na zachód i dziesięć do góry Damon próbował nie usnąć. 

Shinichi przeczesał dłonią włosy. Spod zmruŜonych powiek uwaŜnie przypatrywał się 

Damonowi. 

Damon chciał być równie uwaŜny, ale czuł się po prostu zbyt senny. Powoli powtórzył 

gest  Shinichiego,  odsuwając  ze  swojego  czoła  kilka  czarnych  kosmyków.  Czuł,  jak  jego 

powieki stają się coraz cięŜsze. Shinichi wciąŜ się do niego uśmiechał. 

-  No  to  dobiliśmy  targu  -  powiedział.  -  Misao  i  ja  dostajemy  miasto,  a  ty  nie  stajesz 

nam  na  drodze.  Dostajemy  prawa  do  linii  mocy  biegnących  pod  nami.  Ty  zabierasz  stąd 

bezpiecznie swoje dziewczyny i... masz okazję do zemsty. 

- Na moim świątobliwym bracie i tym... tym Mutcie. 

- Matcie - poprawił go Shinichi. 

- Wszystko jedno. Nie pozwolę tylko, Ŝeby coś stało się Elenie.  Albo tej  małej rudej 

wiedźmie. 

- Ach, tak, słodka Bonnie. Nie wzgardziłbym taką jak ona, albo i dwiema. 

Damon ziewnął. 

- Nie ma dwóch takich, gdziekolwiek byś szukał. Jej teŜ nie pozwolę skrzywdzić. 

- A co z tą wysoką, ciemnowłosą pięknością... Meredith? 

Damon się obudził. 

- Gdzie? 

- Nie obawiaj się, nie idzie tu - uspokoił go Shinichi. - Co ma się z nią stać? 

- Och. - Damon się rozluźnił. - Niech idzie swoją drogą. Byle z dala ode mnie. 

Shinichi równieŜ oparł się wygodniej. 

- Z twoim bratem nie będzie problemu. Więc zostaje tylko ten chłopak na dole. - Ton, 

jakim to powiedział, nie zapowiadał dla Matta niczego dobrego. 

-  Tak.  Ale  mój  brat...  -  Damon  juŜ  niemal  zasnął,  dokładnie  w  takiej  pozycji,  jaką 

background image

przyjął Shinichi. 

- Mówiłem ci, z nim nie będzie problemu. 

- Mhm. To znaczy, dobrze. 

- Więc umowa stoi? 

- Mhm. 

- Tak? 

- Tak. 

- Doskonale. 

Tym  razem  Damon  juŜ  nie  odpowiedział.  Spał.  Śniło  mu  się,  Ŝe  anielsko  złote  oczy 

Shinichiego otworzyły się szeroko, Ŝeby uwaŜnie mu się przyjrzeć. 

-  Damon  -  usłyszał  swoje  imię,  ale  w  jego  śnie  otwarcie  oczu  okazało  się  bardzo 

trudne. Zresztą i tak widział dobrze bez tego. 

W  jego  śnie  Shinichi  pochylił  się  nad  nim,  przysuwając  swoją  twarz  do  jego  tak 

blisko,  Ŝe  ich  aury  zmieszały  się,  podobnie  jak  zmieszałyby  się  ich  oddechy,  gdyby  tylko 

Damon  oddychał.  Shinichi  przyglądał  mu  się  bardzo  długo,  jakby  sprawdzał  jego  aurę,  ale 

Damon  wiedział,  Ŝe  dla  nikogo  z  zewnątrz  nie  mogła  ona  być  teraz  zauwaŜalna.  Shinichi 

pozostał tak jednak przez chwilę, przyglądając się uwaŜnie rysom jego bladej twarzy. 

W końcu sięgnął ręką za jego głowę i dotknął miejsca po ukąszeniu komara. 

-  Dobrze  ci  idzie,  co?  -  powiedział  do  czegoś,  czego  Damon  nie  mógł  zobaczyć.  Do 

czegoś wewnątrz niego. -Prawie udało ci się pokonać jego silną wolę, prawda? 

Shinichi  siedział  przez  chwilę  w  milczeniu,  jakby  obserwował  kwitnące  wiśnie,  po 

czym zamknął oczy. 

- Myślę - wyszeptał - Ŝe spróbujemy tego juŜ niedługo. Bardzo niedługo. Ale najpierw 

musimy zdobyć jego zaufanie i pozbyć się jego rywala. Musi zostać taki, jak jest, wściekły, 

próŜny,  niezrównowaŜony.  Musi  ciągle  myśleć  o  Stefano,  o  swojej  nienawiści  do  Stefano, 

który  zabrał  mu  jego  anioła.  Ja  tymczasem  zajmę  się,  czym  trzeba.  Potem  zwrócił  się  do 

Damona. 

- Sojusznicy, tak! - Zaśmiał się. - Nie, kiedy mam dostęp do twojej duszy. Czujesz, do 

czego mógłbym cię zmusić... 

-  Ale  teraz  -  mówił  znowu  do  czegoś  wewnątrz  Damona  -  mała  uczta,  Ŝebyś  urósł 

większy i silniejszy. 

We śnie Shinichi odchylił się i ruchem ręki przywołał niewidoczne wcześniej malaki, 

Ŝ

eby  wdrapały  się  na  drzewo.  Zakradły  się  za  głowę  Damona  i  ukradkiem  wślizgnęły  do 

niego,  pojedynczo,  przez  jakąś  ranę,  o  której  nie  wiedział,  Ŝe  ją  ma.  WraŜenie,  jakie 

background image

wywoływały ich miękkie, galaretowate ciała, było niemal nie do zniesienia... 

Shinichi znowu zaczął śpiewać. 

We  śnie  Damon  był  wściekły.  Nie  z  powodu  tej  historii  z  malakami.  To  było  zbyt 

absurdalne.  Był  wściekły,  bo  wiedział,  Ŝe  Shinichi  ze  snu  obserwuje  Elenę,  która  pakuje 

resztki  pikniku.  Obsesyjnie  śledzi  kaŜdy  jej  ruch,  śpiewając  swoją  piosenkę  o  pięknej 

dziewczynie. 

- Niezwykła kobieta ta twoja Elena - powiedział Shinichi. - JeŜeli przeŜyje, to będzie 

moja na jedną noc, a moŜe na kilka. - Delikatnie odsunął z czoła Damona kosmyk włosów. - 

Niewiarygodna aura, nie sądzisz? DołoŜę starań, aby umarła pięknie. 

Damon  jednak  pogrąŜony  był  w  jednym  z  tych  snów,  w  których  nie  moŜna  się  ani 

poruszyć, ani odezwać. 

Tymczasem  sfora  malaków  nie  przestawała  wspinać  się  na  drzewo  i  wpełzać  przez 

kark do duszy Damona. Jeden, drugi, trzeci, dziesiąty, dwudziesty. Ciągle ich przybywało. 

A Damon nie mógł się obudzić, chociaŜ czuł, Ŝe ze Starego Lasu nadciąga ich jeszcze 

więcej.  Nie  były  ani  martwe,  ani  Ŝywe,  nie  miały  płci,  były  tylko  kapsułami  mocy,  która 

pomoŜe Shinichiemu kontrolować umysł Damona z daleka. 

Shinichi przyglądał się błyszczącemu szeregowi swoich sług. WciąŜ śpiewał. 

Damonowi śniło się, Ŝe słyszy słowo „zapomnij” szeptane przez setki głosów. A kiedy 

próbował sobie przypomnieć, o czym ma zapomnieć, ucichły. 

Obudził się na drzewie sam. Całe jego ciało przeszywał ból. 

background image

ROZDZIAŁ 16 

Stefano zaskoczyła pani Flowers, która czekała na nich, kiedy wrócili z pikniku. Tym 

bardziej Ŝe miała im do powiedzenia coś, co nie dotyczyło jej ogródka. 

-  Na  górze  jest  wiadomość  dla  ciebie  -  powiedziała,  kiwając  głową  w  stronę  klatki 

schodowej. - Przyniósł ją jakiś ciemnowłosy młodzieniec, trochę podobny do ciebie. Nic nie 

chciał mi powiedzieć. Zapytał tylko, gdzie zostawić wiadomość. 

- Ciemnowłosy młodzieniec? Damon? - zapytała Elena. 

Stefano pokręcił głową. 

- Czego on moŜe chcieć? 

Zostawił  Elenę  z  panią  Flowers  i  pobiegł  na  górę.  Pod  drzwiami  znalazł  kolorową 

kartkę  „Myślę  o  Tobie”,  bez  koperty.  Stefano  znał  swojego  brata  na  tyle  dobrze,  Ŝeby 

wiedzieć,  Ŝe  na  pewno  za  nią  nie  zapłacił  -  a  przynajmniej  nie  pieniędzmi.  Na  odwrocie 

znalazł  słowa  napisane  czarnym  tuszem:  „Pomyślałem,  Ŝe  św.  Stefano  moŜe  tego 

potrzebować.  Spotkajmy  się  dziś  w  nocy  przy  drzewie,  gdzie  rozbili  się  ludzie.  Nie  później 

niŜ o 4.30. Mam nowiny. 

D.” 

To było wszystko... poza adresem internetowym. 

Stefano miał juŜ wyrzucić kartkę, ale powstrzymała go ciekawość. Włączył komputer 

i wpisał adres. Przez chwilę nic się nie działo. Potem na czarnym tle pojawiły się ciemnoszare 

litery. Człowiek z pewnością nawet by ich nie zauwaŜył. Wampir musiał tylko trochę wytęŜyć 

wzrok. 

Znudzony tym lapis-lazuli? 

Chcesz wyjechać na wakacje na Hawaje? 

Masz dość Ŝywieniowej monotonii? 

Przyjdź i odwiedź Shi no Shi. 

Stefano  miał  juŜ  zamknąć  stronę,  ale  coś  przykuło  jego  uwagę.  Wpatrywał  się  przez 

chwilę  w  niepozorną  małą  reklamę  pod  napisem,  aŜ  usłyszał,  Ŝe  Elena  weszła  do  pokoju. 

Szybko  zamknął  stronę,  wyłączył  komputer  i  zabrał  od  niej  piknikowy  koszyk.  Nie 

powiedział nic o wiadomości ani o stronie internetowej. Ale w nocy myślał o tym cały czas. 

- Stefano, połamiesz mi Ŝebra! Udusisz mnie! 

- Przepraszam. Po prostu muszę cię objąć. 

- Cieszę się. 

background image

- Dziękuję, aniele. 

W  pokoju  z  wysokim  sufitem  było  całkiem  cicho.  Przez  otwarte  okno  do  środka 

wpadał blask księŜyca, który wydawał się skradać po niebie, jakby nie chciał nikogo obudzić. 

Damon się uśmiechnął. Wypoczął dobrze w ciągu dnia i zamierzał zabawić się przez 

noc. 

Przedostanie się przez okno okazało się nie tak łatwe, jak na to liczył. Kiedy podleciał 

do niego pod postacią wielkiego kruka, miał zamiar usiąść na parapecie i tam zamienić się w 

człowieka.  Okazało  się  jednak,  Ŝe  okno  jest  pułapką  -  niewidzialna  nić  mocy  łączyła  je  z 

jedną  z  osób  w  pokoju.  Damon  zatrzymał  się  więc  na  parapecie,  w  zamyśleniu  muskając 

piórka. Nie odwaŜył się wlecieć do środka. 

Nagle coś wylądowało obok niego. Takiego kruka na pewno nie widział nigdy Ŝaden 

ornitolog.  Jego  pióra  były  wystarczająco  gładkie  i  w  większości  czarne,  ale  na  końcach 

zabarwione były na szkarłatno. A jego oczy były złote i błyszczące. 

Shinichi? - zapytał Damon. 

A kto inny? - odpowiedział cudowny kruk, wbijając w niego wzrok. Widzę, Ŝe masz 

problem. Ale da się go rozwiązać. Mogę ich uśpić tak głęboko, Ŝe pułapka nie zadziała. 

Nie rób tego! JeŜeli tylko dotkniesz jednego z nich, Stefano... 

Stefano to tylko chłopiec, pamiętasz? Zaufaj mi. Ufasz mi przecieŜ, prawda? 

Wszystko  zadziałało  tak,  jak  demonicznie  ubarwiony  ptak  zapowiedział.  Stefano  i 

Elena zasnęli duŜo mocniej. A potem jeszcze mocniej. 

Chwilę  później  Damon  zmienił  kształt  i  znalazł  się  wewnątrz  pokoju.  Jego  brat  i...  i 

ona...  na  którą  zawsze  musiał  patrzeć...  spała  obok  Stefano,  obejmując  go,  a  jej  złote  włosy 

spływały na poduszkę. 

Z  trudem  oderwał  od  niej  wzrok.  Na  biurku  stał  nieco  przestarzały  juŜ  komputer. 

Podszedł do niego i włączył go bez wahania. Stefano i Elena nawet się nie poruszyli. 

Pliki...  aha.  Pamiętnik.  JakŜe  oryginalna  nazwa.  Damon  otworzył  plik  i  przejrzał 

zawartość. 

Drogi pamiętniku, 

obudziłam się dziś rano i - cud nad cudami - znów jestem sobą. Chodzę, mówię, piję, 

moczę łóŜko (no, tego nie zrobiłam, ale na pewno bym mogła). 

Wróciłam. 

CóŜ to była za podróŜ. 

Umarłam,  najdroŜszy  pamiętniku,  naprawdę  umarłam.  A  potem  umarłam  jako 

wampir.  I  nie  oczekuj,  Ŝe  opiszę,  co  się  działo  po  tamtej  stronie  -  naprawdę,  trzeba  było  to 

background image

widzieć. 

NajwaŜniejsze,  Ŝe  mnie  nie  było,  ale  wróciłam.  Och,  mój  cierpliwy  przyjacielu,  który 

od lat przechowujesz moje sekrety... Jak się cieszę, Ŝe wróciłam. 

Nie wszystko jest idealnie. Nigdy juŜ nie będę mogła zobaczyć się z ciocią Judith ani z 

Margaret. Myślą, Ŝe „spoczywam w pokoju” z aniołami. Ale za to mam Stefano! 

To  wystarczające  zadośćuczynienie  za  wszystko,  co  przeszłam.  Ale  nie  wiem,  jak 

odpłacić się tym, którzy dla mnie podąŜyli aŜ do bram piekła. 

Jestem zmęczona i chcę spędzić noc z moim ukochanym. 

Jestem  bardzo  szczęśliwa.  Spędziliśmy  przemiły  dzień,  śmiejąc  się  i  całując,  patrząc, 

jak po kolei moi przyjaciele przekonują się, Ŝe ja Ŝyję! (I nie jestem szalona jak przez ostatnie 

kilka  dni.  Naprawdę  nie  wiem,  dlaczego  Wielkie  Duchy  nie  mogły  zrzucić  mnie  na  ziemię  w 

lepszym stanie. No cóŜ.) 

Elena 

Damon niecierpliwie przeglądał plik. Szukał czegoś trochę innego. O, tak, jest. 

NajdroŜsza Eleno, 

wiedziałem, Ŝe zajrzysz tu prędzej lub później. Miałem jednak nadzieję, Ŝe nie będziesz 

musiała. JeŜeli to czytasz, to znaczy, Ŝe Damon jest zdrajcą albo coś innego poszło strasznie 

ź

le. 

Zdrajcą?  To  chyba  przesada,  pomyślał  uraŜony  Damon.  Czytał  jednak  dalej, 

niecierpliwiąc się, by zrealizować swój plan. 

Wychodzę do lasu, Ŝeby z nim porozmawiać. JeŜeli nie wrócę, będziesz wiedziała, kogo 

o mnie pytać. 

Prawda  jest  taka,  Ŝe  nie  wiem,  o  co  chodzi.  Dziś  po  południu  zostawił  mi  kartkę  z 

adresem internetowym. Znajdziesz ją pod poduszką. 

Do licha, pomyślał Damon. Nie będzie łatwo wyciągnąć kartki, nie budząc Eleny. Ale 

będzie musiał to zrobić. 

Eleno,  wejdź  na  tę  stronę.  Będziesz  musiała  pogrzebać  w  ustawieniach  jasności,  bo 

strona przygotowana jest tylko dla wzroku wampirów. Jest tam napisane, Ŝe istnieje miejsce 

zwane Shi no Shi - dosłownie Śmierć Śmierci, gdzie mogą usunąć klątwę, która wisi nade mną 

od  pięciuset  lat.  UŜywają  magii  i  medycyny,  by  zmienić  wampiry  w  zwykłych  śmiertelników, 

męŜczyzn i kobiety, chłopców i dziewczęta. 

JeŜeli  naprawdę  mogą  to  zrobić,  Eleno,  to  będziemy  mogli  być  razem  tak  długo,  jak 

długo Ŝyją zwyczajni ludzie. Niczego więcej nie pragnę. 

Chcę Ŝycz tobą jako zwykły, oddychający, jedzący człowiek. 

background image

Ale nie przejmuj się. Porozmawiam tylko o tym z Damonem. Nie musisz mi mówić, Ŝe 

mam zostać. Nigdy nie zostawiłbym cię samej z tym wszystkim, co dzieje się w Fell's Church. 

Jest tu dla ciebie zbyt niebezpiecznie, zwłaszcza z twoją nową krwią i nową aurą. 

Mam  świadomość  tego,  Ŝe  ufam  Damonowi  bardziej  niŜ  powinienem.  Ale  jednego 

jestem pewien: ciebie nigdy by nie skrzywdził. Kocha cię. Co moŜe na to poradzić? 

Niemniej  muszę  się  z  nim  spotkać  na  jego  warunkach,  sam  w  określonym  miejscu  w 

lesie. Zobaczymy, co będzie. 

Jak  juŜ  pisałem,  jeŜeli  czytasz  ten  list,  to  znaczy,  Ŝe  coś  poszło  drastycznie  źle.  Broń 

się, kochana. Nie bój się. Zaufaj sobie i swoim przyjaciołom. Oni mogą ci pomóc. 

Ja ufam w opiekuńczość Matta, w chłodny umysł Meredith, w intuicję Bonnie. Powiedz 

im, Ŝeby o tym pamiętali. 

Mam nadzieję, Ŝe nigdy nie będziesz musiała tego przeczytać. 

Kocham cię z całego serca i całej duszy, 

Stefano 

PS  Na  wszelki  wypadek  ukryłem  dwadzieścia  tysięcy  dolarów  w  studolarowych 

banknotach pod podłogą, po drugą deską od ściany, za łóŜkiem. W tej chwili stoi na niej fotel. 

JeŜeli go przesuniesz, zobaczysz szparę. 

Damon  ostroŜnie  wykasował  list  Stefano.  Potem,  uśmiechając  się  przebiegle,  w 

milczeniu  napisał  nową  wiadomość  z  nieco  innym  morałem.  Przeczytał  ją.  Uśmiechnął  się 

szeroko.  Zawsze  marzył  o  tym,  Ŝeby  zostać  pisarzem.  Nie  miał  oczywiście  Ŝadnego 

wykształcenia w tej dziedzinie, ale czuł, Ŝe ma talent. 

Etap pierwszy został zrealizowany, pomyślał, zapisując plik ze swoim listem. Po czym 

bezszelestnie podszedł do łóŜka. 

Czas na etap drugi. 

Powoli,  bardzo  powoli,  wsunął  rękę  pod  poduszkę  Eleny.  Czuł  na  dłoni  jej  włosy, 

połyskujące  w  świetle  księŜyca.  Ból,  który  go  przeszył,  był  bólem  serca  bardziej  nawet  niŜ 

kłów  Przesuwając  rękę  pod  poduszką,  szukał  kartki.  Elena  mruczała  coś  przez  sen.  Nagle 

obróciła  się  w  jego  stronę.  Damon  niemal  odskoczył,  ale  jej  oczy  były  zamknięte.  Ciemne 

rzęsy odcinały się na bladych policzkach. 

Teraz,  gdy  była  zwrócona  twarzą  do  niego,  moŜna  by  się  spodziewać,  Ŝe  wzrok 

Damona  przyciągną  delikatne  Ŝyły  widoczne  na  jej  mlecznobiałej  szyi.  Zamiast  tego  jednak 

wpatrywał się obsesyjnie w jej nieznacznie rozchylone wargi. Były... Niemal nie mógł się im 

oprzeć.  Nawet  we  śnie  miały  kolor  płatków  róŜy,  były  lekko  wilgotne  i  rozchylone  w  ten 

sposób... 

background image

Mogę to zrobić bardzo lekko. Nigdy się nie dowie. Mogę, wiem, Ŝe mogę. Dziś jestem 

niepokonany. 

Kiedy pochylał się nad nią, jego palce dotknęły kartki. 

Otrząsnął  się  ze  swojej  niemal  zrealizowanej  fantazji.  Co  mu  strzeliło  do  głowy? 

Ryzykować  wszystko,  wszystkie  swoje  plany  i  pragnienia  dla  pocałunku?  Będzie  mnóstwo 

czasu na pocałunki - i na wiele innych, waŜniejszych rzeczy -później. 

Bardzo  ostroŜnie  wyciągnął  kartkę  spod  poduszki  i  włoŜył  ją  do  kieszeni,  po  czym 

przemienił się w kruka i odleciał. 

Stefano  juŜ  dawno  opanował  sztukę  budzenia  się  o  zamierzonej  godzinie.  Zrobił  to 

równieŜ teraz. Rzucił okiem na budzik na stoliku nocnym i upewnił się, Ŝe jest czwarta rano. 

Nie chciał budzić Eleny. 

Ubrał  się  bezszelestnie  i  wyszedł  tą  samą  drogą  co  jego  brat,  tyle  Ŝe  pod  postacią 

sokoła. Gdzieś w nim czaiło się podejrzenie, Ŝe Damon jest manipulowany przez kogoś, kto 

uŜywa malaków, aby uczynić z niego swoją marionetkę. Czuł, Ŝe ma obowiązek powstrzymać 

go, kimkolwiek był. 

Wiadomość,  którą  zostawił  Damon,  polecała  mu  udać  się  pod  drzewo,  przy  którym 

rozbili  się  ludzie.  Damon  widocznie  chciał  wrócić  w  to  miejsce,  Ŝeby  wyśledzić  istotę 

kontrolującą malaki. 

Stefano  leciał  jak  na  sokoła  przystało,  szybując  wysoko  i  pikując  od  czasu  do  czasu. 

Raz o mało nie przyprawił niewinnej myszy o zawał serca, gdy przeleciał kilka centymetrów 

nad jej głową. 

W końcu, gdy zobaczył wyraźne ślady wypadku, jeszcze w powietrzu przemienił się z 

potęŜnego  ptaka  w  młodego  człowieka  z  ciemnymi  włosami,  bladą  twarzą  i  intensywnie 

zielonymi oczami. 

Opadł na ziemię lekko jak płatek śniegu. Rozejrzał się na wszystkie strony, wytęŜając 

wampirze  zmysły,  by  zbadać  teren.  Nie  wyczuwał  Ŝadnej  pułapki,  Ŝadnej  niechęci,  tylko 

niezatarte ślady okrutnej walki, która została tu stoczona. WciąŜ w postaci ludzkiej wspiął się 

na jedno z drzew, wyczuwając, Ŝe to na tym siedział wtedy Damon. 

Nie  poczuł  dreszczu,  wspinając  się  na  dąb,  z  którego  jego  brat  w  spokoju  przyglądał 

się  śmiertelnym  zmaganiom.  Stefano  miał  na  to  zbyt  wiele  krwi  Eleny  w  Ŝyłach.  ZauwaŜył 

jednak, Ŝe w tej części lasu panuje dziwny chłód, jakby coś rozmyślnie zaniŜało temperaturę. 

Ale dlaczego? I co to było? I tak będzie musiało prędzej czy później się z nim skonfrontować, 

jeŜeli chce pozostać w Fell's Church, więc na co czeka? 

Wyczuł  obecność  Damona  w  pobliŜu  długo  przed  tym,  kiedy  zauwaŜyłyby  to  jego 

background image

zmysły  sprzed  przemiany  Eleny.  Wzdrygnął  się  instynktownie.  Oparł  się  plecami  o  gałąź  i 

rozejrzał. Wiedział, Ŝe Damon pędzi w jego stronę, coraz szybciej i szybciej, coraz silniejszy, 

i Ŝe powinien stać juŜ tam przed nim, ale wciąŜ go nie ma. 

Zmarszczył brwi. 

-  Zawsze  warto  spojrzeć  w  górę,  braciszku  -  doradził  uprzejmy  głos  dochodzący  z 

góry. Damon zeskoczył ze swojej gałęzi i wylądował obok Stefano. 

Stefano milczał przez chwilę, przyglądając mu się tylko. 

- Widzę, Ŝe jesteś w dobrym humorze - powiedział w końcu. 

-  Miałem  wyjątkowo  udany  dzień.  Mam  je  wymienić?  Ta  dziewczyna  z  kiosku  z 

kartkami...  Elizabeth  i  moja  droga  przyjaciółka  Damaris,  której  mąŜ  pracuje  w  Bronston,  i 

młoda Teresa, wolontariuszka w bibliotece, i... 

Stefano westchnął. 

- Czasem mam wraŜenie, Ŝe pamiętasz imię kaŜdej dziewczyny, której krew wypiłeś, 

ale regularnie zapominasz moje. 

- Bzdura... braciszku. Teraz, skoro Elena bez wątpienia wyjaśniła ci, co się stało, gdy 

próbowałem uratować tę twoją malutką wiedźmę, Bonnie, chyba naleŜą mi się przeprosiny. 

-  A  skoro  ty  wysłałeś  mi  wiadomość,  którą  moŜna  odczytywać  jedynie  jako 

prowokację, mnie chyba naleŜy się wyjaśnienie. 

-  Najpierw  przeprosiny  -  upierał  się  Damon.  A  potem  dodał  cierpiętniczym  tonem.  - 

Wiem,  Ŝe  musisz  Ŝałować  obietnicy  złoŜonej  umierającej  Elenie,  Ŝe  będziesz  zawsze  się  o 

mnie troszczył. Ale chyba nie pomyślałeś nigdy o tym, Ŝe ja musiałem przysiąc to samo, a ja 

nie  jestem  z  tych,  którzy  lubią  troszczyć  się  o  innych.  Teraz,  skoro  ona  znowu  Ŝyje,  moŜe 

powinniśmy o tym zapomnieć. 

Stefano westchnął ponownie. 

-  W  porządku,  juŜ  dobrze.  Przepraszam.  Myliłem  się.  Nie  powinienem  był  cię 

wyrzucić. Czy to wystarczy? 

- Nie jestem pewien, czy przeprosiny były szczerze. Spróbuj jeszcze raz, z uczuciem... 

- Damon, na Boga, co to była za strona internetowa? 

- Och. Spodobało mi się to. Bardzo sprytne: ustawić takie kolory, Ŝeby tylko wampiry, 

wiedźmy i tym podobne mogły to odczytać, podczas gdy ludzie zobaczą tylko pusty ekran. 

- Ale jak się o tym dowiedziałeś? 

- Zaraz ci powiem. Ale tylko pomyśl o tym, braciszku. Ty i Elena podczas cudownego 

miesiąca miodowego, po prostu dwoje ludzi w ludzkim świecie. Im wcześniej się tam udasz, 

tym szybciej się z tym ludzkim światem poŜegnasz, skądinąd. 

background image

- WciąŜ nie powiedziałeś, jak trafiłeś na tę stronę. 

-  W  porządku,  przyznaję,  era  technologii  w  końcu  dosięgła  i  mnie.  Mam  własną 

stronę. I pewien Ŝyczliwy młody człowiek skontaktował się ze mną, Ŝeby sprawdzić, czy to, 

co  na  niej  wypisałem,  jest  szczere,  czy  moŜe  po  prostu  jestem  sfrustrowanym  idealistą. 

Pomyślałem, Ŝe to ostatnie wyraŜenie pasuje do ciebie. 

- Ty? Stronę internetową? Nie wierzę. Damon zignorował to. 

- Przekazałem ci tę wiadomość, bo sam juŜ wcześniej słyszałem o tym miejscu, Shi no 

Shi. 

- Śmierć Śmierci. 

- Tak się to tłumaczy. - Damon posłał mu uśmiech tak promienny, Ŝe Stefano musiał 

w końcu odwrócić wzrok, nie mogąc tego znieść. 

-  Skądinąd  -  kontynuował  Damon  -  zaprosiłem  tego  chłopaka,  Ŝeby  sam  ci  to 

wytłumaczył. 

- Co zrobiłeś? 

-  Powinien  tu  być  dokładnie  o  czwartej  czterdzieści  cztery.  Nie  ja  wybrałem  tę 

godzinę, ale dla niego to ma duŜe znaczenie. 

Nagłe,  z  niewielkim  szumem,  ale  bez  Ŝadnego  poruszenia  mocy,  które  Stefano 

potrafiłby  zauwaŜyć,  coś  wylądowało  na  gałęzi  nad  nim,  a  potem  zeskoczyło  na  ich 

wysokość, przybierając ludzką postać. 

Był  to  rzeczywiście  młody  człowiek  z  ogniście  czerwonymi  końcówkami  czarnych 

włosów  i  szczerym  wyrazem  złotych  oczu.  Stefano  odwrócił  się  w  jego  stronę,  gotowy  do 

walki. Chłopak podniósł ręce w obronnym geście. 

- Kim ty jesteś, do diabła? 

-  Jestem  piekielnym  Shinichi  -  odpowiedział  beztrosko.  -  Ale,  jak  juŜ  mówiłem 

twojemu bratu, większość ludzi nazywa mnie po prostu Shinichi. Ty rób, jak wolisz. 

- I wiesz wszystko o Shi no Shi. 

- Nikt nie wie wszystkiego. To miejsce oraz organizacja. Ja mam do nich słabość, bo, 

cóŜ, lubię pomagać ludziom - wyznał nieśmiało Shinichi. 

- A teraz chcesz pomóc mnie. 

- JeŜeli naprawdę chcesz zostać człowiekiem... znam pewien sposób. 

-  MoŜe  was  zostawię,  Ŝebyście  o  tym  porozmawiali.  Trochę  ciasno  się  zrobiło  na  tej 

gałęzi. 

Stefano rzucił mu surowe spojrzenie. 

- JeŜeli choćby przyszło ci do głowy zajrzenie do pensjonatu... 

background image

-  Braciszku,  zlituj  się.  Damaris  na  mnie  czeka.  Damon  zmienił  się  w  kruka,  zanim 

Stefano zdąŜył zaŜądać od niego przysięgi. 

Elena  obróciła  się  w  łóŜku,  sięgając  ręką,  by  objąć  Stefano.  Trafiła  jednak  na  puste 

miejsce. Otworzyła oczy. 

- Stefano? 

Kochany.  Byli  tak  mocno  związani,  Ŝe  mogliby  być  jedną  osobą.  Zawsze  wiedział, 

kiedy Elena się obudzi. Pewnie zszedł na dół po śniadanie - pani Flowers miała je juŜ zawsze 

gotowe, gdy się zjawiał (kolejny dowód na to, Ŝe była dobrą czarownicą). 

- Eleno - powiedziała do siebie, sprawdzając, jak brzmi jej stary - nowy głos. - Eleno 

Gilbert,  dziewczyno,  zjadłaś  juŜ  za  duŜo  śniadań  w  łóŜku  -  poklepała  się  po  brzuchu.  Tak, 

zdecydowanie przydałoby jej się trochę ruchu. 

-  Dobra  -  kontynuowała  monolog.  -  MoŜe  najpierw  się  podnieś.  A  potem  trochę  się 

porozciągaj. -Jak tylko Stefano wróci, pomyślała, moŜesz przerwać. 

Ale  Stefano  nie  wracał,  chociaŜ  po  półgodzinnych  ćwiczeniach  połoŜyła  się  z 

powrotem do łóŜka. Nie słyszała go teŜ na schodach. 

Gdzie on jest? 

Elena wyjrzała przez okno i zobaczyła na dole panią Flowers. 

Jej  serce  zaczęło  bić  szybciej  podczas  ćwiczeń  i  teraz  wyraźnie  nie  zamierzało 

zwolnić.  Próba  nawiązania  rozmowy  z  panią  Flowers,  krzycząc  przez  okno,  była  z  góry 

skazana na poraŜkę, ale postanowiła ją jednak podjąć. 

- Pani Flowers? 

O dziwo, starsza pani przerwała wieszanie prania i spojrzała w górę. 

- Tak, Eleno? 

- Gdzie jest Stefano? 

Wiatr  uniósł  jedno  z  prześcieradeł  tak,  Ŝe  zasłoniło  panią  Flowers.  Gdy  opadło  z 

powrotem, juŜ jej nie było. Kosz z praniem stał jednak na miejscu. 

- Proszę nie odchodzić! - zawołała Elena. Ubrała się szybko i zbiegła po schodach do 

ogródka. 

- Pani Flowers! 

- Tak, Eleno? 

- Czy widziała pani Stefano? 

- Nie dzisiaj. 

- Nie? 

-  Wstałam  o  świcie,  jak  zawsze.  Nie  było  juŜ  jego  samochodu.  Od  tamtej  pory  nie 

background image

wrócił. 

Serce Eleny biło rekordy liczby uderzeń na minutę. Zawsze bała się, Ŝe coś takiego w 

końcu nastąpi. Wzięła głęboki oddech i sprintem wbiegła z powrotem na górę. 

Wiadomość... 

Nie  opuściłby  jej  bez  słowa.  Na  poduszce  Stefano  nic  nie  leŜało.  Wsunęła  dłoń  pod 

swoją  poduszkę,  a  potem  pod  jego.  Bała  się  je  podnieść,  bo  tak  bardzo  chciała,  Ŝeby  się 

okazało, Ŝe leŜy tam jednak zostawiona przez niego kartka. 

W  końcu,  gdy  było  juŜ  jasne,  Ŝe  pod  poduszkami  znajduje  się  tylko  prześcieradło, 

podniosła  je  i  przez  chwilę  wpatrywała  się  w  puste  łóŜko.  Potem  odsunęła  je  od  ściany,  by 

sprawdzić, czy coś nie spadło. 

Czuła, Ŝe jeŜeli tylko będzie szukać wytrwale, w końcu coś znajdzie. Ściągnęła pościel 

z łóŜka i przyjrzała jej się dokładnie. 

Pomyślała, Ŝe to dobry znak- skoro nie ma wiadomości, to Stefano nie odszedł. Starała 

się, bardzo się starała nie widzieć, Ŝe jego część szafy jest pusta. 

Zabrał wszystkie ubrania. 

I wszystkie buty. 

Nie Ŝeby miał ich tak wiele. Ale wszystko, czego potrzebował, zniknęło. I on zniknął. 

Dlaczego? Dokąd odszedł? Jak mógł? 

Nawet  jeŜeli  odszedł  tylko  po  to,  Ŝeby  znaleźć  dla  nich  nowe  miejsce  do 

zamieszkania, jak mógł? Gdy wróci, dostanie burę swojego Ŝycia... 

...o ile wróci. 

PrzeraŜona,  czując,  Ŝe  łzy  mimowolnie  spływają  po  jej  policzkach,  miała  juŜ 

zadzwonić  do  Meredith  i  Bonnie,  kiedy  przypomniała  sobie  o  ostatnim  miejscu,  którego  nie 

sprawdziła. 

Pamiętnik. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

Przez  pierwsze  dni  po  jej  powrocie  z  zaświatów  Stefano  wcześnie  kładł  Elenę  do 

łóŜka, upewniał się, Ŝe jest jej ciepło, po czym pozwalał jej pracować z nim na komputerze, 

pisząc  pamiętnik  z  jej  myślami  o  wydarzeniach  ostatniego  dnia  i  jego  własnymi 

komentarzami. 

W rozpaczliwym pośpiechu otworzyła teraz plik i przewinęła tekst do końca. 

Znalazła wiadomość. 

NajdroŜsza Eleno, 

wiedziałem, Ŝe zajrzysz tu prędzej łub później. Mam nadzieję, Ŝe nastąpiło to prędzej. 

Kochana,  wierzę,  Ŝe  potrafisz  teraz  sama  o  siebie  zadbać.  Nigdy  nie  widziałem 

silniejszej albo bardziej niezaleŜnej dziewczyny. 

A  to  znaczy,  Ŝe  juŜ  czas.  Czas,  abym  odszedł.  Nie  mogę  zostać  dłuŜej,  jeŜeli  nie  chcę 

przemienić cię w wampira. Oboje wiemy, Ŝe nie moŜemy do tego dopuścić. 

Proszę, wybacz mi. Proszę, zapomnij o mnie. Och, miłości moja, nie chcę odchodzić, 

ale muszę. 

JeŜeli będziesz potrzebowała pomocy, Damon dał słowo, Ŝe będzie cię chronił. Nigdy 

by cię nie skrzywdził. Cokolwiek złego dzieje się w Fell's Church, przy nim będziesz na pewno 

bezpieczna. 

Moja kochana, mój aniele, zawsze będę cię kochał... 

Stefano 

PS śeby pomóc ci w nowym - starym Ŝyciu, zostawiłem pieniądze dla pani Flowers na 

opłacenie  pokoju  przez  następny  rok.  Ponadto  schowałem  dwadzieścia  tysięcy  dolarów  w 

studolarowych banknotach pod podłogą, pod drugą deską od ściany, za łóŜkiem. UŜyj ich, by 

zbudować sobie nową przyszłość, z kimkolwiek zechcesz. 

Pamiętaj,  jeŜeli  czegokolwiek  będziesz  potrzebować,  Damon  ci  pomoŜe.  MoŜesz  mu 

zaufać,  jeŜeli  będziesz  potrzebowała  rady.  Och,  najsłodsza  moja,  jak  mam  odejść?  Nawet 

jeŜeli to dla twojego dobra... 

Elena skończyła czytać list. 

Siedziała w bezruchu. 

Po długim poszukiwaniu znalazła odpowiedź. 

Nie wiedziała teraz, co ma zrobić. Chciała krzyczeć. 

JeŜeli potrzebujesz pomocy, zwróć się do Damona... MoŜesz mu zaufać... Ten list nie 

background image

mógłby bardziej schlebiać Damonowi, nawet gdyby sam go napisał. 

Stefano odszedł. Jego ubrania zniknęły. Jego buty teŜ. 

Zostawił ją. 

Zacznij nowe Ŝycie... 

W  takim  stanie  zastały  ją  Meredith  i  Bonnie,  zaniepokojone  tym,  Ŝe  przez  ponad 

godzinę  nie  odbierała  telefonu.  Nie  mogły  teŜ  dodzwonić  się  do  Stefano  -  po  raz  pierwszy, 

odkąd pojawił się na ich prośbę, by zabić potwora. Ale ten potwór juŜ nie Ŝył, a Elena... 

Elena siedziała przed szafą Stefano. 

-  Zabrał  nawet  buty  -  powiedziała  głosem  pozbawionym  jakiegokolwiek  wyrazu.  - 

Zabrał wszystko. Ale zapłacił za pokój za następny rok. A wczoraj kupił mi nowego jaguara. 

- Eleno... 

-  Nie  widzicie?  -  zawołała.  -  To  jest  moje  przebudzenie.  Bonnie  przewidziała,  Ŝe 

będzie niespodziewane i gwałtowne i Ŝe będę potrzebowała, Ŝebyście były przy mnie. A co z 

Mattem? 

- Nie był wymieniony w proroctwie - odpowiedziała ponuro Bonnie. 

- Ale chyba będziemy potrzebowały jego pomocy - dodała Meredith. 

-  Kiedy  Stefano  i  ja  byliśmy  razem,  zaraz  na  początku,  zanim  zostałam  wampirem, 

zawsze wiedziałam - szeptała Elena - Ŝe przyjdzie dzień, kiedy będzie próbował mnie opuścić 

dla  mojego  dobra.  -  Nagle  uderzyła  pięścią  o  podłogę,  tak  mocno,  Ŝe  mogła  zrobić  sobie 

krzywdę. -Wiedziałam to, ale miałam nadzieję, Ŝe będę miała szansę przekonać go, Ŝeby tego 

nie robił. On jest taki szlachetny, taki skłonny do poświęceń... Odszedł... 

- Tobie naprawdę jest wszystko jedno - powiedziała cicho Meredith, przyglądając się 

jej - czy zostaniesz człowiekiem, czy staniesz się wampirem. 

-  Masz  rację,  wszystko  mi  jedno!  Dopóki  jestem  z  nim,  wszystko  mi  jedno.  Kiedy 

byłam  na  pół  duchem,  wiedziałam,  Ŝe  nic  mnie  nie  przemieni.  Teraz  jestem  człowiekiem  i 

jestem podatna na przemianę jak kaŜdy inny człowiek. Ale to nie ma znaczenia. 

- MoŜe to jest przebudzenie - szepnęła Meredith. 

-  Och,  moŜe  to,  Ŝe  nie  przyniósł  rano  śniadania  jest  przebudzeniem!  -  zawołała 

wzburzona  Bonnie.  Wpatrywała  się  w  płomień  od  ponad  trzydziestu  minut,  próbując 

nawiązać  kontakt  ze  Stefano.  -  Nie  chce  albo  nie  moŜe.  -  Dopiero  gdy  to  powiedziała, 

zauwaŜyła, Ŝe Meredith gwałtownie kręci głową. 

- Jak to „nie moŜe”? - zawołała Elena, podnosząc się z podłogi. 

- Nie wiem! Eleno, ranisz mnie! 

- Czy coś mu grozi? Bonnie, pomyśl! Czy spotyka go krzywda z mojego powodu? 

background image

Bonnie  rzuciła  okiem  na  Meredith,  która  kaŜdym  centymetrem  swojego  ciała 

nadawała  jednoznaczny  komunikat:  „nie”.  Potem  spojrzała  na  Elenę,  która  domagała  się 

prawdy Zamknęła oczy. 

- Nie jestem pewna. 

Otworzyła oczy powoli, spodziewając się, Ŝe Elena wybuchnie. Ale ona nie zrobiła nic 

takiego. Po prostu zacisnęła mocno wargi. 

-  Dawno  temu  przysięgłam,  Ŝe  będzie  mój,  choćby  miało  to  zabić  nas  oboje  - 

powiedziała po chwili. - JeŜeli wydaje mu się, Ŝe moŜe po prostu mnie zostawić, dla mojego 

dobra  czy  z  jakiegokolwiek  innego  powodu,  to  się  myli.  Pójdę  najpierw  do  Damona,  skoro 

Stefano  tak  bardzo  na  tym  zaleŜy.  A  potem  będę  go  szukać.  Znajdę  jakiś  trop.  Zostawił  mi 

dwadzieścia tysięcy dolarów. Wykorzystam je, by go odnaleźć. JeŜeli samochód się zepsuje, 

będę szła piechotą. JeŜeli nie będę mogła juŜ iść, będę się czołgać. Ale znajdę go. 

- Nie pójdziesz sama - zapewniła ją Meredith. -Jesteśmy z tobą, Eleno. 

- A on, jeŜeli zrobił to z własnej woli, poŜałuje jak nigdy w Ŝyciu. 

- Jak sobie tylko Ŝyczysz. Ale najpierw go znajdźmy. 

-  Wszystkie  za  jedną  i  jedna  za  wszystkie!  -  zawołała  Bonnie.  -  Ściągniemy  go  z 

powrotem i damy mu nauczkę... 

albo nie - dorzuciła szybko, widząc, Ŝe Meredith znów kręci głową. - Eleno, nie! Nie 

płacz! Elena zaniosła się szlochem. 

- Więc Damon powiedział, Ŝe zajmie się Eleną, i to on przypuszczalnie ostatni widział 

Stefano  dziś  rano.  -  powiedział  Matt,  kiedy  dziewczyny  sprowadziły  go  do  pensjonatu  i 

wyjaśniły mu sytuację. 

-  Tak  -  odpowiedziała  Elena  zdecydowanym  tonem.  -Ale,  Matt,  mylisz  się,  jeŜeli 

myślisz,  Ŝe  Damon  zrobiłby  cokolwiek,  Ŝeby  go  zabrać  ode  mnie.  Damon  nie  jest  taki,  jak 

wszyscy  myślicie.  On  naprawdę  próbował  uratować  Bonnie  tamtej  nocy.  I  naprawdę  poczuł 

się zraniony, gdy zamiast wdzięczności zobaczył waszą nienawiść. 

- Co dowodzi, Ŝe miał motyw - zauwaŜyła Meredith. 

- Nie, to dowodzi, Ŝe ma serce, Ŝe potrafi się troszczyć o ludzi - zaprotestowała Elena. 

- Nigdy nie skrzywdziłby Stefano. Z mojego powodu. Wie, jakbym się czuła. 

- Więc czemu mi nie odpowiada? - zapytała Bonnie. 

- MoŜe dlatego, Ŝe ostatnim razem, gdy nas widział, wyglądaliśmy, jakbyśmy  chcieli 

go rozszarpać - odparła zawsze sprawiedliwa Meredith. 

-  Powiedz  mu,  Ŝe  go  przepraszam  -  zaproponowała  Elena.  -  Powiedz,  Ŝe  chcę  z  nim 

porozmawiać. 

background image

-  Czuję  się  jak  satelita  komunikacyjny  -  poskarŜyła  się  Bonnie,  ale  oczywiście 

wkładała w swoje zadanie całe serce i całą energię. Wyglądała juŜ na wykończoną. 

W końcu Elena musiała przyznać, Ŝe to na nic się zda. 

- MoŜe się opamięta i sam cię wezwie - spróbowała Bonnie. - MoŜe jutro. 

- Zostaniemy z tobą dziś w nocy - oznajmiła Meredith. - Bonnie, dzwoniłam do twojej 

siostry  i  powiedziałam,  Ŝe  będziesz  u  mnie.  Zadzwonię  teraz  do  taty  i  powiem,  Ŝe  jestem  u 

ciebie. Matt, ty nie jesteś zaproszony... 

- Dzięki - odpowiedział kwaśno Matt. - Czy mam wrócić do domu piechotą? 

-  Nie,  moŜesz  wziąć  mój  samochód  -  zaoferowała  Elena.  -  Ale  przywieź  go  z 

powrotem wcześnie rano. Nie chcę, Ŝeby ludzie zaczęli zadawać pytania. 

Wieczorem  trzy  dziewczyny  przygotowały  się  do  snu.  Pani  Flowers  dostarczyła  im 

dodatkowych  koców  i  prześcieradeł  (nic  dziwnego,  Ŝe  zrobiła  dziś  rano  takie  duŜe  pranie  - 

musiała się spodziewać dziewczyn, pomyślała Elena). Odsunęły meble pod ścianę i rozłoŜyły 

na podłodze śpiwory. LeŜały z głowami zwróconymi do środka, jak szprychy w kole. 

Więc to jest przebudzenie. 

Uświadomienie sobie, Ŝe jednak mogę znów być sama. Och, jak jestem wdzięczna, Ŝe 

mam Bonnie i Meredith. Bardziej, niŜ da się to wyrazić. 

Z  przyzwyczajenia  podeszła  do  komputera,  Ŝeby  wprowadzić  kolejny  wpis  do 

pamiętnika. Ale po kilku pierwszy słowach znów zaczęła płakać. W duchu ucieszyła się, gdy 

Meredith  niemal  siłą  odciągnęła  ją  od  komputera  i  kazała  wypić  gorące  mleko  z  wanilią, 

cynamonem i gałką muszkatołową. A potem Bonnie połoŜyła ją do łóŜka i trzymała za rękę, 

aŜ usnęła. 

Matt  został  z  nimi  parę  godzin.  Kiedy  wracał,  słońce  juŜ  zachodziło.  Ścigam  się  z 

ciemnością,  pomyślał  nagle.  Nie  pozwalał  sobie,  by  rozpraszał  go  zapach  nowości  we 

wnętrzu  jaguara.  Nie  mógł  jednak  powstrzymać  się  od  rozwaŜania  tego,  co  się  stało.  Nie 

powiedział  nic  dziewczynom,  ale  miał  wraŜenie,  Ŝe  coś  było  nie  tak  z  poŜegnalną 

wiadomością Stefano. Musiał tylko upewnić się, Ŝe tego wraŜenia nie wywołuje jego uraŜona 

duma. 

Dlaczego Stefano w ogóle o nich nie wspomniał? O przyjaciołach Eleny, którzy byli 

przy  niej  zawsze  i  są  takŜe  teraz.  MoŜna  by  się  spodziewać,  Ŝe  przynajmniej  wspomni  o 

dziewczynach, nawet jeŜeli pogrąŜony w bólu zapomniał o Matcie. 

Czy to wszystko? Było w tym liście coś jeszcze niepokojącego, ale Matt nie mógł tego 

sprecyzować.  Wszystko,  co  przyszło  mu  do  głowy,  to  wspomnienie  zeszłego  roku  w  szkole 

i... tak, pani Hilden, nauczycielki angielskiego. 

background image

Nawet  rozmyślając  o  tym  wszystkim,  uwaŜnie  przyglądał  się  drodze.  Nie  dało  się 

dojechać  z  pensjonatu  do  centrum  Fell's  Church,  omijając  Stary  Las.  Miał  się  więc  na 

baczności. 

Mijając  zakręt,  zobaczył  przewrócone  drzewo.  ZdąŜył  zahamować  z  piskiem, 

zatrzymując samochód w poprzek drogi. 

Musiał się teraz zastanowić. 

Jego  pierwszą  instynktowną  reakcją  było:  wezwać  Stefano.  On  mógłby  po  prostu 

podnieść  to  drzewo  z  drogi.  Ale  szybko  przypomniał  sobie,  Ŝe  to  nie  wchodzi  w  grę. 

Zadzwonić do dziewczyn? 

Nie mógł się do tego zmusić. Nie chodziło tylko o męską dumę, ale teŜ o empiryczną 

rzeczywistość,  w  której  przed  nim  leŜało  wielkie,  stare  drzewo.  Gdyby  nawet  próbowali  we 

czwórkę, i tak by go nie ruszyli. 

Przewróciło  się  dokładnie  w  poprzek  drogi,  jakby  umyślnie  chciało  odciąć  pensjonat 

od miasta. 

OstroŜnie  opuścił  szybę  po  stronie  kierowcy  WytęŜył  wzrok,  próbując  dojrzeć 

korzenie drzewa. Albo jakikolwiek ruch, prawdę mówiąc. Ale nic nie zobaczył. 

Nie dostrzegł korzeni, ale drzewo wyglądało na zdecydowanie zbyt zdrowe, Ŝeby tak 

po prostu przewrócić się w słoneczne letnie popołudnie. Nie było wiatru, deszczu, błyskawic 

ani nawet bobrów. Ani drwali. 

Rów po prawej stronie drogi wyglądał jednak na całkiem płytki, a korona drzewa nie 

sięgnęła do niego. MoŜe dałoby się... 

Coś się poruszyło. 

Nie w lesie, ale na drzewie przed nim. Coś poruszyło jego gałęziami i nie był to wiatr. 

Kiedy to zobaczył, wciąŜ nie mógł uwierzyć. To był pierwszy problem. Drugi był taki, 

Ŝ

e siedział w nowym jaguarze Eleny, a nie w swoim gruchocie. W panice próbując zamknąć 

okno,  nie  potrafiąc  oderwać  wzroku  od  tego  czegoś,  co  właśnie  zeskoczyło  z  drzewa,  nie 

mógł znaleźć odpowiedniego przycisku. 

NajwaŜniejszy problem był jednak taki, Ŝe to coś było piekielnie szybkie. Dosłownie. 

Zanim Matt się zorientował, próbowało juŜ wskoczyć do środka. 

Nie wiedział, co Elena pokazała Bonnie na pikniku. Ale jeŜeli to, co widział, nie było 

malakiem, to co to było? Mieszkał niedaleko lasu przez całe Ŝycie i nigdy nie widział owada 

choć trochę podobnego do tego. 

Bo  to  był  owad.  Jego  skóra  przypominała  korę  drzewa,  ale  to  był  tylko  kamuflaŜ. 

Kiedy  odbiło  się  od  okna,  usłyszał  charakterystyczny  szczęk  chitynowego  pancerza. 

background image

Stworzenie  było  długie  jak  jego  ramię  i  wydawało  się  latać  dzięki  okręŜnemu  ruchowi 

licznych macek - co nie powinno być moŜliwe. 

Jeszcze  raz  spróbowało  dostać  się  do  środka,  zanim  Matt  zdąŜył  podnieść  szybę  do 

końca. Tym razem wcisnęło głowę oraz część macek i zaklinowało się. 

Było zbudowane raczej jak pijawka albo kałamarnica niŜ owad. Długie, smukłe macki 

wyglądały  trochę  jak  pnącza  winorośli,  ale  były  grubsze  od  kciuka  i  zakończone  duŜymi 

ssawkami, w których znajdowało się coś ostrego. Zęby. 

Jedna macka owinęła się wokół szyi Matta. Poczuł jednocześnie, jak traci oddech i jak 

małe zęby wgryzają się w jego kark. 

Macka owinęła się trzy lub cztery razy i zaczęła zaciskać na jego szyi. Musiał chwycić 

ją i szarpnąć jedną  ręką, drugą usiłował wypchnąć stworzenie z samochodu. Okazało się, Ŝe 

owad  ma  otwór  gębowy,  choć  nie  ma  oczu.  Jak  cała  bestia,  otwór  był  okrągły.  Otaczały  go 

zęby. Głęboko w środku, co Matt zauwaŜył, gdy  paszcza stworzenia zaczęła zamykać się na 

jego ręce, znajdowała się para szczypców tak duŜa, by odciąć palec. 

BoŜe, nie. Zacisnął pięść i spróbował wyrwać rękę. 

Nagle  podniesiony  poziom  adrenaliny  dał  mu  dość  siły,  by  oderwać  mackę  owiniętą 

wokół  jego  szyi.  Ale  wciąŜ  nie  udało  mu  się  uwolnić  ręki,  która  juŜ  po  łokieć  zniknęła  w 

paszczy malaka, czy cokolwiek to było. Dłonią uderzył w jego korpus. 

Musiał jakoś wyciągnąć rękę. Chwycił za brzeg otworu gębowego i pociągnął. Udało 

mu  się  tylko  oderwać  kawałek  pancerza.  Tymczasem  owad  próbował  wcisnąć  do  wnętrza 

samochodu  więcej  macek,  uderzając  nimi  o  szybę.  W  którymś  momencie  wpadnie  na  to,  Ŝe 

wystarczy, Ŝe przyciśnie je do ciała i będzie mógł cały wślizgnąć się do środka. 

Coś  ostrego  zahaczyło  o  pięść  Matta.  Szczypce!  Prawie  całe  jego  ramię  było  juŜ  w 

paszczy  stwora.  Mimo  Ŝe  interesowało  go  tylko  to,  jak  się  uwolnić,  pojawiła  się  w  jego 

głowie myśl: gdzie to coś ma Ŝołądek? 

JeŜeli natychmiast czegoś nie zrobi, straci rękę. 

Udało mu się odpiąć pas. Gwałtownie rzucił się w prawo, na miejsce pasaŜera. Czuł, 

jak zęby wbijają się w jego ramię. Widział krwawe ślady, które zostawiały. Ale to nie miało 

znaczenia. NajwaŜniejsze było wyciągnąć rękę. 

W  końcu  drugą  dłonią  sięgnął  do  przycisku  zamykającego  okno.  Wcisnął  go  i 

wyszarpnął pięść z paszczy owada. Szyba podniosła się do końca. 

Matt  spodziewał  się  chrzęstu  chityny  i  czarnej  krwi  cieknącej  po  szybie,  być  moŜe 

przeŜerającej samochód jak kwas. 

Zamiast  tego  robak  rozpłynął  się  w  powietrzu.  Po  prostu...  stał  się  przezroczysty,  a 

background image

potem rozsypał się na tysiące jasnych drobin, które natychmiast zniknęły. 

Matt  miał  długie  krwawe  bruzdy  na  ramieniu,  rany  od  ssawek  na  szyi  i  kilka 

bolesnych zadrapań na drugiej dłoni. Ale nie tracił czasu na liczenie obraŜeń. Musiał uciekać 

jak najszybciej. Coś znów poruszyło gałęziami i nie chciał sprawdzać, czy tym razem to tylko 

wiatr. 

Była tylko jedna droga. Rów. 

Uruchomił silnik i wcisnął gaz. Miał nadzieję, Ŝe rów nie jest za głęboki i Ŝe jaguar nie 

zahaczy kołami o drzewo. 

Samochód  nagle  przechylił  się  do  przodu.  Matt  aŜ  przygryzł  wargę.  Potem  usłyszał 

trzask gałęzi. Na chwilę samochód stanął w miejscu, ale chłopak nie zdejmował nogi z gazu. 

Po  sekundzie  ruszył,  ślizgając  się  jednak  na  liściach.  Mattowi  udało  się  odzyskać  kontrolę  i 

wyprowadzić auto na drogę tuŜ przed tym, jak rów stał się znacznie głębszy. 

Oddychał  szybko  i  płytko.  Pędził  krętą  drogą  z  zawrotną  prędkością,  ledwie 

przytomny. W końcu zobaczył przed sobą czerwone światło, jaśniejące w zapadającym mroku 

jak obietnica zbawienia. 

SkrzyŜowanie z Mallory. Zmusił się do wciśnięcia hamulca. Znów zapiszczały opony. 

Nie  czekając  na  zmianę  światła,  skręcił  ostro  w  prawo  i  wyjechał  z  lasu.  Będzie  musiał 

objechać kilkanaście osiedli, Ŝeby dotrzeć do swojego domu tą drogą, ale przynajmniej będzie 

juŜ z dala od śmiercionośnych drzew i zamieszkujących je istot. 

Matt poczuł w końcu ból w ramieniu. Kiedy dotarł do swojego domu, był juŜ na skraju 

omdlenia.  Zatrzymał  się  pod  latarnią,  ale  po  chwili  namysłu  odjechał  w  część  ulicy 

nieoświetloną latarniami. Nie chciał, Ŝeby ktokolwiek go teraz widział. 

Czy  powinien  juŜ  teraz  zadzwonić  do  dziewczyn?  Ostrzec  je,  Ŝeby  nie  wychodziły  z 

domu? Ze w lesie nie jest bezpiecznie? Ale to juŜ wiedziały. Meredith nigdy nie pozwoliłaby 

Elenie zbliŜyć się do Starego Lasu, nie odkąd Elena jest człowiekiem. A Bonnie nie zniosłaby 

nawet myśli o zapuszczaniu się w tak ciemne miejsce. Tym bardziej Ŝe Elena pokazała jej te 

stworzenia, które się tam czają. 

Malaki. Nieprzyjemna nazwa odraŜającej istoty. 

To, co było teraz najwaŜniejsze, to powiadomić odpowiednie słuŜby o przewróconym 

drzewie, Ŝeby jak najszybciej je usunięto. Ale nie w nocy. Nikt raczej nie będzie juŜ tamtędy 

jechał  do  rana,  a  wysłanie  tam  kogokolwiek  byłoby  przypuszczalnie  równoznaczne  z 

wyrokiem  śmierci.  Zaraz  z  rana  zadzwoni  na  policję.  Wtedy  odpowiednie  słuŜby  zajmą  się 

drzewem. 

Było  ciemno  i  duŜo  później,  niŜ  myślał.  Chyba  jednak  powinien  zadzwonić  do 

background image

dziewczyn.  Gdyby  tylko  mógł  spokojnie  się  zastanowić.  Rany  piekły.  Trudno  było  mu  się 

skupić. MoŜe powinien chwilę odpocząć... 

Oparł czoło o kierownicę. Ciemność zamknęła się wokół niego.